background image

Sebastian Miernicki

PAN SAMOCHODZIK I...

SZAMAN

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA

background image

WSTĘP

Hiszpańska korweta wioząca przeklęte złoto azteckiego kapłana nie spodziewała się,

że nagle zza wyspy wypłynie brygantyna sławnego pirata Morza Karaibskiego. Red Baron stał

na dziobnicy, opierając dłoń na rękojeści pistoletu zatkniętego za pas. Ze zmrużonymi oczami

patrzył na hiszpański okręt, oceniając według jego zanurzenia, ile wiezie złota.

Dał znak do oddania salwy armatniej. Hiszpan odpowiedział tym samym, ale już był

unieruchomiony. Specjalne zapalające pociski zniszczyły jego żagle i teraz tylko dryfował.

Piraci zawyli z radości. Okręt Red Barona złapał wiatr w żagle i niczym kartagińska galera

wbił  się bukszprytem w  burtę  przeciwnika. Hiszpańskie  szpady łamały  się  jak zapałki  w

zetknięciu z pirackimi kordelasami. Co chwila rozlegały się wystrzały z broni palnej.

Hiszpańska załoga próbowała zorganizować obronę na pokładzie rufowym. Daremnie.

Jej duch bojowy upadł, gdy zobaczyła, jak piraci przytykają noże do białych, odsłoniętych

piersi seniorit, które trwożliwie spędzały bitwę w kajutach pod pokładem.

Wkrótce   hiszpańska   załoga   pożegnała   się   ze   złotem   i   seniorkami.   Piraci   oprócz

towarzystwa niewiast i skarbów lubili także rum, a tego mieli pod dostatkiem.

***

W cichej zatoczce, na dużej wyspie Red Baron w dwóch kryjówkach przygotował

skrytki. Jaskinia na dole skrywała mniej wartościowe i lżejsze skarby. Na górze była trudniej

dostępna, a przez to pewniejsza, więc tam trafiły cięższe skrzynie. Kryjówki pirat fantazyjnie

oznaczył na swojej mapie jako dwie wieże.

Red   Baron   zapomniał,   że   było   to   przeklęte   złoto   i   wkrótce   zginął   w   zasadzce

Hiszpanów. Oficer, który go zabił i zdobył mapę, sam chciał posiąść tyle złota. Ruszył na

wyspę na poszukiwania. W walce z tubylcami został ciężko ranny i zdołał ukryć się w jakiejś

jaskini.

***

Wiele   lat   później   jaskinię   odwiedzili   czerwonoskórzy   wojownicy.   Dowodził   nimi

człowiek ciekawy świata, szaman, który zabrał mapę. Po latach szaman wrócił na miejsce i

odnalazł jeden ze skarbów, ale wtedy nadszedł czas azteckiej klątwy. Minęło sto lat i klątwa

wróciła. Zawsze wracała, gdy na złoto padł wzrok białego człowieka.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

PRZEDŚWIĄTECZNE ZAKUPY • SPOTKANIE Z AMERYKAŃSKIM

MILIONEREM • KOGO MOŻNA KUPIĆ ZA PIENIĄDZE? • SPOSÓB NA ZABICIE

KAROLA • WEZWANIE DO PANI MINISTER • MAPA ZNALEZIONA NA ALASCE

• SKARBY WIELKIEJ ARMII NAPOLEONA

Każdy z Was doskonale zna ten czas gorączki przedświątecznych zakupów. Na kilka

dni   przed   Bożym   Narodzeniem   współczesna   Polska   przestawała   pracować   zajęta

przygotowaniami. Przypomniały mi się lata dzieciństwa, jakże różne od zabieganego życia w

nowych czasach. Babcia przygotowywała pyszne pierogi, jedne z makiem z przydomowego

ogródka,   drugie z  kapustą  i   z   grzybami.  Piekły się   w  piecu  z  fajerkami.   Niezapomniany

pozostał zapach ciast nadziewanych bakaliami. Postna wieczerza wigilijna, przy której, przed

wyjściem na pasterkę, a trzeba było maszerować dwa kilometry, babcia podawała domowe

wino z malin, które latem z wysiłkiem zrywałem z kolczastych krzewów. We współczesnej

atmosferze świąt nie było tamtej mocy, niecierpliwości oczekiwania, podjadania smakołyków

cichcem porwanych z kuchni.

Maszerowałem   ulicami   Starówki   sunąc   jak   Arka   Noego   wśród   oceanu   ludzkich

niepokojów i gonitw. Nigdy nie spodziewałbym się, że właśnie pod koniec grudnia mogę

otrzymać wezwanie do przygody.

- Przepraszam, czy Pan Samochodzik? - nagle usłyszałem pytanie zadane w języku

angielskim.

Ktoś, sądząc po akcencie Amerykanin, znał moje przezwisko, które zyskałem dzięki

posiadaniu   niegdyś   wehikułu.   Z   zewnątrz   wyglądał   jak   pojazd   kosmitów   po   twardym

lądowaniu, ale pod maską skrywał imponujący silnik ferrari, powypadkowy, odremontowany

przez   mojego   świętej   pamięci   wuja.   Dzięki   temu   niezwykłemu   połączeniu   uzyskiwałem

niepozorny pojazd, który swoją prędkością zaskoczył niejednego przestępcę, jaki stanął na

mojej drodze.

Naprawdę nazywam się Tomasz N.N. i pracuję w Departamencie Ochrony Zabytków

Ministerstwa Kultury i Sztuki, zajmującym się poszukiwaniem i odzyskiwaniem zaginionych

w czasie drugiej wojny światowej dzieł sztuki. Nie ukrywam, że najlepsze lata sił witalnych

mam już za sobą, więc pracuje ze mną Paweł Daniec, były komandos i absolwent historii

sztuki. Okazał się bardzo cennym nabytkiem.

background image

Ostrożnie obejrzałem się za siebie. Ujrzałem wysokiego, szczupłego mężczyznę w

okularach. Miał około pięćdziesięciu lat, a ubrany był w lekki kożuszek i kowbojski kapelusz.

Obok   niego   stał   młodzieniec   w   eleganckim   płaszczu,   czarnych   spodniach,   z   białym

kołnierzykiem i krawatem wystającym spomiędzy równo założonego jedwabnego szalika.

- Pan Samochodzik? - upewniał się starszy Amerykanin.

- Tak - przyznałem niechętnie, albowiem nie lubiłem swojego przezwiska.

- Willy Bytes - Amerykanin przedstawiając się, wyciągnął do mnie kościstą, silną

dłoń. - To mój syn, Bruce.

Uścisnąłem dłonie obydwu.

- Czym mogę panom służyć? - zapytałem.

- Możemy porozmawiać? - Bytes uśmiechnął się. - W bezpiecznym miejscu.

Bez słowa wskazałem wejście do najbliższego lokalu, okazało się, że to herbaciarnia.

Od   razu   otoczył   nas   zapach   herbat   z   najróżniejszych   stron   świata.   W   czajniczkach   na

maleńkich maszynkach parzyły się smakowicie pachnące mieszanki tego cudownego napoju.

Usiedliśmy w kącie sali pomiędzy wachlarzem zdobionym chińskim pismem a utrzymaną w

dziewiętnastowiecznej manierze mapą Afryki.

-   Słucham   -   powiedziałem   popijając   pierwszy   łyk   mieszanki   herbacianej,   która

nazywała się „Słodka Luizjana”.

- Może zachowujemy się zbyt obcesowo, ale cóż... - Bytes uśmiechnął się szeroko -

wy, Europejczycy, uważacie nas za ludzi prostolinijnych, kowbojów... - wymownie stuknął w

rondo kapelusza leżącego na krześle - Mamy do pana sprawę.

- Tato... - Bruce z wyrzutem zerknął na ojca.

- Wiem, jestem gburem - Bytes rozłożył ręce, trącając dłonią biodro kelnerki. - Jestem

piekielnie bogaty i mógłbym kupić całą armię detektywów, ale słyszałem, że w Polsce pan jest

najlepszy, a u mnie pracują tylko najlepsi.

Z rozbawieniem słuchałem tych słów, zastanawiając się, czy to gra, czy siedział przede

mną   prawdziwy,   zarozumiały   amerykański   milioner,   wierzący   tylko   w   siłę   zielonego

banknotu.

-   Panie   Samochodzik   -   Bytes   rozparł   się   na   wiklinowym   fotelu  –   jest  robota   do

wykonania. Trzeba odkryć skarb. Umawiamy się tak, że wy, jako ministerstwo, bierzecie

wszystko, ale dla mediów to ja będę organizatorem wyprawy. Przygotujemy kurtki i czapeczki

z logo mojej firmy, bierzemy dobrą ekipę telewizyjną i jedziemy w teren. Który kanał ma

największą oglądalność?

Zdumienie zastąpiło oburzenie. Dopiłem herbatę i wstałem.

background image

- Pan wybaczy, ale moja praca nie jest na sprzedaż - dumnie oświadczyłem. - Może za

oceanem, ba, nawet za Odrą może pan kupić każdego, ale w Polsce, mam taką nadzieję,

ważne są jeszcze takie wartości jak honor.

Bytes chyba tego się nie spodziewał. Patrzył na mnie z szeroko otwartą buzią.

-   Żegnam   panów!   -   powiedziałem   sucho,   biorąc   palto   i   kapelusz.   Wychodząc

słyszałem, że Bruce robi wyrzuty ojcu za to, jak mnie  potraktował. Młodzian nazwał mnie

„staruszkiem”. Na ulicy wyjąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem do Pawła.

-   Dobry   wieczór   -   przywitałem   go.   W   tle   słyszałem   dźwięki   kolęd.   -   Jak

przedświąteczne zakupy?

- Tłok, niech to się skończy! -jęknął Paweł.

- Spotkałeś kiedyś nazwisko Bytes, Willy Bytes? 

Po drugiej stronie zapadło milczenie.

- Żyjesz? - prawie krzyknąłem do mikrofonu.

- Żyję, ale żeby szef nie wiedział takich rzeczy?

- Jakich?

- Willy Bytes, koncern w branży komputerowej, producent oprogramowania i części

sprzętu, jak karty graficzne, dźwiękowe - Paweł mówił, jakby czytał z kartki. - Nie wiem, jaki

jest jego majątek, ale pewnie mieści się w pierwszej setce najbogatszych ludzi w USA. Czemu

pan pyta o niego?

- Właśnie z nim rozmawiałem. 

- Co?!

- Proponował nam wspólną wyprawę po skarb. 

- Kiedy jedziemy?

- Z nim nieprędko. Zachowywał się tak, jakby wszystko było na sprzedaż.

-   I  co?   Przepędził   go   pan?   Szefie,   schowajmy   dumę   do   kieszeni,   wie   pan,   co

moglibyśmy kupić za jego pieniądze?

-   Na   razie   trzeba   będzie   go   dyskretnie   obserwować.   Obawiam   się,   że  jest

zdeterminowany, by zrealizować swój pomysł. Wieczór spędzisz przy komputerze, szukając

w Internecie wszelkich wiadomości na temat tego pana, a rano rozpoczniesz normalną robotę

detektywistyczną. Sprawdź, z kim się będzie spotykać.

- Tak jest! - odpowiedział Paweł niczym żołnierz na musztrze.

Postawiłem   kołnierz   palta,   chroniąc   twarz   przed   podmuchami   lodowatego   wiatru.

Ciężko wchodziłem po schodach do swojej kawalerki, potem zmęczony usiadłem w fotelu i

sięgnąłem po pierwszą z brzegu książkę. Nawet nie zdążyłem przeczytać pierwszego wersu,

background image

gdy dobiegły mnie z korytarza jakieś dzikie okrzyki, a potem ktoś gwałtownie załomotał do

moich drzwi.

Lękliwy nie jestem, ale na wszelki wypadek złapałem klucz,  „francuza”, i trzymając

go   za   plecami   wyjrzałem   na   korytarz.   Na   progu   mojego   mieszkanka   stała   sąsiadka   z

naprzeciwka, niska, korpulentna, z ufarbowanymi na platynowe włosami, grubą warstwą różu

na policzkach i krwistoczerwone uszminkowanymi ustami.

- Błagam, sąsiedzie, niech pan ratuje! - krzyczała.

Dotąd uważałem to małżeństwo za stateczną parę. Sąsiad zdaje się był urzędnikiem

ministerialnym w innym resorcie, a ona była internistą.

Na ciemny korytarz padała poświata z otwartych drzwi mieszkania sąsiadów. Nagle

we   framudze   pojawił   się   groźny   cień,   w   spodniach   i   podkoszulku,   z   ogromnym   nożem

rzeźnickim w ręce.

-   Myślisz,   że   sąsiad   ci   pomoże?!   -   krzyknął   wzburzony   mężczyzna.   Sytuacja

zapowiadała   się   groźnie   i   byłem   skłonny   wezwać   policję,   ale  następne   słowa   sąsiadki

sprawiły, że mały chochlik w środku zaczynał się uśmiechać.

- Niech pan ratuje! - kobieta rzuciła mi się na pierś. - On nie może przeżyć do jutra! W

żadnym wypadku!

- Drań walczy, ale ja go ukatrupię - dodał spokojnym głosem urzędnik.

- Kogo? - zapytałem z szelmowskim uśmiechem.

- Niech pan wejdzie i obejrzy Karola - zachęcał mnie sąsiad.

Było za późno, żeby się wycofać, więc wkroczyłem do mieszkania, gdzie chciano

rozprawić się z Karolem.

- Tam - małżeństwo wskazało mi drzwi do łazienki.

Jak myślałem, w wannie pluskał się karp. Trzeba przyznać, że był ogromny, ale na

jego ciele znalazłem ślady walki, rany, zdarte łuski.

- A gdzie jest Karol? - odezwałem się rozglądając po pomieszczeniu.

- W wannie. Mąż się z nim zaprzyjaźnił i dał mu imię. Chciał, żeby była między nimi

jakaś nić porozumienia...

-  Wie pan, tak jak u Hemingwaya w opowiadaniu „Stary człowiek i morze”... - wtrącił

sąsiad.

- Te rany... - zacząłem.

-  Mąż próbował go zabić prądem. Wylał wodę na taboret, położył karpia, podszedł z

kablami...

- A Karol hyc pod zlew... Sam się tym prądem...

background image

-  Próbowałam go nożem... Śliski jest i pocięłam sobie tylko palce - sąsiadka pokazała

skrwawione, zaplastrowane dłonie.

Westchnąłem.

- Wybaczą państwo, ale nigdy nie polowałem ani nie wędkowałem. Nie znam się na

zabijaniu i oprawianiu zwierząt. To państwa pierwszy karp? - zdziwiłem się.

- Pierwszy raz na Wigilię przychodzi do nas synowa z wnukami...  - tłumaczyła się

sąsiadka. - Niech pan coś poradzi...

Zafrasowany podrapałem się po głowie.

- Jedyne co mi przychodzi do głowy, to złapać Karola i załatwić sprawę, gdy będzie...

- szukałem odpowiedniego słowa - jakby pod narkozą.

- Mam go narkotyzować? - sąsiad zerknął z politowaniem na karpia.

-   Ogłuszyć,   trzeba   go   uderzyć   -   mówienie   o   zabiciu   karpia   przypominało   mi

planowanie okrutnej zbrodni.

-  Kaziu, zakryjemy mu oczy, to nie będzie wiedział, o co chodzi - sąsiadka uspokajała

męża.

Sąsiad próbował chwycić karpia, który rzucał się mu się w dłoniach i otwartą paszczą

tak przeraził mężczyznę, że ten wpadł do wanny, wylewając część jej zawartości na podłogę.

Karp zniknął pod wanną. Sąsiadka przyniosła szczotkę z długim kijem i zaczęła jak bosakiem

wyciągać rybę z ciemnej kryjówki. Sąsiad bezceremonialnie rozebrał się, pozostając tylko w

slipach. Poprawił mokre włosy i niczym zawodnik w amerykańskim futbolu rzucił się na

przeciwnika.   Pośliznął   się   na   rozlanej   wodzie   i   wykonując   dziwne   figury   akrobatyczne

zniknął w drzwiach salonu, skąd rozległ się brzęk szkła.

- Może pójdę po karabin? - zażartowałem.

- A ma pan? - ucieszyła się sąsiadka.

Zrobiła smutną minę, gdy zrozumiała, że nie. Wspólnymi siłami - ona szczotką, ja

dłońmi - przepchnęliśmy Karola po podłodze do kuchni. Tam na stole i na blatach leżały

rozrzucone różne noże, tasaki. Wspólnie rzuciliśmy karpia na blat koło zlewu. Przykryłem

jego łeb ścierką i wręczyłem gospodyni wałek do ciasta.

- Tak jakby pan Kazio z Karolem wrócili z nocnego lokalu o piątej nad ranem -

poinstruowałem wychodząc.

Nawet na korytarzu było słuchać ten grzmot, gdy Karol wyzionął ducha. Od progu

moje   uszy   wibrował   denerwujący   dźwięk   dzwonka   telefonu   komórkowego.   Zerknąłem

jeszcze na ekran, kto dzwoni i szybko odebrałem połączenie.

- Dobry wieczór - powiedziałem!

background image

-   Dobry,  czemu   pan   nie   odbiera   telefonu?   -   pytała   pani   minister.   -   To   służbowa

komórka, więc powinien pan mieć ją cały czas włączoną.

- Tak jest!

Pani   minister   wezwała   mnie   na   następny   dzień,   w   Wigilię,   na   spotkanie   w   jej

gabinecie.

- I niech pan weźmie tego Rambo! - krzyknęła.

- Dańca? - upewniłem się.

- A kogo innego? - w tak nieprzyjemny sposób moja przełożona przerwała rozmowę.

Pozostało mi zadzwonić do Pawła.

- Witaj, Pawle, mam dwie wiadomości - powiedziałem.

- Niech pan zacznie od gorszej - poprosił.

- Pracujesz nad Bytesem jak najdłużej, żebyśmy wiedzieli jak najwięcej, ale jutro rano

nie będziesz go śledził.

- A ta lepsza?

- Pewnie będziemy musieli z nim pracować. Mamy wezwanie na spotkanie z panią

minister.

***

Przeczucie mnie nie myliło. Obaj punktualnie stawiliśmy się w sekretariacie gabinetu

pani minister. Paweł założył na tę okazję marynarkę, a pod szyją zawiązał krawat w modny w

tym sezonie gruby węzeł. Nawet włosy starannie uczesał. Widząc jak lustruję jego wygląd,

uśmiechnął się.

- Mam jeszcze jedną niespodziankę - powiedział. 

Sekretarka zaanonsowała nas.

- Proszę - wskazała drzwi. - Pani minister prosi. Podać panom kawę czy herbatę?

- Nie, dziękujemy - odpowiedzieliśmy zaskoczeni taką gościnnością. 

Za   drzwiami   witał   nas   asystent   pani   minister.   Przy  barokowym  stoliczku   w   rogu

gabinetu siedzieli Amerykanie i nasza szefowa.

- Mój asystent będzie tu jako tłumacz dla panów - wyjaśniła nam. 

Zapewne jak większość pracowników biurowych nienawidziliśmy lizusów z otoczenia

przełożonego. Wystarczyło nam jedno porozumiewawcze spojrzenie.

- Znaleźliśmy się w locus poenitentiae - zacząłem mówić, używając łaciny i dalej

ciągnąłem wypowiedź w tym języku. - Musimy przyznać się, że nie znamy języków obcych...

- Znamy w piśmie łacinę, jidysz i grekę - wtrącił się Paweł, który zaraz przeszedł na

background image

włoski - nie jesteśmy jednak współczesnymi ludźmi renesansu...

-  Wciąż gonimy za skrytkami, tajemnicami wojennymi - te słowa wspaniale brzmiały

po   niemiecku.   -   Kochamy   piękno   zawarte   w   dziełach   sztuki   i   kobietach   -   dodałem   po

francusku.

- Jako typowi przedstawiciele zacofanej i zdegenerowanej klasy urzędniczej - Paweł

przemawiał   po   rosyjsku   -   uważamy   za   jedynie   słuszne   znanie   języka   Mickiewicza   i

Słowackiego - kontynuował po hiszpańsku. - Znamy kilka języków obcych, ale nie na tyle

swobodnie, by mówić po angielsku - to powiedział już w slangu rodem z Brooklynu. - Nie

znamy języka angielskiego - Paweł skończył, używając języka tureckiego.

Asystent   pani   minister   stał   zdumiony,   jego   szefowa   spąsowiała,   a   Amerykanie

zalewali się łzami ze śmiechu.

- Zrozumiałem piąte przez dziesiąte, ale to było świetne - cieszył się Bytes. - Dobry

detektyw powinien mieć talent aktorski!

Pani minister ręką dała znak, że jej asystent może wyjść.

- Zachowujecie się jak sztubaki - rzuciła w naszym kierunku. - Pan Bytes opowiadał

mi o wczorajszym spotkaniu i pańskiej odmowie - minister patrzyła teraz na mnie. - Bardzo

się cieszę, że kolejny raz potwierdziła się opinia o pańskiej nieprzekupności. Teraz jednak pan

Bytes postanowił działać oficjalnie i zwrócił się do mnie w tej sprawie. Oczywiście nie mogę

panom wydawać tego typu polecenia służbowego, ale...

- Dobrze, stawiam tylko dwa warunki - wtrąciłem się.

- Słucham?

- Po pierwsze, zawartość skrytki znajdzie się w naszych muzeach. Po drugie, działamy

bez rozgłosu, mediów, zbędnego szumu.

- Okej! - zawołał Bytes. - Jedźmy na obiad, żeby pogadać, bo tak z pustym żołądkiem

to nic nie osiągniemy.

Pani minister z żalem odmówiła Amerykanom, a my pojechaliśmy z nimi taksówką do

restauracji   w   jednym   z   warszawskich   hoteli.   Patrząc  na   menu   zamówiliśmy   z   Pawłem

skromnie kotlety schabowe z frytkami. Bruce poprosił  o zestaw wegetariański, a Bytes o

owoce morza.

- Czy interesowali się panowie kiedykolwiek okresem napoleońskim? - zapytał Bytes.

- Incydentalnie - odpowiedział Paweł.

Chłopak wciąż miał pewnie w pamięci pobyt w rosyjskim więzieniu po nieudanej

wyprawie do Frydlandu, czyli współcześnie Prawdinska.

- A co powiedzą panowie o klęsce Napoleona w 1812 roku? - badał nas Bytes.

background image

-   Myślę,   że   nie   chodzi   panu   o   wykład   z   historii   ani   o   wykazanie   błędów   w

prowadzeniu kampanii - odparłem. - Skoro zajmujemy się poszukiwaniem zaginionych dzieł

sztuki, czyli mówiąc trywialnie skarbów i wspomina pan rok 1812, to moim zdaniem może

chodzić o dwie rzeczy: francuski lub rosyjski łup. Teraz proszę powiedzieć, czego mamy

wspólnie szukać?

Amerykanin odłożył sztućce i wymownie zerknął na syna. Ten sięgnął do wewnętrznej

kieszeni garnituru i wyjął kartkę ze skserowaną mapą. Młodzieniec podał mi ją. Rozłożyłem

złożony na czworo arkusz.

- Mapa - mruknął Paweł zaglądając mi przez ramię.

Bez słowa wskazałem mu lewy bok kartki. Widniały tam końcówki wyrazów pisanych

ręcznie.

- Gdzie to było przechowywane? - Paweł zapytał Bytesa.

- Osobiście znalazłem to w górach, w jaskini - odparł Amerykanin.

- Dlaczego przyjechał pan z tym akurat do Polski? - dopytywałem się. - Ta wyspa -

wskazałem na mapę - znajduje się w Polsce?

- Gdzie jest reszta zapisków? - pytał Paweł. Bytes patrzył na nas zadowolony.

- Mistrzowie! - zadowolony zatarł ręce. - Dociekliwi i nieufni!

Skinął głową na syna, który przeprosił nas i odszedł od stolika. Młodzieniec wrócił po

kilku minutach z czarną, niewielką teczką zamykaną na zamek szyfrowy.

-   W   środku   jest   coś,   co   muszą   panowie   przeanalizować   i   jutro   porozmawiamy  o

poszukiwaniach   -   przemówił   Amerykanin.   -   Przyjechałem   z   tym,   bo   na   okładce   zeszytu

przeczytałem nazwisko, takie dziwne, że chyba tylko wy, Polacy, możecie takie mieć. Gdzieś

dalej widziałem nazwę  „Warszawa”, wiedziałem, że to jest w Polsce, bo moja firma ma tu

jedno z biur. Dokumenty zakonserwowali najlepsi specjaliści.

- Czemu pytał pan o rok 1812? - nie dawałem spokoju Amerykaninowi.

- Taką datę znalazłem w zapiskach.

- Dlaczego uważa pan, że chodzi tu o jakiś skarb?

- Jest mapa, zupełnie jak ze skarbem piratów! Powiedzcie mi, panowie, co może być w

skrytce?

- Nie wiem - przyznałem szczerze.

- Pan lepiej zna historię, co wtedy ludzie ukrywali?

-  Nie  wiem,   nie   chcę   przed   panem   roztaczać   miraży  odkrycia wielkiego  skarbu  -

starałem   się   przekonać   Amerykanina.   -   Jak   pan   wie,   wyprawa   Napoleona   na   Moskwę

zakończyła się odwrotem Wielkiej Armii. Zarówno w czasie marszu na Rosję, jak i w czasie

background image

ucieczki   wojska   sprzymierzone   z   Napoleonem   były  nękane   przez   podjazdy   nazywane   w

ówczesnej   nomenklaturze   mianem   partyzantki.   Były   to   lekkie   oddziały   jazdy,   w   części

Kozacy. Wtedy to także regularne pułki carskiej armii zdobywały kasy pułkowe wroga i jego

łupy   wojenne.   Do   dziś   w   Rosji   są   organizowane   wyprawy   poszukujące   skarbów

wywiezionych przez Francuzów z moskiewskich cerkwi.

- Co się stało z tym złotem? - zaciekawił się Bytes.

- Pieniądze były rozdzielane pomiędzy spółdzielnie żołnierskie. Armia nie dawała rady

wyżywić tak wielkiej masy wojska, więc szeregowi i podoficerowie zakładali rodzaj spółek,

gromadząc wszelkie dobra i sprawiedliwie się nimi dzieląc. Po zakończeniu kampanii w 1814

roku wszystkie  łupy rozdzielono  pomiędzy  żołnierzy. Ogromna część  wozów  taborowych

Francuzów, prawdopodobnie około dziesięciu tysięcy, wpadła w ręce Kozaków. Ci zabierali

głównie złoto i zegarki, resztę oddawali władzom lub po prostu palili, a może zakopywali.

Gdy tylko mieli okazję, wyzbywali się skarbów organizując targowiska. Trzeba dodać, że nie

chcąc przeciążać koni, woleli asygnaty niż ciężki kruszec.

-  Czytałem wspomnienia generała Roberta Wilsona, brytyjskiego przedstawiciela w

carskiej armii - wtrącił się Paweł. - Pisał on, że w jednym z pułków kozackich asygnaty

wynosiły nawet po więcej niż  100 tysięcy funtów szterlingów na głowę. Jeden z pułków

tatarskich   zdobył  złoto   i   srebro  z   moskiewskich   cerkwi   przetopione  przez   Francuzów  na

sztaby.

-   Sto   tysięcy   funtów   na   głowę   -   Bytes   zdumiony   kręcił   głową.   -   To   prawdziwa

kopalnia złota.

-   Może   -   sceptycznie   pokręciłem   głową.   -   Proszę   pamiętać,   że   rok   1812   to   czas

wielkiego głodu. Wielusettysięczna armia kilka razy przeszła przez Europę. Ceny żywności

niebotycznie rosły. Kozacy w czasie postojów żywili się czym popadło. Znane są przecież

narzekania, że wyłapali wszystkie karpie w napoleońskim pałacu w Fontainebleau.

Amerykanie roześmiali się.

- Czyli możemy znaleźć skarb albo wielkie nic? - podsumował Bytes.

- Powiem coś konkretnego, jak poznam te zapiski - odpowiedziałem kładąc dłoń na

teczce. - Jaki jest szyfr otwierający zamek?

- Ucieczka Napoleona z Moskwy - odparł Bytes żegnając się. 

Pożegnaliśmy z  Pawłem  parę Amerykanów  i  pojechaliśmy  do  mojej  kawalerki  na

Starówce. Zaparzyłem nam mocnej kawy i położyłem teczkę na kolanach.

- To jakie cyfry otwierają zamek? - egzaminowałem Pawła.

- Data 18 października 1812 roku - podyktował mi.

background image

Na lewym panelu ustawiłem cyfry: 1,8, 1, 0, a na prawym: 1, 8, 1, 2. Wieko delikatnie

odchyliło się. W środku, w specjalnej otulinie leżał kajet w twardej oprawie. Na okładce

widniał napis: „Moje wojowanie” i poniżej: „Feliks Zieleniewski”. Ostrożnie wyjąłem notes

gruby na trzy centymetry i uchyliłem nieco okładki.

- Czeka nas długa noc - orzekł Paweł.

- Mnie, ty jedziesz do rodziny. Są święta! Spotkamy się pojutrze.

- Ale... - Paweł próbował protestować.

- Żadne „ale” - rzuciłem sucho.

Paweł pożyczył ode mnie kilka książek dotyczących epoki napoleońskiej, złożył mi

życzenia i wyszedł.

Zostałem sam i z pietyzmem zacząłem czytać pamiętnik.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

HISTORIA ZNALEZIENIA MAPY • PROBLEMY OJCA I SYNA • INSCENIZACJA

BITWY POD PUŁTUSKIEM • CO STANIE SIĘ Z PAŁACEM W KAMIEŃCU? •

ZAKŁADAMY BAZĘ W PENSJONACIE „MUZA”

W   święta   Bożego   Narodzenia   kontynuowałem   lekturę   zapisków   Feliksa

Zieleniewskiego. Drugiego dnia w południe zadzwonił do mnie Willy Bytes.

- Jak święta? - zapytał wesołym tonem. - Mikołaj wrzucił panu coś do skarpety?

- Byłem zajęty pracą - odpowiedziałem. - Będzie pan musiał opowiedzieć mi wszystko

o miejscu, w którym znalazł pan notatnik.

- To takie ważne?

- Wyjaśni wiele istotnych kwestii.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałem, że Bytes z kimś rozmawiał.

- Będę w Warszawie późnym wieczorem - odezwał się po chwili. - Spotkajmy się na

kolacji, tam gdzie jedliśmy obiad.

- Dobrze - zgodziłem się.

Ledwo odłożyłem słuchawkę, gdy zadzwonił Paweł. 

- I co, ma pan ciekawy ślad? - zapytał.

- Tak, będziemy musieli pojechać do Pułtuska.

- Jedźmy jutro, będzie inscenizacja bitwy pod Pułtuskiem z 1806 roku - zaproponował

Paweł.

- Zgadzam się, przy okazji Amerykanie zobaczą coś ciekawego - odparłem. - Będziesz

dziś w Warszawie?

- Już jadę.

- Bądź wieczorem w ulubionej restauracji pana Bytesa.

O umówionej porze byliśmy na kolacji. Na spotkanie przyszedł sam Bytes.

- Bruce jest na nartach z narzeczoną  - wyjaśnił. - Rozumiem, że bierzemy się do

poszukiwań.

- Tak - przyznałem. - Jutro jedziemy w teren. Przyjedziemy po pana około dziewiątej

rano. Teraz proszę powiedzieć wszystko o okolicznościach znalezienia tego notatnika.

Bytes rozsiadł się wygodnie i za naszym pozwoleniem zapalił grube kubańskie cygaro.

- Nie ma tu mojego syna, więc mogę z panami rozmawiać swobodnie - zaczął patrząc

background image

przez okno na uśpioną świątecznym lenistwem stolicę.

-   Jestem   obrzydliwie   bogaty  i   zarazem   samotny.   Żona   dawno   odeszła,   zabrawszy

uprzednio część majątku. Bruce, nasz syn, moje jedyne dziecko, wyrastał przez te wszystkie

lata pod wpływem matki, bo ja byłem zajęty budowaniem potęgi firmy. Teraz koncern nabrał

pędu i mogę zająć się synem, ale wiem, że jest już za późno. Gdzieś uciekły nam najlepsze

lata na wspólne wyprawy na polowania, na ryby, pod żagle.

-   Bruce   jest   maminsynkiem   uważającym,   że   pan   jest   winien   rozpadu   rodziny?   -

domyśliłem się.

Bytes skinął głową, wypuszczając wielki kłąb dymu.

- Staram się nadrobić zaległości, pokazać synowi, że nie jestem starym, ociężałym

zgredem. Czasami udaje mi się wyciągnąć go na wspólną wycieczkę. Tak było ostatnio, gdy

pojechaliśmy na Alaskę pochodzić po górach, zapolować na jelenie. W czasie jednej z takich

wędrówek zgubiliśmy drogę i musieliśmy nocować w lesie. Na stoku znaleźliśmy pieczarę;

myślałem, że to jakaś nora niedźwiedzia, ale tam był grób.

- Okradł pan zwłoki? - oburzył się Paweł.

- Zrobiliśmy to, nim przyszedł do nas indiański przewodnik. Sprawdzał teren wokoło,

a   my   w   tym   czasie...   -   Bytes   zrezygnowany  machnął   ręką.   -  Najciekawsze   było   to,   co

powiedział przewodnik, że tego białego człowieka pochowano na modłę indiańską i gadał coś

o wielkim szamanie, ale już nie byłem w stanie nic z tego pojąć. Wspominał coś o klątwie i co

gorsza w nocy Indianin zniknął.

- Uciekł, zginął? - dopytywał się Paweł.

- Nie, sprowadził samochód, ale całą drogę milczał i odnoszę wrażenie, że strasznie

kręcił po górach, nim doprowadził nas do drogi.

- Czy zna pan jakiegoś specjalistę od Indian? - zapytałem Bytesa.

- Indian i Napoleona coś łączy? - zdziwił się Bytes. 

- Tak.

-   Narzeczona   Bruce’a  jest   antropologiem   specjalizującym   się   w   kulturze   Indian

północnoamerykańskich - powiedział Bytes. - Mogę ich tu sprowadzić.

- Będę bardzo wdzięczny.

Pożegnaliśmy milionera i wyszliśmy z hotelu. Paweł, mimo że był ciekaw rewelacji

zawartych w zapiskach, pobiegł sprawdzić stan techniczny Rosynanta, przygotować sprzęt,

spakować się.

Rankiem   następnego   dnia   zajechaliśmy   przed   patio   hotelu.   Bytes   stał   ubrany   w

skórzaną   kurtkę   z   frędzlami   na   rękawach,   kowbojski   kapelusz,   spodnie   amerykańskich

background image

marines, wysokie,  sznurowane buty. U jego  stóp leżał  zielony wojskowy worek. Wrzucił

bagaż za tylne siedzenia i siadł za nami. Z ciekawością lustrował wnętrze auta. Na chwilę

wdał się z Pawłem w dyskusję na temat sprzętu komputerowego w samochodzie.

- Czemu  właściwie jedziemy do tego Pułtuska?  - zapytał, gdy już wyjechaliśmy z

Warszawy.

- Z kilku względów - obróciłem się w fotelu pasażera. - Po pierwsze, będzie tam dziś

interesujące widowisko. Po drugie, prawdopodobnie był tam Feliks Zieleniewski. Po trzecie,

to i tak po drodze dalej na północ, gdzie będziemy musieli sprawdzić pozostałe ślady.

Na drogach była gołoledź, więc po godzinie wolnej jazdy dojechaliśmy do miasteczka.

Zatrzymaliśmy   się   na   parkingu   przy   ratuszu,   gdzie   były   już   przygotowane   sylwestrowe

dekoracje. Zaraz też ujrzeliśmy pierwszych żołnierzy z epoki napoleońskiej.

- Wiem, o co chodzi! - Bytes ucieszył się na ich widok. - Sponsoruję jedną taką grupę

rekonstruującą   jednostkę   armii   konfederatów   z   czasów   naszej   wojny  secesyjnej.   Świetna

zabawa! Będą się strzelać?

-   W   Polsce   posiadanie   broni   jest   obwarowane   restrykcyjnymi   przepisami   i   nawet

posiadanie repliki karabinu z początku XIX wieku byłoby ścigane przez policję - wyjaśniałem.

- Żartujecie - Amerykanin był autentycznie zdumiony.

Zaproponowałem, żebyśmy zagrzali się we wnętrzu barku „Marysieńka”, przy rynku.

Wnętrze przypominało saloon z Dzikiego Zachodu, co chyba bardzo odpowiadało Bytesowi.

Zamówił piwo i zapalił cygaro.

- Mówcie, o co chodzi z tym Pułtuskiem? - poprosił.

- Dnia 26 grudnia 1806 roku, po przerwie w działaniach na froncie, rozpoczęła się

całodniowa  bitwa  pod  Pułtuskiem  -  opowiadałem.  - Obie strony trwały  na  stanowiskach,

wytrzymując kolejne ataki sił przeciwnika.

- Był remis? - domyślił się Bytes.

- Bój był nierozstrzygnięty - powiedziałem. - Dwa dni później Napoleon Bonaparte

przyjechał do Pułtuska, gdzie władze miasta przyjęły go z otwartymi ramionami. W drodze

powrotnej do Warszawy poznał Marię Walewską, ale to już materiał na romans.

- No dobrze, co z tym Zieleniewskim? - niecierpliwił się Bytes.

-  Notatki,   które   nam   pan   przekazał,   są  niestety  miejscami   zniszczone,   a  niekiedy

enigmatyczne   zapiski   Zieleniewskiego   nie   są   tak   dokładne,   jakbym   sobie   życzył.   Na

podstawie dostępnej literatury udało mi się częściowo zrekonstruować jego losy.

- A do czego nas to zaprowadzi?

- Tak, jak pan sobie życzył: do skarbu.

background image

Za nami w lokalu podniósł się tumult. Goście wychodzili na rynek.

- Chodźmy obejrzeć widowisko - zachęcałem.

Stanęliśmy   na   schodach   kamienicy,   na   której   frontonie   wmurowano   tablicę

pamiątkową z napisem w języku francuskim, informującą, że tu 28 grudnia zatrzymał się

cesarz Francuzów Napoleon I. Skromna, piętrowa kamieniczka z balkonikiem nad wejściem

wcale nie wyglądała na byłą siedzibę cesarza, niemal stolicę ówczesnej Europy. Zamieszaniu

na rynku przyglądał się niewysoki mężczyzna z grzywką zaczesaną na bok.

- Można wejść? - zapytał mnie Bytes, wskazując na budynek. Powtórzyłem prośbę

Amerykanina mężczyźnie na balkonie.

- Jasne - odpowiedział miły pan.

Weszliśmy do klatki schodowej. Spoglądając w górę, widzieliśmy drewniane stropy.

Przed nami były schody w starym stylu z rzeźbioną balustradą i trzeszczącymi stopniami,

niegdyś pomalowanymi farbą olejną w kolorze ultramaryny. Wytarta ścieżka odsłoniła słoje

desek.

-   To   rzeczywiście   stary,   historyczny   dom   -   stwierdził   z   powagą   Bytes,   gdy

wchodziliśmy na piętro. - Właściciela nie stać na remont?

Paweł roześmiał.

-  Panie Bytes, w Polsce jest trochę inaczej niż USA  -  zacząłem tłumaczyć. - Takie

stare kamienice w centrum miast wcale nie są zamieszkiwane przez bogaczy. To najczęściej

lokale należące do władz miejskich, a samorządy nie należą do najbogatszych właścicieli.

Przez ciemną kuchnię weszliśmy do pokoju, z którego wychodziło się na balkonik. Na

razie   żołnierze   napoleońscy   ćwiczyli   musztrę,   więc   mogliśmy   posiedzieć   przy   choince

stojącej w rogu.

- Czuć tu historię - zapewniał gospodarz. - Przyjeżdżają wycieczki, fotografują się pod

tą tablicą pamiątkową. O Napoleonie opowiadano już nawet przed moimi narodzinami. To

taka nasza regionalna legenda.

-  Nie odkryto tu żadnych skrytek z epoki napoleońskiej? - przetłumaczyłem pytanie

Bytesa.

- Nie, może jak kiedyś zaczną remontować kamienicę, to coś znajdą, bo wie pan, od

czasów wojny... - musieliśmy wysłuchać tradycyjnej w takich chwilach litanii narzekań na

administrację.

Podziękowaliśmy za gościnę i wyszliśmy na schody. Jeden z najdłuższych rynków w

Polsce,  mierzący  400  metrów, zasnuwały  kłęby dymu. Pod  ośmiokondygnacyjną, gotycką

wieżą, niegdyś otoczoną budynkami  straży ogniowej, skupili  się żołnierze. Stali  ciasnymi

background image

kręgami   wokół   płonących   kłód   drewna.   Nagle   z   daleka   zabrzmiał   marsz,   echo   werbli

świdrowało   w   uszach,   odbijając   się   od   ścian   domów.   To   dumnie   nadchodziła   orkiestra

wojskowa z Białorusi, ubrana w stroje z epoki napoleońskiej, grająca ówczesny repertuar.

Natychmiast umilkły rozmowy. Kapelmistrzem był wąsacz wyglądający jak stary wiarus, z

lekko zadziornym wyrazem twarzy. Wokół niego unosił się lekki zapach spirytusu i tytoniu.

- Bez nas nie ma imprezy napoleońskiej w Europie - oznajmił polskim żołnierzom,

podkręcając wąsa. - Gdzie był Napoleon, tam i my byli. Okres napoleoński w historii polskiej

armii to czas chyba najpiękniejszych, najstrojniejszych ubiorów. Na inscenizację do Pułtuska

przybyło kilka klubów pasjonatów tej epoki. W sumie było to może pięćdziesiąt osób, ale

wielorakością   strojów,   dbałością   o   szczegóły   zachwycili   wszystkich   widzów.   Oddzielną

kategorią   byli   dowódcy   grup,   z   których   każdy   musiał   być   osobowością,   by   skutecznie

dowodzić podwładnymi.

Wreszcie   blisko   samego   południa   zaczęło   się.   Rozbrzmiał   marsz.   Maszerowały

orkiestra,   za   nią   strzelcy,   kawalerzyści   i   na   końcu   mieszczanie.   Pochód   przemaszerował

dokoła rynku zatrzymując się przed kamienicą Napoleona. Potem wojska rozeszły się. Krótki

dwuszereg Rosjan w ciemnozielonych mundurach, wspartych orkiestrą  i  artylerią, wyglądał

skromnie. Z uliczek koło ratusza wyłoniły się oddziały woltyżerów, najlepszych strzelców,

których   zadaniem   było   ostrzelanie   przeciwnika   z   dalszej   odległości.   Grzmiała   artyleria,

piszczały alarmy samochodów rozbudzone hukiem, widzowie zamilkli,  a dzieci zdumione

widowiskiem otwierały buzie. Nad polem bitwy rozchodził się dym z wystrzałów. Oddziały

Legii Nadwiślańskiej atakowały Rosjan i w dwóch zwarciach zmusiły ich do odwrotu, a na

koniec zdobyły stanowiska artylerii. Po bitwie na plac wjechała bryczka z Napoleonem w

otoczeniu   gwardii.   Witali   go   mieszczanie   w   strojach   wypożyczonych   z   magazynów

filmowych.

Pod koniec imprezy jeden z ubranych dostojnie w szlachecki strój mężczyzn podszedł

do mnie.

- Pan Tomasz?! - upewnił się. - Pan pracuje w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Pan

Samochodzik, prawda?

- Tak.

- Miło mi, Krzysztof O. - przedstawił się starszy, lecz silny mężczyzna. Miał łysinę i

wiele   mądrości   w   oczach.   -   Pamiętam   pana   z   jakiejś   konferencji   naukowej,   chyba

poświęconej   ginącym   pałacom   w   Polsce.   Jestem   dyrektorem   ośrodka   napoleońskiego   w

Pułtusku, zapraszam panów do siebie.

Przemarznięci   przyjęliśmy   zaproszenie   z   przyjemnością.   Przedstawiłem   panu

background image

Krzysztofowi moich towarzyszy. Gdy usiedliśmy w maleńkim saloniku pijąc gorącą herbatę z

porcelanowych filiżanek, dyrektor ośrodka podał mi folder.

- Poznaje pan? - wskazał zdjęcie na pierwszej stronie.

-   Kamieniec,   pałac   znany   z   pobytu   tam   Napoleona   i   Marii   Walewskiej   -

odpowiedziałem.

-   Tak   jest   -   powiedział   pan   Krzysztof.   -   Założyliśmy   fundację,   która   utrwali   to

wszystko jako trwałą ruinę. Postawimy tam pomnik Napoleona i będzie to element szlaku

napoleońskiego po Warmii i Mazurach.

- Po co chcecie tak upamiętniać człowieka, który rozpoczął tyle wojen? - dziwił się

Bytes.

- Walczę z obrazem Napoleona jako li tylko wojownika - odpowiedział dyrektor. -

Niech   pan   zwróci   uwagę   chociażby   na   sławny   kodeks   Napoleona.   Jako   politolog   chcę

pokazać ważne moim zdaniem wydarzenia z naszej historii. Chcę przypomnieć to, co działo

się na Bałtyku w pierwszym tysiącleciu naszej ery, kontakty naszych rycerzy w epoce przed

Grunwaldem z Europą, pobyt jezuitów w Braniewie i Pułtusku. Napoleon to tylko jeden z

elementów, przyzna pan jednak, że fascynujący.

Zgodnie kiwnęliśmy głowami.

-   Panowie,   powiedzcie   jednak,   co   was   sprowadza   do   Pułtuska?   -   zapytał   pan

Krzysztof. - Nie wierzę, że pan Tomasz, którego sława poszukiwacza jest mi znana, przybył

tu tylko po to, by obejrzeć nasze widowisko.

-  Nie - uśmiechnąłem się. - Wybaczy pan, że nie zdradzę wszystkich szczegółów.

Jesteśmy na tropie skrytki ze skarbami.

- Doprawdy? - dyrektor był zaskoczony. - Dysponujecie jakimiś wskazówkami?

- To było miejsce spotkań dwóch przyjaciół, związane z „przymierzem boga białego

człowieka”.

Moje słowa zabrzmiały tak nieprawdopodobnie, że nawet Paweł ledwo powstrzymał

się od uśmiechu.

- To wszystko, czym dysponujemy - stwierdziłem.

- Przykro mi, ale te słowa z niczym mi się nie kojarzą - powiedział pan Krzysztof.

Od tej pory nie traktował mnie chyba zbyt poważnie. Za to ledwie wyszliśmy na rynek,

Bytes i Paweł zażądali wyjaśnień.

- Dojedziemy do celu, to wam wszystko wyjaśnię - uspokajałem ich.

- Dokąd jedziemy? - zapytał mnie Paweł, gdy zająłem miejsce obok niego.

- Do pensjonatu „Muza”, w którym przebywałeś w czasie wykopalisk w Dylewie -

background image

poleciłem. - Zarezerwowałem tam pokój. W spokoju i ciszy porozmawiamy o przeszłości.

Tylko   dzięki   napędowi   na   cztery   koła   udało   nam   się   dojechać   do   pensjonatu

położonego z dala od głównych dróg. Piętrowy budynek ze spadzistym dachem porośniętym

winoroślami   stał   przy   przesmyku   pomiędzy   jeziorem   Bąbrówka   i   tym   bezimiennym,

stanowiącym   jakby   kropkę   nad  „i”.   „Muza”  usadowiła   się   na   zachodnim   brzegu   na

wzniesieniu, skąd był piękny widok na okolicę, zasłonięta od północy ścianą lasu łączącego

się z niewidocznym w zapadającym mroku pasmem Wzgórz Dylewskich. Gospodyni nie było,

wyjechała   do   rodziny   i   miała   wrócić   nazajutrz.   Gdy   rozmawiałem   z   nią   przez   telefon

powiedziała mi, gdzie znajdziemy klucze od drzwi wejściowych. Paweł i Bytes patrzyli na

moje czynności jak na czary, gdy z budki lęgowej dla ptaków wyjąłem klucze i otworzyłem

przed nimi pensjonat.

-  Cudowny kraj! - cieszył się Bytes. - Wczoraj wieczorem w waszych wiadomościach

widziałem   jakąś   akcję   policji,   aresztowanie   przestępców,   a   tu,   z   dala   od   miasta   ludzie

zostawiają klucze w budce lęgowej. Nieprawdopodobne!

Na razie starałem się nie rozczarować Amerykanina. Weszliśmy do sieni, a z niej do

jadalni i kuchni na wprost.

- Paweł rozpal w kominku w jadalni, a pan Bytes zajmie się przygotowaniem kolacji -

dyrygowałem. - Zaniosę nasze rzeczy do pokoju na górze, włączę bojler, żeby zagrzać wodę

na wieczorny prysznic i zejdę do was.

W naszym pokoju wszystko było przygotowane, więc tylko rzuciłem bagaże Pawła i

Bytesa. Ze swojej torby wyjąłem mapy i książki. Wróciłem do towarzyszy po paru minutach.

Nakryłem do stołu. Bytes jako menu wybrał potrawę prostą, pożywną i w sarn raz na taką

pogodę, czyli jajecznicę na boczku. Paweł usłyszawszy ode mnie, że mamy pozwolenie na

dokładniejszą penetrację lodówki gospodyni, wyjął jeszcze ostatki potraw wigilijnych: kutię i

uszka   z   grzybami.  Specjalnie   dla   Amerykanina  przygotował   z   zupy  błyskawicznej   porcję

barszczu, by gość zza oceanu spróbował naszych smakołyków.

Biesiadowaliśmy dłuższy czas rozprawiając o inscenizacji w Pułtusku i o tym, jak

cudownie położony jest pensjonat. Potem Paweł uprzątnął ze stołu, a Bytes powędrował na

chwilę do pokoju i wrócił z piersiówką whisky.

- Po odrobinie na rozgrzewkę - polał nam po naparstku do ogromnych kubków z kawą,

jakie sobie przygotowaliśmy.

Ogień  w  kominku   trzaskał,  nocny  mróz  zaczął  tworzyć  na  szybach  swe   lodowate

wzory, gdzieś w kącie chrupotało, gdy myszki pałaszowały okruszki, a pręgowany dachowiec

jak czwarty członek naszej ekipy zwinął się na fotelu w kącie i mrużąc oczy przyglądał się

background image

nam.

Usiadłem do stołu i rozłożyłem swoje pomoce naukowe.

-Niech pan wreszcie mówi - prosił Paweł.

- Jasne, jasne, momencik - grzebałem wśród książek.

Nagle   przypomniałem   sobie   o   psie.   Gospodyni  mówiła   o  wilczurze,   który  spał   w

stodole.   Szybko   w   kuchni   znalazłem   garnek   z   kaszą   wymieszaną   z   marchwią   i   jakimś

mięsem. Zagrzałem to, nałożyłem do miski i wyszedłem do stodoły. Wilczur przywitał mnie

groźnym  spojrzeniem,   ale   rozpoznawszy   zapach   potrawy,  pomachał   ogonem.   Wymownie

jeszcze zerknął na miskę z wodą, w której był lód. Oczywiście nalałem mu wody i wróciłem

do przyjaciół.

- No, to jesteśmy gotowi - oznajmiłem siadając.

- Mam jeszcze jedną prośbę - nagle wstał Bytes. - Czy możemy sobie mówić na „ty”?

W końcu pracujemy razem...

- Oczywiście, Willy - zgodziłem się.

Poprawiłem okulary na nosie i zacząłem opowiadać. Jak już wcześniej wspomniałem,

dziennik czy też pamiętnik Feliksa Zieleniewskiego był bardzo enigmatyczny. Czasami pod

jakąś datą zapisano tylko nazwę miejscowości, a obok narysowano na przykład szkic kościoła.

Kolejny raz fascynująca historia życia jednego człowieka odkrywała nam tajemnice odległej

epoki i przedziwnej znajomości Feliksa Zieleniewskiego, polskiego legionisty, i Słonecznego

Wilka, szamana rodem z plemienia Czirikaua, znajomego Tecumseha, wodza Szaunisów.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

PORUCZNIK ZIELENIEWSKI SZKOLI SWOICH LUDZI • REJS POLSKICH

ŻOŁNIERZY NA SAN DOMINGO • DESANT NA ZIELONĄ WYSPĘ • WALKI Z

MURZYŃSKIMI POWSTAŃCAMI • ODDZIAŁ ZWIADOWCZY W DŻUNGLI •

SPOTKANIE Z SZAMANEM SŁONECZNYM WILKIEM • DROGA DO

PIRACKIEGO SKARBU • POTYCZKA W HACJENDZIE • AWANS NA KAPITANA

• UCIECZKA DO STANÓW ZJEDNOCZONYCH

Podpisany  9   lutego   1801   roku   traktat   pokojowy   w   Luneville   pomiędzy   Francją   i

Austrią nie budził wcale wielkiej radości wśród żołnierzy Legii Naddunajskiej.

- Panie poruczniku!  -  Feliks  Zieleniewski usłyszał za  sobą  krzyk starego wiarusa,

podoficera, z którym razem walczył pod Marengo.

Młody   oficer   zdobywał   doświadczenie   wojenne   w   insurekcji   kościuszkowskiej,   a

potem w czasie walk Napoleona Bonaparte we Włoszech. Wysoki, kościsty, kochał fechtunek

i choć to było nieprzepisowe nosił ze sobą kawaleryjski pałasz. Poprawił furażerkę, którą

zwykł był nosić. Była lepsza niż czako czy nawet polska rogatywka. Zieleniewski zawsze był

na czele, doświadczony myśliwy, świetny strzelec, z grupą woltyżerów prowadził zwiad.

- Co tam? - zapytał.

- To prawda, co o nas mówili? - dopytywał się żołnierz. 

- A co mówili?

- Że idziemy w niewolę do Austriaków.

- Bzdura! - stwierdził Zieleniewski.

Podkręcił wąsa, poprawił karabin na ramieniu i poszedł na kwaterę. Razem z innymi

oficerami mieszkał w opuszczonej karczmie. Oficer wszedł do środka, rzucił ordynansowi

trzy zające upolowane na wzgórzach i siadł przy stole.

-  Co zamierzasz czynić? - Zieleniewskiego zapytał podporucznik Kazimierz Lux.

- Coście wszyscy w takim strachu? - dziwił się Zieleniewski. 

-  Nie   słyszałeś   o   żądaniach   austriackich?   -   Lux   stanął   obok   zmęczonego

Zieleniewskiego i nalał mu wina do kubka. - W traktacie zapisano, aby jeńcy wojenni tak z

jednej, jak z drugiej strony oraz zakładnicy wzięci lub dostawieni w czasie wojny, którzy

dotąd zwróconymi nie byli, w przeciągu dni czterdziestu od podpisania tego traktatu oddani

zostali. Legiony Polskie rozwiązane, a ponieważ składały się z Polaków w niewolę zabranych,

background image

aby tych jako jeńców wojennych Austriakom wydać.

- Niech tylko spróbują mnie w jaką niewolę sprzedać - odgrażał się Zieleniewski.

-  Wielu oficerów już dymisje złożyło i myśli o powrocie do kraju - powiedział Lux.

- Gdzie jaki Austriak lub Prusak będzie służby nasze wypominać? Nie ma co uciekać.

Pokój, dla Napoleona rzecz krótkotrwała, niczym dym nad ogniskiem. Zobaczymy, co się

stanie.

Pod koniec roku polskie legie zreorganizowano w trzy półbrygady po trzy bataliony w

każdej.   Zieleniewski   wybrał   tę,   którą   włączono   do   wojska   francuskiego,   gdy   starszyzna

wysłała   deputację,   że   nie   chce   służyć   dla   Włochów.   Osiem   dni   po   tym   jak   półbrygada

otrzymała   numer   113,   przyszedł   rozkaz,   by  półbrygada  niezwłocznie   wsiadła  na  okręty i

popłynęła   do   Tulonu.   Jeszcze   w   Livorno,   gdzie   sposobiono   okręty  do   drogi,   wypłacono

wojsku zaległy żołd. Zieleniewski, jakby w przeczuciu kłopotów, wydał wszystko na uciechy,

jakich   młody   mężczyzna   potrzebuje.   Akurat   gdy   zmęczony   hulankami   wybierał   się   na

przegląd kwater swoich żołnierzy, zobaczył francuskiego pułkownika zsiadającego z konia

przed kamienicą, w której mieszkali polscy oficerowie.

Zieleniewski zasalutował i już chciał iść dalej, gdy Francuz wyciągnął do niego dłoń.

- Bernard, obejmuję komendę 113 półbrygady - oznajmił. 

Zieleniewski  stanął   zdumiony,   a   potem   wskazał   pułkownikowi   drogę  do   kwater

wyższych rangą oficerów. Poszedł do swych podwładnych. Tylko dwóch było z jego starego

plutonu,   reszta   była  mało   doświadczona.   Połowa   z   nich   pochodziła   ze   świeżego   zaciągu

ochotników prosto z Polski. Stanął przed stodołą i zasłuchał się w ciszę, która panowała w

pomieszczeniach.   Cicho   otworzył   wrota   i   zajrzał   do   środka.   Wszyscy   spali   po   kątach

pozawijani w koce. Broń stała ustawiona w kozły, ale z dala widać było, że nikt jej dawno nie

czyścił.

Zieleniewski wyjął pistolet, podsypał prochu i nie ładując kuli skierował lufę w sufit.

Spokojnie nacisnął spust. Huk wystrzału obudził pluton. Zaspani, przecierający oczy wojacy

próbowali   chwycić   broń,   ekwipunek.   Wśród   czterdziestu   ludzi   uwijał   się   Zieleniewski

wytrącając im broń, strasząc ich swoim pałaszem. W końcu dwaj weterani, rozpoznając grę

porucznika, zebrali wokół siebie kilku ludzi z karabinami i nałożonymi bagnetami. Utworzyli

luźną tyralierę, która zaatakowała oficera.

- Baczność! Zbiórka! - krzyknął Zieleniewski.

Pół dnia rugał swoich ludzi, musztrował, kazał uporządkować rzeczy. Jakby tego było

mało, w samo południe wyprowadził ich na długi marsz na okoliczne wzgórza.

- Panie poruczniku, po co nam to? - dopytywał się Dobecki, jeden z wiarusów.

background image

- Wiesz ty, ofiaro, dokąd jedziemy? - warknął Zieleniewski. 

Porucznik nie skończył jeszcze trzydziestu lat, a weteran mógł być jego ojcem, ale to

oficer dzięki sprytowi, doświadczeniu na polu walki wyciągał pluton z najgorszych opresji.

Musiał mieć szósty zmysł, który zawsze wskazywał mu dobrą drogę w czasie patrolu i w

czasie ucieczki.

- Dokąd? - zapytał Dobecki. 

- Na San Domingo.

- O Boże, gdzie to?

- Na Morzu Karaibskim. To pierwsza wyspa, którą odkrył Krzysztof Kolumb.

- A to co za jeden?

- Genueńczyk, który jako pierwszy dopłynął do Ameryki, tam gdzie nasz Kościuszko i

Pułaski walczyli.

- Po co nas tam wysyłają? Za karę? 

Zieleniewski zamyślił się.

- Nie chciałeś służyć Włochom ni Burbonom, tylko wybrałeś Francuza?

- Tak - Dobecki kiwnął głową.

-   To  walcz   dla   niego   za   oceanem   -   Zieleniewski   rzucił   złośliwie.   Jego   samego

denerwowało to, że płynęli na koniec świata, zamiast iść na Prusy, Austrię i Rosję, żeby bić

zaborców.

- A z kim będziemy walczyć? - Dobecki nie dawał spokoju.

-  Z   powstańcami   murzyńskimi   -  już   spokojnym   tonem   tłumaczył   Zieleniewski.   -

Biedacy uwierzyli w hasła Rewolucji Francuskiej i zapragnęli odzyskać wolność. Wzniecili

powstanie   i   zdobyli   całą   wyspę,   ogłaszając   powstanie   niepodległego   państwa.

Najważniejszym   z   murzyńskich   przywódców   jest   Franciszek   Toussaint-Louverture,   wnuk

wodza   Arradów   z   Konga.   Początkowo   walczył   po   stronie   Hiszpanów,   lecz   gdy   Francja

potwierdziła wolność Murzynów 4 lutego 1794 roku, wyrżnął hiszpańską załogę Marmelade i

ze stopniem generała brygady przeszedł na jej stronę. Drugą siłą są Mulaci dowodzeni przez

generała Rigaud. W lipcu 1801 roku ogłosił  konstytucję wyspy, sobie przyznając funkcję

dożywotniego generalnego gubernatora, z władzą jak Bonaparte we Francji.

Dobecki ciężko stawiał kroki na kamienistej ścieżce, ocierał spocone czoło i w końcu

powiedział to, co od dawna tkwiło jak zadra w sercu Zieleniewskiego.

- My walczymy o wolność, oni walcząc wolność, to czemu musimy ze sobą się bić?

Pluton dotarł na szczyt wzgórza. Zieleniewski zarządził postój. Ułożył się w cieniu

drzewka   oliwnego,   a   wokół   niego   usiedli   żołnierze.   W   milczeniu   czekali   na   dobre

background image

wytłumaczenie.

Zieleniewski ułamał gałązkę z krzaka.

- Widzicie, jesteśmy jak ten patyczek - odezwał się. - Napoleon nie wie, co z nami

począć. Lwa tym nie ubije. W sam raz nadajemy się do wyrzucenia. Gdybyśmy chcieli się

sprzeciwić, to nas złamie, o tak - porucznik pokazał jak. - Napoleon jest mądry i wie, że jeśli

zechce, to w nasze miejsce znajdzie całą gałąź albo i drzewo.

-  I Francuzy nie potrafią pokonać tego murzyńskiego Napoleona? - dziwił się jeden z

żołnierzy.

- Bonaparte  wysłał tam  własnego szwagra, generała Wiktora  Emanuela Leclerca -

opowiadał   Zieleniewski.   -   Przygotowano   flotę   w   składzie   ponad   trzydziestu   liniowców,

więcej niż dwudziestu fregat i korwet. Na wyspie sam Leclerc dowodził zajęciem 6 lutego

1802 roku Cap Francais. W tym też miesiącu oddziały francuskie zajęły większość ważnych

miast,   ale   nie   zdołano   rozbić   armii   murzyńskiej.   Toussaint-Louverture   odmówił   złożenia

broni w zamian za przywrócenie do służby. Zaatakowano jego pozycje w górach, ale bez

powodzenia.   Dotychczasowe   straty   Francuzów   wyniosły   około   pięciu   tysięcy   żołnierzy.

Dodatkowo zaczęły działać luźne partie murzyńskie, nie uznające niczyjego zwierzchnictwa.

W końcu udało się złapać Toussaint-Louverture, którego osadzono w cytadeli Joux. Podobno

teraz znowu Murzyni podnoszą głowy, chcą walczyć. Słyszałem, że w Paryżu rozważano

projekt wybicia wszystkich murzyńskich mężczyzn w wieku powyżej 12 lat.

- To co mamy czynić? - zapytał młody żołnierz, ryży, z piegami.

- Jak się nazywasz? - zapytał go Zieleniewski.

- Olszanowski.

- Co będziesz robił po wojnie?

- Jak Bóg da, że przeżyję, to będę wiersze pisał.

- Wiecie, Olszanowski, ty teraz pisz, póki możesz. Tam musisz walczyć i przeżyć,

żeby wrócić. Ile macie pieniędzy?

Żołnierze zdziwili się nagłą zmianą tematu. Wyjęli sakiewki i zaczęli liczyć.

- Dobecki, zabierz wszystko! - rozkazał Zieleniewski.

Nikt nie oponował nie wiedząc, o co chodzi porucznikowi. Ten przeliczył pieniądze.

Odliczył część i schował do kieszeni munduru. Resztę oddał Dobeckiemu.

- Kup w mieście lekkiego płótna, w drodze uszyjemy z tego spodnie - rozkazywał

oficer. - Zamów u szewca dla każdego półbuty, po dwie koszule u krawca. Mają  to zrobić

migiem. To co wziąłem, pójdzie na rusznikarza.

Kolejne dni pluton Zieleniewskiego spędzał na marszach i ćwiczeniach strzeleckich.

background image

Porucznik nie wracał na noc na oficerską kwaterę. Robił wszystko, żeby przygotować swoich

ludzi  do walki. Jako dowódca oddziału zwiadowczego miał pewną swobodę. Zamówione

rzeczy przyniesiono na dzień przed datą wypłynięcia. Zieleniewski wybrał pięciu najlepszych

strzelców   i   wyszedł   z   nimi   na   długi   marsz.   Każdemu   wręczył   zamówioną   u   włoskiego

rusznikarza strzelbę myśliwską. Długo ćwiczyli celne strzelanie, aż prawie ogłuchli, ale i

osiągnęli zadowalające Zieleniewskiego wyniki.

Wreszcie   14 maja kazano  113 półbrygadzie stawić  się w porcie. Dokoła Francuzi

przygotowali dwie półbrygady piechoty gotowe do akcji, gdyby Polacy stawiali opór.

Zieleniewski zawczasu upatrzył sobie okręt, którym miał płynąć jego pluton. Był to

statek włoskiego kupca, którego kapitan i załoga właśnie objęli go we władanie. Nie były to

żółtodzioby, lecz  starzy piraci  wód Morza  Śródziemnego.  W   końcu  trzynaście okrętów  z

załadowanymi   na   pokłady   kompaniami   polskiej   piechoty   wypłynęło   w   morze,   gdzie

przywitała   ich   burza.   Zieleniewski   dogadał   się   z   kapitanem   Kajusem,   dowódcą   kompani

grenadierów, i we dwóch poszli do kapitana. Dali mu do zrozumienia, że choć broń była

złożona w ładowni na dziobie i kapitan miał klucz do tego pomieszczenia, to żołnierze mają

dość ukrytej broni, by opanować statek.

-  Nim się rozbijemy na skale, nim sprzedasz nas do niewoli, nim zechcesz zabrać

statek i dalej korsarzować, my cię wpierw zabijemy - groził Zieleniewski.

Pirat pojął, że z Polakami lepiej nie zaczynać. Przekonał się o tym dosadniej, gdy

zobaczył,   jaką   obaj   oficerowie   zaprowadzili   dyscyplinę   wśród   podwładnych.   W   drugiej

połowie   lipca  statki   zawinęły  do  Kadyksu,   gdzie  półbrygadę  miano   przeładować   na   inne

okręty. Zieleniewski i Kajus na koniec wypili dwie butelki rumu z kapitanem swojego statku i

ruszyli na zwiedzanie miasta i poznanie jego nocnych atrakcji.

Flotylla   wypłynęła   z   Kadyksu   12   sierpnia,   zaś   5   września   1802   roku   marynarze

zgotowali żołnierzom chrzest morski, gdy ci pierwszy raz przekraczali Zwrotnik Raka. Potem

nastała flauta. Okręty stały w bezwietrznej pogodzie. Woda stęchła w upale, rozpaczliwie

szukający ochłody skakali do morza, gdzie ginęli w paszczach rekinów. Zieleniewski, by nie

wyjść z wprawy, ładował swój pluton na szalupy. Gdy żołnierze wiosłowali, oficer i pięciu

najlepszych strzelców ćwiczyło się w strzelaniu do morskich potworów.

Gdy na początku października zerwał się wiatr, statki niemal w rocznicę odkrycia

wyspy przez Kolumba wpłynęły do zatoki Manzanilla, przed miastem Cap Francais. Pluton

Zieleniewskiego lądował z  II  batalionem w Le Mole St-Nicolas. Kompania Kajusa została

jako   załoga   w   mieście,   a   reszta   batalionu   połączona   z   murzyńską   dywizją   ruszyła   ku

Gonaives. Oddział Zieleniewskiego już pierwszego tygodnia pobytu na wyspie liczył ledwie

background image

kilkunastu   ludzi   zdolnych   do   noszenia   broni.   Resztę   wykończyły   miejscowe   choroby.

Zapobiegliwość Zieleniewskiego opłaciła się. Jego żołnierze nie odparzali tak szybko stóp,

mieli dobre ubrania chroniące przed słońcem. Ogień kilku najlepszych strzelców wystarczał,

by   przegnać   znacznie   silniejsze   watahy   murzyńskich   powstańców.   Oddziały   wierne

Napoleonowi przeprawiły się przez dwie rzeki i po przejściu długiego płaskowyżu dotarły do

St.   Marc.   Po   kilkudniowym   pobycie   w   mieście   okazało   się,   że   wszyscy   czarnoskórzy

żołnierze   uciekli,   prócz   jednego,   czterystuosobowego   batalionu.   Generał   Fressinet   zebrał

wieczorem   białych   oficerów   i   zdradził   im   swój   plan.   Nazajutrz   zebrał   na   zbiórkę

nieuzbrojonych Murzynów, a polski batalion dokonał rzezi mordując ich bagnetami. Jeden

tylko Olszanowski nie wykonał rozkazu.

Potem Polacy wsiedli na okręt i odpłynęli do Port-au-Prince. Tam umierało z powodu

chorób   po   kilkudziesięciu   ludzi   dziennie.   Zieleniewski   intuicyjnie   wyczuwając,   że   to

niezdrowe powietrze   w mieście  i  kontakty z  tubylcami trzebią  szeregi polskiej  jednostki,

uciekał ze swoimi w góry na patrole. Owe wycieczki trwały niekiedy po dwa tygodnie. Coraz

częściej tylko Zieleniewski schodził do miasta, żeby upewnić się, co się dzieje, w tym czasie z

całej półbrygady, liczącej w chwili lądowania 3700 żołnierzy, zostało 300 gotowych do walki.

W  czasie jednej  z  takich  wizyt Wmieście  porucznik  dowiedział  się, że w nocy z  l  na  2

listopada zmarł generał Leclerc, dowódca sił interwencyjnych na San Domingo. Jego następcą

został generał Rochambeau.

Zieleniewski   wiedział,   że   nie   zmieni   to   sytuacji   jego   ani   jego   ludzi.   Chwytał

powstańców, ściągali ich do miasta, do więzienia, pobierali tam zapasy jedzenia i znikali w

dżungli. Z czasem powstańcy nadali Zieleniewskiemu przydomek „Mauvais genie” - zły duch.

Straszniejsze   od   niego   były   chyba   tylko   psy,   zwane   molosami,   sprowadzone   z   Kuby,

specjalnie szkolone do wyszukiwania zbiegłych niewolników. Miały zatrzymać zbiegów, a

jeśli ci nie stawali w miejscu, zagryzały ich. Użycie ich w boju nie przyniosły spodziewanych

efektów, bo wyczuwszy krew rannego dobosza rzuciły się na niego z zębami.

Zieleniewski i jego ludzie czuli się na wyspie na tyle pewnie, że zapuszczali się na jej

południowe   wybrzeże.   Pewnego   dnia,   gdy   garstka   Polaków   podchodziła   murzyńskie

umocnienia   pod   Jacme,   Zieleniewski   natknął   się   na   leżących   w   krzakach   dziwnie

wyglądających ludzi. Mieli ciemną karnację, wystające kości policzkowe i co dziwniejsze,

pióra wetknięte w kruczoczarne włosy. Tylko jeden z nich dawał znaki życia. Był potężniejszy

od pozostałych i miał nieduży worek zawiązany na plecach i bębenek, który trzymał pomiędzy

skrzyżowanymi nogami.

- Co za cudaki? - dziwił się Dobecki.

background image

- Słyszałem o takich - szeptał Zieleniewski. - To Indianie. Bierzcie tego żywego i

uciekamy.

Miesiące pobytu w dżungli nauczyły Polaków jak przetrwać, znali miejscowe zioła,

które   natychmiast   stawiały  ludzi   na  nogi   lub   pomagały  zapomnieć   o   bólu.   Część   z   nich

nazywamy obecnie narkotykami, ale wówczas były traktowane jako lekarstwa.

Po   dwóch  dniach   dziwny   człowiek   odzyskał   przytomność   i   równie   zaskoczony

przyglądał się polskim żołnierzom. Ich ubrania bardziej przypominały powstańcze odzienie.

Skronie żołnierzy skrywały kapelusze  o szerokich rondach. Na plecach i przy pasach mieli

przytroczone worki  i  sakwy. Nieliczni  mieli na stopach regulaminowe buty. Polacy mieli

skrytkę w jaskini blisko szczytu góry pomiędzy Port-au-Prince a Jirmani i Jacmel. Z daleka

widzieli poranne mgły unoszące się nad jeziorem de Enriquillo. Na froncie panował względny

spokój utrzymywany dzięki działalności Zieleniewskiego. To on i jego ludzie  obserwowali

ruchy wojsk powstańczych, donosili  o tym Francuzom,  a ci wysyłali na morze barkasy z

kilkoma armatami, które ostrzeliwały szlaki.

Któregoś   dnia,   gdy   Zieleniewski   stał   na   zboczu   z   lunetę   i   lustrował   północno-

zachodnią zatokę wyspy, podszedł do niego Indianin. Bez słowa podał mu mapę wyrysowaną

na bawolej skórze. Zieleniewski szybko się zorientował, który fragment wyspy ona pokazuje.

Znaczki nie pozostawiały złudzeń, że to była mapa prowadząca do pirackiego skarbu.

- Skąd to masz? - próbował na migi wytłumaczyć Indianinowi znaczenie francuskiego

pytania.

- Znalazłem - ten spokojnie odpowiedział.

- Znasz francuski?

- Nauczyłem się od czarnych ludzi, trochę rozumiem mowę waszego ludu.

- Obserwujesz i uczysz się? - domyślił się Zieleniewski.

- Tak.

- Co się stało z twoimi towarzyszami?

- Zmarli na chorobę czarnych ludzi, którą ci roznoszą wydychając powietrze.

- Skąd się tu wzięliście?

- Namówili nas Anglicy, żebyśmy uczyli czarnych ludzi walczyć z białymi.

- Mieliście pojętnych uczniów - zadrwił Zieleniewski.

- Wy nie walczycie z nimi, tylko z wyspą, a nie można pokonać boskiego dzieła.

Polak i Indianin długo rozmawiali tego wieczora. Słoneczny Wilk, bo tak się nazywał

Indianin,   opowiedział   Zieleniewskiemu   o   życiu   na   prerii,   o   tym   jak   w   czasie   swych

szamańskich  wędrówek dotarł do Szaunisów, a ci sprzymierzyli się z Anglikami  przeciw

background image

Amerykanom. Szaman postanowił skorzystać z okazji i poznać inne światy, wojny białych

ludzi, by opowiedzieć swojemu ludowi, jak walczyć o wolność.

Następnego dnia Zieleniewski zerwał swoich ludzi z samego rana.

- Wstawajcie, nicponie! - krzyczał.

Gdy wszyscy jego ludzie, już tylko czternastu, zebrali się przed nim, porucznik w

kilku słowach powiedział, kim jest szaman.

- Znaczy się czarodziej? - dopytywał się Dobecki.

- Tak - krótko uciął Zieleniewski. - Jest sprawa do rozstrzygnięcia. Nasz czerwony brat

dostarczył nam ciekawą mapę. Prowadzi ona do pirackiego skarbu. Ilu chce dobrać się do tego

złota?

Wszyscy podnieśli ręce oprócz Olszanowskiego.

- Poeta, nie wygłupiaj się - zachęcał go Dobecki.

-   Olszanowski,   masz   wolną   drogę   -   powiedział   Zieleniewski.   -   Idź   do   miasta   i

powiedz, że cały oddział wybili Murzyni. To ostatnia przysługa, o jaką cię proszę.

Olszanowski skinął głową, założył karabin na ramię i ruszył w dół zbocza. Reszta

żołnierzy poszła za szamanem. Zieleniewski został jeszcze jakiś czas w obozie, by sprawdzić,

czy nie pozostawiono nic cennego, a potem dołączył do swoich. Niestety, w ciągu godziny

kilkudziesięciu ludzi dotarło na ścieżkę, którą wędrował samotny żołnierz. Nie miał szans i

został schwytany do niewoli.

W   tym  czasie   Zieleniewski   wędrował   w   kierunku   zachodnim.   Drugiego   dnia

wędrówki przez dżunglę szaman zapalił fajkę i zamyślił się, jakby zamknął w sobie. Jego

palce bezwolnie krążyły po bębenku wystukując dziwny, obcy Polakom rytm.

Żołnierze   przypatrywali   się   temu,   a   potem   zmęczeni   stracili   zainteresowanie

magicznymi obrzędami.

Nazajutrz oddział dotarł na rozdroże.

- Duchy wyspy mówiły, że to złoto jest złe - szepnął szaman do ucha Zieleniewskiego.

- Każde złoto jest złe, bo budzi emocje, każdy chce je zdobyć - odpowiedział oficer. -

Pokaż mi monetę nie okupioną krwią.

- Co chcecie zrobić z tym złotem? - zapytał szaman.

-   Chcę   zamieszkać   w   Stanach   Zjednoczonych,   ale   wcześniej   wrócę   do   Polski,   z

Napoleonem.

- To ten wielki biały wódz zza oceanu? 

- Tak.

- Jadę z tobą, ale uważaj na złoto - ostrzegał szaman.

background image

Pluton   zszedł   ścieżką,   która   prowadziła   do   skarbu.   Idąc   z   rozwidlenia   w   prawo,

doszliby do Les Cayes, gdzie znajdowała się już część polskiej 114 półbrygady dosłanej na

San Domingo na początku 1803 roku.

Następnego dnia Polacy ujrzeli dymy jakiejś wioski.

-  Murzyni, kilku powstańców - relacjonował Dobecki wysłany na zwiad. - Widziałem

rodzinę kolonistów, w tym dwie młode dziewczyny.

Każdy znający realia tej wojny nie mógł mieć złudzeń, co czeka te niewiasty.

Tym  razem  Zieleniewski  i  szaman   poszli   na  rozpoznanie.  Na  sporej  polanie  stały

ustawione w podkowę zabudowania. Środkowe zajmowali koloniści, a skrzydło niewolnicy.

Drugie było przeznaczone na magazyny. Pośrodku placu Murzyni wbili trzy pale, do których

przywiązano starszego mężczyznę i dwie dziewczyny. Zieleniewski widział przez lunetę, ze

ich chronione dotąd przed słońcem ramiona teraz były poparzone od promieni słonecznych.

Oficer   wyjął   mapę   i   przyglądał   się   okolicy.   Wszystko   pasowało,   kształt   zatoki,   wyspa,

wodospad.   Byli   tak   blisko   złota.   Szaman   w   ciszy   obserwował   wewnętrzną   walkę

Zieleniewskiego.   Wtedy   na   plac   weszła   gromada   powstańców.   Nieśli   przywiązanego   do

drąga, związanego jak barana Olszanowskiego. Z rezydencji kolonisty wyszedł powstańczy

watażka i wydał kilka rozkazów. Po jego słowach Murzyni podnieśli wrzask pełen radości.

Szybko przygotowali dwie deski, włożyli między nie omdlałego Olszanowskiego, związali to

lianami i zaczęli piłować wzdłuż. Kolonista pluł w kierunku powstańców, a jego towarzyszki

płakały.

Zieleniewski zerwał się na równe nogi i wrócił do oddziału.

- Szykować się! - rozkazał. - Dranie zamęczyli Olszanowskiego. 

Polacy   przygotowali   broń,   sprawdzili   ładunki   prochowe,   czy   pistolety  były

załadowane, czy szable dobrze wysuwały się z pochew. Potem jak sfora wilków zakradli się

pod plantację. Szaman szedł tuż za Zieleniewskim niosąc karabin w jednej i tomahawk w

drugiej ręce.

Powstańcy   zabawiali   się   rozdzielaniem   i   składaniem   desek   z   krwawym   strzępem

polskiego   legionisty.   Wtedy   rozwścieczeni   żołnierze   Zieleniewskiego   zaatakowali.   Żadna

wystrzelona   przez   Polaków   kula  nie  była chybiona.   Kolejna   salwa   z   pistoletów   powaliła

nielicznych, którzy ocaleli z pogromu. Z hacjendy wyskoczyło jeszcze trzech Murzynów, ale

jednego pałaszem zabił Zieleniewski, drugiego szaman, a ostatniego Dobecki.

Polacy   natychmiast   uwolnili   kolonistów   i   zanieśli   zemdlonych   do   pokojów.   Tam

ujrzeli, jak powstańcy zbezcześcili pomieszczenia, strzelali do portretów, pocięli zastawy i do

czego służyły im kartki wyrwane z książek.

background image

Żaden z atakujących nie był ranny, za to zginęli wszyscy Murzyni.

-   Pochowajmy   Olszanowskiego   i   uciekajmy   do   najbliższego   miasta  -   proponował

Dobecki.

- Jakie miasto jest najbliżej? - Zieleniewski zapytał kolonistę.

- Aquin - odpowiedział stary Francuz. - Ratujcie moje córki - błagał.  - Rodzina z

Francji zapłaci każdą cenę. Ja nie wytrzymam marszu, zostawcie mnie tu.

- Co się stało z pańskimi niewolnikami?

- Przyłączyli się do powstańców. 

- A pańscy nadzorcy?

- Uciekli, dranie.

Szaman z dziwnym uśmiechem przyglądał się Zieleniewskiemu.

- Mówiłem, że to złe złoto - szepnął po polsku.

Żołnierze czekali na decyzję dowódcy. Z jednej strony chcieliby dobrać się do złota, z

drugiej szkoda było im tych panienek, które pozostawione tu byłyby już na zmarnowanie i w

najlepszym razie skończyłyby jako służące u powstańców.

-   Możemy   weźmiemy   je   ze   sobą?   -   zaproponował   Dobecki.   Weterani   pokręcili

głowami. Ten pomysł im się nie podobał. Francuzki mogły donieść władzom o znalezionym

złocie.

- Idziemy do miasta - zdecydował porucznik. Mówił po polsku, by nie zrozumieli go

Francuzi. - Wrócimy po złoto, gdy w okolicy będzie spokojniej. Trzeba jeszcze zorganizować

jakiś transport. Może skorzystamy ze statku, którym będą odpływać owe panny?

Francuzki były podobne do siebie. Obie miały ciemne włosy, sarnie, brązowe oczy,

małe, pełne, malinowe usta, wąskie kibicie i kobieco zaokrąglone kształty. Różniły się tylko

wiekiem. Starsza do tego miała pieprzyk koło nosa.

Zieleniewski obszedł je dokoła, uważnie lustrując ich wygląd. Stały tuląc się do siebie.

Oficer wyjął zza pasa nóż i podał go dziewczynom.

- Nie mamy czasu  na toalety -  powiedział.  - Zechcą panie rozciąć suknie, tak by

powstały luźne spodnie. Obetnijcie je tuż poniżej kolan. Będzie wam wygodniej wędrować.

Panny niewprawnie wykonały polecenie porucznika.

-   Przygotować   broń,   maszerujemy   w   szyku   do   obrony   okrężnej   -   dyrygował

Zieleniewski.

Oddział   wyszedł   na   podwórze.   Pomiędzy   ciałami   czarnych   powstańców   bielał

wykonany ze świeżo ociosanych kawałków drewna krzyż nad mogiłą Olszanowskiego.

Wtedy niespodziewanie na dziedziniec wpadła luźna formacja jeźdźców powstańczej

background image

kawalerii. Ludzie Zieleniewskiego zareagowali błyskawicznie. Rozległa się palba karabinowa.

Pierwszy   szereg   szarżujących   spadł   z   koni.   Niestety,   w   walce   wręcz   piechurzy   mieli   z

kawalerzystami niewielkie szanse.

Zieleniewski, szaman, Dobecki, panny i jeszcze trzej ludzie zdołali wycofać się do

hacjendy. Kawalerzyści zsiedli z koni i podjęli szturm.

Pałasz   Zieleniewskiego   i   tomahawk   szamana   siały   spustoszenie   wśród   wrogów.

Porucznik, wyczuwając słabość przeciwnika, postanowił spróbować ucieczki.

- Wsiadamy na ich konie! - krzyknął.

Sam   porwał   jedną   Francuzkę,   a   Indianin   drugą   i   wybiegli   na   werandę.   Murzyni,

widząc rozwścieczonych, opływających krwią żołnierzy, uciekli. Za nimi na koniach mknęło

ośmiu jeźdźców.

Zieleniewski widząc, że miejscowe rumaki nie są w najlepszej kondycji, porzucił je po

przejechaniu niecałej mili.

- Gdzie to miasto? - pytał Francuzek.

Te nie potrafiły wskazać drogi. Uciekinierzy z hacjendy tułali się jeszcze pięć dni po

dżungli, wreszcie dotarli do Aquin. Był tam polski garnizon. Trzech ludzi Zieleniewskiego

znalazło się w lazarecie i wkrótce tam zmarli. Zieleniewski był jedynym zdolnym do noszenia

broni oficerem w mieście. Chory kapitan mianował go dowódcą obrony i napisał wniosek o

awans. Od tej pory podporucznik był kapitanem Zieleniewskim.

Następnego dnia po tej nominacji miasto zaatakowali powstańcy. Artyleria miasta,

resztki   polskich   kompanii   i   francuskiego   wojska   kolonialnego   dzielnie   broniły

prowizorycznych fortyfikacji. Wreszcie późnym wieczorem do miasta wdarła się kawaleria

murzyńska. Gnała pustą ulicą. Na jej środku stał Zieleniewski. Spokojnie nabił  karabin i

strzelił   ze   stu   metrów   między   oczy   Murzyna   ubranego   w   ozdobny   mundur.   Na   pomoc

kapitanowi   nadbiegło   kilku   ocalałych   żołnierzy.   Zieleniewski   znowu   nabił   karabin.   Z

trzydziestu metrów nie miał prawa chybić. Trafił kolejnego jeźdźca. Potem wyjął pistolet i z

dwudziestu metrów zastrzelił trzeciego. Na koniec wysunął z pochwy pałasz i czekał. Jakaś

zbłąkana kula trafiła go w lewe ramię, orając tylko skórę.

Walec stu kilkunastu kawalerzystów wpadł na ostatnią redutę obrony miasta, na kilku

ludzi na środku piaszczystej ulicy. Zieleniewski, nim padł stratowany, zobaczył, jak przed

bliskim   strzałem   w   pierś   zasłania   go  swoim   ciałem   Dobecki.   Ostatni   legioniści   zasłonili

żywym  murem   swojego   dowódcę.   Potem   nagle   zapadł   zmrok.   W   tym   mroku   z   kręgami

palących się ognisk rozbrzmiewał płacz pokonanych, którzy przeżyli pogrom, bo spotkał ich

los gorszy od tych, którzy od razu zginęli. Cieszyli się zdobywcy podnosząc w górę puchary

background image

zwycięstwa, rozkoszując się każdą chwilą odwetu, smakiem tak upragnionej wolności.

Ciemności   były   schronieniem   dla  jeszcze   jednego   człowieka.   Szaman   w   czasie

szturmu wyprowadził z miasta obie Francuzki, a teraz wrócił po Zieleniewskiego. Znalazł go

w   stosie   trupów.   Wyniósł   z   miasta.   Ciemne,   mądre,   spokojne   oczy   Indianina   z   uwagą

notowały każdy szczegół z zachowania zwycięzców.

Kilka piekielnych dni zajęło transportowanie rannego Zieleniewskiego do Les Cayes.

Tam   porucznik   powoli   zdrowiał,  a   Francuzki   opowiedziały  o  obronie  i   zdobyciu  miasta.

Szaman odszedł w góry w poszukiwaniu ziół, które miały uratować życie człowieka, którego

szanował.

Lecz i to miasto musiało się poddać, tyle że Anglikom. Oddawano im miasto, arsenał,

żołnierze mieli iść w niewolę. Części pozwolono na swój koszt wypłynąć do Ameryki. W

tłumie   uciekinierów,   weteranów,   kolonistów   był   też   i   chudy,   schorowany   mężczyzna

podpierany w marszu przez Indianina.

-   Nazwisko?   -   zapytał   angielski   oficer   notujący   tych,   którzy   wchodzili   na   statki

ewakuacyjne.

- Dobecki - wymamrotał ranny. 

- Narodowość?

- Polak.

- U kogo pan służył?

- U kapitana Zieleniewskiego.

- Gdzie on jest teraz?

- Zasieczon przez murzyńską kawalerię, zmarł z ran w Les Cayes.

***

- To oczywiście był Zieleniewski? - domyślił się Bytes. 

Skinąłem głową, popijając łyk kawy, bo od opowiadania zaschło mi w gardle.

-   Anglicy   niechętnie   wypuszczali   z   wyspy   oficerów   -   tłumaczyłem.   -   Poza   tym

Zieleniewski był dość znany i pewnie powstańcy woleliby go zatrzymać na wyspie, gdyby

wiedzieli, że przeżył.

- I co? Zieleniewski dostał się do Ameryki? - niecierpliwił się Paweł.

- Tak,  odpłynął  z   Kingston  na Jamajce  statkiem  „Federalist”  -  odpowiedziałem.  -

Kapitan co prawda nie powinien był nim żeglować, bo nie miał nawet busoli. Uciekinierzy

przejęli statek i przy pomocy Francuza, kapitana statku uprzednio zajętego przez Anglików,

doprowadzili go po kilku dniach żeglugi do Savannah. Stamtąd dzięki pomocy rodziny dwóch

background image

uratowanych kolonistek Zieleniewski udający Dobeckiego wrócił do Francji i znowu założył

mundur.

- A szaman? - nie wytrzymali Bytes i Paweł.

- Przypłynął z nim.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

SMUTNY KONIEC WYPRAWY NA SAN DOMINGO • ZIELENIEWSKI WRACA

DO EUROPY • NA ZAŚNIEŻONYCH BEZDROŻACH PRUS WSCHODNICH •

WYPAD PRZECIW KOZAKOM • ZASADZKA PRZECIW KOZAKOM • DRUGIE

SPOTKANIE Z KOZACKIM ATAMANEM • KONIEC KAMPANII ROSYJSKIEJ •

GDZIE UKRYTO SKARB?

Widziałem, że moja opowieść o wojennych losach Feliksa Zieleniewskiego na wyspie

San Domingo zrobiła wrażenie na Pawle i Amerykaninie. Obaj zasłuchali się wpatrzeni w

pomarańczowy, dogasający ogień w kominku, grzejąc dłonie kubkami z kawą  „chrzczoną”

zawartością piersiówki milionera.

- Ile w tej relacji jest prawdy historycznej? - zapytał Paweł.

-   Po   pierwsze,   zwróćmy  uwagę   na   warunki   podróży   -   powiedziałem   sięgając   po

notatki. - Rada Administracyjna 113 półbrygady monitowała władze wojskowe w sprawie

zapewnienia oddziałom odpowiednich warunków podróży. Niestety, żołnierzy ładowano jak

sardynki   do   puszki,   nawet   nie   wszyscy   mieli   hamaki.   Malwersacje   kwatermistrzów

doprowadziły  do   tego,   że   zaokrętowano   za   mało   warzyw  i   niskiej  jakości   posiłki  mogły

doprowadzić   do   epidemii   szkorbutu.   O   warunkach   podróży   niech   świadczy   fakt,   że   po

lądowaniu trafiło do lazaretów prosto z pokładów 10 oficerów i 432 żołnierzy.

- A czy na miejscu wszyscy dawali sobie tak radę jak Zieleniewski? - wtrącił pytanie

Bytes.

-  Francuscy dowódcy mieli o Polakach jak najlepsze mniemanie - odpowiedziałem. -

Znali ich przecież z walk we Włoszech czy w Rzeszy Niemieckiej. Niestety, doświadczenia

walk europejskich nie mogły się przydać na wyspie, gdzie przeciwnik stosował inną taktykę.

Mogę  jednak z  dumą po informować cię, że Polacy potrafili się dostosować do sytuacji.

Sławna   jest   akcja   kapitana   Grotowskiego,   którego   oddziałowi   udało   się   dostarczyć

zaopatrzenie do oblężonego Marmelade.

Opowiadałem  wam o  wybiciu 400 ludzi  batalionu  kolonialnego w  St.  Marc. Cała

sprawa   miała   związek   z   wcześniejszymi   aktami   zdrady   i   zdradą   generała   Dessalinesa.

Murzyni, którzy  do apelu wystąpili  bez  broni,  zostali  otoczeni  i  wykłuci przez  pozostałe

oddziały z załogi. Z tego pamiętnika wynika, że w rzezi brali udział i Polacy. W chwili

przybycia Polaków na wyspę Francuzi mogli ograniczać akcje do ochrony szlaków, fortów i

miast. Polacy walczyli jako części składowe wymieszanych związków bojowych. Sytuację

background image

korpusu ekspedycyjnego na wyspie pogorszyło przystąpienie Anglii do wojny w maju 1803.

Praktycznie kontakt z metropolią został zerwany, a oblężone porty były teraz blokowane i

ostrzeliwane z morza. Zaczął panować głód. Dnia 1 sierpnia dowódca obrony Jeremie, generał

Fressinet, podjął decyzję o opuszczeniu pozycji, przy jednoczesnym pozostawieniu niczego

niespodziewającej się załogi polskiej cytadeli. Uciekinierzy w większości trafili do angielskiej

niewoli,   a   stu   czterdziestu   pozostawionych  Polaków   wraz   z   grupą   Francuzów   5   sierpnia

kapitulowało.   Na   szczęście   angielski   generał   Ferru,   mając   bardzo   dobre   mniemanie   o

Polakach, pozwolił im odpłynąć na Kubę. Les Cayes kapitulowało 12 października, a kilka

dni wcześniej Port-au-Prince. Wreszcie 30 listopada kapitulował głównodowodzący generał

Rochambeau,   oddając   powstańcom   Cap   Franęais,   sam   zatrzymany   przez   angielski

„Bellerophon”, ten sam, na którego pokładzie smutną podróż na Wyspę Świętej Heleny odbył

kilkanaście lat później Napoleon.

- Co dalej działo się z Zieleniewskim? - niecierpliwił się Paweł.

- Zaraz - wtrącił się Bytes. - Dobrali się do tego pirackiego skarbu?

- Nie - odpowiedziałem.

- Ta mapa w zeszycie... - domyślał się Bytes.

- Tak - przyznałem - Mam dla ciebie smutną wiadomość. Zieleniewski odrysował ją z

pamięci, bo oryginał zgubił w dżungli lub zabrali mu powstańcy.

***

Para Zieleniewski i szaman budziła ogólną ciekawość. Z niefortunnej wyprawy na San

Domingo wróciło do Francji zaledwie 330 żołnierzy i oficerów. Dwie setki zamieszkały na

Kubie, na Jamajce i w Ameryce, a kilkuset osiadło na Haiti. Dodam, że w nowej republice

Haiti   zabroniono   obcokrajowcom   nabywania   ziemi.   Od   tej   reguły  wyłączono   Niemców   i

Polaków. Po zwycięstwach nad Austrią w 1805 i Prusami w 1806 roku wojska Napoleona

Bonaparte zbliżały się do granic dawnej Rzeczypospolitej. Cesarz Francuzów coraz częściej

stawał przed problemem, co uczynić z Polakami. Na razie potrzebował ich do ukończenia

kampanii  w Polsce. Wtedy Zieleniewski, który pracował  w majątku rodziny uratowanych

kolonistek, zaciągnął się do armii. Gdy generał Jan Henryk Dąbrowski był zajęty organizacją

polskiej armii w Wielkopolsce, do francuskiej służby zgłaszali się ochotnicy. Wśród nich był i

Zieleniewski z szamanem. Polak-tropiciel znający język i kraj - oraz Indianin - urodzony

myśliwy i zwiadowca - tworzyli idealny tandem.

Zieleniewskiego przydzielono do korpusu wielkiego księcia Bergu Joachima Murata,

który   dowodził   lekką   kawalerią   i   dragonami.   Ten   miał   ze   wszystkich   marszałków

background image

napoleońskich najwięcej ułańskiej fantazji; dość wspomnieć o jego szaleńczych pomysłach

szarży na wielbłądach w czasie kampanii egipskiej.

Teraz   już   kapitan   Zieleniewski   dostał   pod   komendę   czterdziestu   dragonów,   w

większości byłych kryminalistów uwolnionych z bawarskiego więzienia. Byli to członkowie

bandy,   która   grasowała   na   drogach,   okradając   karawany  kupieckie,   a   zdarzało   się,   że   w

poszukiwaniu broni i amunicji atakowali posterunki żandarmerii. Przez kilka lat grasowali, aż

zostali schwytani wskutek zdrady zazdrosnej o herszta karczmarki.

Pod   koniec   stycznia   1806   roku   w   śnieżnej   zadymce   jechał   oddział   francuskich

kawalerzystów.   Dopiero   z   odległości   kilkunastu   metrów   dojrzeli   zabudowania   jakiegoś

gospodarstwa. Dowódca bez słowa, samymi gestami wydał rozkazy. Byli bandyci w lot pojęli,

co mieli zrobić. Sprawnie otoczyli budynki.

Zieleniewski nie był typem służbisty i zamiast przepisowego czaka założył na głowę

futrzaną czapę kupioną na targu w Warszawie. Nie marzł tak jak jego żołnierze. Szaman

zdawał się być odporny na mrozy i upały.

Gdy   dwaj   przyjaciele   wiązali   konie   w   stodole,   usłyszeli   z   chałupy   krzyki   i   huk

wystrzału. Biegiem rzucili się do domu. W sieni znaleźli ciało gospodarza z wielką plamą

krwi na piersi. Z izby obok słychać było odgłos szamotaniny. Zieleniewski znał już trochę

swoich żołnierzy.

- Maltzahn! - krzyknął otwierając drzwi.

Wymieniony z nazwiska podoficer, jeden z przywódców szajki rabusiów szamotał się

z jakąś dziewczyną, zapewne córką mężczyzny w sieni.

- Zabawić się nie można? - Maltzahn zdziwił się.

- Won, psi pomiocie! - huknął na niego kapitan.

- Oficerek, uważaj, bo w taką pogodę łatwo się zgubić i zamarznąć albo zginąć z ręki

jakowychś zbójów - podoficer miał wściekłą minę i powoli sięgał po dragonkę wiszącą u

pasa.

Gdy   zbój   wyszarpnął   jaz   pochwy,   w   powietrzu   błysnął   pałasz   Zieleniewskiego.

Zatrzymał   cięcie   i   płynnym   ślizgiem   zjechał   niżej   na   pierś,   po   drodze   rozcinając   krtań.

Kłótnia zwabiła do środka jeszcze  czterech  dragonów. Widząc śmierć kamrata, chwycili za

szable i pistolety. Szaman dwóm rozpłatał głowy tomahawkiem, który sam sobie wykonał we

francuskiej   kuźni.  Zieleniewski   ranił  pozostałych.  Potem  zebrał  oddział   na   podwórzu.   W

zaspie leżało tam trzech martwych i dwóch rannych.

-   Pod   moimi   rozkazami   nie   będzie   warcholstwa!   -   krzyknął   Zieleniewski.   -

Prowadzimy Wielką Armię samego Napoleona. Jesteśmy na jej czele i dość w życiu jeszcze

background image

zaznacie   radości.   Póki   wam   nie   powiem   inaczej,   macie   zachować   żołnierski   porządek   i

odkupić swoje dawne winy. Inaczej, jako ci dwaj zdrajcy, jak psy zdechniecie.

Zieleniewski  wyjął  pistolety i  dobił  rannych.  Chyba  właśnie tego  potrzebowali  do

zachowania   dyscypliny   rabusie   z   bawarskich   dróg.   Od   tej   pory   Zieleniewski   mógł   się

poszczycić dowodzeniem najsprawniejszego oddziału woltyżerów w armii.

Gdy   Napoleon   trzy   dni   bawił   w   okolicach   Wielbarka,   Zieleniewski   podchodził

rosyjskie oddziały księcia Dołgorukiego. Zieleniewski 2 lutego wkroczył do Olsztyna, który

dopiero 4 lutego odwiedził Napoleon.

Wreszcie 7 lutego pod Iławką Pruską doszło do zażartego boju w śnieżnej zadymce.

Do szarży ruszył cały pluton kapitana Zieleniewskiego, wrócił  tylko on i szaman mający

uwiązane do pasa cztery skalpy.

Po bitwie Zieleniewski przybył do sztabu dywizji po nowy przydział.

- Co stało się z pańskimi ludźmi? - pytał kapitan z intendentury.

- Połowa zginęła w ogniu karabinów, a druga przy wysadzeniu rosyjskiej baterii -

spokojnie opowiadał Zieleniewski.

- Skoro pański oddział poniósł takie straty, to dlaczego pan przeżył? - Francuzowi

zdawało się, że zadał podchwytliwe pytanie.

Polski   kapitan   uznał   je   za   obraźliwe,   kwestionujące   jego   odwagę.   Zaraz   pewnie

sięgnąłby po swój pałasz, ale do kwatery w opuszczonej chałupie wszedł marszałek Murat.

Strojny jak zwykle spojrzał na Polaka.

- A, Monsieur Zelenewsky! - zawołał przekręcając nazwisko. - Cóż pan porabia?

- Czekam na przydział.

- Co się stało z pańskimi ludźmi? 

Zieleniewski powtórzył swoją relację z bitwy.

- A, to wy to zmajstrowaliście? - ucieszył się Murat. - Brawo, wspaniała rzecz! Żałuję,

że mnie tam nie było!

-   Z   całym   szacunkiem,   ale   teraz   Francja   opłakiwałaby   utratę   marszałka   -   odparł

Zieleniewski.

W izbie zapadła cisza. Te słowa były zuchwałe. Murat lubił jednak dosadny język i

tylko zaśmiał się.

-   Chcesz,   naturalizuję   cię   na   Francuza   i   wezmę   do   przybocznej   gwardii?   -

zaproponował.

- Mojego przyjaciela, Indianina, też?

Murat był zachwycony wyglądem wojownika stojącego w kącie. Wzrok  marszałka

background image

ześlizgnął się na skalpy i zatrzymał się na nich na dłużej.

- Was dwóch i moja dywizja kirasjerów wystarczy, by zdobyć Moskwę - powiedział

Francuz.   -   Jak   chcesz,   to   wyślę   cię   do   rodaków.   Pod   Nidzicą   stoi   korpus   obserwacyjny

generała Zajączka. Naprzeciw mają pozycje kozackiego atamana Płatowa. Będzie okazja do

podchodów, no i będziesz wśród swoich. Wybieraj.

- Tęskno mi do polskiej mowy - powiedział Zieleniewski. - Jakby książę wybierał się

do Moskwy, to służę swymi usługami.

Marszałek   tylko   zasalutował   i   odszedł   zadowolony.   Zieleniewski   dostał   pismo,   w

którym   wszelkie   władze,   w   tym   żandarmerię   powiadamiano,   że   kapitan   kawalerii

Zieleniewski jedzie na służbę do generała Zajączka. Najpierw jednak, za sprawą Murata, obu

zatrzymano na jakiś czas na dworze cesarza na ostródzkim zamku.

Polak i Indianin w polskiej dywizji zostali skierowani do posterunku we wsi Małga,

blisko   rzeki   Omulew.   Kapitan   Zieleniewski   dostał   pod   komendę   oddział   osiemdziesięciu

maruderów   z   wojsk   polskich   i   francuskich.   Najpierw   musiał   przywrócić   w   oddziale

dyscyplinę. Robił to sprawdzonymi metodami: pałaszem i przy pomocy milczącego, groźnego

szamana.   Umiejętności   wojskowe   kapitana   i   postawa   Indianina   robiły   na   żołnierzach

wrażenie. Wreszcie, wczesną wiosną, po pierwszych roztopach kapitan miał poprowadzić

podjazd przeciw Kozakom stojącym po drugiej stronie rzeki. Gdy w odwecie Rosjanie znieśli

polski   posterunek   w   Małdze,   to   Zieleniewski   otrzymał   rozkaz   zrobienia   tego   samego   z

oddziałem   rosyjskim.   Najpierw   Indianin   przeprowadził   zwiad,   a   potem   zaprowadził   pod

odległą wieś całą formację Zieleniewskiego. Nocna szarża na uśpiony obóz wroga przyniosła

nieoczekiwany sukces. Gdy blisko setka ludzi Zieleniewskiego tyralierą rzuciła się między

chaty, tnąc, paląc, strzelając do przeciwników, zadała im wielkie straty.

Z   jednej   z   chat   w   środku   wsi   wybiegł   jakiś   znaczny   oficer   z   ozdobną   torbą

przewieszoną przez ramię. Akurat koło niego przejeżdżał Zieleniewski. Nie miał czasu ciąć

pałaszem, ale wyciągnął rękę i chwycił mężczyznę za kołnierz. Chciał porwać jeńca. Rosjanin

wyrywał się, a dłoń kapitana ześlizgnęła się na pasek torby i zerwał go zabierając taki łup.

Polacy  całą  noc umykali  pogoni,  aż  dostali   się  do  swoich.  Zieleniewski  osobiście

przekazał torbę generałowi Zajączkowi. Były tam rozkazy rosyjskiego dowództwa do atamana

kozackiego Matwieja Płatowa.

-   Widzisz,   kogoś   miał   na   postronku?   -   śmiał   się   generał,   pokazując   pisma

Zieleniewskiemu.

- Następnym razem nie ucieknie - odparł kapitan.

Na początku lipca 1807 roku podpisano pokój w Tylży, a dwa tygodnie później, w

background image

Dreźnie, Napoleon podyktował konstytucję Księstwa Warszawskiego. Zieleniewski nie brał

udziału przy tworzeniu wojsk Księstwa Warszawskiego, nie walczył w Hiszpanii w 1808 ani

w wojnie z Austrią w 1809 roku.

Jesienią 1807 roku razem z szamanem odpłynęli za ocean. Kapitan wrócił po czterech

latach   i   z   jego   notatek   nie   wynika   nic   konkretnego,   co   przez   ten   czas   robił.   Napisał

lakonicznie:  „Studia   indiańskie”.   Po   powrocie   natychmiast   udał   się   do   Warszawy.   Tu

przywitano   go   nieufnie.   Po   pierwsze,   przez   te   lata   wielu   Polaków   wróciło   do   domów   i

wiedziano,   że   Zieleniewski   zginął   w   obronie   miasteczka   na   San   Domingo.   Uwierzono

opowieści Zieleniewskiego, ale nieufność pozostała. Po drugie, nikt nie wiedział, co kapitan

robił   przez   ostatnie   cztery  lata,   a   jego   pobyt   u   Indian   traktowano   jako   wyraz   totalnego

dziwactwa. Jakiś czas Zieleniewski zarabiał na życie leczeniem przy pomocy ziół, naparów,

specjalnych   okładów   i,   jak   wówczas   mówiono,  „praktyk  magicznych”.   Jeden   z   oficerów

francuskich, usłyszawszy z jak sławnym wojownikiem ma spotkanie, załatwił mu audiencję u

marszałka Murata. Ten, pamiętając nieco zuchwałego polskiego oficera, przyjął go do siebie

na służbę.

W czasie kampanii 1812 roku Zieleniewski dowodził już dwiema setkami huzarów i

dragonów.   Jego   zadaniem,   zwłaszcza   jesienią,   było   zwalczanie   podjazdów   rosyjskich,

zwanych partyzantką. W tym też czasie ponownie spotkał atamana Matwieja Płatowa, czemu

poświęcił więcej miejsca w swym pamiętniku.

Otrzymawszy informację, że na konwój Wielkiej Armii, w którym miały jechać damy

i dobra oficerów, zaczaił się oddział kozacki, Zieleniewski postanowił zorganizować zasadzkę

na  „kozunów”. Tak Polacy nazwali Kozaków, bo samo słowo  „Kozacy”  doprowadzało do

paniki w szeregach francuskich.

Była ciemna październikowa noc. Drobny śnieg zacinał, tworząc pryzmy sypkiego jak

piasek   śnieżnego   pyłu.   Latem   okolica   uraczyłaby   widokiem   żyznych   pół   porośniętych

zbożami. Teraz była to tylko biała pustynia, przez którą z trudem przebijała się karawana

kilkudziesięciu wozów z osłoną zaledwie stu strzelców konnych. Kawalkada zbliżała się do

zagajnika, który długim językiem wchodził na drogę. Tam dowódca grupy postanowił zrobić

postój. Tam też między drzewami czaili się Kozacy. Dłońmi zakryli chrapy końskie, by nie

prychały, a sami nakryli się kocami zakrywającymi i pyski rumaków, by para oddechów nie

zdradziła pozycji.

Zieleniewski   w   jasnym   kożuchu   leżąc   w   zaspie   obserwował   Kozaków.   Widział

ciemne   kształty   ukryte   między   drzewami.   Końskie   łydki   drgające   na   zimnie,   gdy

wierzchowiec   i   jeździec   leżeli   w   śniegu.   Kapitan,   teraz   awansowany   do   stopnia

background image

podpułkownika widział także na horyzoncie oddział Kozaków ze spisami, gotowych do szarży

śladem karawany.

Strzelcy Zieleniewskiego byli rozłożeni szerokim łukiem za linią kozackiej zasadzki w

lesie. Oficer przyłożył twarz  do kolby karabinu i namierzył swój cel. Gdy straż przednia

francuskiej   grupy  była  pięćdziesiąt   metrów  od   lasu,   Zieleniewski  wystrzelił,   a  w   ułamku

sekundy po nim blisko setka strzelców. Zaraz zza szczytu wzgórza wyjechała druga setka

prowadząc   luźne   konie.   Ludzie   Zieleniewskiego   wskoczyli   na   rumaki   i   szturmowali   las.

Kozacy w zagajniku uciekali, ile tylko konie miały sił w kopytach. Zieleniewski dał rozkaz do

zwrotu i ruszenia przeciw konnym, którzy czaili się za konwojem, a teraz gnali jego śladem

skuszeni odgłosami strzałów i łatwej zdobyczy. Zieleniewski widział strach i ulgę malujące

się na twarzach Francuzek i francuskich żołnierzy. Część jego ludzi miała długie karabiny do

strzelania w pozycji pieszej i krótkie, kawaleryjskie karabinki do oddania salwy w galopie.

Zieleniewski zagrał na gwizdku umówioną wcześniej melodię i w stronę kozackiej formacji,

która   skonsternowana   zwalniała   biegu,   runęła   fala   ołowianych   kuł   wystrzelonych   przez

kawalerzystów. Z ciemnej masy rozległy się jęki, rzężenia koni i pojedyncze strzały. Kozacy

postanowili   czmychnąć   w   obawie   przed   walką   z   dobrze   zorganizowanym   oddziałem

francuskich kawalerzystów.

- Za nimi! - Zieleniewski wydał rozkaz.

Po pół mili Kozacy rozdzielili się. Kawalerzyści wiedzieli, co mają robić. Huzarzy

mieli  ścigać mniejszą grupę, a dragoni  razem  z Zieleniewskim  większą.  Po  kolejnej  mili

Kozacy   ścigani   przez   Zieleniewskiego   znowu   się   rozdzielili.   Tym   razem   podpułkownik

poprowadził oddział tylko za jedną grupą Kozaków. Doskonale wiedział, do czego prowadzi

taktyka Kozaków. Rozdzielaniem się mieli rozciągnąć siły przeciwnika na  dwie przeciwne

strony, a tylko środkowa grupa szła do większego zgrupowania wroga, by ściągnąć posiłki,

które bez trudu niszczyły ścigających. Uciekające grupki Kozaków z góry miały umówione

miejsca zasadzek.

Podejrzenia Zieleniewskiego potwierdziły się gdy „Jego” Kozacy zaczęli się nerwowo

zachowywać, strzelać za siebie.

- Szybciej! - krzyknął Zieleniewski wyciągając pałasz.

Dopiero teraz dobrze odżywione dragońskie rumaki pokazały swą siłę. Podpułkownik

bardzo dbał o konie, bardziej niż o ludzi, bo to wierzchowce mogły uratować kawalerzystów

na wielkich przestrzeniach Rosji. Kozackie koniki były wytrzymałe i silne, ale na krótkim

dystansie   w   galopie   z   dragońskimi   olbrzymami   nie   miały   szans.   Dragoni   w   kilka   minut

dopadli   Kozaków   i   choć   ci   stawiali   opór,   zostali   wyrżnięci.   Zieleniewski   złapał   jednego

background image

Kozaka   i   grzmotnął   go   w   głowę   rękojeścią   pistoletu.   Potem   ukląkł   nad   nieprzytomnym

wrogiem i wlał mu do ust. trochę jakiejś ziołowo pachnącej mikstury.

- Pułkownik czary czyni! - szeptali podnieceni dragoni.

Po kilkunastu minutach Kozak ocknął się i bez torturowania opowiedział wszystko

Zieleniewskiemu. Na nazwisko Matwiej Płatów oczy oficera zalśniły.

- Nikt nie uszedł? - Zieleniewski zapytał dragonów.

- Skąd, panie pułkowniku! - zapewniali go.

- Dobrze, sprowadźcie tu huzarów - rozkazał.

Zaraz też jeden z dragonów założył na karabin prymitywny garłacz i wystrzelił w

niebo rakietę, która rozbłysła fontanną srebrzystych iskier. Jeszcze dwa razy powtórzył ten

manewr, aż ujrzał na niebie podobny znak.

- Już jadą - zameldował pułkownikowi.

Kozak zasnął, a pułkownik przywiązał mu do ręki uzdę końską i przykrył go derką.

Po godzinie rozległ się tętent kopyt i na szlaku wśród śniegu pokazali się huzarzy.

Zieleniewski na ich widok wskoczył na swojego konia i zebrał oficerów wokół siebie.

Wypoczęci   dragoni   ruszyli   pierwsi,   bo   musieli   objechać   obóz   kozacki   we   wsi.

Huzarzy chwilę odpoczęli, a potem powoli ruszyli ku zabudowaniom w niecce wśród wzgórz.

Kozacy wzięci w dwa ognie, dysponując podobną liczbą ludzi jak oddział Zieleniewskiego, w

pierwszym szturmie stracili połowę. Reszta zaszyła się w domach i stamtąd próbowała bronić

się. Dragoni szybko chwycili szczapy drewna z ognisk na dworze i rzucali je na strzechy

zabudowań. Gdy tak dopełniła się masakra  pierwszych kilkunastu Kozaków, na środek wsi

wyszedł   oficer   w   czerwonych   spodniach,   jasnozielonym   surducie,   niebieską   wstęgą

przerzuconą przez  pierś i wysokiej futrzanej czapie z suknem w kolorze spodni i białym

piórem ha czole. U boku wisiała mu zdobiona szabla kozacka.

- Stop! - krzyknął Zieleniewski do swoich żołnierzy.

Nad wsią zapanowała cisza. Od czasu do czasu zakłócały ją odgłosy trzaskających w

ogniu przemarzniętych bali z podpalonych chałup.

- To ty?! - Kozak na placu przyglądał się Zieleniewskiemu.

- To znowu ja - dumnie odpowiedział Polak.

- Na tej ziemi - zaproponował ataman.

- Tak - zgodził się Zieleniewski.

Stawką   pojedynku   było   życie   Kozaków.   Jeśliby   ataman   wygrał,   Francuzi   mieli

odjechać. Gdyby przegrał, jego ludzie mieli iść w niewolę.

Oficerowie   stanęli   naprzeciw   siebie.   Skrzyżowane   szabla   i   pałasz   błysnęły   w

background image

powietrzu. Zalśniły na żółto zabarwione od ognia. Zaraz potem świsnęło i zgrzytnęło. Kozak

atakował, ale został zablokowany. Ataman z trudem powstrzymywał ataki potężnego pałasza

Zieleniewskiego.   Kozak   postanowił   prowadzić   wojnę   manewrową   i   zaczął   skakać   wokół

Polaka.   Było   to   jak   kogucie   dokazywanie   przy  psie   podwórkowym   obciążonym   ciężkim

łańcuchem. Widzowie nie mogli pojąć, kto tu ma przewagę. Kozacy raz gotowi byli krzyczeć

z radości, raz żegnali się znakiem krzyża.

Nagle monotonną  melodię  zgrzytu krzyżujących się  ostrzy przerwało  westchnienie

widzów. Krew bluznęła szeroką falą na śnieg. To pułkownik trzymał się za brzuch. Dragoni

wściekłym wzrokiem mierzyli w atamana, aż w nagłej ciszy rozległy się pojedyncze odgłosy

odwiedzionych kurków karabinków. Szykowała się rzeź.

Zieleniewski   usłyszał   to.   Popatrzył   w   łagodne   oczy   atamana,   na   jego   zadziornie

zawinięte wąsiska. Teraz Kozak dumny ze zwycięstwa lękał się o los swoich ludzi. Jeden

pojedynek mógł się przerodzić w bitwę, z której mało który Kozak wyszedłby żywy.

- Dość, niech idą! - krzyknął Zieleniewski.

Kozacy, widząc, że huzarzy i dragoni mają zamiar wykonać rozkaz, wsiedli na konie i

czym   prędzej   odjechali.   Dragoni   ułożyli   pułkownika   w   izbie   do   niedawna   zajętej   przez

Płatowa.

- Bierzcie skarby i musimy uciekać - powiedział Zieleniewski. - Może niedługo umrę,

a wy musicie uratować się z Rosji. Zbierajcie złoto, które Kozacy tu zostawili, i w drogę.

Zieleniewski   miał   rację.   Kozacy  nachapali   się   złota   w   czasie   rajdów  na   konwoje

francuskie. Były tam i cenne precjoza z cerkwi, ramy ikon, biżuteria bogatych mieszczek

moskiewskich  i żon  francuskich oficerów. Każdy żołnierz obłowił  się  sporym mieszkiem

drogocennych kamieni, pierścieni, bransolet, naszyjników i monet francuskich i rosyjskich.

Pułkownika ułożono na dwukołowym lekkim wózku zaprzęgniętym w dwa konie, z

drugimi dwoma zapasowymi. Zieleniewski nałożył sobie opatrunek i zawinął się w zdobyczne

futra. Dragoni nie mogli pojąć, jak to się stało, że ich dowódca przez następne trzy dni nie

ruszył się wcale, leżał jak trup. Potem wstał, wychudły, ale w pełni sił.

Po   drodze   do   granic   Polski   mieszki   zdobycznego   dobra   znacznie   uszczupliły  się.

Każdy   kęs   mięsa,   kubek   wina,   kawałek   chleba   był   droższy   od   złota.   Żydzi,   właściciele

karczm,  zbijali  fortuny.  Podpułkownik  brał  udział  w  walkach  nad  Berezyną  i  tam  dostał

postrzał w pierś. Znowu wylądował na wozie i kilku ostatnich dragonów z jego formacji

zawiozło go do szpitala, do Pułtuska.

Dalej natykamy się na kolejne enigmatyczne zapiski. Z Zieleniewskim musiało być

bardzo źle.  Pisał niestarannie, kierował te słowa do szamana. Poinformował go, że ukrył

background image

rosyjski  łup  tam,   gdzie  razem  spędzili  wiele  czasu,   w  miejscu  „przymierza  boga białego

człowieka”. Potem są jeszcze  tylko dwa zapiski. Jeden na pokładzie statku płynącego do

Ameryki, drugi opisujący pojedynek z niedźwiedziem, śmiertelną ranę i to wszystko.

***

Powoli świtało, gdy kończyłem opowieść. Bytesowi i Pawłowi kleiły już się oczy, tak

im się chciało spać, ale wytrzymali do końca.

- Porozmawiamy jutro - zaproponowałem.

- Nie, nie - Bytes zamachał rękoma. - Zaplanujmy nasze poczynania już teraz. Dziś

przylatuje syn z narzeczoną, muszę im powiedzieć, gdzie mnie szukać.

- Wiemy, że mapa dotyczy skarbu na San Domingo, co jest poza naszym zasięgiem -

mówiłem. - Pozostaje nam szukanie skarbu ukrytego na naszych ziemiach, o ile Zieleniewski

nie zabrał go jadąc do Ameryki.

- No tak - Bytes smutno pokiwał głową.

- Chodzi tu o miejsce „przymierza boga białego człowieka”, więc powinniśmy szukać

czegoś   związanego   nazwą   z   Biblią.   Po   drugie,   muszą   to   być   rejony,   w   których   bywali

Zieleniewski i szaman. Z informacji zawartych w pamiętniku wynika, że obaj mieli chwile

odpoczynku w Pułtusku, Ostródzie i nad rzeką Omulew. Sądzę, że chodzi o Pułtusk.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

NA WOJENNYM SZLAKU ZIELENIEWSKIEGO • TAJEMNICZE KAMIENIE ZE

ZNAKAMI • WARMIŃSKA LEGENDA O DIABLE • PRZYJAZD BRUCE’A I JEGO

NARZECZONEJ • NOCNA TAJEMNICA

Obudziłem  się w porze obiadowej. Pawła i Amerykanina już nie było. Wyjrzałem

przez okno, by zobaczyć, jak stoją nad brzegiem jeziora zapatrzeni na wyspę. Obok nich była

Poetka, gospodyni pensjonatu. Nic nie zmieniła się od czasu, gdy widziałem ją tu w pełni lata,

nieco rozmarzoną, z uważnym spojrzeniem. Była średniego wzrostu, miała długie, prawie do

pasa, proste kasztanowe włosy i badawcze spojrzenie świdrujące człowieka spod grubych,

ciemnych brwi.

Paweł trzymał ręce w kieszeniach kurtki z amerykańskiego demobilu i skurczony jak

zmarznięty kot podskakiwał w miejscu. Bytes w kapeluszu i kowbojskiej skórzanej kurtce stał

i palił cygaro. Poetka w puchowej kurtce i grubej wełnianej czapce nie słuchała rozmowy

mężczyzn.

Szybko umyłem się, ogoliłem i ubrałem. Założyłem palto i wybiegłem na dwór.

- Dzień dobry, ale ziąb! - przywitałem wszystkich.

- Prawie jak na Alasce - potwierdził Bytes. - Jedziemy na poszukiwania?

- Rosynant zapali? - zwróciłem się do Pawła.

- Już sprawdzałem, wszystko jest w porządku - odpowiedział.

-   Wieczorem   odbierzemy   syna   i   narzeczoną   z   dworca   w   Olsztynku.   Przyjadą

wieczornym ekspresem z Warszawy - rzekł Bytes. - Już wszystko sprawdziłem. Powinniśmy

zdążyć pojechać nad Omulew i wrócić.

- Obawiam  się,  że  powinniśmy pojechać dalej na wschód - odparłem - Ruszajmy

natychmiast, jeżeli chcemy zdążyć przed zmrokiem.

- Przygotowałam termos z kawą i kanapki - powiedziała Poetka.

- Wspaniała kobieta, szkoda, że mężatka - westchnął Bytes patrząc za nią.

Szybko zapakowaliśmy się do Rosynanta. Paweł prowadził. Wyjechaliśmy na trasę  E-

7 w Rychnowie.

- Dokąd teraz? - zapytał Paweł.

- Do  Giław  -  odpowiedziałem.   -  Do wsi,   w  której  zatrzymał  się ataman Matwiej

Płatów. Jedź do Olsztyna, potem do Barczewa, a stamtąd na południe.

background image

- Czemu wskazujesz Giławy jako interesujące nas miejsce? - dziwił się Bytes.

-   Po   bitwie   pod   Iławką   Pruską   nad   Omulwią  stał   korpus   obserwacyjny  generała

Zajączka - tłumaczyłem. - Wśród sześciu-siedmiu tysięcy Polaków był i Zieleniewski. Po

marcowym  rajdzie   Murata   w   kierunku   Pasymia,   w   tamtym   rejonie   zatrzymał   się   ataman

Płatów.

-   Czy  nie   było  tak,  że  Zieleniewski   był  w   Ostródzie   u  Napoleona,   skąd   razem   z

Muratem ruszył na rajd, a potem został z rodakami? - przypuszczał Paweł.

- Tak - przyznałem. - Od samego początku podejrzewałem, że tak było. Otóż, Płatów

już 18 marca rozlokował swoje siły w ten sposób, że pułk kozacki znalazł się w Giławach.

Jego zadaniem było patrolowanie brzegów Pisy od Kośna do Barczewa, cztery pułki były w

Pasymiu,   a   kolejne   cztery   w   Szczytnie.   Sam   ataman   zatrzymał   się   w   Grzegrzółkach,   a

huzarów i część lekkiej artylerii umieścił w Dźwierzutach. Wreszcie 13 maja Kozacy znieśli

polski posterunek w Małdze, a po tym fakcie Zieleniewski poprowadził kontratak. Gdzie, nie

wiemy.

Potem Płatów ruszył do ofensywy, a rosyjskiemu generałowi Bennigsenowi udało się

wyprzeć francuskiego marszałka Neya z Dobrego Miasta, lecz wkrótce sam uciekał przed

Francuzami i ostatecznie został pobity pod Frydlandem. Oddziały generała Zajączka w tym

czasie   wędrowały   na   Ostródę,   potem   na   Sępopol,   gdzie   połączyły   się   z   dywizją

Dąbrowskiego.   Zadaniem   Polaków   było   osłanianie   odwrotu   Francuzów   i   przecięcie   linii

komunikacyjnych do Grodna. Dwa dni po bitwie pod Frydlandem,  14 czerwca 1807 roku

dywizje  generałów  Zajączka   i  Dąbrowskiego  dostały rozkaz   marszu  na   Grodno.  I  tak 19

czerwca ruszyła kawaleria, a potem piechota i artyleria dowodzone przez Dąbrowskiego. Tego

samego   dnia   polskie   wojska   dotarły   do   Garbna,   a   w   następnym   dniu   zajęły  Kętrzyn.   Z

Kętrzyna   obie   dywizje   ruszyły   do   Giżycka   (Leca)   gdzie   zaplanowano   jednodniowy

odpoczynek. Podjazdy wysyłano aż do Ełku, Olecka, Augustowa i Rajgrodu. Przedstawiciele

władz Lecą witali obu generałów u wrót miasta. Obaj Polacy obiecali, że będą bronić miasta i

chronić mieszczan przed wojskowym hultajstwem. Mimo natłoku wojska, w mieście panował

porządek.   Generał   Zajączek   zajął   kwatery   w   mieście,   a   generał   Dąbrowski   na   zamku.

Następnego  dnia   Polacy  z  Giżycka  odeszli  na  wschód.  W   czasie  rokowań  w   Tylży obaj

generałowie rozłożyli swe wojska na leża w okolicach Gołdapi. Po podpisaniu pokoju na

początku lipca Polacy skierowali się na południe do Modlina.

- Z tego co pan mówi, wynika, że możemy rozciągnąć poszukiwania na całe Mazury -

zauważył Paweł.

-   Chyba  nie   -   odparłem.   -   Po   pierwsze,   upieram   się   przy  tym,   że   skrytka  jest   w

background image

Pułtusku. Po drugie, w czasie pobytu w szpitalu Zieleniewski miał czas, żeby schować łup.

- Gdzie w Pułtusku był szpital? - odezwał się Bytes.

- Sprawdzimy, jak wrócimy do „Muzy” - rzuciłem wściekły na siebie, że wcześniej na

to nie wpadłem.

Mimo  niesprzyjającej pogody, szybko dojechaliśmy do Barczewa.  Dopiero za  tym

miasteczkiem drogi były pokryte językami śniegu, śliskiego, wyświechtanego przez wiatry.

Giławy były wsią średniej wielkości z domami rozrzuconymi wokół skrzyżowania. Paweł

odruchowo   skręcił   pod   kościół.   Był   to   typowy   przykład   pseudogotyckiej,   warmińskiej

architektury sakralnej, salowej z masywną wieżą. Przyglądaliśmy się budynkowi z czerwonej

cegły, próbując odgadnąć, czy jest tu skrytka.

- Ile ma lat? - zapytał Bytes.

- Pochodzi z końca XIX wieku - ocenił Paweł.

- Poszukajmy proboszcza - zaproponowałem.

- Może jeszcze obejrzyjmy kościół - poprosił Paweł.

Najpierw   obeszliśmy   go   dokoła.   Na   polnym   kamieniu   podmurówki   od   strony

cmentarza, na zboczu wzgórza Paweł dostrzegł dziwny znak. Było to kilka, na razie nic nie

mówiących kresek. Mój podwładny starannie przerysował je do notesu.

Nowy   proboszcz   nie   znał   dobrze   historii   parafii   i   skierował   nas   do   swojego

poprzednika,   który   emeryturę   postanowił   spędzić   w   sąsiedniej   wsi.   Po   kwadransie

zajechaliśmy pod zwykły wiejski  domek pokryty szarym tynkiem, z  czerwoną dachówką.

Zapukaliśmy do drzwi. Jak to w zimie na wsi bywa, nikt nie spodziewa się gości i trzeba

dłuższą chwilę odstać, nim ktoś w środku zareaguje. Jakoż i po minucie w drzwiach stanął

niski, starszy mężczyzna.

- Pochwalony... - odpowiedział na nasze „dzień dobry”.

- My w sprawie Płatowa... - zaczął Paweł.

- Chodzi nam o historię Giław - uzupełniłem. 

- No, wchodźcie - staruszek zaprosił nas do środka.

Weszliśmy do ładnie umeblowanej kuchni z nowoczesnymi urządzeniami. Gospodarz

zagrzał nam herbaty i postawił przed nami szklanki w metalowych koszykach.

- Co panów do nas sprowadza? - zapytał.

- Jesteśmy z Ministerstwa Kultury i Sztuki... - chciałem nas przedstawić.

- A, to pewnie panów interesuje historia polskiej szkoły w okresie międzywojennym -

staruszek pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Nie, trochę starsze historie - przyznałem.

background image

Opowiedziałem   emerytowi   o   najeździe   polskiego   oddziału   Zieleniewskiego   na

Płatowa.

- Ale ten stał w Grzegrzółkach - zauważył nasz rozmówca.

- Właśnie nie wiemy, czy chodzi o Giławy, czy o Grzegrzółki - powiedziałem.

- Przy kościele jest taki kamień z dziwnymi znakami - Paweł sięgnął po notatki.

- Kościół wybudowano w 1894 roku, ładny, duży - staruszek kiwał głową. - Kamień?

Był tam taki dziwny. Starzy Warmiacy mówili, że diabelski, ale nie znam szczegółów.

- Mieszka tu jakiś Warmiak, który zna tę legendę? - pytałem.

- Pojedziecie tą drogą za przystankiem i dojedziecie prosto na podwórze do Freitaga -

poinformował   nas   staruszek.   -   Dawniej   to   on   się   nazywał   Piątkowski,   zupełnie   jak   w

„Archipelagu ludzi odzyskanych” Newerly’ego.

- Dziękujemy za informacje - pożegnałem gospodarza.

Szybko dojechaliśmy Rosynantem do domu Freitaga. Trzeba przyznać, że wybudował

dom w uroczym miejscu. Na górce porośniętej sosnami, nad jeziorkiem, kilometr od szosy.

Budynki  gospodarcze   były  ustawione   w   kwadrat   z   dwiema   bramami.   Wjechaliśmy  przez

jedną.   Ponad  siedemdziesięcioletni   Warmiak   stał  na   rusztowaniu,  palił  skręta  z   ciemnym

tytoniem i oglądał niedawno położony tynk.

- Taki pych - usłyszeliśmy, gdy wysiadaliśmy.

Gospodarz   mówił   po   polsku   z   dziwnym,   twardym   akcentem,   kojarzącym   się   z

językiem niemieckim. To była gwara warmińska.

- Ułożyłem tego baranka na ścianę, a za dwa dni nadszedł lód i tyraz cholyra patrzu,

czy mi wszystkiego nie wysadzi.

Wyjaśniliśmy Freitagowi, po co przyjechaliśmy. Zszedł do nas i zaprosił do środka.

- Hela, rób herbata i szkło! - zawołał przechodząc koło sieni.

W   domu   pachniało   świeżością   i   lśniło   czystością.   Przelotem   zauważyłem   typową

makatkę w kuchni ze scenką rodzaj ową i nieczytelnym już napisem w języku niemieckim.

Hela była żoną Freitaga, zadbaną, uśmiechniętą kobietą w okularach. Mimo że stała w kuchni

i gotowała, w przeciwieństwie do typowych Polek nie miała cierpiętniczej miny.

Freitag wyjął ze starego kredensu pękatą butelkę z nalewką wiśniową. Widząc, że

żona nieprędko przyjdzie, sam wyjął kieliszki i nalał nam po solidnej porcji. Paweł odmówił,

bo prowadził Rosynanta. Kierowany grzecznością łyknąłem ognistego płynu. Bytes wychylił

zawartość i sapnął zadowolony.

- Boskie! - zawołał.

Nim Hela Freitag przyniosła herbatę, musiałem pośredniczyć jako tłumacz pomiędzy

background image

Bytesem i Freitagiem. Amerykanin próbował namówić Warmiaka na zdradzenie receptury

albo przynajmniej zorganizowanie produkcji tego trunku. Stanęło na tym, że Bytes zamówił

dwie butelki.

- Z tym kamieniem to było niby tak, że pewnej nocy, gdy Napoleon nawiedził Prusy,

czerwony diabeł sprowadził tu Francuzów - opowiadał Freitag. - Jeden chłop z Giław, gdy

jechał na targ do Pasymia, stanął napić się wody ze strumyka w lesie. Wtedy uwidział go ten

diabeł. Prawdziwy, czerwony! Nawet kolorowe znaki miał na twarzy, takie paski, jak bruzdy

wydrapane pazurami. Fanfaron w sierść wplótł sobie pióra, na szyi miał korale jak kobieta.

Chłop niegłupi i żegna się. A tamten mówi do niego po polsku „Gdzie jedziesz?”. Chłop, że

na targ kury wiezie. Diabeł poszedł do wozu, a chłop widzi, że tamten u pasa ma przewiązane

ludzkie czaszki. Bies popatrzył na gdaczące towarzystwo, pokiwał głową i zaproponował grę

w karty. Chłop bał się, a tamten nabił fajkę i patrzył na niego trzymając rękę na siekierze, co

pewnie nią te głowy obciął. Zagrali i chłop przegrał. Chciał oddać wóz, byle diabeł duszy mu

nie zabierał, a tamten wyrysował patykiem na ziemi jakieś znaki i mówi, żeby chłop to na

kamieniu wykuł i w środku wsi postawił jako znak, że ten diabeł tu był i kościoła tam być nie

może.  Chłop  obiecał, ale słowa nie  dotrzymał.  Potem  ten diabeł przyprowadził  żołnierzy

francuskich,   co   chcieli   wieś   spalić,   ale   tylko   cud   jakiś   ją   uratował.   Chłop   uznał   to   za

ostrzeżenie i polecenie diabła spełnił. Niestety, gdy kościół budowano, starego chłopa już nie

stało, by ludzi ostrzec. Głaz pod kościół postawiono, aż dnia pewnego, dwadzieścia lat po

rozpoczęciu   budowy,   Kozacy   wieś   najechali.   Tak   do   dziś   co   dwadzieścia   lat   jakieś

nieszczęście wieś nawiedza. Ostatnio to chcieli szkołę zamykać. A wiecie, że takich kamieni

w okolicy było więcej? Ktoś  mówił, że oznaczały granicę pomiędzy Warmią i Mazurami.

Teraz te kamienie znikają, może ktoś ustawia je sobie w ogródku?

Słuchając opowieści wiedzieliśmy, że tym czerwonym, z malunkami i piórami, który

sprowadził Francuzów mógł być nasz szaman. Resztę legendy należało chyba traktować jako

przypowiastkę   umoralniającą,   że   za   złamanie   słowa   czeka   kara.   Kto   wie,   czy   tego

wszystkiego nie wymyślił chłop, który stracił wóz zarekwirowany przez wojsko.

Warmiak   poinformował   nas,   że   w   Grzegrzółkach   nie   znajdziemy  żadnych  śladów

wydarzeń sprzed dwustu lat. Ucieszyło mnie to, bo zbliżała  się pora przyjazdu pociągu z

synem Bytesa na dworzec w Olsztynku, więc mieliśmy mało czasu. Pożegnaliśmy Freitaga i

czym prędzej pojechaliśmy do Olsztynka. Bytes ściskał pod pachami butelki z nalewką, za

które zapłacił sporą sumkę. Gospodarz długo się wzdragał, ale stanowczość Amerykanina

zwyciężyła.

- Pawle, te rysunki musisz pokazać naszej pani antropolog - powiedziałem, gdy już

background image

jechaliśmy na dworzec. - Jak zwykle, w każdej legendzie ukrywa się ziarno prawdy.

Byliśmy minutę po zaplanowanym czasie przyjazdu pociągu, ale i tak okazało się, że

ekspres spóźni się z powodu śnieżycy aż o godzinę. W milczeniu siedzieliśmy w Rosynancie i

słuchaliśmy prognozy pogody.

- Panie Tomaszu, może to wzgórze za kościołem... - nagle zwrócił się do mnie Paweł.

- Też tak przez moment myślałem, że może o to chodzić - przyznałem. - Pochówek,

wędrówka   duszy  do   nieba   jako   ostateczne   związanie   się   z   Bogiem.   Zauważ,   że   kościół

wybudowano pod koniec XIX wieku, z tego samego okresu pochodzi zapewne przykościelny

cmentarz.

- To co robimy?

- Pawle, prognozy pogody zapowiadają mrozy, śnieżyce. Jutro jedziemy do Ostródy,

zbadamy teren i wracamy do Pułtuska. Jestem przekonany, że tam trzeba szukać rozwiązania

zagadki.

- Czemu? - zdziwił się Bytes.

-   Zieleniewski   przybył   do   szpitala   w   Pułtusku   zapewne   na   przełomie   listopada   i

grudnia, prędzej w grudniu. Czy chciałoby mu się przedzierać na północ, by schować mieszek

ze zdobyczą? Zimy wtedy były tęższe, a drogi i warunki podróży gorsze.

- To po co nam ta Ostróda? - pytał Paweł.

- Nie można zostawić w tyle żadnego śladu.

Nareszcie na dworzec wjechał spóźniony pociąg. Natychmiast w tłumie wypatrzyliśmy

dwoje ludzi. Bruce’a już znaliśmy, ale nie spodziewałem się, że na naszą prawie arktyczną

zimę założy tylko krótką kurteczkę, jak na narty w słonecznych Dolomitach. Towarzyszyła

mu śliczna, wysoka dziewczyna o kasztanowych włosach związanych w koński ogon. Miała

ciemne oczy, wystające jak u Indianki kości policzkowe i ciemniejszą karnację skóry. Do tego

jej   pełne   usta   co   chwila   rozchylały   się   w   słonecznym   uśmiechu.   Była   chyba   lepiej

wysportowana niż Bruce. Nie zważając na mróz, na który założyła kożuszek do pół uda,

chwyciła torby podróżne. Bruce trzymał pod pachą torbę z laptopem i był chyba zgrabiały z

zimna. Zauważyłem, że narzeczona Bruce’a wyjątkowo serdecznie przywitała się z ojcem.

Złożyłem to na karb amerykańskich obyczajów.

- To Alison McLooking - przedstawił nam ją Bytes.

Z   bliska   wydawała   się   jeszcze   piękniejsza.   Mogła   mieć   około   trzydziestu   lat,   ale

wyglądała  o  wiele  młodziej.   Widziałem  po   minie   Pawła,  że   od  razu   wpadła   mu  w  oko.

Pobiegliśmy do samochodu i wróciliśmy do „Muzy”.

Gospodyni czym prędzej podała gorący posiłek. Pokrótce opowiedzieliśmy Alison i

background image

Bruce’owi historię przygód Zieleniewskiego i szamana.

- Jak nazywał się ten szaman? - zapytała Alison.

- Słoneczny Wilk z plemienia Czirikaua - odpowiedziałem. 

Dziewczyna zamyśliła się.

- Znasz to imię? - dopytywał się Paweł.

Alison trwała z głową odchyloną, a gdy zwróciła wzrok w moją stronę, na moment w

jej oczach ujrzałem spojrzenie innego człowieka, starego, zmęczonego.

- To przyjaciel Tecumseha - odpowiedziała. - Tego, który w przymierzu z Anglikami

walczył ze Stanami Zjednoczonymi. Z opowieści Indian, z którymi się spotykałam, wynika, że

towarzyszył   mu   szaman,   nie   jego   brat-czarownik   Tenskwatawa,   ale   ktoś   inny.   Ten   ktoś

towarzyszył   mu   do   śmierci   w   bitwie   z   Amerykanami.   Potem   wszelki   ślad   po   szamanie

przepadł. Czytałam też w starych amerykańskich dokumentach, że około 1810 roku u Indian

był biały człowiek zza morza, który zajmował się szamanizmem i szkoleniem wojskowym.

Mógł to być wasz Zieleniewski.

- Po co Zieleniewski mógł pojechać do Stanów? - wypytywał Paweł.

- By dopełnić wizji - odparła Alison. - Interesuje was szamanizm?

- Tak - odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.

Tylko Bruce skrzywił się, pewnie miał dość tego tematu przy każdym spotkaniu.

- Musicie zrozumieć pewne pojęcia  -  Alison chwyciła udko kurczaka i ogryzając je

wymachiwała nim jak dyrygent batutą. - Dla wielu postronnych obserwatorów czarownik i

szaman niczym się nie różnią. Czarownik zajmuje się, nazwijmy to tak, bardziej ludzką stroną

magii. Biały czarownik leczy, czarny czarownik szkodzi i rzuca uroki. Szaman jest ponad

tym. Owszem leczy i rzuca uroki, ale jego królestwem jest to, co w naukowych kategoriach

można by nazwać egzotycznym aktorstwem. Przez sugestywny i ekscytujący rytuał wywołuje

wizje u siebie i widzów.

- Hipnoza? - wtrącił się Paweł.

- Zbyt trywialne - Alison wydęła wargi. - Białemu człowiekowi wychowanemu w

chrześcijańskiej   tradycji   trudno   to   zrozumieć.   W   szamanizmie   jest   wiele   z   tego,   co

moglibyście   określić   mianem   prymitywnych   kultów   przyrody,   ale   poza   prymitywnym

dostrzeganiem duszy w każdym elemencie przyrody jest coś więcej, system wartości, głęboka

wiara i styl życia. Szamani zakładający skóry zwierząt, naśladujący ich głosy i śpiew ptaków

wierzą, że mogą w transie latać, stać się wilkiem, niedźwiedziem, czym zechcą. Nie ma w tym

żadnego oszustwa ani szaleństwa, oni po prostu w to wierzą.

- A ty? Wierzysz w to? - zapytałem.

background image

Znowu w oczach Alison ujrzałem to coś tak dziwnego.

- Każdy szaman ma swoją wizję - mówiła. - Każdy dąży do jej spełnienia. Jeżeli wizja

każe   mu   walczyć,   walczy,   jeżeli   każe   wędrować,   wędruje.   Jeżeli   przełożymy   to   na

współczesny język i powiemy ludziom: „Róbcie to, co wam serce podpowiada”, wielu byłoby

szczęśliwych, ale wielu nie. Staliście się niewolnikami cywilizacji. Ona nakłada pewne normy

zachowań, wspólne marzenia o domu, samochodzie, lepiej płatnej pracy.

- Ty nie jesteś niewolnikiem? - drążyłem.

- Czasami udaje mi się spełnić swoją wizję - Alison uśmiechnęła się promiennie.

- Paweł, pokaż Alison te znaki - poprosiłem podwładnego.

Paweł   skwapliwie   skorzystał   z   okazji,   by   przysunąć   się   do   Alison   ze   swoimi

notatkami. Ta oglądała rysunki kilkadziesiąt sekund. Potem zadała pytanie o dokładne ich

położenie na kamieniu. W końcu wyjęła czerwoną szminkę i szybko zaznaczyła z plątaniny

kresek tylko kilka.

Teraz i ja obejrzałem malowidło. Na środku był trójkąt równoramienny odwrócony

wierzchołkiem ku dołowi. Z górnych rogów wyrastały dwie zakrzywione kreski, a wszystko to

było wpisane w sześciokąt, jak plaster miodu, z łukiem z prawej strony.

-   Wredna   klątwa   -   powiedziała.   -   Ziemię   z   tym   kamieniem   będą   nawiedzać

nieszczęścia. Umieszczenie go pod kościołem mogło osłabić działanie czaru. Dużo rys jest tu

przypadkowych. Podejrzewam, że ktoś próbował skuć ten znak.

- To indiańska symbolika? - dopytywałem się. - Czy mógł to zrobić nasz szaman.

- Mógł to zrobić każdy szaman - odpowiedziała Alison.

Nasza dyskusja znudziła Bruce’a, który poszedł na górę spać. My z Pawłem także po

jakimś czasie wróciliśmy do siebie.

Zacząłem czytać książkę o historii Pułtuska, a Paweł wziął prysznic. Zasnąłem przy

lekturze. Obudziłem  się około północy. Na holu piętra słyszałem czyjeś nerwowe szepty.

Postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. Paweł smacznie chrapał, a ja na palcach skradałem się

do drzwi. Nagle zrobiło mi się głupio, bo rozpoznałem, że to rozmawiali Bytes i Alison.

- Dużo jest winien? - pytał Bytes.

- Możesz już szykować książeczkę czekową - odpowiedziała Alison.

- Znowu chodzi za nim ten Moody?

- Tak. Przyjechał za nami do Europy. Był w schronisku i długo rozmawiał z Bruce’m.

Ten mówił, że wkrótce się wzbogaci, będzie miał złoto.

- Smarkacz wyobraża sobie, że zdobędziemy jakiś skarb? 

- A nie? - zdziwiła się Alison.

background image

-  Po pierwsze, chodzi tu o mieszek, a nie o skrzynię złota. Po drugie, ten stary nie

pozwoli nam niczego wywieźć.

- Ty się kogoś boisz?

- Nie boję się, tylko szanuję. Bruce’a najchętniej zaraz bym pasem zdzielił przez...

- Spokojnie. Zakończymy tę sprawę i zajmiemy się długami Bruce’a. Moody dał mu

tydzień na zwrócenie pieniędzy.

- Przegrał to w karty?

-   Towarzystwo   pięknych   kobiet,   drogie   samochody   rozbijane   na   autostradzie

kosztują...

Zdębiałem.   Bruce  był  hazardzistą,   hulaką,  a  Bytes  finansował  fanaberie  syna. Ale

dlaczego Alison tak spokojnie przyjmowała hulaszczy tryb życia narzeczonego?

Nagle w mroku usłyszałem coś co zmusiło  mnie do pochylenia się do dziurki  od

klucza. Tak jest, Alison namiętnie całowała Bytesa!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

W OSTRÓDZKIEJ KWATERZE NAPOLEONA • PAMIĄTKI PO CESARZU

FRANCUZÓW • ZWIEDZAMY ZAMEK W PUŁTUSKU • ZAMKNIĘTE

PODZIEMIA • NAGŁY WYJAZD W SYLWESTRA • W

SIEDEMNASTOWIECZNYCH PIWNICACH • BRUCE W PUŁAPCE •

OTWIERAMY SKRYTKĘ

Następnego dnia więcej uwagi poświęciłem obserwacji zachowania Bruce’a i Alison.

Już przy śniadaniu stwierdziłem, że dziwna z nich para narzeczonych. Widywałem takich,

którzy   dyskretnie   obdarzali   się   czułymi   spojrzeniami   i   uśmiechami,   którzy   ostentacyjnie

dzielili  się każdym kęsem jedzenia, nawet takich, którzy publicznie całowali  się. Bruce i

Alison   siedzieli   obok   siebie   jak   obcy   sobie   ludzie.   Za   to   wyczuwałem   subtelną   nić

porozumienia pomiędzy dziewczyną a milionerem. Może Alison uznała, że starszy Bytes jest

atrakcyjniejszy, nie ma długów z hazardu, a do tego ona ma szansę zostać w miarę młodą i

atrakcyjną   wdową.   Sam   siebie   skarciłem   w   myślach   za   głupie   pomysły   i   podejrzenia.

Zauważyłem, że teraz Paweł nie odrywał oczu od Alison.

„Jeśli nasza współpraca dłużej potrwa, będziemy mieli problem z tymi miłostkami” -

pomyślałem.

- Twoje nazwisko McLooking oznacza irlandzkie pochodzenie? - zapytałem Alison,

gdy jedliśmy śniadanie.

- Tak - odparła uśmiechając się życzliwie. - Ojciec walczył w czasie drugiej wojny

światowej w armii brytyjskiej, a po wojnie skorzystał z okazji i wyemigrował do Stanów. Tam

poznał   moją   matkę.   Moja   mama   ma   w   sobie   przedziwną   mieszankę   krwi   przodków   z

Karaibów i rodowitych mieszkańców Ameryki Północnej.

- Dlatego zajmujesz się szamanizmem? - wypytywałem.

- Dlatego zajmuję się Indianami -  Alison zaakcentowała ostatnie słowo. - Mam w

sobie geny ludzi, którzy byli uciskani. Mieszkańcy Karaibów stali się pierwszymi ofiarami

chrystianizacji i kolonializmu. W ich żyłach płynie mieszanka krwi tubylców i czarnoskórych

niewolników. Indianie walczyli o szacunek i wolność. Historię Irlandczyków też wszyscy

znacie.

- Zostawmy historię i szukajmy skarbu - Bytes przerwał dyskusję.

- Ostróda i Pułtusk czekają!

background image

Spakowaliśmy się i pożegnaliśmy gościnną Poetkę, panią w pensjonacie „Muza”. O tej

porze roku, w zimowej ciszy można było tu odnaleźć prawdziwe natchnienie.

Pierwsze ślady osadnictwa w okolicach Ostródy pochodzą z  II wieku naszej ery. Od

zawsze był to ważny punkt handlowy na Bursztynowym Szlaku. W mieście warto zwiedzić

zamek komtura krzyżackiego, kościół  gotycki pod wezwaniem  świętego Dominika  Savio,

fragmenty   murów   obronnych   z   XIV   wieku.   Około   1270   roku   Krzyżacy   wybudowali   tu

drewniany zamek. W 1329 roku osada saskich kolonistów otrzymała prawa miejska i wtedy

też prawdopodobnie wybudowano murowany zamek. Po bitwie pod Grunwaldem w 1410

roku na krótko zajęły miasto wojska księcia Witolda. W 1454 roku Ostróda przyłączyła się do

Związku Pruskiego, opowiadając się po stronie polskiej, by dziesięć lat później wrócić do

„krzyżackiej macierzy”. W 1639 roku w Ostródzie bawił książę Jan Chrystian na Legnicy i

Brzegu, jeden z ostatnich Piastów, który uciekł tu przed zarażana Śląsku. W Ostródzie zmarła

jego żona.

Z Ostródy można popłynąć Kanałem Ostródzko-Elbląskim do Elbląga. To wycieczka

warta każdej ceny, prowadząca przez urocze tereny, umożliwiająca przepłynięcie na Jeziorak.

Najważniejsze na kanale są pochylnie, które umożliwiają pokonanie różnicy poziomów wody,

wynoszącej   99,2   m.   Widok   statków   sunących  po   trawie   na   specjalnych   wagonikach   jest

niezwykły, a wszystko pracuje bez awarii od 140 lat!

-   Opowiedz,  Tomaszu,  czego będziemy szukać w  tej  Ostródzie?  - poprosił  mnie

Bytes.

- W listopadzie 1806 roku kwaterę założył tu król pruski Fryderyk Wilhelm III, a w

lutym 1807 roku Napoleon - odpowiedziałem. - Musimy sprawdzić zamek. Po pożarze miasta

pod koniec XVIII wieku, w Ostródzie jedynym schronieniem był zamek, którego wschodnie

skrzydło wyleciało w powietrze.

- W czasie walk?

-  Nie,   ogień   z   miasta   dotarł   do   magazynów   prochowych.   Sami   zobaczycie,   jak

wyglądał   zamek   i   zrozumiecie,   dlaczego   Napoleon   przeniósł   się   z   niego   do   pałacu   w

Kamieńcu.

Zaparkowaliśmy na zapleczu   zamku.  Wysiadając  ujrzeliśmy  mur kurtynowy, który

powstał   w   miejsce   zniszczonego   skrzydła.   Przeszliśmy   na   ulicę   Mickiewicza,   od   strony

Jeziora Drwęckiego.

- Chodźmy do muzeum - zaproponowałem.

Przedstawiłem   się   dyrektorowi   placówki   muzealnej.   Było   to   mężczyzna

trzydziestokilkuletni, z wąsami, pyzatą twarzą i kępą zmierzwionych włosów. Usłyszawszy,

background image

że przyjechał ktoś z ministerstwa założył marynarkę i wziął klucze, by pokazać nam sale

muzealne.

- Wie pan, jesteśmy jednym z niewielu muzeów sponsorowanym przez samorząd i... -

opowiadał.

-   Interesuje   nas   Napoleon   -   brutalnie   przerwał   Bytes.   -   Gdzie   jest   sala,   w   której

mieszkał cesarz Francuzów?

- Zamek odbudowywano z powojennych ruin od 1977 roku - tłumaczył dyrektor. -

Jeżeli przyjrzą  się państwo cegłom, zobaczą, że część jest gotyckich, część współczesnych.

Tutaj mamy naszą salę reprezentacyjną - otworzył przed nami drzwi dużej komnaty ze sceną i

kilkunastoma rzędami krzeseł. - Odnowiliśmy ją w stylu klasycystycznym pod kątem spotkań

poświęconych Napoleonowi - opowiadał dyrektor. - Spór o to, gdzie zatrzymał się Napoleon

jest czysto akademicki. W przewodnikach podaje się, że chodzi o czwarte i piąte okno w

północnym skrzydle od strony ulicy Mickiewicza. Inni badacze wskazują na pomieszczenie

narożne lub wręcz nad bramą wjazdową.

-  Rozumiem,   że   skoro  zamek   był ruiną,   to   oryginalne  pozostały  tylko  piwnice?   -

upewniłem się.

- Piwnice, to dobry pomysł - ucieszył się Bytes.

- Mamy część oryginalnej konstrukcji w przyziemiu, między innymi granitowe filary.

Piwnice w części północnej zajmuje klub, we wschodniej  bractwo rycerskie, a zachodnią

mamy nie spenetrowaną...

- Jak to? - zdziwił się Bytes, gdy mu przetłumaczyłem słowa dyrektora.

- Brakowało pieniędzy na odgruzowanie - usłyszeliśmy wyjaśnienie.

Staliśmy   na   dziedzińcu,   gdzie   widzieliśmy   czarną   tablicę   upamiętniającą   pobyt

Napoleona na zamku w Ostródzie, widzieliśmy w zachodniej ścianie ślady po ganku, a na

murach obu ocalałych skrzydeł fragmenty ścian wschodniej części zamku, która wyleciała w

powietrze w XVIII wieku.

- Moglibyśmy zerknąć na to zagruzowane podziemie? - poprosiłem.

- Oczywiście - odparł dyrektor i pobiegł po klucz.

-   Patrzcie!   -   zawołał   nas   Paweł,   stając   nad   zakrytą   cembrowiną  ogromnej   studni

umieszczonej pod gankiem północnego skrzydła. - Studnia, może w niej coś ukryto?

- Nie sądzę - wtrącił się dyrektor. - Czego państwo szukają?

-   Proszę   wybaczyć,   ale   to   sprawa   objęta   tajemnicą   służbową  -   odpowiedziałem

uśmiechając się. - Co z tą studnią?

- Mamy dwie studnie. Tę i drugą, na dole w piwnicy.

background image

- Czy są one połączone? 

- Nie wiem, nikt tego nie badał.

- Mają połączenie z pobliską rzeką Drwęcą? - zapytał Paweł.

- Chyba nie muszą mieć, żeby miały wodę.

- Te studnie to ciekawy trop - szepnąłem Amerykanom.

- Dlaczego? - spytała Alison.

- Dowiecie się w swoim czasie.

Zeszliśmy   do   podziemi.   Każde   z   nas   z   latarką   schodziło   do   ostatnich   stopni   i

oświetlało   krzyżowe   sklepienie   piwnic,   których   wnętrze   było   zagruzowane   do   kolan,   a

miejscami i wyżej. Każde z nas ciężko wzdychało i wychodziło wzruszając ramionami.

- Trzeba brygady robotników - ocenił Paweł.

- Zapłacę - zaoferował Bytes.

- Szkoda czasu - mruknąłem. - Czy oprócz tego, gdzie mniej więcej mógł mieszkać

Napoleon, wiemy coś więcej o jego pobycie w Ostródzie?

-  Znając obyczaje Napoleona możemy domyślać się, że kładł się o dwudziestej, a

wstawał o pierwszej lub drugiej w nocy i rozsyłał rozkazy - mówił dyrektor. - W Ostródzie

powołał Korpus Obserwacyjny generała Zajączka, który potem stacjonował nad Omulwią. W

ostródzkim   zamku   rozstawiono   ogromny   stół   oświetlony   płomieniami   świec,   na   którym

rozkładano   mapę.   Napoleon   używając   cyrkla   odmierzał   odległości,   jakie   wojska   mogły

pokonać w ciągu jednego dnia i ustawiał kolorowe szpilki oznaczające poszczególne dywizje i

korpusy. Miasto wiele ucierpiało w czasie pobytu wojsk napoleońskich. Tradycyjnie świątynie

przerabiano   na   magazyny.   Zburzono   Bramę   Kościelną,   a   budulca   użyto   do   postawienia

piekarni.

-   Czy  w   Ostródzie   pozostały  jakieś   pamiątki   po   pobycie   wojsk   napoleońskich?   -

dopytywał się Paweł.

- Dwa obrazy. Pierwszy, zatytułowany „Napoleon a Osterode accorde des graces aux

habitans”, namalował Mikołaj Ponce-Camus. Oznacza to mniej więcej, że Napoleon zapewnia

łaski mieszkańcom Ostródy. Mieszczanie bardzo bali się pobytu wojsk w mieście i wysłali

deputację, by armia nie nakładała zbyt dużych kontrybucji. Na obrazie jest cesarz ze świtą

stojący na wzgórzu na tle panoramy miasta. Na czele ostródzian idzie mały chłopczyk w bieli

niosący dokument. Kopia obrazu, która znajdowała się w Ostródzie została w czasie drugiej

wojny   światowej   wywieziona   i   wróciła   do   miasta   całkiem   niedawno.   Hipolit   Lecomte

namalował jeszcze obraz zatytułowany  „Biwak w Ostródzie”, gdzie pokazano gwardzistów

Napoleona odpoczywających wśród drzew, mających za sobą miasto. Oba obrazy znajdują się

background image

w Luwrze.

Podziękowaliśmy   dyrektorowi   za   pomoc   i   wskazówki.   Ze   smętnymi   minami

wyszliśmy   do   parku   po   drugiej   stronie   ulicy,   na   bulwar   wzdłuż   Jeziora   Drwęckiego.

Pamiętałem, jak pływałem tu swoją  „Krasulą” i jak  Tarzan uczył Simona Templera trudnej

sztuki   żeglowania   i   gdzie   Waldemar   Batura   zorganizował   porwanie   Diany   Denver.

Amerykanie   i   Paweł   zauważyli,   że   się   zamyśliłem   i   taktownie   milczeli   sądząc,   że   zaraz

rozwiążę zagadkę.

- W drogę, do Pułtuska - zadecydowałem.

- Tak łatwo rezygnujesz? - dziwił się Bytes. - Nie sprawdzimy tych studni?

- Intuicja podpowiada mi, że w tej historii studnie na swój metaforyczny sposób będą

bardzo ważne, ale chyba jednak nie te - uśmiechnąłem się. - Rozwiązanie najprostsze jest

zazwyczaj najlepsze. Zieleniewski był w Pułtusku po kampanii rosyjskiej i tyle.

***

Do Pułtuska zajechaliśmy w porze obiadowej. Zatrzymaliśmy się na rynku.

- Dokąd teraz? - zapytał Paweł rozglądając się na boki. - Na lewo kolegiata, na prawo

zamek.

- Proponuję zamek - odpowiedziałem.

Poszliśmy   przez   długi   rynek,   na   którym   nie   było   już   śladów   przedwczorajszej

inscenizacji. Był poniedziałek, a miasto leniwie przebudzało się z poświątecznego snu, jakby

czekając   na   jutrzejsze   szaleństwa   w   czasie   sylwestrowych   balów.   Brodząc   po   kostki   w

świeżym  śniegu,  minęliśmy  kaplicę   w  kształcie  rotundy.  Mogliśmy wejść   po  arkadowym

moście pod górę lub w dół, ku żelaznej bramie.

- Tam jest wejście do muzeum - stwierdził Paweł, dostrzegając maleńką tabliczkę z

napisem: „Pamiątki”.

Przyznam, że  zwiedzanie obiektu  nie było tak interesujące, jak  się  spodziewałem.

Dawny zamek biskupów płockich wzniesiono na niewysokim, sztucznie usypanym wzgórzu

otoczonym od południa przez Narew, a od wschodu przez jej odnogę. Dwu- i trzypiętrowa

budowla   powstała   na   planie   podkowy   z   wejściem   przez   most,   chronionym  dwiema

cylindrycznymi basztami. Kolejna wieża w skrzydle zachodnim była ozdobiona wykuszem

kaplicy.  Potężne   szkarpy  nadawały  budowli   stary  wygląd,   chociaż   widoczne   przebudowy

wskazywały na modernizacje z okresu XVII i XVIII wieku. Zamek zatracił funkcje obronne i

stał   się   bardziej   pałacem-rezydencją.   Dobrze   pamiętam   ze   studiów,   że   właśnie   zamek   w

Pułtusku wskazywano jako typowy obiekt zyskujący nowe wyposażenie w okresie polskiego

background image

baroku. Od początku XVIII wieku dzięki kolejnym biskupom z rodu Załuskich obramienia

okienne   i   portale   drzwiowe   zdobiły   kartusze   z   ich   rodowym   herbem   Junosza.   Andrzej

Stanisław   Kostka   Załuski   sprowadził   do   miasta   wielu   rzemieślników   i   artystów.   To   oni

ozdobili   komnaty   kasetonowymi   stropami,   intarsjami   podłogowymi,   stiukami,   a   kaplicę

wyłożyli   holenderskimi   flizami.   Do   tego   na   zamku   była   galeria   stu   obrazów,   gobeliny

flamandzkie i srebra. Z tego co przeczytałem w przewodniku, szpital wojskowy na zamku

mieścił się od 1812 roku z przerwami do końca pierwszej wojny światowej. Bytes zatrzymał

się   przy  armatach   stojących  na   dziedzińcu  „Domu   Polonii”.   Chwilę   je   podziwiał.   Potem

zeszliśmy do ogrodu, w którym wedle relacji z przeszłości  hodowano wiele unikatowych

roślin. 

- I co? - zapytał Bytes.

- Szukamy dalej - odparłem.

Podczas wycieczki po zamku skupiłem uwagę nie na opowieści przewodnika, ale na

zapamiętaniu   szczegółów,   które   przydałyby   się   później.   Stwierdziłem,   że   nadszedł   czas

zasięgnięcia języka w Muzeum Regionalnym. W polskich muzeach poniedziałek to dzień

„pracy  wewnętrznej”,   więc   zwykły   petent   niczego   się   tego   dnia   nie   dowie,   niczego   nie

zobaczy.   Oczywiście   moja   legitymacja   zrobiła   na   pracownicach   wrażenie   i   natychmiast

wezwano   dyrektorkę   placówki.   Muzeum   umieszczono   w   wysokiej   wieży   ratuszowej

zbudowanej   z   czerwonej   cegły.   Dyrektorka   zbiegła   do   nas   po   drewnianych   schodach,

przywitała i zaprosiła na górę.

Usiedliśmy na składanych krzesłach w jednej z sal wystawowych.

-  Nie   wiedziałam,   że   ministerstwo   w   czasie   przerwy   między   świętami   pracuje   -

powiedziała, gdy się przedstawiliśmy i opowiedzieliśmy o celu naszej podróży.

- Nie wiem jak ministerstwo, ale my tak - odparłem. - Szukamy miejsca związanego z

„przymierzem boga białego człowieka”.

Dyrektorka zamyśliła się, poprawiła okulary.

- Jest tylko jedno takie miejsce - powiedziała po chwili. - To wzgórze, gdzie kiedyś

stała cerkiew, a  nazywało się ono Wzgórzem   Abrahama.  Cerkiew wybudowano w  latach

1903-1904 w eksponowanym miejscu w mieście, przy dawnym trakcie do Ciechanowa oraz

do Ostrołęki. Obecnie to ulice 3 Maja i Tadeusza Kościuszki. Jak państwo wiedzą, w naszym

mieście było kolegium jezuitów, którzy wykupili to miejsce w 1567 roku. W 1729 roku w

Pułtusku parcele i place budowlane oprócz numerów otrzymały biblijnych patronów. W sumie

wykorzystano 348 imion świętych. Wzgórze jezuitów, po kasacji dóbr kościelnych w połowie

XIX wieku, stało się własnością państwa, czyli cara.

background image

- Czy cerkiew wciąż stoi? - zapytałem.

- Nie, w 1925 roku zburzono ją, a materiał wykorzystano do budowy rzeźni.

- Czy wcześniej stał tam jakiś budynek? Coś, co mogło posłużyć Zieleniewskiemu za

skrytkę?

Dyrektorka   muzeum   opuściła   nas   na   moment   i   wróciła   z   monografią   Pułtuska.

Odnalazła właściwą stronę.

- Jezuici wybudowali tam folwark, który nazwali „Podgórze” - opowiadała zerkając do

książki. -  Pod jego zabudowaniami wykonano w XVII i XVIII wieku piwnice, w których

przechowywano   zapasy.   Korytarze   zostały   wydrążone   w   gruncie   i   obmurowane   cegłą

ceramiczną.   Podziemia   mają   plan   nieregularny,   z   prostokątnymi   i   owalnymi   komorami,

niszami  ściennymi. Są około dwóch metrów poniżej poziomu ziemi.  Nie wiem, czy przy

budowie cerkwi coś zmieniano w wyglądzie piwnic. Podobno w okresie międzywojennym

można było je zwiedzać.

- A teraz, kto ma klucze do wejścia? - dopytywałem się.

- Pewnie ktoś z Urzędu Miasta, ale... - dyrektorka zerknęła na zegarek - już za późno.

Dopiero po Nowym Roku uda się panu załatwić wstęp do podziemi. Najlepiej niech pan

wcześniej zadzwoni do ratusza.

Znając polskie realia, smutno pokiwałem głową. Wytłumaczyłem wszystko Bytesowi.

Bruce roześmiał się.

- Nigdy nie dogonicie Ameryki - oznajmił.

Milczeniem   zbyłem  tę  uwagę.  Pojechaliśmy  pod   Wzgórze   Abrahama,   by  obejrzeć

zaniedbany park i wejście z metalowymi drzwiami zamykanymi na kłódkę i zamek. Potem

pozostało nam jedynie odwieźć Amerykanów do hotelu i życzyć im udanego sylwestra.

Gdy Paweł odwoził mnie do mojej kawalerki na Starówce, opowiedziałem mu o tym,

co nocą usłyszałem w „Muzie”.

-  Dziwne - przyznał. - Ten Bruce od samego początku mi  się nie podobał. Teraz

wszystko jasne: to maminsynek, pieszczoch, hazardzista! Alison z pewnością woli teścia niż

narzeczonego, czemu w takim razie jest z Bruce’m? Dla pieniędzy?

- Nie - zdecydowanie pokręciłem głową. - Musimy uważać na tę trójkę, bo każde z

nich prowadzi jakąś grę. Najbardziej martwi mnie, że Bruce wyobraża sobie, iż jesteśmy na

tropie wielkiego skarbu.

- Myśli pan, że Bruce postanowi sam dobrać się do skrytki? 

- A czy ty wiedziałbyś, czego tam szukać?

- Nie. Może śladów na ścianach...

background image

- Fantazjuj dalej - studziłem zapał Pawła. - Bruce musiałby być idiotą, żeby samemu

porwać się na takie przedsięwzięcie.

Pożegnaliśmy się i życzyliśmy sobie samych dobrych rzeczy w nowym roku. Paweł

planował spędzić sylwestra u znajomego, gdzieś w leśniczówce.

***

Następnego   dnia   wieczorem   szukałem   stoperów   i   z   pokorą   oczekiwałem   nocnych

szaleństw u sąsiadów piętro wyżej. O tym, że ci ludzie, których sens życia towarzyskiego

stanowiło huczne obchodzenie imienin, urodzin, świąt narodowych i kościelnych, a nawet

zakupu lodówki, planowali dziś szaleństwa, świadczył odgłos sąsiadki biegającej cały dzień

po domu w szpilkach. Myślałem, czy w ostateczności nie wyjść w tę noc na długi spacer, ale

kilkanaście stopni poniżej zera zniechęcało mnie do tego.

Zrezygnowany  sięgałem   więc   po   książkę   o   kampanii   napoleońskiej   w   Rosji,   gdy

zadzwonił telefon.

- Cześć Tomaszu - usłyszałem głos Bytesa. - Jesteś w domu? 

- Tak.

- To dobrze, musimy jechać do Pułtuska.

-   Czemu?   -   zapytałem,   chociaż   przeczuwałem   najgorsze.   Bruce   okazał   się

niedojrzałym i nieodpowiedzialnym człowiekiem.

- Mój syn zniknął.

-  Może poszedł do jakiejś dyskoteki, na spacer... - ugryzłem się w język, żeby nie

powiedzieć „do kasyna”.

- Niestety nie. W recepcji pytał, jak dojechać do Pułtuska.

- Pojechał sam?

Bytes wahał się, nim odpowiedział.

- Chyba sam. 

- A Alison?

- Jest ze mną.

„Ciekawe, czy nie dlatego twój syn uciekł” - pomyślałem zgryźliwe.

Mało mnie obchodziły romanse Amerykanów, ale Bruce włamujący się do podziemi

mógł narobić sobie niepotrzebnego kłopotu.

- Będę u was za pół godziny - powiedziałem.

Łatwiej   było   powiedzieć,   niż   zrobić.   W   sylwestra   wszystkie   taksówki   były   już

zarezerwowane   i   woziły   ludzi   na   bale.   Musiałem   więc   szybko   przejść   do   hotelu,   gdzie

background image

mieszkał Bytes. Spóźniłem się pół godziny. Milioner i Alison czekali na mnie w samochodzie

wynajętym w hotelu.

- Kłopoty z taksówkami - wyjaśniłem przepraszając.

Pilotowałem   Bytesa   do   Pułtuska.   Na   pustej   drodze   Amerykanin   przyspieszył,   ale

szybko się zreflektował, że to nie amerykańska autostrada. W pewnym momencie o mało nie

wpakował nas do rowu, bo za późno zwolnił.

- Ja poprowadzę - Alison łagodnie położyła dłoń na ramieniu milionera.

Przesiedli się. Bytes jakiś czas milczał.

- Starość nie radość - rzucił tonem wytłumaczenia, obracając się do mnie. - Ostatnio

wzrok mi trochę szwankuje, mam gorszy refleks.

- Nie szkodzi - odpowiedziałem.

Żadna osobówka nie mogła dorównać w tych warunkach Rosynantowi z napędem

terenowym. Dojazd do Pułtuska zajął nam sporo czasu, zaczęło bowiem potężnie śnieżyć.

Alison podjechała w pobliże parku.

- Z naszego hotelu - Bytes poklepał maskę jednego z samochodów zaparkowanych

przy krawężniku.

O tym, że Bruce był tu przed nami, świadczyła wyłamana kłódka i otwarte drzwi.

- Twój syn umie się włamywać? - z przekąsem zapytałem Bytesa.

Alison wyjęła z kieszeni kurtki latarkę. Na wyprawę do podziemi zabraliśmy tylko

jedną!   Szliśmy   obok   siebie,   ostrożnie   stawiając   kroki.   Pierwsze   metry   korytarza   były

zawalone różnymi współczesnymi gratami: szafkami, pustymi pudłami głośników, drutami,

rurkami,   wiadrami,   czyli   wszystkim   tym,   co   przez   ostatnie   lata   konserwatorzy  uznali   za

niezbędne do funkcjonowania ich działu i dzielnie tu magazynowali.

Podłoga piwnic była ceglana, a sklepienie kolebkowe.

- Nie widać go ani nie słychać - mruknęła Alison.

- Może się zgubił? - przypuszczał Bytes.

- Jego tu nawet nie było - powiedziałem.

- Skąd wiesz? - zdziwił się Amerykanin.

- Nie ma śladów - pokazałem na posadzkę.

Oboje z uwagą oglądali posadzkę w wątłym świetle latarki.

- Faktycznie - przyznali. - Może przegapiliśmy jakąś odnogę? - Alison obejrzała się do

tyłu.

-   Nie   -  stanowczo   pokręciłem   głową.   -   Przegapiliśmy   obowiązek   powiadomienia

policji...

background image

-   Po   co?   -   zdziwił   się   Bytes.   -   Załatwimy   to   jak   w   rodzinie.   Pokryję   wszystkie

szkody...

- Od jakiegoś czasu nie czuję na plecach zimnych prądów powietrza - tłumaczyłem.

-To   oznacza,   że   jesteśmy   zamknięci.   Wystarczy   założyć   kłódkę   i   przekręcić   wytrych   w

zamku, by nas tu zamknąć...

Nie   dokończyłem,   gdy   Alison   i   Bytes   pobiegli   do   wejścia.   Po   kilku   sekundach

słyszałem, jak łomotali w metalowe drzwi. Zostałem sam w ciemnościach. Jezuici musieli

fenomenalnie   wykonać   piwnice,   bo   nie   czuło   się   tu   zapachu   stęchlizny.  Korytarze   miały

szerokość około dwóch metrów przy posadzce i tyle samo wysokości. Miałem nadzieję, że tak

świetna cyrkulacja powietrza oznacza, że gdzieś jest wyjście o średnicy większej niż brzuch

myszy.

Bytes i Alison wrócili do mnie zdruzgotani.

- Co mamy robić? - pytała ona.

- Po co to wszystko? - dziwił się on.

-Na ile ufacie Bruce’owi? - uśmiechnąłem się znacząco. 

Oboje spuścili głowy nie odpowiadając.

-   Są   co   najmniej   dwie   przyczyny   tej   sytuacji   -   mówiłem.   -   Po   pierwsze,   ktoś

wykorzystując Bruce’a uwięził nas tu dla okupu. Po drugie, Bruce chciał wam zrobić dowcip.

Wasze telefony komórkowe działają?

Oboje pokręcili głowami. Smutno pokiwałem głową.

- Przez dwa dni nikt tu z pewnością nie zajrzy. Zważywszy, że przełom roku przypada

w   środku   tygodnia,   możemy  mieć   przed   sobą  jeszcze   pięć   dni   niewoli,   jeśli   nie   więcej.

Wcześniej   żaden   pracownik   służb   miejskich   tu   nie   przyjdzie.   Wejście   znajduje   się   w

odludnym miejscu, więc mamy marne szansę, by ktoś usłyszał nasze wołania o pomoc.

- Jak się możemy uratować? - pytała Alison.

- Po pierwsze, cała nadzieja w Pawle - odpowiedziałem. - Zadzwoni do mnie, by mi

złożyć życzenia, a gdy usłyszy, że nie odbieram telefonu, zaniepokoi się. Szybko skojarzy

fakty i tu przyjedzie...

- Wspaniale! - ucieszył się Bytes.

- Istnieje też możliwość, że Paweł nie zadzwoni i nie zdziwi się, że nie odbieram, bo

sylwestra zwykle spędzam ze stoperami w uszach.

- O rany - jęknęła Alison.

-  Jeżeli   w   grę   wchodzi   porwanie,   to   zapewne   twoja   firma   reprezentowana   przez

twojego syna wypłaci okup i uwolni cię.

background image

- Ja mu dam.

- Na razie musimy zadbać o swoje życie - powiedziałem. - Poszukajmy wszystkiego,

co może się nam przydać.

Zdziwiła mnie postawa Alison, która mimo częstych kontaktów z ludźmi żyjącymi w

zgodzie z przyrodą, nie potrafiła na złomowisku przy wejściu wyszukać przydatnych rzeczy.

Znalazłem   kilka   ogarków   świeczek,   młotek,   tępy   toporek,   nawet   paczkę  „sucharów

bieszczadzkich”,   których   termin   ważności   kończył   się   za   miesiąc,   i   pełną   butelkę   wody

mineralnej.

- Gaś latarkę, zapalimy świeczki - rozkazałem Alison.

Potem ruszyliśmy na zwiedzanie podziemi. Prosty korytarz systematycznie poszerzał

się i łagodnie zakręcał. Doszliśmy do pierwszego rozwidlenia. Na prawo była okrągła duża

komora, chyba średnicy pięciu metrów, z której przechodziło się do dwóch mniejszych, także

okrągłych.   Dalej   przejście   istniało,   ale   zamurowano   je   całkiem   niedawno,   pewnie   przy

plantowaniu   parku.   Z   tej   samej   komory   doszliśmy   do   mniejszych   piwniczek,   także

zakończonych ślepym zaułkiem. Ruszyliśmy dalej. Korytarz gwałtownie zakręcał w lewo i

przeszliśmy przez dwie kwadratowe komory, minęliśmy niszę, wejście do następnej piwniczki

i znaleźliśmy się na kolejnym ostrym zakręcie.

- Ciekawe, czemu korytarz tak zygzakuje? - zastanawiał się Bytes. 

- Zapewne, by najlepiej wykorzystać przestrzeń, może chodziło o zapewnienie lepszej

wentylacji - odpowiedziałem, ale i mnie to zaskoczyło.

Przejście znowu było proste i wygodne. Tak przeszliśmy kolejny składzik, minęliśmy

wnękę i doszliśmy do ukośnego chodnika, na którego dnie był piasek.

Trzonkiem młotka wyrysowałem na piasku plan podziemi. Najpierw prosta, łagodny

zakręt w lewo i odnoga w prawo. Dalej była krótka prosta, ostro do tyłu, jak poprzeczka w

dużej literze „N” i znowu w dół. Ostatni korytarzyk można było od biedy połączyć na planie z

głównym ciągiem komunikacyjnym. Tego przejścia nie było, mimo że znacznie ułatwiłoby

życie i chodzenie po podziemiach. Ruszyłem w kierunku ściany.

- Foedus facere cum... dalej nie da się odczytać - powiedziałem wodząc palcami po

napisie wydrapanym na cegle w ścianie.

Ściana była zimna, ale sucha.

- Willy, uderz w mur - poprosiłem milionera.

- A co się stanie...

-  Nie   bój   się,   Abramie,   Jam   tarczą   twoją;   zapłata   twoja   będzie   sowita!   -

odpowiedziałem.

background image

- Stałeś się kaznodzieją? - zdziwił się Bytes.

-   Pierwsza   Księga   Mojżeszowa,   rozdział   piętnasty,   Bóg   zawiera   przymierze   z

Abramem - wytłumaczyłem.

- To Wzgórze Abrahama - Amerykanin zwrócił mi uwagę.

- Abram stał się Abrahamem, gdy zawarł przymierze.

Bytes stuknął raz, drugi, trzeci mocniej. Natychmiast spocił się od wysiłku. Alison

wyjęła młotek z jego dłoni i uderzyła z większą siłą. Wtedy ze środka odpowiedział nam

rozpaczliwy łomot.

Odskoczyliśmy przerażeni.

- Duch! - jęknął Bytes.

Zawróciłem   do   korytarzy   i   szukałem   belki,   którą   tam   widziałem.   Tym   taranem

wybiliśmy kilka cegieł, tworząc niewielką dziurę.

- Tato! - rozległo się ze środka.

- Ja ci dam... - Bytes nie dokończył, ujrzawszy zmęczoną, zakurzoną i posiniaczoną

twarz syna. - Skąd się tam wziąłeś? - zapytał.

-   Wyłamałem   kłódkę,   zamek   był   otwarty,   więc   wszedłem   -   opowiadał   Bruce

pomagając nam kruszyć mur. - Mam dobrą latarkę i znalazłem w podłodze w jednej z sal

metalowy właz,  jak do studzienki  ściekowej. W  ścianie  była drabinka. Jakoś  podniosłem

klapę, ale ona za mną zamknęła się i nie mogłem jej podnieść.

- Co tam jest? - pytałem wskazując na ciemność za Bruce’m.

- Nic. Woda po kostki.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do Bruce’a. Chłopak uściskał ojca. Mnie wciąż

wydawało się podejrzanym, kto nas tu zamknął. Postanowiłem sprawdzić dolną kondygnację

podziemi. Wziąłem latarkę Bruce’a i zszedłem po murowanych schodach. Szybko dotarłem

do miejsca, w którym słusznie podejrzewałem początek łącznika. W ścianie odkryłem resztki

wmurowanych podpór drewnianych schodów prowadzących do ściany nade mną.

„Łącznik był o poziom niżej” - pomyślałem.

Przypomniałem   sobie,   że   na   schodach,   na   których   był   Bruce,   po   bokach   były

przygotowane  drewniane szyny do wtaczania lub wytaczania beczek. Usłyszałem za sobą

kroki. To nadchodził Bytes.

- Alison  została  z   Bruce’m  -  tłumaczył. - Nie  mogłem  wytrzymać,  żeby  tego nie

zobaczyć.

Minęliśmy niszę, w której było zejście, jakim dostał się tu Bruce. Jeśli dobrze się

orientowałem w przestrzeni, byliśmy gdzieś pod tymi okrągłymi komorami i zakręcaliśmy ku

background image

odnodze Narwi. Na podłodze faktycznie było trochę wody, ale nie tak dużo.

Wędrowaliśmy tak kilka minut, ostrożnie stawiając kroki i sprawdzając wytrzymałość

murów.   Nagle   dotarliśmy   do   schodów   prowadzących   w   dół.   Światło   latarki   nie   zdołało

przebić się przez zamuloną ciecz. Poświeciliśmy przed siebie. Korytarz zakręcał.

- Co nas tam czeka? - Bytes był ciekaw.

Prowadziłem snop światła po cegłach, aż odkryłem napis: „Kadesz”.

- Chyba możemy iść - zaproponowałem.

- Stój! - Amerykanin chwycił mnie za rękaw palta. - A woda?

- Po tym jak Bóg obiecał Abramowi potomstwo, mówiąc że będzie go tyle co gwiazd

na niebie, Saraj, żona Abrama, pozwoliła mu począć dziecko ze swoją niewolnicą Hagar -

tłumaczyłem. - Gdy tylko Hagar przekonała się, że jest ciężarna, zaczęła pogardzać Saraj.

Wtedy została wygnana na pustynię i przy Studni Żyjącego znalazł ją Anioł Pański. Studnia

była pomiędzy Kadesz a Bered.

- Znasz Biblię na pamięć? - dziwił się Bytes.

-  Nie, nigdy nie byłem nawet specjalnie religijny, ale uważam ją za kanon, coś, co

trzeba przeczytać, by usiłować zrozumieć świat.

- I rozumiesz?

- Niestety, nie do końca.

Postanowiliśmy zdjąć buty i na bosaka przejść przez wodę. Nie była tak zimna, jak się

spodziewaliśmy, ani tak głęboka, jak można by przypuszczać. Musieliśmy zejść ledwie dwa

schodki, więc mieliśmy nogi zmoczone najwyżej do połowy łydki. Dwa metry za zakrętem

wyszliśmy na „suchy ląd”. Poświeciłem na posadzkę pokrytą warstwą piasku.

-  Nikogo tu nie było od czasów Zieleniewskiego  -  zauważyłem wskazując na wciąż

czytelne wachlarzowate ślady po zacieraniu odcisków stóp.

Na   ostatnim   schodku   znalazłem   wydrapany  w   cegle   napis:  „Bered”.   Pięć   metrów

przed   nami   ujrzałem   ślepą   ścianę   wykonaną   z   gliny.   Podeszliśmy   bliżej   i   mimo   woli

parsknęliśmy śmiechem.

- Komputer? - chichotał milioner.

- Raczej krzyżówka, z jednym hasłem - odparłem. - Popatrz wyżej, jest napisane po

łacinie: „podaj dłoń temu, co zawarł przymierze”.

Bytes zerknął, a ja oglądałem niezwykłą ściankę. Zieleniewski przygotował z gliny

kilkadziesiąt klocków z literami, podobnymi do tych, których używają gracze w scrabble.

Stanowiły one pionową płaszczyznę liter. Ostrożnie nacisnąłem jeden klawisz i nie poczułem

żadnego oporu. Wolałem jednak nie ryzykować.

background image

- Chodzi o imię Abraham? - domyślił się Bytes. 

Pokazał przy tym na czytelny ciąg liter.

- Myślę, że chodzi o imię Abram - sugerowałem.

- Ty swoje z  tymi cytatami z Biblii  - Bytes niecierpliwie pokręcił  głową i zaczął

naciskać litery.

Wtedy   dostrzegłem   układ   klocków,   który   utwierdził   mnie   w   moim   przekonaniu.

Wyraz  „Abraham”  układał się prawie w poziomą kreskę, przy czym  „A”, było w niższym

rzędzie. Na tej samej wysokości było także „M”, ale inne niż to od „Abraham”.

Gdy Bytes naciskał „H”, trzepnąłem go w dłoń. Poczułem słabe ukłucie, na które nie

zwróciłem uwagi.

- Masz podać dłoń! - krzyknąłem. - Dłoń ma pięć palców, a ułożona w indiańskim

geście powitania, czyli przy uniesionej, bezbronnej dłoni, wygląda tak!

Przyłożyłem   dłoń   do   ściany   i   energicznie   pchnąłem.   Za   glinianymi   klockami

chrupnęło   i   usłyszeliśmy   szum,   jakby   coś   zjeżdżało   kominem.   To   mieszek,   łup

Zieleniewskiego, rozbił dolną część układanki i wypadł nam pod stopy. Zajrzałem za ściankę,

gdzie   zobaczyłem   skomplikowaną   plątaninę   sznurków   i   patyczków.   Zapewne   wszystko

działało na zasadzie dźwigni i przeciwwag. Ustawienie prawidłowej kombinacji pozwalało

mieszkowi zjechać do rąk odbiorcy

- Miałeś rację, to komputer - zażartowałem do Bytesa. - Podobny jak automaty z kawą.

A jaka była kara za złą kombinację? - zapytałem.

Bytes nie słuchał, bo pochłonęło go przeglądanie zawartości skórzanego woreczka. Na

dłoń   wysypał   drogie   kamienie,   rubiny,  szmaragdy,  diamenty,  złote   pierścienie,   łańcuszki,

bransolety, kolczyki. Cały skład jubilerskiego sklepu. Nie miałem sił oglądać łupu, bo nagle

poczułem duszność. Niewidzialna obręcz ściskała mi klatkę piersiową, kłując okolice serca,

nie mogłem złapać oddechu, zaczęło mi huczeć w uszach, a przed oczami zaczęły tańczyć

złoto-granatowe gwiazdy. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, bezwładnie poleciałem na

podłogę.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

TELEFON Z POLICJI • ZIMOWY RAJD DO WARSZAWY • TAJEMNICZA

CHOROBA PANA TOMASZA • GDZIE SZUKAĆ LEKARSTWA? • WYJAZD NA

ALASKĘ • WYRUSZAM NA SPOTKANIE Z SZAMANEM

Leżałem   na   złożonym   w   kostkę   kocu,   wpatrując   się   w   ogień   w   kominku,   gdy

zadzwonił   telefon.   Musiałem   przejść   do   kuchni,   gdzie   mój   znajomy   leśnik   miał   aparat.

Telefony komórkowe w tym rejonie kraju nie działały i dlatego tak bardzo cieszyłem się na te

dwa dni spokoju w głuszy.

- Halo!? - zapytałem podnosząc słuchawkę.

- Stołeczna Komenda Policji. Paweł Daniec? - usłyszałem pytanie.

- Tak - odparłem zmieszany. - Co się stało?

- Zna pan niejakiego Tomasza N.N.?

- Tak. Mówcie, o co chodzi.

- Pański szef leży w klinice rządowej. Proszę przyjechać najszybciej jak pan tylko

może.

- Co się stało panu Tomaszowi?

- Jest w śpiączce. Pan przyjedzie, to się wszystkiego dowie. 

- Już jadę...

Odłożyłem słuchawkę i schowałem zmęczoną, rozpaloną głowę w dłoniach. Najpierw

musiałem   czym   prędzej   zapalić   silnik   Rosynanta.   Pobiegłem   na   dwór.   Był   ponad

trzydziestodniowy mróz, więc wróciłem po kożuszek, czapkę i rękawiczki. Zamek zamarzł,

podobnie jak odmrażacz. Z kuchni przyniosłem czajnik z gorącą wodą i polewałem drzwi.

Pomogło   i   mogłem   wejść   do   Rosynanta.   Szron   i   lód   były  wszędzie,   nawet   na   szybkach

chroniących przyrządy deski rozdzielczej.

Nawet nie próbowałem przekręcać kluczyka w stacyjce, tylko od razu podniosłem

maskę. Z leśniczówki przyniosłem prostownik i przedłużacz. Nimi podłączyłem akumulator

do gniazdka w szopie. Do filtra paliwa wstrzyknąłem specjalną mieszankę silnego alkoholu,

która pozwalała odpalić silnik. Dopiero wtedy uruchomiłem auto. Zostawiłem je na biegu

jałowym, by odmarzło wnętrze i szyby.

Pakowałem rzeczy, napisałem kartkę z wyjaśnieniem dla przyjaciela.

Miał wrócić dziś, w Nowy Rok, około południa, więc przez ten czas domowi nie

background image

powinno   nic   złego   się   stać.   Na   wszelki   wypadek   zgasiłem   ogień   w   kominku,   który

jednocześnie ogrzewał cały budynek. Zwinąłem urządzenia elektryczne i schowałem je w

składziku.

Wpierw musiałem dojechać do Suwałk. Gdy już wydawało mi się, że widzę światła

tego miasta, przede mną wyrósł tył audi 80. Przed nim było jeszcze kilka aut. Zatrzymałem

wóz i czekałem. Po kwadransie wysiadłem i poszedłem sprawdzić, w czym rzecz. Przed nami

na drodze była dwumetrowa zaspa. Pierwszy w kolejce stał  „maluch”, a w środku siedział

tylko   kierowca,   który  w   miejscu   wymontowanego   fotela   pasażera   miał   wielką   łopatę   do

śniegu i spory kopczyk piasku.

- Na co czekamy? - zapytałem go, pukając w okienko.

- Na   pług - usłyszałem  odpowiedź,  która  padła ze   zmarzniętych ust.  spod  daszka

futrzanej czapy.

- Kiedy przyjedzie?

- Kto to wie?

- Daleko do Suwałk?

- Ze trzy kilometry.

Podeszło do nas kilka osób z innych pojazdów.

- Co robimy? - zapytał ktoś.

-   Ja   pójdę   -   zaoferował   się   ktoś.   -  I  tak   jestem   spóźniony  do   roboty,  to   pójdę   i

sprowadzę pług.

Człowiek zniknął w śnieżnej zadymce. Staliśmy w kupce przytupując, paląc papierosy,

a niektórzy dopijali resztki z sylwestrowego stołu.

Potem   poszedł  jakiś   chłopak.  Po  półgodzinie,  gdy  już  grzałem  się   w  Rosynancie,

zobaczyłem, że wrócił. Wysiadłem i poszedłem zapytać go o sytuację.

- Panie, tam od ośmiu godzin stoi autobus PKS-u - opowiadał lekko podchmielony

młodzieniec. - Z Olsztyna jechał, to lepszy i ludzie jeszcze nie pomarzli, bo kierowca co jakiś

czas włącza silnik. Nawet herbatę z ekspresu im robi.

- Ktoś poszedł po pomoc?

Młodzian tylko wzruszył ramionami. Znowu poszedłem na czoło kilku samochodowej

kolejki, gdzie najbardziej operatywni i znużeni czekaniem sami zaczęli kopać tunel, używając

do tego łopat, które zimą każdy tu woził w bagażniku.

W Rosynancie sprawdziłem na mapie, że mogę spróbować innej drogi, przez las, więc

istniała szansa, że mniej zawianej.

Gdy mijałem Ostrołękę i wjeżdżałem na drogi o lepszej klasie zimowego utrzymania,

background image

dziękowałem amerykańskiej Polonii za dar w postaci samochodu terenowego. Jechałem nie

tylko po drogach, w tym i polnych, ale i po samych polach, a nawet zamarzniętych stawach,

byle dotrzeć na miejsce.

W klinice rządowej zastałem Bytesa, jego syna, Alison i kilku lekarzy. Zdziwiło mnie,

że jeden miał na piersi przyczepiony identyfikator informujący, że jest specjalistą od chorób

tropikalnych.

- Nareszcie jesteś! - na mój widok zawołał Bytes.

W jego głosie wyczułem wyrzut, więc nie pozostałem dłużny.

- Ciekawe, w co wplątaliście mojego szefa? - zapytałem.

- Przestańcie się kłócić - wtrąciła się Alison. - Tomasz prosił, żebyś do niego poszedł.

Kazano mi założyć biały fartuch, czepek oraz maskę.

- Pański szef nie zaraża ludzi drogą kropelkową, ale trzeba się zabezpieczyć - wyjaśnił

mi specjalista od chorób tropikalnych.

Szliśmy długim, rozjaśnionym jarzeniówkami korytarzem. Świeżo wymyte linoleum

charakterystycznie skrzypiało pod podeszwami obuwia lekarza.

- Wiecie, co jest panu Tomaszowi? - zapytałem doktora.

- Wierzy pan w opętanie? - lekarz zerknął na mnie.

- Nie - odparłem.

-   To   dobrze,   nie   sprowadzi   nam   pan   tu   egzorcysty  -   westchnął   medyk.   -   Pański

przełożony złapał nieznaną nam chorobę w nieznany nam sposób. Co gorsza, wiemy, że jeżeli

ta choroba będzie rozwijała się w takim tempie, pacjent przeżyje najwyżej dziesięć dni.

- Co to za draństwo?

-   Mówię,   że   nie   wiem.   Jestem   bezradny.  Widziałem   pierwsze   przypadki   eboli   w

Afryce, gdy ludzie krwawili każdym porem ciała. Czegoś takiego, co ma pański szef, nigdy

wcześniej nie spotkałem. Po pierwsze, wykres pracy fal mózgowych przypomina plażę na

Helu z małymi grajdołkami i delikatnymi wydmami...

- To znaczy?

- Mózg pracuje na najmniejszych obrotach, stosując motoryzacyjne porównanie. To

rodzaj śpiączki. Po drugie, metabolizm nabrał niebywałego pędu, co jest w sprzeczności z

pracą mózgu. To niewytłumaczalna anomalia.

- Czym to grozi?

- Przyspieszeniem procesu starzenia się. Pański szef umrze ze starości.

- To bajka, niemożliwe! - krzyknąłem zdumiony.

- Dlatego upewniałem się, czy nie sprowadzi pan tu egzorcysty... 

background image

Lekarz   miał   smutną   minę.   Otworzył   przede   mną   izolatkę,   gdzie   leżał  Pan

Samochodzik.   Dopiero   teraz   uświadomiłem   sobie,   ile   miał   lat,   na   jakie   głupstwa

nieprzystające   do   jego   wieku   czasami   go   narażałem.   Leżał   bezbronny,   podłączony   do

przeróżnych urządzeń, kroplówek.

- Ma pan dwie minuty - usłyszałem głos lekarza.

- On śpi... - zacząłem, ale pan Tomasz podniósł dłoń. 

Usiadłem przy nim i ścisnąłem jego rękę.

- Jestem, panie Tomaszu. Jak się pan czuje?

- Przecież wiesz - szef słabo się uśmiechnął. 

- Skąd...

- Nie kłam, słyszałem, o czym rozmawialiście na korytarzu.

- To niemożliwe - powiedziałem patrząc na wyciszone drzwi izolatki.

- Ty zapytałeś: „Czym to grozi?”, a lekarz odpowiedział, że przyspieszeniem procesu

starzenia się. Wiem, co słyszałem. Słyszę rzeczy, których nigdy nie słyszałem, przypominam

sobie wydarzenia, o których zapomniałem i chociaż nic nie widzę i mam zamknięte oczy, to

widzę ciebie.

Złapałem oddech, żeby coś wtrącić, uspokoić szefa, ale on uśmiechnął się.

- Pawle, z tym egzorcystą to prawda, może tylko on by mi pomógł. Słuchaj teraz

uważnie...

Pan Tomasz nigdy nie mówił tak szybko. W telegraficznym skrócie opowiedział mi

przebieg wydarzeń w Pułtusku.

- Uważaj na Amerykanów, to nie koniec twoich przygód - dodał na koniec. - Do

zobaczenia za dziesięć dni.

- Koniec - szepnął lekarz otwierając drzwi. 

Pan Tomasz mocniej zacisnął powieki i zamilkł.

- Jak pan ocenia stan chorego? - zapytał mnie lekarz. 

Milczałem.

- Aż tak źle?

- On słyszy, o czym rozmawiamy. 

- Pan żartuje...

Wzruszyłem ramionami, ignorując nieufność medyka. Wyszliśmy do Amerykanów.

Bruce siedział półśpiący. Bytes ćmił cygaro, Alison chodziła tam i z powrotem.

- Doktorze, czy istnieje jakieś lekarstwo na tę przypadłość? - zapytałem. - Może to

trucizna, na którą potrzeba antidotum?

background image

- Dopiero zajmujemy się wyodrębnieniem wirusów odpowiedzialnych za tę chorobę...

To sensacja naukowa, która może nas zaprowadzić...

Nie   wytrzymałem   i   chwyciłem   lekarza   za   klapy   fartucha.   Jego   nogi   dyndały   w

powietrzu, a okulary zawisły tylko na jednym uchu.

-  Niech   pan   mi   tu   nie   opowiada   farmazonów!   -   krzyknąłem.   -   To   jest   chory,

umierający  człowiek!  Mój   szef   i   przyjaciel.  Ma   pan   zrobić   wszystko,   żeby  go  uratować.

Inaczej... - znacząco zawiesiłem głos. - Kiedy będziecie znali te wirusy?

- Może dziś w południe - wykrztusił lekarz.

Przez ten czas zebrał się wokół nas tłumek personelu, więc postawiłem specjalistę od

chorób tropikalnych na podłodze.

- Ile czasu potrzebujecie na opracowanie leku?

- Pan wybaczy, ale tylko w filmach opracowanie szczepionki zajmuje dzień lub dwa.

Naprawdę potrzeba kilku miesięcy.

- Czy znając wirus będziecie w stanie określić, skąd pochodzi?  - wypytywałem. -

Może znając źródło jego pochodzenia, na miejscu znajdę lekarstwo?

Lekarz zamyślił się. W tym czasie lekarze i pielęgniarki, którzy przyszli zwabieni

hałasem, rozeszli się patrząc na mnie jak na wariata.

- Teoretycznie jest to możliwe - odparł po chwili.

- Będę tu w południe  - rzuciłem i ruszyłem  do wyjścia. Słyszałem za  sobą kroki

Alison. Złapała mnie za łokieć i obróciła do siebie.

- Musimy porozmawiać - powiedziała.

- O czym? O waszej chciwości, która kazała wam włazić do podziemi bez dobrego

przygotowania, w nocy? To dlatego mój szef...

- Byłam tam i sprawdzałam - wtrąciła się Alison. - Tam była pułapka! Wiem, że to

Willy zawinił, a twój szef uratował mu życie. Gdyby nie szybka reakcja Tomasza, Willy by

teraz umierał...

- A Bruce i ty odziedziczylibyście fortunę - szydziłem.

Alison zamilkła i została w tyle. Wściekły, trzaskając drzwiami, wyszedłem z kliniki i

wsiadłem   do   Rosynanta.   Pojechałem   do   domu   i   zacząłem   się   pakować.   Przez   Internet

sprawdziłem   stan   swojego   konta,   żeby   wiedzieć,   ile   mam   pieniędzy   na   podróże.   Gdy

szykowałem swój ulubiony worek żeglarski i wrzucałem  do niego nieodzowne spodnie  z

demobilu, usiadłem zrezygnowany.

 „Skąd mogę wiedzieć, dokąd muszę jechać?” - pomyślałem.

Zrobiłem sobie zieloną herbatę, lecz pierwszy jej łyk już mi nie smakował. Kawa też

background image

mi   nie   pomogła   -   wystygła,   gdy   chodziłem   w   kółko,   patrząc   po   półkach.   Szukałem

jakiejkolwiek   książki   o   chorobach   tropikalnych.   Znalazłem   krótkie   opisy,   ale   żaden   nie

pasował do przypadku pana Tomasza. Złość i gorycz zalewały mój umysł. Byłem wściekły na

wszystkich, każdy był winien choroby pana Tomasza: Bytes, Bruce, Alison, pani minister,

urzędnik, który miał klucze do podziemi, bo go nie było w pracy...

Próbowałem na chłodno analizować sytuację. Alison mówiła, że to była pułapka, a

więc   w   grę  wchodziła   trucizna.   Jeżeli   tak,   to   Zieleniewski   użył  pewnie  znanej   wówczas

mikstury,   może   indiańskiej.   Może   więc   Indianie   znali   także  antidotum.   Znużony

rozmyślaniami   i   nocnymi   przeżyciami   zasnąłem   na   kanapie.   Obudziły  mnie   jednocześnie

telefon i dzwonek do drzwi.

Skoczyłem do telefonu.

- Halo? - krzyknąłem.

- Paweł Daniec? - rozpoznałem głos lekarza. 

- Tak. Rozpoznaliście wirusy?

- Nie. 

- Co?!

- Nie ma ich. Nie mam pojęcia, o co chodzi. Bardzo mi przykro... 

W czasie rozmowy dzwonienie do drzwi było już ciągłe, a jednocześnie ktoś walił

pięścią. Rzuciłem słuchawką.

- Czego?! - krzyknąłem otwierając drzwi.

Spodziewałem się kogoś, kto pomylił drzwi, podpitego amanta sąsiadki lub sąsiada z

dołu,   który   przyszedł   mi   złożyć   życzenia,   kogokolwiek,   na   kim   mógłbym   wyładować

wściekłość. Willy i Bruce wystawili do pierwszego szeregu Alison i to ona dzwoniła i waliła

w drzwi.

- Czego?! - powtórzyłem.

- Już wiesz? - zapytała Alison. 

- Tak.

- Świetnie.

- Bardzo, mój szef umiera, a żaden jajogłowy nie wie dlaczego.

-  Świetnie, bo jesteś na skraju rozpaczy - Alison odsunęła mnie z wejścia i weszła do

mojego saloniku. Za  nią kroczyli senior i junior Bytesowie. -  Chwycisz się każdej  deski

ratunku, a my mamy dla ciebie propozycję...

- Precz! - palcem wskazałem im drzwi. - Przez to, że ten smarkacz postanowił zdobyć

skarb   -   wymownie   patrzyłem   na   Bruce’a   -   pojechaliście   w   nocy   do   Pułtuska.   Jak   już

background image

znaleźliście syna marnotrawnego, to stary cap - teraz zerknąłem na milionera - uważał za

stosowne   dalej   włazić   do   podziemi   i   co   gorsza   nie   słuchać   rad   mądrzejszego   od   siebie

człowieka...

- Paweł, uspokój się, zanim powiesz coś, po czym będzie ci głupio - Alison położyła

mi dłonie na ramionach.

Zrzuciłem je.

- A ty? Specjalistka od Indian, nie mogłaś uprzedzić pana Tomasza o pułapce? Chyba

podejrzewałaś, że coś takiego może tam być?

- Nie podejrzewałam.

- A wiecie, kto was zamknął w podziemiach?

- Bruce powiedział, że nie wie - odezwał się Willy Bytes. 

- A czy on wie coś więcej, niż to, że jest synkiem milionera? 

Bruce nawet nie drgnął. Bytes poczerwieniał, ale Alison zamachnęła  się, żeby mnie

uderzyć.   Poczułem   ulgę,   wreszcie   ktoś   chciał   się   ze   mną   zmierzyć,   mogłem   rozładować

pokłady agresji. Błyskawicznie zablokowałem jej cios i wykręciłem rękę tak, że jej twarz

znalazła się przy podłodze. Pochylony nad nią słyszałem, jak wolno dyszała. Potem popatrzyła

mi w oczy i ujrzałem w niej tyle błękitu, tyle dobroci, że mnie to zaczarowało. To musiała być

magia albo po prostu w tym jednym ruchu samoobrony rozładowałem swoją złość. Puściłem

ją.

- Siądź - rozkazała mi.

Usiadła naprzeciw mnie na tej samej kanapie. Siedzieliśmy bokiem do Willy’ego i

Bruce’a, ale oni jakby przestali istnieć.

- Zieleniewski był na ścieżce szamana lub stał się szamanem - mówiła Alison. - Jego

pułapka przypomina te znane ze świątyń Azteków. Nie powinno cię to dziwić, bo Indianie na

całym kontynencie wymieniali się doświadczeniami. Znajomość roślin wśród ludów żyjących

w   zgodzie   z   przyrodą   musiała   być   ogromna,   poparta   tym,   co   Jung   określa   mianem

świadomości zbiorowej. Rozumiesz?

- Tak.

- Uczeni podejrzewają, że ludzie pierwotni metodą prób i błędów rozpoznawali rośliny

jadalne   i   niejadalne,   trucizny   i   lekarstwa.   Najnowsze   badania   wskazują,   że   w   naszej

podświadomości tkwi ogromna wiedza wielu pokoleń. Skąd niedźwiedź wie, które korzonki

pomagają mu na niestrawność, skoro jego rodzice tego go nie nauczyli? Nigdy nie miałeś

czegoś takiego, że w czasie choroby poczułeś ochotę na coś, czego dotychczas nie jadłeś? Mój

kolega na studiach miał kłopoty z żołądkiem, skórka pomidora przykleiła się mu do ścianki

background image

tego organu. Nie miał żadnych lekarstw, poleciał do uczelnianego sklepiku i kupił lody i

mocne gumy miętowe. Nigdy wcześniej tego nie próbował i tobie tego wcale nie polecam, ale

jemu pomogło.

- Rozumiem, ale do czego zmierzasz?

- Zieleniewski wykorzystał do pułapki jakąś silnie trującą roślinę, a może mieszankę

ziół. Pierwszy raz stykam się z czymś takim, ale wiem, kto może nam pomóc.

- Może zbadalibyśmy tę pułapkę i na tej podstawie...

- Wszystko uległo zniszczeniu.

- Jak to? Przecież skoro szef został zatruty, to musiał być gdzieś ukłuty, istnieje więc

jakieś ostrze...

- Wcale nie. Do zatrucia wystarczy ziarnko piasku, ułamek pazura, cokolwiek.

- Kto nam pomoże?

- Czarny Kieł, szaman.

- Sprowadzisz go tu?

- Nie, pojedziemy do niego, na Alaskę. Pamiętaj, mamy tylko dziesięć dni.

***

Stroną   finansową   wyprawy  obiecał   zająć   się   Bytes,   który  miał   wyrzuty  sumienia.

Bruce pozostał cichym uczestnikiem, może dlatego, że mu nie ufałem. Nie wierzyłem w to, że

nieznany osobnik zamknął za Bytesem i panem Tomaszem drzwi i nic. Alison wciąż była

piękna i czarująca. Ona jedna z naszej czwórki pozostała spontaniczna i zachowała do końca

wiarę, że nam się uda. Jeszcze tego samego dnia, w Nowy Rok, Bytes sprowadził z Frankfurtu

swój   odrzutowiec.   Dwusilnikowy   Fokker   mógł   zabrać   piętnastu   pasażerów   i   trzy   osoby

załogi.   Miał   doskonale   zaopatrzoną   spiżarnię   i   możliwość   podczepienia   dodatkowych

zbiorników z paliwem. Ostatnie tankowanie przed skokiem za Atlantyk mieliśmy w Glasgow.

Potem lecieliśmy północnym szlakiem nad Islandią, Grenlandią, Ziemią Baffina w Kanadzie

prosto na Alaskę do Fairbanks. Fokker bez problemu wylądował na lotnisku, gdzie przywitała

nas śnieżyca. Bogactwo Bytesa było niebywałe. Na miejscu czekały na nas dwa samochody

terenowe,   oczywiście  marki   jeep  grand  cherokee,  z   silnikami   Diesla   i,  jak  to   w  Stanach

Zjednoczonych,   z   automatyczną   skrzynią   biegów.   Na   szerokie,   zimowe   opony   założono

łańcuchy.

Do pierwszego wozu wsiadłem z Alison, a w drugim byli ojciec i syn. Alison znająca

teren prowadziła, a ja zasnąłem. Obudziłem się na ośnieżonej drodze na dnie górskiej doliny.

Przed   nami,   za   ośnieżonymi   szczytami   zanurzała   się   lodowata   kula   księżyca.   Mijaliśmy

background image

drewniane   domostwa,   jakby   zagubione   w   zimowym   puchu,   jakże   jednak   imponujące.

Wyglądem   przypominały   chałupy   pierwszych   osadników,   ale   jednocześnie   sprawiały

wrażenie   niezwykle  przytulnych.  Tutaj  nikt   nie   bawił   się   w   odśnieżanie  dróg do   asfaltu.

Zostawiano   kilkucentymetrową   białą   warstwę,   a   każdy   miał   łańcuchy.   Drogi   oznaczono

tyczkami, jak na górskich szlakach. Za nami unosiła się biała chmura pyłu, a dalej pędził jeep

Bytesów.

Zerknąłem   na   zegarek.   Był   środek   nocy  między  l   i   2   stycznia.   Alison   już   długo

prowadziła, więc zaproponowałem, że ją zmienię przy kierownicy. Zgodziła się z ochotą.

Stanęliśmy na krótki postój przed mostem nad górskim potokiem. Wiedziony ciekawością

zszedłem   do   niego.   Ślizgałem   się   na   oblodzonych   kamieniach,   ale   dotarłem   do   wody.

Przemyłem oczy i napiłem się. Była czysta, przesiąknięta zimnem i doskonale orzeźwiała.

Usłyszałem kroki. To była Alison. Mimo zimna zdjęła kurtkę i ciepły sweter, pozostając w

koszuli. Rozpięła ją aż do pępka. Mimo woli mój wzrok powędrował tam, gdzie wędrowała

jej dłoń, gdy obmywała ciało.

- Gdy jakiś czas żyjesz z Indianami, przestajesz wstydzić się swojego ciała i jego

reakcji - powiedziała patrząc mi zuchwale w oczy.

- Kiedy będziemy u Czarnego Kła? - zapytałem.

- Kiedy będziesz, bo chce się widzieć tylko z tobą.

- To jakaś bzdura! - wyprostowałem się. - Miał nam pomóc! Musisz iść ze mną, ty

lepiej zapamiętasz i zrozumiesz wszystkie szczegóły!

- Nie - Alison pokręciła głową. - Czarny Kieł chciał widzieć tylko ciebie.

Zdenerwowany pomaszerowałem do samochodu i czekałem za kierownicą, aż Alison

wróci.   W   lusterku   wstecznym   widziałem,   jak   Bruce,   który   był   kierowcą   drugiego   auta,

beznamiętnie   patrzył   na   powracającą   znad   potoku   Alison.   Przecież   prezentowała   się

wspaniale, szczupła,  odpowiednio zaokrąglona, tam gdzie powinna, była jednocześnie jak

antyczna piękność i wojownicza Amazonka. To był doskonały materiał na żonę i towarzysza

niejednej przygody.

Alison usiadła obok mnie parując świeżością i mrozem.

- Tu - wskazała mi punkt na mapie.

Była to wioska o nazwie Little Moose, gdzie jak wynikało z legendy, był ośrodek

myśliwski. Jeszcze wczesnym przedpołudniem zajechaliśmy do miejscowości położonej nad

brzegiem jeziora, którego cztery zatoki po drugiej stronie wrzynały się w pionową ścianę góry

Black Apple. Z góry jezioro kształtem przypominało łopatę rogu łosia i dlatego nazywało się

Moose   Lakę,   a   Little   Moose   znajdowało   się   na   południowym   krańcu   rozlewiska,   czyli

background image

rzeczywiście było jak mały łoś dźwigający wielkie rogi.

Trąciłem łokciem Alison budząc ją.

- Jesteśmy na miejscu - powiedziałem.

- Tam - Alison wskazała mi drogę.

Zjechaliśmy kamienistą drogą nad brzeg jeziora. Była ósma rano, słońce wychodziło

zza okolicznych szczytów, które rzucały długie cienie na wodę.

Alison ubrała się i otworzyła tylną klapę. Wyjęła ze środka plecak z wewnętrznym

stelażem.

-   Liny,   maszynka   do   gotowania,   kilka   konserw,   namiot   i  śpiwór  -  powiedziała

wręczając mi plecak.

- Masz,  synu - Willy Bytes podał mi  nowoczesną strzelbę  winchestera,  długi nóż

myśliwski i kapelusz.

- Co jest? - protestowałem. - Nie szkoda wam czasu?

- To jest twoja droga - Alison wskazała mężczyznę stojącego koło budynku, którego

ściany pokrywała blacha falista.

Wokoło  nie  było  widać  żywej  duszy. Wioska,   której   domy  bardziej  przypominały

baraki, wydawała się opustoszała. Człowiek, który na mnie czekał, był Indianinem, na głowie

miał czarny kapelusz, spod niego spływały długie, proste pasma włosów. Zza brzegu ronda

wyglądały ciemne czujne oczy. Ubrany był w dżinsy i lnianą koszulę, której rękawy mimo

mrozu były niedbale zawinięte do połowy przedramion. Na nadgarstku złocił się najnowszy

model Rolexa. Widział moje zdziwione spojrzenie, gdy patrzyłem na zegarek.

-   Ciemny   Dąb   -   przedstawił   się.   -   To   -   pomachał   ręką,   wymownie   patrząc   na

nadgarstek - prezent za udane polowanie.

- Rozumiem - kiwnąłem głową. - Co mam robić? Gdzie jest Czarny Kieł?

Indianin w milczeniu zaprowadził mnie na brzeg, gdzie leżały kajak i wiosło.

- Tam - wymownie wskazał górę. - Na górze, na granicy lasu znajdziesz nieczynną

sztolnię. Obok jest dom Czarnego Kła. Ruszaj i kieruj się sercem.

Zostawił mnie samego i przepadł.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

WĘDRÓWKA NA GÓRĘ CZARNEGO KŁA • SPOTKANIE

Z NIEDŹWIEDZIEM • KIM DLA MNIE JEST PAN TOMASZ?

• W INDIAŃSKIEJ SAUNIE • NA SZCZYCIE CZARNEGO

JABŁKA • SEANS SZAMANA • LECIMY NA FLORYDĘ

Byłem   pozostawiony   sam   sobie.   Patrzyłem   na   stalowoszarą,   gładką   powierzchnię

jeziora   i   odległą   górę.   Byłem   gotów   zrobić   wszystko,   byle   tylko   uratować   Pana

Samochodzika. Jeżeli lekarze w Warszawie mogli tylko bezsilnie przyglądać się agonii pana

Tomasza, musiałem korzystać z każdej szansy.

Ułożyłem bagaż w kajaku, chwyciłem wiosło i zepchnąłem kajak na wodę. Wsiadłem

do niego. Miał wyższe burty niż te, które znamy z Europy. Miało to zapewne chronić przed

wysokimi falami. Wykonany z listewek i brezentu świetnie płynął. Czułem, jak z każdym

zanurzeniem pióra odpływałem dalej od  brzegu. Po kwadransie  obejrzałem  się i  budynki

miasteczka Lirtle Moose pozostały tylko jako małe znaczki. Nie wiedziałem, do której zatoki

mam wpłynąć. Wskazówkę o kierowaniu się sercem uznałem za równoznaczną z określeniem

„wszystko jedno gdzie”. Wiosłowałem i patrzyłem, dokąd zmierzam.

Po dwóch godzinach zbliżyłem się do podnóży góry. Od jakiegoś czasu czułem bijący

od niej chłód. Przyglądałem się pokrytemu mniejszymi i większymi kamieniami brzegowi w

poszukiwaniu dogodnego miejsca do lądowania. Wreszcie wypatrzyłem potężną sosnę, której

korona spoczywała w wodzie. Podpłynąłem tam. Na brzeg wyładowałem plecak i broń. Z

kawałka liny zapakowanej do plecaka zrobiłem długą cumę, a z drugiego odcinka i kamienia

prymitywną   kotwicę.   Potem   rzuciłem   kotwicę   jak   najdalej   od   brzegu.   Kajak   odpłynął

pociągnięty przez kotwicę, a ja trzymałem cumę. Następnie ściągnąłem ją napinając linę od

kotwicy i przywiązałem sznur do konarów sosny. W ten sposób delikatny brezentowy kajak

był chroniony przed otarciem o kamienie, a nie musiałem go wciągać na brzeg, gdzie mogły

go zniszczyć zwierzęta.

Założyłem plecak i strzelbę i rozpocząłem wędrówkę. Nachylenie stoku i brak szlaków

sprawiały, że postanowiłem wspinać się pod górę, na  oślep i dopiero na granicy lasu, czyli

gdzieś   na   wysokości   1300   metrów   nad   poziomem   morza,   szukać   opuszczonej   kopalni   i

Czarnego Kła.

Po dwóch godzinach spływałem potem. Kapelusz dyndał mi na szyi, parę razy byłem

background image

bliski porzucenia broni, coraz wolniej stawiałem kroki. Koło południa krew dudniła mi w

skroniach tak, że usiadłem na wywróconym pniu i czekałem, aż minie zmęczenie. W plecaku

była butelka z wodą mineralną, więc łapczywie piłem. Czując głód otworzyłem konserwę.

Puszki nie miały etykiet, więc otwarcie każdej przypominało wielką loterię. Trafiłem na fasolę

w   słodkim   sosie   pomidorowym.   Trzeba   było   ją   podgrzać.   Rozejrzałem   się   i   poszukałem

dobrego miejsca na ognisko.

Między dwoma leżącymi pniami, układającymi się w kształt litery „V”,  odgarnąłem

ściółkę   i  zniosłem   tam   z   lasu   kilka  grubszych  gałęzi   i   masę   chrustu.   Szybko  rozpaliłem

ognisko.   Maszynkę   spirytusową   wyrzuciłem   zostawiając   sobie   tylko   rusztowanie,   które

posłużyło   mi   za   fajerki,   na   których   podgrzewałem   fasolę.   Mieszałem   ją   patyczkiem

ostruganym z kory. Siedziałem oparty o drzewo i wdychałem zapach ogniska i potrawy. Gdy

uznałem, że obiad jest już gotowy, nie patrząc sięgnąłem za siebie, do plecaka po sztućce.

Macałem szukając kieszonki z przyrządami, gdy nagle natrafiłem na coś, co przypominało

łapę zwierzęcia, miało futro i pazury. Przerażony kurczowo ścisnąłem znalezisko, ale dłoń

przy cichym pomruku powędrowała wyżej. Obejrzałem się.

Nade mną stał ogromny niedźwiedź brunatny i właśnie próbował spałaszować moją

rękę. Wyrwałem ją gwałtownie, aż na skórze zostały krwawe ślady od zębów drapieżnika.

Wzrokiem szukałem strzelby.

Niedźwiedź zaryczał i stanął na tylnych łapach. To była jedna z nielicznych chwil w

moim życiu, gdy strach sparaliżował mnie. Jak we śnie, w zwolnionym tempie sięgnąłem po

broń   i   skoczyłem   do   tyłu.   Przetoczyłem   się   przez   ognisko,   wywracając   puszkę   z   fasolą.

Przeturlałem się za drugi pień, przyklęknąłem i odbezpieczyłem kurek strzelby mierząc w

pysk   zwierzęcia.   Wtedy   zobaczyłem,   że   niedźwiedź   miał   jeden   czarny   kieł.   Zdumiony

zbiegiem   okoliczności   powoli   opuściłem   broń.   Zastanawiałem   się,   czy   Czarny   Kieł   nie

napuścił   na   mnie   swojego   tresowanego   misia.   Przecież   dzikie   zwierzę   powinno   się   bać

człowieka i zapachu dymu z ogniska.

W tym czasie miś zrezygnował z ataku i wsadził pysk do komory plecaka. Potem

chwycił go zębami i zaczął nim potrząsać na boki, aż nagle wypuścił go. Torba pofrunęła w

moją stronę. Byłem gotów uwierzyć, że to cyrkowa sztuczka.

-   Spokojnie,   chłopie   -   przemawiałem.   -  Jesteś   głodny,   rozumiem,   zaraz   coś   tu

znajdziemy i mam nadzieję, że nie będzie to fasola.

Przemawiałem   patrząc   jednocześnie   w   oczy   zwierzęcia.   Starałem   się   nie   okazać

strachu.   Z   doświadczenia   wiedziałem,   że   tylko   bardzo   zły   lub   świetnie   wyszkolony  pies

wytrzymywał spojrzenie człowieka przez dłuższy czas. Mój niespodziewany współbiesiadnik

background image

był   bardzo   odporny.   Ze   spokojem   obserwował   moje   zabiegi.   Najpierw   wyjąłem   litrową

puszkę.

- Będzie smaczne papu - zapowiedziałem.

Kilka razy poruszyłem ręką, jakbym chciał rzucić nią do lasu. Niedźwiedź nie odrywał

od  niej  wzroku i  jego głowa kręciła  się jak  u zahipnotyzowanego. Wreszcie  wypuściłem

pojemnik z dłoni i poszybował on do świerku odległego dziesięć metrów od nas. Szybko

przyłożyłem   strzelbę   i   strzeliłem   dwa   razy   w   cienką   blachę.   Miś   chwycił   zmiażdżoną

konserwę, jak zauważyłem z wołowiną w sosie, i uciekł.

- Kulinarny bandzior - mruknąłem.

Spokojnie zasiadłem do resztek fasolki i czekałem. Miałem nadzieję, że Czarny Kieł

sam   teraz   przyjdzie.   Jego   zwierzak   już   zrobił   widowisko.   Indianin   miał   pewnie   zamiar

ponownie wystawić mnie na próbę.

Poczekałem   jeszcze   chwilę,   aż   zasypałem   ognisko   i   ruszyłem   dalej.   Po   południu

dotarłem na granicę lasu i teraz musiałem zdecydować, w którą iść stronę, by dojść do szybu i

domu Czarnego Kła. Wybrałem wschód. Tam był dom.

Po godzinie, nim zachodzące słońce skryło się za ostre krawędzie gór, doszedłem do

jakiejś chałupy. Z kamiennego komina wzbijała się w niebo delikatna smużka dymu. W oknie

z dymionego szkła widziałem blask światła lampy naftowej. Ciężko oparłem się o grube bale,

z których zbudowano domostwo.

- Jest tu kto? - zawołałem. - Przyszedłem do Czarnego Kła.

-  Susły z okolicy długo będą sobie opowiadać o tym wydarzeniu - usłyszałem za sobą

chrapliwy głos.

Byłem pewien, że gdy obejrzę się za siebie, ujrzę niedźwiedzia. Na szczęście był to

siwy,   lekko   przygarbiony   Indianin.   Miał   na   sobie   mokasyny,   skórzane   spodnie   i   kurtkę

amerykańskiej piechoty morskiej.

- Wchodź, przybyszu - zaprosił mnie do chałupy.

Otworzył drzwi, w których nie było zamka, tylko stara, ręcznie kuta klamka. W środku

była tylko jedna izba, z kominkiem, gdzie w kociołku bulgotała woda. Pod jedną ścianą stało

piętrowe łóżko, pod drugą szafa, pod trzecią kredens, a pod czwartą, z oknem, stół i trzy

krzesła.

- Głodny jesteś? - zapytał Czarny Kieł.

Dopiero   teraz   poczułem,   jak   jestem   zmęczony   po   tej   wspinaczce   i   przygodzie   z

niedźwiedziem.

-   Tak,   mam   nawet   konserwy   -   odpowiedziałem.   Wyjąłem   puszkę,   ale   Indianin

background image

lekceważąco machnął ręką.

- Te wasze konserwy z wołowiny są dobre dla niedźwiedzi - mruknął.

- Idź, popatrz sobie na zachód słońca, a jak przyjdziesz, podam kolację.

- Ale ja... - zacząłem.

- Wiem, wszystko w swoim czasie. Nie szukaj niczego na oślep i w pośpiechu, bo

niedźwiedź ci łapę odgryzie. Takie mamy powiedzenie.

Postanowiłem   poszukać   tego   niedźwiedzia   w   obejściu   Czarnego   Kła.   Na   wszelki

wypadek   zabrałem   strzelbę   i   wyszedłem   przed   chatę.   To   co   ujrzałem   sprawiło,   że   aż

przysiadłem z wrażenia. Zachód słońca wyglądał prześlicznie. Zza góry wysuwały się długie,

proste kolumny promieni, które podświetlały chmury sprawiając, że wyglądały one jak łuny

pożarów. Powierzchnia jeziora zajęła się tym przedziwnym ogniem i szczyty drobnych fal

zalśniły   na   złoto.   Śnieg   i   lód   dokoła   przestał   być   tak   niebiesko   lodowaty,   a   nabrał

pomarańczowo-zielonej barwy. Czarny Kieł wybudował chatę w takim miejscu, że widać stąd

było prawie całe jezioro, a jednocześnie nachylenie stoku było takie, że wydawało się, iż stoję

na skraju przepaści. Cały świat był u moich stóp.

- Co tak stoisz? - zapytał Czarny Kieł.

Bez   słowa   wskazałem   mu   orła   lecącego  na   wysokości   naszych  oczu   na   środkiem

jeziora.

-  Śpieszy do wigwamu przed końcem dnia - ocenił Czarny Kieł.

-   Tam   mieszka   -  pokazał   mi   odległy  szczyt.   -  Czasami   się   odwiedzamy  z   Orlim

Szponem.

To mi podsunęło pewną myśl.

- Czy ty i niedźwiedź...

- Widziałeś grizzly z czarnym kłem i myślisz, że to ja? - Indianin uśmiechnął się,

pokazując równy garnitur białych zębów. - Szamani białego człowieka potrafią cofnąć czas,

ale ciało i tak zna swój zegar. Chodźmy, czeka cię długa noc.

Zeszliśmy do chaty. Na stole stały dwie miski z gulaszem i sucharami.

- Czy to...? - zacząłem pytanie mieszając łyżką.

- Myślisz, że niedźwiedzia tak łatwo upolować? To sarnina. 

Jadłem   świetnie   przyprawione,   trochę   łykowate   mięso   i   zagryzałem   je  sucharami

maczanymi w sosie.

- Alison mówiła, że... - próbowałem rozpocząć rozmowę.

- Wy, biali, macie dziwny obyczaj rozmawiać o interesach przy jedzeniu - przemówił

Czarny Kieł, patrząc w ogień. - Nie szanujecie tego, kto polował, oprawił, przygotował, podał

background image

wam posiłek. Zrobił to po to, by sprawić wam przyjemność, żebyście rozmawiali o rzeczach

przyjemnych...

- Ale mój przyjaciel...

- Czy to twój przyjaciel? Czy używasz odpowiedniego słowa?

- To także mój szef. 

- Nie, to ktoś więcej. Kto?

- Nauczyciel - odparłem po chwili namysłu.

- Chciałbyś być takim jak on?

- Tak - przyznałem.

- Jest więc twoim ojcem. Nim wszedłem na ścieżkę szamana, miałem jednego ojca.

On nauczył mnie, jak żyć, jak upolować zwierzynę, jak kochać kobietę, jak walczyć, jak być

silnym. Potem miałem wizję i miałem drugiego ojca, który poprowadził moją duszę, wskazał

mi drogę. Każdy z nas spotyka kogoś takiego i albo potrafimy z tego skorzystać, albo potem

żałujemy, stając nad jego grobem.

- Właśnie. Nie chcę stanąć nad grobem mojego szefa. On się zatruł indiańską trucizną.

- Czego nauczył cię twój ojciec?

- Który?

Czarny Kieł zaśmiał się.

- Wy, biali, zbyt dosłownie traktujecie słowa - powiedział odsuwając od siebie pustą

miskę. - Nie słuchacie człowieka, tylko jego słów. Zamknij oczy i powiedz mi, o co cię

pytałem?

Spełniłem polecenie.

- Chodzi o uczciwość i czystość zamiarów - powiedziałem. Słowa płynęły same z

siebie.

-   Właśnie   to   chciałem   usłyszeć   -   rzekł   Czarny   Kieł.   -   Twój   ojciec   jest   dobrym

człowiekiem, a ty jesteś godny, by ci pomóc. Zdejmij ubranie!

Zdumiony zerknąłem na Indianina.

- Możesz zostać w bieliźnie - mruknął śmiejąc się.

Sam   zdjął   ubranie   i   wyszedł   z   izby.   Ruszyłem   za   nim.   Prowadził   mnie   do

półokrągłego szałasu, przypominającego kształtem igloo. Na środku dachu był otwór, przez

który biła w niebo wąska smuga dymu.

- Łaźnia - wyjaśnił Czarny Kieł.

Podał   mi   gałązkę   świerkową   i   wszedł   do   środka.   Usiadł   za   stosem  nagrzanych

kamieni,   które   oblewał   wodą  z   dzbanka.   Płyn   musiał   być   przyprawiony   ziołami,   bo

background image

aromatycznie pachniał. Biłem się po plecach gałązką i pociłem. Indianin robił to samo, ale był

jakby nieobecny. Robiło się coraz duszniej, aż nie wytrzymałem i wyszedłem. Stałem na

mrozie, a para unosiła się ze mnie, tworząc równą kolumnę prosto ku niebu. Nie odezwałem

zimna i czułem się dziwnie lekki, oczyszczony. Nagle, na rozgrzanej skórze pleców poczułem

smagnięcie gałązką.

- Ubierz się, idziemy poszukać lekarstwa - usłyszałem.

Gdy w chacie ubierałem się, nachodziły mnie dziwne myśli. Z jednej strony, wszystko

co się tu działo, miało swą dziwną magię, z drugiej, trudno uwierzyć, by staruszek ze szczytu

Czarnego Jabłka na Alasce, po seansie z wdychaniem nawarów, nagle odkrył lekarstwo na

chorobę pana Tomasza.

Czarny Kieł milczał, tylko wędrował w górę, wyżej i wyżej. Nie oglądał się za siebie.

Księżyc   nadawał   śniegowi   srebrnych   barw,   iskrzył   się   na   krawędziach   pokrytych   lodem

kamieni. Indianin nie zwracał na to wszystko uwagi, tylko szedł i szedł.

Nie miałem zegarka i nie wiedziałem, która jest godzina. Podejrzewałem, że gdzieś

około północy dotarliśmy na szczyt, na wysokość dwóch tysięcy metrów. Były tu tylko łyse

skały, pojedyncze źdźbła traw wystawały z łach śniegu. Dopiero teraz zauważyłem, że Czarny

Kieł miał ze sobą worek. Wyjął z niego koc i rozłożył go na ziemi. Ukląkł i sięgnął po

bębenek. Mnie podał trzcinkę, w której był mak - prymitywną grzechotkę.

- Lubisz muzykę? 

- Tak.

- To graj!

Cicho   świstał   wiatr,   gdzieś   w   oddali   wył   wilk,   a   Czarny   Kieł   zaczął   bębnić.

Początkowo wolniej, potem szybciej, zwalniał i przyspieszał tempo. Przypominało to zachętę

do   zabawy,   gdy   jedno   dziecko   pozwala   drugiemu   się   dogonić.   Mimowolnie   zacząłem

grzechotać szukając wspólnego z Indianinem rytmu.

Kołysały   mną   podmuchy,   które   rozpędzały   się   pewnie   na   lodowych   pustyniach

Arktyki, patrzyłem na zimne oblicze księżyca, a potem moje nogi zaczęły drżeć z zimna i z

powodu   muzyki.   Nawet   Indianin   wstał   i   uniósł   ręce,   identycznie   jak   niedźwiedź   łapy.

Jednocześnie nie przestawał bębnić. Wydawało mi się, że czuję zapach futra i ciężki oddech

zwierzęcia. Czarny Kieł garbił się i prostował, a ja opadłem zmęczony. Oparłem głowę o

kamień, grzechotałem i patrzyłem na szamański taniec.

Indianin starał się zachowywać jak niedźwiedź, szukał czegoś przy ziemi, grzebał w

śniegu, wśród traw. Widowisko, rytm bębna, grzechotanie zmęczyło mnie i powoli powieki

opadały.

background image

„Alison mówiła, że niedźwiedzie potrafią znaleźć lekarstwo na swoje dolegliwości” -

pomyślałem, nim zasnąłem.

Obudziłem   się   o   świcie.  Właśnie   pierwsze   promienie   światła   lizały  pomarszczoną

twarz Czarnego Kła.

- Coś ci się śniło? - zapytał mnie.

- Kawa, jej ziarna, Murzyni na plantacji kawy - przypomniałem sobie.

- Tak myślałem - Czarny Kieł pokiwał głową. - Czy wiesz, po co Słoneczny Wilk

wyjechał na San Domingo?

- Za namową Anglików - odpowiedziałem.

- Bzdura - Czarny Kieł pokręcił  głową. - Łączyłem się z duchem tego szamana i

powiedział, że przyśniła mu się podobnie jak tobie teraz kawa. Pojechał na San Domingo po

kawę. W wizji te ziarna ukazały mu się jako czarne bogactwo i lekarstwo. Czy wiesz, co

oznaczało jego imię?

- Nie.

- Słońce to wschód, narodziny czegoś nowego i siła. Wilk to symbol wolności i siły

wojownika. Jego wizja prowadziła go ku wschodowi i walce. Musiał być na San Domingo, a

potem ruszyć na wschód, za Wielką Wodę, żeby poznać, jak zdobyć wolność, jak walczyć,

żeby pokonać białego człowieka. Wiesz, jakie zasługi oddał on Tecumsehowi?

- Nie.

-   Gdyby   Tecumsehowi   udało   się   zjednoczyć   wszystkie   plemiona,   rozbiłby   Stany

Zjednoczone, a historia tego kraju potoczyłaby się zupełnie inaczej. Był z nim i pomagał mu.

- Czy duch Słonecznego Wilka mówił ci coś o Zieleniewskim?

- Tak, nie był on szamanem, tylko czarnym magiem. Poznał magię czarnych ludzi. Ta

trucizna pochodzi od czarnych ludzi i tylko oni znają lekarstwo. Na poszukiwanie leku musisz

pojechać tam, gdzie Słoneczny Wilk.

-   Mam   tylko   kilka   dni.   San   Domingo   to   duża   wyspa.  Gdzie   tam   szukać   znawcy

trucizn?

- A jak tu trafiłeś? 

- Alison...

- Nie - Czarny Kieł pokręcił głową. Stuknął mnie palcem w pierś. - Masz czyste serce i

ono cię tu zaprowadziło. Ono ci powiedziało, co masz zrobić, a przecież tak łatwo uczynić

rzeczy nieodwracalne.

- Powiedz mi jeszcze, co się stało ze Słonecznym Wilkiem?

- Zginął przez złe złoto.

background image

- Zieleniewski go szukał na Alasce?

- Nie, on wędrował drogą swojej wizji, a Słoneczny Wilk swojej. Idź, bo zamęczysz

mnie pytaniami. Tą ścieżką dojdziesz na miejsce - wskazał mi drożynkę na wschód.

Szybko dotarłem do chaty, skąd zabrałem strzelbę i chlebak z jedną puszką i butelką

wody.  Jakoś   w   oczy  wpadła   mi   ścieżka,   która   także   prowadziła   na   wschód.   Schodziłem

szybko, aż około dziewiątej rano dotarłem nad brzeg jeziora. Wtedy zadzwonił mój telefon

komórkowy.

- Nie ruszaj się, lecimy po ciebie - usłyszałem głos Alison.

Rozłączyła się, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Rozpaliłem na brzegu ogień i

gotowałem na ruszcie zawartość puszki, czyli parówki z sosem pomidorowym. Po godzinie

usłyszałem   warkot   samolotu.   Nade   mną   przeleciał   hydroplan.   Zrobił   koło   i   wodował.

Kilkanaście   metrów   od   brzegu.   Alison   otworzyła   drzwiczki   i   spuściła   na   wodę   samo

nadmuchujący się ponton. Wsiadła i przypłynęła po mnie.

- Szybko - popędzała mnie.

Wskoczyłem do gumowej łódki i złapałem za wiosła.

- Skąd wiedzieliście, gdzie mnie szukać? - zapytałem.

- Czarny Kieł wysłał nam informację listem elektronicznym. 

- Co?!

- Ma telefon satelitarny, inaczej jak byśmy powiadomili go o twoim przybyciu?

Siedząc na pływaku samolotu spuściłem powietrze z pontonu, zwinąłem go, a potem

wsiadłem do kokpitu.

Pilot natychmiast wystartował i zawiózł nas na inne jezioro, gdzie przesiedliśmy się do

innego hydroplanu, większego.

- Gdzie Bytes? - pytałem Alison.

- Obaj są już w Miami, zajmują się przygotowaniem łodzi.

- Myślałem, że na Haiti polecimy samolotem.

- My tak, ale łódź musi tam być jako dodatkowy środek transportu. Nie wszędzie

dolecisz samolotem.

Hydroplanem dolecieliśmy do Seattle, skąd odrzutowcem Bytesa do Miami. Po drodze

musiałem wszystko opowiedzieć Alison.

- Nie rozumiem tej historii z niedźwiedziem - przyznałem się.

- Możesz wierzyć lub nie, ale niektórzy szamani stają się zwierzętami - odpowiedziała

patrząc   w   okno.   -   Widziałeś   niedźwiedzia   z   czarnym   kłem   i   nie   zabiłeś   go.   Tak   ci

podpowiedziało serce. Albo to był potulny misio, albo znaleźliście nić porozumienia, albo to

background image

było wcielenie Czarnego Kła. Uwierz w to, co wydaje ci się bardziej prawdopodobne. Taniec

niedźwiedzia był bardzo sugestywny? 

- Tak.

- I o to w szamanizmie chodzi - Alison uśmiechnęła się tajemniczo. 

***

Na Florydzie byliśmy wczesnym popołudniem 3 stycznia. Willy Bytes czekał na nas

na lotnisku przy hangarze. Miał ponurą minę.

- Chyba nie będziemy mieli łodzi - tłumaczył się Alison.

- Jak to? - oburzyła się dziewczyna.

-   Miałem   tu   w   porcie   wspaniały  jacht,   ale   wczoraj   wieczorem   Bruce   poszedł   do

kasyna... Dziś przyszedł ten jego wierzyciel, jak mu tam...

- Moody - wtrąciła Alison. - Jak szybko wynajmiemy łódź?

- Nieprędko, minimum dwa dni - Bytes wściekle zacisnął pięści.

- Ubezpieczenia, opłaty portowe, wynajęcie nowej załogi.

- Nie można spłacić tego Moody’ego? - zapytałem.

-  Pawle, nawet milioner nie ma takiej kwoty, żeby wytrząsnąć ją z rękawa. W grę

wchodzi tylko gotówka, której dawno na oczy nie widziałem. Używam karty kredytowej albo

za wszystko płaci firma.

Na lotnisko  zajechał  sportowy maserati.  Za kierownicą  siedział  Latynos w  białym

garniturze.   W   butonierce   miał   czerwoną   różę,   a   na   nosie   wąski   pasek   okularów

przeciwsłonecznych. Obok niego jak gimnazjalista w krótkich spodenkach siedział  Bruce.

Miał skruszoną minę.

-  Witam resztę rodzinki - Moody uśmiechnął się na nasz widok.

- Podobno jedziecie po piracki skarb. Może zrobimy wymianę. Jacht za mapę. Wy

będziecie szukać czarowników i znachorów, a ja złota.

- Może mapa za twój samochód? - zaproponowałem.

Moody przyglądał mi się żując gumę. Splunął nią pod moje nogi.

- Ty jesteś ten komandos z Polski? - zapytał.

- Bruce ma za długi język - odpowiedziałem.

- Może stoczysz walkę z moim chłopakiem? - zaproponował Moody.

- Ile płacisz?

- W parę miesięcy zarobisz na przyzwoite życie, o ile będziesz wygrywał. To są walki

dla ekskluzywnej klienteli.

background image

- Paweł, nie! - krzyknęła Alison.

- Jacht za zwycięstwo, a walka będzie jeszcze dziś, przed wieczorem - powiedziałem.

- Zgoda, człowieku! - ucieszył się Moody i podał mi dłoń na znak zawarcia umowy.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

SPOTKANIE Z ZAŁOGĄ JACHTU BYTESA • WSPÓŁCZEŚNI GLADIATORZY

MIAMI • WYŚCIG O WSZYSTKO • LĄDOWANIE NA SAN DOMINGO •

POZNAJEMY PILOTA AWIONETKI • CO ZROBIĆ, ŻEBY PRZEŻYĆ NA HAITI

Moody  podał   mi   adres,  gdzie   miałem  stawić   się  na  walkę.   Wygnał  z   samochodu

Bruce’a i odjechał, dzwoniąc jednocześnie do kogoś.

- Zgłupiałeś? - spytał Bruce.

Willy   Bytes   natychmiast   stanął   pomiędzy  mną   a   nim,   chroniąc   syna   przed   moim

atakiem. Byłem w takim stanie, że spokojnie przyjmowałem wydarzenia i obojętne mi były

opinie jakiegoś hazardzisty, wyrodnego syna milionera.

- Słyszałam, że Polacy mają jakąś dziwną fantazję, czasami nadzwyczajną odwagę, ale

teraz wiem, że jest to brawura - oceniła Alison.

Wzruszyłem ramionami.

- Bruce, jeśli chcesz się na coś przydać, to powiedz, jakiego rodzaju walki organizuje

Moody? - zapytałem chłopaka.

-Walki gladiatorów, przed śmiercią uchroni cię jedynie poważna kontuzja lub utrata

przytomności - odparł Bruce.

- Jaką bronią trzeba walczyć?

- Na jaką cię tylko stać.

Nie rozumiałem odpowiedzi i na razie się tym nie zajmowałem. Namówiłem Bytesa i

Alison, żebyśmy spotkali się z naszą przyszłą załogą.

- Tak jesteś pewien wygranej?  -  zdziwił  się  Bytes. - Dobrze, lubię takich, którzy

wiedzą, czego chcą.

Pojechaliśmy  limuzyną   firmy  Bytesa   do   hotelu   blisko   portu   w   Miami.   Po   drodze

widziałem wspaniałe wille wybudowane nowocześnie, przeszklone, z odkrytymi tarasami i

dużymi patio, gdzie parkowały sportowe samochody, oraz eleganckie domy utrzymane w stylu

hiszpańskiej   architektury   kolonialnej.   Zza   wysokich   murów   wystawały   jedynie

klasycystycznie   zakończone   ryzality   pałaców.   Przez   bramy   z   grubych,   kutych   prętów

dostrzegłem   limuzyny   i   czarnoskórą   służbę.   Pod   palmami,   na   skwerach,   wzdłuż   plaż

spacerowały, jeździły na rowerach i wrotkach śliczne dziewczyny w bikini, z których niejedna

mogłaby bez trudu zdobyć Hollywood.

background image

- Studentki - wyjaśniła mi Alison, zauważywszy moje zainteresowanie.

- Masz zdrowe odruchy - zażartował Bruce. - Jeżeli przeżyjesz, to żadna na ciebie nie

zwróci uwagi. Będziesz miał twarz jak kałużę ketchupu.

- Chciałbym zauważyć, że gdyby nie twój nałóg, już dawno lecielibyśmy lub płynęli na

Haiti - mruknąłem.

- Co cię obchodzą moje pieniądze! - krzyknął Bruce.

We   wnętrzu   limuzyny   chciał   rzucić   się   na   mnie   z   wyciągniętymi   rękoma.   Bytes

uderzył go w twarz.

- Paweł ma rację, a na razie to są moje pieniądze i nieprędko zobaczysz swoją kartę

kredytową  -   powiedział   wściekły  ojciec.   Złapał   syna   za   koszulę   na   piersiach.   -   Słuchaj,

smarkaczu, dość długów. Od tej pory za nic nie płacę. Najwyżej Moody się tobą zajmie lub

wylądujesz w więzieniu. Jest mi to obojętne.

Bruce   opadł   na   kanapę   w   samochodzie,   jakby   uszło   z   niego   powietrze.   Wkrótce

zajechaliśmy do knajpy przy porcie. W białym baraku, przy plastykowych stołach siedziała

gromada mężczyzn. Prezentowali wszystkie możliwe typy męskiej urody: byli grubi, brodaci,

w kraciastych koszulach i czapkach baseballówkach, także Latynosi - eleganci w kwiecistych

koszulkach,   spodenkach,   lekkich   mokasynach,   Kubańczycy,   cisi,   w   białych   t-shirtach   z

napisami „Freedom for Cuba”.

- Raider! - krzyknął Bytes.

- Tu, szefie! - odpowiedział nam mężczyzna siedzący z kolegami w rogu.

Na moment wszystkie oczy zwróciły się na nas. Raz z uwagi, że byliśmy nowi, nie

pasowaliśmy do reszty, no i była z nami Alison.

- Daniec, to jest Tom Raider, kapitan naszej łajby - Bytes przedstawił mi ogorzałego

mężczyznę w kraciastej koszuli z obciętymi rękawami.

Nasz kapitan miał długie włosy spięte w kucyk, opaskę w kolorach flagi Jamajki,

sandały i luźne spodenki sięgające do kolan. Z jego bladoniebieskich oczu bił zimny blask

kontrastujący ze spaloną słońcem skórą poznaczoną bliznami i tatuażami.

Poznałem jeszcze czterech członków załogi. Mechanikiem miał być Mongo, wielki

Murzyn   z   mięsistymi   wargami,   w   przepoconej   koszulce,   którego   twarz   przypominająca

oblicze   niemowlaka   wprost   tryskała  radością.   Bosmanem   był  John   Tango,   eks-komandos

marines,   który   wyleciał   ze   służby   za   bójkę   z   oficerem.   Dwaj   pozostali   byli   jak   bracia

bliźniacy, mieli fioletowe nosy, nieświeży oddech, brudne ubranie, chytre oczka  i ubytki w

uzębieniu. Byli kumplami kapitana, razem z nim pływali po Karaibach i nazywali się Syd i

Bud.

background image

- Znamy te wody jak własną kieszeń - zapewniał Raider.

- Mam nadzieję - powiedziałem. - Zgromadziliście zapasy na drogę?

-   Wszystko   było  spakowane,   gdy  przyjechało   trzech   napakowanych  kolesi,   którzy

mieli pod pachami schowane UZI i nie było z nimi dyskusji - opowiadał Raider. - Przysłał ich

Moody.

- Wiemy - kiwnąłem głową. - Jaki mamy jacht?

- Zobaczysz, to marzenie - po raz pierwszy w głosie Raidera usłyszałem szczerość.

Bytes zamówił typowe amerykańskie jedzenie: stek, frytki, surówki i colę. Jedliśmy

planując podróż na San Domingo. Gdy nadeszła pora walki, wstaliśmy i pojechaliśmy za

miasto,  pod adres wskazany przez  Moody’ego. Bruce i tak świetnie znał drogę, więc nie

moglibyśmy zbłądzić.

- Wycofaj się, wynajmiemy jakąś łajbę na miejscu - proponował mi Bytes.

- Spróbujemy szczęścia tu, najwyżej uruchomimy plan „B” - zaśmiałem się.

Podejrzanie   wyglądający  typ,   który   pełnił   funkcje   strażnika,   otworzył   przed   nami

bramę i mogliśmy wjechać do posiadłości. Dwieście metrów od nas, na lekkim wzniesieniu,

stał   biały  postkolonialny  pałac   z   klasycystycznymi  kolumnami   w   portalu.   Po   wejściu   do

ogromnego holu wyłożonego marmurami zostaliśmy wyprowadzeni nad basen, gdzie zebrała

się   widownia.   Byli   to   bogaci   Amerykanie,   Latynosi,   sama   śmietanka   miejscowego

przestępczego świata.

-   Witaj,   Pawle!   -   Moody  traktował   mnie   jak   starego   przyjaciela.   Wyściskał   mnie

prezentując przy tym iście hollywoodzki uśmiech.

- Kochani - zwrócił się do zebranych pań i panów - oto komandos z Polski, który

zmierzy się z niezwyciężonym Iron Brainem.

Na   te   słowa,   przy   oklaskach   stałych   bywalców   wyszedł   nam   naprzeciw   wysoki,

potężnie zbudowany, łysy mężczyzna w dobrze skrojonym białym garniturze.

- Macie tego samego krawca? - zapytałem Moody’ego.

Ten   powtórzył   wszystkim   mój   żart.   Rozległ   się   gromki   śmiech.   Atmosfera

przypominała piknik w niedzielny poranek.

-   Chodźmy   na   arenę   -   zaprosił   nas   Moody.   -   Przypominam,   że   przyjmowane   są

zakłady - wołał Moody. - Płacimy siedem do jednego za zwycięstwo Polaka.

Przeszliśmy około trzystu metrów do budynku dawnej ujeżdżalni. Moody podał mi do

podpisania   oświadczenie,   w   którym   zapewniałem,   że   nie   mam   żadnych   pretensji   do

Moody’ego   za   ewentualne   obrażenia,   jakie   odniosę   w   czasie   sparringu   z   Iron   Brainem.

Podpisałem i wszedłem do środka. Iron Brain, czekający tam na mnie, został w samym tylko

background image

trykocie, na którym był wyrysowany mózg, którego powierzchnię pokrywały nitowane blachy.

- W czasie starcia nie ma żadnych zasad - przypominał Moody. - Oto wasza broń! -

dramatycznym gestem wskazał na dwie kurtyny, które się rozchyliły.

Stały tam dwa samochody z gatunków tych, które są używane w czasie amerykańskich

rajdów na torach. W autach nie było takich gadżetów, jak reflektory, boczne lusterka i szyby,

wycieraczki. Była kierownica, podrasowany silnik, pedały, fotel z metalowej siatki i potężne

zderzaki.

- Ten z góry wybiera - Moody podrzucił monetę ćwierćdolarową.

Iron Brain wygrał i wybrał sobie czarnego bolida o szerokich, terenowych kołach.

Mnie pozostawiono żółte, dwudrzwiowe auto z wąskimi, „łysymi” oponami. Takie ogumienie

mogło faworyzować mnie w czasie wyścigów po asfalcie, na długich prostych.

-   Państwa   zapraszam   na   statek,   z   którego   pokładu   zobaczymy  wyścig  po   Florida

Avenue - Moody zwrócił się do kibiców. - To są wasi starterzy - powiedział do nas, pokazując

czterech typów uzbrojonych w karabiny.

Wszyscy czterej żuli gumy, mieli ciemne okulary, czarne koszulki i złote łańcuszki.

Patrzyli na nas obojętnie, jak na mięso na talerzu w czasie obiadu.

- Słyszałem, że to są walki gladiatorów - powiedziałem do Irona.

- A myślisz, że tak łatwo przeżyć? - zaśmiał się tamten. - Jeżeli ciebie nie zepchnę z

drogi na latarnię, to zastrzelą cię gliny.

- Czemu?

-   To   nielegalny  wyścig.   Zatrzymasz   się   do   kontroli   i   powiesz,   że   to   niechcący?

Staniesz, pójdziesz siedzieć. Na Florydzie mamy ciężkie więzienia.

Zamilkłem skonsternowany. Willy, Bruce i Alison nie mieli wyjścia i poszli na statek.

Wsiadłem do samochodu i znalazłem tam mapę. Wykułem ją na pamięć. W tym czasie Iron

Brain korzystał z pozostawionego nam barku, w którym były napoje chłodzące. Podszedł do

mnie z coca-colą.

- Uśmiechnij się, jesteś w ukrytej kamerze - powiedział podając mi butelkę.

Zerknąłem   pod   sufit.   Na   jego   środku,   na   wysięgniku   była   kamera   telewizji

przemysłowej. Widziałem, jak ruszył się zoom robiąc zbliżenie na moją twarz.

Po półgodzinie czekania czarni w bramie dali znak, że mamy uruchomić silniki. W

ujeżdżalni rozległ się ryk naszych maszyn. Iron Brain gazował swoją zwiększając temperaturę

w cylindrach. Strzał z karabinu był sygnałem do startu.

Iron ruszył zostawiając za sobą chmurę piachu. Moje łyse opony obracały się prawie w

miejscu. Zmniejszyłem nacisk na pedał gazu i jadąc ze stałą prędkością wyjechałem na patio

background image

wysypane   drobnymi   kamykami.   Tu   moje   opony  nie   łapały  przyczepności,   bałem   się,   że

przebiję je. Co gorsza, Iron postanowił już teraz rozprawić się ze mną i szarżował prosto na

mnie.   Gwałtownie   dodałem   gazu   i   rozbijając   gipsowe   donice   z   ozdobnymi   kwiatami,

wjechałem na wystrzyżony trawnik.

Zarzuciło mną, ale jakoś udało mi się jechać prosto. Iron nie spodziewał się mojego

uniku   i   z   całym  pędem   uderzył   w   ścianę   ujeżdżalni.   Tylko   kask   i   pasy  bezpieczeństwa

uratowały go od katastrofy. Myślałem, że już po nim, ale okazało się, że jego auto miało silnik

z tyłu, więc oprócz zgniecionej maski nie odniosło żadnych szkód.

Przemknąłem obok basenu, koło którego opalały się dziewczyny, identyczne jak te

studentki, które widziałem przy plaży. Brama na ulicę była szeroko otwarta, a pojazd Irona już

widziałem we wstecznym lusterku, więc pozostało mi tylko dodać gazu.

Na   początku   zyskałem   przewagę   nad   tronem,   więc   spodziewałem   się,   że   wyścig

upłynie mi bez większych problemów i łatwo zwyciężę. Niestety, po kilku minutach mojej

bytności na drodze, jechały za mną  dwa radiowozy, nie licząc tych, które już po bocznych

uliczkach uganiały się za Ironem. Ktoś zauważył dwa mastodonty na drodze i zadzwonił na

policję. Trzeba przyznać, że nie jechaliśmy jak potulne baranki, ale też nie byliśmy sprawcami

kolizji.

Teraz moim problemem było dotarcie do mety, nim złapią mnie policjanci. Sygnały

radiowozów wyły i przez to miałem swobodniejszy przejazd, bo wszyscy - widząc mnie we

wstecznym lusterku - ustępowali z drogi.

Ford   mondeo  amerykańskiej   drogówki   niebezpiecznie   zbliżał   się   do   mnie,   aż

poczułem pierwsze  uderzenie  w tył.  Zarzuciło  mną. Zredukowałem  bieg i dodałem  gazu.

Rozległ   się   pisk   moich   opon,   uniosła   się   czarna   chmura   dymu   i   trochę   odskoczyłem.

Wjechaliśmy w dzielnicę handlową, wzdłuż której stały i supermarkety, i renomowane butiki.

Wszędzie ludzie zatrzymywali się i przyglądali pościgowi.

Pierwszy huk wystrzału z policyjnego karabinu sprawił, że podskoczyłem w fotelu.

Postanowiłem   uciec   w   boczną   uliczkę.   Zjechałem   w   pierwszą   z   prawej   strony.   Po

przejechaniu   trzech   przecznic   nagle   znalazłem   się   w   dzielnicy   biedy,   gdzie   z   ohydnie

brudnych baraków wychodzili mieszkańcy i patrzyli na widowisko; tutaj mogłem być pewien,

że kibicują właśnie mnie. Nagle z lewej strony usłyszałem syreny, zerknąłem i odruchowo

wcisnąłem gaz do dechy. W lusterku widziałem, jak Iron z gracją rozbijał maskę radiowozu

jadącego za mną. Na skrzyżowaniu skręciłem wyciągając ręczny hamulec. Maszynę Irona

otoczyło kilku policjantów. Za to dwa radiowozy rzuciły się za mną.

Ruszyłem i zacząłem kluczyć. Po kilku minutach dziwiło mnie, że cały czas policjanci

background image

jadą za mną  i nie gubią tropu. Zrozumiałem przyczynę tego stanu rzeczy, gdy nad moim

pojazdem przeleciał policyjny helikopter, potem jeszcze dwa z logo stacji telewizyjnych.

Szybko   rzuciłem   wzrokiem   na   mapę.   Musiałem   jeszcze   przejechać   około   pięciu

kilometrów, ale przedtem dotrzeć do głównej ulicy. Byłem tam w kilka minut i włączyłem się

do ruchu przy głośnych protestach innych uczestników ruchu drogowego. Gdy wyjechałem na

Florida Avenue, miałem przed sobą czteropasmową drogę wzdłuż morza. Na wodzie był tylko

jeden, nieduży statek spacerowy i byłem przekonany, że widziałem tam figurki ludzi, którzy

machali do mnie.

Policjanci   jechali   za   mną,   ale   rozpędziłem   się   do   ponad   osiemdziesięciu   mil   na

godzinę i mogli jedynie jechać w stałej odległości za mną. Przy tej prędkości nie miałem

szans na wyhamowanie, gdyby ktoś nagle wskoczył na jezdnię lub bez uprzedzenia zmienił

pas.   Tam   kierowcy   i   piesi   byli   rozsądni.   Palmy   tworzyły  nie   szereg   drzew,   tylko   gęstą

palisadę,   reklamy   sklepów   nad   chodnikami   zlały   się   w   wielokolorowy   pasek.   Nagle

zauważyłem,   że   zbliżam   się   do   skrzyżowania,   gdzie   gasło   zielone   światło.   Musiałem

hamować, jeśli nie chciałem ryzykować karambolu. Wcisnąłem hamulec. Maszyna zatrzymała

się po przejechaniu około stu metrów. Jedyny plus mojej sytuacji polegał na tym, że byłem -

używając języka sportowego - na „pool position”, przede mną nie było nikogo.

Wtedy do mojego auta, nim z tyłu dojechali policjanci, podbiegł Murzyn w bluzie z

kapturem głęboko nasuniętym na oczy. Wyciągnął pistolet i przytknął mi go do nosa.

- Spadaj, białasie - syknął.

Posłusznie wysiadłem, a bandyta wskoczył na moje miejsce i nie zważając na ruch na

drodze, skręcił w prawo. Rzuciłem kask i wbiegłem na chodnik. Policjanci musieli wszystko

widzieć i jeden radiowóz zwolnił, by gonić mnie, ale szybko wbiegłem na plażę, pomiędzy

palmy, krzewy agaw, budki z lodami i popcornem, w tłum nagich ludzi. Zdjąłem koszulkę i

odróżniało mnie tylko to, że miałem bielszy odcień skóry niż stali bywalcy.

Szedłem   wzdłuż   asfaltowej   ścieżki   dla   rolkarzy.   Podjechała   do   mnie   uroczo

uśmiechnięta brunetka w stroju kąpielowym z telefonem komórkowym zatkniętym za wąski

paseczek na biodrach i słuchawką podłączoną do aparatu w uchu.

- Daniec? - zapytała mnie.

- Tak - przyznałem się.

Nagle rzuciła mi się na szyję, powalając na piasek. Kilka osób zaklaskało, widząc taką

oznakę miłości. Brunetka pocałowała mnie w usta, jednocześnie zerkając gdzieś w bok. Gdy

oderwała swoje usta od moich, popatrzyłem w tę samą stronę. Minął nas patrol policji na

quadach, czterokołowych motocyklach.

background image

- Chodźmy - brunetka chwyciła mnie za rękę.

Poszliśmy do ulicy. Tam dziewczyna zadzwoniła po taksówkę.

- Moody gratuluje wygranej - wyjaśniła mi. - Taryfa zawiezie cię prosto do portu.

- A weksle...

- Są już we właściwych rękach. Moody jest na swój sposób uczciwy. 

Brunetka obdarzyła mnie uśmiechem i odjechała.

- Fajna była, ale już jej nie ma - usłyszałem z ulicy. - Siadaj, bracie, przygoda cię

czeka.

To przemawiał Jamajczyk, taksówkarz. Miał odrapany, biały wóz. W środku maszyna

prezentowała się o wiele lepiej. Miała klimatyzację, świetne nagłośnienie i nużącą muzykę

reggae. W pół godziny dojechaliśmy do mariny, koło jakiegoś piętrowego, przypominającego

kształtem falę, hotelu. Na molo stali Willy Bytes i Alison.

-   Bruce   i   nasza   załoga   już   odpłynęli   -   poinformował   mnie   milioner.   -   Gratuluję,

chłopie! Spieszmy się, nim policja na dobre rozpocznie poszukiwania zwycięzcy rajdu.

- Wszystko wiedzieliśmy w telewizji - opowiadała Alison. - To jak uciekaliście, jak

złapali Irona i na koniec tego Murzyna. Obaj mogą zeznać, kto oprócz nich brał udział w

wyścigu.

- Jak dostaniemy się na San Domingo, skoro jacht odpłynął?

- Polecimy tam rejsowym samolotem - powiedział Bytes. - Wszystkie formalności już

załatwiło przedstawicielstwo mojej firmy.

Po godzinie odlatywałem z Miami. Z góry wyglądało imponująco, jak biała perła na

złotej kolii plaż, wśród szmaragdowego morza zieleni Florydy. Lecieliśmy na południe w

samolocie razem z dużą grupą amerykańskich turystów.

- Jako Amerykanie nie możemy bezpośrednio dostać się na teren Haiti - opowiadał mi

Bytes. - Nasz rząd uważa to miejsce za niebezpieczne, co jakiś czas wysyłamy tam żołnierzy,

żeby uspokoić sytuację. W Dominikanie czekają na nas wszystkie pozwolenia, ale poradzono

nam nie zatrzymywać się na Haiti i korzystać z samolotu lub łodzi  po założeniu bazy w

Dominikanie.

- Będziemy pływać?

- Na miejscu znajdziemy pilota i jakąś awionetkę. 

***

Po dwóch godzinach lotu wylądowaliśmy na płycie lotniska międzynarodowego „Las

Americas”. Tam czekał na nas pracownik firmy Bytesa.

background image

- Johns - przedstawił się witając nas uśmiechem.

Jego białe zęby kontrastowały z opalenizną i kolorową koszulą. Za to śnieżna barwa

spodni idealnie pasowała do tropików.

- Zapraszam  do samochodu  - Johns  pomógł nam zabrać  bagaże  i  zaprowadził  do

terenowego samochodu.

Wnętrze było klimatyzowane, pojazd miał przyciemniane szyby. Zmęczony zasnąłem i

pamiętałem  tylko, że  jedziemy do Puerta Plata, na północy, na wybrzeżu Atlantyku. Gdy

obudziłem się, było już ciemno. Wjechaliśmy na patio pięciopiętrowego hotelu.

-   Zarezerwowałem   najlepsze   miejsca   -   zapewniał   Johns.   -   Pokoje   z   widokiem   na

Atlantyk, każdy ma oddzielny. W hotelu jest wypożyczalnia samochodów, kort tenisowy, dwa

baseny,   trzy   restauracje,   cztery   kluby   nocne,   kasyno,   nielimitowane   soki   z   miejscowych

owoców i wody mineralne.

Bytes zerknął na zegarek.

- Ktoś jest głodny? - skierował pytanie do mnie i Alison. 

Oboje pokręciliśmy głowami.

- Johns, sprowadziłeś tu człowieka, o którego nam chodziło? 

- Tak.

Johns zajął się transportem naszych bagaży do pokoi, a my poszliśmy do jednego z

barów.   Na   nasz   widok   tańczący   z   miejscową   pięknością  mężczyzna   przerwał   taniec,

pocałował dziewczynę w policzek i ruszył do nas krokiem samby.

-  Harry Sword - przedstawił się. - Najlepszy pilot na Karaibach - dodał. - Macie jakąś

robotę?

Był   grubo   po   czterdziestce.   Spalona   skóra   świadczyła,   że   urodził   się   w   klimacie

umiarkowanym, ale większość życia spędził tu. Miał ciemno-blond włosy, łagodne brązowe

oczy, okrągłą, lekko podłużną twarz z zarysowaną, mocną szczęką.

- Byłem w lotnictwie marynarki - opowiadał Sword. - W 1975 roku zdążyłem polatać

nad   Sajgonem,   gdy   północni   Wietnamczycy   czekali,   aż   nasi   zwieją   z   ambasady

amerykańskiej.  To  były czasy. Potem  byłem w Panamie   i wtedy  polubiłem  te szerokości

geograficzne.

- Czemu? - zapytała Alison.

- Cudowne dziewczyny, najlepsze drinki pod słońcem, ocean, słońce - Sword wyliczał

na palcach. - Powiedzcie, co mogę dla was zrobić?

- Trzeba będzie polatać nad Haiti, mamy zezwolenia - zapewnił Bytes. 

Sword spoważniał.

background image

- Daleko chcecie latać do tamtych bambusów?

- W okolice St. Marc i Port-au-Prince, może Jacmel - odparł Bytes.

- To jeszcze  cywilizacja - westchnął Sword -  ale  tam są ciężcy urzędnicy. Macie

pieniądze na ewentualny wykup maszyny?

- W razie czego kupię panu nową - zapewniał Bytes. - Czemu boi się pan Haiti?

- Historia i te rzeczy... - Sword machnął ręką.

Bytes i Alison ulegli urokowi wyspy i poszli na spacer na plażę. Zostałem w barze ze

Swordem. Siłą rzeczy towarzyszyłem mu popijając soki, które rzeczywiście były za darmo.

- Skąd jesteś? - zapytał mnie Sword. 

- Z Polski.

Sword zmarszczył czoło.

- W którym to stanie?

- W Europie, takie państwo pomiędzy Niemcami a Rosją - cierpliwie tłumaczyłem.

- Czekaj,  czekaj  -  Sword  drapał  się  po  czole.  -  Piłsudski!  - krzyknął.  - Mieliście

takiego generała?

- Tak, to był nasz marszałek i Naczelnik Państwa.

-   Fiu,   daleko  zaszedł   na   plecach   mojego   pradziadka   -   Sword   pokiwał   głową.   -

Wszyscy w mojej rodzinie byli pilotami. Pradziadek walczył w pierwszej wojnie światowej, a

potem u was z bolszewikami w 1920 roku. Dziadek szkolił  pilotów myśliwców w czasie

drugiej   wojny,   a   ojciec   latał   w   Korei   i   na   początku   w   Wietnamie,   póki   go   żółtki   nie

zestrzeliły.

- Dostał się do niewoli? - zasmuciłem się.

- Mój stary? - Sword zaśmiał się. - Pamiętaj, synu, żaden Sword nie poddał się i nie

był w niewoli. Ojciec wezwał kawalerię, a gdy okazało się, że Wietnamcy pilnują terenu i

śmigłowce dostały się w ogień, na piechotę przeszedł granicę z północą i jeszcze przyniósł

AK-47   z   dwoma   magazynkami   i   plakaty   propagandowe   Vietcongu.   Rozbroił   po   drodze

jakiegoś agitatora.

- Rzeczywiście masz chwalebny życiorys - przyznałem. - Masz żonę?

- Pilota możesz tylko pytać: „miałeś żonę?”.

- Miałeś?

- Miałem - Sword smutno skinął głową.

- Można tu wyżyć z latania?

- Gdyby można było, dalej miałbym żonę. Na szczęście miejscowe dziewczyny są w

porządku.

background image

- Powiedz, co wiesz o Haiti?

Sword wpatrywał się w butelkę miejscowego alkoholu i mówił, jakby był chodzącą

encyklopedią.

- Republika Haiti, 27,8 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni; 7,3 miliona

mieszkańców, głównie Murzyni i Mulaci; dominuje religia katolicka, ale połowa katolików

kultywuje   także   voodoo;   stolica   i   główny   port   Port-au-Prince.   Językami   urzędowymi   są

francuski i kreolski. Najwyższy szczyt La Selle - 2674 metrów. Klimat równikowy wilgotny,

uprawy trzciny cukrowej, zbóż, palm kokosowych, kawowca, hodowla bydła, kóz. Na miejscu

nie  eksploatowane zasoby  boksytów,  rud  miedzi,  złota.  Właściwie   ten kraj  żyje  z  cukru,

rzemiosła i turystów.

Sword odstawił butelkę, bym zobaczył etykietę, z której czytał wiadomości.

- Szkoda, że nie dodali nic o przemytnikach i piratach.

- Nie lubią turystów?

- Lubią - Sword uśmiechnął się znacząco. - Lubiłbyś ludzi, którzy okupowali twój

kraj, potem zlikwidowali interesy i wyjechali zostawiając wszystko w rękach miejscowych

politycznych watażków?

- Nie.

- To przyjmij dobrą radę doświadczonego człowieka: po tamtej stronie granicy ufaj

tylko swojemu instynktowi.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

PORANEK NA PLAŻY • TAJEMNICE SZAMAŃSKICH BĘBNÓW • LECIMY NAD

HAITI • ZNAJDUJEMY ROZBITKÓW • DZIWNE ZACHOWANIE ZAŁOGI

„PATRIOTE” • ZATOKA ZE STARĄ FORTECĄ

Grubo po północy wyszedłem z baru, gdzie Sword topił swoje smutki. Wątpiłem, czy

do rana zdąży doprowadzić się do porządku, po tym jak poważnie uszczuplił zapasy barmana,

a na koniec przytulił się do pięknej, młodej dziewczyny o czarującym uśmiechu, długich,

gęstych czarnych włosach i skórze przypominającej barwą mleczną czekoladę.

Mój pokój znajdował się w południowym skrzydle i miał okna na zachód i południe.

Słońce  wcześnie  zajrzało  do  mojego  okna.  Wstałem,  wskoczyłem  pod  prysznic,  a  potem

zbiegłem na plażę. W hotelu nie spała  o  tej porze tylko obsługa. Wszyscy witali mnie z

uprzejmymi uśmiechami. Na piasku zrzuciłem z siebie spodenki i w samych kąpielówkach

wszedłem w wody Atlantyku. Przeskoczyłem pierwsze fale, a potem zanurkowałem. Woda

pchała mnie, toczyła mną, wreszcie wynurzyłem się rozkoszując się chłodem. Gdy wróciłem

do swojego ubrania, znalazłem przy nim tackę ze szklanką z sokiem. Zerknąłem na zegarek.

Była szósta rano, a z tarasu machała do mnie jakaś ciemnowłosa dziewczyna. Domyśliłem się,

że była to kelnerka, która pomyślała o mnie.

Głęboko odetchnąłem i ułożyłem się na piasku w cieniu palm chylących się ku morzu.

Patrzyłem w szafirowe niebo, na białe baranki chmur i myślałem, jakby było cudownie, gdyby

nie stan zdrowia pana Tomasza. Był 4 stycznia, a ja nawet nie wiedziałem, jak zabrać się do

poszukiwań lekarstwa.

- Cześć, co robisz? - zapytała mnie Alison siadając obok mnie.

- Willy jeszcze smacznie śpi?

- Tak - mimowolnie przytaknęła. 

Zaraz pojęła, że zdradziła się z tajemnicą.

- Tak myślę - uzupełniła.

- Co zrobicie z Bruce’m?

- Nie rozumiem.

- Co zrobicie, jak się dowie? 

Alison milczała.

-   Myślałem,   jak   znaleźć   dobrego   lekarza,   który   pomógłby   mojemu   szefowi   -

background image

odpowiedziałem na pierwsze pytanie Alison.

- Naprawdę ważne jest to, co ci doradził Czarny Kieł. Willy i ja jesteśmy tu tylko po

to, by ci pomóc. Teraz ty jesteś kierownikiem. Mamy samolot, jacht dopłynie podobno dziś

wieczorem, najpóźniej jutro rano.

-   Z   tego   co   mówił   Czarny  Kieł,   powinienem   zwrócić   uwagę   na   plantacje   kawy,

Murzynów.   Słoneczny   Wilk   zginął   przez   złe   złoto,   a   Zieleniewski   dotarł   na   Alaskę   w

poszukiwaniu swojej wizji. Przyznam, że przestaję wierzyć w sens tych wszystkich działań.

Będziemy szukać pirackiego skarbu, kawy, miejscowych znachorów?

-  Uspokój się, zamknij oczy i opowiedz wszystko, co pamiętasz z wizyty u Czarnego

Kła - poprosiła Alison.

Opowiedziałem jej o niedźwiedziu, sarninie, łaźni i snach na szczycie góry.

- Wszystko jasne - ucieszyła się Alison.

- Ty coś z tego rozumiesz?

- Tak. Czarny Kieł ma bardzo dobry bęben. Ten instrument u szamanów ma ogromne

znaczenie.   W   wizjach   wielu   szamanów   pojawia   się  „Środek   Świata”  wyobrażony   jako

drzewo, z którego odpada jedna gałąź i z niej szaman robi obręcz bębna. Właśnie co kraj, to

obyczaj  robienia  bębnów.   Na  Syberii  były plemiona,  które   składały  drzewu  ofiary,  gdzie

indziej szaman wybierał na chybił trafił albo szukał tego porażonego piorunem. U Indian

bywało,   że   szaman   pytał   duchy   drzewa   o   pozwolenie,   prosił   je   albo   szukał   tego,   które

powiedziało mu wprost: „chcę być twoim bębnem”.

Mimo woli uśmiechnąłem się.

- To i tak nic. Byli tacy, którzy wchodzili na drzewo i dopóty z niego nie zeszli,

dopóki nie zrobili obręczy. W zależności od regionu świata na skórze z rena, łosia lub konia

pojawiają się rysunki rytualne przedstawiające podróż mentalną szamana. Pierwsze bębnienia

służą   przywołaniu   duchów,   a   następnie   uwięzieniu   ich   w   bębnie,   by   były   posłuszne

szamanowi. Wiesz, że Czarny Kieł pisze horoskopy dla jednego z poczytnych amerykańskich

dzienników?

- Nie.

- Robi to na podstawie indiańskiej mitologii, obserwacji ruchów gwiazd i kontaktów z

duchami. Jego prognozy sprawdzają się.

-  Żartujesz  -  wzruszyłem   ramionami.   -  To   wszystko   co   mówisz,   byłoby  ciekawe,

gdyby nie pan...

- Nie potrafisz się oswoić z myślą, kim on dla ciebie jest? - Alison usiadła opierając

brodę na kolanach. Mówiła cedząc słowa przez lekko rozwarte wargi. - Czarny Kieł wskazał

background image

ci drogę. Nieważne, czy w to wierzysz, jak to nazwiesz, otrzymałeś radę. Możesz mówić, że

to   hipnoza,   silna   sugestia,   telepatia,   ale   sen   powiedział   ci   prawdę.   Jak   myślisz,   czemu

Zieleniewski pojechał na Alaskę?

- Szukał Słonecznego Wilka, swojego ojca duchowego?

- Tak. Czemu nie wziął ze sobą skarbu?

- Uważał go za zły, nie miał czasu lub możliwości.

- Pamiętaj, pierwsza myśl jest prawdziwa - Alison zwróciła mi uwagę. - Zieleniewski

nie znalazł szamana, bo gdzie ten był?

- Na San Domingo - palnąłem. 

- W jakim celu?

- Po złe złoto dla Tecumseha - powiedziałem. - Tutaj zginął. Tecumseh potrzebował

pieniędzy na walkę, zakup broni, zaopatrzenie dla rodzin wojowników.

- Musimy odnaleźć ciało Słonecznego Wilka, przy nim znajdziemy odtrutkę - dodała

Alison.

Nagle zrozumiałem tę grę.

- Chcecie mnie zmusić do znalezienia pirackiego skarbu - powiedziałem oburzony. -

To po to zrobiłaś mi ten seans indiańskiej magii?

-  Nie,   głuptasie   -  Alison   zwróciła   się   do   mnie.   Jej   oczy   miały   dziwny   wyraz,

dostrzegłem w nich spojrzenie starego człowieka. - Każdy szaman ma przy sobie worek z

ziołami, grzechotkami, innymi narzędziami rytualnymi. Słoneczny Wilk znał truciznę, jaką

zastosował Zieleniewski, bo sam pewnie nauczył go jej produkcji, miał więc także odtrutkę.

Rozumiesz? Musimy działać dwutorowo: ciało szamana i jakiś miejscowy czarownik.

- A co w takim razie znaczyły w moim śnie kawa i Murzyni?

- To był drogowskaz. Co byś powiedział zapytany o skojarzenia z San Domingo?

Ze zrozumieniem kiwnąłem głową. Alison wstała otrzepując spodenki z piasku.

- Idziemy na śniadanie i na poszukiwanie pana Sworda - powiedziała.

Pojechałem jeszcze do swojego pokoju po koszulę i zszedłem na śniadanie. Willy i

Alison już jedli, a Sword melancholijnie wpatrzony w ocean sączył sok z cytryny z lodem.

- Jakie mamy plany na dziś? - zapytał mnie Willy.

-   Już   rozmawialiśmy   z   Alison   i   doszliśmy   do   wniosku,   że   trzeba   zająć   się

poszukiwaniem tego, przez co zginął Słoneczny Wilk - odpowiedziałem. - Może tam gdzie

skarb,   znajdziemy   lekarstwo.   Dziś   proponuję   przeprowadzić   rekonesans   z   powietrza   w

poszukiwaniu  miejsca odpowiadającego szkicowi w zeszycie Zieleniewskiego. Popołudnie

spędzimy   na   znalezieniu   jakiegoś   miejscowego   czarownika.   Kiedy   przypłynie   jacht,

background image

zaplanujemy następne kroki.

- Świetnie - ucieszył się Bytes.

Milioner  czuł  się  tak  pewnie,  jak  turysta na  wycieczce.  Sword  przeniósł   wzrok  z

oceanu na barmankę, a potem na mnie.

- To znaczy gdzie chcesz lecieć? - zapytał.

- Rejon Jacmel, gdzieś tam była baza Zieleniewskiego, skąd wyruszył na poszukiwanie

skarbu   -   tłumaczyłem   wybór.  -   Po   drodze   znalazł   hacjendę,   a   ona   była  pewnie   znakiem

rozpoznawczym dla Słonecznego Wilka.

- Sądzisz, że szaman przypłynął po złoto sam? - zapytał Willy. 

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

- Pewnie przypłynął z angielskim okrętem - domyślała się Alison. -  Anglicy mieli

wziąć złoto, a wtedy przekazano by Indianom broń. Szaman miał zejść na ląd i znaleźć drogę

do pirackiej kryjówki.

- A bogobojni dżemojadzi zaciukali czerwonego, gdy pokazał im właściwe miejsce -

odezwał się Sword. - To do nich podobne. Zawsze chcieli wygrywać wojny cudzymi rękoma -

zerknął na zegarek. - Za pół godziny na lotnisku - zaproponował.

- Mogło tak być, co wtedy? - zapytał Willy.

- Pozostają nam miejscowi szamani... - zacząłem.

- Voodoo - uzupełniła Alison. - Lepiej traktujmy tę opcję jako ostateczność.

Po śniadaniu przeszliśmy kilometr na lądowisko samolotu Sworda. Na polanie wśród

palm stała dwusilnikowa maszyna, górnopłat z kabiną mieszczącą pilota i czterech pasażerów.

Za przedziałem pasażerskim była ładownia na pół tony ładunku. Sword bez słowa uruchomił

silniki. Huk w kabinie był okropny. Pilot założył czapkę kapitańską i zapalił cygaro.

- Paweł, siadaj koło mnie, będziesz moim nawigatorem - powiedział wskazując fotel

koło siebie.

Alison i Willy spoczęli na szerokiej i wygodnej kanapie z tyłu. Sword ustawił samolot

pod  wiatr,  sprawdził,  czy działają stery i  otworzył przepustnicę. Maszyna wyskoczyła do

przodu, jakby wyrzucona z katapulty, ale trawiastego rozbiegu było jej chyba za mało i gdy

skończyła   się   polana,   myślałem,   że   spadniemy   z   kilkumetrowego   klifu   na   plażę,   ale   na

szczęście awionetka poderwała się w powietrze.

Sword   ściągnął   stery  i   rozpoczął   powolną,   mozolną   wędrówkę   na   pułap   jednego

kilometra.

- Wszystko zobaczysz, a nie każdy cię zestrzeli - mruknął.

Ustawił samolot na podany przeze mnie kurs i rozparł się w fotelu.

background image

Popiół z cygara strzepywał za okno. Był nieczuły na piękno krajobrazu, który roztaczał

się   pod   nami   i   wokół   nas.   Chwilami   lecieliśmy   pomiędzy   grzbietami   gór,   wśród   morza

zieleni,   we   wszystkich   jej   odcieniach.   Garby   gór   były  jak   ostrza   mieczy.   Wśród   drzew

dostrzegaliśmy białe zabudowania farm i wiosek.

- I już! - powiedział Sword.

- Co „Już”?

- Jesteśmy nad terytorium Haiti. Patrzcie do tyłu - zwrócił się do Amerykanów. - Jak w

dżungli dostrzeżecie dym, dziwne błyski, to krzyczcie. Paweł, gdzie teraz?

Skorygowałem kierunek lotu. Pod nami było więcej plantacji i czasami widziałem

przez lornetkę uzbrojonych ludzi pilnujących farmerów. Powiedziałem o tym Swordowi.

- Guerilla - mruknął. - Gdyby mieli  lepsze  karabiny, to by do nas strzelali.  Jedni

chronią pracujących, inni pilnują upraw, na które lepiej nie wchodzić. Ten kraj to piekło.

Zbliżaliśmy się do zatoki koło półwyspu Beatę, gdy nagle z tyłu Bytes krzyknął.

- Patrzcie!

Sword   błyskawicznie  zrobił  zwrot,  potem  beczkę,  przechył na  lewe  skrzydło  i  na

koniec pętlę.

- Co widziałeś?! - spytał Bytesa. - Strzelali z działek czy rakietą?

- Mój jacht! Widziałem mój jacht.

 Obróciłem się do Bytesa.

- Jesteś pewien? - To mój „Patriote”!

Sword o mało sobie nie skręcił karku wypatrując statku.

- Tam! - wskazałem mu kierunek.

Po   mojej   stronie   wzdłuż   brzegu   płynął   drewniany,   dwumasztowy   kuter,   którego

kadłub   przypominał   kształtem   miniaturę   fregaty   z   wysuniętym   bukszprytem,   szerokim

pokładem   rufowym   wystającym   nad   sterem,   bulajami   jak   furty  dział.   Grot   i   bezan   były

zwinięte na bomach, a na pokładzie było tylko dwóch ludzi, którzy z wyraźnym niepokojem

patrzyli w naszym kierunku.

- Ładna łajba - przyznał Sword.

-  Skąd się tu wzięła? - zastanawiał się Bytes. - Po drugiej stronie wyspy?

Sword poprowadził samolot nad kuter, a przelatując nad nim poruszył wolantem, aby

„zamachać” skrzydłami. Z „Patriote” nie było żadnego odzewu.

- To tych dwóch mruków Syd i Bud - zauważył Bytes, patrząc na załogę.

-   Lecimy   dalej   -   zadecydował   Sword.   -   Jak   wrócimy   do   hotelu,   to   przez   radio

nawiążecie kontakt z łajbą.

background image

Wznieśliśmy się na wysokość pięciuset metrów, przelecieliśmy może dwa kilometry,

gdy Sword gwałtownie obniżył lot.

- Co się stało?! - zaniepokoił się Bytes.

- Rozbitkowie - Sword pokazał na pomarańczową tratwę ratunkową bujającą się na

falach.

Dwoje ludzi w tratwie machało do nas rękoma.

-Mayday relay! Mayday relay! Mayday relay! -  Sword nadawał przez radio. -  Delta

Echo Puerta Plata Sword, Puerta Plata Sword, Puerta Plata Sword. Rozbitkowie pięć mil na

zachód od Beatę, dwie mile od brzegu. Dwoje ludzi.

Sword   podał   sygnał   wzywający  pomocy,   używany  przez   radiostacje   niezagrożone.

„Puerta Plata Sword”  oznaczała nazwę samolotu, czyli lotnisko w Puerta Plata i nazwisko

pilota.

-   Witaj   Puerta   Plata   Sword,   tu   Red   Baron   -   usłyszałem   czyjś   głos.  -   Mówił   po

angielsku z dziwnym akcentem. - Nadal wozisz turystów tym złomem? Przyjdzie dzień, że cię

zestrzelę i wtedy mi zapłacisz...

- Red Baron, zejdź z fonii - prosił Sword.

- Raider na „Patriote” nas nie słyszy? - dziwił się Bytes.

-  Jeśli ma dość rozumu, to siedzi cicho i płynie na poszukiwanie - powiedział Sword.

- Red Baron to pirat.

Sword   zawrócił   do   jachtu.   Znaleźliśmy   go   po   dwóch   minutach.   Najpierw   Sword

wykonał   okrążenie   na   małej   wysokości,   potem   przeciął   kurs   otwierając   i   zamykając

przepustnicę, by na koniec polecieć w kierunku, w którym byli rozbitkowie.

- „Patriote” nie zmienił kursu - powiedziała Alison.

- Dziwne, nawet nikt nie wyszedł na pokład - dodał Sword. 

Powtórzył   manewr,   który   według   prawa   morskiego   powinien   wykonać   samolot

naprowadzający statek na rozbitków.

- Zwolnicie tego kapitana? - zapytał Sword.

Bytes milczał, a z Alison nie chcieliśmy podejmować decyzji za milionera.

- Paweł, jesteś odważnym człowiekiem? - Sword zwrócił się do mnie. 

- Czasami...

-   Wyjdziesz   z   kabiny   i   otworzysz   luk   bagażowy   pod   kokpitem.   Znajdziesz   tam

pakunek z pomarańczową bójką. Wyciągnij go i wracaj.

Sword zwolnił, a ja powoli otworzyłem drzwi. Stanąłem jedną nogą na dźwigarze

podpierającym skrzydło i wychyliłem się, by zobaczyć luki bagażowe. Alison trzymała mnie

background image

za  prawą dłoń, którą chwyciłem się  mocowania swojego fotela. Musiałem postawić lewą

stopę na kole, opuścić się i jednym szarpnięciem otworzyć drzwiczki. Udało się za pierwszym

razem. Spodziewałem się bałaganu, ale w luku panował idealny porządek, a był tam sprzęt

ratunkowy. Wyjąłem rzeczy wskazane przez Sworda, wrzuciłem je do kabiny i zamknąłem

luk. Ostrożnie wróciłem na miejsce.

-   Widziałem   paru   starszych  od   ciebie   facetów,   którzy  robili   takie   rzeczy  o   wiele

sprawniej - ironizował Sword.

- To nie kino - zwróciłem mu uwagę.

Nadlecieliśmy nad tratwę ratunkową dryfującą po morzu i jako bombardier na znak

dany przez Sworda zrzuciłem do wody pakunek z boją.

- Prawie w punkt - ocenił Bytes. - Dwa metry od łodzi.

-   Mała   radiostacja,   żarcie,   boja   ratunkowa   nadająca   specjalny   sygnał   radiowy   -

wyliczał pilot - powinny ich uratować. Mam nadzieję, że znajdą moją wizytówkę i wynajmą

na loty turystyczne.

- Czemu nie odezwała się żadna jednostka ratunkowa z Haiti? - zdziwiłem się.

- Bo takowej tu nie ma, najbliższa to Coast Guard z Puerto Rico. Mają chłopaki szmat

drogi... - westchnął Sword.

Rozbitkowie   dopłynęli   do   naszej   paczki   i   starszy   mężczyzna   podziękował   nam

machaniem ręki. Jego młoda towarzyszka chyba cały czas płakała.

- Panie Bytes, pan płaci i wymaga - mówił Sword. - Mam nad nimi fruwać w kółko i

czekać na zbawienie czy lecimy dalej.

- Na długo starczy nam paliwa? - zapytał Bytes.

Sword jakby dopiero teraz zainteresował się paliwomierzem. Postukał zgiętym palcem

w szybkę.

- Komornik, obudź się! - zawołał do strzałki.

Ani drgnęła. Sword odchylił głowę i liczył w pamięci.

- Możemy bujać się nad nimi pół godziny, ale na małych obrotach palimy więcej

paliwa. Jeżeli ruszymy na rekonesans, to polatamy jeszcze prawie godzinę nad wybrzeżem i

możemy wracać do domciu.

- Nie ma opcji pośredniej?

Sword zmiął pod nosem przekleństwo.

-  Bytes! Nie ma sytuacji pośrednich! Albo wisimy nad nimi, albo spływamy. Gdy

krążymy, każdy nas widzi z daleka. Możemy przywołać tu przyjazny statek albo piratów.

Polecimy   dalej,   zrobimy   swoje,   a   z   hotelu   możemy   powiadomić   służby   ratownicze

background image

Dominikany.

- Lecimy nad wybrzeże - zdecydował Bytes.

Sword pożegnał rozbitków machając skrzydłami i skierował się ku brzegowi.

- Czego szukacie? - spytał pilot.

-   Fragmentu,  który   pasowałby   do   mapy   -   pokazałem   mu   kopię   szkicu   z   notesu

Zieleniewskiego.

- Piracki skarb? - zaśmiał się Sword. - Że też ludzie wierzą jeszcze w takie bajki?

Chwila! Załoga „Patriote” ma tę mapę?

Obejrzałem się na Bytesa, a ten tylko smutno kiwnął głową.

- Paweł, przejmij stery - poprosił mnie Sword. - Trzymaj wolant, nie ruszaj orczyków.

Staraj się utrzymać kurs i wysokość.

Pokazał mi urządzenia pokładowe, na które miałem zwracać uwagę, a sam zajął się

studiowaniem mapy.

- Wiecie, na zachód od Aquin jest zatoczka w kształcie podkowy - Sword mówił

marszcząc czoło. - Pirat narysował tu dwie wieże, a są tam ruiny jakiegoś starego, jeszcze

hiszpańskiego fortu. Jest tylko jeden feler.

- Jaki? - zapytaliśmy.

- Można tam się dostać tylko z wody. Dookoła dżungla, dojście do fortu, w którego

okolicach jest jaskinia ze skarbem, jest tylko z jednej strony, od plaży. Z trzech jego stron są

trzystumetrowe pionowe ściany. Potrzeba doświadczonych alpinistów, żeby tam wejść. W

dżungli   siedzą   partyzanci   albo   bandyci,   do   wyboru,   do   koloru.   Wejście   do   zatoki   jest

zawalone wrakami, bo przesmyk jest wąski. Trzeba dobrego statku, z małym zanurzeniem,

wąskiego   i   zwrotnego.  „Patriote”  by   się   nadawał,   ale   wydaje   mi   się,   że   wasza   załoga

postanowiła go przywłaszczyć.

Sword skorygował kurs i dalej ja prowadziłem, a on przypalił wygasłe cygaro.

- Skąd tak dobrze znasz to miejsce? - zwróciłem się do Sworda.

- To jedna z kryjówek Red Barona, a kiedyś byłem w jego niewoli. To długa i smutna

historia - roześmiał się.

- Uciekłeś mu? 

- Tak jakby.

- Tak jakby? - Alison zainteresowała się wymijającą odpowiedzią.

-   Przy   okazji   zabrałem   mu   jego   ulubioną   motorówkę,   dziewczynę   i   jeszcze

sprowadziłem policję i wojsko. Mówię wam, prawdziwa bitwa tu była.

- Jak to się stało, że Red Baron jest na wolności?

background image

- Uciekł z fortu. Byli okrążeni, ale on zwiał.

- Wiadomo jak? - dopytywałem się.

- Nie. O, już jesteśmy!

Sword   pokazał   nam   z   prawej   strony   zatokę   w   kształcie   podkowy.   Była   na   pół

kilometra długa i czterysta metrów szeroka. Pośrodku zatoki była niewielka wyspa, mająca

może sześćdziesiąt metrów kwadratowych, zajęta przez dwupiętrowy blokhauz. Plaża była

tylko w zachodniej części. Pozostałe były niedostępne z powodu skał sięgających do samej

wody. Na   wysokości   czterystu   metrów   nad   zatoką   królował   fort   zbudowany z   kamieni   i

ciemnobrunatnych cegieł. Miał sześć baszt po rogach płaskowyżu, gdzie wybudowano fortecę.

Umocnienia   składały   się   z   muru.   Od   strony   zatoki   i   morza   widzieliśmy   wejścia   do

podziemnych kazamat artylerii. Od lądu były dwa kompleksy koszarowe otoczone murkami.

Centrum   twierdzy  zajmował   trzypiętrowy  blokhauz   zwieńczony  kamienną   wieżą   pełniącą

kiedyś funkcje obserwacyjne i latarni. Całość zajmowała obszar około 150 na 200 metrów.

Fortyfikacje   były   otoczone   przepaściami,   za   którymi   znajdowały   się   wzgórza

porośnięte dżunglą. Tylko od północy widzieliśmy białą smugę opadającego wodospadu. Ten

strumień głębokim kanionem dochodził do zatoki. Fort mógł panować nad całą okolicą, w

promieniu kilkunastu kilometrów.

- Jak zaopatrywano załogę? - pytałem Sworda.

- Tędy - pokazał wejście do zatoki i plażę. - Wejścia broniły dwa blokhauzy, do dziś

został jeden, ale i to wystarczy. Potrzeba chyba fregaty, żeby wejść do zatoki nie przejmując

się ostrzałem z brzegu. Pod wodą są skały. Wejście ma szerokość około stu metrów, ale tor

wodny tylko czterdzieści. Kiedyś na plaży był pirs. Teraz widzicie tylko resztki. Wejście do

fortu  prowadzi  wąską nad  cztery  metry, krętą  ścieżką  wyłożoną  kamiennymi płytami. Po

drodze są trzy baszty. Słyszałem, że w fortecy istniały tunele minerskie pozwalające wysadzić

w   powietrze   całą   ścieżkę.   Jej   długość   i   stromizna   uniemożliwiały   jakikolwiek   rozsądny

szturm.

- Dobrze, gdzie ta plantacja, na której zabito tego żołnierza Zieleniewskiego? - pytał

Bytes.

Sword nieznacznie obniżył lot. Lataliśmy parę minut nad dżunglą.

- Pewnie wszystko zarósł las - orzekł Sword.

- Ktoś teraz mieszka w fortecy? - zapytałem Sworda.

Ten, nawet nie czekając na wyjaśnienie przyczyny pytania, poderwał maszynę, zrobił

beczkę i uciekł za wzgórza.

- Kończy się paliwo - powiedział.

background image

Wszyscy milczeliśmy. Każdy w tym momencie odkrycia kryjówki pirackiego skarbu

myślał o czym innym. Bytes pewnie przeliczał sztabki złota, ja zastanawiałem się, czy uda mi

się pomóc panu Tomaszowi, a Alison... Ona była największą niewiadomą.

Sword bez trudu wylądował na swojej polanie.

-   Paweł,   pomożesz   mi   zaciągnąć  „sokoła”  do   hangaru?   -   pieszczotliwie   poklepał

poszycie samolotu.

- Ja też - zaoferował się Bytes.

- Ty przyszykuj książeczkę czekową, a jeszcze lepiej gotówkę - Sword powstrzymał

go. - Sami damy radę.

Amerykanie   odeszli.   Sword   pchał   skrzydło   z   jednej   strony,   ja   z   drugiej.

Wprowadziliśmy   samolot   tyłem   do   blaszanej   szopy   pełnej   beczek,   puszek   ze   smarami,

skrzynek z narzędziami i częściami zapasowymi. Wyszliśmy przed budynek.

- Co widziałeś na górze? - zapytał Sword, nerwowo skręcając sobie papierosa.

- Błysk, lornetka, może luneta albo porzucona butelka.

- Idź i obejrzyj ogon.

Poszedłem. W pionowym sterze ogonowym widniała dziura po kuli.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

PRZESŁUCHANIE U KAPITANA COAST GUARD • CO TO JEST FORTECA

CZAROWNIKA? • KOLACJA Z RAIDEREM • STARZY ZNAJOMI Z WOJSKA •

SPACER PO PLAŻY • PREZENT OD PENCIL • STRASZNY CZAR BERRENDALI •

ZNIKNIĘCIE BYTESAI ALISON • UCIECZKA „PATRIOTE”

Wróciliśmy   po   południu,   akurat   na   obiad.   Wpierw   Bytes   poszedł   do   hotelu,   by

nawiązać kontakt z synem. Sword i ja poszliśmy do kapitanatu i przez radio nawiązaliśmy

kontakt z Coast Guard.

- Czekajcie w porcie jeszcze pół godziny - usłyszeliśmy przez radio.

Usiedliśmy na nabrzeżu, w miłej kafejce w domku z pni palm, pokrytym liśćmi palm,

gdzie napoje podawano w skorupach z orzechów kokosowych.

- Wytłumacz  mi,  czemu  przyjechałeś aż  z  Polski, żeby szukać jakiegoś skarbu?  -

zapytał mnie Sword.

Starałem się opowiedzieć wszystko krótko, ale i treściwie. Zajęło mi to dwadzieścia

minut. Sword słuchał i kiwał głową.

-  Masz pomieszane we łbie - stwierdził. - Masz szczere intencje. Tego skarbu szukasz

dla złota czy dla Indianina?

- Dla tego drugiego.

-   Czyli   potrzebny   ci   dobry   czarownik   voodoo   -   ocenił   Sword.   -   Znałem   kiedyś

jednego. Wybierzecie się statkiem do zatoki?

- O ile „Patriote” przypłynie, to pewnie tak - odparłem.

- Płynę z wami. Patrz! - Sword pokazał na okręt Coast Guard wpływający do mariny.

Wszyscy   turyści   i   żeglarze   z   zainteresowaniem   patrzyli   na   biały   patrolowiec   z

działkiem na dziobie i karabinami maszynowymi umieszczonymi na burtach. Pokład rufowy

przeznaczono na dwunastoosobowy ponton ze sztywnym dnem.

- Pan Sword? - zapytała barmanka trzymająca słuchawkę przy uchu.

- Tak - odparł pilot.

- Proszą pana do kapitanatu.

Poszliśmy do biura portowego. Był tam kapitan amerykańskiego patrolowca, młody,

najwyżej   trzydziestoletni.   Miał   ciemną   karnację   twarzy,  wąskie   czarne   wąsiki   i

wypielęgnowane czarne jak węgiel włosy. Wyglądał imponująco w czarnych, wojskowych

background image

spodniach, ciemnej bluzie przeciwdeszczowej i białej czapce kapitańskiej.

- Kapitan Costeza - przedstawił się. - To pana bojka? - zapytał pokazując na sprzęt

leżący na stole.

Sword obejrzał znalezisko.

- Tak, ale brakuje drugiej części...

- To, poznaje pan? - Costeza wyjął zza biurka białą kurtkę żeglarską schowaną do

przezroczystego worka.

- Mieli to rozbitkowie...

- Tych rozbitków już nie ma.

- Jak to? - zdziwiliśmy się. - Morze było spokojne, nie mogli utonąć...

- Ktoś im pomógł... - Costeza znacząco zawiesił głos.

- O nie, nie wrobicie mnie! - zapienił się Sword. - Mam świadków...

- Wiem - Costeza uspokajająco podniósł dłonie. - Mieliśmy was na nasłuchu. Nasze

stacje   radarowe   obserwowały  wasz   lot,   bo   niecodziennie   ktoś   lata   nad   Haiti.   Chciałbym

poznać wszystkie szczegóły...

Opowiedzieliśmy   o   tym,   jak   w   czasie   lotu   turystycznego   nad   wybrzeżem

dostrzegliśmy   rozbitków.   Zrzuciliśmy   im   zestaw   ratunkowy  i   nawet   szukaliśmy   jakiegoś

statku.

- Nikogo nie widzieliście? - dopytywał się Costeza. 

- Nikogo - skłamał Sword.

- Na radarze widzieliśmy, że wykonywałeś manewry...

- I o to właśnie chodziło - wtrącił Sword. - Nikt się nie odzywał, ale miałem nadzieję,

że przy radarze siedzi facet, który ma łeb na karku. Dajcie go tu, to mu postawię kolejkę...

- Dziękuję za zaproszenie - Costeza uśmiechnął się. - Zrzuciliście ładunek i co dalej?

- Pokazałem turystom starą fortecę i wróciliśmy do domu.

- Kręciłeś kółka nad Fortecą Czarownika i nagle zwiałeś? - dociekał Costeza.

- Forteca Czarownika? - krzyknąłem. - Czemu się tak nazywa?

- Podobno w początkach XIX wieku powstała tam jakaś sekta kultu voodoo. Jej resztki

utrzymały się do czasu inwazji Amerykanów na Haiti w 1915 roku.

- Utrzymali się ponad sto lat? - dziwiłem się.

- Potrzebny był pułk marines, żeby wybić ich resztki - przyznał Costeza. - Co z tą

ucieczką?

- Skończyło mi się paliwo - Sword powiedział półprawdę.

- A co pana sprowadza na wyspę? - kapitan zwrócił się do mnie.

background image

- Dominikana to nie Stany Zjednoczone... - zacząłem.

-A Haiti to nie Miami, panie Daniec - wtrącił Costeza. -Są miejsca, gdzie władza pana

Bytesa się kończy. Radzę o tym pamiętać w czasie wycieczek krajoznawczych - kapitan chciał

się pożegnać.

- Moment, co z tymi rozbitkami? - spytał Sword.

-   Zginęli,   właściwie   zaginęli.   Znaleźliśmy   pańską   bójkę,   tę   podartą   kurtkę   i

przestrzeloną tratwę ratunkową.

- Szukaliście piratów?

- W okolicy nie było żadnego podejrzanego statku.

Kapitan Costeza wyszedł z biura i wrócił na swój okręt.

- Co się stało z rozbitkami? - pytałem Sworda. - Baron ich zabił?

-  Raczej porwał dla okupu - powiedział urzędnik dotąd siedzący w milczeniu. - To

normalne. W porcie płetwonurek wywierca w poszyciu jachtu dziurę, przez którą sączy się

woda. Łajba wypływa w morze, nabiera wody i wtedy pojawiają się piraci podający się za

rybaków. Oferują pomoc. Zabierają załogę, a jacht sam tonie. Wcześniej z pokładu piraci

zabierają cenne wyposażenie. Potem rodzina dostaje telefon z propozycją nie do odrzucenia.

-   Chodźmy,   Pawle   -   Sword   wyciągnął   mnie   z   biura.   -   Drinka?   -   zaproponował

odwiedziny w kafejce.

- Zostanę przy soczku - powiedziałem godząc się na zaproszenie. 

Siedzieliśmy przy barze. Sword śledził każdy ruch zgrabnej barmanki ubranej tylko w

dwuczęściowy,  skąpy  strój   kąpielowy  i   krótką   spódniczkę   z   materiału   ciasno   owiniętego

wokół jej bioder.

- Przyjrzymy się załodze  „Patriote”  - powiedział Sword, gdy przestał kontemplować

kształty dziewczyny. - Powinni niedługo przypłynąć.

Zamówiliśmy posiłek, smażoną rybę z ryżem, i czekaliśmy.

- Pan Paweł Daniec? - barmanka zaprosiła mnie do telefonu.

- Tu Bytes - usłyszałem. - Rozmawiałem z synem przez radio. 

- Tak?

- Będą w porcie wieczorem, za trzy godziny. Może wypłyniemy o północy i na rano

dopłyniemy do zatoki?

- Zdążymy?

- Na żaglach, z pewnością.

- Bruce mówił, czemu nie pomogli rozbitkom?

- Podobno wszyscy spali, a Syd i Bud uznali, że to pułapka piratów.

background image

- Co robili po tamtej stronie wyspy?

- Sydowi pomyliły się kierunki.

- Willy, wierzysz w to?

-   Kończy   się   czwarty   dzień,   zostało   ich   jeszcze   sześć.   Mamy   lepsze   wyjście?

Porozmawiamy na kolacji z Raiderem i zobaczymy, czy mówi prawdę.

Powtórzyłem Swordowi rozmowę. Ten tylko roześmiał się.

- Albo ten Syd to totalny osioł, albo kłamią - powiedział. - Pogratulować załogi.

Pożegnałem Sworda podając mu jednocześnie porę spotkania z Raiderem. Poszedłem

do swojego pokoju spakować plecak z ubraniami na zapas. Do kolacji nie mogłem odnaleźć

ani Willy’ego, ani Alison. Siedziałem więc na balkonie, piłem czarną kawę i myślałem nad

wydarzeniami dnia.

Odnaleziona przez nas zatoka wydawała się tą, która kryła skarb. Stara hiszpańska

twierdza zapewne była kiedyś zdobyta przez piratów i wtedy ich kapitan ukrył tam skarb.

Potem morscy rozbójnicy zginęli albo dostali się do niewoli. Nie znaliśmy okoliczności, w

jakich szaman Słoneczny Wilk odnalazł mapę, ale wydawało mi się, że wrócił tu po złoto.

Wskazywała na to nazwa fortecy, którą zajęła tajemnicza sekta. Kto wie, czy jej założycielem

nie był indiański szaman? Początek XIX wieku dla Haiti to czas wojny domowej, zawieruchy,

niepokojów. Jacyś ludzie mogli szukać tam schronienia. Ciekawe tylko, czy w czasie pobytu

Zieleniewskiego na wyspie był tam francuski czy murzyński garnizon. Pewnie powstańczy, bo

skąd   na   plantacji   tak   szybko   pojawiła   się   kawaleria.   To   wskazywałoby  jednak   na   jakieś

przejście z zatoki na resztę wyspy.

Zerknąłem   na   zegarek.   Już   była   pora,   by   zejść   do   restauracji.   Założyłem   lekką

marynarkę, białe spodnie, koszulę i mokasyny.

Bytes i Alison byli ubrani nadzwyczaj elegancko.

- Dziś wieczorem zaplanowano wieczór klubowy, będą stare, amerykańskie standardy

- wytłumaczyła mi Alison.

- Raider dzwonił, że już jedzie - dopowiedział Bytes. 

- A Bruce?

- Podobno śpi zmęczony chorobą morską.

Na salę wszedł Sword, także w marynarce i nawet w krawacie luźno zawiązanym pod

szyją.  Kilka   minut   po  nim   przybył Raider.   Może   mniej   elegancki,   ale  dla   nadania   sobie

powagi założył czapkę kapitańską.

- Ja ciebie znam! - powiedział na widok Sworda.

Byłem gotów do interwencji, spodziewając się jakiejś rozróby. Sword przyjrzał się

background image

Raiderowi.

- Panama, desant na lotnisko, wiozłem bandę zestrachanych zwiadowców z marines -

zażartował   Sword.   -   Trzęśli   portkami   na   odgłos   każdego   strzału,   ale   potem   w   barach

zachowywali się jak John Wayne.

- Kto wisiał tylko kilka sekund w powietrzu, bo się bał dostać parę kulek w kadłub? -

odpowiedział tym samym tonem Raider. - Część chłopców ledwo zdążyła wyskoczyć nad

celem.

- Raider?

- Sword?

Obaj jak starzy przyjaciele rzucili się sobie w ramiona.

-  To   przy   kolacji   przeżyjemy   całą   kampanię   w   Panamie,   a   potem   wysłuchamy

opowieści o tamtejszych barach - westchnęła Alison.

Trzeba przyznać, że miała rację. Sword i Raider stracili zainteresowanie nami. Skupili

się najedzeniu, piciu i opowieściach zaczynających się od słów: „A pamiętasz...”.

- O której wypływamy? - Bytes zdążył wtrącić pytanie.

- O drugiej w nocy - odparł Raider.

Willy   i   Alison   wkrótce   przenieśli   się   na   parkiet.   Szukając   świeżego   powietrza

wyszedłem na taras. Chwilę potem dołączył do mnie Sword.

- Nie płynę z wami - oznajmił.

- Boisz się piratów? 

- Nie.

- Nie za to ci płacą?

- Nie, Raider jest najlepszy, z nim nic wam nie grozi - Sword przyjacielsko poklepał

mnie po ramieniu i odszedł chwiejąc się.

Jego   nieświeży   oddech   świadczył   o   tym,   że   jutrzejszy   ranek   spędzi

najprawdopodobniej na poszukiwaniu źródeł czystej, pozbawionej jakiegokolwiek alkoholu

wody. Miałem żal do wszystkich. Misję, która miał służyć odnalezieniu lekarstwa dla Pana

Samochodzika, wszyscy traktowali jak piknik. Byłem wściekły i zszedłem na plażę. Zdjąłem

buty i skarpetki. Zawinąłem nogawki i szedłem po mokrym piachu, a fale oceanu co chwila

oblewały mi kostki.

Szedłem przed siebie, nie oglądając się na nic. Ani się spostrzegłem, gdy doszedłem

do kilku łodzi rybackich wyciągniętych na piasek. Przy nich grupa młodzieży siedziała przy

ognisku i piekła tuńczyki. Nagle pojawiłem się w kręgu światła i przestraszyłem młodych

ludzi.

background image

- Przepraszam - powiedziałem.

- Nie szkodzi - odpowiedziała jakaś młoda kobieta.

Wstała i podeszła do mnie. Poznałem ją, to była kelnerka, która podała mi rano sok na

plaży.

- Dziękuję za troskliwość - powiedziałem.

- Chodźmy - zaproponowała podając mi rękę.

Lekko pociągnęła mnie dalej na spacer wzdłuż brzegu. Trzymaliśmy się za ręce, a

moja dłoń co jakiś czas dotykała jej nagiego uda. Ze zdziwieniem zauważyłem, że miała na

sobie tylko koszulę, o kilka numerów za dużą, ale najwyraźniej nie przejmowała się brakiem

bielizny.

- Jak masz na imię? - zapytała mnie.

- Paweł.

- Jak ten apostoł.

- Tak - przyznałem. - Jak ty masz na imię?

- Pencil.

- Ołówek - zdziwiłem się.

- Podobno jak się urodziłam, byłam długa, chuda i na czubku głowy miałam czarną

czuprynkę.

Roześmiałem się.

- Twoi rodzice musieli mieć poczucie humoru - przyznałem.

- Mieli - Pencil powiedziała to z jakimś smutkiem.

- Co się z nimi stało?

- Piraci, porwali ich piraci. Rodzina nie miała na okup, więc po paru tygodniach morze

wyrzuciło na brzeg ich nadgryzione przez ryby ciała.

Zamilkłem speszony, nie wiedząc co powiedzieć. Pencil pociągnęła mnie pod palmy.

Usiedliśmy obok siebie oparci o pień.

- Powiesz mi szczerze, czemu jesteś taka miła dla mnie? 

Pencil roześmiała się.

- Nie wiem, po co przyjechałeś z tak daleka, ale jesteś inny niż wszyscy turyści. Jako

jedyny  rano  wyszedłeś  wykąpać  się  w oceanie.  Witałeś  dzień,  słońce,  morze  jako  czysty

człowiek. Widziałam, jak pływałeś. Fale kołysały cię, bawiły się tobą, a ty poddawałeś się ich

woli, ale gdy tylko zachciałeś, wyrwałeś się z ich mocy. Musisz być bardzo silny.

- Wyglądam jak Rambo?

- A kto to taki?

background image

W jej pytaniu było tyle szczerego zdumienia, że uśmiechnąłem się i ucałowałem ją w

czoło. Ona przytuliła się do mnie i jej usta zaczęły szukać moich.

- Nie - lekko odsunąłem Pencil. - Nie mogę ci tego robić.

- Czego? Jestem pełnoletnia i mogę robić to, na co mam ochotę...

- Nie o to chodzi - mruknąłem wzdychając. W kieszeni marynarki znalazłem cygaro od

Bytesa i zapaliłem je firmowymi zapałkami hotelu. - Byłoby nieuczciwe, gdybym tak... Jutro

może już mnie tu nie być, nie wrócę, nie będę tu mieszkał wiecznie - tłumaczyłem.

Wielkie brązowe oczy Pencil były we mnie wpatrzone. Kruczoczarne loki otaczały jej

twarz, a czekoladowy blask skóry cudownie kontrastował z bielą koszuli.

- Mówiłam, że jesteś inny. Amerykańscy turyści sami proponują randki. Ty masz jakiś

cel wizyty. Czegoś szukasz, czegoś bardzo ważnego.

- To długa historia, ale mój przyja... - wahałem się chwilę, przypomniawszy rozmowę

z Czarnym Kłem - mój ojciec został zatruty. Podobno lekarstwo znajdę na tej wyspie. Nikt nie

może pomóc na tę chorobę.

- Na co choruje twój ojciec?

-   To   była  pułapka   przygotowana   przez   szamana.   Trucizna   powoduje   starzenie   się

organizmu,   ale   jednocześnie   poprawia   funkcjonowanie   umysłu   i   zmysłów.   Nasi   lekarze

obliczają, że zostało jeszcze tylko kilka dni.

- Berrendali - szepnęła Pencil. - To okropna rzecz. Klątwa złodzieja. Gdy bierzesz co

nie twoje, chociaż cię uprzedzano, czarownik rzuca czar berrendali.

Chwyciłem dziewczynę za ramiona.

- Jest na to lekarstwo? 

Pencil patrzyła mi w oczy.

- Błagam cię. Pan Tomasz nie jest złodziejem, to był przypadek...

Łzy same stanęły mi w oczach. Pencil dotknęła palcami moich powiek, a potem starła

słone   krople.   Pocałowała   mnie   w   oczy,   wtedy   już   ryczałem   jak   przysłowiowy   bóbr.

Wiedziałem, że mój szef umiera, a ja chwytałem się każdej szansy jego uratowania, zmagałem

się z czarami, szamanami, a to brzmiało tak niewiarygodnie. Pencil łagodnie przytuliła moją

głowę do swojej piersi i głaskała mnie po włosach.

-   Berrendali   to   śmiertelny,   nieodwracalny   czar   przywieziony   z   serca   Afryki   -

opowiadała. - Podobno po tym, jak pokonano Francuzów, pojawił się na wyspie czarownik

znikąd, miał czerwoną skórę i groźne spojrzenie. On potrafił odczyniać berrendali i wielu do

niego   przychodziło   na   jakąś   górę.   Żyli   dalej,   ale   nie   chcieli   od   niego   odejść.   Z   czasem

opanowali   starą   fortecę   i   tam   żyli,   aż   przyszli   Amerykanie   i   wszystkich   zabili.   Ludzie

background image

opowiadają, że w dżungli można jeszcze spotkać tych sekciarzy, że nawet żyje potomek tego

czarownika.

- Wiesz, gdzie go szukać?

- Kogo?

- Tego potomka?

Spojrzałem w twarz Pencil, ale ta nachyliła się nade mną i namiętnie pocałowała mnie

w usta. Wydawało mi się, że zapadam się w ziemię, że świat wiruje i w to wszystko nagle

wdarł się odgłos dzwonka.

Szybko spojrzałem na zegarek. Za godzinę odpływaliśmy!

- Muszę lecieć - powiedziałem do Pencil. - Obiecuję, że tu wrócę. Czekaj na mnie!

Wróciłem jeszcze, żeby ją pocałować i pobiegłem do hotelu. Po półgodzinie biegu

wpadłem do holu zziajany, spocony, ze stopami w mokrym piachu, z nieuporządkowanym

ubraniem. Wszyscy pracownicy zwrócili na mnie uwagę.

- Willy Bytes! - zwróciłem się do recepcjonisty. - Czy już wyszedł?

- Tak, proszę pana, odjechał z panną Alison do portu.

- Dawno?

- Pół godziny temu.

Pomknąłem do pokoju po plecak i wróciłem do holu.

- Jest jakaś taksówka? - zapytałem wyglądając na zewnątrz.

- Ostatnią wolną zabrał pan Bytes.

- Może pan zamówić jakąś?

- Będzie najprędzej za kwadrans.

- Dobrze, proszę jeszcze połączyć mnie z portem.

Zanim recepcjonista uzyskał połączenie z portem, upłynęła minuta, potem drugie tyle,

nim   ktokolwiek  odebrał   telefon.  Dyżurny  nie   znał   żadnego  języka  poza   kreolskim,   który

rozumiałem tylko szczątkowo.

- Czy „Patriote” jest jeszcze w porcie? - zapytałem po hiszpańsku.

- Tak, już wypłynął - usłyszałem odpowiedź.

- Senior Bytes, chcę z nim rozmawiać! - wykrzykiwałem. - Senior Raider!

- Tak, są na statku - padła odpowiedź.

- Czy w porcie wynajmę szybką motorówkę? - zapytałem recepcjonistę.

- Z pewnością - odparł hotelarz. - Sądzę, że jeżeli byli państwo umówieni na rejs, to

pan Bytes poczeka. Już jest taksówka.

Rzuciłem   słuchawkę,  choć pracownik  portu  próbował  mi  coś  tłumaczyć w swoim

background image

dialekcie.

- Do portu, ale szybko! - krzyknąłem do kierowcy taksówki.

-   Dobrze   -  odpowiedział   przeciągle.   Wyłączył  silnik,   wyjął   kluczyki   ze   stacyjki   i

odwrócił się do mnie.

- Tak realizujecie zamówienie „szybko do portu”? - zdziwiłem się.

-  Senior - kierowca był Mulatem z wąsikami a la Salvador Dali. - Obieca pan, że nie

będzie bił?

- No pewnie, niech pan jedzie.

- Nie zabierze mi pan kluczyków do samochodu?

- Nie.

- Nie będzie pan próbował odebrać mi samochodu?

- Nie! Tysiąc razy nie!

- To nie jadę. 

- Co?!

- Pan mi nie zapłaci?

- Zapłacę, dam napiwek, jeżeli pan zaraz uruchomi pojazd.

- Nie zatopi pan go w basenie portowym? 

- Nie!!!

- Nie będzie pan krzyczał - obrażony taksówkarz uruchomił pojazd.

- Nie - szepnąłem mu do ucha.

Kierowca prawidłowo rozumiał słowo  „szybko”. Na wąskich uliczkach miasteczka,

pomiędzy niskimi białymi domami, po bruku pędził z prędkością niekiedy dochodzącą do

osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. W tamtejszych warunkach była to jazda rajdowa. Z

piskiem opon zahamowaliśmy na molo.

Szybko wręczyłem kierowcy zapłatę wraz z napiwkiem i wysiadłem. Na brzegu stała

grupka   rozgorączkowanych   tubylców.   Najbardziej   biadolił   Murzyn   w   eleganckiej   czapce

taksówkarza.

Pobiegłem do kapitanatu. W biurze siedział urzędnik, z którym rozmawiałem przez

telefon. Próbował mi coś tłumaczyć, ale ja bez słowa sięgnąłem po księgę portową z zapisami,

kiedy   i   jakie   jednostki   wpływały   do   portu   i   wypływały   z   niego.   Podawano   tam   także

informacje, gdzie cumowały. Znalazłem zapisy dotyczące  „Patriote”. Jako czas wypłynięcia

Raider   podał   drugą   w   nocy.   Miałem   jeszcze   kwadrans.   Wzrokiem   szukałem   mola

oznaczonego literą „E”, gdzie miał cumować jacht. O dziwo, molo było puste. Przebiegłem je

całe na długości blisko osiemdziesięciu metrów. Na końcu był maszt z lampą sygnałową.

background image

Oparty o maszt stał Sword.

- Co jest grane? - zapytałem go. - Gdzie „Patriote”?

- Ty tutaj?! - Sword był zdziwiony. - Wypłynęli. Raider zebrał wszystkich i wypłynęli.

Teraz szukaj wiatru w polu.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

IDZIEMY ZE SWORDEM DO TAWERNY • NOCLEG W DOMU PILOTA • LECIMY

NA ODSIECZ • REKONESANS NAD FORTECĄ • WĘDRÓWKA PRZEZ DŻUNGLĘ

• ODBIJAMY „PATRIOTE” • PIERWSZA BITWA Z PIRATAMI

Sword wściekły walił głową o maszt.

- Tak mnie wykiwali - narzekał.

- Myślałem, że pokładasz całkowite zaufanie w swoim kumplu z wojska - szydziłem. -

Mówiłeś, że nie chcesz płynąć. O co chodzi?

- Chodźmy do knajpy, pogadamy - Sword ciągnął mnie za rękaw. - Muszę się napić, a

do rana i tak nic nie zmalujemy.

- Czekaj, może wynajmiemy motorówkę i dogonimy ich - proponowałem.

- Co ty, w nocy nikt tu nie wypłynie na wodę, ta historia z rozbitkami rozeszła się po

okolicy lotem błyskawicy.

Wracaliśmy po molo zbliżając się do gestykulujących mężczyzn. Sword rzucił okiem

na wodę.

- Dobry akumulator, jeszcze się światła świecą - mruknął. Taksówkarz podbiegł do

Sworda   i   zaczął   mu   robić   awanturę   w   jakimś  dziwnym   dialekcie.   Sword   odpowiadał

półsłówkami. Wtedy kierowca rzucił się na mnie.

- Przyjaciel, pana przyjaciel zabrał mi taxi - tłumaczył kalecząc hiszpański. - Utopił

samochód - wskazał na wodę.

- Miał niesprawne hamulce - rzucił Sword.

- Sprawne, nowy samochód - gorączkował się tubylec.

- Zapłaciłem mu za stratę - wyjaśnił mi Sword. - Chce wytargować więcej. Ten wóz

był totalnym złomem. Złapałem taxi na ulicy i chciałem, żeby pędem zawiózł mnie do portu, a

ten wlókł się dziesięć mil na godzinę i łamanym angielskim opowiadał o zabytkach. Myślał,

że złapał frajera...

Zostawiliśmy mężczyzn na pirsie samym sobie i poszliśmy pomiędzy ciemne uliczki.

Sword   jak   fregata   pod   pełnymi   żaglami   bezbłędnie   wziął   kurs   na   najbliższy   lokal

rozrywkowy. Zapewniano tu wszystko to, co dojrzałym mężczyznom potrzebne jest na urlopie

do   pełni   szczęścia.   Były  gry   hazardowe,   półnagie   kelnerki,   szeroki   wybór   alkoholi.

Zamawiając mleczko kokosowe wzbudziłem krótkotrwałe zainteresowanie stałych klientów

background image

lokalu. Sword prosząc o solidną porcję miejscowego drinka zatuszował moją niezręczność.

Siedzieliśmy przy blaszanym barze na stołkach podwieszonych do sufitu, przypominających

huśtawki. Dalej przy długich ławach siedziały rzędy mężczyzn, którzy rozprawiali, grali w

karty,  w   kości   i   patrzyli   na   dziewczyny,  które   tańczyły  na   stołach   w   rytm  miejscowych

melodii wygrywanych przez orkiestrę, której członkowie mieli wymalowane twarze.

- Ciekawe miejsce - zwróciłem uwagę Sworda.

- Młody jesteś, to nie pokażę ci ciekawszych, musisz jeszcze  dorosnąć - odparł z

szelmowskim uśmiechem.

- Co z tym Raiderem?

- Lepiej ty powiedz, jak to się stało, że jesteś na brzegu?

- Poszedłem na spacer po plaży, a gdy wróciłem do hotelu, Bytesa i Alison już nie

było. Zastanawia mnie, że Bruce nie skorzystał z okazji i nie zszedł na ląd, żeby poszaleć.

- Bo go nie było na „Patriote” - oznajmił Sword wrzucając do ust solone orzeszki. -

Raider spotkał tu znajomą  dziewczynę i zniknął mi z oczu. Wtedy pojechałem do portu.

Wszedłem na łajbę, bo strażnik, jeden z tych dwóch nierozgarniętych, spał. Nikogo na łajbie

nie było. Od Raidera wiedziałem, że załoga składa się z pięciu ludzi i tyle koi było zajętych.

Wniosek - Bruce’a tam nie ma. Gdzie jest? Tam gdzie rozbitkowie, bo przecież  „Patriote”

mógł zabrać tych ludzi z tratwy ratunkowej...

- Sugerujesz, że Raider jest piratem?

- Żebyś wiedział. Wyleciał z armii za jakieś machlojki związane z przemytem broni w

Ameryce Łacińskiej. Może w czasie wolnym pomagał tym, których nie wspierała CIA? Gdy

schodziłem z „Patriote”, na pokład wracali wielki Murzyn i jakiś solidnie zbudowany koleś...

- Mongo i Tango - wtrąciłem.

- Udałem pijanego...

- Bez większych problemów...

-  Nie  doceniasz   mnie   - Sword  pogroził   mi  palcem.  - No  więc,  powiedziałem,   że

pomyliłem łajby, wywróciłem kieszenie na znak, że nic nie zabrałem i puścili mnie. Skryłem

się za rogiem i słyszałem, jak dzwonili z budki telefonicznej do Raidera. Złapali go u tej

dziewczyny i powiedzieli, co się stało. Raider chyba chciał, żeby opisali, jak wyglądał intruz.

Potem  wydał im  jakieś rozkazy.  Nie  minęło  pół  godziny, jak przywiózł  tego milionera  i

dziewczynę. „Paweł jest już w drodze i dołączy do nas na miejscu” - tak im kłamał.

Popijałem napój drobnymi łyczkami.

- Ty, co ci wystaje? - Sword sięgnął do mojej butonierki.

Wyjął   za   rzemyk   maleńki   skórzany  woreczek.   Delikatnie   otworzył   go,   zajrzał   do

background image

środka i szybko go zasznurował. Zerknął na jakiś znak wymalowany tuszem na sakiewce i

pokręcił z niedowierzaniem głową.

- Byłeś  na spacerze na  plaży?  -  przedrzeźniał  mnie.  -  Zadałeś się  z  wyznawcami

voodoo?

- Pierwszy raz to widzę... - zacząłem.

- Nie kłam - Sword powiedział ostrym tonem. - Zresztą, jak przyjdzie czas, to sam się

wygadasz - dodał łagodniej. - Pilnuj tego dobrze, to dobra przepustka do piekła.

Potem pilot dał mi klucz do swojego domku niedaleko lądowiska, a sam zainteresował

się wdziękami jednej z tancerek.

Złapałem taksówkę i pojechałem do domu Sworda. Był to parterowy, drewniany, kryty

blachą  bungalow z kuchnią, salonem, dwiema sypialniami, łazienką i graciarnią. Sypialnie

wyglądały na nie  użytkowane, za to w salonie brodziłem po kostki w śmieciach, puszkach,

butelkach, pustych opakowaniach po jedzeniu, nawet raz kopnąłem kanister. Wybrałem łóżko

w sypialni, zrzuciłem marynarkę i skorzystałem z prysznica. Zbliżała się trzecia nad ranem.

Założyłem   świeże   ubranie   z   plecaka   i   wyszedłem   na   ganek   nad   klifem.   Usiadłem   w

wiklinowym   fotelu   bujanym   i   patrzyłem   na   wschód   słońca.   Zdawało   mi   się,   że   słyszę

powracającego do domu Sworda, ale zasnąłem. Po godzinie pilot obudził mnie potrząsając

moje ramię.

- Pobudka, królewiczu, kawaleria musi ruszyć w drogę. 

Przetarłem oczy i rozejrzałem się.

- Chłopie,  pilot   musi  umieć   spać zawsze   i  wszędzie,   nawet  godzina   snu  dziennie

powinna mu starczyć - śmiał się Sword, pakując do plecaka kilka ubrań. - Co tam masz? -

pytał sięgając po mój bagaż. - To nie, to nie - wyrzucał zawartość na podłogę. - Paweł,

wyruszasz   na   wojnę?   -   wymownie   pokazał   na   wojskowe   spodnie   i   bluzę.   -   W   tych

szerokościach geograficznych niebezpiecznie nosić takie ciuszki.

- Czemu, kierowałem się wygodą?

- Dla partyzanta wyglądasz jak wojskowy, dla policji jak partyzant Tak czy siak, grozi

ci kula w łeb, za same ubranko. Przyznasz, że to głupia śmierć?

Sword podał mi ze swojej szafy płócienne, popielate spodnie i jasnozieloną koszulę,

do tego białą chustę na głowę. Do mojego plecaka wrzucił kilka puszek z jedzeniem, maczety

i dwa karabiny, stare garandy, standardowe wyposażenie armii amerykańskiej z lat drugiej

wojny światowej.

- Za te karabiny nic nam nie grozi? - zwróciłem uwagę Swordowi.

- To w tych okolicach zabytki, zobaczysz, że wszyscy mają lepsze. Z czymś takim

background image

wyglądasz jak turysta, myśliwy, dziwak, nic groźnego.

Sword   do   swojego   plecaka   zapakował   zapasowe   skarpety,   liny,   oporządzenie   do

wspinaczki, latarki, manierki z wodą, wielką płachtę, która pewnie miała służyć jako namiot.

- Szykujesz desant na Haiti? - zapytałem zdziwiony takimi przygotowaniami.

-  Wylądujemy gdzieś   w  pobliżu   fortecy  i   zatoki,  przejdziemy  się   i   rozejrzymy w

sytuacji. Niewykluczone, że będziemy potrzebować pomocy kapitana Costeza i jego rodaków.

- Myślisz, że Raider porwał Bytesa dla okupu?

-  A   po   cóż   innego?   Pokaże   związanego   ojca   Bruce’owi,   ten   pojedzie   do   stolicy

Dominikany, sprowadzi kasę na okup, odda forsę i tyle.

- Piraci nie zabijają porwanych?

- Pytasz, czy mają kodeks honorowy? Nie, nie mają.

Sword rzucił mi mój plecak i ruszył do hangaru. Podał mi końcówkę gumowego węża.

- Jesteś duży i rozumny chłopiec - powiedział. - Wiesz, gdzie to włożyć. Tam jest

pompa.

Musiałem   przepompować   paliwo   z   prowizorycznego   zbiornika   do   baku   samolotu

Sworda. Pilot sprawdził stan przyrządów, spakował nas, zabrał mapy i kompas z szafki w

rogu. Potem wyszedł na dwór i zapalił cygaro. Stał na trawie na tle nieba jeszcze zamglonego

o   poranku.   Jego   koszula   i   szerokie   spodnie   powiewały   na   wietrze,   gdy   nachylony   nad

zapalniczką,   ze   skupioną   twarzą   osłoniętą   rondem   kapelusza   wypuszczał   wielkie   kłęby

cuchnącego dymu.

- Koniec - zameldowałem po kwadransie.

- Wsiadaj - rozkazał Sword.

Zapięliśmy pasy i pilot uruchomił silniki. Wystartowaliśmy w podobnym stylu jak

poprzedniego dnia.

- Nie powinniśmy zawiadomić władz? - w ostatniej chwili naszły mnie wątpliwości.

- O czym? Milioner wypłynął swoim jachtem w rejs, nie zabierając mnie na pokład? -

naigrywał się Sword. - Każdy popatrzy na ciebie jak na naprzykrzającą się muchę.

Wzięliśmy   kurs   na   południowy   zachód.   Sword   podobnie   jak   wczoraj   leciał   na

wysokości tysiąca metrów. Gdy zbliżaliśmy się do granicy Haiti, obniżył lot.

- Boisz się radarów armii haitańskiej? - pytałem.

- Czegoś takiego nie ma. Radar w tych okolicach mogą mieć piraci lub Coast Guard.

Lepiej, żeby nikt nie wiedział, co wyczyniamy.

Lecieliśmy dolinami pomiędzy pokrytymi soczystą zielenią górami. Południowe stoki

czasami przypominały kamieniste pustynie. To były miejsca, gdzie niegdyś były plantacje

background image

kawy. Rozpadające się domy z czarnymi dziurami okien, fatalne, kręte drogi, wraki spalonych

samochodów znaczyły te ponure miejsca. Za chwilę nadlatywaliśmy nad rzekę, nad którą

unosiła   się   chmara   kolorowych  ptaków;   spienione   górskie   potoki   działały  na   wyobraźnię

obietnicą chłodu.

Sword pilotował niewzruszony tymi cudami natury, zerkając na żyrokompas i mapy.

- Przygotuj broń - rozkazał po godzinie lotu.

Posłusznie obejrzałem karabiny. Oba były naoliwione, bez śladu rdzy. Włożyłem do

nich dziesięcionabojowe magazynki i przeładowałem. Do kieszeni koszuli włożyłem kolejne

dwa magazynki, a do plecaka pudełko z dodatkowymi nabojami. Równo rozdzieliłem nasz

majątek do plecaków.

- Teraz uważaj! - w pewnym momencie krzyknął Sword.

Nagle nadlecieliśmy od wschodu nad zatokę, a potem nad opustoszałą fortecę. Sword

wzniósł się wysoko w niebo. 

- I co widziałeś? - zapytał.

- Nic, pusto.

- Gringo - pogardliwie mruknął Sword. - W jednej z jaskiń po wschodniej stronie

widziałem   dziób   jakiejś   pomalowanej   na   szaro   jednostki   -   spokojnie   relacjonował.   -

Wystarczyło   obrócić   głowę!   Na   ścieżce   widziałem   świeże,   jeszcze   wilgotne,   ślady

czterokołowego pojazdu terenowego. Mieści się tam kierowca i 250 kilogramów ładunku.

Ktoś   wyjechał   tym   z   wody,   bo   miał   mokre   opony.   Po   trzecie,   zero   ptaków   w   fortecy.

Normalnie ptactwo opanowałoby taki, najwyższy w okolicy, punkt, ale nie wtedy, gdy są tam

ludzie. Teraz rzuć okiem w tamtym kierunku!

Przytknąłem   lornetkę   do   oczu   i   w   dole   ujrzałem   w   oddali   jacht   wyglądający  jak

„Patriote”.

- Tak, Raider wiezie łup do kryjówki.

- Nie bierzesz pod uwagę, że może chcieli sami dobrać się do skarbu?

- Nie są aż tak głupi.

Sword ostro przechylił maszynę na prawe skrzydło i zawróciliśmy w stronę brzegu. Po

kilku minutach krążenia dojrzeliśmy w lesie odpowiednio długą polanę. Sword przeleciał nad

nią trzy razy, aż wylądował.

- Nie będziesz się bał go tu zostawić? - wymownie klepnąłem w stery maszyny.

- Nie, wygląda jak samolot przemytników, nikt tego nie ruszy.

Wysiedliśmy, obróciliśmy samolot tak, by był gotowy do startu. Założyliśmy plecaki i

karabiny na plecy. Do pasów przypięliśmy pochwy z maczetami i kierując się wskazaniami

background image

kompasu ruszyliśmy w kierunku twierdzy.

Było   gorąco,   duszno   i   wilgotno.   Dżungla   parowała   i   paliła   zarazem.   Rozpiąłem

koszulę prawie do pasa i zawinąłem rękawy. Sword obejrzał się i przyjrzał mi się krytycznie.

- To nie plaża w Miami, że możesz chwalić się muskulaturą  - skrytykował mnie. -

Zapnij się i odwiń rękawy.

- Czemu?

- Bo w powietrzu, na ziemi, w wodzie, na każdej gałązce i na każdym liściu czai się

tysiąc bakterii, insektów, których nazw nie potrafiłbym nawet powtórzyć. Każda z nich od

wieków przystosowana jest do wnikania do ciała zwierzyny. Spocony człowiek to idealna

ofiara, bo nawet nie poczuje, jak przez wilgotne pory włazi mu pod skórę jakiś robal. Koszula

cię ochroni. I nie zdejmuj chusty!

- Biały materiał będzie doskonałym celem dla snajpera.

-   Choćbyś   nawet   szukał,   to   najbliższego   snajpera   znajdziesz   na   Kubie   w

amerykańskiej bazie Guantanamo. Tutaj ludzie wyznają inną filozofię strzelania. Po drugie,

stań i zobacz, jaką barwę ma ta twoja śnieżnobiała chusta.

Zatrzymałem się i zerwałem nakrycie głowy. Było brunatnozielone, zaledwie po kilku

minutach w dżungli.

- Ślady nieproszonych gości i twój wielkomiejski pot - wyjaśnił mi Sword.

Szliśmy   wycinając   ścieżki   albo   korzystając   z   gotowych,   zwierzęcych.   Przez   dwie

godziny przeszliśmy może dwa kilometry.

- Uważaj! - idący przodem Sword zatrzymał mnie, podnosząc dłoń. - Zerknij w górę!

Podniosłem wzrok, nad nami była kilkusetmetrowej wysokości skalna ściana.

- Chcesz tam wchodzić? - zdziwiłem się.

- Nie jestem taki głupi. Jeżeli pozwoliliby nam wejść, to tylko dla zgrywy zabicia nas

na samej górze.

- Więc co dalej?

- Szukamy wejścia, musi jakieś być. Ostatecznie przejdziemy na drugą stronę zatoki i

nocą zejdziemy po skałach do wód zatoki.

Skradaliśmy się przez las. Przygarbieni, rozglądając się na boki, ostrożnie stawialiśmy

kroki,   by   nie   nadepnąć   na   coś,   co   mogłoby   nas   ukąsić.   Gałęzie   odsuwaliśmy   lufami

karabinów. W końcu dotarliśmy do krawędzi,  a kilkanaście metrów pod nami były wody

zatoki.   Na   wyciągnięcie   ręki   mieliśmy   skałę,   na   której   stała   forteca.   Położyliśmy   się   w

krzakach. Teraz i ja dostrzegłem ślady życia w zatoce. W wejściu do blokhauzu na wyspie

widziałem kabel prowadzący do anteny zamaskowanej na ścianie budowli. Po wschodniej

background image

stronie  zatoki   były  trzy  jaskinie   zalane  wodą.  W   pierwszej,  od  strony wejścia  do zatoki,

faktycznie   widziałem   dziób   szarej   łodzi.   Zaraz   jednak   zapanowało   większe   ożywienie   w

krzakach na brzegu, gdy do zatoki wpłynął „Patriote”. Przy sterze stał Raider. Pewnie, jakby

doskonale znał te wody, opłynął wyspę i zatrzymał jacht przy północnej ścianie; zaledwie

cztery   metry   przed   sobą   mieliśmy   topy   masztów  „Patriote”.   Z   tej   odległości   doskonale

widzieliśmy Raidera i pokład łajby.

Miała ponad dwadzieścia metrów długości i pięciometrowy bukszpryt. Dwa maszty

wyrastały z  dwóch nadbudówek przedzielonych małym śródokręciem. Rufowa zejściówka

prowadziła do pomieszczeń gospodarczych: maszynowni, kambuza, magazynów. Z kambuza

przechodziło  się do kajut załogi. Najpierw był salon, do którego wchodziło się z drugiej

nadbudówki, potem po obu burtach były po dwie dwuosobowe kajuty, a część dziobową

zajmowała   kajuta   kapitańska   z   szerokim   małżeńskim   łożem   i   własną   łazienką.   W   sumie

załoga mogła liczyć nawet szesnaście osób, jeśli rozłożyłoby się kanapy w salonie i rozwiesiło

hamaki w kambuzie i magazynie. Na pokładzie koło sterowe umieszczono za bezanmasztem,

na pokładzie rufowym.

Raider spokojnie wsiadł do pontonu holowanego za rufą, odcumował go i odpłynął na

plażę.

- Kusi cię? - zapytał Sword wskazując wanty wzdłuż grotmasztu. 

Kuter był na tyle duży i mocny, że przewidziano nawet niewielkie  bocianie gniazdo

przy topie. Do niego wchodziło się po wantach, które jak na tradycyjnych żaglowcach służyły

również załodze do wchodzenia na górę w razie awarii oświetlenia lub ożaglowania. Jednym

skokiem,   jak   małpy,   mogliśmy   być   na   wantach,   a   potem   zejść   na   pokład   i   spróbować

opanować jacht.

- Kusi - przyznałem.

Sword   nawet   nie   czekał   na   przygotowanie   planu,   tylko   skoczył.   Wziąłem   krótki

rozbieg i poszedłem w jego ślady. Wyciągnięte ręce chwyciły sznury i siłą rozpędu zjechałem.

Jakimś cudem zrobiliśmy to prawie bez szmeru. Prawie, bo z dziobowej nadbudówki wyjrzał

Syd.   Patrzył   w   kierunku   rufy,   więc   nie   widział   nas   za   swoimi   plecami.   Sword

bezceremonialnie   wyciągnął   marynarza   i   nim   ten   zaskoczony   zdążył   uprzedzić   kolegów,

uderzył go kolbą w głowę. Syd padł zemdlony.

- Syd?! - usłyszałem głos Buda. - Co tam się dzieje?

Bud   powtórzył   błąd   kolegi   i   podzielił   jego   los.   Pokazałem   Swordowi   gniazdo

mocujące anteny na rufowej nadbudówce. Skinął przytakująco. Cicho podszedłem do anteny i

wyjąłem   jaz   mocowania   uniemożliwiając   pozostałej   załodze   nawiązanie   kontaktu   z

background image

dowództwem piratów. Sword w tym czasie brutalnie spacyfikował wojenne zapędy Mongo,

który wyszedł na pokład z shotgunem w rękach. Zaraz potem Sword skoczył pod pokład.

Zrobiłem to samo, tyle że wykorzystując rufową zejściówkę. Znalazłem się w magazynie. Ku

rufie   i   maszynowni   prowadziły  jedne   drzwi,   ku   dziobowi,   kambuzowi   i   spiżarni   drugie.

Przyłożyłem ucho do pierwszych. Nic nie słyszałem. Z kuchni okrętowej dobiegł mnie lekki

szmer, jakbyś ktoś stawiał ostrożnie kroki. Barkiem uderzyłem w drzwi i trzymając przed

sobą karabin wskoczyłem do pomieszczenia. Plecami do mnie, celując między łopatki Sworda

stał Tango. Były zwiadowca marines nic nie stracił z dawnej zwinności. Strzelił do Sworda i

obrócił   się   w   moim   kierunku.   Próbowałem   uderzyć   go   lufą   za   uchem,   by   spowodować

oszołomienie, ale on zrobił  unik. Jednocześnie chwycił ręką za lufę i szarpnął do siebie.

Natychmiast  puściłem  karabin  i  wymierzyłem mu  cios  pięścią  prosto w  nos.  Uchylił się.

Rzucił   mój   karabin   w   kąt   i   jednocześnie   przytknął   mi   lufę   pistoletu  z   tłumikiem   prosto

między oczy.

- Wyluzuj - powiedział.

Był na tyle rozluźniony, że mój kopniak w kolano, uderzenie ręką w uzbrojoną dłoń i

odsunięcie się z linii strzału, a potem cios w szyję zaskoczyły go. Poleciał do tyłu i uderzył

głowąo blat w kuchni. Zabrałem jego broń, dwa zapasowe magazynki i swój karabin. Sword

stał w drzwiach i patrzył na pobitego Amerykanina.

-   Nieźle   -   pochwalił   mnie.   -   Uwalniamy   ekipę   i   odpływamy.   Dasz   radę   sam

poprowadzić jacht?

- Tak, ale czy nie będą nas gonić łodzią?

- Odpłyniemy z fajerwerkami, waląc w niebo z rakiet, wysyłając sygnały „Mayday”.

Piraci będą zajęci ewakuacją. Przepłyniemy kawałek, ucieknę na brzeg i wrócę samolotem do

domu.   Jak   tylko  będę   w   powietrzu,   zaraz   zmieni   się   nasza   sytuacja.  Dopuszczam   nawet

możliwość bombardowania ewentualnego pościgu.

Weszliśmy do kajuty na dziobie, gdzie zastaliśmy związanych, leżących obok siebie

na małżeńskim łożu Willy’ego, Alison i Bruce’a.

- A ten tu skąd? - zdziwił się Sword, pokazując na syna milionera.

- Bud trzymał go w jakiejś szopie, a potem dołączyli do nas - wyjaśnił Willy. - Skąd

się tu wzięliście?

-  To długa opowieść - mruknął pilot, rozcinając maczetą więzy. - Paweł, co słychać w

zatoce?

Wyjrzałem przez bulaj.

- Raider wraca! - krzyknąłem. - Jest z nim jeszcze dwóch.

background image

- Willy, uruchom silniki, potem do steru - dyrygował Sword. - Alison, wezwij pomoc

przez radio. Bruce, nie przeszkadzaj. Paweł na pokład! Wal do wszystkiego, co się rusza.

Załogę Raidera zepchnij do wody.

- Potopią się - zaprotestowałem.

Gdy wybiegliśmy na pokład, Mongo, Syd i Bud właśnie budzili się. Sword wycelował

w nich broń i bez słowa skoczyli do wody. Widząc to, Raider przytknął do ramienia karabin

automatyczny.

- W zbiornik paliwa! - krzyczał do mnie Sword, kryjąc się za nadbudówką. - Rozwal

im silnik.

Najpierw   wciągnąłem   kotwicę,   potem   umocowałem   antenę,   na   koniec   zająłem

stanowisko strzeleckie za rufową nadbudówką. Raider i jeden z jego ludzi cały czas strzelali i

wokół tryskały kawałki drzewa. Sword strzelał w silnik łodzi, ale nie trafił i już dwukrotnie

ranił sternika. Wychyliłem się na kilka sekund i raz za razem naciskałem spust. Schowałem

się i zmieniłem magazynek.

- Dobre! - pochwalił mnie Sword.

Wyjrzałem. Uśmiechnąłem się zadowolony. Przestrzeliłem wszystkie komory pontonu

i teraz Raider do spółki z kolegą holowali do brzegu rannego sternika.

- Willy! - zawył Sword. - Co z tym silnikiem?!

W tym momencie potężny diesel w maszynowni prychnął i równo zaterkotał. Milioner

wyskoczył na pokład i skrył się za kolumną koła sterowego.

- Uciekamy! - krzyczał do mnie Sword.

Widziałem, jak ścieżką z fortecy na brzeg biegło kilkunastu uzbrojonych ludzi. Co

gorsza, jedno z okien blokhauzu otworzyło się i ujrzałem lufę działka, chyba kalibru 20 lub 23

milimetrów.   Jedna   seria   wystarczyłaby,   żeby   rozerwać   jacht   na   strzępy.   Starannie

wycelowałem. Pierwszymi dwoma strzałami zniszczyłem kable łączące wnętrze budowli z

anteną na ścianie. Zerwałem więc łączność. Byłem pewien, że pirat w środku nie wiedział, czy

ma strzelać do tak cennego łupu czy nie. Zerknąłem na brzeg. Raider dopadł już bandyty,

który miał radiotelefon. Były kapitan „Patriote” wydawał komuś rozkazy. Wreszcie pojąłem,

że macha ręką do obsługi działka, żeby do nas strzelali.

Oparłem się o nadbudówką, wstrzymałem oddech, wczuwając się w kołysanie jachtu.

Strzeliłem   i   spudłowałem   -   na   szczęście   ci   od   działka   też.   Drugi   mój   pocisk   utkwił   we

framudze strzelnicy. W tym samym momencie straciliśmy kawałek drewnianego relingu przy

bukszprycie.

Sword   strzelał   na   oślep   do  ludzi   na   plaży,  powodując   krótkotrwałą   panikę   w  ich

background image

szeregach. Przyłożyłem się, bo wiedziałem, że obsługa działka wstrzeliwała się w cel i zaraz

wystrzeli śmiertelną  serię. Strzeliłem z odległości mniej niż stu metrów, nie byłem pewien,

czy osiągnąłem pożądany efekt, gdy nagle całe ostatnie piętro blokhauzu eksplodowało. W

powietrzu   wirowały   fragmenty   desek,   kawałki   działka,   murów.   Dwóch   ludzi   z   parteru

skoczyło do wody, ratując się przed ogniem. Artyleria na piętrze była kierowana przez ludzi

na niższym piętrze. To była broń zdobyta na jakimś nowocześniejszym kutrze patrolowym.

- W coś ty strzelił? - dziwił się Sword.

- W środek lufy - uśmiechnąłem się z dumą. - Mój pocisk doprowadził do eksplozji

ich naboju jeszcze w komorze zamkowej, a potem w całym magazynku.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

NIEUDANA UCIECZKA Z ZATOKI • STARCIE W WĄWOZIE • ZDRADA

BRUCE’A • ZOSTAJĘ SAM W HAITAŃSKIEJ DŻUNGLI • ZESTRZELENIE

SAMOLOTU SWORDA • TAJEMNICZA SEKTA • POTOMEK SŁONECZNEGO

WILKA • CZY JESZCZE ISTNIEJE PIRACKI SKARB?

Gdy huk wybuchu i plusk resztek blokhauzu wpadających do wody ucichł, w zatoce

zapanowała cisza. Przerywał ją tylko jednostajny stukot silnika naszego „Patriote”. Piraci stali

zdumieni widokiem dymiących resztek fortyfikacji na wyspie.

- Willy, cała naprzód! - krzyczał Sword.

Jak   na   złość   z   jaskini   wysunęła   swój   szary   pysk   łódź   piratów.   To   był

trzydziestometrowy zdobyty w jakiś sposób wojskowy kuter patrolowy. Domyślałem się, że

bandyci zdemontowali dziobowe działko, by kuter samym swym widokiem nie powodował

akcji amerykańskich czy kubańskich jednostek wojskowych. Na rufie umieszczono dla zmyłki

kilka   stanowisk   wędkarskich.   W   sterówce   na   szczycie   nadbudówki   stał   Latynos,   który

dociskał manetkę, by uzyskać maksymalną moc silnika.

Napęd „Patriote” zaprojektowano z myślą o manewrach w porcie, a nie o wyścigach,

więc byliśmy o wiele wolniejsi. Obie jednostki miały kurs zbieżny, na kolizję. Drewniany

kadłub jachtu nie wytrzymałby zderzenia z blachami pirackiej łajby.

- Paweł! Wal w sternika - podpowiadał mi Sword.

Pilot obrócił się i opróżnił magazynek, strzelając w kierunku plaży. Odpowiedział mu

pojedynczy ogień. Gdy przyłożyłem karabin do ramienia i wymierzyłem w piracki kuter, jego

sternik zorientował się, co go czeka. Strzeliłem, rozbijając szklane osłony. Latynos nie czekał

i   czmychnął   po   schodkach   do   kabiny,   gdzie   był   drugi   ster.   Ostrzelałem   i   tamte   okna.

Zmieniłem magazynek, wychyliłem się i zauważyłem, że „Patriote” zmienił kurs, zawracając

w głąb zatoki.

Sword patrzył w kierunku naszej rufy i rzucił karabin do otwartego luku. Zerknąłem

na Willy’ego. Ze smętną miną kręcił kołem sterowym. Za nim stała Alison, którą w żelaznym

uścisku trzymał Tango, przystawiając do jej skroni lufę pistoletu.

Zmiąłem  pod nosem  przekleństwo  i  rzuciłem  karabin  w  ten  sam  bulaj  co Sword.

Tango kazał nam trzymać się okolic dziobu. Willy wyłączył silnik i siłą rozpędu nawróciliśmy

w kierunku plaży, zatrzymując się zaledwie dziesięć metrów od brzegu. W stronę jachtu już

background image

biegli zadowoleni piraci, brodzili w wodzie po pas, po piersi. Tango puścił Alison i schylił się,

by rzucić kolegom drabinkę sznurową.

- Padnij! - krzyknął Sword.

Tylko Tango nie posłuchał i stał wyprostowany, celując w pilota. Sword był szybszy i

strzelił w bandytę z rakietnicy sygnałowej, którą miał w kieszeni plecaka i wyjął podczas

manewrów.  Biała kula  pomknęła w  kierunku  Tango,  a  ten  odruchowo  skoczył  do  wody.

Płomień   magnezji   zapalił   jego   spodnie.   Pobiegłem   do   steru.   Po   drodze   kopnąłem

wchodzącego   na  pokład   pirata.   Bandzior  plusnął  do   zatoki,  a   ja   uruchomiłem   silnik.   Na

maksymalnych   obrotach   cofałem,   a   Sword   strzepywał   z   drabinki   grono   pirackiej   braci.

Postraszył ich strzelbą zdobytą na Mongo, a dotąd leżącą na pokładzie.

-Tam! - Sword wskazał mi ujście potoku w północnej ścianie zatoki.

Piracki   okręt   ruszył   ze   swego   miejsca   w   wejściu   do   zatoki   w   pościg   za   nami,

zwalniając przy plaży, gdzie zabrał desant.

Sword rzucił kotwicę, a ja zgasiłem silnik. Zatrzymaliśmy się okręcając w miejscu.

- Do wody! - dyrygował pilot.

Brutalnie zepchnął Bruce’a, Alison i Willy skoczyli trzymając się za ręce. Woda w

zatoce była przyjemnie chłodna i orzeźwiająca. Weszliśmy w kanion strumienia. Miał półtora

metra szerokości, a jego ściany miały około piętnastu metrów wysokości.

Sword podał mi strzelbę, rewolwer, który miał za pasem, garść naboi.

- Wiesz, co masz robić? - upewnił się. 

Skinąłem głową.

- Dojdziemy do wodospadu i co dalej? - zapytałem.

- Musimy wejść na górę, a ty zabawisz się w herosa.

Sword   popędzał   Amerykanów,   a   ja   ruszyłem   ich   śladem,   wypatrując   miejsca   na

zasadzkę. Długo nie było słychać odgłosów pościgu, może przez szum wody, która pędziła

wartko, sięgając nam momentami do kolan. Szliśmy wolno, męcząc się, ale i tak szybciej niż

gdybyśmy maszerowali przez splątaną dżunglę. Sword bez pardonu ścinał konary, korzenie,

które zagradzały nam drogę. Tam przedzieraliśmy się pół godziny, a po dwudziestu minutach

słyszałem okrzyki piratów. Pięćdziesiąt metrów przed  niewielkim oczkiem wodnym, które

wyżłobił wodospad, był zakręt. Przy nim zaczaiłem się, mając wgląd na długą na sto metrów

prostą.

Widziałem, jak Sword rozpoczął wspinaczkę na ścianę. Asekurowała go Alison, co

chwila odsuwając z czoła mokre włosy. W promieniu kilkunastu metrów od dna wodospadu

unosiła się w powietrzu chmura wody.

background image

Gdy   pilot   był   w   połowie   drogi,   ujrzałem   pierwszego   pirata.   Biegł,   a   za   nim   w

odległości kilku metrów jeszcze dwóch. Shotgun od Mongo miał  w magazynku pod lufą

zaledwie osiem śrutowych pocisków. Rewolwer był celniejszy, zwłaszcza że był to kultowy

colt   magnum.   Jednak   kłopotliwy   proces   ładowania   magazynka   nie   napawał   mnie

optymizmem. Gdy piraci byli w połowie długości prostej, wychyliłem się i raz strzeliłem ze

strzelby. Pięćdziesiąt metrów dla śrutówki to za dużo na celny strzał, ale może przestraszyć

szturmującego. Nie inaczej było tym razem, tym bardziej że za uciekającymi posłałem kule z

rewolweru.

Sword był trzy metry od krawędzi. Patrzył w moim kierunku. Pokazałem, że na razie

wszystko  jest  w   porządku.   Skinął  zadowolony głową.  Gdy wszedł  na  górę, kazał   Alison

przywiązać się do liny. Piraci podjęli drugi szturm. Tym razem byli ostrożni. Pierwszy szedł

schylony,   trzymając   karabin   przy   ramieniu,   celując   w   moją   kryjówkę.   Osłaniał   go   drugi

bandyta, też celujący na wprost. Za nimi skradała się reszta bandy.

Podpuściłem   ich   bliżej   niż   poprzedników.   Koło  Sworda   był  już   Bruce,   a  do   liny

przywiązywał się Willy. Wychyliłem za róg lewą dłoń z rewolwerem i na oślep oddałem

strzały opróżniając bębenek. Usłyszałem jęk, a potem skała wokół mnie zagotowała się od

wściekłych serii z karabinów. Gdy strzały ucichły, zapewne na czas wymiany magazynków,

zanurkowałem, a potem wynurzyłem się po drugiej stronie potoku. Klęcząc strzeliłem trzy

razy ze strzelby.

Piraci pierzchli ciągnąc dwóch rannych. Obejrzałem się za siebie. Sword już prawie

wciągnął Willy’ego i dawał mi nerwowe znaki, bym biegł do niego. Upewniłem się, że piraci

uciekają i biegłem w kierunku wodospadu. Niestety, przestępcy zorientowali się, że opuściłem

posterunek i biegli za mną. Do liny miałem do przebiegnięcia mniej niż oni do zakrętu, ale

potem musiałem wejść piętnaście metrów po linie. Nawet licząc na pomoc Sworda byłem

narażony na ogień przeciwnika. Skoczyłem ku linie i zacząłem nerwowo wspinać się. Już

słyszałem chlupotanie wody pod nogami piratów. Ręka ześlizgnęła mi się po mokrej linie i

opadłem o pół metra. Na ścianie kanionu już widziałem złowieszcze cienie. Byłem dwa metry

od   wyciągniętej   dłoni   Sworda,   gdy   wokół   mnie   zaczęły  bić   pociski.   Gdy   pilot   jednym

gwałtownym ruchem wciągnął mnie w krzaki, poczułem na nodze i plecach pieczenie.

- On jest ranny - jęknęła Alison.

- Nie mamy czasu - oznajmił Sword, tłumiąc w sobie złość. Kopniakiem poderwał z

ziemi  Bruce’a, szarpnął  Willy’ego i  ciągnął  Alison. Zabrałem linę  i pobiegłem za grupą.

Sword jak myśliwski pies prowadził nas na przełaj do lądowiska. Rana na plecach nie bolała

mnie tak, jak ta na nodze. Nogawka ściemniała i kleiła mi się do łydki. Wbieganie pod górkę

background image

sprawiało mi ból, ale wtedy podpierałem się strzelbą i gnałem dalej. Wreszcie po trzydziestu

minutach   wbiegliśmy   na   płaskowyż,   gdzie   zostawiliśmy   samolot.   Wokół   polany   las   był

rzadszy. Zwolniłem i oglądałem się za siebie. Sword upychał pasażerów w samolocie i machał

w moją stronę. Kuśtykając przyspieszyłem. Sword uruchomił silniki, a ja już byłem bardzo

blisko maszyny, gdy nagle spomiędzy drzew wyjechał stary jeep willys napakowany piratami.

Już z odległości trzydziestu metrów zaczęli strzelać. Nacisnąłem klamkę drzwi obok Bruce’a,

ale ten siedział patrząc przed siebie i byłem pewien, że trzymał drzwi, żebym ich nie otworzył.

Sword   coś  krzyczał   do  niego,   a  jednocześnie   rozpoczął   rozbieg.   Biegłem  obok   samolotu

szarpiąc za drzwi. Alison i Willy siedząc w głębi kabiny nie wiedzieli, co się dzieje, a Sword

skupiał się na starcie.

Noga odmówiła mi posłuszeństwa i upadłem. Samolot Sworda oddalił się unosząc się

w   powietrze,   a   pojazd   piratów   zbliżał   się   w   zastraszającym   tempie.   Leżąc   w   trawie

wycelowałem w niego ze strzelby i gdy był kilkanaście metrów ode mnie wystrzelałem resztę

pocisków,  raz  za  razem.  Kierowca  przeraził  się,  gwałtownie skręcił   kierownicą,  a wąski,

przeładowany   jeep   przechylił   się.   Przy   tej   prędkości   auto   wywróciło   się   i   kilka   razy

koziołkowało, uderzając wreszcie w ścianę drzew. Bandyci, którzy mieli dość przytomności

uciekli ciągnąc poobijanych, rannych kolegów, nim wybuchł zbiornik paliwa samochodu. W

zamieszaniu,   jakie   spowodowałem,   uciekłem   do   dżungli   po   drugiej   stronie   polany.   Tam

rozpoczynał   się   stok,   po   którym   wspinałem   się.   Po   paru   minutach   wyszedłem   na   łysy

wierzchołek. Widziałem, że samolot Sworda krążył nad lasem.

Niespodziewanie   obok   aeroplanu   pojawił   się   zwinny   czarny   śmigłowiec.   Kształt

kadłuba   i   wielka   oszklona   kabina   przypominały  oko   osy.   Czarny  pleksiglas   złowieszczo

błyszczał w słońcu. Potem ujrzałem kolejne błyski, gdy z lufy jego pokładowego działka

bluznął deszcz kul w maszynę Sworda. Ten gwałtownym unikiem i pikowaniem do ziemi

próbował  uciec.  Prześladowca   dysponował   większą  prędkością  i   bez  trudu  znalazł  się  za

ogonem   ofiary.   Wystrzelił   krótką   serią   w   silnik   na   prawym   skrzydle   i   momentalnie   w

powietrzu pojawiła się smuga czarnego dymu.

Sword zdołał wyrównać lot. Potem opuścił podwozie dając znak, że zamierza lądować

awaryjnie   i   zawrócił   w   kierunku   fortecy   piratów.   Domyśliłem   się,   że   pilot   zamierzał

wykorzystać gładką powierzchnię zatoki do wodowania. Nie wracał na polanę, bo zasnuły ją

kłęby dymu z palącego się jeepa i pożaru dżungli.

Śledziłem   lot   Sworda,   aż   zniknął  mi   za   wzgórzami.   Postanowiłem   zgłosić   się  do

władz, tylko nie wiedziałem, dokąd mam iść i komu mogę zaufać. Przecież przebywałem na

terytorium Haiti nielegalnie. Czy miejscowi policjanci uwierzyliby mi w opowieść o walce z

background image

piratami.   Może   wcześniej   wpadnę   w   łapy   miejscowych   bojówek,   które   przekażą  mnie

Raiderowi i Red Baronowi?

Na razie zszedłem ze wzniesienia na jego drugą stronę. Na chwilę przystanąłem, by

rozejrzeć   się   dokoła.   Zobaczyłem   szczyt   jakiejś   niewysokiej   góry,   skąd   miałem   nadzieję

wypatrzyć najbliższe miasto. Na skraju lasu usiadłem i zawinąłem nogawkę spodni. Kula,

która raniła mi łydkę, przeszła na wylot, dziurawiąc mięśnie, ale nie naruszając nerwów,

ścięgien   i   kości.   Na   szczęście   Sword   pakując   mój   plecak,   nie   wyrzucił   mojej   apteczki.

Zdezynfekowałem   ranę,   posypałem   proszkiem   bakteriobójczym   i   starannie   zawinąłem

bandażem.   Potem   ciasno   owinąłem   nogawkę   wokół   bandaża,   żeby  miejscowe   bakterie   i

robactwo jak najpóźniej dotarły do rany. Przejrzałem zawartość plecaka. Miałem tam dwie

konserwy,  identyczne   z   tymi,   jakie   dostałem   na   wycieczkę   do   Czarnego   Kła,   zwój   liny,

maczetę,  dwie koszule   i  dwie  pary  skarpet  na  zmianę.   Natychmiast  zmieniłem  skarpetki,

wyrzucając stare i posypując stopy proszkiem przeciw grzybicy. Potem zdjąłem koszulę i

podkoszulek.   Wygięcie   pleców   bolało,   ale   musiałem   opatrzyć   ranę   na   plecach.   Badałem

palcami rozmiary dziury, ale okazało się, że to tylko obtarcie. Kula uderzyła o dno plecaka,

odbiła się od konserwy i przejechała po mojej skórze, ześlizgując się wzdłuż ostatniego żebra.

- Miał pan dużo szczęścia - usłyszałem za sobą, a jednocześnie czyjeś delikatne palce

dotknęły moich pleców.

Głos   należał   do   mężczyzny,   który   mówił   po   francusku   z   dziwnym   akcentem.

Obejrzałem się za siebie jednocześnie napinając kurek rewolweru. Stał za mną mężczyzna o

ciemnej karnacji, o dziwnych rysach twarzy, jakby indiańskich. Miał proste, kruczoczarne

włosy,   twarz   z   wystającymi  kośćmi   policzkowymi   bez   śladu   zarostu.   Ubrany   tylko   w

przepaskę na biodrach, na plecach miał worek i nowoczesny sztucer z lunetą.

- Gdzie tu jest najbliższy posterunek policji? - zapytałem. 

- Jesteś z policji?

- Nie.

- To po co ci policja, oni pomagają tylko swoim. 

- A ty kim jesteś?

- Być może tym, kogo szukasz.

Tubylec wziął mój plecak, kazał założyć ubranie i poszedł przodem.

- Czemu mi pomagasz? - zapytałem mężczyznę. 

- Bo jesteś uczciwy.

- Skąd wiesz?

- To widać. Lepiej zabezpiecz broń - zwrócił mi uwagę. 

background image

Posłuchałem   go   i   zabezpieczyłem   rewolwer.   Wspinaliśmy  się   ze   trzy  godziny,  aż

wyszliśmy na wysokość, gdzie kończyła się dżungla. U naszych stóp rozpościerał się zielony

dywan obwiedziony na horyzoncie lazurem morza. Nad nami prażyła złota kula słońca, a my

wspinaliśmy się po czerwonych kamieniach ku szczytowi. W zasięgu wzroku nie było widać

żadnego miasta, portu, śladu cywilizacji. Potem szliśmy stromą ścieżką szeroką zaledwie na

metr, prowadzącą grzbietem góry. Obliczałem, że byliśmy około półtora tysiąca metrów nad

poziomem morza. Momentami robiło mi się słabo. Przewodnik wyczuwał to i wtedy zwalniał.

Grzbiet skręcał szerokim łukiem na zachód, a tubylec zszedł ze ścieżki i prowadził mnie

żlebem do wąskiej doliny. Tam zobaczyłem strażnika z karabinem, wyglądającego podobnie

jak mój towarzysz, tyle że miał na sobie amerykańskie spodnie i bluzę w barwach kamuflażu

pustynnego.

Przeszliśmy jeszcze wąskim tunelem i znaleźliśmy się w zielonej dolinie o średnicy

około   kilometra.   Przypominała   ona   dno   wygasłego   wulkanu.   Stały   tu   ładne   chaty   z

drewnianych bali,  rosły gaje palmowe,  zagospodarowano teren pod pastwisko kóz  i  małe

ogrody.   Naliczyłem   około   dwudziestu   gospodarstw.   Tubylec   zaprowadził   mnie   do

największej   chaty   stojącej   na   środku   dolinki.   Budynek   wyglądał   jak   blokhauz   rodem   z

Dzikiego   Zachodu.   Okiennice   były  wykonane   z   grubej   blachy,  a   na   dachu   dwupiętrowej

budowli ujrzałem stanowiska karabinów maszynowych otoczonych wianuszkami worków z

piaskiem.

Weszliśmy  do   środka.   Duża   hala  o   wymiarach  pięć   na  dwadzieścia,  metrów   była

chyba magazynem mieszkańców doliny. Stały tu półki  z puszkarni i workami. Oddzielne

miejsce przewidziano dla arsenału, który mógł stanowić wyposażenie doborowej kompanii

piechoty.

Wyszedł   mi   naprzeciw   Indianin.   Ten   wyglądał   jak   prawdziwy   czerwonoskóry   z

północnoamerykańskiej prerii. Miał około pięćdziesięciu lat, pomarszczoną twarz i groźne

spojrzenie.

- Obcy? - zapytał mojego przewodnika.

- Strzelał się z piratami - padła odpowiedź.

- Może jeden z nich?

- Jest ranny.

-   To   widzę,   te   łobuzy  potrafią   kłócić   się   i   pojedynkować   o   każdego   nieuczciwie

zarobionego dolara.

- Przyjechałem tu z Polski w sprawie szamana - wtrąciłem się. 

Wódz obdarzył mnie wrogim spojrzeniem.

background image

- Wyjdź! - rozkazał swojemu człowiekowi. - Na górę! - zwrócił się do mnie.

Wszedłem   po   drewnianych   skrzypiących   schodach   na   pierwsze   piętro.   Wódz

poprowadził mnie wąskim korytarzem w lewo, do sali, której ściany były pomalowane na

biało. Kazał mi usiąść na stołku i zdjąć koszulę.

Posłusznie   wykonałem   wszystkie   polecenia.   Indianin   obejrzał   ranę,   potwierdził

diagnozę mojego przewodnika i podszedł do półki.

- Nigdy nie słyszałem o takim kraju jak Polska - powiedział.

- Dziwne, bo na biurku leży katechizm wydany po polsku - odpowiedziałem pokazując

małą książeczkę.

Tytuł na okładce zauważyłem wchodząc do pomieszczenia.

- Jesteś Polakiem? To czytaj... - podał mi książeczkę.

- Ojcze... - zacząłem.

- Po polsku, mów po polsku! - prosił Indianin. Zamknąłem książeczkę.

- Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - mówiłem. - Tę modlitwę zna u nas każde dziecko

- dodałem na koniec.

- Jak się nazywasz?

- Paweł Daniec - przedstawiłem się. - Pewnie wywarłbym większe wrażenie, gdybym

miał na nazwisko  Zieleniewski?  A ty? Jak się nazywasz?  Jesteś  potomkiem Słonecznego

Wilka?

Te pytania zaskakiwały Indianina. Na jego twarzy nie było widać żadnych uczuć, ale

byłem pewien, że wewnętrznie był rozdarty. Nie ufał mi, chociaż pewnie mówiłem o rzeczach

powszechnie   nieznanych.   W   milczeniu   mieszał   zioła.   Przygotował   z   nich   maść,   którą

posmarował mi ranę na plecach, potem odwinął bandaż na nodze i tam także nałożył swoje

lekarstwo.   Kazał   mi   spokojnie   czekać   dwie   godziny,   a   sam   wziął   moje   ubrania,   jak

powiedział, do spalenia. Wyszedł, ale wrócił wzburzony po kwadransie.

- Co to jest? - pokazał na woreczek, dar od Pencil.

- Prezent od znajomej.

Wódz  oddał mi zawiniątko i wyszedł. Wrócił po dwóch godzinach. Cały ten czas

siedziałem na stołku i czułem, jak paruje ze mnie zmęczenie. Przez otwarte okna widziałem

ruch w dolinie, jak jej  mieszkańcy pracowali  na roli,  wracali z  polowania. Wszyscy byli

ubrani   w   paramilitarne   stroje   oprócz   dzieci,   których   odzienie   przypominało   błękitne

mundurki. Rysy twarzy tych ludzi wskazywały, że w ich żyłach płynęła krew murzyńska,

indiańska i miejscowa, a nawet domieszki białej. Byłem pewien, że trafiłem do resztek sekty

założonej przez Słonecznego Wilka, przepędzonej z fortecy. To tu mogłem znaleźć lekarstwo

background image

na   chorobę   pana   Tomasza.   Z   plecaka   wyjąłem   zapasowe   ubranie   i   wyszedłem   na   dwór.

Zostało mi jeszcze pięć dni, a moi przyjaciele, nie wliczając do tego towarzystwa Bruce’a,

byli uwięzieni przez piratów. To było zbyt wiele jak dla mnie.

- Czarne Ziarno - przedstawił się wódz sekty podchodząc do mnie, gdy tak stałem

bezradnie rozglądając się na boki.

- To od kawy? - zapytałem.

- Trochę tak - Indianin uśmiechnął się.

- Jesteś w takim razie człowiekiem, którego szukam... - zacząłem.

Spacerowaliśmy po dolinie przypominającej ekologiczną Arkę Noego, gdzie wszyscy

byli dla siebie mili, uśmiechali się do mnie życzliwie i pozdrawiali gestami. W tym czasie

opowiadałem wodzowi, co mnie do niego sprowadziło.

- To berrendali - potwierdził słowa Pencil.

- Możesz dać mi lekarstwo?

- Czemu uważasz, że mogę ci pomóc? Dziewczyna, która dała ci ten woreczek tak

mówiła?

- Tak.

- Wierzysz jakiejś kobiecie, która szeptała ci różne rzeczy na plaży? - drwił wódz.

- Ciebie jako ratunek wskazał Słoneczny Wilk. 

- W jaki sposób.

-   Na   szczycie   góry,   gdy   pewien   szaman,   Czarny   Kieł,   przywołał   ducha   twojego

przodka, widziałem to miejsce i kawę, ziarna kawy.

- Czego jeszcze dowiedziałeś w czasie tego spotkania?

- Prawdy o sobie i pewnym człowieku.

- O tym chorym? 

- Tak.

- Musisz poczekać do wieczora - zdecydował wódz. - Lepiej bądź w pobliżu mojej

chaty. Nie chciałbym, żebyś widział zbyt wiele i żebyś tu jeszcze kiedyś wrócił.

- Czemu tak odcinacie się od świata?

- Bo świat jest zły - gniewnie odparł Czarne Ziarno i odszedł.

- Witaj - usłyszałem za sobą. - Filip - przedstawił się mój przewodnik z dżungli.

Łagodnie   wziął   mnie   pod   ramię   i   prowadził   do   chaty   wodza.   Zaparzył   kawę   i

usiedliśmy przed wejściem na ławie z drewnianego kloca. 

- Nadal jesteście sektą? - zapytałem Filipa.

- Pytasz tak, bo nie wierzymy w to, co ty? - uśmiechnął się w odpowiedzi.

background image

Stwierdziłem, że religia to drażliwy temat, więc postanowiłem zapytać o inne rzeczy.

- Uciekacie od cywilizacji, po tym jak was przegoniono z Fortecy Czarownika?

- Tak było od początku.

- Czemu to robicie? Może moglibyście nauczyć ludzi wielu pożytecznych rzeczy.

- To co dobre jest w ludziach, ale nie zawsze potrafią to z siebie wydobyć. Zło jest jak

choroba, agresywne, wychodzi jako pierwsze. Łatwiej być chorym niż zdrowym. Od innych

doznaliśmy samych nieszczęść.

- Jakich?

- Naszemu wodzowi i czarownikowi Czarne Ziarno piraci porwali młodszą siostrę i

wywieźli na Kubę. Miała kilka lat. Wtedy zabrano nam kilkoro dzieci, zmieniliśmy kryjówkę

i od tamtej pory mieszkamy tu.

- Czy możesz mi powiedzieć, co się stało ze Słonecznym Wilkiem?

- Sprowadził na wyspę grupę Indian i tu zamieszkali. Zmarł w połowie XIX wieku i

pochowano go w górze, na której stoi forteca.

- A skarb? Wiem, że kiedyś tu był ukryty piracki skarb...

Filip roześmiał się ukazując białe zęby. Śmiał się tak, że aż usiadł na ziemi i trzymał

się   za   brzuch.   Przechodzący   obok   członek   sekty   zapytał   go   o   powód   radości.   Filip

odpowiedział mu po kreolsku. Tamten odszedł zaśmiewając się.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

LEKARSTWO OD CZARNEGO ZIARNA • SEKTA ODCINA DROGĘ DO ŚWIATA

ZEWNĘTRZNEGO • NOCNA WĘDRÓWKA PRZEZ DŻUNGLĘ • ZAKRADAM SIĘ

DO KRYJÓWKI PIRATÓW • UWALNIAM WIĘŹNIÓW

Nie   rozumiałem,   co   tak   śmieszyło  sekciarzy, gdy  wspominałem   piracki   skarb.  Na

szczęście   przyszedł   Czarne   Ziarno.   Miał   smutną   minę.   Gestem   zaprosił   mnie   do  środka.

Poszliśmy do tego pokoju pomalowanego na biało.

- Pawle, chyba nie mogę ci pomóc - powiedział.

- Czemu?

- Przeceniałem swoje możliwości - smutno przyznał wódz.

- Nie możesz zrobić lekarstwa?

- Proszę - Czarne Ziarno podał mi płócienny woreczek, w którym był jakiś proszek.

Całość była nie większa niż pudełko zapałek. - Podaj to choremu i poczuje się lepiej.

- Mówiłeś, że nie możesz mi pomóc, a dałeś mi to, o co mi chodziło.

- Tak, ale zrozum, że samo lekarstwo to tylko półśrodek.

- To znaczy?

- W twoim przyjacielu tkwi trucizna i trzeba ją usunąć... 

Wskazałem na woreczek i chciałem zapytać, jak działa lek, ale wódz  nie dał sobie

przerwać.

- W ciele chorego tkwi choroba, którą tylko szaman może usunąć. Ja stąd nie wyjadę.

- Co ten szaman ma zrobić?

Czarne Ziarno pokręcił głową, jakby nie dowierzał temu, co słyszy. 

- Nie rozumiesz sensu przemiany chorego w zdrowego. Znajdź szamana.

- Bez szamana mój przyjaciel umrze?

- Nie, będzie cały czas chory.

Usiadłem zrezygnowany nie wiedząc, co mam powiedzieć i zrobić. Czarne Ziarno

podszedł do okna i także milczał.

- Coś wymyśliłeś? - zapytał po jakimś czasie. 

- Nie.

- Jedź do domu - podpowiedział Czarne Ziarno. - Za dwa dni marszu będziesz w

mieście, dostaniesz się do stolicy i polecisz do Stanów Zjednoczonych. Zdążysz na czas.

background image

- Mówiłeś, że i tak to nie wyleczy mojego przyjaciela.

- Nie umrze tak szybko.

Skryłem twarz w dłoniach i myślałem.

- Co się stało ze skarbem piratów? - zainteresowałem się.

Czarne Ziarno wziął mnie za rękę i sprowadził na parter. Tam uniósł zamaskowane

drzwi   do   piwnicy.   Wprowadził   mnie   do   niewielkiego   pomieszczenia,   gdzie   stały   dwie

skrzynki. Otworzył jedną z nich. W środku były złote monety wielu państw świata: Wielkiej

Brytanii, Francji, Hiszpanii, miast kupieckich, złote sztaby, biżuteria.

- W drugiej jest srebro - Czarne Ziarno wskazał sąsiedni pojemnik. - Nasi przodkowie

znaleźli to w jaskiniach pod fortecą. Przez te lata służyło do utrzymania naszej społeczności.

Złe złoto służy dobremu celowi.

-  Nie, nadal jest złe. Jesteście jego więźniami. Nie czyni was wolnymi. Gdybyście

pokazali się światu, a ten dowiedziałby się, że macie ten skarb, zaraz by was okradzione,

wymordowano, w najlepszym razie rząd skonfiskowałby wszystko. Tego się boicie. Może

macie czyste serca, ale rządzi wami lęk.

Czarne Ziarno pokiwał głową.

- Wiesz, że powinienem cię zabić? - powiedział. - Możesz komuś opowiedzieć o tym

miejscu.

- Nie mam takiego zamiaru. Przysięgam.

- Jesteś niebezpieczny jak każdy obcy. Kiedyś Słoneczny Wilk pomógł białemu, który

zgubił się dżungli. Rannego interesowały ozdoby na szyi szamana. Dla nich chciał go zabić.

Sytuacja   powtórzyła   się   na   początku  XX  wieku   i   wtedy   przyszli   Amerykanie.   Teraz

przyszedłeś ty.

- I odejdę.

- I my też - zapowiedział Czarne Ziarno. - Teraz odpocznij, długa droga przed tobą.

Na drugim piętrze, między słupami, wódz rozwiesił hamak. Tam mogłem odpocząć.

Przez   otwarte   okno   dochodziły   mnie   podmuchy   świeżego,   górskiego   powietrza   i   śpiew

ptaków   kryjących   się   w   okolicznych   zagajnikach.   Kołysałem   się   i   zmęczony   zasnąłem.

Obudziłem się, gdy niebo było już czarne jak smoła. Z zewnątrz dochodziły mnie śpiewy i

muzyka.   Wyszedłem   z   blokhauzu   prosto   w   środek   zabawy.   Mieszkańcy   doliny   tańczyli,

śpiewali, obficie pili z glinianych naczyń jakiś ciemny płyn.

- Odpocząłeś? - zapytał mnie Czarne Ziarno.

- Tak. Co to za święto?

- Brman kitawa. Jak widzisz, bardzo radośnie je obchodzimy.

background image

Wódz   wciągnął  mnie   do  wnętrza.   Podał   mi   plecak,  był  doskonale  skrojony  przez

miejscowych   rzemieślników,   pakowny,   pasy   nośne   świetnie   układały   się   na   ramionach.

Uszyto go z żaglowego brezentu i pofarbowano na kolor khaki.

- Bierz, co chcesz - Czarne Ziarno wskazał wnętrze spiżarni. Zamknął drzwi i zasłonił

okna,   a   potem   przycisnął   kontakt   w   ścianie.   -   Światło   elektryczne   bardziej   ci   chyba

odpowiada?

Rozejrzałem się po magazynie sprzętu, broni i żywności. Wybrałem sobie karabin z

lunetą, pistolet, a do obu zapasowe magazynki. Potem spakowałem liny, latarkę, wybrałem

kilkanaście rzeczy do apteczki, parę puszek zjedzeniem. Ze swojego starego plecaka wziąłem

maczetę   i   manierki   na   wodę.   Wódz   podał   mi   kapelusz   i   wyprowadził   tylnym  wyjściem.

Szliśmy w milczeniu, oddalając się od zagubionej w górach osady. Wkrótce ogarnął nas mrok.

Wtedy szaman zapalił pochodnię, którą trzymał w dłoni. To była jakaś inna droga niż ta, którą

przyprowadził mnie tu Filip.

Po kilku minutach dotarliśmy na rozdroże ścieżki. Za nami były pionowe ściany skał,

które chroniły sektę przed przybyszami.

- Tędy na rano dojdziesz do drogi - tłumaczył mi Czarne Ziarno, wskazując w lewo. -

Może złapiesz tam jakiś samochód, ale lepiej dojdź do wioski; stamtąd raz dziennie wyjeżdża

autobus do stolicy, a potem to już z górki. Pamiętaj, że każda droga zaprowadzi cię do domu.

Poszedłem we wskazanym kierunku. Obejrzałem się za siebie. Wódz gasił pochodnię,

wtykając ją w szparę w ścianie. Dokoła zapanowały ciemności. Nade mną groźnie szybowały

burzowe, ciężkie chmury. Wiedziałem, że jak będę miał szczęście, zdążę na czas do pana

Tomasza. Gdybym zawrócił, nie miałbym po co wracać do Polski. Nie wiedziałem jednak, jak

dojść do fortecy zajętej przez piratów. Zawróciłem. Odszedłem spory kawałek i dopiero po

paru minutach byłem przy rozwidleniu.

Zaczął padać drobny deszczyk, a po niebie przetaczał się huk pierwszych grzmotów.

Nagle pojaśniało. Myślałem, że to błyskawica, ale to skały zadrżały od potężnej eksplozji. Siła

wybuchu   zepchnęła   mnie   ze   zbocza,   rzucając   do   dżungli.   Gdy   minęło   oszołomienie,

natychmiast wstałem i wspinałem się w poszukiwaniu przejścia. Nic już nie było takie samo.

Czarne Ziarno skutecznie zamknął za mną skalne drzwi. Zapaliłem latarkę i postanowiłem

obejść górę w poszukiwaniu innego wejścia. Maszerowałem godzinę, potem drugą. Deszcz

przemoczył mnie chyba na wylot, światło latarki słabło, a wokół mnie były tylko skały i

dżungla. Spojrzałem na zegarek. Było już grubo po północy, był 6 stycznia.

Uznałem, że marsz w czasie burzy, po mokrych kamieniach, zabłoconych zboczach,

jest pozbawiony sensu. Nie wiedziałem, gdzie jestem i wolałem poczekać do rana. Maczetą

background image

wyciąłem liście, z których ułożyłem poszycie na kilku patykach tworzących szałas. Usiadłem

pod tym daszkiem, zapaliłem małe ognisko, by osuszyć ubranie i odstraszyć choćby część

robactwa, które miałoby ochotę na mnie wejść. Otworzyłem jedną puszkę zjedzeniem, była to

nieśmiertelna fasola, tym razem w sosie chilli. Wiedząc, że będę miał straszne pragnienie,

zjadłem podgrzaną potrawę.

Po dwóch godzinach doczekałem się świtu. Zgasiłem ogień i rozrzuciłem schronienie,

starając się zatrzeć ślady za sobą. Rozejrzałem się po okolicy. Odszedłem w dżunglę tak

daleko, że teraz nie znalazłbym już góry, gdzie była osada Czarnego Ziarna. Postanowiłem

poszukać nagiego wierzchołka jakiejś góry i stamtąd znaleźć fortecę.

Kierując się wyczuciem, maszerowałem przez gęsty zwrotnikowy las. Opędzałem się

od   moskitów,   unikałem   węży  i   jadowitych   pająków.   Szukałem   wzrokiem   prześwitów   w

zielonej ścianie wokół mnie. Koło południa znalazłem strumień, w którym woda wydawała

się czysta. Uzupełniłem zapasy i ruszyłem dalej.

Po południu znalazłem jakąś ścieżkę prowadzącą wyraźnie pod górę. Przyspieszyłem i

po dwóch godzinach wyszedłem na nagie zbocze góry. Oceniłem, że jestem na wysokości

około   1100   metrów   nad   poziomem   morza.   Usiadłem   i   przez   karabinową   lunetę

obserwowałem okolicę wokół mnie. Około pięciu kilometrów na zachód widziałem góry,

które mogłyby być kryjówką sekty. Za to zaledwie dwa kilometry na wschód w linii prostej

widziałem brzeg morza i wzgórze, którego kształt pasował do tego z fortecą. Przyjrzałem się

drodze, jaką  miałem przed sobą. Zszedłem niżej i w rozpadlinie skalnej rozpaliłem ogień.

Obiad był jak loteria i tym razem trafiłem na fasolę, tyle że z łagodniejszym sosem.

- Czy jest sens iść do fortecy? - zapytałem sam siebie. - Jaką mam gwarancję, że

Sword żyje?

Wtedy uświadomiłem sobie, że najbardziej zależało mi na Swordzie. To był człowiek,

z którym można było pokonać cały świat. Willy cały czas grał milionera, Alison czasami

zachowywała się jak podlotek. Bruce był niedojrzały i w dodatku samolubny. Nienawidziłem

go za to blokowanie drzwi samolotu. Przez niego zostałem na pastwę piratów i gdyby nie łut

szczęścia, pewnie teraz dyndałbym na wieży fortecy.

Czarne Ziarno powiedział, że każda droga zaprowadzi mnie do domu. Chwilę jeszcze

odpocząłem i ruszyłem w kierunku zatoki i fortu. Na miejsce dotarłem wieczorem. W dżungli

panował już mrok, gdy znalazłem się na skale nad jaskinią, gdzie kryla się łódź piratów. W

zatoce był  „Patriote”, którego maszty i pokład zdobiły gałęzie drzew i liście palm. To było

maskowanie. Jacht milionera był zacumowany tam, gdzie go zostawiliśmy.

Dziura po wypalonym blokhauzie na wyspie wciąż dymiła. Po plaży spacerował jeden

background image

z bandytów. Palił  papierosa i patrzył na wrak samolotu Sworda. Maszyna była straszliwe

poharatana po awaryjnym lądowaniu. Kabina była jednak cała, a otwarte drzwi i brak śladów

pożaru wskazywały, że pasażerowie wysiedli o własnych siłach. Sword musiał wodować i w

ostatniej chwili wprowadzić samolot na piach. Był chyba geniuszem, że dokonał takiej sztuki.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja byłem po wschodniej stronie zatoki. Bałem się,

że gdy będę patrzył przez lunetę, któryś pirat zauważy błysk szkła. Postanowiłem najpierw

zakraść się na „Patriote”. Obszedłem zatokę, aż znalazłem się przy kanionie potoku, którym

uciekaliśmy na   lądowisko.   Owinąłem  solidnie   wyglądające drzewo  liną  zostawiając  sobie

odpowiednio   długie   oba   końce.   Korzystając   z   liny   zszedłem   do   wody.   Jednym   silnym

szarpnięciem   ściągnąłem   całą  linę,   zwinąłem   i   schowałem   do   plecaka.   Zanurzyłem   się   i

wystawiając nad wodę tylko głowę, płynąłem do jachtu.

Podpłynąłem do lewej burty, od strony brzegu i znalazłem otwarte okno kambuza.

Trzymając się krawędzi bulaju, podciągnąłem się i zajrzałem do środka. Panował tu bałagan,

ale nie było strażników. Teraz, trzymając słupek relingu wspiąłem się do poziomu pokładu.

Tu także panowała cisza. Nie wyobrażałem sobie, żeby ktokolwiek wytrzymał cały dzień pod

taką kołdrą z liści, musiałby się zadusić. Wśliznąłem się na „Patriote’ i z pistoletem w dłoni

sprawdzałem   kajuty.  Piraci   splądrowali   wnętrze   łajby  i   zabrali   tylko   to,   co   było   ładne   i

nowoczesne. Pogardliwie zostawili oba garandy, które wrzuciliśmy do wnętrza ze Swordem,

gdy   Tango   przeszkodził   nam   w   ucieczce.   Obejrzałem   broń,   była   w   dobrym   stanie.

Przeczołgałem się po pokładzie i znalazłem puste magazynki. Załadowałem do nich naboje i

sprawdziłem, czy jeden z garandów działa bezbłędnie. Teraz musiałem zastanowić się, jak

wejść do fortecy.

Usiadłem w jednej z kajut, skąd przez bulaj widziałem plażę i ścieżkę do fortecy. Po

godzinie byłem pewien, że nawet mysz nie prześliźnie się na górę. Strażnik na plaży nie

stanowił   większego   problemu.   Gorzej   było  z   posterunkiem   z   karabinem   maszynowym  w

połowie drogi i drugim w bramie fortu.

Chwilę zastanawiałem się, co by mi dała dywersja: na przykład wybuch na „Patriote”

czy na łodzi piratów. Oba pomysły odrzuciłem, bo poza ewentualnym zatopieniem jednej z

jednostek nic nie zyskiwałem. Piraci i tak panowali nad głównym ciągiem komunikacyjnym.

Pozostawało  nieuniknione, czyli wspinaczka po trzystumetrowej skale. Podejrzewałem, że

skoro   w   skale   pod   fortecą   są   jaskinie,   może   być   tam   jakieś   tajne   przejście,   służące   do

ewentualnej ewakuacji załogi. Nie dopytałem się wodza Czarne Ziarno, czy groty z pirackim

skarbem znajdowały się pod fortecą, czy może chodziło o te po drugiej stronie zatoki.

Wszedłem   do   kajuty   Willy’ego,   gdzie   miałem   nadzieję   znaleźć   jego   telefon

background image

komórkowy,   przez   który   może   udałoby   mi   się   sprowadzić   pomoc.   Piraci   byli   jednak

skrupulatni. Nie zwrócili za to uwagi na papiery, a wśród nich była kopia pirackiej mapy.

Przykryłem   się   kocem   i   zapaliłem   latarkę.   Nie   chciałem,   by   ktoś   z   zewnątrz   zauważył

podejrzany   blask   na   łodzi.   Uważnie   obejrzałem   szkic.   Góra   z   fortecą   na   szczycie   była

narysowana w rzucie z boku. Gdzieś  w dwóch trzecich wysokości był czerwony krzyżyk

naprzeciw wodospadu i dwie poziome kreski przecinające wzniesienie.

Zabrałem   mapę,   garanda  i  wyśliznąłem   się   przez   bulaj.   Dotarłem   do   strumienia   i

powtórzyłem naszą wczorajszą drogę ucieczki. Przy wodospadzie skorzystałem z tej samej

drogi wspinaczki co Sword. Była już noc, gdy znalazłem się u stóp góry. Nade mną piętrzył

się skalisty kolos. Z daleka wyglądał on straszniej niż z bliska. Dzięki wystającym półkom,

drzewkom, krzewom można się było wspinać, pod warunkiem, że miało się zdrową nogę.

Dopiero teraz, gdy nieostrożnie stanąłem na kamieniu przypomniałem sobie, że byłem ranny.

Maści Czarnego Ziarno czyniły cuda.

Poprawiłem   plecak,   lepiej   przypiąłem   karabiny   i   rozpocząłem   wspinaczkę.   Po

pierwszych pięćdziesięciu metrach żałowałem, bo upadek w dół przerażał, wydawało mi się,

że   jestem   tak   wysoko.   Po   kolejnym   takim   odcinku   odpoczywałem   na   wąskiej   półce   i

wiedziałem, że bez sensu byłoby się teraz wycofać. W połowie zbocza  było mi duszno i

pojawiły się mroczki przed oczami. Kręciło mi się w głowie. Na dwustu metrach miałem dość

i  gotów byłem przywiązać  się  do dobrego punktu  zaczepienia  i zasnąć. Dłonią szukałem

czegoś takiego i nagle ręka trafiła w próżnię, aż się zachwiałem. Prawa noga zsunęła się z

wystającego zęba skalnego, ale druga ręka utrzymała ciężar ciała. Rozpaczliwie szukałem

oparcia, a tego jak na złość nie było. Przyszedł moment zwątpienia i chciałem puścić się i

wtedy olśniło mnie! Zrozumiałem treść rysunku!

Wychyliłem   się   i   rzuciłem   w   kierunku   tej   pustki.   Przeleciałem   przez   ścianę

zwisających łodyg traw i wpadłem w stare ptasie gniazdo. Pod stopami zachrzęściły gałązki i

szkieleciki   ptaków,   które   tu   zginęły.   Szczelina   miała   dwa   metry   wysokości   i   tylko

osiemdziesiąt centymetrów szerokości. Poczołgałem się głębiej, badając rękoma przestrzeń

przed sobą. Natrafiłem na coś kwadratowego, z drewna, z żelaznymi okuciami. Przesłoniłem

promień latarki i zapaliłem ją. To były skrzynie, a właściwie kufry, z prawdziwym skarbem

piratów!   To   już   nie   były   łupy   zdobyte   na   angielskich   statkach,   to   były   złote   precjoza

skradzione  z  azteckich  świątyń.  Nie miałem  czasu  na oglądanie  znaleziska,   tylko  szybko

policzyłem, że było to pięć sporych skrzyń. Poświeciłem głębiej. Był tam wąski korytarz.

Jeszcze   raz   zerknąłem   na   stos   złota   i   zabrałem   jedną   z   figurek   z   postacią   o   ohydnie

wytrzeszczonych   oczach,   szczerzącą   zęby,   z   których   jeden   był   wykonany   z   kryształu

background image

górskiego.

Zgasiłem latarkę i ostrożnie stawiałem kroki z wyciągniętymi przed siebie rękoma.

Zrywałem nimi powstałe przez dziesiątki, setki lat pajęczyny, coś lekko trzepotało mi po

włosach, łaskotało w uszy. Co jakiś czas rękawem koszuli ścierałem z twarzy obrzydliwą

maź. Niespodziewanie dotarłem do szczeliny, którą wyczułem stopą. Klęknąłem i zacząłem

palcami badać grunt przed sobą. Byłem na skraju jakiejś wielkiej dziury. Zapaliłem latarkę.

Pode   mną   był   okrągły,  naturalnie   wytworzony  otwór   o   lejkowatym   kształcie,   głębokości

pięciu metrów, a jego średnica u  góry wynosiła  cztery metry. Obejrzałem się.  Było  dość

miejsca na rozpęd, więc zrobiłem skok zakończony efektownym i głośnym uderzeniem klatką

piersiową o przeciwległą krawędź. Najgorsze, że gdybym miał mniej szczęścia, nie miałbym

szans na wyjście z leja. Jego ściany były bezlitośnie śliskie, o czym świadczyły dwa ludzkie

szkielety na dnie.

Podjąłem powolną marszrutę, aż ujrzałem przed sobą słabą poświatę jakiegoś światła.

Przeszedłem zaledwie kilka metrów niskim korytarzykiem, który nosił ślady kucia. Być może

była tu kopalnia. Zbliżyłem się do okrągłego  otworu i  wyjrzałem na zewnątrz.  Byłem w

cembrowinie   studni.   Dziesięć   metrów   niżej   był   zbiornik   z   wodą,   prawdopodobnie

deszczówką. Pięć metrów wyżej był kołowrót z wiadrem. Cembrowina miała metr średnicy.

Przy odrobinie szczęścia, opierając się stopami o jedną i plecami o drugą ścianę, mogłem

wejść na górę. Przewiązałem jeden koniec liny wokół pasa, a drugi przytroczyłem do plecaka.

Potem  uważnie nasłuchiwałem,  ale nic nie słyszałem. Rozpocząłem  mozolną  wspinaczkę.

Wreszcie chwyciłem się krawędzi studni i podciągnąłem się. Byłem w podziemiach fortecy, w

jakimś bocznym korytarzu. Zza zakrętów dochodził tu blask pochodni. Wciągnąłem plecak i

złapałem do ręki garanda. Teraz, uzbrojony, na pewnym gruncie czułem się o wiele lepiej.

Obliczyłem, że musiałem być około sześćdziesięciu metrów pod ziemią, gdzieś pod centralną

częścią fortecy. Doszedłem do jednego zakrętu i zobaczyłem schody prowadzące na wyższe

poziomy. Zawróciłem i przeszedłem trzydzieści metrów do drugiego załomu. Tu był rząd krat

zamkniętych  na   kłódki.   Tyłem  do  mnie   spał   na  krześle   jeden   z   piratów.  Cofnąłem  się   i

zsunąłem ze stóp buty. Mokre, lekko piszczały.

Zakradłem się do strażnika i wytrenowanym ciosem w okolice ucha sprawiłem, że

bandzior stracił przytomność. Zakneblowałem mu usta jego własną chustą, oczy przesłoniłem

opatrunkiem,   który   przykleiłem   plastrem.   Liną   alpinistyczną   przywiązałem   bandziora   do

krzesła. W jego kieszeniach znalazłem klucze. Zajrzałem do pierwszej klatki. Było w niej

dwoje ludzi. Przyłożyłem palec do ust, nakazując im ciszę. Była to para rozbitków, którym

próbowaliśmy pomóc w czasie lotu zwiadowczego.

background image

Starszy   mężczyzna   przytomnie   przytulił   zrozpaczoną   towarzyszkę.   Drugi   klucz

pasował do zamka.

- Mówicie po angielsku? - zapytałem więźniów.

- Tak - mężczyzna skinął głową.- Jest pan z amerykańskiej marynarki? - szeptał.

- Nie.

- To nie czekaj pan, tylko leć po chłopców!

Przyjrzałem   się   rozmówcy.   Był   siwy,   miał   zadziornie   zawinięte   wąsy,   zbójeckie

spojrzenie i wciąż chyba zachowywał wigor. Patrząc na młodą i urodziwą dziewczynę u jego

boku rozumiałem dlaczego.

- Charles Knox - przedstawił się - a to moja trzecia żona.

-   Urocza   -   przyznałem.   -   Umie   się   pan   tym  posługiwać?   -   podałem   mu   karabin

strażnika.

- Jasne, synu, byłem dwie tury w Wietnamie - pochwalił się.

Zostawiłem   go   samego   i   poszedłem   dalej.   Następne   klatki   były  puste,  nie   licząc

zardzewiałych   łańcuchów   i   żelaznych   prycz  z   siennikami   konsumowanymi   przez   wielkie

szczury. Na końcu korytarza były żelazne drzwi. Dopasowałem klucz i w środku znalazłem

Bytesa i Alison.

- Paweł! - ucieszył się na mój widok milioner. - Uciekajmy i sprowadźmy pomoc.

- Nie  -  rzuciłem  twardo, podając mu  pistolet  i magazynki. -  Nie mamy  czasu na

szukanie pomocy, a gdybyśmy teraz uciekli, to skazalibyśmy resztę na śmierć. Gdzie Sword?

- Nie wiem, zabrali go i mojego syna... - zaczął Willy.

-  Twój  synalek  mało   mnie  interesuje  -  syczałem  Amerykaninowi   prosto   w  twarz,

przepełniony złością. - Przez  niego mieliśmy opóźnienie, musiałem  ścigać się  po ulicach

Miami. To on nie potrafił dopilnować „Patriote”. Gdzie był, gdy Tango przeszkodził nam w

ucieczce? Wreszcie to on trzymał od wewnątrz klamkę, żebym nie wsiadł do samolotu na

lądowisku. Mogłoby to niebezpiecznie obciążyć samolot. Prawda?

- I tak nas zestrzelili - chłodno zauważyła Alison.

- Idziecie ze mną po Sworda? - zapytałem ignorując uwagę Alison.

- Idziemy, synu - usłyszałem za plecami głos Knoxa. - Ten Sword to pilot? Ten co

zrzucił nam krótkofalówkę, żarcie i wizytówkę swojej firmy lotniczej?

- Ten sam.

- Mam u faceta dług. Prowadź, synu.

Nie   oglądając   się   na   Willy’ego  i   Alison,   wróciłem   do  studni.   Założyłem  obuwie,

wolałem teraz nie kaleczyć stóp na kamieniach. Knox szedł za mną krok w krok. Trochę

background image

śmieszyło mnie jego przejęcie, ale widać było, że nic nie zapomniał ze starych wojennych

czasów.

Skradaliśmy się do schodów. Ja wzdłuż prawej strony, on wzdłuż lewej. Daleko za

nami byli skupieni w gromadce pozostali.

-   Osłaniaj   mnie,   synu   -   Knox   ruszył   przodem   po   wąskich,   oślizłych   kamiennych

schodach. Doszedł do małej platformy tworzącej półpiętro i dał mi znak, żebym szedł za nim.

Wbiegłem do niego. Schody wychodziły prostopadle na jasno oświetlony korytarz.

- Zostań - rozkazałem Knoxowi.

Schylony wspiąłem się na szczyt schodów. Ostrożnie wyjrzałem. Nie było nikogo. Był

to poziom pomieszczeń magazynowych, gdzie znajdowały się sale zwieńczone zaokrąglonymi

sufitami.   Małe   szklane   świetliki   nad   wejściami   mogły   świadczyć   o   tym,   że   kiedyś

przechowywano tu proch. W panującej tu ciszy słyszałem czyjeś słabe kroki. Przypuszczałem,

że korytarz, na który wyglądałem, miał kształt kwadratu i z niego wychodziło się na wyższy

poziom.

Ręką nakazałem Knoxowi, żeby czekał. Wyszedłem z tymczasowej kryjówki i idąc

bokiem, plecami do ściany, kierowałem się w stronę, skąd dobiegał krzyk. Doszedłem do

zakrętu i wyjrzałem. Na końcu w jasno oświetlonej sali był stół, palił się ogień rozpalony w

beczce po ropie, a do ściany przykuty łańcuchami był Sword. Jego ciało było pomazane krwią,

nosiło ślady świeżych ran i przypaleń.

-  No, mały, zadzwonisz do firmy? - usłyszałem głos Raidera. - Jeżeli los pilota nie

zrobi na tobie wrażenia, zajmę się twoją panienką. Będę subtelny, ale zarazem skutecznie

bolesny.

- Ojciec nie negocjowałby z bandytami - usłyszałem głos Bruce’a.

- Taaak? - Raider zaśmiał się. Teraz wyszedł zza framugi drzwi. Był tyłem do mnie. z

beczki wyjął kawał rozpalonego żelastwa i trzymając go przez specjalną rękawicę przytknął

rozżarzoną końcówkę do piersi Sworda.

Poderwałem   się,   chcąc   biec   na   pomoc   przyjacielowi.   Nagle   czyjeś   silne   ramiona

chwyciły mnie od tyłu i szarpnęły do siebie. To był Tango, który uśmiechał się szyderczo.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

NIESPODZIEWANY SPRZYMIERZENIEC • KIM BYŁ RED BARON? •

WZYWAMY POMOCY • PRZYGOTOWANIA DO OBRONY W DONŻONIE •

ZAJMUJĘ STANOWISKO NA WIEŻY • SKRUCHA BRUCE’A • PIRACI

SZTURMUJĄ NASZE POZYCJE • NADCHODZI POMOC

Tango położył palec na ustach, nakazując mi milczenie. Nie wiem, skąd nagle się

wziął za moimi plecami. Może był w jednym z pomieszczeń? Bardziej prawdopodobne, że

robił   obchód.   Na   ramieniu   miał   zawieszony   karabin,   a   przy   sobie   pełne   wyposażenie.

Wycelowałem w niego lufę karabinu, ale on dalej się uśmiechał.

- Strzelisz, a Red Baron załatwi Sworda i Bruce’a - szepnął.

- Tam jest ten pirat? 

- Oczywiście.

Za plecami Tango skradał się Knox. Eks-komandos dalej uśmiechał się.

- Powiedz staruszkowi, żeby opuścił lufę - poprosił.

Dałem znak Knoxowi. W tym momencie po korytarzu poniosło się wycie Sworda.

- Zabiją go - wściekły obróciłem się w miejscu.

Wybiegłem za róg. Zaraz za mną biegł Tango. Knox przytomnie został w rogu mając

baczenie   na   oba  korytarze.  Tango   wyprzedził   mnie  i   pierwszy  wbiegł   do  pomieszczenia.

Rozległy się tam krótkie serie. Wpadłem kilka sekund po nim. Raider cały we krwi, zmięty

jak   szmaciana   lalka   leżał   w   rogu   pomieszczenia.   Osłupiały   Bruce   siedział   przy   stole   z

telefonem satelitarnym i patrzył na nas zdziwionym wzrokiem. Sword podniósł wzrok.

- Odepnij go - rozkazał Tango wskazując na pilota.

- Gdzie jest Red Baron? - zapytałem.

- Tam  -  Tango  beznamiętnie  wskazał  na  martwe ciało  Raidera.  -  Zginął  jak  jego

piracki pierwowzór przed wiekami.

- Dlaczego... - zdumiony nie dokończyłem pytania.

- Później pogadamy - mruknął Tango. Wyjrzał na korytarz.

- Mamy gości - oznajmił wesoło. Posłał w głąb korytarza serię z karabinu. - Podaj mi

słuchawkę - zwrócił się do Bruce’a. Potem dyktował mu numer telefonu. - Mam nadzieję, że

nie przetną kabla łączącego urządzenie z anteną satelitarną na budynku.

Rozkuwałem Sworda i zacząłem opatrywać jego rany.

background image

- Wiedziałem, że złe licho cię tu przyniesie - powiedział pilot. - Ty się nigdy nie

poddajesz?

-   Jeszcze   nie   nadszedł   mój   czas   -   odparłem   posypując   jego   tors   proszkiem

bakteriobójczym i łagodzącym ból.

- A temu co? Zahipnotyzowałeś Rambo? - wskazał na Tango. Ten spokojnie zmieniał

magazynek, jednocześnie przytrzymując ramieniem słuchawkę przy uchu.

- To jeszcze nic, w korytarzu czeka na ciebie twój dłużnik. Ma karabin i ochotę na

podróż lotniczą. To rzeczywiście był Red Baron? - ruchem głowy wskazałem ciało.

-  Tak. Nie poznałem drania, ale poprzednio nie widziałem go. Wszystkim jeńcom

zakładał czarne worki na głowy.

- Costeza?  - Tango krzyczał do słuchawki. - Ściągaj kawalerię - potem podał mu

położenie  geograficzne  zatoki.  -  Załatw  desant   helikopterowy na   górę  i  osłonę  bojowych

szerszeni.

Tango   rzucił   słuchawkę   o   podłogę,   nogą   ściągnął   za   kabel   aparat   telefoniczny   i

porządnie   kopnął   go   na   środek   korytarza.   Zaczajeni   w   zaułkach   piraci   otworzyli   ogień

rozbijając urządzenie.

- Paweł - Tango zwrócił się do mnie. - Obejdziesz korytarz ze staruszkiem i zajdziecie

gnidy z drugiej strony. Postrzelajcie, naróbcie hałasu, a uciekną. Musimy stąd wyjść, bo zaraz

nas tu załatwią.

Przeskoczyłem za załom i pobiegłem do Knoxa.

- Żółci atakują? - zapytał.

- To nie Vietcong, tylko piraci - tłumaczyłem zrezygnowany. - Uważaj na siebie, bo

trzecia żona będzie niepocieszona.

- Raczej zostanie wesołą wdówką - zaśmiał się Knox.

- Idziemy - rozkazałem. - Rób dużo hałasu i strzelaj do wszystkiego oprócz Tango.

Bez   trudu   dotarliśmy   do   pierwszego   załomu.   Na   drugim   odcinku   było   zejście   z

wyższego piętra, a przy następnym rogu czaiło się czterech bandytów. Wyskoczyliśmy na

nich, strzelając pod ich stopy i w powietrze. Rykoszety gwizdały po wąskich przejściach,

iskrami znacząc miejsca, gdzie odbijały się od kamieni. Garand głośno huczał i jego dźwięk

robił wrażenie na piratach, którzy rozpoznali mnie i wiedzieli, że potrafię strzelać celnie.

Natychmiast rzucili broń i wysoko podnieśli ręce do góry.

- Nie ma w nich ducha bojowego nawet za ćwierć dolara - mruknął Knox.

Zostawiłem   go   przy   schodach,   gdzie   miał   odpędzać   potencjalnych   napastników.

Podszedłem do czwórki i gestami kazałem im położyć się na ziemi. Wkrótce nadbiegł Tango

background image

prowadząc   jeszcze   jednego   wystraszonego   przestępcę.   Wszystkich   powiązałem   moją

alpinistyczną liną. Nadeszli Willy, Alison i Bruce, podtrzymując rannego Sworda.

- Kiedy będzie Costeza? - zapytałem Tango. 

- Najprędzej za pięć godzin.

- Helikoptery?

- W tym samym czasie. Tylko równoczesna akcja z wody i powietrza daje szansę

powodzenia, że żaden się nie wymknie.

-  Gdzie reszta? - dopytywałem się pokazując na naszych jeńców. - Trochę ich mało.

-   To   wszyscy,   którzy   byli   w   centralnym   blokhauzie.   Jesteśmy   około   trzydziestu

metrów   pod   ziemią.   Piętro   wyżej   są   korytarze   łączące   koszary,   bramę   i   blok   centralny.

Musimy wejść do donżonu i tam czekać na odsiecz.

- Przejdźmy do bramy i uciekajmy na dół - zaproponował Willy.

-   Wartownia   na   bramie   ma   obsadę   czterech   ludzi,   jest   zamykana   od   wewnątrz   i

wpuszczają tylko tego, kogo chcą.

- Ciebie wpuszczą - zauważył milioner.

- Gdy  wyjdziemy na ścieżkę, łatwo będzie nas tam wystrzelać jak kaczki. Mogą to

zrobić ludzie z pośredniego gniazda karabinów maszynowych, strażnik na plaży, ludzie z

łodzi.

- Co z załogą donżonu? - dopytywałem się.

- Leżą tutaj - Tango wskazał na powiązanych bandziorów.

- Starczy nam amunicji do obrony?

- Ci kolesie są silni tylko w gromadzie, wobec bezbronnych turystów.

Tango zebrał zapasowe magazynki i poprowadził nas na górę. Faktycznie, wyżej były

korytarze łącznikowe, a jeszcze wyżej piwnica donżonu. Tango zamknął za nami na sztabę

metalową bramę. Klapę nad wejściem do piwnicy zablokowaliśmy kutym prętem i stosem

skrzyń z konserwami.

- Parter ma za dużo okien i drzwi - tłumaczył Tango. - Nie obronimy tego przed

generalnym szturmem...

- Ilu ich jest? - pytała Alison.

- Cała banda liczy około pięćdziesięciu ludzi. Na górze było około trzydziestu. Reszta

to załoga bramy, blokhauzu na stoku, łodzi i leśnego garażu. Ta trzydziestka wystarczy, by

zdobyć naszą redutę.

Weszliśmy na pierwsze piętro.

- Tu zostaniemy, potem wejdziemy wyżej - zadecydował.

background image

Na   tę   kondygnację   prowadziły   niegdyś   dwie   klatki   schodowe   połączone   długim

korytarzem. Jedna z nich była zniszczona i nie nadawała się do użytku. Grube mury chroniły

nas przed ostrzałem, chyba że piraci mieliby artylerię lub granatniki. Wzdłuż przejścia były

sale, które dawniej zajmowała komendantura fortecy.

- Na wieży nie ma nikogo? - zapytałem Tango.

- Ja tam byłem - odparł.

Postanowiłem wejść na wieżę. Zostawiłem garanda i plecak. Z samym tylko sztucerem

udałem się do schodów, które były w jednej z sal. Tamtędy wchodziło się na drugie piętro i

wyżej, na wieżę. Po drodze minąłem pięć podestów, przy których znajdowały się strzelnice.

Przez nie lustrowałem teren twierdzy. Panował tu wzorowy spokój. Podejrzewałem, że jeśli

bandyci odkryją śmierć dowódcy, ruszą do nas podziemnymi korytarzami.

Wszedłem na szczyt wieży. Widziałem stąd prawie całą zatokę, dolinę wokół góry z

kanionem potoku. Jeżeli Tango był tu na warcie, mógł mnie zauważyć. Przytknąłem lunetę do

oka i przyjrzałem się oknom koszarowców. Zauważyłem tam ruch. Bandyci biegali, jakby coś

ich zaalarmowało.

Usłyszałem za sobą szmer. To był Bruce.

- Czego? - przywitałem go opryskliwie.

- Przepraszam - powiedział.

- Zejdź mi z oczu.

- Wtedy na lotnisku nie wiedziałem, co się ze mną dzieje...

-   Idź   do   Tango   i   powiedz   mu,   że   wkrótce   będziemy   mieli   gości   -   przerwałem

Amerykaninowi.

- Wiemy, od paru minut słychać uderzenia w bramę na dole. Tango mówił, że na razie

boją się nas atakować. Jak sforsują bramę, użyją granatów.

Zapadło milczenie. Trwało dłuższą chwilę.

- Idź - poganiałem Bruce’a.

- Przeprosiłem cię.

- Fajnie, a teraz zejdź.

Bruce zrobił minę jak małe dziecko, z którym nie chcemy się bawić.

- Co mam ze sobą zrobić? - rzucił.

- W Stanach lubicie chodzić do psychoterapeutów - zwróciłem mu uwagę. - Tylko

specjalista może  ci  pomóc.  Na twoim  miejscu  wziąłbym się  ostro do roboty  i  walczył z

nałogiem hazardu. Nie zauważyłeś, ile to nam przysporzyło kłopotów?

-  Wiem. Raider znał Moody’ego, ale nikomu o tym nie mówiłem. Teraz myślę, że to

background image

wszystko sobie ukartowali, bo to Moody miał pośredniczyć w przekazaniu okupu za ojca i

mnie.

- Piraci dodawali Alison do kompletu gratis - gorzko zauważyłem. Bruce czuł potrzebę

wygadania się i nie zareagował na moje słowa.

- Gdy płynęliśmy na San Domingo, Raider strasznie się spieszył - opowiadał. -  Nie

wiedziałem dlaczego. Potem wyjął moje stare weksle, które miałem u Moody’ego i już o nich

zapomniałem. Powiedział, że mam długi, które mogę spłacić tylko w jeden sposób. Miałem

ściągnąć   ojca   w   pułapkę.   Nie   chciałem.   Przywieźli   mnie   tutaj,   a   po   drodze   zabrali   tych

rozbitków z tratwy. Następnie dowieźli ojca, a mnie zaprowadzili na spotkanie z nim. Miałem

go przekonać,  by wystawił  mi  pełnomocnictwa do pobrania pieniędzy z kont  firmy. Gdy

ojciec i Alison byliby tu, ja miałem lecieć do Miami.

- Tam dopadłby cię Moody - mruknąłem.

- To samo powiedział tata i wtedy zjawiliście się ty i Sword. Ucieczka, strzelanina to

wszystko sprawiło, że byłem w szoku. Bałem się, że z tobą na pokładzie nie damy rady

wystartować. Ojciec mówił, że byłeś komandosem, więc myślałem, że jakoś sobie dasz radę z

piratami.

- Nie jestem nieśmiertelnym herosem - powiedziałem.

- Przepraszam - powiedział Bruce wyciągając dłoń na zgodę. 

Podałem mu rękę.

- Weź się do roboty, bo czuję, że twój tata nie przepisze na ciebie swojego majątku -

dodałem. - Zajmij się uczciwą pracą, a docenisz trud zdobywania pieniędzy i nie będziesz ich

tak łatwo przepuszczał.

- Wierz mi, że to jest silniejsze. Każda strata powoduje, że chcesz się odegrać. Gdy już

czujesz smak zwycięstwa i nadchodzi wreszcie chwila rewanżu, nagle przegrywasz jeszcze

więcej.

- Jedno już przegrałeś...

- Wiem, Alison - Buce zwiesił głowę. - Może to i lepiej, bo...

-   Biegnij   do   Tango   i   powiedz,   że   atakują   od   strony  zachodniego   koszarowca!   -

krzyknąłem spychając chłopaka.

Pobiegł na złamanie karku. Przyłożyłem karabin do ramienia. W porannej szarówce

wszystko było lekko zamglone, ale wyraźnie widziałem kilku bandziorów skradających się za

niskim murkiem. Jeden z nich miał założony na plecy granatnik, którego pocisk sterczał do

góry jak rakieta gotowa do strzału. Oceniłem odległość, jaka nas dzieliła, ustawiłem nastawy

celownika optycznego, zgrałem siatkę, wycelowałem o milimetr wyżej i strzeliłem. Pierwszy

background image

strzał zaskoczył atakujących. Jednocześnie pode mną rozległy się serie z broni automatycznej.

Piraci sforsowali bramę.

Murek przy bandziorach nagle zaczął  się gotować od strzałów. Długi  terkot broni

świadczył o tym, że strzelał niewprawny żołnierz. Mój drugi strzał skierowany w granatnik

zaniepokoił   niosącego   tę   broń,   a   gdy  zauważył,   że   celuję   w   spust   i   chcę   w   ten   sposób

spowodować wystrzał pocisku, zaczął zdejmować granatnik. Wycelował w wieżę, prosto we

mnie. Nie miałem wyboru i celowałem w zapalnik. Wystrzeliliśmy jednocześnie i stał się cud.

Skoczyłem do schodów, żeby się ratować, gdy usłyszałem eksplozję za ścianą. Konstrukcja

tylko lekko się zatrzęsła. Zawróciłem i ostrożnie wyjrzałem. Zdumieni piraci stali rzędem i z

niedowierzaniem patrzyli na czarny obłok po wybuchu, który unosił się idealnie pośrodku

dystansu,   jaki   pokonywała   wystrzelona   rakieta.   Byli   pewnie   przekonani,   że   zestrzeliłem

pocisk,   a   to   był   czysty  przypadek,   szansa   jedna   na   milion.   Strzelałem,   żeby  wystraszyć

celowniczego. Liczyłem, że w ostatniej chwili odchyli się i granat chybi.

Po   tej   stronie   panowała   cisza,   a   niżej   toczyła   się   zacięta   walka.   Postanowiłem

wykorzystać okazję i ostrzelałem bandytów. Jak najdłużej chciałem uniknąć rozlewu krwi.

Bandyci   czmychnęli   z   pierwszego   piętra   gonieni   ogniem.   Prowadzony   przez   Knoxa.

rozglądałem się na wszystkie strony, ale wszędzie było spokojnie. Świt trwał zaledwie kilka

chwil i zaraz, jakby ktoś włączył żarówkę, stał się dzień. Czułem, że mamy szansę przeżyć.

Wierzyłem w umiejętności Tango i dzielnego weterana Knoxa. Niestety, strzelanina na dole

nasilała się. Byłem tym zaniepokojony i częściej nasłuchiwałem niż patrzyłem na fortecę.

W pewnym momencie usłyszałem czyjeś kroki.

- Paweł! - krzyczała Alison. - Pomocy!

Zerwałem się i skacząc po kilka stopni na raz biegłem w dół. Obrońcy wycofali się już

na   drugie   piętro,   barykadując   schody  stosem   mebli.   Każdy   prócz   Alison,   żony  Knoxa   i

Bruce’a   miał   jakieś   rany  lub   zadrapania,   na   szczęście   niegroźne.   Zauważyłem,   że   nawet

Sword miał karabin.

- To  był strzał! - gratulował mi Bruce. - Jak w filmie, zestrzelić w locie pocisk z

granatnika.

Tango ciekawie nadstawił ucha.

- Trafiło się ślepej kurze ziarno - lekceważąco machnąłem ręką.

- Zgadza się - przyznał Tango - ale także gratuluję.

- Jest aż tak źle? - wymownie zerknąłem na schody.

- Atakują z zaciekłością- przyznał Tango. Zerknął na zegarek. - Mamy jeszcze dwie

godziny, ale jeszcze jeden taki szturm i po nas.

background image

- Co tam, synu - pocieszał go Knox. - Świetna zabawa. Paru amigos poharatałem tym

karabinkiem - z dumą pokazał na broń.

- Im dłużej ich tu zatrzymamy, tym lepiej - uznał Tango. - Zamiast uciekać, atakują

nas.

Zajęliśmy stanowiska obronne. Kobiety wysłaliśmy na wieżę, by obserwowały teren.

Tango miał bronić korytarza. Knox i Sword mieli bronić jednej strony budynku, a ja i Bruce

drugiej. Willy miał wspierać Tango.

Po kwadransie ciszy piraci zaatakowali. Podłożyli wiązkę granatów pod meble, które

rozpadły się z trzaskiem, wyrzucając na korytarz chmurę drzazg. Willy, który nie zdążył skryć

się, krzyknął ranny w pierś. Tango padł ogłuszony.

Bruce rzucił się do ojca i wtedy na korytarz wtargnęli bandyci. Willy Bytes podniósł

pistolet i chciał strzelić, ale rozległ się tylko metaliczny trzask, gdy iglica trafiła w pustą

przestrzeń. Nie było już naboi. Bruce szarpał się z karabinem, usiłując go przeładować i wtedy

jeden   z   atakujących wycelował   w  Willy’ego.  Bruce   skoczył  do  przodu  zasłaniając  w  ten

sposób ojca. Rozległa się krótka seria z automatu pirata.

Znajdowałem się w pomieszczeniu przy klatce schodowej, tuż za plecami zbójów i

teraz wybiegłem na nich. Sztucer w tych warunkach mógł mi posłużyć tylko jako maczuga i

tak też zrobiłem. Łby i kości bandziorów trzaskały, gdy wściekły waliłem w nich. Tango,

Sword i Knox stali bezradni, bo bali się strzelać, by mnie nie zranić. Stłukłem pierwszych

trzech agresorów, a reszta uciekła zabierając ze schodów rannych.

Willy ciągnął Bruce’a do schodów na wieżę. Sword i Tango obejrzeli rany.

- Płuco i wątroba - ocenił Tango, a słowa te brzmiały jak wyrok. Bez szybkiej pomocy

Bruce mógł umrzeć.

Okazało   się,   że   Willy także   był  ranny, w  prawe   ramię   i   prawe   udo.   Dziewczyny

pomogły przetransportować rannych wyżej.

Wyrzuciłem sztucer i wziąłem karabin Bruce’a.

- Co teraz zrobią? - zapytał Knox, wracając na stanowisko w swoim pokoju.

Jakby na zawołanie otrzymał odpowiedź, gdy pocisk z granatnika uderzył w ścianę

obok   okna,   do   którego   podchodził.   Staruszek   upadł   na   plecy.   Całą   twarz   i   pierś   miał

poszarpane od odłamków cegieł. Zawołaliśmy jego żonę i ta odprowadziła go wyżej.

- Co będzie, jak zaczną walić w wieżę? - zapytał Sword.

- Nie będą - odparł Tango. - Mieli tylko dwa pociski do granatnika.

- Dobre i to - uznał Sword.

Usiedliśmy w kątach korytarza, by mieć baczenie na schody, móc  je ostrzelać nie

background image

raniąc siebie i od czasu do  czasu wyglądać na zewnątrz. Alison, która schodziła do nas co

jakiś   czas,   mówiła,   że   nie   widać   śladu   aktywności   piratów.   Dziewczyny   nie   widziały

wystrzału z pancerzownicy, bo były zajęte Willy’m i Bruce’m.

Siedzieliśmy   tak   prawie   w   ciszy,   czekając   na   to,   co   się   wydarzy.  Coraz   częściej

patrzyłem na zegarek. Brakowało już tylko godziny. Potem czterdziestu pięciu minut.

- Twoi przyjaciele są punktualni? - upewniałem się pytając Tango.

- Jak szwajcarskie zegarki.

- Mogliby czasami się spieszyć - dodał Sword.

- Kim ty właściwie jesteś? - zapytałem Tango.

- Agent Coast Guard - odparł. - Normalnie służę na zachodnim wybrzeżu Stanów, ale

przerzucono mnie tutaj, bo znam język, warunki i tak dalej. Banda Red Barona działała tu od

lat, czasami z bardzo małą intensywnością, a czasami bardzo silnie. Razem z FBI ocenialiśmy,

że było to związane z transportami narkotyków, których przemytem zajmował się Red Baron

jako Raider.

- Zaraz - przerwałem. - Co z tym helikopterem, który zestrzelił Sworda?

Obaj roześmieli się.

- Dranie nie doceniali mnie i podlecieli zbyt blisko - chwalił się Sword. - Wsadziłem

mu koło w wirnik.

- Kto pilotował? - zdziwiłem się.

- W środku byli Syd i Bud - odparł Tango. - Są już na dnie oceanu.

- Miałeś rozpracować bandę Raidera?

- Tak - Tango spojrzał na zegarek. - Dwadzieścia pięć minut - ucieszył się.

- Tango, powiedz mi jedną rzecz - zwróciłem się do tajnego agenta. - Czemu, jak

uciekaliśmy z zatoki, zatrzymałeś nas? Mieliśmy szansę...

-  Nie   mieliście,   a   piraci   rozstrzelaliby   was   na   pełnym   morzu   -   zaprzeczył.   -

Wiedziałem, że gdy będziecie w niewoli, będę mógł wezwać na pomoc nasze siły specjalne.

Jednak wszyscy zwialiście, a potem wróciliście. Bandyci mówili, że zginąłeś. Czekałem, co z

tego wyniknie. Widziałem cię, jak zakradałeś się na „Patriote”, a potem rozpoczęły się tortury

Sworda. Liczyłem, że Bruce zmięknie i poleci do Miami. Wtedy złapalibyśmy i Moody’ego.

Ostrożnie, nie robiąc hałasu, Tango wstał i podszedł do schodów, żeby posłuchać, co

się   dzieje.   Wtedy   na   korytarz   wpadł   jeden   granat   odłamkowy,   potem   drugi   i   trzeci.

Zerwaliśmy się z miejsc, by uciec. Kątem oka widziałem, jak Sword zdążył przed wybuchem

skoczyć   do   jakiegoś   pomieszczenia.   Tango,   który   był   najbliżej,   nie   zdążyłby   dobiec   do

jakiegokolwiek   pomieszczenia   i   skoczył  do  okna   na   zewnątrz.   Wyleciał   przez  nie  z   falą

background image

uderzeniową   i   deszczem   odłamków.   Gdy   wyjrzałem   na   schody,   zobaczyłem   tam   trzech

bandytów. Wściekły Sword pojawił się nagle przed nimi i strzelał, jakby go diabeł opętał.

Przez okno za mną wchodził po drabinie pirat z ogorzałą twarzą, złowrogim błyskiem w oku,

w   kapeluszu   na   głowie.   Rzucił   się   do   mnie   z   nożem.   Karabinem   odbiłem   cios   i   kolbą

uderzyłem go w nos. Potem pchnąłem napastnika do okna i wyrzuciłem wprost na głowy

kolegów. Ci nie zwracali na mnie uwagi, bo usłyszeli to samo co ja.

Charakterystycznego   odgłosu   pracy   silników   helikopterów   nie   da   się   z   niczym

porównać.   Jakby   z   podziemi   nad   fortecą   wyrosły   cztery   śmigłowce.   Strzelcy  pokładowi

ostrzeliwali piratów, a desant opuszczał się na ziemię po linach. Szczęśliwy wybiegłem na

korytarz.

Szczęście szybko minęło, gdy zobaczyłem, że Sword jest ranny w nogi. Z kieszeni

spodni wyjąłem opatrunki i założyłem je na krwawiące miejsca. Pilot był nieprzytomny ze

zmęczenia i upływu krwi.

Potrząsałem nim, klepałem go po twarzy, a on był nieczuły na wszystko. Leżał z tym

swoim szelmowskim uśmieszkiem na twarzy. Wtedy nie mogłem się powstrzymać i łzy same

napłynęły  mi  do   oczu.   Przytuliłem  się   do   przyjaciela  i   zanosiłem   się   szlochem   jak   małe

dziecko.

background image

ZAKOŃCZENIE

Wstrząsały mną dreszcze.  Wciąż   miałem  przed  oczami  tę  scenę, gdy  próbowałem

ocucić Sworda i na korytarz wbiegł oszalały ze strachu pirat. Rzucił się na mnie z maczetą.

Zablokowałem cios karabinem. Zamach bandyty był tak silny, że zamek mojej broni uderzył

mnie w twarz łamiąc nos, a sam czubek ostrza wbił mi się w skórę na czole. Kopnąłem

przeciwnika w kolano, potem zrobiłem nogami nożyce i wywróciłem go. On wyjął z kabury

pistolet i wycelował go w Sworda. Kolbą uderzyłem go w dłoń, gdy zaciskał palec na spuście.

Padł   strzał   i   pocisk   uderzył   mnie   w   prawe   ramię,   odrzucając   do   tyłu.   Bandzior

próbował   wstać,   ale  wtedy  pchnął   go  na   podłogę  amerykański   żołnierz,   który  wbiegł  po

schodach. Za nim podążali inni. Rozległy się okrzyki wzywające sanitariusza.

Obudziłem się 7 stycznia wieczorem w szpitalu w Miami. Na łóżku obok leżał Tango.

- Cześć - przywitał mnie.

- Cześć - odpowiedziałem.

Moje   przebudzenie   wywołało   zainteresowanie   personelu.   Nadbiegło   kilku   lekarzy,

którzy badali mnie, wymieniając między sobą uwagi w slangu medycznym.

- Kto panu opatrywał rany na plecach i nodze? - zapytał lekarz.

- Szaman z San Domingo - odpowiedziałem.

- Jest pan wyznawcą voodoo?

-   Jak   pan   widzi,   nie   mam   ze   sobą   żadnej   laleczki,   którą   mógłbym   nakłuwać   -

szydziłem. - Skorzystałem z pomocy, jak widać fachowej.

- No, nie wiem - mądrala w fartuchu poprawił okulary. - Ta maść dziwnie wygląda...

- Nic mnie nie boli, w przeciwieństwie do ramienia - przerwałem wywód.

- Tak, trzeba się będzie zastanowić nad ewentualną amputacją stopy... - kontynuował

amerykański felczer.

Błagalnie zerknąłem na Tango.

- Proponuję obciąć mu także plecy - podpowiedział lekarzom Tango.

- Panowie, chłopakowi się spieszy, więc załatwcie sprawę szybko...

Lekarze obrazili się i wyszli. W ich miejsce przyszła Alison.

- Jak inni? - wypytywałem ją. - Co ze Swordem?

- Sword zakochał się w pani psycholog i udaje depresję - opowiadała.

- Knox zachowuje się tak, jakby szukał w szpitalu kolejnej żony. Bruce się wygrzebie,

choć psychicznie to wrak. Willy czeka, aż będziesz gotowy do lotu do Polski, ale lekarze

background image

mówili, że musisz zostać na dłużej...

- Co?! - wściekły zerwałem się z łóżka.

Zakręciło mi się w głowie. Dziewczyna podtrzymała mnie.

- Dawaj tu naczelnego medyka! - krzyczałem. - Chcę stąd wyjechać! Gdzie są moje

rzeczy?

-   W   sejfie   -   spokojnie   odpowiedział   Tango.   -   Nie   każdy   nosi   w   plecaku

półkilogramową złotą figurkę.

Alison zamarła słysząc te słowa, ale zaraz opanowała się i posadziła mnie na łóżku.

Wyszła po lekarza.

- Niestety, nie możemy pana wypisać w takim stanie... - zaczął lekarz.

- Mogę się stąd wypisać w każdej chwili? - twardo zapytałem. 

- Oczywiście, ale...

- Proszę przygotować niezbędne dokumenty - poprosiłem.

Alison wyprowadziła wzburzonego doktora. Podszedłem do szafy w rogu i wyjąłem

swoje ubrania. W szafce obok łóżka odnalazłem dokumenty. Wkrótce szpitalny pracownik

ochrony przyniósł mój plecak. Był Murzynem.

Przy nim otworzyłem plecak i sprawdziłem, czy są oba woreczki, ten, który dostałem

od Pencil i ten od Czarnego Ziarna. Strażnik widząc dar Pencil odskoczył w róg sali.

- Czego się pan boi? - zdziwiłem się.

-  Nic nie ukradłem, błagam, nie dotykałem pańskich rzeczy! - panikował strażnik.

-Niech pan tego nie otwiera.

Tango patrzył na tę scenę z lekkim uśmiechem.

- Spokojnie, człowieku! - mitygowałem strażnika. - Powiedz mi, co to jest?

- On mnie pyta, co to jest?! - Murzyn zaśmiał się histerycznie.

- Otworzę to, jak mi nie odpowiesz na pytanie. Co to jest?

- Przekleństwo czarownicy - strażnik pokazał na znak na woreczku.

- Ma pan to od czarownicy. To proszek przemienienia. Zabiera mężczyźnie jego siłę i

zamienia w kobietę.

- Bajki - skomentowałem, pakując zawiniątko. - Stój! - zatrzymałem strażnika. - Jesteś

wyznawcą voodoo?

Murzyn milczał.

- Dobrze, nie odpowiadaj. Co to jest „brman kitawa”?

- Ten drugi woreczek otrzymał pan od nich? - wzrokiem wskazał na moją drugą dłoń,

gdzie był woreczek od Czarnego Ziarna.

background image

- Tak.

- „Brman kitawa” to święto pożegnania świata - wyjaśnił mi Murzyn i wyszedł.

- Co to znaczy?

- Rodzaj rytualnego samobójstwa - wytłumaczył mi Tango. - Dużo czytałem o voodoo.

Szamani potrafią zapadać w kilkudniowy, a nawet miesięczny letarg. Potrzebują w tym czasie

specjalnej opieki. Twoi znajomi zapadli w długi sen, bardzo długi, o ile nie zostawili sobie

opiekunów.

- Na święcie nie było dzieci - przypomniałem sobie.

- Może i tak, a może zasnęły wcześniej. Już nie znajdziesz tych ludzi. Zupełnie inaczej

patrzyłem   na   dar   Czarnego   Ziarna.   Aż   tak   bardzo  bali   się   białego   człowieka?   Mieliłem

woreczek   w   dłoni   i   w   pewnym   momencie   palcami   wyczułem   coś   twardego   w   środku.

Rozsupłałem   rzemienie   zamykające   pakuneczek   i   zajrzałem   do   środka.   Dostrzegłem   tam

błysk złota. Pomiędzy intensywnie pachnącymi wysuszonymi ziołami leżał cienki łańcuszek z

jakąś figurką. Wyjąłem to ostrożnie i oglądałem.

- Lepiej włóż to do środka, może to ważne - sugerował Tango.

Posłuchałem jego rady. Spakowałem się i czekałem na wypis. Przyszła Alison, a z nią

pielęgniarka prowadząca wózek do przewożenia pacjentów.

- Zapewniłam lekarza, że w Polsce są dobrzy chirurdzy - powiedziała Alison. - Willy

ma swoją pielęgniarkę, więc będziecie mieli wspólną.

Pożegnałem   Tango,   zobaczyłem   Bruce’a   w   izolatce,   wyściskałem   Sworda   i

zjechaliśmy na parking. Czekał tu bus, który zawiózł nas na lotnisko. Tam wsiedliśmy do

samolotu koncernu Willy’ego i odlecieliśmy do Europy.

W  czasie lotu  Willy głównie  spał,  a ja siedziałem  ściskając  na piersiach  plecak i

patrząc na kłęby chmur za oknem.

- Opowiesz mi, co robiłeś w dżungli? - zapytała mnie Alison. Nachyliła się i wtedy z

nie dopiętej pod szyją koszuli wysunął się łańcuszek z figurką identyczną jak ten w woreczku.

- Co to jest? - delikatnie dotknąłem rzeźby.

Przedstawiała ona koło, w które wpisano „X”. W jego czterech polach symbolicznie

przedstawiono: oko, ucho, usta i serce.

-   To   talizman   szczęśliwego   powrotu   z   dalekiej   podróży,   którą   może   być   także

choroba...

- Czy twoja mama mieszkała na Kubie?

- Nie matka, a babka i trudno powiedzieć, żeby mieszkała... - Alison otarła łzy.

- Nic nie mów - łagodnie położyłem dłoń na kolanie Alison.

background image

Więcej nie słuchałem, tylko ciężko opadłem na oparcie fotela i zmęczony zamknąłem

oczy. Alison nie miała szans na powrót do domu, bo to ona była potomkiem siostry Czarnego

Ziarna. Przytłoczony tym wszystkim zasnąłem.

***

- Lądujemy w Warszawie - obudziła mnie pielęgniarka.

Przetarłem oczy, napiłem się kawy i czekałem. Szczęśliwie wylądowaliśmy, a potem

przesiedliśmy   się   do   busa   wynajętego   przez   Willy’ego.   Jechaliśmy   do   kliniki,   do   pana

Tomasza.

- Masz te zioła? - upewniała się Alison.

- Tak - skinąłem głową. Podałem jej woreczek. - To od twojego wuja. 

Zrobiła zdziwioną minę, ale w żaden sposób nie skomentowała moich słów. Poprosiła

kierowcę, żeby stanął przy parku. Ze swojej torby wyjęła długi nóż. Wróciła niosąc około

metrowej grubości kij z drzewa wierzbowego. W samochodzie bezceremonialnie strugała z

niego laskę.

Zajechaliśmy do kliniki, gdzie przywitano nas niezmiernie chłodno, głównie z powodu

niemocy medycznej naszych lekarzy.

-  Wiele was kosztowało zdobycie leku - stwierdził medyk Pana Samochodzika. - Te

czarodziejskie wyczyny coś pomogą?

- W jakim stanie jest pan Tomasz?

- Gorzej z każdą chwilą. Z jednym miał pan rację, on ma doskonały słuch.

Weszliśmy   do   izolatki.   Alison   stanęła   na   środku   pomieszczenia   z   przymkniętymi

oczami.

- Wyjdźcie - poprosiła nas.

Przy   oporach   lekarza   opuściliśmy   izolatkę.   Pan   Samochodzik   wyglądał   okropnie,

płakałem na jego widok.

-   Pamiętaj,   Pawle,   że   każda   droga   może   prowadzić   do   celu   -   powiedział   mi   na

odchodnym.

Lekarz   zaprowadził   nas   do   dyżurki.   Tam   stał   monitor,   na   którym   był   podgląd   z

pokoju, gdzie leżał mój szef.

Alison ustawiła inaczej łóżko. U wezgłowia umieściła swoją laskę wierzbową, w którą

wetknęła   orle   pióro.   Potem   otworzyła   woreczek.   Najpierw   wyjęła   łańcuszek,   potem

wymownie zerknęła na kamerę.

- Włączę fonię - lekarz nacisnął jakiś guzik.

background image

- Pawle, Czarne Ziarno uczynił cię moim bratem - usłyszeliśmy głos Alison.

- Którym guzikiem wyłącza się podgląd? - zapytałem medyka.

- Nie można... - próbował protestować.

- Nie mogliście mu pomóc - powiedziałem z wyrzutem.

Mężczyzna posłuchał mnie i odłączył urządzenie. Tej nocy w klinice działy się dziwne

i straszne rzeczy. Pielęgniarki wyraźnie wystraszone chodziły korytarzami, po których niósł

się chrapliwy śpiew w niezrozumiałym języku. Dudnił bęben, a wiatr za oknem wygrywał

ponure melodie za pokrytymi lodem oknami.

To była przerażająca noc oczekiwania na powrót do życia pana Tomasza. Nadzieja na

cud przychodziła i odchodziła jak przypływy oceanu. Wtedy przypominała mi się Pencil z jej

tajemniczym urokiem.

Nad ranem w klinice pojawił się asystent pani minister.

- Jak zdrowie pana Tomasza? - zapytał. 

Milczałem.

- Nie najlepiej - odparł ponuro Willy. - Wciąż czekamy.

- Bardzo mi przykro z powodu tego co się stało - powiedział asystent.

-   Mogę  tylko   dodać,   że   znaleziony  w   Pułtusku   skarb   został   przekazany  Muzeum

Narodowemu...

- Weź to i znikaj - rzuciłem asystentowi plecak ze złotą figurką. Urzędnik wyjął skarb.

- Skąd pan to ma? - zdziwił się.

- Skąd to masz? - powtórzył pytanie Willy.

- Znalazłem na San Domingo. Czarne Ziarno miał rację. Te złoto to samo zło.

W tym momencie wyszła do nas Alison.

- Pawle, ktoś tam na ciebie czeka - rzekła uśmiechając się zmęczona.

- Jedźmy do hotelu - poprosiła Willy’ego.

Pobiegłem korytarzem do izolatki szefa.

-  Wróciłem,   nie   na  tak   długo   jakbym  chciał,  ale  jestem   -  odezwał   się  szef.  -  Ta

dziewczyna to prawdziwa czarownica. Nie uwierzysz, co ona tu robiła. Teraz zasnę na jakiś

czas, ale nie bój się. Trucizny już we mnie nie ma... - pan Tomasz zamknął oczy i cicho

zachrapał.

Ukląkłem przy jego łóżku i oparłem czoło na jego ciepłej, ojcowskiej dłoni.

***

Po paru dniach spotkaliśmy się w komplecie w ulubionej warszawskiej restauracji

background image

Willy’ego.

- Dzięki wam przeżyłem niesamowitą przygodę - powiedział Willy.

- Chcę przeżyć jeszcze jedną. Pawle, kupię od ciebie informację, gdzie jest ten skarb.

Nie odpowiedziałem.

- Możecie prosić, o co chcecie - nalegał Willy. - Spełnię każde wasze życzenie, po

jednym dla każdego.

Spojrzałem w oczy Alison. Te były pełne szczerości.

- Złoto przekażę na aukcję, a dochód na cele charytatywne - zapewniał Willy.

Powiedziałem, czego chcę. Willy tylko spokojnie kiwnął głową. Pan Tomasz swoje

życzenie napisał na kartce. Milioner uśmiechnął się i zgodził się. Podałem mu wskazówki jak

dotrzeć do groty. Potem pożegnaliśmy się.

Gdy   na   krótko   wróciłem   do   pracy,   dowiedziałem   się,   że   Jerzy   Batura,   nasz

najgroźniejszy przeciwnik, opuścił więzienie. Wysłałem mu prezent na jego powitanie na

wolności.

Po   miesiącu   nie   widziałem,   jak   Pan   Samochodzik   rozpakowuje   swój   prezent,   bo

byłem na urlopie i razem ze Swordem i Tango płynęliśmy „Patriote”  do pewnego portu na

północnym wybrzeżu San Domingo. Był późny wieczór i biegłem plażą do łodzi rybackich.

Była i czekała. Pencil delikatnie dotknęła medalika na mojej szyi.

- Wiedziałam, że wrócisz - szepnęła. - Co zrobiłeś z moim prezentem?  - zapytała

zaciekawiona.

- Wysłałem komuś.