background image

Sebastian Miernicki

PAN SAMOCHODZIK

i…

RELIKWIA KRZYŻOWCA

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA

background image

WSTĘP

Po zachodzie słońca piasek pustyni oddawał ciepło. Na pustkowiu, pod osłoną lichych

skał stał maleńki namiot. Palił się przed nim ogień. Wokół, w cieniu leżeli arabscy najemnicy.

Samotny rycerz siedział zamyślony, zapatrzony w płomienie. Pogardliwy uśmiech pojawił się

na jego twarzy, gdy ujrzał, że najemnicy na dźwięk kopyt końskich podnieśli głowy, ale zaraz

je strwożeni opuścili.

- Witaj! - rzekł przybysz, jeździec ubrany na czarno.

Zsiadł z konia przy samym ognisku. Szepnął coś do konia, a zwierzę cofnęło się o

kilka kroków i czujnie rozglądało się na boki.

- Witaj! - odparł rycerz.

- Przysłał mnie Starzec z Gór.

- Mnie król Amalryk.

- Mamy to, na czym wam najbardziej zależy.

- Co chcecie w zamian?

- Nasz wódz proponuje sojusz przeciw Saracenom i przyjęcie przez nas chrztu.

- Nie wierzę.

Oczy czarnego jeźdźca pozostały nieprzeniknione.

- Chcesz to zobaczyć? - zapytał przybysz. 

- Tak.

- Jedź za mną. Eskortę zostaw tu. Moi ludzie przypilnują, by nie stała im się krzywda.

Rycerz kopnął w jeden z najbliższych tłumoków.

- Przyprowadź konia - rozkazał. - I nie zapomnij o wodzie! 

Najemnik skulony ze strachu rzucił się wykonać polecenie. Człowiek z gór patrzył po

obozowisku i rycerz przysiągłby, że oczy tamtego mrużą się od uśmiechu.

Po chwili rycerz dosiadł konia. Jechał za czarnym jeźdźcem. Kilkadziesiąt sążni od

obozowiska ujrzał zaczajoną w ciemnościach grupkę ubranych na czarno postaci. Był pewien,

że ci izmailici, zwani też haszyszystami lub assasynami, w kilka chwil rozszarpaliby jego

krwiożerczych najemników.

Przed świtem dotarli do podnóża gór, gdzie rycerzowi założono opaskę na oczy. Jechał

głębokimi kanionami, aż dotarł do dziwnej fortecy w górach. Jego opiekun dał mu jeść i pić,

owoce i zapas wody.

- Zaraz spotkasz naszego mistrza - oznajmił assasyn.

background image

Rycerz   poprawił   swój   płaszcz,  pas   i  miecz,  usiadł   na   ławie   i  czekał.   Przez  okno

widział górzysty krajobraz Libanu, zielone gaje i daleką pustynię, a za nią siwobiałą smugę

nieba nad morzem.

Nagle drzwi otworzyły się i do pomieszczenia gościa sekty wszedł Starzec z Gór,

okryty czarną szatą z dużym kapturem. Z rękawów wystawały kościste dłonie, a na piersi

srebrzyła się broda.

- Witaj! - rzekł starzec.

- Witam cię, panie! - rycerz pokłonił się.

- Podobno nam nie wierzysz?

- Taką mam misję, panie, by wszystko sprawdzić i rzetelnie zdać relację memu panu.

- Wiesz, że moglibyśmy twojego pana wysłać daleko stąd, a nawet jego samego tu

przywieźć, by mu wszystko przed śmiercią na własne oczy pokazać?

- Czy nie nazbyt wiele buty przemawia przez ciebie, panie. Twoi ludzie natchnieni

jakąś dziwną siłą są zaiste groźnymi wojownikami, ale to ludzie cienia, nocy, nie jestem

pewien, czy daliby radę w walce w polu. Ty zaś proponujesz nam sojusz przeciw Saracenom.

Dziesiątków tysięcy ludzi w zbrojach nie zabiją zatrute sztylety.

- Naszą siłą jest strach.

- Dlatego Frankowie i muzułmanie lękają się was, ale nie my, templariusze.

Starzec zdjął kaptur przed zakonnikiem. Ukazał straszną, pokiereszowaną walkami i

chorobami twarz, zamglone, bladobłękitne oczy.

- Król wysłał tu templariusza? - zdziwił się.

- Tak, tylko nam mógł zaufać.

- Jesteście trochę podobni do nas. Zabiję wam mistrza, a wy wybierzecie innego. Wy i

my jesteśmy jak mrówki. Muzułmanie i Frankowie są jak stado owiec, bezbronne bez dobrego

pasterza.

- Pokaż dowód, panie - poprosił templariusz.

Starzec odsłonił płaszcz i pokazał zawieszoną na szyi sakwę. Wyjął z niej kawałek

starego drewna, z wbitym gwoździem, śladem krwi. 

- Nie jestem pewien, czy jesteś godzien trzymać to w dłoniach - rzekł templariusz.

Czuł, że to jest to, czego szukali - największa relikwia. - Skąd to macie? - zapytał.

- Znalezione w pieczarze, w starej pustelni, razem z rozpadającymi się zwojami. Był

tam też starzec, który twierdził, że przeżył dwieście lat. Gdy zabraliśmy mu to, zmarł.

Templariusz pokiwał głową.

- Wyślij, panie, swych emisariuszy do króla - powiedział. - Przekażę mu, że macie tę

background image

rzecz najcenniejszą.

Starzec   uśmiechnął   się,   założył   kaptur,   zawiązał   płaszcz   i   wyszedł.   Do   wieczora

templariusz i assasyn czekali na wyjazd. Znowu była opaska, jazda w ciemnościach i powrót

do biwaku pod skałą.

Templariusz obudził najemników i jeszcze tego dnia stawili się w komandorii. Potem

zakonnik wyjechał na dwór króla, by czekać na przyjazd posłów.

Król Amalryk natychmiast przystał na propozycje posłów Starca z Gór, przekazał listy

i dary dla ich szejka, prosząc o jak najszybsze odesłanie rzeczy najświętszej.

Templariusz w umówionym miejscu spotkał się ze specjalnie na tę okazję najętymi

Genueńczykami.   Wyruszyli   w   pościg   za   assasynami.   Tym   razem   templariusz   pod   tunikę

założył gęstą kolczugę. Genueńczycy mieli łuki i strzały zatrute specyfikami zakupionymi na

targu.

Czekali   do   świtu   przy  obozowisku   assasynów   i   gdy  ci   szykowali   się   do   postoju,

zaatakowali ich. Najpierw pięćdziesięciu Włochów ostrzelało obóz pięcioma salwami. Potem

rzucili się z mieczami i toporami na sekciarzy. Kilkunastu ludzi z gór broniło się dzielnie.

Przeżył   tylko   tuzin   najemników.   Strzały   nie   czyniły   szkody   skrytobójcom.   Templariusz

osobiście odciął głowę temu, który zaprowadził go do Starca z Gór. Potem napastnicy zabrali

skarby, listy i umknęli.

Rozwścieczony   król   oblegał   twierdzę   templariuszy   żądając   wydania   zakonnika-

bandyty,   który   doprowadził   do   zerwania   układów.   Nagła   śmierć   króla   przerwała   burzę

gradową zbierającą się nad zakonem.

Wielki mistrz serdecznie przywitał swego zakonnika.

- Masz to? - zapytał.

- Starzec z Gór dał mi to osobiście, nim się rozstaliśmy - oznajmił templariusz.

- Wyśmienicie, teraz ty będziesz stróżem naszej relikwii, Strażnikiem Krwi Chrystusa.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

WEZWANIE DO KOMENDY GŁÓWNEJ POLICJI • TAJEMNICZY WŁAMYWACZ

• KIM JEST ĆMA? • WYJAZD DO STOP-SAMULEWA • KLUCZ DO KOŚCIOŁA •

POKÓJ W HOTELU „RANCHO” • CZY KAŻDY DZIWAK TO CYRKOWIEC? •

ZAGADKI OŁTARZA ŚWIĘTEGO JODOKA • ZAMASKOWANY

KRZYŻOWIEC

Tegoroczna wiosna rozpoczęła się ciepłymi dniami, a mieszkańcy Warszawy chłonęli

te pierwsze promienie ciepła wymykające się spod stalowych chmur. Z chodników zniknęły

resztki   lodu,   brudnobiałe   bryły   zamarzniętego   piasku   -   wspomnienia   po   „akcji   zima”.

Szedłem  do naszego ministerstwa  wprost  z  antykwariatu,  w   którym  szukałem  książek  ze

wspomnieniami uciekinierów z terenów byłych Prus Wschodnich, słowem przygotowywałem

się do kolejnej akcji w terenie, gdy spod kurtki dobiegło mnie dyskretne pikanie dzwonka

mojego telefonu komórkowego.

- Paweł? - usłyszałem głos zwierzchnika. 

- Tak.

- Masz być za pół godziny w Komendzie Głównej Policji - w głosie szefa wyczułem

napięcie.

- Tak jest - odpowiedziałem.

Czekając   na   tramwaj,   wspominałem   te   pierwsze   dni   pracy,   gdy   trafiłem   do

samodzielnego   referatu   Tomasza   N.N.,   zwanego   Panem   Samochodzikiem,   za   sprawą

dziwnego wehikułu, którego był właścicielem. Jako absolwent historii sztuki, były żołnierz

wojsk powietrzno-desantowych bytem uznany przez pana Tomasza za idealnego kandydata na

jego następcę w walce ze złodziejami i przemytnikami dzieł sztuki. Oczywiście, okazało się,

że do rozwiązywania zagadek historycznych nie wystarczy siła mięśni, chwyty ze wschodnich

sztuk walki, gadżety zainstalowane w naszym samochodzie. Wiele się zmieniło przez ten

czas,   gdy  pracowałem   jako   podwładny  pana   Tomasza   w   Ministerstwie   Kultury  i   Sztuki.

Wehikuł stracony w wypadku został zastąpiony przez Rosynanta, a tego, zużytego wieloma

przygodami, nowy mechaniczny potwór. Nie tak szybko przyjdzie mi zastąpić pana Tomasza,

bo   raz,   że   szef   na   szczęście   doskonale   się   trzymał,   dwa  -   wiele   musiałem   się   od   niego

nauczyć. Również tego, jak zaskakiwać podwładnych.

W Komendzie Głównej pomocnik dyżurnego w biurze przepustek zaprowadził mnie

background image

do   podziemi,   długim,   pogrążonym   w   mroku   korytarzem   do   sali   przedzielonej   weneckim

lustrem. Czekał tam na mnie pan Tomasz. Mój przełożony, mimo wieku wyglądał bardzo

dobrze. Ostatni pobyt w sanatorium dobrze mu zrobił. Obok niego stał gruby policjant, z

wąsami i szpakowatymi, zaczesanymi do tyłu włosami.

- Misikiewicz - przedstawił się podając mi rękę na powitanie. 

Jego wzrok był skupiony na obrazie za lustrem. I ja tam zerknąłem. Na podłodze

pokrytej linoleum stało pięć słoików.

-   Próbki   zapachów   zebranych   na   miejscu   przestępstw   -   wyjaśnił   Misikiewicz.   -

Możecie zaczynać - powiedział do mikrofonu.

Do pomieszczenia za szybą wprowadzono psa, wilczura. Jego przewodnik wydał mu

dyspozycje i zwierzę zaczęło węszyć. Zatrzymywało się przy próbkach numer dwa i cztery.

Wreszcie   niezdecydowany   pies   usiadł   pośrodku,   wywiesił   jęzor   i   czekał   na   dyspozycje.

Wprowadzono drugiego psa. Jego poszukiwania dały ten sam efekt.

- No właśnie - mruknął Misikiewicz. - Chodźmy na górę.

Labiryntem korytarzy i schodów dotarliśmy wreszcie do małego pokoju w najgłębiej

oddalonym   od   ruchu   ulicznego   skrzydle.   Pokój   Misikiewicza   był   zastawiony   półkami   z

segregatorami.

- To sprawy do rozwiązania, gdyby zabrakło nam pracy - zażartował pan Tomasz.

- No! - Misikiewicz z groźną miną pogroził nam palcem.

- Na razie uczciwie dzielimy się pracą - dodał szef uśmiechając się.

Obaj, szef i policjant roześmieli się. Ich znajomość musiała trwać od dawna, bo tylko

między przyjaciółmi można pozwolić sobie na tego typu żarty.

Misikiewicz wskazał nam wolne krzesła.

- Od dwóch lat jesteśmy w kropce - opowiadał policjant parząc nam herbatę. - Dwa

lata temu zarejestrowaliśmy serię włamań i kradzieży z kapliczek na Pomorzu Zachodnim.

Ginęły cenne figury z XVII i XVIII wieku. Z naszego rozeznania wynika, że nie są to hity na

aukcjach,   ale   kolekcjonerzy,   poszukiwacze   rarytasów   płacą   za   nie   przyzwoite   pieniądze,

nawet   kilkanaście   tysięcy   dolarów.   Mieliśmy   pewne   podejrzenia,   nawet   nasz   główny

podejrzany   był   w   pobliżu   tych   kapliczek,   ale   świadkowie   zdecydowanie   twierdzili,   że

włamywacz wyglądał inaczej.

- Jak? - szybko zapytałem.

- Spokojnie - Misikiewicz podniósł dłoń. - Sprawa z powodu niewykrycia sprawcy na

razie stała się „półkownikiem”. Zdjęliśmy ją z półki rok temu. Włamania powtórzyły się na

terenie Podbeskidzia. Pies podjął trop, zaprowadził nas w pewne miejsce i zgubił ślad. Tam

background image

pobraliśmy   próbki   zapachów,   ale   nic   poza   reakcją   psa   tropiącego   nie   wskazywało   na

podejrzanego.

- Co to było za miejsce? - nie wytrzymałem.

- Cyrk - odpowiedział Misikiewicz. - Nazywa się „Titanic”.

-   Cyrkowiec   i   włamywacz?   -   głośno   zastanawiał   się   szef.   -   Jaka   to   wspaniała

przykrywka!   Włamywaczem   może   być   dosłownie   każdy   pracownik,   cyrk   przenosi   się   z

miejsca na miejsce...

- Włamanie w miejscu postoju cyrku od razu rzuca podejrzenia na przyjezdnych -

zwrócił uwagę Misikiewicz. - Jest jednak jeszcze jeden problem - włamań dokonywano przed

przedstawieniem. Pies tropiący stracił ślad w namiocie cyrkowym, w tłumie ludzi, na zapleczu

kompletnie zgubił się wśród zapachów zwierząt.

- Skąd pochodzą próbki zapachów? - zapytałem.

- Z garderoby artystów i wozu z paszą.

- Czyli w grę może wchodzić któryś z cyrkowców występujących ze zwierzętami? -

domyślał się pan Tomasz.

-  Nie  wyciągałbym  pochopnych  wniosków,  nie   chciałbym niczego  sugerować  tym

bardziej, że mam do panów prośbę.

Przy ostatnich słowach policjant ściszył głos - odruchowo nachyliliśmy się do biurka.

- Wiemy, że włamywacz znowu uderzy - powiedział Misikiewicz.

- Prawo serii? - dopytywałem się.

- Popyt, konkretne zamówienie - odpowiedział szef. - Tym razem to ja uzyskałem

cenne informacje z pewnego domu antykwarycznego w Berlinie. Miesiąc temu pojawił się

tam człowiek pytający o figury z kapliczek. Według mojego informatora, był to kolekcjoner.

Interesowały go konkretne zabytki.

- Co?! - nie wytrzymałem z ciekawości.

- Tym razem zaginione figury z ołtarza jednego z kościołów na Warmii. Kolekcjoner

chciał zlecić poszukiwania ludziom z antykwariatu, dawał nawet konkretne wskazówki, ale

zdecydowanie mu odmówiono. Tamten wychodząc mruknął: „Pozostał mi tylko Ćma”.

- „Ćma” to pseudonim człowieka, który w Europie Zachodniej sprzedawał kradzione

dzieła sztuki - Misikiewicz uzupełnił słowa szefa.

- I tego Ćmy nie mamy w swoich kartotekach? - zdziwiłem się.

- Nic nie mam do waszych, ale nawet w moich nie ma takiego człowieka - powiedział

policjant. - Otóż dwa dni temu cyrk „Titanic” zatrzymał się we wsi, w której stoi kościół,

gdzie były figury interesujące kolekcjonera z Berlina.

background image

- Panowie obserwują ten cyrk? - upewniłem się.

-   Jasne,   ale   chłopaki   w   terenie   działają   rutynowo,   wczoraj   wieczorem   cyrkowcy

zaprosili  ich na herbatę... - Misikiewicz bezradnie rozłożył ręce. - Jakby co, macie moje

wsparcie ze stolicy, ale na miejscu musicie być szybsi od Ćmy.

- Musimy znaleźć lampę, która przyciągnie tego motylka... - mruknął zamyślony pan

Tomasz.

***

Był początek kwietnia. Słońce zwabiło zielone pąki i młode źdźbła traw. Pierwsze

ptaki zabawiały się wśród jeszcze rzadkich gałęzi krzewów, gdy jechaliśmy z Pawłem do

niewielkiej   wsi   Sątopy-Samulewo.   Założono   ją   w   XIV   wieku   niedaleko   Reszla.   To   w

Sątopach   znajdował   się   jeden   z   pałaców   biskupów   warmińskich,   na   pobliskich   łąkach

hodowano   doskonałe   konie   kupowane   przez   konnicę   Rzeczypospolitej.   Pałac   przez

powojenne lata znalazł się we władaniu Państwowych Gospodarstw Rolnych, które zostawiły

w nim lokatorów niezainteresowanych właściwym utrzymaniem tego, co do nich nie należało,

więc pałac zniszczał prawie do szczętu.

Jedynym zabytkiem wsi był kościół parafialny zbudowany prawdopodobnie w drugiej

połowie XIV wieku. Jego wieżę widzieliśmy z Pawłem z daleka jadąc od strony Lutr. Nagle

zatrzymałem nasz nowy wehikuł sto metrów od tablicy z nazwą wsi.

- Co się stało? - zaniepokoił się Paweł.

- Będziemy uznani za cyrkowców - zauważyłem wskazując na nasz pojazd.

Byłem  pewien,   że  jego  nieco  futurystyczny  kształt  dzięki  wyklepanej  karoserii   po

samochodzie   rajdowym,   długość   5   metrów,   szeroki   rozstaw   kół,   reflektory   jak   wielkie

owadzie   oczy,   proste   wnętrze   ze   skomplikowaną   skrzynią   biegów   -   to   wszystko   dla

przeciętnego użytkownika marek samochodów niemieckich czy koreańskich stawiało nas w

jednym rzędzie z ufoludkami lub właśnie cyrkowcami. Pod maską naszej maszyny krył się

potężny  silnik   rajdowego   aston   martina.   Do   stu   kilometrów   przyspieszał   w   około   osiem

sekund, ale cóż z tego, że może nie tak szybko jak ulubione auta bandziorów, skoro nasz

wehikuł gdy się rozpędził, dopiero łapał „drugi oddech” - silnik pracował lżej, a pod stopą na

pedale gazu czuło się moc smoka. W tej maszynie nie istniały poślizgi, znoszenie boczne na

zakręcie. Auto trzymało się drogi jakby jechało po szynach.

Paweł zrozumiał, o czym mówię. Z tylnego siedzenia zabrał mały plecak i wysiadł.

- Pilnować kościoła czy cyrku? - upewniał się.

- Pilnuj lampy, o którą Ćma ma sparzyć skrzydełka - powiedziałem. 

background image

Wykorzystując   zjazd   na   polną   drogę   zawróciłem   do   O.,   do   muzeum,   by   tam

skonsultować się z miejscowymi kustoszami i z bliska obejrzeć wskazówkę.

***

Poprawiłem   plecak,   obejrzałem   się   za   odjeżdżającym   szefem   i   ruszyłem   do   wsi.

Minąłem   kilka   gospodarstw   ulokowanych   wzdłuż   drogi.   W   kilku   zagrodach   widziałem

zadbane   trawniki,   kwietniki,   wystawki   starych   maszyn   rolniczych,   zakonserwowanych   i

pomalowanych. Wkrótce dotarłem do krzyżówki. Wyblakła reklama zachęcała do wizyty w

restauracji i hotelu „Rancho”. Na razie zrezygnowałem z wizyty w tym przybytku. Obok groty

ze   współczesną   figurą   Matki   Boskiej   wspiąłem   się   po   schodach   na   wzgórze,   na   którym

wznosił się gmach miejscowego kościoła. Wokół budowli znajdował się cmentarz, a teren

świątyni był otoczony murem wysokim na półtora metra. Stanąłem przed wejściem. Obok

drzwi zobaczyłem krzyż z postacią Jezusa Chrystusa. Przyjrzałem się jego piersi.

- To Rosjanie strzelali - usłyszałem za sobą dziewczęcy głosik. 

Obejrzałem się. Przede mną stała para uczniów gimnazjum. Ona była blondynką, z

dwoma warkoczami, z wielkimi okularami, niebieskimi oczami, noskiem jak kartofel - lekko

zadartym. Była ubrana w niebieską sukienkę z białymi falbankami, a pod pachą trzymała

skórzaną teczkę, która zawsze kojarzyła mi się z moim wujem kolejarzem. Chłopak miał

jasne długie, proste włosy sięgające mu równą linię za ucho, co upodobniało go do Kopernika.

Rysy   twarzy   miał   podobne   do   towarzyszki,   więc   domyślałem   się,   że   mam   przed   sobą

rodzeństwo.

- To Niunia - chłopak przedstawił mi dziewczynkę - moja siostra, a ksywa pochodzi

od zdrobnienia Elżunia, czyli Elżbieta. Ja mam na imię Rysiek.

Uścisnąłem podaną rękę.

- Pan jest z cyrku? - zapytała Niunia.

- Nie - odpowiedziałem z uśmiechem.

- To pewnie z policji? - dopytywał się Rysiek.

-   Czemu   uważacie,   że   każdy   turysta   w   waszej   wsi   musi   być   cyrkowcem   albo

policjantem? - udawałem zdziwionego.

Niedobrze wróżyło to mojej pracy, skoro nawet dzieci we wsi wiedziały, że coś tu się

dzieje niedobrego.

-Pan   jechał   takim   dziwacznym   samochodem?   -   pytała   Niunia.   -   Widzieliśmy   w

Lutrach - dodała.

- Jakiś człowiek mnie podwiózł - kłamałem.

background image

- A czemu tak pana interesuje kościół? - wypytywał Rysiek.

- Chyba każdego odwiedzającego waszą wieś interesuje ta  budowla  -  odparłem.  -

Może oprowadzicie mnie?

- Jak pan poczeka, to przyniosę klucze - powiedział Rysiek, nim pobiegł ścieżką w dół

wzgórza.

- Nasz tata jest organistą - wyjaśniła Niunia. 

Pokiwałem głową na znak uznania.

-   Jacyś   cyrkowcy   kręcą   się   tu   po   okolicy?   -   próbowałem   dowiedzieć   się   od

dziewczynki czegoś ciekawego.

- Noo... - przytaknęła. - A wie pan, jacy oni fajni?  - wyraźnie ożywiła się. - Pan

Ludwik wszystko pokazuje dzieciom i nawet pozwala bawić się ze swoją małpą...

- Zaraz, spokojnie - przerwałem dziewczynie. - Kim jest pan Ludwik?

- To dyrektor. Są jeszcze dwaj klowni, bardzo zabawni, jest czarodziej i Kosa.

- A Kosa to kto?

- Mówią na niego też Wayne, bo chodzi tak jak ten sławny aktor z westernów, ale ja

tego kowboja nigdy nie widziałam. W każdym razie Kosa to naprawdę Kosiński, ale jego

pseudonim pochodzi stąd, że zakosił parę rzeczy; podobno nawet siedział w więzieniu za te

kradzieże. Ale nie wygląda na złodzieja. Przyjaźni się z czarodziejem...

- Prestidigitatorem albo prościej sztukmistrzem - wtrąciłem. 

Niunia spojrzała na mnie zaskoczona.

- Policjantem to pan nie jest... Takie słowo pan wymyślił, to presti... gi... traktor... -

powiedziała kręcąc głową. - To ten Kosa przyjaźni się z tym... magikiem. Kosa to taka złota

rączka, nawet samochody ludziom we wsi naprawiał i to tak za parę jajek, mleko. Ludzie

mówią, że fajny, tylko ma straszną twarz, taką całą w bliznach i z kropkami koło oczu.

Zapamiętałem, że trzeba sprawdzić przeszłość tego Kosy i dobrze by było zajrzeć do

kartoteki tego sztukmistrza. Nadbiegł Rysiek niosąc wielki, długi na trzydzieści centymetrów

klucz.

- Ten sam, od początku istnienia kościoła - wyjaśnił z uśmiechem.

Weszliśmy   do   kruchty  pod   wieżą.   Z   lewej   była  granitowa   chrzcielnica,   z   prawej

wąskie drzwi prowadzące na wyższe kondygnacje wieży. Rysiek otworzył jedno skrzydło

kraty zamykającej wejście do kościoła.

-   Wie   pan,   że   to   jedyny   kościół   w   Polsce   pod   wezwaniem   świętego   Jodoka?   -

powiedział mój młodociany przewodnik.

- Nie - przyznałem. - To barokowy ołtarz, a co się stało z tym z okresu budowy

background image

kościoła?

- Podobno część zaginęła, a część jest w muzeum w O. - odparł Rysiek. - O to samo

pytali ci cyrkowcy, jak ich oprowadzałem.

- Wszyscy? - zaciekawiłem się.

- Tak, nie pamiętam, kto pytał - Rysiek próbował sobie coś przypomnieć.

- Wszystko plączesz - odezwała się Niunia. - Sam im to powiedziałeś, a oni tylko

dziwili się, jak mógł ołtarz zaginąć.

Oglądałem wyposażenie kościoła, piękną rokokową ambonę, uroczą drogę krzyżową,

potem weszliśmy na chór, młodzież pokazała mi nawet górne pomieszczenie w wieży, do

którego szło się wąskim na ledwie pół metra korytarzem ukrytym w murze wieży. Niezbyt

uważnie   słuchałem   opowieści   moich   przewodników   skupiony   na   tym,   że   cyrkowcy   tak

interesowali się przeszłością ołtarza.

Wyszliśmy  na   zewnątrz   i  wręczyłem  dzieciakom  parę   groszy  na   słodycze.  Niunia

trochę się krygowała, ale widać było, że Rysiek od czas do czasu dorabiał sobie w ten sposób i

pieniądze wziął.

- Późno już - mruknąłem zerkając na zegarek. Było już popołudnie. - W tym „Rancho”

można dobrze zjeść i przespać się?

- Niech pan lepiej jedzie do Reszla - powiedziała Niunia, a w jej oczach ujrzałem

strach.

- Niektórzy tam zasypiają snem wiecznym - dodał Rysiek. -To wszystko prowadzi

Grabarowa, wdowa po grabarzu, co się na sośnie w polu powiesił. Mówią, że to czarownica,

złe uroki rzuca, zielara.

- Gdzieś indziej można zjeść i przenocować?

- W Reszlu - uparcie powtarzała Niunia.

- No, to spróbuję w „Rancho” - odparłem ze śmiechem. 

Dzieciaki jeszcze długo stały na drodze, a ja maszerowałem aleją wśród topoli do

opuszczonego dworku. Po kilku schodach doszedłem do drzwi między dwiema kolumnami.

Nacisnąłem klamkę, było otwarte. Ze środka dobiegł mnie przykry, kręcący w nosie zapach

stęchlizny. Odgarnąłem kotarę przegradzającą drogę do sieni. Panował tu półmrok. Zza drzwi

po prawej stronie z napisem: „Restauracja” dobiegał cichy odgłos muzyki. Na wprost były

schody   prowadzące   na   piętro,   a   po   lewej   w   futrynie   wstawiono   solidne   drzwi   dwiema

judaszem. Przypuszczałem, że za nimi było mieszkanie właścicielki lokalu. Skierowałem się

w   prawo.   Przeszklone   skrzydło   skrzypnęło.   Wszedłem   do   typowej   restauracji   z   kilkoma

stolikami, wygodnymi krzesłami, długim barem z podświetlanymi reklamami, przebranym

background image

zestawem alkoholi na wystawie. Za barem siedziała barmanka, brunetka zaczytana w jakimś

romansidle. Słysząc moje kroki podniosła wzrok. Zajrzałem wprost w czarne jak węgiel oczy

wprawione w cudownie orientalną oprawę z ciemnych brwi, gęstej firany rzęs, drobnego,

lekko   zakrzywionego   nosa,   pełnych   warg   i   ciemnych   loków   niesfornie   kręcących   się   po

ładnej,   regularnej   twarzy.   Stałem   oszołomiony   tym   widokiem.   Mogła   mieć   najwyżej

dwadzieścia pięć lat, ale było w niej coś, co dodawało wieku i jednocześnie urody; czułem,

jakbym miał kontakt z bardzo mądrą i doświadczoną kobietą.

- Słucham pana - powiedziała.

Milczałem szukając odpowiednich słów, a może kłamstw.

- Jestem taka brzydka? - zapytała zalotnie.

-   Nie,   wprost   przeciwnie,   tylko   mówiono   mi,   że   tu   właścicielką   jest   jakaś...   -

zawahałem się.

- Wiem, to moja mama - brunetka smutno pokiwała głową. - Pan chce jeść, pić, spać?

- Wszystko na raz.

- Skąd się pan tu wziął?

- Mam wymienić wszystkie miejscowości, które przejechałem? 

- Awanturnik? Może cyrkowiec?

- Czy w tej okolicy każdy dziwak jest od razu cyrkowcem?

- Pan by się nadawał do cyrku. 

- Czemu?

- Byli tu ci cyrkowcy, pili tam w kącie. Oni, jak i pan mieli coś takiego dziwnego w

oczach... Pan ma ryzykowne zajęcie?

- Nie, większość czasu spędzam w bibliotekach lub przy komputerze.

Tak   gawędziliśmy,  gdy  brunetka   zaprowadziła   mnie  do   pokoju   na   piętrze.  Opłatę

wzięła z góry, „bo różni już tu bywali” i powiedziała, na którą przygotuje kolację.

Pokój miałem bardzo duży, z podwójnym małżeńskim łożem, wielką szafą, biurkiem

pod   oknem,   z   widokiem   na   aleję   prowadzącą   do   dworku   i   drzwiami   do   łazienki   ze

staromodną wanną i mosiężnymi kurkami do wody.

Usiadłem   przy   biurku   i   odruchowo   otworzyłem   górną   szufladę,   pod   blatem.

Struchlałem. W środku była ćma przybita szpilką do dna szuflady.

***

W O. zajechałem pod zamek, w którym znajdowała się siedziba muzeum. Wierzyłem,

że do wieczora uda mi się dołączyć do Pawła. Moja ministerialna legitymacja sprawiła, że

background image

wszyscy   w   muzeum   byli   niezwykle   usłużni.   Kustosz   odpowiedzialna   za   sztukę

średniowieczną zaprowadziła mnie do swojego gabinetu. Usiedliśmy w głębokich fotelach, a

kobieta wypisała mi zezwolenie na wejście do magazynów muzealnych i udostępnienie do

oględzin na miejscu interesujących mnie zabytków.

- Co się stało, że sławnego Pana Samochodzika interesują te starocie? - dziwiła się.

- Ktoś za bardzo interesuje się tym zabytkiem, a zwłaszcza jego zaginioną częścią -

wyjaśniałem odbierając dokumenty.

Potem   przejechałem   się   do   magazynów   muzealnych.   Tam   pracownik   zaprowadził

mnie do klimatyzowanych pomieszczeń i pokazał obiekty.

- To to - rzekł, nim odszedł na odległość kilku metrów, by zapewnić mi swobodę, a

jednocześnie obserwować moje ruchy.

Z   kieszonki   marynarki   wyjąłem   lupę   i   rozpocząłem   oględziny,   jednocześnie

przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z panią kustosz.

- Co może mi pani powiedzieć na temat ołtarza z kościoła w Sątopach-Samulewie? -

pytałem.

- Starego czy nowego?

- Starego.

- Literatura dotycząca tego zabytku jest bardzo uboga - pani kustosz rozsiadła się

wygodnie i odpowiadała na moje pytania, od czasu do czasu ssąc końcówkę ołówka. - W 1875

roku   niemiecki   konserwator   zabytków   w   krótkiej   analizie   wskazywał   jako   autora   ołtarza

ucznia Wolgemutha lub Dürera, człowieka, który przebywał na dworze biskupa warmińskiego

Łukasza Watzenrodego. Podobnym tropem szli następni autorzy zajmujący się tym obiektem.

Tylko  jeden  z   nich wskazywał  dodatkowo  pochodzenie   artysty z   Nadrenii  lub  Frankonii.

Ołtarz   był   poliptykiem.   W   części   środkowej,   drewnianej   skrzyni,   ustawiono   trzy   figury:

Madonny, świętego Jodoka i świętej Katarzyny, podobno obficie zdobione złotą polichromią -

kustosz wyjęła z półki tom pisma historycznego z artykułem Ludomiry Brzozowskiej, gdzie

odtworzono na rysunku pierwotny wygląd ołtarza. - Do tego dołączono dwie pary ruchomych

skrzydeł. Otwarty ołtarz ukazywał więc trzy figury i cztery sceny z życia świętego Jodoka:

Modlitwę,  Cud   u  źródła,   Nakarmienie   ubogich,  Uzdrowienie  niewidomej.  Zamykanie par

drzwi powodowało prezentację scen pasyjnych. Pod koniec XVII wieku zmieniono wystrój

kościoła, zdjęto skrzydła, które powieszono na ścianie, a losy gotyckiej skrzyni i figur nie są

znane. Może zniszczały gdzieś w zakamarku?

- Podobno na jednym z malowideł był ukazany fundator ołtarza?

- To ciekawa teoria. Na fragmencie z „Cudem u źródła” jest postać konnego rycerza z

background image

zamaskowaną twarzą.

- Na jego ubraniu jest jakiś napis?

- Tak, ale nie wszystko zobaczy pan nieuzbrojonym okiem. Normalnie widać fragment

napisu: „...AN LEIDEN ... FRO...”. Podejrzewamy, że autor mógł być niepiśmienny, popełnił

błąd przy kopiowaniu zleconego napisu, ale badania w podczerwieni wskazują, że pod farbą

na płaszczu jeźdźca ukrywa się zamalowany krzyż i napis.

- Jaki? - powstałem zniecierpliwiony.

- Spokojnie, panie Tomaszu... - pani kustosz uśmiechnęła się zadowolona z efektu

swych słów. - Po pierwsze, widoczne litery na obramowaniu płaszcza rycerza nie tworzą

sensownego zdania. Jednak przed nowoczesną techniką nikt prawdy nie ukryje. Pod spodem

są ślady dziwnej sentencji: „Alboż i lew czoła nie poddaje magowi?”. Dziwne, prawda? Na

średniowiecznym ołtarzu słowo „magus”, co oznaczało bardziej...

- Czarodzieja we wschodnim, arabskim znaczeniu - podpowiedziałem.

- Tak. Najciekawsze jednak czeka pana dalej. Napis uwieczniony na lamówce kapy

konia, w języku arabskim głosi: „Podążaj za Jodokiem, by znaleźć drzewo najświętsze, nasz

skarb największy”. I co pan na to?

- I co ja na to? - powtórzyłem na głos, aż obejrzał się na mnie pracownik magazynu. -

Muszę zapamiętać tę twarz, te dziwne, zmrużone oczy bezimiennego jeźdźca noszącego tyle

tajemnic na sobie.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

ĆMA W SZUFLADZIE • WSPINACZKA NA WIEŻĘ KOŚCIELNĄ • NOC NA

CMENTARZU • IDZIEMY RATOWAĆ PAWŁA • CZY ROKSANA TO

CZAROWNICA? • MOTOCYKL Z WYMALOWANĄ ĆMĄ

Nie jestem bojaźliwy, ale widok ćmy przybitej szpilką do dna szuflady trochę mnie

przestraszył, tym bardziej że przecież mieliśmy pomóc w ujęciu włamywacza o pseudonimie

Ćma. Szybko zamknąłem szufladę i  usiadłem na krześle. Rozglądałem się po pokoju, by

wreszcie na szafce przy łóżku zobaczyć broszurę księdza Józefa Leonowicza „Parafia Sątopy i

Unikowo”. Rzuciłem się na łóżko i szybko ją przejrzałem.

Wieś Sątopy-Samulewo była dawniej nazywana Bischdorfem - biskupią wsią, bo w

1577 roku stała się własnością kapituły warmińskiej. Założyli ją 2 lutego 1337 roku prepozyt

kapituły   warmińskiej   Jan   z   Nysy   i   wójt   krajowy   Henryk   Luter.   Zasadźcą   był   Prus   z

pochodzenia o nazwisku Santop. W 1343 roku biskup warmiński Herman z Pragi przeznaczył

dochody z tej wsi na rzecz katedry fromborskiej i zapis ten obowiązywał aż do pierwszego

rozbioru Polski w 1772 roku. Budowę kościoła rozpoczęto w latach siedemdziesiątych XIV

wieku. W 1382 roku proboszczem był tutaj krótko Henryk Vogelsang, który w 1386 roku

zrezygnował z probostwa w Sątopach na rzecz Barczewa. Później, w latach 1401-1415, był

biskupem warmińskim. Po bitwie pod Grunwaldem tenże biskup złożył hołd Władysławowi

Jagielle,   za   co   został   przez   wielkiego   mistrza   uznany   za   zdrajcę   (Warmia   była   lennem

Zakonu)   i   musiał   ukrywać   się   w   Niemczech,   a   po   powrocie   na   Warmię   został

najprawdopodobniej otruty.

Dalej czytałem o dwóch dzwonach. Jeden z  nich nazywa się Eugeniusz,  na cześć

dawnego proboszcza - Eugeniusza Bukowskiego. Drugi dzwon zawdzięcza imię patronowi

kościoła - świętemu Jodokowi. Z ogromną ciekawością chłonąłem informacje o nieznanym mi

wcześniej świętym. Święty Jodok żył w VII wieku w Normandii, a jego życiorys jest znany z

dwóch odpisów z X i XI wieku. Jodok był synem Juthuela, władcy księstwa bretońskiego.

Razem z bratem miał zapewniony udział we władzy, ale zrezygnował z życia na dworze na

rzecz służby Bogu. Najpierw po przyjęciu święceń pozostał na dworze, ale po siedmiu latach

powędrował do pustelni. Przypisywane mu są cuda uzdrowienia niewidomej dziewczynki oraz

sprowadzenia   czterech   łodzi   wypełnionych   żywnością.   Po   tym  jak   uderzył  laską   o   skałę

trysnął strumień, a woda uratowała życie konającego księcia Haymona von Ponthieu. Był

background image

patronem pielgrzymów, niewidomych, chorych, przytułków, szpitali, miłości małżeńskiej oraz

płodności,   opiekunem   piekarzy  i   żeglarzy.  Chronił   od   zarazy,  pożaru,   burzy,   gradobicia,

sztormów i wypadków na morzu. Jego kult rozwijał się szczególnie w północnej Francji,

Nadrenii, Bawarii i Szwabii, a w Polsce na Pomorzu i Śląsku. Może to za sprawą osadników,

którzy  bali   się   klęsk   żywiołowych,   Jodok   -   uniwersalny  patron   strzegący  we   wszystkich

okolicznościach - został w Sątopach?

Wyposażenie kościoła: ambona i ołtarz, pochodzą z XVIII wieku. W ołtarzu głównym

na czas Wielkanocy obraz świętego Jodoka wędruje do góry odsłaniając Grób Pański. Jego

stare   wnętrze   wymaga  renowacji.   Z  tego   samego  okresu   co  rokokowa   ambona  pochodzą

miniaturki na ścianach. Wnętrze oświetlają witraże. Jeszcze przed potopem szwedzkim w

Sątopach rozpoczęto budowę pałacu  biskupiego. Budowę  na czas wojny wstrzymano, ale

zaraz po niej prace ruszyły jeszcze szybciej. Powstały też wtedy wspaniałe ogrody.

Półleżałem i wstając z przyjemnością wyciągnąłem ramiona. Niezauważenie za oknem

zakradł się mrok. Spojrzałem na zegarek - była osiemnasta - czas, by zejść na kolację.

Brunetka czekała. Jeden ze stołów był zastawiony, a dziewczyna doniosła mi dzbanek

z herbatą i smażoną kiełbasą w cebulce.

- Smacznego - życzyła mi pochylając się i stawiając przede mną talerz z jadłem. Od jej

włosów biła przedziwna woń słodyczy, świeżego wiatru z pól i Orientu. Przez chwilę trwałem

w lekkim odurzeniu.

- Jak ma pani na imię? - zapytałem odchodzącą dziewczynę.

- Roksana - odpowiedziała. - Nudzi się pan i szuka towarzyszki na wieczór? - była

zadziorna.

- Nie - odparłem speszony. - Czy proboszcz mieszka tutaj na plebanii?

- Raz tu, raz w Unikowie - rozmawiała ze mną stojąc za barem.

- Czy to przyjazny człowiek?

- Jak to ksiądz - Roksana wzruszyła ramionami.

- Chodzi mi o to, czy pozwoliłby mi wejść na wieżę? Trochę fotografuję, a z takiej

wysokości miałbym dobry widok.

- Niech pan spróbuje.

Jej ton głosu, który zmienił się po tym, jak ją zapytałem o imię, odstręczał mnie od

dalszej konwersacji i jadłem w milczeniu. Ona przyglądała mi się z ciekawością. Dopiero

teraz uderzyło mnie, że w tym lokalu nie było słychać muzyki. Panowała absolutna cisza,

tylko wiatr za oknem pojękiwał.

- Dziękuję. Teraz przejdę się do proboszcza - powiedziałem wstając.

background image

Uśmiechnąłem się, ale ona patrzyła na mnie tymi swymi czarnymi oczami, z których

nie mogłem niczego wyczytać. Wszedłem jeszcze do pokoju i przezornie ułożyłem kawałek

czarnej nitki w progu. Nie oglądając się za siebie wyszedłem na szosę. Potem skręciłem w

prawo pod kościół i wspiąłem się do plebanii. Gospodyni poinformowała mnie, że proboszcz

pojechał z posługą i już pewnie dziś nie wróci. Zapytałem więc, gdzie mieszka organista, bo z

nim postanowiłem się dogadać w sprawie zwiedzania kościoła.

Musiałem zejść do mostu na potoku i przejść do zabudowań wiejskich. Odszukałem

niewielki otynkowany na żółto domek. Szybko rozpoznałem, o który chodzi, bo na ławce

siedział Rysiek.

- I co, zatrzymał się pan u czarownic? - przywitał mnie pytaniem.

- Tak. Jest twój tata?

- Jest - Rysiek otworzył drzwi i zawołał w głąb sieni: - Tata!

Po chwili wyszedł do mnie mężczyzna po czterdziestce wyglądający jak wierna kopia

Rysia, tyle że miał wąsy.

- Niech będzie pochwalony - przywitał mnie.

- Na wieki wieków - grzecznie odpowiedziałem.

- To pan z moim chłopakiem zwiedzał kościół?

- Tak i, widzi pan, chciałbym tam zajrzeć jeszcze raz.

- Teraz?

- Tak - wymownie sięgnąłem do kieszeni.

- Nie o to chodzi - organista obejrzał się na dom. - Remont robię, muszę fachowców

pilnować...

- To ja pójdę - zgłosił się Rysiek.

- Lekcje odrobiłeś? - upewnił się ojciec.

- Tak, prawie nic nam nie zadają - odpowiedział Rysiek.

Chłopak poszedł po klucz i latarkę. Ja swoje źródło oświetlenia miałem ze sobą, tak na

wszelki wypadek. Wspięliśmy się na wzgórze, Weszliśmy do kościoła i zamknęliśmy drzwi

od środka.

- Od czego zaczniemy? - zapytał Rysiek.

- Od wieży - zadecydowałem.

Drugi raz tego dnia wchodziłem po wąskich ceglanych schodkach do pomieszczenia

nad kruchtą.

-   Dawniej   tu   była   sala   katechetyczna,   a   teraz...   -   chłopak   powiódł   ręką   wokół,

wskazując   na   hełmy   strażackie,   toporki   -   składzik,   bo   nasi   strażacy   tu   odpoczywali   po

background image

wielkanocnej warcie przy Grobie Pańskim.

Pobieżnie rozejrzałem się po pomieszczeniu.

- Tam? - wskazałem na klapę w suficie.

- Tam jest brudno... - Rysiek próbował odwieść mnie od zamiaru wspinaczki.

- Co widać z samej góry? - Nawet Reszel...

Namówiłem chłopca, by przystawił drabinę i żebyśmy weszli wyżej. Gdy stanąłem na

najwyższym szczeblu drabiny, dech mi zaparło na widok plątaniny grubych bali tworzących

szkielet wieży.

-   Bez   użycia   gwoździ   i   tyle   wytrzymało   -   Rysiek   z   dumą   klepał   drewno   -   od

średniowiecza...

- Tak - kiwałem głową wchodząc wyżej.

Stąpałem po skrzypiących stopniach, cienkich, uginających się przy każdym kroku.

Wysoko słychać było trzepot skrzydeł, drobne kroki jakichś zwierząt. Rysiek przyświecał mi i

ostrożnie szedł moim śladem.

- Tu widać więźbę stropu kościoła - poświecił w mrok.

- Ktoś tam chodził?

- Strach - Rysiek potrząsnął głową. - Nikt tam nie wchodził od wieków. Strop w

kościele wygląda nieźle, dziury w dachówce łata się z zewnątrz. Te deski nie utrzymałyby

chyba żadnego człowieka.

- Tam coś stoi - powiedziałem świecąc swoją silniejszą latarką.

- Jakieś szpargały ze starej plebanii, stare, połamane meble. Te katarzynki, co tu były...

- Jakie katarzynki? - zdziwiłem się.

- Przed wojną tam gdzie teraz jest plac przed grotą stał mały domek zajmowany przez

siostry, podobno uczyły w szkole, pomagały rolnikom. Zimą 1945 roku albo uciekły, albo je

wymordowano.   Mój   dziadek,   który  tu   przyjechał   z   Kurpi,   pamięta,   że   ten   ich   dom   był

wyszabrowany, gdzieś w kościele znalazł jeszcze jakieś stare księgi, ale potem je sprzedał.

Czułem, że teraz ocieram się o przygodę, o jakąś tajemnicę. Weszliśmy na samą górę,

rozejrzałem się dookoła i zeszliśmy do dawnej salki katechetycznej.

-   Chyba   to   był   zły   pomysł   z   tym   nocnym   zwiedzaniem   -   mruknąłem.   -   Jutro   tu

wrócimy?

- Rano?

- Nie masz szkoły? - przypomniałem chłopakowi.

- Po obiedzie? Zaczeka pan?

- Zaczekam - obiecałem.

background image

Postanowiłem spędzić noc na pilnowaniu kościoła, rano mógłby mnie zastąpić szef, a

po południu razem obejrzelibyśmy świątynię. Gdy wracałem do „Rancho” po ciepłe ubranie,

termos z czymś gorącym do picia, zadzwoniłem do szefa. Odebrał i powiedział, że czeka na

mnie w hotelu.

Zastałem go przy posiłku.

- Przyciągam pani klientów - uśmiechnąłem się do Roksany.

- Cieszę się - odpowiedziała grzecznie.

Pan Tomasz siedział jak król, zadowolony z tak fachowej i uroczej obsługi. Dosiadłem

się do niego i zrelacjonowałem dotychczasowe poczynania.

- Cyrk widziałeś? - zapytał szeptem.

- Nie. Dziś w nocy popilnuję terenu, a rano obejrzymy ptaszki. 

- Nie, wolałbym, żebyś im się nie pokazywał, być może trzeba będzie uruchomić plan

„B”.

- Jaki?

- Zobaczysz.

Teraz pan Tomasz opowiedział mi, czego dowiedział się w muzeum.

- To wiemy, czego szukać - ucieszyłem się.

- Już rozszyfrowałeś słowa tajemnicy?

- Nie, ale zawsze można coś dopasować...

Szef uśmiechnął się pobłażliwie. Po kolacji odprowadziłem Pana Samochodzika do

pokoju   i   wróciłem   do   swojego.   Nim   otworzyłem   drzwi,   sprawdziłem   nitkę.   Tak   jak

przypuszczałem - zniknęła. Znalazłem ją na dywanie. Kolejne niespodzianki czekały na mnie

na biurku. Stał tam termos, kilka kanapek w lnianym woreczku i jeden baton czekoladowy o

nazwie „Pawełek”. Na woreczku był wyszyty monogram R.G., co pewnie oznaczało Roksana

Grabar. Zajrzałem do szuflady. Ćma tkwiła na swoim miejscu. Zabrałem ubranie, latarkę,

prowiant, koc i zszedłem do baru. Roksana czytała tym razem wiersze.

- Dziękuję - uśmiechnąłem się do niej i posłałem całusa.

- Na zdrowie - odpowiedziała.

Korzystając z cienia otaczającego dworek przeszedłem na jego tyły, potem kładką

przez potok, obszedłem wieś i od strony pól zakradłem się do kościoła. Znalazłem sobie

ustronne miejsce w kącie, między murem a pniem grubego drzewa, z widokiem na tył i boki

kościoła. Zakładałem, że włamywacz będzie omijał obficie oświetlone wejście. Okryłem się

kocem   robiąc   z   niego   maleńki   namiot.   Zostawiłem   tylko   niewielki   otwór,   przez   który

widziałem teren. Popijałem gorącą kawę, zagryzałem ją kanapkami i czekałem, sam nie wiem

background image

na co. Około północy zaczął siąpić deszcz. Przemoczył mnie do pierwszej. O drugiej oczy

zaczęły mi się kleić. Może nawet przysnąłem. O trzeciej zmęczony wpatrywałem się tylko we

wskazówki  zegarka, starając się wzrokiem popędzać  czas, by ta  trudna, zimna  noc  czym

prędzej się skończyła. O czwartej zbudził mnie dziwny szmer. Podniosłem głowę. Jakiś cień

przesunął   się   między   nagrobkami.   Wydawało   mi   się,   że   widzę   ciemniejsza   plamę   koło

przypory i bocznego wejścia do świątyni. Wyśliznąłem się z koca, niezgrabnie wstałem na

zdrętwiałych   nogach.   Poprawiłem   czarny   kaptur   bluzy   i   zacząłem   się   skradać.   Nagle

poczułem silne uderzenie w plecy. Upadłem, ale zdążyłem się odwrócić, by zobaczyć szpetną

twarz jakiegoś człowieka, a potem dostałem drugi cios, po którym straciłem przytomność.

***

Przypuszczałem, że obecność Pawła na cmentarzu właśnie tej nocy jest zbędna. We

wsi  szybko się pewnie rozeszło, że w „Rancho” zatrzymało się dwóch obcych. Wieść ta

dotarła do namiotu cyrkowego „Titanica” i mogła zaniepokoić włamywacza. Na jego miejscu

przyczaiłbym się i obserwował nowych ludzi.

Do   późna   czytałem   książkę   o   sztuce   średniowiecznej.   Zmęczony   zasnąłem   przy

lekturze. Obudziłem się, gdy na dworze siąpił deszcz. Miałem nadzieję, że Paweł zrezygnował

i wrócił do hotelu. Wtedy jednak przyszła mi do głowy zupełnie inna myśl.

- Może włamywacz uderzy właśnie dziś? - powiedziałem sam do siebie. - Zwróci na

nas uwagę organów ścigania. To my jesteśmy nowi, a więc podejrzani.

Szybko wstałem, ubrałem się i wyszedłem z pokoju. Na dole spotkałem Roksanę. Była

już ubrana w krótki płaszczyk. Czarne włosy splotła w niezgrabny kucyk.

- Pan też? - przywitała mnie pytaniem.

- Co „też”?! - zdziwiłem się.

- Chodźmy - dziewczyna pociągnęła mnie za rękę na zewnątrz.

Szła szybko holując mnie.

- Mam przeczucie, że coś złego stało się panu Pawłowi - tłumaczyła.

- Jest pani czarownicą?

-   Moja   mama   wróży   z   kart   tarota.   Może   odziedziczyłam   po   niej   zdolność

przewidywania?

Szybko dotarliśmy pod kościelne wzgórze. Wspinaliśmy się ścieżką do furtki w murze

od strony wsi. Nagle Roksana przystanęła.

- Czuję jakąś dziwną moc - szepnęła. - Czają się tu zło i zwierzęcy strach...

Nie rozumiałem jej tajemniczych słów i przyspieszyłem tym bardziej, że zza muru

background image

dobiegały mnie jakieś niepokojące odgłosy, szybkie kroki, czyjś stłumiony krzyk. Wbiegłem

na teren przykościelnego cmentarza w samą porę, by ujrzeć tylko dziwne cienie umykające

między drzewa. Wiedziony instynktem podążyłem w kąt, w którym sam bym czatował na

złodzieja. Paweł leżał tam bez czucia. Bez słowa wskazałem go Roksanie. Podejrzewałem, że

to   przebudzenie   bardzo   będzie   odpowiadało   mojemu   podwładnemu.   Sam   ostrożnie

przeszedłem  się  po cmentarzu.  Bez  skutku.  Obszedłem  świątynię -  nie znalazłem  śladów

włamania. Gdy znowu natknąłem się na Roksanę i jeszcze lekko oszołomionego Pawła, od

strony bramy podbiegło do nas kilku miejscowych mężczyzn. Byli uzbrojeni w widły, grabie,

trzonki do łopat i mieli groźne miny.

- Patrzcie, czarownica przyprowadziła hieny cmentarne - usłyszałem z mroku.

- Pewnie jakąś czarną mszę tu odprawiali - dodał ktoś inny.

- Pilnujcie ich, a ja sprawdzę, czy groby są całe - mruknął ktoś.

- Po co się bawić? Zróbmy im porządne lanie, a tę czarną jędzę to trzeba wypędzić...

- Spokój! - do rozmowy włączył się organista, który nadszedł z drugiej strony. - Znam

ich, nic złego by nie zrobili.

- Ta czarna...

- Zaraz pójdzie do domu.

Tłumek rozeźlonych mężczyzn niechętnie rozszedł się.

- Ktoś widział, jak po cmentarzu kręcą się jacyś ludzie i wezwał sąsiadów - tłumaczył

organista. - Musicie mi jednak wytłumaczyć, o co tu chodzi, bo oni - znaczącą wskazał na

wieś - z ochotą wrócą.

Uradziliśmy, że pójdziemy do „Rancho”, gdzie wszystko opowiemy organiście. Na

miejscu Roksana zaparzyła nam kawę i dosiadła się do naszego stolika. Paweł spojrzał na nią

pytająco.

- Jestem wplątana w tę historię czy nie? - odparła.

Organista spokojnie kiwał głową, gdy mówiłem mu o tym, co mnie i Pawła sprowadza

w te okolice.

- Niesamowite - kręcił głową z niedowierzaniem.

- Wiedziałam, że ci cyrkowcy to niezłe ziółka - powiedziała Roksana.

- Dobrze, z rana poszukamy tego lwa i maga - oznajmił organista. - Jak to było?

„Alboż   i   lew   czoła   nie   poddaje   magowi”   i   „Podążaj   za   Jodokiem,   by   znaleźć   drzewo

najświętsze, nasz skarb największy”. Ciekawe...

Organista   wstał   i   pożegnał   nas.   My  też   skłoniliśmy   się   Roksanie   i   poszliśmy  do

swoich pokojów. Byłem pewien, że  ludzie  ze  wsi  będą pilnować kościoła, więc  mogłem

background image

uspokojony zasnąć. Jeszcze przed snem słyszałem delikatne pukanie do drzwi pokoju Pawła.

- Flirciarz - pomyślałem uśmiechając się do swoich myśli.

Swoją   drogą   czasy   się   zmieniły   i   teraz   młodzi   szybciej   nawiązywali   bliskie

znajomości.

***

Na dźwięk pukania szybko zamknąłem szufladę. Ćma zniknęła!

- Przepraszam... - cicho odezwała się Roksana. - Mam tu coś na ranę głowy - pokazała

mały słoiczek z brunatną masą.

Zauważyła moją minę, miejsce, w którym stałem i domyśliła się, o co mi chodzi.

- Sprzątnęłam ją - wyjaśniła. - Poprzednio mieszkał tu taki śmieszny wielbiciel motyli.

Zbierał i nakłuwał je. Mówił, że tu jest mikroklimat i są jakieś dwa rzadkie gatunki...

Nie wierzyłem w to tłumaczenie tym bardziej, że nie podobało mi się to węszenie w

moim pokoju. Udałem, że przyjmuję to za dobrą monetę i usiadłem na łóżku. Roksana weszła

na nie i klęknęła za mną. Z wprawą zrobiła opatrunek, pomiędzy bandaże na stłuczeniu z tyłu

głowy wkładając gazę nasiąkniętą tym dziwnym paskudztwem.

- Co to jest? - zapytałem.

- Tajemnica mojej mamy - odpowiedziała.

- To prawdziwa czarownica.

- Nie, dobrze rozumie ludzkie potrzeby.

- Ty też? - odwróciłem się do Roksany, by zajrzeć jej w oczy.

- Ja... - gwałtownie wstała. - Boję się czasami tego, co widzę w ludziach.

Poprawiła ubranie i wyszła z pokoju.

Mazidło  musiało  być bardzo  dobrym lekarstwem,  bo nazajutrz, po  pobudce  około

jedenastej,   czułem   się   wyśmienicie,   a   gdy   macałem   głowę,   nie   znalazłem   nawet   śladu

opuchlizny. Zdjąłem opatrunek i powąchałem gazę. Śmierdziała okropnie.

Wziąłem prysznic, ostrożnie umyłem włosy i zszedłem do restauracji. Roksana podała

mi śniadanie oglądając przy okazji ranę. Zadowolona kiwnęła głową.

- Pana szef niedawno poszedł do organisty - poinformowała mnie.

Szybko przełknąłem posiłek i wybiegłem za panem Tomaszem. Rzeczywiście był u

organisty,   razem   siedzieli   przed   domkiem   na   ławeczce   i   wygrzewali   się   w   promieniach

wiosennego słońca.

- Jak szanowne zdrowie? - przywitał mnie. - Dobrze się spało? - przebiegle zmrużył

oczy.

background image

- Wszystko w porządku - odpowiedziałem.

Pan Tomasz i organista ustalili, że z inspekcją w kościele poczekają do powrotu Ryśka

i Niuni. Miałem więc kilka godzin wolnego. Pożyczyłem od gospodarza lornetkę, wypytałem

go o drogę i ruszyłem na przeszpiegi.

Namiot cyrkowy stał w małej kotlince przy skrzyżowaniu koło szkoły, za przejazdem

kolejowym i wiaduktem na rozebranej  linii do Reszla.  Namiot otaczał wianuszek wozów

cyrkowych, z kilku kominów wylatywały słabe smugi dymu.

Musiałem   siedzieć   w   krzakach   przy   torach,   ponad   sto   metrów   od   „Titanica”,   by

doczekać się, aż na schody wozu wyjdzie człowiek o szpetnej  twarzy i zapali papierosa.

Zaciągnął się dymem, zakaszlał, a ja przypatrywałem mu się przez szkła. Tak, to był ten, który

uderzył mnie  w głowę na cmentarzu. Drugim przestępcą był niewątpliwie ów tajemniczy

sztukmistrz. Mogłem tylko podejrzewać, że jest nim elegant, który mignął mi przez chwilę,

nim wszedł do namiotu.

Powoli nudziło mnie to czekanie na coś interesującego i słysząc buczenie lokomotywy

jadącej przez przejazd zerknąłem w tamtą stronę. Przed szlabanem stał tylko jeden pojazd -

sportowy   motocykl   pomalowany   na   czarno,   z   ubranym   w   czarny   skórzany   kombinezon

kierowcą, z wizerunkiem ćmy na baku.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

WRÓŻBA MAMY ROKSANY • SPRAWDZAMY STRYCH KOŚCIOŁA • CO

ZNACZĄ SŁOWA ZAGADKI? • NOCNA ZASADZKA • POŚCIG ZA

MOTOCYKLISTĄ • WYPADEK NA DRODZE

Widok motocyklisty zmroził mi krew w żyłach. Oznaczało to, że Ćma wcale nie kryje

się   i   nawet   motocykl   pomalował   w   taki   wzór.   Czym   prędzej   zadzwoniłem   z   telefonu

komórkowego do szefa.

- Panie Tomaszu! - krzyczałem. - Widziałem go, zaraz będzie przejeżdżał koło domu

organisty! To Ćma!

Ramiona szlabanu uniosły się i motocyklista ruszył z miejsca. Pojechał drogą ku wsi.

- Widziałem go - powiedział po chwili Pan Samochodzik. - Spróbuję zainteresować

nim policję. Czas, żebyś wracał, zjemy obiad i ruszamy do kościoła.

Szef rozłączył się. Ostrożnie, starając się nie zdradzić swojego punktu obserwacyjnego

w   krzakach,   wróciłem   do   wsi   i   spotkaliśmy   się   z   przełożonym   przy   krzyżówce   poniżej

kościoła, przy mostku.

-   Widziałeś?   -   pan   Tomasz   wskazał   na   kępę   pożółkłych  traw   obrastających  szary

kamień, granit równo ociosany na sześcian.

Zszedłem między trawy pod stary klon.

- Tu coś jest napisane, ale litery są prawie zatarte - zameldowałem.

-   To   kamień   ku   pamięci   mieszkańców   wsi   zamordowanych   przez   Włochów

powracających w 1812 roku spod Moskwy - wyjaśniał mi szef. - Czytałem w tej broszurce,

która leżała w pokoju.

- U pana też? - zdziwiłem się.

-   Może   gospodynie   „Rancho”   starają   się   w   ten   sposób   umilić   czas   nielicznym

gościom? - wzruszył ramionami.

Wracaliśmy do gospody. Raz byliśmy chłodzeni porywistym wiatrem, który pędził

białe obłoki, raz grzani cudownie piekącym po zimowej przerwie słońcem. Widziałem, jak

zwierzchnik   nadstawiał   twarz   do   słońca   mrużąc   oczy   skryte   za   wielkimi   okularami

nadającymi mu wygląd sowy.

Roksana   przygotowała   skromny,   ale   pyszny  obiad,   podała   nam   go   obdarzając   po

równo każdego swymi tajemniczymi uśmiechami.

background image

- Mogę pójść z panami? - zapytała, gdy posprzątała ze stołu.

- Oczywiście - Pan Samochodzik zgodził się. - Spotkajmy się na dole, powiedzmy za

pół godziny - zaproponował zerkając na zegarek. - Pójdę na górę zabrać kilka rzeczy...

Szybko wstał i wyszedł.

- Pójdę się przebrać - powiedziała Roksana.

- Odprowadzę panią - zerwałem się z krzesła.

Roksana spojrzała na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz.

- Chodź! - szepnęła kiwając na mnie palcem i słodko uśmiechając się. 

Szła   pierwsza,   otworzyła   drzwi   naprzeciw   restauracji,   odchyliła   ciężką   kotarę   i

zaprosiła mnie do przedpokoju.

- Poczekaj turaj - wskazała mi salon z oknami wychodzącymi na ogród.

Pokój wypełniały stare meble, nie tak ciężkie jak gdańskie, ale wyglądające na solidne,

zdobione oszczędnie, najczęściej ornamentami roślinnymi i tradycyjnie, jak to stare meble,

łączone   bez   jednego   gwoździa.   Stanąłem   przed   oknem,   czubkiem   nosa   prawie   dotykając

firanki.

- Witam pana! - usłyszałem za plecami.

Obróciłem   się   na   pięcie.   W   drzwiach   stała   elegancka   kobieta   w   wieku   około

pięćdziesięciu lat. W niczym nie przypominała swoich rówieśnic mieszkających na wsi. Miała

starannie ułożone  włosy, nienaganny makijaż,  nie skrywała farbami  siwizny. Ubrana była

skromnie, ale schludnie, w spódnicę i białą bluzkę. Patrzyła na mnie tymi samymi oczami,

które miała Roksana, lecz były one jakby odrobinę zamglone.

- Smakował panom obiad? - zapytała uśmiechając się.

- Oczywiście, pani córka pysznie gotuje - zapewniałem.

-   Kuchnia   to   moja   specjalność   -  mama   Roksany  uśmiechała   się,   ale   i   groziła   mi

palcem.

- Grabarowa - podeszła do mnie i podała mi dłoń, którą natychmiast ucałowałem.

- Paweł Daniec - odparłem.

- Niech pan usiądzie - wskazała mi miejsce na krześle koło okrągłego stolika. - Zna

pan tarota?

- Podobno to karty naznaczone grzechem, które pochodzą od Saracenów i po arabsku

nazywały się naib - odpowiedziałem. - Kiedyś oglądałem jakąś talię...

- Ten ktoś wróżył panu? 

- Nie.

- A chce pan znać swoją przyszłość?

background image

- Nie wiem, czy pani zdąży - obejrzałem się na korytarz, gdzie słyszałem krzątaninę

Roksany. - Podejrzewam, że wróżby polegają tylko na głębokiej wierze tego, stawia robi pani

kabałę, a potem on dopasowuje do pani słów wydarzenia, które i tak miałyby miejsce. Wróżba

to wielka sztuka psychologii...

-   Powiem   panu   trzy  rzeczy  -   przerwała   mi   wróżbiarka.   -   Powiem,   kto   jest   pana

wrogiem, co pan będzie robił w ciągu najbliższego miesiąca i co wydarzy się dzisiejszej nocy.

- Dobrze - uśmiechnąłem się pobłażliwie.

Kobieta wyjęła z szuflady w stoliku talię kart, przetasowała ją i kazała mi przełożyć.

Wykonałem polecenie.

- Nie pokażę panu kart - uniosła palec, rozłożyła karty w wachlarz i szybko wybrała

trzy z nich. - Pański wróg to... - odsłoniła jedną z trzech, jej oczy powiększyły się - to ni człek,

ni   zwierz,   to   znak   istoty  dzikiej   i   rozumnej.   Dziwne.   Teraz   co   pan   będzie   robił   w   tym

miesiącu? - zerknęła na kolejną kartę. - Koło fortuny może pana zmiażdżyć, gdy nie będzie

pan uważał. Będzie pan robił rzecz niemożliwą - latał, ale spadnie pan...

- Będę unikał lotów samolotem - roześmiałem się.

- ... i będzie pan tańczył z ogniem - dopowiedziała.

- Mamo, skończ te czary - usłyszałem za sobą głos Roksany.

- Dobrze, dobrze - kobieta była niepocieszona, wstała, żeby odprowadzić nas do drzwi.

Przepuściłem Roksanę, a wtedy jej matka chwyciła mnie za rękaw i przyciągnęła mnie

do siebie.

- Tej nocy stanie się krzywda komuś, kto stanie na drodze jeźdźca na rączym rumaku -

szepnęła.

Wyprostowałem się i wyszedłem do Roksany. Ostatnie słowa jej matki wyglądały jak

ostrzeżenie przed człowiekiem na motorze, bo czyż motor nie był współczesnym rumakiem.

- Bujdy - machnąłem ręką i otrząsnąłem się.

- Masz rację, ale kobiety ze wsi potajemnie przychodzą do mamy i mówią, że się

sprawdza - Roksana uśmiechnęła się do mnie promiennie.

Czekaliśmy przed zajazdem na pana Tomasza, który wyszedł po chwili z małą torbą

na ramieniu.

- Idziemy - rozkazał.

Szliśmy we trójkę mówiąc niewiele. Z daleka widzieliśmy, że przy bramie czekają na

nas   organista,   Niunia   i   Rysiek.   Dzieciaki   na   widok   Roksany   zrobiły   zdziwione   miny.

Organista otworzył drzwi. Kolejny raz przekroczyłem próg świątyni.

Pan Tomasz przeszedł się wzdłuż ścian i wreszcie skupił uwagę na ołtarzu.

background image

- Ma cechy rokoka, wykonany przez Chrystiana Bernarda Schmidta około 1765 roku -

mówił Pan Samochodzik oglądając obiekt z bliska. - Ołtarze boczne autorstwa Jana Schmidta,

brata   Chrystiana   Bernarda.   Obaj   mieli   pracownię   w   Reszlu.   W   ołtarzu   głównym   obraz

świętego   Jodoka,   chowany  na   czas   Wielkanocy,  za   nim   Grób   Pański   z   malowidłami   na

drewnie. Myślałem, że znajdę tu jakiekolwiek ślady starego ołtarza.

Szef wyszedł i zadarł głowę patrząc na strop.

- Co tam jest? - zapytał.

- Rupieciarnia - odpowiedział organista.

- Pawle, byłeś tam? - Pan Samochodzik zwrócił się do mnie. 

- Nie, bałem się, że deski nie wytrzymają - odpowiedziałem.

- Myślisz, że złodziej będzie się tym przejmował? 

Zamilkłem skruszony.

- Gdybym przeszedł po belkach konstrukcji... - nieśmiało zaproponowałem.

- Ja pójdę - oznajmiła Roksana. - Jestem najlżejsza i dorosła - powiedziała widząc, że

młodzi już rwali się na ochotnika do wyprawy.

Szef tylko skinął głową. Musieliśmy wrócić do starej sali katechetycznej, tam znowu

przystawić drabinę i wejść na piętro wieży. Pan Tomasz wręczył Roksanie latarkę.

- Powodzenia - powiedział.

Patrzyliśmy, jak Roksana zwinnie szła po belce stropu święcąc dookoła latarką. Z

mroku wychynęły jakieś stare gazety ułożone w rulony, kufer, pusta, niska półka, klęcznik.

Szła coraz dalej, aż dotarła do końca. Pan Samochodzik wyjął drugą latarkę i poszedł w ślady

dziewczyny.

- Co zrobić, gdy młodzi mają stracha? - mruczał, nim odszedł na tyle daleko, że nie

było go słychać.

Gdy patrzyłem na te wszystkie graty, coś mi się przypomniało.

- Czy to tu pana tata znalazł te stare księgi? - zwróciłem się do organisty.

- Nie wiem - odpowiedział tamten. - Mogę do niego zadzwonić wieczorem i zapytać.

Jest teraz w sanatorium i dopiero przed snem można go złapać w pokoju.

- Będę bardzo wdzięczny - odparłem.

Czekaliśmy   na   powrót   naszej   wyprawy   badawczej.   Oboje   wrócili   z   zakurzonymi

ubraniami i dłońmi.

- Dawno nikt tam nie chodził? - zapytał pan Tomasz.

- Ja tam nigdy nie wchodziłem - przyznał się organista.

- A wy? - szef podpytywał młodzież. 

background image

- Nie!

- A ktoś inny ma klucz do tego pomieszczenia? - Pan Samochodzik wskazał pod nasze

nogi.

- Tylko proboszcz - odpowiedział organista.

- Ale on tam by nie chodził? 

- Nie, bo po co?

-   Ciekawe,   kto   tam   chodził   i   to   całkiem   niedawno?   -   zastanawiał   się   Pan

Samochodzik. - Ciekawe też, jak tu wszedł?

- Co?! - nie dowierzałem słowom szefa.

Wziąłem   od   Roksany   latarkę   i   ruszyłem   na   belkę.   Odległości   między   słupami

podtrzymującymi   dach   starałem   się   przebiec,   by   wędrując   po   szerokiej   na   trzydzieści

centymetrów belce nie stracić równowagi i nie upaść na, jak przypuszczałem, kruche deski. W

najdalszym   kącie   znalazłem   promieniem   latarki   ślady,   odciski   butów.   Tajemniczy   gość

obejrzał dokładnie wszystkie szpargały, przejrzał zawartość kufra, w którym były tylko jakieś

szmaty.

Wróciłem do reszty, śledząc po drodze ślady w kurzu.

- Wszedł przez okno w wieży - oznajmiłem. - To jedyne wejście. Nie wiemy, czy ten

ktoś był złodziejem i wyszedł stąd z łupem, czy nie i będzie szukał dalej.

- Odwrót - zadyrygował pan Tomasz. - W nocy będziemy pilnować kościoła, a jutro

jest sobota i  od rana zajmiemy  się  badaniami  najmniejszych śladów  mogących  pomóc w

rozszyfrowaniu słów o lwie i magu.

Rozeszliśmy się, organista z dziećmi do domu, ja z szefem i Roksaną do „Rancho”. W

swoim pokoju poszedłem pod prysznic, a gdy wyszedłem z łazienki przestraszył mnie dziwny

łomot do szyby. Było już ciemno, ale widziałem, jak do okna dobija się wielka ćma, a na

ścieżce prowadzącej z zajazdu do szosy ujrzałem tylne światełko motoru.

***

Stałem za firanką w ciemnym pokoju i patrzyłem na motocyklistę. Najpierw długo stał

pod   drzewem   i   patrzył   na   okna   hotelu.   Po   kwadransie   zadzwonił   do   kogoś   z   telefonu

komórkowego. W ciemnościach było widać tylko rozświetlony ekranik. W końcu tajemniczy

osobnik wsiadł na motor i odjechał. Po chwili Paweł dyskretnie zapukał do drzwi. Zajrzał do

mojego pokoju.

- Widział pan? - upewniał się.

- Tak i nie myśl, że puszczę cię drugi raz samego pilnować kościoła - odpowiedziałem.

background image

- Panie Tomaszu, będę uważał...

- Postanowiłem - twardo oznajmiłem. - Na pierwszej warcie będę z tobą, na drugiej

zmienią nas organista i jego dzieci.

- Podczas zmiany warty złodziej wszystko zobaczy.

- I o to chodzi.

Umówiliśmy się, o której spotkamy się na tyłach dworku. Potem zeszliśmy na kolację

i znowu obsługiwała nas Roksana.

- Przygotować wałówkę na nocne czuwanie? - zapytała.

- Oczywiście - skinąłem głową.

Dziewczyna od razu przyniosła nam z zaplecza kanapki i termos.

- Powodzenia - powiedziała.

Po posiłku mieliśmy jeszcze godzinę czasu i poświęciłem ją na drzemkę. Spóźniłem

się na spotkanie z Pawłem, bo wpierw musiałem załatwić pewną sprawę. Milczeniem zbyłem

pytające   spojrzenie   podwładnego.   Uważam,   że   czasami   szef   ma   prawo   do   niczym

nieusprawiedliwionych wybryków.

Zajęliśmy pozycje na cmentarzu tak, by widzieć jak najwięcej, a przede wszystkim

siebie nawzajem.

„Alboż i lew czoła nie poddaje magowi?” - jakbyście rozumieli te słowa? Lew mógł

oznaczać silne, królewskie zwierzę, jak i króla w ogóle. Cóż to miałby być za król, który

bałby się maga? Nie ma wątpliwości, że w dawnych czasach siła magów opierała się bardziej

na sile sugestii, znajomości psychologii, kilku sztuczek z fizyki i chemii. Mogli oni znać

kabałę,  tajemnice  mocy kamieni   szlachetnych, ale  nie było  takiego, który nie  uląkłby się

zwykłego katowskiego topora czy dobrze wyposażonej sali tortur.

Druga   sentencja   kryła  w   sobie   tylko   tę  tajemnicę,   że   zapisano   ją   po   arabsku.   Jej

znaczenie najwyraźniej dotyczyło relikwii, kawałka drzewa z krzyża, na którym ukrzyżowano

Jezusa Chrystusa. Wskazówka do ewentualnej skrytki prowadziła poprzez żywot świętego

Jodoka. Ciekawe tylko, czy chodziło o alegorie wymalowane na ołtarzu, czy o podania o jego

cudach?

Gdy tak siedziałem na ławeczce cmentarnej w cieniu pnia wielkiego klonu, skryty za

nagrobkami, przyszła mi do głowa nowa myśl. Miałem przeczucie, że jeżeli organiście...

W tym momencie Paweł zerwał się ze swojego miejsca i popędził ku murowi kościoła.

- Stój! - krzyczał. - Policja! Będę strzelał!

Pospieszyłem w tym samym kierunku. Paweł gnał już między krzyżami za uciekającą

postacią, a może dwiema. Szybko podszedłem do furtki w murze i ujrzałem, jak ubrany na

background image

czarno   osobnik   wskakuje   na   siodełko   motoru,   zapala   silnik   i   ostro   rusza.   Zadowolony

zatarłem ręce i zbiegłem po schodkach do starej szopy na wprost kościoła. Ukryłem w niej

nasz wehikuł, pożyczywszy klucz od sąsiada organisty. Teraz wytoczyłem naszego potwora na

szosę. Zatrzymałem się przy Pawle, który czekał na mnie przy drodze obserwując z uwagą

pobocze.

- Wsiadaj! - otworzyłem mu drzwi.

- Możemy? - usłyszałem z tyłu. 

To był organista z dziećmi.

- Niech pan wsiada, a młodzież niech pilnuje kościoła i w razie czego alarmuje całą

wieś - zadecydowałem.

Niunia   i   Rysiek   mieli   zawiedzione   miny,   ale   posłusznie   pobiegli   pod   górkę.

Wrzuciłem   jedynkę,   dodałem   gazu   i   maszyna   wyskoczyła   do   przodu.   Miała   silnik   auta

rajdowego, ale zmieniłem sekwencję biegów na dłuższą, więc miałem dość czasu na zmianę

biegów. Zwiększało to zużycie paliwa, ale jazda po polskich drogach i zatłoczonych miastach

nie   zamieniała   się   w   koszmar   ciągłego   operowania   biegami.   Zapaliłem   wielkie   owadzie

reflektory   umieszczone   na   masce   z   przodu.   Zaraz   świat   wokół   zamienił   się   w   lodową

pustynię.

Motor mógł odjechać daleko, ale już z rykiem silnika doganialiśmy go za przejazdem

kolejowym.

- Dwa ostre zakręty i skrzyżowanie - poinformował mnie organista.

- Skręci do cyrku? - zastanawiał się Paweł.

Gdy wyjechaliśmy z drugiego zakrętu na wiadukt nad linią kolejową prowadzącą do

Reszla,   ujrzeliśmy   mrożącą   krew   w   żyłach   scenę.   Na   drogę   wybiegł   jakiś   mężczyzna   i

podbiegł w kierunku pędzącego motoru. Ten przyhamował, ale motocyklista obejrzał się na

nas i dodał gazu. Potrącił człowieka na drodze!

- Łajdak! - krzyknął wzburzony Paweł.

- Zostań i wezwij pomoc, zawiadom policję - rozkazałem Pawłowi. - Już! - fuknąłem

widząc, że nie chce wysiąść.

Paweł wysiadł, a ja ruszyłem z piskiem opon. Z doświadczenia wiedziałem, że żaden

motor nie ma szans w pojedynku z samochodem. Wystarczyło być cierpliwym i czekać na

błąd motocyklisty.

- Ile jest stąd do Reszla? - zapytałem organistę.

- Dziewięć kilometrów, głównie proste odcinki. 

- Nie ma bocznych dróg?

background image

- Są, ale liche.

- Dobrze, nie będzie ryzykował licząc, że na prostej nam ucieknie. 

- Przyznaję, że pana auto ma przyspieszenie, ale wygląda jak straszny gruchot.

- I tak ma właśnie być... - uśmiechnąłem się do swoich myśli.

Ile razy w przeszłości przeciwnicy lekceważyli wygląd mojego wehikułu i spotykała

ich potem za to sroga kara. Dodałem jeszcze gazu i przy ponad stu kilometrach na godzinę

silnik astona martina dopiero zaczynał żyć swoim rytmem. Gdy jechałem wolniej, czasami

żalił  się pojękując zaworami, prychając niezadowolony, kiedy staliśmy przed sygnalizacją

świetlną.

Teraz bez trudu dopędziłem motor.

- Nie ma tablic rejestracyjnych - zauważyłem.

- To jakaś dziwna przeróbka - stwierdził organista zerkając mi przez ramię.

Próbowałem wyprzedzić uciekiniera, ale ten nagle zajechał mi drogę. Zatrąbiłem i

powtórzyłem   manewr   -   z   tym   samym   skutkiem.   Z   prawej   tak   samo.   Nie   ryzykowałem

ocierania się o drzewa i jechałem środkiem świecąc motocykliście długimi światłami.

- Dzwonił pan do taty? - zapytałem organistę.

- Tak. Bardzo dziwił się, że go o to pytam.

- Powiedział, gdzie znalazł księgi?

- Tak, na stryszku zakrystii. Wchodzi się tam z zewnątrz.

Z daleka widziałem światła Reszla,  zaraz też zmieniłem światła na krótsze, bo na

drodze stała blokada policyjna: dwa terenowe UAZ-y tarasujące drogę i trzech policjantów z

pistoletami.

W tym momencie motocyklista skręcił w prawo i wyskoczył na łąkę. Hamowałem tak,

by stanąć przodem do łąki i oświetlić uciekiniera. Ten z wielką wprawą przeskakiwał przez

wszystkie nierówności i szybko zniknął w mroku.

- Pan Samochodzik? - zapytał mnie dowódca blokady. 

- Tak.

- Dzwonili z Warszawy, że mamy panu we wszystkim pomagać. Zaraz zorganizujemy

obławę - funkcjonariusz zasalutował i odszedł.

- To pan ma takie znajomości - dziwił się organista. 

Zjechałem na pobocze i zadzwoniłem do Pawła.

- Zawieźli go do szpitala w Biskupcu - meldował mój podwładny. - To był Kosa.

Lekarz mówił, że może z tego nie wyjść. Zaraz pójdę do cyrku i zobaczę, kogo nie ma.

- Nie idź! - krzyknąłem. - Sam to zrobię, a ty wracaj do „Rancho”. Natychmiast!

background image

- Dlaczego?

- Później ci powiem.

Rozłączyłem się i zawróciłem do Sątop. O dziwo, wokół cyrku panowały ciemności.

Tylko   psy   zamknięte   w   specjalnych   wybiegach   szczekały   niemiłosiernie.   Trąbiłem

klaksonem,   wołałem   -   nikt   się   nie   zjawiał.   Wreszcie   po   jakimś   czasie   nadbiegł   chłop   z

zagrody stojącej tuż przy torach.

-   Co   się  pan   po  nocy  tarabanisz?!   -  warknął.  -   O,   to   pan   -   złagodniał  na  widok

organisty.

- Jestem z Ministerstwa Kultury i Sztuki, przyjechałem na kontrolę... - skłamałem.

-   Tu   nikogo   nie   ma   -   odpowiedział   rolnik.   -   Dziś   po   południu   gdzieś   wszyscy

pojechali,   został   tylko   cięć,   ale   może   mu   coś   się   stało,   bo   widziałem,   jak   tu   karetka

przyjechała. Co robić? - chwycił się za głowę.

-   Proszę   poczekać   do   rana,   a   wtedy   policja   już   coś   z   tym   zrobi   -   uspokoiłem

mężczyznę.

Odwiozłem organistę pod kościół i kazałem mu zabrać dzieci do domu. Pojechałem do

hotelu, gdzie przed schodami czekał na mnie Paweł.

- I co? - dopytywał się. 

- Nic.

- Jak to?

- Nikogo nie ma. Był tylko Kosa, który teraz leży w szpitalu.

- W cyrku było pusto? - dziwił się Paweł. 

- Tak.

- Wszyscy są zamieszani w kradzieże - ocenił mój podwładny.

- Mogą być co najwyżej podejrzani - strofowałem go. 

- Co teraz robimy?

- Uruchamiamy plan „B”.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

SCHOWEK NAD ZAKRYSTIĄ • CZYM JEST PLAN „B”? • SPOTKANIE Z

MISIKIEWICZEM • SKRYTKA W FIGURZE • ZNACZENIE OBRAZÓW Z

OŁTARZA • ROZMOWA KWALIFIKACYJNA • MOJA NOWA PRACA

Dopiero   po   kilku   dniach   dowiedziałem   się,   co   oznaczał   plan   „B”   w   rozumieniu

mojego   szefa.   Pan   Tomasz   uparcie   milczał   nie   zdradzając   swych   zamiarów.   Nazajutrz

poszliśmy pod wejście na stryszek zakrystii. Organista przyniósł drabinę i przystawił ją do

muru.

- Policjanci złapali tego bandziora? - organista zapytał Pana Samochodzika.

- Nie - odpowiedział szef. - Porzucił motocykl, a psy zgubiły trop.

- To może tam już nie ma po co wchodzić?

- Mam nadzieję, że jest - szef poważnie kiwał głową patrząc na Roksanę, Niunię i

Ryśka.

Ruszyłem pierwszy do otwartych drzwiczek. Wchodząc po szczeblach zastanawiałem

się,   jak   złodziej   mógł   tu   dotrzeć?   Chyba   tylko   wykorzystując   brakujące   cegły,   kraty  na

okienku. Włamywacz musiał być świetnie wygimnastykowany.

Zaświeciłem latarką do wnętrza pomieszczenia. Było niskie, zakurzone. Miało około

dziewięciu   metrów   kwadratowych   powierzchni.   Pyłki   unoszące   się   w   powietrzu   pod

wpływem słabych podmuchów powietrza poruszały się jak wielka chmara planktonu, drażniąc

nos.   Gdy   nie   wytrzymałem   i   kichnąłem,   powstało   nowe   kłębowisko   kurzu.   Szef   miał

niesamowity dar - doskonałą intuicję. To tu musiały stać figurki zdemontowane ze starego

ołtarza.   Zostały   tylko   dwie   z   trzech.   Były   w   strasznym   stanie:   z   dziurami,   wyblakłą   i

miejscami niewidoczną polichromią.

Wyjrzałem na zewnątrz.

- Są! - krzyknąłem.

- Ile? - od razu zapytał szef.

- Dwie.

- Tak myślałem.

Na   drabinę   weszli   Rysiek   i   organista   i   utworzyli   żywy   łańcuch,   który

przetransportował na dół figury. Obie miały około metra wysokości i mogłem się domyślać,

że jedna z nich to święty Jodok.

background image

Z latarką w dłoni dokładnie penetrowałem zgromadzone na małej przestrzeni meble i

skrzynie. Były tam stare pisma, książki, listy. Ostrożnie przełożyłem papiery do skrzyń, które

znosił organista. Pan Tomasz był zajęty oglądaniem rzeźb, a wszyscy zaglądali do skrzynek

ciekawi, czy nie ma tam żadnych skarbów. Szef ograniczył się jedynie do ostrzeżenia, by

niczego nie ruszać.

Zszedłem powoli na dół. Otrzepywałem kurz i podszedłem do Pana Samochodzika.

- Co teraz robimy? - zapytałem go.

- Jedziemy do muzeum w O. - odpowiedział. - Tam zdeponujemy nasze znalezisko.

- Widać, że pokrzyżowaliśmy plany Ćmy.

- Nie, to on stał się ofiarą rutyny.

O dziwo, szef kazał mi czym prędzej zejść do „Rancho” i tam czekać na siebie. Poszła

ze mną Roksana. Pożegnała mnie przy wejściu do restauracji. Chwilę stałem na korytarzu

patrząc, jak dziewczyna krząta się za barem. Wtedy za mną skrzypnęły drzwi. Ujrzałem twarz

mamy Roksany.

- A nie mówiłam? - szepnęła i zamknęła drzwi.

Rzeczywiście, tej nocy Kosa stanął na drodze człowieka na motorze i drogo przyszło

mu zapłacić za ten czyn. Otrząsnąłem się z ponurych myśli.

- Przypadek - machnąłem ręką i poszedłem do siebie spakować się.

Pan Samochodzik zjawił się po półgodzinie. Kazał mi pilnować wehikułu ze skarbami

w bagażniku, sam zebrał swoje rzeczy z pokoju, zapłacił Roksanie za pobyt i dołączył do

mnie.

- Schowaj się! - rozkazał, gdy ruszaliśmy.

- O co chodzi?! - pytałem zdumiony.

- Dowiesz się w swoim czasie.

Po   godzinie   dojechaliśmy   do   O.   gdzie   w   muzeum   spędziliśmy   czas   do   wieczora

spisując protokół przekazania eksponatów. Przed północą wróciliśmy do Warszawy. Do O.

mieliśmy   przybyć   za   kilka   dni   po   wykonaniu   specjalistycznych   ekspertyz   i   doraźnych

konserwacji.

***

Po kilku tygodniach szef zaprosił  mnie na  spacer po mieście. Rozpoczął  się maj,

ciepły, słoneczny. Usiedliśmy na tarasie kawiarni, która jako pierwsza wystawiła stoliki dla

spragnionych słońca   klientów.   Za  nami   szumiał  wąż   samochodów,   przed  nami   pączkami

listków pyszniła się zieleń parku Agrykola.

background image

- Pamiętasz o planie „B”? - zapytał mnie Pan Samochodzik, gdy podano nam kawę.

- Myślałem, że nie złapaliśmy Ćmy, ale odzyskaliśmy rzeźby i stare księgi - zdziwiłem

się.

- Tak, jutro pojedziemy obejrzeć obiekty.

- Takie ciekawe? 

- Tak.

Wtedy  do  naszego  stolika   dosiadł   się   Misikiewicz,  policjant   z   Komendy  Głównej

Policji.

- Dzień dobry! - przywitał nas.

- Słyszeli panowie o Kosie? - zapytał.

-   Nie   -   odpowiedział   szef.   -   Czyjego   stan   się   pogorszył?   Myślałem,   że   będzie

zeznawał.

- Tak jak przewidywali lekarze, zmarł dziś rano - policjant smutno pokiwał głową - w

wyniku ran odniesionych w wypadku z motocyklem. Oznacza to, że motocyklista, włamywacz

Ćma, jest mordercą.

- Wpadliście na jakiś ślad prowadzący do przestępcy? - podpytywałem policjanta.

- Tak - z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął wycinek z lokalnej gazety ukazującej

się w Toruniu i podał mi go.

-  Cyrk „Titanic”  poszukuje   konserwatora  „złotej   rączki”   - czytałem.  - Szybko  się

uwinęli. Dziś Kosa zmarł i dziś ogłoszenie w gazecie?

- To anons sprzed trzech dni - wyjaśnił Misikiewicz. - Dyrektor cyrku kontaktował się

ze szpitalem, był nawet u Kosy osobiście. Nie mógł z nim porozmawiać, bo poszkodowany

był nieprzytomny. Wiedział, że Kosa szybko nie wydobrzeje. Jest jeszcze coś, co wyjaśnił mi

znajomy, znający obyczaje cyrkowców. W tym światku nikt nie poszukuje ludzi do pracy

przez ogłoszenie prasowe, bo środowisko zna się doskonale. Zatrudnianie kogoś spoza branży

to tylko grzanie stanowiska dla Kosy. Gdyby ten wydobrzał, to jego zmiennik wyleciałby z

roboty.

- Znaleźli chętnych? - wypytywałem.

- Jeszcze nie - odparł Misikiewicz.

- Ale znam jednego bardzo zainteresowanego - dodał szef z uśmiechem.

- Ja?! - zdziwiłem się.

- Możemy wprowadzić naszego wywiadowcę... - wtrącił Misikiewicz.

- Może Ćma odszedł z cyrku? - upewniałem się.

Misikiewicz wyjął notatnik z kieszeni kurtki.

background image

- W cyrku już jest ustalony skład. Ci sami, co byli na zimowisku w Sątopach, do tego

woltyżerka z mężem, balet, brazylijska grupa akrobatyczna i „Clans”.

- „Clans” to...

- Taniec z ogniem - Misikiewicz czytał notatki.

- Dużo mają tego tańca, nawet balet - dziwiłem się.

- To jakieś dziewczyny, które postanowiły dorobić, występują w przerwach. Wie pan,

zwierzątka dla dzieci, balecik dla tatusiów - policjant znacząco uśmiechnął się.

- Jak rozumiem, krąg naszych podejrzanych to dwaj klowni i sztukmistrz.

- Dyrektor i jego małpa - szef dodał z uśmiechem.

- Tak, zapomnieliśmy o małpie - roześmiał się Misikiewicz. - W każdym razie mógłby

pan   dołączyć   do   grupy   i   rozpracować   Ćmę.   Moje   wątpliwości   budzi   jedynie   fakt,   że

włamywacz mógł być spoza cyrku, a tylko współpracował z Kosą. Na czas gdy miało miejsce

włamanie do kościoła w Sątopach, wszyscy artyści mają w miarę wiarygodne alibi.

- Jakie? - zaciekawiłem się.

- Świętowali w nocnym lokalu w O. podpisanie kontraktów na ten sezon.

- Gdzie planują tegoroczne występy? - zapytał szef. 

Misikiewicz znowu sięgnął po notatki.

- Bierzgłowo, Golub-Dobrzyń, Pokrzywno, Radzyń Chełmiński, to w maju.

-   Ciekawe   -   pan   Tomasz   zadumał   się.   -   Co,   drogi,   Pawle   mówią   ci   te   nazwy

miejscowości?

- Parę z tych miejscowości znanych jest z zamków - powiedziałem.

-   Starych   zamków   -   podkreślił   szef.   -   Ziemia   chełmińska,   pierwsze   posiadłości

krzyżackie. Czyżby Ćma miał kolejne zlecenie?

- Panie Tomaszu, jestem pewien, że cyrk to fałszywy trop, zwłaszcza teraz, po śmierci

Kosy.   Co   prawda   ten   sztukmistrz   ma   zachlapaną   kartotekę,   podrabiał   czeki,   a   jeden   z

klownów miał problemy z alkoholem, ale jestem przekonany, że Ćma to ktoś z zewnątrz.

Zgadzam się jednak, że trzeba sprawdzić wszystkie tropy. Pan Paweł to pański pracownik... -

policjant patrzył na mnie wyczekująco.

- Zgoda, ale po dwóch tygodniach, jak nic nie zauważę, wracam do normalnego życia -

zastrzegłem.

- Oczywiście - powiedział pan Tomasz.

- Proszę - policjant podał mi kopertę wyjętą z kieszeni.

***

background image

Paweł   pojechał   na   rozmowę   kwalifikacyjną   do   Torunia,   a   ja   odbyłem   podróż   do

muzeum   w   O.   Wprowadzono   mnie   do   pracowni   konserwatorskiej,   gdzie   rozejrzałem   się

szukając rzeźb, ale ich nie było.

-   Wywieźliśmy  je   do   Torunia   -   wyjaśnił   kustosz,   wysoki,   łysiejący,   z   brodą   i   w

okularach.   -   Mamy   porozumienie   z   Instytutem   Konserwatorstwa   Uniwersytetu   Mikołaja

Kopernika, że studenci pod kierunkiem profesorów wykonują dla nas konserwacje jako swoje

prace   dyplomowe.   Te   dwie   rzeźby   wymagały   natychmiastowej   pomocy,   podobnie   jak

znalezione tam woluminy. Nawet ich nie wertowaliśmy, tylko wysłaliśmy „na leczenie” do

komory próżniowej. Jedna rzecz została przez nas zachowana specjalnie dla pana.

Kustosz podszedł do biurka i sięgnął po tekturową teczkę. Rozwiązałem kokardę - w

środku były fotokopie starej księgi i płyta CD.

-  Zgraliśmy kopie   zdjęć  na   płytę  -  wyjaśnił  kustosz.   -  Proszę   -  podał   mi  kolejne

zdjęcia.

Przedstawiały one rzeźbę świętego Jodoka z otwartą księgą w dłoni.

- Zna pan arabski? - zapytał mnie kustosz. 

- Nie.

- Tu jest tłumaczenie - muzealnik szukał kartki na biurku. 

Przyglądałem   się   kolejnym   zdjęciom   figury   zniszczonej   przez   czas   i   szkodniki.

Zastanawiałem się, po co potrzebna była mi znajomość języka arabskiego. Może powielono

gdzieś zapis zamalowany na obrazie?

- Tu - kustosz znalazł tłumaczenie.

- Skupiony w pokorze znajdę drogę do skarbu Twego - przeczytałem. - Ładne. Gdzie

panowie tu znaleźli?

Kustosz bez słowa wskazał na fotografię księgi. Przyglądałem się ilustracji.

- Tak po prostu? - zdziwiłem się.

- Trzeba było odwrócić do góry nogami - kustosz pokazał mi jak i wtedy rzeczywiście

ujrzałem charakterystyczne arabskie „robaczki”.

- Skąd na średniowiecznym ołtarzu arabskie inskrypcje? - zastanawiałem się.

- To zagadka w sam raz dla pana - kustosz uśmiechnął się. - Może to coś panu wyjaśni

- postukał palcem w fotokopie. - Znaleźliśmy to w podstawie figury w przemyślnej skrytce.

- Jak ją znaleźliście?

- Przez przypadek, podczas wycierania kurzu nasza pracownica nacisnęła tu - kustosz

odnalazł w pliku odpowiednie zdjęcie. W powiększeniu widać było fragment płaskorzeźby

otaczającej stopień, na którym stała figura. Jakieś zwierzę klęczało tam przed człowiekiem.

background image

- Alboż i lew czoła nie poddaje magowi? - głośno wypowiedziałem to, co napisano na

lamówce stroju rycerza z obrazu na ołtarzu.

- Zarysy figur są niewyraźne - odezwał się kustosz. - Nie wiem, co studenci z tego

zrobią. Trzeba było nacisnąć głowy zwierzęcia i człowieka, by usunąć bolce podtrzymujące

od   wewnątrz   klapę   zamykającą   skrytkę.   Nie   rozumiem,   po   co   takie   zabiegi   w

średniowiecznym ołtarzu, co to za księga, bo dopiero zacząłem studiować fotokopie tekstu.

To jakaś kronika dotycząca Ziemi Świętej, jakby opowieść pielgrzyma.

Już to wystarczyło, bym wszystko skojarzył. Artysta tworzący ołtarz namalował postać

rycerza zakonnika, na którego płaszczu była wypisana wskazówka, że aby dotrzeć do relikwii,

należy studiować żywot świętego Jodoka. Jednak słowa te zostały zamalowane, a jak odbiorca

tych słów miałby je odkryć? Mógł jedynie spróbować rozszyfrować łacińskie litery zapisane

na lamówce płaszcza. Dalej ten ktoś znajdował księgę i studiował ją, a w niej zapewne były

kolejne wskazówki. Ciekawe, kim był więc twórca ołtarza, skąd znał język arabski, kto miał

być odbiorcą wskazówek i czemu to wszystko schowano akurat w kościele w Sątopach?

Podziękowałem   kustoszowi   za   pomoc,   kopie,   nagranie   na   płycie   i   postanowiłem

odnaleźć   panią   kustosz,   z   którą   kilka   dni   wcześniej   rozmawiałem   o   ołtarzu.   Niestety,

wyjechała za granicę,  więc pozostało  mi skorzystać z  muzealnej  czytelni  i  tam poszukać

szczegółowych informacji o ołtarzu.

Dłuższy czas szukałem albumów dotyczących sztuki sakralnej. Musiałem wykonać

analizę porównawczą. Dobrze, że przed wyjazdem z Warszawy zamówiłem odbitki ze zdjęć

zrobionych   w   magazynie   muzealnym.   Korzystałem   też   z   rysunków   z   artykułu,   który   mi

wcześniej pokazywała kustosz.

Rzeczą   tradycyjną   i   powszechną   w   późnogotyckiej   sztuce   ołtarzowej   była   Santa

Conversatione, czyli umieszczanie w szafie trzech wolno stojących figur. Najczęściej była to

Madonna w otoczeniu dwóch świętych. Bogate złocenia miały nadawać blasku i jednocześnie

odrealniać   święte  postaci.   Ołtarz   był poświęcony  świętemu   Jodokowi,   więc  sceny  z   jego

życia:   Modlitwę,   Cud   ze   źródłem,   Nakarmienie   ubogich,   Uzdrowienie   niewidomej,

przedstawiono na wrotach najbliżej centrum.

Pierwsza   scena,   Modlitwa,   przedstawiała   Jodoka   czytającego   księgę.   Święty   jest

ukazany przed pustelnią, z której okna wygląda Wulmar, jego uczeń. U stóp świętego leżą

insygnia   królewskie,   znak,   że   zrezygnował   z   władzy  wybierając   kapelusz   pielgrzymi   (na

głowie świętego) i laskę. Przed świątobliwym mężem klęczą: sarna, jeleń, zając i... groźny

lew!

- No, ładnie - powiedziałem sam do siebie, aż bibliotekarka zerknęła na mnie.

background image

- W czymś panu pomóc? - zapytała uprzejmie.

- Nie, właśnie znalazłem interesującą mnie rzecz - wyjaśniłem.

Byliśmy sami w czytelni, więc pozwoliłem sobie na głośną rozmowę. Wziąłem do ręki

następne   zdjęcie,   przedstawiające   scenę   z   cudownym  wytryśnięciem  źródła.   Jodok   akurat

oderwał laskę od skały, z której tryska woda, ma skupioną twarz, oczy zapatrzone w dal, jakby

niedostrzegające ludzi, a jest tu ta arcyciekawa postać z zasłoniętą twarzą, zamalowanym

napisem, krzyżem na płaszczu i ukrytą na lamówce wskazówką. Dotychczas historycy sztuki

interpretowali  te  nieskładne,  niewiele  znaczące  litery jako  nieudolnie  przerysowane przez

analfabetę.   Jedna   próba   rozszyfrowania   napisu,   nim   dotarto   do   niewidocznych   liter,

prowadziła   do   zwrotu   „In   Leiden   Fromm”,   co   miałoby   oznaczać   człowieka   skromnego,

dlatego zamaskowanego, fundatora ołtarza. Może rzeczywiście był to fundator, krzyżowiec,

który w ten sposób dziękował za opiekę opiekunowi pielgrzymów?

Kolejna   scena   przedstawiała   legendę,   jak   Jodok   odjął   sobie   od   ust,   by   nakarmić

ubogich, a wkrótce do brzegu - gdzie przebywał - dobiły cztery łodzie wypełnione jadłem.

Owych nakarmionych żebraków przedstawiono pod postacią Chrystusa, z typowymi w tym

okresie   atrybutami:   aureolą   z   krzyżem   i   stygmatami.   Jeden   z   podróżnych,   kaleka,   jest

doskonale widoczny, trzej już odchodzą. Znaczenie takiego przedstawienia żebraków kryje się

w słowach Chrystusa z Ewangelii świętego Mateusza: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z

tych   braci   moich   najmniejszych,   mnieście   uczynili”.   Ostatni   obraz   z   uzdrowieniem

niewidomej wodą z naczynia, z którego przed chwilą pił święty Jodok, jest mocno zniszczony

i   prawie   nieczytelny.   Autorka   inwentaryzacji   ołtarza   zwróciła   uwagę   na   jeszcze   jeden

szczegół. W scenie pasyjnej Ukrzyżowania znajdował się mężczyzna sprawiający wrażenie

osoby z zewnątrz, niezaangażowanej w to, co działo się wokół niego. Patrzy on na widza, z

lekkim uśmiechem i w przeciwieństwie do pozostałych osób nie jest przedstawiony z profilu,

tylko en face. Miał to być autor ołtarza.

Przyglądałem się zdjęciom przez lupę i zaskoczyło mnie podobieństwo owego autora z

człowiekiem zamaskowanym. Tym co zwróciło moją uwagę, był wyraz ich oczu.

Zabrałem się teraz do poszukiwania inspiracji, szkoły, w której dorastał autor ołtarza z

Sątop, do analizy porównawczej dzieł z tamtego okresu. Niewątpliwie było to dzieło, jak na

ówczesne   czasy   bardzo   dobre,   świetnie   skomponowane.   Po   pierwsze,   artysta   stosował

czytelny podział obrazów, w których występowały po bokach dwie grupy ludzi, a oś symetrii

stanowiła   jedna   osoba,   często   postać   Chrystusa,   wolna   przestrzeń   lub   na   przykład  maszt

statku.

Postacie były ostro zarysowane, wyraźnie odcinające się od tła. Malarz świetnie znał

background image

anatomię ciała człowieka, doskonale radził  sobie z rysami twarzy. W „Gotische Malerei”

Stangego   i   „Deutsche   Staatenbildung   und   Deutsche   Kultur   im   Preussenlande”   Schmidta

znalazłem   reprodukcje   dwóch   obrazów   z   ołtarza   przyszpitalnego   w   Królewcu.   O   dziwo,

sposób   kompozycji   obrazów,   szczegóły   ubiorów,   a   nawet   postać   siepacza   z   opaską   na

nogawicy przypominały jako żywo obrazy z Sątop. Dalej wertowałem albumy, aż wreszcie tuż

przed zamknięciem biblioteki byłem prawie pewien. Artysta, autor ołtarza z Sątop, jakiś czas

przebywał   w   warsztacie   Mistrza   z   Gościszowic,   jednak   jego   kolebką   artystyczną   była

Norymberga i warsztat Wolgemutha.

„Skoro   kult   świętego   Jodoka   był   powszechny   na   Śląsku,   to   kapituła   fromborska

sprowadziła stamtąd artystę do wykonania ołtarza poświęconego tej postaci” - pomyślałem.

Wciąż nie znałem nazwiska autora, ale miałem nadzieję, że fotokopia księgi znalezionej w

rzeźbie dostarczy mi nowych śladów.

***

Namiot   cyrku   „Titanic”   stał   na   obrzeżu   wielkiego   osiedla   bloków   w   Toruniu.

Dotarłem tam autobusem z dworca kolejowego. Miłą, młodą dziewczynę w kasie zapytałem o

drogę do wozu dyrektora. Była tak zwinna, że wychynęła do połowy przez maleńkie okienko i

wytłumaczyła mi, jak dojść do szefa „Titanica”. Podziękowałem jej promiennym uśmiechem,

z   podziwem   patrząc   na   jej   zgrabne   ramiona   i   talię   rysujące   się   pod   skąpą   bluzeczką   na

ramiączkach.

Wóz kempingowy dyrektora cyrku różnił się od pozostałych nalepką z bananem na

szybie. Zapukałem do drzwi. Odpowiedziała mi cisza. Nacisnąłem klamkę i zajrzałem do

środka. Było pusto, jeśli nie liczyć małpy, która siedziała za składanym stołem i przekładała

karty. Wyglądało to tak, jakby układała pasjansa. Roześmiałem się.

- Czemu ludzie widząc małpę zawsze się śmieją? - usłyszałem za sobą stary, ale silny

męski głos.

Obejrzałem się. Przede mną stał starszy pan, po pięćdziesiątce, z siwymi włosami,

wąsem, lekko na końcu podwiniętym. Miał niebieskie oczy, mocno zarysowany podbródek.

Był   średniego   wzrostu   i   średniej   budowy   ciała.   W   eleganckich   spodniach,   czarnych

pantoflach, białej koszuli,  kamizelce z apaszką pod szyją wyglądał jak szlachcic zacnego

rodu.

- Bo widzimy w nich odbicie własnych słabości - odpowiedziałem. 

Dyrektor, pan Ludwik, o którym opowiadała mi Niunia, tylko się uśmiechnął.

-   Przepraszam   -   wskazałem   na   otwarte   drzwi   -   nie   miałem   zamiaru   wchodzić

background image

nieproszony.

- W porządku - dyrektor machnął ręką. - Widziałem pana. 

Zaprosił mnie do środka.

- Złaź, mały - powiedział do małpy.

Szympans zerknął na niego, zrobił poważną minę, jakby się obraził i zszedł.

- Pan w sprawie pracy? - zapytał mnie dyrektor. 

- Tak.

- Gdzie pan wcześniej pracował?

Wyjąłem z kieszeni przygotowane mi przez Misikiewicza zaświadczenia. Wszystkie

fałszywe, nawet nie wiedziałem, że nasza policja potrafi przygotować taką legendę. Czytałem

o tym w powieściach szpiegowskich.

- Pan Paweł Trznadelski? - upewnił się dyrektor zerkając w papiery.

- Tak.

- Sporo pan szkół zaliczył. Liceum, technikum samochodowe, elektromechaniczne -

nigdzie dłużej niż dwa lata.

- Tak.

- Maturę pan ma?

- Nie - odpowiedziałem niepewnie. 

- Dziwne...

- Szybko mnie wzięli do wojska.

- ...dziwne, bo wygląda pan na inteligentnego człowieka. W jakim wojsku pan służył?

- W polskim, w jednostce powietrzno-desantowej.

- Komandos?

- Prawie - uśmiechnąłem się.

- Pracował pan w... - dyrektor wrócił do przeglądania papierów. 

- Nieźle! Po kolei mamy tu: warsztat samochodowy, budowa - zakładanie elektryki,

muzeum - konserwator... To było pięć lat temu. Co pan przez ten czas robił?

- Byłem w legii cudzoziemskiej - bąknąłem.

- Ładnie... - dyrektor zamyślił się. - Uprawnienia pan ma?

- Mam - zapewniłem.

- Pokaże pan.

- Gdzieś się podziały... Musiałem szybko wyjeżdżać z Polski... Trafiła się okazją z tą

legią...

- Niech mnie pan nie oszukuje! - dyrektor trzasnął otwartą dłonią w blat stołu. - Do

background image

legii można trafić w każdej chwili. Coś pan namotał w tym muzeum?

- Znajomy mnie namówił i taką jedną rzecz z magazynu wzięliśmy. Było zakurzone,

jakby tego nikt nie oglądał. Kumpel mówił, że się nie zorientują. Zrobiła się afera, psy zaczęły

tropić, chodzić za mną, to wyjechałem.

- Szczerość i lojalność cenię najbardziej - mruknął dyrektor.

- Trznadelski to pana prawdziwe nazwisko?

- Tak - uśmiechnąłem się. - W legii nikt nie potrafił tego wymówić.

- To jak tam na pana wołali?

- Małpa, bo niby taki zwinny byłem.

- Świetnie, Małpa, jesteś przyjęty do pracy.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

HISTORIA TAJEMNICZEJ RELIKWII • JAK KRZYŻACY OSIEDLI W ZIEMI

CHEŁMIŃSKIEJ? • NOWY DOM W CYRKU „TITANIC” • POZNAJĘ KOLEGÓW Z

PRACY • WYJAZD NA ZAKUPY • KLOWN BĘDZIE CZEKAŁ PRZY KAPLICZCE

Dokonałem   wyboru   i   tłumaczenia   fragmentów   kroniki   Ansberta   z   Lamberku.

Tłumaczenie   łaciny   średniowiecznej   na   język   polski   jest   trudne,   dlatego   starałem   się

maksymalnie uprościć tekst. Nie miałem też zbyt wiele czasu, bo nie chciałem, by Paweł

jechał do nowej pracy ze stosem fotokopii. Lepiej, aby zapoznał się z tekstem w drodze do

Torunia.

Zgon   Nur   ad-Dina   i   niespodziewana   śmierć   Amalryka   I   pomogły   Saladynowi

rozwikłać skomplikowaną sytuację i zyskać na czasie przed marszem na północ. Saladyn był

sunnickim   wezyrem   w   szyickim   Egipcie,   jednak   szybko   przekonał   lud   do   swej   wiary,

Fatymidów zamknął w pałacu, by tam oddawali się swym bezecnym rozkoszom.

Saladyn zajął się budową armii, a czerpał z europejskich wzorców rozdając skromne

lenna wojskowe. Miało to tylko jedną wadę - w okresie żniw armia traciła ochotę do walki, bo

każdy wojownik sam musiał pracować w polu. Najbardziej doborowymi oddziałami Saladyna

stali się kurdyjscy sukmanowcy. Kolejnym dziełem Saladyna było wskrzeszenie idei , świętej

wojny”   -   dżihadu.   Jego   fanatyczni   wojownicy   stawali   się   więc   męczennikami   walki   z

niewiernymi. (...)

Tak   oto   na   wiosnę   1187   roku   rozpoczęła   się   wojna   tragiczna,   bo   zwycięska   dla

Saladyna. Armia krzyżowców liczyła podobno osiemnaście tysięcy z czego tylko cztery tysiące

konnicy.   Armia   Saladyna   nie   była   liczniejsza,   lecz   miała   więcej   konnych.   Obie   armie

rozdzielał suchy płaskowyż, którego pokonanie oznaczało całodzienny marsz bez wody. Król

Rajmund III, którego żona z nieliczną załogą broniła zamku Tyberiady odradzał ten marsz.

Wtedy   wielki   mistrz   templariuszy   w   nocy   namówił   króla   do   marszu.   Wierzył   w   siłę

przedmiotu, który w specjalnym relikwiarzu miał Strażnik Relikwii.

Tej nocy działy się na pustyni dziwne rzeczy: konie nie chciały pić, stara wiedźma

obiegała obóz krzyżowców i złorzeczyła. W najgorszej porze, przed świtem rycerstwo ruszyło

w drogę. Szli na wschód jałową doliną między wzgórzami o nazwie „Rogi Hattin” a brzegami

Jeziora Tyberiadzkiego. Templariusze szli na końcu pochodu, w najbardziej niebezpiecznej

background image

części kolumny nękanej atakami Saracenów.

W środku dnia zrobiono następny błąd, zatrzymując się na biwak we wsi, w której

wszystkie studnie wyschły do cna. Muzułmanie otoczyli krzyżowców. Tam templariusz zakopał

swą relikwię, by po bitwie, wzięty do niewoli umrzeć przy palu umęczony przez derwiszów.

(...)

We wrześniu 1187 roku Saladyn stanął pod murami Jerozolimy. (...) 2 października

miasto miało się poddać, a ludzie wykupić za cenę podaną przez Saladyna. (...)

Wieść o klęsce pod Hittinem przyszła do Europy razem z pierwszymi uciekinierami. W

samą   porę   odżyła   sława   dawnych   normańskich   najeźdźców,   bo   król   Sycylii,   Wilhelm   II,

wysłał rycerzy na pomoc oblężonemu Tyrowi. (...)

Niech chwała będzie cesarzowi Fryderykowi I Barbarossie za to, że na Wielkanoc

1189 roku w Ratyzbonie nad Dunajem zebrała się wielka armia. Było w niej ośmiu biskupów,

dwudziestu  dziewięciu  hrabiów.   Wśród  rycerstwa  był   stryj  mój,  Olaf  z   Lamberku,   rycerz

czeski, którego opowieści posłużyły mi do spisania tej kroniki. Czeskimi wojskami dowodził

książę Depold, którego oddział razem z węgierskim stanowił przednią straż armii cesarskiej.

(...)

Wyprawa cesarza Fryderyka przeszła przez ziemie węgierskie i serbskie, aż w Tracji

wjechała do Bizancjum. Krzyżowcy plądrowali dookoła wszystko, umierając od chorób, a

potem od podjazdów Turków. Rok po wyjściu krucjata starła się z Turkami pod Ikonium,

gromiąc   to   szatańskie   plemię.   Wkrótce   spotkało   wyprawę   wielkie   nieszczęście.   W   rzece

Kalykadnos   koło   Seleukii   cesarz   Fryderyk   utonął   podczas   przeprawy.   Wielu   nas   wtedy

zdradziło, uciekło do domów i drugi syn Barbarossy, Fryderyk, poprowadził nas ku chwałę

oręża. Jakoż na początku 1191 roku i Fryderyk zmarł w Akce, a resztki naszych rycerzy

utworzyły zakon. Tam mieszczanie z Bremy i Lubeki, odbywszy pielgrzymkę do Ziemi Świętej

w Akce, założyli szpital pomagający wojskom walczącym z muzułmanami. Wtedy też podjęto

starania, by papież nadal szpitalowi  regułę zakonu jerozolimskiego joannitów w zakresie

opieki nad pielgrzymami oraz templariuszy dla utrzymania reguł wspólnoty rycerskiej.

Wcześniej,   w   1143   roku,   papież   Celestyn   II   wydał   dwie   bulle   adresowane   do

Raymonda de Puy, mistrza zakonu joannitów, i braci szpitala jerozolimskiego na Niemcy.

Nakazano w nich braciom z Niemiec podległość joannitom oraz obsadzanie godności przeora

szpitala ludźmi narodowości niemieckiej. Już w 1198 roku Zakon Najświętszej Marii Panny

Domu Niemieckiego usamodzielnił się i stał się zakonem rycerskim. Wielu naszych rycerzy,

którzy ocaleli, przystąpiło do tego zakonu, by w słusznej sprawie służyć Bogu i Cesarstwu.

Służba   w   zakonie   oferowała   rycerzom   dwie   najważniejsze   rzeczy   dla   średniowiecznego

background image

wojownika:   sławę   i   łupy   w   wojnach,   władzę   na   kolejnych   szczeblach   kariery   i   chwalę

krzyżowca za walkę z poganami.

Stryj mój na łożu śmierci przyznał, że przywdzianie płaszcza zakonnego było dla niego

odkupieniem win, jakie poczynił. Skłoniła go do tego także śmierć księcia naszego, Depolda.

Nie w smak było niemieckiemu rycerstwu służyć pod dowództwem francuskiego króla Filipa

II Augusta czy angielskiego Ryszarda I Lwie Serce. (...)

Po nieudanych rokowaniach Ryszarda Lwie Serce z Saracenami armia wyruszyła w

listopadzie   1191   roku   na   południe.   Po   Bożym   Narodzeniu   byliśmy   w   połowie   drogi   do

Jerozolimy, a pod mury Świętego Miasta dotarliśmy w styczniu roku następnego i wtedy starsi

z zakonów przekonali króla, że szturm oznacza klęskę, nawet jeżeli miasto zostanie zdobyte.

Po drodze wygraliśmy bitwę pod Arsuf, a to dzięki taktyce twardego trwania przeciw atakom

Saracenów,   Gdy   ci   byli   zmęczeni   kolejnymi   atakami   na   szeregi   pancernych,   wtedy   król

porwał rycerstwo do zwycięskiego boju. Po walkach o Jaffę zawarto pokój z Saladynem.

Pielgrzymi mogli podróżować do Jerozolimy. Stryj mój w tym czasie zdobył sławę dzielnego

zakonnika i został przez samego mistrza wysłany na Węgry. W 1211 roku król węgierski

Andrzej   II   nadał   jego   zakonowi   ziemie   w   zamian   za   obietnicę   obrony   przed   najazdami

wojowniczych   Połowców.   Stryj   angażował   się   w   wypady   na   terytorium   przeciwnika,   w

budowę silnych grodów, lecz król węgierski widząc rosnącąpotęgę Zakonu, przegnał stryja i

braci jego. Stryj towarzyszył dworowi w wyprawie do Ziemi Świętej w 1217 roku i dotarł pod

Damiettę, gdzie króla już zabrakło, a gdzie syn Saladyna za odstąpienie od oblężenia obiecał

relikwię najświętszą - zdobiony złotem kawałek „ Prawdziwego Krzyża „, przywieziony spod

Hittinu.

Stryj mój  w Palestynie będąc na targu  spotkał  pewnego starego  Sara-cena, który

opowiadał o bitwie pod Hittinem. On to za kilka sztuk złotych monet wyjawił pewien sekret:

„Templariusz na torturach powiedział o białym kamieniu z czerwonym krzyżem, który kryje

krwawą tajemnicę”.

Stryj mój za zgodą mistrza krajowego w przebraniu, z zaufanymi sługami, wybrał się

na pustynię, pod Hittinem. Dwa miesiące szukali w okolicy udając karawanę kupiecką. Gdy

znaleźli kamień, ruszyli go, znaleźli drewnianą szkatułę - stryj mówił, że rzecz najświętszą.

W drodze do zamku ich karawana została napadnięta przez zamaskowany oddział i

tylko stryjowi udało się zbiec. W Jerozolimie skrytobójcy próbowali go pojmać i zabić. Wtedy

to starsi zakonu zdecydowali, że stryj powinien wyjechać z Ziemi Świętej. Tym razem jako

zwykły pielgrzym popłynął statkiem do Wenecji, skąd odebrali go bracia nasi i odprowadzili

w  nowe  miejsce,  gdzie  miał  powstać  zamek potężny,  a siła   Krzyża   Świętego  razić  miała

background image

pogan.

Stryj mój w drodze odwiedził strony rodzinne, a potem przybył do zamku w ziemi

chełmińskiej. Tam zręcznie ukrył skarb, zostawiając tylko wskazówkę: „Podążaj za Jodokiem,

by znaleźć drzewo najświętsze, nasz skarb największy”.

Pod ostatnim akapitem było trzy czwarte pustej strony i tam ktoś, zupełnie innym

charakterem pisma, niewprawną ręką wpisał:

To jedyne co wiem, choć i dziadek mój otruty w Toruniu, ojciec zamordowany w

Rogoźnie   i   ja,   najmłodszy   z   synów   jego,   szukałem   tego,   ale   nie   znalazłem,   umrę   więc

skończywszy dzieło życia mego.

Paweł po przeczytaniu tego tekstu po powrocie z Torunia opowiedział mi o swoim

pierwszym spotkaniu z nowym pracodawcą.

- I co sądzisz o tej kronice? - zapytałem go, gdy skończył czytać.

- Z tego co słyszałem, relikwii z Krzyżem Świętym krążyło w średniowieczu wiele,

lecz nie wszystkie zostały uznane przez Kościół - odpowiedział.

- Zgadzam się, ale jak myślisz, gdzie stryj autora kroniki ukrył to co przywiózł?

- Czemu  pan przypuszcza,  że  on to ukrył?  Może relikwia, jeżeli  to  o nią chodzi,

znajdowała się w skarbcu czy kościele zakonnym. Może zaginęła przez te wszystkie lata?

- Czego więc szukaliby potomkowie krzyżowca?

-   Nie   wiem   -   Paweł   wzruszył  ramionami.   -   Mrzonki,   ułudy.  Pan   wydaje   się   być

pewien, że ta relikwia istnieje.

- Tak - odparłem moszcząc się wygodnie w fotelu. - Konrad Mazowiecki po naradzie z

wielmożami postanowił sprowadzić Krzyżaków do walki z najazdami pruskimi. To Krzyżacy

byli zakonem, do którego wstąpił krzyżowiec z Czech. Książę Konrad 23 kwietnia 1228 roku

nadał   Krzyżakom   ziemię   chełmińską,   a   biskup   pruski   Chrystian   uwolnił   dobra   nadane

Zakonowi  od  płacenia   dziesięciny.  W   tym  samym  roku  do  grodu  nazwanego  Vogelsang,

najprawdopodobniej   na   terenie   obecnego   Torunia,   przybyło   trzech   pierwszych   braci

zakonnych, a po dwóch latach - kolejnych siedmiu. Zakonnikom towarzyszyli giermkowie i

służący.  Pierwszą   wyprawę  wojenną   na   Prusów   Krzyżacy  zorganizowali   zimą   1233/1234

roku. Wybrali tę porę roku, bo w puszczach trudniej było się ukryć pruskim wojownikom,

rzeki, jeziora i bagna były zamarznięte, a na śniegu zostawały ślady wroga. W bitwie nad

rzeką Dzierzgoń Krzyżacy dzięki wsparciu polskich książąt odnieśli zwycięstwo. Wkrótce

background image

zajęli   gród   w   Kwidzynie   i   tu   założyli   miasto.   Później   Krzyżacy   realizowali   identyczne

scenariusze. Najeżdżali pruskie grody, zajmowali je, budowali tam swe strażnice i zamki, z

których przeprowadzali wyprawy wojenne. Cały czas korzystali z pomocy chrześcijańskich

rycerzy, głównie z księstw niemieckich.

- Myśli pan, że trzeba szukać w Kwidzynie? - zastanawiał się Paweł.

- Nie, trzeba poszukać jednego z pierwszych krzyżackich zamków, nie jakiejś tam

strażnicy, tylko solidnej twierdzy...

- I to się szczęśliwie pokrywa z trasą przejazdu mojego cyrku - Paweł uśmiechnął się

ironicznie.

- Tak - wskazałem mu mapę. - Tam podano, kiedy wybudowano zamki na tamtym

terenie.

- Uważa pan, że to nie przypadek, że ktoś z cyrku, może Ćma, próbował odnaleźć

rzeźby  z   ołtarza,   zapewne   dobrać   się   do   wskazówek,   a   następnie   pod   przykrywką   trasy

artystycznej cyrku odszukać skarb?

- Tak - poważnie kiwnąłem głową.

***

Po tej rozmowie z panem Tomaszem pojechałem do siebie i jak zwykle przed długim

wyjazdem zrobiłem porządek w domu. Tradycyjnie uprosiłem sąsiadkę z trzeciego piętra,

chyba starą pannę, by przyjęła do siebie moje dwa kwiatki na przechowanie. Nie były to jakieś

szczególnie   cenne   gatunki   -   zwykłe   kaktusy,   ale   gdyby   i   one   uschły,   nie   miałbym   w

mieszkaniu   już   nic   żywego.   Przed   snem   spakowałem   swoje   rzeczy,   nastawiłem   budzik.

Wstałem   skoro   świt,   na   śniadanie   zrobiłem   jajecznicę   z   resztek   jajek,   jakie   miałem   w

lodówce, i pojechałem na dworzec. Pociągiem dojechałem do Torunia, a tam autobusem do

cyrku. Całą drogę myślałem o dalszym ciągu dyskusji z Panem Samochodzikiem. Mój szef

uważał,   że   zleceniodawca   Ćmy wiedział,   co  jest   ceną  w  grze   i   włamywacz  dalej   będzie

działał. Ja byłem zdania, że owszem, złodziej będzie aktywny, ale jak dotychczas skupi się na

kradzieżach dzieł sztuki. „Miej oczy szeroko otwarte” - powiedział szef na pożegnanie.

Cyrk   „Titanic”   stał   tam   gdzie   wczoraj.   Rano   cyrkowcy   krzątali   się   po   namiocie

szykując się do próby. Na twarzy pana Ludwika, dyrektora, zakwitł uśmiech na mój widok.

-   Myślałem,   Małpa,   że   zrezygnujesz   -   powiedział   witając   mnie.   -   Fortuny  tu   nie

zarobisz.

-   Wiem,   ale   i   tak   nie   mam   innej   roboty,   a   zawsze   trochę   świata   zobaczę   -

odpowiedziałem.

background image

- Chodź,  pokażę  ci   twój  wóz kempingowy - dyrektor  pociągnął  mnie   za  ramię.  -

Odziedziczysz go po tragicznie zmarłym koledze. Mam nadzieję, że nie boisz się duchów?

- Nie wierzę w nie.

- I dobrze. Wysprzątałem go.

Po chwili stanęliśmy przed moim przyszłym domem. Wóz był niewielki, zbudowany

na podwoziu forda w wersji pick-up. W szoferce, na szerokim siedzeniu mogły siedzieć nawet

trzy osoby. Automatyczna skrzynia biegów była umieszczona przy kierownicy.

- Ma potężny silnik Diesla, więc pociągniesz jedną z przyczep, niewielką - tłumaczył

mi dyrektor.

Pomieszczenie   mieszkalne   miało   rozkładany   tapczan   po   prawej   stronie,   kuchenkę

gazową i szafki po lewej, schowek i pawlacz w zabudowie nad szoferką.

- Wystarczy?

- Tak - odparłem.

- O jedenastej przyjdź do namiotu, przed próbą poznasz zespół.

Miałem kwadrans wolnego. Rzuciłem worek na łóżko i zacząłem przeszukiwać szafki,

poszukując   potencjalnych   skrytek.   Faktycznie,   wóz   był   gruntownie   oczyszczony,   nie

znalazłem   tu   nawet   najmniejszego   śmiecia.   Jednocześnie   odkryłem,   że   Kosa,   poprzedni

właściciel,   sam   wykonał   mieszkalną   nadbudowę   wozu.   Miałem   przeczucie,   że   było   tu

miejsce, o którego istnieniu nie wiedział nikt z cyrkowców, a tym bardziej Ćma, którego Kosa

był chyba wspólnikiem.

Punktualnie, w roboczym stroju, to znaczy w wojskowych drelichach, stawiłem się w

namiocie cyrkowym. Z zewnątrz nie wyglądał na obszerny, w środku wydawał się ogromny.

W rzeczywistości miał może 12 metrów wysokości i około 50 metrów średnicy, z czego

połowę   stanowiła   arena.   Zespół   cyrkowy   był   zajęty   rozgrzewką   lub   pogaduszkami   w

pierwszych rzędach widowni. Dyrektor na mój widok zaklaskał w dłonie chcąc zwrócić na

siebie uwagę.

-   Proszę   państwa,   uwaga!  -   wołał.  -   Chciałem   wam   przedstawić   naszego   nowego

pracownika. Jak wiecie, Kosa zginął w wypadku, ale znaleźliśmy odpowiedniego człowieka

na jego miejsce. To Małpa, taką ksywę miał w legii cudzoziemskiej.

Szybko zlustrowałem towarzystwo. Pierwszy rzucił mi się w oczy sztukmistrz. Był po

czterdziestce, łysiejący. Postawą i wyrazem twarzy przypominał zbankrutowanego arystokratę

i w dodatku nosił białą koszulę i muszkę. Te muszki podczas naszej podróży zmieniały się jak

w  kalejdoskopie.  Sztukmistrz  miał  sceniczny  przydomek  Black  Hand   - Czarna  Ręka,  ale

wszyscy mówili do niego Czarek lub Cezary. Obok niego siedzieli dwaj klowni. Poznałem ich

background image

po uśmiechniętych minach i niedomytym po wczorajszym przedstawieniu makijażu. Obaj byli

blondynami około trzydziestki. Dobrali się na zasadzie przeciwieństw. Gruby i wysoki miał

na imię Bartek, drugi, chudy i niski - Darek, ale i tak wszyscy nazywali ich Gruby i Chudy.

Pan   Ludwik   przedstawił   mi   z   kolei   grupę   akrobatyczną,   trzech   trapezistów,

Brazylijczyków, braci, podobnych do siebie. Byli uśmiechnięci, mieli chłodne spojrzenie i

czarne jak węgiel oczy i włosy. Nazywali się: Pedro, Auco i Sevro. Ich popisowym numerem

było salto mortale.

Pięć dziewczyn z baletu prezentowało różne typy urody, ale łączyło je jedno - były

piękne,  zgrabne, wygimnastykowane. Dowodziła   nimi  Monika,  dziewczyna  z  jasnymi  jak

perły   włosami,   dużymi   niebieskimi   oczami   i   czarującym   uśmiechem.   Byłem   pewien,   że

podczas występów to ona przykuwała wzrok wszystkich mężczyzn.

Iwan  i   Katia  byli  Rosjanami,   treserami   koni.  Małżeństwo   cyrkowe  było  szczupłe,

oboje mieli wysportowane sylwetki, widać było, że w zespole stanowili podgrupę. Jak się

szybko przekonałem, cechował ich absolutny profesjonalizm w tym co robili.

Na końcu poznałem grupę „Clans”, żonglerów - tancerzy z ogniem. Ich szefem był

Kąjtek,   któremu   towarzyszyły   Kasia   i   Dorota.   Kajtek   miał   wygoloną   na   łyso   głowę   z

zostawionym z tyłu długim kosmykiem włosów. Twarz jego znaczyły blizny, ślady oparzeń.

Przed   występami   część   z   nich   maskował   pudrem.   Dziewczyny   były   dwudziestoletnimi

siostrami,   wysokimi,   zgrabnymi   brunetkami,   o   długich   kręconych   włosach.   Kasia   miała

brązowe, a Dorota zielone oczy.

- W której jednostce legii byłeś? - zapytał mnie sztukmistrz Cezary.

- W pułku spadochroniarzy cudzoziemskich.

- Masz we wszystkim zastąpić Kosę? - pytała Monika. 

- Tak.

- Przyjdź do mnie, trzeba mi szafkę naprawić.

- Dobrze - obiecałem.

Iwan podszedł do mnie z kartką z bloku technicznego. Był na niej wyrysowany zegar z

czynnościami,   jakie   powinienem   wykonać   przy   zwierzętach   o   określonej   porze.   Moim

zadaniem było donoszenie jedzenia i wody oraz czyszczenie klatek i boksów. Pedro, dobrze

mówiący po polsku, także dał mi kartkę, ale o wiele większą.

- Ty się nauczyć tego do śniadań - powiedział kalecząc język polski.

Rozwinąłem rulon. Był to schemat trapezu.

- Ty pomagać nam budować trapez - wyjaśnił Pedro.

Z kolejnych rozmów wynikało, że wolnego czasu na poszukiwanie Ćmy będę miał

background image

bardzo   mało.   Miałem   nadzieję,   że   jak   już   wykryję  włamywacza,   to   śledzenie   go  będzie

łatwiejsze, tym bardziej że krąg podejrzanych był ograniczony w zasadzie do uczestników

zimowania cyrku: klownów, sztukmistrza i dyrektora.

- Jeszcze jedno, wypadam z występów, przynajmniej na początku trasy - przemówił

dyrektor. - Papilio mi zachorował. Może wyjdę z nim do dzieci przed koncertem, ale żadnego

numeru cyrkowego z nim nie zrobię.

Wszyscy   wyrazili   ubolewanie   z   powodu   stanu   zdrowia   szympansa.   Następnie

wpadłem w młyn pracy. Kajtek pouczał mnie na temat zasad ubezpieczania podczas występu

jego   grupy.   Potem   to   samo   omówiłem   z   Brazylijczykami,   z   którymi   rozmawiałem   po

angielsku. Przed wieczorem doniosłem do klatek jedzenie i wodę. Wtedy też znalazł mnie

dyrektor.

- Małpa! - krzyknął. - Masz zapasy na trasę?

- Nie - zdziwiłem się.

- No to jedź do supermarketu. Jeszcze zdążysz. 

Byłem trochę  zakłopotany i odruchowo  szukałem  portfela, by  sprawdzić,  ile  mam

pieniędzy. Dyrektor zrozumiał to opacznie.

-   Masz   tu   zaliczkę   -   dał   mi   dwa   stuzłotowe   banknoty.   -   Kup   konserwy,   wodę

mineralną,   soki.  Resztę   zawsze   dokupisz   na  trasie.   I  jeszcze   kup  sobie   coś   -  wymownie

przymrużył oko. - W pracy nie wolno pić, ale jeden głębszy przed snem, po nocnej jeździe,

nie zaszkodzi.

- Dobrze - kiwnąłem głową.

Okazało  się, że  do sklepu na zakupy  jedzie  też  Monika. Ta,  oprócz  wspólnego  z

koleżankami wozu mieszkalnego miała też samochód terenowy. Przebrałem się i pojechałem

z nią.

- Jak było w legii? - zapytała, gdy tylko wyjechaliśmy z terenu cyrku.

- Ciężko, ale jak człowiek przywyknął... - grałem twardziela.

- Słyszałam, że tam w wolnych chwilach to tylko wino, kobiety i śpiew.

- Prawda.

- A gdzie dziewczyny są najpiękniejsze?

- Na pustyni. Gdy człowiek wraca do bazy po dwóch tygodniach w piachu z kolegami,

którzy gadają tylko o jednym, to potem każda dziewczyna jest piękna - roześmiałem się na

koniec.

Monika chyba nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Wydęła wargi niezadowolona.

- Skakałeś na spadochronie? - pytała dalej.

background image

- Tak - tym razem mówiłem prawdę.

- Walczyłeś, strzelałeś do ludzi? 

- Tak.

- Jakie to uczucie?

- Marne. Tylko psychopata czułby zadowolenie. Strzelając do człowieka widać jego

lęk,   czuć   strach,   taki   sam   jak   twój.   Na   wojnie   nie   jest   się   sobą,   potem   szuka   się

usprawiedliwienia   swoich   czynów.   Niestety,   człowiek   potrafi   być   najokrutniejszym

drapieżnikiem w przyrodzie.

- Czemu?

- Żadne zwierzę nie zabija dla samej chęci zabijania. Popatrz, w ilu wojnach giną

bezbronni ludzie. To są ofiary morderców, zbrodniarzy.

Zajechaliśmy   pod   sklep.   Tam   Monika   podpowiedziała   mi,   jakie   zrobić   zakupy.

Widziałem, że sama nie żałowała sobie niczego i kupowała to co najlepsze. Hitem mojego

koszyka okazała się konserwa z boczku, którą kiedyś jadłem na Mazurach i wtedy smakowała

mi wyśmienicie. Żeby nie wzbudzić podejrzliwości koleżanki kupiłem też trochę alkoholu.

Wróciliśmy, podziękowałem Monice i pobiegłem znowu przebrać się w strój neutralny

- czarny, w którym mogłem wykonywać prace, ale i znaleźć się w razie czego na scenie.

Podczas pierwszego występu stałem za kurtyną czekając na znak, czy będę potrzebny.

Starałem się też dostrzec jakieś dziwne, tajemnicze zachowanie - ślad Ćmy. Nagle usłyszałem

zdanie, które mnie zelektryzowało.

-   Po   drugim   występie   pojadę   przed   wszystkimi   i   będę   czekał   przy   kapliczce   -

powiedział chudy klown do kolegi.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

KOLEJNA WYPRAWA WEHIKUŁEM • ROZMOWA Z LEŚNICZYM • SPOTKANIE

Z DRUHEM RAFAŁEM • CZY JESTEM SŁYNNYM PANEM SAMOCHODZIKIEM?

• WIZYTA W SALONIKU MONIKI • NOCNY PRZEJAZD • GADATLIWA

WSPÓŁPASAŻERKA • PUSTA KAPLICZKA

Po wyjściu Pawła spakowałem swoje rzeczy, namiot, przygotowałem listę spraw do

załatwienia   w   biurze.   Wstałem   wcześnie,   pojechałem   do   ministerstwa.   Przed   budynkiem

stałych bywalców już nie dziwił widok mojego nowego wehikułu. Starsi traktowali wygląd

pokracznego wozu jako wyraz dziwactwa emeryta, a młodzi czasami rzucali zwroty w stylu:

„cool   wozik”,  „ale   facet   ma   wkręt”,   „ludzie   mają   polewkę  z   niego”.   Zanotowałem   je   w

pamięci, by zapytać Pawła, cóż mogą oznaczać te dziwne słowa.

Panna   Monika,   moja   sekretarka   była   przyzwyczajona   do   tego,   że   często   nagle

wyjeżdżam w teren. Widząc moją zadowoloną minę czuła, że kroi się kolejna przygoda.

- Dokąd teraz? - zapytała.

- Do zamków krzyżackich na ziemi chełmińskiej - odpowiedziałem. 

- Na jak długo?

- Aż rozwiążę zagadkę - odparłem.

Sekretarka szybko przygotowała delegację, którą bezzwłocznie podpisała przełożona

naszego departamentu. Na stacji benzynowej uzupełniłem paliwo. Bak mieścił 75 litrów i nie

bez   powodu,   bo   nasz   pojazd   niczym   ciężarówka   potrafił   palić   nawet   15   litrów   w   ruchu

miejskim. Jeszcze nocą studiowałem mapę, trasę przejazdu cyrku i zaplanowałem swoją bazę

wypadową   w   samym   środku   rejonu   interesującego   cyrkowców.   Stamtąd   chciałem

organizować wyjazdy do poszczególnych zamków, żeby być tam przed Ćmą, który, o czym

byłem święcie przekonany, poruszał się razem z kolumną innych pojazdów „Titanica”.

Na   mapie   wypatrzyłem   niewielkie   jeziorko   otoczone   lasem,   dwa   kilometry   od

Radzynia Chełmińskiego i tam chciałem poszukać miejsca na obóz. Jeszcze rano udało mi się

wyjechać z Warszawy.

Spokojnie   jechałem   trasą   na   Toruń,   mijany   przez   samochody   spieszących   się

kierowców. Niekiedy młodzi pasażerowie oglądali się za moim wehikułem.

Z prawdziwą radością zjechałem z głównej drogi, by dojechać do miejsca mojego

przyszłego   obozowiska   nad   Jeziorem   Lamberskim.   Gdy   patrzyło   się   na   nie   na   mapie,

background image

przypominało kształtem łabędzia z bagnistym, poszarpanym jak pióra zachodnim brzegiem,

wygiętą szyją zatoki ciągnącej się na północny wschód i przesmykiem na południu i łączącym

główny akwen z południowym jeziorkiem nazwanym rzecz jasna Lamberskim Małym, które

wyglądało jak płetwa króla ptaków. U nasady łabędziej szyi upatrzyłem sobie dobre miejsce

na   biwak.   Najpierw   w   leśniczówce   zapytałem   o   pozwolenie.   Leśniczy,   młody   człowiek,

trochę dziwił się mojej prośbie.

- A nie spali mi pan lasu? - zapytał.

-   Nie   -   a   na   dowód   pokazałem   mu   swoją   legitymację   Ligi   Ochrony   Przyrody,

Społecznego Strażnika Przyrody i na koniec służbową.

- Pan tu przyjechał w sprawach zawodowych? - dopytywał się leśnik.

- Tak, ale chciałbym zachować anonimowość - odpowiedziałem.

- Tajna misja? - leśnik popatrzył na mnie jak na wariata.

Starając   się   nie   zdradzać   tajemnic   służbowych   wyjaśniłem   leśniczemu,   na   czym

polega moja praca i jakie zadanie sprowadza mnie w te okolice.

- A tak, w naszej okolicy jest sporo kapliczek ze starymi rzeźbami - powiedział i

pokazał mi na mapie ich lokalizację.

Leśniczówka była na przeciwległym brzegu łabędziej szyi i mogłem wjechać do wody

wehikułem, by jak amfibią przeprawić się na drugą stronę, ale wolałem na razie nie zdradzać

walorów mojego pojazdu. Byłem przekonany, że leśnik mówiąc o mnie będzie wymownie

malował kółko na czole.

Znalazłem niewielką polankę otoczoną sześcioma sosnami. Przodem do leśnej drogi

zaparkowałem wehikuł, a w cieniu wysokiego maliniaka rozstawiłem stary, czteroosobowy

namiot.   Musiałem   go   wielokrotnie   łatać,   zszywać.   Miałem   już   kilka   wzorów   śledzi

dokupowanych przez wiele lat w miejsce zgubionych lub zniszczonych. Uważałem, że w

moim   wieku   nie   ma   już   sensu   kupować   nowego   namiotu,   a   stary   przypominał   mi   lata

młodzieńcze, pierwsze przygody.

Zadowolony z wiosennej, wspaniałej, słonecznej pogody wystawiłem przed domek

kuchenkę gazową i przygotowałem sobie makaron muszelki i jajecznicę. Potem z kubkiem

gorącej herbaty usiadłem na kocu pod drzewem i zapatrzony w wodę myślałem o tym, jakie

powinienem poczynić kroki. Wtedy ciszę zakłócił terkot traktora i okrzyki młodzieży.

Początkowo   przeraziłem   się,   że   ktoś   postanowił   rozbić   obóz   tu   gdzie   i   ja.

Odetchnąłem z ulgą na widok harcerskich mundurków, bo z druhami zawsze udawało mi się

jakoś   ułożyć   sobie   życie.   Mogłem   nawet   czerpać   korzyści   z   obecności   harcerzy,   którzy

mieliby przy okazji oko na mój namiot. Uśmiechnąłem się do wysokiego dryblasa z ogoloną

background image

na łyso głową, wystającą żuchwą, w wojskowym stroju, z zawiniętymi rękawami bluzy.

- Czuwaj! - przywitałem go.

- Czuwaj! - odparł. - Pan tu od dawna? 

- Od dziś.

- To nie miał pan szansy spotkać naszego patrolu. Byliśmy tu wczoraj.

Z doświadczenia doskonale wiedziałem, co teraz nastąpi. Młodzi ludzie już dawno

upatrzyli sobie to miejsce i teraz dryblasa czekała trudna operacja uprzejmego wyproszenia

mnie. Dotąd ustępowałem, teraz postanowiłem, że będzie inaczej.

- Upatrzyłem sobie ten zakątek na mapie już tydzień temu - oświadczyłem.

- Ale to my byliśmy pierwsi...

- Bardzo się cieszę, że byliście tu wczoraj i jak prawdziwi turyści nie zostawiliście po

sobie nawet jednego śmiecia, lecz są specjalne znaki... Teraz to już inne harcerstwo, czego

innego was uczą - żartowałem zachowując powagę.

Młodzian stropił się. Chyba podświadomie czuł, że robię go w konia, ale szacunek dla

starszych nie pozwalał mu polemizować. Postanowił grać na zwłokę.

- Pan pewnie stary harcerz? 

- Zawsze sympatyzowałem z harcerzami.

- Lubi pan ciszę? 

- Tak.

- Przyrodę?

- Oczywiście. Na tyle, żeby widzieć pod twoimi butami ledwo dyszącego z braku tlenu

opliszka tatarskiego...

Dryblas odskoczył, pochylił się nad miejscem, gdzie przed chwilą stał. 

- Gdzie on jest?

-   Wymyśliłem   tego   niezwykle   rzadkiego   owada   występującego   tylko   w   jednym

egzemplarzu.

Harcerz spojrzał na mnie spode łba.

- Lubi pan ciszę, przyrodę i dowcipy - prawie wysyczał. - To pewnie spodoba się panu

towarzystwo setki harcerzy, którzy dookoła pana wybudują obóz. Tu - wskazał łachę piasku

na brzegu - będzie nasza plaża. Niech pan nie przejmuje się chlupotem, bo będziemy kąpać

się turami, nigdy w sto osób na raz. Tam - tym razem palec wskazujący druha był wycelowany

dwadzieścia   metrów   ode   mnie,   za   moje   plecy   -   będzie   plac   apelowy.   Rano   zbiórka,

wieczorem   zbiórka.   Do   tego   alarmy,   nocne   marsze,   śpiewy,   bo   my   -   proszę   pana   -

organizujemy kurs dla zastępowych.

background image

- Bardzo się z tego cieszę - odpowiedziałem. 

- Nie wyprowadzi się pan z tego miejsca?

- Ani mi się śni. Harcerze kochają ciszę i spokój jak i ja.

- Sam pan zrezygnuje. Jest tak jak pan powiedział, ale setki młodziaków nie da się

upilnować.

- Zobaczymy.

Dryblas   odwrócił   się   na   pięcie   do   grupy   podobnych   do   niego,   tylko   młodszych

młodzieńców   i   traktorzysty   spokojnie   ćmiącego   papierosa.   Na   przyczepie   były   ogromne

płachty namiotów obozowych.

Harcerze szybko rozstawili namioty w wachlarz wokół mnie. Na przyczepie mieli też

drągi i ścięte pnie młodych drzew, dar od leśnika, które wykorzystali do budowy bramy, wieży

wartowniczej przy brzegu oraz parkanu.

Dryblas jeszcze raz przyszedł do mnie.

- Pan ma samochód? - zagadnął mnie.

- Owszem - podniosłem wzrok znad książek. - Mało jeżdżę. 

- A gdzie wygodniej panu będzie jeździć przez bramę? Młodzian pokazał mi saperką

przed   siebie,   dwie   lokalizacje   do   wyboru.   Wskazałem   na   jedną   z   nich   i   spokojnie   dalej

oddawałem się lekturze.

Wieczorem smażyłem na oleju ziemniaki i wtedy trzeci raz tego dnia do mojego obozu

wszedł dryblas.

- Zrobiłem inaczej -oznajmił. - Zostawiłem panu przejazd przy brzegu jeziora, żeby

nie musiał pan przejeżdżać przez nasz obóz.

- Dziękuję - skłoniłem się.

Widziałem, że harcerze nie byli złymi ludźmi i to ja pokrzyżowałem ich misterne

plany. Byłem przecież niezbyt dokuczliwym sąsiadem i byłem ciekaw, jak dryblas zareaguje

na tę przeciwność losu.

Po kolacji wiedziałem już, dokąd muszę pojechać, aby sprawdzić swe przypuszczenia

i zasnąłem w przekonaniu, że od jutra ostro wezmę się do roboty.

Budząc się rano ujrzałem na ścianie namiotu dwa cienie osób stojących na zewnątrz.

Zerknąłem na zegarek. Była siódma, trochę za późno na nocne napady, ale kto wie. Sięgnąłem

do   plecaka   po   straszak,   który  jeśli   nie   straszył  wyglądem,   to   przynajmniej   hukiem   mógł

zwrócić uwagę ludzi w okolicy. Ostrożnie wyjrzałem przez szparę powstałą po rozsunięciu

zamka w wejściu. Na trawie stali ubrani w harcerskie mundury Niunia i Rysio.

-   Druhu   Rafale!   -  zawołali   widząc,   że   dałem   znak   życia.  Cofnąłem   się   chowając

background image

pistolet, przeczesując ręką włosy i przecierając oczy. Wyszedłem na dwór ubrany w pidżamę.

- Co tu robicie? - zdziwiłem się.

- Jesteśmy na obozie - odpowiedziała Niunia.

- To on - Rysiek zameldował dryblasowi, druhowi Rafałowi, gdy ten nadszedł.

- To pan jest sławnym Panem Samochodzikiem? - z niedowierzaniem zapytał dryblas.

- Nie wiem, czy sławnym, ale wiele osób wciąż nazywa mnie Panem Samochodzikiem

- odpowiedziałem. - Donosiciel - szepnąłem do Rysia. 

Chłopak zawstydził się i spuścił wzrok.

- Czemu pan od razu nie powiedział? - pytał druh Rafał.

-   Po   pierwsze,   nie   za   bardzo   lubię   swój   przydomek.   Po   drugie,   jak   to   sobie

wyobrażasz,   że   od   razu   będę   każdemu   mówił:   „Dzień   dobry,   jestem   sławnym   Panem

Samochodzikiem”? Po trzecie, uważam, że to kim jestem nie zmienia postaci rzeczy. Żyjemy

w wolnym kraju i każdy może obozować gdzie chce, a od nas samych zależy, czy potrafimy

współżyć, czy na przykład straszyć.

Rafał chyba pojął przytyk, bo przyznał mi rację kiwając głową.

-   Rysio   i   Niunia   mówili,   ze   będą   panu   pomagać   w   pracy  -   odezwał   się   Rafał.   -

Zgadzam się, ale później muszą douczyć się od kolegów.

Byłem zaskoczony takim obrotem sprawy. Spojrzałem na dzieciaki.

- Nie zdążyliśmy jeszcze panu powiedzieć... - zaczęła Niunia. 

Rodzeństwo z lękiem w oczach istot przyłapanych na kłamstwie patrzyło raz na mnie,

raz na Rafała.

-Jeżeli będziecie grzeczni - z druhem wpadliśmy na ten sam pomysł.

- ...i będziecie mieli dobre wyniki w szkoleniu - dokończył Rafał. - Kombinowaliście,

więc teraz za karę, na „dzień dobry”, czeka was dodatkowy dyżur w kuchni.

Młodzi czmychnęli mówiąc mi „do widzenia”.

-   Przepraszam   i   jak   będzie   potrzebna   panu   nasza   pomoc,   to   jesteśmy   gotowi   -

zapowiedział Rafał, nim odszedł.

Dwudniowy chleb przywieziony z Warszawy był już czerstwy. Wiedziałem, że przez

najbliższe dni będę jadł tylko naturalne i zdrowe rzeczy, więc jakoś przełknąłem kanapki z

pasztetem i mocną kawę. Potem wsiadłem do samochodu i odjechałem do pierwszego zamku,

który zamierzałem zbadać.

***

Nie dowierzałem własnemu szczęściu. Już pierwszego dnia pracy wpadłem na trop

background image

Ćmy, którym mogli okazać się klowni. W przerwie między występami pomagałem Iwanowi

przy   zwierzętach,   potem   przyszykowałem   swój   wóz   do   drogi   i   już   był   czas   drugiego

wieczornego występu. Znowu trwałem za kurtyną, oczekując na to kiedy będę potrzebny.

Widziałem, jak klown Darek zmył makijaż, wsiadł do samochodu osobowego i odjechał. Nie

mogłem   ruszyć   za   nim.   Musiałem   odczekać,   aż   skończy   się   pokaz   baleciku   Moniki.

Rozbrzmiały brawa i dziewczyny przebiegały koło mnie. Wiedziałem, że teraz miałem dwie

godziny wolnego do czasu, gdy zaczniemy zwijać namiot i ruszymy w drogę.

- Chodź, Małpko - usłyszałem, gdy Monika pociągnęła mnie za sobą. Była rozgrzana

tańcem, pachniało od niej odurzającymi perfumami.

W   wozie   kempingowym,   który   zajmowała   z   dziewczynami   miała   oddzielne

pomieszczenie z osobnym wejściem. Zaciągnęła mnie do siebie zamykając zamek za sobą.

Obejrzałem się na nią, usłyszawszy trzask przesuwanej zasuwy.

- To, żeby nie było głupich plotek, jak ktoś by nas zaskoczył - tłumaczyła Monika.

Wzrokiem wodziłem po zabałaganionym wnętrzu, gdzie walały się stroje estradowe,

ubrania, bielizna.

-   Będą   jeszcze   większe,   gdy   okaże   się,   że   byliśmy   za   zamkniętymi   drzwiami   -

mruknąłem.

- Niech gadają - Monika machnęła lekceważąco ręką.

- Gdzie ta szafa? - zapytałem sięgając do przybornika na narzędzia, jaki miałem przy

pasie.

- Tu - Monika pokazała stos ubrań jak cyrk lodowcowy wydobywający się z miejsca,

gdzie rzeczywiście mogła być szafa.

Bezceremonialnie,   klęcząc,   odpychałem   pachnące   zasoby   odzieży   i   dotarłem   do

dolnego zawiasu jednego skrzydła szafy. Trzeba było dokręcić śruby, bo się poluzowały.

- Które są ładniejsze? - poczułem kopnięcie w podeszwę buta.

Odwróciłem się do Moniki i z wrażenia uderzyłem głową o niską półkę. Dziewczyna

stała przede mną w samej bieliźnie, ale takiej, która więcej uwypuklała niż okrywała. W ręku

trzymała coś, co wyglądało jak dwa centymetry koronki i trzy wstążki.

- To co masz na sobie jest super - powiedziałem szybko odwracając wzrok.

- Tu w cyrku musisz nauczyć się schować skromność do kieszeni - tłumaczyła mi

Monika ubierając się. - Nagość jest rzeczą naturalną.

- Gotowe - mruknąłem wstając od zawiasu. - Wybacz, nie jestem przyzwyczajony.

- Za długo byłeś na pustyni - Monika roześmiała się. 

Otworzyła mi drzwi, a przez rozpiętą bluzkę jeszcze raz mogłem obejrzeć jej ponętne

background image

kształty.

Pobiegłem   do  swojego   samochodu.   Podejrzewałem,   że   jeden   z   klownów   pojechał

przodem, włamie się do kapliczki i zaczeka na karawanę, do której dołączy bez większego

problemu. Wiedząc, że jedziemy do Bierzgłowa, znałem trasę, wzdłuż której klown będzie na

nas czekał.

-   Pana   też   złapała   -  usłyszałem   za   sobą   głos   Beaty,  jednej   z   dziewczyn  z   baletu

Moniki.

Miała smutną minę.

- Kto mnie złapał? - zdziwiłem się.

- Monika. Faceci lecą do tego jej białego łba jak ćmy do świecy.

- Przyjaźniła się z klownami?

- Tak, z obydwoma po kolei. Tylko Kosa kochał ją naprawdę i tylko jego brzydziła się

dogłębnie.

Oczy Beaty lśniły w mroku. Czułem, że dziewczyna mówi prawdę i chce mnie ostrzec

przed Moniką. Z doświadczenia wiedziałem, że takich kobiet trzeba się wystrzegać. Takich

jak Monika i takich jak Beata.

- Dzięki za radę, muszę lecieć - powiedziałem otwierając szoferkę.

- Dokąd? Dyrektor przysłał mnie do ciebie. Zwijamy się od razu. 

Nie   mogłem   nawalić   w   nowej   pracy,   więc   wróciłem   do   namiotu,   by   pomóc

Brazylijczykom   zwinąć   ich   trapez.   Potem   dołączyli   do   nas   Iwan   i   Bartek.   Wspólnie

złożyliśmy wielki namiot.

Około pierwszej  w nocy na przyczepach i wozach mieliśmy spakowane wszystkie

nasze rzeczy. Koło toruńskich bloków został po nas placek wygniecionej trawy.

Beata wprosiła się do mnie do szoferki pod pretekstem, że jestem nowy i podpowie mi

jak jechać w kolumnie.

- Jak to się stało, że znalazłaś się w cyrku? - zagadałem dziewczynę.

- Normalnie, skończyłam liceum, rozpoczęłam studia na budownictwie. Już wcześniej

tańczyłam   w   grupie   tańca   nowoczesnego.   Dałam   się   namówić   koleżance   na   wakacyjne

dorobienie pieniędzy w cyrku. Wakacje trwały osiem miesięcy. Byłam w niemieckim cyrku.

To były czasy! Miałyśmy własnego choreografa, a podczas spektaklu wychodziłyśmy pięć

razy na scenę z układami trwającymi średnio do półtorej minuty. Naszym koronnym numerem

był „Taniec klownów”. Właśnie jako klowni odwiedzałyśmy oddziały dziecięce w szpitalach,

domy dziecka. Najtrudniejsze były wizyty na onkologii. W ten sposób właścicielka cyrku

dbała, by jej grupa dobrze zapisała się w pamięci ludzi. Robiłyśmy to po godzinach pracy.

background image

Trzeba było zachować łzy w środku, a dla dzieci mieć tylko uśmiech, zrobić wszystko, by

choć na moment zapomniały o chorobie. Potem był kolejny sezon w innym cyrku, występ na

festiwalu w Paryżu-Masi. Wreszcie trafiłam do takiego, który wędrował po Polsce...

- I trafiłaś do rodzinnego miasta, gdzie wszyscy myśleli, że ten twój balecik to taki

przy rurce? - dopowiedziałem.

- Chyba i tak ludzie myśleli - Beata pokiwała głową. - Z dziewczynami zaprosiłyśmy

znajomych   i   rodziny,   by   zobaczyli,   co   naprawdę   robimy   w   cyrku.   Dyrekcja   i   koledzy

przygotowali specjalny spektakl, z szampanem wnoszonym na widownię.

- A jak trafiłaś do „Titanica”?

- Monika zbierała dziewczyny, które odpadły z zespołów z powodu kontuzji. Jesteśmy

taką „kompanią ozdrowieńców”, jak nas nazywa Bartek.

- A sam „Titanic” ma dobrą markę?

- To ostatni Mohikanin. Takich cyrków nikt już nie prowadzi. Bujamy się po wsiach i

miasteczkach. Pan Ludwik ma ambitne plany, ale to już chyba jego ostatni sezon.

- Czemu?

- Z biletów starcza tylko na gaże dla artystów, nikt nowy już do nas nie dołączy, a to

znaczy, że cyrk umiera.

- Co tu w takim razie robią Brazylijczycy?

- Niewiele o nich wiem, ale słyszałam, że są bardzo dobrzy, co zresztą widać podczas

występu. Nie wiem, dlaczego wycofali się z Europy i występują u nas.

- Może ich sztuczki już się znudziły?

- Nie, bo są teraz tylko cztery grupy, które robią salto mortale. Pozostałe występują w

Niemczech, Austrii i Portugalii.

- Portugalii? - zdziwiłem się takim rozrzutem.

- Tak. Tam cyrk to główna atrakcja. W małych miasteczkach wciąż kobiety muszą

chodzić w długich spódnicach. Wyobrażasz sobie, jakie miałyśmy wzięcie podczas trasy? -

Beata roześmiała się.

- A Iwan i Katia?

- Polska to etap w podróży do zachodnich cyrków. Wszyscy na świecie wiedzą, że

Rosjanie są najlepsi w woltyżerce, ale etap występów w Polsce, nim ktoś ich przyjmie do

niemieckiego cyrku, muszą przejść.

- Podoba ci się takie życie? Nie myślałaś o zamążpójściu, dzieciach?

- Życie cyrkowca to ciągła podróż, nie ma czasu na sentymenty, chorobę, przyjaźnie,

kino, teatr, spacery. To wieczna pogoń za publicznością. Cyrkowcy sami dla siebie są rodziną

background image

i jedynym towarzystwem. Nikt nie pyta, czy ktoś jest zmęczony, myśli się tylko o pracy.

- Czy cyrk już się ludziom nie przejadł?

- Cyrk to sztuka umiejętności. Każdy artysta to osobistość, która wykonuje rzeczy

niepojęte.   Musi   umieć   się   sprzedać.   Cyrkowcy  są   elastyczni,   dopasowują   swój   wiek   do

możliwości. Akrobaci stają się treserami, a ci klownami. Nigdy w życiu nie zrezygnują ze

sceny. Moja mama nazywa to „cygańską chorobą”. Coś w tym jest, bo rzadko cyrkowiec

osiada w jednym miejscu. Cyrki rzadko wracają w to samo miejsce w tym samym składzie.

Widz musi zapomnieć, żeby znowu się zachwycić. Masz jednak rację. Za jakiś czas nie będzie

cyrków.

Zapadło   milczenie,   a   ja   w   mroku   wypatrzyłem   wóz   klowna,   zaparkowany   obok

kapliczki. Przysunąłem twarz do szyby - w niszy nie było figurki.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

CZESKIE TROPY W PAPOWIE • KRADZIEŻ FOTOGRAFII • POSTÓJ W

BIERZGŁOWIE • NOCNE WĘDRÓWKI PO ZAMKU • PUŁAPKA ĆMY •

UWOLNIENIE Z WIĘZÓW • ZWIEDZANIE ZAMKU W BIERZGŁOWIE

Wiedziałem, że Paweł dziś w nocy wyjedzie z cyrkiem do Bierzgłowa. Postanowiłem

nie pojawiać się tam, bo przecież Ćma, tajemniczy motocyklista, zaraz rozpoznałby mój wóz.

Moim zamiarem było więc odwiedzenie pobliskiego zamku w Papowie Biskupim.

Trzeba było zjechać na wschód z szosy do Torunia. Z daleka, w płaskim krajobrazie

był widoczny spiczasty dach kościoła w Papowie. Stanąłem przy świątyni, by ją obejrzeć.

Była zamknięta, więc udałem się do ruin zamku.

Spytacie, czemu uznałem trop zamków za interesujący? Przecież stryj autora kroniki

mógł schować relikwię w jakiejś strażnicy lub trafiła ona do skarbca zakonnego w Malborku.

Uważałem,   że   oba   rozwiązania   były   nierealne.   Nikt   wówczas   nie   ryzykowałby

przechowywania  rzeczy  tak  cennej   w   zwykłej  strażnicy, a  Krzyżacy  budowle   drewniano-

ziemne szybko zamieniali na ceglane. Relikwia została ukryta tak przemyślnie, że żaden z

poszukiwaczy na nią nie natrafił, a byłby tego ślad w późniejszych kronikach zakonnych. O

niczym takim nie czytałem.

Uznałem   więc,   że   należy   penetrować   stare   zamki   ziemi   chełmińskiej   w

poszukiwaniu...   właśnie   czego,  zapytacie?   Na  początku  sam   tego  nie  wiedziałem.  Jedyną

wskazówką były przecież słowa: „Podążaj za Jodokiem, by znaleźć drzewo najświętsze, nasz

skarb największy”. Należało je rozumieć tak, że w alegorii życia świętego Jodoka są zawarte

wskazówki   dotyczące   miejsca   ukrycia   skarbu.   Gdzie   na   zamkach   należało   ich   szukać,

wówczas nie wiedziałem.

Z książek, jakie zabrałem ze sobą, wiedziałem, że Papowo w XIII wieku wchodziło w

skład uposażenia biskupów płockich. W 1222 roku wieś podarowano misyjnemu biskupowi

pruskiemu Chrystianowi. Od 1231 roku zamek był we władaniu zakonu krzyżackiego, który w

drugiej połowie XIII wieku rozpoczął tu organizację komturii.

Wszedłem   na   nieregularne   w  kształcie  wzgórze.   Czteroskrzydłowy, warowny  dom

konwentualny ostał się do naszych czasów w formie szczątkowej. Zachowały się fragmenty

północnego,   wschodniego   i   zachodniego   narożnika.   Budowlę   wzniesiono   z   łupanego

kamienia narzutowego, na planie kwadratu o długości boku około 40 metrów.

background image

Maszerowałem   przez   chaszcze   wysokie   po   pas.   Z   monumentalnym   charakterem

budynku   kontrastował   jazgot   muzyki   dyskotekowej,   dobiegający  z   domostwa   położonego

najbliżej zamku. Przez nieistniejące skrzydło południowe wszedłem na dawny dziedziniec. Po

prawej widziałem relikty bramy, a na wprost przebite na wylot skrzydło północne, w którym

zachowały się poziomy przyziemia i pierwszego piętra. Oprócz wieku zamku interesująca

była jego historia. W 1454 roku wraz z pierwszymi działaniami zbrojnymi Związku Pruskiego

w Toruniu, w Papowie schroniło się krzyżackie poselstwo w osobach wielkiego marszałka i

komturów   gdańskiego   i   grudziądzkiego.   Już   7   lutego   zamek   zdobyli   powstańcy   pod

dowództwem pruskiego rycerza Ottona Machwica, któremu w szturmie towarzyszyły czeskie

oddziały najemne. Czyż autor ostatniego zapisku nie wspominał, że jego przodkowie zginęli

podczas poszukiwań relikwii? Może udział czeskich oddziałów nie był przypadkowy?

Skupiłem   się   teraz   na   przypomnieniu   sobie   czterech   obrazów   ukazujących   życie

świętego Jodoka, którego los miał prowadzić do skrytki.

Usiadłem na kamieniu w dawnym przyziemiu i zacząłem studiować zdjęcia, które

zrobiłem w muzeum w O. Na wszystkich czterech obrazach był widoczny zamek, który z

każdym  kolejnym  wcieleniem  stawał  się  potężniejszy.  W  pierwszej  odsłonie  przypominał

bardziej gotycką katedrę, dalej był obwiedziony podwójnym pierścieniem murów, na trzecim

obrazie miał wysoką wieżę - donżon, na czwartym niektóre wieżyczki miały już orientalne

wykończenia, a fortyfikacje otaczały gmach przypominający do złudzenia malborski Zamek

Wysoki. Musiałem się zdecydować, czy jest to konkretna wskazówka, czy luźna wizja artysty.

Na   trzech   obrazach   widać   pustelnię   świętego   Jodoka,   z   widocznym

charakterystycznym murem pruskim i kryciem z drewnianych desek. Tylko na jednym obrazie

nie było widać porzuconych na ziemi symboli władzy: korony i berła - gdy święty Jodok laską

uderzał w skałę, by napoić spragnionych wędrowców, wśród których był i nasz tajemniczy,

zamaskowany jeździec. Czy to miało jakieś znaczenie?

Zabrzęczał mój telefon komórkowy informując o nadejściu wiadomości tekstowej.

Ćma działa! W Bierzgłowie pierwsze starcie. Teraz chyba pojechał do Papowa.

Paweł

Aż dreszcz przeszedł mi po plecach na myśl, że miałbym znaleźć się tu sam na sam z

mordercą   Kosy.   Nagle   usłyszałem   za   sobą   szmer.   Szybko   podniosłem   się   przestraszony.

Zauważyłem tylko, że poruszały się krzaki, a zniknęły moje zdjęcia z odręcznymi notatkami

na odwrocie. Ćma skradł mi informacje. Chwyciłem za telefon, żeby zadzwonić do Pawła.

background image

***

Na   widok   wozu   klowna,   zaparkowanego   obok   kapliczki,   natychmiast   nacisnąłem

pedał hamulca. Za sobą słyszałem pisk opon, gdy pozostałe auta gwałtownie hamowały.

- Co się stało? - zapytała zaniepokojona Beata.

- Chudy - pokazałem na klowna.

- Czekał na nas...

W tym czasie Chudy ruszył z miejsca i wjechał w kolumnę. Zjechałem na pobocze

obok kapliczki. Za nami karawana wozów powoli ruszyła z miejsca.

- Czyś ty oszalał?!  - krzyknęła Beata. - Psujesz szyk. Kolejność samochodów jest

ważna, bo potem na placu nie ma miejsca na manewry!

Nie   chcąc   wzbudzać   jeszcze   większej   jej   nieufności   ruszyłem,   włączyłem   się   do

konwoju i potem wyprzedzając wróciłem na swoje poprzednie miejsce.

- Czemu Chudy czekał tu na nas? - zapytałem Beatę.

- Dotychczas to Kosa był zwiadowcą, jeździł motocyklem i sprawdzał, czy miejsce na

postawienie namiotu jest wolne.

- Co stało się z motocyklem Kosy?

- Ukradziono go. Kosa próbował zatrzymać złodzieja, a wtedy ten go potrącił, na tyle

mocno, że Kosa zmarł w szpitalu.

- Kiedy to było?

- Wczesną wiosną, w jakiejś dziurze zabitej dechami.

- A skąd o tym wiesz?

Dziewczyna spojrzała na mnie jak na wariata.

- Wszyscy tak mówili.

Ciekaw   byłem,   kto   opowiadał   taką   wersję   wśród   załogi   cyrku.   Przecież   Kosa

teoretycznie był wtedy sam, a Ćma miał niepodważalne alibi. Byłem pewien, że Misikiewicz

wszystko sprawdził.

- Co  zwykle robicie,  jak  przyjedziecie na  nowe  miejsce?  - postanowiłem  zmienić

temat.

- Stawiamy namiot, idziemy spać, a od południa robimy próby.

- Kiedy macie czas na przyjemności?

- Jakie?

- Choćby na rozmowy z ładnymi dziewczynami - puściłem oko do Beaty.

- Po sezonie - odpowiedziała.

background image

- Albo w nocy... - dodałem.

Po drodze dalej flirtowałem z Beatą chcąc zatrzeć złe wrażenie po akcji z Chudym.

Wkrótce minęliśmy tablicę z nazwą miejscowości Bierzgłowo.

- Czemu stajemy w takim miejscu? - dziwiłem się. - Nie lepiej było zostać w mieście?

- Tu zostajemy na jeden dzień. W okolicy są kolonie, które już wykupiły bilety.

Na miejscu pan Ludwik dyrygował ruchem aut trzymając w jednej ręce latarkę, w

drugiej   czerwoną,   świecącą   pałkę.   Każdemu   wskazywał   parking.   Wszyscy   mężczyźni

pomagali w odczepianiu przyczep. Potem podłączyliśmy agregat prądotwórczy i przy świetle

przenośnych   lamp   dużej   mocy   rozstawiliśmy   namiot.   „Aparat”   Brazylijczyków   mieliśmy

montować przy dziennym świetle. Jako ostatni wyszedłem z namiotu po ustawieniu rzędów

ławek na widowni.

Gdy   zmęczony   i   zlany   potem   wracałem   do   swojego   wozu   kempingowego,

zauważyłem, że wszędzie paliły się światła oprócz sypialni sztukmistrza Cezarego.

„Może już śpi” - pomyślałem.

Na wszelki wypadek sprawdziłem i podszedłem do uchylonego okienka. Zajrzałem do

środka.   Nikogo  nie  było,  ale  Cezary  mógł  kogoś   odwiedzać.  Wtedy  zauważyłem   dziwne

błyski na zboczu wzgórza, które zajmował zamek. Staliśmy na łące około dwustu metrów od

warowni.   Wyraźnie   widziałem   odcinający  się   na   tle   nocnego   nieba   czarny  kształt   wieży

bramnej. Światełko było na prawo od niej.

Szybko pobiegłem tam i znalazłem się w ciemnym wąwozie u podnóża zamku. Blask

widziałem  na  lewo ode mnie, tam  gdzie pomiędzy drzewami  widać było regularny zarys

budynku postawionego na murach zamkowych.

„Ćma włamuje się już pierwszej nocy?” - dziwiłem się.

Teraz skradałem się pomiędzy leszczynami starając się dojrzeć i usłyszeć przeciwnika.

Znowu coś błysnęło pomiędzy liśćmi. Szedłem ocierając się lewym ramieniem o mur. Wtem

zauważyłem ciemniejszą plamę. Wyglądało to na przejście w furcie pod murem. Mrużyłem

oczy, pragnąc cokolwiek zobaczyć w absolutnych ciemnościach. Brnąłem przez stertę liści,

śmieci. Starałem się jak najmniej hałasować, ale i tak było to nieuniknione. Dotarłem do

kraty,   była   uchylona.   Po   schodkach   wyszedłem   na   dziedziniec   dawnego   przedzamcza.

Wszędzie   było   cicho   i   spokojnie.   Szukając   cienia   penetrowałem   podwórze,   zajrzałem   na

dziedziniec zamkowy. Wreszcie postanowiłem, że dokładnej penetracji zamku dokonam jutro.

Teraz nieznajomy uciekł mi i mógł czaić się w mroku, obserwować moje ruchy. Ćma już

wiedział, że interesuję się tym, co on robi. Żałowałem, że nie sprawdziłem, czy są pozostali

mieszkańcy   wozów   kempingowych.   Może   dowiedziałbym   się,   kto   jest   wspólnikiem

background image

Cezarego. Czyżby klowni?

Zszedłem   do   podziemnego   przejścia.   W   połowie   około   ośmiometrowego   tunelu

żałowałem nawet, że nie wyszedłem przez otwartą bramę. Wędrowałem, lewą ręką badając

ścianę,  a prawą  wyciągając przed siebie. Nagle  poczułem  obcy zapach  i uderzenie w  tył

głowy. Zamroczyło mnie, ból przeszedł przez całe ciało jak silne wyładowanie elektryczne.

Obudziłem  się  nie  wiem  po  jakim  czasie.  Napastnik  związał  mnie,  zakneblował  i

zostawił  w przejściu. Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś mnie uwolni. Gdyby Ćma

chciał mnie zamordować, uczyniłby to od razu. Siedziałem oparty o mur i ręce skrępowane za

plecami już mnie bolały. Przechyliłem się i upadłem na bok. Ćma fachowo zawiązał supły, bo

więzy przy każdym ruchu zaciskały się na moich ścięgnach, potęgując ból.

Miałem czas do rana, by pomyśleć i zaplanować następny ruch. Wiedziałem, że Ćma

czegoś szuka, a może Pan Samochodzik miał rację, iż  on i my idziemy tropem relikwii?

Szukałem w pamięci informacji o relikwiach. Czytałem, że miasto Esztergom na Węgrzech

otrzymało kiedyś fragmenty Krzyża Świętego jako podarunek od cesarza bizantyjskiego. Za to

cesarz Justynian II przekazał w 569 roku relikwie Krzyża Świętego do Poitiers we Francji, do

klasztoru, w którym żyła święta Radegonda. Jej klasztor został zaraz po tym przemianowany z

Notre Damę na Sainte Croix. Katedra Notre Damę w Paryżu kryje w swoim skarbcu dwie

relikwie   Krzyża   Świętego.   Również   i   w   wiedeńskim   Hofburgu   w   skarbcu   Habsburgów

znajdują się fragmenty krzyża podarowane przez cesarza bizantyjskiego.

Cztery kawałki krzyża z europejskich kościołów - Sancta Croce w Rzymie, z katedry

we Florencji, z katedr w Pizie i Notre Damę w Paryżu poddano badaniom mikroskopowym.

Potwierdzono, że pochodzą z drzew oliwnych.

Inną relikwią jest Święty Gwóźdź. Czytałem o aż 33 takich relikwiach. Oczywiście nie

oznaczało to istnienia 33 gwoździ, a tylko tylu odłamków, do których dodawano zeszlifowane

fragmenty z prawdziwych. Najwcześniej wspomnianym prawdziwym jest Święty Gwoźdź z

Sancta   Croce.   Jest   charakterystyczny   dla   epoki   rzymskiej:   11,5   centymetra   długości

(pierwotnie 14 centymetrów), kwadratowy trzpień o bokach szerokości 9 milimetrów.

Jeszcze   inną   relikwią   są   ciernie   z   korony   cierniowej,   którą   zdobyli   krzyżowcy  i

poszczególne ciernie rozeszły się do wielu kościołów w Europie Zachodniej.

Przyznam   się   jednak,   że   nigdzie   w   pamięci   nie   mogłem   wygrzebać   informacji   o

relikwii Krzyża Świętego w Polsce. Pamiętałem jedynie z wykładów o relikwiarzu komtura

Kowalewa Pomorskiego Henryka von Bodego z 1365 roku i krzyżu relikwiarzowym z kaplicy

zamkowej w Brodnicy wybudowanej w latach 1330-1340. Jak zauważyliście, oba obiekty były

związane z historią zamków na trasie cyrku, ale oba pochodzą z XIV wieku i są obecnie

background image

dobrze zabezpieczone. Jeżeli  relikwię krzyżowca odnaleziono by, to jego potomkowie nie

szukaliby jej tak długo. Ona musiała tu gdzieś czekać na odkrywcę, na nas lub Ćmę.

Te rozmyślania sprawiły, że mimo upiornych warunków zasnąłem. Obudziło mnie

potrząsanie   za   ramię.   Widziałem,   że   już   był   ranek,   a   więc   była   szansa   na   uwolnienie

wcześniej, niż sądziłem. Nade mną była pochylona Monika. Poczułem ten sam zapach co w

nocy.

„Czyżby  to   ona   była   Ćmą?”   -   zastanawiałem   się.   „Raczej   nie   uwalniałaby  mnie

osobiście”.

- Chodźcie tu! - Monika kogoś wołała.

Zaraz   w   wąskim   przejściu   stanęło   kilka   osób.   Wbijałem   wzrok   w   ciemność,   by

zobaczyć, kto tu jest i jaką ma minę. Byli to: pan Ludwik, Pedro, Bartek, Beata. Brazylijczyk

wyjął nóż i przeciął sznury. Pomógł mi wstać. Beata podpierała mnie z drugiej strony.

- Co się panu stało?! - niepokoił się dyrektor.

- Jakiś drań napadł mnie i uderzył od tyłu w głowę - odpowiedziałem.

- W takiej norze? - dziwiła się Monika.

- Widziałem,  że ktoś tu łazi z latarką. W obozie brakowało tylko Cezarego, więc

poszedłem do niego bojąc się, że coś się stało, może potrzebował pomocy. Nie wiem gdzie

był, bo jak tu przyszedłem, to nikogo nie zastałem.

- Mogę poświadczyć, że Cezary był ze mną - powiedziała Monika.

- Uczył mnie kilku sztuczek - dodała słodkim głosem.

- Nie wątpię - roześmiał się Bartek, znacząco puszczając do nas oko.

- Były komandos dał się zaskoczyć... - Monika dokuczała mi.

- Bandzior zaczaił się w mroku i zaszedł mnie od tyłu - tłumaczyłem. - Wiem, po

czym go rozpoznam.

- Po czym? - zaciekawiła się Monika.

- Po zapachu.

-   Małpa,   będziesz   nas   wąchać?   -   Monika   rozpięła   bluzę   dresową   wystawiając   na

widok swój dekolt.

Wszyscy   ryknęli   śmiechem,   docinając   mi,   żartując   z   powodu   nocnej   przygody.

Historia   została   zamieniona   w   dowcip,   ale   mnie   wcale   nie   było   do   śmiechu.   Musiałem

dowiedzieć się prawdy o nocnym zajściu.

Po śniadaniu zjedzonym w samotności, w swojej naczepie, wypiłem kawę, zająłem się

zwierzętami Iwana i wybrałem się na krótki spacer do zamku.

Z   materiałów,   które   przygotował   mi   Pan   Samochodzik   wiedziałem,   że   Krzyżacy

background image

rozpoczęli w tym miejscu budowę warowni już pod koniec pierwszej połowy XIII wieku.

Najprawdopodobniej od razu była to budowla z kamienia i cegły. Dwukrotnie, w 1263 i 1277

roku,   zamek   najechały   oddziały   litewskie.   Do   zamku   wchodziło   się   przez   wspomnianą

wcześniej wieżę bramną. Jar, którym szedłem w nocy, był pozostałością po głębokiej fosie

otaczającej   wzgórze   zamkowe   od   zachodu   i   południa.   Podzamcze   zajmowały   obiekty

gospodarcze   przytulone   do   zewnętrznych   murów.   Jednym   z   tych   budynków   był   ten

zdewastowany   wewnątrz,   w   którego   przejściu   podziemnym   zostałem   uwięziony.   Teraz

uzbrojony   w   latarkę,   zszedłem   po   kamiennych   schodkach   do   tunelu.   Zaraz   z   ciemności

wyłuskałem spory otwór w ścianie powstały w wyniku wybicia cegieł. Był z prawej strony i

zapewne   stamtąd   w   nocy   Ćma   wyszedł   i   zaatakował   mnie   od   tyłu.   Zaświeciłem   do

pomieszczenia, które znajdowało się za tym przejściem. Najpierw zobaczyłem stos cegieł,

które włamywacz wybił. Dalej był niewielki pokoik o bokach ścian długości trzech metrów,

sklepiony łukami. Na środku był niewielki postument z granitu, prosty, niczym niezdobiony

sześcian. Dokładnie zbadałem pomieszczenie. Na podłodze były ślady wielu butów. Nigdzie

nie   widziałem   szczególnych   znaków.   Zastanawiało   mnie,   czemu   miałoby   służyć   takie

pomieszczenie  na podzamczu? Przecież nikt nie decydowałby się robić skrytki dla rzeczy

cennej w tak łatwo dostępnym miejscu. A może Ćma miał od kogoś konkretne wskazówki?

Z drugiej strony to tu były kaplica, kapitularz i refektarz połączone gankiem z domem

konwentu na zamku. Na dziedziniec zamkowy wchodziło się przez mur kurtynowy z bramą

ozdobioną  portalem, w którego ostrołukowej arkadzie znajdował się trójdzielny maswerk.

Pośrodku był konny rycerz, a po bokach piesi z włócznią i z mieczem.

Dom konwentu  w latach  przedwojennych został  odnowiony  i przebudowany. Jako

zwykły turysta nie miałem szans na dokładną penetrację pomieszczeń zajętych przez różne

organizacje, a na razie wolałem nie zdradzać się, kim jestem. Nawet na rozkaz Misikiewicza

nie miałem ze sobą dokumentów na moje prawdziwe nazwisko.

Zbliżało   się   południe   i   postanowiłem   wysłać   do   szefa   przez   telefon   komórkowy

wiadomość tekstową o zajściach dzisiejszej nocy. Gdy wychodziłem z terenu zamku przez

bramę, zobaczyłem wychodzących z lewej strony, z jaru Bartka i Cezarego. Obaj żywo o

czymś dyskutowali. Nie chciałem im  przeszkadzać, więc przyspieszyłem, tym bardziej  że

musiałem pójść do namiotu na próby sprawdzić, czy nie jestem do czegoś potrzebny. Gdy

siedziałem na krześle w pierwszym rzędzie przypatrując się treningowi Iwana i Katii, dosiadł

się do mnie Cezary.

- Witam! - powiedział podając mi rękę.

- Witam - odpowiedziałem.

background image

- Słyszałem, że to ja jestem winny pańskiego poturbowania - sztukmistrz starał się

zajrzeć mi głęboko w oczy.

- Nic takiego nie powiedziałem.

- Powiedział pan, że u wszystkich w obozie paliło się światło, tylko nie u mnie.

- To prawda.

- Doskonale pan chyba zdaje sobie sprawę, że świat to jedna wielka iluzja i wszyscy

siebie nawzajem oszukujemy?

- Tak, chyba tak jest. Często gramy innych niż jesteśmy. Kłamstwo pociąga nas jak

ćmy przyciąga światło.

Świadomie  użyłem przydomku włamywacza, chcąc sprawdzić,  jaka  będzie  reakcja

Cezarego na to słowo. Zachował spokój, a nawet lekko się uśmiechnął.

- Jak na żołdaka, ma pan wyjątkowo dziwne porównania - rzekł Cezary. - Chciałem

powiedzieć,   że   może   rzeczywiście   nie   było   mnie   w   moim   pojeździe,   ale   nie   ja   jeden

organizowałem tej nocy wędrówki do zamku. 

Sztukmistrz mówiąc te słowa wstał.

- Kto jeszcze? - udałem zaciekawionego, chociaż byłem pewien, że kłamie.

- Sam pan do tego dojdzie. 

- Jak?

- Nigdy nie czytał pan kryminałów? Przestępcy zawsze wracają na miejsce zbrodni.

Cezary   wyprostował   się   i   wyszedł   z   namiotu.   Wtedy   zadzwonił   mój   telefon

komórkowy.   To   był   pan   Tomasz.   Szybko   wybiegłem   przed   namiot   szukając   zacisznego

miejsca.

- Tak? - zapytałem szefa.

- Ćma ukradł mi dokumenty i zdjęcia - usłyszałem.

- Kiedy?

- Przed chwilą.

- Gdzie pan teraz jest?

- W Papowie Biskupim.

- Zaraz oddzwonię - powiedziałem i rozłączyłem się.

Dwadzieścia minut zajęło mi sprawdzenie, kogo z cyrkowców nie ma. Iwan i Katia

wyjechali gdzieś, ale jeszcze przed chwilą widziałem ich na próbie. Dyrektor wyjechał ze

swoją   małpą   do   weterynarza.   Oprócz   nich   brakowało   klowna   Chudego,   Moniki   i   dwóch

dziewczyn  z   baletu   oraz   całej   grupy  „Clans”.   Ze   wszystkich   najbardziej   podejrzana   była

Monika. Jedną z towarzyszących jej dziewczyn była Beata. Postanowiłem podpytać ją, co

background image

robiła Monika. Stanąłem za przyczepą, na której wieźliśmy złożony namiot, na samym skraju

obozu. Szybko zadzwoniłem do Pana Samochodzika i opowiedziałem mu o moich nocnych

przygodach.

- Jesteś absolutnie pewny, że tam w nocy czułeś ten sam zapach, którego używa panna

Monika?

- Tak.

- Dziś wieczorem, gdy zrobi się ciemno, przyjadę obejrzeć to miejsce. Wy po drugim

występie wyjeżdżacie?

- Tak. Tylko niech pan uważa na siebie, szefie.

Wyłączyłem   telefon.   Wtedy   poczułem,   że   ktoś   stoi   za   mną.   To   była   Beata.

Uśmiechnąłem się do niej.

- Szukałem cię - powiedziałem.

- Tak? A do kogo dzwoniłeś i mówiłeś „szefie”?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

NOCNY KOSZMAR I ĆMA W SAMOCHODZIE • WALKA W RYTM CAPOEIRY •

LEKARKA JEDNEGO KONTAKTU • O TRESURZE ZWIERZĄT • PRAGNIENIA

TANCERKI • KTO KIERUJE SZTUKMISTRZEM?

Zaniepokoiło  mnie to, że Ćma działa tak sprawnie i zdążył już  upokorzyć Pawła.

Dziękowałem w duchu Misikiewiczowi za przygotowanie Pawłowi fałszywych dokumentów.

Dzięki   temu   Ćma   przeszukując   kieszenie   i   dokumenty   Pawła,   nie   znalazł   niczego,   co

wskazywałoby na jego pracę w Ministerstwie Kultury i Sztuki - kto wie, jak mógłby na to

zareagować tak bezwzględny przestępca.

Wróciłem do wehikułu. Czułem się zmęczony ciągłą pogonią za przestępcami, którzy

byli coraz gorsi. Wiedziałem, że zło zawsze w ostatecznej rozgrywce przegrywało, ale forma

jaką   przybierało   w   tych   czasach,   przytłaczała   mnie.   Wróciwszy   do   obozu,   zastałem   tam

harcerzy, którzy właśnie skończyli zajęcia terenowe. Podzieleni na grupy dźwigali pontony.

Rafał,   komendant   obozu,   wskazał   im   odpowiednie   miejsce   na   składowanie   łodzi

pneumatycznych, przystawił gwizdek do ust i gwizdnął.

-   Zbiórka!   -   krzyknął.   Kontynuował,   gdy   wszyscy   stanęli   przed   nim   w   karnym

dwuszeregu. - Wszyscy oprócz funkcyjnych mają wolne. Można leżeć, kąpać się w jeziorze,

spać. Rozejść się!

Druhowie rozbiegli się do swoich namiotów, a do mnie podeszli Niunia i Rysio.

- Co pan robił dziś przed południem? - zapytała Niunia, gdy się przywitaliśmy.

Opowiedziałem jej o swoich przygodach w Papowie Biskupim.

- Ten Ćma mógł pana zabić - jęknęła dziewczyna.

- Co ty, miałby całą policję na karku - Rysio zwrócił jej uwagę. - Pan Samochodzik to

prawie policyjny detektyw. Ma pan broń?

Uśmiechnąłem się z pobłażaniem.

-   Największą   bronią   człowieka   jest   jego   rozum   i   zdolność   przewidywania   -

odpowiedziałem.   -   Powinienem   był   zachować   większość   czujność.   Ćma   podszedł   mnie

bezszelestnie i zniknął bez śladu. Używając języka sportowego zdobył pierwszy punkt.

- A co robi teraz pan Paweł? - wypytywała Niunia.

- Wykonuje pewną tajną misję - odparłem przybierając tajemniczą minę. - Nie pytajcie

mnie, co robi i gdzie.

- Nie może pan go tu sprowadzić? - dziwił się Rysio. 

background image

- Nie.

- To my będziemy pana chronić - zapowiedział chłopiec. - Proszę bez nas nigdzie nie

jechać.

- Obiecuję - podniosłem dwa złączone palce.

- To co będzie pan robił po obiedzie? - Niunia nie dawała mi spokoju.

-   Muszę   pojechać   w   pewne   miejsce   na   spotkanie   z   moim   informatorem   -

fantazjowałem.

- Pan ma przed nami tajemnice? - oboje oburzyli się.

- Jeszcze dziś nie mogę was zabrać, ale obiecuję, że od jutra będziemy jeździli razem.

Młodzi chyba nie do końca mi wierzyli i ze smętnymi minami odeszli do namiotów.

Korzystając z tego, że do wieczora miałem dużo czasu, zagłębiłem się w lekturze książek,

jednocześnie mieszając zupę gulaszową.

***

Zastanawiałem   się,   co   odpowiedzieć   Beacie.   Nie   spuszczała   ze   mnie   wzroku   w

charakterystycznie   kobiecy   sposób   próbując   mnie   w   ten   sposób   złapać   na   kłamstwie.

Widocznie niewiasty doskonale potrafią rozszyfrować mowę ciała.

- Coś kombinujesz - rzuciła.

-   Nie,   to  kumpel   z   woja   -   wymyślałem   na  poczekaniu.   -   Sierżant,   szef   z   drugiej

kompanii naszego batalionu. Też Polak, przyjechał na przepustkę. Zapraszał na kawę...

- Kłamiesz! - tym jednym słowem smagnęła jak biczem. - Myślisz, że ci wierzę?! „Na

kawę” - przedrzeźniała mnie.

Roześmiałem się.

- A ciebie mogę zaprosić na kawę? - zapytałem dziewczynę.

- Naturalnie, dziś na nowym miejscu czy jutro po śniadaniu?  Teraz  muszę  iść do

dzieci.   Pan   Ludwik   chce,   byśmy   przed   występami   prowadzili   warsztaty,   a   potem

najzdolniejsze dzieciaki pokażą przed innymi, czego się nauczyły.

Poszedłem   za  Beatą  do  namiotu  cyrkowego.  Tam   Cezary, klowni,  Iwan  z Katią i

tancerki podzieliły chętne dzieci z kolonii mieszkającej w pobliskiej szkole na grupy. Na

środku areny stał zespół „Clans”. Kajtek włączył muzykę o dziwnym rytmie, z bębnami,

folkowym instrumentarium. Widząc, że przypatruję się temu co robi, zaprosił mnie gestem do

siebie.

Położył mi ręce na ramionach, gdy stanąłem przed nim. Był ubrany w luźne czarne

spodnie i koszulkę bez rękawów.

background image

- Zamknij oczy i powiedz, co słyszysz? - zapytał.

- Słyszę fajną muzykę - odpowiedziałem.

- Znasz jakieś sztuki walki? 

- Tak.

- Potrafiłbyś je zatańczyć?

Otworzyłem oczy zdziwiony jego propozycją.

- Spróbuj - zaproponował.

Patrzyłem na jego bladozielone oczy, kosmyk włosów na łysej głowie, blizny od ognia

na policzkach, na ramionach.

- Wiesz, co to capoeira?

- Nie - odpowiedziałem.

-   Capoeira   to   afro-brazylijska   sztuka   łącząca   elementy   walki,   tańca,   akrobatyki,

muzyki i śpiewu - tłumaczył mi Kajtek. - Większość ruchów jest improwizowanych, a całość

ma opowiadać historię zawartą w tekście piosenki. Capoeira pomaga rozwijać się fizycznie,

poprawia   samopoczucie   psychiczne,   a   także   uczy   tolerancji   i   szacunku   dla   drugiego

człowieka.

- Skąd tyle wiesz o tej sztuce walki czy tańcu?

- Tam jest mój mistrz - Kajtek pokazał ku trapezowi. Na huśtawce siedział Pedro i

wesoło pozdrawiał mnie machaniem ręki. - Spróbujesz?

- Czemu nie?  - odpowiedziałem  zdejmując buty i skarpetki. Podwinąłem nogawki

roboczych spodni.

W tym czasie muzyka zagrzmiała głośniej, a światła w cyrku skierowano tylko na nas.

Zrozumiałem, że ktoś przygotował na mnie zasadzkę. Do tej pory nie brałem pod uwagę, że

Ćmą mogą być „Clans” lub Brazylijczycy, ale kto wie?

Kajtek stanął wyprostowany trzy metry ode mnie. Najpierw jego ciało w rytm muzyki

zaczęło falować, wyginać się. Trochę przypominało to modny niegdyś taniec break-dance.

Potem mój przeciwnik wpadł w rodzaj transu i zaczął krążyć wokół mnie. Doskoczyła do

mnie zielonooka Dorota, partnerka Kajtka z zespołu. Przywarła do mnie całym ciałem, objęła

mnie za szyję, jakby chciała pocałować, ale zaraz wywinęła się za moje plecy i zakryła dłońmi

moje oczy. Nie wiem, jak to się stało, ale za jej sprawą zacząłem tańczyć. Bębny huczały w

mej   głowie,   dziwnie   brzmiące   orientalne   instrumenty   wirowały   dźwiękami,   porywały  do

tańca. Tak z zamkniętymi oczami tańczyłem z Dorotą, gdy nagle ta puściła mnie i otworzyłem

oczy. Na wprost mnie ujrzałem atakującego Kajtka. Skoczył na mnie z wysuniętą do przodu

prawą nogą. W jednej chwili otrzeźwiałem i odskoczyłem w bok. Poczułem lekkie pchnięcie i

background image

już   leżałem   na   piasku   areny.  To   Kajtek   upadając   zdążył   mnie   położyć  na   ziemi   i   teraz

szykował się do tego, by z wybicia wskoczyć na moją klatkę piersiową. Przetoczyłem się w

bok. Kajtek stanął nade mną w rozkroku.

Nie wiedziałem, co mam robić, czy traktować walkę serio, czy tylko jako zabawę.

Zaraz Kajtek udzielił mi odpowiedzi tłukąc mnie pięścią z całej siły w mostek. Aż mi dech

zaparło. Gdy ochłonąłem, chwyciłem go za nogę tak, że uginając kolano padł twarzą na piasek

obok mnie. Wykręciłem mu dłonie na plecach.

- To był tylko taniec? - szepnąłem do ucha Kajtka.

Milczał patrząc mi zimno w oczy. Nagle w tym jego spojrzeniu dostrzegłem błysk

rozbawienia. Zeskoczyłem z jego pleców i plecami oparłem się o jeden z masztów namiotu

cyrkowego. Przede mną poruszył się czarny cień. To był Pedro, który zszedł z  trapezu  i

postanowił zastąpić swojego ucznia. Najpierw wprowadził się w taneczny trans. Tym razem

do Doroty dołączyła Kasia. Próbowały rozgrzać mnie do walki, mimo że ja wciąż oglądałem

się, co robi Pedro. Nagle zostałem sam na sam z nim. Muzyka jakby złagodniała, nie było w

niej już tej zwierzęcej siły kojarzącej się z tropikalną dżunglą.

Pedro wirował na jednej stopie, a ja stałem przygotowany na atak. W momencie gdy

spokojny rytm powrócił do dzikiego tempa, Pedro skoczył. Lecąc na mnie poruszał rękoma,

jakby to były skrzydła wielkiego motyla-ćmy! Potężny cios w pierś powalił mnie na ziemię, a

Pedro zniknął w mroku. Leżałem wpatrując się ze zdumieniem w jupiter wiszący pod sufitem.

Podszedł do mnie Kajtek i pomógł mi wstać.

- Nie martw się, tego ataku jeszcze nikt nie zatrzymał - powiedział.

- Jakoś to się nazywa?

- Nie wiem, to jakaś czarodziejska sztuczka - Kajtek mówił o tym, jakby opowiadał o

duchach w starym zamku. - Nie widziałem jeszcze nikogo, kogo ten ruch skrzydeł by nie

zaczarował.

Rozcierałem   obolałe   miejsce   na   piersi,   a   szefowie   poszczególnych   grup   zachęcali

dzieci do powrotu do zajęć. Wszyscy widzowie byli pod wrażeniem tego, co pokazał Pedro.

Postanowiłem  poleżeć   w   swoim  wozie.   Gdy  padłem   na   tapczanik,  ktoś   delikatnie

zapukał do drzwi.

- Proszę! - krzyknąłem. 

To była Dorota.

- Mam wyrzuty sumienia, że cię w to wciągnęłam - powiedziała na wstępie. - Może

zrobić ci kawę?

Zaskoczony tą wizytą pokiwałem głową. Dorota podeszła do kuchenki, podpaliła gaz,

background image

postawiła na palniku czajnik z wodą. W szafce znalazła kawę i cukier. Z kieszeni wyjęła mały

woreczek z dziwnym proszkiem. Dała mi go powąchać. Pachniał jak mieszanka ziół.

- To w przyszłości uchroni cię przed takimi atakami - wyjaśniła. - Zostawię ci to.

- Jesteś zielarką, szamanem?

Dorota uśmiechnęła się podeszła do mnie i położyła mi swój palec na ustach.

-  Podobno  nazywają  cię  Małpa?   Ty  przypominasz  mi   te   z   biurka   Canarisa,  szefa

Abwehry. Nic nie widziały, nie słyszały, nie mówiły, a chciały wszystko wiedzieć. Ty też

jesteś małpą nieczułą, co pomoże ci pokonać kiedyś samego siebie.

Gotująca   się  woda   zasnuła   parą   okienko  i   Dorota   szybko  przygotowała   mi   kawę.

Posłodziła ją, doprawiła mieszanką ziół, postawiła kubek przy mnie na podłodze i ruszyła do

wyjścia.

- Nie licz, że jeszcze do ciebie się odezwę - powiedziała wychodząc.

- Czemu? - zerwałem się na nogi, by ją zatrzymać.

Ona tylko powtórzyła gest z palcem na ustach i wyszła. Zrezygnowany usiadłem i

powąchałem,   cóż   to   za   mieszankę   ziół   przygotowała   dla   mnie   ta   niezwykła  dziewczyna.

Pachniały jak każda lecznicza mieszanka, może tylko wybijał się tam zapach cykorii, a kawa z

takim   dodatkiem   smakowała   wyśmienicie.   Chwilę   odpocząłem   i   wyszedłem   ze   swojego

domku na kółkach. Widziałem, jak na łące Iwan z Katią uczyli dzieci podstaw jazdy konnej.

Gdy podszedłem do nich, Iwan skończył lekcję i podał mi lejce.

- Zajmij się nim, zaraz dołączę - powiedział.

Odprowadziłem konia do jego stajni na kółkach. Nie miał tam luksusów, ale podczas

postojów   Iwan   zawsze   wyprowadzał   swoje   trzy  konie   na   pastwisko,   płacąc   miejscowym

rolnikom za to. Zdjąłem z konia siodło, wycierałem go i czesałem specjalnym grzebieniem.

- Robisz to z uczuciem - pochwalił mnie Iwan. - W legii mieliście konie? - zażartował.

- W wojsku były tylko konie mechaniczne - odpowiedziałem. - Lubię zwierzęta. W

tym cyrku jest ich bardzo mało - zauważyłem. - Tylko twoje konie, małpa dyrektora i nic

więcej.

- I my, to wystarczy - Iwan wprowadzał do boksu obok drugiego konia. - W wielu

krajach jest zabroniona tresura dzikich zwierząt.

- Słyszałem, że zwierzęta są bite, traktowane prądem elektrycznym, okaleczane...

- Różne  rzeczy opowiadają ekolodzy. Może  rozdmuchują  jednostkowy przypadek?

Nie wiem. Nigdy nie widziałem takich rzeczy, o których mówisz. Praca ze zwierzętami daje

efekty tylko przy odpowiednim systemie nagród. Zwierzę ma swój rozum, ale nawet ludzie

czasami nie dostrzegają, że za złe uczynki może ich spotkać kara, a co dopiero nasi, cytując

background image

świętego   Franciszka   z   Asyżu,   „bracia   mniejsi”.   Uważam,   że   karanie   ich   nie   ma   sensu   i

dlatego   pracuję   z   koniem,   bo   wykorzystując   pewne   jego   nawyki   można   osiągnąć   dobre

wyniki.

- Pan Ludwik jest tego samego zdania?

- Wiem tylko tyle, że przedstawił mi  ostre kryteria przewozu, trzymania zwierząt.

Pewnie nie każdy potrafiłby ich dotrzymać. Dyrektor sam ma zwierzę, traktuje tego swojego

szympansa   jak   domowego   pudełka,   więc   chyba   nie   jest   złym   dyrektorem.   To   ostatni

Mohikanin. Ten rok jeżdżę z nim tylko dlatego, że to ostatni sezon „Titanica”.

Skończyliśmy pracę. Teraz musiałem zająć się porządkiem w cyrku: sprawdzić, czy

ogrodzenia są całe, czy nie ma śmieci w namiocie, czy krzesła równo stoją, a na koniec

ubezpieczać   Beatę,   która   sprzedawała   bilety.   Podczas   przedstawienia   krążyłem   wokół

namiotu wypatrując, czy nie widać gdzieś pana Tomasza. Po półgodzinnej przerwie, kiedy

znowu   pomagałem   Iwanowi   przy  koniach,   rozpoczął   się   drugi   spektakl.   Teraz   stałem   za

kurtyną, obserwując popisy dzieci wspomaganych przez cyrkowców. Potem znowu czuwałem

na zewnątrz. Żaden z cyrkowców nie oddalił się poza teren cyrku. Nigdzie nie widziałem też

pana Tomasza. Gdy ostatni widzowie wyszli z cyrku, pomagałem złożyć namiot, uprzątnąć

teren.   Cały   czas   obserwowałem   podejrzanych:   Cezarego,   Monikę,   klownów,   nawet

Brazylijczyków.   Wszyscy   krzątali   się,   dokładnie   wypełniając   swoje   zadania.   Wkrótce

ustawiliśmy się w karawanę. Zadzwonił mój telefon komórkowy sygnalizując, że dostałem

wiadomość tekstową.

Szerokiej drogi. Nikt oprócz dzieci nie wchodził do zamku.

P.S.

Ćma z nieznanych powodów zrezygnował z akcji. Może już znalazł to czego szukał?

- Można? - do szoferki wskoczyła Beata. - Kierunek Golub-Dobrzyń - oznajmiła.

***

Zjadłem obiad, potem oddałem się lenistwu, wpatrując się w białe obłoki szybujące po

niebie. Na godzinę przed pierwszym spektaklem, czyli około szesnastej, wyjechałem z obozu.

Nie podjechałem pod sam zamek, tylko korzystając z mapy zaparkowałem wehikuł na skraju

lasu dochodzącego do zamku od strony zachodniej. Musiałem przejść przez las pół kilometra.

Zabrałem ze sobą latarkę i spacerkiem przeszedłem się ledwie widoczną ścieżką. Na stoku

pagórka znalazłem dobry punkt widokowy. Widziałem z niego i zamek, miejsce, w którym

background image

jak opisywał Paweł miało być tajne przejście, oraz na lewo ode mnie namiot cyrkowy. Na

razie   wolałem   nie   penetrować   odnalezionego   przez   Ćmę   pomieszczenia.   Mógłby   mnie

przypadkowo spotkać. Czekałem więc do końca drugiego spektaklu. Widząc kolumnę wozów

cyrkowców szykującą się do odjazdu, wysłałem do Pawła wiadomość tekstową. Cieszyłem

się, że swobodnie posługiwałem się tym wynalazkiem, bez którego młodzi ludzie chyba już

nie potrafili żyć.

Widząc jak światła pozycyjne ostatniego wozu znikają na drodze do szosy Toruń -

Gdańsk,   powstałem   z   miejsca.   Z   latarką   w   dłoni   oglądałem   tunel.   Wyglądał   na   dobrze

utrzymany przez wieki użytkowania, za to wybita ściana była niewątpliwie wynikiem nocnych

wydarzeń. Uważnie obejrzałem postumencik i stwierdziłem, że to pomieszczenie było puste.

Równa,   wieloletnia   warstwa   kurzu   nie   budziła   wątpliwości,   że   nic   tu   nigdy   nie   stało.

Obejrzałem rogi pomieszczenia, ściany. Niewątpliwie była to część piwnicy, z nieznanych

przyczyn odcięta murem od reszty podziemnych pomieszczeń.  Wyszedłem na dziedziniec

podzamcza. Stamtąd przez rozbite drzwi zszedłem do piwnic. Już w czasach powojennych

musiał tu być magazyn z otynkowanymi ścianami. Miejscami biała farba odchodziła całymi

płatami. Grzyb w jednym z rogów rozszedł się brązową plamą.

Intuicja podpowiadała mi, że to nie to miejsce. Wróciłem do wehikułu i późno w nocy

zjawiłem się przed swoim namiotem. Przed nim siedzieli, a właściwie spali siedząc Rysio i

Niunia. Podszedłem do nich i potrząsnąłem ich za ramiona.

- Chyba pora już iść spać do swoich namiotów - szepnąłem widząc, że oboje otworzyli

oczy.

- Czekaliśmy na pana - powiedziała Niunia, przecierając zaspane oczy.

- Udało się spotkanie? - dopytywał się Rysio.

- Nie wiem, chyba wystraszyliśmy przestępcę - odpowiedziałem.

- To dobrze czy źle.

- Dobrze, jeżeli uciekł z niczym. Źle, jeżeli nadal chce działać. Będzie ostrożniejszy, a

więc trudniej będzie go złapać na gorącym uczynku.

- Co jutro będziemy robili? - pytała Niunia.

- Wy macie zajęcia, a ja będę odsypiał nocną eskapadę - odparłem. 

Szybko zrobiłem sobie jeszcze gorącą herbatę, założyłem pidżamę, położyłem się w

śpiworze i wypiwszy herbatę z sokiem malinowym, zasnąłem. Męczyły mnie koszmary, jakieś

dziwne stwory kręciły się wokół mojego namiotu, a ja zdjęty strachem nie mogłem poruszyć

nawet koniuszkiem palca. Na koniec zajrzałem w dziwne, ciemne oczy. Przebudziłem  się

zlany potem. Zdziwiło mnie, że miałem otwarte poły namiotu. Może zmęczony w nocy nie

background image

zauważyłem   tego   i   teraz   poranna   mgła   wdzierała   mi   się   do   namiotu.   Szybko   zasunąłem

wejście i położyłem się do snu. Reszta nocy upłynęła mi spokojnie. Obudziły mnie krzyki na

zewnątrz.

- Panie Tomaszu! Pobudka! - wołali Niunia i Rysio. 

Zaspany wyjrzałem do nich.

- Wagarujecie? - zapytałem.

- Nie, szybciej skończyliśmy swoje zadania i po obiedzie mamy wolne - oznajmił

Rysio. - Pan obiecał, że będziemy razem jeździć.

- Tak, tak - kiwałem głową i wtedy między trampkami Niuni dojrzałem coś dziwnego.

Wyczołgałem się z namiotu.

- Co to jest? - założyłem okulary i przyglądałem się śladowi. Przypominał on odcisk

bosej stopy ludzkiej, ale jakiejś zniekształconej.

- Pan lunatykuje - zaśmiał się Rysio.

- O ile wiem, to nie - odpowiedziałem.

Rozglądałem się na wszystkie strony w poszukiwaniu innych tropów. Wokół  było

wiele odcisków harcerskich butów. Wstałem i wyprostowałem się. Za szybą wehikułu, w jego

wnętrzu   dojrzałem   jakiś   szary,   niewielki   kształt.   Podszedłem   do   wozu.   Szyba   od   strony

kierowcy   była   lekko   uchylona,   tak   jak   ją   zostawiłem.   Otworzyłem   drzwi.   Na   desce

rozdzielczej leżała wystraszona dziennym światłem ćma. Tego było za wiele. Czułem, że mój

przeciwnik był tu, a owad mógł sam wczoraj wlecieć, nawet mogłem go nie zauważyć. Dzieci

zauważyły mój niepokój i patrzyły na nocnego motyla rozpłaszczonego na wprost kierownicy.

- Myśli pan, że on tu był? - zachrypnięty głos Niuni wytrącił mnie z zamyślenia.

- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Może to wszystko przypadek, ale popytajcie

tych, którzy mieli nocne warty, czy nie zauważyli niczego niepokojącego. Ja w tym czasie

zjem śniadanie.

- Chyba obiad - Rysio wymownie spojrzał na zegarek.

Oboje pobiegli do druhów, a ja zająłem się toaletą i posiłkiem. Świeże powietrze nad

jeziorem sprzyjało długiemu spaniu. Jeżeli Ćma tu był, to oznaczało, że nie miałem czasu, a

co gorsza wróg znał mnie, zaś ja jego nie.

Gdy nad atlasem samochodowym planowałem trasę dzisiejszego objazdu, przybiegli

do mnie młodzi przyjaciele. Byli zdyszani i wyraźnie czymś podekscytowani.

-   Jeden   z   wartowników   zapamiętał   tylko,   że   nad   ranem   słyszał   w   pobliżu   silnik

motocykla - relacjonował Rysio.

- A pan mówił, że Ćma jeździ motocyklem - dodała Niunia.

background image

***

Do Golubia jechaliśmy przez Kowalewo Pomorskie i Lepnice. Po pustych bocznych

szosach poruszaliśmy się względnie szybko.

-   Czemu   jedziemy   do   Golubia,   przecież   tam   jest   zamek   ze   słynnymi   turniejami

rycerskimi, kto będzie chciał do nas przychodzić? - dziwiłem się.

Beata przeciągnęła się.

-   Nie   bój   się,   jeden   cyrk   więcej   tylko   nakręci   ludzi   do   oglądania   widowiska   -

tłumaczyła. - Zostajemy tam dwa dni.

- Kto to wymyślił?

- Dyrekcja.

- Pan Ludwik?

- ...i Cezary, i Monika. We trójkę decydują o wszystkim.

- Kto teraz wyjechał na zwiad? Chudy jedzie z nami.

- Pan Ludwik.

Rzeczywiście, w Kowalewie Pomorskim przy rynku czekał na nas dyrektor cyrku.

Dalej jechałem żartując z Beatą, zanudzając ją historiami z wojska i odrobinę flirtując. W

Golubiu byliśmy około północy i o dziwo nie rozstawialiśmy namiotu, tylko pan Ludwik

kazał nam od razu kłaść się spać. Wyznaczył jeszcze nocne dyżury, bo w mieście zawsze

można było spodziewać się przykrych niespodzianek. Ja miałem mieć służbę następnej nocy.

Leżąc na tapczaniku w swoim wozie, popijając kawę, dyskretnie wyglądałem przez zasłonę i

obserwowałem obóz. Do szefa wysłałem wiadomość, gdzie teraz jestem.

Nagle   skrzypnęła   klamka   w   moich   drzwiach   i   do   środka   weszła   Beata   ubrana   w

szlafrok. Aż usiadłem z wrażenia na taką wizytę.

- Zrobisz mi kawę? - zapytała.

Gdy   byłem   zajęty   przygotowaniem   napoju,   usłyszałem   niedaleko   odgłos

odjeżdżającego motocykla. Rzuciłem się do okna, żeby zobaczyć, kto to jedzie, ale na drodze

stanęła mi Beata. Nie wiem, czy celowo, czy przypadkiem jej szlafrok rozchylił się ukazując

zmysłowe, nocne odzienie. Nie mogłem się z nią szarpać, by wyjrzeć, zresztą było już za

późno.   W   ciasnym   wnętrzu   wozu   cofnąłem   się   o   krok,   a   Beata   szybko   zawinęła   poły

szlafroka. Z zalotnym uśmiechem wzięła z szafki kubek z kawą i usiadła na moim tapczanie.

- Chyba możemy się dogadać? - powiedziała.

- O co ci chodzi?

- Najpierw ustalmy, o co tobie chodzi? 

background image

- Nie rozumiem.

- Od samego początku tylko węszysz. Musisz  być przyjacielem lub protegowanym

Kosy, skoro dyrektor przyjął cię tak szybko. Zdążyłeś w tak krótkim czasie zarobić w głowę,

mieć romans z Moniką, pobić się z Kajtkiem i Pedrem, zaprzyjaźnić z naszą zielarą...

- Dorota to zielara?

- Tak. „Lekarka jednego kontaktu”, jak ją nazwał Bartek. Każdemu pomaga tylko raz.

Ciebie szybko polubiła.

- Nie miałem romansu...

- Wszyscy widzieli, jak wychodziłeś z wozu Moniki.

- Nie ja zaczynałem bójkę...

- Ale tylko cud sprawił, że ją przegrałeś.

- Wiesz, kto mnie ogłuszył w lochach Bierzgłowa i dlaczego?

- Mogłeś widzieć za dużo. Jesteś uważany za człowieka pana Ludwika, a są ludzie,

którzy chcą przejąć jego cyrk.

- Kto taki?

- Cezary i Monika. Tak naprawdę tylko Monika, a ona kieruje Cezarym, który się w

niej kocha, jak wszyscy faceci, po których wyciąga rękę.

- Ty chcesz powstrzymać Monikę?

- Tak - Beata odstawiła kubek, a przy okazji poły szlafroka znowu niebezpiecznie

rozchyliły się.

- Chcesz to zrobić przy pomocy zwykłego konserwatora? - zdziwiony puknąłem się w

pierś.

- Nie tylko, przy pomocy twojego szefa, bo w bajkę o koledze z wojska nie wierzę...

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ŚLADY RELIKWII W KOWALEWIE POMORSKIM • GDZIE STAŁ ZAMEK? •

WIZYTA W KURZĘTNIKUI BRODNICY • NOCNE ODWIEDZINY BEATY •

PRZEPROSINY I SZANTAŻ SZTUKMISTRZA • KĄPIEL W DRWĘCY • NOCNE

WŁAMANIE

Wiadomość o nocnej wizycie tajemniczego motocyklisty zmroziła mi krew w żyłach.

Ćma   był   tu,   zapewne   zaglądał   do   mojego   namiotu,   kto   wie,   czy   nie   przeglądał   moich

dokumentów, książek. To był niezwykle sprawny i bezwzględny włamywacz. Wiedziałem, że

od tej pory muszę starannie planować każde swoje następne posunięcie.

Dzieciaki pilnie mi się przyglądały.

- Co teraz będziemy robili? - zapytał Rysio.

- Dokąd pojedziemy? - dopytywała się Niunia.

Zerknąłem na mapę. Cyrk Pawła pojechał do Golubia-Dobrzynia. Paweł napisał mi, że

będą tam dwa dni. Nie wiem, czy rzeczywiście cyrk spodziewał się aż tylu widzów, czy Ćma,

który w jakiś sposób miał wpływ na pracę cyrku, potrzebował tyle czasu w tym miejscu.

Sądziłem, że raczej potrzebował dobrej bazy wypadowej. W pobliżu było kilka interesujących

zamków. W pierwszym rzędzie postanowiłem odwiedzić Kowalewo Pomorskie. Poczekałem,

aż harcerze zjedzą obiad i zaprosiłem dwójkę młodych przyjaciół do wehikułu.

Jechaliśmy   przez   ziemię   chełmińską,   szpalerem   drzew   rosnących   wzdłuż   szosy.

Opowiadałem harcerzom o tym, co przeczytałem w kronice znalezionej w rzeźbie z Sątop.

- Czemu wybrał pan Kowalewo? - dopytywał się Rysio.

-   Jedziemy   do   Kowalewa   Pomorskiego,   a   kiedy   indziej   pojedziemy   do   innych

zamków, bo to w którymś z krzyżackich zamków była ukryta relikwia przywieziona z Ziem i

Świętej.   Kowalewo   jest   interesujące   z   tych   samych   względów   co   Papowo,   to   jeden   z

wcześniejszych   zamków.   Najpierw   w   1222   roku   gród   zwany  „Koualeuo”   książę   Konrad

Mazowiecki nadał misyjnemu biskupowi pruskiemu Chrystianowi, a ten po dziewięciu latach

przekazał grodek Krzyżakom. Ci wybudowali w tym miejscu strażnicę, a dopiero około roku

1280 rozpoczęto budowę murowanej warowni.

- Przecież ten krzyżowiec przybył na te ziemie na początku XIII wieku, a nie pod jego

koniec - zauważył Rysio.

- Zgadza się - pokiwałem głową. - Nie zapominaj, że murowane warownie często

background image

budowano na  fundamentach poprzednich,  które mogły  mieć piwnice  -  tradycyjne  miejsce

skrytek - uśmiechnąłem się. - Pamiętajcie, co w owych czasach było najważniejsze: walka z

niewiernymi. To właśnie Kowalewo w latach 1269-1271 najeżdżali Bartowie i Jaćwingowie

zjednoczeni pod komendą Skomandusa, a w latach następnych pod dowództwem Dywana,

który prawdopodobnie podczas oblężenia krzyżackiej strażnicy stracił życie. W latach 1286-

1287 okolice te najeżdżali Litwini. Był to zamek graniczny, stojący na drodze do Torunia,

którego żadna armia nie mogła zostawić na swoich tyłach. Tylko podczas wojny we wrześniu

1330 roku armia polskiego króla Władysława Łokietka, wspomagana posiłkami węgierskimi i

ruskimi,   plądrowała   ziemię   chełmińską,   gdy   wojska   zakonne   zamknęły   się   na   zamkach.

Łokietek zapuścił się wtedy aż do rzeki Osy. Kowalewa nawet nie próbował zdobywać. W

czasie wojen Zakonu z królem Jagiełłą zamek w Kowalewie przechodził z rąk do rąk, by po

wojnie trzynastoletniej znaleźć się w polskim władaniu, a w połowie XIX wieku popaść w

ruinę.

- No dobrze, Kowalewo około 1231 roku przejęli Krzyżacy; był to zamek graniczny,

bliski poganom, ale to wszystko, co nas tam sprowadza? - dopytywał się Rysio. - Czy ten

zamek może mieć jakikolwiek związek ze świętym Jodokiem?

- A Bierzgłowo miało? 

- Nie wiem.

- Ćma znalazł tam tajne, na szczęście puste, pomieszczenie. Kowalewo jest o tyle dla

nas interesujące, że na zamku znajdowała się kaplica pod wezwaniem Świętego Krzyża. Nic

po niej, jak po samym zamku nie zostało, ale wszystkie ślady trzeba sprawdzić.

Właśnie wjechaliśmy na podłużny, niewielki rynek Kowalewa. Zaparkowaliśmy przy

klombach   rosnących   na   środku   wysepki.   Zaraz   zbiegły  się   miejscowe   dzieciaki   ciekawe

wehikułu.

- Czy wiecie, gdzie tu stał zamek? - zapytałem. 

Dziatwa wydawała się zaskoczona takim pytaniem.

- U nasz nie ma szadnego szamku - mały blondyn odpowiedział straszliwie sepleniąc.

- Jak to nie ma?! - udawałem zdziwionego. - Czytałem o tym zamku w przewodniku.

- Niemoszliwe - odparł poważnie ten sam umorusaniec. 

Uśmiechnąłem się pod nosem.

- Chodźcie, to wam pokażę, gdzie był wasz zamek - powiedziałem do gromadki.

Ruszyliśmy   na   zachód.   Przeszliśmy   koło   starej   fary,   równej   wiekiem   zamkowi,

skręciłem za jej murem w prawo i stanąłem wśród drzew, które niegdyś stanowiły park.

-   Tu   kiedyś   było   przedzamcze,   a   tam   gdzie   widzicie   ten   pagórek,   był   zamek   -

background image

wyjaśniłem.

- Czo to jeszt podszamcze? - zainteresował się blondynek.

-   To   takie   miejsce,   gdzie   dla   załogi   zamkowej   pracowali   rzemieślnicy   różnych

zawodów,   mogły   tam   być   magazyny,   spichrza,   stajnie,   zbrojownie.   Sam   zamek   był

mieszkaniem i punktem obrony Krzyżaków.

- A pan jest Kszyszakiem?

- Nie - roześmiałem się. - Czemu tak uważasz?

- Pan tak duszo wie o Kszyszakach.

- Po prostu trzeba interesować się historią swojej miejscowości, wtedy sam wszystko

będziesz wiedział. Chodźmy dalej.

Spacerkiem przeszedłem po wzgórzu. Po prawej stronie ujrzałem przepiękny ogródek

otoczony  ścianami  z  kamieni. Początkowo  myślałem,  że  to  jakaś  kompozycja  z modnym

ostatnio zastosowaniem skałek. To były resztki murów obwodowych zamku!

- Może pójdę się zapytać, czy nie znaleziono  tam czegoś?  - zaoferował się Rysio

wskazując na gospodynię zajętą pielęgnowaniem kwiatków.

- Wybacz, ale nie będę się tobą wyręczał. Byłoby nietaktem, gdybym ciebie wysyłał na

przeszpiegi.

Zaprowadziłem   gromadkę   dzieci   pod   wieżę   ciśnień   zajmującą   najwyższy   punkt

wzniesienia, na którym stał zamek. Przed nami, poniżej stromej skarpy była droga, a nad nią

filar dawnego gdaniska.

- Tu było gdanisko... - zacząłem.

- Czo to było gdaniszko? - blondynek nie ustawał w pytaniach.

- Średniowieczna toaleta, a przy okazji ostatni punkt obronny, wieża wysunięta za

obręb murów i skutecznie blokująca napastników - próbował wytłumaczyć Rysio.

- Aha - mruknął blondynek, chyba nie do końca rozumiejąc w czym rzecz.

Ostrożnie zeszliśmy do asfaltu i obeszliśmy domki jednorodzinne dochodząc do tego,

w którego ogródku widzieliśmy resztki murów.

- Dzień dobry! - skłoniłem się siwiutkiej babuni z motyczką, porządkującej tulipany.

- Dobry - odpowiedziała staruszka.

Wyprostowała się kładąc jednocześnie dłoń na kręgosłupie zmęczonym wygięciem.

-   Jestem   z   Ministerstwa   Kultury  i   Sztuki   -   przedstawiłem   się.   -   Przyjechałem   w

sprawie murów.

Babcia podeszła do płotu.

-   Znowu   będziecie   robić   jakąś   inwentaryzację?   -   zapytała.   -   Kiedyś   byli   tu   tacy

background image

studenci, cały ogródek przekopali.

- Czego szukali?

- Mówili, że jakiejś osady, pamiątek. Wykopali jakieś monety, groty strzał i włóczni.

Potem zapłacili odszkodowanie i poszli. Ot i cały zamek - zamachnęła się ręką pokazując na

kamienie.

- Ci studenci nie znaleźli żadnych komnat, przejść podziemnych?

-   Nie.   Taki   profesor,   który  z   nimi   przyjechał,   mówił,   że   zamek   miał   takie   tajne

przejście,  prawdopodobnie do  kościoła  i nad  jezioro.   Opowiadał,  że  gdzieś czytał, jak  w

czasie potopu szwedzkiego grupa żołnierzy przepadła bez wieści.

Jeszcze   parę   minut   staruszka   opowiadała   nam   o   wykopaliskach   pod   dawnym

zamkiem. Dzieci słuchały tego z otwartymi buziami.

- Ala fajne historie - jęknął blondynek.

Zaraz też powiedział „do widzenia” i zaprowadził swoich towarzyszy na górkę, gdzie

z patykami w dłoniach zaczęli się bić jak rycerze.

Podziękowałem   miłej   gospodyni   za   pomoc   i   wróciłem   z   harcerzami   na   rynek.

Wsiedliśmy do wehikułu.

- Mamy jeszcze dużo czasu do kolacji - powiedział Rysio. - Może pojedziemy gdzieś

jeszcze?

Zerknąłem   do   atlasu   samochodowego   i   przeliczyłem   liczbę   kilometrów   do

przejechania.

- Zgadzam się, pojedziemy jeszcze do Brodnicy i Kurzętnika. Nie sądzę, żebyśmy

znaleźli tam interesujące nas ślady, ale przynajmniej wy będziecie mieli jakąś korzyść.

Ruszyliśmy na północny wschód, drogą na Ostródę.

- Niech pan powie, czego właściwie powinniśmy szukać? - prosił Rysio. - Jedziemy

oglądać zamki, ale nie wiemy, co tam jest najważniejsze.

- Przyznam się wam szczerze, że sam nie wiem. Jedyną wskazówką ma być żywot

świętego Jodoka. Czego mamy szukać? Nie wiem. Czegokolwiek. Boję się, że Ćma ma od

swojego   mocodawcy  jakieś   wskazówki.   Jakim   cudem   w   Bierzgłowie   od   razu   wszedł   do

podziemnego przejścia i znalazł ukrytą komnatę?

W Brodnicy zaparkowałem przy uliczce równoległej do Drwęcy. Przeszliśmy przez

most.  Po lewej   stronie widzieliśmy  relikty miejskich murów i   pałac  Anny  Wazówny,  po

prawej sterczała w niebo wysoka, ośmioboczna wieża zamkowa. Dawne mury zamku były

widoczne tylko w zarysie. Przeszliśmy przez kolejny most nad fosą.

- Zamek wybudowano w pierwszej połowie XIV wieku, a zburzono w 1787 roku -

background image

Rysio przeczytał z tablicy informacyjnej. - Zachowała się tylko wieża wysokości 55 metrów.

Skoro tak, to nie mamy tu czego szukać.

Chłopak gotów był odwrócić się na pięcie i odejść, tym bardziej że głośna muzyka z

ogródków piwnych nie nastrajała do zwiedzania.

- Poczekaj, nie wolno lekceważyć żadnego śladu - zatrzymałem go. 

Weszliśmy po kilku  schodkach  pod  podest  przed drzwiami  do  wieży. Wrota  były

zamknięte, a my z tego miejsca mieliśmy lepszy wgląd w charakter nieistniejącej budowli.

Rozglądałem się na wszystkie strony, po wieży, studni, odsłoniętych piwnicach. Jakaś iskierka

zrozumienia   zaczęła   tlić   się   w   mej   głowie,   ale   nie   potrafiłem   schwytać   jej   jeszcze   i

rozdmuchać, żeby zajaśniała.

- Jedźmy jeszcze do Kurzętnika - zaproponowałem.

- Najpierw nas pan zatrzymuje, a teraz popędza? - dziwiła się Niunia.

- Przecież  widzicie, że teren dokładnie przebadano przy odgruzowaniu. Trzeba by

mieć   solidne   przesłanki,   żeby  dostać   pozwolenie   na   jakiekolwiek   prace   w   tym   miejscu.

Oczywiście Ćma nie będzie bawił się w takie ceregiele i przyjdzie tu w nocy, ale sądzę, że to

nie o ten zamek chodzi.

Wyszliśmy  z   ruin   zamku,   przeszliśmy  do   wehikułu   i   pojechaliśmy  dalej   drogą  w

kierunku Ostródy. Tuż przed Nowym Miastem Lubawskim, gdy droga zjeżdżała z garbu, po

lewej stronie znajdował się parking. Zjechałem tam i poprowadziłem młodych ku schodkom

na górę.

Gdy   wspięliśmy   się   na   szczyt   wzgórza,   ujrzeliśmy   malowniczo   położone   ruiny   -

ledwie   kilka   ścianek   z   kamienia,   a   pomiędzy   nimi   ogromne   chaszcze.   Tylko   w   jednym

miejscu czytelna była forma otworu okiennego czy drzwiowego.

- Pan nas specjalnie wozi w nudne miejsca, żeby nas zniechęcić - stwierdził Rysio.

- Czemu nudne? - zdziwiłem się chodząc wśród murów. - Tu stał zamek kapituły

chełmińskiej  wybudowany podobnie jak warownia w Brodnicy w pierwszej połowie XIV

wieku. W latach 1414 i 1454 został zniszczony w czasie działań wojennych. Przed bitwą pod

Grunwaldem, tu na brodzie, na Drwęcy, wojska zakonne stanęły na drodze armii Jagiełły.

Krzyżacy  chcieli   bronić   przepraw   licząc,   że   forsujące   je   wojska   polskie   wykrwawią   się.

Zamek odbudowano, ale w czasie potopu szwedzkiego popadł w ruinę.

- Pan już wie, gdzie jest skrytka - nagle stwierdził Rysio. - My się męczymy, chodzimy

po krzakach, a pan stoi na ścieżce i przemawia tonem przewodnika. Chce pan tylko, żebyśmy

się czegoś nauczyli.

- Mamy wakacje - oświadczyła Niunia rozcierając podrapane jeżynami łydki.

background image

- Wracamy do obozu - rozkazałem. - Chciałem mieć pewność, do jakich miejsc należy

zawęzić poszukiwania i mam pewne pomysły.

Właśnie chciałem coś więcej o tym powiedzieć, gdy zadzwonił mój telefon.

***

Propozycja i słowa Beaty rozśmieszyły mnie. Musiałem zachować powagę, by nagłym

wybuchem nie rozdrażnić jej. Nie mogłem sprawić jej przykrości, bo pewnie w akcie zemsty

rozgadałaby wszystkim o mojej rozmowie telefonicznej, z której nawet nie wiem, ile słyszała.

Sytuację   komplikowała   jej   postawa,   z   której   wynikało,   że   chce   wejść   ze   mną   w   bliską

zażyłość. Gdybym ją przegnał, miałbym w niej wroga. Bałem się też nadużywać jej zaufania.

- Muszę to przemyśleć i skonsultować z szefem - powiedziałem tajemniczym głosem.

Starałem się, by brzmiało to jak żart.

Beata potraktowała te słowa poważnie.

- Dobrze - zgodziła się. - Czy ty czasami sypiasz? 

Spojrzałem na nią zdziwiony.

- Unikasz łóżka - pogłaskała pościel na moim tapczaniku.

- Uważam, że jeszcze za mało się znamy... - zacząłem.

- Jestem za brzydka w porównaniu z Moniką? - zrobiła obrażoną minę.

-   Nie,   skąd,  tylko  mam   pewne   zasady,  a  z   Moniką   nic   mnie   nigdy  nie   łączyło  -

tłumaczyłem się.

Beata zrobiła obrażoną minę, wstała i wyszła trzaskając drzwiami. Odetchnąłem z ulgą

i zacząłem rozbierać się do snu. Ten tryb życia mógł mnie szybko wykończyć. Gdy byłem już

tylko w spodniach, rozległo się pukanie. Nie zdążyłem sięgnąć po koszulkę, gdy do środka

wszedł Cezary.

- Witam - rzekł uśmiechając się szeroko.

-   Witam,   co   sprowadza   pana   do   mnie   o   tak   dziwnej   porze?   -   starałem   się   być

uprzejmym.

- My, mężczyźni, powinniśmy czasami grać w otwarte karty. 

- Tak? I pan to mówi, sztukmistrz, mistrz iluzji?

- Teraz mówimy o kobietach. 

- Tak?

Cezary wyraźnie speszony podrapał się po głowie.

- Już pan wąchał? 

- Co?

background image

- No, miał pan rozpoznać napastnika po zapachu... 

- I rozpoznałem.

- Kto to taki?

- Po co panu ta wiedza?

Cezary westchnął, pogładził bródkę, poprawił kamizelkę.

- To była panna Monika? - zapytał z godnością.

- Nie wiem, czy to ona mnie uderzyła, ale ona tam była...

- Pan wie, kto z nią był? 

- Domyślam się...

- Wiem, już pan wspominał wszystkim, że mnie nie było w wozie.

- Właśnie - smutno pokiwałem głową. 

Sztukmistrz był zażenowany.

- Pan wie, że obowiązkiem mężczyzny jest bronienie honoru kobiety?

- Tak, naturalnie.

- Otóż, widzi pan, wtedy w tunelu to ja byłem z panną Moniką i to ja pana zdzieliłem

przez łeb...

To oświadczenie zaskoczyło mnie.

- Przepraszam, łeb mają zwierzęta. Panna Monika jest uroczą i mądrą kobietą i nie da

się ukryć, że... - sztukmistrz chrząknął - zakochałem się w niej. Wiem, wiem, co pan zaraz

powie, że jestem stary i głupi, a tu taka młoda dziewczyna...

- Nic takiego nie miałem na myśli...

- Umówiłem  się  z  nią  pod  zamkiem  i  nagle okazało   się,  że  pan  idzie  w  naszym

kierunku. Pomyślałem, że to na przeszpiegi i doniesie pan o wszystkim dyrektorowi, więc

zrobiliśmy zasadzkę. Był tam jakiś tunel, jakiś boczny pokoik i...

- Zaraz, to nie pan rozbił mur?

- Nie... No i wtedy stuknąłem pana, przepraszam. Sam pan rozumie. Teraz z panną

Beatą też będę milczał jak grób...

- Napadł mnie pan i chciał przeprosić?! - prawie krzyknąłem. 

- Tak.

- Nie, pan przyszedł mnie szantażować. Mieni się pan dżentelmenem i stosuje takie

chwyty? Wstydziłby się pan. Nie obchodzą mnie pana stosunki z panną Moniką. Nie jestem

człowiekiem, który o wszystkim plotkuje. Nie jestem też człowiekiem, który szukałby tylko

przygód.   Oświadczam,   że   nic   mnie   nie   łączy   z   Beatą   prócz   przyjaźni   i   jeżeli   usłyszę

jakąkolwiek bzdurę na jej temat, jej odwiedzin u mnie, będę bronił jej czci i to wcale nie

background image

szantażem. Teraz mógłby mi pan już dać spokój!

Z   każdym   słowem   sztukmistrz   jakby   się   kurczył,   wreszcie   mówiąc   „dobranoc”

wymknął się z mojego wozu. Czym prędzej zgasiłem światło, zamknąłem drzwi na klucz i

ułożyłem się do snu.

Obudziło mnie stukanie do drzwi. Było już jasno.

- Do roboty! - krzyczał Iwan.

Zerknąłem na zegarek, rzeczywiście zbliżała się pora, abym zajął się jego zwierzętami.

Szybko ubrałem się i wybiegłem na dwór. Mimo wczesnej pory powietrze już było duszne,

zapowiadał   się   skwarny   dzień.   Dopiero   teraz   mogłem   dobrze   rozejrzeć   się   po   okolicy.

Staliśmy na nadbrzeżnych łąkach Drwęcy. Przed nami, na drugim brzegu, były nowe osiedla

Golubia, na lewo od nas, za zakrętem rzeki, stare miasto z rynkiem, a prawie za naszymi

plecami, na wzgórzu, stal zamek. Pobiegłem do koni, gdzie już na mnie czekali Katia i Iwan.

Trzymali za lejce dwa konie, jeden był biały, a drugi czarny.

- Umiesz jeździć konno? - zapytała Katia. 

- Tak.

- Na oklep? - Iwan uśmiechnął się. 

- Nigdy nie próbowałem.

- Zawsze jest pierwszy raz - Katia weszła do wozu i wyprowadziła trzeciego konia.

Dla mnie został kasztanowy wałach.

Podała   mi   lejce,   a   sama   wskoczyła   na   swojego   konia.   Na  plecach   miała   nieduży

plecak.

- One są do tego przyuczone - pouczał mnie Iwan. - Zdejmij jeszcze buty i skarpety.

Zostawiłem obuwie w stajni. Konie znały mnie i mój zapach, ale mimo to stanąłem

przy pysku, konia, by oswoił się ze mną. Potem wskoczyłem na jego grzbiet. Rumak nawet

nie   drgnął.  Lekko  trąciłem   go  piętą   zachęcając   do  marszu.   Ruszył  z   miejsca.  Spokojnie,

prawie w ślimaczym tempie jechaliśmy we trójkę nad rzekę.

Wjechaliśmy końmi do rzeki, tak że woda sięgała im do brzuchów. Rosjanie pozwalali

swoim koniom zamoczyć pyski. Zeskoczyli z grzbietów zwierząt, a Katia z plecaka wyjęła

narzędzia do czyszczenia koni. Rzuciła mi szczotkę.

- Do dzieła! - krzyknęła.

Płukaliśmy i czesaliśmy konie, które stały najwyraźniej zadowolone z zabiegów, lekko

drżały im mięśnie na nogach. Potem chwilę staliśmy z nimi na brzegu, by wyschły. Wreszcie

Iwan kazał nam puścić zwierzęta luzem. Stał i patrzył, jak jego konie chodziły po łące, od

czasu do czasu schylając łeb, jakby wąchały kwiatki. Po około dwudziestu minutach Rosjanin

background image

klasnął, krzyknął i konie przybiegły do niego.

- Widzisz, bez porażania prądem potrafią być posłuszne - powiedział do mnie.

Wróciliśmy   do   obozu,   gdzie   nasz   powrót   obserwowała   Beata.   Podziękowałem

rosyjskim cyrkowcom za przejażdżkę i wróciłem do siebie, postawiłem czajnik z wodą na gaz

i zacząłem przygotowywać śniadanie. Otworzyłem konserwę, pokroiłem chleb na kanapki,

gdy do mojego wozu, bez pukania, z kubkiem kawy w ręce, weszła Beata.

- Trzymasz teraz z Ruskimi? - zapytała z wyczuwalną zaczepką w głosie.

- Trzymam głównie z samym sobą - chłodno odpowiedziałem. - Na tym człowiek

najlepiej wychodzi.

-   Słusznie   -   Beata   pokiwała   głową.   -   Czy   dzisiaj   wieczorem   też   będziesz   taki

opryskliwy?

- Czemu pytasz?

- Bo chyba wiem, czemu w nocy chciałeś mieć święty spokój. 

- Tak?

- Szykuj się, że będzie cię przesłuchiwać policja.

- Czemu, przecież nie mam nic na sumieniu?

- My przyjechaliśmy tej nocy, więc jesteśmy głównymi podejrzanymi, a w nocy ktoś

próbował włamać się do zamku.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ZAPROSZENIE BEATY DO SALTA ŚMIERCI • ZWIEDZANIE ZAMKU W

GOLUBIU-DOBRZYNIU • PRZESŁUCHANIE U MISIKIEWICZA • MANUALNY

TALENT PAPILIO • WYPADEK BEATY

Nim w cyrku pojawiła się policja, odbyliśmy normalne próby, a potem warsztaty z

dziećmi. Rosjanie zachęcali miejscową młodzież dojazdy konnej, Kąjtek uczył żonglerki, a

Cezary   prostych   sztuczek   z   kartami.   Największą   furorę   robił   jednak   Papilio,   szympans

dyrektora. Pan Ludwik i jego zwierzę z anielską cierpliwością znosili wygłupy małoletnich.

Małpa popisywała się sztuczkami z wyciąganiem dzieciom z kieszeni cukierków, jazdą na

rowerze,   wspinaczką   po   drabince   sznurowej   Brazylijczyków.   Najbardziej   dzieciaki   lubiły

bawić się z Papilio w coś, co w moich młodzieńczych latach nazywało się grą „w łapki”.

Dzieci trzymały przed sobą dłonie spodem do góry, a ich zdaniem było lekko uderzyć Papilio

w jego dłonie od góry. Śmiać mi się chciało, gdy widziałem autentyczną radość na buzi

małpy, gdy udało jej się uciec od ciosów dzieci.

Pomagałem   Brazylijczykom   przy  montażu   ich   „aparatu”,   masztów,   usztywnionych

naciągniętymi linami, pomiędzy którymi były zawieszone trapezy i siatka. Pedro pilnował, by

wszystko trzymało idealny pion lub poziom. Ważne też było mocowanie siatki asekuracyjnej.

Zdziwiłem się, gdy na próbie Beata wspinała się na górę razem z Brazylijczykami.

- Pedro poprosił mnie, żebym uświetniła występ - wytłumaczyła mi stawiając stopę na

pierwszym szczeblu drabinki. - Chłopcy uznali, że bez dziewczyny nie potrafią skupić uwagi

mężczyzn na widowni.

Postanowiłem   na   razie   nie   przejmować   się   tym   dziwnym   zachowaniem

Brazylijczyków i poszedłem się przebrać w normalne ubranie. Wychodząc z terenu cyrku

natknąłem się na pana Ludwika.

- O, Małpa! - zawołał na mój widok. - Dokąd idziesz?

- Obejrzeć zamek - odpowiedziałem.

- Lepiej tam nie chodź.

- Czemu?

- Wiesz, co o nas mówią i tym nocnym incydencie?

- Ja mam czyste sumienie - wzruszyłem ramionami. 

- Uważaj na siebie!

background image

Na skróty, przez  łąki, pod górkę dotarłem na wzgórze zamkowe. Z daleka zamek

przypominał skrzyżowanie średniowiecznego zamku z renesansowym pałacem. W miejsce

przedzamcza   było   wielkie   pole   turniejowe   służące   współczesnym   rycerzom   i   „panom

szlachcicom” do pokazów. Dalej przeszedłem do bramy. Kupiłem bilet wstępu i wszedłem na

nieduży dziedziniec. Usiadłem na ławeczce przy wejściu do kawiarni w piwnicy. Doskonale

widziałem wszystkich wchodzących na zamek. Wyjąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem

do pana Tomasza.

- Witaj, Pawle - usłyszałem w słuchawce znajomy głos. - Coś się stało?

- Tak, ktoś podobno usiłował włamać się do zamku w Golubiu-Dobrzyniu.

- Jak, kiedy, co było celem złodziei? - dopytywał się szef. 

- Nie znam szczegółów, policja ma nas dziś przesłuchiwać.

- Masz jakieś podejrzenia?

- Całe mnóstwo...

Starałem się streścić szefowi ostatnie wydarzenia. Potem pan Tomasz opowiedział mi

o swoich przygodach,

- Cezaremu bym wierzył - stwierdził na koniec naszej rozmowy. - Sam też kiedyś

miałem słabość do kobiet, a u ciebie Pawle jest to chyba stan nieustający? Uważaj na tę pannę

Beatę.   To   niebezpieczne   ziółko,   bo   najwyraźniej   chce   zająć   miejsce   panny   Moniki.

Zainteresuj   się   tą   pięknością,   ale   dyskretnie,   byś  nie   zrobił   sobie   wroga   ze   sztukmistrza

Cezarego. Odnoszę wrażenie, że straciłeś z oczu obu klownów, a oni przecież byli w głównej

grupie naszych podejrzanych.

Podeszła przewodniczka, która miała oprowadzać mnie i innych turystów po zamku.

- Witam państwa serdecznie na naszym zamku - przywitała nas. - Będę się starała

przybliżyć państwu dzieje zamku w Golubiu-Dobrzyniu. Gdyby państwo mieli jakieś pytania,

to z ochotą odpowiem.

Dziewczyna była młodą blondynką ubraną w dżinsy i kwiecistą koszulę. Włosy spięła

w kucyk. Wydawała się być zmęczona swoją pracą, bo mówiła monotonnie, jakby odtwarzała

płytę.

- Zamek wybudowali Krzyżacy w latach 1300-1306 na ziemi przejętej od biskupa

kujawskiego. Początkowo był to dom konwentualny zbudowany z cegły, mniej więcej do

wysokości obecnego drugiego piętra - wszystkie głowy skierowały się ku górze. - W 1466

roku, po drugim pokoju toruńskim, zamek znalazł się w rękach polskich. W latach władania

starostwem golubskim przez  Annę Wazównę dobudowano w miejsce piętra spichrzowego

piętro renesansowe. Zmieniono też zwieńczenie narożnych wież. Teraz przejdziemy do sali

background image

muzealnej.

Przeszliśmy do salki na parterze, w której wyłożono narzędzia pracy miejscowych

chłopów sprzed stu i więcej lat. Przewodniczka zdawkowo tłumaczyła, co do czego służy.

Wyszliśmy do sieni. W murze widać było głęboką wnękę.

- A to, proszę państwa, jedno z trzech tajnych przejść znajdujących się na zamku.

Pierwsze liczące kilkanaście kilometrów podobno łączyło ten zamek z zamkiem w Radzikach,

drugie prowadziło do gotyckiego kościoła w mieście i trzecie do sypialni Anny Wazówny...

Tej   ostatniej   uwadze   towarzyszył   porozumiewawczy   uśmiech.   Na   fotosach   na

dziedzińcu widziałem zdjęcia z odbudowy zamku po wojennych zniszczeniach. Skoro Ćma

próbował się włamać, oznaczało to, że miał konkretne wskazówki, a skrytka była w takim

miejscu, które nie uległo zniszczeniu. W grę wchodziły więc piwnice.

Przeszliśmy na drugą stronę dziedzińca, do wysokiej na pięć metrów klatki schodowej,

w której wbudowano szerokie, wygodne do wchodzenia schody.

- To są końskie schody - opowiadała przewodniczka. - W dawnych czasach rycerze

zakonni wjeżdżali do swych komnat konno, bo mieli tak ciężkie zbroje, że mogli je zdjąć

dopiero w pokojach, gdzie były specjalne urządzenia...

Dalszy ciąg wywodów przewodniczki puszczałem już mimo uszu. Może dziewczyna

wiedziała, że plecie bzdury, może tekst został przygotowany z myślą o nie wyrafinowanych

turystach   żądnych   sensacji?   Na   krużganku   mieliśmy   okazję   podziwiać   kolekcję   kopii

buzdyganów i buław, do kupienia na miejscu. W sali rycerskiej, dawnej kaplicy, wystawiono

zbroje   i   uzbrojenie   miejscowego   bractwa   rycerskiego.   W   kolejnej   sali,   sypialni   Anny

Wazówny, przewodniczka  pokazała  nam   wyjście z  jednego z   tajnych przejść ukrytych  w

murach, kazała stanąć w niszy, gdzie stało łóżko Wazówny, pomyśleć jakieś życzenie i to już

właściwie był koniec zwiedzania.

Wyszedłem rozczarowany. Wtedy zadzwonił do mnie pan Tomasz.

- Pawle, przyjedzie do was Misikiewicz - mówił szef. - Wspólnie ustaliliśmy, że może

Ćma   mnie   obserwuje,   ale   niech   lepiej   od   razu   nie   kojarzy   mnie   z   organami   ścigania.

Misikiewicz poda ci szczegóły i z nim wymienisz się informacjami.

- Dobrze - przytaknąłem.

Wróciłem do cyrku. Policjanci już przesłuchiwali pracowników. Niektórzy cyrkowcy

nerwowo palili papierosy.

- Po co taki stres przed występem?! - biadolił pan Ludwik.

U policjantów znikała obojętność z twarzy, gdy w stroju scenicznym defilowały przed

nimi dziewczyny z baletu lub z grupy „Clans”.

background image

- Paweł Trznadelski? - zapytał mnie jakiś policjant.

- Nie - odparłem odruchowo. - To znaczy tak.

Tę moją pomyłkę, złą reakcję na fałszywe nazwisko zauważyli sztukmistrz, Chudy i

Beata. Wystarczająco dużo osób, by Ćma o wszystkim się dowiedział.

- Chcielibyśmy pana przesłuchać - mówił policjant. - To tylko formalność.

Delikatnie wziął mnie pod rękę i wyprowadził za teren cyrku, do radiowozu. W środku

czekał Misikiewicz.

- Pilnuj nas, żeby nikt tu nie podszedł - Misikiewicz rozkazał policjantowi.

- Ale to przecież były legionista... - zająknął się policjant. - Jak zechce uciec...

- Nie zechce - uspokajał go Misikiewicz. 

Zatrzasnął suwane drzwi i zaczął przeglądać notatki.

- Z zeznań cyrkowców wynika, że miło spędza pan tu czas - stwierdził Misikiewicz.

- Aż tak mnie nie lubią?

- Tylko Rosjanie nic o panu nie mówili. Reszta wciąż uważa pana za obcego i na pana

chce skierować naszą  uwagę.  Prowadzi   pan  hulaszczy  tryb  życia  -  Misikiewicz   zerkał  w

notatki.   -   W   tak   krótkim   czasie   doliczono   się   trzech   romansów.   Co   noc   inna   kobieta?

Oberwanie w głowę, bójka z dwoma artystami... Dobrze, że jednak nie wysłałem swojego

człowieka, rozwód miałby murowany.

- Kto nie miał alibi na tę noc? - przerwałem żarty Misikiewicza.

-   Wygląda   na   to,   że   panna   Beata   po   wyjściu   od   pana   resztę   nocy   spędziła   z

dyrektorem. Przynajmniej tak ona twierdzi. Dyrektor zeznał, że spał, później przyznał, że był

z kobietą, ale nie może powiedzieć z którą, bo to dżentelmenowi nie wypada. Reszta też spała.

- Co to było za włamanie?

- Komedia - Misikiewicz lekceważąco machnął ręką. - Gdyby nie powaga sytuacji,

uznałbym to za żart. Ktoś zarzucił cienką linkę z kotwiczką na dach. Cienka linka, ale może

utrzymać duży ciężar. Wyposażenie profesjonalistów, dobrze wygimnastykowanych.

- Brazylijczycy, „Clans”? - podpowiadałem.

- Paweł Trznadelski, były legionista... - dopowiedział Misikiewicz.

- Linka została, brak śladów, by ktokolwiek z niej korzystał, gdziekolwiek wchodził.

Oczywiście nie można wykluczyć, że ktoś lub coś wypłoszyło włamywacza.

- Zgadzam się, że to komedia obliczona na zrobienie zamieszania, tylko w jakim celu?

Mówił pan, że na mnie chcą zwrócić waszą uwagę, tylko kogo kryją i to w dodatku tak

zgodnie?

Misikiewicz bezradnie wzruszył ramionami.

background image

- Niech pan ma na wszystko oko - powiedział podając mi rękę. - W razie czego jeden

telefon do mnie lub pana Tomasza i będzie pan miał wsparcie policji. Proszę się tylko za

szybko nie spalić.

- Jasne - mruknąłem wysiadając z wozu.

Wiedząc,   że   cyrkowcy   z   pewnością   mnie   obserwują,   zagrałem.   Wzruszyłem

ramionami, jakbym cale przesłuchanie uważał za jakąś bzdurę i leniwie wróciłem do namiotu.

Za  pół   godziny  miało   rozpocząć   się  wieczorne   przedstawienie.  Szybko  pobiegłem

zjeść kolację, przebrać się, a potem jeszcze pomóc Iwanowi przy koniach.

- Przesłuchiwali cię? - pytał Rosjanin. 

- Tak.

- O co pytali?

- O wszystko, ale o wiele ciekawsze jest to, czego się tam dowiedziałem.

Iwan zerknął na mnie zaciekawiony.

- Wszyscy równo na mnie donosiliście opowiadając plotki i wymyślone bajki na mój

temat, nawet to, że byłem w legii - wyjaśniłem.

- Gdyby nie to, że parę osób w nocy mnie odwiedzało, to ja bym był podejrzany o

zarzucenie linki na zamek. Wszystko to jakaś straszna bzdura.

Iwan zamilkł.

- Ja na nikogo nie donoszę - powiedział po chwili. - Wychowałem się w Związku

Radzieckim. Kiedyś miałem szansę wyjechać na zagraniczny kontrakt. Nie wyjechałem, bo

kolega doniósł, że opowiadam polityczne dowcipy. To mój pierwszy wyjazd.

Żal mi się zrobiło Rosjanina, który dopiero teraz posmakował prawdziwej wolności.

W jego słowach wyczułem szczerość.

- Wiem, Iwan, jesteś w porządku - pokiwałem głową. 

Skończyliśmy przygotowanie koni i poszedłem za kurtynę, by jak zwykle pilnować

wszystkiego podczas spektaklu.

Widowisko   rozpoczął   pan   Ludwik   z   nieodłącznie   towarzyszącym   mu   Papilio.

Szympans był ubrany w krótkie spodenki i koszulkę z tarczą i krzyżackim herbem, taką jaką

można było kupić na stoiskach przed zamkiem. Widzowie śmieli się z min małpy i jej stroju.

-   Cyrk   „Titanic”   wita   wszystkich   na   dzisiejszym   przedstawieniu   -   pan   Ludwik

przemawiał,  a  głos   miał   tak   silny,  że  nie  potrzebował  mikrofonu.   -  Dziś   poznacie  wiele

tajemnic, zobaczycie taniec ogni i sławne na całym świecie salto śmierci.

Widownia  zaklaskała.  Obok  mnie  na  scenę  przebiegli  klowni.  Zaraz  zaczęli   robić

sobie sztubackie dowcipy, a dzieciaki płakały ze śmiechu, widząc kwiatek w klapie tryskający

background image

wodą, sztuczną rękę podawaną przyjacielowi na powitanie, uciekający po arenie portfel na

sznurku jednego z klownów.

Potem rozbrzmiała muzyka i na scenę wbiegł balet Moniki. Dzieci zanurzyły dłonie w

kubłach z prażoną kukurydzą, a tatusiowie, patrząc czy ich żony przypadkiem nie przyglądają

im się z boku, uważnie śledzili ruchy tancerek.

Obok mnie stanął dyrektor cyrku.

- Jak przebiegło przesłuchanie? - zapytał.

- Myślałem, że Iwan już wam wszystko doniósł - odpowiedziałem z żalem w głosie.

- Nie rozumiem o czym mówisz, Małpa?

Poczułem,   że   ktoś   grzebie   mi   w   kieszeni   kamizelki.   Szybko   położyłem   dłoń   na

kieszeni. Za mną rozległ się pisk, to był Papilio.

-   Nie   wygłupiaj   się!   -   pan   Ludwik   strofował   szympansa.   -   Zrobił   się   z   niego

kieszonkowiec. Wytłumacz mi, o co ci chodzi?

- Policjanci wiedzieli o mnie wszystko, o legii, o tym co się ze mną tu działo przez te

dni. Pan chyba wie, że nie zależy mi na tym, żeby policjanci nagle się mną zainteresowali.

Zastanawiam   się,   czy   ktoś   mnie   tu   w   coś   nie   wrabiał,   bo   zarzucono   linkę   na   zamek,

podejrzenia padły na cyrkowców, a cyrkowcy w swoim gronie błyskawicznie wskazali czarną

owcę. Jeżeli jestem tu niepotrzebny, to mogę się z państwem pożegnać.

Pan Ludwik słuchał tego co mówiłem z wyraźną troską malującą się na jego twarzy.

- Małpa, żądasz od nas lojalności, ale... 

Wtedy wbiegły między nas baletnice.

- Spotkajmy się po spektaklu - powiedziała do mnie Beata. - Przyjdę do ciebie.

Pobiegła przebrać się do numeru z Brazylijczykami.

-   Przepraszam   na   chwilę...   -   pan   Ludwik   skłonił   mi   się   i   wyszedł   na   scenę,   by

zapowiedzieć następny numer, woltyżerkę Rosjan.

Gdy konie zaczęły biegać po scenie, pan Ludwik z Papilio wyszli z namiotu głównym

wyjściem.

Klowni  szykowali  się  do  następnego wejścia  na  scenę smarując  poduszki  z  gąbki

udające ciasto biszkoptowe bitą śmietaną w sprayu. Ledwie Rosjanie wyprowadzili konie,

klowni wbiegli na arenę okładając się tymi niby tortami.

-   Proszę   -   pan   Ludwik   zaszedł   mnie   z   tyłu   i   podał   mój   telefon   komórkowy.   -

Przepraszam, Papilio jest nieznośny.

Udając   obojętność   włożyłem   urządzenie   do   zapinanej   kieszeni   w   koszuli.   Po

klownach   do   przedstawienia   szykowali   się   „Clans”.   Teraz   musiałem   być  w   pogotowiu   z

background image

gaśnicą   w   rękach.   Przez   szparę   patrzyłem   na   to   niezwykłe   widowisko,   gdy   tańczyli   z

płonącymi pochodniami, przy wygaszonych światłach w namiocie. Widzowie byli jak zwykle

oczarowani. Po skończonej prezentacji „Clans” pod sufit wspięli się Brazylijczycy i Beata.

Zadaniem Beaty było stanie na jednym z podestów przy maszcie namiotu i taniec w

rytm latynoamerykańskiej muzyki. Trapeziści skakali pomiędzy trapezami, porozumiewając

się okrzykami w sobie tylko znanym języku. Skakali po dwóch na raz, pojedynczo, mijając się

w powietrzu. Wreszcie Pedro wykonał potrójne salto mortale. Widzowie oszaleli z podziwu i

oklaskiwali artystę. Teraz Beata miała jeszcze przejść na drugi maszt. Najpierw bujała się z

Auco, który miał podać dziewczynę prosto w ręce Pedra.

Po dwóch wahnięciach Auco puścił Beatę, ta chwilę szybowała i minęła się z dłońmi

Pedra. Dziewczyna z okrzykiem pełnym strachu spadała na siatkę asekuracyjną. Beata wpadła

w nią z taką prędkością i w takiej pozycji, że nie miała szans wyhamować, siatka wybiła ją w

górę i zaraz Beata spadła na arenę. Pierwszy do niej dobiegłem. Kręgosłup miała chyba cały,

ale biodro było dziwnie wykrzywione. Klowni przynieśli nosze, a Brazylijczycy popisowo

zeskoczyli na ziemię korzystając z siatki.

- Boże, takie nieszczęście! - biadolił pan Ludwik, gdy przybiegł do nas.

Wynieśliśmy ranną. Beata płakała, wyła z bólu i rozpaczy, że pewnie już nigdy nie

będzie mogła tańczyć. Na szczęście karetka przyjechała szybko i zabrała biedną tancerkę.

Mimo że spektakl przerwano, widzowie byli zadowoleni, ujrzeli wypadek, dowód, że

pokazy na trapezie są niebezpieczne. Upadek Beaty był dla nich ważniejszy niż salto mortale

Pedra.

Pomogłem Iwanowi przy koniach, a potem zadzwoniłem do szpitala w Toruniu.

- Pana koleżanka ma operację - powiedziała mi lekarka.

Wieść   o   wypadku   lotem   błyskawicy   rozniosła   się   po   okolicy   i   przed   drugim

spektaklem przed namiotem zebrał się tłum chętnych. W tym samym czasie przyjechała do

nas   policja,   już   drugi   raz   tego   samego   dnia.   Znowu   był   tu   Misikiewicz,   tym   razem   w

towarzystwie prokuratora.

- Bardzo mi przykro, proszę państwa, dziś ze względu na wypadek naszej koleżanki

musimy odwołać drugi spektakl - pan Ludwik przemawiał do zawiedzionej gawiedzi.

Dyrektor zapewnił, że jutro odbędą się oba zaplanowane widowiska. W tym czasie w

namiocie przesłuchiwano nas wszystkich, szczególnie Brazylijczyków.

- Ktoś zmienił naprężenie siatki - słyszałem, jak Pedro się tłumaczył. W rozmowie

używał języka polskiego i angielskiego. - Sprawdzałem przed numerem, było wszystko w

porządku.  Potem,   jak   skakałem,   poczułem,   że  jest   za   bardzo   napięta.   Sam   w   pierwszym

background image

momencie przestraszyłem się. Ktoś manipulował też przy trapezie; ten, z którego skakała

Beata,   jakoś   inaczej   dziś   chodził.   Dlatego   numer   nam   nie   wyszedł.   Sam   ryzykowałem

wykonując moje salto mortale...

- Kto jest odpowiedzialny za montaż państwa urządzenia? - dopytywał się prokurator.

- My i Paweł Trznadelski - odparł Pedro.

Misikiewicz   słysząc   te   słowa   poważnie   pokiwał   głową.   Zdjęto   odciski   palców   z

bloków i napinaczy siatki. Potem razem zabrano mnie i Brazylijczyków na komisariat. Tam

musiałem przejść procedurę z pobraniem odcisków moich linii papilarnych.

Prokurator przesłuchiwał Brazylijczyków. Misikiewicz zamknął się ze mną w jednym

z   pokoi.   Siedzieliśmy   w   milczeniu   czekając   na   wyniki   ekspertyz   specjalistów   od

daktyloskopii.   Po   dziesięciu   minutach   zadzwonił   telefon   na   biurku,   przy  którym  siedział

Misikiewicz.

-   Tak?   -   policjant   podniósł   słuchawkę.   -   Ciekawe   -   mruknął   odkładając   japo

wysłuchaniu   meldunku.   -   Na   urządzeniu,   przy  którym  ktoś   zmienił   naciąg  siatki   nie   ma

żadnych odcisków palców, starannie je wytarto. Niech mi pan powie, komu zależałoby na

wypadku panny Beaty?

-   Ciekawe,   czy  chodziło   akurat   o   nią?   Nie   wiem,   czy  Brazylijczycy  specjalnie   ją

spuścili na źle umocowaną siatkę?

-   Sugeruje   pan,   że   ktoś   fingując   wypadek   akrobatów   chciał   na   pana   rzucić

podejrzenie?

- Chyba tak - pokiwałem głową. 

- Kto?

- Nie wiem.

Zwolniono mnie  w tym samym czasie  co Brazylijczyków. Czekając aż   prokurator

skończy ich przesłuchiwać, obejrzałem swój telefon. Nosił ślady, jakby Papilio go gryzł. Nie

wiem, czy ktoś przeglądał moją książkę telefoniczną, notatki w organizerze, bo mam taki

model, który podłącza się do komputera i można w niego wgrywać i kasować dane. Przed tym

zadaniem   wyczyściłem   go   ze   wszystkiego,   co   mogłoby   świadczyć   o   mojej   tożsamości.

Telefony do szefa i Misikiewicza znałem na pamięć. Teraz zadzwoniłem do pana Tomasza,

by mu opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach.

- Ćma domyśla się twojej roli i chce na ciebie rzucić podejrzenia - stwierdził pan

Tomasz, gdy mu już wszystko opowiedziałem. - Przeczucie mówi mi, że dziś w nocy Ćma

uderzy jeszcze raz, tym razem na zamek...

Jeszcze kilka minut rozmawiałem z szefem. Potem Misikiewicz uprzedził mnie, że

background image

zaraz dołączą Brazylijczycy. Wyłączyłem telefon, usiadłem na ławce na korytarzu i czekałem.

Akrobaci nawet na mnie nie spojrzeli. Byli chyba przekonani, że to ja jestem wszystkiemu

winny.

W milczeniu wracaliśmy do cyrku. Tam pan Ludwik zwołał zebranie zespołu.

- Kochani! - zaczął. - Dzieją się tu ostatnio dziwne rzeczy, dziwne i straszne, jak

dzisiejszy wypadek Beaty.  Doszły  mnie  słuchy,  że  ktoś   z  zespołu   zaczął   jątrzyć, donosił

policji na kolegów. Uważam, że jak wielka rodzina powinniśmy najpierw wszystkie sprawy

załatwiać we własnym gronie. Jestem już stary, wszyscy wiedzą, że to mój ostatni sezon. Nie

mam żadnego sposobu, żeby was dyscyplinować, skoro nie szanujecie zasad panujących w

tym   cyrku.   Oświadczam,   że   jeżeli   się   dowiem   o   kimkolwiek,   że   rozpowiada   plotki   o

kolegach, doprowadza do bójek, w jakikolwiek sposób jest nielojalny, wyrzucę go na zbity

pysk z cyrku. Wiecie, co to oznacza?

- Plajtę cyrku - mruknął Chudy.

- Tak jest - pan Ludwik skinął głową. - Mamy słaby program, a bez jednego punktu

wszystko się sypnie. Odejście jednego oznacza katastrofę dla wszystkich. Przy czym pozostali

mogą liczyć na niewielką odprawę. Wszyscy za to będziecie mieli sezon w plecy.

- Sugeruje pan, że powinniśmy pilnować siebie nawzajem? - zapytał sztukmistrz.

- Tak - dyrektor skinął głową.

- To system radziecki - oburzył się Chudy.

-   Ważne,   żeby  był   skuteczny  -   oświadczył   pan   Ludwik.   -   Do   rana   macie   wolne,

zastanówcie się nad swoim postępowaniem.

Po zebraniu jeszcze raz zadzwoniłem do szpitala w Toruniu.

- Koleżanka ma operację - brzmiała odpowiedź na pytanie o stan zdrowia Beaty.

Poszedłem   do   namiotu   obejrzeć   wszystkie   urządzenia   składające   się   na   „aparat”

Brazylijczyków.   Od   razu   widać   było,   że   zapięcia   i   napinacze   były   poruszone   przez

tajemniczego   złoczyńcę,   prawdopodobnie   Ćmę.   O   ile   pamiętałem,   żadnego   z   nich   nie

dotykałem,   bo   moja   rola   przy   ustawianiu   „aparatu”   ograniczała   się   do   pomagania   przy

naciąganiu   lin,   ich   mocowaniem   zajmowali   się   osobiście   akrobaci.   Pedro   zeznając   przed

prokuratorem   chciał   mnie   pogrążyć.   Usiadłem   na   obrzeżu   areny,   zamyślony   starając   się

odtworzyć z pamięci sceny z dzisiejszego dnia, znaleźć lukę, w której pojawiłby się Ćma.

Nagle ktoś, kto podszedł do mnie od tyłu, położył mi dłoń na ramieniu.

- Nie będę więcej ryzykował - usłyszałem głos Pedra. - Jutro wystąpisz z nami.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

PRZYGOTOWUJEMY ZASADZKĘ NA ĆMĘ • NOCNE WYPADKI W OBOZIE

CYRKOWCÓW • POŚCIG ZA CIENIEM • W LABIRYNCIE PODZIEMI •

ZAMKNIĘCI W KOMNACIE • KTO NOCOWAŁ W HOTELU?

Telefon od Pawła o próbie włamania do zamku w Golubiu-Dobrzyniu zelektryzował

mnie. Mogło to świadczyć o tym, że Ćma znowu dysponuje konkretnymi informacjami o

skrytce. Harcerzy wysłałem na lody, a sam zadzwoniłem do Misikiewicza. Ustaliliśmy, że to

on weźmie pieczę nad śledztwem w sprawie zamku i póki jest tam cyrk, ja tam nie przyjadę.

- Czy coś się stało? - zapytał Rysio, gdy z Niunią wrócili z lodów.

- Ktoś usiłował włamać się do zamku w Golubiu-Dobrzyniu - odpowiedziałem.

- Czy coś zginęło?

- Nie, nawet nie ma śladów, by złodziej próbował wejść na zamek. Zostawił linę na

murach i uciekł, jakby chciał dać znak.

- Miał pan nam opowiedzieć o swoich pomysłach w sprawie skrytki - przypomniała

Niunia.

- Zapraszam was wieczorem na oglądanie fotografii - odpowiedziałem z tajemniczym

uśmiechem.

Wróciliśmy   na   biwak   nad   jeziorem.   Harcerze   pobiegli   do   swojego   obozu,   a   ja

przygotowałem sobie herbatę i chleb z masłem. Podczas kolacji zadzwonił do mnie Paweł

opowiadając o wypadku w cyrku. Powiedziałem, że pewnie Ćma uderzy tej nocy, bo nikt nie

będzie się spodziewał jego akcji tak szybko.

- Musisz też dowiedzieć się, o czym chciała ci powiedzieć Beata - podpowiadałem

Pawłowi. - Może wiedziała coś, co stało się przyczyną jej wypadku?

Tak żałowałem, że nie mogłem być tam na miejscu, by właściwie ocenić sytuację.

Usłyszałem kroki. To szli do mnie Rafał, Rysio i Niunia.

- Czuwaj! - przywitałem komendanta.

- Czuwaj - odpowiedział Rafał.

Niunia   zajęła   się   przygotowaniem   wszystkim   herbaty,  a   ja   rozłożyłem   kserokopię

tekstu o ołtarzu z Sątop, bo przecież zdjęcia ukradł mi Ćma, i wyjąłem książkę o polskich

zamkach. Zakładkami miałem zaznaczone zamki w najbliższej okolicy.

- Od druhów słyszałem, że zajmuje się pan jakąś niebezpieczną sprawą - zaczął Rafał.

background image

-   Przeciwnik   jest   groźny,   ma   na   sumieniu   życie   człowieka,   ale   chociaż

prawdopodobnie miał okazję, nie zrobił mi krzywdy - odpowiedziałem. - Najgorsze jest to, że

ma nade mną przewagę. Wie, jak wyglądam, kim jestem, wie o poszukiwanej skrytce więcej

niż ja. Okradł mnie, prawdopodobnie był tu.

Rafał siedział zamyślony.

- Niunia i Rysio pytali mnie o pomysły na to, co mamy robić dalej - kontynuowałem. -

Po   pierwsze,   uważam,   że   należałoby  obserwować   zamek   w   Golubiu-Dobrzyniu,   nim   nie

wyjedzie stamtąd cyrk, bo to w cyrku ukrywa się Ćma. Po drugie, jestem przekonany, że

tajemnicę skrytki kryją zdjęcia - palcem postukałem w kserokopie. - Niestety, mam tylko to.

Rafał   nachylił   się   nad   kopiami   przyświecając   sobie   latarką.   Zrobił   to   o   czym

myślałem, czyli zaczął szukać podobieństw pomiędzy malowidłami a zdjęciami w albumie o

zamkach.

- Na pierwszy rzut oka, bo może istotne szczegóły na tych kopiach nie są widoczne,

jest charakterystyczne, że na każdym z czterech obrazów przedstawiających żywot świętego

Jodoka jest zamek - powiedział Rafał.

- Za każdym razem  stoi  on nad wodą, może  to być jezioro, rzeka, ale i  fosa. Za

każdym razem zamek wygląda inaczej, ale w trzech jest wysoka wieża, a w czwartym długi

most prowadzący do fortecy.

- Najbliżej nas to Radzyń Chełmiński i Pokrzywno, które były położone obok dużych

zbiorników wodnych - dopowiedziałem. - Rogoźno leży co prawda na wysokim wzgórzu o

stromych zboczach, ale ta - nazwijmy to górka - to również cecha wspólna tych czterech

obrazów. To w Rogoźnie był długi most prowadzący na zamek przeciągnięty nad głęboką

fosą. Rogoźno pasuje do tych ilustracji także ze względu na wielość baszt, które były na

zamku.

- Myśli pan, że malarz tworzący ołtarz mógł wskazywać konkretny zamek? - zapytał

Rafał. - Skoro wiedział, o który chodzi, to czemu nie opróżnił skrytki?

- Malarz żył w czasach bliskich swojemu przodkowi. Mógł rozpytując na zamkach

dowiedzieć się, gdzie mieszkał jego przodek. Do odnalezienie skarbu nie starczyło mu sprytu,

czasu lub po prostu się bał.

- Czyli co, dziś w nocy służba pod zamkiem w Golubiu, a jutro wyjazd w teren? -

zapytał Rafał. - Nie przyjmuję do wiadomości prób pozbycia się mnie. Muszę wziąć udział we

wspólnej akcji z Panem Samochodzikiem.

- My też! - zawołali Niunia i Rysio.

- Już dobrze - uśmiechnąłem się.

background image

Komendant poszedł do obozu wyznaczyć zastępstwo i wrócił przebrany na czarno, z

kocem, pałatką i płachtą siatki maskującej pod pachą.

- Przygotujemy stanowisko obserwacyjne i zaczekamy - oznajmił.

***

Czekanie   musi   wejść   w   krew   każdemu   detektywowi.   Przygotowałem   sobie   dobre

stanowisko na obrzeżu krzaków na zboczu wzgórza zamkowego. Z daleka widziałem cały

cyrk zalany srebrzystym blaskiem księżyca. Około północy widziałem, jak niżej nad rzeką, też

pod krzakami, instalował się zespół złożony z dwóch osób dorosłych i dwóch młodszych.

Domyślałem się, że to Pan Samochodzik przyjechał na czaty i są z nim Niunia i Rysio. Nie

wiedziałem, kim jest drugi dorosły. Może Misikiewicz? Spojrzałem na zegarek. Było wpół do

pierwszej. Musiałem wracać do obozu, by objąć nocną wartę. Zastąpiłem Chudego, który

rzucił „dobranoc” i prawie pobiegł do swojego łoża. Dwie godziny kręciłem się wokół cyrku,

aż zastąpił mnie Sevro, jeden z Brazylijczyków.

Korzystając z momentu, kiedy poszedł do namiotu, wybiegłem za teren naszego obozu

i wróciłem na swoje stanowisko pod krzakami. Bardzo chciało mi się spać, ale obiecałem

sobie, że odeśpię w dzień. Pamiętałem z Sątop, że Ćma lubił działać tuż przed świtem, około

trzeciej, czwartej. Musiałem leżeć jeszcze godzinę. Z daleka widziałem, jak Sevro stał w

cieniu wozów, palił papierosy, pił z termosu, wreszcie przysiadł na schodkach swojego wozu i

sprawiał wrażenie jakby przysnął.

Wtedy przez   obóz   przemknął   jakiś  cień.  Brazylijczyk  zerwał  się  na  równe  nogi  i

pobiegł za cieniem do namiotu. Już stamtąd nie wyszedł. Kusiło mnie, żeby zbiec do cyrku,

ale nie widziałem drugiej strony namiotu, gdzie stały wozy dyrektora, sztukmistrza, tancerek,

klownów. Może Brazylijczyk był tam. Nie podnosił alarmu, bo zapewne nic się nie stało.

Wtedy na łące zobaczyłem ubraną na czarno postać, która schylona szła szybko przez wysokie

trawy, na przełaj w kierunku zamku. Dotarła do szosy. Przystanęła na moment, rozejrzała się

na boki  i ruszyła w kierunku miasta. Ostrożnie  wstałem z miejsca i  szedłem po zboczu,

starając się trzymać cienia krzaków. Wydawało mi się, że w bazie Pana Samochodzika na

dole także zapanowało ożywienie.

Cień, którym pewnie był Ćma, szedł coraz szybciej, aż wreszcie skręcił w lewo z

szosy prosto na wzgórze zamkowe, jakby chciał wejść na zamek od południowego wschodu.

Rosły tam lipy, krzaki leszczyn, prawdziwy gąszcz. Podejrzewałem, że jego celem jest zamek,

więc skradałem się do niego. Pod samą budowlą, w promieniu kilkunastu metrów od niego

był tylko trawnik oświetlony reflektorami.

background image

Ćma szybko wdrapał się pod mur zamkowy. Zerknął w górę, przytknął dłonie do ust i

zahuczał jak sowa. Z górnego piętra, tam gdzie był hotel, ktoś zrzucił linę. Ćma wdrapał się

na górę. Pomimo oświetlenia nie widziałem jego twarzy. Był ubrany w czarny kombinezon i

długą kurtkę z kapturem. Twarz skrywał za kominiarką. Jego pomocnik pomógł mu, gdy Ćma

stanął na parapecie okna, a stamtąd dostał się po drugiej linie na dach zamku.

Szybko pobiegłem do bramy. Była zamknięta. Zastukałem w nią. Nikt nie reagował.

Szukałem dzwonka. Wtedy otworzyła się furtka w bramie, rzuciłem się do niej, usłyszałem

ciche „paf”.

„Gaz” - pomyślałem, nim upadłem zemdlony.

***

Z daleka widzieliśmy, jak Paweł rzucił się w pogoń za ubraną na czarno postacią.

Potem wspinaliśmy się pod mury zamkowe. Rafał szedł pierwszy, ja za nim, a na końcu

Niunia i Rysio. Młodzi dźwigali rzeczy, z których skonstruowaliśmy naszą kryjówkę. Musiała

być  bardzo   dobra,   skoro   Ćma   nie   dostrzegł   nas   przechodząc   zaledwie   kilka   metrów   od

naszego   stanowiska   obserwacyjnego.   Pod   mury   zamkowe   dotarliśmy   w   samą   porę,   by

zobaczyć, jak w jednym z okien znika lina.

- Ćma ma wspólnika - szepnął Rafał.

Ciekawiło mnie, gdzie mógł się podziać Paweł. Szybko obeszliśmy zamek docierając

do bramy. Furtka była uchylona, a w powietrzu czułem dziwny zapach. Rafał szedł pewnie

przed siebie. Przeszliśmy ciemnym korytarzem na dziedziniec. Wszędzie panowały ciemności

i cisza. Z lewej strony usłyszeliśmy stukot butów na drewnianych schodach. To było zaledwie

w odległości kilku kroków.

- Tam - Rysio wskazał na otwarte drzwi.

Skręciliśmy w lewo i weszliśmy do wysokiej klatki schodowej. Rafał dalej skradał się

pierwszy.   Minęliśmy   pierwsze   półpiętro,   dotarliśmy   do   poziomu   krużganków.   Mogliśmy

wchodzić   wyżej,   ale   przez   szparę   w   drzwiach   zobaczyliśmy,   jak   Ćma   wchodzi   do   sal

wystawowych.

Rafał nie czekając na komendę wyszedł na ganek. My stąpaliśmy za nim starając się,

by nie zaskrzypiały deski pod naszymi nogami.

- Ćma wszedł do hotelu i z niego przeszedł do klatki schodowej na ganek - Niunia

wyrysowała w powietrzu trasę przemarszu Ćmy.

Mnie niepokoiło to, gdzie zniknął Paweł. Nie było jednak czasu na zastanowienie, bo

Rafał już  wszedł do pierwszej sali wystawowej zastawionej różnorodną bronią. Drzwi do

background image

sąsiedniej   komnaty   były   otwarte   na   oścież.   Była   tu   wystawa   malarstwa   współczesnego.

Rozglądałem się za alarmem, lecz żadnego tu nie było. Weszliśmy do komnaty, w której

odbywały się chyba jakieś uczty z racji znajdujących się tu stołów połączonych w jeden ciąg

obstawiony krzesłami i ławami. Na lewo od nas portret Anny Wazówny był uchylony. Przez

wysokie   okna   wpadało   do   środka   światło   księżyca.  Rafał   uchylił   obraz,   który  okazał  się

drzwiami kryjącymi wejście do tajemnego korytarzyka. - Idziemy! - zadecydował.

Korytarzyk   miał   najwyżej   sto   sześćdziesiąt   centymetrów   wysokości   i   pół   metra

szerokości. Musieliśmy iść gęsiego, ja i Rafał schylając się. Na razie nie włączaliśmy latarek,

by przedwcześnie nie zdradzić swojej obecności. Szliśmy po omacku, ścierając palcami kurz

ze ścian. Korytarzyk piął się do góry, ale po przejściu trzech metrów poczuliśmy podmuch

zimnego powietrza z lewej strony. Stamtąd też, na dole zobaczyliśmy słabe światło, odbite od

ceglanych   ścian.   Zejście   w   lewo,   powstałe   w   świeżo   wybitej   ścianie,   było   strome,   bez

schodków.   Wymagało   mocnego   zaparcia   się   o   ściany.  Gdy  zaczęliśmy   schodzić,   odległa

poświata   zniknęła.   W   ciemnościach   uderzyłem   o   plecy  Rafała.   -   Usłyszał   nas   -   szepnął

komendant obozu.

Wtedy najpierw zatrzymała się na mnie Niunia, a potem Rysio. Takiego ciężaru nie

wytrzymałem i zepchnęliśmy jeszcze Rafała. Harcerz, próbował hamować ze wszystkich sił i

pewnie dlatego zjazd z wysokości kilku metrów nie skończył się dla nas tragicznie.

Siedziałem trzymając się napiętej nogi Rafała. O dziwo, moje wyciągnięte do przodu

stopy nie miały żadnego oparcia. Na mnie opierali się młodzi harcerze. Czułem, że Rafał traci

siły, bo cały ciężar trzech osób spoczywał na jego jednej nodze.

Wymacałem   rękoma   wokół   siebie   cegły,   lekko   cofnąłem   się   odciążając   Rafała   i

sięgnąłem po latarkę. Zapaliłem ją i aż mi się zrobiło słabo.

Przed nami ział czarny otwór głębokiej studni. Przed nią korytarz jeszcze węższy i

niższy skręcał w lewo w dół. Rafał stał jedną nogą opierając na krawędzi cembrowiny, a

drugą trzymając w powietrzu. Na szczęście był dryblasem i jego długie ręce opierały się o

ściany.

- W ostatniej chwili ją wyczułem - szepnął. - Nagle powiało chłodem i wyczułem tę

dziurę.

Rafał cofnął się, wziął moją latarkę i zaświecił w dół.

- Dwadzieścia metrów - jęknął. - Chciał nas zabić - powiedział o Ćmie.

Nie czekając ani chwili wszedł w korytarz. Miał on metr wysokości i czterdzieści

centymetrów szerokości. Zerknąłem za siebie.

-   Dacie   radę   wejść?   -   zapytałem   młodych   harcerzy   wskazując   zjazd,   który  przed

background image

chwilę pokonaliśmy.

Oboje zaświecili latarki i przecząco pokręcili głowami. Ciężko westchnąłem żałując

pochopnego pościgu za Ćmą. Rafał schodził zapierając się rękoma i kolanami. Przyświecał

sobie   latarką   trzymaną   w   dłoni.   Ostrożnie   brnęliśmy   za   nim.   Tunel   schodził   pod

łagodniejszym kątem niż poprzedni. Po paru minutach takiego czołgania się weszliśmy do

niewielkiego   pomieszczenia.   Oprócz   tego   korytarza,   którym   tu   dotarliśmy,   były   jeszcze

cztery, jeden równoległy do naszego i po jednym na każdej z pozostałych ścian.

- Tędy - pokazałem ślad na wielowiekowym kurzu w tunelu sąsiadującym z naszym.

- Tutaj też - Rafał poświecił na pozostałe wyjścia także noszące ślady, że tamtędy ktoś

się czołgał.

O ile w piwniczce mogliśmy stanąć prawie wyprostowani, o tyle korytarze stawały się

niebezpiecznie niskie, nawet półmetrowej wysokości.

-   Jesteśmy   w   kropce   -   powiedział   Rafał.   -   Jeżeli   wejdziemy  w   ślepą   uliczkę,   to

będziemy musieli czołgać się tyłem, bo nie zawrócimy. Z nas czworga tylko ja mogę wrócić tą

samą drogą i sprowadzić pomoc, ale wtedy Ćma ucieknie. Co wybieramy?

- Gonimy! - orzekli Rysio i Niunia.

- Szukajmy innego wyjścia i nie rozdzielajmy się - zaproponowałem.

- Sprawdzę te korytarze, każdego kilka metrów - zdecydował Rafał. 

Wszedł  w pierwszy od lewej obok naszego. Wrócił po minucie. - Ślepa uliczka -

zameldował.

Kilka razy głęboko odetchnął i zanurkował w następny tunel. Tym razem nie było go

trzy minuty.

- Ślepa uliczka - poinformował nas. - Tunel, trzydzieści metrów pod górkę skończony

zawaliskiem.

Rafał zniknął nam trzeci raz, na dłużej. Po pięciu minutach zaczęliśmy go wołać i

świecić latarkami w głąb tunelu. Minęło jeszcze kilka minut, nim zobaczyliśmy go ponownie.

Był brudny i spocony.

- Dziękuję! - każdemu z nas kolejno uścisnął dłonie.

- Co się stało? - zapytałem.

- Zabłądziłem w labiryncie - opowiadał Rafał. - Tam była zapadnia, na dnie studni

leżał szkielet. Dalej były już tylko korytarzyki, w górę i w dół, krzyżujące się, z silnymi

przeciągami, prowadzące donikąd. Makabra, powietrze dostawało się do środka przez mały

otwór, zaledwie pięć centymetrów średnicy. Wiało  tak, że włosy mi falowały. Gdyby nie

wasze krzyki i światło, zostałbym tam na wieki jak jeszcze jeden koleżka, którego znalazłem

background image

przy tym otworze. Chyba ten Ćma nam ucieknie.

- Niech diabli porwą Ćmę - byłem wściekły sam na siebie. - Mam nadzieję, że Paweł

go złapie. Niech druh wraca i przyprowadzi pomoc, a właściwie przyniesie liny, przy których

pomocy wyjdziemy do zamku.

- Sprawdzę jeszcze ten - Rafał był uparty i wszedł w czwarty tunel. Wrócił po minucie.

- Chodźcie - zachęcał wynurzając głowę. - Dalej jest  wysoko, szerzej, wygodniej.

Droga prowadzi na wschód...

Skuszeni   tymi   słowami   ruszyliśmy   za   Rafałem.   Było   tak   jak   mówił.   Korytarz

poszerzył się do metra, a wysoki był znowu na 160 centymetrów. Jeżeli prowadził w dół, to

po ceglanych schodkach. Szliśmy świecąc przed siebie, a widoczność mieliśmy na trzydzieści

metrów. Obliczałem, że pokonaliśmy około stu metrów. Nad głowami od czasu do czasu

słychać było jakiś hałas.

- Pewnie jesteśmy pod miastem - domyślał się Rafał.

Wreszcie zobaczyliśmy przed sobą szeroko otwarte dwuskrzydłowe wrota osadzone w

ozdobnym portalu.

Zwolniliśmy kroku, niepewni tego co nas czeka.

- Czyżby to miała być skrytka? - zastanawiał się Rafał.

Rafał i harcerze weszli do krótkiego przejścia za portalem, a ja jeszcze sprawdziłem,

czy   skrzydła   ruszają   się,   nie   zatrzaskują,   nie   stanowią   kolejnej   pułapki.   Oczywiście

zardzewiałe zawiasy nie chciały od razu drgnąć, ale stwierdziłem, że nie są one połączone z

żadnym mechanizmem. Poszedłem za harcerzami.

- Niech pan patrzy! - zawołał mnie Rafał.

Oświetlał dwie ciężkie, otwarte skrzynie stojące w rogu długiego na dwadzieścia i

szerokiego   na   pięć   metrów   pomieszczenia   z   rzędem   filarów   biegnących   środkiem

pomieszczenia.   Pobiegliśmy   do   skrzyń.   Rzecz   jasna   były   puste,   a   za   nami   rozległ   się

przeraźliwy zgrzyt starych drzwi i stukot, gdy je zatrzaśnięto.

***

Gdy ktoś  was   oszołomi  gazem,   to   przebudzenie  jest   bolesne.   Tym  bardziej   jeżeli

zostaliście rzuceni w jakieś kolczaste krzaki. Spojrzałem na zegarek. Nie było jeszcze trzeciej.

Byłem bez czucia najwyżej pół godziny. Rozejrzałem się dokoła. Bandyta przyholował mnie

tu, rzucił w krzaki na północ od zamku. Obok widziałem schody prowadzące do warowni.

Podszedłem  do nich. Każdy gwałtowny ruch przyprawiał mnie o ból głowy. Wchodziłem

powoli, jak pijany. Dotarłem do bramy. Była zamknięta. Zastukałem, waliłem pięścią. Nie

background image

było przycisku dzwonka. Szukałem w kieszeniach telefonu komórkowego, by zadzwonić po

Misikiewicza. Nie miałem go, Ćma mi go zabrał.

Bębniłem   pięścią   we   wrota,   aż   usłyszałem   czyjeś   kroki.   Na   wszelki   wypadek

odsunąłem się, gdybym znowu miał być poczęstowany gazem.

- Czego?! - otworzył mi wielki facet z brodą. Zaświecił mi w twarz latarką.

-   Ty,   ja   cię   znam!   -   zawołał.   -   Witaj,   bracie,   pamiętasz   poznaliśmy   się   pod

Grunwaldem.

Jedna z moich przygód zaprowadziła mnie pomiędzy bractwa rycerskie, które spotkały

się na inscenizacji bitwy pod Grunwaldem. Tam poznałem wielu współczesnych rycerzy, a

wśród nich i tegoż jegomościa.

- Co się stało? - zapytał mnie stróż.

- Znowu było włamanie do zamku - powiedziałem. - Nie widziałeś tu starszego pana z

harcerzami?

- Co tu gadasz? Jakie włamanie?

- Wezwij policję - prosiłem.

Mężczyzna pełniący obowiązki stróża nie wezwał policji, bo stwierdził, że nikt się nie

włamał do zamku.

- Sprawdźmy - błagałem go. 

Przeszliśmy się po salach wystawowych.

- Kto mieszka w pokoju w tej części zamku? - pytałem wskazując tę część drugiego

piętra, gdzie przebywał pomocnik Ćmy.

- Jakaś babka - odparł stróż. - Ty, chuchnij, możeś coś pił? 

Pozwolił mi zadzwonić do Misikiewicza.

- Wyślę naszych, żeby sprawdzili teren - obiecał policjant.

- Ale jesteś namolny - stwierdził brodacz. - Oberwę za to, że ciebie tu wpuściłem.

Poczekaliśmy   na   patrol   policji,   który   zjawił   się   po   kwadransie.   W   obecności

policjantów   obejrzeliśmy   mury   zamku.   Okno,   z   którego   rzucono   linę   było   otwarte.

Wymusiłem, byśmy sprawdzili ten pokój, który według brodacza zajmowała jakaś babka. Był

pusty.

- Dobrze, że zapłaciła z góry - mruknął brodacz.

Obejrzałem   framugę   okna,   parapet,   łóżko.   Spod   łóżka   wyciągnąłem   mały  bloczek

przywiązany na krótkiej lince do nogi dużego łoża.

- Uciekli po linie - oceniłem. - Na parapecie znajdziecie ślady przetarcia liną.

- Czemu uciekła, przecież zapłaciła? - dumał brodacz.

background image

- Właśnie, jaki to ma sens? - żachnął się dowódca patrolu.

-   Bo   ta   babka   nie   była   sama,   musiała   jakoś   wyprowadzić   stąd   włamywacza   -

tłumaczyłem.

Zastanawiało ich zachowanie tajemniczej mieszkanki pokoju, ale chyba wobec braku

śladów włamania uznali, że lepiej mieć spokojną noc, niż zawracać sobie głowę wymysłami

jakiegoś szaleńca.

- Idź już lepiej spać - poradził mi brodacz.

- Dobranoc panu - mruknął dowódca patrolu.

Pobiegłem do obozu, wbiegłem do swojego wozu. Mój telefon komórkowy leżał na

łóżku. Byłem pewny, że wziąłem go ze sobą. Przypomniałem sobie coś. Wyjrzałem przez

okno. Nigdzie nie było widać wartownika. Wyszedłem i wtedy napotkałem Pedra, Auco i

Chudego.

- Gdzie byłeś? - Pedro trzymał w ręku krótką pałkę.

- W mieście - odpowiedziałem.

- Kiedy tam poszedłeś?

- Po swojej warcie.

- Czemu uderzyłeś Sevro?

Nie   wiedziałem   co   odpowiedzieć.   Zrozumiałem,   co   oznaczało   zniknięcie

Brazylijczyka w namiocie. To Ćma go obezwładnił.

- Czy tylko mnie nie było w obozie? - zapytałem.

- Nie  kręć, obudziłem  się i  zdziwiłem,  że   mnie   jeszcze  nie   obudzono   na  wartę -

opowiadał Chudy. - Wstałem, poszukałem Sevro i go znalazłem. Ty go tak walnąłeś?! Co ci

zrobił?

Awantura   obudziła   wszystkich   cyrkowców   i   przybiegli   otaczając   nas   ciasnym

kręgiem. Nikogo nie brakowało.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

WROTA NIE DO POKONANIA • TAJEMNICE SKRZYŃ • POJAWIENIE SIĘ

ROKSANY • ZNIKNIĘCIE RAFAŁA • WIADOMOŚĆ OD BEATY • ZWIADOWCA

W SPÓDNICY • TRENING NA TRAPEZIE • PIERWSZY UPADEK

Rafał natychmiast skoczył do wrót, naparł na nie z całej siły. Daremnie. Brał rozpęd i

w ten sposób próbował je sforsować. Bezskutecznie. Wyjął finkę i próbował nią podsadzić

belkę zamykającą skrzydła drzwi. Rysio biegał wzdłuż  ścian szukając wyjścia. Niunia po

prostu usiadła pod filarem i rozpłakała się.

Skupiłem  się na oglądaniu skrzyń. Były to kufry podróżne z przełomu XIX i XX

wieku, zamykane na klucz. W jednym z nich w samym rogu była prymitywna kasetka, o

dziwo   wydawała   się   zamknięta.   Delikatnie   poruszyłem   wieko.   Spróchniałe   drzewo

odchodziło od przerdzewiałej blachy.

- Rafał, możesz pożyczyć mi nóż?! - krzyknąłem.

Ten nie odpowiedział, za to Rysio, który wykonywał kolejną rundę, podał mi swój

scyzoryk. Włożyłem go pod wieko, podważyłem, naparłem całym ciałem i zamek wyskoczył

ze swojego mocowania. Okazało się, że w dodatkowej kasetce nic nie było.

Przyłączyłem się do Rysia. Oglądałem lity mur. Z poszukiwań skarbu templariuszy

wyniosłem   pewne  doświadczenie   w  sprawie  tajnych  przejść.   Krzyżacy  mogli  korzystać  z

podobnych pomysłów. Ta komnata była jednak ślepą uliczką. Ciekawiło mnie, co mogło być

w  tych skrzyniach,  kto  je tu  zostawił,  a przede wszystkim   jak  je  tu wniósł  i  to  całkiem

niedawno, bo pewnie niecałe sto lat temu, a może podczas drugiej wojny światowej?

Teraz skupiłem swoją uwagę na stropie. Było to nienaruszone sklepienie kolebkowe,

wciąż z oryginalnymi średniowiecznymi cegłami. Podszedłem do Rafała.

- Myśli pan, że ktoś tu po nas przyjdzie? - zapytał.

-   Za   parę   dni   -   odpowiedziałem.   Ściszyłem   głos,   by   młodzi   nie   słyszeli   naszej

rozmowy. - Nawet te parę dni wystarczy, byśmy tu umarli chociażby z pragnienia.

- Mam trochę wody - Rafał poruszał manierką wiszącą u jego pasa.

Woda cicho zachlupotała. Harcerz zdał sobie sprawę, jak mały to zapas dla czterech

osób. - Przecież rano ktoś zacznie nas szukać - wymyślił po chwili.

- Kto? Z jakiej przyczyny? - powątpiewałem. - Paweł, o ile ma swobodę działania, bo

nie zapominaj, że gdzieś zniknął, zadzwoni do mnie rano, wieczorem. Może dopiero wtedy

background image

zacznie się niepokoić. Rano zawiadomi policję. Rozpoczną się poszukiwania. Kto wpadnie na

to, że jesteśmy w przejściu podziemnym? Jestem pewien, że Ćma i jego wspólnik starannie

zatarli wszystkie ślady swojej obecności.

- Mówił pan, że za parę dni...

- Tak, bo za parę dni rodzice Niuni i Rysia, twoi krewni, Paweł nie będą dawali

spokoju  policji   i   ci   jeszcze   raz,   tym razem  gruntownie   sprawdzą   zamek.  O  ile   Ćma  nie

zabawił się w nocnego murarza i nie zamurował ścianki, którą tej nocy zburzył, to mamy

szansę, że ktoś nas tu odnajdzie.

- To co możemy zrobić?

- Wyjść.

- Którędy?

- Tędy - wskazałem wrota. 

- Jak?

Rafał   bezskutecznie   usiłował   wcisnąć   ostrze   noża   pomiędzy  skrzydła   drzwi.   Były

ciężkie, wykonane z drewna obitego blachą. Nie konserwowane przez te wszystkie lata mogły

okazać się słabsze niż wyglądały. Podzieliłem się z Rafałem swoimi spostrzeżeniami, a ten

natychmiast znalazł miejsce, gdzie mógł podsadzić nożem płat zbrojenia drzwi. Zaczął się z

nim szarpać. Pokaleczył sobie dłonie, ale oderwał spory, czterdziestocentymetrowej średnicy

kawałek.

- Jesteśmy na dobrej drodze - cieszył się Rafał krusząc drewno.

***

Stałem sam przed wzburzoną grupą cyrkowców. Czułem, że teraz Ćma dopiął swego i

czekał mnie lincz. Nawet życzliwy mi dyrektor zachowywał neutralną postawę.

- Paweł! - usłyszałem za sobą znajomy kobiecy głos.

Zza rogu mojego wozu wybiegła Roksana. Dobrze, że zespół „Titanica” nie widział

mojej miny. Roksana świetnie grała. Udała speszoną, że spotkaliśmy się przy tylu świadkach.

- Zapomniałam ci coś powiedzieć, ale... widzę, że jesteś zajęty - wyjąkała.

Chciała odwrócić się na pięcie, ale Monika zareagowała pierwsza.

- Przepraszam, to pani była z Pawłem? - zapytała.

- Tak, a czemu to państwa interesuje? - Roksana zrobiła słodką minę, ale w jej głosie

było słychać zajadłość, wyraźne ostrzeżenie dla Moniki, że Roksana nie da sobie w kaszę

dmuchać.

Z do tej pory żądnych krwi cyrkowców jakby uszło powietrze.

background image

- Małpa, przedstaw nam panią - poprosił pan Ludwik.

- Jestem narzeczoną Pawła - Roksana powiodła po cyrkowcach wzrokiem, szczególnie

więcej czasu poświęcając dziewczynom, a najwięcej Monice. - Nie przyznał wam się?

- Paweł jest nieśmiały - stwierdziła Monika. 

- I skryty - dodała Dorota.

- Ale jest w porządku - powiedział Iwan i odwrócił się, by odejść do swojego wozu.

Chociaż sprawa pobicia Sevro była bardzo ważna, wszyscy poczuli  się nieswojo i

niepewnie mówiąc „cześć!” odchodzili. Został tylko pan Ludwik.

- Przepraszam, czy państwo są już... - podkręcił wąsika - po słowie?

- Tak, proszę pana - Roksana skromnie spuściła wzrok.

- Czemu pani z nami nie wyruszyła w trasę? Istniała taka możliwość. 

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

- Paweł uznał, że to będzie dobra próba naszej miłości - odparła Roksana.

Dyrektor uśmiechnął się.

- Ale długo bez siebie nie wytrzymaliście?

- Tak, chciałam przy okazji omówić jeszcze parę spraw związanych ze ślubem...

- A kiedy, jeśli wolno zapytać?

- 12 września - odpowiedziała Roksana. - To dzień moich urodzin. 

Roksana była tak słodka, że rozbroiłaby chyba każdego mężczyznę, a co dopiero pana

Ludwika.

- Panie Pawle, wstyd mi za pana! - dyrektor udawał oburzonego.

- Jak pan mógł spotykać się z narzeczoną gdzieś nocą, po kątach? Co prawda cyrk to

miejsce pracy, ale i pana dom, a my jesteśmy jak pana rodzina, chociaż może nie zawsze nam

się dobrze układa...

Pan   Ludwik   poklepał   mnie   konfidencjonalnie   po   ramieniu   i   odszedł   do   siebie.

Roksana rzuciła mi się na szyję.

- Musiałam przyjechać, weź mnie teraz na ręce i zanieś do siebie - szepnęła.

Wziąłem Roksanę na ręce jak małe dziecko i wniosłem do swojego wozu. Posadziłem

ją na łóżku i chwyciłem za telefon.

- Poczekaj moment - poprosiłem dziewczynę.

Wystukałem   numer   telefonu  Pana  Samochodzika.   Głos  z  automatycznej  sekretarki

beznamiętnie powiadomił mnie, że szef jest poza zasięgiem. Wściekły wyłączyłem aparat.

Usiadłem obok Roksany i rozmawialiśmy szepcząc sobie do ucha.

- Skąd się tu wzięłaś?! - zapytałem.

background image

- Przyjechałam, bo myślałam, że się przydam - odpowiedziała Roksana. - Tata Niuni i

Rysia mówił, że spotkali oni Pana Samochodzika. Postanowiłam przyjechać do was i pomóc

wam  w poszukiwaniach. Najpierw znalazłam  obóz  harcerzy. Tam  powiedzieli  mi,  że  ich

komendant   i   dzieci   naszego   organisty   wyjechali   z   Panem   Samochodzikiem   do   Golubia.

Zostawiłam u nich plecak i jakoś dojechałam tu PKS-em, a w mieście zobaczyłam plakat

reklamujący cyrk, ten sam, który był u nas, w Sątopach. Domyśliłam się, że znajdę was w

pobliżu tego cyrku, że go śledzicie, ale ty po prostu zostałeś cyrkowcem.

- Przecież to szaleństwo! Jak mogłaś tu jechać tak na ślepo, bez uprzedzenia?!

- Chcesz znać prawdę? 

- Tak!

- Chciałam wyrwać się z domu. Mama wróżyła i wywróżyła, że obaj znajdziecie się w

pułapce i że ty wiesz, co moja mama ma na myśli. To prawda?

-   Tak   -   roześmiałem   się.   -   Coś   mi   tam   wróżyła.   Można   nawet   powiedzieć,   że

przepowiedziała śmierć Kosy. Mój szef zniknął, ale to chyba tylko przypadek.

Zadzwoniłem do Misikiewicza i powiadomiłem o zniknięciu pana Tomasza.

- Popędzę chłopaków - obiecał policjant.

Teraz wybrałem numer telefonu szpitala w Toruniu, żeby zapytać o zdrowie Beaty.

- Już jest po operacji - powiadomiła mnie pielęgniarka. - Pan jest jej narzeczonym?

Milczałem zaskoczony.

- Pan Paweł Trznadelski? To pan dzwonił do nas wcześniej kilka razy? 

- Tak.

- Beata czuje się dobrze, lekarze mówią, że będzie chodzić, ale rehabilitacja potrwa

minimum pół roku. Mówiła też, że ciocia Monika zamieszkała w hotelu na zamku, ale nie

zdążyła panu o tym powiedzieć.

- Dziękuję pani bardzo i proszę przekazać Beacie, że jest kochana, i że ją odwiedzę

najszybciej jak tylko będę mógł.

- Dobrze - najwyraźniej pielęgniarkę cieszyło przekazywanie takich szyfrów, czułości

zakochanych par.

Rozłączyłem się.

- Co to za Beata? - zapytała Roksana.

- Jesteś zazdrosna?

- Nieładnie odpowiadać pytaniem na pytanie.

- Beata to koleżanka, która miała wypadek i przekazała mi teraz ważną wiadomość.

- Tak? Jaką?

background image

- Wiem, kto jest wspólnikiem Ćmy.

***

Niestety, radość Rafała była przedwczesna. Pod warstwą  drewna odkryliśmy gęstą

kratę z wciąż solidnie trzymających się prętów. Niunia od razu popadła w histerię i wielkie

łzy zaczęły płynąć po jej policzkach. Rysio także zrezygnowany usiadł pod filarem. Rafał

otarł pot z czoła.

-   To   musiał   być   skarbiec   -   stwierdził.   -   Żelazna   krata   wzmocniona   dębowymi

klepkami i blachą? Do tego potrzeba mocnego tarana.

- To jest myśl - powiedziałem oglądając się na skrzynie w rogu.

- Przecież ich nie podniesiemy, a co dopiero rozpędzić się i uderzyć z całej siły -

zauważył Rafał. - Nawet jeżeli zrobimy to raz, to na drugi nie starczy nam sił.

- Spróbujmy - poprosiłem.

Podeszliśmy z Rafałem do kufrów. Oba miały nosidła na węższych ściankach i miałem

nadzieję, że gdy złapiemy za nie i rozbujamy skrzynię, to ta - uderzając o wrota metalowymi

wzmocnieniami  na rogach - w końcu rozbije belkę zamykającą z  drugiej strony. Jeden z

kufrów był bardzo ciężki, drugi mniejszy i lżejszy, Gdy tylko go podnieśliśmy i przesunęliśmy

w bok, w miejscu gdzie stał zobaczyłem otwór w podłodze.

- Ale numer - westchnął Rafał.

Szybko  odsunęliśmy  drugi  kufer.   Naszym  oczom   ukazał  się  niewielki  prostokąt  o

bokach długości pół i całego metra. W świetle latarek widzieliśmy strome schody i niski

korytarzyk.

Rafał zszedł pierwszy.

- Masz wrócić najdalej za minutę - powiedziałem do niego.

Martwiło mnie, że nasze latarki traciły moc. Jedynie czołówka Rafała wyposażona w

specjalną energooszczędną żarówkę, opracowaną dla grotołazów, wydawała się niestrudzona.

Jedna latarka na cztery osoby to było jednak za mało.

- Zgaście światło - rozkazałem młodzieży.

Sam  zgasiłem  także  swoją  latarkę.  Siedzieliśmy  w  ciemności,  a  ja obserwowałem

fosforyzujące wskazówki mojego zegarka. Po minucie pochyliłem się nad otworem.

- Rafał! - zawołałem. Odpowiedziała mi cisza.

- Co teraz? - zapytał Rysio.

- Czekamy - odpowiedziałem.

background image

***

Za   oknem   świtało.   Nie   mogłem   wytrzymać   bezczynności,   szczerze   mówiąc

denerwowała mnie obecność Roksany. Czułem się przytłoczony obecnością tej dziewczyny.

Zasługiwała na to, żeby się nią zająć, zaopiekować, pożartować, poflirtować, ale nie mogłem.

Cały czas mój umysł zajmowała myśl o tym, że Monika współpracowała z Ćmą. Kto mógł

nim być? Może Monika była Ćmą, która wabiła do siebie różnych mężczyzn, namawiała do

włamań korzystając ze swojego wdzięku osobistego. Może kimś takim był właśnie Kosa?

Przecież ktoś mówił mi, że Kosa podkochiwał się w Monice, a sama Monika zażartowała ze

mnie pytając, czy będę zastępował Kosę we wszystkim. Teraz w szponach urody Moniki

znalazł się sztukmistrz Cezary.

Myślałem, czy którykolwiek z cyrkowców nie dałby rady wejść po linie. Szczerze

mówiąc mógł to zrobić każdy z nich, nawet dyrektor i Gruby Bartek. Wciąż nie wiedziałem,

kim był człowiek, który zaatakował Sevro, wyszedł z terenu cyrku i dołączył do Moniki. To

on zapewne oszołomił  mnie  gazem  i stał za zniknięciem pana Tomasza,  chociaż  miałem

nadzieję, że z harcerzami nie mogło mu się stać nic złego.

- Cały czas myślisz o niej? - dopytywała się Roksana.

- O kim?

- O tej Beacie.

- Nie, boję się, czy mój szef nie ma kłopotów. 

Opowiedziałem Roksanie o nocnych przejściach.

-   Idź,   zapytaj   na   zamku,   czy   ta   babka,   która   uciekła,   wyglądała   jak   Monika   -

zaproponowała Roksana. - Albo sama pójdę, ty mnie tylko odprowadzisz.

Zgodziłem   się,   bo   robienie   czegokolwiek   było  lepsze   niż   stagnacja.   Czekałem   na

parkingu, sto metrów od zamku na wyniki dochodzenia Roksany. Nie było jej pół godziny.

Zamartwiałem się o dziewczynę cały ten czas i co chwila dzwoniłem do szefa, nieodmiennie z

tym samym skutkiem.

Wreszcie   zobaczyłem   Roksanę   jak   szła   do   mnie   lekkim   krokiem.   Dopiero   teraz

dostrzegłem, że miała na sobie obcisłe dżinsy, koszulkę na krótki rękaw, proste ubranie, ale

uwypuklające jej kobiece kształty. Zawadiacko zarzuciła sobie torebkę na plecy i z daleka

uśmiechała się do mnie.

- Zgadnij, co mam? - zapytała stając przede mną. 

- Co?

- Zapach Ćmy i jej barwniki. Zaprosisz mnie na lody? 

Spojrzałem na zegarek.

background image

- O tej porze? Jeżeli reflektujesz na takie ze sklepu...

- Wystarczy bułka z kefirem na śniadanie - Roksana uśmiechnęła się. 

Zeszliśmy   do   miasta   i   w   pierwszym   napotkanym   sklepie   zrobiliśmy   zakupy.

Wróciliśmy do obozu. Roksana nawet nie chciała słyszeć, że będę gotował i pierwszy raz od

paru dni zjadłem ciepły posiłek - jajecznicę ze smażoną kiełbasą. Jedliśmy śniadanie, gdy do

mojego wozu weszli dyrektor i Pedro.

- Smacznego! - powiedział pan Ludwik uśmiechając się. - Małpa, jesteś szczęściarzem

-   dodał   wciągając   nosem   zapach   potrawy.   -   Do   rzeczy,   Małpa,   będziesz   skakał   z

Brazylijczykami. Sevro tak oberwał w głowę, że chyba przez kilka dni nie będzie w stanie z

nami występować.

-   Wczoraj   Pedro   mnie   tym   straszył,   ale   ja   nie   potrafię   i   się   nie   nauczę   -

odpowiedziałem.

- Wszystkiego się nauczysz - stwierdził Pedro. - Będziesz latał.

- Przykro mi to mówić, Małpa, ale nie masz wyjścia - rzekł dyrektor.

- Jeżeli ci to nie pasuje, to cóż... droga wolna. Ze swej strony mogę cię zapewnić, że

chłopcy tak ustawią układ, byś miał jak najmniej pracy.

- Jeden skok i trzy asysty - wtrącił Pedro.

Bezradnie   opuściłem   ramiona.   Jedynym  wyjściem   było   jak   najszybsze   znalezienie

Ćmy, a do tego musiałem zostać przy cyrku jak najdłużej.

- Trudno - ponuro pokiwałem głową. Pan Ludwik zadowolony klasnął w dłonie.

- Za godzinę w namiocie - zapowiedział Pedro. - Zwolnię cię z roboty u Iwana.

-   Może   pani   potrafi   robić   jakieś   sztuczki?   -   dyrektor   zwrócił   się   do   Roksany.   -

Oczywiście oprócz jajecznicy.

- Wróżę z kart.

- Świetnie, zechce pani przyjść w południe do namiotu, kiedy będziemy prowadzili

zajęcia dla dzieci?

Już chciałem powiedzieć, że Roksana wyjeżdża, ale ona mnie ubiegła.

- Z przyjemnością, tylko pojadę po swoje rzeczy, które zostawiłam u znajomych -

powiedziała.

- Paweł mógłby z panią pojechać, chyba w godzinę zdążycie?

- Poproszę o dwie - Roksana uśmiechnęła się promiennie. 

Pan Ludwik pytająco zerknął na Brazylijczyka.

- Ani minuty dłużej - rzucił Pedro.

Dyrektor pożegnał nas i wyszedł za akrobatą. Szybko zjedliśmy, przesiedliśmy się do

background image

szoferki i wyjechałem z obozu. Roksana powiedziała mi, jak dojechać do harcerzy. Cieszyłem

się, że tam jadę, bo może był tam pan Tomasz.

- Co za zapach Ćmy zdobyłaś? - zapytałem Roksanę, gdy wyjechaliśmy z Go lubią.

Roksana wyjęła z  torebki mały  flakonik perfum.  Odkręciła  korek i  podetknęła mi

buteleczkę pod nos.

- Monika - rozpoznałem.

- Widzę, że ją dobrze znasz - zauważyła Roksana. - Czy śladów jej szminki mam

szukać na twoich kołnierzykach? - to mówiąc wyjęła szminkę.

- Skąd to masz?

- Poszłam do zamku, przedstawiłam się jako siostra Moniki, a miła pani z recepcji

powiadomiła mnie, że siostra nagle wymeldowała się z hotelu i że zostawiła w łazience na

półeczce perfumy i szminkę.

- Szkoda, że nie szczoteczkę do zębów - mruknąłem. - Według mnie, to świadczy o

tym, że Monika nie jest profesjonalnym włamywaczem. Tacy na akcję nie zabierają gadżetów,

nie chcą pachnieć ani zmysłowo wyglądać. To oznacza, że ktoś zwerbował Monikę do tej

operacji.

- Czy Monika ma perukę?

- Bo co?

- Bo w pokoju była zameldowana brunetka. 

- A pod jakim nazwiskiem?

- Innym niż Moniki. Zapytałam, czy siostra miała ze sobą paszport, bo planujemy

wkrótce wyjechać za granicę, a recepcjonistka wygadała się, że gość hotelowy okazał się

dowodem osobistym - z tego wynika, że podrobionym.

- Najważniejsze, czy w obozie spotkamy Pana Samochodzika. Jeżeli nie, to znaczy, że

coś się stało mojemu szefowi.

Niestety, na miejscu okazało się, że ani Pan Samochodzik, ani harcerze jeszcze nie

wrócili.   Instruktorzy   byli   poważnie   zaniepokojeni   zniknięciem   swojego   komendanta.

Zadzwoniłem do Misikiewicza.

- Chłopcy przeszukali zamek - powiadomił mnie. - Nie było tam śladu włamania. Nikt

nie widział  tam pana Tomasza  ani harcerzy. Jedyna dziwna historia to ta ze zniknięciem

mieszkanki hotelu. Zapłaciła za nocleg, więc tak naprawdę nie ma powodu, żeby jej szukać.

- Kiedy będziecie szukać pana Tomasza?

- Gdy ktoś złoży oficjalne zawiadomienie. Panie Pawle, niech pan zrozumie, że będzie

dym   na   całą   okolicę,   zlecą   się   media.   Na   razie   bym   poczekał,   bo   jak   znam   Pana

background image

Samochodzika, to cało wychodzi z różnych opresji. Poczekajmy do wieczora. Zgadza się pan?

- Tak.

Rozłączyłem się i wróciliśmy z Roksaną do cyrku. Ona przebrała się za Cygankę i

wróżyła dzieciom z kart. Opowiadała im różne historie, jakie będą mieli oceny w szkole, jakie

szkolne miłości. Ja też się przebrałem w spodenki gimnastyczne i koszulkę.

- Właź - Pedro położył mi rękę na ramieniu i wskazał na drabinkę przy maszcie.

Wspiąłem się na pierwszy podest. Gdy zerknąłem w dół, poczułem się niepewnie.

Obok mnie stał Pedro, na drugim maszcie był Auco.

- Pierwsza lekcja to wiszenie na trapezie - powiedział Pedro. 

Złapaliśmy   się   drążka   i   obaj   wybiliśmy   się.   Bujaliśmy   się   parę   razy.   Wystarczył

nieznaczny ruch ciałem, by wprawić trapez w ruch.

-   Lekcja   druga,   gdy   spadasz,   ułóż   ciało   tak,   by   uderzyć   o   siatkę   plecami   i

wyprostowanymi  nogami  - tłumaczył Pedro, gdy wisieliśmy pod kopułą namiotu, a sześć

metrów pode mną była siatka asekuracyjna. - Gdy wbijasz się w nią samymi nogami, wybijesz

się jak z trampoliny i spadniesz Bóg jeden wie gdzie...

Nagle Pedro puścił się jedną ręką i uderzył mnie pod mostkiem w splot słoneczny.

Zrobił to lekko, tylko tak, bym odruchowo oderwał dłonie od drążka i spadł.

Starałem   się   wykonać   polecenia   Pedra.   Uderzyłem   bokiem,   a   upadek   znacznie

wyhamował moją prędkość. Jeszcze raz siatka mnie podrzuciła i zaraz znalazłem się w jej

bezpiecznych  objęciach.   Wypatrzonym  u   cyrkowców   wymykiem   zeskoczyłem  z   siatki   na

arenę.

Na znak akrobaty wszedłem na maszt. Pedro siedział na trapezie, huśtał się jak małe

dziecko i uśmiechał się do mnie. Mówił do mnie raz przybliżając się, raz oddalając.

- Upadek będzie  jak  mój  cios,  niespodziewany. Nie możesz  pracować na trapezie

myśląc o upadku, ale musisz być przygotowany na niego psychicznie. Nie możesz czuć lęku

przed siatką. Teraz skocz!

Chciałem automatycznie wykonać polecenie, ale właśnie Brazylijczyk odjeżdżał ode

mnie. Widząc moją gotowość, momentalnie zawisł głową w dół, zaczepiając się nogami o

liny podtrzymujące drążek trapezu. Pedro bujał się, patrzył mi w oczy i klaskał w dłonie.

- Skacz! Na co czekasz?  Musisz zaufać moim dłoniom, ale patrz mi w oczy! Już!

Skacz!   Byłeś   spadochroniarzem,   to   wykonaj   rozkaz,   żołnierzu!   Alle!   Saute!   -   na   koniec

krzyknął po francusku.

Akurat nadszedł dobry moment do skoku, gdy trapez z wiszącym Pedrem wspinał się

w kierunku mojego masztu. Rozpaczliwie wyciągałem do niego ręce, by go schwytać. Pedro,

background image

mimo że był drobniejszej budowy, złapał mnie, jeszcze rozbujał i gdy wspinaliśmy się w

kierunku drugiego masztu, puścił mnie, a Auco wypuścił w moją stronę pusty trapez.

Szum   adrenaliny,   strach,   bezradność,   chęć   machania   rękoma   jak   ptak   i   wreszcie

przebłysk instynktu, że trzeba chwycić się drążka. Nadziałem się na niego twarzą i moje

dłonie rozpaczliwie złapały się lin. Po chwili wisiałem wyciągnięty jak struna, a po kolejnych

sekundach   podciągałem   się,   by   usiąść   na   huśtawce.   Gdy   już   ochłonąłem,   zobaczyłem

uśmiechnięte twarze Pedra i Auco.

- Prawdziwy legionista! - śmiał się Pedro. - Zapamiętam sobie, że do ciebie dociera

tylko język koszarowy!

- Czemu nie uprzedziliście mnie?! - krzyczałem wściekły. - Tam w powietrzu mało nie

dostałem zawału.

- Przez chwilę byłeś jak pisklę wyrzucone z gniazda - zaśmiewał się Pedro. - Teraz

Auco   da   ci   uprząż   z   asekuracją,   tak   na   wszelki   wypadek,   ale   pierwsze   lody   i   tak   już

przełamałeś.

W   porze   obiadowej   potrafiłem   powtórzyć   przejście   z   jednego   trapezu   na   drugi   i

wiedziałem, kiedy należy wypuścić trapez do jednego z numerów.

- Świetnie! - Pedro klepał mnie po zalanych potem plecach.

Nie   wiem,   czy   robił   sobie   żarty,   czy   chciał   mnie   pozytywnie   nastroić   przed

wieczornym przedstawieniem, podczas którego miałem podzielić los Beaty.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

IDĘ TROPEM RAFAŁA • ZNALEZIENIE WYJŚCIA • POSZUKIWANIE PANA

TOMASZA • TANIEC OGNIA • PIERWSZY WYSTĘP • WYJAZD DO RADZYNIA

CHEŁMIŃSKIEGO

Czekanie, zwłaszcza gdy wpatrujemy się w tarczę zegarka, ciągnie się niemiłosiernie.

W ciemnościach słyszałem pochlipywanie Niuni.

- Nie rycz! - pohukiwał na nią Rysio. - Mnie się chce pić i nie histeryzuję!

- Nie jestem histeryczką! - krzyknęła Niunia.

- Nie krzyczcie - prosiłem dzieciaki. - Kłótnia w takiej chwili w niczym wam nie

pomoże.   Jest   już   ranek,   niedługo   Rafał   sprowadzi   pomoc   -   pocieszałem   młodych

współtowarzyszy. - Najlepiej spróbujcie się zdrzemnąć.

- Łatwo panu powiedzieć - Rysio zamruczał pod nosem.

- Łatwo - potwierdziłem. - Kiedyś byłem uwięziony w pułapce templariuszy i jak

widzicie jestem cały i zdrowy.

- Jak to się stało? - zapytała Niunia.

- Kto pana uwolnił? - dołączył Rysio.

- W miejscu, gdzie miał stanąć zamek krzyżacki znalazłem studnię - opowiadałem. -

Tajemny znak obok studni oznaczał, że trzeba zejść dziewięć metrów. Zszedłem do studni i

wpadłem   w   pułapkę.   Dlatego,   że   zżerany   żądzą   odkrycia   skarbu   wszedłem   w   pierwszy

napotkany korytarz, który był zaledwie sześć metrów od powierzchni ziemi. Pamiętacie, że

trzeba było zejść dziewięć? Wtedy uwolniła mnie konkurentka do skarbu templariuszy... -

rozmarzyłem się na wspomnienie Karen i przeżytych niegdyś przygód.

- Na pomoc Ćmy nie mamy co liczyć - rzekł Rysio głośno ziewając.

- Tak - smutno pokiwałem głową. - I teraz popełniliśmy jakiś błąd. No bo gdzie skrył

się Ćma, który zamknął nas od zewnątrz? To moja wina, że nie sprawdziłem tych wrót przed

wejściem do komnaty. Mam nadzieję, że Rafał wkrótce nas odnajdzie...

Nagle   zdałem   sobie   sprawę,   że   harcerze   śpią.   Poświeciłem   latarką.   Siedzieli   na

złożonej   pałatce   i   siatce   maskującej,   oparci   o   jeden   z   filarów,   przykryci   kocem.   Niunia

położyła  głowę   na   ramieniu   Rysia.   Chłopak   cicho   chrapał.   Kilka   razy  głęboko   nabrałem

powietrza. Wiedziałem, że pierwsza faza snu jest najgłębsza, więc dzieciaki nieprędko się

obudzą. Niepokoiła mnie tak długa nieobecność Rafała. Podejrzewałem, że musiało mu się

background image

coś stać, więc pozostało mi pójść jego tropem i być ostrożniejszym niż on.

Z kieszeni marynarki wyjąłem notesik, napisałem krótki list do harcerzy, zostawiłem

go na kolanach Rysia i zszedłem po schodach. Znalazłem się w bardzo wąskim przejściu ze

spiralnymi   schodami   zakręcającymi   w   prawo.   Ta   ciasnota   przytłaczała,   przyprawiała   o

duszność, powodowała, że straciłem orientację. Nagle z lewej strony dostrzegłem wejście do

niskiego korytarza. Zaświeciłem w jego czarne wnętrze. Tunel łagodnie piął się ku górze. Na

razie zostawiłem go i schodziłem niżej. Schody urywały się nagle na brzegu studni o średnicy

cembrowiny na górze pół metra. Widać było, że im niżej, tym jest szersza. Do lustra wody

były trzy metry. Co gorsza, w ciemnej toni widziałem jakby słabe światełko latarki Rafała.

Mogło to oznaczać, że harcerz uznał studnię za typowy syfon, próbował zanurkować i niestety

utonął.

Otarłem zimny pot z czoła. W uszach dudniło mi bicie mojego serca. Przecież nie

byłem   w   stanie   nawet   spróbować   powtórzyć   wyczynu   Rafała.   Wierzyłem,   że   druh   miał

poważne powody do podjęcia takiego ryzyka. Usiadłem zrezygnowany, zgasiłem latarkę i

zastanawiałem się, co robić. Zauważyłem, że woda w studni zmieniła barwę. Pochyliłem się

nad nią. To zgasła latarka Rafała. Może baterie się wyczerpały, a może woda zalała latarkę?

Zgasło   światło,   ale   na   dnie   ujrzałem   słaby   blask   naturalnego   światła.   To   dlatego   Rafał

zanurkował!

Zerknąłem na zegarek. Harcerz zniknął godzinę temu. Do tej pory przyprowadziłby

pomoc, chyba że coś mu się stało... Czemu Rafał zrezygnował ze zbadania ciemnego tunelu?

Wróciłem do czarnej dziury. Wspinaczka przy zapieraniu się plecami i kolanami nie była

trudna. Czułem, że wycieram ubraniem pokłady kilkusetletniego kurzu. Parłem jednak przed

siebie,   aż   ujrzałem   wyjście.   Wyczołgałem   się   do   innego,   prostego,   większego   tunelu.

Wyprostowałem   się   i   wtedy   przed   moimi   oczami   pojawiły   się   gwiazdki,   zrobiło   mi   się

ciemno, na przemian zimno i gorąco. Zakłuło mnie w klatce piersiowej. Ciężko upadłem pod

ścianę, a nim zemdlałem ujrzałem widok, który mnie uradował.

***

Roksana przygotowała nam pyszny obiad. Nie wiem, kiedy miała czas, żeby zrobić

zakupy.   Z   jednej   strony   dorobiłem   się   trochę   uciążliwego   współmieszkańca,   z   drugiej

wspaniałej  kucharki.  Jadłem   więc   zupę   szczawiową  z   jajkiem,   wpatrując  się  w  dymiącą,

pachnącą   porcję   pulpetów   z   ziemniakami   i   sałatką   jarzynową.   Jadłem   i   rozmarzonym

wzrokiem wodziłem za Roksaną. Pewnie byłaby świetną żoną, ale pan Tomasz, stary kawaler,

ostrzegał mnie, że przed ślubem wszystkie kobiety są takie, że do rany przyłóż, a potem

background image

zaczynają się schody. Jak tygrysice bronią swojego gniazda rodzinnego i ograniczają swobodę

mężów.   Szef   potrafił   na   poczekaniu   przytoczyć   dowody,   wskazać   konkretne   przykłady

urzędników z naszego ministerstwa, którzy z miesiąca na miesiąc mniej jeździli na giełdy

kolekcjonerskie, na ryby, na polowania, a coraz częściej punkt piętnasta wybiegali z biura, by

zdążyć na obiad, bo potem żona miałaby pretensje, że musi podać zimne drugie danie.

Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. To dzwonił Misikiewicz.

- Panie Pawle, niech pan jak najszybciej uda się do szpitala w Toruniu - powiedział

policjant. - Z Drwęcy wyłowiono jakiegoś topielca. Facet był nieprzytomny, upaprany błotem.

Gdy na krótko się przebudził, mówił coś o podziemiach, o głębokiej studni. To podobno jakiś

harcerz, więc może ktoś od Pana Samochodzika...

Podziękowałem za informację i rozłączyłem się.

- Zrób porządek, jedziemy - rozkazałem Roksanie. Wyskoczyłem z wozu i pobiegłem

do pana Ludwika.

- Panie dyrektorze, mój brat leży w szpitalu w Toruniu - wysapałem. - Czy może ktoś

pożyczyłby mi normalnego samochodu?

- Może być motor?

- Tak - odpowiedziałem.

Dyrektor zaprowadził mnie do jednej z przyczep z technicznym wyposażeniem cyrku.

Na samym końcu długiej budy były dwa stojaki do transportu motocykli. W jednym stała

maszyna przypominająca pojazdy motocrossowców. Pan Ludwik podał mi kask wiszący na

haku.

- Pamiątka po Kosie - tłumaczył pan Ludwik. - Musisz pewnie zatankować, ale silnik

jest w porządku, bo Kosa o niego dbał.

Motocykl był przygotowany do jazdy po szosie, miał światła, nawet kierunkowskazy,

tablicę rejestracyjną. Faktycznie, w baku było mało paliwa.

- Dziękuję - powiedziałem dyrektorowi i wyprowadziłem potwora z przyczepy.

Podjechałem do czekającej na mnie Roksany.

- Jadę sam! - przekrzykiwałem ryk silnika.

- A drugie? - usłyszałem, nim odjechałem.

Motor   miał   bardzo   dobre   przyspieszenie,   siedziało   się   na   nim   wygodnie.

Zatankowałem na stacji przy wyjeździe z Golubia. Zadzwoniłem do Misikiewicza prosząc, by

uprzedził drogówkę na trasie, żeby mnie nie zatrzymywali. Pędziłem szosą do Torunia i dużo

więcej czasu straciłem w miejskich korkach. Zaparkowałem pod szpitalem, zdjąłem kask i

pobiegłem do izby przyjęć.

background image

- Gdzie leży topielec przywieziony z Golubia?

Pracownica   szpitala   zadzwoniła   do   policjanta,   który   pilnował   poszkodowanego.

Chwilę z nim rozmawiała.

- Pan Paweł? - upewniła się. 

- Tak.

Wskazała mi drogę na oddział intensywnej terapii. Przed salą, gdzie leżał mężczyzna

wyłowiony z Drwęcy, stał trzydziestoletni, a już z brzuszkiem policjant.

- Od Misikiewicza? - zapytał mnie. 

- Tak.

Weszliśmy do pokoju.

- Nieprzytomny - relacjonował mi policjant. - Znaleziono go rano na brzegu Drwęcy,

gdzieś poniżej zamku w Golubiu. Gadał coś o podziemiach, żeby ratować jakiś samochód...

- Pana Samochodzika - wtrąciłem.

-   Może   i   tak.   Nasi   ludzie   pojechali   do   obozu   harcerskiego   koło   Radzynia,   skąd

podobno był ten facet. Kadra rozpoznała w nim komendanta obozu i od razu zapytano o jakieś

dzieciaki. Od południa płetwonurkowie ze straży pożarnej przeszukują Drwęcę.

- A zamek?

- Co zamek?

- Przecież facet mówił o podziemiach - zauważyłem. 

- Nic nie wiem... - policjant wzruszył ramionami. 

Zdegustowany wyjąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem do Misikiewicza.

- Potrzebuję pana pomocy - mówiłem, gdy odebrał telefon. Opowiedziałem mu o tym,

czego   się   dowiedziałem   i   czego   się   domyślałem.   -   Jadę   do   zamku   w   Golubiu.   Pan

Samochodzik z harcerzami zeszli do podziemi. Wpadli w tarapaty, skoro tylko ten facet i to w

takim stanie stamtąd się wydostał. Chcę, żeby czekało tam kilku dobrych ludzi, z linami,

latarkami, sprzętem łączności i niech wezmą wodę, jakieś słodycze.

Misikiewicz zapewnił, że postara się to dla mnie zorganizować. Próbowałem zagadać

do leżącego komendanta, ale ten był zupełnie bez czucia.

- Na razie - pożegnałem policjanta i wybiegłem do motocykla.

Drogę powrotną odbyłem jeszcze  szybciej niż  do Torunia. Zajechałem od razu na

wzgórze zamkowe, na parking. Postawiłem motor obok budki z pamiątkami, a sklepikarce

oddałem   na   przechowanie   kask.   Błyskawicznie   dotarłem   do   grupki   sześciu   policjantów

stojących przed bramą. Wszyscy byli ubrani na czarno, krótko ostrzyżeni, mieli ze sobą broń

krótką. Dowodził nimi czterdziestoletni mężczyzna. Towarzyszyli im kierownik hotelu i jeden

background image

z   przewodników.   Kierownik   był   eleganckim   mężczyzną,   a   przewodnik   był   w   wieku

emerytalnym, nosił kamizelkę z wieloma kieszeniami i czapkę z daszkiem.

- Puchacz - przedstawił się podając mi dłoń dowódca policjantów.

- Kogo będziemy szukać?

- Trójki ludzi w podziemiach - odpowiedziałem. - Starszy pan i dwójka nastolatków.

Zaginęli dziś w nocy.

- Jeżeli ich nie przysypało, to żyją - ocenił Puchacz. - Najgorzej z tym staruszkiem.

- Był z nimi jeszcze jeden człowiek, jakoś wydostał się do Drwęcy. Leży w szpitalu w

Toruniu. Jakby pan mógł poprosić strażaków na rzece, żeby nie szukali ciał, tylko jakiegoś

wejścia do studni, podziemi, korytarzy.

- Dziadek opowiadał mi, że całe wzgórze jest poryte korytarzami - odezwał się jeden z

funkcjonariuszy.

Odwróciłem się do mówiącego.

- Podobno po wojnie, gdy zamek był ruiną, wielu cwaniaków szukało skarbów, które

niby Niemcy tam przed ucieczką pochowali. Niejaki Fąfecki dobrał sobie dwóch kompanów i

zniknęli ludziom z oczu na dwa dni. Wrócił sam Fąfecki. Ludzie mówili, że tamtych zabił, a

wrócił  ze  skarbami.  Podobno  chciał  willę pod Warszawą kupić.  Milicja  nie znalazła  ciał

tamtych dwóch, więc Fąfecki był bezkarny, bo co, za plotki mieli go zamknąć? Siostra tego

Fąfeckiego była bardzo chytra na pieniądze, a on nie chciał jej dać na ślub i wesele. Którejś

nocy  zniknął   Fąfecki,   a   jego   siostrę   znaleziono   z   przetrąconym   karkiem   w   jednej   z   sal

zamkowych. Podobno miała na rękach zaprawę i pył z cegieł. Po paru dniach ciało Fąfeckiego

wyłowiono z  rzeki. W kieszeniach miał jakieś  złote  monety, naszyjniki. Nawet w ustach

trzymał   złoto.   Wszyscy  opowiadali,   że   chciał   zabrać   jak   najwięcej   złota,   a   zapomniał   o

powietrzu...

-   I   tak   skąpstwo   zostało   ukarane   -   wtrącił   Puchacz.   -   Jeżeli   ta   opowieść   jest

prawdziwa, to by oznaczało, że rzeczywiście jakieś podziemia są pod tym zamkiem.

Pamiętałem,   co   przewodniczka   opowiadała   o   przejściach   podziemnych,   więc

zaprowadziłem policjantów do sieni na parterze. Zdziwieni patrzyli, jak wchodzę we wnękę i

wycofuję się po kilku sekundach.

- Zamurowane - zameldowałem.

- No pewnie - przewodnik wzruszył ramionami. - Tylko to przejście u Anny Wazówny

jest drożne.

Poszliśmy do komnaty na piętrze.

- Mają panowie klucz do tych drzwi? - zwróciłem się do przewodnika i kierownika

background image

hotelu.

Kierownik wyjął pęk kluczy.

- Tylko pan ma te klucze? - zapytałem kierownika.

- Ja i pan kasztelan...

Puchacz odsunął mnie na bok i świecąc sobie ołówkową latarką obejrzał zamek.

-  Prosty  zamek,   proste  włamanie   -  stwierdził.  -  Nawet   złodziej   pofatygował  się   i

zamknął drzwi.

Kierownik  otworzył nam  drzwi.  Szczerze   przyznam,   że  oczekiwałem  odnalezienia

pana Tomasza tuż za drzwiami. Niestety, było tam pusto. Wziąłem od jednego z policjantów

latarkę   i   wszedłem   pierwszy.   Za   mną   szli   policjanci   i   przewodnik.   Kierownik   hotelu

zrezygnował z wyprawy. Korytarz prowadził w górę.

- Do salonu kasztelana - wyjaśnił przewodnik. - W sylwestra, w przebraniu, schodzi

tędy na bal.

- A to? - zapytałem wskazując niedawno rozbitą ścianę po lewej stronie i korytarz w

dół.

Przewodnik, który był na końcu naszej grupy, wychylił się, żeby zobaczyć przejście.

- To coś nowego - stwierdził.

Puchacz przewiązał się liną, przeprowadził ją przez bloczek. Wolny koniec uwiązał do

uprzęży, którą mi podał. Założyłem ją i ostrożnie zszedłem po stromiźnie. Zatrzymałem się na

niewielkim podeście, za którym była studnia. Zajrzałem do niej.

-   Chyba pusto   -  wyraziłem   nadzieję   i   zszedłem   w  kolejny  korytarz.   Prowadziłem

policjantów niczym jamnik uwiązany na długiej linie.

Wkrótce dotarliśmy do podziemnej komnaty z kilkoma wyjściami. W świetle latarki

oglądałem ślady na podłodze.

- Poszli tędy! - wskazałem na korytarz równoległy do tego, którym przyszliśmy.

- Jeden wrócił - Puchacz pokazał mi pojedynczy odcisk buta. To był odcisk typowego

obuwia sportowego.

- Może któreś z harcerzy? - przypuszczałem.

Szybko weszliśmy w długi, prosty korytarz. Z daleka, w świetle latarek zobaczyłem

skurczoną  postać  przy zamkniętych  wrotach,  w   które   ktoś  od  wewnątrz   stukał  i   wołał  o

pomoc.

Ocuciłem pana Tomasza, a policjanci uwolnili harcerzy.

- Pan Tomasz przepadł! - krzyknęła Niunia na widok mundurowych. - Tam, pokażę

wam, gdzie wszedł...

background image

Puchacz   uspokoił   dziewczynę,   przewodnik   uspokoił   Rysia.   Policjanci   nakarmili   i

napoili zaginionych, a Puchacz i ja poszliśmy obejrzeć komnatę, spiralne schody i tunelik,

którym wspinał się mój szef. Zeszliśmy nad studnię.

- Tu zanurkował ten harcerz - stwierdził Puchacz. - Ma chłopak charakter, ale chyba

doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia. Skusiło go to światełko - policjant wskazał na

słaby odblask światła dziennego w wodzie. - Będę musiał z chłopakami sprawdzić to.

Zwartą grupą wróciliśmy do sali muzealnej. Wyszliśmy ze ściany, akurat gdy była

kolejna wycieczka i przewodniczka, ta sama, która mnie tu oprowadzała.

- ...i z tego przejścia... - głos uwiązł jej w gardle, gdy najpierw ja, potem pan Tomasz,

przewodnik, harcerze i policjanci wychodziliśmy kolejno zza sekretnych drzwi.

Natychmiast turyści wyjęli aparaty fotograficzne, kamery wideo, żeby nas sfilmować,

obfotografować, zrobić sobie z nami pamiątkowe zdjęcie. W tym momencie zadzwonił mój

telefon.

- Małpa, gdzie jesteś?! - krzyczał pan Ludwik. - Za pół godziny zaczynamy spektakl!

- Będę na czas! - odpowiedziałem.

- Co z bratem?

- Jakim...? W porządku, wyjdzie z tego - zająknąłem się.

Dyrektor   rozłączył   się.   Podziękowałem   Puchaczowi,   jego   policjantom   i

przewodnikowi za pomoc, uścisnąłem szefa i harcerzy i pobiegłem na parking. Gdy byłem tak

blisko Ćmy, nie mogłem sobie pozwolić na to, by nagle stracić pracę w cyrku. Zajechałem

pod namiot, oddałem motocykl dyrektorowi.

- Brat leży u kominiarzy? - drwił pan Ludwik patrząc na mój zabrudzony strój.

- Jechałem na skróty - tłumaczyłem się.

- Co właściwie stało się bratu?

- Podtopił się i to niedaleko, tu w Drwęcy. Chciał pokazać dziewczynie, jak świetnie

pływa... - zrobiłem minę, jaką zwykle robi się opisując czyjeś szaleństwo.

Pobiegłem do swojego wozu. Roksany nie było. W kabinie prysznicowej zmyłem z

siebie brud, założyłem obcisłe spodnie, przypominające kalesony i ciasną koszulkę opinającą

tors i ramiona. To był strój Brazylijczyków, nawet ktoś ozdobił go cekinami.

Wyszedłem   zakładając   na   to   normalne   dresy.   Roksana   w   przebraniu   Cyganki

sprzedawała bilety.

- Później ci wszystko opowiem - zapewniałem ją i poszedłem na swoje tradycyjne

stanowisko za kulisami. Tym razem uważnie obserwowałem to co działo się w namiocie.

Podczas występu „Clans” czułem jak przez moje ciało przebiegają dreszcze. Bałem się

background image

występu z Brazylijczykami. Jeżeli Ćma wiedział, kim jestem, to mógł chcieć pozbyć się mnie

choćby w ten sam sposób co Beaty.

Żeby się uspokoić, patrzyłem na taniec ogni w wykonaniu „Clans”. Najpierw Dorota

wyszła   na   środek   z   dwiema   pochodniami.   Już   dwa   ognie   wystarczyły,   by   wokół   niej

wyczarował   się   kłąb   świetlistych   punkcików,   gdy   zaczęła   tańczyć,   obracać   się,   wyginać

ramiona. Nagle te dwie pochodnie okazały się wachlarzem kilku. Widzowie byli oszołomieni.

Potem Kajtek i Kasia otoczyli Dorotę płonącymi łańcuchami, kręcili nimi młynki. Na czarno

ubrane postacie w świetle tych ogni wydawały się giąć, łamać, znikać i pojawiać jak duchy.

Granica między ogniem, widzami, ciemnością i artystami zdawała się mamidłem, iluzją.

Gdy wreszcie zapłonęły światła, a „Clans” kłaniali się publiczności, rozległa się burza

braw. Teraz dyrektor zapowiedział występ brazylijskiego tria trapezistów. Zdjąłem dres.

- Witaj, Brazylijczyku - Pedro uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach.

Wbiegliśmy na arenę. Najpierw musieliśmy przedstawić się widzom.

- Paulo! - krzyknął Pedro wskazując na mnie.

Pierwszy raz w życiu klaskano mi. Udając radość z występu na wysokości wspinałem

się za Pedrem na pomost. Pedro skoczył na trapez, chwilę bujał się, zawisł do góry nogami,

złapał Auco, posłał go do mnie, a Auco lekko mnie pchnął do Pedra.

Pierwszy skok był połączony ze strasznym lękiem, czy Pedro mnie złapie. Złapał i od

razu   rzucił   ku   wolnemu   drugiemu   trapezowi.   Szczęśliwie   wykonałem   przejście,   ciężko

dysząc. Z dołu usłyszałem burzę braw. Z tej perspektywy świat wydawał się wypełniać wielką

kulę. Budowa namiotu cyrkowego i ustawienie widowni robiły takie wrażenie.

Pedro dał mi znak, żebym przeszedł na drugi pomost. Gdy mój trapez znalazł  się

blisko drugiego pomostu, skoczyłem. Nie był to balet w powietrzu,  więc i nikt mnie nie

oklaskiwał. Teraz musiałem złapać pusty trapez i trzymać go. W tym czasie Auco rozbujał

drugi, zawisł w pozycji nietoperza, chwycił Pedra za dłonie. Pedro był zrelaksowany, patrzył

mi w oczy. Ode mnie zależało, czy uda się salto mortale. Musiałem pchnąć trapez w jego

kierunku w odpowiednim momencie, by nie spadł, ale i nie uderzył w niego za wcześnie.

Na dole werble z magnetofonu budowały napięcie, a Pedro wciąż bujał się, wreszcie

klasnął w dłonie dając znak, że zaraz skoczy. Wygiąłem ramiona trzymające drążek trapezu,

by nadać mu jak największą prędkość. Auco puścił Pedra. Ten wyleciał ku górze jak z procy.

Podkulił   nogi,   wirował   w   powietrzu   lecąc   tyłem   do   mnie.   Wykonał   pierwszy   obrót,

wstrzymałem oddech; drugi obrót, pchałem drążek i puściłem go. Pedro wyszedł z trzeciego

obrotu   z   wyciągniętymi   rękoma   prawie   na   ślepo   szukając   trapezu.   Znalazł   go   tam   w

najbardziej  odpowiednim   momencie.  Wyglądało   to   tak,  jakbyśmy  od   dawna   ćwiczyli  ten

background image

numer. Publiczność biła brawa Pedrowi, ale ja słyszałem tylko te, które bił mi Auco. Pedro

jednym wymykiem znalazł się obok mnie na pomoście i z uśmiechem na ustach wyściskał

mnie.

- Jakbyś nie mógł kiedyś znaleźć pracy... - zażartował. 

- Będę pamiętał - odpowiedziałem odwzajemniając uścisk. 

Zjechaliśmy po linie, ukłoniliśmy się widzom i weszliśmy za kulisy.

Cały zespół cyrkowy witał nas tam brawami.

- Ładnie ci w tym stroju - szepnęła mi na ucho Monika.

-   Mam   coś   dla   ciebie   -   odpowiedziałem   jej.   -   Wpadnę   dziś   do   ciebie,   więc   nie

organizuj randki z Cezarym.

Tancerka   obdarzyła   mnie   lodowatym   spojrzeniem,   lecz   zaraz   chłód   zastąpiła

wyuczona kokieteria.

- Będę czekała - zamruczała.

Cyrkowcy klepali mnie po plecach, gratulowali pierwszego występu. Na miękkich od

zdenerwowania nogach dotarłem do swojego wozu. Zaraz przyszła tak Roksana.

- Wszystko widziałam - oznajmiła.

- Nie było tak pięknie jak wyglądało - odparłem z uśmiechem. - Chyba nie nadaję się

do lotów na takich wysokościach. 

- Mam na myśli Monikę...

- Chcę z nią dziś poważnie porozmawiać.

- Uważaj, bo uwierzę... Dyrektor mówił, że godzinę po występie pakujemy się, nie

będzie drugiego spektaklu.

- To dobrze, będę miał motywację do odnalezienia Ćmy. 

Do drzwi mojego auta zastukał Cezary.

- Jedziemy do Radzynia Chełmińskiego - powiadomił nas.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

NARADA Z MISIKIEWICZEM • ZAPACHY MONIKI • ODBIERAMY RAFAŁA ZE

SZPITALA • SPOTKANIE Z PAWŁEM W POKRZYWNIE • PIERWSZY ELEMENT

ZASADZKI • DZIEJE ZAMKU W ROGOŹNIE • NOCNI STRÓŻE

Po   uwolnieniu   z   podziemi   musiałem   w   miejscowym   komisariacie   policji   złożyć

zeznania.   Na   szczęście   dojechał   Misikiewicz,   bo   to   przecież   on   prowadził   sprawę.

Zamknęliśmy się w jednym z pokoi. Opowiedziałem policjantowi wszystko ze szczegółami.

- To Ćma wprowadził nas do podziemi - mówiłem. - Wydaje mi się, że dysponował

dokładnym planem przejść i korytarzy. Bezbłędnie prowadził nas do tej komnaty, zaczaił się

w przejściu zasłoniętym otwartym skrzydłem, a potem nas zamknął. Następnie wrócił do

wspólnika, po drodze zamykając wyjście z podziemi. Razem wymknęli się z hotelu po linie,

przez okno. Ćma nie chciał pokazywać się pracownikom hotelu, a Monika? Może liczyła, że

nikt nie odkryje jej zniknięcia do rana?

- Na co liczył Ćma zamykając was w podziemiach? - zastanawiał się Misikiewicz.

-Przecież w końcu rozpoczęlibyśmy poszukiwania...

- .. .ale kto wie, czy nie byłoby wtedy za późno? - wtrąciłem. - Gdyby nie Rafał, nigdy

nie   wpadlibyście   na   to,   co   się   stało.   Jeżeli   posiedzielibyśmy   tam   dłużej,   to   w   końcu

wyczerpałyby się nam baterie w latarkach. Jakbyśmy ominęli pułapki?

- Czyli co, Ćma próbował was zabić?

-   Gdyby  chciał,   zrobiłby  to   z   Pawłem.   Przecież   Paweł   zamiast   unieszkodliwiony

gazem mógł być zastrzelony z broni z tłumikiem. Sądzę, że Ćma prowadzi z nami walkę

psychologiczną, próbuje nas poznać, nastraszyć, zniechęcić. Pamiętajmy, że Ćma nie działał

sam,   a  z   Moniką.  Paweł   porozmawia   z   nią.  Oczywiście  dziewczyna  będzie   wszystkiemu

zaprzeczać, ale wierzę w Pawła, że umiejętnie ją zastraszy, zasieje do spółki Ćma - Monika

ziarenko wątpliwości. Z pewnością ta historia wykazała lepsze przygotowanie Ćmy, a nas

zmusi do większej ostrożności, więc będziemy wolniejsi. Musimy przewidzieć następny krok

Ćmy...

- ... i złapać go na gorącym uczynku - dokończył Misikiewicz.

- Tak - pokiwałem głową. - Co my mu udowodnimy łapiąc go w chwili, gdy będzie

wyjmował skarb? Powie, że zabezpieczał znalezisko przed złodziejami. Mamy go śledzić i

czekać, aż spróbuje przemycić łup?

background image

Policjant uśmiechnął się pod wąsem.

- Słyszałem, że lubi pan efektowne zakończenia. Coś wymyślimy... 

Misikiewicz pojechał ze mną i harcerzami do obozu nad jeziorem.

Niunia i Rysio natychmiast pobiegli do swoich druhów opowiedzieć im o nocnych

przygodach. My we dwóch siedzieliśmy przed namiotem popijając herbatę i planując następne

posunięcia.

Wieczorem policjant przez telefon wezwał radiowóz. Musieliśmy poczekać jeszcze

pół godziny.

- Będę w pobliżu - zapowiedział Misikiewicz na widok nadjeżdżającego policyjnego

UAZ-a. - Wykiwamy drania!

***

Cyrk   „Titanic”   bardzo   przypominał   swego   morskiego   odpowiednika.   Niby   życie

toczyło się dalej, sprawnie zwinęliśmy namiot, wieczorny spektakl odbył się bez wpadki, ale

wszyscy byli świadomi,  że   dzieje  się coś  niedobrego.  Wypadki  Beaty i  Sevro,  atmosfera

podejrzeń wokół mojej osoby psuły wszystkim dobry nastrój. Cyrkowcy czuli, że jestem kimś

obdarzonym  niezwykłą  siłą,   bo  to   wraz   z   moim   pojawieniem   zaczęły  w   cyrku  dziać   się

dziwne rzeczy.

Jak   zwykle   pomagałem   w   złożeniu   „aparatu”   Brazylijczyków,   namiotu,

zdemontowaniu widowni, pakowaniu przyczep. Około dwudziestej pierwszej wyjechaliśmy z

Golubia. O północy byliśmy w Radzyniu Chełmińskim i rozstawiliśmy obóz u stóp wzgórza

zamkowego.   Ta   zrujnowana   warownia   w   nocy,   w   świetle   księżyca,   robiła   piorunujące

wrażenie,   ze   swymi   dwiema   strzelistymi   wieżami,   z   wielkimi   oknami   dawnej   kaplicy

zamkowej.

Rozstawiliśmy namiot i około drugiej w nocy byłem wolny. Usiadłem na schodkach

swojego   wozu   i   patrzyłem   na   mury  zamkowe.   Coś   w   tym   zamku   było   przyciągającego.

Czułem, że to właśnie tu dojdzie do rozstrzygającego starcia z Ćmą. Czekałem, aż ustanie

ruch   w   obozie.   Odebrałem   wiadomość   tekstową   od   szefa.   Wtedy   poszedłem   do   Moniki

odprowadzany   wściekłym   wzrokiem   Roksany.   Delikatnie   zapukałem   do   drzwi   buduaru

tancerki.

- Wejdź, Pawełku - zaćwierkała słodkim głosem.

Nacisnąłem   klamkę,   uchyliłem   drzwi   i   zobaczyłem   nagą   Monikę   wycierającą   się

ręcznikiem. Szybko cofnąłem się.

- Poczekam, aż się ubierzesz - powiedziałem.

background image

Nawet specjalnie nie przejmowałem się tym, że ktoś mnie usłyszy, zwłaszcza jeżeli to

będą koleżanki Moniki.

- Wchodź - Monika otworzyła mi, już ubrana w szlafrok. 

Wszedłem i usiadłem na taborecie przed toaletką. Monika zajęła pozycję na łóżku.

- O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - zapytała.

- O twoim zapachu.

- Mam ich wiele, jak każda kobieta.

- Jeden jest szczególny. Tak samo pachniałaś, gdy pierwszy raz przyszedłem do ciebie,

gdy Cezary uderzył mnie w głowę w podziemiach Bierzgłowa i gdy rzucałaś Ćmie linę z okna

hotelu w zamku w Golubiu.

Słuchała mojej wypowiedzi, a czerwień zalewała jej piękną brzoskwiniową cerę.

- Wymyślasz jakieś bzdury! - stwierdziła.

- Ćma to niebezpieczny złodziej - ciągnąłem niezrażony. - Czy wiesz, że to on zabił

Kosę? Pamiętasz tego brzydkiego faceta, który kochał się w tobie bez opamiętania? Bawiłaś

się nim, możesz być lalką, ale trochę serca chyba miałaś dla swojego pajacyka?

- Kosa zginął w wypadku samochodowym! - krzyknęła Monika.

- To Ćma na motocyklu, takim samym, jaki miał Kosa, a którym jechałem do Torunia,

przejechał go po dokonaniu włamania do kościoła w Sątopach. Ktoś cię okłamał. Kto ci tak

powiedział?

Monika już otworzyła usta, ale w porę się powstrzymała.

- Tak, to Ćma to powiedział - nie dawałem jej spokoju. - To on namówił cię, byś mu

pomagała, zamieszkała w hotelu.

-   Nie   mieszkałam   w   żadnym  hotelu   -   zimno   oświadczyła   Monika.   Już   odzyskała

spokój.

- Nie?! Co powiedziałaś Cezaremu, gdy wczoraj w nocy chciał jak zwykle przyjść do

ciebie? Nieważne, ale jak zareaguje nasz sztukmistrz, gdy dowie się, że znalazłem to w hotelu

w Golubiu? - wyjąłem perfumy i szminkę Moniki. - Twój zapach i kolor twych ust rozpozna

na odległość.

- Nie wiem, skąd to masz, pewnie mi ukradłeś. Kim ty właściwie jesteś? Gliną?

- Nie, właściwie nikim ważnym...

- Jesteś przyjacielem Kosy?

- Nie. Ćma wie, kim jestem i to wystarczy.

- Może to ja jestem Ćmą.

- Naturalnie - wstałem wzruszając ramionami. - To do ciebie podobne, żeby zabić

background image

Kosę, a potem doprowadzić do wypadku Beaty.

-   Beata  miała  wypadek  -  Monika   wstała   wyraźnie   zdenerwowana   i   zagrodziła   mi

wyjście.

-   Oczywiście,   oficjalnie   tak.   Policja   nie   znalazła   niczyich   odcisków   palców   przy

napinaczach. To Beata mówiła mi, że ty i Cezary macie ochotę na przejęcie cyrku, to ona

chciała mi coś powiedzieć, ale nie zdążyła.

- Co chciała ci powiedzieć?

- Że to ty zamieszkałaś w hotelu.

Widziałem,   że   szefowa   tancerek   była   przybita   wiedzą,   którą   jej   przekazałem.

Odsunąłem ją i wyszedłem. W połowie drogi do swojego wozu coś sobie przypomniałem.

Wróciłem   do   Moniki,   otworzyłem   drzwi.   Monika   leżała   na   łóżku   i   płakała.   Bez   słowa

postawiłem perfumy i szminkę na jej toaletce. Wróciłem do siebie. Roksana czekała na mnie z

kubkiem   gorącej   herbaty.   Siedziała   na   łóżku,   przykryta   do   pasa   kołdrą,   ubrana   w

półprzeźroczystą koszulę nocną.

- Jak randka? - zapytała.

-   Dobrze   -  odparłem   siadając   na   brzegu  swojego   tapczaniku,   w   nogach   Roksany.

Opowiedziałem jej przebieg rozmowy z Moniką. - Wiem, że zachowałem się jak sadysta, ale

Monika dojrzała do tego, by sama podjąć decyzję. Znalazła się w takim momencie swojego

życia, że albo zwiążę swój los z Ćmą, albo stanie po naszej stronie.

- Czy wiesz, kto jest Ćmą? 

- Domyślam się.

- Kto?

- Nie powiem.

Dopiłem herbatę, wstałem, zabrałem z szafki koc i śpiwór.

- Dokąd idziesz? - dziwiła się Roksana.

- Spać do szoferki.

- Czy to nie będzie dziwnie wyglądało, że narzeczeni... 

- Możemy mieć staromodne poglądy - wzruszyłem ramionami. 

- Poza tym przestało mi zależeć na kamuflażu. Chcę zmusić Ćmę do ujawnienia się.

Siedzenie w kabiny kierowcy było na tyle szerokie, że mogłem się na nim wyciągnąć.

Ułożyłem się w śpiworze. Noc była ciepła, więc koc zwinąłem w rulon i zrobiłem sobie z

niego poduszkę.  Czułem,  że ta  noc  będzie  spokojna. Widziałem  w bocznym lusterku,  że

Monika   wróciła   skądś   zapłakana,   a   zaraz   przybiegł   do   niej   Cezary.   Nie   chciałem

podsłuchiwać   ich   rozmowy,   bo   nie   było   w   moim   stylu   podkradanie   słów   pocieszenia

background image

wypowiadanych przez zakochanego człowieka. O świcie obudził mnie pan Ludwik.

- Weźmie pan motor i objedzie miasteczka wkoło z naszymi plakatami - rozkazał mi.

Wręczył mi kluczyki do stacyjki, kask i wielką torbę wypchaną plakatami. Zjadłem

więc   śniadanie,   ubrałem   się   odpowiednio   dojazdy  i   ruszyłem  w   objazd   po   okolicy.  Gdy

wyjechałem z Radzynia, zadzwoniłem do Misikiewicza i umówiłem się z nim na spotkanie.

Obiecał, że postara się przywieźć to, o co prosiłem.

***

- Mamy wolne - stwierdzili Niunia i Rysio, gdy przyszli do mnie po śniadaniu. - Panie

Tomaszu, dokąd dziś pojedziemy? - zapytał Rysio.

- Do Torunia - odpowiedziałem.

- Po co? Przecież tamten zamek to kompletna ruina...

- Do szpitala - podpowiedziałem. - Do waszego komendanta, druha Rafała. Poproście

instruktorów, by dali rzeczy potrzebne Rafałowi w szpitalu.

Harcerze pokiwali poważnie głowami i pobiegli do obozu harcerskiego. Wrócili po

paru minutach z małym chlebakiem.

- Jesteśmy gotowi - oświadczyła Niunia.

Zaprosiłem   ich   do   wehikułu.   Pojechaliśmy   do   Torunia.   Po   drodze   zatankowałem

paliwo. Przyjechaliśmy do szpitala i okazało się, że Rafał już wczoraj wieczorem odzyskał

przytomność.   Twierdził,   że   czuje   się   bardzo   dobrze.   Musieliśmy   poczekać   do   końca

porannego   obchodu.   Ordynator   potwierdził,   że   komendant   rzeczywiście   może   wrócić   do

normalnego życia.

- Tylko bez ekscesów! - żartobliwie pogroził Rafałowi.

Ten uśmiechnął się promiennie, posłał całusy pielęgniarkom i zaraz był przy nas.

- Wiecie, na co mam ochotę? - westchnął Rafał, gdy wyszliśmy przed szpital.

- Na co? - zapytaliśmy.

- Na wielką porcję mięsa, może być pieczony kurczak, stos hamburgerów, cokolwiek,

byle było dużo, bo strasznie jestem głodny.

Roześmiałem   się   zadowolony   z   dobrego   stanu   ducha   naszego   przyjaciela.

Zostawiliśmy wehikuł na parkingu obok jednego z mostów i poszliśmy na toruńską Starówkę.

Tam znaleźliśmy bar, w którym sprzedawano dania na wynos. Rafał rzeczywiście zamówił

sobie pieczonego kurczaka.

Wróciliśmy nad Wisłę, usiedliśmy na betonowym nadbrzeżu, każdy ze swoim daniem

zawiniętym w folię aluminiową.

background image

- Twoje zdrowie! - wzniosłem toast kubeczkiem kefiru. - Dziękujemy za ocalenie.

Gdyby nie twoje poświęcenie, świat nigdy nie zwróciłby uwagi na podziemia.

- Przesadzacie - mruknął Rafał z ustami wbitymi w udko kurczaka. 

- Niech druh opowie, jak to było - prosiła Niunia.

Rafał  z  żalem odłożył obgryzione kości i  patrzył na drugą, czekającą na spożycie

połowę kurczaka.

- Schodziłem po tych krętych schodach i doszedłem do studni - opowiadał Rafał.

- Nie widziałeś tego korytarza w bok? - wtrąciłem pytanie.

- Widziałem, ale zostawiłem go sobie na później. Doszedłem do studni, patrzę, a tam

woda jakaś taka dziwna. Zgasiłem czołówkę i zobaczyłem, że to światło dnia, tak jakby ta

studnia była syfonem. Trzeba było zanurkować i przepłynąć do studni obok, gdzie dochodziło

światło   słoneczne.   Pomyślałem,   że   w   razie   czego   wrócę,   jakoś   wlezę   na   górę   albo   was

zawołam. Wszedłem do studni, woda była zimna jak lód. Szybko zanurkowałem, ale okazało

się, że jest głębiej, niż myślałem. Trzeba było zejść cztery metry, by przepłynąć do drugiego

kanału. Zaczęło mi brakować powietrza. Po drodze otarłem głową o ściankę i na dno spadła

mi latarka. Może jeszcze tam leży i się świeci...

- Już nie - powiedziałem.

-   Szkoda,   fajna   była.   Wypłynąłem   i   okazało   się,   że   jestem   w   Drwęcy.   Nim   się

obejrzałem,   prąd   wepchnął   mnie   na   jakiś   betonowy  słup,   uderzyłem   w   niego   głową.   Aż

gwiazdki zawirowały mi przed oczami. Tak mnie bolało, że prawie na oślep płynąłem do

brzegu, a tam nie miałem już sił na nic. Gdybym...

- Lepiej nie gdybaj, tylko jedz - przerwałem komendantowi. - Sprawiłeś się dzielnie.

Ten   boczny   korytarz   prowadził   do   wyjścia   obok   wrót   do   tej   komnaty,   gdzie   byliśmy

uwięzieni. Nie powinieneś mieć do siebie pretensji, bo tego nikt nie mógł przewidzieć. Tylko

Ćma znał rozkład pomieszczeń.

- Skąd? Był tam wcześniej? - dopytywał się Rafał.

- Nie, myślę, że miał plan. Takie przypuszczenie nasunęło mi się, gdy Misikiewicz,

mój znajomy z Komendy Głównej Policji, opowiadał mi legendę zasłyszaną od jednego z

policjantów o miejscowym, niejakim Fąfeckim, który szukał pod zamkiem skarbów ukrytych

pod koniec wojny.

- Ma pan na myśli mapy hitlerowskich skrytek? - domyślił się Rysio. 

Poważnie pokiwałem głową.

- Zleceniodawca Ćmy ma dostęp do dobrych materiałów - powiedziałem. - Może są

tam zaznaczone skrytki, a może to tylko dokładne plany budowli.

background image

- Z tymi hitlerowskimi skrytkami to będzie niezła zabawa, gdy Polska znajdzie się w

Unii   Europejskiej   -   wtrącił   Rafał.   -   Znajomy   poszukiwacz   skarbów,   który   chodzi   po

Międzyrzeckim   Rejonie   Umocnionym   opowiadał   mi   o   akcji   niemieckiej   armii,   która

podjeżdża pod poniemieckie bunkry i zamurowuje ich wejścia. Podobno chodzi o ochronę

nietoperzy, ale naprawdę o utrudnienie dotarcia do ukrytych tak skarbów. Kiedy Polska będzie

w   Unii   bez   granic,   wtedy  wszystkie   skrytki   zostaną   opróżnione,   a   dzieła   sztuki,   zabytki

frrruuu...

Przyznam, że te słowa Rafała napawały mnie lękiem. Wiedziałem, że już niedługo

będziemy   z   Pawłem   musieli   prowadzić   prawdziwą   obronę   polskich   pamiątek,   kolekcji,

skarbów   ukrytych,   zakopanych.   Nagle   kilka   zagadek   drugiej   wojny   światowej   zostanie

rozwiązanych.

- Zjedliście? - zapytałem harcerzy. 

- Tak!

- Odwieziemy komendanta do obozu i ruszamy w trasę - zadecydowałem.

- Beze mnie?! - oburzył się Rafał. - Jadę z wami! 

Wróciliśmy do wehikułu.

- Wpierw pojedziemy do Pokrzywna - stwierdziłem patrząc na zegarek. - Ten zamek

nas interesuje, a mamy tam też spotkanie.

- Z kim? - zaciekawił się Rysio.

- Zobaczycie - uśmiechnąłem się robiąc tajemniczą minę. 

Wyjechaliśmy z Torunia na drogę do Grudziądza. Wygodna szosa, ciepła i słoneczna

aura nastrajały mnie do opowiadania.

-   Zamek   w   Pokrzywnie   należy   do   najstarszych   warowni   krzyżackich   na   ziemi

chełmińskiej - opowiadałem. - Dawny gród wymieniany w kronikach jako „Copriven” biskup

misyjny   Chrystian   przekazał   Krzyżakom   w   1231   roku.   Jak   sami   zobaczycie,   zamek   z

przedzamczami został dostosowany swym kształtem do uwarunkowań naturalnych, stąd jego

trochę niezwykły kształt. Zamek ten interesuje nas ze względu na dwa fakty. Po pierwsze,

lustrator zamku z 1765 roku pisał o długich lochach i korytarzach ciągnących się z suchej fosy

w różne kierunki do miejsc zmyślnie zamaskowanych ruinami. Po drugie, jedna z budowli na

zamku miała grubość murów dochodzącą do ośmiu metrów! Jest jeszcze historia obalonego

wielkiego mistrza Henryka von Plauena, który został zesłany przez swego następcę właśnie do

Pokrzywna. Najbardziej  zajmują  mnie jednak te podziemia - uśmiechnąłem się do trochę

wystraszonych współpasażerów. Jeszcze godzinę musieliśmy jechać do Pokrzywna.

-   Wybudowana   w   XIX   wieku   szosa   przecięła   na   pół   zewnętrzne   podzamcze   -

background image

opowiadałem harcerzom stając na poboczu poniżej reliktów średniowiecznej bramki między

przedzamczem zewnętrznym i wewnętrznym.

Za nami, z lewej strony, pod zagajnikiem rosnącym nad jarem niewielkiej rzeczki

widzieliśmy resztki muru obwodowego.

- Tu - zakreśliłem koło wokół siebie - było przedzamcze zewnętrzne wybudowane

później,   pełniące   funkcje   gospodarcze.   Pokrzywno   było   ważnym   spichrzem   w   państwie

krzyżackim. Za tą bramką stojącą nad suchą fosą jest dawne przedzamcze wewnętrzne... -

przerwałem, bo zobaczyłem Pawła, który wyszedł z krzaków z lewej strony.

- Dzień dobry! - skłonił się nam.

Mój podwładny przywitał się z harcerzami, szczególnie mocno wyściskał Rafała.

- Widziałem cię wczoraj w szpitalu - powiedział. - Dziękuję ci za uratowanie szefa,

gdyby nie ty, nie wiedzielibyśmy, gdzie szukać.

- Sprawdziłeś te podziemia? - zapytałem Pawła.

- To co jest dostępne jest zasypane śmieciami. Ściany rozkute niemożliwie, miejscami

strach chodzić, bo wszystko wygląda, jakby miało zaraz runąć. Szkoda czasu, schodzone. Nie

sprawdziłem tych piwnic na górnym przedzamczu.

- Tam pójdziemy razem - zapowiedziałem.

Weszliśmy   na   dziedziniec   przedzamcza   wewnętrznego.   Przed   nami   był   wysoki

budynek dawnego spichrza, który pełnił także funkcje obronne. Na lewo od niego były już

ruiny domów przebudowanych w XX wieku.

- Wejście tam jest niebezpieczne - powiedział Paweł pokazując na spichrz. - Wszędzie

wiszą tabliczki, że budynek grozi zawaleniem.

Weszliśmy do starych piwnic ze sklepieniem beczkowym. Były to dwa duże puste

pomieszczenia, z dwoma czarnymi kręgami po ogniskach, bielonymi ścianami.

- Nic - Paweł zrezygnowany wzruszył ramionami.

Przeszliśmy   do   reliktów   zamku   górnego.   Najlepiej   była   widoczna   brama   z

pomieszczeniem   dla   wartownika,   pierwszym   piętrem,   na   którym   historycy   architektury

umieszczali pomieszczenie o znaczeniu sakralnym, i wyższym poziomem obronnym. Układ

pozostałych budynków pozostał nieczytelny.

Gdy harcerze chodzili po ruinach, miałem czas, by omówić z Pawłem najbliższe plany

walki z Ćmą.

- Schowałeś prezent od Misikiewicza? Myślisz, że Ćma da się skusić? - zapytałem

Pawła.

- Przyjmie wyzwanie - zapewniał.

background image

Dołączyli do nas harcerze i rozstaliśmy się z Pawłem. Daniec wyprowadził z krzaków

ukryty tam motor i pojechał dalej rozwieszać plakaty reklamujące cyrk. My skierowaliśmy się

do Rogoźna.

- Zamek w Rogoźnie wybudowano w miejscu niezwykle obronnym - opowiadałem

harcerzom. - Już w XII i XIII wieku w tym miejscu był gród. W latach 1250-1260 bracia

zakonni na zdobytym grodzie wybudowali swoją strażnicę przy drodze z ziemi chełmińskiej

do   Pomezanii.   Na   przełomie   XIII   i   XIV   wieku   wybudowano   trójczłonowy   zamek

konwentualny. Ciekawe, że w XIV wieku do zamku w Rogoźnie pretensje rościł sobie cesarz

Karol IV. Niestety, nie wiemy, co było przyczyną takiego zachowania. Czy mogło tak być na

przykład ze względu na relikwię ukrytą w tym miejscu przez Czecha, wasala cesarza?

- Naprawdę tak było? - zdziwiła się Niunia.

- Mogło, ale nie było - odpowiedziałem.

Jechaliśmy doliną wśród wysokich wzgórz. Po lewej stronie szosy, na górze, wśród

drzew ciemniały mury i wieże zamku. Musieliśmy skręcić w lewo i wjechać na podwórze

nieistniejącego Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Zatrzymaliśmy się przed budowlami

wyglądającymi   na   dziewiętnastowieczne.   Za   drewnianym   płotem   pomiędzy   budynkiem

mieszkalnym   a   gospodarczym   skakały   olbrzymie   rotweilery.   Pierwszy   budynek   wymagał

remontu, ten drugi miał nową dachówkę i nowe rynny. Po chwili wyszedł do nas potężny

mężczyzna z długimi włosami. Miał około trzydziestu pięciu lat, sprawiał wrażenie bardzo

poważnego i odważnego.

- Dzień dobry, nazywam się Tomasz N.N. i pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki -

przedstawiłem się. - Czy możemy obejrzeć zamek?

Na wszelki wypadek wyjąłem legitymację, którą olbrzym obejrzał i oddał mi.

- Jestem tu stróżem - powiedział zapędzając psy do kojca - ...właściciela nie ma -

dokończył, gdy wrócił. Otworzył furtkę. - Proszę.

Weszliśmy na zadbane podwórze, z wybiegami dla koni, stajniami.

Całość  była ogrodzona   wysokim  płotem,  murem  lub  budynkami.  Przed   nami   była

droga do zamku. Ochroniarz prowadził nas do resztek mostu.

- Tyle zostało - powiedział. - Może kiedyś tu coś powstanie, jakiś hotel, centrum

konferencyjne, ale na to trzeba ogromnych pieniędzy...

Z mostu zostały tylko przęsła.  Przed nami  stała dumna wieża bramna,  z broną, z

przytulonymi do niej murami, z narożną basztą ze spiczastym dachem po naszej lewej stronie,

nad wąwozem i szosą.

- Można tam jakoś przejść? - zapytałem.

background image

- Tamtędy - wskazał dziurę w płocie - ...ale niech państwo uważają.

Poszliśmy we wskazanym kierunku. Najpierw musieliśmy przejść głęboką fosę, potem

wspiąć się na zamek, przejść przez dziurę w murze. Gdy zziajani usiedliśmy wśród chaszczy,

podjąłem się roli przewodnika.

- Zamek główny i wewnętrzne przedzamcze Krzyżacy usytuowali na naturalnym cyplu

u   ujścia   rzeki   Gardęgi   do   Osy  -   opowiadałem.   -   To   co   przed   chwilą   przeszliśmy,   fosa,

powstała po wykonaniu sztucznego przekopu. Stajnie, konie, tamte budynki, których pilnuje

stróż,   rozplanowano   na   4,5   hektara.   Wieżyczki   czworokątnego   domu   konwentualnego

wybudowano   od   strony   północnej.   Wszystkie   skrzydła,   oprócz   północnego,   były

podpiwniczone, a pośrodku dziedzińca była studnia sięgająca podobno nawet pięćdziesięciu

metrów. Zamek górny zajmował prostokąt o bokach 40 i 45 metrów. Niestety, w czasach

potopu szwedzkiego na zamku eksperymentowano z nowymi sposobami minowania murów.

Poszukiwania   czegokolwiek   wśród   takich   zarośli   nie   miały   sensu.   Zmęczeni

wróciliśmy po godzinie do stróża, który stał tam, gdzie go zostawiliśmy.

- I co? - zaciekawił się.

- Chaszcze - odparł Rafał.

-   Tamte   budynki   -   stróż   pokazał   na   stajnie   i   dom   -   stoją   na   fundamentach

średniowiecznych. Jak pan szuka średniowiecza, to nic oprócz murów tam pan nie znajdzie.

Wszystko wiele razy przebudowywano.

- Proszę mi powiedzieć, czy pan na noc spuszcza psy? 

- Tak.

- Tam zamku też pilnują?

- Tak, bo co?

- To dobrze. Wie pan, dowiedzieliśmy się, że po okolicznych zamkach krąży człowiek,

który kuje ściany, czegoś tam szuka. Najczęściej działa w nocy, ale jak pan spuszcza psy, to

już jestem o Rogoźno spokojny - uśmiechnąłem się zadowolony.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ZAKŁADAM SIDŁA • ZWIEDZAMY ZAMEK W RADZYNIU CHEŁMIŃSKIM •

SPOTKANIE Z PANEM TOMASZEM • PODSŁUCHANE W CELI POKUTNEJ •

KRADZIEŻ ŁAŃCUCHÓW OGNIA • KOLEJNY WYPADEK W CYRKU • CZY

ĆMA TO PAPILIO? • POLICYJNA ZASADZKA

Pożegnałem   pana   Tomasza   i   jego   towarzyszy.   Zajechałem   do   jednej   z   wiosek,

rozwiesiłem plakaty i pojechałem do Rogoźna. Zostawiłem motor w krzakach obok jakiejś

starej gorzelni i wspiąłem się po stromym stoku. Potem przeskoczyłem przez resztki muru

najpierw na drogę okalającą górny zamek, potem na sam zamek. Wspiąłem się na ruinę i z

daleka widziałem, jak pan Tomasz rozmawiał ze stróżem. Razem odchodzili od fosy. Miałem

około pół godziny, nim ochroniarz skończył rozmowę z moim szefem. Musiałem poszukać

dobrego miejsca. Znalazłem we wschodniej części zejście do niewielkiej piwniczki. Była to

zaledwie trzydziestocentymetrowa szpara między stertą gruzu a poziomem dawnej podłogi.

Szybko   rozgrzebałem   cegły   i   kamienie.   Znalazłem   odpowiednią   cegłę,   do   której

przywiązałem cienki sznurek. Drugi jego koniec był uwiązany do niewielkiego urządzenia,

które pewien mój znajomy nazywał „granatem sygnałowym”. Tak naprawdę był to niewielki

pojemniczek wielkości pudełka zapałek. Miał wbudowany alarm, działający jak potykacz.

Wyjęcie   zawleczki   powodowało   włączenie   sygnału.   Ten   nastawiłem   na   częstotliwość

niesłyszalną dla człowieka, ale na przykład dla psów jak najbardziej. Gdyby Ćma rozgarniał

gruz w wejściu, miał wyjąć „granat”, a zawleczka uwiązana do sznurka zostałaby w piwnicy.

Nie podejrzewałem, żeby działając w nocy zwracał uwagę na drobiazgi.

Dla   pewności   omiotłem   pomieszczenie   światłem   latarki.   Było   zaśmiecone,   z

rozkutymi przez poszukiwaczy skarbów ścianami.

Wymknąłem  się z   ruin  i  wróciłem   do  motoru.  W   lusterku  przyjrzałem  się  swojej

twarzy   i   zadowolony   odpaliłem   silnik.   Wróciłem   do   Radzynia.   Widząc,   że   cyrkowcy

korzystają   ze   słonecznego   dnia   i   wygrzewają   się   na   leżakach   przed   wozem   dyrektora,

zajechałem wprost do nich.

Wszyscy   spojrzeli   na   mnie   z   ciekawością,   tylko   Monika   miała   zaciętą   minę   i

wyjątkowo okrywała swe ponętne ciało pod koszulą i długimi spodniami.

- Gdzie byłeś? - zapytał mnie Chudy.

- Rozwoziłem plakaty - odpowiedziałem.

background image

- A gdzie konkretnie? - dopytywał się pan Ludwik.

- Byłem między innymi w Pokrzywnie i Rogoźnie - opowiadałem. - Tam są fajne

zamki, właściwie ruiny, ale podziemia można zwiedzać.

- Znalazłeś tam jakieś skarby? - wtrącił się Cezary.

- Mój skarb to ona - odparłem wskazując na Roksanę. - W jednym miejscu stała jakaś

stara figura.

- Masz brudną twarz - dyrektor zwrócił mi uwagę. 

Wytarłem się rękawem jeszcze bardziej rozmazując kurz i sadze.

- To w tych piwnicach... - wyjaśniałem.

Oddałem panu Ludwikowi kluczyki do motocykla, kask, torbę i poszedłem do siebie.

Gdy brałem prysznic, do wozu weszła Roksana. 

- Myślałem, że będziesz bardziej dyskretna - zwróciłem jej uwagę.

- Wstydzisz się? W tym stroju gimnastycznym, wczoraj na trapezie wyglądałeś bardzo

męsko - zażartowała.

Poprosiłem ją, by jednak wyszła na moment, abym mógł się ubrać.

- Ubiera się - usłyszałem po chwili głos Roksany na dworze. 

Byłem już w spodniach, więc wyjrzałem. To Pedro rozmawiał z Roksaną.

- Za dwie godziny próba - powiadomił mnie, odwrócił się na pięcie i poszedł.

- Pójdziemy na krótki spacer? - zaprosiłem Roksanę.

- Będziemy trzymać się za ręce?

- Jeżeli tylko zechcesz.

Do cyrku zaczęły się schodzić pierwsze dzieciaki zainteresowane zajęciami w cyrku, a

my poszliśmy na zamek. Przeszliśmy przez przedzamcze i groblę na dawnej fosie do ruin

zamku. Do naszych czasów w najlepszym stanie wytrzymało południowe skrzydło, gdzie była

brama.   W   przejściu   bramnym,   po   prawej   stronie   była  kasa,   gdzie   zapłaciliśmy   za   bilety

wstępu.

W dawnej sali przyziemia nie było stropu. Dlatego łączyła się z poziomem kaplicy.

Oglądając wystawę zdjęć lotniczych zamków ziemi chełmińskiej mogliśmy patrzeć w puste

oczodoły gotycko sklepionych okien bez witraży.

Sprzedawczyni biletów wyszła z nami na dziedziniec. Stanęliśmy frontem do bramy.

- Widoczne na dawnym krużganku wejścia, to od prawej: cela pokutna, wyjście z

klatki schodowej, cela, biuro komtura i klatka schodowa prowadząca na wyższe poziomy -

opowiadała kobieta. - W celach pokutnych zamykano braci zakonnych za różne przewinienia.

Mieli   tam   tylko   wąskie   okienka   z   widokiem   na   ołtarz.   Modlitwą   i   rozmyślaniami   mieli

background image

odkupić swe winy. Wyższe piętra były przeznaczone na magazyny i spichrze. Tu są wejścia

do piwnic, tam - pokazywała schody niknące w ziemi - a tam była wieża obronna, oktogon -

spojrzeliśmy na ośmioboczny kształt.

- Dziękujemy - powiedziałem.

Ruszyliśmy na zwiedzanie zamku rozpoczynając od skrzydła południowego. Klatka

schodowa była wąska i niska. Roksana mogła iść wyprostowana, ale ja musiałem się schylać.

Na wybetonowanym balkonie w miejscu dawnego krużganku wyszliśmy z ozdobnego portalu

i skręciliśmy w prawo do pierwszej z cel pokutnych. Staliśmy przytuleni do siebie. Włosy

Roksany  łaskotały  mnie   po   twarzy,  gdy  wyglądaliśmy  przez   szparę   w   grubym  murze   na

miejsce, gdzie dawniej stał ołtarz.

- Za jakie grzechy Krzyżacy tu przesiadywali? - zastanawiała się Roksana.

- Za złamanie ślubów zakonnych. Pamiętaj, że rycerze zakonni nie cierpieli biedy,

wychowani w świeckich rodzinach w kulcie cnót rycerskich byli odważnymi, posłusznymi

wojownikami. W grę wchodziły więc złamane serca i śluby czystości - zażartowałem. - To

były ciężkie czasy na pograniczu z plemionami pruskimi, które prawie do końca XIII wieku

urządzały   wyprawy   łupieskie.   Prusowie   byli   groźnymi   przeciwnikami,   bo   tak   naprawdę

nieobliczalnymi. Nie kwapili się do walnych bitew preferując działania z zaskoczenia w kniei,

nocne najazdy. W takiej walce mieli większe szanse z ciężkozbrojnymi braćmi. Postaw się w

roli dowódcy takiej warowni. Mężczyźni z dala od ojczyzn, w obcym kraju, walczący na

chwałę Zakonu, stale narażeni na śmierć. Czy czasami  nie przymykałabyś oka na drobne

wykroczenia?   Dopiero   gdy   państwo   zakonne   okrzepło,   nie   było   zagrożone   tak   częstymi

najazdami, zaczęto dbać o dyscyplinę...

Wyszliśmy   z   celi,   obejrzeliśmy   komnatę   komtura,   małą   salkę   z   dwoma   oknami,

następną celę i weszliśmy na spiralną klatkę schodową. Wyszliśmy na podest, na którym były

zamknięte drzwi i schody wyżej. Za tym drzwiami zapewne swoją siedzibę miało miejscowe

bractwo rycerskie. Wyszliśmy na trzecie piętro, a właściwie pomiędzy trzecie i czwarte piętro,

bo betonowy krużganek wylano na takiej wysokości, że u dołu mieliśmy okna z widokiem na

kaplicę. Przeszliśmy do wschodniego korytarza, który po lewej urywał się wraz z ruiną i

mieliśmy ładny widok na parking przed miejscowym hotelem i restauracją. Na zapleczu tegoż

obiektu   dostrzegłem   znajomy   mi   pojazd.   Schylając   głowy   przeszliśmy   pod   południowo-

wschodnią wieżę, skręciliśmy w prawo i przeszliśmy całą długość południowego skrzydła pod

południowo-zachodnią wieżę. Na nią nie można było wejść, tam też korytarz urywał się nad

ruinami. Stamtąd mieliśmy dobry widok na dziedziniec, dojście do nas, cyrk i parking. Tam

też czekał na nas pan Tomasz.

background image

- Dzień dobry! - Roksana dygnęła przed moim szefem jak przedwojenna pensjonarka.

- Dzień dobry! - Pan Samochodzik przywitał ją całując jej dłoń.

- Gdzie pana harcerze? - zapytałem szefa.

- Rafał został w obozie, Niunia i Rysio poszli do cyrku. Mam wolne popołudnie - szef

roześmiał się.

- Czemu panowie spotykają się w takiej konspiracji? - zapytała Roksana.

- Żeby Ćma wpadł w naszą pułapkę - odpowiedziałem. 

- Może Ćma to ja?

Spojrzeliśmy z panem Tomaszem na siebie ze zdumionymi minami. Rzeczywiście, nie

wiedzieliśmy, kim jest Ćma, mógł być każdym, także Roksana. Dziewczyna widząc nasze

miny parsknęła śmiechem.

- Widać jak sobie przypominacie, czy kiedykolwiek byłam przy was, gdy pojawił się

Ćma - śmiała się. - Podpowiem wam, nigdy mnie nie było. Pójdę więc na czaty.

Puściła do mnie oko i odeszła krużgankiem pod drugą wieżę.

- Rezolutna osóbka - mruknął pan Tomasz.

- A co... - zacząłem.

- Nawet o tym nie myśl - szef próbował rozwiać moje wątpliwości. - Trzymamy się

planu.

- Dobrze, Ćma dostanie nauczkę, ale co z poszukiwanym przez pana skarbem?

- Nie wierzysz w tę skrytkę?

- Nie - przyznałem się. - A pan ma jakiś pomysł?

- Oczywiście, przyszedł mi do głowy, gdy tu stałem i czekałem na ciebie.

Rozejrzałem   się   dokoła.   Spojrzałem   na   pusty   dziedziniec,   zarys   fundamentów

oktogonu, ruin murów zewnętrznych, fosę, miasteczko. 

- I co? Nic? - szef uśmiechnął się.

- Nic.

-   Może   więcej   byś  zrozumiał,   gdybyś  wszedł   na   tamtą   wieżę,   sam,   jak   pustelnik

przeciwstawił się wiatrowi.

Pan Tomasz dopiął kurtkę, bo tu rzeczywiście trochę wiał wiatr, poprawił czapeczkę.

- Do wieczora - powiedział. - Trzymaj się podczas lotów!

Razem   przeszliśmy   do   Roksany   pilnującej   korytarza   w   resztkach   wschodniego

skrzydła.

- Chodźmy na wieżę - zachęcałem dziewczynę.

Pan   Samochodzik   zniknął   na   krużganku,   a   my   wspięliśmy   się   po   drewnianych

background image

schodach. Przed nami były jeszcze trzy poziomy, nim dotarliśmy do podestu w ostrokącie

wieńczącym wieżę. W jednej ze ścianek było maleńkie, średnicy około pół metra, przejście na

wąski ganek przy krenelażu. Roksana zwinnie wyszła na zewnątrz. Wkrótce dołączyłem do

niej.   Ciężko   oddychałem,   gdy   oparty   o   dach   ledwo   mieściłem   stopę   i   z   wysokości

kilkudziesięciu metrów patrzyłem na świat wokół.

- Mało miejsca - stwierdziła Roksana.

- Żeby wartownicy nie spali - powiedziałem z uśmiechem. 

Patrzyłem, jak pan Tomasz wychodzi z zamku, jak wokół namiotu cyrkowego kręcą

się dzieci i jak stamtąd wychodzą Monika i pan Ludwik.

- Pociąga cię ta piękność? - Roksana próbowała mi zajrzeć głęboko w oczy.

- Raczej niepokoi.

- Światło też niepokoi i przyciąga ćmy, a one się przez to zabijają.

- Wracamy? - zapytałem nie chcąc kontynuować tej rozmowy.

Już   schodziliśmy   na   balkon   pierwszego   piętra,   gdy   usłyszałem   rozmowę.   To

przemawiała Monika. Rozpaczliwie rozglądałem się za kryjówką. Pociągnąłem Roksanę i

wepchnąłem ją do pierwszej od naszej strony celi pokutnej. Usiadłem na kawałku murku,

posadziłem   sobie   Roksanę   na   kolanach   i   zatopiłem   twarz   w   jej   włosach,   jednocześnie

uważnie   nasłuchując,   o   czym   mówi   tancerka.   Rozmówcy   weszli   do   sąsiedniej   komnaty

komtura.

- Mówił, że wie, kim jest Ćma - powiedziała Monika.

- Kogo wskazał? - zapytał pan Ludwik.

- Nikogo; mówił, że go złapie. Kto to jest? Gliniarz? Jak to było z Kosą? Kto go zabił?

A Beata?

Pytania Moniki przerwał odgłos policzka, jakim zapewne dyrektor obdarzył tancerkę.

- Gdyby policja miała dowody przeciw Ćmie, to by już weszli do cyrku. Nie panikuj,

nic na ciebie nie mają. Od kiedy to nie wolno zamieszkać w hotelu, zgubić perfum? Jesteś

czysta. Tak jak ci obiecałem, odchodzę na emeryturę i cyrk będzie twój...

Usłyszałem,   że   wychodzą,   zaraz   mieli   przekroczyć   próg   celi   pokutnej,   w   której

byliśmy ukryci. Obróciłem do siebie twarz Roksany i pocałowałem ją w usta, zamknąłem

oczy, jakbym bez reszty oddawał się pocałunkowi. Roksana pewnie miałaby ochotę opierać

się, ale wiedziała, że to dla dobra sprawy, więc objęła mnie za szyję.

Usłyszałem chrząknięcie pana Ludwika. Otworzyłem oczy i udałem zaskoczonego i

zmieszanego...

- Tylko nie spóźnij się na próbę - życzliwie przypomniał mi dyrektor. 

background image

Monika ponuro patrzyła mi w oczy próbując wyczytać z nich, czy słyszałem rozmowę.

Mogłem, ale przecież wyglądało to tak, jakbym oddawał się tu innym przyjemnościom.

- Nie przeszkadzajmy - pan Ludwik delikatnie pociągnął za sobą Monikę.

Gdy usłyszeliśmy, że oboje weszli na górę i po górnym ganku poniosły się odgłosy ich

kroków, Roksana głęboko nabrała powietrza i głośno je wypuściła. Zmieszana potarła czoło.

- Potrafisz poświęcić się dla pracy - stwierdziła. - Kamuflaż był nawet przyjemny, ale

czy skuteczny?

- Jestem pewny, że Ćma przyjmie wyzwanie.

- Czy to dyrektor jest Ćmą? Czemu Monika z nim rozmawiała?

- Ty jesteś Ćmą - żartobliwie uszczypnąłem nos Roksany.

Wstaliśmy i zeszliśmy na dziedziniec. Zwiedziliśmy podziemia i wróciliśmy do cyrku.

Spieszyłem się na próbę z Brazylijczykami. Czekali na mnie we trzech.

- Sevro lepiej się czuje i spróbuje z nami - wyjaśnił Pedro.

Przez dwie godziny do późnego popołudnia ćwiczyliśmy wczorajszy układ, w kółko to

samo. Pod koniec naszego treningu przyszedł pan Ludwik. Zjechaliśmy po linach do niego.

- Jak spisuje się wasz nowy Brązylijczyk? - zażartował dyrektor.

- Poprawnie - uśmiechnął się Pedro. - Sevro już wraca do dawnej formy. Zrobimy tak,

że pierwsze przejście wykona Małpa, potem zejdzie z trapezu i dalej będzie skakał Sevro.

Małpa tak się napracował, że szkoda mu odbierać drugiej szansy występu.

- Z przyjemnością zrezygnuję - zastrzegłem się.

- Musimy wejść wszyscy czterej - argumentował Pedro. - Sevro wtedy oceni, czy da

radę, czy nie. Sam z Auco nie zrobię salta mortale.

- Zgadzam się - przytaknął dyrektor. - Małpa, robisz przejście, tam będzie na ciebie

czekał Sevro i powie ci jak się czuje. Jasne?

- Tak - kiwnąłem głową.

Wychodząc z próby słyszałem, jak Kajtek klął szukając czegoś.

- Co ci zginęło? - zapytał go dyrektor, który szedł za mną. 

- Łańcuchy ognia - odpowiedział Kajtek.

- Pana szympans nie zabrał tego? To straszny kleptoman...

- Zaraz sprawdzę - zapewnił pan Ludwik.

Przypomniałem sobie, że teraz jest pora na zajęcie się końmi Iwana. Pobiegłem do ich

stajni.

- Odpowiedzialność to twoje drugie imię - zakpił Iwan na mój widok. 

Chciałem się wytłumaczyć, ale on mi przerwał.

background image

- Wiem, że pracowałeś, nic nie mów, tylko bierz się do roboty - rzekł podając mi

szczotkę. - Jak ci leci? - zapytał po chwili pracy w milczeniu.

- Dobrze, a czemu pytasz?

- Sprawiasz wrażenie, jakbyś pracował na kilku etatach.

- Czasami czuję, że tak jest.

- Mam nadzieję, że to co robisz ma sens - powiedział Iwan. - Życzę ci powodzenia.

- Czy się z nami rozstajesz? - zdziwiłem się.

- Nikt nie ma stuprocentowej pewności, co się wydarzy, ale nasz cyrk coraz bardziej

przypomina ten transatlantyk. Wiesz, statek idzie na dno, a orkiestra gra dalej.

Skończyliśmy pracę, pobiegłem do siebie przebrać się, ugryźć kanapkę, wypić herbatę.

Smakowała jakoś dziwnie.

- Co do niej dałaś? - zapytałem Roksanę.

- Miałeś tam jakieś zioła. Nawet nie wiem, co to za mieszanka... 

Nie   wiedziałem,   czy  teraz   mi   nie   zaszkodzą.   To   był   prezent   od   Doroty,  dziwnej

dziewczyny z „Clans”. Zrezygnowany machnąłem ręką i wyszedłem na swoją pozycję za

kulisy.   Gdy   przyszła   kolej   na   Brazylijczyków,   zrzuciłem   dres   i   w   nieco   komediowym

kostiumie wybiegłem na arenę i razem z dwoma trapezistami wspinałem się na pierwszy

maszt. Na drugim czekał Sevro, którego zadaniem było puszczanie do nas trapezu.

Najpierw na pierwszym trapezie Auco i Pedro zaprezentowali sztuczki akrobatyczne,

zwisanie, przejścia, wymyki. Potem Pedro został sam i czekał, aż skoczę do niego.

- Alle! - krzyknął wypróbowaną już komendę.

Skoczyłem,   Sevro   puścił   do   mnie   drugi   trapez,   Pedro   wyrzucił   mnie   w   tamtym

kierunku,   zrobiłem   obrót   w   powietrzu,   złapałem   się   drążka   i   wtedy   razem   z   trapezem

zacząłem   spadać.   Widziałem   w   kącie,   jak   niezablokowany   kołowrotek   obraca   się

wyprowadzając linę.

Widownia   zamarła   wstrzymując   oddech.   I  tu,   do   Radzynia,   dotarła   wiadomość   o

wypadku w cyrku. Teraz na oczach tylu ludzi miała wydarzyć się druga tragedia. Puściłem

drążek, odchyliłem się do tyłu, jakbym chciał położyć się w łóżku i rozłożyłem ramiona.

Modliłem   się,   żeby   napinacze   siatki   nie   były   podobnie   poluzowane   jak   liny   trapezu.

Uderzenie odebrało mi dech w piersiach, Wyrzuciło mnie w górę. Szybko zerknąłem przez

ramię, czy siatka jest wciąż pode mną, Była. Spadłem i tym razem palcami zaczepiłem o

oczka siatki.

Tłum odetchnął z ulgą. Przetoczyłem się na bok i zeskoczyłem z siatki.

- Proszę państwa, zaraz po krótkiej przerwie dokończymy przedstawienie! - krzyczał

background image

pan Ludwik, który wszedł na arenę.

Milcząc,  wściekły wyszedłem  z namiotu.  Nie miałem  wątpliwości,  że Ćma   chciał

mnie zabić. Wszedłem do swojego wozu i zacząłem się przebierać.

- Jesteś cały? - wpadła zdyszana Roksana. 

- Tak.

- Co się właściwie stało?

- Skończyły się żarty - powiedziałem.

Przedstawienie   zakończono   po   zabezpieczeniu   drugiego   trapezu.   Podobno

Brazylijczycy strasznie bali się skoków. Klowni i „Clans” zrobili dodatkowe numery, żeby

zrekompensować widowni zepsuty spektakl.

- Spakuj się! - rozkazałem Roksanie, gdy w cyrku wszystko się już uspokoiło.

Co prawda co jakiś czas ktoś przychodził, żeby zobaczyć, jak się czuję, pocieszyć

mnie, ale to wszystko nie miało już znaczenia. Tej nocy mieliśmy jeszcze zostać w Radzyniu.

Cyrkowcy zażądali od dyrektora jednego dnia odpoczynku.

Wieczorem wziąłem plecak Roksany i razem wyszliśmy z mego wozu.

- Dokąd idziecie? - zapytała Monika, która czaiła się w cieniu jednej z przyczep.

- Odprowadzam Roksanę do PKS-u - wyjaśniłem. - Po dzisiejszym ma dość.

- Wrócisz?

- Tak, mam tu coś do załatwienia - zapewniałem tancerkę.

Nic nie odpowiedziała. Była jakby pogodzona z losem, załamana, ale zarazem widać

było,   że   podjęła   jakąś   decyzję.   Może   powinienem   był   pociągnąć   ją   za   język,   ale   byłem

umówiony i nie mogłem się spóźnić.

***

Wieczorem Rafał z żalem nas żegnał. Miał ochotę wziąć udział w zasadzce na Ćmę,

ale musiał zostać, by poprowadzić nocne zajęcia. Zwolnił Niunię i Rysia, uspokojony, że tym

razem wszystko będzie pod kontrolą i nikomu nic się nie stanie.

- My wiemy, kto jest Ćmą! - oświadczył Rysio, gdy jechaliśmy do Radzynia.

- Tak? - udawałem zaciekawionego.

- Dzięki łacinie.

- A gdzie nauczyłeś się tego języka?

- Kilka lat już służę do mszy i proboszcz uczy nas łaciny.

- Dobrze, kim jest Ćma? - zapytałem rozbawiony.

- Małpa.

background image

- Paweł?

- Nie, szympans.

- Jaki szympans? - w pierwszej chwili nie potrafiłem niczego sobie skojarzyć.

-   Ten   pana   Ludwika   z   cyrku.   On   potrafi   kraść   ludziom   z   kieszeni   różne   rzeczy,

chodzić po drabinie, po linie. Widzieliśmy w cyrku.

- Nie sądzę, że szympans potrafi jeździć motocyklem...

- Pan Ludwik potrafi - wtrąciła Niunia.

- Ja też - pochwaliłem się - a i Rysio z pewnością niedługo posiądzie tę sztukę.

- Pan Ludwik kiedyś z Kosą jeździli na motocyklach na linach rozpiętych pomiędzy

wysokimi na dziesięć metrów masztami  - opowiadał Rysio. - Dowiedzieliśmy się tego od

Rosjanina. Mówił, że Kosa i pan Ludwik jak byli młodsi, to występowali jako kaskaderzy w

filmach.

- To nie są jeszcze przekonujące dowody - stwierdziłem. 

- A imię szympansa?

- Jak się nazywa?

- Papilio, co znaczy...

- ... po łacinie to motyl... - powiedziałem.

-   ...a   Ćma   jest   motylem   -   z   dumą   oświadczyła   Niunia.   -   Czy   pana   zdaniem   to

przypadek?

Właśnie   wjechaliśmy na  ryneczek  w  Radzyniu.  Roksana  i   Paweł  już   tam   czekali.

Plecak dziewczyny wrzuciliśmy do bagażnika. Roksana usiadła z harcerzami z tyłu, a Paweł

obok mnie. Już chciałem wyrazić swoją opinię o imieniu małpy dyrektora, ale Roksana mnie

ubiegła.

- Ćma znowu zaatakował i Paweł o mało nie zginął - powiedziała. 

W drodze do następnego punktu naszej wyprawy Paweł opowiedział mi szczegóły

wypadku. Na miejscu ukryłem wehikuł w stodole i dalej poszliśmy pieszo. Ubrana na czarno

postać   powitała   Pawła,   powiedziała   nam   „dobry   wieczór”   i   poprowadziła   przez   ciemne

krzaki.  Ten  człowiek  miał  chyba kocie oczy, skoro bez  trudu poruszał  się ciemnościach.

Podobnie było z Pawłem. Zapytałem go o to.

- Roksana, też to masz? - zapytałem dziewczynę. 

- Co?

- To widzenie w nocy.

- Mam - przyznała.

- To od tych ziółek - stwierdził Paweł. - Gdy spadałem, widziałem w ciemnym kącie,

background image

jak odwijała się lina. Normalnie nigdy bym tego nie zobaczył. Będę musiał spytać Dorotę, co

to za świństwo, że tak skutecznie działa.

- Cicho! - strofował nas przewodnik.

Wreszcie zapadliśmy w zasadzce w ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu.

- Usiądźcie - prosił nas ubrany na czarno.

Usiedliśmy. On wyjął aerozol i rozprowadził w powietrzu chmurę gazu.

- Żeby nas nie wyczuł - wyjaśnił.

Czekaliśmy godzinę. Wreszcie zaskrzeczało coś w słuchawce osobnika ubranego na

czarno.

- Puchacz, co jest? - zapytał go Paweł.

- Przyjechał - odpowiedział policjant. - Łazi po fosie. 

Minęło pół godziny. Radio znowu zaskrzeczało.

- Dobra, zrozumiałem, bez odbioru - rzekł Puchacz. 

Wyłączył radio.

- Idzie do nas - powiedział.

Siedzieliśmy w starym spichrzu zamku w Pokrzywnie. Na jego pierwszym piętrze była

kiedyś kaplica. Tu, w jednej z nisz, umieściliśmy współczesną figurę świętego Wawrzyńca,

sztucznie postarzoną przez policyjnych techników. Pracowali nad tym od czasu mojej narady

z Misikiewiczem.

Przy   drzwiach   usłyszeliśmy   hałas,   gdy  ktoś   odsuwał   drewniane   skrzydło.   Wąskie

światełko latarki ślizgało się po murach.

- Idź i przynieś - usłyszeliśmy czyjś szept.

W ciemnościach rozległy się ciche kroki. Ktoś, jakiś zgarbiony cień zakradał się do

naszej   figurki.   Twarz   świętego   rozjaśniała   blada   poświata   księżyca.   Na   rzeźbie   spoczęły

czarne jak smoła palce, wydawało się, że to rękawiczki.

- Stój, policja! - krzyknął Puchacz, zapalając latarkę i wyjmując pistolet.

Tego co zobaczył chyba się nie spodziewał. Przed nami mrużąc oczy kucał Papilio,

szympans pana Ludwika.

- A ja się dziwiłem, po co kazaliście nam kupić banany - zdumiony Puchacz pokręcił

głową.

Na zewnątrz słychać było krzyki, pojedynczy strzał. Puchacz włączył radio.

- Uciekł na motorze - zameldował.

- Do Radzynia czy Rogoźna? - zapytałem.

- Do Rogoźna.

background image

- Uparty drań - mruknąłem.

Papilio   był   zdenerwowany,   ale   obecność   Niuni   i   Rysia,   których   znał,   trochę   go

uspokoiła. Harcerze mogli przetransportować zwierzę do radiowozu.

Wyszliśmy na łąkę przedzamcza wewnętrznego. Czekała tam reszta ekipy Puchacza i

Misikiewicz.

- Niech mi pan wytłumaczy, po co była ta szopka z aresztowaniem małpy? - pytał

Puchacz.

-   Chodziło   o   pokazanie   mechanizmu   -   wyjaśniał   Misikiewicz.   -   Dyrektor   cyrku

wyszkolił szympansa na złodzieja, włamywacza. Małpa wykonywała najprostsze czynności,

niekiedy   wspinała   się,   sprawnymi   łapkami   wyjmowała   łup,   działała   w   rękawiczkach.

Rękawiczki też zostawiają odcisk, ale nikt z techników nie potrafił zrozumieć, jak można

mieć taką dłoń. Gdy Paweł jeździł po wsiach motocyklem, żeby rozwiesić plakaty, spotkał się

ze mną i naszymi technikami. Zdjęliśmy odciski palców z motocykla. Dotykali go tylko Kosa

i pan Ludwik. Próbki gruntu pobrane z bieżnika opon i w miejscach, gdzie ostatnio jeździł

Ćma, miały identyczny skład chemiczny. Przed chwilą zakończyło się przeszukanie w wozie

dyrektora. Znaleziono tam jedną ze skradzionych z warmińskiej kapliczki rzeźb. Ta dzisiejsza

akcja służyła tylko zdenerwowaniu Ćmy i rozdzieleniu pana Ludwika od jego małpy. Panie

Tomaszu, jedziemy do Rogoźna?

- Tak - przytaknąłem.

Nasz   konwój   czym   prędzej   wyjechał   z   Pokrzywna.   Wpierw   jechał   radiowóz

Misikiewicza, potem policyjny furgon z grupą Puchacza i Papilio zamkniętym w klatce, a na

końcu my.

Zaparkowaliśmy koło nieczynnej gorzelni, w miejscu wskazanym przez Pawła. Idąc

szeroką tyralierą wspinaliśmy się na górę. Zaledwie przeszliśmy kilka metrów, usłyszeliśmy

szczekanie psów i straszny łomot łamanych gałęzi.

- Do samochodów! - krzyknąłem.

Charchot   wydobywający   się   z   rozwścieczonych   psich   gardeł   był   wystarczającym

dopingiem dla wszystkich.

background image

ZAKOŃCZENIE

Myślałem, że psy stróża z Rogoźna wystarczająco wystraszą Ćmę - pana Ludwika.

Niestety dyrektor zdążył doskoczyć do motocykla ukrytego niedaleko nas i uruchomić silnik.

Rotweilery nie biegły za uciekającym dalej niż do połowy stoku.

- Dobry alarm - stwierdził zadowolony Paweł.

Radiowozy i ja na końcu ruszyliśmy w pogoń za motocyklistą. Pędziliśmy w nocy

szosą, a światła reflektorów, błysk policyjnych świateł przeszywały ciemność jak sztylet. Ćma

widząc, że jest ścigany, przyspieszył.

Mimo późnej pory na drodze panował ruch. Dojechaliśmy do TIR-a, który by nie

szorować  bokiem wozu po gałęziach jechał środkiem.  Widząc  policyjny pościg zwolnił  i

zjechał   na   prawą   stronę.   Ten   moment   wykorzystał   Ćma,   gwałtownie   przyspieszając   i

wyprzedzając ciężarówkę. Kierowca wozu Misikiewicza poszedł w ślady uciekiniera. Zrobił

błąd. Zza zakrętu wyjechał drugi TIR, pędził jak wariat i gwałtownie hamował dodatkowo

trąbiąc.   Ćma   zdążył   przemknąć   między   ogromnymi   autami,   nim   się   minęły,   a   kierowca

Misikiewicza musiał uciekać na lewe pobocze. Jego samochód miał niskie zawieszenie, dobre

na   pościgi   po   autostradach,   a   nie   po   polskich   szosach.   Przodem   zarył   o   wystający  pień

ściętego drzewa, dachował, przewrócił się na bok i z jękiem amortyzatorów stanął na kołach.

Ciężarówka przemknęła obok nas wciąż  trąbiąc. Radiowóz  Puchacza  rzucił się do

przodu, a ja zatrzymałem wehikuł koło Misikiewicza. Policjant był potłuczony, ale wysiadł z

wozu i podbiegł do nas. Dosiadł się do tyłu, gdzie zrobiło się ciasno.

- Co z pana kierowcą? - zapytałem.

- W porządku - mruknął Misikiewicz. - W drogę, Panie Samochodzik!

Nigdy nie miałem żyłki sportowej i ścigałem się tylko wtedy, gdy wymagała tego

wyjątkowa   sytuacja.   Błyskawicznie,   na   trójce   wyprzedziłem   TIR-a,   potem   dużego   fiata

wyładowanego młodzianami wracającymi z dyskoteki. Nawet chcieli się z nami ścigać, ale

Misikiewicz   pokazał   im   przez   okienko   policyjny   lizak   i   miłośnicy   tańców   i   nocnych

wyścigów zrezygnowali.

Wehikuł   sprawował   się   wspaniale,   jak   potwór   połykał   kilometry   szosy,   zżerał

zdziwionych  użytkowników drogi.  Wkrótce   dogoniliśmy radiowóz  Puchacza.   Wtedy Ćma

nagle skręcił na polną drogę w prawo.

- Jedzie na skróty do Radzynia? - dziwił się Paweł.

- Tam w cyrku już czekają nasi - uspokajał nas Misikiewicz. 

background image

Furgon na zakręcie niebezpiecznie przechylił się na lewy bok, opadł na cztery koła,

gdy auto znalazło się na piaszczystej drodze. Nagle wozem zarzuciło, zatańczył jak na lodzie i

wjechał na łąkę ogrodzoną drutem kolczastym przebijając sobie dwie przednie opony.

Nasz wehikuł dzięki szerokiej sylwetce i rajdowemu rodowodowi wspaniale wszedł w

zakręt, a potężne amortyzatory tylko zabujały nami, gdy wjechaliśmy na nierówności.

Pędziliśmy za Ćmą, świeciłem przed siebie długimi światłami, które przebijały tuman

kurzu wzniesionego przez motor uciekającego. Przejechaliśmy przez jakąś wioskę, kolonię

domków. Nie mogłem nic zrobić, by zatrzymać Ćmę. Musiałem jechać za nim, a Misikiewicz

organizował blokadę na drodze rozmawiając z oficerem dyżurnym przez radiostację.

- Gotowe! - ucieszył się i rozsiadł wygodniej. - Teraz zobaczycie akcję.

- Sprawdzaliście jego przeszłość?

- Nie, a co? - zaciekawił się Misikiewicz.

- Pan Ludwik był akrobatą jeżdżącym na motocyklu i kaskaderem - odezwał się Rysio.

- Dopiero teraz mi to mówicie?! - oburzył się Misikiewicz.

Było za późno. Zbliżaliśmy się do blokady ustawionej na drodze do Radzynia. Po obu

stronach drogi były pola, w poprzek ustawiono dwa policyjnej polonezy, rozłożono kolczatkę.

Ćma tylko dodał gazu i wyskoczył przez rów na pole. Musiałem zahamować, by nie przebić

sobie opon. Policjanci z zasadzki ze zdumieniem obserwowali wyczyn Ćmy.

- Z drogi! - krzyczał do nich Misikiewicz.

Gdy  usunięto  pułapkę   i   radiowozy,  gwałtownie  ruszyłem  i   po  minucie   dogoniłem

Ćmę. Ominął zjazd do pola, gdzie stał namiot cyrkowy, skręcił w prawo, w lewo, koło zamku

i nagle wjechał na alejkę prowadzącą na przedzamcze. Wyhamowałem i pojechałem jego

śladem. Ćma wjechał na dziedziniec zamku, my zablokowaliśmy wehikułem bramę. Kazałem

harcerzom i Roksanie zostać w wozie. Paweł, Misikiewicz i ja wbiegliśmy do zamku. Na

balkonie  pierwszego   piętra  zobaczyliśmy  cień  biegnącego   Ćmy,  Rzuciliśmy  się  do   klatki

schodowej. Pierwszy był oczywiście Paweł, za nim policjant, a na końcu ja. Ćma uciekał po

krużgankach,   kierował   się   do   południowo-zachodniej   wieży,   tam   gdzie   spotkałem   się   z

Pawłem. Byłem na odkrytym ganku, gdy zobaczyłem, jak Paweł wbiega pod wieżę i nagle

rozlega się tam błysk. Zdyszany potruchtałem w to miejsce.

Pan   Ludwik   stał   plecami   do   poręczy,  za   którą   była  przepaść   dobrych  dwudziestu

metrów, ruiny i ciemność. W ręku trzymał dziwną pochodnię, do rękojeści przymocowany był

łańcuch, na którego końcu była płonąca kula.

Przed nim stał Paweł. Czułem swąd spalenizny.

- Niech pan na niego uważa - Paweł odwrócił się do mnie pokazując spaloną na piersi

background image

koszulę i przypieczoną skórę.

Za Pawłem stał Misikiewicz z wycelowanym w dyrektora pistoletem.

- Niech pan się podda - prosił policjant.

-   Nigdy!  -   wołał   Ćma.   -   Chcecie,   żebym   poszedł   do   więzienia?   A   co   zrobicie   z

Papilio? Tylko on mi został...

- Będzie miał opiekę w dobrym zoo - zapewniałem. - Wiem, że nie chciał pan zabić

Kosy, ale za każdy zły uczynek trzeba odpowiadać - przemawiałem.

- Nie! - krzyknął Ćma. - Jako kaskader zawsze bałem się ognia, a teraz jest moim

przyjacielem - wzrokiem szaleńca patrzył na płonącą kulę. - Nigdy się nie poddam!

W  tym momencie  zamachnął  się  na nas. Paweł zdążył odskoczyć. Kula z  cichym

furkotem  przeleciała nam  nad głowami   i  okręciła  się  wokół szyi  Ćmy. Ten rozpaczliwie

próbował wyplątać się z łańcucha, zdusić ogień, który przeskoczył na jego włosy i odzież.

Cofnął się gwałtownie, przechylił przez barierkę i wypadł. Nie krzyczał. Gdy wyjrzeliśmy na

dół ujrzeliśmy, jak ogień w pochodni wygasł.

***

Jeszcze tej nocy Monika złożyła wyjaśnienia w sprawie Ćmy. Pan Ludwik podróżując

po Europie Zachodniej poznał kolekcjonerów dzieł sztuki, którym podczas wojaży po Polsce

załatwiał   różne   eksponaty,  skupował,   czasami   z   pomocą   Kosy  kradł.   Wykorzystywał   też

biednego Papilio, bo wiedział, że małpa będzie potrafiła wejść w wiele miejsc bez używania

uprzęży, lin, drabiny.

Po śmierci Kosy Ćma szukał wspólnika. Uznał, że dobrym będzie Monika, ambitna

szefowa tancerek. Obiecał jej, że przechodzi na emeryturę i że tanio sprzeda jej cyrk, tylko

musi mu pomóc w poszukiwaniu pewnej rzeczy, rodzinnej pamiątki jakiegoś Niemca - tak

mówił Monice.

To ona mieszkała na zamku w Golubiu i w zasadzie do tego ograniczyła się jej rola w

całej historii. Miała też wyciągnąć informacje ze mnie, bo pan Ludwik, mimo że przyjął mnie

do   pracy,  nie   ufał   mi,   podejrzewał   mnie.   Gdy  zobaczył,   że   Beata   przyjaźni   się   ze   mną,

namówił   Brazylijczyków   do   przyłączenia   jej   do   występu,   a   następnie   poluzował

zabezpieczenia. Chciał pozbyć się Beaty i rzucić podejrzenie na mnie.

Wreszcie rano wszyscy: pan Tomasz, Roksana, ja, część harcerzy przyprowadzonych

przez Rafała, w tym Niunia i Rysio weszliśmy na zamek w Radzyniu. Po nocnej tragedii nie

było prawie śladu, nie licząc osmolenia i ciemnej plamy na fragmencie murów.

Pan   Samochodzik   stanął   na   fundamencie   oktogonu.   Miejsce   to   przypominało

background image

przykrytą betonem cembrowinę ośmiokątnej studni.

-   Zamek   w   Radzyniu   Chełmińskim   ma   podobną   historię   jak   inne   fortece   ziemi

chełmińskiej - opowiadał pan Tomasz. - Początkowo była to własność biskupa misyjnego

Chrystiana. W 1234 roku strażnicę rozbudowywali Krzyżacy pod przewodnictwem mistrza

krajowego Henryka Balka. W 1285 roku był tu już kościół grodowy pod wezwaniem, uwaga,

Świętego Krzyża! Zamek główny wybudowano na planie czworoboku o wymiarach 52 na

prawie   53   metry.   Oddzielnym   obiektem   w   obrębie   murów   był   ten   ośmioboczny   stołp   o

średnicy blisko dziesięciu metrów. Miał to być ostatni punkt obrony. Z myślą o tym miał

magazyny żywności podobno na dwa lata, studnię i tajne przejście do gdaniska - szef pokazał

na zachód. - Do gdaniska prowadził arkadowy krużganek, ale było też podziemne połączenie.

Jak wiecie, szukamy relikwii, do której ma nas zaprowadzić żywot świętego Jodoka. Rafale,

czy przywiozłeś sprzęt, o który cię prosiłem?

- Tak jest - Rafał zasalutował.

- Dobrze, żywot świętego Jodoka to cztery ważne wydarzenia: pustelnia, nakarmienie

głodnych, wytryśnięcie źródła od dotknięcia laski Jodoka i wyleczenie niewidomej. Pierwszy

punkt:   pustelnia.  Może   to  być samotnia, a  może  i   budynek  stojący  oddzielnie,  samotnie.

Widzieliście   makietę   z   zapałek   na   sali   wystawowej?   Daje   ona   wyobrażenie,   jak   kiedyś

wyglądał zamek i stołp. Stał jak samotny strażnik. Moim zdaniem, tu kryje się skrytka, trzeba

tylko   się   do   niej   dostać,   przez   ten   wąski   otwór   -   szef   wskazał   na   zagruzowaną   dziurę

półmetrowej średnicy.

Pan Tomasz miał wszystkie pozwolenia na tę operację, a w razie nowych okoliczności

miał konsultować się z wojewódzkim konserwatorem zabytków. Harcerze wyjmowali cegły i

odkładali je na stos na dziedzińcu.

W kilkanaście minut mogliśmy z Rafałem wśliznąć się do środka. Staliśmy lekko

schyleni. Rozglądaliśmy się na wszystkie strony po piwnicy. Najwięcej gruzu, w kształcie

stożka   było   pod   samym   otworem,   przez   który   wszyscy   usiłowali   zajrzeć   do   środka.

Pomieszczenie,   w   którym   byliśmy,   miało   kiedyś   cztery   filary,   teraz   zostały   tylko   ich

podstawy.

- Szukajcie czterech żebraków! - krzyknął do mnie szef.

Najpierw szukaliśmy zejścia niżej. Znaleźliśmy je w kącie przy zachodnim murze, pod

warstwą cegieł. Pół godziny szarpaliśmy się z gruzem. Dalej było już łatwiej. Zakrzywione

schody prowadziły nas na drugi poziom. Stąd rzeczywiście prowadziło jakieś wyjście pod

zachodni mur, ale po przejściu zaledwie dwóch metrów przekonaliśmy się, że dalej jest już

tylko   zwalisko   ziemi   i   cegieł.   To   było   tajemne   przejście   do   grodziska.   Nas   ono   nie

background image

interesowało, bo nie sądziłem, że w takim miejscu chowano by rzecz świętą.

Komnata miała cztery proste filary i zejście niżej w południowym kącie. Przejście

miało zaledwie półtora metra wysokości. Zeszliśmy niżej. Wilgoć kapała ze ścian, między

zaprawę dostały się mineralne nacieki. Przed nami stały cztery filary.

- O rany! - jęknął Rafał.

- Czterech żebraków - potwierdziłem jego spostrzeżenie.

Filary miały słupy w kształcie wędrowców w skromnym, pielgrzymim odzieniu, z

laskami podróżnymi, workami. Ludzie ci byli przeraźliwie chudzi.

- Głodni, ale pamiętają o celu swej podróży, o Ziemi Świętej - powiedziałem. - Dobre

przesłanie dla braci zakonnych potrzebujących pocieszenia w trudnych chwilach oblężenia.

- Co teraz? - Rafał rozglądał się na boki, świecił po podłodze w poszukiwaniu zejścia

niżej.

Oglądałem rzeźby żebraków.

- Święty Jodok nakarmił żebraków - tłumaczyłem Rafałowi. - Gdyby w grę wchodziło

jakieś tajne przejście, mechanizm, to trzeba byłoby rzeczywiście włożyć jakieś dźwignie w

usta tych wędrowców. To jednak lite figury, bez otworów. Pozostaje nam odszukanie studni,

stuknięcie laską w skałę, ciekawe gdzie?

Ściany w piwnicy były wykonane z kamienia. Mogły pamiętać najwcześniejsze czasy

strażnicy   krzyżackiej.   Może   te   kamienie   były   skałami.   W   jednym   z   nich,

sześćdziesięciocentymetrowej średnicy, przy samej podłodze, dostrzegłem wydrążony otwór.

- Rafał, daj finkę! - poprosiłem harcerza.

Podał mi nóż. Włożyłem jego rękojeść w otwór, ale nie miałem jak pchnąć, żeby się

nie   pokaleczyć.  Rafał   w   lot   zrozumiał,   w   czym   rzecz   i   odpiął   od   pasa   jeszcze   pochwę.

Założyłem ją na ostrze i pchnąłem z całej siły. Coś w ścianie chrupnęło, zgrzytnęło i kamień

drgnął. Naparliśmy na niego z całej siły i wtedy on zaczął chować się w ścianie. Odsuwając

go   odsłanialiśmy   cembrowinę   studni.   Powiało   chłodem   wody.   Zajrzałem   do   środka.   Ów

kamień  okazał  się grubą  zaledwie na  dziesięć centymetrów kamienną  płytą. Nie  mogłem

dostrzec, co go z drugiej strony podtrzymywało, by nie wywrócił się, ale jakaś podpórkę

musiał mieć.

Do lustra wody było nie więcej niż metr.

- Mamy źródło i co dalej? - zapytałem sam siebie.

- Zapytam Pana Samochodzika - powiedział Rafał i pobiegł na górę. 

Po kilku minutach usłyszałem kroki. To schodzili Rafał i pan Tomasz.

Pan Samochodzik obejrzał piwnicę, studnię.

background image

- Święty Jodok uleczył niewidomą przemywając oczy wodą z miski, z której pił -

przypomniał sobie pan Tomasz. - My też musimy przemyć oczy, ale nie mamy miski. Może

po prostu trzeba zanurzyć twarz... Trzymajcie mnie mocno.

Pan Tomasz położył się na ziemi i z latarką w dłoni wpełzł prawie do pasa do studni.

- Jest! - krzyknął i rzucił się do przodu.

Po chwili zaczęliśmy go wciągać do siebie. Pan Samochodzik wynurzył się z otworu z

mokrą twarzą.

-   Element   świętości   tkwił   w   zbiorniku   -   powiedział   pokazując   nam   złoty,

czterdziestocentymetrowej   wysokości,   bogato   rzeźbiony,   krzyż   relikwiarzowy   wysadzany

szafirami  i  rubinami.   Tam  gdzie  krzyżowały  się  ramiona,  była  srebrna   płytka,  którą  szef

delikatnie podważył ostrzem noża.

- To jest właśnie to, czego szukaliśmy - rzekł odsłaniając kawałek pociemniałego ze

starości drewna.