background image

 

 

 

CINDY GERARD 

 

Dzikie serca 03 

 

Wszystko, co 

najważniejsze 

 

 

 

Tytuł oryginału - The Outlaw Jesse James 

 

 

 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Psia Morda jak zwykle dawał się we znaki obsłudze boksu, potrząsając 

swoją wielką rogatą głową i rycząc jak oszalały. Ten stary byk uwielbiał 

zrzucać jeźdźców z siodła, ale nigdy nie lubił stać spokojnie na tyle długo, 

żeby dać sobie zaciągnąć prawidłowo sznur. I tylko doświadczony jeździec 

o stalowych nerwach mógł się utrzymać na jego grzbiecie przez przepisowe 

osiem sekund, kiedy bramka boksu wreszcie się otwierała. 

Jeżeli ktokolwiek miał szansę poradzić sobie z tym bykiem, to 

zdaniem Sloan Gantry był nim właśnie ten kowboj, który go dosiadł. Patrząc 

z zainteresowaniem na jeźdźca, Sloan zaczepiła obcas buta na dolnym 

szczeblu ogrodzenia areny i odrzuciła za ramię ciężki, czarny warkocz. 

Oparła na poręczy zgięte ręce, rozejrzała się po zatłoczonym stadionie, 

potem skierowała wzrok z powrotem na bramkę numer cztery. 

Jesse James, pomyślała, pozwalając wkraść się wspomnieniom w 

panujący wokół niej zgiełk. Była upalna lipcowa noc, taka jak dzisiaj, kiedy 

siedem lat temu spotkali się po raz pierwszy twarzą w twarz - i było to 

właśnie tutaj, na dorocznym rodeo w Rapids City. 

Miała wtedy siedemnaście lat. Była wysoka i chuda jak tyczka, z 

kościstymi łokciami i wystającymi kolanami. 

Metalowy aparat na zębach skutecznie powstrzymywał ją od 

uśmiechu. Tamtego lata, kiedy ojciec zabrał ją na objazd zawodów rodeo, 

Jesse prawie jej nie zauważał. A ona była nim zauroczona. Jego smukłą 

sylwetką, kołyszącym się kowbojskim chodem i obiecującym uśmiechem, 

który działał na kobiety jak magnes i budził w nich grzeszne myśli. 

RS

background image

 

 

Z tego, co słyszała, nie na próżno. Mówiono, że Jesse James, 

gdziekolwiek się pojawiał, od Jackson Hole aż po Fort Worth, zostawiał za 

sobą złamane serca. Nietrudno zgadnąć, dlaczego. 

Trzeba przyznać, że mając siedemnaście lat, Sloan znalazła się w 

dużych opałach. Jesse mógł złamać jej dziewczęce serce. Tylko że teraz, w 

wieku dwudziestu czterech lat, Sloan miała już za sobą bolesną życiową 

nauczkę. Doświadczenie mówiło jej, że Jesse James to jeszcze jeden opętany 

swoją pasją kowboj. Zawsze w pogoni za następnym rodeo, wyższą pozycją 

w rankingach, marzeniem o mistrzostwie kraju. A ona nie potrzebowała 

kłopotów i cierpienia, które taki mężczyzna mógł wnieść do jej życia. 

Lecz nawet pamiętając o tym wszystkim, nie mogła powstrzymać się 

od patrzenia na niego. I tak jak cały tłum na widowni nie mogła nie myśleć o 

tym kowboju, który podbił serce Ameryki swoim promiennym uśmiechem i 

brawurą. 

Wiedziała, że Jesse musi mieć teraz dwadzieścia dziewięć lat, jest 

najmłodszym spośród trzech braci i że to właśnie on, jako jedyny z nich, 

postanowił stać się za wszelką cenę godnym legendy swojego nazwiska - 

legendy o niepokonanej bandzie Jamesów. Kilka miesięcy temu wyczytała 

w artykule, który ukazał się w „Aktualnościach" Związku Zawodowych 

Jeźdźców Rodeo, że Jesse urodził się w czasie zamieci śnieżnej w Wyoming 

i odtąd, niczym tamta zamieć, z radosną beztroską sprawiał same kłopoty. 

Kłopoty szczególnego rodzaju - zachwycając widzów brawurową jazdą i 

łamiąc kobiece serca uśmiechem, któremu nie sposób było się oprzeć. 

Podobnie jak tłum na widowni, Sloan patrzyła na Jesse^ w 

gorączkowym napięciu. Skrzyżował szerokie ramiona i kiedy, byk znowu 

niespokojnie wierzgnął, kowboj uśmiechnął się do mężczyzny 

RS

background image

 

 

odpowiedzialnego za obsługę boksu. Hałas otwieranej gwałtownie 

metalowej bramki, a potem ryk rozjuszonego zwierzęcia przetoczyły się po 

arenie - i tłum widzów zamilkł w pełnym oczekiwania napięciu. 

Ten człowiek miał nerwy ze stali. I tak jak obaj jego bracia, którzy byli 

biznesmenami i o których Sloan czytała w tym samym artykule, był więcej 

niż przystojny. Mimo kowbojskiego kapelusza na głowie uwagę przykuwały 

jego ciemne, gęste włosy, nieco dłuższe niż u innych jeźdźców - następne 

świadectwo buntowniczego usposobienia. 

Był też wyższy niż większość zawodników rodeo -mierzył ponad metr 

osiemdziesiąt - ale tak jak wszyscy dobrzy jeźdźcy, był atletycznie 

zbudowany. Sloan wciąż patrzyła na jego szeroki uśmiech i elektryzująco 

niebieskie, roziskrzone oczy... oczy, w których było tyle ognia i 

zadziorności. Potrząsnęła głową, wiedząc, że powinna odwrócić wzrok. 

Ale nie zrobiła tego. Kiedy Jesse skinął głową i bramka boksu 

gwałtownie się otworzyła, kurczowo zacisnęła palce na poręczy barierki. 

Psia Morda wypadł z boksu jak bomba. Sloan wstrzymała oddech, a 

potem tylko patrzyła na arenę. Przez osiem nieznośnie długich sekund byk 

usiłował zrzucić jeźdźca z siodła, wierzgał kopytami, rzucał się, obracał w 

szalonym tempie, wzbijając tumany kurzu na arenie. 

Wrzask tłumu był ogłuszający. Mistrzostwo jazdy Jesse^ sprawiało, że 

był porównywany do takich legend rodeo jak Ty Murray czy Tuff 

Heideman. 

Kiedy rozległ się sygnał - długie, przenikliwe buczenie, które przebiło 

się przez gwizdy i aplauz kibiców -Jesse wciąż jeszcze siedział na grzbiecie 

byka. Psia Morda był oszalały z wściekłości. Mężczyźni zwani klownami 

ratunkowymi wbiegli już na arenę, żeby odciągnąć jego uwagę, kiedy 

RS

background image

 

 

jeździec znajdzie się na ziemi. Jesse wykorzystał dogodny moment, 

wyswobodził się z liny, zeskoczył na nogi i biegiem opuścił arenę. 

Tłum oszalał z zachwytu. Kiedy sędziowie ustalili werdykt i 

sprawozdawca ogłosił niewiarygodny wynik osiemdziesięciu dziewięciu 

punktów na sto, Jesse podrzucił w górę swój kowbojski kapelusz za 

czterysta dolarów i pomachał wiwatującym fanom. 

Tanie popisy, pomyślała Sloan, ale mimo to uśmiechnęła się, kiedy Jesse 

podniósł z ziemi swój kapelusz i puścił się pędem przez arenę w jej kierunku. 

Przesadził jednym skokiem ogrodzenie i wylądował tuż przy niej. Bez słowa 

powitania wziął ją w ramiom, uśmiechnął się i zakręcił nią dookoła. Potem 

pochylił się i złożył na jej ustach pocałunek, który wywołał gwizdy na 

widowni i sprawił, że nagła fala gorąca oblała jej ciało od stóp aż po 

korzonki włosów. 

Zanim Sloan zdążyła złapać oddech, Jesse wypuścił ją z objęć, ostatni 

raz pomachał rozradowanej widowni i zniknął za ścianą boksów. 

- Witaj ponownie, Jesse - wymamrotała oszołomiona, kiedy jego 

sylwetka wtopiła się w morze kowbojskich kapeluszy. 

Późnym wieczorem Jesse, zajęty pakowaniem swoich rzeczy do 

bagażnika samochodu, zauważył długonogą dziewczynę przemierzającą 

parking i maszerującą w jego kierunku. 

Gwiazdy na niebie Południowej Dakoty przesłoniła gruba warstwa 

chmur, ale parking był jasno oświetlony i Jesse widział dokładnie twarz i 

sylwetkę nieznajomej. Wsparty na łokciu o poręcz bagażnika, zsunął z czoła 

kapelusz i zajął się podziwianiem widoku. 

A naprawdę było co podziwiać. 

RS

background image

 

 

Dziewczyna miała lśniące kruczoczarne włosy splecione w ciężki 

warkocz, który sięgał aż do pasa. Brązowe oczy o odcieniu gałki 

muszkatołowej, zwiastujące nieomylnie gwałtowny temperament, rzucały 

iskry spod ronda filcowego kapelusza. Kości policzkowe, jakby stworzone 

na okładki ilustrowanych magazynów, przypominały o niezbyt odległym 

pokrewieństwie z rdzennymi Amerykanami - Jesse założyłby się, że z 

Indianami Cherokee, bo z tego plemienia pochodził również jego 

prapradziadek. Na myśl o konfrontacji z wojownikiem instynktownie 

wyczuwał, że ta dziewczyna należała do tego gatunku ludzi - zawrzała w 

nim krew. 

Bez wątpienia była wojownikiem, ale była też, a może przede 

wszystkim, kobietą. Delikatny, falujący ruch pod kieszonkami jej dżinsowej 

koszuli dobitnie podkreślał ten fakt, Ale przecież to wszystko zauważył już 

wcześniej, kiedy przeskoczył ogrodzenie areny, wziął ją w ramiona i 

pocałował w zmysłowe, seksowne usta. 

Przytulona do niego, wydała mu się delikatna jak poranna mgiełka. A 

przy tym tak oszołomiona, jak jego przyjaciel D. B., kiedy to ostatnim razem 

rozstał się z grzbietem byka i wylądował na ziemi. Jesse pamiętał każdy 

szczegół, każdą sekundę tego pocałunku. Jego smak, przyspieszone bicie ich 

serc, uczucie bliskości, kobiecy zapach pośród unoszącej się w powietrzu 

woni kurzu i zwierząt. 

Nie żałował tego, co zrobił - nigdy nie żałował pocałunku z piękną 

kobietą - doszedł jednak do wniosku, że powinien zdobyć się na 

przeprosiny. Choćby tylko po to, żeby ją zaczepić i dowiedzieć się, kim jest. 

- Proszę pani! - zawołał, kiedy minęła go szybkim krokiem, i ruszył za 

nią. 

RS

background image

 

 

Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła. Jej zaciekawione spojrzenie 

szybko spochmurniało. 

- A... to pan. 

Jesse uśmiechnął się mimo woli. Ta dziewczyna nie wyglądała na 

uszczęśliwioną jego widokiem. I sądząc po sposobie, w jaki oparła ręce na 

biodrach, nie miała ochoty na dłuższą pogawędkę. 

- Tak. - Jesse udawał zmieszanie. - To ja. Jeśli chodzi o ten dzisiejszy 

incydent... myślę, że jestem pani winien przeprosiny 

Sloan zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, a potem. przechyliła 

głowę, jakby chciała powiedzieć: „No... słucham, na co czekasz". 

Jesse z trudem powstrzymał się, żeby nie wziąć jej znowu w objęcia, 

wtulić się w nią, powiedzieć, jak bardzo mu się podoba. Mógł to zrobić, ale 

jego zdrowy rozsądek i jej nieruchome spojrzenie ostrzegły go, że nie tędy 

droga. 

- Prawdę mówiąc, sam nie wiem, co we mnie wstąpiło. Chyba dałem 

się ponieść nastrojowi chwili. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem po 

wylądowaniu na ziemi, była pani śliczna buzia uśmiechająca się do mnie. 

Nie mogłem się powstrzymać. To było silniejsze ode mnie. I naprawdę mi 

przykro, jeśli wprawiłem panią w zakłopotanie. Ale niech pani nie oczekuje 

ode mnie przeprosin za pocałunek - dodał szybko, kiedy wzrok dziewczyny 

złagodniał - bo tego nigdy nie będę żałował. 

Posłał jej najpiękniejszy ze swoich uśmiechów. Większość kobiet nie 

potrafiła mu się oprzeć, ale ona wyraźnie do tej większości nie należała. 

- Panie James, słyszałam, że ma pan na swoim koncie wiele takich 

pocałunków, których powinien pan się wstydzić. 

RS

background image

 

 

- W takim razie... - uśmiechnął się szerzej, słysząc w jej głosie 

zaczepną nutę - słuchała pani jakichś pożałowania godnych plotek, panno... 

- Gantry. Sloan Gantry. 

Zanim Sloan się odwróciła, by odejść, w jej oczach zamigotały 

uwodzicielskie iskierki, które tak go oczarowały, że dopiero po chwili 

dotarły do niego jej słowa. 

Gantry? Sloan Gantry? 

Z szeroko otwartymi ustami i zamętem w głowie patrzył, jak Sloan się 

oddala, zostawiając go osłupiałego na środku parkingu. 

To była ta mała Sloan Gantry? Ta chuda, koścista Sloan, która 

dostawała furii, kiedy nazywał ją Country, i robiła się czerwona jak burak, 

kiedy kpił z jej aparatu ortodontycznego? Mała Sloan, która kilka lat temu 

objeżdżała ze swoim tatusiem kolejne zawody rodeo? 

Przesunął dłonią po karku, nasunął na czoło kapelusz i zaczął liczyć. 

Kiedy to było? Sześć lat temu? Może siedem? Przez ten czas z brzydkiego 

kaczątka Sloan wyrosła na skończoną piękność... Dzika róża. Ocknął się z 

zamyślenia i ruszył biegiem, żeby ją dogonić. 

- Hej, Country, zaczekaj! 

Spóźnił się. Sloan szybko wsiadła do brązowego samochodu z 

rejestracją stanu Montana i natychmiast ruszyła z miejsca. 

Z szeroko rozstawionymi nogami i rękami w tylnych kieszeniach 

spodni patrzył, jak Sloan wyjeżdża z parkingu. Był trochę oszołomiony i 

bardzo poruszony. 

Tom Stringer, jeździec rodeo, z którym Jesse zawsze podróżował, 

podszedł do samochodu i patrzył na przyjaciela z nie ukrywaną ciekawością. 

W przeciwieństwie do Jesse'a, którego natura obdarzyła wyjątkową urodą i 

RS

background image

 

 

muskularnym ciałem, Tom, zwany przez przyjaciół D. B. -Dubeltowy 

Brzydal - wyróżniał się kościstymi ramionami, nogami prostowanymi na 

beczce i twarzą, która wyglądała tak, jakby uformowało ją solidne kopnięcie 

końskiego kopyta. 

Jesse dokuczał czasami D. B., że ten, nie dość, że brzydki, był sporo 

przerośnięty jak na zawodnika rodeo. Mimo swoich czterdziestu dwóch lat 

D. B. był jednak nadal świetnym jeźdźcem, choć nie miał już szans na 

zdobycie mistrzostwa kraju. Jeździł, bo kochał rodeo. Jesse często martwił 

się o niego, ale rozumiał dobrze, co ciągnęło D. B. na arenę. 

Od dawna byli przyjaciółmi, a kilka lat temu postanowili jeździć 

razem. Przemierzali kraj w poszukiwaniu kolejnych zawodów, zgodnie z 

planem narzuconym przez sponsorów Jesse'a. Dzielili się kosztami podróży, 

a po groźnych upadkach wyciągali się nawzajem z areny i odwozili na ostry 

dyżur, jeśli wymagała tego sytuacja. 

- Ostatnio widziałem taki uśmiech na twojej twarzy - mruknął D. B. - 

kiedy solidnie rozbiłeś sobie głowę. 

- No więc wyobraź sobie... - Jesse klepnął go w ramię - że czuję się 

właśnie tak, jakbym wyrżnął głową o ziemię. 

D. B. zmierzył przyjaciela bacznym spojrzeniem, a potem podążył za 

jego wzrokiem. Patrzyli, jak brązowa furgonetka opuszcza parking i wjeżdża 

na autostradę. Kiedy reflektory nadjeżdżającego z przeciwka samochodu 

oświetliły sylwetkę kobiety za kierownicą, D. B. mruknął: 

- Nigdy nie widziałem, żeby jakaś kobieta zrobiła na tobie takie 

wrażenie. 

RS

background image

 

 

- Jakie znowu wrażenie? - Jesse odwrócił głowę. - To po prostu dawna 

znajoma. Córka Cheta Gantry'ego. Znasz go? To ten hodowca ze Snowy 

River w Montanie. 

- Jasne, że znam Gantry'ego. 

- Kiedy Sloan ostatnio widziałem, była jeszcze dzieckiem. To 

wszystko. Zmieniła się. 

- Musiała się bardzo zmienić. 

Oj tak, pomyślał Jesse, odwracając w końcu wzrok od autostrady. 

Zmieniła się tak bardzo, że nagłe zaczął się zastanawiać, dokąd Sloan 

pojechała. Nie miał jednak szansy rozwiązać tej zagadki dzisiejszego 

wieczoru. Od miejsca następnych zawodów rodeo dzieliło go prawie 

osiemset kilometrów. Każdy następny występ przybliżał go do tytułu 

mistrza świata, na który ciężko pracował od siedmiu lat. Do tej pory nie 

zdarzyło się nic, co mogłoby pokrzyżować jego plany. Teraz też nie 

zamierzał ich zmieniać, a na pewno nie dla kobiety, nawet dla takiej, jak 

Sloan Gantry. 

Nie dlatego, że nie kochał kobiet. Uwielbiał je wszystkie. Brunetki, 

blondynki, puszyste i chude - ale tylko tak długo, dopóki dobrze się bawił. 

Rodeo było jedyną stałą kochanką, jakiej potrzebował, ku wielkiemu rozcza-

rowaniu jego rodziny. 

Usadowił się za kierownicą i poczekał, aż D. B. wdrapie się na 

siedzenie pasażera i zatrzaśnie drzwi. 

- Musimy dojechać do Sioux Falls przed świtem. 

Jesse nacisnął gaz i ruszył z parkingu. Zawsze z przyjemnością, bez 

najmniejszego żalu, zostawiał za sobą wszystko i ruszał w następną trasę. 

Teraz więc, kiedy włączał się do ruchu na autostradzie, nie mógł zrozumieć, 

RS

background image

 

10 

 

dlaczego wciąż myśli o Sloan, o jej ciemnych, poważnych oczach i 

kuszących ustach, i czemu tak bardzo żałuje straconej okazji. 

- Witaj, kowboju! Jak się miewa mój ulubieniec? 

Pięcioletni Noah Gantry zerwał się na głos mamy, upuścił małe 

wiaderko z owsem i pobiegł w stronę jej wyciągniętych ramion. 

- Loomy urodziła dziecko - oświadczył po serii powitalnych całusów i 

uścisków. 

- Naprawdę? - zapytała Sloan z entuzjazmem, jakiego wymagała ta 

nowina, i nie bez uczucia ulgi. Loomy była jedną z najlepszych klaczy w 

Snowy River. Tej wiosny przysporzyła im zmartwień, bo przewidywany 

termin narodzin źrebaka dawno już minął. 

- Tak, i to klaczkę. - Noah wyśliznął się z objęć mamy i ruszył w 

kierunku stajni. - Chcesz ją zobaczyć? 

- No jasne. Prowadź, wspólniku. 

Sloan pozwoliła się ciągnąć do stajni, słuchając z uśmiechem 

bezładnego szczebiotu swojego synka o tym, co zdarzyło się w Snowy River 

w czasie jej dwutygodniowej nieobecności. 

Wciąż dziękowała Bogu za to, że obdarzył ją tym małym chłopcem o 

słodkiej twarzyczce i bystrych oczach, zawsze roześmianym, z podbródkiem 

świadczącym o niezwykłym uporze, który odziedziczył po dziadku. Cieszyła 

się każdą spędzoną z nim chwilą i czuła wyrzuty sumienia z powodu każdej 

chwili rozłąki. 

Niestety, farmy Snowy River, specjalizującej się w hodowli i 

wynajmowaniu zwierząt na rodeo, nie stać było na razie na zatrudnienie 

większej liczby pracowników, dlatego podróże w interesach należały do 

obowiązków Sloan. Po prawie trzydziestu latach ciężkiej pracy jej ojciec 

RS

background image

 

11 

 

miał już dość dalekich podróży. Lubił sypiać we własnym łóżku, 

przesiadywać we własnym fotelu. Wolał też sam doglądać zwierząt, niż 

zdawać się na wynajętych pomocników. 

Nie mogła go za to winić. Ani za to, że pragnął spędzać więcej czasu w 

dolinie, która zawsze była ich domem. To przecież Snowy River, jej 

krystalicznie czyste strumienie, widoki na ośnieżone szczyty i 

wszechobecne tu poczucie wolności i spokoju przygnały Sloan w zeszłym 

roku do domu. To tęsknota za Snowy River i perspektywa wychowania syna 

w rodzinnym gnieździe kazały jej zrezygnować z posady w towarzystwie 

ubezpieczeniowym w Butte, przyjąć propozycję ojca i zostać jego 

wspólniczką. 

Wiedziała od początku, że będzie musiała podróżować, a w zeszłym 

miesiącu zgodziła się przejąć ten obowiązek w całości na siebie. Tak 

naprawdę nie miała nic przeciwko podróżom. Lubiła emocje związane z 

rodeo, z życiem w drodze, a także z prowadzeniem interesów. 

Ale bardzo tęskniła za dzieckiem. 

Uśmiechnęła się do niego uszczęśliwiona, jak zwykle po powrocie, 

chcąc zobaczyć w oczach synka odbicie siebie samej. I kiedy te 

czekoladowe oczy śmiały się do niej pełne dumy ze źrebaka, oczy Sloan 

przesłoniła mgiełka wzruszenia. 

- Prawda, że jest ładna, mamusiu? 

Sloan przykucnęła, objęła synka ramieniem i przyciągnęła do siebie. 

- Jest śliczna jak z obrazka. Tak, Loomy, mówimy o twojej córce - 

powiedziała łagodnym głosem, kiedy klacz spojrzała na nich dużymi, 

wilgotnymi oczami i cicho parsknęła. - Spisałaś się naprawdę świetnie. Jeśli 

RS

background image

 

12 

 

ta mała odziedziczy choć połowę twojego wigoru i będzie zrzucała jeźdźców 

z siodła, zarobi dla Snowy River mnóstwo pieniędzy. 

- Mamo... - Noah westchnął, zmartwiony - ona nie jest taka duża, żeby 

mogła zrzucić kogoś z siodła. 

- Tak, rzeczywiście - zgodziła się Sloan, łaskocząc chłopca w szyję. - 

Ale zobaczysz, jakim będzie dużym koniem za kilka lat. Powiedz, bardzo 

rozrabiałeś, gdy mnie tu nie było? Widzę, że ktoś sprawił ci nowe buty. 

Noah wystawił czubek swojego lśniącego kowbojskiego buta i 

uśmiechnął się z dumą. 

- Dziadek mi je dał. 

- Musiałeś być bardzo miły dla dziadka i babci Ellie. 

Ellie Gantry, macocha Sloan, była dla niej zawsze prawdziwą mamą. 

Jej biologiczna matka, która była dziewczyną z miasta i nigdy nie 

przystosowała się do życia na ranczu, wyjechała po łzawych przeprosinach i 

obietnicy, że „będzie w kontakcie", kiedy Sloan miała pięć lat. Jedynymi 

formami owego kontaktu były kartki przysyłane na Boże Narodzenie i na 

urodziny córki. Kilka miesięcy po osiemnastych urodzinach Sloan nadeszła 

wiadomość, że Laura zginęła w wypadku samochodowym. 

Jedynym uczuciem, na jakie mogła zdobyć się wtedy Sloan, była pełna 

melancholii tęsknota za kobietą, której nigdy naprawdę nie poznała, ale 

która głęboko zraniła ją i jej ojca. 

Ellie zdołała ukoić jej tęsknotę wiele lat temu. Chet poślubił tę prostą 

kobietę o wielkim sercu, kiedy Sloan miała dziesięć lat. Nie tylko uczyniła 

Cheta szczęśliwym, ale w pełni wynagrodziła Sloan bolesny brak matczynej 

miłości. 

RS

background image

 

13 

 

Wieczorem Sloan ułożyła Noaha do snu w pościeli pachnącej wiatrem 

i słońcem. Zmówiła razem z synkiem modlitwę, dziękując Bogu za miłość 

panującą w rodzinie, szczęśliwy dom i za bezcenny skarb, jakim było jej 

dziecko. Ale kiedy wślizgnęła się do własnej pościeli, wyczerpana męczącą 

podróżą, poprosiła jeszcze niebiosa o odrobinę wsparcia. Wkrótce czekał ją 

wyjazd do północnego Kolorado. 

Wiedziała, że będzie potrzebować pomocy, by dotrwać spokojnie do 

końca sezonu. Trzeba będzie uporać się z interesami, życiem w drodze i, 

niestety, ze słabością do pewnego seksownego kowboja o mrocznych 

oczach, rozświetlanych blaskiem, który nie zwiastowały niczego dobrego. 

Po raz pierwszy swobodnie pomyślała o tamtym pocałunku na arenie. 

Koniuszkiem palca dotknęła swoich ust i poczuła, jak płoną. Wargi kowboja 

były tak delikatne, a jego zapach stanowił oszałamiającą miksturę męskości, 

potu i podniecenia. 

Ten pocałunek obudził jej uśpioną kobiecość, wskrzesił zapomniane 

przez lata samotności potrzeby. Nie mogła się dłużej oszukiwać. Nagłe 

zauroczenie uderzyło w nią z gwałtownością i potęgą gromu. 

Do diabła z tym facetem! I do diabła z nią samą za to, że pozwoliła, 

aby wspomnienie jego zdradliwego uśmiechu przyprawiało ją o bezsenność. 

Nie potrzebowała żadnych kłopotów. I nie mogła sobie pozwolić na stratę 

cennego czasu. 

Jesse James zyskał nie tylko sławę nieustraszonego jeźdźca, ale i 

nałogowego kobieciarza. Miał reputację mężczyzny wiążącego się z 

kobietami wyłącznie na krótko i bez zobowiązań. No, a poza tym Sloan z 

własnego doświadczenia wiedziała, jak niebezpieczne jest zadurzenie się w 

RS

background image

 

14 

 

seksownym kowboju. Przekonała się, jak ranią czułe słówka bez pokrycia i 

związki oparte wyłącznie na pożądaniu. 

Kiedyś wdała się w romans z kowbojem i nie mogła sobie pozwolić na 

powtórzenie tego samego błędu. Chociaż Noah był żywym przykładem na 

to, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, nie zmieniało to faktu, 

że został poczęty jako owoc pustych obietnic jeźdźca rodeo i naiwności 

niedoświadczonej dziewczyny. 

Z rękami skrzyżowanymi pod głową Sloan patrzyła tępym wzrokiem 

w sufit. Od dawna już nie rozmyślała o ojcu swojego dziecka. Jace Carson 

był skończoną kanalią. Zakochała się w nim pomimo ostrzeżeń swojego 

ojca. A kiedy powiedziała Jace'owi, że jest w ciąży, ulotnił się jak dym. 

Nigdy więcej go nie widziała. 

Przewróciła się na bok z pocieszającą świadomością, że przestała 

kochać Jace'a już dawno temu. Przestała go również nienawidzić. Przecież 

dał jej syna. I za to zawsze będzie mu wdzięczna. I mądrzejsza, pomyślała, 

poprawiając poduszkę. 

Była śmiertelnie zmęczona i przybita, ale chciała wierzyć, że po 

dobrze przespanej nocy nabierze do swoich kłopotów właściwego dystansu. 

A jeśli nie... No cóż, będzie musiała wziąć się w garść i znaleźć dość siły, 

żeby trzymać tego kowboja z dala od swoich myśli i, co najważniejsze, z 

dala od swojego łóżka. 

Snowy River było najważniejsze. Snowy River i sukces, jaki chciała 

osiągnąć. Dla swojego ojca. Dla Noaha. Dla siebie. 

Jej ojcu zawsze wystarczało, żeby wiązać jakoś koniec z końcem. 

Czasami z trudem mu się to udawało. Ale ona nie chciała, żeby wszystko 

wciąż wisiało na włosku. Chciała poczucia bezpieczeństwa, stabilności. 

RS

background image

 

15 

 

Może nawet wielkiego sukcesu. Ojciec dał jej szansę i musiała ją jak 

najlepiej wykorzystać. 

Jedno było pewne: nie mogła sobie pozwolić na żadne ryzyko. Dlatego 

nie wolno jej się związać z następnym kowbojem, któremu zależało 

wyłącznie na dobrej zabawie. 

Nieważne, że tak cudownie całował. Cóż z tego, że tak słodko się 

uśmiechał? Nieważne, że pojawiając się w jej życiu, obudził pragnienia, o 

których chciała zapomnieć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

16 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Darcy Lathrop z dyktafonem w ręku podążała za Jesse'em i D.B., 

którzy prowadzili ją przez labirynt bramek do zagrody dla byków. Usiłując 

za wszelką cenę ominąć leżące na drodze zwierzęce odchody, reporterka 

„Denver Post" wślizgnęła się między boksy, żeby rzucić okiem na faworyta, 

którego Związek Zawodowych Jeźdźców Rodeo typował do tytułu „byka 

roku". 

- Powiedział pan, że jak go nazywają? 

Choć Jesse nie znosił udzielania wywiadów, należało to jednak do jego 

obowiązków. Zmusił się więc do uprzejmego uśmiechu, ale zaraz potem 

przywarł wzrokiem do opiętych dżinsów Darcy. Chociaż D. B. zachował na 

pozór obojętną twarz, Jesse, zerknąwszy na jego minę, od razu zrozumiał, że 

jemu również dziennikarka przypadła do gustu. 

- Nazywają go Baby - odpowiedział uprzejmie Jesse i posłał D. B. 

spojrzenie, które mówiło: „Do dzieła, przyjacielu, nie trać czasu!" 

- Baby - powtórzyła reporterka, a potem wyrecytowała do mikrofonu 

zdanie, od którego, jak domyślał się Jesse, zamierzała rozpocząć swój 

artykuł: - Nazywają go Baby, a urodził się po to, by zrzucać jeźdźców z 

siodła. 

D. B. zwiesił głowę. Jesse potrząsnął swoją, nacisnął kapelusz głęboko 

na czoło i założył ręce na kark. Zapowiadało się długie i męczące 

popołudnie. 

- Ten byk budzi strach, prawda? - dodała Darcy, odchodząc od boksu i 

podsuwając Jesse'emu mikrofon. 

RS

background image

 

17 

 

Obrzucił ją hardym, powłóczystym spojrzeniem, dając w ten sposób do 

zrozumienia, iż docenił jej urodę. Miała wielkomiejski szyk, długie nogi, 

bujne, kunsztownie ułożone jasne włosy i oszałamiający biust, który 

prowokował do myślenia o znacznie przyjemniejszych sprawach niż ocena 

jakiegokolwiek byka. 

Jesse szybko się zorientował, że bez większego wysiłku mógłby 

zmienić temat rozmowy. Sygnały wysyłane przez Darcy były łatwe do 

odczytania - przyjechała tu nie tylko po to, żeby zrobić wywiad z czołowym 

jeźdźcem. 

Każdego innego dnia, wiedząc, co jej chodzi po głowie, uznałby to za 

świetny pomysł. Ale dzisiaj spotkał Sloan Gantry. I kiedy porównał w 

myślach obie kobiety, Darcy, z całą swoją elegancją i zachęcającymi 

uśmiechami, wypadła bardzo blado. 

Nie do końca rozumiał dlaczego, bo tak naprawdę Darcy była 

dziewczyną z jego marzeń. Nie szukała komplikacji, liczyła na krótką, miłą 

przygodę bez żadnych zobowiązań. Żyć, nie umierać! 

A jednak to Sloan - z długimi nogami w roboczych dżinsach, w 

ciężkich, pokrytych pyłem areny butach na płaskich obcasach, z bujnymi 

włosami splecionymi w ciężki warkocz - nawiedzała go w sennych 

marzeniach. 

Sloan zachwyciła go swoją autentycznością. Była kobietą z krwi i 

kości. Ciężko pracującą. Upartą. Trudną do zdobycia. I nie spotkał dotąd 

żadnej, która byłaby równie piękna. 

Przeżywał katusze, usiłując usunąć ją ze swoich myśli. Ponowne 

spotkanie w Kolorado dolało tylko oliwy do ognia, który tlił się już od 

dwóch tygodni. I jakoś zupełnie nie miał nastroju do zabawy. 

RS

background image

 

18 

 

- Przepraszam - powiedział, kiedy Darcy delikatnym chrząknięciem 

przywołała go do rzeczywistości. - Zadała mi pani pytanie. 

- Mówiliśmy o strachu - przypomniała z uwodzicielskim uśmiechem 

na ustach. 

Nie licząc już na jakąkolwiek pomoc ze strony D. B., Jesse próbował 

wzbudzić w sobie choć odrobinę zainteresowania prowadzoną rozmową. W 

końcu Darcy wyraźnie go kusiła, a Sloan - była nieosiągalna. 

- O strachu? - powtórzył, posyłając jej zwycięski uśmiech. - Posłuchaj, 

Darcy, cały świat tego młodego byka sprowadza się do jednego. - Jesse 

spojrzał z szacunkiem na Baby. - To dzikie zwierzę waży prawie tonę i 

raczej da się zaprowadzić do rzeźni, niż pozwoli, żeby jakiś kowboj utrzy-

mał się na jego grzbiecie przez osiem długich sekund. Dlatego wypuściło go 

kilku najlepszych jeźdźców w tym kraju. 

- Wypuściło? 

- Kowboj na pozór przygotowuje się do normalnej jazdy, ale kiedy 

otworzy się bramka, podciąga się na poręczy, a byk sam wpada na arenę. 

Traktuje się to jako jazdę bez punktów, a nie jak upadek przed czasem. To 

może mieć znaczenie dla końcowego wyniku zawodów. - Jesse uśmiechnął 

się. - A dla Baby ma to takie znaczenie, że dożyje następnej jazdy. 

- Dla jeźdźca to żaden wstyd - dodał ze stoickim spokojem D. B., po 

raz pierwszy włączając się do rozmowy. - To ma sens, jeśli, na przykład, 

facet jest poturbowany po poprzednim występie. Albo gdy ma wsiąść na 

takiego byka jak Baby, który wbija człowieka w glebę z ogromną siłą i 

można się z tego nie wykaraskać. 

Jesse skinął głową. Zawrócić byka to mały wstyd, ale jednak cierpiał 

na tym honor jeźdźca. On sam miał spotkanie z Baby jeszcze przed sobą. I 

RS

background image

 

19 

 

ani myślał poddawać się bez walki. Prawdę mówiąc, nie mógł się doczekać 

dnia, kiedy wylosuje tego wściekłego byczka. Pozostawało mu tylko 

cierpliwie czekać, aż los pozwoli im się ze sobą zmierzyć. 

- Baby... - Darcy myślała na głos, jakby próbowała porównać to 

dziecięce imię z reputacją zwierzęcia. Uśmiech, który posłała Jesse'emu, 

powiedział mu zupełnie jasno, że chociaż w tej chwili dziennikarka próbuje 

skoncentrować się na artykule, to jednak wciąż myśli o spędzeniu miłego 

popołudnia w towarzystwie prawdziwego kowboja. - Ciekawe, czego taka 

dziecina potrzebuje do szczęścia? 

- Naprawdę niewiele. Paszy, swobody i swojej kozy w zasięgu wzroku. 

Jakby w odpowiedzi na te słowa, w narożniku zagrody rozległo się 

meczenie. Łaciata koza stała po kolana w ściółce, z zadowoleniem 

przeżuwając siano i strzygąc uszami na znak, że nie należy z nią zadzierać. 

- Co to za historia z tą kozą? - Darcy zmarszczyła czoło. 

- Baby został osierocony przy urodzeniu, a koza stała się jego 

zastępczą mamą. 

- To znaczy, że wychowała go koza?! 

- Tak. - Jesse uśmiechnął się szeroko, spoglądając w stronę zagrody. - 

Karmiła go własnym mlekiem, a kiedy stał się za wielki, by schylać się do 

jej wymion, wdrapywała się na belę słomy. Od tego czasu są nierozłączni. 

- Z wyjątkiem tych ośmiu sekund, kiedy na jego grzbiecie siedzi jakiś 

kowboj. 

Jesse przełożył ręce przez barierkę i oparł podbródek na zaciśniętych 

pięściach. 

- Niestety, ten byk nigdy nie pozwolił, żeby choć pyłek utrzymał się na 

jego grzbiecie przez osiem sekund, a co dopiero kowboj. 

RS

background image

 

20 

 

- A więc to prawda. Jeszcze nikt go nie dosiadł. 

- Jeszcze nie. Ale ja mam zamiar to zrobić. 

- Tu naprawdę śmierdzi. - Darcy zmarszczyła znacząco nos. 

No jasne, że śmierdzi, pomyślał Jesse, powstrzymując się od 

uśmiechu. Między innymi dlatego nalegał, by to spotkanie odbyło się 

właśnie przy zagrodach. Miał nadzieję, że zniechęci to elegancką 

dziennikarkę do dłuższej konwersacji. 

- A może skończymy tę rozmowę przy drinku w jakimś 

przyjemniejszym miejscu? - Darcy poparła swoje zaproszenie zachęcającym 

uśmiechem. - Albo, jeszcze lepiej, moglibyśmy pojechać do mojego motelu. 

Zostawiłam tam laptop i resztę notatek. 

Zdecydowanie wyłączając z dalszych planów D. B., zrobiła znaczącą, 

długą przerwę, która była najbardziej obcesowym zaproszeniem do łóżka, z 

jakim Jesse się zetknął. Kiedy więc pół godziny później odprowadził Darcy 

do samochodu i pożegnał, był równie zdziwiony swoją decyzją jak ona. 

Na jeszcze bardziej zdumionego wyglądał D. B., gdy po kilku 

minutach przyjaciele spotkali się przed oborą. 

- Nie spodziewałem się, że wrócisz tak szybko. 

- Starzeję się - powiedział Jesse i wzruszył ramionami. 

Dwadzieścia dziewięć lat to dla kowboja półmetek kariery, ale po 

zawodach Jesse czasami czuł się tak stary jak Matuzalem. Tylko że to akurat 

nie był poranek, lecz popołudnie przed jazdą. I kiedy D. B. w milczeniu 

szedł obok niego, Jesse wiedział, że nie przekonał tym wykrętem przyjaciela 

ani trochę bardziej niż siebie samego. 

background image

 

21 

 

No dobrze, myślał, zmierzając w kierunku boksów i próbując sobie 

wmówić, że nie idzie tam tylko po to, aby spotkać Sloan. Więc nie jesteś 

stary. Po prostu zwalniasz tempo. 

- To nie jest tak, że lecę na każdą - wymamrotał, jak gdyby D. B. 

oczekiwał jakichś wyjaśnień. 

- Nigdy nie twierdziłem, że tak jest. 

- Jak to właściwie jest z tymi kobietami? - ciągnął dalej, jakby nagle 

cały rodzaj żeński zaczął wyprowadzać go z równowagi. 

- Nie wiedziałem, że coś jest nie w porządku. A przynajmniej nie w 

twoim przypadku. Ze mną to inna sprawa. Ja nie dostaję tylu propozycji co 

ty. 

- Dostajesz, dostajesz. Tak się składa, że wiem coś o pewnej kelnerce 

w Boise, która usycha z tęsknoty za tobą. 

- To fakt! Ale zdaje się, że nie ona w tej okolicy cierpi katusze. 

- Hej! - Jesse zatrzymał się nagle i zmrużył oczy. -Co, do diabła, 

chciałeś przez to powiedzieć? 

- To, że od spotkania z Sloan Gantry w Rapids City marniejesz w 

oczach. Szkoda, że nie widzisz w lustrze swojej miny. 

- Bzdura. 

- Nie bzdura, tylko fakt! I dam ci dobrą radę, chłopcze: lepiej się obudź 

i zacznij myśleć o zawodach, bo skończysz przy kopaniu rowów. 

Tuż przed dziesiątą tego wieczoru, po tym, jak byk rasy Brahman, 

nazwany trafnie Egzorcystą, uwolnił się od jego ciężaru po trzech sekundach 

jazdy, Jesse czuł się właśnie tak, jakby przez cały dzień kopał rowy. 

Dosiadał tego zwierzęcia chyba z tuzin razy. Znał jego ruchy równie dobrze 

RS

background image

 

22 

 

jak własne imię. A mimo to dał się zrzucić już przy pierwszym obrocie po 

otwarciu bramki. 

Kiedy po ośmiu sekundach zabrzmiał sygnał, Jesse podnosił się z 

ziemi, wymyślając sobie od głupców. Żadnych pieniędzy za występ, żadnej 

nagrody! Cały dzień zmarnowany! A kiedy po zejściu z areny napotkał spo-

jrzenie D. B., obaj wiedzieli, co się stało. 

Nie potrafił się skoncentrować. Zwinął sznur, usadowił się mocno na 

grzbiecie byka, pochylił głowę, a potem zrobił ten fatalny błąd - pomyślał o 

cynamonowych oczach właścicielki Snowy River. I przegrał. 

Zamiast skupić się na jeździe, wyobraził sobie jedwabiste, czarne 

włosy, uwolnione z warkocza, opadające na opalone ramiona i flirtujące z 

koniuszkami cudownych piersi. Zamiast myśleć o sile i furii zwierzęcia, 

które miał pod sobą, widział ciemne, kuszące oczy. Słyszał w myśli 

westchnienia i cichutkie jęki rozkoszy. 

Nie przepadał za smakiem kurzu areny, a tym bardziej za smakiem 

porażki. I chociaż kochał zapach, żar i smak pięknych kobiet, nie było na 

świecie takiej, która mogłaby stanąć pomiędzy nim a jego celem - tytułem 

mistrza kraju.. Aż do tego wieczoru. 

Myśląc o sobie z niesmakiem, wrócił do motelu, wziął gorący 

prysznic, a potem, opatrując stłuczone ramię i kojąc zranioną dumę, 

zdecydował nagle, co powinien zrobić. Nie po to tak ciężko pracował, nie po 

to zaszedł tak daleko, żeby dla jakiejkolwiek kobiety wypaść z gry. To był 

jego rok. Będzie miał ten tytuł albo umrze. A może się tak zdarzyć, jeżeli 

nie przestanie zawracać sobie głowy Sloan i nie odzyska koncentracji. 

Sloan niezbyt dobrze czuła się w tym miejscu. Wyglądało jednak na to, 

że jest w tym odosobniona. Bar „Pod Kowbojskim Butem", ulubiony lokal 

RS

background image

 

23 

 

zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych kibiców rodeo, zawodników oraz 

ich ekip, pękał w szwach. 

Muzyka country zagłuszała śmiech i rozmowy przekrzykujących się 

gości. Piwo lało się strumieniami. A Janey Reno, śliczna, jasnowłosa 

zawodniczka „wyścigu między beczkami" (dyscypliny zastrzeżonej 

wyłącznie dla kobiet), która namówiła Sloan na ten wieczorny wypad, była 

w szampańskim nastroju. 

Sloan była w drodze już dwa tygodnie i zdążyła się zorientować, że, 

pomimo rywalizacji na arenie ci wszyscy kowboje oraz dziewczyny-

kowbojki po godzinach pracy stanowili jedną wielką rodzinę. Dość szybko i 

ona została zaakceptowana i przyjęta do klanu. A to oznaczało, że nie mogła 

bez końca wykręcać się i lekceważyć ich zaproszeń. 

Wśród kłębiącego się przy barze i na parkiecie tanecznym tłumu 

rozpoznawała prawie wszystkie twarze: ujeżdżaczy byków i koni, 

kowbojów uprawiających jazdę na małym siodle bez strzemion, ścigających 

konno młodego byka, chwytających cielaka na lasso. Nie brakowało też 

„króliczków", czyli łowczyń sprzączek, a więc bladolicych kobiet w bardzo 

obcisłych dżinsach, uśmiechających się kusząco, które objeżdżają kolejne 

zawody rodeo w nadziei upolowania trofeum jeździeckiego, czyli sprzączki 

od paska, razem z kowbojem, który taką sprzączkę nosi. 

Zważywszy, jak wiele razy mogła spotkać Jesse'a w trasie, Sloan 

wykazała się imponującą konsekwencją, unikając go przez ostatnich parę 

tygodni. Teraz też usiłowała przekonać samą siebie, że poczuła ulgę, a nie 

rozczarowanie, ponieważ nie ma go w tym zatłoczonym barze, ale wibrujący 

głos Janey zagłuszył jej myśli. 

RS

background image

 

24 

 

- Nic mnie tak nie rajcuje jak jazda na szybkim koniu albo samotnym 

kowboju - oświadczyła ni stąd, ni zowąd, potem zlizała z dłoni sól, wbiła 

zęby w plaster cytryny i wychyliła resztę swojej tequili. - Udało mi się już 

zdobyć szybkiego konia. Teraz brakuje mi do szczęścia tylko kowboja. 

Słysząc to, kilku kowbojów od razu zaoferowało swoje usługi, ale 

Janey, która chyba więcej mówiła niż robiła - szczególnie po pięciu 

kieliszkach tequili - rozwiała ich nadzieje szyderczym gwizdnięciem i 

wytłumaczyła dosadnie, dlaczego żaden jeździec rodeo nie znajdzie się na 

liście jej wymarzonych kochanków. 

- Ja chcę prawdziwego kowboja - wyznała Janey z zawadiackim, ale 

również szczerym uśmiechem - a nie jakiegoś łajzy, który ugania się za 

panienkami na jedną noc, ma siano w głowie i żyje z rodeo, od występu do 

występu, bo do niczego innego się nie nadaje. Ja chcę poważnego faceta na 

stałe, rozumiesz? 

Tak, Sloan rozumiała to doskonale. Ojciec Noaha pasował jak ulał do 

wyobrażenia Janey o jeźdźcach rodeo. Przystojny i odważny. Kiedy po raz 

pierwszy wyszeptał w ciemności jej imię i powiedział, że ją kocha, jej 

dziewiętnastoletnie serce zamarło z wrażenia. Dopiero później okazało się, 

że jego definicja miłości nie ma nic wspólnego z jej naiwnymi 

oczekiwaniami. Więc kiedy wyszło na jaw, że jest w ciąży, została sama. Od 

tej pory liczyła na siebie i tylko na siebie. I całkiem dobrze się z tym czuła. 

- A ty? - zapytała Janey, odrzuciwszy zaloty jakiegoś rozanielonego 

kowboja, któremu zdawało się nie brakować niczego poza rozsądkiem. - 

Czego szukasz w mężczyznach? 

Sloan pociągnęła łyk piwa ze szklanki, nad którą się działa już dobrą 

godzinę. 

RS

background image

 

25 

 

- W mężczyznach? Niczego. Ja szukam sposobu na zrobienie ze 

Snowy River dochodowej firmy. Udowodnię im wszystkim, że kobieta też 

może się liczyć w tej grze. 

To był poważny problem. Hodowlę i handel bydłem tradycyjnie 

uważano za wyłącznie męskie zajęcie. I mimo że Sloan pozornie została 

zaakceptowana i uznana za partnera przez środowisko kowbojskie, tak 

naprawdę jej koledzy po fachu ledwie ją tolerowali. Kiedy zaczęła stawiać 

pierwsze kroki w tym zawodzie, żaden z nich nie zdobył się na przyjazny 

gest, nikt jej nie powiedział dobrego słowa. Nie pomogła nawet reputacja jej 

ojca. 

- Czy ktoś tu mówił o grze? - Randy Johnson, kowboj o dziecięcej 

twarzy i sile niedźwiedzia, specjalizujący się w dyscyplinie, która polega na 

ściganiu konno byczków, a potem powalaniu ich na ziemię, przysiadł się do 

ich stolika i zajrzał figlarnie w oczy Sloan. - Ja chętnie zagram. Zagram w 

każdą grę, jaką zaproponujesz. 

Sloan potrząsnęła tylko głową i uśmiechnęła się pobłażliwie. 

- Nie widzisz, że rozmawiamy, Randy? - spytała Janey przyjacielskim, 

ale zdecydowanym tonem. - Nie przeszkadzaj nam. 

- Tak, Randy, odejdź i nie przeszkadzaj. 

Sloan zdrętwiała. Nie musiała odwracać wzroku, żeby wiedzieć, kogo 

ma za plecami. Pamiętała głęboki, lekko zachrypnięty głos Jesse'a aż za 

dobrze. I sposób, w jaki cedził słowa przez zęby. 

Nieświadomy wiszącego w powietrzu napięcia, Randy obrócił ręką 

krzesło zapraszającym gestem. 

- Hej, Jesse - powiedział z powitalnym uśmiechem. 

RS

background image

 

26 

 

- Przysiądź się do nas. Przecież nie posiedziałeś dzisiaj na Egzorcyście 

dłużej niż dwie sekundy - dodał, chichocząc. 

- Zachowuj się przyzwoicie, Randy - ostrzegła go Janey - albo 

przypomnę ci twój zeszłoroczny występ w Laramie. 

- Nie... tylko nie to! - Na wspomnienie największej kompromitacji w 

swojej karierze Randy aż się skulił. -A niech cię, Janey, zawsze znajdziesz 

jakiś sposób, żeby faceta zdołować. 

- Zdaje się, że oni chcą zostać sami - zaczął Jesse. 

- Chodź, Sloan, zatańczymy. 

Pomyślała sobie, że na pewno by odmówiła, gdyby Jesse dał jej 

szansę. Ale w wyrazie jego twarzy, gdy chwycił ją za rękę i pociągnął na 

parkiet, było coś groźnego. 

Nawet gdyby nie chwycił jej tak mocno za rękę i nie spojrzał w oczy 

tak twardym wzrokiem, nie byłaby w stanie zrobić nic innego, jak tylko 

pójść za nim. A czuła, że Jesse prowadzi ją do skraj przepaści i że czeka ją 

długi, bolesny upadek. 

Popłynęły pierwsze takty ballady Gartha Brooksa. Sloan poddała się 

całkowicie muzyce, kiedy Jesse oplótł ją ramionami. I wtedy zrozumiała coś 

jeszcze. Będzie musiała uważać na tego kowboja bardziej, niż myślała. 

Oprzeć się niemej prośbie w jego oczach i nie ulec ogarniającemu ją 

pragnieniu. 

Trzeba wziąć się w garść! Nie myśleć o tym, że ich ciała tak idealnie 

do siebie pasują i poruszają się, jakby... 

Jej piersi ocierały się o tors Jesse'a, jego udo wślizgiwało delikatnie 

między jej uda. Wsłuchani w dźwięk muzyki, kołysali się lekko, tuląc się do 

siebie. 

RS

background image

 

27 

 

Jesse nie musiał nic mówić. Sloan wiedziała dokładnie,o czym myślał i 

czego pragnął. Najpierw powolne, namiętne uwodzenie, potem miłosne 

wyznania - i sukces! 

I wreszcie krótkie, szybkie „do widzenia". Już kiedyś to przeżyła. 

- Miałeś dziś męczący dzień? - Przekrzykując muzykę i uciekając od 

jego płomiennego wzroku, przerwała milczenie beznamiętnym pytaniem. 

- Do tej pory był nie najlepszy - mruknął Jesse i przytulił ją mocniej. - 

Ale może się przyjemnie skończyć. 

Sloan odsunęła się i spojrzała na niego z obietnicą w oczach, której nie 

zamierzała dotrzymać. 

- Potrzebujesz dzisiaj towarzystwa, prawda, Jesse?  

Odpowiedział leniwym uśmiechem i zsunął ręce po jej plecach, przez 

talię, aż na biodra. Ona jest nie tylko piękna, jest... fantastyczną, pomyślał. 

Pochylił głowę i musnął brodą wrażliwe miejsce za jej uchem, tuląc ją do 

siebie i kołysząc się w rytm muzyki. 

- Czy masz w zanadrzu jakieś inne niespodzianki, o których 

powinienem wiedzieć? 

Sloan zamknęła oczy i przez krótką chwilę rozkoszowała się bliskością 

Jesse'a, dotykiem jego dłoni, gorącym oddechem na szyi. 

- Tylko jedną - powiedziała i przycisnęła wargi do jego ucha. - 

Wracam teraz do mojego motelu. 

Powoli odsunęła się od niego, a jeszcze wolniej uniosła powieki. 

Ujrzała głód w jego oczach i wyszeptała jedno słowo, którego Jesse nie 

spodziewał się usłyszeć: 

- Sama. I nie próbuj za mną jechać, bo i tak nie wejdziesz do mojego 

pokoju. 

RS

background image

 

28 

 

Pożegnała się i odwróciła na pięcie, zostawiając go na parkiecie 

samego, rozjuszonego jak byk na widok czerwonej płachty. 

Jesse spojrzał w kierunku drzwi, potem na D. B., który pojawił się 

niespodziewanie u jego boku. 

- Niesamowita sztuka... - D. B. z wyrazem najwyższego podziwu na 

twarzy pokręcił głową. - Żeby spławić faceta w taki słodki sposób! 

Jesse wypił łyk piwa ze szklanki D. B. 

- Zaczynasz mnie wkurzać, przyjacielu. 

- Po prostu mówię, co widzę. 

Jesse wzruszył w końcu ramionami i ruszył do baru. 

- Muszę się napić piwa. 

- Właśnie wypiłeś moje. 

- A teraz wypiję jeszcze jedno. Chodź. Ty stawiasz. 

- Wiedziałem, że tak to się skończy - wymamrotał D. B. i z ciężkim 

westchnieniem sięgnął po portfel. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

29 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Bar był typowo amerykański - tania przydrożna restauracja, z ładą w 

kształcie podkowy i poobijanymi, szarymi stolikami. W powietrzu unosił się 

całkiem przyjemny zapach wysmażonego bekonu i kłęby papierosowego 

dymu. 

Sloan nie miała ochoty na towarzystwo ani na rozmowę przy 

śniadaniu, wypatrzyła więc wolny stolik w rogu pod oknem, na który padały 

przenikające przez plastikową szybę promienie słońca. 

Kelnerka o imponującej tuszy, wyglądająca na jakieś sześćdziesiąt lat, 

była radosna jak szczygiełek i pełna werwy. Przyjęła z uśmiechem 

zamówienie Sloan na „specjalność zakładu", napełniła filiżankę mocną, 

gorącą kawą i skrzypiąc podeszwami butów, odeszła na zaplecze. 

Piętnaście minut później Sloan kończyła jajecznicę i lekturę 

poświęconej finansom kolumny gazety, kiedy połowę strony zasłonił cień. 

Wzdrygnęła się zaniepokojona i dopiero po chwili podniosła głowę. Przy jej 

stoliku stał w swojej ulubionej, aroganckiej pozie Jesse James. 

To nie było to, czego najbardziej potrzebowała o tak wczesnej porze. 

Jesse nie był tym, kogo potrzebowała, ani dzisiaj rano, ani kiedykolwiek 

indziej. 

- Dzień dobry, słoneczko. - Błysnął swoim firmowym uśmiechem i 

usiadł naprzeciwko niej przy stoliku. 

Sloan rzuciła mu jeszcze jedno beznamiętne spojrzenie zza gazety, a 

on sięgnął po jej filiżankę i wypił łyk kawy, pomrukując z zadowolenia. 

- Mają tu dużo filiżanek - powiedziała oschle. - Na pewno dadzą ci 

jedną, jeśli ładnie poprosisz. 

RS

background image

 

30 

 

- Prosiłem ładnie wczoraj wieczorem. O ile dobrze pamiętam, nic nie 

wskórałem. 

Głos Jesse'a brzmiał gniewnie i ponuro. Sloan zdobyła się jednak na 

chłodny uśmiech. 

- Prawdopodobnie prosiłeś niewłaściwą osobę - odpowiedziała, 

pochylając głowę nad gazetą. 

Jesse wyrwał jej czasopismo i odłożył je na bok. 

- Nie sądzę. 

Zanim zdążyła wymyślić celną ripostę, zwrócił się z promiennym 

uśmiechem do kelnerki, która właśnie podeszła do stolika. 

- Dzień dobry, Mabel. Jak się dzisiaj czuje moja ulubiona lisica? 

- Bardziej kobieco, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić, skarbie. 

- Widzisz, Sloan? Ona mnie uwielbia. 

Sloan uniosła brwi i zdążyła zauważyć mrugnięcie, które przesłała jej 

Mabel. 

- Tak, widzę. Całkiem ją opętałeś. 

Udając, że poczuł się urażony, Jesse zdjął kapelusz i rozparł się na 

krześle. Zdradzały go jednak roześmiane oczy. 

- Jeśli nie mogę mieć ciebie, Mabel, to może przynajmniej dostanę 

podwójną porcję tego, co zamówiła ta pani. I kawę. Dużo kawy. 

- Już się robi! - zaszczebiotała kelnerka i udała się do kuchni. 

Sam na sam z Jesse'em, zła z powodu nagłego skrępowania, Sloan 

udała zainteresowanie gazetą. Próbowała ignorować jego badawczy wzrok i 

przekonać samą siebie, że obecność tego mężczyzny wcale jej nie 

przeszkadza - podobnie jak próbowała sobie wmówić, że przeżycia 

wczorajszego wieczoru spłynęły po niej jak woda po kaczce. 

RS

background image

 

31 

 

Tak naprawdę spędziła bezsenną noc. Wciąż przeżywała taniec z 

Jesse'em, zdawała sobie bowiem sprawę, że była w ogromnym 

niebezpieczeństwie. Najbardziej irytująca była świadomość, że przez 

moment kusiło ją, żeby ulec jego namowom. 

Wyrzucała sobie, że pozwoliła mu się wkraść do swojego życia, 

obudzić dawno uśpione pragnienia, o których chciała zapomnieć. Ale 

uświadomiła sobie jeszcze jedno. Fakt, że ma nad nim ogromną władzę. I 

było to wspaniałe uczucie. Pragnął jej i zrobiłby wszystko, by ją zdobyć. 

Mimo iż wiedziała, że jeśli pozwoli sobie na chwilę słabości, wcześniej czy 

później popadnie w tarapaty, nie potrafiła przestać o tym myśleć. Chciała się 

przekonać, jak daleko może się posunąć, na ile potrafi nim manipulować. 

Uważała się za silną kobietę. Ale to nie silna wola zmusiła ją do 

zostawienia Jesse'a na środku zatłoczonego parkietu. I nie miało to nic 

wspólnego ze świadomym wyborem. Prawda była taka, że to strach kazał jej 

odrzucić zaproszenie, które ujrzała w jego aksamitnym głosie i błękitnych 

oczach. To dławiący gardło, obezwładniający, paniczny strach wyrwał ją z 

jego ramion i kazał wrócić do motelu. 

Przeraziła ją reakcja jej ciała. Bała się uwodzicielskiej siły Jesse'a, jego 

zapachu, jego bliskości. A najbardziej sparaliżowała ją świadomość, że jeśli 

szybko nie ucieknie, znajdzie się w jego łóżku, zakochana w kowboju i 

oszukująca samą siebie, że jest to miłość odwzajemniona. Chociaż potem 

obdarzyłby ją tylko swym charakterystycznym uśmiechem i z hukiem 

zatrzasnął za sobą drzwi. 

Zagrała już kiedyś w takim żałosnym przedstawieniu. Z innym 

kowbojem w roli głównej, ale nie miała wątpliwości, że finał byłby 

podobny. Kochałby się z nią namiętnie, a potem rzucił i zostawił - zbierającą 

RS

background image

 

32 

 

resztki tego, co zostało ze złamanego serca. Nie! Nie chciała nawet o tym 

myśleć. 

- Długo jeszcze zamierzasz ukrywać się za tą gazetą? 

Chociaż nie rozumiała ani słowa, zmusiła się, by dokończyć zdanie, 

które zaczęła czytać kilka minut temu. Potem powoli złożyła gazetę i 

położyła ją przy swoim talerzu. 

- Przepraszam. Mówiłeś coś? 

Jesse pochylił się do przodu, podparł dłonią brodę i uśmiechnął się, 

patrząc jej prosto w oczy. 

- Mówiłem, że wyrosłaś na piękną kobietę. Naprawdę. Słysząc niemal 

łomot własnego serca, Sloan odwróciła wzrok od jego niewiarygodnie 

błękitnych oczu. Zupełnie straciwszy apetyt, przesunęła się na brzeg ławy. 

- Życzę smacznego - powiedziała, zamierzając natychmiast wyjść. 

Ogromny skórzany kowbojski but wylądował na ławie, zagradzając jej 

drogę ucieczki. Sloan przeniosła spojrzenie na twarz Jesse'a. 

- Zabierz to. 

- Zapamiętałem twojego ojca jako bardzo otwartego, sympatycznego 

człowieka. - Noga Jesse'a powoli opadła na podłogę. - Chyba niewiele po 

nim odziedziczyłaś, co? A może znowu ode mnie uciekasz? 

Sloan wyśliznęła się zza stolika i starając się opanować drżenie nóg, 

odezwała się zadziwiająco mocnym, zdecydowanym głosem: 

- Jeśli chcesz marnować czas, to rób to z kimś, kto ma go w nadmiarze. 

Ja prowadzę interes, o który muszę dbać. I właśnie teraz powinnam zająć się 

bydłem. 

Drżącą ręką wzięła ze stolika rachunek, a potem odliczyła pieniądze za 

śniadanie i napiwek. Równie wiele wysiłku kosztowało ją dojście pewnym 

RS

background image

 

33 

 

krokiem do drzwi. I pamiętała, żeby broń Boże nie odwrócić się i nie 

spojrzeć w te bezczelne, śmiejące się oczy Jesse'a. 

On zaś sączył swoją kawę i patrzył za odchodzącą Sloan. Nie mógł 

zrozumieć, dlaczego jej ciągłe ucieczki w równym stopniu go intrygują, jak i 

denerwują. 

- No, do dzieła, kowboju! - rozkazała Mabel, stawiając przed nim 

talerz z podwójną porcją jajecznicy, kiełbasą i pszennym tostem. - 

Widziałam twoją minę, kiedy ta mała zostawiła cię na lodzie. Najedz się 

porządnie, bo będziesz potrzebował dużo siły. 

- Jaką minę? - Zadał już to pytanie po raz drugi w ciągu ostatnich 

dwóch tygodni i zaczął się zastanawiać, co takiego D. B. i Mabel widzieli w 

jego twarzy, czego on sam w ogóle nie zauważał. 

Sloan Gantry? Nie omotała go tak bardzo, żeby musiał zbierać siły. Do 

diabła, przecież to on ustala zasady. I kiedy tylko znajdzie na nią sposób, to 

właśnie Sloan będzie potrzebowała dużo siły, żeby wytrzymać tempo, które 

jej narzuci. 

Z uśmiechem zabrał się do jedzenia śniadania. Zapowiadało się 

interesujące lato. Wiedział, jak rozegrać tę grę. Wiedział, jak dopiąć celu i, 

co najważniejsze, jak odejść. Umiał sprawić, by wszyscy zainteresowani 

dobrze się bawili. Potrafił doprowadzić do tego, że taka kobieta jak Sloan 

Gantry zdecyduje się na chwilę szaleństwa i nie poczuje się zawiedziona. 

Czas pracował na jego korzyść. A on dla takiej dzikiej róży z Montany 

miał mnóstwo czasu. 

Kilka tygodni później Jesse stał na drugim szczeblu ogrodzenia, tuż za 

boksem. Przechylił się przez barierkę, żeby pomóc D. B. usadowić się na 

RS

background image

 

34 

 

grzbiecie Cowabungi, byka z hodowli Wild Hills Rodeo. Była gorąca, 

sierpniowa noc. 

D. B. i ten potężny, dziesięcioletni byk spotkali się na zawodach już 

kilka razy, ale to nie zmieniało faktu, że Jesse martwił się o przyjaciela. To 

właśnie takie byki jak Cowabunga uświadamiały Jesse'emu, że D. B. 

powinien ze względu na swój wiek pomyśleć o zakończeniu kariery. 

Ktoś powinien mu o tym powiedzieć. Ktoś powinien mu też doradzić, 

żeby bardziej na siebie uważał. Ale Jesse nie chciał być tym kimś. Nie mówi 

się kowbojowi, bez względu na jego wiek, żeby jeździł ostrożniej. 

Zawodowy jeździec nie może myśleć o niebezpieczeństwie i kontuzjach. 

Jeśli zastanawia się nad ryzykiem, to na ogół rzeczywiście ląduje na ziemi, 

często z ciężkimi obrażeniami. 

- Znasz go - powiedział Jesse, podciągając sznur. -Wyrwie z boksu na 

lewo, zrobi dwa wściekłe obroty, uniesie zad, a potem wpadnie w taki 

korkociąg, że nic nie będziesz widział. Ciaśniej? Tak może być? 

D. B. kiwnął głową i sięgnął po sznur. Jego płaska jak patelnia twarz 

zastygła w napięciu. 

Jesse machinalnym ruchem podał D. B. puszkę kalafonii. Wprawnym 

okiem patrzył, jak jego przyjaciel smaruje rękawice, potem sznur i zaczyna 

rytualne owijanie sznura wokół dłoni. D. B. zacisnął na nim palce i mocnym 

chwytem kciuka zamknął pięść. Potem włożył do ust ochraniacz, pochylił 

głowę i skinął na znak, by otworzono bramkę. 

Cowabunga wpadł na arenę jak piorun. Jesse w pełnym napięcia 

milczeniu obserwował każdy ruch zarówno jeźdźca, jak i byka. Pochylił się 

jednocześnie z przyjacielem, kiedy byk rzucił się w lewo i wbił kolano D. B. 

w ogrodzenie. Jesse skrzywił się instynktownie, jakby to on poczuł ból. I 

RS

background image

 

35 

 

wreszcie, gdy zabrzmiał sygnał, a D. B. wciąż siedział na grzbiecie byka, 

Jesse uśmiechnął się, odetchnął z ulgą i ruszył do piątej bramki, żeby 

przygotować się do swojej jazdy. 

Sloan widziała to wszystko. W posępnym nastroju podeszła do Jesse'a, 

który stanowczo za późno zaczął rozgrzewać się przed jazdą. 

Tym razem wylosował Żółtą Kurtkę, jednego z byków weteranów ze 

Snowy River. Żółta Kurtka zrzucał pięćdziesiąt procent jeźdźców, ale 

kowboje lubili go dosiadać, bo jeśli udało im się wytrzymać do dzwonka, 

zwykle dostawali za jazdę więcej niż osiemdziesiąt punktów. Żeby dać sobie 

z nim radę, Jesse powinien być dzisiaj w doskonałej formie. 

Zdaniem Sloan nie miał dużych szans. Wszyscy wiedzieli, że od kilku 

tygodni jest w kiepskiej kondycji. Po ostatniej jeździe spadł w rankingu z 

trzeciego na ósme miejsce i nie mógł sobie pozwolić na więcej takich 

wpadek, jeśli chciał brać udział w krajowych finałach w Vegas. 

Usiłowała, co prawda, przekonać samą siebie, że nie traktuje kłopotów 

Jesse'a emocjonalnie, złościło ją jednak, kiedy zdolny jeździec marnował 

dobrze rozpoczęty sezon. 

Podeszła do niego, udając zdziwienie na widok leżącego na ziemi 

sznura. 

- Jednak zamierzasz dzisiaj wystąpić? A już myślałam, że 

postanowiłeś zadowolić się rolą niańki. -Uśmiechnęła się cierpko. Taki 

weteran jak Tom Stringer nie potrzebuje anioła stróża, a ty już od pół 

godziny powinieneś się rozgrzewać. 

- Po prostu pomagałem kumplowi. - Jesse ledwie na nią spojrzał. 

- Więc pozwól, że dam ci przyjacielską radę. D. B. potrafi radzić sobie 

sam, a ty lepiej zadbaj o własne sprawy. 

RS

background image

 

36 

 

- Kochanie... - Jego białe zęby rozbłysły w szerokim uśmiechu. - 

Chętnie przyjmę od ciebie coś znacznie ciekawszego niż dobra rada. 

- Daj spokój, Jesse... - Głośnym westchnieniem chciała uświadomić 

kowbojowi, który miał reputację nałogowego uwodziciela, że ona nie ma ani 

czasu, ani cierpliwości na jego banalne gierki; - A moją radę jednak 

przemyśl. Nie chciałabym, żeby któryś z moich byków oszpecił tę ładną 

buzię tylko dlatego, że nie skoncentrowałeś się na jeździe. Pomyśl o 

wszystkich złamanych sercach swoich wielbicielek. 

- Uważaj, Country! - Jesse wyprostował się, zapiął kamizelkę, a potem 

czubkiem palca pogładził jej policzek. - Bo jeszcze pomyślę, że ci na mnie 

zależy. 

Jego gest zupełnie wytrącił Sloan z równowagi. Przez chwilę stała 

nieruchomo, gdy długie, silne palce Jesse'a zatrzymały się na jej twarzy w 

delikatnej pieszczocie. Wreszcie pozbierała się jakoś i odsunęła od niego. 

Jesse posłał jej promienny uśmiech, zaczepił sznur o palik i zaczął 

smarować go kalafonią. 

Kiedy wreszcie padł sygnał, wyraz jego twarz zmienił się nie do 

poznania. Bezgranicznie skoncentrowany, jakby nieobecny, bez słowa 

wsunął dłoń w rękawicę do jazdy, wspiął się na ogrodzenie i usadowił na 

grzbiecie Żółtej Kurtki. 

Sloan patrzyła na przygotowania Jesse'a i nagle dotarło do niej 

znaczenie jego słów. 

„Bo jeszcze pomyślę, że ci na mnie zależy". 

Walczyła z tymi słowami, z zawartą w nich prawdą, wreszcie, 

zrezygnowana, westchnęła. To było naprawdę trudne. Niełatwo było 

przyznać, a jeszcze trudniej pogodzić się z tym, że Jesse ma jednak rację. 

RS

background image

 

37 

 

Zależało jej na nim, chociaż nie było to mądre. Ani bezpieczne. I, na 

nieszczęście dla niej, prawdziwe. I ta prawda spadła na nią jak grom z 

jasnego nieba. 

Zawsze lubiła obserwować ludzi, a ponieważ bywała często na 

zawodach, zauważyła kilka godnych odnotowania cech charakteru „ 

zawadiaki Jesse'a Jamesa", jak lubili nazywać go dziennikarze. Doszła do 

wniosku, że pomijając jego śmiałą, czasem wręcz brawurową jazdę, nie 

zasłużył sobie nawet w połowie na opinie, jakie głosiła o nim prasa. 

Dziennikarze uwielbiali dorabiać anegdoty do jego przezwiska i wizerunku, 

który sami stworzyli. Uwielbiali jego zabójczy uśmiech i reputację 

kobieciarza. 

W oczach swoich kolegów po fachu Jesse nie był żadnym zawadiaką. 

Był prawdziwym graczem zespołowym w indywidualnym i niebezpiecznym 

sporcie. Zawsze nadstawiał za kogoś karku. Najboleśniejszą kontuzję 

odniósł kilka lat temu, nie w czasie jazdy, lecz w zagrodzie dla bydła. 

Wskoczył do środka, kiedy byk przygwoździł do ogrodzenia jakiegoś 

początkującego jeźdźca. Pomagając nieszczęśnikowi się uwolnić, Jesse 

zwichnął bark. Skończyło się na operacji chirurgicznej, która wykluczyła go 

z zawodów na resztę sezonu i przekreśliła szanse na tytuł mistrza w ciągu 

dwóch kolejnych lat. 

Z powodu takich historii, a również dlatego, iż trudno było przeoczyć 

fakt, że Jesse'owi naprawdę zależało na ludziach, Sloan uznała swoją troskę 

o kowboja za wybaczalną. I było chyba rzeczą zrozumiałą, że wyznaczenie 

granic tego uczucia sprawiało jej pewien kłopot, bo pod maską flirciarza z 

pewnością kryło się dużo więcej, niż Jesse miał ochotę komukolwiek 

pokazać. 

RS

background image

 

38 

 

Zmęczona rozmyślaniami, wdrapała się na ogrodzenie i przechyliła 

przez barierkę, udając, że sprawdza, czy wszystko w porządku z Żółtą 

Kurtką. 

- Z bramki wyskoczy w lewo powiedziała, kiedy Jesse zaciskał sznur. 

- Zrobi korkociąg i spróbuje wyrzucić cię na prawą stronę. 

Jeszcze mocniej zacisnął sznur, a potem zaczął go owijać. 

- Poradzę sobie. 

- Jeżeli poradzisz sobie lepiej niż ze wszystkimi bykami od czasu 

Rapids City, to będzie to bardzo pożądana zmiana. 

Jesse uśmiechnął się tylko i poprawił dosiad. 

Sloan spochmurniała, widząc, że zacisnął sznur trochę za mocno, co 

zwiększało ryzyko wypadku. Jeżeli bykowi uda się zrzucić jeźdźca, ten 

nadal będzie trzymał sznur i zawiśnie u boku rozjuszonego zwierzęcia. 

Zauważyła też zupełnie inne szczegóły - siłę jego muskularnego 

przedramienia, które zniknęło w jeździeckiej rękawicy, nie osłoniony 

ochraniaczami przód dżinsów, tworzący kształt odwróconej litery U i 

całkiem niezamierzenie podkreślający jego męskie walory. I błysk w 

oczach, uważnych, skupionych na grzbiecie byka. 

Wreszcie był gotów. Podpowiedziało jej to przyspieszone bicie serca, 

zanim jeszcze Jesse skinął głową. 

Bramka otworzyła się z hukiem, tłum zaryczał... i po siedmiu 

sekundach było po wszystkim. Jesse wylądował na ziemi sekundę przed 

dzwonkiem. Jeden z najlepszych byków Sloan zrzucił jeźdźca z pierwszej 

dziesiątki faworytów mistrzostw z taką łatwością, jakby uwalniał się od 

muchy na grzbiecie. 

RS

background image

 

39 

 

Dopiero kiedy Sloan zobaczyła, że Jesse podniósł się z areny o 

własnych siłach, odetchnęła z ulgą, potrząsnęła głową i poszła do 

następnego w kolejce byka. Nie miała czasu i ochoty martwić się o kowboja 

i o to, co napisze o nim prasa. Musiała zająć się pracą. 

Ujeżdżanie byków tradycyjnie było ostatnią konkurencją wieczoru. 

Mimo że Sloan miała dwóch pomocników, zawsze sama doglądała każdego 

zwierzęcia przed występem i śledziła każdą jazdę, żeby upewnić się, że 

zarówno byk, jak i kowboj wyszli z niej bez szwanku. 

Dzisiejsze zawody dobiegały już końca, ale Sloan musiała jeszcze 

dopilnować, żeby Żółta Kurtka i pozostałe zwierzęta zostały należycie 

oporządzone. 

Jesse James poradzi sobie sam, pomyślała. I chociaż wiedziała, że 

kowboj łatwo może znaleźć ukojenie w innych ramionach, i mimo że ta 

myśl była dla niej bolesna, postanowiła, że na pewno nie będą to jej 

ramiona. 

Dotarła do motelu za piętnaście jedenasta. Wyczerpana, wzięła szybki 

prysznic i od razu poszła do łóżka. Prawie zasypiała, kiedy zadzwonił 

telefon. 

Natychmiast pomyślała o Noahu. Goś się musiało stać... Zapaliła 

lampkę i mrużąc oczy, poszukała ręką słuchawki. 

- Halo? - wymamrotała, odgarniając z policzków włosy. 

- Mam twoją kozę. 

Zmarszczyła czoło, próbując wyłowić z tego oświadczenia jakiś sens. 

- Co? 

RS

background image

 

40 

 

- Twoją kozę. Mam twoją kozę. Spotkaj się ze mną za piętnaście minut 

na starym moście przy południowych rogatkach. Będziemy negocjować 

warunki jej uwolnienia. 

-Negocjować? Co... Kto mówi? 

- Jeżeli jesteś mądra, nie będziesz do nikogo dzwonić. przyjedziesz 

sama. 

W końcu rozjaśniło jej się w głowie i zaklęła pod nosem. 

- Do jasnej cholery, Randy, czy to ty? Nikt się nie odezwał. 

- Odczep się, słyszysz? Jestem za bardzo zmęczona, żeby zajmować 

się głupstwami. 

Bo to był bardzo głupi dowcip. Wszyscy ludzie związani z rodeo 

wiedzieli, że bez swojej kozy Baby nie da się załadować na ciężarówkę, a 

nawet wyprowadzić z zagrody. Żartowano czasem, że każdy kowboj z 

odrobiną pomyślunku mógłby wyeliminować najtrudniejszego byka z 

zawodów, porywając kozę. Powszechnie jednak wiadomo, że ujeżdżacze 

byków nie grzeszą rozumem, dlatego natychmiast przyszedł Sloan do głowy 

Randy Johnson, ten zawsze uśmiechnięty jeździec konny, ó niezbyt 

błyskotliwym i nieco dziwacznym poczuciu humoru. 

- Piętnaście minut - powtórzył porywacz głębokim, przytłumionym 

głosem, a potem odłożył słuchawkę. 

Sloan popatrzyła na telefon. Co za głupek robi mi dowcipy, pomyślała, 

zastanawiając się jednocześnie, czy nie naciągnąć kołdry na głowę i 

przetrwać w ten sposób do rana. Ale znała Randy'ego i ludzi jego pokroju. 

Robienie kawałów było ich ulubionym zajęciem i gotowi byli stanąć na 

głowie, żeby doprowadzić całą rzecz do końca. 

RS

background image

 

41 

 

Chcąc, nie chcąc, włożyła dżinsy, skarpetki i kowbojskie buty. Na 

podkoszulek, w którym spała, narzuciła dżinsową koszulę, przeczesała 

palcami włosy i związała je rzemykiem. Wyjęła z komódki kluczyki od 

samochodu i zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Pięć minut zajęło jej dojechanie z jedynego w miasteczku motelu do 

stajni dla bydła, gdzie dowiedziała się, że istotnie koza zniknęła. Następne 

dziesięć minut trwało znalezienie ulicy Old Mill i dojechanie nią do ślepego 

zaułka nad rzeką. 

Księżyc był przysłonięty chmurami, dlatego, wysiadając z samochodu, 

zostawiła włączone długie światła. 

- No dobrze - powiedziała, starając się, żeby jej głos brzmiał jak 

najspokojniej. - Zrobiłam, co chciałeś. A teraz oddaj mi moją kozę, a ja 

wrócę do motelu i wreszcie porządnie się wyśpię. 

Nie poruszył się żaden cień. Żaden głos nie przerwał ciszy. 

- Randy, jeżeli to ty, postaram się, żebyś już nigdy nie miał spokojnej 

nocy. 

Ciszę zakłócał jedynie szum silnika samochodu. Kręcąc ze złości 

głową, wyłączyła stacyjkę, ale zostawiła włączone światła. 

-Nianiu! 

Delikatny powiew letniego wiatru zmarszczył powierzchnię płytkiej, 

wolno płynącej rzeki. Oddech Sloan uspokoił się, zestroił z rytmicznym 

pluskiem wody. 

- Nianiu, jesteś tam? 

Powitało ją ciche, dochodzące z niezbyt daleka meczenie. 

Nie zastanawiając się ani chwili, Sloan ruszyła przed siebie. Grunt był 

prawie równy. Reflektory samochodu oświetlały około trzydzieści metrów 

RS

background image

 

42 

 

drogi. Ale to w świetle księżyca zobaczyła scenę, która przyprawiła ją o 

przyspieszone bicie serca. 

Niania stała po kolana w świeżym sianie, przeżuwała je głośno i 

wyglądała na zadowoloną. Sloan westchnęła z ulgą, ale na widok porywacza 

zawrzała w niej krew. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

43 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

- Powinnam była się domyślić - warknęła Sloan przez zaciśnięte zęby. 

- Cześć, Country! - Jesse z szerokim uśmiechem wyjął z kącika ust 

źdźbło trawy. - Miło cię widzieć. 

Z piorunującej mieszanki wstrząsających nią uczuć -zdziwienia, złości 

i nieproszonej nutki podniecenia -złość wydała się Sloan 

najbezpieczniejszym i najprostszym wyborem. 

- Wypchaj się, ty... 

- Ostrożnie - przerwał jej Jesse z kpiącym uśmieszkiem. - Niania jest 

damą. 

- Oddaj mi ją i wracam do motelu. 

Podeszła do niego stanowczym krokiem, sięgnęła po sznurek, którym 

przywiązał kozę, ale Jesse natychmiast schował go za plecami. 

- Kochanie-zaśmiał się-nie po to zadałem sobie tyle trudu, żeby ci tę 

kozę od razu oddawać. Musimy ponegocjować. 

Kiedy indziej być może przeraziłby ją wygląd, jaki nadawały jego 

twarzy mroczne cienie. Lecz teraz nie lęk spowodował, że serce podeszło 

Sloan do gardła. W każdym razie nie lęk o życie. 

Bliskość tego mężczyzny wyzwalała w niej dawno stłumiony instynkt 

pożądania, który z każdym dniem, teraz nawet z każdą sekundą, trudniej 

było utrzymać na wodzy. Robiła wszystko co w jej mocy, by nie dopuścić 

do spotkania z nim sam na sam, a jemu, niech go szlag, udało się w końcu 

zapędzić ją do narożnika. Wszelkimi sposobami starała się do niego 

zniechęcić, ale to też nie skutkowało. Jesse był jak cierń w żywym ciele, jak 

zaraza. Zarazem zbyt uprzejmy i czarujący, by potrafiła dłużej stawiać mu 

RS

background image

 

44 

 

opór. Szukając rozpaczliwie jakiejś deski ratunku, Sloan odegrała scenę 

zniecierpliwienia. 

- Jesse, czeka mnie jutro cholernie ciężki dzień i nie mam czasu na 

głupstwa. 

- Wszystko według ustalonego scenariusza, prawda? Żadnych 

odstępstw. 

- Jakiego scenariusza? O czym ty mówisz? - Sloan nerwowym ruchem 

głowy zrzuciła włosy z ramion na plecy. 

- Mówię o tym, jak się mają różne sprawy. - Twarz Jesse'a emanowała 

spokojem, a głos zniewalał kojącą, leniwą pieszczotą. - To ciekawe, że 

jakimś cudem już w kolejnych zawodach nie udaje mi się wylosować Baby. 

Jak i to, że jeśli tylko nie chroni cię tłum ludzi, uciekasz na mój widok. 

Czekał na zaprzeczenie. Sloan chciała zaprzeczyć, ale nie mogła 

wydobyć z siebie ani słowa. Ledwie udawało się jej oddychać. 

- Jestem cierpliwy... - ciągnął tym swoim hipnotyzującym głosem - ale 

muszę powiedzieć, że twoje ucieczki powoli zaczynają mnie męczyć. Zdaje 

się, że nadszedł czas, żeby coś zmienić. Może namówię cię, byś zamiast 

uciekać, przybiegła do mnie... 

Powiedział to tak wprost, z takim podstępnym, czarującym wdziękiem, 

że omal nie poddała się jego urokowi i nie zrobiła tego ostatniego kroku, 

jaki ich dzielił. Omal! 

Sloan jednak zaczerpnęła głęboko powietrza i uspokoiła oddech. 

Zmusiła się, by nie uciec wzrokiem od twarzy Jesse'a, w świetle księżyca 

piękniejszej niż kiedykolwiek, i od jego wyzywającego spojrzenia. 

- Nie uciekam - powiedziała w końcu, świadoma, że kłamie i że Jesse 

o tym dobrze wie. 

RS

background image

 

45 

 

- Więc udowodnij to, Country... - Przysunął się do niej, rozwiązał 

skórzany rzemyk na karku i rozpuścił jej włosy. - Nie uciekaj teraz. 

Był tak blisko, że pomimo ciemności Sloan mogłaby przysiąc, że 

dokładnie widzi tę fascynującą granicę między błękitem jego tęczówek a 

czernią źrenic. Tak blisko, że jego piżmowy zapach drażnił jej zmysły 

niczym mroczny, erotyczny sen. 

Oddychała nierówno, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć, 

dlaczego tego nie chce. 

Potrafiła jednak myśleć tylko o tym, dlaczego tego pragnie. 

Tak długo... 

Już tyle czasu minęło, od kiedy dotykała ją mocna, pełna skrywanej 

niecierpliwości męska dłoń. Od tak dawna nikt nie szeptał do niej w nocy, 

nie rozpalał jej namiętności. 

A Jesse jej pragnął i Sloan wyczuła moment, w którym odpowiedział 

na budzące się w niej pożądanie. Kiedy szorstką dłonią zebrał w garść jej 

włosy i delikatnie przyciągnął ją do siebie, ich oddechy spotkały się w 

nocnym mroku. Jeden wyszeptywał obietnice, drugi walczył z pragnieniem, 

żeby w nie uwierzyć. 

Zapomniała, jak bardzo boli tak pragnąć. Jak niebezpiecznie jest ulec 

ze świadomością, że skończy się to katastrofą. A jednak chciała tego. 

Marzyła, by Jesse ją całował, wziął w ramiona i poprowadził, dokąd tylko 

zechce. 

Ale instynkt samozachowawczy nie dawał za wygraną. Konieczność 

samokontroli również. Jedno i drugie zrodziło się w ramionach innego 

mężczyzny, a potem towarzyszyło jej przez lata walki o przetrwanie, kiedy 

musiała samotnie radzić sobie w życiu. Nie tak szybko! ostrzegawczy głos 

RS

background image

 

46 

 

przywrócił ją rzeczywistości ponurym przypomnieniem, że w kuszącym 

uśmiechu kowboja czai się niebezpieczeństwo. 

- Czego ode mnie oczekujesz, Jesse? - szepnęła, kiedy jego wargi z 

czułością, jakiej się po nim nie spodziewała, dotknęły jej policzka. - 

Cokolwiek by to było - dodała napiętym jak struna głosem - nie mogę ci 

tego dać. 

Jesse zawahał się, a potem niechętnie odsunął. Zobaczył w oczach 

Sloan wolę walki i dziki upór. Westchnął głęboko, próbując ustalić, czego 

właściwie od niej chce. Udawał przed sobą samym, że wcale nie poruszyła 

go nutka lęku w jej głosie. 

Odwrócił się plecami i patrzył na igrające z nurtem rzeki promienie 

księżyca. 

Czego od niej właściwie oczekiwał? Do diabła, wydawało mu się, że 

to całkiem oczywiste. Marzył o tym, by pójść z nią do łóżka. Od samego 

początku. Od wieczoru w Rapid City, choć minął prawie miesiąc, nie 

pragnął żadnej innej kobiety. I żył jak mnich, a przecież okazji nie 

brakowało. 

Dopóki nie pojawiła się ta dziewczyna, jego życie seksualne było 

bujne i nieskomplikowane. Zawsze był ostrożny. I pochlebiała mu myśl, że 

jest porządnym facetem. Nie zapraszał do łóżka kobiet, które nie 

akceptowały podstawowej zasady - żadnych zobowiązań. 

I nigdy, przenigdy, nie wplątał się w miłosną przygodę. Nie przeżywał 

żadnych sercowych rozterek i tragedii. 

Teraz też nie chodziło mu o serce Sloan. Pragnął tylko jej ciała. Jedyny 

kłopot polegał na tym, że to ciało należało do kogoś, kto budził w nim 

RS

background image

 

47 

 

sympatię i szacunek. Sloan była typem kobiety na całe życie - i ta 

świadomość zaczęła go dręczyć. 

Nigdy nie dążył do takiego związku. Pragnął tylko przyjemności, którą 

potrafił dawać i brać, kobiecego ciepła w swoim łóżku. I poczucia, że 

przynajmniej od czasu do czasu nie jest sam. 

Zamknął oczy, woląc nie dociekać, dlaczego uczepiła się go ta żałosna 

myśl. Tak jak nie chciał rozmyślać o tym, że prawdopodobnie i Sloan 

czasami musi doznawać uczucia bolesnej pustki. I że upór, z jakim zaciekle 

stara się utrzymać dystans, ma swoje źródło w cierpieniu. 

Coś o tym wiedział i, do diabła, nie zamierzał poddawać się tym 

odczuciom. Ani tej nocy, ani żadnej następnej. 

I co teraz? Pragnął Sloan. Wiedział, że jest kobietą, która potrzebuje 

czegoś, czego on nie może jej ofiarować, a mimo to nie był zdolny usunąć 

jej ze swoich myśli. Tęsknił za nią, kiedy mijali się w trasie, a gdy wreszcie 

wpadali na siebie, nie potrafił zostawić jej w spokoju. 

Nagle uświadomił sobie, że jej ciemne oczy przyglądają mu się z 

ostrożną niepewnością. Nie znalazł słów, by przerwać milczenie, które 

wisiało nad nimi jak wielki, mroczny znak zapytania. Sloan wyręczyła go. 

- Musimy coś ustalić, Jesse. 

- Zdaje się, że wszystko jest jasne - odpowiedział, wściekły na siebie, 

że pozwolił, aby sprawy tak się skomplikowały. - Podobasz mi się. Ciągnie 

mnie do ciebie jak diabli i nie wydaje mi się, że pragnę cię bez wzajemności. 

Spodziewał się zaprzeczeń, ale Sloan zaskoczyła go niechętnym 

kiwnięciem głowy. 

- Jeśli cię to uszczęśliwi, to przyznaję, że z wzajemnością. Ale to 

zwykły pociąg fizyczny. Czysta biologia. A ja na to nie idę, rozumiesz? Nie 

RS

background image

 

48 

 

jestem „króliczkiem" lecącym na kowbojskie sprzączki i nie wpadam w 

amok na myśl o łóżku mistrza rodeo. Nie interesują mnie przygody na jedną 

noc, kończące się uprzejmą propozycją, żeby nie dzwonić następnego dnia. 

Jesse skrzywił się, zdegustowany zarówno tym, co Sloan o nim sądzi, 

jak i trafnością jej sądu. Otrzymał cios prosto w żołądek. 

- Więc dajmy sobie spokój - ciągnęła Sloan bardziej nerwowo, niżby 

tego chciała. - Oszczędzimy sobie czasu i kłopotów. Są przecież... - 

zawahała się, szukając odpowiedniej metafory - inne place zabaw, które z 

pewnością lepiej zaspokoją twoje zachcianki. 

Zasady. Ta kobieta ma ich w nadmiarze. I do tego intuicja. Człowieku, 

pomyślał smętnie Jesse, ale cię podsumowała... 

- Wyluzuj się, Country. Nie bój się nazywać rzeczy po imieniu. 

Sloan spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich z trudem maskowane 

rozbawienie. Przez moment walczyła z uśmiechem, który wprawił w drżenie 

kąciki jej ust, w końcu jednak musiała się poddać. 

- Ja ciebie nie osądzam, Jesse. To twoja sprawa, jak żyjesz, i nic 

nikomu do tego. Chcę ci po prostu powiedzieć, że nawet gdybym miała 

ochotę na tę grę, to nie stać mnie na to. Prowadzę interes. I mam swoje 

plany. Mam też... - Zamilkła, żeby znaleźć właściwe słowo i po chwili 

dodała: - Zobowiązania. Nie mogę pozwolić sobie na żadne wyskoki. 

Wyłożyła kawę na ławę, pomyślał Jesse. Nie powiedziała jednak 

wszystkiego. Jakie zobowiązania tak skwapliwie przed nim ukrywa? 

Dlaczego się boi? Jest kobietą. Ma swoje potrzeby. Oboje są dorośli. I nie 

zamierzają się przecież ranić... Ostatnia myśl podpowiedziała mu jedno z 

możliwych rozwiązań. 

- Sparzyłaś się na jednym z takich wyskoków, prawda, Sloan? 

RS

background image

 

49 

 

Przez chwilę milczała jak zaklęta, dając mu do zrozumienia, że nie 

zamierza zaspokoić jego ciekawości. Ale odpowiedziały mu jej brązowe 

oczy, tak przejmująco szczere. Sparzyła się i to porządnie. 

Nie ucieszyła go ta prawda. Przydarzyło jej się coś złego, to pewne. 

Ktoś wyrządził jej krzywdę i pewnie był to facet podobny do niego. 

- Dla mojego taty Snowy River znaczy wszystko. -Sloan skierowała 

rozmowę na bezpieczniejszy temat. -Dla mnie też. Chcę osiągnąć to, o czym 

on zawsze marzył, a co nigdy mu się nie udało. 

W tym samym momencie, w którym to powiedziała, na jej twarzy 

pojawiło się poczucie winy. Z nikim nie zamierzała się dzielić swoimi 

prywatnymi sprawami, a jednak wyrwało jej się... Coś, do czego nigdy by 

się nie przyznała, gdyby Jesse nie wyprowadził jej z równowagi. 

Właśnie niechcący przyznała, że jej ojciec nie potrafił odnieść sukcesu. 

Zupełnie jakby powiedziała, że ją zawiódł. I tak jak przedtem Jesse odczytał 

w jej oczach ból, tak teraz widział w nich wyrzuty sumienia - i do listy 

niezaprzeczalnych zalet jej charakteru musiał dodać lojalność. 

Niech to wszyscy diabli... Zaczęło robić mu się duszno. Zwabił ją 

tutaj, nie spodziewając się takiego rozwoju sytuacji. Chciał pocałunku, może 

dwóch. Pragnął zobaczyć, co z tego wyniknie. Żadnych komplikacji! 

A Sloan wszystko pogmatwała. Zmusiła go do myślenia o niej nie jako 

o kolejnej łóżkowej zdobyczy, ale jako o kobiecie, która ma swoje potrzeby, 

pragnienia i życie naznaczone piętnem rozczarowań. 

Jesse może i szukał łatwej rozrywki, ale na pewno nie kosztem Sloan. 

Nie był aż takim egoistą. Czy miał teraz jakieś inne wyjście, niż wycofać się 

rakiem i zapomnieć o całej sprawie? Było jednak coś, co nie dawało mu 

RS

background image

 

50 

 

spokoju - owe tajemnicze zobowiązania, o których napomknęła, ale 

najwyraźniej nie miała ochoty wdawać się w szczegóły. 

Jesse doszedł nagle do wniosku, że Sloan zasługuje na kilka słów 

pocieszenia. 

- Wiem, że chłopaki nie przyjmują cię z otwartymi ramionami - 

mówiąc to, miał na myśli hodowców bydła, którzy nie akceptowali w swoim 

gronie kobiet - ale daj im trochę czasu, a zmienią zdanie. - Uśmiechnął się, 

widząc jej sceptyczne spojrzenie. - Teraz pilnie cię obserwują, uwierz mi na 

słowo. Zyskujesz opinię profesjonalistki. Szanują cię. Prędzej czy później 

zapomną, że jesteś inaczej zbudowana i   w  końcu dadzą ci klucz do męskiej 

toalety. 

Nawet nie podejrzewał, ile radości sprawi mu uśmiech na jej twarzy. I 

ani trochę nie żałował, że pozwolił sobie na nieco grubiański żart, żeby go 

wywołać. 

- Wszyscy mamy jakiś cel w życiu... 

Chciał, żeby była pewna, że ją rozumie. Bo naprawdę rozumiał tę 

dziewczynę. Siedem lat temu postanowił, że zdobędzie mistrzostwo świata. 

To jedyny tytuł, który dotąd zawsze umykał mu sprzed nosa. 

Rozpoczęła się druga połowa sezonu i Jesse wciąż mieścił się w 

pierwszej dziesiątce, a od pierwszego miejsca dzieliło go tylko jakieś tysiąc 

punktów. Jeżeli nie odniesie kontuzji i przełamie złą passę, przez miesiąc 

uda mu się odrobić straty, finansowe i punktowe. 

Na tym etapie kariery nie chodziło jednak o pieniądze. Imprez rodeo 

było tak dużo, że pieniędzy starczało dla wszystkich, którzy jeździli ostro i 

nie stracili zdrowia. Kiedyś do głowy by mu nie przyszło, że będzie tyle 

zarabiać. Więc nie, nie chodzi mu o nagrodę pieniężną. Jedynie o tytuł. 

RS

background image

 

51 

 

Dobrze wiedział, co to znaczy mieć wyznaczony cel. Potrafi więc teraz 

zachować się przyzwoicie i uszanować pragnienia Sloan. 

Ona chce zadbać o swój interes. Nie ma ochoty wdawać się z nim w 

romantyczne afery. I jeszcze te zobowiązania! Owszem, nie jego sprawa, ale 

dręczyła go ciekawość, a wyobraźnia podsuwała najrozmaitsze scenariusze. 

Jeżeli Sloan chce trzymać go na dystans, to nie ma sprawy! 

Ale, do cholery, wcale mu się to nie podoba i niech ona nie liczy na to, 

że on ułatwi jej utrzymanie tego dystansu. 

- Dobrze, Country - zaczął mało przekonującym tonem. - Wygrałaś. 

Koniec przepychanek, zgoda? 

To, że zobaczył w jej oczach więcej rozczarowania niż ulgi, sprawiło 

mu odrobinę satysfakcji, ale o wiele trudniej przyszło mu zaakceptować sens 

tego wyrzeczenia. 

- Ale jeśli kiedyś... 

- Nie - odpowiedziała tak szybko, że mimowolnie się uśmiechnął... i 

znowu zaczął się zastanawiać, jak bardzo musiała się kiedyś sparzyć. 

- W porządku - zgodził się bez większego przekonania. Nagle poczuł, 

że ma ochotę ją sprowokować i jeszcze raz wyprowadzić z równowagi. 

Choć na chwilę! Skoro zgodził się na wyrzeczenia, uznał, że powinien 

wytargować przynajmniej to, co zaplanował, podstępnie ją tu ściągając. 

- A więc... - rzekł z uśmiechem. - Zakończmy negocjacje i zmykajmy 

stąd. 

- Negocjacje? - Sloan spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem. 

- Koza - przypomniał jej. - To przez nią tu jesteśmy. Zapomniałaś? Nie 

ustaliliśmy jeszcze okupu. 

RS

background image

 

52 

 

Mierząc go badawczym wzrokiem, Sloan zmrużyła oczy, ale i tak 

rozpoznał moment, w którym zdecydowała się podjąć grę i pójść na 

ustępstwo, na którym mu tak bardzo zależało. Domyślał się również, że 

zrobiła to z szacunku dla zasad fair play - on zgodził się wycofać, oddając jej 

zwycięstwo w sytuacji patowej, ona więc postanowiła wspaniałomyślnie 

podarować mu kilka punktów. 

Uwielbiał kobiece wyczucie fair play. - 

- Dobrze, James. Skończmy to wreszcie. Jaka jest twoja cena? 

- Koza jest twoja za pocałunek - oświadczył z tryumfalnym błyskiem 

w oczach. 

- Powiedziałeś, że się wycofujesz! - Sloan zrobiła krok do tyłu. 

- Tak, kochanie. Wycofuję się. Ale chcę tego pocałunku. Nie powinno 

ci to sprawić przykrości... Otwarcie postawiliśmy sprawę fizycznego 

pociągu i oboje wiemy, co do siebie czujemy, więc w czym problem? Nie 

sądzisz, że rozładowanie napięcia obojgu nam dobrze zrobi? Poza tym... 

zaczynam podejrzewać, że jeśli cię teraz nie pocałuję, to już nigdy nie 

dosiądę żadnego byka. 

Sloan otworzyła ze zdumienia usta i pokręciła głową. 

- To chyba najgłupsza wymówka, jaką w życiu słyszałam. Próbujesz 

zwalić na mnie winę za swoje niepowodzenia? 

- Sama sobie odpowiedz, Sloan. Przecież dobrze wiesz, że ujeżdżacze 

byków są przesądni. Weź, na przykład, takiego D. B. W dniu zawodów 

nigdy nie zje cykorii, bo boi się, że w najtrudniejszym momencie strach go 

obleci. 

Sloan w oczach wciąż miała gniew, ale kąciki jej ust uniosły się w 

mimowolnym uśmiechu. Tak ją rozbawiło to nonsensowne bajdurzenie, że 

RS

background image

 

53 

 

nawet nie zareagowała, gdy Jesse położył dłonie na jej ramionach i powoli 

przyciągnął do siebie. 

- A ja... przeżywam najgorsze pasmo niepowodzeń w swojej karierze i 

jakoś tak się składa, że im bardziej chcę cię pocałować, tym gorzej jeżdżę. 

Wszystko wskazuje na to, że moje zwycięstwa zależą od tego pocałunku. 

Boże, jaka ona była piękna w blasku księżyca, kiedy z miną 

wyrażającą coś pomiędzy stanowczą odmową a rozbawieniem mierzyła go 

wzrokiem, starając się dociec, na ile stroi sobie z niej żarty. 

- Czy ty wiesz, co wygadujesz? 

- Uwierz mi! - Jesse spuścił głowę dla lepszego efektu. - Wiem. To 

smutne i żałosne, kiedy mężczyzna upada tak nisko, że porywa kozę, żeby 

wymóc pocałunek na pięknej kobiecie. 

Bez cienia skruchy przyciągnął ją do siebie ruchem tak naturalnym, 

jakby robił to każdej nocy. Zapomniał o pozorach. Wspaniałe piersi Sloan 

przylegały do jego torsu, szczupłe uda ocierały się o jego nogi i Jesse 

potrafił myśleć już tylko o jednym. 

- Chcę cię pocałować, Country. Taka jest moja cena. I zamierzam 

pobrać opłatę. 

- Zdajesz sobie sprawę, że takie błaganie o jeden pocałunek naraża na 

szwank twoją złą sławę? 

- Ciągle bronisz się przede mną, kochanie. Pozwól, że ci powiem, jak 

to będzie. - Jesse uśmiechał się, zafascynowany w równej mierze oporem 

Sloan, jak i zmysłowym kształtem jej ust. 

Zrobił kilka kroków tył, ciągnąc ją za sobą, i oparł się plecami o skałę. 

- Pocałuję cię, bo chcę tego. Pocałuję, bo ty chcesz, żebym to zrobił... - 

Uniósł palec, gdy Sloan otworzyła usta, żeby zaprotestować -... A oboje 

RS

background image

 

54 

 

wiemy, że chodzi tylko o ten pocałunek i o nic więcej, spróbujmy więc się 

odprężyć i mieć tego trochę frajdy. 

- Umieram z ciekawości, czy te twoje kity zawsze działają? 

- Zaraz się przekonamy. - Jesse przytulił ją do siebie, potem chwycił 

jej dłonie i położył na swoim torsie. - Po prostu poddaj się temu... To tylko 

przyjacielski pocałunek. Chodź, kochanie... - Jęknął cicho, gdy jej piersi 

otarły się o jego tors, zmieniając go w jeden twardy, napięty mięsień. - Okaż 

trochę litości. 

- Skoro tak ładnie prosisz... 

Przerwał jej w pół zdania i z cichym mruknięciem wpił się ustami w 

jej wargi. A potem utonął w oceanie smaków oraz doznań i wydało mu się, 

że czekał na to całą wieczność. Była chłodnym jedwabiem, który z każdą 

chwilą zmieniał się w ciepły, mięciutki aksamit. Wyszeptanym marzeniem, 

które przerosło jego najśmielsze, najsłodsze sny. Sloan zrezygnowała z 

czujnej powściągliwości, a z takim trudem wynegocjowany pocałunek 

przeistoczył się w wystawną ucztę rozkoszy. 

Odurzony Jesse chciał coraz więcej. Zanurzył dłonie w jej 

jedwabistych włosach, potem wsunął je pod luźną bluzkę i już nic prócz 

iskrzącego żaru nie dzieliło go od gładkiej, aksamitnej skóry. Dzikie 

pragnienie pochłonęło go niczym gęsta mgła. Jęknął głośno, kiedy Sloan 

poddała się namiętności, czepiając się jego ramion, prężąc jak struna, 

otwarta i oddana, poruszając się w narzuconym przez niego, gorączkowym 

rytmie. 

- Słodki Boże - wykrztusił, odrywając usta od jej warg. 

Sloan, ciągle jeszcze drżąc, próbowała się opamiętać i wyrwać z jego 

ramion. 

RS

background image

 

55 

 

- Jeszcze nie! Poczekaj... jeszcze sekundę. - Jesse chwycił ją mocno, 

starając się odzyskać oddech. 

Kiedy pomyślał, czym to grozi, odsunął ją od siebie trzęsącymi się 

dłońmi, niechętnie i powoli. Równie niechętnie uświadamiał sobie, co 

właściwie się stało. 

To obłęd, pomyślał. Z trudem udało mu się zdobyć na blady uśmiech. 

Rozstrajała go myśl, że nigdy dotąd żadna kobieta nie doprowadziła go do 

takiego stanu - w każdym razie żadna nie dokonała tego zwyczajnym 

pocałunkiem. 

Tylko że to wcale nie był zwyczajny pocałunek. Nie dla niego. Dla 

Sloan też nie, jeśli szkarłatny rumieniec na jej policzkach mógł o czymś 

świadczyć. Nie tylko on miał kłopoty z zejściem z obłoków na ziemię. Ale, 

chcąc nie chcąc, on pierwszy musiał postawić obie stopy na twardym 

gruncie i spojrzeć z dystansem na to, co się wydarzyło. 

- Jak na pocałunek z litości, to było niesamowite doznanie - oznajmił z 

krzywym uśmieszkiem, żeby rozładować jakoś napięcie. 

Na szczęście udało mu się rozśmieszyć Sloan. I choć ciągle drżała, 

mógł wreszcie głęboko odetchnąć. 

- Tylko nie myśl sobie, że wciąż jestem skłonna litować się nad tobą. 

Dzięki Bogu, pomyślał z ulgą i rozczarowaniem jednocześnie. Gdyby 

doszło do następnej rundy, jego słynną umiejętność samokontroli diabli by 

wzięli.... 

Jesse poprawił kapelusz i podjął decyzję. Musi natychmiast uciekać od 

tej niezwykłej, kobiety gdzie pieprz rośnie, bo inaczej zupełnie się zatraci, 

padnie przed nią na kolana, i zacznie ją błagać. o jeszcze jeden pocałunek. 

 

RS

background image

 

56 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Kiedy Jesse postanawiał coś zrobić, robił to z rozmachem. Nie tylko 

więc zostawił Sloan w spokoju, ale zaraz następnego poranka wziął nogi za 

pas i opuścił Wyoming, ruszając na tygodniowe zawody w południowym 

Kolorado. Potem zaniosło go do Teksasu, gdzie zdobył kilka punktów na 

mityngu w Houston. Teraz miał krótką przerwę między występami i mknął 

autostradą prosto do Jackson Hole, do rodzinnego domu. 

Była jasna, rozgwieżdżona, wrześniowa noc. Towarzyszyło mu tylko 

ciche pochrapywanie leżącego z tyłu D. B. i szmer płynącej z radia muzyki 

country. Długa droga dawała mu trochę czasu na zebranie myśli, nieznośnie 

pogmatwanych od chwili pamiętnego pocałunku ze Sloan. 

Już następnego dnia dokonał skrupulatnego rachunku sumienia i 

zdecydował się unikać tej pięknej dziewczyny oddanej całą duszą hodowli 

bydła, choć jej usta stworzono do całowania, a ciało do miłości. Nie 

wspominając o mrocznych oczach, które kusiły, żeby przeniknąć ich głębię i 

poznać najskrytsze tajemnice ich właścicielki. 

Nigdy przedtem nie pragnął poznać kobiety w ten sposób. Nie 

odczuwał też potrzeby odkrywania jej tajemnic. Niespodziewany pociąg do 

Sloan był o wiele bardziej niebezpieczny odjazdy na grzbiecie tony 

dynamitu z krótkim lontem, ukrytej w skórze byka o łagodnych oczach. 

Namówił więc D. B. na podróż na południe. Nie była to ucieczka, 

przekonywał się żarliwie. Po prostu potrzebował paru tygodni rozłąki z tą 

dziewczyną, żeby nabrać do sprawy dystansu i skupić się na swojej karierze. 

RS

background image

 

57 

 

I udało się, pomyślał z satysfakcją. Zdobył pierwszą nagrodę dwa razy 

w Kolorado i na wszystkich zawodach w Teksasie. Zła passa minęła. Odbił 

się od dna. 

Dopuszczał jednak do siebie i taką przyjemną myśl, że być może to 

wyłudzony od Sloan pocałunek przyniósł mu szczęście i odmienił zły los. 

Pocałunek niezwykły. Gorący, słodki jak miód, aromatyczny i pikantny. I, o 

czym nie należało zapominać, zabarwiony pokusą zasypania Sloan 

obietnicami, których nie mógłby dotrzymać. 

Co było, minęło, pomyślał, bębniąc palcami po kierownicy. Nie ma 

sensu tracić czasu ani sił na oswajanie tej dzikiej kobiety. O tak, jest piękna i 

pachnie jak róża. 

Ale zaplątanie się w gąszcz jej kolczastych liści może wolnemu 

mężczyźnie skomplikować życie. Pokrzyżować plany, zburzyć spokój. Ona 

jest typem kobiety na zawsze. On zaś jest typem mężczyzny na chwilę. I nie 

wolno nikogo ranić, a szczególnie Sloan, rozbudzaniem oczekiwań bez 

najmniejszych szans na ich spełnienie teraz czy kiedykolwiek w przyszłości. 

Odetchnął z ulgą, przypominając sobie, jak bliski był popełnienia 

strasznego błędu. Do dziś nie mógł pojąć, o czym wtedy myślał. Stąpał z tą 

dziewczyną po grząskim gruncie. Prowadził zwykłą gierkę z niezwykłą 

partnerką - i nim się zorientował, ona podwyższyła stawkę i nie stać go było 

na to, żeby grać dalej. Wycofał się więc, ponosząc porażkę, ale nie stracił 

przynajmniej ostatniej koszuli, a i serce pozostało na właściwym miejscu. 

Zdał sobie nagle sprawę, że rozmyśla o sercu. Koniec świata... O sercu 

Sloan, o tym, że mógł je złamać. I o swoim, bo jak niewiele brakowało, by 

Sloan je zdobyła. 

RS

background image

 

58 

 

Co z niego za głupiec. Pozwolił jej zbliżyć się do siebie w sposób, na 

jaki nie pozwalał dotąd żadnej innej kobiecie. 

Na szczęście nie musiał już się niczym martwić, bo nie groziło mu z 

jej strony żadne niebezpieczeństwo. Miał to za sobą! 

Odzyskał spokój, decydując się na odbycie długo odwlekanej, 

spóźnionej podróży do domu. Mama, telefonując do niego, wielokrotnie 

nalegała, żeby pojawił się na najbliższej rodzinnej uroczystości. Najwyższy 

czas, żeby przekonała się na własne oczy, że syn wciąż jest w jednym 

kawałku, o czym tak trudno było przekonać ją na odległość. 

Uśmiechnął się na myśl o rodzinie, na którą zawsze mógł liczyć. Ale 

powroty były bolesne. W domu nawiedzało go szarpiące uczucie pustki 

pozostałej po ojcu, który zmarł, gdy Jesse był zaledwie trzynastoletnim 

chłopcem. 

Natychmiast odsunął od siebie ponure myśli. Teraz, kiedy znów 

wspina się na szczyt, nie powinien się dekoncentrować. Do grudniowych 

finałów w Vegas pozostały raptem trzy miesiące i żeby być pewnym tytułu, 

musi znaleźć się na pierwszej pozycji w rankingu. 

- Same wesela i dzieciaki - mruknął Jesse pod nosem, rozglądając się 

po podwórzu za domem swojej matki, Mai James. Mieszkała teraz ze swoim 

nowym mężem, Loganem Bradfordem. Wyglądało na to, że w ostatnich 

czasach jego rodzinę dotknęła w tym względzie istna klęska urodzaju. I, 

prawdę mówiąc, wyprowadzało go to odrobinę z równowagi. 

Popijał gazowaną wodę, ubolewając duchu, że to nie zimne piwo, i 

patrzył na mamę, która po piętnastu latach wdowieństwa w lutym zeszłego 

roku wyszła powtórnie za mąż. Promieniała radością. Jesse wiedział, że 

RS

background image

 

59 

 

powodem uśmiechu na jej twarzy jest nie tylko jej własne szczęście, ale 

także obecność w domu wszystkich synów: Garretta, Claya i jego. 

Nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy patrzył na Claya obejmującego 

swoją żonę, Maddie. I pomyśleć, że były momenty, kiedy zdawało się, że ta 

kobieta prędzej go zamorduje, niż za niego wyjdzie. A teraz nikt by w to nie 

uwierzył. Mała córeczka była oczywistym dowodem ich miłości. 

- Czy te szczęśliwe małżeństwa i dzieci nie skłaniają cię do refleksji 

nad sobą, braciszku? - spytał Garrett, przysiadając obok na stoliku z kutego 

żelaza. 

- Raczej napawają cichą nadzieją, że w tej rodzinie Bozia swój plan już 

wykonała. 

- Któregoś dnia - ciągnął Garrett z uśmiechem - jakieś słodkie 

dziewczę wysadzi cię z siodła i ugniesz się jak Clay i ja. 

Jesse obruszył się i mimowolnie pomyślał o Sloan Gantry. 

- Zaczynasz przynudzać jak mama - burknął. 

- Nie bardzo jej się podoba, że ciągle jesteś sam. 

- Nie podoba jej się moje zajęcie. Liczy na to, że żona i małe 

wrzeszczące dzieci skłonią mnie do porzucenia rodeo i zajęcia się czymś 

bardziej godnym szacunku 

- Chodzi jej raczej o coś mniej niebezpiecznego. Jesse nie umiał 

przekonać rodziny, żeby przestała się o niego zamartwiać. Robił jednak, co 

w jego mocy, żeby oszczędzić im nerwów. Po tym, jak w pierwszym roku 

startów połamał kilka żeber i doznał lekkiego wstrząsu mózgu, nauczył się 

nie wspominać o swoich kontuzjach. A gdy prasa i inne media plotły o jego 

wypadkach, natychmiast zaprzeczał tym doniesieniom. Złamania, siniaki i 

RS

background image

 

60 

 

zszywanie ran stanowiło nieodłączną część jego zawodu. Dreszcz emocji 

również. To dla niego zawsze wracał na arenę. 

- Ujeżdżanie byków nie jest niebezpieczne - powiedział z 

lekceważącym uśmieszkiem. - Kłopoty zaczynają się dopiero wtedy, kiedy 

byk cię zrzuci. Staram się do tego nie dopuszczać. 

- Nie boisz się, że kiedyś jedno z tych napędzanych sianem bydląt 

pokiereszuje ci twoją ładną buzię? A wtedy skończysz jak stary D. B. i 

nigdy już nie znajdziesz dla siebie właściwej kobiety. 

- D. B. nie ma żadnego problemu z babami. - Jesse uśmiechnął się na 

myśl o przyjacielu. - Jest tak brzydki, że kobiety odkrywają w tym jego 

szczególny wdzięk. A on umie to wykorzystać. 

Garrett zaniósł się śmiechem. 

- Jednak uważaj na siebie. Mama się martwi. Wszyscy się o ciebie 

martwimy. - Garrett poklepał Jesse'a po plecach i wrócił do Emmy. 

Tych dwoje łączy coś wyjątkowego, pomyślał Jesse. Coś, co pozwoliło 

im przetrwać naprawdę ciężki okres. Dziewięcioletnia Sara i 

kilkumiesięczny chłopczyk tulący się do Emmy byli dowodem tej więzi. 

Rodzice dali mu imię po dziadku - Jonathan. Nawet patrząc na chłopczyka z 

daleka, Jesse mógłby przysiąc, że niemowlę jest podobne do swego 

imiennika. 

Byłbyś z nich dumny, tato, pomyślał Jesse, przyglądając się braciom. 

W dzieciństwie byli nieznośnymi łobuziakami, ale potem stali się 

statecznymi ludźmi. Garrett z Clayem przejęli firmę budowlaną założoną 

przez Jonathana i osiągnęli wielki sukces. 

RS

background image

 

61 

 

A co ojciec powiedziałby o mnie? Pochwaliłby, że idę własną drogą, 

czy zbeształ za to, że nie potrafię się ustatkować i przysparzam zmartwień 

mamie? 

Tego Jesse nigdy się już nie dowie. Kiedy zmarł ojciec, był 

trzynastoletnim chłopcem. Poczuł się oszukany i to uczucie tkwiło w nim do 

dzisiaj. Oszukany, bezradny, pozbawiony wsparcia. Nigdy nie udało mu się 

otrząsnąć po tej stracie, w przeciwieństwie do Claya i Garretta, którzy po 

okresie żałoby rzucili się w wir życia. 

Dla Jesse'a czas jakby się zatrzymał. Oczyma wyobraźni widział wciąż 

dumnie uśmiechniętego ojca, który nazywał go swoim kochanym łobuzem, 

Przysiągłby, że czasami słyszy jego słowa: Nikt nie poskromi mojego 

najmłodszego syna. 

Ojciec miał rację. Jesse nigdzie nie zagrzał miejsca na tyle długo, żeby 

pozwolić komukolwiek się poskromić lub choćby zbliżyć do siebie. 

Ze Sloan mogło być inaczej. Mogło.. 

Wypił łyk wody, nie spuszczając oczu z braci i ich żon. Na ich 

twarzach malowała się niczym nie zmącona radość życia. Coś ścisnęło go w 

dołku. Nie zdołał powstrzymać natrętnego pytania: czy przypadkiem czegoś 

nie traci? Czy po latach życia na krawędzi, kiedy to odpowiadał tylko za 

siebie, znajdzie kogoś, kto uśmierzy tę bolesną pustkę, która - czemu tak 

długo zaprzeczał - rodzi się z samotności? Czy o to właśnie chodzi w 

związku jednego mężczyzny z jedną kobietą? 

- Musimy już jechać, chłopcze, jeśli chcemy zdążyć do Launders. 

Jesse odwrócił się do D. B., westchnął ciężko i skrzywił usta w 

drwiącym uśmiechu. 

RS

background image

 

62 

 

- Ty stary włóczykiju, świerzbi cię, żeby znaleźć się wreszcie w 

motelu i pogruchać z recepcjonistką, z którą tak błyskawicznie 

zaprzyjaźniłeś się ostatnim razem? 

- Tym razem trafiłeś w dziesiątkę, Jesse. - D. B. poczerwieniał jak 

burak. - Czy facet nie może sobie czasem pomarzyć? 

Może. Jesse przyznał mu w duchu rację i gdy znowu spojrzał na braci, 

poczuł zazdrość. 

Kiedy wstał, żeby się pożegnać, a czarne oczy Sloan znowu wkradły 

się do jego myśli, pozbył się tego obrazu, przypominając sobie dwa 

podstawowe fakty. Po pierwsze, nie był stworzony do zakładania rodziny. A 

po drugie, nawet gdyby był, Sloan potrzebowała zupełnie innego faceta. 

W Launders zarówno Jesse, jak i D. B. zdobyli punktowane miejsca. 

Wczesnym rankiem następnego dnia wyruszyli do Bozeman i już w 

południe byli w tym miasteczku. 

Czasami docierali na miejsce tuż przed zawodami, a po nich 

natychmiast znów ruszali w drogę. Tym razem, dla odmiany, mieli przed 

sobą cały wolny dzień na odpoczynek. 

D. B., który spał przez całą drogę, obudził się pełen werwy, gotów do 

działania. Jesse podrzucił go do przyjaciół, a sam pojechał do motelu, w 

którym zawsze się zatrzymywali. 

W dwupiętrowym motelu w kształcie podkowy zajmowali pokój na 

parterze z drzwiami wychodzącymi prosto na parking. Jesse wyjmował 

rzeczy z bagażnika, już ciesząc się na popołudniową drzemkę, kiedy wyczuł, 

że ktoś go obserwuje. 

Rozejrzał się po parkingu i w końcu spostrzegł maleńkiego kowboja, 

siedzącego na krawężniku pięć stanowisk dalej. Chłopiec miał najwyżej 

RS

background image

 

63 

 

cztery, pięć lat, z metr dziesięć wzrostu, licząc razem z kapeluszem, i 

mierzył Jesse'a wzrokiem, w którym niepewność mieszała się z podziwem. 

- Cześć, kowboju. - Rozbawiony Jesse stuknął palcem w rondo 

kapelusza na powitanie. 

- Hej - odpowiedział chłopczyk poważnym tonem zmęczonego życiem 

faceta. - Ty jesteś Jesse James. 

- Tak, to ja. - Jesse uśmiechnął się zdziwiony, że mały zna się na 

rodeo. 

- Jesteś całkiem dobry - przyznał wspaniałomyślnie chłopiec - ale ten 

byk i tak cię zrzuci. 

I tyle zostało z kultu bohaterów! Przygryzając wargi, żeby nie 

wybuchnąć śmiechem, Jesse podszedł do chłopca i przysiadł obok. 

- Zrzucało mnie wiele byków - wyznał, patrząc w poważne piwne 

oczy, które, choć to nieprawdopodobne, wydały mu się dziwnie znajome. - 

A który z nich, według ciebie, rozdepcze mi tym razem kapelusz? 

- Nazywa się Baby - odpowiedział chłopiec bez wahania. - Nikt nie da 

rady Baby, prócz mnie oczywiście. 

- Ach tak... Masz rację, to rzeczywiście numer jeden. Ale ty sobie z 

nim radzisz, prawda? 

- Prawda, bez przerwy na nim jeżdżę. Przynajmniej wtedy, kiedy 

pozwoli mi mama. 

- Mamy przeważnie nie lubią, kiedy synowie chcą być kowbojami. 

Twoja musi być wyjątkowo wyrozumiała. -Jesse walczył, żeby zachować 

powagę, na którą zasługiwała ta rozmowa. 

Małą surową twarzyczkę rozjaśnił anielski uśmiech cherubinka. Jesse 

jednak nie wątpił, że kryje się pod nim mnóstwo chłopięcej zuchwałości. 

RS

background image

 

64 

 

- Tak, a do tego jest jeszcze ładna - stwierdził z dumą mały kowboj 

- Naprawdę? Wiesz, mężczyzna nie powinien pragnąć więcej niż 

wspaniałego byka do ujeżdżania i widoku ładnej buzi przed zaśnięciem. 

Bywały takie dni, kiedy mnie by to wystarczyło do szczęścia. 

Nagle przed oczyma stanęła mu twarz Sloan. I już nie mógł pozbyć się 

tego obrazu ani oszukiwać się dalej. Był opętany jedną myślą. Czarne jak 

noc włosy pieszczące jego tors, uśmiechnięte oczy koloru topniejącej czeko-

lady... 

Ten chłopiec też ma takie oczy, pomyślał Jesse oszołomiony. 

Poczuł gęsią skórkę na karku. Zmrużył oczy i obrzucił malca długim, 

badawczym spojrzeniem. 

- Jak się nazywasz, kowboju? - spytał ostrożnie w momencie, kiedy 

dziecko odwróciło głowę na dźwięk otwieranych drzwi. 

- Noah, chodź tutaj, kochanie. Jeżeli chcesz iść na basen, musisz 

nałożyć kąpielówki. 

Jesse nie zobaczył nikogo za otwartymi drzwiami. Nie musiał. 

Wszędzie poznałby ten głos. Teraz wiedział już, dlaczego, patrząc na 

chłopca, pomyślał o Sloan. 

Jakby dostał obuchem w głowę. Zrozumiał, co Sloan miała na myśli, 

mówiąc o zobowiązaniach. 

Ten mały jest jej synkiem. 

Wstrząśnięty, wstał z krawężnika razem z chłopcem. 

- Mamo - zawołał Noah i z niewinną dziecięcą ufnością chwycił 

Jesse'a za rękę. - Znalazłem sobie ujeżdżacza byków. 

RS

background image

 

65 

 

- Więc puść go wolno - odpowiedziała Sloan, śmiejąc się - bo nie 

możesz go... - stanęła w progu i zobaczyła Jesse'a -... zatrzymać - 

dokończyła zdanie i szybko odwróciła wzrok. 

A Jesse stał jak wryty z kompletnym zamętem w głowie. 

Dziecko, myślał, nie mogąc obudzić się z odrętwienia. I to ciało, 

uzupełnił ponuro, patrząc na opinający Sloan czarny kostium kąpielowy. 

Przylegająca do skóry lycra, wycięcia na udach i między piersiami. Z 

pewnością nie było w tym stroju nic szczególnie wyzywającego. Ale to, co 

ujrzał Jesse, stało się pożywką dla jego wyobraźni. 

- Cześć, Jesse. - Sloan odzyskała panowanie nad sobą i zdobyła się na 

uśmiech. 

- Cześć, Country - mruknął, wsuwając kciuki za pasek spodni. - 

Zapomniałem, że zakontraktowałaś się na tę imprezę. 

Akurat! Wcale nie zapomniał. Po prostu bardzo chciał o tym nie 

pamiętać. Robił, co mógł, żeby wyrzucić z pamięci obraz jej twarzy w 

blasku księżyca, jej warg nabrzmiałych od pocałunku. 

- No tak... - Sloan postawiła przed sobą Noaha, jakby dziecko mogło ją 

osłonić przed wzrokiem Jesse'a. - Te trasy to szaleństwo. Czasami wstaję 

rano i długo nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jestem. 

Nie miałaby tego problemu, gdyby budziła się w moim łóżku, 

pomyślał Jesse smętnie. Może zapomniałaby na krótko, jak się nazywa, ale z 

pewnością wiedziałaby, gdzie jest - i z kim. 

Nie potrafił pozbyć się tych natrętnych myśli i nie był w stanie ruszyć 

się z miejsca. 

- Poznałeś już Noaha. Mam nadzieję, że nie zanudził cię na śmierć. 

RS

background image

 

66 

 

Jesse spojrzał na chłopca, znowu oszołomiony jego podobieństwem do 

matki. 

- Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, prawda, kowboju? Noah 

uśmiechnął się od ucha do ucha i kiwnął głową. 

- Przepraszam... - zaczęła Sloan, gdy wzrok Jesse'a błądził między 

jedną a drugą parą brązowych oczu - ale musimy już iść. Obiecałam 

Noahowi pływanie w basenie, a mam jeszcze sporo roboty. 

Cofnęła się do pokoju. Jesse zrozumiał, że znowu przed nim ucieka. 

Nie był tylko pewny, czy go to cieszy, czy denerwuje. 

- Zobaczymy się później. 

- Tak, później - wymamrotał, ale szybko pozbierał się na tyle, żeby 

odpowiedzieć machnięciem dłoni na „pa, pa" Noaha. 

Stał jeszcze przez chwilę przed zamkniętymi drzwiami swojego 

pokoju. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, a kark oblewał zimny pot. 

Sloan ma syna! 

Nie potrafił zapanować nad eksplozją uczuć, które wyzwoliła w nim ta 

nowina. Nie potrafił ich nawet nazwać. 

Zazdrość? To pierwsze przyszło mu do głowy, chociaż z całych sił 

walczył z absurdalnością takiej myśli. Na pewno ogarnął go nagły przypływ 

opiekuńczości, choć zupełnie nie miał pojęcia, skąd się wziął i dlaczego jest 

tak silny. Poza tym, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, miał bolesne 

poczucie wykluczenia poza nawias. Sloan ma dziecko! A więc był inny 

mężczyzna. Mężczyzna, którego kochała wystarczająco, żeby mieć z nim 

dziecko. Może Sloan nadal go kocha, chociaż plotki głosiły, że w tej chwili 

nie ma w jej życiu mężczyzny. 

RS

background image

 

67 

 

Z drugiej jednak strony... o dziecku w tych plotkach też nie było 

mowy. Znowu coś ścisnęło go w dołku. 

Ogarnęło go pragnienie, które wyolbrzymiało wszystkie inne uczucia. 

To Jesse był w stanie zrozumieć. Zaczynało się od pożądania, ale były 

jeszcze jakieś inne tęsknoty, które osnuwały wszystkie jego myśli. Miał 

wrażenie, że jest jednym wielkim kłębkiem smutku. 

Zaklął pod nosem, chwycił torbę ze sprzętem i zaczął zmagać się z 

zamkiem u drzwi. Potem przestąpił próg,rzucił torbę na podłogę, wyciągnął 

się na łóżku i spuścił żaluzje. 

Leżał w ciemności. 

Przez resztę popołudnia Jesse walczył z pokusą, żeby pobiec na basen i 

odegrać rolę ratownika wobec kobiety, która najwyraźniej nie widziała dla 

niego miejsca w swoim życiu. 

- Dystans - warknął wściekle, podkładając ręce pod głowę. - Dużo ci 

dał ten cholerny dystans. Dwa zmarnowane tygodnie, ty głupi durniu. 

Żałosne! Unikał Sloan, żeby wybić ją sobie z głowy. I nawet 

wydawało mu się, że odrobił tę lekcję. Dopóki nie zobaczył tej kobiety. 

Dopóki nie spojrzał w jej oczy. 

Dopóki nie wyczytał w nich niepokoju. 

Patrzył wytrwale w sufit i w końcu, z rzadką u niego trzeźwością 

umysłu, zrozumiał powód tego niepokoju. 

Sloan jest kobietą samotną. Samotną kobietą z dzieckiem, które kocha 

i za które jest odpowiedzialna. Dla niej życie nie jest zabawą, tak jak dla 

niego. Dla Sloan życie to twarda rzeczywistość. Dziecko jest żywym 

dowodem na to, jak wiele może się zdarzyć. 

RS

background image

 

68 

 

Trudno się dziwić, że Sloan nie chce ryzykować, pomyślał z 

niesmakiem. Żył tak, jak ona by żyć nie mogła, nawet gdyby chciała. Nie 

mogła sobie na to pozwolić. Jesse nie wiedział, co znaczy odpowiedzialność 

i obowiązek. Odpowiadał tylko za siebie. Żadnych zobowiązań, tylko 

własne zachcianki, trasy zawodów i przelotne flirty. 

A Sloan wie o życiu znacznie więcej. Wie, co to znaczy odpowiadać 

za kogoś, dać mu jeść i zapewniać dach nad głową. I zna cenę, którą musi 

płacić za pewność, że tego kogoś nie zawiedzie. 

Chryste! W porównaniu z problemami, z jakimi Sloan zmaga się 

każdego dnia, jego kłopoty są marną kupką końskiego łajna. 

Sięgnął do kieszeni koszuli i wyjął z niej rzemyk, który nosił od 

pamiętnej księżycowej nocy w Wyoming. Ten, którym Sloan wiązała włosy 

i który jej wtedy zabrał. 

Miał zamiar go wyrzucić, ale jakoś do tego nie doszło. 

A teraz, kiedy już rozumiał, jak niebezpieczna była jego gra dla 

kobiety takiej jak Sloan, chce czy nie, powinien wreszcie zrobić coś 

sensownego. Dla odmiany uzna czyjeś pragnienia za ważniejsze od swoich. 

Nie chodzi o to, jak bardzo jej pragnie. I nie o to, ile zamieszania Sloan 

mogłaby narobić w jego sercu i w jego życiu. 

Tu nie chodzi o niego. 

Chodzi o nią i o to, co on mógłby zrobić z jej życiem. 

O to, że musi - ze względu na nią, nie na siebie - dotrzymać danej jej 

obietnicy, zostawić ją w spokoju i wynieść się do diabła. 

 

 

 

RS

background image

 

69 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Praca. Praca jest lekarstwem na wszystkie zmartwienia. Tata zawsze to 

powtarzał, kiedy coś ją trapiło. No i co? Ponad godzinę Sloan krzątała się 

przy zwierzętach i jakoś nie poczuła się wyleczona. Jak na silną kobietę, za 

jaką się uważała, była zmęczona, skołowana i pusta w środku. Nie z powodu 

Jesse'a Jamesa, pomyślała ponuro. 

Chociaż... Jesse, z tymi swoimi błękitnymi, przenikliwymi oczami, 

może rzeczywiście nie był główną przyczyną jej podłego nastroju, ale z 

pewnością dołożył swoje trzy grosze. Kiedy zobaczyła wczoraj Noaha 

czepiającego się jego wielkiej dłoni, zamarło w niej serce. W pierwszym 

odruchu pomyślała, jakie to smutne, że Noah nie ma ojca, którego tak 

potrzebuje. Po chwili żałowała, że to właśnie Jesse jej o tym przypomniał. 

Nie widziała go prawie od trzech tygodni. Tyle czasu minęło od tej 

nocy, kiedy zwabił ją nad rzekę i pocałował. 

Ten nieszczęsny pocałunek prześladował ją. Złościł. Budził 

pragnienie, tęsknotę i przypominał, że musi trzymać się od tego kowboja z 

daleka. 

Tamtej nocy Jesse miał nad nią władzę. Wczoraj zdała sobie sprawę z 

tego, że wciąż ją ma. Niełatwo było jej to przyznać, ale czasami trudno 

pogodzić się z prawdą. 

Przyjęła ten fakt do wiadomości. Gdyby Jesse całował ją wtedy dłużej, 

gdyby nie przestał jej dotykać i zechciał, żeby położyła się z nim na 

miękkiej trawie nad rzeką, kochałaby się z nim. 

I nie potrafiłaby o tym zapomnieć. 

I przepadłaby z kretesem. 

RS

background image

 

70 

 

Tak, czuła się zagubiona, lecz gdy udawało jej się wyrzucić go siłą ze 

swoich myśli, spadało na nią jeszcze dotkliwsze poczucie straty coraz 

trudniejsze do zniesienia. 

Jej tata z Ellie zaledwie godzinę temu zabrali Noaha do domu w 

Snowy River, a ona już za nim tęskniła. Cierpiała, kiedy wyjeżdżał, jakby 

rozstawali się na nie wiadomo jak długo. Zawsze tak było i nic nie mogła na 

to poradzić. 

- Cześć, Country. 

Tak pogrążyła się w użalaniu nad swoim losem, że nie usłyszała 

kroków nadchodzącego Jesse'a. Zaskoczył ją tak bardzo, że wypuściła 

gumowy wąż, którym nalewała wodę do koryta Baby. Natychmiast go 

podniosła, odwróciła się, żeby zakręcić kran, i nagle uświadomiła sobie, że 

drżą jej ręce. 

Nie była w nastroju na to spotkanie. Za bardzo tęskniła za Noahem. 

- Cześć - odpowiedziała, chwytając widły, żeby dorzucić bykowi 

siana. Liczyła, że Jesse szybko sobie pójdzie i nie będzie musiała się zmagać 

z jeszcze jedną słabością. 

- Gdzie mały? 

Zesztywniała. Potem walczyła w milczeniu z obrazem słodkiej buzi 

Noaha przylepionej do szyby samochodu i jego pulchnej rączki, machającej 

jej na pożegnanie. 

- Myślę, że jest w połowie drogi do domu. 

- Nie chciał pokręcić się przy rodeo? 

Kątem oka dostrzegła, że Jesse oparł się o poręcz boksu i zaczął drapać 

za uszami kozę. Najwidoczniej nigdzie się nie wybierał. 

RS

background image

 

71 

 

- Chciał zostać... - Sloan z trudem panowała nad głosem. - Ale nie 

mogę jednocześnie opiekować się nim i dbać o interes, więc... - przerwała 

nagle, przeklinając łzy, które cisnęły się jej do oczu. 

- To chyba niełatwe, co? - spytał po dłuższej chwili, głosem tak 

czułym i pełnym zrozumienia, że Sloan pozwoliła popłynąć tym łzom. 

A niech go diabli porwą! Niech go szlag trafi za to, że się tu zjawił, za 

to jego współczucie i za to, że miała ochotę wypłakać się na jego ramieniu. 

Przywołała się do porządku i odwróciła do niego plecami. Nie, tylko 

nie to! Nie chciała, żeby widział, jak pogrąża się w litości nad sobą, jak 

walczy z pokusą, żeby znaleźć się w jego objęciach. 

- Tak, to niełatwe - odpowiedziała po chwili, uznając, że się już 

pozbierała. - Ale taki jest układ. Nie można mieć wszystkiego. Czasami... - 

wyrwało się jej bezwiednie -czasami tęsknię za nim w trasie tak bardzo, że 

po prostu muszę go zobaczyć. 

Ze złością starła z policzka następną łzę. 

- Na szczęście tata i Ellie rozumieją to i przywożą go do mnie, jeśli nie 

mam czasu na podróż do domu, tak jak ostatnio. 

Do licha, pomyślał Jesse, obserwując bezradnie, jak Sloan walczy ze 

sobą, żeby się kompletnie nie rozkleić. 

Nigdy jej takiej nie widział. Nie dostrzegał bezbronności, starannie 

skrywanej pod maską chłodu i ironii. 

Nie mógł znieść tego widoku. Chciał przyciągnąć Sloan do siebie, 

objąć i choć trochę pocieszyć. 

Wiedział jednak, że nie doprowadziłoby to do niczego dobrego. 

Patrzył posępnie na jej dumnie wyprostowane ramiona i w ostatnim odruchu 

zdrowego rozsądku udało mu się utrzymać ręce przy sobie. 

RS

background image

 

72 

 

Tylko dlaczego, do cholery, nie użył tego rozsądku wcześniej, zanim 

go tu licho przyniosło. Nie stałby teraz ze ściśniętym żalem gardłem i nie 

był mimowolnym świadkiem jej cierpienia. 

Nie szukał jej, wpadł na nią przez przypadek. Do diabła, prędzej czy 

później musiał się na nią natknąć. Wolałby jednak, żeby stało się to później. 

O wiele później. Kiedy Sloan nie będzie cierpiała, a on nie będzie odczuwał 

potrzeby udowodnienia sobie, że potrafi być dla kobiety kimś, kim nigdy 

dotąd nie próbował być. Przyjacielem. 

Nie wiedział nawet, czy jest do tego zdolny. Ale ona właśnie w tej 

chwili potrzebowała przyjaciela, dlatego, z braku lepszego kandydata, 

musiał wziąć się w garść i podjąć się tej roli. 

Jakby włożył parę nowych butów. Zawsze najpierw są ciasne i 

uwierają. 

Przypomniał sobie wnioski, do których doszedł wczoraj, kiedy w 

ciemnym motelowym pokoju przeżywał własne rozterki. Tu nie chodzi o 

jego dalsze życie, o jego pragnienia. Chodzi wyłącznie o Sloan. 

- Twój synek jest stuprocentowym małym kowbojem - zagaił w końcu, 

czując niemałą ulgę, kiedy Sloan wyprostowała przygarbione plecy. Krótki 

promienny uśmiech, którym go obdarzyła, choć trochę wymuszony, ośmielił 

go jeszcze bardziej. 

- Tak, jest bardzo dzielny. 

- Miałem niezłą uciechę, kiedy opowiadał mi, że tylko on potrafi 

jeździć na tym twoim strasznym byku. 

- Gdybyś zobaczył go na grzbiecie Baby, miałbyś jeszcze większą 

uciechę. Tak, tak - dodała z szerokim uśmiechem, widząc w oczach Jesse'a 

RS

background image

 

73 

 

niedowierzanie. -Z jakiegoś powodu Baby nie tylko toleruje go na sobie, ale 

nawet zdaje się to lubić. 

- A niech mnie... - Marszcząc brwi, Jesse przeniósł wzrok na byka, 

który był postrachem wszystkich jeźdźców. - Uważasz, że to rozsądne? 

- Rozsądne? Chciałeś zapytać, czy bezpieczne? No więc jedno i 

drugie. To niesamowite, jak Baby łagodnieje w towarzystwie Noaha. W 

moim też. - Wyszła z boksu, sprawdzając, czy bykowi starczy wody. - Nie 

lubi tylko kowbojów. Zawsze uważałam, że zna się na ludziach. 

Znowu tryskała energią i siłą, a uśmiechnęła się tak łagodnie, że Jesse 

musiał odwzajemnić jej uśmiech. 

W tym jej uśmiechu było coś fascynującego. Wrażliwy mężczyzna 

mógłby się w nim zatracić, a potem wymyślać tysiące sposobów, żeby 

widywać go częściej. 

Jednak mądry mężczyzna, zdecydowany postępować właściwie, 

zdałby sobie sprawę, że skoro Sloan już doszła do siebie, powinien 

pożegnać się i odejść. 

Niestety, w obecności tej kobiety Jesse nie zachowywał się jak mądry 

mężczyzna. Został. Nie bardzo wiedział, dlaczego powlókł się za nią do 

następnego boksu. I czemu ciężar spadł mu z serca, gdy smutek na dobre 

znikł z jej oczu. I dlaczego potem szedł za nią krok w krok, od boksu do 

boksu. 

- Nie masz ludzi do tej roboty? - spytał, pomagając jej podnieść worek 

z karmą. 

- Dałam im wolne popołudnie. Praca fizyczna dobrze mi robi. 

Znał tę metodę. Sam był jej zwolennikiem. Gdy napadała go chandra, 

wyciągał z bagażnika hantle i ćwiczył do upadłego. 

RS

background image

 

74 

 

Zanim się zorientował, kilka minut pocieszającej rozmowy 

przeciągnęło się w kwadrans, kwadrans w pół godziny. Z widłami w rękach 

wyrzucał gnój z boksów, dźwigał wiadra z karmą, napełniał koryta wodą. 

Trzy razy Sloan zapytała go, czy nie ma niczego lepszego do roboty. 

Za każdym razem zdawało mu się, że coś wymyśli. Nie wymyślił. Sloan 

wzruszyła więc ramionami, zakpiła, że babranie się w gnoju degraduje 

prawdziwego kowboja, i wcisnęła mu widły w dłonie. 

A Jesse jak głupi tylko się uśmiechnął i pracował dalej. I mówił. 

Opowiadał o swojej rodzinie, o swojej matce i jej nowym mężu. O 

Garretcie, Clayu, ich żonach i dzieciach, i o tym, że gdyby zobaczyli go 

teraz z widłami w rękach, wypominaliby mu to do końca życia. 

Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego tyle mówi. Czemu wciąż tu jest. 

Przecież obiecał Sloan - i sobie - że zostawi ją w spokoju. I gotów był zrobić 

wszystko, do cholery, żeby tej obietnicy dotrzymać, a kręcąc się przy niej, 

utrudniał tylko sytuację. 

Ale nie potrafił zmusić się do wyjścia. 

Został więc, raz po raz przypominając sobie, że utrzymywanie 

fizycznego dystansu jest dla nich obojga najlepszym rozwiązaniem. Bo 

Sloan ma dziecko, za które jest odpowiedzialna, i prowadzi biznes, któremu 

musi poświęcić dużo uwagi. 

I dlatego, że jemu w głowie tylko zabawa i przygody bez zobowiązań. 

Nie stać go na odrzucenie zasad, którymi dawno temu zaczął się kierować: 

nigdy nie angażować się w coś, z czego nie można się w porę wycofać. 

Trzymać kobiety na dystans. Nigdy nie pozwolić im wpływać na swoje 

życie. 

RS

background image

 

75 

 

Lecz został tu ze Sloan. Chciał zostać. I nie miał najmniejszego 

pojęcia, dlaczego. 

- Zdaje się, że jestem twoją dłużniczką, Jesse - powiedziała Sloan, 

wyjmując mu z dłoni gumowy wąż. - Dzięki tobie uporałam się z tą robotą 

dwa razy szybciej. 

- Tak... - Jesse rozejrzał się, zdziwiony, że uprzątnęli już ostami boks - 

i nie wykręcisz się tanim kosztem - zaśmiał się, opuszczając podwinięte 

rękawy. 

- Pozwoliłabym ci wyznaczyć cenę, ale diabli wiedzą, w jakie kłopoty 

byś mnie wpędził. Co powiesz na kolację? 

Wiedział, że powinien powiedzieć: „To nie jest konieczne... Dajmy 

temu spokój". Lecz gdy patrzył prosto w jej oczy, uświadomił sobie, że 

pomysł spotykania się ze Sloan na niezobowiązującej, przyjacielskiej stopie 

podoba mu się prawie tak samo, jak perspektywa bardziej intymnych 

przyjemności. Prawie, przyznał po chwili, bo przecież nie mógł oszukiwać 

samego siebie. 

- Zgoda. Problem w tym, że zwykle nie jadam przed zawodami. A 

potem będzie już zbyt późno na kolację. 

- Nie ma sprawy, każę chłopcom oporządzić bydło na noc. Należy mi 

się wolny wieczór. 

- Z tego, co słyszałem, należy ci się on od dawna. Wszyscy wiedzieli, 

że Sloan harowała równie ciężko albo ciężej od mężczyzn. Nawet zamknięty 

klub starych hodowców musiał to w końcu przyznać i dać jej święty spokój. 

Jesse ucieszył się, że niechcący, dzięki niemu, Sloan pozwoli sobie na trochę 

luzu. 

RS

background image

 

76 

 

- Więc jesteśmy umówieni na randkę, tak? - spytała i natychmiast się 

poprawiła. - Nie, nie na randkę. To się nazywa dobicie targu. 

- Nazwij to, jak chcesz. - Jesse uśmiechnął się na pożegnanie, chwycił 

kapelusz i wyszedł, zanim pochłonęły go niebezpieczne myśli. 

Do niczego nie dojdzie, przekonywał sam siebie stanowczo, 

przebierając się na wieczorne zawody. Spędzone ze Sloan popołudnie było 

tylko jednym z tych dziwnych zbiegów okoliczności, które od czasu do 

czasu przydarzają się wszystkim ludziom. 

Widział, jak cierpiała, i sam się sobie dziwił, że stanął na wysokości 

zadania i pomógł jej przez to przejść. Nic wielkiego. Nic, co odmieniłoby jej 

życie. 

To prawda, że niechcący poznał inną Sloan - wrażliwą, bezradną, nie 

potrafiącą ukryć bólu - a pocieszając ją, i w sobie odkrył coś, czego istnienia 

nawet nie podejrzewał. 

Ale to nic nie znaczy. Nie znaczy, że chciałby dowiedzieć się o niej 

jeszcze więcej. I nie chodzi o to, że nagle zapragnął opiekować się nią, ulżyć 

jej doli, sprawić, żeby chciała go mieć u swego boku. 

- No właśnie - mruknął, przeciągając brzytwą po brodzie i gapiąc się 

na głupca w lustrze. - To nic nie znaczy. 

Nic, poza tym, że istniała całkiem realna, bardzo niepokojąca 

możliwość, że pragnienie, by być dla Sloan Gantry kimś więcej, niż był dla 

jakiejkolwiek innej kobiety, już nigdy go nie opuści. 

Po kilku sekundach było po wszystkim. Po sekundach, które zdawały 

się wiecznością, kiedy skamieniały tłum, w bezradnym, niemym przerażeniu 

śledził zmagania człowieka z bykiem. 

RS

background image

 

77 

 

W pierwszej sekundzie D. B. trzymał się dzielnie, wymachując wolną 

ręką dla utrzymania równowagi i mocno przyciskając nogę do boku 

zwierzęcia. W następnej wypuścił sznur - jedyne narzędzie umożliwiające 

utrzymanie się na grzbiecie rozjuszonego byka. 

Poszybował wysoko w górę, potem spadał jak kończący lot oszczep, 

aż wreszcie uderzył o ziemię. Toczył się jeszcze, bezwładnie odbijając się 

od podłoża areny, w końcu znieruchomiał, całkiem bezbronny, dokładnie 

wtedy, gdy Burzowa Chmura odwrócił się i wzniecając racicami tumany 

kurzu, spuścił uzbrojoną w rogi głowę i ruszył do ataku. 

Klowni podskakiwali jak szaleni, starając się skierować na siebie 

uwagę byka, który szarżował na nieprzytomnego kowboja. Spiker zasłonił 

dłonią mikrofon i wrzeszczał do kogoś, żeby natychmiast sprowadzić 

karetkę. 

Jesse patrzył na wszystko jak na koszmarny sen, wyrywając się trzem 

kolegom, którzy nie pozwalali mu przeskoczyć ogrodzenia i popędzić na 

ratunek D. B. 

Podchodząc do sprawy racjonalnie, Jesse wiedział, że mają rację. 

Klowni znali się na rzeczy, a jego interwencja tylko zwiększyłaby ryzyko, 

nie pomagając w niczym D. B. Ekipa, która wyglądała na beztroskich 

błaznów, w rzeczywistości stanowiła pogotowie ratownicze ujeżdżaczy 

byków. 

Ale Jesse nie był w stanie logicznie myśleć. Czuł się tak, jakby to jego 

wściekły byk roznosił na strzępy, podrzucał niczym szmacianą lalkę aż do 

momentu, w którym klownom udało się odciągnąć uwagę bydlęcia od 

pokiereszowanego ciała D. B. i wypędzić go z areny. 

RS

background image

 

78 

 

Tłum wstrzymał oddech, gdy sanitariusze biegli do D. B. z noszami i 

zestawem pierwszej pomocy. Jesse skoczył za nimi jak błyskawica. Czas 

wlókł się w nieskończoność, nim wreszcie rozbłysło światło i przez otwartą 

wcześniej bramę wjechał na arenę ambulans. Sanitariusze ostrożnie 

podnieśli nieprzytomnego, połamanego i zakrwawionego D. B. i wsunęli go 

na noszach do środka. 

— Ma jakichś krewnych? - spytał ponuro jeden z nich. Jesse z trudem 

przełknął ślinę. Krew była wszędzie. 

Noga D. B. wykręcona była pod dziwnym kątem, kamizelka 

rozszarpana przez wielkie racice i ostre rogi. 

- Ja jestem jego krewnym - odpowiedział, wspinając się do ambulansu. 

Spojrzał na sanitariusza wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu. Sprzeciwu nie 

było. 

W czasie jazdy do szpitala starał się o niczym nie myśleć. Nie czuł też 

niczego poza przyprawiającym o mdłości strachem. 

Syrena wyła, ambulans z piskiem opon pokonywał kolejne zakręty. 

Sanitariusze w szalonym pośpiechu tamowali upływającą krew rannego, 

kontrolowali jego oddech i pracę serca. 

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Jesse pochylił głowę i 

modlił się. Prosił Boga o ocalenie przyjaciela. 

Sloan udało się dotrzeć do szpitala dopiero po północy. Wciąż miała 

przed oczami widok połamanego, krwawiącego D. B. 

To nie byk ze Snowy River tak się nad nim pastwił, ale równie dobrze 

mogłoby tak być. Z możliwością takiego wypadku liczy się każdy zawodnik, 

kiedy siada na potężnym grzbiecie, stawiając siłę i rozum człowieka 

przeciwko furii zwierzęcia. Z taką możliwością musi się też liczyć każdy 

RS

background image

 

79 

 

hodowca. Ale świadomość, że wypadki się zdarzają, nie przynosi ulgi, kiedy 

do nich dochodzi. 

Zatrzymała się przy punkcie informacyjnym. To, co usłyszała, nie było 

pocieszające. Przywieźli D. B. ponad trzy godziny temu i ciągle leżał na 

stole operacyjnym. Chwilę później odnalazła Jesse'a w poczekalni oddziału 

intensywnej terapii. 

Siedział z łokciami wspartymi o kolana, czołem ukrytym w dłoniach, 

nisko opuszczonym kapeluszem, zaciśniętą szczęką i zamkniętymi oczami. 

Sloan nabrała głęboko powietrza i podeszła do niego. Nie podniósł 

głowy, gdy usiadła obok, ale wiedziała, że czuje jej obecność. Nie zmuszała 

go do rozmowy. Milczała. 

Kiedy wsiadła do półciężarówki i ruszyła do szpitala, nie miała 

pojęcia, dlaczego tam jedzie. Wiedziała tylko, że musi jechać. Jedyne, co 

mogła zrobić dla D. B., to modlić się, i modliła się żarliwie. Była jednak 

pewna, że Jesse cierpi i chciała być przy nim, pomóc mu, tak jak on pomógł 

jej dzisiejszego popołudnia. 

Już dawno przekonała się, że jego zła reputacja jest tarczą ochronną, 

opartą na misternej konstrukcji przechwałek i zmyśleń. Jesse stworzył 

wizerunek siebie jako zblazowanego starego wygi, kowboja zawadiaki, 

któremu w głowie tylko zabawa, kobiety i kolejny bar w jakiejś dziurze. 

Ukrywał się za tym wizerunkiem. 

Lecz prawdziwy Jesse James potrafił być oddanym przyjacielem. I na 

pewno nie był pozbawiony głębszych uczuć. 

Odkryła coś jeszcze. Coś, o co podejrzewała tego kowboja od jakiegoś 

czasu, ale o czym przekonała się dopiero wtedy, kiedy pracował z nią w 

stajni i opowiadał o swojej rodzinie. Na pewno by temu zaprzeczył, ale Jesse 

RS

background image

 

80 

 

James, który co wieczór bez cienia lęku wystawiał się na niebezpieczeństwo 

porównywalne z katastrofą kolejową, ukrywał pod maską szorstkości 

zadziwiającą wrażliwość i bezradność. Sloan długo nie potrafiła właściwie 

tego określić. Lecz wówczas, gdy sama bezradnie zmagała się ze smutkiem, 

odkryła w nim tę samą słabość. 

Jesse wciąż przed czymś uciekał. Nie pozwalał nikomu zbliżyć się do 

siebie, przed nikim się nie otwierał. Bał się liczyć na czyjąkolwiek pomoc. Z 

ich rozmowy jasno wynikało, że kocha swoją rodzinę - ale uciekał nawet od 

niej, bojąc się wplątywać bliskich w swoje pogmatwane życie. Sloan nie 

wiedziała, co jest źródłem tego lęku. Wiedziała tylko, że nie chce, żeby 

Jesse bał się tej nocy. I żeby był sam. 

- Jeszcze niedawno... - Jesse odezwał się tak niespodziewanie, jakby 

nie był świadom, że wypowiada na głos swoje myśli. - Tak niedawno temu - 

powtórzył udręczonym głosem. - Przypomniałem sobie pewien sierpniowy 

dzień, sprzed kilku lat. Nie byliśmy jeszcze kumplami, ale już od paru lat 

bez przerwy wpadaliśmy na siebie. 

Zamilkł i przez chwilę pocierał kciukami skronie. 

- Utknęliśmy w Cody. Co za klapa! Padało od tygodnia i wcale nie 

zanosiło się na zmianę pogody. Wszyscy byli zdołowani, w podłych 

nastrojach, bo nie mogli startować. D. B. postanowił coś z tym zrobić. 

Ponury uśmiech pojawił się na jego wargach. 

- Ten łobuz namówił Charliego Lemona, żeby osiodłał konia. 

Wytrzasnął skądś narty wodne i zanim coś do nas dotarło, wielki gniadosz 

Charliego galopował przez arenę, rozpryskując błoto, a D. B., trzymając się 

liny, którą przywiązał do siodła, szusował za nim na nartach. W życiu nie 

widziałem czegoś równie zabawnego. 

RS

background image

 

81 

 

Nawet najmniejsza iskierka rozbawienia nie rozjaśniła mu oczu. 

Podniósł głowę i patrzył przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. 

- Był ubłocony po czubek głowy. Białe miał tylko zęby, kiedy je 

wyszczerzył w błazeńskim uśmiechu. Cholerny głupiec. 

Przesunął dłonią po twarzy i opadł ciężko na oparcie kanapy. 

- Robi się za stary do tej roboty. Ktoś powinien mu to wygarnąć. 

- Wydaje mi się, że robi to, na co ma ochotę. Nie wyobrażam sobie, 

żeby czyjekolwiek zdanie mogło to zmienić - odrzekła Sloan. 

- Pewnie masz rację... - Spojrzał na nią zbolałym wzrokiem. - Sloan, 

co ty właściwie tutaj robisz? 

- Pomyślałam sobie, że może potrzebujesz towarzystwa. 

- Dlaczego? - Jesse przypatrywał się jej twarzy oświetlonej zimnym, 

sterylnym światłem. 

Nie pytał, dlaczego o tym pomyślała. Był ciekaw, dlaczego w ogóle 

przyjechała. Pytał, dlaczego się nim przejmuje. 

- Dlatego, że przyjaciele dbają o siebie. Doszłam do wniosku, że teraz 

nie tylko D. B. potrzebuje kogoś, kto o niego zadba. 

- To nie ja leżę na stole operacyjnym. 

- Nie, ale to ty się gryziesz. D. B. jest pod dobrą opieką, Jesse. 

Położyła mu dłoń na przedramieniu i poczuła pod palcami naprężające 

się mimowolnie mięśnie. Poczekała, aż Jesse się rozluźni, a potem on, 

niespodziewanie dla nich obojga, przykrył jej dłoń swoją dłonią. Sloan 

zrozumiała, że teraz Jesse czerpał od niej siłę. 

Ich oczy spotkały się. Jego były tak błękitne i tak umęczone, że 

wzruszenie ścisnęło ją za gardło. I właśnie w tej chwili, jak grom z jasnego 

RS

background image

 

82 

 

nieba, spadła na nią jeszcze jedna niezaprzeczalna prawda. Prawda, z którą 

tak trudno było jej się pogodzić. I jednocześnie tak łatwo. 

Kochała go. 

To było takie łatwe. 

To było takie cudowne. 

I takie niemądre. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

83 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Kocha Jesse'a Jamesa. Głęboko i beznadziejnie. I choć to pewnie 

największa pomyłka jej życia, Sloan odczuła ogromną ulgę, gdy w końcu 

przyznała się do tego. Nieważne, że tylko przed sobą. 

Powinno ją przerazić to odkrycie, a jednak z jakiegoś niewiadomego 

powodu wcale się nie bała. Choć nie przemknęło jej nawet przez myśl, że 

Jesse może odwzajemniać jej uczucie, a nawet gdyby odwzajemniał, że z nią 

zostanie. Aż taka głupia nie była. 

Dobrze wiedziała, jaki jest Jesse. co może dać kobiecie - dużo dobrej 

zabawy bez żadnych zobowiązań. Tym razem jednak jest dostatecznie 

mądra, żeby to zrozumieć. I dostatecznie silna, żeby poradzić sobie z bólem, 

kiedy on odejdzie. 

A będzie bolało na pewno. Pogodziła się też z kilkoma innymi 

przykrymi prawdami, których wcześniej nie chciała do siebie dopuścić. 

Od kilku lat żyła samotnie. Bez mężczyzny. Brakowało jej miłości i 

seksu. Radości, jaką mężczyzna taki jak Jesse James mógł wnieść do życia 

wypełnionego pracą, odpowiedzialnością za dziecko i chyba niczym więcej. 

Podjęła decyzję. Całkiem świadomie postanowiła przyjąć od Jesse'a to, 

co sam zechce jej dać. Bez zadawania pytań. Bez żadnych obietnic. Będzie 

cieszyć się każdą chwilą. A potem zachowa w pamięci wspomnienia i bę-

dzie żyć dalej. 

Dzisiejszy wieczór w brutalny sposób przypomniał im wszystkim, że 

życie jest krótkie. Że życie jest skarbem. A jej uświadomił, że marnuje je jak 

głupia, uciekając przed jedynym mężczyzną, który może je rozjaśnić, 

choćby tylko na chwilę. 

RS

background image

 

84 

 

Postanowiła coś jeszcze. Jesse nigdy się nie dowie, co ona do niego 

czuje. To będzie jej tajemnica. Grzeszna tajemnica. 

Poczuła, jak jego dłoń tężeje nagle pod jej palcami, zobaczyła, jak 

wstrzymał oddech. Podążyła za jego wzrokiem ku drzwiom poczekalni. 

- Czy ktoś czeka na informację o Tomie Stringerze? - Lekarz w 

zielonym fartuchu rozejrzał się po pokoju. 

Wstała. Jesse podniósł się na sztywnych nogach, a Yancy i Jerome, 

koledzy D. B., którzy pili kawę w drugim końcu poczekalni, podeszli do 

nich, bladzi z przejęcia. 

- My - odpowiedziała Sloan, a trzej kowboje milczeli z minami 

ponurymi jak chmura gradowa. 

- Jest nieźle połamany. - Lekarz nie tracił czasu. -Wielomiejscowe 

złamania kości policzkowych i szczęki, połamane żebra, obojczyk i lewa 

kość udowa. Ale to najmniejsze zmartwienie. Musieliśmy usunąć mu 

śledzionę. Ma paskudnie stłuczone nerki. Z tym można żyć. Ale wciąż nie 

wiadomo, jakie będą skutki urazu czaszki. Wezwaliśmy neurochirurga, 

jednego z najlepszych w okolicy. Będzie go operował. 

Zamilkł i pokiwał bezradnie głową. 

- Zjawi się jednak najwcześniej za kilka godzin. A i wtedy nic 

pewnego nie będzie można powiedzieć. Przykro mi. Decydujące będą 

najbliższe dwadzieścia cztery godziny. 

- Przeżyje? 

Sloan ścisnęła mocniej dłoń Jesse'a, widząc w jego wzroku błaganie o 

odpowiedź, którą chciał usłyszeć. 

- Jeżeli nie nastąpią nieprzewidziane komplikacje, przeżyje... - Chirurg 

zamilkł i przez chwilę się zastanawiał. - To zależy, ile jeszcze tli się w nim 

RS

background image

 

85 

 

życia i czy jest silny. Przykro mi, wolałbym przekazać państwu lepsze 

nowiny. 

- Ale będzie mógł znowu jeździć, prawda, doktorze? - zapytał 

zdesperowany Yancy. 

- Martwmy się lepiej tym, czy będzie mógł chodzić. 

- Doktor ze smutnym uśmiechem na twarzy wyszedł z poczekalni. 

Cała czwórka stała jak sparaliżowana, wpatrując się w drzwi, które za 

sobą zamknął lekarz, jakby w oczekiwaniu, że zaraz je uchyli i sprostuje 

straszną omyłkę: „Nie, to nie o tego pacjenta chodziło. Z D. B. wszystko 

będzie dobrze". 

- Czy... czy on ma jakąś rodzinę? Może powinniśmy do kogoś 

zadzwonić? - Sloan przerwała w końcu milczenie. 

- Ma siostrę - odpowiedział Jesse drewnianym głosem. - Już ją 

zawiadomiłem. Jedzie tu z Sheridan. 

Yancy i Jerome wrócili do swojej kawy, bezradni i przerażeni. 

- Może wrócicie już do motelu - zaproponowała nieśmiało Sloan. - My 

z Jesse'em tu zostaniemy. Jeśli dowiemy się czegoś więcej, natychmiast do 

was zadzwonimy. 

Ociągali się, lecz w końcu podali nazwę motelu i zostawili ich samych. 

Sloan i Jesse modlili się w ciszy, zmagając się z lękiem, łudząc się 

nadzieją, buntując się przeciwko własnej bezradności. 

O trzeciej nad ranem medycy pozwolili im wreszcie zobaczyć D. B. 

Nie był to pocieszający widok, choć pielęgniarka z intensywnej terapii 

zapewniała, że stan pacjenta ustabilizował się i jak na tak poważne 

obrażenia, ma się on całkiem dobrze. 

Ze ściśniętym gardłem Jesse podszedł do łóżka D. B. 

RS

background image

 

86 

 

- Cześć, wspólniku - wyszeptał przyjacielowi prosto do uchą. - 

Znalazłeś diabelski sposób, żeby zwrócić na siebie uwagę. 

Lekkie poruszenie dłoni mogło świadczyć, że D. B. go usłyszał. 

- Mam dobre wieści. - Jesse z całej siły próbował zachować beztroski 

ton. - Włożyli tyle roboty w tę twoją paskudną gębę, że teraz ciebie 

będziemy nazywać ładną buźką. 

Kiedy w odpowiedzi D. B. poruszył kącikiem opuchniętych ust, Jesse 

omal nie wrzasnął z radości. 

- Nie wiem, czy lubię mieć konkurencję - mówił dalej, nie poznając 

własnego głosu - ale myślę, że jakoś sobie z tym poradzimy. 

- Myślę - świsnęło spomiędzy pokiereszowanych warg D. B., i wtedy 

Jesse po raz pierwszy, od kiedy zobaczył przyjaciela w szpitalnym łóżku, 

głęboko odetchnął. 

Sloan stała przy drzwiach, połykając łzy. Kiedy pielęgniarka 

upomniała delikatnie Jesse'a, że pora kończyć wizytę, obiecał D. B., że 

wróci do niego jutro. 

Jesse przyjechał do szpitala w karetce razem z D. B., ona własnym 

pikapem, było więc oczywiste, że wrócą do motelu razem. 

- Ciągle jestem ci winna kolację - przypomniała Sloan, podczas gdy 

wyczerpany Jesse opadł bezwładnie na fotel dla pasażera. 

- Kiedyś skorzystam z zaproszenia. 

- Musisz coś zjeść, Jesse. Zamknął oczy. 

- Ja jestem głodna. O tej porze zwykle jadam śniadania. Dotrzymasz 

mi towarzystwa? 

Intuicja podpowiadała jej, że Jesse nie odmówi. Milczał, skręciła więc 

do pierwszego całodobowego baru, który wypatrzyła po drodze. 

RS

background image

 

87 

 

Jesse zjadł niewiele, ale wystarczająco dużo, by sprawić jej odrobinę 

satysfakcji. 

O wpół do piątej nad ranem wjechali na motelowy parking. Przez 

chwilę siedzieli bez słowa, wyczerpani i przygnębieni, wsłuchując się w 

szum zamierającego silnika. Wreszcie Sloan odwróciła głowę w stronę 

Jesse'a. 

Patrzył na nią wyczekująco, błękitnymi, zasnutymi mgiełką 

bezradności oczami. Pochyliła się ku niemu. 

- On jest silny - zaczęła, czytając w jego myślach. 

- Wyjdzie z tego. 

- Tak - odpowiedział, zaciskając palce na jej dłoniach. 

- Jest silny. 

On sam nie wyglądał teraz na twardego. I wcale nie był przekonany, że 

D. B. z tego wyjdzie. Sloan też nie była najlepszej myśli. Musieli jednak 

mieć nadzieję. I trzymać się razem. 

- Dzięki - powiedział zachrypniętym z przejęcia głosem. 

Nie zdołał wydusić z siebie tego, co mówiły jego oczy: dzięki, że 

przyjechałaś do D. B., dzięki, że przyjechałaś tam dla mnie. Dlaczego to 

zrobiłaś? 

W tej samej sekundzie, w której Sloan spojrzała mu prosto w oczy, 

Jesse zaczął pojmować, dlaczego. Poczuł się jak rażony piorunem. 

Nie dlatego, że on jej potrzebował. Była tu, bo chciała z nim być. 

Oszołomiony, patrzył w oczy kobiety, która z niewzruszoną siłą 

dawała mu schronienie w zawierusze niepewności. Widział w nich o wiele 

więcej niż powierzchowne piękno. Dostrzegł współczucie, pogodę ducha, 

RS

background image

 

88 

 

pewność i skromność. A pod tym wszystkim ujrzał coś, od czego powinien 

uciekać, bardziej ze względu na nią niż na siebie. 

Kochała go. 

Niewymownie bolesne pragnienie napełniło go uczuciami tak 

głębokimi, że musiał wypuścić jej dłoń, by Sloan nie zorientowała się, że 

cały drży. 

Boże, co się z nią dzieje? To nie jest to, czego potrzeba jej do 

szczęścia. On nie jest odpowiednim facetem. Ani przez chwilę nie myślał o 

miłości. Pragnął trzymać ją w ramionach, posiąść jej piękne ciało, ale nie 

serce. 

A ona go pokochała. 

Najgorsze zrządzenie losu, jakie go kiedykolwiek dotknęło. Właśnie 

teraz, gdy najbardziej jej potrzebuje, kiedy tak bardzo pragnie zatracić się w 

jej słodkich ustach, w cudownych kształtach jej ciała, czerpać siłę z jej 

oddania, jęków rozkoszy - nie wolno mu ryzykować... Właśnie teraz, kiedy 

ma wymówkę, żeby wziąć to, co chętnie by mu ofiarowała, ona zmienia 

reguły gry. 

Miał ochotę wyć z wściekłości. Wykrzyczeć jej prosto w oczy, że nie 

ma ani szczypty rozumu w głowie. Wyobraża sobie, że może kochać takiego 

hulakę jak on? Właśnie ona - kobieta, której udało się przemycić do głowy 

samolubnego włóczęgi słowa „na zawsze", choć nie miał najmniejszego 

pojęcia, co one znaczą - patrzy na niego w ten sposób... 

Nagle coś w nim pękło. Jeszcze nigdy nie czuł się takim egoistą. D. B. 

walczy ze śmiercią, Sloan popełnia największy błąd swego życia, a on, jak 

zawsze, myśli tylko o sobie. 

RS

background image

 

89 

 

Nie potrafił sobie z tym poradzić. Odwrócił wzrok, pchnął ramieniem 

drzwi i wyskoczył z samochodu. Uciekł od Sloan, żeby nie zobaczyć 

zdumienia w jej oczach. Nie chciał myśleć o tym, że mógłby w jej ramio-

nach zapomnieć o całym świecie, rozkoszować się jej miłością i... 

skomplikować wszystko jeszcze bardziej. 

- Dobrze się czujesz? 

Jej pełne niepokoju pytanie zatrzymało go w miejscu. Cholera, może 

Sloan uzna go za gbura, ale nie wolno mu się odwrócić. Nie miał odwagi 

tego zrobić. 

- Prześpij się trochę, Country - powiedział zmęczonym głosem. 

I odszedł. Wmawiając sobie, że postępuje uczciwie, tak jak nakazuje 

mu honor... ale najchętniej trzasnąłby pięścią w najbliższą betonową ścianę. 

Sloan skończyła suszyć włosy po krótkim, gorącym prysznicu, gdy 

usłyszała nieśmiałe pukanie do drzwi. 

Zerknęła na zegarek. Od rozstania z Jesse'em minęło raptem 

dwadzieścia minut. Była pewna, że to on. 

Z drżącym sercem otworzyła drzwi. 

Stał oparty bezwładnie o framugę, blady z wycieńczenia i 

zrezygnowany. W rozpiętej koszuli, bez kapelusza, z mokrymi włosami i nie 

ogoloną twarzą wydawał się jeszcze bardziej bezradny. Nogawki dżinsów 

załamywały się na jego bosych stopach. 

Wyglądał żałośnie. A kiedy podniósł wzrok i Sloan wyczytała w jego 

oczach, że zaraz będzie ją przepraszać za brak silnej woli, poczuła, że kocha 

go jeszcze bardziej. 

- Powiedz, żebym wracał do siebie - poprosił smętnie. Bez cienia 

wahania wyciągnęła dłoń. 

RS

background image

 

90 

 

Jesse ciężko westchnął, oparł głowę o framugę i opuścił powieki. 

- Powiedz, że jestem cholernym samolubnym łobuzem, który powinien 

zachować się wreszcie jak mężczyzna, zostawić cię w spokoju i samemu dać 

sobie radę. 

- Jesse - szepnęła. - Jest zimno. Wejdź do środka. 

- Country, jestem ostatnim facetem, którego powinnaś wpuścić do 

domu. - Przeniósł wzrok z jej twarzy na wyciągniętą dłoń. 

- Sama podejmuję decyzje, Jesse. A ty masz o sobie zbyt wielkie 

mniemanie. 

Kiedy z wojowniczą miną stanął na środku pokoju, podeszła i ścisnęła 

kurczowo jego dłonie. 

- Nie jestem ze szkła, Jesse. Nie rozsypię się na kawałki, gdy 

zatrzaśniesz za sobą drzwi. 

- A zrobię to na pewno - przestrzegł ją tak szybko i gorliwie, że Sloan 

mu nie uwierzyła. - Odejdę. Odejdę, zanim się obejrzysz. Nie zasługujesz na 

to. 

Spojrzała spokojnie w jego ponure oczy. 

- Pozwolisz, że sama zadecyduję, z kim powinnam się zadawać i na co 

zasługuję? - szepnęła łagodnie. - Nie pocałujesz mnie? 

Serce mu zamarło, a potem zaczęło bić jak szalone i nie chciało się 

uspokoić. 

- Pocałuj mnie, Jesse. - mruknęła, wsuwając palce w jego włosy. - 

Pocałuj mnie tak jak wtedy nad rzeką. 

Ostatni raz spróbował coś powiedzieć. Próbował postąpić właściwie. 

RS

background image

 

91 

 

Ale gdy przykryła mu dłonią usta, zrozumiał, że nie potrafi odmówić 

kobiecie, która właśnie zaprosiła go do łóżka. I nie było w tym niczego 

niewłaściwego. 

Przestał myśleć i nie próbował już okiełznać swojego pragnienia. 

Wszystkie harde obietnice, które sobie składał, rozpłynęły się w niebiańskiej 

obietnicy, jaką ofiarowało mu jej ciało. 

Aksamitne, uwodzicielskie, sprężyste. Wiedział, że Sloan taka będzie. 

Wiedział, że znajdzie w jej ramionach ukojenie. Wpatrywał się w jej oczy, 

w jej twarz ukrytą w półcieniu, i miał wrażenie, że śni. 

Jej włosy były wciąż wilgotne. Chwycił czarny gęsty kosmyk, 

zanurzył głowę w ciężkiej, jedwabistej fali i głęboko wciągnął powietrze. 

- Róże - wymruczał. - Pachniesz jak dzikie róże. Odsunął włosy za 

ramię, potem przesunął dłonią po jej policzku. 

- Czuję pod palcami ich płatki - wyszeptał, dotykając jej brody i 

delikatnej szyi. - Od pierwszego pocałunku marzyłem o tych różach... - 

Muskał pocałunkami jej twarz, pieszcząc oddechem, całując bez pośpiechu 

delikatną skórę. - Chciałem tylko tych róż - oznajmił drżącym szeptem, 

kiedy w końcu dotarł do ust Sloan. 

Poznał mnóstwo kobiet, ale nigdy dotąd nie odczuwał takiej rozkoszy. 

Całował Sloan gwałtownie, zachłannie, nie dając jej wytchnienia i żądając 

coraz więcej - aż zaczęła pojękiwać żałośnie, a jej usta stały się tak 

namiętne, jak tego pragnął. 

Był u kresu wytrzymałości. Koniec z udręką pożądania i koniec z 

poczuciem winy. Przekroczył granicę, kiedy tu przyszedł, więc teraz weźmie 

to, o czym od dawna marzył. 

RS

background image

 

92 

 

Zerwał z siebie koszulę i sięgnął do zamka spodni. Zaklął cicho przez 

zęby, gdy go ubiegła. Jęknął, gdy przewracała go na plecy, żeby dokończyć 

dzieła. 

To była najsłodsza tortura. Leżał na wznak, patrząc szklanym 

wzrokiem, jak Sloan powoli i ostrożnie rozpina zamek jego spodni. Kiedy 

uniósł biodra, zdecydowanym ruchem chwyciła dżinsy w pasie, ściągnęła je 

i rzuciła w nogi łóżka. 

Jej spojrzenie było równie mroczne jak jego myśli, kiedy długimi, 

szczupłymi palcami otuliła jego pulsującą męskość. 

- Jesteś piękny - szepnęła, z rozkoszą błądząc po nim wzrokiem, od 

stóp do głów, i znowu tam, gdzie go pieściła. 

Piękny. Żadna inna kobieta nie użyła takiego słowa. Mówiły, że jest 

seksowny, przystojny, że jest ogierem. 

Lecz żadnej nie przyszło do głowy łechtać jego próżności w tak 

śmieszny sposób. 

- Z tymi bliznami? 

- Z tymi bliznami. - Pochyliła się, przyciskając usta do małej kreski na 

łuku brwiowym, pamiątki z Reno; szramy na podbródku, której dorobił się 

w ocenionej na dziewięćdziesiąt pięć punktów jeździe w Oklahoma City, do 

blizny po operacji obojczyka i jeszcze kilku innych. 

Każda pieszczota ust Sloan przyspieszała rytm jego serca. 

Była śmiała. Dumna i pewna siebie. Bezwstydnie piękna. Nie mylił 

się, kiedy zobaczył ją pierwszym razem w Rapids City. Była brązowoskórą 

wojowniczką, a w jej żyłach płynęła niewielka, ale zauważalna domieszka 

indiańskiej krwi. Pragnął jej rozpaczliwie, tak jak dotąd nie pragnął żadnej 

innej kobiety. 

RS

background image

 

93 

 

Zebrał w garście jej włosy, usiadł i przewrócił ją na plecy. 

- Jesteś piękna. 

- Przedrzeźniasz mnie. - Uśmiechnęła się, chwyciła jego rękę i 

przycisnęła ją do ust. 

- To słowo pasuje do ciebie o wiele bardziej. Jesteś nieporównywalnie 

ładniejsza ode mnie - mruczał, zsuwając dłoń między jej piersi. Potem 

pochylił się i pieścił je ustami przez biały luźny podkoszulek. -I 

delikatniejsza... 

Wyprostował się. Ogień palił go w lędźwiach, kiedy patrzył, jak 

nabrzmiała sutka zaznacza się pod wilgotną bawełną. 

Jednocześnie chwycili za brzeg podkoszulka i razem go ściągnęli. 

Zanim jej głowa dotknęła z powrotem poduszki, zachłanne usta Jesse'a już 

witały jej nagość. 

Poddawała się jego pieszczotom z namiętnym oddaniem, była 

bezgranicznie szczera i swobodna, rozpaczliwie wdzięczna za rozkosz, jaką 

jej dawał. 

Jego palce musnęły wyprężony koniuszek piersi, prześliznęły się po 

ciepłym zagłębieniu brzucha i zsunęły pod jedwabny trójkąt bielizny. Sloan 

wygięła się, witając jego dłoń, i krótkim zduszonym westchnieniem 

wyszeptała jego imię. 

Jej wilgotny, gładki żar odebrał mu dech w piersiach. To dla niego 

rozkwitła. Dla niego jest właśnie taka. 

Wyzwoliła w nim żądzę, której nic już nie mogło powstrzymać. 

Ledwie panował nad sobą, gdy zrywał z niej jedwabne majteczki, potem 

rzucił się do spodni po małą paczuszkę i niezdarnie się zabezpieczył. 

RS

background image

 

94 

 

Był jak w amoku, gdy przykrywał ją sobą, przyciskał jej dłonie do 

poduszki nad głową, niecierpliwymi pchnięciami kolan rozchylał jej uda. 

Próbował, naprawdę próbował ochłonąć, nie zapomnieć się do końca, 

zwolnić tempo, pamiętać o jej potrzebach... 

Lecz gdy szepnęła jego imię, przyciągnęła go do siebie z błagalnym 

„Jesse, proszę... ", zapomniał o tym ostatnim odruchu rycerskości i zanurzył 

się w niej głęboko jednym mocnym pchnięciem. 

Znieruchomiał. Otulony aksamitem, schwytany w pułapkę słodkiego, 

pulsującego żaru. Przez długą chwilę sycił się tym wrażeniem, z ustami 

przyciśniętymi do szyi Sloan, torsem wtulonym w jej piersi. 

Nie wytrzymała. Uniosła biodra, przesunęła dłońmi po jego plecach, 

zacisnęła kruche palce na jego biodrach i przyciągnęła go mocniej. 

Z jękiem udręczenia i ekstazy rozpoczął odwieczny taniec życia. Starał 

się panować nad tempem. Smakować, zatracić się w oddaniu Sloan, roztopić 

w mgle jej westchnień. Z każdym jednak ruchem unosiła go wyżej, 

zapraszała głębiej, aż ukojenie przekształciło się w naglącą konieczność, a 

leniwy rytm miłości w gwałtowną pogoń ognia za ogniem, kobiety za 

mężczyzną. 

Mając zmysły przepojone zapachem Sloan, Jesse wyszeptał jej imię i 

pozwolił, żeby dopełniła się rozkosz. 

Długo potem dochodził do siebie. Kiedy drżącą ręką sięgnął ku jej 

twarzy, poczuł ciepłą wilgoć na skroniach. Scałował jej łzy, przewrócił się 

na plecy i wciągnął ją na siebie. Z wzruszeniem ściskającym mu gardło, 

przytulił ją do piersi i zamknął w ramionach. 

Zmęczony, targany uczuciami, których nie potrafił pojąć, budzącymi 

zbyt wielki lęk, żeby się do nich przyznać, zapadł w sen. 

RS

background image

 

95 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Gdy Jesse się obudził, pokój pogrążony był w mroku, ale przez szparę 

w zasłonach przenikał jaskrawy snop światła. Sloan już wstała, zostawiając 

po sobie ciepłe miejsce w łóżku. 

Przewrócił się na plecy, założył ręce pod głowę i wsłuchując się w 

szum prysznica, wciągał w nozdrza zapach parzącej się na stoliku kawy. 

Powinien wstać. Pojechać do szpitala, sprawdzić, jak czuje się D. B., a 

potem przywiązać się do najbliższych torów kolejowych i czekać, aż tysiące 

ton stali zetrą w pył jego nędzne ciało. 

Jest samolubnym łobuzem. Wykorzystał jedyną kobietę, która 

naprawdę na to nie zasługiwała. Przeklinał się, wyzywał od niegodziwców, 

dobrze jednak wiedział, że gdyby miał szansę cofnąć czas, postąpiłby tak 

samo. Jeszcze raz zatraciłby się w jej kojących ramionach. 

Ich miłosna noc była najcudowniejszym wydarzeniem w jego życiu. 

Miał na swoim koncie wiele miłosnych podbojów. Doświadczył namiętnego 

seksu z kobietami, które radziły sobie z ciałem mężczyzny jak zawodowe 

aktorki z rolą na scenie. Z żadną z nich nie przeżył jednak czegoś tak 

oszałamiającego jak ze Sloan - dziką różą, która nie przypuszczała na 

pewno, że zada się kiedykolwiek z kimś takim jak on. 

Kiedy wynurzyła się z zaparowanej łazienki, wiedział już, że jego 

kariera uwodziciela ma się ku końcowi. 

Wilgotne włosy spięła złotą klamrą na szczycie głowy. Krótki 

ciemnogranatowy szlafrok ledwie przykrywał jej pośladki. Jesse'owi zaschło 

w gardle. Znowu jej pragnął. Chciał się z nią kochać w tej chwili. I nagle 

RS

background image

 

96 

 

uderzyła go myśl, że jeśli nie będzie się pilnował, nigdy nie przestanie jej 

pragnąć. 

- Dzwoniłam do szpitala. Stan D. B. z krytycznego zmienił się na 

poważny. Udało mi się porozmawiać z jego siostrą. Jest dobrej myśli. D. B. 

nie może mówić, ale kiwnięciami głowy odpowiada na pytania. 

Mówiła dalej, a Jesse wpatrywał się w jej twarz. Wiadomość o D. B. 

zdjęła mu nieco ciężaru z serca. Ale to, że Sloan celowo unikała jego 

wzroku, przydało nowego. 

Usiadł, wsunął poduszkę za plecy i oparł się o wezgłowie łóżka. Nie 

był w stanie oderwać od Sloan wzroku. Gdy wyjmowała z opakowania 

plastykowe kubki, widział, jak drżą jej ręce. Ostrożnie podniosła czajnik, 

pytając uprzejmie, czy Jesse nie ma ochoty na kawę. 

- Mam ochotę na coś innego. Chodź, usiądź tu... - Poklepał 

zachęcająco materac. 

Podeszła, usiadła niepewnie i nerwowo zaczęła wygładzać 

prześcieradło. 

- Spójrz na mnie, Country. Powiedz, co ci chodzi po głowie. 

- Pomyślałam sobie... - Ręce jej znieruchomiały i nabrała głęboko 

powietrza - że właśnie przeklinasz swoją głupotę, i spodziewałam się 

przeprosin, co naprawdę by mnie wkurzyło. 

- Wściekłabyś się, gdybym cię przeprosił? - Z jakiegoś niezgłębionego 

powodu zachciało mu się śmiać. 

- Potrzebowałeś wczoraj kogoś, Jesse, a ja chciałam być tym kimś. 

Cierpiałeś z powodu D. B, widziałam to. I wykorzystałam okazję. 

- Sloan... 

RS

background image

 

97 

 

- Pozwól mi skończyć. Wiem, że myślisz, iż było odwrotnie, więc 

chyba jesteśmy, kwita. Nie rób ze mnie ofiary, Jesse. Poszłam na to z 

własnej woli, rozumiesz? I wiedziałam, że to nie potrwa wiecznie. 

Jesse patrzył na jej długą szyję i delikatną jak płatki kwiatu skórę. 

Nagle zdał sobie sprawę, ile stalowej siły kryje się za tymi kruchymi 

kształtami. 

- Więc... jeśli martwisz się, że mnie wykorzystałeś... to wiedz, że do 

tanga trzeba dwojga. Zamierzam wziąć od ciebie, co tylko się da, wszystko, 

co zechcesz mi ofiarować... - ciągnęła, z uporem patrząc mu prosto w oczy -

... nawet jeśli to miała być tylko ta jedna noc. Przyjmę to. Chcę tego. 

- Być może - dodała po długiej chwili milczenia -chcę tego z 

identycznego powodu, dla którego ty musisz ujeżdżać byki. Życie to wielkie 

ryzyko. Mam dosyć ostrożności. Więc proszę... błagam, nie przepraszaj 

mnie. I nie waż się mieć poczucia winy. 

- Więc czego ode mnie oczekujesz, Sloan? - spytał nieswoim głosem, 

kompletnie zbity z tropu. 

- Uczciwości - odpowiedziała bez wahania. - Zwyczajnej uczciwości. 

Nie chcę żadnych obietnic. Nie obiecuj mi, że zostaniesz, albo kiedy już 

odejdziesz, że wrócisz... Nie obiecuj niczego, czego nie możesz dać. 

Mówiła z takim przekonaniem, z takim dzikim uporem w oczach. 

Powinien czuć ulgę, a jednak ogarnęła go złość. Na nią i na siebie. Ona 

zasługiwała na obietnice. Zasługiwała na dozgonną miłość. I choćby jeszcze 

mocniej temu zaprzeczała, jej oczy mówiły, że pragnie tych obietnic. 

Jesse był jednak słabszy od swojego gniewu. Słabszy od swoich 

postanowień. Tak słaby, że nagle przyłapał się na tym, że sięga po jej złotą 

klamrę i uwalnia włosy Sloan. Zanurzył dłonie w ich jedwabistym gąszczu, 

RS

background image

 

98 

 

a potem mruczał uszczęśliwiony, kiedy wspinała mu się na kolana, 

rozwiązując pasek szlafroka. 

Oboje wzięli następny krótki prysznic i razem pojechali do szpitala. 

Stan D. B. był nadal poważny, ale rokowania optymistyczne. Jeśli w ciągu 

najbliższych dwudziestu czterech godzin nie pojawią się niespodziewane 

komplikacje, wszystko powinno się dobrze skończyć. 

Jesse cieszył się, że rodeo miało potrwać jeszcze cztery dni. Nie chciał 

wyjeżdżać z miasta, zanim upewni się, że najgorsze już minęło. Postanowił 

pobyć w szpitalu aż do wieczora, dopóki nie będzie musiał wrócić na arenę. 

Sloan miała obowiązki, zostawiła więc Jesse'a z D. B., a sama wróciła 

do zwierząt, żeby sprawdzić, czy wszystko jest gotowe do wieczornych 

zawodów. Mogła wreszcie spokojnie przetrawić wydarzenia ostatniej doby. 

D. B. wciąż nie opuszczał jej myśli, tak jak Jesse i noc, którą z nim spędziła. 

To było cudowne przeżycie, jeszcze nigdy z nikim tak się nie kochała. 

Zgoda, jej doświadczenie było raczej skromne, jego - ogromne. Sprawił 

jednak, że czuła się tak, jakby była jego pierwszą i zarazem ostatnią kobietą. 

Sprawdzając szczegół po szczególe stan przygotowań do wieczornego 

rodeo, wyśmiewała w duchu absurdalność takiego pomysłu. Jesse był 

dokładnie taki, na jakiego wyglądał. Należał do facetów, którzy kochają tę 

kobietę, z którą akurat są. Nie lubił nikogo ranić, ale ani mu było w głowie 

zakochiwać się w kimkolwiek na zawsze. 

Cóż, Sloan znała reguły gry i obiecała sobie - żadnych żalów. Lecz po 

nocy spędzonej w ramionach Jesse'a zdała sobie sprawę, że się oszukiwała. 

Będzie tego żałować i to gorzko. Dopiero teraz zrozumiała, co znaczy 

kochać się z mężczyzną jak kobieta, a nie jak tamto dziewczę z cielęcymi 

RS

background image

 

99 

 

oczami, które uległo ojcu Noaha. Więc kiedy Jesse odejdzie, będzie 

żałowała bardziej, niż potrafiła to sobie wyobrazić. 

Ale takie jest życie. Zdecydowała się na ryzyko i potrafi z tym żyć. I 

stać ją na to, żeby Jesse nigdy się nie dowiedział, jak bardzo będzie cierpiała 

po jego odejściu. 

Tego samego dnia wieczorem, kiedy patrzyła, jak Jesse dosiada 

wielkiego Char-Braya, nie mogła się powstrzymać od porównania ryzyka, 

jakie podejmuje ona, wiążąc się z Jesse'em, z niebezpieczeństwem, na jakie 

narażają się jeźdźcy rodeo. 

Katastrofalna jazda D. B. przypomniała im wszystkim, że ta zabawa 

jest naprawdę niebezpieczna. Jeszcze nigdy w życiu Sloan tak się nie bała, 

nigdy nie drżały jej tak ręce jak w chwili, gdy bramka otworzyła się i na 

arenę wyskoczył byk, miotając Jesse'em na wszystkie strony. 

Tego wieczoru w Jesse'a wstąpiła nowa, niezwykła siła. Z jego oczu 

strzelały dzikie błyskawice. Bez cienia lęku, przekraczając wszelkie granice 

ryzyka, przylepiony niczym rzep do grzbietu ogromnego byka, walczył z 

toną nieposkromionej furii przez osiem długich zwycięskich sekund. Dostał 

pierwszą nagrodę. Kiedy schodził z areny, Sloan wyczytała z jego twarzy, że 

dziś toczył tę walkę specjalnie dla D. B. 

Kiedy o północy wszedł do jej pokoju i porwał ją w ramiona, tę samą 

gwałtowność, tę samą gorączkową żądzę wyczuwała w jego objęciach. Ale 

zwycięstwa, które ogłosił, wciągając ją do łóżka, potrzebował tylko dla 

siebie. Wziął ją z dziką pożądliwością, kochał długo z nieokrzesaną mocą, 

przekraczając granicę, za którą popędliwość idzie o lepsze z zachłannością, 

a przyjemność flirtuje z bólem. 

RS

background image

 

100 

 

Kiedy leżała pod nim, wyczerpana i kompletnie bezbronna, zamknął ją 

w ramionach, obsypał jej oczy kojącymi pocałunkami, i zaczął kochać 

znowu. Tym razem czule i delikatnie, spełniając każde z jej pragnień, wyci-

skając z oczu łzy wzruszenia. 

Był późny wieczór po ostatnim rodeo w Bozeman. Właśnie skończyli 

miłosną ucztę, którą postanowili uczcić poprawę stanu zdrowia D. B. Jesse, 

zmęczony, zasnął u jej boku. 

Sloan leżała z otwartymi oczami, czując, że dzisiaj sen nie przyniesie 

jej ukojenia. 

Rano ich drogi miały się rozejść. Jesse pójdzie w swoją stronę, ona w 

swoją. Tydzień namiętnej miłości pozostanie tylko wspomnieniem. 

Od samego początku Sloan liczyła się z taką możliwością. I jeśli to 

koniec, potrafi sobie z tym poradzić. Nie po raz pierwszy musiała pogodzić 

się ze stratą. Mama odeszła, gdy ona miała pięć lat, ojciec Noaha, zanim 

chłopiec zdążył się urodzić. Wikłając się w przygodę z Jesse'em Jamesem, 

nie powtórzyła błędu i nie roiła sobie, że słowo „żegnaj" należy do innej 

bajki. 

Próbując otrząsnąć się z ponurych myśli, zamknęła oczy i obróciła się 

na bok. Wtedy zadzwonił telefon. 

- Halo - mruknęła. 

- Cześć, kochanie, mówi tata. 

- Tato - powtórzyła jak echo, siadając na brzegu łóżka. - Co się stało? 

Coś z Noahem? 

- Nic się nie stało. Przepraszam, jeśli cię przestraszyłem. 

Jesse obudził się i pogłaskał jej biodro w pocieszającym geście. 

Odetchnęła z ulgą i ścisnęła jego dłoń na znak, że wszystko w porządku. 

RS

background image

 

101 

 

- Przepraszam, że dzwonię tak późno. Dzwoniłem wcześniej, ale 

pewnie zajmowałaś się jeszcze zwierzętami. A potem chyba zdrzemnąłem 

się w fotelu. 

- Nic nie szkodzi - zapewniła gorliwie i omal nie jęknęła na głos, kiedy 

oprócz czułej dłoni na biodrze poczuła ciepły oddech Jesse'a na karku. - Co 

chciałeś mi powiedzieć, tatusiu? 

- Chodzi o to, że doszliśmy z Ellie do wniosku, że najwyższy czas, 

żebyś trochę odpoczęła. Ciężko harowałaś, kochanie. Zastąpię cię na jakiś 

tydzień, żebyś mogła spędzić trochę czasu z małym. 

Na myśl o całym tygodniu, który spędzi w Snowy River z Noahem, 

omal nie krzyknęła z radości. Nie zdążyła, bo poczucie obowiązku szybko 

sprowadziło ją z obłoków na ziemię. 

- Nie mogę was o to prosić. 

- O nic nie prosisz, kochanie. A ja nie daję ci wyboru. Zaczynam się 

pakować, jak tylko odłożę słuchawkę. Ruszamy ze wschodem słońca. Poślij 

chłopców ze zwierzętami do Idaho. My podrzucimy ci Noaha do motelu, a 

potem ich dogonimy. 

- Ale... 

- Żadnego ale. Kończę, a ty się prześpij. Zobaczymy się rano. 

- Dziękuję ci, tatusiu - szepnęła czule, zanim ojciec przerwał 

połączenie. 

Siedziała bez ruchu na brzegu łóżka, a ciszę zakłócał tylko przerywany 

sygnał telefonu. 

- Wszystko w porządku? - spytał Jesse zaspanym głosem. 

RS

background image

 

102 

 

- W jak najlepszym. - Powoli odłożyła słuchawkę. -Wygląda na to, że 

mam wakacje. Przywożą tu Noaha... rano... potem przez tydzień zastąpią 

mnie na trasie, a ja będę mogła pobyć z nim trochę w domu. 

Tęskniła za Noahem aż do bólu, więc perspektywa spędzenia z nim 

całego tygodnia wprawiła ją w radosne podniecenie. Ale tę radość przyćmił 

drugi skutek nieoczekiwanych wakacji. Kończyły się jej chwile z Jesse'em. 

Nie trzeba było słów. Milczenie obwieszczało tę prawdę dostatecznie 

jasno. 

- Będę za tobą tęsknił, Country - wymruczał czule, kładąc ją delikatnie 

obok siebie. 

- Tak - szepnęła, wtulając się w jego gorące ramiona. A potem 

uśmiechnęła się łagodnie, zanurzyła wargi w jego ustach i zatraciła w 

gorzko-słodkim pocałunku. 

Jesse spędził za kierownicą niezliczoną ilość nocy. Trzy lata temu 

przejechał jednym ciągiem przez cały Teksas, zjawiając się na miejscu 

kwadrans przed zawodami. Zimą dwa lata temu przemierzył Nevadę, żeby 

wsiąść na byka, który kiedyś go sponiewierał. Rodeo oznaczyło życie w 

drodze. Byk dający dużo punktów i perspektywa dzikiej jazdy bywały 

wystarczającym powodem, żeby gnać przez mrok, pokonywać tysiące 

kilometrów dla ośmiu przejmujących dreszczem sekund. 

Jednak nigdy dotąd nie jechał przez całą noc do kobiety. 

Minęły cztery dni od ich pożegnania. Powtarzając sobie, że przecież 

wszystko nie mogło skończyć się lepiej, tak nagle i bezproblemowo, Jesse 

wsiadł do swojej pół-ciężarówki, wpadł do niepocieszonego, ale szczęśliwie 

odzyskującego zdrowie D. B. i pognał do Idaho na następne rodeo. 

RS

background image

 

103 

 

Poszło mu beznadziejnie, a w drugim dniu zawodów wycofał się z 

konkurencji z powodu stłuczonego uda. Tylko że tak naprawdę nie noga 

była prawdziwym powodem tej decyzji. Z owym prawdziwym powodem nie 

potrafił się jeszcze pogodzić. I nie do końca rozumiał, dlaczego o siódmej 

rano, po prawie dziesięciu godzinach nocnej jazdy, wjeżdża do Snowy 

River, zamiast wygrzewać się w łóżku jednego z tych „ślicznych 

kwiatuszków, których uprawia całe grządki", jak naśmiewał się z niego D. 

B. 

Z ciekawości, wmawiał sobie, wysiadając z kabiny. 

Dręczyła go po prostu ciekawość, jak wygląda Snowy River i jak radzi 

sobie Sloan po ich niespodziewanym rozstaniu. 

To wszystko. Nic dodać, nic ująć. Narzucił na ramiona starą dżinsową 

kurtkę i ruszył ku stajni, z której dobiegał śmiech chłopca. 

A jednak to coś więcej, musiał przyznać, poczuwszy dziwne 

szarpnięcie w piersi, kiedy wszedł do stajni i zobaczył Sloan z Noahem. 

Klęczała w świeżej, wonnej słomie, ubrana w gruby żółty sweter i 

wytarte dżinsy. Miała rozpuszczone włosy, jakby wstała niedawno z łóżka i 

nie zdążyła ich zapleść w warkocz. 

Śmiała się w głos, patrząc, jak Noah z oczami płonącymi jak lampki na 

choince ugania się za uciekającym w podskokach małym kotkiem. 

Jesse wstrzymał oddech i stał jak zaczarowany, patrząc na tych dwoje - 

roześmianych, skąpanych w słońcu - powtarzając sobie, że tylko ktoś 

martwy albo niespełna rozumu nie rozczuliłby się na taki widok. Że taka 

scena poruszyłaby serce każdego normalnego mężczyzny. Nawet takiego, 

który nie zamierza się w nic angażować. 

- Cześć, Country - odezwał się, zmieszany. 

RS

background image

 

104 

 

Matka i syn odwrócili się jednocześnie. W przeciwieństwie do Sloan, 

której mina wyrażała coś pomiędzy szokiem a niepewnością, Noah po 

prostu się uśmiechnął, nie wypuszczając z pulchnych dziecięcych rączek 

wijącego się kotka. 

- Cześć, Jesse. Widziałeś moje małe kotki? 

- Cześć, kowboju. - Jesse tak długo nie mógł oderwać wzroku od 

Sloan, że z buzi Noaha zniknął uśmiech. - Wygląda na to, że masz ich na 

kopy. 

- Chcesz jednego? - Nie czekając na odpowiedź, Noah podbiegł do 

Jesse'a z uwięzionym w obu dłoniach kotkiem. 

Potknął się i już miał upaść, gdy Jesse chwycił go i posadził sobie na 

biodrze. 

- Rozbijesz sobie nos, kolego. - Śmiejąc się, pogłaskał łebek 

puszystego kociaka. 

Noah zawtórował mu donośnym, ochrypłym rechotem, zupełnie nie 

pasującym do małego chłopca, co jeszcze bardziej rozbawiło Jesse'a. 

Zaśmiewając się, zerknął sponad głowy Noaha prosto w oczy Sloan i wtedy 

zdał sobie sprawę, że ona jeszcze się do niego nie uśmiechnęła. 

Stała ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, z dłońmi wciśniętymi 

pod łokcie, jakby chciała osłonić je przed chłodem - albo odgrodzić się od 

niego. 

- Skąd się tu wziąłeś, Jesse? - spytała niepewnym tonem, w którym nie 

doszukał się jednak wrogości. 

- Wpadłem na filiżankę kawy. - Postawił Noaha na ziemi, żegnając go 

lekkim klapsem w pupę. - Nie przypuszczam, żebyś miała w domu piwo? 

- Nie powinieneś być teraz w Idaho? 

RS

background image

 

105 

 

- Stłukłem sobie trochę nogę i pomyślałem, że pozwolę jej kilka dni 

odpocząć. 

Tutaj, z tobą, jeśli mi na to pozwolisz, mówiły jego oczy, kiedy czekał 

na jej odpowiedź - z niepokojem, jaki po raz ostatni odczuwał jako 

nastolatek przed pierwszą randką. 

Sloan milczała przez długą chwilę, a w jej ciemnych oczach Jesse nie 

umiał doszukać się niczego poza niepewnością. 

Cień uśmiechu pojawił się w kącikach jej ust w samą porę. Nigdy by 

nie zgadła, jak bardzo brakowało mu tlenu, kiedy przeszła obok niego, 

kierując się do domu. 

- Zaparzę kawę - oznajmiła. - Noah błagał mnie rano o naleśniki, 

wygląda więc na to, że masz dzisiaj trochę szczęścia. 

Nigdy by się do tego nie przyznał, ale ulga była równie słodka, jak 

widok długich nóg i kształtnych bioder Sloan, kiedy maszerowała w stronę 

domu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

106 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

- Więc potrafisz gotować - powiedział Jesse, gdy uporał się z jajkami 

na bekonie, a potem stosem naleśników z jagodami. 

Uśmiechnęła się tylko i nalała mu kawy. Potem podeszła do 

zlewozmywaka i układając w zmywarce naczynia, próbowała się pozbierać. 

Widok Jesse'a stojącego rano w stajni i patrzącego na nią bez słowa był dla 

niej więcej niż szokiem. Zniweczył cały wysiłek, z jakim przez kilka 

ostatnich dni próbowała o nim zapomnieć. 

Potrzebowała tego rozstania, żeby dojść do siebie. Zostawić za sobą to, 

co wspólnie przeżyli, i zacząć sobie radzić bez Jesse'a. 

Myślała, że jest na dobrej drodze do odzyskania równowagi 

psychicznej. I nagle on się pojawił. Patrzył na nią z dzikim głodem w 

oczach. To nie było czyste pożądanie. Jego oczy zdradzały słabość, do jakiej 

on sam za nic by się nie przyznał. Sloan miała świadomość, że Jesse nigdy 

nie otworzy przed nią tych zamkniętych drzwi. 

Nie wiedziała, przed czym on tak ucieka, i nie miała pojęcia, dlaczego 

do niej przyjechał. Ale nie była na tyle naiwna, by uwierzyć, że ma na niego 

jakikolwiek wpływ, że mogłaby go zmienić... Wiedziała też, że nie jest w 

stanie uleczyć żadnej z ran jego duszy, które z takim wysiłkiem ukrywał. 

Grała więc swoją rolę. Robiła to, bo nie mogła dopuścić, żeby Jesse się 

dowiedział, jakie wrażenie wywarła na niej ta niespodziewana wizyta. I jak 

wiele będzie ją kosztowało kolejne pożegnanie. 

- Miałbyś ochotę na przejażdżkę? 

- Niezły pomysł - odpowiedział z udawaną swobodą. 

RS

background image

 

107 

 

- Włożę tylko buty i możemy siodłać konie, jeśli wytrzymasz dłużej 

niż osiem sekund. 

- Myślałem, że to już sprawdziliśmy... wiele razy. - Jesse uniósł 

znacząco brwi, podniósł się leniwie i zdjął z wieszaka kapelusz. - Chodź, 

Country, zobaczymy, kto lepiej trzyma się w siodle. 

Sloan obdarzyła go przelotnym uśmiechem i odwróciła się do Noaha. 

- Chodź, juniorze, przebierzemy cię w coś cieplejszego. 

Jesse odwrócił głowę od kominka, kiedy Sloan wślizgnęła się 

bezszelestnie do salonu. 

- No i co, poddał się? 

- Śpi jak aniołek - powiedziała z uśmiechem, opadając na fotel 

naprzeciwko kanapy, na której siedział Jesse. 

Patrzył na nią tak samo, z tym samym żarem w oczach, jak dziś rano, 

w zalanej słońcem stajni, kiedy klęczała w sianie. I poczuł ten sam dziwny 

ból, który ścisnął mu wtedy serce. Ten sam, który chwytał go raz po raz, 

kiedy Sloan galopowała przez dolinę, z rozwianymi włosami i dumnie 

uniesioną głową. 

Wolałby to zapisać na konto swojego zmęczenia. Jechał prawie całą 

noc, a większą część dnia spędził w siodle. Ale tak jak stojący na gzymsie 

kominka stary dębowy zegar jednostajnym tykaniem akompaniował cichym 

trzaskom ognia, tak jego dręczyło podejrzenie, że przebył bardzo długą 

drogę, która nie ma nic wspólnego z odległością na mapie. 

Sloan przyjęła go w swoim domu. Noah przypomniał mu, jak to jest 

znowu poczuć się dzieckiem. A patrząc w ich oczy, zrozumiał, czym jest 

poczucie dumy, czułość, przynależność do rodziny. 

Ból wrócił. 

RS

background image

 

108 

 

Wyciągnął nogi w stronę kominka i postanowił zadać w końcu pytanie, 

które przez cały dzień nie dawało mu spokoju. 

- Gdzie jest ojciec Noaha? - Wpatrywał się w twarz Sloan, licząc na 

reakcję, która powiedziałaby mu więcej niż słowa. 

Sloan przeniosła wzrok z filiżanki z kawą na kominek i lekko, ale 

znacząco, wzruszyła ramionami. 

- Według ostatnich wieści ujeżdża mustangi na pokazach rodeo dla 

turystów gdzieś w Mesguite. Ale to było kilka lat temu. Nie mam pojęcia, 

gdzie jest teraz. 

- Więc nie jesteście w kontakcie... 

- W kontakcie? - Kącik jej ust uniósł się w bardzo wyniosłym, 

cynicznym i zarazem smutnym uśmieszku. - Nie, nie jesteśmy w kontakcie. 

Jesse nie do końca wiedział, dlaczego nie chce zostawić tego tematu w 

spokoju. Może dlatego, że odezwało się w nim poczucie winy. Ojciec Noaha 

też jest kowbojem z rodeo. Takim jak Jesse, któremu perspektywa zmierze-

nia się z wysoko ocenianym w rankingu bydlęciem wystarcza, żeby odejść 

w siną dal... zostawiając za sobą coś cennego. 

- Nie spotyka się z Noahem? - drążył dalej, 

- Nigdy go nie widział. Wieczorem powiedziałam mu, że jestem w 

ciąży, a rano już go nie było. Koniec historii! 

Nie, pomyślał ponuro. Może to był początek historii, ale na pewno nie 

jej koniec. 

Przed oczami stanął mu obraz sierpniowego księżyca odbijającego się 

w leniwym nurcie rzeki. Dobrze pamiętał, co powiedział. Sparzyłaś się na 

jednej z takich historii, prawda, Sloan? 

RS

background image

 

109 

 

Nie sparzyła się. Została porzucona. Jakiś włóczęga bez serca kochał 

się z nią, a potem ani myślał ponosić tego konsekwencji. 

Nic dziwnego, że nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Jesse był 

ulepiony z tej samej gliny co ojciec Noaha. 

Patrzył tępo w ogień kominka. Jego przyjazd tutaj był błędem. 

Wiedział to od początku. Ale miał też nadzieję, że nie będzie żałował tego 

błędu. Chciał pobyć trochę ze Sloan. Zobaczyć ją właśnie tutaj, gdzie jest w 

swoim żywiole. Snowy River było dla niej czymś więcej niż domem. 

Zrozumiał, że tutaj mieszka jej serce. W tej dolinie. Z tym chłopcem. 

Zamknął oczy. Chłopiec. To oddzielna historia. Wystarczył jeden 

spędzony razem dzień, żeby ten pędrak pozbawiony ojca, który patrzył na 

niego z hardą miną i podziwem w oczach, zalazł mu porządnie za skórę. 

To nie fair wobec Sloan i Noaha. Bo Jesse nie może stać się dla nich 

tym, kogo potrzebują. 

Więc co będzie dalej? Spojrzał na Sloan. Pragnął jej, zastanawiając się, 

jakim cudem tak wplątał się w tę historię, skoro jedyną rzeczą, której nie 

mógł zrobić, to zostać tutaj. 

Inną rzeczą, której nie mógł zrobić, to przestać patrzeć na Sloan. Na jej 

piękną szyję. Na jej ciało. Na dumne rysy jej twarzy. 

Ona zasługuje na coś więcej niż porzucenie. Na wiele więcej niż te 

okruchy, które mogą jej ofiarować faceci jemu podobni. 

Ale kiedy w nikłym świetle gasnącego kominka Sloan spojrzała mu w 

oczy, Jesse wiedział, że weźmie to, co ona mu ofiaruje. I wiedział, że rano 

wyjedzie. 

- Jesteśmy, moi drodzy, na arenie Lazy E w Guthrie, w Oklahomie, a 

przy mnie stoi Jesse James. Jesse, opowiedz nam o tej jeździe. 

RS

background image

 

110 

 

Ledwie zipiąc, ale wciąż na wysokich obrotach, które zawdzięczał 

kipiącej w nim adrenalinie, Jesse przygładził włosy i poprawił kapelusz. 

- To wspaniały byk, Avery - powiedział do mikrofonu. - Wylosowałem 

go w maju w Houston i dał mi wtedy osiemdziesiąt pięć punktów. 

Wiedziałem, że jeśli uda mi go dzisiaj przetrzymać, będę miał szansę na 

wygraną. 

- I rzeczywiście go przetrzymałeś. Ten stary wyga zrobił wszystko, 

żeby cię zrzucić, a ty się wciąż trzymałeś. Spójrzmy na powtórkę. 

Telewidzowie oglądali zwolniony film w domach, a Avery z Jesse'em 

na monitorze. 

- Człowieku, jak ci się to udało? - Avery zaniósł się śmiechem. 

- Chyba miałem szczęście - odpowiedział Jesse do kamery, 

przesuwając dłonią po twarzy i demonstrując w uśmiechu dwa dołeczki w 

policzkach, za które go kochali wszyscy kibice rodeo. 

- Jeśli chce, niech sobie nazywa to szczęściem. - Kamera objęła teraz 

obu rozmówców. - Ale ten kowboj popisał się niezwykłą brawurą. Tylko 

dzięki żelaznej woli i talentowi wydostał się z dołka i zbliżył do pierwszego 

miejsca w rankingu. Tym krótkim komentarzem żegnam się z państwem z 

Lazy E. Spotkamy się za dwa tygodnie, szóstego grudnia, na Narodowych 

Finałach Rodeo w Las Vegas, w Nevadzie. 

- Cięcie. Koniec na dzisiaj, koledzy - zarządził producent w gasnącym 

świetle reflektorów. 

- Jeszcze raz dziękuję za wywiad, Jesse. - Avery wyciągnął dłoń na 

pożegnanie. 

- Nie ma za co. Cieszę się, że znalazłem się w gronie zwycięzców. 

RS

background image

 

111 

 

Jesse chwycił sznur na byki, ramieniem otworzył furtkę i ruszył alejką 

między brykającymi w zagrodach zwierzętami. Potem zebrał resztę sprzętu i 

wrzucił go do wynajętej półciężarówki. 

- Jedziesz na balangę? - spytał go Yancy, gdy siadał za kierownicą. 

Balangą Yancy nazwał wieńczące rodeo przyjęcie urządzane przez 

Lazy E oraz sponsorów - między innymi sponsora Jesse'a. To sponsorzy 

opłacili podróż na południe, po której Jesse tak wiele sobie obiecywał. 

Opuścił trasę Badlands dwa miesiące temu, przekonując się, że tego 

wymaga jego kariera. Sponsor zgodził się i z wielką ochotą udostępnił mu 

prywatny samolot. 

Poza tym Jesse miał nadzieję, że kilka słodkich magnolii i odrobina 

południowej gościnności będą najlepszym lekarstwem na dręczące go 

rozmyślania o dzikiej róży z Montany, której, choć nigdy o tym nie 

wspomniała, brakowało tego jednego, czego on jej dać nie mógł - stałego 

związku. 

To przyjęcie dobrze by mu zrobiło. Nie mówiąc o tym, że 

organizatorzy liczyli na jego obecność. 

Ale odrzucił zaproszenie, jak kilka innych w ostatnim czasie, bez 

względu na to, czy chodziło o huczną zabawę, czy randkę we dwoje. 

Pojechał do motelu. 

Z kwaśną minę wyszedł spod prysznica, pozbył się ręcznika i padł na 

łóżko. Nie miał zamiaru roztrząsać, dlaczego leży w nim sam. Nie chciał 

myśleć o chmurze czarnych włosów połyskujących w blasku księżyca, 

gładkich i tak długich, że miałoby się ochotę w nich zatracić. 

A te oczy... Zasnął ze wspomnieniem pięknych, kuszących oczu, z 

marzeniem, by utonąć w ich głębi.  

RS

background image

 

112 

 

- Sloan, zacznij mnie słuchać- upominała ją siedząca po przeciwnej 

stronie stolika Janey, kiedy napełniły już swoje talerze w niewiarygodnie 

wykwintnym bufecie śniadaniowym Pałacu Cesarskiego. 

- Przecież słucham. - Sloan zebrała wreszcie siły, żeby wysłuchać 

artykułu o grudniowych finałach rodeo w Las Vegas. 

- No więc tak... - Janey uparła się, żeby przeczytać Sloan wszystko, 

słowo w słowo. 

„Dla piętnastki najlepszych, najtwardszych i, jak niektórzy sądzą, 

najbardziej szalonych amerykańskich ujeżdżaczy byków, odbywające się 

każdego grudnia w Las Vegas Narodowe Finały Rodeo stanowią 

najpoważniejszą próbę sił. Na tę arenę dostaje się tylko elita, lecz dopiero 

wtedy, gdy zapłaci wpisowe, na które składają się pojedynki z najlepszymi 

bykami, dwanaście miesięcy podróży po pustych autostradach i w 

zatłoczonych samolotach oraz nader częste wizyty w szpitalach". 

- Słuchasz? - spytała Janey, widząc znad gazety, z jakim 

zaangażowaniem Sloan smaruje masłem bułkę. 

- Słucham, słucham... - Sloan zacisnęła palce na trzonku noża, żeby 

ukryć drżenie rąk. 

- No dobra, teraz będzie o Jessie i Baby. 

„W swojej karierze Jesse James przeżył to wszystko. Z 

temperamentem szaleńca i niewinną duszą dziecka. Z podniesioną głową, 

stalowym uchwytem sznura i nie znającym lęku hartem ducha, który 

zatrzymywał bicie serca jego matki za każdym razem, gdy on obejmował 

grzbiet wściekłego potwora swoimi długimi, smukłymi nogami - potwora 

mającego tylko jeden cel: zrzucić jej syna na ziemię". 

RS

background image

 

113 

 

- Świetne, co? - Janey nie mogła się doszukać śladu zachwytu na 

twarzy Sloan. 

„Od kilku tygodni Jesse James, żeby spaść na ziemię, musi mieć 

naprawdę zły dzień, a za przeciwnika byka zabójcę. Wszyscy miłośnicy 

rodeo wiedzą jednak, że jest jeszcze byk, który nie zmierzył się z zawadiaką 

Jamesem. 

To Baby, byk ze Snowy River, koronowany król byków tego roku, 

faworyt bukmacherów przed rundą eliminacyjną, która odbędzie się już za 

dziewięć dni. " 

Od czasów Beaudaciousa, niezwyciężonego pogromcy, nie mieliśmy 

do czynienia z bykiem tej klasy. To zwierzę ma szansę na pierwszy rok 

kariery bez porażki, a farma River Snow już może liczyć na wysokie 

dochody... 

Długo oczekiwana konfrontacja z pewnością zasłuży na tytuł 

pojedynku stulecia... " 

- Niezły ten komentarz, co? 

- Niezły - przyznała Sloan, starając się wykrzesać z siebie choć trochę 

entuzjazmu, kiedy Janey litościwie odłożyła gazetę. 

Zamiast cieszyć się sławą Snowy River i Baby, Sloan zadręczała się 

myślami o nieuniknionym spotkaniu z Jesse'em. 

Minęły ponad dwa miesiące od październikowego poranka, kiedy Jesse 

opuścił Snowy River. Od nocy, kiedy kochał się z nią tak czule, jak gdyby 

na przekór jej zapewnieniom uwierzył, że jest krucha jak kryształ. Potem 

musnął wargami jej czoło i łamiącym się głosem powiedział „trzymaj się". 

RS

background image

 

114 

 

Wiedziała, że to koniec. I była pewna, że będzie bardzo długo cierpieć. 

A teraz zrozumiała, że musi jakoś przetrwać następne dziesięć dni, a potem 

zająć się swoim życiem. 

Przedsięwzięła wszelkie środki ostrożności. Zarezerwowała pokój w 

małym, nieznanym hotelu, z dala od utartych szlaków, wiedząc, że 

większość zawodników wybrała MGM Grand. Miała też nadzieję, że 

podczas zawodów,które każdego dnia ściągają siedemnaście tysięcy 

widzów, ma spore szanse zgubić się w tłumie. 

I udawało jej się przez pierwsze pięć wieczorów. Oczywiście 

widywała Jesse'a z daleka. Oglądała jego jazdy i jego zwycięstwa. Unikała 

jednak spotkania twarzą w twarz, bo choć wiedziała, że jest nieuniknione, 

wolała odwlekać je bez końca. Jesse unikał jej równie starannie. 

Szóstego dnia wieczorem wpadła na D. B. i wyściskała go za 

wszystkie czasy. Dla tego spotkania warto było przyjechać do Vegas, 

pomyślała z radością. Zobaczyć D. B, kręcącego się w centrum wydarzeń, 

mimo że fatalnie kulał i z powodu „rozbitej kierownicy", jak on to określał, 

nie mógł nawet marzyć o powrocie na arenę. 

- Grunt, że jestem w jednym kawałku - powiedział z właściwym sobie 

stoickim spokojem, zwierzając się, że otwiera szkołę ujeżdżania byków na 

własnym kawałku ziemi pod Bozeman. 

Siódmego wieczoru szczęście ją opuściło. 

Rzuciła ostatnie spojrzenie na Baby, jak zwykle nie mogąc nadziwić 

się, że wydaje się łagodny i spokojny. Obok kręciło się jeszcze tylko kilku 

kowbojów, oporządzających przed snem ostatnie sztuki bydła. Nagle cisza, 

którą zakłócało tylko senne pochrapywanie zwierząt, zawibrowała 

napięciem. 

RS

background image

 

115 

 

Sloan znieruchomiała, ugodzona nieomylnym przeczuciem, że Jesse 

jest gdzieś blisko. I że patrzy na nią. 

Nie podnosząc wzroku, wyszła z boksu i zamknęła furtkę na haczyk. 

W mimowolnym napięciu wyczekiwała momentu, w którym usłyszy swoje 

imię. 

- Cześć, Country. 

Jego głos był łagodny, prawie nieśmiały. Stał tuż obok, z utkwionym 

w niej posępnym, nieodgadnionym wzrokiem. Był tak piękny, że patrząc na 

niego, niemal odczuwała fizyczny ból. 

- Cześć, Jesse - odpowiedziała cicho, przekonując samą siebie 

rozpaczliwie, że poradzi sobie, że stać ją na to, żeby patrzeć na niego, 

rozmawiać z nim i ocalić swoje serce przed katastrofą. - Dobrze ci idzie 

powiedziała po długiej chwili kłopotliwego milczenia, kiedy nic nie wska-

zywało na to, że Jesse wydusi z siebie jeszcze jakieś słowo. 

- Tak... Tobie też. 

- Tak. U mnie wszystko dobrze. Kłamała. Nie było dobrze. Było 

bardzo źle. Tęskniła do niego. Pragnęła go. A najbardziej bolała ją 

świadomość, że to pragnienie nigdy się nie spełni i nigdy nie będzie go 

miała - przynajmniej nie w taki sposób, który coś by dla niej znaczył. 

Przez chwilę myślała, że Jesse podejdzie do niej. Gotowa była nawet 

zapomnieć o dumie i błagać, żeby zrobił ten krok. 

Ale ta krótka chwila minęła. A wraz z nią jej słabość. 

Jesse ostatni raz spojrzał w jej oczy, głęboko i badawczo. Potem 

kiwnął tylko głową, jakby zadowolony z tego, co w nich zobaczył, odwrócił 

się i odszedł. 

RS

background image

 

116 

 

Siedemnaście tysięcy widzów nie mogło usiedzieć w miejscu. Zebrani 

wstrzymali jednocześnie oddech, utkwiwszy wzrok w bramce numer pięć, 

za którą stał byk roku, Baby ze Snowy River. 

Nagle zgiełk ucichł, zmienił się w szemrzący pomruk, gdy snop 

światła zatrzymał się na bramce, za którą Jesse James wspiął się na poręcz i 

powoli opuścił na grzbiet byka. 

Przez cały rok los oszczędził im spotkania. Przez cały rok media 

szykowały się do tego pojedynku, podsycając nastroje nie kończącymi się 

spekulacjami i komentarzami. 

Dla Jesse'a była to gra o wszystko i zebrani o tym wiedzieli. Gdyby 

dokonał tego, czego nie dokonał nikt przed nim - utrzymał się na grzbiecie 

Baby przez osiem sekund - tytuł mistrza miałby w kieszeni. Gdyby mu się 

nie udało, gdyby Baby zmieszał go z kurzem areny, jak wszystkich innych 

przed nim, wtedy o zwycięstwie zdecydowałaby runda finałowa. Pojedynek 

Jesse'a z objawieniem sezonu Cole'em Davisem, nowicjuszem z Teksasu, 

który we wrześniu wspiął się błyskawicznie na szczyt list rankingowych. 

Sekundy wlokły się niczym godziny, a tłum wpatrywał się w każde 

zachwianie bioder Jesse'a, w jego napięte mięśnie, w każdy ruch jego głowy. 

Wreszcie zawodnik skończył owijać sznur wokół dłoni, poprawił uchwyt. 

Już czas! 

Jesse nie myślał o dziennikarzach. Nie myślał o tłumie widzów. Kiedy 

włożył do ust ochraniacz i jeszcze raz sprawdził uchwyt, myślał już tylko o 

czekającej go jeździe. Potem zamknął oczy i wyczuł miotającą się pod nim 

tonę czystej, pierwotnej wściekłości. 

RS

background image

 

117 

 

Wyprostowany, z ugiętą w łokciu ręką, przetarł czoło, wciągnął 

głęboko powietrze i zdecydował się na to nieodwołalne kiwnięcie głową, 

które sygnalizowało obsłudze, że czas otworzyć bramkę. 

Ryk widowni był ogłuszający. Wszyscy jednocześnie zerwali się na 

równe nogi, żeby przywitać owacją swojego bohatera. Byk wpadł na arenę 

jak trąba powietrzna. 

I nagle wszystko, co o tym zawodniku wypisywano przez cały rok, 

zdawałoby się z dużą dozą fantazji i przesady, okazało się prawdą. 

Baby nie wierzgał. On eksplodował, wzbijając się w powietrze w 

bezładnych piruetach. Tona żywej energii przerzucała jeźdźca po swoim 

twardym grzbiecie. Kiedy w trzeciej sekundzie wyrzucony w górę Jesse 

wylądował na garbie byka z ostrym przechyłem na prawą rękę, wydawało 

się, że jest po wszystkim. W ostatniej chwili zdołał wbić lewą stopę w bok 

potwora, przerzucić ciężar ciała i odzyskać równowagę. 

Rozdzierający bębenki uszu ryk widowni uczcił to chwilowe 

zwycięstwo, by natychmiast zgasnąć żałosnym jękiem, gdy Baby zakręcił 

zadem pełne koło i stanął dęba na przednich nogach, nie przestając się przy 

tym obracać. 

Rozwścieczony, wyrzucił Jesse'a w spiralny lot, a potem, sam jeszcze 

będąc w powietrzu, rzucił się ostro w lewo, ściągając jeźdźca z powrotem w 

najniebezpieczniejsze zagłębienie przy karku. 

Wyczuwając swoją przewagę, Baby ruszył do ostatecznego starcia. 

Jeszcze raz wygiął grzbiet w lewo, zanurkował w dół, wywinął szaleńczą 

spiralę i pognał przez arenę. Ponieważ Jesse ciągle się trzymał, byk zawrócił 

w miejscu i rzucił się z diabelską furią w kierunku ogrodzenia. 

RS

background image

 

118 

 

Tym razem Jesse nie mógł się wybronić. Zanim zdążył spróbować 

kontry, Baby przypuścił szturm, robiąc następną spiralę, która 

przypieczętowała los Jesse'a. Wystrzelony jak z procy ułamek sekundy 

przed gwizdkiem, po krótkim locie runął na ogrodzenie. 

Tłum jęknął, a potem czekał w milczeniu, które zakłócił jedynie 

przenikliwy gwizd ogłaszający olśniewające zwycięstwo byka Baby i 

sromotną klęskę Jesse'a. 

Kiedy ekipa medyczna wynosiła Jesse'a na noszach, słychać było tylko 

nieliczne, nerwowe i pełne nadziei okrzyki na cześć pokonanego bohatera. 

Sloan oglądała to wszystko od początku do końca. Od przygotowań w 

boksie do momentu, w którym Jesse uderzył w płot, strach ściskał jej gardło. 

Teraz też mogła tylko patrzeć. Sparaliżowana lękiem. Tak jak jego krewni, 

którzy przyjechali, by go dopingować, a teraz stali, patrząc bezradnie, jak 

sanitariusze wsuwają nosze do karetki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

119 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

- Czuję się świetnie - upierał się dwie godziny później Jesse, żałując, 

że nie zabrzmiało to bardziej przekonująco. Musiał jednak mówić cicho, bo 

ból przeszywał mu głowę i klatkę piersiową. - W dzieciństwie Garrett z 

Clayem urządzali mnie znacznie gorzej. Nie muszę tu leżeć. 

- Jesse - tłumaczyła Maya z rzadką u niej surowością. - Nie możesz 

dzisiaj wyjść ze szpitala. Nie chcę o rym słyszeć. Masz złamane trzy żebra i 

wstrząs mózgu. Mój Boże... jesteś cały w siniakach... W życiu nie widziałam 

czegoś podobnego... - Głos jej się załamał, przycisnęła do ust drżące palce i 

szybko się odwróciła, ale Jesse zdążył zobaczyć łzy w jej oczach. 

- Przekonajcie go - zwróciła się błagalnie do Garretta i Claya. 

Garrett zerknął na Claya, który wzruszył ramionami, ale dał się 

namówić. 

- Daj spokój, Jesse - powiedział szorstko. - To tylko jedna noc. Może 

tobie wydaje się to niepotrzebne, ale mnie tak. Ustąp jej. Zamartwia się, 

chociaż staraliśmy się ją przekonać, że nic nie uszkodzi takiego zakutego łba 

jak twój. 

- Zrób to dla nas! - Uśmiech Garretta nikogo nie oszukał, bo tak jak 

cała rodzina, martwił się o Jesse'a. – Nie jestem Florence Nightingale, 

braciszku, i jeśli w nocy będziesz potrzebował pomocy, nie będę wiedział, 

co robić. 

- Ani ja - dodał Clay. - Chyba nie chcesz absorbować sobą mamy i 

Logana? 

RS

background image

 

120 

 

Nie grają fair, pomyślał smętnie Jesse. Nie chciał zostać w tym 

cholernym szpitalu. Doskonale wiedział, że będą go tu bez końca dźgali, 

kłuli i prześwietlali. 

Spojrzał na matkę dzielnie powstrzymującą łzy i postanowił się 

poddać. 

- Dobra - mruknął. - Zostanę. Ale tylko na tę noc. Cała rodzina 

odetchnęła z ulgą. 

Jesse zamknął oczy. Głową i żebra bolały go jak diabli. I był 

zmęczony. Tak zmęczony, że ledwie poczuł wargi mamy na czole i jej czułą 

dłoń odgarniającą mu włosy. Tak zmęczony, że nawet nie usłyszał cichego 

„dobranoc" i skrzypienia zamykanych drzwi. 

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, kiedy znowu otworzył oczy. 

Minuty? Godziny? Ale nie mógł się spodziewać bardziej kojącego widoku. 

Przyszła Sloan! Miał nadzieję, że przyjdzie. Liczył na to jak cholera. 

W głębi duszy był przekonany, że ją zobaczy. 

Stała przy oknie, odwrócona plecami do łóżka, oparta ciężko o 

framugę, jakby ledwie utrzymywała się na nogach. Ból głowy stępiał, osłabł 

i w końcu całkiem ustąpił miejsca uporczywemu kłuciu w sercu. 

- Cześć, Country - zaskoczył go własny skrzeczący głos, ogłuszyła 

udręka na jej twarzy, kiedy się odwróciła. 

Płakała. Cicho i przejmująco. Przez niego! Miał ochotę wyć. 

- Podejdź do mnie - szepnął ochryple, wyciągając rękę. 

Nie wahała się. Zwyczajnie podeszła, ujęła jego dłoń i zmoczyła ją 

swoimi łzami. 

- Nie... Boże, nie rób tego! - Przyciągnął ją bliżej. - Nic mi nie jest, 

kochanie. Naprawdę. Sloan, proszę cię... 

RS

background image

 

121 

 

Robiła, co mogła, żeby się uśmiechnąć, ale wyglądała przez to na 

jeszcze bardziej udręczoną. 

- Nic mi nie jest - powtórzył Jesse z naciskiem, chwycił ją za dłoń i 

posadził obok siebie na brzegu łóżka. 

Patrzyła na ich splecione palce. W końcu odetchnęła, zdobyła się na 

odwagę i spojrzała mu w oczy. 

- Tak... - zmusiła się do bladego uśmiechu. - Mam nadzieję, że jesteś w 

lepszym stanie niż ogrodzenie. Musieli wymienić cały panel. 

Jesse uśmiechnął się szeroko i dopiero wtedy się odprężyła. 

- Prawdę mówiąc, liczyłem na to, że go zostawią i przybiją tabliczkę 

pamiątkową z napisem: „Tu wyrżnął głową Jesse James. Poddał ten panel 

piekielnej próbie". Żyję, więc mogę sobie pożartować. Mogło być gorzej. 

- Ścisnął jej dłoń, widząc, że Sloan znów jest bliska płaczu. 

- Przykro mi... - W tych dwóch słowach zmieściła cały swój żal. 

- Wiem. - Jesse wzruszył ramionami, specjalnie dla niej nadrabiając 

miną. - Co za cholerny byk! Zafundował mi jazdę życia. 

Znowu zapadło milczenie, wypełnione jego rozczarowaniem, jej 

niepewnością i troską. 

- Wybacz mi - odezwała się w końcu. - Nie chciałam cię budzić. W 

ogóle nie powinno mnie tu być, więc już sobie pójdę... chciałam... Chciałam 

tylko sprawdzić, czy z tobą wszystko w porządku. 

Podniosła się. Jesse chwycił jej rękę, spojrzał głęboko w mokre od łez 

oczy i już wiedział, że nie pozwoli jej odejść. Nie teraz! Nigdy więcej! 

- Tęskniłem za tobą, Country - mruknął, wystawiając na próbę uczucia, 

które zbyt długa trzymał na wodzy. - Potwornie za tobą tęskniłem. 

Unikała jego wzroku, starając się uporać ze znaczeniem tych słów. 

RS

background image

 

122 

 

- Mnie też ciebie brakowało, kowboju. Ale nie jesteś w formie, która 

by mnie zadowalała, więc zostawiam cię. Musisz sobie poszukać 

pocieszenia gdzie indziej. 

Nie wierzył w ani jedno jej słowo. Kłamała, żeby ukryć prawdziwe 

uczucia. Tym spiętym uśmiechem próbowała zlekceważyć jego wyznanie i 

zamaskować swoje kłamstwo. 

Ścisnął kurczowo jej dłoń, gdy znów chciała wstawać. 

- Jak bardzo? Powiedz mi, jak bardzo za mną tęskniłaś? 

Dopóki nie usłyszał własnych słów, nie miał pojęcia, jak bardzo 

pragnął zadać to pytanie. 

- Powiedz, że myśląc o mnie, nie sypiałaś po nocach. Że nie zmrużyłaś 

oka, bo tak bardzo chciałaś mnie dotknąć. Że wstrzymywałaś oddech i 

marzyłaś, żeby mieć mnie w sobie. 

Sloan była bliska załamania. Przygryzła dolną wargę, lekceważąc 

samotną łzę, która spływała po jej policzku. 

- Jesse, proszę, nie... To i tak jest trudne! Nie komplikuj wszystkiego 

jeszcze bardziej. 

- Nie chciałbym gderać - Jesse zmęczonym uśmiechem przywitał 

lśniące w jej oczach łzy - ale sama wszystko utrudniasz, Country. 

Uporał się z ostrym jak cięcie noża bólem żeber, nie przestając głaskać 

jej dłoni. 

- Usiądź. Proszę! Głowa mi pęka i nie mam siły na kłótnie. I za bardzo 

bolą mnie żebra, żeby się z tobą szarpać. No więc usiądź, dobrze?. Muszę ci 

coś powiedzieć. 

RS

background image

 

123 

 

Gdzieś w zakamarkach jego pękającej głowy i rozdartego serca czaiła 

się wątpliwość, czy będzie potrafił wszystko jej wytłumaczyć. W końcu 

jednak zaryzykował. 

- Wtargnęłaś w moje życie. Zakłócasz mi spokój - zaczął bez ogródek. 

- Bez przerwy, w każdej chwili i wszędzie. Tylko dlatego, że jesteś. Tylko 

dlatego, że jesteś sobą. Nie potrafię wyrzucić cię ze swoich myśli. Nie 

potrafię pozbyć się ciebie stąd - dotknął zaciśniętą pięścią okolic swojego 

serca, patrząc na kapiące z jej oczu łzy. 

- Miało mi się to nigdy nie przydarzyć - wyznał z gorzkim uśmiechem. 

- Ale przydarzyło się. Kocham cię, Sloan. Kocham cię. I kocham tego 

twojego ancymonka. 

Patrzył w jej mokre od łez oczy i czuł, że ogarnia go panika. 

- Pomóż mi, Country. Powiedz coś. 

Nie miał wyboru. Musiał puścić jej rękę. Wstała, podeszła do okna, 

przez moment bez słowa wpatrywała się w mrok. 

- Co chcesz ode mnie usłyszeć, Jesse? Że cię kocham? Chyba wiesz o 

tym... - Zerknęła na niego przez ramię. 

- Wydaje mi się, że od początku wiedziałeś. Chcesz usłyszeć, że ci 

wierzę? Że wierzę w twoją miłość? - Sloan odwróciła się z powrotem do 

okna, dotykając palcami szyby. - Wierzę. A przynajmniej wierzę, że chcesz 

mnie kochać. 

- Wierzysz, że chcę cię kochać? Co to znaczy? Odwróciła się do niego. 

Zmęczona, zakłopotana, rozdarta, oparła się plecami o ścianę. 

- W tym właśnie problem, Jesse. Nie wiem, co dla ciebie znaczy: 

kochać. Czy to znaczy, że jestem tą jedyną? Że zapomnisz o wszystkich 

innych? I o wielu innych rzeczach? 

RS

background image

 

124 

 

Patrzył na nią bezradnym wzrokiem. 

- A gdy miłość zacznie wiązać się z jakimiś obowiązkami? 

Wyrzeczeniami? Czy wtedy okaże się, że kochasz mnie wtedy, kiedy jest ci 

wygodnie? Że będziesz mnie kochał tak długo, dopóki twoja skłonność do 

włóczęgi nie okaże się silniejsza? 

Podniósł dłoń i bezradnie ją opuścił. Niczego nie rozumiał. 

- Nie wiem, co jeszcze mogę ci powiedzieć. Chcę, żebyś była ze mną. 

Na zawsze. W moim życiu ty jesteś najważniejsza. Ty i Noah... - Znowu 

szukał właściwych słów. - Ten tytuł w mistrzostwach, postaraj się 

zrozumieć, to dla mnie zwycięstwo bez znaczenia, jeśli ty nie zechcesz 

dzielić ze mną moich radości. 

- Czy ty sam siebie słyszysz? - Sloan odrzuciła do tyłu głowę, z trudem 

łapiąc powietrze. - Wiesz, co przed chwilą powiedziałeś? Jesteś w szpitalu. 

Dowiedziałam się, że masz wstrząs mózgu i połamane żebra, a ty ciągle 

bredzisz coś o mistrzowskim tytule? Masz zamiar jutro jeździć, prawda? 

Jesse zobaczył w jej oczach gniew, bezradność i rozpacz. 

- Muszę jechać. Sloan... jestem tak blisko celu. Zbyt blisko, żeby teraz 

rezygnować. 

- A twoja miłość, Jesse? Zrezygnowałbyś z czegoś dla miłości? - 

Patrzyła na niego tak błagalnie, że w końcu zrozumiał. 

Żołądek podszedł mu do gardła. Przeszył go ból, który nie miał nic 

wspólnego z połamanymi żebrami. 

- Prosisz o zbyt wiele. 

Zacisnęła dłonie w pięści. Utkwiła wzrok w podłodze, potem spojrzała 

na niego. 

RS

background image

 

125 

 

- Jeśli chcę, żebyś był cały i zdrów, i to jest zbyt wiele... Jeśli błagam, 

żebyś nie jeździł tak, jak dotychczas, czyli lekkomyślnie i ryzykownie, i to 

jest zbyt wiele... 

Teraz Jesse się odwrócił, zacisnął zęby i patrzył nieprzeniknionym, 

twardym wzrokiem w sufit. 

- Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, dlaczego tak ryzykujesz, Jesse? 

Zawsze? Za każdym razem, kiedy wyjeżdżasz na arenę? Czy zastanowiłeś 

się choć raz, co cię pcha na krawędź przepaści, skoro większość ludzi 

wybiera bezpieczną odległość? Nie myślałeś o tym, prawda? Leżysz tutaj, 

szczęśliwy, że żyjesz, i nie zadałeś sobie nawet pytania, dlaczego musisz 

jutro zaryzykować, czemu chcesz postawić wszystko na jedną kartę. 

Nie musiał patrzeć na Sloan, żeby wiedzieć, że jej oczy znowu są 

pełne łez. Palących, gorzkich, przełykanych w milczeniu. 

- Ale ja nie chcę ryzykować, Jesse. Tu nie chodzi o to, co robisz, tylko 

o to, jak to robisz. I dlaczego. Nie mam pojęcia, co cię do tego popycha. Nie 

wiem, kiedy powiesz sobie: dosyć. Czy wtedy, gdy skończysz jak D. B. ? 

Dasz sobie spokój z rodeo dopiero wtedy, gdy będziesz tak sponiewierany i 

połamany, że ledwie będziesz w stanie chodzić? A kiedy dasz sobie spokój 

ze mną? Kiedy już nie będę potrafiła cię zadowolić, czy wtedy, gdy 

zatęsknisz do ostrzejszych podniet? 

- Rodeo to moje życie. Nie proś mnie, żebym z niego zrezygnował. 

Sloan podeszła do łóżka, zaciskając na piersiach skrzyżowane ręce, 

jakby tylko to mogło utrzymać ją w jednym kawałku. 

- Nie proszę cię, żebyś porzucił rodeo. Proszę, żebyś się zastanowił, 

dlaczego jest ono dla ciebie takie ważne. Proszę, żebyś znalazł odpowiedź 

na pytanie, dlaczego nigdy od tego nie uciekasz, dlaczego to jest jedyna 

RS

background image

 

126 

 

naprawdę ważna rzecz w twoim życiu? Jeżeli mnie nie posłuchasz, nigdy nie 

dowiesz się, co to znaczy z kimś być, zostać z kimś. 

- Ja mogłabym na to pójść — mówiła, gdy Jesse z zaciętą miną błądził 

wzrokiem po pokoju. - Jeżeli okaże się, że nie potrafię spełnić twoich 

pragnień, poradzę sobie. Żeby być z tobą, zgodziłabym się na każde ryzyko, 

nawet takie, że pewnego ranka obudzę się bez ciebie. Ale nie wolno mi 

narażać na takie ryzyko Noaha. On tak bardzo chce mieć ojca, Jesse. Nie 

mogę dopuścić, żebyś wszedł w tę rolę, a potem zranił go, odchodząc... 

odchodząc pewnego dnia od nas obojga. 

- Nie mam zamiaru od was odchodzić. 

Sloan pokręciła głową i spojrzała mu w oczy z druzgocącą pewnością 

swojej racji. 

- Ty nie odejdziesz, Jesse. Ty uciekniesz. Stale będziesz uciekał, chyba 

że natychmiast zadasz sobie pytanie, jakie są tego powody. Masz obrażenia, 

które zatrzymałyby normalnego człowieka w łóżku na całe tygodnie, a ty 

opowiadasz mi o występie w jutrzejszych zawodach. 

- Muszę jutro wystąpić - powtórzył błagalnie. Raniło to jego dumę i 

poczucie honoru, ale w ten sposób błagał Sloan o zgodę na swój występ. - 

Nie jesteś w stanie tego zrozumieć. 

- Mylisz się, Jesse - zaprzeczyła cicho. - Doskonale rozumiem. To ty 

niczego nie pojąłeś. 

Słowa krótkiego pożegnania tłukły mu się echem po głowie, zanim je 

naprawdę wyszeptała. Bardzo długo po pocałunku Jesse czuł dotyk jej ust na 

czole. I bardzo długo paliła mu policzek jej łza, po tym, jak Sloan zamknęła 

za sobą drzwi szpitalnego pokoju i opuściła jego życie. 

RS

background image

 

127 

 

Na arenie Thomas Mac panowała wyjątkowo uroczysta i gorączkowa 

atmosfera. To był finał finałów - ostatni, wielki wieczór. A do loży 

sędziowskiej docierały coraz to nowe plotki. 

Niemożliwe miało stać się rzeczywistością. Po mrożącym krew w 

żyłach uderzeniu w płot - wypadku, po którym Jesse James wylądował w 

szpitalu, widownię obiegła wieść, że faworyt tych zawodów zamierza 

jednak wystartować. 

Napięcie rosło z każdą chwilą, dopóki w czasie dekoracji zwycięzców 

z poprzednich sześciu wieczorów spekulacje nie stały się faktem. Jesse 

James pokazał się na arenie w stroju do jazdy. 

- Panie i panowie - zawołał spiker melodyjnym głosem - nawet ktoś 

całkiem zdrowy musi wykrzesać z siebie wielką odwagę, żeby przywiązać 

się do jednego z tych rozjuszonych byków, wyskakujących z bramki z siłą 

huraganu. W tej dziesiątej, finałowej rundzie wśród szesnastu zawodników 

nie znajdziecie takiego, który nie miałby na sobie śladów potłuczeń. Ale 

muszę wam powiedzieć, że trzeba czegoś więcej niż odwagi, żeby opuścić 

wygodne szpitalne łóżko i zjawić się tu ze wstrząsem mózgu i połamanymi 

żebrami po to tylko, żeby pokazać nam swoją klasę. Kochani, niech nasz 

bohater usłyszy, że to doceniacie! Pokażcie mu, ile dla was znaczy to, że tak 

się zawziął i chce dziś wystąpić. 

Gwizdy, piski i burza oklasków przywitały Jesse'a, kiedy światło 

reflektora zatrzymało się na bramce numer dwa. 

Z zaciętą miną obserwował chłopców szarpiących się z Nocnym 

Koszmarem, potężnym, nakrapianym bykiem, którego w maju w Houston 

ujeżdżał aż do gwizdka, zyskując dziewięćdziesiąt dwa punkty. Jeżeli zdoła 

to powtórzyć, będzie mistrzem. 

RS

background image

 

128 

 

Ból już się nie liczył. Jesse nie musiał już wysłuchiwać błagań matki 

czy też znosić pogróżek brata, który zapowiedział, że przy wiąże go do 

łóżka. Ani oglądać krzywego spojrzenia D. B., bez słów radzącego mu, żeby 

się wycofał. Ani rozmyślać o rozpaczliwej bezradności w oczach Sloan... 

Kiedy siadał na grzbiecie Nocnego Koszmaru, ostry ból przeszył mu 

żebra. Walcząc z zawrotem głowy, pochylił się i chwycił sznur, a drugi jego 

koniec wręczył Yancy'emu. 

- Zaciśnij mocno - powiedział. 

Wiedział, że Sloan jest w pobliżu. Gdzieś w tłumie. Patrzy, cierpi, 

przeklina go i myśli, że wszystko rozumie, a nie rozumie niczego. 

Nie rozumie, co go do tego pcha. Co sprawia, że jest taki, jaki jest... 

Odwrócił się, słysząc swoje imię. Z niepokoju w oczach Yancy' ego 

wysnuł wniosek, że ten musiał wołać go kilka razy. 

- Sprawdź. - Yancy z kamienną twarzą wręczył mu sznur. 

Przez długą chwilę nieruchomo, z zamglonym wzrokiem siedział na 

kołyszącym się pod nim grzbiecie byka, czując ból przy każdym głębszym 

oddechu. Wreszcie odruchowo zaczął okręcać sznur. Wokół dłoni, za 

przegubem, jeszcze raz wokół dłoni, między palcami, w końcu zacisnął go 

mocno w stalowej pięści. 

Tłum ucichł. Olbrzymia bestia porykiwała, wierzgała, szykowała do 

boju swoje mięśnie, krew i kości, żeby zmasakrować, przeżuć i wypluć 

śmiałka, który siedzi na jej grzbiecie. 

Jedź, Jesse! Pokaż im, na co cię stać, synu. 

Zawsze, przed każdą jazdą, te słowa ojca rozbrzmiewały mu w głowie. 

Słowa przeniknięte wiarą. Pełne dumy. Boleśnie pamiętne. To one dawały 

RS

background image

 

129 

 

mu siłę. Polegał na nich. Były wyzwaniem, które prowadziło go do zwy-

cięstw. 

- Jesteś gotowy, Jesse? 

Powoli uniósł wzrok, natrafiając na wyczekujące spojrzenie szefa 

bramki. Jeszcze wolniej poszukał kobiety, która prosiła o zbyt wiele. 

Patrzyła na niego. Stała nie dalej niż półtora metra za boksem. Z 

oczami porażonymi lękiem, błyszczącymi od łez. 

Odwrócił się. Zamknął oczy. Głęboko odetchnął. 

Pokaż im, na co cię stać, synu! Słowa ojca dudniły echem w jego 

głowie, aż w końcu, pośród tysięcy podnieconych fanów, znalazł się sam na 

sam z ponurą nagą prawdą. 

Po raz pierwszy w życiu Jesse pojął, jaki wpływ miały na niego słowa 

ojca, słowa, które towarzyszyły mu od trzynastego roku życia. I wreszcie 

zrozumiał, czyje oczekiwania próbował spełniać. 

Ta prawda była okrutna. Odkrycie wręcz paraliżujące. A brzemię nagle 

stało się ponad jego siły. 

Sloan zrozumiała to dużo wcześniej. Nie siłę, która nim powodowała, 

a on jej nawet nie rozumiał. Aż do tej chwili. Ona zrozumiała, że Jesse sam 

musi wybrać czas i miejsce, w których zmierzy się z nękającymi go 

problemami. 

Czas właśnie nadszedł. I to jest to miejsce. 

Jego mistrzostwo może zależeć od tej ostatniej jazdy, ale jego życie - 

nagle Jesse zdał sobie z tego jasno sprawę - nie. Jego życie zależy od 

kobiety, która jako jedyna potrafi go przy sobie zatrzymać. Jego życie 

zależy od tej, która zmusiła go, żeby poszukał odpowiedzi na najważniejsze 

pytania. 

RS

background image

 

130 

 

Teraz wszystko stało się łatwe. To, co powinien zrobić. Decyzja, którą 

musi podjąć. 

Porzuca przeszłość dla teraźniejszości i wybiera życie ponad śmierć. 

Zamienia dumę na miłość. Udowodni to przy świadkach, przy 

ogromnej liczbie świadków. 

Przed siedemnastoma tysiącami widzów na arenie Mac Thomas i 

milionami telewidzów porzucił ułudę i postawił na przyszłość. Jesse 

wypowiedział dwa słowa, które nigdy dotąd nie przeszły mu przez gardło. 

- Wypuść go. 

Szef bramki wymienił znaczące spojrzenie z Yancym. 

- Czy możesz to powtórzyć, Jesse? 

Jesse powoli odwinął sznur, potem podciągnął się na poręczy i 

zeskoczył z Nocnego Koszmaru. 

- Powiedziałem, wypuście go, chłopcy. Dzisiaj nic z tego. 

Wszystkie oczy wpatrywały się w otwierającą się bramkę. 

Wszystkie serca zamarły, kiedy byk bez jeźdźca zwycięsko szarżował 

na pustą arenę. 

A stało się tak dlatego, że ów jeździec odkrył właśnie siłę w tym, co 

zawsze uważał za słabość. Odnalazł mądrość w oczach kobiety, którą 

pokochał. 

Ledwie przeskoczył przez poręcz i stanął na ziemi, Sloan była w jego 

ramionach. Trzymał w objęciach jedyny skarb, na którym mu naprawdę 

zależało. 

- Kocham cię - wyszeptał, nie bacząc na owację, którą urządziła mu 

publiczność za akt odwagi, o jaką się nigdy nie podejrzewał. - Kocham cię.  

RS

background image

 

131 

 

- Wiem - zamruczała Sloan, obsypując pocałunkami jego usta i 

policzki - Och, Jesse.. Jesse... wiem. 

Troskliwość, z jaką zajęła się nim Sloan, była nieznanym 

doświadczeniem. Jesse rozkoszował się każdą chwilą. 

Żeby rzucić mu się w ramiona, musiała przedrzeć się przez morze 

podążających ku niemu ludzi. Teraz Jesse wisiał u jej boku, a ona torowała 

im drogę z tak wymowną miną, że nikomu nawet przez myśl by nie 

przeszło, żeby ich zatrzymać. 

Nie przystawała przy nikim, zlekceważyła nawet bardzo 

zaintrygowanych, bardzo zdziwionych i sądząc po wysoko uniesionych 

kciukach, bardzo zadowolonych starszych braci Jesse'a. 

Podobało mu się to. 

Ale ponad wszystko podobała mu się miłość w jej oczach, kiedy 

pomagała mu położyć się do łóżka, a potem kładła się obok niego. 

Czuł zawroty głowy. Żebra dokuczały, a ból odbierał mu wszystkie 

siły, ale Jesse nigdy nie pragnął Sloan równie mocno jak teraz. 

- Wolałbym, żebyś nie dawała mi tych tabletek przeciwbólowych - 

wymruczał, głaszcząc jej ciepłe, gładkie plecy. - Tracę po nich przytomność. 

- To dobrze. Musisz się przespać. Sen to zdrowie. 

- Muszę się z tobą kochać - wyszeptał, doskonale zdając sobie sprawę, 

że przynajmniej tej nocy może sobie o tym jedynie pomarzyć. - Czy wiesz, 

jak długo trwa nasz post? 

Zadrżała, gdy jego dłoń powędrowała w dół po jej biodrze. 

- Odrobimy stracony czas, kiedy będziesz w lepszym stanie. 

- Nigdy nie byłem silniejszy! Przecież jestem z tobą - mruknął i 

zanurzył dłoń w jej włosy. - Przez cały czas wiedziałaś, dlaczego tak żyję. 

RS

background image

 

132 

 

- Wiedziałam, że wciąż uciekasz. Ale nie miałam pojęcia, dlaczego. 

- Ja też nie wiedziałem. Aż do dzisiejszego wieczoru. To ty mnie 

zmusiłaś, żebym zadał sobie to pytanie. 

Umilkł na chwilę, chłonąc zapach i ciepło ciała Sloan, ciesząc się ulgą, 

jaką przyniosło mu to wyznanie. 

- W ułamku sekundy wszystko stało się takie jasne. Przez wszystkie te 

lata gnałem na oślep do przodu dla ojca... uciekając przed bólem po jego 

stracie. 

- Musiał być niezwykły. 

- Kochałem go. Uwielbiałem. Zrobiłbym dla niego wszystko. Kiedy 

umarł... Sam nie wiem... Chyba nie chciałem o nim zapomnieć. Teraz to 

widzę. Kurczowo czepiałem się wspomnień. Starałem się być takim 

facetem, z jakiego on byłby dumny... i uciekałem przed bólem. Sądziłem, że 

jeśli bardzo się postaram, jeśli zaryzykuję, będę odważny, to spełnię jego 

oczekiwania. Sądziłem, że jeśli nikomu nie pozwolę się do siebie zbliżyć, to 

nigdy już nie będę tak cierpiał. 

- Musiał być z ciebie bardzo dumny, Jesse. Gdyby tak nie było, nie 

wspominałbyś go z taką miłością. Już nigdy nie będziesz musiał uciekać. 

- Dzięki tobie. Nie mógłbym cię kochać, gdybyś nie pokazała mi, o co 

w tym wszystkim chodzi. 

Zamknął w dłoniach jej twarz. 

- Jesteś tą jedyną, najważniejszą dla mnie kobietą -szeptał cicho. - 

Pierwszą. Ostatnią. Na zawsze. Ty i Noah. 

Musnął kciukiem jej policzek, spojrzał głęboko w ciemne oczy swojej 

dzikiej róży i uznał, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. 

RS

background image

 

133 

 

- Wczoraj... uznałaś, że nie wiem, co dla mnie znaczy kochać. Wtedy 

nie umiałem ci tego powiedzieć. Dziś już mogę. 

Zobaczył w jej oczach to, czego szukał przez całe życie. 

- Kochać cię to znaczy patrzeć na ciebie i cieszyć się tym aż do bólu. 

Dotykać cię i nie chcieć nigdy przestać. Jesteś wszystkim, co najlepsze w 

moim życiu... jak oddychanie świeżym powietrzem, spanie w czystej 

pościeli, zjadanie lodów prosto z opakowania - uśmiechnął się. -Jak 

oglądanie zachodu słońca... 

- Jesse... 

- Tak, wiem. - Pogrążył się w leniwym zadowoleniu, tuląc pod brodą 

jej głowę. - Zaczynam bredzić po tych pigułkach. Poza tym nie jestem poetą. 

Ale naprawdę cię kocham. Resztę życia spędzimy razem i zdążę ci pokazać, 

co dla mnie znaczy miłość. Na przykład: zapomnieć o wszystkich innych 

kobietach - wymruczał na koniec, zapadając w słodki, leczniczy sen, 

trzymając w objęciach kobietę, która odmieniła jego życie. - Zapomnieć o 

wszystkim innym. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

134 

 

EPILOG 

 

Chociaż przedtem kochała i to bardzo głęboko, Sloan nigdy nie 

uważała siebie za osobę łatwo ulegającą emocjom. Dopóki nie została żoną 

Jesse'a, a on nie stał się ojcem Noaha. Teraz mazała się albo wpadała w 

dzikie podniecenie w najdziwniejszych momentach. 

Tak jak teraz. Był chłodny czerwcowy zmierzch, słońce szykowało się 

do widowiskowego zachodu, znikając powoli za poszarpanym grzbietem 

Wind River Range. Sloan siedziała w fotelu z grubo ciosanego drewna na ta-

rasie okalającym chatkę, którą ojciec Jesse'a zbudował ponad trzydzieści lat 

temu. Pogrążyła się we wspomnieniach. Tymi wspomnieniami dzielił się z 

nią jej mąż przez cały tydzień, który spędzili razem z Noahem w górskiej 

samotni Jamesów. 

Jesse przywiózł ją do tej doliny, tak jak Garrett przywiózł swoją żonę 

Emmę, a Clay Maddie. Stało się to tradycją braci Jamesów, choć kiedyś 

Wind River było wyłącznie męską kryjówką, ustroniem, stworzonym przez 

Jonathana Jamesa specjalnie dla synów, w którym mogliby dawać upust 

swoim chłopięcym fantazjom. A oni od kilku lat zapraszali tu swoje żony i 

dzieci w najtrudniejszych lub najdonioślejszych chwilach swojego dorosłego 

życia. 

Pięć dni temu, kiedy wspinali się tu na końskich grzbietach, na 

ostatniej grani, za którą roztaczała się dolina, Sloan ujrzała w oczach Jesse'a 

miłość. Chatka była w jego dzieciństwie miejscem czarodziejskim. Wryła 

się w jego duszę tak, jak srebrny nurt rzeki wrył się w dolinę. 

RS

background image

 

135 

 

Tutaj dorastał. A teraz, kiedy Sloan patrzyła, jak dwie czarnowłose 

głowy pochylają się nad złowioną rybą, ciągle widziała w tym wspaniałym 

mężczyźnie chłopca. 

Powinna ich zawołać. Robiło się ciemno. Jeszcze nie jedli obiadu i 

zapowiadało się, że ten dzień skończy się tak jak poprzednie. Noah, 

wyczerpany i szczęśliwy jak nigdy, zaśnie nad talerzem. Zostawiła ich 

jednak w spokoju, ojca z synem bawiących się nad rzeką, zapisując ten 

obraz głęboko w swoim sercu. 

Czuła się wzbogacona i bezpieczna. A później, wieczorem, kiedy 

Noah już smacznie spał, tuliła się do Jesse'a przy rozpalonym kominku, 

upajając się uczuciem doskonałej pełni. 

- Zdaje się, że jesteś z siebie bardzo zadowolona. - Głos Jesse'a był 

radosny jak jego uśmiech. 

- Tak - odpowiedziała z westchnieniem. — I mam ku temu powody. W 

końcu nie każdej kobiecie udaje się ujarzmić takiego gagatka. 

- Nigdy sobie nie odpuścisz? 

- Jeszcze wiele wody w rzece upłynie... 

Ich wesele było prawdziwą ucztą dla prasy. Rozpisywano się o nim 

równie obszernie jak o dramatycznym finale mistrzostw rodeo. Nie tylko 

Jesse nie zdobył w dziesiątej rundzie punktów- Już wczesnym rankiem po 

tym pamiętnym wieczorze, kiedy Jesse poddał się bez walki i wypuścił byka 

zwanego Nocnym Koszmarem, dowiedzieli się, że Cole Davis, debiutant, 

który miał szansę wyprzedzić Jesse'a w punktacji, runął na ziemię tuż przed 

gwizdkiem. 

I tak po dwunastu miesiącach ciężkiej harówki na arenach, tysiącach 

zdobytych dolarów i punktów, Jesse wyprzedził konkurenta o ledwie 

RS

background image

 

136 

 

siedemdziesiąt sześć punktów i zdobył tytuł, na który polował od siedmiu 

lat. 

Nagłówki w gazetach były równie uroczyste jak uśmiech Jesse'a. 

„Jesse James - faworyt Finałów Rodeo rodem spod ciemnej gwiazdy - 

zdobywa tytuł w dziesiątej rundzie". 

W następnym tygodniu pojawiła się jednak seria tytułów, na widok 

których Sloan nie umiała powstrzymać się od śmiechu, a Jesse warczał na 

samo ich wspomnienie. 

„Hodowca Roku ma już swego mężczyznę. Sloan Gantry wychodzi za 

Jesse'a Jamesa, gagatka, którego wcześniej nie udało się usidlić żadnej 

kobiecie". 

Jesse zaproponował, żeby ślub odbył się na wiosnę. Sloan wybrała 

kaplicę w Vegas. W obecności rodziny i przy dźwiękach muzyki Elvisa 

została jego żoną, a on, choć procedura adopcyjna nie została zakończona, 

został ojcem Noaha w każdym calu. 

Był już całkiem zdrów. I nie miał wątpliwości, co jest dla niego 

najważniejsze. Kiedy jeździł - a w marcu zaczął znowu startować - robił to 

dla przyjemności, dla sportu, a nie po to, żeby komukolwiek coś 

udowadniać. 

Po powrocie do Snowy River Sloan często przyłapywała go na tym, 

jak, oparty o żerdź ogrodzenia, wpatruje się w Baby. Wiedziała, że Jesse 

zamierza kiedyś ujeździć tego byka. I to „kiedyś" całkiem jej odpowiadało. 

Teraz liczył się dla niej tylko dzień dzisiejszy. 

- Opowiedz mi jeszcze raz tę historię - poprosiła. -Wiesz, tę o zlocie 

gangu Jamesów. 

- Jesteś równie nieznośna jak Noah. 

RS

background image

 

137 

 

- Nie daj się prosić... Emma i Maddie traktują legendę całkiem serio. 

- Moje bratowe są niepoprawnymi marzycielkami. 

- Opowiadaj, kowboju! Jeśli dobrze się spiszesz, mam dla ciebie małe 

co nieco-mruknęła przeciągle. 

- Takie obietnice... - Jesse przerwał jej długim namiętnym 

pocałunkiem - zapewnią ci wszystko, na co tylko masz ochotę. Ale co byś 

powiedziała na to, żebyśmy bajkami zajęli się trochę później, a teraz przeszli 

do małego co nieco? 

- Nie! - Sloan roześmiała się. - Bo im więcej mam czasu, żeby o tym 

myśleć... - rozpięła trzy górne guziki jego koszuli - tym lepsze pomysły 

przychodzą mi do głowy. 

- Słuchaj więc uważnie, bo nie będę powtarzał. Jak tylko skończę, 

muszę dostać swoją nagrodę. Od kiedy pamiętam, tata wciąż nam opowiadał 

o Jessie i Franku Jamesach i ich ostatnim głośnym napadzie na pociąg w 

Arkansas. Podobno nasi przodkowie ruszyli ze złotem na zachód i 

zatrzymali się właśnie w tej okolicy, przy najbliższym zakolu rzeki, żeby 

uciec przed pogonią. 

- Ale dzielni chłopcy szeryfa wyniuchali ich kryjówkę... 

- Kto tu opowiada? Ja czy ty? - Skarcił ją surowym wzrokiem. - W 

każdym razie zostawili gdzieś tutaj skarb, którego nikt dotychczas nie 

odkrył, a sami dali nogę. 

- A wy, jako chłopcy, szukaliście go w każde letnie wakacje. 

- Całymi dniami przeczesywaliśmy dolinę i okoliczne góry. Nie 

znaleźliśmy nawet centa. 

- Aż Emma z Garrettem wyłowili z rzeki złotą monetę i odkryli mapę. 

RS

background image

 

138 

 

- A Maddie z Clayem odcyfrowali ją i w pustej skrzyni znaleźli drugą 

pojedynczą monetę. 

- I list - przypomniała mu. 

- Zupełnie o nim zapomniałem. Poczekaj chwilę. Wysunął się z jej 

objęć, podszedł do starego dębowego biurka i zaczął przeszukiwać szuflady. 

- Mam. - Wrócił z pożółkłymi ze starości kawałkami papieru w 

dłoniach. 

Sloan wychyliła się niecierpliwie i patrząc mężowi przez ramię, 

przeczytała notatkę. 

Złoto jest skarbem głupców. Skarbem ludzi mądrych jest coś 

droższego. Zaczyna i kończy się na domu. 

J. James. 

- Co to może znaczyć? 

- Nie mam pojęcia... - Jesse zamyślił się na moment, złożył list i rzucił 

go na stolik przy sofie. Potem wyciągnął się, tuląc Sloan i przyciskając ją do 

miękkich poduszek. -A teraz czas na nagrodę, dziewczynko. 

Roześmiała się i ulegając pokusie chwili, z radością przywitała jego 

usta. 

Zatopili się w długim, namiętnym pocałunku. Potem Sloan przesunęła 

jego głowę ku swojej szyi, odchyliła się, mrucząc przeciągle, kiedy obnażał 

jej piersi. 

- Słodka... Jesteś taka słodka. 

Sloan zmrużyła oczy i ospale, bliska omdlenia, zatraciła się w miłości, 

pozwalając Jesse'owi robić to, co robił bardzo- bardzo dobrze. 

Później, dużo później, kiedy w palenisku tlił się już tylko wątły 

płomień i oboje dryfowali z sennym prądem miłosnego spełnienia, Sloan 

RS

background image

 

139 

 

powędrowała wzrokiem ku masywnemu kominkowi, który był dziełem rąk 

Jonathana Jamesa. ku pamiątkom z przeszłości - fotografiom chłopców, 

starej gwintówce i makatce z napisem „Dom, słodki dom" wiszącej po 

prawej stronie gzymsu. 

Było coś uderzającego w tym kobiecym akcencie wnętrza urządzonego 

przez mężczyznę. Przeczytała napis raz jeszcze i znalazła w nim coś więcej. 

Dreszczyk emocji prześliznął się po jej kręgosłupie, iskra nadziei przyspie-

szyła bicie serca. 

- Jesse - szepnęła, wyrywając męża z półsnu. - Jesse, obudź się. 

- Hm... - mruknął, przyciskając jej udo długą, muskularną nogą. 

- Jesse... Jesse, posłuchaj. 

- Co? Coś nie tak? 

- Ta makatka... - Wskazała palcem gzyms kominka. - Czy to twoja 

mama ją wyhaftowała? 

- Co? - Jesse uniósł się, żeby podążyć za jej wzrokiem. - Chyba tak. Na 

pewno tak. Teraz przypominam sobie, z jaką pompą tato ją tam wieszał. 

- Pompą? - powtórzyła, coraz bardziej rozgorączkowana. - O co ci 

chodzi? 

- Zaraz... powiedział coś w tym rodzaju: „nigdy nie zapomnijcie tych 

trzech słów, chłopcy... " - Jesse podparł się na łokciu. - Co cię tak nagle 

zaciekawiło w tej makatce? 

- Sama nie wiem. Po prostu... po prostu mam jakieś przeczucie. Te 

słowa! „Dom, słodki dom". I ten list... co w nim było? 

Jesse usiadł, chwycił dżinsy, włożył je i podał Sloan swoją koszulę. 

Potem chwycił list. 

RS

background image

 

140 

 

Złoto jest skarbem głupców. Skarbem ludzi mądrych jest coś 

droższego. Zaczyna i kończy się na domu. J. James. 

- Zaczyna i kończy się na domu... - powtórzył, spoglądając na 

makatkę, na której pierwszym i ostatnim słowem było właśnie „dom". 

- Dom, słodki dom! - krzyknęli jednocześnie, wiedząc już, że są bliscy 

wielkiego odkrycia. 

Jesse podszedł do gzymsu i sięgnął po makatkę. Kiedy zdjął ją z 

gwoździa, zobaczył pod spodem obluzowany kamień. 

- Jesse - Sloan uczepiła się kurczowo jego ramienia, wstrzymując 

oddech, gdy mocował się z kamieniem wielkości małej piłki do gry. 

Wsadził rękę do kryjówki w ścianie i ostrożnie wyjął z niej atłasowy 

woreczek. 

Usiedli na kanapie i bez słowa wpatrywali się w zdobycz. 

- Ty to otwórz - powiedział zmienionym głosem Jesse. 

Sloan wahała się, dopóki nie potwierdził skinieniem głowy, że 

naprawdę chce, żeby ona to zrobiła. 

Drżącymi palcami rozsunęła sznureczek i zdumionym wzrokiem 

spojrzała na jeszcze jeden kawałek pożółkłego papieru i jeszcze jedną 

samotną złotą monetę, którą oboje spodziewali się znaleźć. 

Jesse spojrzał w jej pełne zdumienia oczy. 

- Czytaj. No, proszę cię. 

Ze ściśniętym gardłem rozłożyła kartkę. 

Chłopcy, jeśli do tej pory się tego nie domyśliliście, to musicie 

wiedzieć, że opowieści o złocie gangu Jamesa były bajką, którą wyssałem z 

palca, żeby was czymś zająć i żebyśmy mieli was z mamą z głowy. 

Przerwała, zawieszając głos. 

RS

background image

 

141 

 

- Czytaj dalej. Wszystko w porządku. Sloan zaczerpnęła głęboko 

powietrza. 

I zadziałało. Nigdy nie musieliśmy się zastanawiać, gdzie jesteście ani 

co robicie - szukanie złota było waszym jedynym zajęciem. To ja wrzuciłem 

monetę do rzeki. Razem z mamą narysowaliśmy mapę i ukryliśmy ją w 

grocie. I to ja, a nie żaden Jesse z przeszłości, podpisałem ten list, który 

doprowadził was do ostatniego odkrycia. 

Sloan zerknęła na Jesse'a. Patrzył zamyślony na monetę. 

Mam nadzieję - czytała dalej - że poszukiwanie było dobrą zabawą i że 

dostarczyło wam tyle radości, ile samo odkrycie. Mam też nadzieję, że była 

to dobra lekcja. 

Garrett, przyglądałem się, jak dorastasz w tych górach, i podziwiałem 

twoje rozsądne podejście do życia. Widziałem też silnego mężczyznę, jakim 

się staniesz. Clay - zawsze lubiłeś dowodzić, i to ty organizowałeś 

poszukiwania, co dało mi pewność, że ty też znajdziesz swoje miejsce w tym 

wielkim świecie. 

Jesse... 

Sloan zamilkła, potem, przełknąwszy łzy, czytała dalej. 

Moje dzikie dziecko. Patrzyłem, jak żyjesz marzeniami, nie oglądając 

się na konsekwencje. Pokazałeś mi, z jakiej jesteś gliny, synu, i mam 

nadzieję, że twoje poszukiwania zaprowadzą cię tam, dokąd tylko zechcesz- 

A więc... jeżeli wszystko poszło tak, jak należy, każdy z was ma jedną 

monetę. Nie wydajcie ich od razu, dobrze ? I... mam nadzieję, że czegoś się 

nauczyliście. Ten pierwszy list powiedział wam to, co najważniejsze, 

chłopcy. Skarbem mądrych ludzi jest coś droższego od złota. Zawsze o tym 

pamiętajcie. 

RS

background image

 

142 

 

Zobaczymy się na kolacji, chłopcy... A następnego lata urządzimy 

sobie ten spływ kajakowy, o który suszyliście mi głowę przez okrągły rok. 

Kocham was. Tato. 

Sloan zamknęła oczy, powstrzymując łzy. Myślała o miłości, którą 

tchnęło każde słowo Jonathana Jamesa, i o lecie, które nigdy nie nadeszło. 

- Och, Jesse. 

- Nie płacz... - Wziął ją w ramiona. - Wszystko jest w porządku. 

I naprawdę wszystko było w porządku, uświadomił sobie Jesse, 

odczuwając radość życia przenikającą go aż do szpiku kości. 

Oddychał pełną piersią. Ramiona obejmujące Sloan były pewne i silne. 

- Mój ojciec był mądrym człowiekiem. On wiedział. Wiedział, że będę 

szukał tak długo, aż znajdę to, co najważniejsze w moim życiu. Ciebie, 

Sloan. - Otarł płynące po policzkach żony łzy i wcisnął w jej ciepłą dłoń 

złotą monetę, tak dla niego drogocenną... 

- To ciebie szukałem. To ty jesteś najważniejsza. Jesteś moim życiem, 

moim domem... Wszystko zaczyna się i kończy na tobie. 

RS


Document Outline