background image

Grace Livingston Hill 

Szkarłatne róże 

background image

/

W pokoju panowała cisza, którą zakłócało tylko tykanie 

małego zegara, stojącego na stoliku w hallu i miarowo odmie­
rzającego sekundy jedna po drugiej. Marion Warren siedziała 
przy łóżku ojca, skąd nie ruszała się przez cały dzień. Wsta­
wała tylko po to, aby podać ojcu leki, porozmawiać z doktorem 
lub zamienić parę słów ze swą bratową. 

Doktor przyszedł trzeci raz od rana. Tym razem zjawił się 

już nie wzywany Marion była więc pewna, że koniec jest 

blisko, mimo że nie zostało to powiedziane otwarcie. Gdy 
patrzyła na poszarzałą, ukochaną twarz chorego, serce jej 
mówiło, że ojcu nie pozostało zbyt wiele czasu. 

Nie chciałaby, aby jeszcze raz doświadczał cierpienia, które 

towarzyszyło mu przez ostatnie dwa lata, od wypadku w fab­
ryce. Wiedziała, że chciałby mieć to wszystko już za sobą. 
Często powtarzał, jak bardzo pragnąłby żyć bez bólu. Jednak, 
wbrew temu, co mówili lekarze, ciągle miała nadzieję, że wy­
zdrowieje. Opiekowała się nim bardzo troskliwie, angażując 
się w to całym sercem, chociaż czasami nie potrafiła zapano­
wać nad zmęczeniem i marzyła o chwili odpoczynku. Ojciec 
był dla niej wszystkim. Zawsze się dobrze rozumieli, wiele ze 
sobą rozmawiali, mieli podobne pragnienia i ambicje. Zaszcze­
pił w niej miłość do czytania i nauki i wyszukiwał dla niej 
książki, które mogłyby się jej podobać. Potrafili godzinami 
czytać na głos i potem długo dyskutować o tym, co przeczytali. 
Po śmierci matki ojciec przejął rolę obojga rodziców. Jak więc 
miała żyć bez niego? 

background image

Wiedziała oczywiście od początku, że istnieje prawdopodo­

bieństwo, iż ojciec nie wyzdrowieje. Ale był zawsze tak pogod­

ny i pełen nadziei, nigdy się nie skarżył i nigdy się nie pod­
dawał, dlatego, wbrew rozsądkowi, odsuwała myśl o jego 
śmierci. Wieczorami, gdy starał się zasnąć, zwykł mawiać: 

- Wiesz, córeczko, chyba czuję się dzisiaj troszkę lepiej. 

Może doktor pozwoli mi jutro wstać. Prawda, że byłoby wspa­

niale? 

Jednakże czasami zachowywał się i mówił w taki sposób, 

jakby już jutro miał być w niebie. Pewnego razu powiedział: 

- Wiesz, będę wdzięczny, jeśli Bóg pozwoli mi dożyć 

sędziwego wieku, ale jestem gotowy, aby wezwał mnie do 
siebie choćby teraz. 

Rozmyślając o tym wszystkim, Marion siedziała przy łóżku 

ojca, wpatrując się w jego twarz. Nie spała od dwóch nocy, 
odkąd jego stan nagle się pogorszył, i chwilami nie wiedziała, 
czy jest całkiem przytomna. 

Brat Marion, Tom, od półtorej godziny siedział w nogach 

łóżka. Widziała, że cierpiał, ale wydawało jej się, że to ona 
martwi się najbardziej. Jej starszy brat nie był, jak to określał, 
„sentymentalny". Nigdy nie rozumiał silnego uczucia po­
między Marion i ojcem. Nazywał to nieraz stronniczością, ale 
dziewczyna wiedziała, że ojciec nie był stronniczy. Bardzo 

kochał Toma, chociaż nigdy nie był w stanie zaprzyjaźnić się 
ze swym praktycznym, wesołym i nieco niecierpliwym synem. 

Nigdy nie znajdowali czasu, aby ze sobą porozmawiać, ponie­
waż Tom zawsze miał jakąś sprawę, którą musiał natychmiast 
załatwić. Był jak jego matka, która, zawsze zajęta, nawet pod­
czas swojej ostatniej choroby nie spuszczała z oczu spraw 
domowych i do końca pilnowała, czy wszystko zostało prze­
prowadzone tak, jak zaplanowała. Może to przez tak odmienne 
charaktery nie rozumieli się najlepiej? 

Marion była ciekawa, czy Tom nie żałuje teraz, że nie uczy­

nił ojca szczęśliwszym poprzez częstsze przebywanie z nim. 
Przecież Tom kochał ojca. Spojrzała na brata. Siedział w mil­
czeniu, jakby z poczucia obowiązku, i tylko od czasu do czasu 
zmieniał pozycję i odchrząkiwał cicho. Wydawało się, że jest 
całkowicie zajęty sobą, a jednak mimo wszystko Marion cie-

background image

szyła się, że czuwa razem z nią. Nie chciałaby, żeby cała 
odpowiedzialność spadała tylko na nią. 

W pokoju pojawiała się także Jennie, żona Toma. Nie sie­

działa razem z nimi, ale przychodziła od czasu do czasu, co 
denerwowało Marion, która wolałaby już, żeby Jennie albo 
została, albo nie wchodziła w ogóle. Trudno było znieść ciągłe 
klapanie schodzonych kapci i te teatralne szepty bratowej, raz 
pytającej o różne sprawy domowe, raz o to, czy koniec już się 
zbliża. A przecież ojciec był zawsze dla niej bardzo miły i trak­
tował ją prawie jak swoją córkę, powinna więc starać się usza­
nować jego ostatnie chwile. 

Właśnie w trakcie jednej z takich wizyt wydawało się, że 

koniec właśnie nadszedł. Jennie otworzyła usta, jakby chciała 
poinformować ich o tym, z czego sami sobie doskonale zdawali 
sprawę. Marion już miała krzyknąć: „Bardzo proszę, siedź 
spokojnie, dobrze?", ale tylko wzięła głęboki oddech, za­
cisnęła wargi i próbowała się modlić o siłę. 

Przyszedł doktor. Słyszała, jak cicho otworzył i zamknął 

drzwi wejściowe. Nie były zamknięte na klucz, aby mógł wejść 
w każdej chwili. Marion odetchnęła z ulgą. „Doktor! Jeśli 
można jeszcze pomóc, on na pewno pomoże." 

Doktor natychmiast zauważył zmianę. Patrząc na niego, Ma-

rion zrozumiała, że stan ojca jest bardzo poważny. Podszedł 
w milczeniu do łóżka i ujął nadgarstek chorego. Nagle ojciec 
poruszył zbielałymi wargami, otworzył oczy i spojrzał na Ma-
rion. Ujęła jego zimną rękę i poczuła delikatny uścisk słabych 
palców. 

- Żegnaj, córeczko - powiedział cicho. - Chyba muszę już 

was opuścić. 

Zamknął oczy i Marion pomyślała, że już umarł, ale znów je 

otworzył i powiedział wyraźniej: 

- Tu jest twój dom. Tom wszystkiego dopilnuje. Zrozumie, 

że... - przerwał. 

Tom wstał energicznie i jakby mówił do kogoś oddalonego, 

głośno powiedział: 

- W porządku, tato. Zaopiekuję się Marion. Możesz być 

spokojny. 

Chory uśmiechnął się. 

background image

- Oczywiście - wyszeptał, ledwo łapiąc oddech. - Zegnaj­

cie - potoczył wzrokiem po pokoju. - Żegnaj Jennie, żegnajcie 
dzieci. 

Jennie nagle zniknęła. Marion pomyślała, że może rozpła­

kała się i poszła do innego pokoju. Może jednak kochała ojca. 
Może niesprawiedliwie osądziła bratową? 

Jennie jednak nie poszła płakać. Cicho jak duch zeszła po 

schodach i weszła do gabinetu teścia. W gabinecie stało tylko 
stare biurko i głębokie krzesło, a ściany były obstawione 

półkami z książkami. Ostrożnie zamknęła drzwi, zapaliła 
światło i rozejrzała się ukradkiem. Była tu już nie pierwszy raz. 
Ponieważ teść był chory, a Marion przez cały czas się nim 
opiekowała, Jennie mogła poznać każdy kąt w domu. Nie mu­
siała niczego przeszukiwać; dokładnie wiedziała, gdzie zaj­
rzeć. Wyjęła z kieszeni mały kluczyk i podeszła do biurka. 
Kluczyk znalazła tydzień temu, gdy porządkowała szafę teścia. 
Był przytwierdzony do innych kluczy i odczepiła go, gdy teść 
spał, a Marion przygotowywała dla niego jedzenie. Jennie ot­
worzyła prawą dolną szufladę biurka, odsunęła kilka ksiąg ra­
chunkowych i z tyłu szuflady wyjęła cynowe blaszane puzder­
ko. Włożyła kluczyk do zamka i otworzyła puzderko. 
Trzęsącymi się rękami wyjmowała kolejno koperty podpisane 
„Akt własności  d o m u " , „Kwestionariusze podatkowe" i po­
dobne, aż doszła do koperty podpisanej „Testament". 
Odłożyła ją, schowała pozostałe, zamknęła pudełko, włożyła je 
do szuflady, przykryła książkami i zamknęła szufladę. Wzięła 

li

ss^t^,4&>

r

^\x^K

,

^jia.'5»\^ctzez moment, jakby przestraszo­

na tym, co robi. Nie musiała otwierać koperty i czytać tego, co 

jest w środku, ponieważ zrobiła to już tydzień wcześniej. 

Każde słowo i sylabę tego napisanego starannym pismem do­

kumentu miała wyryte w pamięci. Nie mogła zasnąć przez 

kilka nocy, rozpamiętując jego treść. Stary nie miał prawa 
robić różnicy pomiędzy swoimi dziećmi! Nie miał prawa zapi­

sywać całego domu Marion! Jeśli nie byłoby testamentu, to 

znaczy, gdyby go nie znaleziono, to zgodnie z prawem dom 

byłby podzielony. Oczywiście Tom i tak zaopiekowałby się 
Marion. Ale powinien mieć prawo do decydowania. Nie po­

winny go ograniczać humory dziewczyny. Jennie nie widziała 

background image

nic złego w tym, co zamierzała zrobić. Przecież nie stanie się 
krzywda jej szwagierce - i tak będzie miała zapewnioną 
opiekę. To tylko pomoże uporządkować sprawy. Wszystko 
będzie dobrze. 

Podjąwszy decyzję, Jennie wysunęła prawą górną szufladę 

i położyła ją na stole. Kopertę z testamentem ukryła w pustym 
miejscu, po czym wsunęła szufladę z powrotem. Zgasiła 
światło i ostrożnie wyszła z pokoju. Przez chwilę nasłuchiwała 
i tak cicho jak zeszła na dół, weszła po schodach na górę. 
Nerwowe zadowolenie malowało się na jej twarzy. Stanęła 

w drzwiach już za późno, aby usłyszeć ostatnie słowa teścia. 
Doktor spojrzał wymownie na Marion, która odwróciła się 
z wyrazem bólu na twarzy. Marion była naprawdę dziwna! 
Dlaczego nie płakała? Jennie zaczęła płakać. Pomyślała, że nie 
wypada nie płakać. A Marion udawała, że tak jej zależy na 
ojcu! Zapewne jednak, wyczerpana tym wszystkim, była zado­
wolona, że to już koniec. Jest to całkiem zrozumiałe, że dziew­
czynie mogło obrzydnąć opiekowanie się starym człowiekiem 
tak długo. Dwa lata! Minęły już dwa lata, odkąd ojciec zacho­
rował! Dzięki Bogu, nareszcie to się skończyło! Jennie 
przyłożyła chusteczkę do twarzy i zapłakała. Marion znowu 
żałowała, że Jennie nie zachowuje się cicho. To prawie 
świętokradztwo! Mogłaby być cicho przynajmniej teraz. To 
przecież ostatnie chwile; właśnie ulatywała ukochana dusza 
ojca! 

Podczas gdy doktor i Tom rozmawiali przyciszonymi głosa­

mi w hallu, Marion zwróciła się ku ojcu, aby jeszcze raz spoj­
rzeć na drogą twarz. Ale nawet w tym przeszkodziła jej Jennie, 
która przekonana, że spełnia właśnie dobry uczynek, stanęła po 
drugiej stronie łóżka. 

- Biedny staruszek! Nareszcie może odpocząć! - powie­

działa, pociągając nosem i wycierając go w chusteczkę. -A ty, 
Marion, nie możesz się o nic winić. Byłaś bardzo oddana. 

W ten sposób wyraziła współczucie. Mówiła życzliwym to­

nem, ale rozdrażniło to Marion. Wydawało się jej, że Jennie 
usprawiedliwiała także siebie. 

„Proszę cię bardzo, bądź cicho" - chciała krzyknąć Marion, 

ale jej usta pozostały nieruchome. W końcu, jakie znaczenie 

background image

ma teraz coś takiego? Niech sobie Jennie mówi, co chce. Ona 
nie musi na to zwracać uwagi. Musi się przygotować do tego, 

że jej życie będzie teraz pozbawione Jego. Dla Niego musi być 
silna. Nie może uronić nawet jednej łzy. 

Po pogrzebie, gdy ciało ojca spoczęło obok żony na cmen­

tarzu za miastem, Marion pozostawała pod ciągłą opieką Jen­
nie. Bratowa robiła jej herbatę, kanapki, prosiła, aby się 

wcześniej kładła, zaproponowała nawet, że będzie z nią spać, 

aby nie czuła się samotna. Uciszała dzieci, żeby nie hałaso­

wały, i powiedziała im, żeby były grzeczne, bo ciocia źle się 

czuje. Od pogrzebu stała się niemal natrętna w tej swojej opie­
ce. Marion była szczęśliwa, gdy mogła zamknąć się w pokoju 
i pobyć sama. Nie pragnęła na razie niczego więcej. 

Znalazła wreszcie chwilę samotności i modliła się w pokoju, 

który znajdował się obok sypialni ojca. Zajmowała go od mo­
mentu gdy zachorował, aby przez cały czas być w pobliżu. 

Tom w tym czasie przeglądał papiery. Był potężnym 

mężczyzną o przyjemnej twarzy i zgodnej naturze. Za nic 

w świecie nie skrzywdziłby nikogo, nie mówiąc już o własnej 

siostrze. Zamierzał opiekować się nią do końca życia, gdyby 
tego pragnęła i potrzebowała. Nawet nie pomyślał, że mogłoby 

być inaczej. Spodziewał się, że to on będzie zarządzał całym 

majątkiem i miał pewne plany dotyczące domu. Ich spełnienie 
mogłoby być łatwiejsze, gdyby testament był po jego myśli. 
Często rozmawiał o nich z Jennie, która nalegała, aby poroz­
mawiał także z ojcem. Ale Tom nie miał na to większej ochoty, 
ponieważ wyczuwał w ojcu jakiś rodzaj godności, który 

powstrzymywał go od poruszania w jego obecności sprawy 
pieniędzy. Nigdy więc nie rozmawiał z nim o kwestii własności 

domu. 

Kilka razy ojciec wspominał, że gdyby coś się z nim stało, 

Tom ma zaopiekować się Marion. Tom zawsze się z tym zga­
dzał, ale nigdy wprost nie rozmawiali o domu, spadku, czy 
nawet ubezpieczeniu na życie. Podczas tego ostatniego po­
południa, gdy siedział w pokoju ojca przy jego łóżku, sporo 
o tym myślał. Zastanawiał się, czy dla dobra ich wszystkich nie 
powinien ojca zapytać, co w tej sprawie zdecydował. Nie 
chciał tego robić przy Marion, a ponieważ cały czas pozosta-

background image

wała blisko łóżka, do rozmowy nie doszło. Gdy jednak ojciec 
powiedział o domu i o Marion i dodał, że Tom zrozumie, stał 
się trochę niespokojny. Może jednak ojciec wszystko skompli­
kował i ułożył w ten sposób, że będzie trzeba ciągle pytać 
Marion o zgodę, podejmując decyzje dotyczące pozostawione­
go im spadku. Miał nadzieję, że ojciec nie okaże się tak nieroz­
ważny. Biedny ojciec! Zawsze był taki niepraktyczny. Mat­
ka określała go w ten sposób: „niepraktyczny". Kiedyś powie­

działa, że gdyby ojciec nie był taki niepraktyczny, już dawno 
byliby bogaci. Tom postanowił, że będzie się uczył na błędach 
ojca i nie będzie niepraktyczny. Jednakże pomimo swego nie­
pokoju i częstych rozmyślań na ten temat uważał, że przeczyta­
nie testamentu przed śmiercią ojca nie byłoby na miejscu. Miał 
swoje zasady. 

Poczekał, aż siostra pójdzie spać do swojego pokoju, i udał 

się do gabinetu. Marion nie potrzebowała się martwić o inte­
resy. Była przecież kobietą. Według niego, kobiety nie powin­
ny zajmować się interesami, gdyż wprowadzało to tylko zamęt. 
Zawsze starał się przekonać o tym także Jennie. Czasami oczy­
wiście omawiał z nią pewne sprawy, w końcu była jego żoną, 
ale gdy dochodziło do poważniejszych decyzji, to on czuł się 
głową rodziny. 

Ponieważ sądził, że przeglądanie papierów może mu zająć 

sporo czasu, powiedział Jennie, aby się położyła, a sam zasiadł 
za biurkiem ojca z pękiem kluczy w ręku. Myliłby się jednak, 
gdyby pomyślał, że Jennie zasnęła. Niespokojnie leżała 
w łóżku i niecierpliwie czekała na jego powrót. Przyczepiła 
kluczyk z powrotem do innych i wiedziała, że nikt się nie 
dowie o tym, co zrobiła, ale i tak nie mogła zasnąć. Nie mogła 
wytrzymać leżenia i nasłuchiwania, czy Tom już skończył. 

Nie uważała, że zrobiła coś naprawdę złego. Oczywiście, że 

nie, podpowiadało jej przewrotne sumienie. Przecież mogła po 
prostu zniszczyć testament i nikt by nie mógł nic poradzić. Ale 
Jennie czuła się dumna z siebie, że go nie zniszczyła. O nie, nie 
mogłaby zrobić czegoś takiego! Byłoby to w pewnym stopniu 
przestępstwem, nawet pomimo tego, że zniszczenie testamentu 
było w interesie ich wszystkich. Ale schowanie go to całkiem 
inna sprawa, testament przecież ciągle istniał. Zdała się zatem 

background image

na Opatrzność -jeśli kiedyś testament okaże się niezbędny, na 

pewno go znajdą. Po co się więc przejmować? Leżał sobie 
schowany bezpiecznie i niewinnie i prawdopodobieństwo jego 
znalezienia było niewielkie, przynajmniej przez jakiś czas, wy­
starczający do korzystnego załatwienia wszystkich spraw. Ma-
rion też nie będzie stwarzać problemów. Może na przykład 
Tom zechce sprzedać dom i przeznaczyć pieniądze na kupno 
farmy na wsi. Marion, która czasami z niewiadomych przyczyn 
przywiązywała się do rzeczy i bardzo lubiła stary dom, 

mogłaby chcieć przeszkodzić w sprzedaży, gdyby dom, tak jak 

jest zapisane w testamencie, należał w całości do niej. To 

kompletny idiotyzm ze strony ojca, że zapisał jej dom. Nie miał 
żadnego prawa jej wyróżniać, a jeśli to zrobił, testament i tak 
powinien być obalony. 

Jennie czekała więc przez dwie godziny, dopóki Tom nie 

wrócił do łóżka. Leżała niecierpliwie i niespokojnie i coraz 
bardziej bała się konsekwencji tego, co zrobiła. Gdyby Tom 
znalazł testament! Nigdy nie przestałby robić jej wymówek. 
Zawsze był nazbyt rzetelny. Ale oczywiście go nie znajdzie. 

Tom cicho, na palcach, wszedł do pokoju, ale niechcący 

zrzucił książkę leżącą na szafce nocnej i Jennie udała, że się 
obudziła. Sennym głosem spytała, co robił tak długo. Próbo­
wała się zachowywać jak gdyby nigdy nic, ale ręce i nogi miała 
lodowate i czuła, że jej głos brzmi nienaturalnie. Tom jednak 
niczego nie zauważył; był za bardzo zaabsorbowany swoimi 
sprawami. 

- Nie śpisz, Jennie? Wiesz, to dziwne. Przejrzałem papiery 

ojca i nie natrafiłem ani na ślad testamentu. Byłem pewien, że 
go sporządził. Z naszych rozmów wynikało, że to zrobił. 

- Hmmm... - mruknęła Jennie sennie. - Czy wynikną z tego 

powodu jakieś problemy? Będziesz mógł odziedziczyć dom? 

- Oczywiście, że będę mógł dziedziczyć. Byłoby tylko 

prościej, ale i tak zgodnie z prawem dom zostanie podzielony 
równo. Zajmę się wszystkim. Marion i tak nie zna się na inte­
resach... Boże, nie wiedziałem, że jest już tak późno! Chodźmy 
spać. Jestem śmiertelnie zmęczony. Jutro też będę miał ciężki 
dzień. 

Tom odwrócił się plecami i po chwili spał już mocno. 

12 

background image

T e n dom wymaga generalnych porządków - oświadczyła 

Jennie kilka dni po pogrzebie. - Nie był porządnie wysprzątany 
od czasu, gdy ojciec zachorował. Nie podołam sama, myślę, że 
znajdziesz czas, aby mi pomóc. Może zaczniemy dzisiaj? Praca 
wyjdzie ci na dobre i pomoże dojść do siebie. 

Marion pomyślała, że przyczyną jej cierpienia nie jest brak 

pracy, ale zgodziła się dość chętnie. Nie mogła się zajmować 
domem zbyt często przez ostatnie pięć lat i zapewne Jennie 
było ciężko. Założyła stare ubranie i zabrała się energicznie do 
mycia okien, porządkowania szaf, szuflad i komód i układania 
rzeczy należących do rodziców. Trudno było jej się pogodzić 
z tym, że te wszystkie rzeczy, które do nich należały i stano­

wiły jakby część domu, teraz były bezużyteczne. Oczywiście 
większość rzeczy matki została już usunięta, ale wciąż było 
wiele ubrań ojca i przedmiotów potrzebnych mu w chorobie. 
Trudno jej było pozbyć się ich na zawsze, ale Jennie nalegała, 
żeby je oddać do szpitala. 

- Ciarki po mnie przechodzą, gdy patrzę na to łóżko, wen­

tylator i piecyk. To niedobrze mieć tyle rzeczy, które ci się 
kojarzą ze śmiercią. Chciałabym już zapomnieć o chorobie 
i śmierci i móc cieszyć się życiem - powiedziała. 

Marion pomyślała, że Jennie chyba nie ma serca, skoro 

mówi w ten sposób, ale potem zdała sobie sprawę, że będzie 
lepiej, gdy te rzeczy znajdą się tam, gdzie są bardziej potrzeb­
ne. Spakowała je więc i wysłała do małego szpitalika, którym 
opiekował się jej kościół. Zamyśliła się na moment, gdy zdej-

13 

background image

mowała zasłony z okna w pokoju chorego. Uświadomiła sobie, 

że słońce nie będzie już razić zmęczonych oczu. 

- Czy masz coś przeciwko temu, abyśmy przenieśli się z To­

mem do pokoju ojca? - spytała Jennie nazajutrz. - Bobby 

i maluch mogliby się przenieść do twojego pokoju, a ty zajęłabyś 

ten, w którym kiedyś mieszkałaś. Dzięki temu zrobilibyśmy 

małe przemeblowanie i od razu byłoby tu mniej posępnie. 

Dla Marion dom nie wyglądał posępnie i raczej nie podobała 

się jej zmiana przeznaczenia pokoju ojca, ale pomyślała, że 

dzieci powinny spać w pokoju obok rodziców. Nie przeciwsta­

wiała się więc temu i wszyscy zajęli się przenoszeniem mebli. 

Właściwie się ucieszyła, że wróciła do swojego starego, słone­

cznego pokoju na tyłach domu, z oknem we wnęce, wykutym 

dla niej przez ojca, z jej półką na książki i meblami, które 

wybierali razem z ojcem. Przywoływał słodkie wspomnienia, 

które sprawiały, że życie stawało się weselsze. Mogła tam 

znowu czuć się jak mała dziewczynka, która właśnie wprowa­

dziła się do najsłoneczniejszego, najpiękniejszego pokoju 

w domu, pokoju, który ojciec przygotował specjalnie dla niej. 

To dziwne, że Jennie go nie lubiła. Pewnie chciała mieć dzieci 

jak najbliżej, a pokój gościnny, w którym spały dotychczas, był 

za daleko. Teraz Nannie mogła przenieść się z malutkiego 

pokoiku na górze do pokoju gościnnego. Tak było wszystkim 

wygodniej. Mimo to Marion czuła jakąś tęsknotę, gdy patrzyła 

na drzwi pokoiku, gdzie jej ukochany ojciec przebywał tak 

długo. Ciężko jej było pogodzić się z tym, że drzwi są 

zamknięte, że pokój nie należy do niej. Wyglądało to tak, jakby 

Jennie chciała zatrzeć wszystkie ślady po ojcu. 

Jennie jednak nie dała Marion wiele czasu na rozmyślania 

Bardzo chciała, żeby ciągle coś się działo. Pewnego ranka, 

podczas śniadania, zagadnęła: 

- Marion, nie rozumiem, dlaczego nie chcesz zobaczyć się 

ze swoimi przyjaciółmi. Co ci szkodzi? Zaproś kilka osób, 

ożywią trochę to miejsce. To ci dobrze zrobi. Jest tu tak ponuro 

od czasu, gdy ojciec zachorował. Trzeba wprowadzić trochę 

życia. Nie chcesz zaprosić przyjaciół na obiad albo kolację? 

Marion, wyrwana ze swych smutnych rozmyślań, uśmie­

chnęła się. 

background image

- Myślę, że nie, Jennie. Nie wiem nawet, kogo zaprosić. 

Prawie wszyscy moi znajomi ze szkoły pozakładali już rodziny 
lub wyjechali i mają swoje sprawy. Nie widziałam ich już tak 
długo, że teraz narzucanie się im byłoby nieodpowiednie. Sama 
wiesz, że nigdy nie wychodziłam dużo. Kiedy chodziłam do 
szkoły, byłam zbyt zajęta, a gdy mama zachorowała, nie 
miałam czasu. 

- Jesteś za młoda, aby tak mówić. Zostaniesz starą panną, 

zanim się obejrzysz. Tom, nie sądzisz, że Marion powinna 
więcej wychodzić? 

- Jeśli chce... - odparł Tom życzliwie. - Zawsze była raczej 

samotnikiem. 

- Nie można myśleć w ten sposób. Wiesz, że Marion powin­

na przebywać ze swoimi rówieśnikami i cieszyć się życiem. 
Siedziała w klatce już zbyt długo. 

Nieoczekiwanie w oczach Marion pojawiły się łzy, a jej 

wargi zaczęły drżeć. 

- Proszę, Jennie, przestań - przerwała. - Nie byłam w klat­

ce. Uwielbiałam przebywać z ojcem. 

- Oczywiście - Jennie odparła sucho. - Wszyscy wiemy, że 

byłaś dobrą córką i tak dalej. Zasługujesz na pochwałę. Ale 
należy ci się ciekawsze życie. Nie jest dobrze zamykać się 
w domu. Gdybyśmy tylko mieszkali na wsi, byłoby inaczej... 

Marion nie wiedziała, dlaczego życie na wsi miałoby być 

lepsze, ale próbowała uprzejmie odpowiedzieć. 

- Wiesz, Jennie, zamierzam znowu uczyć w szkółce 

niedzielnej, jeśli wciąż mnie potrzebują. 

- Szkółka niedzielna! - parsknęła Jennie. - Jeśli ci to spra­

wia przyjemność, możesz tam wrócić. Ale miałam na myśli 
towarzystwo jakichś miłych chłopców. Boże! W tym domu jest 
cicho jak w grobie! Miałam wielu przyjaciół w Port Harris, 
zanim tu przyjechałam. Przychodzili codziennie i dużo do sie­
bie dzwoniliśmy. Tak jest na wsi lub w małym miasteczku. Ale 
w wielkim mieście nikt cię nie odwiedza. Ludzie nie są przyja­
cielscy. 

- Musisz czuć się samotna - powiedziała Marion. - Nie 

zauważyłam tego, byłam zbyt zajęta, odkąd przyjechałaś do 
nas. 

background image

- Ależ nigdy nie jestem samotna - Jennie potrząsnęła 

głową. - Myślę o tobie. Ja mogę siedzieć w domu z dziećmi 

przez cały dzień i nie mam nic przeciwko temu. To o ciebie się 

martwię. 

Marion, mile zaskoczona, spojrzała na swoją bratową. Tros­

ka o nią to coś nowego u Jennie, która nie przejawiała 

większego zainteresowania Marion przez te lata, gdy mie­

szkały razem. Co się z nią teraz stało? 

Kiedy miały sprzątać gabinet ojca, Jennie stwierdziła, że 

chce zrobić to sama Powiedziała, że byłoby to za duże 

przeżycie dla Marion, zbyt wiele rzeczy przypominałoby jej 

tam ojca Marion próbowała oponować, ale gdy obudziła się 

następnego ranka, zauważyła, że Jennie wstała wcześniej 

i sprzątnęła cały pokój. Marion weszła tam na chwilę i ob­

jęła wzrokiem pusty pokój z półkami na książki wzdłuż ścian, 

biurkiem, starym, zniszczonym krzesłem i małym, obitym suk­

nem taborecikiem, na którym kiedyś, za dobrych czasów, gdy 

jeszcze chodziła do szkoły, siadała przy ojcu i uczyła się. 

Osunęła się na krzesło, położyła głowę na biurku i zaczęła 

płakać. 

Zapragnęła nagle, aby przez chwilkę dom należał wyłącznie 

do niej. Tylko przez chwilkę. Oczywiście było miło ze strony 

Jennie, że chciała przyjechać i pomagać przez te wszystkie lata. 

Na pewno musiała zrezygnować z wielu rzeczy. Zamieszkała 

daleko od rodziców, którzy są w Vermont, a nie bardzo lubiła 

miasto. Ale gdyby tylko nie chciała tak wszystkim sterować, 

zmuszać Marion do robienia rzeczy, które w jej przekonaniu 

powinna robić. Szkoda, że sama zajęła się porządkowaniem 

gabinetu ojca Marion wydawało się, że duch pokoju został 

naruszony przez czynności Jennie. 

Ale przecież to było niemądre. Marion podniosła więc głowę 

i wytarła oczy. Przywołała na twarz uśmiech i poszła do kuchni 

pomagać Nannie w zmywaniu. Jednak w jej sercu narastało 

poczucie, że Jennie przez to, co robiła dla niej ze swojej uprzej­

mości, odzierała ze świętości wszystkie rzeczy, które były dro­

gie dla jej duszy. Gdyby był jakiś sposób, aby powiedzieć 

Jennie o tym, nie raniąc jej jednocześnie. Marion była delikatna 

i nieśmiała i nie chciała ranić niczyich uczuć. 

background image

Pewnego razu przypomniała sobie słowa Jennie. Może jed­

nak powinna więcej wychodzić z domu. Może powinna odno­
wić stare znajomości. Zastanowiła się i postanowiła iść do 
kościoła w następną niedzielę. Zawsze uwielbiała chodzić do 
kościoła, ale ponieważ już od tak dawna nie mogła zostawić 
ojca na dłużej samego, poczuła się nieswojo na myśl o tym, że 
będzie siedzieć sama w miejscu, gdzie siadywała z ojcem. 
Poprosiła nawet Toma, żeby z nią poszedł, ale był umówiony 
z człowiekiem, który miał jakiś d o m do sprzedania. Jennie 
także odmówiła, tłumacząc, że nie może zostawić dziecka. 
Marion musiała więc iść sama. Chciała zresztą tam iść mimo 

wszystko i czuła, że ojciec byłby z tego zadowolony. 

Pastor powitał ją ciepło i po chwili spytał, czy nie chciałaby 

ponownie prowadzić zajęć w szkółce niedzielnej. Potem 
podeszła do niej pewna pani i spytała, czy nie zechciałaby 
pomóc w roznoszeniu potraw na wieczorku kościelnym, ponie­
waż trudno było doprosić się kogoś o to. Marion się zgodziła, 
ponieważ uważała, że nie może odmówić. Nawet Jennie, gdy 
o tym usłyszała, zaproponowała, że z n i ą pójdzie, ale wieczo­
rem źle się poczuła i Marion poszła sama. Zawahała się na 
moment, gdy przekraczała próg szkółki niedzielnej, gdzie od­
bywało się spotkanie. Pomyślała, że nie będzie mogła wytrzy­
mać całego wieczoru sama pośród obcych. Zawsze była 
nieśmiała, a pięć lat przebywania w domu i opieki nad rodzica­
mi jeszcze to pogłębiło. W domu była otoczona książkami, nie 
ludźmi. Bała się dużej grupy. Wolałaby raczej stać z boku 
i obserwować. Uwielbiała wymyślać historie o ludziach, ale 
bardzo trudno jej było przebywać i rozmawiać z nimi. Specjal­
nie przyszła później, żeby uniknąć konieczności siedzenia 
i prowadzenia rozmów, zanim zbiorą się wszyscy. 

Grupa roześmianych dziewcząt zbliżała się w jej kierunku 

i a b y uniknąć spotkania z nimi, Marion szybko weszła do 
środka i poszła do szatni, w której wisiało już wiele okryć. G d y 
wychodziła, dziewczęta właśnie weszły. Wesołe, ubrane w ko­
lorowe sukienki, zaczęły układać sobie włosy. Niektóre nawet 
wyjęły małe lustereczka i poprawiały makijaż. W rozmowie 
używały jakichś nowych słów, których Marion nie potrafiła 
zrozumieć. Były ksseaejpardzo młode, a niektóre z rzeczy, 

background image

o jakich rozmawiały, szokowały Marion. Czyżby młode, miłe 
dziewczęta, należące do Kościoła i uczęszczające do szkółki 
niedzielnej, rozmawiały teraz w taki sposób? Szybko od nich 
odeszła i skierowała się do głównego pomieszczenia. Przez 
moment poczuła się przytłoczona gwarem wielu głosów 
i różnorodnością ubiorów. Ktoś grał na fortepianie i wszyscy 
inni wydawali się mówić tak głośno, aby go przekrzyczeć. 

Marion czuła się obco i nieswojo. Zaczęła szukać kogoś znajo­

mego. Po drugiej stronie sali dostrzegła grupę młodych ludzi, 

wśro i których rozpoznała trzy koleżanki z klasy. Odruchowo 

skierowała się w tamtą stronę, mając nadzieję, że ją do siebie 
zaproszą. 

Jedną ze znajomych była Isabel Cresson. Marion pomagała 

jej kiedyś w matematyce. Nigdy nie zaprzyjaźniła się z nią 

bliżej, ale przynajmniej się znały. Gdy Marion do niej po­

deszła, nie spotkała się jednak z wylewnym powitaniem. Anna 
Reese i Betty Bryson ukłoniły się jej, ale Isabel Cresson ledwo 
na nią popatrzyła. 

- Czy to ty, Marion Warren? - z wyższością uniosła brwi. 

- Jak się masz? Nie widziałyśmy się całe wieki. Myślałam, że 
się wyprowadziłaś. 

Marion próbowała wyjaśnić, że ojciec chorował i nie mogła 

wychodzić, ale Isabel nie słuchała. Obrzuciła tylko dawną ko­
leżankę takim spojrzeniem, że ta zdała sobie sprawę, iż ma na 

sobie niemodną sukienkę i schodzone buty. Potem odwróciła 
się do młodych mężczyzn, z którymi rozmawiała chwilę 

wcześniej. Marion mechanicznie dokończyła zdanie o niedaw­
nej śmierci ojca, bardzo żałując, że w ogóle zaczęła o tym 
mówić. Isabel spojrzała na nią tylko po to, by wypowiedzieć: 

„To smutne, bardzo mi przykro", po czym wstała i poszła 

porozmawiać z jednym z mężczyzn. Nie powiedziała ani 

„przepraszam", ani nic o tym, że za chwilę wróci. Nie zapro­

ponowała, że przedstawi Marion swoim znajomym. Nikt nie 
zatroszczył się o to, żeby ją zaprosić do towarzystwa. Usiadła 
więc na krześle, zbyt dotknięta i poruszona, aby odejść natych­
miast. Oni natomiast rozmawiali ze sobą, ignorując Marion 

zupełnie. Po chwili usłyszała, jak Isabel w odpowiedzi na pyta­

nie jednego z mężczyzn ze śmiechem rzekła: 

background image

- Tak, można spotkać wiele nieciekawych osób w tym 

kościele, nieprawdaż? Chciałam namówić wujka Rada, że­
byśmy chodzili do kościoła na przedmieściach, ale nie zgodził 
się. Urodził się tutaj, od dzieciństwa chodził do tego kościoła 
i przez to my wszyscy musimy tu przychodzić. Ale ja już nie 
mogę. Nie mogę znieść tych wszystkich rzeczy, które się tu 
ciągle dzieją. Dzisiaj przyszłam tylko dlatego, że poprosili 
mnie, żebym zaśpiewała. Ed, czy słyszałeś, że Jefferson Lyman 
wrócił? To kolejny powód tego, że tu jestem. Miał tu przyjść, 
powspominać dawne czasy. Nie bardzo chce mi się wierzyć, 

ale może to prawda. 

- Kto to jest Jefferson Lyman? - spytał mężczyzna, który 

najwyraźniej przyjechał do miasta niedawno. 

- Coś ty, nie znasz Jeffa? Był kiedyś moim chłopakiem. 

Szaleliśmy za sobą. Odprowadzaliśmy się do szkoły, chodzi­
liśmy za rączkę, wiesz. Przez pięć czy sześć lat Jeff był za 
granicą i mówią, że stał się człowiekiem światowym. Nie mogę 
się wprost doczekać, żeby go zobaczyć. 

- Ale kim on jest? Mieszka gdzieś w okolicy? Nie jest 

chyba z tych Lymanów, właścicieli firmy Lyman? 

- Pewnie, że z tych. Poza tym, jest ostatnim z Lymanów. 

Jego ojciec i wujek umarli. Dlatego przyjechał. Ma teraz zostać 
głową firmy. Jest bardzo młody, jak na takie stanowisko, ale 
był długo za granicą. To dużo zmienia. Bardzo bym chciała go 
spotkać i odnowić naszą znajomość. Pojechał za granicę wal­
czyć na wojnie, był lotnikiem, zdobył wiele medali i odzna­
czeń. Potem tam został, zajmował się interesami firmy, 
podróżował, studiował. Straszny z niego mól książkowy, ale 

jest oszałamiająco przystojny, jeśli się nie zmienił, i wprost 

bajecznie bogaty. Jest właścicielem całej firmy działającej 

już od wielu lat. Ma dom w centrum miasta, na tej ulicy, 

gdzie jest galeria sztuki, obok Klubu Masońskiego, tak, właśnie 
tam; ma posiadłość na skraju miasta, na wzgórzu, skąd roz­
ciąga się widok na wiele mil; ma całe mnóstwo samochodów, 
armię służących i domek nad morzem w Nowej Anglii, 
z pięknym ogrodem tuż przy plaży. Jest tam przepięknie. Po­

jechaliśmy tam kiedyś na wakacje. Jakże chciałabym tam 

mieszkać! 

background image

- Pięknie! - powiedziała Betty Bryson. - Jeśli on ma to 

wszystko, to po co miałby przyjść na wieczorek kościelny? 
Jestem pewna, że na jego miejscu nie zajmowałabym się czymś 
takim. 

- Cóż, może nie przyjdzie - westchnęła Isabel. - Ja bym nie 

przyszła na pewno. Ale mówią, że interesuje się kościołem 
dlatego, że ojciec, stary Lyman, pomagał w jego organizacji. 
Gdy jest w mieście, zawsze przychodzi; nic w tym dziwnego. 
Wiecie, że pastor ma dziś swoje 25-lecie, dlatego tym bardziej 
powinien przyjść. Ale zdaje mi się, że będzie rozczarowany, 
nie sądzicie? Tyle tu zwykłych ludzi! Dlaczego niektórzy nie 
ubrali się chociaż porządnie? - Isabel przyciszyła głos i ro­
zejrzała się ukradkiem. 

Marion zauważyła, że spojrzała właśnie na nią. Wstała 

i udała się w kierunku kuchni, aby powiedzieć, że chce iść do 
domu, ponieważ źle się czuje. Po prostu nie mogła przebywać 
w takim towarzystwie. Po co się w ogóle organizuje takie 
imprezy? Nie było na nich żadnej pobożności, więc jaki był ich 
cel? A jakie okropne były jej znajome. Okrutne i okropne. 

A Isabel Cresson, jak ona się zmieniła, stała się taka gru-
biańska! Miała pomalowane policzki i usta. Jak bardzo ją 
to odmieniło! Była taką ładną dziewczynką o pięknych, zło­
tych, kręconych włosach, a teraz obcięła je bardzo krótko, po 
męsku. Niektórym mogło się to podobać, ale nie pasowało to 

do niej. 

Policzki Marion pokryły się rumieńcem, a z oczu bił smutek. 

Nigdy nie przeżyła czegoś takiego, nigdy nikt ze znajomych jej 
tak nie potraktował. Zwłaszcza ktoś, komu kiedyś pomagała. 
I o co chodziło? Nie była odpowiednio ubrana? Spojrzała na 
swoją prostą brązową sukienkę, o kroju, który był modny dwa 

lata temu. Była ciągle w dobrym stanie, ale rzeczywiście 
wyszła już z mody. Dlaczego wcześniej nie pomyślała, żeby 
kupić sobie trochę nowych ubrań, zanim spotka się ze znajo­
mymi? Musi pamiętać o tym następnym razem. Ale co to za 
znajomi, którzy ignorują swoją dawną koleżankę tylko dlatego, 
że jest nieodpowiednio ubrana? To dziwne, że ubiór ma takie 
znaczenie. Tak długo nie wychodziła z domu, że zapomniała, 

jak trzeba się zachowywać w świecie. 

20 

background image

Jennie i Tom nie mieli racji. Powinna była raczej zostać 

w domu i tam powoli dochodzić do siebie. 

Uważając, żeby nie natknąć się na nikogo, Marion szła 

w stronę kuchni. Jednak dostrzegł ją pastor i pozdrowił szero­

kim uśmiechem. Po chwili podeszła żona pastora i objęła ją 
ramieniem, mówiąc wiele miłych rzeczy o ojcu i wyrażając 
serdeczny żal, że odszedł. Marion poczuła się trochę lepiej 
i uśmiechnęła się. W chwilę potem podeszła pani Shuttle opie­
kująca się całą imprezą i odezwała się donośnym głosem, który 
sprawił, że Marion aż się wzdrygnęła: 

- Wreszcie jesteś, Marion Warren! Szukaliśmy cię wszę­

dzie. Bardzo cię potrzebujemy w kuchni, i to natychmiast. 
Kobieta, którą wynajęliśmy do zmywania, jeszcze nie przyszła. 
Ostatnio ciągle się spóźnia. Ma malutkie dziecko i nie może 

wychodzić wcześniej. Jesteśmy prawie gotowi podawać potra­
wy, a nie mamy naczyń. Czy nie zechciałabyś zmyć kilku? 

Mam nadzieję, że nie odmówisz. Chodź! 

Marion zniknęła więc w kuchni i założyła fartuszek. Pewnie, 

że mogła zmywać Robiła to przez całe życie. Było to dla niej 
nawet lepsze niż bycie z tamtymi ludźmi. Tak, była zado­

wolona. Wolała zmywać niż podawać potrawy. O wiele bar­

dziej! Tak powiedziała, gdy okazało się, że kobieta mająca 

zmywać w ogóle nie przyjdzie. Marion zmywała więc naczy­
nia do końca wieczoru. Postanowiła, że już nigdy, ale to nigdy 
nie wybierze się na podobne spotkanie, zanim nie zatroszczy 
się o odpowiedni ubiór! I nigdy nie pójdzie tylko dla przyjem­
ności. 

Nic nie zjadła, nawet lodów, które jej proponowano. Na 

samą myśl o jedzeniu robiło jej się niedobrze. Było jej na 
przemian zimno i gorąco i chciała płakać, ale nie skarżyła się. 

Przez cały wieczór myła posłusznie naczynia i uśmiechała się, 

gdy przynoszono następne. Pod koniec pani Shuttle nagrodziła 

ją pochwałą: 

- Marion, jesteś wspaniała! Nie wiem, jak ci dziękować! 

Musisz lubić zmywanie, prawda? Robisz z tego prawdziwą 

sztukę! Możesz już iść. Chciałabym, żebyś nam zawsze poma­

gała. Będziemy o tobie pamiętać, gdy znajdziemy się 
w opałach. 

background image

- To nic wielkiego - powiedziała Marion, starając się, aby 

jej głos nie brzmiał gorzko. 

- I naprawdę przyjdziesz jeszcze kiedyś, żeby nam pomóc? 
- Oczywiście - odparła - jeśli będę potrzebna. 

Pomyślała, że jeśli przyjdzie, to wejdzie tylnymi drzwiami, 

aby nie przechodzić przez główną salę. Może służyć Bogu 
zmywaniem naczyń. 

Wróciła do domu o pół do dwunastej, po umyciu ostatnich 

szklanek i łyżeczek. Miała nadzieję, że wejdzie cicho i że 

Jennie będzie już spała. Ale Jennie nie spała. Stała na schodach 
i od razu przywitała ją wymówkami: 

- Dziewczyno, co cię tam tak długo zatrzymało?! Dobrze 

się bawiłaś? Musiałaś się dobrze bawić, skoro tak długo zo­
stałaś. Czy ktoś cię odprowadził? 

- Zmywałam naczynia - odpowiedziała Marion zmęczo­

nym głosem. - Nie, nie bawiłam się zbyt dobrze. Zostałam, bo 
trzeba było pozmywać. Nikt mnie nie odprowadził. Woźny 

chciał to zrobić, ale powiedziałam, że nie trzeba. 

- Ja na pewno bym nie została - oburzyła się Jennie. 

- Myślą, że kim jesteś? Sługą? Na twoim miejscu nie 
poszłabym tam już nigdy. Są inne kościoły. A poza tym, może 
nie zostaniemy już tutaj długo. Tom dowiedział się, że jest 
farma na sprzedaż w Nowej Anglii. Jutro jedzie ekspresem 
o szóstej do Nowego Jorku. Musimy zjeść śniadanie o piątej. 
Lepiej kładź się, bo jutro nie wstaniesz. Nie będę mogła wiele 
przygotować, bo na pewno dziecko się obudzi i będę musiała 
się nim zająć. 

Marion bez słowa stała w miejscu, gdzie zastał ją głos 

Jennie, i nie ruszyła się stamtąd, nawet gdy ta wróciła do 
pokoju, zamknęła drzwi i zgasiła światło. Zamierzają wy­

jechać! Zamierzają się przeprowadzić! Chcą sprzedać dom, 

który jest dla niej jedynym drogim miejscem na ziemi! 
Podeszła do schodów i usiadła na najniższym stopniu. Z twa­
rzą ukrytą w dłoniach pomyślała, jak bardzo jest już tym wszy­
stkim zmęczona, jak bardzo ma już wszystkiego dość. Gdyby 

tylko mogła uciec tam, dokąd odszedł jej ojciec! Po kilku 
minutach ciężko wstała, zamknęła frontowe drzwi, zgasiła 
światło i poszła do swego pokoju. Zdjęła kapelusz i płaszcz 

background image

i upadła na kolana, pozwalając sercu wypłakać się przed Bo­
giem: 

- Mój Boże! Co mam robić? Jak mam to znieść? Proszę, 

zaopiekuj się mną. 

Zasnęła na kolanach podczas modlitwy i obudziła się dopie­

ro parę godzin później, cała zdrętwiała i zziębnięta. Drżąc 
weszła pod kołdrę i zasnęła ponownie, ze świadomością, że 
musi i tak niedługo wstać, aby zrobić śniadanie bratu. 

background image

3. 

Aby oszczędzać elektryczność, światła nie zapalano 

podczas kolacji. Marion nie zapaliła go nawet wtedy, gdy 
z rękami pełnymi naczyń wstała od stołu, aby pozmywać. Nie 

chciała, żeby ktokolwiek zauważył zmartwienie na jej twarzy. 

Wystarczająca ilość światła wpadała przez otwarte drzwi i Ma-

rion zaczęła zmywać, starając się robić to jak najciszej, aby 

móc słyszeć słowa brata. 

Tom Warren miał donośny głos, dlatego mimo brzęku tale­

rzy siostra mogła go dobrze słyszeć. Przed godziną wrócił 

z Vermont, dokąd pojechał oglądać farmę, którą oferowano za 
niską cenę. Dni jego nieobecności wypełnione były niepoko­
jem siostry i niecierpliwym oczekiwaniem żony. Gdy zaczął 

opowiadać, Jennie ciągle mu przerywała, dopytując się 

o więcej szczegółów. Przypominała jaskółkę latającą wokół 
swojego partnera, który przyniósł właśnie gałązkę na nowe 
gniazdo. Swoim głębokim głosem Tom oznajmił, że „znalezis­
k o " spodobało mu się od razu. Na farmie jest wszystko, czego 

się spodziewał, a nawet więcej. Dom jest w dobrym stanie, 
okolica jest piękna i zdrowa, ziemia żyzna i dobrze utrzymana, 

jest też gdzie sprzedawać przyszłe plony. Pozostało tylko po­

wiedzieć „umowa stoi". 

- To wspaniałe miejsce do zabawy dla dzieci - powiedział. 

- Nikt nie będzie musiał odrywać się od zajęć, aby wyprowa­

dzać je na podwórko. Żadnego betonu, kurzu, hałasu. Nic wam 

nie będzie przeszkadzało. Najbliższy sąsiad mieszka pół mili 
dalej, a do miasteczka są dwie mile. Ale to nie problem 

background image

- kupimy samochód, a kiedy dzieci trochę podrosną, Marion 
będzie mogła je uczyć. Ona zawsze bardzo pragnęła uczyć. Co 
ty na to, Marion? - niepotrzebnie podniósł głos. - Niewiele 
rodzin może sobie pozwolić na guwernantkę. 

Marion nie odpowiedziała. Tom pomyślał, że myjąc naczy­

nia, nie usłyszała pytania, i kontynuował opowieść. Marion 
natomiast ścisnęło się gardło i łzy napłynęły do oczu. Opano­
wała się jednak i nie przerwała swojej pracy. 

- Zobaczę się rano z Matthewsem - T o m podekscytowany 

mówił dalej. - Jeśli ciągle jeszcze chce kupić ten dom, sprze­
dam mu go i już jutro podpiszę umowę o farmę. Jak myślicie, 
moje panie, kiedy będziemy gotowi do wyjazdu? Jeżeli Mat-
thews kupi dom, to prawdopodobnie będzie się chciał wprowa­
dzić od razu. 

Marion wzięła głęboki oddech i gwałtownie cofnęła ręce 

znad zlewozmywaka. Przez chwilę wahała się, a potem szybko 
weszła do jadalni. Dłonie miała splecione, a jej twarz 
wyglądała nienaturalnie blado na tle ciemnej kuchni. 

- Tom - powiedziała słabym głosem . - Tom! 
T o m odwrócił się i spojrzał na nią, wyrwany ze swych w y -

wodów. 

- Tom! Nie sprzedasz tego domu! Przecież ojciec tak ciężko 

pracował, żeby go kupić i spłacić! To nasz dom. Mój - m ó j 
dom! Wiesz przecież, co powiedział ojciec! - ostatnie słowa 
prawie wykrzyczała. 

Na twarzy Toma widać było, że jest zdenerwowany. Jennie 

aż się zaczerwieniła ze złości. 

- To cała ty, Marion Warren! - wybuchnęła. - Trójka 

małych dzieci, które podobno kochasz, żyje w smrodliwym 
powietrzu miasta i potrzebuje wyjechać na piękną wieś, żeby 
móc się bawić na zielonych łąkach, a ty dla swojego kaprysu, 
dla jakiegoś starego domu stajesz im na drodze i zabierasz im 
tę możliwość. 

Szare oczy Jennie były teraz stalowozimne. Marion aż się 

wzdrygnęła od ich spojrzenia. 

- Marion - Tom rozpoczął łagodnie. - To wszystko 

o harówce ojca to banialuki. Sentymentalne banialuki - dodał, 
używając określenia żony. - Oczywiście, że ciężko pracował. 

background image

Wszyscy, którzy m a j ą rodziny, muszą pracować. Ja też ciężko 
pracuję. Ale wiesz doskonale, że ojciec nie trzymałby się kur­
czowo tego d o m u tylko dlatego, że ciężko pracował, a b y go 
kupić. G d y b y mógł się przenieść do lepszego, zrobiłby to. To 
nasza wielka szansa. Nie porzucamy go przecież; zamieniamy 
na coś lepszego. A jeśli chodzi ci o to, że jest to twój dom, to 
przecież wiesz, że nasz d o m będzie twoim domem, dokądkol­
wiek pojedziemy. Nie powinnaś się trzymać swoich głupich 
pomysłów. D o m na farmie będzie tak samo dobry jak ten nie 
później niż za trzy miesiące. Nie bądź niemądra - powiedział 
dobrodusznie, tonem starszego brata, ale Marion zbladła i stała 
nieruchomo, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami, 

jakby nie wierząc temu, co usłyszała. Pod spojrzeniem jej wiel­

kich czarnych oczu Tom spuścił wzrok, odwrócił się i zajął się 
nakręcaniem zegara. 

- Chodź, Jennie - ziewnął. - Idziemy spać. Jestem wyczer­

pany. To był ciężki dzień, a jutro muszę wstać wcześniej, żeby 
złapać Matthewsa, zanim wyjdzie do sklepu. 

Marion w milczeniu wróciła do kuchni, żeby dokończyć 

zmywanie naczyń. Jennie także tam weszła, energicznym ru­
chem ręki zapaliła światło i patrzyła, jak jej szwagierka układa 
naczynia na suszarce. Kiedy Marion skończyła, nie patrząc na 
Jennie, poszła do siebie na górę. Jennie nasłuchiwała, dopóki 
drzwi się za n i ą nie zamknęły, a potem poszła do męża. 

- Czy myślisz, że będzie robiła trudności przy sprzedaży 

domu? - spytała niespokojnie. 

- Trudności? Skąd! Nie będzie się sprzeciwiać - odparł 

pewnym tonem, jakim zawsze uspokajał żonę. - Popłacze so­
bie trochę, ale rano będzie już wszystko w porządku. 

- Ale czy połowa domu nie należy do niej? - zapytała Jen-

nie zdenerwowana. - Czy nie ma prawa, aby się na to nie 
zgodzić? 

- Tak, połowa należy do niej, ale na pewno się zgodzi. 

Oddałaby mi s w o j ą głowę, gdybym jej powiedział, że tak trze­
ba - zaśmiał się. 

- Może oddałaby ci głowę - Jennie machnęła ręką - ale 

czasami ma dziwne pomysły i coś mi się zdaje, że chce się 

jeszcze uczyć. 

background image

- Nonsens! - Tom gwałtownie zaprzeczył. - Jest na to za 

stara! Ma prawie dwadzieścia trzy lata. 

- Zobaczysz. 
- To ty zobaczysz. Wydaje mi się, że moja siostra ma trochę 

rozsądku. Spijmy już. 

Marion zamknęła drzwi swojej sypialni i poszła prosto do 

łóżka. Uklękła przy nim i schowała głowę w poduszkę. 

- Ojcze, ojcze - wyszeptała - co mam zrobić? Jak mam to 

znieść? 

Cały dom pogrążony był już dawno we śnie, a ona wciąż 

jeszcze klęczała, próbując to wszystko przemyśleć. Potem 

wstała, podeszła do okna i usiadła na wiklinowym krzesełku. 
Policzek przytknęła do ramy okiennej. Przez otwarte okno 
wpadał lekki wiaterek i delikatnie owiewał jej twarz, zdej­
mując jej włosy ze skroni, jak pod dotknięciem delikatnej 
ręki. 

Dom Warrenów zbudowany był z czerwonej cegły, miał 

marmurowe gzymsy i schody. Znajdował się w przyjemnej 
i spokojnej dzielnicy. W sąsiedztwie mieszkali mili ludzie. Za 
domem znajdował się niewielki ogródek dochodzący do asfal­
towej alejki. Niedawno Marion obsadziła alejkę kolorowymi 
kwiatami. Można już było zobaczyć, jak malutkie krokusy, 
hiacynty i żonkile, o które ojciec nauczył ją dbać, wschodzą 
z ziemi. Z okna Marion roztaczał się ładny widok. Uwielbiała 
patrzeć na zieleń roślin lub na ich białą szatę w zimie. Często 
spoglądała w niebo i wiedziała, kiedy zanosi się na zmianę 
pogody. Spojrzała w niebo i teraz; rogalik księżyca roztaczał 
wokoło blade światło rozpraszane przez chmury. 

Pokój zawsze był dla niej schronieniem i miejscem odpo­

czynku. Nie dochodziły tu żadne hałasy z ulicy. Proste łóżko 
z mosiężnymi ozdobami, biała komoda i toaletka, wiklinowe 
krzesło, muślinowe firanki i szary dywan, to wszystko dostała 
od kochającego ojca. Musiał brać nadgodziny i ciężko 
pracować, aby to kupić, nawet mimo protestów bardziej prak­
tycznej matki, która uważała, że pieniądze należy przeznaczyć 
na urządzenie salonu. Marion kochała swój biały pokój. Dawał 

jej schronienie przed przeciwnościami i trudnościami życia. 

Widok z okna, ogródek, chmury były jego częścią. Wszystko 

27 

background image

razem

 było połączone drogimi wspomnieniami kochanego 

ojca. A brat chciał jej to wszystko zabrać! To było straszne! 

To nieprawda, że Marion nie doceniała czystego powietrza, 

nieskażonej natury i wiejskich widoków. Miała artystyczną 
duszę i potrafiła dostrzegać piękno przyrody. Ale przeprowa­
dzka oznaczała dla niej porzucenie życiowych ambicji. Już od 
dzieciństwa pragnęła zdobyć dobre wykształcenie i ciągnęło ją 
do świata sztuki i kultury. Razem z ojcem postanowili, że 

zostanie nauczycielką, toteż bardzo się przykładała do nauki. 

Matka uważała, że szkoła średnia jej wystarczy, ale ojciec 

zachęcił ją do studiowania. Niestety, śmierć matki, a potem 
choroba ojca przekreśliły te plany. 

Zdawała sobie sprawę, że teraz już było raczej za późno na 

podjęcie normalnego toku nauki. Musiała wymyślić coś inne­
go; takie zajęcie, które pozwalałoby jej nie zrywać kontaktu 
z rzeczami, którymi najbardziej się interesowała. Było to 
możliwe tylko w mieście. Odbywały się tu odczyty, koncerty, 

wystawy, dostępne były biblioteki. Czuła, że nie straciła jesz­

cze szansy, aby podjąć naukę. 

W Vermont dni płynęłyby monotonnie, wypełnione obo­

wiązkami domowymi, a jedyną rozrywką byłoby trajkotanie 

Jennie. Dla Jennie życie polegało na utrzymywaniu domu 

w porządku i szyciu wieczorami. Nie rozumiała, czego więcej 

chciała Marion. Dla niej farma byłaby doskonałym miejscem 
- duży dom, ogród. Dzieci miałyby gdzie się bawić. Jennie nie 
potrzebowała niczego innego. Była dobrą matką i żoną. Ale 

wobec Marion zachowywała się tak, jakby ta była dzieckiem, 

które powinno robić wszystko, co mu się powie. Marion pa­
miętała, że Jennie opuściła swój własny dom i zamieszkała 

z nimi, aby im pomagać, dlatego zgadzała się robić to, co 
Jennie kazała. Jednak teraz czuła, że nie zniesie dłużej bycia jej 

służącą. Nie widziała powodu ku temu. Jeśli byłoby to koniecz­
ne dla Toma, Jennie lub dla dobra dzieci, nawet by się nie 

zastanawiała i pojechałaby z nimi. Ale naprawdę nie widziała 
powodu, aby pomagać na farmie i zawsze z nimi mieszkać, jak 
ktoś od nich zależny. Tomowi dobrze się wiodło w interesach. 

Miał trochę pieniędzy w banku, oprócz tego, co zostawił ojciec. 
Mógłby sobie pozwolić na wynajęcie kogoś do pomocy, gdyby 

28 

background image

Jennie tego potrzebowała. Zresztą Nannie już wiele pomagała. 
Zawsze opiekowała się rodzeństwem, gdy matka była zajęta. 

Oczywiście, gdyby zostali w starym domu, Marion przez jakiś 
czas czułaby się zobowiązana, aby im pomagać, przynajmniej 
dopóki dzieci były małe. Ale Jennie zdawała się myśleć, że taki 
stan rzeczy będzie utrzymywał się zawsze. Marion wiedziała, 

że tak nie będzie. Tak nie może być. 

Kiedy Tom po raz pierwszy usłyszał o farmie w Vermont 

i zaczął przebąkiwać o jej kupnie, Marion cały czas miała 

jeszcze nadzieję, że farma nie spodoba mu się. Ale teraz, gdy 

przez całą noc nie mogła zasnąć i myślała o tym, nie miała już 
wątpliwości, że Tom zechce sprzedać dom. Podświadomie była 
tego pewna, tak samo jak tego, że ona nie wyjedzie. Wyjazd 

oznaczałby dla niej odcięcie od świata. Na farmie nie miałaby 
dostępu do książek, kursów, wykładów, nie miałaby właściwie 
okazji spotkać ludzi, którzy mogliby jej pomóc, nie byłoby 

nawet kościoła w pobliżu. Kościół był bardzo ważny dla Ma­
rion od dzieciństwa, gdy chodziła tam z rodzicami. Zatem 
perspektywa ta była nie do przyjęcia. 

Jednak co miałaby robić po tym, jak odmówi wyjazdu? 

Żądać swojej części pieniędzy i kupić jakiś mniejszy dom? 
Próbować zatrzymać stary dom dla siebie? Czułaby się smutna 
i samotna, ale przynajmniej bezpieczna. W takim jednak wypa­
dku nie byłoby Toma stać na kupno farmy, na którą musiał 

przeznaczyć wszystkie pieniądze ze sprzedaży domu. Mógłby 
mieć jej to za złe. Jennie na pewno by miała. Jej rodzina 
pochodziła z Nowej Anglii, dlatego zawsze chciała tam wrócić. 

Marion rozważała poważnie kwestię spadku po raz pierwszy 

od śmierci ojca. Tom powiedział, że nie ma testamentu. Wyda­

wało się, że i dla niego oznaczało to, iż dzielą się po równo. Nie 
byłoby problemu, gdyby zostali w starym domu, ale co miała 

robić, gdyby się rozstali? Żądać swojej części? Na pewno oj­
ciec pragnął, aby miała swój udział. W swoich ostatnich 
słowach mówił o domu. Biedny ojciec, pewnie nie chciałby, 
żeby dom został sprzedany. Bardzo go lubił, podobnie jak ona. 

Marion bez wątpienia miała prawo do jego części. Jak powinna 

się zachować? Zgodziła się podpisać wszystkie dokumenty, 

jakie dawał jej Tom, gdy załatwiał sprawę spadku. Nie pytała 

background image

o nic. Była zbyt przygnębiona, aby się tym zajmować. Poza 
tym, ufała Tomowi, który sądził, że ma obowiązek opiekować 
się siostrą. Marion nie chciała przeszkadzać w realizacji jego 
pragnień. Może gdyby nie przeciwstawiała się sprzedaży domu 
i oddała swoją część, Tom zgodziłby się, aby została 
w mieście. Po długim namyśle zrozumiała, że gdyby nie poje­
chała z nimi na wieś, to automatycznie powinna zrezygnować 
ze swojej części. Nie byłoby to oczywiście po myśli ojca, ale 
wydawało się, że był to jedyny sposób na uniknięcie otwartego 
konfliktu z Jennie i wyrządzenia bratu krzywdy. Gdyby zrzekła 
się wszystkiego, Tom nic nie mógłby już powiedzieć. Miała 
prawo do własnego życia i robienia tego, co zaplanował dla 
niej ojciec. 

Wiedziała oczywiście, że jeśli chodzi o naukę, bez pieniędzy 

byłoby o wiele trudniej. Musiałaby zarabiać na życie i bardzo 
mało czasu zostawałoby jej na uczenie się. Ale poradziłaby 
sobie. Byłby to jedyny sposób na to, aby się usamodzielnić. 
Skończyłby się pewien etap w jej życiu. Uwolniłaby się od 
Jennie. Nigdy nie mogły się zrozumieć. Musi się wreszcie 
wyrwać, odetchnąć pełną piersią. Musi spełnić swoje naj­
większe pragnienia, inaczej pogrąży się w marazmie. Życie to 
nie tylko obowiązki domowe przyprawione garścią plotek. 

Dlaczego Tom i Jennie prawie nigdy nie chodzili do kościoła? 
Niedziela była dla nich zwykłym dniem; dniem, kiedy mogli 
więcej zrobić. Dziwili się, że Marion „marnowała" swój czas, 
ucząc w szkółce niedzielnej, że poświęcała czas kościołowi, 
który nie zapewniał jej życia towarzyskiego. Mogłaby znieść 

życie z nimi, gdyby zostali w domu, z którym wiązały się cenne 
wspomnienia. Ponieważ jednak wyprowadzali się do obcego 
miejsca, byłoby o wiele lepiej, gdyby rozstała się z nimi. 
Zrzekłaby się swojej części spadku i nie miałaby żadnych wy­
rzutów sumienia. Gdyby ojciec zostawił testament, byłoby 
może inaczej, ale skoro tego nie zrobił, trzeba było się z tym 
pogodzić. Można to jakoś załatwić. 

Następnego ranka Marion zeszła na dół i usiadła do śniada­

nia. Miała podkrążone oczy i suche wargi, ale na jej twarzy 
malował się spokój. Jennie rzuciła na nią szybkie spojrzenie 
i odetchnęła z ulgą. Nie było znaku sprzeciwu na słodkiej, 

30 

background image

smutnej twarzy. Tom pojawił się ze swoim głośnym „dzień 
dobry". Wyglądało na to, że zapomniał o małej kłótni z po­
przedniego wieczoru. Zjadł szybko śniadanie i wybiegł na spot­
kanie z Matthewsem. Marion jak zwykle pozmywała po śnia­
daniu. Jennie była tak zaaferowana wczorajszą rozmową, że 
nawet się nie odzywała. Siedziała jak na szpilkach. Chciała 
koniecznie porozmawiać o przyszłym życiu na farmie i dener­
wowało ją, że nie było okazji. Nie rozumiała postawy Marion. 
Nigdy nie dbała o czerwoną cegłę i marmurowe ozdoby. Przed 
swym ślubem mieszkała na przedmieściach, w domku ze spo­
rym ogrodem, ale perspektywa farmy w Vermont i nieograni­
czonych przestrzeni przyćmiewała nawet ten ogród. 

Tom wrócił w południe, wyraźnie uszczęśliwiony. Matthews 

zapłacił sto dolarów z góry, żeby przypieczętować umowę. Miał 
zapłacić resztę w ciągu dziesięciu dni i chciał się wprowadzić 
pod koniec miesiąca. Marion nic nie powiedziała, ale jej spojrze­
nie zdradzało, że ledwo udaje się jej powstrzymać. Tom i Jennie 
ukradkiem spojrzeli na nią, ale nie nawiązali do poprzedniej 
rozmowy. Marion ledwo tknęła obiad i zabrała się za sprzątanie. 
Jennie obserwowała ją niespokojnie. Wreszcie nie wytrzymała: 

- Marion, może zdejmiemy razem firanki i upierzemy je po 

południu? Musimy zacząć się pakować. Miesiąc to niewiele czasu. 

- Przepraszam cię - powiedziała Marion, myjąc ręce - ale 

po południu muszę wyjść. Pomogę ci jutro rano - po czym 
poszła do swojego pokoju, zostawiając Jennie zaniepokojoną 
i pełną wątpliwości. 

Dlaczego to Marion musiała wyjść? Dlaczego była taka taje­

mnicza? Zachowywała się bardzo dziwnie, osądziła Jennie. 
Może jednak coś knuła. Tom był zawsze tak wszystkiego pe­
wien. Powinien był porozmawiać z siostrą i wybić jej z głowy 

jej plany. Ta cicha zgoda była niebezpieczna. 

Wyjrzała zza firanki i zobaczyła, jak Marion wsiadła do 

autobusu jadącego w kierunku centrum. Powróciła do swoich 
zajęć, ale nie mogła się skupić. Chciała, żeby Tom już wrócił. 
Powinien wiedzieć, że Marion wyszła. 

Pół godziny później Marion weszła do okazałego biurowca 

dużej firmy i nieśmiało zbliżyła się do portiera. Trochę 
drżącym głosem spytała o prezesa wielkiego koncernu. 

31 

background image

- Pan Radnor jest dzisiaj bardzo zajęty - młody portier 

odpowiedział szorstko. Zmierzył ją wzrokiem i zauważywszy 

jej nieśmiałość i skromny ubiór, dodał jeszcze bardziej 

niemiłym tonem: - Ma spotkanie z radą nadzorczą o trzeciej, 
a teraz jest za kwadrans trzecia. Wątpię, czy przyjmie panią 
dzisiaj. 

- Ale... - wyjąkała Marion, przełykając ślinę. - Ale zajmę 

mu tylko chwilkę. Bardzo proszę powiedzieć mu tylko moje 
nazwisko i przekazać, że chcę zamienić z nim kilka słów. 

Portier zawahał się, ale zapisał nazwisko i podał kartkę 

posłańcowi, który zniknął za wielkimi mahoniowymi drzwia­
mi. Marion stała z mocno bijącym sercem. Jeśli nie uda jej się 
zobaczyć z prezesem, będzie musiała tu przyjść jeszcze raz, 
a ma tak mało czasu! Każdy dzień się liczy. Kiedy Jennie 
zacznie przeprowadzkę, będzie już prawie niemożliwe, aby 
mogła wyjść bez wyjaśnień. Czuła, że powiedzie się jej tylko 
wtedy, jeśli nie będzie nikomu mówiła o swoich planach, 
dopóki wszystkiego nie załatwi. Tom na pewno znalazłby jakiś 
sposób, aby jej przeszkodzić. 

Posłaniec pojawił się nagle w drzwiach, skinął na portiera, 

który zaczął patrzeć na Marion z większym szacunkiem 
i oznajmił, że pan Radnor przyjmie ją, jeśli nie zajmie to dużo 
czasu. Prezes był także przełożonym szkółki niedzielnej Ma-
rion i starszym kościoła, do którego należała. Znał i szanował 
ojca Marion od wielu lat. Zatem, gdy przestraszona dziewczy­

na przestąpiła próg gabinetu, przywitał ją bardzo wylewnie 
i posadził w jednym z wygodnych skórzanych foteli. 

- Dzień dobry, panno Marion - uśmiechnął się mile. Był 

dumny z tego, że znał całą szkółkę niedzielną po imieniu i ni­
gdy się nie mylił, pomimo że uczęszczało do niej wiele osób. 

- Cieszę się, że panią widzę, chociaż zostało mi tylko kilka 
minut do bardzo ważnego spotkania. Co mogę dla pani zrobić? 
Darzyłem pani ojca wielkim szacunkiem i bardzo ceniłem jego 
przyjaźń. Jeśli kogoś można nazwać człowiekiem Boga, to on 
nim był. 

Marion ożywiła się i zapomniała o strachu. 
- On też bardzo pana poważał, panie Radnor - powie­

działa nieśmiało. - Powiedział kiedyś, że wolałby poprosić 

background image

o przysługę pana, a nie kogokolwiek innego, bo traktuje pan 
biedaka, jakby był księciem. 

- Jeśli znałem kiedykolwiek jakiegoś księcia, to on nim był 

- odparł ciepło prezes. - Czuję się zaszczycony, że mnie po­
ważał. Jeśli mogę oddać przysługę jego córce, zrobię to 
z ogromną przyjemnością. 

- Tak... - Marion ponownie się stropiła. - Chciałabym 

zostać sprzedawczynią w sklepie. Czy mógłby pan mi dać list 
polecający do kogoś, kogo pan zna? Myślę, że nadawałabym 
się do tej pracy. Będę robić wszystko co w mojej mocy, aby nie 
zrobić panu wstydu. 

- Ależ oczywiście - odpowiedział pan Radnor dobrodusz­

nie. 

Bardzo chętnie pomagał członkom szkółki niedzielnej, a tę 

prośbę mógł akurat spełnić od razu. Jeden z dyrektorów wiel­
kich domów handlowych winien był mu przysługę. Był pewny, 
że spełni wszystko, o co go poprosi. Prezes lubił być pomocny, 
zwłaszcza że nie kosztowało go to wiele. Podniósł słuchawkę 
i zadzwonił. Marion z rosnącą nadzieją wsłuchiwała się, gdy 
pan Radnor zaczął bardzo ciepło opowiadać o jej ojcu i o niej. 
Poczuła też, że dzięki magii słów prezesa jej plan może zostać 
zrealizowany. Po chwili skończył i z tryumfującym uśmiechem 
zwrócił się do niej: 

- Wszystko w porządku, panno Marion - odezwał się takim 

tonem, jak gdyby ogłaszał coroczny piknik w szkółce niedziel­
nej. - Może pani objąć tę posadę, jak tylko będzie pani gotowa. 
Będzie pani musiała wypełnić jakiś kwestionariusz, ale to tylko 
formalność. Pan Chapman obiecał coś interesującego. Lepiej, 
żeby pani poszła tam od razu i zgłosiła się do niego, dopóki 
pamięta. Powiedział, że możecie się zobaczyć za pół godziny. 
Ma pani się zgłosić w biurze na drugim piętrze i spytać o pana 
Chapmana. Proszę, to moja wizytówka - pospiesznie dopisał 
na wizytówce „polecam pannę Marion Warren" i wręczył ją 
Marion. 

- Proszę tylko mi nie dziękować. To dla mnie drobnostka. 

Bardzo się cieszę, że mogłem to zrobić. Ma pani szczęście, że 
mnie jeszcze zastała, ponieważ o tej porze nie ma mnie za­
zwyczaj w biurze. Muszę już iść. Przepraszam, że nie możemy 

33 

background image

porozmawiać dłużej. Myślę, że ta praca będzie pani odpo­
wiadać. Chapman obiecał wysoką stawkę na początek 
i w przyszłości możliwość podwyżki. Niech pani przyjdzie, 

jeśli będzie pani miała jakieś kłopoty, chociaż jest to mało 

prawdopodobne. Do widzenia. 

Tak skończyła się ta krótka rozmowa. Marion wyszła z bu­

dynku i stanęła na schodach. Czuła całym sercem, że Bóg ujął 
się za nią i pomógł jej w potrzebie. 

background image

4. 

M a r i o n z bijącym mocno sercem pospieszyła do domu 

towarowego. Znalazła pana Chapmana i nie do końca mogąc 
uwierzyć w to, co się dzieje, zaczęła wypełniać kwestionariusz. 
Po pół godzinie skończyła i sama się zdziwiła, że poszło tak 
szybko. Wyszła z biura i usiadła na moment, aby wszystko 
spokojnie przemyśleć. Nie śmiała teraz wrócić do domu. Dzi­
wiła się, że ludzie przechodzący obok, patrząc na nią, nie 
widzieli, co się stało. Została przyjęta, przyjęta na pełny etat, 

jako sprzedawczyni! Zdawała sobie oczywiście sprawę, że wy­

sokość wynagrodzenia w dużej mierze była spowodowana re­
komendacją prezesa. Pan Chapman powiedział, że podwyżka 
zależy od niej, od jej dobrej pracy. Miała zacząć w dziale 
pasmanteryjnym, ale może za kilka dni zostanie przeniesiona 
do działu z książkami. Zdradził jej, że niedługo może zwolnić 
się tam miejsce. Aż jej oczy zabłysły! Zajmować się książka­
mi! Traktować je, jakby były ludźmi, znajomymi! Być z nimi 
cały dzień! To byłoby cudowne! 

Siedziała tak przez co najmniej dziesięć minut i rozglądała 

się po wielkim domu towarowym i jego łukowatych galeriach, 
przysłuchiwała się pięknej muzyce organowej, dobiegającej 
gdzieś z góry i przepływającej między rzędami biało-złotych 
kolumn. To był jej sklep, stanowiła jego część. Niedługo miała 
zostać trybikiem w mechanizmie pozwalającym mu działać. 
Będzie mogła oglądać setki nowych twarzy, słuchać wspaniałej 
muzyki, poznawać nowe rzeczy. To wspaniałe, wspaniałe! Oj­
ciec tak by się cieszył! Na pewno martwiłby się trochę, że 

35 

background image

musiała zacząć swoje nowe życie od posady sprzedawczyni, 
a nie nauczycielki, ale skoro sprawy tak się ułożyły, byłby 
zadowolony z szansy, jaką dostała. 

Z sercem bijącym mocniej na myśl o tym, co powiedzą Tom 

i Jennie, pospiesznie wstała i skierowała się do wyjścia - dzie­
wczyna z błyszczącymi oczami i wypiekami na twarzy, ubrana 
w prosty, skromny płaszcz i czarny kapelusz, które nie zwra­
cały uwagi pośród modnych, drogich ubrań otaczających ją ze 
wszystkich stron. 

Musiała stać w autobusie prawie całą drogę. Była już piąta 

po południu i zmęczeni i podenerwowani ludzie wracający do 
swych domów zajęli wszystkie miejsca. Wypieki zeszły z jej 
twarzy, zanim dojechała, Jennie jednak zauważyła, że jest ja­
kaś zmieniona. Zastanowiły ją błyszczące oczy szwagierki. 

- Gdzieżeś ty była? - spytała ostrym tonem. - Zdaje mi się, 

że jest tyle do roboty, że powinnaś się spieszyć do domu. 

- Musiałam się z kimś zobaczyć - odpowiedziała Marion 

tak, jak sobie zaplanowała. - Wróciłam tak szybko, jak to było 
możliwe. 

- Hm... - odezwała się bratowa znacząco. - Zdjęłam i wy­

prałam zasłony sama, jestem zmęczona, więc ty zrobisz kola­
cję. Lepiej się pospiesz, Tom ma wrócić wcześniej. 

Nic nie mówiąc, Marion zdjęła płaszcz i kapelusz i po­

słusznie poszła do kuchni. W obecności bratowej czuła się 
trochę spięta, ale gdy znalazła się sama w kuchni, chciało jej 
się śpiewać z radości na myśl o tym, co się stanie już niedługo. 

Nie będzie już musiała słuchać poleceń Jennie, znosić jej złego 
humoru i ostrych słów. Będzie panią samej siebie. Oczywiście 
będzie musiała wykonywać polecenia innych w sklepie, ale to 
będzie co innego. Po godzinach będzie miała czas dla siebie, 
będzie mogła robić, co jej się podoba. Nie będzie już żyła cały 
czas pod nadzorem. 

Jennie nie była tak spokojna, na jaką wyglądała. Była po­

ważnie zaniepokojona. Czy Marion znalazła testament? Czy 
podejrzewała, że został ukryty? Chciała od razu pójść do gabi­
netu i sprawdzić, czy znajduje się na miejscu, ale bała się, że 

Marion ją zobaczy i wtedy będzie miała powody do podejrzeń. 

- Czy myślisz, że spotkała się z prawnikiem i rozmawiała 

background image

o podziale spadku? - gdy tylko Tom wrócił, zwierzyła mu się 
ze swych podejrzeń. 

- Nonsens, Jennie! - zaprzeczył gwałtownie. - Co ci 

przyszło do głowy? Marion nie będzie robiła problemów. Nigdy 
nie sprawiała kłopotu. Jest słaba i pokorna. Nie śmiałaby. Zo­
baczysz, że za kilka dni sama będzie chciała z nami wyjechać. 

- Nie byłabym taka pewna - Jennie ściągnęła wargi. 

- Odetchnę, gdy to wszystko już załatwimy. 

- Dyrdymały! - odpowiedział. - Zostaw Marion mnie i nie 

rozmawiaj z nią o tym. Połowa kłopotów świata bierze się 
z bezsensownego trajkotania. Baby zawsze muszą o wszystkim 
gadać za dużo. Niedobrze się od tego robi. 

Jednak przy obiedzie uważnie obserwował siostrę, jakby sta­

rał się ją przejrzeć. Pragnąc załagodzić sytuację, wiele mówił, 
próbował być dowcipny i wszystkich rozśmieszyć. Sam się 
dużo śmiał i roztaczał wspaniałe perspektywy życia na farmie. 
Dwa razy podał Marion ciasto, zamiast zjeść ostatni kawałek, 

jak to zazwyczaj robił. 

- No i co, moje panie - spytał jowialnie, zbierając okruszki 

ze stołu naokoło talerza - spakujemy się w trzy tygodnie? 

- Oczywiście! - natychmiast odparła Jennie, nie mając 

śmiałości spojrzeć na Marion. 

- A ty, Marion, myślisz, że nam się uda? - zwrócił się do 

siostry, gdy ta wstała, aby sprzątnąć ze stołu. 

- Wydaje mi się, że tak - odpowiedziała chłodno, zabierając 

talerze. 

Czuła się tak, jakby te słowa wykrzyczała. Pogodziła się już 

ze sprzedażą, która była nieuchronna. Ale przecież miała plany 
na nowe życie. Nie oznaczało to oczywiście, że przekonała się 
co do sprzedaży, ale uznała, że lepiej będzie pozwolić Tomowi 
na kupno farmy. Skoro tak zdecydowała, nie wracała już do 
tego więcej. Wiedziała, że ciężko będzie rozstawać się z do­
mem, ale teraz nie było jej już tak bardzo przykro. Miała 
przecież szansę na coś więcej niż wegetacja z Jennie na farmie. 
Ponieważ nie chciała, aby brat odkrył jej sekret, poszła do 
pokoju. Skwapliwa zgoda mogłaby się wydać podejrzana. 

Jak nakazywała rodzinna tradycja, Tom powinien się nią 

opiekować. Tom był trochę staroświecki i na pewno nie 

37 

background image

uważałby za słuszne tego, żeby została sama w mieście. Wyda­

wałoby mu się, że nie dopełnia swojego obowiązku wobec 
siostry. Chciał dla niej dobrze, chociaż czasami jego wy­
obrażenie o tym, co byłoby dobre dla Marion, nie bardzo zga­
dzało się z jej własnym zdaniem. 

Marion nie wiedziała jeszcze do końca, jak przeprowadzić 

resztę swojego planu, nie wiedziała także, jak poinformować 
brata, że nie jedzie z nim do Vermont. Gdyby się dowiedział 
wcześniej, mógłby temu przeszkodzić i może jednak musiałaby 
pojechać. 

Tom jednak nie miał podejrzliwej natury i był zbyt pewny 

siebie, aby myśleć, że siostra mogłaby mu się przeciwstawić. 
Podniósł tylko brwi, spojrzał znacząco na żonę i zaczął sobie 
pogwizdywać. 

Przez następne dni pakowanie nabrało tempa i nikt nie mógł 

narzekać, że Marion nie pomaga. Choć z ciężkim sercem, ro­

biła, co mogła. W środę wieczorem szybko pozmywała naczy­
nia i włożyła płaszcz i kapelusz. 

- Marion, nie powinnaś iść dzisiaj na nabożeństwo, pewnie 

jesteś zmęczona - powiedziała Jennie z dezaprobatą. - Powin­

naś zostać, jutro też jest wiele do zrobienia. Połóż się do łóżka 
i wypocznij. 

Marion musiała pokonać kolejną przeszkodę na drodze do 

zrealizowania swoich planów. Nie bardzo chciała oszukiwać, 
że wychodzi na nabożeństwo, ale był to jedyny sposób, aby 
wyjść bez zbędnych pytań i poszukać mieszkania do wy­
najęcia. A minął już cały tydzień. Spojrzała na bratową. 

- Jednak chciałabym pójść - odrzekła, czując kłamstwo 

w swoim głosie. - Wiesz, że zawsze chodzę w środę. 

- Wiesz co? Są pewne granice, za którymi religijność staje 

się dewocją. A poza tym, przecież wyjeżdżasz stąd niedługo. 

Jedno nabożeństwo więcej czy mniej nie sprawia różnicy. I bez 
chodzenia do kościoła, gdzie zresztą mało kto się tobą inte­
resuje, masz dużo roboty. Jeśli jednak masz jeszcze trochę siły, 
to chciałabym, żebyś została i pomogła mi przerobić sukienkę 
Nannie. Już z niej wyrosła. 

Marion niepewnie stanęła przy drzwiach. Czy naprawdę mu­

siała zostać? Niespodziewanie nadeszła pomoc: 

 38 

background image

- Pozwól jej iść, jeśli chce, Jennie. Zawsze była bardzo 

religijna, a przecież wyjeżdżamy na wieś, gdzie nie będzie 
mogła często chodzić do kościoła. Powinna teraz pochodzić na 
zapas. A co do przeróbki sukienki Nannie, to wstrzymałbym 
się, dopóki nie będziemy na miejscu. Możemy mieć kłopoty 
z kupnem ulgowego biletu dla niej, jeżeli będzie wyglądała na 
choć o dzień starszą. Możesz iść, Marion. Zasłużyłaś na 
wyjście. 

Marion z wdzięcznością spojrzała na brata i wybiegła z do­

mu. Ciągle miała wyrzuty sumienia, że nie idzie naprawdę do 
kościoła, ale nie czekała ani sekundy dłużej, żeby nie zmienili 
zdania. Tom powrócił do swojej gazety, a Jennie zaczęła mu 
wyrzucać, że nadmiernie rozpieszcza siostrę. Nic dziwnego, że 

jest taka zepsuta. G d y b y był choć w połowie tak dobry dla 

żony, kazałby siostrze zostać i jej pomóc. Czuła się zbyt 
z m ę c z o n a , ż e b y położyć dzieci d o łóżka. T o m odparł n a to, ż e 
Marion ma przecież prawie dwadzieścia trzy lata i nie musi 
robić wszystkiego, co jej każą. Nie musi nawet mieszkać z ni­
mi. Po czym złożył gazetę i sam położył dzieci do łóżka. 
Pozwoliło mu to udobruchać żonę, ale przywiodło też myśl, że 
nie ma dużego pożytku z niezamężnych sióstr. 

Marion tymczasem szukała bez skutku. Nie mogła znaleźć 

w okolicy takiego mieszkania, które nie byłoby ponad jej 
możliwości finansowe. Zdawało jej się, że na wszystkie miesz­
kania, jakie oferowano, stać było tylko milionerów. Doszła do 
wniosku, iż została ukarana za to, że nie poszła do kościoła. 
Wróciła do domu bardziej załamana niż wtedy, gdy brat ob­
wieścił sprzedaż domu. Czy będzie mogła coś znaleźć bez 
wyjawiania wszystkiego bratu? Może jednak powinna to zro­
bić, może by jej mimo wszystko pomógł? Przestraszyła się, że 
po prostu nie ma takich mieszkań, na które byłoby ją stać lub 
które mogłaby zaakceptować. Jeśli nie były za drogie, były za 
zimne, za brudne lub w jakiś inny sposób odpychające. Gdy już 
myślała, że natrafiła na odpowiednie, zawsze znajdowała 
jakieś niedogodności i musiała szukać dalej. Wróciła do domu 

trochę później niż wracała zazwyczaj z kościoła, i musiała 
odpowiadać na natrętne pytania Jennie, dlaczego nie była na 
czas. 

background image

Dwa dni później Jennie oznajmiła, że zamierza wziąć dzieci 

i odwiedzić na pożegnanie siostrę, która mieszkała w małym 
miasteczku odległym o trzydzieści mil. Pojechała w piątek 
rano i wróciła w poniedziałek. Pomyślała, że większość rzeczy 

już jest spakowana i Marion poradzi sobie bez niej. Marion 

chętnie się na to zgodziła i Jennie z lekkim sercem postanowiła, 
że zrobi sobie chwilę odpoczynku, zwłaszcza że naprawdę 
dużo ostatnio pracowała. Wiedziała, że może liczyć na Marion. 
Marion zgodziła się, ponieważ mogła pracować rano i wieczo­
rem, a w dzień wygospodarować trochę czasu dla swoich 
spraw. Nieobecność Jennie była jej na rękę. Toma miało nie 
być w domu praktycznie cały dzień, w piątek i sobotę miał 

załatwiać jakieś interesy. Marion mogła zatem robić, co tylko 
chciała. 

Gdy Jennie wyjechała, Marion szybko posprzątała i wyszła 

do miasta szukać mieszkania. Miała kilka pomysłów. 
W szkółce niedzielnej była pewna dziewczyna, która pra­
cowała jako stenografistka i wynajmowała mieszkanie. Może 
będzie mogła jej pomóc. 

Okazało się, że wynajmowała pokój blisko swojego biura, 

ale był on obskurny, a przy tym współlokatorzy byli niemili. 
Sama szukała czegoś innego. Dała jej jednak kilka adresów 
i Marion wyruszyła na poszukiwanie, mając jeszcze mniej na­
dziei. Bardzo pragnęła mieć chociaż własny pokój, nieważne 

jak mały. Dobrze, żeby była tam kuchenka gazowa, ale 

uważała, że nawet bez niej mogłaby przyrządzać sobie śniada­
nia i może czasami kolacje. A gdyby zjadła w dzień w jakimś 
barze, kolację, zazwyczaj tak prostą, jak płatki na mleku, 
mogłaby bez problemu przyrządzać u siebie. Nie chciała spoty­

kać się w kuchni ze współlokatorami, zwłaszcza po tym, co 
opowiedziała jej dziewczyna o ludziach wynajmujących tanie 
pokoje. Bar to co innego. Nie trzeba tam nawiązywać bliskich 
stosunków z ludźmi. Poszła do jednego z barów, które zareko­
mendowała jej dziewczyna, i poprosiła o szklankę mleka z cia­
stkami. Jedząc przeglądała menu. Wyglądało na to, że można 
tu zjeść tani i dobry posiłek. Jeśli się znudzi niewielkim wybo­
rem dań, może przecież iść do innego baru. 

Zanim ranek się skończył, odwiedziła wiele brudnych mie-

background image

szkanek, wspięła się na wiele schodów i obejrzała wiele pokoi. 
Zaczęła myśleć, że nigdzie na świecie nie znajdzie pokoju, za 
który będzie mogła zapłacić. Obiecane zarobki, które 

z początku wydawały jej się takie wysokie, okazały się niewy­

starczające. Jednak na bardzo niewiele będzie mogła sobie 
pozwolić. Gdyby ojciec to mógł przewidzieć, bardzo by się 
martwił! Może zatem źle zrobiła? Może powinna jechać z To­
mem? Ale nie, musiała żyć swoim własnym życiem. Ojciec 

byłby bardzo niezadowolony, gdyby zrezygnowała z tych rze­

czy, które są dostępne tylko w mieście; z jego bibliotek, galerii 

i szkół. Musi wykorzystać tę szansę. 

Chwilami chciało jej się płakać. Wszystko byłoby o wiele 

prostsze, gdyby dostała swoją część spadku po ojcu. Ale nie 
miałaby odwagi powiedzieć tego Tomowi, gdyż ten zacząłby 
mówić, jak to ona swoimi głupimi kaprysami burzy mu wszyst­
kie życiowe plany i że bez całego spadku nie będzie mógł 
kupić farmy. Nie, niech już ma swoją farmę i będzie zadowolo­
ny. Nie będzie mógł robić jej żadnych wymówek. 

Chodziła więc od domu do domu, coraz bardziej zmęczona. 

Po południu, gdy już myślała, że będzie musiała albo wziąć 

malutką sypialnię bez ogrzewania, albo w ogóle zrezygnować, 
znalazła pokój, który wydawał się odpowiedni. Znajdował się 
na trzecim piętrze najsmutniejszego domku, jaki odwiedziła. 
Jego sufit był pochyły po obu stronach. Pokoik nie miał ogrze­

wania, ale za to miał piękne dwa mansardowe okna wychodzące 

na rzekę. Ogrzewanie nie było aż tak ważne, ponieważ zbliżała 
się wiosna. Poza tym właścicielka o twarzy smutnej jak ten dom 
powiedziała, że przez pokój przechodzi przewód kominowy 
i w zimie, jeśli będzie potrzeba, można palić w starym piecu 
drzewnym. Dowiedziawszy się, że dziewczyna będzie miała 

własne meble i nie będzie potrzebowała nawet dywanu, 
właścicielka zgodziła się wynająć pokój bardzo tanio. Marion 
z radością przyjęła proponowaną cenę. Właścicielka z pewnym 

ociąganiem powiedziała, że może usunąć z pokoju swoje rze­
czy, ale wprowadzić się można doptero za około tydzień. 

Wracając do domu, dziewczyna zastanawiała się, jak najle­

piej zorganizować przeniesienie rzeczy. Wiedziała, że brat 

będzie się mocno przeciwstawiał jej pozostaniu w mieście. 

background image

Może nawet posunąć się do tego, że zabroni jej przenieść meb­

le. Nie miał do tego prawa, ponieważ należały do niej, ale 
wiedziała, że jeśli tylko się uprze, zastosuje każdą metodę, 
żeby jej przeszkodzić. Marion nie mogła teraz sobie pozwolić 
na podejmowanie jakiegokolwiek ryzyka. Musi przenieść rze­
czy od razu i zamknąć swój pokój. Nie ma innego wyjścia. 

Po obiedzie zaczęła się pakować. Tom, jak tylko zjadł, wy­

szedł z domu, zatem nikt jej nie przeszkadzał. Oczy jaśniały jej 
z podniecenia. Ostrożnie, ale w pośpiechu zdejmowała obrazy 

i grafiki i układała je w szufladach biurka razem z innymi 
rzeczami. Porcelanową miednicę i dzbanek owinęła kocem, 
a łóżko i inne meble obłożyła gazetami, tak że pokój wyglądał 

jak przygotowany do remontu. Gdy to wszystko zrobiła, 
położyła się na materacu, na opakowanych poduszkach i przy­
kryła się płaszczem. Nie bardzo wiedziała, jak będzie spała 
przez resztę nocy, ale była zbyt zmęczona, aby o tym myśleć. 
Chciała przenieść wszystkie rzeczy do nowego pokoju, zanim 
brat i bratowa dowiedzą się o wszystkim. Uspokoi się dopiero, 

gdy będą już bezpieczne na nowym miejscu. 

Następnego ranka wezwała taksówkę bagażową i przewiozła 

meble. Właścicielka zamiotła i zmyła podłogę. Promienie 
słońca zalewały pokój i Marion pomyślała, że chyba dobrze 
będzie się jej mieszkało. Gdy wszystko poustawiała, wróciła 
pędem do domu i wzięła się za te wszystkie prace, których 
przez swoją pospieszną przeprowadzkę nie mogła wcześniej 
wykonać. Przez resztę dnia uwijała się tak, jakby zależało od 
tego jej życie. Nie przerywała pracy nawet po to, żeby coś 
zjeść. 

Za pierwszy miesiąc i za przewóz mebli zapłaciła ze swoich 

skromnych oszczędności i dopóki nie otrzyma pierwszej pen­
sji, na życie musi jej wystarczyć piętnaście dolarów. Była jed­
nak pewna, że sobie poradzi, i czuła się szczęśliwa, naj­
szczęśliwsza od śmierci ojca. 

Przyniosła ze strychu stare łóżko polowe i rozstawiła w swo­

im pokoju. Zamknęła drzwi i zabrała się do prac, o które prosiła 

ją Jennie. 

We wtorek rano Jennie odkryła, że drzwi do pokoju Marion 

są zamknięte na klucz. 

42 

background image

5L 

T ego popołudnia Marion chciała wywieźć pozostałe rzeczy. 

Miała nadzieję, że jej plan się nie wyda, dopóki nie wywiezie 
wszystkiego. Myślała, że nikt nie będzie zaglądał do jej pustego 
pokoju. Zaproponowała, żeby Jennie poszła do sklepu i d o k u -
piła rzeczy potrzebne w podróży, i obiecała, że sama zajmie się 
resztą. Wydawało się, że wszystko idzie po jej myśli. Nie 
doceniła jednak wścibstwa bratowej. W ł a ś n i e p a k o w a ł a w k u -
chni garnki i zastawę, o z n a c z a j ą c dokładnie k a ż d e pudełko, a b y 
nie było trudności ze znalezieniem czegoś przy wypakowywa­
niu, gdy niespodziewanie w drzwiach pojawiła się Jennie i ze 
złością w oczach i wyrazem wzburzenia na twarzy zapytała: 

- Marion, po co trzymasz swój pokój zamknięty? Boisz się, 

że ci coś ukradniemy? 

Marion odwróciła się i próbowała się uśmiechnąć do poiry­

towanej Jennie. 

- Jest tam taki bałagan. Wszystkie rzeczy są porozrzucane 

po całym pokoju. Zaczęłam się pakować dziś rano - odparła. 

Żeby tylko mogła przekonać Jennie. Żeby się jeszcze nie 

dowiedzieli! 

- Chcesz udawać, że nie ma bałaganu? Daj mi klucz, powy-

noszę poduszki i dywan. Potem mi pomożesz znieść je na dół. 

Marion przez chwilę zastanawiała się, co zrobić. 
- Ja mogę to zrobić - starała się, żeby jej głos brzmiał miło. 

- Usiądź tu i dokończ pakowania zastawy. Wyglądasz na 
zmęczoną. 

Jennie jednak prawie wybuchnęła. 

background image

- Daj mi ten klucz! - podniosła głos. - Myślisz, że chcę ci 

grzebać w rzeczach? Daj klucz, nie mam siły i ochoty kłócić się 
z tobą! 

- Jennie - powiedziała cicho Marion - wiesz, że to niepraw­

da. Chciałam tylko, żebyś usiadła i odpoczęła trochę. 

- Nie mam czasu na odpoczynek! - odrzekła Jennie. -1 nie 

cierpię pakować takich małych rzeczy. Skończ to, co zaczęłaś, 
i daj mi klucz. 

Marion z zaciśniętymi wargami i pobladłą nagle twarzą dała 

jej klucz i wróciła do swoich zajęć. To musiało się wydać 

wcześniej czy później. Teraz dopiero się zacznie! 

- Dziwnie coś na mnie patrzysz - powiedziała Jennie, biorąc 

klucz. - Naprawdę myślę, że nie chcesz, abym tam wchodziła. 

Poszła na górę i Marion słyszała, jak otwiera drzwi. Po 

chwili ciszy - złowieszczej ciszy - dały się słyszeć kroki i Jen­

nie wpadła do kuchni. 

- Co to ma znaczyć? - wykrzyknęła, a oczy prawie wyszły 

jej na wierzch. - Wiedziałam, że coś knujesz, taka byłaś cicha 

i pokorna. Widzę teraz, dlaczego zamknęłaś drzwi. Ludzie nie 
zamykają drzwi w swoich domach, jeśli nie mają czegoś do 
ukrycia. Co zrobiłaś z meblami, Marion Warren? 

Marion odwróciła się do rozgniewanej bratowej. Twarz 

miała pobladłą, ale spokojną i głosem opanowanym na tyle, na 
ile pozwalał jej stan nerwów, odpowiedziała: 

- Słuchaj, Jennie, to moje własne meble. Mam prawo z nimi 

robić, co chcę. Nie zrobiłam nic, czego musiałabym się wsty­
dzić. 

- Tak, pewnie, że się nie wstydzisz. Nie wiesz dobrze, kie­

dy człowiek powinien się wstydzić. Co z nimi zrobiłaś? 

Sprzedałaś? Jeśli tak, to nie wiem, jak chcesz urządzić swój 

pokój. Chcesz przez całe życie spać na łóżku polowym i trzy­
mać szczotkę i grzebień na podłodze? 

- Nie sprzedałam ich, Jennie - Marion próbowała powstrzy­

mać drżenie swojego głosu. Zawsze się trzęsła, gdy roz­
mawiała z rozgniewaną Jennie. 

- Więc co z nimi zrobiłaś? Nie chcę spędzić całego 

popołudnia, próbując to od ciebie wyciągnąć! Dalej, jestem 

przygotowana na wszystko! 

background image

- To nic strasznego - Marion popatrzyła na nią smutno. 

- Myślę, że w rezultacie będzie to korzystne dla ciebie. Są 
w pokoju, który wynajęłam. 

- W pokoju, który wynajęłaś! A to dobre! A po cóż to 

wynajęłaś sobie pokój, jeśli można wiedzieć? 

- Żeby tam mieszkać - odpowiedź Marion była prosta. 
- Żeby tam mieszkać! - wykrzyknęła Jennie. - Co ty po­

wiesz! A mogę wiedzieć, kto cię będzie utrzymywał, żebyś 

mogła za niego zapłacić? Może to tajemnica? Może to też 
chciałaś ukryć za zamkniętymi drzwiami? 

Szyderstwo w głosie Jennie sprawiło, że twarz Marion stała 

się pąsowa. Po chwili jednak odzyskała swój naturalny kolor. 
Dziewczyna zimno spojrzała na bratową i oficjalnym tonem 
odrzekła: 

- Dostałam pracę w domu towarowym Warda - po czym 

wróciła do przerwanego zajęcia, próbując powstrzymać 
płynące łzy. 

Jennie na chwilę zamurowało. Po chwili odzyskała głos 

i zaczęła powoli cedzić przez zęby: 

- I uważasz, że wszystko jest w porządku, tak? Uważasz, że 

jesteś chrześcijanką, tak? Chodzisz do kościoła i udajesz, że 
jesteś lepsza od innych, zawsze udajesz taką słodziutką i cierp­

liwą. Jesteś zakłamana! Poszłaś do pracy i wyniosłaś meble, 

jakby ktoś chciał ci je ukraść. Tylko po to, żeby narobić 

kłopotów bratu. Podczas gdy on ciężko pracuje i próbuje 
urządzić ci miły dom, gdzie byś się czuła wygodnie i bezpiecz­
nie, ty robisz coś takiego. Dlaczego nie poszłaś do niego i nie 

powiedziałaś, że go nie lubisz? Odpowiedz mi. Musi być jakiś 
ukryty powód, dla którego chcesz zostać. Boisz się powiedzieć 
o tym bratu. Wszystko rozumiem. 

Jennie była tak rozgniewana, że sama nie wiedziała 

dokładnie, co mówi. 

- Zapewne stoi za tym jakiś mężczyzna. Zawsze w takich 

przypadkach w grę wchodzą mężczyźni! 

Z pobladłą twarzą i gniewem w oczach Marion podeszła 

nagle do Jennie i potrząsnęła nią mocno. 

- Nie wolno ci mówić takich rzeczy! Nie wolno! To nie­

prawda, wiesz, że to nieprawda! Nie mogę jechać do Yermont. 

background image

Ojciec chciał, żebym tu została i skończyła szkołę! Nie mogę 

wyjechać. Nie masz prawa mówić tak do mnie! 

Marion nieświadomie złapała Jennie i przez moment 

potrząsała nią w rytm wypowiadanych zdań, jakby była dziec­
kiem, niezdolnym się opanować. Ale jej szczupłe ręce nie 

miały szans przy silnych ramionach Jennie, która po chwili 
uwolniła się zjej uścisku i wymierzyła Marion głośny policzek. 
Z bólu i poniżenia Marion ukryła twarz w dłoniach i płacząc 

wybiegła do swego pokoju. W hallu potknęła się o dywan, 
który leżał zrolowany na podłodze. Przewróciła się i przez 

chwilę leżała nieruchomo, cicho szlochając. Po chwili zdała 
sobie jednak sprawę, że nie może dać się pokonać w ten 
sposób. Może nie powinna była potrząsać bratową, nawet mi­

mo tego, że ta ją obraziła. Ale przecież miała prawo doma­
gać się wolności. Musi wrócić do Jennie i wszystko wyjaśnić. 

Szybko wytarła łzy i stanęła przed wściekłą Jennie. 

- Jennie, przepraszam, że potrząsnęłam tobą - powiedziała 

łagodnie - ale powiedziałaś coś, co mnie bardzo rozzłościło. 

- O tak, pewnie, że przepraszasz - odburknęła Jennie, napa­

wając się upokorzeniem Marion. - Boisz się, co powie twój 
brat na to, że podniosłaś rękę na jego żonę. To nie bardzo po 

chrześcijańsku atakować ludzi tylko za to, że mówią prawdę 
i nazywają rzeczy po imieniu. Musisz jednak wiedzieć, że nie 
mam zamiaru tego znosić, Tom także. Jeśli o mnie chodzi, 
cieszę się, że wreszcie wyszło szydło z worka. Tom zawsze 
myślał, że jesteś taka słodka, łagodna i delikatna. Ciekawe, co 

teraz sobie pomyśli. Zachciało jej się mną potrząsać. Upominać 
mnie, co powinnam mówić, a czego nie powinnam. Jesteś bez­
czelna i kłamliwa! Zejdź mi z oczu! Niedobrze mi się robi, gdy 

widzę, jak próbujesz pokrzyżować plany własnego brata. 

- Jennie, to nieprawda - stanowczo odpowiedziała Marion. 

- Nie powinno ci to robić większej różnicy, czy jadę do Ver-
mont, czy nie. Nie robię nic złego. Wzięłam tylko meble, które 
dostałam od ojca, gdy byłam mała. Nie żądałam nawet mojej 
części spadku, chociaż jestem pewna, że mam do tego pełne 

prawo. Przemyślałam to i zdecydowałam, że zrzeknę się pie­

niędzy, żeby Tom mógł kupić tę farmę. Nie wiem, jakie ma to 
dla was znaczenie, czy wyjadę, czy zostanę. Nie chcę pieniędzy. 

background image

- Pieniądze! Pieniądze! - Jennie była zbyt wściekła, żeby 

logicznie myśleć. - Jakby pieniądze były wszystkim. Jakby 
twój ojciec nie chciał, żebyś została z bratem i zachowywała 
się jak porządna dziewczyna, a nie uciekała gdzieś jak nastolat­
ka. Jakbyś nie zostawiała mnie samej z całą robotą, wychowy­
waniem dzieci i farmą, bez kogoś, kto mógłby mi pomóc! 
- chciała mówić dalej, ale Marion jej przerwała: 

- Słuchaj, Jennie! Nie musiałaś jechać na farmę, jeśli nie 

chciałaś, i nie masz prawa żądać tego ode mnie. Tom może ci 
wynająć kogoś do pomocy, jeśli tego potrzebujesz. 

- Wynająć kogoś do pomocy! Jakby Tom spał na pie­

niądzach. Nie przeszkadza ci, że brat będzie musiał ponosić 
dodatkowe wydatki, podczas gdy ty będziesz sobie leżeć i dob­
rze się bawić! 

- Przestań! Nie zamierzam tu leżeć i się bawić! Będę ciężko 

pracować i uczyć się. A wy będziecie mieli z głowy przynaj­
mniej moje utrzymanie, jeśli nie brać już pod uwagę mojej 
części spadku. Nie zdajecie sobie chyba sprawy, że sprzeda­
liście dom, do którego jestem bardzo przywiązana. Ojciec za­
wsze mówił... 

Ale Jennie, patrząc z przestrachem na Marion, wybiegła do 

swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Potem Marion 
słyszała, jak Jennie długo i głośno płakała. 

Czując, że jest winna temu wszystkiemu, i rozumiejąc, że 

prawdziwa chrześcijanka nie powinna się tak unosić, z bólem 
w sercu i smutnymi, pełnymi łez oczami, zabrała się do prze­
rwanej pracy. Spróbowała z tych niewielu produktów, które nie 
były jeszcze spakowane, przyrządzić dobrą kolację. Ale kiedy 
Tom wrócił, burza jeszcze nie ucichła i nikt nie ruszył niczego, 
póki kolacja nie wystygła. Jennie wyszła na powitanie męża 
cała we łzach, jak tylko usłyszała jego kroki na schodach. 
Marion zasmuciła się jeszcze bardziej, gdy Tom spojrzał na nią 
zdumiony, nie wierząc temu, co usłyszał: 

- Marion, nigdy nie myślałem, że możesz to zrobić! Czy to 

prawda? Zaatakowałaś moją żonę i potrząsałaś nią? 

Marion otworzyła usta, aby zaprotestować, ale żadne słowa 

nie przeszły przez jej ściśnięte gardło. Patrzyła tylko na brata 
nieszczęśliwymi i smutnymi oczami. Jak mogła powiedzieć, że 

background image

Jennie uderzyła ją w twarz? Jak mogła powiedzieć, że ona, 
chrześcijanka, i Jennie, żona jej brata, o mało się nie pobiły, jak 
przekupki na targu? Jak miała się usprawiedliwić? Nie była 
w stanie niczego powiedzieć, ponieważ była przybita tym, że 
Tom, jej brat, uwierzył w to wszystko. Nie usłyszał tego, co 
miała na swoją obronę. Stała, nic nie mówiąc, i słuchała, jak 
Jennie opowiada całą historię w swojej własnej wersji, obwi­
niając ją o wszystko i nie przyznając się do niczego, co sama 
zrobiła. Tom w końcu przytulił żonę i zaczął ją uspokajać. 
Powiedział, że powinna iść na górę i położyć się, a on przynie­
sie jej kolację. Poprowadził Jennie na schody i rzucił Marion 
spojrzenie pełne wymówek. Po długim czasie zszedł na dół 
i odezwał się szorstkim tonem: 

- A teraz, Marion, powiedz mi, co masz do powiedzenia. Co 

to za bzdura z tym wynajęciem pokoju? Wiesz przecież, że nie 
mogę na to pozwolić. 

Marion stała wyprostowana, próbując powiedzieć wszystko, 

co sobie zaplanowała, ale usta jej się trzęsły i nie mogła zebrać 
myśli. 

- Tom, nie jestem małą dziewczynką. Jestem pełnoletnia. 

Nie masz prawa mi nie pozwalać. A ja mam prawo tu zostać, 
tak jak postanowiliśmy z ojcem. Nie robię nic złego. Świado­
mie zdecydowałam się oddać ci moją połowę spadku i sama 

zarabiać na życie. 

- Więc uważasz, że zależy mi tylko na pieniądzach, tak? 

- przerwał, patrząc na nią zimnymi oczami. 

- Tom! Dlaczego nic nie rozumiesz? 
- Ależ rozumiem - powiedział chłodno. - Bezsensownie 

uparłaś się, to wszystko. Jednak nie mogę ci niczego zabro­
nić; musisz sama zobaczyć, że postępujesz głupio. Wszyscy 

wiedzą, że ojciec był sentymentalny... 

- Tom! - wykrzyknęła Marion. - Przestań! 
- Nie, nie przestanę - odparł - ponieważ to nie ma sensu. 

Uparłaś się i nikt na to nic nie poradzi. Musisz sama to zro­

zumieć i myślę, że nastąpi to niedługo. Dobrze, idź swoją 
drogą, niech ci życie da lekcję. Jesteś pełnoletnia i nie mogę cię 
powstrzymać siłą. Złapałaś bakcyla nauki, ale nie zdajesz sobie 
sprawy, że masz zbyt wiele lat, żeby się uczyć. Otrzymałaś 

48 

background image

wykształcenie wystarczające dla porządnej, wychowanej 
w szanowanym domu kobiety. Ale ty sama musisz się o t y m 
przekonać. Zostań więc. Pamiętaj jednak, gdy już się nauczysz 
tej lekcji, zawsze jestem gotowy ci przebaczyć i przyjąć cię 
z powrotem. Będzie na ciebie czekał miły i wygodny dom, 
a w n i m wszystko to, czego kobieta potrzebuje do szczęścia. 
Teraz tego nie widzisz, ale przyjdzie czas, gdy będzie ci przy­
kro i wstyd, że tak potraktowałaś swojego jedynego brata. Nie 
myślisz chyba, że ojciec chciałby, żebyś nas opuściła i zamie­
szkała sama. Odpowiedz mi. 

- Myślę, że chciałby - odpowiedziała Marion smutno. 

- W ostatnich słowach powiedział, że mój dom będzie tutaj. 

- Znowu się do tego przyczepiasz? Chcesz mnie obwiniać 

za sprzedanie domu? Trzeba było to powiedzieć, zanim został 
sprzedany. Teraz już jest za późno. Miałaś prawo nie podpisać 
się na umowie, ale nigdy nawet nie powiedziałaś... 

- Tom, prosiłam cię tamtego wieczoru... 
- A tak, histeryzowałaś na początku. Spodziewałem się te­

go. Ale gdy opowiedziałem ci, w jakim wspaniałym domu 

będziemy mieszkać... 

- Tom, nie obwiniam cię, ja tylko... 
- Owszem, obwiniasz. Powiedziałaś, że ojciec postanowił, 

że masz mieć ten dom, a ja ci go zabrałem. To miałaś na myśli, 
prawda? 

- Tom, jeśli przekręcasz moje słowa, nie chcę z t o b ą tak 

rozmawiać. Ja... 

- Bardzo dobrze, nie rozmawiaj. Ja też nie mm zamiaru. 

Nie chcę słuchać twoich wyjaśnień. Denerwuję się tylko. 

Skończyłem! Idź i rób co chcesz, a jak zdasz sobie sprawę ze 
swojego błędu, daj mi znać. Wtedy będziemy mogli roz­
mawiać. Skoro tak się rzeczy m a j ą , nie mam nic więcej do 

powiedzenia. Jeśli zmienisz zdanie przed naszym wyjazdem, 
możesz oczywiście jechać z nami, ale wiem, że nie można się 
spodziewać wiele po kimś tak głupim. Nawarzyłaś piwa, to je 
wypij. Nie, nic nie mów! Skończyłem. 

Wszedł po schodach na górę, nawet nie patrząc na kolację, 

którą przygotowała z takim trudem. 

Ostatnia noc w jej drogim domu była najgorsza. Marion nie 

49 

background image

mogła zasnąć prawie do rana. Wszystko ułożyło się gorzej niż 
sobie mogła wyobrazić, ale przynajmniej czuła pewną ulgę, że 

ma to już za sobą. Następnego ranka zeszła na dół blada i smut­
na, przygotowała ostatni w tym domu posiłek i poszła do sie­
bie, zanim zeszli inni. Złożyła materac i poszwy i ułożyła je 
w s z u f l a d z i e . G d y przyszli tragarze, pokierowała n i m i przy 
przenoszeniu mebli, gdyż wiedziała, w jakiej kolejności Tom 
chciałby, aby były poukładane w samochodzie. Była z nimi 
także wtedy, gdy przyszli do gabinetu po biurko ojca. Oczy 
Marion zaszły łzami, gdy je wynosili. Biurko ojca! Prawdopo­
dobnie nie zobaczy go już. Dlaczego nie poprosiła Toma, żeby 

je zostawił dla niej? Znalazłoby się jeszcze trochę miejsca w jej 

malutkim pokoju. Może kiedyś, gdy Tom przekona się do jej 
nowego życia, będzie chciał jej dać ten drogi mebel. Ale jesz­
cze nie teraz. 

Przy wynoszeniu biurka z tyłu szuflady wysunęła się prawie 

do końca brązowa koperta. Marion wyciągnęła ją i wsunęła za 

bluzkę, nawet jej nie oglądając. Może to była tylko pusta koper­
ta, ale należała do ojca. Zresztą, pusta czy nie, mogłaby zginąć 
w samochodzie. Żeby Jennie nie zauważyła wypukłości pod 
bluzką, Marion poszła do swojego pokoju i włożyła kopertę do 
torebki. Nie miała czasu, aby zobaczyć, co jest w środku. 

Tom jeszcze raz spróbował przekonać siostrę, żeby po­

jechała z nimi. Po raz ostatni oglądał dom. Jennie i Marion 

wszystko dokładnie wysprzątały i wystarczyło teraz tylko po­
zamiatać po tragarzach. Gdy Marion wzięła do ręki miotłę, brat 
zbliżył się do niej i jeszcze raz zaczął powtarzać swoje argu­
menty. Niespodziewanie Marion wybuchnęła: 

- Tom! Przestań! Wiesz, że ojciec zawsze chciał, żebym 

studiowała. Spodziewał się, że zostanę w domu, który dla nas 
zbudował, i bardzo mi ciężko go opuszczać. Ale ponieważ nie 
było innego wyjścia, nie przeciwstawiałam się sprzedaży, bo 
widziałam, ile dla ciebie znaczy ta farma, a nie miałeś wystar­
czająco dużo pieniędzy. A teraz proszę, pozwól mi zostać i nie 

bądź dla mnie niemiły. Nie zniosę tego. Tak czy inaczej, muszę 
zostać. Chcę chodzić na odczyty i na koncerty, a może i do 

szkoły wieczorowej. Muszę wykorzystać tę szansę. Nie mogę 

jej stracić. 

50 

background image

Tom zobaczył błagalne spojrzenie Marion i dopiero teraz 

zauważył ze zdumieniem, jak bardzo była przywiązana do ojca. 
Nawet trochę go przypominała. Tak samo jak on potrafiła być 
stanowcza, mimo swojej łagodności. Zrozumiał, że nie było 
sensu przekonywać jej dłużej. Nie zrezygnuje ze swoich „wiel­
kich planów". 

- Nie ma co z nią rozmawiać, Jennie - wrócił do żony. 

- Uparła się, że będzie się uczyć, i nic nie zmieni jej zdania. 

Ojciec wbił jej to do głowy i Marion musi spróbować, dopóki 
się nie znudzi. Niedługo zacznie za nami tęsknić i za kilka 
tygodni z radością do nas przyjedzie. Pozwolić jej przez jakiś 
czas samej się utrzymywać to najlepszy sposób, żeby przeko­
nała się, jak jest ciężko. Tylko to może ją wyleczyć. Szybko 
zrozumie swój błąd i wróci do nas. 

- Tak, po tym, jak wszystko już tam urządzimy - odrzekła 

Jennie zgryźliwie. - Miałeś zawsze zbyt miękkie serce w sto­
sunku do Marion. Mogłam się spodziewać, że ulegniesz. Dob­
rze, że dom jest sprzedany, bo inaczej przekonałaby cię jesz­
cze, żebyśmy tu zostali. 

Przez następne dwie godziny Marion jeszcze sprzątała, ale 

wreszcie skończyła i mogła ich wszystkich pożegnać. Była już 
zmęczona ciągłym dogryzaniem ze strony Jennie, przery­
wanym jedynie momentami, gdy bratowa się do niej nie od­
zywała. Gdy pocałowała się z dziećmi na do widzenia i T o m 
uścisnął ją mocno, poczuła się nagle samotna. Wytarła jednak 
napływające do oczu łzy i pomachała im na pożegnanie. 

51 

background image

6. 

M arion była bardzo zmęczona, zmęczona jak nigdy przed­

tem, ale czuła jakąś wewnętrzną euforię. Ciągle odczuwała 
smutek i napięcie ostatnich dni oraz przygnębienie, towa­
rzyszące rozstaniu z Tomem. Zdała sobie jednak sprawę, że 

stoi teraz na progu nowego życia, że może wreszcie zrealizo­
wać swoje marzenia. Mogła wprowadzić w życie to wszystko, 
co planowali z ojcem. Była to winna jemu i sobie. Czuła, że 
stoi przed n i ą wielkie wyzwanie. Może miała rację, może nie, 
ale chciała je podjąć. Została w mieście, aby doskonalić się na 

chwałę Pana. Nie wiedziała do końca, w jaki sposób jej życie 
mogłoby przyczyniać się do Jego chwały, ale od dzieciństwa 
uczono ją, żeby do tego dążyła. 

Była więc panią samej siebie. Mogła sama organizować so­

bie czas i robić to, na co miała ochotę, przynajmniej po godzi­
nach pracy. To było wspaniałe! Inne dziewczęta na pewno 
fetowałyby t a k ą okazję, ale Marion nie myślała o tym. Odpo­

wiadała teraz za siebie i musiała postępować rozważnie. 
Wstąpiła do małego baru i zamówiła sobie herbatę z kanapką, 
rozglądając się po swoim nowym świecie z zainteresowaniem. 
W kącie siedziały dwie dziewczyny mniej więcej w jej wieku 
i rozmawiały o czymś ze śmiechem. Czy obchodziły je wielkie 
rzeczy, do których dążyła Marion, czy po prostu spędzały życie 
na zabawie? Wyglądało, że raczej to drugie. Kimkolwiek jed­
nak były, Marion czuła pewną więź z nimi i wszystkimi nieza­
leżnymi młodymi ludźmi. Może był to rodzaj odreagowania po 
latach monotonnego życia, może sposób na pokonanie depresji 

background image

wynikającej ze wszystkich ostatnich wydarzeń; tak czy inaczej 

Marion poczuła się wolna. Jednak nie przychodziło jej to łatwo 
- poczucie obowiązku było w niej tak silne, że musiała aż 

walczyć ze sobą, aby nie robić sobie wymówek za to wszystko, 

co zrobiła. Było jej bardzo ciężko pozbyć się uczucia, że 

postąpiła źle. 

Na stromych schodach prowadzących do jej pokoiku było 

bardzo ciemno. Właścicielka przyświecała jej świecą, przepra­

szając, że nie pali się lampa, którą po pijanemu rozbił jeden 

z lokatorów. Marion wzdrygnęła się i weszła do pokoju, który 
wyglądał obco i niesamowicie w świetle maleńkiej lampki 
gazowej. Zdała sobie sprawę, że życie nie będzie łatwe. 

Zamknęła dokładnie drzwi, pamiętając o pijanym współlokato-
rze, zdjęła płaszcz i kapelusz, rozpakowała materac i poduszki. 
Ułożyła je na łóżku, wyjęła koc, położyła się i szybko zasnęła. 
Obudziła się dosyć późno następnego ranka, ale z powodu 

swojego wyczerpania potrzebowała długiego odpoczynku. Nie 

wyrwał jej ze snu głos bratowej, krzyk dzieci, nie wzywały jej 
żadne obowiązki. Było wspaniale tak leżeć i powoli się budzić, 

nie bojąc się, że ktoś zaraz może kazać natychmiast wstać. 
Mimo ogromnego fizycznego i psychicznego zmęczenia po­
czuła się lepiej. 

Kiedy wreszcie wstała i zaczęła szukać zegarka, natknęła się 

na kopertę, którą znalazła wczoraj i o której zupełnie zapom­
niała. Delikatnie wyjęła ją z torebki i rozprostowała na stole. 
Gdy zobaczyła, co jest na niej napisane, musiała aż usiąść 

z wrażenia. Starannym pismem ojca wykaligrafowany był 
napis „Testament". Przez moment siedziała nieruchomo, 
przestraszona tym, co odkryła. Zatem istniał testament i Tom 
go nie znalazł! Co powinna teraz zrobić? Wysłać mu go? Ot­
worzyć? Może byłoby lepiej, gdyby go nawet nie czytać i zni­
szczyć, skoro dom był już sprzedany. Tom mógłby się poczuć 

okropnie, gdyby złamał któreś z poleceń ojca, a teraz było 

przecież za późno, żeby cokolwiek odwrócić. Może wywo­
łałoby to jeszcze większe niesnaski pomiędzy nimi? Powinna 
chyba go zniszczyć. Po prostu zniszczyć nie czytając. 

Trzymała testament w ręku i patrzyła na niego, czując, że 

trzyma coś, czego nie ma prawa oglądać. Ale także nie ma 

background image

prawa go niszczyć. Może zawierać coś, o czym nie wiedzieli, 
coś ważnego i cennego. Nie zrobi chyba nic złego, gdy go 
przeczyta. Oczywiście, wszystko zachowa dla siebie, nie 
będzie żądać rzeczy jej należnych. Z własnej woli zrezygno­
wała ze swojej części spadku. Nie było powodu, żeby teraz 
zmieniła zdanie. Powoli, jakby z wahaniem, otworzyła kopertę, 
w y j ę ł a kartkę i zaczęła czytać. Znajome pismo sporządzonego 
w d o m u testamentu spowodowało, że ścisnęło jej się gardło 
i oczy napełniły się łzami. Przeczytała jednak do końca. Oka­
zało się, że ojciec zostawił jej cały d o m z meblami oraz wszyst­
kie pieniądze na koncie, kilka tysięcy dolarów. Tom miał do­
stać pieniądze z ubezpieczenia na życie. Ojciec nazywał ją 
„moja droga córeczka" i w zdaniu odwołującym się do rycers­
kości Toma prosił go, aby pomógł Marion i dopilnował, żeby 
miała warunki do nauki. 

Marion rozpłakała się i zaczęła całować testament! Naj­

droższy tato! To było jak głos z innego świata. Siedziała na 

łóżku, zanosząc się płaczem, i przypominała sobie te wszystkie 
lata, g d y o j c i e c się n i ą t a k czule opiekował. P o w o l i uspokoiła 
się jednak, wytarła oczy i przeczytała testament ponownie. Nie 
żałowała, że go otworzyła. Cieszyła się, że ojciec zatroszczył 
się o n i ą przed śmiercią. Oczywiście teraz nie można było 
niczego zmienić. Już zdecydowała o swoim życiu. Mimo że nie 
miała tego wszystkiego, co jej zostawił, co umożliwiłoby jej 
bez problemu kontynuować naukę, postanowiła nie rezyg­
nować. Nie powie jednak bratu o testamencie. Mogłaby go 
tylko zranić. Kupił już sobie farmę i chociaż nie popierał 

planów ojca, był na tyle uczciwy, że nie przeciwstawiłby się 

testamentowi. Jennie na pewno nie byłaby zadowolona i sta­
rałaby się przekonać Toma, żeby nie porzucał farmy, ale on na 

pewno odstąpiłby od swoich zamiarów i zostałby w mieście, 
aby wypełnić wolę ojca. Ale może to i lepiej, że sprawy poto­
czyły się tak, a nie inaczej. Tom jest zadowolony, a i ona sobie 
poradzi. Bóg jej pomoże. Była pewna, że da sobie radę. Scho­
wa zatem testament i gdy czasem będzie się czuła samotna 
i opuszczona, będzie go czytać i wspominać, jak dobry był dla 
n i e j ojciec. N i g d y jednak n i e powie o n i m Tomowi. G d y po­
chyliła się i ucałowała podpis jeszcze raz, poczuła jakiś znajo-

54 

background image

my zapach. Co to jest? Mięta? To dziwne. Ojciec nie cier­
piał mięty. Niedobrze mu się robiło od jej zapachu. Może to 
klej na kopercie tak pachniał, może to był jakiś dziwny 
papier? Nieraz papier dziwnie pachnie. Ale zapach ten nie 
pasował jakoś do testamentu ojca. Ze względu na tatę nigdy 
nawet nie jedli cukierków miętowych. To było takie jego 
małe dziwactwo. Nie zabraniał oczywiście nikomu jedzenia 
cukierków miętowych, ale zawsze unikał tego zapachu jak 
mógł. Matka uwielbiała czekoladki miętowe, podobnie Jen-
nie. Jennie przygotowała nawet kilka niedługo przed śmier­
cią ojca. Marion pamiętała, że bardzo się wtedy zdenerwo­
wała, gdy Jennie weszła raz z czekoladką do jego pokoju 
i trzeba było ją wyprosić. Jennie śmiała się wtedy; uważała, 
że to bzdura. Powiedziała, że nie powinno się ulegać takim 
kaprysom, bo to tylko psuje ludzi. Ubrudziła sobie wtedy 
tymi czekoladkami palce i sukienkę. Marion pamiętała, jak 
bardzo niechlujnie wyglądała. 

Musi przestać myśleć o Jennie w ten sposób! Pastor Steward 

miał kiedyś kazanie, w którym cytował Drugi List Św. Piotra 
o tym, że nie należy chować w sobie urazy. Powiedział, że złe 
myśli nie pomagają w pogłębianiu wiary i duchowości. Marion 
musi zatem panować nad sobą i nie myśleć źle o Jennie. Musi 
się modlić, aby w sercu została jej tylko miłość do bratowej. 

Złożyła kartkę i wsunęła do koperty. Nie chciała wejść 

gładko i Marion pomyślała, że koperta pewnie pogniotła się 
w torbie. Włożyła rękę do środka i poczuła jakieś lepkie zgru­

bienie. Zajrzała i aż się wzdrygnęła. Wewnątrz przyklejony był 
kawałek miętowej czekoladki! Jak się dostał do koperty? Do 
koperty ojca! Ojca, który nie cierpiał czekoladek i nigdy nawet 
by ich nie dotknął! Jennie! Jadła czekoladkę, gdy weszła do 
pokoju ojca! Marion przestraszyła się myśli, która przyszła jej 
do głowy. Ale jak mogła o tym nie pomyśleć? Była jeszcze 
jedna niejasność: jak testament znalazł się poza pudełkiem, 
gdzie ojciec trzymał wszystkie swoje papiery? Ojciec zawsze 
był pedantyczny. Testament musiał wypaść z szuflady, a ojciec 
pomyślał, że schował go do pudełka. Pewnie tak było. Ale jeśli 
był zamknięty w pudełku, jak mogła Jennie, jak mogła mięta... 

O nie, nie trzeba myśleć w ten sposób! Nie wolno myśleć, że 

background image

Jennie odważyłaby się zrobić coś takiego. Znienawidziłaby ją 
za to, a, jak mówi Biblia, w oczach Boga nienawiść jest 
równa morderstwu. Nie, nie wolno jej tak myśleć o Jennie. 

Ale jakże inaczej można to wyjaśnić? Dlaczego Jennie to 
zrobiła? 

Opanowała ją fala złości, przez chwilę nawet chciała wsiąść 

do najbliższego pociągu do Vermont, by stanąć oko w oko 
z bratową i z testamentem jako dowodem jej winy i domagać 
się swoich praw. Jednak nie zrobiła tego. Jeśli Jennie była tak 
niegodziwa, Tom nie mógł się o tym dowiedzieć. Można by mu 
wiele zarzucić, ale nie to, że był nieuczciwy. Gdyby się dowie­
dział, byłby bardzo zły na Jennie. Mógłby nawet przestać ją 
kochać, a była przecież matką jego dzieci. Tom nie może 
dowiedzieć się, że to zrobiła, jeśli to zrobiła. Marion rozważała 
całą sprawę ciągle od nowa. Raz winiła Jennie, raz próbowała 

ją usprawiedliwić. Pewnie Jennie pomyślała, że Marion nie 

będzie cierpiała i zamieszka razem z nimi, traktując ich dom 

jak swój własny i nie martwiąc się o nic. Może uważała, że 

testament był nieuczciwy, że Marion wpłynęła jakoś na ojca. 
Cóż, może w pewnym sensie był niekorzystny dla Toma. Oj­
ciec jednak zawsze uważał, że Tom, jako mężczyzna, lepiej 
sobie poradzi. Tak czy inaczej, Marion nie wykorzysta testa­
mentu. Musi go zniszczyć, żeby Tom go nie znalazł. Nie będzie 

już więcej kłopotów. 

Szybko, żeby się nie rozmyślić, podeszła do małego piecyka 

drzewnego i włożyła tam kopertę z testamentem. Z małej 
półeczki przy kominie zdjęła zapałki i podpaliła. Stała przy 
piecyku, dopóki dokument nie spłonął na popiół. Następnie 

uklękła przy łóżku i zaczęła się modlić: 

- Panie, pomóż mi o tym nie myśleć. Spraw, abym niespra­

wiedliwie nie winiła Jennie i żebym jej wybaczyła, jeśli jest 
winna. Spraw, żebym nigdy o tym nie wspomniała i żebym 
nigdy tego nie wykorzystała. 

Wstała i postanowiła nie wracać już do tej sprawy. Ojciec 

nauczył ją takiego postępowania, aby mogła się nazywać 
chrześcijanką. Słowo „chrześcijanin" obejmowało w pojęciu 
ojca wszystkie cechy, które powinien posiadać człowiek, aby 
móc bez strachu stanąć przed Bogiem. Oczywiście Marion 

background image

jeszcze wiele razy będzie miała pokusę, aby myśleć źle 

o Jennie, ale musi zdecydowanie odrzucać złe myśli i mod­
lić się o siłę. To był jedyny sposób, aby żyć w pokoju z lu­
dźmi. Ubrała się i próbowała porozmyślać o nowym życiu, 
w które wkraczała, nie wracając już do sprawy testamentu. 

Tylko dwa dni, nie licząc niedzieli, dzieliły ją od roz­

poczęcia pracy w domu towarowym. Do tego czasu powinna 
się już urządzić w nowym pokoju i zaplanować przyszły ty­
dzień. Poczuła w sobie wielki entuzjazm. 

Na śniadanie zjadła pudełko herbatników za 10 centów 

oraz jabłko, które na pożegnanie dała jej Nannie, najbardziej 
ze wszystkich dzieci Toma i Jennie przywiązana do cioci 
Marion. 

Cały ranek sprzątała pokój i gdy skończyła, postanowiła 

poświęcić część swoich niewielkich funduszy na zakup tape­
ty, która rozjaśniłaby szary pokój. Gdyby tylko znalazła jakąś 
ładną i niedrogą, mogłaby sama ją położyć. Robiła to kiedyś 
z Jennie. Czasami można kupić tanią tapetę, jeśli ma niemod­
ny wzór. Mogłaby też pomalować framugi, ponieważ odcho­
dziła z nich farba. Nie czułaby się dobrze w zaniedbanym 
pokoju. 

Poszła do sklepu i po godzinie wróciła z kilkoma rolkami 

tapet, klejem i małą puszką najtańszej farby. Bardzo miły skle­
pikarz pożyczył jej także specjalną szczotkę do kładzenia tapet. 
Już następnej nocy ściany pokoiku pokryte były kremową ta­
petą o prostym wzorze. Pokój bardzo się zmienił dzięki temu. 
Migocząca lampka gazowa zdawała się dawać dwa razy tyle 
światła co przedtem. Gdy zmęczona pracą Marion położyła się 
do łóżka, pomyślała z zadowoleniem, że udało jej się wykonać 
kawał dobrej roboty. Nazajutrz postanowiła pomalować framu­
gi i porozstawiać meble. Wtedy dopiero będzie mogła zamiesz­
kać na dobre. 

Następnego dnia w południe przyszła właścicielka. Ost­

rożnie otworzyła drzwi, mokre jeszcze od świeżej farby. Ma-
rion właśnie rozkładała dywan. Pod oknem stał kwitnący hia­
cynt. Jego jasnoróżowe kwiaty roztaczały intensywny aromat, 
którego nie mógł przyćmić zapach świeżej farby. Na łóżku 
leżały dwie muślinowe zasłonki, które miała powiesić, jak tyl-

57 

background image

ko farba wyschnie. Biała komoda, porcelanowy dzbanek i mis­
ka były ustawione na swoich miejscach. Przy oknie, obok sie­
bie stały fotel bujany i niewielkie biurko, a nad biurkiem wi­
siała półka z książkami. Właścicielka zaczęła się rozglądać 

z zaciekawieniem. 

- Co się stało z moim pokojem? - zdziwiła się. - Nie 

myślałam, że panienka może sprawić, że będzie tak wyglądał! 
Dobrze jest mieć tu panienkę. Przynajmniej jeden pokój 

wygląda jak trzeba. Chciałabym, żeby wszyscy lokatorzy tak 
się starali. 

Marion uśmiechnęła się i rozejrzała po pokoju. Wyszło le­

piej niż się spodziewała. Będzie teraz miała swój własny, cichy 
pokoik, daleko od wszystkiego. 

- Przyszłam, żeby zaprosić panienkę na jutro na obiad. 

Widzę, że panienka jeszcze do końca się nie rozpakowała, więc 
zapewne nie miała w planach wyjścia. Bardzo bym się 
cieszyła, gdyby panienka przyszła. 

Marion podziękowała i przyjęła zaproszenie. Najwyraźniej 

znalazła nie tylko nowy dom, ale także nową przyjaciółkę. 

Samodzielne życie przynosiło Marion coraz więcej nowości. 

Rozpoczęła pracę w domu towarowym energicznie i z entuz­

jazmem. Tom i Jennie spodziewający się, że Marion wkrótce, 

skruszona, wróci pod ich opiekę, bardzo by się zdziwili, gdyby 
to widzieli. Mimo swojej nieśmiałości szybko się uczyła i zys­
kała sympatię klientów. Pierwszego dnia, podczas przerwy 
obiadowej, podeszła do niej młoda ekspedientka i spytała, czy 
nie chciałaby zjeść razem z nią obiadu. Miała krótko obcięte 

włosy i nosiła czarną, znoszoną, krótką i bardzo wąską 
sukienkę. Marion pomyślała, że nowa koleżanka wygląda 
trochę nieskromnie, ale miała sympatyczny uśmiech i miły 
głos, a ponieważ Marion onieśmielała myśl, że będzie musiała 

jeść sama, chętnie się zgodziła. 

- Nie wiesz jeszcze, co tu dają, nie? - spytała ekspedientka. 

- Lepiej nie bierz budyniu ryżowego, jest do niczego, ale ciasto 
kokosowe jest pycha. Weź ciasto kokosowe. Lubisz kokosy? 

- Prawie wszystko lubię - Marion uśmiechem pokryła zmie­

szanie. - Ale czy nie podają tu niczego oprócz deserów? Muszę 
oszczędzać, dopóki nie dostanę pensji. Sama się utrzymuję. 

58 

background image

- Jedziemy na tym samym wózku, kochana. Ale muszę co­

dziennie zjeść trochę ciasta. Zwykłe jedzenie mogę jeść w do­
mu. Tutaj zawsze biorę kawę i ciasto. Nie cierpię zup, smakują 

jak pomyje. W ogóle nie lubię obiadów. Jakieś mięcho, kartofle, 

zielenina, dla mnie wszystko smakuje tak samo. Wręcz staje mi 
w gardle. Ale jak dostanę ciasto i kawę, to jestem zadowolona. 

- Myślę jednak, że jedzenie takich rzeczy przez cały czas 

może ci zaszkodzić. Ja jestem przyzwyczajona do czegoś in­
nego. To by mi nie odpowiadało. 

- Zaszkodzić? No i co z tego? Można wziąć zwolnienie. Od 

czasu do czasu można wziąć zwolnienie na dzień czy dwa 
i wierz mi, jak dają, to zawsze biorę. Wszystko biorę, co dają. 
Nie opłaca się nie brać. Trzeba zawsze kombinować. Jak się 
sama nie postarasz, nikt ci nie pomoże.  N o , jesteśmy na miejs­
cu. Gdzie chcesz usiąść? O, tam jest miejsce. Są też tam ludzie 
z mojego działu. Poznam cię z nimi. Czemu nie obetniesz 
włosów na krótko? Bardziej byś się ludziom podobała. Mówią 
co prawda, że to już niemodne. Popatrz wokoło! Prawie wszys­
tkie dziewczyny są ostrzyżone na krótko. Zobaczysz, niedługo 
będziesz miała wielu znajomych. Jesteś strasznie blada! Jak 
chcesz, mogę ci pożyczyć moją szminkę. Nie umówisz się 
z żadnym facetem, jeśli nie jesteś na czasie. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się Marion, lekko skonsternowa­

na. - Myślę, że nie będzie mi potrzebna. Poza tym, dlaczego 
miałabym się umawiać? Nie wychodzę dużo, a w ogóle nie 
znam tu nikogo. 

Dziewczyna roześmiała się głośno. 
- Niezły dowcip. Masz poczucie humoru, nie? Myślę, że cię 

polubię. Ale naprawdę powinnaś obciąć włosy. Jak chcesz, 
zaprowadzę cię do mojego fryzjera. Nieźle strzyże, będziesz 
wyglądała jak chłopiec. 

- Ale chyba nie chciałabym wyglądać jak chłopiec 

- uśmiechnęła się Marion. - Wolę wyglądać tak jak teraz. 

- Daj spokój, wyglądasz jak nauczycielka sprzed stu lat. Tak 

wolisz? 

- Dlaczego nie? - rzekła Marion. - Od kilku lat próbuję 

zostać nauczycielką. 

- Nie wierzę! Ty? Nauczycielką? A po co? 

background image

- Lubię to. Lubię uczyć. 
- Ja nie. Musiałam uczyć nową, jak ma pakować, i myśla­

ł a m , że zwariuję. Była najgłupszą dziewczyną, jaką widzia­
ł a m . Nie umiała nawet dobrze zawiązać sznurka. Napraw­
dę! Cieszyłam się, gdy dała mi spokój. Po co chcesz uczyć? 
Tutaj jest fajniej. Grasz na czymś? Mają tu orkiestrę. Dają ci 
dzień wolny na próby. I jest tam kilku fajnych chłopaków. 
Siedzi tu jeden, jest żonaty, ale się tym nie przejmuje. Zacho­
wuje się jak nastolatek, przynosi czekoladki i takie tam. Pisze 
nawet liściki. Musisz zobaczyć liścik, jaki dostałam poprzed­
niego wieczoru. W ogóle nie przejmuję się tym, co pisze. 
Mówię mu: „Myślisz, że jesteś cwany,  c o ? " . Ale ze mną nie 
pójdzie mu tak łatwo. To co, nie chcesz kawy? Tylko mleko? 

Jesteś małą, grzeczną dziewczynką! Ale wyrobisz się tutaj. 
Masz ładne oczy. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz, po­
myślałam: „Na pewno ją polubię". Moja poprzednia przyja­

ciółka zazdrościła mi faceta, którego znałam, i obraziła się na 
wieki. Poczekasz na mnie po pracy? Skoro to twój pierwszy 
dzień, puszczą cię wcześniej. Poczekaj w przebieralni, przy 
szafkach. Pczyjdę, jak tylko skończę, ale poczekaj! Aha, nazy­

wam się Gladys Carr. Jak ci na imię? Marion? Też staromod­
nie. Pasuje ci do oczu. Powinnaś nałożyć sobie trochę różu. 
Jesteś strasznie blada. 

Nie przestawała mówić przez cały czas, nie dając Marion 

dojść do głosu. Marion była trochę zaszokowana nową znajo­
mością, ale w gruncie rzeczy Gladys spodobała się jej. Może 

się polubią? Powinna przecież poznać różnych ludzi, żeby le­
piej zrozumieć świat. Dzięki tej rozmowie p|zyszło jej na myśl, 
że może rzeczywiście jest trochę staromodna. Na pewno nie 
wyglądała tak, jak reszta dziewcząt w sklepie, a to mogło jej 

zaszkodzić. Mogła nawet stracić pracę. Przecież nie będą trzy­
mać dziewczyny, która wygląda dziwacznie. 

Gdy wracały do swoich działów, Marion przyjrzała się sobie 

w dużym lustrze i zobaczyła dziewczynę o szczupłej sylwetce, 
w brązowej sukience o niemodnym kroju. Nigdy nie było jej do 
twarzy w brązie i jej artystyczna dusza nie pozwoliłaby na taki 
kolor, ale sukienka była przerobiona ze starej sukni matki i Ma-
rion pomyślała, że powinna ją donosić. Nie zwracała uwagi na 

background image

to, iż jej sukienka jest znacznie dłuższa od tych, które noszą 
inne dziewczęta. Marion spróbowała spojrzeć na siebie oczami 
Gladys Carr. Zdała sobie sprawę, że przydałoby jej się zmienić 
trochę wygląd. Nie uważała Gladys za jakiś autorytet w tych 
sprawach, ale skierowała ona jej uwagę na pewne rzeczy, które 
można było zmienić. Przez całe popołudnie obserwowała ko­
biety pod kątem zmian w swoim ubiorze. Nie zauważyła 
wcześniej, jak bardzo odbiegał on od panującej mody. Może 
dlatego wszyscy w kościele patrzyli na nią tak dziwnie. Tak, 
musi się trochę zmienić. Każdy powinien dobrze wyglądać 
i ubierać się stosownie i ona też mogłaby się o to postarać. Nie 
miała jednak zamiaru malować się wyzywająco lub zakładać 
bardzo krótkich spódnic. Ufała swojemu dobremu gustowi. 

Następnego dnia znalazła sklep z ładnymi sukienkami 

i przymierzyła kilka. Wieczorem do późna skracała swoją 
i zrobiła kilka zakładek, co nadało jej modny kształt. Rezultat 
wydał się wart żmudnej pracy. Szczęśliwie, potrafiła uszyć 
prawie wszystko, co zobaczyła. Nie miała co prawda dużego 
wyboru i nie stać jej było na kupno nowych tkanin, ale potrafiła 
zrobić cuda ze swoimi starymi sukienkami. Zajęła się tym 
z dwóch powodów: miała co robić przez pierwsze dni samo­
tności i mogła wyglądać tak, jak inne dziewczęta. Postanowiła, 
że kiedy będzie ją na to stać, kupi sobie jedną lub dwie tańsze 
sukienki, które sprzedawano na parterze jej domu towarowego, 
a ponieważ może dostać zniżkę jako pracownica, więc nie 
będzie to dużo kosztowało. Nie może wyglądać na zaniedbaną. 
Nauczyła się układać włosy w bardziej nowoczesną fryzurę 
i było jej z tym ba/dzo do twarzy. 

- Świetna fryzura, Marion Warren! - wykrzyknęła Gladys, 

gdy zobaczyła ją z włosami zebranymi wysoko z tyłu 
i spiętymi szylkretową klamrą matki. - Dziewczyny, spójrzcie 
na nią! Czyż nie wygląda wspaniale? Prawdziwa kocica! 

Marion poczuła się zawstydzona reakcją Gladys, ale aproba­

ta koleżanek sprawiła jej przyjemność. Gladys znowu na­
pomknęła o szmince i różu, ale Marion potrząsnęła głową. 

- Nie, Gladys, nie chcę - odparła zdecydowanie. - Nie 

wyglądałabym ładnie. Wybacz, ale nie podoba mi się to. 
Wygląda tak nienaturalnie. To tak, jakby ktoś umarł i pomalo-

61 

background image

waliby go, żeby wyglądał na żywego. Nie lubię ani sztucznych 
bieli, ani krzyczącego różu, ani ostrych pomadek. W naturze nie 

zobaczysz niczego, co tak by wyglądało. Nie można udawać 
zdrowia za pomocą różu. Trzeba wyglądać zdrowo. Będę się 
gimnastykowała wieczorem i chodziła na spacery i zobaczysz, 

jak mi się zaróżowią policzki. Nie będę musiała ich malować. 

- Oj, dziewczyno! - Gladys popatrzyła na nią ze zdziwie­

niem. - Jesteś dziwna, ale i tak cię lubię. Lubię cię taką, jaką 

jesteś. Nie mówiłam tego wielu ludziom, wierz mi. 

Spoglądając w kierunku przechodzącej dziewczyny, podnie­

sionym głosem zawołała: 

- Słuchaj, Totty Frayer, czy to przypadkiem nie ty rano 

zabrałaś mój ołówek, gdy odwróciłam się, żeby przynieść tę 
belę bawełny? Ty to masz tupet! Ja ci nigdy nic takiego nie 
zrobiłam! Cieszyłabym się, gdybyś mi go oddała. Potrzebuję 

go­

Nie minęło wiele dni i Marion poczuła się w sklepie jak 

u siebie w domu. Poznała inne sprzedawczynie i zaprzyjaźniła 
się z nimi i nawet te najbardziej burkliwe były dla niej miłe. 
Może dlatego, że zawsze była dla wszystkich uprzejma. Za­
wsze zgadzała się zastępować koleżanki, jeśli któraś źle się 

poczuła lub szła do kina i chciała wcześniej wyjść do domu. 
Nigdy się nie skarżyła i skracała swoją przerwę, jeśli ktoś 
potrzebował więcej czasu i poprosił, żeby wróciła wcześniej. 
Jej łagodny błysk oczu sprawiał, że ludzie szybko nabierali do 
niej sympatii. 

Dni mijały jej szybko. Zawsze była uśmiechnięta i miła dla 

klientów, koleżanek i kolegów. Jadła tanie obiady i skrzętnie 
odkładała każdy zarobiony grosz. Piła dużo mleka, ponieważ 
było tanie i nadawało jej policzkom krągłość oraz zdrowy 
wygląd. Mała butelka pełnego mleka i pudełko krakersów lub 
herbatników doskonale nadawały się na kolację czy śniadanie. 

Nowe życie oznaczało także czas wolny po pracy. Nie mu­

siała już cerować skarpert, myć naczyń; nikt nie mówił jej, co 
ma robić. Mogła wreszcie poświęcić wieczory na czytanie. 
Czasami czuła, że to trochę egoistyczne z jej strony, ale sumie­
nie podpowiadało jej, że miała przecież prawo, żeby przezna-

background image

czyć swój czas na dokształcanie, a książki, które wybierała, 
temu właśnie służyły. Oprócz prozy czytała także biografie 
i książki historyczne. Zapisała się na letnie kursy literatury 
i znajdowała prawdziwą przyjemność w kontynuowaniu nauki, 
którą tak niespodziewanie przerwała. 

Nadeszło lato i dni stawały się coraz gorętsze. W jej malut­

kim pokoju robiło się duszno. Starała się nie zwracać na to 
uwagi i pewnej nocy, chociaż nie mogła zasnąć z gorąca, przy­
znała, że pomimo samotności i wszystkich niedogodności, nie 
żałuje swojego wyboru i drugi raz postąpiłaby tak samo. 

W hallu domu towarowego odbywały się piękne koncerty 

i czasami muzyka dobiegała do działu, w którym pracowała 
Marion. Wydawało jej się, że to anioły unoszą się nad nią 
i patrzą na jej pracę. 

Lato ciągnęło się długo i upał robił się nieznośny. Męczyło 

to Marion i czasami jej entuzjazm przygasał. Sprzykrzyły się 

jej tanie obiady. Wszystko w barze pachniało tak samo, w mik­

roskopijnej kuchence z powodu gorąca nie dało się gotować, 
a czytanie w pokoju, który coraz bardziej przypominał piec, 
graniczyło z niemożliwością. Upał w mieście stawał się nie do 
zniesienia, wybrała się więc raz czy dwa za miasto dla ochłody, 
ale bała się wracać późno do domu. Obawiała się chodzić sama 
wieczorem. 

Nie mogła się przyjaźnić z dawnymi znajomymi z kościoła, 

ponieważ mieszkała tak daleko, że oprócz niedziel bywała tam 
dość rzadko. Poza tym ci, którzy mogliby ją polubić, nie znali 

jej i nie wiedzieli, co tracą, a ci, którzy ją znali, uważali, że nie 
jest interesująca. 

W sierpniu Marion usłyszała rozmowę dwóch klientów, 

którzy byli stałymi bywalcami filharmonii i bardzo zachwalali 
koncerty. Przyszło jej wtedy do głowy, że sama mogłaby kupić 
sobie karnet. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? Spy­
tała, kiedy zaczyna się sprzedaż i tego dnia była jedną z pierw­
szych w kolejce do kasy. 

Nie zauważyła, że gdy kupowała bilet, bacznie obserwował 

ją pewien młody mężczyzna. Zainteresowała go ta nieśmiała 

dziewczyna, która przyznała się sennemu kasjerowi, że jest 
pierwszy raz w filharmonii i właściwie nie wie, które miejsca 

63 

background image

byłyby najlepsze. Wybrała wreszcie jedno z najlepszych 
dostępnych miejsc, ostatnie w środkowym rzędzie, w połowie 

górnej galerii. Gdy wyjmowała pieniądze, żeby zapłacić, 
mężczyzna, który ją obserwował, w jakiś sposób poczuł, że nie 
były one zarobione łatwo. Ostrożnie złożyła karnet i schowała 
go do taniej portmonetki, a po jej twarzy było widać, ile on dla 
niej znaczy. Młody człowiek, zamiast, jak zamierzał, kupić 
bilet na balkon, wykupił miejsce w rzędzie tuż za Marion, 
o kilka foteli dalej. Chciał popatrzeć na nią, gdy będzie 
słuchała swojej pierwszej symfonii. Czy potraktuje koncert 
z takim samym nabożeństwem, z jakim patrzyła na bilety? 

Podczas drugiego koncertu zdarzyło się coś wspaniałego 

i niespodziewanego. 

background image

M a r i o n przyszła wcześniej, jako jedna z pierwszych. L u -

biła patrzeć, jak wielka sala napełnia się ludźmi i życiem. To 
był inny świat - piękny, pełen światła i dźwięków. Była ocza­
rowana od pierwszego momentu. Tego wieczoru przyniosła 
starą teatralną lornetkę, którą właścicielka jej pokoju odnalazła 
na strychu. Marion ucieszyła się ogromnie, jak gdyby lornetka 

lśniła złotem i wielkimi drogimi kamieniami, chociaż w rze­
czywistości była pokryta wytartym różowym aksamitem i daw­
no już minęły czasy jej świetności. Marion jednak nie przej­
mowała się tym i była zadowolona, że będzie mogła oglądać 
muzyków z bliska. Weszła na wyściełane schody, czując się, 

jakby wstępowała na schody świątyni, i skierowała się w stronę 

swojego miejsca. Gdy dotarła do fotela, stanęła i w osłupieniu 
rozejrzała się wokoło. Fotel był opuszczony, jakby ktoś na nim 
siedział, chociaż wszystkie inne czekały podniesione. Nie to 

jednak było najdziwniejsze: spoczywała na nim wielka, na 

wpół rozwinięta róża o długiej łodyżce. Należała do rzadkiego 
gatunku róż o kolorze ciemnego szkarłatu, który miejscami 
przechodził w aksamitną czerń, a miejscami jaśniał jak 

płomień. Rozsiewała subtelny, niebiański zapach, przypo­
minający ogrody dzieciństwa, stare koronki przesypane la­
wendą i arystokratyczne panie z przeszłości. Marion nachyliła 
się i napawała się jej aromatem. Potem znów rozejrzała się 
wokoło, licząc, że znajdzie jej właściciela, ale nikogo nie było 
w pobliżu oprócz dwóch starszych pań w tylnym rzędzie 

i mężczyzny, do którego zapewne ta róża nie należała. W jej 

background image

rzędzie nie było jeszcze nikogo. Może ktoś pomylił miejsca 
i odszedł, gdy się zorientował, zapominając o zabraniu kwiatu. 

Może wróci po niego za chwilę. Na pewno nikt nie porzuca 
czegoś tak pięknego. Podniosła różę i upajając się jej za­

pachem, spojrzała dyskretnie na starsze panie. Po chwili za­
stanowienia podeszła do nich i spytała, czy przypadkiem nie 

zgubiły kwiatu. Obrzuciły ją zimnym spojrzeniem i za­
przeczyły, najwyraźniej traktując ją jak intruza, więc wróciła 
na swoje miejsce, opuściła fotel obok i ostrożnie położyła na 
nim różę. 

Sala zaczynała się zapełniać i Marion przez swoją lornetkę 

z zaciekawieniem obserwowała wchodzących. Patrzyła na 
wspaniałe fryzury i kreacje i bawiła się wymyślaniem, kto 
czym się zajmuje. Przez cały czas czuła wspaniałą woń róży 
i było jej przyjemnie, że leży ona obok. Nie wątpiła, że 
właścicielka powróci i może nawet przez pomyłkę będzie twie­
rdziła, że nie tylko róża, ale i miejsce należy do niej. Jednak 
dopóki jej nie ma, będzie mogła się cieszyć obecnością cudow­
nego kwiatu. Zapatrzyła się na wchodzących muzyków, gdy 
nagle przyszła kobieta, na której miejscu leżała róża. Marion 
opuściła lornetkę i czekała na jej reakcję. 

- Czy może pani zabrać kwiat z mojego miejsca? - kobieta 

odezwała się niemiłym tonem. 

Marion czując, że musi pilnować róży, dopóki nie wróci ona 

do właściwych rąk, szybko podniosła kwiat i położyła sobie na 
kolanach. Kobieta usiadła i nie zwracała już na nią uwagi. Nikt 
nie przyszedł po różę i Marion pomyślała, że dzięki niej kon­

cert będzie podwójną przyjemnością. 

Kiedy się skończył, Marion stanęła przy wyjściu i rozglądała 

się zaniepokojona. Prawie wszyscy już wyszli, a nikt się nie 
zgłosił po kwiat. Co ma teraz z nim zrobić? Przecież ktoś, kto go 
zgubił, musiał już to zauważyć. Nieśmiało podeszła do portiera 
w hallu i powiedziała, że ktoś zostawił różę na jej miejscu. 
Portier spojrzał najpierw na różę, potem na miłą dziewczynę, 
która ją trzymała, i uśmiechnął się pobłażliwie. 

- Myślę, że ona należy już do pani - powiedział. - Nikt nie 

fatygowałby się specjalnie, aby po nią wracać. Ktokolwiek ją 
zgubił, ma na pewno więcej takich kwiatów. 

66 

background image

- Tak pan myśli? - westchnęła Marion i razem ze swoim 

skarbem udała się do wyjścia. 

W jej malutkim pokoiku róża dodawała wszystkiemu 

piękna. Marion włożyła ją do wysokiego smukłego wazonika, 
który należał jeszcze do jej babci. Jennie uważała, że jest staro­
modny, ale był bardzo ładny i stylowy. Marion usiadła i wdy­
chając odurzający zapach, wpatrywała się w prześliczne płatki. 
Poczuła się szczęśliwa. Przed snem zastanawiała się jeszcze, 

jak kwiat mógł się znaleźć na jej krześle, ale nie potrafiła 

udzielić sobie odpowiedzi. Następnego dnia przyniosła różę do 
sklepu. Nie chciała się z nią rozstawać, dopóki nie zwiędnie; 
pragnęła napawać się jej pięknem jak najdłużej. Koleżanki 
chciały ją powąchać i pytały, skąd Marion ją wzięła. Gdy 
odpowiedziała, że znalazła, wszystkie myślały, że żartuje; ro­
ześmiały się i próbowały zgadnąć, kim jest tajemniczy przyja­
ciel, do którego nie chciała się przyznać. 

Przy niektórych ludziach kwiaty nie pozostają świeże zbyt 

długo i szybko przygasają i więdną. Jednak róża Marion wyda­
wała się kochać przebywanie przy dziewczynie i zdawała się 
przy niej rozkwitać. Marion włożyła ją do miski z wodą 
i następnego dnia kwiat wyglądał tak świeżo jak przedtem. 
Znowu wzięła go do pracy i wszystkie koleżanki myślały, że to 
następna róża. Trzeciego dnia nie była już świeża i sztywna, ale 
nawet więdnąc zachowała swoje piękno. Czwartego dnia Ma-
rion zebrała opadłe płatki i schowała do szuflady razem z chus­
teczkami, ponieważ chciała zachować przynajmniej zapach. 

W dzień następnego koncertu ciągle jeszcze miała w głowie 

miłe wspomnienie róży i gdy szła do swego miejsca, uśmie­
chnęła się do siebie i ponownie zaczęła się zastanawiać, skąd 
znalazła się ona na jej fotelu. Gdy doszła do swojego rzędu, 
zatrzymała się, wzięła głęboki oddech i aż chciała przetrzeć 
oczy ze zdumienia. Czy wzrok jej nie myli? Znowu tam była! 
Wielka, ciemna, gorejąca róża! Była identyczna jak ta poprzed­
nia, nawet płatki były tak samo zwinięte. Czy to był sen, czy 
urojenia? 

Jak za pierwszym razem, nie było w pobliżu osoby, do której 

kwiat mógłby należeć. Marion usiadła, wzięła różę do ręki 
i podniosła prawie na wysokość ust. Musnęła ją delikatnie 

67 

background image

wargami i poczuła, jak odurzający zapach przenika ją całą. 

Gdyby ktoś to obserwował, pomyślałby, że to bardzo piękny 

obrazek. Kwiat zdawał się być umarłym, ukochanym człowie­

kiem, który powstał z grobu i wcielił się w piękną formę. Tym 
razem dziewczyna od razu wzięła kwiat dla siebie, nie próbując 
zgłębiać jego sekretu i ciesząc się samą myślą, że należy do 
niej. Wydawało się, że róża ma swoją osobowość i przyszła do 
niej z własnej woli. 

Gdy zaczęły rozbrzmiewać pierwsze takty muzyki, Marion 

odchyliła się do tyłu, położyła głowę na oparciu i zamknęła 
oczy. Wydawało jej się, że róża do niej mówi, że opowiada 
o cudach, o jakich nigdy nie wiedziała, o wielkich tajemnicach 

ziemi - grobu nasion, o zmartwychwstaniu łodygi i kwiatu, 

o historiach wiatru, o słowach strumyka, o znaczeniu śpiewu 
ptaków, o biciu serca lasu, o szepcie wędrującego mchu, o szu­
mie chmur płynących po letnim niebie. Róża mówiła poprzez 

muzykę i Marion, której serce było całkowicie pogrążone 

w dźwiękach symfonii, widziała wszystko wyraźnie przed 

oczyma swojej duszy. 

Koleżanki w sklepie znów powitały ją śmiechem i żartami 

dotyczącymi róży, ale dla Marion była ona zbyt ważna, żeby 
mogła z niej żartować. Nie odpowiadała więc na zaczepki 
i pozwalała im myśleć, co tylko chciały. Sama nie zastanawiała 

się, jak róża trafiła na jej fotel. Gdy wkładała opadłe płatki do 
szuflady obok tych z poprzedniego kwiatu, uznała, że nie chce 

tego wiedzieć. Wystarczyło jej, że dostała dwie piękne róże; 
nie było ważne od kogo i dlaczego. 

W wieczór czwartego koncertu serce biło jej mocno. Sto 

razy powiedziała sobie wcześniej, że tym razem nie będzie 

żadnej róży, że przypadek, który sprawił, że znalazła dwa cu­

downe kwiaty, już się nie powtórzy, ale mimo wszystko spo­
dziewała się znaleźć następny. Nogi tak jej drżały, że prawie 

nie mogła wejść po schodach na swoją galerię. Przyszła później 
niż zazwyczaj, ponieważ chciała, aby prawdziwy właściciel 
róży mógł ją zabrać, jeśliby i tym razem leżała na jej miejscu. 

Rząd Marion zajęty był już prawie w całości. Dziewczyna 

próbowała nie patrzeć na swoje miejsce, dopóki nie podejdzie 
bliżej; szła zatem powoli, oddychając głęboko, aby uspokoić 

background image

mocno bijące serce. Z każdym oddechem coraz wyraźniej wy­
czuwała znajomy aromat i gdy doszła do swojego fotela, zo­
baczyła, że znów zza oparcia wystaje zielona łodyżka. Róża 
spoczywała majestatycznie, jak gdyby na nią czekała. Jej róża! 
Tak podobna do tamtych, że prawie identyczna. Wzruszona 
niemal do  ł e z , przygarnęła ją do serca, jak rzecz najcennniejszą 
na świecie. 

Tego wieczoru miała na sobie zeszłoroczny czarny, pilśnio­

wy kapelusz, który zręcznie obszyła jedwabną wstążką. Szyb­
ko się uczyła, co powinna robić, aby ładnie się ubierać, nie 
wydając przy tym dużo pieniędzy. W niewielkim, prostym 
kapeluszu było jej bardzo do twarzy. Niejeden z melomanów 
spoglądał na słodką, ładną twarz dziewczyny trzymającej 
w ręku szkarłatną różę. Delikatnie, jakby ją pieszcząc, wargami 
muskała płatki, a jej ciemne oczy jaśniały pięknym blaskiem. 

Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że ktoś zostawia róże 

specjalnie. Ale kto? Przeszył ją dreszcz podniecenia, ale po­
czuła też pewną obawę. Któż mógł się tak dla niej fatygować 
i za każdym razem zostawiać różę? Wydawało jej się to trochę 
nie na miejscu, ale w końcu cóż było w tym złego? Jak zatem 

powinna się zachować? Zrzucić kwiat na podłogę? Połamać 
go? Zostawić tam, gdzie leżał? To przecież niemożliwe. Bar­

dzo kochała kwiaty i nie mogła się powstrzymać, żeby nie 

zabrać róży. Nie mogła się od niej po prostu odwrócić, róża 
przecież także nie odwracała się od słońca. Nie było nic złego 
w przyjmowaniu anonimowych podarunków, dopóki sprawy 
nie zachodziły za daleko. Może róże zostawiała dziewczyna 
podobna do niej, a może była to jakaś miła starsza pani, która 
dostrzegła samotność na twarzy Marion. Właściwie nie było to 
aż tak istotne. Nikt z siedzących w jej pobliżu nie wyglądał na 
kogoś, kto chciałby flirtować z nią w ten sposób. Postanowiła 
więc traktować róże jako część koncertu, pozwalając im śpie­
wać dla niej melodie, które sprawiały, że zapominała 
o codziennych trudnościach i smutkach. Trzymając kwiat cały 
czas blisko twarzy, rozejrzała się jeszcze raz wokoło. Chciała 
się przekonać, że nie ma w pobliżu człowieka, od którego nie 
chciałaby przyjąć róży. W pewnym momencie jej oczy spot­
kały się z oczyma młodego mężczyzny siedzącego niedaleko. 

69 

background image

Był na tyle przystojny, że wyróżniał się nawet w takim tłumie. 

Miał w sobie coś, co dawało wrażenie wyrobienia towarzys­
kiego i kultury. Jego osoba przywodziła na myśl świat, którego 
integralną część stanowiły róże, muzyka i przyjaźń; gdzie 
każdemu wykształcenie i kultura należały się tak samo, jak 
powietrze, jedzenie i słońce. Do takiego świata Marion mogła 
się wkraść tylko na chwilę, za cenę swoich wszystkich 
oszczędności, jednak tęskniła do niego bardzo. Westchnęła i je­
szcze raz dotknęła róży wargami, jakby w ten sposób chciała 
się tam przenieść, chociaż na czas koncertu. 

Po powrocie do domu położyła się spać z różą na poduszce 

i przyśniło jej się, że ktoś czule powiedział do niej: „Kocham 
cię". Nie słyszała tego głosu wcześniej i nie widziała nikogo, 
ponieważ w powietrzu latało mnóstwo szkarłatnych płatków 
róży. Dobiegały do niej tylko słowa, odbijające się delikatnym 
echem: „Kocham cię... Kocham cię...". Następnego ranka obu­
dziła się z wypiekami na twarzy i powiedziała sobie, że cały ten 

sen był bardzo niemądry. Postanowiła, że musi przestać myśleć 
o tajemniczym nieznajomym, który zostawia jej kwiaty, i po 
prostu cieszyć się ich pięknem. Zapewne i tak nie będzie już 
ich więcej. Musi być na to przygotowana. Jeśli ktoś to robił dla 

zabawy, kiedyś wreszcie skończy. 

Mimo swojego postanowienia wyszła do pracy z różą na 

piersiach i szczęśliwym błyskiem w oczach. Róże sprawiły, że 
w swym malutkim pokoiku czuła się bardziej domowo i mniej 
samotnie. 

Historia z kwiatami powtarzała się i Marion na każdym 

koncercie znajdowała różę. Przystojny nieznajomy siedział za­
zwyczaj na tym samym miejscu, ale ich oczy nigdy już się nie 
spotkały. Raz czy dwa nieśmiało spojrzała w jego stronę, ale 
zawsze patrzył gdzie indziej. Na pewno nawet o niej nie wie­
dział. Był przecież z innego świata. Mogła na niego bezpiecz­

nie spoglądać od czasu do czasu, tak jak spogląda się na dzieło 
sztuki. Dobrze było wiedzieć, że są tacy mężczyźni na świecie. 
Życie wyglądałoby inaczej, gdyby tylko tacy istnieli. 

Pewnego dnia po koncercie zaczął padać straszny deszcz. 

O ósmej niebo było jeszcze czyste, błyszczały gwiazdy i nie 
było żadnego znaku nadchodzącej burzy. Gdy koncert się 

70 

background image

skończył i ludzie zaczęli wychodzić, nagle lunęły strugi desz­
czu, raz po raz słychać było grzmoty, a niebo przeszywały 
błyskawice. Marion znalazła się w kłopocie, ponieważ nie 
miała ze sobą ani parasolki, ani płaszcza przeciwdeszczowego. 
Prawie wszyscy już poszli, a ona wciąż stała pod małym dasz­
kiem na ulicy, bez większej wiary licząc na to, że burza minie. 
Wreszcie zdecydowała, że nie może dłużej czekać i musi już 
wracać do domu. Robiło się późno, a nie zanosiło się na to, że 
deszcz szybko ustanie. Czuła się nieswojo. Za chwilę drzwi 
filharmonii się zamkną i zostanie sama na ciemnej, mokrej 
ulicy. Nie mogła wracać na piechotę, więc postanowiła poje­
chać autobusem, chociaż każdy grosz odkładała na karnet na 
zimowe koncerty. 

Poszła na pobliski przystanek i wsiadła do autobusu, który 

przyjechał dość szybko. Obawiała się, czy ulewa nie zniszczy 

jej sukni, bo nie stać by jej było na kupno nowej. 

Autobus był pełny i usiadła wciśnięta pomiędzy dwie grube 

kobiety. Zastanawiała się, w jaki sposób dostanie się do domu, 
ponieważ od przystanku musiała przejść jeszcze dwie przeczni­
ce, a deszcz padał coraz większy. Autobus zatrzymał się i Ma-
rion z wahaniem wyszła w strugi deszczu. Spodziewała się, że 
od razu przemoknie do suchej nitki, ale ku jej zdziwieniu, gdy 
biegła po ulicy, spadło na nią tylko kilka kropel i tylko stopy 
miała mokre. Zdała sobie sprawę, że ktoś trzyma nad nią para­
sol. Nie widziała kto; było ciemno, a rzęsisty deszcz jeszcze 
bardziej ograniczał widzenie. Nie miała odwagi zatrzymać się, 
odwrócić i podziękować, ponieważ było naprawdę ciemno - la­
tarnie nie świeciły - a ulica była pusta. Zdawało się, że to sam 
parasol biegnie za nią i ochrania przed deszczem. 

Odwróciła się dopiero, gdy stanęła pod daszkiem u drzwi 

domu. Zobaczyła tylko, że ciemna postać, która niosła nad nią 
parasol, szybko znika w mroku. 

- Proszę zaczekać! - krzyknęła Marion, ale wiatr zagłuszył 

jej słowa. - Dziękuję! Dziękuję bardzo! 

Dlaczego nie zaczekał? Mógłby wejść i przeczekać deszcz! 

Marion, wchodząc na schody, próbowała zebrać myśli. Ktoś 
postanowił jej pomóc w taką burzę! Nieważne, kto to był. 
Tylko Bóg mógł zesłać pomoc. Dobroczyńca uciekł, ale Ma-

71 

background image

rion wiedziała już, że ktoś o nią zadbał, że nie była sama na 
świecie, że ktoś o niej pomyślał. W nocy i w ulewnym deszczu 

ktoś wyciągnął do niej pomocną dłoń i nie czekając na 
podziękowanie, poszedł sobie. Czy to ten sam, który zostawiał 
dla niej róże? Nie, musi przestać marzyć o tym, że ktoś nagle 
zabierze ją do innego świata i zacznie obsypywać różami. To 
niedorzeczność myśleć w ten sposób. Musi przestać, bo jeszcze 
przewróci jej się w głowie. 

Następnego ranka obudziła się chora. Burza, zimno i tyle 

wrażeń poprzedniego wieczoru - to było dla niej za wiele. Nie 
mogła iść do sklepu i musiała poprosić gospodynię, żeby zate­
lefonowała do kierownika i powiadomiła go o tym. Około 
dziesiątej rano do drzwi zadzwonił chłopiec przysłany z poblis­
kiej kwiaciarni. Trzymał wielkie pudełko pod pachą i pogwiz­
dywał sobie. Dostał pół dolara więcej, żeby wypełnił dobrze 
swoją rolę. Otworzyła mu dziewczyna, która pomagała 
właścicielce w pracach domowych. 

- Cześć! - przywitał ją posłaniec. - Czy możesz mi pomóc? 

Jak się nazywa ta ładna pani, która tu mieszka? Przyniosłem 
dla niej kwiaty i nie mogę sobie przypomnieć ani jej imienia, 
ani nazwiska. Jakoś mi uciekło. Jeśli wymienisz mi imiona 
ładnych pań, które tutaj mieszkają, to może sobie przypomnę. 

- Czy to nie pani Marion? 
- P a n i Marion... To możliwe. Czy jest niewysoka i nosi mały 

czarny kapelusz? 

- Tak! - odpowiedziała dziewczyna. - To ona. A poza tym, 

nie mieszka tu inna młoda pani. To musi być ona, nikt inny. 

- A jak ma na nazwisko? Marion i jak dalej? Wiesz, muszę 

się upewnić. 

- Pani Marion Warren - powiedziała dziewczyna i wy­

ciągnęła ręce po pudełko. 

- Oddaj jej to pudełko, a będę ci wdzięczny do końca życia. 

Cześć! - chłopiec odwrócił się i zniknął, zanim dziewczyna 
zdołała o cokolwiek zapytać. 

W pudełku znajdowały się dwa tuziny szkarłatnych róż, ta­

kich samych, jakie Marion znajdowała na koncertach. 

72 

background image

8. 

M a r i o n usiadła na łóżku i zdziwiona otworzyła pudełko. 

W środku nie znalazła żadnej wizytówki, a nawet nazwy kwia­
ciarni. Były tylko wspaniałe szkarłatne róże. Dziewczyna, 
która przyniosła pudełko, wpatrywała się w nie z podziwem. 
Na pytania Marion mogła odpowiedzieć jednak tylko tyle, ile 
dowiedziała się z rozmowy z posłańcem. Marion uśmiechnęła 
się, a potem rozpłakała. Zanim dostała te róże, czuła się taka 
samotna i opuszczona. Już prawie żałowała, że została 
w mieście. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy może nie byłoby 
lepiej, gdyby rzeczywiście pojechała do Vermont i tam zajmo­
wała się dziećmi i do końca pomagała Jennie. Może edukacja 
i kultura nie były dla niej przeznaczone. Samej było jej zbyt 
trudno. W pracy dostawała małe podwyżki, a wydatków było 
coraz więcej. Choroba mogła oznaczać dla niej stratę części 
pensji, chociaż miała prawo do zasiłku chorobowego przez 

jakiś czas. 

Ale teraz wszystko się odmieniło. Ktoś przysłał jej kwiaty, 

komuś zależało na niej. Zarumieniła się na tę myśl. Ofiarowała 

jedną różę dziewczynie i poprosiła, żeby dała trzy właścicielce 

domu. Potem włożyła resztę do wazonu, położyła się do łóżka 
i znowu się rozpłakała. Komuś na niej zależało! Nieważne 
komu, ważne, że ktoś taki w ogóle istniał! 

Zasnęła z uśmiechem na ustach i przyśnił jej się ojciec, który 

przyszedł do niej i powiedział: „Tak się cieszę, córeczko, na­
prawdę się cieszę". Kiedy się obudziła, popatrzyła na róże i od 
razu poczuła się lepiej. 

background image

Następnego dnia mogła już iść do pracy. T y m razem przy­

pięła do sukienki cały pęk róż; mogła rozdać kilka z nich, co 

jeszcze zwiększyło jej zadowolenie. 

Dwa dni potem do lady, przy której pracowała Marion 

z dwiema koleżankami, podszedł powoli młody mężczyzna. 
Zaczął wpatrywać się we wstążki takim wzrokiem, jakby kryły 
one jakąś tajemnicę, którą chciał rozwikłać. Był jakiś niezde­
cydowany i chciał już odejść, więc jedna z dziewcząt podeszła 
do niego i spytała, czy może mu jakoś pomóc. 

- Nie, dziękuję - odpowiedział mężczyzna i dalej stu­

diował zawartość półek. Wydawał się najbardziej zaintere­
sowany półkami pod ladą. Koleżanki Marion z rozbawie­
niem popatrzyły na niego przez chwilę i odeszły do swoich 
zajęć. 

Przez zimę Marion nauczyła się upinać kwiaty z tasiemek 

i robić fantazyjne kokardki. Zawsze stała więc do niej kolejka 
ludzi pragnących zrobić kokardkę „do sukienki córki" czy „do 
kapelusza dla młodej pani". Marion lubiła swoje zajęcie. Lu­

biła zwłaszcza robienie kwiatów z satyny. Wyobrażała sobie, 
że tworzy prawdziwe kwiaty i starała się, żeby drobne płatki 
i pręciki wyglądały jak najładniej. Najlepiej wychodziły jej 
róże i miała dużo zamówień na pojedyncze kwiaty i bukieciki. 
Tego dnia siedziała jak zwykle na swoim miejscu, z nożycz­
kami pod ręką, z różnokolorowymi tasiemkami wiszącymi na 
stojaku, otoczona drucikami i szpulkami. Młody człowiek pod­
szedł bliżej i lekko nachylony, z zainteresowaniem przyglądał 
się jej zwinnym palcom szybko formującym główki i pączki 
kwiatów. Stało tam sporo kobiet niecierpliwie czekających, aż 

przyjdzie ich kolej. Młodzieniec postał chwilę, a potem, ku 
rozbawieniu koleżanek Marion, zwrócił się do niej: 

- Czy mogłaby pani wybrać wstążkę w kolorze róży, którą 

pani nosi, i zrobić taką samą różę dla mnie? Nie spieszy mi się, 

mogę zaczekać, aż pani będzie wolna. 

Marion podniosła wzrok. Nie zauważyła go wcześniej, ale 

wydał jej się znajomy. Miał podobne oczy do mężczyzny, 
którego widziała na koncercie. Tamtego widziała jednak tylko 
przez moment, zatem nie pamiętała dobrze twarzy i trudno 
było stwierdzić, czy to mógł być on. Odpowiedziała uprzejmie: 

74 

background image

- Oczywiście, myślę, że będę mogła dobrać kolor, jeśli ze­

chce pan poczekać, aż skończę te kwiaty. To nie potrwa zbyt 
długo. 

Skłonił się, odszedł od lady i obserwując przechodzących 

ludzi, czekał, aż Marion skończy. Po kilku minutach podeszła 
do niego z wstążką, porównując kolor z różą przypiętą do 
sukienki. Uśmiechnął się. 

- Tak, ta będzie odpowiednia - powiedział z dziwną ulgą 

w głosie. 

- Czy pan życzy sobie jedną różę? - spytała miłym tonem, 

jakim zawsze rozmawiała z klientami, pragnąc traktować ich 
jak swoich przyjaciół. - Czy ma być do przypięcia na ramieniu? 

- Jedną - odpowiedział trochę zmieszany. - Nie wiem, jaka 

powinna być. Proszę zrobić tak jak zwykle. Taką, jaką by pani 
chciała mieć - uśmiechnął się bezradnie. 

Marion także odpowiedziała uśmiechem. 
- Już wiem - powiedziała ze zrozumieniem. - Postaram się, 

żeby była ładna. 

Zabrała się do pracy, starannie wymierzając, tnąc i układając 

wstążkę. Jej dzieło szybko zaczęło nabierać kształtu żyjącej, 
kwitnącej róży o długiej łodyżce i kilku zielonych listkach. 
Gdy skończyła, podała mu kwiat. 

- Podoba się panu? 
- Tak, nawet bardzo. Dziękuję - z jego oczu widać było, że 

mówi prawdę. - A gdzie...by ją pani nosiła? - zapytał niepew­
nie. W tym momencie koleżanki Marion, które przypatrywały 
się całej scenie, wybuchnęły śmiechem. 

- No i co ty na to? - teatralnym szeptem spytała jedna z nich. 
- Mały, niewinny chłopczyk. Ciekawe, czy sam chce ją 

nosić, czy robi to tylko dla niej? - druga aż otarła łzy ze 
śmiechu. 

Marion jednak nie zwracała na nie uwagi i przyłożyła ak­

samitną różę do ramienia, pokazując w którym miejscu najbar­
dziej pasuje. 

- Słuchaj, Marion, prawda, że fajnie byłoby być jego żoną? 

- spytała koleżanka, gdy klient skłonił się szarmancko i od­
szedł ze swym nabytkiem. - Zobacz, ile trudu sobie zadał, żeby 
kupić jej coś ładnego. 

75 

background image

Marion rozbłysły oczy i przez całe popołudnie zastanawiała 

się, jaka jest jego żona. Chciałaby zobaczyć kobietę, która 
miała nosić różę zrobioną przez nią. Musiała być bardzo piękna 
i kochana, i bardzo szczęśliwa, żyjąc z człowiekiem, który się 
tak nią opiekował i przygotowywał dla niej niespodzianki i pre­
zenty. To było trochę podobne do historii z jej różami, z tym że 
w jej przypadku nie stał za tym żaden mężczyzna, tylko pewnie 

jakaś miła starsza pani, z jakiegoś powodu czująca do niej 

sympatię. Marion cieszyła się, że żona tego pana miała tak 
kochającego męża. Chciałaby zobaczyć ją kiedyś z różą przy­
piętą do sukienki. Ciekawe, jak by wyglądała. 

Gdy skończyła pracę, wróciła do domu, do swoich więdną­

cych róż. 

Nadeszła wiosna i zbliżał się kolejny wieczorek kościelny. 

Na kilka dni przed imprezą pan Shuttle, który przypadkowo 
przechodził koło działu pasmanteryjnego, dostrzegł Marion. 

- O, Marion Warren! Gdzie się chowałaś przez ten cały 

czas? Właśnie się zastanawiałem, dlaczego nie przychodzisz 

już na wspólne modlitwy i na nasze wspólne kolacje. Podobno 

obiecałaś nam pomagać. Wiesz, że nie możemy znaleźć nikogo 
do zmywania naczyń? Pani Brown już nie przychodzi, a żadna 

z dziewcząt nie ma ochoty na to, by założyć fartuch i wziąć 
zmywak w ręce. Czy możesz przyjść i pomóc nam w piątek? 
Bardzo się nam przydasz. Wszystkie nasze elegantki nadają się 
tylko do strojenia i malowania oczu. Proszę, przyjdź chociaż 
ten jeden raz. Sami sobie nie poradzimy. 

Marion, jak zwykle chętna do pomocy, zgodziła się bez 

dłuższego namysłu. Ciągle pamiętała ostatnie spotkanie, kiedy 
dawne przyjaciółki tak źle ją potraktowały, ale właściwie nie 
miało to dla niej teraz znaczenia. Rozpoczęła nowe życie i po­
stanowiła nie przejmować się takimi drobiazgami jak to, że 
dziewczyna, którą kiedyś znała, zignorowała ją, ponieważ nie 

była modnie ubrana. A poza tym, teraz jej stroje są już od­
powiednie. Dzięki pracy w sklepie nauczyła się dobrze ubierać 
i to za niewielkie pieniądze. Zauważyła, że najdroższe modele 
często miały bardzo prosty krój, a wśród tańszych także można 
było znaleźć takie, które charakteryzowały się prostotą i dob-

76 

background image

rym gustem. Pracując w domu towarowym, mogła niekiedy 
kupować dobre materiały za niższą cenę i od czasu do czasu 
sama sobie coś uszyła. Nie musiała się więc j u ż martwić o s w ó j 
wygląd, jednak nie miała ochoty spotykać się z dawnymi ko­
leżankami. Skoro jednak obiecała, pójdzie jeszcze ten jeden raz. 
Przyjemnie będzie porozmawiać z żoną pastora. Może ją nawet 
zaprosi do siebie? Z radością zaprosiłaby ją do swojego pokoiku 
na herbatę i pokazała, jak mieszka. Pewnie, że nie mieszkała 
w pałacu, ale pokoik był miły i przytulny. Pani Steward zapew­
ne chętnie by przyszła. Marion nie miała ochoty zapraszać do 
siebie wszystkich swoich znajomych, ale dla pani Steward zro­
biłaby wyjątek. Lubiła ją i traktowała prawie jak matkę. 

Na ten wieczór włożyła specjalnie dobraną satynową su­

kienkę w kolorze owoców granatu. Sukienka bardzo dobrze 
współgrała z jej urodą, podkreślała oczy i delikatne rysy twa­
rzy. Przez żorżetowe rękawy widać było jej krągłe ramiona. 
Poszerzyła trochę mankiety, żeby mogła podwinąć rękawy 
przy zmywaniu. Wzięła także gumowy fartuszek, który miał 
zakrywać jej sukienkę, aby nie poplamiła się w kuchni. 

Wysiadła z autobusu przed kościołem i idąc w kierunku 

jasno oświetlonego bocznego wejścia, wpadła nagle w panikę. 
Wydawało jej się, że znów wszyscy będą na nią patrzeć. Pomi­

mo swoich wcześniejszych postanowień zapragnęła uciec do 
domu. Spojrzała jednak na swoje skórzane pantofelki z metalo­
wymi klamerkami i swoje szare jedwabne pończoszki i zdała 
sobie sprawę, że nie musi się przecież wstydzić swojego 
wyglądu. Nie była gorzej ubrana od innych, nie było powodu, 
aby ją wytykali palcami. Spojrzała w ciemne, gwiaździste nie­
bo nad sobą i wyszeptała modlitwę: 

- Drogi Boże, jestem twoim dzieckiem. Spraw, żeby moje 

zachowanie mogło przysporzyć Ci chwały. Spraw, żebym się 
nie bała. 

Weszła do środka i rozejrzała się wokoło. Była już tam pani 

Shuttle, najwyraźniej na kogoś niecierpliwie czekająca. Od ra­
zu podeszła do Marion. 

- O, jesteś. Bałam się, że nie przyjdziesz. Ogromnie się 

cieszę. Moja córka zachorowała na grypę i musiała zostać 
w domu. Czy możesz się zająć resztą dziewczyn, które będą tu 

77 

background image

pomagać? Powiesz im, gdzie się mają rozebrać i co mają robić. 
Muszę iść do domu i dać córce leki. Zapomniałam przygoto­
wać je dla niej, a ma taką gorączkę, że nie powinna wstawać. 
Czy możesz zostać dłużej i gdy będzie już po wszystkim, dopil­
nować, żeby pozmywały? Jest kilka nowych dziewczyn i nie 
bardzo orientują się, gdzie co leży. 

Marion, choć z ciężkim sercem, obiecała, że wszystkiego 

dopilnuje. Miała nadzieję, że uda jej się wyjść trochę 
wcześniej, ponieważ chciała się jeszcze trochę pouczyć. Zapi­
sała się na wykłady z literatury i zbliżał się już egzamin. 
Chciała poczytać przynajmniej przez godzinę. Ale nic nie 
mogła poradzić. Nie mogła odmówić pani Shuttle, skoro jej 
córka była tak chora. Poszła więc do szatni, żeby się rozebrać. 
Przynajmniej będzie zajęta przez cały wieczór i nie będzie 
musiała rozmawiać ze znajomymi. Szkoda tylko, że może się 
nie zobaczyć z żoną pastora i nie zaprosi jej do siebie. 

Idąc do kuchni, przeszła przez główną salę i zobaczyła 

dwóch mężczyzn stojących przy schodach. Jednym z nich był 
pan Radnor, prezes banku. Drugi, młodszy, stał w cieniu i nie 

widziała jego twarzy. Zastanawiała się, czy powinna podejść 
do pana Radnora i podziękować za znalezienie jej pracy, czy 
poczekać, aż przestanie rozmawiać. Nie wiedziała, że panowie 
mówią właśnie o niej. 

- Kim jest ta dziewczyna, Radnor? - spytał z zaciekawie­

niem ten drugi. 

- Która? Ta przy drzwiach? Czy to jest...? Tak, to córka 

Warrena, Marion Warren. Bardzo miła i dobra dziewczyna. 
Zeszłej wiosny poprosiła mnie, abym polecił ją gdzieś do pra­
cy. Wydaje mi się, że dobrze sobie radzi. Chodziła do tej 
szkółki niedzielnej, gdy jeszcze była w podstawówce. Mamy 
tutaj wiele takich osób, wiesz, skromnych, uczciwych i szano­
wanych, którym się nie przelewa, ale które ciężko i wytrwale 
pracują i w rezultacie dobrze sobie radzą. Tacy ludzie wspoma­
gają też kościół. Nie wyobrażasz sobie, jacy są hojni. Niejeden 
bogaty daje mniej. 

- Chciałbym ją poznać - powiedział młody mężczyzna. 
- Tak... oczywiście - odparł pan Radnor z pewnym waha­

niem. - Ale wiesz, Lyman, ona nie należy do twojej klasy. 

78 

background image

Myślisz, że to jest rozsądne? Mogłoby to zawrócić jej 

w głowie. 

- Nieprawda! - Lyman zaprzeczył energicznie. - Mylisz się, 

Radnor, ona należy do mojej klasy. Chodziliśmy razem na 
koncerty symfoniczne przez całą zimę; może nie do końca 

razem, ale siedziała niedaleko mnie i widziałem, jak dosłownie 
chłonie muzykę. Widzisz więc, że mamy wspólne zaintereso­

wania. Naprawdę chciałbym ją poznać, jeśli nie masz nic prze­

ciwko temu. Nie zawrócę jej w głowie - roześmiał się wesoło. 

- Dobrze, jak chcesz. Jest bardzo miłym dzieckiem, jak ci 

mówiłem. Nie wiedziałem, że interesuje się muzyką. Pewnie 
ktoś dał jej bilety. Myślę, że nie byłoby jej na to stać, a poza 
tym chyba nie wpadłaby sama na taki pomysł. Dobrze, przed­
stawię cię jej. Będziesz mógł ją sam poznać. Nie wydaje mi się, 
żeby miała jakieś wykształcenie. Jej ojciec musiał ciężko pra­
cować na utrzymanie. O, idzie w naszą stronę. 

Marion postanowiła zamienić szybko kilka słów z panem 

Radnorem i wrócić do kuchni, zanim przyjdą dziewczyny. 
Chciała to zrobić teraz, bo potem mogła nie mieć okazji. Po­
deszła do mężczyzn. 

Nie musiała zaczynać od „Przepraszam na chwilę", jak za­

planowała, ponieważ wyglądało, jakby na nią czekali. Prezes 
pozdrowił ją szerokim uśmiechem. 

- Dobry wieczór, panno Marion. Co nowego? To pan Ly­

man. Spotkaliście się już, prawda? Jak tam w sklepie? Podoba 
się tam pani? 

Jego pytanie nastąpiło tuż po tym, jak przedstawił jej Lyma-

na, Marion skłoniła się więc tylko w jego kierunku, nie od­
rywając oczu od Radnora. Odpowiedziała oficjalnym tonem: 

- Bardzo, proszę pana. Chciałam właśnie podziękować panu 

za wszystko. Już wcześniej miałam zamiar to zrobić i opowie­

dzieć, jak mi idzie, ale nie chciałam zabierać panu czasu w ban­
ku. A tutaj, w kościele, zawsze jest tyle osób wokół pana, że nie 
miałam możliwości z panem porozmawiać. 

- Ależ nie ma o czym mówić - odparł prezes dobrotliwie 

i trochę, jak pomyślał Lyman, z wyższością. - Cieszę się, że 

wszystko się dobrze ułożyło. Może pani zawsze liczyć na moją 
pomoc; zawsze chętnie pomagam członkom naszej szkoły. Ly-

background image

man, zobacz, przyszedł wreszcie Steward. Chodź, poroz­
mawiamy z nim o naszym interesie. Miłego wieczoru, panno 

Warren. Pewnie się jeszcze dziś zobaczymy. Miło się rozma­
wiało, prawda? Do zobaczenia. 

Odeszli i Marion poczuła się, tak jak na poprzednim spot­

kaniu, trochę zignorowana. Tym razem w bardzo grzeczny 
sposób i z uśmiechem, ale jednak zignorowana. 

Dopiero teraz dotarło do niej, że na odchodne pan Lyman 

z przyjacielskim uśmiechem powiedział: 

- Mam nadzieję, że porozmawiamy jeszcze dziś wieczorem, 

panno Warren. 

Oczywiście to nic nie znaczyło, nieznajomy starał się po 

prostu być miły. Dlaczego jego oczy wydawały się Marion 
znajome? Pan Radnor powiedział, że kiedyś się już spotkali. 
Musiał być jakimś dawnym członkiem kościoła; może wyje­
chał gdzieś na dłużej i teraz wrócił. Nie widziała go nigdy 
przedtem, a jednak jego oczy kogoś jej przypominały. Zapew­
ne był podobny do jakiegoś klienta ze sklepu. 

Marion dzieliła ludzi na kilka typów. Ten młody mężczyzna 

reprezentował typ miłego człowieka, który łatwo nawiązywał 
kontakty. Zresztą, co za różnica. I tak pewnie już go nie zo­
baczy. Pójdzie zaraz do kuchni i zostanie tam do końca spot­
kania. To była chyba jej wina, że ludzie traktowali ją z góry. 
Stała się zbyt wrażliwa. Nie powinna się martwić, czy ją lubią, 

czy nie. Jej przeznaczeniem jest samotność i musi się do tego 
przyzwyczaić. Szybko udała się do kuchni. 

Pan Radnor, witając przychodzących gości, gratulował sobie 

tak zręcznego przedstawienia Marion. Nie wypadałoby Lyma-
nowi okazywać zainteresowania takiej myszce, jaką była córka 
Warrena. Jego bratanica, Isabel, bardzo interesowała się Lyma-
nem i Radnor nie chciał, aby miała jakąkolwiek rywalkę, nawet 

w osobie zwykłej sprzedawczyni. Jeśli Isabel poślubiłaby Ly-
mana, byłby on dla niej i dla rodziny świetną partią. Lyman był 
niezwykłym młodzieńcem, bajecznie bogatym i do tego uczci­
wym w każdym calu. Chodził do kościoła, co było najbardziej 
godne pochwały w świecie, w którym ludzie, zwłaszcza 
młodzi, nie interesują się życiem duchowym. Tak, był rzeczy­
wiście niezwykłym młodzieńcem! 

80 

background image

Gdy Marion weszła do kuchni, trzy lub cztery kobiety przy­

gotowywały już sałatki, kroiły ciasto i przyrządzały kawę. Jed­
na z nich przywitała ją z ulgą: 

- O, wreszcie przyszła Marion Warren. Czekałyśmy na cie­

bie. Czy możesz poszukać pani McGovern i spytać, które ciasto 
mamy kroić najpierw? Mówiła, ale zapomniałam. Albo czeko­
ladowe, albo orzechowe, nie wiem które. Będzie się denerwo­
wać, jeśli pomylimy kolejność. A gdy już tam będziesz, ro­
zejrzyj się za Isabel Cresson, dobrze? Brakuje nam obsłu­
gujących i obiecałam ją poprosić, żeby nam pomogła, ale m a m 
ten fartuch i podwinięte rękawy, więc nie chcę wychodzić. 

Marion skinęła głową bez słowa, prawie żałując, że nie zo­

stała w domu. Nie chciała się spotkać z Isabel Cresson, ale 
postanowiła się przemóc. Wyszła, z nadzieją, że Isabel jeszcze 
nie przyszła i będzie można poprosić kogoś innego. Łatwo 
znalazła panią McGovern i okazało się, że najpierw ma być 
krojone ciasto czekoladowe. Rozejrzała się po sali i z u l g ą 
zauważyła, że nie ma jeszcze Isabel. Nagle z szatni wyszła 
grupa głośno rozmawiających dziewcząt, a wśród nich, nieste­
ty, Isabel Cresson. 

- Isabel - zaczepiła ją Marion - muszę cię o coś spytać. 
Isabel odwróciła się i obrzuciła ją zimnym spojrzeniem. 
- O, Marion Warren, to ty? Ledwo cię poznałam! 

Policzki Marion zaróżowiły się od takiego tonu, ale starała 

się spokojnie mówić dalej: 

- Pani Forbes chciałaby wiedzieć, czy nam pomożesz. 

Mówi, że potrzebuje więcej dziewczyn do pomocy. 

- Co? Ja! Nie ma mowy! Przyszłam tu, żeby się bawić. Poza 

tym, m a m na sobie nową, drogą sukienkę i nie chcę jej znisz­
czyć. Idź do pani Forbes i spytaj, za kogo mnie ma. Spytaj ją 
o to - Isabel zaśmiała się szyderczo i Marion wydawało się, że 
dawna koleżanka śmieje się z niej i że wszystkie inne dziew­
czyny też się przyłączyły. 

Znowu miała pąsowe policzki. Przez chwilę chciała powie­

dzieć im, co o nich myśli i upomnieć za ich niegrzeczne za­
chowanie. Ale co by to dało? Odwróciła się od dziewcząt. Nie 
może pozwolić, żeby wywoływały u niej grzeszne myśli. Zdała 
sobie sprawę, iż pomyślała o Isabel Cresson z nienawiścią. 

background image

Od razu jednak znalazła ratunek przeciwko takim myślom. 

Był Ktoś, do kogo mogła się zwrócić w trudnych chwilach, 
kogo mogła prosić o wsparcie, nawet w tak zatłoczonej 
i głośnej sali. Zamknęła na chwilę oczy i po chwili spokojnie 
szła w kierunku kuchni, przeciskając się między ludźmi, 
których coraz więcej wchodziło do sali. Nieoczekiwanie żona 
pastora złapała ją za rękę i pozdrowiła uśmiechem, jakby bar­
dzo się cieszyła z ich spotkania. Marion poczuła się lepiej. Jaka 
była głupia! Chciała płakać z powodu niemiłych koleżanek? 

Jennie i Tom mieli rację. Nie nadawała się do bycia z innymi 

ludźmi. Powinna mieszkać gdzieś na farmie, gdzie w ogóle nie 
kontaktowałaby się ze światem. Musi się nauczyć, że nie po­
winna się przejmować tym, co mówią nieuprzejme dziewczy­
ny! Ponieważ znała je jeszcze ze szkoły, myślała, że będą dla 
niej miłe. Jeśli stało się inaczej, to i tak nie może pozwolić, aby 
takie rzeczy wyprowadzały ją z równowagi. 

Żona pastora bardzo ciepło mówiła o ojcu. Jej współczujący 

ton pomógł Marion się pozbierać. Uspokoiła się i jej twarz się 
rozjaśniła. 

W pewnym momencie dojrzał ją pastor stojący w grupie 

mężczyzn. 

- Panna Warren! - powitał ją serdecznie. - Cieszę się, że cię 

widzę. Coraz rzadziej cię tu widujemy, prawda? Przychodzisz 
na nabożeństwo, ale jakoś nie chcesz spotykać się z nami. 
Chciałem z tobą kilka razy porozmawiać, ale zawsze wycho­
dziłaś tak szybko. Przy okazji, znasz tego młodzieńca? Jeffer­
son, pewnie znacie się z panną Marion? 

Marion spojrzała w oczy tego samego młodego mężczyzny, 

któremu tak szybko przedstawił ją pan Radnor kilka minut 
wcześniej. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że już kiedyś wi­
działa te oczy. Musiała go już kiedyś spotkać. 

Uśmiechnęła się, nie wiedząc, co powiedzieć, speszona na­

gle przez Isabel Cresson i jej koleżanki, które zmierzały w ich 

stronę. Znowu ogarnęła ją panika. Nie, nie może się jeszcze raz 
z nimi spotkać; na pewno upokorzyłyby ją przed miłym nie­

znajomym. Pastor odpowiedział na jakieś pytanie Lymana: 

- Tak, musiało cię tu długo nie być. Nie myślałem, że to aż 

tyle czasu. Byłeś małym chłopcem, kiedy wyjechałeś. Nie 

background image

mogłeś dobrze znać starszych członków kościoła. Ale twój 

ojciec ich znał. A ojciec tej młodej damy był solą tej ziemi, był 

jednym z najzacniejszych ludzi, jakich znałem. Niedawno zo­

stał wezwany... 

Marion zrobiło się lżej na sercu. W jakiś szczególny sposób 

nieznajomy przyciągnął jej wzrok i w jego twarzy dostrzegła 
głębokie współczucie. Zachował się bardzo pięknie; przejął się 
nieznajomym, który już nie żył, człowiekiem, którego nawet 
nie znał. Uśmiechnęła się do niego w podzięce. Pomyślała, że 
nawet gdyby nigdy już nie spotkała tego mężczyzny, zawsze 

będzie pamiętała to spojrzenie, będące hołdem dla jej ojca. 

Nie miała jednak czasu, aby zebrać słowa. Koleżanki były 

już blisko; widziała, że Isabel patrzyła na nieznajomego jak na 

starego przyjaciela i zapewne zamierzała z nim porozmawiać. 

Toteż Marion podniosła głowę i próbując się uśmiechnąć, po­

spiesznie powiedziała: 

- Bardzo przepraszam, ale muszę iść. Obiecałam pomóc 

w kuchni i na pewno czekają tam na mnie. 

Odwróciła się i przeciskając się między gośćmi, zniknęła 

w korytarzu piowadzącym do kuchni. 

background image

9. 

M ł o d y człowiek obserwujący nagłe odejście Marion był 

oczarowany jej osobą. Bardzo mu się podobał jej delikatny 
profil, na który zwrócił uwagę już w filharmonii. Kojarzył go 
nieodparcie z piękną muzyką, szlachetnością i wykwintnością. 
Jej szczere oczy, szkarłatny kolor prostej sukienki, lekko 
zaróżowione policzki i łukowate brwi komponowały się wspa­
niale w jedną całość. Gdy nieśmiało uniosła swoje poważne 
oczy, pomyślał, że nie pomylił się co do niej. Jeśli prawdą było, 
co mówił Radnor o jej rodzinie, to jak ktoś taki mógł się 
uchować w tym zepsutym świecie? Była zupełnie inna od 

wszystkich dziewcząt, które znał. 

Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Isabel Cresson. Była 

ubrana w niebieskosrebrną sukienkę, w uszach miała długie 
kolczyki, a na szyi długi sznur pereł. Miała krótko obcięte 
włosy, pomalowane na karminowo usta i policzki pokryte 
różem. Była typową przedstawicielką swojego pokolenia; cyni­
czna, pełna życia i śmiała, widać było, że wie, czego chce od 
życia. Co za kontrast! Spojrzał w kierunku dziewczyny 

w szkarłatnej sukience i zapragnął, żeby wróciła i porozma­
wiała z nim. 

- Witaj, Jeff! - pozdrowiła go Isabel. - Spotykamy się tylko 

w kościele. Zmieniłeś się w tej Europie, widać cię tylko na 
takich spotkaniach. Dlaczego nie przyjdziesz do klubu, jak 
dawniej? Zrobili tam teraz nowy parkiet, najlepszy w okolicy, 

i zapraszają najlepsze orkiestry. Nie wiedziałeś o tym, prawda? 

A przecież jesteś w domu już ponad rok. Co ci tam zrobili? 

84 

background image

Zamienili cię w staruszka? Zapomniałeś o starych przyja­

ciołach? O co chodzi? Jesteś zapracowany? Przyjdź w nie­
dzielę rano na pole golfowe, pogramy sobie. Coraz lepiej mi 
idzie. Chcesz się przekonać? A może dasz mi szansę odegrać 
się w tenisa? Pamiętasz, jak kiedyś graliśmy? Nie zapomniałeś 

jeszcze, jak się trzyma rakietę? Otworzyli cztery nowe korty, 

z bardzo dobrą nawierzchnią. Też nieźle gram. Kupiłam sobie 
ostatnio świetną n o w ą rakietę. Muszę ją wypróbować. S ł u -
cham? Co? Musisz iść do kościoła? Coś takiego! Nie możesz 
raz nie iść? No to idź o szóstej rano, a potem pójdziemy na 
kawę i wtedy będziemy mieli mnóstwo czasu. Albo idź jeszcze 
wcześniej. Co? Ależ Jeff! Chyba nie zwapniałeś do tego stop­
nia, że nie pójdziesz poruszać się trochę w niedzielę. Powiedz, 
dlaczego nie chcesz? Myślałam, że jesteś nowoczesny. 
Myślałam, że za granicą pozbyłeś się swoich sztywnych zasad. 
Przestań być taki konserwatywny! Co jest złego w bieganiu za 

piłką na świeżym powietrzu? Wszyscy to robią, przynajmniej 
wszyscy nasi starzy znajomi. Nawet pastor z kościoła, gdzie 
chodzą moi przyjaciele, po porannym nabożeństwie cały czas 
poświęca na rekreację. Mówi, że tak naucza Biblia. Niedziela 
była stworzona dla człowieka. Chyba się z tym zgadzasz. Nie 

chcesz w niedzielę? No to możemy zagrać w sobotę. 
Umówiłam się, ale mogę to odwołać. Co ty na to? 

- Niestety, nie mogę - odparł lekko rozbawiony. - M a m 

w planach coś innego na ten dzień. Przy okazji, nie słyszałem, 
żebyś miała dzisiaj zaśpiewać. Miałaś ładny głos, gdy byłaś 
dzieckiem. Pewnie mocno nad nim pracujesz? 

Skrzywiła się. 

- Kto? Ja? C z y nad czymkolwiek kiedyś mocno p r a -

cowałam? Brałam lekcje, oczywiście. Kilka nawet z niesamo­
witym tenorem, prawdziwym Włochem, który miał prześliczne 
oczy. Wszystkie dziewczyny się w nim kochały. Ale, niestety, 
był żonaty i żona nie chciała mu dać rozwodu. To tragiczne, 
prawda? Gdybym miała męża i zapragnąłby on wolności, na 
pewno bym się nie sprzeciwiała. Często się zdarza, że ludzie 

przyczepiają się do kogoś, kto właśnie pragnie być sam. P r a w -
da? Wydaje mi się, że Europejczycy są znacznie bardziej no­
wocześni w tych sprawach. Powiedz mi, jak było na Syberii, 

85 

background image

umieram z ciekawości. Nie bałeś się? Byłeś zawsze taki od­
ważny. Cieszę się, że już wróciłeś. Musisz przyjść potańczyć 
w następną sobotę. Będzie świetnie. Wiesz, że samo urządze­
nie sali kosztowało... 

Oczy Jeffersona zwrócone były jednak w przeciwny róg sali, 

gdzie dziewczyna w satynowej sukience koloru szkarłatnych 
róż nakrywała do stołu, ostrożnie rozstawiając filiżanki, tale­
rzyki, cukierniczki i dzbanuszki. 

- Przepraszam na moment, Isabel - powiedział nagle. 

- Muszę z kimś porozmawiać. 

Odwrócił się i odszedł. 

-Nie wytrzymam! -wykrzyknęła do Alinę Baines, która nie 

odstępowała jej na krok. - Jak on mógł ją poznać? Pewnie ten 
głupiec Steward przedstawił ich sobie. Nigdy nie potrafi się 
rozsądnie zachować! I to ma być pastor! Szkoda, że nie chodzi­
my do innego kościoła. Marion Warren! Alinę, musimy uwo­
lnić tego biedaka z jej szponów. Pomyśl, Marion i J e f f . To 
śmieszne. Czy kiedykolwiek słyszałaś coś podobnego? Nie 
myślałam, że ma taki tupet. Widziałam, jak strzelała oczami, 

gdy podszedł. To denerwujące. Poza tym jeszcze się z nim nie 
umówiłam, kiedy mamy zagrać w golfa. Chodź, idziemy go 
ratować. 

Isabel z grupką przyjaciół skierowała się prędko do stołu, 

gdzie krzątała się Marion. Dostrzegł ich Lyman i szybko pod­
szedł do niej. 

- Znajdzie pani dla mnie chwilkę, byśmy mogli porozma­

wiać? Wiem, że podobały się pani koncerty zimowe. Chciał­
bym, a b y podzieliła się pani ze m n ą swoimi wrażeniami. 

Marion spojrzała na niego z nagłym błyskiem w oczach. Nie 

mogła uwierzyć własnym uszom. Oczywiście nie wiedział, ja­
ka była skromna i biedna, inaczej nie rozmawiałby z nią, mając 
do wyboru tyle dziewcząt. Zrobiło jej się jednak miło, że ktoś 
przemówił do niej w ten sposób, jak gdyby mogła oceniać 
wielką muzykę. 

-Ja... -uśmiechnęła się, co dodało jej twarzy jeszcze więcej 

uroku i rozwścieczyło zbliżającą się Isabel. - Nie wiem. Ale 
bardzo bym chciała - dokończyła szybko. - Spróbuję, chociaż 
nigdy nie rozmawiałam o koncertach. Będzie mi bardzo miło. 

86 

background image

- Jeff!  N i e umówiliśmy się, kiedy zagramy w golfa - Isabel 

przerwała gwałtownie. - Nie puszczę cię, dopóki tego nie 
ustalimy. O, Marion. Przed chwilą spotkałam panią Shuttle. 
Chciała, żebyś natychmiast przyszła do kuchni. 

Powiedziała to tonem tak władczym, jakby rozkazywała 

służącej, ale Marion nie przestraszyła się. Miły wzrok nieznajo­
mego, który przed chwilą zaproponował jej rozmowę na temat 
koncertów, dodał jej sił. Poczuła, że Bóg wysłuchał jej modlitw 
i teraz jej pomaga. Lekko uśmiechnęła się do Isabel i odparła: 

- O, mylisz się Isabel. Pani Shuttle poszła do domu opieko­

wać się chorą córką i ja właśnie ją zastępuję. Może sama 
pójdziesz do kuchni i powiesz dziewczynom, że mogą już wno­

sić kawę? 

Lyman z rozbawieniem obserwował to drobne starcie, ale 

nic nie mówił i myślał tylko, jak wielki kontrast istnieje między 
tymi dwiema dziewczynami. 

- Co ty powiesz? - Isabel odezwała się pogardliwie. - Nie 

ma mowy. Za kogo mnie masz? Za służącą? - odwróciła się od 
Marion i odciągnęła Lymana, aby się z nim umówić. 

Marion ze spokojem wróciła do swoich zajęć, ale po chwili 

zaczęła się zastanawiać, czy postąpiła po chrześcijańsku, od­
powiadając Isabel w ten sposób. Nade wszystko pragnęła żyć 
w zgodzie z prawami Pana i nie chciała uczynić czegokolwiek, 
czy to słowem, czy czynem, czy nawet myślą, co nie byłoby 
zgodne z Jego wolą. Chciała żyć dla Jego chwały. Może więc 
powiedziała za dużo? Co by szkodziło, gdyby Isabel myślała, 
że wygrała ich słowną potyczkę? 

Po chwili usłyszała, jak Lyman grzecznie odpowiedział Isa-

bel: 

- Bardzo dziękuję, Isabel, ale nie mogę się z tobą spotkać 

tego dnia. Jestem bardzo zajęty...- oddalili się od stołu i Ma-
rion uśmiechnęła się do siebie. Odczuwała pewien rodzaj try­
umfu, bo ktoś wreszcie stanął po jej stronie. Było to dla niej coś 
nowego, ponieważ od śmierci ojca nie spodziewała się, że 

jeszcze kiedyś będzie komuś na niej zależało. Oczywiście 

miała brata, ale Tom obraził się na nią. Przez całą zimę napisał 
tylko dwa krótkie listy, a Jennie nie napisała wcale, chociaż 
dopóki Marion nie uświadomiła sobie, że nie odpisują, pisała 

background image

do nich regularnie co dwa tygodnie. Potem też starała się nie 

zrywać korespondencji. Była to co prawda jednostronna ko­
respondencja, ale nikt nie mógł jej zarzucić, że nie próbo­
wała pozostawać z rodziną w kontakcie. Wysyłała im także 
mnóstwo niedużych prezentów; jakieś rzeczy do domu, zaba­
wki dla dzieci, i to wszystko ze swojej niskiej pensji. Jednakże 
ciągle miała poczucie, że jest sama na świecie, że jeśliby stało 
się coś złego, nikt by jej nie pomógł. Dlatego bardzo przyjem­
nie było spotkać kogoś tak miłego iuprzejmego jak Jeff. 

Nie było go teraz w grupie dziewcząt i Marion pomyślała, że 

może poszedł już do domu. Dostrzegła go jednak później, gdy 
sprawdzając, czy wszyscy dostali deser, weszła do drugiej, 
mniejszej sali, gdzie zebrali się mężczyźni. Otoczony przez 
sporą grupkę, opowiadał właśnie o swoich podróżach. 

Na tacce, którą niosła, zostało jeszcze kilka porcji lodów. 

Gdy podeszła, Lyman zrobił jej miejsce obok siebie i poprosił, 
aby usiadła i zjadła razem z nimi. Marion nie widziała powodu, 
aby mu odmówić. Ruch przy stole już zmalał, więc mogła sobie 

pozwolić na chwilę odpoczynku. Nie trzeba było jeszcze zmy­
wać naczyń, a poza tym, wróciła pani Shuttle i zajęła się wszys­
tkim. Usiadła więc, zadowolona, że nie są w głównej sali, gdzie 
wszyscy by na nich patrzyli. Nie musiała się obawiać, że przyj­
dzie Isabel. 

Lyman dalej mówił o swoich podróżach i o pięknych miejs­

cach, które odwiedził. Wszystko opowiadał w taki sposób, że 
nikt się nie mógł znudzić; każdy słuchał z zainteresowaniem, 
by nie uronić ani słowa. 

Gdy zaczął opisywać obraz, który widział w jednej z galerii, 

z sali obok dały się słyszeć odgłosy jakiegoś poruszenia i brzęk 
talerzy przypomniał Marion o jej obowiązkach. 

- Odnoszą talerze! Muszę iść! - poczuła się winna, że siedzi 

tutaj, zamiast pomagać dziewczynom. - Co o mnie pomyślą? 
Wie pan, obiecałam pomóc. Bardzo dziękuję za towarzystwo 
i za opowieści z wielkiego świata. 

Zebrała naczynia na tackę i Jeff wstał, aby mogła przejść. 

Zatrzymał ją jeszcze na chwilę. 

- Czy ktoś panią odprowadza? Mogę na panią zaczekać 

i odprowadzić do domu? - spytał cicho. 

88 

background image

Lekki rumieniec przeniósł się nagle z policzków na całą jej 

twarz. 

- Nie, nie, nikt mnie nie odprowadza - odpowiedziała 

drżącym głosem - ale nie powinien pan na mnie czekać. Muszę 
tu zostać dłużej, a poza tym, poradzę sobie. Przyzwyczaiłam 
się już do tego, że chodzę wszędzie sama. Ale mimo wszystko 
bardzo dziękuję. 

Rozpromieniona, pobiegła do kuchni. Serce jej mocniej za­

biło na myśl, że taki mężczyzna chciał ją odprowadzić. Nie 
zepsuły jej humoru nawet stosy brudnych naczyń i wymówki 
dziewczyn, mających do niej pretensje, że tak długo nie wra­
cała. 

Lyman obserwował ją przez moment, zanim zniknęła za 

drzwiami. Zastanowił go cień melancholii, który pojawił się 
w jej oczach, w momencie gdy odrzuciła jego propozycję. 
Teraz z jego oczu można było odczytać, że podjął decyzję. 

- I tak zaczekam - wymruczał do czarno-różowych figur 

z dywanu. 

Marion, zakładając fartuszek, pomyślała, że chociaż wieczór 

zaczął się dosyć niemiło, okazał się całkiem przyjemny. Na 
pewno będzie go długo pamiętała, a zwłaszcza rozmowę z Ly-
manem, gdyż bardzo lubiła rozmawiać o sztuce. Pójdzie jak 
najszybciej do biblioteki, znajdzie książki o galeriach, 
o których opowiadał, i będzie czytać, czytać i czytać, dopóki 
nie dowie się o nich tyle, aby móc o nich swobodnie dyskuto­
wać. Chciałaby zapisać sobie nazwiska malarzy i nazwy gale­
rii, o których wspomniał Jeff. Jeśli będzie miała jeszcze kiedyś 
okazję, aby z nim porozmawiać, poprosi go o to. 

Goście powoli wychodzili i wreszcie sala się opróżniła. Ly-

man spacerował sobie po pokoju i odczytywał mosiężne tabli­
czki pod obrazami zawieszonymi na ścianach. Z kuchni dobie­
gały odgłosy mycia naczyń. Oprócz niego w sali była tylko 
grupka kobiet, z zapałem o czymś rozmawiających. Woźny 
zbierał zgubione chusteczki, których zawsze było wiele po 
takich imprezach. W hallu ostatni goście żegnali się ze sobą. 

Zza obrotowych drzwi dał się słyszeć wybuch wesołego 

śmiechu i po chwili do sali zajrzała grupka dziewcząt ubranych 
do wyjścia. 

background image

- O, tu jest - powiedziała jedna i podeszły do Lymana. 
- Chodź, Jeff! - zawołała Isabel Cresson. - Nie przyjechałeś 

samochodem, prawda? W u j e k Rad mówi, że nie ma go w po­
bliżu. Powiedział, żebyś jechał z nami. Podwieziemy cię do 
domu. 

- Dziękuję - grzecznie odpowiedział Lyman - ale czekam 

na kogoś. 

- Aha - Isabel zmieszała się trochę - ta osoba też może 

jechać z nami. Jest miejsce. W u j e k R a d ma duży samochód. 

- Niemożliwe - uśmiechnął się J e f f . - Nie wiadomo, czy 

zechce, a poza tym, przyjechałem samochodem, tylko zapar­
kowałem za rogiem. Nie było miejsca bliżej. Dziękuję mimo 
wszystko. 

Isabel wyszła nieco zbita z tropu, zastanawiając się, na kogo 

to mógł czekać. 

Wreszcie wyszli już wszyscy i Lyman został w sali sam. 

Poszedł powoli do kuchni. Marion myślała, że nikogo już nie 
ma i że został tylko woźny, sprzątający i ustawiający wszystko 
na miejsce. Przestraszyła się więc, gdy usłyszała głos Jeffa. 

- Przyszedłem powycierać talerze - powiedział wesoło. 

- Proszę dać mi ściereczkę. Wiem jak. Robiłem to, gdy byłem 

małym chłopcem. 

Marion podskoczyło serce. Widać było, że dziewczyna bar­

dzo się cieszy. Został. Wszyscy wyszli, a on został dla niej. Nie 

zdawał sobie oczywiście sprawy, że była tylko biedną sprzeda­
wczynią, ale nie było to ważne. Bardzo chciała wypytać go o te 
piękne obrazy, o których opowiadał, i dowiedzieć się, gdzie 
może znaleźć więcej wiadomości na ich temat. Jest bardzo 
uprzejmy i na pewno wykaże dużą cierpliwość, mimo że ona 
tak niewiele wie o malarstwie. 

Nie chciała, żeby wycierał talerze, ale sam wziął ściereczkę 

i ochoczo zabrał się do pracy, jakby nic innego w życiu nie 
robił. Marion założyła mu fartuszek, który zostawiła pani Shut-
tle, i pracowali razem jak para starych przyjaciół. 

Isabel Cresson nie byłaby jednak sobą, gdyby nie wróciła. 

Koniecznie chciała się dowiedzieć, na kogo czekał J e f f . Miała 
też ochotę porozmawiać z nim jeszcze. Udając, że zapomniała 
rękawiczek, weszła do sali. Usłyszała śmiechy dobiegające 

background image

z kuchni i zajrzała tam po cichu. Marion właśnie wiązała Ly-
manowi fartuszek i widać było, że dobrze się bawią. Nie za­
uważyli jej, więc po cichu zamknęła drzwi. Szybko wyszła 
z budynku, nie myśląc już oczywiście o rękawiczkach. A więc 
to tak! Marion Warren chce usidlić Jeffa! Trzeba się tym zająć! 
To nie może się rozwinąć! Ktoś musi ostrzec Jeffa! Ktoś musi 
powstrzymać Marion! Marion! Co on w niej widzi? 

-Wyciera naczynia tej głupiej Marion Warren! - oznajmiła, 

gdy wsiadła do samochodu. - Myślę, że powinniśmy się tym 
zająć, wujku. Nie wiedziałam, że jest taką spryciarą! Taki tu­
pet! Wiesz, jak mi dzisiaj odszczeknęła? Powiedziałam, że 
proszą ją do kuchni, a ona skłamała, że już tam była, bylebym 
tylko poszła i nie rozmawiała z Jeffem. To ty ich poznałeś? 
Powinieneś chyba bardziej uważać, co robisz. Przecież on nic 
o niej nie wie. Nie wie, do czego są zdolni tacy mali ludzie. 
Myślę, że ją wkrótce przejrzy. 

- Cóż, to on poprosił, abym mu ją przedstawił 

- wytłumaczył wujek. - To dziwne, jak ludzi nieraz przy­
ciągają ładne twarzyczki. Opowiadałem mu o niej. Powie­

działem, że pochodzi ze skromnej, szanowanej rodziny, ale 
ostrzegałem go. Nie chciałbym, aby jej zawrócił w głowie. Jest 
miła, a ja bardzo szanowałem jej ojca. 

- O nią nie musisz się martwić! - w głosie Isabel słychać 

było sarkazm. - Gdybyś widział, jak flirtowała z nim dzisiaj, 
zrozumiałbyś, że potrafi dać sobie radę. Jest naprawdę spry­
ciarą. Ciągle za nim łaziła. Gdziekolwiek poszedł, ona szła za 
nim. Ładna? Nie rozumiem, jak możesz mówić, że jest ładna. 
Wygląda, jakby przeniosła się ze średniowiecza. Zwróć uwagę 
na jej blade policzki i nie umalowane usta! Nawet nie potrafi 
zadbać o siebie. To stare sztuczki! Myśli, że jak będzie prze­
wracać oczami i wyglądać jak dziewczynka z zapałkami, to 
ktoś się na to złapie. Nie rozumiem, jak Jeff mógł się na to 
nabrać. Pewnie nie chciał jej zranić. Naprawdę myślę, że powi­
nieneś ostrzec Jeffa. Musisz mu ją wybić z głowy. A ja po­
staram się dopilnować, aby Marion przestała o nim myśleć. 

- Isabel, nie denerwuj się - uspokoił ją wujek. - Już ja się 

tym zajmę. Ty się do tego nie mieszaj. Lyman nie straci głowy 
dla takiej dziewczyny jak ona, bądź spokojna. Chciał ją po-

background image

znać, bo spotkał ją na koncercie symfonicznym i zobaczył, że 
bardzo lubi muzykę. O to chodziło. Zainteresował się dziew­
czyną, która próbuje wspiąć się wyżej. Tylko tyle. 

- To w jej stylu. Zawsze chciała wszystko wiedzieć i umieć 

więcej niż inni. Była zwykłym kujonem. Nikt z naszej klasy jej 
nie lubił. Byliśmy dla niej mili, ale nigdy nie chcieliśmy jej 
w naszej paczce. Czasami tylko rozmawialiśmy z nią o lek­
cjach czy o czymś takim. 

- Tak - odezwała się Alinę, którą odwozili do domu i która 

była znana z tego, że zawsze mówiła nie to, co trzeba. - Często 
robiła nam zadania z matematyki, pamiętasz, Isabel? Pa­
miętam, że raz... 

Isabel dała jej jednak kuksańca w bok i przerwała: 

- Była zawsze szarą myszką. Nigdy nie myślałam, że zrobi 

się z niej taka kocica latająca za mężczyznami. Mam już jej 
dość i postaram się, aby wszyscy dowiedzieli się, kim na­

prawdę jest. 

Isabel nie wiedziała, że to dopiero początek. 

92 

background image

10. 

We dwójkę zmywanie poszło im o wiele szybciej. J e f f 

wycierał naczynia z takim zapałem, że Marion nie nadążała 
podawać mu nowych. G d y skończyli, poukładała wszystko 
w kredensach i zamknęła je na klucz. Oddała klucz woźnemu 
i wyszli. Marion czuła całkiem jej nie znaną, dziwną euforię. 

Czuła się jak mała dziewczynka, która wychodziła na 
podwórko, żeby się pobawić. 

- Samochód stoi za rogiem, niedaleko - powiedział Lyman. 

- Chce pani zaczekać tutaj, aż podjadę, czy przejdzie się pani 
ze mną? 

- Oczywiście, że się przejdę - odpowiedziała Marion 

radośnie. - Pomyśleć, że pojadę do domu samochodem! - nie­
wiele jeździła w swoim życiu i przejażdżka samochodem zna­
czyła dla niej tyle, ile dla kogoś innego wielka podróż. 

- Czy nie ma pani nic przeciwko temu, żebyśmy pojechali 

dłuższą drogą? Chciałbym pani pokazać piękny wschód 
księżyca, jeśli może pani wrócić do domu trochę później. 

- Oczywiście, że mogę! - Marion aż rozjaśniły się oczy. 

- Jechałam samochodem tylko kilka razy w życiu. 

- W takim razie zapraszam na następne przejażdżki, jeśli 

pani zechce - uśmiechnął się. 

Przejechali przez park i wyjechali za miasto. Po drodze mija­

li bogate posiadłości i zielone pola golfowe, które wyglądały 

jak płachty ciemnego aksamitu. Zatrzymali się na chwilę 

i obejrzeli księżyc, który właśnie wychylał się zza wzgórza 
i oświetlał okolicę swoim srebrzystym blaskiem. L y m a n opo-

background image

wiadał, jak kiedyś obserwował wschód księżyca w Alpach 
Szwajcarskich i tak cudownie opisał jego piękno na tle 

ośnieżonych szczytów, że Marion w wyobraźni przeniosła się 
do tamtych miejsc i poczuła się tak, jakby była tam razem 
z nim. 

Mimo że wrócili już po godzinie, Marion wydawało się, że 

spędzili razem cały wieczór. Jeff był dla niej taki miły! A jaki 
miał samochód! Obiecał, że weźmie ją jeszcze na przejaż­
dżkę! 

Gdy wchodziła po schodach do swojego pokoiku, policzki 

jej płonęły, a serce biło w oszalałym tempie. 

- Nie mogę się tak ekscytować! - powiedziała do siebie, gdy 

w lustrze zobaczyła swoją szczęśliwą twarz. - Tak nie można! 
Wyobrażam sobie Bóg wie co, a on jest po prostu bardzo 
szarmancki. Widział pewnie, że dziewczyny były dla mnie 
niemiłe i chciał mi to wynagrodzić. Muszę wreszcie zrozumieć, 
że to zwykła uprzejmość i nie mogę się spodziewać za wiele. 
Nawet jeśli się już nie zobaczymy, zawsze będę mu wdzięczna 

za te wspaniałe chwile, które spędziliśmy razem, oraz za to, że 
w jakiś sposób faworyzował mnie, a nie Isabel. 

- Czy to źle, cieszyć się, że nie był wieczorem z tamtą 

dziewczyną, ale przyszedł do mnie i pomógł mi? - zadała sobie 
pytanie. - Nie zazdroszczę jej miłych chwil, ale i tak ma ich 
tyle. A moje życie jest takie smutne. Nie, nie mogę tak mówić. 
Nie mogę być niewdzięczna. 

Podeszła do sekretarzyka i spojrzała na zasuszone płatki 

róży leżące w szufladzie. Słodki zapach, jaki roztaczały, leni­
wie rozchodził się po całym pokoju. Przecież doświadczyła 
w życiu tylu pięknych przeżyć. Zachowa ten wieczór w pa­
mięci i zapomni o wszystkich złych rzeczach, które się jej 

przytrafiły. 

Mimo że była zmęczona, nadmiar wrażeń, które stały się jej 

udziałem, nie pozwalał jej zasnąć. Wciąż od nowa przeżywała 
każdą minutę wieczoru. Przypominała sobie s w o j ą radość, gdy 
zobaczyła, że ktoś został, aby jej pomóc; przypominała sobie 
wszystkie rozmowy i przejażdżkę samochodem. 

Wiele razy powtarzała sobie, że nie może stracić głowy 

i pragnąć nagle innego życia. Musi teraz bardziej przyłożyć się 

94 

background image

do nauki, aby mieć o czym rozmawiać, gdy przyjdzie okazja 
spotkać się z kimś tak wykształconym jak Lyman. Niedługo 
odbędzie się ostatni koncert sezonu i zapowiada się, że będzie 
to koncert najlepszy. Stwierdziła, że w sumie świat to 
szczęśliwe miejsce; cieszyła się, że żyje. Chyba trochę przy­
czyniły się do tego ostatnie słowa Lymana, które wciąż miała 
w pamięci. Powiedział, że chciałby się z nią jeszcze spotkać. 
Czy mówił poważnie? Wyglądało, że tak. Czy jednak się spot­
kają? Czy będzie jeszcze okazja? 

Jej dobry humor skończył się z nastaniem ranka. Około jede­

nastej zjawiła się w sklepie Isabel Cresson, ubrana we wspa­
niałe futro, z orchideami przy kołnierzu, i zażądała rozmowy 
z Marion. Marion wstała ze swojego miejsca, gdzie wycinała 
właśnie płatki róży, którą zamówiła stojąca obok dobrze ubra­
na pani. Gdy podeszła Isabel, pani pozdrowiła ją uprzejmym 
uśmiechem. Marion przeczuwała, że odwiedziny Isabel nie 
oznaczały niczego dobrego. Wciąż trzymała w rękach płatki 
róży, igłę i nici. Było w jej wyglądzie coś takiego, co kazało 
Isabel zaczynać natychmiast, więc, nie zważając na ludzi wo­
koło i nie próbując zniżyć głosu, odezwała się, powoli prze­
ciągając sylaby: 

- Przyszłam, Marion, żeby cię ostrzec, i robię to dla twojego 

dobra. Nie wyjdzie ci to, czego chciałaś... czego próbowałaś 
poprzedniego wieczoru. Nie uda ci się. 

Trochę się zaplątała, chociaż próbowała utrzymać wyniosły 

ton. Po chwili pozbierała się jednak. 

- Wiesz, że trudno w takim towarzystwie jak wczoraj uchro­

nić się od plotek, a wszyscy zauważyli twoje zachowanie. Tak 
mi było wstyd za ciebie, że nie wiedziałam, co powinienem 
robić. Na oczach wszystkich zalecałaś się do niego! Oczy­
wiście on jest dżentelmenem i był bardzo miły dla ciebie, ale na 
pewno liczył, że się w końcu opamiętasz. Zdajesz sobie 
sprawę, że człowiek jego stanu nie mógłby zadawać się z taką 
dziewczyną jak ty bez zwracania na siebie uwagi. Tego po 
prostu się nie robi! Jeśli nawet rozmawiał z tobą, to na pewno 
nie przywiązywał do tego żadnej wagi, z czego zapewne nie 
zdajesz sobie sprawy. Pomyślałam więc, że lepiej przyjdę 

i uświadomię ci to. 

95 

background image

Marion oniemiała. Uśmiech, którym na początku powitała 

Isabel, zamarł jej na wargach. Nie próbowała zrobić niczego, 
by przerwać Isabel, nie próbowała nawet jej odpowiedzieć. Jak 
miała zareagować na tak okrutne słowa? Stała tylko pobladła 
i jej oczy robiły się coraz większe i ciemniejsze. Spadająca na 
nią lawina słów nie ustawała: 

- Wiesz, za kogo cię teraz mają? Chyba nie masz wątpli­

wości! Zawsze udawałaś taką dobrą dziewczynkę, ale teraz już 
nikogo nie oszukasz. Dam ci pewną radę... 

Nie skończyła, ponieważ podszedł do niej sprzedawca 

i uprzejmie spytał: 

- Czy coś się stało? Czy jest pani niezadowolona z jakiegoś 

produktu, który pani u nas kupiła? 

To przechodząca obok Gladys Carr wezwała na pomoc 

sprzedawcę, gdy Isabel rozpoczęła swoją tyradę. 

- Pomóż jej, jakaś dumna damulka napadła na Marion, a to 

biedactwo nie reaguje! Nic nie mówi! Lepiej idź tam szybko, 
bo nic nie zostanie z naszej Marion! 

Szybko więc przyszedł na pomoc, gdyż, jak inni, zdążył już 

polubić tę cichą i uczynną dziewczynę. Musiał podejść do tej 
sprawy delikatnie, gdyż nie mógł obrazić klientki i wystawić na 
szwank renomy sklepu. 

Isabel rozejrzała się i dostrzegła całkiem spory tłumek ludzi, 

który zebrał się wokoło. Potem, nie siląc się na uprzejmość, 
odpowiedziała: 

- To sprawa osobista, proszę się nie wtrącać! - odwróciła się 

do Marion i dodała złowieszczym tonem: - Ostrzegłam cię! 
Jeśli wpakujesz się w jeszcze większe kłopoty, to będzie to 
tylko twoja wina. Ale pamiętaj! Nie zniosę twoich następnych 

popisów! 

Nie zważając na obserwujących je ludzi, Isabel odwróciła 

się i dumnie skierowała się do wyjścia. 

Marion wciąż stała nieruchomo. Była blada jak ściana. 

Z odrętwienia wyrwał ją dopiero głos klientki czekającej na 
swoją różę: 

- Moja droga - powiedziała - moja droga, nie przejmuj się 

nią! Od razu widać, czego się można po niej spodziewać! Cóż 
za napaść! Powinno się ją aresztować. 

background image

Marion powoli odzyskiwała równowagę. Usiadła i chociaż 

ledwo mogła utrzymać igłę, próbowała skończyć różę. 

- Proszę się nie martwić, panno Marion. Nie zważałbym 

na coś takiego - powiedział sprzedawca życzliwie, patrząc 
zza okularów na jej bladą twarz. Sam miał córkę w jej wie­
ku. - Jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie, proszę mnie za­
wołać. 

Marion podziękowała mu spojrzeniem, ale nie mogła jeszcze 

nic odpowiedzieć. Czuła, że jej gardło jest suche i zaciśnięte. 
Nie mogła pozbierać myśli. 

- Co to za złośliwa małpa? - spytała Gladys, gdy zostały 

same. - Panienka z dobrego domu?! Czymś takim chcesz się 
przejmować? Nic nam nie może zrobić, daliśmy sobie z nią 
radę, widziałaś? Musi być ślepa, skoro nie widzi, że nie pójdzie 

jej z tobą tak łatwo! A niech mnie! Chciałabym ją spotkać 

w jakimś ciemnym zaułku, wtedy bym ją nauczyła! Na mój 
rozum, to ona jest zazdrosna i chodzi tylko o  t o ! 

Marion uśmiechnęła się z wdzięcznością do Gladys, która 

wróciła na swoje stanowisko. Ledwo powstrzymując płacz, 
zwróciła się do klientki: 

- Tak mi przykro. Bardzo panią przepraszam, ale nie 

mogłam nic... 

- Oczywiście, że nie - kobieta odparła współczująco. - Prze­

cież z furią napadła na panią. Może pani złożyć na nią skargę. 
Nie musi się pani wstydzić. Jeśli pani zechce, mogę być świad­
kiem. Oto mój adres, proszę dać mi znać. Nie powinna jej pani 
puścić tego płazem. 

Przez resztę popołudnia Marion pracowała w milczeniu. 

Czuła się taka upokorzona. Wydawało jej się, że już nigdy nie 

będzie mogła spojrzeć ludziom w oczy. Ciągle wracała do 

incydentu z Isabel i do poprzedniego wieczoru i próbowała 
dociec, co mogło wywołać tan atak. Wiedziała, że nie zrobiła 
nic złego. Czy naprawdę stała się obiektem plotek? Jeśli tak, to 
dlaczego? Czy to takie niespotykane, że młody mężczyzna jest 
miły dla dziewczyny, nawet jeśli nie należy ona do jego klasy? 

Widzieli się tylko przez jeden wieczór, a poza tym Lyman nie 
wiedział zapewne, kim ona jest. Była miła i zachowywała się 
poprawnie. Jak inaczej miała się zachowywać na spotkaniu 

background image

kościelnym, gdzie wszyscy powinni być przyjacielscy dla sie­
bie? Okazało się jednak, że nie zachowała się odpowiednio. 
Nie powinna była w ogóle tam przychodzić. Nie powinna była 
z nikim rozmawiać. 

- Nie miałam prawa dobrze się bawić - powiedziała do 

siebie gorzko. 

Próbowała nie przejmować się już i wziąć się mocno 

w garść, jednakże, pomimo wysiłków, nie mogła przestać 
o tym myśleć. Co Isabel miała na myśli, mówiąc „człowiek 

jego stanu"? Co było tak szczególnego w tym Lymanie? Może 

był żonaty? Może rozwiedziony? Wiele osób rozwodziło się 
w tych okropnych czasach. Może o to chodziło Isabel; to mogło 
być przyczyną plotek. Ale jeśli był rozwiedziony, to dla kogo 
kupił tę różę z wstążki? Zawsze myślała, że dla swojej żony. 
A może była przeznaczona dla jego narzeczonej? Może miał 
wiele przyjaciółek? Dlaczego nie? Ale czy to grzech, że usiadła 
przy nim i chwilę porozmawiała? Był bardzo miły i został 
z nią, a b y jej pomóc. Przykro mu było, że dziewczyny ją tak 
potraktowały i pewnie dlatego zabrał ją na przejażdżkę. Ru­
mieniec oblał jej policzki. Czy Isabel była taka rozdrażniona, 
ponieważ wiedziała o przejażdżce? Przecież nie mogła 
wiedzieć. 

Trzeba wyciągnąć z tego nauczkę. Postara się zapomnieć 

o Lymanie. I tak pewnie się już nie spotkają, wbrew temu, co 
powiedział, gdy się żegnali. Był to zapewne tylko zwrot grze­
cznościowy. Może powinna zacząć chodzić do innego 
kościoła, żeby się nie spotykać z tymi, którzy ją obmawiają. 
Nie, nie zrobi tego, będzie przychodziła jak zawsze, nie roz­
mawiając z nikim i szybko wracając do domu. Niech sobie 
myślą, co chcą. Szybko zrozumieją, że się mylą, i o wszystkim 
zapomną. 

Co zaś dotyczy Lymana, to przewyższał ją pod każdym 

względem. Był kulturalny, bogaty, wykształcony i wiele 
podróżował. Nie powinna się nim zajmować. Na pewno chciał 
tylko poznać nowy typ dziewczyny. Tak robią pisarze, czytała 
o tym. Może jest pisarzem. To całkiem możliwe. Tak, więcej 
nie będzie z nim rozmawiała i gdy już plotki ucichną, zmieni 
kościół. Będzie tęskniła za szkółką niedzielną, a zwłaszcza za 

98 

background image

pastorem i jego żoną, ponieważ byli oni jedynymi ludźmi 
w mieście, którym mogła zaufać. 

Spotkała Lymana dwa dni później, w niedzielę wieczorem 

po nabożeństwie. Siedział trzy ławki za nią, ale zauważyła go 
dopiero, gdy wychodziła z kościoła. Serce zaczęło jej bić moc­
no i nie wiedziała, co zrobić. Nie mogła jednak odwrócić się 
i uciec, nie mogła także zostać przy swojej ławce, ani też 
podejść do pastora, bo rozmawiał akurat z grupką wiernych. 
Nie miała żadnej wymówki, aby nie iść do wyjścia. Lyman stał 
przy swoim miejscu, najwyraźniej na nią czekając. Nie mogła 
przejść ze spuszczonymi oczami, udając, że go nie dostrzega 
albo nie zna. Widział, że go dostrzegła, i ich oczy spotkały się 
na chwilę. A zresztą, cóż w tym złego, że wyjdą z kościoła 
razem? 

W drzwiach natknęli się na Isabel i jej wuja, rozma­

wiających z kimś żywo. Isabel przeszyła ją wtedy ostrym jak 
strzała spojrzeniem. Marion jak najszybciej pragnęła stamtąd 
uciec i schować się przed wszystkimi, ale przecież nie mogła 
tak po prostu wybiec. Była tak bardzo zagubiona, że nie wie­
działa, jak uwolnić się od Lymana, a ten, zanim się spostrze­
gła, wziął ją pod ramię, pomógł zejść ze schodów i poprowa­
dził wprost do swojego samochodu stojącego prawie przed 
wejściem. 

- Nie mogę! - cofnęła ramię. - Bardzo panu dziękuję, ale nie 

mogę już panu sprawiać więcej kłopotu. 

- Nie rozumiem - rzekł zawiedziony. - Nie wraca pani do 

domu? Jadę właśnie w tamtym kierunku, więc nie ma mowy 
o żadnym kłopocie. To dla mnie przyjemność. 

Była zbyt zdenerwowana, żeby zastanawiać się, co zrobić; 

chciała tylko uciec od tych wszystkich ludzi, którzy wysypali 
się właśnie z kościoła i patrzyli w ich kierunku. Zobaczyła, jak 
zbliża się Isabel, więc szybko wsiadła do samochodu. Musi 
przekonać Lymana, że nie mogą się więcej spotykać. W drodze 
do domu opowie mu wszystko o sobie. 

Zanim jednak zastanowiła się, jak zacząć, aby nie pomyślał 

sobie, że opacznie zrozumiała jego zainteresowanie, stanęli 
przed jej domem. Zdołała tylko podziękować i pożegnać się. 
Może to i lepiej. Nie będzie chodziła do kościoła i do innych 

background image

miejsc, gdzie mogłaby go spotkać, a on niedługo zapomni 

o niej. 

Czy ona sama zapomni jednak kiedykolwiek smak innego 

życia, jakiego zaznała przez krótki moment? Z czasem zapo­
mni te wszystkie okropne chwile, których doświadczyła, ale 
przejażdżka i rozmowy z tym miłym, młodym mężczyzną na 
zawsze pozostaną w jej pamięci. 

100 

background image

W poniedziałek, w pracy, Marion znów przypomniała so­

bie nienawistne spojrzenie Isabel. Było w nim oskarżenie. Z n o -
wu popełniła „przestępstwo", ponieważ wyszła r a z e m 
z Lymanem, chociaż wcale tego nie pragnęła. Nie mogła prze­
cież odwrócić się i zlekceważyć go. Co zrobi teraz I s a b e l ? C z y 
to możliwe, że pójdzie do Jeffa i opowie mu jakąś z m y ś l o n ą 
historyjkę? Marion musi być na to przygotowana. Ale za co ją 
to wszystko spotyka? Zawsze starała się postępować dobrze. 
Miała czyste sumienie, nawet kiedy zdecydowała się zostać 

w mieście, gdy Tom i Jennie wyjeżdżali. To chyba nie jest kara 
za jej egoizm? 

Pastor Steward wygłosił kiedyś kazanie o próbach. Powie­

dział, że każdy chrześcijanin musi przejść próbę ognia, tak jak 
sprawdza się szyny przed położeniem ich na podkłady, a b y 
stwierdzić, czy są w stanie wytrzymać nałożony na nie ciężar. 

Tak jak testowane są mosty, silniki i inne maszyny, Bóg pod­
daje nas ciężkim próbom. Nie pozostajemy jednak bez opieki. 
Pan obiecał przecież, że zawsze pomoże. Pamiętała o Jego 
słowach: „Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli doświad­
czani ponad siły wasze, ale z doświadczeniem da i wyjście, 
abyście mogli je znieść". Oczywiście to nie oznaczało, że 
próba skończy się, jak tylko wyda się zbyt trudna, gdyż słowa 
mówią: „abyście mogli je znieść". Tak, jeśli podlegała próbie, 
musi przez nią przejść w taki sposób, aby przydać Panu 
chwały. Chciała być prawdziwą chrześcijanką, nie kimś 
słabym i przegranym. 

background image

Przez cały dzień pracowała, powtarzając w duchu „Bóg jest 

wierny, Bóg jest wierny" i to dawało jej ukojenie. 

- Czemu jesteś dzisiaj taka cicha? - spytała Gladys, która 

właśnie przechodziła. - Chyba się nie martwisz tą córeczką 

bogatego tatuśka? Nie jest tego warta Mówię ci. Nic ci nie 

może zrobić. 

W tym momencie wezwano Marion do telefonu i to wyba­

wiło ją od konieczności udzielenia odpowiedzi. Potem, gdy 

wróciła, roztrzepana Gladys nie pamiętała już, o co pytała. 

W słuchawce Marion usłyszała głos jakiegoś nieznajomego 

młodego człowieka, który powiedział, że jest prezesem Stowa­

rzyszenia Wspólnot Chrześcijańskich z jej kościoła i przedsta­

wił się jako Dick Struthers. Wiedziała, że ktoś o takim nazwis­

ku jest obecnym prezesem, ale nie poznała jego głosu. Niewie­

le razy go słyszała. Był cichy i nieśmiały i rzadko się odzywał. 

Powiadomił ją że wieczorem w jakimś hoteliku odbędzie się 

kolacja dla członków Stowarzyszenia. Nie wytłumaczył 

dokładnie, z jakiej okazji. Powiedział tylko, że pani Steward, 

żona pastora, poprosiła go, żeby zadzwonił i ją zaprosił. Nie 

mogła sama zadzwonić, ponieważ wyjeżdżała z mężem na ślub 

do Nowego Jorku i nie miała czasu. Chciała, żeby przyszło 

trochę starszej młodzieży i w pierwszym rzędzie pomyślała 

o Marion. Nie będzie to nic kosztowało, wszystko jest już 

opłacone. Przyjdzie, prawda? Ktoś mógłby podjechać po nią 

samochodem o piątej trzydzieści. Czy będzie gotowa? Gdzie 

będzie czekać, w domu czy w sklepie? Poprosił ojej adres. Nie, 

nie musi się przebierać, to nic takiego. Jeśli chce, może iść 

wprost ze sklepu. 

Marion, zakłopotana, powróciła do swojej pracy. Nie chciała 

iść na tę kolację. Od kilku lat nie należała do Stowarzyszenia; 

przestała chodzić na spotkania, odkąd zachorowała matka. Nie 

znała dobrze jego członków, głównie nastolatków. Jednakże 

wolała się spotkać z nastolatkami niż ze starszymi nieznajomy­

mi. Nie mogła też odmówić prośbie pani Steward, mimo że 

wolałaby pouczyć się tego wieczoru w domu. Jeśli to możliwe, 

przez jakiś czas, dopóki nie ustaną plotki, nie chciała an­

gażować się w żadne sprawy kościelne. Ale przecież mieli tam 

być tylko młodzi chłopcy i dziewczęta Cóż, skoro obiecała, 

background image

było już za późno, żeby się wycofać. Jak tylko skończyła pracę, 
pobiegła do domu, żeby się przebrać i ułożyć włosy. 

Była prawie gotowa, gdy przyszła pani Nash i oznajmiła, że 

samochód już czeka przed domem. Pogłaskała ją po policzku: 

- Bardzo ładnie dziś panienka wygląda. Baw się dobrze, 

panienko. 

Marion podziękowała i czując się trochę lepiej, zeszła na 

dół. Wsiadła do samochodu i zdała sobie sprawę, że nie zna 
nikogo spośród reszty pasażerów. Z przodu siedziało dwóch 
młodych mężczyzn, a ona usiadła z tyłu, pomiędzy dwiema 
dziewczynami. Skinęły tylko głowami, gdy się przedstawiła, 
i nie odzywały się przez całą drogę, tak że Marion nie zdołała 
dowiedzieć się o kolacji niczego więcej niż powiedział jej 

przez telefon Dick Struthers. Pomyślała, że nie znalazła się 
w przesadnie uprzejmym towarzystwie. Mężczyźni przez cały 

czas palili papierosy i nie usłyszała od nich nawet jednego 
słowa. Wreszcie przestała ich wypytywać, dochodząc do wnio­
sku, że skoro pierwszy raz ją widzą, to pewnie są trochę 
skrępowani. Ucichła i pogrążyła się w swoich myślach. 

Jechali dosyć długo, co najmniej trzy kwadranse, jak się 

Marion wydawało, aż wreszcie dojechali do dużego, starego 
domu, otoczonego wysokimi drzewami, których korony w cie­

mności wyglądały jak długie rozwichrzone włosy. Okna domu 

jarzyły się czerwonym światłem, a z wnętrza dobiegały śmie­

chy i dźwięki wesołej muzyki. 

Mężczyźni pomogli im wysiąść z samochodu i wszyscy we­

szli do środka. Wygląd tego miejsca nieprzyjemnie zaskoczył 
Marion. Nie wyglądało jak hotel, nawet nie jak dom. 

Weszli po schodach na górę i znaleźli się w sali oświetlonej 

czerwonymi lampami. Pod ścianami stały wygodne fotele, pod 
oknem dwie pluszowe kanapy, a w rogu, na podwyższeniu, 
grała jazzowa orkiestra. Na środku sali tańczyła para, mocno 

do siebie przytulona. Marion rozejrzała się. Czy została tu 

przysłana, aby pilnować tego wszystkiego? Czy pani Steward 
chciała, żeby dopilnowała, aby nikt z tych młodych ludzi nie 
zrobił nic nieprzyzwoitego? Przestraszyła się, bo jeśli wszyscy 
byli tu tacy, jak ludzie, z którymi przyjechała, nie poradzi sobie 
z nimi. 

background image

Zaniepokojona, podążyła za dziewczynami do hallu i zdjęła 

płaszcz. Znajome z samochodu były ubrane bardzo nie­
przystojnie - miały na sobie przewiewne, bardzo krótkie su­
kienki z szyfonu z nazbyt głębokimi dekoltami. W świetle 
zobaczyła, że nie są takie młode, a ich twarze miały wyraz 
prostacki. Zastanowiła się, skąd one są. Może od niedawna 
należały do Stowarzyszenia i żona pastora chciała, żeby 
poznały się ze wszystkimi. Nie zwracały uwagi na Marion, 

tylko podeszły do lustra i zaczęły sobie robić ostry makijaż. 
Marion stanęła przy oknie i spojrzała na rozgwieżdżone niebo 
i pagórki oświetlone srebrną poświatą księżyca. Żałowała, że tu 

przyjechała. To była ostatnia, naprawdę ostatnia impreza 
kościelna, na którą przyszła. Wszystko opowie pani Steward 
i nigdy nie zjawi się już na takim wieczorku. Poczuła się 

bardzo nieswojo. 

Gdy jej towarzyszki skończyły makijaż, poszła z nimi do sali 

z muzyką, gdzie teraz tańczyło już kilka par. Sposób, w jaki 
tańczono, bardzo się Marion nie podobał. Niewiele sama wie­
działa o tańcu, ale czuła, że porządni młodzi ludzie nie powinni 
tańczyć w ten sposób. Przeszła do sali obok, gdzie znajdowało 
się kilka małych stolików, przy których siedzieli młodzi ludzie. 

Ze zdziwieniem zauważyła, że na stolikach ustawione były 
butelki z alkoholami. Towarzystwo było rozbawione i zacho­

wywało się bardzo głośno. W pewnym momencie podszedł do 
niej nieznajomy mężczyzna, spojrzał na nią i wulgarnym to­
nem powiedział: „Witaj,  m a ł a ! " . Postanowiła schronić się 
w mniejszym pokoju na końcu korytarza, ale w przejściu ktoś 
głośno śpiewający i zataczający się potrącił ją i prawie rozdarł 

jej sukienkę. W zamieszaniu nie zauważyła, że szkarłatna róża, 

którą sama zrobiła i wpięła w ramiączko sukienki, odczepiła 
się i spadła na podłogę. 

W pokoju panował półmrok, poza tym było pełno dymu 

papierosowego. Marion zauważyła ze zdumieniem, że palili 
nie tylko mężczyźni, ale i młode dziewczyny. Nie wydawało 

jej się, żeby poznała wcześniej kogokolwiek z obecnych. Przy 

długim stole siedziało blisko dwadzieścia osób. Oni także jedli, 
pili alkohol i zachowywali się bardzo głośno. 

- Trafiłyśmy do złego pokoju! - Marion, zdenerwowana, 

background image

złapała za rękę dziewczynę stojącą obok. - Chodźmy stąd 
szybko! To okropne miejsce! 

Dziewczyna popatrzyła na nią jakoś dziwnie, spojrzeniem 

pełnym złośliwości, ale nie odezwała się ani słowem. Nagle dał 
się słyszeć męski, bełkotliwy głos: 

- O, przyszła Marion! Mała Marion! Dobre dziecko! Chodź 

tutaj i usiądź przy mnie, słodziutka mała Marion! Napijmy się, 
a potem pośpiewamy sobie „Moja Marion, moja droga 
Marion"... 

Przerwał nagle, gdy otworzyły się drzwi na końcu pokoju 

i ktoś wszedł do środka. Marion spojrzała z nadzieją w tamtym 
kierunku i przez dym zobaczyła kobietę ubraną w błyszczącą, 
złotą sukienkę, z zieloną, wysadzaną drogimi kamieniami 
opaską przewiązaną na czole. Kobieta wolnym krokiem 
podeszła do Marion i przeszyła ją zimnym spojrzeniem. Była to 
Isabel Cresson. 

- Zabawcie ją, chłopcy, i dajcie jej pić! - krzyknęła Isabel 

tonem kata. - Nie żałujcie jej wina! Musimy jej dać parę lekcji! 

Nagle ci nieznajomi pijani ludzie, z których każdy trzymał 

w ręku kieliszek, otoczyli Marion. Dziewczyna cofnęła się, aż 
dotknęła plecami ściany. Bezwiednie szeptała drżącymi wargami: 

- Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli doświadczani 

ponad siły wasze. Bóg jest wierny! Bóg jest wierny! Boże! 

Pomóż mi! - ostatnie słowa prawie wykrzyczała i nagle po­

bladła, osunęła się bez czucia na podłogę. 

- Tak, Bóg jej dużo pomoże! Żeby się nie zdziwiła! - Isabel 

wycedziła powoli, szyderczo. - Dan, daj mi ten kieliszek. Czy 
zmieszałaś to tak, jak ci powiedziałam? Podnieś jej głowę. 

Otwórz usta. Nie, podnieś wyżej. Dobrze! 

Jefferson Lyman znalazł dwie książki, które obiecał poży­

czyć Marion. Mówił jej o nich w niedzielę, ale była wtedy tak 
zamyślona i małomówna, że nie powiedziała wreszcie, czy 
chciałaby je wziąć. Postanowił więc pojechać do niej do domu 
i spytać, co ją wtedy dręczyło. Jeśli będzie miała trochę czasu 
i ochotę, może zgodzi się iść z nim na obiad. Podjechał pod 
dom w porze, o jakiej powinna była wrócić z pracy. W chwili 
gdy parkował, spod bramy odjeżdżał właśnie jakiś samochód. 

105 

background image

Zapamiętał go, ponieważ wydawało mu się, że rozpoznał kie­
rowcę i zastanawiał się, co taki człowiek jak on mógłby robić 

w tej okolicy. 

Ponieważ pani Nash stała przy oknie i odprowadzała wzro­

kiem Marion, otworzyła prawie natychmiast, zdziwiona, że jak 
tylko odjechał jeden samochód, od razu podjechał drugi. 

- Nie, nie ma jej w domu - odpowiedziała na pytanie Lyma-

na. - Właśnie przed chwilą wyjechała, ale może pan ich jeszcze 
złapać. Nie mogli odjechać daleko. Pojechali na kolację jakie­
goś związku chrześcijańskiego, gdzieś za miasto. Przyjechali 
po nią. Czy Marion była z panem umówiona? 

Lyman, wiedziony nagłym przeczuciem, szybko się pożeg­

nał i nie czekając, aż pani Nash skończy, pobiegł do samo­
chodu. 

- Boże, jaki raptus - powiedziała pani Nash do siebie. - Ale 

jest przystojniejszy niż ten drugi. Szkoda, że Marion nie po­

czekała na niego! 

Lyman wskoczył do samochodu i wyjechał na ulicę. Sa­

mochód, którym odjechali, zniknął za rogiem. Lyman pognał 
za nim. Długo nie mogąc go dogonić, zamyślił się. Po co 
właściwie to robił? Nie był wcale pewien, że jedzie za 
właściwym samochodem. Był duży ruch i ściemniało się już, 
więc po kilku zakrętach nie wiedział, czy nie pomylił czer­
wonych świateł, za którymi podążał. Wyjechali na dwupa­
smową drogę za miastem. Tamten bardzo przyspieszył 
i wyglądało, jakby specjalnie chciał zgubić Lymana. W y -
dawało się niedorzecznością, że cicha i spokojna Marion War­
ren mogłaby jechać z kimś takim. Oczywiście mógł to być jakiś 
inny młody chłopak, ale przeczucie mówiło Jeffowi, że nie 
pomylił się, gdy go rozpoznał. 

Kiedy skręcił w boczną drogę prowadzącą do dużego domu, 

potwierdziły się wcześniejsze podejrzenia Lymana związane 
z osobą kierowcy. Jednocześnie Jefferson zaczął wyrzucać so­
bie s w o j ą głupotę. Jak Marion mogłaby być w tym samocho­
dzie! Była teraz pewnie w jakimś przyjemnym miejscu, jedząc 
kolację w miłym towarzystwie. To absurd, że jechał aż tak 
daleko i to do takiego miejsca. Lepiej wrócić do domu. Jeszcze 
ktoś go tu zobaczy! Sprawdzi tylko, czy rzeczywiście za kie-

106 

background image

równicą siedział człowiek, o którym myślał. Przecież przy­

wiodło go tutaj tylko przeczucie, i to do tego niejasne. 

Jednakże nagle coś go tknęło. Trzeba się jednak upewnić, 

skoro już tu przyjechał. Zobaczył inny samochód stojący pod 

domem i przyszła mu pewna myśl do głowy. Może Marion 

była w tym miejscu i w takim towarzystwie z własnej woli. 

W takim razie on musi poznać prawdę. Czy to możliwe, żeby tu 

przyjechała? Zaparkował samochód i wszedł do środka. Bar­

dzo pragnął, żeby jego podejrzenia się nie sprawdziły. 

- Czy macie tu dzisiaj jakaś prywatną kolację? - obojętnym 

tonem spytał stojącego w drzwiach mężczyznę, który wyglądał 

na właściciela. 

- Tak - spojrzał na niego i zamilkł. 

- Czy jest Atkins? - spytał Lyman. 

Na dźwięk nazwiska mężczyzna lekko podniósł lewą brew 

i spytał ostrożnie: 

- Czy pan jest zaproszony? - w jego głosie słychać było 

powątpiewanie. 

- Ja tylko na chwilę. Muszę się z nim zobaczyć. 

- Jest w pokoju na górze - wymamrotał i odwrócił się. Nie 

zadawał już żadnych pytań. 

Lyman wszedł na górę. 

- Co tu się dzieje? - zapytał głośno i w pokoju zapanowała 

cisza. Wszyscy nagle wyszli i gdy podniósł oczy, żeby poprosić 

o szklankę wody, okazało się, że jest sam z Marion leżącą 

nieruchomo w miejscu, gdzie upadła. Czy widział przed chwilą 

pospiesznie wychodzącą ubraną w złotą sukienkę Isabel Cres-

son, czy tylko mu się zdawało? 

Sięgnął po szklankę z wodą i chlusnął w twarz nieprzytom­

nej dziewczyny. Zmrużyła powieki i wydawało się, że zaczyna 

dochodzić do siebie. Wziął ją na ręce, przeniósł przez opus­

toszałą salę taneczną i zaniósł do samochodu. Gdy przechodził 

obok stolików, wszyscy wyglądali na trzeźwych i nie było 

widać żadnych butelek, chociaż, gdyby nawet były ich setki, 

i tak by pewnie tego nie zauważył. Wszystkie inne pokoje były 

puste; właściciel też zniknął, Lyman zresztą nie chciał go szu­

kać. Delikatnie położył Marion na tylnym siedzeniu i jak szalo­

ny popędził do miasta. 

background image

W połowie drogi Marion ocknęła się na dobre i usiadła. 

Przestraszyła się, gdy zobaczyła, że jedzie jakimś obcym sa­
mochodem w nieznanym kierunku. Czy chcą ją zabrać jesz­
cze dalej od domu? Może będzie lepiej, jeśli otworzy cicho 
drzwi i wyskoczy? Nie wiadomo przecież, co ją dalej czeka. 
Jej nerwy były tak bardzo napięte, że nie wiedziała, co robi. 
Gdy jednak Lyman zobaczył, że usiadła, odwrócił się, żeby 

ją uspokoić. 

- Leż spokojnie, Marion - powiedział delikatnie. 
Marion wstrzymała oddech. Majaczy, czy to wszystko jej się 

śni? W jaki sposób on się tu znalazł? 

- Jesteś już bezpieczna. Wszystko w porządku. Po prostu 

zamknij oczy i spróbuj odpocząć. Nic ci się nie stało. Nie myśl 
na razie o niczym. 

Po chwili namysłu spytała słabym głosem: 

- Jak to możliwe, że tam byłeś? 
- Nie byłem tam - odpowiedział cierpko. - Nie odwiedzam 

często takich miejsc. Ale nie podobał mi się twój kierowca 
i chciałem się upewnić, czy byłaś z nim w tym samochodzie. 
Właścicielka twojego domu powiedziała, że pojechałaś na ja­
kieś spotkanie. 

Na chwilę zapadła cisza, po czym Marion wyszeptała: 
- A jednak pomógł. Jest wierny. 
Lyman zastanowił się nad jej słowami i spytał: 

- O kim mówisz? 
- O Bogu! - w jej głosie było słychać uwielbienie. 
- Tak. To prawda. Nie wiedziałem, co mnie skłoniło, żeby 

jechać za wami, ale to na pewno był On. 

- Nie wiem, jak m a m ci dziękować - pochyliła się w jego 

kierunku. Pomyśleć, że już nigdy nie chciała się z nim widzieć! 

Co by było, gdyby nie przyjechał! 

- Nie musisz - odpowiedział cicho. -1 tak wiele przeszłaś. 

Ja zresztą też... 

- Powiedz mi, skąd wiedziałeś, że tam byłam? Czy ktoś ci 

powiedział? 

- Miałem przeczucie, jak to mówią. Wszedłem tylko po to, 

żeby upewnić się, że cię tam nie ma. Chciałem już wychodzić, 
ale zobaczyłem, że leżysz na podłodze. 

108 

background image

Ku jej zdziwieniu położył na siedzeniu pogniecioną saty­

nową różę. 

- Moja róża! - wykrzyknęła. - Musiałam ją zgubić, kiedy 

ten mężczyzna mnie popchnął. 

Opadła na siedzenie, blada i wyczerpana. 

- Nic nie mów - powiedział. - Przeżyłaś szok. Musisz od­

począć. 

Nie odzywał się już do końca drogi. Troskliwie pomógł jej 

wyjść z samochodu, poradził, żeby poszła spać i nie myślała 

już o tej sprawie, i szybko odjechał. W korytarzu Marion spot­

kała panią Nash. 

- A jednak przywiózł panienkę ten drugi - zauważyła z sa­

tysfakcją starsza kobieta. - Ten pierwszy, który panienkę za­
brał, nie podobał mi się. 

- Mnie też - odparła Marion zdecydowanie. - Nigdy już 

z nim nie pojadę, na pewno. 

- Cieszę się, że tamten drugi panienkę znalazł. Bardzo się 

zmartwił, gdy mu powiedziałam, że panienka pojechała. 
Panienka powinna była na niego poczekać. Jest naprawdę bar­
dzo miły. 

- Nie wiedziałam, że przyjdzie - Marion popatrzyła na 

książki, które zostawił. 

Poszła do swojego pokoju, usiadła na łóżku i starała się 

zebrać myśli. Po chwili w jej oczach pojawiło się przerażenie, 
a policzki zaczęły płonąć. Przecież mógł pomyśleć, że poje­
chała tam z własnej woli! Utwierdziła się w tym przekonaniu, 
gdy przypomniała sobie jego zachowanie. Był jakiś milczący, 
utrzymywał dystans. Dlaczego mu wszystkiego nie wytłuma­
czyła? Jak mogła dopuścić, żeby tak o niej pomyślał? 

Chociaż bardzo starała się zasnąć, sen nie nadchodził. Może 

już nigdy nie będzie miała możliwości, żeby mu wszystko 

wyjaśnić. Nad ranem zaczęła się modlić: 

- Drogi Boże, oddaję wszystko w Twoje ręce, pomóż mi to 

naprawić. 

Uspokoiła się trochę i zasnęła. 

109 

background image

Z

 powodu ostatnich przeżyć Marion nie czuła tego dreszczu 

podniecenia, który towarzyszył jej zwykle, gdy przychodziła 

na koncert, ciekawa, czy znajdzie kolejną różę na swoim miejs­

cu. Jednak ponieważ lubiła obserwować przychodzących ludzi, 

jak zwykle była jedną z pierwszych osób w filharmonii. Ponie­

waż był to ostatni koncert w tym sezonie, chciała zachować 

w sercu całą jego atmosferę, aby łatwiej znosić monotonię 

samotnych dni. 

Powoli weszła na schody. Starając się nie myśleć, że to 

ostatni raz, oglądała puste jeszcze loże, które za chwilę miały 

się zapełnić pięknymi kreacjami i znanymi twarzami. Jak wiele 

razy wcześniej, zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, 

gdyby mogła pobyć w tym innym świecie dłużej niż tylko 

przez półtorej godziny koncertu. 

Przeszła po miękkim, puszystym dywanie hallu i podeszła 

do swojego rzędu. Tak! Na jej miejscu leżały dwie róże! Dwie 

piękne, szkarłatne róże! Dotychczas ani razu nie znalazła 

dwóch róż. 

Szybko rozejrzała się wokoło. Nikogo jeszcze nie było na jej 

galerii. Nikogo nie było także w lożach, które widziała ze 

swojego miejsca W loży nad sceną widać było co prawda 

skrytego w cieniu mężczyznę, ale był on zajęty oglądaniem 

przez lornetkę fresków na suficie. Zdawał się tak odległy, 

jakby znajdował się na jakiejś dalekiej planecie. Nachyliła 

się i podniosła róże do twarzy. Pocałowała ich pączki i wyszep­

tała: 

background image

- Moje kochane! Moje kochane! Czekałyście tu na mnie, 

prawda? 

Obejrzała się, żeby się upewnić, czy nikt jeszcze nie przy­

szedł, i z gracją dygnęła w stronę pustej sali. 

- Dziękuję, dziękuję bardzo. 

Z całego serca chciała wyrazić swoją wdzięczność, a że nie 

wiedziała, komu powinna podziękować, ukłoniła się całemu 

światu, wierząc, że jej podziękowanie dojdzie jakoś do odpo­

wiedniej osoby. Usiadła miękko na swoim krześle i przypięła 
róże do sukienki. Swoim łagodnym, uspokajającym zapachem 
łagodziły ból ostatnich tygodni i Marion znowu poczuła się 

szczęśliwa. Przynajmniej na czas koncertu będzie mogła zapo­
mnieć o przykrościach i w pełni się cieszyć. Już nie była cieka­
wa, skąd się wzięły te kwiaty. Tajemnica dodawała im jeszcze 
uroku. Nawet nie chciała poznać tego tajemniczego człowieka, 
który je zostawiał. Obawiała się rozczarowania. 

Powoli schodziła się publiczność i orkiestra zaczęła stroić 

instrumenty. Marion traktowała ten moment jak nieodłączną 
część wieczoru. Wtedy to właśnie muzycy, jak czarodzieje, 
przywoływali po kolei pojedyncze nuty, tematy i melodie, 
które jak oporne duchy przybywały do sali koncertowej, aby 
połączyć się razem w przepiękne harmonie dźwięków. 

Tego wieczoru nie zwracała większej uwagi na siedzących 

wokoło ludzi. Wystarczyły jej róże i muzyka. Chciała ją 

chłonąć i zabrać ze sobą, żeby móc się nią cieszyć, kiedy nie 
będzie mogła chodzić na koncerty. Siedziała z przymkniętymi 
oczami, a intensywny kolor róż odbijał się w jej bladej, słodkiej 
twarzy. Oparła głowę z błyszczącymi lokami o wysokie opar­
cie fotela, słuchała pogrążona w falach muzyki i płynęła tam, 
gdzie ją muzyka niosła. Każdy dźwięk dochodził do jej duszy 
i tworzył tam obrazy, których nie powstydziłby się nawet naj­
wybitniejszy malarz. 

W jednej z górnych galerii zasiadła Isabel Cresson. Miała na 

sobie bardzo drogą sukienkę i kolię z brylantów. Przez wysoko 
uniesioną lornetkę oglądała salę. Szukała pewnego mężczyzny, 
ale nie znalazła go na niższych balkonach; nie znalazła go 
także w innych galeriach, ponieważ widok zasłoniła jej kobieta 
w ogromnym kapeluszu na głowie. Dostrzegła jednak znajomą 

111 

background image

postać, z przypiętymi do sukienki dwiema wielkimi różami, 

„ słuchającą muzyki z przymkniętymi oczami, z głową przechy­

loną do tyłu. Takie róże można było dostać tylko w najlepszej 
kwiaciarni! Isabel tak się zirytowała, że w ogóle nie mogła 
wysłuchać koncertu. Może wcale nie po to przyszła? Była 
bardzo niespokojna od czasu incydentu w domu za miastem. 
Czy Jefferson Lyman dostrzegł ją wtedy? Czy widział, że była 
w pokoju obok? Oddałaby swój największy brylant, żeby to 
wiedzieć! 

Przebrzmiały ostatnie dźwięki i muzycy zaczęli powoli 

schodzić ze sceny. Marion założyła kapelusz i ze szczęśliwym 
westchnieniem wstała z miejsca. Powąchała jeszcze raz swoje 
róże. 

Podniosła oczy i wtedy zobaczyła jego. Stał przy fotelu 

mężczyzny, na którego kiedyś zwróciła uwagę, i uśmiechał się 
do niej. W okamgnieniu wszystko zrozumiała. Przecież to 
przez cały czas był on! A tak zastanawiała się, kogo jej przypo­
mina! Przeszedł ją przyjemny dreszcz, a serce aż podskoczyło 

z radości. Zatem on też był częścią tych cudownych wie­
czorów, tak samo jak ona przeżywał muzykę! Mogli teraz opo­
wiedzieć sobie o swoich wzajemnych doznaniach i doświad­
czyć na nowo wszystkich koncertów. 

- Poszło im dzisiaj znakomicie, prawda? - podszedł do niej 

i skłonił się szarmancko. Ich spotkanie zdawało się być kul­
minacją wszystkich dotychczasowych koncertów, dopełnie­
niem wszystkiego, co wydarzyło się w filharmonii przez ostatni 
sezon. Marion zapomniała o swoim postanowieniu, że nigdy 

już nie pozwoli mu odwieźć się do domu. Przez c a ł ą drogę 

rozmawiali o muzyce, porównując swoje ulubione utwory, 

omawiając nadzwyczajny patos jednego pasażu i doskonałe 
zakończenie innego. Tak pogrążyli się w rozmowie, że Marion 
nie zauważyła, jak dojechali przed jej dom. Nie zdążyła nawet 
wytłumaczyć mu tamtego niefortunnego zdarzenia. Posta­
nowiła jednak, że musi mu o tym powiedzieć. 

- Chciałam ci opowiedzieć, co się zdarzyło w tamten wtorek 

- zaczęła poważnie. - Nie znałam tych okropnych ludzi, nie 
wiedziałam też, dokąd jedziemy. Powiedziano mi, że pani Ste­
ward chciała, żebym przyjechała na kolację Stowarzyszenia 

background image

Wspólnot Chrześcijańskich. Przyjechali o umówionej porze po 
mnie samochodem. 

Spojrzał na nią takim wzrokiem, że przeszedł po niej dreszcz. 

- Domyślałem się - powiedział. - Już wtedy, g d y zo­

baczyłem, kto tam był. Powinni za to wszystko odpowiedzieć, 

ale nie rozmawiajmy na razie o tym. Czy możesz wziąć wolne 

w jakąś sobotę? 

Po raz pierwszy wspomniał o jej pracy. Zatem wiedział, że 

musi się sama utrzymywać! 

- Ja...tak...my ślę, że tak - odpowiedziała wreszcie. - Tak, 

myślę, że mogłabym. Nie prosiłam jeszcze o wolne, a m o ż e m y 
wziąć kilka dni w roku. 

- Zatem spróbuj w następną sobotę. M a m bilety na recital, 

który na pewno ci się spodoba. Ten artysta jest wspanialszy od 
wszystkich, których słuchaliśmy tej zimy. To Paderewski, 
wielki polski pianista. Czy słyszałaś go już kiedyś? 

- Naprawdę? Paderewski? Nie, nie słyszałam, jak gra, ale 

wiele słyszałam o nim. Jest cudowny, prawda? A ty go sły­
szałeś? 

- Tak - uśmiechnął się. - Słyszałem, tutaj i za granicą. 

Moim zdaniem jest największy ze wszystkich. Są ludzie, 
którzy go nie doceniają, ale oni nie doceniliby też i tego 
- wskazał na piękne nocne niebo, z milionem gwiazd, które 
rozświetlały czarny aksamit nocy, i księżycem, który jak wiel­
ka srebrzysta perła dostojnie wisiał nad nimi. 

Spojrzała w górę i zrozumiała, co miał na myśli. Spojrzała 

mu w oczy. 

- Bardzo ci dziękuję! - powiedziała. - Myślę, że uda mi się 

przekonać kierownika. Wysłucham tego koncertu z największą 
przyjemnością. 

W jego oczach dostrzegła radość. Był taki miły i naturalny! 
- W takim razie umówmy się już teraz. Czy mam podjechać 

po ciebie tutaj, czy wolisz, żebyśmy się spotkali gdzie indziej? 

Zastanowiła się przez chwilę. 

- Możliwe, że wypuszczą mnie dopiero w ostatniej chwili 

- odpowiedziała. - Obawiam się, że mogę nie mieć czasu, żeby 
wrócić do domu. Ach! Przecież wtedy nie zdążę się przebrać 

ani odświeżyć! 

background image

- I tak zawsze ładnie wyglądasz. Dobrze, umówmy się 

w hallu sklepu, o drugiej trzydzieści. Czy to ci odpowiada? 

Zanim zdążyła pomyśleć, wszystko już było umówione. 

Pożegnali się i poszła na górę do swojego pokoju. Mimo że 
bardzo się cieszyła z zaproszenia, coś przyćmiewało jej 
szczęście. Czuła się winna, że nie powiedziała mu, z jakiej 
rodziny pochodzi. Chociaż wiedział, że pracowała teraz w skle­
pie, mógł przecież pomyśleć, że ma tylko jakieś chwilowe 

trudności. Poznał ich przecież pan Radnor i Jeff mógł myśleć, 
że pochodzi z wyższych sfer i otrzymała doskonałe w y -
kształcenie. Stara, wypłowiała tapeta w hallu zdawała się krzy­
czeć: „Wstyd!". Lyman bierze ją za kogoś innego, a ona nie 

wyprowadziła go z błędu. Spróchniała poręcz schodów i odra­

pane barierki przypomniały o jej pochodzeniu. 

- Nie był w tym rozpadającym się domu - zdawały się 

mówić. - Nie wie, że żyjesz w biedzie. Jeśli zobaczyłby nas, 

jeśli zobaczyłby, w jakim miejscu mieszkasz, nigdy nie zapra­

szałby cię na wielkie koncerty. Odwróciłby tylko z niesmakiem 
głowę. A kiedy się dowie, kiedy się dowie, KIEDY SIĘ DO­

WIE... 

Zamknęła drzwi, ale prawie słyszała ten krzyk, wpadający 

do pokoju przez dziurkę od klucza. Zapaliła lampkę gazową 
i próbowała się uspokoić. Wyjęła róże z wazonika i delikatnie 
położyła je na łóżku. 

- Moje kochane! - przemówiła do nich czule. - Gdybyście 

mogły dotrwać do następnej soboty! Jesteście już ostatnim 
takim prezentem. Już was nigdy nie dostanę. Wspaniała starsza 
pani! -już dawno Marion założyła, że dostawała róże od pew­
nej siwej starszej pani, która siedziała kilka rzędów przed n i ą 
i czasami na n i ą zerkała. Nie zastanawiała się jednak,- jak 
i dlaczego to robiła. Traktowała ją trochę jak czarodziejkę 
z bajki. 

- Droga starsza pani nie znajdzie mnie już nigdy, chyba 

żebym siedziała na tym samym miejscu za rok, co jest pewnie 
niemożliwe. A może to nie dla mnie były te kwiaty. Może dla 

kogoś, kto poprzednio siedział na tym miejscu. Ten ktoś mógł 
gdzieś wyjechać, a ja odbierałam kwiaty przeznaczone dla nie­
go. Ale gdybym ich nie brała, zmarnowałyby się przecież... 

background image

Tak rozmawiając sama ze sobą, na razie zagłuszyła krzyki 

biedy. Ale gdy położyła się do łóżka, odezwało się jej s u m i e -

nie. Zdała sobie sprawę, że w rzeczywistości nic nie wiedziała 
o Lymanie, prócz tego, że był miły. Oczywiście, przedstawił go 
pan Radnor, pastor też bardzo dobrze się o nim wyrażał, ale 

przecież nie spodziewali się, że będzie odwiedzała różne miejs­
ca razem z nim. Przecież może być żonaty! W dzisiejszych 
czasach żonaci mężczyźni czasami interesują się innymi kobie­
tami, a Marion nie była i nie chciała być kobietą tego rodzaju. 
Postanowiła, że opowie mu wszystko o sobie przy najbliższej 
okazji. Może po nabożeństwie jutro wieczorem. Jeśli okaże się, 
że jest żonaty, będzie musiała odwołać ich spotkanie. 
Nieprędko zdarzy się następna okazja, żeby mogła iść na taki 
koncert, który na pewno pamiętałaby przez całe życie. Ale 
przecież nie mogłaby pokazywać się z żonatym mężczyzną, nie 
mogłaby dopuścić, żeby ich znajomość poszła za daleko. 
Byłoby to przeciw jej zasadom i nie wybaczyłaby sobie tego do 
końca życia. Tak, musi jak najszybciej o tym z nim porozma­
wiać. Jeśli nie przyjdzie jutro na nabożeństwo, zostawi mu 
wiadomość, dlaczego nie może się z nim umówić. Ale wtedy 
on może pomyśleć, że wzięła jego życzliwość za coś więcej. 
Co powinna zrobić? Gdyby żył ojciec! Na pewno by jej coś 
poradził! Nie był wykształcony, nie jeździł po świecie, ale miał 
wrodzoną umiejętność odpowiedniego postępowania w każdej 
sytuacji i zawsze był gotowy służyć radą. 

Przez cały następny tydzień Marion dzieliła radość z plano­

wanego koncertu z niepewnością, jak powinna się zachować. 

Czasami myślała, że powinna napisać kartkę do Jeffa, że po 

prostu nie może iść, nie tłumacząc dlaczego. Później myślała 
jednak, że pójdzie ten jeden raz i potem z nim porozmawia. 
Ten jeden raz nie zaszkodziłby niczemu. 

Nie wiedziała, co robić, ponieważ Lyman nie przyszedł 

w niedzielę na nabożeństwo. W poniedziałek rano przysłał 
wiadomość, że otrzymał telegram i musi pilnie wyjechać, 

a wróci dopiero w piątek wieczorem, jednakże ma nadzieję, że 
Marion wszystko pomyślnie załatwi do soboty i będą mogli iść 
razem na koncert. 

Otwierała kopertę z miłym uczuciem w sercu. Dobrze jest 

background image

dostawać liściki tak jak inne dziewczyny, dobrze jest wiedzieć, 

że ktoś pamięta! Jednak treść listu bardzo ją zaniepokoiła. Już 
naprawdę nie wiedziała, co robić! Poza tym czuła, że Lyman 
powoli staje się dla niej kimś więcej niż tylko znajomym. Jeśli 
ojciec by żył, na pewno ostrzegłby ją, żeby nie traciła głowy 
dla tego mężczyzny. Ta znajomość nie może przerodzić się 
w poważniejsze uczucie; zbyt wiele ich różni. Gdyby ojciec nie 
umarł, na pewno mogłaby kontynuować naukę i dopiero po 
skończeniu studiów byłaby warta takiego przyjaciela. 

Westchnęła i wytarła łzy, które napłynęły jej do oczu. Nie 

podda się złemu nastrojowi. Pójdzie na koncert, ten ostatni raz. 
I tak było już za późno, żeby zrezygnować. Miała tylko adres 
domowy Jeffa, a nie mogła mu odmówić w ostatniej chwili, 
gdy wróci w piątek wieczorem. Na pewno miał dużo przyja­
ciół, jednak nie wiadomo, czy zdążyłby znaleźć kogoś na jej 
miejsce. Zresztą nie ma się co oszukiwać, bardzo chciała iść na 

ten koncert, zanim zerwie znajomość z jedynym mężczyzną, 
który okazał jej serce i któremu chociaż trochę zależało na jej 
towarzystwie. Pójdzie na koncert i potem, gdy będą wracali do 
domu, opowie mu wszystko o sobie. Wtedy wszystko się 
skończy. Lepiej przerwać to teraz, nie niszcząc sobie życia 
tęsknotą za człowiekiem, który nigdy nie może być z nią. 

Lepiej przerwać teraz, póki nie jest jeszcze za późno. 

Czy jednak łzy, którymi zmoczyła poduszkę tej nocy, nie 

były znakiem, że już jest za późno? 

Przerwę na lunch następnego dnia Marion wykorzystała na 

zrobienie niewielkich zakupów. Kupiła tanią spódniczkę i wie­
czorem przerobiła ją tak, że przypominała modną francuską 
spódnicę, którą widziała kiedyś w domu towarowym. 
Z kawałków jedwabiu i szyfonu uszyła sobie gustowną 
bluzeczkę. Potrafiła bardzo zręcznie szyć i umiała kopiować 
różnorodne wzory. Spódnica, którą skończyła późno w nocy, 
wyglądała bardzo reprezentacyjnie i doskonale współgrała 

z bluzką. W dziale modniarstwa znalazła kilka kapeluszy 
o zeszłorocznym fasonie i wśród nich zauważyła jeden, który 
się jej spodobał. Kosztował niewiele, ponieważ miał lekko 
naderwane rondo, ale uznała, że znajdzie sposób, żeby to na­
prawić, więc go kupiła. 

116 

background image

- Gdybym miała chociaż kilka tych pięknych róż - west­

chnęła. - Muszę wyglądać elegancko chociaż ten raz. 

Następnego dnia, gdy wychodziła do pracy, zapakowała nową 

kreację i kapelusz do tekturowego pudełka i wzięła je ze sobą. 
Zjawiła się przy swoim stanowisku ubrana w zwykłą sukienkę 
i tylko błyszczące jak dwie gwiazdy oczy i lekki rumieniec na 
policzkach zdradzały, że coś niezwykłego miało się zdarzyć tego 
wieczoru. Około jedenastej podszedł do lady młody chłopiec 
z dużym pakunkiem pod pachą i głośno spytał o pannę Warren. 
Marion akurat kończyła fiołki dla bardzo niecierpliwej klientki 
i nie zauważyła przybysza. Jednak jej koleżanki odebrały paku­
nek i podekscytowane natychmiast go przyniosły. 

- To był chłopak od Hortona! - powiedziała jedna. - Marion, 

musisz mieć bogatego przyjaciela, skoro przysyła ci stamtąd 
kwiaty. To najdroższa kwiaciarnia w mieście! Coś ukrywasz 
przed nami. 

Marion uśmiechnęła się tylko i położyła pakunek na po­

dłodze. 

- Dziękuję - odrzekła takim tonem, jakby spodziewała się 

tej przesyłki, i wróciła do pracy, chociaż ledwo mogła po­
wstrzymać ciekawość. Czy to możliwe, że w pudełku były 
róże? Chyba tak, skoro już drugi raz przyszły w ten sam sposób 
i pochodziły z tej samej kwiaciarni. Nie zastanawiała się długo 
nad tym, jak róże trafiły do niej za pierwszym razem, gdy 
zachorowała i leżała w łóżku. Teraz jednak musiała powrócić 
do pytania: kto przysyła kwiaty? 

To musiał być ktoś, kto znał jej plany, martwił się, gdy była 

chora, i wiedział, że idzie na koncert. O tym nie wiedział nikt 
oprócz właścicielki domu, która odwiedziła Marion, gdy ta 
właśnie mierzyła swój nowy strój. Marion wyznała wtedy, że 

przyjaciel zaprosił ją na koncert. Ale przecież poczciwa starsza 
pani nie pomyślałaby o różach, nawet gdyby chciała sprawić jej 
przyjemność. Poza tym, nie stać jej było na taki prezent. Kim 
był zatem tajemniczy nieznajomy? 

Nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby wiązać róże z Lyma-

nem. Były one częścią jej życia, zanim on się w nim pojawił, 
nie mógł ich zatem przysyłać. Nie pomyślała więc nawet o ta­
kiej możliwości. 

background image

Przez resztę dnia pracowała jak w transie. Nie otworzyła 

pakunku i włożyła go pod ladę, chociaż koleżanki bardzo nale­
gały, aby zobaczyć, co jest w środku. Nie chciała go otwierać 
przy wszystkich. O pół do drugiej, gdy skończyła pracę, po­

biegła jednak od razu na zaplecze i w pudełku znalazła całe 
naręcze ogromnych szkarłatnych róż. Wróciła do koleżanek 

i wręczyła każdej po jednej. 

- To nic, że pracuję dzisiaj dłużej! - wykrzyknęła któraś 

z dziewcząt, gdy już wszystkie podziękowały i Marion wróciła 
na zaplecze. - To nic! Jest taka słodka i miła, nieważne, że 
trochę skryta i zamknięta w sobie. W jakiś sposób różni się od 
nas wszystkich i pasuje do tych róż. Cieszę się, że dziś wieczór 
ma wolne, chociaż muszę zostać za nią. Pomogła mi, gdy 
miałam grypę, i mam nadzieję, że będzie się teraz dobrze 
bawiła ze swoimi różami i hojnym przyjacielem. 

Wszystkie inne się z tym zgodziły i porozmawiały jeszcze 

chwilę o Marion, zanim rozeszły się do swoich stanowisk, 
upajając się oszałamiającym zapachem kwiatów. 

Marion nie jadła obiadu; była zbyt podniecona. Nadeszła 

wreszcie ta wielka godzina. Jeszcze raz pójdzie na koncert, 

jeszcze raz będzie mogła przeżyć zachwyt i uniesienie. Zapo­

mni na chwilę o wszystkich swoich troskach. Pobiegła do sza­
tni i przebrała się. Ubranie, w którym przyszła, schowała 
w szafce. Przez moment zaświtała w jej głowie wątpliwość: 
może jednak nie powinna wyglądać tak elegancko, jak dziew­
czyna z jego sfer, skoro miała mu opowiedzieć wszystko o so­

bie. Było już jednak za późno, żeby cokolwiek zmieniać. 

Czuła się trochę nieswojo. Siedziała w luksusowym fotelu 

w hallu i wyglądała jak dama, a dziewczyny uwijały się przy 
ladzie, którą widziała ze swojego miejsca. Uśmiechnęła się 

jednak, gdy zauważyła, że od czasu do czasu przystają, aby 

powąchać swoje róże. Cieszyła się, że je dostała w dniu tego 
szczególnego koncertu i że mogła dać kilka koleżankom. 
Chciałaby móc podziękować nieznajomemu ofiarodawcy. 

Lyman przyszedł punktualnie. Gdy wstała, żeby się przywi­

tać, zastygł na chwilę, urzeczony jej widokiem. Wyglądała 

118 

background image

czarująco w miękkiej, kremowej bluzce, zgrabnej spódnicy 
i gustownym kapeluszu, z jaśniejącymi oczami i lekkimi wy­
piekami na policzkach. Pomyślał, że do tej pory nie doceniał 
właściwie jej niezwykłej urody, mimo że zawsze mu się podo­
bała. Czy to róże, strój, czy radość malująca się na twarzy tak ją 
zmieniły? Przez całe życie chciałby ją taką oglądać! 

119 

background image

G d y jechali do filharmonii, Marion poczuła się lekko 

onieśmielona. Jefferson wydawał się to dostrzegać i rozumieć. 
Zabawiając ją dowcipną rozmową, starał się sprawić, aby nie 
przerażała jej niezwykłość sytuacji, w której się znalazła. Jed­
nak gdy przez wielkie frontowe drzwi weszli do wnętrza, gdzie 
zebrała się cała śmietanka towarzyska miasta, Marion ogarnął 
niezwykły lęk. 

Weszli na górę po szerokich marmurowych schodach i Ly-

man poprowadził ją do jednej z oddzielonych karmazynowymi 
zasłonami luksusowych lóż, tworzących półkole na pierwszym 

balkonie. Gdy zapadła wygodnie w głęboki, aksamitny fotel 
i spojrzała w dół na scenę, którą oglądała dotychczas ze swo­

jego dalekiego miejsca, zauważyła, że wszystko stamtąd wy­
glądało inaczej. Zaniepokoiła się, że teraz, gdy doświadczyła 

luksusu, jej własny świat będzie wydawał się nieciekawy. Po 
chwili jednak odrzuciła tę myśl. Zawsze będzie miała w pa­
mięci te cudowne przeżycia i będą one pięknym ubarwieniem 

jej codzienności. 

Ślicznie wyglądała na tle karmazynowych zasłon, z bukie­

tem szkarłatnych róż, odcinających się wyraźnie od jasnej 
bluzki. Isabel Cresson, która siedziała z ciotką po drugiej stro­
nie sali, w bocznej loży przy scenie, nie rozpoznała dawnej 

koleżanki z klasy. Nie można było powiedzieć nic złego o krea­
cji Marion. Dzięki jej zręcznym palcom strój, który włożyła, 
wyglądał jak prosto z Paryża. Isabel z zawiścią i niepokojem 
w sercu patrzyła na nieznajomą z naprzeciwka. Chociaż cały 

120 

background image

czas wpatrywała się w nią, nawet nie pomyślała, że może to 

być ta zwyczajna, szara Marion Warren. Chciała dać znak 

Lymanowi, żeby podszedł do niej i przedstawił przyjaciółkę, 
ale ten zdawał się jej nie dostrzegać. Pozostało jej tylko pat­
rzeć, jak adorował swoją towarzyszkę. 

Od momentu gdy wielki pianista wszedł na scenę do ostat­

niej nuty bisu, Marion była całkowicie pogrążona w muzyce. 
Oczarowała ją silna osobowość mistrza, przenikająca całą salę 
i nadająca ton całemu koncertowi. Siedziała prawie nierucho­
mo i całym sercem chłonęła każdą nutę. Jeszcze żaden muzyk 
nie wywarł na niej tak wielkiego wrażenia, jak ten wspaniały 
artysta. Nie mogła oderwać oczu od jego palców, które ude­
rzały w klawiaturę raz lżej, raz mocniej, zdając się pieścić 
instrument. Muzyka wypływała z klawiszy jak strumień 
diamentów połyskujących przy upadku. Młoda, niewykształco­
na dziewczyna słuchała całą duszą, zapominając o Bożym 
świecie, natomiast młody mężczyzna, który ją przyprowadził, 

zapomniał o koncercie i jak urzeczony przypatrywał się jej 
zachwytowi. Co prawda, uważał Paderewskiego za najwybit­
niejszego pianistę, ale tego wieczoru muzyka była tylko 
pięknym dodatkiem do jego uczucia, które zajaśniało nagle jak 
najcenniejsza perła. 

Po koncercie publiczność wywoływała artystę jeszcze sied­

m i o - czy ośmiokrotnie i mistrz za każdym razem zgadzał się 
na bis, nie mogąc odmówić entuzjastycznemu aplauzowi. Kie­
dy skończył, ludzie zaczęli powoli podnosić się ze swoich 
miejsc. Marion, z rozpromienioną i szczęśliwą twarzą, 
zwróciła się do swojego towarzysza: 

- Czułam się przez chwilę, jakbym znalazła się w niebie 

i słuchała człowieka, który uczył się od samego Boga! 

- Może się uczył - potwierdził Lyman. - Wydaje się, że nikt 

inny nie potrafi tak się zbliżyć do ideału muzyki. 

- Nigdy tego nie zapomnę - oczy Marion jaśniały jak gwiaz­

dy. 

Gdy przeszli przez hall i wyszli na zatłoczoną ulicę, Marion 

przypomniała sobie nagle o swoim postanowieniu. Musi mu 
powiedzieć! Wszystkie zgrabne zdania, które ułożyła sobie 
przedtem, wyleciały jej jednak z głowy i tak bardzo się za-

background image

myśliła, próbując je sobie przypomnieć, że potknęła się i omal 
się nie przewróciła. Lyman wziął ją delikatnie pod rękę. 

- Nie musisz się spieszyć do domu, prawda? - spytał. 

- Może byśmy poszli gdzieś razem na obiad? Zawsze chciałem 
z kimś porozmawiać po takim koncercie. Chciałbym, żebyś mi 
opowiedziała o swoich wrażeniach. 

- Chciałabym - odpowiedziała smutno - ale chyba nie po­

winnam. Powinnam raczej wracać do domu. 

Ponieważ Lyman bardzo się już cieszył na ten obiad i byłby 

bardzo zawiedziony, gdyby Marion mu odmówiła, nie ustępo­
wał: 

- Dlaczego? Ktoś na ciebie czeka? Umówiłaś się? 
- Nie, skądże - odpowiedziała szybko. - Nikt nie czeka, 

ale... 

- Ale co? Nie możesz mi zrobić tej przyjemności? Bardzo na 

to liczyłem. Wiem, że powinienem cię uprzedzić wcześniej, 

jeśli więc sprawi ci to jakiś kłopot... 

- Ależ nie! - zaprzeczyła rozpaczliwie. - Nie o to chodzi 

i bardzo miło z twojej strony, że mnie zaprosiłeś i powie­
działeś, że to dla ciebie przyjemność, ale... 

- Nie tylko powiedziałem; to byłaby przyjemność, ogromna 

przyjemność - mocno podkreślił swoje ostatnie słowa i Marion 
poczuła, że kryje się za nimi coś więcej niż tylko zwykła chęć 
pójścia z kimś na obiad. Odezwała się więc cicho: 

- Chodzi po prostu o to, że ostatnio tak dobrze się bawiłam 

i żyłam innym życiem. Trochę się boję, że może to mnie ze­
psuć w jakiś sposób. Na co dzień nie m a m tego wszystkiego 
i może się okazać, że nie będę już potrafiła cieszyć się życiem 

- mówiła powoli i długo się zastanawiała, jak gdyby nie 

wiedząc, co powiedzieć. 

Lyman spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się łagodnie. Gdy 

doszli do przejścia dla pieszych, mocniej przycisnął jej ramię, 

jakby chciał uchronić ją przed przejeżdżającymi samochodami. 

- Chciałbym cię trochę zepsuć - powiedział bardzo miękko. 

Nawet w świetle latarni jego oczy były tak elektryzujące, że 
poczuła się jak ktoś, kto zatrzaskuje drzwi przed swoim 
szczęściem. 

- Nic nie rozumiesz! - odrzekła desperackim tonem. - To 

122 

background image

bardzo miłe z twojej strony i jest mi bardzo przyjemnie, ale 
powinnam była ci to wcześniej powiedzieć. Nie powinnam 
była dopuścić, abyś pomyślał... - zamilkła, nie mogąc znaleźć 

odpowiednich słów. Przeszli przez kolejną ulicę. Marion nie 
zauważyła nawet, że Jeff prowadzi ją do dzielnicy, gdzie 
mieszczą się najlepsze kawiarnie i restauracje. Nie znała dob­
rze tych miejsc, a gdyby nawet je znała, nie rozpoznałaby ich 

w takiej chwili. 

- Żebym co pomyślał? - spytał poważnie. Jego serce zaczęło 

bić mocniej. Czy powie mu, że ma ukochanego, który ciężko 
pracuje na jej utrzymanie, i że nie mogą już się spotykać? Jego 

ręka drżała, gdy delikatnie położył ją na ręce Marion. 

- Że jestem taką samą dziewczyną, jak te, które znasz. 
- O nie, mylisz się! - szybko zaprzeczył. - Nigdy nie 

myślałem, że jesteś taka jak one. Dzięki Bogu, jesteś inna. Jeśli 

byś nie była, nie spotykałbym się z tobą. Już gdy spotkaliśmy 
się po raz pierwszy... 

- To jeszcze co innego - przerwała mu. Tak trudno było to 

wszystko wytłumaczyć! Czuła, że zaciska jej się gardło i oczy 

napełniają się łzami. Opanowała się ostatkiem woli. 

- Spójrz na mnie - powiedział zdecydowanie. - I powiedz 

mi - stanęli na rogu, oddaleni od innych przechodniów. - Po­

wiedz mi tylko jedno. Czy jest ktoś w twoim życiu? Czy jest 

jakiś powód, dla którego uważasz, że nie powinnaś iść ze mną 

na obiad? 

- Ależ nie - żachnęła się i prawie roześmiała. - Nie ma 

nikogo. Nie mam już nikogo na świecie, z wyjątkiem mojego 
brata i jego rodziny, ale oni żyją swoim życiem i nie mają 
czasu, żeby o mnie myśleć... Może niepotrzebnie opowiadam 
ci to wszystko, ale chciałam, żebyś zrozumiał. 

- Zatem - Lyman uśmiechnął się radośnie - zanim opowiesz 

coś więcej, koniecznie musimy coś zjeść, a skoro nie masz 
nikogo, to jestem pewien, że to, co masz do powiedzenia, nie 
będzie stanowiło przeszkody przed naszym wspólnym 
obiadem. Ale najpierw wydostańmy się z tego tłumu. 

Poprowadził ją pewnie przez strumień ludzi spieszących 

w różnych kierunkach, wracających do domu albo właśnie 
gdzieś wychodzących. Był jak tarcza ochraniająca małą, nie-

background image

pewną dziewczynkę przed przechodniami napierającymi ze 
wszystkich stron. Dotarli wreszcie do celu i weszli do wielkiej, 

urządzonej z przepychem sali. Pod ścianami stały rzędem pal­
my. Na nakrytych białymi obrusami stolikach błyszczały sreb­
ro, kryształy i porcelana, oświetlone dodatkowo delikatnym 
światłem świeczek. Przy stolikach siedzieli dystyngowani 
goście i rozmawiali ściszonymi głosami, a w tle słychać było 
subtelną muzykę, rozchodzącą się po sali jak najlepsze perfu­
my. Usiedli przy stoliku w kącie, skąd, sami zasłonięci przez 
palmę, mogli dosyć dobrze widzieć c a ł ą salę. Marion poczuła 
się, jakby przeniesiono ją do świata z bajki, do miejsca, gdzie 
nie miała prawa przebywać, a skąd nie mogła jednak odejść. 
Zachwyt i strapienie pojawiały się kolejno na jej twarzy, która 
przez tę mieszankę nastrojów zdawała się być jeszcze piękniej­
sza. Lyman przypatrywał się jej z zachwytem. 

- Ciekawe, co lubisz - uśmiechnął się. - Zamówię coś dla 

ciebie i zobaczymy, czy trafię. 

- Lubię wszystko - zmieszała się. Jak miała mu powiedzieć, 

że gdy cokolwiek zamawiała, to najpierw patrzyła na. prawą 
kolumnę karty, żeby zobaczyć, co jest najtańsze? 

Lyman wziął kartę i w sposób, który zdradzał, że znał wszys­

tkie, potrawy, szybko złożył kelnerowi zamówienie. Gdy ten 
zniknął, żeby je wypełnić, powiedział: 

- A teraz, jeśli chcesz, możesz mi wszystko opowiedzieć. 

O czym powinienem wiedzieć? - spojrzał na n i ą uważnie i jej 

policzki pokryły się rumieńcem, który dorównywał prawie 
szkarłatowi róż przypiętych do bluzki. 

- Myślę, że powinieneś wiedzieć, iż jestem bardzo biedna 

i sama muszę się utrzymywać... - przerwała, szukając słów. 

- Domyśliłem się tego - powiedział. - Myślałaś, że jestem 

taki próżny i uznaję tylko towarzystwo bogaczy? 

- Ależ nie! - stropiła się. - Nie rozumiesz. Jestem nie tylko 

biedna, ale także niewykształcona. Nie miałam takich możli­
wości. Nie studiowałam. Wszystkie inne dziewczyny skoń­
czyły studia. 

Roześmiał się. 
- Ja też skończyłem i nie jestem pewien, że tak wiele się tam 

nauczyłem. Tak naprawdę to straciłem wiele czasu, a najwięcej 

124 

background image

nauczyłem się podczas moich podróży. Może nie do końca 
wiedziałem, czego chciałem się nauczyć. A jeśli chodzi o te 
inne dziewczęta, wątpię, czy Isabel Cresson stała się mądrzej­
sza po swoich studiach. Słyszałem, jak mówiła do swojej przy­

jaciółki, że studiowała tylko po to, żeby poznać ludzi z towa­

rzystwa. Nie sądzę, by mogła dzisiaj przeżywać muzykę tak 

jak ty. 

Jest bardzo uprzejmy - pomyślała Marion - ale nie wie 

jeszcze wszystkiego. Jak mu to prosto wytłumaczyć? 

- Dziękuję - powiedziała cicho - ale jest coś, co ona posia­

da, a czego ja nie mam. W oczach wielu ludzi to na pewno duży 
brak. Ona pochodzi ze starej, dobrej rodziny, ma za sobą kul­
turę i wyrobienie. Dużo przebywała z ludźmi. Wie, jak się 
poruszać, jak mówić, jak się zachowywać. A mój ojciec był 
zwykłym mechanikiem. Pracował w fabryce lokomotyw Hou-
ghtona. Kiedy żył, powodziło nam się całkiem dobrze, ponie­

waż miał godziwą pensję. Chciał zapewnić mi dobre wy­
kształcenie. Chciał tego ponad wszystko, ale jego pragnienia 

nie spełniły się przed śmiercią. Był tylko mechanikiem, ale był 
dobrym człowiekiem i kochanym ojcem... 

- Wiem - odrzekł Lyman takim samym tonem. - Uległ 

wypadkowi, dlatego że chciał pomóc koledze. Rozmawiałem 
z jego kierownikiem i opowiedział mi całą historię. Powiedział, 
że kiedy go znaleźli rannego i wieźli do szpitala, cała fabryka 
płakała. Jeszcze przez kilka dni robotnicy mówili mu, jak wiele 
i jak chętnie pan Warren im pomagał. Jeden opowiedział, że 
kiedyś, gdy szedł się napić, twój ojciec poszedł z nim do baru, 
pilnował, żeby nie pił za dużo, i odprowadził go potem do 
domu. Inni opowiadali, jak zostawał za nich po godzinach, 
kiedy ich żony czy dzieci chorowały i musieli wracać 
wcześniej. Jeden powiedział nawet, że przez kilka tygodni, gdy 
był po operacji i mógł pracować tylko na pół etatu, pan Warren 
dzielił się z nim swoją pensją. Mylisz się, Marion, twój ojciec 
był prawdziwym dżentelmenem, a jeśli można jakąś rodzinę 
nazwać królewską, to wasza była taką na pewno. 

125 

background image

14. 

Teraz już, pomimo wszystkich swoich wysiłków, Marion 

nie potrafiła powstrzymać łez. Były to jednak łzy szczęścia 
i towarzyszył im szeroki uśmiech na twarzy. 

- Och, Jeff - powiedziała. - Tak pięknie mówisz o moim 

ojcu! Wiedziałam, że był taki, wiedziałam o tym wszystkim, 
ale nie wiedziałam, że będziesz umiał to docenić... 

- Myślałaś, że jestem bogatym snobem - uśmiechnął się. 
- Ależ nie! - przestraszyła się. - Nie, nigdy tak nie 

myślałam, naprawdę! 

- Owszem, myślałaś. Nie musisz zaprzeczać. Myślałaś, po­

nieważ cieszyłem się tymi luksusami, których ty nie posiadałaś 
i dlatego sądziłaś, że będę je stawiał wyżej niż cokolwiek 
innego i pogardzę tobą, kiedy zobaczę, że ty tego nie posiadasz. 
Tak uważałaś, prawda? 

- Nie, to nie tak - zmieszała się. - Po prostu sądziłam, że 

o tym nie wiesz i gdy się dowiesz, pomyślisz sobie, że nie 
byłam uczciwa wobec ciebie i udawałam kogoś innego. Isa-
bel Cresson i inne dziewczyny wiedzą, kim naprawdę jestem. 
Na pewno uważały to za dziwaczne, że podczas gdy one są 
w pobliżu, ty siedzisz i rozmawiasz z kimś tak mało waż­
nym jak ja. Widziałam, że jesteś wystarczająco dobrze wy­
chowany, abyś był dla mnie miły, ale wydawało mi się ma­

ło prawdopodobne, że kiedykolwiek zaprzyjaźnisz się ze mną. 

Wiedziałam i czułam, że muszę ci wszystko wyjaśnić. Przez 
cały tydzień wyrzucałam sobie, że nie zrobiłam tego zeszłej 
soboty, ale chciałam iść dzisiaj... ten jeden raz, zanim... 

background image

zanim... - umilkła zawstydzona, nie wiedząc, jak to po­
wiedzieć. 

- Zanim co? - spytał z łagodnym spojrzeniem. 
- Zanim to się skończy - wyrecytowała jednym tchem, 

z pasowymi policzkami. 

- Zatem myślałaś, że zerwę znajomość z tobą, jak tylko się 

dowiem? 

- Przypuszczałam... że to będzie... koniec - odpowiedziała 

niepewnie. 

- Powiedz mi prawdę, ale patrz mi prosto w oczy - nachylił 

się do niej. - Czy naprawdę myślisz, że porzuciłbym cię, jak 

tylko bym się dowiedział? Spójrz na mnie. Nie możesz siebie 

okłamywać, gdy będziesz mi patrzyła w oczy. 

Uniosła oczy, którym zakłopotanie dodało jeszcze piękna, 

i zamrugała pod jego nieugiętym spojrzeniem. 

- Sądziłam, że... powinieneś. 
- Sądziłaś, że powinienem? - jego twarz wyrażała zdumie­

nie. - Odpowiedz zatem na jeszcze jedno pytanie i proszę, nie 
spuszczaj wzroku, jeśli możesz. Czy naprawdę myślisz, że 

przestałbym się z tobą widywać? 

- Ja... - nastąpiła długa przerwa, po czym Marion, zmiesza­

na, spuściła wzrok. - Ja nie wiem - dokończyła. 

- Przyznajesz więc, że nie do końca uważałaś mnie za łaj­

daka? 

Marion spojrzała na niego z wymówką, po czym znów jej 

rzęsy rzuciły cień na pąsowe policzki. 

- Wybacz mi! - dodał szybko. - Nie miałem zamiaru z cie­

bie żartować. Przepraszam. Chciałem się tylko dowiedzieć, za 

jakiego człowieka mnie uważałaś. Pragnę więc zapewnić cię, 

że w żadnym przypadku nie chcę przestać się z tobą spotykać. 
Tylko ty mogłabyś przerwać naszą znajomość, gdybyś chciała. 
A tak na marginesie, czy pamiętasz, gdzie spotkałem cię po raz 
pierwszy? 

Uwierzyła w jego szczery ton i podniosła nieśmiało oczy. 

Można było w nich dostrzec przebłysk wspomnienia. 

- Tak, oczywiście, nigdy tego nie zapomnę. Pan Radnor 

przedstawił nas sobie. Pomyślałam, że to miło z jego strony, 
ponieważ nikt inny specjalnie się mną wtedy nie interesował. 

127 

background image

Wydaje mi się, że zrobił to ze względu na mojego ojca. Sądzę, 

że go szanował. 

- Na pewno, tak przynajmniej wynikało z jego słów 

- Lyman zamyślił się i zmarszczył lekko brwi, gdy przy­

pomniał sobie inne rzeczy, o których mówił pan Radnor - ale 
nie wydaje mi się, że szanuje jego córkę tak bardzo jak ja. Nie 
zna jej za dobrze. Sądzę jednak, że jeszcze kiedyś ją pozna. 

Marion uśmiechnęła się. 

- Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek miał sposobność 

widywać mnie częściej niż teraz. Jest bardzo zajęty, a ja raczej 
nie rzucam się w oczy. 

Mówiła ze słodką skromnością i młody człowiek pomyślał, 

że bardzo jej z tym do twarzy. 

- Z czasem wszystko się zmienia - odrzekł z uśmiechem. 

- Pewnego dnia to się może odwrócić. Możesz się stać wystar­
czająco widoczna, aby pan Radnor miał okazję docenić cię 
i uszanować. Zresztą nie jest to chyba takie ważne, prawda? Ja 
sam ciebie doceniam i szanuję. A co do naszego pierwszego 
spotkania, to się mylisz. To nie było wtedy, kiedy ci się wydaje. 

- Aha, masz na myśli ten dzień w sklepie, gdy kupowałeś 

różę ze wstążki - powiedziała. - Oczywiście! Jaka jestem 
głupia! Ale myślałam, że nie poznałeś mnie wtedy. 

- Poznałem, a jakże - odparł - ale to także nie był pierwszy 

raz. Widziałem cię wcześniej przy kilku innych okazjach, nie 
licząc razu, kiedy nie mogłem cię widzieć zbyt dobrze. 

- O czym ty mówisz? - spojrzała na niego z takim zdziwie­

niem, jakby świat właśnie wywinął kozła. Lyman roześmiał się 
na ten widok i kelner, który w tym momencie przyniósł pierw­
sze danie, odetchnął z ulgą, widząc, że klienci nie nudzili się, 
czekając na niego. 

Marion przyglądała się, jak kelner rozstawia potrawy i za­

stawę, ostrożnie kładąc przed nią porcelanę, srebro i kryształy, 

jak gdyby była królową. Jak to się stało, że mogła doświadczyć 

tego piękna i luksusu? Nie mogła tego pojąć. Gdy spojrzała na 
młodego mężczyznę siedzącego naprzeciw niej, znalazła odpo­
wiedź w jego oczach. Spuściła głowę jeszcze niżej i siedziała 
z bijącym mocno sercem. Nie śmiała nawet myśleć o tym, co 
zobaczyła w oczach Jeffa, a mimo to poczuła, że wielki ka-

background image

mień, który od tygodnia leżał jej na sercu, teraz spadł i potoczył 
się daleko. 

- Czy to nie dziwne, że stolik przystrojony jest takimi 

różami jak moje? - spytała, z czułością dotykając kwiatów. 

Kelner, który właśnie zdejmował srebrną pokrywkę z wazy 

z zupą, na króciutki moment podniósł wzrok i spojrzał na 

Marion. Gdyby dziewczyna popatrzyła na niego w tej chwili, 
dostrzegłaby w jego oczach dziwną, figlarną iskierkę, on jed­
nak opuścił wzrok prawie natychmiast. 

- Tak, co za zbieg okoliczności - Lyman, mimo że kelnero­

wi nie drgnął nawet muskuł na twarzy, dostrzegł błysk w jego 

oczach i tak jak on doskonale się bawił małą tajemnicą, o której 

wiedzieli tylko oni dwaj. Nie dał jednak niczego po sobie 
poznać. 

Kelner nalał zupę do talerzy, skłonił się wytwornie i wy­

cofał się od stołu. Ponieważ Marion, chcąc oszczędzić jak 
najwięcej pieniędzy na kupno nowej sukni i kapelusza, nie 

jadła przez ostatni tydzień zbyt wiele, z wilczym apetytem 

połknęła wyborną zupę i przystawki, które po niej podano. 

Mimo że kelner donosił ciągle nowe przysmaki i rozmowa 

z Jeffem była bardzo przyjemna, dziewczyna nagle posmut­

niała. Przecież niedługo to się skończy! Ten piękny, wspa­
niały wieczór, kiedy mogła dotknąć świata, w którym nig­
dy nawet nie spodziewała się znaleźć, niedługo musi się 
skończyć! 

- Co miałeś na myśli? - spytała, gdy skończyli wyśmienitą 

sałatkę i czekali na deser. Miała nadzieję, że odpowie jej od 
razu i nie będzie musiała pytać ponownie, ale kiedy kelner 
odszedł, Jeff zmienił temat, jak gdyby chciał, żeby to pytanie 
pozostało bez odpowiedzi. - Kiedy spotkaliśmy się po raz 

pierwszy? 

- Gdy kupowałaś swój pierwszy karnet do filharmonii - od­

powiedział, z zachwytem obserwując, jak zmienia sięjej twarz. 

Oczy Marion zabłysły od miłego wspomnienia. 
- O! To ty tam byłeś? 

- Stałem tuż za tobą w kolejce i słyszałem, jak powiedziałaś, 

że jesteś w filharmonii pierwszy raz w życiu. Jak mi się wyda­

je, zdobyłem się na bardzo śmiały krok. W kasie poprosiłem 

background image

o miejsce jak najbliżej twojego, żebym mógł połączyć przy­

jemność słuchania muzyki z przyjemnością obserwowania 

kogoś, kto przyszedł pierwszy raz. Myślę, że nie zrobiłem nic 
złego. Chciałem tylko popatrzeć na ciebie, gdy słuchasz mu­
zyki. 

- Och! - westchnęła Marion z zaciekawieniem, po chwili 

jednak okropnie się zmieszała i spuściła głowę najniżej jak 

tylko mogła. Dlaczego ten niezwykły młodzieniec mówi jej 
takie dziwne rzeczy? Czy rozmawiał w ten sposób także z in­
nymi dziewczętami? Czy powinna mu na to pozwalać? Oczy­
wiście, nie miał nic złego na myśli. Jego szczery wyraz twarzy 
nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do czystości jego in­
tencji, ale czy do końca rozumiał, co czuje dziewczyna, gdy 
mężczyzna patrzy na nią w ten sposób i mówi takim tonem? 
Może dziewczęta przywykłe do towarzystwa i słyszące co­
dziennie miłe słowa nie zastanowiłyby się nawet nad tym, ale 

ona czuła się zakłopotana i nie wiedziała, jak się zachować. 
Podniosła oczy i Jeff, widząc jej zmieszanie, zmienił temat: 

- A kiedy mi opowiesz o swoich różach? Miałem nadzieję, 

że kiedyś powiesz mi o nich coś więcej. 

Uspokoiła się od razu. 

- Chcesz o nich usłyszeć? Czyż nie są piękne? Czyż nie są 

kochane? Prawie jak ludzkie główki. I do tego ten miękki, 
gładki aksamit! Chciałam ci o nich opowiedzieć dwa czy trzy 
razy, ale nie miałam odwagi, bo, widzisz, to dziwna historia 

i trudno ją zrozumieć. Właściwie to nie wiem, od kogo je 
dostaję. 

Delikatnie i pieszczotliwie dotknęła kwiatów palcami i pod­

niosła wzrok, żeby zobaczyć jego reakcję. 

- Nie wiesz, od kogo je dostajesz?! 
Nie mogła stwierdzić, czy to było pytanie, czy wykrzyknik. 
- Nie wiem - kontynuowała. - Nie mam pojęcia.  D o ­

stawałam je od czasu do czasu. Za każdym razem myślałam, że 

już więcej ich nie będzie, ale dzisiaj też je dostałam. 

- I nie podejrzewasz nawet od kogo? 
- Właśnie nie. Na początku myślałam, że nie były przezna­

czone dla mnie i że dostawałam je przez pomyłkę lub przez 
przypadek, ale dzisiaj ktoś je przysłał do sklepu i było ich 

130 

background image

więcej niż zwykle. Było ich tak dużo, że mogłam po jednej 

rozdać koleżankom z mojego działu. Tak się ucieszyłam, że 
mogłam podzielić się moją radością. Kiedyś też, gdy nie 
czułam się zbyt dobrze i nie mogłam iść do pracy, ktoś mi 

przysłał całe naręcze do domu. Skąd mógł wiedzieć? Na­
prawdę nie rozumiem. 

- Powiedz mi, kiedy zaczęłaś je dostawać? - zniżył ton 

i wydawał się być pochłonięty oglądaniem swojej szklanki 

z wodą. Nie patrzył na Marion, jakby się nad czymś głęboko 
zastanawiał. 

- Pierwszą znalazłam na moim foteliku podczas drugiego 

koncertu. Myślałam, że ktoś ją zgubił i położyłam na miejscu 
obok, ale nikt się po nią nie zgłosił. Zapytałam portiera, ale on 
tylko się zaśmiał i powiedział, że nie mam się o co martwić, bo 

właściciel ma ich pewnie dużo. Ale gdy na kolejnym koncercie 

znalazłam następną, chciałam wiedzieć, kto ją zgubił. Rozma­

wiałam z kilkoma kobietami z tej samej galerii, ale zareago­
wały, jakbym popełniła jakąś gafę, pytając je. Postanowiłam 
więc zabierać kwiaty, a od tej pory znajdowałam je już za 

każdym razem. Zawsze na fotelu leżała jedna róża, tylko 

w dzień ostatniego koncertu były dwie. Pomyślałam, że to miłe 

pożegnanie i trzymałam je w wazonie, dopóki nie opadły im 
płatki. Nie chciałam ich odłożyć do pudełka z innymi zasuszo­
nymi różami. Chciałam, żeby żyły tak długo, jak to tylko 
możliwe. No i dzisiaj też mi je przysłano, jakby ktoś wiedział, 
że ich potrzebuję. 

- Czy nie domyślasz się, od kogo je dostawałaś? - ciągle 

mówił cicho i miał spuszczone oczy. 

- Nie mam pojęcia - odpowiedziała. - Na początku 

sądziłam, że to pewna starsza, siwa, zawsze elegancko ubrana 

pani, która siedziała niedaleko mnie. Myślałam, że przysyłała 

mi kwiaty, bo widziała, że zawsze jestem sama, a może przypo­
minałam jej kogoś, kogo znała i kochała... Nie wiem. Potem 
przyszło mi do głowy, że w zeszłym sezonie mógł siedzieć na 
moim miejscu ktoś, komu jakiś przyjaciel zawsze przysyłał 
kwiaty. Ten ktoś mógł wyjechać, a jego przyjaciel nic o tym 
nie wiedział. Ale to wszystko nie wyjaśniało, w jaki sposób 
róże mogły przyjść do sklepu lub do mojego domu. Nie wie-

background image

działam, co o tym sądzić. Może Bóg wiedział, że ich pragnęłam 
i sprawił, że je dostawałam. Podziękowałam więc Jemu, ponie­
waż nie mogłam podziękować nikomu innemu. 

Przybrała niski i ufny ton i przymknęła lekko oczy. Nie 

zdawała sobie sprawy, że młodzieniec z drugiej strony stolika 
patrzył na nią z uwielbieniem. Kiedy jednak spojrzała na nie­
go, poczuła miłe ciepło rozchodzące się od serca po całym 

ciele. Patrzył tak, jakby ją... nie, to oczywiście nie mogła być 
prawda. 

- Chciałbym ci coś powiedzieć - rzekł bardzo miękko, 

głosem pełnym uczucia. - Może się teraz przejdziemy. Czy 
masz ochotę na spacer? A może chciałabyś zostać tu jeszcze 
trochę? 

- Bardzo chętnie się przejdę - Marion ucieszyła się z tej 

propozycji. - Od dawna nie byłam na prawdziwym spacerze. 
Często spacerowaliśmy z ojcem, gdy miał wolną sobotę lub 
wracał wcześniej z pracy i nie był zbyt zmęczony. 

- Chodźmy więc - odrzekł Lyman z zadowoleniem i wstał 

z miejsca. - Zobacz, jaki piękny wieczór. Jest prawie pełnia 
i nie będzie już o tej porze zbyt dużo ludzi w Alejach. 
Będziemy mogli spokojnie porozmawiać. 

- Bardzo bym chciała - Marion trochę posmutniała - ale 

chyba zabrałam ci już dość twojego dnia. 

- Z przyjemnością ofiaruję ci cały - uśmiechnął się. -1 jesz­

cze inne, jeśli tylko zechcesz. 

Odwrócił się do kelnera i powiedział: 

- Proszę to dopisać do mojego rachunku. 

Nie było w tym nic niezwykłego, ale Marion szeroko ot­

worzyła oczy. Proszę dopisać do rachunku! A więc Jefferson 

jest stałym gościem w tej wykwintnej restauracji i takie przy­

smaki są dla niego codziennością! Jeszcze wyraźniej zdała 
sobie sprawę, jak wielka jest różnica pomiędzy jej i jego 
położeniem. I ktoś taki poświęcał jej tyle swojego czasu! 

Bez wątpienia był to tylko chwilowy kaprys. Pewnie Jeff 

przyprowadzał tu też inne dziewczęta po innych koncertach. 
Była dla niego tylko materiałem badawczym i kiedy zapozna 
się z jej życiem i zaklasyfikuje ją do jakiejś grupy, na pewno 

background image

szybko o niej zapomni. Ale czy powinna mieć mu to za złe? 
Czy z tego powodu miała odrzucić piękne, choć p r z e m i j a j ą c e 
urozmaicenie w swym szarym życiu? Czyż nie mogła cieszyć 
się z cudownych chwil spędzonych razem z nim? A może, g d y 
to się już skończy, w jej sercu pozostanie więcej bólu niż 
doznanej przyjemności? To wszystko było jak jej róże - słod­
kie, ale krótkotrwałe. Takie ogarnęły ją myśli, gdy przeszła 
z sali palmowej do szatni i razem z Lymanem wyszła z re­
stauracji. 

Był uroczy wieczór. Nawet atmosfera miasta nie psuła jego 

tajemniczego nastroju. Księżyc był prawie w pełni i ciepłe 
powietrze zwiastowało rychłą wiosnę, choć od czasu do czasu 
czuć było jeszcze chłodny, orzeźwiający powiew. Lyman pro­
wadził Marion w kierunku mniej zatłoczonych części Alei, 
gdzie nie było zbyt wielu przechodniów i gdzie rozpoczynała 
się jasno oświetlona promenada. 

Mocno ujął ją za ramię i zrównał z nią swój krok. Wspólny 

spacer zaczynał ją lekko ekscytować. 

- A teraz - rozpoczął, gdy doszli tam, gdzie Aleje się roz­

szerzają i gdzie nie musieli już ocierać się w marszu o innych 

przechodniów - a teraz ja chciałbym ci opowiedzieć o twoich 

różach. 

- To ty wiesz, skąd one pochodzą? Wiesz, kto je przysyła? 
Zaczęła intensywnie wpatrywać się w Jeffa. Poczuł, jak jej 

ramię nagle zadrżało. Wiedziała, że nadszedł czas wyjaśnienia 
całej tajemnicy i nagle się przestraszyła, że okaże się ona mało 
romantyczna. Lyman delikatnie ujął jej dłonie. Patrząc jej 
głęboko w oczy, wyszeptał: 

- Nie wiesz kto? Czy naprawdę się nie domyślasz? 

Spojrzała uważnie na jego twarz, zawahała się, a potem 

znalazła w niej odpowiedź. 

- To nie byłeś... to nie mogłeś być... to... byłeś... ty! 

Zamilkła na moment. Powoli zaczynała wszystko rozumieć. 
Jej milczenie zaniepokoiło Lymana. 

- Czy żałujesz, że to byłem ja? - spytał niepewnie. 

Przez chwilę nie odpowiadała. Potem, patrząc gdzieś w hory­

zont, wzięła głęboki oddech i spytała ledwo słyszalnym głosem: 

- Dlaczego... dlaczego... to... robiłeś? 

133 

background image

Poczuł, że właśnie nadszedł odpowiedni moment na to, co 

chciał powiedzieć, chociaż jego zwykła pewność siebie gdzieś 

znikła. 

- Dlatego, że kocham cię od pierwszej chwili, gdy cię 

ujrzałem i chcę, żebyś została moją żoną - odpowiedział nis­

kim, zdecydowanym głosem. 

134 

background image

15. 

T woja żoną! - powtórzyła w zdumieniu, jakby nie dosły­

szała. - Chcesz, żebym ja została twoją żoną? 

- Tak, bardzo - powiedział czule. - Chcę tego bardziej niż 

czegokolwiek w życiu. Powiedziałem ci, że kochałem cię od 

pierwszego dnia. Nie mogłem o tobie ani przez chwilę zapom­

nieć. Twój obraz miałem cały czas przed oczami. Już na pierw­

szym koncercie czekałem niecierpliwie, aż cię zobaczę. 

- Jestem taka szczęśliwa... - głos uwiązł jej w gardle i nie 

mogła powiedzieć nic więcej; wydawało jej się tylko, że widzi 

jeszcze skrzydła niebiańskiego posłańca, gdyż jedynie on mógł 

przynieść jej taką wiadomość. 

- Czy róże nie powiedziały ci, że ktoś cię kocha? 

- Próbowały, ale im nie pozwoliłam. 

- Dlaczego im nie pozwoliłaś? 

- Bałam się. Nie mogłam uwierzyć, że to może być prawdą 

Byłam pewna, że człowiekowi, na którym mi będzie zależeć, 

nie będzie zależało na mnie. 

- A czy... teraz... kiedy już wiesz... czy zależy ci na mnie 

choć trochę? - popatrzył jej prosto w oczy. Szli teraz bardzo 

powoli, nie dostrzegając ludzi przechodzących obok. 

Marion odwzajemniła jego spojrzenie. 

- Czy może być inaczej? - spytała - Już gdy pierwszy raz 

rozmawialiśmy, poczułam coś bardzo silnego. Przestraszyłam 

się i nie wiedziałam, co robić. Chciałam nawet uciec do Ver-

mont i zamieszkać razem z bratem, żeby nie robić sobie na­

dziei. Nie śmiałam nawet myśleć, że ty i ja... że my razem... 

background image

Nawet teraz nie mogę w to uwierzyć. Myślę, że nie powinnam 

przyjmować tego uczucia. Nawet nie wiesz, jaka jestem prosta 

i niewykształcona! 

- Moja kochana! - przerwał gwałtownie. - Przestań natych­

miast! Nikt nie ma prawa mówić w ten sposób o tobie, nawet ty 

sama! Kocham cię za to, kim jesteś, a nie za twoje osiągnięcia! 

To się nie liczy. Będziemy się razem uczyć, ty i ja. 

- Mój drogi! - westchnęła dziewczyna - Nie mogę sobie 

wyobrazić cudowniejszego życia... 

- Najdroższa! - przerwał jej ponownie. - Jeśli nie przesta­

niesz patrzeć na mnie w ten sposób, będę zmuszony pocałować 

cię tu, przy wszystkich, na ulicy, a myślę, że byłby to mały 

skandalik. 

- Och! - fale gorąca przeszły po policzkach Marion, pokry­

wając je intensywną czerwienią. 

- Nie obawiaj się! - roześmiał się wesoło. - Będę pamiętał 

o konwenansach, chociaż, gdy będziesz tak patrzyła, będzie mi 

bardzo trudno. Powiedz, podobały ci się róże? 

- Czy mi się podobały? Pokochałam j e! Jak to zrobiłeś? Były 

wspaniałe, naprawdę wspaniałe! 

- O, to nie było takie trudne. Przychodziłem po prostu 

wcześniej, jak tylko otwierali drzwi. Właściwie to przekupiłem 

nawet portiera, żeby mnie wpuszczał przed wszystkimi, 

i kładłem różę na twym fotelu. Potem chowałem się do loży 

przy scenie. Raz nawet mnie złapałaś, gdy przyszłaś wcześniej 

niż zwykle. Wychodziłem właśnie lewymi drzwiami, gdy ty 

weszłaś środkowymi. A pamiętasz, gdy pytałaś portiera, co 

masz zrobić z różą? Stałem tuż obok i rozmawiałem z drugim 

portierem. Chciałem się upewnić, że weźmiesz ją ze sobą. 

- Och! - powiedziała. Wydawało się, że jest to jedyne znane 

jej słowo. 

- A pamiętasz tę noc, gdy strasznie padało i wracałaś auto­

busem do domu? Wiesz, że biegłem za tobą i trzymałem nad 

tobą mój parasol? Pewnie nawet tego nie zauważyłaś. Była taka 

ulewa, że musiałaś i tak przemoknąć do suchej nitki. 

- To byłeś ty? - jej oczy rozbłysły. - Krzyknęłam 

„dziękuję" w ciemność. Nie słyszałeś? Wydawało mi się, że 

słyszałam odpowiedź. 

background image

- Odpowiedziałem. Powiedziałem: „Nie ma za co, kocha­

na". To znaczy, „kochana" wyszeptałem do siebie, ale c h y b a 
tego nie słyszałaś. Prawda... kochana? 

- Chyba słyszałam - odpowiedziała cicho - tylko wtedy tego 

nie wiedziałam. Myślałam, że to dzięki różom byłam taka 
szczęśliwa. 

Szli coraz dalej, całkowicie zajęci sobą. 

- Czy od początku wiedziałeś, że pracuję w sklepie? 

- spytała w pewnej chwili. 

- Nie, musiałem to wyśledzić. Po tej deszczowej nocy, gdy 

się dowiedziałem, gdzie mieszkasz, robiłem wszystko, że­
byśmy się poznali. Przyjeżdżałem o różnych godzinach, cho­
dziłem po ulicy lub jeździłem za tobą, wszystko po to, żeby cię 
zobaczyć. Wreszcie zrozumiałem, że jeśli mieszkasz w takiej 
dzielnicy i w tak skromnym domu, to najpewniej musisz pra­
cować na swoje utrzymanie. Twoje zainteresowanie koncerta­
mi podsunęło mi oczywiście myśl o muzyce, ale z twojego 
pokoju nigdy nie dobiegał dźwięk żadnego instrumentu. 
Doszedłem do wniosku, że nie możesz być nauczycielką m u z y -
ki. Pomyślałem, że może uczysz w szkole... 

- Tego właśnie pragnął mój ojciec - wtrąciła smutno. 
- Pewnego razu przyszedłem wcześniej, ale okazało się, że 

i tak zbyt późno, żeby ciebie spotkać. Przyszło mi więc na 
myśl, że jesteś sekretarką lub stenografistką. 

- To dla mnie za wysokie progi - rzekła skromnie. 
- Wreszcie, mniej więcej po tygodniu, przyszedłem prawie 

o świcie i spacerowałem w pobliżu. Moja wytrwałość została 
wynagrodzona i zobaczyłem, jak wychodzisz. Nie m a s z 
pojęcia, jak mi się serce tłukło, gdy szedłem za tobą w pewnej 
odległości. Nigdy w życiu nie miałem takiej tremy. Po drodze 
spotkałem policjanta, który spojrzał na mnie tak podejrzliwie, 

jakbym wyglądał na winnego jakiegoś strasznego prze­

stępstwa. Ty jednak szłaś jak gdyby nigdy nic i zdawałaś się 
nie zauważać, że jesteś śledzona. 

- Przestraszyłabym się, gdybym wiedziała! - wykrzyknęła. 
- Czy jestem taki przerażający? 
Roześmiali się oboje. 
- Zobaczyłem, że wchodzisz wejściem dla pracowników 

137 

background image

i potem wystarczyło tylko przejść się po działach i poszukać 

ciebie. Myślałem zresztą, że już cię nie znajdę, że pracujesz 

gdzieś na zapleczu lub w jakimś biurze, ale wreszcie do­

strzegłem cię wśród kolorowych tasiemek. Pozwoliłem sobie 

to uczcić i poprosiłem cię, żebyś mi zrobiła różę. Nie pa­

miętasz? 

- Czy nie pamiętam? Jak bym mogła! Dużo o tym myślałam. 

Sądziłam, że był to kwiat dla twojej żony. Tak powiedziały 

dziewczyny. Mówiły, że musi być bardzo szczęśliwa, skoro tak 

o nią dbasz. 

- Mam nadzieję, że będzie szczęśliwa - powiedział uroczys­

tym tonem. - Zrobię wszystko, żeby tak było. Tak, ta róża była 

dla mojej żony. Chciałem, żeby na nią poczekała. Wręczę ją 

tobie, mojej żonie, w dniu ślubu. Jak szybko to nastąpi? 

- Och! - powiedziała Marion miękko. - Och! - powtórzyła 

- Och! Nie wiem - spuściła wzrok zakłopotana., 

- Nie możemy się pobrać od razu? - spytał. - Czy coś lub 

ktoś stoi na przeszkodzie? Nie mówiłem ci wiele o sobie. Pew­

nie nie ufasz mi jeszcze i chcesz mnie lepiej poznać? 

- Nie o to chodzi - odparła szybko. - Nie o to. To tylko, że 

ja... jest jeszcze tyle rzeczy... muszę jeszcze tyle zrobić, zanim 

będę gotowa., ciebie poślubić... jeśli to jest w ogóle możliwe. 

- O jakich rzeczach mówisz? O sukni? 

- O sukni i o innych. Muszę się jeszcze tyle nauczyć. Nie 

wiem, czy kiedykolwiek się z tym uporam... 

- Ale dlaczego? Myślałem, że będziemy się uczyć razem. 

Dlaczego miałabyś się gdzieś zaszywać i uczyć się sama? A jeśli 

chodzi o suknię, to myślę, że jest to najgłupszy z powodów, dla 

których dwoje kochających się ludzi,nie mogłoby być razem. 

Nie potrzebuję pięknie ubranej żony. Pragnę ciebie, teraz, taką 

jaką jesteś. Jesteś wystarczająco piękna i powabna, żeby mi się 

zawsze podobać, a jeśli potrzebujesz nowych rzeczy, to chętnie 

i z radością ci je kupię. Będziesz miała mnóstwo czasu, żeby 

wybrać co zechcesz. Nie mogę już czekać. Pragnę ciebie teraz. 

Nie możemy wziąć ślubu w przyszłym tygodniu? Muszę wyje­

chać do Bostonu w interesach i nie chcę jechać bez ciebie... 

- Nie! - Marion głęboko łapała powietrze. - To niemożliwe! 

Przecież dopiero dzisiaj mi o tym powiedziałeś... 

background image

- Najdroższa - delikatnie uścisnął jej dłoń - nie chcę cię 

wystraszyć przez mój pośpiech. Oczywiście będzie tak, jak 
sobie życzysz, ale zapominasz, że myślałem o tym przez c a ł ą 
zimę i może o tym nie wiesz, ale czuję się bardzo s a m o t n y 
i naprawdę cię potrzebuję. Moja matka umarła dwa lata temu. 
Chorowała przez dziesięć lat, ale kiedy tylko była w stanie, 
dużo podróżowaliśmy. Nie potrafię ci powiedzieć, jak za n i ą 
tęsknię. Mieszkam sam w wielkim domu, z dwoma starymi 
służącymi, których znam od dziecka. Robią, co m o g ą , ż e b y m 
nie czuł się samotny, ale nie potrafią mi stworzyć domu. Bra­
kuje tam twojego piękna i ciepła. Chcę być z tobą przy m o j e j 
pracy i rozrywkach. Czy muszę czekać? Nie możemy się po­

brać w przyszłym tygodniu? Boisz się mnie? Czy mnie nie 
kochasz wystarczająco mocno, aby się na to zdecydować? 

Gdy opowiadał o swej matce, uniosła dłoń i delikatnie 

dotknęła jego dłoni, jak gdyby chciała pocieszyć go w smutku. 
Zacisnęli ręce. 

- Kocham cię bardzo - powiedziała pewnym głosem. - Nie 

o to chodzi. N i e c z u j ę się po prostu gotowa. N a p r a w d ę nie m a m 
nic do ślubu, muszę się przygotować. A poza tym, jest jeszcze 
sklep. G d y podpisywałam umowę, obiecałam, że jeśli będę 
chciała odejść, uprzedzę ich miesiąc wcześniej. Muszę być 

uczciwa w stosunku do nich. 

- Nie przejmuj się sklepem - odrzekł wesoło. - Chapman to 

mój dobry przyjaciel. Powiem mu tylko słowo i puści cię od 
razu. Dopilnuję tego. Pragnę ciebie, potrzebuję ciebie, kocham 
ciebie! Nie widzisz tego? Nie możesz przecież dopuścić, żeby 
ubrania i inne drobiazgi stanęły nam na przeszkodzie! 

Wreszcie dopiął swego. Który mężczyzna nie dopiąłby swe­

go, gdyby prosił w taki sposób? Marion poczuła, że taka jaką 

jest, w ziemskich szatach, niespodziewanie dostała zaproszenie 

do nieba. Spłynęła na nią wielka radość i szczęście tak ogrom­
ne, że nie do końca mogła to sobie uświadomić. Nie przyzwy­
czaiła się jeszcze do myśli, że Jefferson ją kochał i że to on 
obdarowywał ją różami, które radowały jej serce przez c a ł ą 

zimę, a tu od razu poprosił ją o rękę. Nie czuła się jeszcze 
gotowa do małżeństwa. 

- Nie nadaję się w ogóle na twoją żonę - powiedziała ła-

139 

background image

miącym się głosem. - Wszyscy będą cię żałowali i pomyślą, że 
małżeństwo ze mną to jakaś krzywda dla ciebie. Isabel powie... 

- Nieważne, co powie Isabel. Zapewniam cię, będzie jedną 

z pierwszych, którzy odwiedzą moją żonę i pogratulują jej. 

- Co ja wtedy zrobię? Jak mam się zachować? - przystanęła, 

wystraszona tą perspektywą. 

- Zachowasz się naturalnie, jak zawsze, kochanie - odpowie­

dział. - A ona wyjdzie, zacznie rozpowiadać, że jesteś miła, 
wspaniała i że znała cię i podziwiała przez całe życie. Nie znasz 

jej? Jest bardzo sprytna i nie skreśli cię ze swojej listy znajo­

mych. Są powody, dla których będzie cię traktowała jak naj­
lepszą przyjaciółkę. A jeśli chodzi o innych, to jestem pewny, 
że oczarujesz wszystkich, gdziekolwiek pójdziemy. Jeżeli 
ośmielą się myśleć tak, jak się obawiasz, nie martw się, szybko 
ich przekonam, że nie mają racji. Chcę ciebie taką, jaką jesteś. 
Jesteś jedyną kobietą na świecie, którą kocham i chcę poślubić. 
Widzę, że się zmęczyłaś, przeszliśmy kawał drogi. Pojedzie­
my do domu taksówką, tam wypoczniesz i jutro po południu 
przyjadę po ciebie moim samochodem i będziemy mogli spo­

kojnie porozmawiać. Potem, wieczorem, pójdziemy razem do 
kościoła. 

Godzinę później Marion stanęła w swoim pokoju przed lust­

rem i przyjrzała się sobie krytycznie. Nie można było zaprze­
czyć, że nowy strój był bardzo szykowny, a róże komponowały 
się z jej zdrową cerą. Ale Marion nie patrzyła na siebie z po­
dziwem. Spróbowała spojrzeć głębiej i dojrzała swoje nowe 
oblicze, uśmiechające się wesoło. Chciała sprawdzić, czy może 

jeszcze odnaleźć starą Marion Warren, dziewczynę z działu 

pasmanteryjnego, która przez cały rok ciężko pracowała i mie­

szkała samotnie w malutkim pokoiku. Wszystko się nagle 
zmieniło i ta skromna dziewczyna miała wkroczyć w wielki 

świat i zostać towarzyszką i częścią życia tego wspaniałego 
mężczyzny. Czy to możliwe? Czy przypadkiem nie śniła? Czy 
była w stanie sprostać wymaganiom mężczyzny, który z całego 
świata właśnie ją wybrał na swoją żonę? Miłość, którą czuła 
w swoim sercu, dała jej na to odpowiedź. 

- Zrobię wszystko co w mojej mocy. Jeśli będzie zadowolo­

ny, nic innego nie będzie się liczyć - wyszeptała do siebie. 

140 

background image

Odwróciła się i nowym spojrzeniem objęta poitoj. 

w nim nieskazitelny porządek i wszystko było na swoim miejs­
cu, tak jak rano, gdy wychodziła. Jedynym znakiem jej przygo­
towań do tego wyjątkowego popołudnia były nożyczki i ka­
wałki jedwabiu leżące na stole. Na parapecie, przy wpół uchy­
lonym oknie, stała torba z zakupami na małą kolację, którą 
chciała zjeść po koncercie. Skąd mogła wiedzieć, że pójdzie na 
tak ogromny i wystawny obiad, po którym nie będzie mogła 
zjeść nawet odrobiny! 

Zdała sobie sprawę, że pokój wydaje się jakby mniej znajo­

my. Miała wrażenie, że nie było jej tu przez całe tygodnie, a nie 
tylko kilka godzin. Czy naprawdę wyszła stąd dzisiejszego 
ranka, spodziewając się, że wróci wieczorem, straciwszy jedy­
nego przyjaciela? Wróciła jako narzeczona mężczyzny, które­
go kocha, i potrafiła już odczytać całą historię zapisaną 
w szkarłatnych pączkach róży. 

Usłyszała kroki za drzwiami i po chwili do pokoju zapukała 

właścicielka. 

- Mam list dla panienki, listonosz przyniósł rano i myślałam, 

że panienka zechce go teraz przeczytać. Położyłam go na stoli­
ku w hallu, ale chyba panienka nie zauważyła. 

- Dziękuję, pani Nash. To bardzo miło z pani strony - o d -

powiedziała Marion. - Tak, rzeczywiście go nie zauważyłam. 
Nie spodziewałam się dzisiaj żadnego listu. 

Jej szczęśliwe spojrzenie zainteresowało panią Nash. 
- Pięknie panienka dzisiaj wygląda - pokiwała głową. - Ta­

kie różyczki moja babcia hodowała w ogródku pod oknem 
kuchni. Nie widziałam takich kwiatów, od kiedy byłam m a ł ą 
dziewczynką. A niech to! Jaki cudny kapelusz, panienka 
wygląda w nim ślicznie! 

Spojrzała na nią z podziwem, weszła do pokoju i przysiadła 

na najbliższym krześle. Widać było, że chce coś powiedzieć. 

- Widziałam, jak panienka dostawała te różyczki - odezwała 

się ponownie. - Jakiś pan zabierze stąd panienkę już nie­
zadługo. Wiedziałam, że to się stanie. Takie ładne dziecko nie 
może być długo samotne. Takie jest życie i zdaje się, że tak ma 

być, ale małżeństwo to okropna loteria. Mam nadzieję, że kon­
kurent panienki nie ma żadnych nałogów. Jeśli nie wylewa za 

141 

background image

kołnierz, nie warto go brać, nieważne, jak pięknie mówi. Nie 
ma co takim ufać. Jak taki zacznie pić, nic go nie zmieni. Mam 

nadzieję, że ma dobrą pracę i panienka nie będzie musiała już 
sama pracować. Życzę drogiej panience, żeby to był dobry 
człowiek. Na pewno na to zasługujesz. 

Marion spłoniła się jak mała dziewczynka, ale odpowie­

działa z uśmiechem: 

- Nie musi się pani martwić, on jest bardzo dobry i nie będę 

musiała już pracować. 

- Cóż, moja kochana, pewnie tak panienka myśli. Jakikol­

wiek by był, m a m nadzieję, że to jest prawda. Była panienka 
dobrą lokatorką, nie znajdę prędko takiej drugiej, to pewne. 

Gdy właścicielka wróciła do siebie, Marion otworzyła list. 

142 

background image

16. 

List

 wydawał się tak nierzeczywisty, jakby nie m i a ł ż a d -

nego związku z jej obecną sytuacją. Poznała pismo Toma. 
Jennie pisała bardzo rzadko, a jeśli już przysłała jakiś list, to 
zawierał on zazwyczaj prośby lub pytania czy Marion czegoś 

by nie kupiła. Zawsze dołączała na końcu ostrą wymówkę, że 

szwagierka nie pojechała z nimi i została w mieście. Marion 

była tak szczęśliwa tego wieczoru, że nie bardzo miała ochotę 
na jakiekolwiek listy, ale w miarę jak czytała, jej twarz łagod­
niała i oczy zaczęły zachodzić łzami. 

Droga Marion! 
Zdecydowałem się napisać, żeby przekonać Cię, że powin­

naś już przestać myśleć o pozostaniu w mieście, a zamiast 
tego przyjechać do Yermont i zamieszkać z nami. 

Wiesz, że ojciec nie chciałby, żebyśmy mieszkali tak daleko 

od siebie. Gryzie mnie sumienie, że wyjechaliśmy. Myślę, że 

powinienem był zostać dla Ciebie w mieście jeszcze jakiś rok 

i zapewnić Ci naukę, jeśli tak bardzo tego pragnęłaś. 
Sądziłem, że zdasz sobie sprawę, że niemądrze było zostawać, 
ale uparłaś się i powinienem był przewidzieć, że zrobisz to, co 
zechcesz. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego tego 
chciałaś, ale cóż, to Twój wybór. Mam dla Ciebie propozycję. 

Może przyjedziesz do nas na lato i pomożesz w domu na 

przykład podczas żniw. Pouczysz trochę dzieci i jeśli Ci się 

tam nie spodoba, zamieszkamy wszyscy w samym miasteczku. 

Jest tam całkiem duża szkoła i zimą mogłabyś uczyć, jeśli byś 

chciała. 

Jest jeszcze inna sprawa. Mam wyrzuty sumienia, że 

wziąłem wszystkie pieniądze ze sprzedaży domu. Należał 

143 

background image

przecież w połowie do Ciebie i też miałaś do niego prawo, 

Ojciec zawsze twierdził, że sporządził testament i przychodzi 

mi nieraz do głowy, że jego ostatnie słowa oznaczały, iż 

zostawia cały dom Tobie. Tak czy inaczej, co najmniej 

połowa domu należała do Ciebie i nie powinienem był decy­

dować o nim sam. Oczywiście wszystkie pieniądze zainwes­

towałem już w nowy dom i będę potrzebował kilku lat, żeby 

odłożyć odpowiednią sumę, ale będę Ci płacił odsetki i jeśli 

nie zechcesz z nami zamieszkać, oddam Ci Twoją część, jak 

tylko to będzie możliwe. 

Przesyłam Ci czek na sto pięćdziesiąt dolarów. Powodzi 

nam się teraz całkiem dobrze, lepiej niż się tego spo­

dziewałem w pierwszym roku, i nie zrobi to wielkiej luki 

w naszych funduszach. Kup sobie, co Ci jest najbardziej po­

trzebne. Mam jednak nadzieję, że przyjmiesz moją propozycję 

i przyjedziesz do nas na wakacje. Jakoś to ułożymy. Jennie 

mówi, że też chciałaby, żebyś przyjechała. Nie chciałbym, 

żeby moja siostrzyczka żyła sama w wielkim mieście. Nie chcę 

Ci oczywiście niczego narzucać, ale wydaje mi się, że powin­

naś do nas wrócić. 

Twój kochający brat Tom 

Był to najdłuższy list, jaki kiedykolwiek napisał Tom. Bar­

dzo ciepło zrobiło się Marion na sercu, gdy pomyślała, że jej 
najbliżsi też ją kochają. Cieszyła się tym bardziej, że nie mu­
siała przyjmować propozycji brata i zamieszkać na wsi. Ważne, 
że poprosił ją bardzo grzecznie i nie starał się niczego nakazy­
wać. To miło, że przysłał czek na tak dużą sumę. Będzie mogła 
kupić sobie teraz kilka najpotrzebniejszych rzeczy i powiększyć 
swoją skromną garderobę. Bardzo nie chciała zaprezentować 
się swojemu przyszłemu mężowi jak biedna dziewczynka z za­

pałkami, a wiedziała, że za swoje niewielkie oszczędności nie 
będzie mogła kupić nawet najprostszej sukni ślubnej. 

Cieszyła się z tego listu również z innego powodu. Teraz już 

była całkiem pewna, że T o m nie wiedział nic o testamencie, 
inaczej nie napisałby takiego listu. Była taka szczęśliwa, że 
mogła odzyskać wiarę w uczciwość swojego brata. 

Z radością w sercu położyła się do łóżka. Przypomniała 

sobie dreszcz, który poczuła, gdy Lyman położył s w ą dłoń na 

jej dłoni, moment, gdy po raz pierwszy powiedział „kocham 

cię" i smak jego ust, które dotknęły jej warg na dobranoc. 

144 

background image

Przyszedł następnego dnia po południu. Gdy wrócili z prze­

jażdżki, pani Nash przyniosła im tacę z herbatnikami, kanap­

kami, miodem, herbatą i ciastem. Powiedziała do siebie: 

- Co by było, gdyby to moja własna córka wynajmowała 

samotnie pokój? Może by miała tak samo! 

Marion włożyła do kościoła nową suknię i kapelusz 

z wpiętymi dwiema różami. Isabel Cresson, która siedziała 
w ławce po drugiej stronie, przez całe nabożeństwo rozmyślała 
nad jednym pytaniem: „To ona jest taka?". 

- Jak długo chodzisz do tego kościoła? - zwróciła się Marion 

do Jeffa, gdy wracali do domu. - Nie widywałam cię przed 
tamtym spotkaniem. 

- Mój dziadek był jednym z jego fundatorów - odpowie­

dział. - Gdy byłem w domu, to zawsze do niego chodziłem. 
Ale przez wiele lat nie było mnie w mieście. Najpierw szkoła 
średnia, potem studia, potem była wojna, potem podróżo­

wałem. Ja też zobaczyłem cię wtedy pierwszy raz. Musiałaś 
być bardzo mała, kiedy wyjechałem. 

- Wydaje mi się, że to wszystko jest tylko b a j k ą 

- uśmiechnęła się. - Jak to mogło mi się w ogóle przydarzyć? 

- Ponieważ jesteś księżniczką z bajki - Lyman odwzajemnił 

uśmiech. 

Następnego ranka, tuż przed przerwą obiadową, Marion zo­

stała wezwana do kierownika, który powiedział jej, że jest bardzo 
zadowolony z jej pracy i zmartwił się, że musi już ich opuścić. 
Powiedział, że może oczywiście zwolnić się natychmiast, ale 

poprosił, żeby została jeszcze dwa lub trzy dni i nauczyła 
wszystkiego s w o j ą zastępczynię. Wręczył jej także czek na s p o r ą 

sumę pieniędzy i powiedział, że jest to nagroda za sumienną 

pracę. Rozmawiał z nią miłym tonem, a sposób, w jaki mówił 
o Lymanie, napawał ją dumą. Traktował ją zupełnie inaczej niż 
podczas ich pierwszej rozmowy. Wtedy odnosił się do niej jak do 
zwykłej pracownicy, teraz otaczał ją widocznym szacunkiem. Od 
razu wiedziała, że był u niego J e f f , tak jak to wcześniej obiecał. 
Bardzo się ucieszyła, że starał się pomagać, jak tylko mógł. 

Mając jeszcze w głowie miłe życzenia kierownika, Marion 

udała się na umówione spotkanie z Lymanem. Tym razem 
poszli na obiad do małej i cichej restauracyjki i usiedli przy 

background image

stoliku w głębi sali, co pozwalało im rozmawiać bez skrępowa­

nia. Gdy zamówili już dania, Lyman wyjął z kieszeni małe, 
białe, skórzane puzderko i wręczył je zaciekawionej Marion. 
Otworzyła je powoli. W środku znajdowało się obite szkarłat­
nym aksamitem pudełeczko z perłowym zamknięciem. Ko­
lor aksamitu był identyczny z kolorem jej róż. Czy specjalnie 
go dobrał? Delikatnie wzięła pudełeczko do rąk i nacisnęła 
zamek. Na białym suknie spoczywał złoty pierścionek z bry­
lantem. 

Wstrzymała oddech i spojrzała na J e f f a szeroko otwartymi 

oczami. 

- Włóż go - powiedział. - Może nie pasować, wtedy będzie 

trzeba go przerobić. 

- To dla mnie... -jej twarz tak się rozjaśniła, że prawie się 

przestraszył efektu, jaki wywołał podarunek. 

- Pewnie! A dla kogóż innego? Załóż go szybko, zanim 

przyjdzie kelnerka. Musimy schować puzderko - zabrał i scho­
wał pudełeczka, żeby kelnerki nie miały powodów do plotek. 

Pierścionek pasował doskonale i gdy kelnerka odeszła, Ma-

rion położyła s w ą drobną, pięknie przystrojoną dłoń na stole. 
Gdy jednak podniosła oczy, można było dostrzec, że są pełne 

łez. 

- Co się stało, kochana? - spytał zaniepokojony. - Czy 

dotknąłem cię w jakiś sposób? Nie podoba ci się? 

- Bardzo mi się podoba, jest cudowny - odpowiedziała, 

wycierając łzy. - Pomyślałam tylko, jak bardzo cieszyłby się 
mój ojciec, gdyby zobaczył, jaki jesteś dla mnie dobry. 

- Maleńka! - Jeff pochylił się ku niej z czułością. - To tylko 

malutki symbol mojej miłości. M a m nadzieję, że będę umiał 
okazywać ją o wiele mocniej. 

Uśmiechnęła się do niego promiennie. 
Przerwa obiadowa powoli dobiegała końca i Marion zdała 

sobie sprawę, że musi wracać do pracy. Wstali od stołu. 

- Chciałbym, żebyś mi coś obiecała - powiedział Lyman. 

- Nie kupuj wielu ubrań. Wybierz tylko to, co jest ci potrzebne 
do ślubu, a resztę kupimy w Nowym Jorku. Bardzo bym chciał 
pochodzić z tobą po sklepach i pomóc ci w wyborze, jeśli nie 
będzie ci przeszkadzało moje towarzystwo. 

146 

background image

Jej kolejny promienny uśmiech upewnił go, że spodobała się 

jej ta propozycja. 

- Przeszkadzało? Chciałabym, abyś zawsze i wszędzie był 

ze m n ą - zapewniła go z błyszczącymi oczami. 

Wróciła do swojego działu, tak jakby nic się nie wydarzyło, 

ale koleżanki od razu zauważyły jej wypieki i jaśniejące oczy. 
Niedługo potem dostrzegły wielki brylant na jej palcu. Poszep­
tały coś między s o b ą i po chwili najodważniejsza spytała, s k ą d 
ma tak cudowny pierścionek. Uśmiechnęła się nieśmiało 
i przyznała się, że jest zaręczona, na co wszystkie obstąpiły ją 
wokoło, zaczęły obcałowywać i wesoło gratulować. Niezwykle 
tym ujęły Marion, zwłaszcza że nie zawsze były tak przyjaciel­
skie, chyba że czegoś potrzebowały. Było jej bardzo p r z y j e m -
nie, chociaż to róże i brylant były powodem ich nadzwyczajnej 

wylewności. 

Późnym popołudniem, gdy klienci powoli wychodzili i dzie­

wczyna, którą uczyła, nie potrzebowała już jej pomocy, M a r i o n 
przeszła się po różnych działach, rozważając nieustannie, co 
chciałaby kupić do ślubu. Tuż przed zamknięciem zjawił się 
Jeff. 

- M o g ę cię odprowadzić do d o m u ? - spytał. - K i e d y w y -

chodzisz? 

-Mogę wyjść już za chwilę. Już kończymy. Zaczekaj tu, a ja 

pójdę do szatni po moje rzeczy. 

Szybko i sprawnie zwinęła rolki tasiemek i ułożyła je na 

półkach. Uporządkowała ladę i zwróciła się do koleżanek, 
które stały razem i cicho rozmawiały na jej temat: 

- Do widzenia, dziewczyny, dzisiaj moja kolej, żeby wyjść 

wcześniej. 

- Do widzenia! - odparły zgodnym chórem, jakby chciały 

dobrze wypaść przed nieznajomym mężczyzną. Odprowadziły 

wzrokiem Marion i Jeffa. 

- Ona to ma szczęście! - odezwała się jedna z nich. - To 

naprawdę mężczyzna z klasą. Bogaty, a widać, że nie jest 
nadęty. Widziałyście ten brylant? To jest narzeczony! 

- Zasługuje na niego! - niespodziewanie rzuciła starsza 

sprzedawczyni o surowej twarzy. Rzadko się odzywała, a jesz­
cze rzadziej mówiła coś miłego. 

background image

- Oczywiście, że tak - potwierdziła jedna. - Jej nie zepsują 

luksusy. Jest prawdziwym aniołem i na pewno nigdy nie zapo­
mni o starych przyjaciółkach. Mogę się założyć! 

- Tak, to prawda - odezwała się inna. - Ach , to był praw­

dziwy brylant! Chciałabym sama złapać taką okazję, ale nie­
stety, nie zdarza się to każdemu! 

-1 tak nie nadawałabyś się, Fan. Brylanty nie pasowałyby do 

tej taniej sztucznej biżuterii, którą się obwieszasz. 

Fan, żując powoli gumę, spojrzała na s w ą bransoletkę i na­

szyjnik. 

- Tak, to pewnie nie dla mnie - odparła po chwili. - Ale 

cieszę się, że ona go ma. Dobrze wiedzieć, że takie rzeczy się 
czasami zdarzają. No, muszę lecieć, do widzenia. Idę dziś wie­
czorem do kina. Billy mnie zaprosił. Myślę, że on mi wystar­

czy. Poza tym, lubię go. Do widzenia. 

Następne dwa dni upłynęły jak we śnie. Marion zdecy­

dowała się już, co konkretnie chciałaby kupić do ślubu. Dzięki 
dwóm czekom, które dostała, mogła sobie pozwolić na rzeczy 
najlepszej jakości. Suknia, którą sobie wymarzyła, była ciągle 

na wystawie w dziale odzieży francuskiej. Miała ciemnoniebie­
ski kolor i dosyć prosty, ale szykowny krój. Taką linię mogli 
stworzyć tylko najlepsi krawcy francuscy. Marion stwierdziła, 
że właśnie prosty krój tej sukni sprawi, iż będzie wyglądać 
elegancko i odpowiednio. Wybrała też czarny kapelusz, który 
dobrze pasował do całości. 

Gustowna żorżetowa sukienka do obiadu, elegancka bielizna 

i kilka drobiazgów dopełniło jej zakupy. Obiecała, że nie kupi 

za dużo, ale to, co kupiła, musiało być najlepszej jakości, warte 
mężczyzny, którego miała poślubić. 

Nie wiedziała dokładnie, jak bogaty i wpływowy był Lyman. 

Ubierał się elegancko, ale nie z przesadą i nigdy nie mówił 

o swoim majątku. Marion właściwie nigdy się nad tym nie 
zastanawiała głębiej. Jednak pewne zdarzenie pozwoliło jej 
lepiej się w tym rozeznać. We wtorek wieczorem, kiedy 
wróciła do swojego pokoju, znalazła dwie duże paczki, które 
przyszły do niej tego dnia. Otworzyła je niecierpliwie i w jed­
nej znalazła komplet ciężkich srebrnych sztućców, z wygrawe­
rowanymi jej inicjałami. W drugiej znajdowała się duża, kosz-

148 

background image

towna srebrna waza. Do paczek była dołączona wizytówka 

pana Chapmana i gratulacje od firmy. 

Marion słyszała historie o drogich prezentach ślubnych dla 

pracowników, ale nigdy nie były one aż tak kosztowne. Zda­

wała sobie sprawę, że gdyby chodziło tylko o nią, nigdy by 

czegoś takiego nie dostała Trochę się przestraszyła, gdyż zro­

zumiała, że istnieje jednak wielka przepaść towarzyska i finan­

sowa pomiędzy nią a Jeffem. 

Rozłożyła srebra na łóżku i usiadła na podłodze obok. Nagle 

posmutniała Jak to możliwe, że dostaje takie wspaniałe pre­

zenty? To jakaś pomyłka, straszliwa pomyłka! Była przecież 

tylko zwyczajną, skromną dziewczyną! Nigdy nie będzie 

mogła zostać żoną takiego bogacza! Gdy tak rozmyślała, pani 

Nash zapukała do drzwi i wręczyła jej trzy ogromne szkarłatne 

róże wraz z bilecikiem od Lymana Powiedziała, że czeka na 

dole. Marion zbiegła szybko po schodach i po chwili Lyman 

wziął ją w ramiona i z czułością pocałował na znak swojej 

miłości. Poczuła w sobie siłę, dzięki której mogła pokonać 

wszystkie trudności. 

- Nie będziesz żałował, gdy mnie poznasz lepiej i zrozu­

miesz, że tak wiele nas dzieli? - spytała jeszcze niespokojnie. 

- A ty? - odpowiedział pytaniem. - Kochanie, różnisz się 

ode mnie w taki sam sposób, jak ja się różnię od ciebie. Nigdy 

o tym nie myślałaś? Jeśli coś ma mi przeszkadzać, to tak samo 

powinno przeszkadzać tobie. 

- Nie - Marion potrząsnęła głową - Ja mogę tylko iść 

w górę przy tobie, a ty przy mnie raczej tylko w dół. 

- O czym ty mówisz, najdroższa? Nie jesteś na żadnym dole. 

W wielu rzeczach jesteś ode mnie lepsza. Mogę się przy tobie 

dużo nauczyć. Możesz mnie uczyć prawdziwej wiary w Boga 

Co innego się liczy? Nie myśl, że jesteś w jakikolwiek sposób 

gorsza ode mnie, bardzo cię proszę. 

Poszli na górę. 

- To miło, że firma dała ci taki prezent - rzekł, za­

uważywszy srebra. - Znam Chapmana od zawsze, był dobrym 

przyjacielem mojego ojca Wiedziałem, że przyśle coś ładnego. 

Zobaczysz, będzie jeszcze więcej prezentów, gdy ludzie się 

background image

dowiedzą. Ciekawe, co da Isabel Cresson. Gdybyśmy żyli 

w dawnych czasach, dałaby ci na pewno pierścionek 

w kształcie węża z rubinowym oczkiem i z ukrytą szpileczką 

z trucizną, ale myślę, że w naszych czasach nie musimy się 

niczego obawiać. Na pewno zadowoli się jedynie srebrnym 

bażantem i parą wilków do kominka. 

background image

17. 

Następnego ranka Marion powiedziała koleżankom, że jest 

to jej ostatni dzień w pracy. Wiele z nich zmartwiła ta wiado­
mość, ale życzyły jej wszystkiego najlepszego w nowym życiu. 
Obstąpiły ją wokoło, aż klienci przystawali i patrzyli z zacieka­
wieniem na grupkę ekspedientek, a zwłaszcza na najpięk­
niejszą z nich, ubraną w zwyczajną czarną sukienkę i noszącą 
na palcu wspaniały pierścień z brylantem. Do końca dnia wia­
domość o jej rychłym ślubie dotarła do wszystkich znajomych 
w sklepie, którzy przychodzili po kolei z życzeniami i małymi 
prezentami. Półki przy jej ladzie zapełniły się większymi 
i mniejszymi paczuszkami, tak że część musiała odnieść na 
zaplecze. Okazało się, że Marion miała więcej przyjaciół niż 
się spodziewała. Młoda, niewysoka dziewczyna z działu mod-
niarskiego przyniosła jej ręcznie haftowaną chustę, prawdziwe 
dzieło sztuki. Marion nie znała jej nawet dobrze, raz tylko 
poświęciła kilka minut swojej przerwy, żeby ją zastąpić, gdy 
źle się czuła. Starsza, trochę opryskliwa sprzedawczyni o suro­
wej twarzy wręczyła jej białe koronkowe rękawiczki. Dziew­
czyna wiecznie żująca gumę i nosząca tanią biżuterię ofiaro­
wała jej najmodniejszą jedwabną parasolkę. Kierownik działu 
dał jej w prezencie zegar z brązu, jedna z kasjerek torebkę 
wyszywaną srebrną nitką. Chłopiec na posyłki, któremu poma­
gała nieraz wychodzić z tarapatów, jakich przysparzało mu 

jego zamiłowanie do kawałów, przyniósł jej pozłacany napars­

tek. Dostała jeszcze chusteczki z jedwabiu, chusty, broszki 
i bransoletki, wazoniki i świeczniki, lampkę nocną, dwa lub 

151 

background image

trzy obrazy, może nie najwyższych lotów, ale ofiarowane z ser­
ca. Marion ogromnie się wzruszyła, widząc, jak bardzo ją polu­
bili ci, z którymi przepracowała cały rok. Jaka szkoda, że nie 
zdawała sobie z tego sprawy wcześniej! 

Plotka głosiła, że ma poślubić kogoś z wyższych kręgów, 

i wszyscy byli dumni, że m o g ą się pochwalić taką koleżanką. 
Nikt jej nie zazdrościł ani nie stracił do niej sympatii dlatego, 
że miała szansę wkroczyć w lepsze życie. Nawet stary woźny, 
który zawsze sprzątał po zamknięciu, przyniósł jej w szklanym 
naczynku wypełnionym wodą i kamykami brązową cebulkę 
i powiedział, że rozkwitnie z niej kwiat, tak jak Marion kiedyś 
rozkwitła dla nich. Dziewczyna uścisnęła jego starą, spra­
cowaną dłoń i ze łzami w oczach podziękowała z całego serca. 

Pod wieczór, zmęczona i szczęśliwa wróciła do swojego 

pokoiku na ostatnią noc. 

Lyman obiecał, że przyjedzie po n i ą o ósmej trzydzieści, 

jednak Marion czekała spakowana już na długo przed 

umówioną porą. Wyglądała tak, jak chciałaby wyglądać każda 

panna młoda. Pani Nash przyniosła ogromne śniadanie, ale 
Marion była zbyt podekscytowana, aby wszystko zjeść, 
chociaż starała się jak mogła, żeby nie urazić starszej pani. 
Większość czasu spędziła klęcząc przy swoim łóżku, dziękując 
Panu i prosząc Go, aby pomógł jej dobrze się wywiązać ze 
swojej nowej życiowej roli. 

Pożegnała się z panią Nash, która pobłogosławiła ją na 

drogę, i zeszła na dół. Pod domem stała już czarna, elegancka 
limuzyna, którą obstąpiły zaciekawione dzieci z sąsiedztwa. 
Szofer w liberii otworzył przed nią drzwiczki. Zawahała się 
przez chwilę. Czy miała jechać do ślubu tym wielkim, pięknym 
samochodem? Poczuła się trochę onieśmielona. Lyman pomógł 

jej jednak wejść do środka i usiadł razem z n i ą z tyłu. Przednie 

siedzenia były udekorowane białymi różami, zza których pra­
wie nie było widać szofera. Marion czuła się trochę obco w ta­
kim luksusowym otoczeniu, a jej nowy strój jeszcze pogłębiał 
to uczucie. Czy potrafi się odnaleźć w tym nowym świecie, do 

którego właśnie wkraczała? Czy będzie odpowiednią żoną dla 
Jeffa? Czy nie będzie żałował swojego wyboru? A może... 

152 

background image

Lyman delikatnie uścisnął jej dłoń. 

- Moja kochana - powiedział czule. - Nie bój się niczego. 

Zobacz, róże. Są białe, specjalnie dla panny młodej, ale jest też 

jedna czerwona, schowana pod nimi - drugą ręką uniósł lekko 
bukiet, pod którym rzeczywiście jedna róża jaśniała szkarłat­

nym światłem. 

Marion poczuła się pewniej. Z rozjaśnioną i szczęśliwą 

twarzą zwróciła się do niego żarliwym tonem: 

- Jesteś taki dobry dla mnie! Czy nigdy nie będziesz 

żałował, że to tylko ja? Czy nie będziesz pragnął kogoś 
mądrzejszego i lepszego? 

- Nigdy, najdroższa! - jego spojrzenie przekonało ją bar­

dziej niż najpiękniejsze słowa. 

Bardzo szybko dojechali do kościoła. Jedna biała róża 

złamała się, gdy wychodzili z samochodu, i Marion dała ją 
kalekiej dziewczynce, która przyglądała się im, wspierając się 
na małej laseczce. Uśmiechnęła się do niej, a dziewczynka 
podziękowała takim wdzięcznym uśmiechem, że był on jak 
dobra wróżba na przyszłość. 

Dzięki światłu wpadającemu przez witraże pusty kościół 

pełen był kolorowych refleksów. Promień wiosennego słońca 
rozświetlał twarz Chrystusa nad n a w ą główną. Wokoło poroz­
stawiane były kosze ze szkarłatnymi różami. Pastor, uśmie­
chając się szeroko, już na nich czekał. G d y weszli, organy 
zrazu cicho, potem coraz głośniej, zaczęły grać marsza wesel­
nego. Marion, trzymając pod rękę mężczyznę, którego kochała, 
podeszła w stronę ołtarza. Kto tak udekorował kościół różami? 
Jak to się stało, że na ich skromnym ślubie grał organista? 
Spojrzała ze łzami w oczach na Jeffa. To wszystko z miłości, 

jego wielkiej, wspaniałej miłości! Zdawało jej się, że to cud. 

Czy na niego zasłużyła? 

Uroczystość wydała się Marion najpiękniejszą chwilą, jaką 

do tej pory przeżyła. Każde słowo pastora zapadało głęboko 
w jej serce, a przysięgi, które składała, w y p o w i a d a ł a c a ł ą s w o j ą 
duszą. Żona pastora pobłogosławiła ich z miłością i była tak 
wzruszona, jakby błogosławiła swoje własne dzieci. 

Ceremonia nie trwała długo i świeżo poślubiona młoda para 

wsiadła do samochodu. Lyman kazał szoferowi ruszyć i o d j e -

153 

background image

chali spod kościoła. Marion nie pytała, dokąd jadą: miała to 

być niespodzianka Dojechali wreszcie. 

- Państwo Lyman zjedzą teraz swoje pierwsze wspólne śnia­

danie - uśmiechnął się Jeffl - Mam nadzieję, że nic jeszcze 

dzisiaj nie jadłaś - dodał. 

Weszli do ekskluzywnego budynku, w którym Marion roz­

poznała jeden z najlepszych hoteli w mieście. Znowu odezwały 

się w niej niemądre obawy. Onieśmielali ją dyskretni kelnerzy, 

którzy obsługiwali ich z doskonałością wypracowaną przez 

lata. Poczuła się bezpiecznie dopiero wtedy, gdy popatrzyła na 

twarz męża Zrozumiała, że to on jest panem sytuacji i będąc 

z nim, nie musi się niczego obawiać. Na pewno dopilnuje, żeby 

nie zrobiła niczego niestosownego. 

Zaprowadził ją do niewielkiego, miłego pokoiku, gdzie znaj­

dował się okrągły stół nakryty dla dwóch osób. Był przystrojo­

ny białymi i czerwonymi różami. Gdy zjedli i mieli już wy­

chodzić, Marion z czułością spojrzała na róże i nachyliła się 

nad nimi. 

- Moje kochane! Szkoda mi was tutaj zostawiać, chociaż 

mam teraz wiele innych - pocałowała jeden pączek, a na­

stępnie zwróciła się do Lymana: - Tak bym chciała, żeby moje 

koleżanki z pracy mogły je zobaczyć! Na pewno ten stół ocza-

rowałbyje. 

- Dobry pomysł! - odrzekł. - Przecież są niedaleko... Sy-

monds - odwrócił się do głównego kelnera - czy może pan 

zostawić stół tak jak jest i tylko ustawić więcej nakryć? 

Chciałbym, żeby kilka młodych dam zjadło tu dzisiaj obiad. Te 

same dania co my. Marion, ty zadzwoń po nie, a ja zadzwonię 

do Chapmana i poproszę, żeby je dzisiaj zwolnił. Na pewno 

znajdzie dwie czy trzy osoby, które je zastąpią przez godzinę. 

Powiedz im, że będą mogły zabrać róże. 

Oczy Marion rozbłysły radością. Poszła prędko do telefonu, 

szczęśliwa, że może podzielić się swoimi cudownymi chwila­

mi z kimś, kto może nigdy czegoś podobnego nie zaznać. 

- To ty, Gladys? - spytała. Wybrała właśnie Gladys, bo 

wiedziała, ile przyjemności sprawi jej obwieszczenie tej wia­

domości innym. - Mówi Marion Warren - przerwała, bo przy­

pomniała sobie, że ma już inne nazwisko - to znaczy, dawna 

background image

Marion Warren - poprawiła się ze śmiechem. - C h c i a ł a m was, 
dziewczyny, zaprosić na obiad do hotelu Bristol. Przepraszam, 
że nie będę mogła tam być razem z wami, ale niedługo w y -

jeżdżamy. Mój mąż zadzwonił do pana Chapmana i poprosił 

go, żeby was dzisiaj zwolnił na dłużej. Możecie wziąć dla 
siebie róże, którymi przystrojony jest stół. 

- Ojejku! M ó w i s z p o w a ż n i e ? Marr... to znaczy... pani L y -

man, nie żartujesz sobie? Co za zaproszenie! Przyjść? O c z y -
wiście, że przyjdziemy, wszyściutkie! Jesteś prawdziwą d a m ą , 
wiesz? Jesteś najcudowniejsza! Nawet nie wiesz, jak się dziew­
czyny ucieszą! Musimy się spotkać, kiedy wrócisz i wtedy ci 
podziękujemy. 

Marion skończyła rozmowę i uśmiechnęła się do Jeffa, który 

właśnie przyszedł od drugiego telefonu. Ledwo jednak po­
wstrzymywała łzy. Wiedziała dobrze, jak ucieszą się jej 
koleżanki. 

- Czy szef je zwolni? - spytała niecierpliwie. 
- Tak - odpowiedział. - Na początku się sprzeciwiał; nie 

chciał, żeby razem wychodziły, ale poprosiłem go i po­
wiedziałem, że to z okazji naszego ślubu i wreszcie się zgodził. 

Lyman zostawił kelnerom kilka instrukcji, po czym oboje 

z Marion wyszli, trzymając się za ręce. Samochód odmienił się 
przez ten czas. Miał złożony dach, a bukiety róż leżały na 
tylnych siedzeniach. Wyglądał teraz jak szybki wóz sportowy. 
Szofer stał na chodniku obok. Usiedli z przodu. 

- Dziękuję, Terence - odezwał się Lyman do kierowcy. 

- Wiesz, co masz robić, tutaj jest adres. To chyba wszystko. 
Włożyłeś walizki do bagażnika? W porządku. Jeśli wszystko 

dobrze pójdzie, spotkamy się wieczorem w Nowym Jorku. Do 
widzenia. 

Uruchomił silnik i samochód, nisko pomrukując, ruszył po­

woli i stopniowo zaczął nabierać prędkości. 

- Co za cudo! - wykrzyknęła Marion, kiedy ochłonęła 

z wrażenia. - To twój samochód? 

- Jest nasz - wyraźnie podkreślił słowo „nasz". 
- Jest niesamowity! Trudno mi będzie się do niego przyzwy­

czaić - przerwała na moment, podczas gdy J e f f ostrożnie w y -
mijał inne samochody i wyjechał na mniej zatłoczoną ulicę. 

155 

background image

- Myślę, że tak będzie w niebie. Wszystkiego będzie dużo 

i wszystko będzie nasze. Z początku nie będziemy nawet wie­

dzieli, jak się z tym oswoić. 

- Moja wspaniała, mała dziewczynko! - zwrócił się do niej 

z czułością. - Tak to dla ciebie wygląda? Czuję się przy tobie 

pokorniejszy. Nigdy nie myślałem w ten sposób o tym wszyst­

kim. Może przy tobie nauczę się cieszyć tym, co mam i być za 

to bardziej wdzięczny. 

Podróż przebiegała wybornie. Nad głową mieli wiosenne 

niebo z małymi, kłębiącymi się wesoło chmurkami. Dookoła 
rozciągały się zieleniące się już łąki. Wierzby i leszczyny 
rosnące przy drodze także powoli przybierały wiosenne barwy. 
Rośliny budziły się do życia, wypuszczały mozolnie malutkie 

pędy, które miały niedługo rozkwitnąć w całej swojej krasie. 
W powietrzu unosił się zapach wilgotnej, brzemiennej ziemi, 
z której wszystko, jak co roku, odradzało się na nowo. Ptaki 
śpiewały, zdając się wykonywać pieśń szczęścia. Dla Marion, 
która nigdy nie wyjeżdżała z miasta dalej niż na krótkie wypa­
dy w okolicę, było to oczywiście niepowtarzalne przeżycie. 

Ale była najbardziej szczęśliwa z tego powodu, że mężczyzna, 
obok którego siedziała, był jej mężem i mogli być ze sobą do 
końca życia. 

Następne dni spędzili na zakupach i zwiedzaniu Nowego 

Jorku. Marion zobaczyła wreszcie miejsca, o których dotąd 
tylko słyszała. Po dwóch tygodniach pojechali na farmę do 
Vermont, a b y złożyć wizytę Tomowi i Jennie. Marion długo 
się zastanawiała, czy nie zaprosić brata na swój ślub, jednak 
w końcu zrezygnowała z tego pomysłu. Wiązałoby się to z wie­
loma nie kończącymi się wyjaśnieniami, może nawet kłótniami 
i wymówkami. Tom mógł być przeciwny jej małżeństwu. Po­
stanowiła, że pojedzie do niego z mężem i wtedy go przekona, 

jakiego niezwykłego zyskał szwagra. 

Nie pojechali z pustymi rękami. Dla Jennie kupili ładną 

sukienkę o kroju, który na pewno mógł się jej bardzo spodobać, 

kapelusz, o którym zawsze marzyła, rękawiczki i parę innych 
kobiecych drobiazgów, które wybrała Marion, dobrze znając 
gust bratowej. Dzieciom sprawili kilka ubranek i zabawki, 

156 

background image

wśród nich mówiącą lalkę i rower. Tom miał dostać z ł o t y 
zegarek, dwa interesujące pejzaże olejne, kilka najnowszych 
książek na temat nowoczesnego rolnictwa i stylową l a m p k ę 
nocną. Marion chciała, a b y atmosfera świata, w którym przeby­
wała od niedawna, mogła stać się także udziałem jej naj­
bliższych. 

Lyman zdawał się cieszyć z kupowania tych prezentów tak 

samo jak Marion i chętnie pomagał jej w wyborze. Zrozumiał 
od razu całą historię Toma i Jennie, zaakceptował ich i nie 
spodziewał się po nich niczego wielkiego. Stopniowo obawa 
Marion przed spotkaniem z bratem malała. Nie traciła nadziei, 
że nie będzie żadnych większych napięć między nimi. Tom, 
mimo wszystkich swoich wad, był przecież rozsądnym 
człowiekiem i jak się wydawało, kochał s w o j ą siostrę. 

Odesłali szofera do domu i wybrali się w tę podróż sami. J e f f 

zdawał sobie sprawę, że jego żona nie chciałaby, a b y ktoś o b c y 

był świadkiem pierwszego spotkania jej brata z mężem. 

Marion napisała do Toma, że zamierza wyjść za mąż, ale 

wysłała list tak późno, a b y doszedł on dopiero w dniu ceremo­
nii. Tom nie mógł więc ani sprzeciwić się listownie, ani t y m 
bardziej przyjechać. W liście dodała także, że po ślubie p o j a d ą 
z mężem do Bostonu i może znajdą okazję, aby przyjechać do 
nich na kilka godzin, nie podała jednak dokładnej daty. 

W dniu, kiedy mieli przyjechać, Tom i Jennie właśnie roz­

mawiali o nich. Czuli się dotknięci niewdzięcznością Marion. 
Zwłaszcza Jennie była obrażona. Coraz bardziej potrzebowała 
szwagierki. Nie było jej stać, żeby wynająć kogoś do pomocy 
zamiast niej, a ta wyszła sobie po prostu za mąż! To się 
w głowie nie mieści! A może to jeszcze wcale nie koniec. 
Może jej mąż zechce, aby zamieszkali na ich farmie! Może 
teraz będą musieli się zajmować nie tylko Marion, ale i jej 
mężem! Podzieliła się swoją obawą z Tomem. Tom westchnął 
tylko i odrzekł: 

- Tak... Nie sądzę, żeby był jej wart. Zawsze była bardzo 

ufna w stosunku do ludzi i łatwo ją było oszukać. Powinienem 
był zostać w mieście i opiekować się nią. 

- Bzdura! - wykrzyknęła Jennie ostrym tonem. - Ona nie 

jest już małym dzieckiem i nie przypilnowałbyś jej. I tak zro-

background image

biłaby, co by chciała. To nie twoja wina...Tak po prostu wyjść 

za mąż! Na twoim miejscu dałabym jej do zrozumienia, że nie 

będziemy ich utrzymywać, chyba że będą pracować na gos­

podarstwie. Nie stać nas na to, żeby ich utrzymywać. Jej maż 

jest na pewno leniwym nierobem... 

W tym momencie najstarsze dziecko zawołało z podwórza: 

- Mamo, mamo, jakiś wielki samochód podjechał pod 

bramę! 

- Pewnie ktoś chce spytać o drogę do miasteczka! - Jennie 

była wyraźnie niezadowolona, ale podeszła do drzwi. - Tom, 

idź i spytaj, czego chcą Nie wiem, dlaczego ludzie nie mogą 

patrzeć na znaki! 

Nieoczekiwanie jej ton się zmienił. 

- Tom, otworzyli bramę i wjeżdżają tu. Idź i zobacz, kto to 

może być, ja muszę zdjąć papiloty. Może chcą u nas przenoco­

wać, a przecież jest bałagan w pokoju gościnnym. Uprałam 

wczoraj zasłony, ale leżą jeszcze na łóżku. Jeśli to podróżni, 

będą musieli zaczekać w salonie, zanim nie rozwiesimy zasłon 

i nie posprzątamy. 

Ręce Jennie nadążały za językiem. Momentalnie zdjęła papi­

loty i ułożyła jako tako fryzurę. Jednym ruchem upchnęła do 

szafy trzy koszule, gumową lalkę i kapelusz słomkowy. Zanim 

fartuch, który miała na sobie, podzielił ich los, zdążyła nim 

jeszcze wytrzeć stół. Hałasowanie dzieci za drzwiami sprawiło 

jednak, że przerwała błyskawiczne sprzątanie i zaczęła 

nasłuchiwać. 

- Ciocia Marion, ciocia Marion! - krzyczały jedno przez 

drugie i Jennie zaprzestała swoich gorączkowych przygotowań 

do przyjęcia gości. 

Jak to się stało, że Marion przyjechała takim ładnym samo­

chodem? Ta myśl bowiem przyszła jej do głowy jako pierwsza 

Na pewno zgubili drogę i jakiś uprzejmy kierowca ich pod­

wiózł. Gdyby to był samochód z sąsiedztwa, byłoby to całkiem 

prawdopodobne. Nikt co prawda nie miał tu takiego samocho­

du, ale mogło się przecież zdarzyć, że ktoś przejeżdżał tędy 

zupełnie przypadkiem. Tak, to było jakieś wytłumaczenie. Po­

zostawało teraz tylko mieć nadzieję, że ani Marion, ani jej mąż 

nie mieli jakiegoś wypadku, nie złamali sobie nogi czy ręki. 

background image

Złamana noga byłaby doskonałym pretekstem, żeby zostać na 
farmie i nic nie robić przez kilka tygodni. Zacisnęła mocno 

wargi. Jeśli ktoś sobie coś złamał, może jechać do szpitala 
w miasteczku. Ona, Jennie, nie ma ani czasu, ani siły, żeby się 
zajmować kaleką. Z tą myślą poszła powitać nieproszonych 
gości. 

159 

background image

Saamochód stanął obok wielkiego głazu leżącego przy bocz­

nych drzwiach. Wysiadł z niego wysoki, przystojny mężczyzna 
w długim, podbitym futrem płaszczu. Obok niego stanęła ele­
gancka kobieta. Jennie prędko rozejrzała się wokoło, ale nie 
spostrzegła nikogo innego. Pomyślała, że dzieci musiały się 
pomylić i ponownie spojrzała na kobietę. 

Marion także miała na sobie ciepłe futro, ponieważ 

w północnym klimacie o tej porze roku można było zmarznąć, 

jadąc otwartym samochodem. Baczne oko Jennie od razu 

dostrzegło, że było to prawdziwe futro z norek, a wielkie 
szkarłatne róże przypięte do jego kołnierza też nie były 
sztuczne. Dzieci otoczyły kobietę i nie bacząc na norki 

i róże, zaczęły się na nią wspinać, jakby była ich dobrą zna­

jomą. Jennie pobiegła w tamtą stronę, by je powstrzymać, ale 

Marion, która właśnie skończyła je całować, podniosła 
śmiejące się oczy i spojrzała na Jennie, która natychmiast ją 
rozpoznała. 

- Marion Warren! Co... - wykrzyknęła i zrobiła krok do tyłu. 
Tom za to przywitał się serdecznie. Mężczyźni lepiej znoszą 

niespodzianki. Jak tylko zobaczył samochód na podwórzu, zdał 
sobie sprawę, że warunki życia Marion zmieniły się radykalnie. 
Od razu poznał, że to samochód prywatny i że mężczyzna, 
który siedział obok jego siostry, nie był człowiekiem, który 
chciałby żyć na ich koszt i którego można by zaprząc do pracy 
na farmie. Gdy samochód się zatrzymał, Tom podszedł powitać 

gości i od razu poczuł sympatię do Lymana, gdy ten 

160 

background image

uśmiechnął się przyjacielsko i przywitał się jak ze starym zna­

jomym. 

- Jennie, poznaj męża Marion, pana Lymana. Panie Lyman, 

oto moja żona, Jennie - przedstawił ich głośno. - Jennie, dla­

czego nie zaprosisz gości do środka? Muszą być zziębnięci 

i zmęczeni po podróży. Nannie, puść rękę cioci, chcesz ją 

urwać? Dzieci, nie stójcie tak w wejściu, dajcie przejść. Idźcie 

do domu i przynieście do salonu więcej krzeseł. 

Jennie widziała, że szwagier Toma zrobił na nim dobre 

wrażenie, jednak sama nie była do końca uspokojona i obrzu­

ciła Jeffa surowym spojrzeniem. Zmieszała się jednak, gdy ten 

spojrzał na nią miło i uśmiechnął się. Przypomniała sobie, co 

o nim mówiła, i zaczerwieniła się momentalnie. Nadawałby się 

do pracy na farmie, jak jedwabna suknia do generalnych 

porządków. Zachowała się bardzo typowo dla siebie. Chociaż 

wyobrażała sobie najgorsze i prorokowała, że nowy mąż Ma­

rion będzie dla nich tylko ciężarem, była niezadowolona, że się 

pomyliła. Sztywno podała mu więc rękę i z pewnym przymu­

sem zaprosiła do domu. Nie dała tego po sobie poznać, ale była 

zła. Jeszcze dwie osoby do posiłków, a nikogo do pomocy. 

Przecież Marion, wystrojona jak lalka, na pewno jej nie po­

może przy obiedzie. Można było się tego zresztą spodziewać. 

Marion wszystko tak zorganizowała, żeby nic nie robić i sie­

dzieć jak dama, podczas gdy jej bratowa będzie harowała. 

Spojrzała na nią wrogo. Marion nie mogła się opędzić od dzie­

ci, które rozebrały ją z futra i kapelusza tak szybko, jak tylko 

mogły to uczynić za pomocą swych sześciu małych rączek. 

Tom wesoło i głośno starał się zabawiać gości, a zwłaszcza 

Jefia, którego zdawał się coraz bardziej lubić. 

Marion pierwsza zauważyła, co się dzieje z Jennie, i uwal­

niając się od dzieci, wstała. 

- Chodź, Jennie - powiedziała. - Daj mi jakiś fartuszek, 

pomogę ci przy obiedzie. Nie najlepiej się zachowaliśmy, przy­

jeżdżając tak bez zapowiedzi, ale naprawdę nie wiedzieliśmy, 

kiedy tu będziemy, a poza tym chciałam wam zrobić niespo­

dziankę. Macie ładny dom. Nie mogę się doczekać, aby obej­

rzeć cały. Czy tędy do kuchni? Chodźmy. 

Propozycja pomocy udobruchała trochę Jennie. Wstała i nie-

background image

przekonująco starała się zapewnić, że sobie poradzi, ale 
odetchnęła z ulgą, że jednak nie będzie musiała robić wszyst­
kiego sama. Spokojniejsza, zainteresowała się teraz bliżej 
ubraniem i mężem Marion, a nade wszystko samochodem 
stojącym na podwórzu. 

- Skąd go masz? - spytała, jak tylko znalazły się w kuch­

ni. Jeszcze raz zlustrowała ubiór szwagierki, dostrzegając 
pierścień z brylantem, którego wcześniej nie zauważyła. 

Marion uśmiechnęła się i podniosła rękę. 
- Masz na myśli pierścionek? - spytała. - Prawda, że jest 

piękny? Nigdy nie myślałam, że będę miała nawet najmniejszy 
brylancik, a co dopiero mówić o takim olbrzymie. Nie mogłam 
uwierzyć, że Jeff mi go dał. 

- Nie, nie mówiłam o pierścionku - Jennie odezwała się 

z zawiścią. - Nie zauważyłam go, chociaż widać go na kilo­
metr. Jest prawdziwy? 

Marion poczuła się lekko dotknięta i zabrała rękę, ale uprzej­

mie odpowiedziała. Zimne i nieuprzejme zachowanie Jennie 
psuło jej radość z przyjazdu. Może niedługo spyta, czy praw­
dziwa jest miłość Lymana. Na pewno by tak zrobiła, gdyby 

przyszło jej to do głowy. Marion wzdrygnęła się. 

- Skoro jest prawdziwy, musiał kosztować masę pieniędzy. 

Według mnie, pieniądze powinno się odkładać na czarną go­
dzinę, zamiast paradować w drogich rzeczach. Ja nigdy nie 
potrzebowałam żadnych diamentów. Chociaż, to może dobrze, 

że ci go kupił. Będziesz mogła go sprzedać, gdy znajdziesz się 
w potrzebie. 

- Jennie! - Marion nie kryła swojego oburzenia. 
- Tak tylko sobie myślę. Nigdy nie wiadomo, jak się ułoży 

w małżeństwie. Jesteś jego pewna? Gdzie się spotkaliście? 

Marion opanowała się już, ale ciągle lekko trząsł się jej głos. 

^- Pan Radnor poznał nas na kolacji kościelnej. 

- Rozumiem, dlaczego za niego wyszłaś - odezwała się 

Jennie sarkastycznie. - Zawsze lubiłaś wszystko co ładne, a on 
z pewnością nie jest nieatrakcyjny. Dobrze wyglądasz w tych 
nowych ciuszkach. Mam nadzieję, że starczyło wam na nie 
pieniędzy. 

- Wszystko jest zapłacone - powiedziała Marion cicho. 

162 

background image

- Hm... - zastanowiła się Jennie. - Musiały kosztować f o r -

tunę. Ale pytałam o samochód. Skąd go macie? W y p o ż y c z y -
liście w miasteczku? Nie wiedziałam, że jest tam wypożyczal­
nia. 

Marion uśmiechnęła się. 
- Ależ nie. To nasz samochód - odpowiedziała. - P r z y j e c h a -

liśmy nim z Nowego Jorku. To była cudowna podróż. N a -
prawdę bardzo... 

- Wasz sachochód! - przerwała Jennie. - Co ty powiesz, 

Marion Warren! Nie żartujesz? 

- Oczywiście, że nie - Marion roześmiała się, widząc wyraz 

twarzy bratowej. - Dobrze, Jennie, zabierzmy się za ten obiad. 
Przywiozłam dzieciom trochę zabawek. C z y Nannie ciągle ba­
wi się lalkami? 

- Naprawdę go kupiliście? - Jennie nie przestawała myśleć 

o samochodzie. - Mówią, że ludzie często nie m a j ą z czego 
zapłacić za takie drogie wozy. Zastawiają swoje domy albo 
wpadają w długi. Nigdy nie wiadomo... 

- Nie musisz się o nic martwić. Jeff zapłacił za niego i ma 

dużo pieniędzy. Gdzie masz ten fartuszek? Do czego mam 
obrać ziemniaki? Tutaj? 

- Marion Warren, to ty wyszłaś za bogacza? Odpowiedz 

natychmiast. 

- Wygląda na to, że tak - zaczerwieniła się. - Nie do końca 

rozumiem, jak to się stało, ale to prawda. 

- W takim razie możesz wyjść z kuchni. Nie chcę, żeby m o j a 

bogata szwagierka obierała ziemniaki w mojej kuchni. Poradzę 
sobie. 

-Jennie, co ty mówisz?! Nie jestem kimś innym tylko dlatego, 

że m ó j mąż ma trochę pieniędzy. Jestem taka sama jak rok temu! 

- Oczywiście, że nie jesteś taka sama! - odrzekła Jennie, 

zabrała jej nóż i sama zaczęła obierać ziemniaki. - Spójrz na 
swoje buty, na swoją suknię! Wyglądasz, jakbyś przed chwilą 
wyszła od krawca. Jeśli rzeczywiście masz pieniądze, żeby za 
to wszystko zapłacić, masz prawo nic nie robić. Zresztą, nie 
będziesz chyba w tej sukni obierała ziemniaków w kuchni? 

Czy to futro to prawdziwe norki? Ach! Dziwię się, że nie 

wstydziłaś się przyprowadzić tu męża. 

163 

background image

Na nic się zdały protesty Marion. Jennie nie chciała się 

zgodzić na jej pomoc. Sama szybko przygotowała dobry obiad. 

Otworzyła swoje najlepsze weki i pikle i poświęciła ostatni 

placek z owocami, który trzymała na wieczorek kółka krawiec­

kiego mający się odbyć za parę dni. Nie była w końcu taka zła, 

zwłaszcza gdy ktoś zrobił na niej duże wrażenie. 

Robiła wszystko z miną męczennicy i traktowała Marion tak 

oficjalnie, że było to jeszcze gorsze niż jej poprzednia 

nieuprzejmość. Kiedy Marion zaproponowała, że chociaż na-

kryje stół, Jennie kazała to zrobić Nannie i westchnęła głęboko: 

- Robiłam to już przez tyle lat i będę to robić do końca życia, 

więc jeden raz więcej czy mniej naprawdę nie robi różnicy. Ja 

to przecież nie ty. 

Przez cały czas mówiła takim tonem, iż Marion zaczęła 

żałować, że w ogóle przyjechała, i poszła do salonu. Był 

urządzony bardzo ładnie, ze stylowym kominkiem na środku. 

Nannie, która skończyła już nakrywać stół, usiadła jej na kola­

nach i poprosiła, żeby opowiedziała, gdzie była przez cały rok. 

Lyman ku zadowoleniu Toma rozmawiał z nim o polityce. 

Tom, który zawsze się nią interesował, znalazł wreszcie kogoś, 

kto mógłby opowiedzieć mu o najnowszych wydarzeniach, od 

których był odcięty, żyjąc na wsi. 

Obiad z początku nie przebiegał w najlepszej atmosferze. 

Jennie siedziała sztywno i prawie się nie odzywała, a Marion 

czuła się niepewnie i nie wiedziała, jak się zachować. Jeff 

jednak potrafił się znaleźć w każdej sytuacji i rozprawiał swo­

bodnie z Tomem o farmie, podziwiał jej utrzymanie, dopyty­

wał się o żniwa, zabawiał dzieci śmiesznymi historyjkami 

i chwalił Jennie za smaczny obiad. Marion patrzyła na niego 

z dumą i miłością. Jennie z kolei obserwowała ją i nawet przed 

sobą nie potrafiła ukryć podziwu. Marion stała się prawdziwą 

damą! Czy to kosztowne stroje sprawiły, że nagle zauważyła 

między nimi taką różnicę, czy różniły się od zawsze? Jennie nie 

przestawała o tym myśleć. 

Po obiedzie wszyscy zebrali się w salonie i Lyman przyniósł 

z samochodu prezenty. Tom i Jennie myśleli, że przeznaczone 

były tylko dla dzieci, ale i tak niecierpliwie czekali, aż zostaną 

odpakowane. Jennie rozluźniła sie trochę, lecz iei zachowanie 

background image

było nadal dalekie od serdeczności. Usiadła w fotelu i patrzyła, 

jak Nannie nieporadnie próbuje otworzyć paczuszkę. Gdy jej 

się to wreszcie udało, aż krzyknęła z zachwytu, widząc piękną, 

dużą lalkę. Jennie także zrobiło się miło, że jej córeczka dostała 

taki kosztowny prezent i że tak się jej spodobał. Tom zachowy­

wał się prawie tak jak jego synkowie i ochoczo pomagał im 

rozpakowywać pudełka Ucieszył się jak mały chłopiec, gdy 

wyjęli i zaczęli od razu rozkładać kolejkę elektryczną, którą 

kupił im wujek. 

Wśród tego zamieszania Marion przyniosła pudełka z suknią 

i kapeluszem oraz inne pakunki przeznaczone dla Jennie 

i położyła je na sofie. Zawołała bratową, która myśląc, że to 

kolejne prezenty dla dzieci, udobruchała się już całkowicie. 

Gdy zobaczyła szykowną sukienkę i zrozumiała, że jest prze­

znaczona dla niej, jej twarz przedstawiała sumę przeciwstaw­

nych emocji: zdziwienia, wątpliwości, zmieszania i radości. 

- Podoba ci się? - spytała Marion. - Jeśli wolałabyś coś 

innego, myślę, że będę mogła ją wymienić i przysłać ci pocztą. 

Jennie, z błyskiem w oczach, wzięła suknię do ręki i delikat­

nie przeciągnęła dłonią po jedwabnym materiale. 

- Jeszcze pytasz? - jej rezerwa uleciała już w całości. 

- Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę nosiła taką su­

knię. Zawsze pragnęłam mieć coś takiego, ale było to o wiele 

za drogie. Marion, nie wiem, jak ci dziękować. 

- Cieszę się, że ci się podoba - Marion naprawdę była rada. 

- Mam nadzieję, że będzie na ciebie pasowała Mierzyłam ją, 

ale jestem od ciebie mniejsza, więc nie byłam pewna. 

- Na pewno będzie dobra Wiesz, krawiec tutaj nie jest 

najlepszy, nigdy nie uszyłby mi czegoś podobnego. Naprawdę 

bardzo mi się podoba. 

Gdy Marion wyjęła jeszcze kapelusz, bardzo modny i ele­

gancki, jakby uszyty dla wielkiej damy, Jennie prawie usiadła 

z wrażenia Ostatnia bariera została przełamana. Jennie nie 

mogła oderwać od niego oczu i w milczeniu patrzyła, gdy 

Marion go przymierzała. Po chwili sama go założyła i przeszła 

z godnością do hallu, gdzie znajdowało się lustro. Ciągle miała 

na sobie fartuszek, ale głowę trzymała jak królowa tuż po 

koronacji. Nawet Tom i Jeff przestali rozmawiać i spojrzeli na 

background image

nią z podziwem, gdy przechodziła. Bardzo długo stała przed 

lustrem, aż Marion przestraszyła się, że nie spodobał jej się ten 
kapelusz. Poszła do Jennie i zobaczyła, że ta intensywnie wpat­
ruje się w swoje odbicie, a po policzkach spływają jej dwie 
ogromne łzy. 

- Nie podoba ci się, Jennie? - spytała z niepokojem. 
- Czy mi się podoba? - Jennie gwałtownie odwróciła się do 

niej. - Bardziej mi się podoba niż wszystko, co miałam do tej 
pory, ale nie zasługuję na to. Byłam dla ciebie czasami bardzo 
niedobra, prawie cię znienawidziłam za to, że nie przyjechałaś 
tu n a m pomóc, że zawsze żyłaś własnym życiem i że wydawało 
się, jakby nic ci się nie podobało. Bardzo mi teraz wstyd. Nie 
powinnam niczego od ciebie przyjąć. Nie zasłużyłam na to. 
Bardzo mi przykro. Proszę, wybacz mi. 

Wybuchnęła gwałtownym płaczem i padła w ramiona zdu­

mionej jej zachowaniem Marion. Objęły się mocno i Marion 
też się rozpłakała, szczęśliwa, że nareszcie się pogodziły. 

- Nie wiesz jeszcze wszystkiego - dodała Jennie przez łzy 

i podniosła głowę. - Nigdy mi tego nie wybaczysz, ale muszę 
ci to powiedzieć. Nie mogę tego dłużej ukrywać. Ukradłam 
testament twojego ojca i schowałam go, aby nikt go nie mógł 
odnaleźć. Nie zniszczyłam go, ale schowałam, żebyś się nigdy 
nie dowiedziała, że d o m był zapisany na ciebie. Nie mogę go 
teraz znaleźć, zginął gdzieś. 

Marion pogłaskała Jennie po głowie i powiedziała bardzo 

łagodnie: 

- Wszystko w porządku, Jennie. Przebaczyłam ci już dawno 

temu. 

Jennie otworzyła usta w zdumieniu. 
- Przebaczyłaś? To znaczy, że wiedziałaś? 
- Tak, wiedziałam. Testament wysunął się z sekretarzyka 

przy przeprowadzce. 

- Ale przecież nie wiedziałaś, że to ja. 
- Wiedziałam, zostawiłaś na n i m kawałek miętowej czekola­

dki i wiedziałam, że to ty musiałaś go ukryć. Ale to już nie­

ważne. Spaliłam go. Zapomnijmy o wszystkim. M a m teraz 
o wiele ładniejszy dom. Musisz nas odwiedzić i obejrzeć go. 

- Wiedziałaś o tym i przebaczyłaś mi! - rozpłakała się jesz-

166 

background image

cze bardziej. - I nigdy nikomu nic nie powiedziałaś! Jesteś 
aniołem, Marion Warren, a ja będę się smażyć w piekle. Ale 
zawsze już będę cię kochała i zrobię dla ciebie wszystko. 
Sprzedamy tę farmę i oddamy ci wszystkie pieniądze. T o m 
martwił się o ciebie, ale nie wiedział, co zrobiłam. 

- Nie sprzedacie tej farmy, a Tom nigdy się nie dowie o tes­

tamencie. Nie potrzebuję pieniędzy i chcę, żebyście zostali na 
swojej farmie. M a m więcej pieniędzy niż potrafię wydać, więc 
proszę, zapomnij o tym. Ja już zapomniałam. 

Po kilku minutach wróciły uszczęśliwione do salonu. 

- Otwórzmy resztę paczek - Jeff wskazał na prezenty dla 

Toma. 

Tom, nie spodziewając się niczego, otworzył m a ł ą pa­

czuszkę i wyjął z niej wspaniały zegarek, książki i pozostałe 
rzeczy, które mu kupili. Bardzo się ucieszył i gorąco po­
dziękował. G d y tak siedzieli z L y m a n e m i rozmawiali, 
wyglądali jak dwaj starzy przyjaciele. 

Jeff zaobserwował, że można odnaleźć dużo podobieństwa 

pomiędzy Tomem a jego siostrą. Robili czasami podobne 
miny i gesty i używali nieraz podobnych powiedzonek. Od 
razu zorientował się, że Tom nie jest wcale prostakiem 
i choć nie interesował się ani muzyką, ani sztuką, ani filozo­

fią, był inteligentny, znał się na interesach i potrafił inte­
resująco rozmawiać. Nieźle orientował się w polityce, miał 
swój własny punkt widzenia i potrafił wysuwać trafne wnio­
ski. Był ulepiony z twardszej gliny niż jego delikatna 
i wrażliwa siostra, ale był bardzo miły i Lyman z miejsca go 
polubił. 

Wreszcie mężczyźni poszli obejrzeć farmę, a Marion i Jen-

nie razem posprzątały ze stołu. Nie było już podziału na bied­
nych i bogatych; byli po prostu rodziną. 

Marion i Jeff wyjechali z farmy następnego ranka, szczęśli­

wi, że wszystko w końcu tak dobrze się ułożyło. Tom i Jennie 
bardzo nalegali, żeby zostali choć kilka dni dłużej, ale 
odmówili z żalem, gdyż musieli już wracać. I pomyśleć, że 

jeszcze na parę minut przed ich przyjazdem Jennie obawiała 

się, że zostaną u nich na zawsze i planowała, że zmusi J e f f a do 
pracy na farmie! 

167 

background image

Gdy już pomachali na do widzenia i wyjechali na drogę, 

mając przed sobą piękny wiosenny dzień i całe życie razem, 
Lyman poczuł, że dopiero teraz jego żona w pełni do niego 
należy. Dopóki nie spotkał się z jej bliskimi, bała się, że ich 
nie zaakceptuje. Wciąż obawiała się, że różnica między nimi 

jest zbyt wielka. Teraz jednak, gdy zobaczyła, że się wzaje­

mnie polubili, poczuła ulgę. Jeff widział, że kamień spadł jej 
z serca i że teraz nie ma już żadnych przeszkód, prawdzi­
wych czy wyimaginowanych, żeby mogli żyć szczęśliwie. 

Oboje też czuli pewien tryumf, ponieważ udało im się zwy­

ciężyć niechęć Jennie i sprawić, że zaczęła odnosić się do 
nich z nie udawaną sympatią. Marion bardzo na tym za­
leżało. Jennie mogła się nie zmienić w codziennym życiu, 

ale przecież nie mieszkali razem i mieli się widywać tylko 

od czasu do czasu. Dobrze było jednak wiedzieć, że nie 
chowa żadnej urazy. Marion cieszyła się także dlatego, że 
wyjaśniły się wszystkie niedobre sprawy z przeszłości. Sie­
działa więc obok męża, radosna i szczęśliwa, i delektowała 
się zielonymi wiosennymi widokami, które obserwowała 
z samochodu. 

W Nowym Jorku czekało na nich kilkanaście listów z gratu­

lacjami, będących odpowiedzią na zawiadomienia o ślubie, 
które Lyman rozesłał wśród przyjaciół i znajomych. Marion aż 

przysiadła ze zdumienia, gdy otworzyła jeden z nich, napisany 
na bardzo mocno wyperfumowanym, czerpanym papierze ze 
złotym monogramem. 

List był bardzo serdeczny: 

Moja Droga, Mała Marion! 

Ale nam zrobiłaś niespodziankę! Powiem Ci jednak coś 

w sekrecie: spodziewałam się tego już dawno i z niecierp­
liwością czekałam, aż Wasze uczucie w pełni rozkwitnie. Nie 

powiedziałam o tym nikomu, dobrze zrobiłam, prawda? 

Bardzo się cieszę, że wreszcie dołączyłaś do naszego kręgu 

i stałaś się jedną z nas. Nadajesz się na panią wspaniałego 
domu. Ogromnie bym chciała, żebyśmy były bliskimi sąsiad­
kami i często wpadały do siebie. Zawsze ceniłam Cię wysoko 
i chciałam się częściej z Tobą widywać, ale do tej pory okoli­
czności układały się jakoś przeciwko nam. Myślę, że teraz nic 
nam nie przeszkodzi w pozostaniu dobrymi przyjaciółkami. 

168 

background image

Zawsze bardzo lubiliśmy się z Twoim mężem, myślę zatem, że 

i teraz będziemy się wszyscy przyjaźnić. Mam nadzieję, że mój 
list dotrze do Ciebie pierwszy. Naprawdę nie mogę wyrazić, 

jak bardzo się wszyscy cieszymy, że dołączyłaś do nas. 

Zapraszamy Was na uroczysty obiad, jak tylko znajdziecie 

chwilkę czasu. Nie muszę Ci chyba mówić, jakiego nieprze­
ciętnego mężczyznę poślubiłaś, bo zapewne sama zdajesz so­
bie z tego sprawę. 

Zawsze kochająca - Isabel Cresson 

Do listu dołączony był prezent w postaci zielonego przycis­

ku do papieru w kształcie bardzo kunsztownie wykonanej fi­
gurki z twarzą chińskiego diabła. 

- Och! - westchnęła Marion, a Ust wysunął się z jej palców 

i upadł na podłogę. - Och! 

- Co się stało, kochana? - Lyman podniósł głowę znad listu 

od swojego wspólnika. 

- Och! - Marion westchnęła jeszcze raz. - Tak mi wstyd, że 

błędnie ją oceniłam. Jest bardzo miła, a ja nigdy naprawdę jej 
nie lubiłam i uważałam ją za straszną hipokrytkę. Zawsze będę 
pamiętała ją w tej złotej sukience! 

Lyman wziął list i przeczytał go z rosnącym rozbawieniem. 

- Nie martw się, kochana - roześmiał się. - Właśnie tego się 

spodziewałem. Musisz się nauczyć, że ona potrafi odgrywać 
kilka osób. Teraz właśnie zależy jej, żeby odgrywać moją 
i twoją najbliższą przyjaciółkę. Ale nikogo nie oszuka. Wszys­
cy moi znajomi wiedzą, że zawsze czułem do niej niechęć. Ma 
powody, żeby być dla ciebie milutka, ale nie bój się, nie 
będziesz musiała się z nią przyjaźnić. Bądź przy niej sobą, bądź 
miła i uprzejma, ale nigdy nie daj się zwieść pozorom i nie 
myśl, że się mylisz w stosunku do niej. Ona nie ma prawa 
wymagać od ciebie najmniejszych dowodów sympatii. Jest ok­
rutną, samolubną i zepsutą kobietą. Widać, że przegrała, ale 
chce zrobić z tego jak najlepszy użytek i będzie taka słodka, jak 

jej tylko na to pozwolisz. 

Po dwóch dniach wrócili z Nowego Jorku. Marion 

przestąpiła próg wielkiego, zachwycającego domu i rozejrzała 
się po tym pięknym, luksusowym miejscu, które odtąd miało 

169 

background image

należeć do niej. Wszędzie, we wszystkich pokojach witały ją 
róże, wielkie szkarłatne róże, stojące w bukietach w kry­
ształowych wazonach i porcelanowych wazach. Ale na jej toa­
letce, w małym, białym buduarze, który Jeff przygotował spec­
jalnie dla niej, w prostym szklanym wazonie, przez który widać 
było wyraźnie długą zieloną łodygę, jaśniał i chylił ku niej 
główkę pojedynczy pąsowy pączek.