background image

ISSN 2084-1124    Nr 1•2016

KRYTYKA

LITERACKA

LITERATURA • SZTUKA • FILOZOFIA 

W NUMERZE:

Hassanal Abdullah • Jacek Bartyzel • Aleksander Błok  • Natalia Budzyńska

Peter Thabit Jones  • Wołodimir Krinickij • Leszek Lubicki • Adrian Nikiel

Viktor Orbán • Bruno Schulz • Tomasz Marek Sobieraj

background image

__________________________________________________________________________________ 
 

 

Krytyka Literacka 

Rok VIII 

ISSN 2084-1124 

Nr 1 (9•70) 2016 

 
 

REDAKCJA Tomasz Marek Sobieraj (red. nacz.), 

Witold Egerth, Janusz Najder, Wioletta Sobieraj 

ADRES ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź 

E-POCZTA editionssurner@wp.pl 

 

WYDAWCA Editions Sur Ner 

 

 

Archiwum i biblioteka Krytyki Literackiej 

http://chomikuj.pl/KrytykaLiteracka 

Czytelnie Krytyki Literackiej online 

http://issuu.com/krytykaliteracka 

https://pl.scribd.com/KrytykaLiteracka 

Strona internetowa 

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com 

 

Wydania elektroniczne Krytyki Literackiej są bezpłatne; 

cena egzemplarza papierowego wynosi 10 zł; w celu 

nabycia pisma należy dokonać wpłaty na konto 

dowolnego hospicjum i wysłać potwierdzenie                  

na adres e-poczty redakcji. 

 

1 str. okładki: Albrecht Dürer, Kąpiel mężczyzn

drzeworyt, ok. 1497, British Museum 

 

SPIS TREŚCI 

 

01 

Bruno Schulz 

DO S.I. WITKIEWICZA 

 

04 

Tomasz Marek Sobieraj, Peter Thabit Jones 

KOLOR MOWY 

 

09 

Peter Thabit Jones 

WIERSZE 

 

13 

Leszek Lubicki 

WOJCIECH GERSON – NAUCZYCIEL MALARZY 

 

17 

Hassanal Abdullah 

WIERSZE 

 

20 

Aleksander Błok 

WIERSZE 

 

23 

Jacek Bartyzel 

ANTONIO GRAMSCI,  

czyli „Nowoczesny Książę” w walce o hegemonię 

intelektualną 

 

27 

Wołodimir Krinickij 

WIERSZE 

 

29 

Natalia Budzyńska 

POKUTA OSCARA WILDE’A 

 

31 

POŁUDNIOWOSŁOWIAŃSKIE  

PREZENTACJE POETYCKIE 

 
 

 

34  

Bruno Schulz 

JESIEŃ 

 

37 

Tomasz Marek Sobieraj 

DWANAŚCIE STACJI – TWELVE STATIONS 

TOMASZA RÓŻYCKIEGO, 

czyli o czym głośno się nie mówi 

 

40  

Adrian Nikiel 

SOCREALIZM PO SZWEDZKU 

 

42 

Viktor Orbán 

HAJRÁ, MAGYAROK! 

 

48 

Tomasz Marek Sobieraj 
DWOJE NA WZGÓRZU 

 
 

 
 

S Ł O W O   N A   W I O S N Ę  

 

 

„...to, co się dzieje dziś z intelektem i intelektualistami,       
to jest po prostu skandal – i mistyfikacja, jedna                     

z największych w historii. Wiedza i prawda od dawna        
już przestały być naczelną troską intelektualisty –  

zastąpiła je troska o to po prostu, żeby się nie dowiedziano, 
że on nie wie. Intelektualista, rozsadzamy treściami, 

których sobie nie przyswoił, kluczy jak może, byle              
nie dać się przyłapać. Jakie są jego środki ostrożności? 

Formułować chytrze, żeby nie złapano za słówko.              

Nie wychylać nosa poza to, co jako tako się opanowało. 
Używać pojęć skrótowo, niby że to one są już wszystkim 

doskonale znane, a w gruncie rzeczy, aby nie zdradzić się       
z ignorancją. Dawać do zrozumienia, że się wie”. 

 
 

Witold Gombrowicz, Dziennik 

 
 

 

 

„...nasza tzw. inteligencja jest np. niemrawa, beztwarzowa, 

chwiejna, przystosowująca się do wszystkiego, tchórzliwa, 

nie dość właśnie inteligentna i niedokształcona...”. 

 

 

S.I. Witkiewicz, Odpowiedź i spowiedź 

 

 

 

 

„Nie ma społeczeństwa bardziej obcego i wrogiego sztuce 
niż nasze. Jest to wynikiem braku kultury i tradycji. Nikt 

się o kulturę nie stara, a wszelkie próby w tym kierunku są 
zatłamszane przez mafię pasożytów sztuki, nazywających 

się krytykami”. 

 

 

S.I. Witkiewicz, Malarstwo (nie sztuka)... 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

1

 

Bruno Schulz 

 

DO S.I. WITKIEWICZA 

  
 

oczątki mego rysowania gubią się w mgle mitologicznej. Jeszcze nie umiałem mówić, gdy 
pokrywałem już wszystkie papiery i brzegi gazet gryzmołami, które wzbudzały uwagę 

otoczenia. Były to z początku same powozy z końmi. Proceder jazdy powozem wydawał mi się 
pełen wagi i utajonej symboliki. Około szóstego, siódmego roku życia powracał w moich 
rysunkach wciąż na nowo obraz dorożki z nastawioną budą, płonącymi latarniami, wyjeżdżającej   
z nocnego lasu. Obraz ten należy do żelaznego kapitału mojej fantazji, jest on jakimś punktem 
węzłowym wielu uchodzących w głąb szeregów. Do dziś dnia nie wyczepałem jego metafizycznej 
zawartości. Widok konia dorożkarskiego nie stracił po dziś dzień  dla  mnie  na  fascynacji                    
i wzburzającej mocy. Schizoidalna jego anatomia pełna na wszystkich końcach rogów, węzłów, 
sęków i sterczyn została jak gdyby wstrzymana w rozwoju w chwili, gdy chciała się jeszcze dalej 
rozróść i rozgałęzić. A i powóz jest wytworem schizoidalnym, wynikłym z tej samej zasady 
anatomicznej – wieloczłonkowy, fantastyczny, zrobiony z blach powyginanych jak płetwy, ze skóry 
końskiej i ogromnych kół-klekotek. 

Nie wiem, skąd w dzieciństwie dochodzimy do pewnych obrazów o rozstrzygającym dla nas 

znaczeniu. Grają one rolę tych nitek w roztworze, dokoła których krystalizuje się dla nas sens 
świata. Do tych obrazów należy jeszcze u mnie obraz dziecka niesionego przez ojca przez 
przestrzenie ogromnej nocy, rozmawiającego z ciemnością. Ojciec tuli je, zamyka w ramionach, 
odgradza od żywiołu, który mówi i mówi, ale dla dziecka ramiona te są przezroczyste, noc dosięga 
je w nich i poprzez pieszczoty ojca słyszy ono nieustannie jej straszliwe perswazje. I znękane, 
pełne fatalizmu, odpowiada na indagacje nocy, z tragiczną gotowością, całkiem zaprzedane 
wielkiemu żywiołowi, od którego nie ma ucieczki. 

Są treści niejako dla nas przeznaczone, przygotowane, czekające na nas na samym wstępie 

życia. Tak recypowałem balladę Goethego w wieku ośmiu lat z jej całą metafizyką. Poprzez na wpół 
zrozumiałą niemczyznę pochwyciłem, przeczułem sens i wstrząśnięty do głębi płakałem, gdy mi ją 
matka czytała. 

Takie obrazy stanowią program, statuują  żelazny kapitał ducha, dany nam bardzo wcześnie     

w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań. Zdaje mi się, że cała reszta życia upływa nam na 
tym, by zinterpretować te wglądy, przełamać je w całej treści, którą zdobywamy, przeprowadzić 
przez całą rozpiętość intelektu, na jaką nas stać. Te wczesne obrazy wyznaczają artystom granice 
ich twórczości. Twórczość ich jest dedukcją z gotowych założeń. Nie odkrywają już potem nic 
nowego, uczą się tylko coraz lepiej rozumieć sekret powierzony im na wstępie i twórczość ich jest 
nieustanną egzegezą, komentarzem do tego jednego wersetu, który im był zadany. Zresztą sztuka 
nie rozwiązuje tego sekretu do końca. Pozostaje on nierozwikłany. Węzeł, na który dusza została 
zasupłana, nie jest fałszywym węzłem, rozchodzącym się za pociągnięciem końca. Przeciwnie, 
coraz ciaśniej się zwęźla. Manipulujemy przy nim, śledzimy bieg nici, szukamy końca i z tych 
manipulacyj powstaje sztuka. 

Na pytanie, czy w rysunkach moich przejawia się ten sam wątek, co w prozie, 

odpowiedziałbym twierdząco. Jest to ta sama rzeczywistość, tylko różne jej wycinki. Materiał, 
technika działają tutaj jako zasada selekcji. Rysunek zakreśla ciaśniejsze granice swym materiałem 
niż proza. Dlatego sądzę, że w prozie wypowiedziałem się pełniej. 

Od pytania, czy potrafiłbym filozoficznie zinterpretować rzeczywistość  Sklepów 

cynamonowych, najchętniej chciałbym się uchylić. Sądzę,  że zracjonalizowanie widzenia rzeczy 
tkwiącego w dziele sztuki równa się zdemaskowaniu aktorów, jest końcem zabawy, jest 
zubożeniem problematyki dzieła. Nie dlatego, żeby sztuka była  logogryfem  z  ukrytym  kluczem,       
a filozofia tym samym logogryfem – rozwiązywanym. Różnica jest głębsza. W dziele sztuki nie 
została jeszcze przerwana pępowina  łącząca je z całością naszej problematyki, krąży tam jeszcze 
krew tajemnicy, końce naczyń uchodzą w noc otaczającą i wracają stamtąd pełne ciemnego fluidu.  

 

P

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

2

 

 

 

Bruno Schulz, Infantka i jej karły, cliché-verre, 1920-22, 

Muzeum Literatury, Warszawa 

 
 
 

W filozoficznej interpretacji mamy już tylko wypruty z całości problematyki preparat 

anatomiczny. Mimo to sam ciekaw jestem, jak brzmiałoby w formie dyskursywnej credo 
filozoficzne  Sklepów cynamonowych. Będzie to raczej próba opisu rzeczywistości tam danej 
aniżeli jej uzasadnienie. 

Sklepy cynamonowe dają pewną receptę na rzeczywistość, statuują pewien specjalny rodzaj 

substancji. Substancja tamtejszej rzeczywistości jest w stanie nieustannej fermentacji, 
kiełkowania, utajonego życia. Nie ma przedmiotów martwych, twardych, ograniczonych. Wszystko 
dyfunduje poza swoje granice, trwa tylko na chwilę w pewnym kształcie, ażeby go przy pierwszej 
sposobności opuścić. W zwyczajach i sposobach bycia tej rzeczywistości przejawia się pewnego 
rodzaju zasada – panmaskarady. Rzeczywistość przybiera pewne kształty tylko dla pozoru, dla 
żartu, dla zabawy. Ktoś jest człowiekiem, a ktoś karakonem, ale ten kształt nie sięga istoty, jest 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

3

 

tylko rolą na chwilę przyjętą, tylko naskórkiem, który za chwilę zostanie zrzucony. Statuowany jest 
tu pewien skrajny monizm substancji, dla której poszczególne przedmioty są jedynie maskami. 
Życie substancji polega na zużywaniu niezmiernej ilości masek. Ta wędrówka form jest istotą 
życia. Dlatego z substancji tej emanuje aura jakiejś panironii. Obecna tam jest nieustannie 
atmosfera kulis, tylnej strony sceny, gdzie aktorzy po zrzuceniu kostiumów zaśmiewają się              
z patosu swych ról. W samym fakcie istnienia poszczególnego zawarta jest ironia, nabieranie, 
język po błazeńsku wystawiony. (Tu jest, zdaje mi się, pewien punkt styczny między  Sklepami         
a światem Twych kompozycyj malarskich i scenicznych). 

Jaki jest sens tej uniwersalnej deziluzji rzeczywistości – nie potrafię powiedzieć. Twierdzę 

tylko,  że byłaby ona nie do zniesienia, gdyby nie doznawała odszkodowania w jakiejś innej 
dymensji. W jakiś sposób doznajemy głębokiej satysfakcji z tego rozluźnienia tkanki 
rzeczywistości, jesteśmy zainteresowani w tym bankructwie realności. 

Mówiono o destrukcyjnej tendencji książki. Być może,  że z punktu widzenia pewnych 

ustalonych wartości – tak jest. Ale sztuka operuje w głębi przedmoralnej, w punkcie, gdzie wartość 
jest dopiero in statu nascendi. 

Sztuka jako spontaniczna wypowiedź  życia stawia zadania etyce – nie przeciwnie. Gdyby 

sztuka miała tylko potwierdzać, co skądinąd już zostało ustalone – byłaby niepotrzebna. Jej rolą 
jest być sondą zapuszczoną w bezimienne. Artysta jest aparatem rejestrującym procesy w głębi, 
gdzie tworzy się wartość. 

Destrukcja? Ale fakt, że treść ta stała się dziełem sztuki, oznacza, że afirmujemy ją, że nasze 

spontaniczne głębie wypowiedziały się za nią. 

Do jakiego rodzaju należą  Sklepy cynamonowe? Jak je zaklasyfikować? Uważam  Sklepy za 

powieść autobiograficzną. Nie dlatego tylko, że jest pisana w pierwszej osobie i że można w niej 
dopatrzyć się pewnych zdarzeń i przeżyć z dzieciństwa autora. Są one autobiografią albo raczej 
genealogią duchową, genealogią kat’exochen, gdyż ukazują rodowód duchowy aż do tej głębi, gdzie 
uchodzi on w mitologię, gdzie gubi się w mitologicznym majaczeniu. Zawsze czułem, że korzenie 
indywidualnego ducha, dostatecznie daleko w głąb  ścigane, gubią się w mitycznym jakimś 
mateczniku. To jest dno ostateczne, poza które niepodobna już wyjść.  

Imponującą realizację artystyczną tej myśli znalazłem później w Jakubowych historiach          

T. Manna, gdzie przeprowadzona ona jest w skali monumentalnej. Mann pokazuje, jak na dnie 
wszystkich zdarzeń ludzkich, gdy wyłuskać je z plewy czasu i wielości, ukazują się pewne 
praschematy, „historie”, na których te zdarzenia formują się w wielkich powtórzeniach. U Manna 
są to historie biblijne, odwieczne mity Babilonii i Egiptu. Ja starałem się w skromniejszej mej skali 
odnaleźć  własną, prywatną mitologię, własne „historie”, własny mityczny rodowód. Tak jak 
starożytni wyprowadzali swych przodków z mitologicznych małżeństw z bogami, tak uczyniłem 
próbę statuowania dla siebie jakiejś mitycznej generacji antenatów, fikcyjnej rodziny, z której 
wywodzę mój ród prawdziwy.  

W jakiś sposób „historie” te są prawdziwe, reprezentują moją manierę  życia, mój los 

szczególny. Dominantą tego losu jest głęboka samotność, odcięcie od spraw codziennego życia. 

Samotność jest tym odczynnikiem, doprowadzającym rzeczywistość do fermentacji, do 

strącenia osadu figur i kolorów. 

  
 
  

Pierwodruk: „Tygodnik Ilustrowany” 1935, nr 17.  

 
 
 
 
 
 
 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

4

 

Tomasz Marek Sobieraj, Peter Thabit Jones 

 

KOLOR MOWY 

 
 
Tomasz Marek Sobieraj
 Jones to popularne walijskie nazwisko. Jesteś więc poetą angielskim, 
brytyjskim czy może Cymry [Walijczykiem, przyp. T.M.S.] piszącym poezję po angielsku? 
 
Peter Thabit Jones Tak, Jones to popularne walijskie nazwisko. Noszę je po moich dziadkach 
od strony matki, którzy mnie wychowywali. Jednak myślę o sobie po prostu jako o poecie, ale gdy 
ktoś nalega na etniczne samokreślenie, to mówię,  że jestem poetą walijskim, bo na pewno nie 
angielskim. Nie lubię określenia poeta anglo-walijski czy walijski piszący  po  angielsku.  Nikt 
przecież nie myśli o Yeatsie czy Heaneyu jako o poetach anglo-irlandzkich.  
 
T.M.S. Mówisz w cymraeg [po walijsku, przyp. T.M.S.]? 
 
P.T.J. Nie. Wychowałem się we wschodniej części Swansea, gdzie nie mówiono po walijsku, 
przypominam sobie tylko jedną rodzinę, która znała ten język. Jednak przez 22 lata prowadziłem 
na uniwersytecie zajęcia między innymi z cynghanedd [tradycyjna walijska wersyfikacja, przyp. 
T.M.S.], wykłady na ten temat prowadziłem też w USA i w Europie. 
 
T.M.S. Literatura walijska może poszczycić się jedną z najdłuższych tradycji w Europie, sięgającej 
do VI w. n.e. Długa to droga od Taliesina czy Aneirina do Dylana Thomasa, Davida Jonesa, Dica 
Jonesa i, oczywiście, Petera Thabita Jonesa. Wiem, że jesteś wielbicielem Dylana Thomasa – nie 
tylko z powodu lokalnego patriotyzmu, jako że obaj urodziliście się w Swansea... 
 
P.T.J. Literatura walijska w języku rodzimym i po angielsku to jakby dwie różne drogi, czasem 
jednak wędrowcy spotykali się i witali z szacunkiem. W latach 60-tych XX wieku i później nastąpił 
silny wzrost walijskiego nacjonalizmu, który wywarł spore piętno na anglojęzycznej  literaturze      
w Walii. Nigdy nie należałem do ruchu narodowo-literackiego, ale uważam, że zachowanie języka 
walijskiego jest dla nas bardzo ważne.  Śmierć każdego języka, dialektu jest tragedią. Wspieram 
wszystkie działania mające na celu pielegnację cymraeg. Co do Dylana Thomasa – tak, on 
całkowicie poświęcił się poezji. Uważam,  że jeśli całkowicie oddasz się poezji, ona ci to 
wynagrodzi. Według niego ogromne znaczenie w wierszu ma muzykalność, co dla mnie jest 
również sprawą fundamentalną. Zgadzam się też w pełni z uwagą Eliota, że „znakomita poezja 
oddziałuje, zanim jest zrozumiana”, a według mnie może to być osiągnięte poprzez nadanie jej 
muzycznej tekstury. 
 
T.M.S. Profesor Ian Gregson, znakomity krytyk i poeta twierdzi, że „ogromna część najlepszej 
brytyjskiej poezji powstaje w Walii”. Być może to nacjonalizm, ale czy zgadzasz się z tą opinią? 
Jeśli tak, to dlaczego Walia jest tak uprzywilejowana? 
 
P.T.J. Ciekawe stwierdzenie, chociaż uważam, że wiele świetnej poezji tworzą Irlandczycy, Szkoci 
i oczywiście Anglicy. Ale rzeczywiście, coś w tym jest; szczególnie cenię bardzo ciekawego 
współczesnego walijskiego dramaturga Eda Thomasa; dla mnie jest on najlepszym walijskim 
pisarzem od bardzo wielu lat. 
 
T.M.S. Którzy pisarze wywarli na ciebie największy wpływ? 
 
P.T.J. Z Walijczyków to Dylan Thomas, Ronald Stuart Thomas, Vernon Watkins, Idris Davies, 
Alun Lewis i Leslie Norris. Pisarze angielscy to Thomas Hardy, Edward Thomas (chyba mój 
ulubiony poeta wszech czasów, przyjaciel Roberta Frosta),  Wystan  Hugh  Auden,  Ted  Hughes         
i Philip Larkin (szczególnie jego podejście do poetyckiego rzemiosła). Z Irlandczyków to William 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

5

 

Butler Yeats i Seamus Heaney, z kolei Amerykanie  to  Robert  Frost,  Edna  St.  Vincent  Millay, 
Benjamin De Casseres, Theodore Roethke i Stanley Kunitz (podziękowania dla Stanleya Barkana 
za przesłaną mi książkę Kunitza, którą Stan wydał). Europejscy pisarze, znani mi głównie                 
z przekładów, to Federico Garcia Lorca (jego dramaty wpłynęły na moje próby dramatopisarskie), 
Arthur Rimbaud, Charles Baudelaire, Fernando Pessoa, Rainer Maria Rilke, Czesław Miłosz             
i Menke Katz, wielki pisarz jidysz (również poznany dzięki Stanleyowi Barkanowi). Jego syn, 
Dovid Katz, zaszczycił mnie propozycją napisania blurba na reprincie jednej z książek ojca. Wielu 
pisarzy spotkałem podczas mojej literackiej podróży. 
 
T.M.S. Gdzie jest twoje miejsce we współczesnej poezji walijskiej? Jesteś bliżej Dylana Thomasa, 
z jego romantyzmem i modernizmem, co przypisują mu niektórzy krytycy, czy bliżej poetów First 
Wave [Pierwszej Fali, przyp. T.M.S.] jak Idris Davies, czy może najbliżej  ci  do  współczesnych 
poetów walijskich, jak Oliver Reynolds, Gwyneth Lewis, Stephen Knight. A może jesteś poetą 
osobnym – albo czujesz się po prostu częścią literatury angielskiej? 
 
P.T.J. Zawsze próbowałem być niezależny – i nadal próbuję. Wolę być małą rybą w dużym stawie, 
niż dużą rybą w małym. Nie przepadam za grupami, kierunkami, chociaż rozumiem, dlaczego 
niektórzy ich potrzebują. Czuję,  że dla mnie – ale niekoniecznie dla innych – najlepszą drogą 
pisarskiego rozwoju jest szlak mało uczęszczany, z dala od szaleństwa tłumu. Grupa czy ruch 
literacki wymagają twórczości zgodnej z ich założeniami, należy też podporządkować się ich 
„polityce”. Mnie te rzeczy nie interesują, zajmuje mnie jedynie poezja – w 100 procentach. 
 
T.M.S. Czy środowiska literackie w Anglii i Walii różnią się od siebie? 
 
P.T.J. Dzisiaj już nie. Oba środowiska są uzależnione od funduszy rozdzielanych przez urzędy       
i instytucje publiczne, więc radzą sobie znakomicie, ale jednocześnie to urzędnicy decydują o tym, 
co jest w literaturze dobre i zasługuje na poparcie, a co nie. I jest się albo z nimi, albo z boku. Tak 
jest i w Anglii, i w Walii. 
 
T.M.S. I w Polsce. To bolszewicki system, który zżera chyba całą Europę. Wracając do poezji – 
Dylan Thomas napisał,  że chciał tworzyć poezję, ponieważ „zakochał się w słowach”. Jak to się 
stało, że ty zacząłeś pisać? 
 
P.T.J. Powiedziałbym, że to poezja wybrała mnie. Jako dzieciak przesiadywałem na Kilvey Hill, 
posępnym wzgórzu dominującym nad częścią Eastside Swansea, gdzie mieszkałem. Spędzałem 
tam mnóstwo czasu na samotnych rozmyślaniach. Nawet wtedy, przeciwnie niż brytyjski poeta 
Edward Thomas, chciałem „wycisnąć dzień  aż do końca”.  [„I  cannot  bite  the  day  to  the  core”,          
z wiersza Glory; rodzice Thomasa byli Walijczykami; przyp. T.M.S.]. Później, w szkole, mój 
nauczyciel, pan James, przeczytał wiersz The Kingfisher  (Zimorodek) walijskiego wędrowca            
i poety Williama Henry’ego Daviesa. Początek brzmiał: „Urodziła go tęcza”. Słowo „tęcza” jakby 
rozświetliło się w mojej głowie, nagle zrozumiałem, co może zdziałać pojedyncze słowo. To był 
początek, wtedy język stał się czymś więcej niż sposobem komunikacji. Pan James zadał nam 
pracę – napisać wiersz. Napisałem i zatytułowałem  Kanarek (trzymaliśmy  kanarki  w  szopie           
w  ogrodzie).  Nauczyciel  go  przeczytał, ale też – co ważne – pokazał mi, jak zrobić z tego 
prawdziwy wiersz, np. wykorzystując różne rodzaje rymów. To był dla mnie początek trwającej 
całe życie nauki poetyckiego rzemiosła.    
 
T.M.S. Czym dla ciebie jest poezja? 
 
P.T.J. Wszystkim. Bez niej moje życie byłoby o wiele uboższe. Pusta kartka papieru i pióro są dla 
mnie jak rozległy gęsty las – podniecającą przygodą. Uwielbiam ten zaczyn wiersza w głowie, 
słowo, frazę, obserwację, rytm i to, jak zaczynają razem nabierać kształtów i oddalać się od tego, co 
niepoetyckie, aż stają się wierszem. Uważam, że wiersz, w przeciwieństwie do prozy, powinien być 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

6

 

śpiewny. Jako Walijczyk jestem szczególnie zainteresowny umuzykalnieniem wiersza, „kolorem 
mowy”, jak to powiedział Dylan Thomas. Używam w tym celu różnych narzędzi, nie wyłączając 
anglojęzycznej wersji wspomnianego wcześniej cynghanedd. Szczególnie podobają mi się 
samodzielne, oryginalne formy wykorzystujące rytm, rym, metrum, ale jednocześnie czerpiące         
z, nazwijmy to, zawodowych trików. Więc nawet gdy piszę wierszem wolnym, staram się, by 
brzmienie było jak najlepsze, śpiewne, by „płynął” przy głośnym czytaniu. Mój wiersz Morze w Big 
Sur
 jest dobrym przykładem tego, co próbuję robić poza tradycyjną formą. Ale zachęcam 
studentów, aby próbowali właśnie form tradycyjnych, ponieważ są świetnym sposobem zdobycia 
językowej praktyki, kontrolowania słów tak, by robiły, co się chce. Klasyczne formy poetyckie 
postrzegam jako przygodę, a nie jako kaftan bezpieczeństwa. 

Najważniejsze dla mnie jest tworzenie wiersza, jego publikacja jest sprawą drugorzędną. 

Niepokój i podniecenie, jakie wywołuje biała kartka papieru, to coś, co uwielbiam. Kiedy piszę, to 
czuję,  że powstaje rodzaj tajemniczego porozumienia pomiędzy mną a przyszłym czytelnikiem. 
Nie stosuję typowych poetyckich „chwytów”, by czytający poczuł smutek, zachwycił się 
krajobrazem, usłyszał brzmienie oceanu itp. 

Walijski poeta Ronald Stuart Thomas powiedział,  że „poezja jest religią, religia jest poezją” 

[Thomas był anglikańskim duchownym, walijskim nacjonalistą, moralistą nazywanym „walijskim 
Sołżenicynem” i jednym z najwybitniejszych anglojęzycznych poetów XX wieku, przyp. T.M.S.]. To 
echo wypowiedzi Williama Wordswortha porównującej poetę do kapłana. Dla mnie poezja jest 
powołaniem niczym stan duchowny, jednak poetę może też ogarnąć, jak to ujął św. Jan od Krzyża 
[karmelita, hiszpański poeta, mistyk, przyp. T.M.S.], „ciemna noc duszy”, kiedy wątpi w poezję         
i poetyckie powołanie i, tak jak ksiądz, może przejść chwile zwątpienia – albo odwrotnie, może 
doświadczyć „przebłysków wieczności”. 

Częścią tego powołania jest dla mnie praca nad warsztatem poetyckim i jego 

zindywidualizowanie. Inny walijski poeta, Vernon Watkins, autor mocno niedoceniany, przyjaciel 
Dylana Thomasa, powiedział: „chłodne rzemiosło jest najlepszym pojemnikiem na ogień” – ważne 
stwierdzenie. To właśnie warsztat poetycki nadaje formę temu, co było na początku tylko 
mgnieniem, inspiracją, błyskiem; to dzięki warsztatowi dochodzi się do muzykalności poezji, do 
„koloru mowy”, jak to ujął Dylan Thomas. 

Jedna z definicji rzemiosła poetyckiego mówi, że to umiejętności, technika, ale jest to jednak 

powiązane z powołaniem. Irlandzki poeta, laureat nagrody Nobla, Seamus Heaney powiedział 
kiedyś, że „Rzemiosła uczysz się czytając wiersze. Rzemiosło to umiejętność tworzenia”. A Dylan 
Thomas powiedział amerykańskim studentom w 1951 roku: „Jestem starannym, sumiennym, 
pokrętnym i przebiegłym rzemieślnikiem słów... chwytam się każdego sposobu, aby moje wiersze 
działały tak, jak chcę”. 

A zatem, dla mnie jako dla poety, nie jest ważne, co do mnie mówi autor wiersza, ale jak to 

robi. Wierzę w muzykalność poezji, jej brzmienie, które są równie istotne jak jej sens. Więc stosuję 
rymy pełne, niedokładne, asonansowe, konsonansowe, onomatopeję, powtórzenia, aliterację, 
właściwie wszystkie narzędzia, by stworzyć wiersz taki, jak zamierzałem. 
 
T.M.S. Jak zaczynasz wiersz i gdzie szukasz inspiracji? 
 
P.T.J. Najpierw pojawia się szkielet, słowo, fraza, wers, rytm; zwykle są wynikiem obserwacji, 
jakiegoś obrazu, myśli. Później wypełniam to ciałem. Już po kilku linijkach wiem, czy to będzie 
wiersz systemowy czy nie, i wtedy cała energia idzie na dobranie odpowiednich środków. Na 
koniec, po wielu próbach, często trzeba usunąć zbędne słowa czy wersy. R.S. Thomas zauważył, że 
wiersz w głowie zawsze jest inny niż ten na papierze – i to prawda. Najciekawsze jest dla mnie 
zawsze pisanie – publikacja wiersza, jeśli nastąpi, to wisienka na torcie. 

Mój drogi przyjaciel, mentor, poeta i krytyk – Vince Clemente, często mówi o integralności 

wiersza i głosu poety. Warsztat nie musi deformować  głosu. Jak pisał wspomniany już Edward 
Thomas „Winienem mówić jak drzewa i ptaki/Językiem, który nie kłamie” [z wiersza I Never Saw 
That Land Before
, przyp. T.M.S.]. Fałsz w głosie poety albo używanie cudzego głosu prowadzą do 
zakłamanej sztuki. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

7

 

 

Sądzę,  że najważniejszą dla poety sprawą jest znaleźć swój własny głos. W moim życiu 

punktem zwrotnym była  śmierć drugiego syna, Matthew, kiedy miałem dwadzieścia cztery lata. 
Przez trzy lata nie pisałem. Kiedy poezja do mnie wróciła, wiedziałem, że muszę odnaleźć własną 
dykcję. Ale, szczerze mówiąc, dopiero od mniej więcej dwunastu lat zacząłem to rozumieć i mówić 
własnym głosem. Vince Clemente bardzo mi w tym pomógł, od kiedy w 1997 roku zaczęliśmy 
korespondować i komentować swoje powstające wiersze. 
 
T.M.S. Co ukształtowało twoją poezję? 
 
P.T.J. Cytując angielskiego poetę i krytyka Matthew Arnolda – „Nieskończona  nuta  smutku”          
[ z wiersza Dover Beach, nawiązanie do Sofoklesa, przyp. T.M.S.], a cytując amerykańskiego poetę 
Johna Halla Wheelocka – „Boleść w sercach istnień” [z wiersza Dear Men and Women, przyp. 
T.M.S.]. Zawsze interesowała mnie ta mniej widoczna, podskórna część rzeczywistości, to, co tkwi 
gdzieś w kącie czy pod dywanem. To właśnie, wraz z nieustającym doskonaleniem warsztatu, 
formuje mnie jako poetę. Ciągle też próbuję chwycić nieuchwytne, co oczywiście jest niemożliwe.  
 
T.M.S. Co powinien zawierać dobry wiersz, jaka jest różnica między wierszem przeciętnym             
a wybitnym? 
 
P.T.J. Dobry wiersz powinien zawierać trzy główne składniki: przesłanie, obrazowanie – czy, jak 
wolę to nazywać, obrazy umysłowe, i strukturę dźwiękową, innymi słowy posiadać muzykalność. 
Wiersz wybitny ma ducha, czar i powab, coś niewyjaśnialnego, jakby atmosferę pokoju, który 
przed chwilą nawiedził anioł. Różnicę między wierszem przeciętnym a znakomitym wyjaśnia 
trochę komentarz R.S. Thomasa do przekładów literatury – przekład to jak „całowanie przez 
chusteczkę”, i taki też jest wiersz przeciętny, natomiast wiersz wybitny jest jak prawdziwy 
pocałunek. 
 
T.M.S. Czy jako pisarz czujesz się przytłoczony ogromem ciężaru literatury angielskiej? Nie jest to 
paraliżujące tworzyć w tym języku wiedząc, ilu najznakomitszych w dziejach ludzkości autorów 
tworzyło po angielsku? 
 
P.T.J. Nie, niekoniecznie. To moja własna podróż. Muszę to robić. Czy ptak by nie śpiewał tylko 
dlatego, że przez wieki śpiewały przed nim inne ptaki? 
 
T.M.S. Dobrze się czujesz w towarzystwie innych ludzi pióra? 
 
P.T.J. Nie. Zdecydowanie jestem samotnikiem, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów przy pracy 
wydawniczej i publikacji książek. Już dawno temu odkryłem, że większość poetów interesuje się 
bardziej własnymi książkami i nowymi dziewczynami(!) niż sprawami poezji. Wolę towarzystwo 
książek, notatnika i pióra. Przebywanie wśród innych poetów jest dla mnie uciążliwe, trochę jak 
praca biurowa, jaką kiedyś wykonywałem. 
 
T.M.S. Czy poezja ma dzisiaj takie samo znaczenie jak 50 – 60 lat temu? 
 
P.T.J.  W pierwszej pieśni poematu The Fall of Hyperion John Keats pisze: „Cóż ty, albo i całe 
twoje plemię [poetów, przyp. T.M.S.], możesz uczynić dla wielkiego świata? Jesteś tylko 
przedmiotem, który śni”. A Wystan Hugh Auden pisał: „Poezja nic nie czyni/żyje w słów dolinie, 
której władza nigdy nie splugawi” [z wiersza In  Memory  of  W.B.  Yeats, przyp. T.M.S.]. Przy 
pieniądzach i polityce, dwóch największych bogach, poezja wydaje się bezsilna i nieistotna. Wierzę 
jednak,  że wraz z upływem czasu zaczniemy dostrzegać coś większego od nas samych, coś 
niematerialnego, że poczujemy wieczność, i dlatego zawsze będziemy szukać prawdziwego sensu 
życia. Tutaj dochodzimy do poezji. Także nie-poeci, z różnych powodów – wojny, osobiste 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

8

 

nieszczęścia – zwrócą się  ku  tajemnicy.  To  słowa – nie pieniądze, nie posiadanie dóbr pomogą       
w takiej chwili. „Rzecz jasna, najsilniejsze lekarstwo znane ludzkości to słowa” – powiedział 
Rudyard Kipling [w 1923 roku w Royal College of Surgeons w Londynie, przyp. T.M.S.]. Poezja 
jest gwarantem, że słowa zachowają swoją wartość, że przetrwa język [ale nie każda poezja – to, co 
dzieje się w polskiej poezji, opanowanej przez neandertalczyków, nie napawa takim optymizmem, 
przyp. T.M.S.]. „Jesteś tylko przedmiotem, który śni”? John Lennon śpiewał: „Możesz mówić, że 
jestem marzycielem, ale nie jedynym” [Imagine, przyp. T.M.S.]. Pisz i oddawaj się marzeniom, to 
jest moja filozofia. To wszystko, co mogą poeci. 
 
T.M.S. Co innego mógłbyś robić poza pisaniem? 
 
P.T.J.  Praktycznie od dziesiątego roku życia jestem poetą, więc nie wiem, co innego mógłbym 
robić. Może byłbym archeologiem albo służył ludziom jako wolontariusz pomagający                      
w ogarniętych wojną krajach. Przez 30 lat byłem nauczycielem, w tym 22 lata na uniwersytecie, 
ale często myślałem,  że byłoby fajnie wyfrunąć przez okno z klasy i znaleźć się w ciekawszych, 
bardziej podniecających czy nawet dramatycznych okolicznościach. 
 
T.M.S. Nad czym teraz pracujesz? 
 
P.T.J. Niedawno otrzymałem prestiżową brytyjską nagrodę Ted Slade Award for Service to Poetry 
za rok 2016; to dla mnie wielki zaszczyt, który dodał mi energii i odwagi, by dalej promować 
poezję i poetów. W marcu Uniwersytet w Bukareszcie wydaje mój dwujęzyczny, angielsko-
rumuński wybór poezji. Zostałem zaszczycony umieszczeniem mojego nazwiska w rezydencji 
poetów  w Szkocji. Jeśli chodzi o twórczość, to pracuję nad powieścia komediową, zaczętą jeszcze 
w Big Sur w Kalifornii, gdzie od sześciu lat spędzam po dwa miesiące w roku dzięki amerykańskiej 
artystce i poetce Carolyn Mary Kleefeld [Big Sur to jedno z ulubionych miejsc artystów, mieszkali 
tutaj m.in. Robinson Jeffers, Henry Miller, Edward Weston, Jack Kerouac, przyp. T.M.S.]. 
Napisałem już 250 stron i mam nadzieję skończyć w tym roku. Rzecz dzieje się  w  Walii,     
Bostonie, Nowym Jorku i w Big Sur. A nowe wiersze – mam nadzieję,  że przylecą do mnie, jak 
nietoperze, w nocy. 
 
 
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj 
 
 

 

 

Michelangelo Buonarroti, Studiom aktu, rys. ołówkiem, ok. 1537, Luwr 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

9

 

PETER THABIT JONES

 

 
 
 

Wdowa 
 

(dla Jill) 

 
Minęło już to, co jest silniejsze niż żal, 
Bardziej bolesne od ubrań po nim w szafie. 
 
Kurek w łazience trzeba naprawić, wzdycha, 
To kapanie jest jak łzy cieknące w głowie. 
  
Autem, o które dbał niczym o kochankę, 
Jeździ na kurs przemiany myśli 
 
W wiersze, takie nierymowane; 
Zawsze wtedy ma na sobie coś czarnego. 
 
Dzieci przychodzą, z problemami, po pożyczki, 
Pytają, czemu tak się w sobie zamyka. 
 
One zawsze potrafią podciąć jej skrzydła; 
Podgrzewa obiad, dla jednej osoby, w mikrofali. 
 
Czuje się niezręcznie, przyjaciele nadal są razem, 
Rozmowy to tylko bandaże na słowa niewypowiedziane. 
 
Niektóre dni są ciężkie, jakby miała grypę, 
Cisza ciasno oplata umysł: co dalej? 
 
Włącza telewizor, i wyłącza, 
Bierze telefon, ale nie dzwoni. 
 
Mąż patrzy na nią ze zdjęć na ścianach, 
Które ostatni raz malował niepotrzebnie. 
 
Świetnie na nich wygląda, uśmiechnięty, 
Trzymają się za ręce, jak zakochani. 
 
Wyszło słońce, odsuwa zasłony, 
I patrzy na trawnik dawno nieścinany. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

10

 

Masakra w Korei 
 

(obraz Picassa w Muzeum de Young, San Francisco, sierpień 2011) 

 
Oddział żołnierzy 
Strzelających robotów 
Wyszkolonych, uzbrojonych, 
Twardych. 
 
Grupka 
Kobiet i dzieci 
Przerażonych, bezbronnych 
Słabych. 
 
Matematyka 
Strachu: 
Zabójcy – równa się –  
Ofiary. 
 
Wojna rzyga 
Takimi ohydnymi równaniami. 
 
 
 
Ogród chmur 
 
Jego życie zamieniło się 
W przyśpieszony film, 
Chorobliwie szybki. 
Każdy kadr to mgnienie,  
Zupełnie nic nie zostawia  
W głowie. Jego głos  
Pobrzmiewa gdzieś w pokojach  
Gdzie nieznajomi sączą wino, 
Lepią się od uprzejmości 
Jak świeża farba na ścianie. 
 
Zawsze podróżował, 
Samolotem, autem, różnie, 
Gubił przeszłość 
Ponad ogrodem chmur, 
Pośród zmęczonych twarzy na stacji, 
Przy kawiarnianym stoliku, 
W niekończącej się drodze. 
Samotny, syty widokami miast 
Wygrażających niebu. 
Problemy zalepiał uśmiechem. 
 
Popiół z jego słów 
Tlił się w książkach, 
Kupowanych i stawianych na półkach 
Przez nieznanych mu ludzi. 
A on niknął. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

11

 

Jego emocje  
Zabierał do nich taśmociąg. 
Był im bliski jak kochanek, 
Niósł pieśń w kieszeniach. 
Ubrany w szaty śmierci, 
Śmiejąc się jak klaun. 
 
Nocą, gdy sen bawił się 
Z jego duszą 
Lub nawał różnych spraw 
Przesłaniał błahą kwestię miłości, 
Nowe wiersze kapały 
Przez jego dziurawe życie 
Pod ogrodem chmur. 
 
 
 
Wiersz z chaty w Big Sur 
 
Kwiaty orchidei 
Nigdzie nie polecą, 
Białe motyle 
Zastygły w locie 
Nad chińską wazą. 
Zielone liście wytknięte 
Jak spragnione jęzory. 
 
Niedaleko chaty 
Prastara góra, 
Grzbiety ciemnych skał 
Opierają się falom oceanu, 
Czerwcowy turkus 
I śnieżobiała piana 
Kreślą wzory na beżowym piasku. 
 
Gdzieś pomiędzy jednym i drugim, 
Między piórem w mojej ręce 
I pustą plażą kartki papieru,  
Jest magiczna siła 
Przyciągania, skupiona, 
Spokojna medytacja 
„Pieśń przyszłego poety”. 
 
 

„Pieśń przyszłego poety” –  z Listów do młodego poety Rainera Marii Rilkego 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

12

 

Spacer po Rhossili 
 

(Vince’owi Clemente) 

 
Idąc plażą  
W Rhossili 
Myślę o tobie, 
Jak idziesz brzegiem 
Po swojej słonecznej stronie. 
Myślę o tobie. 
Nigdy się nie spotkaliśmy, 
Chociaż oddychamy 
Tym samym morskim powietrzem. 
Piszemy do siebie plotkarskie listy, 
Wysyłamy wiersze, 
To są nasze spotkania 
(ale bez uścisku dłoni); 
Oddzieleni wodami 
Dzikiego Atlantyku 
Niezolni, zbyt słabi, 
By się odnaleźć. 
 
 
 
Japoński klon 
 

(za chatą w Big Sur, sierpień) 

 
Wsparty o białą, 
Drewnianą kratę, 
Wczesnym wieczorem 
Chwyta słońce 
I zapala się  
Czerwonym płomieniem. 
 
Płonący krzew. 
 
A pod nim 
Rozrzucone 
Płatki krwi. 

 
 
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj 
 
 

Peter Thabit Jones, ur. w 1951 r. w Swansea, Walia. Poeta, powieściopisarz, dramaturg, wykładowca 

uniwersytecki w Wlk. Brytanii i USA, wydawca, jeden z najbardziej znanych i cenionych współczesnych 
poetów brytyjskich, laureat prestiżowych nagród literackich, m.in. Eric Gregory Award for Poetry (The 

Society of Authors, London), The Society of Authors Award, The Royal Literary Fund Award (London), Arts 

Council of Wales Award, Ted Slade Award for Service to Poetry; członek elitarnego stowarzyszenia Phi 
Sigma Iota na Salem State University. Jego poezję przełożono na dwadzieścia trzy języki. Założył i prowadzi 

od dwunastu lat niezależny półrocznik poetycki „The Seventh Quarry”, zaliczany m.in. przez „The Guardian” 

do najbardziej opiniotwórczych pism literackich w Wlk. Brytanii, oraz wydawnictwo The Seventh Quarry 
Publishing Press specjalizujące się w poezji. Strona internetowa: www.peterthabitjones.com 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

13

 

Leszek Lubicki 

 

WOJCIECH GERSON – NAUCZYCIEL MALARZY 

 
 

im był Wojciech Gerson w drugiej połowie XIX wieku w środowisku artystycznym Warszawy? 
Zapewne  łatwiej byłoby wymienić kim nie był. Modna obecnie i będąca często dla wielu 

„źródłem wiedzy”, bo swobodnie dostępna Wikipedia, w krótkiej, zdecydowanie za krótkiej jak na 
taką osobowość notatce, opisuje Gersona jako „polskiego malarza, pejzażystę, przedstawiciela 
realizmu, historyka sztuki i pedagoga”. Możemy śmiało powiedzieć, że w dużej części to się zgadza, 
ale jednak te suche określenia mało nam mówią, bowiem we współczesnej mu epoce uchodził za 
człowieka instytucję. Malował, uczył malować innych, zarządzał szkołą plastyczną, pisał                  
w stołecznych czasopismach. Był jak na owe czasy osobą w dziedzinie sztuk plastycznych bardzo 
wykształconą. Studiował najpierw na Oddziale Architektury warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, 
później na wydziale malarskim, a następnie w często odwiedzanej przez polskich malarzy, choć 
słabej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu. W Paryżu studiował przez pewien czas u słynnego 
malarza i nauczyciela Léona Cognieta. Poznał dobrze twórczość Leonarda da Vinci, przetłumaczył 
nawet jedno z jego dzieł, słynny  Traktat o malarstwie. Brał udział w powołaniu Towarzystwa 
Zachęty Sztuk Pięknych, gdzie często współorganizował wiele ważnych przedsięwzięć 
artystycznych. Robił rysunki dla czasopism i książek, zdobił dekoracjami wiele budynków 
państwowych, ale i też prywatnych freskami. Odbywał wycieczki „wodno - piechotne” po Polsce 
wykonując dziesiątki rysunków i akwarel. Był uważany za jednego z tych, których możemy nazwać 
„malarzami Tatr”, a nawet ich odkrywców dla polskiej sztuki. Nie sposób w tym krótkim szkicu 
wymienić wszystkich obszarów działalności artystycznej, ale także i publicystycznej czy społecznej 
Gersona, gdyż na tak szeroką skalę aktywność swą wykazywał. Najbardziej jednak znany jest 
powszechnie jako malarz. Pozostawił po sobie dziesiątki obrazów, które obecnie możemy oglądać 
w wielu naszych muzeach. Należał do jednego z najwybitniejszych przedstawicieli akademizmu 
XIX wieku, dlatego zgodnie z tym kanonem w jego repertuarze tematów pierwszorzędne miejsce 
zajmowały kompozycje historyczne, alegoryczne i religijne

[1]

. W malarstwie historycznym na 

gruncie warszawskim aspirował nawet do osiągnięcia rangi równej Janowi Matejce wywodzącemu 
się ze środowiska krakowskiego, a więc z innego zaboru. Kilka lat temu głośna była sprawa 
odzyskania zaginionego w czasie II wojny światowej obrazu Gersona, należącego wcześniej do 
kolekcji rodziny Kronenbergów, a więc traktowanego jako polska strata wojenna.  Mowa  tutaj         
o jednym z najlepszych płócien artysty  Odpoczynek w szałasie tatrzańskim z 1862 roku. Wojenne 
losy malowidła są słabo znane, natomiast w 2003 roku zostało wystawione na aukcji w londyńskiej 
filii domu aukcyjnego Sotheby’s. Polskie władze mając dobrze udokumentowany fakt, iż obraz ten 
był polską  własnością, zdołały wycofać go z licytacji. Później nastąpiły długie  negocjacje                   
z właścicielem dzieła na temat jego zwrotu. Przełom nastąpił wtedy, gdy włączyła się do nich 
Fundacja Bankowa im. Leopolda Kronenberga, która udzieliła wsparcia finansowego. I tak 
pierwszego dnia czerwca 2010 roku odbyła się uroczystość przekazania przez tę Fundację obrazu 
Gersona Odpoczynek w szałasie tatrzańskim do zbiorów Zamku Królewskiego w Warszawie

[2]

Skupmy się  jednak  na  działalności pedagogicznej Wojciecha Gersona, a dokładniej jako 

nauczyciela rysunku i malarstwa. Można zadać pytanie, dlaczego warto tematowi temu poświęcić 
tenże szkic? Jeżeli jednak uświadomimy sobie, że człowiek ten był wychowawcą i nauczycielem 
kilku generacji polskich artystów kręgu warszawskiego, nade wszystko także i tych, których dzisiaj 
nasza rodzima historia sztuki, ale także i historia naszego kraju zalicza do najwybitniejszych, to 
raczej nie będzie potrzeby tego dalej uzasadniać. Gdy wymienimy tu tylko takich twórców jak: 
Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski, Jan Stanisławski, Stanisław Lentz, Anna Bilińska, 
Władysław Podkowiński czy Józef Pankiewicz, to odpowiedź  będzie jeszcze bardziej klarowna. 
Wydany w 1931 roku katalog Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych  z  okazji  wystawy  „Gerson          
i Jego uczniowie” grupuje 54 nazwiska, a wiadomo dzisiaj, że wielu jeszcze pominięto

[3]

.  

Artysta rozpoczyna pracę nauczyciela malarstwa w 1860 r. najpierw w Instytucie 

Głuchoniemych, później  od roku 1867 prywatnie we własnym domu, gdzie, jak wspomina córka 

K

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

14

 

malarza,  z trudem przeciskał się (...) pomiędzy sztalugami i rajzbertami. Po Powstaniu 
Styczniowym zaborca zamyka jedyną w Kongresówce szkołę kształcącą w kierunku artystycznym, 
czyli warszawską Szkołę Sztuk Pięknych. Gdy władze rosyjskie decydują się ją ponownie otworzyć, 
aby umniejszyć jej znaczenie i odbiór społeczny, zmieniają nazwę na „Klasa Rysunkowa”. W roku 
1871 pracę jako profesor podejmuje tam Gerson. Józef Czapski, który wiele lat później zostanie 
uczniem ucznia Gersona, Józefa Pankiewicza, pisząc biografię swojego mentora, tak oto opisuje 
osobę mistrza oraz owe miejsce nauki malarstwa: „Pankiewicz poznał Gersona w punkcie 
szczytowym jego kariery. Profesor był wtedy w sile wieku, mimo długiej siwej brody i takichże 
artystycznych długich włosów. Dawał uczniom akademickie wykształcenie, uczył tego, co wtedy 
uczyć się powinien każdy początkujący malarz – rysunku z gipsów i modela. Żądał pilności, 
uporczywości i dbał zawsze o rysunek. Rządowa Szkoła Rysunkowa mieściła się w 1884 roku na 
Rymarskiej. Miała być czemś w rodzaju Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W rzeczywistości 
była to szkółka marnie zaopatrzona, poza Gersonem nie było tam właściwie nikogo”

[4]

.  Nie       

dziwi więc,  że praktycznie inaczej się wówczas o niej „na mieście” nie mówiło, jak „Szkoła 
Wojciecha Gersona”.  

Jeżeli 13 lat po jej otwarciu szkoła była „marnie zaopatrzona” to zachodzi pytanie, jak było na 

początku tj. w roku 1871? Domniemywać należy,  że także marnie. Wtedy to właśnie w jej mury 
wkroczył  jeden z pierwszych uczniów –  Józef Chełmoński. Wcześniej uczył się u Gersona w jego 
prywatnej pracowni. Nie dziwi więc,  że artysta powiedział kiedyś o swoim profesorze „jemu 
jedynemu zawdzięczam wszystko”. Jak pisał listy do Gersona, to zawsze zaczynał  je  od  słów: 
„Ukochanemu, najlepszemu Nauczycielowi”, bo profesor nie uczył tylko rysować, czy malować, ale 
także kładł duży nacisk na sprawę wykształcenia w ogóle, walcząc z „nieuctwem w dziedzinie 
sztuki”. Niezwykle ważnym były dla niego powinności jakie ma artysta do spełnienia. 
Wspomniany nasz wybitny malarz, Józef Chełmoński, tak o tym jakże poetycko pisze: „Przy 
wykładach swoich zaszczepiał Gerson wzniosłe wyobrażenia o powołaniu artysty, który, według 
jego pojęcia, powinien być jakby kapłanem i apostołem swoich idei w sztuce, ma dla niej być 
gotowym do wszelkich ofiar. Nietrudno zrozumieć,  że takie wyobrażenie o sztuce, o zadaniu 
artysty budziły w uczniach jego najgłębsze uszanowanie do tego świętego powołania, którego 
zadanie polegać miało na tworzeniu dzieł  ściśle podobnych do wewnętrznych zachwytów, 
będących jakby uzmysłowieniem duszy zaczynającej żyć w obrazie. Jakże długa wydawała się nam 
ta drabina, po której szczeblach do nieba idziemy! Niebem tym były jakieś wyżyny doskonałości    
w naszej sztuce, wyżyny wiecznie niedościgłe...”

[5]

. W ten sposób Gerson trafiał do dusz przyszłych 

malarzy. A jak przekazywał im wiedzę dotyczącą artystycznego rzemiosła? Tu także odwołamy się  
do Chełmońskiego. „Kazał nam malować wszystko, wszystko bez wyjątku: ziemie, kamienie, niebo, 
trawy, drzewa, wszelkie zwierzęta, nawet drobne, jak żaby, owady. Zalecał, aby nie opuszczać 
żadnej sposobności nastręczającej się do studiowania z natury, tak w stanie spokoju, jak i w stanie 
ruchu; kazał notować liniami chmury poszarpane przez wiatr podczas nadciągającej burzy, 
falowanie zbóż, ubrania poruszane ruchem nóg ludzi biegnących”

[6]

.  

Każdy z uczniów Gersona przejął coś  innego  od  swojego  mistrza.    Stanisławski zakochał się     

w pejzażu, Wyczółkowski na początku w malarstwie historycznym dotyczącym dziejów Polski, 
podczas gdy Chełmoński ten kierunek odrzucił i poszedł swoją droga choć był „najbardziej oddany 
i najśmielej niezawisły”. Podkowiński zakochał się w rysunku, nie chciał w ogóle być malarzem, 
tylko rysownikiem. Jeszcze w czasie gdy był  słuchaczem Gersona zaczął już publikować swoje 
prace, szczególnie te dotyczące  życia współczesnej  Warszawy,  realistyczne,  reporterskie,                 
w stołecznych czasopismach periodycznych. Widzimy zatem, jak wielu wybitnych malarzy 
wykształcił Gerson, choć nie w pełni w późniejszej swojej twórczości poszli oni drogą wytyczoną 
przez mistrza. Jednak jego rola w kształtowaniu postaw artystycznych była nie do przecenienia. 
Pisze biograf profesora: „Aż do końca XIX stulecia ktokolwiek bądź w Warszawie lub Królestwie 
marzył o karierze artystycznej dla siebie bądź swego dziecka, udawał się  wprost  do  pracowni 
Gersona. Nic więc dziwnego, że niezmiernie długa lista obejmuje nazwiska największych 
niejednokrotnie mistrzów”

[7]

.  

Gerson walczył o „sztukę polską”, gdyż uważał,  że jeszcze takowa nie istnieje, choć mamy 

wielu wybitnych malarzy, rzeźbiarzy, czy nawet budowniczych. Że jej ukształtowanie się należy do 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

15

 

przyszłości, może i niedalekiej, ale jednak. Twierdził, że nie ma jeszcze ona u nas takich znamion 
„jakie szkołę danego narodu od innych odróżniają.” „Mówiąc „sztuka polska”, myślał on: szkoła 
polska, styl polski. Styl bardzo jednolity, scalony. Rozumiejąc szlachetność postawy Gersona, dziś 
wiemy , że mimo dobrej intencji zacieśniał on pojęcie sztuki, gdyż twórczość nie lubi, ani nie lubiła 
nigdy, nazbyt określonych granic, formułek. Z tej postawy wynika też stale okazywana 
nieprzychylność Gersona wobec wszelkich poszukiwań, nowych prądów, wobec działań 
odważniejszych i bardziej swobodnych”

[8]

. Ano właśnie. To „zacieśnianie pojęcia sztuki” było 

wówczas poddawane ostrej krytyce przez umysły bardziej otwarte na nowinki, które współcześnie 
rodziły się w sztuce światowej, jak chyba najbardziej wtedy „nowoczesny” kierunek, jakim był 
impresjonizm, który profesor jako publicysta nieustępliwie zwalczał lub mówiąc delikatniej – 
potępiał. Przypomnijmy, że dwóch jego uczniów, Władysław Podkowiński i Józef Pankiewicz 
uznawani są za prekursorów tego stylu w rodzimej sztuce, z którą mieli możliwość bliżej zapoznać 
się podczas pobytu w Paryżu. Gerson uważał,  że ta metoda malowania „stanie się wkrótce 
niewystarczająca i naszym obu artystom”.  Twierdził,  że „nie jest to bowiem zgodne ani z dobrą 
sławą artysty być naśladowcą innego, ani nie może zadowolić rwących się do potężniejszego 
tworzenia zdolności zasklepianie się w tak ograniczonym kole zasobników, zupełnie fałszywych     
w zasadzie”

[9]

Jednym z najważniejszych krytyków podejścia Gersona do pojmowania sztuki współczesnej 

był    Stanisław Witkiewicz, który w latach 1884-1890 na łamach tygodnika „Wędrowiec”, będąc 
wówczas jego kierownikiem artystycznym, prowadził nieustanną batalię o realizm w polskiej 
sztuce. Można powiedzieć nawet, że był „szermierzem realizmu w sztukach plastycznych”. Widział 
powinność artysty inaczej, niż przyjmowano do tej pory, kiedy to uważano,  że artysta, oprócz 
pracy twórczej, ma także obowiązki narodowe i społeczne, szczególnie wtedy, gdy kraj jego, jak      
w przypadku ówczesnej Polski, jest pod zaborami. Witkiewicz natomiast postrzegał tę rolę inaczej. 
Pisał,  że „artyści w ogóle są rasą bardzo subiektywną (...) – każdy z tego, co jest w stanie przez 
pryzmat swego temperamentu dojrzeć w naturze, tworzy jedyny i wyłączny zakres prawdziwej 
sztuki”

[10]

. St. Witkiewicz posługiwał się „pojęciem realizmu, które było  prawie  równoczesne           

z pojęciem naturalizmu, skoro podług jego własnych słów pokrywało się z dążeniem do wiernego 
przedstawienia natury „takiej, jaką ona jest z całą przypadkowością układu przedmiotów i z całą 
ścisłością rozkładu  światła, harmonii barw i doskonałością  światła”

[11]

. Odrzucał on „literaturę”      

w sztukach plastycznych, był też przeciwnikiem historycznego malarstwa Matejki i Gersona, 
postulował „uznanie pierwiastka artystycznego za najważniejszą część składową” sztuki

[12]

. Częste 

polemiki toczone publicznie przez Stanisława Witkiewicza i Wojciecha Gersona na łamach 
stołecznych czasopism stały się już legendą. Nie miejsce tutaj na ich szerokie przedstawienie. 
Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, który odnosi się do naszych dwóch młodych 
pierwszych impresjonistów. St. Witkiewicz pisze: „w impresjonizmie zaś (...) jest pewna strona, 
która bynajmniej nie jest czymś tak strasznym jak się  to  zdaje  (...)  p.  Gersonowi,  który                     
w „Bibliotece Warszawskiej” tak się uniósł oburzeniem sanitarnym, iż  pp.  Pankiewicza                      
i Podkowińskiego uznał wprost za dotkniętych rakiem! Okropność! „Choroby” sztuki nie mniej są 
jednak trudne do zdiagnozowania i leczenia niż zwykłe choroby ludzkiego organizmu”

[13]

. Tenże 

krytyk Gersona w zakresie jego rozumienia sztuki współczesnej, oddał mu jednakże cześć jako 
nauczycielowi przyszłych malarzy, choć i tu fragmentami nie brak było małej uszczypliwości. 
Dzisiaj wiemy jednak, że St. Witkiewicz miał rację, jeżeli chodzi tą „akademicką rutynę”. 
Posłuchajmy: „Gerson, jako wielbiciel i tłumacz Leonarda da Vinci, tego zaciekłego                
realisty i badacza natury, wszystkim swoim uczniom zaszczepiał nadzwyczajną dla niej cześć            
i zamiłowanie. Toteż pomimo systemu nauczania, w którego program wchodziła zwykła 
akademicka rutyna, wszyscy uczniowie Gersona wyszli od niego przygotowani do pojmowania         
i odtwarzania każdego kształtu, jaki w naturze spotkali. Gdziekolwiek się znaleźli,  na  wsi  czy          
w mieście, w salonie czy polu, obracali się swobodnie i potrafili wszystko rysować. Żeby w równym 
stopniu byli przygotowani do pojmowania zjawisk barwnych, byłaby to wzorowa szkoła, dająca 
maksimum tego, co szkoła w ogóle dać może”

[14]

.  Dodajmy dla sprawiedliwości,  że jego system 

nauczania obejmował także zasady perspektywy, anatomię oraz historię sztuki. Zapoznając swoich 
słuchaczy z dziełami wielkich malarzy realistów, „zwracał uwagę,  że nie powinni naśladować 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

16

 

mistrzów, lecz pilnie jak oni studiować naturę, (...) radził szukać podniet artystycznych i tematów 
do samodzielnych kompozycji na ojczystej ziemi”

[15]

Pomimo,  że Gersona cechował swoisty rodzaj konserwatyzmu jeśli chodzi o poglądy na 

sztukę, to jednak jego działalność na polu pedagogicznym stanowiła poważne podwaliny dla 
dalszego rozwoju artystycznego, czy kolejnych etapów kształcenia uczniów, którzy wcześniej 
obdarzyli go pełnym zaufaniem. Dalsze losy artystyczne Chełmońskiego, Wyczółkowskiego, 
Pankiewicza czy Podkowińskiego, którzy odeszli od linii wyznaczanej przez mistrza, jednak 
wyposażeni wcześniej w solidny warsztat malarski, tylko tę tezę potwierdzają. Wychował on wielu 
wybitnych artystów kręgu warszawskiego, podobnie jak Jan Matejko czynił to w kręgu 
krakowskim. Możemy więc z pewnością powiedzieć, że dwóch wielkich było nauczycieli malarzy w 
drugiej połowie XIX stulecia w Polsce. Zważywszy także na fakt, że był to w dziejach sztuki 
europejskiej czas przełomu, zaliczany również do najbardziej płodnych jeśli chodzi o „wysyp 
talentów”, ale i zróżnicowanie stylów, to i tak w niczym nie umniejsza roli jaką Gerson odegrał       
w historii polskiej sztuki i to zarówno jako malarz, ale przede wszystkim nauczyciel malarzy.  

 
 

Przypisy 

 

[1] I. Kossowska: Wojciech Gerson. Culture.pl 

[2] Więcej na ten temat w kwartalniku: Cenne, bezcenne, utracone, Nr 3(64) 2010, Wydawca: Narodowy 

Instytut Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów.  
[3] K. Molendziński: Wojciech Gerson 1831 – 1901, Warszawa 1939. 

[4] J. Czapski: Józef Pankiewicz. Życie i dzieło. Wypowiedzi o sztuce, Warszawa 1936. Reprint, Lublin 1992.  

[5] A. Ligocki: Józef Chełmoński. Album, Warszawa 1983. 
[6] Cyt. za: A. Bernat: Leon Wyczółkowski (1852 - 1936), Warszawa 2006. 

[7] K. Molendziński, dz. cyt. 

[8] I. Witz: Polscy malarze, polskie obrazy. Warszawa 1970. 
[9] W. Gerson: Impresjonizm.  Biblioteka Warszawska, 1891, t. 1. W: Teksty o malarzach 1890-1918

Wrocław 1976.  
[10] St. Witkiewicz: Sztuka i krytyka u nas, Kraków 1971. 

[11] T. Dobrowolski, W. Tatarkiewicz (red.): Historia sztuki polskiej, t. III, Kraków 1962. 

[12] I. Kossowska, Ł. Kossowski: Malarstwo polskie. Symbolizm i Młoda Polska. Warszawa 2011. 
[13] St. Witkiewicz, dz. cyt. 

[14] Ibidem

[15] A. Vetulani: Wojciech Gerson. Warszawa 1952. 

 

 

Wojciech Gerson z uczniami, ok. 1880 – 1895  

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

17

 

HASSANAL ABDULLAH

 

 
 
 

Historia z grobem 
 
Latem zeszłego roku, w wakacje, 
wykopałem sobie grób. 
Pomyślałem, że może 
kiedyś się przyda. 
 
Pozwól, że opowiem ci o tym więcej... 
Tak naprawdę to nie musiałem kopać nowego grobu, 
w zupełności wystarczał mi stary, 
można było tylko trochę go poprawić. 
Szczerze mówiąc, wykopałem go, bo tak robią wszyscy. 
Cóż, ludzką cechą jest posiadać –  
domy, ziemię, język, państwo, czy zajmować się polityką. 
Wstawiłem też do grobu drewniane drzwi. 
Któż inny by to zrobił, jeśli nie ja! 
 
Jakiś czas później, po paru miesiącach, 
nadeszła pora, by z grobu skorzystać. 
Tak, to prawda, „przezorny zawsze zabezpieczony”! 
Przekręciłem więc klucz w zamku i wszedłem. 
Ściany spowite ciemnością, 
przytłaczająca samotność. 
Pierwsza noc była okropna. 
Przenikliwe zimno ciągnęło od dołu, 
więc zdjąłem ubranie i położyłem się na nim. 
Długa, straszna, beznadziejna noc. 
Nad ranem 
wyszedłem za potrzebą –  
kto by pomyślał o kiblu w grobie! 
Uwinąłem się szybko 
i wlazłem z powrotem. 
Karaluchy, stonogi, wije 
i inne robale przerażały mnie śmiertelnie. 
Myśl o wężach ścinała mi krew w żyłach. 
Powoli moje makabryczne dni w grobie 
stawały się męką na krzyżu. 
 
 
 
Sępy mają się dobrze 
 
Kiedy byłem mały, widziałem ich kilka. 
Lubiły siadać wysoko, na grubych konarach drzew. 
Zazwyczaj więc były niewidoczne. 
A one pewnie myślały, że są 
lepsze od nas. 
Dlatego rzadko widywałem ich wytworne skrzydła 
i długie nagie szyje. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

18

 

Jednak pewnego razu widziano je 
po drugiej stronie drogi, 
jak jadły mięso padłych krów. 
Pobiegłem. Ujrzałem tylko stado wron, szakale 
i urocze wiejskie pieski 
pożerające smaczne krowie wymiona. 
„Sępy rzadko przybywają tam, gdzie są ludzie, 
żyją w górach” – mówili starsi. 
Ale niekiedy przylatywały w pobliże naszej wioski, 
siadały na polu albo na wysokich palmach.  
Jak to dzieciaki, patrzyliśmy na nie z oddali 
z mieszaniną strachu i ciekawości. 
 
A teraz – widzę mnóstwo sępów dokoła. 
Wiodą cudowne życie, żrą najlepsze kąski. 
Widzę ich tysiące, miliony. 
Zdrowi, barwni –  
żółci, niebiescy, czarni i czerwoni –  
czekają na okazję, by wyszarpnąć ostrymi dziobami  
kawałek nas. 
Dzisiaj sępy są dokoła. 
 
 
 
Pod cienką powłoką światła 
 
Pod cienką powłoką światła  
układamy nasze słowa w modlitwę. 
W ogrodzie, róże i jaśminy 
kuszą zapachem, który z lubością 
unosi wiatr. 
Spod pnia wielkiego drzewa  
trawa wychyla się w stronę życia –  
czy śmierć może pojąć taką miłość? 
  
Pszczoły i osy fruwają w ekstazie –  
stawy, kanały, mokradła też radosne. 
Gołębie, drozdy, kukułki i żurawie 
słuchają nawzajem muzyki swoich skrzydeł. 
Zielony las uniósł wzrok i spojrzał –  
i nagle rozbłysło szczęściem młode serce. 
 
 
 
Kiedy umrze Bóg 
 
Kiedy umrze Bóg, 
będę pływał w rzece. 
Będę grał w piłkę 
i cieszył się, 
że mam tylu fanów. 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

19

 

Kiedy umrze Bóg, 
będę się wspinał na drzewa 
w Forest Park 
koło mojego domu 
i pozabijam wszystkie wiewiórki 
niszczące mój warzywniak. 
 
Kiedy umrze Bóg, 
będę jadł kanapkę z tuńczykiem 
i pięć smażonych karaluchów 
na przystawkę; 
wtedy też wam powiem,  
żebyście przemyśleli wszystkie te hece 
z Mojżeszem, Jezusem,  
Mahometem i Kryszną, 
dla których zabijaliście się wzajemnie 
od wieków. 
 
Kiedy umrze Bóg, 
przestanę pisać wiersze, 
i wierz mi, moja droga, 
że będę z tobą w łóżku 
przez trzy dni i noce, 
i nic nas nigdy nie rozdzieli. 

 
 
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj 
 
 

Hassanal Abdullah, ur. 14 kwietnia 1967 r. w Gopalgonj w Bangladeszu; w roku 1990 wyemigrowal do 

USA, gdzie ukończył matematykę na Uniwersytecie Nowojorskim. Jest poetą, powieściopisarzem, krytykiem 
literackim i tłumaczem, autorem 28 książek, w tym 14 zbiorów poezji; od 16 lat prowadzi dwujęzyczne 

bengalsko-angielskie czasopismo poetyckie „Shabdaguchha”. Jego wiersze po angielsku, bengalsku                  

i w przekładach ukazały się w wielu czasopismach literackich na świecie; najbardziej znanym dziełem         
H. Abdullaha jest epos Nakhatra, będący jednocześnie kosmogonicznym mitem i poetyckim 

przedstawieniem wybranych teorii z nauk ścisłych i przyrodniczych oraz wynikających z nich relacji między 

człowiekiem a wszechświatem. Jest również twórcą odmiany sonetu, tzw. Swatantra. Przełożył na bengalski 
wybory wierszy m.in. Anny Achmatowej, Charlesa Baudelaire’a, Stanleya Kunitza, Nicanora Parry,    

Geralda Sterna, Wisławy Szymborskiej, Dylana Thomasa, Thomasa Tranströmera. Strona internetowa: 
http://www.shabdaguchha.com/hassanalAbdullah.html 

 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

20

 

ALEKSANDER BŁOK 

 
 
 

* * * 
 
Na wiosenne święto blasku 
Wzywam ukochany cień. 
Przyjdź, nie czekaj aż do brzasku, 
Przynieś wraz ze sobą dzień! 
 
Nowy dzień, nie ten co puka 
Z wiatrem w okna podczas wiosny! 
Niech się śmieje do rozpuku 
W oknie piękny dzień radosny! 
 
Otworzymy wnet podwoje, 
Zapłaczemy i westchniemy, 
I zimowe straty swoje 
Z lekkim sercem poniesiemy... 
 
 
3 lutego 1902 
 
 
 
* * * 
 
Był późny wieczór purpurowy, 
Gwiazda zwiastunka zaświeciła. 
Głos nad przepaścią płakał nowy – 
Dziewica Dziecię porodziła. 
 
Na cienki głosik przenikliwy, 
Jak długotrwały wizg wrzeciona, 
Przyszli w popłochu starzec siwy 
I król, i młodzik, i matrona. 
 
Był oto znak i cud nad cuda: 
W zupełnej ciszy na ustroniu 
Wśród tłumu się pojawił Judasz 
W swej masce zimnej, stał na koniu. 
 
Władcy, zbolali ze zgryzoty, 
Wysłali wieść na wszystkie krańce, 
A na obliczu Iskarioty 
Uśmiech widzieli tam posłańcy. 
 
 
19 kwietnia – 28 września 1902 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

21

 

* * * 
 
Wieczność w miasto rzuciła 
  Bezbarwny zachód słońca. 
Skraj niebiosów rozdarty, 
 Wrzawa nieustająca. 
 
Niemoc swoich domysłów 
  Dźwigam wciąż na ramionach. 
W oknach fabryk – legendy 
  O hulankach szalonych. 
 
Domy szare, bezbarwne – 
 Dla szaleńców schroniska. 
Niebo nigdy nie zstąpi 
 Do miasta-targowiska. 
 
To powietrze tak gwarne, 
 Tak kuszące omamy. 
Prowadź, mroczny zaułku, 
 W mgły sinawe tumany. 
 
 
26 czerwca 1904 
 
 
 
Syci 
 
Oni od dawna mnie męczyli: 
W swądzie dziewiczych złud o świecie 
Nie żyli, tylko się nudzili 
I miętosili białe kwiecie. 
 
I wtem – w stołowych i bawialnych, 
Nad kupą szklanic, matron, panien, 
Nad nudą ich obiadów walnych – 
Żarówki zgasły niespodzianie. 
 
Po coś tam świece wnoszą liczne,  
Na twarzach – żółte kręgi błysły, 
Mamroczą słowa archaiczne, 
Z trudnością budzą się umysły. 
 
Burzą się ci, co mają syto, 
Frasują się dostojne łona: 
Wszak wywrócone ich koryto, 
Ich zgniła chlewnia zatrwożona! 
 
Im teraz trafił się los podły: 
Ich dom jest dziś nieoświetlony, 
Ich uszy drażnią o chleb modły, 
Obcych sztandarów śmiech czerwony! 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

22

 

 
Po kres niech pędzą takie życie –  
Szkoda nam sytość ich rujnować. 
Lecz dzieciom – wprost nieprzyzwoicie  
Ich starą nudę naśladować. 
 
 
10 listopada 1905 
 
 
   
* * * 
 
Kiedy, wkraczając w świat ogromny, 
Daremnie szukasz w nim jedności; 
Kiedy, zerkając w kąt ustronny, 
Śmierci spodziewasz się z ciemności;  
 
Kiedy zły jesteś albo chory, 
Trawiony smutkiem, namiętnością, 
Uwierz: masz prawo do tej pory 
Chlubić się swoją szczęśliwością! 
 
Kiedyś zaś nuda, miłość tkliwa 
Ni strach nie budzą serca drgnienia, 
Kiedy zbrukała już marzenia 
Nie młoda krew, nie popędliwa – 
 
Wtedyś – odarty ze wszystkiego: 
Śmierć niemożliwa bez cierpienia, 
A życie nie zna spustoszenia 
I tak – jedynie zwalnia biegu. 
 
 
Marzec 1909 
 
 
 

Przeł. Zbigniew Dmitroca  

 
 
 

Wiersze z przygotowywanej do druku dwujęzycznej antologii: Aleksander Błok Nigdy nie wraca nikt. 

Wiersze wybrane. Wybór: Andriej Bazilewskij; przekład: Władysław Broniewski, Józef Czechowicz, 
Zbigniew Dmitroca, Mieczysław Jastrun, Anna Kamieńska, Jan Lechoń, Seweryn Pollak, Włodzimierz 

Słobodnik, Julian Tuwim, Józef Waczków i inni. Moskwa, wydawnictwo Wahazar, 2016; 160 s., il. W serii 

Rosyjsko-polska biblioteka poetycka: klasyka, t.II. 

 
 

 
 

 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

23

 

Jacek Bartyzel 

 

ANTONIO GRAMSCI, 

czyli „Nowoczesny Książę” w walce o hegemonię intelektualną 

 
 

rwająca od lat 60. ubiegłego wieku i wchodząca dziś w fazę forsownego przyspieszenia 
rewolucja kulturalna Nowej Lewicy ma wielu prekursorów i „ojców-założycieli”, pośród 

których wskazuje się zazwyczaj reprezentantów kilku już pokoleń neomarksistowskiej Szkoły 
Frankfurckiej, uprawiających tzw. Teorię Krytyczną. Nie przecząc wcale przemożnej roli 
frankfurtczyków w stworzeniu teoretycznej podbudowy dla tej rewolucji, należy z równą mocą 
powiedzieć,  że prawdziwym „herosem” Nowej Lewicy, zrywającej się do szturmu w 1968 roku, 
który dostarczył jej wzorca filozofii praktycznej, był kto inny, działający w zupełnie innym 
otoczeniu i w inny sposób, oraz – z powodów akcydentalnych – w izolacji. Był nim włoski 
komunista Antonio Gramsci (1891-1937). Co do wyjątkowości roli odegranej przez tę postać 
wszyscy są właściwie zgodni. 

Oto kilka opinii, które przytaczamy za Rogerem Scrutonem: „Gramsci był niezwykłym 

filozofem, być może geniuszem, i prawdopodobnie najoryginalniejszym w zachodniej Europie 
myślicielem komunistycznym dwudziestego wieku (Eric J. Hobsbawm). Poza wielkimi 
protagonistami rewolucji radzieckiej żadna osobowość w historii ruchu robotniczego nie 
wzbudziła większego zainteresowania swoją osobą i dziełami niż Gramsci (Norberto Bobbio). Kto 
NAPRAWDĘ próbował  iść  śladem  Marksa  i  Engelsa?  Mnie  przychodzi  na  myśl tylko Gramsci 
(Louis Althusser)”

[1]

. Z drugiej strony, strategia proponowana przez Gramsciego zafascynowała 

głównego teoretyka tzw. Nowej Prawicy (elitarystycznej, neopogańskiej i nietzscheańskiej) – 
Alaina de Benoita (ur. 1943), który zdobycie „hegemonii kulturalnej” (ale przez intelektualistów 
prawicowych) uczynił  głównym celem swojej koncepcji metapolityki

[2]

. Uznanie – czy wręcz, jak 

pisze Scruton, „kanonizację” przez goszystowskich aktywistów – Gramsci zawdzięczał po części 
swojej „męczeńskiej” biografii, jako ten, który padł w „walce z faszyzmem”. Nie było to zbyt ścisłe, 
albowiem Gramsci, który w 1926 roku stał się przywódcą  włoskiej partii komunistycznej, został 
wprawdzie już tego roku aresztowany i skazany na 20 lat więzienia, lecz warunki, w jakich 
odbywał wyrok, niepodobna uznać za szczególną martyrologię: miał dostęp do książek                      
i czasopism, cały czas pisał (gros jego twórczości to właśnie 33 zeszyty więzienne) i zazwyczaj 
przebywał w więziennym szpitalu (miał uszkodzony od dzieciństwa kręgosłup, a wskutek tego garb 
i był chory na gruźlicę). O to, by nie działa mu się krzywda, dbał sam Duce Benito Mussolini, jego 
dawny przyjaciel i towarzysz z partii socjalistycznej3. Nie jest również prawdą, iżby Gramsci zmarł 
w więzieniu, bo wyszedł kilka miesięcy wcześniej, po 11 latach, na mocy amnestii. 

Jeżeli Gramsci był rzeczywiście – jak chce Hobsbawm – geniuszem, to błysk genialności 

można u niego dostrzec przede wszystkim w niezwykłej, wręcz prestidigitatorskiej zręczności 
intelektualnej, z jaką dokonując faktycznie radykalnej rewizji „dogmatów” marksizmu-leninizmu, 
czynił to jednocześnie w języku „ortodoksji” i utrzymując,  że cały czas pozostaje jej wierny, nie 
odstępując od niej ani na jotę. Rewizja dotyczyła właśnie fundamentalnej w marksizmie kwestii, to 
znaczy relacji bazy do nadbudowy, w dynamicznym aspekcie filozofii praktyki, czyli działalności 
rewolucyjnej. Pytanie, które Gramsci sobie postawił, brzmiało: skoro – jak twierdzą „urzędowi” 
marksiści-leniniści w ZSSR, na czele z Nikołajem Bucharinem (wówczas jeszcze ideologicznym 
„dyktatorem”) – zmiany w nadbudowie są pochodną zmian ekonomicznych, to gdzie pozostaje 
miejsce dla działalności politycznej, rewolucyjnej? Zachodzi tu przecież deterministyczny 
automatyzm: gdy sprzeczności w łonie gospodarki kapitalistycznej osiągną swoje apogeum, musi 
nastąpić jej rozkład, dojdzie zatem do zmiany systemowej, a ta pociągnie za sobą  zmiany                 
w nadbudowie. Świadome działanie na rzecz tej zmiany (a więc to, co dzieje się w sferze „ducha”), 
tym bardziej zaś próba jej przyspieszania, może być postrzegana jako i zbędna, i jałowa. Aby 
rozwiązać tę, w istocie najbardziej podstawową aporię marksowskiej „teorii” społecznej, Gramsci 
wprowadza swoją najbardziej podstawową i oryginalną kategorię hegemonii klasowej, w której 
ramach szczególnie ważne miejsce przypada hegemonii kulturalnej. Uprzedzając ewentualny atak 

T

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

24

 

„strażników” czystości doktrynalnej twierdzeniem, że „wierzenia mas ludowych” – i w ogóle 
wierzenia rozmaitego rodzaju – „posiadają wagę sił materialnych”, Gramsci zaatakował, jako 
„prostacki i komiczny” – „wulgarny materializm”

[4]

, nazwany przezeń  „ekonomizmem”,                    

i obwieścił, że „trzeba (…) zwalczać ekonomizm nie tylko na gruncie teorii historiografii, ale także 
– i to przede wszystkim – na gruncie teorii i praktyki politycznej. Na tym polu walka może               
i powinna być prowadzona poprzez rozwijanie pojęcia hegemonii…”

[5]

Czym jest i jak się przejawia owa hegemonia? Gramsci wyjaśnia, że w kapitalizmie burżuazja 

sprawuje władzę nie tylko przez kontrolowanie środków produkcji, ale również utwierdzając ją 
poprzez wywieranie przemożnego wpływu na dwa podstawowe kanały artykulacji i zabezpieczania 
jej interesów – należące właśnie do sfery nadbudowy – czyli na segmenty władzy stricte 
politycznej (aparat państwowy i administrację) oraz władzy, którą można określić (za A. de 
Benoistem) jako kulturową  bądź metapolityczną, umiejscowionej w instytucjach religijnych, 
oświatowych, naukowych, artystycznych i w mediach. Dzięki tej podwójnej hegemonii klasa 
panująca może osiągać dwa cele. Po pierwsze, naginając do swoich potrzeb wolę polityczną 
wykonywaną przez członków aparatu rządowo-administracyjnego, może niwelować skutki 
periodycznych kryzysów gospodarczych i zapewnić przetrwanie ustrojowi kapitalistycznemu. Po 
drugie, dając klasie rządzącej potężne i masowe środki indoktrynacji, kontroluje świadomość mas 
ludowych i neutralizuje inne (niż burżuazja i proletariat) klasy i warstwy, skłaniając je do uznania 
panowania burżuazji za naturalne i prawowite. Szczególnie pomocny jest tu kler, który ubierając 
istniejące instytucje w „płaszcz zrządzenia Bożego”, wpaja nawyk posłuszeństwa istniejącej 
władzy. Ze względu zatem na tę podwójną hegemonię klasa kapitalistyczna może skutecznie 
przezwyciężać ciśnienia powstające w bazie ekonomicznej i utrzymywać  władzę, zapobiegając 
rewolucji. Płynie z tego wniosek, że „teoria” historii tłumacząca wszelki rozwój w kategoriach 
ekonomicznych jest fałszywa, bo zmiany w nadbudowie nie są  dyktowane  tylko  przez  zmiany          
w bazie, lecz oba czynniki wpływają na siebie wzajemnie. Co więcej, w praktyce działania 
podejmowane w sferze nadbudowy – te, dyktowane wolą polityczną, oraz te, w zakresie celowego 
oddziaływania na świadomość mas poprzez instytucje kulturalne – są prymarne i przesądzające     
o możliwości zmiany. Zawodowi rewolucjoniści muszą nauczyć się od burżuazji tego, jak 
sprawować hegemonię i odebrać jej wprzódy władzę właśnie tam, gdzie sprawuje się kontrolę nad 
umysłami. Faktyczne, choć zakamuflowane „dialektycznym” żargonem, odrzucenie 
marksistowskiego determinizmu, pozwoliło Gramsciemu – jak zauważa Scruton – „przywrócić 
wartość sferze politycznej, czego klasyczny marksizm nie mógł uczynić. Polityka nie jest już tylko 
reakcją na działanie sił gospodarczych, prących od dołu, lecz czynną zasadą zmian, która może się 
tym siłom przeciwstawić i ukrócić je lub kontrolować. Polityka komunistyczna zakłada 
systematyczne usuwanie klasowej hegemonii burżuazji. Nadbudowa będzie więc stopniowo 
przekształcona, aż do chwili, gdy nowy ustrój społeczny, którego nacisk dotychczas hamowała 
hegemonia starej klasy, będzie wreszcie mógł własną siłą wybić się na powierzchnię”

[6]

Dodatkowy argument Gramsciego dotyczył odmienności  (w  stosunku  do  przedrewolucyjnej 

Rosji) sytuacji na Zachodzie. W Rosji carskiej istniało bowiem silnie rozbudowane społeczeństwo 
polityczne, a społeczeństwo obywatelskie było amorficzne. Lenin, tworząc koncepcję dyktatury 
proletariatu, musiał wziąć to pod uwagę i oprzeć swoją strategię na koncepcji wojny manewrowej, 
zmierzającej do bezpośredniego przejęcia władzy politycznej. Na Zachodzie natomiast 
społeczeństwo obywatelskie jest rozbudowane, złożone  i  odporne  –  jak  system  okopów                   
w nowoczesnej wojnie

[7]

, który nawet w razie przerwania frontu na jakimś odcinku, pozwala dalej 

prowadzić skuteczne działania obronne. W tej sytuacji trzeba zastosować wojnę pozycyjną, 
pozwalającą przezwyciężyć opór systemu obronnego. Polega to na wdzieraniu się w poszczególne 
odcinki systemu okopów i fortyfikacji, w jego instytucje polityczne, oświatowe, religijne, w prasę, 
wydawnictwa i radio, zdobywając jeden okop po drugim, a do jeszcze niezdobytych wprowadzając 
ducha „rozłamu” (scissione)

[8]

. Ten etap walki, poprzedzający ostateczny przewrót, Gramsci 

nazywa (zresztą za rewolucyjnym syndykalistą Georgesem Sorelem) bierną rewolucją,                    
„o charakterze, jeśli tak można rzec, negatywnym i przygotowawczym”

[9]

Nawet jednak „bierna” rewolucja, o ile ma przejść w uwieńczoną sukcesem wojnę pozycyjną, 

musi mieć swoje kierownictwo, będące kontaminacją działających jako blok historyczny dwóch 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

25

 

skoordynowanych sił: naciskającej „z dołu” siły „mas” i wdzierającej się „z góry” do instytucji 
metapolitycznych inteligencji komunistycznej. Kluczowe zadanie koordynacji owych sił      
przypada komunistycznej Partii, którą Gramsci – w poetyce sorelowskiego „mitu społecznego”        
i w re-lekturze „kanonicznej” księgi włoskiej myśli politycznej, inaugurującej zarazem in universo 
polityczną Nowożytność, czyli Księcia Niccoló Machiavellego (1469-1527) – nazywa Nowoczesnym 
Księciem (Il moderno Principe), akcentując, iż jest to i musi być „książę kolektywny”: 
„Nowoczesny książę, książę-mit, nie może być osobą rzeczywistą, konkretną jednostką; może być 
tylko organizmem, złożonym elementem społeczeństwa, w którym zaczyna się konkretyzować 
wola zbiorowa, ujawniona już po części i potwierdzona w działaniu. Taki organizm w wyniku 
rozwoju historycznego wytworzył się już dawno: jest nim partia polityczna, pierwsza komórka 
mieszcząca w sobie zalążki woli zbiorowej o aspiracjach uniwersalnych i totalnych”

[10]

 . W praktyce 

oznacza to zarazem zorganizowanie przez Księcia dwóch postaci partii nierozwijających 
bezpośredniej akcji politycznej: jednej „masowej”, poddanej (jawnemu bądź  niejawnemu,               
w zależności od panujących warunków) zmilitaryzowanemu ośrodkowi politycznemu, któremu 
„masy służą (…) po prostu jako masy »operacyjne« i zdobywa się je za pomocą haseł moralnych, 
bodźców sentymentalnych i mesjanistycznych mitów w oczekiwaniu na legendarną erę, kiedy to 
wszystkie obecne sprzeczności i niedole zostaną automatycznie rozwiązane i naprawione” 

[11]

 ; oraz 

drugiej elitarnej, składającej się z elity kulturalnej. Ów drugi oddział zostaje określony jako 
„intelektualny sztab główny partii organicznej”, który „działa jako samoistna siła kierownicza”

[12]

 – 

analogicznie jak w partiach burżuazyjnych rolę taką spełniają wpływowe dzienniki, jak „The 
Times” w Anglii czy „Corriere della Sera” we Włoszech. 

Należy jeszcze powiedzieć, jaki jest najważniejszy,  śmiertelny wróg Nowoczesnego Księcia,       

a przeto główny cel biernej rewolucji kierowanej przez intelektualny sztab rewolucyjnej elity 
intelektualnej. Wrogiem tym jest religia, a celem – totalna laicyzacja społeczeństwa, zdolność zaś 
do przeprowadzenia tego dzieła jest nawet kryterium moralnej wartości wszelkiego czynu, co 
usprawiedliwia także samoubóstwienie Nowoczesnego Księcia (Partii): „Nowoczesny książę 
powinien być w znacznej mierze poświęcony sprawie reformy intelektualnej i moralnej – a więc 
sprawie religii i poglądu na świat. (…). Nowoczesny książę powinien i nie może nie być głosicielem 
i organizatorem reformy intelektualnej i moralnej, przygotowującej grunt pod późniejszy rozwój 
narodowej, ludowej woli zbiorowej, zmierzającej do urzeczywistnienia wyższej, pełnej formy 
nowoczesnej cywilizacji. (…) Nowoczesny książę, w miarę jak zyskuje na znaczeniu, wstrząsa 
całym systemem stosunków intelektualno-moralnych, ponieważ  właśnie ewolucja jego roli 
oznacza,  że każdy czyn bywa pojmowany jako pożyteczny lub szkodliwy, szlachetny lub 
nikczemny, jedynie w odniesieniu do samego nowoczesnego księcia – zależnie od tego, czy 
przyczynia się do pomnożenia, czy też  do  umniejszenia  jego  potęgi. Książę zajmuje w ludzkiej 
świadomości miejsce bóstwa czy kategorycznego imperatywu, staje się podstawą nowoczesnego 
laicyzmu oraz pełnej laicyzacji całego życia i wszystkich stosunków obyczajowych”

[13]

Filozofia praktyczna „wydoskonalonego” leninisty Gramsciego stała się zatem potężną 

dźwignią, pozwalającą przezwyciężyć kryzys tej fazy, którą Plinio Corrêa de Oliveira nazwał III 
Rewolucją (bolszewicką, o charakterze głównie społecznym), i przejść płynnie do IV Rewolucji

[14]

zdolnej kruszyć narzędziami subtelniejszymi niż czołgi Armii Czerwonej i metody śledcze 
oprawców ze służb bezpieczeństwa tkankę moralną i intelektualną społeczeństw okcydentalnych, 
których dotąd nie udało się „wyzwolić”. Pozostawiając bez zmian jako zasadę Leninowskie hasło 
„szturmu na centralne ośrodki władzy” kapitalistycznej, Gramsci zredefiniował  jednak  same  te 
ośrodki, wskazując, iż nie stanowią ich jedynie urzędy państwowe, punkty dowodzenia wojskiem    
i policją, koleje, poczty czy telegrafy, lecz również instytucje opiniotwórcze, konstytuujące, a nawet 
kreujące  świadomość, jak ambony, szkoły, katedry uniwersyteckie, domy wydawnicze, redakcje 
czasopism i rozgłośni radiowych (a dziś oczywiście także telewizja i media elektroniczne). Jego 
bierna rewolucja, prowadząca wojnę pozycyjną, była precyzyjnie opracowanym scenariuszem 
komunistycznego Kulturkampf, realizowanego jako marsz przez instytucje władzy nazywanej 
później metapolityczną, a zapewniającej zdobycie hegemonii najpierw kulturalnej,  a  wreszcie           
i politycznej. Ten marsz przez instytucje Nowa Lewica podjęła po tym, jak przegrała nazbyt 
frenetyczną, by mogła się powieść, rewoltę młodzieżową 1968 roku, a także równie beznadziejną 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

26

 

próbę szturmu na instytucje państwowe drogą terroru indywidualnego (RAF, Czerwone Brygady, 
Czarne Pantery etc.), wyciągając wnioski z obu porażek. Wykształconych kadr koniecznych do 
opanowania sieci instytucji kulturalnych dostarczyli Nowej Lewicy adepci i wychowankowie 
Szkoły Frankfurckiej. Dziś, po półwieczu od rozpoczęcia tego marszu można stwierdzić, że został 
on uwieńczony pełnym powodzeniem, także w sferze stricte politycznej. Co więcej, ta 
marksistowsko-leninowsko-demoliberalna mikstura nie tylko zatruła Zachód, lecz stamtąd 
infekuje dziś narody i państwa Europy Środkowo-Wschodniej, które ledwie wyzwoliwszy się            
z opresji komunistycznej w jej „klasycznej” postaci, żarliwie rzuciły się w objęcia Zachodu, naiwnie 
sądząc,  że wracają do wspólnej tradycji, a otrzymując od niego tę samą truciznę w nowej massa 
tabulettae i w nowym, atrakcyjniejszym opakowaniu. 

 
 

Fragment artykułu pt. Rewolucja kulturalna Nowej Lewicy; całość w: Rewolucja genderowa,  red.               

o. Z. Klafka CSsR, Wyd. WSKSiM, Toruń, ss. 145-171. 

 
 

 

Przypisy 

 

[1] R. Scruton, Intelektualiści nowej lewicy, przeł. T. Pisarek, Poznań 1999, s. 111. 
[2] Zob. A. de Benoist, Orientations pour des années décisives, Paris 1982, s. 12. 

[3] Mussolini zgodziłby się też bez wątpienia z tezą Gramsciego: „między faszyzmem a komunizmem nie ma 

drogi pośredniej”. 
[4] Był to oczywiście zakamuflowany atak na Bucharina. 

[5] A. Gramsci, Nowoczesny Książę, przeł. B. Sieroszewska, Warszawa 2006, s. 26. 

[6] R. Scruton, op. cit., s. 118. 
[7] „Nowoczesność” odnosi się tu oczywiście do realiów I wojny światowej z lat 1914-1918. 

[8] A. Gramsci, op. cit., s. 4. Zob. także następujący wywód: „Ale jest nie mniej ważne i potrzebne, aby w 

masie inteligenckiej dokonał się historycznie uzasadniony rozłam o charakterze organicznym: aby 
wytworzył się, jako formacja masowa, kierunek lewicowy w nowoczesnym znaczeniu tego słowa, czyli 

zwrócony ku proletariatowi rewolucyjnemu” – ibidem, s. 51, przyp. 72. 
[9] Ibidem, s. 4. Zob. także historyczny wywód (ilustrowany przykładami z dziejów włoskiego Risorgimento) 

na temat „koncepcji rewolucji biernej”, ibidem, ss. 47-51. 

[10] Ibidem, s. 5. 
[11] Ibidem, s. 17. 

[12] Ibidem

[13] Ibidem, s. 8. 
[14] Zob. P. Corrêa de Oliveira, Rewolucja i Kontrrewolucja, przeł. S. Olejniczak, Kraków 1998, ss. 181-183. 

 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

27

 

WOŁODIMIR KRINICKIJ 

 
 
 

Z miłości 
 
Spalone drzewo 
niedawno jeszcze 
podnosiło gałęzie 
do błękitnego nieba. 
Dla nieba 
zrobiłoby wszystko. 
O niebie marzyło, 
niebem oddychało. 
Podziękowanie nieba 
było cudowne –  
błyskawica. 
 
 
 
Tęsknię za tobą 
 
Nie było cię 
zaledwie dwie godziny. 
Wokół ciemno. 
Oczy nie widzą. 
Ręce nieposłuszne. 
Potrzebuję ciebie, 
żeby patrzeć, 
żeby słyszeć, 
żeby oddychać, 
żeby żyć. 
Potrzebuję 
ciebie. 
 
 
 
*** 
 
Gdy znikną pasterze 
ze złymi psami 
i nie będzie więcej ścian 
i ogrodzeń, 
gdy nie będzie trzeba  
udawać, 
że jesteś szary, 
jak wszystkie owce, 
gdy będziesz mógł 
powiedzieć wszystko, 
czego nie mogłeś, 
to wtedy może  
zabraknąć ci 
słów. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

28

 

*** 
 
Kot w mojej duszy 
często siedzi w jednym miejscu. 
Czy jest leniwy, czy może czeka na sposobność,  
by zabrać walizki i uciec raz na zawsze, 
bo myśli, że nie ma już nic do zrobienia? 
Czy jego umysł jest zmęczony 
przeglądaniem stron moich pamiętników, 
gdzie nieistotnych zapisów sto razy więcej niż tych, 
w których jest jakiś mały sens. 
Myślę jednak, że z moim kotem 
nie jest tak tragiczne, jak sądzą niektórzy. 
Mam O. 

 
 
Przeł. autor 

 

 
Wołodimir Krinickij, ur. w 1977 r. Ukraiński poeta i tłumacz, przekłada poezję z jęz. angielskiego, 

białoruskiego, polskiego, rosyjskiego, serbskiego i chorwackiego. Ukończył historię na Uniwersytecie 
Kijowskim, jest redaktorem naczelnym dwumiesięcznika literackiego „TiekstOver” wydawanego w Kijowie. 

Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, serbski, słoweński, polski i chorwacki. Debiutancki zbiór 

poezji 13° Kijowa ukazał się w ubiegłym roku. 
 

 

 

 

 

 

Michealangelo Buonarroti, Leda z łabędziem, I poł. XVI w., miedzioryt, British Muzeum 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

29

 

Natalia Budzyńska 

 

POKUTA OSCARA WILDE’A 

 

  

scar Wilde, główny męczennik homoseksualistów, więziony w wiktoriańskiej Anglii za swe 
niemoralne  życie, autor cynicznych aforyzmów, doznał łaski nawrócenia. Przypomina o tym 

ojciec Leonardo Sapienza, członek prefektury Domu Papieskiego, w swojej najnowszej książce 
Prowokacje: Aforyzmy dla niekonformistycznych chrześcijan

Lewicowa „La Repubblica" nie kryje oburzenia, że Watykan przywłaszcza sobie ikonę ruchu 

gejowskiego, przy okazji wytykając Kościołowi katolickiemu niekonsekwencję, bo przecież 
„Benedykt XVI cały czas uważa homoseksualizm za chorobę". Fakt przemiany życia Wilde'a bywał 
w tych środowiskach przemilczany lub lekceważony. Często powtarzano, że Wilde umierając, był 
nieświadomy, a jego pogodzenie z Kościołem katolickim to manipulacja przyjaciela Roberta 
Rossa. Tymczasem o. Sapienza, znany dotychczas między innymi z publikacji cytatów Pawła  VI       
i Jana Pawła II, w swojej nowej książce, nieprzetłumaczonej jeszcze na język polski, zamieścił kilka 
złotych myśli Oscara Wilde'a. 
 
 
„Potrafię się oprzeć wszystkiemu prócz pokusy" 
 
Oscar Wilde był człowiekiem w czepku urodzonym. Jego rodzice - wybitny okulista i laryngolog 
oraz poetka, która prowadziła znany salon literacki w Dublinie - zadbali o jak najlepsze 
wykształcenie syna. W dublińskim Trinity College Wilde uzyskał opinię  niezwykle  zdolnego,            
a studiując w Magdalen College w Oksfordzie, odbierał nagrody i brylował  w  towarzystwie.          
Był dowcipny, tryskał błyskotliwym humorem, elokwentny. Przy tym zaciekawiał ekstrawagancją         
w ubiorze i osądach. Wielki wpływ na poglądy Wilde'a na sztukę wywarły wykłady  artysty                  
i poety Johna Ruskina. Odtąd Wilde głosił hasła „sztuki dla sztuki", a jego religią stały się artyzm                 
i estetyzm.  

W 1884 roku ożenił się z piękną i mądrą Constance Lloyd. Zamieszkali w eleganckiej dzielnicy 

Londynu i prowadzili otwarty salon, w którym bywała  śmietanka artystyczna i arystokratyczna 
Londynu. Wkrótce szczęśliwemu małżeństwu urodzili się dwaj synowie: Cyril i Vyvyan. W 1890 
roku Oscar opublikował powieść  Portret Doriana Graya, a później regularnie pisał satyryczne 
komedie, chętnie wystawiane w londyńskich teatrach. Miał wszystko: sukces, miłość, przyjaciół, 
poklask, rodzinę, pieniądze. Był osobą pożądaną w każdym towarzystwie, jego zdanie na temat 
sztuki stanowiło dla wielu prawdę absolutną, mógł sobie pozwolić na każdą zachciankę. A te 
przychodziły w formie pokus, którym nie potrafił się oprzeć. Jego lekko zniewieściała elegancja 
była oczywiście podejrzana, ale był przecież artystą.  

W wieku trzydziestu siedmiu lat poznał młodego lorda Alfreda Douglasa, studenta Oksfordu,         

w którym zakochał się bez opamiętania. „Pozwoliłem wciągnąć się i omamić przez długie okresy 
bezmyślnej, zmysłowej swobody. (...) Przestałem być panem samego siebie. Nie byłem już 
sternikiem swojej duszy i nie wiedziałem o tym. Pozwoliłem, aby przyjemności owładnęły mną. 
Skończyłem w wielkiej niesławie. Pozostała mi już tylko absolutna pokora". Te słowa napisał 
Wilde znacznie później. 
 
 
Więzienie w Reading 
 
W XIX wieku homoseksualizm był w Anglii karany więzieniem. O Wildzie i błękitnookim lordzie 
Douglasie mówiło się,  że razem ucztują, spacerują, wyjeżdżają. Ojciec młodzieńca, markiz 
Queensberry, prześladował artystę, publicznie oskarżając go o „sodomię". Wilde, dając się 
wmanipulować w rozgrywki między ojcem a synem, oskarżył Queensberry'ego o zniesławienie i... 
przegrał proces. W 1895 roku został skazany na dwa lata ciężkich robót w więzieniu. W atmosferze 

O

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

30

 

skandalu Wilde w ciągu kilku dni stał się  kompletnym  bankrutem.  Przedtem  szanowanego               
i podziwianego teraz zaczęto obrzucać obelgami.  

Jego poniżona żona zmieniła nazwisko i wraz z synami wyjechała za granicę. Koszty procesu 

były tak wysokie, że Wilde stracił wszystkie pieniądze i dobra, komornicy zabrali mu cenny 
księgozbiór i dom. Załamany artysta spędził miesiące w obskurnej celi więzienia w Reading, będąc 
na samym dnie. W ciągu tych dwóch lat dotknęły go kolejne klęski:  żona wniosła pozew 
rozwodowy, umarła mu matka, a w końcu został pozbawiony praw do swoich synów. Kompletnie 
zdruzgotany napisał w więzieniu takie słowa: „Nie wątpię ani przez moment, że najwznioślejszą 
chwilą w życiu człowieka jest ta, kiedy klęczy on w pyle, bije się w piersi i wyznaje grzechy całego 
swojego życia". 
 
 
Z głębokości... 
 
Pod koniec pobytu w Reading Wilde dostał pozwolenie na pisanie. Otrzymywał po jednym arkuszu 
papieru, który zapisany zabierano z celi. Oscar Wilde pisał na nich długi na kilkadziesiąt kartek 
list do swojego kochanka, list pełen pretensji i żalu, ale także głębokich rozmyślań nad swoim 
życiem. Jest to list człowieka, który z jednej strony twierdzi, że religia i wiara w niczym mu nie 
mogą pomóc, ale z drugiej strony z jego słów przebija jakaś zadziwiająca intuicja i łaska Boga. To 
dopiero był początek nowej drogi. Fragmenty listu ukazały się drukiem po jego śmierci i zostały 
zatytułowane przez jego przyjaciela Roberta Rossa De profundis, czyli krzyk z otchłani.  

Po wyjściu z więzienia Oscar Wilde pod zmienionym nazwiskiem, jako Sebastian Melmoth, 

wyjechał do Francji. Zmarł w nędzy w podrzędnym hoteliku w Paryżu na zapalenie opon 
mózgowych. Był 30 listopada 1900 roku. Kilka dni przed śmiercią wyraził pragnienie powrotu na 
łono Kościoła, więc Robert Ross sprowadził angielskiego pasjonistę, ojca Cuthberta Dunne'a. 
Duchowny odwiedzał Wilde'a kilka razy.  
 

Odnajduję teraz gdzieś w głębi swego jestestwa ukryte „coś”, mówiące mi, że nic na tym 
świecie nie jest pozbawione sensu, a już szczególnie cierpienie. To „coś”, schowane w głębi 
mej natury na podobieństwo zakopanego w polu skarbu – to pokora. Pokora jest tym, co 
mi pozostało. Jest tym, co najlepszego posiadam: dokonanym przeze mnie samego 
odkryciem o wadze ostatecznej, punktem wyjścia dla dalszego rozwoju. Wychynęła z głębi 
mnie samego, wiem więc,  że przyszła we właściwym czasie. Nie mogła przyjść ani 
wcześniej, ani później. Gdyby ktokolwiek opowiedział mi o niej – odrzuciłbym ją. Gdyby 
mi ją przyniesiono – nie przyjąłbym. Ale gdy ją sam znalazłem – zatrzymam. Muszę 
zatrzymać. Jest jedyną rzeczą, zawierającą w sobie pierwiastki życia, nowego życia, jakiejś 
Vita Nova dla mnie. Najdziwniejsze jest to, że nie można jej odrzucić i że nikt nie może jej 
dać drugiemu. Nie można jej zdobyć w inny sposób, jak tylko oddając wszystko, co się 
posiada. Tylko wtedy, kiedy się wszystko utraci, wie się, że się ją zdobyło. [De profundis...] 
 
W Boże Narodzenie udało mi się otrzymać Nowy Testament po grecku i co ranka, po tym, 
jak posprzątam celę i wyczyszczę naczynia, czytam sobie fragmenty Ewangelii, po 
kilkanaście przypadkowo wybranych wersetów. Jest to wspaniały początek dnia. [De 
profundis...]
 
 
Oczywiście, grzesznik musi się pokajać. Dlaczego? Po prostu dlatego, że inaczej nie 
pojąłby, co uczynił. Moment skruchy jest momentem inicjacji. Więcej – jest sposobem, w 
jaki człowiek zmienia swoją przeszłość. Grecy uważali to za niemożliwe. W swoich 
gnomicznych aforyzmach często powtarzają,  że „nawet bogowie nie mogą zmienić 
przeszłości". Chrystus pokazał, że może tego dokonać najpospolitszy grzesznik – że jest to 
jedyna rzecz, jaką może uczynić. [De profundis...] 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

31

 

POŁUDNIOWOSŁOWIAŃSKIE PREZENTACJE POETYCKIE 

 
 
 

LADISLAV BABIČ [Chorwacja] 

 
 

Haiku zredukowanego człowieka 
 
Czarna dziura. 
Żarłoczne usta 
Łakomstwo człowiecze. 
 
 
Streszczam się 
W najkrótszą formę. 
Żyć! 
 
 
Kapie czas. 
Życie męczy 
Tykanie zegarka. 
 
 
Mnóstwo chrustu 
Roznosi wiatr. 
Drzewa się pochylają. 

 
 
 
 

BORJA BOLČINA [Słowenia] 

 
 
 

Sycylia 
 
podróżujemy przez całe dnie 
kawa straciła smak 
w jej twarzy oczy 
w objęciach piasku, lawy 
spoglądają w dół leśnych wzgórz 
zielone oleandry 
terraria w terrariach wody... 
morze pluska po konturach kościoła 
które ubóstwia 
mozaiki niewidzialnego piękna 
na kwadratach i wierchach 
relikwiach i krzyżach 
błogosławiony śpię 
na półmisku sycylijskim  
w podręcznikach, ołtarzach 
dla wiernych 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

32

 

dla ofiar spod filarów 
dla owiec gałązki 
w gaju oliwnym 
potem zaczynam być głodny 
jem i nie rozumiem 
najadam się pomidorów 
więc podchodzi do mnie 
rad mi coś powiedzieć 
mówi obficie 
i żadnego gangstera nie widziałem 

 
 
 

JAGODA KLAJIČ [Chorwacja] 

 
 

Wiersz 
 
Nie oszukujcie 
że istnieją 
radosne wiersze 
 
chwila jest wtedy 
tylko inna 
i nie okłamie mnie 
uśmiechnięta 
rozśpiewana 
 
dopiero po niej 
wiersz zaczyna powstawać. 

 
 
 

NEDELJKO TERZIČ [Serbia] 

 
 

 
Niespokojny wiatr 
Z młodej trawy kształtuje 
Silną falę. 
 
 
Ptaki świergocą 
Wielki hymn Słońcu. 
Rosną kwiaty. 
 
 
Dźwięk samolotu 
Spłoszył cykady. 
Smutny wieczór. 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

33

 

Poranna rosa 
Opadła na mrówkę. 
Wielka walka. 
 
 
Gwiaździste niebo 
Schodzi nad jeziorem. 
Zakłopotane ryby. 
 
 
Kwiatek z gałęzi spadł 
we włosy dziewczyny. 
Cieszy się wiosna. 

 
 
 

DUŠAN VIDAKOVIČ [Serbia] 

 
 
 

Haiku dla Devide’a 
 
 
Prasowanie liści 
Podręcznikiem do algerby. 
Koan in vivo. 
 
 
Trwa nadal 
Poprzez trzy magiczne wersy 
Cichy poeta. 
 
 
Tęsknię za  
Listami z Vinogradskiej 
Ręką pisane. 
 
 
Niczym obłoki 
Będą schodzić na Ziemię. 
Trudną, posępną. 

 
 

*Vinogradska – ulica  w Zagrzebiu, przy której mieszkał dr Vladimir Devide, matematyk, autor wielu haiku.  

*Ostatnie haiku jest parafrazą haibuna „Obłoki“ dr. Vladimira Devide'a. 

 

  
 

Przeł. z serbskiego, słoweńskiego i chorwackiego Olga Lalič-Krowicka. 
 
 
 

 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

34

 

Bruno Schulz 

 

JESIEŃ 

  
 

nacie ten czas, gdy lato tak bujne i pełne wigoru jeszcze niedawno, lato uniwersalne, 
obejmujące w swej rozległej sferze wszystko, co tylko pomyśleć się dało  –  ludzi,  wypadki             

i rzeczy – pewnego dnia dostaje ledwo dostrzegalną skazę. Blask słońca spada jeszcze rzęsiście        
i obficie, w pejzażu jest jeszcze wielkopański, klasyczny gest, który tej porze roku przekazał            
w spuściźnie geniusz Poussina, ale – rzecz dziwna – wracamy z porannej wycieczki dziwnie 
znudzeni i jałowi: czyżbyśmy się czegoś wstydzili? Czujemy się trochę nieswojo i unikamy 
wzajemnie naszych spojrzeń – dlaczego? I wiemy, że o zmierzchu pójdzie ten i ów z zakłopotanym 
uśmiechem w ustronny kąt lata zapukać, zapukać w ścianę, czy ton jest jeszcze całkiem pełny, 
rzetelny. Jest w tej próbie przewrotna rozkosz zdrady, zdemaskowania, lekki dreszczyk skandalu. 
Ale oficjalnie jesteśmy jeszcze pełni respektu, pełni lojalności: taka solidna firma, tak znakomicie 
ufundowana firma... I mimo to, gdy następnego dnia rozchodzi się wieść o konkursie – jest to już 
wiadomość przedwczorajsza i nie ma już eksplodującej siły skandalu. I podczas gdy licytacja bierze 
swój trzeźwy i ożywczy bieg, sprofanowane apartamenty opróżniają się i ogałacają i stają się pełne 
jasnego, trzeźwego echa – nie budzi to żadnego  żalu czy sentymentu: cala ta likwidacja lata ma      
w sobie jakąś lekkość, opieszałość i błahość spóźnionego karnawału, który się przeciągnął                
w Popielec. 

A jednak pesymizm jest może przedwczesny. Jeszcze toczą się rokowania, jeszcze rezerwy lata 

są niewyczerpane, może przyjść jeszcze do pełnej restytucji... Ale rozwaga, zimna krew nie są 
rzeczą letników. Nawet hotelarze, hotelarze po uszy zaangażowani w akcjach lata – kapitulują. 
Nie! Tak mało lojalności, pietyzmu wobec wiernego sojusznika nie świadczy o wielkim stylu 
kupieckim! Są to kramikarze, mali i tchórzliwi ludzie, nie myślący na daleką metę. Każdy z nich 
przyciska do brzucha uciułaną sakiewkę. Zrzucili cynicznie maskę uprzejmości, zdziewają smo-
kingi. Z każdego wyłazi były płatniczy... 

I my także pakujemy kufry. Mam piętnaście lat i jestem całkiem nieobciążony obowiązkami 

praktyki  życiowej. Ponieważ jest jeszcze godzina do wyjazdu, wybiegam jeszcze raz, pożegnać 
letnisko, zrewidować dorobek tego lata, zobaczyć, co można zabrać ze sobą, a co już trzeba na 
zawsze zostawić w tym mieście skazanym na zagładę. Ale w małym rondo parkowym, pustym 
teraz i jasnym w słońcu popołudniowym, przy pomniku Mickiewicza rozwidnia mi się w duszy 
prawda o przesileniu lata. W euforii tego objawienia wstępuję na dwa stopnie pomnika, zataczam 
wzrokiem i rozpostartymi rękoma  łuk pełen rozmachu, jakbym się zwracał do całego  letniska,         
i mówię: – Żegnam cię, Poro! Byłaś bardzo piękna i bogata. Żadne inne lato nie może się 
porównać z Tobą. Dziś to uznaję, choć nieraz byłem bardzo nieszczęśliwy i smutny z Twego 
powodu. Zostawiam Ci na pamiątkę  wszystkie  moje  przygody  rozsiane  po  parku,  po  ulicach,  po 
ogrodach. Nie mogę ze sobą zabrać moich piętnastu lat, one już tu na zawsze zostaną. Prócz tego 
na werandzie willi, w której mieszkałem, włożyłem w szparę między dwiema belkami rysunek, 
który zrobiłem  Ci  na  pamiątkę. Ty teraz schodzisz między cienie. Razem z Tobą zejdzie całe           
to miasto will i ogrodów do krainy cieniów. Nie macie potomstwa. Ty i to miasto umieracie,     
ostatnie z rodu. 

Ale nie jesteś bez winy, o Poro. Powiem Ci, w czym leżała Twa wina. Nie chciałaś, o Poro, 

poprzestać na granicach rzeczywistości. Żadna rzeczywistość nie zaspokajała Cię. Wybiegałaś poza 
każdą realizację. Nie znajdując dosytu w rzeczywistości, tworzyłaś nadbudowy z metafor i figur 
poetyckich. Poruszałaś się w asocjacjach, w aluzjach, w imponderabiliach między rzeczami. Każda 
rzecz odsyłała do innej rzeczy, tamta powoływała się na dalszą i tak bez końca. Twoja swada 
nużyła w końcu. Miało się dość tego bujania na falach nieskończonej frazeologii. Tak jest, 
frazeologii – wybacz to słowo. Stało się to jasne, kiedy tu i tam, w wielu duszach zaczęła się budzić 
tęsknota do istotności. Z tą chwilą byłaś już przezwyciężona. Ukazały się granice Twej 
uniwersalności, Twój wielki styl, Twój piękny barok, który za dobrych Twych czasów był 
adekwatny rzeczywistości, okazał się teraz manierą. Twoje słodycze i Twoje zadumania miały na 

Z

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

35

 

sobie piętno młodzieńczej egzaltacji. Twoje noce były ogromne i nieskończone, jak 
megalomaniczne natchnienia zakochanych, albo były rojowiskami widziadeł, jak bredzenia 
halucynujących. Twoje wonie były przesadne i nie na miarę ludzkiego zachwytu. Pod magią Twego 
dotknięcia dematerializowała się rzecz wszelka, rosła ku dalszym, coraz wyższym formom. Jadło 
się Twoje jabłka, marząc o owocach rajskich krajobrazów, a przy Twoich brzoskwiniach myślało 
się o owocach eterycznych, które by się spożywało samym powonieniem. Miałaś na swojej palecie 
tylko najwyższe rejestry barw, nie znałaś sytości i jędrności ciemnych, ziemistych, tłustych brązów. 
Jesień to tęsknota duszy ludzkiej do materialności, do istotności, do granic. Gdy z niezbadanych 
przyczyn metafory, projekty, marzenia ludzkie zaczynają  tęsknić do realizacji, przychodzi czas 
jesieni. Te fantomy, które dotychczas rozprószone w najdalszych sferach ludzkiego kosmosu 
zabarwiały jego wysokie sklepienia swymi widmami – ściągają teraz do człowieka, szukają ciepła 
jego oddechu, ciasnego przytulnego schronienia jego domu, niszy, w której stoi jego łóżko. Dom 
człowieka staje się, jak stajenka betlejemska, jądrem, dookoła którego zagęszczają przestwór 
wszystkie demony, wszystkie duchy górnych i dolnych sfer. Skończył się czas pięknych 
klasycznych gestów, łacińskiej frazeologii, południowych teatralnych zaokrągleń. Jesień szuka 
sobie jędrności, prostackiej siły Dürerów i Breughelów. Pęka ta forma od nadmiaru materii, 
twardnieje w węzły i sęki, chwyta ona materię w swe szczęki i kleszcze, gnębi ją, gwałci, ugniata       
i wypuszcza z swych rąk z śladami tej walki, kłody na wpół obrobione z piętnem niesamowitego 
życia w grymasach, które im wycisnęła na drewnianych twarzach. 

Takie i jeszcze inne rzeczy mówiłem do pustego półkręgu parku, który się jakby przede mną 

cofał. Wyrzucałem z siebie tylko niektóre słowa tego monologu, bądź to dlatego, iż nie mogłem 
znaleźć  słów odpowiednich, bądź  to  dlatego,  iż markowałem tylko przemówienie, uzupełniając 
brakujące słowa gestami. Pokazywałem orzechy, klasyczne owoce jesieni, spokrewnione z meblami 
pokoju, pożywne, smaczne i trwałe. Przypominałem kasztany, te politurowane modele owoców, 
bilboklety stworzone do zabawy dla dzieci, jabłka jesienne, czerwieniejące dobrą, domową, 
prozaiczną czerwienią na oknach mieszkań. 

Zmierzch już zaczął zaczadzać powietrze, gdy wróciłem do pensjonatu. Na podwórzu stały już 

dwa duże powozy przeznaczone do naszego wyjazdu. Rozkulbaczone konie parskały z głowami 
pogrążonymi w workach obroku. Wszystkie drzwi były na rozcież otwarte, świece płonące na stole 
naszego pokoju pełgały na przeciągu. Ten szybko zapadający zmrok, ci ludzie, którzy potracili 
twarze w zmierzchu i wynosili pośpiesznie kufry, nieporządek w otwartym, zgwałconym pokoju, 
wszystko to robiło wrażenie jakiejś pośpiesznej, smutnej, zapóźnionej paniki, jakiejś  tragicznej        
i spłoszonej katastrofy. Wreszcie zajęliśmy miejsca w głębokich powozach i ruszyliśmy. Powiało na 
nas ciemne, głębokie, tęgie powietrze polne. Woźnice wyławiali z tego upojnego powietrza soczyste 
trzaski długimi biczami i wyrównywali starannie rytm koni. Potężne, odsądzone wspaniałe kłęby 
ich kołysały się w ciemności wśród puszystych uderzeń chwostów. Tak niosły się  wśród 
samotnego, nocnego pejzażu bez gwiazd i świateł, jeden za drugim, te dwa konglomeraty z koni, 
dudniących pudeł i sapiących miechów skórzanych. Chwilami zdawały się rozpadać, rozlatywać 
jak kraby dzielące się w biegu na części. Wtedy woźnice ujmowali silniej lejce i zbierali do kupy 
rozluźnione tętenty, zwierali je w karne, regularne kadry. Od zapalonych latarń padały długie 
cienie w głąb nocy, wydłużały się, odrywały i wielkimi skokami mknęły w dzikie pustkowia.     
Umykały chyłkiem na długich nogach, ażeby gdzieś daleko, pod lasem, natrząsać się urągliwymi 
gestami z woźniców. Woźnice trzaskali ku nim szeroko batami i nie dawali się wyprowadzić             
z równowagi. Miasto już spało, gdy wjechaliśmy między domy. Tu i ówdzie paliły się  latarnie          
w pustych ulicach, jak gdyby w tym celu stworzone, by oświetlić jakiś dom o niskim piętrze, 
balkon, lub wrazić w pamięć numer nad zamkniętą bramą. Zaskoczone nagle o tej późnej porze, 
zamknięte  ślepo sklepiki, bramy z wyślizganymi progami, targane przez wiatr nocny szyldy 
ukazywały beznadziejne opuszczenie, głębokie sieroctwo rzeczy pozostawionych samych sobie, 
rzeczy, zapomnianych przez ludzi. Powóz siostry skręcił w boczną ulicę, podczas gdy my 
pojechaliśmy na rynek. Konie zmieniły rytm biegu, gdy wjechaliśmy w głęboki cień placu. Bosy 
piekarz na progu otwartej sieni przeszył nas spojrzeniem ciemnych oczu, okno apteczne, jeszcze 
czuwające, podało i cofnęło balsam malinowy w wielkiej bani. Bruk zgęstniał  pod  nogami  koni,       
z gmatwaniny tętentu wydzieliły się pojedyncze i zdwojone szczęki  podków,  coraz  rzadsze                

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

36

 

i wyraźniejsze, i dom nasz z odrapaną fasadą wysunął się z wolna z ciemności i zatrzymał przed 
pojazdem. Służąca otworzyła nam bramę, trzymała w ręku naftową lampę z reflektorem. Na 
schodach wyrastały ogromne nasze cienie, łamiąc się  aż na sklepieniach klatki schodowej. 
Mieszkanie było teraz tylko świecą  oświetlone, której płomień chwiał się od powiewu otwartego 
okna. Ciemne tapety porastała pleśń zgryzot i goryczy wielu chorych pokoleń. Stare meble, 
zbudzone ze snu, wydobyte z długiej samotności zdawały się z gorzką wiedzą, z cierpliwą 
mądrością patrzeć na powracających. Nie uciekniecie od nas – zdawały się mówić – w końcu 
musicie powrócić w krąg naszej magii, bo podzieliłyśmy już z góry między siebie wszystkie wasze 
ruchy i gesty, wstania i siadania i wszystkie wasze przyszłe dni i noce. My czekamy, my wiemy... 
Ogromne, głębokie łóżka czekały, pełne spiętrzonej, chłodnej pościeli, na nasze ciała. Śluzy nocy 
skrzypiały już pod naporem ciemnych mas snu, gęstej lawy, która gotowała się wyłamać, wylać       
z stawideł, z drzwi, z szaf starych, z pieców, w których powzdychiwał wiatr. 

  

 

  

Pierwodruk: „Sygnały”, 1936, nr 17. 

 

 
 
 

 

 

Bruno Schulz, Procesja, cliché-verre, 1920-22,  

Muzeum Literatury, Warszawa 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

37

 

Tomasz Marek Sobieraj 

 

DWANAŚCIE STACJI – TWELVE STATIONS 

TOMASZA RÓŻYCKIEGO, 

czyli o czym głośno się nie mówi 

 
 

szyscy znają ten uroczy obrazek, kiedy mała dziewczynka zakłada na nogi szpilki swojej 
matki i udaje, że jest dorosła. Matka i jej przyjaciółki, ciotki i babcie pławią się                      

w zachwytach. Ale dlaczego podobnie zachowują się krytycy, gdy literat średniego pokolenia 
zakłada za duże buty narodowego wieszcza? 

 
 

Wprowadzenie 
 
Wśród części polskich literatów, pisarzy i krytyków panuje pogląd,  że napisanie dzisiaj eposu 
narodowego jest niemożliwe. Brzmi to jak bolszewicki dogmat czy też  pozbawiony  dowodu               
i zdrowego rozsądku umysłowy ewaporat, który jednak powtarzany w kółko, zgodnie z tezą dr. 
Goebbelsa mógłby stać się prawdą. Na szczęście  świat  jest  bardziej  złożony, niż twierdzą 
nowocześni scholastycy, i nie ma jednej prawdy, czego dowodzi życie i prof. Tarski, zaś to, że 
narodowy epos w tzw. wolnej Polsce jeszcze nie powstał, nie znaczy, że nie powstanie, bo nic nie 
stoi na przeszkodzie, poza brakiem talentu i klasycznego wykształcenia. Wyzwanie jest niemałe, 
podejmowane są nawet heroiczne próby napisania takiego dzieła, zwykle ośmieszające autora, jak 
i jego apologetów, bo chcieć to jednak za mało, zarówno dla piszącego, jak i dla krytyka. Ale jest 
światełko w tunelu – najciekawszą, najmądrzejszą i najlepszą warsztatowo propozycją do 
zaszczytnego tytułu współczesnego, może nie narodowego, ale lokalnego eposu czy przynajmniej 
poematu o polskim interiorze jest wierszowana opowieść – gawęda  Dwanaście stacji Tomasza 
Różyckiego. Książka z roku 2004, otrzymała Nagrodę Kościelskich, a niedawno została  wydana     
w USA w wersji dwujęzycznej, polsko-angielskiej, przez wydawnictwo Zephyr Press, przy wsparciu 
polskiego Instytutu Książki, z ciekawym wstępem i w starannym przekładzie Billa Johnstona, 
nagradzanego tłumacza kilku literatów z kręgu tej – przypominającej lożę masońską – instytucji. 
Książka miała załatwioną pozytywną recenzję w „Times Literary Suplement” z czerwca 2015 r., 
który to organ jest czymś w rodzaju przewodnika stada amerykańskiej krytyki; obecnie znajduje 
się na tzw. długiej liście nominowanych do nagrody amerykańskiego PEN Clubu w dziedzinie 
przekładu. Jak oni ocenają jakość  tłumaczenia z jęz. polskiego, kto to właściwie robi i jakie są 
kryteria,  pozostaje tajemnicą. Jednak jeśli przyjąć modny pogląd,  że przekład nie jest wtórny 
wobec tekstu źródłowego, tylko stanowi odrębne dzieło literackie, to tak traktowane Twelve 
Stations
 Johnstona zasługuje na nominację. 

Tzvetan Todorov powiedział kiedyś,  że „wielki pisarz jest człowiekiem wolnym, który odkrył 

świat wyobraźni i ducha obok banalnej rzeczywistości, i który nam jedno przez drugie odsłania”. 
Definicja to niepełna, ale może posłużyć jako ważny element charakterystyki zjawiska zwanego 
„wielkim pisarstwem”, do którego utwór Różyckiego pretenduje. Należy zaznaczyć,  że rzetelna 
ocena utworu wymaga nie tylko jego uważnego przeczytania, ale też, jak pisze S.H. Burton w The 
Criticism of Poetry
, jak najszerszego otwarcia umysłu. Wiemy jednak, że nie każde drzwi dadzą się 
otworzyć szeroko, a niektóre nie otwierają się wcale, szczególnie gdy są zabite deskami. Pewnie 
dlatego dotychczasowe recenzje Dwunastu stacji przypominały chóralne eulogie czy jak kto woli 
„covery” oficjalnych enuncjacji. Mnie, jak zawsze, interesuje to, o czym głośno się nie mówi. 

Entuzjastyczne recenzje książki Różyckiego są niczym powielone z jednej matrycy 

wypracowania uczniów, którzy książki nie czytali albo zrobili to nieuważnie, bądź bez należytego 
przygotowania i krytycznego spojrzenia. Unosi się  nad  nimi  duch  profesora  Bladaczki,                      
a z zaświatów dobiega śmiech Gombrowicza. Najbardziej rzeczowa, dogłębna i erudycyjna 
recenzja  Dwunastu stacji, jaką czytałem, to wstęp Billa Johnstona do amerykańskiego wydania, 
jednak z oczywistych powodów jest skrajnie entuzjastyczna, zatem jednostronna. A przecież „nie 

W

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

38

 

można widzieć całej góry patrząc na nią tylko z jednej strony”, powiedział Hokusai wyruszając       
w drogę, by uwiecznić świętą górę Japończyków w Stu widokach Fuji. Proponuję zatem spojrzeć 
na  Dwanaście stacji  podobnie  –  to  wciąż  będzie ta sama literacka góra, ale widziana z nieco     
innej strony. 

 
 

Poemat 
 
Książka Różyckiego wpisuje się w modny od ćwierćwiecza, i niestety miejscami bliski prawdy, nurt 
pokazywania Polski jako kraju zacofanego, brudnego, w stanie niemal biologicznego rozkładu, 
zamieszkanego przez bezrobotnych półidiotów uprawiających zoofilię i załatwiających potrzeby 
fizjologiczne w lesie, których ulubioną rozrywką jest picie wódki albo samogonu a ksenofobia 
stanowi dla nich szczyt intelektualnego wyrafinowania. Bohater opowieści, nazwany Wnukiem, to 
trzydziestojednoletni nieudacznik i półgłówek, nadużywający alkoholu, dłubiący w nosie na 
przemian palcem wskazującym i kciukiem, smarkający w rękaw i noszący w plecaku zepsute ryby, 
zgniłe kanapki i cuchnące jaja. Głównym motywem narracji jest swoista odyseja Wnuka, można by 
rzec wnukeja, sentymentalna podróż w czasie i przestrzeni rozpisana na dwanaście stacji, które 
raczej przypominają pierwszych dwanaście stacji męki Chrystusa niż dwanaście ksiąg  Pana 
Tadeusza
, a to głównie za sprawą wypijanego alkoholu, chronicznego kaca, zdezelowanych 
środków transportu, ogólnej polskiej rozpierdziuchy i prymitywnych, ale na szczęście 
sympatycznych tubylców. Wszystko to pisane  wierszowaną prozą, językiem  bogatym,  czasem         
z użyciem wschodniego dialektu mowy polskiej, niekiedy poetyckim i to całkiem  dobrej  próby,        
z widocznym zmysłem obserwacji, humorem, dystansem do własnej przeszłości i do historii oraz 
obyczajów Kresowiaków przesiedlonych na Śląsk Opolski. Opowieść snuta jest sprawnie, wesoło-
kabaretowo, coś jak literacki sitcom, nużą tylko nazbyt częste i długie wyliczanki różnych 
przedmiotów, wyglądające na zapchajdziury niezbędne do wykonania literackiej normy wersów 
albo objawy przedwczesnej miażdżycy. Interesujące,  że wspomniana jest (półgębkiem) rzeź 
wołyńska, a to oczywiste faux pas a nawet gorzej – polityczna niepoprawność, bo władza III RP 
lubi banderowców, czego dowodzą serdeczne kontakty na szczeblu rządowym. Czasem w narracji 
pojawiają się elementy surrealistyczne, jak wielokrotnie powtarzane bez sensu zaklęcie 
„Sauternes, Bingen”, które to słowa są nazwami dobrych win, czy łaciński zwrot, parafraza cytatu   
z Księgi Koheleta, „vanitas vaginatum”, znaczący „marność pochwowa”, a co można odczytać albo 
jako pretensję do partnerki za np. brak higieny, albo zakamuflowany mizoginizm, ostatecznie jako 
źle wpisaną nazwę wełnianki pochwowatej (Eriophorum vaginatum), rośliny z rzędu 
turzycowatych, pospolitej w całej Polsce.  

Biorąc powyższe pod uwagę oczywistym się staje, że Dwanaście stacji nie może być eposem 

narodowym, jak chce tego polska krytyka, a co najwyżej – antyeposem. W istocie to przyzwoicie 
zrobiona mieszanka poematu heroikomicznego z gawędą w stylu Pamiątek Soplicy Henryka 
Rzewuskiego. Z pewnością więc bliżej mu do Myszeidy czy Monachomachii Ignacego Krasickiego 
niż do Pana Tadeusza, przy czym gdy dzieła księcia biskupa jako utwory krytyczne wobec elit 
wzburzyły jednych, a rozbawiły i nasyciły intelektualnie najwybredniejszych, zaś dzieło wieszcza 
pokrzepiło serca i zachwyciło urodą, to utwór Różyckiego jest napisany ładnie, ale nie wiadomo po 
co – chyba że autorowi chodziło o wpisanie się do podręczników szkolnych poprzez – mocno 
naciąganą przez krytykę – „grę z Mickiewiczem”. Ostatecznie więc poemat ten wygląda jak praca 
domowa najlepszego ucznia w klasie czy przedmiot zrobiony na zamówienie przez nadwornego 
rzemieślnika. Widać przyzwoity warsztat Różyckiego, jego inteligencję i poczucie humoru; jest 
„dowalanie” zwykłym Polakom jako niezbędnik dzisiejszej krajowej literatury i przepustka do 
nagród; jest powrót do dzieciństwa, opolszczyzna i Opole, historia wielka i mała, sentymenty, 
babcia, naftalina, pelargonie, wódka, libacje, sterty jedzenia, a także nieco poetyckiego języka          
i sporo znakomitych scen i fraz, którymi autor może oczarować kogoś, kto nie czytał klasyków. 
Poza tym jest też niemal wszystko co trzeba, by było to dzieło, wspomniane wyżej „wielkie 
pisarstwo”. Dlatego książka Różyckiego znajduje się daleko przed całą resztą literackiej produkcji 
tego „nieszczęsnego kraju”, jak Polskę nazywa autor, jeśli idzie o ładunek intelektualny, językową 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

39

 

swobodę czy błyskotliwość. Większość naszych wielkich i nagradzanych poetów średniego                
i młodego pokolenia płci obojga wygląda przy nim jak młotki z klasy sportowej przy szkolnym 
prymusie, które nigdy nie słyszały o „docere, delectare, movere” Kwintyliana, ani o niczym innym 
poza dobrym wymachem na wuefie. Postulaty rzymskiego pedagoga przystoją nie tylko retorom, 
ale i ludziom pióra. Różycki je zna i wypełnia, szkoda tylko, że niezbyt elegancko. Wyśmiewa 
zwykłych, szarych  ludzi, a brakuje mu męskiej odwagi, by poddać krytyce tak zwane elity (ryba 
psuje się od głowy), odwagi, która cechuje wielkich pisarzy; brakuje mu także pasji, ognia i lodu. 
Jest letni. Jak zupa owocowa z kluskami. On nie gra z Mickiewiczem ani Krasickim, tylko gra         
w Mickiewicza i Krasickiego. Owszem, robi to technicznie bez zarzutu, bo opanował 
podręcznikowe zagrywki – jednak nie ma w Dwunastu stacjach ducha i geniuszu, których to 
składników tak bardzo zazdrościł Mozartowi Salieri.  

 
 

Przekład 
 
Na zakończenie parę  słów o angielskim tłumaczeniu  Dwunastu stacji Billa Johnstona. Przekład 
literacki wymaga nie tylko umiejętności i wiedzy, ale także – a może przede wszystkim – talentu. 
Marny poeta czy pisarz rzadko kiedy jest dobrym tłumaczem. Jewgienij Jewtuszenko twierdził, że 
„przekład jest jak żona: jeśli piękny, to niewierny, jeśli wierny, to brzydki”. Pewnie miał na myśli 
czystą lirykę, a nie wierszowaną prozę, bo tłumaczenie Billa Johnstona jest i ładne, i na ile to 
możliwe – wierne. Drobne niekonsekwencje – jak np. kapitan Kloss zamieniony na MacGyvera za 
to Janek Kos z objaśnieniem, że to członek załogi Czterech pancernych i psa (co dalej i tak nic nie 
mówi Amerykanom), czy zupełne niezrozumienie oczywistego dla Polaka opisu lasu ludzkich kup 
tworzących runo w podopolskim drzewostanie albo niesłuszne zrównanie hajdamaków z 
Kozakami – są nieliczne. Całość przekładu jest porządną translatorską robotą i czyta się ten tekst 
znakomicie, podobnie jak wstęp tłumacza, bez którego zrozumienie prowincjonalnego antyeposu 
Różyckiego byłoby poza Polską niemożliwe. 
 
 
 

Tomasz Różycki,  Twelve Stations, wydanie polsko-angielskie, przekład Billa Johnstona, Zephyr Press, 

Brookline, MA, 2015.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

40

 

Adrian Nikiel 

 

SOCREALIZM PO SZWEDZKU 

 
 

romotorzy debiutanckiej powieści szwedzkiej autorki, pani Ingrid Hedström, nie wahają się 
wyrażać swojego entuzjazmu za pomocą takich określeń, jak: „doskonała, absolutnie genialna, 

mistrzowsko skonstruowany kryminał”. Niestety, okładkowe slogany nie mają  nic  wspólnego          
z tym, co znajduje się pod okładką, a czytelnicy pod pozorem kryminału otrzymują dawkę ostrej 
lewicowej propagandy. Stężenie politgramoty jest tak wysokie, że w odniesieniu do niektórych 
fragmentów można wręcz mówić o niezamierzonej parodii. Nauczycielkę z Villette czyta się             
z narastającym rozbawieniem, jakby za wziętym z Północy pseudonimem ukrywał się aktywista 
stowarzyszenia „Nigdy Więcej”… Jest jednak prostsze wyjaśnienie tego fenomenu: z internetowej 
kwerendy wynika, że autorka jest (była?) trockistką. 

Punktem wyjścia powieściowej intrygi jest fikcyjne belgijskie „Jedwabne”, którego ofiarami 

mieliby być w sierpniu 1961 roku uchodźcy z Afryki. Jak można się  łatwo domyślić, tam, gdzie 
„obcy” zostali złożeni w ofierze Molochowi, tam też muszą być faszyści. Oczywiście faszyści 
przedstawieni na wzór białopolaków w sowieckich czytankach. Można też ująć ten schemat jeszcze 
prościej: „To pijak! I złodziej, bo każdy pijak to złodziej!”. 

Właśnie na tym wątku gniota chciałbym skupić się przede wszystkim. Portret szefa 

neofaszystów Andrzeja Fontaine’a jest naszkicowaną grubą krechą karykaturą, jakimś 
paranoicznym zbiorem wszystkich możliwych wyobrażeń o złych faszystach, którzy z definicji nie 
mają w sobie choćby pół promila normalności. Dowiadujemy się bowiem m.in., że: lider Front 
Patriotique Belge to beznadziejny organizator, bijący (drugą) żonę pijak, rozwodnik, szantażysta, 
demagog pozyskujący zwolenników socjotechnicznymi sztuczkami i fałszywym lokalnym 
akcentem, sknerus próbujący naciągać wykonawców usług, sadysta biorący w młodości udział        
w masowym mordzie. Już jako nastolatek „rozpuszczał masę ohydnych plotek o różnych ludziach, 
przynosił alkohol, papierosy i chyba pisemka pornograficzne”. Na niepokój współpracowniczki 
odpowiada „długim nienawistnym spojrzeniem”. Do kompletu: ma worki pod oczami. Gość po 
prostu jest degeneratem. Podejrzewam, że gdyby w książce pojawiła się jakaś scena w toalecie, 
wówczas autorka dopisałaby neofaszyście do portretu co najmniej koprofilię. 

Gdyby to tylko o faszyzm, choćby najbardziej karykaturalny, chodziło! Jak zapewne czytelnicy 

tej recenzji już przeczuwają, w majakach pani Hedström faszyści (ewentualnie: nacjonaliści, 
patrioci) to po prostu „ultraprawica”. W wypowiedziach i działaniach Fontaine’a nie ma oczywiście 
nic rzeczywiście prawicowego, ale w siedemnastej wiośnie życia – już po belgijskim „Jedwabnem” 
– ten żałosny wrak człowieka kontaktował się „z francuską prawicową ekstremą: monarchistyczną, 
antysemicką i ultrakatolicką. Kontynuuje flirt z ultraprawicą, kiedy parę lat później wraca do 
Belgii (…)”. Kiedy czytałem te wypociny, zastanawiałem się tylko nad jednym: kiedy do niektórych 
zakutych łbów dotrze, że faszyzm nie ma nic wspólnego z prawicą?! 

Prowadząca śledztwo pozytywna bohaterka darzy Fontaine’a szczerą niechęcią i byłaby skora 

zamknąć go bez czekania na dowody winy. Z drugiej strony, gdy okazuje się,  że mordercą jest 
także reprezentant systemowej lewicy, polityk aspirujący do najwyższych  stanowisk  w  partii            
i państwie, można odnieść wrażenie, iż autorce chyba jest przykro, że akcja jej powieści potoczyła 
się w kierunku wskazującym na winę „porządnego” socjalisty. 

Opisy czarnych charakterów w tym kryminale to podręcznikowe wręcz przykłady grafomanii, 

ale takich przedobrzeń można wskazać więcej, również w najbardziej neutralnych kontekstach. 
Jedno zdanie niech starczy za wszystkie: „(…) zapytał, ujmując z gracją truflę czekoladową 
kciukiem i palcem wskazującym”. Przede wszystkim jednak – a to chyba najpoważniejsze 
oskarżenie pod adresem autora powieści sensacyjnej – w Nauczycielce z Villette napięcia jest 
tyle, ile w dziurawej oponie. Fabuła nieprawdopodobna. Brakuje przemyślanych i dobrze 
skonstruowanych zaskoczeń, nagłych zwrotów akcji, sensacyjnych odkryć, które postawiłyby 
dotychczasowy bieg wydarzeń pod wielkim znakiem zapytania. Postaci są niesłychanie 
jednowymiarowe. Nuda. 

P

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

41

 

Jakiś  czas  temu  pojawiło się w mediach określenie „pornografia dla kobiet”, które dotyczy 

pornografii podobno bardziej subtelnej, wyrafinowanej estetycznie etc. Pani Hedström napisała 
coś w rodzaju „kryminału dla kobiet”. Miał to być zapewne piękny,  estetycznie  dopieszczony           
w opisach moralitet o tym, że nie należy zabijać imigrantów – wyszła przegadana, pretensjonalna, 
a chwilami mimowolnie komiczna papka, napisana tak, jak w XX wieku pisało się harlequiny. 

Zdaje się, że Czarna Seria skończyła się na Kill’em All. Jeżeli zgodzimy się, że pani Hedström 

napisała książkę „absolutnie genialną”, to dla mistrzów gatunku – np. Nesbø, Mankella, Läckberg 
czy Jungstedt – pozostaje już tylko zarezerwować status bogów… 
 
 
 

Ingrid Hedström, Nauczycielka z Villette, tłum. Halina Thylve, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2013. 
 

 

 
 

 

 

 

Francisco Goya, szkic do akwaforty Kiedy rozum śpi, budzą się demony, rys. piórem, ok. 1797,

  

Museo del Grabado de Goya, Fuendetodos 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

42

 

Viktor Orbán 

 

HAJRÁ, MAGYAROK! 

(fragmenty przemówienia) 

 

 

zanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, 
gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje 

się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób 
konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, 
szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się,  że jakiś kraj 
zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w 
Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że 
Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości 
wszystkich swych granic. 

W  światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego 

granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy 
przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na 
Zachodzie. 

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś  Węgry w przestrzeni światowej 

polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe 
gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat 
ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów 
słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, 
niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, 
Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy 
do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów. 

Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się 

wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy 
żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech 
jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier. 

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być 

sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć 
politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać 
polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom. 

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega 

polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze 
przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były 
chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, 
wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki 
zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi 
sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju. 

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe 

akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie 
leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w 
poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie 
światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też 
dlatego,  że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji 
regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego 
konsekwencjami [Turcja]. 

Szanowni Państwo! Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, 

nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim 
góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć 

S

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

43

 

naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo 
energii wkłada w europeizację? 

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu 

moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego 
kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i 
nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna 
równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki 
zagranicznej. 

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się 

w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość 
nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. 

Szanowni Panie i Panowie! A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: 

dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa 
stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie 
wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i 
wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która 
powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale 
i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca 
możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia. 

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i 

węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii 
Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako 
początek nowej epoki. 

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za 

pewnik, gdyż  sądziliśmy,  że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej 
samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na 
nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od 
przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała 
się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. 
Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej, dostrzegliśmy to 
jako pierwsi? 

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, 

może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba 
być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co 
niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby. 

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając 

co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo 
przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem 
jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. 
Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, 
stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. 
Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, 
bezpieczeństwa, uprzejmości.  Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. 
Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy 
mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą 
intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie 
rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu. 

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł 

lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet 
wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, 
których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami. 

Szanowni Państwo! Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. 

Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy,  że coś takiego mogło mieć 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

44

 

miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach 
do Europy może wyruszyć  tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba 
przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z 
rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. 
Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze 
sny. 

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały 

świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – 
spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością 
jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za 
bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? 
Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej 
zachodnioeuropejskich fabryk. 

Fakty pokazują,  że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia 

bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy 
nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich 
sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak 
wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w 
stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez 
narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych. 

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się 

niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym  światem 
islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej 
oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej 
dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. 
Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy. 

Szanowni Panie i Panowie! Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de 

Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na 
rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu. 

Rzeczywistość zaś  to  historia,  kultura,  demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za 

późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie 
odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być 
najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny. 

Daremnie chcielibyśmy tworzyć  świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli 

nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po 
odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, 
frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada. 

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, 

godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy 
nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, 
nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie 
ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia. 

Szanowni Państwo! Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, 

zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja 
wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie 
możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami 
rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami 
przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, 
nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas. 

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To 

tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, 
zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, 
kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

45

 

Moi Drodzy Przyjaciele! Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. 

Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i 
Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, 
pozwalają  na  to,  by  się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi 
zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet 
takiej intencji. 

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło 

komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej 
kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego 
instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi. 

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja 

chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne 
wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie 
mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, 
duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa! 

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie 

ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że 
istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz 
tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy. 

Jeszcze kilka lat temu wydawało się,  że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze 

kilka lat temu wydawało się,  że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat 
temu wydawało się,  że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i 
sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu 
jest martwa. 

Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować 

masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność 
rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z 
którego chcieliśmy się wyrwać. 

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od 

europejskich liderów słyszymy,  że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy 
byli solidarni i pomagali. 

Drodzy moi Przyjaciele! To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też 

kamiennych mózgów. Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy 
tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. Zamiast to zrozumieć, z 
Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej 
zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne  życie na jakieś inne. Połowa 
świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się 
stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne 
wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. 

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit 

politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które 
mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie 
ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę. 

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło 

lewicowych liberałów ze Związku Wolnych Demokratów – SzDSz]. To zaś oznacza, że prawdziwy 
problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym 
rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni 
liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza 
koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i 
głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony 
imigrantów. 

Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i 

selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

46

 

członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy 
szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest 
terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym 
swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo. 

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier! 

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop 
imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych 
granicach napięcie rośnie coraz bardziej. 

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. 

Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być 
przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, 
środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one 
wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego 
[pogromca Turków w XV wieku]. 

(...)Moi Drodzy Przyjaciele! Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy,  że 

rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. 
Określają  to  mianem  „obowiązkowych kwot” przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, 
niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. 
imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw 
członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i 
omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim. 

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. 
Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego 
imigranta i każdego kraju członkowskiego. 

Drodzy moi Przyjaciele! Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, 

czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. 
Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych „kwot osiedleńczych”. 
Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych 
„kwotach”. I tak obowiązkowe „kwoty” imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. 
One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy 
i co może rozbić przymierze narodów Europy. 

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by 

konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i 
wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek 
do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej. 

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i 

antysemityzmu. Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich 
buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. Na 
Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje. 

Szanowni Państwo! Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy 

razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy 
roznoszą po Europie pomysły „kwot”. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, 
a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę. 

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni 

stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki 
autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich 
otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na 
dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc,  że nas wspierają, my zaś jesteśmy 
niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o 
pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace 
podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, 
by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

47

 

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani centa. Węgry, 

osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione 
kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. 
Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron 
nie ma podstaw do pretensji. 

Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry 

wprowadzenia „kwot osiedleńczych”. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej 
demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej 
brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii. 

W końcu  Europa  opiera  się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy 

podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących  życia ludzi ponad ich głowami, 
wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. I nie chodzi tu o liczbę 
imigrantów, co do której decyzja już zapadła, a którą  Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już 
przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości. 

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym „kwotom osiedleńczym” 

nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. 
Wierzymy,  że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić  własnych ideałów. 
Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem 
Sowieckim 2.0 

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i 

chwiejności. Nie odwrócimy się  od  niej  w  sytuacji,  gdy  zatraciła poczucie przestrzeni. Nie 
pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej 
samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św.  król  László  – 
Władysław I, Imre Madách czy Béla Bartók. 

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, 

iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne 
poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i 
rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. Nikt jednak z nas – niezależnie od 
tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed 
celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić 
do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów. 

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie 

naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią 
na tej drodze nawet najmniejszego kroku! 

Hajrá, Európa, hajrá, Magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy! 

 
 
Przeł. HPA 
 
 

Fragmenty przemówienia premiera Viktora Orbána z 28 lutego 2016 r. w parlamencie 
węgierskim. Opublikowano za: wPolityce, Klub Inteligencji Polskiej. 

 

 

 

 

 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

            1•2016 

 

 

48

 

TOMASZ MAREK SOBIERAJ 

 
 

Dwoje na wzgórzu 
 
Jest to miejsce dosyć osobliwe. 
Łagodne wzgórze i grupa drzew na nim 
zwarta niczym rycerze w szyku bojowym. 
Wokół równina porośnięta trawami.  
Niebo szaroniebieskie, monumentalne chmury, 
a wszystko nieruchome, jakby wstrzymane silną ręką.  
Jest to moment niemal doskonały,  
rzekłbyś – pejzaż idealny,  
podobny obrazom Constable'a. Może tylko  
brakuje pierwszego planu. Ale  
ta drobna niedoskonałość jest tylko pozorna,  
to genialny artystyczny zabieg, kompozycja bowiem,  
widziana z drugiej strony,  
zawiera rzekę, krętą jak Meander,  
która szeroką doliną przecina mokre łąki i torfowiska. 
Zatem, gdy do wzgórza podejść od południa, 
idziesz przez krajobraz z gęstymi chmurami 
a stopy nikną ci pośród traw,  
od północy zaś idąc mijasz olchy i łopiany,  
przechodzisz przez rzekę, trafiasz na brzeg  
– dosyć stromy – na nim lisie jamy i gęste zarośla.  
Żadna droga, najskromniejsza ścieżka cię nie poprowadzi; 
trzeba jednak przyznać, że szlak jest ciekawy, szczególnie 
wersja północna. Bo gdy na brzegu rzeki staniesz,  
u stóp wyniosłości, pośród gałęzi splątanych  
dojrzysz ukryte schody. Prowadzą na szczyt wzgórza,  
jak na szczyt piramidy 
zagubionej gdzieś w lasach Jukatanu. Gdy jesteś sam, 
odczujesz ten lekki niepokój, który zawsze tak przyjemnie 
w miejscach tajemniczych i nieznanych 
ściska wnętrzności; jednak ciekawość poprowadzi cię dalej, 
w górę kamiennych stopni. Zadyszany, staniesz 
pośród rycerstwa drzew wspomnianego na początku – głównie 
dęby, buki, jakieś lipy; trochę krzewów; skromne kwiaty 
wychylają się ku słońcu. Gałęzie trą o siebie,  
brzmi to jak szczęk broni. Krzyk ptaków 
rozlegnie się po chwili i trzepot skrzydeł przeraźliwy  
sprawi, że odczujesz dziwny chłód, nawet jeśli panuje upał.  
Pójdziesz dalej, szerokim grzbietem, i po kilku krokach  
ujrzysz grób. Dosyć stary, pokryty mchem 
i porostami. Na nim słowa i daty wykute w kamieniu,  
które mówią więcej niż opowieść ślepego starca. 
 

„Hier ruhen unse… Eltern. 
Emilie Patzer geb. Zich * 29.6.1847  † 31.5.1926 
Gottlieb Patzer * 8.1.1844  † 16.1.1926 
Nach überslandenen Leiden 
Ruft uns Gott zu ewigen Freuden“. 

background image

Józef Mackiewicz 

 

1902 – 1985 

 

 

 

 
 

 

Naturalnie, o wolnościach indywidualnych, jakie istniały w XIX wieku, również pod 
samodzierżawiem carskim, dziś, w wieku skolektywizowanej myśli, trudno nawet marzyć. Nie 
chodzi  jednak o marzenia, chodzi o uratowanie pozostałego jeszcze marginesu. 

 
 

Józef Mackiewicz, z listu do redakcji „Kultury” 

 
 
 
 

 

 

 

Józef Mackiewicz, Barbara Toporska 

Listy do i od Redakcji „Kultury” 

Wydawnictwo Kontra, Londyn 

Przypisy opracowała Nina Karsov 

Dzieła, tom 21 

 

background image

Rembrandt Harmenszoon van Rijn, studium aktu do obrazu Zuzanna i starcy,

rys. węglem i kredą, ok. 1647, Kupferstichkabinett Berlin