background image

Piotr Balcerowicz 

Front terroru przeciwko 

terroryzmowi 

B l i ż s z a  a n a l i z a działań, jakie  p o d e j m o w a n o w osta­

tnich miesiącach pod  s z t a n d ^ R B t t ł *  w a l k i z  t e r r o r y ­

z m e m ,  w s k a z u j e ,  ź e  o b r o n a  p o d s t a w o w y c h  w a r t o ­

ści jest na  d a l s z y m  p l a n i e ^ i ' k a m p a n i a  a n t y t e r r o r y ­

styczna jest w rzeczywistości  p r e t e k s t e m do uporząd­

k o w a n i a  w ł a s n e g o  p o d w ó r k a . Idea  w a l k i z  t e r r o r y ­

z m e m stała się  u s p r a w i e d l i w i e n i e m  d q ż e ń do reali­

zacji  w ł a s n y c h  s n ó w o potędze.  Z a i s t n i a ł a sytuacja 

I

 1 

w s k a z u j e , że to terroryści odnoszq  z w y c i ę s t w o . Gorz­

ka to konstatacja. 

R

zadko świat bywa tak zgodny i zjednoczo­
ny - można było pomyśleć - gdy po 

11 września 2001 roku w unisono roz­

brzmiewały głosy potępienia ataku terro­

rystycznego na Światowe Centrum Handlu, łącząc 
tak odległych od siebie przywódców, jak George W. 

Bush i Władimir Putin, prezydent Paki.stanu gene­
rał Pervez Musharraf i indyjski premier Atal Beha-

ri Vajpayee, papież Jan Paweł II i ajatollah Ali Cha-

menei, Jaser Arafat i Ariel Szaron. 

Mohamad Nokkari, naczelnik Urzędu do spraw 

Dekretów (Dar-Al-Fatwa), najważniejszej instytucji 

dla muzułmanów-sunnitów, rozpoczął rozmowę ze 

mną - w Bejrucie w połowie lutego bieżącego roku 

- od deklaracji złożonej w imieniu swoim i Wielkie­

go Muftiego, zwierzchnika sunnitów w Libanie: 

„Zdecydowanie potępiamy zjawisko terroryzmu 
i opowiadamy się za muzułmańsko-chrześcijańskim 

zbliżeniem". W tym samym czasie izraelski minister 
spraw zagranicznych Szimon Peres powtórzył do 
dziennikarzy po raz kolejny jak mantrę: „Zawsze pod­
kreślałem, że powinniśmy się skoncentrować na wal­
ce z terrorem" (10 lutego, za libańskim „Daily Star"), 

a palestyńska organizacja Al Fatah ponownie potę­

piła „terroryzm państwowy" w wydaniu izraelskich 

sił okupacyjnych. 

Nośność hasła „walki z terroryzmem" dowodzi, że 

protagoniści, posługując się nim w mediach, opisu­

ją odmienne zjawiska i stosują to pojęcie do różnych 

kontekstów, a międzynarodowa koalicja do walki ze 

„światowym terroryzmem" opiera się na logicznym 
błędzie ekwiwokacji: ruchy i ugrupowania, które 
z różnych względów dążą do zmiany sytuacji w da­

nym regionie, podciągnięte zostają pod ten sam mia­
nownik jako organizacje terrorystyczne, destabilizu­

jące pokój. Tym samym usprawiedliwione stają się 

wszelkie akcje zmierzające do zniszczenia tych ugru­
powań. 

Sprawa czeczeńska 

Amerykańskie wezwanie do walki ze światowym ter­

roryzmem szybko zostało podchwycone przez Ros­

ję, czego wyrazem była wypowiedź prezydenta Puti-

na z 19 września 2001 roku w Soczi podczas „robo­
czego" urlopu, kiedy wyraził gotowość do szerokiej 
współpracy. Próbując uprzedzić obawy obserwato­
rów, że Rosja w ten sposób chce rozwiązać proble­

my kaukaskie, amerykański sekretarz stanu Colin 
Powell podkreślił, że Rosja nie wiąże swojej współ­

pracy w ramach koalicji antyterrorystycznej z kwe­
stiami obrony przeciwrakietowej, rozszerzeniem 

NATO czy problemem czeczeńskim. Takie zapew­
nienie ze strony sekretarza stanu USA mimochodem 

wskazało - wbrew intencjom samego Powella - wła­
ściwe motywy stojące za rosyjską decyzją. Potwier­
dził to sam Putin 24 września, bezpośrednio wiążąc 
kwestię czeczeńską z rosyjską zgodą na działania an­
tyterrorystyczne w Afganistanie: deklarując rosyjską 

gotowość do współpracy wywiadowczej, prowadzenia 
operacji ratowniczych i udostępnienia rosyjskiej 
przestrzeni powietrznej dla transportów humanitar­
nych w ramach akcji antyterrorystycznych, prezydent 

Putin ogłosił jednocześnie siedemdziesięciodwugo-

dzinne ultimatum dla partyzantów czeczeńskich, 
przeznaczone na ich ujawnienie się i rozbrojenie. 

background image

Porozumienie rosyjsko-amerykańskie znalazło bez­

pośredni wyraz w milczącym przyzwoleniu Zacho­
du na „antyterrorystyczne" operacje rosyjskie na 

Kaukazie i w sposobie relacjonowania sytuacji cze­

czeńskiej w mediach: „bojownicy" czeczeńscy zostali 
przemianowani na „terrorystów", tylko sporadycz­
nie „czeczeńskich separatystów". Nagle pojawiły się 
liczne doniesienia, że po stronie Czeczenów walczą 
Arabowie i partyzanci powiązani z al Kaidą. O tym, 
że powiązania między al Kaidą a niektórymi Cze­
czenami istnieją, miałem okazję przekonać się na 

własne oczy w lipcu i sierpniu 2001 roku, zwiedza­

jąc po stronie Zjednoczonego Frontu w Afganista­

nie obozy jenieckie, w których przebywali talibowie 
i bojownicy al Kaidy, i mając okazję zamienić parę 
zdań z dwoma Czeczeńcami, którzy walczyli po stro­
nie talibów. Nie jest to wystarczający powód do uo­

gólnień o terrorystycznym charakterze walk w Cze­
czenii, gdyż wówczas logika zmuszałaby nas także 
do uznania następującego fałszywego wnioskowania 
za prawomocne: „Skoro po stronie al Kaidy walczył 
Amerykanin J. Walker, a w USA przebywali terrory­
ści, to USA są krajem wspierającym terroryzm". 

Relacje prasowo-telewizyjne z natury cechuje 

skłonność do uproszczeń. Problem suwerenności na­
rodu czeczeńskiego oraz kwestia notorycznego ła­
mania praw człowieka w Czeczenii zostały zdomino­
wane przez wątek terrorystów i islamskich funda­
mentalistów, którzy znajdują schronienie w takich 
miejscach jak Czeczenia. 

Postawa prezydenta Putina została natychmiast 

podchwycona przez przywódców państw środkowo-
azjatyckich (w tym przez prezydenta Uzbekistanu Is-
lama Karimowa), którzy potwierdzili swą zgodę na 
udostępnienie swoich baz i przestrzeni powietrznej 
USA w ramach walki z terrorem. Ta gotowość do 
współpracy w ramach światowej koalicji antyterro­

rystycznej osłabia ostrze krytyki pod adresem rzą­

dów państw środkowoazjatyckich, głównie Uzbeki­

stanu i Turkmenistanu, które nagminnie łamią pra­

wa człowieka, a hasła walki z terroryzmem i funda­

mentalizmem islamskim stosują od lat jako narzę­

dzie walki z opozycją polityczną. Rząd Uzbekistanu 

przyznaje, że wyroki odbywa siedem tysięcy osób ska­
zanych za przekonania religijne, choć opozycja ko­
ryguje te dane: w przepełnionych aresztach przetrzy­
mywanych jest bez wyroku sądu ponad 100 tysięcy 

osób, które są zastraszane i szantażowane, wobec któ­

rych stosuje się na porządku dziennym tortury i fa­

brykuje dowody. Podobnie w Turkmenistanie od lat 
obowiązuje zakaz działalności partii i stowarzyszeń 
odwołujących się do założeń islamu, a obecność ob­
cokrajowców jest ściśle kontrolowana. Pojęcie wol­
nej prasy stało się całkowitą fikcją nawet w kraju 
uznawanym jeszcze do niedawna przez obserwato­

rów za quasi-oazę demokracji w Azji Środkowej, 

w Kirgistanie. Finansowe wsparcie z zagranicy sta­
nowi podstawę do zamknięcia tytułu, a nowe akty 
prawne, których celem jest przekształcenie postra-
dzieckiej ekonomii w gospodarkę rynkową i wpro­
wadzenie przekształceń własnościowych, wykorzysty­
wane są jako system kontrolowania mediów. W ten 
sposób w ciągu ostatnich dwóch lat wyeliminowano 
w Kirgistanie całkowicie zjawisko prasy niezależnej: 
urynkowienie cen papieru rozprowadzanego przez 
nadal jeszcze państwowe hurtownie (lub kontrolo­

wane przez oligarchów powiązanych z prezydentem 
Akajewem) oraz kosztów druku we wciąż państwo­
wych drukarniach doprowadziło do zamknięcia 
wszystkich niezależnych tytułów. Taki los spotkał 

między innymi spółkę Osz Press wydającą ostatnią 

niezależną gazetę w Kirgistanie: ubiegłej wiosny ga­
zeta zmuszona była ogłosić upadłość. Cena prasy nie­

zależnej w rezultacie trzykrotnie przewyższała cenę 
gazet rządowych, a w tym samym czasie hurtownie 

i drukarnie stosowały ogromne upusty (refundowa­
ne przez władze) dla prorządowych. 

Prawdą jest, że istnienie organizacji odwołujących 

się do idei islamu w Azji Środkowej w niektórych wy­
padkach faktycznie może stwarzać realne zagroże­
nie dla demokracji i stabilności tego obszaru w dal­
szej perspektywie. Rządy Tadżykistanu i Uzbekista­
nu uznały za organizację terrorystyczną Partię Oczy­
szczenia (Hizb ut-Tahrir), która w sposób klasyczny 
ilustruje to zjawisko. Powstała w latach 50. w środo­
wisku uchodźców palestyńskich w Jordanii jako re-

background image

akcja na utworzenie państwa Izrael. Partia ta powo­

ływała się od początku na hasła odnowy społeczno-
państwowej w duchu islamu. Do Azji Środkowej (Uz­
bekistan) przywędrowała w połowie lat 90., by 

w 1998 roku rozciągnąć swoją działalność na Tadży­

kistan, a jesienią 2001 roku - na Kirgistan. Według 
nieoficjalnych danych w samym tylko tadżyckim mie­

ście Chodżencie ma ponad tysiąc aktywistów. Jak 
wiele innych organizacji tego typu podejmuje prze­
de wszystkim działalność społeczną, filantropijną 

i humanitarną: finansuje budowę szkół przymecze-
towych i druk książek (głównie religijnych), tworzy 
kasy zapomogowo-pożyczkowe, organizuje system 

opieki zdrowotnej, dystrybucję odzieży i żywności dla 

najuboższych, wspiera domy dziecka oraz rodziny 

zastępcze. 

Wpisuje się w nurt panislamizmu: idei jednego 

państwa wszystkich muzułmanów. „Program poli­
tycznej partii »Hizb ut-Tahrir«" wskazuje, że jej głów­

nym celem jest wprowadzenie na całym świecie kali­

fatu, i określa szczegółowo zasady religijno-prawne 
takiego państwa. Rządy państw - zaliczony został tu 

nawet Iran i Arabia Saudyjska - niestosujące się do 
reguł religijnych szarijatu uznane zostały za państwa 

grzeszne (dar al-kufr). Punkt 2, § 9.20 „Stosunki mię­

dzynarodowe" precyzuje: „Wszystkie pozostałe kra­

je świata [to jest nie wchodzące w skład kalifatu 

- P.B.j na Wschodzie i Zachodzie uważa się za dar 
al-kufr

 [„świat grzeszny" - P.B.] i potencjalnie dar 

al-harab [świat wojny]". Punkt 4 precyzuje:  „ D o kra­

jów, z którymi nie zawieramy umów, należą mocar­

stwa kolonialne i imperialistyczne, takie jak USA, 
Wielka Brytania i Francja oraz państwa, które oku­

pują ziemie muzułmańskie, takie jak Rosja. Te na­
rody znajdują się w stanie potencjalnej wiecznej woj­
ny (Kafir Harb-i Hukman) z kalifatem" [podkreśle­
nia oryginału]. 

Cele swoje Partia Odrodzenia realizuje w prakty­

ce, głosząc ideę bezwarunkowego wypełniania naka­

zów islamu (jihad-i fikr), a w dążeniu do przejęcia 

władzy w krajach, w jakich podejmuje działalność, 
dopuszcza także użycie przemocy, jeśli środki poko­

jowe okażą się niewystarczające. Należy jednak pod­

kreślić, że do tej pory partia ta nie podejmowała żad­
nych działań noszących znamiona działalności ter­
rorystycznej czy niezgodnej z prawem, poza rozpo­
wszechnianiem ulotek i literatury propagującej swoją 

działalność. 

Niezwykle istotne, acz nie zawsze łatwe, jest za­

tem odróżnienie organizacji potencjalnie groźnych 

od stowarzyszeń religijnych podejmujących akcje hu­

manitarne. W większości finansowane są one 

z trzech rodzajów źródeł zagranicznych. Iran wspie­

ra organizacje szyickie, podczas gdy na przykład Ara­

bia Saudyjska i Jemen finansują działalność ruchów 
sunnickich, w tym wahabitów, którzy koncentrują 
się na tworzeniu tradycyjnych ośrodków nauczania 
przy meczetach. Odmienny typ wsparcia prezentu­

ją organizacje tureckie, które tworzą szkolnictwo na 

poziomie średnim i wyższym o charakterze świec­
kim (wzorem są tu idee Atatiirka) oraz infrastruk­
turę (na przykład budowę dróg). Niezwykłą popu­
larnością cieszy się w Tadżykistanie (głównie w Pa­

mirze), północnym Afganistanie i południowym Kir-

gistanie zakrojona na szeroką skalę działalność Fun­

dacji Aga Khana, na której czele stoi Aga Khan, przy­
wódca ismailitów, nieortodoksyjnego odłamu szyi­
tów, odwołujących się do tradycji Ismaila, najstar­
szego syna piątego imama. Poprzez liczne córki-sto-
warzyszenia (na przykład Aga Khan Humanities Pro­

ject) fundacja ta od podstaw buduje drogi, szpitale, 

szkoły, a w latach 1999-2000 niwelowała skutki klę­
ski głodu w Tadżykistanie. Największym obecnie 

projektem jest Uniwersytet Azji Środkowej, budowa­
ny w Chorogu, miasteczku na granicy tadżycko-af-

gańskiej. Działalność Fundacji Aga Khana nie ogra­

nicza się do terenów historycznie związanych z isma-

ilii.mii. gdyż jedne z najlepszych - i bezpłatnych! 

- szpitali na wschodnim wybrzeżu afrykańskim (na 
przykład w Kenii i Tanzanii), o czym sam mogłem 
się przekonać, powstały i są utrzymywane z fundu­
szy tej fundacji. Choć trudno zarzucić fundacji ja­
kąkolwiek działalność antypaństwową, władze środ-
kowoazjatyckie zapatrują się na jej poczynania nie­
ufnie, gdyż jej aktywność wiąże się budowaniem 

postaw obywatelskich i wzrostem świadomości spo-

background image

łecznej, która może przekładać się na krytykę grup 
sprawujących obecnie władzę. 

W tak złożonym kontekśeie należy odczytywać 

aprobatę władz państw środkowoazjatyckich dla ame­

rykańskiego wezwania do walki z terroryzmem. 
Udział w koalicji antyterrorystycznej usprawiedliwia 

w tych krajach przypadki łamania praw człowieka 

i dławienia swobód obywatelskich, osłabia ewentu­

alne potępienie ze strony organizacji broniących 
praw człowieka i wzmacnia pozycję przywódców tych 
państw na arenie międzynarodowej i wewnętrznej. 

Osobnym czynnikiem jest dążenie państw  W N P 

do wyrwania się z orbity wpływów Rosji. Doskonałą 

ilustracją spoza kontekstu środkowoazjatyckiego jest 

Gruzja, która ostatnio zawarła porozumienie z USA 
w sprawie obecności na terytorium gruzińskim ame­

rykańskich żołnierzy. Mieliby oni przeprowadzać 

szkolenia sił gruzińskich, przygotowując je do walki 
z oddziałami terrorystycznymi al Kaidy, przebywa­

jącymi na terytorium Gruzji w Wąwozie Pankińskim. 

Należy się spodziewać, że USA zastosuje także w tym 

wypadku tak zwany model filipiński: obecność woj­
skowych specjalistów-szkoleniowców będzie w rzeczy­
wistości pretekstem do włączenia amerykańskich ko­

mandosów do bezpośrednich walk z terrorystami, 

a następnie stopniowego wciągania Gruzji w sferę 
wpływów amerykańskich. 

Prezydent Eduard Szewardnadze wspiera tę akc­

ję, gdyż widzi w niej szansę na odzyskanie przy oka­

zji spornej Abchazji, którą utracił w 1993 roku 
- był to najpoważniejszy uszczerbek w całej jego ka­

rierze. Pomimo wcześniejszych zaprzeczeń samego 
Szewardnadze domysły te potwierdził 28 lutego gru­

ziński minister spraw wewnętrznych Mamuka Na-
chkebia w wywiadzie dla gruzińskiej telewizji: „Je­
stem głęboko przekonany, że Abchazja utrzymuje 
kontakty z al Kaidą. Pojawili się tam arabscy mu­
zułmanie oraz obywatele niektórych krajów afrykań­
skich". Tego samego dnia w wywiadzie dla prywat­

nej stacji gruzińskiej Rustavi-2 sam Szewardnadze 

starał się pomniejszyć znaczenie amerykańskich pla­

nów, pośrednio ujawniając jednak rzeczywiste zamia­
ry: „Gdybym twierdził, że Amerykanie bardzo pra­

gną ustanowić tutaj stalą bazę wojskową, to nie do 

końca miałbym rację". Na pytanie, czy przewiduje 

wspólne operacje wojskowe z siłami amerykańskimi 
w przyszłości, gruziński prezydent odpowiedział: 

„Nie wykluczam takiej ewentualności, ale sądzę, że 
nie będzie to konieczne". 

Z punktu widzenia USA celem działań - określa­

nych jako akcje antyterrorystyczne - jest nie tylko 
ustanowienie przyszłej bazy wojskowej czy pragnie­
nie stabilizacji i pokoju w regionie, ale także trud­
ny problem wydobycia ropy naftowej ze złóż kaspij­
skich i jej transportu. Ropa naftowa - palna i lepka 

substancja - z równą łatwością zaognia sytuację w re­
gionie, co spaja pozornie niespójne światopoglądy 

i zantagonizowane strony. Tym łatwiej, gdy realiza­
cji takich koncepcji sprzyja nowa idea: walki z ter­
roryzmem, która ma tendencję do bycia odkrywaną 
w miejscach o strategicznym znaczeniu dla gospoda­

rek krajów rozwiniętych. 

Jeszcze pod koniec lat 80. podejrzewano, że złoża 

kaspijskie mogą przewyższać wszelkie ostrożne sza­
cunki. Potwierdziły to ostatecznie próbne odwierty 
przeprowadzone przez niezależne firmy zachodnie 
w 1991 roku. Dodatkowo dzięki znacznemu postę­
powi technologicznemu okazało się, że wydobycie 
ropy z dotychczas znanych złóż, uważanych za nie­
opłacalne, jest jak najbardziej rentowne. Podstawo­
wą wartością złóż kaspijskich w oczach Ameryki od 
początku była ich relatywna niezależność od Rosji 

i krajów OPEC. Od upadku ZSRR koncerny amery­
kańskie liczą na ogromne zyski z odwiertów w ta­
kich krajach jak Azerbejdżan, Gruzja czy Turkme­
nistan, choć w wyścigu tym wciąż przoduje Rosja, 

czego najlepszym przykładem było otwarcie 6 sierp­

nia 2001 roku rurociągu łączącego kazachski Ten-

giz z rosyjskim portem w Noworosyjsku. Z punktu 
widzenia założeń strategicznych USA warunkiem ko­
rzystania z tych złóż jest nie tylko ich niezależność 
od OPEC i Rosji, ale także bezpieczeństwo gazo- i ro­
pociągów. Poprowadzenie ich w linii prostej na przy­
kład z Baku w Azerbejdżanie do Turcji natrafia na 
naturalną etnopolityczną przeszkodę: Armenię i re-
sentymenty azersko-ormiańskie oraz ormiańsko-tu-

background image

reckie. Stąd już w 1999 roku amerykańskie koncer­
ny zaczęły opracowywać alternatywny rurociąg przez 

Gruzję łączący Baku, Tibilisi i Ceyhan. Rysująca się 
obecnie w ramach walki z al Kaidą możliwość zazna­
czenia obecności USA w Gruzji otwiera wyjątkowe 
perspektywy o charakterze bynajmniej niemilitar-

nym dla Amerykanów, a wyraźnie artykułowane pro­

testy Rosji związane z planami wysłania amerykań­
skich oddziałów do Gruzji nabierają zupełnie inne­

go wymiaru. 

Afgański honor 

Na przeciwległym brzegu Morza Kaspijskiego roz­

ciągają się złoża, których dostępność dla Ameryka­
nów przestała być mrzonką po 27 października 1991 

roku. Wówczas to ogłoszono niezależność Turkme­

nistanu, mimo że sama idea niepodległości została 
odrzucona w referendum przeprowadzonym w Turk-
meńskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej kil­
ka miesięcy wcześniej. Wkrótce później, 8 grudnia 

1991 roku, formalnie przestał istnieć ZSRR. Na czele 

nowego państwa turkmeńskiego stanął Saparmurat 

Nijazow, który jako „Turkmenbaszi" („Ojciec Turk­

menów") realizuje do tej pory politykę tyleż nieza­
leżną od Rosji, co autorytarną, a w dążeniu do po­
szukiwania sojuszników przez lata współpracował 
z reżimem talibów, choć nigdy ich oficjalnie nie 
uznał. Turkmenistan czerpał korzyści, sprzedając ta-
lihom broń i tolerując na swoim terytorium prze­
myt narkotyków z Afganistanu. Od początku w inte­
resie Turkmenistanu, który pragnął eksportować ro­
pę niezależnie od Rosji, leżały dobre stosunki z ja­
kąkolwiek władzą panującą nad całym Afganistanem. 

To nie przypadek, że decyzję o finansowym popar­
ciu dla medres talibów, które zaczęły gwałtownie się 

rozwijać w zachodnim Pakistanie, graniczącym z Af­

ganistanem od 1992 roku, Amerykanie podjęli wła­
śnie wówczas, pod sam koniec 1991 roku. W tym 
świetle staje się jasne, dlaczego Amerykanie podjęli 

tak nieobliczalną w skutkach decyzję, by w konflik­

cie afgańskim postawić w latach 90. na talibów jako 
siłę „neutralną", to jest wolną od sympatii rosyjskich, 

jak to miało miejsce w przypadku Sojuszu Północ­

nego związanego z Ahmadem Szahem Massudem czy 

oddziałów uzbeckich związanych z Ahdulem Raszi-
dem Dostumem, oraz pozbawioną akcentów anty-
amerykańskich, czego przykładem był Golbuddin 

łlekmatjar. Amerykanie wiązali z talibami nadzie­

je, że ci doprowadzą do stabilizacji w kraju targa­

nym nierozstrzygalną wojną domową po wyjściu zeń 

ostatnich oddziałów radzieckich 15 kwietnia 1989 

roku, a w rezultacie możliwym stanie się projekt ru­

rociągu turkmeńskiego. Takie plany leżały na sercu 
także władzom cywilnym Pakistanu, które od począ­
tku popierały podpisanie kontraktu na budowę ru­
rociągu łączącego kaspijskie złoża w Turkmenistanie 
z pakistańskim portem Karaczi nad Oceanem Indyj­
skim. Na początku października 1996 roku, w nie­

spełna tydzień po tym, jak 27 września oddziały ta­

libów - w towarzystwie 2000 regularnych żołnierzy 

armii pakistańskiej - wkroczyły do centrum Kabu­

lu, podpisano wstępne porozumienie obejmujące ta­
libów, rząd Pakistanu oraz amerykańską firmę Uno­

cal i saudyjską Deltę. Umowa przewidywała budowę 

rurociągu, łączącego bezpośrednio złoża dauletabac-
kie w Turkmenistanie i pakistańską rafinerię w Múl­
tame nad rzeką Indus - poprzez terytorium Afgani­
stanu. Po dwóch latach tymczasowo odstąpiono od 
tych planów, kiedy się okazało, że walki w Afgani­
stanie nie ustały i nie utworzono rzeczywistego rzą­

du. Unocal i Delta wycofały się z tego niepewnego 

przedsięwzięcia w 1998 roku

1

Wiadomo, że obecnie prowadzone są zakulisowe 

rozmowy z rządem Afganistanu na ten temat, a w wy­

wiadzie udzielonym 22 stycznia bieżącego roku w ję­

zyku dari (afgańskim dialekcie perskiego) dla afgań-

skiego tygodnika „Omaid Weekly" podczas swojej wi­
zyty w USA tymczasowy premier Sajed llamid Ka-

rzaj wyraził się przychylnie o takich planach: „Je­

szcze nie rozmawialiśmy o szczegółach takiego ro­

po- i gazociągu. Ale skoro firmy amerykańskie są go-

1

 O zagadnieniu „ropy kaspijskiej" szerzej pisałem w artykule „ Af-

gańskie domino", „Sprawy Polityczne"  6 / 1 2 , listopad - grudzień 
2 0 0 1 , s. 9-25. 

background image

towe, by taki ropo- i gazociąg wybudować, to Afga­
nistan może tylko na tym skorzystać, a my jesteśmy 

gotowi wysłuchać skonkretyzowanych już propozy­

cji". W ciągu najbliższego roku będziemy zapewne 
świadkami przygotowań do realizacji tego projektu, 
a jednym z elementów przygotowawczych jest w tej 
chwili „Operacja Anakonda" - największa do tej po­

ry amerykańska akcja wojskowa w Afganistanie 

- w okolicach Szah-i-Kot na wschodzie i niedaleko 

miasta Gardez na południu. 

Katastrofalnym skutkiem światowej kampanii prze­

ciwko terroryzmowi jest podejście do praw człowie­
ka. Jaskrawym tego przykładem jest Tybet i Turkie­
stan Wschodni (zachodnia prowincja Xinjiang) 
- dwa obszary pod chińską okupacją, gdzie nagmin­
nie dochodzi do drastycznego naruszania praw czło­
wieka i procesu wyniszczania lokalnych kultur. Chiń­
czycy skwapliwie wykorzystują ideę walki z terrory­
zmem, niszcząc wszelkie przejawy społecznego nieza­
dowolenia. Dążenie do zdominowania liczebnego 

i kulturowego wszystkich mniejszości na terenie Chin 

uzasadniane jest nie tylko obroną przed terroryzmem, 

ale także potrzebą przestrzeni życiowej - Lebemraum. 
Obywatele Tybetu i Ujgurzy zamieszkujący Turkie­
stan Wschodni na każdym kroku napotykają przeszko­
dy, by kultywować swoje tradycje i religię (odpowied­

nio buddyzm i islam). Mają praktycznie odcięty do­

stęp do urzędów, wymiaru sprawiedliwości czy lepiej 

płatnych miejsc pracy, gdyż albo w ogóle nie znają 

chińskiego, albo znają go w stopniu niewystarczają­
cym. Z kolei ich języki narodowe, tybetański i ujgur-

ski z rodziny języków tureckich, nie są uznawane za 
pełnoprawne: do niedawna nawet posługiwanie się pu­
blicznie tym ostatnim było zakazane. Oba kraje oku­
powane przez Chiny są stopniowo coraz bardziej za­
ludniane przez ludność chińską, która dominuje w ad­

ministracji i handlu. W Tybecie Chińczycy już stano­

wią większość mieszkańców, a zgodnie z przewidywa­

niami rządu w Pekinie w ciągu dwóch, trzech lat Chiń­
czycy będą stanowili także ponad połowę ludności Tur­
kiestanu Wschodniego (Xinjiang). 

W sytuacji kiedy USA łamie prawa człowieka przy 

okazji działań antyterrorystycznych, dużo trudniej 

krytykować takie przypadki naruszeń w samych Chi­

nach czy Rosji. Doskonale ilustruje to reakcja rosyj­

skiego MSZ z dnia 7 marca bieżącego roku na do­

roczny raport amerykańskiego Departamentu Sta­
nu o prawach człowieka. Krytykuje się w nim dzia­
łania armii rosyjskiej, która „przejawia w Czeczenii 
bardzo mało szacunku dla podstawowych praw czło­

wieka". Rosjanie natychmiast ripostowali, że ame­

rykański Departament Stanu powinien zatroszczyć 

się o przestrzeganie praw człowieka w samych Sta­

nach Zjednoczonych, w tym o wciąż stosowaną karę 

śmierci. 

Afganistan miałby być wzorcowym obszarem, na 

jakim prowadzona jest walka z terroryzmem. Moż­

na by się zapytać: Z jakim dotychczas skutkiem? 

Akcja amerykańska została potraktowana przez sa­

mych Afgańczyków jako mniejsze zło od talibańskie-
go, ale bynajmniej nie było to rozwiązanie najlepsze 
z wówczas dostępnych. Działania te prowadzone by­
ły przy całkowitym braku zrozumienia specyfiki af-
gańskiej struktury społecznej i uwarunkowań kultu­

rowych. W dużym skrócie - na tamtym terenie współ-

występują i zazębiają się trzy wykluczające się wza­

jemnie porządki i systemy wartości: silny indywidu­

alizm oparty na pojęciu honoru (nanga), zespół uni-

wersalistycznych zasad islamu oraz powinności wy­

nikających z centralistycznie sprawowanej władzy 

przez emira (po 1923 roku - przez króla). Wszystko 
to zostało naruszone w trakcie amerykańskiej akcji 
w Afganistanie. 

Afgańczycy już przed laty zrozumieli, że władza 

centralna nie musi być sprawowana przez króla 
- może on zostać zastąpiony przez obieralny rząd. 
Co istotne, nawet emir afgański - a tym bardziej pre­
mier - był przede wszystkim koordynatorem dzia­
łań politycznych  j a k o równy swoim współobywa­

telom i był powoływany na ten urząd w drodze wy­

boru, na przykład przez Wielkie Zgromadzenie (Lo-

ja Dżirga).

 Zasada ta została obecnie naruszona po­

przez narzucenie osoby premiera rządu tymczaso­
wego. Często - nawet w afgańskich środowiskach 

emigracyjnych w USA, a zatem zdawałoby się pro-
amerykańskich - wytyka się obecnemu rządowi Ka-

background image

rzaja „marionetkowość" i zbytnie podporządkowa­
nie woli rządu USA. Pod adresem Karzaja padają 

oskarżenia o jego czołobitność w stosunku do USA 

i amerykańskich zasobów finansowych. Doskonałą 
ilustrację może być tytuł artykułu redakcyjnego naj­
bardziej wpływowego na świecie tygodnika afgańskie-

go „Omaid Weekly" z 18 lutego bieżącego roku: „Czy 

David Ben-Gurion [pierwszy premier Izraela w la­

tach 1948-53 i 1955-63 - P.B.] objąłby Hitlera [w ge­
ście przebaczenia]?". W samym artykule czytamy, że 
„wizyta [Karzaja w Pakistanie) w poważnym stopniu 

nadwerężyła godność i prestiż heroicznego narodu 

Afganistanu. (...)To międzynarodowa koalicja na cze­
le ze Stanami Zjednoczonymi (...) - stosując metodę 
marchewki i kija" zmusiła Karzaja do tego gestu, 
„który splamił honor Afganistanu". Należy podkre­

ślić, że niedawna bezprecedensowa wizyta Hamida Ka­

rzaja w Pakistanie i jego spotkanie z generałem Mu-
sharrafem 8 lutego bieżącego roku miały jednak ogro­
mne znaczenie dla normalizacji stosunków między 

obu krajami i dla przyszłości całego regionu. Bez wąt­

pienia należy z uznaniem spojrzeć na ten gest Karza­

ja. Jednak atmosfera, w jakiej się wizyta odbywała, na­

ciski zewnętrzne oraz skrajne opinie wyrażane wśród 
samych Afgańczyków doskonale pokazują, jak ważną 

rzeczą jest respektowanie w Afganistanie honoru, po­

jęcia obcego w życiu politycznym Zachodu. 

Uniwersalistyczne zasady islamu oraz wynikające 

z nich poczucie dumy i godności muzułmanina - ko­
lejny element określający mentalność dominującą 
w społeczeństwie afgańskim - zostały poważnie na­
ruszone przez powiązanie terroryzmu z islamem, co 
będzie miało dużo poważniejsze reperkusje w całym 

świecie islamskim w przyszłości. Temu wątkowi po­
święcę osobne miejsce w dalszej części artykułu. 

Być może najbardziej ucierpiał charakterystycz­

ny element kultury afgańskiej, cechujący różne gru­

py etniczne - nie tylko Pasztunów czy Tadżyków, ho­

nor. Z pasztuńskiego pojęcia nanga - oznaczające­

go nie tylko honor, ale także cześć, reputację, a po­

nadto odwagę i ochronę - wynika poczucie silnej lo­

jalności w stosunku do własnej grupy plemiennej lub 

wioskowej, walka o nienaruszalność własnej (to jest 

plemiennej) ziemi, nakaz obrony honoru i nietykal­

ności kobiet czy prawo do dochodzenia krzywd i obo­

wiązek pomszczenia śmierci współplemieńców. Po­

jęcie honoru przenosiło się na sferę sacrum, do któ­

rej należały między innymi takie atrybuty jak broda 

i broń (miecz czy karabin). Tak gwałtowne siłowe roz­
wiązanie zastosowane przez Amerykanów - bez moż­
liwości negocjacji między lokalnymi przywódcami 

różnych plemion tadżyckich i pasztuńskich - nie da­

ło możliwości wyjścia z honorem licznym grupom 
pasztuńskim, które z rozmaitych względów wspiera­
ły wcześniej talibów, a z których zapatrywaniami na­
leżało się liczyć - nawet jeśli nie akceptuje się ich 
systemu wartości, gdyż stanowią one dużą część spo­
łeczeństwa afgańskiego. Grupy te żyją obecnie w po­
czuciu poniżenia i utraty honoru, co będzie rzuto­

wało na proces normalizacji w przyszłości. Układ po­

lityczny, do jakiego doprowadziła militarna akcja 
amerykańska, niewątpliwie sprzyja interesom ame­
rykańskim, ale niekoniecznie ma na celu dobro sa­
mych Afgańczyków. 

Gwałtowne zmiany doprowadziły także do sytua­

cji, że władzę w różnych regionach przejęli w wielu 

wypadkach dowódcy oddziałów, którzy nie dysponują 

tradycyjną legitymizacją do sprawowania władzy. 

Tym samym zostały naruszone tradycyjne struktury 

społeczne, które nie zostały zastąpione nowymi war­
tościami. W tę próżnię w porządku społecznym wdar­
ła się anarchia. Do jesieni ubiegłego roku podróżo­

wanie po Afganistanie było zasadniczo dość bezpiecz­

ne i przypadki napadów były rzadkością: zarówno 
na terenach kontrolowanych przez Zjednoczony 
Front Ahmeda Szaha Massuda, jak i przez talibów. 

Obecnie chaos i terror jest tak wszechobecny, że na­
wet transporty humanitarne natrafiają na poważne 

trudności: porywane zostają całe ciężarówki i sprzęt, 

a personel zabijany. 

22 grudnia 2001 roku dotychczasowy prezydent 

Burhanuddin Rabbani oficjalnie przekazał władzę 
rządowi Hamida Karzaja na okres przejściowy sze­

ściu miesięcy i data ta ma wymiar symboliczny: po 

raz pierwszy od ponad 20 lat Afganistan - wciąż uwi­
kłany w waśnie i ogarnięty anarchią - ma jeden rząd, 

background image

choć tymczasowy. Niezaprzeczalnym sukcesem jest, 

że do utworzenia takiego rządu tymczasowego do­
szło, a reżim talibów został obalony. 

Jeszcze przed datą objęcia władzy przez rząd Ka-

rzaja - jak się oblicza - w atakach lotnictwa amery­

kańskiego zginęło więcej cywilów afgańskich niż 
ofiar w Światowym Centrum Handlu w Nowym Jor­

ku. W konwojach uchodźców afgańskich ginęły tak­

że kobiety i dzieci, które żadną miarą nie mogły przy­

pominać uzbrojonych, brodatych talibów. Do tej pory 

dochodzą sygnały, że bezzałogowe samoloty Preda­
tor strzelają do wieśniaków, wyróżniających się wzro­
stem (Osama ben Laden ma mieć około 193-198 cen­
tymetrów wzrostu). Jeden z takich przypadków miał 
miejsce 4 lutego. Od amerykańskich bomb giną gru­
py, które w oczach Amerykanów uchodzą za terro­

rystów zgodnie ze znaną nam ze stanu wojennego 

zasadą: „trzy osoby to już zgromadzenie": 24 sty­
cznia zastrzelono 21 wieśniaków, 27 schwytano i cięż­
ko pobito, by wypuścić ich po 16 dniach bez żad­

nych przeprosin. Organizacje międzynarodowe oraz 
rząd tymczasowy potwierdzają doniesienia, że byli 
to wieśniacy niemający nic wspólnego z talibami. Mi­
mo to sekretarz obrony USA generał Donald Rums­
feld stwierdza, że „prawdopodobnie 85-90 proc. 
[z naszych źródeł informacji] jest całkowicie wiary­

godnych". Komentując liczne przypadki ciężkiego 

pobicia zatrzymanych, zanim zostaną przesłuchani, 
rzecznik rządu amerykańskiego Victoria Clarke po­

wiedziała: „Nie mamy żadnych dowodów na to, że 
takie przypadki pobicia miały miejsce" („Interna­
tional Herald Tribune" z 3 lutego 2002). Moham­

med Ibrahim, gubernator prowincji Chost, w której 

jedno z takich zdarzeń miało miejsce, komentuje cy­

towane wypowiedzi przedstawicieli administracji 

amerykańskiej: „A z kim oni rozmawiali? Na pew­

no nie ze mną. Nie rozmawiali z nikim z miejsco­

wych. A ich wywiad praktycznie tu nie istnieje!". 

Nawet jeśli byśmy założyli, że - mimo faktycznie 

dość nikłego rozpoznania wywiadowczego w wielu 

regionach Afganistanu - prawie dziewięćdziesięcio­
procentowa wiarygodność źródeł, na jakie powołuje 

się Rumsfeld, odpowiadałaby prawdzie, to wątpliwo­

ści budzi pozostałe 10-15 proc. zabitych, którzy we­
dług szacunków samego Rumsfelda giną niewinnie. 
Za taką postawą rządu amerykańskiego kryje się lek­
ceważenie dla innego narodu, a może wprost ukry­
wany rasizm: wystarczy pomyśleć o tym, z jaką tro­
ską podchodzi amerykański rząd wraz z mediami do 
każdego amerykańskiego żołnierza poległego na zie­

mi afgańskiej i jak bardzo stara się tę śmierć uspra­

wiedliwić. Ile uwagi poświęcano zestrzeleniu dwu he­
likopterów MH-47 Chinook i zabiciu dziewięciu ko­

mandosów 4 marca na północ od miasta Gardez? 

Stoi to w rażącej dysproporcji do sposobu podejścia 
do cywilnych ofiar afgańskich, których możemy te­

raz liczyć w tysiącach. 

Moje zarzuty dają się potwierdzić wielorako. Po 

każdej zrzuconej na Afganistan przez Amerykanów 
bombie rozpryskowej (tak zwanej bombie klastero-

wej), która rozrzuca w promieniu kilkudziesięciu me­

trów co najmniej kilkaset mniejszych - przypomi­
nających wielkością i kształtem puszki po coca-coli 
- zostaje 5-7 proc. niewypałów. Od łat organizacje 
humanitarne domagają się wprowadzenia zakazu 
produkcji i używania tego typu bomb, gdyż powo­

dują one ogromne straty wśród ludności cywilnej. 

Protesty napotykają na opór USA. Co więcej, używa­
ne w Afganistanie mniejsze bomby - składniki bom­
by klastrowej - miały ten sam kolor (żółty), co zrzu­
ty z żywnością! Paczki żywnościowe były zrzucane 
- w przerwach między nalotami - bez żadnego ro­
zeznania i regularnie spadały również na obszary za­

minowane, praktycznie niedostępne dla ludności cy­

wilnej. Napisy na paczkach były nie w językach af­
gańskich - w dari i paszto - lecz po angielsku, hisz­
pańsku i francusku. Telewidz zachodni bez trudu 
mógł zrozumieć ich przekaz. Rodzi się pytanie, na 
ile tego typu akcje były prowadzone w interesie sa­
mych Afgańczyków, którzy przeżywają klęskę głodu, 
a na ile miały usprawiedliwiać działania wojskowe 

w oczach zachodnich telewidzów. Choć trudno w to 

uwierzyć, zrzuty humanitarne zawierały takie pro­
dukty, jak masło orzechowe, pieczywo tostowe, T-shir-
ty czy dżinsy! Na pozór nieprzydatne i zbędne, ale 
przygotowujące przyszły rynek zbytu. 

background image

Reasumując, akcja antyterrorystyczna doprowadzi­

ła na razie do iluzorycznej stabilizacji politycznej, 
która utrzymywana jest za pomocą siły zbrojnej, obec­
ności komandosów i ogromnych funduszy pomoco­

wych z zagranicy. Są to oczywiście działania abso­

lutnie niezbędne w obecnej sytuacji, gdyż Afganistan 
potrzebuje przede wszystkim żywności, pieniędzy, po­
koju i edukacji. Temu ostatniemu elementowi nie 
poświęca się wystarczającej uwagi, choć przywódcy 
plemienni w rozmowach zgodnie podkreślają, że to 

właśnie szkół Afganistan potrzebuje najbardziej. Pod 

koniec stycznia tego roku przywódca lokalnej rady 

samorządowej we wiosce Kamari 15 kilometrów od 

Kabulu w rozmowie z przedstawicielami amerykań­

skiej organizacji pomocowej US Agency for Interna­

tional Development wyraził prostą zależność: „Jeste­

śmy głodni. Ale to, czego nam najbardziej potrzeba, 
to szkoła i edukacja. Nie ma demokracji, gdy ludzie 
są analfabetami". 

Cel najbardziej eksponowany w mediach - pojma­

nie Osamy ben Ladena i mułły Mohammada Oma-
ra i postawienie ich przed sądem - nie został osiąg­
nięty i zapewne nigdy nie zostanie: zbyt dużo ich 

łączy ze służbami specjalnymi USA, a ich popular­

ność rozwijała się na pożywce amerykańskich fun­

duszy. Pojmano jednak licznych bojowników walczą­
cych po stronie talibów i przewieziono ich do bazy 
X-ray w Guantanamo na Kubie: skutych kajdanka­

mi i związanych tak, że nie mogli się ruszyć, z pod­

wiązanymi na stałe nocnikami, z zasłoniętymi gło­
wami. Na miejscu w Guantanamo przetrzymywani 
są w stalowych klatkach, bez dachu - przy zerowej 
prywatności, nawet w momencie załatwiania potrzeb 

fizjologicznych. Przeciwko takiemu traktowaniu pro­

testowali nawet przedstawiciele rządu Tony'ego Bla­
ira, najbliższego sojusznika Amerykanów. Żadne 
względy bezpieczeństwa nie uzasadniają tak poniża­

jącego traktowania ludzi, choćby byli naszymi wro­

gami. 

Określenie więźniów terminem „nielegalnych bo­

jowników" (illegal combat) przez prezydenta Geo-

rge'a W. Busha było wybiegiem, by nie zastosować 

się w tym wypadku do międzynarodowych konwen­

cji, w tym konwencji genewskiej, które regulują spo­
sób postępowania z  j e ń c a m i oraz ich prawa. W ten 
sposób Amerykanie nie dopuścili, by więźniowie by­
li sądzeni jako jeńcy wojenni. Uniknięto też posta­
wienia ich przed międzynarodowym trybunałem. Za­
miast tego sądzeni będą przez amerykański sąd woj­
skowy i pod dużym znakiem zapytania stoi, na ile 
bezstronny będzie taki sąd. 

Nie chcę w żaden sposób bronić ludzi, którzy do­

puszczali się wstrząsających okrucieństw i mordów 

na narodzie afgańskim, ofiarach aktów terroru 

w USA. Nie ulega chyba wątpliwości, że nie może 

też być żadnego usprawiedliwienia dla osób, które 

systematycznie niszczyły bogatą cywilizację afgańską 
oraz arcydzieła kultury światowej, takie jak posągi 

Buddy w Bamijanie czy bezcenne zbiory muzealne 

w Kabulu, Kandaharze czy Ghazni. Nie mogę się jed­
nak zgodzić na to, by jeden kraj - z racji własnej 
potęgi militarnej i mocarstwowej pozycji - sam miał 
decydować o prawnym statusie jeńców czy naruszał 
międzynarodowe konwencje regulujące ich prawa. 
Ofiary terroru 11 września nie były wyłącznie oby­
watelami USA, a koalicja antyterrorystyczna nie skła­
da się z samych Amerykanów. W takiej sytuacji nie 
widzę uzasadnienia, by tylko amerykański sąd woj­
skowy decydował o winie lub niewinności jeńców. 

Tak! Jeńców, gdyż wielu z pojmanych bojowników 

nie było członkami al Kaidy, a walczyło jako żołnie­
rze Islamskiego Emiratu Afganistanu, czyli państwa 
talibów, więc nie można ich traktować jako terrory­

stów. Bez względu na to, na jak barbarzyńskich za­
sadach się opierał, rząd Islamskiego Emiratu Afga­

nistanu był uznawany oficjalnie między innymi przez 

Arabię Saudyjską, głównego sprzymierzeńca USA 
w świecie arabskim, oraz przez Pakistan, sprzymie­

rzeńca USA w ramach paktów wojskowych SEATO 

i CENTO (pośrednio). Z przywódcami tego okrutne­

go reżimu jeszcze w 1996 roku Amerykanie prowa­

dzili oficjalne rozmowy na temat budowy rurocią­

gu. Linię postępowania w takich wypadkach wyzna­

cza trybunał norymberski czy obecnie - haski. Je­
żeli mają obowiązywać międzynarodowe konwencje 

i prawo międzynarodowe, to żaden kraj na świecie 

background image

nie ma prawa arbitralnie ograniczać zasięgu ich dzia­

łania i dokonywać ich reinterpretacji czy stosować 
wybiegi słowne, by prawo międzynarodowe omijać 

poprzez tworzenie pojęć nieistniejących w prawie 
międzynarodowym w stylu „nielegalnych bojowni­
ków" jedynie po to, by wyłączyć jeńców spod jurys­

dykcji międzynarodowej! Jaki sens ma międzynaro­
dowa koalicja antyterrorystyczna, kiedy to jedna ze 

stron przejmuje całkowicie inicjatywę w sprawach są­

downiczych - a zatem w dziedzinie oceny prawnej 

i moralnej czynów wroga? Czy wyłącznie po to, by 
przerzucić część odpowiedzialności za akcje militar­
ne na inne kraje, nie dając* im możliwości aktywne­

go uczestnictwa w procesie oceny sytuacji? Jeżeli sens 

ma mieć dyskurs o prawie międzynarodowym i o pra­

wach człowieka, to ludzi - bez względu na ich czyny 
- należy traktować zgodnie z zasadami określonymi 
w Konwencji Praw Człowieka. Gdy mamy zwal­
czać zło i terroryzm, niedopuszczalne jest stosowa­
nie terroru i metod, które właśnie usiłujemy zwal­
czyć. W przeciwnym razie mowa o walce z terrory­
zmem w obronie podstawowych wartości staje się pu­
stą retoryką, a lekcja zasad demokracji - demago­
gią. Cywilizacja zobowiązuje do cywilizowanego po­
stępowania, nawet w obliczu zagrożenia własnego 

i własnych wartości. Zgodnie z zasadą wyłączonego 

środka nie można jednocześnie bronić systemu war­
tości i go łamać w jego obronie. 

Tuż po atakach 11 września prezydent Bush oraz 

burmistrz Nowego Jorku Ciuliani - choć nie tylko 

oni - posługiwali się terminem „krucjaty przeciwko 

terrorystom". Niezbyt fortunne było to sformułowa­
nie, które jednoznacznie kojarzy się z okresem walk 
na Ziemi Świętej w XI-XIII wieku. W odróżnieniu 
od świadomości człowieka Zachodu, którego pamięć 
stosuje charakterystyczny mechanizm psychologicz­
ny spychania w zapomnienie zdarzeń dla nas przy­
krych, w świecie arabskim wciąż przywołuje się okru­
cieństwa Europejczyków-chrześeijan i ich barbarzyń­
stwo. Jednym z najbardziej drastycznych przekładów 
stanowi rok 1099, kiedy siły Rajmunda IV de Saint 
Gilles, faktycznego przywódcy I Krucjaty, zostały 
okrążone w Maarat al-Numan, obecnie niepozornym 

miasteczku syryjskim po drodze z Aleppo do Hamy 

(niesławnej z największej masakry za rządów Hafe-

za al-Asada). W liście do papieża jeden z uczestni­
ków ówczesnej krucjaty pisał: „Potworny głód drę­
czy [naszą] armię w Maaracie, zmuszając nas, byśmy 
żywili się ciałami Saracenów". Inny kronikarz tam 
obecny wyznaje: „W Maaracie nasze oddziały goto­
wały dorosłych pogan żywcem w wielkich kotłach, 
a dzieci nadziewano na pale i spożywano upieczone 

na rożnie". Celowo cytuję tu jedynie relacje kroni­
karzy chrześcijańskich, by uniknąć zarzutu stronni­

czości. Krzyżowcy postrzegani są w świecie arabskim 
do tej pory jako niepiśmienni barbarzyńcy, którzy 

nie wzdragali się przed kanibalizmem i jedzeniem 
psów; walczący z Arabami, którzy w owym czasie czy­
tali filozofów greckich i przechowali pisma filozoficz­
ne, by pożywić nimi umysły odrodzenia w Europie. 

Irańskie reformy 

Kolejne hasło rzucone przez George'a W. Busha w ra­

mach międzynarodowej koalicji z terroryzmem to 
„oś zła", powszechnie nasuwające skojarzenia z na­
zistowską osią Berlin - Rzym - Tokio. Korea Pół­

nocna, Iran i Irak wrzucone do jednego worka łą­

czy tylko niechęć prezydenta Busha i mgliste, ko­

miksowe rozeznanie rzeczywistej sytuacji w tych pań­

stwach. Rozszerzenie tej listy między innymi o Ros­

ję, Chiny, Syrię i Liban jako potencjalne cele ataku 

nuklearnego w przecieku prasowym ujawnionym 
9 marca w „Los Angeles Times" przekracza granice 
zdrowego rozsądku. 

Umieszczenie Korei Północnej na osi ataku anty­

terrorystycznego nałożyło się na trwające od lat wy­
siłki rządu w Seulu zmierzające do ocieplenia sto­
sunków z Phenianem, w sytuacji kiedy coraz real­
niejsza stawała się możliwość stopniowych przemian 

w Korei Północnej. Władze w Seulu w sposób dość 
ostrożny skrytykowały wypowiedź prezydenta Busha. 

Wystarczy sobie przypomnieć zamieszki studenc­

kie w Teheranie w 1999 roku oraz walkę między śro­

dowiskiem fundamentalistów z ajatollahem Alim 

Chamenei a umiarkowanie prodemokratycznym ru-

background image

chem na czele z prezydentem Mohammedem Cha-

i . n i i i m .

 by zrozumieć, jak wiele się w Iranie zmieni­

ło na korzyść i jak wciąż krucha jest pozycja samego 

Chatamiego i reformatorów. 11 lutego 2002 dziesiąt­
ki tysięcy Irańczyków wzięły udział w ogromnej de­

monstracji, protestując przeciwko umieszczeniu ich 
kraju na „osi zła" i skandując „śmierć Ameryce". 
Demonstracja, w której udział brał sam Chatami 

i głosił, że „czas zastraszania nas przez USA już mi­

nął", jako żywo przypominała podobne wiece z cza­

sów rewolucji islamskiej sprzed 23 lat i czasów aja­
tollaha Chomeiniego. Dzień później konserwatyw­
ny ajatollah Ali Chamenei na innym wiecu przema­

wiał: „Wzywam naród irański i irańskie siły zbroj­

ne, by były w pełnej gotowości i przygotowały się na 
każdą ewentualność". W retoryce patriotycznej w ob­
liczu zagrożenia atakiem amerykańskim tych dwóch 
przywódców, różniących się krańcowo i wyznających 

diametralnie różne podejście do reform w kraju, na­
gle znalazło wspólny język. Rozpoczęto mobilizację, 
a pod broń powołuje się teraz nawet kobiety. Co wię­
cej, w atmosferze zagrożenia i dyshonoru same ko­

biety zgłaszają się do punktów poboru. Nieprzemy­

ślane słowa przedstawicieli Waszyngtonu są tragicz­

ne w skutkach dla przyszłych losów demokracji w Ira­
nie. Ktokolwiek był w ciągu ostatnich lat w tym kra­

ju i zna jego historię, nie mógł nie zauważyć, jak 

bardzo - w porównaniu z rządami szacha Rezy Pah-

lawiego w latach 70. - wzrósł ogólny poziom wy­
kształcenia w tym kraju, jak poprawiła się pozycja 
kobiet w społeczeństwie i ich aktywność. W pierw­
szych najbardziej fundamentalistycznych 10 latach 
rewolucji islamskiej odsetek analfabetyzmu w Iranie 

zmalał z 86 proc. w 1981 roku do 54 proc. w 1992 

roku, liczba kobiet umiejących czytać i pisać wzro­

sła z 35,5 proc. do ponad 67 proc, liczba studentek 
zaś się potroiła. Wbrew obiegowej opinii na Zacho­
dzie znacznie zwiększyła się liczba kobiet prawni­
ków, sędzin, prokuratorów, zajmujących odpowie­
dzialne stanowiska. Dążenie do samorealizacji za­
wodowej i samodecydowania o sobie wśród kobiet 
irańskich nabiera wciąż na sile. Oczywiście wciąż da­
leko do standardów zachodnioeuropejskich, nie­

mniej jednak ogólny pozytywny kierunek przemian 

zachodzących w społeczeństwie irańskim jest wyraź­
ny. Rozmowy na ulicach Isfahanu, Szirazu czy Te­
heranu z Irańczykami i Irankami wskazują na 

ogromny pęd społeczeństwa do przemian demokra­

tycznych, w tym do równouprawnienia płci. 

Amerykańskie oskarżenia Iranu o chronienie ter­

rorystów al Kaidy i umieszczenie tego kraju po stro­
nie „zła" pojawiły się w bardzo niefortunnym mo­
mencie. Zmuszają reformatorów, takich jak prezy­

dent Chatami, do zmobilizowania społeczeństwa 

irańskiego w obliczu wojny. Hasła patriotyczne z za­

sady odwołują się do wartości religijnych i tradycyj­

nych. Siłą rzeczy stanowiska Chatamiego i Chame-
neiego stają się zbliżone. Co więcej, w takiej sytua­

cji musi spadać w społeczeństwie poparcie dla idei 
demokracji, której standardy wyznacza świat zachod­

ni. Jak jeden z obserwatorów amerykańskich Ross 
Peters, specjalista w dziedzinie praw człowieka, słusz­
nie zauważył: „Bez nieustannej groźby interwencji 

czy zbrojnej inwazji, Iran stopniowo będzie ewoluo­
wał w stronę bardziej demokratycznego społeczeń­
stwa w przewidywalnym czasie. Niestety USA wymu­
sza teraz decyzję, kto będzie rządził Iranem w mo­

mencie, gdy Iran będzie dysponował bronią nukle­

arną. Czy będą to reformiści, wspierani przez młod­
sze pokolenie? Czy może też nieuzasadnione oska­

rżenia prezydenta Busha tchną tymczasem nowe ży­

cie w retorykę zatwardziałych kleryków?" („Daily 
Star" z 9 lutego 2002). 

Absurdalność zarzutów, jakoby Iran wspierał al Ka-

idę, jest oczywista dla każdego, kto obserwuje wyda­
rzenia na świecie. To przecież między innymi Iran 

wspierał antytalibańską opozycję Ahmeda Szaha Mas-
suda i Zjednoczony Front walczący z talihami i al Ka-

idą. Transporty rosyjskiej broni dla Massuda, choć 
nikłe, w pewnym stopniu odbywały się za pośrednic­

twem Iranu, bez którego wsparcia w dniu ataku na 
Światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku być mo­
że nie byłoby już żadnej opozycji w Afganistanie. To 

Iran był w stanie wojny z talibami w 1998 roku, kie­

dy po zdobyciu Mazar-i Szarif talibowie zamordowali 

irańskich dyplomatów. Armia irańska stanęła na gra-

background image

nicy z „Talibanistanem" po raz kolejny w 2001 roku 
po masakrze Hazarów, szyitów zamieszkujących środ­
kowy Afganistan, bliskich sercu Persów. Spotkanie Ah-

meda Szaha Massuda z generałem Raszidem Dostu-
mem i Ismaliem Khanem jesienią 2000 roku, które 

było początkiem nowej koalicji antytalibańskiej, zwa­

nej Zjednoczonym Frontem, miało wszak miejsce 

w Maszhadzie w Iranie! Co więcej, samoloty amery­

kańskie bombardujące cele talibów po 7 październi­
ka 2001 roku korzystały z zaplecza logistycznego Ira­
nu. To właśnie Irańczycy przez pierwsze tygodnie kam­
panii antytalibańskiej stanowili trzon rozpoznania wy­

wiadowczego, obok sił Zjednoczonego Frontu. Iran 

przystał wówczas na tę nieoficjalną współpracę nie 
tylko dlatego, że postrzegał terrorystów z al Kaidy i ta­
libów za swoich arcywrogów, ale także dlatego, że w po­
ważnym stopniu liczył na normalizację stosunków 
z USA i zniesienie sankcji gospodarczych, które doty­

kają zwykłych obywateli, a nie klerykałów-duchowych 
przywódców narodu. 

Pokłosiem słów George'a W. Busha jest zaostrze­

nie stosunków między Wielką Brytanią a Iranem po 
tym, jak 8 lutego Iran ostatecznie odmówił akredy­
tacji nowemu ambasadorowi Wielkiej Brytanii Da-
vidowi Reddawayowi. David Reddaway pracował 
w ambasadzie brytyjskiej w Teheranie w czasie re­
wolucji islamskiej, a w 1990 roku pełnił tamże fun­

kcję chargé d'affaires. Jego żona pochodzi z dyna­
stycznej rodziny Kadżarów panującej w Persji w la­
tach 1779-1924, co siłą rzeczy musiało budzić po­
ważne obiekcje antymonarchistycznie nastawionych 

polityków w Iranie. Do tego niektóre wypowiedzi 
Reddawaya na tematy bliskowschodnie spowodowa­

ły, że zaczęto go w Teheranie postrzegać jako „syjo­

nistę wrogiego Iranowi". Na fali amerykańskiej wo­

jennej retoryki „osi zła" brytyjski MSZ ogłosił, że 
jeśli Iran nie przyjmie kandydatury Reddawaya, to 

Wielka Brytania nie mianuje żadnego nowego am­

basadora, a stosunki zostaną obniżone do rangi char­

ge d'affairs.

 Takie ultymatywne postawienie sprawy 

w momencie, gdy Iran został ogłoszony elementem 
„osi zła", musiało zostać odebrane jako prowokacja 

i doprowadziło do konfliktu dyplomatycznego. 

Przy obecnej retoryce amerykańskiej trudno po­

tępiać amerykańskie akcje odwetowe na takie kraje 

jak Iran czy Korea Północna, nie będąc posądzonym 

0 skrajne opinie i popieranie reżimów. Tu przejawia 
się dodatkowy sens podziału świata na „tych, którzy 

są z nami", i „tych, którzy są przeciwko nam". 

Przykład Iranu doskonale ilustruje tendencje, ja­

kie nasilają się w krajach muzułmańskich, a szcze­
gólnie w krajach arabskich. Silnie odwzajemniana 

niechęć muzułmanów do świata zachodniego jako 

spadkobiercy chrześcijaństwa i kolebki ateizmu, ist­

niejąca w formie uśpionej, nagle odżyła, potęgowa­
na doniesieniami o przykładach zachodniego rasi­
zmu i wrogości względem islamu. Wskazuje się - nie­
stety słusznie - że w popularnych przekazach w za­
chodnich mass mediach zlały się dwa pojęcia: islam 

1

 terroryzm. Przytacza się częste przypadki napa­

dów na Arabów, pomimo że - jak się dowodzi - aż 
80 proc. Arabów zamieszkujących USA to chrześci­

janie. Prasa arabska przytacza przykłady, gdy mu­

zułmańskim kobietom mieszkającym na Zachodzie 

zdziera się - na zasadzie zaczepki na ulicy - z głowy 

chustę. Takie i podobne relacje przekładają się bez­

pośrednio na ambiwalentny stosunek do idei demo­
kracji i praw człowieka, coraz częściej uznawanych 
za specyficznie zachodni wykwit. Panuje powszechne 

przekonanie, że na Zachodzie za deklaratywnym po­
tępieniem terroryzmu i walką z terroryzmem kryją 
się całkiem odmienne intencje. Antyislamska kru­
cjata, w jaką miała się przemienić koalicja antyter­

rorystyczna, prowadzi do radykalizacji postaw nie 

tylko w krajach arabskich, ale także w Indonezji czy 
Azji Środkowej. O tych oczywistych zagrożeniach 
w państwach środkowoazjatyckich informował jesie­

nią ubiegłego roku raport warszawskiego Ośrodka 

Studiów Wschodnich: „obecna sytuacja sprzyja po­

laryzacji postaw wśród samych muzułmanów oscy­

lujących między potępieniem ataków i obawą przed 
odwetem a pochwałą ataków i utwierdzeniem się 
w słuszności działań radykalnych. Na obie postawy 
wpływ ma antyislamska kampania medialna. Niebez­

pieczeństwo takie jest oczywiście najsilniejsze w pun­
ktach konfliktów i punktach zagrożonych fundamen-

background image

talizmem, tym hardziej że znajdują, się w bezpośred­
nim sąsiedztwie planowanych działań zbrojnych 
(Afganistan, Czeczenia)". 

Konflikt izraelsko-palestyński 

Szalenie ważnym dla sytuacji na świecie zagadnieniem 

jest konflikt izraelsko-palestyński. Izrael od początku 

konfliktu określa! przedstawicieli Organizacji Wyzwo­
lenia Palestyny terrorystami. I wciąż tak czyni w sto­
sunku do ludności palestyńskiej, (idy 12 marca co 

najmniej 150 czołgów i pojazdów opancerzonych oraz 

20 tysięcy żołnierzy izraelskich zajęło prawie całą Ra-
mallah i pobliskie obozy dla uchodźców i gdy zginęło 
31 Palestyńczyków, wywołało to zdecydowany protest 
i potępienie Kofiego Annana, który do tej pory był aż 
nadto wstrzemięźliwy w swych ocenach. Ariel Szaron 
nieustannie podkreśla, że akcje odwetowe są wynikiem 
ataków palestyńskich na cywilów. Czy zwykli uchodź­
cy palestyńscy w obozach al-Amhari, el-Kadura i in­
nych, których domy bezpardonowo przeszukują żoł­
nierze izraelscy, którzy są łapani, aresztowani, tortu­

rowani czy znakowani, a którzy w akcie bezsilności 

rzucają kamieniami do uzbrojonych żołnierzy, są ter­
rorystami? Prasa regularnie donosi o drastycznych 
przypadkach postrzelenia kobiet ciężarnych w drodze 
do szpitala czy dzieci rzucających kamieniami. Na 
większości terytoriów okupowanych przez Izrael pa­
lestyńskiej ludności cywilnej odcięto dopływ prądu 
i wody, a codziennie docierają coraz hardziej bulwer­
sujące wiadomości. 3 kwietnia bieżąeego roku został 
ostrzelany sierociniec w Tulkarem, a w szpitalu zabi­
to dziecko oraz pielęgniarkę. W nocy z 30 na 31 mar­
ca, po tym, gdy wojska izraelskie zajęły kolejne tereny 
Autonomii, a w Ramallah przejęły kontrolę nad pale­
styńską telewizją, na ekranach telewizorów w Autono­
mii Palestyńskiej pojawiła się ciągła transmisja filmów 
pornograficznych! Informowały o tym agencje i zagra­
niczne rozgłośnie. Przedstawiciel rządu izraelskiego sko­
mentował te doniesienia lakonicznie: „Nic mi o tym 
nie wiadomo". Czy w warunkach poniżenia do utrzy­
mania jest nadal izraelskie domniemanie, że Palestyń­

czycy wyssali terroryzm z mlekiem matki? 

Mamy tu do czynienia z kolejnym przeobrażeniem 

tego terminu, kiedy zostaje zatarte rozróżnienie mię­

dzy ruchem oporu czy walką narodowowyzwoleńczą 
a terroryzmem. 

Mohammad Raad należy do najściślejszego kie­

rownictwa Hezbollahu („Partii Boga"), obok sekre­
tarza Generalnego Hezbollahu Hassa na Nasrallaha, 

i (o jego głos pełni rolę wykładni polityki Hezbolla­

hu. Jednocześnie jest deputowanym do Parlamentu 

Libańskiego z ramienia tej partii. W rozmowie- 11 

lutego bieżącego roku w Bejrucie postawiłem mu 
następujące pytanie: ..Hezbollah jako partia ma swo­

je przedstawicielstwo w parlamencie. Jednocześnie 

administracja amerykańska i prezydent George W. 

Bush określa Hezbollah jako organizację terrory­

styczną. Jak pan - jako parlamentarzysta - odnosi 
się do takich zarzutów?". Jego odpowiedź była zna­

mienna: „Taka ocena jest wyjątkowo niesprawiedli­

wa. Na pierwszy rzut oka trudno byłoby się tutaj 
dopatrzyć jakiegokolwiek innego powodu takiej oce­

ny, jak amerykańska ignorancja i nieznajomość te­

go, czym jest Hezbollah. Jednak za takimi oskarże­

niami kryją się cele polityczne. Amerykanie dosko­

nale znają sytuację w regionie. Ich celem politycz­
nym jest zmuszenie Hezbollahu do porzucenia wal­
ki z okupacją izraelską. By Amerykanie mogli osiąg­

nąć taki cel, muszą wpierw zmienić międzynarodo­

we kryteria oceny tego, czym jest terroryzm. Dlate­

go wprost oskarżamy Amerykanów o nieuprawnio­

ne dążenie do zmiany kryteriów definiujących zja­

wisko terroryzmu. Amerykanie dążą do utożsamie­

nia zjawiska terroryzmu z prawowitym ruchem opo­

ru. A przecież prawo ludzi żyjących pod okupacją 
do walki przeciwko tej okupacji jest jak najbardziej 

uprawnione. Mówi o tym przecież Karta ONZ! Prze­

cież tylko ktoś prezentujący postawę pełną agresji 

i uproszczeń może utożsamiać ruch oporu z terro­
ryzmem, prawda? Prawo do walki o samostanowie­

nie i do prowadzenia ruchu oporu uznali przecież 
sami Amerykanie - wespół z krajami europejskimi 
ratyfikując Kartę  O N Z " . Bez tego kluczowego roz­

różnienia między terroryzmem i walką narodowo­

wyzwoleńczą należałoby przyznać rację hitlerowcom, 

background image

którzy takim terminem określali na przykład oddzia­

ły AK. 

Sprawą oczywistą jest jednocześnie, że obserwo­

wana eskalacja działań palestyńskich zmierza mniej 
czy bardziej bezpośrednio do likwidacji państwa ży­
dowskiego. Takie też nastroje panują w wielu środo­
wiskach na Bliskim Wschodzie. W tej samej rozmo­
wie z Mohammadem Raadem zapytałem, w jakim 
stopniu podziela on zdanie sekretarza generalnego 

Hezbollahu Hassana Nasrallaha, który parokrotnie 

wyrażał przekonanie, że ostatecznym celem Hezbol­

lahu jest zniszczenie państwa Izrael. Deputowany He­
zbollahu próbował uniknąć wiążącej odpowiedzi na 
ten temat: „Nie są mi znane bezpośrednio takie 
stwierdzenia Sajjeda Hassana". Po zacytowaniu prze­
ze mnie między innymi fragmentu wywiadu Nasral­
laha, udzielonego stacji ABC NEWS 20 październi­
ka 2001 roku w rozmowie z Tedem Koppelem, Mo­

hammad Raad przyznał: „Cóż, decyzja o stworzeniu 
państwa izraelskiego została podjęta przez mocar­
stwa zachodnie dużo wcześniej w sposób arbitralny, 
bez jakichkolwiek konsultacji z mieszkańcami Pale­
styny. Żydzi mieli pierwotnie możliwość osiedlenia 
się na przykład w Ugandzie; były też plany, by stwo­

rzyć im państwo w Kanadzie czy Australii. Przy 

wsparciu mocarstw osiedlili się jednak w Palestynie, 
co odbyło się kosztem mieszkańców Palestyny. Choć 

nie jest to sprawą prostą, Żydzi powinni wrócić do 
krajów, z jakich przybyli". - „Czy to znaczy, że pań­
stwo Izrael nie ma prawa istnieć w miejscu, gdzie 
istnieje obecnie?" -  „ N i e " . 

To lakoniczne „nie", jakie padło z ust parlamenta­

rzysty arabskiego, odmawiające prawa do istnienia Ży­

dom na Bliskim Wschodzie, jest jednym z dwóch bie­
gunów - obok izraelskich akcji odwetowych - które 

napięły spiralę przemocy do stanu, kiedy konflikt ten 
zdaje się być nierozwiązywalny. Jego ofiarami padają 
po obu stronach bezbronni ludzie i naruszane są pod­
stawowe prawa człowieka - wartości, które wszyscy 
powinniśmy uszanować. Obie strony stosują wobec sie­
bie przemoc, uzasadniając ją terrorem ze strony prze­
ciwnika. A przecież jedynym rozwiązaniem jest poko­

jowe współistnienie dwóch suwerennych państw: Izra­

ela i Palestyny. Problem w tym, że wraz z każdym kro­

kiem Izraela i Palestyńczyków to rozwiązanie staje się 
coraz mniej realne. 

W postawie Ariela Szarona, który z jednej strony 

podkreśla, że włącza się w międzynarodową kampa­

nię przeciwko terroryzmowi, a z drugiej publicznie 

wyraża żal, że w 1982 roku nie skorzystał z okazji, 

by zabić Jasera Arafata, razi niespójność. Z jednej 
strony władze izraelskie domagają się od Jasera Ara­
fata, by podjął konkretne działania zmierzające do 
zaprzestania fali terroru i aresztował osoby za akty 
przemocy odpowiedzialne, a jednocześnie niszczy się 
palestyńską infrastrukturę, w tym areszty, oraz siły 
policyjne, które takie aresztowania mogłyby przepro­
wadzić. Odmawia się też prowadzenia rozmów z Ara­

fatem, osłabiając tym samym jego autorytet, a z dru­

giej strony domaga, by się do niego odwołał i dopro­
wadził do zawieszenia intifady. 

Ta zawiła gra izraelsko-arabska w tak silnym stop­

niu zdaje się nie mieć racjonalnych uzasadnień, że 
przywódcy francuscy zaczęli nawet mówić o obsesyj­
nej nienawiści Szarona do Arafata. Tę grę trzeba po­
strzegać w kontekście amerykańskich przygotowań 
do uderzenia na Irak, a jednym z jej celów jest wy­

muszenie przyzwolenia krajów arabskich na antyi-
racką ofensywę. W dniach 27-28 marca zebrali się 

w Bejrucie przedstawiciele krajów arabskich (choć 

bez prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka i króla Jor­
danii Abdullaha). Na tę chwilę przygotowywali się 
też Amerykanie: 20 marca powrócił do Waszyngto­

nu wiceprezydent Dick Cheney po jedenastodnio-

wym objeździe Bliskiego Wschodu. Pokój w Palesty­

nie miał być elementem przetargowym w negocja­

cjach z państwami arabskimi, które w ten sposób 

miały zostać skłonione do akceptacji ataku na re­
żim Saddama Husajna. Arabską odpowiedzią była 
podjęta przez następcę tronu księcia Abdullaha, 
a wspierana przez Unię Europejską inicjatywa po­
kojowa, będąca w rzeczywistości odnowieniem izra­
elsko-palestyńskiego planu „ziemia za pokój". Trud­

no jednak mówić o powodzeniu misji Cheneya. Pra­

sa arabska doniosła, że władze Arabii Saudyjskiej 
- starając się nie dopuścić do ewentualnego ataku 

background image

na Irak - przekazały Cheneyowi, że w razie ataku 
na Irak nie udostępnią USA saudyjskiej bazy Prince 
Sułtan Airbase. Choć nawet sojusznik USA, Turcja, 
odmówiła Cheneyowi bezpośredniego zaangażowa­
nia się w ewentualny atak, 22 marca media izrael­
skie podały, że amerykański wiceprezydent zapewnił 

Ariela Szarona, że „atak taki jest wciąż planowany, 

przede wszystkim z uwagi na dobro Izraela". Szaron 
przyjął to z zadowoleniem, oznajmił, że klęska Iraku 

wywrze demoralizujący wpływ na Palestyńczyków 

i zmusi ich do zakończenia intifady. Odrzucenie sau­
dyjskiego planu pokojowego i otwarta wojna w Pale­
stynie, jaką rozpęta! Szaron, gdy w Bejrucie obrado­
wała Liga Arabska, wskazują, że celem Szarona -

0 czym mówi się od dawna, a czemu Szaron nigdy nie 
zaprzeczył - jest całkowite usunięcie Palestyńczyków 
1

 powiększenie Izraela. Trudno utrzymać sąd, że Izrael 

w ten sposób realizuje* prawo do obrony. Można już 

mówić o terroryzmie państwowym o nieobliczalnych 
skutkach. Dramatycznym wyrazem bezsilności była 

wypowiedź Mahmuda Kalifa, rzecznika palestyńskie­
go ministerstwa informaeji, z 3 kwietnia: „Jeśli Izrael 

zabije Jasera Arafata, będzie to początek III wojny 
światowej". 

Gdy na konflikt palestyński nałoży się ponowne 

otwarcie frontu w Iraku, będzie to miało nieobliczal­
ne skutki dla całego świata. 

Ofensywa taka mogłaby się już rozpocząć pod ko­

niec maja, a przygrywką do niej mogą być renego­
cjacje z rządem Saddama Husajna programu „ropa 
za żywność", który wygasa w maju. Prawdopodol)-
nie Amerykanie będą dążyli do wprowadzenia do nie­

go warunku ponownego zezwolenia na wjazd obser­

watorom ONZ do Iraku i ich nieskrępowanej dzia­
łalności oraz zmiany listy produktów dopuszczonych 
do handlu w ramach tego programu, w tym wyklu­

czenia z niego tych, które mogłyby mieć zastosowa­

nie militarne. Skrajne warunki zaproponowane Ira­
kowi doprowadzą zapewne do odrzucenia nowego 
programu, co będzie pretekstem do rozpoczęcia ofen­
sywy: w pierwszej kolejności kilkutygodniowych bom­
bardowań. Kolejnym chronologicznie elementem tej 
kampanii będzie dążenie do utworzenia także we­

wnętrznego frontu opozycji, irackiej intifady, której 

istotnym elementem mieliby być Kurdowie iraccy. 
Działania te miałyby doprowadzić do objęcia wła­

dzy przez irackiego „Hamida Karzaja", który mógł­
by zgodzić się na utworzenie protektoratu kurdyj­
skiego na wzór Kosowa w Jugosławii. Byłaby to ce­

na za ezynny udział Kurdów w powstaniu. Trudno 

znaleźć choćby jeden punkt, który przemawiałby na 

korzyść reżimu Saddama Husajna, ale jeszcze trud­
niej usprawiedliwić nowy konflikt na taką skalę. Oba­

wia się go nawet Turcja z uwagi na potencjalne ode­

rwanie od Iraku części kurdyjskiej, gdyż prowadzi­
łoby to do walk o utworzenie wolnego Kurdystanu 
i przeniesienia konfliktu na teren Turcji. 

Dalszy wzrost nastrojów antyzaehodnich - a także 

antydemokratycznych - w świecie muzułmańskim bę­
dzie miał negatywny upływ na przemiany społeczne 

na tych obszarach i może doprowadzić do obalenia rzą­

dów właśnie w takich krajach jak Arabia Saudyjska 

i zastąpienia ich reżimami skrajnie klerykalnymi. 

Dwulicowość polityki amerykańskiej daje się wyja­

śnić w kategoriach wewnętrznej polityki amerykańskiej, 
a raczej jej brakiem. Na wątek ten od dłuższego czasu 
zwracają uwagę Demokraci. Na początku lutego w wy­
stąpieniu dla telewizji CNN Madeleine Albright, sekre­
tarz stanu w administracji Billa Clintona, wprost sfor­

mułowała zarzut, że obecna kampania antyterrorysty­

czna to ucieczka George'a W. Busha przed problema­

mi wewnętrznymi i groźbą recesji. 

Po pierwsze brak konstruktywnych planów uzdro­

wienia gospodarki administracja w Waszyngtonie 
próbuje kompensować zaangażowaniem w politykę 
zagraniczną, tam kierując uwagę całego społeczeń­
stwa. Po drugie ratunkiem przed recesją staje się bez­
precedensowy budżet zbrojeniowy w wysokości 2,13 
biliona dolarów. Traktowany jest on jako koło zama­

chowe całej gospodarki amerykańskiej, które w pier­
wszej kolejności wesprze przemysł zbrojeniowy. Grą 
wstępną jest jednostronne podniesienie ceł przez 

USA na import stali, co łamie ustalenia prawne 

o strefie wolnego handlu. W tej sprawie Unia Euro­

pejska złożyła skargę 7 marca do Światowej Organi­
zacji Handlu  ( W T 0 ) . 

background image

Dodatkowym warunkiem jest utrzymywanie całego 

społeczeństwa w poczuciu zagrożenia terrorem, 

a sprzyjają temu regularnie pojawiające się kontrolo­
wane „przecieki" do prasy o planowanym zamachu 
terrorystycznym, który w rezultacie nigdy nie nastę­
puje, a jego domniemani sprawcy nigdy nie zostają 
ujęci. Temu między innymi - obok jednostronnej pre­
zentacji zagadnień międzynarodowych w mediach 
amerykańskich i niskiej znajomości geografii świata 
- należy przypisać fakt, że aż 70 proc. społeczeństwa 
amerykańskiego popiera ewentualny atak na Irak. 

Walce z tą śmiertelną chorobą cywilizacyjną, jaką 

jest terroryzm, przyświeca nieuzasadnione przeko­

nanie, że można wygrać, wykorzystując przewagę 
technologiczną, oraz że sama wyższość technologicz­
na oznacza wyższość cywilizacyjną. Nieraz historia 

wykazywała, że ci, którzy dysponowali przewagą mi­
litarną, nie reprezentowali wyższego systemu warto­
ści. Nawet po zniszczeniu zasobów zbrojnych pozo­
stają niezadowolone narody. Skoncentrowani na 
technologii Amerykanie pomijają tak zwany czyn­
nik ludzki. Przekonanie o własnej przewadze wywia­

dowczej i technologicznej w 1979 roku doprowadzi­
ło do tego, że w Teheranie aż 2000 osób związanych 
z CIA nie zauważyło przygotowań do rewolucji islam­
skiej, a przekonanie o doskonałym rozeznaniu w sy­
tuacji dzięki tej przewadze nie uchroniło przed śmier­
cią amerykańskiego ambasadora w Kabulu w 1979 

roku i radziecką inwazją na Afganistan. 

Walka ze zjawiskiem terroryzmu powinna sięgać 

korzeni tego zjawiska, a nie „leczyć" jego sympto­
my. 6 lutego bieżącego roku spędziłem południe 

w Bkerke nieopodal Bejrutu, w rezydencji kardyna­
ła Nasrallaha Butrosa Sfeiry. Kardynał Sfeir, patriar­
cha maronitów - libańskich chrześcijan, jest posta­
cią powszechnie szanowaną w Libanie zarówno przez 
członków Kościołów chrześcijańskich, jak i wyzna­
wców islamu. Jego ogromny autorytet moralny i du­
chowy powoduje, że odgrywa on ogromną rolę na 
scenie politycznej na Bliskim Wschodzie, a w jego 

głos wsłuchują się politycy i działacze różnych ugru­

powań, o czym świadczy choćby fakt, że w dniu, kie­

dy kardynał Sfeir udzielił mi wywiadu, przyjął on 

także delegację palestyńskiego Islamskiego Dżiha-

du. Utrzymuje on jednocześnie bliskie kontakty z Ja­
nem Pawłem  I I , którego portret wisi na głównym 
miejscu w sali audiencyjnej. Na pytanie, co sądzi 
o amerykańskiej kampanii przeciwko światowemu 
terroryzmowi i uznaniu takich krajów jak Irak, Iran 

czy Korea Północna za kraje wspierające terroryzm, 

kardynał Nasrallah Sfeir odpowiedział: „Nikt nie po­
piera terroryzmu! Jest to naturalne. Dlatego w inte­
resie całego świata leży zwalczanie przyczyn terro­
ryzmu. A korzeniem terroryzmu jest bieda. Rzesze 

ludzi na całym świecie żyją w nędzy. Około 1,2 mi­

liarda ludzi na ziemi nie ma co jeść. Taki stan rze­

czy można - i należy - zmienić. Nie możemy tych 
ludzi pozostawić w nędzy i mieć nadzieję, że zaak­
ceptują swój los i nie będą się buntować". 

Prawdziwą metodą walki z terroryzmem jest zmia­

na układów ekonomicznych na świecie i stworzenie 
możliwości nie tylko przeżycia, ale godnego życia 

dla jednej czwartej ludzkości. Drugim niezbędnym 
elementem jest edukacja. Edukacja zaś wymaga 
uczciwości - dla wielu polityków być może pojęcia 
abstrakcyjnego. Jednak jest niewyobrażalne, by da­
ło się prowadzić walkę o prawa człowieka i demokra­
cję, gdy samemu łamie się własne zasady. 

W wielu krajach zachodnich, które szczycą się, że 

są kolebką idei demokratycznych, wprowadzono usta­

wy antyterrorystyczne, ograniczające swobody oby­

watelskie i prawa człowieka. Obejmują one szczegól­
ne uprawnienia służb specjalnych, w tym ułatwienia 

w stosowaniu podsłuchu i inwigilacji, możliwość wy­
dalenia z kraju emigrantów podejrzanych o współ­

pracę z organizacjami terrorystycznymi na mocy taj­
nej decyzji administracyjnej, to jest bez wyroku są­

du, oraz możliwość dłuższego przetrzymywania 
w areszcie osób podejrzanych o terroryzm. Wprowa­
dzone szczegółowe kontrole na granicach według kry­
terium etnicznego - w tym obowiązkowe kontrole 
dla obywateli państw arabskich i muzułmańskich 
- są posunięciem jawnie rasistowskim. Na to nakła­

da się okresowy zakaz wjazdu do krajów zachodnich 
dla obywateli krajów islamskich oraz ograniczenie 
praw do azylu, inwigilacja środowisk studentów za-

background image

granicznych i przeglądanie ich teczek, wydalanie 
z Europy i USA niektórych duchownych muzułmań­
skich. W Stanach Zjednoczonych środowiska akade­
mickie są regularnie inwigilowane, a w bezpośred­
nich rozmowach z wykładowcami niektórych ame­

rykańskich uniwersytetów padają zawoalowane groź­

by ze strony władz

2

Od lat było normą, że porozumiewanie się ze zna­

jomymi w Chinach za pośrednictwem Internetu jest 

utrudnione. Niekiedy mija tydzień od wysłania wia­
domości pocztą elektroniczną, zanim dotrze ona do 
adresata - tyle trwa ocenzurowanie listu elektronicz­

nego. Czasem wiadomości nie docierają w ogóle. Ale 

dziwi niepomiernie, że ogromny odsetek stron in­
ternetowych poświęconych zagadnieniom blisko­
wschodnim, arabskim czy szerzej: islamowi jest od 

miesięcy niedostępny, mimo że nie prezentowały tre­

ści terrorystycznych, a jedynie niezbyt przychylne ad­

ministracji amerykańskiej. Były one dla socjologa, 
religioznawcy czy orientalisty nieocenionym źródłem 
informacji o procesach w społeczeństwach pozaeu­
ropejskich i na temat tego, co dzieje w różnych śro­

dowiskach na świecie. 

Jednocześnie ofiarą oskarżeń padają niezależni 

dziennikarze czy całe stacje telewizyjne, na przykład 
Al-Dżazira, która dla świata arabskiego od lat stano­
wiła doskonałą lekcję demokracji i tego, czym jest 
wolność słowa. Jednocześnie władze amerykańskie 

i koalicjanci nie ukrywają, że relacje dziennikarskie 

z frontu afgańskiego nie są niezależne, a informacje 
dopuszczane są wybiórczo. W ten sposób pod pozo­

rami obrony demokracji i walki z terroryzmem na­
kłada się społeczeństwom na całym świecie cenzu­
rę. Zjawisko cenzury w krajach zachodnich istnieje 

od dawna, choć była to cenzura dość szczególna: 
ośrodki medialne zależne finansowo od własnej po­
pularności oceniały wstępnie, jakie informacje ma­

ją walor finansowy, a jakie mogą zaszkodzić ich wi­

zerunkowi, także finansowo. Na to zjawisko „rynko-

2

 Szerzej na temat zagrożeń piszę w ksigżce Afganistan: historia 

- ludzie - polityka, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 

2 0 0 1 , na s. 33-43. 

wej cenzury" nakłada się „odgórne filtrowanie" prze­
pływu informacji. Czy aby jest to najlepsza metoda, 
by pokazywać obywatelom tak zwanego Trzeciego 
Świata, na czym demokracja polega?! 

Bliższa analiza działań, jakie podejmowano w osta­

tnich miesiącach pod sztandarem walki z terrory­
zmem, wskazuje, że obrona podstawowych wartości 

jest na dalszym planie, a kampania antyterrorysty­

czna jest w rzeczywistości pretekstem do uporząd­
kowania własnego podwórka i jest cynicznie wyko­

rzystywana nie tylko przez mocarstwa. Idea walki 

z terroryzmem stała się usprawiedliwieniem dążeń 
do realizacji własnych snów o potędze. Zaistniała sy­

tuacja wskazuje, że to terroryści odnoszą zwycięstwo. 

Gorzka to konstatacja. 

Mam przyjaciół w Afryce, w Chinach, Afganista­

nie i krajach arabskich i nie chcę się znaleźć w sy­
tuacji, kiedy nagle stanę się w ich oczach reprezen­
tantem wrogiego, imperialnego, neokolonialnego 
paktu „antyterrorystycznego". Nie odpowiada mi wi­

zja świata podzielonego według nowych kryteriów. 

Raz w takiej rzeczywistości żyłem. Z przykrością 
stwierdzam, że nieprzemyślana i fundamentalistycz-
na polityka Stanów Zjednoczonych, będąca realizacją 
myślenia bipolarnego dzielącego świat na „my - oni" 

- zgodnie z mottem „Albo jesteście z nami, albo prze­

ciwko nam" - prowadzi świat do globalnego kon­

fliktu. Nie ulega wątpliwości, że terroryzm jest śmier­
telną groźbą dla ludzkości. Ale nie tylko dlatego, że 
obiektem ataku terrorystycznego może stać się każ­

dy z nas, każdy mieszkaniec globu, ale także dlate­
go, że terroryzm stał się pretekstem do działań na 

arenie międzynarodowej i wewnętrznej, które stano­

wią groźbę dla praw człowieka i pokoju na świecie. 

A jej ofiarą - po zabiciu wszystkich terrorystów 

- będzie globalna wioska... Policyjna. H 

P i o t r Balcerowicz - orientalista. Pracuje w Insty­

tucie Orientalistyki UW. Ostatnio opublikował 

ksiqżkę Afgan/stan,

 historia - ludzie - polityka.