background image

TOMASZ OLSZAKOWSKI

PAN SAMOCHODZIK

I...

RUBINOWA 

TIARA

background image

WSTĘP

Był 17 lipca 1918 roku. Zaskrzypiała furtka w czterometrowym drewnianym płocie.

Wartownik rzucił okiem na twarz wchodzącego i cofnął się w cień. Jakub Jurowski wszedł na

dziedziniec   domu  „specjalnego  przeznaczenia"   w   Jekaterynburgu.  Od   zeszłej   nocy, kiedy

oddział czekistów pod jego osobistym kierownictwem zamordował w suterenie cara i jego

rodzinę, pozornie nic się nie zmieniło. Nadal pod oknami stali wartownicy, pod brezentem na

balkoniku drzemał karabin maszynowy maxim. Po korytarzach snuli się czekiści. W kuchni

smażono placki. W piwnicy zdzierano ze ściany przesiąknięte krwią i podziurawione kulami

tynki. Wszędzie było pełno ludzi. Jednak dom wydawał się dziwnie pusty. Stał milczący,

groźny, obcy.

Jurowski   wszedł   przez   skrzypiące   drzwi   i   przeszedłszy   korytarzyk   wkroczył   do

magazynu, gdzie kilku najbardziej zaufanych czekistów pod kierownictwem Biełobrodowa

przeszukiwało bagaże pomordowanych. Kufry ozdobione carskimi koronami i monogramami

wykutymi   z   pozłacanego   brązu   stały   wybebeszone.   Kosztowne   jedwabne   suknie   balowe

walały   się   po   pokrytej   błotem   podłodze.   Carskie   albumy   z   fotografiami,   oprawione   w

czerwony safian, rzucono w kąt. Chciwe ręce obmacywały starannie każdą sztukę bielizny.

Przed   Biełobrodowem   na   kulawym   stoliku   leżał   spory   połyskujący   stosik   znalezionej

biżuterii.   Przewodniczący   Centralnego   Komitetu   Wykonawczego   (WiCK)   porównywał

znalezione   precjoza   ze   spisem   sporządzonym   starannym   kaligraficznym   pismem   na

kilkunastu kartkach.

– Witajcie, towarzyszu – powiedział Jurowski.

Biełobrodow uprzejmie kiwnął głową, ale nie przerwał lektury. Jurowski wyciągnął

zza  pazuchy spory  płócienny woreczek i  rzucił go  obojętnie na  stół. Brylanty zaśpiewały

niczym kryształowe dzwonki. Brwi Biełobrodowa uniosły się pytająco.

–  Podczas   likwidacji   zwłok   znaleźliśmy   zaszyte   w   gorsetach   klejnoty   –   wyjaśnił

morderca. – Sporo się tego uzbierało. Głównie brylanty. Będzie tego pewnie z ćwierć puda.

– Cztery kilogramy – mruknął przewodniczący sprawdzając coś na kartce.

Brwi jego zmarszczyły się, gdy wysypał woreczek i przeorał pożółkłymi od nikotyny

palcami połyskującą kupkę.

– Czegoś brakuje? – zaniepokoił się Jurowski.

–  Taa...   –   mruknął.   –   Według   spisu   wykonanego   przez   naszych   towarzyszy   w

Tobolsku car miał przy sobie szablę paradną. Nie możemy jej odnaleźć – machnął dłonią w

stronę rozbebeszonych bagaży. – A carowa miała Rubinową Tiarę.

background image

–  Słynną Rubinową Tiarę? – zdumiał się Jurowski. – Myślałem, że została razem z

klejnotami koronnymi w Piotrogrodzie.

–  Nie. Towarzysz Jakowlew widział ją w Tobolsku – wyjaśnił. – Rubinowa Tiara...

niedobrze.

– Może się jeszcze znajdzie – carobójca wskazał stos nie rozpakowanych walizek.

–  Tam są tylko książki. Aha, jest depesza ze Smolnego. Macie zawieźć wszystkie

odzyskane kosztowności do Moskwy.

– Sporo tego – zaniepokoił się Jurowski.

–  Dostaniecie   ochronę   i   pociąg   pancerny.   Umiemy   zadbać   o   bezpieczeństwo

najlepszych synów narodu.

Na twarz mordercy wypłynął zimny rybi uśmiech, gdy gładko połknął komplement.

– A co z Rubinową Tiarą? – zapytał. – Przecież nie zapadła się pod ziemię.

–  Car   musiał   ją   gdzieś   ukryć.   Prawdopodobnie   jeszcze   w   Tobolsku.   Ale   myją

znajdziemy. Nawet jeśli będziemy musieli rozebrać to miasto belka po belce.

–  Trzeba   jak   najszybciej   powiadomić   tamtejszych   towarzyszy,   aby   aresztowali

wszystkich członków świty i służbę.

Biełobrodow skrzywił wargi w ponurym uśmiechu.

– Nasi towarzysze będą z pewnością w stanie przekonać ich do szczerych wyznań.

– Należy aresztować biskupa Hermogena. Wygląda mi na głównego podejrzanego.

– At – Biełobrodow machnął ręką. – Pośpieszyli się chłopcy. Został powieszony. Ale

to nic.

–  Za wcześnie. Czy jeszcze czegoś brakuje?   Na twarzy  Biełobrodowa pojawił  się

ponury cień.

– Tak. Nie mamy nie ukończonej korony. Teraz pobladł Jurowski.

– Przecież ona powinna zostać w sejfach firmy Feberge!

– Ale widocznie nie została. Dostałem depeszę z Piotrogrodu, żeby ją odnaleźć. Nie

ma jej tutaj. A przecież to nie szpilka.

– No to towarzysz Lenin da nam popalić.

–  Znaleźliśmy całą masę dodatkowych rzeczy.  Kilka broszek z brylantami, ordery...

Towarzysza   Lenina   jakoś   udobruchamy.   Zresztą  nic   straconego.   Odnajdziemy   wszystko.

Powoli, stopniowo... nam się nie śpieszy.

– Jak wygląda sytuacja w mieście?

– Maszeruje na nas admirał Kołczak na czele całej armii. Będą tu najpóźniej pojutrze.

Dlatego,   towarzyszu,   sprawa   waszego   wyjazdu   staje   się   paląca.   Czerwona   Gwardia

background image

prawdopodobnie   nie   utrzyma   miasta.   Wybiją   ich   do   nogi.   Ważne,   żebyśmy  mieli   czas

odskoczyć bezpiecznie na tyły.

Jurowski kiwnął głową.

– Co z ludźmi z mojego oddziału?

– Znają miejsce ukrycia ciał?

– Tylko niektórzy. Nie wszyscy.

– Wybierz pięciu najwierniejszych. Resztę zlikwiduj. Nie mogą wpaść w ręce białych.

– A ludzie Jermakowa? Byli obecni przy...

– Pod ścianę.

–  Właściwie   to   oni   zaprowadzili   władzę   radziecką   na   Uralu...   Biełobrodow

uśmiechnął się z politowaniem.

– Nie czas na sentymenty, towarzyszu. Gdy płonie dom ratuje się to, co najcenniejsze.

Jego pożółkłe od nikotyny palce zacisnęły się na filigranowej broszce i zmiażdżyły ją

bez trudu. Jurowski skinął głową.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

TAJEMNICZY GOŚĆ • TEKTUROWA TECZKA • CO KRYJĄ

KSEROKOPIE • ZASKAKUJĄCA PROPOZYCJA • HISTORIA

RUBINOWEJ TIARY

– Złota polska jesień – ziewnął pan Tomasz przeciągając się na fotelu stojącym obok

otwartego okna. Gołębie na parapecie apatycznie dojadały resztkę moich kanapek.

Oderwałem się od komputera. Wiatr znad Ogrodu Saskiego niósł zapach opadłych

liści i wilgotnej nagrzanej słońcem ziemi.

– Faktycznie – powiedziałem. – Złota polska jesień.

– Wiesz co – zaproponował pan Tomasz – wyłącz w diabły te maszynę i chodźmy na

wagary.   Połazimy   sobie   wśród   drzew,   obejrzymy   Grób   Nieznanego   Żołnierza;   z   biura

Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków dzwonili, że coś się tam sypie. Potem posiedzimy

na ławce w parku i popatrzymy na kaczki. Albo chodźmy na kawę...

– Płacą nam za to, żebyśmy pracowali – zwróciłem delikatnie uwagę szefowi. – Niby

czas pracy mamy nie normowany, ale...

– Odpracujemy to w jakiś deszczowy dzień – zaproponował pan Tomasz. – Idzie zima,

trzeba nacieszyć się słońcem. Niepokoi mnie twój brak wrażliwości na uroki przyrody...

W tym momencie zadzwonił telefon.

– Halo? – szef leniwie podniósł słuchawkę. – Gość do mnie? Proszę wpuścić.

– Co się stało? – zapytałem.

–  Idzie do nas jakiś młodzieniec  – Pan Samochodzik  przeciągnął się ponownie. –

Pewnie Jacek.

– O tej porze powinien być w szkole. Poza tym mieszka w Łodzi – zauważyłem.

Szef poskrobał się z frasunkiem po głowie.

– Widocznie też poszedł na wagary. A może ma dziś dzień wolny? Ale co robi tutaj?

Ciągle jest obrażony o to, że nakablowalem o tych ich wyczynach na Araracie.

– Przecież sypnął się pan, szefie, zupełnie niechcący – zauważyłem.

W tym momencie rozległo się ciche pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedział pan Tomasz siadając prosto.

W drzwiach stanął krótko obcięty ciemnowłosy młodzieniec lat około siedemnastu.

Zaskoczył mnie kształt jego twarzy. Była niemal doskonale symetryczna, wpisana w miękki

background image

owal. Wyglądał na Francuza. Jego rysy były zdumiewająco regularne. Takie twarze mają ary-

stokraci.

– Można? – zagadnął.

Nie był Francuzem. Mówił po polsku z dziwnym śpiewnym akcentem. W pierwszej

chwili pomyślałem, że pochodzi z kresów, ale jego akcent nie był czysty. Brzmiał tak, jakby

się go wyuczył razem z językiem.

– Proszę, proszę – Pan Samochodzik wykonał zachęcający gest.

–  Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?  – śpiewny akcent ciągle wibrował w jego

głosie.

– Ależ skądże – zapewniłem go. – W czym możemy pomóc? Uśmiechnął się lekko.

– Jestem Michaił Derekowicz Tomatow – przedstawił się. Po twarzy szefa przebiegł

skurcz. Oczy gościa drgnęły lekko. Zauważył to.

–  Czym   mogę   służyć?   –   głos   Pana   Samochodzika   zadrżał   lekko,   jakby   od

powstrzymywanej furii.

Gość z przewieszonej przez ramię torby wydobył szarą tekturową teczkę z ogniście

zielonymi wstążkami. Położył ją ostrożnie na rogu biurka.

– Proszę się z tym zapoznać – powiedział.
–  Odpowiedź   brzmi:   nie   –   cicho   odezwał   się   szef.   –   Nie   wiem   jeszcze,   jakie

propozycje przywozisz, ale moja odpowiedź brzmi: nie.

– Samo rozwiązanie tych wstążek nic nie kosztuje. Poczekam na korytarzu.

– Odpowiedź i tak będzie negatywna – zapowiedział szef.

Michaił nie przejął się tym specjalnie. Uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł. Drzwi

zamknęły się z lekkim stukiem. Pan Tomasz przeciągnął się, aż zaskrzypiało mu w stawach,

po czym przysunął sobie teczkę i rozwiązał wstążki. Z wnętrza teczki wydobył plik kartek

odbitych na ksero. Założył na nos okulary i obojętnie rzucił okiem na pierwszą z nich.

– Rany boskie! – krzyknął podrywając się z miejsca. – Łap go!

Wypadliśmy na korytarz. Michaił nie miał zamiaru uciekać. Siedział na ławce pod

oknem i przeżuwając coś czytał rosyjską gazetę. Na nasz widok uniósł pytająco głowę. Szef

zaczerwienił się i pociągnął mnie z powrotem do gabinetu.

– Co to jest? – zaciekawiłem się wskazując na leżące na biurku kartki.

– Elementarz polsko-łaciński wydany w Krakowie w 1550 roku! Jedyny egzemplarz, o

którym   wiadomo,   spalili   hitlerowcy   wraz   z   pięćdziesięcioma   tysiącami   starodruków

Biblioteki Narodowej... Był jeszcze jeden, ale ostatni raz słyszano o nim pod koniec ubiegłego

background image

wieku. W Bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego mają stronę tytułową wypreparowaną z

okładki jakiejś starej książki.

– A pozostałe? – zapytałem.

Przez chwilę kartkował plik kserokopii. Potem usiadł ciężko na fotelu i zagapił się w

ścianę.

–  Z grubsza podobnej klasy dzieła. Nie wszystkie tytuły są mi znane... Podaj mi,

proszę, siódmy tom Bibliografii polskiej Estreichera... 

Przez chwilę kartkował tomik.

– Już na początku wieku to dzieło było znane tylko ze słyszenia – mruknął.

– I co pan o tym sądzi, szefie?

–  Przyniósł nam dziesięć odbitek stron tytułowych książek, które zaginęły. Dziesięć

tomów posiadających istotne znaczenie... Zresztą co ja ci będę mówił. Sam rozumiesz.

– Rozumiem. Tylko co dalej?

– Z naszego ministerstwa nie możemy go wypuścić. Trzeba go wsadzić do piwnicy,

przez trzy dni nie dać nic do jedzenia, przynajmniej dopóki nie wyśpiewa, gdzie to wszystko

schował. Boże, co ja plotę...

– Sądzi pan, że chce to sprzedać?

– Oby. Ale myślę, że nie. Gdyby szukał kupca, poszedłby z tym do działu zakupów

Biblioteki   Narodowej   albo   do   innej   komórki   naszego   ministerstwa.   Zresztą   każdy   dom

aukcyjny powitałby go z otwartymi ramionami.

– Skąd on to wszystko wytrzasnął? – zdumiałem się. – Obrobił jakąś bibliotekę? Nie

wygląda na takiego. Zwrócił pan uwagę na jego rysy? Arystokratyczna twarz...

– Jest arystokratą – mruknął szef. – W każdym calu.

–  Ale   nazwisko   ma   mało   szlacheckie   –   zauważyłem.   –   Tomata   to   po   rosyjsku

pomidor.

Pan Samochodzik uśmiechnął się pobłażliwie.

– Wyprowadzę cię z błędu. Jeden z jego przodków dostał to nazwisko i szlachectwo

za to, że któremuś z carów dostarczył na dwór pomidory. Pierwsze pomidory w tej części

Europy.

– Za takie rzeczy przyznawano szlachectwo? – zdumiałem się.

–  Przyznawano i za znacznie mniej heroiczne czyny. Rysy ma po dziadku, księciu

Gagarinie. Poczułem zamęt w głowie.

– Z tych Gagarinów? – zapytałem. 

Pan Samochodzik roześmiał się.

background image

– Dobre pytanie. Naprawdę dobre pytanie. Widzisz, gdy Jurij Aleksiejewicz Gagarin,

powróciwszy z kosmosu odbywał podróż po świecie, a obwieźli go chyba po połowie państw,

w Ameryce dostał zaproszenie na kolację od księcia Gagarina. Nie poszedł oczywiście, ale i

tak   wywołało   to   falę   spekulacji.   Porównywali   fotografie   starego   księcia   i   pierwszego

radzieckiego kosmonauty. Podobieństwo było ponoć uderzające. Kosmonauta nie przyznawał

się. Uparcie twierdził, że pochodzi z Gżdatska, niedaleko Pskowa... Ale książęta Gagarinowie

mieli majątki właśnie w pskowskiej guberni. Możemy go zresztą zapytać. Pozostaje pytanie,

co dalej? – potrząsnął kartkami.

– Może go zawołać i zapytać, czego za to chce? Trochę to nieładnie wyglądało, gdy

pan z góry zapowiadał, że się nie zgadza, zanim nasz gość przedstawił pierwsze propozycje...

– Po prostu nie zamierzam ich słuchać.

– Ale dlaczego? – zdumiałem się. – Przecież on nic nam nie zrobił.

Pan Tomasz ściągnął usta.

– Znałem jego ojca – powiedział wreszcie.

– Kim był?

–  Fascynująca   postać.   Fascynująca   w   negatywnym   tego   słowa   znaczeniu.

Wnioskowałem   o   wysłanie   za   nim   międzynarodowego  listu   gończego.   Nie   udało   się,

mieliśmy tylko poszlaki, a Interpol żądał dowodów. Hrabia Derek nie ukrywał się zresztą

specjalnie.   Żył   spokojnie   pod   Sztokholmem.   Nawet   przez   krótki   czas   był   posłem   do

szwedzkiego Riksdagu z ramienia mniejszości słowiańskich. Dawne dzieje.

– To za co zasłużył sobie na list gończy?

– To był fachowiec. Waldemar Batura mógłby się od niego wiele nauczyć.

– Handlarz kradzionych dzieł sztuki – domyśliłem się.

– Pudło. On je tylko skupował. No i oczywiście sam trochę...

– Trochę kradł?

–  Hrabia Derek był zapalonym kolekcjonerem sztuki  rosyjskiej. Kupował, kradł, a

jego ukochaną metodą było podmienianie zabytków zgromadzonych w prywatnych daczach

wierchuszki KPZR przy pomocy skorumpowanej służby. Nieustannie ścigany listami gończy-

mi, co rusz przekradał się za żelazną kurtynę. Rozpruł skrytki z klejnotami w pałacu księcia

Jusupowa,   których   szukano   przez   dziesięciolecia.   Zamierzał   przekazać  wszystkie

zgromadzone   skarby   narodowi   rosyjskiemu,   gdy   tylko   zostanie   w   tym   kraju   obalony

komunizm. Podobno był zamieszany w próbę  kradzieży korony  carów. Wreszcie  zniknął,

zupełnie niespodziewane. Prawdopodobnie KGB go w końcu namierzyło i zlikwidowało. Już

chyba dziesięć lat o nim nie słyszałem. A może nawet więcej... Nasze drogi nigdy się nie

background image

przecięły,   choć   słyszałem   sporo   o   jego   wyczynach,   gdy   współpracowałem   z   między-

narodowym   Biurem   Koordynacyjnym.  Ponoć   gdzieś   na   Zachodzie   miał   wykuty  w   skale

skarbiec,   a   w   nim   kolekcję   sztuki,   jakiej   nie   powstydziłoby   się   żadne   muzeum.

Prawdopodobnie z niego ten miły młodzieniec wyciągnął te książki. Być może czegoś brakuje

mu do kolekcji. Przyszedł do nas... Dlatego trzeba mu pogonić kota, a jednocześnie zrobić to

tak inteligentnie, że będzie chciał to na coś wymienić – potrząsnął plikiem kartek.

– Wymienić? – zdziwiłem się.

– Mamy w kraju bogatą kolekcję rosyjskich starodruków. Zaplątało się ich sporo przez

te wszystkie lata. Przeprowadzić transakcję na sztych, jak mawiali lwowscy kupcy.

– Na sztych? – zdziwiłem się naśladując dłonią wypad szermierczy.

Szef wniósł oczy ku sufitowi.

– Towar za towar. Barter. Powinieneś poczytać słownik Lindego.

– Nie przyszedłby z tym do nas. Musi mieć inne plany.

– Związane z naszą komórką? Sądzisz, że chce nas do czegoś zatrudnić?

– Może go zawołamy? – zaproponowałem. – My tu sobie gadu, gadu, a on może się

znudzić... A tak, sam wyśpiewa, o co mu chodzi.

Szef kiwnął poważnie głową. Wyjrzał na korytarz i skinął władczo ręką. Po chwili

Michaił Derekowicz siedział wygodnie na fotelu.

–  Czym   mogę   służyć?   –   zapytał   ponownie   Pan   Samochodzik.   W   oczach   gościa

spostrzegłem iskierkę triumfu.

– W zamian za wyświadczenie mi niewielkiej przysługi gotów jestem przekazać wam

tych kilka skarbów waszej kultury narodowej – z uśmiechem wskazał plik kartek ksero.

– Niewielkiej przysługi – mruknął pan Tomasz. – Właśnie zaczynam sobie wyobrażać

jej wielkość.

– Zupełnie niewielkiej – uspokoił go gość.

–  No nie wiem. Jesteśmy organizacją rządową. Nie możemy wchodzić w układy z

osobami prywatnymi. To znaczy możemy, ale...

– A co konkretnie mielibyśmy zrobić? – zagadnąłem.

– Panowie są najlepszymi w Polsce, a może i na świecie fachowcami od odszukiwania

zaginionych zabytków – gość oczarował nas szerokim, szczerym słowiańskim uśmiechem.

Sądząc z miny Pana Samochodzika komplement trafił prosto do celu.

–  Tak   więc   –   podjął   Michaił   –   wypożyczę  panów   celem   odnalezienia   pewnego

niewielkiego drobiazgu, a w zamian za fachową pomoc przekażę waszym władzom dziesięć

białych kruków.

background image

– Jaki to drobiazg? – zagadnąłem.

–  Słyszeli panowie o Rubinowej Tiarze? Przepraszam, nie powinienem odpowiadać

pytaniem na pytanie.

Pokręciłem   przecząco   głową,   ale   zauważyłem   w   oku   pana   Tomasza   błysk

zrozumienia.

– Chcę, żeby odnaleźli panowie Rubinową Tiarę – uściślił gość.

–  Obawiam   się,   że   to   będzie   niemożliwe.   Jeśli   nie   została   zniszczona,   może

spoczywać w sejfach KGB... O ile ją znaleźli.  Mogli ją pociąć na kawałki i sprzedać na

Zachodzie. Sprawa wydaje mi się niemal beznadziejna – powiedział szef.

– Jeśli nie uda jej się odnaleźć, przekażę mimo wszystko pięć książek.

Gość przez chwilę kartkował kserokopie.

– Będą mogli panowie swobodnie wybrać...

– Tak czy siak wygramy na tym?

Michaił Derekowicz kiwnął poważnie głową.

–  Jakie będzie pan miał zabezpieczenie? – zapytałem. – Przecież możemy siedzieć

przez   miesiąc   z   założonymi   rękami   i   nic   nie   robić.   Nie   ma   pan   żadnych  gwarancji,   że

poświęcimy wszystkie siły na odszukanie tego klejnotu.

– Z tego co wiem, są panowie obaj ludźmi o kryształowej uczciwości. To wystarczy.

Wierzę, że mnie nie wykiwacie. Po prostu zaufam wam. Zresztą pojedziemy razem. To będzie

miesiąc ciężkiej pracy, ale sądzę, że trud tych trzydziestu dni sowicie się opłaci. I mnie, i

wam.

– Miesiąc – mruknął Pan Samochodzik. Gość wstał i ukłonił się.

–  Pozwolą  panowie,  że  ich   pożegnam. W  tej   teczce  jest moja   wizytówka.  Proszę

skontaktować   się   z   ministrem   i   jeśli   się   zgodzi  –  zadzwonić.   Wówczas   przekażę   dalsze

szczegóły.

Wyszedł i tylko leżąca na stole teczka świadczyła, że jego wizyta nie była snem.

– Czym jest Rubinowa Tiara? – zapytałem pana Tomasza.

Uśmiechnął się do swoich myśli. Podszedł do półki z książkami i zdjął z niej gruby

album poświęcony klejnotom firmy Faberge. Kartkował go dłuższą chwilę, a potem położył

przede mną otwarty na czar-no-białej fotografii młodej carycy Aleksandry. Caryca miała we

włosach Rubinową Tiarę.

– Oto ona – powiedział. – Tiara wykonana z rubinów. Własność ostatniej cesarzowej

Rosji. Przyjrzałem się uważnie zdjęciu.

background image

–  Szefie, nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że te kamienie są zbyt duże, by

mogły być prawdziwymi rubinami. Pan Tomasz kiwnął głową.

– Czytałeś może opisanie świata Marco Polo?

–  Bardzo   dawno   –   powiedziałem.   –   Jeszcze   w   podstawówce.   Wiele   fragmentów

zatarło się już w mojej pamięci. Ale jeśli trzeba...

–  Jest   tam   opisana   taka   historia.   Na   polecenie   cesarza   Marco  Polo   udał   się   do

Karakorum. Miał tam nabyć dla cesarskiego skarbca rubin, znaleziony prawdopodobnie w

kopalniach Dekanu. Największy rubin, jaki kiedykolwiek znaleziono. Był wielkości ludzkiej

dłoni. Tak przynajmniej opisuje go podróżnik. Niestety misja zakończyła się fiaskiem. Marco

Polo został przelicytowany. Co gorsza, nabywca klejnotu był anonimowy.

– Niech zgadnę. Kamień wypłynął po upływie sześciuset lat i przyozdobił Rubinową

Tiarę? Szef zasępił się.

– Dokładnie nie wiadomo. Przypuszczam, że tak. Tamten rubin miał paskudną skazę,

biegnącą wzdłuż mniej więcej jednej trzeciej jego długości. W XVII wieku grupa Kozaków

zaporoskich   pod   wodzą   niejakiego   Filipa   Semenowicza   zdobyła   na   jednym   z   tureckich

dostojników rubin podobnej wielkości. Był z grubsza oszlifowany, a musisz pamiętać, że ten,

który widział Marco Polo był kamieniem surowym, znajdował się w stanie takim, w jakim

wydarto   go   ziemi.   Rubin   zdobyty   przez   Kozaków   nazywano   „Różą   Fatimy"   na   cześć

ukochanej   wnuczki   proroka   Mahometa.   Z   tego   co   wiem,   a   zachowało   się   sprawozdanie

jednego z uczestników  łupieżczej wyprawy, rubin miał kilka głębokich przebrużdżeń,  jak

gdyby ktoś usiłował delikatnie wypreparować skazy. Był bardzo nieregularnego kształtu.

– I co się z nim stało?

– Sprzedali go Resul Adze Czelebiemu – dostawcy klejnotów, który kupował od nich

na pniu sporą część łupów. Zaopatrywał rosyjskich carów i polskich królów. Docierał nawet

do   Sztokholmu.   Czasy  były  niepewne   i   jednostki   wyzute  z   sumienia   mogły  zbić   niezłe

fortuny. Przy okazji wojen klejnoty przechodziły z rąk do rąk z równą łatwością jak obecnie

kradzione samochody.

– Tak trafił do Rosji? – domyśliłem się.

– Wiadomo, że rubin tej wielkości przechowywano w skarbcu w Pawłowsku, uroczej

rezydencji cara Pawła I pod Petersburgiem. Przechodził w rodzinie cesarskiej z pokolenia na

pokolenie,  wymieniają go  niektóre  spisy  klejnotów.   Wielkość   rubinów zastosowanych  do

skonstruowania   tiary  świadczy  o   tym,  że   prawdopodobnie   użyto   do   niej   pociętej   „Róży

Fatimy".

background image

–  Zdumiewające. Pocięli tak duży kamień? Przecież w jednym kawałku był chyba

znacznie cenniejszy.

–  Nie,   nie.   To   nie   tak.   Największy   brylant   wydobyty   w   Brazylii   miał   ponad

dziewięćset karatów. Jednak został pocięty na mniejsze. Kamienie szlachetne, aby uzyskać

odpowiednią cenę, muszą spełniać wiele surowych kryteriów. Ważna jest jednolita barwa,

regularny kształt. Jeśli kamień jest duży, ale nieregularny, tnie się go na wiele mniejszych o

nienagannych kształtach. Można wówczas uzyskać za nie w sumie znacznie lepszą cenę niż

za duży, ale pozaklasowy.

–  Rozumiem.   Jeśli   skaza   widziana   przez   Marco   Polo   wystąpiła  także   głębiej,   to

pocięcie kamienia podniosło jego wartość. Co się stało z Rubinową Tiarą po rewolucji? Gdzie

mamy podjąć poszukiwania?

–  W tym właśnie sęk, że nie wiadomo. W każdym razie nie wypłynęła na żadnej

aukcji. Nie figuruje także w katalogach muzeów. Sądzę, że nasz przyjaciel natrafił na jakieś

dodatkowe informacje.

Szef zamknął teczkę zostawioną przez gościa na stole i wówczas zobaczyliśmy, że

leży pod nią nieduża oprawiona w skórę książka. Na rogach miała piętnastowieczne okucia ze

srebrzonego brązu.

–  No tak – mruknął pan Tomasz. – Należało się tego spodziewać. Takie kserokopie

można złożyć na komputerze. Dlatego zostawił nam próbkę. Piętnastowieczny modlitewnik.

Ręcznie pisany.

Inicjały   mieniły   się   złotem,   jakby   dopiero   co   wyszły   z   pracowni   malarskiej,   ale

pożółkły   pergamin   na   pierwszy   rzut   oka   zdradzał   wiek.   Szef   podał   mi   książkę.

Przekartkowałem ją. Miniatury były niezwykle piękne.

–  Cudowna   rzecz   –   powiedziałem.   –   Sądząc   ze   stylu   przedstawień   powstała   w

benedyktyńskim scriptorium.

–  Prawdopodobnie   w   Tyńcu.   Zwróć  uwagę   na   pisownię   litery   „B".   Oczywiście

specjaliści   z   Biblioteki   Narodowej   będą   musieli   się   wypowiedzieć...   Myślę   jednak,   że

potwierdzą moją teorię.

– Biały kruk – mruknąłem.

– Oczywiście. Tak piękne mamy może jeszcze ze dwa w całym kraju. Na świecie jest

ich niewiele więcej. Zobacz, że okucia są autentyczne, a skóra prawie nie nosi śladów upływu

czasu, poza zwykłym utlenieniem.

– Skąd może pochodzić?

background image

– Z biblioteki pałacu lub dworu szlacheckiego, gdzie stał na półce przez pięćset lat. W

czasie ostatniej wojny hitlerowcy i Armia Czerwona zniszczyli nieprzebraną ilość książek. Z

nienawiści, z głupoty. Po wojnie rabowali je okoliczni mieszkańcy... A ten egzemplarz wę-

drował długo, aż wpadł w ręce hrabiego Derka, który go oczywiście wpakował do swojego

skarbca.

Trzymałem modlitewnik w ręce. Średniowieczny kopista starannie wyrysował każdą

literkę. Na pisanie i odpowiednie cieniowanie jednej zużywał piętnaście minut. Przez dziesięć

godzin mógł narysować czterdzieści...

– Ciekawe, na czyje zamówienie powstał? – zauważyłem. – Tu jest odbity herb.

– Nie pamiętam, jak się nazywa, ale sprawdzę to, wtedy ustalimy prawdopodobnego

właściciela. Być może pochodzi z książęcego dworu. To bardzo luksusowa edycja. Chyba

będę   musiał   pójść   porozmawiać   na   ten   temat   z   ministrem   –   powiedział   szef,   delikatnie

wyjmując mi książkę z ręki.

–  Czy   mam   trzymać   kciuki?   –   zapytałem.   Uśmiechnął   się   chytrze,   ale   nie

odpowiedział.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

NARADA W KAWALERCE SZEFA • CARSKIE KLEJNOTY • TRZY TIARY • CO

ZNALEZIONO W TOBOLSKU • BRAK

WSKAZÓWEK

Ciepły wiatr wydął firankę w oknie kawalerki pana Tomasza. Cicho syczał czajnik

pełen gotującej się wody. Szef popatrzył w zadumie na zegarek.

–  Nasz gość się spóźnia – zauważył z niepokojem. W tym momencie rozległo się

pukanie do drzwi.

– O wilku mowa – powiedziałem i ruszyłem, żeby otworzyć.

Michaił   zdjął   sportową   kurtkę   i   powiesił   na   wieszaku.   Odpiął   kaburę   z   jakąś

koszmarnej wielkości spluwą i powiesił obok. Wszedł do pokoju i wygodnie zasiadł w fotelu.

Jego nozdrza zadrżały leciutko, gdy dotarł do nich zapach świeżo parzonej kawy. Obok fotela

postawił walizeczkę. Czerwony odcisk na przegubie świadczył, że jeszcze przed chwilą miał

ją przypiętą łańcuszkiem.

– Jak wypadła rozmowa z ministrem? – zapytał. Szef kiwnął energicznie głową.

–  Minister   wyraził   zgodę   –   powiedział.   –   Od   pierwszego   do   trzydziestego

października mamy urlop.

Gość   uśmiechnął   się   szeroko,   po   czym   wyjął   z   walizeczki   cztery   opasłe   tomiki

oprawione w skórę. Jak mogłem się zorientować, najcieńszy miał dorobioną współcześnie

okładkę, a dwa posiadały zameczki na oko szesnastowieczne. Najciekawszy był najgrubszy;

jego grzbiet  wzmacniała  kapitałka wypleciona  z cienkich czerwonych rzemyków. Położył

tomy na rogu biurka.

–  Oto  panów  honorarium  –  powiedział.  –  Jak   w  mafii:   połowa z   góry,  reszta   po

wykonaniu zadania.

Pan Samochodzik kiwnął poważnie głową.

– Poprosimy teraz o szczegóły.

Otworzył pierwszą z brzegu książkę i jego oblicze rozjaśniło się prawie mistyczną

ekstazą. Nalałem gościowi kawy.

– Może to głupio zabrzmi – powiedział Michaił – ale jest takie lwowskie przysłowie:

„Najpierw pisz, potem licz".

–  Znam je – powiedział szef wyjmując z kieszeni wieczne pióro. Przybysz położył

przed nami kartki papieru z umową wydrukowaną na laserowej drukarce.

background image

– Ponieważ biorę panów na ten miesiąc na utrzymanie – uśmiechnął się czarująco –

chciałbym  dopełnić   wszystkich  formalności,   także   z   Urzędem   Skarbowym.   Oto   kontrakt.

Proszę przeczytać i podpisać, jeśli nie budzi zastrzeżeń. Prosiłbym także o pokwitowanie na

te cztery książki i piątą, którą zostawiłem przedwczoraj w ministerstwie.

Pan   Tomasz   przeczytał   swoją   kopię   umowy.   Ja   przeleciałem   wzrokiem   swoją.

Podpisaliśmy jednocześnie.

– Poprosimy teraz o szczegóły – powtórzył Pan Samochodzik.

–  Proszę bardzo. A więc po kolei. Po swojej abdykacji car Mikołaj II znalazł się w

bardzo   ciężkiej   sytuacji.  Został   na   rozkaz   Rządu   Tymczasowego  uwięziony,   najpierw   w

Carskim Siole pod Petersburgiem, potem dla uspokojenia opinii publicznej przeniesiono go

wraz z najbliższą rodziną do Tobolska na Syberii. Rząd  Tymczasowy zezwolił  członkom

świty   i   służby,   którzy   wyrazili   taką   ochotę,   na   towarzyszenie   byłemu   władcy.   Bagaże

spakowane   w   największym   pośpiechu   zajęły   dwa   wagony.   Przedstawiciele   Rządu

Tymczasowego   sądzili,   że   biżuteria   carska   znajduje   się   w   sejfach   Ministerstwa   Skarbu,

później jednak odkryto starannie zamaskowane sejfy w pałacu w Carskim Siole. Sejfy zostały

oczywiście dokładnie opróżnione.

–  Czytałem   o   tym   –   potwierdził   pan   Tomasz.   –   W   sejfach   Ministerstwa   Skarbu

znaleziono większość klejnotów koronnych. Michaił kiwnął poważnie głową, po czym podjął

opowieść.

– Okres od abdykacji do mordu dokonanego w Jekaterynburgu można dość dokładnie

prześledzić. Półtora roku z życia zdetronizowanego władcy znalazło odbicie w pamiętnikach

nauczyciela dzieci, zachowały się także dzienniki cara, carycy oraz dwu księżniczek i na-

stępcy tronu.

– Dwie pozostałe spaliły swoje dzienniki w Tobolsku, obawiając się rewizji.

–  No właśnie. Wiadomo, że udając się na wygnanie rodzina carska zabrała klejnoty

prywatne. Z jednym wyjątkiem. Car zabrał koronę.

–  Jak   to?   –  zdumiał   się  pan  Tomasz.   –   Przecież  korona  carów, ta  wykonana  dla

Aleksandra II, przechowywana jest nadal w skarbcu Ermitażu. Pański świętej pamięci ojciec

próbował ją zrabować... Gdy przed kilku laty byłem w Leningradzie... – po twarzy gościa

przebiegł skurcz – w Petersburgu – poprawił się szef – widziałem ją.

Michaił kiwnął poważnie głową.

–  Zgadza  się. Ta korona pozostała w Petersburgu. Car natomiast zabrał ze sobą nie

ukończoną koronę. To znaczy tak przypuszczamy. W każdym razie nie udało się jej znaleźć.

– Jaką nie ukończoną koronę? – zdziwił się pan Tomasz.

background image

–  Firma   Faberge   przyjęła  w   1907   roku   zlecenie   na   wykonanie  kolejnej   Wielkiej

Korony.

– O? – zdumiał się Pan Samochodzik. – Nie słyszałem o tym.

– Mało kto słyszał – uśmiechnął się gość, po czym wyjął z teczki kilka kartek ksero. –

Proszę. To odbitki z autentycznych dokumentów dotyczących kwestii zamówienia i rozliczeń

pomiędzy carem a firmą... Pomyślałem, że pana jako historyka sztuki może to zainteresować.

Szef przeglądał odbitki z wielką uwagą.

–  Dwa i  pół   miliona  rubli?  –  zdumiał  się.  –  I to  ma  być wstępny  kosztorys? Za

pięćdziesiąt rubli można było kupić krowę...

– Taka rzecz musiała odpowiednio kosztować. Car to nie byle król europejski.

– Więc car przygotowywał koronę dla Aleksego...

–  Oczywiście. Wykonanie korony, zwłaszcza jeśli ma to być korona władcy jednej

szóstej   powierzchni   zamieszkałych   lądów   planety,   to   bardzo   złożone   dzieło.   Trzeba

zgromadzić dużą ilość kamieni, a potem na drodze niezwykle starannej selekcji wybrać z nich

kilkaset odpowiednich pod względem barwy, wielkości, kształtu i szlifu... To wyjaśnia cenę.

– Kilkaset? – zdziwiłem się.

–  Korona  carów, ta  przechowywana  w   Ermitażu,   składa   się  z   ponad   dwu   tysięcy

małych brylantów i kilkudziesięciu innych kamieni – powiedział Michaił.

– Najciekawszy jest rubin umieszczony na dolnym rancie nad czołem władcy – dodał

pan Tomasz. – Sposób oszlifowania spowodował, że jeśli patrzy się pod odpowiednim kątem,

widać wewnątrz trójwymiarową czerwoną pięcioramienną gwiazdę...

Michaił wzdrygnął się na wspomnienie tego szczegółu.

– W 1915 roku – podjął opowieść – car odebrał z firmy Faberge koronę. Była jeszcze

nie   ukończona,   brakowało   połowy  kamieni.   Nie   wiemy,  co   stało   się   z   nią   później.   Nie

możemy wykluczyć, że zabrał ją ze sobą po abdykacji. W każdym razie nie zawadzi poszu-

kać. Z trzech tiar: brylantowej, rubinowej i szmaragdowej, wypłynęły tylko dwie. Brylantowa

Tiara znajdowała się wśród klejnotów księżnej Włodzimierzowej, ciotki cara Mikołaja. Żyjąc

niemal w nędzy na wygnaniu sprzedała ją brytyjskiej rodzinie królewskiej. Obecnie lubi w

niej chodzić królowa Elżbieta II. Jest w niej sportretowana na starszych emisjach brytyjskich

monet i na znaczkach pocztowych. Szmaragdowa Tiara należała do siostry carycy Aleksandry

– księżnej Elżbiety. Gdy wstąpiła do klasztoru wniosła ją w wianie. Podczas pierwszej wojny

światowej   pod   jej   zastaw   księżna   zaciągnęła   w   dwu   bankach   brytyjskich   pożyczkę   na

sfinansowanie czterech pociągów – lazaretów do przewozu rannych żołnierzy. Tiara na skutek

problemów   transportowych  została   u   niej   na   przechowaniu.   Bolszewicy  zrabowali   ją   po

background image

zamordowaniu księżnej. Sprzedali ją na aukcji w 1921 roku, gromadząc pieniądze na dalszą

wojnę z Polską. Zakupił ją anonimowy nabywca i dziś nie wiadomo, gdzie się ona znajduje.

Prawdopodobnie posiadają rodzina norweskich milionerów Yendersyftów. Mój ojciec szukał

jej w ich pałacu, ale zdołał rozpruć tylko dwa sejfy z mało ciekawą zawartością. Rubinowej

Tiary nigdy nie odnaleziono.

– A skąd pewność, że zabrali ją ze sobą? – zapytałem.

–  Z   okazji   Bożego   Narodzenia   1917   roku   w   Tobolsku   carowa   pojawiła   się   w

tamtejszej cerkwi z Rubinową Tiarą we włosach.

– Czy to pewna wiadomość? – zainteresował się Pan Samochodzik.

– Mamy cztery niezależne relacje.

Gość   przez   chwilę   grzebał   w   teczce   zanim   wydobył  z   niej   krążek   CD-ROM-u.

Rozejrzał się w poszukiwaniu komputera. Żadnego jednak nie znalazł. Potrząsnął pudełkiem.

–  Mam   zeskanowane   dzienniki   członków   rodziny   cara   oraz   masę   prywatnej

korespondecji, książki wart, wszystko. Siedemdziesiąt tysięcy stron maszynopisu. Mam nawet

donos   konfidentów   CzK.   Jest   w   nich   szczegółowy  opis   uroczystości.   Mam   też   notatkę

Jurowskiego   do   Lenina.   Carobójca   zaznaczył,   że   wśród   klejnotów,   jak   to   on   pisze

„pozyskanych",  nie było  Rubinowej Tiary. Nie odnaleziono również szabli  paradnej  cara.

Jurowski nie wiedział chyba o nie ukończonej koronie. W każdym razie nie wspomniał o niej.

– Liczba przedmiotów do odnalezienia rośnie – powiedział pan Tomasz. – O tym nie

było nic w umowie.

–  Przypuszczam,   że   wszystkie   są   ukryte   w   tym   samym   miejscu.   W   razie   czego

przewiduję premię.

– I mają być ukryte w Tobolsku? – spytał szef.

–  Przypuszczam, że w samym mieście lub jego najbliższej okolicy. Car był bardzo

przewidującym   człowiekiem.   Nie   był   pewien   swojego   losu.   Sądzę,   że   pozostawił   tam

niewielki depozyt, na wypadek gdyby kiedyś miał tam wrócić. A raczej kilka depozytów.

Niektóre odnaleziono.

– Car był przewidujący? – zdziwiłem się. – Większość jego działań nosiła cechy...

Twarz gościa stężała.

–  Co wy wiecie?  – zagadnął. – Oczerniała go propaganda przez osiemdziesiąt lat.

Tymczasem jego zasługi dla światowego pokoju są ogromne.

Na twarzy szefa malowało się zdumienie.

– Jakie zasługi?

background image

– W gmachu ONZ stoi jego popiersie. Car był pomysłodawcą Ligi Narodów – ciała

mającego być sądem międzynarodowym, najlepszym gwarantem pokoju na tej planecie.

Zdziwiłem się, ale zauważyłem, że szef kiwnął poważnie głową.

– Zapomniałem o tym – powiedział ze skruchą.

– Będziemy mieli jeszcze wiele czasu, by odkłamywać historię – powiedział Michaił.

– Noce w Tobolsku będą długie. Na razie wróćmy do tematu. W 1933 roku funkcjonariusze

GPU, poprzedniczki NKWD, torturując miejscowego popa dowiedzieli się o istnieniu skrytki

w piwnicy domu handlarza ryb. Faktycznie we wskazanym miejscu znaleziono dwa słoje, a w

nich sto pięćdziesiąt cztery klejnoty, w tym między innymi stukaratową brylantową broszę

carycy. Sądzę, że skrytek takich było więcej.

–  Innymi  słowy   mamy   odszukać   to,   czego   nie   zdołali   odnaleźć   agenci   KGB?   –

wtrąciłem. Gość kiwnął głową.

– Myślę, że panowie są od nich inteligentniejsi – przesłał nam promienny uśmiech.

Parsknęliśmy śmiechem.

–  Czy mamy jakiekolwiek wskazówki mogące ułatwić nam odnalezienie skrytki? –

zapytał pan Tomasz. – Czy też może mamy po prostu przeczesać całe miasto?

Gość wzruszył ramionami.

– Niestety nie jest tego dużo – powiedział. – W listach i pamiętnikach nie znalazłem

dotąd żadnych nazwisk ani aluzji. Zresztą gdyby tam były, KGB odnalazłoby tych ludzi i

wycisnęłoby z nich resztę informacji.

–  Rozumiem – szef kiwnął głową. – Jeszcze parę kwestii formalnych. Pojedziemy

razem do Tobolska?

–  Jeśli znajdzie się miejsce w panów samochodzie. Dla mnie oraz trzech niedużych

metalowych kontenerków. Z wyposażeniem.

– Z wyposażeniem... – powtórzył pan Tomasz.

– Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć kilo każdy – wyjaśnił Michaił.

– Żaden problem. Na miejscu spędzimy około trzech tygodni?

– Tak. Tydzień trzeba doliczyć na drogę tam i z powrotem. Miesiąc pracy, łącznie z

dojazdem.

– To tam są szosy? – zdumiałem się.

–  I  to   jakie.   Jeszcze   car   budował.   Osiemdziesiąt   lat   nie   remontowane,   ale   ciągle

jeszcze   dobrze   się   trzymają.   Bo   o   tych   nowszych   nie   ma   co   wspominać.   Przedzwonię,

umówimy się na konkretny dzień.

Wstał i zaczęliśmy się żegnać. Po chwili zniknął.

background image

– I co o tym sądzisz? – zapytał Pan Samochodzik.

– Sądzę, że niestety nasz miły gość jest obłąkany. Jemu się wydaje, że można ot tak

przyjechać do obcego miasta, strzelić palcami i wygrzebać z ziemi skarby, które przegapiło

kilka pokoleń radzieckich poszukiwaczy spod znaku sierpa i młota? Przecież to niemożliwe.

Nawet gdybyśmy dostali klucze do wszystkich piwnic, gdzie mogą być zakopane słoiki, to i

tak nie zdążymy każdej przekopać.

– Ale te książki są autentyczne – zauważył szef.

Z nabożnym wyrazem twarzy przekartkował jedną z nich.

– No tak. Czyli wakacje na Syberii w towarzystwie szaleńca.

– Nie myśl, że on jest szalony. To po prostu myślenie sekwencyjne.

– Co takiego? – zdumiałem się.

– Dziury logiczne. Myślał o tym tak długo, że przestał zwracać uwagę na szczegóły.

–  Bardzo   mu   na   tym  zależy.  Ciekawe   dlaczego.   Zastanowimy  się   nad  tym?   Jeśli

znajdziemy rozwiązanie tego fenomenu, może nam to pomóc w przyszłości.

–  Sądzę, że podobnie jak Jerzy Batura, Michaił Derekowicz zamierza pójść w ślady

ojca. Będzie krążył po Rosji i wydzierał okruchy jej skarbów. Spenetruje magazyny KGB,

włamie się do willi mafiozów. Łupy ukryje w swoim wykutym w skałach skarbcu.

– Po co jesteśmy mu potrzebni?

– Hrabia Derek był umysłem analitycznym. Mistrz w planowaniu, ale niewiele swoich

szaleńczych   skoków   wykonał   od   A   do   Z   sam.   Myślę,   że   posługiwał   się   wynajętymi

fachowcami   od   mniej   lub   bardziej   mokrej   roboty.   Jego   syn   wyraźnie   nie   jest   w   stanie

rozwiązać zagadki. Dlatego wynajął nas. To oznacza, że w planowaniu jest słaby. Tak samo

postąpiłby jego ojciec. Nie brał się za to, na czym się nie znał. Wynajmował fachowców. A

Michaił   Derekowicz,   trzeba   mu   przyznać,   uderzył   w   najczulsze   struny  –   klepnął   stosik

starodruków.

– Tu mi się właśnie coś nie zgadza – powiedziałem ponuro. – Ile te książki mogą być

warte? Pan Tomasz zamyślił się.

– Podobne do tych po kilka, może kilkanaście tysięcy złotych. Fakt, że te są unikatami

podnosi oczywiście cenę...

– Pół miliona za całość? – podsumowałem.

–  Za  wszystkie,  kto  wie?   Jeśli   mają   oprawy  z   epoki   i   są  one   bogato   zdobione...

Niewykluczone, choć sądzę, że trochę mniej.

– A ile może być warta Rubinowa Tiara? Rubiny ostatnio potaniały...

Szef pokręcił głową.

background image

– Faberge. To klucz do poznania ceny. Bogaci snobi dostają kota, gdy słyszą tę nazwę.

Milion   dolarów?   Raczej   mniej.   Trudno   mi   powiedzieć.   Trzeba   by   zapytać   jubilera

specjalizującego się w antykach.

– Ośmiokrotne przebicie... Ale jeśli nie znajdzie, bardzo dużo straci. Nadal coś mi tu

nie gra. Co gorsza, odnalezienie skrytki będzie fizycznie niemożliwe.

– Trzeba będzie mu to delikatnie uświadomić – uśmiechnął się.

– Teraz czy później? – spytałem.

– Dawno już nie byłem na Syberii. Zresztą może na miejscu natrafimy na jakiś trop.

– Tego się obawiałem – mruknąłem. – Pamięta pan, szefie, jak szukałem tropów na

Araracie? I co się stało? Musiałem się uczyć kraść wielbłądy...

Pan   Tomasz   usiadł   na   parapecie   i   popatrzył   w   dół.   Po   rynku   snuli   się   turyści.

Pomiędzy nimi ciągle widać było niewysoką postać chłopaka ubranego w sportową kurtkę.

Szedł wzdłuż witryn sklepowych. Chyba oglądał wystawy. Odprowadziłem go wzrokiem.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

GRANICA EUROPY • TRESERNIA PSÓW KGB • OGLĄDAMY

MIASTO TOBOLSK • NAD RZEKĄ • NOCNA ROZMOWA NA

WIEŻYCZCE • JURIJ GAGARIN

Zostawiliśmy   za   sobą   porośnięte   jasnym   świerkowym   lasem   stoki   Uralu.   Od

kilkunastu   godzin   jechaliśmy   wąską   podziurawioną   szosą   przez   mroczną   tajgę.   Między

świerkami bielały liczne brzozy. Prowadziliśmy na zmianę, ja i Michaił. Pan Samochodzik

drzemał   na   tylnym   siedzeniu.   Od   czasu   do   czasu   mijały   nas   pędzące   z   całkowicie

niedozwoloną szybkością zdezelowane ciężarówki.

Michaił popatrywał to na licznik kilometrów, to na okolicę. Wyraźnie czegoś szukał.

– Zatrzymaj się – polecił wskazując niewielką łączkę koło szosy. Nad łączką wznosił

się spory pagórek. Szef obudził się.

– Dlaczego stanęliśmy? – zaciekawił się.

–  Chodźcie  –  nasz   przyjaciel otworzył drzwi.  Wysiedliśmy z   samochodu  i   pieszo

ruszyliśmy na wzgórze. Wreszcie zatrzymaliśmy się na szczycie.

– Poznajecie to miejsce? – zapytał Michaił. – Wyobraźcie sobie, że leży śnieg. I że nie

ma tych drzew wokoło.

Uśmiechnąłem się zażenowany i wzruszyłem ramionami. Pan Samochodzik pokręcił

przecząco głową.

– Można prosić o dodatkowe wskazówki? – zapytał. – Jedną niewielką podpowiedź...

– Ech, historycy sztuki – uśmiechnął się Michaił.

– Sochaczewski! – wykrzyknął pan Tomasz.

–  Aleksander   Sochaczewski?   –   zdziwiłem   się.   –   Czyżby   było   to   miejsce

przedstawione na obrazie „Pożegnanie Europy"? Michaił poważnie przytaknął.

–  Dokładnie   to   samo.   Jesteśmy   w   połowie   drogi   między   wsiami   Markowa   i

Tuguliańska.

– Chwileczkę – mruknął szef. – A gdzie podział się słup?

Kamienny trzymetrowy obelisk pokryty gęsto nazwiskami tych, którzy tędy przeszli...

Michaił rozgarnął mech stopą. Pojawiła się zerodowana powierzchnia piaskowcowego

bloku.

– Słup oczywiście zburzyli czerwoni. Był na nim dwugłowy orzeł i herb Syberii oraz

godła guberni permskiej i tobolskiej. Permska należała jeszcze do Europy, tobolska już do

Syberii.

background image

–  Zawsze wydawało mi się, że taki słup będzie stać na przełęczy w miejscu, gdzie

szlak zesłańców przecinał Ural – mruknąłem.

– Och, to po prostu skrót myślowy. Wiemy, że granica Europy biegnie po szczytach

Uralu, bo tak nas nauczono w szkole. Wszystko jest umowne. W carskiej Rosji stosowano

podział według innych kryteriów. Tam za nami pozostaje gubernia permska z jej kopalniami,

hutami i fabrykami. Przed nami gubernia tobolska, kraina rolniczo – leśna. Parę kilometrów

stąd   były  ostatnie,   najdalej   wysunięte   na   wschód   kopalnie   Uralu.   To   dobre   miejsce,   by

przeprowadzić granicę.

– Granicę krainy przemysłowej i rolniczej – mruknąłem.

–  Oczywiście w Tobolsku było już w połowie ubiegłego wieku prawie pięćdziesiąt

fabryczek i kilkadziesiąt kuźni – uśmiechnął się Michaił. – Jednak faktycznie obie gubernie

różniły się od siebie zasadniczo. Zwróćcie uwagę, że ten pagórek jest nieco bardziej stromy

od strony Permu.

–  Zesłańcy  zabierali   ze   sobą   garść   europejskiej   ziemi   na   dalszą   poniewierkę?   –

mruknąłem. Szef pokręcił głową.

–  Niewykluczone, przynajmniej tak to przedstawił na swoim obrazie Sochaczewski.

Nie wiem, czy ten zwyczaj był rzeczywiście aż tak rozpowszechniony.

Michaił skinął głową.

– Był rozpowszechniony. Sami konwojenci opowiadali o tym więźniom.

– Skąd wiesz? – zaciekawiłem się.

– Mój pradziadek spędził przy tym zajęciu pięć lat.

Powiało grozą. Zeszliśmy do samochodu. Nie wiem, jakie myśli kłębiły się w głowie

szefa, ale ja obiecałem sobie zwrócić uwagę na Michaiła. Nie codziennie słyszy się takie

wyznania. I znowu godziny za kierownicą... Po obu stronach szosy kilometrami ciągnęły się

bagna. O przednią szybę rozbijały się tysiące muszek i komarów.

–  Rzeka Tobół – zwrócił mi uwagę Michaił. Popatrzyłem w prawo. Rzeka znacznie

szersza niż Wisła leniwie toczyła swoje wody.

– Pójdziemy razem na ryby – powiedział Michaił. – Wyciągniemy takie jesiotry, że ci,

Pawle, oko zbieleje. Bieługa z ananasem. I do tego szampan...

–  A skąd tu weźmiesz  ananasy? – zainteresował się szef z tylnego siedzenia. – Z

szampanem też będzie kiepsko.

– „Sowietskoje Igristoje" można tu kupić w każdym sklepiku – wyjaśnił Michaił z

uśmiechem. Szef także się roześmiał.

background image

–  Próbowałem   tej   oranżadki   rozbełtanej   ze   spirytusem.   Nawet   nie   leżała   koło

szampana.

– A „Mołdawskoje Szampanskoje"? – zaciekawił się Michaił.

– Nie zgrywaj się – poprosiłem. – Przecież mieszkasz na Zachodzie i dobrze wiesz,

jak smakuje szampan.

–  Jak znajdziemy to czego szukamy, znajdzie się i butelka prawdziwego szampana

prosto z Szampanii – zapewnił.

Przed nami ukazała się tablica. Była całkiem zardzewiała. Gość na jej widok wyraźnie

się ożywił.

– Zwolnij troszkę, Pawle – poprosił. – I wypatruj przecinki po lewej stronie.

Przyhamowałem   leciutko.   Minęła   nas   ciężarówka   wioząca   węgiel.   Jechała   z   taką

szybkością,  że gubiła bryły. Niebawem wypatrzyłem przecinkę. Zjechałem w nią. Dał mi

znak,   żebym   zatrzymał   samochód.   Zatrzymałem.   Wysiadł   rozwijając   jakieś   dziwne

prostokątne szmatki. Przez chwilę majstrował coś przy kołach.

– Pół metra do przodu – polecił.

Podjechałem odrobinkę. Znowu coś pomajstrował.

– Gotowe – powiedział.

Wyjrzałem. Koła zostały zręcznie zawinięte w brezent.

– Nie możemy zostawiać zbyt dużo śladów – powiedział poważnie. – A teraz naprzód.

Jesteśmy już blisko.

– Sądziłem, że pojedziemy do Tobolska – powiedział pan Tomasz. – A tymczasem...

– Nie możemy wjechać do miasta takim wozem. Mielibyśmy FSB na karku w ciągu

dziesięciu minut.

– FSB? – zdziwił się szef.

–  Dawne   KGB.   Obecnie   Służba   Bezpieczeństwa   Federacji   Rosyjskiej.   Wysoce

cywilizowana   organizacja   rządowa,   posiadająca   cywilne   kierownictwo,   nie   łamiąca   praw

człowieka, no, chyba że zajdzie uzasadniona potrzeba – uśmiechnął się kwaśno.

Przejechaliśmy przecinką około dwu kilometrów. Zatrzymała nas solidna metalowa

brama. W obie strony ciągnął się podwójny płot z drutu kolczastego.

– To jest kamieniołom, w którym będziemy pracować? – zainteresował się szef.

–  To   ośrodek   szkolenia   psów   –   Michaił   wskazał   stosowną   tablicę.   –   Podmiejska

siedziba KGB. Szkolili tu różne ciapki do wyłapywania takich szpiegów jak my.

– Chwileczkę – zdziwiłem się. – Mamy tu zamieszkać?

background image

–  To   będzie  nasza   baza   wypadowa  i   magazyn  sprzętu  –   wyjaśnił  Michaił.  –   Nie

patrzcie tak. Od dobrych dziesięciu lat nie postała tu noga czekisty. Tablicę odmalowałem

tylko po to, żeby nikt nie zakłócał nam spokoju. Tutejsi ludzie mają zakodowane, że kiedy na

płocie wisi tablica KGB, to nawet jeśli w płocie zieje dziura, nie należy jej zauważać.

Otworzył wymyślną kłódkę i odsunął skrzydło. Wjechałem Rosynantem do środka.

Zamknął za nami. Przejechaliśmy jeszcze ze sto metrów i zatrzymaliśmy się przed okazałym

budynkiem wymurowanym z czerwonej cegły. Michaił otworzył stalowe wrota i wprowadził

pojazd do środka. Zapaliłem reflektory, bo wewnątrz było ciemno, że oko wykol. Michaił

zatrzasnął   bramę   za   nami.   Z   bagażnika   wyjął   agregat   prądotwórczy.  Po   kilku   minutach

uruchomił go, a po następnych kilku podłączył do niego kabel i wewnątrz hali zapaliło się

jasne światło. Rurę wydechową wytknął za okno. Wysiedliśmy.

– Oto nasza baza – powiedział. – Jak wam się podoba?

– Ślicznie tu – szef obrzucił nieufnym spojrzeniem zwalone na stos metalowe klatki i

worki skamieniałego cementu. – Ciekawe, co za młot zamurował wszystkie okna?

– To ja – wyjaśnił Michaił. – Tablice tablicami, ale lepiej, żeby nas tu nie wyśledzili.

Z hali można było przejść do trzech niedużych pomieszczeń. Wstawiono tu składane

łóżka i szafki nocne. W ściany wbito gwoździe, służące zapewne do wieszania ubrań.

– Wybierzcie sobie pokoje – zachęcił. Wybraliśmy bez przekonania.

– A teraz zapraszam na zwiedzanie miasta.

Wdrapaliśmy się po metalowej drabince w górę. Nad halą znajdował się niski strych

zawalony stosami przegryzionych przez korniki deseczek.

–  Przed rewolucją była tu fabryka gontów – wyjaśnił Michaił. – Jak widać, jeszcze

leżą.

– Przecież przez osiemdziesiąt lat spaliliby je w piecach. Musieli czymś ogrzewać w

zimie to chałupiszcze.

– Gonty są nasączone bitumitem – wyjaśnił nasz towarzysz. – Próbowałem. Palą się

jak złoto, ale cuchną smołą tak, że się robi niedobrze. Mieli wokoło las, a co za problem

ściągnąć paru więźniów do cięcia drewna.

Ze strychu weszliśmy po drabince do murowanej wieżyczki strażniczej górującej nad

całym kompleksem treserni. Rozejrzałem się. Wokoło ciągnął się jodłowy las. Był gęsty i

mroczny. Bił z niego kręcący w nosie zapach. Drzewa puszczały olejki eteryczne.

–  Tajga – powiedział Michaił z szacunkiem w głosie. – Tajga. Matka żywicielka...

Ojczyzna. Mój pradziadek przeżył w tych lasach pięć lat ukrywając się przed bolszewikami.

Las go żywił i pozwalał się ukryć.

background image

Westchnął. Pierwsze z milionów mieszkających wokoło komarów dowiedziały się o

nas i przyleciały złożyć nam kurtuazyjną wizytę. Odparliśmy ich pierwszy atak z niewielkimi

stratami własnymi.

– Tak wygląda miasto – powiedział Michaił.

Odwróciliśmy się. Po tej stronie rosło niewiele drzew. Za nimi widać było szeroko

rozlaną połać wodną. Fabryczka stała na wysokim urwistym brzegu rzeki.

–  Zlewnia Irtyszu i Tobołu – wyjaśnił Michaił. – Prawie dwa kilometry szerokości.

Tam jest most.

Szosa, którą przyjechaliśmy prowadziła do miasta leżącego po drugiej stronie rzeki.

Most wyglądał na mocno sfatygowany. Beton pociemniał, a nawet z tej odległości widać było

pęknięcia.

– Oprowadź nas – poprosił Pan Samochodzik.

–  To spore wzgórze  to tobolski kreml. Kopuły to Cerkiew Zwiastowania, jedna z

najstarszych budowli w mieście. Wzniesiono ją  w XVII wieku, obecnie jest restaurowana.

Znajduje się w niej dzwon z Uglicza odlany w XVI wieku. Został tu zesłany.

– Dzwon? – zdumiałem się.

–  Tak. Ośmielił się uderzyć na trwogę, gdy siepacze Borysa Godunowa mordowali

carewicza. Zesłano go za karę na Syberię i wisi tu po dziś dzień. Mury należały do twierdzy.

Ponadto na wzgórzu znajduje się siedziba FSB, archiwa pozostałe po KGB oraz areszt śledczy

w starym klasztorze. U stóp wzgórza nieduży budynek z czerwonej cegły.

– Widzimy – potwierdziłem.

– To kościół katolicki, wzniesiony w początkach wieku przez polskich zesłańców.

– Chyba jest w bardzo kiepskim stanie – zauważyłem.

–  Niestety.   Od   lat   trzydziestych,   kiedy   to   komuniści   zamordowali   proboszcza   i

aresztowali większość osiadłych Polaków, mieściła się w nim kotłownia. Ale mam dla was

dobrą nowinę. Polska firma „Realbud", która buduje tu kombinat petrochemiczny, przystąpiła

do jego odbudowy.

Kombinat   petrochemiczny   znajdował   się   na   północ   od   miasta.   Między   gałęziami

prześwitywał  krajobraz  jak  żywcem przeniesiony  z   „Gwiezdnych  wojen".  Planeta   śmieci.

Szare   betonowe   budowle   niewiadomego   przeznaczenia,   ciągnące   się   kilometrami   rury,

dziesiątki kominów, z których każdy pluł w niebo dymem innego koloru.

–  Tamten rząd wysokich domów wyznacza przebieg głównej ulicy. Niegdyś Stalina,

potem Lenina, a jak się nazywa teraz, nie mam pojęcia. Był koło niej teatr, ale zawalił się parę

lat   temu.   Z   ciekawszych  rzeczy  jest   tam   sklep   spożywczy,  otwarta   niedawno   ormiańska

background image

cukiernia i zapluskwiony hotel, odnawiany po raz ostatni jeszcze przed rewolucją... Te dźwigi

to   przystań   towarowa,   przystań   pasażerska   to   te   baraczki   koło   pomostu.   Opuszczona   od

dłuższego czasu...

– Wygląda to bardzo ponuro – mruknąłem. Wzruszył ramionami.

–  To   miasto   pełne   uroku.   Zachowało  się   wiele   przedrewolucyjnych  domów.   Tyle

tylko, że należałoby to wszystko nieco odnowić.

– A co to za ponure gmaszysko oblatujące z tynku? – zaciekawiłem się.

– Carskie więzienie. Jeszcze niedawno było użytkowane, ale obecnie jest opuszczone.

Przypuszczalnie wkrótce się zawali. Osiadają fundamenty. Szkoda, bo to też zabytek dla was

interesujący. Siedziało w nim wielu Polaków.

–  To prawda – potwierdził pan Tomasz.  – Tobolsk był jednym z najważniejszych

punktów etapowych. A gdzie jest dom gubernatora?

– Dom gubernatora, nazywany podczas rewolucji domem wolności, jest przy głównej

ulicy. O ile się nie mylę, to ten z zielonym dachem.

– Tam więzili cara? – spytałem. Potwierdził.

– No to chyba od tego zaczniemy – powiedział szef. – Ale na razie coś bym zjadł. I

oczywiście umyłbym się po podróży.

–  Jest tu wygodne zejście do rzeki – powiedział Michaił. – Odkręciłem krany, ale

jeszcze przez parę godzin woda będzie mocno brązowa. Stoi w rurach od kilku lat.

Zeszliśmy   na   parter.   Przez   nieduże   stalowe   drzwiczki   wyszliśmy   z   budynku   i

poszliśmy   się   umyć.   Michaił   obiecał   w   tym   czasie   upitrasić   jakąś   kolację.   Nad   wodę

zeszliśmy   wymytym   przez   deszcze   wąwozem.   W   dno   ktoś   kiedyś   powbijał   mocno

nasmołowane pale. Rozebraliśmy się do kąpielówek i weszliśmy ostrożnie do wody. Była

lodowato zimna. Cóż, październik, choć słoneczko mile jeszcze przygrzewało. Popłynąłem

kawałek i zawróciłem do brzegu. Prąd odrobinę mnie znosił. Pośrodku rzeki musiał być z

pewnością bardzo silny. Wytarliśmy się. Szef zapalił papierosa. Usiedliśmy na grubej belce

leżącej na łasze żółtego piasku rzecznego. Obserwowaliśmy żurawie lecące nisko nad wodą.

– Syberia – powiedział pan Tomasz. – Kraj nieskończonych możliwości. Lasy pełne

zwierzyny, grzybów i jagód. Na południu gleba tak żyzna, że wystarczy w nią wetknąć kij,

aby zamienił się w drzewo. Złoto w strumieniach. A w głębi ziemi cała tablica Mendelejewa.

– Paskudny klimat.
–  Nie gorszy niż w Kanadzie. Ta kraina to potencjalnie najbogatsze miejsce na kuli

ziemskiej.   Złoża   gazu   ziemnego,   który   wystarczyłby   całej   ludzkości   do   dwa   tysiące

background image

pięćsetnego roku. Ropa naftowa, ech. Wiesz, ile czasu przetrwałaby ludzkość, gdyby miała do

picia tylko wodę z Bajkału?

– Nie mam pojęcia. Dwa lata?

– Czterdzieści. Osiem miliardów ludzi przez czterdzieści lat.

– Widzę, że podobnie jak Michaił staje się pan miłośnikiem tej ziemi? – zauważyłem.

Wzruszył ramionami.

– A dlaczegóż by nie? To piękna kraina.

Nadleciały   komary.  Odparliśmy   ten   atak   i   wycofaliśmy  się   do   twierdzy.   Michaił

właśnie kończył robienie obiadu. Zaserwował nam węgierskie leczo podgrzewane w kuchence

mikrofalowej.

–  Dziś już nic nie zdziałamy – powiedział nakładając solidne porcje. – Jutro rano

zabierzemy się do pracy.

Obudziłem   się   w   środku   nocy.   Było   mi   duszno   i   postanowiłem   trochę   się

przewietrzyć. Wdrapałem się po drabince na górę. Michaił siedział na parapecie wieżyczki i w

zadumie patrzył na miasto rozświecone nielicznymi latarniami. W czystym nocnym powietrzu

wydawało się leżeć u naszych stóp.

–  Przypomina   mi   się   obraz   Piotra   Biełowa   „Ręce   nad   miastem"   –   powiedział   w

zadumie.

Mimo że był odwrócony do mnie tyłem zauważył moje nadejście.

– Przykro mi, ale nigdy go nie widziałem – westchnąłem.

– Wyobraź sobie miasto nocą. Patrzysz na nie z góry. Widać siatkę ulic, wyznaczają ją

palące   się   latarnie.   Ponad   tym   dwie   dłonie   osłaniające   małą   lampkę   nocną   z   zielonym

abażurem. Przyślę ci do Warszawy album z reprodukcjami.

W milczeniu patrzyliśmy na miasto. Rzeką przepłynął sznur barek ciągniętych przez

holownik.   Las   pachniał   ostro.   Wciągnąłem   głęboki   haust   powietrza.   Uniosłem   głowę   i

zobaczyłem morze gwiazd. Konstelacje były trochę inne niż w Polsce. Mały świecący punkcik

przesunął się przez widnokrąg.

– Stacja orbitalna „Mir" – powiedział Michaił. – Czasami lubię ją sobie odnaleźć na

niebie.

– A nie boisz się, że spadnie nam na głowę? – zagadnąłem.

–  Wy,  Polacy,  zawsze   wszystko   wiecie   najlepiej.   Skąd   ta   pogarda  dla   rosyjskich

osiągnięć?

– Ta stacja to wrak. Wszystko się w niej sypie. Niedługo rozleci się do końca...

Uśmiechnął się z politowaniem.

background image

–  Stacja  „Mir" to  najdoskonalszy  pojazd  kosmiczny stworzony  przez  człowieka  –

powiedział.

– Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym twierdzeniem.

– Dobrze. Wiesz, ile lat ta stacja już tam jest?

– Nie wiem. Zaraz, miałem chyba dziesięć lat, jak ją wystrzelili. Piętnaście lat? Coś

koło tego.

–  Wiesz,   ile   czasu   leciało   w   kosmosie   amerykańskie   laboratorium   kosmiczne

„Skaylab"?

– Ta misja była nieudana.

– No właśnie. Po osiemnastu godzinach zaczęło puszczać tlen jak dziurawe wiadro. Po

następnych   kilkunastu   nastąpiła   dekompresja   wybuchowa.   I   co   zostało?   Garść   żużlu.

Tymczasem „Mir" wisi tam...

– Ale przecież wasza też puszcza tlen, wysiadają komputery, elektronika...

– „Mir" ma komputery lampowe. A co do reszty... Wyobraź sobie, że twój samochód

jedzie   nieustannie   przez   piętnaście   lat.   Cały  czas   jest   narażony  na   czynniki  zewnętrzne.

Wyobraź sobie, że ani na chwilę nie wyłączyłeś silnika.

– To niemożliwe. Po kilkuset godzinach blok silnika i tłoki nie wytrzymają...

– Więc popatrz tam – stacja znikała już nisko nad horyzontem. – A zobaczysz pojazd,

który pracuje od piętnastu lat. Z niewielkimi awariami. W dodatku awarie trzeba usuwać w

biegu, nie można stacji zatrzymać, aby coś poprawić. W samochodzie wystarczy zjechać na

pobocze, by spokojnie dłubać pod maską. Poza tym jest jeszcze coś. Stację planowano tak,

żeby  wytrzymała maksymalnie pięć,   może   siedem   lat.   Ma  dwukrotnie przekroczony  czas

eksploatacji. A mimo to nadal pracuje. Chodźmy spać.

–  Powiedz mi jeszcze jedno – poprosiłem. – Czy to prawda, że twój dziadek i Jurij

Gagarin...

W oczach Michaiła zabłysły figlarne iskierki.

– W każdym razie pierwszy radziecki kosmonauta nie przyznał się – powiedział.

– A twój dziadek? Gość pokręcił głową.

–  Mój dziadek zaprosił po prostu na kolację człowieka, którego uważał za godnego

takiego zaproszenia. Chodźmy spać.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

ŚWIT NA RZECE • DOM GUBERNATORA • GDZIE   CAR MÓGŁ UKRYĆ

KLEJNOTY • POLSKI KOŚCIÓŁ • BÓJKA

Świat o świcie był bardzo wilgotny. Nad wodą unosiła się mgła, nie była jednak na

tyle   gęsta,   aby  całkowicie   uniemożliwić   określenie   kierunku.   Błękitna   kopuła   cerkiewna

stanowiła   doskonały   punkt   orientacyjny.  Nieduża   płaskodenna   łódka   pruła   fale   Tobołu.

Michaił wiosłował mocnymi ruchami ramion. Pod cienką koszulą widziałem napinające się

mięśnie.

– Zmęczysz się – zauważyłem. Pokręcił przecząco głową.

–  Jestem wyćwiczony – powiedział. – Na północy Norwegii pływałem z kuzynem

wśród szkierów.

Nie chwalił się, po prostu nam to zakomunikował. Mimo że wiosłował od dobrych

kilkunastu minut, nawet się nie zadyszał. W wodzie plusnęła ryba.

–  Dziwne,   że   są   tu   ryby   –   zauważył   pan   Tomasz.   –   Koło   takiego   zakładu

petrochemicznego życie biologiczne... Michaił uśmiechnął się.

–  Wczoraj nie docenialiście moich rodaków, dziś  nie doceniacie swoich. Jesteście

dziwnym narodem.

– Nie widzę związku – zauważyłem.

–  Och,   to   proste.   Petrochemię   przebudowywuje   polska   firma.   Wykonane   przez

waszych   zbiorniki   na   ropę   i   inne   paskudztwa   są   naprawdę   szczelne.   Nowoczesna   linia

technologiczna zmniejsza ilość odpadów. Poza tym jesteśmy w górze rzeki. Za petrochemią

sytuacja nie wygląda tak różowo. Ale i na to przyjdzie czas.

Oddalaliśmy się   od  porośniętego  lasem   wysokiego  brzegu.  Niebawem  przed  nami

zamajaczyły rozsypujące się ze starości budynki dawnej przystani.

–  Tak   to   już   bywa   –   powiedział   Michaił   obrzucając   ponurym   wzrokiem   rzędy

poprzekrzywianych drewnianych bud i rozmyty brzeg. – Zanim do Tobolska dotarła kolej, to

miejsce   tętniło   życiem.   Wyładowywano   tu   tony   towarów,   wysiadali   na   ląd   podróżni   i

zesłańcy...

Dobiliśmy do brzegu. Michaił przypiął łódkę łańcuchem do poczerniałego ze starości

drewnianego   pala   wbitego   w   nabrzeże.   Minęliśmy   dziesiątki   nikomu   już   niepotrzebnych

magazynów   i   wyszliśmy   niemal   na   główną   ulice.   Miasto   wyglądało   typowo.   Krzywo

położone chodniki, dziury w jezdni, które stanowiłyby przeszkodę nawet dla Rosynanta, puste

background image

wystawy sklepowe. Ludzie snuli się bez celu. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Widocznie nie

wyglądaliśmy na cudzoziemców.

Po   dalszych   kilku   minutach   siedliśmy   na   obłażącej   z   farby  drewnianej   ławce   na

niewielkim zaśmieconym niedopałkami i kapslami skwerku. Przed nami znajdował się spory

piętrowy   budynek,   pierwotnie   chyba   biały,   obecnie   tynki   jego   nabrały   wyjątkowo

odstręczającej barwy. Od dachu ciągnęły się paskudne zacieki.

– Tak to wygląda obecnie – powiedział Michaił. – A tak wyglądało wtedy – wyjął z

kieszeni odbitkę fotograficzną.

Fotografia przedstawiała cara piłującego drewno, konkretnie grubą belkę opartą na

koźle. Za nim widać było bryłę budynku.

– To dom gubernatora, zwany także jak na ironię domem wolności. W miejscu gdzie

teraz siedzimy stał dom Korniłowa.

Gestem objął ławeczkę i ciągnące się wokoło wądoły, z których można było domyślać

się resztek murów i piwnic, przysypanych obecnie ziemią.

– Kwaterowała tu większość carskiej służby – wyjaśnił. – Niektórzy jednak zatrzymali

się u rodzin w mieście. Szef rozejrzał się po okolicy.

– Być może gdzieś pod którymś z tych budynków znajduje się to, czego szukamy –

powiedział w zadumie. – Klejnoty mogą też być zamurowane w którejś ze ścian albo ukryte

pomiędzy wiązaniami dachu.

–  Od   czego   zaczniemy   poszukiwania?   –   zapytał   Michaił.   W   oczach   Pana

Samochodzika dostrzegłem pustkę i bezradność. Nie wiedział. Po chwili jednak opanował

przygnębienie.

– Myślę, że nie ma sensu badanie tego budynku – gestem wskazał dom gubernatora. –

Sądzę, że pierwszą rzeczą, którą zrobili agenci CzK po otrzymaniu wiadomości, że czegoś

brakuje, było przekopanie piwnic, rozprucie ścian i stropów, wykucie dziur w ścianach no-

śnych, rozebranie pieców, rozbicie kominków... Nasz towarzysz kiwnął poważnie głową.

– Podobny los spotkał dom Korniłowa – powiedział. – Tylko tu poszli o krok dalej i

rozebrali go od piwnic po dach. Oczywiście można by połazić tu z wykrywaczem metali, pod

warunkiem przestawienia go na wykrywanie wyłącznie metali kolorowych i szlachetnych, ale

to chyba nie ma sensu. W takim razie co nam pozostaje?

Tym razem ja wpadłem na dobry pomysł.

– Strategia w walce jest bardzo prosta. Należy postawić się na miejscu przeciwnika,

wejść w jego sposób rozumowania, następnie odgadnąć, czego się po nas spodziewa i zrobić

background image

dokładnie odwrotnie. Musimy postawić się na miejscu cara. Gdzie mógł ukryć precjoza? W

jaki sposób zabezpieczył się przed ich odkryciem przez niepowołane osoby?

– Czy car miał swobodę poruszania się po mieście? – zapytał pan Tomasz.

–  W pierwszym okresie po zesłaniu tak. Odbyto nawet wycieczkę za miasto. Taki

piknik nad brzegiem rzeki. Usiłowałem wyliczyć, gdzie zatrzymali się na popas. Wypada mi z

grubsza   miejsce   obecnej   petrochemii.   Później   rygory  znacznie   zaostrzono.   W   końcowym

okresie pobytu w mieście car chodził niemal wyłącznie do cerkwi i to pod eskortą.

–  Popełniłeś błąd logiczny – powiedział Pan Samochodzik poważnie. – Jeśli caryca

miała Rubinową Tiarę podczas Bożego Narodzenia, nie mogła jej ukryć podczas pikniku na

jesieni. A po Nowym Roku rygor był już chyba zaostrzony?

– Słusznie – Michaił przygryzł wargi.

– Car chodził więc do cerkwi. Do której? – zainteresował się szef.

Nasz przyjaciel wyjął z kieszeni kolejną odbitkę przedstawiającą widok głównej ulicy.

Podał nam, żebyśmy mogli porównać. W perspektywie brakowało charakterystycznej sylwetki

i górujących nad okolicą kopuł.

–  Do   tej   –   wyjaśnił.   –   Sobór   Paraskewy   Piatnicy.   Wysadzono   go   w   latach

trzydziestych.   Na  tych fundamentach   wzniesiono  gmach   rejonowego  komitetu   partii.  Być

może w fundamentach...

–  Nie sądzę – przerwałem. – Komuniści nie przegapiliby takiej gratki jak grobowce

miejskich notabli pogrzebanych pod posad ką. Musieli dokładnie zbadać podwaliny...

Pan Samochodzik zastanawiał się nad czymś głęboko.

– Car opuścił Tobolsk na przełomie maja i czerwca? – zapytał.

– Zgadza się – potwierdził Michaił.
–  Mamy pięć miesięcy. Wejdźmy w położenie cara. W tym okresie wychodzenie z

domu   było   bardzo   utrudnione.   Ukrycie   czegokolwiek   podczas   piłowania   drewna   było

właściwie   niemożliwe.   Po   pierwsze,   ziemia   była   bardzo   zmarznięta,   po   drugie,   car   był

zapewne pilnowany podczas pracy.

–  Był   pilnowany   nieomal   przez   cały   czas.   W   dodatku   istnieje   przypuszczenie

wysunięte   przez   naszego   historyka   Edwarda   Radzińskiego,   że   przed   przekazaniem   cara

komitetowi jekaterynburskiemu obserwował go szpieg wysłany przez komitet.

–  Dobrze. Wyobraźmy sobie, że musimy coś ukryć. Przecież szabla paradna to nie

szpilka. Z domu wynieść tego nie możemy, a jeśli już wyniesiemy, nie zdołamy tego zakopać

w ziemi. Aha, widziałem w jakieś książce fotografię cara z rodziną na dachu oranżerii?

– Oranżeria znajdowała się na tyłach domu gubernatora – wyjaśnił Michaił.

background image

–  Car mógł zakopać klejnoty w oranżerii. Nie zrobił tego jednak – powiedział pan

Tomasz.

– Dlaczego nie? – zapytaliśmy jednocześnie.

–  Och, to bardzo proste. Rosyjskie oranżerie miały niemal bez wyjątku ogrzewanie

podłogowe. Pod zagonikami biegły rury, którymi tłoczono gorącą wodę. Warstwa ziemi była

cienka i po kilku latach, gdy uległa wyjałowieniu, usuwano ją i zastępowano nową. Dlatego

też skrytka w zagoniku nie wchodzi w rachubę.

– W takim razie car musiał ukryć swoje precjoza gdzieś poza domem – zauważyłem. –

Skoro nie mógł tego dokonać sam, musiał posłużyć się kimś ze służby.

Michaił skinął poważnie głową.

– Taki też jest mój pomysł.

– Odpadają ci, którzy mieszkali tutaj – but Pana Samochodzika uderzył o glebę. – Jeśli

niektórzy z nich ukryli jakieś przedmioty w tym budynku... Raczej trzeba będzie zająć się

tymi, którzy mieszkali u krewnych w mieście.

–  Nie, niekoniecznie – zaprotestowałem. – Ci, którzy mieszkali w domu Korniłowa

zapewne mogli ukryć skarby gdzieś dalej. Na przykład u znajomych...

– Błędne koło – westchnął Michaił. – Teraz rozumiecie, dlaczego musiałem wynająć

was. Sam nie dałbym rady wymyślić wszystkich możliwości. 

Wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę kremla. Pan Tomasz szedł zamyślony.

–  Czy   masz   listę   wszystkich   dworzan   cara,   dzielących   z   nim   trudy  wygnania  w

Tobolsku? – zapytał.

– Mam taką listę, ale jest dość niekompletna – zastrzegł się Michaił.

–  Car  nie  przekazałby  byle komu  takich  klejnotów  –  zaprotestowałem.  –  Zamiast

sprawdzać   wszystkich,   wytypujmy   trzy   grupy   podejrzanych.   Do   pierwszej   zaliczymy

najwierniejszych, do drugiej pozostałych, z wyłączeniem trzeciej grupy: ludzi, którzy stali

zbyt nisko w hierarchii dworu, by można było pokładać w nich zaufanie.

Michaił popatrzył na mnie z zainteresowaniem.

–  To  chyba dobry  pomysł.  Więc na razie  wracamy  do bazy? Pan  Tomasz  kiwnął

głową.

– Nic tu po nas. Gdy wytypujemy dokładnie ludzi i chociaż w przybliżeniu określimy

miejsce ukrycia, będziemy mogli wziąć w ręce łomy, dynamit czy co tam będzie potrzebne.

Szliśmy ulicą. Było przyjemnie ciepło. Minął nas samochód, przedłużany rządowy

ZIŁ. Wyminąwszy nas zwolnił  na chwilę;   poczułem   leciutki   chłód.  Jak gdyby zza  szyby

patrzyły na nas czyjeś bystre oczy. Zaraz jednak przyśpieszył i zniknął w perspektywie ulicy.

background image

– Ciekawe – zauważył pan Tomasz. – Myślałem, że nomenklatura od dawna już jeździ

zachodnimi limuzynami.

–  Sądząc  po  numerach  rejestracyjnych  to  nie   był  pojazd  członka  rządu   ani  władz

terenowych,  ale   gościa  zagranicznego  o   niższym   statusie   dyplomatycznym  –   odezwał   się

Michaił.

– Co proszę? – zdziwiłem się.

– Och, to proste. Tych maszyn jest kilkadziesiąt, wszystkie mają przyciemnione szyby.

Ponieważ   nie   wiadomo,   kto   nimi   jedzie,   muszą   posiadać   oznakowania   ułatwiające

identyfikację. Numery zaczynające się od szóstki oznaczają ludzi nietykalnych: pierwszych

sekretarzy, sekretarzy generalnych, generałów FSB. Te, które zaczynają się od siódemki wożą

zachodnich   dyplomatów.  Jeśli   po   siódemce  występuje  dwójka,   to   dyplomata   jest   z   kraju

zaprzyjaźnionego. Numery zaczynające się ósemką oznaczają ważnych gości zagranicznych.

– On miał chyba 8024 – zauważyłem.

–  Gość zagraniczny pochodzący z jednego z krajów NATO w stopniu eksperta lub

doradcy naszych władz – przetłumaczył ten swoisty kod.

– Skąd ty to wszystko wiesz? – zaciekawił się pan Tomasz. Michaił błysnął zębami w

uśmiechu.

– Miałem trudne dzieciństwo – powiedział.

Zeszliśmy   z   głównej   ulicy   i   stanęliśmy   przed   mocno   zrujnowanym   kościołem

wymurowanym starannie z czerwonej cegły. Kościół pozbawiony był wieży, dach częściowo

zapadał się. Skarpa kremlowskiego wzgórza spełzając oparła się o niego od północy. Teren

kościoła otaczał płot. Ktoś zgromadził sporą ilość materiałów budowlanych.

– Wasi zbudowali, wasi odbudują – powiedział Michaił. – Firma „Realbud" budująca

petrochemię. Przeprowadzili już wstępne rozeznanie architektoniczne. Polscy robotnicy mają

tu pracować społecznie w chwilach wolnych od pracy. Trwają jeszcze ciągle przepychanki z

urzędnikami. Cerkiew już się zgodziła.

Ominęliśmy   zrujnowaną   świątynię.   Zeszliśmy   błotnistą   uliczką   w   stronę   rzeki.

Mijaliśmy   właśnie   sporą   zrujnowaną   budę,   gdy   nieoczekiwanie   wyszło   zza   niej   trzech

osiłków. Odwróciłem się i spostrzegłem, że dwaj inni odcinają nam drogę z tyłu.

–  Forsa   –   zażądał  najbardziej   barczysty.   Po   twarzy   Michaiła   przebiegł   dziwny

uśmiech.

– A to dlaczego? – zagadnął.

– Jesteście tu obcy – wyjaśnił osiłek.

background image

– Jestem potomkiem Melchowów Tiumeńskich. Jestem na mojej ziemi. A wy jesteście

przybłędami – rzucił wyzywająco.

– Sam tego chciałeś – osiłek skoczył na niego.

To trwało kilka sekund. Michaił wyrzucił do przodu rękę. Złapał tamtego za koszulę

na piersi. Wykonał półobrót   wbijając mu jednocześnie  palce drugiej  ręki  w oczy. Młody

gangster wyszarpnął z kieszeni sprężynowiec. Michaił puścił go i kopnął z całej siły w dłoń.

Nóż ze świstem przeciął powietrze i utkwił w ścianie. Wróg poderwał się  i wziął potężny

zamach. Nasz przyjaciel złapał go za rękę, wykręcił ją bez najmniejszego wysiłku jakimś

chwytem ze szkoły aikido i powalił byczka na kolana. Złapał go za pasek od spodni i kołnierz

kurtki, po czym zakręcił się wokoło własnej osi. Nim wróg się zorientował, poleciał głową

prosto w latarnię. Przydzwonił czachą, aż zadźwięczało. Leżał na ziemi, a z rozbitej twarzy

ciekła mu krew. Wyglądał na nieżywego. Obejrzałem się dyskretnie. Ci dwaj, którzy stali za

nami, cofnęli się. Michaił podszedł do leżącego. Bandzior usiłował wstać. Nasz towarzysz

kopnął go leniwie w bark obalając ponownie na ziemię. Rozpiął kurtkę i wyjął z kabury

rewolwer. Wycelował w głowę tamtego. W oczach powalonego odmalowało się zwierzęce

przerażenie.

– Daruj, bratok – jęknął.

– Czy wiesz – tu wstawił niecenzuralne rosyjskie słowo – jak blisko byłeś od śmierci?

Teraz jesteś nikim. Powaliłem cię gołymi rękami. Wynoś się z miasta, zanim twoi kumple cię

zabiją.

Wróg oddalił się chyłkiem. Mocno kulał, a z rozbitej głowy ciekła mu krew. Pozostali

dawno zniknęli. Ruszyliśmy w stronę portu, pozostawiając zhańbionego własnemu losowi.

–  Oryginalne   zwyczaje   –   zauważył   Pan   Samochodzik.   W   jego   głosie   słyszałem

wyraźną naganę. Czyn naszego towarzysza musiał nim poważnie wstrząsnąć.

– Wypadł z obiegu – powiedział Michaił. – Już nikt w tym mieście nie poda mu ręki.

To chyba lepsze wyjście niż go zastrzelić.

–  Gdzie   nauczyłeś   się   walki   w   stylu   kombat?   –   zapytałem.   –   Przecież   nie   w

osiedlowym klubie? Za młody jesteś, żeby mieć za sobą praktykę w oddziałach specjalnych.

– Jak już wspomniałem, miałem trudne dzieciństwo – uśmiechnął się dziwnie.

Niebawem wsiedliśmy do łódki i popłynęliśmy na drugą stronę Tobołu. Trochę nas

znosił prąd, ale Michaił nie poddał się rzece. Wiosłował twardym miarowym ruchem. Był

spokojny. Wreszcie dobiliśmy do brzegu. Wyciągnął łódkę na brzeg i powlókł ją do starego

hangaru, a my ruszyliśmy ścieżką do bazy.

– Niezły wariat – zauważyłem.

background image

–  To nie jest obłęd, to po prostu rosyjski typ myślenia – mruknął pan Tomasz. –

Każdego, kto stanie na drodze, należy natychmiast zmieszać z błotem lub unicestwić. Potem

spokojnie się o tym zapomina. Widziałeś jak się ucieszył, gdy zastąpili nam drogę?

– Tak.

–  Prawdopodobnie   denerwuje   się   tymi  poszukiwaniami   znacznie   bardziej   niż   my.

Musiał poszukać jakichś metod rozładowania napięcia. Dlatego dziś rano wzięliśmy łódkę,

zamiast przejść przez most. Myślał, że wysiłek fizyczny przyniesie mu spokój. Ale to się nie

udało,   więc   wykorzystał  pierwszą   okazję.   Wielu   Rosjan   działa   właśnie   tak.   Wyładować

wściekłość i zapomnieć o problemie. Szkoda kumpla, ale zdradził i teraz trzeba go zastrzelić.

Taki sposób myślenia.

– Nie posunęliśmy się specjalnie – powiedziałem. –A tymczasem straciliśmy pół dnia i

zrobiliśmy sobie w tym mieście przynajmniej jednego śmiertelnego wroga...

Tajga szumiała, jak gdyby zgadzała się z naszym punktem widzenia.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

LAS PEŁEN GRZYBÓW • TYPUJEMY PODEJRZANYCH • MOŁDAWSKI

PASZPORT IN BLANCO • PAN TOMASZ JAKO PROFESOR Z KISZYNIOWA •

ARCHIWUM MIEJSKIE • POLACY

W TOBOLSKU

Po obiedzie pan Tomasz z Michaiłem siedli do komputera. Czytali jakieś dokumenty i

kłócili się. Poszedłem do lasu. Nigdy nie byłem specjalnie dobry w zbieraniu grzybów. Do

tego zajęcia trzeba mieć specjalne predyspozycje. Tu jednak grzyby po prostu rosły. Maślaki

pstre, zupełnie takie same jak w Polsce. Zbierałem je przez dłuższą chwilę na kupkę, potem

wróciłem   do   bazy   po   siatkę.   Napełniłem   ją   w   kilka   minut.   Poszedłem   po   plastykowe

wiaderko. Grzyby były wszędzie. Nazbierałem ich cztery wiadra, a potem siadłem na polance

i zręcznie obrałem. W samochodzie  miałem motek żyłki. Nawlekałem kawałki grzybów i

tworzyłem  z   nich   wianki.   Rozciągnąłem   je   na   ceglanej,   nagrzanej  słońcem   ścianie.   Nim

skończyłem tę miłą robotę zapadł już zmrok. Wróciłem do bazy. Jeden sznurek przyniosłem

ze sobą.

– I jak poszukiwania archiwalne? – zagadnąłem.

– Wytypowaliśmy głównych podejrzanych – rzekł poważnie Michaił.

Na widok grzybów jego brwi uniosły się z uznaniem. Wyjął mi sznurek z ręki. Na

kuchence gazowej postawił garnek. Nalał do niego oleju, na palec. Z samochodu przyniósł

butelkę piwa. Wsypał grzyby na olej i dolał piwa.

– A to ci danie! – zdumiał się pan Tomasz.

–  Tak więc – nasz towarzysz zamieszał w grzybach łyżką – najbardziej podejrzani

będą obaj  lekarze: Derewienko  i Botkin. Trochę komplikuje  sprawę, że mieli  rodziny.  O

rodzinie Derewienki niewiele wiem; jego syn Kola bawił się z carewiczem, korespondowali

potem ze sobą. Był zbyt młody, by mogli mu powierzyć tak ważne zadanie. Rodzina Botkina

zdołała   szczęśliwie   ujść   przed   bolszewikami.   Następny  na   liście   to   kucharz   Charitonow.

Więcej wiem o kuchciku Siedniewie. Bawił się czasem z carewiczem. Chyba ich obu możemy

wyłączyć.

Pan Tomasz wciągnął w płuca haust powietrza.

–  Kucharz i jego pomocnik często wychodzili do miasta po zakupy – powiedział. –

Skoro car spieniężał po cichu niektóre klejnoty, żeby zdobyć środki na utrzymanie rodziny i

dworu, mogli być pośrednikami.

background image

–  Pośrednikami w zakupie żywności. Ale ludziom, którzy mają kontakty z czarnym

rynkiem nie powierza się ukrycia klejnotów. Zwłaszcza jeśli je wcześniej sprzedawali. Nie

mam do nich żadnych zastrzeżeń, byli to ludzie zapewne uczciwi i odważni, skoro kuchcik

pozostał przy rodzinie niemal do samego końca, a kucharz Charitonow zginął w piwnicy

domu   Ipatjewa   razem   z   carem,   ale   tak   się   po   prostu   nie   robi.   Skreślamy  –   zdecydował

Michaił.

– Kto jeszcze?

–  Dama   dworu   hrabina   Buxhevden.   Wierna   przyjaciółka   carycy,   ale   koszmarna

plotkara. Udało jej się przeżyć, ale w wydanych po drugiej wojnie światowej pamiętnikach nie

pisnęła słowem o klejnotach. Gdyby wiedziała, nie omieszkałaby się pochwalić.

– Hm, może była zaprzysiężona? – zagadnąłem.

–  Widzisz,  Pawle – odezwał się Michaił – nie powierza się sekretów plotkarzom.

Nawet zaprzysiężonym.

– Skreślamy – Pan Samochodzik energicznie kiwnął głową.

– Służąca Anna Demidowa, osobista pokojówka carycy. Zginęła w Jekaterynburgu. Jej

nie  możemy skreślić.  Generał Tatiszczew i książę  Dołgorukow. Obaj zamordowani przez

bolszewików. Bliscy przyjaciele cara. Wysoce podejrzani.

– Lista powiększa się – mruknąłem.

– Następnie nauczyciele Stanley Gibbes i Pierre Gillard. Przeżyli, ale nie zająknęli się

ani słowem na temat klejnotów. Gillard spisał wspomnienia, a był z rodziną carską prawie do

końca. Napisał o tym, że zaszywano przy nim brylanty w ubrania. Nie wspomniał jednak nic o

pozostałych klejnotach. Albo nie wiedział, albo nie przyznał się – stwierdził Michaił.

– Kto jeszcze został? – spytałem.

– Pozostają dwaj lokaje: staruszek Czemodurow i młodszy Trupp.

– Mam nadzieję, że to już wszyscy? – zaniepokoiłem się. Pokręcił głową.

–  Hrabia   Hendriks,   mistrz   ceremonii.   Opiekował   się   też   klejnotami   koronnymi.

Towarzyszyła  mu   żona.   Kamerdyner  carycy  Wołków,   dama   dworu   Anna   Schneider,   wuj

kuchcika   –   kamerdyner   księżniczek   Siedniew.   Był   jeszcze   marynarz   cesarskiego   jachtu,

Nagorny. Opiekował się carewiczem. Wszyscy byli obecni w Tobolsku.

– Piętnaście osób – mruknąłem. – Sporo.

– W pięć dni możemy sprawdzić, jeśli się pośpieszymy... – zaczął Michaił.

Kiwnąłem głową.

– Roboty będzie od metra – zauważyłem. – No cóż, trzeba się za to brać. Czy jesteście

pewni, że nikogo nie pominęliście?

background image

– Nie jesteśmy pewni i w tym właśnie problem – powiedział Pan Samochodzik. – Co

gorsza, nie mamy księgi lokatorów domu Korniłowa. Nie wiemy też, kto z naszej listy miał

krewnych w mieście. Wydaje się, że tylko stary lokaj.

–  A   skąd   będziemy   wiedzieć,   gdzie   mieszkali   ich   krewni?   –   zapytałem

nieoczekiwanie.

Zamilkli i wpatrywali się we mnie osłupiałym wzrokiem. Michaił zaklął, po czym z

wściekłością   kopnął   pustą   puszkę   po   piwie.   Poleciała   przez   całą   długość   pomieszczenia.

Zdjąłem z ognia garnek i rozlałem jego zawartość do talerzy. Michaił uspokoił się.

– Trzeba dotrzeć do księgi meldunkowej – powiedział Pan Samochodzik spokojnie.

– Sądzi pan, szefie, że mogą ją gdzieś jeszcze przechowywać?

– W Związku Radzieckim przechowywano wszystko, co tylko mogło się przydać. A tu

nie było wojny. Archiwa ocalały, trzeba tylko do nich dotrzeć. Myślę, że księgi meldunkowe

znajdziemy w archiwum miejskim. Któryś z nas będzie musiał się tam wybrać i sprawdzić.

Michaił popatrzył uważnie na pana Tomasza.

– Czy wygląda pan na mołdawskiego historyka? – zapytał.

– Co proszę? – zdziwił się szef.

Michaił   działał   jednak   jak   w   transie.   Z   kontenerka   wydobył   plik   dokumentów.

Kartkował je przez chwilę.

– Mam paszport mołdawski in blanco.

– Sam paszport nie wystarczy – zauważył szef.

– Zjedzmy – powiedział Michaił. – A potem pomyślimy.

Danie było naprawdę niezłe, choć trzeba je było odrobinę dosolić. Po kolacji nasz

przyjaciel   rozłożył   zestaw   fotograficzny  i   sfotografował   szefa.   Przez   dobrą   godzinę   coś

cudował z drukarką i komputerem. Wreszcie wyszedł z pokoju.

–  Proszę – wręczył panu Tomaszowi paszport. – Jest pan teraz Nicolae Frigitescu,

profesor uniwersytetu w Kiszyniowie.

– O, to tam jest uniwersytet? – zdziwił się pan Tomasz.

–  Nie   wiem,   ale   trzeba   zaryzykować.   Tu   jest   pismo   od   rektora   uniwersytetu   w

Kiszyniowie do dyrekcji tobolskiego archiwum miejskiego z prośbą o udostępnienie panu

wszelkich materiałów. To jest list polecający od prezydenta Borysa Jelcyna.

– Rany boskie! – jęknął szef. – Przecież jeśli mnie z tym złapią, to...

– Nikt nie ośmieli się pana złapać. A jeśli jacyś się pojawią, to na widok tego pisma

oślepną i ogłuchną. W razie czego pokaże im pan tę kartkę i każe się odczepić. Gdyby mieli

background image

jakieś   wątpliwości   zażąda   pan   ich   nazwisk   i   numerów   służbowych   celem   wysłania

niedowiarków na Kamczatkę.

– Mam pewną wątpliwość. Co robi w prowincjonalnym radzieckim archiwum profesor

z   Mołdawii?   I   jak   uzasadnić   prośbę   o   okazanie   dokumentów   dotyczących   spraw

meldunkowych z 1918 roku?

Michaił uśmiechnął się.

– Szuka pan Rumunów z Mołdawii, którzy przebywali tu w tym okresie. Pojedziemy

Rosynantem. Trzeba tylko zmienić tablice rejestracyjne.

– A skąd weźmiesz rumuńskie tablice rejestracyjne? – zdumiałem się.

– Nie rumuńskie, tylko mołdawskie. Jak to skąd? Zaraz je zrobię.

Z kontenerka wyjął bryłę masy plastycznej. Rozwałkował ją po stole pustą butelką.

Nożem   przyciął   ów   naleśnik   do   odpowiednich   wymiarów.   Resztę   masy   zagniótł   i   po

rozwałkowaniu wyciął z niej litery i cyfry blaszanymi szablonami. Nakleił to na tablice, a

następnie spryskał jakimś potwornie cuchnącym aerozolem.

– Utwardzacz – wyjaśnił.

Po kilku minutach oderwał obie płytki od stołu. Pomalował je sprayem na biało, a

potem pędzelkiem pociągnął literki na czarno. Obejrzał krytycznie swoje dzieło.

– Ujdzie – zadecydował.

Znalazł nawet mołdawską nalepkę na tylną szybę. Nim zapadła noc wóz był gotowy.

Po wieczornej herbacie Michaił poszedł nad rzekę, a ja i pan Tomasz wdrapaliśmy się na

wieżyczkę. Słońce zachodziło nad lasami.

–  Beznadziejnie mi wygląda ta sprawa – powiedział szef. – Zupełnie beznadziejnie.

Sądzisz, że ci, którzy mieli rodziny w mieście, ukryliby carskie klejnoty u krewnych?

– Nie da się tego wykluczyć – zauważyłem łagodnie.

– A właśnie że da się to wykluczyć – powiedział szef z pasją. – To niemożliwe. Kraj

ogarnięty wojną domową, a tu przychodzi do ciebie kuzyn, którego być może nie widziałeś od

lat, wręcza ci szablę z rękojeścią wysadzaną brylantami i prosi o przechowanie.

–  Ryzyko faktycznie spore. Ale z drugiej strony ludzie wówczas byli inni. Bardziej

honorowi. Myślę, że to możliwe. Poza tym niektórzy mogli liczyć na restaurację dynastii.

Wówczas najwierniejsi z wiernych otrzymaliby sowite wynagrodzenie za swoje trudy.

– Świetnie. A teraz wyjaśnij mi taką rzecz. Car zginął, nastał czerwony terror. Co robi

człowiek mający klejnoty?

–  Wymienia je na chleb. Zgoda. Ja też o tym pomyślałem. Ale gdyby wymienił, to

przecież gdzieś wypłynęłyby.

background image

–  Brylanty  z   korony  można   sprzedawać   po   jednym  całymi  latami.   Złoto   stopić   i

porąbać na kawałeczki. Wreszcie Rubinowa Tiara... Rubiny można pociąć na mniejsze. W ten

sposób wprawdzie sporo się traci, ale zaciera dokładnie historię kamieni. A to może uratować

życie.

Popatrzyłem w zadumie na zapalające się w mieście latarnie. Od rzeki wiało chłodem.

–  Nie   mamy   innych   punktów   zaczepienia   –   zauważyłem.   –   Sądziłem,   że   nasz

przyjaciel znalazł jakieś nowe wskazówki. Tymczasem...

Rzeką płynęła barka. Wiatr zmienił kierunek. Zaczęło lekko cuchnąć oparami jakichś

pochodnych ropy naftowej. Wycofaliśmy się na parter.

Ranek   był   mglisty.   We   wnętrzu   Rosynanta   było   ciepło   i   miło.   Szef   kartkował

podrobione dokumenty.

– Głupio mi – powiedział. – Nie można by tego zrobić jakoś legalnie?

– Panie Tomaszu – powiedział poważnie Michaił. – Niech pan zapomni o uczciwości.

Na chwile, na godzinkę. To jest Azja. Bizancjum. Tu urzędnik jest panem i władcą petenta.

Musi ich pan na dzień dobry ochrzanić. Za najmniejsze opóźnienie grozić konsekwencjami.

Wymachiwać listem Jelcyna i ciskać klątwy po rosyjsku. Proszę nie zapominać, że Mołdawia

przez pięćdziesiąt lat należała do ZSRR.

– Jak brzmią najlepsze rosyjskie przekleństwa? – zainteresował się szef.

Michaił usłużnie zacytował kilkanaście.

–  Proszę   pamiętać,   że   jechał   pan   tu   przez   cztery  dni   i   żaden   urzędnik   nie   może

piętrzyć trudności. Właściwie to powinni panu przynieść te papiery w zębach do Kiszyniowa.

Gościć pana pod swoim dachem to dla nich zaszczyt.

– Poradzę sobie – powiedział kwaśno.

– Jeszcze jedno – wręczył szefowi płaskie pudełeczko. – To alarm. Jeśli coś będzie nie

w porządku, wystarczy włożyć rękę do kieszeni i dwukrotnie wcisnąć czerwony guziczek.

Przybędziemy z odsieczą.

Szef uśmiechnął się ponownie równie kwaśno. Wjechałem przez gościnnie otwartą

bramę   na   kreml   i   zatrzymałem   się   na   niewielkim   wysypanym  szlaką   parkingu   przed

kamiennym   dworem   mieszczącym   archiwum.   Obok,   za   estetycznym  metalowym   płotem

wznosił się Sofijski Sobór. Dwaj robotnicy zawieszeni na linie poprawiali coś przy błękitnej

kopule. Ceglany mur oddzielał część kremla zajętą przez FSB. Szef wszedł do budynku, a ja

przyciemniłem szyby. Michaił przeciągnął się.

–  Mamy parę godzin wolnego – powiedział. – Możemy poobserwować, jak się tu

ludziom żyje...

background image

Patrzyliśmy. Zniszczone elewacje domów, snujący się ulicą szarzy, smutni ludzie w

szarych ubraniach.

– Nędza – zauważyłem. – Jak na mieszkańców najbogatszej w surowce części świata...

Kiwnął poważnie głową.

– To jest trwały element psychiki człowieka poradzieckiego – powiedział. – Oni nawet

sobie z tego nie zdają sprawy. Popatrz na tych dwu. Snują się bez celu, nie mają co z sobą

zrobić.   Tymczasem  po   drugiej   stronie  rzeki   jest   las  pełen   grzybów.   Mogliby  nazbierać   i

nasuszyć ich całe worki, potem pojechać na południe i sprzedawać je zagranicznym turystom

na kolei   transsyberyjskiej. Albo  założyć  firmę i  wysyłać  je na Zachód.  W  Polsce lubicie

suszone grzyby na święta. Mogliby też przejrzeć w bibliotece miejskiej stare gazety i mapy.

W końcu ubiegłego wieku była tu taka mała gorączka złota. Gdyby odnaleźli stare wyrobiska

coś jeszcze udałoby się wypłukać. Nie wspomnę o tym, że zawsze można poszukać nowych

żył. Jest to obecnie nielegalne, ale przynajmniej trochę zarobiliby.

– Może po prostu nie pomyśleli o tym.

– Otóż to. Odwykli od myślenia. Partia myślała za nich. Teraz nie ma partii, więc żyją

bezmyślnie. Popatrz, gdzie tu na przykład jest miejskie targowisko, nie mam na myśli tego

targu staroci, gdzie wyprzedaje się stare meblościanki i firanki.

– Nie widziałem.

– No właśnie, a przecież są tu grzyby w lasach, ryby w rzece, w głębi tajgi rosną cedry,

jagody można zbierać wiadrami. Sami się skazują na swój los i to jest właśnie najbardziej

przerażające. Jedyny sklep z prawdziwego zdarzenia, który tu prosperuje, należy do Polaków,

a ściśle biorąc do ich potomków.

– Wiesz coś o Polakach w Tobolsku? – zagadnąłem. Kiwnął energicznie głową.

– Historia Tobolska to fragment historii Polski – powiedział. – Dziwne, że ty o tym

nie   wiesz.   Już   u   samych   początków   podboju   Syberii   ta   osada   ocalała   dzięki   Polakowi.

Samson Nowacki, wzięty do niewoli w 1621 roku, został tu zesłany. Wraz z grupą towarzyszy

zbudował  pierwsze fortyfikacje miejskie i bronił Tobolska przed mongolską  dziczą. Albo

weźmy takiego Filofieja Leszczyńskiego. Był synem Polaka wziętego do niewoli. Przeszedł

na prawosławie. Założył w Tobolsku i okolicy 37 klasztorów i cerkwi. Ochrzcił czterdzieści

tysięcy Jakutów. Zakładał dla nich szkoły misyjne. Cerkiew Prawosławna w końcu go chyba

kanonizuje. Jeszcze do niedawna stał tu drewniany dwór, który zbudował dla siebie i swoich

towarzyszy zesłaniec Antoni Dobrzycki. Był kartografem, jemu zawdzięczamy pierwszą mapę

Jakucji.

– Coś mi się obiło o uszy, że trafiło tu wielu konfederatów barskich.

background image

–  Ośmiuset.  Wśród  nich  ważną  postacią  był   Antoni   Przybylski. Założył masarnię,

browar   i   teatr.   Inną   ważną   postacią   był   Andrzej   Pułaski,   brat   poległego   w   Ameryce

Kazimierza.  Andrzej skończył  znacznie gorzej.  Podczas najazdu tatarskiego bronił   miasta

wraz z innymi Polakami. Otrzymał za to nawet order. Gubernator obiecał, że spełni każde

jego życzenie. Ten jednak zażyczył sobie wrócić do ojczyzny. Otrzymał za to osiemset pałek i

wyrwano mu nozdrza.

– Konfederaci zbuntowali się – przypomniałem sobie.

–  Tak. Udało im się opanować większą część miasta. Ulegli dopiero ośmiokrotnej

przewadze liczebnej Rosjan uzbrojonych w artylerię. Stracono ich na Panin Burgoł, to gdzieś

tam – machnął ręką na zachód.

Milczeliśmy dłuższą chwilę.

–  W czterdzieści lat później potomek jednego z nich, Aleksander Despot-Zenowicz,

został   gubernatorem.  Dzieje   kultury  w   Tobolsku   to   także   dzieje   Polaków   –   odezwał   się

wreszcie Michaił. – O teatrze już wspomniałem. Pierwszą bibliotekę w tym mieście założył w

1831 roku Piotr Moszyński, były marszałek wołyński. Miał dużo szczęścia, po kilkunastu

latach wrócił do kraju. No i przemysł. Pierwszą garncarnię w tym mieście założył także Polak,

Ignacy Cejzik. W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia trzej artyści rzeźbiarze: Plapos,

Szafragel i Kowalski założyli w Wierszynie, to taka osada pod Tobolskiem, szkołę rzeźby w

kości. Nadal istnieje, partyjna wierchuszka zamawiała tu figurki z ciosów mamuta na prezenty

dla towarzyszy z zagranicy.

– Może się wybierzemy? – zaproponowałem. – Kupię trochę dla rodziny.

– Mają sklepik w Tobolsku.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

NIEPOWODZENIE • MICHAIŁ PLANUJE SKOK • NAZYWAM SIĘ TERAZ

ALEKSIEJ MITROFANOW • ADRES NA OKŁADCE PAMIĘTNIKA •

OPUSZCZONY DOM • STARUSZKA • CZY JURIJ GAGARIN BYŁ KSIĘCIEM?

Drzwi skrzypnęły i szef wyszedł z archiwum. Wsiadł do samochodu. Ruszyłem w

stronę mostu.

– I jak? – zainteresował się Michaił. – Co pan znalazł?

– Guzik. Nie tędy droga – powiedział pan Tomasz. – Po prostu pudło.

– Dlaczego? – zainteresowałem się.

–  Z   prostej   przyczyny.  Mieli   księgi   meldunkowe,   a   jakże.   Nadal   mają   ich   pełny

komplet. Tylko że w 1932 roku pożyczyli je faceci z GPU i do tej pory trzymają u siebie w

magazynie.

– GPU to organizacja pomiędzy CzK a NKWD? – upewniłem się.

Szef kiwnął głową.

– Z archiwum KGB ich nie wydobędziemy.

Michaił kiwnął ponuro głową, ale w jego oczach zapaliły się dziwne ogniki. Tęczówki

pojaśniały stając się prawie żółte. Dodałem gazu i przejechaliśmy przez most. Niebawem

zaszyliśmy się w naszej twierdzy. Zabrałem się do robienia obiadu, a szef pogrążył się w

lekturze zeskanowanych pamiętników cara.

Grzyby w garnku niebawem zagotowały się. Nalałem do menażek, po czym dwie z

nich zabrałem na wieżę. Michaił stał i w zadumie wodził wzrokiem po widnokręgu. Opuścił

lunetę i odwrócił się. Zabraliśmy się do jedzenia.

– No to co robimy? – zapytałem. – Nasza nić urwała się. Przełknął kęs potrawy.

– Oglądałeś, Pawle, film „Mission impossible"?

– Nie. Raczej nie chodzę na takie filmy.

–   „Cel:   wydobycie   tajnych   dokumentów   z   siedziby   CIA.   Prawdopodobieństwo

wykonania:   niewykonalne"  –   zacytował.  –   Ja   też   tego  nie   oglądałem.   A   szkoda.   Pewnie

gotowy scenariusz skoku. Spojrzałem mu uważnie w oczy.

– Nie mówisz poważnie.

Uśmiechnął się, a potem znowu popatrzył przez lunetę.

– Archiwum KGB to ten niski biały budynek – powiedział. – Góra trochę osiada. Musi

być dobrze zdrenowana, skoro w części kremla zajmowanej przez FSB udało się ten proces

background image

zahamować. Myślę, że ktoś musi się przejść do wydziału kanalizacji miejscowego zarządu

miasta.

Popatrzyłem na niego uważnie.

– Szef?

– Nie. Lepiej, żeby się zbytnio nie opatrzył. Ty.

– Ja?

–  Aleksiej   Mitrofanow.   Geolog   specjalista   od   cieków   wodnych   i   zabezpieczenia

zabytkowych obiektów. Przysłany z Moskwy.

– Nie znam.

– Od tej pory nazywasz się Mitrofanow.

– Nazywam się Paweł Daniec!

– Paweł Daniec. Ładnie się nazywasz, tylko za bardzo po polsku. Wprawdzie tu wielu

ludzi nosi polskie nazwiska, ale co za dużo, to niezdrowo. Dlatego będziesz Mitrofanow.

– Chyba ci odbiło. Mam tam pójść i udawać, że jestem jakimś tam geologiem?

–  Nie jakimś  tam,  tylko najwybitniejszym specjalistą w  Rosji.  Laureatem nagrody

państwowej, którą dawniej nazywano Nagrodą Leninowską. A ty masz już dwie – produkował

mi na bieżąco życiorys. – Zajmowałeś się zabezpieczaniem skarp w Zagorsku, Zna-minje i

jeszcze...

– W Kiszyniowie – rzuciłem złośliwie.

– Nie. Odpada. Wiem. Ławra Peczerska w Kijowie.

– Dziwne, ale jakoś nie czuję się geologiem.

–  Żaden  problem.   Szef   sobie  poradził,   to   i   ty  musisz   sobie   poradzić.   Pójdziesz   i

poprosisz o rozpoznanie geologiczne tobolskiego kremla.

– A sądzisz, że będą mieli?

–  Nie, w żadnym wypadku. Ale najprostszym sposobem postępowania z rosyjskimi

urzędnikami jest powiedzieć, że się przyjechało z Moskwy, a potem zażądać  natychmiast

czegoś, czego absolutnie nie są w stanie dostarczyć. Wówczas próbują jakoś załagodzić gniew

przysłanego z centrali eksperta i pokazują mu wszystko co mają, a co wiąże się jakoś z tym

problemem.

– Zaraz, zaraz. A skąd pewność, że to oni robili te dreny i inne zabezpieczenia? Z tego

co wiem, to takimi robotami zajmowały się spectrusty i inne jednostki inżynieryjne KGB.

Uśmiechnął się leciutko.

–  Gdy   tak   patrzyłem   na   klapę   zakrywającą   wejście   do   kanału   przed   cerkwią,   to

doszedłem do wniosku, że kanalizacja wzgórza pochodzi jeszcze sprzed rewolucji. Sądzę, że

background image

z około 1916 roku. Zdążyli  zabezpieczyć połowę wzgórza. Druga spływa, bo po rewolucji

mieli pilniejsze sprawy na głowie. Dlatego sądzę, że schemat kanałów odwadniających może,

choć oczywiście nie musi, być w zarządzie kanalizacji.

– Czasami mnie przerażasz.

– Nie jesteś pierwszym, który mi to mówi.

–  Nie prościej wejść na teren kremla i przeskoczyć przez ten ceglany murek?  Nie

wygląda specjalnie groźnie. Trochę wysoki, ale...

– Za murkiem są zapewne zasieki z drutu kolczastego, złe psy i inne atrakcje. Mogą

być nawet miny pod zasiekami. W każdym razie ja bym je tam położył.

– Hej, hej – rozległo się z dołu wołanie Pana Samochodzika. – Złaźcie tu do lochów.

Mam coś, co chyba powinno nas zainteresować.

Zbiegliśmy po drabince.

– Co się stało? – zapytał Michaił.

– Skanując pamiętnik carycy zeskanowałeś też wewnętrzną stronę okładki.

– I co? – zaciekawił się.

Szef wyświetlił szarą okładkę zeszytu. Naskrobano na niej dwa adresy.

– Ten zeszyt carowa skończyła w Tobolsku.

–  Almaz   Grigorjewicz   Hendriks!   –   przeczytał   Michaił.   –   To   pewnie   krewny

ochmistrza! Mamy ślad!

– To co? – zaciekawił się Pan Samochodzik. – Jedziemy?

– Ulica Portowa 8. Znakomicie.
Wyświetlił   przedrewolucyjny   plan   Tobolska.   Nałożył   na   niego   plan   z   lat

osiemdziesiątych i współczesny.

– Ulica Portowa – mruknął. – Później Karola Marksa, obecnie Brzozowa.

– Jedziemy wozem? – zapytałem.

– Łódką – odpowiedział. – Musimy się cicho przemknąć na miejsce. Ciekawe, czy ten

dom jeszcze istnieje.

– No to w drogę.

Zeszliśmy   nad   przystań.   Było   bardzo   gorąco.   Michaił   wiosłował   z   pasją.   Ja

piastowałem torbę z wykrywaczami i echosondą, pan Tomasz drugą torbę, w której miał dwa

młotki geologiczne.

Michaił  wiosłował szybkimi płynnymi ruchami.  Niebawem  ukryliśmy łódkę wśród

szop i ruszyliśmy na miejsce. Ulica Brzozowa była wyjątkowo zapyziałym zaułkiem, przy

background image

którym  stało   kilka   zapuszczonych  drewnianych  willi.   Na   błotnistej   drodze   dzieci   kopały

puszkę po tureckim piwie.

–  Wyobraźcie sobie, jak tu musiało być pięknie przed rewolucją – powiedział pan

Tomasz. – Te urocze drewniane domki, przywodzące na myśl podwarszawskie uzdrowiska –

Konstancin albo Stary Otwock...

– To tylko pierwsze wrażenie – zauważyłem. – Tu widać więcej elementów rosyjskiej

architektury   drewnianej.   W   Otwocku   węgły   domów   są   szalowane,   tu   widać   wyraźnie

końcówki bali łączonych na zrąb. I okna są mniejsze. Proszę też zwrócić uwagę na wysokość

progów.

– Profesor Jerzy Kruppe mawiał, że niski próg to tragedia dla bilansu cieplnego pieca

– uśmiechnął się szef. – Tu muszą być ciężkie zimy. Dlatego okna są mniejsze.

– Oto nasz obiekt – powiedział Michaił.

Zatrzymaliśmy się przed pokrzywionym parkanem. Za nim znajdowała się rudera z

zapadniętym dachem, mimo upadku nosząca ciągle znamiona dawnej świetności.

– Wygląda na opuszczony – zauważył Pan Samochodzik.

– Tak czy siak nie stójmy na widoku – nasz towarzysz pociągnął nas przez dziurę w

płocie.

Wokół domu rosły chaszcze. Szyby wyrwano wraz z oknami. Przedarliśmy się przez

krzaki. Drzwi także ktoś „zagospodarował". Weszliśmy do sieni. A potem do pierwszego

pokoju na lewo.

– Niespodzianka – westchnął szef.

– Ktoś tu był przed nami – zauważył Michaił. Istotnie w ścianach ziały wielkie dziury.

Piece zostały rozbite w drobny mak. Rozejrzałem się uważnie.

– Chyba zostały nam tylko belki stropowe – mruknąłem wyjmując wykrywacz.

Sprawdziłem.   Belki   były   czyste.   Zeszliśmy   do   piwnicy.   Wyglądała   ciekawiej.

Wprawdzie w ziemi wykopano dziesiątki dziur, ale ściany były mniej podziurawione niż na

piętrze. Przez dziury w suficie wpadało sporo światła.

Wziąłem echosondę, a Michaił wykrywacz i ruszyliśmy do ataku.

– Pusto – zauważyłem kończąc badanie.

– Mój wykrywacz też niczego nie sygnalizuje.

W   tym   momencie   zaskrzypiały   schody.   Odwróciliśmy   się   gwałtownie.   W   ręce

Michaiła   pojawił   się   pistolet.   Na   schodach   stała   staruszka.   Musiała   mieć   chyba   z

dziewięćdziesiąt lat, ale jej oczy patrzyły niezwykle bystro. Otaksowała nas spojrzeniem, a

potem utkwiła wzrok w naszym przyjacielu.

background image

–  Jesteś   szlachcicem   –   powiedziała   spokojnie.   –   Chodźcie   stąd.   Tu   już   nic   nie

znajdziecie.

Ruszyliśmy   za   nią   posłusznie.   Jak   się   okazało,   mieszkała   w   sąsiedniej   chałupce

zbudowanej już po rewolucji z raczej przypadkowych materiałów budowlanych. Siedliśmy

przy stole, nastawiła samowar.

–  Przybyliście szukać skarbów cara-batiuszki? – zapytała. Michaił poważnie skinął

głową.

– Chcemy odnaleźć Rubinową Tiarę.

–  Coś   podobnego?   –   zdziwiła   się   babcia.   –   Widziałam   ją.   Na   twarzy   Michaiła

odmalowało się zdumienie.

– Gdzie?

–  W   cerkwi.   W   Wigilię   1918   roku.   Caryca   miała   ją   we   włosach.   Car   miał

naramienniki przy mundurze, chociaż zabroniono ich noszenia. Następca tronu miał Krzyż

Świętego Jerzego przy marynarskim ubranku. Było ze czterdzieści stopni mrozu. Narzucili na

siebie futra. Stałam o dwa metry od carycy – popatrzyła na nas triumfalnie. – To były piękne

czasy – powiedziała. – Inny świat, choć już odchodził w niebyt. Miałam dziewięć lat, a nadal

pamiętam. Później zaczął się terror.

– Kto tam szukał? – zapytałem łagodnie.

–  Różni   szukali.   Zaraz   w   1918   roku   zamęczyli   hrabiego   Hendriksa.   Nic   nie

powiedział, mimo że na jego oczach torturowali jego rodzinę. Myślę, że nie wiedział, gdzie są

ukryte klejnoty. Gdyby wiedział, powiedziałby. Zabili ich wszystkich, a potem przetrząsnęli

dom. Oderwali boazerie, kuli w posadzkach, rozebrali schody. Potem oddali dom swojemu

konfidentowi. Szukał, a jakże. Nocami słyszeliśmy, jak szurał meblami i kuł w ścianach.

Rozstrzelali go w czasie czystki oskarżywszy o rabunek carskich klejnotów. Mało oryginalne,

zamknęli za to pół miasta. Potem mieszkali tu różni ludzie. W 1991 roku wyprowadzili się

ostatni lokatorzy. Wtedy zaczęto otwierać archiwa. Przyjechała tu speckomisja z Moskwy.

Znowu   pruli   ściany   i   kuli   młotami   pneumatycznymi.   Gdy   oni   się   wynieśli   nastał   czas

indywidualnych poszukiwaczy. Nie ma miesiąca, żeby kogoś nie przyniosło. Ale wy jesteście

inni.

– Inni? – zdziwiłem się.

–  Szlachecka   krew   –   wskazała   dłonią   Michaiła.   –   Podłużna   symetryczna  twarz

inteligentnego człowieka. Inna karnacja. Michaił uśmiechnął się lekko.

– Mam znajomego genetyka, który uważa, że spisy szlachty to w rzeczywistości księgi

rodowodowe. Celem nadrzędnym jest oczyszczenie krwi poprzez selektywne skrzyżowanie...

background image

– W twoim przypadku udało im się bez pudła – uśmiechnęła się staruszka. – Od razu

widać, że należysz do tych lepszych. Można zapytać o nazwisko.

– Michaił Derekowicz Tomatow.

– Michaił Derekowicz – powtórzyła. – A po matce?

– Bołdyrew-Gagarin.

Uśmiechnęła się do swoich wspomnień.

–  Tak,   książęta   Gagarinowie.   Narobili   biednemu   Jurijowi   kłopotów.   Rodzinne

podobieństwo. Dlatego go wykończyli.

– Kto? Kogo? – nie rozumiałem.

– KGB biednego Jurija Gagarina – wyjaśniła. – Tego, który poleciał w kosmos. Dużo

o tym mówili, że trzeba było wysłać chłopa albo robotnika, a oni tymczasem wbrew interesom

klasowym – westchnęła – wysłali księcia. Jakby wiedzieli, że chłop ani robotnik nie są zdolni

zdobywać   kosmosu.   Chłopi   i   robotnicy   są   oczywiście   odważni,   ale   brakuje   im   pogardy

śmierci charakterystycznej dla klas wyższych.

– To niezupełnie tak – zaprotestował nieśmiało Michaił.

– Poza tym książęta Gagarinowie byli ludźmi głęboko religijnymi. Ufundowali wiele

cerkwi i soborów. Jurij Gagarin musiał wierzyć w Boga. Wierzył, że Bóg go poprowadzi

przez kosmos. Bez tej wiary umarłby ze strachu przed startem. Cieszę się, że cię spotkałam,

młody człowieku, bo przynajmniej przed śmiercią dowiem się prawdy. No i jak to było? –

dziobnęła Michaiła w pierś palcem. – Był waszym krewnym czy nie?  Możesz mi śmiało

powiedzieć. Ja już niedługo umrę. Nie powiem. Nikomu.

Michaił przez chwilę wahał się.

–  Był – powiedział cicho. – Po wybuchu rewolucji jego ojciec nie zdołał uciec za

granicę. Ukrył się na wsi. Przez czterdzieści lat chodził na bosaka i palił tytoń najgorszego

gatunku. Ukrywał swoje pochodzenie tak doskonale, że NKWD nigdy nie wpadło na jego

trop. Za żonę wziął sobie prostą kobietę ze wsi. Nawet ona nie wiedziała. Powiedział tylko

synom.

Staruszka uśmiechnęła się.

–  Czułam to – powiedziała. – Odkryli to i zabili go, wysadzili w powietrze w tym

samolocie. Poszukajcie klejnotów w klasztorze.

– W jakim klasztorze? – zdziwił się Michaił.

–  Za miastem. Dwadzieścia kilometrów z biegiem Tobołu. To już tylko ruiny, ale

stamtąd mieli jajka.

– Jajka? – zdziwił się pan Tomasz.

background image

–  Kurze   jajka.   Sama   je   nosiłam   w   koszyku   do   domu   gubernatora.   Oddawali   mi

bieliznę,   rzekomo   do   prania,   ale   była   związana   ciasno.   W   środku   coś   mogło   być.   Na

dziewięcioletnią dziewczynkę nikt nie zwracał uwagi.

– Co było w środku? – zaciekawiłem się. Wydęła wargi z pogardą.

– Nie zaglądałam. To było ich życie i ich sekrety.

– Przepraszani – mruknąłem zawstydzony.

–  Pamiętam,   jak   wyglądały   księżniczki.   Chodziłam   boso   aż   do   pierwszych

przymrozków. Caryca podarowała mi buty, które były już za małe na księżniczkę Anastazję.

Miałam je jeszcze po wojnie, ale w końcu rozpadły się ze starości. Cieszę się, że mogłam was

poznać – uśmiechnęła się lekko.

Wstaliśmy i zabraliśmy się do wyjścia. Kątem oka zauważyłem leżącą koło samowara

kupkę banknotów. Nasz przyjaciel musiał je tam dyskretnie położyć. Pożegnaliśmy się na

progu i niebawem kroczyliśmy do portu.

–  Jurij   Gagarin   naprawdę   był   z   książąt   Gagarinów?   –   zaciekawił   się   Pan

Samochodzik.

–  Pewności   nie  ma,   ale   ona  to   właśnie  bardzo  chciała   usłyszeć  –  uśmiechnął   się

Michaił. – Nie wiem. Też chciałbym, żeby tak było.

– Łżesz – huknąłem. – Wiesz, jak to było naprawdę.

– Może kiedyś wam opowiem – jego oczy patrzyły figlarnie. Z trudem opanowałem

śmiech. Przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki.

– To co robimy jutro? – zapytał szef, gdy zaczęliśmy przyrządzać kolację.

–  Jutro czeka nas rejs dwadzieścia kilometrów w dół rzeki i co gorsza powrót. Pod

prąd.

– Może pojedziemy samochodem? – zagadnąłem.

–  Nie. Samochodu używaliśmy dzisiaj. A ściślej używał go profesor z Kiszyniowa.

Pojeździł po mieście i odjechał.

– Rozumiem – mruknąłem.

– Ciekawe, co znajdziemy jutro – powiedział Michaił. – Wzorem Sherlocka Holmesa

postaram się o tym nie myśleć, dopóki na miejscu nie zobaczę, jak to wygląda.

Godzinę później poszliśmy spać.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

REJS W DÓŁ TOBOŁU • HISTORIA RZECZNEJ FLOTY • REFORMY PREMIERA

STOŁYPINA • ZRUJNOWANY KLASZTOR • NIESPODZIEWANY GOŚĆ •

PUSTELNIA NA BAGNACH • BUDUJEMY MOST • MNICH • POGRZEB •

POWRÓT • TATUAŻ MICHAIŁA

Świt   przyszedł   chłodny,   w   powietrzu   można   było   wyczuć   nadchodzącą   zimę.

Zwróciłem na to uwagę szefowi.

– To normalne – uśmiechnął się. – Jesteśmy na Syberii. W Tobolsku pierwsze opady

śniegu notowane są zazwyczaj w połowie października.

– No to mamy jeszcze dwanaście dni – mruknąłem uspokojony.
Rzeka wiła się wśród niewysokich wzgórz  porośniętych tajgą. Była w tym miejscu

mniej   więcej   dwukrotnie  szersza  od  Wisły.  Prąd  był dość silny, ale  dla   naszej   łódki   nie

stanowił   przeszkody.  Mały  motorek   zabawnie  terkotał,  ale   łajba  posuwała  się   szybko  do

przodu. Michaił siedział na dziobie z lunetą w ręku i lustrował brzeg.

– Dziwne – mruknął pan Tomasz. – Na brzegu nie ma żadnych śladów osadnictwa.

– Dlaczego dziwne? – nie zrozumiałem.

– To Syberia, Pawle. Tu cywilizacja rozwijała się wzdłuż rzek. Spróbuj przedzierać się

miesiącami przez tajgę. A tak masz idealny trakt. Możesz spławiać towary, transportować

zesłańców,  wywozić  bogactwa na  południe  do  kolei transsyberyjskiej. Gorzej, że na tych

brzegach nie sposób wytyczyć ścieżek dla burłaków ciągnących na linie barki. Ale powinny

być dziesiątki wiosek.

Michaił oderwał lunetę od oka.

–  Premier  Piotr   Stołypin  przebywając  w   Stanach  Zjednoczonych  z  wizytą  widział

rdzewiejące   wraki   parowców   –   powiedział.   –   Zebrał   grupę   inżynierów   potrafiących   je

konstruować i przywiózł ich tutaj.

– Zaraz, dlaczego tam rdzewiały? – zdziwiłem się.

–  Historia flot rzecznych USA była bardzo krótka. Złoty okres transportu rzecznego

trwał zaledwie około trzydziestu lat. Mark Twain, który w młodości był pilotem parowców na

Missisipi, w wieku niespełna czterdziestu lat był świadkiem ich końca. Wspomina w swoich

książkach obraz Nowego Orleanu, w którym spotkał na nabrzeżu ostatnich pięć statków, a w

czasach jego młodości walczyło o miejsce do zacumowania sto kilkadziesiąt jednocześnie.

Stołypin przybył tam w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku. Parowce rdzewiały. Ostatni

piloci rzeczni zapijali się na śmierć. Inżynierowie klepali biedę. Zaproponował im wszystkim

background image

pracę w Rosji. Zanim jeszcze został premierem sporządził plan rozbudowy floty rzecznej.

Chciał   wykorzystywać   niezwykłe   bogactwa   tej   krainy.   Zapewniłyby  to   właśnie   parowce

kursujące po wszystkich większych rzekach, zwożąc skarby na południe, do linii kolejowej.

Chciał mieć pięć tysięcy statków. Jego reformy pozwoliły na rozwój floty rzecznej. Po jego

śmierci ten pomysł zarzucono. Mimo to statki, które powstały, przyniosły ogromny dochód.

Parowiec zwracał się po sześciu miesiącach eksploatacji. Niedobitki, które nie przerdzewiały

na wylot, zagarnęli bolszewicy. Statek „Ruś", którym przypłynął do Tobolska car, był właśnie

jednym z tych stołypinowskich parowców.

– Co ostatecznie wykończyło flotę rzeczną w USA? – zdziwiłem się. – Czy w chwili

gdy Stołypin chciał przenieść tę ideę na Syberię nie były przypadkiem przestarzałe?

Michaił się uśmiechnął.

– Flotę rzeczną w USA wykończyła budowa kolei wzdłuż Missisipi. Na Syberii nam

to nie groziło. Na tych gruntach nie da się po prostu wybudować linii kolejowej. Bagna,

wieczna zmarzlina. Gigantyczne koszty... Gdybym miał wystarczająco dużo pieniędzy, zbudo-

wałbym   flotę.   Dziś   jeszcze   można   z   tej   ziemi   wydobyć  tyle  skarbów,   że   wystarczy   na

tysiąclecia   dla   całego   narodu.   Rosja   jeszcze   ciągle   ma   szansę   stać   się   najbogatszym   i

najpotężniejszym   gospodarczo   krajem   na   świecie.   Pomyślcie   tylko,   w   początkach   wieku

dziennie przez Niżnyj Tagił szło tysiąc pięćset wozów dwukonnych. Wszystkie wyładowane

były   towarami   syberyjskimi.   Wśród   nich   znaczną   część   stanowiły   produkty   guberni

tobolskiej, w tym znaczna ilość zboża.

– Tu uprawiano zboże? – zdumiony wpatrywałem się w podmokłe lasy ciągnące się

wzdłuż rzeki.

– Oczywiście. Transport kołowy przez Niżnyj Tagił sięgał półtora tysiąca ton dziennie.

Tam   towary   przepakowywano   na   barki   kursujące   po   Wołdze   i   jej   dopływach.   Linie   te

obsługiwało siedem tysięcy parowców i przeszło dwieście tysięcy wioślarzy.

–  Jak to? – zdziwiłem się. – Więc nad Wołgą znano parowce, a tu musiał Stołypin

osadzać dopiero inżynierów z USA?

– Parowce na Wołdze były znacznie mniejsze niż amerykańskie. Te systemy rzeczne

przegradza Ural. Każdy statek znad Wołgi i jej dopływów trzeba było albo przeciągnąć lądem,

albo zbudować od nowa nad brzegami Irtysza, Tobołu lub Obu. Spuszczenie  na te wody

pięciu tysięcy statków i przeprowadzenie linii kolejowej przez Niżnyj Tagił umożliwiłoby

dziesięciokrotne zwiększenie eksportu prowincji syberyjskich. To pozwoliłoby na wykonanie

wielkiego skoku do przodu.

background image

–  Czekaj,   bo   nie   wszystko   jest   dla   mnie   jasne   –   powiedziałem.   –   Stołypin   był

premierem. Dlaczego zajmował się gospodarką?

–  Bo   ktoś   musiał   się   tym   zająć   –   powiedział   Michaił   poważnie.   –   Jego   reformy

powinny być wzorcowe także dla was i dzisiaj.

– Z tego co wiem, premier Stołypin nie zapisał się szczególnie chlubnie w historii –

zauważył Pan Samochodzik. – Od czasu jego rządów szubienice nazywano „Stołypinowskim

krawatami". A wagony do transportu więźniów na Sybir „Stołypinowskimi wagonami".

Niechętnie kiwnął głową.

–  Kiedy premier na polecenie cara tłumił rewolucję 1905 roku, faktycznie nie obyło

się bez kilku pokazowych procesów.

– Tysiąc wyroków śmierci to dla ciebie kilka procesów? – zdumiał się szef.

– Tak trzeba było. Gdyby premier żył jeszcze w 1918 roku, nigdy nie byłoby Związku

Radzieckiego. Wszystko skończyłoby się po paru tygodniach.

– Wierzę – mruknął szef. – Może faktycznie tak byłoby lepiej. Ale opowiedz coś na

temat reform gospodarczych.

Michaił odchrząknął jak przed dłuższym przemówieniem.

– W okresie 1905-1911, za rządów premiera Stołypina produkt krajowy brutto Rosji

wzrósł prawie trzykrotnie.

–  Nie   było  to   trudne   –   uśmiechnął   się   z   pobłażaniem   Pan   Samochodzik.   –   Było

dziesięć fabryk, zabudowano piętnaście następnych...

Michaił demonstracyjnie zatkał sobie uszy.

–  Reforma   gospodarcza   składała   się   z   kilku   filarów.   Po   pierwsze,   wydano

rozporządzenie skarbowe.

– Ustawę – podpowiedziałem.

– Ustawę uwalniającą od opodatkowania sumy inwestowane.

– To znaczy, że część zainwestowanego kapitału można było odpisać od podatku? –

domyślił się szef.

– Nie część. Wszystko.

– Stuprocentowa ulga inwestycyjna? I kraj to wytrzymał?

–  Oczywiście.  Po   drugie,   dokonano  parcelacji   gruntów   należących   do   obszczyn  –

wspólnot wiejskich. Ponieważ w Rosji Europejskiej panował głód ziemi, premier zainicjował

program   osadnictwa   na   Syberii.   Każdy   chłop,   który   zdecydował   się   przenieść   za   Ural

dostawał   za   darmo   od   czterdziestu   do   siedemdziesięciu   hektarów   oraz   pięćset   rubli   w

towarach i maszynach. A na przykład krowy były po tej stronie Uralu trzykrotnie tańsze. To

background image

doprowadziło   do   powstania   około   pięćdziesięciu   tysięcy   farm   typu   amerykańskiego.

Oczywiście rewolucja zmiotła wszystko. Z kolei chłopi chcący pozostać w części europejskiej

dostali tanie kredyty na zakup ziemi, które mieli spłacać przez kilkadziesiąt lat. To dawało

duże szansę wzbogacenia się, zwłaszcza że jednocześnie ruszyły kursy nowoczesnych metod

uprawiania ziemi, z których skorzystało kilkadziesiąt tysięcy młodych chłopów. Oszczędności

włościańskie w bankach wzrosły w tym okresie o...

–  Poczekaj.   Czyli   premier   chciał   skierować   nadmiar   ludzi   do   zagospodarowania

Syberii?

–  Tak.   On   ich   kierował.   Dało   to   bardzo   zachęcające   efekty.  Zachował   się   raport

wykonany dla króla Belgów. Raport sugerował, że jeśli reformy będą kontynuowane, to do

1925 roku Rosja będzie miała najwyższy poziom życia na świecie, a w 1950 roku produkcja

przemysłowa i rolna Rosji będzie się równała produkcji całej reszty naszego globu.

Gwizdnąłem z uznaniem.

– Dlatego premier Stołypin musiał zginąć – zakończył smutno Michaił. – Gdyby nie

zabiła   go   kula   socjalisty,   padłby   ofiarą   zagranicznych   zamachowców.   Zresztą   śledztwo

dotyczące   jego   śmierci   ugrzęzło...   Nigdy  nie   zrealizował   swoich   marzeń.   Widział   Rosję

wielką, bogatą i dostatnią. Chciał mieć milion farm, tysiące parowców na  rzekach Syberii.

Plany podboju przez flotę handlową dorzecza Obu, Jenisieju i Leny dopiero znajdowały się na

deskach kreślarskich. Siedem tysięcy parowców na Wołdze, pięć tysięcy w dorzeczu Obu, w

tym  na  Irtyszu i Tobole, dziesięć tysięcy na  Jenisieju,   pięć tysięcy  na Lenie. Łącznie od

dwudziestu siedmiu do trzydziestu tysięcy parostatków. I oczywiście drugie tyle barek.

– Dlaczego aż tyle na Jenisieju? – zdziwiłem się.

–  Kopalnie Ałtaju i Wyżyny Środkowo-Syberyjskiej – wyjaśnił. – Transport w górę

rzeki, dorzecze łączy się także z Bajkałem, a tam można ładować surowce i towary na kolej

transsyberyjską. Gdyby ten program się powiódł...

– Fajnie – powiedział szef. – Tylko widzę tu maleńki kruczek. Przez pól roku te rzeki

nie są spławne. Zima. Mroźna syberyjska zima.

– Pokrywa lodowa zalega na rzekach nie dłużej niż trzy miesiące w roku. Przez dwa

miesiące jest na tyle gruba, że można towary wieźć po lodzie jak autostradą. Na przykład

ciężarówkami – dokończył z dumą.

Szef westchnął.

– A co z miejscowymi mieszkańcami? Jak Indian do rezerwatów?

–  Nie. Nie byłoby żadnej kolizji interesów. Jakuci nie kopią w ziemi. Wędrowaliby

nadal przez tajgę ze swoimi stadami reniferów.

background image

– Dopóki tajga nie zostałaby wyrąbana – mruknąłem. Michaił roześmiał się.

–  Tajga   jest   wieczna.   Komuniści   niszczyli   ją   przez   całe   lata   kilometrami

kwadratowymi i co z tego wynikło? Nic. Co roku wysyłali miliony metrów sześciennych

drewna do Europy. Przez siedemdziesiąt lat rabunkowej gospodarki obszar lasów skurczył się

o   siedem   procent.   Przy  planowej   gospodarce  leśnej   w   ogóle   nie   dałoby  się   odczuć   tego

ubytku.

–  Chyba minęliśmy ten klasztor  – zauważył Pan  Samochodzik.  – Jesteśmy  już  ze

dwadzieścia pięć kilometrów od miasta.

Nasz towarzysz pokręcił głową. Z torby wyjął zwinięte w rulon zdjęcie satelitarne.

– To musi być ten prostokąt – popukał w nie palcem. – Jak na złość ten odcinek rzeki

jest zupełnie prosty i nie ma żadnych punktów orientacyjnych.

– Popatrz – zwróciłem jego uwagę.

Przy   brzegu   czerniały   nasmołowane   bale,   stanowiące   zapewne   niegdyś   podstawę

pomostu wychodzącego na rzekę.

Szef przerzucił rączkę steru i wolno podpłynęliśmy do brzegu. Było tu nadał bardzo

głęboko. Pale wyglądały tak, jakby tkwiły w piasku od niepamiętnych czasów. Za nimi widać

było pozostałości niegdyś brukowanej drogi. Obecnie korzenie drzew powyrywały większość

kamieni.

– Chyba jesteśmy na miejscu – mruknąłem. Michaił popatrzył uważnie na trzymane w

ręce zdjęcie.

– Na to wygląda – powiedział. – Klasztor znajduje się w pewnym oddaleniu od rzeki.

Wyciągnęliśmy łódkę na brzeg i ukryliśmy ją w krzakach, a sami objuczeni sprzętem

ruszyliśmy naprzód. Droga biegła zakosami. Przez wszystkie lata ściółka miejscami pokryła ją

całkowicie. Grube pnie cedrów przywodziły na myśl kolumny. Nieoczekiwanie znaleźliśmy

się   pod   łukiem   bramy.   Wymurowano   ją   w   zamierzchłej   przeszłości   z   wielkich   bloków

granitowych. Po drewnianych skrzydłach wrót pozostały tylko potężne zawiasy porośnięte

grubą warstwą rdzy. W dwie strony ciągnął się mur wzniesiony z mniejszych głazów, bardzo

starannie obrobionych.

– Klasztor? – zapytałem.

Przytaknął.  Weszliśmy na dziedziniec.   Las  wtargnął tu  przed  pięćdziesięciu,  może

siedemdziesięciu laty. Drzewa porosły wszystko. Podwórze, zagrodę, gdzie niegdyś trzymano

krowy, ruiny budynków gospodarczych, inspekty, gdzie hodowano warzywa, ogródki, gdzie w

ciepłych promieniach słońca nabierały mocy lecznicze zioła. Samosiejki świerków wgryzły

się   w   szczeliny   pomiędzy   cegłami   i   blokami   granitu.   Zbity   las   prawie   uniemożliwiał

background image

poruszanie   się.   Drzewa   zasłaniały   widok,   broniły   ciągle   tajemnic   klasztoru.   W   gąszczu

krzaków widać było pokruszone kawałki cegieł. Kiedyś stały tu zapewne jakieś budynki.

– No ładnie – mruknąłem. – Robota na lata. Zanim przeczeszemy cały ten teren...

Michaił   popatrzył   na   fotografię,   potem   na   niebo   i   ruszył  w   lewo,   wzdłuż   muru.

Niebawem stanęliśmy przed sporym budynkiem, także wzniesionym z granitowych bloczków.

Ze wszystkich stron otaczały go gęsto rosnące choinki. Spora ich część uschła z braku światła,

ale   pozostałe   dzielnie   wdzierały   się   w   kamienistą   powierzchnię   niegdyś   brukowanego

dziedzińca.   Sądziłem,   że   budynek   będzie   zamknięty,   ale   drzwi   wyrwano   już   dawno.

Wdrapaliśmy się po krętych schodach. Znaleźliśmy się w niewielkiej salce. W jego stropie

widniały starannie obmurowane otwory, z których kiedyś zwisały zapewne liny.

– Dzwonnica – domyślił się Pan Samochodzik.

– Dzwonnica – potwierdził Michaił. – W górę.

Dwie kondygnacje wyżej zatrzymaliśmy się w sali, gdzie niegdyś wisiały dzwony.

Obecnie pozostały po nich tylko stalowe belki. Dach dawno runął. Przegniłe kawałki gontów

trzaskały nam pod nogami. Na ścianach pod warstwą grzybów niszczących tynki majaczyły

jeszcze zatarte postacie świętych. Freski utraciły swoje barwy, niszczały, umierały. W kilku

miejscach tynk odpadł od ściany odsłaniając równy mur wzniesiony z cegieł strychulcowych,

noszących ślady palców ludzi, którzy wyrównywali ich powierzchnię przed trzystu lub cztery-

stu laty.

Wpatrywałem się w zatarte przez czas i deszcze malowidła. Święty Serafin z Sarowa,

Chrystus   jako   dobry   pasterz   otoczony   przez   owce.   Surowe   twarze   świętych   o   oczach

patrzących   jak   gdyby  z   innego   świata.   Resztki   greckich   napisów.   Przypomniałem   sobie

zasypany  przez   błotny   obryw   klasztor   we   wsi   Ahora   w   Turcji.   Osypujące  się   freski   w

tamtejszej kaplicy... Jak niewiele czasu poświęciłem, aby je dokładniej obejrzeć.

Michaił podszedł do okna i wyjrzał.

– Bingo – powiedział.

Wyjrzeliśmy i my. Klasztor leżał u naszych stóp. Z góry widać było niemal wszystko.

Monaster zajmował minimum dziesięć hektarów powierzchni. Gęsty zagajnik sosenek wyrósł

na dziedzińcu. Samosiejki świerków rozsadzały ruiny pozbawione dachów.

– Tam był pewnie główny budynek – Michaił machnął dłonią wskazując pękające, ale

ciągle jeszcze monumentalne mury wzniesione z dobrze wypalonej czerwonej cegły. – Tam

cerkiew. A to chyba było zaplecze socjalne i budynki gospodarcze – wskazał kilka stosów

gruzu, gdzie rosły brzózki.

background image

– Koroną muru możemy obejść cały kompleks dookoła – zauważył Pan Samochodzik.

– Rany, jakie to wielkie. Chyba większe niż Solówki.

Po twarzy naszego towarzysza przebiegł cień, jakby nazwa zamienionego na łagier

klasztoru ożywiła w jego duszy jakiś ból. Szef nie zauważył tego.

– Spory – przyznał Michaił. – Choć oczywiście są i większe. Tam chyba była główna

cerkiew – wskazał stosy gruzu i wystające spod nich resztki ścian. – Wysadzili ją bolszewicy.

No, to od czego zaczniemy?

– Klasztor powinien mieć skarbiec – zauważyłem – gdzie przechowuje się przedmioty

liturgiczne, nadania i inne ważne dokumenty. Może najpierw zajrzymy do kaplicy?

Ruszyliśmy koroną muru. Przez setki lat padały nań nasiona świerków wydmuchane

przez wiatr z szyszek. Wgryzały się w wapienne spoiwa miedzy cegłami, kiełkowały i ginęły,

zanim nadeszła zima. Następnie zdobywały nieco więcej miejsca. Drzewka żyły kilka lat, po

czym usychały. Słońce rozgrzewające kamienne bloki wysysało z nich życie. Mchy i porosty

trzymały  się lepiej.  Oblepiały  mur  grubym  zielonym  kożuchem.  Przeszliśmy kilkadziesiąt

metrów. Na rogu klasztoru w mur wpuszczono  potężną  basztę.  Tu także  nie było drzwi.

Weszliśmy do wnętrza. Podłoga spróchniała i częściowo zawaliła się. Wybrzuszone deski

sufitu w każdej chwili groziły zarwaniem się na nasze głowy. Dach pokryty gontem ciągle

jeszcze zabezpieczał wnętrze przed deszczem. Tu także był fresk. Biskup Mikołaj unosił palec

jak  gdyby ostrzegając; choć wiedziałem,  że  jest to popularny w sztuce  bizantyjskiej   oraz

prawosławnej   symbol   błogosławieństwa,   poczułem   się   nieswojo.   Przybyliśmy  jak   hieny

cmentarne, aby odnaleźć kawałek złota z kilkoma czerwonymi kamykami. Przypomniał mi się

Adman Sahar, planujący rozkopywanie grobowców w Dolinie Świętego Jakuba u podnóża

Araratu. Czy byliśmy od niego lepsi? Za basztą ciągnął się mur. Przeszliśmy nim jeszcze

kilkadziesiąt metrów, a potem znaleźliśmy schodki na dół. Przedzieraliśmy się chwilę przez

krzaki. Z bliska kaplica sprawiała wrażenie znacznie mniejszej. Dachówki, którymi niegdyś

pokryty był dach, pospadały na ziemię. Cegły od strony południowej najmocniej nagrzewanej

przez słońce wyglądały jeszcze zupełnie dobrze, ale te od północy osypywały się przy lada

dotknięciu. Pokrywały je sine liszaje żyjących na murach glonów. Weszliśmy do wnętrza.

Strop był prawie cały,  panował półmrok. W  jednym z niewielkich  okien ocalał  fragment

witraża. Freski ze ścian  odpadły razem z tynkami. Zachował się tylko kawałek jednego z

malowideł, przedstawiający świętego Pantelejmona. Podłogę pokrywała warstwa nawianej, a

może naniesionej przez wodę ziemi. Poniewierały się tu cegły, kawałki jakichś drewnianych

sprzętów, także odłamki ciemnego żółtoczerwonego marmuru, być może pochodzącego ze

zniszczonego ołtarza. W ścianach znajdowały się nisze grzebalne, obecnie roztrzaskane. Ktoś

background image

jednak pozbierał kości i ułożył w jednej z nich. Czaszki pokryte zieloną pleśnią patrzyły w

zadumie w przestrzeń. W innej niszy ktoś wyskrobał na ścianie krzyż, a poniżej na wbitym w

ścianie gwoździu zawiesił małą amatorsko namalowaną ikonę. Farba łuszczyła się lekko z

powodu wilgoci. Kałuża wosku wyznaczała miejsce, gdzie palono świeczki. Podszedłem i

przyjrzałem   się   uważnie   ikonie.   Popatrzyłem   w   twarz   świętego,   ale   nie   zdołałem   go

zidentyfikować.

– Niedawno powieszona – zauważyłem. – Gwóźdź nie zdążył zardzewieć. Ale sama

jest dość stara. Pan Tomasz pochylił się nad niszą.

–  Szkoła  Kursk-Korennoje. Lata  osiemdziesiąte  ubiegłego wieku. Ktoś  tu  czasami

bywa – wskazał słoik z wodą. Zwisały z niego jakieś zwiędłe kwiaty.

–  To mi przypomina prace profesora Kazimierza Michałowskiego. Gdy rozkopywali

kwaterę w Faras w Sudanie znaleźli kaganki i kałuże wosku, świadczące o tym, że jeszcze

wiele lat po opuszczeniu świątyni i zasypaniu jej przez lotne piaski wierni drążyli tunele, by

modlić się w świętym sanktuarium – zauważyłem.

– CzK znowu nas ubiegło – powiedział ponuro Michaił. Rozejrzałem się. Faktycznie

w ścianach wykuto dużo dziur.

– Mimo to trzeba sprawdzić – powiedział łagodnie Pan Samochodzik.
Przeżegnałem   się   przed   zaimprowizowanym   ołtarzykiem   i   wyjąłem   z   torby

wykrywacz. Obszukanie ścian zajęło mi przeszło dwie godziny. W kilku miejscach przyrząd

sygnalizował coś cichutko, ale zapewne były to jakieś klamry budowlane wykonane z żelaza,

więc   zrezygnowaliśmy   z   kucia   murów.   Posadzka,   także   porozbijana,   wydawała   mi   się

ciekawsza. Wykrywacz jednak milczał. Dopiero w kącie dał silniejszy sygnał.

– Coś jest? – zapytał Michaił z nadzieją.

– Prostokątne, żelazne – powiedziałem. – Odkopmy.
Spod warstwy gleby wyłoniła się pokryta łuską rdzy metalowa klapa. Podważyliśmy ją

młotkami.   Zardzewiałe   zawiasy   złamały   się   i   wejście   do   podziemi   stanęło   otworem.

Zeszliśmy  w   ciemność.  Michaił  zapalił  mocny  halogenowy reflektorek.  W  ścianach ziały

dziury. Nisze grobowe rozbito. Kości walały się po ziemi. W kącie leżał stos szkieletów.

Okrągłe otwory w czaszkach mówiły same za siebie. W podłodze także wykopano dużą ilość

dziur. Michaił poświecił do nich. Z ziemi patrzyły na nas spokojnie puste oczodoły czaszek.

– Szukali – warknął Michaił. – Wiedzieli, że to mogło tu trafić.

– Sądzę, że to właśnie z tego klasztoru pochodziła mniszka, która trzymała klejnoty w

słoikach w piwnicy – powiedziałem. – I że to te klejnoty nosiła w koszyku z bielizną ta

starowina.

background image

Kiwnął głową.

–  I ja tak myślę – powiedział. – Ale czy wszystkie? Pan Tomasz podszedł do stosu

szkieletów. Wzdrygnął się.

–  Zmasakrowani   z   karabinów.   Potem   ich   dobito   –   powiedział.   –   Ktoś   musiał

przyciągnąć tu te zwłoki.

– Może ktoś ocalał? – powiedział głucho Michaił.

Wyszliśmy  z   lochu   i   przedzierając   się   przez   krzaki   zbliżyliśmy  się   do   głównego

budynku. Dach zapadł się już dawno temu. W niektórych oknach tkwiły jeszcze fragmenty

szyb.

–  Gdybym   był   przełożonym   klasztoru,   gdzie   mógłbym  ukryć  garść   klejnotów?   –

zastanawiał się szef.

– Dobrze. Podzielmy się rolami – zaproponował Michaił. – Pan będzie ihumenem, a ja

czekistą.

–  Dobrze. Po pierwsze, od dziewczynki odbieram koszyk osobiście. Nikt o tym nie

może wiedzieć, bo jeśli będziesz torturował mnichów, to mogą sypnąć.

– To chyba był klasztor żeński – przypomniał sobie Michaił. – Ale to bez znaczenia.

Dobrze. Ukrywa pan wszystko sam. Nikogo nie wtajemniczy pan w sprawę ich ukrycia albo

będzie pan głównym kierownikiem akcji ukrywania...

– Dobrze. Zrobię inaczej. Skoro jestem na twojej liście osób podejrzanych i figuruję

tam z numerem pierwszym, nie będę ukrywał tego sam. Wybiorę jakiegoś zaufanego mnicha.

Niech on ukryje skarby. A ja na torturach nie podam jego nazwiska. A nawet jeśli podam, to i

tak   go   nie   złapią.   Mnich   będzie   przebywał   w   mieście   pod   przybranym   nazwiskiem   i

oczekiwał, aż ktoś z carskiej rodziny przybędzie po klejnoty. Nie mogę wiedzieć, gdzie on się

ukrywa. Każę mu zgolić brodę i zwolnię ze wszystkich postów.

–  Gdy   będzie   umierał   wyszuka   zaufanego   człowieka   i   przekaże   mu   hasło   –

zasugerowałem.   –   Zaufany  będzie   czekał,   aż   pojawi   się   ktoś,   kto   poda   hasło.   Jemu   da

klejnoty.

– Genialne. Po prostu genialne. Przyjdzie, uderzy go w lewe ramię i poda tajemnicze

hasło,   a   on   wtedy  spod   łóżka   wyjmie   pudełko   po   butach,   a   w   jego   wnętrzu   będzie   nie

ukończona   korona,   Rubinowa   Tiara...   –   Michaił   urwał   widząc   uśmiech   na   twarzy   Pana

Samochodzika.

– Może zamiast szukać tutaj klejnotów poszukajmy tego człowieka – powiedział pan

Tomasz. – Stawiam dziesięć do jednego, że to ten, który przychodzi tu od czasu do czasu i

pali świeczki przed ikonką.

background image

Michaił popatrzył na niego uważnie. W jego oczach płonęły iskierki.

– Sądzi pan?

– Ale i tak nie znamy hasła.

Przez wyrwane drzwi weszliśmy do sieni. Ci, którzy dawno temu szukali w klasztorze

carskich   klejnotów   zaszaleli   na   całego.   Wyrwy  w   ścianach,   wyłamane  kamienne   stopnie

schodów. Wyszarpane płyty posadzki.

– Dokładni byli – mruknął Michaił.

– Punkt dla nas – powiedziałem.

– Dlaczego? – zdziwił się.

–  Fakt,   że   tak   intensywnie   szukali   wskazuje,   że   nie   udało   im   się   odpowiednich

informacji wymusić torturami. Zamyślił się.

– Niewykluczone, że masz rację.

– Obejrzyjmy resztę budynku. Bo jeśli niektóre pomieszczenia nie będą nosiły śladów

poszukiwań, to znaczy, że znaleźli – zauważył szef.

– Ja gdybym znalazł cokolwiek, na pewno szukałbym dalej – Michaił jednym zdaniem

zburzył konstrukcję logiczną pana Tomasza. – Ale rozejrzeć się nie zawadzi.

Ruszyliśmy   naprzód.   Niski   korytarz   noszący   ślady   intensywnych   poszukiwań

przeprowadzonych kilofami doprowadził nas do sporego pomieszczenia.

–  Zapewne refektarz – stwierdził pan Tomasz. Z podłogi wydarto kamienne płyty.

Przez dziury widać było niższy poziom. Poniewierało się tu trochę zardzewiałych puszek.

– Jest zejście do piwnicy – zauważyłem.

W kącie ziała dziura. Kamienne schodki prowadziły gdzieś w głąb. Michaił zapalił

reflektorek i zszedł do środka. Wynurzył się po chwili. Był zielony na twarzy.

– Co się stało? – zaniepokoiłem się.

– Dziury po kulach w ścianach. Wybite całe rowki – powiedział. – Rozbryzgi...

Ominąłem   dziurę   i   poszliśmy   dalej.   Obok   refektarza   była   kuchnia,   piec   rozbito

kilofami. Odłamki kafli walały się po podłodze.

– Dziwne – mruknął Pan Samochodzik. – Niektóre kafle są całe. Przez osiemdziesiąt

lat nie znalazł się nikt, kto by je wyzbierał?

–  Daleko   –   wyjaśniłem.   –   Każdy   kafel   trzeba   by   nieść   na   plecach   dwadzieścia

kilometrów.

–  Nie – zaprotestował Michaił. – Szosa może być gdzieś bliżej. Poza tym klasztor

musiał mieć jakieś połączenie z lądem stałym. Chyba że jest to strefa, do której ludzie mają

utrudniony wstęp.

background image

– Na przykład poligon? – domyśliłem się.

– Albo specsektor miejscowego FSB, co na jedno wychodzi.

Kawałek dalej natrafiliśmy na korytarz biegnący pomiędzy podwójnym rzędem cel. Tu

poszukiwacze byli już mniej skrupulatni. Jedynie w niektórych miejscach widać było dziury w

ścianach i podłodze. Wszystkie piece jednak rozbito.

–  Co   za   idiotyczna   mania!   –   powiedziałem.   –   Dlaczego   właśnie   piece?   I  czemu

wyrywali wszystkie progi?

–  To   proste   –   powiedział   Michaił.   –   Oprawcy   zazwyczaj   pochodzili   z   klasy

robotniczej, a ona w Rosji miała swe korzenie na wsi. Tak budowano u nas chaty: belki na

zrąb, murowany z gliny i kamieni piec. Czasami miał komin, ale najczęściej chaty były kurne.

Rzeczy najcenniejsze wmurowywano w piec. Wówczas nawet w razie pożaru czy wojny, na

pogorzelisku   zostawały  piece.  A   progi,   cóż,   pod   progiem   chowano   różne   drobiazgi.   Pod

węgieł domu wkładano zazwyczaj srebrną lub złotą monetę, żeby pieniądz trzymał się domu.

Nie zdziwię się, jeśli zobaczymy, że podkuli rogi budynku.

– Czyli sugerujesz, że nastąpiło tu proste przeniesienie funkcji archetypicznej. Skoro

w domach murowali kosztowności w piecach, to w klasztorze w pierwszej kolejności rozbili

piece?

Michaił kiwnął poważnie głową. Weszliśmy na górę. Dach zawalił się wraz z sufitem.

Samosiejki   świerków   rosły  gęsto   na   koronie   muru.   Ich   korzenie   rozsadzały  mury.  Tynki

odpadły. Pochyliłem się i podniosłem kawałek. Z drugiej strony na błękitnym tle widać było

jedną   zbłąkaną  owcę.  Ze  stosów  przegniłych desek  wyrastały  samosiejki  brzózek.   Ściany

rozbito   w   wielu   miejscach   kilofami.   W   innych   wiercono   otwory,   żeby   wysadzić   je

dynamitem.

– To chyba koniec – mruknął Michaił. – Spóźniliśmy się o kilkadziesiąt lat.

– Nie zapominaj, że mamy jeszcze jeden adres z okładki – zauważyłem. – Może tam

natrafimy na jakiś ślad? Nie odpowiedział. Nasłuchiwał.

– Samochód – powiedział cicho. – W las!

Zbiegliśmy po schodach i zaszyliśmy się w krzakach. Nasz przyjaciel musiał mieć

fenomenalny słuch, po chwili usłyszałem bowiem cichy warkot silnika. Pojazd zatrzymał się

za murem. Trzasnęły drzwiczki. Ktoś przeszedł przez bramę i łamiąc z trzaskiem gałęzie

ruszył w stronę klasztoru.

– Może dać mu w łeb, a potem zapytać, czego tu szuka? – zapytał szeptem Michaił.

– Nie. Pójdę za nim dyskretnie – ostudziłem go.

background image

Mężczyzna,   który   wysiadł   z   samochodu   wyglądał   zwyczajnie.   Nawet   za   bardzo

zwyczajnie. Miał twarz, której nie sposób było zapamiętać. Była zupełnie przeciętna. Ubrany

był w zachodniego kroju garnitur i półbuty. Śledzenie nieznajomego nie było trudne. Nie

sądził, że ktoś może go obserwować. Przeszedł obojętnie koło kapliczki, a potem zatrzymał

się na usypisku cegieł, znaczących miejsce, gdzie kiedyś wznosiły się zapewne jakieś budynki

gospodarcze. Podparty o murek leżał statyw aparatu fotograficznego. Przybysz podniósł go,

poklepał czule i zawrócił do samochodu. Po chwili odjechał. Wróciłem do towarzyszy.

– I co? – zainteresował się Michaił.

– Po prostu zostawił statyw i wrócił po niego – wyjaśniłem.

– A jak wyglądał?

– Przeciętnie.

Wyszliśmy na drogę. Samochód przejechał pod murem, łamiąc krzaczki. Na wilgotnej

ziemi odcisnęły się ślady jego opon. Michaił pochylił się nad nimi.

– Stary znajomy – mruknął.

– Jaki znajomy? – zdziwił się pan Tomasz.

–  Opony   od   rządowego   ZIŁ-a.   To   chyba   był   ten   cudzoziemiec,   który   jeździ   po

Tobolsku.

–  Nie wygląda na cudzoziemca – powiedziałem. – Ale oczywiście nie można tego

wykluczyć.

– Nie podoba mi się to – mruknął Michaił.

– Nie rozumiem? – zdziwił się Pan Samochodzik.

– Po prostu przeczucie.

Ruszyliśmy przez las w stronę rzeki. Nieoczekiwanie Michaił zatrzymał się w pół

kroku, a potem skręcił w bok.

– Chodźcie tutaj – zawołał.

Ruszyliśmy w jego stronę. W krzakach stał stolik wykonany z kamiennej płyty opartej

na trzech ceglanych słupkach. Na kamieniu kiedyś widniał jakiś napis. Michaił wyjął zdjęcie i

przez chwilę usiłował zorientować się, gdzie jesteśmy.

– Ta plamka jest wolna od drzew – puknął palcem. – Ma jakieś pięćdziesiąt metrów

średnicy. I znajduje się tam – machnął ręką.

– Sądzisz, że... – zaciekawił się szef.

– Tak. Ten stolik stoi na granicy światów.

– Nie rozumiem – poskarżyłem się.

background image

– Gdzieś tam w głębi jest pustelnia – powiedział Pan Samochodzik. – Żyjący w niej

mnich nie chciał, żeby ludzie nachodzili go w jego samotni. Dlatego był ten stolik. Jeśli ktoś

miał do niego jakąś sprawę, zatrzymywał się w tym miejscu i uderzał w dzwonek, który

zapewne wisiał na którymś z tych drzew. Albo zostawiał dary na stoliku i odchodził. Dobrze

rozumuję?

– Ja też tak sądzę – powiedział Michaił.

– A pustelnia stojąca na uboczu mogła ujść uwagi plądrujących klasztor – domyśliłem

się. – Co więcej, mogła być dobrym miejscem na skrytkę.

Kiwnęli radośnie głowami. Wyszliśmy na polanę. Kiedyś musiał się tu znajdować

staw, obecnie zarósł i zamienił się w paskudne bagno. Pośrodku z błota i trzcin wystawała

niewielka sucha wyspa, na której wzniesiono mały budynek z surowych polnych kamieni.

Dach zapadł się już.

–  Jak   się   tam   dostaniemy?   –   zastanowił   się   Michaił.   –   Nie   podoba   mi   się   to

trzęsawisko.

– A jak komunikował się z lądem pustelnik? – zamyślił się szef.

– Oto jak – trąciłem nogą wystającą z ziemi przegniłą burtę małej łódki.

–  Jakieś dwadzieścia metrów – mruknął Michaił. – Sporo. Rozejrzał się po brzegu

stawu i nagle uśmiechnął się szeroko.

– Widzicie tę uschłą brzozę? – zapytał wskazując drzewo. – Zetnijmy ją. Jeśli upadnie

jak trzeba, będziemy mieli most aż na wyspę.

–  A czym ją zetniemy? – zaciekawił się szef. Michaił wyjął z torby zwiniętą piłę

strunową.

– Do dzieła – podał mi jeden koniec.

Przyklękliśmy i zabraliśmy się do piłowania. Szło dość ciężko, piła klinowała się w

drewnie.   Wreszcie   brzoza   zadrżała.   Pan   Tomasz   popchnął   ją   w   odpowiednim   kierunku.

Runęła na bagno wzbijając deszcz błota i podrywając miliony owadów. Koniec oparł się o

wyspę.

Michaił   pierwszy   przeszedł   po   zaimprowizowanym   moście.   Za   nim   ruszył   Pan

Samochodzik,  a ja skromnie  ubezpieczałem  tyły. Drzwi pustelni  były lekko  uchylone. W

niedużym okienku szybki zarosły brudem. Michaił pociągnął drzwi do siebie, a one wyłamały

się z przerdzewiałych zawiasów i upadły na ziemię. Zapalił reflektor i weszliśmy do wnętrza.

Na stoliku leżała bardzo stara książka. Strony porastała gęsta zielona pleśń. Obok spoczywało

kilka zetlałych kartek papieru. Pustelnik leżał na łóżku. Pozostał z niego tylko szkielet.

background image

–  Sic   transit   gloria   mundi   –   westchnął   Pan   Samochodzik.   –   Sądzę,   że   będziemy

musieli pogrzebać biedaka. Najwyraźniej nikt inny nie zawitał tu od jego śmierci.

Za   pustelnią   znaleźliśmy   łopatę.   Kopiąc   na   zmianę   przygotowaliśmy   grób.

Dźwignęliśmy zmarłego i razem z łóżkiem wstawiliśmy do dołu.

Michaił przeżegnał się i odmówił prawosławną modlitwę. Pogrzebaliśmy zwłoki, a w

kopczyk ziemi wetknęliśmy naprędce sklecony z brzozowych gałęzi prawosławny krzyż.

Wróciliśmy do samotni. Michaił obejrzał książkę.

– Ona już nie istnieje – powiedział. – Nie zdołam podnieść jej z blatu. Rozsypie się na

strzępy. To chyba dziennik albo pamiętnik...

Pan Samochodzik pochylił się nad nią i delikatnie spróbował peseta przewrócić kilka

kartek. Rozpadły się na proch.

– Niech tak zostanie – powiedział. – Zobaczmy lepiej te papiery.

Kilka kartek idealnie żółtego koloru leżało obok książki. Niedaleko poniewierała się

zardzewiała obsadka.

– Coś jest na nich napisane – powiedział Michaił. – Ale atrament bardzo wyblakł.

– Nie zdołasz odczytać? – zaniepokoił się pan Tomasz.

– Odczytam.

Wyjął z torby nieduży aparat fotograficzny.

– Cyfrowy zapis – powiedział. – Dam maksymalny zapis barw, szesnaście milionów

odcieni. Potem na komputerze skontrastujemy to i odczytamy.

– Genialne – mruknął szef.

Flesz błysnął kilka razy. Rozejrzałem się po wnętrzu pomieszczenia. Było niewielkie,

najwyżej trzy na trzy metry. Pod ścianą naprzeciw okna znajdował się jeszcze jeden stolik,

koło niego leżało krzesło. Na blacie walały się strużyny i leżała półokrągła deska z wyciętym

zagłębieniem.

– Chyba przygotowywał ikonę do malowania – zauważyłem.

Szef kiwnął głową. W słoiczku obok znajdowało się jakieś zaschnięte i zapleśniałe

paskudztwo, chyba klej kazeinowy. W płaskich porcelanowych miseczkach były farby, które

ciągle jeszcze miały bardzo żywe kolory. Obok leżały przygniecione kamieniem listki folii,

która nadal lśniła złotym blaskiem.

–  To chyba prawdziwe złoto – zauważył obojętnie Michaił. Na desce naszkicowano

miękkim ołówkiem sylwetkę świętego.

– Dobra, wyciągaj wykrywacz – powiedział Michaił. – Mnie też jest głupio, ale po to

tu przyjechaliśmy.

background image

Niechętnie uruchomiłem urządzenie i starannie przeczesałem ściany i podłogę. Nic.

Tylko pod łóżkiem znalazłem klucz od kłódki. Wyszliśmy z samotni i przeszukaliśmy jeszcze

powierzchnię wyspy. W jednym miejscu wykrywacz zasygnalizował w piaszczystej glebie

obecność czegoś metalowego.

Kilka ruchów łopatą i dokopaliśmy się. W ziemi spoczywał spory loty krzyżyk.

– To chyba jego – powiedział Michaił. – Popi i księża grekokatoliccy dostawali takie z

okazji święceń. To między innymi z tego powodu bolszewicy tak zajadle tropili duchownych.

Każdy miał przy sobie kawałek kruszcu...

Wziął krzyżyk w dłoń, wykopał w grobie mały dołek, włożył go, a potem zasypał.

–  Niech spoczywają razem – powiedział. – A na nas czas. Słońce zapadło już za

horyzont.

– Zgłodniałem – oznajmił szef, gdy wyciągaliśmy łódkę z krzaków.

– Przecież tu wokoło jest pełno jedzenia – zdumiał się Michaił.

– Co proszę? – zdziwił się pan Tomasz.

Nasz przyjaciel podniósł kamień  i cisnął nim w koronę rosnącego opodal cedru. Na

ziemię spadły dwie szyszki. Cisnął jeszcze dwa razy, po czym przyniósł szyszki nam.

– Nie jestem wiewiórką – zdenerwował się Pan Samochodzik.

– W tym są orzeszki – wyjaśnił rozrywając palcami pierwszą szyszkę.

Faktycznie pod grubymi, jakby drewnianymi łuskami pojawiły się ziarenka wielkości

groszku.

– Dojrzały w końcu sierpnia.

Szef wyłuskał sobie garść i popatrzył nieufnie.

– Bardzo smaczne, tylko trzeba jeszcze wyłupić je z łupinek.

Michaił pokazał, jak się to robi. Przez następną godzinę płynęliśmy łódką w stronę

bazy jak wiewiórki gryząc orzeszki.

Było bardzo gorąco. Michaił zdjął koszulę, żeby, jak to określił, złapać trochę słońca.

W chwili gdy sięgał po drążek steru odsłonił niewielki znaczek, który miał wytatuowany pod

lewym ramieniem.

– A cóż to takiego? – zdumiał się Pan Samochodzik patrząc na symbol. – To przecież

nie jest ukraiński Tryzub. Chyba że to uproszczona wersja.

Michaił uśmiechnął się.

–  To   trójząb   świętego   Włodzimierza,   czyli   faktycznie   uproszczona   wersja

ukraińskiego godła. Ale dla nas to symbol cywilizacji chrześcijańskiej. Trochę się różni, żeby

nie było problemów identyfikacyjnych.

background image

– A te literki? – zagadnąłem. – NTS? Bo niżej jest grupa krwi...

– NTS? Narodno-Trudowyj Sojuz – powiedział.

–  Narodowo-Pracowniczy  Związek?   –   zdziwił   się  Pan   Samochodzik.   –   A   cóż   to

takiego?

–  Największa organizacja, jaka kiedykolwiek pracowała na rzecz wyzwolenia Rosji

spod bolszewickiej dominacji – wyjaśnił. – Założona przez Arkadiusza Stołypina.

–  Tak...   –   mruknąłem.   –   Ta   nazwa   jest   nieco   dziwna.   A   jaką   macie   doktrynę

polityczną?

– Jesteśmy zwolennikami nieekspansywnego nacjonalizmu – oświadczył z dumą. – I

oczywiście solidaryzmu klas społecznych.

–  Nieekspansywny  nacjonalizm   nie   istnieje   –   powiedział   szef.   –   Solidaryzm   klas

społecznych to doktryna przeciwna marksistowskiej walce klas?

Michaił kiwnął głową, ale pomimo naszych nalegań nie chciał rozwinąć tematu. Gryzł

w milczeniu cedrowe orzeszki. Były bardzo smaczne i niezwykle sycące. Po trzeciej szyszce

nie czułem już głodu.

– Niewiele zdziałaliśmy – mruknął Pan Samochodzik, gdy kładliśmy się spać.

–  Dokonaliśmy   przynajmniej   chrześcijańskiego   uczynku   –   powiedziałem.   –

Pogrzebaliśmy tego biedaka.

– Nie wiemy nawet, jak się nazywał – mruknął szef zapadając w sen.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

NOCNA WYPRAWA • CIEKŁY AZOT • METROWY SZCZUPAK SPRAWDZAMY

DRUGI ADRES • ŻELAZNA SKRZYNKA • MICHAIŁ ZNÓW PLANUJE SKOK •

CAR WŁODZIMIERZ

Obudziłem się jeszcze przed świtem. Z pokoju Michaiła sączyła się strużka światła.

Cicho szumiał generator. Zapukałem.

– Proszę – odezwał się. Wszedłem. Siedział przy komputerze.

– I jak poszło? – zapytałem widząc, że ma rozwinięty plik graficzny przedstawiający

jedną z kartek z pustelni.

–  Wiersz.   Zwyczajny  wiersz,  nie,  niezwyczajny.  Bardzo   piękny wiersz.   Na jednej

kartce znalazłem datę. Mnich umarł chyba dopiero w latach trzydziestych.

– Czyli bolszewicy nie znaleźli jego pustelni! – ucieszyłem się.

– Sądzę, że więcej wierszy było w tamtej księdze. To naprawdę urocza poezja.

– Przepadło – mruknąłem. – Książka, jak sam powiedziałeś, już nie istnieje. Jeszcze

leży, jeszcze widać jej kształt, ale...

–  Pójdziemy   po   nią   –   powiedział.   –   Uratujemy   ją.   Myślałem   prawie   całą   noc   i

wymyśliłem.

Widocznie w ogóle nie kładł się spać.

– Zamieniam się w słuch.

– Nie. Po prostu chodź ze mną.

Wyszliśmy z twierdzy i zeszliśmy nad wodę. Uruchomił silnik i odbiliśmy od brzegu.

Na niebie świeciły miliony gwiazd. Od rzeki ciągnęło chłodem. Czułem wyraźnie zapach lasu.

Łódka podskakiwała lekko na falach. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu co za dnia. Michaił

zabrał  z  łodzi  jakąś butlę  i metalową kasetę. Ruszyliśmy przez  las drogą prowadzącą do

klasztoru.   Szedłem   starając   się   wzrokiem   przeniknąć   ciemność.   Michaił   nie   włączył

reflektorka.

– Jeśli ktoś tam będzie, lepiej, żeby nie zauważył nas zbyt wcześnie – powiedział.

Trudno się było z nim nie zgodzić. Odnaleźliśmy stolik, a potem przedarliśmy się

przez   krzaki   na   polanę.   Robiło   się   już   odrobinę   jaśniej.   Przemknęliśmy   jak   duchy   po

zwalonym pniu. Od poprzedniego dnia nikt tu nie zaglądał. Książka leżała na stole, tak jak ją

zostawiliśmy. Michaił zasłonił okno. Wyłamane drzwi ustawił tak, żeby zasłaniały wejście.

Zapalił reflektor.

– Potrzymaj – wręczył mi go.

background image

Wydobył z torby tę dziwną butlę. Założył grube rękawice.

– Czary-mary.

Puścił z butli zawartą w niej substancję. Rozproszył strumień rękawicą i skierował go

w   postaci   mgły  na   leżący  na   stole   foliał.   Po   chwili   już   śmielej   polał   go  cieczą   z   butli.

Powietrze wypełniły kłęby mgły.

– To gaz – zauważyłem.

– Spokojna głowa – uśmiechnął się. – To ciekły azot.

Wreszcie odstawił butlę i wyjął z kieszeni nóż. Odciął zręcznie manuskrypt od blatu.

Zamrożona książka była twarda jak kawałek stali. Umieścił ją w kasecie, zablokował kilkoma

plastykowymi klinikami, żeby się nie kołatała, po czym zamknął zasobnik i połączył butlę z

zaworkiem.   Za   pomocą   małej   pompki   odessał   z   wnętrza   większość   powietrza,   a   potem

przekręcił kurek i ciekły gaz wypełnił kasetę.

– Zamrożona na sztywno – uśmiechnął się. – W tym stanie dojedzie do Szwecji. Tam

będą fachowcy i bardzo dużo czasu. Pora ruszać. Dnieje.

Podszedł do stołu, na którym leżała nie ukończona ikona. Włożył ją do torby. Zabrał

także pędzelki, miseczki z farbą i złotą folię w płatkach. Wsiedliśmy na łódź i niebawem

znowu byliśmy na rzece.

– Sądzisz, że uda się to uratować? – zapytałem.

–  Nie   wiem.   Mam   pewne   wątpliwości,   ponieważ   proces   rozkładu   zaszedł   bardzo

daleko. Ale nawet jeśli nie uda się zakonserwować papieru, to poznam przynajmniej treść.

Rozdzielając to milimetr po milimetrze i skanując kawałek po kawałku. Mam i mikrotom.

– Co takiego?

–  To taka maszynka sterowana komputerowo, którą można przeciąć ludzki włos na

sześć części. Gwizdnąłem cicho.

– Czego to ludzie nie wymyślą – powiedziałem z uznaniem.

– Ma się parę technicznych gadgetów na wszelki wypadek – uśmiechnął się.

Wyjął   z   kieszeni   szpulkę   żyłki   zakończoną   solidną   kotwiczką.   Na   hak   nadział

plasterek kiełbasy, po czym wyrzucił przynętę za burtę.

– Sądzisz, że coś się złapie? – zdziwiłem się.

– Mam nadzieję, że coś sporego. Przy szybkości, jaką rozwijamy, za przynętą nadążą

tylko duże sztuki.

W   rym   momencie   coś   połknęło   kiełbasę   razem   z   kotwiczką.   Michaił   fachowo

szarpnął. Zwolnił nieco i zaczął holować rybę za łódką.

– Niezła sztuka – powiedział. – Zdrowo szarpie.

background image

– Może dodam gazu, to szybciej się zmęczy? – zaproponowałem.

Pokręcił głową.

– Ta żyłka jest obliczona na siedem kilogramów. Sądzę, że to coś jest większe.

W wodzie rzucało się coś ogromnego. Delikatnie wybierał, aż wreszcie podholował

rybę do rufy. Uniosłem wiosło i uderzyłem ją. Wspólnymi siłami wciągnęliśmy zdobycz do

łodzi. Miała co najmniej metr długości. To był szczupak.

– Widzisz? – zapytał z nutką triumfu w głosie. – Takie rybiszcza tu pływają! Sumy są

oczywiście jeszcze większe, ale to rzadki łup.

Robiło się coraz jaśniej. Dotarliśmy na miejsce. Michaił włożył kasetę do Rosynanta.

Szef wstał godzinę później, gdy solidna porcja ryby skwierczała już na maśle razem ze świeżo

zebranymi grzybami.

–  No to co robimy? – zagadnął wesoło łowiąc nosem cudowny aromat. – Najpierw

śniadanko, a potem sprawdzimy drugi adres?

– Aha – potwierdził Michaił. – Jak dobrze pójdzie, to może dzisiaj znajdziemy.

– A czego szukamy? – zainteresowałem się.

–  Domu  przy  ulicy  Nabrzeżnej.   Należał  przed   rewolucją  do   kupca  Gorypina.  Był

spokrewniony z kuchcikiem Siedniewem i kamerdynerem księżniczek, też Siedniewem.

Po śniadaniu popłynęliśmy na drugą stronę rzeki. Znaleźliśmy bez większego trudu

ulicę Nabrzeżną (obecnie nazywała się Pocztowa). Gorzej było z numerem siódmym. Parcelę

tę zajmował plac pokryty dołami i stosami gruzu.

– Chyba znowu się spóźniliśmy – jęknął Michaił.

–  Niekoniecznie   –   zauważył   szef.   –   Zwróć   uwagę,   że   te   ruiny   zaczęto   usuwać

spychaczem, a potem prace przerwano. Chyba nie naruszyli piwnic.

– Sprawdzimy – mruknąłem.

Uruchomiłem wykrywacz i ruszyłem przez gruzy. Po dwu godzinach złapałem słabe

echo.

– Tu coś jest – zauważyłem.

– Co? – zaciekawił się Michaił.

– Nie wiem. Ale dźwięk jest inny niż przy żelazie.

– Do dzieła – nasz przyjaciel wyjął z plecaka saperkę i wgryzł się w gruz. Po godzinie

echo było już znacznie silniejsze.

– Jesteśmy blisko – mruknąłem. – Zaraz będziesz to miał.

background image

Pod łopatą błysnęło coś złocistym blaskiem. Michaił szarpnął i wyciągnął zgnieciony

samowar. W jednym miejscu saperka zdarła warstwę zielonej śniedzi i odsłoniła mosiądz, co

zapewne dało ten piękny błysk.

– Oryginalny Bataszew z Tuły – zauważył szef. – Piękne cacko. Trzeba będzie tylko

dobrze oczyścić. O, jest nawet kurek – wygrzebał z gruzu zaworek.

Sprawdziłem dół. Nic więcej metalowego w nim nie było.

– Beznadziejna sprawa – powiedział Michaił siadając na pryzmie cegieł. – Nawet jeśli

ukryli to w domu, to przewaliło się tędy tylu poszukiwaczy, że nie mamy chyba większych

szans.

– A może zakopali koło domu? – wskazałem gestem resztki ogrodu.

– Teraz ty odpocznij, a ja poszukam – ożywił się. – Może będę miał szczęśliwszą rękę.
Szukał   przez blisko godzinę, ale  nic  nie  znalazł.  Dopiero koło potężnego świerka

rosnącego za ruinami domu wykrywacz zapiszczał. Tym razem saperką kopał pan Tomasz.

– Skrzynka metalowa – sapnął z wysiłku. Po chwili z głębi dołu wyciągnął znalezisko.

Poczułem gwałtowny przypływ gorączki złota.

–  To chyba stary metalowy rezerwuar od ubikacji – zauważył Michaił. – Ale wieko

zostało przyspawane.

Wsadziłem skrzynkę do plecaka. Wycofaliśmy się na przystań, a potem popłynęliśmy

do twierdzy. Michaił wydobył z kontenerka małą  piłkę diamentową i podłączywszy ją do

agregatu   zręcznie   odciął   wieko   po   linii   spawu.   Patrzyłem   na   spadające   iskry,   a   moja

wyobraźnia działała. Wreszcie dociął do końca. Podnieśliśmy wieko. Wewnątrz skrzyni były

częściowo przegniłe banknoty. Michaił wyjął jedną paczkę.

– Kierenki – mruknął zawiedziony.

– Co? – zdziwił się pan Tomasz.

–  Ruble wydawane przez Rząd Tymczasowy. Niezłą fortunkę sobie zgromadził ten

ktoś.

– Jaką to miało siłę nabywczą? – zaciekawiłem się.

– To zależy kiedy zostało ukryte. Inflacja sięgnęła kilkuset procent między rewolucją

lutową a przewrotem bolszewickim. Myślę jednak, że można  było za to kupić drugi taki

domek.

– Wiecie, co mi przyszło na myśl? – zapytałem.

–  Sprzedał Rubinową Tiarę i zakopał pieniądze? – zgadnął Michaił. – Byłoby tego

trochę za mało.

– Zobaczmy, co jest głębiej – zauważył przytomnie szef.

background image

Wyjęliśmy  przegniłe,   rozpadające   się   pliki   banknotów.   Pod   nimi   leżała   moneta   –

srebrny   rubel   wybity   z   okazji   trzechsetnej   rocznicy   panowania   dynastii   Romanowów.

Podniosłem   ją.   Car   Mikołaj   II  sportretowany   en   face   w   towarzystwie   założyciela   rodu,

patriarchy Filareta, uśmiechał się zagadkowo, może nawet kpiąco. Poczułem, że śmieje się z

naszych wysiłków.

–  Zerwały nam się w ręku wszystkie nici – powiedział Michaił. – Musimy szybko

wymyślić coś nowego.

Kiwnąłem poważnie głową. Po późnym obiedzie Michaił i pan Tomasz zasiedli razem

do komputera, a ja wszedłem na wieżyczkę i zdrzemnąłem się w ciepłych powiewach wiatru.

Zszedłem na dół przed wieczorem. Nie przespana noc dawała mi się we znaki.

– I co ciekawego znaleźliście? – zapytałem.

–  Nic interesującego – powiedział zniechęcony szef. – Zresztą ustalenie adresu nie

przesądza o odnalezieniu skarbów. Przecież równie dobrze człowiek, któremu powierzono

depozyt, mógł ukryć je gdzieś poza domem. Nawet daleko... Zakopać w lesie lub w sadzie,

przewieźć na drugą stronę Tobołu...

– Albo zatopić w rzece – dodałem.

– Nie ma innej drogi – powiedział Michaił. – Musimy odnaleźć pozostałe adresy. A

tego dokonać możemy tylko w jeden sposób.

– Niech zgadnę – westchnąłem. – Chcesz zdobyć księgi meldunkowe?

Kiwnął radośnie głową.

–  Czy ty zdajesz sobie sprawę, że one są zamknięte w archiwum KGB? – zapytał

ostrożnie Pan Samochodzik. Michaił ponownie przytaknął.

–  Właściwie   powinienem   dać   ci   teraz   czymś   ciężkim   w   głowę,   zapakować   do

samochodu i wypuścić dopiero w Polsce – powiedziałem. – Przecież to niemożliwe.

– Co jest niemożliwe? – nie zrozumiał.

– Niemożliwe jest włamanie się do archiwum KGB! To tak, jakbyś chciał włamać się

na Łubiankę. Takich rzeczy po prostu się nie robi – grzmiał pan Tomasz.

Michaił uśmiechał się nadal.

– Myślicie, że jestem złym psychologiem? Żyjemy sobie spokojnie w bazie KGB. Oni

są do tego stopnia pewni, że nikt nie będzie chciał się tu włamywać, że nie wystawili nawet

straży. Sądzą, i zresztą zupełnie słusznie, że nikt, kto ma dość oleju w głowie, by przeżyć w

tym kraju, nie będzie próbował wedrzeć się do ich obiektów. Dlatego mamy szansę.

– Mamy? – zdziwiłem się. – To ty masz szansę, a raczej nie masz żadnej. Co mamy

powiedzieć twojej rodzinie, gdy już cię dopadną?

background image

Uśmiechnął się jeszcze raz. Denerwował mnie ten jego uśmiech.

–  Nie dopadną. Nawet się nie domyśla. Idziesz ze mną? Popukałem się palcem w

czoło.

–  Czy ty chociaż widziałeś kiedyś w życiu jakiekolwiek archiwum? – zapytałem. –

Stalowe kraty, sejfy...

– Na stalowe kraty znajdzie się sposób. A prucia sejfów nauczyłem się będąc jeszcze

dzieckiem.

– Świetnie. Mnie też uczyli pruć kasy pancerne, jak służyłem w czerwonych beretach.

Ale to o niczym nie świadczy. Umiem to robić, ale to nie znaczy, że na widok sejfu KGB

będę chciał go od razu wybebeszyć. Zresztą po co?  Gdyby zdobyli informację o miejscu

ukrycia klejnotów, poszliby po nie.

–  Może   nie  potrafili   odpowiednio   zinterpretować  posiadanych  danych   –   zauważył

Michaił. – Może zauważymy coś, co uszło ich uwagi. Zresztą to nieważne. Po prostu musimy

spenetrować to archiwum.

–  Gdy   Bóg   chce   kogoś   zgubić,   najpierw   odbiera   mu   rozum   –   mruknął   Pan

Samochodzik. – Będziemy ci wysyłać paczki.

– Idę – oświadczył Michaił. – Obejdę wzgórze dookoła. Zorientuję się, gdzie są wyloty

kanałów drenujących. Gdy będę to wiedział, przygotujemy akcję.

Odprowadziłem go na przystań. Odczepił silnik i powiosłował na drugą stronę rzeki.

Wróciłem do bazy.

Pan Tomasz stał na wieży i obserwował oddalającą się łódkę.

– I co o tym sądzisz? – zapytał.

–  Nie   znajdziemy   tych   klejnotów   –   zauważyłem   z   melancholią.   –   To   po   prostu

niemożliwe. Co gorsza, nasze argumenty nie trafiają mu do przekonania.

– Obiecaliśmy mu pomóc, jeśli tylko jest to możliwe. Nie wiem na co liczy, ale sądzę,

że nasza umowa nie obejmowała akcji o charakterze samobójczym.

– Dlaczego jest pewien, że odnajdziemy Rubinową Tiarę? – spytałem szefa. – Może

trzyma coś na specjalną okazję. Jakiś ratunkowy wariant...

– Nie sądzę. On nie ma już żadnych pomysłów, ale nie potrafi się po prostu poddać.

Dlatego próbuje się włamać do archiwum KGB, oczywiście nawet jeśli ujdzie z życiem, to i

tak   nic   tam   nie   znajdzie.   Co   najwyżej   kilka   nowych   adresów.   Tak   czy   siak   my   już

wygraliśmy. Książki leżą w skarbcu Biblioteki Narodowej.

–  Czy  w  tych  papierach, które  Michaił  zeskanował,  można   znaleźć  jeszcze   jakieś

wskazówki? – zagadnąłem.

background image

–  Trudno powiedzieć. Jest tego kilkadziesiąt tysięcy stron. Sam się przyznał, że nie

czytał wszystkiego. Oczywiście liczą się pamiętniki cara, carycy i ich dzieci. Wspomnienia

nauczyciela   Gillarda   nie   wnoszą   nic   nowego,   choć   mamy   rękopis   jego   książki,   bez

poważnych cięć dokonanych przez  wydawcę.  Szkoda, że nie  żyje już   nikt z uczestników

tamtych wydarzeń.

– Szkoda – potwierdziłem. –Ale żeby... – nagle palnąłem się z rozmachem w czoło. –

Anna Andersen!

– Kto to taki? – zagadnął szef.

– Kobieta, która twierdzi, że jest Anastazją, córką Mikołaja II.

– Ona nie żyje – ostudził mnie. – Zmarła przed dwoma albo trzema laty.

– Szkoda. To był chyba dobry pomysł.

– Co myślisz o naszym przyjacielu? I o jego dziwnym tatuażu?

–  Trudno   powiedzieć.   Dziwna   ta   jego   organizacja.   Solidaryzm   klas   społecznych

rozumiem.   Takie   były   przecież   założenia   naszej   „Solidarności".   Ale   nieekspansywny

nacjonalizm?

– Zastanawia mnie ta jego organizacja. Może to było tak. Oni zlecili mu odszukanie

Rubinowej Tiary... Choć sądzę, że raczej przydałaby im się korona.

–  Załóżmy, że tak. Wysłali go na poszukiwania. A po co im korona? – zgłosiłem

wątpliwość.

–  Jego   ojciec   był   zamieszany   w   próbę   kradzieży   korony   carów   z   Ermitażu.

Samobójcza akcja. Poszło ośmiu, siedmiu zginęło, nawet nie zdołali wejść do skarbca. Polegli

byli zwykłymi oprychami. Organizator zdołał zbiec tylko dlatego, że podziurawiony jak sito

kulami strażników skoczył oknem z trzeciego piętra do Newy. Był styczeń...

– Dlaczego do tego stopnia zależało im na tej koronie, by ryzykować życie? Przecież

taka akcja od początku była skazana na niepowodzenie.

– Może po to, żeby kogoś koronować – szef podsunął nową myśl.

– Koronować? – powtórzyłem. – A kogo?

–  Włodzimierz Romanow, będący obecnie głową rodu, ma oficjalnie tytuł strażnika

rosyjskiego tronu. To z grubsza oznacza tyle, że gdy będzie dostęp do tegoż tronu, on na nim

zasiądzie.

– Mrzonki. Przecież w tym kraju nie ma nikogo, kto chciałby powrotu cara.

–  Mylisz się. Około trzech procent mieszkańców Rosji to zagorzali monarchiści. Z

kolei   dwadzieścia   pięć   procent   nie   ma   nic   przeciwko.   Włodzimierz   Kiryłowicz   raz   już

odmówił przyjęcia tronu.

background image

– Jak to? – zdziwiłem się. – A kto mu go proponował?

–  Hitler   po   napaści   na   Związek   Radziecki   zaproponował   mu   objęcie   urzędu

gubernatora zajętych terenów. W prowincji Ostland miał być stworzony marionetkowy rząd

rosyjski   z   nim   jako   gubernatorem,   a   może   nawet   prezydentem.  W   przyszłości   miało   to

otworzyć drogę do restauracji monarchii. Włodzimierz odmówił i spędził cztery lata w obozie

koncentracyjnym w Sachsenhausen.

– A gdyby się zgodził?

– Może hitlerowcy trochę łagodniej traktowaliby ludność cywilną. A może nie. Car tak

czy siak okryłby się niesławą. Z drugiej strony miałby szansę zorganizować bunt i wystąpić

przeciwko   Rzeszy.   Znalazłby   się   między   młotem   a   kowadłem,   między   hitlerowcami   a

Stalinem. To nie mogłoby się udać. Myślę, że wybrał słusznie. Mógł myśleć, że go zabiją w

razie  odmowy, ale gotów był poświęcić się dla  ojczyzny, której  nigdy nie było mu dane

zobaczyć.

Michaił wrócił po zmroku.

– I jak poszukiwania? – zapytałem.

– Znalazłem wylot głównego kanału – powiedział. – Biegnie chyba sprzed cerkwi, pod

budynkiem archiwum i wychodzi na skarpie.

– Próbowałeś zajrzeć?

– Zaglądałem – mruknął. – Zaspawali go metalowymi sztabami. Ale biegnie prosto w

dobrym kierunku.

– Odżywam na myśl, że żaden Mitrofanow nie będzie musiał szukać schematów sieci

kanalizacyjnej pod wzgórzem.

– Będzie szukał. Jutro to sprawdzę.

Fanatycy   bywają   niebezpieczni,   więc   nie   protestowałem.   Zjedliśmy   kolację   i

poszliśmy spać.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

SYMPATYCZNY ATRAMENT • NOCNA WYPRAWA DO JASKINI LWA •

GŁÓWNY KANAŁ ODWADNIAJĄCY • W ARCHIWUM KGB • PRAWDZIWI

AMERYKAŃSCY SZPIEDZY • PRZESŁUCHANIE • DOKTOR RAUBER

Rankiem Michaił wbił się w garnitur, naszykował sobie plik papierów i wsiadł na

łódkę. Obserwowaliśmy go z wieży.

– Obawiam się, że on poważnie planuje ten skok na archiwum KGB – powiedziałem

w zadumie.

– Uda mu się?

– Trudno ocenić. Prawdopodobnie, jeśli rzeczywiście miał tak trudne dzieciństwo jak

opowiadał, wejdzie do środka. Ale wejść, a wyjść to dwie różne rzeczy. „Rubel za wejście,

dwa za wyjście" – mówi rosyjskie przysłowie.

Do obiadu siedzieliśmy i grzebaliśmy w zeskanowanych dokumentach. Przejrzałem

dziennik carycy, choć czytanie ręcznie pisanej cyrylicy okazało się nadspodziewanie trudne.

– Zwróciłeś uwagę na ten fragment? – zapytał szef wskazując jedną stronę. – Caryca

pisała zostawiając spore odstępy między linijkami. Tu są szczególnie duże.

–  Sądzi   pan,   że   mogła   tu   umieścić   jeszcze   jedną   linijkę   zapisaną   sympatycznym

atramentem?

– Nie da się tego wykluczyć. Albo zostawiła miejsce na późniejsze zapiski.

Wszedł Michaił. Ociekał wodą.

– Deszcz pada – wyjaśnił. – Coś ciekawego? – zauważył nasze podniecenie.

–  Zobacz – szef wskazał mu stronę, która nas zainteresowała. – Tu mogło być coś

dopisane.

– Zwróciłem na to uwagę, gdy robiłem skan. Niestety nie pozwolili przeprasować tych

stron   gorącym  żelazkiem,   co   zapewne   pozwoliłoby  odczytać   tekst.   Specjalnie   im   się   nie

dziwię. To bezcenne archiwalia.

– Po co żelazkiem? – zdziwiłem się.

–  Można   użyć   różnych   atramentów   sympatycznych,   które   po   wyschnięciu   będą

niewidoczne.  Najprostszym  jest  mleko.   Posiada   tylko  jedną  wadę.  Jeśli  jest   tłuste,  to  po

pewnym czasie mogą wystąpić plamy. Oczywiście istnieje odtłuszczone, ale takiego chyba nie

mieli. Innym bardzo prostym atramentem sympatycznym jest sok z cebuli. Sądzę, że tego

właśnie   użyli.  Mieli   cebulę,   a   po   wyschnięciu  i   wywietrzeniu   zeszytu   taki   atrament   był

niewidoczny.  Dla   odczytania  tekstu   wypisanego  tymi  dwoma   sposobami   należy  kartkę   z

background image

zapisaną   wiadomością   podgrzać   albo   właśnie   przeprasować   gorącym   żelazkiem.   Papier

pociemnieje w miejscach, gdzie był zabarwiony mlekiem albo sokiem z cebuli. Są oczywiście

różne chemiczne substancje, których można użyć do tego celu, ale takich raczej nie mieli.

– Trzeba było użyć kamery termowizyjnej – zauważyłem. Spuścił głowę.

–  Nie pomyślałem o tym. Ale drugi raz mnie tam nie wpuszczą. Po krótkotrwałym

okresie odwilży archiwa znowu są niedostępne dla zachodnich badaczy.

– Poproś kogoś z miejscowych. W ostateczności przekup.

– Pomyślę. Sądzicie, że w tym miejscu może być napisane coś na temat klejnotów?

–  Ta   strona   została   zapisana   dzień   przed   wyjazdem   do   Jekaterynburga...   Może

domyślali się, co im grozi. To może być na przykład testament. Albo informacja o klejnotach,

jeśli jakaś ich partia została wtedy ukryta.

– Rozumiem – kiwnął poważnie głową. – Będę musiał to jakoś sprawdzić. Na razie

mam inne tropy. Zza pazuchy wyjął dwie odbitki ksero.

–  To plan twierdzy, wykonany jeszcze przed rewolucją. A to rozrys sieci kanałów

drenujących – powiedział. – Jeśli nałożymy jeden na drugi, to zobaczymy, że główny kanał

biegnie pod budynkiem zbrojowni, będącym obecnie głównym archiwum FSB!

– Ekstra – powiedziałem. – Czyli chcesz wejść przez kanał?

– Sam nie dam rady – powiedział. – Będę potrzebował twojej pomocy, Pawle.

– Po moim trupie – zaprotestował szef.

– Wszystko przemyślałem. To naprawdę bezpieczna akcja – zaprotestował Michaił. –

Wejdziemy do kanału przez podłogę archiwum. Zrobimy to dziś w nocy, kiedy nikogo nie ma

w środku. W godzinę znajdziemy co potrzeba i znikniemy tą samą drogą. Wylot kanału jest w

gęstych krzakach.

– Czy pomyślałeś o tym, że kanał musi biec głębiej, pod fundamentami budynku?

– Tak. Wiem też, że ściany są z kamionkowych kręgów.

– A pomyślałeś, jak przebić się z kanału do budynku? Jeśli użyjesz dynamitu, to nie

dość, że wylecicie w powietrze, a jeszcze zbiegnie się cała okolica.

– Przemyślałem wszystko. Zrobię to po cichutku. To będzie koronkowa robota.

– Sądzę, Pawle, że będziesz musiał z nim iść i dobrze go pilnować – westchnął szef.

Zrozumiałem,   że   mój   los   został   przypieczętowany.   To   dziwne,   ale   nawet   się

ucieszyłem. Nie codziennie trafiają się takie przygody. Po południu Michaił wydobył z torby

ikonę zabraną z pustelni. Oglądał długo porcelanowe miseczki z resztkami farb.

– Chyba da się je odmoczyć – powiedziałem wreszcie.

– Niewykluczone – zauważył pan Tomasz. – A po co?

background image

–  Mam   znajomego  mnicha  w   Kanadzie.   Dam  mu   to.   Niech  dokończy  pracę  tego

biedaka z pustelni. To co po nas zostaje, to owoce naszego wysiłku. Szkoda by było, gdyby

ten człowiek żył tylko w naszych wspomnieniach.

Wzgórze   sprawiało   przygnębiające  wrażenie.   Może   dlatego,   że   była  noc,   a   może

potęgował je ceglany mur na szczycie. Było chłodno. Czułem się nienaturalnie spokojny. To

naprawdę musiało się udać.

–  Obszedłem   całą   górkę   dookoła   –   pochwalił   się   Michaił.   Uczernił   sobie   twarz

spalonym korkiem i teraz w ciemności widziałem tylko jego jasne oczy. – Jest podkopana

dziesiątkami drenów. Znalazłem trzydzieści cienkich rurek. Ale tędy biegnie główny kanał.

Spod cerkwi. Pewnie dawniej była tu rynna do rzeki.

– Rynsztok – poprawiłem go odruchowo. Stopień, w jakim opanował język polski był

zdumiewający. Pomijając jego silny wschodni akcent mówił zupełnie poprawnie. W gęstych

krzakach zamajaczył betonowy krąg. Wylot kanału.

– Jesteśmy – powiedział Michaił.

Jego głos drżał z emocji. Dziurę zabezpieczała solidna metalowa krata. Podszedłem i

obmacałem   pręty.  Miały co   najmniej   trzy  centymetry  średnicy.  Wbetonowano  je   solidnie

jeszcze w czasach budowy ścieku. Szarpnąłem. Ani drgnęły.

– No to klapa – powiedziałem. – Masz piłę do metalu? Uśmiechnął się szeroko.

–  Piły   to   przeżytek.   W   dzisiejszych   czasach   szpiedzy   posługują   się

najnowocześniejszą techniką.

–  Tak, zapomniałem, że jesteś szpiegiem – mruknąłem. – Będziemy kruszyć kanał

dynamitem?

Nie odpowiedział. Z plecaka wyjął zwój kabla i zniknął w ciemnościach. Patrzyłem za

nim. Podkradł się do stojącej latarni. Odczepił zręcznie pokrywę. Wykręcił korek. Latarnia

zgasła  prawie natychmiast. Tylko przez   chwilę  rozżarzone  włókna w  żarówce wydzielały

słaby poblask. Michaił wrócił ciągnąc końcówkę kabla.

– Mamy zasilanie – powiedział.

– Uważaj z tym. Latarnie pracują pewnie na napięciu 750 woltów.

– Spokojna głowa – powiedział. – Takie właśnie będzie nam potrzebne.

–  Zamierzasz to przeciąć nie piłą do metalu, ale tarczą karborundową osadzoną w

szlifierce? – domyśliłem się.

– A fe. Co za prostackie metody.

Z plecaka wyjął płaskie pudełko. Otworzył je i moim oczom ukazało się coś w rodzaju

ostrza zaopatrzonego w wygodny ergonomiczny uchwyt.

background image

– Co to takiego? – zdumiałem się. – Laser bojowy?

–  Laserem   byłoby  najlepiej   –   powiedział.   –   Tylko   zasilanie   za   słabe.   Poza   tym

gdybyśmy cięli te kraty laserem byłoby nas widać na kilometr.

Przyłożył ostrze do sztaby i wcisnął przycisk. Metal zaćwierkał jak ptaszyna polna.

Pobór   mocy   musiał   być  potworny,   ponieważ   latarnie   przy   całej   ulicy   pociemniały.   Gdy

odwróciłem się Michaił kończył ciąć ósmy pręt.

– Piła ultradźwiękowa – domyśliłem się. Kiwnął poważnie głową.

– Piła ultradźwiękowa. W przyszłości podstawa każdego przemysłu opierającego się w

tej   chwili   na   spiekach   węglowoceramicznych.  Za   dziesięć   lat   zastąpi   piły   drwalskie   w

tartakach, ułatwi pracę kamieniarzom, zapewni obróbkę metali z jubilerską precyzją...

– Tylko pobór mocy duży – zauważyłem.

–  Cóż, nasze laboratoria już nad tym pracują. A jeśli się nie uda, to może chociaż

obniży się cenę energii.

– Macie nawet własne laboratoria? – zdumiałem się.

– Oczywiście. Towarzystwo „Rossija" dysponuje obecnie gigantycznym kapitałem.

Ostatni pręt ćwierknął cieniutko i poddał się.

– Według obliczeń pana Tomasza pięćdziesiąt metrów stąd bezpośrednio nad kanałem

znajduje się budynek archiwum – powiedział Michaił.

– Starczy nam kabla? – zaniepokoiłem się.

– Oczywiście. Mam dwieście metrów zapasu.

Ruszyliśmy   nisko   betonową   rurą.   Cuchnęło   lekko,   a   pod   nogami   coś   chlupotało.

Starałem się nie zgadywać co. Niebawem natknęliśmy się na kolejną kratę. Ta trzymała się

ścian znacznie słabiej i dawała podczas cięcia zupełnie inny dźwięk, coś w rodzaju brzęczenia

srebrnych dzwoneczków. Rozwijałem taśmę mierniczą i wreszcie znalazłem się w miejscu,

gdzie supełek wyznaczał pięćdziesiąty metr.

– Jesteśmy – powiedziałem cicho.

–  W  porządku.  Przejdziemy jeszcze   ze  dwa  metry...  Betonowy  strop  wydawał się

niewzruszony i twardy jak slcała.

– Nie ma tu żadnego zejścia do kanałów – powiedziałem.

– Po co zejście do kanałów z tajnego archiwum? – zdumiał się Michaił. – Chyba jako

zaproszenie dla szpiegów.

– Jeśli go nie ma, to jak wejdziemy tam na górę? – zdziwiłem się.

– Oto jak – przyłożył piłę do sufitu.

background image

Obracając się na pięcie zatoczył nią krąg o przeszło metrowej średnicy. Strop wydał z

siebie coś w rodzaju skwierczenia. Mój towarzysz odskoczył, a gruby plaster betonu upadł z

hukiem u naszych stóp.

–  Widziałem   coś   takiego   w   filmie   „Brasil"   –   pochwaliłem   się.   Tam   przyszli

aresztować głównego bohatera wycinając dziurę w suficie. Michaił oświetlił latarką sufit.

– Bingo – powiedział. – Podaj łom.

Pogmerał nim  leniwie przez   kilka  minut i  osypała się  nam na głowy  kupa  ziemi.

Poprawiał przez chwilę, po czym ułożywszy beton na sztorc zniknął w otworze. Przez chwilę

ciął, a potem zaczął podawać mi pokrojone na kawałki cegły. Układałem je na ziemi.

– Gotowe – powiedział wreszcie.

Sądząc po tym, jak zabrzmiał jego głos, dotarł już do jakiegoś pomieszczenia. Jego

nogi   zniknęły   w   górze.   Po   chwili   wahania   podążyłem   jego   śladem.   Znaleźliśmy   się   w

niewielkiej piwniczce. Do ścian ciągle przykute były rdzewiejące pierścienie.

– Tu zapewne trzymali więźniów – powiedział Michaił ponuro. – Do dzieła.

Przysunęliśmy sobie ciężką ławę i zabraliśmy się za sufit. Po chwili i on musiał się

poddać.   Piła   wydawała   dźwięk   podobny  do   gotującej   się   w   czajniku   wody.  Odkładałem

wycięte cegły na kupkę. Powietrze wypełnił rudy pył.

– Solidna robota – mruknął Michaił. – Umieli kiedyś budować.

Wreszcie dźwięk piły zmienił się. Znowu cięła beton.

– Wzmocnili posadzkę betonową wylewką – powiedział. – Zbrojoną.

– Dasz radę przeciąć zbrojenia? – zaniepokoiłem się.

– Tym maleństwem można ciąć nawet promy kosmiczne – pochwalił się podając mi

kawał betonu.

Wreszcie   uznał,   że   otwór   jest   wystarczająco   duży.   Zniknął   w   górze.   Po   chwili

wychylił się.

– Za mną – szepnął.

Wypełzłem   z  dziury  w   podłodze.   Michaił   ustawił   reflektorek  tak,   żeby  z   grubsza

oświetlał tę część pomieszczenia. Otrzepałem dłonie wzbijając w powietrze tumany kurzu.

Zakasłał. Rozejrzałem się wokoło ciekawie. Ostatecznie nie codziennie ma się okazję być w

ściśle tajnym archiwum KGB/FSB.

– Rozczarowany? – zapytał mój kumpel z lekką kpiną w głosie.

– Tak – przyznałem. – Wyobrażałem to sobie inaczej. Sądziłem, że dokumenty takiej

instytucji muszą być dodatkowo zabezpieczone.

background image

–  Rozumiem. Spodziewałeś się setek sejfów wyprodukowanych przed rewolucją w

Zakładach Putiłowskich.

– Tak. Ściany sejfów, a na każdym z nich papierowa plomba z napisem „Sowierszeno

siekretno" – ściśle tajne.

– Żaden problem – wyciągnął pierwszą z brzegu teczkę. – Chciałeś, to masz.

Start z okładki kurz i wówczas zobaczyłem, że teczka ma na bokach przylepiony biały

pasek ostemplowany pieczątkami  z   sierpem  i   młotem.   Na  teczce ktoś  napisał  wyraźnym,

niewprawnym pismem półanalfabety „Sowierszeno siekretno".

– Teraz lepiej? – uśmiechnął się szelmowsko.

– Nie. Pieczątki powinny być łąkowe.

– Też masz wymagania. Czy ty sobie, Pawle, w ogóle zdajesz sprawę, że jesteśmy w

archiwum KGB, w jednym z najściślej tajnych i najlepiej strzeżonych miejsc na tej planecie?

– Chyba brakuje mi poczucia uczestnictwa – mruknąłem. – Bierzmy co nam trzeba i

spływamy. Przejrzymy na spokojnie w twierdzy i odniesiemy.

–  Raczej   podrzucimy   im   pod   drzwi,   ale   w   sumie   szczegóły   mają   drugorzędne

znaczenie.   Ksiąg   meldunkowych   na   tych   półkach   raczej   nie   ma,   wszystkie   teczki   są

cieniutkie.

Ruszyliśmy dalej przez labirynt półek. Nieoczekiwanie doszliśmy do alejki biegnącej

w poprzek. Była nawet odkurzona.

– A jednak ktoś tu zagląda – zauważyłem.

– Dlatego przyszliśmy tu w nocy – wyjaśnił. Teczki przy „alejce" także były starannie

odkurzone.

– W prawo, w lewo czy do przodu? – zapytałem.

– Jeśli się bada labirynty, to najlepszą metodą, by nie zabłądzić i nie pominąć żadnego

odgałęzienia, jest skręcanie zawsze w lewo – powiedział poważnie. – Wprawdzie pokonuje

się wówczas dłuższą  drogę niż   idąc na wprost,  ale przynajmniej ma  się pewność, że się

niczego nie przegapi.

Zakręciliśmy w lewo, potem jeszcze raz w lewo.

– O znalezieniu się w takim miejscu marzyłem przez całe życie – powiedział. – Choć

jeszcze chętniej spenetrowałbym archiwa Łubianki.

– A po co? Chcesz poszukać prawdy o Juriju Gagarinie? – zagadnąłem.

Parsknął ze złością.

– Uczepiliście się mnie.

background image

–  Wybacz,   to   po   prostu   ciekawy  temat.   Pan   Tomasz   i   ja   jesteśmy  detektywami.

Lubimy stawiać pytania. Na tym polega nasz zawód,  a wybraliśmy go sobie,  bo  chcemy

poznać prawdę. Ty zaś sprawiasz wrażenie, że coś wiesz.

–  Kiedyś ci opowiem to, co wiem. Na razie skupmy się na naszym zadaniu. Będąc

dzieckiem sądziłem, że to takie proste: wchodzi się do archiwum KGB i wykrada teczki.

Teraz widzę, że jest ich trochę za dużo...

Kiwnąłem poważnie głową.

–  Zazwyczaj   dzieci   marzą   o   rzeczach   przyjemniejszych   –   zauważyłem.   –   Tak

egzotyczne   pragnienia   to   wpływ   twojego   trudnego   dzieciństwa   czy   może   raczej

nieodpowiednich lektur?

–  Towarzyszyłem   ojcu   od   małego,   kiedy   grzebał   w   starych   dokumentach.

Zwiedzaliśmy na Zachodzie podobne miejsca.

– Myślałem, że hrabia Derek...

–  ...był   szpiegiem,   złodziejem   dzieł   sztuki   i   przemytnikiem?   –   zapytał   ostro.   –

Detektyw z ciebie za dychę, Pawle. Zbyt łatwo się sugerujesz. Prowadził własne zakrojone na

bardzo szeroką skalę badania archiwalne. To był naprawdę gość, taki jak Pan Samochodzik. A

my nigdy nie dorośniemy im do pięt.

Zamyśliłem się.

– Wiesz co, jesteś chyba pierwszą osobą, jaką spotkałem, która przyznaje się, że ktoś

może ją przerastać intelektualnie.

–  A co w tym dziwnego? Po świecie chodzi wielu mądrych ludzi. Spotkałem nawet

kilku.   Przypuszczam,   że   są   miliony   ludzi   od   nas   inteligentniejszych   i   tysiące   naprawdę

genialnych. No, dość tych dywagacji. Szukamy.

Mój wzrok prześlizgiwał się po kilometrach półek i milionach teczek. Zakręciliśmy

jeszcze raz. „Krajobraz" zmienił się. Na półkach stały grubaśne tomiszcza.

–  Zaczynamy do czegoś dochodzić – poweselał Michaił. Wyciągnął pierwszy tom z

brzegu i przekartkował pobieżnie.

–  Wyniki badań statystycznych mieszkańców Tobolska. Ilość deklarujących się jako

ateiści   nie   pasowała   do   liczby   wiernych   odwiedzających   cerkwie.   A   tu   mamy   wzrost

przestępczości wśród dzieci poniżej czternastego roku życia.

Wetknął tom na miejsce i zajął się kolejnym.

– Alkoholizm wśród dzieci do czternastego roku życia. Alkoholizm wśród pionierów.

Alkoholizm w Komsomole! – wściekał się coraz bardziej.

background image

–  Nauczyli   Rosjan   pić.   Hitler,   gdy  podbijał   ZSRR   planował,   że   dla   całkowitego

wyeliminowania   i   zniszczenia   biologicznego   Rosjan   i   Ukraińców   wystarczy   zwiększyć

spożycie spirytusu do sześciu litrów na głowę mieszkańca rocznie – zauważyłem.

Michaił wetknął ze złością tom na półkę.

– Oni mieli dwanaście litrów na głowę już w latach sześćdziesiątych.

– Uspokój się – zmitygowałem go. – Zastanówmy się lepiej, jak najłatwiej odszukać

księgi meldunkowe.

– Te tomiszcza są na okładkach opisane tylko sygnaturami – powiedział w zadumie. –

Układ nie może być w takim razie alfabetyczny.

– Czyli mogą być wszędzie?

– Tak. Zwróć uwagę, że sygnatury są wyraźnie wieloczłonowe. To jakiś kod, tak jak z

tablicami rejestracyjnymi ZIŁ-ów.

– Zaczynające się cyfrą osiem dotyczą chyba kwestii społecznych.

–  Chyba tak.  Zastanawiam   się  jednak,  jak  zaklasyfikowali interesujące  nas  księgi.

Trzeba spróbować rozszyfrować te kody.

– Zaczekaj – powstrzymałem go za łokieć. – A może po prostu poszukamy katalogu?

– No co ty? Katalog trzymają z pewnością w sejfie.

– Chwilę. Dlaczego mieliby trzymać go w sejfie?
–  Widzisz,   to   już   tak   bywa   w   takich   instytucjach.  Z   samego   katalogu   wrogowie

mogliby za dużo się dowiedzieć.

– Ja na ich miejscu sporządziłbym dwa katalogi. Jeden ogólny i wydzielony dla rzeczy

ściśle tajnych. Popatrzył na mnie z zainteresowaniem.

–  Nie da się wykluczyć, że masz rację. Tak czy siak tu katalogu nie znajdziemy. Z

pewnością nawet ogólny trzymają pod kluczem.

–  Po co trzymać dwie rzeczy  pod kluczem oddzielnie. Założę się, że stoi po prostu

koło drzwi.

– Dobra, sprawdzimy.

Koło drzwi archiwum katalogu nie było.

–  Widzisz   –   zatriumfował.   –   To   nie   takie   proste.   Wyciągnął   jakieś   tomisko   i

przekartkowawszy wstawił je obojętnie na półkę.

Sięgnąłem po tom z innej półki i przekartkowałem pobieżnie.

– Trójką zaczynają się prognozy gospodarcze.
Ruszyłem   w   głąb.   Niestety  mieliśmy  tylko   jeden   reflektor.   Gdybyśmy   mogli   się

rozdzielić, poszłoby nam znacznie szybciej.

background image

–  Oho,   zaczyna  być   ciekawie.   Dokumenty   dotyczące   zaprowadzania   władzy

radzieckiej w Tobolsku – mruknął.

–  Ktoś   tu   ostatnio   grzebał   –   zauważyłem.   –   Zobacz,   że   wszystko   jest   starannie

odkurzone. Potwierdził skinieniem głowy.

– Od zera zaczynają się sprawy kryminalne – spostrzegłem penetrując inną półkę.

– To może być ciekawe. Ukrywanie skarbów ostatniego cara mogli potraktować jako

przestępstwo kryminalne, a nie polityczne.

–  Sądzę, że katalog może być po prostu na korytarzu – zauważyłem dwie godziny

później.

Byłem ledwo żywy ze zmęczenia. Kurz kręcił w nosie, a ręce osłabły od dźwigania

ciężkich foliałów.

–  Nie   może   stać   na   korytarzu  –   po   jego   głosie   poznałem,   że   także   ma   dosyć.  –

Przecież tam każdy mógłby do niego zajrzeć.

–  Właściwie dlaczego nie?  – zdziwiłem  się. – Przecież to chyba oczywiste, że do

takiej instytucji wpuszcza się tylko zaufanych.

– KGB miało jedenaście poziomów utajniania dokumentów – powiedział znużony. – I

jedenaście  poziomów  służbowych dostępu do tajemnic. Ponadto  były też  działy pionowe.

Nawet generał KGB nie  miał dostępu do wszystkich dokumentów, a jedynie do tych, do

których musiał mieć możliwość zaglądania z racji wykonywanej funkcji. Dlatego dzielono je

na zespoły tematyczne.

– Czyli facet z KGB badający problemy społeczne nie mógł skorzystać z dotyczących

na przykład ochrony środowiska.

– Właśnie.

– Ale sam powiedziałeś, że to było w czasach KGB. A teraz są czasy FSB. Może u

nich to wygląda inaczej. Zobacz, rygle w drzwiach są po  naszej  stronie  – oświetliłem  je

halogenkiem. – Wyjrzymy tylko, czy katalog jest na korytarzu.

Na moich oczach jeden z rygli wolniutko i bezszmerowo przesunął się.

– Jasny gwint! – jęknął i obaj rzuciliśmy się między półki do naszego podkopu. Wtedy

jednak zobaczyliśmy snop światła i gramolącego się z dziury faceta z pistoletem w dłoni.

Drzwi   otworzyły  się   ze   skrzypnięciem.   Przyjaciel   pociągnął   mnie   między   regały.

Zakurzone żarówki pod sufitem zabłysły światłem. Archiwum wypełnił tupot nóg obutych w

wojskowe   kamasze.   Tupot   narastał,   zbliżał   się,   otaczał   nas   ze   wszystkich  stron.   Michaił

odpiął rewolwer z kaburą i położył go na ziemi. Nogą wsunął go pod najbliższą półkę.

background image

Miał   rację.   Gdyby  zaczął   strzelać,   nie   daliby  nam   najmniejszych  szans.   Mieli   co

najmniej dziesięciokrotną przewagę liczebną. Wreszcie zostaliśmy odkryci. Dwaj żołnierze

wycelowali   w   nas   pistolety   maszynowe.   Przyglądali   nam   się   z   niekłamanym

zainteresowaniem.

–  Wojska   MSW   –   Michaił   poinformował   mnie   spokojnie.   –   Oficjalnie   dawno

rozwiązane...

Nadszedł jakiś wyższy rangą wojskowy.

– Połóżcie się na ziemi – powiedział po angielsku. – Nie macie szans.

Wykonaliśmy   posłusznie   polecenie.   Zaszło   nas   czterech.   Dwaj   trzymali   nas   na

muszce, a pozostali szybko obszukali. U mnie w kieszeni znaleźli grzebień, u Michaiła nic nie

znaleźli. Skuli nam ręce kajdankami na plecach. Gdy wychodziliśmy usłyszałem głos jednego

z żołnierzy:

– Widziałeś, Sasza? Prawdziwi amerykańscy szpiedzy!

– Tak, Żenia, ja pierwszy raz w życiu takich widzę. I możliwe, że ostatni!

Zachciało mi się śmiać, choć trochę miękły mi kolana.

Pokój   przesłuchań   był  niewielki,   można   powiedzieć,   że   ciasny.  Sufit   sklepiony  z

cegieł   pamiętał   zapewne   początki   dynastii   Romanowów.   Co   mogło   się   tu   znajdować   w

carskich czasach, gdy mieścił się tu klasztor? Okna były niewielkie, więc raczej nie mogła to

być pracownia malarza ikon. Pośrodku przed biurkiem stały dwa fotele fryzjerskie, solidnie

przymocowane   do   podłogi   i   zaopatrzone   w   paski   do   krępowania.   Rzucili   nas   na   nie   i

przywiązali bez ceregieli. Zaraz potem poszli sobie zostawiając nas samych.

– I co dalej? – zapytałem Michaiła.

– Chwilowo jesteśmy uziemieni – szarpnął się w więzach. Przypięto nas wyjątkowo

fachowo. Szarpnąłem się i ja. Fotel ani drgnął.

– Zapewne zostawią nas na pół godziny albo godzinę – powiedział. – Żeby nas trochę

zmiękczyć. Po przesłuchaniu pierwszego wyciągną go za drzwi i puszczą serię tak, żeby drugi

myślał,   że   rozwalili   mu   kumpla,   co   dodatkowo   ma   go   zmiękczyć.   Raczej   nie   będą   nas

torturowali, przynajmniej jeszcze nie tym razem, bo narzędzia leżałyby już na stole.

– Można powiedzieć, że dobrze znasz metody KGB.

–  Nie  zapominaj,  że  wpadliśmy w  ręce FSB, organizacji  humanitarnej,  szanującej

prawa   człowieka,   nie   stosującej   tortur,   nie   likwidującej   wrogów   bez   wyroku  sądowego,

podlegającej cywilnej kontroli... Zapomniałem o czymś?

–  Zapewne   nie   wolno   im   stosować   szantażu   moralnego   i   brać   zakładników   –

uzupełniłem ponuro. – Ale nie odpowiedziałeś na pytanie, skąd znasz tak dobrze ich metody?

background image

– Jak już mówiłem, miałem wyjątkowo trudne dzieciństwo.

– Ponieważ nie mamy nic do roboty, to może opowiedz – zaproponowałem.

– Szczerze?

–  Najlepiej.   Oni   pewnie   też   będą   chcieli   uzyskać   nasze   szczere   wyznania,   więc

możesz to potraktować jako drobny trening.

–  Naczytałem się w dzieciństwie bardzo nieodpowiednich lektur. Dlatego wiem to

wszystko   –   wisielczy   humor   nie   opuszczał   go.   –   Tu   prawie   na   pewno   jest   podsłuch.

Zostawiając nas samych liczą, że sypniemy się czymś, ustalając wersje wydarzeń.

– Czy zanim nas wykończą mógłbyś opowiedzieć, jak to było z Jurijem Gagarinem?

Westchnął ciężko.

–  Mam   nadzieję,   że   będziemy  mieli   jeszcze   okazję   porozmawiać   na   ten   temat   –

powiedział.

– A właśnie. Byłbym zapomniał. Co im powiemy? Uśmiechnął się.

–  Chcą   poznać   prawdę,   więc   oczywiście   powiemy   same   kłamstwa.   Przecież   nie

będziemy ułatwiali życia przeciwnikom. Nawet demokratycznej instytucji stojącej na straży

praw człowieka...

Nagle zrozumiałem, że boi się bardziej niż ja, ale usiłuje zamaskować to żartami.

– Najważniejsze nie pękać. A w każdym razie nie od razu – powiedział poważnie.

– Ile mam wytrzymać?

–  Najlepiej do końca, choć czytałem, że w rękach KGB najtwardsi  wytrzymują trzy

dni. Na szczęście nie wiesz, kto mi zlecił tą misję, ani nie znasz wielu innych szczegółów.

Najważniejsze   to   nie   mówić,   gdzie   szef.   Jeśli   nie   wrócimy   po   trzech   dniach   weźmie

samochód i wsiąknie.

– Znam go. Widzisz, Michaił, on nie ucieknie. Nie zostawi nas na zatracenie. Zrobi

wszystko, żeby tylko nas wyciągnąć.

– Wiem. I tego właśnie się boję. Jeśli go dorwą, może załamać się znacznie szybciej

niż my.

– Swoją drogą ciekawe, co mogą wycisnąć ze mnie i szefa. Przecież niewiele wiemy...

Gorzej z tobą. Kiwnął poważnie głową.

– Gorzej ze mną – powtórzył. – Ale i z was spróbują. Drzwi skrzypnęły i do środka

wszedł pułkownik.

–  Witam   przychwyconych  obywateli   –   powiedział.   –   W   waszym   interesie   jest

wyśpiewanie wszystkiego co wiecie i wszystkiego czego się tylko domyślacie. Wszystko co

powiecie, jak również wszystko co zataicie, zostanie użyte przeciwko wam.

background image

–  W  dawnych  czasach, gdy przyłapani rewolucjoniści stawiani  byli przed  carskim

sądem, zaczynali zeznania od słynnego cytatu z książki Borysa Sawinkowa: „Jestem terrorystą

z przekonania" – powiedział Michaił. – Ponieważ stanęliśmy przed obliczem śledczego nie

reprezentującego już interesów carskiej Rosji pozwolę sobie zmienić nieco pierwsze zdanie

zeznań.   Jesteśmy   kapitalistami   z   przekonania.   Naszym   największym   marzeniem   jest

posiadanie fabryk i wyzyskiwanie robotników.

–  Kim wy właściwie  jesteście?  –  zapytał łagodnie  pułkownik. Michaił milczał.  Ja

także wolałem się nie odzywać. Nasz rozmówca przeszedł  się po gabinecie poskrzypując

oficerkami.

– Zakładam, że nie jesteście szpiegami – odezwał się wreszcie.

– Dlaczego? – zagadnął Michaił.

Pułkownik zatrzymał się raptownie i popatrzył mu prosto w oczy.

– Po pierwsze, złapani szpiedzy zawsze żądają zagranicznego konsula, dzięki czemu

wiemy od razu, jaki wywiad ich nasłał. Po drugie, szpiedzy chodzą w ciemnych okularach i

długich nieprzemakalnych płaszczach.

– Zgrywa się – poinformował mnie Michaił. Śledczy jakby tego nie słyszał.

– Po trzecie wreszcie, różni nasyłali swoich wywiadowców. Czytałem poufne raporty

na ten temat. Ci szpiedzy byli zazwyczaj źle przygotowani, a ich głupota sprawiała, że szybko

udawało się ich przyskrzynić. Popełniali szkolne błędy. Aby załapać się na robotę w ZSRR,

taki szpieg nie mógł być zupełnym żółtodziobem. Z drugiej strony nie mógł być zanadto

inteligentny. Musimy oczywiście założyć, że nielicznej grupce naprawdę sprytnych udawało

się działać i nie wpaść w nasze ręce...

– Przepraszam, nie rozumiem – wzruszyłem bezradnie związanymi ramionami.

Pułkownik popatrzył mi w oczy.

– Jak do tej pory nikt nie przysłał do nas szpiegów tak durnych jak wy.

– Co proszę? – Michaił wciągnął z oburzeniem haust powietrza. Śledczy przysiadł na

biurku.

–  Postawcie się w mojej sytuacji. Najpierw ktoś w archiwum robi ksero z rozrysów

architektonicznych siedziby KGB. Potem podczas rutynowego patrolu moi ludzie stwierdzają,

że jacyś dwaj tną kratę zabezpieczającą kanał ściekowy za pomocą lasera.

– To nie był laser, tylko piła ultradźwiękowa – wyjaśnił mój towarzysz.

–  Na   jedno   wychodzi.   Nasz   przemysł   tego   nie   wytwarzana   i   z   zagranicy  się   nie

sprowadza. Wreszcie wyciągamy was z naszego archiwum. Nie gapcie się tak. Żaden szpieg

nie byłby na tyle głupi, żeby tak łatwo wpaść. Poza tym nie włamywałby się do archiwum

background image

KGB.   Załóżmy,   że   mimo   wszystko   musi   się   włamać.   Potrzebuje   naszych   tajnych

dokumentów   czy   schematu   bomby   wodorowej.   Oczywiście  wdarłby  się   do   archiwum   w

Moskwie, a nie w takiej zabitej dechami dziurze! I jeszcze jedno. Ta część zbiorów, do której

się dostaliście, jest od pięciu lat odtajniona. Niemal dzień i noc grzebią w niej historycy.

Wystarczy   napisać   podanie,   wypisać   rewers   i   wnieść   symboliczną   opłatę.   Więc   lepiej

powiedzcie,   tylko   tak   szczerze,  kim   jesteście?   I   czego   szukacie   w   tak   gorączkowym

pośpiechu, że zamiast wpaść i poprosić o klucze, prujecie metrowej grubości betonowy strop

piłą ultradźwiękową, kosztującą tyle, że moglibyście za tę sumę kupić mnie i wszystkich

moich ludzi, razem z tym budynkiem i archiwaliami? Czego szukacie tak usilnie, że zamiast

sprawdzić   sygnaturę  w  katalogu  na  korytarzu,  podejmujecie trud  przeszukania  trzydziestu

tysięcy teczek.

– Mówiłem, że katalog jest na korytarzu! – syknąłem na Mi-chaiła.

Wzruszył ramionami.

W tym momencie otworzyły się drzwi. Stanął w nich wysoki mężczyzna lat około

pięćdziesięciu,   przedwcześnie   posiwiały   i   lekko   przygarbiony.   Miał   na   sobie   zamszową

kurtkę. Znałem skądś jego twarz. Tylko skąd? Otaksował nas długim uważnym spojrzeniem, a

potem uśmiechnął się.

– Wyśpiewali coś? – zapytał pułkownika.

–  Niestety,   doktorze   Rauber,   milczą   jak   zaklęci.   Nie   mieli   przy   sobie   żadnych

dokumentów, nie chcą się przedstawić... Przybysz ponownie się uśmiechnął.

– Ten w okularach to Mikołaj Derekowicz Tomatow.

– Michaił Derekowicz – sprostował z godnością mój towarzysz.

– Syn Derka Tomatowa? – zdumiał się pułkownik. Gość poważnie skinął głową.

– Natomiast ten drugi to niejaki Paweł Daniec. Wschodząca gwiazda polskiej historii

sztuki.   Zajmuje   się   zawodowo   poszukiwaniem   skarbów.   Całkiem   zgrabnie   mu   to   idzie.

Sukcesy na razie mizerne, ale jeszcze będą z niego ludzie, o ile oczywiście nie zgnije w

naszych łagrach... A szkoda by było. Ma niezłe zadatki.

Poznałem   go!   Doktor   Nikolau   Rauber   z   uniwersytetu   w   Uppsali.   Był   jednym   z

prelegentów na sympozjum poświęconym rosyjskiej sztuce sakralnej przed dwoma laty w

Warszawie!

–  Zaprotokołować – rzucił pułkownik. – Hm, trzeba wyjaśnić jeszcze, kim jest ich

wspólnik, który grzebał dla nich w archiwum miejskim. Jeszcze go nie złapaliśmy...

– Jak wyglądał?

background image

–  Mężczyzna   pod   sześćdziesiątkę,   ciemny   blondyn   w   rogowych   okularach.

Sympatyczna, wzbudzająca zaufanie twarz. Z grubsza taki rysopis podali bibliotekarze. Jego

dokumenty   i   upoważnienie   okazały   się   fałszywe.   Nasi   rysownicy  pracują   nad   portretem

pamięciowym...

Twarz gościa rozciągnęła się w szerokim, szczerym uśmiechu.

–  Tego nie uda wam się tak łatwo złapać. Pan Samochodzik to wyjątkowo sprytny

facet.

Poczułem, że zapadam się razem z fotelem w głąb.

– Przejmuję śledztwo – zaproponował pułkownikowi.

Ten uśmiechnął się lekko.

– Zgoda. Ale jeśli nic z nich nie wyciśniecie, od rana ja się nimi zajmę.

Gość skinął głową. Śledczy wyszedł.

– No cóż, moi drodzy – głos doktora ociekał serdecznością, ale jakoś zimno mi się od

tego robiło. – Toście się wplątali. Po prostu okropność. Michaił Derekowicz Tomatow, taki

obiecujący maturzysta. Jak słyszałem, zdałeś na uniwersytet w Uppsali?

– I co z tego?

–  Na historię sztuki. Niewykluczone, że słuchałbyś moich wykładów. Słyszałem, że

byłeś   w   pierwszej   piątce   przyjętych.  I  Paweł   Daniec.   Pracownik   polskiego   Ministerstwa

Kultury i Sztuki   przyskrzyniony podczas  włamania do archiwum  KGB. Macie  oryginalne

metody pracy w waszym ministerstwie, ale Polacy to dziwny naród.

Milczałem. Gość przeszedł się po gabinecie.

– Wasza sytuacja jest tragiczna – powiedział. – Ale nie upadajcie na duchu. Wyciągnę

was za... – zawiesił głos – za kolekcję obrazów księcia Orłowa. Sądzę, że oddają za swojego

pupilka i jego nierozważnego przyjaciela. Zresztą można to łatwo sprawdzić...

Wyjął z kieszeni telefon komórkowy i zaczął wystukiwać numer.
– Po moim trupie! – wrzasnął Michaił. – Nie zgadzam się! Mógł mnie chociaż zapytać

o zdanie!

–  Po twoim  trupie?   – zdziwił się doktor  Rauber. – To da się zrobić.  Szybciutko.

Wolisz w pierś czy może w tył czaszki? W piwnicy czy na korytarzu? A może w łazience?

Pod   murem   niestety   się   nie   da.   Całe   miasto   by   usłyszało,   a   FSB   jest   organizacją

demokratyczną.

–  Nie może nas pan zabić – powiedziałem. – Po pierwsze, stanowimy zbyt cenną

zdobycz, a po drugie, nasze kraje umiałyby się o nas upomnieć.

background image

– A więc jednak Pan Samochodzik czatuje gdzieś w mieście i w razie czego będzie

interweniował – uśmiechnął się nasz wróg. – Mam nadzieję, że jego też capniemy. Dawno już

chciałem go poznać, ale jakoś nie było okazji. Wybierałem się nawet do Warszawy, a tu

proszę: Warszawa wybrała się do mnie.

Poczułem, że rozmowa z nim niszczy mi umysł. Z każdym wypowiedzianym zdaniem

pogrążałem się coraz bardziej. Doktor uśmiechnął się i znowu zaczął bawić się telefonem.

– Nie dzwoń – powiedział Michaił. – I tak dostaniecie tę kolekcję.

–  Gdy tylko do końca zawali się u  nas ustrój komunistyczny. Książę powtarza  tę

śpiewkę od piętnastu lat. Dzwonię.

– Nie zadzwoni – poinformowałem po polsku Michaiła. – Tu nie ma pola.

Rauber słuchał mnie uważnie i chyba zrozumiał.

– Masz rację – powiedział. – Punkt dla ciebie. Schował telefon do kieszeni.

–  Porozmawiajmy   jak   przyjaciele   –   zaproponował   i   przywołał   na   swoje   oblicze

karykaturę uśmiechu. – Po co włamywaliście się do archiwum? Czego szukaliście?

– Nic nie powiem – odezwał się Michaił.

– Nie szkodzi. I tak się domyślam. Przyjechaliście tu odszukać koronę.

Mój towarzysz zrobił się nieco blady.

– Koronę? – udałem zdziwienie.

– Koronę. Nie ukończoną koronę carów. Czyżby powiedział wam, że szukacie czego

innego? Nie, musiał powiedzieć o koronie. Mimo treningu, jakiemu poddał go nieodżałowany

hrabia Derek, nie umie przekonująco kłamać. No więc, po co wam korona?

– Nie zrozumiesz – powiedział ponuro Michaił.

–  Zrozumiem,   zrozumiem.   Następstwo   władzy.   Król   musi   odznaczać   się

wytrzymałością fizyczną, nie może  cierpieć na choroby umysłowe,  musi  być płodny,  aby

zapewnić kontynuację dynastii, a do tego wszystkiego musi zostać koronowany. Koronacja

jest sakramentem. Władcy namaszcza się pierś świętym olejem, a na skronie nakłada koronę

poświęconą przez papieża lub patriarchę. Korona powinna być oczywiście prawdziwa.

– Nawet jeśli tak, to co z tego wynika? – zapytał Michaił.

– Och, to proste. Car Włodzimierz koronował się w tajemnicy w swojej willi w Saint

Brieuc   koroną   Katarzyny  II,  którą   czerwoni   władcy  tego   kraju   nieopatrznie   sprzedali   na

Zachód   w   latach   dwudziestych.   Koronacja   na   razie   jest   tajna.   Myślę   jednak,   że   istnieje

potężna frakcja w łonie waszego ruchu. Frakcja skupiona wokół Arkadiusza Stołypina...

– Zmarł przed dwoma laty – wyjaśnił Michaił ze smutkiem.

background image

–  Wobec tego pałeczkę przejął jego syn Dymitr. Sympatyczny młodzieniec. Miałem

kiedyś przyjemność spotkać go na premierze w Paryżu.

Pogadaliśmy sobie od serca – musnął starą bliznę rozcinającą mu łuk brwiowy. – A

więc Dymitrowi zachciało się koronować na cara.

– To potwarz – Michaił szarpnął się w więzach. – Zabraniam ci szkalować honor tego

szlachetnego człowieka! Doktor Rauber uspokoił go gestem.

– Wcale nie miałem takiego zamiaru. Skoro on nadal stoi na straży dynastii, która nie

jest w stanie się rozmnażać, to kto w takim razie potrzebuje korony? Niech zgadnę. Książę

Orłów?

Michaił pokręcił ponuro głową. Doktor podszedł bliżej i ujął go za brodę. Popatrzył

mu w oczy.

– Ty – syknął. – Ty chcesz być carem. Krew książąt Gagarinów żąda władzy!

Puścił go i znowu zaczął przechadzać się po gabinecie.

– Zwariował – poinformował mnie po polsku mój przyjaciel. – Uwierzył w końcu w te

propagandowe bzdury. Czy ja wyglądam na przyszłego władcę Rosji?

Popatrzyłem na jego budzące zaufanie oblicze, szczere oczy, szerokie ramiona.

– Nie obraź się, Michaił, ale według mnie naprawdę byś się nadawał – powiedziałem

zupełnie szczerze. Doktor odwrócił się.

– Pomyśl o tym zbiorze obrazów – powiedział. – Masz czas do rana. Jeśli nie będziesz

miał nic do powiedzenia, jutro o szóstej oddam cię pułkownikowi. Zawiśniecie na hakach w

jego   katowni,   a   potem   skończycie   razem   tam   pod   murem   –   machnął   ręką   w   stronę

zakratowanego okienka.

Wyszedł, a na jego miejsce weszli dwaj ponurzy strażnicy. Odpięli paski, wykręcili

nam ręce i skuli je ciężkimi kajdankami, po czym powlekli i wrzucili do celi. Zatrzasnęli i

zaryglowali z hukiem drzwi.

–  No to jesteśmy załatwieni – powiedziałem. W ciemności zalśniły oczy Michaiła.

Domyśliłem się jego uśmiechu.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

CELA • ANTYCZNE KAJDANY • ZAKRATOWANE OKNO •

ZASIEKI I MINY • WAŻ STRAŻACKI • UCIECZKA • OBŁAWA

• WPŁAW PRZEZ TOBOŁ

Cela była całkiem spora, mniej więcej trzy na cztery metry. Ściany pobielone po raz

ostatni chyba przed rewolucją pokrywała paskudna szara warstwa brudu. Ceglana podłoga z

biegiem czasu wyszczerbiła się. Stała się przez to bardzo niewygodna. Na suficie nie było

żadnych   śladów   lampy   czy   choćby   żarówki.   Najwidoczniej   nikt   nie   przejmował   się

elektryfikacją tego pomieszczenia. Strażnicy zostawili nam palącą się świeczkę wstawioną w

brudny słoik. Jeszcze przyjemniej by było, gdyby nie skuli nas ciężkimi jak ołów kajdanami.

Cegły podłogi wpijały się boleśnie w ciało. Leżeliśmy dłuższą chwilę patrząc na siebie trochę

bezradnie.

– Uczyli cię przypadkiem w czerwonych beretach, jak się odpina kajdanki? – zapytał

Michaił.

–  Uczyli –  mruknąłem. – Przerabialiśmy wszystkie typy. Obmacałem starannie te,

które miałem na rękach i nogach.

– Ale takich nie przerabialiście, co? – zagadnął.

– Czym oni nas skuli? –jęknąłem zduszonym szeptem. – Przecież czegoś takiego...

–  To   muzealny   zabytek.   Z   pewnością   jeszcze   przedrewolucyjne   –   powiedział   z

mimowolnym szacunkiem w głosie. – Po co zmieniać, jeśli nadal dobrze służą. W krajach

cywilizowanych nie używa się tego modelu od dobrych siedemdziesięciu lat.

–  Widziałem  takie – przypomniałem  sobie. – W muzeum X pawilonu w Cytadeli

Warszawskiej.   To   takie  ciężkie   więzienie   polityczne  z   czasów   carskich.   Bardzo   ciekawa

ekspozycja. Zastanawiam się, na jakiej zasadzie działa ich zamek.

– Dobra, nie zastanawiaj się. Spróbuj się ich pozbyć.

– Można by przetrzeć je pocierając o ścianę – zauważyłem. – To solidny granit. Do

rana zdążymy, o ile nie usłyszą. To będzie...

– A fe! – zgromił mnie. – I to mówi pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki, którego

naród postawił na straży zabytków. Nie wiadomo, może te kajdany nosili polscy zesłańcy, a ty

chcesz je ot tak przetrzeć o ścianę?

Zrobiło mi się trochę głupio.

– To co radzisz? – zapytałem.

– Popatrz, komandosie.

background image

Złapał się dłonią za palce drugiej ręki. Szarpnął. Usłyszałem paskudny dźwięk, gdy

puszczały panewki. Pociągając umiejętnie wyrywał ze stawów wszystkie kości dłoni. Zrobiło

mi się słabo. Musiał odczuwać nielichy ból, bo zacisnął zęby, a jego czoło pokryły kropelki

potu. Wreszcie „rozłożoną rękę" przeciągnął z powrotem przez obręcz. Wszystkie kości latały

luzem, nie było to więc szczególnie trudne. Gdy już była na zewnątrz zaczął ją nastawiać.

Wreszcie zgiął parokrotnie i rozprostował.

– Chyba w porządku – powiedział spokojnie, choć głos trochę mu się łamał.

– Z nogą też tak potrafisz? – zainteresowałem się.

– Z nogą nie. Nie da się. Kości pięty są inaczej ukształtowane. Powtórzył operację z

drugą dłonią. Po dłuższej chwili była wolna.

– Boli? – zagadnąłem.

–  Jak cholera.  Teoretycznie powinno  się to  robić raz  w   tygodniu, żeby  stawy nie

zdrętwiały.

– To musi chyba strasznie niszczyć wewnętrzne...

– Tak. Dlatego nie należy tego robić zbyt często.

Popuścił łańcuch, którym do tej pory skute były jego nadgarstki i poluzował stalowe

pętle skuwające nogi. Wyciągnął stopy. Przeciągnął się, aż mu zaskrzypiał kręgosłup. Pochylił

się nade mną.

– Zakładam, że nie potrafisz powtórzyć mojego wyczynu? – zapytał.

– Nawet nie będę próbował.

– Czyli ja będę musiał spróbować otworzyć ten zamek. No trudno. Zobaczymy.

Ze szwu  w  nogawce  spodni  wyciągnął kawałek   stalowego drutu  zaopatrzonego w

haczyk i wraziwszy go w zamek zaczął nim delikatnie gmerać.

– Co cię łączy z tym Nicolau Rauberem? – zapytałem. – Wyraźnie cię nie lubi.

Michaił uśmiechnął się. Wzrok mój już nieco przyzwyczaił się do ciemności i teraz

mogłem to spostrzec.

– Widzisz, jakby to powiedzieć, on jest Panem Samochodzikiem.

– Co proszę?

–  Miejscowym   Panem   Samochodzikiem   –   uściślił.   –   To   Norweg   czy   raczej

naturalizowany   w   Norwegii   Niemiec.   Pokochał   sztukę   rosyjską   i   od   początku   lat

osiemdziesiątych osiedlił się na stałe w ZSRR. KGB uznało go za bardzo cennego pomocnika

i konsultanta. Stworzył własną komórkę do spraw zwalczania handlu, kradzieży i przemytu

rosyjskich dzieł sztuki   z ZSRR na Zachód. Naraził się niemal  każdemu. Z tego szmuglu

czerpali niezłe zyski niektórzy towarzysze z samej wierchuszki. Doprowadził do posadzenia

background image

dwudziestu z nich. Szukał też skarbów zaginionych podczas rewolucji i wojny ojczyźnianej.

Poznałeś Kurowlewa, który szukał Bursztynowej Komnaty?

– Miałem przyjemność.

–  Są przyjaciółmi na śmierć i życie. Razem jej szukali. Niestety bezskutecznie. Ale

odbiegam  od  tematu.   Doktor   Rauber  walczył  z   kradzieżami   i  przemytem.  W   ten   sposób

przecięły się drogi jego i mojego ojca.

– Hrabia Derek...

–  Derek Arturowicz.  Wiedział  o  tym,  że  partyjna nomenklatura pożycza obrazy  z

muzeów i wiesza je u siebie. Po pewnym czasie muzeom zwracano płótna, a w rzeczywistości

ich kopie. Wszystko było tuszowane na najwyższym szczeblu. Ojciec mój ochoczo włączył

się   do   tej   zabawy.   Kradł   oryginały,   w   muzeach   i   tak   wisiały   kopie.   Czysty   interes.

Szmuglował to za granicę i chował w sejfie u siebie i u księcia Orłowa. Oczywiście doktor

polował na niego. Tata opowiadał mi zabawną historię. Kiedyś wynosił obraz z daczy w

Puszkino  pod Moskwą. Obraz nie byle jaki, namalowany przez samego Rublowa. Akurat

doktor szedł z nakazem rewizji i pięcioma agentami KGB, żeby w daczy towarzysza poszukać

tego płótna. Tata wyszedł dźwigając obraz i wpadł prosto na nich.

– I co się stało? – zapytałem.

–  Doktor   Rauber   zachował   się   jak   prawdziwy   koneser   sztuki.   Zabronił   otworzyć

ogień, żeby bezcenne dzieło przypadkiem nie ucierpiało. Ojciec uciekł.

– Ciekawy facet – zauważyłem. – On chyba kocha sztukę.

–  O   tak.   I   niezbyt   lubi   ludzi.   Cóż,   wolno   mu.   To   wybitny  fachowiec.   Mógłby

współpracować z panem Tomaszem. Stworzyliby świetny zespół. W każdym razie musi znać

go ze słyszenia.

– Czy to dobrze, czy źle? – zastanawiałem się.

–  Trudno ocenić. Nie był jakoś specjalnie zawzięty. Ty dla niego jesteś pionkiem.

Szefa zdążył polubić i szanuje go. Ciebie jeszcze nie zna.

– No to chyba nie lubi.

– Z uwagi na moją osobę. Całkiem możliwe. Choć słyszałem, że nie jest pamiętliwy.

– Dzięki – mruknąłem rozcierając nadgarstek. – I co teraz. Zaczaimy się koło drzwi.

Gdy   wejdzie   strażnik   stukniemy   go   w   głowę,   a   potem   zabierzemy   mu   jego   spluwę,

przystawimy do brody i wyjdziemy używając go jako żywej tarczy?

–  Pomysł   sam   w   sobie   obiecujący.   Gdybyśmy   byli   w   Europie   Zachodniej

zaaprobowałbym go bez wahania. Tu niestety mamy problem wiążący się z mentalnością

background image

miejscowych mundurowych. Wprawdzie FSB jest organizacją demokratyczną, sądzę jednak,

że obowiązują ich ciągle radzieckie przepisy dotyczące zwalczania aktów terroru.

– To znaczy?

– Zastrzelić porywaczy i zakładników. Potem sprawdzić, kim byli. Jeśli jakimś cudem

jeszcze żyją, to zakładników dobić, a terrorystów przed śmiercią zmusić do mówienia.

– Hm. Więc co proponujesz?

– Oczywiście opuszczamy to nad wyraz niesympatyczne miejsce.

Rozejrzałem   się   dokładniej   po   celi.   Wykonano   ją   wyjątkowo   solidnie.   Mury

zbudowano z cegieł, gdzieniegdzie ze ścian sterczały kamienie – solidne granitowe otoczaki z

grubsza obrobione przez kamieniarzy. Zbadałem drzwi z solidnej dębiny; przez wąską szparę

między nimi a framugą widać było trzy solidne stalowe rygle. Szpara była akurat na tyle

szeroka,   by  przesunąć   przez   nią   ostrze   noża.   Michaił   tymczasem  badał   okno,   zasłonięte

solidną kratą zespawaną z grubych prętów zbrojeniowych i solidnie wmurowaną w ścianę.

Popatrzyłem jeszcze z nadzieją na sufit. Sklepiono go z cegieł, jego kształt nie pozostawiał

żadnej wątpliwości. Musiał być potwornie gruby. Poczułem lekki atak klaustrofobii. Michaił

uśmiechnął się, aby podtrzymać mnie na duchu. Podszedł do okna i podciągnąwszy się na

kracie wyjrzał.

– Blinda – mruknął rozczarowany.

– Co takiego?

– Taka zasłona z desek uniemożliwiająca więźniom wyglądanie na zewnątrz. Spróbuj

zgadnąć, gdzie może być kierunek północny.

–  Nic mi jakoś nie przychodzi do głowy. Gdy wlekli nas do celi straciłem poczucie

kierunku.

–  To   okno   wychodzi   na   zewnątrz   albo   na   wewnętrzne   podwórko.   W   pierwszym

wypadku jest nieźle. W drugim – fatalnie.

Uśmiechnął się olśniewająco. Zdjął z nogi but, a z jego wnętrza wyjął dwa żydowskie

włosy – przedwojenne złodziejskie piłki służące do cięcia krat sklepowych.

– Prawdziwe? – zdumiałem się.

Podał   mi   jedną   piłkę.   Na   cieniutkim   hartowanym   brzeszczocie   z   najlepszej

damasceńskiej   stali   biegł   wężyk   arabskiego   alfabetu.   Wykonano   je   w   Lewancie.   Były

autentyczne.

– Miałeś je cały czas, a mimo to pół godziny męczyłeś się z kajdanami? – zdumiałem

się.

background image

–  Ech,   Pawle.   Ty  w   ogóle   nie   masz   duszy  muzealnika.   Co   z   tego,   że   w   minutę

przeciąłbym kajdany? Zabieramy je ze sobą. Ozdobią moje prywatne muzeum.

– A piłek i kraty ci nie szkoda? – zagadnąłem. – Stępią się, a i krata ma swoje lata.

– Krata jest stosunkowo nowa. Piłek faktycznie szkoda, ale inaczej się nie da. Postaraj

się tylko ich nie połamać, a ostrzenie to już mniejszy problem.

Zabraliśmy  się   za   kratę   i   faktycznie  nie   minęło   dziesięć   minut,   a   można   ją   było

odczepić i położyć pod ścianą. Michaił wyjrzał nad blindą.

– Klapa – mruknął.

– Co się stało? – zaniepokoiłem się.

– Sam zobacz.

Wyjrzałem   ostrożnie.   Znajdowaliśmy   się   na   pierwszym   piętrze.   Dziesięć   metrów

przed   nami   biegł   mur   oddzielający   część   cerkiewną   wzgórza   od   starego   klasztoru

zajmowanego przez FSB. Pod murem ktoś położył sporą ilość drutu kolczastego, który nieco

zardzewiał, ale nadal wyglądał paskudnie.

– Myślisz, że pod spodem są miny? – zapytałem.

–  Nie  wiem.   Ja  bym  położył.  Zresztą  mur  też  ma   dobre  pięć   metrów  wysokości.

Ścieżką na dole biegają wilczury...

– No to nici z tego – mruknąłem.

–  Nie. Po prostu potrzebujemy dziesięciu metrów liny i kotwiczki. Pochylił się nad

stojącą w kącie pryczą. Wypróbował, na ile mocny jest materiał siennika. Stary worek rozłaził

się w palcach.

– Nie da rady inaczej.
Podszedł do drzwi i przesunąwszy brzeszczot przez szparę zaczął piłować skoble po

drugiej stronie. Po chwili wahania pomogłem mu. Skoble były trzy. Po kilku minutach zostały

przecięte. Żydowski włos ciął żelazo z równą łatwością jak laubzega, czyli włośnica, bukową

deskę.

–  Poczekaj tu na mnie – przykazał Michaił, a sam wyszedł na korytarz. Po chwili

wrócił dźwigając zwinięty ... wąż strażacki.

– A to po co? – zdumiałem się.

– Wisiał na tablicy przeciwpożarowej na półpiętrze. Pomyślałem, że niepotrzebnie się

marnuje. Potrzebna jeszcze kotwiczka...

Odpowiedni   hak   wypiłowaliśmy  z   kraty.  Michaił   fachowym  marynarskim   węzłem

przymocował go do końca węża. Drugi koniec przymotał starannie do resztek prętów, które

trzymały  kratę   w   oknie.   Hak   owinął   szmatą   wyprutą  z   siennika.   Wychylił  się   daleko   i

background image

rozbujawszy solidnie sznur rzucił go. Hak zaczepił się o mur dopiero za jedenastym razem.

Mój   towarzysz   sprawdził   mocnym   szarpnięciem,   czy   dobrze   się   trzyma,   po   czym

zahaczywszy kolana o linę zaczął się przesuwać. Niebawem dotarł do muru i usiadł na nim

okrakiem. Dał mi ręką znak. Ruszyłem w jego ślady. Dołem po ścieżce przeszedł patrol FSB,

ale żołnierze na szczęście nie popatrzyli do góry. Po chwili wylądowałem obok Michaiła na

murku.

– Popatrz, jakie cudownie wygwieżdżone niebo – powiedział.

– Czy nie masz lepszych chwil na podziwianie piękna natury? – jęknąłem.

– W czym ta chwila jest gorsza? – zdziwił się. – Czy nie jesteś szczęśliwy? Chłodny

wiatr wolności owiewa nasze genialne czoła. Jesteśmy młodzi, zdrowi, może niezbyt bogaci,

ale na pewno bogatsi niż ci tam w mieście. Zjedliśmy solidną kolację... Przydałaby się może

jakaś miła dziewczyna do towarzystwa, ale ostatecznie nie można za wiele żądać na raz.

– Zwariowałeś – powiedziałem z przekonaniem. – Siedzisz na murze siedziby KGB i

bredzisz, że jesteś szczęśliwy...

Księżyc wyjrzał zza chmury oświetlając jego twarz. Zdębiałem. Malowało się na niej

rzeczywiście autentyczne uczucie szczęścia.

– Zapamiętasz tą noc do końca życia – powiedział. – Wolałbym, żebyś zapamiętał ją

jako jeden z nielicznych momentów, kiedy byłeś szczęśliwy. Poczekaj tu na mnie pięć minut.

Ruszył po wężu z powrotem do celi. Dołem przebiegały węsząc dwa psy, nie mogłem

go więc zawołać. Wrócił faktycznie po pięciu minutach. Pod kurtką coś mu brzęczało.

–  Zapomnieliśmy   o   kajdanach   –   powiedział   z   melancholią.   W   tym   momencie

oświetlili nas reflektorem. Szarpnął mnie gwałtownie i zwaliliśmy się po drugiej stronie. W

ostatniej   chwili,   ponieważ   żołnierze   otworzyli   ogień   z   kilku   kałasznikowów.   Pociski

gwizdnęły nad murem. Na szczęście nie potłukliśmy się specjalnie, upadliśmy bowiem na

wielką   kupę   gałęzi.   Michaił   podał   mi   rękę   pomagając   wstać   i   rzuciliśmy   się   pędem   w

ciemność.   Przecięliśmy  przycerkiewny  cmentarzyk,  obiegliśmy  bryłę  soboru.   W   siedzibie

FSB   zawyła   syrena.   Niestety   krata   w   bramie   wejściowej   kremla   była   opuszczona.   Mój

towarzysz   zdjął   z   nogi   but,   wyłuskał  z   niego   małe   metalowe   pudełeczko   i   bryłę  czegoś

żółtego. Rozwałkował ją w palcach. Otworzyłem pudełko i wyjąłem detonator termometrowy.

Przylepił semtex do kraty, a ja zręcznie wgniotłem w to detonator. Odbiegliśmy kilka kroków

i padliśmy na ziemię stopami w kierunku eksplozji. Wybuch był tak donośny, że zagłuszył na

chwilę   wyjącą   syrenę.   Spostrzegłem,   że   kawałek   żelastwa   wbił   się   w   ziemię   dziesięć

centymetrów od mojej głowy, ale nie miałem czasu, żeby się tym denerwować. W kracie

powstała wyrwa. Wybiegliśmy i rzuciliśmy się zaraz w bok, w dół skarpy, ulicą od strony

background image

miasta jechało bowiem kilkanaście pojazdów, zapewne wypełnionych wojskiem  i  milicją.

Ślizgając   się   w   glinie   przebiegliśmy   koło   polskiego   kościoła   i   pognaliśmy   pomiędzy

popadającymi   w   ruinę   domami   w   stronę   rzeki.   Obejrzałem   się   tylko   na   chwilę.   Stok

kremlowskiego   wzgórza   pokrywały  gęsto   jasne   punkciki.   Kilkuset   mężczyzn   z   latarkami

przeczesywało zarośla. Obława!

W oddali usłyszałem szczekanie psów.

– Do rzeki – mruknął zdyszany Michaił. – W wodzie stracą trop.

Minęliśmy opuszczoną przystań. Tobół toczył swoje czarne wody.

Michaił   porwał   dwa   spore   kawałki   deski,   które   odpadły  od   jakiegoś   magazynu  i

wręczył mi jedną z nich.

– Płyniemy – rozkazał.

– Co? – zdumiałem się.

– Na drugą stronę.

– Nie dalej niż dwieście metrów stąd mamy łódkę!

– W łódce nie mamy szans!

Wszedł do wody. Posłusznie ruszyłem za nim. Była lodowata, ale po kilku minutach

trochę przywykłem. Michaił płynął spokojnie, miarowo. Popłynąłem w ślad za nim. Ubranie

namokło i zrobiło się ciężkie, ale zrzuciłem tylko buty.

–  Gdybym   wiedział,   że   będę   w   październiku   płynął   przez   syberyjską   rzekę...   –

zaszczekałem zębami.

–  Pomyśl   raczej   o   czymś   przyjemnym  –   powiedział   spokojnie.   –   Na   przykład  o

kiełbasie.

– Dlaczego właśnie o kiełbasie?

–  A   dlaczego   nie?   Kiełbasa   to   dobra   rzecz.   Staraj   się   machać   mocniej   nogami.

Bardziej jak w żabce. Żeby nie było plusku.

Obejrzałem   się   przez   ramię.   Psy  doprowadziły  pościg   nad  rzekę.   Na   szczęście   w

ciemnościach byliśmy niewidoczni.

– Jak sądzisz, co zrobią? – zapytałem.

– Myślę, że nie przewidzieli, że będziemy płynąć na drugą stronę. Sądzą, że chcemy

zmylić pościg idąc brzegiem wody. O zobacz, rozdzielają się.

Rzeczywiście nieduża grupa została koło przystani, a dwie świecąc latarkami pobiegły

w dwie strony.

– No i powiedz, czy nie jesteś szczęśliwy? – zagadnął.

– Szczęśliwy? – zdumiałem się. – Nie. Jest mi zimno.

background image

– Jesteś życiowym malkontentem. Przecież zdołaliśmy się wyrwać!

Przebyliśmy może dwieście metrów, gdy na rzekę wypłynęła motorówka zaopatrzona

w halogenowy reflektor. Płynęła wzdłuż brzegu oświetlając powierzchnię wody.

– Trzeba się zwijać – mruknął.

Wkrótce dopłynęliśmy do środka koryta. Porwał nas potężny prąd.

–  Nie walcz z nurtem – pouczył mnie. – Musimy się w niego tylko trochę wgryźć.

Kilometr stąd płynie tuż koło wysokiego brzegu. Zniesie nas prawie na drugą stronę. Tam

wylądujemy.

– Zimno mi – jęknąłem.

– Pogadajmy, to mniej będziemy cierpieli.

– Chodzi mi po głowie takie głupie pytanie – powiedziałem w zadumie. – Po co wam

ta nie ukończona korona?

– Korona właściwie ma tylko jedno zastosowanie – w ciemności mogłem się jedynie

domyślać jego uśmiechu.

– No nie wiem. Przecież można ją przetopić, wydłubać po kamyczku...

Zaszczekał zębami.

–  Korony służą do tego, żeby kogoś koronować. Najczęściej. Poczułem, że słabnę.

Lodowata woda pozbawiała mnie sił.

– Po to właśnie mamy deski – powiedział Michaił, który także oklapł. – Już niedaleko.

Rzeczywiście niebawem  prąd  zbliżył  się  bardzo do  naszego brzegu. Jeszcze   tylko

kilkanaście metrów i wyczołgaliśmy się na piasek. Był gruby, niemal jak żwir i tkwiły w nim

małe   kamyczki.   Cuchnęło   rybami   i   gnijącym  drewnem.   Przyłożyłem  do   niego   policzek.

Bardzo chciałem tu zostać, ale przecież szef niepokoił się o nas. Nie wracaliśmy od tylu

godzin.

– Trzeba iść – powiedział Michaił. On także leżał na boku.

–  Dobrze, że przynajmniej włosy mamy suche, więc nie grozi nam zapalenie opon

mózgowych – wymamrotałem. – Słyszałem o gościu, który umył głowę i wyszedł na balkon, a

trzy dni później go pochowali.

–  Fascynujące – powiedział. – A ja słyszałem o takim, co wybrał się zanurkować i

zamiast butli z powietrzem wziął butlę z czystym tlenem.

– I co się z nim stało? – zaciekawiłem się.

–  Wypaliło   mu   płuca,   zanim   się   obejrzał.   Oczywiście   niemal   natychmiast  stracił

przytomność. Tak jak my, jeśli trochę tu jeszcze poleżymy. Pora ruszać.

background image

Podniesienie  ręki   czy nogi  było  straszliwym  wysiłkiem,  jednak   zacisnąłem   zęby  i

wstałem. Ociekaliśmy wodą. Powietrze po wyjściu z lodowato zimnej rzeki wydawało się w

pierwszej chwili nawet ciepłe. Ruszyliśmy zataczając się i potykając. Niebawem wdrapaliśmy

się na skarpę. Popatrzyłem na Tobolsk. Po drugiej stronie rzeki obudziło się już chyba całe

miasto.   Setki   latarek  miotały  się   nad  wodą.  Dwie   motorówki   przeczesywały  reflektorami

rzekę.

– Mam nadzieję, że dojdą do wniosku, że się utopiliśmy – wymamrotał Michaił. – I

właściwie nie będą dalecy od prawdy...

Powlekliśmy się lasem. Drzewa stały w ciemności uroczyste i milczące. Gdzieś daleko

zawył wilk. Zadrżałem. Te dwa kilometry dzielące nas od treserni przebyliśmy w prawie trzy

godziny. Szliśmy jak zombie, nogi plątały się nam z osłabienia. Michaił twierdził, że to na

skutek szoku cieplnego po zanurzeniu się w rzece. Pewnie gdybyśmy popływali tak jeszcze

parę minut, zmarlibyśmy na skutek wychłodzenia organizmu. Każdy podmuch wiatru okradał

nas z ciepła. Twarz mojego towarzysza pobladła, bałem się, że przemarzł na wylot i w każdej

chwili może stracić przytomność.

– Chyba wiem, jak czują się pacjenci zamrożeni w ciekłym azocie. Tyle tylko, że oni

nic nie czują – wymamrotał.

– Dziwne – zauważyłem. – Prawie już nie czuję zimna. Tylko osłabienie.

– Senność?

– Tak. Strasznie chce mi się spać.

– Tylko tego brakowało. Czy wiesz, co się dzieje?

Jego głos docierał do mnie jak przez watę. To dziwne, ale zaczęło mi być ciepło, a

nawet w pewien sposób błogo. Szarpnął mnie za ramię wbijając w nie palce jak szpony. Ból

otrzeźwił mnie.

– Twój mózg zaczyna reagować jak przy śmierci na skutek wychłodzenia organizmu –

wrzasnął.   –   Wytwarza  endorfinę   w   skokowych   ilościach,   dlatego   przestałeś   czuć   zimno.

Musimy dojść, zanim stracisz przytomność. Oddychaj głęboko – to cię trochę otrzeźwi.

– Endorfina jest niestabilna – wymamrotałem. – Nie udaje się jej przechowywać...

Szarpnął mnie i przez dłuższą chwilę potrząsał moim omdlałym ciałem. Niechętnie

ruszyłem naprzód. Krok za krokiem. Wreszcie wtarabaniliśmy się do naszej twierdzy. Szef na

nasz widok zerwał się na równe nogi. Owiało nas ciepło. W czajniku szumiała woda. Wrząca

woda.

– Obaj po porcji rumu – zarządził pan Tomasz nalewając nam do szklanek. – Jak wy

wyglądacie!

background image

Wypiliśmy rum i zrzuciliśmy mokre łachy. W czasie gdy zakładaliśmy suche ubrania

szef robił pośpiesznie mocną herbatę. Wypiliśmy i od razu poczuliśmy się trochę lepiej. Dał

nam koce, bo trzęśliśmy się jak galareta. Herbata i rum działały rozpaczliwie wolno. Wreszcie

nieco przytomniej spojrzałem na świat.

– Coście tam wyprawiali? – zapytał. – Słyszałem strzelaninę, wybuch i wycie syren.

Chyba całe miasto wyległo na ulice.

– Ci z FSB okazali się jednak całkiem sprytni – powiedział Michaił sennie.

Zacząłem   opowiadać,   co   się   stało.   W   trakcie   opowiadania   zapadłem   w   sen.   W

ostatnim   przebłysku   świadomości   zobaczyłem,   jak   Michaił   z   dumą   pokazuje   Panu

Samochodzikowi ociekające wodą przedrewolucyjne kajdany.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ANALIZUJEMY SYTUACJĘ • TELEFON OD DOKTORA RAUBERA

• CZASOWNIA STAROWIERCÓW • PONOWNIE KLASZTOR

• DWA SKOROSZYTY DOKUMENTÓW I MIKROPROCESOR

Obudziłem się rano nieco rozbity, ale gardło szczęśliwie mnie nie bolało. Uchyliłem

leniwie   oczy.  Kochana  stara   kwatera.  Wygrzebałem   się   spod  koca   i   ruszyłem w   ślad   za

rozkosznym zapachem kawy. Szef i Michaił siedzieli właśnie przy śniadaniu. Przysiadłem się

do nich.

–  No cóż, panowie – powiedział pan Tomasz. – Naszą wyprawę chyba pora powoli

kończyć.

–  Jak   to?   –   zdumiał   się  nasz   towarzysz.  –   Przecież   jeszcze   na  dobrą   sprawę   nie

zaczęliśmy!

– Na razie mamy na karku agentów FSB – zauważył szef.

– Z pewnością przeczeszą całe miasto. Odnoszę wrażenie, że ten doktor Rauber chyba

cię nie lubi.

–  Pan,   panie   Tomaszu,   też   by  mnie   nie   lubił.   Obaj   jesteście   podobni   do   siebie.

Twardzi,   nieprzekupni   i   macie   tylko  jeden   cel:   zwalczać   zło.   On   uważa,   że   jestem   zły.

Gdybym miał okazję trochę z nim pogadać, może zdołałbym go przekonać.

–  Hm   –   mruknął   Pan   Samochodzik.   –   Z   prawnego   punktu   widzenia   faktycznie

należałoby się nad tym zastanowić. Odszukasz Rubinową Tiarę, a potem wywieziesz ją za

granicę... Poszukiwania nielegalne. Przemyt dzieła sztuki o ogromnej wartości materialnej i

historycznej... Chyba nie powinniśmy ci pomagać.

Nasz przyjaciel uśmiechnął się smutno.

– Jeśli nasza dalsza współpraca jest według panów nieetyczna, to możemy rozwiązać

kontrakt. Książki zostawię.

Dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. Wreszcie Michaił spuścił wzrok.

– Zostajemy – zdecydował pan Tomasz. – Zobaczymy, co z tego wyniknie.

– Musimy zostać – powiedział poważnie Michaił. – Z pewnością obstawią wszystkie

drogi, przystanie, lotniska. Za tydzień znudzi im się pilnować. Wtedy nawiejemy.

Szef pokiwał bez przekonania głową.

–  Coś   mi   się  tu   nie   zgadza  –  powiedział.  –   Rozumiem,   że   FSB  jest   organizacją

demokratyczną, ale gdybym ja był na miejscu tego śledczego, to zamiast zostawiać was w

rękach doktora wydusiłbym z was wszyściutko w gustownie urządzonej piwnicy. Z pewnością

background image

ta   wysoce  cywilizowana  organizacja  zachowała  taki  gabinecik  z  czasów,  gdy nosiła  inne

nazwy... Co do doktora Raubera. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie liczył po cichu, że

nawiejecie. A być może zamierzał ułatwić to wam w przyszłości.

Michaił zamknął oczy i ścisnął skronie dłońmi.

– To nie da się jednoznacznie wykluczyć. Ale dlaczego?

–  Może liczy na to, że doprowadzimy go do Rubinowej Tiary... W tym momencie

zadzwonił w Rosynancie mój telefon komórkowy. Odebrałem.

– Daniec, słucham – rzuciłem w słuchawkę.

–  Cieszę   się,   że   przeżyliście  tę   kąpiel   –   doktor   Rauber   mówił   miłym  spokojnym

głosem.   –   Martwiłem   się   o   was.   Nawialiście   tak   niespodziewanie.   A   propos   nawiania,

jakbyście dokładniej zbadali siennik, to były w nim cztery brzeszczoty i solidny zwój liny. Ale

i tak gratuluję.

– Dlaczego pan to robi?

–  Żal   mi   was.   Porwaliście   się   z   motyką  na   słońce.   Jeśli   moje   przypuszczenia   są

słuszne i faktycznie chcecie odnaleźć to, czego my szukamy bez rezultatu od osiemdziesięciu

lat... Ale do rzeczy. Niewiele jest miejsc, gdzie mogliście się ukryć. Proponuję spotkanie w

klasztorze w dole rzeki.

– Kiedy?

–  Kiedy  tylko   będzie   wam   wygodnie.   We   wschodnim   rogu  budowli   znajduje   się

baszta. Schodki na górne kondygnacje ledwo się trzymają. Na samej górze zostawię dla was

materiał. Odbierzecie to któregoś dnia. Najlepiej dzisiaj. Powodzenia.

Rozłączył się.

– Ciekawe – powiedziałem w zadumie.

– Czego chciał? – zainteresował się Michaił.

Streściłem przebieg rozmowy. Pokiwali głowami.

– Nie zastanowiło cię coś, Pawle? – zapytał Michaił.

– Skąd miał mój numer telefonu?

– Na przykład. Albo jakim cudem rozmawialiście ze sobą przez telefon komórkowy.

– Jeśli miał numer, to mógł przecież zwyczajnie wykręcić...

– Tu nie ma pola.

Włączyłem   telefon.   Faktycznie.   Nie   było   pola,   a   przecież   przed   chwilą

rozmawialiśmy.

–  Musiał uruchomić przenośny generator – zauważył nasz przyjaciel. – A teraz go

wyłączył. Zastanawiam się nad tym klasztorem. Ciekawe, co dla nas zostawi.

background image

– I czy nie jest to śmiertelna pułapka? – dodał Pan Samochodzik.

–  Z drugiej strony to może być prawdziwa szansa – powiedział Michaił. – Doktor

Rauber chce, żebyśmy to odnaleźli. Dopiero potem dopadnie nas...

– To jedziemy do klasztoru czy nie? – zagadnąłem.

–  Pojechać  trzeba.  Ale ostrożnie.  Po  tej   stronie  rzeki  jest przecinka.  Podjedziemy

Rosynantem dwadzieścia kilometrów, tak żeby znaleźć się naprzeciwko, a ściśle biorąc trochę

poniżej.   Przepłyniemy  rzekę   na   pontonie.   I  podejdziemy   lasem.   Jeden   z   nas   wejdzie   do

klasztoru, a drugi będzie go ubezpieczać.

Kiwnąłem poważnie głową.

– Kiedy wyruszamy? – zapytałem.

–  Myślę,   że   natychmiast.   Jeśli   jeszcze   nie   zastawili   pułapki,   mamy   szansę   ich

wyprzedzić. Jeśli zastawili, to i tak poczekają dość długo.

– W drogę – zakomenderował szef.

Pół godziny później zatrzymaliśmy się na uroczej polance nad brzegiem Tobołu. Szef

został   pilnować   samochodu,   a   my zeszliśmy   nad   wodę  i   szybko   nadmuchaliśmy  ponton.

Sforsowanie   rzeki   zajęło   nam   tylko   kilkanaście   minut.   Las   na   północ   od   klasztoru   był

wyjątkowo paskudnym miejscem. Grunt był podmokły, gdzieniegdzie otwierały się zdradliwe

oczka   wodne   porośnięte   zieloną   rzęsą.   Brzozy  sterczące   z   bagna   były  omszałe.   Szliśmy

ostrożnie. Las był pusty, tylko gdzieś w górze śpiewały ptaki. Nieoczekiwanie wyszliśmy na

coś   w   rodzaju   polany.   Na   sporym   suchym   wzgórku   rosły  gęste   krzaki.   Pomiędzy   nimi

majaczyły fundamenty domów. Cegły walały się wokoło. Michaił wyjął z torby fotografię

satelitarną i przez dłuższą chwilę porównywał ją z otaczającą nas rzeczywistością.

– Jeszcze około dwu kilometrów.

– A co tu było? Wzruszył ramionami.

– Jakieś sioło – powiedział. – Opuszczone albo spalone.

Na zdjęciu widać było prostokątne zarysy fundamentów. Przecinaliśmy pagórek, gdy

niespodziewanie rozstąpiła się pode mną ziemia. Wszystko trwało ułamki sekund. Zapadłem

się. Usiłowałem rozpaczliwie złapać się ziemi, ale kruszyła mi się pod palcami. Zauważyłem

jeszcze, że Michaił rzuca mi się na pomoc, ale nasze dłonie rozminęły się o centymetry.

Próbowałem zablokować się ramionami, ale uzyskałem tylko spowolnienie upadku. Wreszcie

wylądowałem po kolana w wodzie w jakimś podziemnym pomieszczeniu. Cuchnęło wilgocią

i pleśnią. Rozejrzałem się wokoło, ale było ciemno, że oko wykol. Popatrzyłem do góry i na

chwilę oślepił mnie blask reflektorka. Michaił świecił, żeby zobaczyć, co się ze mną stało.

– Żyjesz? – zapytał.

background image

W jego głosie usłyszałem strach i niepokój.

– Tak. Nic mi się nie stało. Możesz mnie wyciągnąć?

– Jasne. Gdzie wpadłeś?

– Nie mam pojęcia. To jakaś piwnica.

– Poczekaj – mruknął.

Do dziury spadł koniec liny, a po chwili mój towarzysz zsunął się na dół. Reflektor

omiótł pomieszczenie.   Staliśmy  w niewielkiej  piwniczce o  ścianach wyłożonych  grubymi

belkami. Woda wypełniała ją mniej więcej po kolana. Michaił schylił się i pogrzebał w błocie.

Wyłowił rozpadającą się przegniłą deskę przyciętą w charakterystyczny kształt. Ikona. Twarz

świętego   rozpuściła   się   bez   śladu.   Tylko   nieliczne   resztki   złotych   listków   z   grubsza

wyznaczały jej zarys.

– Jesteśmy w czasowni – powiedział.

– Mogę prosić o bliższe wyjaśnienia? Westchnął ciężko.

– Chyba spałeś na lekcjach historii sztuki.

–  Nie spałem, ale sztukę rosyjską przerabialiśmy pobieżnie, a specjalizowałem się

zupełnie w czymś innym.

– Pan Tomasz wiedziałby – zganił mnie. – Musisz, Pawle, jeszcze wiele się nauczyć.

Starowiercy,   którzy   nie   uznawali   nowych   porządków   w   cerkwi   budowali   czasownie   –

zatoczył   ręką   krąg   obejmując   pomieszczenie,   w   którym   się   znajdowaliśmy.   –   To   takie

podziemne   kapliczki.   Gdy   ikony   z   biegiem   lat   ciemniały   i   zacierały   się,   starowiercy

umieszczali je w czasowniach. Tu spokojnie umierały w ciemności. Próchniały, rozsypywały

się w proch.

– Jeśli są tu ikony, które z powodu wieku przestały być czytelne, to ile mogą mieć lat?

– zdziwiłem się.

–  Zapewne czterysta, może więcej, a może mniej. W pobliżu większych ośrodków

starowierców mafia prowadzi prawdziwe badania wykopaliskowe właśnie w poszukiwaniu

ikon leżących od lat w czasowniach. Po wydobyciu konserwuje się je i szmugluje na Zachód.

Oczywiście konserwacja kosztuje fortunę, ale i tak przebicie jest gigantyczne.

– Cholerna mafia...

– Widzisz, to nie do końca tak. Tu pojawia się problem nierozwiązywalny z punktu

widzenia etyki. Oni konserwują znaleziska, które bez tego zniszczałyby bezpowrotnie. Tak

przynajmniej ucieszą czyjeś oko. Przetrwają dla przyszłości. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby

wydobyciem   i   konserwacją   zajęli   się   archeolodzy,   ale...   to   taki   problem   mniejszego   i

większego zła.

background image

– Może poszukamy? – wskazałem wodę.

– Raczej przekażemy namiary Rauberowi. To fachowiec, a przy tym miłośnik sztuki.

On będzie umiał to zabezpieczyć, zlecić konserwację... W drogę.

Wdrapał   się  po   linie,   a  ja   po  chwili   poszedłem   w   jego  ślady. Pomaszerowaliśmy

znowu przez bagno i niebawem dotarliśmy do rogu klasztoru. Na szczęście ścianę zbudowaną

z gigantycznych granitowych bloków przecinała gruba szczelina. Prawdopodobnie osiadające

fundamenty spowodowały pękanie muru. Wdrapaliśmy się na górę. Ruszyliśmy znaną nam

już trasą. Baszta mająca kryć wskazówki znajdowała się tuż obok.

–  Zostań   tu  –  powiedział   Michaił.   –   W   razie   gdybyś  zobaczył  coś   podejrzanego,

gwizdnij.

– Zaraz, dlaczego to ty masz wchodzić do baszty? – zapytałem. – Przecież jeśli tam się

zaczaili...

Uśmiechnął się jednym kącikiem warg.

– Jak miałeś okazję zobaczyć, opanowałem walkę w stylu kombat.

– Zostajesz – powiedziałem surowo i przecinając jego protesty wszedłem ostrożnie do

wnętrza baszty.

Ktoś   był   tu   niedawno.   W   warstwie   kurzu   na   podłodze   zauważyłem   ślady  butów.

Ruszyłem ostrożnie tym tropem. W kącie pomieszczenia znajdowały się kamienne schodki

spiralne. Wszedłem po nich ostrożnie. W baszcie panowała cisza, ale ślady nie kłaniały. Ten

kto je zostawił nadal był na górze. Na tej kondygnacji zachowały się jeszcze resztki fresków.

Malowidło   na   sklepionym   suficie   przedstawiało   scenę   Przemienienia   Pańskiego.   Naraz

pomyślałem, że mury są tak grube, że nie mam szans usłyszeć gwizdu Michaiła. Ale nie

mogłem się już cofnąć. Wszedłem jeszcze jedno piętro wyżej i znalazłem się pod dachem.

Światło wpadało przez wycięty w ścianie otwór w kształcie prawosławnego krzyża. Dach był

dziurawy  jak   sito.   Wokoło   poniewierały  się   kawałki   gontów.   Doktor   Rauber   siedział   na

składanym turystycznym krzesełku pośrodku pomieszczenia. Ubrany w garnitur, wydawał się

być przybyszem z innego świata. Na mój widok jego twarz rozciągnęła się w uśmiechu.

–  Cieszę  się – powiedział. – Wczoraj nie miałem czasu, by dłużej  pogawędzić, a

wyprowadziliście się dość nieoczekiwanie. Szczerze mówiąc sądziłem,  że zajmie  wam to

nieco więcej czasu. Zresztą nieważne. Oto materiały – podał mi dwa tekturowe skoroszyty.

– Dziękuję – wymamrotałem. – Dlaczego pan to robi?

–  No cóż. Szczerze powiedziawszy liczyłem, że przyjdzie tu porozmawiać Michaił

Derekowicz.

– Stoi na straży. Możemy zejść do niego – zauważyłem.

background image

– To zbyteczne. Przekażesz mu po prostu moje słowa. Liczę, że po odnalezieniu tego,

czego  szuka  przekaże   nam   niewygórowaną  kwotę  pół   miliona   dolarów  amerykańskich   w

postaci materiałów budowlanych na odbudowę tego klasztoru.

– Pół miliona wystarczy? – zdziwiłem się.

–  Tu   materiały   budowlane   są   niemal   bajecznie   tanie.   W   Tobolsku   jest   kilka

nieczynnych cegielni. Można je uruchomić. Cegły spławiane rzeką będą prawie za darmo.

Znajdziemy i ochotników do odbudowy. FSB pomoże.

– Agenci FSB odbudują klasztor dla zmazania win poprzedników? – zdziwiłem się.

–  Niezupełnie.   Miałem   raczej   na   myśli,   że   sprowadzą   na   miejsce   kilka   komand

roboczych złożonych z więźniów i będą ich pilnować, zanim ci nie skończą pracy. A potem

przekażemy budynki Cerkwi Prawosławnej.

– Ciekawy plan – zauważyłem.

Uśmiechnął się promiennie. Światło podświetlało od tyłu jego szpakowate włosy.

–  Zawsze   starałem   się   czynić   dobro   w   miarę   moich   skromnych   możliwości   –

powiedział.

Zszedłem   na   dół.   Michaił   czekał.   Pokazałem   mu   skoroszyty.  Jego   oczy  zabłysły.

Streściłem mu przebieg rozmowy.

– Pół miliona dolarów – jęknął. – Milion w Sołowki, pół w ratowanie Zagorska. Czy

tym ludziom się wydaje, że jestem beczką bez dna?

Zaskoczyło mnie, że mój towarzysz jest milionerem. Do tej pory zupełnie go o to nie

posądzałem.   Ruszyliśmy   tą   samą   trasą.   Na   pagórku   kryjącym   fundamenty   wioski

starowierców siedliśmy na nagrzanej słońcem trawie. Michaił rozpakował pierwszy skoroszyt.

Ze  środka  wyciągnął   plik   kartek  odbitych  na   ksero.  Było  ich   co  najmniej  około   tysiąca.

Obejrzał uważnie pudełko, a potem zajął się drugim. Obmacał starannie tekturę od zewnątrz i

od środka, po czym triumfalnie  wyszarpnął ze ścianki  małe srebrne  urządzenie wielkości

mniej więcej dwu ziaren pszenicy.

– Co ty na to?

Przyjrzałem się uważnie znalezisku.

– Nie mam pojęcia, co to jest. Uśmiechnął się.

–  Amerykański wynalazek – powiedział. – Mikroprocesor. Wszczepiają to pieskom.

Wtedy w razie kradzieży można namierzyć je przez satelitę z dokładnością do kilku metrów.

– I on chciał nas namierzyć w ten sposób? – domyśliłem się.

– No właśnie.

– Chyba mu się nie uda.

background image

Nie odpowiedział. Podszedł do dziury prowadzącej do czasowni i wrzucił ziarenko do

środka. Chlupnęło w wodę.

– Coś na pocieszenie trzeba mu zostawić – powiedział.

W oczach zapaliły mu się diabelskie ogniki. Wyobraziłem sobie, jak doktor Rauber

namierza za pomocą satelity zatopiony loszek z wodą i też się uśmiechnąłem. Z drugiej strony

zbadanie kaplicy może być dla niego interesujące.

– W drogę – powiedział Michaił.

Przepłynęliśmy  rzekę.  Pan  Samochodzik   nie  nudził   się   czekając  na nas. Bagażnik

Rosynanta wypełniały grzyby. Zebrał ich kilkanaście kilogramów. Poczułem ślinkę natrętnie

napływającą do ust. Michaił potrząsnął skoroszytami.

– Czeka nas sporo czytania – powiedział. – Pojechali. Szef uśmiechnął się sadowiąc za

kierownicą.

– Jednak Gagarin był wasz – powiedział.

– Dlaczego? – zdziwił się Michaił.

– Nie czytałeś o tym? Jurij Gagarin siedział w „Wostoku". Odliczali mu sekundy do

startu. Wreszcie skończyli odliczanie. W tym momencie krzyknął: „Pojechali". Jak ty teraz...

– Panowie – wybełkotał Michaił krztusząc się ze śmiechu – trochę powagi!

Zajechaliśmy do twierdzy. Michaił zaraz rozbebeszył segregatory i porozkładał ich

zawartość   na   kupki.   Zabrali  się   za   to   we   dwóch,   a   ja   do   kolacji   oprawiałem   grzyby  i

nawlekałem je  na sznurki.  Resztę  udusiłem  na maśle.  Smakowity zapach  wywabił moich

towarzyszy z nory. Nałożyli sobie solidne porcje i posolili.

– I co ciekawego znaleźliście? – zainteresowałem się. Michaił przełknął potężny kęs.

Na jego twarzy odmalowała się błogość.

– W tym właśnie problem, że chyba nic. Te papiery są na dobrą sprawę bezużyteczne.

– Dlaczego? – zdziwiłem się.

–  To   są   oczywiście   kserokopie  tajnych  dokumentów   CzK,   GPU,  NKWD   i   KGB.

Protokoły z przesłuchań, raporty z poszukiwań. Pełna dokumentacja. Tyle tylko, że nic z tego

nie   wynika.   Jest   tam   około   osiemdziesięciu   adresów.   Nasi   „przyjaciele"   sprawdzili   je

wszystkie. Torturowali mieszkających tam ludzi. Natrafili na sześć skrytek z klejnotami. Ale

najważniejszego nie znaleźli.

– Zrezygnowali? – zaciekawiłem się.

– Nie. Ostatnie dokumenty noszą datę sprzed dwu tygodni. Zatkało mnie.

background image

–  Czyli oni dysponując archiwami nie byli w stanie dotrzeć do Rubinowej Tiary –

powiedziałem.   –   Na   co   my  więc   możemy  liczyć?   Na   łut   szczęścia?   Mieliśmy  go   dosyć

uchodząc z życiem z więzienia.

Michaił poskrobał się po głowie.

– Przeczytamy mimo wszystko te papiery. Może coś znajdziemy, choć Rauber nie dał

najważniejszego.

– To znaczy?

– Nie ma dokumentów dotyczących inwigilacji cara z okresu jego pobytu w Tobolsku.

Na oddzielnej kartce jest informacja, że zabrała je Moskwa jeszcze w latach pięćdziesiątych.

– Nie mogę sobie jakoś tego wyobrazić – powiedział Pan Samochodzik. – Na dobrą

sprawę co kilka miesięcy przez te wszystkie lata ktoś usiłował zmierzyć się z tą zagadką. Nie

mieli poważniejszych kłopotów?

–  Mieli   wielu   ludzi   i   bardzo   dużo   czasu.   Nie   stanowiło   dla   nich   problemu

oddelegowanie kogoś do tej roboty. Pan Tomasz westchnął.

–  Polskie   Ministerstwo   Kultury  i   Sztuki   sporo   by  się   mogło   od   KGB   nauczyć   –

powiedział z pewną zawiścią w głosie. – Przez tyle lat sam się użerałem. Sam miałem na

głowie poszukiwania zaginionych dzieł sztuki w całym kraju, a tu proszę. Do beznadziejniej

sprawy   w   trzeciorzędnej   dziurze   przez   osiemdziesiąt   lat   delegują   bez   przerwy  oficerów

dochodzeniowych.

–  Ciekawe,   jak   doktor   Rauber   radzi   sobie   z   kontrolą   tak   wielkiego   kraju?   –

mruknąłem. – Możesz coś na ten temat powiedzieć? – zwróciłem się do Michaiła.

– Żaden problem. Czarny rynek tu na dobrą sprawę nie istniał. Przemyt był minimalny.

ZSRR   miał   bardzo   szczelne   granice.   W   porównaniu   z   waszymi   praktycznie   doskonale

szczelne. Większy problem  był z prywatnym  eksportem prowadzonym przez  partyjną  no-

menklaturę. Jedynym zagrożeniem był mój ojciec. Więc walczyli ze sobą. Rauber za każdym

razem, gdy dowiadywał się, że gdzieś widziano mojego ojca, podrywał KGB i milicję, a

zdarzało się, że i wojska MSW. Nie uznawał półśrodków. Ale mimo wszystko sądzę, że to nie

on wydał decyzję o likwidacji ojca.

Reczywiście hrabia Derek został zabity. Michaił uśmiechnął się z przymusem.

–  Panowie, dla was zmierzyć się z doktorem Rauberem, to tak jak zmierzyć się z

samymi sobą. Oczywiście jest to niebezpieczne. W charakterystyce przygotowanej na użytek

wywiadu norweskiego przeczytałem, że facet ma iloraz inteligencji około trzystu.

Pan Samochodzik gwizdnął przez zęby.

background image

–  To   z   grubsza   tyle   co   Einstein!   Szkoda,   że   na   zjeździe  historyków   sztuki   nie

postarałem się z nim porozmawiać. Przy takiej inteligencji musi dysponować niesamowitą

wiedzą.

– Nic straconego. Pewnie jeszcze przyjedzie do Polski – zauważyłem. – Inny problem,

czy zechce podać nam rękę.

– Postaram się to jakoś załatwić – mruknął nasz przyjaciel. Zbladł lekko i trzymał się

dłonią za brzuch.

– Co się stało?–zaniepokoiłem się. – Zaszkodziły moje grzybki?

– Nie, to bardziej z boku – opanował się.

Usłyszałem   jak   szef   odetchnął   z   ulgą   i   znowu   wiosłuje   łyżką   w   talerzu.   Michaił

przeprosił nas i poszedł się położyć. Dojedliśmy grzyby i wdrapaliśmy się na wieżę. Tobolsk

układał się do snu. Gasły światła w oknach. Szef przeciągnął się.

–  To miasto wygląda uroczo przy zapadającym zmroku – powiedział. – Nie wiem,

czym to jest spowodowane. Gdy kiedyś patrzyłem na Warszawę z praskiego brzegu Wisły, to

wyglądała zupełnie inaczej.

–  Tu jesteśmy wyżej – zauważyłem. – Bardziej nad miastem. Poza tym tu jest inny

rodzaj zabudowy, światła są rozrzucone chaotycznie. Może to dlatego?

Kiwnął bez przekonania głową.

– Możliwe – powiedział. – Niedługo opuścimy to miasto. Trzeba zachować jego obraz

w pamięci. Chciałbym zwiedzić sobór, ale w tej chwili to niemożliwe.

–  Powinniśmy pójść na Panin Burgoł – powiedziałem. – Zapalić  jakąś symboliczną

świeczkę naszym rodakom.

– Pójdziemy. W przeddzień wyjazdu.

Zeszliśmy na dół. Zaraz poszedłem spać. Nic mi się nie śniło.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ATAK ŚLEPEJ KISZKI • OPERUJĘ MICHAIŁA • DOKUMENTY MILCZĄ •

ZAGADKA DZIENNIKA CARYCY • GDZIE LOKAJ TRUPP UKRYŁ SKARBY •

POSTANAWIAM ZOSTAĆ KAZNODZIEJĄ • TAJEMNICA ZDJĘCIA CARSKIEGO

LOKAJA

Obudził mnie jęk. Dobiegał z pokoju Michaiła. Poszedłem tam. Leżał na łóżku zlany

potem, zwinięty w kłębek z bólu.

– Co się stało? – zapytałem. Nadbiegł też pan Tomasz.

– Wyrostek – jęknął Michaił. – Że też musiał właśnie teraz... Kolejny paroksyzm bólu

wykrzywił jego rysy.

– Na pewno wyrostek? – zapytał szef. – Drętwieją ci nogi? Michaił kiwnął głową.

–  Otwieraj   bramę  –  zarządził.  –  Trzeba   go zawieźć   do szpitala!   Michaił  pokręcił

głową.

– Nie. W żadnym wypadku.

– Bredzi – poinformował mnie Pan Samochodzik. – Trzeba...

–  Wpadnę w łapy KGB – powiedział Michaił. – Chory nie wytrzymam tortur. Nie

mogę jechać do szpitala.

– Zawieźmy go do Jekaterynburga albo do Tomska – zaproponowałem.

Szef pokręcił głową.

– Za daleko. Nie przeżyje drogi. Zabije go ból na wybojach.

– To co robimy? – zapytałem.

– Odprujcie – jęknął.

Kolejny paroksyzm zgiął go w pół.

–  Jak, czym? – dziwiłem się. – Przecież nie mamy nawet środków znieczulających.

Mam cię kroić na żywca nożem? Poza tym żaden z nas nie jest lekarzem. Pan Tomasz ma

tytuł doktora,  ale  historii   sztuki.   Ja  przeszedłem   w  komandosach  tylko  podstawowy kurs

udzielania pierwszej pomocy na polu walki!

Michaił popatrzył nieco przytomniej.

–  Mam   dwie  butelki   wódki  –  powiedział   spokojnie.   –  Litr   wódki   oszołomi   mnie

zupełnie.

–  Bzdury – zaprotestował szef ostro. – Rozczulająca jest ta wiara w cudowną moc

wódki jako lekarstwa na wszystkie choroby. Puknij się w głowę. W połowie przypadków

wódka tylko zwiększa wrażliwość na ból.

background image

– Jestem gotów zaryzykować – wymamrotał.

–  Poza tym po wypiciu litra wódki wylatujesz. A przynajmniej torsje wyrzucą ci z

brzucha całe umeblowanie. Butelka wódki może się przydać wyłącznie do tego, żeby cię nią

popukać po głowie!

– Chińska narkoza jest zbyt niebezpieczna – zaprotestowałem. – Mogę go oczywiście

pozbawić przytomności przez zwykłe zaciśnięcie tętnicy szyjnej, ale to na długo nie pomoże.

– Paralizator elektryczny – rzucił w olśnieniu Michaił. – W nasadę karku. Piętnaście

minut spokoju...

– Jak to sobie wyobrażasz? – zauważyłem. – Przyjmijmy, że będziesz nieprzytomny.

Mam ci rozciąć brzuch, wyjąć ślepą kiszkę, a nawet nie wiem, jak wygląda...

Szef odciągnął mnie na bok.

– Cokolwiek chcesz postanowić, trzeba to zrobić od razu – powiedział. – Boję się, że

długo nie pociągnie. Bóle stają się coraz częstsze.

– A skalpel? – złapałem się ostatniej deski ratunku.

– Mam dwa nożyki introligatorskie – powiedział spokojnie Pan Samochodzik. – Jeśli

go zabijesz, odpowiemy wspólnie.

Michaił   wił   się   w   malignie.   Z   Rosynanta   przyniosłem   paralizator   i   puściłem

błyskawicę w jego wijące się z bólu ciało. Oklapł zupełnie. Szef przywiązał go dokładnie do

łóżka. Przyniósł butelkę wódki. Polałem pole operacyjne.

–  Tnij według tego – szef zawinął koszulę odsłaniając starą bliznę. Jemu też kiedyś

usunięto wyrostek.

Zacisnąłem zęby i wykonałem cięcie. Szef podał mi kawałek ałunu, którego czasem

używał, kiedy zaciął się przy goleniu. Przejechałem nim brzegi rany. Krwawienie trochę się

zmniejszyło.

– Przypal – powiedział szef.

– Czym? – zdenerwowałem się.

Wybiegł i usłyszałem jak zapuszcza silnik w Rosynancie.

„Zwiewa" – pomyślałem. Ale on podjechał w kąt hali przylegający do pokoju chorego.

Po   chwili   wbiegł   i   podał   mi   samochodową   zapalarkę   do   papierosów.   Zdążył   ją   nawet

przepłukać spirytusem. Przejechałem nią brzegi rany. Pomogło. Krew przestała płynąć. Po-

głębiłem   cięcie   i   przebiłem   powłoki   brzuszne.   Szef   usłużnie   poświecił   mi   halogenkiem.

Miałem   przed   sobą   kłębowisko   jelit.   I  nagle   zauważyłem  poczerniały  wyrostek  długości

najwyżej siedmiu centymetrów.

– To? – zapytałem.

background image

Pan Tomasz zastanawiał się chwilę.

– Chyba tak. Tnij.

Podał mi zmoczoną w spirytusie żyłkę wędkarską. Starannie przewiązałem wyrostek

w   miejscu,   w   którym   oddzielał   się   od   jelita.   Urżnąłem   go   jednym   śmiałym   cięciem   i

odrzuciłem   przez   lewe   ramię.   Na   szczęście.   Szef   podał   mi   nawleczoną   igłę.   Zeszyłem

starannie   ranę.   Z   pudełka   wyjąłem   strzykawkę   i   ampułkę   surowicy   przeciwtężcowej.

Wstrzyknąłem Michaiłowi podwójną dawkę. W chwilę później otworzył oczy. Jęknął z bólu.

– Udało się? – zapytał.

–  Oczywiście   –   odparłem,   choć   wcale   nie   byłem   tego   pewien.   Zamknął   oczy.

Przełożyliśmy go na drugie łóżko zasłane świeżą pościelą.

– Dlaczego bez przerwy mamy takie przygody? – zapytałem.

–  Pożądałeś   przygód  w   sposób   zachłanny   –   powiedział   Pan   Samochodzik.   –   To

zapewne kara nadmiaru. Przeżyje?

– A skąd mam wiedzieć? Nawet nie wiem, czy wyciąłem mu co trzeba...

Szef podniósł leżący na ziemi krwawy strzęp.

– Nie wiem, czy to ślepa kiszka – powiedział. – Ale że to zaropiało – to pewne.

–  Nawet   jeśli   tak,   to   przecież   jest   tyle   innych   czynników   ryzyka.   Zakażenia

pooperacyjne.   Poza   tym   zostawiłem   mu   w   brzuchu   kawałek   żyłki   wędkarskiej.   Zacznie

wchodzić w reakcję z organizmem..

–  Gdy tylko poczuje się lepiej wsadzimy go w samolot do Szwecji i niech tam mu

poprawią. A co do zakażenia, dostał przecież surowicę.

–  Szefie, niech pan spojrzy na ten sufit. Nie wiem, co  się z  niego osypuje. Jakie

draństwa mogły spaść mu do rany, gdy szyłem. Na razie proszę iść spać. Posiedzę przy nim, a

rano się zmienimy.

Koło czwartej nad ranem Michaił dostał lekkiej gorączki. O ósmej otworzył oczy.

– Jak się czujesz? – zapytałem.

– Ból zmienił się – powiedział. – Teraz jest ostry jak od noża. I wyżej.

– Miałeś szczęście, chłopie – powiedziałem.

– Ufunduję za to srebrny dzwoneczek dla soboru – wymamrotał. Zbadałem mu puls.

Gorączka już słabła.

– Białogwardzista umiera od razu albo wcale – powiedział z dumą.

– Przez najbliższe dwa dni musisz leżeć bez ruchu – zaordynowałem. – Poza tym takie

operacje robi się na czczo. Boję się, że te grzyby mogą ci zaszkodzić.

Zamyślił się.

background image

– Mogą mnie nawet zabić, jak sądzę. Wody też mi nie wolno pić.

– Przez osiemnaście godzin – rzekł szef stając w drzwiach. – Coś niecoś pamiętam z

czasów, kiedy mnie kroili.

W porze obiadu pacjent przynajmniej częściowo odzyskał siły i poprosił o skoroszyt.

Przeglądał papiery dłuższą chwilę.

– Nic z tego nie wynika – powiedział. – Makulatura. A przecież ryzykowaliśmy, żeby

to zdobyć.

– Mieliśmy zdobyć księgi meldunkowe – przypomniałem mu łagodnie.
–  Tak, ale nie musimy. Tu są wszystkie adresy – popukał w plik kartek. – Przecież

trochę   osiągnęliśmy.   Znaleźliśmy   skrzynkę   banknotów.   Spotkaliśmy   tę   staruszkę   i

dowiedzieliśmy się o klasztorze. A teraz czuję, że rozwiązanie zagadki oddala się.

–  Chwilowo  nie  musisz   rozwiązywać  zagadek – uspokoiłem  go łagodnie. –  Leż i

odpoczywaj. A pan Tomasz i ja zajmiemy się myśleniem.

– Za tydzień wyjedziemy – powiedział Michaił. – Tego nie da się odnaleźć.

– Dlaczego?

– Rauber ma 300 IQ. Gdyby to było możliwe, odkryłby to.

– My do spółki mamy pewnie ze 400.

– Nie zapominaj o tych, którzy szukali tego dawniej.

– To mi przypomina sprawę pewnego polskiego wynalazcy. Przyszedł do Kancelarii

Premiera z propozycją budowy w Polsce komputerów. Były lata siedemdziesiąte, a on był

jednym   z   pionierów   w   wytwarzaniu   super   czystych  kryształów.   Zaproponował  produkcję

komputerów lepszych niż amerykańskie. I wiesz, co mu powiedzieli?

– Ciekawe...

– Żeby się nie wygłupiał, bo gdyby jego teorie były prawdziwe, to Amerykanie dawno

by już to wymyślili. Pan Tomasz spotkał go w Krzemowej Dolinie. Jest wielką szychą, a mało

brakowało i Krzemową Dolinę mielibyśmy w Polsce.

Michaił zasnął. Wieczorem czuł się już prawie zupełnie dobrze. Czytał dokumenty z

laptopa. Rana goiła się dobrze.

Mógł wreszcie wypić trochę wody.

– Za tydzień wstaniesz – obiecałem mu.

– Wcześniej – zaprotestował. Poszliśmy spać.

Następnego   dnia   rano   Michaił   czuł   się   już   zupełnie   dobrze.   Miał   tylko   leciutką

gorączkę.

background image

–  Myślę, że się wywinąłeś – powiedział Pan Samochodzik. – Biorąc pod uwagę, że

kroił cię kompletny dyletant nożem introligatorskim w skrajnie antyhigienicznych warunkach,

to miałeś dużo szczęścia.

–  Jestem   szczęśliwym   człowiekiem,   więc   szczęście   będzie   mi   towarzyszyć   –

powiedział. – Gryzie mnie ten fragment dziennika carycy.

Wyświetlił kartkę rękopisu. Patrzyłem w równe rządki pisma.

–  Między linijkami musi być coś napisane – powiedział Michaił. – Czuję  to. Nie

spocznę, dopóki dyrekcja archiwum nie zezwoli na przeprowadzenie szczegółowych analiz.

Przekupię drani. Jak mój ojciec.

Zastanowiłem się. Jakaś myśl nieśmiało kiełkowała w mózgu.

–  Może nie będzie trzeba – powiedziałem. – Z jaką rozdzielczością skanowałeś te

dokumenty?

– Z największą – pochwalił się. – Tysiąc dwieście na dwa tysiące czterysta pikseli.

– A ile kolorów rozróżnia ten twój skaner?

– Półtora miliarda barw i odcieni.

– Mam u ciebie dwa starodruki premii – powiedziałem.

Popatrzył   na   mnie.   Było  widać,   jak   myśli   usiłując   wydedukować  z   moich   pytań

rozwiązanie zagadki. Nagle jego oczy rozbłysły.

– Skontrastować! – krzyknął podrywając się z łóżka. Pchnąłem go na nie z powrotem.

– Właśnie. Skontrastować. Jeśli napisała tu jakiś tekst niewidzialnym atramentem, to i

tak papier w tym miejscu zżółkł inaczej. Za sto lat pewnie różnice będzie widać gołym okiem.

– Bingo – wyszeptał Michaił.

Jego palce zastukały w klawisze laptopa z przerażającą  szybkością. Odchylił ekran,

żebyśmy też mogli widzieć efekty jego działań. Powiększył tekst tak, że widać było tylko

cztery linijki.

– Zwiększam zróżnicowanie kolorów – powiedział stukając w kilka przycisków.

Nic się nie zmieniło.

– Kontrastuję jeszcze o sto punktów...

Między linijkami pojawiły się delikatne zarysy czegoś żółtego.

– Jeszcze o sto – mruknął.

Pomiędzy   linijkami   napisanymi   niebieskim   atramentem   pojawiły   się   coraz

wyraźniejsze  żółte  plamki  i plamy.  Układały się stopniowo  w napisy.  Zwiększył kontrast

jeszcze czterokrotnie, zanim tekst stał się brązowy.

– Zwycięstwo – powiedział.

background image

Pan Tomasz podał  mu podkładkę do pisania i  długopis. Michaił  zaczął  wolniutko

przepisywać   tajemniczą   informację.   Literka   po   literce.   Niektóre   były  mocno   zamazane.

Wyszedłem i zabrałem się do robienia śniadania. Dla Michaiła ugotowałem kaszę na wodzie.

W czterdzieści osiem godzin po operacji nadal nie mógł przeciążać żołądka. Gdy wróciłem z

posiłkiem do pokoju chorego praca była już właściwie wykonana.

– I co tu naskrobano? – zapytałem. Twarze Michaiła i szefa wydłużyły się.

– Sprawdziła się twoja teoria – powiedział Michaił.

– Jaka teoria? – zdziwiłem się.

–  Pamiętasz,   co   przypuszczałeś   tam   w   klasztorze?   Jest   ktoś,   komu   zawierzyli   tę

tajemnicę. Posłuchaj.

– Trupp ukrył w mieście Rubinową Tiarę, koronę, dwie broszki i szablę paradną. Nie

pochwalam do końca jego wyboru, ale może to istotnie dobry pomysł. Odzyskamy je na hasło:

„Przynoszę wam pochodnię prawdy".

– Trupp? Przecież on był tylko lokajem.

–  Zginął z całą carską rodziną w Jekaterynburgu – łagodnie zwrócił uwagę szef. –

Musiał być człowiekiem zaufanym.

– Ekstra. I ani słowa komu to przekazał?

– Ani słowa. Musiał to jednak przekazać komuś, komu caryca nie zaufałaby.

– Zapewne miejscowemu kupcowi – wysunąłem przypuszczenie.

–  Co   dalej?   –   zastanowił   się   szef.   –   Musimy   wyświetlić   cały   życiorys  Truppa.

Prześwietlić go jak rentgenem. Wtedy może natrafimy na jakiś trop.

–  Ale czy to możliwe? – zapytał Michaił. – Czy jest możliwe, żeby ktoś dochował

wierności przez tyle lat?

– Jeśli przekazał tajemnicę swojemu synowi, a on swojemu... – zauważyłem. – Szansę

faktycznie są nikłe, ale może większe, niż nam się wydaje.

Pokiwali w zadumie głowami.

–  Jak   możemy   znaleźć   tego   człowieka?   –   zastanowił   się   Michaił.   –   Przecież   to

niemożliwe bez bardziej szczegółowych wskazówek.

– Sądzę, że dokładnie o kogo chodzi wiedziała tylko caryca, ewentualnie car i dzieci.

Mogli się spodziewać, że ich dzienniki będą czytane przez cenzorów, a może nawet badane na

okoliczność sympatycznego atramentu. Zapisali tylko to co najważniejsze. Hasło może być

skopiowane w dziennikach cara i dzieci. Może tam znajdziemy dodatkowe wskazówki.

Michaił bez chwili zwłoki otworzył kolejny dokument.

background image

–  Dziennik cara – wyjaśnił. – Popatrzmy, prawie sześćdziesiąt stron dotyczy okresu

uwięzienia w Tobolsku. Zaznaczam wszystkie i kontrastuję jednocześnie...

Przeglądał   zapiski   przez   dłuższą   chwilę   szukając   śladów   ukrytych   wiadomości.

Bezskutecznie. Dziennik cara był zupełnie czysty.

– Ciekawe – mruknął.

– Car mógł przypuszczać, że jego notatki zostaną w razie czego sprawdzone bardzo

dokładnie – zauważyłem. – Przyszło mi na myśl jeszcze coś. Czy oni mieli własne książki?

– Tak. Zabrali ze sobą niezłą biblioteczkę.

– Co się z nimi stało?

–  Część z nich znaleziono  na śmietniku koło domu Ipatjewa. Pozbierał  je śledczy

Sokołów i przekazał nauczycielowi Gillardowi, który zabrał je do Szwajcarii.

– Tam także mogą być jakieś notatki. Na przykład na marginesach – zauważyłem. –

Czy masz do tego jakiś dostęp?

– Chodziłem do szkoły z jego wnukiem.

–  Trzeba   będzie   to   sprawdzić,   gdy   wrócisz   na   Zachód.   Skinął   poważnie   głową

otwierając kolejny dokument. Dziennik następcy tronu, carewicza Aleksego.

– Jest – powiedział z triumfem, gdy komputer zakończył kontrastowanie. – Ale mniej.

Tylko hasło: „Przynoszę wam pochodnię prawdy". Weźmy pamiętnik Gillarda.

Przeglądał go dłuższą chwilę.

– Tu nie ma nic.

– A pamiętniki księżniczek? – zapytałem.

–  Chyba   wiem,   dlaczego   dwie   z   nich   spaliły   swoje   dzienniki   –   zauważył   Pan

Samochodzik. – Napisały za dużo.

– Wystarczyło wyrwać kartę – zauważył Michaił. Zamyślił się.

–  Jest.   Dziennik   Marii   –   Michaił   obudził   się   z   zamyślenia.   –   Posłuchajcie   tego:

Pomysł   Aleksego   z   zaprzysiężonym   człowiekiem   i   hasłem   nabiera   realnych   kształtów.

Kochany Trupp załatwił to dla nas. I tak sprytnie. Jego nikt nie będzie podejrzewał. Chociaż

to dziwne, że się zgodził.

– Ale kto? –jęknął pan Tomasz. – Dlaczego nie mogli napisać tego wprost?

– Bo nie mogli – delikatnie zwróciłem mu uwagę. – Po prostu nie mogli. Gdyby to w

takiej postaci wpadło w ręce czerwonych, to nic by na tym nie skorzystali. Ani tego ugryźć,

ani...

background image

– Dziennik Olgi: „Przynoszę wam pochodnię prawdy". Sprytnie to wymyślił kochany

chłopiec. Chciał, żeby hasło brzmiało „Lampa została zapalona". Nasz przyjaciel wypełnił

misję. Gdyby stało się najgorsze, przyślemy kogoś po to.

–  Najwyraźniej   nawet   się   nie   domyślała,   co   najgorszego   może   ich   spotkać   –

zauważyłem ponuro. – Nic więcej tam nie ma? Pokręcił przecząco głową.

– No to jesteśmy w kropce – zauważyłem.

– Ależ nie – zaprotestował Pan Samochodzik. – Wiemy całkiem sporo. Trupp zaufał

komuś, komu nie zaufałaby caryca. Zaufał komuś, kto stoi poza podejrzeniami.

– Ukryli to u agenta CzK – wysunąłem przypuszczenie. – Boże, co ja bredzę.

–  Niekoniecznie   –   zauważył   szef.   –   To   ma   ręce   i   nogi.   Agent   CzK   byłby  poza

podejrzeniami. Skoro nie przekazał klejnotów swoim mocodawcom, to nie da się wykluczyć,

że dochował tajemnicy.

–  Nigdy nie zaufaliby agentowi CzK – zauważyłem. – Przecież to byli ludzie bez

żadnych zasad moralnych.

– Zgoda – powiedział Michaił. – Ale może wśród nich był jeden szlachetny i prawy...

– Tu się pojawia pytanie, jak go odnaleźli. Zresztą taki człowiek wcześniej czy później

padłby ofiarą własnej organizacji. Co za potworny mętlik.

–  Chyba jednak możemy wykluczyć agenta CzK – mruknął szef. – To zbyt szalony

pomysł. Pomyślcie, kto jeszcze wchodzi w grę?

–  Żołnierze, którzy ich pilnowali. Czwarty i  drugi regiment. Jedni  byli nastawieni

bardziej monarchistycznie... – zauważył Michaił. – Ale oni byli głównymi podejrzanymi –

klepnął   leżący   na   stoliku   koło   łóżka   skoroszyt.   –   Dopadli   wszystkich,   których   zdołali

odszukać.

Zamyśliliśmy się.

– Pułkownik Kobylański – zauważyłem. – Ich dowódca. Co o nim wiemy?

– Niewiele. Został rozstrzelany w dwudziestym którymś roku – powiedział Michaił.

–  A nadzorca? Komisarz przysłany przez Rząd Tymczasowy, Pankratow? – zapytał

szef. Michaił zamyślił się.

– Tego nie wziąłem pod uwagę.

– Co o nim wiemy?

–  Był   socjalistą,   rewolucjonistą,   chyba   współpracował   z   grupą   Sawinkowa.

Przesiedział czternaście lat w pojedynczej celi Twierdzy Szlisselburskiej, a potem poszedł w

kajdanach etapami na Syberię.

Gwizdnąłem cicho:

background image

– Odpada.

– Niekoniecznie – zaprotestował Michaił. – Weźmy biografię cara pióra Radzińskiego.
Podałem   mu   kuferek   z   książkami.   Wydobył   z   niego   księgę   o   grubości   cegły.

Kartkował ją przez chwilę.

– Wynika z tego, że Pankratow był wyjątkowo porządnym człowiekiem – powiedział

wreszcie z westchnieniem. – To niewykluczone.

– Co się z nim stało? – zapytałem.

– Po wkroczeniu bolszewików do Tobolska musiał uciekać z miasta. Nie ma żadnych

danych o jego dalszych losach. Prawdopodobnie został zabity. Radziński wspomina też  o

niejakim kapitanie Asjuta, który ponoć miał ukryć szablę cara.

– Co o nim wiadomo?

– W tym właśnie problem, że zupełnie nic. Przejrzałem wszystkie dostępne mi spisy.

Ten człowiek jakby nigdy nie istniał.

–  Mętlik – mruknął szef. – Na razie zastanówmy się nad taką kwestią. Załóżmy, że

mogli   zaufać  Pankratowowi.   Załóżmy,  że   faktycznie   on   obiecał   ukryć  klejnoty.  Czy   car

musiał przekazywać Pankratowowi precjoza za pośrednictwem Truppa?

Walnął się w głowę aż zadudniło.

– Nie musiał. Pankratow był obecny w domu wolności dzień w dzień, a w środy chyba

dawał dzieciom lekcje geografii. Nie da się wykluczyć, że poprosili go o przechowanie części

skarbów, ale nie tych, których szukamy.

– Nic już nie jestem w stanie wymyślić – poskarżyłem się. – Co wiemy o Truppie?

– Nic – odparł Michaił.

– Jak to: „nic"? – zdumiał się Pan Samochodzik.

–  W każdym razie niewiele. Był lokajem w Carskim Siole. Towarzyszył carowi w

czasie   wygnania.  Aż   do   końca,   do   samej   śmierci   w   piwnicy  domu   Ipatjewa.   Głównym

lokajem był Czemodurow. Trupp tylko mu pomagał. Nie miał żony ani dzieci. W chwili

śmierci liczył około trzydziestu lat.

– Ekstra. Mieszkał w domu Korniłowa czy w mieście?

– Mieszkał w domu gubernatora. Miał pokój na strychu. Chyba nie znał w Tobolsku

nikogo.

– Klapa do kwadratu – jęknąłem.

Zostawiłem ich i poszedłem na wieżę. Wpatrywałem się w leżące  po drugiej stronie

rzeki miasto. Gdzieś tam pod budynkami, pod korzeniami drzew, zamurowane w ścianach lub

ukryte w wiązaniach dachu znajdowało się to, czego szukaliśmy. Gdzieś tam być może na

background image

ławeczce przed domem siedział człowiek, który od osiemdziesięciu lat czekał na to, że ktoś

przyjdzie, klepnie go po ramieniu i powie: „Przynoszę wam pochodnię prawdy".

– Przydałby się Onufry Rzecki – powiedziałem w zadumie. – Może trzeba było się go

poradzić przed wyjazdem? W niczym by to nie zaszkodziło, a mogłoby pomóc. A może sam

odnajdę miejsce? Jeśli zgadłem, że ukrywa to człowiek czekający na hasło...

Zszedłem na dół. Szef siedział w zadumie na krześle i kiwał nogą. Michaił leżał i

także nad czymś się zastanawiał.

– Doszliście do jakichś wniosków? – zapytałem. Pokręcili przecząco głowami.

– Jeśli człowiek mający zareagować na hasło jest gdzieś w Tobolsku, to musimy go

odnaleźć – powiedział melancholijnie Michaił. – Tylko jak?  Może tobie coś przyjdzie do

głowy.

–  Dajmy ogłoszenie do gazety – błysnąłem konceptem. Wbili we mnie zaskoczone

spojrzenia.

– Ogłoszenie? – spytał powoli i z namysłem Michaił. – Jakie?

–  Na  przykład  takie:  „Dziennikarz   z   Polski   poszukuje  wszystkich  osób  mogących

rzucić światło na losy lokaja Aleksieja Truppa". Zastanowili się.

– Kto miałby być tym dziennikarzem? – zapytał Pan Samochodzik.

– Szczerze mówiąc, szefie, sądziłem... Uśmiechnął się lekko.

– Wam się udało nawiać z aresztu KGB, ale jesteście młodzi i wysportowani...

–  Szefie, proszę nie robić z siebie zniedołężniałego starca. Wszak nie dalej jak dwa

lata temu brał pan udział w amatorskich zawodach judo zajmując w swojej kategorii trzecią

lokatę! – podniosłem pryncypała na duchu. – Trzeba raczej zastanowić się nad tym pomysłem.

– Sądzę, że nie ma co się zastanawiać – powiedział Michaił. – Przez te wszystkie lata

z   pewnością   dokonano   wielu   znacznie   bardziej   subtelnych   prowokacji.   Poza   tym   takie

ogłoszenie ściągnie nam na głowy całą masę świrów. Czy każdemu z nich mamy podawać

hasło?

–  A może inaczej – zaproponowałem. – Dajmy takie ogłoszenie: „Przynosimy wam

pochodnię prawdy, bracia – nowa wspólnota religijna zaprasza na spotkania modlitewne".

– To brzmi niegłupio – pochwalił Michaił. – Tylko jak sobie to wyobrażasz?

– Urządzimy spotkanie tutaj w fabryce. Odmalujemy tylko tę halę, wstawimy ławki,

na ścianie powiesimy krzyż. Będzie potrzebne jeszcze podwyższenie i wygłoszę porywające

kazanie o szatańskim jadzie komunizmu i ogniach piekielnych. Po nabożeństwie wszyscy

wyjdą, zostanie strażnik skarbu, który wręczy nam walizkę.

background image

–  Bredzi   –   powiedział   Michaił.   –   To   nadmiar   stresów.   Nastąpiło   zachwianie

równowagi biochemicznej mózgu. Będzie się miotał od euforii do skrajnej depresji. Teraz

przechodzi fazę euforyczną.

Szef pokiwał głową.

–  Pozwolisz, że teraz przedstawię ci moją wersję wydarzeń – powiedział Michaił. –

Dajemy ogłoszenie. Zanim jeszcze zbiorą się ludzie, wpadnie tu specjalna jednostka FSB do

walki z sektami. Przetrząsną cały lokal, znajdą oczywiście samochód i nas. Z samochodu

wyciągną  furę wyposażenia,  które jednoznacznie  unaoczni   im, że   jesteśmy szpiegami lub

sabotażystami.   Następnie   zbadają   naszą   tożsamość   i   stwierdzą,   że   my   dwaj   niedawno

nawialiśmy   im   z   aresztu   śledczego,   a   pan   Tomasz   jest   tym   fałszywym   profesorem   z

Kiszyniowa,   który   interesował   się   archiwaliami.   Was   dwu   wymienią   na   szpiegów

przechwyconych w Polsce, a ja spędzę resztę życia w uroczej piwniczce pozostawionej z

dawnych czasów...

– Możliwy też jest inny wariant – powiedział szef. – Zamiast wiernych przybędzie tu

bojówka jakiegoś faszyzującego ruchu, który wpisał sobie do programu obronę świętej wiary

prawosławnej. Pobiją nas, spalą nam samochód i każą się wynosić ze świętej ziemi rosyjskiej

razem z naszą szatańską nauką.

–  Poza tym każdy strażnik skarbów takie ogłoszenie uzna oczywiście za pułapkę i

będzie się trzymał jak najdalej. To był niezły pomyśl, Pawle, ale wymyśl coś innego.

–  Jak właściwie wyglądał ten Trupp?  – zapytałem. Michaił wygrzebał z kieszonki

torby płytę CD-ROM-u. Wpuścił ją do laptopa i wyświetlił fotografię.

– Zobacz sobie – przekręcił ekran w moją stronę.

Sympatyczna twarz, trochę pociągła. Był minimalnie podobny do Michaiła. W każdym

razie nie wyglądał na lokaja.

– Tu jest z carem na łódce – wyświetlił inne zdjęcie.

Obaj rozebrani do pasa wiosłowali z zapałem. Car siedział z tyłu, bliżej rufy. Zdjęcie

musiał zrobić ktoś siedzący na  dziobie łodzi.  Może  któraś z  księżniczek. Fotografia była

bardzo   ostra,   pewnie   używali   jeszcze   szklanych   negatywów.   Przypatrzyłem   się   bliżej

lokajowi.

– Możesz to powiększyć? – zapytałem.

– Nie zmieści się.

– Centralną część.

Powiększył. Trupp był dobrze zbudowany. Mięśnie zastygły w wysiłku.

– Jeszcze – poprosiłem.

background image

– Żaden problem.

Rozciągnął   zdjęcie,   aż   pierś   lokaja   zajęła   cały   ekran.   Wiosło   trzymane   w   ręce

zasłaniało trochę obraz, ale wyraźnie było widać, że na piersi wisi mu na srebrnym łańcuszku

mały krzyżyk i medalion.

Rozciągnął   maksymalnie.   Fotografia   stała   się   zbiorem   szarych   i   czarnych

prostokącików. Na medalionie widniał wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.

– A niech mnie... – powiedział Michaił. Uruchomił drukarkę i po chwili podawaliśmy

sobie z rąk do rąk wydruk i lupę.

– On był katolikiem – powiedział szef w zadumie. – A może nawet Polakiem?

– Jeśli nawet, to uchodził za Rosjanina z Pribałtyki. Może odziedziczył ten medalion

po jakichś przodkach – zasugerował nasz towarzysz. – Razem z wiarą.

–  Jeśli istotnie tak było, to myślę, że wiem, dokąd mógł pójść – powiedziałem. –

Przecież był tu katolicki kościół wybudowany przez polskich zesłańców. Z pewnością istniała

przy nim także parafia katolicka.

–  Polak poszedł do Polaków, katolik do katolików – zastanowił się Michaił. – To

bardzo prawdopodobne. Ich nikt nie podejrzewałby o sympatyzowanie z carem.

Popatrzyliśmy na siebie śmiejącymi się oczyma.
–  Wyruszamy   natychmiast   –   zadecydował   szef.   –   Weźmiemy   wykrywacze.

Przeszukamy kościół i plebanię.

– Mamy szczęście, że plebania jest od lat opuszczona – powiedział nasz przyjaciel. –

Nie będzie problemu z kuciem ścian. Człowiek z hasłem, o ile jeszcze żyje, też nie będzie

nam potrzebny Założę się, ze ukryli to gdzieś koło kościoła.

– Ty powinieneś poleżeć – zauważyłem patrząc z niepokojem na Michaiła. 

J

– Bzdura. Nigdy nie czułem się lepiej.

– W drogę – poganiał szef. – Niedługo się ściemni.

Rzeczywiście przegadaliśmy większą część dnia. Wyszliśmy na dwór zabierając ze

sobą ponton. Pogoda od wczoraj zmieniła się radykalnie. Wiał silny i bardzo zimny wiatr z

północy.

– Pożegnanie jesieni – powiedział Michaił w zadumie. – Za dwa tygodnie będzie tu

pewnie leżał metr śniegu. Syberia...

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

REMONTOWANY KOŚCIÓŁ • STARA PLEBANIA • ZAMUROWANY LOCH •

BUTELKA POD SCHODAMI • CZŁOWIEK W CIEMNOŚCI • TORBA Z

PRECJOZAMI • SILNIK OD ŁÓDKI • OBŁAWA • UCIECZKA Z ŁUPEM • STARY

MOST • ROSYNANT TONIE • OGNISKO W LESIE

Wiatr dokuczał nam na rzece, co chwila podnosiła się spora fala. Wreszcie dobiliśmy

do   starej   przystani.   O   dziwo,   nasza   łódka   nadal   tu   cumowała.   Widocznie   szukający  nas

pamiętnej nocy przegapili ją. Ukryliśmy ponton pod starym pomostem. Ruszyliśmy w szybko

zapadającym mroku do kościoła. Na miejscu czekała nas niespodzianka. Świątynia otoczona

była wysokim płotem.

– A to co? – zdumiał się szef.

Idąc wzdłuż ogrodzenia natrafiliśmy na tablicę informacyjną.

– Prace zabezpieczająco-rekonstrukcyjne – odczytał Michaił. – Generalny wykonawca:

„Realbud" Kraków – Polska.

– Nasi – ucieszył się szef. – No, na drugą stronę.

Sforsowaliśmy furtkę. Kościół stał milczący i cichy. Przez kilka lat dokonano wiele.

Od tyłu napierająca na budynek skarpa została odsunięta. Drewniane szalunki świadczyły, że

jest tam budowany mur oporowy, mający najwidoczniej powstrzymać spływ ziemi. Wokół

kościoła ciągnęła  się  głęboka  transzeja  odsłaniająca fundamenty.  Mur   w  wielu  miejscach

podkuto  i   wpuszczono   stalowe  szyny,  mające  zapobiegać  pękaniu.   Większość   zalano   już

cementem. Wszędzie piętrzyły się stosy ziemi  wyrzuconej z wykopów. Przeszliśmy przez

wrota świątyni. Michaił przymknął ciężkie skrzydła i zapalił halogenowy reflektorek. Szef

gwizdnął.

– Nieźle – powiedział.

Prace   we   wnętrzu   prowadzono   na   nie   mniejszą   skalę.   Całą   posadzkę   usunięto,   a

ziemię   wykopano. Staliśmy  nad  brzegiem  głębokiego  dołu.   Jego  dno   pokrywała  warstwa

bitumitu. Na niej leżały stalowe wręgi nowej betonowej wylewki. Ściany podkuto tak jak na

zewnątrz,   tylko   że   tu   operację   wzmacniania   już   zakończono.   Tynki   ze   ścian   zostały

całkowicie usunięte. Michaił z nadzieją oświetlił ściany. Jednak nigdzie porządek cegieł nie

został zakłócony. Żaden ślad nie wskazywał na istnienie zamurowanych nisz czy skrytek.

– To by było na tyle – mruknął w zadumie. – Obawiam się, że nawet jeśli tu coś było,

to zostało wykopane w tych dniach. Gdy przechodziliśmy tędy niespełna tydzień temu jeszcze

nawet nie zaczynali... Co robimy dalej?

background image

– Plebania – powiedziałem. – Nasze szansę ciągle jeszcze są bardzo duże.

Kiwnęli bez przekonania głowami. Stary drewniany budynek plebanii znajdował się

dosłownie o rzut kamieniem. Nikt od dawna tu nie mieszkał. Okna pozabijane, puste otwory

drzwiowe...   Weszliśmy   przez   niewielką   sień.   Pierwszy   pokój   służył   zapewne   zebraniom

wspólnoty. Może gromadzono się tu dla odmawiania różańca... Ze ścian odchodziła bardzo

zatarta tapeta. W przeszłości pomieszczenie podzielono na dwa mniejsze przepierzeniem, ale

pozostawały po nim tylko resztki desek i ślad na suficie. Nikt nie rozbił pieca. W ścianach nie

było dziur.

– Zdążyliśmy – powiedział szef. – Tu nie szukali.

Rozłożyłem wykrywacz i zacząłem omiatać nim podłogę. Potem przyszła kolej na

ściany. Urządzenie zasygnalizowało istnienie kabli. Wreszcie zabrałem się za piec. W jego

górnej części po raz pierwszy wykrywacz cichutko pisnął.

– Coś jest? – zainteresował się Michaił.

– Jakiś drobiazg. Maleństwo. Może moneta, a może kawałeczek blaszki.

Michaił wyjął z kieszeni   szwajcarski scyzoryk  i wraził  ostrze w  szczelinę między

kaflami. Dłubał dłuższą chwilę, po czym kafel udało mu się wyjąć. We wnętrzu ukryto jakieś

zawiniątko opakowane w szary papier.

– Tiara to nie jest – zauważył Pan Samochodzik – ale chyba warto to obejrzeć.

Michaił rozwinął papier i znajdującą się pod nim szmatkę. Naszym oczom ukazało się

nieduże granatowe porcelanowe jajko ozdobione monogramem Mikołaja II.

– Faberge – zauważył Michaił. – Ładny drobiazg.

– Chyba się mylisz – zauważyłem. – Pisanki Faberge były większe, rozkładały się, w

środku miały niespodzianki – precyzyjne mechanizmy. Car dawał je w prezencie rodzinie z

okazji Wielkanocy. To były prawdziwe dzieła sztuki, a to...

Michaił zatkał sobie uszy. Twarz pana Tomasza poczerwieniała.

– Paweł, co ty pleciesz? – huknął szef. Speszyłem się. Uratował mnie Michaił.

– Panowie, nie czas teraz na spory. Ten dom ma jeszcze inne piece i inne pokoje.

Przeszliśmy przez wyłamane drzwi. Penetrowałem pomieszczenie po pomieszczeniu.

Nigdzie jednak wykrywacz nie zapiszczał.

– Piwnica – zarządził szef.
Z   kuchni   prowadziły   w   dół   schody.   W   piwnicy   cuchnęło   myszami   i   zgniłymi

kartoflami. Pan Tomasz zabrał mi wykrywacz i sam zaczął szukać.

background image

–  O   co   chodzi   z   tymi   jajkami?   –   zapytałem   szeptem   Michaiła.   –   Przecież   sam

widziałem w  albumie szefa. Jajko  z miniaturą pomnika i  kolei  transsyberyjskiej, ze  złotą

kurką, z portretami... Z miniaturą żaglowca i karety, z nakręcanym słonikiem, z różą...

–  Oczywiście, to były jajka specjalne, które car dawał najbliższym. Ale oprócz nich

firma Faberge produkowała  setki  takich pisanek  jak  ta, którą  znaleźliśmy.  Car  w  okresie

wielkanocnym wizytował niektóre oddziały. Ich żołnierze otrzymywali wówczas takie właśnie

drobiazgi na pamiątkę. Nie myśl jednak, że była to jakaś masowa produkcja. Każde było inne.

Mam po swoim pradziadku jedno takie.

Szef wrócił.

– Chyba pusto – powiedział. – Sprawdź jeszcze ściany.

Nie miało to większego sensu. Widać było wyraźnie, że są solidnie wymurowane z

cegieł,   ale   posłusznie   zabrałem   się   do   ich   przeszukiwania.   Jedna   ściana   była  z   jakiegoś

powodu pokryta tynkiem.

–  Coś   mi   się   tu   nie   zgadza   –   zauważyłem.   –   Po   co   mieliby  ją   tynkować,   skoro

pozostałe obywają się bez tego?

–  Może tu właśnie coś zamurowali – zauważył szef. – Badaj. Wykrywacz milczał.

Michaił wypakował echosondę. Przesunął nią wzdłuż ściany.

– Tu jest inny sygnał – zauważył. – Wygląda to na zamurowane drzwi.

Porwałem młotek geologiczny i szybkimi ruchami zacząłem usuwać tynk. Faktycznie

odsłonił się prostokątny otwór zamurowany inną cegłą. Kułem wściekle młotkiem i niebawem

cegły zaczęły wpadać do środka. Wyrywałem je z muru, a Michaił odkładał na bok. Wreszcie

otwór był na tyle duży, żeby włożyć doń reflektorek i zajrzeć.

– Po starszeństwie – powiedział Michaił podając latarkę Panu Samochodzikowi.

Pan Tomasz zajrzał i poświecił.

– Niezły magazyn – mruknął. – Rozwalajcie dalej.

Po   chwili   mogliśmy wejść   do   wnętrza.  W   piwniczce  stały  zardzewiałe   stojaki   na

ubrania. Pod nimi leżały stosiki zetlałych włosków. Futra. Na drewnianym stelażu spoczywały

bele materiałów, teraz całkowicie zmurszałe.

–  Podręczny magazynek spekulanta – zauważył z melancholią Michaił. – Ale trzeba

się tu na wszelki wypadek rozejrzeć...

W   kącie   odkryłem   puszkę,   a   w   niej   gruby   plik   czerwońców.   Z   pozieleniałych

banknotów gapiła się łysa głowa Lenina. Wydrukowano je w latach trzydziestych. Na dnie

puszki leżał pęk kluczy spiętych drucianym kółkiem.

background image

– Sądzę, że ktoś mający bliskie powiązania z parafią ukrył to tutaj – powiedział nasz

przyjaciel. – Rozpoczęto czystki, więc bał się rewizji. Myślał, że kiedyś po to wróci, ale nie

wrócił – potrząsnął kluczami. – To pewnie jego klucze od mieszkania. Może uciekł, choć

gdyby ucieczka mu się powiodła, wróciłby po resztę skarbów.

Szef podniósł pęk kluczy, które brzęczały żałobnie w jego dłoni.

–  Tak niewiele zostało po człowieku – powiedział w zadumie. – No cóż, panowie.

Sprawdzajcie podłogę i ściany.

Wykrywacz   odezwał   się   w   kącie.   Wykopałem   z   tłustej   gliniastej   powały  słoik   z

metalową nakrętką. Był w nim kolejny plik banknotów. Wyjąłem go i wówczas zobaczyłem,

że wewnątrz jest jeszcze kartka. Rozprostowałem ją w palcach z nadzieją, że zachowały się na

niej jakieś informacje. Atrament rozmył się, ale jeszcze ciągle widać było kilka nazwisk, a

obok sumy, zazwyczaj po kilkadziesiąt rubli.

–  Widocznie   był   komuś   winien   te   pieniądze   albo   dostał   je   na   przechowanie   –

zauważył szef. – Ale właściciele już ich nie odzyskali. Sprawdziłeś ściany?

– Czyste.

– No to jeszcze schody i chyba będziemy się zbierać. Schody milczały, gdy dotykałem

je cewką wykrywacza.

– Nic – powiedziałem.

–  Ten   jest   jakiś   inny   –   powiedział   Michaił   oglądając   najniższy.   –   Wszystkie   są

ceglane, a ten z piaskowca.

– Sądzisz? – zapytałem.

Ale nie odpowiedział. Skrobał nożem obok kamienia. W szczelinę nie bez wysiłku

wetknął koniec młotka i podważył. Kamień ustąpił niechętnie i powolutku dał się wyłamać ze

swojego pierwotnego leża. Oświetliłem dziurę, a szef triumfalnie wydobył ze środka butelkę.

Była ręcznie dmuchana, musiała mieć co najmniej sto pięćdziesiąt lat. Szkło spatynowało na

brązowo  i   było  prawie  całkiem   nieprzezroczyste,  gdy  jednak  Michaił   podświetlił   butelkę

halogenowym reflektorkiem, wewnątrz zarysował się kształt zwiniętego w rulon papieru. Pan

Samochodzik ostrożnie usunął oblepiony warstwą wosku korek. Butelka miała dość grubą

szyjkę, więc bez trudu wytrząsnął zwitek na kolana. Odstawił butelkę, rozprostował papier i

przeczytał:

– Ja, Andrzej Przybylski, wznoszę w tym miejscu kaplicę jako zaprzysiężone wotum

za to, że Bóg ocalił moje życie na Panin Burgoł, gdzie otrzymawszy pięćset pałek trzy dni

leżałem bez życia. Tobolsk, Roku Pańskiego 1848.

background image

Zwinął dokument i  umieścił  go z powrotem w butelce. Stopił  zapalniczką wosk i

starannie zakleił szyjkę, po czym umieścił flaszkę na miejscu i zasunął kamienny stopień.

– Więc tu była pierwotnie kaplica – mruknął. – No cóż, w drogę. Wdrapaliśmy się na

górę. Wyszliśmy z walącego się domu i ruszyliśmy przez krzaki. Wzeszedł księżyc.

– Można by jeszcze przeszukać ziemię wokoło plebanii – zauważyłem. – Może bali

się ukryć to w domu...

–  Jutro – powiedział Michaił. – Ja mam już na dzisiaj dość. Boję się, że nigdy nie

odnajdziemy Rubinowej Tiary.

Kierowaliśmy się w stronę ulicy. Niespodziewanie drogę zastąpił nam jakiś potężny

cień.

–  Czego tu szukacie, przyjezdni? – zapytał ktoś po polsku. – Czy przypadkiem nie

kilku drobiazgów należących do naszego władcy? Zapalił latarkę i omiótł promieniem światła

nasze twarze.

– A jeśli tak, to co? – zagadnąłem w ciemność.

– Podajcie hasło – powiedział uroczyście.

Już otwierałem usta, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili.

–  Chwileczkę   –   powiedziałem.   –   A   jaką   możemy  mieć   pewność,   że   to   ty  jesteś

strażnikiem?

–  Podobnie ja nie mogę mieć pewności, czy to faktycznie wy jesteście tymi, którzy

mają odzyskać klejnoty. No to może się nawzajem przepytamy? Pytanie za pytanie.

– Zgoda – powiedział Michaił. – Niech będzie i tak.
– No to ja zacznęjeśli pozwolicie. Kto przyniósł precjoza do nas?

– Aleksiej Trupp, lokaj cara – powiedziałem. – Teraz nasze pytanie. Co przyniósł?

– Dwie broszki, Rubinową Tiarę, szablę paradną i coś w rodzaju korony – powiedział

głos w ciemności.

–  O   tych   broszkach   wiedzieliśmy   tylko   my   i   Trupp   –   zauważył   półgłosem   Pan

Samochodzik. – A i my wiemy o nich zaledwie od kilku godzin, kiedy po skontrastowaniu

tekstu odczytaliśmy dzienniki.

–  Tymczasem   FSB   mogło   w   archiwach   podgrzać   oryginały   i   odczytać   napisy   –

zauważyłem. – To nie daje nam stuprocentowej pewności. Może doktor Rauber domyśla się,

kto jest strażnikiem i wysłał tego człowieka na przeszpiegi? Po to, żeby wydusić od nas hasło.

Z drugiej strony, gdyby podgrzali dzienniki, to poznaliby i hasło.

Moi towarzysze zafrasowali się.

– Czy wiecie, dlaczego przyszedł do nas? – zapytał człowiek w ciemności.

background image

– Bo był katolikiem i wy byliście katolikami, a może jesteście nimi po dziś dzień –

powiedziałem.

–  Wasza   tożsamość, choć nie   znam   waszych  imion,  wydaje  mi  się  potwierdzona.

Niech jednak ten Rosjanin przedstawi się.

– Jestem Michaił Derekowicz Tomatow – powiedział wyraźnie nasz towarzysz. – Tę

misję zlecił mi car Włodzimierz Kiryłowicz.

– Mam dla ciebie bardzo złą wiadomość – powiedział człowiek w ciemności. – Radio

podało   wczoraj,   że   car   zmarł   nagle   na   atak   serca  przemawiając   na   kongresie  rosyjskich

monarchistów w Maryland na Florydzie. Przyjmij moje kondolencje.

W jednej chwili z naszego przyjaciela jakby uszło życie. Z oczu pociekły mu łzy.

Usiadł na ziemi i trwał zatopiony w bólu.

– Podajcie hasło – powiedział spokojnie człowiek w ciemności.

– Przynoszę wam pochodnię prawdy – przemówił po rosyjsku Michaił.

– Zaczekajcie tu na mnie – odezwał się głos. – Wrócę za jakieś pół godziny.

Szelest krzaków rozgarnianych nogami świadczył, że odszedł.

– I co dalej? – zapytałem.

– Musimy poczekać – mruknął Michaił. – Jutro zamówię panichidę za zmarłego.

– Może coś mu się pomyliło? – zapytał Pan Samochodzik. – Nie możesz być pewien,

że Włodzimierz...

– Jestem pewien. On miał być właśnie w Maryland – powiedział Michaił. – Szkoda.

To był prawy i szlachetny człowiek. Całe życie służył Rosji...

Minęło pół godziny, potem czterdzieści minut.

– Wystawił nas do wiatru – powiedział szef.

– Nie sądzę. Gdyby zdradził, w tej chwili otaczałyby nas trzy bataliony wojsk MSW –

westchnął Michaił. – Trudno, trzeba czekać do skutku. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało

po drodze.

Zatrzeszczały krzaki.

– Jesteście tu jeszcze? – zapytał głos w ciemności.

– Jesteśmy – potwierdziłem.

Zauważyłem kątem oka, że Michaił trzyma broń lufą do ziemi i rozgląda się uważnie.

– Znakomicie. Uwaga, rzucam w waszą stronę torbę. Z ciemności nadleciał kanciasty

przedmiot. Złapałem go.

–  Wypełniliśmy   zobowiązanie   –   odpowiedział   uroczyście   głos.   –   Żałuję,   że   nie

możemy poznać się lepiej, ale wolę, żebyście nie widzieli mojej twarzy.

background image

– Zaczekaj – powiedział Michaił. – Jeśli coś możemy dla was zrobić... Pilnowaliście

tych skarbów tyle lat...

– Życie tutaj jest ciężkie, ale kochamy ten kraj. Przydałoby się go trochę zmienić, aby

ludziom   żyło   się   lepiej.   Jeśli   chcesz   się   odwdzięczyć,   załóż   fundację,   która   umożliwi

najzdolniejszym tobolskim dzieciom zdobywanie wykształcenia.

Michaił podniósł rękę.

– Przysięgam.

– No cóż, nie powiem wam „do zobaczenia", bo już się nie spotkamy, ale zostańcie z

Bogiem. Szelest krzaków ucichł.

– W drogę – zakomenderował Michaił.

Przewiesił sobie torbę przez ramię i niebawem dotarliśmy do rzeki. Łódka chwiała się

na   fali.  Wsiedliśmy,  a  ponton   wzięliśmy  na  hol.   Zapuściłem  silnik  i   popłynęliśmy  przez

atramentową ciemność.

W naszej twierdzy Michaił uroczyście odsunął suwak.

– A w środku same kamienie – zażartował Pan Samochodzik i zaraz odpukał, żeby nie

zapeszyć.

Nasz towarzysz wyjął pierwsze zawiniątko. Rozwinął je powoli. Wewnątrz były dwie

broszki w kształcie ważek, ze skrzydłami wykładanymi cieniutko przyciętym opalem. Ważki

miały rubinowe oczka i odwłoki wysadzane diamencikami.

– Faberge – głos Pana Tomasza zdradzał niemal religijną ekstazę.
Michaił wyjął podłużny pakunek. Po odpakowaniu ze szmat naszym oczom ukazała

się szabla w pochwie z czarnej skóry. Skóra była zapleciona cienkim rzemyczkiem w ozdobny

warkoczyk biegnący wzdłuż rantu. Na rękojeści kiwał się haftowany złotą nicią jedwabny

temblak honorowy.

– Myślałem, że szabla paradna cara będzie wysadzana brylantami – zauważył szef.

Michaił wyciągnął ją z pochwy. Na głowni połyskiwały przylutowane złote literki.

– Nie szkodzi. Jest autentyczna – powiedział.

Pochylił się nad torbą i wydobył z niej okrągły pakunek wielkości pudła na kapelusze.

Rozwinął   go   i   naszym   oczom   ukazała   się   korona.   Nie   była   ukończona.   Brzegiem   biegł

ornament z drobnych kolorowych kamieni. Powyżej, nad czołem znajdowała się mapa Rosji

wyłożona   z  tysięcy brylancików.  Większe  miasta   zaznaczono   rubinami.   Ocean  Lodowaty

ułożono z małych szmaragdów, a pustynie Azji Środkowej z żółtych cytrynów. Z tej podstawy

dźwigał się jakby do lotu dwugłowy orzeł. Jego pióra, bardzo realistycznie oddane, wykonano

z misternie spiętych złotym drutem czarnych brylantów. Oszlifowano je w jaskółczy ogon i

background image

tak   umieszczono,   by  wrażenie   to   uczynić  najpełniejszym.  Ukończono  tylko  jedną   głowę.

Patrzyła   na   nas   czerwonymi  rubinami   oczu,   a   dziób   wykonany   ze   złota   krył   wewnątrz

rubinowy języczek. Dzieło wyglądało niezwykle realistycznie. Na głowie orzeł miał malutką

koronę ze złota. Druga głowa i grzbiet ptaka czekały na wykonanie.

– Całkowite zerwanie z kanonem wytwarzania koron – powiedział szef w zadumie. –

Mimo to po ukończeniu byłoby to dzieło sztuki rzadkiej urody...

– Chyba wiem, dlaczego w latach 1907-1924 cena czarnych brylantów tak potwornie

skoczyła w górę – powiedział Michaił. – Samo wykonanie tych piór...

Nagle znieruchomiał.

– Łódka – powiedział. – Przy niej był silnik.

– Był – potwierdziłem. – Kluczyk tkwił w stacyjce, tak jak go zostawiliśmy uciekając.

– Nasz silnik leży tam – wskazał gestem kąt hali.

– Założyli nam silnik? – zdziwiłem się. – I zostawili kluczyk... Po co?

– Lepiej zapytaj, czego napchali do środka. Wiejemy. Natychmiast.

Zawinął koronę w szmaty. Ja i pan Tomasz pośpiesznie porwaliśmy swoje graty i

wrzuciliśmy je jak popadło do bagażnika samochodu. Spakowałem też laptop Michaiła.

– Będziemy pakować – powiedział. – Skocz na wieżę. Zobacz, czy nie widać czegoś

podejrzanego.

Wdrapałem  się  na  wieżyczkę i   cicho  zakląłem. Między naszym brzegiem  a  drugą

stroną rzeki zacumowało pięć motorówek. Po moście przetaczała się kolumna ciężarówek.

Zbiegłem na dół.

– Do samochodu! – zarządziłem. – Jadą po nas.

Michaił posłusznie wsiadł do tyłu. Szef zapalił silnik. Otworzyłem bramę. Wyjechali

przed   fabryczkę.  Zatrzasnąłem  stalowe wrota  i   przekręciłem klucz   w   zamku.  Wrota  były

naprawdę solidne. Liczyłem, że zatrzymają żołnierzy chociaż na chwilę. Dogoniłem jadącego

wolno Rosynanta i wskoczyłem do środka.

– Dokąd? – zapytał szef.

– Przecinką wzdłuż rzeki – zadysponował Michaił. – Cicho, żeby nas nie zauważyli.

Dopiero kawałek stąd włączymy światła.

Szef   założył   noktowizor   i   dodał   lekko   gazu.   Niespodziewanie   daleko   za   nami

usłyszałem huk silników i zobaczyłem miedzy drzewami błysk świateł pojazdów. Okrzyki

świadczyły o tym, że żołnierze zajmują pozycje wokół fabryczki. Pan Samochodzik dodał

gazu. Toczyliśmy się szybko przecinką.

background image

–  Zostawiliśmy w środku zupełnie nowy agregat prądotwórczy i trzy łóżka polowe.

Szef włączył radio.

–  Może   pomogę?   –   zaproponowałem   i   po   chwili   dostroiłem   się   do   miejscowego

kanału milicyjnego.

– Jaka sytuacja? – usłyszałem nieco zniekształcony trzaskami głos doktora Raubera.

– Zabarykadowali się w środku. Nie odpowiadają na wezwania.

– Ostrzelajcie ściany z karabinów. Nie strzelajcie w drzwi, trzeba drani wziąć żywcem

– doktor wydawał dyspozycje. – Będę za dziesięć minut. Otoczyliście cały teren?

– Nawet mysz się nie prześliźnie.

–  Wystawić drugi  pierścień wart  w odległości stu  metrów. Mogli wykopać  tunele

ewakuacyjne. Czy na pewno są w środku?

–  Nie odpowiadają, ale agregat pracuje i światło się pali. Byliśmy już dwadzieścia

kilometrów od feralnego miejsca.

– Dokąd jedziemy? – zapytał szef.

– Na północ. Do miasta Serginskij. Tam odchodzi autostrada na zachód. Tyle tylko, że

to ponad trzysta kilometrów na północ.

– Nie prościej przejechać przez Tobół, przez ten most i pomknąć autostradą Tobolsk –

Chanry – Marsyjsk? – zasugerowałem.

– Pomysł niezły, ale co będzie, jeśli urządzą blokadę?

–  Będą   raczej   podejrzewać,   że   wypruliśmy  prosto   w   stronę   Uralu.   Nie   sądzą,   że

mogliśmy skierować się na północ.

– Ten most jest bardzo stary – powiedział Michaił. – Mam go na zdjęciu, ale na mapie

oznaczony jest jako niezdatny do użytku. Radio znowu przemówiło.

– Pułkowniku, zdobyliśmy tresernię. Niestety ptaszki zdążyły wyfrunąć. Na przecince

są ślady kół. Chyba pojechali na północ. Ruszamy w pościg.

Zapaliłem reflektory, a szef dodał gazu. Samochodem trzęsło potwornie. Michaił cicho

jęczał.

– Nie mogę tu rozwinąć odpowiedniej szybkości, bo zerwę zawieszenie – powiedział

szef. – Trzeba spróbować przeskoczyć przez ten most i polecieć autostradą.

– Słusznie – przytaknąłem.

– Most – zawołał Michaił.

Zakręciliśmy,   wozem   lekko   zarzuciło.   Faktycznie   przez   las   biegła   stara   droga

utwardzona żużlem. Wychodziła na most. Na jego widok miny nam się lekko wydłużyły.

background image

Drewniany.   Deski   gniły.   Nawierzchnia   była   mocno   dziurawa.   Cała   konstrukcja

poprzekrzywiała się na wszystkie możliwe strony.

–  Taki most można przebyć na dwa sposoby – powiedział Michaił. – Albo bardzo

szybko, w nadziei, że runie za nami, albo przeciwnie, powolutku.

– Powolutku – zdecydował szef.

Wjechał ostrożnie na most. Konstrukcja trochę się ugięła, a deski zatrzeszczały. Ale

most trzymał się nad podziw dobrze. Jechaliśmy powoli, metr po metrze. Byliśmy mniej

więcej w połowie, gdy z lasu wyjechał pościg. Z ciężarówek wysypali się żołnierze. Mieli

latarki.   Gwizdnęło   kilka   kuł,   a   jedna   z   nich   wpadła   wybijając   otwór   w   tylnej   szybie   i

minąwszy o włos głowę pana Tomasza ugrzęzła w przedniej. Szyba popękała nieznacznie.

– Wchodzą na most – zauważyłem. – Nie wjadą ciężarówkami.

– Zaraz ich zatrzymam – warknął Michaił.

Z  kontenera  wydobył żółtą  bryłę i  rozwałkował   ją  w  dłoniach. Wysiadł z  wozu i

podbiegł naprzeciw żołnierzom. Rzucił bryłę na deski mostu i wgniótł w nią zapalnik, po

czym dogonił nas. Do naszego brzegu było coraz bliżej. W tym momencie jednak ładunek

wybuchł.

Wstrząs zniszczył co najmniej trzy przęsła. Kilku żołnierzy wpadło do wody, a deski

pod  Rosynantem pękły  ze   złowróżbnym  trzaskiem.   Pan   Samochodzik   dodał  ostro   gazu   i

wrzucił drugi bieg, ale było już za późno. Nasz pojazd wpadł do wody z wielkim pluskiem,

wyrzucając w górę całą fontannę. Zapadaliśmy się. Nieoczekiwanie spostrzegłem, że mamy

po kolana wody. Silnik zacharczał, a potem wydał wysoce niepokojący dźwięk. Chyba przez

wlot powietrza dostała się do niego woda.

– Toniemy – krzyknął Michaił.

– Co się dzieje? – zdziwił się szef. – Przecież nasz pojazd to amfibia!

Zapadaliśmy się głębiej i nieduży wodospad runął także przez dziurę w tylnej szybie.

– Wiejemy – zarządziłem.
Woda   sięgała   mi   już   prawie   do   piersi.   Była   lodowata.   Samochód   przechylił   się

gwałtownie do tyłu. Popchnąłem z całej siły drzwiczki po swojej stronie. Nie poddały się tak

łatwo, nacisk wody był już bardzo znaczny. Wreszcie udało mi się je otworzyć. Zalała nas

fala. Wyciągnąłem szefa zza kierownicy i wypchnąłem z tonącego auta. Popłynął w górę, a ja

pomogłem wydostać się Michaiłowi. Wybiliśmy się na powierzchnię. Prąd ostro znosił nas w

dół rzeki.

– Panie Tomaszu! – krzyknąłem zduszonym szeptem.

– Tutaj – odpowiedział gdzieś z kipieli.

background image

Po chwili dogoniliśmy go. Wyczołgaliśmy się na brzeg.

– Głębiej w las – rozkazał szeptem Michaił. – Nie mogą nas zobaczyć!

Las był paskudnie zabagniony, taplaliśmy się w błocie. Powoli zaczęło ogarniać mnie

znajome uczucie bezwładu. Zatrzymaliśmy się na suchej wysepce. Michaił zaczął zgarniać do

dość głębokiego wykrotu suche trawy i kawałki gałązek. Szef wyjął z kieszeni zapalniczkę.

Wydmuchał z niej starannie wodę, po czym zapalił na próbę. Szczęśliwie pojawił się płomyk.

Nazbierałem   szyszek,   gałęzi   i   kawałków   kory.   Wszystko   to   rzucałem   na   stos.   Ognisko

rozpaliło się bardzo ładnie. Usiedliśmy, by wysuszyć ubrania. Co chwila trzeba było dorzucać

opału, ale wreszcie przestaliśmy szczękać z zimna zębami. Ciepło było bardzo przyjemne.

Michaił wstał i przeszedł się po wysepce. Wrócił z naręczem cedrowych szyszek.

– Mamy kolację – powiedział.

Szef palnął się w czoło, a potem wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki piersiówkę. Nie

podejrzewałem go o posiadanie takiego przedmiotu.

– Rum jest dobry na wszystko – powiedział uśmiechając się.

Wypiliśmy po kilka łyków. Michaił zręcznie zbudował szałas otwarty na ognisko, a po

drugiej stronie płotek mający służyć jako reflektor dla ciepła. Naszym posłaniem miała być

warstwa gałązek.

– Dobrze – powiedział zachrypniętym nieco głosem. – Co dalej?

– Trzeba odzyskać skarby – zauważyłem poważnie. – Gdy tylko się rozwidni, pójdę na

brzeg i zanurkuję. Sądzę, że odnajdę Rosynanta i wyciągnę z niego choć część rzeczy. A

potem przeprawimy się na drugi brzeg i pójdziemy pieszo w stronę Uralu.

– Czy oni pozwolą ci tak po prostu wyciągnąć skarby? – zastanowił się szef. – Mogą

sami mieć na nie ochotę.

– Dlaczego? – zdziwiłem się. – Przecież oni nie wiedzą, że cokolwiek znaleźliśmy.

– Faktycznie – Michaił poweselał.

Zapadliśmy w sen. Do ogniska wpakowaliśmy gruby pień, żeby paliło się przez całą

noc. Zasypiałem już, gdy patrząc przez dach na wygwieżdżone niebo uświadomiłem sobie, że

nie wiadomo dlaczego jestem szczęśliwy.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ZNIKNIĘCIE MICHAIŁA • NIEBIESKIE ZŁOTO • DĘTKI I MIELONKA • JAK

ODZYSKAĆ SKARBY • JESZCZE JEDNA KĄPIEL • RUBINOWA TIARA •

ZAGADKA JURIJA GAGARINA

Obudziłem   się   o   ósmej   rano.   Było   bardzo   zimno.   Rozgrzebałem   popiół   i

rozdmuchałem   ogień.   Trzask   palących   się   patyków,   których   hojną   garść   rzuciłem   w

płomienie, obudził szefa.

–  Gdzie jest Michaił? – zapytał z niepokojem. Dopiero teraz zauważyłem, że nasz

przyjaciel zniknął.

– Jasny gwint! – zakląłem.

– Czekaj. Zostawił kartkę – uspokoił mnie Pan Samochodzik. Na posłaniu leżał zwitek

kory brzozowej, na którym usmoloną gałązką naskrobano:

Poszedłem po zakupy na stację benzynową.

– Gdzie on znajdzie stację benzynową? – zdziwiłem się.

–  Miał mapę okolicy. Jesteśmy osiemdziesiąt kilometrów od Tobolska. Powinna tu

być jakaś stacja.

– O, Michaił zostawił jeszcze jakieś drobiazgi – zauważyłem.

W kącie szałasu leżała kupka drobnych przedmiotów. Zegarek, zapalniczka, lusterko

kieszonkowe w stalowym pudełeczku i szwajcarski scyzoryk.

Podniosłem zegarek, żeby sprawdzić, która godzina. O dziwo, działał; mój niestety

stanął po pierwszej kąpieli, gdy uciekaliśmy z więzienia. Czasomierz Michaiła miał solidną

stalową bransoletkę, przez którą biegł rząd ogniw granatowego koloru. Popatrzyłem uważnie.

Nie były pomalowane. Ten metal po prostu miał taką barwę. Poskrobałem go ostrożnie od

środka nożem. Głębsze warstwy też były granatowe. Zdziwiłem się.

– Proszę zobaczyć, szefie – zwróciłem uwagę. – Cóż to jest?

Pan Tomasz oglądał bransoletkę przez chwilę.

– Wiem – powiedział. – To niebieskie złoto.

–  Niebieskie złoto? – zdumiałem się. – O białym złocie słyszałem. Do normalnego

złota dodaje się trochę niklu i stop robi się srebrnego koloru. Ale niebieskie...

–  Weź czerwone złoto, tak zwane dukatowe. Po prostu zawiera sporo miedzi. A to

stop 650 części złota i jakiejś ilości czystego chemicznie żelaza. Robi go obecnie tylko jedna

firma na świecie, gdzieś w Szwajcarii. Ładna rzecz. Można i u nas kupić, jest w Warszawie na

Złotej taki sklepik jubilerski. Droga zabawka.

background image

–  Ten   kolor   jest   niesamowity.   Jak   oni   są   w   stanie   stopić   razem   złoto   i   żelazo?

Pomijam problem różnych temperatur topnienia, dochodzi jeszcze gęstość...

– No cóż, to pilnie strzeżona tajemnica produkcji. Sądzę, że stosują skrajnie wysokie

ciśnienie albo coś w tym guście. Nie wiem, nie jestem fizykiem. Jest jeszcze fioletowe złoto.

Widziałem  na wystawie jubilerskiej w Hotelu „Marriott". Szczerze mówiąc wygląda dość

ohydnie.

– Jak się je robi? – zainteresowałem się.

–  Stop   970   części   złota   i   30   części   aluminium.   Czystego   chemicznie   oczywiście.

Zapewne   też   w   dość   morderczych   ciśnieniach,   ale   moim   zdaniem   nie   warta   skórka   za

wyprawkę.

Przegryźliśmy nieco cedrowych orzeszków i udało nam się oszukać głód. Nieopodal

znaleźliśmy krzak malin i oskubaliśmy go do czysta z nielicznych owoców, jakie jeszcze na

nim wisiały. Michaił wrócił wczesnym popołudniem.

– Wybaczcie – powiedział. – Sklep był trochę dalej niż przypuszczałem.

Przydźwigał spory pakunek. Wręczył nam po puszce mielonki, którą podgrzaliśmy na

ognisku.

– No to chodźmy łowić skarby – powiedział, gdy skończyliśmy obiad.

Poszliśmy. Brzeg rzeki był pusty, tylko na ocalałym kawałku mostu po naszej stronie

ktoś położył wiązankę kwiatów. Przecinała ją biała wstęga. Michaił podniósł ją i odczytał:

– Trzem bohaterskim poszukiwaczom skarbów – Nicolau Rauber.

– To dlatego nikt nas nie szuka – stwierdził pan Tomasz.

–  Wydaje mi  się to podejrzane – powiedziałem.  – Czy on  przypadkiem nie chce,

żebyśmy myśleli, że on sądzi, iż się utopiliśmy?

–  Chyba  jesteś   nadmiernie podejrzliwy  –  zauważył Michaił.   – Ale  ostrożność   nie

zawadzi.

Wydobył z pakunku zwój liny i wysypał na piasek kilkanaście dętek od traktora.

– A to po co? – zdziwił się pan Tomasz. – Chcesz zbudować tratwę.

–  Nie.   Zamierzam   podnieść   Rosynanta   –   powiedział   poważnie   Michaił.   –   Jestem

bogatym  człowiekiem,   ale   skoro   mam   tu   sponsorować  odbudowę   klasztoru   i   w   dodatku

założyć   fundację,   to   muszę   oszczędzać.   A   ten   wasz   jeep   to   zdaje   się   nie   jest   wersja

podstawowa?

– Masz rację – potwierdziłem.

– Przełóż liny pod podwoziem i pozaczepiaj do nich dętki – polecił. – Pomógłbym ci,

ale boję się, że mi szwy puszczą.

background image

Rozebrałem się i sprawdziłem temperaturę wody nogą. Wydało mi się, że zasyczała.

Zanurkowałem.   Rosynant  leżał   kołami   do   dołu,   na   kamienistej   łasze   dwa   metry  poniżej

poziomu wody. Zamocowanie lin i dwudziestu dętek zajęło mi przeszło godzinę. Wreszcie

wynurzyłem się na dobre i wypełzłem na brzeg. Z wdzięcznością przyjąłem kilka szklanek

gorącej herbaty zagrzanej na ognisku w kupionym przez naszego towarzysza garnku. Potem

poszło łatwiej. Zanurkowałem i zaczepiałem długi przewód ciśnieniowy do kolejnych dętek.

Michaił pompował i powoli wypełniały się powietrzem.

– Jaką mają wyporność? – zapytałem. – Dwadzieścia wystarczy? Rosynant to kawał

żelastwa. Zastanowił się.

–  Tu   mamy   pewien   problem.   Dwadzieścia   to   według   moich   wyliczeń   absolutne

minimum. Chciałem dać trzydzieści albo czterdzieści, ale mieli tylko tyle w magazynie.

Każde kolejne nurkowanie znosiłem coraz gorzej, jednak samochód powoli zaczął się

wynurzać. Dwudziesta dętka sprawiła, że prawie cały wypłynął na powierzchnię. Z wnętrza

kabiny wyciekł strumień wody. Samochód przez chwilę kołysał się przed nami, a potem prąd

zaczął go trochę znosić.

– Steruj wzdłuż brzegu – poradził mi Michaił. – Kilkaset metrów w dół rzeki jest stary

zjazd promowy. Tam wyprowadzimy Rosynanta na ląd.

Wydało mi się dziwne, że mam sterować nie mając wiosła, ale po kilku minutach

odkryłem, że można tego dokonać przemieszczając się z prawej na lewą burtę. Pan Tomasz

rzucił mi linę, po czym obaj, niczym przedrewolucyjni burłacy, zaczęli holować mnie wzdłuż

brzegu. Rzeczywiście nieco niżej wchodził w rzekę betonowy podjazd. Spuściłem powietrze z

dwu dętek i „statek" łagodnie osiadł maską zwrócony w stronę lądu. Zaczepiłem teraz linę do

przedniego zderzaka. Zaczęli ją ciągnąć, a ja pchałem samochód z tyłu. Póki znajdował się w

wodzie, poty szło  mi to  nawet nieźle,  dętki  też   pomagały. Później  jednak, gdy przestało

działać prawo Archimedesa, zadanie stało się dużo trudniejsze. Samochód wyłaniał się z rzeki

centymetr po centymetrze. Lodowata woda, w której nadał byłem zanurzony powyżej kolan,

odbierała siły. Wreszcie wóz stanął na równym. Wspólnymi siłami wepchnęliśmy go głębiej

w las.

Zatrzymaliśmy  się   na   sporej   żwirowatej   polanie.  Woda   lała  się   z   wozu   ciurkiem.

Tapicerka przemokła na wylot. Wyciągnęliśmy nasze bagaże. Wszystko było mokre. Michaił

w zadumie oglądał laptop. Wylał z niego wodę.

– Ciekawe, czy jeszcze da się go uruchomić? – zastanawiał się. Wyciągnął pierwszy

kontenerek z wyposażeniem. Otworzył go i zlustrował zawartość.

background image

– Solidny wyrób – pochwalił. – Nie przecieka. Z drugiego wyjął kilka znajomych mi

kostek.

– Termit? – zagadnąłem. Kiwnął poważnie głową.

– Termit – potwierdził. – Przecież trzeba to wszystko wysuszyć.

Porozwieszaliśmy mokre ubrania na gałęziach i z niedużej kostki termitu zrobiliśmy

sobie ognisko. Obok położyliśmy siedzenia z Rosynanta. Drugą kostkę Michaił podłożył pod

samochód. Termit palił się oślepiającym blaskiem. Nasze ubrania wyschły w godzinę.

Wymontowałem   z   samochodu   akumulator.   Jak   przewidywałem   był   całkowicie

rozładowany.

– Fatalnie – mruknął Michaił. – Trzeba będzie odpalać na pych.

– O ile w ogóle się odpali – zauważył ponuro szef. Zbadałem silnik i układ olejowy.

– Woda nie dostała się do środka – mruknąłem.

–  Przydałoby   się   dwanaście   woltów?   –   zagadnął   Michaił   grzebiąc   w   swoim

kontenerze.

– Aha – potwierdziłem.

– Odpalimy silnik baterii. Wymień świece, bo te pewnie są już do niczego.
Wymieniłem.   Samochód   wysechł.   Termit   wypalił   się,   zostały   po   nim   tylko   dwa

jeziorka zeszklonego piasku. Poczekałem, aż podwozie ostygnie i wczołgałem się pod spód.

– I co tam widać? – zapytał szef. – Dlaczego zatonęliśmy?

– Rozpruło się poszycie. Sądzę, że gdy most się pod nami łamał Rosynant nadział się

na coś. Może na jakiś gwóźdź albo stalową klamrę spinającą deski.

–  Jak   to?   –   zdumiał   się   szef.   –   Przecież   to   niemożliwe.   Oderwałem   kawałek

postrzępionej blachy i wyczołgawszy się podałem panu Tomaszowi.

– Aluminium – mruknął obracając ją w palcach. – I to dość cienka warstwa.

– Właśnie. Na Zalewie Czorsztyńskim wytrzymało, ale tu nie dało rady.

Zbadałem układ elektryczny.

– A teraz chwila prawdy – powiedziałem przekręcając kluczyk w stacyjce.

Silnik zajęczał z wysiłkiem, ale zapalił.

– Jakie szkody? – zagadnął szef.

–  Wszystko   właściwie   wysiadło.   Nie   działa   elektroniczna   tablica   rozdzielcza,

wskaźnik powietrza w kołach, wskaźnik gęstości paliwa, radar, naprowadzanie satelitarne,

układ poruszania szperaczem...

– Tak myślałem. Elektronika, bajery, a odrobina wody i wszystko wysiada...

background image

– Nie taka odrobina – zaprotestowałem. – Samochód moczył się dwadzieścia godzin w

bystrym nurcie Tobołu. Szef niechętnie kiwnął głową.

– Jednak mój stary wehikuł był wytrzymalszy – powiedział z nostalgią. – Wszystkie

mechanizmy proste jak drut. Żadnej elektroniki, czysta mechanika. Wszystko można  było

rozkręcić   kluczami,   przepłukać   w   nafcie   i   skręcić   z   powrotem.   Wytrzymał   też   długo.

Trzydzieści lat. Zobaczymy, jak ten będzie wyglądał po dziesięciu – kopnął ze złością w

błotnik. – Na ile byliśmy ubezpieczeni?

– Obawiam się, że ubezpieczenie nie pokrywa takich rzeczy.

Spróbowałem zmienić kolor. To urządzenie także nie działało.

–  Będziemy   mieli   dużo   szczęścia,   jeśli   dotrzemy   do   Polski   bez   konieczności

holowania – powiedziałem.

Pan  Tomasz  westchnął  ciężko,  a potem klepnął dłonią  w  maskę.  Michaił  kończył

suszyć zawartość torby z klejnotami.

–  Panowie   –   powiedział   uroczyście.   –   Nie   widzieliście   jeszcze   najważniejszego

eksponatu.

– Wyjechaliśmy tak nagle... Uniósł ręce do góry.

– Oto Rubinowa Tiara.

Wpatrywaliśmy   się   dłuższą   chwilę   w   klejnot.   Rubiny   miały   wspaniały,   głęboki

czerwony kolor. Szef podszedł i delikatnie wyjął mu ją z ręki.

– Naprawdę ładna – powiedział.

Podał mi. Wpatrywałem się w migoczące na czerwono głębie klejnotów.

– Więc tego szukaliśmy z takim poświęceniem? – powiedziałem w zadumie.

– Chyba było warto? – zauważył nasz przyjaciel.

Popatrzyłem na niego. Mrugnął do mnie. Uniosłem Rubinową Tiarę tak, że zabłysła w

promieniach   zachodzącego   słońca.   Rubiny   rozjarzyły  się   wewnętrznym   blaskiem.   Na   tle

białych brzóz wyglądało to bardzo uroczyście.

–  Panowie – powiedział Michaił. – Dokonaliśmy rzeczy  niemożliwej. Odnaleźliśmy

to,   czego   bezskutecznie   szukały  całe   pokolenia   czekistów,   enkawudzistów   i   kagiebeków.

Historia odnotuje nasze nazwiska. Biorąc pod uwagę, że znaleźliśmy więcej klejnotów niż

przewidywał   kontrakt,   dołożę   pięć   starodruków.   Ale   jeśli   macie   jeszcze   jakieś   prywatne

życzenia...

–  Obiecałeś   mi   kiedyś   opowiedzieć,   jak   to   naprawdę   było   z   Gagarinem   –

przypomniałem. – Skoro odczuwasz aż taką wdzięczność...

– Z którym Gagarinem? – zapytał słodziutko.

background image

– Z Jurijem Gagarinem – odpowiedział pan Tomasz. Widziałem po minie szefa, że też

jest bardzo ciekaw.

–  No   cóż.   Pod   murem   moskiewskiego   Kremla   leżą   najwięksi   „bohaterowie"   –

wykrzywił   wargi   –   Związku   Radzieckiego.   Wśród   nich  jest   tylko   jeden   kosmonauta,   a

właściwie niedoszły kosmonauta, Walentyn Wasiljewicz Bondarenko.

– Dziwne. Jurija Gagarina tam nie pochowali?

– Nie. Co gorsza, nie bardzo wiadomo, gdzie spoczywa. Ot, taki drobiazg.

– Nie będzie można porównać kodów DNA – mruknął szef.

– Nie będzie można. Zwłaszcza że zwłoki zostały spalone po katastrofie lotniczej, w

której rzekomo zginął. Wróćmy do tego Bondarenki. Jego przypadek był dość dziwny. Wedle

oficjalnej wersji zmarł na skutek poparzeń. Brał udział w eksperymencie. Zamknięto go w

szczelnie odizolowanej komorze. Następnie wypompowano część powietrza, a żeby się nie

udusił zwiększono w pozostałym ilość tlenu. Nasz bohater popełnił jakiś błąd i od kuchenki

elektrycznej zapalił się jego kombinezon.

– Zaraz! – zdumiał się szef. – Po co mu była w środku komory ciśnieniowej kuchenka

elektryczna?

– Myślałem, że kombinezony kosmonautów są całkowicie niepalne – zauważyłem.

Michaił uśmiechnął się szeroko.

–  To wersja oficjalna. Zanim  zdążono rozhermetyzować komorę, oparzenia były już

tak   poważne,   że   nie  zdołano   go   uratować.  Pośmiertnie   otrzymał  tytuł  Bohatera   Związku

Radzieckiego i pochowano go z honorami pod murem Kremla. Zresztą równie ciekawa jest

data jego śmierci. Marzec 1961 roku, zaledwie kilka tygodni przed lotem Gagarina.

– Czyli te wszystkie teorie, że Gagarin wcale nie poleciał w kosmos są prawdziwe? –

zdumiał się szef.

– A ja słyszałem, że lotów kosmicznych było więcej, a Jurij Gagarin był pierwszym,

który powrócił żywy i można go było pokazać dziennikarzom – dorzuciłem swoje trzy grosze.

Michaił uśmiechnął się tajemniczo.

– Ja wam tylko opowiedziałem historię pewnego tajemniczego pogrzebu.

– Ech ty – westchnął szef. – Odpowiedz po ludzku, czy Jurij Gagarin, niezależnie od

tego czy latał w kosmos, czy nie, był twoim krewnym?

– Oczywiście, że był – nasz przyjaciel uśmiechnął się kpiąco.

– Nie był! – wrzasnął szef triumfalnie.

– A jakie to ma znaczenie? – spytał Michaił.

Zamyśliłem się. Faktycznie nie miało to większego znaczenia.

background image

– Był? – szef drążył temat z zaciętością godną lepszej sprawy.

–  Nie   był   –   odpowiedział   Michaił   znużony.   –   To   tylko   przypadkowa   zbieżność

nazwisk.

– Dlaczego mamy ci uwierzyć? – zapytałem.

– A dlaczego nie?

– Bo mówisz raz tak, a raz siak – zdenerwował się Pan Samochodzik. – Zdecyduj się

wreszcie na coś.

–  Sam   nie   wiem   –   powiedział   chyba  szczerze.   –   Nie   mamy  możliwości,   aby  to

sprawdzić.   Zaprosiliśmy   jego   brata   Wasilija   na   badania   genetyczne.   Nie   zgodził   się.

Postanowiliśmy uszanować jego wolę. Komuniści nie wysłaliby szlachcica w kosmos. Tam

mógł   lecieć   tylko   chłop   albo   robotnik.   Człowiek   pochodzący   z   kołchozu   całe   lata

przepracował   jako   technik   odlewnik,   przeszedł   szkołę   zawodową,   technikum   i   wreszcie

akademię lotniczą.  Człowiek,  którego życiorys jest   wyświetlony do  dziesiątego pokolenia

wstecz.   Z   drugiej   strony   przyjmijmy,   że   jego   ojciec   faktycznie   był   księciem   z   rodu

Gagarinów. Zaginęło ich kilku podczas rewolucji i na frontach wojny domowej. Gdyby taki

człowiek, książę Gagarin, ukrył się w Gżdatsku, to pierwszą rzeczą,  jaką zrobiłby, byłaby

zmiana nazwiska na jakieś nie rzucające się w oczy. Przyjmijmy jednak, że tego nie zrobił.

Czy   w   kraju,   gdzie   dzieci   donosiły   na   własnych   rodziców   powierzyłby   taką   tajemnicę

rodzonym synom? Czy Jurij – wiedząc, że jest księciem – wstąpiłby do Komsomołu, a potem

do   partii?   Sądzę,   że   jeśli   nasz   dzielny   kosmonauta   nawet   wiedział,   to   był   szczerze

przekonany, iż jest chłopem i robotnikiem. W tym kontekście traci znaczenie fakt, jaka krew

w nim płynęła. Był robotnikiem, bo czuł się robotnikiem. Był komunistą, więc nie mógł czuć

się księciem. To wszystko co mam do powiedzenia.

Zrozumiałem, że nie możemy przeciągać tej rozmowy.

– Gdybyś się kiedyś dowiedział... – zaczął szef.

– Zadzwonię – obiecał Michaił. Szef uśmiechnął się.

– W drogę – zakomenderował.

Po  kilku  minutach   Rosynant wytoczył się na  szosę.  Z uszkodzonym wskaźnikiem

szybkości czułem się trochę niepewnie, ale i tak ruszyłem z kopyta. Do domu.

background image

ZAKOŃCZENIE

Siedzieliśmy w pokoju szefa w ministerstwie. Zaległa korespondencja zajmowała całe

biurko. Nie było nas przez ponad trzy tygodnie, a wszystko zdążyło się zakurzyć.

–  I   co   tu   dalej   robić   z   tak   mile   rozpoczętym   dniem?   –   zastanawiał   się   Pan

Samochodzik.  – Wiesz co?  Rzuć w diabły te papiery, do jutra nie uciekną. Chodźmy na

wagary.  Mieliśmy  zobaczyć, co  się  osypuje  przy Grobie  Nieznanego Żołnierza.  A  potem

pocieszymy się trochę złotą polską jesienią.

Wyjrzałem przez okno. Na podwórze wtoczył się Rosynant. Trzasnęły drzwiczki i ze

środka wysiadł Michaił Derekowicz. Na mój widok pomachał radośnie ręką. Zeszliśmy na

dół.

–  Witam   panów   –   powiedział   niezwykle   oficjalnie.   –   Zwracam   samochód.

Naprawiłem wszystko.

– Wielkie dzięki – rzekł szef. – Ale naprawdę nie trzeba było...

–  Tak więc – podjął Michaił – kazałem wywalić w diabły starą powłokę lakierową.

Ten pomysł z wtłaczaniem pigmentu pod lakier nie był najlepszy i wcześniej czy później to

musiało nawalić. Kazałem zastąpić lakier warstwą myxotexu.

– Czego? – zdziwiłem się.

–  To tworzywo sztuczne na bazie długich łańcuchów węglowych. Twarde jak stal i

zmienia kolor pod wpływem słabych ładunków elektrycznych. W dodatku można uzyskać

cztery różne barwy zamiast dotychczasowych dwóch. Przebudowano gniazdo szperacza, bo

poprzedni strasznie latał na boki. Dodałem także do niego elektroniczny stabilizator. Kazałem

wymienić   dolną   płytę   na   stalową,   żeby   następne   gwoździe   z   walących  się   mostów   nie

rozhermetyzowały   wozu.   Umieściłem   pod   spodem   poduszki   powietrzne,   napełniane

pirotechnicznie, na wypadek gdyby w dno rzeki były powbijane zaostrzone pale i płyta jednak

nie   wytrzymała.   Drugiej   kąpieli   Rosynant   już   by   pewnie   nie   przeżył.   Zastąpiłem   szyby

kuloodporne   z   hartowanych   pokrytych   folią   antywłamaniową   na   poliwęglanowe.   Mają

dłuższą żywotność i wytrzymują detonację pół kilograma trotylu. Tapicerkę wymieniłem na

goretexowo-kewlarową. Jest kuloodporna i nie łapie wilgoci. Zmieniłem też co nieco przy

tablicach rejestracyjnych – uśmiechnął się szelmowsko. Wcisnął guziczek przy kierownicy.

Tablice obróciły się wzdłuż poziomej osi. Zastąpiły je inne.

–  Co wy na to? – zagadnął Michaił. – Nie tylko zmiana koloru, ale i numerów, a

wszystko w kilka sekund.

– Skąd wytrzasnąłeś mołdawskie tablice? – zapytałem.

background image

– Leżały w bagażniku. Pomyślałem, że niepotrzebnie się marnują. Ponadto dołożyłem

wam do wyposażenia piłę ultradźwiękową. Ma wbudowany akumulator; problem w tym, że

działać będzie niestety tylko dwie minuty, bo pobór mocy jest zbyt duży.

– Wielkie dzięki – powtórzył szef.

– No cóż, pożegnam panów. Za dwie godziny mam samolot, a jeszcze muszę dojechać

na lotnisko. Ach, byłbym zapomniał.

Wręczył   szefowi   reklamówkę.   Przez   cieniutki   plastyk   prześwitywały   skórzane

okładki.

–  To obiecana premia. Jeszcze pięć starodruków – wyjaśnił. Wymieniliśmy uściski

dłoni i zniknął w bramie ministerstwa.

– Mam wrażenie, że jeszcze się zobaczymy – zauważyłem.

Wsiadłem za kierownicę, żeby sprawdzić samochód i wtedy zobaczyłem, że w skrytce

na okulary coś leży. Wyjąłem niewielką papierową torebkę, a z jej wnętrza małą pisankę

firmy Faberge, którą znaleźliśmy  w piecu na opuszczonej plebanii. W torbie była jeszcze

kartka.

Dla Pawła jako odszkodowanie za trzy przymusowe kąpiele.

Roześmiałem   się.   Uniosłem   pisankę   do   góry.   Małe   brylanciki   zdobiące   carski

monogram zabłysły w promieniach słońca.

Siedziałem przed telewizorem i w zadumie oglądałem na rosyjskim kanale telewizji

ORT relację z pogrzebu cara Mikołaja II i jego rodziny. Panichidę odprawiono w soborze

Twierdzy Pietropawłowskiej w Sankt-Petersburgu, gdzie do czasów rewolucji grzebani byli

carowie   Rosji.   Proste   trumny   z   dębowego   drewna   otaczało   zaledwie   kilkanaście   osób.

Prezydent Borys Jelcyn nie przybył, przysłał jedynie swojego przedstawiciela. Kamera wolno

przesunęła się po twarzach ludzi otaczających trumny. Czwarty od lewej stał młodzieniec o

ciemnych   włosach   i   idealnie   symetrycznej   podłużnej   twarzy.   W   garniturze   wyglądał

niezwykle godnie. Rozpoznałem go od razu. Nie mogłem go nie poznać. Obok niego stał

niski, pucułowaty chłopiec. Głos zza kadru poinformował, że to wielki książkę Georgij –

wnuk cara pretendenta, Włodzimierza Kiryłowicza. Obok małego następcy nie istniejącego

tronu stał wysoki mężczyzna o przedwcześnie posiwiałych włosach. Jego także nie mógłbym

nie rozpoznać. A więc doktor Rauber wiedział, że uszliśmy z życiem. Będzie dzięki temu

mógł lepiej spać, a może było mu to obojętne.

Batiuszka pochylił się z kadzielnicą nad trumnami. Pokrywał je kobierzec kwiatów. W

blasku jupiterów coś zalśniło na trumnie kryjącej szczątki cara. Pośród kwiatów leżała nie

ukończona korona.

background image

Zadzwonił telefon. Szef.

– Włącz telewizor na Ruskich – polecił.

– Mam włączony – odpowiedziałem.

– Widziałeś Michaiła?

– A pan, szefie, widział, co leży na trumnie?

Pan Tomasz zamilkł. Kamera wykonała ostatni najazd. Trumny powoli spuszczano do

wykutego w skale grobowca. Zaśpiewał chór cerkiewny. Z zewnątrz rozległy się trzydzieści

trzy salwy armatnie. Petersburg żegnał swojego władcę. Nadal trzymałem słuchawkę przy

uchu i słyszałem, że szef ciągle tam jest.

– Sądzę, że wiem, gdzie teraz jest Rubinowa Tiara – powiedział w zadumie.

Milczałem. Nieoczekiwanie pomyślałem, że jeśli korona, szabla i Rubinowa Tiara,

spoczną razem ze  swoimi  właścicielami  w grobach, to mogę uważać się  za  szczęściarza.

Następna okazja obejrzenia tych dzieł sztuki jubilerskiej przytrafi się nie wcześniej niż za

pięćset lat.