background image

 

Józef Burny 

 

 

 

 

 

PAN 

SAMOCHODZIK 

I STRACHOWISKO 

 

 

 

69 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

ZNALEZISKO POD RAJGRODEM • CO HARCERZE LUBIĄ NAJBARDZIEJ? • DO 

CZEGO SŁUśĄ ŚLEDZIE? • TAJEMNICZE GŁAZY • MŁODZIENIEC Z KSIĄśKĄ • NA 

TROPIE ZAGINIONEGO OJCA • MILCZENIE KAMIENI • CZY BIEGŁA TĘDY 

DROGA? • TYTUS WYRUSZA NA BAGNA • DWAJ MĘśCZYŹNI W KOLOROWYCH 

CZAPKACH • ROZMOWA PRZY GROCHOWEJ • KIM JEST TYTUS? 

 
- Druhu Tomaszu! - Wiewiórka junior krzyknął, jakby nie wiedział, Ŝe przez telefon krzyczeć 

nie musi, choćby dzwonił nawet z końca świata. - Mamy tu pod Rajgrodem coś interesującego, co 
warto sprawdzić... 

-  No  to  sprawdźcie!  -  odkrzyknąłem,  wyrwany  z  porannej  końcówki  snu,  chociaŜ  teŜ  nie 

musiałem krzyczeć. - I dajcie znać! - dodałem mniej krzykliwie, wygrzebując się z pościeli. 

-  Dobrze!  -  głośno  odpowiedział  Wiewiórka  junior.  -  Teraz  oddaję  telefon  druhowi 

komendantowi. 

- Co nowego w Warszawie? - powitał mnie pytaniem druh Bolek. 
- Stare Miasto jak stało, tak stoi... - wyjrzałem przez okno. - A wy skąd się nagle wzięliście 

pod  Rajgrodem?  PrzecieŜ  jeszcze  parę  dni  temu  wasz  obóz  był  w  Marózku  koło  Olsztynka  - 
dociekając usiłowałem wyplątać nogi z prześcieradła. 

- Pamiętasz to? - Bolek odchrząknął i zaśpiewał: 
 
Wszędzie nas pędzi, wszędzie gna, 
harcerska dola radosna... 
 
- Czy pamiętam? Człowieku! Dawno temu zdarłem sobie na tym refrenie gardło przy ognisku 

- zaŜartowałem, bo Bolek wiedział, Ŝe tej piosenki się po prostu nie da zapomnieć. 

- To moŜe zapomniałeś juŜ, co harcerze lubią najbardziej? 
-  Osobiście  lubiłem  najbardziej  grochówę  na  boczku  i  obozy  wędrowne  z  przygodami!  - 

wyznałem szczerze. 

-  No  widzisz?!  -  ucieszył  się  Bolek.  -  Upodobania  harcerskie  się  nie  zmieniły.  Grochówę 

mamy, a jesteśmy na obozie wędrownym. No to sobie wędrujemy. Ja zrzucam zbędne kilogramy, a 
druhowie poznają róŜne zakątki kraju. Za jakiś czas wyruszymy w głąb tajemniczej JaćwieŜy, nad 
jezioro Hańcza do Błaskowizny, skąd spłyniemy Czarną Hańczą, którą kiedyś przemierzał kajakami 
ksiądz  Karol  Wojtyła  z  klerykami.  A  teraz  rozbiliśmy  namioty  pod  Rajgrodem.  To  miasteczko  na 
Pojezierzu Ełckim... 

- Przejdźmy do sedna sprawy. Powiedz, co się stało? 
Okazało  się,  Ŝe  juniorzy  Wilhelm  Tell  i  Sokole  Oko  podczas  wbijania  śledzi  trafili  na  coś 

twardego pod ziemią. 

Wiewiórka, Wilhelm Tell i Sokole Oko juniorzy są nastoletnimi synami Wiewiórki, Wilhelma 

Tella i Sokolego Oka seniorów, moich dawnych przyjaciół. Pseudonimy i zainteresowania przeszły 
z ojców na synów. 

Juniorzy  myśleli,  Ŝe  trafili  na  jakiś  przypadkowy  kamień.  KaŜdy  harcerz  wie,  Ŝe  kamienia 

ś

ledziem się nie przebije. Chłopcy postanowili więc wbić śledzia obok. I teŜ trafili na coś twardego. 

Wtedy Sokole Oko powiedział: „Do trzech razy sztuka!”. Gdy nie udało się wbić śledzia nawet za 

background image

 

szóstym razem, bo ciągle natrafiał na twardy opór, Wilhelm Tell wyciągnął saperkę i zaczął kopać, 
by sprawdzić, co tam pod tą ziemią siedzi. 

Łopatka uderzyła w coś twardego. Rozległ się nieprzyjemny zgrzyt. Po zdjęciu darni harcerze 

ujrzeli  fragment  powierzchni  ogromnego,  cięŜkiego  głazu  z  granitu.  Okazało  się,  Ŝe  pod  warstwą 
ziemi leŜy kilka takich głazów, jakby je ktoś kiedyś ułoŜył w jakimś celu. 

-  Nie  pozwoliłem  druhom  niczego  ruszać  -  kończył  swą  opowieść  Bolek.  -  Namiot  został 

rozbity w innym miejscu. A zagadkowe głazy, przysypane ziemią, czekają na ciebie, Tomaszu... 

 
Nie wszyscy wiedzą Ŝe początek Rajgrodowi dali kiedyś Jaćwingowie. Wiadomo, Ŝe w XII-

XIII wieku stał tam jeden z grodów broniących od południa ich terytorium. Nosił nazwę Raj. 

Prawa  miejskie  Rajgród  otrzymał  w  1566  roku.  Wówczas  teŜ  stał  się  siedzibą  starostwa.  W 

1653  roku  miasto  najechali  i  zniszczyli  Tatarzy.  Rajgród  był  później  długo  odbudowywany  i 
zasiedlany. W XVIII wieku przestał być siedzibą starostwa. W latach 1831 i 1863 w jego okolicach 
toczyły  się  walki  polskich  powstańców  z  wojskami  carskimi.  W  1870  roku  Rajgród  utracił  prawa 
miejskie. Odzyskał je dopiero w 1924 roku. 

Odnaleziony  przez  harcerzy  zbiór  głazów  mógł  kryć  jakąś  tajemnicę  związaną  z  burzliwą 

wielowiekową  przeszłością  okolic  Jeziora  Rajgrodzkiego  i  strategicznie  połoŜonego  Rajgrodu. 
Tamten obszar jest wprost usiany znanymi i nieznanymi stanowiskami archeologicznymi. 

Postanowiłem niezwłocznie obejrzeć te głazy. 
I  tak  planowałem  urlopowy  wyjazd  w  tamtym  kierunku...  Nie!  Niezupełnie  w  tamtym. 

Wybierałem się na północny zachód od Rajgrodu, do Stoczka Klasztornego, gdzie oczekiwał mnie 
miejscowy  ksiądz  proboszcz  Ryszard.  A  przy  okazji  zamierzałem  zajrzeć  do  pobliskiej  Świętej 
Lipki. Kto tam jeszcze nie był, ten nie wie, co traci. 

 
Przedzwoniłem do Pawła. 
- Słucham, szefie! - odezwał się mój młody podwładny. 
- Mam do ciebie prośbę... 
- Prośba przełoŜonego jest dla mnie rozkazem! - zaŜartował. 
-  To  prośba  urlopowa  -  zaśmiałem  się.  -  śaden  rozkaz!  Przejrzyj  wszystko,  co  mamy  w 

naszym  departamencie  o  stanowiskach  archeologicznych  w  okolicach  Rajgrodu  koło  Augustowa, 
na  wschodnim  brzegu  Jeziora  Rajgrodzkiego.  Interesuje  mnie,  czy  jest  cokolwiek  o  jakichś 
ułoŜonych tam, płytko pod ziemią, głazach z granitu. 

- Domyślam się, Ŝe to raczej pilne. 
- Pawle! - ucieszyłem się. - To bardzo pilne, bo właśnie nasi zaprzyjaźnieni harcerze wezwali 

mnie do Rajgrodu w sprawie tych kamieni. 

- Szef mówi o druhach z Marózka? 
- O tych samych! 
- To skąd się oni wzięli teraz aŜ w Rajgrodzie nad biebrzańskimi bagnami? 
- Przewędrowali tam znad jeziora Maróz, jak to harcerze. 
-  Dziwne!  -  zastanowił  się  Paweł.  -  Myślałem,  Ŝe  dzisiejszy  harcerz  woli  garbić  się  nad 

klawiaturą komputera, wędrować po stronach internetowych i ogłupiać się grami komputerowymi. 

- Jak widzisz, Pawle, harcerska młodzieŜ nie musi być aŜ taka leniwa i naiwna. 
- I słusznie! - zauwaŜył mój podwładny. - Lato, jeŜeli ma się na to wolny czas, trzeba spędzać 

na  łonie  natury.  Skończyłem  właśnie  sprawdzanie.  Nie  mamy  w  komputerze  Ŝadnej  informacji  o 

background image

 

jakimkolwiek zbiorze głazów pod Rajgrodem. MoŜe to oznaczać, Ŝe harcerze odkryli zupełnie coś 
nowego. 

- Dzięki za pomoc! Do usłyszenia... 
-  Szefie!  -  przerwał  poŜegnanie  Paweł.  -  Znalazłem  jednak  coś  interesującego  o  tamtej 

okolicy.  Rajgród  leŜy  na  szlaku  przebiegającym  wzdłuŜ  północnej  krawędzi  rozległych  bagien 
związanych z rzeką Biebrzą. Szlak ten naleŜy do najdawniej znanych i najbardziej uczęszczanych w 
tej  części  Europy.  Kilkanaście  tysięcy  lat  temu  poruszali  się  nim  łowcy  reniferów  ze  wschodu. 
Później,  teŜ  ze  wschodu,  nad  Wielkie  Jeziora  Mazurskie  i  dalej  na  zachód  przybyły  tą  drogą 
pierwsze  plemiona,  które  osiadły  na  dłuŜej.  Za  nimi  dotarły  plemiona  przyszłych  Prusów.  W 

ś

redniowieczu na tym szlaku panował ogromny ruch, związany z napaścią KrzyŜaków na Prusy i z 

ich okupacją. Były to, oczywiście, wyprawy głównie wojenne. Później... Nie! Tego jest zbyt wiele 
do  czytania.  Powiem  krótko:  jest  to  obszar  bardzo  interesujący  z  powodu  jego  połoŜenia  i  stanu 
badań  archeologicznych.  Tam  w  przeszłości  ciągle  się  coś  działo,  a  archeologom  brakowało  i 
brakuje pieniąŜków na przeprowadzenie systematycznych badań. 

Po  rozmowie  z  Pawłem  nie  potrafiłem  juŜ  myśleć  o  niczym  innym,  tylko  o  wyjeździe  nad 

Jezioro Rajgrodzkie. 

„Stamtąd,  jak  z  bazy,  zrobię  później  wypad  do  Stoczka  Klasztornego  i  Świętej  Lipki”  - 

postanowiłem, mknąc wehikułem przed siebie. 

TuŜ  przed  ŁomŜą,  gdy  zobaczyłem  przydroŜny  zajazd  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”, 

poczułem nagle silne ssanie w dołku. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, Ŝe w kuchni na stole 
zostało nietknięte śniadanie, które sam sobie przygotowałem. 

Skręciłem  do  zajazdu.  Był  przytulny,  czysty  i  pachnący.  Stojące  na  parkingu  dwa  autokary 

turystyczne i liczne samochody osobowe zapowiadały sezonowy tłok w środku. I rzeczywiście! W 
sali restauracyjnej zajazdu roiło się od rozszczebiotanej młodzieŜy z opiekunami i rodzicami. Tu i 
ówdzie  stoliki  okupowały  grupki  dorosłych  turystów  i  podróŜnych.  Nad  ich  głowami  unosiła  się 
mieszanina  smakowitych  zapachów,  wzmagających  apetyt  i  wywołujących  szał  w  moich  pustych 
wnętrznościach. 

ZauwaŜyłem jedyne wolne miejsce przy dwuosobowym stoliku. 
-  Przepraszam!  -  zwróciłem  się  grzecznie  do  długowłosego,  zadbanego  młodzieńca, 

siedzącego przy stoliku z wolnym krzesłem. - Czy to miejsce jest wolne? 

Młodzieniec  ujął  delikatnie  dwoma  palcami  okulary,  opuścił  je  nieco  na  dół  i  znad  czytanej 

ksiąŜki  spojrzał  na  mnie  od  dołu  do  góry  i  z  powrotem,  jakby  oceniał  mój  wygląd.  Po  chwili 
uśmiechnął się białymi ząbkami i przytakując głową odpowiedział: 

- Proszę usiąść. To miejsce czeka na pana. 
- Na mnie? - udając zdziwienie odwzajemniłem uśmiech. - Dzięki, Ŝe w takim hałasie i tłoku 

pamiętał pan o mnie i nie pozwolił zająć tego miejsca komuś innemu. 

Młodzieniec odpowiedział przyjaźnie: 
- Drobiazg. 
Przycupnąłem  cicho  na  krześle,  Ŝeby  nie  przeszkadzać  w  czytaniu.  „Człowiek,  zwłaszcza 

młody, czytający ksiąŜkę w miejscu publicznym naleŜy do rzadkości” - pomyślałem. 

Gdy  unoszące  się  smakowite  zapachy  wzmogły  ssanie  w  dołku,  straciłem  cierpliwość  i 

rozejrzałem się za kelnerką jak głodny wilk za owieczką. 

- Niech się pan nie rozgląda jak ludoŜerca za kawałkiem mięsa, bo się kelnerki wystraszą, nie 

podejdą i obaj padniemy z głodu, zanim którąś schrupiemy - zaŜartował młodzieniec. 

background image

 

- To one są jadalne? - popisałem się refleksem i poczuciem humoru. 
-  No,  wie  pan,  skoro  babcia  Czerwonego  Kapturka  była  jadalna,  to  one  tym  bardziej  nadają 

się  do  schrupania,  bo  noszą  firmowe  czerwone  kapturki  na  głowach  -  zaśmiał  się  młodzieniec  i 
odłoŜył  ksiąŜkę.  -  W  oryginale  bajka  kończy  się  poŜarciem  Czerwonego  Kapturka  przez  wilka, 
którego apetytu nie zaspokoiło nawet połknięcie pulchnej babci w całości. 

- Pamiętam - uśmiechnąłem się do wspomnień z dzieciństwa i na myśl o tym, Ŝe w jednym z 

najnowszych  wydań  tej  bajki  wilk  chyba  zgłupiał,  bo  nikogo  nie  poŜarł.  -  Dobrze  jest  spotkać 
kogoś, kto czytał to samo... 

Do  naszego  stolika  podeszła  młodziutka,  przepasana  białym  fartuszkiem  kelnerka  w 

twarzowym,  czerwonym  kapturku  na  głowie.  Przyjmując  zamówienia  uśmiechnęła  się  zalotnie  do 
młodzieńca,  który  spojrzał  na  nią  jakoś  dziwnie  znad  okularów.  Nagle  kelnerka  zrobiła  do  niego 
wielkie  oczy,  spojrzała  na  mnie,  zacisnęła  zabawnie  usta,  powstrzymując  wybuch  śmiechu 
wypełniającego  do  granic  wytrzymałości  jej  róŜowe  policzki,  odwróciła  się  na  pięcie  i  odeszła 
przykładając dłoń do ust. Mknąc lekko między stolikami, znad których dobiegały dźwięki sztućców 
i rozmowy, zerknęła parokrotnie w naszą stronę. Na jej twarzy malowało się rozczarowanie. A przy 
bufecie ta mała ruda zaczęła się dyskretnie śmiać. 

Przez  moment  poczułem  się  nieswojo.  „Pewnie  smarkula  śmieje  się  ze  mnie”  -  pomyślałem 

poprawiając  odruchowo  włosy  i  krawat.  Nie  wiedziałem  wówczas,  Ŝe  prawdziwa  przyczyna  jej 
nieoczekiwanego zachowania nie miała nic wspólnego ze mną. 

Przy  stoliku  obok  sadowiła  się  właśnie  malownicza,  rozgadana  rodzina,  złoŜona  z  obojga 

rodziców,  dwóch  chłopczyków  i  jednej  dziewczynki.  Dziewczynka  pokazała  mi  język,  bo 
zauwaŜyła,  Ŝe  się  im  przyglądam.  Nie  dałem  za  wygraną  i  uśmiechając  się  do  niej  zrobiłem  to 
samo. Mała zaśmiała się głośno i puściła do mnie porozumiewawcze oko. 

- Jedzie pan na wschód czy na zachód? - zapytałem młodzieńca. 
- A pan? - odpowiedział mi pytaniem. 
- Na wschód! Zostałem wezwany przez zaprzyjaźnionych harcerzy, młodych odkrywców. 
- TeŜ jadę na wschód - młodzieniec nagle spowaŜniał. - Muszę odnaleźć ojca. Wyszperał coś 

o  bagnach  nadbiebrzańskich  i  pojechał  to  sprawdzić.  Miał  dzwonić  codziennie.  Przez  jakiś  czas 
dzwonił. Od dwóch dni się nie odzywa... Nie mogę się do niego dodzwonić. 

-  Pewnie  siedzi  gdzieś  zadowolony  wśród  bagien,  bo  odnalazł  cel  swojej  wyprawy  - 

uspokoiłem młodzieńca. - Przy okazji popsuł, rozładował lub utopił komórkę. Znam to wszystko z 
własnego  doświadczenia.  W  takich  wypadkach  najgorsze  są  komary.  Trudno  się  przed  nimi 
opędzić.  Tamtejsze  łosie  i  kormorany  nie  stanowią  zagroŜenia-zaŜartowałem  chcąc  rozbawić 
młodzieńca. 

-  A  ja  mam  doświadczenie  z  ojcem  -  mój  rozmówca  spojrzał  w  okna  zajazdu  za 

przejeŜdŜającym  samochodem.  -  Zawsze  wyjeŜdŜa  przygotowany  na  kaŜdą  nawet  najgorszą 
sytuację. I za kaŜdym razem zdarza mu się coś, czego nie przewidział. 

- Wszystkiego nie da się przewidzieć - stwierdziłem filozoficznie. 
-  Wiem  coś  o  tym!  -  przytaknął  młodzieniec.  -  Podczas  prawie  kaŜdej  wyprawy  wyciągam 

ojca  z  opresji.  Na  szczęście,  tym  razem,  jest  z  nim  jego  kolega.  Ale  obaj  znają  okolice  Biebrzy  i 
cały ten region tylko z folderów, albumów, map i filmów przyrodniczych. Ja teŜ... A moŜe pan zna 
te okolice? 

- Przypadkiem znam - ucieszyłem się, Ŝe moje wiedza moŜe się przydać w poszukiwaniu ojca 

młodzieńca.  -  Spędziłem  tu  duŜo  czasu...  -  wyszliśmy  na  parking  przed  zajazdem.  -  Chętnie  słuŜę 

background image

 

pomocą, jeŜeli będzie potrzebna - pomachałem dłonią do zamkniętego w samochodzie zabawnego 
pieska, merdającego ogonem na nasz widok. 

Na  poŜegnanie  wymieniliśmy  się  numerami  komórek,  uściskami  dłoni  i  imionami. 

Młodzieniec miał na imię Tytus. 

 
Przed  bramą  obozu  przywitał  mnie  uśmiechnięty  radośnie  wartownik  w  harcerskim 

mundurku: 

- Czuwaj, druhu Tomaszu! Druh komendant oczekuje koło kuchni. Zaprowadzić? 
- Dzięki! Trafię sam, kierując się zapachem grochowej - zaśmiałem się do harcerza. 
- Dobra! - odpowiedział wartownik i salutując zrobił przejście w bramie. 
Przywitałem  druha  Bolka.  Po  chwili  stanęliśmy  nad  kamiennym  znaleziskiem,  pilnowanym 

przez Wiewiórkę, Wilhelma Tella i Sokole Oko. 

Pochwaliłem  juniorów  za  to,  ze  przy  odkrywaniu  głazów  nie  zniszczyli  darni.  Pocięli  ją 

saperkami na prawie równe kwadraty i ułoŜyli obok. 

- Te głazy waŜą po paręset kilogramów kaŜdy, moŜe nawet tonę - oceniłem na oko. 
Głazów  było  dziewięć.  Miały  róŜne,  zaokrąglone  naturalnie  kształty.  LeŜały  blisko  siebie. 

Niektóre  stykały  się.  Nie  tworzyły  jednak  kamiennego  kręgu.  Pokrywały  około  dziesięciu,  moŜe 
dwunastu  metrów  kwadratowych  powierzchni  o  kształcie  przypadkowego,  pokrzywionego 
czworoboku, zwróconego krótszymi bokami na północ i południe. UłoŜona z nich powierzchnia nie 
tworzyła równej płaszczyzny. Była miejscami wyboista. Przy dłuŜszych bokach leŜało kilka małych 
kamieni. Wszystko to podpowiadało, Ŝe znalezisko zostało ułoŜone przez ludzi. 

- Takich cięŜarów nie układa się bez powodu - tramie zauwaŜył Sokole Oko. 
-  I bez powodu nie wkopuj e się ich w ziemię -  dodał Wilhelm Tell. - JeŜeli, oczywiście, te 

głazy zostały wkopane, bo przecieŜ mogły się zapaść pod własnym cięŜarem. 

Przyjrzałem się powierzchni wszystkich głazów. 
-  Czy  zauwaŜyliście  na  nich  jakieś  znaki,  nienaturalne  ślady  po  uderzeniach  twardymi 

przedmiotami? - zwróciłem się do juniorów. 

-  Obejrzeliśmy  je  bardzo  dokładnie,  centymetr  po  centymetrze  -  zapewnił  Wiewiórka.  -  Na 

wierzchu nie noszą Ŝadnych znaków. 

- MoŜe mają coś na bokach? - zastanowił się Bolek. 
Po  rozkopaniu  ziemi  wokół  głazów  okazało  się,  Ŝe  i  na  ich  bokach  nie  ma  nic,  co  mogłoby 

być jakimś znakiem wyrytym lub wykutym przez człowieka. 

-  Druhu  Tomaszu!  -  zawołał  nagle  Sokole  Oko.  -  PrzecieŜ  te  kamienie  same  w  sobie  mogą 

być jakimś znakiem zostawionym przez ludzi. 

- Masz rację - odpowiedziałem. - Mogły teŜ być ułoŜone dla celów praktycznych na biegnącej 

tędy  kiedyś  drodze.  Nie  wiem,  czy  była  tu  jakaś  droga.  JeŜeli  była,  to  tu  właśnie  mogła  ona,  na 
przykład,  przechodzić  przez  zawsze  podmokłe  miejsce,  w  którym  grzęzły  wozy,  konie  i  ludzie. 
UłoŜenie głazów mogło zatem umoŜliwić bezpieczne korzystanie z drogi. 

-  Takich  podmokłych  miejsc,  w  sąsiedztwie  bagien  nadbiebrzańskich,  mogło  być  na  tej 

drodze więcej - roztropnie zauwaŜył Wiewiórka. 

-  Oczywiście!  -  przytaknąłem.  -  JeŜeli  rzeczywiście  biegła  tędy  kiedyś  droga,  to  w  wielu 

innych miejscach pod ziemią mogą leŜeć kamienie ułoŜone podobnie przez jej uŜytkowników. 

Bolek  wyciągnął  i  rozłoŜył  mapę:  -  Jesteśmy  tu  -  pokazał  palcem.  -  Na  wschód  od  nas  leŜy 

Rajgród  i  płynie  rzeka  Jegrznia.  Od  północy  mamy  Jezioro  Rajgrodzkie.  Na  zachodzie  przepływa 

background image

 

rzeka  Ełk.  A  na  południu,  za  szosą  z  ŁomŜy  do  Augustowa,  rozciągają  się  rozległe  bagna,  przez 
które płynie rzeka Biebrza. To wszystko określa prawdopodobny kierunek drogi... 

- Jak myślicie? - przerwałem Bolkowi i zwróciłem się do juniorów. - Skąd i dokąd mogła biec 

ta droga? 

- Z zachodu na wschód i z powrotem! - odkrzyknęli bez wahania juniorzy. 
A Wilhelm Tell dodał: - Nie ma innej moŜliwości, bo droga z bagien do jeziora i z powrotem 

nie miałaby sensu... - junior przerwał. Chwilę pomyślał i dodał: - Droga  na bagna miałaby jednak 
sens, gdyby dochodziła do brodu na  Biebrzy i prowadziła dalej na południe za rzekę. Na bagnach 
mogła być ułoŜona z bali drewnianych. 

-  Racja!  -  wtrącił  się  Sokole  Oko.  -  Takie  drogi  przez  bagna  układali  przecieŜ  Prusowie. 

Jaćwingowie  mogli  postępować  podobnie.  Gdyby  takiej  drogi  stąd  nie  było,  nie  mieliby  oni 
bezpośredniego kontaktu z ziemiami połoŜonymi na południe od JaćwieŜy... PrzecieŜ ich wyprawy 
docierały za Biebrzę. A na północ stąd, na półwyspie, są widoczne obwałowania ziemne po duŜym 
grodzisku Jaćwingów. 

-  Brzmi  to  logicznie  -  pochwaliłem  Wilhelma  Tella  i  Sokole  Oko.  -  Pamiętajmy  jednak,  Ŝe 

Jaćwingowie mogli korzystać z drogi wodnej, by dotrzeć do obszarów połoŜonych na południe od 
nich.  Budowali  przecieŜ  łodzie.  I  mieli  do  dyspozycji  rzeki  Jegrznię,  Ełk  i  Biebrzę.  Poza  tym  nie 
wiemy,  czy  te  ułoŜone  kamienie  są  rzeczywiście  fragmentem  jakiejkolwiek  drogi.  Nie  wiemy  teŜ, 
kto, kiedy i dlaczego głazy te ułoŜył. Wiemy tylko tyle, co w tej chwili widzimy. Resztę stanowią 
nasze domysły. 

Zapadła cisza, co oznaczało, ze moi przyjaciele myślą intensywnie nad sposobem dojścia do 

prawdy  o  odnalezionych  głazach.  Byłem  ciekaw,  który  z  juniorów  wpadnie  na  to,  Ŝe  trzeba  po 
prostu sprawdzić, czy gdzieś w pobliŜu pod ziemią znajdują się podobnie ułoŜone kamienie. Gdyby 
były,  mielibyśmy  dowód  na  istnienie  tutaj  drogi.  Moglibyśmy  nawet  określić  jej  przybliŜony 
kierunek i przebieg. 

-  MoŜemy  to  sprawdzić!  -  rozległ  się  nagle  okrzyk  Wiewiórki.  -  Trzeba  poszukać  podobnie 

ułoŜonych kamieni w tej okolicy. 

To  było  zadanie  dla  całego  obozu.  JuŜ  po  chwili  zaroiło  się  od  harcerzy  z  metalowymi 

ś

ledziami.  Bolek  wytyczył  odrębne  trasy  dla  kaŜdego  z  nich.  Biegły  promieniście  od  odkrytych 

głazów i obejmowały cały teren w promieniu kilkuset metrów. 

Harcerze  w  skupieniu  rozpoczęli  dziobanie  ziemi  śledziami.  Uczestniczyli  w  odkrywaniu 

wielkiej tajemnicy przeszłości. 

Wbiłem właśnie w ziemię śledzia, gdy odezwała się moja komórka. 
-  To  ja,  panie  Tomaszu!  -  usłyszałem  głos  Tytusa.  -  Dzwonię,  bo  w  Rajgrodzie  odnalazłem 

ośrodek  turystyczny,  w  którym  zamieszkał  mój  ojciec  ze  znajomym.  Od  paru  dni  nikt  ich  tu  nie 
widział.  Wyruszyli  z  plecakami  na  bagna...  I  nie  wrócili.  Podobno  planowali  dojście  do  koryta 
Biebrzy.  Rozpytywali  o  przewodnika,  który  mógłby  ich  poprowadzić.  Poszli  jednak  sami,  bo  tak 
zaproponował przyjaciel ojca. 

- Wie pan, którędy poszli? 
-  Prawdopodobnie  wyruszyli  prawym  brzegiem  rzeki  Jegrzni.  Myślę  jednak,  Ŝe  przeszli  na 

lewy brzeg, przed jej ujściem do dawnego koryta rzeki Ełk, Ŝeby nie krąŜyć... A moŜe nie przeszli? 
Nie wiem. Zamierzam wyruszyć za nimi. 

-  Proszę  się  wstrzymać!  -  zawołałem.  -  Obiecałem,  Ŝe  panu  pomogę.  Zwykle  dotrzymuję 

słowa. Znam dobrze ten teren... Gdzie pana znajdę? 

background image

 

- Nie powinienem pana w to angaŜować! - westchnął cięŜko Tytus. 
-  Szanowny  panie!  -  odezwałem  się  po  przyjacielsku.  -  Z  góry  przepraszam  za  to,  co  za 

chwilę powiem... 

- Wysłucham pana z uwagą - odpowiedział Tytus. 
- Świetnie! To proszę wysłuchać: pan tu nie ma nic do powiedzenia. Sam się zaangaŜowałem! 

PrzecieŜ tu nie chodzi o udzielenie pomocy panu, tylko tym, którzy poleźli gdzieś na bagna i licho 
wie, co się z nimi od paru dni dzieje... Pan tych bagien nie zna! Gdzie się spotkamy? 

- Płynę właśnie łodzią pontonową po Jegrzni. 
- Za chwilę będę u ujścia Jegrzni do starego koryta Ełku. Niech pan na mnie tam poczeka! 
- Nie poczekam! Bardzo pana przepraszam, ale zaginięcie mojego ojca, to mój problem... 
W  tym  momencie  zauwaŜyłem  dwóch  męŜczyzn  z  plecakami.  Na  głowach  mieli  kolorowe, 

widoczne  z  daleka  czapki,  błękitną  i  pomarańczową.  Szli  w  naszym  kierunku  od  strony  bagien  i 

Ŝ

ywo o czymś dyskutowali. 

-  Panie  Tytusie!  -  krzyknąłem  do  mikrofonu  komórki.  -  Jakiego  koloru  czapkę  nosi  pana 

ojciec? 

Niestety, połączenie z Tytusem zostało przerwane. 
Wycisnąłem jego numer. PrzyłoŜyłem telefon do ucha i usłyszałem: 
 
Przepraszamy, abonent znajduje się poza zasięgiem... 
 
Dopiero teraz dostrzegłem, Ŝe obok mnie stoi zdziwiony Bolek. 
- W co ty się znowu pakujesz? - zapytał wypełniając twarz szczerym uśmiechem. 
Machnąłem ręką: - W drodze poznałem Tytusa. Parę dni temu jego ojciec zaginął gdzieś tu na 

bagnach.  Obiecałem  swoją  pomoc  w  jego  odnalezieniu...  Przed  chwilą  Tytus  przedzwonił,  Ŝe 
popłynął  Jegrznią  na  poszukiwania.  Prosiłem,  Ŝeby  poczekał  na  mnie.  Nie  chciał  poczekać. 
Tymczasem,  jak  przypuszczam,  jego  ojciec  odnalazł  się  sam  -  wskazałem  ręką  nadchodzących 
męŜczyzn. - To moŜe być jeden z nich. 

MęŜczyźni w kolorowych czapkach podeszli do nas. Uśmiechnęli się na widok harcerskiego 

obozu i druhów kłujących ziemię śledziami: 

- Czuwaj druhowie! - przywitali nas jak starzy harcerze. 
- Czuwaj! - odpowiedzieliśmy prawie chórem. 
- Panowie z daleka? - zapytałem. 
-  To  bardzo  trudne  pytanie  -  zaśmiał  się  męŜczyzna  w  pomarańczowej  czapce.  -  Zaraz!  - 

pociągnął nosem raz i drugi: - CzyŜbym poczuł grochówę? 

-  Oczywiście!  -  przytaknął  Bolek.  -  Czy  moŜemy  druhom  zaproponować  harcerski 

poczęstunek? 

Przybysze  chemie  przyjęli  propozycję.  Zrzucili  plecaki.  We  czwórkę  rozsiedliśmy  się 

wygodnie na trawie. 

-  Pytanie  o  to,  czy  jesteśmy  z  daleka,  jest  w  tej  chwili  rzeczywiście  trudne  -  powiedział 

męŜczyzna  w  błękitnej  czapce,  pochylając  się  nad  menaŜką  pełną  grochówy.  -  Dwa  dni  temu 
wyszliśmy  z  Rajgrodu  i  udaliśmy  się  bagnami  w  kierunku  Biebrzy...  Rajgród  jest  niedaleko  stąd. 
MoŜna więc powiedzieć, Ŝe nie przyszliśmy tu z daleka... 

-  Jednak  droga,  którą  przez  dwa  dni  i  kawałek  dnia  dzisiejszego  przemierzyliśmy  bagnami, 

liczy zapewne kilkadziesiąt kilometrów - zaśmiał się męŜczyzna w pomarańczowej czapce. - Poza 

background image

 

tym  wczoraj  musieliśmy  sobie  przypomnieć  dawne  harcerskie  doświadczenia,  związane  z 
poszukiwaniem na bagnach czegoś, co się nadaje do zjedzenia... 

- Poczekaj - wtrącił się męŜczyzna w błękitnej czapce. - Tu muszę wyjaśnić, Ŝe wyprawiliśmy 

się  na  jeden  dzień.  Ale  juŜ  nad  Biebrzą  postanowiliśmy  przedłuŜyć  wyprawę  o  jeden  dzionek, 
chociaŜ nie mieliśmy namiotu i wystarczającej ilości prowiantu. 

- Czy to oznacza, Ŝe panowie zbłądzili? - zapytałem. 
-  MoŜna  tak  powiedzieć!  -  zaśmiał  się  męŜczyzna  w  błękitnej  czapce.  -  ChociaŜ  z  tym 

zbłądzeniem  wolałbym  nie  przesadzać  -  zastrzegł.  -  Jesteśmy  tu  po  raz  pierwszy.  I  nie  jesteśmy 
znawcami terenów bagiennych. Ale bardzo się nam tu spodobało. Późnym popołudniem dotarliśmy 
do  brzegu  Biebrzy...  Było  to  znacznie  później,  niŜ  planowaliśmy.  Powrót  wieczorem  i  nocą  przez 
bagna nie wchodził w rachubę. No to postanowiliśmy, Ŝe przeczekamy do rana.  I przeczekaliśmy. 
Gdy  wstało  słońce,  zrobiło  się  bardzo  ciepło.  Odespaliśmy  więc  nieprzespaną  noc  na 
nasłonecznionej, pachnącej łączce. I powędrowaliśmy dalej, zbierając po drodze jedzonko... 

-  Ale  nie  do  Rajgrodu!  -  zaśmiał  się  męŜczyzna  w  pomarańczowej  czapce.  -  Zamiast  na 

północ, poszliśmy na zachód... Gdy okazało się, Ŝe znów jest zbyt późno na powrót, przeczekaliśmy 
drugą  noc,  którą  odespaliśmy  rano  w  promieniach  słońca.  I  doszliśmy  tu,  do  kuchni  polowej  z 
grochówką... Jest znakomita! 

- A dlaczego druhowie tak krąŜą i dziobią śledziami trawę? - zainteresował się męŜczyzna w 

błękitnej czapce. 

-  Poszukują  głazów  ukrytych  pod  ziemią  -  wyjaśnił  Bolek  nie  wtajemniczając  gości 

dokładniej w cel tych poszukiwań. 

-  Aha!  -  odpowiedział  zdziwiony  pytający.  -  Intrygujące  zajęcie...  Ta  piękna  ziemia  wciąŜ 

kryje w sobie wiele tajemnic. 

-  Podobno  bardzo  duŜo  głazów  leŜy  w  okolicach  jeziora  Hańcza  -  zauwaŜył  męŜczyzna  w 

pomarańczowej czapce. - Jest tam taki głaz, który ma aŜ ponad jedenaście metrów w obwodzie. 

Od początku byłem przekonany, Ŝe jeden z tych męŜczyzn jest poszukiwanym ojcem Tytusa. 

Zagadnąłem więc, patrząc uwaŜnie w oczy naszych gości: 

-  Przypuszczam,  Ŝe  w  tej  chwili  na  bagnach  przebywa  syn  któregoś  z  panów.  Poszukuje 

zaginionego  ojca.  Popłynął  właśnie  wypoŜyczoną  łodzią  pontonową  w  stronę  Biebrzy.  Myślę,  Ŝe 
jest teraz w dawnym korycie rzeki Ełk. 

-  To  niemoŜliwe,  Ŝeby  szukał  któregoś  z  nas  -  zaprzeczył  gość  w  pomarańczowej  czapce.  - 

Obaj mamy córki. 

-  Zaraz,  zaraz...  -  przerwał  jego  kompan.  I  zwrócił  się  do  mnie:  -  Czy  pan  widział  tego 

człowieka? 

-  Tak!  Spotkałem  go  dzisiaj.  Mówił,  Ŝe  od  paru  dni  jego  ojciec  nie  daje  znaku  Ŝycia,  a 

pojechał ze znajomym na te bagna. 

MęŜczyzna w błękitnej czapce był wyraźnie zaniepokojony. 
- Jak wygląda? - zapytał sięgając ręką po plecak. 
-  Jest  szczupły  i  trochę  niŜszy  ode  mnie.  Ma  ciemne,  zadbane,  lekko  pofalowane  długie 

włosy.  Nosi  okulary...  Aha!  Zna  biegle  język  francuski.  Ma  na  imię  Tytus...  Zostawił  mi  numer 
swojej komórki. O! Proszę zobaczyć - wyświetliłem rząd cyferek na ekranie telefonu. 

-  To  Ŝaden  Tytus!  -  zrywając  się  z  ziemi  wykrzyknął  męŜczyzna  w  błękitnej  czapce.  -  To 

Anka! 

-  Twoja  córka?  -  męŜczyzna  w  pomarańczowej  czapeczce  uniósł  wysoko  krzaczaste,  siwe 

background image

 

brwi i zerwał się na równe nogi.  Błyskawicznie  załoŜył plecak. - Wracamy na bagna, Teodorze! - 
zadecydował zwracając się do swojego kompana w błękitnej czapeczce. 

- Chwileczkę! - gestem ręki Bolek powstrzymał nieznajomych i pobiegł w głąb obozu. 
Teodor  obejrzał  się  za  biegnącym  komendantem.  Po  chwili  spojrzał  na  mnie:  -  Niech  pan 

spróbuje się do niej dodzwonić, bo nasze komórki są rozładowane. 

- Próbuję od jakiegoś czasu. Jest poza zasięgiem - po raz kolejny wycisnąłem numer Anki. 
Z głębi obozu wybiegł zdyszany Bolek: - Panowie! - wykrzyknął. - Harcerze pompują ponton. 

Zaniosą go nad Jegrznię. Szybciej i bezpieczniej będzie, gdy popłyniecie. 

Nasi goście ucieszyli się z pomysłu Bolka. 

background image

 

10 

ROZDZIAŁ DRUGI 

W POGONI ZA ANKĄ • PONTONEM PO JEGRZNI • URLOPOWI POSZUKIWACZE 

PRZYGÓD • PRZYMUSOWA KĄPIEL W RZECE • CZEGO NIE POWIEDZIAŁ TEO? • 

CO UKRYWA LOPEK? • KOLEJNE ZNALEZISKO HARCERZY • KIM JEST ANKA? • 

RZEKA RWĄCA JAK STO DIABŁÓW • HARCERSKA ODSIECZ • LOT PRZEZ TUNEL 

• ZDZIWIONY LEKARZ • LOPEK W TARAPATACH • TAJEMNICZA KOPERTA • 

OPOWIEŚĆ KASI O KARCZMIE • KOGO ZOBACZYŁA KASIA? • HARCERKI TEś 

WĘDRUJĄ 

 
Teodor  i  jego  kolega  Leopold  zgodzili  się  na  moją  pomoc  w  poszukiwaniu  Anki. 

Wypłynęliśmy  we  trójkę  harcerskim  pontonem  na  Jegrznię  i  pomknęliśmy  nią  z  prądem, 
wspomagając  nurt  wody  wiosłowaniem.  Śpieszyliśmy  się,  bo  Kotlina  Biebrzańska  to  bezludne, 
ogromne  i  niebezpieczne  tereny  bagienne  o  powierzchni  około  dwóch  tysięcy  sześciuset 
kilometrów kwadratowych. Tam rzeczywiście moŜna się zagubić. 

- Dobrze, Ŝe twoja córka wyruszyła rzeką - zagadnąłem Teodora. 
- Lepiej byłoby, gdyby nie wyruszyła w ogóle - wtrącił się Leopold klepiąc Teodora w ramię. 

- No nie? Teo, co ty na to? 

Teodor obejrzał się na Leopolda. 
-  Masz  rację,  Lopku!  -  odpowiedział  spokojnym  głosem.  -  Ale  dzięki  temu,  Ŝe  popłynęła 

mamy  teraz  okazję  popływać  pontonem  w  towarzystwie  Tomasza  -  Teo  popatrzył  na  mnie  z 
uśmiechem. - To prawdziwe zrządzenie losu, Ŝe spotkaliście się w drodze i rozmawialiście ze sobą. 
Nasze spotkanie w obozie harcerskim jest teŜ szczęśliwym przypadkiem. 

-  O  tak!  -  potwierdził  Lopek.  -  Gdybyśmy  poszli  inną  drogą,  nie  natrafilibyśmy  na  obóz 

harcerski, nie spotkalibyśmy Tomasza i nie wiedzielibyśmy, Ŝe Anka szuka Teodora. 

Wpłynęliśmy do starego koryta rzeki Ełk, którym teraz płynęła tylko Jegrznia. Przy gąszczach 

na  prawym  brzegu  zobaczyliśmy  okazałego,  dostojnego  łosia.  Stał  spokojnie,  przyglądając  się 
hałaśliwym intruzom płynącym rzeką. 

Nad  bagnami,  po  lewej  stronie,  przeleciało  nisko  w  kierunku  Biebrzy  czarne  stado 

Ŝ

arłocznych kormoranów. Za nim pojawiło się drugie, mniejsze. Po chwili w powietrze uniosło się 

jeszcze jedno, tym razem ogromne stado tych ptaków. 

- AleŜ to szarańcza! - wykrzyknął zachwycony ptasią chmurą Lopek. - To robi wraŜenie! 
- Przepływamy właśnie koło duŜego rezerwatu kormoranów - odezwałem się jak przewodnik 

oprowadzający codziennie turystów po nadbiebrzańskich bagnach. 

Teo spojrzał w moją stronę: - Ty tu mieszkasz? 
- Niestety, nie! Mieszkam w Warszawie. A wy skąd się tutaj wzięliście? 
-  Ja  z  Wrocławia,  Teo  i  Anka  z  Katowic...  -  odpowiedział  Lopek.  -  Jesteśmy  tu  tylko 

urlopowymi gośćmi. 

- To interesujące - powiedziałem. 
- I pasjonujące! - jak echo odpowiedział Lopek grzebiąc wiosłem w wodzie. 
- W oddali przed nami zobaczyłem na rzece łódź pontonową z długowłosym człowiekiem w 

ś

rodku. 

Teo  wyjął  i  przyłoŜył  do  oczu  lornetkę:  -  Mamy  ją!  -  spojrzał  na  nas  uradowany.  - 

Powinniśmy zrobić jej jakiś kawał. śeby miała nauczkę. 

background image

 

11 

-  Dobrze!  -  ucieszył  się  Lopek.  Poklepał  mnie  przyjacielsko  po  ramieniu:  -  Tomaszu!  Ty 

wiosłujesz...  My  ukryjemy  się  w  pontonie.  Nas  nie  ma!  Jesteś  sam...  Jakoś  to  rozegrasz  z  tym... 
Tytusem. 

Gdy juŜ obaj ułoŜyli się na dnie, wstałem i krzyknąłem przez tubę ułoŜoną z dłoni: 
- Paaanieee Tytuuusieee! - zachwiałem się niebezpiecznie wraz z obracającym się pontonem. 
Lopek i Teo parsknęli śmiechem. 
-  Jak  ona  jest  Tytusem,  to  Teo  powinien  być  Papciem  Chmielem,  autorem  komiksów  o 

Tytusie, Romku i A'Tomku - zachichotał Lopek. 

- LeŜ cicho, bo ona ma dobry słuch - zarechotał rozbawiony sytuacją Teo. 
- Paaanieee Tytuuusieee! - stojąc szeroko na nogach krzyknąłem jeszcze raz. 
Anka wreszcie usłyszała moje wołanie. Przestała wiosłować. Obejrzała się i pomachała ręką 

dając znać, Ŝe mnie rozpoznała. 

Jeszcze  kilkadziesiąt  uderzeń  wiosłem  i  nasz  ponton  zbliŜył  się  do  niej  na  odległość  kilku 

metrów. 

- No! - odetchnąłem z udawaną ulgą. - Nareszcie pana dogoniłem... Muszę przyznać, Ŝe tęgi z 

pana wioślarz - uśmiechnąłem się. - Ma pan krzepę jak gondolier z Wenecji. 

Na dnie pontonu, koło moich nóg, Teo i Lopek skręcali się ze śmiechu. 
-  Panie  Tomaszu...  Mówiłem  przecieŜ,  Ŝe  zaginięcie  ojca  to  mój  problem  -  odpowiedziała 

Anka oglądając pęcherze, które się jej porobiły na dłoniach od wiosłowania. 

-  Jasne!  -  przytaknąłem  siląc  się  na  powagę.  -  Pozwoli  pan  jednak,  Ŝe  skoro  juŜ  tu  jestem, 

popłyniemy dalej razem - spojrzałem w błękitne oczy Anki. - Będzie raźniej i bezpieczniej. 

- AleŜ pan się uwziął z tą swoją pomocą - pokręciła głową dziewczyna udająca Tytusa. 
Natychmiast  błysnąłem  wszystkimi  zębami  w  szczerym  uśmiechu  radości  i  przezornie 

zapytałem: - Czy oznacza to, Ŝe pan zgadza się na mój udział w tej interesującej wyprawie w stronę 
Biebrzy? 

Anka przytaknęła głową, uśmiechnęła się i zapytała: - A mam inne wyjście? 
- Panie Tytusie! - uśmiechnąłem się tajemniczo do Anki. - JeŜeli pan się dobrze rozejrzy, to 

inne wyjście samo się znajdzie. 

- Co pan powie? - dziewczyna podejrzliwie spojrzała na nasz krzywo zanurzony ponton. 
Wtedy przypomniałem sobie starą zabawę w ciepło-zimno: - Ciepło, ciepło... 
-  Nie  mam  czasu  na  zabawy  -  zniecierpliwiona  Anka  machnęła  ręką  chwyciła  wiosło, 

odwróciła się do mnie plecami i zaczęła energicznie wiosłować. 

- Zimno, zimno! Coraz zimniej! - krzyknąłem za nią. 
Nie obejrzała się. 
Dałem sygnał Teo i Lopkowi. Obaj natychmiast usiedli i chwycili wiosła. 
ZłoŜyłem dłonie w tubę i ryknąłem: - Paaanie Tytuuusieee! Czy pan zapomniał juŜ o naukach 

płynących z bajki o Czerwonym Kaptuuurkuuu?! 

Nie zareagowała. Płynęła coraz szybciej przed siebie. 
Zadowolony  z  kawału  wyobraziłem  sobie  zaskoczenie  Anki  na  widok  ojca.  Musiałem  to 

zobaczyć... Wstałem, wyprostowałem się dumnie, przyłoŜyłem do ust tubę ułoŜoną z dłoni, głęboko 
w  płuca  nabrałem  powietrza  i  uniosłem  twarz  do  góry,  by  ponownie  zaryczeć  jak  jeleń.  W  tym 
momencie  nasz  ponton  zachwiał  się  i  wykonał  gwałtownie  pół  obrotu.  Wytrącony  z  niepewnej 
równowagi  wykonałem  kilka  przedziwnych,  odruchowych  wygibasów  i  wyleciałem  w  powietrze. 
Ułamek  sekundy  później  rozległ  się  głośny  plusk  oznajmiający  wszem  i  wobec,  Ŝe  właśnie 

background image

 

12 

wpadłem do wody. 

Po  chwili  siedzieliśmy  we  czworo  na  brzegu  rzeki.  Rechotaliśmy  radośnie  z  mojej  kąpieli  i 

wzajemnego, szczęśliwego odnalezienia się. 

Anka  rozpoznała  mnie  zaraz  po  moim  wejściu  do  zajazdu  pod  ŁomŜą.  Ucieszyła  się,  gdy 

podszedłem  do  jej  stolika,  bo  takie  nieoczekiwane  spotkania  zdarzają  się bardzo  rzadko.  Niestety, 
jej wygląd wprowadził mnie w błąd. 

Panie  Tomaszu  -  uśmiechnęła  się  przepraszająco  córka  Teodora.  -  Gdy  podróŜuję  sama, 

staram  się  wyglądać  jak  młody  męŜczyzna.  Dzięki  temu  czuję  się  bezpieczniej  i  nikt  mnie  nie 
zaczepia. 

- Muszę przyznać, Ŝe dałem się nabrać - wyŜymając mokrą koszulę wtrąciłem pochwałę. 
- ZauwaŜyłam to - spojrzała na mnie znad okularów. - Na pana widok zupełnie zapomniałam, 

kogo udaję. Przez moment poczułam się nawet uraŜona, Ŝe zostałam potraktowana jak męŜczyzna. 

- To właśnie wówczas pani powiedziała, Ŝebym się nie rozglądał „jak ludoŜerca za kawałkiem 

mięsa”? - zapytałem. 

- Tak! - przytaknęła. - Miałam nawet ochotę wyjść do toalety i przywrócić sobie cokolwiek z 

kobiecego  wyglądu.  Pomyślałam  jednak,  Ŝe  szkoda  czasu.  Wolałam  zostać  i  porozmawiać  z 
człowiekiem,  o  którego  spotkaniu  gdzieś  pod  ŁomŜą  czy  gdziekolwiek,  nawet  nie  marzyłam. 
Wiem, Ŝe głupszego początku znajomości być nie mogło... 

- Tomaszu! - odezwał się Teo przenosząc wzrok z córki na mnie. - A kim ty właściwie jesteś, 

Ŝ

e ona z tobą tak rozmawia? 

Machnąłem ręką z zupełnym lekcewaŜeniem dla własnej osoby. 
- Tato! Nie rozpoznałeś? - zdziwiła się Anka. - To jest Pan Samochodzik. 
- PowaŜnie? - siwe, krzaczaste brwi  Lopka poszły  w  górę. - Czy  głośne  ostatnio w mediach 

wyjaśnienie tajemnicy talizmanu Galindów to twoja robota? 

- Nie tylko moja... - zaprzeczyłem zgodnie z prawdą. - Uczestniczyło w tym wiele osób. Swój 

udział w tym zdarzeniu mają równieŜ harcerze, których poznaliście. 

- To spadłeś nam z nieba, bratku! - ucieszył się Teo. 
- Nigdy wcześniej nie spadałem z takiej wysokości! - zaŜartowałem. - Ale cieszę się, Ŝe nie 

był to upadek bolesny... I Ŝe jestem wam potrzebny - dodałem wyŜymając wodę ze zdjętych spodni 
i skarpetek. 

- I to bardzo! - oŜywił się Teo. - Bo widzisz... 
- Gdyby nie twoja obecność - wtrącił się pośpiesznie Lopek - nie odnaleźlibyśmy tak szybko 

Anki. 

Miałem  wraŜenie,  Ŝe  przed  chwilą  Teo  chciał  mi  powiedzieć  o  czymś,  co  Lopek  wolałby 

zachować w tajemnicy przede mną. „Ich problem” - pomyślałem wylewając wodę z butów. „KaŜdy 
człowiek ma jakieś tajemnice... Ma teŜ prawo do ich skrywania.” Przypomniałem sobie jednak, Ŝe 
w  zajeździe  Anka  wspominała  ogólnie  o  przyczynie  wyjazdu  ojca  nad  Biebrzę.  Mówiła  o 
wygrzebaniu  czegoś,  co  spowodowało  wyprawę.  Obaj  spędzili  dwie  doby  na  bagnach.  Gdyby 
znaleźli to, czego tam szukali, nie byłbym im potrzebny... „Do czego oni mnie mogą potrzebować?” 
- zastanowiłem się przez moment. „E!... Przyjdzie czas, Ŝe sami powiedzą”. 

W tym momencie rozległ się dzwonek mojej komórki. Przeprosiłem obecnych. 
Dzwonił Bolek. 
- Tomaszu! Znów trafiliśmy na coś pod ziemią! - wykrzyknął podekscytowany. 
- Co to takiego? 

background image

 

13 

- Nie wiem! Jest pod ziemią! Nie pozwoliłem kopać, Ŝeby nie spowodować Ŝadnych zmian w 

stratygrafii lub uszkodzenia znaleziska. 

- Masz za to ode mnie pochwałę z wpisem do kroniki obozu - zaŜartowałem. 
- Ku chwale ojczyzny! - przyjął pochwałę Bolek. - A co z córką Teodora? 
-  Cała  i  zdrowa!  Przypuszczam,  Ŝe  w  dobrym  humorze  -  zameldowałem.  -  Zaraz 

rozpoczynamy  powrót  do  bazy...  Muszę  tylko  wbić  się  w  mokre  ubranko  -  dodałem  wkładając 
wilgotną koszulę. 

- Baza czeka! śyczę słabego nurtu rzeki, bo teraz popłyniecie pod prąd... W dawnym korycie 

rzeki  Ełk  pewnie  poradzicie  sobie...  Ale  właściwym  korytem  Jegrzni?  To  będzie  trudne...  A 
dlaczego masz mokre ubranko? 

- Bo jeszcze nie wyschło - wcisnąłem prawą nogę do wilgotnej lewej nogawki. 
- Aha! - zaskoczony odpowiedzią Bolek pomilczał przez chwilę. - CzyŜbym się domyślał, co 

ci się przytrafiło? 

-  Tak!  Właśnie  to  mi  się  przytrafiło  -  przytaknąłem  zapinając  spodnie  i  rozglądając  się  za 

skarpetkami, które gdzieś mi się zapodziały. 

- Aha! To czuwaj! 
Bolek się rozłączył. 
Spojrzałem  na  Teodora,  Lopka  i  Ankę:  -  Słuchajcie,  moi  drodzy,  miło  się  gawędzi...  Ale 

przed  chwilą  dowiedziałem  się,  Ŝe  harcerze  znaleźli  coś  pod  ziemią.  I  czekają  na  mnie  z 
odkopaniem tego... 

 
Ruszyliśmy pod prąd. Lopek popłynął z Anką, ja z Teo. 
Obaj wiosłowaliśmy z jednakowym brakiem wprawy w sterowaniu pontonem. Płynęliśmy od 

brzegu  do  brzegu,  niekiedy  przodem,  częściej  tyłem  lub  bokiem.  Takie  same  harce  i  pląsy  na 
wodzie wyprawiali przed nami Anka i Lopek. 

-  Byle  do  przodu!  -  wysapałem  po  kwadransie  zmagań  z  niesforną  rzeką  gdy  ponton 

zakończył  następny  obrót  wokół  własnej  osi  i  po  raz  kolejny  ustawił  się  tyłem  do  kierunku,  w 
którym zmierzaliśmy. 

-  Nawet  tyłem!  -  odsapnął  Teo  przekręcając  się  przodem  do  tyłu  pontonu,  który  właśnie 

przestał być rufą, bo po obrocie stał się dziobem. 

- Łatwiej obrócić siebie niŜ tę nadmuchaną galerę. 
- Masz rację! - wykrzyknąłem. 
Tak więc, bez tracenia siły na przekręcanie pontonu, popłynęliśmy; tyłem do przodu w stronę 

obozowiska, czyli na północ. Manewr ten powtarzaliśmy później wielokrotnie. 

Staraliśmy  się  ze  wszystkich  sił  płynąć  do  przodu,  pod  prąd,  ale  podczas  kaŜdego  obrotu 

płynęliśmy z prądem do tyłu. Im dłuŜej trwał obrót niesfornego pontonu, tym bardziej oddalaliśmy 
się  od  celu,  do  którego  zmierzaliśmy.  A  zmierzaliśmy  do  obozowiska.  Przynajmniej  teoretycznie. 
Praktycznie cofaliśmy się w stronę ujścia dawnego, zajętego juŜ tylko przez Jegrznię, koryta Ełku 
do Biebrzy. 

- Co jest? - zdenerwował się Ŝartobliwie Teo. - Czy ta rzeka nie wie, Ŝe człowiek juŜ dawno 

okiełznał Ŝywioły potęŜniejsze od niej? 

- Wygląda na to, Ŝe nie wie! - zaśmiałem się. - Musimy ją pokonać sposobem. 
-  TeŜ  juŜ  nad  tym  rozmyślałem...  Najprościej  byłoby  wyjść  na  brzeg  i  dalej  udać  się  lądem. 

Ale wychodząc na brzeg przegralibyśmy walkowerem pojedynek z rzeką - zauwaŜył Teo. 

background image

 

14 

-  OtóŜ  to!  -  przyznałem  rację.  -  PokaŜmy  więc  rzece,  Ŝe  panujemy  nad  nią  bo  potrafimy 

myśleć! 

- I wiosłujmy! 
Ostatnia  uwaga  Teodora  była  bardzo  trafna,  gdyŜ  rozmawiając  zapomnieliśmy  obaj  o 

wiosłowaniu, zdając się na łaskę i niełaskę nurtu. 

Zamachaliśmy nieskładnie wiosłami. Ponton zawirował wokół własnej osi i ustawił się tyłem 

do  przodu.  Przesiedliśmy  się  twarzami  pod  prąd.  Bezmyślna  rzeka  panowała  nad  nami 
niepodzielnie. 

-  Myślę,  Ŝe  powinniśmy  zmniejszyć  liczbę  obrotów  pontonu  lub  skrócić  czas  ich  trwania  - 

zauwaŜyłem.  -  Wówczas  stawimy  skuteczny  opór  znoszeniu  nas  przez  nurt  w  dół  i  zaczniemy 
posuwać się w górę rzeki. 

- TeŜ tak myślę - przytaknął zasapany Teo 
- Masz wspaniałą córkę - wystękałem mocując się z wiosłem, wodą i brakiem sił. 
Teo uśmiechnął się: 
-  Była  i  jest  niezwykła...  Wcześnie  zrezygnowała  ze  smoczka.  Wypluła  go  juŜ  pierwszego 

dnia. Osiem razy spadła  z drzewa. Połowa tych upadków zakończyła się  gipsem. Gdy miała kilka 
lat,  nauczyła  się  czytać.  ZauwaŜyliśmy  to  dopiero,  gdy  przestała  łazić  po  drzewach  i  zaczęła 
szperać  po  domowej  bibliotece...  Licho  wie,  co  do  tego  momentu  przeczytała.  Wówczas  z  Edytą, 
matką  Anki  a  moją  Ŝoną,  sprawiliśmy  księgozbiór  odpowiedni  do  jej  wieku.  Przełknęła  migiem 
klasykę  dziecięcą  i  młodzieŜową...  I  powróciła  do  naszego  księgozbioru,  bo  jej  zdaniem  był 
ciekawszy.  Ściągała  ksiąŜki  nawet  z  najwyŜszych  półek,  gdzie  chowaliśmy  przed  nią  publikacje 
przeznaczone  tylko  dla  dorosłych...  ZauwaŜyliśmy  to,  gdy  spadła  na  podłogę  wraz  z  ksiąŜkami  i 
regałem... Wcześnie, dzięki Edycie, poznała francuski, język rodzinny swojej matki. Teraz zna teŜ 
rosyjski,  angielski  i  niemiecki.  Baliśmy  się,  Ŝe  wyrośnie  na  niedołęŜnego  mola  ksiąŜkowego, 

Ŝ

yciową niedorajdę, intelektualistkę od siedmiu boleści. Zostało w niej i rozwinęło się coś z czasów 

łaŜenia  po  drzewach,  dziecięcej  rywalizacji  z  chłopcami,  krótkich  portek,  poobijanych  kolan, 
poocieranych  łokci  i  połamanych  kości.  Nie  potrafię  tego  zrozumieć  i  określić  -  Teo  przerwał 
wiosłowanie  i  spojrzał  na  mnie.  -  Wyobraź  sobie,  Ŝe  bez  wiedzy  rodziców  Anka  trenowała  z 
chłopakami piłkę noŜną i boks... Podobno była niezła... Przestała, gdy trenerzy połapali się, Ŝe jest 
dziewczyną.  Wówczas  zajęła  się  akrobatyką  sportową  i  kolarstwem.  Grała  wyczynowo  w  tenisa 
stołowego i brydŜa... 

- Jest tłumaczem literatury francuskiej? 
Teo  zaprzeczył  ruchem  głowy:  -  Ukończyła  studia  filozoficzne.  Jest  więc  filozofem...  Ale, 

rzeczywiście,  tłumaczyła.  JuŜ  w  czasie  studiów  przełoŜyła  parę  współczesnych  powieści 
francuskich. Później przekładała teŜ literaturę polską na francuski. 

- A teraz? 
- Utrzymuje się z własnej twórczości literackiej. Czasem coś jeszcze przekłada... 
- A co z filozofią? 
-  Anka  Ŝartuje,  Ŝe  ze  studiów  wyniosła  filozoficzny  stosunek  do  Ŝycia|  i  dyplom,  który  nie 

zapewnił jej godziwej pracy - zmęczony Teo otarł rękawem pot z czoła. - W rzeczywistości jednak, 
jako  wyróŜniająca  się  studentka,  otrzymała  propozycję  pracy  na  uczelni...  Po  roku  zrezygnowała, 
bo irytowały ją panujące tam stosunki międzyludzkie... A z czego ma Ŝyć filozof, jeŜeli nie pracuje 
na uczelni? 

Zniesiony w lewo do brzegu ponton zawirował kilka razy wokół własnej osi i stanął tyłem do 

background image

 

15 

przodu, burta w burtę z łodzią pontonową Lopka i Anki. 

Z przeciwległego brzegu, do dawnego koryta rzeki Ełk wlewała swoją wodę wartka Jegrznia, 

która dalej teŜ była Jegrznią. 

- Witamy w cichej przystani! - zaśmiał się Lopek. - Nas teŜ tu zniosło. 
- Dwa pontony razem to juŜ flotylla! - wykrzyknąłem dziarsko do Lopka i Anki. - Co wy tu 

robicie? 

- Siedzimy sobie i myślimy - zaśmiała się Anka. 
-  Co  cztery  głowy,  to  nie  dwie  -  odkładając  wiosło  odezwał  się  Teo.  -  Posiedźmy  zatem  i 

pomyślmy razem. 

- Tą częścią Jegrzni pod prąd nie damy rady - zauwaŜyła powaŜnie Anka. - Jest zbyt silny... 

Powinniśmy dopłynąć do drugiego brzegu starego koryta Ełku... 

- I dalej pieszo, skokami z kępy na kępę, w stronę Rajgrodu - zaŜartowałem. 
-  Przerabialiśmy  to  juŜ  dzisiaj  z  Lopkiem  -  zmartwił  się  Teo  na  myśl  o  ponownym 

wędrowaniu trzęsawiskiem. - Ale daliśmy radę bez problemu - dodał optymistycznie. 

- Bo nie byliśmy obciąŜeni pontonami-dorzucił Leopold. 
Spojrzałem na Teodora, Ankę i Lopka: - Moi drodzy!... Pokonaliśmy juŜ to, co pozostało po 

większej rzece, pokazując jej, Ŝe tym światem rządzi człowiek... 

-  Nie  chcesz  chyba  przez  to  powiedzieć,  Ŝe  teraz  zabierzemy  się  do  pokonywania  tej 

mniejszej,  rwącej,  jak  sto  diabłów,  do  koryta  po  większej?  -  robiąc  oko  do  Lopka  udał 
zaniepokojenie Teo. 

- Skoro pokonaliśmy stare koryto po większej, to jaką satysfakcję j moŜe nam dać pokonanie 

koryta mniejszej? - zapytałem retorycznie. - Oznacza to, Ŝe nadszedł czas naszego powrotu na ląd, 
czyli do środowiska przypisanego człowiekowi przez naturę. 

- Słusznie! Wszystkie egzemplarze gatunku ludzkiego czują się najpewniej, gdy mają twardy 

grunt pod nogami - dorzucił Teo. 

Nasze rozwaŜania przerwało nagle wodniackie zawołanie: - Ahoj! 
Rozejrzeliśmy się. 
Na  brzegu,  od  którego  oddzielało  naszą  pontonową  flotyllę  dawne  koryto  rzeki  Ełk, 

wypełnione Jegrznią, pojawiła się grupka rozbawionych harcerzy z brodatym Bolkiem na czele. 

- No! Co się tak gapicie? - śmiejąc się ryknął Bolek. - Przybyliśmy z odsieczą! 
-  Witamy!  -  odkrzyknął  Lopek.  I  dodał  jednym  tchem  wskazując  ruchem  głowy  rzekę:  - 

Ś

wietnie  sobie  radzimy  z  tym  Ŝywiołem!...  Został  juŜ  przez  nas  całkowicie  poskromiony.  Teraz 

czekamy, aŜ odpocznie i nabierze sił do dalszej walki z nami! 

- To widać! - rzucając w naszym kierunku długą linę zaśmiał się Bolek. - Łapcie cumę! 
Po kilku nieudanych rzutach, złapaliśmy wreszcie zbawienną linę. 
Holowanie nas do drugiego brzegu odbyło się szybko i sprawnie. 
Kwadrans później zatrzymaliśmy się na łączce koło obozu, przy wbitym w ziemię śledziu. 
Dopiero  teraz  poczułem  w  nogach  długą  drogę  przebytą  pieszo  od  rzeki  Ełk.  Teo  i  Lopek 

opadli  na  trawę  obok  mnie.  Harcerze  rzucili  się  do  kopania,  zaczynając  od  równego  wykrojenia  i 
zdjęcia darni. 

-  Zaraz,  zaraz!...  -  krzyknąłem  powstrzymując  ich  uniesioną  dłonią.  -  Wyszukajcie  śledziem 

miejsce  tuŜ  obok,  gdzie  nie  ma  nic  twardego  podziemia.  I  dopiero  tam,  bez  pośpiechu,  kopcie 
równo  w  stronę  znaleziska...  Unikniemy  w  ten  sposób  uszkodzenia  tego,  co  chcemy  odkryć. 
Zachowamy teŜ w naleŜytym porządku, nad i pod tym czymś, warstwy stratygraficzne gruntu, które 

background image

 

16 

mogą  być  bardzo  przydatne  przy  próbie  datowania  obiektu...  Aha!  Nie  odkopujcie  całego 
przedmiotu.  MoŜe  być  czymś,  co  powinno  pozostać  w  ziemi  do  przybycia  archeologa  lub 
paleontologa... Odkryjecie część, to zobaczymy, jak postąpić dalej. 

-  Jasne!  -  odkrzyknął  Sokole  Oko,  nakłuwając  śledziem  ziemię  wokół  śledzia  wbitego  nad 

znaleziskiem. - Tu moŜna kopać. 

Pstryknąłem  zdjęcie  harcerzom,  którzy  rozpoczęli  właśnie  ostroŜne  wydłubywanie  ziemi 

saperkami.  Obiektyw  aparatu  zwróciłem  w  stronę  Teodora,  Lopka  i  Anki.  Tworzyli  malowniczą 
grupkę,  lekko  kontrastującą  kolorystycznie  z  intensywnie  zielonym  kobiercem  trawy, 
poprztykanym Ŝółtymi kwiatami. Niestety, zajęci byli rozmową i siedzieli tak, Ŝe nie widziałem ich 
twarzy. 

-  Domyśliłem  się  od  razu,  Ŝe  dziobnąłem  śledziem  w  coś,  co  nie  moŜe  być  kamieniem  ani 

metalem - ucieszył się nagle Wiewiórka. 

- I dobrze, Ŝe tego czegoś nie próbowałeś sam odkopać - pochyliłem się nad dołem, z którego 

północnej  ściany  sterczał  duŜy,  wyraźnie  obrobiony  ręką  ludzką  fragment  poroŜa  łosia.  -  W 
archeologii waŜne jest szczegółowe zbadanie i opisanie miejsca, w którym zachowały się artefakty. 

- Arte...? - Sokole Oko wytrzeszczył pytająco oczy. 
- Artefakty, czyli odkopane obiekty, przedmioty... - wyjaśniłem! pstrykając następne zdjęcie. 
- Takie duŜe poroŜe miał pewnie jakiś stary, wyrośnięty łoś - trafnie zauwaŜył Wilhelm Tell. 
-  Z  pewnością...  -  odpowiedziałem  wyciskając  numer  komórki  Pawła.  -  Zasypcie  teraz  dół  i 

ułóŜcie darń - zwróciłem się do harcerzy. 

- A co z rogiem? 
- Zostaje tam, gdzie go odkryliście, pod ziemią. 
- Jasne! - odpowiedział Sokole Oko. Harcerze zaczęli zasypywać dół. 
-  Czołem,  szefie!  -  usłyszałem  głos  Pawła,  który  nareszcie  odebrał  telefon.  -  Co  nowego  w 

krainie Jaćwingów? 

-  Nowego?  -  odpowiedziałem  pytaniem  na  pytanie.  -  JeŜeli  zachowany  pod  ziemią  duŜy 

kawał  poroŜa  łosia,  ze  śladami  uŜytkowania  go  kiedyś  przez  ludzi,  jest  czymś  nowym,  to  mamy 
prawdopodobnie  coś  nowego  sprzed  kilkunastu  tysięcy  lat!  -  dokończyłem  przyglądając  się 
niespokojnie skłębionym, ciemniejącym nad nami chmurom. 

- A co z głazami? 
-  LeŜą  pod  ziemią  jak  wryte  i  milczą  -  mruknąłem  zaniepokojony  coraz  bardziej 

złowieszczym wyglądem chmur wiszących nad moją głową. - Trzeba będzie nad nimi popracować. 
MoŜe przemówią... 

- Domyślam się, Ŝe jutro mam się zameldować u szefa przy rogu łosia... 
- Z naszym archeologiem... - przerwałem pośpiesznie Pawłowi, bo w chmurach ostrzegawczo 

zamigotało bladym światłem, groźnie zamruczało i zadudniło. 

- Co się stało? - zaniepokoił się Paweł. 
- Zebrało się na burzę! Muszę wiać za harcerzami i gośćmi ze Śląska pod namiot! A była taka 

piękna pogoda... Cześć! Wyłączam komórkę... 

„Nie  chcę  się  stać  piorunochronem!”  -  pomyślałem  biegnąc  ostatni  w  stronę  najbliŜszego 

namiotu. 

Nagle  otoczyła  mnie  przeraźliwie  jasna  poświata.  Zamknąłem  oczy  i  straciłem  grunt  pod 

stopami. Poczułem mrowienie i poszybowałem. 

 

background image

 

17 

-  Na  piorunochron  to  ty  się  nie  nadajesz  -  usłyszałem  znajomy  głos,  dobiegający  z  głębi 

tunelu, którym mknąłem bezwładnie w stronę jasnego wylotu. „To Bolek? Gdzie on jest?” Wokół 
mnie  roiło  się  od  dawno  niewidzianych  krewnych  i  znajomych.  ZauwaŜyli  mnie.  Niektórych 
ucieszył mój widok. Pozdrawiali mnie gestami. Słyszałem, Ŝe mówią coś do mnie, chociaŜ ich usta 
były  zamknięte.  Chciałem  z  nimi  pogadać,  ale  głos  uwiązł  mi  w  gardle,  bo  w  tunelu  brakowało 
powietrza.  „Czym  oni  tu  oddychają?”  -  pomyślałem.  Instynktownie  czułem,  Ŝe  muszę  wytrzymać 
bez oddechu drogę do coraz bliŜszego i jaśniejszego wylotu. „Dam  radę! Tam łyknę powietrza...” 
Gdy  wreszcie  odetchnąłem  pełną  piersią,  zamiast  spodziewanej  jasności  otoczyła  mnie  absolutna 
ciemność. Gdzie się podział ten wylot? I dlaczego nie mogę poruszyć głową, Ŝeby się rozejrzeć? - 
zdenerwowałem  się.  Raptem  poczułem  przejmujący  chłód  towarzyszący  mojemu  spadaniu  w 
bezdenną czeluść. Spadałem coraz szybciej i szybciej. Głęboko, na zapas, wciągnąłem powietrze w 
płuca. „Kto wie, czy tam dalej będzie czym oddychać.” Oblał mnie zimny pot. Zacząłem dygotać... 

- Nareszcie oddycha - ponownie usłyszałem znajomy głos. 
Otworzyłem ostroŜnie jedno oko. 
- Patrzy! - ucieszył się inny znajomy, młodszy głos. 
LeŜałem  na  plecach.  Na  tle  ołowianych,  przesuwających  się  leniwie  chmur  tuz  przy  mojej 

twarzy zamajaczyła niewyraźna, zatroskana twarz Bolka. Wokół niej pojawił się raptem zamazany 
krąg złoŜony z głów i ramion harcerzy. 

Zamknąłem oko. „Co się dzieje” - pomyślałem. 
Łąka pod moimi plecami zaczęła kołysać mnie do błogiego snu. Wróciłem do tunelu. 
-  Nie  usypiaj!  -  usłyszałem  głos  Bolka  i  poczułem  delikatne,  po  chwili  silniejsze  i  w  końcu 

mocne klepnięcia czyjejś dłoni na swoich policzkach. 

Wziąłem głęboki oddech i z trudem wykrztusiłem: - Nie usypiam... 
- Jak się nazywasz? - pośpiesznie podtrzymał rozmowę Bolek. 
Wiedziałem,  jak  się  nazywam.  Miałem  to  na  końcu  języka...  Ale  nie  mogłem  sobie 

przypomnieć. Widocznie moja pamięć zajęta była porządkowaniem swoich zasobów i potrzebowała 
na to trochę czasu. Otworzyłem oczy. 

-  Czy  mogę  prosić...  -  rozejrzałem  się  po  znajomych,  zaniepokojonych  twarzach  -  o 

trudniejsze pytanie? - zaŜartowałem szczerząc się w wysilonym uśmiechu. 

Rozległ się chóralny, radosny śmiech. 
- To było najtrudniejsze pytanie z zestawu pierwszego - odezwał się łagodnie Lopek. - Mamy 

jeszcze zestawy... 

Nie dosłyszałem końca zdania, bo łąka znów zaczęła mnie kołysać. 
- Co z tymi zestawami? - zapytałem zamykając oczy i unosząc się na trawie jak na latającym 

dywanie. 

Otworzyłem szeroko oczy i rozejrzałem się. Ktoś załoŜył mi wytarte okulary na nos. 
LeŜałem w trawie: - Co się stało? 
-  Byliśmy  juŜ  w  namiotach  -  odezwał  się  spokojnie  Teo.  -  Nagle  błysnęło,  trzasnęło  gdzieś 

bardzo blisko i lunęło. Wyjrzałem. I zobaczyłem, Ŝe leŜysz nieruchomo na łące... 

- Straciłeś przytomność i nie oddychałeś - wtrącił się Lopek. - Ale serduszko kołatało ci jak 

młoteczek. Gdy wzywałem pogotowie, Bolek pompował powietrze z własnych płuc w twoje... 

- Dzięki - uśmiechnąłem się w stronę Bolka. 
- Drobiazg! - Bolek machnął lekcewaŜąco ręką. - Grunt, Ŝe reanimka się udała... Musiała się 

udać,  bo  na  co  dzień  jestem  konowałem.  Odleciałeś  zaledwie  na  dwadzieścia,  moŜe  trzydzieści 

background image

 

18 

sekund z przerwami... Wstawaj! 

Przez rzednące chmury przebiło się słońce. 
 
Siedziałem juŜ w namiocie druha komendanta, popijałem gorącą kawę i czułem się zupełnie 

nieźle, gdy przyjechała karetka pogotowia. 

-  To  w  pana  strzelił  ten  piorun?  -  uśmiechnięty  lekarz  spojrzał  uwaŜnie  na  roztrzepaną 

czuprynę i poczochraną brodę zgrzanego, mokrego Bolka który wyszedł właśnie na jego powitanie. 

- Nie we mnie. Pacjent odpoczywa w moim namiocie. 
Zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia: - Piorun? 
- Prawdopodobnie - odezwała się półgłosem Anka. 
- Czuję się świetnie... 
Przerwałem, bo do namiotu wszedł lekarz w towarzystwie Bolka. Rozejrzał się po obecnych i 

szybko podszedł do Lopka, który natychmiast wskazał mnie. 

-  To  ja  jestem  pacjentem  podejrzanym  o  wystawienie  się  piorunowi  na  odstrzał  - 

uśmiechnąłem się do lekarza. - Ale to tylko spekulacja, bo nikt nie widział trafienia. Poza tym nie 
jestem  przypalony  lub  podpieczony,  nie  dymię  i  nie  iskrzę  -  rozweseliłem  towarzystwo.  -  A 
pęcherze - pokazałem rozpostarte dłonie - pochodzą od wioseł. 

Wspierany przez Bolka, Lopka, Teodora i Ankę opowiedziałem krótko, co się wydarzyło. 
W  tym  czasie,  spoglądając  dyskretnie  w  stronę  Lopka,  lekarz  badał  mi  ciśnienie  i  tętno, 

przesłuchując  przy  okazji  moje  wnętrze  przez  stetoskop.  Gdy  skończył,  spojrzał  na  mnie  z 
niedowierzaniem:  -  Wszystko  w  normie  -  zdziwiony  pokręcił  głową  i  przyjrzał  się  uwaŜnie 
Lopkowi. 

Odetchnąłem z ulgą. Nie chciałem wylądować w szpitalu. 
-  Mimo  to  trzeba  pana  zbadać  dokładniej,  zrobić  wyniki  i  poobserwować  -  dodał  lekarz.  - 

Zapraszam na szybką przejaŜdŜkę do szpitala w Augustowie... 

- Panie doktorze... - wyciągając rękę w stronę wstającego lekarza wymamrotał Lopek i osunął 

się bezwładnie na polowe łóŜko. 

 
Po niespełna trzydziestu minutach poszukiwacz przygód z Wrocławia grzał szpitalne łóŜko w 

Augustowie. 

Okazało się, Ŝe wygląd Lopka zaniepokoił lekarza zaraz po jego wejściu do namiotu. Dlatego 

podszedł  od  razu  do  niego.  Musiał  jednak  zbadać  pacjenta,  do  którego  został  wezwany. 
Dowiedziałem się później, Ŝe wezwaniem karetki pogotowia do mnie Lopek ocalił własne Ŝycie, bo 
dzięki temu w porę otrzymał pomoc medyczną i trafił do szpitala. 

„Ciekawe,  czy  Teo  zdradzi  mi  teraz  tajemnicę,  w  której  ujawnieniu  przeszkodził  mu  jego 

przyjaciel” - pomyślałem Ŝegnając się z Lopkiem. „Trzeba będzie nad tym trochę popracować.” 

Po  wyjściu  ze  szpitala  Bolek,  Teo  i  Anka  pomknęli  samochodem  do  obozu.  Ja  zabawiłem 

trochę w letniskowym Augustowie. 

Z tłumu turystów i wczasowiczów wyławiałem znajomych, którzy przyjechali tu, jak co roku, 

by  się  trochę  pobyczyć  w  zdrowym  otoczeniu  Puszczy  Augustowskiej  i  w  słońcu  nad  czystymi, 
malowniczymi jeziorami Necko, Białe i Sajne. 

Wyłowiłem  teŜ  panią  Kasię,  kelnerkę  z  zajazdu,  w  którym  poznałem  Tytusa,  czyli  Ankę.  Z 

radosnym uśmiechem ukłoniłem się jak starej znajomej. 

- Co nowego u Czerwonego Kapturka, pani Kasiu? 

background image

 

19 

-  Właśnie  znalazł  pana  -  rozpromieniona  dziewczyna  zdmuchnęła  z  czoła  długi  kosmyk 

włosów koloru młodej marchewki. 

Zdziwiłem się, bo jej odpowiedź zaskoczyła mnie zupełnie. 
- Pani mnie szukała? 
- Jak pan to odgadł? - zaśmiała się Kasia. 
- śeby znaleźć, trzeba szukać - odpowiedziałem Ŝartem na Ŝart. 
Skręciliśmy do kawiarnianego ogródka, gdzie przyjmująca zamówienie kelnerka, zapewne w 

dobrej wierze, sprawiła mi komplement i przykrość zarazem. 

-  Masz  uroczego,  przesympatycznego  dziadka,  dziecinko  -  powiedziała  do  pani  Kasi 

uśmiechając się ciepło do mnie. 

-  Pani  jest  teŜ  przesympatyczna  i  urocza  -  z  refleksem  odpowiedziała  uprzejmie  dziecinka, 

spiekła raka i zamówiła lody z bakaliami. 

Pani  Kasia  studiowała  dziennikarstwo.  Podczas  wakacji  pomagała  rodzicom  w  prowadzeniu 

ich  zajazdu,  połoŜonego  na  ruchliwym  latem  szlaku  turystycznym  Warszawa-Augustów. 
Rozpoznała  mnie.  Szybko  zauwaŜyła,  Ŝe  młody  męŜczyzna,  z  którym  rozmawiałem  przy  stoliku, 
męŜczyzną nie jest. Widziała, Ŝe pojechałem w stronę Augustowa. 

- Myślałam juŜ, Ŝe pana nie odszukam - powiedziała wyjmując z torebki szarą kopertę. - Ale 

uparłam się i miałam szczęście. 

-  Upartym  sprzyjają  nawet  najdziwniejsze  zbiegi  okoliczności  -  rzuciłem  złotą  myśl 

wydumaną na poczekaniu. 

Spojrzała z zaciekawieniem w moje oczy. 
- To znaczy? 
- Nie spotkalibyśmy się w tym miejscu, gdyby dziś nie przydarzyła mi się cała seria dziwnych 

zbiegów  okoliczności,  zakończonych  przed  godziną  uderzeniem  pioruna  pod  Rajgrodem  i 
zasłabnięciem  znajomego,  który  na  swoje  szczęście  wezwał  do  mnie  z  Augustowa  karetkę 
pogotowia. Dzięki temu otrzymał natychmiastową pomoc medyczną i szybko trafił tu do szpitala. 

- Nie chwytam sensu - zmartwiła się pani Kasia. - Pana znajomy wezwał pogotowie do pana i 

sam wylądował w szpitalu? 

- Tak... 
- A panu pomoc medyczna była niepotrzebna? 
- Nie było powodu! Mnie tylko piorun trzasnął... 
Dziewczyna popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, a moŜe z czym innym w oczach. 
- śartowałem! Po prostu jestem odporny na lekarzy - roześmiałem się. 
- Zupełnie jak mój dziadek - ucieszyła się pani Kasia. 
- Z Wileńszczyzny? 
Zaprzeczyła ruchem głowy: 
- Z Suwałk. 
- A skąd się wziął w Suwałkach? 
- Po wojnie został repatriowany z Wileńszczyzny. 
Nie  wypuszczając  z  ręki  tajemniczej  szarej  koperty  pani  Kasia  usadowiła  się  wygodniej  w 

krześle. 

-  Podczas  tej  burzy  przejeŜdŜałam  szosą  koło  jakiegoś  obozu  harcerskiego  pod  Rajgrodem. 

Nagie lunęła ulewa. Harcerze uciekli do namiotów. Został tylko siwowłosy męŜczyzna z komórką 
przy uchu... 

background image

 

20 

- Przepraszam! - wciąłem się grzecznie. - To byłem ja. 
- Tak mi się wydawało, ale nie byłam pewna. W zajeździe miał pan zupełnie inną fryzurę. 
- Oczywiście! - zaśmiałem się. - Pod Rajgrodem widziała mnie pani z włosami przyklejonymi 

gładko do głowy. 

-  Aha!  -  pani  Kasia  poprawiła  się  w  krześle.  -  Po  chwili  usłyszałam  głośny  trzask  i 

zobaczyłam  wijącą  się  błyskawicę.  Mknęła  gdzieś  w  stronę  tego  męŜczyzny.  Nie  widziałam  w  co 
trafiła, bo minęłam juŜ obóz i jechałam w stronę Augustowa odszukać Pana Samochodzika. 

Pani Kasia rozejrzała się dyskretnie dokoła. Jej wzrok zatrzymał się przez chwilę na kimś za 

moimi plecami. 

-  Niech  pan  się  nie  ogląda  -  powiedziała  powstrzymując  mnie  przed  odruchowym 

zaspokojeniem  ciekawości.  -  W  kopercie  są  kopie  tego,  co  przypadkiem  znaleźli  moi  rodzice 
podczas  adaptacji  budynku,  w  którym  mieści  się  dziś  ich  zajazd.  Była  to  waląca  się  ze  starości, 
zaniedbana, pusto stojąca od dawna karczma z pozostałościami po zabudowaniach gospodarczych i 
kuźni.  Rodzice  kupili  to  wszystko  od  spadkobiercy  poprzedniego  właściciela.  Ten  ostatni  Ŝył 
prawie sto lat i mieszkał tam od urodzenia. Pewnie był ostatnim z rodu, bo nie odwiedzał go nikt z 
rodziny.  Od  kilkudziesięciu  lat  był  sam.  Utrzymywał  dobrosąsiedzkie  kontakty  z  miejscowymi. 
Często  bywał  u  sąsiadów.  Oni  teŜ  chętnie  do  niego  zaglądali,  Ŝeby  pogadać  o  tym,  co  dziś  i  co 
kiedyś  w  okolicy  się  wydarzyło.  Ten  pogodny  staruszek  zgasł  jak  wypalona  do  końca  świeca. 
Zabudowania niszczały bez gospodarza ze dwadzieścia lat. Podobno nocami działo się w nich coś 
dziwnego.  Miejscowi  widywali  jakieś  światła  i  cienie  w  oknach,  słyszeli  rozmowy  i  dziwne 
odgłosy.  Zaczęto  to  miejsce  omijać  z  daleka,  zwłaszcza  nocą.  W  dzień  teŜ  nikt  tam  nie  zaglądał. 
Rodzice odkryli tę ruinę przypadkiem, jadąc do Warszawy. Była porośnięta zaroślami i drzewami. 
Tata odnalazł gdzieś na  Śląsku jedynego spadkobiercę, który następnego dnia po sprzedaniu tego, 
co z dawnej karczmy zostało, przepadł bez wieści... MoŜe wyjechał? 

- Co mam z tym zrobić? - zapytałem przejmując kopertę. 
- Przejrzeć to wszystko - uśmiechnęła się do mnie, jakbym powiedział coś zabawnego. - Ale 

nie  teraz...  MoŜe  pan  rozwiąŜe  do  końca  tę  łamigłówkę?  Na  kopercie  jest  numer  mojej  komórki  i 
telefonu zajazdu. 

Zajrzałem dyskretnie do środka. 
-  Pani  Kasiu...  -  podniosłem  wzrok  znad  koperty.  Stojące  przede  mną  krzesło  było  puste. 

Rozejrzałem się bezradnie dokoła. Przy stoliku za mną siedziała tylko samotna starsza pani... Nie! 
Nie  samotna.  Była  bardzo  zajęta  strofowaniem  pieska,  którego  trzymała  na  kolanach.  „Gdzieś  juŜ 
tego pieska widziałem” - przemknęło mi przez myśl. 

Otworzyłem  kopertę.  Było  w  niej  to,  co  moŜe  pobudzić  wyobraźnię  kaŜdego  badacza 

tajemnic przeszłości. Przeszył mnie najprawdziwszy dreszcz emocji. 

 
W drodze z Augustowa do obozu odezwała się moja komórka. 
- Czuwaj, druhu Tomaszu! - usłyszałem znajomy, kobiecy głos. 
- Czy mam zaszczyt rozmawiać z druhną Tenią? Gdzie tym razem rzuciła was harcerska dola 

radosna? 

- Popatrz w prawo! 
Od  szosy,  którą  mknął  mój  wehikuł,  w  stronę  obozu  harcerzy  Bolka  jechały  na  rowerach 

harcerki objuczone plecakami i namiotami. 

- Widzę was! - krzyknąłem uradowany i skręciłem w polną drogę za kolumną rowerzystek. 

background image

 

21 

- Do zobaczenia w obozie! - odkrzyknęła Tenia jadąca na końcu kolumny. 

background image

 

22 

ROZDZIAŁ TRZECI 

DLACZEGO DRUHOWIE ODZYSKALI PAMIĘĆ? • KŁAMSTWO W IMIĘ MĘSKIEJ 

SOLIDARNOŚCI • KTÓRĘDY PEDAŁOWAŁY DRUHNY? • SREBRNA MONETA Z 

KRZYśACKIEGO SKARBU? • GDZIE UWIĘZIONO PRYMASA TYSIĄCLECIA • JAK 

W XIII WIEKU POWSTAŁA WARMIA? • DZIWNY TELEFON OD PANI KASI • KIM 

JEST STARSZA PANI Z PIESKIEM? • KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI W 

ANEGDOCIE • POUCZAJĄCA ROZMOWA Z JAGNĄ I WITKIEM • CO STRASZY 

NOCĄ NA STRACHOWISKU? 

 
Niespodziewane  przybycie  harcerek  wywołało  zabawne  zamieszanie  i  oŜywienie  w  obozie 

harcerzy.  Druhowie  przypomnieli  sobie  nagle  o  grzebykach,  lusterkach  i  innych  drobiazgach 
zbędnych do tej pory, bo komplikujących niepotrzebnie luzackie Ŝycie obozowe chłopców. Nawet 
druh komendant Bolek przyczesał rozwichrzoną brodę, wciągnął brzuch i spryskał się jakąś wodą. 

- Jak one nas namierzyły? - dziwił się. 
- Nie mam pojęcia - odpowiedziałem. - TeŜ jestem zaskoczony. 
Tymczasem harcerze rzucili się ochoczo na pomoc druhnom, które zaczęły szybko i sprawnie 

rozbijać obóz. Zawrzało jak na perskim rynku. Głośne rozmowy i pokrzykiwania przeplatały się z 
perlistym, radosnym śmiechem. Namioty rosły jak grzyby po deszczu. 

Stojący  do  tej  pory  nieruchomo  Bolek  zaczął  nagle  chodzić  przede  mną  tam  i  z  powrotem. 

Przypominał lwa uwięzionego w klatce. Robił pięć kroków, zawracał, machał zrezygnowany lewą 
ręką i powtarzał tę samą liczbę kroków w drugą stronę... Zawracał i znów... Coś chyba mruczał pod 
nosem potrząsając brodą i spoglądając nerwowo na uwijającą się harcerską brać. Raptem zatrzymał 
się twarzą do mnie i klepnął się dłonią w czoło. 

-  Tego  tylko  brakowało!  -  powiedział  głosem  wskazującym  nil  narastające  w  nim  poczucie 

zagroŜenia, a moŜe nawet czegoś gorszego. 

- Czego? 
- A tego, Ŝe znów wybrałem złe miejsce na obóz - podrapał się po głowie. - Dopiero teraz to 

zauwaŜyłem...  Co  za  wstyd!  -  Bolek  zrobił  głupią  minę.  -  Byliśmy  tu  pierwsi  i  mogliśmy  rozbić 
namioty w miejscu najdogodniejszym, gdybym je wypatrzył... Popatrz! Druhny od razu zauwaŜyły, 
gdzie naleŜy załoŜyć obóz... Tak samo było w Marózku... 

Bolek umilkł nagle, bo zobaczył zbliŜającą się uradowaną Tenię. 
- Czuwaj, druhowie! 
Z nieukrywanym entuzjazmem wykonaliśmy powitalnego „niedźwiadka”. 
„Ładnie  pachnie  i  nie  widać  po  niej  trudów  całodziennej  jazdy  na  rowerze”  -  pomyślałem  z 

podziwem. 

-  Wyobraź  sobie,  Ŝe  Bolek  przewidział  wasz  przyjazd  -  skłamałem  na  korzyść  komendanta 

obozu harcerzy, bo nie potrafiłem przezwycięŜyć w sobie poczucia męskiej solidarności. 

Zaskoczony  Bolek  spojrzał  na  mnie  spod  wysoko  uniesionych  brwi  i  jeszcze  bardziej 

wciągnął brzuch. 

- Ooo! - Tenia wyraziła swój podziw. 
-  I  z  tego  powodu  druh  komendant  postanowił,  Ŝe  harcerze  rozbiją  obóz  w  miejscu  mniej 

korzystnym  -  brnąłem  w  ślepy  zaułek  kłamstwa  usprawiedliwionego  obroną  konieczną  poczucia 
godności Bolka. - Miejsce lepsze zostawił do waszej dyspozycji - łgałem dalej. 

background image

 

23 

Druhna komendantka uśmiechnęła się i otworzyła usta. 
-  Nie  dziękuj  -  uprzedził  ją  Bolek  unosząc  płynnie  obie  dłonie  w  uniku  przed  pocałunkiem 

wdzięczności w policzek. 

Uśmiechniętą twarz Teni pokrył delikatny grymas rozczarowania: 
-  Myślałyśmy,  Ŝe  zaskoczy  cię  nasz  przyjazd  -  popatrzyła  na  powstający  szybko  obóz 

harcerek. 

- Mnie trudno zaskoczyć - mruknął Bolek. - Jestem zawsze czujny - uśmiechnął się. 
Z  Marózka  pod  Olsztynkiem  do  Rajgrodu  harcerki  dotarły  bez  wysiłku  i  pośpiechu  w  ciągu 

dwóch dni. Jechały przez Olsztyn, Dobre Miasto, Lidzbark Warmiński, Stoczek Klasztorny, Reszel, 

Ś

więtą  Lipkę,  Kętrzyn,  Mrągowo,  Ruciane-Nidę,  Pisz  i  pobliski  Szczuczyn.  Nocowały  pod 

Lidzbarkiem Warmińskim w Zaciszu Leśnym nad rzeką Symsarną. 

 
Za  Dobrym  Miastem,  załoŜonym  przed  1325  rokiem  przez  KrzyŜaków  w  podbitej  i 

okupowanej przez nich pruskiej Pogezanii, z szosy na Lidzbark Warmiński rowerzystki skręciły w 
lewo  do  wsi  Smolajny,  by  rzucić  okiem  na  malowniczo  połoŜony,  późnobarokowy  kompleks 
pałacowy. Wzniósł go w latach 1741-1746 i przebudował kilkanaście lat później biskup warmiński 
Adam Stanisław Grabowski, a chętnie przebywał i tu i tworzył jego następca, Ignacy Krasicki. 

Od  2000  roku  mieści  się  tam  Zespół  Szkół  Rolniczych  z  internatem!  W  trzyletnim  liceum 

uczniowie zdobywają wiedzę o zarządzaniu informacją, a czteroletnie technikum przygotowuje do 
pracy  w  obsłudze  ruchu  turystycznego.  Działają  kółka  jeździeckie  i  wędkarskie;  są  konie,  stawy 
rybne i kozy. Jest teŜ leciwy Igor, owiany szkolną legendą osiołek. 

Szkoła  współpracuje  z  podobnymi  szkołami  w  Niemczech,  Szwecji  i  na  Ukrainie,  gdzie 

uczniowie  ze  Smolajn  odbywają  roczne  staŜe.  Mieszkańcy  wioski  przywykli  juŜ  do  obecności 
niemieckich,  szwedzkich  i  ukraińskich  praktykantów,  zimowych  kuligów  i  ognisk,  na  które 
zjeŜdŜają goście z najodleglejszych krańców Polski. 

- Dyrektorem szkoły jest od 1975 roku pan Michał, z którym rozmawiałem jesienią ubiegłego 

roku  -  pochwaliłem  się  znajomością  z  człowiekiem  nie  byle  jakim,  bo  nauczycielem 
dyplomowanym pracującym w Smolajnach prawie czterdzieści lat. 

 
Krasickiego  często  gościł  zaprzyjaźniony  z  nim  Ernest  von  Lehndorff  ze  Sztynortu, 

posiadłości połoŜonej nad jeziorem Mamry. W1773 roku, po j gościnie w Lidzbarku Warmińskim, 
ten pruski hrabia zapisał w swoich pamiętnikach: 

 
Sam  biskup,  niezwykle  ciekawy  człowiek,  odznacza  się  wszelkimi  zaletami  potrzebnymi  do 

oczarowania  innych.  Jest  to  -  mówiąc  i  bez  ogródek  -  mistrz  konwersacji  i  dobrych  manier. 
Pragnąłbym, i aby serce jego odpowiadało innym cechom tego człowieka. Wydaje mi się jednak, Ŝe 
jest ono prawdziwie polskie, to znaczy bardzo lekkomyślne. 

 
Ze Smolajn harcerki popedałowały do  Lidzbarka  Warmińskiego, leŜącego na terenie dawnej 

Barcji,  plemiennego  państewka  pruskiego  podbitego  w  XIII  wieku  przez  KrzyŜaków.  Przed  1241 
rokiem  u  zbiegu  rzek  Łyny  i  Symsarny,  zakon  krzyŜacki  wzniósł  obwarowany  zamek  i  przyległą 
osadę. 

W1243  roku  papieŜ  Innocenty  IV  podzielił  Prusy  na  biskupstwa  chełmińskie,  pomezańskie, 

sambijskie  i  warmińskie.  Podzielił  ziemie,  których  KrzyŜacy  jeszcze  nie  zdobyli,  bo  waleczni 

background image

 

24 

Prusowie ciągle bronili swej niepodległości, tradycji i ziemi przodków. Dzielił zatem papieŜ skórę 
na  niedźwiedziu.  Dalej  skórę  na  niedźwiedziu  mieli  dzielić  KrzyŜacy,  wykrajając  z  kaŜdego 
biskupstwa  trzecią  część  obszaru  jako  uposaŜenie  biskupów.  Nie  zamierzali  jednak  dzielić  się  z 
biskupami. 

Pierwszym biskupem warmińskim został Anzelm. Był KrzyŜakiem. W 1251 roku, powołując 

się  na  papieŜa  i  swoje  prawa  do  kawałka  cudzej  ziemi,  spowodował,  Ŝe  KrzyŜacy  wykroili  i 
przekazali Anzelmowi trzecią część obszaru biskupstwa warmińskiego. Dopiero w 1283 roku zakon 
krzyŜacki, wsparty przez czeskie rycerstwo, zakończył podbój Prus. 

Wykrojony w 1251 roku z biskupstwa warmińskiego kawałek ziemi, z niewielkimi zmianami, 

aŜ po czasy Ignacego Krasickiego stanowił uposaŜenie kolejnych biskupów warmińskich. 

W  granicach  uposaŜenia  znalazł  się  wspomniany  zamek,  wzniesiony  u  zbiegu  Łyny  i 

Symsarny, wraz z przyległą osadą, która w 1308 roku otrzymała prawa miejskie jako Heilsberg. W 
latach 1350-1795 zamek lidzbarski był siedzibą biskupów warmińskich. 

Dziś  w  okazałym  zamku,  nazywanym  niekiedy  Wawelem  Północy,  mieści  się  oddział 

Muzeum Warmii i Mazur. 

- Skoro rozmawiamy o Wawelu Północy, trzeba teŜ wspomnieć o Smoczej Jamie - wtrąciłem 

swoje trzy grosze. 

- To u nas nad Wisłą! - machnął ręką Bolek urodzony w Krakowie. 
-  Nie  tylko...  -  uśmiechnąłem  się  do  Teni.  -  RównieŜ  nad  Symsarną...  Którędy  jechałyście  z 

Lidzbarka Warmińskiego do Zacisza Leśnego na nocleg? 

-  Przez  las...  Taką  krętą,  wąską  drogą  na  zboczu  głębokiego,  zalesionego  wąwozu,  którego 

dnem płynie Symsarna. 

- Przejechałyście zatem koło wejścia do Smoczej Jamy... JeŜeli mnie pamięć nie myli, mieści 

się ono w najwyŜszym punkcie drogi, w przylegającym do niej stromym zboczu po prawej stronie, 
idąc od miasta, tuŜ przed zakrętem w prawo. 

- Nie zauwaŜyłyśmy... 
-  Nic  dziwnego...  W  trosce  o  bezpieczeństwo  ciekawskich  kilkadziesiąt  lat  temu  władze 

Lidzbarka  Warmińskiego  kazały  wejście  zasypać...  Jeszcze  pod  koniec  lat  pięćdziesiątych  XX 
wieku wpełzało się do niej prosto z drogi, jak do górskiej groty. Wejście było częściowo osłonięte 
pryzmą  ziemi  osuwającej  się  ze  zbocza.  Z  obszerniejszego  jakby  przedsionka  w  kierunku 
lidzbarskiego  zamku  odchodził  węŜszy  i  niŜszy,  zawalony  trochę  sypiącą  się  ziemią  korytarz, 
którym  bez  trudności  dotarłem  kilkanaście  metrów  w  głąb.  Przyświecałem  sobie  latarką 
kieszonkową.  Rozgarniałem  zwisające  korzenie  drzew  porastających  zbocze  wąwozu.  Korytarz 
ciągnął się dalej i dalej... Chciałem dotrzeć do jego końca. Wycofałem się jednak, bo Smocza Jama 
nie miała Ŝadnego szalunku, a ja byłem sam, bez Ŝadnej asekuracji. Gdyby ziemia w korytarzu lub 
przedsionku się obsunęła... 

- Ciekawe, kto, kiedy i po co wykopał ten tunel - zastanowiła się Tenia. 
-  TeŜ  chciałbym  to  wiedzieć...  -  rozłoŜyłem  bezradnie  ręce.  -  W  źródłach  pisanych  nie 

znalazłem  Ŝadnej  wzmianki  na  temat  Smoczej  Jamy.  Od  mieszkańców  Lidzbarka  Warmińskiego 
dowiedziałem się wówczas, Ŝe nikomu nie udało się spenetrować jej do końca. Tajemnica Smoczej 
Jamy nie została wyjaśniona. Pewne było jedynie to, Ŝe nie wykopał jej Ŝaden smok. Podobno tunel 
ciągnie  się  aŜ  do  zamku  i  pełnił  kiedyś  rolę  tajemnego  wyjścia  z  warowni  w  razie  jej  oblęŜenia. 
Jednak  na  zamku  nigdy  nie  odnaleziono  wejścia  do  tunelu.  Kilka  lat  po  mojej  podziemnej; 
wyprawie  Smoczą  Jamę  spenetrowała  specjalnie  sprowadzona  w  tym  celu  ekipa  doświadczonych 

background image

 

25 

grotołazów.  Po  kilkudziesięciu  metrach  pełzania  wycofała  się  w  obawie  przed  przysypaniem 
ziemią.  Nie  dotarła  do  końca,  chociaŜ  zamierzała  zbadać  tunel  w  całości.  Zaraz  potem  wejście  do 
Smoczej Jamy zasypano grubą warstwą ziemi. 

- Pogrzebano Ŝywcem fascynującą tajemnicę - zauwaŜył Bolek. 
-  I  moŜna  by  o  niej  zapomnieć,  gdyby  nie  drobny  przypadek  -  podtrzymałem  zaciekawienie 

moich rozmówców. - Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku tuŜ przy zasypanym wejściu do 
Smoczej Jamy pan Władysław, miejscowy nauczyciel uczący biologii w Szkole Podstawowej nr 1, 
zauwaŜył  jakąś  ciekawą  roślinkę.  Schylił  się  nad  nią...  Nagle  zobaczył  obok  wystającą  z  piasku 
krawędź  małego,  cienkiego  krąŜka.  Po  jego  oczyszczeniu  okazało  się,  Ŝe  jest  to  srebrna  moneta 
wybita przez KrzyŜaków w XIV wieku... 

- Znalazł krzyŜacki skarb? - zainteresowała się Tenia. 
- Nie szukał. Nawet o tym nie pomyślał, bo nie był historykiem lub łowcą skarbów. Bardziej 

interesowała go roślinka, która wyrosła tam, gdzie jej być nie powinno... A znaleziona przez niego 
moneta trafiła do działu numizmatów Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. 

 
Z  Lidzbarka  Warmińskiego  druhny  popedałowały  dziesięć  kilometrów  na  wschód  szosą  do 

Stoczka Klasztornego, wsi załoŜonej około 1340 roku przez biskupa Hermana z Pragi. Znajduje się 
tam  kompleks  klasztorny,  zapoczątkowany  w  latach  1639-1641  budową  wczesnobarokowego 
kościoła  Matki  Boskiej  Pokoju.  Świątynia  ta  jest  unikatem  architektonicznym  wśród  budowli 
sakralnych  na  Warmii  i  Mazurach,  gdyŜ  jej  konstrukcja  nawiązuje  wprost  do  architektury  bazylik 
rzymskich. 

W  1666  roku,  w  pobliŜu  świątyni,  wzniesiono  klasztor  Bernardynów.  Gdy  okazało  się,  Ŝe 

bazylika  nie  mieści  juŜ  pielgrzymów  przybywających  licznie  do  miejsca  kultu  maryjnego, 
dobudowano  do  niej  w  latach  1708-1711  prezbiterium  i  wieŜę  oraz  kruŜganek  z  czterema 
późnobarokowymi  kaplicami.  Pięć  lat  później  rozbudowano  klasztor,  który  przebudowywano  w 
XIX i XX wieku. Dziś stróŜami tego obiektu są marianie. 

- Moi drodzy... - przerwałem Teni. - Czy wiecie, kto spośród wielkich Polaków XX wieku był 

więziony w tym klasztorze? 

- Oczywiście... - uśmiechnęła się druhna komendantka. - Stefan kardynał Wyszyński, prymas 

Polski. Przebywał tam od 12 października 1953 roku do 6 października 1954 roku za to, Ŝe otwarcie 
nie godził się na ingerencję ówczesnych władz państwowych w Ŝycie Kościoła. 

W  budynku  klasztoru  harcerki  zwiedziły  celę,  w  której  przebywał  kardynał  Wyszyński,  i 

sąsiadującą  z  nią  Izbę  Tradycji  gromadzącą  pamiątki  związane  z  osobą  więzionego  dostojnika 
kościelnego. 

- Spotkałyście księdza Ryszarda? - spytałem Tenię. 
-  Nie  miałyśmy  okazji...  Poszukiwał  właśnie  snycerza  z  uprawnieniami  do  uzupełniania 

zabytków  z  drewna.  Ktoś  zniszczył  zabytkowy  konfesjonał  i  ukradł  wyłamany  kawałek 
późnobarokowej snycerki. Sprawców ujęto. Teraz trzeba uzupełnić rzeźbienia na konfesjonale. 

- Kim jest ksiądz Ryszard? - zaciekawił się Bolek. 
-  Jest  proboszczem  parafii  i  kustoszem  sanktuarium  w  jednej  osobie  -  uśmiechnąłem  się  na 

wspomnienie  młodego,  energicznego  człowieka  w  czarnej  sutannie.  -  Za  kilka  dni  mamy  się 
spotkać w Stoczku Klasztornym, porozmawiać o stanie technicznym całego kompleksu... Wymaga 
gruntownej  renowacji,  której  koszt  przerasta  wielokrotnie  moŜliwości  finansowe  parafii...  Ksiądz 
Ryszard dwoi się i troi poszukując środków, pomocy i fachowców. Zawiązała się Fundacja Stoczek 

background image

 

26 

imienia  Stefana  kardynała  Wyszyńskiego...  Bazylika  jest  juŜ  odnowiona  i  cieszy  oczy  swoim 
wyglądem.  Dachy  teŜ  są  wyremontowane.  Jednak  jest  jeszcze  wiele  do  zrobienia  i  nie  ma  na  to 
pieniędzy... 

 
Ze Stoczka Klasztornego, przez Reszel, druhny pomknęły do Świętej Lipki. 
Reszel  ma  historię  podobną  jak  Lidzbark  Warmiński.  Na  zdobytym  przez  siebie  grodzisku 

Bartów KrzyŜacy w 1241 roku wznieśli zamek i przyległą osadę. 

Dopiero  w  1277  roku,  zgodnie  z  rozporządzeniem  papieŜa  Innocentego  IV  z  1243  roku, 

Anzelm  wydzielił  trzecią  część  z  obszaru  Warmii  z  przyszłym  Reszlem  i  przekazał  ją  kapitule 
warmińskiej.  Od  tej  pory  kaŜdy  duchowny,  wchodzący  w  skład  kapituły  utworzonej  w  1260  roku 
przy  katedrze  biskupiej  w  Braniewie  przez  Anzelma,  miał  zagwarantowane  dochody. 
Szesnastoosobowa  kapituła  warmińska  składała  się  z  prałatów  i  zwykłych  kanoników.  Była 
samodzielną  radą  biskupią,  rezydującą  początkowo  w  Braniewie,  później  we  Fromborku,  gdyŜ 
braniewską katedrę spalili pruscy powstańcy. 

W 1337 roku kapituła nadała Reszlowi prawa miejskie. Dziś to miasteczko zaliczane jest do 

miejscowości chronionych przez państwo jako zabytek. 

 
Dzwonek  komórki  przerwał  moje  rozmyślania  nad  historią.  Rozpoznałem  głos  pani  Kasi  z 

fryzurą  koloru  młodej  marchewki.  W  Augustowie  wręczyła  mi  kopertę  z  jakimiś  tajemniczymi 
papierami  do  przejrzenia.  „Muszę  je  zaraz  przejrzeć”  -  pomyślałem  zaciekawiony  coraz  bardziej 
zawartością koperty, związaną z niejasną przeszłością miejsca, w którym stoi dziś zajazd rodziców 
pani Kasi. 

-  Panie  Tomaszu...  Czy  zauwaŜył  pan  w  Augustowie  starszą  panią  z  pieskiem?...  Podczas 

naszej rozmowy siedziała przy stoliku za panem. 

- ZauwaŜyłem... 
- A czy ona zauwaŜyła, Ŝe pan zwrócił na nią uwagę? 
- Nie mogła tego zauwaŜyć... 
- Jest pan pewien? 
-  Gdy  na  nią  spojrzałem  wstając  od  stolika,  była  zajęta  swoim  pieskiem...  Zaraz,  zaraz... 

Wcześniej tego pieska widziałem na parkingu koło waszego zajazdu... 

- Tak myślałam... 
Pani Kasia nieoczekiwanie wyłączyła komórkę. 
Zaniepokojony jej zachowaniem dotknąłem kieszeni, w której tkwiła tajemnicza koperta. 
 
Tymczasem Tenia snuła juŜ opowieść o pobycie harcerek w Świętej i Lipce. Ze Świętej Lipki 

harcerki  udały  się  na  wschód  do  Kętrzyna.  Miasto,  zaczynając  od  wzniesienia  warownego, 
stojącego  do  dziś  zamczyska,  załoŜyli  w  tatach  1357-1358  KrzyŜacy.  Nazwali  je  Rastembork. 
Wcześniej, od niepamiętnych czasów, była tam osada Bartów. Nazywała się Rast. 

Jadąc z Kętrzyna na południe przez Puszczę Piską druhny zahaczyły leśniczówkę Pranie nad 

Jeziorem  Nidzkim.  W  ostatnich  latach  swego  niezbyt  długiego  Ŝycia,  rozpoczętego  w  1905  i 
zakończonego  w  1953  roku,  przebywał  tam  i  tworzył  znakomity  poeta  oraz  satyryk  Konstanty 
Ildefons  Gałczyński,  autor  groteskowego  Najmniejszego  Teatrzyku  Świata  -  Zielona  Gęś
drukowanego co tydzień w krakowskim „Przekroju”, i wielu innych utworów literackich. Od 1980 
roku w leśniczówce Pranie znajduje się jego muzeum. 

background image

 

27 

JuŜ  za  Ŝycia  legendarnego  Gałczyńskiego  krąŜyło  mnóstwo  anegdot  o  jego  kawałach  i 

Ŝ

artach. 

 
Podczas studiów Gałczyński napisał pracę egzaminacyjną o wybitnym szkockim poecie. Poeta 

nazywał się Morris Gordon Chates. śył i tworzył w XV wieku. W solidnie napisanej pracy znalazła 
się  jego  bardzo  szczegółowo  przedstawiona  biografia  i  obszernie  cytowany  dorobek  literacki. 
Gałczyński otrzymał za to piątkę. 

Po  kilku  miesiącach  okazało  się,  Ŝe  Morris  Gordon  Chates  nigdy  nie  istniał.  Został 

wymyślony, wraz z jego utworami, przez Gałczyńskiego. 

 
Zimą 1946 roku Gałczyński zawitał do znakomitego karykaturzysty Jerzego Zaruby. 
-  Przyszedłem,  bo  zapragnąłem  zjeść  z  tobą  śniadanie  -  przywitał  gospodarza  zarzucając 

zdjęte palto na wieszak. 

- To świetnie! - ucieszył się zaskoczony wizytą Zaruba. 
- Ale przedtem muszę się wykąpać. 
- To niemoŜliwe - zmartwił się szczerze gospodarz. - Popsuł mi się dopływ gazu i w łazience 

jest tylko zimna woda... Zmarzniesz... 

- Wobec tego wykąpię się w palcie - odpowiedział roztropnie Gałczyński. 
 
Te  i  wiele  innych  anegdot  o  Gałczyńskim  opowiedział  mi  kiedyś  jego  przyjaciel, 

niezapomniany  karykaturzysta  Eryk  Lipiński,  załoŜyciel  i  redaktor  naczelny  przedwojennego 
tygodnika  satyrycznego  „Szpilki”,  twórca  i  pierwszy  kustosz  Muzeum  Karykatury  w  Warszawie. 
Od  1935  roku  Gałczyński  publikował  swoje  utwory  satyryczne  w  piśmie  załoŜonym  przez  Eryka. 
Tak się obaj prześmiewcy poznali i zaprzyjaźnili. 

Przed wojną Gałczyński był pracownikiem poselstwa polskiego w Berlinie. Później, w latach 

1939-1945,  siedział  w  hitlerowskim  obozie  jenieckim.  Po  wojnie  wrócił  do  Polski,  by  śmieszyć, 
tumanić, przestraszać na łamach powojennych „Szpilek” i „Przekroju” oraz pisać wiersze. 

Opowiadanie  anegdot  o  Gałczyńskim  przerwało  spóźnione  przybycie  witanej  gromkimi 

okrzykami  kuchni  polowej,  która  w  drodze  z  Lidzbarka  Warmińskiego  gdzieś  się  harcerkom 
zapodziała wraz z ciągnącym ją i wiozącym prowiant samochodem. Odnalazła się w samą porę, bo 
był juŜ czas kolacji. 

-  Przenocujesz  w  naszym  obozie-zaproponował  Bolek,  gdy  Tenia  pobiegła  do  obozu.  - 

Druhowie rozbili dla ciebie namiot gościnny. 

- Bardzo chętnie... - ucieszyłem się. - O której pobudka i gimnastyka poranna? 
- Skoro świt, bo szkoda dnia - Ŝartobliwie odpowiedział głosem komendanta, który nie znosi 

sprzeciwu.  -  Gość  obozu  moŜe  pospać  dłuŜej.  MoŜe  teŜ  zlekcewaŜyć  poranne  ćwiczenia 
gimnastyczne i mycie. 

Tak jest, druhu komendancie! - stanąłem na baczność. - Korzystając z prawa gościa spóźnię 

się jednak na spanko, bo muszę wyskoczyć w jedno miejsce... 

Po chwili jechałem w stronę Ełku do zajazdu rodziców pani Kasi. Coś mi mówiło, Ŝe ukryte 

w  kopercie  kopie  dokumentów  powinienem  przejrzeć  tam,  gdzie  przez  wiele  lat  były 
przechowywane  ich  oryginały.  A  jeszcze  coś  mi  podpowiadało,  Ŝe  powinienem  jechać  właśnie 
teraz. 

U wylotu szosy ze Szczuczyna na poboczu zauwaŜyłem kobietę i męŜczyznę. Ona wytrwale 

background image

 

28 

usiłowała zatrzymać jadące przede mną samochody. Na widok mojego wehikułu nie podniosła ręki. 
Zatrzymałem się tuŜ przy nich. 

- Jadę kawałek za ŁomŜę - uśmiechnąłem się do autostopowiczów w mocno zaawansowanym 

wieku emerytalnym.. 

-  My  tylko  do  ŁomŜy  -  odezwała  się  ona.  -  A  pan  to  jakiś  podejrzany,  bo  zatrzymał  się, 

chociaŜ ja ręką nie pomachała - zaŜartowała z akcentem wskazującym na jej kresowe pochodzenie. 

-  Oj,  wsiadaj  Jagna-zaśmiał  się  ciepło  męŜczyzna,  którego  korzenie  teŜ  musiały  sięgać 

kresów. - MoŜe ty jeszcze dasz panu adres, Ŝeby nas podwiózł pod samą chatę? 

- Witek, daj spokój. PrzecieŜ wiem, co wolno, a co nie wypada - wysapała Jagna gramoląc się 

do  wehikułu.  -  Byle  do  ŁomŜy...  -  usiadła.  -  Ja  nie  pomachała,  bo  to  takie  coś  dziwne,  nie 
samochód... Ot co! A moŜe to lata? - zapytała pogodnie. 

- Nie lata - uśmiechnąłem się do Jagny. - Jeździ i pływa... 
- No i masz! - spojrzała rozbawiona na Witka. - A to się nam przytrafiło... JeŜdŜąca łódka... 

Będzie co wnukom opowiadać - wychyliła się z tyłu w moją stronę. - Pan z daleka? 

- Spod Rajgrodu... 
- Spod Rajgrodu? - spytała z niedowierzaniem. -A pod Rajgród skąd? 
- Z Warszawy... 
- To pan z Warszawy, nie spod Rajgrodu - wywnioskowała Jagna. - Ja tak od razu pomyślała, 

Ŝ

e pan nie stąd, bo tutejszych wokół Rajgrodu i w samym mieście to my znamy... 

- A wokół ŁomŜy? 
-  TeŜ  znamy  -  odpowiedziała  z  dumą  w  głosie.  -  A  wolno  spytać,  do  kogo  pan  jedzie  za 

ŁomŜę? 

- Jadę do zajazdu „Pod Czerwonym Kapturkiem”. 
-  Oj!  To  miejscowe  strachowisko  -  Jagna  ściszyła  głos.  -  Jak  my  w  pobliŜu  mieszkali, to za 

Ŝ

ycia i po śmierci ostatniego gospodarza nocami dziali się tam jakieś dziwne i straszne rzeczy... Coś 

się  ruszało  i  hałasowało...  Nawet  łypało  tajemniczą  jasnością.  Gospodarz,  porządny  był  człowiek, 
przyzwyczaił  się.  Inaczej  pewnie  by  zwariował...  Mazurzy  mówili,  Ŝe  to  moŜe  duchy  tych 
Francuzów od Napoleona, co to tam kiedyś pomarli i zostali pogrzebani w nieświęconej ziemi. No 
to parafianie poprosili i ksiądz proboszcz co trzeba wyświęcił. Nawet modły w intencji odprawił w 
kościele... Nie pomogło... A jak gospodarzowi się zmarło, to wtedy zaczęło straszyć najstraszniej... 
O! Tylko sobie przypomniała, a juŜ mi skóra ścierpła na plecach. 

- Jagna, co ty panu głowę zawracasz - zaśmiał się Witek. - ToŜ to pewnie miejscowe wyrostki 

się wydurniały w ruinie... PrzecieŜ duchy nie rozkuwają ścian i nie rozłupują podłogi. 

- Wyrostki? Co ty gadasz? - obruszyła się Jagna. - Pamiętasz, jak nocą zawezwałeś policję? 
- No i co? 
- A to, Ŝe policjanci czmychnęli ze strachowiska szybciej, niŜ przyjechali... 
-  Pewnie  śpieszyli  się  do  jakiego  wypadku  -  dobry  humor  nie  opuszczał  Witka.  -  Pamiętasz 

tego, co skakał przez krzaki? 

- Skręcił nogę... 
- No tak... Bo trafił na słupek od ogrodzenia za krzakami... 
- śadnego słupka tam nie było. Widziała... 
- Był... Ale zmurszały... Jak policjant trafił, to się rozsypał... I później słupka juŜ nie było... 
-  No  to  jak  wytłumaczysz,  Ŝe  właśnie  wtedy  odłamał  się  i  spadł  na  tego  policjanta  cięŜki 

konar z drzewa? 

background image

 

29 

- Bo jakoś silnie raz powiało... 
- Jak nie było policjantów, to na strachowisku nie wiało... I co ty na to? 
- A to, Ŝe wiatr nie boi się policjantów... Wieje kiedy chce - zaśmiał się Witek. 
- Ty sobie nie Ŝartuj - pogroziła palcem Jagna. - Pamiętasz tego drugiego policjanta? 
- A jakŜe... 
- Tak się wtedy wystraszył, Ŝe zamiast w stronę samochodu pobiegł do lasu... 
- Ciemno było, to i mógł kierunki pomylić... 
-  Pomylić?  To  dlaczego  znaleźli  go  dopiero  nad  ranem,  dwadzieścia  kilometrów  od 

strachowiska? Siedział skulony pod drzewem i cały dygotał ze strachu... 

- Policjant teŜ człowiek... Zbłądził w lesie. Zmarzł przez noc, to i normalnie dygotał. 
- Państwo to wszystko widzieli? - spytałem jakby od niechcenia. 
- Nie... - odpowiedziała Jagna. - Jak my zobaczyli przez okno, Ŝe na strachowisku coś miga, 

to Witek zawezwał policję. Ale z chałupy to nie wychodzili, bo nocą to nic nie wiadomo... Nawet w 
obecności policji... Nazajutrz powiedzieli my sąsiadom, Ŝe na strachowisku nocą coś się wyrabiało, 
aŜ trzeba było policję powiadomić. A oni opowiedzieli nam wszystko ze szczegółami. 

- Sąsiedzi, jak rozumiem, widzieli to na własne oczy? 
-  Tego  nie  wiem...  Ale  opowiadali,  Ŝe  tak  było  -  odpowiedziała  rezolutnie  Jagna.  -  O!  JuŜ  i 

ŁomŜa... 

Podwiozłem sympatyczną parę pod wskazany adres i ruszyłem w stronę strachowiska. 

background image

 

30 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

ZAJAZD NA STRACHOWISKU • KOPERTA WYPCHANA TAJEMNICĄ • 

NIEKOMPLETNY RĘKOPIS • SEKRET STAREGO RYSUNKU • KTÓRĘDY Z ROSJI 

UCIEKAŁ NAPOLEON? • GDZIE SIĘ PODZIAŁ SKARB CESARZA? • OPOWIEŚĆ 

KARCZMARZA JANA • „POKÓJ FRANCUZÓW” • ZAGADKA DWÓCH PORTRETÓW 

• ROMANS SPRZED LAT? • W KTÓRYM POKOJU MIESZKALI FRANCUZI? • CZY 

ISTNIEJĄ DWUPOZIOMOWE PIWNICE? 

 
Z  parkingu  przyjrzałem  się  z  zaciekawieniem  kolorowemu  zajazdowi  „Pod  Czerwonym 

Kapturkiem”.  Budynek  komponował  się  dobrze  z  otoczeniem.  Architekturą  nawiązywał  do 
wyglądu spotykanych na Mazurach zabudowań. 

„Ciekawe,  co  w  murach  zostało  z  ruin  starej  karczmy”  -  pomyślałem.  „Pewnie  nieduŜo,  bo 

karczma była przebudowywana i w końcu zaniedbana popadła w ruinę... Zapytam o to właścicieli. 
Oni wiedzą najlepiej.” 

Wszedłem  do  środka  i  rozsiadłem  się  wygodnie  przy  wolnym  stoliku.  Zamówiłem  kolację, 

wyjąłem z kieszeni i otworzyłem szarą kopertę wypchaną papierami. 

- Od czego zacząć? - zastanowiłem się półgłosem na widok równo złoŜonych na pół arkuszy 

papieru. - Niech rozstrzygnie przypadek. 

Z  koperty,  na  chybił  trafił,  wyciągnąłem  kilka  zszytych  stron  skopiowanego  na  kserografie 

rękopisu sporządzonego w archaicznym języku polskim, starannym pismem z charakterystycznymi 
zawijasami przy niektórych literach. „To moŜe być fragment większej całości” - pomyślałem, gdyŜ 
manuskrypt  nie  miał  ani  początku,  ani  zakończenia.  „Muszę  poprosić  panią  Kasię  o  cały 
dokument.” 

Zaciekawiony przeczytałem parę pierwszych zdań. 
Wyjąłem chusteczkę, wytarłem spocone dłonie i  drŜącą ręką wydobyłem  z koperty następną 

kartkę. Pospiesznie rzuciłem na nią okiem. Spojrzałem uwaŜniej. 

Na wykonanym wprawną ręką realistycznym rysunku widniał budynek z charakterystycznym 

wysokim kominem, sterczącym z pokrytego śniegową czapą dwuspadowego dachu załamanego nad 
szczytowymi  ścianami.  Obok  były  widoczne  obszerne,  przysypane  śniegiem  zabudowania 
gospodarcze  otoczone  wysokimi  zaspami  i  drewniana  studnia  z  Ŝurawiem  na  pierwszym  planie. 
CzyŜby tak wyglądała stara karczma? W tym samym miejscu znajdowała się zadaszona, kamienna 
studnia  z  korbą  do  wyciągania  wiadra  z  wodą.  Rysunek  powstał  zimą  1812  roku.  Jego  autor  nie 
podpisał się. 

Wyciągnąłem  z  koperty  pozostałe  kartki.  Więcej  rysunków,  utrwalających  niegdysiejsze 

krajobrazy, nie znalazłem. 

Istniały  zatem  dwie  moŜliwości.  Rysunek  po  prostu  mógł  być  wykonany  pod  wpływem 

uroków zimowego krajobrazu i zachował się przypadkowo wśród starych szpargałów, jako jedyny z 
wielu sporządzonych w 1812 roku. Mógł teŜ być dziełem celowo narysowanym i przechowanym w 
miejscu powstania. To ostatnie oznaczałoby, Ŝe rysunek zawiera jakąś waŜną informację. 

Po  chwili  zastanowienia  odrzuciłem  pierwszą  moŜliwość,  bo  przecieŜ  ktoś  zadbał,  by 

rysunek, z wyraźnie zapisanym rokiem powstania, przetrwał wraz z plikiem dokumentów. Uznałem 
zatem, Ŝe rysunek jest źródłem jakiejś waŜnej informacji pozostawionej przez kogoś, kto zimą 1812 
roku przebywał w narysowanej karczmie. 

background image

 

31 

Pani  Jagna,  mówiąc  o  strachowisku,  wspomniała  zmarłych  Ŝołnierzy  Napoleona.  Oznaczało 

to, Ŝe w miejscowej tradycji przetrwała pamięć o francuskich grenadierach, którzy tu się zatrzymali. 
W grudniu 1812 roku przejeŜdŜali tędy z pewnością. 

 
Zostawiając armię zdziesiątkowaną przez brud, wszy, tyfus, Rosjan i rosyjską zimę Napoleon, 

osłaniany przez oddział polskich szwoleŜerów, wraz z księciem Armandem Caulaincourtem uciekł 
w nocy saniami ze spalonej Moskwy do ParyŜa. Zamierzał zorganizować nową armię, bo z tamtych 
sześciuset  tysięcy  Ŝołnierzy  do  wojaczki  nadawały  się  juŜ  zaledwie  trzy  tysiące.  Cesarz  jechał  co 
koń  wyskoczy  przez  Kowno,  Augustów,  Rajgród  i  ŁomŜę.  Do  Warszawy  dotarł  10  grudnia  1812 
roku. 

Korzystając  z  panującego  w  odwrocie  na  Białystok  potwornego  chaosu  i  nieudolności 

dowódców, uciekający przed Rosjanami Ŝołnierze dobrali się po drodze do wozów i zrabowali duŜą 
część cesarskiego skarbu. Po czym, unosząc ze sobą zdobycz, rozproszyli się i poznikali bez śladu. 

-  JeŜeli  Ŝołnierze,  o  których  mówiła  pani  Jagna,  uczestniczyli  w  oskubaniu  swego 

legendarnego  wodza  ze  skarbu,  to  do  karczmy  mogli  przybyć  dopiero  po  10  grudnia  1812  roku  - 
mruknąłem do siebie. - Mogli oczywiście przed pojawieniem się w karczmie ukryć skarb gdzieś w 
pobliŜu. 

Chcąc  rozwiać  mnoŜące  się  wątpliwości  sięgnąłem  ponownie  po  kilkukartkową  kopię 

rękopisu  sporządzonego  w  archaicznym  języku  polskim.  Był  to  rzeczywiście  fragment 
obszerniejszego dokumentu. 

 
Mieliśmy  gdzieś  carski  ukaz  o  amnestii,  bo  jego  prawdziwym  celem  było  spacyfikowanie 

Królestwa.  Ta  ohydna,  zacofana  kiszka  w  koronie  ogłaszając  amnestię,  dla  niektórych  tylko 
powstańców,  chciała  teŜ  przypodobać  się  postępowej  opinii  europejskiej,  niechętnej  jego  carskiej 
poczwarności. 

Woleliśmy w tej sytuacji opuścić ziemie ojców, by z pomocą mocarstw wrócić i odbić wszystko 

co  nasze,  odrodzić  Polskę  jako  wolne  państwo.  Tak  znalazłem  się  w  ciŜbie  antycarskich 
powstańców z listopada 1831 roku internowanych w Prusach Wschodnich. Podobna ciŜba stanęła 
w Galicji. 

W grudniu 1831 roku, odkomenderowani przez generała Józefa Bema wyruszyliśmy, kolumna 

za  kolumną,  z  miejsca  internowania  przez  Niemcy  do  przyjaznej  nam  wolnej  Francji.  Szedłem  w 
pierwszej kolumnie. Parę dni później miała wyjść następna. 

Podczas  pierwszego  postoju  nocą  z  13  na  14  grudnia,  w  karczmie  na  ŁomŜą,  otrzymałem 

waŜną misję do spełnienia. Musiałem tu zostać, wtopić się w miejscową ludność mówiącą polskim 
językiem,  obserwować  nastroje  wśród  ludzi  i  ruchy  wojsk.  Miałem  teŜ  zbierać  informacje  z 
carskiego  imperium  i  przyjmować  docierających  tu  z  Francji  polskich  emisariuszy,  bo  „jeszcze 
Polska  nie  umarła”.  Zadaniem  pierwszym  było  jednak  niesienie  pomocy  przybywającym  tu 
następnym kolumnom patriotów, posuwającym się tędy na zachód. 

Zamieszkałem na ten czas w karczmie. Jej gospodarzem był luteranin Jan, Polak starszej daty 

siedzący  na  tej  ziemi  z  dziada  pradziada  przeciw  Prusakom,  którzy  rozpanoszyli  się  tu  później. 
Korzenie  tego  bardzo  uczynnego  człowieka  sięgały  do  Czerska  nad  Wisłą  dawnej  siedziby  ksiąŜąt 
mazowieckich. 

Któregoś  dnia  nad  gorzałką  Jan  opowiedział  mi  niezwykłą  historię  sprzed  łat,  której  był  nie 

tylko świadkiem, ale i uczestnikiem. Dziwnym trafem zaczęła się, jak nocleg naszej kolumny, nocą z 

background image

 

32 

13 na 14 grudnia, ale 1812 roku 

 
OPOWIEŚĆ KARCZMARZA JANA 
Układaliśmy się właśnie z Ŝoną do snu, gdy nagle nasze psy zaczęły wściekle ujadać jakby na 

wilki. Pomyślałem, Ŝe teŜ komuś przyszło tułać się w taką mroźną noc. 

Wylazłem  z  łóŜka  i  wyjrzałem  przez  okno.  W  księŜycowej  poświacie  zauwaŜyłem  jakichś 

męŜczyzn.  Było  ich  trzech.  Wlekli  się  kopiastym  śniegiem  noga  za  nogą  w  stronę  karczmy, 
sztywniejąc z kaŜdym krokiem. 

Jeden  nagle  zatrzymał  się,  pochylił  do  przodu  i  jak  ścięty  pień  runął  twarzą  w  śnieg.  Jego 

towarzysze  zawrócili,  z  trudem  pomogli  nieszczęśnikowi  się  pozbierać,  chwycili  pod  ramiona  i 
uginając  się  pod  jego  cięŜarem  powlekli  ze  sobą.  Gdy  się  zbliŜyli,  zauwaŜyłem,  Ŝe  pod 
postrzępionymi szynelami i narzuconymi derkami są ubrani w poniszczone mundury napoleońskich 
grenadierów. 

-  Wstawaj!  -  krzyknąłem  do  Ŝony.  -  Rozpal  pod  kuchnią,  wstaw  jakieś  jadło  i  duŜo  wody  na 

wrzątek! - dodałem pędząc w kierunku drzwi. - Mamy gości... 

Narzuciłem na siebie jakieś okrycie i wybiegłem  pomóc strudzonym ludziom.  Wprowadziłem 

ich do środka. 

Któryś, rozdygotany gorączką, mamrotał coś do mnie dzwoniąc z zimna zębami. Złapał mnie 

przy tym kurczowo za rękaw i przyciągnął do siebie, Ŝebym słyszał. Ale nie zrozumiałem ani słowa, 
bo  mamrotał  niewyraźnie  i  na  dodatek  po  francusku.  Oni  teŜ  nie  rozumieli  ani  mnie,  ani  Aliny, 
mojej Ŝony, bo nie znali polskiego. 

Zresztą  co  tu  było  rozumieć?  Na  sam  ich  widok  wiedziałem  przecieŜ,  Ŝe  potrzebują  ciepła, 

gorzałki,  gorącej  strawy,  naparów  z  ziół,  łaźni,  świeŜych  opatrunków,  suchego  przyodziewku  i 
odpoczynku.  śołnierze  teŜ  się  pewnie  szybko  połapali,  Ŝe  zrozumiałem  ich  potrzeby  bez  słowa,  a 
języka francuskiego nie znam. 

ZauwaŜyłem,  Ŝe  nie  przynieśli  ze  sobą  niczego.  Zdziwiłem  się,  bo  broni  przy  sobie  teŜ  nie 

mieli.  Pomyślałem  wtedy,  Ŝe  moŜe  ją  gdzieś  zostawili,  Ŝeby  gospodarzy  nie  przestraszyć. 
Przychodzili przecieŜ pokojowo po pomoc. 

Zeszło  nam  do  rana.  Pamiętam  jeszcze  dziś  te  cięte,  kłute  i  postrzałowe  opuchnięte  rany, 

poodmraŜane, zdarte stopy, czerwone twarze, rozgorączkowane oczy i trzęsące się ręce bez czucia. 
A łaŜące po nich gęsto wszy i pchły śnią mi się jeszcze teraz po nocach. 

- Pewnie walczyli wręcz z Rosjanami - zauwaŜyła Alina. - Dzielni ludzie... 
Odrywanie  cuchnących  opatrunków,  mycie  i  opatrywanie  znieśli  Francuzi  cierpliwie,  bez 

wycia z bólu i omdlewania. Zjedli i wypili niewiele. Byli zanadto wyczerpani i cierpiący. 

Stare  opatrunki  i  zawszawioną  Ŝołnierską  bieliznę  spaliliśmy.  Chcieliśmy  teŜ  spalić  ich 

straszliwie  poniszczone,  zakrwawione  mundury  i  szynele,  Ŝeby  nie  było  Ŝadnych  znaków,  Ŝe  są  od 
Napoleona.  Nie  zgodzili  się  na  to.  Kręcąc  głowami,  chcieli  zabrać  je  ze  sobą  do  gościnnej  izby, 
gdzie o świcie połoŜyliśmy ich spać. Zostawili jednak mundury do wyprania, Ŝeby się odwszawiły i 
odpchliły. I Ŝona natychmiast je wyprała. 

Za dnia zachowywali się, jakby ich nie było. 
- MoŜe pomarli? - zmartwiła się Alina przed porą obiadu. 
- Nie pomarli - zaprzeczyłem. - To twardzi ludzie... Takich śmierć prędko nie zabiera. Śpią, bo 

są strudzeni. Jak się obudzą, to się któryś nam zaraz pokaŜe. A jak wydobrzeją, odejdą do swoich. 

Myślałem,  Ŝe  śpią.  Pomyliłem  się  jednak  co  do  dwóch,  którzy  w  porze  obiadu,  odziani  w 

background image

 

33 

darowane im ubrania, wrócili skądś objuczeni Ŝołnierskimi tornistrami, karabinami, ładownicami i 
jakimiś tobołkami. Wszystko to bez słowa zanieśli do gościnnej izby, gdzie zaraz się zaryglowali. 

Po godzinie jeden z nich przyszedł do mnie. Z gestów przypominających pisanie zrozumiałem, 

Ŝ

e prosi o papier i przybory do pisania. 

Dobrze,  Ŝe  Francuzi  nie  kręcili  się  tego  dnia  po  karczmie.  Pod  wieczór  pojawili  się  czterej 

rosyjscy Ŝołnierze na koniach. Byli przemarznięci i głodni. 

Uzbrojeni  w  broń  białą  i  palną  Rosjanie  nosili  sfatygowane,  podziurawione  kulami  i 

wystrzępione oficerskie mundury. Widziałem plamy zakrzepłej krwi i brudne opatrunki. 

Carscy wyglądali i zachowywali się jak zwiad poprzedzający pojawienie się armii. Spytali o 

Francuzów, czy się jacyś nie kręcili. Dowiedzieli się, Ŝe ich tu jeszcze nie widziano nawet z daleka. 

- A co? - spytałem głupio. - MoŜemy się tu spodziewać tych antychrystów? PrzecieŜ zimują w 

Rosji  -  dodałem  specjalnie  robiąc  z  siebie  zupełnego  głupca  w  oczach  carskich  Ŝołnierzy,  bo 
wszędzie juŜ było wiadomo, Ŝe Francuzi w Rosji nie zimują, a Napoleon czmychnął na  Warszawę. 
Po drodze cesarz zatrzymał się w mojej karczmie z jakimś księciem. 

Rosjanie  nie  chcieli  gadać  o  sobie  i  wojnie.  A  ja  byłem  ciekaw,  kim  są  i  co  tu  robią... 

Musiałem to z nich wydobyć. 

-  Poczekajcie,  psiajuchy  Prusaków  warte...  -  powiedziałem  do  siebie.  -  Zaraz  się  oswoicie  i 

rozgadacie jak carskie papugi. Dowiem się, coście za jedni i czego tu szukacie... Mam na to sposób. 

Nalałem im szczodrze gorzałki. 
Wypili  chętnie  dla  rozgrzewki,  bo  darmo.  No  to  im  darmo  dolałem  na  pokrzepienie,  Ŝeby  w 

drodze  mróz  się  ich  nie  imał...  Smakowała.  Ściągnęli  czapy,  porozpinali  szynele  i  rozsiedli  się 
wygodnie. 

„JuŜ wam dobrze?” - pomyślałem. „Zaraz sobie pogadacie”. 
Oswoili się bardzo szybko. 
Później  Ŝłopali  bez  opamiętania  i  opowiadali  jeden  przez  drugiego,  jak  Francuzi  dostali  od 

nich  łupnia,  a  potem  wiali  z  Moskwy  i  Wilna  za  Napoleonem,  który  uciekł  pierwszy,  „bo  wielki 
wódz musi być zawsze na czele swojej armii”. 

Gdy juŜ zapomnieli, Ŝe nie są wśród swoich, dowiedziałem się od nich, Ŝe parę dni temu został 

złupiony  tabor  ze  skarbami  Napoleona.  Złupili  go  jego  Ŝołnierze,  wycofujący  się  w  popłochu  z 
Wilna, i gdzieś tu się rozproszyli po kilku ludzi. 

- To bardzo brzydki postępek - powiedziałem do Rosjan, bo zacząłem się domyślać niecnego 

powodu ich niezbyt liczebnej obecności daleko przed własną armią. - Trzeba ująć tych rabusiów i 
surowo ukarać za takie świętokradztwo - dodałem marszcząc w udawanym oburzeniu brwi, by tym 
sposobem  osłabić  resztki  czujności  carskich  oficerów  i  upewnić  się  w  swoich  przypuszczeniach.  - 
Dla takich nie mam litości i zrozumienia! 

Rosjanie  z  zadowoleniem  przytaknęli  moim  słowom  i  łypnęli  oczami  w  stronę  flaszki  z 

gorzałką... No to im dolałem. 

JuŜ  po  chwili  dowiedziałem  się,  Ŝe  moi  rosyjscy  współbiesiadnicy  wyskoczyli  bez  rozkazu 

przed  swoją  armię,  dowodzoną  przez  Kutuzowa,  Ŝeby  zapolować  na  rozproszonych  tu  Francuzów, 
umykających  z  cennym  łupem.  Mówili,  Ŝe  dopaść  takich  konno  i  zaszlachtować  nietrudno.  Oni 
dopadli  juŜ  jednych.  Było  ich  czterech.  Bronili  się  zaciekle.  Rosjanie  stracili  trzech  ludzi.  Jeden 
Francuz został przez carskich zarąbany. Trzech gdzieś się zapodziało. Ale, ich zdaniem, daleko nie 
ujdą. Siedzą pewnie po krzakach albo w jakiej zaspie. 

Teraz  wszystko  stało  się  jasne.  Pijane  carskie  papugi  nie  były  rosyjskim  zwiadem  wysłanym 

background image

 

34 

przez  dowództwo.  Oznaczało  to,  Ŝe  nikt  poza  nimi  nie  wiedział,  gdzie  są  i  czy  Ŝyją.  Gdyby  nie 
wrócili... 

Po chwili wyszedłem niby za potrzebą. Pobiegłem do Francuzów. 
Drzwi do izby były zaryglowane. Na pukanie nikt się nie odzywał. 
- Trudno - mruknąłem do siebie. - Tracą okazję do pozbycia się pościgu... Ale najwaŜniejsze, 

Ŝ

e w karczmie są bezpieczni. Niech odpoczywają. 

Wróciłem wyprawić Rosjan. Pijani w sztok zbierali się właśnie do drogi. Obiecali, Ŝe wrócą 

zaraz po polowaniu. Wtedy dopiero uŜyją sobie do białego rana, bo moja gorzałka jest wyjątkowo 
smaczna. 

- Chcę, Ŝebyście gościnę u mnie zapamiętali do końca Ŝycia - I odpowiedziałem z uśmiechem 

na twarzy. 

Nie  zrozumieli  aluzji.  Przytaknęli  ochoczo  i  pojechali,  śmiejąc  się  w  głos,  zapolować  na 

Francuzów i ich łup. 

Trzy kwadranse później przed karczmę zajechały cztery parskające konie. 
Ciekaw  nowych  gości  wyjrzałem  oknem  i  osłupiałem.  Z  koni  Rosjan  zsiadali  dwaj  uzbrojeni 

Francuzi, o których myślałem, Ŝe śpią w izbie. Na widok mojej twarzy w oknie jeden z nich podniósł 
spokojnie  prawą  dłoń  z  wyprostowanymi  czterema  palcami  i  wymownie  machnął  drugą  dłonią, 
dając do zrozumienia, Ŝe Rosjanie są juŜ niegroźni. 

Przeszły mi ciarki po grzbiecie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak bardzo pomyliłem się 

w ocenie sprawności tych schorowanych ludzi i co znaczy Ŝołnierskie rzemiosło. Myślałem, Ŝe zdani 
są  całkowicie  na  moją  opiekę  i  pomoc.  Tymczasem  oni  sami  potrafili  zadbać  o  bezpieczeństwo 
karczmy zagroŜone ich obecnością. To była ich Ŝołnierska powinność. 

Wiedzieli,  Ŝe  przybędą  tu  Rosjanie,  z  którymi  gdzieś  po  drodze  stoczyli  walkę  na  śmierć  i 

Ŝ

ycie. Mogło dojść do sytuacji jednakowo groźnej dla wszystkich obecnych. Chcieli chyba uprzedzić 

mnie  o  tym  natychmiast  po  wejściu  do  karczmy.  Jeden  z  nich  coś  przecieŜ  mówił,  ale  nie 
zrozumiałem ani słowa. Później nic nie mówili, bo zauwaŜyli, te ukryłem ich bezpiecznie w odległej 
izbie  z  oknem  wychodzącym  na  drogą  z  ŁomŜy.  Domyślili  się  wówczas,  Ŝe  mogą  mi  zaufać  i  Ŝe 
Rosjanie ich nie zaskoczą, bo ich wcześniej zobaczą. 

Przed  południem  przynieśli  schowaną  gdzieś  wcześniej,  ciąŜącą  im  zapewne  i  zbędną  w 

nocnej  drodze,  broń  i  pozostałe  wyposaŜenie.  Byli  gotowi  do  bezwzględnego  rozprawienia  się  z 
rosyjskim pościgiem. Zrobili to dyskretnie i daleko od karczmy, Ŝeby nikogo nie narazić. 

Dwaj  zdrowsi  Francuzi,  zaopatrzeni  przeze  mnie  na  drogę,  jeszcze  tej  nocy  wyruszyli 

pospiesznie czterema końmi na zachód Przedtem długo rozmawiali o czymś ze swoim towarzyszem. 
Domyśliłem  się,  Ŝe  namawiają  go  do  wyjazdu  z  nimi.  Odmówił.  Był  jeszcze  zbyt  słaby  na  trudy 
dalekiej drogi i z tego powodu wolał zostać pod naszą opieką. 

 
-  Bardzo  pana  przepraszam...  -  uprzejmy  głos  kelnerki  oderwał  mnie  od  fascynującej 

opowieści karczmarza Jana. 

- Słucham panią? 
- Przykro mi - odwzajemniła uśmiech - ale sala restauracyjna skończyła juŜ pracę. 
- Przepraszam zasiedziałem się - spojrzałem skruszony zbierając papiery ze stolika. - Jak się 

człowiek zaczyta, to się czasem zasiedzi... 

- Pewnie coś interesującego? - zaciekawiła się papierami. 
-  Bardzo...  -  poprawiłem  okulary.  -Ale  jeszcze  nie  doczytałem  do  końca  -  dodałem  idąc  w 

background image

 

35 

stronę wyjścia. 

Wyszedłem  przed  zajazd  i  wskoczyłem  do  wehikułu.  Przekręciłem  kluczyk  w  stacyjce, 

włączyłem światła i... Oświetliłem tablicę z napisem: Oferujemy noclegi

Wyskoczyłem  z  wehikułu  i  wszedłem  do  zajazdu.  Po  prawej  stronie  zobaczyłem  recepcję. 

Podszedłem. 

-  Dobry  wieczór  -  uśmiechnąłem  się  do  witającego  mnie  przyjaźnie  recepcjonisty.  -  Czy 

znajdzie się wolny pokój jednoosobowy? 

- Oczywiście... - rozejrzał się po kluczach.-Niestety, nie mamy wyboru -  spojrzał na mnie. - 

Dysponujemy tylko jednym pokoikiem jednoosobowym. Do tej pory stoi nieuŜytkowany, bo goście 
nocują najczęściej po dwoje lub z dziećmi... To „Pokój Francuzów”... 

- „Pokój Francuzów?” - poczułem, Ŝe opada mi szczęka. 
- Tak nazywamy ten pokój - odparł recepcjonista. - Według miejscowej tradycji ukrywali się 

w nim ranni Ŝołnierze napoleońscy. To dlatego... 

- A juŜ myślałem, Ŝe to pokój przeznaczony tylko dla Francuzów - zaŜartowałem. 
Z  „Pokoju  Francuzów”  przedzwoniłem  natychmiast  do  Bolka.  Przeprosiłem,  Ŝe  tej  nocy 

wyjątkowo  nie  skorzystam  z  gościnnego  namiotu,  bo  mam  trochę  pilnej  roboty  papierkowej. 
Zamówiłem budzenie na szóstą rano. 

„Pokój Francuzów” był niewielki i lśnił czystością. Przypominał ślepy korytarzyk z drzwiami 

w  bocznej  ścianie  i  oknem  tam,  gdzie  powinien  być  jego  dalszy  ciąg.  Poza  tym  nie  róŜnił  się 
niczym od przeciętnego pokoju hotelowego. 

Jego  związek  z  Francuzami  podkreślała  duŜa,  barwna  kopia  znanego  portretu  Napoleona 

siedzącego na wierzgającym rumaku, oprawiona w cięŜkie, rzeźbione ramy. 

Moją  uwagę  przykuły  jednak  dwa  wiszące  obok  siebie,  narysowane  ołówkiem,  niewielkie 

portrety  męŜczyzny  i  kobiety.  Ze  ściany  spoglądały  na  mnie  uwaŜnie  dwie  pary  spokojnych, 
jasnych oczu. 

Pogodny,  uśmiechnięty  szczerze,  przystojny  męŜczyzna  miał  obfitą  brodę  i  wąsy  dobrze 

komponujące  się  z  gęstą,  poskręcaną,  moŜe  nawet  siwą  czupryną  na  głowie.  Był  zapewne 
człowiekiem o silnej osobowości. 

Kobieta  była  po  prostu  magicznie  piękna.  Uroda  jej  twarzy  musiała  przyciągać  wzrok 

kaŜdego męŜczyzny. Przyglądała mi się z tego kawałka papieru, przeniesiona w czasie i oŜywiona 
przez rysownika. 

Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, Ŝe to nie ja jestem obiektem jej zainteresowania. Ona 

spoglądała w ten sposób na człowieka, który ją rysował. 

„CzyŜbym odkrył ślad romansu łączącego kiedyś rysownika i jego modelkę?” 
Zaintrygował  mnie  poŜółkły  ze  starości  papier,  na  którym  były  narysowane  portrety. 

Przyjrzałem  się  z  bliska  w  poszukiwaniu  podpisów  lub  dat  pod  rysunkami.  Niczego  takiego  nie 
znalazłem. Cofnąłem się i jeszcze raz spojrzałem na rysunki z oddali. 

- CzyŜbym oglądał właśnie karczmarza Jana i karczmarkę Alinę? - mruknąłem. 
Wyjąłem kopię rysunku karczmy z 1812 roku. 
Stwierdziłem,  Ŝe  wszystkie  te  prace  mogły  wyjść  spod  jednej  ręki.  Mogły  zatem  powstać  w 

tym samym czasie. 

-  Ciekawe,  kto  był  ich  autorem  i  kogo  rzeczywiście  przedstawiają  te  portrety?  -  spytałem 

siebie  ściągając  buty  i  wyciągając  się  na  tapczaniku.  -  Najprawdopodobniej  ten  trzeci  Francuz-
ziewnąłem przeciągle - narysował gospodarzy gościnnej karczmy... 

background image

 

36 

Przy  mnie  leŜał  rękopis,  kuszący  dalszym  ciągiem  fascynującej  opowieści  karczmarza  Jana. 

Gdyby nie on, spałbym zapewne juŜ dawno, strasząc pochrapywaniem okoliczne sowy i nietoperze. 

„Spać albo czytać?” - pomyślałem. 
- Czytać! - odpowiedziałem. 
Oznaczało to, Ŝe zwycięŜyła we mnie najbardziej ludzką nierozsądna tym razem, nieodparta 

potrzeba zaspokojenia ciekawości. 

„Zdrzemnę  się  później”  -  postanowiłem.  „Przed  zaspokojeniem  ciekawości  nie  potrafię 

zasnąć.” 

Przetarłem  okulary  i  sięgnąłem  po  rękopis.  Coś  mnie  jednak  podkusiło,  by  chociaŜ  na 

chwilkę, dla relaksu, przed czytaniem przymknąć oczy... Zdjąłem okulary. 

Obudził mnie dzwonek telefonu. 
-  Dzień  dobry...  Kłania  się  recepcja  zajazdu  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”.  Zamówił  pan 

budzenie na godzinę szóstą - usłyszałem pogodny głos recepcjonistki. - Właśnie minęła szósta. 

- Bardzo pani dziękuję... - odpowiedziałem siląc się na radość w głosie, bo w rzeczywistości 

byłem  wściekły  na  siebie,  Ŝe  zamówiłem  nieludzko  wczesne  budzenie.  -  Czy  moŜemy  przesunąć 
budzik o godzinkę? - ziewnąłem cicho, aŜ do skurczu szczęk, po czym zwarłem usta kłapiąc głośno 
zębami. 

- Na siódmą? 
- MoŜe... na ósmą... - zawahałem się. - I jeszcze pół godzinki... 
- Na ósmą trzydzieści? Dobrze, panie Tomaszu... 
- Pani Kasia? 
 
JuŜ po pięciu minutach siedziałem w recepcji; Dobudzając się aromatyczną kawą, podzieliłem 

się  z  panią  Kasią  spostrzeŜeniami,  wyniesionymi  z  lektury  fragmentu  rękopisu  i  porównania 
rysunków. 

-  Szkoda,  Ŝe  karczmarz  Jan  nie  znał  języka  francuskiego.  Gdyby  znał,  jego  dramatyczna 

opowieść  zawierałaby  prawdopodobnie  wiele  ,  bezcennych  informacji  pochodzących  wprost  od 
napoleońskich grenadierów... 

-  Panie  Tomaszu...  -  oŜywiła  się  nagle  pani  Kasia.  -  Sądzę,  Ŝe  informacje  te  znajdują  się  w 

notatkach Francuza, który kurował się wówczas dłuŜszy czas w karczmie. 

- Pani to czytała? - zaciekawiłem się wyjmując z koperty kilka spiętych arkuszy, zapisanych 

równym, kaligraficznym pismem w języku francuskim. 

- Próbowałam... Tłumaczyłam trochę ze słownikiem - zarumieniła się. - Niestety, znam tylko 

angielski i niemiecki... 

Nagle  nasze  głowy  jak  na  komendę  odwróciły  się  w  stronę  otwierających  się  drzwi 

wejściowych do zajazdu. W drzwiach ujrzałem znajomą sylwetkę Pawła. 

Na wszelki wypadek przypomnę, Ŝe Paweł Daniec jest moim młodym i zdolnym podwładnym 

w  Departamencie  Ochrony  Zabytków.  Tego  ranka  miał  dotrzeć  pod  Rajgród,  przebadać  miejsce 
znalezienia starego rogu łosia i zbioru głazów. 

- Szef? - zdziwił się moim widokiem w recepcji. - Dzień dobry pani... 
- Jak widzisz, jestem wszechobecny - zaśmiałem się. - Mógłbym teraz powiedzieć, Ŝe czekam 

tu na ciebie, bo przewidziałem, Ŝe nie ominiesz zajazdu, „Pod Czerwonym Kapturkiem”. Byłoby to 
jednak  nieprawdą...  Nie  czekam.  Rozmawiam  z  panią  Kasią.  Oznacza  to,  Ŝe  twoje  pojawienie  się 
jest miłą niespodzianką. 

background image

 

37 

Prawiąc  te  głupoty  obserwowałem  z  duŜą  satysfakcją  zachowanie  Pawła,  wskazujące  na 

rosnące w nim zainteresowanie panią Kasią, która właśnie spiekła delikatnego raka. 

-  Wypije  pan  kawę?  -  spytała  Pawła  szukając  zapewne  pretekstu  do  zniknięcia  na  chwilę.  - 

Pan równieŜ? 

Przytaknęliśmy głowami. Pani Kasia wyszła szybko z recepcji. 
- Szefie... Co się dzieje? - spytał dociekliwie Paweł. 
-  Nie  to,  co  myślisz  -  uśmiechnąłem  się  tajemniczo.  -  Pani  Kasia  studiuje  w  Warszawie 

dziennikarstwo. Jest córką właścicieli tego zajazdu. W wakacje pomaga rodzicom... To inteligentna 
i...  -  przerwałem  zawstydzony,  bo  zauwaŜyłem,  Ŝe  swym  zachowaniem  zaczynam  przypominać 
swatkę wciskającą kawalerowi pannę. 

- Śmiało, szefie... - uśmiechnął się Paweł. - Co dalej? 
-  Ten  zajazd  ma  interesującą  przeszłość...  -  podjąłem  rozpaczliwą  próbę  doprowadzenia  do 

zmiany tematu. 

- Z pewnością... - przerwał mi. - Ale szef nie dokończył zdania o pani Kasi. 
-  To  sympatyczna  i  dobra  dziewczyna...  -  wydusiłem  z  siebie.  -  Chcę,  Ŝebyś  mnie  dobrze 

zrozumiał...  -  pochyliłem  się  w  stronę  Pawła  i  wesoło  szepnąłem:  -  Wczoraj  w  Augustowie 
zostałem wzięty za jej dziadka. 

- Gratuluję! 
- Wyobraź sobie, Ŝe odpowiada mi ta rola - uśmiechnąłem się do nadchodzącej pani Kasi. 
- Akurat tego nie potrafię sobie wyobrazić - zaśmiał się radośnie Paweł. - Pan Samochodzik 

zadowolony z roli dziadka? Coś podobnego? 

Do recepcji weszła moja przyszywana wnuczka. 
- Miałeś zabrać ze sobą archeologa - zmieniłem temat rozmowy. 
Paweł natychmiast spowaŜniał. 
-  Edek  jest  w  ŁomŜy  u  swego  braciszka.  O  dziewiątej  spotkamy  się  w  obozie...  -  spojrzał 

pytająco na mnie. 

Zaprzeczyłem ruchem głowy: 
-  Beze  mnie...  Muszę  na  kilka  godzin  zostać  tutaj...  Przerwałem,  bo  odezwał  się  dzwonek 

komórki.  Pani  Kasia  przyłoŜyła  słuchawkę  do  ucha.  Z  powitania  domyśliłem  się,  Ŝe  rozmawia  z 
kimś bliskim. 

- Ja tu zostaję - powróciłem do przerwanej rozmowy. 
- Z wnuczką - wyszeptał Ŝartobliwie Paweł. 
- I z tymi papierami - odszepnąłem pokazując plik kopii dokumentów. 
Paweł przewertował kartki. DłuŜej przyglądał się rękopisowi Francuza, bo znał francuski. Po 

chwili cmoknął z podziwem w oczach: 

- Szefie! To jest niesamowite... 
- Wiem... I z tego powodu muszę się tu jeszcze trochę pokręcić. 
Pani Kasia, po krótkim „pa!”, odłoŜyła komórkę: 
-  Rozmawiałam  z  mamą  -  uśmiechnęła  się.  -  Prosiła  o  podjęcie  panów  śniadaniem  w  jej 

gabinecie... - ugryzła się w język. - Przepraszam... Nazwę „gabinet” traktujemy tu dosyć umownie - 
otworzyła  drewniane,  wąskie  drzwi  do  urządzonego  kobiecą  ręką  niewielkiego  pokoiku  na 
poddaszu. 

- A co z pani mamą? - spytałem rozglądając się w poszukiwaniu gospodyni. - Wyszła? 
- Zaraz dojedzie - uspokoiła mnie pani Kasia. 

background image

 

38 

To  nie  było  „zaraz”.  Jej  mama  dojechała  natychmiast,  zanim  zdołaliśmy  się  rozsiąść 

wygodnie w fotelach. 

- Bałam się, Ŝe juŜ panów nie zastanę - ucieszyła się na nasz widok. - Dziś wszyscy gdzieś się 

spieszą... Nawet podczas urlopów pędzą przed siebie jak do pracy... 

- My się nigdzie nie spieszymy - spojrzałem w lśniące oczy mamy pani Kasi i uśmiechnąłem 

się  całą  górną  szczęką.  -  Kolega  Paweł  właśnie  jest  w  pracy...  A  ja  jestem  na  urlopie  i  próbuję, 
namówiony  przez  pani  córkę,  rozwikłać  tajemnicę  strachowiska...  -  mimowolnie  spojrzałem  w 
nasłonecznione okno, z którego widoczna była szosa na ŁomŜę. - Zaraz, zaraz... 

„Coś tu się nie zgadza” - pomyślałem. 
- Panie Tomaszu - zaniepokoiła się moim milczeniem pani Kasia. - Czy coś się stało? 
Oczy wszystkich zwróciły się w stronę okna. 
-  Nie...  Nic  się  nie  stało  -  uśmiechnąłem  się  uspokajająco.  -  To  dziwne...  Z  okna  „Pokoju 

Francuzów” szosa na ŁomŜę jest niewidoczna. 

- A powinna być widoczna? - zaśmiał się Paweł. 
-  Oczywiście  -  przytaknąłem.  -  Z  opowieści  karczmarza  Jana  wynika  Ŝe  napoleońscy 

Ŝ

ołnierze  zajmowali  odległą  izbę,  której  okno  wychodziło  na  drogę  z  ŁomŜy.  Nie  mogli  zatem 

mieszkać w dzisiejszym „Pokoju Francuzów”... 

- Czy to oznacza, Ŝe mieszkali tutaj? - pani Kasia rozejrzała się po gabinecie. 
-  Najprawdopodobniej...  -  spojrzałem  na  właścicielkę  zajazdu.  -  JeŜeli,  oczywiście,  ta  część 

budynku nie została wyburzona i wzniesiona od nowa. 

 
Okazało  się,  Ŝe  wschodnie  skrzydło  budynku,  w  którym  mieścił  się  domniemany  „Pokój 

Francuzów”  i  gabinet  właścicielki  zajazdu,  przetrwało  w  niezłym  stanie.  Pod  nim  zachowała  się 
niewielka,  jak  na  potrzeby  karczmy,  piwniczka.  Po  wykonaniu  zabiegów  konserwatorskich  i 
renowacji  drewna  rodzice  pani  Kasi  postanowili  zachować  tę  część  budynku  bez  przeróbek,  jako 
ciekawostkę dla gości. 

W  skrzydle  tym  mieszkał  staruszek  Lucjan.  Jego  spadkobierca  rozdał  miejscowym  stare, 

antyczne  zapewne  meble  ostatniego  gospodarza  karczmy,  przejrzał  to,  co  po  nim zostało,  wyniósł 
za budynek i podpalił. MoŜe coś wziął na pamiątkę? Miał przecieŜ do tego prawo. Tak czy inaczej, 
po  staruszku  Lucjanie  pozostała  tylko  ludzka  pamięć,  trochę  rozproszonych  po  ludziach  mebli  i 
niedopalone resztki jego dobytku, bo spadł rzęsisty deszcz i ugasił ogień. 

Podczas  uprzątania  tych  resztek,  pani  Kasia  wyszperała  przewiązany  sznurkiem  plik 

papierów.  Wśród  nich  znalazła  rysunki  i  rękopisy.  Po  ich  przejrzeniu  okazało  się,  Ŝe  deszcz 
uratował cenne dokumenty mówiące o przeszłości karczmy. 

Czas, do spółki z poszukiwaczami skarbu Francuzów i pospolitymi szabrownikami, zrujnował 

skrzydło  zachodnie  i  zabudowania  gospodarcze.  Jeszcze  za  Ŝycia  staruszka  Lucjana,  ostatniego 
gospodarza strachowiska, przyjeŜdŜali tu róŜni obcy. Nocą rozkuwali ściany, rozłupywali podłogi, 
podkopywali  fundamenty  w  poszukiwaniu  ścian  legendarnych  dwupoziomowych  piwnic.  Nie 
wiadomo, czy i co znaleźli. 

Skrzydło  zachodnie  było  tak  zniszczone,  Ŝe  trzeba  je  było  rozebrać  do  fundamentów  i 

odbudować. Robotnicy znaleźli pod nim jeszcze jedną niewielką piwniczkę, do której wchodziło się 
kiedyś  pod  schodami  prowadzącymi  na  poddasze.  Wejście  do  niej  było  od  dawna  zamurowane  i 
pokryte tynkiem. 

Dyskretnie spojrzałem na zegarek: 

background image

 

39 

Przepraszam  panie...  Mój  kolega  musi  się  juŜ  poŜegnać  -  spojrzałem  w  stronę  Pawła,  który 

ociągając się wstał z fotela. 

-  No  tak!  -  westchnął.  -  Jestem  oczekiwany  pod  Rajgrodem  -  wyszedł  patrząc  w  oczy  pani 

Kasi. 

Stanęło  na  tym,  Ŝe  zamieszkam  w  „Pokoju  Francuzów”  i  spróbuję  wyjaśnić  tajemnicę 

strachowiska. 

background image

 

40 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

ZAGADKOWA WĘDRÓWKA STUDNI • U HARCERZY POD RAJGRODEM • 

TAJEMNICZY KOPCZYK ZA KARCZMĄ • W CO STRZELIŁ PIORUN? • 

ZAWINIĄTKO ZNALEZIONE W ROZŁUPANEJ WIERZBIE • TELEFON OD ANKI • 

OPOWIEŚCI KARCZMARZA JANA CIĄG DALSZY • OPOWIEŚCI GRENADIERA 

JOACHIMA 

 
Przeszedłem  na  drugą  stronę  szosy,  na  wprost  zajazdu,  by  ustalić,  w  którym  miejscu  zimą 

1812  roku  stał  człowiek  rysujący  karczmę.  Gdy  pochyliłem  się  uwaŜnie  nad  zarysowaną  kartką, 
usłyszałem za plecami niski męski głos z wyraźnie kresowym akcentem: 

- Dzień dobry... Pozwoli pan, Ŝe spytam? 
Obejrzałem  się.  Krok  za  mną  na  poboczu  szosy  stał  postawny,  uśmiechnięty  staruszek  w 

przewiewnej, szarej marynarce, białych spodniach i słomkowym kapeluszu z duŜym rondem. Jego 
czerstwą,  pooraną  bruzdami  twarz  porastał  kilkutygodniowy  srebrzysty  zarost.  W  prawej  ręce 
trzymał  drewnianą  laskę  z  gumową  nakładką  na  dole,  Ŝeby  nie  stukała.  Uchwyt  laski  był 
zakończony misternie wyrzeźbioną kozią łapką. 

Uśmiechnąłem się: - Oczywiście... Słucham pana. 
- W czym mogę pomóc? 
Zdziwiony pytaniem przyjrzałem się staruszkowi: 
- Pamięta pan wygląd starej karczmy? 
- A jakŜe... Pamiętam. 
- Niech pan spojrzy na to - pokazałem kopię rysunku z 1812 roku. 
-  Karczma  zimą...  Tylko  studnia  była  w  innym  miejscu...  O,  tutaj...  Teraz  teŜ  jest  gdzie 

indziej... - dodał patrząc w stronę zajazdu. - Zaraz po wojnie karczma jeszcze się tak trzymała, ale 
Lucjan  jej  nie  otworzył.  Później  pod  śniegiem  dach  się  zapadł  po  zachodniej  stronie...  Lucjan 
przeniósł się wtedy do pokoiku na poddaszu z drugiej strony...  I zaczęła się ruina. A on nic, tylko 
czekał na Francuzów. Pewnie jeszcze czeka... 

- JuŜ nie czeka. 
- A co? - staruszek spowaŜniał na wspomnienie Lucjana. - Nie doczekał?... Aha! No to ja juŜ 

sobie  pójdę...  na  spacerek,  bo  dawno  mnie  tu  nie  było.  Muszę  teraz  zobaczyć  co  i  jak  -  dodał  i 
poszedł wolno, dostojnie poboczem szosy w stronę ŁomŜy. 

 
-  Stara  studnia?  Mieliśmy  z  nią  utrapienie  -  Tadeusz,  ojciec  pani  Kasi,  rozejrzał  się.  -  Była 

dokładnie  w  tym  miejscu  -  przykucnął  i  dotknął  dłonią  powierzchni  parkingu  wyłoŜonego 
polbrukiem. - W dzień panował przy niej spokój, bo budowaliśmy zajazd i kręciło się pełno ludzi. 
Za to nocami aŜ roiło się od łowców skarbów. Wypompowywali wodę. Opuszczali się do środka na 
linach i drabinkach, rozkuwali ceglane ocembrowanie. Grzebali w dnie, bo któryś znalazł tam jakąś 
monetę... Prosiłem, Ŝeby tego nie robili z zabytkiem, który po renowacji będzie atrakcją przyszłego 
zajazdu...  Ale  gdzie  tam!  AŜ  któregoś  ranka  wyciągnęliśmy  jednego.  LeŜał  zziębnięty  na  dnie  z 
połamanymi  Ŝebrami  i  skręconą  nogą.  I  straszliwie  wrzeszczał.  Koledzy  zostawili  go  i  uciekli. 
Myśleli,  Ŝe  się  zabił.  A  on  tylko  stracił  na  chwilę  przytomność...  Wtedy  zasypaliśmy  studnię 
gruzem  i  zabetonowaliśmy,  Ŝeby  nikt  więcej  w  niej  nie  grzebał.  A  obok  wywierciliśmy  i 
wybudowaliśmy nową. 

background image

 

41 

- A co było kiedyś w tym miejscu? - stanąłem tam, gdzie według  rysunku z 1812 roku była 

studnia z Ŝurawiem. 

Tadeusz  spojrzał  na  rysunek:  -  Nie  mam  pojęcia...  Studnia,  którą  musieliśmy  zlikwidować, 

była  bardzo  stara  i  zniszczona.  Była  jednak  w  innym  miejscu...  MoŜe  była  tu  wcześniej  inna 
studnia,  którą  z  jakiegoś  powodu  zlikwidowano?  A  moŜe  rysownik  popełnił  błąd  i  narysował 
studnię w innym miejscu? No dobrze... A jeŜeli błędu nie popełnił? 

Rozmowę przerwał dzwonek mojej komórki. 
- Cześć! To ja - usłyszałem głos zdenerwowanego Bolka. 
- Cześć! Słucham... - odpowiedziałem pogodnie. 
- Tragedia, Tomaszu, tragedia! - ryknął. 
- Co się porobiło?! - spytałem zaniepokojony krzykiem druha komendanta. 
- Pamiętasz lepsze miejsce na obóz? 
-  Pamiętam...  Bałeś  się,  Ŝe  wyjdziesz  na  gapę  w  oczach  Teni,  gdy  zauwaŜy,  Ŝe  przegapiłeś 

lepsze i rozbiłeś obóz w gorszym miejscu. 

-  Wtedy  skłamałeś  jej,  Ŝe  specjalnie  wybrałem  to  gorsze,  Ŝeby  ona  mogła  rozbić  obóz  w 

lepszym... 

- Skłamałem ratując twoją godność przed uszczerbkiem. 
- A ja nie zaprzeczyłem! 
- To fakt... 
- I teraz mamy u Teni obaj przechlapane! 
- Nie widzę powodu - zdziwiłem się. 
- Bo nie widzisz, co się tutaj dzieje! 
RozŜalony Bolek wyłączył komórkę. 
Przeprosiłem Tadeusza i powróciliśmy do rozwaŜań nad rysunkiem. 
-  Z  jego  prac  wynika,  Ŝe  był  wnikliwym  obserwatorem  i  znakomicie  rysował.  Popełnienie 

przez niego tak oczywistego błędu wydaje się więc; nieprawdopodobne. Mógł mieć jakiś powód do 
narysowania studni nie tam, gdzie ją widział. Zobacz... - podsunąłem rysunek Tadeuszowi pod sam 
nos. - MoŜe te ślady mają jakieś znaczenie? 

Na rysunku były widoczne odciśnięte w śniegu głębokie ślady nóg tylko jednego człowieka, 

który  szedł  prosto  od  narysowanej  studni  do  miejsca,  z  którego  została  narysowana  karczma. 
MoŜna było policzyć dokładnie kroki, jakby ten ktoś mierzył odległość. 

- To mogą być ślady autora rysunku - zauwaŜył Tadeusz. 
- Całkiem moŜliwe... 
-  Zaraz,  zaraz...  JeŜeli  tak,  to  rysownik  szedł  od  studni,  ale  wcześniej  jej  nie  obszedł...  - 

zauwaŜył Tadeusz. - Nie wiadomo teŜ, skąd i którędy do niej doszedł. 

- No tak... Jakby wyszedł prosto ze studni... Dziwne... - zastanowiłem się. 
Tadeusz rozejrzał się po parkingu: 
-  Mógł  wyjść  z  czegoś,  co  było  wówczas  w  miejscu,  w  którym  na  rysunku  umiejscowił 

studnię... Wiesz co? Sprawdziłbym to miejsce... 

- Nie spiesz się... Co juŜ jest pod ziemią, to nigdzie nie ucieknie - powstrzymałem Tadeusza. - 

Musimy  pamiętać,  Ŝe  mamy  do  czynienia  z  rysunkiem  wykonanym  przez  inteligentnego,  pewnie 
wykształconego  człowieka.  A  tymczasem  to,  co  zrobił  ze  studnią  i  śladami  na  śniegu  wydaje  się 
zbyt  proste,  oczywiste,  prawie  naiwne...  MoŜe  w  ten  sposób  chciał  odwrócić  uwagę  osób 
niepoŜądanych od jakiejś informacji zawartej na drugim albo trzecim planie rysunku, czytelnej dla 

background image

 

42 

osób wtajemniczonych? -przerwałem, bo nagle błysnęło i zagrzmiało. 

Spojrzałem  w  górę.  Od  zachodu  sunęły  ołowiane,  kłębiące  się  chmury.  Znów  błysnęło. 

Trzasnął blady piorun, za nim poszła cała seria,  jakby  ołowiane chmury  chciały zapuścić w ziemi 
swoje migotliwe, srebrzyste korzenie. 

Sprawdziłem  kątem  oka,  czy  na  dachu  zajazdu  są  odgromniki.  Okazało  się,  Ŝe  są.  „Mają 

nawet  połączenie  z  ziemią...”  -  odetchnąłem  z  ulgą  i  przezornie  ruszyłem  w  stronę  wejścia. 
Postawiłem właśnie nogę na progu, gdy w kieszeni zadzwoniła moja komórka. 

- Litości! Tylko nie teraz! - spoglądając na nadciągające chmury krzyknąłem do mikrofonu i 

nauczony doświadczeniem spod Rajgrodu pospiesznie wyłączyłem telefon. 

- Co się stało? - zaniepokoił się Tadeusz. 
-  Nie  wiem...-zatrzymałem  się  w  drzwiach.  -  Coś  się  dzieje  u  harcerzy  pod  Rajgrodem... 

Prawdopodobnie z mojej winy - spojrzałem na Tadeusza. - Sprawdzę to i zaraz wrócę - pobiegłem 
do wehikułu. 

Ku  mojemu  zdziwieniu  po  kilku  minutach  jazdy  zobaczyłem  idącego  poboczem  poznanego 

rano staruszka. Zatrzymałem się tuŜ przed nim. 

- A dokąd to? - spytałem szczerząc się w uśmiechu. 
- Do Szczuczyna - odpowiedział nie zatrzymując się i odwzajemnił uśmiech. 
- To daleko... 
-  Mam  duŜo  czasu  -  optymistycznie  zauwaŜył  staruszek  pokonując  kolejne  metry  długiej 

drogi. 

- Wiem... Ale jadę przez Szczuczyn. Mogę podwieźć. 
- Nie trzeba... - staruszek zatrzymał się. - Albo i trzeba...- popatrzył na nadciągające chmury. - 

Staruszek siadł obok mnie, zapiął pas i powiedział: - Jedziemy... 

- Ruszyliśmy. 
- Pomógł pan bardzo z tą studnią na  rysunku... Jest narysowana nie tam,  gdzie rzeczywiście 

była. 

-  A  gdzie  tam  -  staruszek  machnął  niecierpliwie  ręką,  zupełnie  jakby  opędzał  się  przed 

niewidzialną muchą. - To nie tak... Jak juŜ poszedłem, to sobie przypomniałem... - spojrzał na mnie. 
- Ma pan ten obrazek z karczmą? 

Zjechałem na pobocze, wyłączyłem silnik i wyjąłem rysunek. 
-  No  tak...  -  staruszek  poprawił  okulary.  -  O!  Widzi  pan  ten  kopczyk  po  lewej  stronie  za 

karczmą? 

Przytaknąłem. 
- Gdyby karczma na rysunku stała na swoim miejscu, to ten kopczyk byłby schowany za nią... 

- staruszek zawiesił głos. - A moŜe się mylę? - zastanowił się. - Dawniej mógł być i w tym miejscu 
jakiś kopczyk. 

- A co to za kopczyk? 
-  Jeszcze  pan  tego  nie  wie?  -  zdziwił  się.  -  To  ma  być  mogiła  Francuzów  od  Napoleona...  - 

zaśmiał  się  i  machnął  z  lekcewaŜeniem  dłonią.  -  Mówią,  Ŝe  ich  duchy  zostały  pilnować  skarbu 
cesarza - puknął się laską w czoło. - Jakie duchy? Lucjan tylko się śmiał. On wiedział... - spojrzał 
na mnie i spowaŜniał. - Mówi pan, Ŝe odszedł? 

- Niestety... 
-  Szkoda...  -  uśmiechnął  się  do  wspomnień.  -  Robił  smakowitą  nalewkę  i  był  dobrym 

kompanem... Wiedział, co wiedział i zabrał ze sobą - zamyślił się przez chwilę. - A jego duch tam 

background image

 

43 

nie straszy? - przerwał milczenie Ŝartem. 

-  Mnie  nie  straszy  -  uruchomiłem  silnik.  -  Ale  kto  wie?  MoŜe  jeszcze  postraszyć,  bo  z 

duchami nic nie wiadomo - zaśmiałem się. 

- Jak zechce panu coś powiedzieć, to z pewnością postraszy - popatrzył przed siebie. - A coś 

mi się zdaje, Ŝe zechce, bo pan chce poznać tajemnicę strachowiska. 

- Bardzo... Ale nie dla siebie... 
- No! Na złodzieja i nieuczciwego to pan raczej nie wygląda - przyjrzał mi się z ukosa. - Kim 

pan jest? 

Podałem swoją legitymację słuŜbową. Staruszek przetarł grube szkła. 
-  No,  no...  -  mruknął  pod  nosem  po  przyjrzeniu  się  zdjęciu,  pieczątkom  i  napisom.  - 

Prawdziwa? 

- Najprawdziwsza... 
W tym momencie wjechaliśmy do Szczuczyna. 
- Stop! Ja tu wysiadam - powiedział staruszek. 
Zjechałem na pobocze i zahamowałem. 
- Niedługo będę wracał... - spojrzałem na wysiadającego pasaŜera. - Chętnie pana zabiorę. 
Staruszek spojrzał na mnie: - Skorzystam... JeŜeli to nie kłopot - zastrzegł. 
- śaden kłopot... 
- JeŜeli tak, to podjedzie pan tam - wskazał laską chatę przycupniętą przy bocznej drodze za 

krzakami bzu - i zatrąbi na mnie. 

 
„To  się  nie  trzyma  kupy”  -  pomyślałem  uruchamiając  silnik.  „Zimą  1812  roku,  gdy  ktoś 

rysował  karczmę,  nie  mogło  być  tam  Ŝadnej  mogiły  Ŝołnierzy  napoleońskich...  Było  ich  trzech. 
Przyszli  w  połowie  grudnia.  Dwaj  zaraz  odjechali.  Został  jeden  schorowany.  Poza  tym  karczmarz 
Jan nie wspomina pogrzebu Francuzów za karczmą... ChociaŜ nie doczytałem do końca.” 

 
Pod  Rajgrodem  juŜ  z  daleka  dostrzegłem  harcerską  krzątaninę.  Jakaś  druŜyna  pospiesznie 

rozbijała obóz. 

-  Będzie  trzeci  obóz?  -  zdziwiłem  się  głośno  i  ucieszyłem  zarazem.  -  Będzie  weselej  i 

ciekawiej  -  rozejrzałem  się  zadowolony.  -  Zaraz,  zaraz...  A  gdzie  się  podział  obóz  dziewcząt?  - 
zmartwiłem  się.  -  Odjechał...  CzyŜby  Tenia  aŜ  tak  się  na  nas  pogniewała,  Ŝe  postanowiła  się  stąd 
wynieść? - spytałem sam siebie. - A przecieŜ chciałem ją przeprosić za kłamstwo. 

Pierwszy  zauwaŜył  mnie  Sokole  Oko.  Krzyknął  coś  do  druhów  rozbijających  namioty  i 

przybiegł do wehikułu, zanim z niego wysiadłem. 

- Druhu Tomaszu! Wiemy juŜ, w co trafił wczorajszy piorun... 
- Nie we mnie? - udałem zdziwienie. 
Zaprzeczył ruchem głowy. 
-  W  tamto  drzewo...  -  rozpromieniony  harcerz  wskazał  ręką  bardzo  starą  wierzbę.  -  Jest 

rozłupane  od  góry  do  samego  dołu...  Stąd  nie  widać.  ZauwaŜyliśmy  to  przypadkiem  dopiero  dziś 
rano. 

Ruszyliśmy w stronę drzewa. 
-  Wiewiórka  zauwaŜył  -  dodał  Wilhelm  Tell,  który  dołączył  do  nas.  -  Chciał  połazić  po 

wierzbie, bo dobrze wyrośnięta i rozgałęziona... 

- ZałoŜyłem się, Ŝe wejdę na sam czubek - wtrącił się Wiewiórka. - Ale zrezygnowałem, bo 

background image

 

44 

zobaczyłem, Ŝe pień jest świeŜo rozłupany i rozchylony w obie strony... Mógł się przewrócić... 

-  JeŜeli  będzie  ulewa,  to  pewnie  się  przewróci,  bo  rozmoczona  ziemia  moŜe  nie  utrzymać 

korzeni - trafnie zauwaŜył Sokole Oko. 

Z  bliska  wierzba  robiła  wraŜenie.  Była  bardzo  stara,  gruba  i  wyrośnięta  ku  górze.  Przez  jej 

masywny  pień  przebiegała  świeŜa,  wąska  szczelina  dzieląca  go  od  góry  aŜ  do  korzeni  na  dwie 
nierówne  części.  U  zbiegu  jej  dwóch  głównych  konarów,  kilka  metrów  nad  ziemią,  w  pniu  był 
widoczny próchniejący, wydłuŜony otwór dziupli. 

-  Przypuszczalnie  ta  wierzba  ocaliła  wczoraj  moją  głowę  -  poklepałem  dłonią  szorstki,  siwy 

pień. - Zacna staruszka. 

Nagle  zerwał  się  gwałtowny  wiatr  sygnalizujący,  Ŝe  dogoniła  mnie  burza.  Stara  wierzba 

zatrzeszczała. Ze szczeliny w pniu posypały się drzazgi. 

-  No!  Druhowie...  -  powiedziałem  patrząc  na  nadciągające,  ponure  chmury.  -  Musimy  wiać, 

bo będzie lać i... 

Nie zdąŜyłem dokończyć. 
Niespodziewanie dmuchnęło, zatrzeszczało i grubsza część rozpołowionego pnia z trzaskiem 

łamanych  gałęzi  runęła  w  naszym  kierunku.  Ziemia  jęknęła  pod  nieoczekiwanym  ciosem.  Na 
szczęście zdąŜyliśmy w porę uskoczyć. 

- Wiejemy? - spytał rzeczowo Wilhelm Tell. 
- Chwileczkę - powstrzymałem druhów, bo zaintrygowało mnie wnętrze stojącej części pnia. - 

Zobaczcie! Ta wierzba była prawie pusta w środku... Wszystko przez tę dziuplę u góry. 

-  Pewnie  zimowały  w  niej  wiewiórki  -  zauwaŜył  Wiewiórka,  wywołując  powszechną 

wesołość przez skojarzenie jego pseudonimu z dziuplą. 

-  Przyjrzyjmy  się  zatem  z  bliska  przekrojowi  zimowego  mieszkanka  wiewiórek  - 

zaproponowałem i podszedłem do sterczącej z ziemi części rozłupanego pnia. 

Nagle za plecami usłyszałem zespołowy okrzyk całej trójki: - Druhu Tomaszu! 
Odruchowo  spojrzałem  do  góry,  czy  przypadkiem  na  moją  głowę  nie  spada  jakiś  konar. 

Obejrzałem się na harcerzy. Pochylali się z zaciekawieniem nad leŜącą częścią pnia. 

-  Druhu  Tomaszu!  Tu  coś  jest...  -  Wilhelm  Tell  i  Wiewiórka  wytrzeszczyli  oczy  w  moją 

stronę. 

- Niczego nie ruszajcie - ostrzegłem harcerzy biegnąc w ich kierunku. 
Z  przeciwka,  od  strony  obozów,  nadbiegał  istny  tabun  harcerek  i  harcerzy  z  Tenią  i 

zaniepokojonym Bolkiem na czele. 

W  miejscu,  w  którym  znajdowało  się  dno  głębokiej  i  przestronnej,  próchniejącej  od  środka 

dziupli zobaczyłem tajemnicze zawiniątko. 

OstroŜnie  rozwinąłem  kawałek  starej  tkaniny  z  postrzępionymi  brzegami.  To,  co  ujrzałem, 

zaskoczyło mnie całkowicie. Rozejrzałem się po zaciekawionych twarzach. 

- Jest tu tylko jeden niewielki przedmiot - uśmiechnąłem się. - Kto zgadnie? 
- Jakiś wyrób ze złota albo srebra! - wykrzyknął Wilhelm Tell. 
- Nie zgadłeś... 
-  Wiem!  W  zawiniątku  jest  drogi  kamień!  -  zawołał  odkrywczo  Wiewiórka.  -  Na  przykład 

brylant... 

- Prawie odgadłeś - zaśmiałem się. - W środku jest otoczak... 
- Otoczak? - zdziwiła się Tenia. 
-  A  co  to  takiego?  -  spytał  Sokole  Oko  zajęty  konstruowaniem  łuku  z  odłamanej  gałęzi 

background image

 

45 

wierzby. 

-  To  zwykły  kamień  zaokrąglony  i  wygładzony  na  skutek  toczenia  się  po  dnie  rwącej  rzeki 

lub przed lodowcem - podpowiedział Bolek. - Pełno ich tu wszędzie. 

Ulewny  deszcz,  który  lunął  nagle  bez  Ŝadnego  ostrzeŜenia  na  nasze  głowy,  przerwał 

rozwaŜania. Pobiegliśmy pod namioty. Raptem Bolek się zatrzymał. 

- A zawiniątko?! - krzyknął przez strugi deszczu w moim kierunku. 
- Wziąłem! - odkrzyknąłem przyspieszając gwałtownie kroku, bo właśnie błysnęło i trzasnęło 

sucho gdzieś w pobliŜu. 

- Co tu się stało? - spytałem Bolka, gdy znaleźliśmy się w jego namiocie. 
- Daj spokój... - machnął dłonią i rzucił mi ręcznik. - Wysusz się, bo wyglądasz jakbyś znów 

wpadł do rzeki Ełk. 

- Bolku... Przyjechałem tu z powodu twoich dwóch telefonów do mnie... 
- Dzwoniłem tylko raz! - krzyknął Bolek przez ręcznik. 
- Raz? - zdziwiłem. - Jesteś pewien? 
- Jestem... Ale zapomnij, Ŝe dzwoniłem. 
- Mówiłeś, Ŝe obaj mamy przechlapane u Teni... 
- Przesadziłem... - Bolek przerzucił ręcznik przez ramię. - Bałem się, Ŝe będzie miała do nas 

pretensje... - uśmiechnął się przepraszająco. - Ale nie ma. 

- Nic nie rozumiem... 
-  Wiem...  -  Bolek  opuścił  na  chwilę  głowę.  -  Kiedy  Paweł  kazał  przenieść  jej  obóz, 

przestraszyłem się, Ŝe Tenia posądzi nas o celowe wpakowanie harcerek z namiotami na miejsce, w 
którym juŜ następnego dnia zacznie kopać ściągnięty przez ciebie archeolog. 

- Nie mogliśmy przewidzieć, gdzie będą prowadzone te wykopki... 
-  No  właśnie  -  przytaknął.  -  Chciałem  jej  to  wyjaśnić...  -  Bolek  rozwiesił  ręcznik.  -

Niepotrzebnie... Wyobraź sobie, Ŝe ona nie ma do nas pretensji... 

- Mam... - w wejściu do namiotu pojawiła się Tenia. - Wrobiliście mnie w miejsce, z którego 

juŜ następnego dnia musiałam przenieść obóz - zaśmiała się wesoło zdejmując mokrą pelerynę. 

-  Nie  sama  -  do  namiotu  wszedł  Paweł  w  towarzystwie  archeologa.  -  Druhny  i  druhowie 

spisali się na medal... ZdąŜyli przenieść wszystko i rozbić namioty przed ulewą - spojrzał w stronę 
archeologa. - Edek wyjaśni resztę. 

- Wykopaliśmy tylko ten róg łosia - uśmiechnął się archeolog. W najbliŜszym otoczeniu nie 

znaleźliśmy Ŝadnych artefaktów... Pochodzenie i przeznaczenie rogu pozostanie zapewne zagadką. 
Nie wiadomo, jaką rolę odgrywał tysiące lat temu. Pewne jest, Ŝe został celowo obrobiony ludzką 
ręką i był w jakiś sposób długo uŜytkowany. Z pewnością nie jako narzędzie lub broń... Jego duŜe 
rozmiary,  widoczne  odcięcie  części  i  wygładzenia  powierzchni  pozwalają  sądzić,  Ŝe  był 
przedmiotem wyjątkowym, moŜe oznaką władzy przekazywaną z pokolenia na pokolenie... Ale to 
nie jest pewne - Edek spojrzał w stronę Teni. - Zobaczymy, co kryje ziemia w poprzednim miejscu 
obozu  harcerek...  Znaleziony  róg  nie  spadł  przecieŜ  kiedyś  z  nieba.  Dotarł  tu  z  ludźmi...  Podobne 
znalezisko miało miejsce niedawno pod Olsztynem u zbiegu Łyny z Wadągiem. Odkryto tam ślady 
obozowiska  uŜytkowanego  około  jedenaście  tysięcy  lat  przed  naszą  erą  przez  myśliwych 
polujących na renifery... Szukajmy zatem śladów prehistorycznego obozowiska. 

- A co sądzisz o głazach? - spytał Bolek. 
- Na razie tylko tyle, Ŝe są duŜe i Ŝe zgromadzili j e ludzie... - Edek bezradnie rozłoŜył ręce i 

uśmiechnął się.  - Człowiek nie  wykonuje tak duŜej pracy bez powodu. Trzeba kopać... Przyznaję, 

background image

 

46 

Ŝ

e jest to interesujące miejsce. 

Blask słońca wyciągnął nas z namiotu. 
 
Spod  Rajgrodu  pomknąłem  do  Augustowa  odwiedzić  Lopka  w  szpitalu.  „MoŜe  będzie 

bardziej rozmowny na temat powodu swojego przyjazdu na Mazury?” - pomyślałem na jego widok 
w  łóŜku.  „Wczoraj  Teodor  chciał  mi  o  tym  coś  powiedzieć...  A  on  niespodziewanie  wtrącił  się  i 
zmienił temat.” 

Lopek wyglądał i czuł się dobrze. 
- Byli u mnie przed chwilą Teo i Anka-powiedział na powitanie. 
- Co u nich? 
- Nie mogą doczekać się mojego wyjścia - zaśmiał się Lopek. - Aha!... Niepokoją się o ciebie. 
- Niepotrzebnie... Okazało się, Ŝe piorun strzelił w pobliską wierzbę, nie we mnie. 
- W wierzbę? - zainteresował się Lopek. 
- Taką starą... Rozłupał ją. Ale się nie zapaliła. 
- To miałeś szczęście... 
-  Ty  teŜ  miałeś  szczęście,  bo  otrzymałeś  błyskawiczną  pomoc  -  uśmiechnąłem  się.  - 

Wykurujesz  się,  wyjdziesz  i  ruszycie  znów  w  poszukiwaniu  letniej  przygody  -  poklepałem  Lopka 
po ramieniu. 

Lopek nie podjął tematu. 
-  Jak  się  ze  mną  skontaktują  powiem,  Ŝe  z  tobą  wszystko  w  porządku  -  uśmiechnął  się  do 

mnie. 

-  Będę  wdzięczny  -  odpowiedziałem  pozostawiając  Lopka  w  błędnym  przekonaniu,  Ŝe  nie 

mam z nimi Ŝadnego kontaktu. 

Zaraz po wyjściu ze szpitala wycisnąłem numer Anki. Nie kryła zaskoczenia i radości. 
- Myślałem, Ŝe stało się coś złego... 
- Dlaczego? - zdziwiłem się. 
-  Zadzwoniłam  rano...  I  usłyszałam  pana  krzyk:  „Litości!  Nie  teraz!”  -  zaśmiała  się.  -  Czy 

telefon od pana oznacza, Ŝe teraz juŜ mogę dzwonić? 

- Oczywiście! - przytaknąłem. - Musimy się spotkać we troje i pogadać. 
-  Dzwoniłam  właśnie  w tej  sprawie...  -  ucieszyła  się  Anka.  -  A  czy  moŜemy  spotkać  się  we 

czworo? 

- We czworo? - zawahałem się, bo chciałem spotkać się z Teo i Anką bez Lopka. - Wolałbym 

bez udziału Lopka... 

- Tą czwartą osobą nie będzie Lopek. 
- No to spotkajmy się natychmiast - zaproponowałem, Ŝeby nie dopuścić do zmiany planów. 
-  To  niemoŜliwe...  DojeŜdŜamy  właśnie  do  Świętej  Lipki.  Stąd  wybieramy  się  do  Stoczka 

Klasztornego... 

- Wobec tego czekam w zajeździe „Pod Czerwonym Kapturkiem”. 
- O której godzinie? 
- Wszystko jedno... Mam tam pewne zobowiązania, wynajęty pokój i zaległą, pilną lekturę do 

przeczytania i przemyślenia. 

 
Po  drodze  zabrałem  ze  Szczuczyna  staruszka.  Nie  zastał  gospodarzy.!  Nie  spodziewali  się 

jego wizyty. Burzę przesiedział na ganku. Nigdzie nie chodził. Czekał na mnie, bo przecieŜ się ze 

background image

 

47 

mną umówił. 

- Miałem czas na pomyślenie o tym obrazku z karczmą - uśmiechnął! się na powitanie. 
Ruszyliśmy w kierunku ŁomŜy. 
- I co? 
- Pomyślałem, Ŝe rysunek nie jest fotografią. 
- Nie jest. 
- To znaczy, Ŝe na rysunku moŜe być to, czego w rzeczywistości nie było i nie ma. 
-  Oczywiście...  -  przyznałem  rację.  -  Ale  na  fotografii  teŜ  moŜna  umieścić  dziś  coś,  co  się 

tylko chce umieścić, chociaŜ nie ma tego w miejscu, które się fotografuje. 

- Tak... Jednak rozmawiamy o rysunku - obruszył się staruszek. - Widzi pan... Pamiętam stare 

chaty  z  wysokimi  kominami...  Budowali  wysokie  dla  bezpieczeństwa,  Ŝeby  się  słoma  z  dachu  nie 
zajęła ogniem od iskier z komina. 

- Wiem... Taki wysoki komin miała karczma Lucjana. 
-  OtóŜ  to!  -  przytaknął  dziadek.  -  Na  obrazku  widać,  Ŝe  z  tego  komina  leci  dym.  Pamiętam 

takie  dymiące  kominy  zimą.  Nie  pamiętam  jednak,  Ŝeby  którykolwiek  uŜytkowany  komin  był 
zasypany  śniegiem  po  bokach...  Śnieg  przy  kominach  się  wytapiał,  bo  one  były  ciepłe...  A  na 
obrazku dymiący komin  siedzi głęboko w śnieŜnej zaspie na dachu. Ot co! Tej zaspy tam być nie 
mogło. Chyba Ŝe gdzieś dalej od komina... 

Zjechałem na pobocze i wyjąłem rysunek. Dymiący komin karczmy rzeczywiście był prawie 

do połowy obsypany śnieŜną piramidą górującą nad zaśnieŜonym dachem. 

- Dobrze zauwaŜyłem? - spytał staruszek. 
-  Jest  pan  niezwykle  spostrzegawczym  człowiekiem  -  powiedziałem  z  nieukrywanym 

podziwem w głosie. 

-  A  to  mnie  pan  komplementował  -  spojrzał  na  mnie  znad  grubych  szkieł.  -  Gra  pan  w 

szachy? 

Pytaniem tym staruszek zaskoczył mnie zupełnie. 
-  Potrafię...  -  kiwnąłem  niepewnie  głową.  -  Ale  nie  pamiętam  nawet,  kiedy  i  z  kim  ostatnio 

grałem... A pan? 

- Gram... - machnął ręką. - Co ja gadam... Nie grałem juŜ ze dwadzieścia lat, to nie wiem, czy 

jeszcze pamiętam zasady. 

- Gry w szachy się nie zapomina... - spojrzałem na staruszka. 
- Przychodzi czas, Ŝe wszystko się zapomina - westchnął. - Niekiedy przychodzi czas, Ŝe coś 

tam  się  przypomni...  Teraz  przypomniałem  sobie,  Ŝe  ostatnio  grałem  z  Witkiem.  Przegrałem  w 
trzech ruchach, bo mnie jego Jagna zagadała. 

- I dziś wybrał się pan do Szczuczyna, Ŝeby po latach odwiedzić panią Jagnę i pana Witka? 
Zaskoczony staruszek spojrzał na mnie. 
- Jak pan to zgadł? 
- Przypadkiem... - ucieszyłem się, Ŝe mam dla staruszka dobrą wiadomość. - Podwiozłem ich 

wczoraj ze Szczuczyna do ŁomŜy. Wybierali się do wnuków. 

- No i masz! - zaśmiał się dziadek. -A juŜ myślałem... Ŝe Lucjan ma towarzystwo. 
- Oboje byli w dobrej formie. 
-  To  dobrze...  -  ucieszył  się  i  zaraz  zafrasował  staruszek.  -  Niedobrze,  Ŝe  rano  nie  spytałem 

pana o szachy... 

- Dlaczego? 

background image

 

48 

- Bo wtedy byśmy doszli w rozmowie do nich, jak teraz... I wysiadłbym w ŁomŜy, Ŝeby bez 

potrzeby nie jechać do Szczuczyna. 

- To fakt... - przytaknąłem. - A kiedy się ostatnio widzieliście? 
-  Wtedy,  kiedy  przegrałem  z  Witkiem...  -  staruszek  poprawił  kapelusz.  -  Będzie  juŜ  ze 

dwadzieścia lat... 

- Zrobimy im niespodziankę? 
- Jaką? - zainteresował się dziadek. 
-  Podjedziemy  pod  adres  ich  wnuków...  Zatrąbię.  Oni  wyjrzą,  przywitacie  się,  umówicie  na 

partyjkę szachów i pojedziemy dalej. 

- JeŜeli tak moŜna... 
- Pewnie, Ŝe moŜna! 
 
W  rzekomym  „Pokoju  Francuzów”  zabrałem  się  do  czytania  ciągu  dalszego  opowiadania 

karczmarza  Jana,  poszukując  w  nim  czegoś,  co  mogłoby  pomóc  w  wyjaśnieniu  tajemnicy 
strachowiska. 

 
Francuz, który został, miał na imię Joachim i pochodził z ParyŜa. Początkowo trudno było się 

z nim dogadać. Opiekowała się nim Alina, bo ja nie miałem cierpliwości do zachowywania się przy 
kimś jak niemota. Człowiek powinien umieć rozmawiać z człowiekiem. 

Po paru tygodniach usłyszałem, Ŝe moja Ŝona potrafi juŜ trochę po francusku, a Joachim po 

polsku.  Wyglądało  to  tak,  jakby  rozmawiali  ze  sobą  w  języku  francusko-polskim,  objaśnianym 
ruchami rąk i głów. Wtedy zaczęli się trochę dogadywać. 

Co  jakiś  czas  nachodzili  nas  Rosjanie  i  Prusacy.  Nie  Ŝałowałem  ich  dowódcom  niczego.  A 

Ŝ

ołdacy  i  tak  rabowali  karczmą  do  cna.  Takie  było  ich  prawo.  Nie  przepuścili  nawet  podręcznym 

piwniczkom  pod  karczmą  na  które  natrafili  za  którymś  razem.  Na  szczęście  nie  wiedzieli  o  mojej 
dwupoziomowej  piwnicy,  gdzie  trzymałem  większość  zapasów.  Dzięki  temu  mogliśmy  przetrwać 
srogą zimę. 

W styczniu Joachim zaczął się poruszać o własnych siłach, a jego rany zaczęły się zabliźniać. 

ZauwaŜyłem,  Ŝe  od  dawna  notuje  polskie  słowa  i  dopisuje  do  nich  francuskie  odpowiedniki. 
Zacząłem robić to samo. Język Joachima był śmieszny, bo wyrazy czytało się inaczej niŜ pisało. W 
końcu zapisywałem je tak jak się czyta, Ŝeby nie komplikować. 

Po jakimś czasie, jeszcze zimą Joachim opowiedział nam to, co chciał, Ŝebyśmy wiedzieli po 

jego odejściu. 

 
OPOWIEŚĆ JOACHIMA 
Wycofaliśmy  się  z  Wilna  10  grudnia  1812  roku.  Uciekaliśmy  na  Białystok.  To  były  ledwie 

Ŝ

ywe,  zagłodzone  i  wymarznięte  resztki  naszej  armii.  Ale  nawet  nad  tymi  resztkami  nasi  dowódcy 

nie potrafili zapanować. Potracili głowy i zaniechali wydawania rozkazów, gdy dowiedzieli się, Ŝe 
cesarz  potajemnie  wyjechał  z  Rosji,  zostawiając  ich  na  pastwę  losu,  a  armia  Kutuzowa  prze  na 
Wilno. 

Byłem  w  tej  ucieczce,  w  eskorcie  chroniącej  wozy  ze  skarbem  Napoleona.  Tam,  gdzie  są 

skarby, są teŜ kłopoty. ObciąŜone wozy grzęzły w śniegu. Konie padały. Spowalniało to nasz marsz. 
Gdy w końcu utknęliśmy, nasi Ŝołnierze ograbili wozy z części cesarskiego skarbu, bo coś im za tę 
wojenną  mordęgę  się  naleŜało,  no  i  Ŝeby  Rosjanom  nic  nie  zostawić.  I  wojsko  się  rozpierzchło 

background image

 

49 

małymi grupkami. 

We  czterech  ocaliliśmy  jeden  wóz  przed  grabieŜą  Ŝeby  dowieźć  się  z  nim za  Napoleonem  do 

ParyŜa. To ocalenie okupiliśmy dając Ŝołnierzom łupy z wozu. Bojąc się, Ŝe w drodze na Białystok 
dopadną  nas  nasi  maruderzy,  skręciliśmy  na  północ  przez  Biebrzę.  W  kilka  godzin  po  przejściu 
przez zamarzniętą rzekę, padł nam ostatni koń. 

Musieliśmy zdobyć konie albo przeczekać do powrotu Napoleona. Ukryliśmy wóz w krzewinie. 

Zasypaliśmy ślady aŜ po drugi brzeg rzeki i wróciliśmy na północ inną drogą Wieczorem trafiliśmy 
w  rosyjską  zasadzkę  konną.  Podjęliśmy  walkę  i  po  chwili  rozproszyliśmy  się  w  gęstym  zagajniku, 
gdzie konnica musi ponieść poraŜkę w walce z piechurami, bo nie ma tam pola manewru. Rosjanie 
rozproszyli się za nami. W ruch poszły szable i bagnety. Jednego straciliśmy. Był dobrym, dzielnym 

Ŝ

ołnierzem. Paru Rosjan spadło z koni po starciu z nami między drzewami. Korzystając z tego, Ŝe 

pozostali czterej stracili na chwilę ochotę do walki, skrzyknęliśmy się i ruszyliśmy szybko dalej na 
północ. 

Gdy  zobaczyliśmy  karczmę,  ukryliśmy  broń  i  nasze  rzeczy,  Ŝeby  gospodarz  wiedział,  Ŝe 

przychodzimy pokojowo. 

Od  wejścia  poprosiłem  ciebie,  Ŝebyś  nam  darował  Ŝycie  i  ukrył  nas  gdziekolwiek  przed 

Rosjanami, aŜ trochę wydobrzejemy. Zaraz jednak straciłem przytomność i nie wiem, co się działo. 

Rano  przebudziłem  się  w  łóŜku.  Byłem  wykąpany,  opatrzony  i  przebrany  w  czystą  bieliznę. 

Moich towarzyszy nie było. Poszli przed świtem zatrzeć ślady i przynieść nasze rzeczy. 

Później  zjawili  się  Rosjanie,  którzy  zasadzili  się  na  nas  poprzedniego  dnia.  Postanowiliśmy 

zdobyć  na  nich  konie  potrzebne  do  wozu.  Upijając  ich  dałeś  czas  moim  towarzyszom  na 
przygotowanie  zasadzki.  Rosjanie  dali  się  podprowadzić.  Pojechali  śladami  zrobionymi  w  śniegu 
specjalnie  dla  nich.  Zaskoczeni  poddali  się  bez  walki.  Oddali  konie  i  broń,  prosząc  o  darowanie 

Ŝ

ycia. 

JeŜeli  plan  się  powiódł,  to  moi  towarzysze  zabrali  znad  Bzury  wóz  i  skrępowanych  Rosjan, 

jako jeńców oficerskich. Stamtąd udali się rzeką na zachód w stronę Warszawy i dalej do ParyŜa. 

JeŜeli do końca kwietnia nie otrzymam od nich Ŝadnej wiadomości, podzielę się z tobą tym, co 

mam, i odejdę. Zostawię jednak, na wszelki wypadek, list do tych, którzy mogą mnie tu poszukiwać, 
gdy juŜ będę w drodze. 

 
Napoleon się nie pojawił. Przegrał w Europie i abdykował 1814 roku. Towarzysze Joachima 

nie  odezwali  się  i  juŜ  się  chyba  nie  odezwą.  List  od  niego  przechowuję  wraz  z  obrazkiem,  na 
którym narysował karczmę w zimowej szacie, chociaŜ była juŜ wiosna i śniegu nie było. Powiedział 
ze  śmiechem,  Ŝe  zauroczył  go  zimowy  pejzaŜ  i  chce,  Ŝeby  ci,  którzy  przybędą  tu  z  jego  powodu, 
zobaczyli karczmę zimą jaką on zobaczył po raz pierwszy. 

Zostawił  mi  teŜ  coś,  co  z  duŜym  naddatkiem  pokryło  straty  poniesione  przez  te  kilka 

miesięcy. Mogłem za to wyremontować i wyposaŜyć karczmę, co teŜ uczyniłem. 

background image

 

50 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

CO MOśE KRYĆ DZIURA W TRAWNIKU? • KTO KOPIE SEKRETNY LABIRYNT? • W 

POSZUKIWANIU WYJŚCIA SPOD ZIEMI • ANI ŚLADU KOPCZYKA I MOGIŁY 

FRANCUZÓW • CO TU ROBI TAJEMNICZA DAMA Z PIESKIEM? • MAMA PANI 

ANNY • ZUCHWAŁA KRADZIEś W ŚWIĘTEJ LIPCE • PANI ANNA POSTANOWIŁA 

ZOSTAĆ • CZEGO OBAWIAŁ SIĘ LOPEK? 

 
Za  zajazdem  zobaczyłem  niewielki,  wypielęgnowany,  prostokątny  trawnik  połyskujący  w 

słońcu kroplami wody, które nie wyschły jeszcze po ulewnym deszczu. Pachniał mokrą trawą. Jego 
granice  od  zachodu,  północy  i  wschodu  określało  wysokie,  metalowe  ogrodzenie  posesji  o 
murowanej  podstawie.  TuŜ  za  nim  szumiał  dziko  rosnący  lasek  z  brzozami  i  jałowcami  na 
pierwszym  planie.  Ich  tło  tworzyły  drzewa  iglaste  i  liściaste  w  róŜnym  wieku.  Rosły  tak,  jak  się 
kiedyś posiały. Nad tym wszystkim widniał stary sosnowy las. 

Zatrzymałem  się  pośrodku  podmokłego  trawnika  i  spojrzałem  uwaŜnie  na  północ,  gdzie 

powinien  być  kopczyk  widoczny  na  rysunku.  Niestety,  Ŝadnego  kopczyka,  nawet  niewielkiego 
wybrzuszenia gruntu, nie zauwaŜyłem. 

- Dzień dobry, panie Tomaszu... - usłyszałem radosny głos. 
Obejrzałem się. 
- O! Dzień dobry, pani Kasiu! Dobrze, Ŝe panią widzę... Mam pytanie... 
Przerwałem, bo poczułem, Ŝe pode mną i pod panią Kasią zapada się trawnik. 
Oboje znaleźliśmy się nieoczekiwanie pod ziemią z niewielką róŜnicą w sposobie lądowania. 

Ja wylądowałem na siedzeniu, bo zjechałem po  zarwanej murawie. Pani  Kasia stała zanurzona po 
kostki w obsypanej ziemi, bo spadła na stopy wyprostowanych nóg. 

Powiało piwnicznym chłodem i trochę stęchłym zapachem podziemia. 
- Nic się pani nie stało? - spytałem rozglądając się wokoło. 
- Chyba wpadłam do jakiegoś dołu  - nie otwierając mocno zaciśniętych oczu odpowiedziała 

pani Kasia. 

Pani Kasia otworzyła oczy. 
- Co to jest? - zdziwiona rozejrzała się i zatrzymała wzrok na mnie. 
-  Jeszcze  nie  wiem  -  otrzepując  odruchowo  spodnie  podniosłem  się z ziemi  w zbyt  ciasnym 

dla dwojga dole. - Wygląda rzeczywiście na jakiś dół... Ale coś mi tu nie pasuje - wspiąłem się na 
palce  i  wyjrzałem  na  trawnik.  -  Po  co  komu  dół?...  Czy  pani  tata  porobił  w  okolicy  więcej  takich 
pułapek na nocnych intruzów? 

- Tata? - zdziwiona pani Kasia wyjęła komórkę i wycisnęła numer: - Tato! MoŜesz przyjść za 

zajazd?  Pan  Tomasz  i  ja  wpadliśmy  do  jakiegoś  dołu...  Wykopanego  w  trawniku...  NiemoŜliwe? 
MoŜliwe,  bo  jesteśmy  w  tym  dole...  To  nie  jest  Ŝart...  Nie  wiem,  kto  wykopał,  ale  twój 
dopieszczony  trawnik  jest  juŜ  dziurawy...  I  przynieś  ze  sobą  drabinkę  -  śmiejąc  się  wyłączyła 
komórkę. 

Za  moimi  placami  usłyszałem  szmer  odrywającej  się  i  osuwającej,  mocno  splecionej 

korzeniami darni. W dole było zbyt ciasno, by się obejrzeć za siebie. OstroŜnie wysunąłem rękę do 
tyłu. Zamiast spodziewanej ściany dołu poczułem pustkę. Sięgnąłem głębiej. 

- Oho! Pani Kasiu... Wydaje mi się, Ŝe nie jesteśmy w dole, tylko na przodku! 
- Na jakim przodku? 

background image

 

51 

-  Jak  w  kopalni...  Na  przodku,  czyli  w  miejscu,  w  którym  pracuje  górnik  drąŜący  nowy 

korytarz pod ziemią - wciągnąłem brzuch i z całej siły wtłoczyłem się bokiem w ścianę dołu. - Co 
pani widzi za mną? 

-  Chyba  wejście  do  jakiegoś  tunelu...  -  pani  Kasia  wyciągnęła  komórkę:  -  Tata?  Tato,  pod 

trawnikiem  jest  jakiś  tunel...  Dół  teŜ  jest...  Weź  latarkę...  To  wróć  i  weź!  Proszę...  -  wyłączyła 
komórkę. - Zaraz będzie - powiedziała zaglądając ciekawie do ciemnego tunelu. 

Przykucnąłem i wcisnąłem się tyłem do środka. Tunel miał załoŜony solidny szalunek z belek 

i desek, chroniący przed zawaleniem się ścian i stropu. Pod ścianą z prawej strony namacałem jakąś 
łopatę, oskard i deski. Wpadłem na jakieś wiadra. Z trudem przekręciłem się twarzą w głąb tunelu i 
zapaliłem  zapalniczkę.  To,  co  zobaczyłem  w  chybotliwym  świetle  płomienia,  zaskoczyło  mnie 
zupełnie. 

-  Pani  Kasiu...  Ten  korytarz  ma  jakieś  dwa  metry  długości  i  łączy  się  z  innym  korytarzem, 

biegnącym  w  poprzek...  chyba  pod  kątem  prostym...  A  moŜe  tylko  zakręca?  Nie  wiem...  - 
wycofałem się rakiem, bo w zapalniczce skończył się gaz i pod ziemią zrobiło się ciemno. 

Dopiero  po  przyjściu  Tadeusza  z  drabinką  i  latarką  spenetrowaliśmy  podziemne  korytarze. 

Było  ich  siedem  o  łącznej  długości  około  czterdziestu  metrów.  Ich  przebieg  naszkicowaliśmy  na 
kartce papieru. Okazało się, Ŝe tworzą pod trawnikiem istny dobrze oszalowany labirynt. Korytarze 
biegły w róŜnych kierunkach, jakby ktoś szukał czegoś pod ziemią, ale nie wiedział gdzie to moŜe 
być,  więc  kopał  we  wszystkie  strony.  Jednymi  końcami  były  połączone  ze  sobą.  Kończyły  się 
wydrąŜonymi przodkami bez szalunku. Pani Kasia i ja wpadliśmy do takiego właśnie przodka. 

Jeden  z  tuneli  wychodził  poza  ogrodzenie  posesji.  Kończył  się  niewielkim  szybem,  którego 

nie mogliśmy otworzyć od środka. Był widocznie zamknięty od zewnątrz. 

-  Legenda  o  ukrytych  skarbach  bywa  silniejsza  od  zdrowego  rozsądku  -  wysapał  Tadeusz 

gramoląc  się  z  dołu  po  drabince.  -  JeŜeli  było  tu  cokolwiek  ukryte,  to  musiało  być  juŜ  dawno 
odnalezione... Ale myślę, Ŝe nikt nie ukrył tu niczego wartościowego. 

W poszukiwaniu wejścia do tunelu wyszliśmy za ogrodzenie. 
Mierząc  krokami  i  na  oko,  posługując  się  szkicem  rozmieszczenia  korytarzy,  określiliśmy 

przybliŜony obszar, na którym powinno znajdować się niewidoczne, poszukiwane wejście. 

- Rozglądajmy się za składowiskiem ziemi wykopanej z korytarzy - podpowiedział Tadeusz. - 

To moŜe być jedyna wskazówka, bo poszycie gruntu wygląda na nienaruszone. 

Okazało się, Ŝe nocni kopacze zacierali całkowicie ślady swojej bytności na powierzchni. 
-  Wygląda  tak,  jakby  pod  ziemią  nikt  nigdy  nie  drąŜył  Ŝadnych  korytarzy  -  zauwaŜyła  pani 

Kasia.  -  Ale  ten  podziemny  labirynt  jest  faktem.  Trzeba  mieć  wyjątkowo  bujną  wyobraźnię,  Ŝeby 
wykopać  taki  labirynt  pod  nosem  gospodarzy  w  poszukiwaniu  czegoś,  o  czym  tylko  się  mówi  i 
czego bez skutku przez wiele lat w tym miejscu poszukiwało wcześniej wielu innych. 

- Tego ostatniego nie byłbym taki pewien  - zaprzeczyłem. - Czyjeś poszukiwania mogły się 

przecieŜ zakończyć sukcesem, o którym nie musimy wiedzieć... Łowcy skarbów niechętnie chwalą 
się  znalezieniem  cennego  zabytku.  Chyba  Ŝe  chcą  postąpić  zgodnie  z  prawem  i  zamierzają 
powiadomić  o  tym  właściwą  instytucję.  Znam  takie  przypadki...  NaleŜą  jednak  do  rzadkości. 
Najczęściej  ścigam  się  z  nimi  o  to,  kto  pierwszy  odnajdzie  miejsce  ukrycia  domniemanego  lub 
prawdziwego  skarbu.  I  jeszcze  jedno...  Wiem  z  doświadczenia,  Ŝe  w  podobnych  sytuacjach 
poszukiwania  trwają  aŜ  do  rozejścia  się  wiarygodnej  wieści  o  znalezieniu  tego,  co  było 
poszukiwane. 

-  Na  razie  mogę  jedynie  ogłosić,  Ŝe  mam  dziurę  na  środku  trawnika,  dokładnie  tam,  gdzie 

background image

 

52 

zamierzam wybudować fontannę - skrzywił się Ŝartobliwie Tadeusz. - O nie! Nie mogę... Muszę tę 
dziurę pilnie zasypać, Ŝeby się nie rozeszło, Ŝe podziemny labirynt został odkryty. 

Uwaga  Tadeusza  była  bardzo  trafna.  Widok  dziury  w  trawniku  przepłoszyłby  na  jakiś  czas 

kopiących  pod  nim  intruzów.  Jej  zamaskowanie  dawało  szansę  przyłapania  ich  na  gorącym 
uczynku jeszcze tej nocy. 

Okazało się, Ŝe odszukanie wejścia do podziemnego labiryntu jest przedsięwzięciem trudnym 

do  zrealizowania.  Kopacze  usuwali  gdzieś  daleko  wydobywaną  ziemię.  A  samo  wejście  do  szybu 
było niewidoczne. 

- Ktoś je doskonale zamaskował - nie kryłem podziwu. 
- Sam nam pokaŜe, gdzie ono jest - zauwaŜyła pani Kasia. - Musimy tylko zasadzić się gdzieś 

w tej okolicy i poczekać, aŜ przyjdzie pokopać w przodku. 

-  Nie  moŜecie  się  zasadzić  -  sprzeciwiłem  się  kręcąc  głową.  -  Zajazd  musi  funkcjonować 

normalnie...  Musicie  być  w  nim  obecni  i  widoczni  dla  gości.  Zorganizuję  zasadzkę  bez  waszego 
udziału...  Mam  bardzo  doświadczonych  i  dyskretnych  pomocników  -  uśmiechnąłem  się  do 
Tadeusza. - Harcerki i harcerzy... Pani Kasiu... Przypomniałem sobie, Ŝe zanim wpadliśmy do dołu, 
chciałem panią zapytać o kopczyk za zajazdem... 

- Jaki kopczyk? - zainteresowała się. 
Wyjąłem rysunek. 
- Ten tutaj... - pokazałem palcem. 
Tadeusz i pani Kasia przyjrzeli się rysunkowi i pokręcili głowami. 
- Nie było tam Ŝadnego kopczyka-stwierdził Tadeusz. - Słyszeliśmy mit o mogile Francuzów, 

która miała gdzieś tu być... MoŜe to miał być właśnie ten kopczyk? Być moŜe kiedyś był. Teraz to 
juŜ trudno cokolwiek powiedzieć, bo zastaliśmy całą posesję straszliwie zrytą i przekopaną. Było tu 
pełno  dołów...  Początkowo  rozglądałem  się  w  poszukiwaniu  tej  mogiły,  Ŝeby  ją  zachować  na 
pamiątkę - rozłoŜył bezradnie ręce. - Niestety, nie znalazłem jej śladów - Tadeusz spojrzał jeszcze 
raz na rysunek. - Poza tym moŜe to jest po prostu śnieŜna zaspa z 1812 roku? 

Zaprzeczyłem kręcąc głową: 
- Z opowieści karczmarza Jana wynika, Ŝe ten zimowy rysunek powstał wiosną gdy nie było 

juŜ śniegu i wszystko kwitło. 

-  Faktycznie  -  przytaknął  Tadeusz,  który  znał  opowieść  karczmarza,  bo  jej  rękopis  czytał 

przede  mną  -  Ten  waŜny  szczegół  wyleciał  mi  z  pamięci...  A  swoją  drogą,  chciałbym,  Ŝeby 
rzeczywiście tu trochę straszyło. Przydałby się jakiś duch, niezbyt upiorny, który od czasu do czasu 
dałby  się  gościom  we  znaki.  Ludzie  lubią  nawiedzane  miejsca,  wywołujące  w  nich  dreszczyk 
emocji. 

Kończyliśmy  właśnie  maskowanie  dziury  w  trawniku,  gdy  pod  naszymi  nogami  zaczął  się 

plątać  mały,  niesforny  piesek,  którego  widziałem  wczoraj  na  parkingu  przed  zajazdem  i  w 
Augustowie na kolanach starszej, dystyngowanej pani. 

- Ona znów tu jest - zaniepokoiła się pani Kasia, bo znała z widzenia właścicielkę pieska. 
- Wiedźmowata? - zaŜartowałem. 
- Przeciwnie... - Ŝachnęła się pani Kasia. - Jest bardzo sympatyczna i kontaktowa... Dobrze się 

z  nią  rozmawia,  bo  potrafi  słuchać  uwaŜnie  i  z  przyjaznym  uśmiechem  na  twarzy  przyjmuje 
wszystko, co ktoś ma jej do powiedzenia. Swoim zachowaniem zachęca wprost do mówienia, nawet 
do zwierzania się... Jakby chciała wiedzieć więcej i więcej... I to mnie w niej niepokoi. 

-  Pani  Kasiu...  -  pogłaskałem  pieska  po  uśmiechniętym  pyszczku.  -  Przepraszam  za  to,  co 

background image

 

53 

powiem,  bo  chcę  być  dobrze  zrozumiany  -  uśmiechnąłem  się  do  czworonoga,  który  najwyraźniej 
upodobał sobie zabawę ze mną. - Z powodu mojego wieku pamiętam jeszcze damy z tak zwanego 
towarzystwa. Przed chwilą opisała pani zachowanie takiej właśnie prawdziwej damy. Stara, dobra 
szkoła  wychowania...  Od  kobiet  współczesnych  i  dorastających  do  tej  roli  nie  oczekuje  się  i  nie 
wymaga podobnej postawy. Dziś po prostu obowiązują inne niepisane kanony zachowań. 

- Pewnie dlatego ta pani dziwnie nie pasuje do gości naszego zajazdu - wywnioskowała pani 

Kasia. 

-  Albo  pozostali  goście  nie  pasują  do  niej  -  zaśmiał  się  Tadeusz.  -  Daj  spokój,  Kaśka...  To 

nasza klientka od paru dni, dama w kaŜdym calu. 

- Samotna dama - z przekąsem zauwaŜyła pani Kasia. 
-  Nie  samotna...  Z  pieskiem  -  wtrąciłem  swoje  trzy  grosze  i  podrapałem  pieska  za  uchem.  - 

Właścicielka takiego miłego psiaka musi być dobrym człowiekiem... 

W tym momencie odezwał się dzwonek mojej komórki. 
- Jesteśmy juŜ w zajeździe - usłyszałem głos pani Anki. 
Odpowiedziałem, Ŝe będę za chwilę. 
-  Posłuchajcie...  -  zwróciłem  się  do  Tadeusza  i  pani  Kasi.  -  W  zajeździe  są  ludzie,  którzy 

przyjechali  tu  ze  Śląska  z  jakimiś  zamiarami.  Prawdopodobnie  chcą  mi  teraz  o  tym  opowiedzieć. 
Dziewczyna  jest  córką  Francuzki,  tłumaczką  literatury  francuskiej.  Mam  przeczucie,  Ŝe  jej  obec-
ność właśnie tutaj nie jest przypadkowa... 

- Rozumiem - przerwał mi Tadeusz. - Udajemy, na wszelki wypadek, Ŝe nic nas nie łączy... 
- OtóŜ to - przytaknąłem. 
W  sali  restauracyjnej  zajazdu  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”  panował  letni  ruch  i  tłok.  Po 

prawej stronie zauwaŜyłem uniesioną, wachlującą powietrze dłoń i uśmiechniętą na powitanie twarz 
pani Anny. Machnąłem ręką Ŝe widzę. Teodorowi, który siedział tyłem do mnie, teŜ pomachałem, 
bo się obejrzał. Obok niego zauwaŜyłem jakąś kobietę. „Nie zaciekawiło jej, kogo niesie licho do 
ich stolika?” - zdziwiłem się. 

Uradowany moim widokiem Teo wstał z krzesła: 
-  Kochanie...  To  jest  pan  Tomasz,  o  którym  juŜ  ci  mówiłem  i  którego  widziałaś  w 

Augustowie,  w  towarzystwie  pani  Kasi...  Tomaszu,  poznaj  moją  Ŝonę  Edytę,  która  uwaŜa,  Ŝe  ją 
zauwaŜyłeś w Augustowie. 

-  Faktycznie...  -  podałem  damie  prawicę.  -  MoŜemy  zatem  mówić,  Ŝe  znamy  się  juŜ  od 

wczoraj z widzenia - uśmiechnąłem się do Edyty. 

Jej twarz wydała mi się dziwnie znajoma. „Widocznie utkwiła mi w pamięci po zauwaŜeniu 

jej w Augustowie” - pomyślałem, bo zawsze miałem dobrą pamięć wzrokową. 

-  Przyjechaliśmy  prosto  ze  Świętej  Lipki  -  usłyszałem  od  pani  Anny,  gdy  juŜ  zasiadłem  do 

stolika.  -  Zwiedziliśmy  tam  bazylikę  Nawiedzenia  Najświętszej  Marii  Panny,  obejrzeliśmy 
zabudowania klasztoru... Jesteśmy pod wraŜeniem... 

-  Oczywiście  -  przytaknąłem.  -  Teraz,  gdy  juŜ  tam  byliście  i  poznaliście  tutejszą  perłę 

sakralnej  architektury  barokowej,  opowiem  wam  krótko  o  pewnym  niewyjaśnionym  do  dziś 
zdarzeniu, które miało miejsce właśnie w Świętej Lipce... 

Edyta dyskretnie skinęła w moim kierunku głową, Ŝebym zaczął opowiadać. 
-  To  wydarzyło  się  1  października  1980  roku.  Około  szesnastej  przed  bazylikę  w  Świętej 

Lipce zajechał autokar z Bydgoszczy. Po zwiedzeniu kruŜganków, wysłuchaniu opowieści jednego 
z  księŜy  o  historii  bazyliki  i  koncertu  organowego,  prowadzona  przez  miejscowego  przewodnika 

background image

 

54 

wycieczka  weszła  po  schodach  na  górę  do  kruŜganka,  gdzie  mieści  się  kościelne  muzeum. 
Przewodnik od razu poprowadził zwiedzających do przeszklonej szafy, w której była eksponowana 
monstrancja  z  1723  roku.  Misternie  wykonana  w  pozłacanym  srebrze  i  wysadzana  drogimi 
kamieniami  była  chlubą  bazyliki.  Pochodziła  z  pracowni  królewieckiego  złotnika  Samuela 
Grewego.  Miała  kształt  wysmukłego,  obficie  rozgałęzionego  drzewa  lipowego  z  listowiem.  W 
centralnym  punkcie  korony  lipy  widniała  postać  Matki  Boskiej,  umiejscowiona  w  świetle  owalu 
słońca, z miejscem na hostię. U góry mieścił się wizerunek Ducha Świętego. Szczyt korony drzewa 
zajmował  Bóg  Ojciec.  Pod  tą  lipą  złotnik  umieścił  figury  paru  pasterzy  z  owcami.  Przewodnik 
obrócił  się  twarzą  do  szafy  z  monstrancją,  by  rozpocząć  swoją  najciekawszą  opowieść...  Ku 
swojemu  zdumieniu  i  zdenerwowaniu  zauwaŜył,  Ŝe  zamknięta  i  nienaruszona  szafa  jest  pusta. 
Najcenniejszy  zabytek  bazyliki  zniknął.  Przewodnik  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  prawdopodobnie 
któryś  z  księŜy  zabrał  monstrancję  do  celów  liturgicznych...  RozŜalony  przewodnik  powiedział 
napotkanemu  kilkanaście  minut  później  przeorowi,  Ŝe  ten  mógłby  go  przynajmniej  uprzedzić,  iŜ 
zamierza  zabrać  monstrancję.  PrzełoŜony  klasztoru  zdziwił  się  i  przestraszył  zarazem,  bo  w  tym 
dniu monstrancja powinna była stać w szafie. Po licznych, pełnych niepokoju rozmowach okazało 
się,  Ŝe  nie  wziął  jej  Ŝaden  duchowny,  a  monstrancja  znikła  między  dwunastą  a  szesnastą.  Około 
siedemnastej  przeor  powiadomił  komendę  milicji  w  Kętrzynie  o  kradzieŜy...  Sprawę  przejęła 
Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej w Olsztynie. Zbierając informacje o innych osobach, 
obecnych  wówczas  w  bazylice,  przesłuchano  uczestników  tej  wycieczki.  MłodzieŜ  zapamiętała 
wiele szczegółów. Przesłuchano teŜ duchownych, przewodników i wiele innych osób, odszukanych 
przez  milicjantów  na  terenie  kraju...  Okazało  się,  Ŝe  do  wycieczki  zwyczajowo  dołączyło  w 
bazylice  kilkoro  obcych,  zainteresowanych  zwiedzeniem  muzeum.  Obcy,  jak  wszyscy  zresztą, 
najbardziej zainteresowani byli oczywiście zabytkową monstrancją. Przy niej przebywali najdłuŜej, 
szczególnie  jeden  dwudziestolatek.  W  zeznaniach  przewodnika  i  jednego  z  księŜy  przewinął  się 
motyw  trzech  młodych  męŜczyzn,  niezbyt  zainteresowanych  opowieściami  o  bazylice.  W  paru 
relacjach  pojawiła  się  postać  młodego  męŜczyzny  z  duŜą  torbą  przewieszoną  przez  ramię. 
ZauwaŜono  teŜ  w  bazylice  ubraną  na  jasno,  jasnowłosą  dziewczynę  w  towarzystwie  chłopaka. 
Sporządzono  i  rozesłano  po  kraju  portrety  pamięciowe  kobiety  i  dwóch  męŜczyzn, 
prawdopodobnych  sprawców  kradzieŜy,  i  pocztówki  ze  zdjęciem  skradzionej  monstrancji.  Bez 
rezultatu.  Dlatego  pod  koniec  1981  roku  prokuratura  umorzyła  śledztwo  „wobec  niewykrycia 
sprawców”. 

Pełnomocnik  klasztoru  w  Świętej  Lipce,  znany  adwokat  warszawski,  zwrócił  się  do 

Prokuratury  Generalnej  o  wznowienie  śledztwa.  Milicja  jeszcze  raz  przeprowadziła  drobiazgowe 

ś

ledztwo. Niestety, nie wniosło ono niczego nowego. W tej sytuacji, w maju 1982 roku Prokuratura 

Generalna  postanowiła  utrzymać  w  mocy  decyzję  z  końca  1981  roku  o  umorzeniu  śledztwa...  Od 
1988  roku  w  świętolipskiej  bazylice  znajduje  się  kopia  skradzionej  monstrancji  -  powiedziałem  z 
nutką Ŝalu w głosie. 

Po  mojej  długiej  opowieści  zapadło  milczenie.  Pomyślałem,  Ŝe  teraz  kolej  na  moich 

słuchaczy i dowiem się wreszcie, po co im jestem potrzebny i w jakim celu tu się pojawili. 

Nie pomyliłem się. 
- Panie Tomaszu... - odezwała się pani Anna. - Zanim przejdziemy do rzeczy, przysięgam, Ŝe 

nasze wczorajsze spotkanie w tym zajeździe było zupełnie przypadkowe. 

-  Wierzę  pani...  Domyślam  się  teŜ,  Ŝe  rzeczywiście  przyjechała  tu  pani  wczoraj  w  trosce  o 

ojca, zaniepokojona urwaniem się kontaktu telefonicznego. 

background image

 

55 

- To był jedyny powód - przytaknęła pani Anna. - Po odszukaniu ojca zamierzałam wrócić do 

domu,  bo  muszę  pilnie  dokończyć  tłumaczenie  francuskich  bajek  na  polski...  Ale  wcześniej 
spotkałam  Pana  Samochodzika  -  uśmiechnęła  się  do  mnie.  -  DuŜo  czytałam  i  słyszałam  o  pana 
misjach  związanych  z  wyjaśnianiem  tajemnic  przeszłości...  Znając  powód  wyprawy  moich 
rodziców nad Biebrzę doszłam do wniosku, Ŝe muszę zostać, Ŝeby zapoznać was ze sobą. Okazało 
się jednak, Ŝe pan tata poznaliście się bez mojego udziału. Dziś poznał pan mamę... Oznacza to, Ŝe 
mogę wracać do domu... 

- Tłumaczenie bajek nie ucieknie - wtrącił się Teo. - Skoro jednak chcesz jechać... 
-  Tato!  Nie  widzisz,  Ŝe  nie  chcę?  -  na  niby  oburzyła  się  pani  Anna.  -  Rozmawiałam  z 

wydawcą. Poczeka... A wiesz, Ŝe intuicja podpowiada mi, Ŝe popełnię duŜy i niewybaczalny błąd, 
jeŜeli  teraz  stąd  odjadę,  bo  zanosi  się  na  fascynującą  przygodę  związaną  z  przeszłością  naszej 
rodziny ze strony mamy. 

I pani Anna została. 
Zapytałem o Lopka. Jeszcze leŜał w szpitalu. Pamiętałem jednak jego niechęć do ujawnienia 

mi powodu ich przyjazdu nad Biebrzę. 

Teo szczerze wyjaśnił: 
- Odpowiadasz w resorcie kultury za ochronę zabytków na terenie kraju. Lopek obawiał się, 

Ŝ

e jako urzędnik państwowy zajmujący się właśnie tą dziedziną, mimo najlepszych  chęci z twojej 

strony, moŜesz pokrzyŜować nasze plany. No wiesz... Są przepisy, których nie moŜesz zlekcewaŜyć 
i  których  zlekcewaŜenia  nie  moŜemy  i  nie  chcemy  od  ciebie  oczekiwać.  I  to  był  jedyny  powód 
niechęci Lopka do ujawniania przed tobą szczegółów... 

- Tomaszu... - przerwała męŜowi Edyta. - Rozumiem Lopka, który chce nam pomóc i tylko z 

tego powodu przyjechał tu z nami. Przyjaźnimy się od lat - spojrzała na Teodora. - To dobry, mądry 
i uczynny człowiek... Ale juŜ po paru dniach zauwaŜyliśmy, Ŝe nie poradzimy sobie. W domu przed 
wyjazdem,  przy  oglądaniu  map  i  informatorów  turystycznych,  wszystko  wydawało  się  proste. 
Tymczasem  rzeczywistość  okazała  się  bardziej  skomplikowana  niŜ  wyobraŜona  przez  nas  przed 
przyjazdem na miejsce... Tropem jednej informacji Teo i Lopek wybrali się nad Biebrzę. Wrócili z 
niczym. Mieli jednak szczęście spotkać ciebie. 

„Szczęście?” - pomyślałem. „To zechciejcie to swoje szczęście wykorzystać. Śmiało...” 
W  dalszym  ciągu  nie  wiedziałem,  co  tu  robią  i  czy  w  ogóle  zechcą  skorzystać  z  mojej 

pomocy. Musiałem to od nich usłyszeć. 

-  Moi  drodzy  -  zacząłem  z  nutą  zaŜyłości  w  głosie  -  przed  chwilą  pani  Anna  wspomniała  o 

fascynującej przygodzie związanej z przeszłością rodziny ze strony mamy. Wcześniej powiedziała, 

Ŝ

e  ucieszyło  ją  spotkanie  Pana  Samochodzika,  czyli  mojej  skromnej  osoby,  ze  względu  na  cel,  w 

jakim przyjechali tu jej rodzice. Usłyszałem teŜ o obawach Lopka, wiązanych z moją osobą... 

-  Te  obawy  są  juŜ  nieaktualne  -  zastrzegła  Edyta.  -  Rozmawiałam  dzisiaj  z  Lopkiem... 

Zrozumiał, Ŝe w naszym wypadku twoja pomoc jest niezbędna. PrzecieŜ nie przyjechaliśmy tu, by 
popełnić jakieś przestępstwo. 

- Jasne... - przytaknąłem. - W czym zatem mogę pomóc? 

background image

 

56 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

CO ODKRYŁ WIEWIÓRKA? • PRZEŁOM W ZAJEŹDZIE „POD CZERWONYM 

KAPTURKIEM” • OPOWIEŚĆ EDYTY O PRZODKU • RAPORT ADAMA • DĘBOWA 

SZAFA ZE SKRYTKĄ • CO ZAUWAśYŁ TEODOR W BRYLE BUDYNKU ZAJAZDU? • 

NADPALONY RĘKOPIS ADAMA • FAJKA PO DZIADKU • DOKĄD WYWĘDROWAŁA 

DĘBOWA SZAFA? • AKCJA POD KRYPTONIMEM „KRET” • KIM SĄ NOCNI 

KOPACZE? • ALARM W CENTRUM DOWODZENIA 

 
Gdy w zajeździe „Pod Czerwonym Kapturkiem” starałem się dowiedzieć, po co przyjechali i 

czego  oczekują  ode  mnie  Edyta,  Teo  i  ich  córka  Anna,  w  pobliŜu  obozowiska  harcerskiego  pod 
Rajgrodem  trwała  eksploracja  stanowiska  archeologicznego,  wypatrzonego  wprawnym  okiem 
archeologa Edka w pierwotnym miejscu rozbicia obozu harcerek. 

Stanowisko  zostało  podzielone  na  równe  kwadraty  linkami,  rozciągniętymi  pomiędzy 

wbitymi  w  ziemię  palikami.  W  czterech  wskazanych  przez  Edka,  po  wycięciu  z  nich  i  ułoŜeniu 
obok  „w  kostkę”  darni,  druhowie  ostroŜnie  zdejmowali  saperkami  cienką  warstwę  ziemi 
obserwując jednocześnie dno i ściany płytkich dołów. 

Pomiędzy  tymi  dołami  przechadzał  się  Paweł  z  aparatem  fotograficznym  i  rysownicą,  do 

której  był  przymocowany  papier  milimetrowy.  Przekraczając  rozciągnięte  linki  i  ułoŜoną  darń, 
podnosił  wysoko  i  delikatnie  opuszczał  swoje  długie  nogi.  Przypominał  bociana  brodzącego  po 
podmokłej, nasłonecznionej łące w poszukiwaniu Ŝab. 

Edek  zachowywał  się  jak  Ŝaba.  Skakał  z  dołu  do  dołu,  przykucał,  przyglądał  się  uwaŜnie 

ziemi,  kręcił  głową  i  milczał.  Ziemia  teŜ  milczała,  co  oznaczało,  Ŝe  młodzi  archeolodzy  w 
harcerskich mundurkach nie znaleźli jeszcze Ŝadnego artefaktu. 

Panującą ciszę przerwał niespodziewanie okrzyk wydany z dołu przez Wiewiórkę: 
- Druhu Edwardzie! Jest! 
- Co jest? - spytał Edek wskakując pośpiesznie do dołu. 
-  Czarna  smuga...  O,  tutaj...  -  Wiewiórka  wskazał  ręką  ledwo  widoczną,  kilkudziesięciu 

centymetrową,  szeroką  na  nieco  ponad  centymetr,  czarną  linię,  biegnącą  prawie  równolegle  do 
powierzchni ziemi na głębokości około czterdziestu centymetrów. Edek potarł smugę palcem. 

-  Wygląda  na  to,  Ŝe  kiedyś  coś  tu  się  spaliło  -  spojrzał  w  stronę  Wiewiórki.  -  To  moŜe  być 

pozostałość  po  ognisku  rozpalonym  przez  ludzi...  -  rozłoŜył  ręce.  -Ale  to  nic  pewnego...  Równie 
dobrze mogłeś odkryć ślad dawnego poŜaru lasu lub traw - archeolog wziął od Wiewiórki saperkę i 
zaczął ociosywać nią ścianę dołu. - Trzeba to sprawdzić... 

Archeolog ciosał i ciosał saperką Wiewiórki. Smuga robiła się coraz dłuŜsza i dłuŜsza. Paweł 

pstrykał zdjęcia dokumentując zmiany zachodzące na ścianie dołu. 

Gdy  smuga,  po  osiągnięciu  około  półtora  metra  długości,  przestała  się  wydłuŜać,  Edek 

zawołał głośno do innych kopiących: 

-  Przyjrzyjcie  się  ścianom  swoich  dołów  na  głębokości  około  czterdziestu  centymetrów! 

RównieŜ trochę płycej i trochę głębiej... Zwróćcie uwagę, czy nie widać tam ciemnej, moŜe nawet 
czarnej smugi! 

- Nie widać! - jak na komendę odkrzyknęli harcerze. 
-  Oznacza  to,  Ŝe  druh  Wiewiórka  odkrył  miejsce,  w  którym  ktoś  kiedyś  rozpalił  ognisko  - 

uśmiechnął się Edek. - a więc musiał spędzić w tym miejscu jakiś czas. Nie jest zatem wykluczone, 

background image

 

57 

Ŝ

e natrafiliśmy na trop jakiegoś dawnego obozowiska... 

Paweł wycisnął numer mojej komórki. 
 
Tymczasem w zajeździe „Pod Czerwonym Kapturkiem” nastąpił istotny przełom w rozmowie 

z  Edytą,  Teodorem  i  ich  córką  Anną,  spowodowany  moim  pytaniem:  „W  czym  zatem  mogę 
pomóc?”. Za chwilę miałem poznać cel ich przyjazdu ze Śląska i dowiedzieć się, czego ode mnie 
oczekują. 

Jednak,  gdy  tylko  Edyta  otworzyła  usta,  odezwał  się  dzwonek  komórki.  Przeprosiłem  ją  i 

zdenerwowany przyłoŜyłem telefon do ucha. 

- Wygląda na to, Ŝe dobrze trafiliśmy - usłyszałem głos Pawła. 
- Tak? 
- Mamy ślad po ognisku... 
- Cieszę się... Co jeszcze? 
-  Kopiemy  -  odpowiedział  Paweł.  -  Nie  jest  wykluczone,  Ŝe  znajdujemy  się  na  obszarze 

obozowiska  wojsk  szwedzkich.  Chwileczkę...  -  przerwał  na  moment.  -  Muszę  kończyć,  bo 
zauwaŜyłem poruszenie w szeregach naszych młodych poszukiwaczy. 

Paweł wyłączył komórkę. 
-  Pardon...  -  jeszcze  raz,  ale  po  francusku,  przeprosiłem  Edytę  i  schowałem  komórkę  do 

kieszeni. - Niestety, pracuję na dwa fronty jednocześnie - rozłoŜyłem ręce w geście bezradności. 

Przyjęła moje przeprosiny z wyrozumiałością i godnością zarazem. 
Wiedziałem,  Ŝe  jest  Francuzką.  Jej  pobyt  w  okolicach  ŁomŜy  i  moja  wiedza  o  francuskim, 

napoleońskim  epizodzie  z  przeszłości  miejsca,  w  którym  znajdował  się  zajazd  „Pod  Czerwonym 
Kapturkiem”  doprowadziły  mnie  do  przekonania,  Ŝe  najprawdopodobniej  z  ust  Edyty  usłyszę  o 
dalszych losach któregoś z napoleońskich grenadierów. 

Byłem w błędzie. To, co powiedziała Edyta, zaskoczyło mnie zupełnie. 
Okazało  się,  Ŝe  poszukiwała  śladów  swego  przodka  ze  strony  ojca.  Był  Polakiem, 

uczestnikiem  powstania  listopadowego.  Adam,  bo  tak  miał  na  imię  ów  przodek,  po  upadku 
powstania  wyemigrował,  wraz  z  innymi  uchodźcami,  w  grudniu  1831  roku  z  Litwy  do  Francji. 
Szedł w pierwszej kolumnie. 

Gdzieś za ŁomŜą zgodził się zostać, by pełnić misję. Polegała ona w pierwszych tygodniach 

na  wspomaganiu  kolejnych  kolumn  popowstaniowych  emigrantów  w  drodze  do  Francji.  Później 
zadaniem  Adama  miało  być  obserwowanie  ruchów  rosyjskich  wojsk  i  gromadzenie  informacji  o 
tym,  co  dzieje  się  w  carskim  imperium.  Miał  teŜ  przyjmować  i  wspomagać  przybywających  tu  z 
Zachodu polskich emisariuszy. 

Adam  zatrzymał  się  w  jakiejś  karczmie.  Miejscowi  przyjęli  przychylnie  jego  obecność. 

Dorobili  nawet  swojski  Ŝyciorys  przybyszowi  na  wypadek,  gdyby  jego  osoba  wzbudziła 
zainteresowanie osób niepoŜądanych. Był swój i tak go traktowano. 

Wśród  przyzwoitych  ludzi  znalazł  się  jednak  osobnik,  który  mógł  zagrozić  misji  Adama. 

Człowiek ten smalił kiedyś cholewki do Aliny, najpiękniejszej dziewczyny w okolicy. Ostatecznie 
przegrał  konkury  ojej  rękę  z  karczmarzem  Janem,  którego  teraz  nienawidził  za  to  z  całego  serca. 
Właśnie w karczmie Jana mieszkał Adam. 

Nieśmiertelna  zazdrość  o  Alinę  sprawiła,  Ŝe  osobnik  ten  zaczął  dociekać,  kim  rzeczywiście 

jest  mieszkaniec  karczmy.  Nie  dowiedział  się  niczego  prawdziwego.  Poznał  jedynie  niektóre 
szczegóły  dorobionego  Ŝyciorysu,  które  były  tak  dobrze  zmyślone,  Ŝe  brzmiały  jak  zupełnie 

background image

 

58 

prawdziwe. Mimo to węszył dalej. 

Gdy  doszły  słuchy,  Ŝe  prawdopodobnie  zamierza  jego  osobą  zainteresować  carskich,  Adam, 

chroniąc  gościnnego  gospodarza  i  innych  ludzi  przed  prawdopodobnymi  represjami,  wyruszył  z 
ostatnią kolumną uchodźców. 

Po dotarciu do Francji w styczniu 1832 roku, złoŜył na piśmie raport Wyjaśnił w nim powody 

niespełnienia misji i opuszczenia placówki. Dokument ten został odnaleziony niedawno w jednym z 
paryskich archiwów. 

- W raporcie Adama znalazłam dosyć dokładne wskazówki, określające miejsce jego pobytu 

od grudnia 1831 do pierwszych dni stycznia 1832 roku - Edyta wyjęła i rozłoŜyła na stoliku kopię 
raportu, napisanego znanym mi juŜ charakterem pisma. - Wskazówki te były przeznaczone dla jego 
następcy... Moją uwagę zwróciła bardzo interesująca wzmianka o duŜej, rzeźbionej, dębowej szafie 
stojącej  w  pokoju,  w  którym  mieszkał.  W  jej  dnie  znajdowała  się  skrytka  „z  przedmiotami 
pozostawionymi  temu,  kto  uda  się  na  placówkę”  w  miejsce  Adama...  Nie  wiem,  czy  był  jakiś 
następca.  To  pewnie  zbyt  mały  epizod  na  odnotowanie  w  burzliwej  historii  kraju...  Próbujemy 
odtworzyć losy szafy ze skrytką, bo doszliśmy do wniosku, Ŝe takiego okazałego i trwałego mebla 
się  nie  wyrzuca.  MoŜe  przetrwała  gdzieś  w  okolicy?  A  moŜe  zaraz  po  drugiej  wojnie  światowej 
została  wyszabrowana,  wywieziona  i  sprzedana?  Nie  wiadomo...  Z  opisu  zawartego  w  raporcie 
wynika, Ŝe Adam mógł być gdzieś w tej okolicy, moŜe nawet w karczmie, która tu kiedyś podobno 
stała.  Być  moŜe  zatem  stąd  właśnie  powinniśmy  rozpocząć  poszukiwania?  Niestety,  właściciele 
zajazdu, jak się dowiedziałam, nie pochodzą stąd. Od nich niczego się nie dowiem... 

-  MoŜesz  być  w  błędzie  -  przerwałem  pośpiesznie  Edycie  i  wezwałem  gestem  ręki  panią 

Kasię, kręcącą się po sali. - Rozmawiałem z właścicielami zajazdu i ich córką. Miałem teŜ okazję 
zapoznać  się  z  fragmentem  pewnego  rękopisu.  Nie  pochodzi  zapewne  ze  skrytki  w  szafie,  jednak 
jego  treść  zgadza  się  z  twoją  wiedzą  na  temat  Adama...  Poza  tym  znajdujemy  się  dokładnie  w 
miejscu, gdzie dawniej stała karczma, w której on prawdopodobnie przebywał. 

Panią  Kasię  -  zwróciłem  się  do  gości  ze  Śląska  -  córkę  właścicieli  zajazdu  i  przyszłą 

dziennikarkę,  juŜ  poznaliście.  Pani  Kasia  przypadkiem  ocaliła  coś,  co  powinno  ciebie  bardzo 
zainteresować - zwróciłem się do Edyty. - Pani Kasiu, autorem polskojęzycznego rękopisu, którego 
fragment otrzymałem od pani do przeczytania, jest prawdopodobnie przodek pani Edyty. 

Wspomniałem  o  znalezieniu  tylko  tego  rękopisu,  Ŝeby  dać  pani  Kasi  do  zrozumienia,  Ŝe  o 

reszcie  jej  znaleziska  wspominać  Edycie  nie  naleŜy.  Ta  reszta  nie  miała  przecieŜ  związku  z 
Adamem. Nie wiedziałem, czy pani Kasia odczyta prawidłowo moje intencje. Z jej reakcji na to, co 
powiedziałem,  nie  mogłem  niczego  wywnioskować.  ZauwaŜyłem  jedynie  ledwo  widoczny  wyraz 
zaskoczenia na jej młodziutkiej, ładnej twarzy. 

Wpatrzona w panią Kasię Edyta zamarła w oczekiwaniu. Tymczasem zaskoczona rozwojem 

sytuacji dziewczyna zapytała: 

- Przepraszam... - spojrzała na Edytę. - A jak miał na imię pani przodek? 
- Adam... - odpowiedziała spokojnym głosem Edyta. Pani Kasia uśmiechnęła się radośnie: 
- Zaraz wracam... - ściągnęła z głowy słuŜbowy czerwony kapturek i pospiesznie wyszła z sali 

restauracyjnej,  mijając  w  drzwiach  wchodzącego  staruszka,  którego  poznałem  dziś  rano  i 
zawiozłem do Szczuczyna. 

Staruszek  idąc  zdjął  kapelusz,  rozejrzał  się  uwaŜnie  po  sali,  z  uśmiechem  pozdrowił  mnie 

skinieniem  głowy,  usiadł  przy  pobliskim  stoliku  i  zamówił  piwo.  Po  chwili  zaczął  nabijać  fajkę  z 
wiśniowym cybuchem, ubijając z duŜą wprawą tytoń kciukiem. 

background image

 

59 

Wróciłem do rozmowy: 
-  Ten  zajazd  wzniesiono  prawie  na  fundamentach  starej  karczmy,  kryjącej  w  sobie  jakieś 

tajemnice  z  przeszłości...  Do  dziś  tę  posesję  nazywa  się  strachowiskiem  -  zrobiłem  minę 
niedowiarka.  -  Wśród  miejscowych  krąŜyły  i  krąŜą  opowieści  o  duchach  i  dziwnych, 
niewyjaśnionych,  wywołujących  dreszczyk  emocji  zdarzeniach,  które  miały  miejsce,  gdy  stały  tu 
rujnowane nocami zabudowania dawnej karczmy... 

-  Przepraszam,  Tomaszu...  -  przerwał  mi  Teo.  -  Chciałem  powiedzieć,  co  ciekawego  okiem 

architekta zauwaŜyłem w bryle zajazdu. 

- Tak? - spytałem zaciekawiony. 
- ZauwaŜyłem jej załamanie w miejscu łączenia nowego obiektu, czyli skrzydła zachodniego 

projektowanego  od  podstaw,  z  pozostałością  po  starej  karczmie,  która  stanowi  krótsze  skrzydło 
wschodnie zajazdu... Z ustawienia tego zachowanego kawałka starego obiektu wynika, Ŝe karczma 
była  postawiona  szczytem  wschodnim  między  dziewiątą  a  dziesiątą,  co  oznacza,  Ŝe  jej  szczyt 
zachodni  był  ustawiony  między  piętnastą  a  szesnastą.  Tymczasem  nowa  część  budynku,  jest 
postawiona szczytem zachodnim na siedemnastą... 

- Czy moŜesz to trochę uprościć? - spytałem Teodora. - Bo nie bardzo chwytam... Co z tym 

ustawieniem szczytów? I co z niego wynika? 

-  Spróbuję...  -  podrapał  się  po  głowie.  -  MoŜe  to  nie  jest  waŜne,  ale  dawna  karczma  była 

zbudowana na planie prostokąta - mówiąc Teo narysował na serwetce prostokąt. - Jego krótsze boki 
były  skierowane  prawie  dokładnie  na  wschód  i  na  zachód  -  zaznaczył  na  kartce  strony  świata.  - 
Gdyby przyłoŜyć do tego rysunku tarczę zegarową tak, by godzina dwunasta wskazywała południe, 
to  krótki  bok  wschodni  prostokąta,  odpowiednik  szczytu  skrzydła  wschodniego  karczmy, 
wskazywałby godzinę dziewiątą trzydzieści, a zachodni trzecią trzydzieści... A teraz popatrz... - Teo 
narysował wschodnią część prostokąta. - Umówmy się, Ŝe to jest zachowana część starej karczmy 
ze  szczytem  ustawionym  na  dziewiątą  trzydzieści...  A  to  jest  ustawienie  godzinowe  dzisiejszego 
szczytu  zachodniego  budynku  zajazdu  -  narysował  krótką  linię.  -  ZauwaŜ,  Ŝe  zachodni  szczyt 
zajazdu  nie  jest  równoległy  do  wschodniego.  Jest  ustawiony  na  godzinę  piątą,  nie  na  trzecią 
trzydzieści.  A  zatem  zajazd  nie  jest  zbudowany,  jak  karczma,  na  planie  prostokąta.  Jego  skrzydło 
zachodnie  zostało  odchylone  zdecydowanie  w  kierunku  północnym,  co  gwarantuje  większy, 
korzystniejszy dostęp światła słonecznego do pomieszczeń - Teo spojrzał na mnie i uśmiechnął się 
widząc  moje  skupienie.  -  Właściciele  zajazdu  wybrali  dobrego  projektanta...  Domyślam  się,  Ŝe  to 
moje spostrzeŜenie nie ma dziś Ŝadnego znaczenia... 

Teo zauwaŜył bardzo istotny szczegół, który po prostu umknął mojej uwagi, gdy starałem się 

dociec prawdy o połoŜeniu studni oraz tajemniczego kopczyka względem niej i karczmy. Inne, niŜ 
na  rysunku  z  karczmą,  ustawienie  większości  budynku  zajazdu  wprowadziło  mnie  w  błąd.  Gdyby 
przeciągnąć na rysunku linię prostą, łączącą studnię i widoczny na drugim planie kopczyk śniegu, 
to  ściana  frontalna  karczmy  przecinałaby  tę  linię  pod  kątem  prostym.  Ta  sama  linia  ze  ścianą 
frontalną dobudowanej części zajazdu przecinała się oczywiście pod kątem ostrym. Tego faktu nie 
wziąłem pod uwagę. 

Kierując  się  rysunkiem,  sądziłem,  Ŝe  ustawienie  bryły  budynku  zajazdu  jest  identyczne  jak 

dawnej karczmy. I to był błąd, który spowodował, Ŝe poszukiwałem kopczyka lub jego śladów po 
wschodniej  stronie  posesji.  Tymczasem  naleŜało  szukać  po  stronie  północnej.  „Trzeba  będzie 
jeszcze raz przyjrzeć się uwaŜnie zimowemu rysunkowi ze studnią i śladami na pierwszym planie” - 
postanowiłem w duchu. 

background image

 

60 

- Twoje spostrzeŜenie ma duŜe znaczenie - poklepałem Teodora po ramieniu. - MoŜe nawet 

większe, niŜ przypuszczam... 

Wróciła pani Kasia. Okazało się, Ŝe zrozumiała moje intencje. Przyniosła bowiem tylko to, co 

miało związek z Adamem. 

-  JuŜ  jestem!  -  połoŜyła  na  stoliku  przed  Edytą  osmalony,  trochę  nadpalony  oryginał 

polskojęzycznego rękopisu. - To dla pani... Tyle udało się uratować... 

-  Bardzo  pani  dziękuję  -  wzruszona  Edyta  dotknęła  drŜącą  ręką  manuskryptu.  -  Chciałabym 

się jakoś odwdzięczyć... 

- Nie trzeba... Wystarczy, Ŝe się pani nie pogniewa na mnie za to, iŜ sporządziłam sobie kopię 

całości. Na pamiątkę... Czyta się jak dobrze napisane romansidło - uśmiechnęła się na wspomnienie 
treści rękopisu. 

- AleŜ, pani Kasiu... - Edyta wstała i uściskała rozpromienioną dziewczynę. 
Po chwili usiadły obok siebie, rozmawiając jak dwie stare znajome. 
Przy  sąsiednim  stoliku  dostojny  staruszek  sączył  piwo  i  pykał  fajkę,  wydzielającą  wonny 

dym,  który  smugami  rozpływał  się  po  sali  denerwując  zwolenników  oddychania  świeŜym 
powietrzem. 

Korzystając  z  tego,  Ŝe  pani  Kasia  znalazła  się  w  centrum  zainteresowania  Teodora,  Edyty  i 

ich córki, odszedłem dyskretnie od stolika i wycisnąłem numer Bolka. 

- Czuwaj, Bolku!... To ja... 
- Czuwaj, Tomaszu!... 
-  Mam  nocne  zadanie  z  dreszczykiem  emocji  dla  Wiewiórki,  Wilhelma  Tella  i  Sokolego 

Oka... Dasz im przepustkę dziś wieczorem do rana? 

-  Nooo...  Nie  wiem...  -  Bolek  sapnął  do  słuchawki.  -  Wiesz...  Sam  bym  się  teŜ  zapisał  „w 

ciemno” na to zadanie. Ale powiedz, o co chodzi. 

-  Za  zajazdem  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”  jacyś  nieproszeni  goście  kopią  nocami  tunele 

pod  trawnikiem.  Wykopali  juŜ  cały  labirynt.  Pewnie  czegoś  szukają.  Chcemy  z  właścicielem 
zajazdu  zaczaić  się  na  nich...  No  i  potrzebujemy  doświadczonych  obserwatorów,  pracujących  pod 
opieką dorosłych, do zrobienia niewielkiego, niespodziewanego nocą tłumu... 

- Interesujące... - sapnął Bolek. - Przyjedź po moich druhów. 
- Dzięki! 
- Masz na nich chuchać i dmuchać. Muszą wrócić cało i zdrowo - i wyłączył komórkę. 
Szybko wycisnąłem numer Pawła. 
- Paweł... 
- Słucham, szefie. 
- Czy masz dziś w nocy trochę wolnego czasu? - spytałem Ŝartobliwie. 
- Moment... - zaśmiał się Paweł. - Muszę zajrzeć do kalendarza... Aha! Około północy straszę 

na zamku w Kętrzynie, później pietram turystów w Sztynorcie... 

- Wystarczy - przerwałem. - Jesteś wystarczająco obciąŜony obowiązkami. Szkoda... 
- A co jest? 
- Zaplanowaliśmy z panią Kasią... 
- Z tą panią Kasią? - zainteresował się Paweł. 
- Właśnie - przytaknąłem ucieszony reakcją Pawła. - Zaplanowaliśmy nocną akcję w okolicy 

zajazdu  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”.  Chcemy  zasadzić  się  na  intruzów,  którzy  nocami  kopią 
podziemny labirynt pod trawnikiem... 

background image

 

61 

- Aha! No to przedzwonię zaraz do Kętrzyna i Sztynortu, Ŝe zastąpi mnie Edek... 
- Edek teŜ jest tu potrzebny tej nocy... 
- A Bolek? 
- TeŜ... 
- Oho! Widzę, Ŝe kroi się coś powaŜniejszego... Będę! 
- Czekam o zmierzchu... Przywieźcie Bolka, Wiewiórkę, Wilhelma Tella i Sokole Oko. Aha! 

Tylko  dyskretnie...  Po  minięciu  ŁomŜy  daj  sygnał  na  komórkę.  Spotkamy  się  na  parkingu  przed 
zajazdem. 

 
Tymczasem  rozmowa  pani  Kasi  z  przybyszami  ze  Śląska  dobiegła  końca.  Edyta,  Teo  i  ich 

córka zbierali się do drogi. Nocowali w ŁomŜy. PoŜegnaliśmy się do jutra. 

Rozstaliśmy  się  w  samą  porę,  bo  zaczynało  juŜ  zmierzchać  i  zbliŜał  się  nieuchronnie  czas 

przyjazdu grupy spod Rajgrodu. Nie  chciałem, by  goście ze Śląska zorientowali się, Ŝe nie naleŜą 
do kręgu osób wtajemniczonych. 

„Niech  lepiej  przeczytają  w  spokoju  rękopis”  -  pomyślałem,  uświadamiając  sobie,  Ŝe  sam 

poznałem  zaledwie  jego  fragment.  „Jutro  będą  mieli  duŜo  do  opowiedzenia,  a  ja  chętnie 
posłucham.” 

 
Nadchodzący zmierzch sprawił, Ŝe stanowisko archeologiczne pod Rajgrodem wyludniło się. 

Paweł i Edek udali się z harcerzami do obozu na kolację. 

Kilkanaście  minut  później  Wiewiórka  zameldował  Bolkowi,  Ŝe  on,  Wilhelm  Tell  i  Sokole 

Oko  są  juŜ  odpowiednio  zaopatrzeni  i  przygotowani  do  nocnej  eskapady.  Druh  komendant  teŜ  się 
odpowiednio wyposaŜył. 

Tylko  Paweł  i  Edek  uznali,  Ŝe  są  zawsze  i  na  kaŜdą  okoliczność  gotowi  bez  specjalnego 

przygotowywania się. 

- Druhowie są gotowi? Akurat... - skrzywił się Sokole Oko. 
- Gotowi, gotowi... - zaśmiał się Edek malując twarz jakąś pastą w czarne, ukośne pasy. - Jak 

nocna akcja, to nocny wygląd oblicza... Paweł, pokaŜ się druhowi! 

Z  namiotu  Bolka  wychyliła  się  twarz  pomalowana  w  poziome  pasy,  przekreślone  pasem 

pionowym, biegnącym od czoła przez nos i usta aŜ po szyję. 

- A druh Sokole Oko jeszcze w roli bladej twarzy? - zdziwił się Paweł. - Łap go! - krzyknął 

do Edka. - Tamtych dwóch teŜ... Bolka sam załatwię! 

 
Gdy  goście  ze  Śląska  opuścili  salę  restauracyjną  zajazdu  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”, 

dostojny  staruszek  puścił  okrągłe  kółeczko  z  dymu  w  stronę  sufitu  i  uśmiechnął  się  do  mnie 
zagadkowo znad piwa: 

- Panie Tomaszu... - kiwnął na mnie ręką i pyknął dymem z fajki. - Ma pan chwilę? 
Nie miałem. Ale co miałem zrobić? Uśmiechnąłem się do staruszka: 
- Dla pana zawsze, tylko... 
-  To  niech  pan  się  na  chwilę  przysiadzie...  -  przerwał  mi  staruszek.  -  Ja  teŜ  juŜ  zaraz 

wychodzę - dodał, dając mi do zrozumienia, Ŝe domyśla się, iŜ nie mam czasu, ale na to, co ma mi 
do powiedzenia, czas muszę znaleźć. 

Przysiadłem się. 
-  Ma  pan  piękną  fajkę  -  palnąłem  komplement,  ale  rzeczywiście  była  misternie  wykonana  i 

background image

 

62 

zasługiwała na uwagę nawet najwybredniejszych i najzasobniejszych kolekcjonerów fajek. 

-  Stara  fajka...  -  uśmiechnął  się.  -  Odziedziczyłem  ją  po  dziadku,  bo  ojciec  nie  palił... 

Paskudny  i  szkodliwy  nałóg  -  zaśmiał  się.  -  Mówił  mi  to  dziadek.  Ojciec  teŜ...  Teraz  ja  to 
wszystkim powtarzam i... daję zły przykład. 

- Znam to z własnego doświadczenia. 
Staruszek usadowił się wygodniej w krześle: 
-  Obaj  dziś  nie  mamy  juŜ  czasu  -  łyknął  resztkę  piwa.  -  Przejdę  zatem  do  rzeczy... 

Zastrzegam,  Ŝe  nie  podsłuchiwałem...  Słyszałem  jednak  rozmowę  pana  znajomych  o  dębowej, 
rzeźbionej szafie, która była kiedyś w karczmie... 

- Wie pan coś ojej losach? 
-  Wiem...  Dlatego  właśnie  pana  tu  poprosiłem  -  staruszek  pyknął  z  fajki.  -  Do  rozmowy 

tamtych nie chciałem się wtrącać, bo nie wiem, kim są. 

Przestałem się spieszyć. 
- Czy ta szafa była jeszcze, gdy mieszkał tu pan Lucjan? 
Była... - uśmiechnął się staruszek, bo zauwaŜył, Ŝe juŜ się nie spieszę, chociaŜ nie mam czasu. 

- Stała na parterze w pokoju dziennym Lucjana. I stałaby pewnie dalej, gdyby dach nad tą częścią 
chałupy nie runął pod naporem śniegu i ze starości. 

-  To  wtedy  i  z  tego  powodu  pan  Lucjan  przeniósł  się  do  wschodniej  części  budynku  na 

poddasze? 

Zadowolony z siebie staruszek pyknął z fajeczki: 
- Widzę, Ŝe ma pan dobrą pamięć do szczegółów... Tak, Lucjan musiał się przenieść na górę 

pod cały kawałek dachu... 

- A co z szafą? 
-  Z  szafą  był  problem.  Lucjan  od  dawna  opędzał  się  przed  zbieraczami  antycznych  mebli. 

Polowali właśnie na tę szafę. Dobrze płacili... Ale jego pieniądze nie interesowały. Pilnował jej, jak 
szczerbaty  pies  sołtysa  pilnuje  kości,  której  sam  nie  pogryzie,  bo  takie  miał  przykazanie.  Kiedy 
dach się zawalił, okazało się, Ŝe ta szafa jest zbyt cięŜka i o wiele za duŜa, by się dało ją wnieść po 
wąskich  schodkach  na  pięterko...  A  nawet  gdyby  się  dało  wnieść,  to  i  tak  nie  dałoby  się  jej 
gdziekolwiek ustawić, bo wszędzie sufit był za nisko, a ona była wysoka... 

- Była? - spytałem zaniepokojony. - Czy to oznacza, Ŝe... 
-  Nic  nie  oznacza  -  zaprzeczył  staruszek.  -  Tak  mi  się  jakoś  powiedziało...  -  mówiąc  to 

popatrzył  na  mnie  spod  krzaczastych  brwi.  -  Panie  Tomaszu...  Pan  dobrze  wie,  Ŝe  teraz  moŜna 
kupić kaŜdy waŜny papier urzędowy, wyglądający na prawdziwy, chociaŜ fałszywy... Będą na nim 
wszystkie  potrzebne  pieczęcie,  podpisy  i  numerki...  MoŜna  tak  pokończyć  róŜne  szkoły  i  studia, 
dostać prawo jazdy i potrzebną legitymację... 

-  Zaraz,  zaraz...  -  przerwałem  staruszkowi.  -  Czy  to  oznacza,  Ŝe  sprawdził  pan  w 

ministerstwie autentyczność mojej legitymacji słuŜbowej? 

- A jak pan myśli? - uśmiechnął się staruszek. 
- Sprawdził pan... 
-  Oczywiście...  PrzecieŜ  oszustów  z  fałszywymi  papierami  spotkać  moŜna  w  najmniej 

oczekiwanych miejscach - staruszek spowaŜniał. - A najgorsze jest to, Ŝe oni wyglądają najczęściej 
na ludzi godnych zaufania - wyjął kieszonkowy zegarek i sprawdził godzinę. - Jak pan... Ale... Na 
czym to ja skończyłem z tą szafą? 

- Na tym, Ŝe była wysoka i nie moŜna jej było ustawić na piętrze, bo sufit był za nisko... 

background image

 

63 

- Aha! Zmartwiło to Lucjana, bo gdyby została tam, gdzie stała, w zawalonej części karczmy, 

to z pewnością nocą ktoś by ją ukradł. Uradziliśmy więc, Ŝe do czasu naprawienia dachu szafa stać 
będzie  u  mnie...  Lucjana  nie  ma,  a  ona  została.  Później  wyjechała  ze  mną  do  dzieci  -  staruszek 
westchnął. - To ja juŜ sobie pomaleńku pójdę - mówiąc to wstał z krzesła, wziął kapelusz i ruszył w 
kierunku wyjścia. - Do widzenia 

- Podrzucę pana - zaproponowałem. 
Staruszek uśmiechnął się, obejrzał mnie krytycznym okiem od dołu do góry: 
- O nie! - pokręcił głową. - Dziękuję... Nie ma powodu. Poza tym, jak na mój gust, jest pan 

zbyt  niepozorny  na  to,  Ŝeby  mnie  dobrze  podrzucić  i  bezpiecznie  złapać.  Pogruchotałbym  się  o 
podłogę... - zaśmiał się pukając laską w parkiet. - Ale podwieźć mnie do domu pańskim wehikułem 
pozwalam. 

 
Słońce  schowało  się  za  lasem.  Nastał  zmierzch.  Nic  nie  zapowiadało  wydarzeń,  które  miały 

nastąpić tej nocy. 

W  zajeździe  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”  rozpoczął  się  kolejny,  normalny  wieczór 

obsługiwania  późnych  gości.  Pani  Kasia  wraz  z  innymi  kelnerkami  krzątała  się  po  sali 
restauracyjnej.  Nad  zastawionymi  stołami  unosiły  się  najsmakowitsze  zapachy  kuchni  polskiej. 
Przy stołach toczyły się głośne i ciche rozmowy. Najgwarniej zachowywały się młodzieŜowe grupy 
wycieczkowe. 

Tadeusz  urzędował  w  recepcji,  uprzejmie  przyjmując  poszukujących  noclegu  i  Ŝegnając 

wyjeŜdŜających. Jego Ŝona, w gabinecie na piętrze, jak zwykle grzebała się samotnie w fakturach, 
zleceniach i innych papierach. 

Nikt z gości zajazdu nie wiedział, Ŝe w tym samym czasie w „Pokoju Francuzów” dobiegała 

końca  sekretna  odprawa  siedmiu  uczestników  nocnej  akcji,  którą  opatrzyliśmy  kryptonimem 
„Kret”. 

Po  przedstawieniu  i  przedyskutowaniu  wszystkich  drobiazgów  organizacyjnych,  zasad 

bezpieczeństwa, moŜliwych przebiegów wydarzeń i naszych reakcji na nie, spytałem: 

- Czy coś przeoczyliśmy? 
-  Oczywiście!  Nie  ustaliliśmy,  kiedy  wzywamy  policję  -  zauwaŜył  Bolek.  -  Chyba  nie 

zamierzamy dokonać samosądu na złapanych?... 

-  Jakich  złapanych?  -  zdziwił  się  Paweł.  -  Chwileczkę...  Celem  tej  zasadzki  ma  być 

namierzenie wejścia do  podziemnego labiryntu i skuteczne przepłoszenie kopaczy, Ŝeby juŜ nigdy 
więcej tu nie wrócili. Czy tak? 

- Tak... - przytaknąłem. - Mają zwiać, gdzie pieprz rośnie, z wdzięcznością w sercach, Ŝe tym 

razem jeszcze nie wezwaliśmy policji! 

- A jeŜeli nie zwieją? - uśmiechnął się Edek. 
-  Wystarczy,  Ŝe  pozwolimy  im  wejść  spokojnie  pod  ziemię...  Niech  sobie  wejdą  i  zajmą  się 

kopaniem, myśląc, Ŝe nikt ich nie obserwuje. A jak juŜ będą zajęci pracą w tunelu, zamkniemy od 
zewnątrz wejście do tunelu... Wtedy znajdą się w potrzasku - stwierdził Wilhelm Tell. - Czy i kiedy 
ich wypuścimy, będzie zaleŜeć od nas. Zanim pozwolimy im wyjść, wykorzystamy naszą przewagę 
do  pogadania  z  nimi.  Od  przebiegu  i  wyników  rozmowy  uzaleŜnimy  to,  czy  wezwiemy  policję. 
Sądzę, Ŝe nocni kopacze, Ŝeby uniknąć interwencji organów ścigania, pójdą na współpracę z nami... 

Stanęło na tym, Ŝe realizujemy pomysł Wilhelma Tella. 
 

background image

 

64 

W  tym  samym  czasie  w  pokoju  jednego  z  łomŜyńskich  hoteli  Edyta  i  Teo  w  skupieniu 

słuchali  swojej  córki  Anny,  czytającej  głośno  rękopis  Adama.  Nie  wiedzieli  jeszcze,  Ŝe 
poszukiwana  przez  Edytę  szafa  ze  skrytką  w  podłodze  ocalała  i  jest  przechowywana  przez 
staruszka. Z zapisków Adama dowiedzieli się juŜ o przybyciu trzech napoleońskich grenadierów do 
karczmy Jana. Przed nimi była lektura opowieści Joachima i obszernej, nieznanej mi niestety, reszty 
manuskryptu. 

 
Centrum  dowodzenia  akcją  i  naszą  bazę  umieściliśmy  w  „Pokoju  Francuzów”. 

Wyznaczyliśmy  trzy  dwuosobowe  patrole.  Dwa  z  nich,  wypoczywający  i  czuwający,  miały 
przebywać  w  bazie.  Trzeci  miał  patrolować  punkt  obserwacyjny.  Co  dwie  godziny  miała 
następować zmiana patroli. 

Do  dyspozycji  mieliśmy  boczne  wyjście  z  zajazdu.  Łączność  zapewniały  nam  komórki.  Ich 

uŜycie ograniczyliśmy do niezbędnego minimum. Obowiązywała cisza w eterze. Sygnały miały być 
wysyłane na moją komórkę. Krótki oznaczał pojawienie się kopaczy. Długi powiadamiał o wejściu 
kopaczy  pod  ziemię  lub  o  sytuacji  wyjątkowej,  wymagającej  natychmiastowej  interwencji 
wszystkich dorosłych w miejscu akcji. 

 
Pierwsza zmiana przypadła Pawłowi i Wilhelmowi Tellowi. Zaczęła się o dwudziestej trzeciej 

i przebiegała spokojnie. 

Wybrany  przez  nas  punkt  obserwacyjny  mieścił  się  niedaleko  miejsca,  w  którym 

prawdopodobnie  znajdowało  się  zamaskowane  wejście  do  podziemnego  labiryntu.  Widać  było  z 
niego  trawnik  za  zajazdem  i  pulsujący  światłem  budynek  zajazdu.  Las  teŜ  był  widoczny,  ale  bez 
szczegółów, bo nie był oświetlony. 

Paweł  siedział  na  kamieniu  pod  jałowcem.  Co  jakiś  czas  wstawał,  robił  cichy  obchód  „na 

ciemniaka” i wracał, wygwizdując cichutko stare piosenki harcerskie. 

Wilhelm  Tell  miał  trwać  w  jednym  miejscu.  Wlazł  więc  na  pobliskie,  rozłoŜyste  drzewo. 

Rozsiadł  się  wygodnie  na  wygiętym,  grubym  konarze,  oparł  plecy  o  pień,  wbił  wzrok  w 
nieprzeniknione ciemności lasu i wytęŜył słuch. W prawej ręce ściskał latarkę, którą mógł włączyć 
tylko w krytycznej sytuacji. 

 
W centrum dowodzenia Wiewiórka i Sokole Oko nie mogli zasnąć. PrzeŜywali udział w akcji. 

Bolek smacznie spał, chrapiąc i mlaskając na przemian. Miał dopiero trzecią zmianę. 

-  Nic  waŜnego  nie  zaszło!  -  zameldował  ze  śmiechem  Paweł  po  powrocie  jego  patrolu  do 

centrum  dowodzenia.  -  Tylko  Edek  i  Sokole  Oko  wleźli  po  drodze  w  jeŜyny  i  trochę  się 
pozahaczali. 

Nagle rozległ się długi sygnał w mojej komórce. Nie był poprzedzony krótkim, oznaczającym 

pojawienie się kopaczy. 

- Długi sygnał! - szarpnąłem delikatnie Bolka. - Coś się stało za zajazdem! 
Ku mojemu zaskoczeniu Bolek natychmiast wstał, zarzucił na ramię apteczkę, złapał latarkę i 

bez słowa ruszył z Pawłem i ze mną do wyjścia. 

Po  chwili  zanurzyliśmy  się  w  atramentowych  ciemnościach.  W  strumieniu  światła  latarki 

zobaczyliśmy Edka. 

- Co się stało? - spytałem Edka. 
- A co się miało stać? - zdziwił się. 

background image

 

65 

- Wysłałeś długi sygnał? - spytał Bolek. 
- Nie wysyłałem Ŝadnego sygnału - zaprzeczył zdziwiony Edek. 
- MoŜe Sokole Oko? - spytałem. 
- Właśnie... A gdzie on jest? - zaniepokoił się druh komendant. 
- Gdzieś w okolicy... To znaczy w punkcie obserwacyjnym na czatach... - odpowiedział Edek. 

- Odłączyłem od niego, Ŝeby sprawdzić, kogo tu licho niesie nocą i trafiłem na was... 

-  Zaraz...  -  wtrącił  się  Paweł.  -  Czy  to  oznacza,  Ŝe  Sokole  Oko  teŜ  nie  wysyłał  długiego 

sygnału? 

-  Zgadłeś - przytaknął archeolog. 
- To kto dał długi sygnał? - pomyślał głośno Paweł. 
Wycisnąłem numer komórki Sokolego Oka. 
- Gdzie jesteś? - spytałem, gdy się zameldował. 
- Obok... 
- Widzisz nas? 
- Niewyraźnie. Ale jak zaświeci księŜyc... 
- Zapomnij o księŜycu i poświeć komórką w naszą stronę... 
Parę kroków od nas zamigotał zielonkawy, jasny prostokącik. 
- Druh Edek powiedział, Ŝe doprowadził was do punktu obserwacyjnego... 
- A co? Nie? - zaniepokoił się archeolog. 
-  Nie!  -  zachichotał  Sokole  Oko.  -  Nasz  punkt  obserwacyjny  jest  jakieś  pięćdziesiąt  kroków 

stąd... 

- Opuściłeś punkt obserwacyjny? - z udawaną naganą w głosie odezwał się Edek, odwracając 

naszą uwagę od siebie. 

-  A  co  miałem  zrobić?  -  obruszył  się  Sokole  Oko.  -  Jak  zauwaŜyłem,  Ŝe  błądzicie,  to 

wyszedłem w waszym kierunku... 

Ryknęliśmy ściszonym śmiechem. 
Edek i Sokole Oko zostali na punkcie obserwacyjnym. Paweł, Bolek i ja wróciliśmy w samą 

porę  do  centrum  dowodzenia.  Okazało  się  bowiem,  Ŝe  nadszedł  juŜ  czas  trzeciej  zmiany.  Bolek  i 
Wiewiórka zmienili Edka i Sokole Oko. 

background image

 

66 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

CO KRYJE RĘKOPIS ADAMA? • HIPOLIT WLECIAŁ DO ZAJAZDU • KIM JEST 

PUNI? • PREMIER NA CZTERECH ŁAPACH • PLOTKA O ROMANSIE SPRZED LAT • 

KTO JEST OJCEM WANDY? • PIĘKNA KARCZMARKA PRABABKĄ EDYTY? • 

PRZYGODA WILHELMA TELLA Z śABĄ • TROPEM ZAGADKOWEJ CEGŁY • OBCY 

KUDŁACZ • EDYTA POZNAJE PRZODKÓW • ODWROTNA STRONA GŁAZU • LISTY 

I KWIATKI OD JOACHIMA • CO KRYJĄ OKUTE, ZAMKNIĘTE DRZWI? • CO ADAM 

ZOSTAWIŁW SKRYTCE? 

 
Nadchodzący  dzień  mógł  zaowocować  wyjaśnieniem  fascynującej  zagadki  Adama,  przodka 

Edyty.  Z  rozmowy  ze  staruszkiem  wynikało,  Ŝe  najprawdopodobniej  odnalazła  się  poszukiwana 
przez nią stara, rzeźbiona szafa, w której dnie mieści się skrytka. 

Edyta nie wiedziała jeszcze o wędrówce i przetrwaniu antycznego mebla do naszych czasów. 

JeŜeli była to właśnie ta szafa, wielka tajemnica jej rodziny zostanie wyjaśniona. 

Zdarzyło się jeszcze coś bardzo waŜnego. Nieoczekiwanie dla siebie Edyta otrzymała wczoraj 

od  pani  Kasi  rękopis  Adama.  ChociaŜ  przeczytałem  zaledwie  jego  fragment,  wiedziałem,  Ŝe  ta 
swoista kapsuła czasu zawiera informacje, które pozwolą przybyszom ze Śląska uznać swoją misję 
za zakończoną sukcesem pełniejszym od ich najśmielszych oczekiwań. 

Wcześniej  o  istnieniu  tego  manuskryptu  Edyta  nie  wiedziała.  Do  wczoraj  znała  swego 

przodka  na  tyle,  na  ile  moŜna  poznać  człowieka  ze  złoŜonego  przez  niego  suchego  raportu  na 
piśmie,  adresowanego  do  kręgu  osób  kierujących  popowstaniową  rzeszą  emigrantów  polskich  we 
Francji. 

Nocna lektura rękopisu sprawiła, Ŝe Edyta znała juŜ swego przodka znacznie lepiej i była nim 

coraz bardziej zafascynowana. 

 
-  Spadamy  pod  Rajgród  -  patrząc  na  smacznie  śpiących  harcerzy  szepnął  Edek  do  Bolka  i 

Pawła. - MłodzieŜ niech się wyśpi... 

- Jasne! - odszepnął Bolek kończąc kolejny kubek aromatycznej kawy. 
- Ale pod wieczór wracamy - dodał Paweł spoglądając pytająco na mnie. 
- Musimy przecieŜ dopaść nocnych kopaczy - stwierdziłem. 
- Dopadniemy  -  wtrącił  Edek. - Pod warunkiem, Ŝe się zjawią i  wejdą pod ziemię - dodał. - 

Przede wszystkim jednak musimy dziś dokończyć nasze dociekania archeologiczne i zająć się bliŜej 
zbiorem głazów. 

 
W recepcji zajazdu, wcześniej niŜ zwykle, pani Kasia zmieniła Tadeusza. Tadeusz udał się na 

piętro do „Pokoju Francuzów”, gdzie mieściło się centrum dowodzenia akcją „Kret”. Na schodach 
wymienił pozdrowienia z Pawłem, Edkiem i Bolkiem. 

Wychodzącą  trójkę  zobaczyła  po  chwili  pani  Kasia.  Na  widok  Pawła  uśmiechnęła  się. 

Przechodząc do wyjścia trzej koledzy pozdrowili uroczą recepcjonistkę. 

NajdłuŜej  panią  Kasię  pozdrawiał  Paweł,  który  chciał  się  wyróŜnić  szarmanckim 

zachowaniem  wobec  damy.  Tak  się  w  nią  wpatrzył,  Ŝe  aŜ  wpadł  na  drzwi,  odbił  się  od  nich  z 
hukiem,  zawadził  butem  o  listwę  w  progu  i  stracił  równowagę.  Na  szczęście  w  ostatniej  chwili 
podtrzymali go koledzy. 

background image

 

67 

Tymczasem Tadeusz dotarł do „Pokoju Francuzów” i cichcem wyciągnął mnie na kawę. 
-  Kaśka  mówiła,  Ŝe  ci  goście  ze  Śląska  są  w  porządku  -  powiedział.  -  Nawet  ich  polubiła, 

chociaŜ wie od dziecka, Ŝe z obcymi nigdy nic nie wiadomo. 

-  Powiedziała,  Ŝe  w  pani  Edycie  jest  coś  bardzo  znajomego.  Nie  wie,  co...  Nie  potrafiła 

jeszcze tego określić... - Tadeusz zawiesił głos. - Ona jest przekonana, Ŝe od dawna zna panią Edytę 
z widzenia. Nie potrafi jednak skojarzyć jej osoby z miejscami, w których się mogły przypadkiem 
spotykać. I to ją niepokoi... 

-  Podobno  kaŜdy  człowiek  ma  przynajmniej  jednego  sobowtóra  -  uśmiechnąłem  się.  -  Pani 

Edyta  nie  musi  być  wyjątkiem.  MoŜe  przypomina  kogoś,  kogo  Kasia  rzeczywiście  kiedyś  często 
widywała? 

- To nie tak... - skrzywił się zabawnie Tadeusz. - Dziś w nocy Kaśka doszła do wniosku, Ŝe 

zna panią Edytę stąd - popukał palcem wskazującym w blat stolika. 

- Z zajazdu? 
-  Nie  sądzisz,  Ŝe  to  dziwne?  -  spytał  i,  nie  czekając  na  odpowiedź,  dodał:  -  JuŜ  przy 

pierwszym zetknięciu z panią Edytą widziałem jak wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Spojrzała na 
nią jak na starą znajomą, której się tu nie spodziewała... Później Kaśka wyjaśniła mi przyczynę tego 
wytrzeszczu. Powiedziała, Ŝe zbaraniała na widok pani Edyty, bo gdzieś ją wcześniej widziała. I to 
wielokrotnie... Przez moment była nawet pewna, Ŝe znają się od dawna. Ale pani Edyta zachowała 
się wobec niej jak wobec osoby zupełnie obcej, grzecznie i z dystansem. 

 
W obozowisku pod Rajgrodem Edek i Paweł pakowali znalezione w ziemi artefakty. 
Z  najgłębszej,  a  zatem  najstarszej,  eksplorowanej  warstwy  ziemi,  harcerze  wykopali  dwa 

krzemienne groty oraz kawałki kości i rogów reniferów, noszące ślady uszkodzeń mechanicznych. 
Prawdopodobnie  były  to  pozostałości  po  obozie,  moŜe  nawet  po  kilku  kolejnych  obozach  myśli-
wych, którzy kilkanaście tysięcy lat temu polowali tu na renifery. 

-  A  to?  -  spytała  Tenia,  pokazując  znaleziony  na  początku,  obrobiony  ludzką  ręką,  duŜy 

kawałek rogu łosia. 

-  MoŜe  mieć  związek  z  myśliwymi  sprzed  tysięcy  lat  -  odezwał  się  Paweł.  -  Co  ty  na  to?  - 

zwrócił się do Edka. 

- Trudno w tej chwili powiedzieć - zastanowił się archeolog. - Wstępnie, przez porównanie z 

podobnym  rogiem  łosia,  wykopanym  niedawno  pod  Olsztynem  u  zbiegu  rzek  Łyny  i  Wadągu, 
moŜna  przyjąć,  Ŝe  ten,  jak  tamten,  dotarł  tu  około  trzynastu  tysięcy  lat  przed  naszą  erą  z  grupą 
myśliwych.  Jednak  nie  musi  być  importem,  który  pojawił  się  tu  jako  przedmiot  wykonany 
wcześniej  w  innym,  bardzo  oddalonym  miejscu.  Mógł  być  przecieŜ  równie  dobrze  pozyskany  i 
obrobiony  na  tych  terenach  -  Edek  wziął  róg  do  ręki.  -  Ze  stanu  jego  powierzchni,  wyraźnego  jej 
wytarcia  na  gładko  w  miejscu  pasującym  do  ludzkiej  dłoni,  wynika,  Ŝe  był  uŜywany  przez  wiele 
dziesiątków lat... 

- Przeciętnie Ŝycie ludzkie trwało wówczas niezbyt długo - zauwaŜyła Tenia. - MoŜna więc z 

tego wywnioskować, Ŝe róg był przekazywany z pokolenia na pokolenie - zauwaŜyła Tenia. 

-  Tego  się  nie  da  wykluczyć  -  przytaknął  Edek.  -  JeŜeli  był  w  ten  sposób  przekazywany, 

oznaczałoby  to,  Ŝe  odgrywał  jakąś  istotną,  przypisaną  mu  rolę  w  tej  grupie  myśliwych...  MoŜe 
nawet był symbolem władzy, prototypem późniejszego berła królewskiego? 

-  Kawałek  rogu  sprzed  tysięcy  lat  i  tyle  tajemnic.  -  westchnęła  Tenia.  -  Ciekawe,  dlaczego 

został  tu  porzucony?  MoŜe  przestał  być  potrzebny?  Albo  został  po  prostu  zgubiony  przez 

background image

 

68 

myśliwych, goniących za zwierzyną? 

-  TeŜ  się  nad  tym  zastanawiam  -  wtrącił  się  Paweł.  -  Przypadkowe  porzucenie,  zgubienie 

takiego przedmiotu nie wchodzi w rachubę. Najprawdopodobniej w tym miejscu doszło kiedyś do 
jakiegoś  dramatycznego  wydarzenia,  po  którym  ten  róg  nie  był  juŜ  potrzebny...  Na  przykład, 
wskutek  chorób  lub  odniesionych  w  walce  ran,  mogło  nastąpić  znaczne  zdziesiątkowanie  grupy 
myśliwych, dla których róg ten miał jakieś znaczenie kultowe, symboliczne. 

- Został po nich tylko róg, który teraz pobudza naszą wyobraźnię - zaŜartował Edek, pakując 

ostroŜnie do foliowej torebki przeŜarty rdzą grot włóczni prawdopodobnie Jaćwingów, pochodzący 
sprzed XIII wieku. 

 
W  tym  samym  czasie  po  raz  drugi  próbowałem  rozwiązać  zagadkę  tajemniczego  kopczyka, 

widocznego za karczmą na rysunku sporządzonym na początku XIX wieku przez Joachima. MoŜe 
nie  istniał  w  ogóle?  PrzecieŜ  Joachim  mógł  narysować  wszystko,  co  tylko  chciał.  Mógł,  z  jakichś 
powodów,  dorysować  kopczyk,  którego  nie  było.  I  moŜe  tak  postąpił?  Rysując  karczmę  wiosną 
narysował przecieŜ zmyślony, zimowy pejzaŜ. 

Z rysunkiem Joachima w garści wyszedłem przed zajazd. 
Teodor, doświadczony architekt, miał rację. Poprzednio stanąłem tak, by patrzeć prostopadle 

na fronton zajazdu. Sądziłem wówczas błędnie, Ŝe jego ustawienie odpowiada ustawieniu frontonu 
dawnej karczmy. Jednak karczma była ustawiona inaczej, co oznaczało, Ŝe kopczyka naleŜało szu-
kać w zupełnie innym miejscu. 

 
Mimo  nieprzespanej  nocy  Edyta  nie  mogła  zasnąć.  Stała  przy  otwartym  oknie  pokoju 

hotelowego, spoglądając z pierwszego piętra na nasłonecznioną juŜ ulicę wylotową z ŁomŜy, którą, 
po upadku powstania listopadowego, w licznej kolumnie emigrujących powstańców maszerował jej 
przodek Adam. Szedł w nieznane do Francji z wiarą, Ŝe kiedyś wróci na ziemię swych ojców. Nie 
wrócił. 

 
Szedłem  właśnie  za  zajazd  w  kierunku  prawdopodobnego  miejsca  po  kopczyku  z  rysunku 

Joachima, gdy odezwała się moja komórka. 

- Dzień dobry, Tomaszu... - usłyszałem głos Edyty. - Jesteś w zajeździe? 
- W taką ładną pogodę? 
- A gdzie mogę cię teraz zastać? 
- Na trawniku... Jakieś sześć metrów za zajazdem „Pod Czerwonym Kapturkiem”. 
Edyta zaśmiała się: 
- Stój tam! - zaŜartowała. - Zaraz przyjadę... - wyłączyła komórkę. 
 
Podczas  mojej  rozmowy  telefonicznej  z  Edytą  na  parkingu  przed  zajazdem  zatrzymał  się 

błękitny  opel.  Po  chwili  wysiadł  z  niego  rosły,  odziany  w  dresy,  brodaty,  kudłaty  męŜczyzna  z 
wypchaną, skórzaną torbą na ramieniu. 

Idąc w stronę zajazdu, przybysz rozejrzał się zaciekawiony po okolicy, rozprostował kości i, 

potykając  się  o  listwę  w  drzwiach  wejściowych,  wpadł  do  środka  wykonując  krótki  lot  nad 
posadzką i tocząc się po niej nieco dłuŜej prawie pod samą recepcję. 

- Nic się panu nie stało? - wychylając się z recepcji spytała zaniepokojona pani Kasia. 
-  Jeszcze  nie  wiem  -  zarechotał  kudłacz  zbierając  się  z  posadzki.  -  Muszę  się  obmacać  - 

background image

 

69 

spojrzał  wesoło  na  młodziutką  recepcjonistkę.  -  Hej!  PrzecieŜ  my  się  znamy...  Studiuje  pani 
dziennikarstwo? 

- Pan Hipolit? - spytała z niedowierzaniem w głosie pani Kasia. 
-  We  własnej,  moŜe  trochę  bardziej  zarośniętej,  niŜ  zwykle,  i  poturbowanej  postaci...  - 

rozejrzał się czochrając poskręcaną fryzurę „prawie afro”. - To piękne! - spojrzał w oczy pani Kasi. 
-  Gdzie  się  nie  pojawię, tam  spotykam  pracujących  studentów  dziennikarstwa  -  pokręcił  głową  ze 
zdziwienia.  -  Gdyby  byli  tak  pracowici  podczas  studiów...  Ale  mamy  wakacje!  Pani  tu  zarabia  na 
studia? 

- W pewnym sensie... - uśmiechnęła się pani Kasia. - Pomagam rodzicom w prowadzeniu ich 

zajazdu. 

-  I  słusznie  -  pan  Hipolit  podniósł  wyprostowany  palec  wskazujący  lewej  ręki.  -  W  tych 

zwariowanych  czasach,  pani  Katarzyno,  rodzinny  interes  staje  się  prawdziwą  ostoją  stabilizacji 
młodego pokolenia i... dobrobytu narodu - zaśmiał się i zarzucił torbę na ramię. - Załapałem się na 
jakiś  wolny  pokój  w  zajeździe  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”?  JeŜeli  nie,  to  i  tak  będę  tu  musiał 
poczekać... ChociaŜ w pani towarzystwie poczekam bez przymusu i nie zatęsknię, ani przez chwilę, 
za nikim. 

- Jedyny pokój jednoosobowy jest juŜ zajęty... - pani Kasia spuściła oczy i spiekła delikatnego 

raczka. - Mamy wolną dwójkę. 

-  Dwójkę?  -  ucieszył  się  gość.  -  To  dobrze,  bo  jestem  tu  umówiony  z  naszym  wspólnym 

znajomym... 

Pan  Hipolit,  znakomity  fotoreporter  i  artysta  fotografik,  prowadził  na  studiach  zajęcia  z 

fotografii prasowej. Studentki szalały za nim w skrytości. 

- CzyŜby z panem redaktorem Punim? - spytała niepewnie pani Kasia. 
-  Oczywiście!  -  ucieszył  się  pan  Hipolit.  -  Musimy  trochę  popstrykać  i  popiórzyć,  Ŝeby  nie 

zapomnieć, jak to się robi... A jest co robić! 

Puni,  reporter  prasowy  zajmujący  się  dziennikarstwem  śledczym,  rówieśnik  pana  Hipolita, 

był  jedną  z  najbarwniejszych,  najbardziej  lubianych  postaci  w  uczelnianej  kadrze  dydaktycznej, 
złoŜonej z nie byle jakich okazów osobowości. Mówiono o nim, Ŝe jest chodzącym, bardzo zasob-
nym  archiwum  personalnym  i  zdarzeniowym  o  nieograniczonej  pamięci.  Nigdy  z  nikim  nie 
rozmawiał o tym, nad czym aktualnie pracował lub czym w najbliŜszym czasie zamierzał się zająć. 
MoŜna było odnieść wraŜenie, Ŝe Puni nie ma nic do roboty i nic nie robi lub pracuje byle jak, bo 
bardzo swobodnie dysponuje swoim czasem i nigdy nigdzie się nie spieszy. W rzeczywistości był 
dobrze  zorganizowanym  tytanem  pracy  dziennikarskiej.  Na  uczelni  prowadził  zajęcia  z  warsztatu 
dziennikarskiego. 

Pani  Kasia  pamiętała  jeszcze  swoje  pierwsze  spotkanie  z  Punim.  To  było  na  początku 

studiów. Miała coś do załatwienia z opiekunem roku, ale nie wiedziała jeszcze, kto nim jest i jak się 
nazywa. Od koleŜanki z drugiego roku dowiedziała się, Ŝe to Puni i Ŝe trafił się im dobry opiekun. 
Ktoś  inny  pokazał  jej  młodego  jeszcze,  niepozornego  męŜczyznę  na  korytarzu.  Podeszła  i 
powiedziała: 

- Przepraszam, panie Puni... 
-  Chwileczkę...  -  marszcząc  zabawnie  brwi  przerwał  jej  nagabywany  dziennikarz.  -  Nie 

nazywam się Puni, ale się domyślam, puni prawda tak, Ŝe chodzi pani o mnie. 

Pani  Kasia  dowiedziała  się  wówczas,  Ŝe  Puni  ma  na  imię  Olgierd.  Jednak,  od  częstego 

wtrącania do zdań powiedzonka „puni prawda tak”, przylgnęła do niego na uczelni ksywa ”Puni”. 

background image

 

70 

Tylko nieliczni studenci pamiętali, jak się rzeczywiście nazywa. 

Powiedzonko  to  Puni  odziedziczył  po  swoim  dziadku,  dziennikarzu,  którego  teŜ  nazywano 

Punim. A wtrącał je tylko po to, by rozbawiać studentów i swoich rozmówców. 

Panowie  Hipolit  i  Puni  współpracowali  ze  sobą  przy  wielu  dziennikarskich  śledztwach, 

ujawniając  przestępstwa  popełniane  nie  tylko  przez  pospolitych  złodziei  i  bandziorów.  Później, 
korzystając z ich publikacji, zajmowała się tymi przestępstwami policja i prokuratura. 

 
Edyta zastała mnie siedzącego „po turecku” na trawniku, dokładnie tam, gdzie stojąc miałem 

na  nią  czekać.  Nieco  wcześniej  odwiedzili  mnie  Wiewiórka,  Wilhelm  Tell  i  Sokole  Oko.  Byli 
wyspani, odświeŜeni i po śniadaniu. Otrzymali ode mnie zadanie spenetrowania zalesionego terenu 
za  ogrodzeniem  zajazdu.  Mieli  wypatrzyć  miejsca  mogące  być  pozostałościami  po  starych, 
nienaturalnych kopczykach ziemi. 

-  Przepraszam,  Ŝe  usiadłem  bez  twego  pozwolenia  -  uśmiechnąłem  się  na  widok  Edyty  i 

natychmiast wstałem. - Ale chciałem być chociaŜ przez chwilę bliŜej matki ziemi... A poza tym nie 
lubię stać, gdy mogę usiąść. 

-  TeŜ  lubię  posiedzieć  na  słońcu  w  pachnącej  trawie,  w  ładnym  otoczeniu  i  w  ciszy-

zachwycona rozejrzała się wkoło. - Jak tu pięknie... 

- Niestety, nie jest cicho - zagderałem Ŝartobliwie. 
Spojrzała na mnie zdziwiona. 
- Nie słyszysz? - teŜ się zdziwiłem, ale na niby. - PrzecieŜ w lesie drą się jakieś ptaki! 
Edyta zaśmiała się: 
- Śpiewają, Tomaszu, śpiewają! - rozejrzała się zaniepokojona. 
- Coś się stało? 
- Mam nadzieję, Ŝe nie - spojrzała na mnie. - Premier gdzieś mi się zapodział. Przyjechał ze 

mną... Mówiłam, Ŝe ma być grzeczny... 

-  Premier?  -  moje  brwi  odjechały  bardzo  wysoko  nad  okulary,  sygnalizując  zdziwienie  bez 

granic. - Tu i teraz? 

- O! Na szczęście jest! Chodź tu! 
Obejrzałem się z niedowierzaniem. W naszym kierunku cwałował zabawnie uśmiechnięty, z 

powiewającym róŜowym języczkiem, piesek Edyty. Edyta usiadła przy mnie na trawniku. 

- Z rękopisu dowiedziałam się, Ŝe Adam był tu krótko, zaledwie kilka tygodni - powiedziała 

drapiąc lekko Premiera za uchem. - ZdąŜył się jednak zakochać, z wzajemnością, w pięknej córce 
karczmarza, Wandzie. Poprosił o jej rękę. Jego oświadczyny zostały chętnie przyjęte... 

Rękopis  Adama  urywa  się  niespodziewanie  na  tym,  Ŝe  ksiądz  udzielił  im ślubu  i  odbyło  się 

huczne  wesele  -  mówiąc  to  Edyta  trochę  się  rozmarzyła,  jak  kaŜda  kobieta  na  wspomnienie 
przeczytanego właśnie, szczęśliwie zakończonego romansidła. - To wzruszające zakończenie... 

- Albo interesujący początek - wtrąciłem delikatnie swoje trzy grosze. 
- Początek? - spojrzała na mnie jasnymi oczami, które juŜ skądś znałem. 
-  No  wiesz,  jak  to  jest...  -  uśmiechnąłem  się.  -A  potem  Ŝyli  długo  i  szczęśliwie...  A  moŜe 

krótko i nędznie, przytłoczeni prozą Ŝycia? 

Zaśmiała się dźwięcznie. 
- Szkoda, Ŝe nie wiadomo, co się działo z nimi później... 
-  Pewnie  poszli  razem  do  Francji  -  pogłaskałem  po  pysku  przymilającego  się  Premiera.  - 

ChociaŜ  rodzice  Wandy  mogli  nie  zgodzić  się  na  wyjście  córki  z  domu  w  daleką  niebezpieczną 

background image

 

71 

drogę  do  obcych.  Czasy  były  niespokojne...  A  moŜe  sam  Adam  nie  chciał  jej  naraŜać  na  trudy 
pieszej  włóczęgi  przez  Europę?  Co  ja  plotę?!  PrzecieŜ  nie  po  to  wzięli  ślub,  Ŝeby  się  zaraz 
rozstawać. 

- To brzmi logicznie - przytaknęła. - Ale kto wie, jak było naprawdę? Rozmyślałam nad tym 

cały ranek... Z raportu, o którym wczoraj rozmawialiśmy, wiadomo, Ŝe Adam dotarł do Francji. Ten 
raport spowodował, Ŝe przyjechałam tu szukać śladów jego pobytu. Nie wiedziałam nic o istnieniu 
Wandy... Teraz, gdy się o niej dowiedziałam, nie wiem, co się z nią stało... 

- MoŜe jednak poszła z Adamem i zamieszkali razem we Francji? - zastanowiłem się. -JeŜeli 

tak,  to  najprawdopodobniej  oboje  są  twoimi  przodkami...  Pomyśl!  Jesteś  być  moŜe  w  miejscu,  w 
którym  kiedyś  się  poznali  i  związali  ze  sobą  na  dobre  i  złe...  Ten  kawałek  ziemi  był  kiedyś 
własnością twoich przodków ze strony Wandy... Masz polskie korzenie. 

-  Widzę,  Ŝe  nie  czytałeś  całego  rękopisu  Adama  -  uśmiechnęła  się  Edyta.  -  Było  trochę 

inaczej...  W  rękopisie  jest  wzmianka  o  plotce  na  temat  romansu,  który  połączył  Ŝołnierza 
napoleońskiego Joachima z piękną Ŝoną karczmarza, Aliną... 

- Aha! - jakoś mnie to nie zdziwiło. - Ludzie zawsze plotkują o innych. 
- Wiem - uśmiechnęła się Edyta. - Ale są róŜne plotki... W niektórych tkwi ziarno prawdy, jak 

w  legendzie...  Wyczytałam,  Ŝe  karczmarz  Jan  w  dzieciństwie  cięŜko  chorował.  Przypuszczalnie  z 
tego powodu, chociaŜ oboje z Aliną bardzo chcieli, nie mogli mieć potomstwa. Gdy kilka miesięcy 
po wyjeździe Joachima Ŝona Jana urodziła córeczkę, ludzie zaczęli plotkować, Ŝe jej ojcem jest... 

- Poczekaj... - przerwałem. - To, co teraz powiedziałaś, zmienia postać rzeczy - zerwałem się 

z trawnika. - Być moŜe Wanda rzeczywiście była córką Joachima. JeŜeli tak, to idąc z Adamem do 
Francji mogła być świadoma, Ŝe odnajdzie tam rodzonego ojca lub jego rodzinę! Pozwól ze mną do 
zajazdu!  -  podałem  rękę,  pomagając  wstać  Edycie.  -  Musisz  coś  zobaczyć...  MoŜe  za  chwilę 
poukładamy te klocki i poznamy prawdę... 

 
Dzwonek komórki wyrwał Teodora z głębokiego, dziennego snu. 
- Cześć! To ja - usłyszał radosny głos Lopka. 
- Aha! Cześć! - ziewnął przeciągle. - Co w Augustowie? 
- Zaraz się rozejrzę... - zaśmiał się Lopek. - Właśnie wyszedłem ze szpitala, bo czuję się juŜ 

znakomicie! 

- To dobrze - ucieszył się Teo. - Ale nigdzie nie biegaj! JuŜ po ciebie wyjeŜdŜam. 
- Nie trzeba! PrzecieŜ to bliziutko... Przejdę się spacerkiem. 
-  MoŜesz...  Ale  wtedy  zobaczymy  się  dopiero  późnym  wieczorem  i  będziesz  trochę 

zmęczony. 

- Co? CzyŜby przez ten upał Augustów aŜ tak strasznie się rozciągnął? 
-  Być  moŜe...  Nie  wiem!  Z  pewnością  jednak  odnaleźliśmy  ślad  Adama.  Z  tego  powodu 

przenieśliśmy  wczoraj  naszą  bazę  z  motelu  w  Augustowie  do  hotelu  w  ŁomŜy.  I  tu  są  twoje 
rzeczy... 

 
Wiewiórka,  Wilhelm  Tell  i  Sokole  Oko  skończyli  myszkowanie  po  zalesionym  terenie  za 

zajazdem.  Któreś  z  pięciu,  wykrytych  przez  nich,  niewielkich,  porośniętych  drzewami  wzniesień 
mogło  być  pozostałością  po  narysowanym  kiedyś  przez Joachima  kopczyku.  Znany  im  z  nocnych 
ciemności las wyglądał teraz całkiem przyjaźnie. 

Harcerze  rozsiedli  się  kilka  metrów  od  ogrodzenia  zajazdu,  na  niewielkiej,  nasłonecznionej 

background image

 

72 

polanie  w  otoczeniu  bzykających  owadów,  bezszmerowo  wachlujących  powietrze  motyli, 
zwiewnych pajęczynek, pachnących ziół i jednej Ŝaby. 

- O! - wykrzyknął Wilhelm Tell na jej widok. - KsięŜniczka zaklęta w Ŝabkę! 
- Daj jej buzi... - zaŜartował Wiewiórka. 
Roześmiany Wilhelm Tell pochylił się i cmoknął powietrze: 
-  No!  Co  się  tak  gapisz?  -  zadzierając  zabawnie  nos  spytał  zaniepokojoną  Ŝabę.  -  Jestem 

księciem nowej generacji... 

Wiewiórka i Sokole Oko zarechotali radośnie jak dwa dorodne Ŝabska. 
Zielone  zwierzątko  łypnęło  wypukłymi  oczkami  na  intruza  i  skoczyło  między  gęsto  rosnące 

na  poboczu  polanki  dorodne  pokrzywy.  KsiąŜę  nowej  generacji  przysiadł,  odbił  się  nogami  od 
ziemi i bez namysłu skoczył za nią. Wiewiórka i Sokole Oko usłyszeli odgłos łupnięcia o ziemię i 
bolesny okrzyk: - O rany! 

Z pokrzyw wyskoczył poparzony Wilhelm Tell. Miał wytrzeszczone oczy i otarte kolano. Na 

jego widok druhowie zaśpiewali: 

 
A harcerz taki gapa, 

Ŝ

e aŜ w pokrzywy wlazł 

po pas, po pas... 
 
- Do wesela się zagoi - zaśmiał się Wiewiórka. 
- Jakiego wesela? - drapiąc poparzone ręce zdziwił się Wilhelm Tell. 
- Twojego z księŜniczką - wyjaśnił przyjaźnie Sokole Oko. - Piszę się na pierwszego druŜbę 

w orszaku... W parze z jakąś miłą Ŝabką. 

KsiąŜę nowej generacji spojrzał na kolegów, podrapał się po łydkach i śmiejąc się powiedział: 
- Wesela nie będzie... 
- A co? Panna młoda uciekła? - zmartwił się Ŝartem Wiewiórka. 
- Nie! - Wilhelm Tell machnął dłonią. - To ja uciekłem, bo ta Ŝaba zwabiła mnie w pułapkę... 

Przez nią wyrŜnąłem kolanem w jakąś cegłę... 

- W cegłę? - Sokole Oko spojrzał na kolegów i ruszył w stronę pokrzyw. - O ile wiem, cegły 

w lesie nie rosną... 

Wiewiórka i Wilhelm Tell weszli za nim w pokrzywy. 
- ZauwaŜyliście, Ŝe pokrzywy tak obficie rosną tu tylko w tym miejscu? - Sokole Oko spytał 

kolegów. 

- Ja to nawet poczułem na własnej skórze - zaŜartował Wilhelm Tell drapiąc się bezlitośnie po 

udach. 

Sokole Oko kontynuował: 
-  Mój  tata  powiedział,  ze  takie  skupiska  dorodnych  pokrzyw  wyrastają  najczęściej  w 

miejscach uŜytkowanych kiedyś lub teraz przez ludzi... 

- To zrozumiałe... - uśmiechnął się Wiewiórka. - Rosną przecieŜ po to, Ŝeby nas parzyć! 
- Pozwolisz, Ŝe dokończę? - spytał Sokole Oko grzebiąc w pokrzywach. 
- Kończ waść! 
-  Słuchajcie!  JeŜeli  jest  tak  w  rzeczywistości,  to  prawdopodobnie  cegła,  w  którą  łupnął 

Wilhelm Tell kolanem, nie znalazła się tu przypadkiem... MoŜe być fragmentem istniejącej kiedyś 
w tym miejscu większej całości... - harcerz urwał w połowie zdania i nagle wrzasnął: - Jest! 

background image

 

73 

W  drodze  do  „Pokoju  Francuzów”  opowiedziałem  Edycie  o  szafie  i  okolicznościach,  które 

spowodowały, Ŝe z karczmy przewędrowała ona do domu staruszka zaprzyjaźnionego z Lucjanem. 

- To moŜe być poszukiwany przez ciebie mebel ze skrytką w dnie - zakończyłem otwierając 

drzwi do pokoju. - Ale ciekawe, co powiesz na ten portret... 

Edyta  zamarła  w  bezruchu.  Ze  ściany  spoglądała  na  nią  jej  twarz  narysowana  na  poŜółkłym 

papierze. 

- Skąd to masz? - spytała ściszonym głosem, jakby wstydząc się swej obecności. 
-  Ja  tego  nie  mam  -  uśmiechnąłem  się.  -  Ten  portret  wisiał  tu,  zanim  dowiedziałem  się  o 

istnieniu  zajazdu  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”.  Teraz  juŜ  wiem,  gdzie  widziałem  ciebie,  zanim 
się spotkaliśmy... Pani Kasia teŜ jest przekonana, Ŝe zna ciebie z widzenia od dawna, tylko nie pa-
mięta, gdzie się spotykałyście... 

- To nie jestem ja... - powiedziała niepewnie, siadając przy stoliku. 
- Oczywiście, Ŝe nie! - zdjąłem ze ściany portret i połoŜyłem na stoliku przed Edytą. - Poznaj 

Alinę, piękną Ŝonę karczmarza Jana i matkę Wandy... Jesteś do niej szalenie podobna. 

Edyta  otworzyła  pośpiesznie  torebkę  i  wyjęła  chusteczkę.  Miejsce  na  jej  kolanach  zajął 

Premier. Wywalił z pyska róŜowy ozorek i machnął nim kilka razy po jej policzku. 

- A to jest Jan - połoŜyłem przed Edytą drugi portret. 
Wzruszona Edyta dotknęła delikatnie obu portretów, głaszcząc twarze przez szkło. 
- Kto ich narysował? - spytała. 
- Joachim, któremu plotka przypisuje ojcostwo Wandy... Był znakomitym rysownikiem. 
Spojrzała na mnie: 
- Chciałabym dotknąć papier, na którym zostali narysowani. 
- Jasne! - wyjąłem i otworzyłem scyzoryk, Ŝeby wydobyć portrety z ramek. 
Dopiero z bliska, zwłaszcza oglądając odwrotną stronę, dostrzegłem, Ŝe oprawa rysunków jest 

równie  stara  jak  one.  Sprawnie,  bez  uszkodzeń  otworzyłem  obie  oprawy,  zdjąłem  tekturkę 
chroniącą od tyłu portret Aliny. 

-  Jasny  gwint!  -  zapominając  o  obecności  damy  wykrzyknąłem  na  widok  tego,  co 

zobaczyłem. 

 
W  tym  samym  czasie  pod  Rajgrodem  Bolek,  Edek,  Paweł  i  bardziej  krzepcy  harcerze, 

dopingowani  przez  harcerki  i  kolegów,  usiłowali  przekręcić  jeden  z  tajemniczych  głazów,  Ŝeby 
sprawdzić, czy  przypadkiem nie ma jakichś znaków na jego drugiej, niewidocznej stronie. W tym 
celu zamierzali stoczyć kolosa do wykopanego prawie pod nim, wzdłuŜ dłuŜszego boku, płytkiego 
dołu.  W  pobliŜu  leŜała  sterta  połamanych  drągów,  wykorzystanych  juŜ  jako  dźwignie  do 
podwaŜenia głazu. Z trzaskiem łamały się następne. Punktem oparcia dla tych dźwigni był sąsiedni 
głaz. 

- No! Nareszcie drgnął - stęknął cięŜko Bolek i otarł pot lejący się z czoła. 
- To niewiele, ale jednak coś - zauwaŜyła optymistycznie Tenia. 
-  Dobra...  Ogłaszam  przerwę  wypoczynkową  -  wysapał  zmachany  Edek.  -  Nabierzemy  sił  i 

przekręcimy ten kamyk. 

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Pawła,  opadli  na  trawę.  Paweł  chwycił  saperkę,  wskoczył  do  dołu  i 

zaczął ostroŜnie obciosywać ziemię pod głazem. 

- UwaŜaj, bo będzie tąpnięcie! - ostrzegł Edek. 
-  Jak  tąpnie,  to  uskoczę!  -  odkrzyknął  Paweł.  -  JeŜeli  zdąŜę...  -  ciachnął  saperką  spory 

background image

 

74 

kawałek ziemi i błyskawicznie wyskoczył z dołu, bo miał wraŜenie, Ŝe głaz drgnął. Ustąpił miejsca 
głazowi, który wolno przekręcił się i z głuchym łoskotem zleciał do jamy, ukazując zaciekawionym 
harcerzom odwrotną stronę. 

- Uau! - rozległ się chóralny okrzyk zachwytu i zdumienia. 
Pawłowi, Edkowi i Bolkowi opadły szczęki. 
 
W lasku za zajazdem „Pod Czerwonym Kapturkiem” robiło się coraz ciekawiej. Wiewiórka, 

Wilhelm  Tell  i  Sokole  Oko,  nie  bacząc  na  parzące  ich  pokrzywy  i  lejący  się  po  całym  ciele  pot, 
rozgrzebywali  ziemię  na  skraju  niewielkiej,  nasłonecznionej  polanki.  Odkopywali  stary  mur  z 
czerwonej cegły, którego odkrycie Wilhelm Tell przypłacił otarciem kolana. 

- Trafiłem ręką na jakąś dziurę pod murem... - drapiąc się po łydkach i zgarniając krzątające 

się po nich czerwone mrówki, zameldował Sokole Oko. 

- PokaŜ! - wykrzyknął Wiewiórka wykonując w jego kierunku Ŝabi skok przez pokrzywy. 
Wilhelm Tell teŜ skoczył. 
Wiewiórka  wetknął  ostroŜnie  rękę  do  dziury  w  ziemi.  Pod  palcami  wyczuł  dolną 

powierzchnię cegieł tworzących podstawę muru wzniesionego z odkopanych przez chłopców kilku 
warstw starych, grubych cegieł. Głębiej była juŜ tylko ziemia. 

-  Bez  sensu...  -  powiedział  rozczarowany  przyglądając  się  murowi.  -  Zaraz!  To  nie  jest  bez 

sensu. 

Wiewiórka  zaczął  zapamiętale  rozgrzebywać  dziurę  w  ziemi.  Po  chwili  oczom  harcerzy 

ukazał  się  fragment  ostatniej,  niewidocznej  do  tej  pory  warstwy  cegieł.  UłoŜona  inaczej,  z  cegieł 
ustawionych na węŜszych bokach, tworzyła łagodny, wygięty ku górze łuk. 

-Takimi łukami kończono kiedyś od góry budowę otworów okiennych - wysapał Wiewiórka. 
- I otworów, w których instalowano drzwi, furty lub bramy! - dorzucił Sokole Oko. 
- Zakładamy się, co to za otwór, czy ryjemy dalej? - spytał roztropnie Wilhelm Tell. 
- Ryjemy! - odkrzyknęli zaciekawieni harcerze. 
- Co ryjecie? - odezwał się obcy, męski głos za ich plecami. Jak na komendę obejrzeli się za 

siebie. 

 
Pod  oprawą  portretu  Aliny  leŜały  płasko  zasuszone  stokrotki.  Spod  nich  spoglądały  na  nas 

oczy  młodego,  przystojnego,  gładko  ogolonego  męŜczyzny  o  ciemnych,  pofalowanych  włosach. 
PoniŜej widniał krótki tekst w języku francuskim: 

 
Droga  Alino!  Ufam,  Ŝe  mówiąc  o  bezgranicznym  szczęściu,  które  daje  ci  świadomość 

rychłego  powicia  dziecka,  jesteś  rzeczywiście  kobietą  szczęśliwą,  bo  spełnioną  jak  tego  usilnie  i 
bezowocnie  pragnęłaś  lata  całe.  I  obyś  taką  pozostawała  zawsze  u  boku  Jana,  człowieka 
najzacniejszego. 

Joachim 

PS Dziecko, gdy wydorośleje, pozdrów ode mnie serdecznie. 
 
Gdy Edyta czytała ten swoisty list od Joachima, poprosiłem do nas Tadeusza. 
-  Pani  Edyto...  -  uśmiechnął  się  na  widok  jej  pytającego  spojrzenia.  -  Nie  roszczę  sobie 

Ŝ

adnych praw do tych portretów. One po prostu były w tym budynku przede mną... Jakby czekały 

na  panią  -  popatrzył  na  rysunki.  -  Teraz  naleŜą  do  pani...  Chciałbym  tylko  zachować  ich  kopie, 

background image

 

75 

wykonane z obu stron. Będą wisiały tu w „Pokoju Francuzów”... 

- Czy to oznacza, Ŝe w tym pokoju mieszkał kiedyś Joachim? - spytała Edyta. 
-  Wątpię...  -  wyręczyłem  Tadeusza,  który  nie  znał  treści  rękopisu  Adama.  -  Z  pokoju,  w 

którym  mieszkali  Ŝołnierze  Napoleona,  była  widoczna  droga  na  ŁomŜę.  Nie  widać  jej  przez  okno 
tego pokoju... Sprawdziłem juŜ i wiem, Ŝe droga biegnie jak kiedyś. Ale moŜna ją zobaczyć tylko z 
pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Pewnie więc Francuzi tam właśnie mieszkali... 

 
Odwrotna strona wizerunku karczmarza Jana była opatrzona zapisem: 
 
Zacny  Janie!  Mam  nadzieję,  Ŝe  kiedyś  przeczytasz  to  Ty  lub  ktoś  z  Twojej  rodziny.  Ocaliłeś 

Ŝ

ycie  moje  i  moich  przyjaciół,  nie  oczekując  i  nie  Ŝądając  w  zamian  niczego.  Jestem  Ci  za  to 

dozgonnie wdzięczny. 

Joachitm 

PS  Tym,  co  z  przyjaciółmi  uradziliśmy  zostawić  w  Twojej  sekretnej  piwnicy  na  powrót 

Napoleona  i  nasz,  rozporządzaj  wedle  własnych  potrzeb.  Nie  wiedzieliśmy  wówczas,  Ŝe  nie 
przejdziemy juŜ tędy lub jakąkolwiek inną drogą na Rosję. 

 
Teo wiózł właśnie Lopka z Augustowa do ŁomŜy, gdy rozdzwoniła się jego komórka. Zjechał 

na pobocze i zatrzymał samochód. 

- Gdzie jesteś? - usłyszał głos Edyty. 
- DojeŜdŜamy z Lopkiem do ŁomŜy... - zaniepokoił się. - Coś się stało? 
- Wiele się wyjaśniło... - odpowiedziała pogodnie. - Przedzwoń do Anki. Czekam na was troje 

u Tomasza w zajeździe „Pod Czerwonym Kapturkiem”. 

 
W  obozowisku  harcerskim  pod  Rajgrodem  panowała  grobowa  cisza.  Wszyscy  skupili  się 

nieruchomo  nad  leŜącym  w  dole,  odwróconym  głazem.  Nawet  Paweł  zamarł  w  bezruchu, 
zapominając o pstrykaniu fotek. 

- To mamy pomnik - przerwał przedłuŜającą się ciszę Edek, zgarniając dłonią resztki ziemi z 

powierzchni głazu. - Zwróćcie uwagę na rozmieszczenie i rysunek oczu, nosa i ust, spokojny wyraz 
twarzy, układ rak na korpusie, na dłonie i wyraźnie zarysowane nakrycie głowy... 

- Przypomina hełm bez przyłbicy - zauwaŜył Bolek. 
-  Tak...  -  przytaknął  Paweł  pstrykając  zdjęcie.  -  To  moŜe  być  próba  utrwalenia  wojownika, 

który dokonał bohaterskich czynów... Jaćwingowie upamiętniali swoich bohaterów w opowieściach 
o nich, w legendach, w pieśniach i w kamiennych rzeźbach... W ten sposób utrwalali swoją historię. 
Ich opowieści, legendy i pieśni przepadły jednak w mrokach dziejów wraz z nimi. KrzyŜaccy i inni 
okupanci  tej  ziemi  zastąpili  je  własnymi...  Na  szczęście  tu  i  ówdzie  przetrwały  kamienie  z 
wyrytymi postaciami, o których nic nie wiemy. Nie wiemy teŜ, gdzie są te kamienie... To znaczy, 
zdarza się, Ŝe przypadkiem, jak dziś... 

- Po upływie nieznanej liczby wieków od wyrzeźbienia... - wtrącił Ŝartem Edek. 
- Ta rzeźba jest aŜ taka stara? - zdziwiła się Tenia. 
- MoŜe nawet starsza - zaśmiał się Edek. - Przepraszam... Właściwie nie da się dociec prawdy 

o  wieku  rzeźby  w  kamieniu.  JeŜeli  rzeczywiście  pozostała  po  Jaćwingach,  to  powinna  pochodzić 
sprzed XIV wieku, bo w XIII wieku ich plemię zostało całkowicie wyniszczone przez KrzyŜaków i 
wspomagających ich krzyŜowców z południa i zachodu Europy. Oznacza to, Ŝe moŜe mieć tysiąc i 

background image

 

76 

nawet więcej albo mniej lat... 

-  Edziu...  -  wtrącił  się  Paweł  wyciskając  mój  numer  komórki.  -  Nie  zapominaj  o  Gotach, 

którzy  przybyli  tu  ze  Skandynawii  na  początku  naszej  ery  i  Ŝyli  na  tych  obszarach  zachowując 
przez  co  najmniej  dwa  wieki  widoczną  odrębność  kulturową...  Oni  teŜ  uwieczniali  swoich  w  ka-
mieniu. 

-  Pamiętam  o  Gotach  -  mruknął  archeolog  zaglądając  pod  głaz,  którego  bok  do  tej  pory  był 

zasłonięty leŜącym teraz w dole. 

 
Rozmowę z Edytą i Tadeuszem przerwał dzwonek mojej komórki. 
- Szefie! To ja... - odezwał się Paweł. 
- Słucham meldunku spod Rajgrodu. 
- Czy szef siedzi? 
Usiadłem na krześle. 
- Siedzę... 
- To dobrze, bo mam powalającą wieść - Paweł najwyraźniej delektował się tym, Ŝe pobudza 

moją  ciekawość  prawie  do  bólu.  -  Jeden  z  tych  głazów,  po  przekręceniu,  okazał  się  megalityczną 
rzeźbą! 

-  Jasny  gwint!  -  znowu  zapominałem  o  obecności  damy.  -  Jesteś  pewien,  Ŝe  to  nie  jakaś 

współczesna podróbka? 

- Jeszcze nie wiemy... Ale kopiemy juŜ dół pod drugi megalit... 
- Dół! - zdziwiłem się. - Po co kopiecie dół, skoro głaz i tak jest pod ziemią? 
-  śeby  przekręcić  pierwszy  kamyk  na  drugą  stronę,  zastosowaliśmy  metodę  dołowania. 

Okazała się skuteczna! Na razie! - zaśmiał się Paweł i wyłączył komórkę. 

 
Obcy męŜczyzna miał obfite, poskręcane włosy na głowie i twarzy. Uśmiechał się przyjaźnie 

do Wiewiórki, Wilhelma Tella i Sokolego Oka. Umorusani harcerze wychylili głowy z pokrzyw. 

- Co tak ryjecie? - powtórzył pytanie zaciekawiony kudłacz. 
- Nie ryjemy. Gramy w podchody - odezwał się przytomnie Wiewiórka. - A co? Nie wolno? 
-  Wolno  -  przytaknął  uśmiechnięty  kudłacz.  -  A  moŜe  i  nie  wolno...  Nie  wiem.  Nie  jestem 

stąd. 

- To tak jak my - zauwaŜył Wilhelm Tell wyciskając dyskretnie numer mojej komórki. 
- Szkoda - zmartwił się kudłacz. - Myślałem, Ŝe znacie te okolice... 
Wilhelm Tell wolniutko zanurzył się w pokrzywach i przyłoŜył komórkę do policzka. 
 
Myślałem, Ŝe to znów dzwoni Paweł. 
- No! Co tam z dołowaniem kamyków pod Rajgrodem? 
- Nie wiem...  - usłyszałem przyciszony  głos Wilhelma Tella. - Druhu Tomaszu! Jesteśmy  w 

lasku za zajazdem. Chyba coś mamy... 

- Co tak szepczesz? 
- Bo jest tu jakiś obcy, podejrzany facet, który nas zaczepia... Nie wie, Ŝe dzwonię... 
- Spoko! JuŜ przybiegam... - wyłączyłem komórkę. 
 
Tadeusz i ja wybiegliśmy z zajazdu i cicho ruszyliśmy w stronę polanki. Po drodze minęliśmy 

jakiegoś  kudłatego,  uśmiechniętego  brodacza.  Szedł  od  strony  lasku.  „Co  się  szczerzysz?”  - 

background image

 

77 

pomyślałem. „Nie jestem panienką...” Zaraz po minięciu nas męŜczyzna zatrzymał się. 

- Tomasz? - usłyszałem znajomy głos za plecami. 
Obejrzałem się i stanąłem jak wryty. 
- Hipek? - spytałem nie dowierzając własnym oczom. 
Kudłaty brodacz okazał się Hipolitem, znajomym fotoreporterem z Warszawy. 
-  Tomaszu!...  JeŜeli  mnie  rozpoznałeś  pod  tym  zarostem,  to  po  co  pytasz?  -  zaśmiał  się 

kudłacz.  -  A  swoją  drogą,  okazuje  się,  Ŝe  musieliśmy  obaj  przyjechać  w  róŜnych  celach  z 
Warszawy aŜ tu, do zajazdu „Pod Czerwonym Kapturkiem” pod ŁomŜą, Ŝeby wreszcie spotkać się 
po latach... Idziecie na grzyby? 

- Chcemy się tylko rozejrzeć.. - poczułem, Ŝe mam niewyraźną minę. 
ZauwaŜył to Hipolit. 
- Przepraszam... śe teŜ się nie domyśliłem - uśmiechnął się do mnie. - Ten harcerz dzwonił do 

ciebie? 

- Tak... 
- Zareagował właściwie... - Hipek pochwalił Wilhelma Tella. 
- Jasne... - odezwał się Tadeusz. - Ci chłopcy wiedzą, Ŝe kręcą się tu róŜni ludzie. 
- Jak to na strachowisku? - zaśmiał się kudłacz. 
Spojrzałem zdziwiony na Hipolita: 
- Idziesz z nami do harcerzy? Czekają na nas. 
- Oczywiście! - ucieszył się brodacz. - Zdziwi ich, Ŝe się znamy. 
- Skąd wiesz, Ŝe to strachowisko? - spytałem. 
- Od mojej studentki, którą spotkałem tu w recepcji. Pani Katarzyna pomaga... 
- Wiemy, co robi pani Katarzyna, bo to moja córka - zaśmiał się Tadeusz klepiąc Hipolita po 

plecach. 

Z gęstych pokrzyw wychyliły się trzy umorusane, zaskoczone twarze. 
-  Czuwaj,  druhowie!  Poznajcie  druha  Hipolita...  -  przerwałem,  bo  z  rozpędu  popełniłem 

nietakt.  -  Przepraszam...  -  uśmiechnąłem  się  do  Hipka.  -  Odwrotnie!  Druhu  Hipolicie,  poznaj 
wytrawnych  poszukiwaczy  przygód,  druhów  Wiewiórkę,  Wilhelma  Tella  i  Sokole  Oko!  - 
wskazałem szerokim gestem chłopców. - Druhowie, to jest mój przyjaciel, druh Hipolit, znakomity 
fotoreporter... 

Przerwałem ponownie, bo za harcerzami zobaczyłem wyłaniający się z ziemi mur z cegły, w 

którym widniało wejście zamknięte okutymi, zardzewiałymi drzwiami. 

- Jasny gwint! - zaklął z podziwem w głosie Hipek, który zauwaŜył to samo. - Mogę strzelić 

fotę? 

Zanim zdąŜyłem odpowiedzieć, strzelił ich kilka. 
Spojrzałem na Tadeusza. Z jego twarzy biło zdumienie i szczęście zarazem. 
- Skoczę po jakieś łopaty - powiedział krótko i poszedł. 
-  Druhu  Tomaszu...  -  odezwał  się  Wiewiórka.  -  W  lasku  namierzyliśmy  kilka  miejsc,  w 

których mógł być kiedyś poszukiwany kopczyk... A to - popatrzył w stronę muru - odkryliśmy przy 
okazji, przez Ŝabę... 

- Jaką Ŝabę? - spytałem oglądając grubą, Ŝelazną sztabę ryglującą tajemnicze drzwi i wiszącą 

na niej masywną kłódkę. 

- Normalną - zaśmiał się Wilhelm Tell. - Szybkie danie dla bociana... 
- Dobrze, Ŝe szybkie - wtrącił się Hipek. - Bocian nie zdąŜył i dzięki temu druhowie odkryli 

background image

 

78 

coś,  co  kiedyś  z  jakiegoś  powodu  zostało  przez  kogoś  ukryte  przed  ludzką  ciekawością  i 
zachłannością. 

-  I  dobrze  zabezpieczone  -  dodałem,  bo  Ŝelazna,  masywna  sztaba  została  w  przemyślny 

sposób przymocowana do ryglowanych przez nią drzwi, które osadzono po prawej stronie na trzech 
litych, grubych zawiasach. 

- Jak główny sejf w banku - uśmiechnął się Sokole Oko. - śeby to otworzyć, potrzebny będzie 

doświadczony kasiarz, ślusarz albo kowal... 

-  Po  co?  Najsłabszym  punktem  tego  zabezpieczenia  jest  kłódka  -  spoglądając  na  mnie 

zauwaŜył Hipek. - MoŜemy ją sami przepiłować albo wywaŜyć łomem. 

- Nie moŜemy - pokręciłem głową. 
- MoŜemy! - wykrzyknął Wilhelm Tell. - PrzecieŜ damy radę... 
-  W  to  nie  wątpię  -  przytaknąłem.  -  Ale  nie  moŜemy  jej  zniszczyć...  To  staruszka  - 

uśmiechnąłem się do Hipka. - Jest starsza ode mnie o ponad sto lat... 

- Taka stara? - zdziwił się Wilhelm Tell. 
- W przybliŜeniu oczywiście - odpowiedziałem wydłubując kawałkiem drutu ziemię z dziurki 

od klucza. - MoŜe da się otworzyć inaczej. 

- Trzeba naoliwić jej wnętrze i poczekać - doradził Tadeusz wbijając dwie łopaty w ziemię. - 

Zaraz przyniosę olej do konserwacji urządzeń precyzyjnych - zaśmiał się. - Ta kłódka nie wygląda 
na precyzyjne urządzenie. 

Hipek złapał łopatę. 
-  Dawno  nie  kopałem!  -  wykrzyknął  i  zaczął  kopać  przy  murze.  Drugą  łopatę  pochwycił 

Sokole Oko. 

„Edek znajdzie jakiś sposób na otwarcie kłódki” - pomyślałem i wycisnąłem jego numer. 
-  Słucham?  -  usłyszałem  naszego  archeologa.  -  Albo  nie  słucham...  Powiem  od  razu! 

Zdołowaliśmy drugi megalit. TeŜ jest rzeźbiony... Przygotowujemy się do dołowania trzeciego... 

-  To  świetnie!  -  przerwałem  Edkowi.  -  Zostaw  tam  Pawła.  Niech  dołuje.  Jesteś  pilnie 

potrzebny  w  lasku  za  zajazdem  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”.  Trzeba  otworzyć  bardzo  starą 
zardzewiałą kłódkę. 

- Jak starą? 
- Pierwsza połowa XIX wieku... 
- Wsiadam i jadę. 
 
Hipek przerwał kopanie, bo odezwała się jego komórka. 
- Serwus, Hipolicie? - usłyszał głos Puniego. - JuŜ dojechałem... Gdzie jesteś? 
- Za zajazdem... 
- A ja, puni prawda tak, wchodzę do zajazdu... - zaśmiał się Puni. 
- JuŜ do ciebie przychodzę... Aha! UwaŜaj na listwę w drzwiach! 
- Dzięki za ostrzeŜenie - odpowiedział Puni i z trzaskiem zawadził butem o listwę. 
Jego  lot  nad  posadzką,  zakończony  zgrabnym  koziołkiem  i  miękkim  lądowaniem  na 

pośladkach tuŜ przed recepcją, wprawił w podziw panią Kasię. 

- Dzień dobry! - zawołała radośnie. - Piękny lot... 
Zaskoczony  sytuacją  Puni  spojrzał  ku  górze  na  panią  Kasię,  odwzajemnił  powitanie  i 

podnosząc się z posadzki spytał: 

- Czy, puni prawda tak, wylądowałem w zajeździe „Pod Czerwonym Kapturkiem”? 

background image

 

79 

- Tak, panie Olgierdzie. 
-  To  dobrze  -  ucieszył  się  Puni  dyskretnie  rozcierając  potłuczone  siedzenie.  -  Bo  na  pani 

widok pomyślałem, Ŝe poleciałem na uczelnię... 

Oboje gruchnęli śmiechem. 
- No! Jesteś wreszcie! - krzyknął od drzwi Hipolit. 
 
W  swoim  rękopisie  Adam  wspomniał  o  sekretnej,  dwukondygnacyjnej  piwnicy,  w  której 

karczmarz  Jan  ukrywał  zapasy  Ŝywności  przed  rosyjskimi  i  pruskimi  Ŝołnierzami.  Wszystko 
wskazywało na to, Ŝe harcerze natrafili właśnie na nią. 

JeŜeli  tak,  to  ściana  z  okutymi  drzwiami  była  fragmentem  tejŜe  piwnicy.  „A  jeŜeli  nie?”  - 

przemknęło  mi  przez  myśl.  „PrzecieŜ  miejsca,  skazane  samym  połoŜeniem  na  wyjątkowo  duŜe 
zagęszczenie dramatycznych wydarzeń na przestrzeni wielu wieków, kryją w sobie liczne tajemnice 
i niespodzianki...” 

Z rozwaŜań wyrwał mnie dzwonek mojej komórki. 
- Tomaszu - usłyszałem Edytę - dochodzi południe... 
- Pamiętam! - skłamałem, bo zupełnie zapomniałem. - Jesteśmy umówieni ze staruszkiem w 

sprawie szafy... - przypomniałem sobie. - Czekam na parkingu. 

 
Staruszek oczekiwał nas przy stoliku ustawionym na nasłonecznionym ganku. 
-  Zapraszam  do  środka  -  wskazał  ręką  w  kierunku  otwartych  szeroko  drzwi  po  powitalnej 

wymianie  uprzejmości.  -  Na  ganeczku  posiedzimy  sobie  później,  Ŝeby  zwyczajowo  pogadać  przy 
kawie lub herbacie. 

Dopiero  teraz  dowiedziałem  się,  Ŝe  ma  na  imię  Artur.  Nie  krył  radości  z  poznania  Edyty, 

której przodkowie kiedyś wybudowali tu karczmę. 

- Dzięki nim, pani Edyto, miejscowi ludzie mieli się gdzie spotykać - powiedział prowadząc 

nas do wejścia. - Ta karczma była kiedyś miejscowym oknem na świat, bo w niej zatrzymywali się 
zdroŜeni  goście  z  odległych  stron,  jak  załogi  statków  w  portach.  Wraz  z  nimi  docierały  tu 
wiadomości ze świata... 

- Jasny gwint! - mruknąłem pod nosem na widok dziennego pokoju. 
- Coś się stało? - spytał dyskretnie pan Artur. 
- Podziwiam pana księgozbiór. 
Staruszek spojrzał na mnie wyrozumiale. 
-  Proszę  bardzo...  MoŜe  pan  przejrzeć  grzbiety  ksiąŜek  -  uśmiechnął  się.  -  Do  środka  teŜ 

moŜna pozaglądać. To nie są atrapy... Gdyby chciał pan sięgnąć wyŜej, tam stoi drabinka - wskazał 
ręką i poszedł z Edytą do innego pokoju, aby pokazać szafę. 

Stanąłem przed ogromną ścianą ksiąŜek ustawionych równo na regałach od podłogi po sufit. 

JuŜ z daleka dostrzegłem, Ŝe dominują wśród nich opasłe, wielotomowe wydawnictwa słownikowe 
i  encyklopedyczne,  edycje  polskie,  angielskie,  rosyjskie,  niemieckie,  francuskie.  Część  ksiąŜek 
rozpoznawałem po oprawach, bez czytania grzbietów. Miałem je we własnym księgozbiorze. 

-  Imponujący  zbiór  -  palnąłem  komplement  na  widok  wracającego  pana  Artura.  -  Jest  takie 

powiedzonko: pokaŜ mi swoją bibliotekę, a powiem ci, kim jesteś. 

- Tak? To kim jestem? 
Zastanowiłem się: 
- Człowiekiem wykształconym, humanistą... Nie wiem... 

background image

 

80 

Staruszek machnął niby lekcewaŜąco ręką: 
- śartowałem... Nie widział pan jeszcze mojej biblioteki... 
- Więc to nie jest biblioteka? - zaskoczony spojrzałem znad okularów na pana Artura. 
- Nie... - zaśmiał się staruszek. - Te ksiąŜki trzymam tutaj, bo nie zmieściły się tam, gdzie być 

powinny. 

Widok  wypełnionego  regałami  pokoju,  przyprawił  mnie  o  zawrót  głowy.  „Kim  jest  pan 

Artur?” - pomyślałem omiatając wzrokiem grzbiety ksiąŜek. 

-  To  moja  biblioteka...  Od  starodruków  po  wydawnictwa  współczesne...  A  tam  stoją 

ciekawsze nowości wydawnicze - pogodny staruszek poruszał się wśród regałów jak przewodnik po 
muzeum. - MoŜna dotykać i przeglądać... 

- Przepraszam - usłyszałem głos Edyty za plecami. - Nie przeszkadzam? 
Wykonałem gwałtownie w tył zwrot. 
-  To  my  przepraszamy  -  odpowiedziałem  waląc  się  zaciśniętą  pięścią  w  klatkę  piersiową  i 

robiąc  przesadnie  skruszoną  minę.  -  Zagadaliśmy  się  i  zaniedbaliśmy  ciebie,  zostawiając  sam  na 
sam z szafą... Wiemy, Ŝe zachowaliśmy się dokładnie według najgorszych obyczajów. 

Mój szkolniacki wygłup rozbawił Edytę i pana Artura. 
- Przeprosiny przyjmuję - uśmiechnęła się groŜąc nam palcem - bo potrzebuję waszej pomocy 

przy szafie. 

- O nie! - zaprotestował wesoło pan Artur. - Dźwigać szafy nie będziemy... Jest za stara i my, 

krzepkie  dwa  chłopy,  moŜemy  ją  niechcący  uszkodzić  przy  przenoszeniu,  wyrządzając 
niepowetowaną stratę, bo to przecieŜ antyk... 

- Ograniczymy się zatem do oględzin jej dna... - zdecydowałem krótko i otworzyłem szafę. 
Była  pusta,  odkurzona  i  wyszorowana  do  czysta.  Nic  nie  wskazywało  na  to,  Ŝe  gdzieś  w  jej 

dnie została zainstalowana skrytka. 

ZauwaŜyłem  rozczarowanie  i  zwątpienie  malujące  się  na  twarzy  Edyty.  Pan  Artur  tylko 

chrząknął: 

- Czego szukamy? - spytał. 
- Skrytki - odpowiedziała Edyta. - Ale jej tu chyba nie znajdziemy. 
-  Nie  wiadomo  -  uśmiechnął  się  staruszek.  -  Stare  meble  przechowują  w  sobie  wiele 

wspomnień i tajemnic, których obecności nie da się odkryć na pierwszy rzut oka. 

Edyta  nie  miała  doświadczeń  związanych  z  poszukiwaniem  skrytek.  Wiedziała  jedynie,  Ŝe 

były  zawsze  sprytnie  ukrywane  przed  niewtajemniczonymi.  Tylko  nieliczni  wtajemniczeni 
wiedzieli o ich istnieniu i potrafili je otworzyć. 

Opukałem  i  obmacałem  grube,  cięŜkie  dno  szafy  od  góry  i  od  spodu,  nawet  z  boków, 

centymetr po centymetrze. I nic. 

- Gdyby tak siekierką? - spytał Ŝartem pan Artur. - Podobno cel uświęca środki... 
-  Podobno  po  zawartości  biblioteki  poznaje  się  jej  właściciela  -  zaśmiałem  się.  -Widziałem 

księgozbiór i nie wiem, kim pan jest... 

-  Jestem  emerytowanym  nauczycielem  łaciny  i  greki...  Ostatnio  uczyłem  w  olsztyńskim 

ogólniaku. ChociaŜ wtedy kładziono większy nacisk na nauczanie języka rosyjskiego, wspominam 
dobrze  tamte  lata,  bo  byłem  trochę  młodszy  i  potrzebny  młodzieŜy.  A  później...  -  pan  Artur 
zamyślił się. - Czterdzieści parę lat temu odszedłem na emeryturę i osiedliłem się tutaj. To dobre, 
zdrowe i piękne miejsce - uśmiechnął się do wspomnień. 

- To ile pan ma teraz lat? - wyrwało się zdziwionej Edycie. 

background image

 

81 

-  Pewnie  setkę  -  staruszek  wzruszył  ramionami.  -  Musiałbym  zajrzeć  do  metryki,  bo  dawno 

juŜ  nie  liczę...  Zaraz...  Pamiętam...  W  1920  roku,  a  moŜe  rok  później,  przyjechałem  z  Wilna  do 
Lwowa,  objąć  posadę  nauczyciela  łaciny  i  greki  w...  Nie...  Nie  mogę  sobie  teraz  przypomnieć  tej 
szkoły... - zmartwił się pan Artur, machnął zrezygnowany ręką i spojrzał na mnie. - A moŜe szafa, 
idąc  moim  śladem,  odpowie  nam  na  pytanie  o  skrytkę  i  o  to,  jak  się  do  niej  dobrać?  -  zmienił 
szybko temat. 

- Odpowie... Pod warunkiem, Ŝe jest poszukiwanym meblem - zastrzegłem dłubiąc agrafką w 

jakiejś dziurce, wydrąŜonej pewnie przez robaka w prawym górnym rogu lewej ścianki szafy. 

Nagle  agrafka  drgnęła.  Wyciągnąłem  ją  błyskawicznie  z  dziurki.  Rozległo  się  ciche 

skrzypnięcie.  Jak  na  komendę  spojrzeliśmy  w  dół.  Dno  szafy  poruszyło  się  i  uniosło  poziomo  na 
dwadzieścia centymetrów. 

- Jasny gwint! - soczyście wyraził swoje zdumienie pan Artur. 
Zajrzeliśmy do skrytki. Była pusta. 
- MoŜe to oznaczać, Ŝe następca Adama dotarł do karczmy i działał tu w połowie XIX wieku - 

powiedziałem po chwili zastanowienia. 

- Jakiego Adama? - zaciekawił się pan Artur. 
Dopiero  teraz  uświadomiłem  sobie,  Ŝe  staruszek  nie  wie  wszystkiego,  a  przecieŜ  wiedzieć 

powinien.  W  kilku  zdaniach  opowiedziałem  o  przodkach  Edyty  i  o  roli  odegranej  tu  kiedyś  przez 
Adama. 

-  Rozumiem...  -  odezwał  się,  gdy  zauwaŜył,  Ŝe  skończyłem.  -  Piękna  przeszłość...  Ma  pani 

znakomitych przodków... 

Pan Artur przerwał nagle, bo coś cicho skrzypnęło. Rozejrzeliśmy się po pokoju, poszukując 

wzrokiem  czegoś,  co  mogłoby  tak  skrzypnąć.  Nie  znaleźliśmy  niczego.  Skrzypnęło  raz  jeszcze  i 
zachrobotało koło naszych nóg. Ponownie spojrzeliśmy w dół. 

Dno pustej skrytki uchyliło się samoczynnie. Pod nim ujrzeliśmy drugą skrytkę. 
 
Tymczasem za zajazdem toczyła się walka z rdzą w kłódce. 
Wiewiórka  stał  tuŜ  przy  odkopanych,  okutych  drzwiach.  Trzymał  sporą  puszkę,  wypełnioną 

po brzegi olejem konserwującym na co dzień urządzenia precyzyjne. W oleju tym była zanurzona 
kłódka zwisająca ze sztaby ryglującej drzwi. 

- Słyszycie ten zgrzyt i chrobotanie? - spytał wesoło Tadeusz. 
Harcerze zdziwieni spojrzeli po sobie i pokręcili głowami. 
- Nie słyszycie? A ja słyszę! - Tadeusz spojrzał w kierunku puszki. 
-  Ja  teŜ!  -  zaśmiał  się  Wiewiórka.  -  To  olej  gryzie  rdzę  poŜerającą  kłódkę,  która  właśnie 

nałykała się oleju. 

- Długo będą się tak poŜerać? - rzeczowo spytał Wiewiórka. 
- A co? - zainteresował się Wilhelm Tell. - Spieszy ci się? 
- Nie... 
Tadeusz klepnął się dłonią w czoło: 
-  Kaśka  mnie  objedzie...  -  spojrzał  na  Wiewiórkę  i  Sokole  Oko.  -  Zupełnie  zapomniałem  o 

obiedzie pod chmurką... Chodźcie ze mną... 

 
Przez ułamek sekundy staliśmy w bezruchu, zaglądając do skrytki, która była pod skrytką. Na 

jej  dnie  leŜało  niewielkie,  płócienne  zawiniątko.  Obok  zauwaŜyłem  poŜółkły,  złoŜony  arkusik 

background image

 

82 

papieru. 

Edyta spojrzała pytająco na mnie: 
- Co teraz? 
- Sprawdzimy, co to jest - rozłoŜyłem arkusik. 
Naszym  oczom  ukazał  się  rysunek  złoŜony  z  prostokątów  porozrzucanych  w  widocznym 

porządku. 

-  To  pewnie  szkic  rozmieszczenia  zabudowań  Lucjana  -  zauwaŜył  pan  Artur.  -  Tu  jest 

budynek  karczmy  -  pokazał  palcem.  -  A  tu,  jak  pamiętam,  stały  budynki  gospodarcze...  Tam  była 
stajnia  i  powozownia...  -  staruszek  przerwał  i  spojrzał  na  mnie.  -  A  tego  kreta  sobie  nie  przy-
pominam - uśmiechnął się rozbawiony widokiem niewielkiego rysunku, przedstawiającego wąsate, 
uśmiechnięte zwierzątko. 

Na szkicu, daleko od prostokątów, widniała malutka sylwetka kreta. 
- Czy to oznacza, Ŝe w tym miejscu jest coś zakopane? - spytała Edyta. 
- Myślę, Ŝe tak - odpowiedziałem. - Wizerunek kreta moŜe być wskazówką Ŝe bez kopania w 

ziemi się nie obejdzie. Jego umiejscowienie moŜe wskazywać, gdzie naleŜy kopać.. Zdaje mi się, Ŝe 
wiem  nawet,  w  którym  miejscu  i  po  co.  A  jeŜeli  tak,  to  juŜ  to  odkopaliśmy...  Musimy  jeszcze 
rozwiązać problem otwarcia kłódki - spojrzałem na zawiniątko. - ZałoŜę się, Ŝe znajdziemy w nim 
rozwiązanie tego problemu. 

Edyta  i  pan  Artur  spojrzeli  na  mnie  ze  zdziwieniem.  Wziąłem  do  ręki  i  rozwinąłem 

zawiniątko. W środku był ukryty bardzo stary, brunatny klucz. 

background image

 

83 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

JAK TADEUSZ KARMIŁ KŁÓDKĘ • KLUCZ DO INNEJ KŁÓDKI • ZAGADKA 

PORTRETU WIDZIANEGO W PARYśU • DO CZEGO SŁUśY ŁOM? • PAN ARTUR MA 

COŚ NA STRYCHU • TAJEMNICA MEGALITYCZNYCH RZEŹB • CO ZOBACZYLI 

HARCERZE W PODZIEMIACH? • WALKA Z PAJĘCZYNAMI • PREMIER W 

OPAŁACH • UCIECZKA LUB POŚCIG • ZNIKNIĘCIE TEODORA • PO DRUGIEJ 

STRONIE REGAŁU • WSZYSCY W POTRZASKU • PREZENT OD PANA ARTURA DLA 

EDYTY • EDEK WYZWOLICIEL • PUSTY KUFER BEZ DZIURKI OD KLUCZA • CO 

UKRYTO POD PNIAKIEM? 

 
Na  leśnej  polance  za  zajazdem  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”  zobaczyliśmy  ogródkowy 

stolik, przy którym harcerze pałaszowali z apetytem obiad. Koło tajemniczych, okutych drzwi stał 
Tadeusz. Trzymał jakąś puszkę. 

- Co ty tak dzierŜysz tę puszkę?! - spytałem zdziwiony. 
-  Mam  w  niej  olej,  którym  karmię  kłódkę!  -  zaśmiał  się  Tadeusz.  -Ten  olej  podkarmiam 

rdzą... Rdzy nie karmię. Długo Ŝarła kłódkę i nie wie, co to głód - wsadził nos do puszki. - Jak się 
juŜ  kłódka  naŜre,  to  da  się  otworzyć...  Oczywiście,  jeŜeli  wcześniej  jej  mechanizmu  nie  przeŜarła 
rdza... - zauwaŜył pana Artura. - Dzień dobry... - ukłonił się. 

- Dzień dobry - odkłonił się dostojnie staruszek zdejmując kapelusz. 
Edyta  wydobyła  komórkę  i  odeszła  na  bok,  wyciskając  numer  Teodora,  który  powinien  był 

juŜ dotrzeć do zajazdu. 

- Pan  Tadeusz  jest,  w  pewnym  sensie,  następcą  pana  Lucjana  na  tych  włościach  - 

przedstawiłem  właściciela  zajazdu  panu  Arturowi.  -  Tadeuszu,  poznaj  pana  Artura,  sąsiada,  który 
przez wiele lat przyjaźnił się z panem Lucjanem. 

Tadeusz rozpłynął się w ciepłym uśmiechu: 
-  Miło  mi  pana  poznać...  Wiem,  Ŝe  nie  zastąpię  pana  Lucjana,  ale  mam  nadzieję  na 

dobrosąsiedzką zaŜyłość między nami. 

-  Nie  widzę  przeciwwskazań  -  zaśmiał  się  staruszek.  -  I  mam  podobną  nadzieję...  Ale  tej 

puszki  niech  pan  juŜ  nie  trzyma.  Nie  trzeba.  Odrdzewiałem  niejedną  kłódkę  -  zajrzał  do  puszki.-
Mam,  jak  się  zdaje,  podobną  -  przyjrzał  się  uwaŜnie.  -  Fason  ten  sam...  Prawie  pół  wieku  temu 
znalazłem ją w stodole - machnął lekcewaŜąco dłonią. - To stary, prosty mechanizm. Zabytkowy... 
Jak ja... - spojrzał na mnie z uśmiechem. - Zaraz da się otworzyć... 

- Czym? - spytał odruchowo Tadeusz. 
- Tym... - z dumą pokazałem klucz. 
- Nie byłbym tego taki pewien - ostrzegł pan Artur. 
 
Telefon  od  Edyty  dopadł  Teodora  i  Lopka  w  ŁomŜy.  Zatrzymali  się,  by  porozmawiać  bez 

ś

wiadków o rzeczywistym celu ich pobytu na nadbiebrzańskich bagnach. 

- Co się z wami dzieje? - spytała zaniepokojona Edyta. 
- Jesteśmy właśnie w ŁomŜy... 
- Dopiero? JuŜ dawno byliście pod ŁomŜą... Zachowałeś się wyjątkowo nieodpowiedzialnie. 

Mogłeś przedzwonić... 

- Wybacz... Zagadaliśmy się... 

background image

 

84 

-  Wybaczam  -  odpowiedziała  Edyta  uspokojona  tym,  Ŝe  Teodorowi  nic  złego  się  nie 

przytrafiło. 

- JuŜ jedziemy. Daję słowo... Stęskniłem się za tobą. 
- Co ty powiesz? - zaśmiała się Edyta. - Nie zapomnij o Ance. 
- Pewnie juŜ się wyspała... 
 
Pan Artur przyjrzał się dokładnie kluczowi i pokręcił przecząco głową: 
- Tym się tej kłódki raczej nie otworzy... 
-  Nad  czym  tak  główkujecie?  -  usłyszałem  niespodzianie  głos  Edka,  który  dotarł  wreszcie 

spod Rajgrodu. - O! - wykrzyknął zdziwiony na widok okutych drzwi. - Wczoraj ich tu nie było. 

- Były - ucieszyłem się na widok naszego archeologa. -Ale pod ziemią. 
-Aha!  -  Edek  spojrzał  wesoło  na  mnie.  -  Czekały  na  archeologa  i  nie  doczekały  się...  Za  to 

dziś wyrosły jak grzyby po deszczu, bo niedawno lało... - podszedł do drzwi. 

- Nie! Raczej zostały wyryte przez harcerzy spod ziemi jak trufle przez dziki - zauwaŜył pan 

Artur. 

- Jeszcze zamknięte? - zdziwił się Edek. 
- Z tego powodu wezwałem ciebie z twoją wiedzą. 
- Solidna robota - archeolog poklepał otwartą dłonią drzwi, aŜ zadudniło. - Nie macie klucza? 
- Mamy - pokazałem klucz. -Ale chyba do jakiejś innej kłódki... 
Edek obejrzał klucz. 
- No tak... - przytaknął. - Ten klucz pasuje do kłódki, której nie mamy. Ale to nie szkodzi, bo 

mamy inną kłódkę, którą trzeba otworzyć - Edek  wyjął ze swojej torby jakieś klucze, druty i inne 
przedmioty.  - Uwaga! -  wetknął coś do dziurki w kłódce, podłubał, pokręcił. - Nie! To nie to...  A 
teraz?! - ponownie coś wetknął, przekręcił i pociągnął kłódkę do dołu. - No! Otwarta... 

Rozległy się huczne brawa. 
Zadowolony  ze  sprawnego  wykonania  trudnej  operacji  Edek  ukłonił  się  głęboko, 

majestatycznie  i  z  gracją  jak  wielki  artysta  operowy  po  udanym  występie,  rozsyłając  całuski  i 
uśmiechy do publiki. 

Zdjąłem  ze  skobla  koniec  sztaby  ryglującej  drzwi  i  odstawiłem  stojący  przy  nich  łom  pod 

ś

cianę, Ŝeby się nie plątał. 

- Otwieramy czy czekamy na nieobecnych? - spytałem głośno. 
-  Nieobecni  juŜ  nadchodzą!  -  usłyszałem  głos  Teodora  poprzedzony  radosnym  szczekaniem 

Premiera. - Otwieraj! 

Powitałem  przybyłych  gestem  ręki  i  pociągnąłem  z  całej  mocy  sztabę  wraz  z  drzwiami  do 

siebie. Drzwi nawet nie drgnęły. „Dałem popis własnej niemocy” - pomyślałem. 

- Tomaszu - odezwał się cicho Edek. - Wpierw trzeba naoliwić zawiasy. 
-  Jasne!  -  odpowiedziałem  głosem  konspiratora  i  pogłaskałem  Premiera,  który  stanął 

nieruchomo przy moich nogach i uwaŜnie obwąchiwał dolną krawędź drzwi. 

Z  zachowania  psa  wynikało,  Ŝe  za  chwilę  ustawi  się  bokiem  do  wąchanego  obiektu,  zadrze 

energicznie do góry tylną łapę i... 

- Premier! Do mnie! - krzyknęła zapobiegliwie pani Anna. Piesek obrócił na chwilę głowę w 

stronę swojej pani, pomerdał ogonkiem, wbił nos w ziemię pod drzwiami i zaczął głośno węszyć. 

Pani Anna nie dała za wygraną: - Premier! Chodź tu! 
Piesek wyjął niechętnie nos z ziemi, popatrzył na swoją panią pomerdał nerwowo ogonkiem, 

background image

 

85 

podniósł  pysk  i  raptem  pobiegł  przed  siebie,  pokonując  śmiesznymi  susami  kępy  zielsk  i  inne 
naturalne  przeszkody.  Po  chwili  przepadł  w  trawie.  Jego  pani  nie  ruszyła  w  pościg  za  nim. 
Rozbawiona machnęła ręką. 

-  Jak  wiecie,  olej  potrzebuje  czasu  na  dotarcie  do  wszystkich  zakamarków  zardzewiałych 

zawiasów  -  odezwał  się  Edek  wycierając  w  chusteczkę  zatłuszczone  dłonie.  -  Ogłaszam  przerwę 
wypoczynkową. 

 
W „Pokoju Francuzów” panował przyjemny chłodek. 
-  Pamiętasz?  -  Edyta  zwróciła  się  do  Teodora.  -  W  którymś  z  paryskich  antykwariatów 

widzieliśmy  w  tym  roku  na  wystawie  portret  rodziny  mieszczańskiej  nieznanego  autora.  DuŜy 
obraz olejny w rzeźbionych, złoconych ramach był datowany na połowę XIX wieku... 

-  Przypominam  sobie...  Ktoś  namalował  kobietę  i  męŜczyznę  w  otoczeniu  trójki  dzieci.  To 

były dwie dziewczynki i chłopczyk... Ona była uderzająco podobna do ciebie. Śmialiśmy się nawet, 

Ŝ

e to pewnie twoja prababka... 

Pamiętam,  Ŝe  z  powodu  tego  podobieństwa  chcieliśmy  ten  obraz  kupić  -  przypomniała  pani 

Anna. - Ale był zbyt drogi i mogliśmy go tylko pooglądać. 

- A teraz spójrzcie na to... - Edyta pokazała portret Aliny... 
- Mama?! - krzyknęła zaskoczona pani Anna. Edyta uśmiechnęła się: 
-  Musiałabym  mieć  teraz  ponad  dwieście  lat...  To  jest  Alina,  a  oto  karczmarz  Jan,  jej  mąŜ-

pokazała drugi portret - gospodarz tej karczmy w pierwszej połowie XIX wieku. 

-  Udało  mi  się  dociec,  Ŝe  oboje  sportretował  napoleoński  grenadier  Joachim,  o  którym  w 

swoim  rękopisie,  powołując  się  na  słowa  karczmarza,  wspomina  Adam  -  wtrąciłem  swoje  trzy 
grosze. 

- To jest ten rysownik - Edyta odwróciła portret Jana na drugą stronę. 
- O! Przystojniaczek... - wyrwało się pani Annie na widok autoportretu Joachima. 
Teo spojrzał znad rysunku na Edytę. Potarł dłonią czoło, jakby coś sobie nagle przypomniał: 
- Pamiętasz, co było namalowane w tle tego portretu rodziny mieszczańskiej? 
- Nie bardzo... - pokręciła głową Edyta. - Wiem, Ŝe coś tam zauwaŜyłeś, ale byłam wówczas 

tak zaabsorbowana podobieństwem tej kobiety do mnie, Ŝe nie zwróciłam uwagi na to, co mówisz... 

- Mamo... - odezwała się pani Anna. - W tle tego obrazu była namalowana ściana z lustrem, w 

którym  odbijała  się  postać  autora  portretu.  Malarze,  z  róŜnych  powodów,  utrwalali  w  ten  sposób 
siebie  na  portretach  tworzonych  na  czyjeś  zamówienie.  Ten  malarz,  o  ile  sobie  dobrze 
przypominam,  trzymał  paletę  umazaną  farbami  i  pędzle  w  jednej  ręce.  W  drugiej  miał  pędzel, 
którym  malował.  Patrzył  w  lustro  -  spojrzała  uwaŜnie  na  autoportret  Joachima  -  i  był  zupełnie 
podobny do Joachima, tylko znacznie starszy. 

Edyta uśmiechnęła się do córki: 
-  Być  moŜe  wówczas  widziałyśmy  na  tym  obrazie  Wandę,  która  mogła  być  podobna  do 

swojej matki Aliny, oraz jej męŜa Adama, ich dzieci i Joachima... 

 
Gdy  w  „Pokoju  Francuzów”  dochodziliśmy  stopniowo  do  wniosku,  Ŝe  Wanda  i  Adam 

odszukali w ParyŜu Joachima, harcerze byczyli się w promieniach słońca na polance za zajazdem. 
Ich umysły napędzane  ciekawością, mimo rozleniwiającego upału, pracowały jednak na  wysokich 
obrotach.  Byli  przecieŜ  dosłownie  o  krok  od  poznania  wielkiej  tajemnicy,  ukrytej  za  okutymi 
drzwiami. 

background image

 

86 

Wśród traw buszował Premier. 
Błogą ciszę przerwał Wilhelm Tell: 
- Chłopaki! Na co czekamy? - wskazał wzrokiem okute drzwi. 
Wiewiórka i Sokole Oko popatrzyli na siebie. 
-  No  właśnie!...  -  wstając  odezwał  się  Wiewiórka.  -  Sami  je  odkryliśmy  i  sami  moŜemy 

spróbować je otworzyć... 

- MoŜemy spróbować? Tylko tyle? - zdziwił się Sokole Oko. - Musimy otworzyć! 
- Pan Samochodzik nie dał rady - przypomniał Wiewiórka. 
-  Bajerował...  -  zaśmiał  się  Wilhelm  Tell.  -  Jakby  chciał,  to  by  otworzył...  Jestem  tego 

pewien... 

-  Masz  rację!  -  wtrącił  się  Sokole  Oko.  -  Mój  tata  mówi,  Ŝe  z  prezentów  otrzymanych  pod 

choinką  najbardziej  fascynujące  jest  ich  własnoręczne  rozpakowywanie.  Podobnie  jest  z 
tajemnicami... 

-  OtóŜ  to!  -  przytaknął  Wilhelm  Tell.  -  I  dlatego  Pan  Samochodzik  postanowił  nie  otwierać 

tych  drzwi.  Zostawił  to  nam.  Zobaczcie...  -  ruchem  głowy  wskazał  drzwi.  -  Widzicie  to  coś  pod 

ś

cianą? 

Niedaleko drzwi stał oparty o ścianę łom. 
- Skąd on tu się wziął? - biorąc łom do ręki zdziwił się Wiewiórka. 
-  Widziałem...  -  przypomniał  sobie  Sokole  Oko.  -  Pan  Tadeusz  przytaszczył  go,  razem  z 

olejem,  z  zajazdu  i  tam  postawił,  Ŝeby  był  pod  ręką.  Później  przyszedł  Pan  Samochodzik  z  panią 
Edytą  i  panem  Arturem...  Zajadaliśmy  wtedy  obiad  przy  stoliku.  Pamiętam,  Ŝe  druh  Tomasz 
uśmiechnął się na widok stojącego koło drzwi łomu i spojrzał w naszym kierunku, jakby pytał: „I 
co wy na to?”. 

-  A  my  podwaŜymy  te  piekielne  wrota  -  odpowiedział  Wiewiórka  wtykając  płaski  koniec 

łomu między ziemię i dolną krawędź drzwi. - Znajdźcie jakiś punkt oparcia dla dźwigni. 

- Co takiego? - spytał zdziwiony Wilhelm Tell. 
- Coś twardego, co mógłbym podłoŜyć pod łom... Na przykład spory kamień. 
-  Po  co?  PrzecieŜ  wetknąłeś  juŜ  koniec  łomu  pod  drzwi.  Teraz  wystarczy  podnieść  do  góry 

jego drugi koniec... I po krzyku. 

- Nie wystarczy - zaprzeczył Wiewiórka. - Zobacz... - przysiadł i z całej siły, prostując nogi 

pociągnął wolny koniec łomu do góry. - Drzwi nawet nie drgnęły... 

- Co sześć rąk, to nie dwie! - zaśmiał się Sokole Oko. 
Harcerze mocno nacisnęli długie ramię dźwigni. Drzwi lekko zatrzeszczały i drgnęły. 
- Jeszcze trochę - wysapał Wiewiórka. - Uwaga! Rrrazem... 
Drzwi  ponownie  tylko  drgnęły  i  zatrzeszczały.  Dopiero  gdy  Wilhelm  Tell  zawiesił  się  na 

końcu  łomu,  Ŝeby  zwiększyć  siłę  nacisku  na  dźwignię,  piekielne  wrota  wolno  przesunęły  się  o 
centymetr ku górze. 

- Poszły! - mimo zmęczenia krzyknął Sokole Oko. 
Harcerze wyciągnęli łom spod drzwi. 
- Kto je otworzy? - ocierając pot z czoła spytał Wiewiórka. 
 
Tymczasem w „Pokoju Francuzów” pan Artur miał sprawę do naszego archeologa: 
-  Panie  Edwardzie...  -  uśmiechnął  się  przepraszająco  staruszek.  -  Czy  moŜe  pan  podwieźć 

mnie do domu? To blisko... 

background image

 

87 

- Oczywiście-nasz archeolog zerwał się z miejsca, złapał kluczyki lewą ręką prawą wziął pod 

rękę pana Artura. - Źle się pan poczuł? - spytał zaniepokojony. 

-  Ja?  -  zdziwił  się  staruszek.  -  W  moim  wieku  nie  moŜna  źle  się  poczuć  -  zrobił  zabawną 

minę.  -  Czuję  się  świetnie!  No!  MoŜe  trochę  przesadziłem  -  włoŜył  kapelusz.  -  Ale  nic  mi,  tak 
ogólnie, nie dolega... Nie zawracałbym panu głowy... 

Edek spojrzał z wyrzutem w oczach na staruszka: 
- Panie Arturze, nie naleŜy pan do ludzi, którzy zawracają głowę. 
Staruszek uśmiechnął się dobrotliwie. 
-  Pozwolę  sobie  przyznać  panu  rację  -  puknął  laską  w  podłogę.  -  A  teraz  niech  pan  mnie 

wiezie  do  domu,  bo  przypomniałem  sobie,  Ŝe  mam  na  strychu  coś,  co  Ludwik  dał  mi  kiedyś  na 
przechowanie. To coś moŜe zainteresować panią Edytę i wymaga transportu. 

Wychodząc z panem Arturem Edek pomachał do mnie ręką: 
- Zaraz wracamy... 
 
W obozowisku pod Rajgrodem odwrócono juŜ ostatni głaz. Na jego powierzchni ktoś wyrył 

tylko  lewe  oko  i  prawą  dłoń  trzymającą  długi,  wygięty,  duŜy  róg  zwrócony  ostrym  końcem  ku 
górze. 

- Nieukończona? To dziwne... - odezwał się Paweł pstrykając zdjęcie megalitycznej rzeźbie. - 

Tamte były ukończone - spojrzał na spoczywające w dołach głazy. - A takie ułoŜenie rogu wydaje 
się w ogóle nieporozumieniem. 

- Mówiłeś coś? - zaciekawiła się Tenia. 
- Trochę marudziłem - zaśmiał się Paweł. - Coś mi tu nie pasuje... - rozłoŜył bezradnie ręce. - 

Właściwie  to  wszystko  mi  tu  nie  pasuje,  bo  nie  znam  podobnego  przypadku.  JuŜ  samo 
nagromadzenie w jednym miejscu aŜ tylu rzeźb megalitycznych wydaje mi się nieprawdopodobne... 

-  Ale  jest  prawdziwe  -  wtrącił  się  zasapany  Bolek.  -  One  tu  po  prostu  były,  są  i  będą.  Po 

wiekach spoczywania w ukryciu pod ziemią, wydobyliśmy je na powierzchnię... MoŜe niezupełnie, 
bo leŜą w dołach. Ale rzeźbieniami do słońca. 

- Nie da się zaprzeczyć  - przytaknął Paweł. - Warto się jednak zastanowić, dlaczego zostały 

zgromadzone  i  dlaczego  właśnie  w  tym  miejscu...  Kto  i  w  jakich  okolicznościach  je  zakopał? 
Dlaczego ułoŜył wszystkie te głazy rzeźbieniami do spodu? I kiedy to się działo? 

 
Otwarcie  tajemniczych  drzwi  przypadło  w  udziale  Wilhelmowi  Tellowi,  który,  jak 

pamiętamy,  odwaŜnym  susem  ruszył  rano  za  uciekającą  w  pokrzywy  Ŝabą  i  walnął  kolanem  w 
niewidoczną  cegłę.  Gdyby  nie  ten  jego  sus,  cały  dzień  wakacyjnego  obozowania  harcerzy  miałby 
zupełnie inny przebieg. Byłby moŜe nawet ciekawszy, ale o tym, Ŝe pod ziemią znajdują się jakieś 
drzwi, nikt by do tej pory nie wiedział. 

Wilhelm  Tell  rozstawił  szeroko  stopy,  pochwycił  oburącz  i  pociągnął  całym  sobą  Ŝelazną, 

zamocowaną solidnie do drzwi sztabę. 

Drzwi niespodziewanie stawiły zdecydowany opór. 
- Ojeeej! - rozległ się okrzyk rozczarowania wydany przez Wiewiórkę i Sokole Oko. 
-  PomoŜemy  ci  -  zaproponował  Wiewiórka.  -  Tylko  trochę,  troszeczkę...  -  dodał,  Ŝeby 

Wilhelm Tell nie myślał, Ŝe koledzy chcą go pozbawić wielkiej i zasłuŜonej radości samodzielnego 
otwarcia.  -  Tak,  Ŝeby  drzwi  uchyliły  się  na  parę  centymetrów.  A  ty  później  sam  otworzysz  je  na 
całą szerokość. 

background image

 

88 

Po chwili zastanowienia potakując głową Wilhelm Tell dał zgodę. 
- Uwaga! Raz! - krzyknął Wiewiórka. 
Zapierając się mocno nogami, druhowie jednocześnie pociągnęli sztabę do siebie. Zgrzytnęły 

przeraźliwie  zardzewiałe  zawiasy.  Drzwi  powoli  uchyliły  się  na  parę  centymetrów.  Z  utworzonej 
szpary buchnęło wyziewami, których woń nie naleŜała do przyjemnych. 

Harcerze zatkali błyskawicznie nosy i odskoczyli do tyłu. 
- Musi się trochę wywietrzyć - krztusząc się powiedział Wilhelm Tell. 
- Przez taką szparkę wietrzyć się będzie do jutra - zauwaŜył Sokole Oko. - Trzeba otworzyć 

szerzej... 

Wilhelm  Tell  nabrał  głęboko  powietrza,  wstrzymał  oddech  i,  odwracając  do  tyłu  głowę, 

podszedł niechętnie do drzwi. Błyskawicznie pochwycił ich krawędź, spręŜył się i pociągnął z całej 
siły. Rozległ się przeciągły, wywołujący mrowienie w zębach, zgrzyt zawiasów. 

Nagle  zawiasy  ucichły.  Oczom  harcerzy  ukazała  się  falująca,  siwa  ściana  pajęczyn, 

zasłaniających całkowicie wejście. 

- Ale cuchnie... - odezwał się Wiewiórka. 
- Pocuchnie i przestanie, bo się wywietrzy - lekcewaŜąco machnął ręką Sokole Oko. - Wtedy 

wejdziemy i zobaczymy, co jest w środku... 

W  podziemiu  panowały  ciemności,  rozpraszane  dziennym  światłem  wpadającym  przez 

wejście. TuŜ za drzwiami zaczynały się trzystopniowe, zbudowane z obciosanych kamieni schodki. 
Prowadziły w dół. 

Rozglądając  się  ciekawie  dokoła  i  zrywając  wiszące  ze  wszystkich  stron  obrzydliwie  lepkie 

pajęczyny,  chłopcy  posuwali  się  drobnymi  kroczkami  do  przodu.  Przypominali  trochę  ślepców, 
obmacujących  rękami  przestrzeń  przed  sobą  i  poszukujących  niepewnie  podłoŜa  stopami.  Z  ich 
ramion i głów zwisały strzępy pajęczych tkanin. 

-  Niesamowite  -  szepnął  Wilhelm  Tell  czując  mrowienie  na  całym  ciele.  -  Sceneria  jak  w 

horrorze... 

Ogromne,  wszechobecne  pajęczyny  i  ciemności  sprawiały,  Ŝe  harcerze  nie  widzieli  ścian 

podziemia i niczego, co mogłoby się w nim znajdować. W kaŜdej chwili mogli wpaść na coś, czego 
wcześniej dostrzec nie mogli. 

-  Tak  czują  się  pewnie  marynarze  w  gęstej  mgle  na  morzu  -  cichutko  powiedział  Wilhelm 

Tell. 

-  Brakuje  huśtania,  chlapania  słonej  wody  i  ostrzegawczego  buczenia  okrętu  -  wyszeptał 

Wiewiórka. - Ale nam przydałaby się jakaś latarka albo świeczka. 

Harcerze ruszyli wolno tyłem do wyjścia. 
 
- To jeszcze nie koniec naszych tajemnic - zwrócił się do mnie Teo, gdy doszliśmy wspólnie 

do  wniosku,  Ŝe  tajemnica  pobytu  Adama  pod  ŁomŜą  została  wyjaśniona  na  tyle,  na  ile  było  to 
moŜliwe. 

-  Domyślam  się...  -  zawiesiłem  głos  i  podniosłem  kubek  z  kawą  do  ust,  bo  potrzebowałem 

trochę czasu na myślenie. Łyknąłem raz i drugi. 

Domyślałem się, Ŝe wyprawa Teodora i Lopka na nadbiebrzańskie bagna nie była bezcelową 

włóczęgą  i  nie  miała  Ŝadnego  związku  z  poszukiwaniem  śladów  Adama  przez  Edytę. 
Uśmiechnąłem się do Teodora: 

-  Masz  zapewne  na  myśli  to,  co  moŜe  znajdować  się  za  tymi  okutymi  drzwiami,  których 

background image

 

89 

zawiasy moczą się teraz w oleju - udałem, Ŝe interesuje mnie tylko to, co dzieje się wokół zajazdu i 
przodków Edyty. 

Teo  i  Lopek  uśmiechnęli  się  do  siebie,  jak  dwaj  zgrani  kawalarze,  i  zaprzeczyli  kręcąc 

głowami. 

 
Po wycofaniu się z podziemia harcerze, na swój widok, wytrzeszczyli zdumione oczy. 
- Wyglądacie jak dwie zjawy z najgorszych snów, które zdarzają się tylko twórcom horrorów 

-  zaśmiał  się  Wiewiórka  rozkładając  szeroko  ręce,  z  których  zwisały  ogromne  płachty  pajęczyn, 
przypominające nieco błony skrzydeł wielkiego nietoperza. 

- A ty przypominasz tylko jedną ale za to najbardziej upiorną - odwzajemnił się Sokole Oko, 

ś

ciągając z siebie przyklejające się uparcie pajęczyny. 

-  Najbardziej  upiorną?  -  zacietrzewił  się  Ŝartobliwie  Wiewiórka  zadowolony,  Ŝe  jest  juŜ  na 

ś

wieŜym powietrzu. - To przyjrzyj się Tellowi. 

- Uau! - wydał okrzyk podziwu Sokole Oko. 
Wilhelm Tell nie odezwał się ani słowem. Wchodził pierwszy do podziemia i z tego powodu 

miał na sobie najwięcej pajęczych tkanin, z których teraz rozpaczliwie usiłował się wyplątać. 

Na  domiar  złego  przyplątał  się  Premier.  Chyba  nie  poznał  zamaskowanych  pajęczynami 

harcerzy, bo zaczął skakać wokół nich i szczekać. Jego zachowanie rozbawiło chłopców. 

Po  kilkunastu  szczęknięciach  i  tyluŜ  rundach  wykonanych  wokół  chłopców,  Premier  stanął 

koło  nóg  Wiewiórki  i  w  psim  skupieniu  zaczął  je  skrupulatnie  obwąchiwać.  Gdy  obwąchał 
dodatkowo  nogi  Wilhelma  Tella  i  Sokolego  Oka,  rozejrzał  się,  zwiesił  pysk  tuŜ  nad  ziemią  i, 
wciągając głośno nosem powietrze, szybko wbiegł do podziemi. 

Patrząc w ślad za Premierem, harcerze zamarli w bezruchu. 
- No proszę... - odezwał się z podziwem w głosie Wilhelm Tell, zdejmując z twarzy kolejną 

warstwę pajęczyny. - Taki mały, sam... I nie boi się. 

-  Bo  nie  ogląda  w  telewizji  horrorów  i  japońskich  kreskówek  -  zaśmiał  się  Wiewiórka.  - 

Zaraz... A kto powiedział, Ŝe my się boimy? 

Nagle w podziemiu rozległ się krótki, przeraźliwy skowyt Premiera. 
Chłopcy  drgnęli,  zamilkli  i  jak  na  komendę  spojrzeli  w  stronę  ciemnego  wejścia.  Coś  tam 

mignęło z lewej strony w prawą z prawej w lewą skoczyło w górę i znikło. Zapadła cisza. Przerwał 
ją  raptem  rozpaczliwy  pisk  psa  wyskakującego  w  duŜym  pośpiechu  z  podziemia.  Spieszył  się  tak 
bardzo, Ŝe nie zatrzymał się nawet, Ŝeby otrzepać z siebie pajęczynę. 

Pędzący  Premier  przypominał  poplątany  motek  pajęczej,  powiewającej  za  nim,  przędzy. 

Motek ten wydawał dziwne piski i toczył się bardzo szybko w kierunku zajazdu. 

Harcerze wyrwali za nim. Wiewiórka biegł najszybciej. Wyglądało na to, Ŝe chce złapać psa. 

TuŜ  za  Wiewiórką  podąŜał  Sokole  Oko.  Zupełnie  jakby  mknął  pomóc  koledze  w  pochwyceniu 
Premiera.  Wilhelm  Tell  przebiegł  tylko  kilka  kroków.  Biegłby  dalej,  ale  przypomniało  o  sobie 
stłuczone  kolano.  Doszedł  więc  szybko  do  wniosku,  Ŝe  ktoś  odwaŜny  powinien  zostać  i  pilnować 
otwartego wejścia do podziemia. 

 
W  tym  samym  czasie  w  „Pokoju  Francuzów”  Teo  i  Lopek  postanowili  opowiedzieć  o 

prawdziwym celu ich wyprawy nad Biebrzę. 

- Szkoda, Ŝe nie ma pana Edwarda - zmartwił się Lopek, inicjator ekspedycji na bagna. 
- Zaraz wróci - machnąłem uspokajająco dłonią. - Wyszedł na chwilę z panem Arturem. 

background image

 

90 

Lopek spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zaczął: 
- W 1962 roku mój starszy brat z paczką przyjaciół spędzał sierpień pod Rajgrodem. Któregoś 

dnia wziął aparat fotograficzny i wyruszył pieszo nad Biebrzę zrobić trochę zdjęć - Lopek wyjął z 
plecaka  kilkanaście  czarno-białych  fotografii  i  rozłoŜył  je  na  stoliku.  -  Brat  był  dokładnie  w  tym 
miejscu - pokazał palcem na jednym ze zdjęć - gdy zawadził butem o coś twardego... Ciągle na tych 
bagnach  o  coś  zawadzał.  Początkowo  zwracał  na  to  uwagę.  Ale  po  iluś  tam  wywrotkach  kolejne 
potknięcia  przestały  robić  na  nim  wraŜenie.  Tym  razem  jednak  oderwał  prawie  całą  zelówkę. 
Zdenerwowany spojrzał za siebie... 

Gwałtowne skrobanie do drzwi przerwało opowieść Lopka. Skrobaniu towarzyszyło piskliwe 

poszczekiwanie  Premiera.  Pani  Anna  zerwała  się  z  miejsca  i  wpuściła  psa,  który  natychmiast 
wskoczył na kolana Edyty. 

- A to co takiego? - zdziwiła się Edyta na widok Premiera pokrytego splątanymi warstwami 

pajęczyny. - Gdzie byłeś? - spytała, chociaŜ wiedziała Ŝe pies jej nie odpowie. 

- Premier wlazł do podziemia... - odezwał się znajomy głos. 
W  drzwiach  pokoju  zobaczyłem  Wiewiórkę  przybranego  od  głowy  do  stóp  postrzępionymi 

pajęczynami. TuŜ za nim pojawił się podobnie wyglądający Sokole Oko. 

- Wpadliśmy tylko po latarki... - wysapał. 
-  Zaraz,  zaraz...  -  powstrzymałem  druhów  gestem  ręki.  -  Czy  to  oznacza,  Ŝe  daliście  radę 

otworzyć te stare, okute drzwi na zardzewiałych zawiasach? 

-  Druhu  Tomaszu  -  uśmiechnął  się  Wiewiórka  -  przecieŜ  druh  wie,  Ŝe  dla  nas  to  bułka  z 

masłem. 

- I weszliście do środka bez latarek? 
- A jak druh sądzi? - spytał Sokole Oko. 
„Pokój Francuzów” błyskawicznie opustoszał. 
 
Włączyłem latarkę i po kamiennych schodkach zszedłem do podziemia. Za mną wcisnęli się: 

Teo,  Lopek,  Wiewiórka  i  Sokole  Oko.  Edyta  i  pani  Anna  zostały  na  polance,  Ŝeby  doprowadzić 
Premiera do pierwotnego wyglądu. 

W głębi, w najciemniejszym kącie znajdującym się po prawej stronie piwnicy, poruszało się 

coś bezkształtnego. Jak na komendę skierowaliśmy tam błyskawicznie światła latarek. 

Naszym  oczom  ukazała  się  postrzępiona,  rozchwiana  ściana  siwych,  cięŜkich  pajęczyn.  W 

jednym miejscu ruszała się szczególnie mocno, jakby za nią kryło się coś Ŝywego. 

- Jest tam ktoś? - spytał niepewnym głosem Wiewiórka. 
- Jestem, jestem... - usłyszałem głos Wilhelma Tella. - A co? Nie widać mnie? 
- Chodź do nas i sprawdź - zaśmiał się Sokole Oko. 
Nagle zobaczyliśmy dwie dłonie, przebijające się przez pajęczynową ścianę. Za nimi wyłoniła 

się szara sylwetka Wilhelma Tella z nieco jaśniejszą, uśmiechniętą twarzą: 

- Ja tu tylko sprzątam po pająkach. 
-  NaleŜy  ci  się  pochwała  za  maskowanie  -  zaŜartowałem.  -  Wtopiłeś  się  całkowicie  w  tło  - 

uzasadniłem pochwałę. 

Po  usunięciu  pajęczyn  podziemie  okazało  się  wysoką  na  niecałe  dwa  metry  piwnicą, 

zbudowaną  z  czerwonej  cegły.  Miało  około  trzech  metrów  szerokości  i  sześciu  długości.  Jej 
wnętrze przedzielała gruba, murowana ściana z przejściem pośrodku. Utworzone w ten sposób dwa 
pomieszczenia  miały  odrębne  sklepienia  łukowe,  wzmocnione  szerokimi  metalowymi  belkami,  i 

background image

 

91 

posadzki  z  cegieł.  W  ścianie  dzielącej  podziemie  były  widoczne  u  góry  prostokątne,  okratowane 
gęsto otwory prowadzące do kanałów wentylacyjnych, biegnących wewnątrz muru. 

- Dobra, solidna robota obliczona na długie lata eksploatacji - pochwalił Teo, doświadczony 

architekt. 

-  Aaapsik!  -  głośno  kichnął  Lopek.  -  Przepraszam,  kręci  mnie  w  nosie...  Psik!  -  powtórzył 

kichnięcie w wersji nieco skróconej i wytarł nos w chusteczkę. 

W  pierwszej  piwniczce  po  lewej  stronie  pod  ścianą  stały  dwie  obszerne,  dębowe  beczki 

przykryte  wiekami,  i  gliniany,  duŜy  garniec  z  Ŝeliwną  pokrywą.  Nad  nimi  była  zamocowana 
szeroka  półka  wzmocniona  od  spodu  wspornikami,  na  której  stały  uporządkowane,  odwrócone  do 
góry dnem garnki i naczynia. 

Z  prawej  strony  pod  sklepieniem  biegły  równolegle  dwie  metalowe  szyny.  Co  kilkadziesiąt 

centymetrów zwisały z nich haki. Ściana na całej długości była zabudowana drewnianym regałem z 
obszernymi, pustymi półkami od podłogi po strop. 

Lewą ścianę drugiej piwniczki zasłaniał regał, na którego lekko pochylonych półkach leŜały 

równiutko zakurzone butelki, odwrócone uniesionymi dnami w naszą stronę. 

Pod  prawą  ścianą  stał  duŜy,  okuty  kufer.  Jego  przymknięte  wieko  nie  miało  Ŝadnego 

zamknięcia i skobla. 

-  Ktoś  zostawił  po  sobie  absolutny  porządek.  Wystarczy  tylko  dobrze  odkurzyć,  pomyć, 

wyszorować... I moŜna korzystać - zauwaŜyłem. 

-  Spodziewałem  się  zwyczajowej  rupieciarni  zarzuconej  niepotrzebnymi,  zuŜytymi  gratami 

sprzed lat - nie krył rozczarowania Lopek. - Byłoby w czym pogrzebać. 

- Pogrzeb w beczkach, garncu i kufrze - podpowiedział Teo zajęty przeglądaniem butelek w 

drugiej  piwniczce,  skąd  dobiegało  nas  ciche  pobrzękiwanie  szkła.  -  Oho!  Coś  tu  jest!  -  krzyknął, 
jakby dokonał epokowego odkrycia. 

- Pewnie pełna butelka - zaśmiał się Lopek. 
Teo nie zareagował. 
Zajrzeliśmy  do  beczek.  Były  puste.  Lopek  podniósł  pokrywę  garnca  i  zrobił  rozczarowaną 

minę.  Nic  w  nim  nie  było.  Ruszyliśmy  do  drugiej  piwniczki,  Ŝeby  zajrzeć  do  kufra.  Po  drodze 
Lopek rzucił Ŝartem: 

- Schowaj Teo, co znalazłeś, bo nadchodzimy i zarekwirujemy! 
Weszliśmy do drugiej piwniczki i zamarliśmy w bezruchu. Teodora w niej nie było. 
Spojrzałem zdziwiony na Lopka. On spojrzał na mnie. Wiewiórką Wilhelm Tell i Sokole Oko 

spojrzeli  na  nas. Wszyscy  mieliśmy  wyjątkowo  głupie  miny.  Gotowi  byliśmy  przysiąc,  Ŝe  jeszcze 
przed chwilą słyszeliśmy głos Teodora, dochodzący z tej części podziemia. 

- Teo! - rozglądając się wkoło krzyknął Lopek. 
- Co? - usłyszeliśmy głos niewidocznego Teodora. 
Rozejrzeliśmy się z niedowierzaniem po małej piwniczce. 
- Gdzie jesteś? - spytał zaniepokojony Lopek. 
- Nie wiem! - odkrzyknął Teo. 
- Nie wiesz? - zdziwiłem się. 
- Ciemno jest, to skąd mam wiedzieć? Stoję i myślę, co zrobić. 
- Przestań myśleć i włącz latarkę - poradził Lopek. 
- Chciałbym... Ale upadła na posadzkę i rozsypała się... 
-  O  rany!  -  krzyknąłem  nagle  i  podskoczyłem  nerwowo,  bo  niespodzianie  między  naszymi 

background image

 

92 

nogami przemknęło coś szarego i piszcząc pobiegło do regału z butelkami. Odetchnęliśmy. To był 
Premier. Dzięki niemu wiedzieliśmy juŜ, gdzie jest Teodor. 

- A teraz powiedz, co zrobiłeś, Ŝeby dostać się za regał z butelkami? - zaśmiał się Lopek. 
-  Nie  wiem  -  zmartwił  się  Teo.  -  Nie  zrobiłem  nic,  Ŝeby  tam  trafić...  Pewnie  przypadkiem 

czegoś  dotknąłem...  W  pewnym  momencie  prawe  skrzydło  regału  zaczęło  się  obracać,  jak  drzwi 
obrotowe, wokół własnej osi. Pomyślałem, Ŝe to złudzenie wywołane ruchomym światłem z latarki 
albo  widokiem  duŜej  liczby  butelek.  I  tak,  kroczek  za  kroczkiem,  sięgając  po  kolejne  flaszki... 
Skusił  mnie  ich  niecodzienny  kształt...  A  gdy  się  zorientowałem,  Ŝe  coś  jest  nie  tak,  było  juŜ  za 
późno, bo nieoczekiwanie znalazłem się po drugiej stronie regału... Na dodatek straciłem latarkę. 

Siedzący  pod  regałem  Premier  zawył  przeraźliwie,  przechylił  zabawnie  łeb  na  bok  i  zaczął 

popiskiwać. 

- Przypomnij sobie, w którym miejscu stałeś i czego dotykałeś ostatnio - poprosiłem Teodora 

obmacując kolejno wszystkie butelki i półki. 

- Pamiętam, Ŝe przed zniknięciem krzyknąłeś uradowany: „Oho! Coś tu jest!”. Co to było? 
- Pełna butelka wina... Mam ją przy sobie. 
- Gdzie leŜała? - spytał roztropnie Wilhelm Tell. 
- Na najwyŜszej półce... Gdzieś po prawej... - nie dokończył. - Chwileczkę! Półki z butelkami, 

do  których  się  dobrałem,  są  teraz  po  mojej  stronie.  Oznacza  to,  Ŝe  teraz  oglądacie  półki  i  butelki, 
których nie dotykałem. 

- I co z tego? - spytałem. 
- Nie wiem - odpowiedział Teo. 
Wilhelm  Tell  i  Sokole Oko  błyskawicznie  spletli  z  czterech  dłoni  stołek,  na  który  wskoczył 

zręcznie Wiewiórka. Koledzy dźwignęli go pod sam strop. 

Przyświecając  sobie  latarką  Wiewiórka  obejrzał  uwaŜnie  najwyŜszą  półkę.  Obmacał  ją 

centymetr  po  centymetrze.  Nie  znalazł  niczego.  Wzruszył  ramionami  i  rozejrzał  się  po  leŜących 
butelkach. Znalazł jedyną pełną. Podniósł ją. Regał stał niewzruszenie. 

- To nie to - zrezygnowany pokręcił głową i przygotował się do zeskoku ze stołeczka. 
- Poczekaj... Spróbuj jeszcze raz - podpowiedział Sokole Oko. - MoŜe zaciął się mechanizm... 

Jest przecieŜ bardzo stary. 

- On moŜe mieć rację - pochwaliłem podpowiadacza. 
Wiewiórka  przytaknął  bez  słowa,  oparł  się  dłonią  o  ścianę,  Ŝeby  bezpiecznie  obrócić  się 

ponownie twarzą do regału i nagle krzyknął: 

- O rany! 
Prawe  skrzydło  regału  drgnęło  i  bardzo  wolno  zaczęło  się  obracać  cicho  wokół  własnej  osi. 

Odskoczyliśmy do tyłu,  Ŝeby nie zgarnęło nas tam, gdzie wcześniej zgarnęło Teodora. Wiewiórka 
zeskoczył. 

Zza  obracającej  się  połowy  regału  wybiegł  uszczęśliwiony  Teo,  witany  radośnie  przez 

skaczącego do  góry, popiskującego Premiera.  Tymczasem skrzydło  regału obróciło się do końca  i 
domknęło. 

Wszyscy spojrzeliśmy pytająco na Wiewiórkę. 
- Co tak na mnie patrzycie? - harcerz nie krył zmieszania. - Nie wiem, jak to uruchomiłem... 

MoŜe nawet to nie moja zasługa, Ŝe regał się obrócił? 

- No dobrze... - zastanowiłem się. - Chcemy poznać sekrety pomieszczenia znajdującego się z 

drugiej  strony.  Mieliśmy  nawet  szansę,  bo  dwukrotnie  uruchomiliśmy  przypadkowo  mechanizm 

background image

 

93 

powodujący  obrót  połowy  regału...  Nie  wykorzystaliśmy  jej.  Potrzebna  jest  nam  jeszcze  jedna 
szansa... Nie wiemy jednak, jak ją stworzyć. 

- A gdyby tak łomem? - spytał Sokole Oko. - Zrobimy dźwignię... 
-  Szkoda  niszczyć  -  zaprzeczył  Wilhelm  Tell.  -  Wiewiórka  powinien  ruszyć  głową  i 

odtworzyć sobie wszystko, sekunda po sekundzie, wstecz od okrzyku „O rany!”. 

Wiewiórka  zmarszczył  brwi,  przymknął  oczy,  złapał  się  dłonią  za  podbródek  i  zaczął 

odkręcać swoją pamięć do tyłu. Po chwili otworzył oczy: 

- Chyba się domyślam - powiedział niepewnie. 
Wbiliśmy oczy w Wiewiórkę i wstrzymaliśmy oddechy. 
- Krzyknąłem dopiero po dotknięciu ręką ściany, bo wyczułem dłonią Ŝe drgnęła. 
Rozejrzałem  się  po  ścianie  w  poszukiwaniu  wyróŜniającej  się  jakoś  cegły.  Wyglądały 

podobnie i były zespolone równą warstwą zaprawy. 

- W którym miejscu drgnęła? - spytałem. 
-A  skąd  mogę  wiedzieć?  -  odpowiedział  pytaniem  Wiewiórka  i  stanął  przy  regale.  - 

Druhowie! Jeszcze raz stołeczek... 

Po chwili wskoczył na splecione dłonie Wilhelma Tella i Sokolego Oką obrócił się twarzą do 

nas i lewą ręką oparł się o ścianę: 

- Jest! - wykrzyknął uradowany. 
Prawe  skrzydło  regału  drgnęło  i  zaczęło  się  obracać.  Przestraszony  Premier  pisnął  i  umknął 

szybko z podziemia do swojej pani. 

 
- Wszyscy pobiegli do lasku za zajazdem - powiedziała pani Kasia uśmiechając się z recepcji 

do wchodzącego Edka. - TeŜ bym tam poleciała, ale - rozłoŜyła bezradnie ręce - trzeba pracować... 
-  Zdziwiona  spojrzała  za  archeologa  w  stronę  pustego  wejścia.  -  A  gdzie  podział  się  pan  Artur? 
Myślałam, Ŝe wróci z panem, Ŝeby pogadać z moim tatą. 

Nasz  archeolog  przestał  się  uśmiechać.  Podszedł  do  recepcji  i  pochylił  poufale  głowę  w 

stronę pani Kasi: 

-  Niech  to  zostanie  między  nami,  bo  to  tajemnica  -  powiedział  prawie  szeptem.  -  Pan  Artur 

został w domu... 

- Rozumiem - powaŜniejąc szepnęła pani Kasia. - A dlaczego? 
Edek rozejrzał się, czy nikt postronny nie podsłuchuje, pochylił się jeszcze bardziej w stronę 

recepcjonistki i wyszeptał: 

- Wpadł do niego stary przyjaciel ze Szczuczyna na partyjkę szachów... 
- I co? - szepnęła pani Kasia robiąc wielkie oczy. 
- Grają w szachy - jeszcze ciszej odpowiedział Edek. - Pan Artur wygrał pierwszą partię... 
Oboje wybuchnęli śmiechem. 
- Muszę pędzić, bo jestem juŜ spóźniony - archeolog uniósł przyniesiony przez siebie, płaski 

pakunek  i  uśmiechnął  się  do  recepcjonistki.  -  Przed  dwiema  godzinami  obiecałem  Panu 
Samochodzikowi, Ŝe wrócę za chwilę... 

 
Piwniczkę, ukrytą za dwustronnym regałem z butelkami, wypełniały szare pajęczyny. Zwisały 

one jak kurtyna na scenie teatralnej. 

- Upiorna sceneria - wzdrygnął się Teo na wspomnienie swego uwięzienia w ciemnościach za 

regałem. 

background image

 

94 

Zabraliśmy  się  do  usuwania  pajęczyn.  Stopniowo  wyłaniały  się  ceglane  ściany  i  taka  sama 

podłoga. W kącie odnaleźliśmy rozsypaną latarkę Teodora. Niczego więcej w piwniczce nie było. 

-  Sprytna  skrytka  -  ocenił  Lopek.  -  Z  zewnątrz  jej  nie  widać.  Wejście  jest  znakomicie 

zamaskowane i zabezpieczone technicznie... 

-  I  jest  przestronna  -  dorzucił  Teo.  -  Pomieściła  nas  wszystkich  i  jeszcze  jest  bardzo  duŜo 

miejsca... 

-  Zaraz...  A  kto  został  z  tamtej  strony  regału,  Ŝeby  nas  wypuścić?  Spojrzeliśmy  po  sobie. 

Nikogo nie brakowało. 

- Jasny gwint! - zaklął Teo i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. 
- Znowu w zamknięciu... 
- Ale, rym razem, w doborowym towarzystwie - zaśmiał się sztucznie Lopek. 
Wiewiórka,  Wilhelm  Tell  i  Sokole  Oko  mieli  niewyraźne  miny.  Maskując  własne 

zaniepokojenie sytuacją, uśmiechnąłem się optymistycznie. 

- Ta skrytka musi się teŜ otwierać podobnie od środka - powiedziałem i zacząłem pośpiesznie 

obmacywać cegły ściany przylegającej do ruchomego skrzydła regału. śadna nawet nie drgnęła. 

 
Tymczasem na leśną polankę za zajazdem wkroczył Edek z tajemniczym pakunkiem. 
- O! Dobrze, Ŝe panie zastałem! - wykrzyknął na widok pani Anny i Edyty, które pochłaniało 

wyczesywanie  pajęczyn  z  wygiętego  w  łuk  grzbietu  Premiera.  -  Przyniosłem  prezent  ze  strychu 
pana Artura, zostawiony u niego przed laty przez Ludwika, ówczesnego gospodarza karczmy. 

Obie spojrzały z zaciekawieniem w jego stronę. 
Edek rozejrzał się: 
- A gdzie jest reszta towarzystwa? 
- Tam... - pani Anna wskazała ruchem głowy drzwi do podziemia. 
- Otwarte? - zdziwił się Edek i ruszył pędem w kierunku kuszącej, ciemnej czeluści. 
Zatrzymał się w wejściu do podziemi. 
- Przepraszam... - spojrzał w stronę pań. - O mało nie zabrałem ze sobą prezentu - zawrócił i 

dyplomatycznie  uśmiechając  się  wręczył  Edycie  tajemniczy  pakunek.  -  Oczywiście, 
rozpakowywanie prezentów naleŜy do miłych obowiązków osób obdarowanych... 

- Spełnianych w obecności osoby dającej prezent - dodała Edyta. 
-  Pan  Artur  teŜ  o  tym  wspomniał...  Ale  prosił,  by  rozpakować  pod  jego  nieobecność. 

Przeprasza i nalega Ŝeby rozpakować, bo gra właśnie w szachy... A, jak wiadomo, w szachy gra się 
bez pośpiechu - powiedział Edek i pospiesznie wskoczył w ciemną czeluść podziemia. 

Po chwili wyskoczył z wytrzeszczonymi oczami: 
- Tam nikogo nie ma! 
Zaskoczona Edyta spojrzała na archeologa: 
- Muszą tam być, bo weszli i jeszcze nie wyszli. 
Edek zawrócił, zszedł po schodkach, rozejrzał się i głośno krzyknął: 
- Jest tam kto?! 
- Jesteśmy, jesteśmy! - odkrzyknąłem. 
- Gdzie? Bo nie widzę... 
- W drugim pomieszczeniu, po lewej stronie, za regałem z butelkami - odpowiedział Lopek. 
Edek odnalazł regał: 
- A co wy tam robicie? 

background image

 

95 

- Kombinujemy, jak stąd wyjść, bo regał się przytrzasnął, a nikt z nas nie został na zewnątrz, 

Ŝ

eby otworzyć - odpowiedziałem. 

-  Śmieszna  historia  -  zarechotał  radośnie  Edek.  -  Wypuszczę  was...  Co  mam  włączyć, 

nacisnąć, stuknąć, przełoŜyć, przekręcić? 

- Stoisz twarzą do regału? - spytałem. 
- Tak - odpowiedział Edek. 
-  Po  prawej  ręce  masz  ścianę...  W  drugim  szeregu  cegieł  od  góry  naciśnij  trzecią,  licząc  od 

regału. 

Archeolog odnalazł i nacisnął cegłę. Regał drgnął. Jego prawa połowa zaczęła się przekręcać. 
- Zupełnie jak drzwi obrotowe! - z podziwem w głosie wykrzyknął Edek. 
Nie  mieliśmy  czasu  na  podziwianie  czegokolwiek.  Wyskoczyliśmy  zza  poruszającego  się 

regału jak z katapulty. 

-  Tędy,  proszę  wycieczki  -  ucieszony  naszym  widokiem  Edek  ukłonił  się  i  wskazał  ręką 

jaśniejące wyjście. - Damy czekają przy obrazie... 

Idąc do drzwi spojrzałem na archeologa: 
- Przy jakim obrazie? 
-  Od  pana  Artura...  -  uśmiechnął  się  tajemniczo  Edek,  wziął  ode  mnie  latarkę  i  został 

pozwiedzać z harcerzami podziemie. 

Edyta  i  pani  Anna  pochylały  się  nad  leŜącym  w  trawie,  duŜym  obrazem  w  połyskującej 

złociście, rzeźbionej ramie. Podeszliśmy bliŜej. 

- Niesamowite! - wykrzyknął Teo. 
-  Przed  chwilą  na  widok  tego  obrazu,  powiedziałam  zupełnie  to  samo  -  uśmiechnęła  się  do 

męŜa  Edyta.  -  Nie  mogłam  się  powstrzymać,  bo  jest  on  podobny  do  tego,  który  zeszłego  roku 
oglądaliśmy  w  ParyŜu...  Tylko  tamten  był  pionowy,  a  ten  jest  poziomy...  No  i  na  tym  wszyscy  są 
młodsi, co widać najwyraźniej po dzieciach. Są zupełnie małe... 

 
Spojrzałem  na  ciemniejące  opodal,  kusząco  otwarte  drzwi  do  podziemia,  kryjącego 

prawdopodobnie  tajemnicę  sprzed  lat.  Zapewne  z  powodu  tej  tajemnicy  wejście  zostało  kiedyś 
skrzętnie ukryte pod ziemią. 

Dzięki  jego  odkopaniu  poznaliśmy,  być  moŜe,  górną  kondygnację  legendarnej, 

dwupoziomowej  piwnicy  karczmarza  Jana.  Z  rękopisu  Adama  wynikało,  Ŝe  Jan  miał  gdzieś  taką 
sekretną piwnicę. Nie byłem jednak pewien, czy jest to ta piwnica. 

W  szafie  przechowanej  przez  pana  Artura  znaleźliśmy  ukryty  w  schowku  szkic,  z  którego 

dowiedzieliśmy  się,  Ŝe  gdzieś  w  tym  miejscu  jest  coś,  do  czego  trzeba  się  dokopać.  Do  szkicu 
dołączony  był  klucz,  który  z  pewnością  coś  otwiera.  Przypuszczalnie  to  coś  zostało  kiedyś  ukryte 
pod  ziemią.  Ale  drzwi,  które  odkopaliśmy  zamykała  kłódka,  do  której  znaleziony  klucz  nie 
pasował. Na domiar złego w odkrytym podziemiu nie znaleźliśmy niczego, co otwierałby ten klucz. 

„MoŜe  zatem  odkopaliśmy  nie  to,  co  trzeba  było  odkopać?”  -  przemknęło  mi  przez  myśl. 

„MoŜliwe... PrzecieŜ ziemia kryje w sobie nieźliczone niespodzianki” - uśmiechnąłem się do siebie. 
„A jeŜeli tym razem odkopaliśmy właściwy obiekt?... Ktoś wyposaŜył podziemie w ruchomy regał 
z butelkami, skrywając w ten sposób obszerne pomieszczenie, dostępne tylko dla wtajemniczonych. 
Ten  regał  moŜe  być  fragmentem  łamigłówki,  której  rozwiązanie  zaleŜy  od  tego,  czy  odnajdziemy 
jej część otwieraną znalezionym kluczem?” 

Musiałem pogadać o tym z Edkiem, którego zostawiłem z harcerzami w podziemiu. 

background image

 

96 

- Edku! - zawołałem zaglądając przez drzwi do ciemnego podziemia. 
Odpowiedziała mi głucha cisza. 
- Nie Ŝartuj! Musimy pogadać. 
Wszedłem zaniepokojony do środka. Obie piwniczki były puste. Rozejrzałem się zdziwiony, 

bo byłem pewien, Ŝe nikt nie wychodził z podziemia. A skoro nikt nie wychodził, to spodziewałem 
się zobaczyć naszego archeologa, Wiewiórkę, Wilhelma Tella i Sokole Oko. 

Raptem  drgnął  regał  z  butelkami.  Spojrzałem  odruchowo  na  jego  prawą  połowę,  oczekując, 

Ŝ

e zaraz zacznie się obracać. Stała nieruchomo. 

Tym razem obróciła się lewa połowa. 
Zza regału wysypali się rozbawieni harcerze, poganiani przez śmiejącego się Edka. 
-  Druh  miał  rację!  -  usłyszałem  głos  Wilhelma  Tella  wpatrzonego  w  archeologa.  -  śeby 

rozwiązać  problem,  trzeba  go  mieć...  I  jednocześnie  trzeba  znaleźć  się  w  sytuacji,  z  której  moŜna 
wyjść tylko dzięki rozwiązaniu tego problemu. 

Widzisz?  -  archeolog  zauwaŜył  moje  zdziwienie.  -  Nareszcie  doszliśmy...  śeby  stamtąd 

wyjść, trzeba uruchomić to skrzydło - pokazał ręką lewą połowę regału. - Wystarczy, Ŝe w drugim 
rzędzie  od  góry  naciśniesz  trzecią  cegłę.  I  juŜ...  Nie  trzeba  czekać,  aŜ  ktoś  wejdzie  do  piwnicy  i 
otworzy. 

- Druh Edek mówi o cegle w ścianie przeciwległej do tej, w której szukaliśmy poprzednio z 

druhem Tomaszem - patrząc na mnie dodał Wiewiórka. 

-  Rozumiem  -  uśmiechnąłem  się.  -  Prawym  skrzydłem  regału  wchodzimy,  a  lewym, 

widzianym  oczywiście  od  drugiej  strony  jako  prawe,  wychodzimy.  Proste...  -  podszedłem  do 
duŜego,  okutego  kufra,  stojącego  naprzeciw  regału  z  butelkami,  bo  przypomniałem  sobie,  Ŝe 
jeszcze do niego nie zaglądałem. 

- Jest pusty, jak te beczki i garniec - powiedział Edek. 
-  Nie  szkodzi...  -  spojrzałem  na  archeologa.  -  Muszę  sprawdzić,  czy  nie  ma  tu  czegoś,  do 

czego pasowałby klucz, który był ukryty w schowku starej szafy, pochodzącej z karczmy. 

W  tak  okutych  kufrach,  zamykanych  na  kłódki  lub  w  inny  przemyślny  sposób, 

przechowywano  kiedyś  cenne  przedmioty.  Uniosłem  cięŜkie,  solidnie  skonstruowane  wieko.  Było 
tylko przymknięte. 

Ku  mojemu  zaskoczeniu  nie  zauwaŜyłem  Ŝadnej  kłódki,  Ŝadnego  zamka  lub  skobla.  Nie 

znalazłem na nim Ŝadnych śladów po jakimkolwiek zamknięciu. 

Zaciekawiony zajrzałem do środka. Kufer rzeczywiście był zupełnie pusty. 
-  Puste  beczki,  pusty  garniec,  puste  haki,  puste  garnki,  pusty  kufer  i  Ŝołnierski  porządek  w 

pomieszczeniach  -  patrząc  na  mnie  wyliczył  Edek.  -  To  dziwne,  jak  na  piwnicę  naleŜącą  do 
karczmy. Nie sądzisz? 

- Bardzo dziwne - przytaknąłem. - Przede wszystkim jednak jest to zagadkowe, jak ten klucz, 

który do niczego nie pasuje, a z pewnością pasować do czegoś powinien, bo z tego powodu został 
dawno temu ukryty - spojrzałem na Edka. 

 
Pomarańczowe  słońce  chyliło  się  leniwie  ku  zachodowi,  przypominając  o  zbliŜającym  się 

końcu letniego dnia, pełnego wraŜeń i niespodzianek. Nadchodził wieczór. 

Harcerze  pomaszerowali  pod  prysznic,  na  kolację  i  na  bardzo  krótki  odpoczynek  przed 

trudami nocnej akcji pod kryptonimem „Kret”. Edek udał się do zajazdu, bo obiecał pani Kasi, Ŝe 
udzieli  jej  wywiadu  o  odkryciach  archeologicznych,  dokonanych  właśnie  pod  Rajgrodem.  Edyta  i 

background image

 

97 

jej córka, zabierając ze sobą prezent od pana Artura, odjechały do hotelu w ŁomŜy. A ja natknąłem 
się na Teodora i Lopka. Rozgadani wracali z lasku za zajazdem i wpadli na mnie. 

- Dobrze, Ŝe tu jesteś - na mój widok ucieszył się Lopek. 
-  Domyślam  się...  -  wyszczerzyłem  zęby  w  uśmiechu.  -  Musisz  dokończyć  przerwaną 

opowieść  o  swoim  braciszku,  który  kilkadziesiąt  lat  temu  nad  Biebrzą  postradał  zelówkę,  bo 
zawadził  o  coś  butem  -  pochwaliłem  się  dobrą  pamięcią  -  JeŜeli  chcesz,  moŜemy  o  tym  teraz 
porozmawiać - dodałem, bo rzeczywiście ciekawiło mnie, czego Lopek i Teo poszukiwali kilka dni 
temu na nadrzecznych bagnach. 

Lopek ucieszył się, Ŝe pamiętam, co mówił: 
- Słyszę, Ŝe skleroza się jeszcze ciebie nie ima - zaŜartował. 
-  Opędzam  się  przed  nią,  jak  tylko  mogę  -  odpowiedziałem  Ŝartem.  -  ChociaŜ,  muszę 

przyznać, pewnych zdarzeń i ludzi wolałbym juŜ nie pamiętać. 

-  Twoja  wola  -  Lopek  poklepał  mnie  przyjacielsko  po  ramieniu.  -  Ale  o  tej  oderwanej 

zelówce, chociaŜ to bardzo waŜne i moŜe być nawet interesujące, pogadamy później... 

- JeŜeli nie zapomnicie - wtrącił się Teo. 
-  JeŜeli  nie  zapomnimy  -  uśmiechając  się  do  Teodora  przytaknął  Lopek.  -  Na  razie  jednak  - 

spojrzał  na  mnie  -  chodź  z  nami  tam,  skąd  wracamy,  czyli  do  lasku  za  zajazdem.  Chcemy  ci  coś 
pokazać. 

-  Przyjrzyj  się  temu  miejscu  -  zagadkowo  zwrócił  się  do  mnie  Teo,  gdy  stanęliśmy  między 

rosłymi sosnami. 

Przyjrzałem się i nie zauwaŜyłem niczego szczególnego. 
Miejsce  nie  róŜniło  się  niczym  od  jakiegokolwiek  innego  miejsca  w  jakimkolwiek  lesie. 

Wzruszyłem ramionami: 

- No cóŜ!  Las jak las...  Tam jest podobnie - pokazałem ręką zupełnie inny  kawałek lasu. -  I 

tam! O! A tam jest zupełnie tak samo. 

- Jasne! - przytaknął Lopek. -A teraz odwróć się tyłem i popatrz w dół przed siebie. 
Po  odwróceniu  się  zobaczyłem  spory  pień  po  ściętym,  bardzo  grubym  drzewie.  Reszta 

widoku nie odbiegała niczym od tego, co było za moimi plecami. 

- Co widzisz? - spytał Teo. 
- Jakiś pniak i... 
- Poprzestańmy na pniaku - przerwał mi Lopek. - Ile pniaków jest w tym lasku? 
Przymknąłem oczy i szybko odtworzyłem w pamięci leśne obrazki. Nie było na nich Ŝadnego 

pniaka. Podniosłem powieki: 

- Jest tu tylko jeden pniak - wskazałem głową sterczący z ziemi przede mną. 
- TeŜ to zauwaŜyliśmy - uśmiechnął się Lopek. 
- To znaczy, znaleźliśmy jeszcze kilkanaście pieńków po młodych świerkach - wtrącił Teo. - 

Zapewne zostały ścięte w grudniu na choinki... 

-  Szkoda  tych  drzewek  -  zauwaŜył  Lopek.  -  Ale  powróćmy  do  naszego  pnia,  resztki  po 

drzewie ściętym około pięciu lat temu... - spojrzał na mnie. - Jak myślisz, w którą stronę to potęŜne 
drzewo, zwane klonem, upadło po ścięciu? 

Na  szczęście  wiedziałem,  w  jaki  sposób  drwale  kierują  upadkiem  drzew.  Wpierw  podcinają 

pień, wycinając klin od strony, w którą drzewo ma upaść. Później tną ten pień z drugiej strony, ale 
nieco wyŜej. Przyjrzałem się schodkom na powierzchni pnia. Ich stopień północny, cięty lekko na 
skos, był połoŜony zdecydowanie niŜej. 

background image

 

98 

-  Musiało  upaść  na  północ,  dokładnie  tam...  -  pokazałem  ręką.  -  Zaraz,  zaraz...  - 

przypatrzyłem się stojącym drzewom. - JeŜeli upadło na północ, to dlaczego nie połamało Ŝadnego 
ze  słabszych  drzew  rosnących  w  zasięgu  upadku?  -  obejrzałem  się  za  siebie  na  południe.  -  Ojej! 
Gdybym był drwalem, skierowałbym to drzewo na południe, gdzie jest wolna, duŜa przestrzeń. 

-  My  teŜ!  -  ucieszył  się  Lopek.  -  Właśnie  te  szczegóły  zwróciły  naszą  uwagę  na  dziwną 

obecność pniaka, którego w tym miejscu być nie powinno - ucieszył się Lopek. - Wygląda, Ŝe ma 
korzenie  w  ziemi...  Tylko  wygląda,  bo  w  rzeczywistości  ten  pniak  został  tu  skądś 
przetransportowany i ustawiony na czymś takim... - Teo i Lopek pochwycili i odciągnęli pniak na 
stronę. 

W miejscu, gdzie stał, były ułoŜone deski zakrywające wejście do jakiejś ziemianki. 
-  Zajrzeliśmy  tam  -  uśmiechnął  się  Teo.  -  To  szyb  prowadzący  do  korytarzy  kopanych  pod 

trawnikiem Tadeusza. 

background image

 

99 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

WŚCIBSKOŚĆ DZIENNIKARZY • DORODNY PAWEŁ? • FOTOGENICZNY BOLEK W 

OBFITEJ PIANIE • ODPRAWA UCZESTNIKÓW AKCJI „KRET” • GDZIE SIĘ 

PODZIAŁ SZKIC Z KRETEM? • KAMASZE BRATA LOPKA • CZY KRET KOPIE DO 

TYŁU? • GDZIE JEST TERAZ TEN RYCERSKI HEŁM? • LATAJĄCY DRUH 

KOMENDANT • HARCERZE OTRZYMUJĄ POCHWAŁĘ • TRZECH OBCYCH PRZY 

WEJŚCIU DO PODZIEMIA • CZEGO POSZUKIWALI NOCNI KOPACZE? • 

PROPOZYCJA WŁAŚCICIELA ZAJAZDU 

 
Teo,  Lopek  i  ja  sterczeliśmy  jeszcze  rozgadani  nad  pniakiem  maskującym  wejście  do 

labiryntu  korytarzy,  wykopanych  pod  trawnikiem  Tadeusza,  gdy  w  zajeździe  „Pod  Czerwonym 
Kapturkiem”,  zgodnie  z  umową  zjawili  się  Paweł  i  Bolek.  Byli  gotowi  do  udziału  w  nocnej  akcji 
pod kryptonimem „Kret”. 

Natychmiast po wejściu do zajazdu Paweł zajrzał do sali restauracyjnej w poszukiwaniu córki 

Tadeusza. 

Przez  obszerne,  przeszklone  drzwi  zobaczył  Edka,  który  gadał,  gadał  i  gadał,  wymachując 

rękami, do wpatrzonej w niego pani Kasi. 

-  Popatrz  no!  -  zaśmiał  się  Bolek  z  nieukrywanym  zdziwieniem.  -  Ale  się  nasz  archeolog 

rozkręcił. 

- Gawędziarz - mruknął Paweł. - Wchodzimy... Stawiam kawę. 
 
Tymczasem  w  „Pokoju  Francuzów”,  pełniącym  rolę  siedziby  centrum  dowodzenia  akcją 

„Kret”, trzej harcerze grali w bierki. 

- Cicho! - uspokajając druhów szepnął nagle Wiewiórka. - Chyba ktoś pukał do drzwi. 
Chłopcy ucichli. 
Zza drzwi dochodziły jakieś szmery. Po chwili rozległo się pukanie. 
-  Otwarte!  -  krzyknął  Wilhelm  Tell  rozsypując  bierki  na  stole.  W  uchylonych  drzwiach 

pojawiły się głowy Hipka i Puniego. 

- Czuwaj! Nie ma Pana Samochodzika? - rozczarował się Hipek. 
-  Przed  chwilą  jeszcze  tu  był...  Widocznie  został  zwabiony  przez  jakąś  tajemnicę,  która  nie 

moŜe się doczekać wyjaśnienia, i dyskretnie wyszedł - stwierdził Sokole Oko. 

- Myślę, puni prawda tak, Ŝe jest odwrotnie - zauwaŜył Puni. - To właśnie Pan Samochodzik 

swoją obecnością wabi je do siebie. 

- ZauwaŜyliśmy... - przytaknął Wiewiórka. 
Przerwał,  bo  zobaczył,  Ŝe  Hipek  i  Puni  z  nadmiernym  zainteresowaniem  zanurzyli  swoje 

dziennikarskie  nosy  w  kopie  dokumentów,  które  otrzymałem  od  pani  Kasi.  Puścił 
porozumiewawcze oko do Wilhelma Tella. 

Wilhelm Tell podszedł do otwartego okna. 
-  To  jest  temat  w  sam  raz  dla  pani  Katarzyny...  -  sięgając  ręką  po  kopię  kolejnej  kartki 

rękopisu, powiedział Puni do Hipka. 

- O rany! -wyglądając przez okno, wykrzyknął nagle Wilhelm Tell. Hipek i Puni zerwali się z 

krzeseł, podbiegli do niego i zaciekawieni wychylili się przez okno. 

-  Co  się  tam  dzieje?  -  spytał  zdziwiony  Hipek,  bo  nie  zauwaŜył  za  oknem  niczego 

background image

 

100 

szczególnego. 

- Tam! Lata prawdziwy nietoperz! Jaki duŜy... - z zachwytem w głosie krzyknął Wilhelm Tell 

oglądając się na Hipka. - O! Tam! - wskazał ręką ciemniejące drzewa. 

- To piękne, puni prawda tak, niezwykłe i poŜyteczne stworzonko - wychylając się przez okno 

i wypatrując daremnie nietoperza, którego nie było, wysapał Puni. - W tej części regionu występuje 
mroczek posrebrzany i  mroczek pozłocisty. Jest jeszcze, puni prawda tak, nocek Bechsteina...  Ale 
ten, podobno, Ŝyje w Mingajnach koło Elbląga... 

-  Okazuje  się,  Ŝe  mamy  wśród  nas  prawdziwego  miłośnika  nietoperzy,  ropuch,  węŜy, 

jaszczurek,  robali,  szczurów  i  innych  obrzydliwych  stworów  -  poklepując  Puniego  po  plecach 
Hipek zaśmiał się do harcerzy. 

- Oho! - wykrzyknął Puni. - Znalazł się taki, puni prawda tak, który nie jest ich miłośnikiem. 
Hipek spojrzał z udawanym wyrzutem na Puniego: 
- No co ty... PrzecieŜ wiesz, Ŝe za nimi przepadam. 
- I my! - włączając się do akcji Wiewiórki i Wilhelma Tella odezwał się Sokole Oko. - Mają 

szerokie  zastosowanie  przy  tworzeniu  klimatów  potrzebnych  do  nawiązania  kontaktów 
towarzyskich na obozach... 

- Klimatów? - zdziwił się Puni. 
- Jasne! - przytaknął Wilhelm Tell. - Wystarczy niepostrzeŜenie podrzucić ropuchę do obozu 

dziewczyn, a wszystkie juŜ siedzą na drzewach i piszczą - harcerz uśmiechnął się na wspomnienie 
spanikowanych harcerek, wspinających się nieporadnie na drzewa. - Niektóre ze strachu wskakują 
nawet chłopakom na plecy... Wtedy znajduje się wybawiciel, łapie ropuchę i wynosi ją daleko poza 
obóz... I kontakt towarzyski zostaje nawiązany. 

- Z ropuchą? - udając nieporozumienie zaŜartował Hipek. 
Zapanowała krótka wesołość, popsuta trafną uwagą Puniego, skierowaną do Wilhelma Tella: 
- Az tym nietoperzem, puni prawda tak, to chyba jakaś zgrywa? 
Wilhelm Tell bez słowa uśmiechnął się do reportera. 
Gdy  Hipek  i  Puni  wrócili  od  okna  do  stołu,  Ŝeby  doczytać  intrygujące  ich  papiery,  kopii 

dokumentów  juŜ  na  nim  nie  było.  Za  stołem,  ściskając  w  garści  bierki,  siedział  uśmiechnięty 
tajemniczo Wiewiórka: 

- Zagramy w bierki? - zwrócił się do reportera i fotoreportera. 
- Zaraz... A gdzie są te papiery? - wskazując ręką stół spytał zaskoczony Puni. 
- Druhowie przynieśli ze sobą jakieś papiery? - zdziwił się Sokole Oko. 
- Nie, puni prawda tak, ale... 
- Przepraszam... - przerwał Puniemu grzecznie Wilhelm Tell. - Skoro druhowie nie przynieśli 

ze sobą Ŝadnych papierów, to być ich tu nie mogło. 

- No to jak? - uśmiechnięty Wiewiórka popatrzył na Hipka i Puniego. - Zagramy wreszcie w 

te bierki czy druhowie się spieszą? 

 
Na  widok  zaniepokojonej  pani  Kasi,  wybiegającej  z  sali  restauracyjnej  do  holu  zajazdu, 

Paweł  zrobił  pospiesznie  krok  w  jej  kierunku,  chcąc  się  przywitać.  Właściwie  to  była  tylko  część 
zamierzonego kroku, bo w jego połowie mój podwładny potknął się o własną torbę, którą wcześniej 
upuścił, i runął szczupakiem na lśniącą posadzkę. 

Rozległo się głośne plaśnięcie i łupnięcie połączone z dudnieniem i krótkim jękiem. Plasnęły 

dłonie. Łupnęło i zadudniło czoło. 

background image

 

101 

Roztrzęsiona  i  pełna  współczucia  pani  Kasia  przyklękła  koło  rozciągniętego  na  posadzce 

Pawła.  UłoŜyła  go  w  pozycji  bezpiecznej,  czyli  na  prawym  boku,  obejrzała  jego  głowę, 
wytrzeszczyła oczy i, chwytając się oburącz za skronie, krzyknęła z podziwem w głosie: 

- Ojej! Jaki dorodny! 
„Dorodny? Jej zdaniem jestem dorodny...” - zamajaczyło się Pawłowi. 
- Jak śliwa... - zwracając się do pani Kasi zauwaŜył Bolek. - I jeszcze rośnie... - błyskawicznie 

rozejrzał  się  po  holu  w  poszukiwaniu  czegoś  zimnego  do  schłodzenia  guza  rosnącego  na  środku 
czoła Pawła. 

 
Kiedy  Teo,  Lopek  i  ja  wchodziliśmy  do  zajazdu,  natknęliśmy  się  na  Bolka  pędzącego  z 

czerwoną gaśnicą przeciwpoŜarową przez hol. 

- Pali się?! - wykrzyknął zaniepokojony zachowaniem druha komendanta Lopek. 
- Nie! - odkrzyknął Bolek. - Muszę schłodzić guza na łbie Pawła! 
- To po co ci gaśnica? - zaśmiał się Teo. 
- Do schłodzenia guza... - wysapał Bolek. 
- Jest sprawna! Pianowa... - ostrzegł nabiegający Tadeusz. 
- Widzę.. - manipulując przy zaworze gaśnicy stęknął Bolek. 
- Tylko bez piany... - zajęczał Paweł zrywając się niemrawo z posadzki. - Bez piany... 
- Panie Bolku! - osłaniając sobą mojego podwładnego krzyknęła przytomnie pani Kasia. - Tu 

się nic nie pali! 

Bolek znieruchomiał, rozejrzał się po nas i powiedział: 
-  Wiem!  Chciałem  ją  tylko  przyłoŜyć  do  guza.  Jest  zimna...  Przerwał,  bo  z  gaśnicy  trysnął, 

wprost  na  jego  brodę,  strumień  bieluteńkiej  piany.  Po  chwili  druh  komendant  przypominał 
oŜywionego  bałwana  z  czerwoną  gaśnicą,  jak  z  monstrualną  marchewką  nurzającego  się  w 
głębokiej zaspie śnieŜnej. 

-  Co  on,  puni  prawda  tak,  najlepszego  wyprawia?  -  schodząc z  Hipkiem po  schodach  spytał 

zdumiony Puni. 

- Bierze kąpiel - zaśmiałem się do dziennikarzy. - Robi to wszędzie i przy kaŜdej okazji... 
-  Czyścioszek  -  zauwaŜył  Hipek  i  pstrykając  fotkę  zwrócił  się  do  Bolka:  -  MoŜesz  dodać 

trochę piany z prawej strony? Będzie ciekawsza kompozycja i mocniejszy efekt... 

 
Tym  razem  odprawa  uczestników  nocnej  akcji  „Kret”,  do  których  dołączyli  Teo  i  Lopek, 

trwała krótko i miała nieoczekiwany przebieg. 

- Co  tam  będziemy  radzić  -  przyglądając  się  dorodnemu  guzowi  na  czole  Pawła  powiedział 

Wiewiórka.  -  Druhowie  seniorzy  pilnują  pojedynczo,  po  dwie  godziny,  wejścia  ukrytego  pod 
pieńkiem.  Harcerska  młodzieŜ,  pod  opieką  druha  Bolka,  wystawia  wartę  przy  odkrytych  przez 
siebie podziemnych drzwiach - spojrzał z uśmiechem w moim kierunku. 

-  Pan  Samochodzik,  jako  senior  pośród  druhów  seniorów,  dogląda  całości...  Co  do  reszty, 

obowiązują wczorajsze ustalenia. A teraz do roboty, bo robi się ciemno. 

Wilhelm Tell i Sokole Oko, zaskoczeni zachowaniem Wiewiórki, spojrzeli na mnie. 
- Nie słyszeliście? Do roboty... - uśmiechnąłem się, bo kaŜdy inny wyraz mojej twarzy mógł 

nie pasować do sytuacji. - Ale druhowie seniorzy, jeŜeli druh Wiewiórka pozwoli, na chwilę jeszcze 
zostaną. 

- Brać pałatki? - spytał Wilhelm Tell. 

background image

 

102 

-  Brać...  -  odpowiedział  Wiewiórka.  -  Rozbijemy  namiot.  Tam  będzie  nasza  baza...  Aha! 

Ś

piwory  teŜ  bierzemy  -  dodał  wciskając  do  śpiwora  spory  zwój  linki  wytrzymującej  obciąŜenie 

kilkuset kilogramów. 

- Chwileczkę! - wtrącił się Tadeusz. - Weźcie z recepcji namiot... JeŜeli w nocy będzie lało, a 

na to się zanosi, pałatki przydadzą się jako peleryny... 

- Jasne! - przytaknął krótko Wiewiórka. 
 
W  lasku,  niedaleko  pieńka  maskującego  wejście  do  podziemnego  labiryntu,  stanął 

zamaskowany  namiot  druhów  seniorów.  Paweł,  Teo,  Edek  i  Bolek  natychmiast  zaczęli  grać  w 
brydŜa. 

 
Za  oknem  „Pokoju  Francuzów”  zapanował  parny,  rozedrgany  ptasim  śpiewem  i  Ŝabim 

rechotem, pochmurny wieczór. Gdzieś daleko błysnęło i groźnie zamruczało. 

- MoŜna? - w uchylonych drzwiach pokoju zobaczyłem Lopka. 
-  Zapraszam...  -  uśmiechnąłem  się  znad  papierów,  wśród  których  poszukiwałem  właśnie 

szkicu  posesji  starej  karczmy,  wykonanego  kiedyś  przez  Adama,  bo  jeszcze  raz,  by  pozbyć  się 
wątpliwości, chciałem obejrzeć narysowaną na nim postać kreta. 

Narysowanie kreta nie było zabiegiem przypadkowym. Oznaczało, Ŝe znaleziony klucz pasuje 

do kłódki, której naleŜy poszukiwać pod ziemią. Chyba jednak nie tam, gdzie harcerze dokopali się 
do ukrytych drzwi, ale gdzieś w pobliŜu. 

JuŜ  w  domu  pana  Artura,  w  rysunku  tego  zwierzątka  zauwaŜyłem  coś  istotnego,  czego  nie 

zapamiętałem, bo wydawało się to wówczas nieistotnym szczegółem. Musiałem to sprawdzić. 

-  Nie  miałem  okazji  dokończyć  opowieści  o  tym,  co  kiedyś  oderwało  zelówkę  buta  mojego 

brata - Lopek spojrzał na papiery na stole. - Tym razem teŜ pewnie nie dokończę, bo jesteś zajęty... 

OdłoŜyłem kartki: 
- To co z tą zelówką? 
- Odpadła... - uśmiechnął się Lopek wyjmując zdjęcia wykonane dawno temu przez jego brata 

nad  Biebrzą.  -  Dokładnie  w  tym  miejscu  -  pokazał  palcem  jedną  z  fotografii.  -  Dziś  z  pewnością 
wygląda ono inaczej... Drzewa i krzewy urosły. Pojawiły się nowe... Utrudnia to jego odszukanie-
zajrzał  do  nieodłącznej  torby.  -  Teo  i  ja  szukaliśmy  przez  dwa  dni...  I  chyba  trafiliśmy  na  trop  - 
wyciągnął  z  torby  parę  bardzo  starych,  skórzanych  kamaszy.  -  Znaleźliśmy  je  przypadkiem. 
Prawdopodobnie naleŜały do brata. Jeden jest bez zelówki. Brat mówił, Ŝe pozbył się ich w drodze 
powrotnej, po przejściu kilkunastu kroków... 

- Jesteś pewien, Ŝe to jego buty? 
-  Dzwoniłem  do  niego  -  uśmiechnął  się  Lopek.  -  Opis  butów  się  zgadza  z  tymi,  które 

zapamiętał. Byliśmy więc blisko celu i wiemy, jak tam trafić... 

Lopek wyciągnął jeszcze jedno zdjęcie, wykonane kiedyś przez jego brata. 
- Zobacz... - dotknął palcem powierzchni fotografii. - Czy to jest oderwana zelówka? 
Spojrzałem na zdjęcie: 
- Jasny gwint! 
Pospiesznie wycisnąłem numer Edka. 
- Przyjdź natychmiast do „Pokoju Francuzów”! Musisz coś zobaczyć... 
Przerwałem,  bo  mój  wzrok  zatrzymał  się  na  malutkiej,  nareszcie  dostrzeŜonej,  narysowanej 

na kartce, sylwetce kreta. 

background image

 

103 

- No tak! Teraz wszystko wydaje się jasne... 
- Coś się stało? - zaniepokoił się nasz archeolog. 
-  Tak!  Znalazłem  kreta...  -  ucieszyłem  się  zapominając,  Ŝe  do  archeologa  zadzwoniłem  z 

innego powodu. 

- Mojego kolegę po fachu? 
- Twojego kolegę po fachu? 
- PrzecieŜ kret, jak archeolog, kopie w ziemi... 
- Aha! Oczywiście - zaśmiałem się. - Do przodu czy do tyłu? 
- Tylko do przodu, bo kopiąc do tyłu niczego by nie upolował. 
- Tak myślałem... Trzeba kopać w drugą stronę... 
- JuŜ jestem na schodach... Uwaga! Wchodzę... W drzwiach „Pokoju Francuzów” pojawił się 

rozbawiony Edek z komórką przy uchu. 

 
Wyjście Edka z namiotu seniorów do „Pokoju Francuzów” spowodowało chwilową przerwę 

w grze w brydŜa. Niestrudzony Bolek postanowił ten czas wykorzystać na niespodziewaną wizytę 
w namiocie harcerzy. Dołączył do niego Paweł. Teo został w namiocie, bo ktoś musiał obserwować 
pieniek. 

 
- Rzuć na to okiem... - pokazałem Edkowi fotografię. 
- A co z tym kretem? 
- Później... 
Archeolog przyjrzał się uwaŜnie zdjęciu: 
- Zaraz, zaraz... - spojrzał podejrzliwie na Lopka i na mnie. - To jakaś podpucha? 
-  OtóŜ  nie!  -  wtrącił  się  Lopek.  -  To  prawdziwy,  wystający  z  ziemi,  hełm  rycerski  z 

podniesioną  przyłbicą  odkryty  przypadkowo  i  sfotografowany  kilkadziesiąt  lat  temu  nad  Biebrzą 
przez mojego brata, sprawca oderwania zelówki... 

- Jakiej zelówki? - zdziwił się Edek. 
Uśmiechając się porozumiewawczo do Lopka machnąłem dłonią: 
- To długa historia. 
 
Podczas  gdy  Edek  przyglądał  się  starej  fotografii,  czatujący  w  lasku  harcerze  zauwaŜyli  na 

ś

cieŜce dwie poruszające się bezszelestnie w ich stronę ciemne sylwetki. 

- Są! - szepnął Wiewiórka. 
Chłopcy  przytulili  się  płasko  do  mchu  zapominając,  Ŝe  w  ciemnościach  i  za  krzakami  są 

niewidoczni. 

- Wzywamy druha Tomasza? - spytał Sokole Oko. 
- Po co? - wyszeptał Wilhelm Tell. - Sami to załatwimy. 
- A jak nie zadziała? - zwątpił Sokole Oko. - Ich jest dwóch... 
- Spoko - wyszeptał Wiewiórka. - Nas jest trzech... Poza tym druh Bolek mówił, Ŝe to zawsze 

zadziała. 

 
Tymczasem w „Pokoju Francuzów” Edek przepytywał Lopka. 
- Gdzie jest teraz ten hełm? U twego brata? 
- AleŜ skąd! - obruszył się Lopek. - Powinien być tam, gdzie był wtedy, nad Biebrzą. 

background image

 

104 

- Dziwne... - Edek podrapał się za uchem. - Znam wielu, którzy bez wahania zabraliby takie 

znalezisko do domu... 

- Brat nie zabrał, bo zauwaŜył, Ŝe w hełmie jest czaszka... 
- Co?! - zaskoczeni Edek i ja krzyknęliśmy jednym głosem. 
- No... Czaszka - wzruszył ramionami Lopek. - Pewnie stara jak ten hełm, bo była w środku... 
- Czy brat kopał? - spytał rzeczowo Edek. 
-  Powiedział,  Ŝe  nie  -  zaprzeczył  Lopek.  -  Z  powodu  tej  czaszki...  Pstryknął  tylko  fotkę  na 

pamiątkę,  wcisnął  hełm  z  powrotem  w  glebę  i  przysypał,  bo  wcześniej  zawadził  go  zelówką  i 
wyciągnął trochę na powierzchnię... 

Raptem za oknem rozległ się krótki, zdławiony okrzyk pełen grozy. 
Pełni złych przeczuć rzuciliśmy się do drzwi i z donośnym łoskotem zbiegliśmy po schodach. 

Po chwili byliśmy juŜ za zajazdem i, świecąc nerwowo latarkami, popędziliśmy do ciemniejącego 
lasku. 

Wbiegliśmy na ścieŜkę i stanęliśmy jak wryci. 
W  migotliwym  świetle  latarek,  ponad  dwa  metry  nad  ziemią,  zobaczyliśmy  druha 

komendanta.  Wisząc  do  góry  nogami  bujał  się  ruchem  wahadłowym.  Jego  ręce  chwytały 
rozpaczliwie  powietrze.  Z  gardła  Bolka  co  jakiś  czas  wydobywały  się  dramatyczne  okrzyki.  Pod 
latającym druhem komendantem krzątali się przejęci harcerze z latarkami i Paweł. 

Z trudem stłumiłem wybuch śmiechu. 
- Co ty tam robisz? - spytałem chwytając Bolka za rękę. 
Druh komendant przestał się bujać. 
- TeŜ chciałbym to wiedzieć - wysapał w odpowiedzi. - Ale wiem, co zrobię, gdy juŜ stanę na 

nogach. 

Zaniepokojeni harcerze spojrzeli po sobie. 
Uwolniony Bolek chwiał się przez chwilę, bo miał zawroty głowy. Szybko jednak wrócił do 

formy. Poprawił mundur i włosy. Zrobił bardzo powaŜną minę. Ściągnął groźnie brwi i spojrzał na 
harcerzy. 

Chłopcom zrzedły miny. 
Druh komendant nabrał powietrza w płuca, wypiął brzuch i zwrócił się do harcerzy: 
- Czyj to był pomysł? 
- Mój! - przyznał się skruszony Wiewiórka. - Chcieliśmy... 
- Nie tłumacz się - Bolek powstrzymał chłopca gestem dłoni. - Kto przygotował pułapkę? 
-  My  trzej!  -  odpowiedzieli  dzielnie  harcerze.  -  Dokładnie  według  instrukcji  druha 

komendanta... 

- ZauwaŜyłem - Bolek podciągnął w górę wypięty brzuch, wypiął dumnie pierś i rozejrzał się 

groźnie po harcerzach. - Udzielam druhom pochwały z wpisaniem do kroniki obozu. Dobra robota! 
-  przytaknął  głową.  -  Zastosowaliście  odpowiednio  mocną  linkę.  Nie  pękła,  chociaŜ  miała  co 
dźwigać. Pętla została właściwie umiejscowiona i zamaskowana. Linki nie widziałem. Brzoza była 
stosownie mocna i spręŜysta... Szkoda tylko, Ŝe to ja zostałem schwytany... 

-  Nie  czatowaliśmy  na  druha  komendanta  -  zauwaŜył  Sokole  Oko.  -  Druha  Edka 

przepuściliśmy, bo rozpoznaliśmy go po głosie... 

- Ale dlaczego nie rozpoznaliście druha komendanta? - zapytałem. 
-  Było  ciemno,  choć  oko  wykol  -  odezwał  się  Sokole  Oko.  -  Widzieliśmy  tylko  dwie, 

skradające  się  w  naszym  kierunku,  ciemne  sylwetki.  A  kto  się  w  nocy  skrada,  moŜe  mieć  złe, 

background image

 

105 

nieuczciwe zamiary... 

-  Gdy  jedna  z  tych  sylwetek  wdepnęła  w  środek  pętli,  odcięliśmy  linkę  naginającą  brzozę  - 

kontynuował Wiewiórka. - Ja odciąłem... I wtedy pętla poszła w górę. 

- Zabierając, przy okazji, mnie ze sobą - wymachując włączoną latarką zaśmiał się Bolek. 
Zabraliśmy się do naprawiania pułapki. 
 
W tym samym czasie Teo usłyszał zbliŜający się warkot silnika samochodu. Po chwili silnik 

umilkł.  Trzasnęły  zamykane  drzwi  samochodu.  Na  leśnej  drodze  Teo  zauwaŜył  sylwetki  trzech 
męŜczyzn idących w kierunku obserwowanego pieńka. Zachowywali się jakby byli u siebie. Głośno 

Ŝ

artując wyszperali pieniek światłem latarek i zatrzymali się przy nim. 

Teo wyciągnął komórkę i wycisnął numer Lopka. 
- Są nocni kopacze - wyszeptał. - Jest ich trzech. Podnoszą właśnie pieniek. 
- Udawaj, Ŝe nie istniejesz - odpowiedział Lopek. - Idziemy... 
- Dwóch zeszło pod ziemię... - Teo wyłączył telefon, zapalił latarkę i świecąc sobie pod nogi 

ruszył spokojnym krokiem w stronę tego, który został na powierzchni. 

MęŜczyzna zauwaŜył zbliŜającego się Teodora. Podniósł latarkę i poświecił w jego stronę. 
- Dobry wieczór - przyjaźnie odezwał się Teo. - TeŜ na grzybki? 
- O tej porze? - zdziwił się męŜczyzna. 
- Tacy czterej, których tu przed chwilą spotkałem, mówili, Ŝe wybrali się właśnie na grzyby - 

Teo zatrzymał się koło obcego. - TeŜ się zdziwiłem, Ŝe o tej porze... 

Nocny kopacz zaśmiał się ciepło: 
- A juŜ pomyślałem, Ŝe jest pan walnięty albo zakręcony... Przepraszam za to. 
-  Nie  ma  sprawy  -  rozglądając  się  dokoła  Teo  machnął  z  lekcewaŜeniem  ręką.  -  Ale,  ale... 

Jestem  jednak  chyba  walnięty.  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  Ŝe  z  daleka  widziałem  tu  przed  chwilą 
trzech facetów - pokręcił z niedowierzaniem głową. - Pewnie troi mi się w oczach... 

-  Dobrze  pan  widział  -  uspokoił  Teodora  obcy.  -  Moi  koledzy  zeszli  właśnie  pod  ziemię 

pozbierać narzędzia... 

- Pod ziemię? - udał zdziwienie Teo. - To tu są jakieś podziemia? 
-Jakie  tam  podziemia?  -  Ŝachnął  się  męŜczyzna.  -  W  zeszłe  lato  wykopaliśmy  parę 

korytarzy...  Myśleliśmy,  Ŝe  zarobimy  i  w  tym  roku.  Ale  gość  nie  przyjechał  na  spotkanie. 
Widocznie się wycofał... 

- Rakiem - zaśmiał się Teo. - Nie pytam, kto to taki... 
-  To  pewnie  jakiś  szurnięty  poszukiwacz  skarbów...  Był  spadkobiercą  poprzedniego 

właścicielem  tej  posesji.  Dopiero  jak  ją  sprzedał,  dowiedział  się,  Ŝe  jest  tu  ukryta  piwnica,  której 
latami poszukiwało wielu ludzi... Ten facet myślał, Ŝe dokopiemy się do niej... 

- Jak krety... 
- No właśnie - męŜczyzna się uśmiechnął. - Płacił nieźle, no to kopaliśmy... 
- Pan jest ze Śląska? - Teo zmienił temat. 
-  Tak  i  nie...  Wyjechałem  kiedyś  z  Mazur  na  Śląsk,  bo  dałem  się  zwerbować  do  szkoły 

górniczej. Fedrowałem pod ziemią ponad dwadzieścia lat. Teraz wróciłem w rodzinne strony... 

- To stąd ten znajomy akcent... - ucieszył się Teo. - Jestem ze Śląska... 
- Moi koledzy teŜ kiedyś stąd wyjechali na Śląsk fedrować. Razem wróciliśmy... 
 
Teo  wiedział,  Ŝe  jesteśmy  blisko,  widzimy  ich  i  mamy  liczebną  przewagę  nad  nocnymi 

background image

 

106 

kopaczami. My nie wiedzieliśmy, o czym oni rozmawiają Z ich zachowania wywnioskowaliśmy, Ŝe 
rozmowa przebiega spokojnie. 

Po chwili ujrzeliśmy wynurzające się spod ziemi kilofy, łopaty i wiaderka. Za nimi wydostali 

się dwaj męŜczyźni. Otrzepali spodnie i rękawy. 

- Jakiś twój znajomy? - odezwał się jeden z nich do rozmówcy Teodora. 
-  Trudno  powiedzieć...  Niech  będzie,  Ŝe  znajomy,  bo  teŜ  ze  Śląska  -  odpowiedział  zapytany 

pomagając kolegom przy zamykaniu wejścia do szybu i ustawianiu na nim pieńka. 

-  Ze  Śląska?  Głupio  poznawać  ludzi  w  takiej  sytuacji  -  zauwaŜył  ten  sam  męŜczyzna.  - 

Pewnie wyglądamy na rzezimieszków... 

-  AleŜ  skąd  -  zaprotestował  Teodor.  -  PrzecieŜ  wyglądam  podobnie...  Poza  tym  nie  jestem 

sam. 

-  Właśnie  -  rzekłem  wychodząc  zza  krzaków  z  włączoną  latarką.  Zaniepokojeni  męŜczyźni 

rozejrzeli się po naszej piątce. 

-  JeŜeli  to  jest  napad  -  odezwał  się  spokojnie  dotychczasowy  rozmówca  Teodora  -  to  źle 

panowie trafili. Nic nie mamy... Ale łopatami machamy dobrze i potrafimy się obronić. 

-  Drugą  noc  czekamy  na  panów  -  wyjaśniłem  naszą  obecność.  -  Chcemy  pogadać  o  tych 

tunelach... 

MęŜczyźni spojrzeli po sobie. 
- No to pogadajmy - odezwał się ten, który do tej pory milczał. - Powiem krótko, bo szkoda 

czasu.  Wykopaliśmy...  To  prawda.  Rozumiem,  Ŝe  teraz  powinniśmy  je  zasypać  ziemią  Ŝeby 
przypadkiem komuś nie stało się coś złego. Zasypiemy je i naprawimy szkody. Czy to wystarczy? 

-  Właściciel  zajazdu  ma  inną  związaną  z  tym  podziemnym  labiryntem,  propozycję,  która 

moŜe panów zainteresować - odpowiedziałem. 

- Musielibyśmy usłyszeć ją od właściciela - z ulgą w głosie zauwaŜył mój rozmówca. 
Wycisnąłem numer komórki Tadeusza. 
 
Właściwie  był  to  nieco  zwariowany  pomysł  Wiewiórki.  Po  obejrzeniu  tuneli  zaczął  on 

główkować  nad  wykorzystaniem  ich  z  poŜytkiem  dla  zajazdu.  I  wygłówkował.  Jego  zdaniem,  po 
odpowiednim  rozbudowaniu,  zabezpieczeniu,  wyposaŜeniu  technicznym  i  artystycznym,  tunele  te 
mogą stać się prawdziwą atrakcją turystyczną jako „Podziemne strachowisko”. 

Pomysł  Wiewiórki  spodobał  się  Tadeuszowi,  jego  Ŝonie  i  pani  Kasi.  Był  ciekawszy  od 

planowanego zainstalowania fontanny na środku trawnika za zajazdem. 

background image

 

107 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

EDEK ODKRYWA TAJEMNICĘ STARYCH FOTOGRAFII • GDZIE ZAPODZIALI SIĘ 

HARCERZE? • CO DZIWNEGO DZIEJE SIĘ NA TYCH BAGNACH? • CZY BRAT 

LOPKA WIDZIAŁ ZNIKAJĄCYCH RYCERZY? • ZAGADKOWE STUKANIE W 

ZAJEŹDZIE • GDZIE WLAZŁ SOKOLE OKO? • WARTO ZNAĆ ALFABET MORSE'A • 

CZY PIWNICA POŁYKA SAMOTNYCH HARCERZY? • KTO ZAMKNĄŁ STARY 

KUFER? 

 
Przed dwudziestą drugą było juŜ po akcji „Kret”. Cieszyliśmy się z jej spokojnego przebiegu. 

Dowiedzieliśmy się, kto i dlaczego kopał pod trawnikiem. 

Tadeusz, który nie krył zadowolenia z wyjaśnienia tajemnicy podziemnego labiryntu, dogadał 

się szybko z nocnymi kopaczami. Siedli razem w sali restauracyjnej przy piwie, aby zaprojektować 
przyszłą sieć podziemnych tuneli z niszami, komunikacją na torach, oświetleniem, nagłośnieniem i 
atrakcjami,  które  miały  mrozić  krew  w  Ŝyłach  poszukiwaczy  mocnych  wraŜeń.  Sekundował  im 
Wiewiórka, autor pomysłu. 

 
Tymczasem Wilhelm Tell i Sokole Oko wyruszyli cichutko z namiotu na obchód strzeŜonego 

miejsca. Była nim odkryta w dzień tajemnicza piwniczka przy polanie. 

 
Dołączyłem  do  Bolka  Lopka,  Edka,  Pawła  i  Teodora,  bo  bardziej  frapowało  mnie 

przypadkowe  odkrycie,  dokonane  kilkadziesiąt  lat  temu  nad  Biebrzą.  Z  fotografii,  na  której 
zobaczyłem średniowieczny hełm, wynikało, Ŝe brat Lopka niczego nie zmyślił. 

- Jesteś pewien, Ŝe twój brat nie przyswoił sobie tego hełmu? - dociekał Edek. 
- Oczywiście - prostując kręgosłup obruszył się Lopek. - Mówiłem juŜ, dlaczego zostawił go 

tam, gdzie był... Nie miałem jeszcze okazji powiedzieć wszystkiego lub prawie wszystkiego na ten 
temat, bo ciągle się coś tu dzieje... 

- Teraz masz okazję - zachęciłem - bo jakoś nic się nie dzieje. 
Kątem  oka  zauwaŜyłem,  Ŝe  Wiewiórka  wstaje  i,  bawiąc  się  latarką,  wychodzi  z  sali 

restauracyjnej. 

- Jak juŜ wspominałem, mój brat poszedł nad Biebrzę pstryknąć trochę fotek... To te zdjęcia - 

Lopek ponownie wydobył z torby i połoŜył na stole stare fotografie. - Przyjrzyjcie się... 

-  Pogodę  miał  raczej  kiepską  -  zauwaŜył  Paweł,  który  teŜ  parał  się  fotografią.  -  Nie  widzę 

ś

wiatła  słonecznego  -  pochylił  się  nad  zdjęciami.  -  Chyba  nawet  szło  na  burzę...  Ale  widać  dobre 

kadrowanie i naświetlenie. 

- Jego brat jest artystą plastykiem - wyjaśnił Teo. 
- To widać na załączonych odbitkach - układając fotografie na stole mruknął Edek. - Ich autor 

wyraźnie  czuje  kompozycję  obrazu...  Chwileczkę...  -  nasz  archeolog  oŜywił  się  i  nagle  zaczął 
układać zdjęcia według sobie tylko znanego porządku. - Tak myślałem... Popatrzcie teraz. 

Pochyliliśmy się nad zdjęciami. 
Tylko  Bolek  się  nie  pochylił.  Spojrzał  dyskretnie  na  zegarek,  sapnął,  wstał  i  poszedł 

sprawdzić, czy u harcerzy jest wszystko w porządku. 

Przyjrzałem się uwaŜnie fotografiom. 
Mimo  szczerych  chęci  nie  dostrzegłem  niczego  szczególnego  poza  tym,  Ŝe  na  wszystkich 

background image

 

108 

odbitkach było widoczne to samo miejsce, sfotografowane z róŜnych stron i odległości. 

- Dlaczego twój brat zrobił tyle zdjęć właśnie temu miejscu? - spytałem Lopka. 
- Chciałem zapytać o to samo - ucieszył się Edek. 
Zaskoczony Lopek spojrzał na mnie i na Edka: 
-  Do  tej  pory  nie  wiedziałem,  Ŝe  są  to  fotografie  jednego  miejsca  -  roztrzepując  srebrzyste 

włosy,  poskrobał  się  prawą  ręką  po  głowie.  -  Widocznie  nieuwaŜnie  słuchałem  brata...  Ale  z 
pewnością  o  tym  mówił.  Wcześniej  jednak  opowiedział  mi  coś,  co  całkowicie  pochłonęło  moją 
uwagę jako egzotyczna,  lokalna ciekawostka, mogąca nocą zjeŜyć włosy  na głowie i puścić ciarki 
po plecach... 

-  Nawet  nam?  -  zaśmiał  się  Paweł,  który  nagle  oŜywił  się,  bo  zobaczył  nadchodzącą  panią 

Kasię. - No, to prosimy o tę ciekawostkę. 

Lopek odchrząknął: 
-  Miejscowi  ludzie  opowiedzieli  mojemu  bratu,  Ŝe  na  nadbiebrzańskich  bagnach  jest  takie 

miejsce, w którym od niepamiętnych czasów dzieje się coś dziwnego... - przerwał, bo odezwał się 
dzwonek komórki. 

Wszyscy sięgnęli odruchowo po swoje telefony. Dzwonił mój. 
- Harcerze gdzieś mi się zapodziali - usłyszałem w słuchawce głos Bolka. 
- Co zrobili? 
- Zawieruszyli się. Nie ma ich. Przepadli... 
- A sprawdzałeś w namiocie? 
- Sprawdzałem... Lasek teŜ obszedłem. I nic... 
-  To  zadzwoń  do  któregoś  na  komórkę...  -  podpowiedziałem  i  wyłączyłem  telefon.  - 

Przepraszam  -  spojrzałem  na  Lopka.  -  Bolek  szuka  harcerzy.  Gdzieś  ich  wcięło...  Ale  to  nie  na 
temat... 

 
Tymczasem podenerwowany Bolek dodzwonił się do Wiewiórki. 
-  Druhu  komendancie...  -  zameldował  harcerz  po  wysłuchaniu  przełoŜonego.  -A  ja  szukam 

Wilhelma  Tella  i  Sokolego  Oka.  Stoję  teraz  koło  studni  przed  zajazdem...  Nie  wpadli  do  niej,  bo 
jest pusta... 

- Dzwoniłeś do któregoś z nich? 
- Mają rozładowane baterie. 
- Aha! To dlatego nie mogłem dodzwonić się do Ŝadnego... Zostań tam. Idę do ciebie... Masz 

latarkę? 

 
W sali restauracyjnej Lopek kontynuował opowieść. 
- Oni mówili o miejscu, w którym, tuŜ przed burzą gdy juŜ ciemnieje niebo i zrywa się silny 

wiatr, moŜna zobaczyć kilku rycerzy, pędzących na spłoszonych koniach w stronę rzeki. Wygląda 
to tak, jakby te konie galopowały nad ziemią... - przerwał, bo zauwaŜył niedowierzanie na naszych 
twarzach. - No tak! One są w szaleńczym galopie, ale nie widać ich nóg... 

- Czy słychać tętent? - zaciekawił się Edek. 
- Nie słychać ani kopyt, ani pobrzękiwania rynsztunku, ani nawoływania... Widać, Ŝe zakuci 

w  cięŜkie  zbroje  rycerze  usiłują  powstrzymać  przepłoszone  konie,  ściągają  lejce  na  siebie, 
odchylają  się  do  tyłu...  A  one  pędzą  coraz  bliŜej  ziemi  i  coraz  wolniej,  aŜ  schowane  po  grzbiety 
zatrzymują  się  i  wolno,  potrząsając  rozpaczliwie  głowami,  zsuwają  się  w  dół  znikając  wraz  z 

background image

 

109 

bezradnie rozglądającymi się jeźdźcami... 

Lopek przerwał, bo zauwaŜył, Ŝe Edek chce coś powiedzieć. 
-  Dziwne...  -  rozkładając  ręce  odezwał  się  nasz  archeolog.  -  Pochodzę  z  tych  stron,  ale  o 

czymś takim słyszę po raz pierwszy. 

- Niektórzy twierdzili, Ŝe na własne oczy widzieli tych znikających tam rycerzy na koniach - 

wtrącił Lopek. 

-  Pewnie  mocno  uwierzyli  w  miejscową  tradycję...  W  podobnych  warunkach  ludzka 

wyobraźnia  płata  róŜne  figle  -  zauwaŜył  Paweł.  -  Prawda,  na  której  oparto  ten  mit,  mogła  być 
zupełnie prozaiczna i bardzo dramatyczna - spojrzał rozpromieniony na panią Kasię. - Wiadomo, Ŝe 
w  XIII  wieku  toczyły  się  tu  bezwzględne  walki,  spowodowane  najazdem  krzyŜackim  na  ziemie 
Prusów.  Ci  ostatni,  słabiej  uzbrojeni,  nie  mieli  większej  szansy  na  zwycięstwo  w  bezpośrednim 
starciu  z  opancerzoną  rozpędzoną  konnicą.  Znaleźli  jednak  skuteczny  sposób  na  stada  tych 
jednoosobowych, uzbrojonych po zęby, konnych pojazdów pancernych. Płoszyli konie w kierunku 
licznych  tu  i  rozległych  bagien...  Spłoszone  pędziły  na  oślep  przed  siebie  i  grzęzły  po  brzuchy. 
Reszty dokonywały warunki naturalne tych ziem... Nie wiadomo, ilu cięŜkozbrojnych rycerzy, wraz 
z opancerzonymi końmi, wchłonęły wówczas pruskie bagna. Pamięć o zakutych w zbroje, tonących 
jeźdźcach  mogła  przetrwać  przez  wieki  w  miejscowej  tradycji,  przekazywanej  z  pokolenia  na 
pokolenie...  Z  czasem  ktoś  dodał,  Ŝe  widział  pędzącą  na  bagna  konnicę,  ktoś  inny  dorzucił  parę 
równie  zmyślonych  szczegółów,  potwierdzonych  zaraz  ochoczo  przez  innych  świadków  podobnej 
wizji... Tak rodzą się mity... 

- Czy mogę mówić dalej? - patrząc z ukosa w stronę Pawła, spytał półgłosem Lopek. 
- Jasne! - przytaknąłem. 
-  To  posłuchajcie...  Tutejsi  powiedzieli  bratu  bardzo  dokładnie,  gdzie  jest  to  miejsce  i 

zapewnili, Ŝe jeŜeli znajdzie się tam tuŜ przed burzą zobaczy wszystko na własne oczy. Brat śmiał 
się...  Ale  obiecał,  Ŝe  pójdzie...  Pewnego  dnia  szło  na  burzę,  no  to  poszedł...  I  tak  zamierzał 
fotografować bagna. Liczył teŜ na to, Ŝe sfotografuje przy okazji jakąś ciekawą zwierzynę, od której 
tu się aŜ roi... - Lopek nagle przerwał, podrapał się po karku i pokręcił głową jakby sprawdzał, czy 
ta jest na swoim miejscu. - Nie wiem, czy i co mogę w dalszym ciągu powiedzieć, bo obawiam się, 

Ŝ

e, cokolwiek powiem, ośmieszę brata... 

- Mów, jak leci - podpowiedział Edek i uśmiechnął się ciepło. - Nikogo nie ośmieszysz, bo to, 

co opowiadasz, jest interesujące. 

Wszyscy pozostali przytaknęli zachęcająco głowami. 
- No... Nie jestem pewien. - Lopek poprawił się w krześle. 
 
Gdy w sali restauracyjnej Lopek rozwaŜał, czy i co moŜe powiedzieć, Bolek dotarł do studni 

przed zajazdem, gdzie czekał na niego Wiewiórka. 

-  Jest  kilka  moŜliwości  -  odezwał  się  harcerz  na  widok  druha  komendanta.  -  Wilhelm  Tell i 

Sokole  Oko  mogli  się  gdzieś  przypadkowo  wpakować.  Jest  to  prawdopodobne,  bo  są  ciekawscy  i 
mieli sporo czasu na głupoty... 

- JuŜ ja im dam głupoty - Ŝachnął się Bolek. 
- Druhu komendancie... - zjeŜył się Wiewiórka. - Ktoś im ten czas na głupoty podarował... 
Bolek spojrzał groźnie spode łba na harcerza i pogroził palcem: 
- JeŜeli masz mnie na myśli - zastanowił się i przestał grozić - to przyznaję ci rację. 
Wiewiórka odetchnął z ulgą: 

background image

 

110 

- Dobrze, Ŝe jest ciemno. 
-  Dlaczego?  -  zdziwił  się  Bolek,  gdyŜ  akurat  ciemności  nie  sprzyjały  odszukaniu  Wilhelma 

Tella i Sokolego Oka. 

-  Bo  dzięki  ciemnościom  nie  widzę,  jak  druh  komendant  pluje  sobie  w  brodę  -  zaŜartował 

optymistycznie Wiewiórka. 

- No tak! - śmiejąc się przytaknął Bolek. - Teraz powinienem pluć sobie w brodę, Ŝe ich nie 

dopilnowałem... Gdy byłem w waszym wieku i  miałem czas, zawsze się w coś pakowałem. Przez 
ciekawość... 

- Wilhelm Tell i Sokole Oko nie musieli się w nic wpakować - Wiewiórka poświecił latarką 

po  koronach  drzew.  -  Mogli  przecieŜ  ten  darowany  czas  wykorzystać  na  zrobienie  kawału,  na 
przykład na schowanie się przede mną i  druhem  komendantem w krzakach lub na drzewach. Stać 
ich na to. Ale... - harcerz zawiesił głos - moŜliwe teŜ jest, chociaŜ wątpliwe, Ŝe ktoś ich po prostu 
porwał... W to ostatnie jednak nie wierzę, bo niby kto i po co miałby ich porywać? 

-  A  harcerki  druhny  Teni?  -  zauwaŜył  Bolek.  -  Pamiętasz,  co  zrobiły  w  Marózku?  Porwały 

was, skrępowały... 

- Tam miały do nas blisko. A tu? - Wiewiórka zastanowił się. - Tu mogły dojechać rowerami. 
- Mogły... - przytaknął Bolek i wycisnął numer komórki Teni. 
 
Druhna Tenia sprawdzała właśnie warty, gdy rozdzwonił się jej telefon. 
-  Smutno  ci  bez  obozu?  -  spytała  głosem  wypełnionym  Ŝartobliwym  współczuciem,  bo 

rozpoznała Bolka po wyświetlonym numerze. 

-  Oj,  tak...  -  z  Ŝartobliwą  Ŝałością  odezwał  się  druh  komendant.  -  Latem  prawdziwego 

harcerza ciągnie do namiotu jak wilka do Czerwonego Kapturka. Co u was? 

- Przyjedź i zobacz - zaśmiała się Tenia. - A co wy tam knujecie? 
- Przyjedź i zobacz - zaśmiał się Bolek. 
-  A  jeŜeli  juŜ  przyjechałam  i  zobaczyłam?  -  odezwała  się  zagadkowo  Tenia  i  wyłączyła 

telefon. 

-  Jasny  gwint!  -  zmartwił  się  Bolek.  -  One  tu  pewnie  są...  A  moŜe  ich  nie  ma?  Dopóki  nie 

odnajdziemy  druhów  i  nie  poznamy  prawdy,  dopóty  kaŜda  moŜliwość  jest  dopuszczalna  -  dodał 
biorąc włączoną latarkę z ręki Wiewiórki. - Musimy sprawdzić dokładnie wasz namiot i najbliŜszy 
teren... 

- Sami? - zdziwił się Wiewiórka. 
- A z kim? 
- Myślałem, Ŝe wezwiemy na pomoc druha Tomasza. 
-  Tylko  nie  to  i  nie  teraz!  -  zastrzegł  druh  komendant.  -  Ten  problem  musimy  rozwiązać 

sami... 

- Jasne! JeŜeli zaczniemy liczyć na innych, przestaniemy liczyć na siebie. 
Nagle rozdzwoniła się komórka Bolka. 
- Co się dzieje? - spytał na widok wyświetlonego numeru Teni. 
-  A  nic!  Widzimy  was  -  zaśmiała  się  Tenia  i  wyłączyła  telefon.  Na  wszelki  wypadek  Bolek 

rozejrzał się uwaŜnie dokoła, świecąc latarką gdzie popadnie. 

 
Pod naszym wpływem Lopek nabrał wreszcie pewności: 
-  Mój  brat,  zaraz  po  powrocie  z  Mazur,  powiedział,  Ŝe  nie  jest  pewien  tego,  co  zobaczył  na 

background image

 

111 

bagnach w miejscu, które wskazali okoliczni mieszkańcy... 

- A co zobaczył? - zaciekawił się Edek. 
Zachowując kamienny wyraz twarzy, Lopek spojrzał zmęczonymi oczami na Edka: 
- Zrobił całą serię zdjęć pędzącym w stronę bagien siedmiu znikającym koniom z rycerzami 

w  siodłach...  Właśnie  je  oglądacie.  Na  tych  fotografiach,  niestety,  nie  ma  nikogo  i  niczego  poza 
krajobrazem...  Brat  fotografował  w  biegu,  potykając  się  i  przewracając.  Biegł  za  jeźdźcami...  W 
miejscu, w którym konnica jakby się zapadła, zawadził butem o rycerski hełm. Wtedy zaczęło wiać 
i rozszalała się straszliwa burza... 

 
Opędzając się przed natrętnymi komarami, Bolek pochylił się i zajrzał do namiotu harcerzy. 

Był pusty. 

- Druhu komendancie... - pociągając Bolka za rękaw szepnął cichutko Wiewiórka. 
- Co jest? - odszepnął Bolek. 
- Nie wiem, co jest, bo jest ciemno - wyszeptał harcerz - ale słyszę jakieś odgłosy, które nie są 

naturalnymi odgłosami nocnego Ŝycia lasu. 

Obaj stanęli w bezruchu i wstrzymali oddechy. 
Las grał odwieczną nocną symfonię, improwizowaną przez wiatr, świerszcze, komary i ptaki 

oraz  resztę  flory  i  fauny.  Na  niebie  królowała  bezszelestnie  grupa  baletowa  nietoperzy.  Obok  niej 
majestatycznie przeleciała sowa wykonując partię solową w choreografii własnej. 

Nagle  w  ciemnościach,  gdzieś  za  namiotem,  rozległo  się  soczyste  zawołanie  zachwyconego 

czymś Wilhelma Tella: 

- Jasny gwint! 
 
Lopek umilkł i rozejrzał się po słuchaczach, dając w ten sposób do zrozumienia Ŝe oczekuje 

na pytania. Ale pytań nie było. 

- Jutro musimy tam zajrzeć - patrząc na mnie zdecydował Edek. 
Przytaknąłem głową: 
- Pójdziesz tam z Lopkiem i Pawłem. 
- I ze mną - dorzucił siebie Teo. 
- Ja teŜ chętnie bym poszła - zgłosiła się pani Kasia. - Będę miała dobry temat na reportaŜ. 
- A pan, szefie? - spytał Paweł? 
- Korci mnie, Ŝeby pójść z wami, ale zostanę - odpowiedziałem. - Dacie sobie doskonale radę 

beze mnie. 

- Zmęczonko? - prowokacyjnie odezwał się Edek. 
-  Nie  zgadłeś  -  zaprzeczyłem.  -  Nie  pójdę  z  wami,  bo  zamierzam  jutro  wyjaśnić  do  końca 

zagadkę  narysowanego  kreta  i  starego  klucza  zarazem.  W  dzień  przeoczyliśmy  pewien  istotny 
drobiazg...  Jest  nim  ustawienie  kreta,  narysowanego  na  planie.  MoŜe  ono,  a  właściwie  ustawienie 
wąsatego  pyszczka  tego  zwierzaka,  okazać  się  wskazówką  pomocną  w  wyjaśnieniu  tajemnicy 
starego klucza. 

- O co ci chodzi z tym pyszczkiem? - spytał Teo. 
- Ten narysowany kret wskazuje pyszczkiem, Ŝe trzeba w ziemi za zajazdem, w jakimś celu, 

kopać  ze  wschodu  na  zachód  -  wyjaśnił  Lopek.  -  Tymczasem  harcerze  odkryli  ukryte  drzwi  do 
piwnicy,  kopiąc  w  ziemi  z  zachodu  na  wschód.  Oznacza  to,  Ŝe  odkopali  nie  to,  co  kiedyś  ukrył  i 
zamknął na klucz Adam... 

background image

 

112 

-  I  właśnie  dlatego  nie  zamierzam  się  stąd  nigdzie  ruszać  -  przerwałem  Lopkowi.  -  Muszę 

znaleźć miejsce, w którym trzeba kopać. 

Odezwała się moja komórka. 
W słuchawce usłyszałem zasapanego Bolka: 
- Tomaszu, zostaw wszystko i przyjdź tu... 
- Znaleźli się? 
- Kto? 
- Harcerze! 
- Przyjdziesz, to zobaczysz... Czuwaj! - Bolek wyłączył telefon. 
- Ale dokąd mam przyjść? - rzuciłem spóźnione pytanie. 
 
Wyszedłem  pospiesznie  z  sali  restauracyjnej.  W  holu  minąłem  Tadeusza,  który  stał  przy 

ś

cianie pod schodami i nasłuchiwał. 

- Wchodzisz w ścianę? - zaŜartowałem pędząc w stronę bocznego wyjścia. 
Zaskoczony Tadeusz spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem: 
- Kiedyś spróbowałem -  uśmiechnął się do wspomnienia. - Skończyło się ogromnym  guzem 

na czole i zawrotami głowy... 

-  To  teraz  spróbuj  wejść  tyłem!  -  zawołałem  wchodząc  w  drzwi.  -  Na  siedzeniu  guzy  nie 

wyskakują... 

- O! Znowu! - podnosząc wyprostowany palec wskazujący nad głowę krzyknął Tadeusz. 
Zatrzymałem się: 
- Co? Zalęgły ci się myszy w ścianie? 
-  Myszy  nie  pukają.  Myślę,  Ŝe  ktoś  nadaje  coś  alfabetem  Morse'a...  Stale  to  samo...  Ale  nie 

rozumiem. 

Podszedłem szybko i usłyszałem to, co słyszał Tadeusz. 
-  Ktoś  wystukuje  S.O.S.  -  spojrzałem  na  ścianę.  -  Nadaje  sygnał  oznaczający  w  alfabecie 

Morse'a wezwanie pomocy... Co jest za tą ścianą? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  Tadeusz  wzruszył  ramionami.  -  To  pozostałość  po  starej  karczmie. 

Pamiętam, Ŝe była tu solidna, masywna ściana z cegieł... Rozwalamy? 

- Co? 
- Ścianę. 
- A po diabła? - zdziwiłem się. 
- śeby uwolnić tego kogoś... 
-  Szkoda  ściany  -  uśmiechnąłem  się  do  Tadeusza.  -  Wszedł,  to  i  wyjdzie...  Poza  tym  nie 

wiemy, czy jest właśnie za nią... - rozejrzałem się po holu za czymś, czym mógłbym wystukać kilka 
wyrazów do nieznanego uwięzionego. 

- Czego szukasz? - spytał Tadeusz. 
W kieszeni kurtki namacałem kamień, który parę dni temu znalazłem w rozłupanej piorunem 

wierzbie. 

- JuŜ niczego - wydobyłem kamienne znalezisko i wystukałem: 
kreska-kropka-kreska, kreska, kreska-kreska-kreska. W alfabecie Morse'a oznacza to: „kto”. 
Po  chwili  usłyszeliśmy  odpowiedź:  kreska-kreska-kreską  kreska-kropka-kreska,  kreska-

kreska-kreska. 

-  Oko!  -  odczytałem  głośno.  -  To  Sokole  Oko!  -  wykrzyknąłem  i  natychmiast  wystukałem 

background image

 

113 

wyraz: „co”: kreska-kropka-kreska-kropką kreska-kreska-kreska. 

Zapadła  cisza.  Sokole  Oko  musiał  teraz  znaleźć  najkrótszą,  zawierającą  odpowiednią  ilość 

informacji,  zrozumiałą  odpowiedź.  Po  chwili  odstukał:  kreska-kropka-kreska,  kropka-kropka-
kreska, kropka-kropka-kreska-kropka, kropka, kropka-kreska-kropka. 

- Kufer! - odczytałem. - Jaki kufer? - zwróciłem się do Tadeusza. - Masz tu jakiś kufer? 
- Nie mam Ŝadnego kufra... 
Znów  usłyszeliśmy  stukanie:  kreska-kropka-kropką  kropka-kropka-kreska,  kropka-kropka-

kropka, kreska-kreska-kropka-kropka, kreska-kropka, kreska-kreska-kreska. 

- Duszno! Sokole Oko nadaje, Ŝe tam, gdzie jest, brakuje powietrza... 
- W kufrze? - zastanowił się Tadeusz. -  Zaraz! PrzecieŜ kufer jest w tej odkrytej piwniczce! 

Oj! Co ja mówię? Gdzie piwniczka, a gdzie ta ściana? Jak on się za nią znalazł? 

Wystukałem wyraz: „piwnica”. Sokole Oko od stu kał natychmiast: „tak”. 
Stuknąłem w ścianę, Ŝe juŜ tam idę. 
Zostawiwszy Tadeusza pobiegłem za zajazd do piwniczki. 
 
Dopiero  w  tak  dramatycznych  okolicznościach  dowiedziałem  się,  Ŝe  niezastąpiony  Bolek 

nauczył  harcerzy  popularnego  kiedyś  wśród  druhów,  niezawodnego  alfabetu  Morse'a.  Tu 
przypomnę, Ŝe Samuel Finley Breese Morse Ŝył w latach 1791-1872. Był amerykańskim malarzem 
i  wynalazcą.  W  1837  roku  wynalazł  telegraf  elektromagnetyczny,  którym  nie  moŜna  było  się 
dogadać. Z tego powodu w 1840 roku wymyślił specjalny alfabet telegraficzny. Jego litery składają 
się  z  odpowiednio  zestawionych  lub  pojedynczych  kropek  i  kresek.  Od  tamtej  pory  telegraf 
elektromagnetyczny przekazał niezliczone ilości informacji i uratował wiele istnień ludzkich. 

Tym razem uratował Sokole Oko. 
 
-  Co  tak  długo?  -  warknął  Ŝartobliwie  Bolek,  czekający  niecierpliwie  przed  wejściem  do 

piwniczki. 

- Gadałem z Sokolim Okiem... 
- Znalazł się? - ucieszył się Wilhelm Tell. 
- Niezupełnie - odsunąłem druha komendanta na bok, bo tarasował sobą dostęp do wejścia. - 

Przepraszam... 

- To nie tu! - krzyknął Bolek. - Zobacz lepiej, co jest po drugiej stronie... 
- Później! Teraz waŜniejsze jest dotarcie do Sokolego Oka. 
Weszliśmy do piwnicy. 
Kufer  stał  na  swoim  miejscu.  Uniosłem  jego  wieko.  Był  pusty.  Spojrzałem  na  druha 

komendanta: - Sokole Oko mówił coś o kufrze... 

-  Nie  rozumiem!  -  obruszył  się  Bolek.  -  Szukasz  tu  Sokolego  Oka  i  mówisz,  Ŝe  z  nim 

gadałeś... To gadałeś z nim czy nie? 

-  Gadałem  -  przytaknąłem,  usiłując  ruszyć  kufer  z  miejsca.  -  Stukaliśmy  do  siebie,  przez 

ś

cianę zajazdu, alfabetem Morse'a... 

- Chwileczkę... - druh komendant spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Gadałeś z nim przez 

ś

cianę zajazdu? 

-  TeŜ  byłem  zdziwiony  -  wystękałem  mocując  się  z  kufrem  -  bo  gdzie  zajazd,  a  gdzie  ta 

piwnica... 

Kufer ani drgnął. 

background image

 

114 

-  Myślę,  Ŝe  nasz  harcerz  siedzi  gdzieś  pod  zajazdem  -  Bolek  pociągnął  się  za  brodę.  -  Ale 

skąd się tam wziął? 

- Stąd! - Wilhelm Tell rozejrzał się po ścianach. - Pewnie w coś wlazł z ciekawości... Nie! Nie 

jestem  pewien,  bo  nie  widziałem.  Zostałem  po  tamtej  stronie,  a  Sokole  Oko  poszedł  do  piwnicy, 
zmierzyć  krokami  jej  długość,  Ŝeby  porównać  ją  z  odległością  od  tych  drzwi  do  drugich,  które 
odkryliśmy z tyłu. Chcieliśmy sprawdzić, czy mają coś wspólnego z tą piwnicą... On twierdził, Ŝe 
mają, bo przypomniał sobie, Ŝe druh Tomasz mówił o jakiejś dwupoziomowej piwnicy. Te drugie 
drzwi mogą być bezpośrednim wejściem do drugiego poziomu... 

- Jakie „drugie drzwi”? - spojrzałem na Wilhelma Tella. 
- Te z drugiej strony - wtrącił się Bolek. - Za piwnicą... Właśnie chciałem ci je pokazać. 
-  Aha!  -  machnąłem  niecierpliwie  dłonią.  -  Są  z  pewnością  solidnie  zamknięte  i  na 

zardzewiałych  zawiasach,  więc  nie  uciekną  -  z  trudem  powstrzymałem  się  od  zaspokojenia 
ciekawości, bo pewnie tych drzwi poszukiwałem. - Przede wszystkim musimy dotrzeć do Sokolego 
Oka. Drzwiami zajmiemy się później. 

Podjęta  przez  nas  próba  przesunięcia  kufra  spełzła  na  niczym.  Stał  jak  wryty  lub 

przyśrubowany,  chociaŜ  do  jego  boków  były  przymocowane  solidne  uchwyty,  sugerujące,  Ŝe 
moŜna go przenosić z miejsca na miejsce. 

Złapałem  oburącz  jeden  z  uchwytów  i  z  całej  siły  pociągnąłem  do  góry.  Kufer  był  nie  do 

ruszenia. 

Przyświecając latarką zajrzałem do środka. 
Nie zauwaŜyłem niczego szczególnego. Dno było puste i zakurzone. Boki równieŜ. 
Opuściłem wieko kufra. 
- Zaraz! - wykrzyknął Wilhelm Tell. - Gdy wszedłem tu, szukając Sokolego Oką zobaczyłem 

zamknięty kufer... Teraz teŜ był zamknięty! 

- I co z tego? - machnął ręką Bolek. 
- A to, Ŝe zaraz po odkryciu tej piwnicy kufer miał podniesione wieko i nikt go nie opuścił... 

Pamiętam dokładnie. 

Zapadła cisza. Gdzieś między nami krąŜyło pytanie, którego nikt nie chciał zadać pozostałym: 

„Kto zamknął kufer?”. 

- Ja go nie zamknąłem - pokręcił głową Wilhelm Tell. 
JeŜeli nie Wilhelm Tell, to moŜe Wiewiórka? - pomyślałem. 
Rozejrzałem się, daremnie poszukując harcerza. 
- A gdzie się zapodział Wiewiórka? - spytałem zaniepokojony. Bolek wytrzeszczył oczy: 
-  Był  cały  czas  ze  mną  -  rozejrzał  się  i  zakrył  dłonią  usta  ze  zdziwienia,  albo  Ŝeby  nie 

powiedzieć  niechcący  czegoś  brzydkiego.  -  Zaraz...  Zanim  tu  przyszedłeś  -  spojrzał  na  mnie  - 
Wiewiórka  wszedł  na  chwilę  do  piwnicy...  I  nie  pamiętam,  czy  z  niej  wyszedł,  czy  nie...  -  Bolek 
wyjął komórkę i wycisnął numer. - Zaraz się dowiemy, co się stało. 

Pod  naszymi  nogami  odezwał  się  dzwonek  telefonu.  Koło  kufra  na  posadzce  zaświecił 

niewielki, zielony ekranik. To była komórka Wiewiórki. 

- Gdyby wyszedł, to by tu był razem z telefonem - trafnie zauwaŜył Wilhelm Tell. 
- Nie wyszedł - spojrzałem na zaniepokojonego Bolka. 
Nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe ta piwnica połyka samotnych harcerzy - ponuro odezwał się 

druh komendant. 

- Połyka? - rozglądając się niepewnie po ścianach zaśmiał się Wilhelm Tell. - Byłem tu sam i 

background image

 

115 

nie zostałem połknięty. 

- Kufer... - klepnąłem się dłonią w czoło. - Sokole Oko wystukał wyraz „kufer”... 
- Myślisz, Ŝe to on? - Bolek z niedowierzaniem pokręcił głową. 
- Tylko przypuszczam... 
Nagle usłyszeliśmy cichy zgrzyt. Dobiegał jakby z kufra. Wilhelm Tell przezornie odskoczył 

pod  ścianę  Bolek  i  ja  spojrzeliśmy  zaskoczeni  na  siebie.  Błyskawicznie  zajrzeliśmy  do  środka. 
Kufer był pusty. 

Po chwili dołączył do nas Wilhelm Tell. Pochylił się. 
-  Druhu  Tomaszu!  -  pociągnął  mnie  za  rękaw.  -  Widzę  coś  drobnego  na  dnie...  Przypomina 

niewielką grudkę ziemi. 

- Nie widzę - przyznałem się do osłabionego wzroku. 
- Przetrzyj szkła - Ŝyczliwie doradził Bolek. 
Zdjąłem okulary. 
- Są rzeczywiście, wysmarowane - wyjąłem chusteczkę z kieszeni. Tymczasem Wilhelm Tell, 

zawadzając  łokciem  o  wieko,  wskoczył  do  kufra,  aby  sprawdzić,  czy  to,  co  zobaczył,  jest 
rzeczywiście grudką ziemi. Pochylił się nad dnem. 

Raptem  zazgrzytało  i  potrącone  przez  harcerza  wieko  kufra  opadło  ze  szczękiem. 

Usłyszeliśmy  jeszcze  stłumiony  okrzyk,  wydany  przez  przeraŜonego  Wilhelma  Tella.  Po  chwili 
słyszeliśmy juŜ tylko upiorną ciszę. 

Rzuciłem się w stronę kufra. 
- A jednak to on... - wysapałem, mocując się z wiekiem. 
- Poczekaj! Spróbuję podwaŜyć. 
Bolek  wyciągnął  z  pochwy  finkę.  Wprawnym  ruchem  dłoni  wbił  jej  ostrze  w  szparę 

pomiędzy  wiekiem  i  skrzynią  kufra.  Zaparł  się  mocno  nogami,  wyprostował  ręce  w  łokciach  i  z 
całej siły nacisnął rękojeść. Wieko nawet nie drgnęło. 

- Czekamy - mruknąłem, wycierając pot cieknący obficie z czoła i po karku. - Za chwilę da 

się pewnie otworzyć. 

- A jeŜeli nie? - wy stękał Bolek gramoląc się na wieko kufra. 
-  Dał  się  otworzyć  po  Sokolim  Oku  i  po  Wiewiórce,  da  się  otworzyć  po  Wilhelmie  Tellu-

próbowałem uspokoić druha komendanta. - Gdzie leziesz? 

-  Rozwalić  ten  mebelek  -  wycedził  przez  zęby  Bolek,  stanął  wyprostowany  na  kufrze  i 

podskoczył,  waląc  boleśnie  głową  w  sufit.  Natychmiast  przykucnął.  Dalej,  rozcierając  potęŜnego 
guza, podskakiwał ostroŜnie w półprzysiadzie. 

- Zejdź, bo uszkodzisz wieko... 
Bolek przestał skakać, spojrzał na mnie i sapiąc zsunął się z kufra. 
- Poniosło mnie... - mruknął. 
Bez trudu podniosłem wieko. Skrzynia kufra była pusta. 
- Wilhelma Tella teŜ połknął - poruszony Bolek wbił we mnie wytrzeszczone oczy. - Ale mną 

się udławi! - wykrzyknął i wskoczył do kufra. - Zamykaj! 

Zamknąłem. 
Cichemu  zgrzytnięciu  towarzyszył  stłumiony  ryk,  wydobywający  się  z  piersi  druha 

komendanta. Ryk ten oznaczał, Ŝe Bolkiem kufer się nie udławił. 

Zostałem w piwnicy sam na sam z pająkami. Wycisnąłem numer komórki Bolka. 
- Skakać za tobą do kufra? 

background image

 

116 

Nie  Ŝartuj!  Zostań  na  zewnątrz  i  ściągnij  posiłki!  -  odkrzyknął  Bolek.  -  Jesteśmy  w 

komplecie,  cali  i  zdrowi...  Otwórzcie  szybko  te  drugie  drzwi,  bo  przydałoby  się  trochę  tu 
przewietrzyć... Kończę! 

Co się stało? - spytałem, ale Bolek wyłączył komórkę. Wycisnąłem numer Pawła i, zanim się 

odezwał, wykrzyknąłem: 

- Harcerze i Bolek są uwięzieni w piwnicy pod piwnicą! 
- Gdzie?! 
- Nie przerywaj! Chłopcy odkryli drugie drzwi! 
- Gdzie?! 
- Przestań gadać! Słuchaj! 
- Tak jest! 
- Weź Edka! Musimy je szybko otworzyć, bo harcerze i Bolek się poduszą... 
Byłem  juŜ  przy  schodkach  prowadzących  do  góry  na  zewnątrz.  Podniosłem  nawet  nogę,  by 

postawić ją na pierwszym stopniu. AŜ tu nagle usłyszałem dziwny chrobot. Zamarłem w bezruchu, 
nasłuchując. Gdzieś w kącie po prawej stronie, tam gdzie w pierwszym pomieszczeniu stały duŜe, 
puste beczki, coś wyraźnie chrobotało. 

Poświeciłem  latarką  w  stronę  beczek.  Chrobotanie  ucichło.  „Pewnie  szczury,  bo  myszy 

skrobią ciszej” - pomyślałem. „Zlękły się światła i czmychnęły.” 

Chciałem  juŜ  postawić  stopę  na  pierwszym  stopniu  schodków,  gdy  raptem  usłyszałem 

sapnięcie. Dochodziło jakby z jakiejś otchłani, od strony beczek. Poświeciłem. 

Wtem  z  jednej  z  nich  wychyliła  się  dłoń,  później  druga.  Obie  zacisnęły  się  na  krawędzi 

beczki.  Usłyszałem  sapnięcie  i  stęknięcie,  będące  wyraźnym  odgłosem  wielkiego  wysiłku 
fizycznego.  Po  chwili  ujrzałem  umorusaną  obwieszoną  pajęczynami  twarz  uradowanego 
Wiewiórki. 

- Czuwaj, druhu Tomaszu! - wykrzyknął na mój widok i wprawnie przerzucił nogę z beczki 

na zewnątrz. - Jeszcze raz przekonaliśmy się, Ŝe tam, gdzie jest sekretne  wejście, jest teŜ sekretne 
wyjście - przerzucił drugą nogę i tułów. - A dlaczego druh stoi na jednej nodze? 

Zaskoczony spojrzałem w dół: 
- A... Tak sobie podniosłem jedną i trzymam - uśmiechnąłem się cofając nogę znad schodów i 

stawiając ją na posadzce. 

W  tym  momencie  do  piwnicy  zbiegł  po  schodkach  Edek.  TuŜ  za  nim  stoczył  się  na  mnie 

Paweł, który w wejściu zawadził o coś butem i stracił równowagę. Na szczęście stałem juŜ na obu 
nogach. 

-  O!  -  zachwycił  się  Paweł  na  widok  wyłaŜącego  z  beczki,  okrytego  pajęczyną  pobladłego 

Sokolego Oka. - Ale dostałeś kopa od przygody... 

Po Wilhelmie Tellu wynurzył się z beczki Bolek. Miał i obłęd, i zachwyt w oczach: 
- Niesamowite... - wysapał do siebie opuszczając nogi na posadzkę. 
- Co „niesamowite”? - spytałem. 
-  Właź  do  kufra  i  zobacz  to  sam  -  odpowiedział  druh  komendant  przypominający  okazałą 

zdobycz pająka, omotaną grubą warstwą jego sieci. 

- A przez beczkę nie da rady? - zdziwiłem się. 
Bolek zajrzał do beczki. 
- JuŜ się zaryglowała - mruknął. - Jej dno daje się odryglować tylko z tamtej strony. 
Wskoczyłem do kufra. 

background image

 

117 

Ktoś  zamknął  wieko.  Zgrzytnęło.  Dno  kufra  wolno  uchyliło  się.  Poczułem  duszący  smród. 

Zatykając nos zsunąłem się do podziemia. Wcześniej znalazła się tam latarka, którą nieszczęśliwie 
upuściłem, zanim zdąŜyłem ją włączyć. Uwolnione od mojego cięŜaru dno uniosło się i zatrzasnęło 
z cichym trzaskiem. 

-  Dajcie latarkę! - ryknąłem w absolutnych ciemnościach. 
W  tym  momencie  usłyszałem  łoskot,  zgrzyt  i  odgłos  towarzyszący  zsuwaniu  się  kogoś  po 

dnie kufra do podziemia. 

- Kto zjechał? 
- Ja! - odpowiedział Edek. - Ale smród! - wykrztusił. - A co tu tak ciemno? 
- Nie ma okien - zaśmiałem się. - Szukam właśnie kontaktu, Ŝeby włączyć światło... 
- To moŜe latarkę? - sapnął cięŜko. - Będzie prędzej - zaŜartował. 
- To włącz! - odpowiedziałem z nadzieją Ŝe za chwilę będzie jasno. 
- Moja została na górze... 
Parsknęliśmy śmiechem. 
- Moja jest gdzieś tu, na dole. Zgubiłem - mówiąc to wycisnąłem numer Bolka. 
- No i jak? - odezwał się druh komendant. 
- Ciemno... Przyślij kogoś z latarką... 
- Za chwilę! - odkrzyknął dusząc się kaszlem. 
Rozległ się znajomy łoskot, zgrzyt i odgłos wywołany zsuwaniem się kogoś do podziemia. 
- Kto? - spytałem. 
- Ja! - odpowiedział Paweł. - Ale smród! - rozkaszlał się. 
- Włącz latarkę... 
- Nie mam - odkaszlnął. 
Odpowiedź Pawła wywołała ogólną wesołość. 
- Jak to? PrzecieŜ przed chwilą powiedziałem Bolkowi, Ŝeby przysłał tu kogoś z latarką... 
-  Kiedy  wskakiwałem  do  kufra,  nie  było  Bolka  w  piwnicy.  Wyszedł  właśnie  z  harcerzami 

złapać trochę świeŜego powietrza. 

- No to pewnie zaraz kogoś tu przyśle - pomyślałem głośno. 
Poradzimy sobie - spokojnie odezwał się Edek. - Poświecimy komórkami i poszukamy twojej 

latarki. 

Po chwili błysnęły trzy zielone ekraniki. 
Latarka leŜała tuŜ przy moich stopach. 

background image

 

118 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

BUDZIK NA CZTERECH ŁAPACH • TAJNA ZBROJOWNIA POD PIWNICĄ • 

SEKRETNY TUNEL BEZ WEJŚCIA DO ZAJAZDU • STARY KLUCZ PASUJĄCY DO 

KŁÓDKI • KTO ODKRYŁ DRUGIE DRZWI? • JAK SOKOLE OKO WPADŁ DO 

ZBROJOWNI? • MUNDUR I BROŃ JOACHIMA • MIT O MOGILE FRANCUZÓW • 

GDZIE PODZIAŁ SIĘ SKARB NAPOLEONA? • ARTUR ODNALAZŁ STARY ZESZYT • 

CZY HIPEK I PUNI POBŁĄDZDLI? • TO NIE TEN KAJET • PUNI PRZEPADŁ BEZ 

WIEŚCI • DOBRA RADA WILHELMA TELLA • KAJET LUCJANA • DOKĄD 

PROWADZĄ KLAMRY W MURZE? • CO ZBUDZIŁO TADEUSZA? • ROZWIĄZANIE 

ZAGADKI WYJŚCIA Z TUNELU 

 
Po  nieprzespanej  nocy  przespałem  połowę  dnia.  Spałbym  dłuŜej,  ale  poczułem  nagle  na 

swoim nosie coś wilgotnego. Otworzyłem podpuchnięte oczy i włoŜyłem okulary. 

To był róŜowy języczek Premiera. Piesek Edyty szczeknął do mnie na dzień dobry, zamerdał 

ogonem i przeskoczył na śpiącego Edka. Nasz archeolog zerwał się na równe nogi. 

- Co jest? - wykrzyknął nieprzytomnie. 
- To tylko Premier... 
-  Tutaj?  -  Edek  oprzytomniał.  -Aha!  -  na  widok  psa  klepnął  się  dłonią  w  czoło.  -  To  ten 

Premier. 

Tymczasem rozhasany piesek postawił na nogi rozczochranego Pawła. 
-  Jestem  przeciw  stosowaniu  psa  do  budzenia!  -  ziewając  przeciągle  wykrzyknął  mój 

podwładny. - Protestuję! Miałem właśnie taki piękny sen... 

-  Przepraszam!  -  wtrącił  się  rozbawiony  sytuacją  Edek.  -  Czy  ktoś  jeszcze,  jak  Paweł,  miał 

sen o pani Kasi? 

-  Ja!  -  śmiejąc  się  wykrzyknął  Bolek,  który  zajrzał  właśnie  do  „Pokoju  Francuzów”.  -  Poza 

tym  Premier  jest  śliczny,  śliczniejszy  od  najpiękniejszego  snu.  Z  wyjątkiem,  oczywiście,  tego  o 
pani Kasi. 

- Czy powiedziałem, Ŝe miałem sen o pani Kasi? - zdziwił się niezbyt przytomny Paweł. 
- Usłyszeliśmy od ciebie, Ŝe miałeś piękny sen - Edek spojrzał w oczy Pawła. - A jak piękny 

sen, to tylko o pani Kasi! Piękniejszego snu nikt z nas nie potrafi sobie wyobrazić... 

Edek przerwał, bo w uchylonych drzwiach pojawiła się rozpromieniona pani Kasia. 
- O wilku mowa... - zaśmiał się na jej widok Bolek. 
- A to tylko Premier - dodałem pospiesznie. 
Zostałem skwitowany pogodnym śmiechem, bo Bolek miał na myśli pojawienie się pani Kasi, 

o której mówił Edek, a ja wyrwałem się z Premierem. 

- Pani Edyta miała rację - uśmiechnęła się pani Kasia i spiekła raka, bo pewnie słyszała Ŝarty 

z Pawła. - Premier to prawdziwy budzik na czterech łapach... Zapraszam na obiad. 

Paweł spojrzał na zegarek. 
- Trzynasta? - zerknął z niedowierzaniem w okno. - Powinniśmy być juŜ nad Biebrzą... 
-  ZdąŜymy  -  wciągając  skarpetki  zaśmiał  się  Edek.  -  Dotrzemy  tam,  tylko  kilka  godzin 

później - wcisnął stopy w sandały i dodał: - Artefakty poczekają na nas. Nie zauwaŜą nawet, Ŝe się 
spóźniliśmy,  bo  czym  jest  te  kilkaset  minut  róŜnicy  w  porównaniu  z  wiekami,  które  one  spędziły 
pod ziemią? 

background image

 

119 

- Myślałem o Teodorze i Lopku - Ŝachnął się Paweł. - Oni z pewnością zauwaŜyli juŜ nasze 

spóźnienie... 

Rozdzwoniła się czyjaś komórka. Moja! Dzwonił Lopek. 
- Tomasz? Przedzwoń do Edka, Ŝe zaspaliśmy i zaraz dojedziemy... 
- Gdzie jesteście? 
- Jeszcze w ŁomŜy, w hotelu. 
- Poczekajcie w ŁomŜy. Edek, Paweł i pani Kasia będą tam za godzinę. 
- To oni nie są w obozie pod Rajgrodem? 
- Duchem są tam! Ale, poniewaŜ teŜ zaspaliśmy, siedzą jeszcze w zajeździe. 
Lopek ziewnął przeciągle. 
- No, to się jeszcze zdrzemnę - powiedział i wyłączył telefon. 
Wszyscy  byliśmy  zmęczeni,  niewyspani  i  półprzytomni,  bo  do  świtu  wyjaśnialiśmy 

pozostawioną  przez  Adama  tajemnicę.  Dopiero  nad  ranem  zrozumieliśmy,  ze  na  razie  potrafimy 
uchylić zaledwie jej rąbka. 

- Pewnie trzeba jeszcze raz zajrzeć do rękopisu Adama - mruknąłem do siebie. 
- Myślałem, Ŝe przeczytałeś - zdziwił się Teo. 
-  Tylko  fragment  -  przyznałem  ze  skruchą  i  wstydem,  bo  popełniłem  błąd  polegający  na 

zlekcewaŜeniu podstawowego źródła pisanego, które miałem pod ręką. - Teraz wiem, Ŝe to za mało, 
by  zrozumieć  sens  naszych  nocnych  odkryć...  Za  karę  nie  pojadę  nad  Biebrzę  -  zaśmiałem  się  -  i 
bardzo Ŝałuję, Ŝe udacie się tam beze mnie. 

 
Jednego byliśmy pewni: przodek Edyty i karczmarz Jan nie próŜnowali. To, czego dokonali i 

co po nich zostało, mogło zadziwić i przyprawić o zawrót głowy nawet nas, Ŝyjących w XXI wieku. 

W  piwnicy  pod  piwnicą  odkryliśmy  prawdziwą  zbrojownię,  połączoną  długim  tunelem  z 

karczmą.  Zaskoczyło  nas,  Ŝe  tunel  ten  nigdy  nie  miał  otworu  wejściowego  do  karczmy.  Zamiast 
tego  miał  z  nią  wspólną  wymurowaną  z  czerwonej  cegły  ścianę.  Widocznie,  gdyby  zaistniała 
potrzeba dotarcia do zbrojowni bez wychodzenia z karczmy, moŜna ją było z łatwością wyburzyć. 
Potrzeby takiej w przeszłości najwyraźniej nie było, gdyŜ ściana trwała w stanie nienaruszonym. 

To  tym  tunelem  Sokole  Oko  dotarł  do  ściany  karczmy,  przez  którą  dogadał  się  ze  mną 

alfabetem  Morse'a.  Zaślepienie  tunelu  murowaną  ścianą  ograniczało  jednak  moŜliwość  jego 
wykorzystywania  i  nie  pasowało  do  pomysłowo  skonstruowanych  wejść  i  wyjść  w  piwniczkach. 
Doświadczenie podpowiadało mi, Ŝe powinno istnieć inne połączenie tunelu z karczmą połączenie 
wielokrotnego  uŜytku,  słuŜące  swobodnemu  poruszaniu  się  między  nią  i  piwniczkami  w  obie 
strony. 

Piwnica górna, być moŜe uŜytkowana kiedyś równieŜ jako pomieszczenie gospodarcze, była 

jednocześnie ukrytym wejściem i wyjściem z piwnicy dolnej, czyli zbrojowni, do której wchodziło 
się teŜ drzwiami ukrytymi teraz pod ziemią. Te  drzwi były zamknięte na solidną kłódkę, którą po 
naoliwieniu, otworzyłem kluczem znalezionym w starej szafie, w domu pana Artura. 

Miałem rację, Ŝe zwróciłem uwagę na krecika, narysowanego kiedyś przez Adama na planie 

posesji  karczmy.  Pyszczkiem  wskazywał  dokładnie  miejsce  i  kierunek,  w  którym  naleŜało  kopać, 
by odnaleźć ukryte drzwi, prowadzące do zbrojowni. Widocznie juŜ wówczas były one ukryte pod 
ziemią. 

Premier,  który  z  powodów  oczywistych  nie  widział  wizerunku  krecika,  wywąchał  i  odkopał 

fragment  muru  za  zajazdem.  Właśnie  w  tym  celu  uciekał  ciągle  Edycie  i  znikał  w  lasku. 

background image

 

120 

Przywoływany wracał niechętnie, umorusany ziemią jak nieboskie stworzenie. 

Do wykopanego przez Premiera dołka  wpadł podczas nocnego patrolu Sokole Oko. Harcerz 

przewrócił  się  i  zobaczył,  tuŜ  przed  swoim  nosem,  wystające  z  ziemi  cegły.  On  i  Wilhelm  Tell, 
zamiast pełnić wartę przy odkrytych wcześniej drzwiach do piwnicy, zajęli się natychmiast nocnym 
kopaniem. Wkrótce dokopali się do drugich, poszukiwanych przeze mnie, drzwi. 

Sokole  Oko  pobiegł  zaraz  sprawdzić,  czy  mają  one  coś  wspólnego  ze  znaną  nam  juŜ 

piwniczką. Ale skusił go stojący w niej stary kufer, jako dobre miejsce do ukrycia się, dla kawału, 
przed  Wilhelmem  Tellem.  Wskoczył  więc  do  środka  i  zamknął  wieko.  W  ten  sposób 
nieoczekiwanie  odkrył  wejście  z  piwniczki  do  zbrojowni,  gdzie  wylądował  zjeŜdŜając  po 
uchylonym dnie kufra. 

ChociaŜ  tchórzem  nie  był,  oblał  go  zimny  pot,  gdy  dno  kufra  uniosło  się  i  zatrzasnęło.  W 

podziemiu panował duszący smród. Zewsząd zwisały obfite pajęczyny. 

Sokole Oko rzucił się w stronę dna kufra. Próbował podwaŜyć je finką. Nawet nie drgnęło, bo 

nie  było  szczeliny,  w  którą  mógłby  wbić  ostrze.  „Skoro  jest  wejście,  które  nie  moŜe  być 
jednocześnie  wyjściem  -  pomyślał  bez  paniki  -  to  musi  być  teŜ  i  wyjście.”  Przyświecając  latarką 
rozejrzał się uwaŜnie po pajęczynach. ZauwaŜył zarysy jakichś skrzyń i beczek. W jednej ze ścian 
zamajaczyły zarośnięte pajęczyną drzwi. Rozgarnął pajęczą tkaninę i zobaczył otwór bez drzwi. 

Przez  ten  otwór  wchodziło  się  na  schodki  skręcające  w  lewo  do  góry.  Przy  pierwszych 

stopniach, w ścianie po prawej stronie, widniał otwór trochę mniejszy. To było wejście do tunelu. 
Harcerz  wyjął  kompas,  sprawdził  kierunki.  Tunel  wiódł  w  stronę  zajazdu.  Schodki  prowadziły 
prosto do odkopanych przed chwilą drzwi. Sokole Oko wbiegł na górę. 

Gdy  łomotanie  w  drzwi  nic  nie  dało,  Sokole  Oko  wszedł  do  tunelu  i  dotarł  do  jego  końca. 

Wyjścia z tunelu nie było. Nie rozglądając się harcerz szybko obliczył, Ŝe stoi przed ścianą zajazdu. 
Wyjął finkę i rękojeścią zaczął wystukiwać alfabetem Morse'a S.O.S. 

W tunelu, jak w piwnicy, panował straszliwy zaduch. Harcerz stukał w ścianę, Ŝe jest duszno. 

Przestraszyłem się, Ŝe zaraz zacznie się dusić i straci przytomność. Na szczęście nic takiego się nie 
stało, chociaŜ pod ziemią spędził sporo czasu. 

CzyŜby do tunelu docierało powietrze? Postanowiłem, Ŝe w dzień muszę znaleźć odpowiedź 

na to pytanie. 

 
Pod dłuŜszymi ścianami wybudowanej z kamienia zbrojowni zobaczyliśmy dziesięć okutych, 

długich skrzyń, wypełnionych karabinami: W jednej znaleźliśmy dwadzieścia karabinów starszych, 
jeszcze  skałkowych,  pochodzących  przypuszczalnie  z  XVIII  wieku.  Pozostałe  skrzynie  zawierały 
po dwadzieścia karabinów nowszych, juŜ kapiszonowych, wykonanych na początku XIX wieku. Po 
wstępnych oględzinach okazało się, Ŝe wszystkie pochodzą z pruskich rusznikarni. 

Pod  krótszą  ścianą,  naprzeciw  wejścia,  leŜały  dwie  armaty  bez  lawet,  czyli  same  lufy. 

Wykonano je na początku XIX wieku. Obok nich czyjeś ręce skonstruowały dwie spore piramidki z 
trzydziestu sześciu metalowych pocisków armatnich. 

W  kącie  zbrojowni  stało  dwadzieścia  baryłek  z  bezwartościowym  juŜ  prochem.  Zza  nich 

wystawała  duŜa  beczka,  wypełniona  ołowianymi  kulami  karabinowymi.  Na  jej  wieku 
zauwaŜyliśmy szablę w pochwie i parę krócic. Pod nimi leŜał, uformowany w kostkę, zakurzony i 
pokryty pajęczyną butwiejący mundur napoleońskiego grenadiera. 

Szablę, pistolety i mundur zostawił pewnie Joachim, który, jako jedyny  z trzech francuskich 

Ŝ

ołnierzy, został dłuŜej w karczmie, bo musiał się wykurować po bitewnych przejściach. 

background image

 

121 

Mit o mogile Francuzów mógł być wymyślony kiedyś po to, by ukryć prawdę i wprowadzić 

w  błąd  intruzów  zainteresowanych  tajemnicą  wydarzeń,  które  miały  miejsce  w  karczmie  i  jej 
najbliŜszym  otoczeniu.  Dzięki  niemu  wiedzieli  oni,  Ŝe  francuscy  Ŝołnierze,  którzy  uciekali  tędy 
zimą z Rosji i zatrzymali się w karczmie, zmarli tu z powodu odniesionych wcześniej ran i zostali 
pochowani w pobliŜu. Ten mit przetrwał do tej pory. 

Z  upływem  czasu,  gdy  juŜ  wiadomo  było,  Ŝe  zdesperowani,  pozostawieni  bez  wodza, 

uciekający  przed  rosyjskim  pościgiem  Ŝołnierze  Napoleona  obrabowali  wozy  z  jego  skarbcem, 
zaczęto  się  domyślać,  Ŝe  wraz  z  Francuzami  mogła  tu  trafić  i  zostać  ukryta  część  cesarskiego 
skarbu. 

Tylko  nieliczni  wtajemniczeni  wiedzieli,  co  rzeczywiście  zaszło  w  karczmie  i  co  schowano 

pod  ziemią.  MoŜna  tym  było  uzbroić  pokaźny  oddział  polskich  powstańców  do  walki  z  armią 
carską. Broń czekała bezpiecznie przez wiele lat, bo w naszej kulturze mogiły były i są nietykalne. 

Wybudowanie  podziemia  z  ukrytymi  przejściami  i  sprowadzenie  uzbrojenia  musiało 

kosztować  majątek.  Być  moŜe  na  taki  właśnie  remont  karczmy  został  spoŜytkowany  skarb 
Napoleona, podarowany karczmarzowi Janowi przez Joachima. Nie wiadomo. 

Dlaczego  jednak  „Pokojem  Francuzów”  nazywany  jest  do  dziś  nie  ten,  w  którym  kiedyś 

zamieszkali Ŝołnierze Napoleona? CzyŜby i w tym kryła się jakaś tajemnica? 

 
- Mamy obowiązek powiadomić policję o znalezieniu przez nas broni - mruknął Edek. - Ale 

nie  widzę  powodu  do  pośpiechu  -  spojrzał  pytająco  na  mnie.  -  WaŜniejsze  jest  sporządzenie 
solidnej dokumentacji znaleziska. 

- Jasne! - przytaknąłem, ziewnąłem i dodałem: - W tej chwili jednak jeszcze waŜniejszy jest 

odpoczynek. JuŜ wzeszło słońce, co oznacza, Ŝe trzeba połoŜyć się spać. 

- Do mycia i snu rozejść się! - śmiejąc się wydał komendę zachrypnięty Bolek. 
Nikt nie zgłosił sprzeciwu. 
 
-  Rozumiem,  Ŝe  do  zbrojowni  powrócimy  po  wyprawie  nad  Biebrzę,  gdzie  oczekuje  nas 

tajemnica znikających rycerzy - upewnił się Edek. 

Drzwi  do  obu  piwnic  przymknęliśmy,  zasypaliśmy  ziemią  i,  na  wszelki  wypadek, 

zamaskowaliśmy.  Przedtem  wyniosłem  ze  zbrojowni  pamiątki  po  Joachimie  i  wręczyłem  je 
Teodorowi. NaleŜały przecieŜ do Edyty. 

Harcerze, Bolek, Edek i Paweł udali, Ŝe tego nie widzą. 
 
Promienie  porannego  słońca  rozbudziły  Hipka,  który  jeszcze  przed  chwilą  coś  bełkotliwie 

wykrzykiwał  i  we  śnie  wierzgał  nogami  pod  kocem.  Fotoreporter  rozejrzał  się  nieprzytomnym 
wzrokiem  po  pokoju  zajazdu,  przekręcił  się  na  drugi  bok,  przeciągnął  leniwie  i  otworzył  usta  do 
ziewnięcia. 

-  Wstawaj,  puni  prawda  tak,  leniu!  -  wykrzyknął  Ŝartobliwie  Puni  znad  stołu,  na  którym  od 

przeszło godziny przeglądał swoje poukładane, reporterskie notatki. - Kury juŜ dawno nie śpią. 

- A co robią o tak nieludzko wczesnej porze? 
- Gdaczą, grzebią, biegają i znoszą jaja - przekładając kartki zaśmiał się Puni. 
- To niemoŜliwe - zaprzeczył Hipek. - One nie znoszą jaj w biegu. 
- Co ci się śniło? - zapytał Puni. 
Wyobraź sobie, Ŝe śniła mi się ta piwniczka za zajazdem, odkryta przez harcerzy. Było w niej 

background image

 

122 

coś  niezrozumiałego,  tajemniczego...  I  to  coś  mnie  podkusiło,  Ŝeby  tam  zajrzeć,  a  moŜe  nawet 
wyjaśnić  powody  jej  niezwykłego  wyposaŜenia.  Wszedłem  do  niej  i  po  chwili  znalazłem  się  w 
zupełnych ciemnościach, z których nie mogłem się wydostać, bo coś mi oplatało nogi... 

- Koc, puni prawda tak... - Puni poprawił się w krześle i spojrzał na Hipka. - Widziałem twoje 

wierzganie nogami zaplątanymi w koc... A jak przy tym wrzeszczałeś... Nie wiem, puni prawda tak, 
co wrzeszczałeś, bo głowę miałeś pod kocem, ale darłeś się wniebogłosy - zaśmiał się reporter. - A 
ta piwniczka teŜ mnie korci. Jest w niej, puni prawda tak, coś magnetycznego. 

 
Tymczasem  do  połoŜonego  niedaleko  zajazdu  domu  pana  Artura  zawitali  Jagna  i  Witek  ze 

Szczuczyna. Poranni goście byli umówieni z gospodarzem na wczoraj, ale się im pomieszało coś z 
datą i przyjechali następnego dnia. 

-  Witajcie!  -  ucieszył  się  Artur.  -  To  nawet  lepiej,  Ŝe  przyjechaliście  o  dzień  wcześniej,  bo 

właśnie coś sobie przypomniałem i odnalazłem - dodał pokazując stary, poŜółkły zeszyt. 

- Byliśmy umówieni na jutro? - mówiąc to Jagna spojrzała porozumiewawczo na Witka, Ŝeby 

nie powiedział przypadkiem, Ŝe przecieŜ umówił i się na dziś. 

Witek  zrozumiał.  Przemilczał  omyłkę  Artura,  maskując  uśmiechem  swoje  zaniepokojenie 

złym stanem pamięci przyjaciela. 

-  A  czy  to  waŜne,  na  kiedy  byliśmy  umówieni?  -  zaśmiał  się  gospodarz.  -  WaŜne,  Ŝe  się 

spotkaliśmy. 

 
W  „Pokoju  Francuzów”  zapadaliśmy  właśnie  w  poranny  sen,  gdy  Hipek  i  Puni  dotarli  tam, 

gdzie wczoraj uczestniczyli w otwieraniu drzwi do tajemniczego podziemia. 

- Jasny, puni prawda tak, gwint! - wykrzyknął pod nosem zdziwiony Puni. - Pobłądziliśmy... 
- Ty pobłądziłeś - zaśmiał się Hipek. - Ja tylko szedłem za tobą ufając bezgranicznie twojej 

pamięci i orientacji w terenie. 

-  Dałbym  sobie  rękę  urŜnąć,  Ŝe  to  tu,  puni  prawda  tak,  było  wejście  do  podziemia-

zaniepokojony reporter rozejrzał się po okolicy. - Miejsce się zgadza... Nie mam wątpliwości. Ale 
gdzie wcięło piwniczkę? Nie ma jej, a jestem gotów przysiąc, Ŝe jeszcze wczoraj tu była. 

Hipek  przyłoŜył  wyprostowany  palec  wskazujący  do  ust,  sygnalizując  Puniemu,  Ŝeby 

zachowywał się cicho, bo dostrzegł ukryty za krzakami jałowca zamknięty namiot harcerzy. 

- Jak myślisz - spojrzał na przyjaciela - dlaczego ten namiot stoi właśnie w tym miejscu? 
- Bo to, puni prawda tak, dobre miejsce na jego postawienie - mówiąc to reporter przypomniał 

sobie  podstawowe  zasady  lokowania  namiotów.  -  Znajduje  się  poza  zasięgiem  duŜych  drzew.  Jak 
się  które  przewróci,  puni  prawda  tak,  to  na  namiot  nie  upadnie  i  krzywdy  jego  mieszkańcom  nie 
zrobi... 

-  Ale  ten  namiot  stał  wczoraj  za  tymi  samymi  jałowcami  w  pobliŜu  wejścia  do  piwniczki, 

którego pilnowali druhowie - Ŝachnął się Hipek. 

- No to, puni prawda tak, nie pobłądziliśmy - ucieszył się Puni. - Harcerze pilnują wejścia... 
-  Tego  nie  wiem  -  zaprzeczył  fotoreporter.  -  Mogli  przecieŜ,  dla  zmylenia  intruzów, 

przestawić namiot w podobne, inne miejsce, daleko od piwniczki... 

 
Kiedy Hipek i Puni próbowali rozwiązać zagadkę piwnicy, która gdzieś się zapodziała wielkie 

rozczarowanie  przeŜyli  Jagną  Witek  i  Artur.  Okazało  się,  Ŝe  odnaleziony  przez  gospodarza  domu 
poŜółkły  zeszyt  nie  był  poszukiwanym  przez  niego  brulionem,  który  odłoŜył  gdzieś  przed  wielu 

background image

 

123 

laty. 

- Pamiętam, Ŝe Lucjan dał mi kiedyś u siebie w karczmie gruby kajet, w którym zapisał swoje 

wspomnienia  -  przypominał  sobie  głośno  Artur.  -  Miałem  je  przeczytać,  poszukać  błędów  i 
zrecenzować,  a  on  później  miał  przepisać  na  czysto,  Ŝeby  na  pamiątkę  po  sobie  zostawić  coś 
mądrego. Zrobiłem to. Było co poprawiać... Lucjan miał do mnie zajrzeć i zabrać swój brudnopis. 
Ale zanim on zajrzał, ja wyjechałem. I zeszyt został w moim domu. 

-  A  moŜe  on  się  pomylił  i  dał  ten  czysty,  który  teraz  odnalazłeś?  -  zauwaŜyła  Jagna,  bo 

właśnie przypomniała sobie, Ŝe Lucjan zawsze miał w swoim pokoiku na piętrze duŜo zeszytów, w 
których coś zapisywał, i ciągle kupował nowe. 

-  Nie  mógł  się  pomylić  -  zaprzeczył  Artur.  -  Przy  nim  przewertowałem  kartki.  Były 

zapisane... A te - gospodarz otworzył zeszyt - zapisane nie są. Nie ma na nich Ŝadnej literki, nawet 
kropki. Poza tym pamiętam, Ŝe długo poprawiałem, bo Lucjan, chociaŜ do pisania się garnął, pisać 
poprawnie nie potrafił... Po ostatnim spotkaniu z Panem Samochodzikiem przypomniałem sobie, Ŝe 
było tam coś waŜnego na temat przeszłości karczmy... 

- Zaglądałeś na szafę? - rozstawiając figury na szachownicy spytał Witek. 
- Na którą? 
- Na tę od Lucjana... 
Witek umilkł nagle i zaczął nasłuchiwać. Jagna i Artur znieruchomieli, Ŝeby nie hałasować. Z 

kąta pokoju przez chwilę dochodził jakiś chrobot. 

- Masz kota? - zaciekawiła się Jagna. 
- Mam... - Artur przytaknął głową wstał, wziął z kąta składaną drabinkę i podszedł do starej 

szafy, przewiezionej kiedyś, po zawaleniu się dachu karczmy, od Lucjana. - Ale, gdy tylko zrobiło 
się ciepło, gdzieś sobie poszedł... Jesienią jak zwykle, wróci na zimę. 

Gospodarz domu rozstawił drabinkę i zaczął na nią ostroŜnie wchodzić. 
-  No  tak!  -  zaśmiał  się  Witek  znad  zastawionej  szachownicy.  -  Koty  chadzają  własnymi 

drogami, a myszy po domu grasują. 

-  A  niech  sobie  koty  chadzają  -  mówiąc  to  Jagna  wstała  od  stołu,  bo  zagwizdał  czajnik,  i 

ruszyła do kuchni zaparzyć kawę. - Potrafią tylko wylegiwać się w cieple, łasić się i mruczeć. Tobie 
przydałaby  się  kotka.  Kotki  są  łowne  -  dodała  lejąc  wrzątek  do  kubków.  -  Nie  spoczną  dopóty, 
dopóki nie połowią myszy grasujących po obejściu. Złowione składają na kupkę, jakby chwaląc się 
zdobyczą... 

Witek spojrzał spod krzaczastych brwi w stronę kuchni. 
- Jagna! - machnął lekcewaŜąco ręką. - Co ty gadasz? PrzecieŜ Artur zawsze miał kotkę. 
- Nie miał kotki, bo miał myszy! - odkrzyknęła wracająca z kuchni Jagna. - A teraz teŜ ma... 

ś

ona Witka urwała w połowie zdania, bo raptem uświadomiła sobie, Ŝe Artur mówił o swoim 

ulubionym  kocie  Marszałku,  który  wyszedł  z  domu  wiele  lat  temu,  przed  jego  wyjazdem  do 
rodziny, i nie powrócił. A moŜe powrócił, ale nikogo nie zastał? „Lepiej zmienić temat - pomyślała 
- bo Arturowi moŜe być przykro”. 

Ale Witek postanowił dociec prawdy. 
- Miałeś kotkę czy kota? - zwrócił się do stojącego na drabinie Artura. 
Gospodarz uśmiechnął się przepraszająco: 
- Wiesz co, Witku, mam teraz większy problem. 
- W naszym wieku nie powinniśmy juŜ mieć większych problemów - zaśmiał się Witek. - Ale 

mów... 

background image

 

124 

- Nie pamiętam, po co wlazłem na tę drabinkę. 
 
Wiewiórka  otworzył  podpuchnięte  oczy.  Coś  go  wyrwało  z  głębokiego  snu.  Przeciągnął  się 

leniwie,  rozejrzał  po  namiocie.  Nic  się  nie  działo.  Przez  płótno  namiotu  przebijało  się  światło 
słonecznego dnia i trajkotanie ptaków. Obok, zagrzebani w śpiwory, spali smacznie Wilhelm Tell i 
Sokole Oko. 

Wiewiórka przekręcił się na prawy bok, poprawił śpiwór i zamknął oczy. Usypiał, gdy nagle 

usłyszał odgłos szybkich kroków. Ktoś zbliŜał się do namiotu. Chłopak ostroŜnie rozchylił wejście. 
Przez  szparę  zobaczył  nadchodzącego  Hipka.  Fotoreporter  był  zdenerwowany,  a  moŜe  nawet 
przestraszony. 

Harcerz wychylił głowę z namiotu: 
- Czuwaj, druhu! - przywitał uprzejmie Hipka i rozejrzał się spod przymruŜonych powiek po 

nasłonecznionej  polance.  -  A  gdzie  wcięło  druha  Puniego?  -  dodał  szybko,  bo  zaskoczyła  go 
nieobecność nieodłącznego przecieŜ reportera. 

W  wejściu  do  namiotu,  obok  rozczochranej  głowy  Wiewiórki,  pojawiły  się  równie 

rozczochrane głowy zaciekawionego Wilhelma Tella i niezbyt przytomnego Sokolego Oka. 

- Wiem, gdzie go wcięło, ale nie mam pojęcia, w jaki sposób i co się z nim naprawdę stało - 

mówiąc  to  Hipek  wskazał  ręką  odkopane  drzwi  do  górnej  piwniczki.  -  Odszukaliśmy  i 
odkopaliśmy... Gdy odkładałem łopatę, Puni wszedł tam na chwilę. Widziałem na własne oczy... - 
fotoreporter  otarł  pot  z  czoła.  -  I  nie  wyszedł.  Zniknął...  Byłem  w  piwniczce.  Widziałem... 
Wołałem... I nic! Wiem, Ŝe znacie juŜ tę piwniczkę i jej tajemnice. MoŜe wiecie, co się tam dzieje? 

- Nic się nie dzieje - ziewając mruknął, jakby od niechcenia, Sokole Oko. 
-  Tam,  po  prostu,  ludzie  przepadają  bez  wieści  -  siląc  się  na  zachowanie  powagi  ponurym 

głosem  odezwał  się  Wilhelm  Tell.  -  Ponoszą  w  ten  sposób  karę  za  nadmierną  ciekawość...  - 
rozejrzał się po kolegach. - Teraz wy coś powiedzcie... 

-  Dlaczego  my?  -  zdziwił  się  na  zawołanie  Wiewiórka.  -  Mów  dalej.  Ciekawie  opowiadasz. 

TeŜ posłuchamy... 

-  Dobrze...  -  wysapał  na  zgodę  Wilhelm  Tell.  -  Ale  przedtem  muszę  jeszcze  trochę  pospać. 

Dobranoc -  chłopiec wycofał  głowę do namiotu, po chwili wyjrzał i, ziewając przeciągle, dodał: -
Niech druh zadzwoni do druha Puniego na komórkę. 

Harcerze parsknęli radosnym śmiechem. 
 
Dzwonek komórki zastał Puniego w końcu tunelu pod ścianą zajazdu. 
- Jesteś czy ciebie nie ma? - zaŜartował Hipek uszczęśliwiony, Ŝe słyszy głos przyjaciela. 
- A, puni prawda tak, jak myślisz? 
- Tym razem myślę, jak słyszę. A słyszę dobrze głos, do którego jesteś bardzo przywiązany, 

jak ogon do Premiera pani Edyty. Bez ogona Premiera nie byłoby Premiera. Bez ciebie nie byłoby 
twojego głosu. A zatem jesteś... Tylko nie wiem, gdzie... 

- Pod ziemią... Na końcu jakiegoś, puni prawda tak, długiego tunelu. 
- Przy wyjściu? 
- Przy jakim, puni prawda tak, wyjściu? Tu nie ma wyjścia! Tu jest ceglany mur... 
- A znasz jakiś tunel bez wyjścia? 
- Nie! No, puni prawda tak, chyba, Ŝe ten! Ma tylko wejście... 
- Po co komu długi tunel bez wyjścia? Rozejrzyj się uwaŜnie... 

background image

 

125 

Hipek  przerwał,  bo  uświadomił  sobie,  Ŝe  takie  tunele  bez  wyjścia  mogą  być  teŜ  specjalnie 

skonstruowanymi pułapkami, z których się nie wraca. Wygląda solidnie, aŜ tu nagle coś się zapada 
za intruzem albo na niego spada. I po krzyku. 

-  Masz,  puni  prawda  tak,  rację!  -  przytaknął  głośno  Puni.  -  Rozglądam  się...  Przede  mną  i z 

obu  stron  mam  tylko  mur,  a  nade  mną...  Nade  mną  powiewają,  puni  prawda  tak,  gęste  zwoje 
pajęczyny... Skąd one zwisają i dlaczego powiewają? 

- Na pewno zwisają z sufitu! - odkrzyknął Hipek. - A powiewają, bo się ruszasz... 
- Nie ruszam się! 
- To oddychasz! 
- Prawie nie oddycham, puni prawda tak, bo nie mam czym. A one i tak powiewają... - Puni 

umilkł na chwilę. - Oho! 

Reporter niespodziewanie wyłączył komórkę. 
 
Tymczasem  w  domu  pana  Artura  oŜywiona  kubkiem  kawy  Jagna  zauwaŜyła  stojącą  na 

komodzie,  ozdobną  ramkę,  w  której  gospodarz  umieścił,  zaraz  po  powrocie  od  rodziny,  kolorową 
fotografię swojej wnuczki Agatki. 

- Oj, jaka ona śliczna! - zachwyciła się urodziwą twarzyczką dziewczynki. 
Witek  i  Artur,  chociaŜ  byli  bardzo  zajęci  rozgrywaniem  kolejnej  partii  szachów,  zwrócili 

uwagę  na  komplement  Jagny.  Patrząc  uwaŜnie  w  szachownicę,  obaj  uśmiechnęli  się  i  przytaknęli 
zgodnie głowami. Wnuczka była śliczna. 

-  Tylko  nie  ruszaj  zeszytu,  który  tam  pewnie  jeszcze  leŜy  -  trzymając  hetmana  odezwał  się 

ciepło  Artur  do  Jagny.  -  Obiecałem  Lucjanowi,  Ŝe  sprawdzę,  co  tam  nagryzmolił...  -  przerwał  i 
spojrzał zaniepokojony na Witka. - Powiedziałem coś o kajecie Lucjana? 

 
Zaniepokojony serio Hipek spojrzał na harcerzy, którzy, rezygnując ze spania, wyczołgali się 

z namiotu i w milczeniu, z zaciekawieniem obserwowali fotoreportera. 

- Teraz druh musi wskoczyć do kufra - doradził Ŝyczliwie Sokole Oko. 
- Do jakiego kufra? - zdziwił się Hipek. - I po co? 
 
W  tunelu,  między  powiewającymi  płachtami  pajęczyn,  na  prawej  ścianie  u  góry  Puni 

zauwaŜył metalową solidną klamrę. Pół metra nad nią była wmurowana następna, ledwo widoczna. 
Reporter  rozgarnął  pajęczyny  i  skierował  strumień  światła  latarki  ku  górze.  Wmurowane  co  pół 
metra w ścianę komina klamry kusiły do wspinaczki. To było wyjście z tunelu. 

Po  chwili  reporter  wspiął  się  na  szczyt.  Dwa  niewielkie,  kwadratowe  otwory  w  murze  pod 

sklepieniem,  zamykającym  komin,  wpuszczały  do  środka  smugi  dziennego  światła.  Murowana 

ś

ciana, naprzeciwko tych otworów, kończyła się metr poniŜej sklepienia. Wolny od cegieł prostokąt 

wypełniała obramowana listwami ścianka, złoŜona z dobrze dopasowanych desek. 

- Co to jest? - zdziwił się głośno Puni. 
 
Po nocnym dyŜurze w recepcji zajazdu Tadeusz spał smacznie na leŜance w gabinecie swojej 

Ŝ

ony,  w  którym  kiedyś  nocowali  trzej  Ŝołnierze  Napoleona,  a  który  mimo  to  nie  nazywał  się 

„Pokojem  Francuzów”.  Nagle  siadł,  bo  usłyszał  jakiś  zgrzyt.  Rozejrzał  się  po  pokoju.  Nie 
przesłyszał  się.  Zza  starej,  drewnianej  boazerii,  zaliczanej  do  antycznego  wystroju  zachowanej 
części dawnej karczmy, dochodziły ciche zgrzyty i pukanie. 

background image

 

126 

Raptem  część  boazerii  drgnęła  i  wolno  odchyliła  się  prawą  stroną  od  ściany.  Ze  szpary 

wychyliła się głowa zdziwionego Puniego. 

-  O!  Dzień  dobry!  -  powiedział  na  widok  oniemiałego  ze  zdumienia,  nieprzytomnego 

Tadeusza. - Gdzie ja teraz, puni prawda tak, jestem? 

 
Opuszczaliśmy  właśnie  „Pokój  Francuzów”.  Ekipa  archeologiczna  wyruszała  nad  Biebrzę. 

Bolek  z  harcerzami  wracał  do  obozu.  Musiał  jeszcze  obudzić  chłopców.  Mnie  czekała  dokładna 
lektura rękopisu Adama. 

Nagle rozdzwoniła się moja komórka. W słuchawce zabrzmiał głos Tadeusza. 
- Nie uwierzysz! - wykrzyknął. 
- Uwierzę! - odkrzyknąłem, bo byłam w dobrym humorze. 
- To posłuchaj! Redaktor Puni wyszedł właśnie ze ściany i jest w gabinecie mojej Ŝony. 
- Z jakiej ściany? - pytając, czułem, Ŝe moja szczęka opada ze zdziwienia. 
- Przyjdź, to zobaczysz! Oho! Redaktor Hipek teŜ wychodzi... Tadeusz wyłączył komórkę. 

background image

 

127 

ZAKOŃCZENIE 

 
Wyjście  Puniego,  Hipka,  Wiewiórki,  Wilhelma  Tella  i  Sokolego  Oka  z  podziemnego  tunelu 

sekretnym  kominem  do  pokoju  na  piętrze  zajazdu,  w  części  pozostałej  po  dawnej  karczmie, 
rozwiązało zagadkę przejścia z pomieszczenia w którym kiedyś nocowali Francuzi, do ukrytej pod 
piwnicą  zbrojowni.  Dla  niepoznaki,  Ŝeby  odwrócić  uwagę  intruzów  od  pokoju,  w  którym  było 
ukryte  wejście  do  komina  wiodącego  w  dół,  gdzie  była  zbrojownia,  nazwę  „Pokój  Francuzów”  i 
stosowny wystrój otrzymał lokal sąsiedni. 

Ja teŜ, dopóki nie zobaczyłem gabinetu Ŝony Tadeusza i widoku z jego okna, dałem się nabrać 

na ten fortel. 

Oczekiwania  pani  Kasi  i  Edyty  spełniły  się.  Wspólnym  wysiłkiem  wyjaśniliśmy  tajemnicę 

zajazdu  „Pod  Czerwonym  Kapturkiem”.  Nieoczekiwanie  okazało  się,  Ŝe  jest  ona  związana  z 
przodkami Edyty i jej córki Anki. 

Ostatnim  znającym  tajemnicę  starej  karczmy  był  Lucjan.  Wyczytaliśmy  to  z  kajetu, 

przechowanego  przez  Artura,  a  odnalezionego  przez Jagnę,  chociaŜ  wprost  nie  było  w  nim  o  tym 
ani słowa. 

Wspomnienia, spisane przez Lucjana zaskakująco barwnym językiem, pozornie nie odbiegały 

od wspomnień wielu ludzi, którym przyszło Ŝyć długo i w burzliwych czasach. I tak je początkowo 
odczytałem.  Dopiero  później  zauwaŜyłem,  Ŝe  treści  wielu  zdań  i  całych  akapitów  nie 
zrozumiałbym,  gdybym  wcześniej  nie  poznał  rękopisu  Adama,  jego  raportu,  złoŜonego  po 
przybyciu do ParyŜa, i tajemnic starej karczmy. 

Po  bardzo  uwaŜnej,  powtórnej  lekturze  dostrzegłem,  Ŝe  w  rzeczywistości  wspomnienia 

Lucjana  są  wielką  zagadką,  ułoŜoną  tak,  by  jej  dostrzeŜenie  w  gąszczu  słów  i  myśli  nie  przyszło 
łatwo, a rozwiązanie przez osobę niewtajemniczoną było wręcz niemoŜliwe. 

Na przykład stary przepis na nalewkę, która tak smakowała panu Arturowi, autor wspomnień 

zakończył  stwierdzeniem,  Ŝe  stare  mechanizmy,  których  nie  widać,  wymagają  systematycznej 
konserwacji, Ŝeby były długo sprawne, bo muszą być sprawne nawet wtedy, gdy on sam się popsuje 
i odejdzie z flaszką nalewki do swoich przodków. 

Znaczenie  tego  stwierdzenia  zrozumieć  mogli  tylko  ci,  którzy  poznali  ukryte  przejścia  w 

podziemiach  i  w  karczmie.  Mówiło  ono  o  istnieniu  sekretnych  wejść  i  wyjść,  zaopatrzonych  w 
otwierające je i zamykające, sprawne mechanizmy. 

Jednak  części  podobnie  ukrytych  informacji,  zawartych  we  wspomnieniach  Lucjana,  nie 

zrozumiałem.  CzyŜby  zatem  przeszłość  starej  karczmy  kryła  jeszcze  jakieś,  znane  tylko  jemu 
tajemnice? Jest to zupełnie moŜliwe. 

-  Jagna  wspominała  o  wielu  zeszytach,  w  których  Lucjan  coś  zapisywał.  Prawdopodobnie 

poznanie  ich  treści  umoŜliwiłoby  zrozumienie  wszystkiego,  co  zostało  zapisane  w  odnalezionym 
kajecie. Nie wiadomo jednak, gdzie się one podziały. MoŜe wylądowały na skupie makulatury? 

 
Do wyjaśnienia pozostała tajemnica kamiennych rzeźb odkopanych w harcerskim obozie pod 

Rajgrodem. Trzeba będzie do nich wrócić. Harcerze zasypali je na nowo ziemią i przykryli darnią, 
bo ktoś mógłby je stamtąd zabrać, gdyby pozostały na powierzchni. 

 
W  drodze  do  Stoczka  Klasztornego,  gdzie  kilkadziesiąt  lat  temu  w  klasztorze  przebywał 

internowany  Prymas  Tysiąclecia,  zatrzymałem  się  w  Świętej  Lipce,  na  szosie  biegnącej  nad 

background image

 

128 

jeziorem Dejnowo. Na dnie malowniczej kotliny Ŝółcił się kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii 
Panny, najwspanialszy zabytek architektury sakralnej, perła baroku Polski Północnej i cel licznych 
pielgrzymek. 

Zatrzymałem  się,  Ŝeby  jeszcze  raz  popatrzeć  na  skrawek  ziemi  owiany  legendą,  którą  tu 

przytoczę.  Jest  to  opowieść  spleciona  z  losami  miejsca  od  bardzo  dawna  świętego  w  kulturze 
pruskiego plemienia Bartów, które tradycja kościelna przekształciła w miejsce kultu Matki Boskiej. 

 
Legenda  o  Świętej  Lipce  zaczyna  się  w  1300  roku.  W  podziemiach  kętrzyńskiego  zamku 

uwięziono wówczas męŜczyznę skazanego na karę śmierci. Nie wiadomo, za co otrzymał tak surową 
karę. 

Nocą, która poprzedzała wykonanie wyroku, w celi ukazała się więźniowi Matka Boska. Dała 

skazanemu kawałek drewna i dłuto, prosząc o wyrzeźbienie jej figury. 

Uwięziony, chociaŜ nigdy rzeźbą się nie zajmował i nie wiedział, czy rzeźbić potrafi, do rana 

spełnił to oczekiwanie. Wyrzeźbił piękną figurkę Matki Boskiej. 

Rzeźba  zachwyciła  straŜników  i  sędziów  tak  bardzo,  Ŝe  uznali  ją  za  znak  boski  i  ułaskawili 

skazanego. 

Uwolniony więzień spełnił kolejne Ŝyczenie Matki Boskiej. Umieścił figurkę na pierwszej lipie 

napotkanej  przy  drodze  z  Kętrzyna  do  Reszla.  Rosła  ona  nad  jeziorem  w  malowniczym  wąwozie, 
przez który przepływała struga. Niedaleko szumiał wiekowy, święty gaj Bartów. 

Wkrótce  miejsce  to  zasłynęło  cudami.  Niewidomy  odzyskał  wzrok,  ktoś  śmiertelnie  chory 

ozdrowiał,  kilku  pasterzy  owiec  ujrzało  nieziemski  blask  otaczający  lipę  i  umieszczoną  na  niej 
figurę. 

Wieści  o  tych  i  innych  niezwykłych  wydarzeniach  rozeszły  się  po  okolicy  i  dotarły  do  władz 

miejskich Kętrzyna. 

Kętrzynianie  uradzili,  Ŝe  trzeba  umieścić  cudowną  figurę  w  ich  kościele.  Jak  uradzili,  tak 

zrobili. Odbyła się wspaniała ceremonia przeniesienia figury Matki Boskiej do Kętrzyna. 

Następnego  ranka  okazało  się,  Ŝe  figura  znikła. Niebawem  odnaleziono  ją  tam,  skąd  została 

zabrana. 

Gdy przeniesiona po raz kolejny, z jeszcze większym ceremoniałem, figura powróciła na lipę, 

uznano, Ŝe takie jest Ŝyczenie Matki Boskiej i postanowiono wybudować tam kaplicę. 

 
Do  połoŜonego  w  kotlinie  kościoła  zmierzała  grupa  rozgadanej  młodzieŜy.  Któryś  z 

małolatów obejrzał się. 

-  Niezły  samochodzik  -  powiedział  do  mnie  ze  szczerym  podziwem  na  widok  wehikułu.  - 

Antyk? 

Zaśmiałem się: 
- Jak jego właściciel! - odkrzyknąłem przez warkot pracującego silnika. 
- Muszę przyznać, Ŝe obaj trzymacie się świetnie! - zaŜartował wąsaty, rosły opiekun grupy. - 

Pan  trzyma  się  kierownicy,  a  samochód  szosy...  -  nagle  przerwał.  Popatrzył  uwaŜnie  na  mnie  i 
spytał: - Czy pan przypadkiem nie jest... 

- A jak pan myśli? - uśmiechając się odpowiedziałem bez czekania na dokończenie pytania. 
- Tak myślałem! - odkrzyknął. 
Pozdrowiłem wąsacza uniesioną dłonią i pomknąłem w kierunku Stoczka Klasztornego. Tam 

czekał juŜ na mnie ksiądz Ryszard, proboszcz, kustosz i niezmordowany odnowiciel zabytkowego 

background image

 

129 

sanktuarium. 

Zaraz  po  wyprzedzeniu  przez  wehikuł  grupy  młodzieŜy  zadzwoniła  moja  komórka. 

Zjechałem na pobocze i zatrzymałem się. 

-  Szefie!  -  odezwał  się  Paweł.  -  Szef  musi  to  usłyszeć  na  własne  uszy...  -  mój  podwładny 

przekazał  komuś  telefon.  -  Panie  Tomaszu!  -  usłyszałem  głos  pana  Artura.  -  Te  kamienne  rzeźby 
pod Rajgrodem... 

-  Przepraszam,  panie  Arturze,  chwileczkę  -  przerwałem  mojemu  rozmówcy,  bo  coś  zaczęło 

mnie mocno uwierać w siedzenie. 

To  coś  było  w  kieszeni  mojej  kurtki.  WłoŜyłem  do  niej  rękę  i  wydobyłem  kamień,  otoczak 

znaleziony  pod  Rajgrodem  w  wierzbie,  którą  rozłupał  piorun.  Tego  kamienia  uŜyłem  do  gadania 
alfabetem  Morse'a  z  Sokolim  Okiem  uwięzionym  w  tunelu.  Razem  z  otoczakiem  wyciągnąłem  z 
kieszeni  kawałek  brezentowego  płótna,  w  które  kamień  ten,  przed  wrzuceniem  do  dziupli  w 
wierzbie, został kiedyś przez kogoś owinięty. 

JuŜ chciałem się tego pozbyć, gdy nagle na płótnie zauwaŜyłem jakiś niezbyt czytelny napis, 

wykonany  kopiowym  ołówkiem:  „Ogólnopolski  plener  rzeźby  w  kamieniu  196...”.  Pod  nim 
widniało kilka trudnych do odczytania imion i nazwisk. 

-  Halo!  -  usłyszałem  pełen  niepokoju  głos  pana  Artura.  -  Panie  Tomaszu,  jest  pan  tam 

jeszcze? 

- Jestem, panie Arturze - zaśmiałem się. 
-  Miło  słyszeć,  Ŝe  nie  mówię  do  powietrza  -  ucieszył  się  pan  Artur.  -  A  co  do  tych 

kamiennych rzeźb, to jedna z nich stała tam od niepamiętnych czasów.  Próbowałem nawet ustalić 
od  kiedy,  ale  nikt  tego  nie  wiedział.  Reszta  została  wyrzeźbiona  i  dostawiona  przez  uczestników 
pleneru rzeźbiarskiego. 

Jakiś  czas  rzeźby  stały  w  kręgu.  Gromadziły  się  tam  miejscowe  dzieciaki,  paliły  ogniska, 

bawiły  się.  Dorośli  teŜ  chętnie  spotykali  się  wśród  głazów  przy  ognisku.  Nie  spodobało  się  to 
jednemu  nawiedzonemu.  Ostrzegał,  Ŝe  te  rzeźby  są  pogańskimi  boŜkami,  podstawionymi  przez 
szatana. A odwiedzanie ich moŜe spowodować powrót do pogaństwa. 

Po  jakimś  czasie  przeciwnik  rzeźb,  nawiązujących  do  najstarszych  tradycji  tej  ziemi,  wpadł 

na  sposób.  Namówił  miejscowe  kobiety.  Te  pogoniły  swoich  męŜów  i  starszych  synów  z  końmi i 
łopatami. Tym sposobem kamienne rzeźby trafiły pod ziemię. 

„Czas odkopać głazy i postawić kamienny krąg” - pomyślałem zawijając kamień w skrawek 

brezentowego  płótna  i  chowając  zawiniątko,  na  pamiątkę,  do  kieszeni.  „JeŜeli  ktoś  oczekuje  od 
innych  poszanowania  własnych  tradycji,  powinien  zdobyć  się  na  poszanowanie  tradycji  sobie 
obcych.”