background image

Plus Minus 

Katolicy i polityka 

 

04.10.2003, JG  
PYTANIA O POLSKĘ 

Katolicy i polityka  

JAROSŁAW GOWIN 

Polska  demokracja  nie  wyrwie  się  ze  spirali  coraz  szybszej  degrengolady,  o  ile  obecna  klasa 
polityczna  nie  zostanie  przynajmniej częściowo  zastąpiona  przez  tych,  dla  których  motywem 
aktywności będzie nie chęć łatwego dorobienia się, lecz troska o dobro wspólne. Jest oczywiste, 
że  w  kraju,  w  którym  ponad  90  proc.  mieszkańców  deklaruje  się  jako  wierzący,  dużą  część 
nowej klasy politycznej stanowić będą katolicy.
 

Na  czym  polegają  więc  ich  polityczne  zadania?  Czy  samo  postawienie  problemu  nie  jest 
"zaproszeniem" do ideologizacji wiary? Czy nie grozi uwikłaniem Kościoła w walkę polityczną - ze 
szkodą dla jego duchowego i moralnego autorytetu?  

Spory na te tematy przetoczyły się wśród polskich katolików na początku lat 90. Toczyły się wtedy 
w klimacie zamętu i podziałów, który przetrwał do dzisiaj. Wobec fatalnej kondycji naszego życia 
publicznego  pora  jednak  najwyższa,  by  wszcząć  dyskusję  na  nowo.  Tym  bardziej,  że  zachętą  do 
niej  są  trzy  dokumenty  Magisterium  Kościoła,  które  ukazały  się  w  tym  roku:  nota  doktrynalna 
Kongregacji  Nauki  Wiary  "Katolicy  a  polityka";  adhortacja  apostolska  Jana  Pawła  II  "Ecclesia  in 
Europa"  oraz  najnowszy  dokument  Kongregacji  Nauki  Wiary  dotyczący  legalizacji  związków 
homoseksualnych.  

Konieczność zaangażowania 

Podstawowym  zobowiązaniem,  jakie  społeczne  nauczanie  Kościoła  nakłada  na  ludzi  wierzących, 
jest  zobowiązanie  do  brania  odpowiedzialności  za  rzeczywistość  społeczną,  gospodarczą  i 
polityczną.  Zobowiązanie  to -  jak  przypomina  Kongregacja  Nauki  Wiary  -  jest  realizacją  zadania 
"przenikania  duchem  chrześcijańskim  doczesnego  porządku,  z  poszanowaniem  jego  natury  i 
prawowitej  autonomii".  Chrześcijanom  nie  wolno  wycofywać  się  z  udziału  w  polityce,  bo  w  ten 
sposób pozbawialiby się możliwości promowania takich wartości jak ład publiczny, pokój, wolność, 
równość,  sprawiedliwość,  solidarność  czy  poszanowanie  życia.  Jan  Paweł  II  podkreśla,  że  już  w 
doczesności rozwijają się zalążki świata wiecznego. "Ożywiani tą pewnością wiary, włączajmy się 
w  budowanie  miasta  godnego  człowieka.  Chociaż  nie  jest  możliwe  zbudowanie  w  historii 
doskonałego  porządku  społecznego,  wiemy  jednak,  że  każdemu  szczeremu  wysiłkowi, 
podejmowanemu  w  budowie  lepszego  świata,  towarzyszy  Boże  błogosławieństwo,  i  że  wszelkie 
ziarno sprawiedliwości i miłości zasiane w czasie obecnym kwitnie w wieczności". 

Unikanie  angażowania  się  w  politykę  -  usprawiedliwiane  moralną  szpetotą  świata  współczesnej 
polityki - to grzech zaniechania. Prowadzi on do swoistego samozamknięcia się w "chrześcijańskim 
getcie",  jest  wyrazem  utraty  ducha  ewangelizacyjnego.  Rolą  katolików  jest  przekształcanie 
działalności politycznej z zabiegów o egoistyczne interesy w troskę o dobro wspólne. 

Inspirację  do  działania  czerpać  winni  katolicy  ze  społecznej  nauki  Kościoła.  "Przez  nią  bowiem - 
podkreśla Jan Paweł II - Kościół stawia przed kontynentem europejskim kwestię  jakości  moralnej 
jego  cywilizacji.  Bierze  ona  swój  początek  ze  spotkania  orędzia  biblijnego  z  rozumem  z  jednej 
strony, z problemami  i  sytuacjami dotyczącymi życia człowieka  i społeczeństwa z drugiej. (...) W 

background image

tej nauce znajdują się odniesienia pozwalające bronić struktury moralnej wolności, tak by zachować 
europejskie społeczeństwo i kulturę zarówno od totalitarnej utopii Çsprawiedliwości bez wolnościČ, 
jak też od utopii Çwolności bez prawdyČ, której towarzyszy fałszywe pojęcie ÇtolerancjiČ, a obie 
są  dla  ludzkości  zwiastunem  błędów  i  okropności,  czego  smutne  świadectwo  daje  najnowsza 
historia Europy". 

Dobrowolne getto? 

Ocena  postawy  polskich  katolików  z  perspektywy  przytoczonych  wskazań  nie  może  wypaść 
pozytywnie. Bierność i roszczeniowość - zamiast aktywności, odpowiedzialności i służby - to cechy, 
które  charakteryzują  niemal  całe  polskie  społeczeństwo.  W  dużej  mierze  to one  właśnie  winne  są 
opłakanej kondycji polskiej polityki  i demokracji, która - o czym  wiadomo od czasów Alexisa de 
Tocqueville - wymaga obywatelskiego zaangażowania. 

Katolicka  nauka  społeczna  należy  do  najbardziej  zaniedbanych  elementów  nauczania  w  polskim 
Kościele.  Nawet  tam,  gdzie  życie  religijne  rozkwita  bujnie,  zdaje  się  ono  zatrzymywać  przed 
progiem  udziału  w  polityce.  Znamiennym  tego  przykładem  są  duszpasterstwa  akademickie.  W 
epoce  PRL  to  z  nich  rekrutowała  się  znaczna  część  działaczy  opozycji.  Oczywiście,  nie  można 
stawiać znaku równości między zaangażowaniem politycznym wtedy, gdy było ono aktem moralnej 
niezgody  na  totalitaryzm  i  teraz,  gdy  większość  podstawowych  wartości  nie  jest  zagrożona.  Tym 
niemniej  daje  do  myślenia  fakt,  że  niemal  nikt  z  ogromnych  rzesz  studentów  wypełniających  w 
niedziele  kościoły  akademickie  nie  garnie  się  do polityki.  Bierności  tej  nie  może  usprawiedliwiać 
niewiedza,  na  czym  polegać  ma  katolicki  sposób  uprawiania  polityki,  ani  odraza  -  skądinąd 
zrozumiała  -  do  form,  które  swojej  działalności  nadawali  politycy  katoliccy  w  ostatnim 
czternastoleciu. 

Polityka i metapolityka  

Dokumenty  Magisterium  w  sposób  jasny  określają,  na  czym  nie  powinna  polegać  aktywność 
polityczna katolików. Nie może ona angażować autorytetu instytucji kościelnej. Polityka to zadanie 
świeckich  wiernych.  Mają  ją  oni  uprawiać  na  własną  odpowiedzialność,  wystrzegając  się 
wszystkiego,  co  mogłoby  stwarzać  pozór,  że  reprezentują  "oficjalne"  stanowisko  Kościoła.  Do 
formułowania tego ostatniego uprawniona  jest wyłącznie  hierarchia kościelna, przy czym zabierać 
głos  w  sprawach  stricte  politycznych  powinna  ona  jedynie  w  sytuacjach  skrajnych,  tam,  gdzie 
zagrożone są podstawowe wartości.  

Nie znaczy to, że polityka umykać ma z pola codziennej uwagi instytucji kościelnej. Rolą Kościoła 
nauczającego  jest  jednak  koncentrowanie  się  na  sferze  metapolityki,  czyli  naświetlanie 
rzeczywistości  politycznej  z  punktu  widzenia  obiektywnych  i  niezmiennych  zasad  moralnych. 
Zasady  te  formułuje  katolicka  nauka  społeczna,  choć  nie  mają  one  charakteru  religijnego,  lecz  są 
wyrazem prawa naturalnego. Ich aplikacja do konkretnej sytuacji to zadanie świeckich. 

Jak z punktu widzenia tych zaleceń wygląda praktyka Kościoła w Polsce? Wbrew ponawianym ze 
strony  części  środowisk  liberalno-lewicowych  zarzutom,  hierarchia  kościelna  od  czasu  -  skądinąd 
bardzo niefortunnego - włączenia się w spór na temat konstytucji, konsekwentnie unika wpływania 
na bieżącą politykę. Można się raczej zastanawiać, czy po okresie politycznego ferworu z początku 
lat  90.  wahadło  nie  wychyliło  się  nadmiernie  w  drugą  stronę.  Innymi  słowy,  czy  Kościół  nie 
zaniedbuje - właściwej sobie - dziedziny metapolityki?  

W  sytuacji  politycznego,  społecznego  i  moralnego  zamętu  czytelne  drogowskazy  są  dla  nas 
wszystkich  bezcenne. Nieustannie stawia  je przed nami papież, przypominają o nich poszczególni 

background image

biskupi (zwłaszcza abp Życiński). Czy w kwestiach publicznych nie za rzadko dociera natomiast do 
wiernych głos episkopatu? 

Przypadek Radia Maryja 

Niezależnie  od  tej  wątpliwości  generalna  linia  polskiego  Kościoła  odpowiada  społecznemu 
nauczaniu Soboru i Jana Pawła II. Istnieje wszakże ważny wyjątek. Chodzi o Radio Maryja. Mimo 
wysiłku  ze  strony  biskupów  (niestety,  znacznie  spóźnionego)  rozgłośnia  ta  od  lat  nie  zaprzestaje 
działalności  par  excellence  politycznej.  Wskazuje  swoim  słuchaczom,  jaką  opcję  polityczną 
popierać, a jaką zwalczać,  jak głosować w referendum  itp. To głównie za sprawą Radia Maryja w 
opinii  publicznej  uporczywie  trwa  przekonanie  o  nadmiernym  politycznym  zaangażowaniu  i 
wpływach  Kościoła.  I  przeświadczenie  takie  pokutować  będzie  tak  długo,  dopóki  toruńska 
rozgłośnia nie poprzestanie na głoszeniu przesłania religijnego. 

Sprzeniewierzanie  się  społecznemu  nauczaniu  Kościoła  przez  Radio  Maryja  widać  również  w 
treściach  politycznych  głoszonych  przez  radiostację  o.  Rydzyka.  W  najbardziej  jaskrawy  sposób 
dotyczy  to  antysemickich  wybryków,  których  dopuszczają  się  co  prawda  słuchacze,  ale  które 
prowadzący traktują zadziwiająco wyrozumiale.  

Jak każda forma rasizmu, antysemityzm jest nie do pogodzenia z chrześcijańską miłością i nakazem 
szacunku  dla  godności  każdego  człowieka.  W  swej  ostatniej  adhortacji  Jan  Paweł  II  wskazał  na 
"odradzanie  się  postaw  rasistowskich"  jako  na  jeden  z  istotniejszych  przejawów  kryzysu  ducha 
europejskiego. Jaskrawo sprzeczny ze stanowiskiem następcy św. Piotra był stosunek Radia Maryja 
do  integracji  europejskiej.  Co  wspólnego  z  chrześcijaństwem  mają  klimat  agresji  czy  wietrzenie 
wszechświatowego antychrześcijańskiego spisku?  

Politycznych  ambicji  o.  Rydzyka  nie  potrafią  jak  dotąd  okiełznać  ani  biskupi,  ani  politycy 
katolicko-narodowi, którzy po kolei wypadają z łask ojca dyrektora. Elektorat katolicko-narodowy 
w  Polsce  w  najbliższych  dziesięcioleciach  raczej  nie  będzie  się  kurczył,  dlatego  jedynym 
rozwiązaniem  problemu  Radia  Maryja  może  okazać  się  powstanie  silnej  partii,  która  wyrażając 
poglądy  narodowe,  oczyszczałaby  je  równocześnie  ze  skrajności  i  nie  podpierała  się  autorytetem 
Kościoła.  Niektóre  wypowiedzi  Romana  Giertycha  wskazują,  że  rozumie  on  tę  potrzebę.  Dlatego 
należy sobie życzyć, by Liga Polskich Rodzin dołączyła do grona dużych partii chadecko-ludowych, 
które odgrywają tak znaczącą rolę we współczesnej Europie. 

Wolność, relatywizm i granice kompromisu 

Przypadek  Radia  Maryja  dobrze  ilustruje  generalne  zagrożenia,  jakie  stoją  przed  politykami 
katolickimi.  Jednym  z  nich  jest  integryzm.  Innym  -  kategoryczne  potępienie  współczesnej 
cywilizacji  liberalnej. Choć narasta w niej  wiele  zjawisk  negatywnych,  Kongregacja Nauki  Wiary 
przestrzega  przed  ich  demonizowaniem:  "Wielkie  osiągnięcia,  jakich  jesteśmy  świadkami, 
pozwalają  na  pozytywną  ocenę  drogi,  którą  ludzkość  przebyła  w  dążeniu  do  postępu  i  w 
zaprowadzaniu bardziej ludzkich warunków życia". Analogicznie strzec się trzeba rzucania anatem 
na demokrację. Choć znajduje się ona dzisiaj (nie tylko w Polsce) w fazie niewątpliwego kryzysu, 
wynikającego  z  jednej  strony  z  bierności  obywateli,  z  drugiej  -  społecznego  wyalienowania  się  i 
scynicznienia  elit  politycznych,  to  Kościół  stawia  ją  ponad  wszystkimi  innymi  systemami 
politycznymi,  gdyż  dzięki  niej  "wszyscy  uczestniczą  w  kierowaniu  sprawami  publicznymi  w 
klimacie prawdziwej wolności".  

Słowa  krytyki,  których  dokumenty  Kościoła  nie  szczędzą  społeczeństwom  demokratycznym, 
należy  więc  rozumieć  jako  głos  w  obronie  demokracji.  Tej  ostatniej  zagraża  bowiem  dzisiaj 
moralne  samozatrucie,  będące  wynikiem  rozpowszechnienia  się  relatywizmu  kulturowego.  W 

background image

opinii  części  środowisk  liberalnych  uchodzi  on  wręcz  za  warunek  demokracji.  Tymczasem  -  jak 
wielokrotnie  z  naciskiem  podkreśla  Magisterium  -  kwestionując  istnienie  naturalnych  i 
niezmiennych  wartości,  relatywizm  jest  "szkodliwy  dla  demokratycznego  życia,  które  potrzebuje 
prawdziwych  i trwałych  fundamentów, to znaczy  etycznych zasad, które z racji swej  natury  i roli, 
jaką pełnią w życiu społecznym, nie mogą być Çprzedmiotem negocjacjiČ".  

Kościół  bezustannie  przypomina  współczesnemu  światu,  że  nie  ma  autentycznej  wolności  bez 
prawdy. Jak pisze Jan Paweł II: "prawda i wolność albo istnieją razem, albo też razem marnie giną". 
Sprzecznemu z duchem  nauczania Chrystusa  lękowi części katolików przed wolnością odpowiada 
atawistyczny  lęk  części  środowisk  liberalnych  przed  prawdą.  Jego  konsekwencją  jest 
absolutyzowanie wartości tolerancji czy kompromisu. 

Zdolność  do  zawierania  kompromisów  jest  wielką  cnotą  polityczną.  Nie  mogą  one  jednak 
obejmować  sfery  wartości  podstawowych.  Omawiane  dokumenty  kościelne  z  naciskiem 
wyszczególniają kwestie, w których politykowi katolickiemu nie wolno iść na kompromis. Chodzi 
zwłaszcza  o  legalizację  aborcji,  dopuszczalność  eutanazji,  eksperymenty  na  embrionach  ludzkich 
czy - na co szczególny nacisk kładzie ostatni z dokumentów - próby rozbijania rodziny "opartej na 
monogamicznym małżeństwie między osobami odmiennej płci". 

W  polskich  realiach  zakaz  głosowania  czy  zawierania  sojuszu  z  ugrupowaniami  promującymi 
permisywne  podejście  do  ludzkiego  życia  czy  do  rodziny  nietrudno  przełożyć  na  konkrety. 
Postulaty  liberalizacji  ustawy  antyaborcyjnej  czy  legalizacji  małżeństw  homoseksualnych 
konsekwentnie  wysuwane  są  przez  UP,  w  miarę  potrzeb  kampanii  wyborczej  posługuje  się  nimi 
również  SLD.  Oczywiście,  dokonując  wyborów  politycznych,  obywatel  kieruje  się  rozmaitymi 
kryteriami. Głosowanie przez katolików na SLD czy UP jest wszakże wyrazem swoistej duchowej 
schizofrenii. Jak przypomina Kongregacja Nauki Wiary, w życiu człowieka wierzącego "nie może 
być dwóch równoległych nurtów: z jednej  strony  tak zwanego życia duchowego, z jego własnymi 
wartościami  i  wymogami,  z  drugiej  tak  zwanego  życia  świeckiego,  obejmującego  rodzinę,  pracę, 
relacje społeczne, zaangażowanie polityczne i kulturalne".  

Wiara, ideologia i pluralizm 

Jednoznaczność  stanowiska  Magisterium  w  sprawie  aborcji  nie  oznacza,  że  lekceważy  ono 
dramatyczną  złożoność  wielu  wyborów  politycznych.  W  nocie  Kongregacji  Nauki  Wiary 
przywołane  zostały  słowa  Jana  Pawła  II  z  encykliki  "Evangelium  vitae",  będące  odpowiedzią  na 
rozterki  polskich  parlamentarzystów  podczas  uchwalania  obowiązującej  dotąd  ustawy 
antyaborcyjnej. Chodzi o to, że w sytuacji, gdy nie jest możliwe odrzucenie ustawy umożliwiającej 
aborcję,  "parlamentarzysta,  którego  osobisty  absolutny  sprzeciw  wobec  przerywania  ciąży  byłby 
jasny  i  znany  wszystkim  ludziom,  postąpiłby  słusznie,  udzielając  swego  poparcia  propozycjom, 
których  celem  jest  ograniczenie  szkodliwości  takiej  ustawy  i  zmierzających  w  ten  sposób  do 
zmniejszenia jej negatywnych skutków na płaszczyźnie kultury i moralności publicznej". 

Relatywizm  należy  odróżnić  od  uprawnionego  pluralizmu.  Poza  przypadkami  skrajnymi,  polityka 
jest  w  państwie  demokratycznym  sferą  racji  podzielonych.  Wiara  nie  jest  ideologią.  Nakazy 
religijne  nie  przekładają  się  na  żaden  jednoznaczny  program  polityczny.  W  ogromnej  większości 
spraw katolicy w naturalny sposób się różnią. Kongregacja Nauki Wiary potwierdza jako oczywiste 
nauczanie  Soboru  Watykańskiego  II,  że  katolicy  mają  prawo  reprezentować  rozmaite  opcje 
polityczne. Uzasadnia to "zależność niektórych wyborów w sprawach społecznych od konkretnych 
okoliczności  i  fakt,  że  często  są  dopuszczalne  z  moralnego  punktu  widzenia  różne  strategie  dla 
urzeczywistnienia  lub  zagwarantowania  tej  samej  podstawowej  wartości;  że  istnieje  wiele 
interpretacji  zasad  teorii  politycznej;  że  występuje  znaczna  złożoność  problemów  politycznych  na 
płaszczyźnie technicznej".  

background image

Tak  więc,  jak  nie  istnieje  partia  mogąca  rościć  sobie  prawo  do  miana  wyraziciela  stanowiska 
Kościoła, tak też katolicy mogą należeć do szerokiej gamy ugrupowań (lub wspierać je), które nie 
kwestionują podstawowych wartości. Mogą to być ugrupowania prawicowe, centrowe lub lewicowe 
(choć  do  programu  tych  ostatnich  coraz  bardziej  nagminnie  należy  promowanie  przemian 
obyczajowych  niedających  się  pogodzić  z  chrześcijańską  koncepcją  godności  i  praw  człowieka). 
Zarazem jednak, udzielając poparcia którejkolwiek z takich partii, człowiek wierzący zobowiązany 
jest poddawać jej program ocenie z punktu widzenia chrześcijańskiej nauki moralnej i społecznej. 

W  polskim  parlamencie  partiami  spełniającymi  kryterium  niesprzeczności  z  tą  nauką,  a  zarazem 
głoszącymi programy zbieżne z nią (choć niekoniecznie z niej się wywodzące) są przede wszystkim 
PiS i PO. Paradoksalnie, nie do końca kryteriom tym odpowiada ugrupowanie, które na sztandarach 
ma  katolicką  naukę  społeczną  -  LPR.  Jej  reprezentanci  często  bowiem  posługują  się  retoryką 
nacjonalizmu,  który  tak  stanowczo  krytykuje  Jan  Paweł  II.  Inne  wątpliwości  budzi  PSL.  Po 
pierwsze, nie rozliczył osię ze swojej totalitarnej przeszłości. Po drugie, wielokrotnie dawało wyraz 
politycznemu  cynizmowi,  wchodząc  w  koalicje  z  SLD.  Po  trzecie  wreszcie,  jego  program 
nakierowany jest ciągle na obronę nie dobra wspólnego, lecz partykularnego interesu jednej grupy 
społecznej.  

Ministerstwo Prawdy 

Najważniejsze  wyzwanie,  jakie  w  nadchodzących  latach  stanie  przed  polską  polityką,  to 
wykorzystanie  szansy  stworzonej  przez  przystąpienie  do  UE.  Jest  ono  kolejnym  etapem 
przezwyciężania cywilizacyjnej, gospodarczej i moralnej katastrofy, jaką była epoka PRL. Unia nie 
jest oczywiście żadną "ziemią obiecaną". Dzięki członkostwu w niej łatwiej nam będzie rozwiązać 
problemy, z którymi - jak wskazuje 14 lat III RP - raczej nie poradzilibyśmy sobie, pozostając poza 
nią. Ale też pojawią się  nowe trudności, a niektóre ze starych zaostrzą się. Dotyczy to m.in. sfery 
religii i moralności. 

Większość  polskich  katolików  postąpiła  w  zgodzie  z  wyraźnym  wskazaniem  Jana  Pawła  II  i 
zagłosowała w referendum "tak". Teraz jednak pora pójść za drugą - znacznie trudniejszą - częścią 
tego  wskazania.  Biskup  Rzymu  przestrzega  nas  bowiem  wielokrotnie,  że  przynależność  do  UE 
należy traktować tyleż jako szansę i akt historycznej sprawiedliwości, co jako wyzwanie.  

W preambule dokumentu zwanego konstytucją zjednoczonej Europy nie ma miejsca na wzmiankę o 
tradycji  chrześcijańskiej  jako  o  jednym  z  elementów  tożsamości  europejskiej.  Przy  aprobacie 
większości  rządów,  mediów  i  opinii  publicznej  krajów  zachodnioeuropejskich  podjęto  się  próby 
zabiegu, którego nie powstydziłoby  się orwellowskie Ministerstwo Prawdy: operacji  na zbiorowej 
pamięci i usunięcia jej - czy nam się to podoba, czy nie - najważniejszego składnika. 

Usuwanie fundamentu 

Usuwanie  religii  z  przestrzeni  publicznej  usprawiedliwiane  jest  dwojako.  Pierwszym  argumentem 
jest swoiste rozumienie neutralności światopoglądowej państwa, wedle którego publiczna obecność 
symboliki religijnej oznaczałaby dyskryminację niewierzących. Drugi argument wskazuje na religię 
jako  źródło  nietolerancji  i  licznych  aktów  przemocy,  w  jakie  obfitowała  historia  naszego 
kontynentu, a przed jakimi chroni nas - zdaniem autorów projektu konstytucji - tradycja antycznej 
Grecji, Rzymu czy Oświecenia. 

Katolicy  powinni  z  pokorą  przyjąć  oskarżenia  tam,  gdzie  znajdują  one  potwierdzenie  w  historii 
Kościoła,  a  następnie  z  całą  mocą  przeciwstawić  się  rozwiązaniom,  którym  owe  argumenty 
dostarczają pozorów słuszności. 

background image

Wspomniane wyżej rozumienie neutralności jest bowiem - na ogół nieuświadamianą - mistyfikacją. 
Z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa pogląd głoszący potrzebę publicznej obecności 
religii  jest  równie  uzasadniony  jak  pogląd  kwestionujący  tę  potrzebę.  Popierając  z  zasady 
którykolwiek z nich, państwo staje się nie neutralne, lecz właśnie ideologiczne (w tym przypadku: 
ideologicznie  antyreligijne).  Logika  państwa  prawa  nakazuje  dopuścić  oba  poglądy  jako 
równoprawne,  a  to,  który  z  nich  znajduje  wyraz  w  prawodawstwie,  uzależnić  od  demokratycznie 
wyrażonej  woli  społeczeństwa.  Innymi  słowy,  jeżeli  większość  Francuzów  nie  życzy  sobie  lekcji 
religii  w  szkołach  publicznych,  to  ich  wybór  jest  równie  godny  szacunku,  jak  wola  większości 
Polaków, by  lekcje te się odbywały. Niezgodne z zasadami  neutralności światopoglądowej  byłoby 
natomiast,  gdyby  ustawodawstwo  Francji  zabraniało  prowadzenia  lekcji  religii  w  szkołach 
prywatnych, a ustawodawstwo Polski zmuszało do udziału w katechezie szkolnej tych, którzy sobie 
tego nie życzą.  

Słusznie  stwierdza  Kongregacja  Nauki  Wiary:  "w  imię  fałszywie  pojętej  tolerancji  żąda  się  od 
znacznej  części  obywateli  -  wśród  nich  także  od  katolików  -  aby  zrezygnowali  z  wnoszenia  do 
życia społeczno-politycznego swoich krajów tego, co zgodnie z koncepcją osoby ludzkiej i z oceną 
wspólnego  dobra  uznają  po  ludzku  za  prawdziwe  i  słuszne,  a  co  winno  być  osiągane  godziwymi 
środkami,  jakie  demokratyczny  porządek  prawny  stawia  jednakowo  do  dyspozycji  wszystkich 
członków politycznej wspólnoty". 

Podobnej  mistyfikacji poddaje się obraz wpływu chrześcijaństwa na  historię Europy. Mistyfikacja 
polega  na  zestawianiu  najbardziej  mrocznych  kart  chrześcijaństwa  (inkwizycja,  wojny  religijne, 
antyjudaizm, który stworzył klimat przyzwolenia na  holokaust itp.) z jasnymi kartami  Antyku czy 
Oświecenia.  Jest  w  tym  tyle  samo  sensu,  ile  miałoby  zestawianie  św.  Franciszka  z  Kaligulą  czy 
Matki Teresy z tak znaczącymi reprezentantami ducha Oświecenia jak Robespierre czy Stalin... 

Spór o tożsamość Europy 

Dla każdego, kto patrzy na przeszłość naszego kontynentu nie przez okulary ideologii poprawności 
politycznej,  jest  rzeczą  oczywistą,  że  jego  historii  nie  da  się  zrozumieć  bez  chrześcijaństwa. 
Podkreślając,  że  dziedzictwo  Europy  wyrasta  z  rozmaitych  korzeni  -  antycznych,  żydowskich, 
muzułmańskich  -  Jan  Paweł  II  stwierdza  równocześnie:  "Tym  niemniej  trzeba  uznać,  że 
historycznie inspiracje te znalazły w tradycji judeochrześcijańskiej siłę zdolną do ich harmonizacji, 
konsolidacji i rozwoju. Jest to fakt, o którym nie można zapominać; przeciwnie, budując Çwspólny 
europejski  domČ,  trzeba  uznać,  że  gmach  ten  winien  się  opierać  t  a  k  ż  e  (podkr.  -  J.G.)  na 
wartościach,  które  objawiły  się  w  pełni  w  tradycji  chrześcijańskiej".  Podkreśliłem  słowo  "także", 
gdyż  dowodzi  ono,  że  ze  strony  Kościoła  nie  mamy  do  czynienia  z  jakąkolwiek  próbą 
"zawłaszczenia" historii Europy.  

Przynależność  do  UE  jest  zgodna  z  polską  racją  stanu.  Równocześnie  biskup  Rzymu  nawołuje 
chrześcijan  do  włączenia  się  w  budowę  duchowej  jedności  kontynentu.  Powinni  w  tym  widzieć 
swoją  moralną,  a  nawet  religijną  misję.  Politycy  katoliccy  w  Polsce  nie  mogą  lekceważyć  tego 
wezwania,  mają  więc  podwójne  powody,  dla  których  zobowiązani  są  do  aktywnego  udziału  w 
debacie  nad  fundamentami  europejskiej  jedności.  Zadaniem  katolików  jest  zapewnić  tradycji 
chrześcijańskiej należne jej miejsce we "wspólnym europejskim domu". 

Do zadania tego trzeba przystępować z całą dobrą wolą i szacunkiem dla poglądów tych, z którymi 
jesteśmy  w  sporze.  Gdyby  jednak  się  okazało,  że  nowa  tożsamość  europejska  budowana  jest  z 
wykluczeniem  tradycji  chrześcijańskiej,  należy  dołożyć  wszelkich  starań,  by  proces  integracji 
zatrzymany  został  na  poziomie  gospodarczym,  nie  wchodząc  w  obszar  struktur  politycznych,  a 
zwłaszcza w dziedzinę kultury. Jedności nie można bowiem budować za wszelką cenę. Gdybyśmy 

background image

przystali na manipulację naszą wspólną - chrześcijan i niechrześcijan - przeszłością, osiągnęlibyśmy 
ten rodzaj jedności, który Aldous Huxley opisał w "Nowym, wspaniałym świecie". 

"Nowa" i "stara" kultura 

Zaangażowanie  społeczne  katolików  nie  może  zatrzymywać  się  na  płaszczyźnie  politycznej  i 
wyczerpywać  w  zmianie  struktur.  Polityka  to  wierzchołek  piramidy,  której  fundament  stanowi 
kultura. Potrzeba nasycania kultury wartościami ewangelicznymi  jest tym pilniejsza, że to właśnie 
na jej obszarze rodzą się najpoważniejsze zagrożenia. W najnowszej adhortacji czytamy: "Jesteśmy 
świadkami  narodzin  nowej  kultury,  pozostającej  w  znacznej  mierze  pod  wpływem  środków 
masowego  przekazu,  której  cechy  charakterystyczne  i  treści  często  sprzeczne  są  z  Ewangelią  i  z 
godnością osoby ludzkiej". 

Konfrontacja "nowej" kultury z kulturą "starą" - czyli m.in. z wiarą w obiektywność prawdy, dobra 
i  piękna,  z  ufnością  w  poznawczą  władzę  rozumu,  z  przekonaniem  o  istnieniu  hierarchii  czy  z 
postawą  bezinteresowności  poznawczej  -  jest  faktem.  Konstatując  go,  Jan  Paweł  II  wzywa  do 
krytycznej,  choć  spokojnej  diagnozy  sytuacji  i  do  ewangelizacji  kultury.  Dotyczy  to  zarówno  jej 
sfery  "wysokiej",  jak  i  "codziennej".  "W  tym  celu  duszpasterstwo  musi  wziąć  na  siebie  zadanie 
kształtowania mentalności chrześcijańskiej w zwyczajnym życiu, w rodzinie, w szkole, w środkach 
społecznego przekazu, w świecie kultury, pracy i ekonomii, w polityce, w wykorzystaniu wolnego 
czasu, w zdrowiu i w chorobie". 

Ocena  polskiego  katolicyzmu  z  tej  perspektywy  to  temat  na  osobny  artykuł.  Poprzestańmy  więc 
tylko  na  stwierdzeniu,  że  musi  ona  wypaść  bardzo  ambiwalentnie.  Z  jednej  strony  mamy  wielkie 
dokonania chrześcijańskiego ducha: poezję Czesława Miłosza, myśl religijną ks. Józefa Tischnera, 
muzykę  Henryka  Mikołaja  Góreckiego  -  wyliczenie  to  można  by  kontynuować  długo.  Na  drugim 
biegunie  mamy  jednak  słabość katolickich  mediów, pasywność katolickich uniwersytetów, kryzys 
rodziny, brak pomysłu na przeciwstawienie się konsumistycznej "kulturze" masowej czy odwieczną 
słabość  "sarmackiego"  katolicyzmu:  rozbieżność  deklaracji  religijnych  z  codzienną  praktyką 
moralną. 

Wiele  już  lat  minęło,  odkąd  Jan  Paweł  II  zaapelował  do  katolików,  by  wchodzili  na  "areopagi 
współczesnego  świata".  Do  tej  pory  apel  ten  nie  doczekał  się  w  ojczyźnie  papieża  adekwatnego 
odzewu. 

Państwo i wartości 

Wśród  źródeł  nadziei  dla  Kościoła  Jan  Paweł  II  wymienia  "skupienie  się  Kościoła  na  swym 
posłannictwie  duchowym  i  przyznanie  pierwszeństwa  ewangelizacji  także  w  relacjach  z 
rzeczywistością społeczną i polityczną".  

Dopełnieniem prymatu ewangelizacji nad polityką jest uznanie zasady rozdziału państwa i Kościoła. 
Samo  to  określenie  nie  pojawia  się  w  dokumentach  kościelnych;  zastępuje  je  soborowa  formuła 
autonomii  i  współpracy  obu  instytucji  lub  zasada  świeckości,  na  temat  której  Kongregacja  Nauki 
Wiary  stwierdza:  "Świeckość  pojmowana  jako  autonomia  sfery  obywatelskiej  i  politycznej  w 
stosunku do sfery religijnej i kościelnej (...) jest wartością osiągniętą i przez Kościół uznawaną oraz 
należy do zgodnie przyjmowanego cywilizacyjnego dziedzictwa". 

Rezerwę  wobec  terminu  "rozdział"  można  łatwo  zrozumieć.  Po  części  jest  ona  odreagowaniem 
traumy  komunizmu,  kiedy  termin  ten  służył  jako  alibi  dla  represji  wymierzonych  w  religię.  Ale 
rezerwa ta uzasadniona jest również w świetle wielu współczesnych interpretacji zasady rozdziału. 
Za  nieuprawnione  uznają  one  bowiem  nie  tylko  uprzywilejowanie  jednej  religii,  ale  w  ogóle 

background image

publiczną  obecność  religii  choćby  takie  jej  przejawy,  jak  katecheza  w  szkołach  publicznych  czy 
przywołanie tradycji chrześcijańskiej w preambule konstytucji. Taka postawa w pełni zasługuje na 
miano "nietolerancyjnego laicyzmu". 

Sposób  ujęcia  relacji  państwo  -  Kościół  w  polskim  prawie  odpowiada  temu,  co  nazywane  bywa 
zasadą  "przyjaznego  rozdziału":  szanując  równość  wszystkich  wyznań,  państwo  sprzyja  religii, 
gdyż  dostrzega  w  niej  skarbiec  wartości,  bez  których  społeczeństwo  nie  może  właściwie 
funkcjonować.  (Dodajmy  dla  jasności,  że  wartości  te  czerpać  można  również  ze  światopoglądów 
niereligijnych). To korzystne dla interesu publicznego rozwiązanie bywa jednak kwestionowane na 
ogół  w  rytmie  kampanii  wyborczych,  gdy  partie  lewicowe  usiłują  zmobilizować  elektorat 
antyklerykalny.  Zadaniem  polityków  katolickich  jest  zapobieganie  próbom  zmiany  status  quo. 
Rozdział  państwa  od  Kościoła  nie  może  bowiem  oznaczać  rozdziału  religii  od  społeczeństwa  ani 
polityki  od  moralności.  Neutralność  światopoglądowa  nie  jest  tym  samym  co  neutralność 
aksjologiczna. Państwo ma obowiązek bronić wartości, bez których zagrożony byłby ład publiczny. 

Stanowisko,  które  tu  reprezentuję,  często  bywa  oskarżane  o  dążenie  do  ideologizacji  państwa. 
Odnosząc się z szacunkiem do intencji autorów tych oskarżeń, katolicy nie powinni ustępować pod 
naciskiem  argumentów  nietrafnych.  Wzywając  wiernych  do  promowania  wartości  podstawowych, 
Kongregacja  Nauki  Wiary  wyjaśnia:  "Nie  chodzi  tutaj  o  Çwartości  wyznanioweČ,  gdyż 
wspomniane wymagania etyczne są zakorzenione w ludzkiej istocie i należą do naturalnego prawa 
moralnego.  Od  tego,  kto  staje  w  ich  obronie,  nie  wymagają  one  chrześcijańskiej  wiary".  Innymi 
słowy,  należy  trzymać  się  tych  wymagań  nie  dlatego,  że  są  "katolickie",  lecz  dlatego  że  wyrażają 
obiektywną  prawdę  moralną.  Są  one  też  naturalną  płaszczyzną  współpracy  z  przedstawicielami 
innych rodzin duchowych. 

Naprawić własne błędy 

Potrzebę  współpracy  z  niewierzącymi  czy  wyznawcami  innych  religii  bezustannie  podnosi  Jan 
Paweł II. Tego domaga się dobro wspólne. Nie ma więc konieczności budowania chrześcijańskich 
partii, chrześcijańskich związków zawodowych czy chrześcijańskich organizacji społecznych. Choć 
mogą  one  dobrze  służyć  i  Kościołowi,  i  społeczeństwu,  to rozwiązaniem  równie  uprawnionym,  a 
nawet  może  bardziej  zalecanym  przez  Magisterium,  jest  tworzenie  instytucji  i  wspólnot 
skupiających wszystkich "ludzi dobrej woli", niezależnie od ich przekonań i światopoglądu. 

Ten  duch  -  nazwijmy  go  tak  -  dialogiczno-ekumeniczny  nie  może  jednak  usprawiedliwiać 
rezygnacji  z  wartości,  w  które  się  wierzy,  czy  stanowić  alibi  dla  cedowania  odpowiedzialności  za 
sprawy  wspólne  na  innych.  Papież  bardzo  stanowczo  podkreśla,  że  dla  urzeczywistnienia  dobra 
wspólnego  "konieczna  jest  obecność  świeckich  chrześcijan,  którzy,  pełniąc  różne  odpowiedzialne 
funkcje  w  życiu  społecznym,  gospodarce,  kulturze,  służbie  zdrowia,  oświacie  i  polityce, 
postępowaliby tak, by móc zaszczepić w nim wartości Królestwa". 

Konkluzja  jest  wyraźna:  Politycy  katoliccy  nie  mają  monopolu  na  moralną  słuszność  ani  na 
profesjonalizm.  Po roku  1989  mogliśmy  się  o tym  przekonywać  aż  nadto  często...  Nic  jednak  nie 
zwolni katolików z zadania odebrania władzy ludziom nieuczciwym i niekompetentnym. A gdy się 
to  dokona,  nie  możemy  zapominać,  że  jesteśmy  dopiero  w  połowie  drogi.  Druga  część  naszego 
zadania to budowa - wraz z każdym, kto chce się do tego dzieła przyłączyć - państwa opartego na 
zasadach sprawiedliwości, solidarności i wolności. Takiego, o jakim marzyliśmy po roku 1989, ale 
które nie powstało na skutek naszych licznych błędów. 

Autor  jest  redaktorem  naczelnym  miesięcznika  "Znak",  rektorem  Wyższej  Szkoły 
Europejskiej  im.  ks.  Józefa  Tischnera  w  Krakowie,  wydał  m.in.  książkę  "Kościół  po 
komunizmie".