background image

Opowiadania fantastyczne

Zagadka liliowej planety

G. Anfiłow, A. Dnieprow, W. Grigoriew, M. Jemcew , J.Parnow, M 

Aazgoworow, I. Warszawski

Przełożyli: Z. Burakowski, Z. Dudzińska, O. Ford, T. Gosk, I. Lewahdowska, 

E. Madejski, K. Witwicka

Michaił Jemcew, Jeremi Parnow

OSTATNIE DRZWI

W nocy rozszalała się burza, nieprzerwane strugi deszczu lały jak z cebra. 

Czarne niebo raz po 

raz pękało błyskawicami, a Jegorowowi zdawało się, że z tych oślepiających 

blaskiem szczelin 

lada chwila tryśnie roztopiona stal. Ciężkie, lodowate kulki gradu, niby twarde 

uderzenia tysięcy 

ptasich dziobów, biły w okno. Krople nie nadążały spływać po szybach i zamarzały 

na nich 

mętnymi strugami. W liliowym świetle błysków Jegorow co chwilę widział kłębiącą 

się mgłę, 

posiekaną grubymi strugami ulewy i smętny odblask olbrzymich kałuż. Ich ruda, 

bombelkowata 

powierzchnia przypominała zastygłą lawę.

Jegorow pokiwał głową i odszedł od okna.

— To ci pech! — mruknął, kładąc się na niewygodnym hotelowym łóżku.

Przez chwilę przeglądał jakieś grube i wyczytane aż do dziur tomisko, pełne 

ilustrowanych 

przygód, krzywiąc się z obrzydzeniem na widok plam od tłuszczu i wina. 

Doszedłszy do kolejnej 

brakującej strony, cisnął książkę i znów podszedł do okna. Błyskawice nadal 

background image

wyrywały z 

mroków nocy rozbryzgujące się na szybach krople i lśniącą czarną rzekę asfaltu.

Nie doczekawszy się końca burzy, Jegorow wreszcie zasnął, a gdy się obudził, 

było już późne 

rano, po ścianach i suficie tańczyły złociste słoneczne zajączki, odbijając się 

w nieskończoność 

od wszystkich lakierowanych, polerowanych i niklowanych przedmiotów.

Jegorow przeciągnął się, wyskoczył z łóżka i sprężystym krokiem przeszedł się po 

przyjemnie 

chłodnym kawałku linoleum na podłodze. Czuł się dobrze, był wypoczęty, rześki i 

bez żadnej 

specjalnej przyczyny w doskonałym humorze. Jakby nocna ulewa zmyła z niego 

zmęczenie, 

gorycz niepowodzeń, a także część dręczących i nękających go trosk.

Zapragnął zaraz coś robić, czuł potrzebę działania. Pomyślał, że w takim 

nastroju bez trudu 

mógłby nie tylko opracować plan badań akuańskiego płaskowyżu, ale nawet 

zorganizować tam 

roboty. Niestety, nie trzeba było przygotowywać projektu ani organizować tych 

prac. Projekt 

odrzucono jako nierealny. Już miesiąc temu w organizacyjne umiejętności Jegorowa 

nikt nie 

wierzył. A w ogóle, to Jegorow miał teraz właśnie tydzień urlopu i powinien był 

odpoczywać, a 

nie pracować. Nadmiar energii zużył więc na skrupulatne wyczyszczenie zębów, a 

dobry humor 

wyładował, śpiewając popularną piosenkę: „Piszę do ciebie na księżyc…” Zaraz 

jednak drzwi 

otworzyły się i weszła numerowa. Zapytała, kto tu wzywał pomocy i dlaczego w tym 

celu nie 

background image

posłużono się dzwonkiem? Jegorow poczerwieniał i próbował się wykręcać, ale 

kobieta upierała 

się przy swoim. Twierdziła, że słyszała wyraźnie żałosny, rozdzierający krzyk, 

który przeszedł w 

jęk konającego. Jegorow wyjaśnił, że takie są właśnie jego wokalne możliwości. 

Numerowa 

popatrzyła na niego podejrzliwie i widać było, że nie wierzy ani jednemu jego 

słowu. Zajrzała 

pod łóżko i do otwartej ściennej szafy. Można by sądzić, że szukała trupa lub 

przynajmniej 

skrępowanej ofiary z zakneblowanymi ustami. W każdym razie tak się właśnie 

Jegorowowi 

wydało. Z niemałym trudem udało mu się wreszcie pozbyć z pokoju tego nie 

pierwszej młodości 

detektywa w spódnicy.

W kasie dworcowej promienny nastrój Jegorowa został poddany jeszcze jednej 

próbie:

— Najbliższy śmigłowiec odchodzi dopiero po dwunastej, a autoloty… — kasjer na 

chwilę 

zawahał się. — To wszystko.

— Co wszystko? — zapytał Jegorow z rozdrażnieniem, patrząc na łysą jak kolano 

głowę tego 

stosunkowo młodego jeszcze człowieka.

Kasjer spojrzał na niego spod rudych brwi. W jego zielonych oczkach zamigotała 

drwina.

— Wszystko, towarzyszu, znaczy wszystko — powiedział, przekrzywiając głowę na 

bok. — 

Wszystkie bilety są sprzedane, wszystkie miejsca zajęte, dla was nic nie ma. 

Poczekajcie, po 

dwunastej będzie śmigłowiec, który zabierze spóźnionych.

background image

— Czekam tu już od wczorajszego wieczora.

— Nie wy jeden czekacie. Inni też czekają.

— Ja nie daleko, najwyżej ze czterdzieści głupich kilometrów…

— Dalekich odległości w ogóle nie obsługujemy. U nas nikt dalej jak sto 

kilometrów nie 

jeździ.

Jegorow poczuł nieodpartą chęć plunąć na tę lśniący łysinę. Przełknął ślinę i 

zacisnąwszy żeby 

odszedł od okienka. Humor miał popsuty.

Smętnym wzrokiem obrzucił czekających pasażerów. Jaskrawe, przenikające poprzez 

szklane 

ściany słońce przyjaźnie oświetlało zatroskane, opalone i ogorzałe od wiatrów 

twarze mężczyzn i 

ich duże, silne dłonie; kobiety o gęstych brwiach i pełnych policzkach, w 

nasuniętych na czoło aż 

po same oczy chusteczkach, i dzieci, baraszkujące u kolan spokojnie siedzących 

rodziców. 

Przytłumiony, melodyjny gwar dźwięcznej ukraińskiej mowy wypełniał poczekalnię. 

Jegorow 

siadł i zamyślił się. Nie powinien marnować już ani minuty więcej, a musi 

siedzieć i czekać na 

ten przeklęty śmigłowiec.

Wśród czekających powstało nagle jakieś ożywienie. Jakby w poczekalni włączono 

prąd, 

który przebiegł po krzesłach, zmuszając ludzi do zwrócenia głów w jednym 

kierunku. Łagodne, 

nie dowierzające „ta co tam!”, „ta co wy!” ucichły, kobiety i mężczyźni 

wpatrzyli się w jakąś 

postać, która ukazała się w oszklonych obrotowych drzwiach; tylko dzieci wciąż 

były 

background image

pochłonięte jakimiś swoimi niezliczonymi sprawami i na nic więcej nie zwracały 

uwagi.

Jegorow także spojrzał w stroną drzwi i ujrzał dziwnego człowieka. Pierwsze 

wrażenie było 

jakieś nieokreślone. Ogarnęła go trwoga i przeczucie niebezpieczeństwa.

Człowiek był nieziemsko piękny. Jego uroda była jak wyzwanie czy smagnięcie 

biczem. 

Wszystko w nim było skończenie doskonałe, idealnie piękne, a jednocześnie wprost 

nieprawdopodobnie niezwykłe.

Piękno — to najwyższa harmonia, waga o wielu szalach, z których każdą natura jak 

najdokładniej wyważyła. Niezwykłość zaś to umiejętne odchylenie od owej 

równowagi. I właśnie 

w nieznajomym był ów ułamek szpetoty, dzięki któremu jego uroda stawała się 

olśniewająca.

Człowiek ten przywykł widocznie do tego, że budzi powszechne zainteresowanie. 

Nie 

zwracając na nikogo najmniejszej uwagi, przeszedł przez poczekalnię i podszedł 

do okienka 

kasy. Zajrzał do środka, gdzie poruszała się łysa makówka zielonookiego kasjera 

i zapytał z 

lekkim cudzoziemskim akcentem:

— Czy miał pan przed chwilą telefon w mojej sprawie?

Makówka zakiwała się żywo jak pływak u wędki w wietrzny dzień, gdy ryba źle 

bierze, a po 

sinoszarej wodzie biegnie nieprzerwana drobna fala. Jegorow widział tłustą, 

piegowatą rękę i 

rude włoski odcinające się od białego mankietu, ściśle oblegającego przegub 

dłoni. Ręka uniosła 

się skwapliwie i miękko położyła bilety na parapecie okienka.

Piękny interesant kiwnął głową i schowawszy bilety do kieszeni ruszył ku 

background image

wyjściu. Kasjer 

uniósł się ze swego krzesła i zawołał w ślad za nim:

— Pański autolot jest w trzecim garażu! Zaraz na prawo, jak pan stąd wyjdzie…

Nieznajomy nawet się nie obejrzał, znów tylko kiwnął głową. Jegorow podszedł do 

kasy.

— A więc mieliście jednak wolny autolot? — spytał, umyślnie bardzo spokojnie.

Łysy przez chwilę pisał coś w swych papierach, po czym powoli podniósł głowę. 

Patrzył na 

Jegorowa ze zdziwieniem, nie rozumiejąc o co chodzi. Oczywiście, wcale go nawet 

nie poznał.

— Jaki autolot? — spytał cichym, zmęczonym głosem.

— Ten, który przed chwilą oddaliście temu cudzoziemcowi?

— Aa — powiedział kasjer przeciągle i jeszcze się na dodatek uśmiechnął.

Jegorow poczuł, że żółć wycieka mu z wątroby, mija kamienie, znajdujące się w 

żółciowym 

woreczku, podchodzi do głowy i zaćmiewa wzrok brązową gęstą mgłą.

— Mówię do was! — wrzasnął, waląc pięścią w parapet okienka.

Frachty i kwity nabite na lśniące biurowe szpikulce, słoik z klejem, kałamarz z 

lapis lazuli — 

wszystko to razem podskoczyło, zabrzęczało, zadzwoniło i opadło z powrotem na 

stolik. Słoik 

się przewrócił i wyciekła z niego przezroczysta kiełbaska żółtawego kleju. 

Kasjer zbladł i 

zawołał.

— Odpowiecie za to! — i nacisnął guziczek dzwonka.

Jegorow długo jeszcze musiał krzyczeć, wymachiwać rękami, tłumaczyć, wyjaśniać, 

przekonywać, zaklinać, grozić i schlebiać, nim wreszcie o dziewiątej wyjechał 

wozem naczelnika 

stacji. Zamiast do szybkiego, potężnego autolotu musiał wsiąść do 

przedpotopowego samochodu, 

background image

który nie wiadomo jakim cudem znalazł się w garażu kierownika miejscowej służby 

ruchu.

Ustaliwszy w myśli genetyczny związek między stacją i naczelnikiem z jednej 

strony, a 

zwierzętami, przede wszystkim psiego gatunku, z drugiej — Jegorow uspokoił się i 

zaczął 

przyglądać się krajobrazowi.

— Jakże dawno już tu nie byłem — szeptał wzruszony, patrząc na znajome pola, na 

czarne 

wstęgi dróg, wijących się wzdłuż gęstych pasm lasów.

— Do Muzykowki? — spytał kierowca.

— Aha.

— Do Nieczyporenki?

Jegorow spojrzał na szofera. Czarnowłosy, wesoły chłopak. Nazywał się Renik.

— Tak. A ty skąd wiesz?

— Co tu nie wiedzieć! Do niego teraz wszyscy jeżdżą… Nie wiecie, prędko poleci z 

powrotem?

— Poleci, poleci. Dajcie mu odsapnąć, przecież dopiero co wrócił.

Wołga, lekko tocząc się po betonowej szosie, zwolniła biegu.

— Co tam takiego? — spytał Jegorow.

— Musimy zjechać z betonu. Tu się skręca do Muzykowki.

— No więc?… Jedź!

— Kiedy drogi u nas, że nie daj Boże! Jeszcze jak sucho, to pół biedy, ale po 

takim deszczu…

Kierowca urwał i zjechał w prawo. Wóz, skręciwszy z rozmachem pod mostem, 

wyskoczył na 

czarną wstęgę polnej drogi. Jegorow spojrzał na nią niepewnie. Wiedział dobrze, 

co to jest polna 

droga po deszczu.

Droga zryta była głębokimi koleinami. Bruzdy przypominały okopy. Ziemia pod 

background image

kołami 

Wołgi rozłaziła się coraz bardziej, aż wreszcie wóz utknął na dobre, bezradnie 

rozbryzgując spod 

kół wielkie grudy błota.

— Gotowe — powiedział Renik i zgasił motor. Wygramolili się z samochodu. 

Jegorow 

od 

razu ugrzązł po kostki w tłustej, lepkiej mazi. Klnąc na czym świat stoi, 

wyciągnął nogę z 

rozmiękłej ziemi. Jego lekkie letnie pantofle, oblepione całymi pudami czarnej 

ziemi, ciążyły, 

jakby obuł walonki. Teraz już nie czuł pod nogami nic, prócz śliskiej i 

osuwającej się masy. 

Obleciał go nawet strach — a nuż ziemia zacznie się nagle rozstępować pod nogami 

i wessie go 

w głęboką, czarną rozpadlinę? Nim wreszcie udało mu się wydobyć z .błota, Renik, 

dziarsko 

machając szuflą, oczyścił i utorował drogę.

Ruszyli dalej. Jegorow, klnąc pod nosem, oskrobywał z butów żyzny czarnoziem.

Skręcili na inną drogę, wiodącą prosto do Muzykowki. Tu nie było wprawdzie 

głębokich 

wyboi, ale za to nawierzchnia zamieniła się w coś, co przypominało trochę 

rozmiękłe masło. 

Wołga buksowała co trzy kroki. Motor, włączony teraz na pierwszy bieg, ryczał 

żałośnie, a z 

wydechowych rur walił czarny dym. Renik wylazł z wozu i obejrzawszy chłodnicę, 

machnął 

ręką.

— Poczekamy — powiedział — niech ostygnie. Jegorow oparł się o bagażnik i 

wypuszczał w 

background image

górę, ku urągliwie pogodnemu niebu, dym z papierosa.

— A bodaj to cholera — rozległ się tuż obok głos Renika. — Księżyc zdobyli, 

Marsa zdobyli, 

na Wenus wylądowali, a drogi u nas jak były, tak i są diabła warte.

— Jak to? — oburzył się Jegorow. — Są przecież wspaniałe magistrale, właśnie 

przed chwilą 

jechaliśmy po jednej z nich.

— Pewnie że są. Ale do takiej Muzykowki trudniej się dostać niż na Marsa.

— Cała bieda, mój drogi — pouczającym tonem zaczął Jegorow — polega na tym, że 

żyjemy 

w okresie przejściowym. Autoloty jeszcze się nie upowszechniły, a samochody 

wychodzą już z 

użycia. Gdy zorganizują wreszcie masową produkcję autolotów, drogi, jako takie, 

przestaną być 

w ogóle potrzebne. Pozostaną tylko wielkie autostrady. A cała taka drobnica, jak 

ta, będzie 

zaorana i zasiana. Zachowają się tylko małe lądowiska dla autolotów. I to tylko 

raczej na 

pamiątkę, bo przecież autolot może lądować, gdzie mu się podoba — na lądzie, na 

wodzie, w 

lesie, na bagnach…

— Kiedy to tam będzie! — z niedowierzaniem mruknął Renik i wlazł do wozu. 

Długo 

biedził 

się ze starterem, zmieniał biegi, aż wreszcie powiedział zdecydowanie: — 

Spróbujemy na 

ściernisku.

Wołga skręciła z drogi prosto na pole pokryte rzadką rudawą szczotką, pozostałą 

po ostatnich 

żniwach. Tutaj dopiero zaczęło się! Wóz szedł to prawym, to lewym bokiem, niósł 

background image

zadziwiająco 

lekko we wszystkich możliwych kierunkach. Pole było nieco spadziste i samochód 

ześlizgiwał 

się po nim, jak krążek po lodzie. Renik dawno wyłączył motor i z całych sił 

naciskał hamulec. Z 

przerażeniem patrzył, jak przecinający pole głęboki rów z wolna jest coraz 

bliżej. Jakieś sto 

metrów od niego Wołga wykręciła się tyłem na przód i stanęła.

— Niech i tak będzie — powiedział Renik, ocierając pot z pobladłej twarzy. — 

Poczekamy do 

wieczora, może podeschnie.

Wysiedli obaj z auta.

— O, tam jest Muzykowka — powiedział Renik, machnąwszy ręką w stronę parowu.

Po jego drugiej stronie, na zielonym, zalanym słońcem wzgórzu, stały jedno— i 

dwupiętrowe 

domki. Gąszcz wiśniowych drzew i topoli rzucał na białe ściany przejrzyste 

fioletowe cienie.

Jegorow pożegnał Renika i poszedł wzdłuż parowu ku drewnianemu mostkowi, przez 

który 

droga wiodła do Muzykowki. Jego stopy wciąż obrastały błockiem i wkrótce szedł 

jak na 

szczudłach, chwiejąc się i zataczając nie gorzej niż przedtem Wołga. Wreszcie 

machnął ręką na 

elegancję, zdjął buty, zakasał nogawki i, ściskając w jednym ręku obłocone 

obuwie, a w drugim 

plastikową teczkę z papierami, wesoło poczłapał na bosaka. Tłuste kiełbaski 

czarnoziemu 

przeciskały mu się pomiędzy palcami.

— Czy zastałem Wasyla? — pytał w pół godziny później, stając przed domem, na 

którym 

background image

powiewała czerwona flaga.

Starsza kobieta bystrym wzrokiem obrzuciła gościa.

— A wy kto taki?

— Powiedzcie, że Jegorow, Sasza Jegorow przyjechał.

Kobieta zawołała coś do okna i za chwilę na ganeczek wybiegł młody, wysoki 

mężczyzna w 

sportowej koszulce, krótkich spodenkach i sandałach na bosych stopach. Czarny 

czub wesoło wił 

mu się nad wysokim czołem. Piwne oczy błyszczały przyjaźnie i łagodnie.

— Saszka! Jak się masz, kochany! Chodźże, bądź łaskaw. Ale wyglądasz! A co, 

posmakowałeś naszego czarnoziemu?

Uściskali się.

— Witaj, Marsjaninie, witaj! — uśmiechając się, mówił Jegorow. — Nie wytrzymała 

dusza, 

uciekłeś do domu?

— Nie wytrzymałem, daj spokój, nie wypominaj. Prosto z kosmodromu pojechałem 

do 

akademii, zdałem papiery i — bywajcie zdrowi! Co prawda, mieli zamiar wyprawić 

mnie do 

jakiegoś sanatorium, ale przekonałem ich, że w domu mam i sanatorium, i 

profilaktorium, i…

— Dziewczynę z brwiami jak krucze skrzydła?

— Jednym słowem, stuprocentowy, wieloskładnikowy, ekologiczny system, 

zapewniający 

kosmonaucie najwyższy poziom moralny i fizyczny. Proszę bardzo, wejdź do domu.

Podczas gdy Jegorow pluskał się pod prysznicem, Wasyl z dziesięć razy zachodził 

do łazienki, 

to przynosząc mu ręcznik, to specjalne mydło „Neptun”, które przydzielano tylko 

kosmonautom, 

to wreszcie ot, tak sobie, by coś powiedzieć i poklepać Jegorowa po chudych 

background image

plecach.

— Uważam — mówił Jegorow, patrząc na spływające z jego nóg czarne strużki 

wody — 

że 

ukraińskie błoto nie zostało odpowiednio opisane i uwiecznione przez klasyków 

literatury….

— I nauki — dokończył Wasyl.

— Właśnie. Opiewano przecież ukraińską noc, potężny, szeroki Dniepr, ukraińskie 

dziewczęta, a nawet jawory. Dlaczegoż nie ma dokładnych badań i pięknych 

poematów o 

zaklętych mocach królestwa czarnoziemu, występujących tak agresywnie po każdym 

deszczu?

— Co gorsza, nie ma o tym nawet odpowiednio wyczerpujących naukowych 

monografii. 

Marnuje się wdzięczny temat, na który można by napisać z dziesięć rozpraw 

kandydackich i co 

najmniej ze trzy prace doktorskie!

— Pewnie! — podchwycił Jegorow. — Błoto można by klasyfikować według czasu 

jego 

powstania. Zastarzałe błoto…

— Albo według siły ciągliwości, którą należałoby mierzyć w praktyce, próbując 

oderwać 

nogę od gruntu.

— Lekkie błoto — kilogram, ciężkie — pół tony…

— Cyfry dysertanta, przedstawione w części charakterystyki ciężkiego błota, 

wydają się nieco 

zawyżone — huczał Wasyl, schylając się we dwoje nad domniemanymi kartkami 

opinii 

oficjalnego oponenta. — Nasze własne obserwacje dają poszczególne liczby 

mniejsze, co, 

background image

oczywiście, w niczym nie umniejsza wartości dokonanej pracy i dysertant, bez 

wątpienia…

— …zasługuje na przyznanie mu prawa do tytułu kandydata nauk błotnych! — 

zakończył 

Jegorow. Wasyl uroczyście uścisnął mu dłoń.

— Zamieszkasz razem ze mną na mansardzie, dobrze? — zapytał Nieczyporenko. — 

Dałbym 

ci osobny pokój, ale mam właśnie gościa. Dzisiaj przyleciał.

— Kto taki? — spytał Jegorow.

— Należał do ekipy braci Disneyów, pracujemy razem z nim na Marsie.

— Ach, tak! A skąd on pochodzi?

— Z Południowej Ameryki.

Jegorow uniósł brwi.

— I kiego licha on chce od ciebie?

— Potem ci opowiem — odparł Wasyl. — Na razie chodźmy, przedstawię cię 

domownikom.

Domowników, jak się okazało, było dwoje: matka, ta sama starsza kobieta o 

nieufnym 

spojrzeniu, i siostra Wasyla, młoda dziewczyna o swawolnych piwnych oczach, 

bardzo do brata 

podobna. Ściskając na powitanie dłoń Jegorowa, uśmiechnęła się i powiedziała:

— Wasia dużo o was opowiadał.

— No i co? — zalotnie zapytał Jegorow.

— Ano nic — przekornie uśmiechnęła się dziewczyna.

— Oksano, nie zawracaj Saszy głowy, lepiej skocz no do sklepu — przerwał Wasyl.

— A gdzież ten twój cudzoziemiec? — spytał Jegorow, gdy poszli na górę do pokoju 

Wasyla.

— Śpi — odparł kosmonauta, przeciągając się. — Od razu, jak tylko przyjechał, 

zasnął jak 

suseł.

background image

Jegorow z zazdrością spojrzał na junacką postać Wasyla. Ten wspaniale zbudowany 

chłopak 

tryskał po prostu siłą i zdrowiem.

— Pogadamy? — zapytał Jegorow.

—— Po śniadaniu. Muszę teraz matce pomóc w gospodarstwie. Zawsze przecież 

muszą 

sobie 

radzić same z Oksaną. Ciężko im bez mężczyzny.

— No to idź, pomóż. A zawołaj, gdybym i ja mógł się przydać.

Wasyl zszedł na dół. Jegorow został sam i rozejrzał się dokoła. Pokój był duży, 

ale sprawiał 

dziwne wrażenie. Sądząc po meblach i sprzętach — ktoś bardzo odważnie połączył 

tu 

laboratorium, bibliotekę, muzeum kosmiczne, salon i sypialnię. Zresztą, 

sypialnię reprezentowało 

tylko wąskie łóżko, przykryte zwykłym, wełnianym kocem. Nad łóżkiem wisiały 

cztery 

fotografie Wasyła: jedna jako ucznia — mały łobuziak o kędzierzawej czuprynie z 

napięciem 

wpatrywał się w obiektyw i trzy zdjęcia kosmonauty, wszystkie dlaczegoś zrobione 

na Księżycu. 

„To dziwne, ani jednego zdjęcia z Marsa, a przecież był tam z pięć razy” — 

pomyślał Jegorow.

Pogładził bogato oprawne książki o kosmonautyce, zajmujące całą ścianę, 

prztyknął w 

przycisk z lapis łazuli, przypominający zakrzepły grzebień fali, uśmiechnął się 

do modelu pulpitu 

nawigacyjnego kosmicznego statku. Jegorow dobrze znał ten model. Wasyl zrobił 

go, gdy 

jeszcze razem studiowali w Instytucie Kosmicznej Geologii. Potem podszedł do 

background image

szerokich, 

czteroskrzydłowych, oszklonych drzwi. Otworzył je na oścież i znalazł się na 

dużym, otwartym z 

trzech stron balkonie. Z góry, dla ochrony przed prostopadłymi promieniami 

słońca, naciągnięta 

była pasiasta markiza.

Wśród soczystej, ciemnej zieleni drzew Jegorow zobaczył wioskę, milutkie domki o 

śnieżnobiałych ścianach, wieżyczki z platformami, na których stały, błyszcząc w 

słońcu żółtymi i 

purpurowymi bokami, autoloty. Gdzieś piał kogut, ryczała krowa. Nad Muzykowką 

unosiła się 

niebieska mgła zapowiadając upalny dzień.

Jegorow wdychał głęboko rześkie powietrze, przesycone zapachem traw i kwiatów. 

Trochę 

kręciło mu się w głowie od jaskrawego blasku i światła. Pomyślał sobie, że w 

Moskwie 

siedziałby teraz w dusznym pokoju pełnym papierosowego dymu i podtykał 

„Wielkiej 

BeTe” nie 

kończące się szeregi cyfr otrzymanych z danych badań Księżyca i Marsa. I 

czekałby, i 

denerwował się, póki mądra maszyna nie dałaby odpowiedzi potwierdzającej, lub 

obalającej jego 

przypuszczenia, jego zdolność przewidywania. Wieczorem, na pływalni lub przy 

bufecie w 

„Kraterze”, starałby się wygnać zmęczenie z ciała, z komórek mózgu, odprężyć 

nerwy napięte do 

granic wytrzymałości. A następnego dnia od rana wszystko zaczęłoby się na nowo. 

Wysuszająca 

duszę praca, zawstydzające niepowodzenia, omyłki w obliczeniach i zwycięstwa, 

background image

które stały się 

obowiązującą normą. Zwycięstwa, które nie cieszą, których się nie zauważa… A 

jednocześnie, 

podczas gdy jego życie mija przy pulpicie maszyny do liczenia, gdzieś świeci 

takie oto cudowne, 

radosne słońce i szemrze łagodny wietrzyk, pozdrawiając nadchodzący dzień.

Posłyszał kroki. Ktoś wszedł do pokoju. Jegorow zobaczył go w szybie.

— Wasylu! — rozległo się niezbyt głośno.

Coś powstrzymało Jegorowa, wcale się nie odezwał. Poznał stojącego w progu 

człowieka. Był 

to ten sam piękny mężczyzna, który na stacji sprzątnął mu sprzed nosa autolot.

Jegorow wyraźnie widział twarz nieznajomego. Miała wyraz napięty i pełen 

czujności. Nie 

otrzymawszy odpowiedzi, nieznajomy ostrożnie wszedł do pokoju. Raczej wsączył 

się, tak 

miękkie i bezgłośne były jego ruchy. Zamknął za sobą drzwi, przystanął pośrodku 

pokoju i 

rozejrzał się, penetrując wzrokiem ściany.

— Wasylu!

Jegorow zamierzał już wyjść ze swego ukrycia, ale właśnie nadszedł 

Nieczyporenko.

— A, Anhelo! — powiedział. — Odpocząłeś?

— Bardzo dobrze. Bardzo.

— No, to świetnie. Chodźmy na dół. Wyszli.

„Ten goguś jest bardzo niesympatyczny” — pomyślał Jegorow. Postanowił, że przy 

pierwszej 

sposobności wypyta Wąsy la, kto to taki, ale przed śniadaniem nie udało się tego 

zrobić.

Nieczyporenko zaglądał z zafrasowaną miną do pokoju i natychmiast znikał. W domu 

rozlegało się to skrzekliwe zrzędzenie matki, to dziewczęcy głosik Oksany.

background image

— Wasylu, chodź no tu! Wasylu! Gdzież ty jesteś?

Wasyl posłusznie przybiegał na wołanie, tupiąc po lśniącej, wywoskowanej jak 

bursztyn 

posadzce.

Przy śniadaniu zjawił się nowy gość, sąsiad Pawicz. Wąsaty staruszek promieniał 

zadowoleniem z siebie, był uroczysty i puszył się bez przerwy.

— Za naszego kochanego ziomka, zasłużonego, sławnego kosmonautę, 

Nieczyporenkę! 

— 

powiedział Pawicz, podnosząc kieliszek. Wypił, odkrząknął i otarł wąsy.

Potem stary swoimi słowami objaśniał obecnym zasługi Wasyla wobec ojczyzny i 

ludzkości. 

Wasył krzywił się, ale staruszkowi nie przerywał.

— Ta przestańże już, dziadu — wtrąciła wreszcie matka Wasyla, Olga Pantelejewna. 

— My 

też czytamy gazety.

— Nie szkodzi, Olgo, nie szkodzi. W całym naszym okręgu mamy tylko jednego 

kosmonautę. 

I to skąd! Właśnie z naszego kołchozu. Trzeba to uczcić.

— No, to czcij sobie, na zdrowie! Ale nie opowiadaj nam tego, co już wszyscy 

dawno wiemy.

Jegorow spod oka obserwował Amerykanina. Anhelo Tend z nieobecnym wyrazem 

twarzy 

łykał przyrumienione kartofelki. Uroda jego wydawała się jeszcze bardziej 

oślepiająca niż z rana 

na stacji. Na matowo–białej twarzy znaczyły się rumieńce o najdelikatniejszym 

brzoskwiniowym 

odcieniu. Wielkie czarne oczy patrzyły surowo, niemal smutnie. Oksana była nim 

wyraźnie 

oczarowana. Siedziała z oczami wbitymi w talerz. Gdy ktoś coś do niej mówił, 

background image

wzdrygała się 

cała. Jej przekorny uśmieszek znikł gdzieś bez śladu… Jegorow z pewnym żalem 

zauważył to 

napięcie dziewczyny i nawet pomyślał sobie coś w rodzaju: „Wszystkieście 

jednakowe…”

— Co tam komu po sławie — gniewnie powiedziała Olga Pantelejewna, twarz jej 

wyrażała 

teraz nie ukrywany smutek i troskę — najważniejsze to zdrowie. Ot, Grisza 

Rogożyn, kolega 

Wasi…

— Mamo!

— Przecie nic nie mówię. Jedno ci tylko powiem, Wasia, jak ty lecisz w ten twój 

kosmop, to 

we mnie serce zamiera.

— Wiadomo przecie, matka to matka — powiedział Pawicz, gładząc zrudziałe końce 

wąsów i 

pałaszując smażonego leszcza.

— Gdyby ojciec żył, to i jemu przybyłoby siwizny przez te loty Wasi.

— Nie ma rady, matko, tak trzeba — twardo powiedział Wasyl.

— A czy ja co mówię? Jak trzeba, to trzeba. Ale dlaczego nie mógłbyś sobie 

odpocząć 

krzynę? Pojechałbyś za granicę, świata zobaczył.

— Co tam mu zagranica! — chytrze mrugnął Pawicz. — On sobie w Muzykowce 

stałą 

kotwicę zarzucił.

— Dobra mi kotwica — powiedziała Olga Pantelejewna i zebrawszy naczynie, niby 

groźna 

kwoka wypłynęła z jadalni.

— Co, Wasylu Iwanowiczu, mama nie pochwala waszego wyboru? — Pawicz 

roześmiał 

background image

się 

na cały głos i zanurzył rumiany kartofel w śmietanie.

Jegorow widział, że Wasylowi nie w smak była ta rozmowa. Zagadnął więc Oksanę:

— No, a pani, Oksano, nie wybiera się na Marsa?

— Akurat mi pilno! — wybuchnęła dziewczyna. — Do tych waszych mrówek!

— Te mrówki więcej wiedzą od nas wszystkich razem — powiedział Wasyl.

— A choćby nawet. Ale przecież i tak wszystkie już wyginęły.

— Słyszysz, Wasia? — wesoło wtrącił Pawicz. — Zamiast latać po nie na Marsa, 

pogrzebałbyś w naszym mrowisku…

— I to racja — dobrodusznie zauważyła Olga Pantelejewna, wchodząc znów do 

pokoju. —— 

Zdechłych mrówek na Ziemi nie brak.

Anhelo Tend odłożył widelec.

— Marsjanin tak jest podobny do mrówki, jak człowiek do kota. Na Marsie powstała 

wysoka 

cywilizacja, ludzie na Ziemi nie osiągną jej i za dziesięć tysięcy lat. I 

Marsjanie wcale nie 

wymarli.

Srogo spojrzał na Oksanę. W oczach gorzał mu szaleńczy płomień jakiejś posępnej 

wiary.

— A cóż się z nimi stało? — spytała Oksana.

— Odeszli do Aiu.

Przez chwilę wszyscy milczeli.

— A to co takiego? — z kpinką w głosie spytał Pawicz.

— Nie wiemy — odparł zamiast Anhela Wasyl. — Wielu rzeczy nie rozumiemy 

jeszcze 

cywilizacji Marsjan. Nie używali mowy, a zasady logiki ich myśli całkowicie 

różnią się od 

naszych, gdyż ewolucja przebiegała u nich zupełnie inaczej. Ani środki 

background image

produkcji, ani drogi 

rozboju ich społeczeństwa nie są dla nas na razie zrozumiałe.

— Jeśli kiedykolwiek zdołamy rozeznać się w tym wszystkim., co odkryliście na 

Marsie, 

będzie to dla naszego społeczeństwa olbrzymi krok naprzód — zauważył Jegorow.

Anhelo po raz pierwszy spojrzał prosto w twarz Jegorowa.

„Jakie okropne uczucie, zupełnie, jakby coś ze mnie wysysał” — pomyślał geolog, 

mimo woli 

opuszczając oczy.

— Tak, ma pan zupełną słuszność — powiedział Tend. Jego głos brzmiał jakoś 

metalicznie.

„Brak mu półtonów” — pomyślał znów Jegorow.

— Ale to wszystko dla Akademii Nauk — powiedział Pawicz. — A tak dla zwykłych 

ludzi 

nic tam nie ma takiego, co by można wziąć w rękę, takiego, żeby… — stary 

poruszył grubymi, 

pokręconymi palcami, chcąc jakoś wyrazić swą myśl.

— Żeby schować za pazuchę i do domu, co? — uśmiechnął się Wasyl.

— O, właśnie… ale co znowu… co ty tam, chłopcze! No, coś takiego jak ruda czy 

jakiś metal 

na ten przykład.

— Jak to, jak to — roześmiała się Olga Pantelejewna — przecież Wasyl ma cały 

pokój pełen 

kamieni.

Wasyl zaśmiał się.

— Zapomniałaś, mamo, o lustrze — filuternie wtrąciła Oksana.

— Jakie lustro? — spytał Jegorow.

— Wasia przywiózł mi w prezencie lustro z Marsa.

— Z marsjańskiej toaletki — z kpiaą powiedziała matka. — Nawet powiesić nie ma 

za co.

background image

— Za to nie kurzy się — zauważył Wasyl.

Anhelo popatrzył na Oksanę. Zdawało się, jakby dopiero teraz ją spostrzegł.

— A jak ono t ani służy? — zapytał.

— Bardzo dobrze — odparła z uśmiechem.

— A teraz wypijemy zdrowie mamy–Ziemi — uroczyście przemówił Pawicz — ona 

nas 

zrodziła, wykarmiła i wyprawiła w kosmos.

Po śniadaniu Wasyl powiedział do Jegorowa:

— Chodź, zaniesiemy twoje łoże na górę.

— A gdzie ono jest?

— W pokoju Oksany.

Zwrócił się do siostry, która z ożywieniem rozmawiała z Anhelem:

— Oksano, chcemy wziąć tapczan z twego pokoju, można?

— Proszę bardzo, weź — odpowiedziała, nawet nie odwracając głowy.

Pokój Oksany był schludny i przestronny. Delikatna woń polnych kwiatów unosiła 

się w 

powietrzu.

— To ten pod oknem — powiedziała Oksana, wchodząc za nimi. — Ale nie 

zazdroszczę 

panu. Twardy jak zaschła glina.

— Nie szkodzi. Geolog nie powinien się rozpieszczać.

Nagle Jegorow spostrzegł lustro z Marsa. Stało na krześle. Z góry Oksana 

narzuciła na nie 

ręcznik.

— To? — spytał Jegorow, podchodząc.

Płaszczyzna półmetrowej elipsy, oprawionej w grubą, złocistoszarą ramkę, odbiła 

w swej 

ciemnej głębi bystre, szare oczy młodego mężczyzny. Zwierciadło nie 

zniekształcało ani jednego 

rysu jego twarzy, nadając odbiciu lekko niebieskawy odcień. Jegorowowi wydało 

background image

się, że patrzy 

poprzez grubą warstwę błękitnej wody.

Wasyl, który także spoglądał w lustro, powiedział nagle:

— Oksano, wiesz co? Pożycz nam je na parę dni, dobrze? Rano musimy się golić, a 

został mi 

tylko maleńki skrawek lusterka.

— A weźcie sobie. Ono jest nawet dwustronne. Zawieście sobie pośrodku pokoju i 

możecie 

się golić jednocześnie obaj.

— Właśnie tak zrobimy.

Zataszczyli tapczan na górę, zabierając od razu i lustro.

— Będę spał na balkonie — powiedział Jegorow.

— Dobra — zgodził się Wasyl.

Ustawili tapczan pod markizą. Leżąc na nim, Jegorow mógł widzieć jak na dłoni 

całą 

Muzykowkę i siną dal stepu, który rozciągał się za wsią. Lustro powiesili obok, 

owinąwszy 

brzegi złocistej ramki taśmą izolacyjną. Końce taśmy przywiązali do listwy, na 

której rozpięta 

była markiza. Lustro kołysało się z lekka i błyskało w słońcu jak reflektor.

— Ale ciężkie — zauważył Jegorow, przyglądając się dokonanemu dziełu.

— Bardzo. I nie wiadomo dlaczego. Co prawda, nie wiadomo też, z czego właściwie 

jest…

— A nie przedstawia przypadkiem jakiejś niezwykłej wartości dla nauki?

— Coś ty! — machnął ręką Wasyl. — Przekazaliśmy już około dwóch tysięcy takich 

luster do 

Akademii Nauk. Chemicy całego świata głowią się, żeby poznać ich skład.

Na balkonie zaczynało przygrzewać, poszli więc do gabinetu Wasyla.

— Marsjanie w ogóle mieli dziwne upodobanie do elipsoidalnego kształtu — 

powiedział 

background image

Nieczyporenko, gdy zasiedli w głębokich, chłodnych fotelach. — Takich luster 

jest tam dziesiątki 

tysięcy, w miastach służą do odbijania światła… Wiele budowli na Marsie ma 

kształt elipsy…

Wasyl umilkł. Przed oczami jak żywy stanął mu obraz Wielkiej Stolicy Marsjan. 

Potrząsnął 

głową.

— No, dobrze — powiedział. — Potem pogadamy o mnie. Zresztą pewnie i tak 

wszystko już 

wiesz ze sprawozdań, jakie są przesyłana do waszego instytutu. Jak ci się tam 

pracuje?

Jegorow zamyślił się.

— Jakby ci tu powiedzieć? Prawdę mówiąc, nie bardzo. Gdy po skończeniu studiów 

nie 

mogłem lecieć w kosmos przez tę moją wątrobę… Zresztą, pamiętasz przecież. 

Oczywiście, to 

jeszcze szczęście, że jestem geologiem, a nie nawigatorem, jak ty. Inaczej w 

ogóle marny byłby 

mój los. Ale i tak nie mogłem wyrzec się całkiem kosmosu. Wstąpiłem więc do tego 

Instytutu. 

Pracowałem. Badałem dane zbierane na Marsie i, wyobraź sobie, odkryłem 

płaskowyż 

Akuan. 

Teraz łudzę się nadzieją, że uda się przeprowadzić tam pewne badania.

— Oficjalnie? To się nie łudź — powiedział Wasyl. — Warunki tam są straszne. W 

sześciu 

odkopywaliśmy Wielką Stolicę. Wyobrażasz to sobie? Mieszkało tam kiedyś około 

miliona 

Marsjan, budowana jest w głąb na jakieś trzysta–czterysta metrów, a jaki zajmuje 

obszar, 

background image

dotychczas nie wiadomo. Przez dwa miesiące, nie zdejmując skafandrów, łaziliśmy 

po tych 

przeklętych mrówczych korytarzach. Po przepracowanej zmianie ledwo człek ma 

siłę, by 

doczołgać się do „Moskwy”. Tak, tak, bracie. Opowiedz mi lepiej o swoim 

płaskowyżu.

Jegorow podrapał się w brodę. Wpatrując się w sufit, zaczął opowiadać:

— Pamiętasz, jaką sensację wywołało odkrycie na Marsie pierwiastków nie znanych 

dotąd na 

Ziemi? Mimo wszelkich wysiłków, nie udało się otrzymać ich drogą laboratoryjną. 

Na Marsie są 

one skupione w jednym miejscu, w dodatku w ogromnych ilościach. Nazwałem to 

miejsce 

„wyżyną akuańską”. Potem udało się dowieść, że nie są to pierwiastki naturalne. 

Jak myślisz, co 

to może znaczyć?

— No, cóż. Jakieś odpadki termojądrowych reakcji… — z niedowierzaniem 

powiedział 

Wasyl.

— Słusznie. Odpadki. To bardzo ważne. Marsjanie całą swą cywilizację zbudowali w 

głębi 

planety, pod powierzchnią. Powierzchnia była dla nich tylko śmietniskiem na 

odpadki, jak dla 

nas w swoim czasie górne warstwy atmosfery lub dna oceanów. Właśnie dzięki tym 

odpadkom 

udało cię nam odkryć Wielką Podziemną Stolicę i całą rozgałęzioną sieć ich 

miast.

— Czyli, że pod płaskowyżem akuańskim znajduje się termojądrowe centrum 

energetyczne, 

którego dotąd nikt nie może odnaleźć?

background image

— Nie inaczej. I jeśli to centrum zostanie odkryte, to, sądzę, i dla naszej 

ziemskiej energetyki 

będzie tam można coś niecoś sobie pożyczyć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę poziom 

techniki 

Marsjan. Rozumiesz?

— Zagadnienie ważne i ciekawe. Co prawda, znaleźć, to jeszcze nie wszystko. 

Trzeba 

zrozumieć, jak oni to robili. Ot, odkryliśmy przecież pierwszą pozaziemską 

cywilizację. I co z 

tego… No, mniejsza… A co mówi na to twoja władza?

— Po pierwsze, że wyżyna jest ogromna, po drugie, że centrum może okazać się 

wcale nie 

pod nią, a zupełnie gdzie indziej, na uboczu. Pociągnęłoby to zbyt wielkie 

koszta. A po trzecie, 

łatwiej badać i wywozić obiekty już odkryte, niż poszukiwać nowych. W ogóle to 

sprawa raczej 

przyszłości, do licha!

— Tak, sytuacja niełatwa — w zamyśleniu powiedział Wasyl. — Warto by tam 

poszperać. 

Ale sam rozumiesz, że bez oficjalnego pozwolenia… Za duże ryzyko. Teraz mamy, 

zgodnie z 

zarządzeniem, czterokrotne ubezpieczenie… A i to…

Umilkł, a po chwili, z wysiłkiem, ciągnął dalej:

— Rozumiesz, Sasza, Mars to bardzo dziwna planeta. Nasz Księżyc znam dobrze, 

brałem 

udział w lądowaniu na Wenus, nałykałem się tam gazu. Ale to zupełnie co innego. 

Na Księżycu, 

na Wenus przyroda jest groźna, żywioły są dzikie i tak dalej. Ale tam nie jest 

strasznie. A na 

Marsie bywa bardzo strasznie. Rozumiesz?

background image

Jegorow patrzył na niego zdumiony.

— Tak, tak. O tym się nie pisze i nawet mówić o tym się nie lubi, niemniej 

jednak tak to 

właśnie jest — powiedział Wasyl wzburzony, po czym znów zamilkł.

— Mars jest planetą nienaturalnie spokojną. Mało urozmaicona rzeźba terenu. W 

głębi planety 

kryją się gigantyczne miasta. Miasta martwe. Nie pozostał ani jeden Marsjanin. 

Znaleziono 

jedynie miliardy dziwnych, zeschłych skorupek. Ni to chitynowa otoczka owadów, 

ni to jakieś 

ubranie. Przed wyruszeniem do Aiu albo zrzucili te łupinki, albo… i tu właśnie 

zaczynają 

niezliczone domysły. Jak dotąd, niczego właściwie nie udało się ustalić na 

pewno. Maleńcy 

Marsjanie wznosili cyklopiczne budowle, wobec których człowiek czuje się jak 

liliput. Tam jest 

bardzo trudno pracować, Sasza. Człowieka wciąż dręczy przeświadczenie, że na tej 

wymarłej 

planecie ktoś jednak jest…

— Eh, daj temu spokój… — powiedział Jegorow.

— Tak, tak, właśnie, nie uśmiechaj się. Bez przerwy zdaje się, że za plecami 

stoi ktoś żywy, 

że przygląda ci się, ocenia cię. I… czeka. Nie wyobrażam sobie nic 

straszniejszego od tego 

marsjańskiego wyczekiwania. Tam wciąż ktoś na ciebie czeka. To bardzo 

nieprzyjemne uczucie.

— No chyba!

— A teraz weź choćby nasze nieszczęsne wysiłki rozwikłania niezrozumiałej, 

wzrokowo–

dotykowej informacji, zapisanej na kryształach Czerwonej Kopuły. Jedyny 

background image

interesujący wniosek, 

do którego doszliśmy, to ten, że Marsjanie mają zamiar odejść do Aiu. A co to 

jest ten Ai? Jak się 

tam dostanie dwa biliony Marsjan? Nikt nic nie wie. A kto wyjaśni, dlaczego 

wszystko, co 

wiemy, dotyczy tylko ostatniego dziesięciolecia ich cywilizacji? Gdzie są ich 

archiwa? Czy mieli 

jakieś biblioteki? Jednym słowem, same zagadki.

— Nie rozumiem, czyni się trapisz. Po prostu trzeba nieco czasu na zbadanie tego 

złożonego i 

bardzo do nas niepodobnego społeczeństwa.

— Tu nie chodzi o czas, Sasza. Ja podejrzewam, że wielu rzeczy w ogóle nigdy nie 

zrozumiemy.

— Pewnych szczegółów może i nie zrozumiemy. Ale ogólny zarys zrozumieć 

możemy na 

pewno.

— I ogólnie też nie zrozumiemy. Słyszałem, że bracia Disneyowie, którzy 

zajmowali się 

badaniem kryształów Wschodniego Sektora Czerwonej Kopuły, doszli do ciekawego 

wniosku. 

Twierdzą, że sposób myślenia Marsjan jest jakby odwrotnością naszego. U nas ruch 

jest stanem 

materii, u nich zaś materia jest przejawem i funkcją ruchu.

— Sam sobie przeczysz — powiedział Jegorow. — Przecież po to, by dojść do 

podobnego 

wniosku o sposobie myślenia Marsjan, Disneyowie musieli mieć o ich życiu bardzo 

dużo 

szczegółowych wiadomości. W przeciwnym razie takie twierdzenie byłoby 

ogromnym 

uproszczeniem.

background image

— Nie. Disneyowie rozporządzali tymi samymi środkami co i my. I z tego właśnie 

powodu 

trudno nam odkryć coś nowego. Tylko, że… oni mieli większe szczęście. Wiesz, 

Sasza, mam 

takie wrażenie…

Wasyl zamyślił się. A w myślach widział wąski, głęboki szyb, którym 

kosmogeolodzy 

zjeżdżają do Wielkiej Stolicy, tego labiryntu niezliczonych korytarzy, w których 

poruszać się 

można tylko pełzając na brzuchu. Widział Czerwoną Kopułę — olbrzymią sztuczną 

grotę, całą 

zalaną purpurowym światłem. I znów ogarnęło go znajome uczucie pełnego trwogi, 

napiętego 

oczekiwania.

— Mam takie wrażenie, Sasza — ciągnął dalej Wasyl — że na Marsie ktoś kieruje 

naszymi 

odkryciami i poszukiwaniami.

— Oczywiście. Akademia Nauk. Rada…

— Nie — przerwał Wasyi — nie Akademia… Ja nie mówię o ludziach…

Jegorow zrobił minę, jakby nie rozumiał, o co przyjacielowi chodzi, odwrócił się 

i zaczął 

patrzeć na balkon.

— Tak — powiedział Wasyl. — Ktoś nami kieruje. Jedne rzeczy podsuwa, inne 

chowa 

do 

pewnego czasu, jednym słowem, reguluje. Ale osądź sam, Marsjanie wyemigrowali 

do 

Aiu około 

pięć milionów lat temu. Na Ziemi wtedy nawet ludzi jeszcze nie było. A miasta na 

Marsie 

background image

zachowały się nie naruszone, wszystko w nich lśni i błyszczy ładem. To nie jest 

naturalne, 

rozumiesz? Istnieje drugie prawo termodynamiki, jest entropia, która wzrasta… 

Przecież po 

pięciu milionach lat powinien tam panować chaos! A chaosu tam nie ma. Jest 

nieskazitelny 

porządek.

— Do czegóż ty prowadzisz?

Wasyl w milczeniu pochylił się ku Jegorowi. A Jegorow z lękiem patrzył w jego 

poważne 

piwne oczy. „Może mu się tam na Marsie rozum pomieszał?” — przemknęło mu 

przez 

myśl 

błyskawicą.

— Oni wrócą.

Jegorow roześmiał się z przymusem.

— Coś takiego! Niby gospodarz wyszedł na chwilę i prosi, by goście poczekali?

— Wcale nie. Po prostu gospodarz nie może albo nie chce wracać.

— A może oni opuścili system słoneczny i udali się do tego Aiu?

— A diabli wiedzą, co to takiego ten Ai — w zamyśleniu powiedział Wasyl. — 

Chwilami 

nawet gotów jestem zgodzić się z Pierowem z Akademii Nauk. On badał te skorupki 

i uważa, że 

świadczą o czysto fizjologicznym procesie. Że przejście do Aiu — to śmierć. A 

może coś w 

rodzaju „tamtego świata”. Przechodząc do Aiu zdobywa się możliwość 

nieśmiertelności…

— Ale to już twój osobisty pogląd?

— Nie. Tak właśnie uważali bracia Disney. Zresztą, ten Anhelo Tend, trzeba 

przyznać 

background image

chłopak całkiem do rzeczy, pracował razem z nimi aż do czasu, gdy myśmy 

przylecieli. 

Disneyowie już szykowali się do odlotu, gdy nagle spostrzegli, że Tend gdzieś 

znikł. Szukają, 

szukają, a Tenda nie ma. Więc odlecieli. A w miesiąc później znaleźliśmy Tenda w 

jednym z 

podziemnych korytarzy Czerwonej Kopuły. Był żywy i zdrowy, ale nie mógł 

odpowiedzieć ani 

na jedno pytanie. Co się z nim stało, gdzie był, co jadł i pił — nie pamięta. 

Trzeba było uczyć go 

wszystkiego od nowa, opowiadać mu, kim jest, gdzie mieszka i co to takiego 

Ziemia i ludzie. 

Trwało to długo. Ale wreszcie przypomniał sobie… prawie wszystko.

Słowa Nieczyporenki przerwał ostry, przenikliwy dźwięk. Przeszywające wycie 

wzbijało się 

prosto ku niebu. Obaj przyjaciele wybiegli na balkon. Wysoko w górze, na tle 

niepokalanego 

błękitu nieba samolot odrzutowy kreślił śnieżnobiałą, przerywaną smugę.

— Jakiś nowy model — powiedział Jegorow, osłaniając oczy dłonią.

Ogłuszający dźwięk urwał się równie nagle, jak się przedtem zaczął. Samolot 

utonął w głębi 

niebieskiego sklepienia.

— Ależ ryk! — pokiwał głową Wasyl. — A do nas dociera przecież już osłabiony. 

Wyobrażasz sobie, jak się tam czuje pilot?

— Pilot ma izolację.

— O czym to ja mówiłem? — spytał Wasyl.

— O Anhelo.

— Ach, tak! No więc, to właściwie wszystko. Powróciliśmy z Marsa, Anhelo 

pojechał do 

domu, ale coś mu się tam nie podobało. To przecież kreol z Wenezueli… Teraz 

background image

postanowił, że 

zostanie u nas… A to — ciągnął Wasyl — to jest właśnie zwierciadło, które 

przytaszczyłem dla 

Oksany. To pamiątka, pośmiertny prezent od Griszki Rogożyna.

— Co? — wykrzyknął Jegorow. — Grigorij nie żyje?

— Nie żyje. Dziwna była ta jego śmierć. Pracował w jednym z „pokoików”, jakich 

tam, w 

Czerwonej Kopule, jest bez liku. A piętro wyżej pracowali nasi minerzy. Wybuch 

przeprowadzili 

słabiutki, ale zawsze wstrząs jakiś był. Słyszymy krzyk. Pobiegliśmy do Griszy. 

Leży z rozbitą 

głową. Skafander ma zdjęty, twarz zmiażdżona. Ale „pokój”, w którym Grisza 

pracował, 

pozostał nie naruszony. Owszem, z sufitu osypało się nieco pyłu, ale okruchy nie 

były większe 

niż pół mego paznokcia. Co mogło spowodować tak straszliwy cios, nie 

dowiedzieliśmy się, 

oczywiście. Mówiono coś o zwielokrotnionej sile uderzenia podmuchu, o działaniu 

uderzenia 

kierunkowego, ale to wszystko zawracanie głowy. I co za pech! Akurat tego dnia 

Grisza dokonał 

właśnie wspaniałego odkrycia. Znalazł trupa Marsjanina. Było to odkrycie wręcz 

wstrząsające. 

Przecież przez pięć lat pobytu na Marsie znajdowaliśmy tylko puste skorupki! 

Miliardy pustych 

raczych skorupek, na widok których już się niedobrze robiło! Jak naprawdę 

wygląda Marsjanin 

mogliśmy się tylko domyślać. Griszę na rękach nosiliśmy, gdy przyniósł pod pachą 

ten wspaniale 

zasuszony okaz. Umieściliśmy go w olbrzymiej puszce i wysłaliśmy na górę, a w 

background image

cztery godziny 

później wyprawiliśmy na górę zwłoki Griszy. Zwierciadło zaś zabrałem sobie.

— Jakie zwierciadło? — spytał Jegorow.

— No, to właśnie — Wasyl wskazał na lustro z Marsa. Ciepłe podmuchy wiatru 

kołysały nim 

lekko. — Wisiało o dwa kroki od trupa Marsjanina i Grigorij zdjął je, a potem ja 

wziąłem sobie 

na pamiątkę.

Jegorow uważnie i z żalem popatrzył na kołyszący się owal.

— Przecież to także zagadka — ciągnął Wasyl. — Po co Marsjanom tyle zupełnie 

jednakowych luster… W każdym mieście jest ich tam setki.

Nagle twarz Wasyla zmieniła się. Wspierając się o poręcze, uniósł się nieco z 

fotela. 

Wzrokiem wpił się w zwierciadło.

— Nie odbija! — wyszeptał.

Jegorow spojrzał na lustro. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wydawało się, że 

niczego nie 

odbija. Jego powierzchnia była gładka i matowa. Miała taki sam złocistoszary 

kolor jak jego 

oprawa. Obaj jednocześnie doskoczyłi do zwierciadła i ujrzeli w nim swe własne 

wzburzone 

twarze.

— Tfu, co za bzdura — powiedział Jegorow. — Po prostu anizotropowe odbicie*. 

Takiego mi 

napędziłeś stracha tymi swoimi opowiadaniami o Marsie, że teraz będę brał nogi 

za pan na widok 

byle jakiego kamyka z Marsa.

— I będziesz miał rację — w zamyśleniu powiedział Wasyl — bowiem ani jedno z 

marsjańskich zwierciadeł, z którymi miałem do czynienia, nie ma takich 

właściwości. I to także 

background image

ich nie miało… póki trzymałem je w walizce.

— Widocznie mój przyjazd podziałał na nie tak korzystnie.

— Możliwe… No, dobra — rzekł Wasyl — reasumując, można by stwierdzić, że 

choć 

Mars 

jest planetą niebezpieczną, to jednak płaskowyż akuański zbadać trzeba.

— Ech, gdybym lak mógł polecieć w kosmos! — machnął ręką Jegorow.

— Nie trap się, bracie — powiedział Wasyl — jak zbudują antygrawitator, to 

polecisz i ty 

razem ze swoją chorą wątrobą… A nie polecisz, to też niewielkie zmartwienie, 

pojedziesz sobie 

do Truskawca pić Naftusię.

Wasyl wyszedł, a Jegorow zbliżył się do zwierciadła. Pomyślał o tych tysiącach 

Marsjan, 

którzy się w nim przeglądali i zrobiło mu się nieswojo. Zwierciadło obojętnie 

odbijało niezbyt 

urodziwe oblicze Jegorowa, czerwone dachy domów i elektryczny traktor, który 

warczał w 

oddali na skraju dużego, zielonego pola. Jegorowi wydało się, że jakiś ledwo 

dostrzegalny biały 

nalot pojawił się na lśniącej powierzchni. Dotknął jej dłonią — i aż drgnął ze 

zdumienia. 

Powierzchnia lustra była miękka! Wziął zapałkę i próbował zeskrobać biały nalot. 

Zapałka 

wyryła na zwierciadle niegłęboką zieloną bruzdkę. Jegorow nie mógł się nadziwić. 

Obejrzał 

koniec zapałki. Z wolna rysa na lustrze zaczęła się zaciągać i po kilku minutach 

znikła bez śladu.

— Ciekawe — mruknął Jegorow przez zęby i przysunął sobie krzesło bliżej lustra.

— Sasza! Sasza! — usłyszał głośne wołanie Nieczyporenki.

background image

Spojrzał na dół i zobaczył, że Wasyl stoi w bramie i wymachuje gazetą. Twarz 

wykrzywiła 

mu się bólem.

— Skacz no tu, prędko! — zawołał Wasyl. Jegorow skoczył na wilgotną, miękką 

ziemię. 

Twarz Wasyla, na którą padały złociste promienie letniego słońca, była skupiona 

i zasępiona.

— Czytaj — powiedział, wskazując mu drugą stronę pisma.

— „Donoszą nam… — zmrużywszy oczy czytał półgłosem Jegorow — …wczoraj w 

Bostonie 

znaleziono ciała… czterech braci kosmologów : Alfreda, Wiliama, Caldera i Jamesa 

Disneyów… 

na ślad mordercy na razie nie natrafiono… zagadkowa śmierć, bez żadnych oznak 

toksycznego 

lub fizycznego działania… naukowi eksperci nie mogą dojść przyczyny…” Cóż to 

znaczy? — 

spytał Jegorow.

— Czytaj do końca — poważnie powiedział Nieczyporenko.

„Śmierć tych znakomitych badaczy Marsa pozostaje w związku z podanym przez 

nich 

przed 

paru dniami oświadczeniem, że w Wielkiej Stolicy Marsa zostało jakoby odkryte 

archiwum i 

klucz do jego odczytania, dzięki czemu zaistniała możliwość odtworzenia 

sławetnych drzwi do 

Aiu. Korespondent »Timesa«, Calder Disney, twierdził, że odkrycie to 

niesłychanie wzbogaci 

ludzkie możliwości…”

W milczeniu spojrzeli na siebie.

— Masz, to jest Mars! — ze wzburzeniem powiedział kosmonauta. — Na Ziemię 

background image

wyciągają 

łapy. Nie chcą ujawnić swych tajemnic.

Jegorow nic nie mówił, a wyczytana wiadomość i jego napełniła lękiem. Dziwna 

myśl, że 

Anhelo dopiero co powrócił z Ameryki, przemknęła mu przez głowę. Zapewne wie o 

śmierci 

braci Disney.

— Nie wykluczone, że pewnego pięknego dnia zostanie znaleziony trup Wasyla 

Nieczyporenki bez żadnych oznak chemicznego, fizycznego czy psychicznego 

działania — 

niespodziewanie powiedział kosmonauta, przyglądając się narcyzom, którymi 

obsadzony był 

naokoło klomb przed domem.

A Jegorow, patrząc na ślad swojej stopy na brzegu tego klombu, zapytał:

— A co o tym wszystkim mówi twój Anhelo?

— Jeszcze nie wie o niczym. Zaraz go zawołam. Wasyl poszedł do domu i po chwili 

ukazał 

się z powrotem wraz z Tendem.

Piękna twarz Anhela nie wyrażała nic — ani wzburzenia, ani współczucia, ani 

zmartwienia. 

„Obmyśla sobie, jak się ma zachować” — pomyślał nagle Jegorow.

— Cóż za okropna wiadomość. Miałem dla nich wielkie uznanie — powiedział Tend.

Ale twarz jego pozostała niewzruszona. „Może po prostu taki już ma wyraz twarzy 

lub raczej 

twarz jego pozbawiona jest wszelkiego wyrazu” — pomyślał Jegorow.

Siedli na ławeczce przy bramie. Oksana ścinała narcyzy.

— Najciekawsze, że giną wyłącznie ci, co pracują w Czerwonej Kopule. Rogożyn, 

bracia 

Disney… Kto następny?

— Ja — niespodziewanie powiedział Anheło i uśmiechnął się.

background image

Po raz pierwszy ujrzał Jegorow, jak Tend się uśmiecha: kamienna obojętność jego 

spojrzenia 

pozostała niezwzruszona, tylko usta wykrzywiał skurcz śmiechu.

— Dlaczego tak myślisz? — spytał Wasyl.

— Bo jeśli opierać się na twojej teorii, że Marsjanie kryją przed nami swe 

tajemnice, to teraz 

moja kolej. Bracia Disney rozszyfrowali ich archiwum — i zginęli. Grisza znalazł 

mumię — i 

zginął. A ja… Przedtem gdy ja… gdy nastąpił u mnie ten zanik pamięci… Widzialem 

przecież 

pokój, w którym znaleziono Griszę. Był tam i zasuszony Marsjanin, i zwierciadło, 

a także cała 

masa maleńkich krzyżyków na ścianach, na suficie…

— Jakich krzyżyków?

— A bo ja wiem? Wszedłem tam z latarnią, ale latarnia mi zgasła. Wziąłem więc 

dwa końce 

baterii i za pomocą uchwytu do grafitu spowodowałem maleńki łuk wolty. Ujrzałem 

na podłodze 

tego Marsjanina, zwierciadło, a na ścianie i suficie jakieś iskierki, podobne do 

krzyżyków. I w tej 

właśnie chwili mój łuk zaświecił niezwykle jasno, zapewne zbyt zbliżyłem do 

siebie elektrody.

Anhelo mówił jakoś niechętnie, zupełnie jakby go coś powstrzymywało.

— No i co? — z zaciekawieniem spytał Jegorow.

— Rozległ się hałas. Ogłuszający hałas, taki, jaki wydaje startujący samolot. 

Łuk wolty zgasł i 

zrobiło się cicho. Wydostałem się z tego pomieszczenia i trochę błądziłem po 

korytarzach. 

Według mnie, nie trwało to dłużej niż dwie godziny. A gdy spotkałem twoich 

ludzi, Wasia, 

background image

powiedzieli mi, że miesiąc już minął, jak zaginąłem, że grupa Caldera ukończyła 

już swe prace i 

odleciała na Ziemię.

Milczeli długą chwilę. Oksana, przechodząc koło nich, rzuciła każdemu po kwiatku 

na kolana.

— A pana dane?… Czy był pan potem jeszcze raz w tym pokoju? — spytał Jegorow.

— Oczywiście. Ale nie widziałem tam już żadnych krzyżyków.

— No, dobra, chłopcy — powiedział wstając Wasyl. — Muszę już iść. Sprawami 

Marsa 

nie 

warto zbytnio się zajmować i przejmować na Ziemi. Umówiłem się z kimś.

Jegorow wrócił na balkon. Oksana i Anhelo pozostali w ogrodzie i rozmawiali o 

czymś 

półgłosem. Jegorow położył się na tapczanie, a nachyliwszy odpowiednio 

zwierciadło, zaczął 

przyglądać się Oksanie. Wydało mu się, że Anhelo jakoś już zbyt blisko przysuwa 

się do 

ramienia dziewczyny. Jegorow rzucił w lustro narcyzem. Sam zresztą nie wiedział, 

dlaczego to 

zrobił.

Z tyłu rozległ się krzyk. Osłupiały Jegorow wypuścił zwierciadło z rąk i 

obejrzał się. Anhelo i 

Oksana spadli z ławeczki i leżeli na wznak na kwiatach klombu. Usiłowali się 

podnieść, ale jakoś 

im to nie szło i tylko kręcili się dość nieporadnie. Jegorow zeskoczył z 

balkonu.

„Drugi skok jednego ranka, to zaczyna być czymś naturalnym” — pomyślał, 

pomagając wstać 

dziewczynie i Tendowi.

— Co się stało? — spytał Jegorow.

background image

Oksana była zmieszana i roztargniona. Na policzku czerwienił się ślad 

draśnięcia. Jegorow 

poczuł w powietrzu ostry, nieprzyjemny zapach.

— Coś nas popchnęło — odparł po chwili namysłu Anhelo. — Jakby obłok spadł na 

nas. 

Obłok zapachu. I natychmiast gdzieś znikł.

— Nie, nie obłok, a sufit. Jakby gliniany sufit spadł na nas i… ten dziwny 

zapach… podobny 

do zapachu śmieci, jakiejś zgnilizny — powiedziała Oksana.

— Nie potłukłaś się? — zatroszczył się Jegorow.

Pokręciła głową przecząco. Jegorow rozglądał się wokoło. Ale prócz pogniecionych 

kwiatów 

na klombie nic specjalnego nie zobaczył.

Zapach z wolna rozwiewał się. Z początku ostry, ohydny aż do mdłości, stawał się 

coraz 

słabszy, coraz łagodniejszy. „Zmniejsza się nasilenie” — pomyślał Jegorow. 

Wiedział przecież, 

że zapach nawet najpiękniejszych perfum, gdy jest zbyt silny, staje się przykry. 

Wdychając 

delikatną, ledwie już teraz wyczuwalną woń, usiłował uświadomić sobie, co tak 

pachnie. I nagle 

zrozumiał: „Narcyzy!”

Spojrzał na balkon. Niejasne przypuszczenie przemknęło mu przez myśl. Spojrzał 

na Anhela i 

zobaczył, że on także patrzy na balkon, na niezwykłe zwierciadło. Jegorowa 

uderzył wyraz 

twarzy młodego uczonego: tak patrzy się na przedmiot długiego, starannie 

skrywanego 

pożądania.

— Więc pani nie ma już tego zwierciadła? — zapytał Oksanę wzburzony Tend.

background image

— Zwierciadła? Jakiego zwierciadła? Ach, tego! Pożyczyłam je na dziś chłopcom — 

spokojnie odpowiedziała zdziwiona dziewczyna. Ona również zauważyła niepokój 

Tenda.

„Co to wszystko znaczy?” — pomyślał Jegorow. Ale uwagę jego odwrócił hałas, 

który rozległ 

się za bramą.

Na podwórko weszła Olga Pantelejewna z Pawiczem. Była w gumowych butach i 

skórzanej 

kurtce. Gniewnie mówiła do Pawicza.

— A ja ci powiadam, że on był pijany, rozumiesz, pijany!

W jednym ręku Pawicz trzymał starą wytartą teczkę z metalowym zamkiem 

pośrodku, 

drugiej drewnianą, metrowej długości pałkę.

— Ta przecież to dowód rzeczowy, Olu — powiedział Pawicz, potrząsając pałką.

— Co się stało, mamo? — spytała Oksana, podchodząc ku nim.

Z całej masy wykrzykników i szczegółów niezupełnie na temat Oksana i Jegorow z 

trudem 

wyłuskali wreszcie, o co chodzi. Otóż, obchodząc pola, Olga Pantelejewna i 

Pawicz natknęli się 

na głęboką bruzdę, biegnącą na przełaj przez ozimą pszenicę. Idąc śladem 

połamanych kłosów i 

zrytej ziemi dotarli aż do traktorzysty Kociubenki, który siedząc obok swego 

traktora, z 

osłupieniem wpatrywał się w tę, przerzynającą niby szeroka miedza zielone pole, 

bruzdę. Na 

pytanie Olgi Pantelejewny i Pawicza Kociubenko zaczął pleść duby smalone. 

Twierdził, że z 

nieba spadła wielka dębowa pała i sama przeszła przez pole, pozostawiając po 

sobie tę szramę. 

background image

Kij, który Pawicz właśnie trzymał, to kawałeczek owej pały.

Z początku — opowiadał Kociubenko — wyryty rów był głęboki, chyba na trzy 

metry. 

Potem 

jednak stawał się coraz płytszy, jakby zarastał, kłosy pszenicy prostowały się i 

w chwili gdy 

nadeszła Olga Pantelejewna i Pawicz, pole przecinała już tylko niewielka bruzda, 

którą oni wzięli 

za ślad po traktorze. Ten czyn pijanego traktorzysty — a Kociubenko naprawdę był 

pijany — 

wywołał pełne goryczy oburzenie Olgi Pantelejewny.

Jegorow zamyślił się. Po chwili spostrzegł, że Anhela nie ma razem z nimi. 

Najwidoczniej 

musiał odejść niepostrzeżenie.

Otwierając drzwi do gabinetu Wasyla, Jegorow był przekonany, że zastanie tam 

Tenda. Ale w 

pokoju nie było nikogo. Jegorow wyszedł na balkon. Kreol stał plecami, zwrócony 

do Jegorowa i 

dotykał złocistoszarej oprawy lustra cienką, czarną pałeczką. Drugi koniec 

przyłożył sobie do 

ucha. Miało się wrażenie, że osłuchuje chorego. W majowym powietrzu unosiło się 

głuche 

buczenie.

— Anhelo! — zawołał Jegorow.

Tend odskoczył od zwierciadła jak oparzony. Spojrzał prosto w oczy Jegorowa. Był 

to wzrok 

straszny, bezlitosny…

Gdy Oksana weszła do gabinetu brata, posłyszała słaby, żałosny jęk. Dochodził 

spoza 

oszklonych drzwi balkonu. Dziewczyna przybiegła i zobaczyła Jegorowa, leżącego 

background image

na podłodze 

za stertą skrzynek do kwiatów i sadzonek. Pomogła mu dobrnąć do tapczanu. Po 

paru chwilach 

Jegorow otworzył oczy.

— Poszedł?

— Kto?

Jegorow nie odpowiedział. Zmęczonym i nieobecnym wzrokiem patrzał na 

dziewczynę.

— Co panu jest? — spytała zaniepokojona Oksana. — Może wezwać lekarza?

— Lekarza? — powtórzył Jegorow. — Nie, nie potrzeba lekarza. Jestem zupełnie 

zdrów. To 

od słońca. Już dawno nie przebywałem tyle czasu na słońcu. Z uwagą przyglądał 

się swej dłoni.

— Oksano, więcej niż inni, może oprócz Wasyla, rozmawiałaś z Anhelo. Co o nim 

sądzisz?

Dziewczyna zarumieniła się leciutko.

— Nie wiem, jest bardzo piękny…

— Tylko tyle?

— Według mnie, to bardzo chłodny i dziwny człowiek.

Jegorow nieoczekiwanie uśmiechnął się i usiadł na tapczanie.

— Masz rację, Oksano… No, muszę natychmiast zobaczyć się z Wasylem. Gdzie on 

jest?

— Wozi Walę swoim autolotem. Gdyby wam dziś rano przyszło do głowy 

zatelefonować 

do 

nas ze stacji, nie musielibyście brnąć Wołgą po błocie.

— Skądże mogłem wiedzieć, że Wasyl ma własny autolot! A nie ma tam 

przypadkiem 

telefonu?

— Jest. Ale czy warto im przeszkadzać? I tak im ciężko. Mama nie lubi Wali. 

background image

Uważa, że 

Wasia powinien mieć inną żonę.

— Jaką? Marsjankę?

— No nie, ale coś w tym rodzaju — zaśmiała się Oksana.

Jegorow zamyślił się na chwilę.

— Oksano, moja droga, muszę zobaczyć się z Wasylem natychmiast, w tej chwili. 

Jak się do 

niego telefonuje?

— O, przecież to oni! — Oksana wskazała ręką horyzont.

— Gdzie? Gdzie? — Jegorow starał się dostrzec błyszczący punkcik nad polami.

— Pewnie słońce razi was w oczy — powiedziała Oksana i ująwszy Jegorowa za 

ramiona 

obróciła go i powiedziała: — Patrzcie więc w lustro. Tu też ich widać. Ot, ten 

błyszczący 

punkcik.

— Gdzie?

— Święty Panie, no przecież tu! — i Oksana tknęła palcem w zwierciadło.

— Ostrożnie! — krzyknął Jegorow, chwytając rękę dziewczyny.

Ale było już za późno. Opalony palec lekko musnął zwierciadło w tym miejscu, 

gdzie widać 

było kropkę autolotu. Oksana pobladła i szybko cofnęła palec.

— Aj! — zawołała, trzepiąc ręką. Na palcu pojawiła się kropla krwi, skóra na 

poduszeczce 

palca była lekko zdarta.

— Prędzej, prędzej samochód! — krzyknął Jegorow. — Tam katastrofa!

Podbiegł do poręczy balkonu i przesadził ją jednym susem. „Narcyzy dostały dziś 

szkołę! — 

pomyślał przelotnie. — Trzeci raz”…

— Oksano! — zawołał z dołu. — Zakryj czymś zwierciadło i niech się nikt niczym 

do niego 

background image

nie dotyka!

Dziewczyna, ssąc oparzony palec, ze zdumieniem patrzyła na Jegorowa, który z 

niezwykłym 

pośpiechem wskoczył na motocykl. Jej również udzielił się niepokój geologa. 

Spojrzała na 

widnokrąg. Autolotu Wasyla nie było.

Gdy Jegorow, podskakując na nierównościach, przybył na miejsce katastrofy, stał 

już tam 

jakiś samochód. Upadek autolotu zauważył miejscowy agronom. Właśnie przed 

chwilą 

wysiadł 

ze swego wozu i zamaszystymi krokami szedł przez pole. Jegorow dopędził go i 

pośpiesznie 

poszli razem.

Po kilku krokach zatrzymali się. Autolot leżał na świeżo zoranej ziemi. 

Chłodnicę i 

przezroczystą pokrywę nadwozia oblepiały pasma jakiejś brudnożółtej materii, na 

której 

zasychały ciemnoczerwone plamy krwi. Boki i szyby autolotu zbryzgane były 

drobnymi 

czerwonymi kroplami. Przezwyciężając przerażenie, Jegorow przyskoczył do 

maszyny 

i otworzył 

jej drzwiczki.

Wasyl, który siedział przy sterach, wypadł mu wprost pod nogi. Razem z agronomem 

dźwignęli kosmonautę, który był jakiś niezwykle ciężki, i położyli na ziemi. 

Wynieśli też z 

autolotu wysoką, pobladłą dziewczynę, o wpół przymkniętych niebieskich oczach.

Agronom rozpiął kołnierzyk i przyłożył ucho do piersi Nieczyporenki. „Miałeś 

rację, Wasia 

background image

— myślał Jegorow, patrząc w sinobladą twarz przyjaciela — Mars ma długie ręce…”

— Bije! — zawołał ucieszony agronom.

Ukląkł przy głowie Wasyla i wykonał kilka rytmicznych ruchów sztucznego 

oddychania.

Jegorow zajął się dziewczyną.

„Ale skąd tyle krwi? — myślał z natężeniem. — Wcale przecież nie są ranni”. 

Nagle 

przypomniał sobie amarantową kroplę na palcu Oksany i gniewnie potrząsnął głową, 

odganiając 

zwariowaną, niedorzeczną myśl. Wala westchnęła ledwo dosłyszalnie.

— Wala! Wala! — zawołał Jegorow.

— Patrzcie! — wykrzyknął agronom.

Jegorow popatrzył przede wszystkim na niego. Zobaczył czerwoną jak burak twarz, 

niebieskie 

wytrzeszczone ze zdumienia oczy w siatce zmarszczek i ogorzałą rękę, wyciągniętą 

w stronę 

autolotu.

Nie było już ani krwawych bryzgów na szkle, ani dymiącej kałuży krwi pod 

maszyną. 

Wszystko znikło. Na masce niewyraźnie widać było skraweczek owej materii, która 

przed chwilą 

pokrywała cały autolot.

— Ki diabeł! — wykrzyknął Jegorow i podbiegłszy schował ów kawałeczek do 

kieszeni.

W tej chwili Wasyl otworzył oczy i jęknął.

— Wału! — wyszeptał.

Kłopoty z kosmonautą i jego narzeczoną, wezwanie doktora, długie wyjaśnienia i 

debaty z 

bliskimi — zajęły cala resztę dnia. Wreszcie, nie zważając na jego głośne 

protesty, ułożono 

background image

Wasyla do łóżka i dano mu herbaty z konfiturami. Obłożony poduszkami, wściekle 

błyskał 

oczami i na świadków, że jest zdrów, cały i w ogóle leżeć ani myśli, wzywał 

wszystkie 

konstelacje gwiezdne całego wszechświata. Ale Oksana i matka, które siedziały po 

obu stronach 

przy jego łózku, były nieubłagane.

— Ależ zrozumcie, przecież nic strasznego się nie stało! Autolot leciał nad 

polem na 

wysokości paru metrów. Potem coś nas stuknęło i straciliśmy przytomność. Ot i 

wszystko. I nie 

ma najmniejszego sensu aplikować mi teraz porcję łóżka według ostatnich 

przepisów 

kosmonautycznej profilaktyki!

— Powiedziałam, że po moim trupie — powtarzała Olga Pantelejewna, 

przytrzymując 

wyschniętą dłonią ramię syna.

Oksana i Jegorow popatrzyli na siebie i roześmieli się. Jegorow poszedł na górę, 

na balkon. 

Czuł się potwornie zmęczony. Słońce już zaszło, ale niebo było jasne i płonące. 

Wieś okrywały 

głębokie, wieczorne cienie.

Jegorow wyjął skrawek nieznanej materii, który zdjął był z autolotu. Był to 

teraz całkiem 

malusieńki kawalątek. Jegorow wyrównał go i spojrzał pod światło. Skrawek był z 

lekka 

przejrzysty.

— Skóra! Ludzka skóra! Skóra z palca Oksany! — powiedział półgłosem do siebie.

Wasyl już słodko drzemał na swych poduszkach, gdy ktoś pociągnął go za rękę. W 

srebrzystej 

background image

poświacie księżyca zobaczył postać przyjaciela. Jegorow stał z palcem na ustach.

— Cśś… — powiedział. — Możesz chodzić?

— Mogę. A co się stało? — spytał zrywając się Wasyl. — Czy coś z Walą?

— Z Walą wszystko w porządku. Chodź ze mną.

Jegorow poszedł naprzód, stąpając ostrożnie. W domu panowała cisza. Szpara pod 

drzwiami 

pokoju Olgi Pantelejewny świeciła pomarańczową smugą światła.

Jegorow zaprowadził przyjaciela do jego gabinetu na drugim piętrze. W niezbyt 

jasnym 

świetle stojącej lampy siedział tam jakiś nieznajomy.

— Kapitan Samojlenko — przedstawił się, wstając.

Wasyl uścisnął wyciągniętą dłoń.

— Towarzysz kapitan przyjechał, by aresztować Tenda — powiedział Jegorow. — 

Anhelo 

zamordował braci Disney, przywłaszczył sobie ich materiały i zbiegł.

— Co? — Wasyl wyprostował się cały. — Czy ty rozumiesz, co mówisz?

— Rozumiem. Nie ma ani chwili do stracenia. Towarzysz kapitan miał szczęście, że 

przybywszy tutaj od razu natknął się na mnie. Tend to niebezpieczny przestępca.

— Amerykanie zwrócili się do nas z prośbą o zatrzymanie mordercy czterech 

znakomitych 

badaczy Marsa — powiedział Samojlenko.

— Ale dlaczego on to zrobił? — zawołał Wasyl.

— Władza nad ludźmi, złoto… a zresztą, diabli go wiedzą, po co —— powiedział 

Jegorow.

— Muszę przeprowadzić rewizję. Czy chcecie być przy niej obecni?

Wasyl, wciąż jeszcze nie rozumiejąc, o co chodzi, skinął twierdząco głową. — A 

gdzie jest 

Tend?

— Poszedł z Oksaną do kina — powiedział Jegorow.

Wasyl w milczeniu spuścił głowę i zagryzł wargi. — Idźcie wy obaj. Ja tu zostanę 

background image

— 

powiedział. W jakieś dziesięć minut później Jegorow i Samojlenko wtaszczyli do 

gabinetu dużą 

żółtą walizę.

— Tu są wszystkie notatki Caldera — powiedział Jegorow.

Twarz poczerwieniała mu z wysiłku.

— To wszystko trzeba będzie skonfiskować — poważnie powiedział Samojłenko.

Wyjął ze swej teczki arkusz papieru i ze skupionym wyrazem twarzy, zagryzając 

nieco usta, 

przystąpił do sporządzania protokołu. Potem wziął do ręki fotograficzny 

mikroaparat.

Na wszystko, co się działo, Wasyl patrzył jak we śnie. Zdawało się, ze znaczenie 

słów nie 

docierało do niego.

— Po co mu to było potrzebne? — szeptał. — Po co?

— Jak to, po co? — niecierpliwie powiedział Jegorow, podtykając przyjacielowi 

pod nos cały 

plik fotografii. — Oto są owe krzyżyki, dzięki którym Calder odczytał zapis 

ostatniego 

Marsjanina. Patrz, widzisz te niezliczone wzory? Właśnie według nich Calder 

ustalił, gdzie 

znajdują się ostatnie otwarte drzwi do Aiu. Rozumiesz?

— No dobrze, przypuśćmy, że takie drzwi rzeczywiście są na Marsie i działają — 

powiedział 

Wasyl, przyglądając się uważnie, jak Samojłenko wyjmuje i fotografuje ciężkie 

czerwone 

kryształy. Wasyl znał je doskonale: całymi tysiącami wyłuskiwali je ze 

sklepienia i ścian 

Czerwonej Kopuły.

— Nie! Wcale nie! — krzyknął Jegorow. — Przecież te drzwi mogą być granicą 

background image

antyprzestrzeni. Mogą posiadać zupełnie niezwykłe właściwości…

— No, dobrze — przerwał mu Nieczyporenko — powiedzmy, że to jest właśnie tak. 

Ale 

przecież Disney nie miał tych drzwi ze sobą, wiedział tylko o nich. Drzwi 

zostały na Marsie, 

trzeba je dopiero znaleźć. Po cóż więc Anhelo miałby zabijać…

— Cóż za głupiec ze mnie! — powiedział gwałtownie Jegorow. — Nie wiesz 

przecież 

najważniejszego.

Zerwał się z krzesła.

— Chodź, niech on sobie tu dalej fotografuje, ma jeszcze sporo roboty! — 

powiedział 

Jegorow, wskazując na Samojlenkę który fotografował wszystko, co znajdowało się 

w walizce.

Wasyl niechętnie wyszedł na balkon. Jegorow podprowadził go do tapczanu, nad 

którym 

wisiało zwierciadło z Marsa. Jego złocista ramka świeciła chłodnym, iskrzącym 

się blaskiem.

— Dotknij — szepnął Jegorow.

Wasyl dotknął oprawy i szybko cofnął rękę.

— A co, gorące? — zaśmiał się Jegorow. Wyglądał na bardzo zadowolonego ze 

wszystkiego, 

co się wydarzyło.

— Nie, nie gorące, tylko…

— Parzy? Tak, tak — Jegorow bardzo był przejęty.

Chciał jak najprędzej podzielić się posiadaną tajemnicą. — Ale to jeszcze nie 

wszystko — 

powiedział. — Popatrz w lustro, co tam widzisz?

— Cóż mam widzieć? Noc, sierp księżyca, chaty — niepewnie wyliczał Wasyl.

— Tak. A ot, tu? Takie ciemne, podłużne. Co to jest?

background image

Nieczyporenko uważnie spojrzał w lustro.

— Sterta słomy.

— Sterta? Doskonale, znakomicie!

Jegorow wyszedł i po chwili wrócił, niosąc szklankę wody. Postawił ją na 

tapczanie i wyjął z 

kieszeni zapalniczkę. Trzask! — i kopcący języczek ognia słabo zaświecił w 

ciemnościach nocy. 

Zapachniała benzyna. Jegorow przytknął płomyczek do zwierciadła w tym miejscu, 

gdzie 

ciemniała podobna do gąsienicy sterta słomy, po czym odjął zapalniczkę.

Wasyl krzyknął. Nie mógł oderwać oczu od zwierciadła. Odbicie sterty słomy 

paliło się. 

Jegorow ujął Wasyla delikatnie za ramiona i obrócił twarzą ku wsi.

Na widnokręgu buchały w niebo płomienie. Jaskrawopomarańczowe języki ognia 

były 

widoczne wyraźnie nawet z tej odległości. Nad nimi, rozpływając się z wolna w 

mrokach nocy, 

unosiły się sine kłęby dymu. Czerwone pasma kładły się na ziemi.

— Coś ty narobił?!

— Spokojnie! — powiedział Jegorow. Nabrał w usta wody ze szklanki i cienką 

strużką 

prysnął na lustro.

Wasyl usłyszał daleki syk, płomienie na widnokręgu buchnęły raz, drugi i zgasły. 

Oświecone 

księżycowym blaskiem kłęby pary uniosły się w górę.

— Wystarczy, bo można by spowodować powódź — dobrodusznie powiedział 

Jegorow.

— To ono? — cicho spytał Wasyl, wskazując na zwierciadło.

— Tak, bracie, to ono — skwapliwie potwierdził Jegorow. — Jedyne nie zamknięte 

jeszcze 

background image

drzwi do Aiu. Na Marsie były nieczynne, a w Muzykowce, jak widzisz, zaczęły 

działać. 

Znaleziony przez Rogożyna Marsjanin nie zdążył ich zatrzasnąć. I w ten sposób, 

przez pięć 

milionów lat pozostały na wpół uchylone. A może nie milionów? Anhelo postanowił 

wykorzystać je dla swych własnych ciemnych celów. Teraz rozumiesz, dlaczego po 

zabiciu braci 

Disney, zawitał do ciebie? Widziałeś ten pożar? A wiesz, że to palec Oksany z 

siłą tysięcy 

mechanicznych koni uderzył w twój autolot i strącił was na ziemię? Niechcący, 

oczywiście. 

Zdajesz sobie sprawę, co to za siła, co za potęga?

Wasyl zrozumiał wszystko. Łańcuch poszczególnych wydarzeń zamykał się w 

logiczne 

koło.

— Ależ to odkrycie! — szepnął, klepnąwszy Jegorowa po ramieniu. — Udało się 

uchwycić 

wreszcie marsjańskiego diabła za ogon!

— No, to teraz prędzej go chrzcijmy, chrzcijmy, tego wrażego syna! — zawołał 

Jegorow.

Obaj przyjaciele powrócili do gabinetu.

— Dużo jeszcze macie do roboty? — zapytał Jegorow kapitana.

— Zaraz kończę.

Wasyl siedział posępny.

— Co ci jest? — zawołał Jegorow. — Powinieneś się cieszyć! Takie odkrycie!

— Nie wiem. W żaden sposób nie mogę zrozumieć, jak kosmonauta mógł zrobić coś 

podobnego. Przecież Tend nie pierwszy rok lata na planety.

— Nareszcie! — z ulgą westchnął Samojlenko i usiadł na krześle, nastawiając 

aparat 

fotograficzny na Jegorowa i Nieczyporenkę. — Jeszcze ostatni dowód rzeczowy. Dla 

background image

mnie 

osobiście na pamiątkę.

— Nie, nie! — zamachali rękoma. — Po co, na co!

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wszedł Tend. Spojrzał na siedzących, 

na otwartą 

walizę, na skórzane pasy z błyszczącymi klamrami, które przypominały wyschnięte 

skórki żmij, 

na kryształy, na aparat fotograficzny, na notatki — i wszystko zrozumiał.

Wasyl patrzył na Anhela przeciągle, wzrokiem pełnym głębokiego smutku. Jegorow 

spojrzał 

porozumiewawczo na Samojlenkę. Kapitan z tęsknym wyrazem twarzy wyjął 

czerwoną 

książeczkę i położył ją sobie na kolanie. Ale nie wstał z krzesła.

Tend na nikogo więcej nie raczył już spojrzeć. Wyszedł na balkon. Pozostali w 

gabinecie 

wymienili spojrzenia. Zdawało się, ze to, co miało teraz nastąpić, bawiło ich. 

Anhelo wrócił, 

niosąc zwierciadło z Marsa. Ustawił je, z lekka skośnie, na podłodze. Następnie 

wyjął czarną 

pałeczkę i powiódł nią po złocistej ramie lustra. Rozłogi się oddalony, 

brzęczący odgłos, jakby 

gdzieś wysoko w niebie leciał odrzutowy samolot. Tend wziął ze stołu paczkę 

fotografii i z 

rozmachem cisnął nią w zwierciadło. Fotografie znikły. W ślad za nimi poleciały 

kryształy z 

Czerwonej Kopuły, notatki, szpule z magnetofonową taśmą, dziennik braci Disney i 

cała żółta 

waliza ze swymi podobnymi do żmij rzemieniami. Wszystko znikło bezgłośnie.

„Dlaczego siedzimy bezczynnie?” — z przerażeniem pomyślał Jegorow.

Tend podszedł do lustra i obejrzał się poza siebie.

background image

Jegorow poczuł, ze świadomość wymyka mu się jak śliska pestka arbuza. Straszliwy 

ciężar 

zwalił mu się na głowę, pochylając ją na piersi. „Zaraz mi pęknie” — pomyślał ze 

strachem.

Najdłużej opierał się Samojlenko. W ostatniej chwili, gdy Tend zaczął już 

rozwiewać się w 

powietrzu, tracąc normalne kształty, kapitan usiłował zerwać się z krzesła. Ale 

Tend obejrzał się i 

Samojlenko opadł ciężko z powrotem. Cichutko szczęknął jego fotograficzny 

aparat.

— Nie zabijałem braci Disney… Oni… — głos Anhela osiągnął najwyższe tony i 

urwał 

się.

Kapitan Samojlenko słusznie był bardzo dumny: było to jedyne zdjęcie żywego 

Marsjanina. 

Troje oczu umieszczonych na wierzchołkach równobocznego trójkąta patrzyło z 

nieziemską, 

namiętną siłą. Były bardzo głębokie i nieskończenie mądre.

Jegorow wziął w rękę połyskujący szary owal. Lustro obojętnie odbijało 

otaczające 

przedmioty. Ostatnie drzwi do Aiu zostały zatrzaśnięte. Ale — czy na długo?

Przełożyła Katarzyna Witwicka

Włodimir Grigoriew

A MOGŁA BYĆ…

Zespołowi fabryki „Czas” przyznano nagrodę 

państwową za opracowanie urządzenia, 

nazwanego „maszyną czasu”.

(Wiadomość podana przez prasę w 2134 roku)

Ach, co to było za dziecko! Pytali go: dwa razy dwa? Odpowiadał: cztery.

— Dwanaście razy dwanaście? — upierali się niedowiarkowie.

background image

— Sto czterdzieści cztery — słyszeli odpowiedź.

— Powiedz definicję całki — upierali się najpodejrzliwsi.

— Całka jest to… — I tu następowała definicja całki. I to wszystko w wieku 

czterech lat i 

Malec, prawie osesek, zadziwiał swymi zdolnościami znanych profesorów i 

magistrów. Nawet 

pewien członek Akademii oderwał się na kilka godzin od swych państwowej wagi 

zajęć, by 

popatrzeć na fenomenalne dziecko. Członek Akademii także zadawał pytania, 

zdumiewał się, 

rozkładał ręce. Nagle wpadł w zadumę, a potem powiedział dobitnie:

— Przyroda jest nieskończona i pełna paradoksów — po czym w skupieniu popatrzył 

na 

ścianę i zagłębił się w sobie.

— Profesorze — zmęczonym głosem zaprotestował Wania (tak miał na imię nasz 

bohater) — 

niech pan nie mówi głupstw! Przyroda jest harmonijna, paradoksy wprowadzamy my 

sami.

Tego było już za wiele. Członek Akademii poderwał się i oglądając się na 

chłopca, począł 

wycofywać się ku drzwiom.

— Dwa razy dwa jest cztery! — wykrzyknął wesoło chłopiec zamiast pożegnania. — 

Niech 

pan to powie wszystkim.

Taki był Wania. Wyjątkowe dziecko. I co jeszcze dziwniejsze, trafili mu się 

zupełnie nieudani 

rodzice. Być może, ze każde z nich oddzielnie kochało dzieciaka, ale razem 

zupełnie im to nie 

wychodziło. Ojciec uważał, ze geniusz chłopca jest wynikiem dziedzicznych 

wartości 

background image

przekazanych po mieczu. Matka dowodziła czegoś zgoła przeciwnego. Syn pokpiwał 

nich, ale 

ulgi mu to nie przyniosło. Rodzice kłócili się coraz częściej. W czasie kłótni 

odsyłali Wanię do 

komórki.

Wizyty profesorów i docentów zostały wstrzymane. I jak się to często zdarza, 

szybko 

zapomniano o cudownym dziecku.

Ale chłopaczek przechytrzył wszystkich. Zelektryfikował komórkę, w której go 

zamykano, i z 

zapałem bawił się „Małym konstruktorem”. Tak, tak, zwyczajnym „Małym 

konstruktorem”‘. 

Oczywiście tylko do chwili, gdy wpadła mu do ręki pierwsza lampa radiowa.

Zadrżał po prostu, gdy po raz pierwszy zobaczył ten przedmiocik. Zrozumiał od 

razu, jakie 

możliwości kryje w sobie ta zabawka. Oczywiście zabawka. Przecież Wania zaczynał 

dopiero 

piąty rok życia i nie wiedział jeszcze, że te wszystkie odbiorniki radiowe, 

telewizory, motocykle i 

koparki — to jest na serio. Przypuszczał, że dorośli po prostu bawią się.

Ojciec Wani, radiotechnik pracujący w zakładzie naprawiającym radiole i 

magnetofony, 

przynosił synkowi zepsute lampy, kondensatory i transformatory, a mały rozbierał 

je, szukając 

ukrytych wad. Elementy półprzewodnikowe odkładał do osobnego pudełka.

Pewnego razu, gdy ojciec zajrzał do komórki, Wania podał mu niewielkie 

pudełeczko.

— Popatrz — powiedział, pocierając z zadowoleniem ręce — to dopiero początek.

W rękach ojca pobłyskiwał błękitnym ekranem maleńki telewizorek.

background image

— Tak — zdołał tylko powiedzieć ojciec, kręcąc z zachwytem głową. Potem 

pomyślał, 

przygryzł wargi i dorzucił:

— Chłopak wdał się we mnie. To widać. Następnego dnia rano pokazał zabawkę 

kolegom w 

pracy, zmrużył chytrze oczy i oświadczył:

— Moja robota.

Prawdziwe znaczenie tych słów nie zostało wyjaśnione i radiotechnik dostał 

awans. Teraz 

kierownik często odprowadzał go na bok i mówił w zaufaniu:

— Kuźmo Serafimowiczu, coś nam tu nie wychodzi. Niech pan to jakoś 

udoskonali…

— Dawaj pan — przerywał władczo Kuźma i zabierał rysunki. Był człowiekiem 

prostym i nie 

lubił zbędnej gadaniny.

W domu rysunki w milczeniu przekazywano Waniuszce.

— Praca społeczna — z uśmiechem wyjaśniał ojciec.

Wania oglądał schemat, a potem brał czerwony ołówek.

— Tu, tu i tu… — ołówek aż fruwał po arkuszach — przerobić!…

Chłopiec pracował chętnie, a w zamian żądał tylko nowych części radiowych i 

książek o 

nowościach techniki.

Ale pewnego razu, po przyjściu do pracy, Kuźma sam poprosił kierownika na 

stronę.

— Koniec — powiedział z powagą.

— Jaki koniec? — nie zrozumiał kierownik.

— Koniec. Nie będę więcej robił wynalazków — uciął Kuźma Serafimowicz i 

zagadkowo 

dorzucił: — ze względów rodzinnych.

— Jakże tak? — usiłował protestować kierownik.

background image

— Nie wcześniej niz za cztery lata! Temat został wyczerpany.

Kierownik nie wiedział oczywiście, że nie dalej jak wczoraj wieczorem Wania 

odmówił 

dalszego przyjmowania zamówień.

— Tato — powiedział miękko — nie mogę teraz rozpraszać się na drobiazgi. 

Przyszedł mi do 

głowy niezły pomysł. W ciągu czterech lat zrobię taką zabawkę, że wszyscy siądą 

z wrażenia.

Cztery lata!

Ojciec znał żelazną wolę syna i nie oponował. Zapytał tylko tonem wspólnika:

— Cztery? A może wystarczy nam trzy?

— Nie, na razie nie mogę kierować czasem — w zadumie odpowiedział Wania. 

Spojrzał 

szybko na ojca i spytał nagle:

— Jak myślisz, co to jest czas?

— Czas? — czoło ojca pokryło się zmarszczkami — czas jest wtedy, kiedy…

— Znowu te nieprecyzyjne sformułowania! — z niezadowoleniem przerwał mu syn.

Kuźma Serafimowicz odwrócił się i ostrożnie wyszedł z komórki. To co usłyszał, 

zamykając 

drzwi, było zupełnie niezrozumiałe.

— Minuta żyje sześćdziesiąt sekund, tak, tak, żyje, żyje…

Po zapoznaniu się z tą rozmową, specjalista od razu zrozumie, ze niezwykły 

chłopiec 

postanowił zbadać tajemnicę czasu. Człowiek nie obcujący na co dzień z 

subtelnościami 

pogranicza radiotechniki i fizyki teoretycznej nie pojmie tak łatwo, ze Wania 

chciał wynaleźć 

maszynę czasu. Ale to fakt.

Tak, Wania miał ten właśnie zamiar. I zrealizował go. Trudno w to uwierzyć. 

Żadnych 

background image

dowodów, jako żywo, nie ma. Jestem jedynym świadkiem, którego słowa mogą 

służyć 

za dowód 

prawdy. Nikogo, powtarzam, nikogo nie dopuszczał Wania do niebezpiecznych 

doświadczeń z 

maszyną. Tylko mnie, towarzysza zabaw dziecięcych i sąsiada.

— Ludzie się jeszcze o tym dowiedzą. Zobaczysz! — twierdził Wania, gdy 

kończyliśmy 

kolejne doświadczenie i szliśmy na ulicę, by bawić się z dzieciarnią w ich 

staroświeckie, naiwne 

zabawy.

Klipa, klasy — ożywiało nas to, czyniło jakimiś bardziej… ziemskimi. Oczywiście 

porównaniu z zabawą wymyśloną przez Wanię wydawały się one prymitywne i 

bezmyślne.

Maszyna pozwalała na przenoszenie się w zachwycające dale przyszłych epok i 

pogrążanie się 

w głęboką przeszłość. Najbardziej podobały nam się turnieje rycerskie. Grudy 

błota leciały spod 

końskich kopyt, a rycerze tłukli się mieczami i łamali kopie. Z reguły wszyscy 

pozostawali żywi. 

Siadaliśmy gdzieś w pobliżu, kartkowaliśmy zabranego ze sobą Waltera Scotta i 

porównywaliśmy powieść z rzeczywistością.

Zrozumiałe, że po takich przeżyciach pikuty na podwórku wglądały jak neolityczny 

rysunek 

na skale obok ekranu kinowego. A propos, zdarzało się, ze i takie rysunki 

wykonywano w naszej 

obecności. Gdy cofaliśmy się w epokę kamienia łupanego, jakieś kosmate chłopy 

tak waliły w 

ściany pieczar, że aż iskry leciały.

background image

Mimo tych wszystkich atrakcji przestawaliśmy z dzieciarnią naszego rodzimego 

podwórka.

— Tak trzeba — mawiał czasami Waniusza. — Ostrożność i jeszcze raz ostrożność. 

Nie 

powinniśmy się wyróżniać. Nie chciał, by niedoskonała maszyna dostała się w 

niepowołane ręce. 

— Zepsują aparat — zapewniał.

Gdy nastał okres pogrążania się w przeszłość i unoszenia się w przyszłe epoki, 

przenieśliśmy 

seanse na noc. Sąsiedzi z domu, znajdujący się w promieniu działania maszyny, 

przenosili się 

razem z nami, a rano dźwignia aparatu powracała do położenia zerowego. Sąsiedzi 

wstawali i, 

jak gdyby nigdy nic, szli do pracy. Każdemu z nich wydawało się, że tej nocy 

śnił mu się 

wspaniały sen. Trochę, co prawda, dziwny, ale każdemu może się coś takiego 

zdarzyć… Sąsiedzi 

byli ludźmi doświadczonymi i ostrożnymi. I nikomu, na wszelki wypadek, o 

dziwnych snach nie 

opowiadali. Tajemnica została zachowana.

Tylko raz diabeł mnie podkusił. Zaczekałem na przystanku tramwajowym na jednego 

sąsiadów, długiego i flegmatycznego magazyniera Kłotikowa. Zaszedłem go od tyłu, 

zrobiłem 

perskie oko i powiedziałem konfidencjonalnie:

— Niezły był ten facet w szyszaku ze strusim piórem i z krokodylem na tarczy, 

co?

Magazynier drgnął, tępo na mnie popatrzył, a potem bez namysłu skoczył do 

przejeżdżającego 

tramwaju i tylem go widział.

background image

Waniusza wysłuchał opowiadania o tej przygodzie z dosyć ponurą miną.

— Albo kończymy doświadczenia, albo to się więcej nie powtórzy — uciął.

Rozumiałem przyjaciela. Nie było mu lekko. Maszyna kaprysiła. Ostatnim razem o 

mało nie 

rozsypała się od przeciążenia. Z trudem wydostaliśmy się ze średniowiecza.

Również sytuacja w domu stawała się coraz bardziej napięta. Rodzice kłócili się 

prawie bez 

przerwy. Znacznie częściej niż w okresie wizyt naukowców. I chociaż minęło 

dostatecznie dużo 

czasu, nie mogli osiągnąć jednomyślności. Tacy już byli ci rodzice Wani. Ach, 

gdyby nie ta ich 

nieprzyjemna wada…

Wszystko wydarzyło się zupełnie niespodziewanie. Przyszliśmy do Wani z zamiarem 

rozpoczęcia pracy. Ale nie było o tym nawet mowy. Rodzice kłócili się. Nie można 

ich było 

uspokoić. Zauważyłem, że lustro na toaletce jest rozbite, a serweta ze stołu 

leży na podłodze. 

Zauważyłem także, że memu przyjacielowi drżą ręce. Nienawidził takich chwil.

— Spytamy o to jego samego — powiedział nagle Kuźma Serafimowicz, 

zobaczywszy 

syna.

Chwyciłem czapkę i pomknąłem po schodach na dół. Tego, co było dalej, mogę się 

tylko 

domyślać.

Rozklekotana maszyna była nastawiona na mały promień działania. Wania podbiegł 

do niej i 

szarpnął dźwignię, by cofnąć czas choćby o dwie godziny. Zdarzało mu się już w 

ten sposób 

uspokajać rodziców. Ale ręce drżały mu silniej niż zazwyczaj. Szarpnął zbyt 

mocno i czas wszedł 

background image

w poślizg. Maszyna zniknęła, zniknął i Wania. A rodzice odmłodnieli o jakieś 

dwanaście lub 

trzynaście lat. I jeszcze ich przy tym odrzuciło od siebie.

Następnego dnia rano poszedłem zobaczyć, jak to się skończyło. Pobieżne 

oględziny pokoju 

powiedziały mi wszystko. Wania nie mógł powrócić z przeszłości. Restaurator 

czasu był 

zdemontowany i leżał w kącie komórki. Ale nie upadłem na duchu. Przecież według 

żelaznych 

praw matematycznego prawdopodobieństwa, wszystko powinno się powtórzyć. 

Odmłodzeni 

rodzice powinni znów się spotkać i zapałać do siebie sympatią. A ponownie 

urodzony Wania 

znów powinien stworzyć wspaniały i bardzo ludzkości potrzebny aparat — maszynę 

czasu.

Tak się tez stało. Spotkali się. Wyśledziłem ich pod tym samym zegarem, pod 

którym 

wyznaczali sobie spotkania przed trzynastoma laty. Triumfowałem. Miałem powody. 

Przepiękne 

jesteście, o matematyczne prawidłowości! I ty, stalowa logiko wydarzeń! Wania 

będzie! 

Maszyna będzie!

Ale cóż to? Chłopak, zadziwiająco podobny do ojca Wani, i dziewczyna, po prostu 

kopia jego 

matki, stoją i milczą. Patrzą na siebie podejrzliwie i ze strachem. Nagle 

odwracają się i idą w 

różne strony! Spociłem się z wrażenia. Najwidoczniej pamięć obojga zachowała 

wspomnienia 

oczekującej ich przyszłości. Tak nie urodził się chłopiec, tak zginęła maszyna 

czasu.

background image

Przełożył Tadeusz Gosk

Ilja Warszawski

PODRÓŻ W NICOŚĆ

Minęło już pięć lat od mego ostatniego spotkania z profesorem Bieriestowskim. 

Myślę, że 

byłem jedynym człowiekiem, do którego profesor czuł coś w rodzaju zaufania. 

Zresztą słowo 

„zaufanie” w tym wypadku nie jest najlepsze. Po prostu byłem mu bardzo potrzebny 

do realizacji 

jego fantastycznych planów. Koniecznie musiał mieć przy sobie obiektywnego 

świadka, aby 

olśnić swoich sceptycznych kolegów fajerwerkiem niezwykłych faktów, które 

dowiodą, jak 

bardzo góruje on nad innymi uczonymi. Wydaje mi się, że profesor o niczym innym 

w ogóle nie 

myślał. Nie zawahałby się nawet przed najwulgarniejszą mistyfikacją. Podobno 

zresztą w tej 

dziedzinie był po prostu mistrzem.

Prawdę mówiąc do tej pory nie jestem pewny, czy nie stałem się mimo woli 

wspólnikiem 

naukowej hochsztaplerki. A jeżeli cokolwiek świadczy o tym, że Bieriestowski był 

autentycznym 

naukowcem, to chyba tylko okoliczności jego śmierci.

Bardzo jest mi trudno zorientować się w tym wszystkim, ponieważ nie jestem 

fizykiem i wiele 

z tego, co mówił Bieriestowski, było dla mnie po prostu niezrozumiałe. Co zaś 

dotyczy tego, co 

widziałem na własne oczy, mogła to być najzwyklejsza halucynacja, zwłaszcza 

jeśli się weźmie 

pod uwagę stan, w jakim się podówczas znajdowałem.

background image

O tym wszystkim muszę uprzedzić czytelników, nim przystąpię do relacjonowania 

historii 

mojego udziału w doświadczeniu Bieriestowskiego.

Profesora Bieriestowskiego poznałem latem, w czasie urlopu. Jego willa, w której 

mieszkał 

przez okrągły rok, stała na samym skraju niewielkiego letniska. Był to piętrowy, 

zaniedbany, 

ponury budynek otoczony wysokim parkanem.

Wszyscy moi sąsiedzi wiele mówili o Bieriestowskim. Opowiadano, że jest 

odludkiem, 

mówiono o jego częstych wybuchach straszliwego gniewu, w czasie których profesor 

całkowicie 

tracił panowanie nad sobą i każdego, kto mu się wtedy napatoczył, obrzucał 

gradem wyzwisk. 

Opowiadano, że jego odejście na emeryturę poprzedził jakiś straszliwy skandal na 

uniwersytecie, 

na którym Bieriestowski był wykładowcą fizyki.

Bieriestowski mieszkał samotnie, wystarczało mu towarzystwo psa, owczarka. 

Niekiedy 

pojawiał się w miejscowym sklepie, wtykał ekspedientce spis potrzebnych mu 

zakupów, torbę i 

pieniądze i zachmurzony czekał, dopóki nie zapakują mu zamówionych towarów. 

Sąsiadów 

nawet nie próbował poznać, nigdy także nie kłaniał się nikomu.

Ja zresztą również niezbyt interesowałem się ludźmi, ponieważ cały mój czas 

poświęcałem na 

łowienie ryb. Udało mi się znaleźć o dwa kilometry od wsi, licząc w dół rzeczki, 

niewielką 

odnogę, nad którą co dzień rano przychodziłem z wędkami. Jeżeli ryba brała 

dobrze, 

background image

przesiadywałem tam aż do samego wieczora.

Pewnego dnia rano zauważyłem, że moje ulubione miejsce pod wierzbą, gdzie tak 

dobrze 

brały piskorze, zostało już przez kogoś zajęte. Żaden wędkarz nie lubi, kiedy 

ktoś nagle zajmuje 

jego ulubione miejsce. Ale cóż było robić. Usiadłem w pobliżu i niechętnie 

obserwowałem 

nieproszonego gościa. Był to człowiek stary, ubrany w wytarty welwetowy 

garnitur. Spod 

nasuniętego na czoło słomkowego kapelusza sterczał długi nos i niezbyt schludnie 

utrzymane 

rude wąsy. Właściciel wąsów najwidoczniej zupełnie nie interesował się 

spławikiem, wydawało 

się, że zgoła zasnął, wsparty plecami o pień drzewa.

Moje nowe miejsce było ze wszech miar niewygodne. Nie mówiąc już o tym, że 

przez 

cały 

czas musiałem siedzieć na palącym słońcu, dno rzeki w tym miejscu porośnięte 

było 

wodorostami i dwa razy musiałem włazić do wody, żeby odczepić zaplątane haczyki. 

Ryba brała 

słabo i cały ranek mogłem uważać za stracony. Rzucając nieżyczliwe spojrzenia na 

przybysza 

złożyłem wędki i poszedłem sobie do domu. Następnego dnia przyszedłem o godzinę 

wcześniej 

niż zwykle, mając nadzieję, że tym razem będę pierwszy. Ale choć była dopiero 

szósta, rude 

wąsy już sterczały spod mojej wierzby. Najbardziej oburzające było to, że stary 

znowu spał 

pozostawiwszy wędki własnemu losowi. Tkwiłem nad wodą do samego wieczora 

background image

licząc 

na to, że 

tamten zbudzi się wreszcie i pójdzie sobie. Próżne nadzieje! Przez cały dzień 

raz tylko otworzył 

oczy, żeby wyciągnąć wędkę, zdjąć z haczyka nie wiadomo jakim cudem złowioną 

rybę, wrzucić 

ją z powrotem do wody i znów zarzucić wędkę bez przynęty.

Ciągnęło się tak przez dni kilka.

W końcu pewnego ranka złamałem wędkarskie obyczaje i usiadłem obok niego. 

Stary 

otworzył oczy, wysmarkał się na trawę, ale nawet nie spojrzał w moją stronę.

Przez dwie godziny uważnie obserwowałem spławiki, ale ryba nie chciała brać. 

Postanowiłem 

przeczekać południe, otworzyłem przyniesione ze sobą czasopismo i zagłębiłem się 

w artykuł o 

tunguskim meteorycie.

Nagle ktoś wyrwał pismo z moich rąk. Podniosłem wzrok i zobaczyłem mojego 

sąsiada. Tego 

już nie mogłem znieść.

— Czy nie wydaje się panu… — zacząłem. Ale stary cisnął czasopismo do rzeczki, 

bardzo 

wyraźnie powiedział: „Kretyn!” — i znów oparł się o drzewo zamykając oczy.

Wszystko to było tak niezwykłe, że mnie zatkało.

Zabrałem wędki i ruszyłem ku domowi dając sobie słowo honoru, że już jutro 

wyszukam 

sobie inne miejsce nad wodą, takie, gdzie wariaci nie przychodzą.

Ku memu zdziwieniu stary również podniósł się, zostawił wędki na brzegu i głośno 

sapiąc 

pomaszerował obok mnie.

— To idiotyczny artykuł — powiedział nagle. — Wreszcie znalazł się we właściwym 

background image

miejscu.

— Pan wybaczy — powiedziałem. — Nie znamy się i w ogóle wydaje mi się, że 

pana 

zachowanie…

— Jestem Bieriestowski — przerwał mi — i co nieco się na tym rozumiem.

Popatrzyłem na niego z ciekawością. „A więc tak on wygląda” — pomyślałem. — 

„Dobry 

sobie”.

Przez chwilę szliśmy w milczeniu.

— Tylko bałwan może przypuścić — powiedział profesor — że w naszej przestrzeni 

mogą 

być obecne zauważalne ilości antymaterii.

— Wydaje mi się, ze autor artykułu mówił o zbudowanym z antymaterii bolidzie, 

który 

wtargnął do naszej atmosfery z głębi kosmosu, więc trudno tu chyba mówić o 

naszej przestrzeni 

— odpowiedziałem rozdrażniony — w każdym razie to nie jest powód, by wrzucać 

pismo do 

wody.

— Kiedy mówię „nasza przestrzeń” — powiedział — mam na myśli coś zupełnie 

innego, coś, 

co nawiasem mówiąc, nie poddaje się pańskiemu rozumieniu.

— Nie jestem fizykiem, ale dziennikarzem — powiedziałem — i najzupełniej 

wystarczają mi 

te wyobrażenia, które sobie kształtuję przy lekturach literatury 

popularnonaukowej. Nie mam 

dostatecznego przygotowania, aby móc wyrobić sobie jakiś głębszy pogląd.

— Bzdury! Absurd! — wrzasnął znienacka i zaczął tupać nogami. — Jeśliby 

wypchano 

panu 

background image

głowę tymi wszystkimi idiotyzmami, które nazwano normalnym przygotowaniem 

podstawowym 

z matematyki i fizyki, to o pogłębieniu pańskiej wiedzy nie mógłby pan nawet 

marzyć. Pan by się 

zupełnie nie różnił od uczonych osłów, dementywnych półgłówków i naukowych 

urzędasów, 

którzy uważają się za autorytety w fizyce! Zresztą — dodał niespodziewanie 

spokojnie — jest 

pan dziennikarzem. Niewielu znam ludzi waszego fachu, ale zawsze sądziłem, że 

dziennikarze 

umieją dokładnie opisywać to, co widzą. Niech pan powie, jeśliby panu się 

zdarzyło zobaczyć 

coś takiego, co jest niedostępne ludzkiej wyobraźni, czy umiałby pan to opisać 

dostatecznie 

dokładnie?

— Pytanie jest zbyt niecodzienne, abym mógł odpowiedzieć na nie od razu — 

powiedziałem 

po chwili namysłu. — Ludzka wyobraźnia nie może ogarnąć sobą niczego takiego, 

co 

by nie 

składało się z elementów znanych już pojęć. W tej mierze szczytem możliwości 

ludzkiej 

wyobraźni jest istniejące u Chińczyków pojęcie „białego smoka”. Ten biały smok 

to po prostu 

biała karta, na której nic nie narysowano. Wyobrazić sobie zawczasu to, czego 

nikt jeszcze nie 

widział? To niemożliwe. Nie mogę odpowiedzieć na zadane przez pana pytanie.

— Przy określonej wyobraźni można wyobrazić sobie białego smoka jako czarnego 

— 

powiedział i zawrócił z powrotem ku rzece.

background image

Następnego dnia pojechałem do miasta.

Kiedy już załatwiłem wszystkie sprawy, wszedłem do kawiarni, żeby zjeść drugie 

śniadanie, i 

pierwszym człowiekiem, na którego tam się natknąłem, był mój szkolny kolega, z 

którym nie 

widzieliśmy się od dwudziestu lat. Poznaliśmy się od razu i przez godzinę 

przeszło 

wykrzykiwaliśmy co chwila: „A pamiętasz?!”

Kiedyśmy już sobie przypomnieli wszystkie niegdysiejsze szkolne wydarzenia, 

kiedy 

wyjaśniliśmy dalsze losy większości naszych ówczesnych przyjaciół, kolega 

popatrzył na 

zegarek i jęknął. Okazało się, że spóźnił się na seminarium fizyki teoretycznej, 

na które 

specjalnie tutaj przyjechał.

— Trudno — powiedział — mam tam wykład dopiero jutro, a dziś widocznie sam los 

chce, 

żebyśmy wypili jeszcze jedną butelczynę.

— Słuchaj — zapytałem — czy tobie jako fizykowi mówi coś nazwisko 

Bieriestowski?

— Od razu widać nałogowego dziennikarza — roześmiał się mój kolega — dla 

każdego 

fizyka to nazwisko jest nieomal anegdotyczne, dla dziennikarza natomiast jest to 

prawdziwy 

skarb. Ostatnimi czasy coraz częściej próbuje się zwulgaryzować podstawowe 

pojęcia 

współczesnej fizyki. Wam to daje nie byle jakie pole do popisu. Bieriestowski to 

reprezentant 

zwulgaryzowanego typu uczonego–fizyka. Zresztą, chyba niedokładnie się 

wyraziłem. Może 

background image

Bieriestowski i jest fizykiem. Doskonale zna to wszystko, o czym piszą 

specjalistyczne pisma, 

wykłada ze swadą, ale z pewnością nie jest uczonym. Jego własne idee są 

absurdalne i absolutnie 

nie do udowodnienia. Hipotezy naukowe, które Bieriestowski wytrząsa ze swej 

wyobraźni jak z 

rogu obfitości, są spekulatywne. Bieriestowski zawsze pracuje w dziedzinie, w 

której jest do 

dyspozycji tak mało faktów, i tak ze sobą niezgodnych, że żaden szanujący się 

uczony nie 

zaryzykuje ich teoretycznego uogólniania. Bieriestowski nigdy nie publikuje 

rezultatów swoich 

eksperymentów, przeprowadza je w całkowitej samotności w laboratorium, w którym 

króluje 

duch średniowiecznej alchemii. Gdyby był pisarzem, malarzem, kompozytorem, to 

jego 

niepohamowana fantazja i jego temperament z pewnością zapewniłyby mu rozgłos, 

ale w nauce 

może być tylko zwykłym fantastą. A zresztą i na uniwersytecie zaproponowano mu 

przejście na 

emeryturę, ponieważ w jego wykładach studenci nigdy nie mogli zorientować się, 

gdzie jest 

granica między obowiązującym programem a fantazją Bieriestowskiego.

— Czyżbyś nie uważał fantazji za niezbędny element twórczego podejścia do nauki? 

— 

zapytałem.

— Rozmaite są rodzaje fantazji — odpowiedział mi, najwyraźniej niezadowolony. — 

Einstein 

również był fantastą, kiedy tworzył teorię względności. Ale to była precyzyjna 

naukowa 

background image

wyobraźnia, uskrzydlająca uczonego, ale nie wyprowadzająca go nad krawędzie 

metafizyki. 

Teraz są inne czasy. Mamy do dyspozycji tyle nie wyjaśnionych zjawisk, że byle 

dureń może 

sobie pofantazjować na tematy naukowe. Pod koniec minionego wieku wszystko było 

o wiele 

prostsze: mechanika Newtona i teoria pola Maxwella wyjaśniały, jak się wydawało 

podówczas, 

wszystkie zjawiska. Dziś gubimy się, stając wobec całej lawiny odkryć. Nawet 

cząsteczki 

elementarne rozpatrujemy dziś jako struktury nieskończenie skomplikowane. Nie ma 

teorii, która 

uogólniłaby wszystko, i osobnicy w rodzaju Bieriestowskiego to właśnie 

wykorzystują zalewając 

naukę wodą niepoważnych hipotez.

— Ale mimo wszystko — powiedziałem — mimo twej miażdżącej charakterystyki 

Bieriestowski jakoś został profesorem.

— Nie tylko profesorem, nawet doktorem nauk matematyczno–fizycznych. Ale jaką 

zawiłą 

drogą doszedł do tego! Zresztą, skoro tak się nim interesujesz, mogę ci to i owo 

opowiedzieć.

W tysiąc dziewięćset drugim roku Bieriestowski skończył wydział historyczno—

filologiczny 

uniwersytetu petersburskiego. Wyspecjalizował się w jakichś indyjskich 

narzeczach i wkrótce po 

ukończeniu studiów wyjechał do Indii. Nikt nie wie, czym się zajmował w ciągu 

kilku 

następnych lat. Powiadają, ze studiował mistyczne nauki jogów i znakomicie 

opanował sztukę 

zbiorowej hipnozy. Te swoje talenta zademonstrował dwukrotnie, nawiasem mówiąc 

background image

niesłychanie skandaliczny sposób. W tysiąc dziewięćset dwunastym, po ukończeniu 

wydziału 

matematyczno–fizycznego na uniwersytecie w Getyndze, kiedy był już privat–

docentem, w 

czasie wykładu nagle się nad czymś zadumał, usiadł za stołem i na kawałku 

papieru zaczął 

wyprowadzać jakieś równania. Audytorium, pozostawione same sobie, zaczęło 

hałasować. 

Wtedy Bieriestowski wstał, zrobił rękami kilka płynnych gestów i zaskoczeni 

słuchacze 

zobaczyli na katedrze nosorożca spokojnie prowadzącego wykład, ten sam, który 

Bieriestowski 

miał u nich poprzednim razem. A profesor, jakby nigdy nic, w dalszym ciągu pisał 

sobie coś przy 

stole.

Przed dziesięcioma laty Bieriestowski bronił swojej pracy doktorskiej na 

posiedzeniu 

niezmiernie szanownej Rady Naukowej.

Już po wysłuchaniu krótkiego wstępu na twarzach zebranych zaczęło się malować 

niedowierzanie wywołane ekstrawaganckimi hipotezami prelegenta. Bieriestowski, 

czując, ze za 

chwilę wybuchnie skandal, po prostu uśpił członków Rady. Kiedy rozprawa dobiegła 

końca, nikt 

z obecnych nie chciał się przyznać, ze przespał całe posiedzenie, i dysertację 

przekazano innej 

Radzie Naukowej.

— A przecież mimo to przyznano mu doktorski tytuł? — zapytałem.

— Żadna jeszcze rozprawa doktorska nie wzbudziła tylu sporów co ta. Po trzykroć 

przekazywano ją ekspertom do zaopiniowania. W końcu przyznano mu tytuł 

background image

naukowy 

nie za 

treść rozprawy, ale za rzeczywiście znakomitą metodę matematyczną, którą 

wynalazł, aby się nią 

posłużyć przy udowadnianiu swoich, bardziej niż ryzykownych wniosków. Okazało 

się, że 

metoda ta jest zgoła niezastąpiona przy rozwiązywaniu niektórych równań 

mechaniki fal. W 

ogóle uważam, że Bieriestowski mógłby być znakomitym matematykiem. W tej 

dziedzinie nauki 

jest niedościgniony, niestety, uważa siebie za urodzonego fizyka.

Zrobiło się już późno i odprowadziwszy kolegę do hotelu pośpieszyłem na pociąg.

Przez dwa dni nie chodziłem nad rzeczkę, czułem się nie najlepiej.

Trzeciego dnia usłyszałem w sieni jakieś tupania i sapania, przemieszane z 

pomrukiwaniem i 

niegłośnymi przekleństwami. Wstałem z łóżka, wyszedłem do sionki i zobaczyłem 

tam 

Bieriestowskiego. Siedział na podłodze i wysypywał piasek z buta. Tak był 

pogrążony w tej 

czynności, że nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Włożywszy buty wszedł do 

mojego 

pokoju i bezceremonialnie przysiadł na łóżku. Stałem, czekałem, co z tego 

wyniknie.

— Kiedy mówię o przestrzeni — powiedział, jakby kontynuując rozpoczętą 

wcześniej 

rozmowę — mam na myśli nie geometryczną przestrzeń Euklidesa, ale przestrzeń 

realną, 

wyposażoną we właściwości fizyczne. Przestrzeń ta tym przede wszystkim różni się 

od 

przestrzeni geometrycznej, że istnieje w czasie. Taka przestrzeń może zmieniać 

background image

kształt, gęstość, 

ma właściwości w pewnym sensie elastyczne, jest wreszcie przepełniona polami 

elektromagnetycznymi i polami grawitacyjnymi, jest nosicielem materii. Trudno 

orzec, co jest 

bardziej materialne — przestrzeń czy to, co przywykliśmy rozumieć pod słowem 

„materia”. Ale 

najistotniejsze jest to, że przestrzeń realna może istnieć i równocześnie nie 

istnieć.

— Przepraszam, jak to: jednocześnie istnieć i nie istnieć? — zapytałem. — 

Obawiam się, że 

mój mózg nie jest dostatecznie wygimnastykowany, aby mógł przyjmować tego 

rodzaju idee.

— No właśnie — odpowiedział mi na to, zacierając ręce — chodzi właśnie o mózg. 

Sam pan 

mówił, że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie niczego, co by nie było 

kombinacją znanych 

nam już obrazów i pojęć. Jednak współczesnej fizyce pojęcia te nie na wiele się 

przydadzą. Aby 

choć trochę zrozumieć, musimy uciekać się do analogii, które czerpiemy ze 

znanych nam 

wyobrażeń. Ale to nie zawsze jest to, co byśmy chcieli sobie wyobrazić. Można 

opowiedzieć 

słowami treść utworu muzycznego, ale niech pan spróbuje wyjaśnić człowiekowi 

głuchemu od 

urodzenia, co to jest muzyka. Nawet po przeczytaniu setki librett samo pojęcie 

muzyki 

pozostanie dla niego nieuchwytne i nieosiągalne.

— A pan mimo wszystko postanowił spróbować? — zapytałem.

— To akurat, o czym dotąd z panem rozmawialiśmy, należy do kategorii pojęć 

nietrudnych do 

background image

zrozumienia — odparł. — Przestrzeń istnieje i nie istnieje zarazem dlatego, że 

sam czas jest 

nieciągły. O wiele trudniej byłoby wyobrazić sobie przestrzeń bez czasu niż 

jednoczesny brak i 

tego, i tamtego.

— Myśli pan, że mówiąc o nieciągłości czasu ułatwił mi pan zrozumienie pańskich 

sofizmatów o przestrzeni? — zapytałem.

Spojrzał na mnie z wściekłością. Najwyraźniej rozgniewało go słowo „sofizmaty”.

— Zacznijmy z innej beczki — powiedział spokojniej, niż tego mogłem oczekiwać. 

— 

Słyszał 

pan o kwantach?

— Co nieco słyszałem — odpowiedziałem. — Kwant to niepodzielna porcja energii, 

którą 

może wchłonąć lub wydzielić elektron przeskakując z jednej orbity na inną.

— A więc, czy wie pan, że nikomu jeszcze nie udało się zaobserwować elektronu, w 

chwili 

kiedy akurat przeskakuje z jednej orbity na drugą? Co więcej, zostało 

teoretycznie dowiedzione, 

że elektron w atomie nigdy nigdzie nie może się znajdować w takim stanie. 

Elektron istnieje 

tylko na określonej orbicie. Nie ma czegoś takiego, jak elektron zmieniający 

orbitę. Słuszniej 

zresztą byłoby powiedzieć, ze elektron powstaje niż: „elektron istnieje”. A 

teraz niech pan sobie 

wyobrazi, ze dokładnie rejestrujemy czas w systemie elektronu. Co się dzieje z 

czasem w tym 

momencie, kiedy elektron jest w trakcie przeskakiwania z jednej orbity na drugą?

— Nie wiem — powiedziałem — trudno o tym wyrokować, skoro nie istnieje sam 

system, w 

background image

którym mielibyśmy rejestrować czas.

— Nie istnieje system, a więc nie istnieje również nic w tym systemie, nie ma 

ani czasu, ani 

przestrzeni, ani ruchu, ani wreszcie tego, co w tym systemie przyzwyczailiśmy 

się uważać za 

materię. Według naszych pojęć jakkolwiek długo trwałby taki przeskok przez 

nicość, przeskok 

taki nie mógłby być wykryty w samym systemie, ponieważ po powstaniu 

określonego 

układu w 

systemie czas nadal upływa zupełnie tak samo, jak przed zanikiem układu 

poprzedniego.

— A jednak z naszego punktu widzenia ta część przestrzeni, która zawarta jest we 

wnętrzu 

atomu, nie ginie w chwili przeskoku elektronu z jednej orbity na inną? — 

zapytałem.

— Oczywiście że nie ginie — odpowiedział Bieriestowski. — Bardzo uprościłem 

obraz 

rzeczy po to, by łatwiej mógł pan zrozumieć, czym jest nieciągłość istnienia 

naszego systemu w 

ogóle.

— Przepraszam, o jakim systemie pan mówi? — zapytałem ze zdumieniem.

— No, tego wszystkiego — niedbale zatoczył dłonią — tego wszystkiego, jednym 

słowem, 

cośmy przyzwyczaili się rozumieć pod słowem „wszechświat”. Wszystko, co nas 

otacza, jest 

podporządkowane jednemu wspólnemu rytmowi istnienia.

Milczałem przez dobrą chwilę, oszołomiony nie tyle oryginalnością tego, co 

powiedział, ile 

niedbałym tonem jego słów. Robiło to takie wrażenie, jakby rozprawiał o 

background image

rzeczach, które od 

dawna mu obrzydły, których ma powyżej uszu.

— Cóż więc istnieje w tych chwilach, kiedy nic nie istnieje? — z trudem 

sformułowałem to 

koślawe zdanie.

— Istnieje wówczas inny czas, inna przestrzeń, inna materia.

— Jakie inne? — zapytałem, próbując zrozumieć to, o czym mówił.

— Antymateria, antyczas, antyprzestrzeń — odparł. — Ale to, co nazywamy energią, 

pozostaje mniej więcej tym samym dla obu systemów. Energia jest jedynym 

ogniwem 

łączącym 

oba te systemy, ponieważ jest rezultatem ich wzajemnego na siebie oddziaływania.

— Jakże tu można mówić o wzajemnym na siebie oddziaływaniu, skoro oba systemy 

istnieją 

w różnych momentach?

— Oczekiwałem tego pytania — uśmiechnął się profesor — to pytanie dowodzi raz 

jeszcze, 

jak bardzo jest pan nieświadom najelementarniejszych spraw. Kiedy mówimy o 

jakiejś 

pojedynczej molekule, nigdy nie możemy przewidzieć zawczasu tego, jak się ona 

zachowa w 

jakichś ściśle określonych warunkach. Prawa fizyki są prawdziwe tylko w 

odniesieniu do 

wielkich zespołów cząsteczek, ponieważ mają charakter statystyczny. Wspólny 

wszystkiemu 

rytm istnienia naszego systemu nie powoduje bynajmniej, że jakaś liczba atomów 

nie może 

wypaść z tego rytmu i zostać wyrzucona w antyprzestrzeń. Analogiczne procesy 

zachodzą w 

antyświecie. Niewyczerpane zapasy energii, którymi dysponuje nasz wszechświat, 

background image

nie są niczym 

innym, jak tylko rezultatem anihilacji antymaterii z materią. Należałoby 

oczekiwać, że ponieważ 

znak ładunku, kierunek spinu, znak magnetycznego momentu, odróżniające materię 

od 

antymaterii, są równie prawdopodobne, we wszechświecie powinna się znajdować 

jednakowa 

ilość materii i antymaterii, z jednakową gęstością rozmieszczona w przestrzeni. 

To nieuniknienie 

doprowadziłoby do anihilacji z gigantycznym wydzieleniem energii. Jeżeli nawet 

przyjąć, że z 

wydzielone] przy tym energii kiedyś znowu mogłaby powstać materia, to znów 

prawdopodobieństwo powstania antymaterii byłoby równe prawdopodobieństwu 

powstania 

materii, i natychmiast znowu mielibyśmy do czynienia z anihilacją. W 

konsekwencji tego 

założenia nasz wszechświat przedstawiałby sobą nieustannie wybuchającą 

substancję. W 

rzeczywistości tak nie jest i cząsteczki antymaterii w swojej czystej postaci 

znajdują się w 

naszym świecie w nieskończenie małych ilościach. I tylko przy energiach bardzo 

wysokiego 

rzędu, kiedy zakrzywienie przestrzeni i związany z nim rytm procesów czasu 

zmienia się.

Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Czułem, że Bieriestowski chce mnie o 

coś zapytać, 

ale nie może się zdecydować. Takie niezdecydowanie do tego stopnia przeczyło 

mojemu 

wyobrażeniu o Bieriestowskim, że mimo woli zapragnąłem mu pomóc. Zresztą być 

może po 

background image

prostu szukałem sposobu, aby jak najszybciej się go pozbyć. Zalew niezwykłych 

pojęć, którymi 

uraczył mnie profesor, zmęczył mnie.

— Wydaje mi się — powiedziałem — że idąc do mnie miał pan jakiś określony cel. 

Może pan 

mówić ze mną szczerze.

— Zupełnie słusznie — odparł profesor. — Jednak jest pan jeszcze całkowicie nie 

przygotowany do poważnej rozmowy. Oprócz tego wydaje mi się, że pan się 

zmęczył. 

Niektóre 

elementarne pojęcia, o których mówiłem, nie znalazły sobie jeszcze miejsca w 

pańskiej 

świadomości. To, co przyjęto nazywać zdrowym rozsądkiem, protestuje przeciwko 

zaakceptowaniu tych pojęć. Minie kilka dni i wszystko się ułoży. Dam panu znać o 

naszym 

następnym spotkaniu.

Bieriestowski wstał i wyszedł bez pożegnania.

Przez kilka dni padało i prawie nie wychodziłem z domu. Szczerze mówiąc zupełnie 

nie 

miałem ochoty na spotkanie z Bieriestowskim. Było coś w profesorze, co 

wywoływało antypatię. 

Trudno mi powiedzieć, co to właściwie było. Najpewniej wyższość, z jaką na mnie 

spoglądał. 

Nie miałem wątpliwości, ze miałem w jego planach odegrać jakąś rolę. Sposób, w 

jaki nu się 

przyglądał, przypominał oglądanie w sklepie przedmiotu, który zamierza się 

kupić. Zdaje się, że 

Bieriestowski nie wątpił, że jeśli będę się dla niego nadawał, to sprawa będzie 

zdecydowana 

niezależnie od mojej woli.

background image

Wielokrotnie wracałem myślami do naszej ostatniej rozmowy. Chociaż to, o czym 

mówił 

profesor, było dziwne, równocześnie stawało się dla mnie coraz to bardziej 

interesujące. 

Podświadomie myślałem o tym bez przerwy. Zacząłem nawet podejrzewać, ze stałem 

się 

obiektem jego hipnotyzerskich eksperymentów.

Po czterech dniach wyszedłem, żeby kupić papierosy.

W drzwiach do sklepu zderzyłem się z Bieriestowskim.

— Przyszedłem po pana — powiedział patrząc swoim zwyczajem gdzieś w bok.

— A skąd pan wiedział, że ja tu akurat przyjdę? — zapytałem.

— Po prostu wezwałem tu pana — odpowiedział. — Chodźmy.

Bezwolnie powlokłem się za Bieriestowskim.

Kiedy zbliżyliśmy się do jego domu, profesor wyjął pęk kluczy i długo 

manipulował nimi 

przy niedużych drzwiczkach w ogrodzeniu. W końcu drzwiczki się otworzyły.

— Niech pan wejdzie — powiedział.

To, co się stało potem, przypominało zły sen. Poczułem uderzenie, wszystkie 

przedmioty 

znajdujące się w moim polu widzenia uciekły gdzieś w dół i nagle okazało się, ze 

leżę na ziemi. 

Ostre zęby wpijały się w moje gardło.

— Puść, Reks — krzyknął Bieriestowski, i olbrzymi pies warcząc wściekle pobiegł 

kierunku domu.

— Byłem nieostrożny — powiedział Bieriestowski, najspokojniej obserwując, jak 

podnoszę 

się z ziemi. — Byłoby wręcz fatalnie, gdyby pies zagryzł pana właśnie teraz, 

kiedy jest mi pan 

potrzebny.

background image

Dziwne było, ze jego słowa bynajmniej mnie nie oburzyły. Jakaś tępa bezwolność 

napłynęła 

na mnie.

Staliśmy na środku podwórza, które do złudzenia przypominało plac w składnicy 

złomu. 

Mnóstwo jakichś zniszczonych aparatur i przyrządów poniewierało się tam, gdzie 

kiedyś były 

klomby. Na samym środku podwórza stało kilka transformatorów.

— Napsułem im wszystkim sporo krwi, zanim postawili mi tutaj te transformatory — 

powiedział chełpliwie profesor. — Zresztą dla moich potrzeb ich moc jest 

śmiesznie mała. 

Potrzebne mi są miliardy kilowatów, tak że te transformatory mogę wykorzystywać 

jedynie do 

ładowania kondensatorów. Zasadniczą ilość energii koniecznej dla moich 

doświadczeń muszę 

zdobywać sam. W tym, dzięki bogu, nikt mnie nie ogranicza.

Weszliśmy do domu. Światło dzienne słabo przebijało się przez szczeliny w 

zamkniętych 

okiennicach. Jednakże Bieriestowski podszedł do okna i zaciągnął grubą storę. 

Potem zapalił 

światło.

„Laboratorium średniowiecznego alchemika” — przypomniałem sobie mimo woli 

słowa 

kolegi.

Chaotycznie nagromadzone aparaty o przedziwnym wyglądzie, przewody i izolatory 

wysokiego napięcia nieomal uniemożliwiały poruszanie się po laboratorium. Tam, 

gdzie było 

najwięcej aparatów, stały dwa fotele lotnicze.

Bieriestowski ujął mnie pod rękę i zręcznie lawirując pomiędzy przeszkodami 

poprowadził 

background image

mnie ku fotelom i usadowił w jednym z nich.

— Teraz możemy kontynuować naszą rozmowę — powiedział rozsiadając się w 

drugim 

fotelu.

Milczał przez chwilę, intensywnie nad czymś zamyślony, a potem nieoczekiwanie 

zapytał:

— Nie ma zapewne na Ziemi dziennikarza, który nie marzyłby o tym, żeby znaleźć 

się w 

kosmosie jako pierwszy przedstawiciel swojego zawodu?

— Czy ma pan zamiar zaproponować mi, żebym został kosmonautą? — zapytałem, 

zdumiony 

jego słoni.

— Skądże — odparł z uśmiechem. — Nawet najbardziej od nas oddalone rejony 

kosmosu to 

nic innego jak tylko przedpokój naszego wszechświata. Wyobraźnia ludzka już od 

dawna 

obmacała je i obśliniła. To, co rzeczywiście chcę panu zaproponować, można by 

najsłuszniej 

określić jako wyprawę w Nicość. Tam, dokąd nie dotarła nawet fantazja ludzkości, 

umiejąca 

wyobrazić sobie białego smoka jako nie zapisany arkusz papieru. Innymi słowy, 

mam zamiar 

pokazać panu nie tyle samego smoka, ile jego odwrotność, z tym, że zechce pan 

zawiadomić 

potem ludzkość o tym, jak to wyglądało.

— Czyżby miał pan na myśli pański hipotetyczny antyświat?

— O, mógłbym i tam pana wyprawić, ale stamtąd nie mógłby pan już wrócić. Pobyt 

pana tam 

równałby się niejakiemu zmniejszeniu entropii systemu z powodu narastania 

potencjału 

background image

energetycznego, a pan sam stałby się tylko potężną eksplozją promieniowania. 

Całe pańskie 

siedem i pół technicznych jednostek masy przekształciłoby się w energię 

niedostępnego dla nas 

antyświata. To na nic. Jest mi pan potrzebny właśnie tutaj jako żywy i naoczny 

świadek 

najfantastyczniejszego eksperymentu, jaki zdoła przeprowadzić geniusz ludzki. 

Mnie ci naukowi 

kastraci tak czy owak by nie uwierzyli.

Przez dobrą chwilę sapał wściekle, a potem powiedział:

— Czy może pan sobie wyobrazić, że czas w antyświecie jest niezgodny z naszym 

czasem, 

ponieważ odwrotny jest kierunek jego upływu?

— Nie mogę sobie tego wyobrazić.

— Oczywista, nie należy wyobrażać sobie tego w ten sposób, że wszelkie procesy 

zaczynają 

się tam od końca, a kończą ich zapoczątkowaniem. Musimy znowu uciec się do 

pomocy analogii. 

Niech pan spojrzy na siebie w lustrze. Nie ma pan przecież najmniejszych 

wątpliwości co do 

tego, że ma pan przed sobą swoje wierne odbicie. Ale jeżeli przyjrzy się pan 

swojemu odbiciu w 

lustrze uważniej, stwierdzi pan, że to odbicie nie ma z panem właściwie nic 

wspólnego. 

Człowiek, którego pan widzi w lustrze, ma serce z prawej strony a wątrobę ze 

strony lewej. Pan 

się goli prawą ręką, a pańskie odbicie czyni to ręką lewą. Robi pan ruch prawą 

dłonią, odbicie 

robi lewą. Ale, co najdziwniejsze, żadnym przemieszczaniem w przestrzeni nie 

zdoła pan dopiąć 

background image

tego, by pańskie lustrzane odbicie nakryło się dokładnie z oryginałem. To samo 

dzieje się w 

antyświecie z czasem. Ten czas jest jak gdyby lustrzanym odbiciem naszego. I 

dlatego, jeśli 

wyobrazimy sobie nasz czas jako wektor, to antyczas da się przedstawić jako inny 

wektor, 

skierowany w przeciwnym kierunku. To jest słuszne również dla wyrażenia 

przestrzennych 

wyobrażeń jednego świata w drugim.

— Wydaje mi się, że rozumiem — powiedziałem — ale jak możliwe jest przejście z 

przestrzeni w antyprzestrzeń?

Bieriestowski wyjął z kieszeni kartkę papieru, oderwał wąski pasek i pokazał mi 

go.

— Niech pan sobie wyobrazi — powiedział — że na powierzchni tego paseczka 

papieru 

znajduje się mrówka. Mrówka jest w normalnym położeniu, nogi jej są skierowane 

ku dołowi. 

Krawędzie paska są zasmarowane klejem, tak aby mrówka nie mogła się po nich 

poruszać. 

Mrówka musi przedostać się na dolną powierzchnię papieru, tak aby jej nogi 

skierowane były ku 

górze. Jak pan sądzi, czy mrówka potrafi tego dokonać?

— Oczywiście że nie, skoro nie może przekroczyć krawędzi — wypaliłem bez 

namysłu.

— A więc niech pan popatrzy — powiedział, przekręcił jeden z końców paska o sto 

osiemdziesiąt stopni i połączył oba końce, tak że powstało coś w rodzaju 

pierścienia. — Ma pan 

przed sobą jedną z najdziwniejszych figur — taśmę Móbiusa. Zmieniła się nie 

tylko forma paska 

papieru, ale również i jego właściwości. To, co przedtem nie mogłoby się udać 

background image

mrówce, teraz 

stało się najzupełniej dla niej osiągalne. Niech pan uważnie śledzi mój ołówek.

Zaznaczywszy punkt na zewnętrznej powierzchni pierścienia Bieriestowski powiódł 

grafitem 

wzdłuż paska. Ku memu zdziwieniu ostrze ołówka znalazło się po chwili pod 

zaznaczonym 

punktem, ale po drugiej stronie papieru.

— Jest to znowu tylko naciągana analogia — powiedział Bieriestowski chowając 

ołówek do 

kieszeni. — Ale podobne zjawisko jest możliwe także i w realnej przestrzeni. 

Tyle, że tam to 

wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane. Możemy zmieniać krzywiznę 

przestrzeni, ale 

mimo wszystko nie jest to krzywizna geometryczna, tylko określona zmiana 

czasowo–

przestrzennych zależności systemu. Jeżeli położenie mrówki nogami ku dołowi 

porównamy do 

czasu w naszym systemie, a położenie nogami ku górze — do czasu antysystemu, to 

śledząc 

wędrówkę mrówki po taśmie Möbiusa możemy bez trudu zauważyć punkt, w którym 

mrówka 

będzie zwrócona nogami horyzontalnie w bok. Ten punkt, skoro mamy kontynuować 

analogię do 

czasu, bidzie się charakteryzował wektorem perpendykularnym wobec obu wektorów 

czasu. 

Innymi słowy, jeżeli czas naszego systemu przedstawimy jako wektor skierowany z 

lewa na 

prawo, a antyczas jako wektor skierowany z prawa na lewo, to czas w punkcie 

przejścia 

będziemy mogli przedstawić jako wektor przebiegający z góry na dół bądź z dołu 

background image

do góry. 

Kierunek wektora czasu będzie właśnie określał zakrzywienie przestrzeni. Analiza 

wykazuje, że 

muszą istnieć co najmniej dwa takie punkty przejścia. Ale to jest znowu tylko 

uproszczenie. 

Słuszniej byłoby wyobrazić sobie przejście jako nieprzerwaną zmianę wektora 

czasu, a płynny 

wektor czasu porównać do radialnego wektora złożonej krzywej superprzestrzennej, 

której 

właściwości mają pewne cechy wspólne z właściwościami taśmy Mobiusa. To, co 

chciałem panu 

zaproponować, to tylko niewielki na razie spacer we dwójkę wzdłuż niewielkiego 

odcinka tej 

krzywej.

Słuchałem Bieriestowskiego z zamkniętymi oczyma. Ogarnęła mnie jakaś słabość, 

nie czułem 

w sobie dość siły ani, żeby się poruszyć, ani tym bardziej, aby mu się 

sprzeciwiać. Zdawało mi 

się, że wszystko, co dzieje się wokół mnie, istnieje zupełnie niezależnie ode 

mnie. Tylko 

ochrypły głos Bieriestowskiego dobiegał skądś, z niezbyt daleka.

— Jak długo to powinno potrwać? — raczej pomyślałem, niż powiedziałem.

— Licząc według naszego czasu ziemskiego nie dłużej niż jedną tysięczną sekundy, 

tyle 

akurat, ile trzeba, żeby rozładować kondensatory. Co zaś dotyczy czasu, w którym 

będziemy, ja i 

pan, istnieć, to czas ten nie może być wyrażony w dostępnych nam pojęciach, 

ponieważ wektor 

czasu będzie się nieustannie zmieniał.

— Nie wezmę udziału w pańskich bałwańskich eksperymentach! — powiedziałem 

background image

bardzo 

głośno. Słowa, które wypowiedziałem, rozerwały jak gdyby krępujące mnie oploty 

zmęczenia. — 

Mam zupełnie dosyć tego galimatiasu, który mi pan proponuje. Mam już tego po 

uszy!

— Nie może pan nie wziąć udziału w doświadczeniu — odpowiedział mi 

Bieriestowski 

nadzwyczaj spokojnie. — Ponieważ doświadczenie już się rozpoczęło. Niech się pan 

uważnie 

rozejrzy.

W pierwszej chwili nie zauważyłem niczego niezwykłego, jeśli nie brać pod uwagę 

leciutkiej 

mgiełki, która przesłaniała bardziej oddalone spośród znajdujących się w 

laboratorium 

przedmiotów. Potem zaczęło mi się wydawać, że wszystko, co pozostaje poza 

obszarem foteli, na 

których siedzieliśmy, w jakiś dziwny sposób zmienia swój kształt. Ostre 

krawędzie wyokrągłały 

się, zmieniały się proporcje i wymiary. Wszystko wydłużało się i zarazem jakby 

spłaszczało. 

Rzeczy traciły właściwą im barwę i przybierały jasnoróżowy odcień. Ściany 

laboratorium nie 

ograniczały już pola widzenia. Widziałem całą naszą miejscowość letniskową, 

sylwetki ludzi 

zastygłe w najdziwniejszych pozach, jasne gwiazdy na niebie. Wszystko stawało 

się 

przezroczyste.

Uczyniłem ruch, chcąc podnieść się z fotela, ale powstrzymał mnie głos 

Bieriestowskiego:

— Niech się pan nie waży wstawać! Teraz każde przemieszczenie się w przestrzeni 

background image

grozi 

katastrofą. Ta kombinacja pól, w której istniejemy, ma niezmiernie szybko 

malejący stopień 

głębokości. Poza tą kombinacją… Zresztą nie mam teraz czasu na to, żeby to 

wszystko panu 

wyjaśniać. Niech pan patrzy uważnie!

Znowu opuściłem się w oparcie fotela.

Teraz już zakłócone obrazy świata, do którego nawykłem, pojawiały się i znikały 

poddane 

jakiemuś nieustannie zwalniającemu się rytmowi. Przypominało to następstwo 

kadrów w filmie, 

ale pojawiające się kolejno obrazy pozbawione były jakiegokolwiek ruchu. 

Przedmioty zmieniały 

swój kształt, ale wszystko pozostawało nieruchome, jak gdyby na wieki wieków 

zastygłe w 

bezruchu. Widziałem ludzi na ulicach z nogą wzniesioną do góry, aby zrobić 

kolejny krok. 

Niedopałek papierosa wypluty przez sprzedawcę lodów zawisł w powietrzu tuż przy 

jego wardze. 

Wszystkie przedmioty były ciemnoczerwone.

Bardzo mi trudno opisać to, co czułem. Poczucie upływu czasu zupełnie zanikło. 

Wydawało 

się, że znikające i znowu pojawiające się obrazy zarazem istnieją i nie 

istnieją.

Widziałem wyraźnie Bieriestowskiego, siedzącego w fotelu, widziałem części 

aparatów ciasno 

otaczających nas ze wszystkich stron, widziałem wszystko, co było zawarte w 

niewielkiej, 

otaczającej nas przestrzeni. Obrazy znieruchomiałego świata, w którym dotąd 

żyłem, pojawiały 

background image

się na przemian z jakimiś fioletowymi konturami, które nie wywoływały we mnie 

żadnych 

określonych skojarzeń. Widmowe te kontury nie tylko otaczały wyraźnie 

rozróżnialną przestrzeń, 

w której wnętrzu się znajdowałem, te kontury istniały również wewnątrz tej 

przestrzeni. 

Widziałem, jak przenikają krępą sylwetkę Bieriestowskiego i wydawało mi się 

nawet, że 

pojawiają się także w moim wnętrzu.

Oczy z wolna przyzwyczajały się do następujących po sobie kolorów — czerwonego 

fioletowego, i zacząłem dostrzegać w tych konturach niejakie prawidłowości. 

Wydawało mi się, 

że widzę zarysy jakiejś przedziwnej budowli. Jedna z jej ścian przenikała przez 

ramię 

Bieriestowskiego i przez moją czaszkę.

Trudno mi powiedzieć, co było dalej. Ból nie do wytrzymania przeszył cały mój 

organizm. 

Wydawało mi się, że jakaś siła wydziera mi wnętrzności. Otaczająca mnie 

przestrzeń 

eksplodowała z oślepiającym błyskiem i straciłem przytomność.

Najpierw powrócił ból i ten ból kazał mi pomyśleć, że jednak żyję. Potem 

poczułem odór 

spalonych przewodów i zapach ozonu. Potem otworzyłem oczy. Laboratorium było 

pełne dymu. 

Przezwyciężając ból podszedłem do fotela, w którym leżał skulony Bieriestowski. 

Ująłem w 

dłonie jego głowę, jęknął.

— Przebicie kondensatorów — wychrypiał. — Gdyby to się zdarzyło po 

przekroczeniu 

background image

granicy przejścia, byłby z nami koniec. Oczywiście, zostaliśmy wyrzuceni z 

powrotem po 

krzywej opadającej.

Bieriestowski, nawet na wpół przytomny, pozostawał wierny sobie.

Zataczając się wyszedłem z laboratorium. Na podwórzu rzucił się na mnie 

owczarek, ale 

nieoczekiwanie podwinął ogon pod siebie, zawył i uciekł.

Dowlokłem się do domu czepiając się płotów i ścian. Ze słabości załamywały się 

pode mną 

nogi. Nieliczni przechodnie patrzyli na mnie ze zdziwieniem.

Kiedy wszedłem do pokoju, machinalnie zbliżyłem się do lustra. Moje własne 

odbicie wydało 

mi się zupełnie obce. Jakoś tam dotarłem do łóżka, zwaliłem się na nie nie 

rozbierając się i 

zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, przy łóżku siedział lekarz w białym kitlu. U mego wezgłowia 

stała 

przerażona właścicielka domku, w którym wynajmowałem pokój.

— Ależ pan sobie pospał — powiedział doktor. — Już chciałem przewieźć pana do 

szpitala. 

Teraz już wszystko jest w porządku, ale będzie pan musiał przez kilka dni 

pozostać w łóżku. 

Proszę brać te krople. To wszystko jest rezultatem wyczerpania, przemęczenia. 

Nawiasem 

mówiąc, czy lekarze mówili już panu kiedyś, że ma pan serce z prawej strony? 

Zaprzeczyłem.

— To dziwne, że pan o tym nie wiedział. To dość rzadko spotykane odchylenie od 

normy.

— Mam już zupełnie dosyć wszelkich odchyleń od normy — powiedziałem, 

odwracając 

background image

się 

twarzą do ściany. — Serdeczne dzięki!

Lekarz poklepał mnie po ramieniu, powiedział coś półgłosem do mojej gospodyni i 

wyszedł. 

Zasnąłem znowu.

…Po kilku dniach listonosz przyniósł mi list od Bieriestowskiego. Profesor 

pisał, że choroba 

nie pozwala mu opuszczać mieszkania i prosił, abym go odwiedził w bardzo ważnej 

sprawie.

Nie odpowiedziałem na ten list.

Minęło jeszcze kilka dni. Wydawało się, że Bieriestowski postanowił zostawić 

mnie w 

spokoju. Ale w niedzielę rano, kiedy właśnie wybierałem się do miasta, jakiś 

śmiertelnie 

przerażony chłopaczek przyniósł mi świstek papieru. Nie zdążyłem go przeczytać, 

a mały już 

zniknął bez śladu.

„Niech Pan przyjdzie jak najszybciej. Wszystko Panu opowiem. To bardzo ważne”. 

— 

Te trzy 

zdania nabazgrane były ołówkiem na świstku. Podpisu nie było, ale rozpoznałem 

niezwykły 

charakter pisma Bieriestowskiego, jego pochylone w lewo litery. Cisnąłem świstek 

na podłogę i 

poszedłem na stację.

Tak się złożyło, że zostałem w mieście przez dwa dni, i przez cały ten czas nie 

opuszczało 

mnie ani na chwilę jakieś złe przeczucie. Prawdę mówiąc żałowałem, że zachowałem 

się wobec 

Bieriestowskiego aż tak brutalnie. Wyobrażałem sobie chorego, samotnego starca, 

background image

który 

niecierpliwie czeka, aż przyjdę, i postanowiłem, że zaraz po powrocie na 

letnisko pójdę go 

odwiedzić.

Prosto z pociągu poszedłem w stronę domu Bieriestowskiego. Ku memu zdziwieniu 

drzwiczki 

w parkanie były otwarte, a obok nich stał milicjant.

— Wejście wzbronione — powiedział, zagradzając sobą przejście.

Pokazałem mu swoją legitymację prasową.

— Zamelduję śledczemu — powiedział salutując — proszę tutaj poczekać.

Po kilku minutach wrócił i polecił mi iść za sobą. Pierwszą rzeczą, która 

rzuciła mi się w oczy, 

był zabity pies.

— Trzeba go było zastrzelić — powiedział milicjant — nie pozwalał nikomu wejść.

Weszliśmy do laboratorium, a raczej do tego, co niegdyś nim było.

Cały środek laboratorium po prostu nie istniał. Głęboki lej ział w podłodze. 

Brakowało także 

dużej części sufitu w centrum pomieszczenia. Ta część wyposażenia laboratorium, 

która się 

zachowała, wyglądała nad wyraz dziwnie. Mniej więcej tak wygląda kostka cukru, 

jeśli przez 

dobrą chwilę była zanurzona w gorącej kawie.

Podszedł do mnie młody człowiek ubrany po cywilnemu. Był to z pewnością śledczy.

— Niestety, w tej chwili nie możemy przekazać prasie żadnych jeszcze informacji 

— 

powiedział. — Wszystko to każe przypuszczać, że nastąpił tu wybuch, ale wybuch o 

takiej sile 

musiał być słyszany poza naszą miejscowością. Dziwne jest to, że nic nie 

usłyszał, nawet 

najbliżsi sąsiedzi. Nie wiedzielibyśmy o niczym, gdyby nie pies, który okropnie 

background image

wył. Wył 

nieustannie przez dwie doby.

Jeszcze raz objąłem spojrzeniem szczątki laboratorium i wyszedłem na ulicę. 

Nawet nie 

spytałem o losy Bieriestowskiego. Wszystko było dla mnie jasne.

„Wybuch miał miejsce nie tutaj, ale tam, na antypodach białego smoka” — 

pomyślałem.

Oto jest wszystko, o czym zamierzałem napisać.

Aha, zapomniałem wspomnieć o tym, że dentysta, u którego od lat leczę zęby, 

gotów jest 

przysiąc, że koronkę, którą mam na lewej górnej czwórce, założył mi kiedyś 

osobiście na górną 

czwórkę, ale prawą. Twierdzi, że to jedyny wypadek, kiedy go zawiodła pamięć 

zawodowa, z 

której jest tak bardzo dumny.

I oto mija pięć lat, od kiedy przy pisaniu posługuję się lewą ręką. Tak mi 

wygodniej.

Przełożyła Irena Lewandowska

Ilja Warszawski

KAWIARNIA „POD MOLEKUŁĄ”

Wskazówki Elektronowego Kalkulatora Sprawowania się Miszki przez cały tydzień 

niezmiennie wskazywały stopień: „celująco”, postanowiliśmy więc uczcić to 

wydarzenie.

Lula zaproponowała, żebyśmy się wybrali na koncert Silnych Wrażeń. Ja 

powiedziałem, że 

można by zwiedzić Muzeum Zapachów Alkoholowych Napojów 

Wysokoprocentowych. A 

Miszka zażądał, żebyśmy poszli do kawiarni „Pod molekułą”.

Oczywiście pojechaliśmy do kawiarni, bo to przecież właśnie Miszka tak dobrze 

się 

background image

sprawował i byłoby rażącą niesprawiedliwością pozbawiać go prawa wyboru.

Na myślolocie dotarliśmy do kawiarni bardzo szybko. W drodze tylko raz zatrzęsło 

nami, 

kiedy pomyślałem, że warto by jednak na minutkę wpaść do Muzeum. Na szczęście 

nikt tego nie 

zauważył.

W kawiarni skierowaliśmy się do czerwonego stolika, ale Lula powiedziała, że 

bardziej jej 

smakują potrawy syntetyzowane z jasnej nafty niż te z ciemnej.

Przypomniałem jej o tym, co pisały gazety, że nie ma między tymi potrawami 

żadnej istotnej 

różnicy.

Lula na to, że być może jest to jej kaprys, ale że jeżeli już robi się coś dla 

własnej 

przyjemności, to czemu nie pozwolić sobie na kaprysy.

Nie sprzeczaliśmy się z nią, bo bardzo kochamy naszą Lulę i chcieliśmy, żeby 

miała jak 

najwięcej przyjemności z naszego pobytu w kawiarni.

Kiedy usiedliśmy przy białym stoliku, na ekranie telewizora pojawił się robot w 

białej 

czapeczce i w białym fartuchu. Uśmiechnięty robot poinformował nas, że w 

kawiarni syntezy 

molekularnej mamy do wyboru trzysta sześćdziesiąt dań. By otrzymać wybrane 

danie, należy 

nakręcić jego numer na tarczy automatu i danie zostanie zsyntetyzowane wprost na 

naszych 

talerzach. Robot powiedział jeszcze, że jeżeli mamy ochotę na coś, czego nie ma 

w karcie, to 

musimy przymocować do głowy antenę i wyobrazić sobie to danie, a wtedy automat 

wykona 

background image

nasze zamówienie.

Spojrzałem na Miszkę i zrozumiałem, że mamy ochotę wyłącznie na to, czego nie ma 

karcie.

Lula zamówiła dla siebie porcję oładków, a ja pseudobefsztyk pospolity. Befsztyk 

był rumiany 

i wyglądał nad wyraz apetycznie. Lula powiedziała, że nie zdoła zjeść tylu 

oładków i żebym 

wziął od niej połowę jej porcji Tak też zrobiliśmy, a ja jej oddałem połowę 

.befsztyka.

Kiedyśmy się tym zajmowali, Miszka smętnie dłubał widelcem w potrawie własnego 

pomysłu, składającej się z kiszonych ogórków, śledzia, bitej śmietany i dżemu 

malinowego i 

próbował zrozumieć, dlaczego czasami połączenie bardzo dobrych rzeczy daje w 

rezultacie takie 

obrzydliwstwo.

Zlitowałem się nad nim i wstawiłem jego talerz do destruktora, a Lula 

powiedziała, że kiedy 

wymyśla się jakieś danie, należy się bardziej skoncentrować.

Wtedy Miszka zaczął syntetyzować ciastko w kształcie rakiety kosmicznej, a ja 

przez ten czas 

próbowałem wyobrazić sobie, jaki smak miałby przygotowywany dla mnie napój, 

gdyby dodać 

do niego parę kropli koniaku. Kiedy mi się to już prawie udało, zapaliła się 

nagle czerwona 

lampka, na ekranie pojawił się robot i powiedział, że u nich nie wolno robić 

takich rzeczy.

Lula pogłaskała mnie po ręku i powiedziała, że jestem biedactwo, że z kawiarni 

ona z Miszką 

pojedzie do domu, a ja mogę sobie iść do Muzeum. Lula zawsze troszczy się o 

background image

innych bardziej 

niż o siebie. Wiedziałem przecież, że bardzo chciała iść na koncert Wrażeń. 

Powiedziałem, że ja 

pójdę z Miszką do domu, a ona niech jedzie na koncert. Wtedy ona powiedziała, że 

najlepiej 

będzie, jeżeli wszyscy troje pójdziemy sobie do domu i spokojnie spędzimy resztę 

wieczoru.

Zachciało mi się sprawić jej przyjemność i wymyśliłem dla niej owoc, który z 

kształtu 

przypominał pomarańczę, w smaku — lody, zapachem — jej ulubione perfumy. Lula 

uśmiechnęła się i odważnie ugryzła duży kawałek.

Bardzo lubię, kiedy Lula się uśmiecha, bo wtedy kocham ją jeszcze bardziej.

Kiedy wsiadaliśmy do myślolotu, żeby udać się do domu, Lula powiedziała, że 

takie 

staroświeckie molekularne kawiarnie są szalenie miłe, a jedzenie w nich jest 

znacznie 

smaczniejsze niż to, które syntetyzuje się w domu z centralnej stacji.

Pomyślałem, że jest tak zapewne dlatego, że kiedy syntetyzuje się potrawy 

systemem 

przewodowym, nie sposób uniknąć niepożądanych dodatków i zanieczyszczeń.

A wieczorem Lula nagle się rozpłakała. Powiedziała, że syntetyczne jedzenie to 

paskudztwo, 

że ona, Lula, nienawidzi cybernetyki i chce żyć na łonie przyrody, — chodzić 

piechotą, doić kozę 

i pić prawdziwe mleko zagryzając je smacznym razowcem. A potem powiedziała 

jeszcze, że 

Silne Wrażenia to parodia ludzkich uczuć.

Miszka również rozryczał się i oświadczył, że Kalkulator Sprawowania się to 

obrzydliwy 

wymysł, i że Tomek Sawyer, który żył w starożytności, znakomicie obchodził się 

background image

bez 

Kalkulatora. Potem powiedział jeszcze, że tylko po to zapisał się do kółka 

elektroniki, żeby 

nauczyć się oszukiwać Kalkulatora, i że jeżeli mu się to nie uda, to zrobi sobie 

procę i rozstrzela 

z niej ten idiotyczny automat.

Uspokajałem ich jak umiałem, chociaż także pomyślałem, że być może Muzeum 

Zapachów 

nie jest takim świetnym wynalazkiem, jak mi się to wydawało. Pomyślałem sobie 

także o 

pseudorumsztykach. Najprawdopodobniej po prostu wszyscyśmy się zmęczyli 

zamawiając sobie 

jedzenie.

A potem położyliśmy się spać.

W nocy śniło mi się, że samotnie walczę z niedźwiedziem, i że wszyscy siedzimy 

przy 

ognisku, jemy znakomite niedźwiedzie mięso pachnące krwią i dymem.

Miszka pakował do ust olbrzymie jego kawały, a Lula uśmiechała się do mnie swoim 

prześlicznym, nieco nieśmiałym uśmiechem.

Trudno sobie wyobrazić, jaki byłem szczęśliwy we śnie, bo nie pamiętam, czy już 

o tym 

mówiłem? — strasznie kocham Lulę i Miszkę.

Przełożyła Irena Lewandowska

Ilja Warszawski

CZERWONE PACIORKI

Nazywał się Wasyl Niłycz. Nie wiedzieć czemu wywoływało we mnie to imię myśli 

rubachach kupców i o spichrzach pełnych mąki.

Mieszkaliśmy w jednym pokoju i to bynajmniej nie wprawiało mnie w zachwyt. W 

nocy 

background image

chrapał i wtedy nienawidziłem go z całego serca.

Zresztą trzeba przyznać, że i we dnie nie wzbudzał specjalnej sympatii. Była to 

istota żałosna, 

nie wiadomo czym przerażona i pogrążona w głębokiej zadumie. Miał niemiły 

zwyczaj 

wzdrygania się, kiedy ktoś zwracał się doń w jakiejkolwiek sprawie.

Niekiedy wydawało mi się, że bardziej niż czegokolwiek innego obawia się tego, 

by osoby 

postronne nie odgadły jego myśli.

Nigdy niczego nie czytał oprócz grubej, zasmarowanej książki, którą w nocy 

chował pod 

poduszką.

Był jedynym kuracjuszem w sanatorium, który ani razu nie kąpał się w morzu. Co 

dzień, przy 

największym upale, pojawiał się na plaży z czarnym parasolem pod pachą, w 

czarnych 

skórzanych półbutach i w zapiętej pod szyją wypłowiałej niebieskiej koszuli. 

Wbijał w piasek 

otwarty parasol, kładł się w ubraniu, z głową w cieniu parasola, i zagłębiał się 

w swojej księdze.

Trudno by było określić, ile mógł mieć lat. Czasem wydawał mi się bardzo stary, 

chociaż 

najprawdopodobniej nie była to starość, ale przedwcześnie zakończona młodość. 

Myślę, że nie 

miał więcej niż trzydzieści pięć lat.

Przemieszkawszy z nim miesiąc w jednym pokoju nie wiedziałem, jaki ma zawód, w 

jakim 

jest wieku, ani gdzie mieszka na stałe.

Był pierwszą rzeczą, o której przestałem myśleć, kiedy tylko wsiadłem do 

samolotu.

background image

Spieszyłem się do domu, więc byłem bardzo niezadowolony, kiedy okazało się, ze z 

powodu 

nielotnej pogody trzeba będzie jakiś czas przesiedzieć na przypadkowym lotnisku. 

W hotelu nie 

było miejsc, załamany perspektywą spędzenia bezsennej nocy usiadłem w 

restauracji przy oknie 

wychodzącym na płytę startową z zamiarem przesiedzenia tam do rana. W każdym 

razie było to 

lepsze niż próba zaśnięcia w jednym ze stojących w poczekalni foteli.

Moje myśli zaprzątały wyłącznie sprawy służbowe i mimo woli drgnąłem 

usłyszawszy 

znajomy głos.

— Przepraszam, czy to krzesło jest wolne?

Przede mną stał Wasyl Niłycz z walizką w ręku i ze swoją książką pod pachą.

Kiedy go tu zobaczyłem, zdziwiłem się ogromnie, bo sam słyszałem, jak zamawiał 

bilet 

kolejowy jeszcze w uzdrowisku.

— W ostatniej chwili zrezygnowałem z pociągu i postanowiłem lecieć — 

odpowiedział na 

moje pytanie. — Boję się, że w domu nie wszystko jest w porządku.

Był niesłychanie podniecony i nie ukrywał swojej radości z powodu naszego 

spotkania. 

Powiedział, jak jest rad z tego, że spotyka kogoś znajomego.

Istnieje choroba, którą popularnie nazywają reisefiber. Cierpią na nią w 

mniejszym lub 

większym stopniu wszyscy ludzie. Najostrzej choroba ta atakuje natury 

niezrównoważone, 

zdolne do szybkiej zmiany nastroju od nagłego podniecenia aż do zupełnej 

depresji. Takiemu 

człowiekowi wydaje się zawsze, że ludzie stojący przed nim w kolejce do kasy 

background image

wykupią 

wszystkie bilety, że kasa sprzeda kilka biletów na to samo miejsce, że rozkład 

jazdy został dziś 

właśnie nagle zmieniony, ze pociąg odszedł przed czasem, który kasjerka 

oznaczyła na bilecie. 

Taki człowiek zawsze przyjeżdża na dworzec na długo przed podstawieniem pociągu, 

próbuje 

pierwszy wedrzeć się do wagonu miażdżąc współpasażerów swoją walizką. Nigdy 

nie 

wychodzi 

na peron w czasie postoju, bo się boi, że pociąg odjedzie bez niego. Gwizd 

lokomotywy jest w 

stanie doprowadzić go do ataku nerwowego.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że Wasyl Niłycz to klasyczny przypadek tej 

choroby w 

jej najcięższej formie.

Blady, o trzęsących się rękach, z napięciem wsłuchiwał się w głos spikera 

zapowiadającego 

odloty samolotów, próbując za każdym razem biec nie wiedzieć dokąd ze swoją 

walizką.

Zamówił u kelnerki obiad, ale natychmiast odwołał zamówienie bojąc się, że nie 

zdąży zjeść.

— Widzi pan, w informacji powiedziano, że lot odłożony jest do szóstej rano. Ale 

przecież 

pogoda może zmienić się wcześniej. Nie, lepiej już być przygotowanym.

Włożyłem wiele wysiłku w to, by go uspokoić i zmusić do jedzenia. Udało mi się 

nawet 

namówić go na wypicie kieliszka koniaku.

Siedzieliśmy w milczeniu obserwując ruchliwe życie dworca lotniczego.

Wielka ćma usiadła na jasnej plamie światła rzucanego przez lampę na obrus.

background image

— Pomyśleć tylko — powiedziałem patrząc na jej skrzydła — o ile przyroda jest 

bardziej 

pomysłowa od człowieka. Spalamy dziesiątki ton paliwa w silnikach samolotu, a 

niewielka ilość 

pyłku na skrzydłach takiej ćmy umożliwia jej lot. Człowiek dotąd nie jest w 

stanie naśladować 

przyrody w sposób doskonały. Wynaleźliśmy koło, łożysko kulkowe tylko dlatego, 

że nie 

umiemy naśladować przyrody, która stworzyła mechanizmy znacznie doskonalsze.

— Zawracanie głowy! — niespodziewanie przerwał mi Wasyl Niłycz. — Śmigło czy 

też 

skrzydło, jakie to ma znaczenie? W naturze istnieją znacznie ciekawsze zjawiska, 

które 

powinniśmy opanować! Mam na myśli reakcje chemiczne zachodzące w żywej 

komórce — 

dodał po krótkiej chwili milczenia.

Najwidoczniej temat ten bardzo go interesował, gdyż nawet podniósł się z 

krzesła. Nigdy nie 

widziałem go takim stanie. Na bladej zazwyczaj twarzy pojawił się rumieniec. 

Wydało mi się, że 

po raz pierwszy w ciągu naszej całomiesięcznej znajomości jego oczy stały się 

rozumne i 

uważne.

Gdzież się podział przygnębiony człowieczek, przytłoczony i ogłuszony krzątaniną 

dużego 

dworca? Zmienił się nawet sposób, w jaki prowadził rozmowę. Głos jego brzmiał 

twardo i 

spokojnie.

— Ponieważ już zaczęliśmy mówić na ten temat — powiedział, siadając z powrotem 

na 

background image

swoim miejscu — chcę coś panu opowiedzieć.

Zajmuję się chemią organiczną. Już w młodości pasjonowała mnie tajemnica żywej 

komórki. 

Wstępując na uniwersytet postanowiłem, że zostanę biochemikiem. Jednak, z 

przyczyn ode mnie 

niezależnych, nie udało mi się zrealizować tego marzenia. Kiedy skończyłem 

studia, podjąłem 

pracę w instytucie, który zajmował się zagadnieniami produkcji tworzyw 

sztucznych. Moja 

sytuacja była nie najgorsza, miałem dobre warunki do pracy. Nikt nie krępował 

mojej inicjatywy 

i miałem przed sobą otwartą drogę do szybkiego uzyskania stopnia naukowego, 

który jest 

niezbędny dla każdego, kto postanowił poświęcić swoje życie badaniom naukowym.

Jednakże bardzo szybko wyjaśniło się, że nie ma i zrozumienia między mną a moim 

profesorem. Trwająca nadal fascynacja biochemią podsunęła mi myśl o możliwości 

zaprogramowania przy syntezie tworzyw sztucznych procesów analogicznych do 

tych, 

które 

zachodzą w żywej komórce. Sądziłem, że można utworzyć polimery, które 

kierowałyby syntezą 

mas plastycznych tak mniej więcej, jak kwas nukleinowy w komórkach żywego 

organizmu 

kieruje syntezą białka i określa ogólną strukturę organizmu.

Wyśmiano mnie. Myśl utworzenia „nosiciela cech dziedzicznych” dla tworzyw 

sztucznych 

wydawała się wszystkim tak absurdalna, że stała się wkrótce w naszym instytucie 

synonimem 

każdego lapsusu naukowego. Najbardziej przykre było to, że nie uważano nawet za 

konieczne 

background image

dyskutować ze mną na ten temat. Dowody, które cytowałem na obronę mojej tezy, 

wywoływały 

co najwyżej pobłażliwy uśmiech.

Przeniosłem się do innego laboratorium, ale moja sytuacja bynajmniej nie uległa 

poprawie. 

Nowy profesor uważał moją ideę za pozbawioną perspektyw. Obiektywnie rzecz 

biorąc miał 

rację. W przyszłości sam miałem przekonać się o tym, jak kolosalne trudności 

stoją na drodze do 

zrealizowania tego, co sobie zamyśliłem.

Ponieważ wiązał mnie formalny zakaz kontynuowania doświadczeń w interesującej 

mnie 

dziedzinie, zacząłem zostawać w laboratorium na popołudnia i zachowywać wszelkie 

środki 

ostrożności, aby ukryć rzeczywisty charakter moich prac. Jednak w takim stopniu 

byłem opętany 

przez swoją ideę, że nie mogło to pozostać bez wpływu na poziom moich 

zasadniczych prac. 

Doszło do bardzo nieprzyjemnej rozmowy z kierownikiem laboratorium. 

Wyczuwałem, 

że moja 

sytuacja w instytucie staje się bardzo dwuznaczna i niewygodna. Moi rówieśnicy 

dawno już 

obronili swoje prace doktorskie i z powodzeniem pracowali nad poważnymi 

problemami 

naukowymi, mnie zaś poruczano tylko zadania drugorzędne, nie wymagające ani 

nadzwyczajnej 

fantazji, ani specjalnego przygotowania naukowego. Uważano mnie za bardzo 

przeciętnego 

pracownika.

background image

Minęło tak kilka lat.

W spadku po matce odziedziczyłem niewielki domek za miastem i stale tam 

mieszkałem. Tam 

właśnie, w szopie, urządziłem sobie podręczne laboratorium. Cały mój wolny czas 

starego 

kawalera poświęcałem na doświadczenia.

Nadszedł wreszcie dzień, w którym wydało mi się, że jestem na właściwej drodze. 

Udało mi 

się uzyskać polimer syntetyzujący na swojej powierzchni sztuczne tworzywo z 

roztworu 

formaldehydu.

Trudno mi wyrazić, co czułem tego dnia, kiedy w akwarium zaczęły powstawać 

niewielkie 

czerwone drobiny tworzywa. To było coś więcej niż narodziny nowej technologii. 

Okazało się 

rzeczą możliwą sztuczne powtórzenie tego, czego przyroda dopracowała się w ciągu 

miliardów 

lat ewolucji.

Otrzymane przeze mnie kawałeczki tworzywa przypominały korale i wyglądały tak, 

jak gdyby 

wszystkie wyszły spod jednej sztancy. Każdy z nich miał kształt kuleczki z 

sześcioma 

niewielkimi wyrostkami.

Przesiedziałem w szopie całą noc obserwując przy świetle naftowej lampy ich 

narodziny.

Rano w drodze do pracy myślałem o nowych fabrykach produkujących przedmioty z 

tworzyw 

sztucznych bez ciężkich i skomplikowanych urządzeń używanych we współczesnym 

przemyśle. 

Nieważne było to, że chwilowo udało mi się to osiągnąć tylko w bezużytecznym 

background image

kształcie, 

przydatnym co najwyżej do produkowania paciorków czy koralików dla kobiet. Nie 

miałem 

wątpliwości, że opanowanie nowej zasady pozwoli na hodowanie przedmiotów o 

każdym 

dowolnie zaplanowanym kształcie. Wszystko zależało od struktury polimeru 

kierującego syntezą.

Kiedy wieczorem wróciłem do domu, upewniłem się, że paciorków, jak je 

nazywałem 

myśli, jest już znacznie więcej. Na dnie akwarium było ich co najmniej 

trzydzieści. Robiły się 

coraz większe, ale nadal zachowywały swój pierwotny kształt. Część z nich po 

osiągnięciu 

określonych wymiarów przybrała kształt owalny, w środku pojawiało się cienkie 

przewężenie.

Olśnił mnie nagły domysł — wyglądało na to, że paciorki rozmnażały się przez 

podział, 

zupełnie tak samo jak żywa komórka. Kilka z nich wyjąłem z roztworu i wtedy 

okazało się, że 

niektóre z nich już podzieliły się na dwie części, z których każda miała po trzy 

wyrostki. W 

miejscach podziału zaczynały wyrastać trzy nowe.

To wszystko nieco mnie zdetonowało, ale dosyć szybko zrozumiałem, że proces 

podziału 

można zatrzymać wyjmując dorosłe paciorki z akwarium. Pozbawione odżywczego 

roztworu nie 

mogły już rosnąć. Może pan sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy .wieczorem 

odkryłem, że 

wyjęte z roztworu paciorki rozmnażają się nadal, choć w tempie znacznie 

background image

wolniejszym niż to 

miało miejsce w akwarium. Paciorki syntetyzowały węglowodór z dwutlenku węgla i 

z pary 

wodnej znajdującej się w atmosferze. Upewniłem się co do tego, kiedy umieściłem 

paciorki w 

eksykatorze. W atmosferze pozbawionej pary wodnej wzrost paciorków zostawał 

zahamowany.

Stanął przede mną nowy problem: z jednej strony było to bardzo nęcące — 

możliwość 

syntetyzowania tworzyw sztucznych wprost z powietrza, bez wydatkowania 

jakiejkolwiek 

energii, ale z drugiej strony nie wolno było dopuścić do tego, by wyroby z tego 

tworzywa 

rozmnażały się w nieskończoność. Niech pan sobie wyobrazi, ze kupił pan 

filiżankę i postawił ją 

w kredensie, a po jakimś czasie cały pana dom jest przepełniony identycznymi, 

zupełnie 

niepotrzebnymi filiżankami!

Należało za wszelką cenę znaleźć sposób powstrzymania rozrostu paciorków. Udało 

mi się 

ustalić, ze procesy wzrostu i podziału paciorków nie zachodzą bez udziału 

światła słonecznego, 

ale sam pan rozumie, że nie mogło to stanowić podstawy praktycznego technicznego 

rozwiązania 

problemu. Nikomu nie są potrzebne wyroby, którymi można się posługiwać tylko 

ciemności. 

Wiele dni spędziłem na męczących rozmyślaniach.

Przez ten czas namnożyła się straszna ilość paciorków. Nie mieściły się już w 

akwarium i 

zalegały znaczną część podłogi szopy. Ze zgrozą obliczałem, ile to ich będzie za 

background image

miesiąc, jeżeli 

nadal będą się rozmnażały w postępie geometrycznym.

Aż wreszcie olśniła mnie idea — postanowiłem zniszczyć w paciorkach polimer 

kierujący ich 

wzrostem i ich rozmnażaniem się. Zdecydowałem, że użyję do tego celu promieni 

rentgenowskich.

Zabrałem ze sobą kilka paciorków, namówiłem znajomego inżyniera z laboratorium 

rentgenologicznego w naszym instytucie, aby naświetlił je bardzo silnie. Nie 

mogłem mu 

wytłumaczyć, do czego mi to potrzebne, ale prosiłem go tak usilnie, że w końcu 

się zgodził.

Najwidoczniej promieniowanie dało oczekiwane rezultaty, bo część paciorków 

przestała 

rosnąć i rozmnażać się. Za to pozostałe spośród napromieniowanych dostarczyły mi 

mnóstwa 

kłopotów. Gdybyśmy mówili nie o wyrobach z tworzyw sztucznych, ale o żywych 

organizmach, 

to co się stało, nazwałbym mutacją. Najwidoczniej struktura polimeru nie została 

w tych 

paciorkach zniszczona, tylko uległa przebudowie, ponieważ w następnych 

pokoleniach paciorki 

zmieniły kolor i kształt.

Teraz miałem do dyspozycji olbrzymią wielość różnych form. Na podłodze szopy 

wznosiła się 

piramida różnokolorowych paciorków o najróżniejszych kształtach i kolorach, z 

najrozmaitszymi 

ilościami wyrostków.

Uspokoiłem się nieco, kiedy zobaczyłem, że najniższe warstwy paciorków, 

pozbawione 

dostępu powietrza, przestały rosnąć i rozmnażać się. Możliwe, ze powodowało to 

background image

pochłanianie 

dwutlenku węgla i pary wodnej przez paciorki lezące w górnych warstwach 

piramidy. W ogóle 

wydawało mi się, że w wielkich skupiskach paciorki rozwijają się znacznie 

wolniej.

Pewnego razu stojąc koło jednej z piramid zauważyłem, ze z jej wnętrza wytoczyła 

się 

przezroczysta kulka całkowicie pozbawiona wyrostków. Takiej postaci paciorka 

jeszcze nie 

spotkałem.

Tego dnia popełniłem wielki błąd: zamiast natychmiast spalić ową kulkę, 

położyłem ją na 

stole, aby obserwować dalszy jej rozwój.

Kulka rosła bardzo szybko i już po dwóch dniach podzieliła się na dwie części. 

Po kilku 

dniach na stole leżała już spora kupka przezroczystych kuleczek. Wtedy 

zaobserwowałem ich 

nowe właściwości. Kulisty kształt i nadzwyczaj gładka powierzchnia nie pozwalały 

im 

gromadzić się w dużych skupiskach. Pod ciężarem paciorków leżących w górnej 

warstwie dolne 

toczyły się we wszystkie strony i zaczynały samodzielne bytowanie, najbardziej 

sprzyjające dla 

syntetyzowania węglowodoru z powietrza. Powstawała nowa kupka i kulki znowu 

toczyły się we 

wszystkie strony.

W odróżnieniu od paciorków kulki nieustannie zmieniały miejsce swego pobytu. Na 

pierwszy 

rzut oka mogło się wydawać, ze czynią to świadomie.

Wykopałem wokół szopy rów, ale i to nie pomogło. Rów napełnił się i kulki 

background image

toczyły się coraz 

dalej i dalej. Kilka z nich znalazłem w sadzie sąsiada. Byłem zupełnie bezradny 

i podejmowane 

przeze mnie próby opanowania ich ekspansywności nie dawały żadnych rezultatów. 

Parokrotnie 

próbowałem obliczyć ilość kulek, która powstanie po pięćdziesiątym podziale i za 

każdym razem 

oszałamiały mnie astronomiczne rezultaty obliczeń. Bardzo szybko kulki 

opanowałyby całą kulę 

ziemską, wypierając z niej wszystko, co żywe.

— „Pasażerowie samolotu «Tu–104» odlatujący do Leningradu proszeni są o 

przejście na 

płytę” — rozległ się z głośnika głos spikera.

Spojrzałem na zegarek. Była piąta trzydzieści rano. Wasyl Niłycz chwycił swoją 

walizkę i 

rzucił się w stronę wyjścia.

— Na miłość boską! — krzyknąłem w ślad za nim. — Co było dalej z tymi kulkami?

— Zachorowałem i musiałem jechać do tego idiotycznego sanatorium. Wszystkie 

paciorki i 

kulki spaliłem. Nie miałem innego wyjścia. Jeśli mam być szczery, to nie jestem 

pewien, czy 

parę sztuk nie zawieruszyło się u mnie na podwórzu. Te przezroczyste kulki są 

strasznie trudne 

do zauważenia! Przerażenie mnie ogarnia, kiedy sobie pomyślę, co będzie, jeżeli…

Dalej nie usłyszałem, bo Wasyl Niłycz zbiegał już na dół po schodach.

Przełożyła Irena Lewandowska

Ilia Warszawski

BIOPRĄDY, BIOPRĄDY…

— Kto do doktor Hipokratesowskiej? Proszę wejść, pani Mario, to do pani. Proszę 

na fotel.

background image

— Co panu jest?

— Przednie zęby.

— Zaraz zobaczymy. Tak, brakuje czterech górnych zębów. Jakie ząbki pan sobie 

życzy?

— Zwykłe, białe. Mostek na złotych koronkach.

— Nie o to mi chodzi. Chce pan mieć zęby mleczne czy stałe.

— Przepraszam panią doktor, nie rozumiem.

— Nie wstawiamy protez, ale powodujemy wyrastanie nowych zębów. To najnowsza 

metoda. 

Przykładamy do dziąseł zapisane na taśmie magnetycznej bioprądy dawcy, któremu 

wyrzynają 

się właśnie zęby. Pod ich wpływem pacjentowi zaczynają wyrastać zęby. Mleczne 

można 

odtworzyć w ciągu jednej wizyty, na stałe, przy pańskich dziąsłach, potrzebne 

będą trzy. Jeśli 

panu nie bardzo się śpieszy, to radziłabym jednak stałe. To wprawdzie troszkę 

bardziej boli, ale 

za to będzie pan mógł nimi gryźć, co tylko pan zechce.

— No dobrze, niech pani doktor robi stałe.

— Świetnie! Zaraz dopasujemy taśmę. Tak, cztery przednie górne zęby. Zębodawca 

Iwanow, 

sześć lat. Tamaro, niech pani weźmie taśmę z magnetoteki. Proszę szeroko buzię. 

Zaraz 

zamocujemy na dziąsłach kontakty. Troszkę wyżej głowa. Świetnie. Znalazła pani 

taśmę, 

Tamaro?

— Jest.

— Poszę założyć. Podłączyć przewody. Gotowe?

— Gotowe.

— Teraz proszę siedzieć spokojnie. Włączam! Ż–ż–ż–ż–ż–ż–ż–ż–ż–z–ż–ż–ż–ż…

background image

— Jak się czuje nasz pacjent?

— Hasznie uuje usta.

— Strasznie kłuje w ustach? To nic, trzeba troszkę pocierpieć. Rzecz warta tego. 

Żeby być 

pięknym, trzeba się umartwiać, jak mówi francuskie przysłowie. Kilka lat temu 

nie mogliśmy 

nawet marzyć o regenerowaniu nowych zębów. Teraz, wzmacniając bioprądy można 

ten 

proces 

przyśpieszyć tysiące razy.

— A–a–a–a–a–a–a–a….

— Ach, jaki niespokojny pacjent! Przecież powiedziałam, że trzeba będzie troszkę 

pocierpieć. 

Nie ma w tym nic strasznego, po prostu wyrzynają się panu zęby.

— O–o–o–o–o–o–o–o!…

— Ech, co z panem robić. Tamara, niech pani założy kontakty na skronie. Zaraz 

damy panu na 

uspokojenie bioprądy dawcy oglądającego komedię filmową. Nie, nie, pani Tamaro, 

Lenfilm tu 

na nic. Niech pani da całkowitą anestezję z Charlie Chaplinem.

— A–a–a–a–a–a–a–a–a–a–a–a!!!

— Trzeba będzie przerwać wizytę! Zaraz zobaczymy, dlaczego pan tak krzyczy… 

Tamara!!!

— Słucham…

— Jaką taśmę kazałam pani przynieść?

— Dawcy Iwanowa.

— A co pani przyniosła?

— To, o co pani doktor prosiła.

— No to dlaczego pacjentowi wyrastają na dziąsłach włosy zamiast zębów?

— Nie moja wina, pani doktor. To w magnetotece znów pomieszali taśmę. Mają tam 

background image

całą 

kupę Iwanowów i dali pewnie taśmę z zapisem bioprądów wzrostu brody, jaką 

posługuje się 

kosmetyka przy leczeniu łysych.

— A pani na co patrzyła. Przysyłają tu na praktykę smarkate studentki. Niech 

pani zaprowadzi 

pacjenta na oddział kosmetyczny i powie, że trzeba natychmiast usunąć włosy z 

błony śluzowej 

jamy ustnej. Niech pani sama dopilnuje, żeby wzięli taśmę z bioprądami dawcy 

szybko 

łysiejącego, a nie jakąś lipę na usuwanie brodawek.

Przełożył Zygmunt Burakowski

Michaił Jemcew

Jeremi Parnow

CZCICIEL SŁOŃCA

I

Frank zatrzymał się przed masywnymi drzwiami, obitymi czarną skórą Skromna i 

surowa 

miedziana tabliczka z napisem „J.E. Hughes, Redaktor Naczelny Daily Express” 

pociemniała od 

starości. Frank spojrzał na zegarek — była za trzy minuty dziesiąta.

Szef umówił się z nim równo na dziesiątą. Frank usiadł w skórzanym fotelu:

— Dobrze, posiedzę trzy minuty w poczekalni.

Frank, czyli Francis O’NeuiIły, był zastępcą kierownika działu naukowego. W 

redakcji 

uważano Franka za dziwaka, ale odnoszono się do niego z szacunkiem. Nie istniały 

dla niego 

żadne inne sensacje prócz naukowych. Gotów był poświęcić całą kolumnę na artykuł 

o badaniach 

właściwości DNK, czy na komunikat o odkryciu antyhyperonu. W ciągu 

background image

dziesięcioletniej pracy 

w gazecie Frank poznał wielu sławnych uczonych. Byli wśród nich młodzi fizycy, 

którzy 

niedawno zostali członkami Akademii i laureaci Nobla okryci już siwizną. Ale za 

każdym razem, 

gdy czekało go spotkanie z człowiekiem nauki, ogarniało Franka uczucie pokornej 

nieśmiałości i 

radosnego oczekiwania.

Frank śledził wszystko, co miało jakiś związek z zagadnieniami mikroświata, czy 

paralaksami 

czaso–przestrzeni, projektami zmiany klimatu Ziemi, czy też tajemnicami 

genetyki. Był przy tym 

doskonałym popularyzatorem. Nie rozrabiał materiału, jak manną kaszkę na 

talerzu, nie oblewał 

go soczkiem malinowym. Nienawidził wulgaryzacji i nie cierpiał krzykliwego 

dyletantyzmu 

naukowych terminów. Artystyczny obraz, kontakt z czytelnikami i wiara, że 

właśnie jego artykuł 

jest najważniejszy ze wszystkich trzydziestu dwóch szpalt gazety — to był główny 

oręż Franka.

Jednak wielu uważało go za dziwaka. Gdy rosyjski kosmonauta po raz pierwszy w 

dziejach 

świata pomyślnie poleciał w kosmos, Frank był w Moskwie. Inne dzienniki 

drukowały wywiady 

z bohaterem, jego biografię, fotografie żony i matki, opisywały dokładnie 

powierzchowność i 

wstydliwy uśmiech kosmonauty. A Frank posyłał do „Daily Expressu” telefonogramy 

znaczeniu lotu dla przyszłości, o niezwykłej precyzji oddzielania się stopni 

rakiety, o 

background image

telemetrycznej aparaturze.

Szef ciskał gromy.

Ale o dziwo, „Daily Express” rozprzedano i to bardzo szybko. Przecież w tym 

czasie 

wszystkie gazety były do siebie podobne: te same fotografie, takie same 

artykuły, a tylko 

artykuły Franka dostarczały czytelnikowi nowych szczegółów, na które z taką 

niecierpliwością 

czekał.

Szef uśmiechał się i ssał cukierki.

— Macie dziwaka — mówili koledzy i z wieloznaczącym uśmiechem zaciskali usta.

Frank spojrzał na zegarek, wstał i otworzył drzwi.

— O! Frank, mój drogi, czekam na pana. Proszę, niech pan siada.

Ten różowolicy, zupełnie łysy tłuścioch wygląda jak wielkie niemowlę — takie 

porównanie 

przychodziło Frankowi na myśl za każdym razem, kiedy siedział w gabinecie szefa.

— Nie chce pan? — Hughes podał Frankowi otwartą puszkę cukierków.

— Dziękuję panu — Frank ostrożnie podchwycił bursztynową, przylepiającą się do 

palców 

rybkę i włożył ją do ust. Hughes wpakował sobie do paszczy całą garść.

— Oczekuję od pana sensacji, Frank, prawdziwej sensacji. Może pan się domyśla, 

jakiej?

— Mam akurat doskonały materiał o doktorze Madawarze. On…

— Kto to taki?

— Biolog, laureat Nobla.

— Nie pójdzie. To żadna sensacja. Trzeba mi czegoś takiego — Hughes usiłował 

strzelić 

swoimi pulchnymi, jak różowe kiełbaski, palcami — jakby to panu powiedzieć… 

Trzeba, żeby 

gazeta wyszła minimum w potrójnym nakładzie!

background image

— Niedawno tak właśnie było.

— Zupełnie słusznie, ale to zawdzięczałem rosyjskiemu lotnikowi, a teraz chcę to 

zawdzięczać swojemu współpracownikowi — na twarzy Hughesa ukazały się grube 

fałdy.

Frank odpowiedział mu chłodnym, grzecznym uśmiechem. Hughes wstał i komicznie 

kołysząc się na krótkich nóżkach przeszedł przez cały gabinet — do mapy.

— Olśniła mnie pewna idea, Frank. W swoim czasie „New York Herald” wysłała 

Stanleya do 

dżungli afrykańskiej. Gazeta potroiła nakład, a Belgia otrzymała Kongo. Niedawno 

„Daily Maił” 

posłała Ralfa Issarda na poszukiwania śnieżnego człowieka. Naprztykali 

fotoaparatami 

komunistyczne Chiny. Yeti oczywiście nie znaleźli, ale gazeta wychodziła w 

zdwojonym 

nakładzie.

— Nie mówiąc już o tym, że chłopcy z satyrycznych pism mieli okazję zarobić…

— Tak, tak, Frank, właśnie tak. Ale jeśli pan pozwoli, będę mówił dalej. A więc… 

no co tu 

dużo mówić! Jednym słowem, Frank, pojedzie pan na Saharę.

— Gdzie?

— Na Saharę. Zaraz panu wszystko wytłumaczę. Nie chcę, żeby pan tam coś 

odkrywał, wcale 

nie. Ważne, że pan pojedzie… Pojedzie pan jeepem we dwójkę z szoferem. On jest 

jednocześnie 

radiotelegrafistą. A my tu będziemy z niepokojem śledzili wasz los — plecy szefa 

zatrzęsły się 

od śmiechu, zupełnie jak stężona galareta.

— Ale dlaczego właśnie tam, dlaczego na pustynię?

— Przypominam sobie, że pan niedawno dał materiał o hipotezie pewnego 

naukowca. 

background image

Zdaje 

się, że to było o tektytach?

— Tak jest.

— No właśnie. On twierdzi, że jeszcze przed Adamem istniał kosmodrom, czy coś w 

tym 

rodzaju. No więc pojedzie pan sprawdzić tę hipotezę. Dobrze?

— Nie wiem, jak to tam będzie z nakładem, ale nawet jeśli wzrośnie, będzie pan 

to znów 

zawdzięczał Rosjanom. Oni dużo pracowali nad pochodzeniem tektytów.

— Nie tylko im. Nie tylko. Panu także, Frank. Przecież będziemy z niepokojem 

śledzili pański 

los.

— Wątpię, czy nawet najlepsza ekspedycja potrafi potwierdzić lub obalić tę 

hipotezę… 

Bardzo wątpię.

— Wcale nie o to chodzi. Yeti też nie znaleźli. Nawet poszukiwania Livingstona 

były tylko 

pretekstem.

— Pretekstem do czego?

— Do businessu, Frank. Mogą to być nowe kolonie, lub prestiż gazety.

— No tak, ale teraz…

— Teraz jeden warunek. Żadnych wrażeń z podróży, żadnego miejscowego kolorytu. 

Materiał 

zacznie pan nadawać po przybyciu na pustynię. Tylko tektyty, tylko starożytne 

znaleziska i 

wszelkie szaleńcze hipotezy.

— Sir!

— Żartuję, Frank. Materiał będzie odpowiednio opłacany. Po powrocie 

dwumiesięczny urlop. 

A teraz niech pan idzie do Patricka. On załatwi wszystkie formalności. Aha… 

background image

kiedy wszystko 

będzie gotowe, niech pan wpadnie pożegnać się.

II

Jeszcze parę godzin temu termometr wskazywał sześćdziesiąt. Lecz słońce zaszło i 

nad 

pustynią zapanowała straszna, zimna noc. Bez wiatru, bez szmeru. I tylko 

nieruchomo błyszczą 

gwiazdy, odbite równą lśniącą powierzchnią, pokrytą kryształkami gipsu. Czasem 

zaszeleści 

skorpion lub zaświszczy jaszczurka.

Frank stał przed wejściem do namiotu i pykał swoją nieodłączną fajeczkę ze 

szkockiego 

wrzosu. Jego wysoka, szczupła postać rzucała czarny cień, zniekształcony przez 

zastygłą, 

zmarszczoną powierzchnię piasku.

Wszędzie piasek — myślał Frank — natrętny, dokuczliwy piasek, wpadający w oczy, 

zgrzytający w zębach. A przecież nie jest bez pożytku. — Myśli Franka 

powędrowały na 

południe. Tam, gdzie toczy swoje wody szeroka i spławna rzeka Kongo.

Gdyby tam, gdzie kończą się gorące tropikalne bagna, gdzie zamiast wilgotnych 

tropikalnych 

lasów, rzekę otaczają wysokie skaliste brzegi, gdyby tam, w wąskiej szczelinie 

Stanley–Hill, 

zbudować wysoką tamę? Jak szeroko rozlałoby się Kongo! Już nie rzeka, lecz 

ogromne słodko 

wodne morze ukryłoby pod swoją powierzchnią cały ten rozsadnik malarii. Potem, 

gdyby cała ta 

nizina została zatopiona, woda skierowałaby się w jeden z dopływów wielkiej 

rzeki.

Frank widział, jak burzliwy potok zmusił rzekę do zawrócenia wstecz, do kanału. 

background image

Białą pianą 

burzy się woda koloru kawy, kłębi się w odmętach fal; jak ślicznotka zaplata 

warkocze, tak rzeka 

przeplata się ciemnymi falami. I leci, leci, by szumnym wodospadem spłynąć do 

kotliny jeziora 

Czad.

Czad tez przemieni się w słodkowodne wewnętrzne morze — myśli Frank i majaczy 

mu 

się 

lustrzana toń wody. Dokoła niego, jak przed tysiącami lat, kiedy żyli jeszcze 

starożytni rybacy — 

alassarasi, szumią zielone sawanny. Z odrodzonego morza Czad — jak to pięknie 

brzmi — 

morze Czad! — woda skieruje się do łożysk dawno nie istniejących rzek, 

niezliczonych wadi*. W 

ten sposób powstanie wielka rzeka — drugi Nil, który uniesie wody Konga do morza 

Śródziemnego. Sahara wtedy przeobrazi się! A ten suchy i straszliwy piasek o 

szarej barwie 

zamieni się w najbardziej urodzajną glebę na świecie! I zaszumią ogrody nad nową 

Afryką!

Frank wzdrygnął się od zimna i przykucnąwszy, zapalił maszynkę spirytusową.

— Halo, Mike! — Z namiotu dało się słyszeć senne mruczenie.

— Pan śpi?

Odpowiedzią było równomierne, jak przypływ, chrapanie.

— A czy to się kiedykolwiek urzeczywistni? — pomyślał Frank, nalewając wodę na 

kawę do 

imbryczka. — Na pewno. Przecież Rosjanie budują tamy w Egipcie. U nich wszystko 

inaczej, u 

tych Rosjan… Niedawno jeszcze byli naszymi sojusznikami, dlaczego by teraz nie 

można było 

background image

zawiązać nowego sojuszu i połączyć siły w walce z pustynią, z kosmosem?

W namiocie zadzwonił budzik.

Trzeba rozbudzić chłopaka, inaczej nie wstanie ——zadecydował Frank i na 

czworakach 

wlazł do namiotu.

— No, wstańże pan, Mike! Poia pańskiego dyżuru. Zaparzyłem kawę.

W upiornym niebieskawym świetle maszynki spirytusowej, załamującym się 

tysiąckrotnie w 

krystalicznym piaskowcu, można było ujrzeć, jak z namiotu wysunęła się 

spuchnięta i zmięta, 

dobroduszna i klasycznie leniwa twarz szofera.

III

Gdy się patrzy wstecz, można zobaczyć, jak do samego horyzontu biegną zwężające 

się 

stopniowo wzorzyste ślady opon. Gdy się patrzy naprzód, nie widzi się nawet i 

tego. Tylko 

piasek, nieruchomy okropny piasek, piasek do samego horyzontu.

— A przecież tu dawniej żyli ludzie, Mike.

— Żartuje pan — jedną rękę szofer trzymał na kierownicy, a drugą właśnie 

podnosił, żeby 

wytrzeć pot z twarzy.

— Ani myślę. Trzy tysiące lat temu rozlegał się tu gwar na bazarach wielkich 

miast. Po 

ulicach pędziły lekkie rydwany, końskie grzywy były zwinięte w drobne kółka i 

pomalowane 

ochrą.

Szofer z niedowierzaniem wzruszył ramionami.

— To prawda, Mike. Może pan nie wątpić. Mówią o tym wizerunki niezwykłej 

piękności, 

wyryte na skałach.

background image

— Zobaczymy je?

— Zobaczymy coś innego. Pamięta pan? Dwa tygodnie temu spotkaliśmy staruszka z 

plemienia Tahitok?

— Tego oberwańca, z którym pan rozmawiał po francusku?

— To nie oberwaniec. To potomek starodawnej rasy. Kiedy nasi przodkowie chodzili 

jeszcze 

w skórach, jego praszczurowie żyli już w dużych miastach, spali na puszystych 

dywanach i jedli 

z cyzelowanych srebrnych naczyń.

Frank zdjął ciemne okulary, przeciągnął mokrą od potu chusteczką po czole i 

nosie i znowu je 

włożył. Nie chciało mu się palić, nie chciało mu się również pić ciepłego 

„pepsi”. Och, gdyby tak 

można było odpocząć w chłodnym cieniu, zdjąć buty, wypić szklankę musującej, 

pełnej 

srebrzystych pęcherzyków gazu, mineralnej wody z lodem!

— A propos, ten staruszek to książę czy coś w tym rodzaju.

— Naprawdę? — Mike nieuważnie dotknął palcem jakiejś metalowej części i 

natychmiast 

wsadził palec do ust.

— Oparzył się pan? Niech pan włoży rękawiczki.

Trzeba będzie. Wszystko nagrzane jak w piekle, mówi pan, ze ten dziadyga jest 

tak samo 

znakomity, jak książę Lancasteru?

— W każdym razie jego ród jest starszy. On jest ichchagerenem. Dokładnie nie 

wiem, co to 

znaczy, ale myślę, że to coś w rodzaju tytułu. Zresztą to nie ma znaczenia. 

Interesująca jest inna 

rzecz — pokazałem mu tektyty i spytałem, czy nie napotykał czegoś w tym rodzaju. 

Pan wie, co 

background image

to są tektyty?

— Jakieś tam kamyczki?

— Są to kawałki naturalnego szkła. Naturalnego, ponieważ ich wiek oblicza się na 

dziesiątki 

tysięcy lat. Jeden tylko Bóg, a może diabeł, wiedzą, skąd się wzięły. Niektóre z 

nich są 

radioaktywne. Teraz w ich składzie wykryto takie izotopy, które wytwarza się 

tylko w sposób 

sztuczny.

— Reaktor atomowy sprzed potopu?

— Coś w tym rodzaju. Była hipoteza, że to ślady lądowania nieznanego astrolotu.

— Z atomowym napędem?

— No oczywiście! Piasek pod jego dyszami roztopił się i zamienił w radioaktywne 

szkło.

— Ciekawe…

— Moim zdaniem nie bardzo. Hipoteza na jeden dzień. Zrodziła się na fali 

zainteresowania 

kosmosem. O, rosyjski statek — sputnik — to rzeczywiście ciekawe. Niech pan 

sobie tylko 

wyobrazi… Błękitne pasemko, potem coraz bardziej i bardziej niebieskie, dalej 

coraz 

intensywniejszy fioletowy odcień, przechodzący w czerń kosmosu. Pomyśleć tylko, 

on widział 

to, czego jeszcze żaden człowiek na świecie nie widział!

— Amerykanie tez wkrótce polecą.

— Polecą, na pewno. Ale on był pierwszy! A to ma wielkie znaczenie.

— No dobrze, ale pan przecież zaczął o tym, jak go tam, księciu? On coś wie o 

tektytach7

— Tak. One są rozrzucone po całej pustyni. Biedne kobiety robią sobie z nich 

paciorki 

background image

Szczególnie dużo jest ich tu, w krainie Tanesruft.

— Dlaczego pan tak usilnie pragnie dostać się do tych przeklętych skał? Przecież 

tektyty są i 

tu?

— One są prawie wszędzie. W Australii, w Czechosłowacji.

— A co będziemy robić przy tych skałach? Siedzielibyśmy sobie w hotelu i 

posyłali listy do 

redakcji, zamiast jeździć ciągle po tym piekle!

— Nic pan nie rozumie — oczy Franka stały się głębokie i zagadkowe. — Nigdy pan 

nie 

zrozumie, jak szczęśliwy może być człowiek, jeżdżąc po tych piaskach, które 

pamiętają 

starożytne miasta, skacząc po skałach, gdzie starożytni rzeźbiarze osiągnęli 

nieśmiertelność. Tyle 

tu tajemnic, tyle strasznych i nie wyjaśnionych zagadek! Czasem wydaje mi się, 

ze nad pustynią 

unoszą się duchy. Tylko nie wiem jakie — dobre czy złe.

Mike nie odpowiedział Ślina lepiła mu się w ustach. W karku uciskało i kłuło jak 

od gorczycy. 

W głowie mu się kręciło, a blaszane niebo zdawało się spadać mu na plecy. Nagle 

ujrzał gdzieś w 

oddali jezioro. Strzeliste palmy przeglądały się w przezroczystej wodzie. W 

stronę jeziora 

podążała karawana. Dzwoneczki na wielbłądach podzwaniały smętnie. Mike 

wiedział, 

ze na 

pustyni istnieje zjawisko ,,fatamorgany’”, ale nigdy nie sądził ze piasek może 

śpiewać.

A Frankowi chwilami naprawdę się zdawało, że nad nimi unoszą się niewidzialne 

duchy 

background image

żyjących tu niegdyś ludzi.

IV

Królestwo słońca, kraina wiatrów.

Skały nagrzewały się skwarem południa i jak roztopiony metal w wodzie pogrążały 

się w 

chłodzie nocy. Z szybkością błyskawicy powstawały w nich szczeliny, z armatnim 

łoskotem 

obrywały się kamienie.

Potem do dzieła przystępował wiatr. Porywał lawiny piasku, wznosił ich kłęby i 

zwalał 

rozwiane ziarenka na skały. Piasek wyżłabiał w nich fantastyczne przejścia, 

wytłaczał nisze i 

groty, szlifował kamienie.

Słońce z góry przyglądało się tej pracy. Ono jakby wytapiało ukryty w kamieniach 

tajemniczy 

tłuszcz i pokrywało je czarnym połyskiem — pigmentem pustyni. Kamienie stawały 

się podobne 

do żelaza.

Skały Atakora! Tajemnicza kraina dziwacznych zastygłych cieni. Na wieki zamarli 

tu 

wojownicy i starcy, fantastyczne dziwolągi i żałobne zakonnice — osobliwe twory 

słońca i 

wiatru. Z czego powstała ta skalista kraina wśród piasków? Jaki potężny dżinn* 

stworzył ten 

fantastyczny świat wśród bezbrzeżnych piasków?

Rozpalone kamienie zamierały w rozżarzonym powietrzu. Lotna mgiełka 

zniekształcała 

kontury i zdawało się, że skały cicho kłaniają się, milczącym tańcem witając 

przybyszów.

Nie można patrzeć bez ciemnych okularów, w przeciwnym razie uroją się wśród skał 

background image

głębokie 

niebieskie źródła, jak gdyby napełnione płynnym mgławicowym tlenem. Zakołyszą 

się skały, 

popłyną, rozpryskując sine krople wody. W uszach zabrzmi przedziwnie smętna 

muzyka, 

niepokojąca i wspaniała.

To muzyka śmierci. Wywoła zawrót głowy, puści skały w szalony taniec. Niebo się 

przewróci 

i połączy z sinymi jeziorami.

Pustynia wielu zgubiła. Nie jeden raz Mike dostrzegał zbielałe od słońca kości 

wielbłądów, 

wyschnięte sczerniałe mumie ludzkie. Przed jedną taką ciemną postacią zatrzymał 

auto.

— W co on jest zawinięty, sir?

— To burnus z wielbłądziej sierści. Chroni człowieka zarówno od tajemniczej 

„śliny 

drakona”, której tak się boją Tauregowie, jak i od ukąszenia falangi. Ale temu 

biedakowi nie 

pomógł. Niech go pan odwróci.

Mike pociągnął za koniec koca — mumia zakręciła się jak szpulka, gdy się ją 

pociągnie za 

nitkę.

— Ale długi, jak…

Wreszcie koc się odwinął i Frank ujrzał brązowy szkielet obciągnięty suchą 

skórą.

Ciekawe, ile ma lat — pomyślał Frank i nachylił się. Coś błysnęło — była to 

złota bransoletka 

z pięknym szwajcarskim zegarkiem.

— Europejczyk?

— Tak, Mike, zdaje się.

background image

Frank ostrożnie ujął wyschniętą kiść dłoni. Była ściśnięta w kułak, jakby 

chciała coś unieść ze 

sobą w wieczność. Frank puścił ją, upadła i rozsypała się.

— Tak, tak… słońce porządnie się napracowało — powiedział Frank, idąc w stronę 

jeepa.

— Niech pan poczeka, tu coś jest.

Frank odwrócił się i zobaczył, ze Mike czyta jakiś papierek.

— Atrament zupełnie wyblakł.

— Nic strasznego. Przeczytamy to przy świetle mineralogicznej ultrafioletowej 

lampy, kiedy 

się ściemni.

V

30 września 1903 roku. Ekspedycja profesora Reyera. Dla kogoś, kto znajdzie ten 

list. Proszę 

przekazać mojej żonie, Adeli Reyer, Rue des Tulipes 48, Lion, lub na adres 

Francuskiej 

Akademii Nauk.

Było nas czterech. Mój asystent France Crousel, dwóch robotników — Arabów i ja, 

profesor 

David Reyer. Szukaliśmy ruin starożytnego miasta. 21 września 1903 roku France 

odkrył 

przeprowadzoną wśród skał drogę. Była ułożona z ogromnych płyt kamiennych. 

Każda 

płyta 

była oszlifowana z nadzwyczajną starannością, a ważyła z pewnością nie mniej niż 

tysiąc ton! 

Kto i kiedy zbudował tę „cyklopową” drogę można się tylko domyślać. Podobnie do 

spiralnych 

schodów droga szła wciąż wyżej i wyżej. Wiła się wśród skał, odsłaniając nam na 

każdym kroku 

background image

zupełnie nieprawdopodobne rzeczy. Napotykaliśmy ogromne zbiorniki wodne, 

wybite 

wprost w 

skałach i nie wiadomo dokąd prowadzące otwory; zadziwiająco okrągłe i szerokie, 

patrzyły na 

nas z wysoka.

Droga skończyła się zupełnie niespodzianie, tak samo jak się zaczęła — między 

dwiema 

najwyższymi skałami. Urywała się nad samą przepaścią. Nie można nawet było 

marzyć o tym, 

żeby zejść po niej! Ściana była zupełnie stroma. Tylko wąziutkie schodki 

prowadziły gdzieś w 

dół. Wstęp na te schodki znajdował się w wyłomie skały. Ale wyłom był strzeżony 

przez kratę z 

brązu, nad którą wyryte były egipskie hieroglify: — ZAMKNIJ OCZY I ODEJDŹ. 

TU 

KRYJE 

SIĘ TAJEMNICA, ZA KTÓRĄ MOŻESZ ZAPŁACIĆ ŻYCIEM.

Moich robotników ogarnęło przerażenie. Upadli na kolana i za nic na świecie nie 

chcieli iść 

dalej. Żeby ich zachęcić, France postanowił iść naprzód. Podszedł do samego 

wyłomu. Ale gdy 

tylko dotknął jednego z prętów kraty, krzyknął, twarz mu się wykrzywiła i upadł 

martwy 

Robotnicy rzucili się do ucieczki. Jaskrawe słońce i wzruszenia strasznie na 

mnie podziałały — 

na pół oślepłem. Prawie po omacku zdołałem jednak odnaleźć drogę powrotną. Na 

próżno 

wołałem, na próżno krzyczałem — nikt się nie odezwał. Robotnicy albo uciekli 

wraz z moimi 

background image

wielbłądami, albo też runęli w przepaść. Minuty moje są policzone. Śmierć będzie 

okropna. 

Szkoda, że nie mam rewolweru.

Wędrowcze, kimkolwiek jesteś, błagam cię, oddaj ten list pod wskazany adres. 

David Reyer.

P.S. Droga zaczyna się między skałą podobną do rycerzaa skałą przypominającą 

kota. Bądź 

ostrożny. Niech cię Bóg ma w swej opiece.

VI

Oto ostatnia gigantyczna płyta. Dalej nie ma drogi. Skały stromą ścianą urywają 

się nad 

przepaścią. Tylko wąziutkie, wykute w czarnym bazalcie schodki, prowadzą gdzieś 

w dół.

— Niech pan uważa, Mike — Frank odwrócił się w stronę szofera i gestem wskazał 

mu, żeby 

szedł za nim — czeka nas wiele niespodzianek: od kruszących się stopni schodków 

do zatrutych 

krat.

— Sądzi pan, ze krata była zatruta?

— Na pewno. Mogły na niej być drobniutkie szczerby powleczone trucizną. 

Starożytni byli 

mistrzami od wszelkich trucizn, nawet od takich, które z wiekami nie tracą swej 

diabelskiej 

siły… Inaczej, czym można by to wszystko wytłumaczyć?

— Różnie mogło być — wymijająco odparł Mike.

Ale tajemniczej kraty nie było. Czego nie mogły dokonać tysiąclecia, dokonały 

sekundy. Kto 

wie, kiedy to się stało; nazajutrz po śmierci Davida Reyera, czy może dopiero 

wczoraj, ale 

runięcie ściany zniweczyło także kratę z brązu i skałę z wyrytą pogróżką. Droga 

background image

była wolna.

…Wszystko się kończy. Skończyły się tez schody. Skończyły się przed idealnie 

okrągłym 

otworem. Ziejąca czeluść wabiła i groziła jednocześnie. Mike zajrzał do otworu. 

Wydało mu się, 

że w ciemnościach coś się świeci delikatnym różowoliliowym światłem.

— Pozwoli pan, że pójdę pierwszy, sir — i nie czekając na odpowiedź, szofer 

zapalił latarkę i 

wszedł do tunelu.

Frank poszedł za nim.

W twarz wionęła wilgoć i zapach stęchlizny. Frank zapalił latarkę. Żółty promień 

wydobył z 

mroków krępą postać szofera, który lekko pochylony naprzód posuwał się pewnie 

korytarzem. 

Na ściankach migotały maleńkie gwiazdeczki — to zapalały się i gasły kryształki 

kwarcu. Pod 

nogami gniewnie skrzypiał drobny żwir, budząc śpiące echo, które jak leniwy, 

senny zwierz 

niechętnie odgryzało się i milkło.

Nagle Mike zatrzymał się, zgasił latarkę, przykucnął i sapiąc, nachylił się nad 

czymś.

— Co tam się stało, Mike?

— Niech pan zgasi swoją latarkę. Tu jest jakaś diabelska sztuczka, coś się 

świeci. — Mike 

wyprostował się, przywarł do ściany, żeby przepuścić Franka: — Tylko ostrożnie, 

tu urwisko.

Tunel, opierając się o samotną skałę, pionowym korytarzem spadał w dół. Frank i 

Mike 

pochylili się nad studnią i aż do bólu w oczach wpatrywali się w czarną jamę, 

gdzie szofer 

background image

zauważył jakieś jarzenie. Może tam rzeczywiście coś się jarzyło, a może po 

prostu przed oczami 

migały błękitne kręgi i skakały czerwone kule.

— Tak, coś tam jest — niepewnie bąknął Frank i zapalił latarkę.

Studnia okazała się niegłęboka, można było po prostu w nią skoczyć.

Frank skoczył pierwszy i od razu spostrzegł wąski kanał, który świecił 

zdradliwym 

lilioworóżowym światłem. Odwróciwszy się bokiem, ostrożnie przyparł do 

szczeliny. W tym 

momencie ciężko i niezgrabnie zeskoczył Mike.

— Ostrożnie, sir! Tu mogą być żmije albo jeszcze coś innego…

Ale Frank już nic nie słyszał, urzeczony dziwnym i wspaniałym zjawiskiem. Nowy 

tunel był 

dość krótki i z daleka już przenikało dzienne światło — widocznie na końcu 

tunelu był zakręt, 

który prowadził ku wyjściu. Ale Franka zdumiało coś innego. Torując sobie drogę 

przez żwir, 

wychylając się z najmniejszych szczelin, oplatając pułap — wszędzie… rosły żywe 

rurki 

jarzeniowe. Rozciągały się cieniutkimi wstęgami, zginały się w wąskie spirale, 

przeplatały się i 

zwisały pętlami, gorejąc czystym błękitnym światłem. Wśród tego złudnego 

przepychu, 

przywodzącego na pamięć najwspanialsze lampy jarzeniowe, płonęły malinowe, 

różowe, 

purpurowe, pomarańczowe i liliowe kule. Wydawało się, że samo powietrze płonie 

jak szeroka 

rzeka, spleciona z różnobarwnych ognistych strumieni.

— Przysięgam na Boga, to grzyby! Niewiarygodne, niezwykłe grzyby. — Mike aż 

przysiadł.

background image

— Grzyby?!

— Tak, sir, grzyby. Czytałem gdzieś, że grzyby świecą. U jednych — tylko ogonki 

lub 

kapelusze, u innych zarodniki. Nawet gnijące drzewa świecą się, bo na nich rosną 

grzyby!

Frank patrzył na swego szofera i nie poznawał go. Ten wulgarny, trochę 

ślamazarny chłopak 

przeobraził się zupełnie. Może to niezwykłe światło żywych jarzeniowych lamp, 

przy którym 

można nawet czytać, tak zmieniło oblicze, a zwłaszcza oczy Mike’a, ale płonął w 

nich tak czysty, 

tak jasny ogień zachwytu, że Frank mu pozazdrościł.

Przypomniał sobie Paryż, Luwr. Pewnie wtedy on sam płonął takim właśnie ogniem, 

stojąc 

przed Renoir’em, czy zamierając w niemym zachwycie przed bezrękim posągiem, 

wcielającym 

w sobie całe piękno i cierpienie sztuki.

— Może pan ma rację, Mike.

Tunel kończył się wąską kotliną, otoczoną ze wszystkich stron skałami. Ziemia 

była blisko — 

w odległości trzydziestu stóp. Wbity w skałę hak i sznur rozwiązywały sprawę.

Frank szybko ześliznął się w dół i gdy był o dwie stopy od ziemi, skoczył. Żwir 

zaszeleścił i 

wszystko ucichło. Frank odwrócił się i zamarł z wrażenia. Nie słyszał nawet, jak 

w ślad za nim 

zeskoczył i Mike. Wprost przed sobą ujrzał gigantyczny wizerunek, wykuty w 

gładkiej skale. Nie 

odrywając się, patrzyły na niego — zuchwałego przybysza — przejmujące zgrozą 

żywe oczy.

Wizerunek był prastary, a jednocześnie dziwnie kojarzył się ze sztuką 

background image

współczesną. 

Niezwykłej siły dodawało mu połączenie jak najbardziej ostrej i ponurej 

groteskowości z 

realizmem. Wszystko było zdumiewające w tej postaci wykutej w skale. Swobodne i 

wyraziste 

linie tułowia i dziwny kołpak, otaczający głowę. Od kołpaka ciągnęła się jakaś 

wygięta rurka, 

przypominająca żmiję, stojącą na ogonie.

W jednej ręce postać trzymała coś, co przypominało „granat–cytrynkę, a drugą 

wskazywała na 

idealnie okrągłą tarczę, od której ciągnęła się po prostej poziomej linii, 

uosabiającej Ziemię — 

nić, kończąca się dziwacznym wrzecionowatym przedmiotem. Wyglądało to, jakby 

wrzeciono od 

tysięcy lat podążało ku linii Ziemi z rosnącymi na niej stylizowanymi drzewami, 

tylko w żaden 

sposób nie mogło dolecieć.

— Ależ to kosmonauta!!! — okrzyk Mike’a rozbudził duchy kotliny. Powtarzały one 

jego 

krzyk tysiąckrotnie gardłowymi głosami tak długo, dopóki Frank nie otrząsnął się 

z odrętwienia.

Gdy echo zamilkło i Frank trochę oprzytomniał, chwycił swoje fotoaparaty i jak 

szalony 

zaczął biegać przed zagadkowym wizerunkiem. Po dziesięć razy fotografował z obu 

kamer 

samego kosmonautę i oddzielnie jego głowę w okrągłym kołpaku. Utrwalił na taśmie 

również — 

tajemniczą planetę i wrzecionowaty kosmolot, uparcie zmierzający ku Ziemi. W 

rozmaitych 

skrótach perspektywicznych, przy pomocy wszelkich możliwych filtrów świetlnych!

background image

Gdy Frank trochę ochłonął, zaczął szukać choćby najdrobniejszego napisu. Ale 

bezowocnie 

— nic nie znalazł.

Czyja ręka wykuła wizerunek? Cóż to za tajemnicza tarcza? Jaka siła porusza 

astrolot? Gdzie 

przepadli kosmonauci?

Jednym słowem głowę Franka obiegły w tłumnym nieporządku wszystkie te pytania, 

które 

zrodziłyby się w głowie każdego innego człowieka w podobnych okolicznościach.

Jednak ani napisów, ani żadnych odpowiedzi nie znalazł. Jak w strasznej gorączce 

męczyły go 

natarczywe pragnienia. Chciałby tu zostać na długo, a jednocześnie — jak 

najszybciej wrócić, jak 

najszybciej poinformować ludzi, wtajemniczyć, opowiedzieć, obmyśleć, objaśnić, 

napisać!

— Mike, wracamy —— powiedział i, podskoczywszy, zawisnął na linie — szybko 

do 

jeepa! 

Musimy natychmiast nadać radiogram.

Frank siedział na piasku w samych spodenkach, ukrywszy się w cieniu jeepa. 

Zwilżył 

namydlonym pędzelkiem policzki, ale mydło momentalnie wysychało od gorącego 

powietrza 

pustyni.

Mike również siedział na piasku i nastrajał radiostację, oparłszy się łokciami 

na rowkowanej 

oponie koła zapasowego, wykonanej z ogniotrwałego organicznokrzemowego 

polimeru. 

Od 

czasu do czasu podnosił do ust blaszaną puszkę z ciepłym sokiem ananasowym.

background image

— Jedno jest dla mnie niepojęte — przerwał milczenie Mike, nie odrywając się od 

radiostacji 

— co stało się z asystentem profesora Reyera? Dlaczego tak nagle zginął? Pan 

twierdzi, że 

szczerby kraty mogły być pokryte trucizną, ale czy istnieją takie trucizny, 

które momentalnie 

uśmiercają? Mnie osobiście wydaje się, że biedny Reyer po prostu dostał 

pomieszania zmysłów 

od słońca i że wszystko mu się przywidziało…

— Nie sądzę. Istnieją straszne trucizny, uczeni nazywają je „białkami–

szatanami”. Wystarczy 

kilka miligramów tej substancji, żeby’ zniszczyć wszystko, co na Ziemi. Żaden 

urojony diabeł, 

żadna bomba tytoniowa nie potrafią tego. Oczywiście, hipoteza : o szczerbach — 

to po prostu 

pierwsze rozsądne rozwiązanie zagadki, które mi przyszło do głowy… W każdym 

razie 

tajemnicza śmierć Crousela zostaje w ten sposób wyjaśniona prosto i racjonalnie. 

Przypominam 

sobie pewne zdarzenie podobne trochę do naszego wypadku. Jeśli pan chce, 

opowiem.

— Oczywiście.

— Miało to miejsce mniej więcej czterdzieści lat temu. Zresztą niedaleko stąd, w 

słynnej 

Dolinie Królów, na skraju pustyni Libijskiej. Podczas badań archeologicznych 

nasz współziomek 

Howard Carter odkrył wejście do grobowca faraona egipskiego Tut–ench–Amona. 

Odkrycie 

nastąpiło zupełnie niespodzianie: pod ruinami jednej z chat, w których przed 

tysiącami lat 

background image

mieszkali robotnicy budujący grobowce, nagle ukazał się wykuty w skale schodek. 

Po 

odgarnięciu ziemi wokoło ujrzano schody prowadzące do podziemia. Archeologowie 

wielkim 

trudem odkopywali stopień za stopniem, aż wreszcie schody przywiodły ich do 

zamurowanych 

drzwi grobowca, zapieczętowanych dziwnymi pieczęciami, wyobrażającymi szakala i 

dziewięciu 

związanych niewolników. Pieczęcie były nietknięte, co świadczyło o tym, że 

bogate sarkofagi, w 

których spoczywała mumia faraona, nie zostały naruszone przez złodziei. I 

rzeczywiście, w 

grobowcu znaleziono niezliczone bogactwa. Sama trumna ze szczerego złota ważyła 

300 funtów!

— Oho!

— Tak, Mike, złota było mnóstwo, ale zapłacono za nie drogo. Wielu archeologów i 

robotników, którzy dotarli do mrocznego grobowca, zginęło. Ugodziła w nich jakaś 

męcząca i 

tajemnicza choroba.

Pierwszy zachorował nasz znany uczony lord Car—narvon. Dostał gorączki i silnych 

boli 

mięśniowych. Lekarze bezsilnie rozkładali ręce. Lord umarł po dwudziestu dniach 

straszliwych mękach. Następnie zaczęli umierać inni członkowie archeologicznej 

ekspedycji. 

Przeważnie umierali ci, którzy pierwsi weszli do grobowca. Przez trzydzieści lat 

nauka nie 

potrafiła wyjaśnić tej straszliwej zagadki. W 1955 roku grobowiec nawet poddano 

badaniom 

background image

dozometrycznym: chodziło o stwierdzenie, czy nie jest radioaktywny.

— No i co?

— Oczywiście bez żadnych rezultatów. Czyż faraonowie mogli coś wiedzieć o 

promieniotwórczości i zabezpieczać swoje grobowce za pomocą radioaktywnego 

kobaltu czy 

strontu? Nonsens. Bóg skarał kopaczy grobów! — Oto jedyne wyjaśnienie, jakie 

dali robotnicy 

arabscy i w które uwierzyli nawet niektórzy uczeni w Europie.

Możliwe że i po dziś dzień musielibyśmy się zadowolić taką hipotezą, gdyby w 

1956 roku nie 

zachorował południowoafrykański biolog John Wills. Pisałem nawet wówczas o tym 

naszej 

gazecie. Wills badał pomiot nietoperzy w jaskiniach Środkowej Afryki.

Wkrótce po tym zachorował. Symptomy choroby były dokładnie takie same, jak u 

archeologów. Uczeni zaczęli sobie przypominać, czy nie było jeszcze jakichś „—

podobnych 

przypadków. Okazało się, że tą samą chorobą zostali „ukarani” i inni kopacze 

grobów, badacze 

południowoamerykańskich grobowców Inków. To „białko–szatan” — wirus 

histoplasmosis, 

znajdujący się w pomiocie nietoperzy. Znaleźli ten wirus także w grobowcu Tut–

ench–Amona. 

Proste, co?

— Tak, niczego sobie. A może i w naszym tunelu żyją nietoperze?

— To właśnie jest zastanawiające, ze tu nie ma nic żywego oprócz grzybów. Ach! — 

Frank 

zerwał się na nogi. — Oczywiście, grzyby! Tylko jakim cudem potrafiły przetrwać? 

Przecież w 

tunelu nie ma żadnych produktów rozkładu. Czym się więc żywiły?

background image

— O czym pan mówi? — Mike rozłożył ręce ze zdumienia.

Ale Frank już nie zwracał uwagi na szofera. Chodził wokoło auta, wymachując 

rękami, i 

mówił:

— Te grzyby żywią się powietrzem, zachodzi w nich synteza tlenu z azotem. Może 

kiedyś te 

grzyby staną się dla ludzi prototypem chemicznych fabryk przyszłości. A jarzenie 

— to rezultat 

reakcji chemicznej.

— A co to ma wspólnego z trucizną? — Mike zrozumiał, co ma na myśli dziennikarz.

— Przypuszczalnie w pewnych okresach grzyby jednakże potrzebują obcego białka. 

Dlatego 

właśnie wytworzyła się w nich zdolność zabijania żywego. Możliwe, że wydzielają 

substancje 

trujące albo wypuszczają na ofiarę obłoczek zarodników — nie wiem. Ale wszędzie 

jest życie. 

Nawet na pustyni. Napotykaliśmy na jaszczurki, węże, skorpiony, falangi, nawet 

na jakieś 

żuczki. Istnieje ono także w jaskiniach. Zaś w tunelu nie ma nawet wyschniętej 

muchy. A śmierć 

Crousela? Podszedł do samego wejścia, dotknął kraty, to znaczy spowodował jakieś 

drganie, 

wywołał ruch. Wtedy grzyby zareagowały jak rosiczka na muchę.

— A dlaczego nie zareagowały na nas? Czy jesteśmy duchami? — uśmiechając się 

sarkastycznie, zapytał szofer.

— Mogę odpowiedzieć na to pytanie. Mike. Czekałem na nie. Przypomina pan sobie 

list 

Reyera? Tam nigdzie nie ma mowy o świeceniu przy wejściu do tunelu. Jednak pan 

je od razu 

zauważył mimo światła latarki. To znaczy, że cykl życiowy grzybów dzieli się na 

background image

fazy. Kiedy się 

świecą — nie są groźne. Kiedy zaś nagromadzona energia zostaje wyczerpana i 

grzyby gasną, 

przemieniają się w milczących niewidocznych drapieżników, które w mroku nocy 

czyhają na 

swoje ofiary. Przystosowały się do takiego życia w ciągu tysięcy, a może nawet 

milionów lat 

ewolucji… Może zresztą te grzyby też są kosmicznymi przybyszami. Może 

kosmonauci 

przypadkowo przynieśli tu zarodniki. Znalazłszy sprzyjające warunki, spory 

puściły kiełki.

— Możliwe, że wszystko jest tak, jak pan mówi. Ale przecież grzyby rosną nie 

przy samym 

wejściu do tunelu, tylko w głębi. Więc w jaki sposób mogły zabić tego Francuza? 

A może wtedy, 

jeszcze przed oberwaniem się skały, rosły tuż obok kraty?

Ale Frank nie zdążył odpowiedzieć. Niecierpliwie terkotał brzęczyk.

— Londyn!

— Dobrze, już idę. — Frank dokładnie wytarł brzytwę, włożył ją do pudełka, bez 

pośpiechu 

wstał i podszedł do radiostacji. Przykucnął i nałożył słuchawki.

Pięć minut spędził na melancholijnych rozmyślaniach, i tak że trudno było 

skonstatować, czy 

coś słyszy, czy też ciągle jeszcze czeka. Następnie na jego twarzy pojawił się 

ledwo uchwytny 

wyraz niezadowolenia, przekręcił wyłącznik przerzutowy i powiedział obojętnym 

głosem:

— Dziękuję, sir. Dobrze. Czekamy.

Frank zdjął słuchawki i nie mówiąc ani słowa, wrócił na poprzednie miejsce. Znów 

próbował 

background image

namydlić twarz i tylko dlatego, że z większym niż zwykle rozdrażnieniem otrząsał 

pędzelek, 

Mike odgadł jego nastrój i nie rzekł ani słowa.

A Frank myślał z natężeniem i męką. Szczerze mówiąc, nie uraziły go czarujące i 

radosne 

frazesy szefa, sprawiły mu nawet przyjemność. W końcu wiedział, że tak będzie. A 

to, ze szef już 

rozpoczął szeroką kampanię prasową, było zupełnie zrozumiałe, nic ponadto. Frank 

usilnie 

szperał w swoim sercu, chcąc dotrzeć do gruntu, na którym wyrosła ta szara i 

mętna mgławica 

smutku. I nagle zrozumiał. Tak, to właśnie było tak. W tym momencie, kiedy 

ujrzał oczy 

przybysza z kosmosu, przestał być dziennikarzem. Stał się naukowcem. Stał się 

tym, kim 

powinien był zostać po ukończeniu studiów. Zrobił odkrycie i nie chciał, żeby 

wokół niego 

rozgorzały dziennikarskie boje na słowa. Instynktownie czuł, że wszystko, czego 

się dotknie 

mętna fala sensacji, przestaje być wielkie i wzruszające, natomiast staje się 

troszeczkę brudne. 

Wiedział to zawsze, ale dopiero teraz odczuł całą swoją istotą. Jego umysł 

nareszcie usłuchał 

głosu serca. Serce wyraziło wszystko, co nagromadziło się w nim przez te 

wszystkie lata, a 

rozum nie mógł mu odmówić racji.

W uszach jeszcze brzmiały mu słowa szefa:

— Tę sprawę trzeba rozwinąć szeroko: wykorzystać wszystko — radio, film, 

telewizję. 

Jednym słowem za dwie godziny wsiadamy do samolotu, za jedenaście godzin 

background image

przesiadka na 

helikoptery i pojutrze koło południa oczekujcie nas.

Frank sobie żywo wyobraził, co może potem nastąpić. Po tych starodawnych 

świętych 

kamieniach zaczną się snuć zręczni, obrotni młodzieńcy. Jedni, jak z armaty, 

zaczną strzelać 

obiektywami aparatów filmowych i fotograficznych. Inni z magnetofonami na 

plecach zaczną mu 

wtykać swoje mikrofony aż po samo gardło. I każdy z pewnością pomaca obraz 

rękami. 

Szczególnie nieprzyjemnie było sobie wyobrazić, jak to zrobi szef. Frank aż się 

wzdrygnął z 

obrzydzenia, jak od dotknięcia żaby. Był przekonany, że wizerunek pociemnieje i 

zgaśnie od 

tych wszystkich rąk.

A wyobraźnia podsuwała mu ciągle nowe i nowo szczegóły. Wyraźnie widział, jak 

jeden, 

maskując się niezręcznie, zaczyna odłupywać kawałek świętego kamienia. Czemu 

nie! Taka 

pamiątka!

Dlaczego właśnie ci plugawi i niepoważni ludzie mają pierwsi zobaczyć to, o czym 

marzyli 

najlepsi synowie ludzkości? I nie tylko zobaczyć, ale otrzymać wyłączny monopol. 

Monopol na 

sensację. Specjalność gazety „Daily Express”!

W piersi Franka zrodził się taki protest, taka burza jeszcze nigdy dotąd 

niedoznanych uczuć, 

że sam się przeląkł swego krzyku.

— Mike, Mike!

Szofer poderwał się z miejsca i zaskoczony ze zdziwieniem spojrzał na Franka.

background image

Ale Frank już powziął decyzję.

— Posłuchaj, Mike. Pojutrze zwali się tu szef z całą swoją szajką. Ale gazeta 

nie może tak 

długo czekać. Chcę im zrobić małą niespodziankę. Wsiądziesz zaraz do jeepa i 

pojedziesz do 

domu. Wstąpisz do Instytutu Archeologicznego. Dam ci adres. Oddasz im rolki z 

fonograficzną 

taśmą… i list. Zanim się zapakujesz, napiszę. A ja już sam przywitam tu szefa. 

Będzie 

zadowolony z naszej pracy.

— Dobrze, sir — milcząc chwilę, odpowiedział szofer — ma pan zupełną słuszność.

— To — wskazał nieokreślonym ruchem na skały — to jest własnością całej 

ludzkości. Niech 

więc pierwsza dowie się o tym nauka.

Frank wstał. Niepojęte uczucie ścisnęło mu gardło. Chciał jeszcze coś 

powiedzieć, ale 

wyciągnął tylko rękę do szofera i mocno ją uścisnął.

VIII

Minęły dwa tygodnie. Frank spokojnie drzemał w wygodnej dziesięcioosobowej 

salonce 

helikoptera. Chwilami zwracał głowę w stronę małego okrągłego okienka i 

spoglądał w dół.

Ziemia nie była podobna do mapy — helikopter leciał dość nisko. Wyglądała raczej 

na 

makietę. Frank przypomniał sobie skrzynię z piaskiem, na której jeszcze w czasie 

studiów 

uczono ich taktyki.

Bezkresne szaro–czerwono–bure obszary piasku, ostro zarysowane zielone 

ubarwienie oaz. 

Między tą zielenią i piaskami toczy się ani na chwilę nie ustająca walka. 

background image

Pustynia gwałtownie 

atakuje wydmami piaszczystymi i, jak dżinny z butelek, wypuszcza gorące, 

wszystko 

zamieniające w popiół, wiatry.

— Cudownie, wspaniale, Frank. Zawsze spodziewałem się po panu czegoś takiego. 

— 

Hughes 

bezskutecznie usiłował strzelić grubymi palcami.

Frank drgnął. Znów doznał uczucia wstrętu.

A szef bezustannie gadał:

— Pan bezwzględnie musi zostać kierownikiem działu, a Nicka przeniosę do 

kroniki, on nie 

ma nic wspólnego z nauką. Ech, Frank, mój chłopcze, znam pańską 

bezinteresowność, ale 

pieniądz to zawsze pieniądz. I wie pan, co postanowiłem? Podwyższę panu pensję. 

— Hughes 

poufale szturchnął Franka pięścią w plecy.

Frank prawie go nie słuchał. Odpoczywał po tych wszystkich szaleńczych dniach, 

które teraz 

wydały mu się odległymi i nierealnymi. Czy rzeczywiście to wszystko było faktem: 

list profesora 

Reyera, skały Atakora, wykuty w skale wizerunek? Może przywidziało mu się, może 

to miraż, 

który przyczaił się tylko w błękitnych jeziorach powietrznych, płynących wśród 

czarnych skał?

Jednak obleśne gruchanie Hughesa ciągle mu uprzytomniało, że to nie miraż. 

Trudno nawet 

przewidzieć, jakimi krzykliwymi nagłówkami i oszałamiającymi tytułami Hughes 

zacznie się 

posługiwać, by wbić czytelnikowi do głowy ten „miraż” — Wielki Boże! To ‘ 

background image

dopiero będzie 

diabelski taniec, rozpasanie, dzikie wybryki najnieprawdopodobniejszych 

domniemań i hipotez 

tak samo dalekich od nauki, jak Ziemia od tarczy na tych skałach! Gazeta 

dosłownie będzie 

pękać od sensacji. „Na tysiące lat przed Rosjanami”, „Kto to — Atlantyda czy 

Marsjanin?”, 

„Nasi przodkowie — kosmonautami”, „Sahara — muzeum kosmosu”.

I Frank pojął, że nie zostanie kierownikiem działu, jak to dopiero przed chwilą 

obiecał mu 

szef Hughes. W ogóle nie będzie więcej pracował w prasie. To nie jest miejsce 

dla uczciwych 

ludzi.

A gdzie jest miejsce dla uczciwych ludzi? — sam siebie zapytał. Masz już 

przeszło trzydzieści 

lat, a ciągle jeszcze żyjesz w urojonym świecie marzeń. Teraz mówi się o wojnie, 

o bazach i 

bombach, a ty marzysz o tamach, o ujarzmieniu pustyni, o pokonaniu zimna. Zbudź 

się, Frank.

Spojrzał na szefa. Jego twarz była uosobieniem zadowolenia. Hughes powoli pił 

mocną słodką 

kawę, delektując się jej aromatem i z lubością przyglądał się maleńkiej 

porcelanowej filiżance.

Frank postanowił, że jakkolwiek się wszystko dalej ułoży, jednego na pewno nie 

zrobi. Nie 

będzie brał udziału w tej całej profanacji. Ostatecznie jako odkrywca wizerunku 

może chyba 

liczyć na skromny urząd archeologa. A dalej zobaczy się.

Frank nie wiedział, że w Algierze, w hotelu, czeka na niego duża szara koperta.

Mr Francis O’Neuilly.

background image

Bloomsbery. Londyn. 17 sierpnia 19.. roku.

Szanowny panie! Byliśmy bardzo radzi z przysłanej przez Pana taśmy. Zupełnie 

zrozumiała 

jest Pańska niecierpliwość, żeby jak najszybciej zawiadomić świat o dokonanym 

przez Pana 

odkryciu. Jednakże byłoby lepiej, gdyby Pan sam taśmę wywołał i zrobił odbitki. 

Primo, 

reprezentowana przez Pana gazeta uniknęłaby pewnych nieprzyjemności, które ją 

czekają, a 

secundo, nie musiałby Pan zajmować się bezpodstawnymi hipotezami. Poza tym o 

mały włos nie 

wyrzuciliśmy kasety po zapoznaniu się z treścią załączonego listu, w którym jest 

mowa o 

kosmonautach w starożytności i temu podobnych fantazjach podnieconego umysłu.

Ulegając zupełnie zrozumiałej ciekawości, zrobiliśmy jednak kilka odbitek. I 

jakież było 

nasze zdumienie i radość, kiedy na zdjęciu odnaleźliśmy stelę Amenhotepa IV, 

znanego także 

pod imieniem Echnatona.

Dokonał Pan wspaniałego odkrycia, mister O’Neuilly, odnalazł Pan legendarny 

grobowiec 

Echnatona.

Panowanie jego — to najbardziej niezwykła i prawie nieznana przez naukę epoka w 

historii 

starożytnego Egiptu. Faraon ten był zrodzony przez kobietę niekrólewskiej krwi, 

tancerkę 

imieniem Teje. Ojciec Echnatona, faraon Amenhotep III, nie tylko podniósł do 

godności 

pierwszej małżonki uwielbianą przez siebie niewolnicę, ale przedkładał jej 

towarzystwo nad 

background image

towarzystwo kapłanów. Rzecz prosta, że pojawienie się potomka Amenhotepa i Teji 

zostało 

powitane przez kapłanów i arystokrację niechęcią i rosnącą wrogością. Niechęć 

przemieniła się w 

jawną nienawiść, kiedy Amenhotep III przekazał synowi, jeszcze naówczas małemu 

chłopcu, 

prawie całą władzę. Tak rozpoczęła się walka, która trwała, w takiej czy innej 

formie, przez całe 

dzieje państwa Kemt. Faraon dążył do władzy absolutnej. Ale na jego drodze stali 

kapłani i 

namiestnicy prowincji — nomarchowie. Każdy nomarcha był jeszcze prócz tego 

kapłanem 

miejscowego boga. W królestwie Kemt była wielka ilość bogów. Oprócz bogów, 

których 

czczono w całym kraju, byli jeszcze miejscowi bogowie, którym bito pokłony w 

jakiejś jednej 

prowincji.

Żeby osłabić wrogów, musiał faraon usunąć im grunt spod nóg. Młody syn Teji — 

Amenhotep IV postanowił w ogóle znieść wiarę w bogów albo przynajmniej 

sprowadzić 

wielobóstwo do wiary w jedynego boga. Przecież Egipt był imperium światowym, a 

mógł się 

stać zjednoczonym i silnym, mając tylko jedynego boga.

Gdy stary faraon umarł, Amenhotep IV wprowadził kult nowego boga — Atona. 

Atona 

wyobrażano pod postacią tarczy słonecznej. Pan pewnie wie, że jeszcze na długo 

przed tą 

reformą słońce było w Egipcie obiektem czci. Jego wcieleniem byli bogowie: Ra, 

Atum, Horus. 

W niektórych domach Amon–Ra uważany był za największego boga. Ale król — 

background image

reformator, a 

nawet heretyk i bezbożnik, postanowił na początek znieść wszystkich bogów, prócz 

swego 

Atona. Zaczął to wprowadzać w czyn stopniowo i ostrożnie. Początkowo Atonowi 

składano hołd 

na równi ze starymi bogami. Potem zaś, kiedy faraon stał się najwyższym kapłanem 

Atona, 

zaczęto gnębić starych bogów. Reformy młodego władcy nie kończyły się na tym. 

Coraz częściej 

przy nominacjach na ważne stanowiska państwowe Amenhotep IV omijał młodzież 

pochodzenia 

arystokratycznego, oddając pierwszeństwo ludziom nie wysokiego rodu, lecz 

doświadczonym i 

oddanym sprawie.

Wreszcie w szóstym roku swego panowania młody faraon ogłosił Atona jedynym 

bogiem. 

Pozostałych bogów unicestwił. Zamknął ich świątynie, a kapłanów przepędził.

Kazał usunąć imiona bogów ze świątyń i grobowców. Heretycki faraon wyrzekł się 

nawet 

swego imienia (bo przecież Amenhotep znaczy „Amon jest zadowolony”, a Amon 

był 

największym bogiem w Tebach). Odtąd mianował się Echnatonem. Znaczy to oddany 

Atonowi.

Echnaton wraz ze swoimi zwolennikami opuścił Teby i założył nową stolicę 

Achetaton — 

„Horyzont Atona”. Obecnie z tego miasta zostały tylko ruiny, które noszą nazwę 

Tell El–

Amarna. Ale za panowania Echnatona było to wspaniałe, pełne przepychu miasto. Im 

wspanialsza stawała się nowa stolica, tym silniej rosła niechęć do Atona. 

Koczownicy grabili 

background image

okoliczne miasta, prowincje podległe Egiptowi zaczęły się buntować, kraj 

opanowała groźba 

wojny. Minęło kilka lat i Hetyci zabrali Atonowi prawie wszystkie miasta 

azjatyckie.

Faraon miał coraz mniej przyjaciół, a coraz więcej wrogów. Ostatnie lata życia 

spędził Aton 

prawie w zupełnej samotności.

Umarł buntowniczy faraon również z dala od przyjaciół i bliskich. Po jego 

śmierci kapłani, 

nomarchowie i spadkobiercy zrobili wszystko, co było w ich mocy, żeby wymazać z 

pamięci 

ludu imię faraona–buntownika. Niszczyli grobowce, rozbijali sarkofagi i 

portrety. Wszystko, na 

czym było wyryte imię Echnatona, podlegało zniszczeniu, dokładnie zeskrobywano 

wszelkie 

napisy, przypominające o jego czynach.

Obecnie archeologowie nie są nawet przekonani, czy Echnaton został pochowany w 

grobowcu, na którym znaleziono jego imię. Pod koniec ubiegłego stulecia co 

prawda znaleziono 

w grobowcu mumię mężczyzny, ale zmumifikowane zwłoki były pochowane 

zupełnie 

inaczej, 

niż przyjęto chować faraonów.

Istniała także legenda — która dzięki Panu przestała być legendą — że Echnaton 

nie umarł 

wcale w swojej stolicy, natomiast, że razem z tysiącami wiernych uciekł na 

Saharę, która wtedy 

bynajmniej nie była pustynią. Tam Echnaton założył nowe miasto, którego nikomu 

później nie 

udało się odnaleźć.

background image

A teraz pozwoli Pan wyjaśnić sobie nasze zdanie na temat złudzenia optycznego, 

którego 

ofiarą stał się Pan mimo woli.

Reforma religijna, podjęta przez Echnatona, musiała wywrzeć wpływ na inne 

dziedziny 

kultury. Szczególnie wyraźne jest to w sztukach plastycznych. Jeśli przedtem 

sztuka była 

podporządkowana religii, to właśnie Echnaton wyzwolił ją. Nareszcie egipscy 

rzeźbiarze i 

malarze mogli uwolnić się od raz na zawsze utartych kanonów. Sztuka stała się 

bardziej 

realistyczna, bardziej życiowa i dynamiczna.

Wrogość Echnatona do starej religii przekreśliła także normy estetyczne, 

ustalone przez 

kapłanów. Rzeźbiarze i malarze przestali idealizować obraz faraona, zaczęli 

poszukiwać nowych 

form wyrazu, które niekiedy przechodziły w groteskę. Wszystko to miało ten 

skutek, że wykuty 

przez najgorliwszych zwolenników Echnatona wizerunek w skale okazał się zupełnie 

niepodobny 

do tego wszystkiego, co Pan kojarzył w swoich pojęciach ze sztuką dawnego 

Egiptu.

Poza tym nieznany mistrz, widocznie obawiając się o dalszy los grobowca, 

postanowił ukryć 

imię zbuntowanego faraona przed wrogami. Z tego powodu hieroglify z jego 

imieniem wyciął 

tak, że można je zauważyć wyłącznie o pewnej określonej porze dnia. Ale aparat 

fotograficzny 

— to nie oko ludzkie: utrwalił to, co wymknęło się Panu. Dokładnie z powodu tego 

samego 

background image

optycznego efektu przyjął Pan obraz Słońca za tajemniczą planetę. Również z 

bardzo wielu 

promieni słonecznych spostrzegł Pan tylko jeden i wziął go za trasę astrolotu. 

Ponieważ 

Echnaton był arcykapłanem boga Słońca — Atona, jego koronę ozdabia również 

stylizowany 

obraz tarczy słonecznej, którą Pan lekkomyślnie nazwał hełmem skafandra.

Wykaz Pańskich omyłek można by mnożyć w nieskończoność, ale chyba to nie ma 

żadnego 

sensu. Jednym słowem — wizerunek Echnatona, wznoszącego modlitwę do boga 

Atona, 

wziął 

Pan za kosmonautę.

Wszystko to jednak wcale nie pomniejsza znaczenia dokonanego przez Pana 

odkrycia.

Po powrocie do Anglii uprzejmie zapraszamy do odwiedzenia nas.

Szczerze zobowiązany

Edwin H. Higginsbottom

Sekretarz Naukowy

Instytutu Archeologicznego P.S.

Przysłane przez Pana próbki zarodników oddane zostały na badanie do Instytutu 

Biochemii 

im. Jej Królewskiej Mości. Wstępna analiza, dokonana przez pana Hammsbella, 

wykazała 

wysoki procent białka o dużej toksyczności, znajdującego się w stanie okresowej, 

czyli 

sezonowej anabiozy. Winszuję Panu niezwykłego archeologicznego odkrycia.

E. H.

Przełożyła Olga Ford

Władimir Grigoriew

background image

KOLEGA

Terkocze budzik. Otwieram oczy pełen nadziei, że zegarek śpieszy się 

przynajmniej o 

godzinę. Niestety — na drugim budziku też jest siódma.

Ten drugi sprawiłem sobie, gdy zrozumiałem wreszcie, ze jeden mnie nie obudzi. A 

było 

przecież już i tak, że zdawało się, i trzy nie dadzą rady…

Bezpośrednio po przebudzeniu czułem się nawet dość rześki. Ale po chwili znowu 

morzył 

mnie sen, wstawałem z przymusem, ociężały, znużony, marząc jedynie o tym, by jak 

najprędzej 

znaleźć się z powrotem w łóżku. No, cóż! Praca naukowa coraz mniej czasu 

pozostawiała na 

odpoczynek.

I naprawdę, wcale nie trawiła mnie jakaś żądza sławy, wcale nie śniły mi się po 

nocach laury 

wielkiego uczonego. Śniło mi się zupełnie co innego. W moich snach — nawet 

dozorcy, 

zamiatając ulice, mruczeli formuły i wzory.

Trudno, jeśli chce się dotrzymać kroku tytanom nauki — nie można pracować mniej 

od nich. 

A wielcy uczeni sypiają mało, och jak mało! Z tego wniosek, że wszystkiemu winni 

wielcy 

uczeni…

Właśnie ów trzeci budzik zmusił mnie wreszcie do zastanowienia się nad całą 

sprawą.

— Czyż ty — mówiłem sobie — człowiek dorosły, autor tylu odkryć naukowych, 

wynalazca, 

nie potrafisz znaleźć rady na ów poniżający, niegodny, a niekiedy wręcz haniebny 

stan, jakim jest 

background image

sen? We śnie może cię przecież przejechać samochód, może cię pobić banda 

rozwydrzonych 

chuliganów… We śnie mogą cię na zbity łeb wyrzucić z dziesiątego piętra, mogą ci 

napluć w 

twarz — a ty co? Zbudzisz się, umyjesz, i jakby nigdy nic. Nawet nie ma do kogo 

iść na skargę!

Myśli te coraz częściej nie dawały mi spokoju, ale tak naprawdę zabrałem się do 

tego dopiero 

wówczas, gdy parę razy zbudziłem się w ubraniu. Tego już było za wiele. Należało 

działać…

Oczywiście, o tym, by samemu udało się znaleźć sposób całkowicie uwalniający od 

potrzeby 

snu — nie było nawet co marzyć.

Wszystkie metody takie jak elektrosen, grawitacjosen, radiosen, platfostopsen — 

wcześniej 

czy później doprowadzą do zamierzonego wyniku. Niezliczone zastępy naukowców, 

którzy w 

nowoczesnych laboratoriach opracowują niezmordowanie te systemy, wierzą 

niezbicie, że za 

jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat wysiłki ich zostaną uwieńczone powodzeniem.

W porównaniu z wiecznością to, naturalnie, zaledwie chwilka. Dla mnie jednak ta 

chwilka to 

najlepsza część mego twórczego życia. Skoro więc natura nie zatroszczyła się, by 

zaopatrzyć 

mnie w kogoś, kto by za mnie bawił się, odpoczywał, jadł i spał — to w takiego, 

kto by za mnie 

przynajmniej spał, powinienem zaopatrzyć się sam.

Należało po prostu znaleźć sobie biologicznego zastępcę, nic więcej. Niech ktoś 

śpi zamiast 

mnie, zaś rezultaty procesów dokonujących się w tym pogrążonym we śnie mózgu 

background image

będą 

przejmowane przez specjalny odbiornik — jak taśma magnetofonu przejmuje 

melodie 

z płyt. 

Następnie specjalny transformator będzie je w oczyszczonej formie przekazywał 

mnie, a mój 

wypoczęty mózg będzie działał sprawnie.

Co prawda, znalezienie człowieka, który zgodziłby się spać za siebie i za mnie, 

nie było 

łatwym zadaniem. Krąg moich znajomych składał się wyłącznie z ludzi nauki, ludzi 

miłych i 

roztargnionych, których jednak cała łagodność i ustępliwość zamieniały się w 

granit, gdy tylko 

chodziło o sen. Mnie potrzebny był człowiek nieco innego, można by rzec, 

pokroju. Krótko 

mówiąc taki, któremu byłoby wszystko jedno czy śpi, czy robi cokolwiek innego.

Znalazłem go wprost na ulicy. Ściślej mówiąc, w barze. Siedział sobie przy 

stoliku samotnie, a 

w dłoni trzymał kolebiący się kufel z napojem, który według wszelkiego 

prawdopodobieństwa 

był alkoholem.

— Nauka połamała sobie na mnie zęby. Leczyli, leczyli i nic z tego nie wyszło — 

powiedział, 

gdy przysiadłem się do niego. — Od alkoholizmu niby leczyli… — dodał po chwili 

milczenia, 

kiwając głową i pokazując w uśmiechu złoty ząb.

—— Kochany — powiedziałem, jak mogłem najprzymilniej — skoro nauka panu nie 

pomogła, to może pan by pomógł nauce?

— Jak ona mnie nie pomogła, to i ja jej nie będę — wybełkotał.

— A może by tak, złociutki, spróbować jeszcze raz, jeden razik tylko?

background image

— Nie, kochasiu, na te pigułki już mnie nie nabierzecie. Łyka człowiek i łyka, a 

potem znów 

zbacza z właściwej drogi…

Temu młodemu jeszcze człowiekowi, który z powodu nałogowego alkoholizmu był 

już 

niezdolny do pracy — długo musiałem tłumaczyć, o co mi chodzi. Ale wreszcie — 

czegóż to nie 

dokona prawdziwie logiczne rozumowanie! — ranek następnego dnia zastał go 

śpiącego w moim 

mieszkaniu.

Gdy się zbudził, przede wszystkim poprosił soku z kiszonych ogórków, po czym 

rozejrzał się 

po pokoju, zapalił i wcale nie zdawał się być zdziwiony, jak i dlaczego tu się 

znalazł. 

Najwidoczniej nie pierwszyzną było dla niego budzić się gdzieś poza własnym 

domem.

— Głowa boli? — zapytałem.

— Boli. Zdałoby się pospać jeszcze trochę, ale teraz już nie zasnę, znam siebie 

dobrze.

— Ależ to nic prostszego — powiedziałem i włączyłem aparat, stojący sobie 

niewinnie w 

kącie pokoju.

Jasne, że przyszły mój współpracownik nie pamiętał już ani słowa z naszej 

rozmowy 

poprzedniego wieczora. Z zapałem więc zacząłem wykładać mu wszystko od nowa. 

Przy pomocy 

wykresów dowodziłem, jak Wzrośnie krzywa odkryć naukowych, objaśniałem 

działanie 

moich 

ostatnich wynalazków — różnych latających, pełzających, pływających, biegających 

background image

i licząco–

rozumujących maszyn, oraz nie działającego na razie modelu przyszłego, 

ulepszonego 

wynalazku, jednocześnie latająco–pełzająco–pływająco–biegająco–licząco–

rozumującego. 

Opowiedziałem również, jaką korzyść przyniesie wprowadzenie wszystkich tych 

wynalazków i 

obiecałem, że jako współkonstruktor i współtwórca, otrzyma po jednym egzemplarzu 

każdego 

aparatu.

Wykresy, formuły i schematy nie wywarły prawie żadnego wrażenia na człowieku z 

baru. Ale 

gdy do pokoju wbiegły moje maszynki i zaczęły tańczyć, latać, fikać koziołki, 

piszczeć, włazić 

nam na kolana — zaczął mięknąć.

— I wszystko to pan zrobił sam? — spytał ze zdumieniem, ostrożnie zdejmując 

sobie z 

ramienia robota–diablika, który zdążył go już przyczesać i spryskać mu włosy 

wodą kolońską.

— Kolego — tak, tak właśnie zwróciłem się do niego: było wszak jasne, że bitwa 

wygrana. — 

Kolego, nie takie jeszcze dziwy powstaną, gdy razem weźmiemy się do dzieła. 

Krzywa natężenia 

podsko…

— Zgoda — przerwał mi i od razu poprosił o włączenie aparatu: mimo wszystko, 

bardzo 

chciało mu się spać.

Czyż trzeba opowiadać, jak ruszyły teraz z kopyta moje prace! Inni wracali do 

domów nieco 

zmęczeni i, czekając na kolację, czytali sobie gazety — a ja pracowałem! Inni 

background image

szli do kina, na 

stadiony, do kawiarni, by dać nieco wypocząć umysłowi — a ja tego nie 

potrzebowałem. Umysł 

miałem świeży jak noworodek i wciąż pracowałem. O północy inni przewracali się z 

boku na bok 

w swych łóżkach, liczyli do tysiąca, by przestać myśleć i zasnąć — ja zaś z 

niewymowną 

rozkoszą obliczałem milionowe cyfry, machałem arytmometrem, wywijałem 

suwakiem 

logarytmicznym!

— A przecież był taki czas, był, a jakże — mówiłem do siebie z triumfem — gdy 

przeklinałeś 

swą nienasyconą żądzę tworzenia. Głowa ci pękała, serce wypisywało na 

ełektrokardiogramach 

prawdziwe es–floresy, włosy ci wyłaziły jak ze starej szczotki do butów. I wtedy 

mogłeś liczyć 

jedynie na doktorów, któż bowiem inny mógł ci pomóc? A doktorzy powtarzali w 

kółko: świeże 

powietrze, owoce, lekkie wina i jak najmniej, możliwie jak najmniej pracy.

Dobre sobie! Mniej pracy! Cha! Cha! — i zaśmiewałem się teraz do rozpuku, bez 

obawy, że 

zbudzę mego towarzysza. Spał jak zabity.

Wskaźnik sprawności aparatu nie przekraczał pięćdziesięciu jeden procent, wobec 

czego mój 

wspólnik musiał spać za mnie nie osiem, lecz szesnaście godzin. Do tego 

dochodziło jeszcze 

osiem godzin snu konieczne dla niego samego. Czyli — okrągła doba.

Czasami, gdy osiągałem w pracy jakiś nowy, niezwykły wynik, budziłem go. Za 

każdym 

razem słuchał moich objaśnień z większym zainteresowaniem, starał się nawet 

background image

pojąć szczegóły. 

Stopniowo coraz bardziej przejęty był tym, że staje się współtwórcą ważnego i 

potrzebnego 

dzieła.

O ile za pierwszym swym przebudzeniem machnął tylko ręką i burknął:

— A dobra, co mi tam! Rób pan swoje dalej — to po upływie miesiąca z 

przyjemnością już 

wertował wykresy, kręcił gałkami zmontowanych częściowo modeli i, zaglądając mi 

przez ramię, 

przyglądał się, jak zapełniam zeszyty gęstym maczkiem formuł i równań. Wzrok 

jego stawał się 

bystry i pojętny. A nieraz bywał skupiony i zamyślony, z owym odcieniem 

głębokiej powagi 

właściwej ludziom o analitycznym umyśle w chwili formułowania nieoczekiwanych i 

szerokich 

uogólnień.

Oto co znaczy nieprzerywany sen — cieszyłem się w duchu, a głośno mówiłem:

— Jestem pewien, kolego, że w przyszłości uda mi się przygotować was do 

technikum. Co 

tam, do technikum! Myślę, że poradzimy sobie nawet z programem samej 

politechniki!

Oczywiście, poniosło mnie i dlatego napomknąłem o tej politechnice, ale o 

technikum 

mówiłem zupełnie poważnie. Logika i wrodzona spostrzegawczość nie zawodziły 

mnie 

nigdy.

Z górą dwa miesiące minęły jak w zamroczeniu, jakby w stanie nieważkości. W 

moim 

instytucie, gdy składałem codzienne sprawozdania z dokonanej pracy, wszyscy 

tylko wzruszali 

background image

ramionami.

— Kiedy on ma na to czas? — dobiegało z rzędów konferencyjnej sali.

— Przez tydzień gotów namachać wyliczeń i wykresów do nowej dysertacji — 

mówiono 

palarniach. — Pcha się prosto na członka akademii.

— Nie poznaję pana — powiedział dyrektor, uśmiechając się chytrze. — I w kinie 

teraz pan 

bywa, i na pracę społeczną znajduje pan czas, i na choinkę wybrał się pan z 

dziećmi, i częściej od 

innych bywa pan z pracownikami na wycieczkach narciarskich… A co za postępy w 

pracy! 

Szkoda gadać! Coś w tym musi być…

— Właśnie, panie dyrektorze, cały sęk w tych narciarskich wycieczkach. Świeże 

powietrze! 

Cuda działa! Niech pan zawsze słucha doktorów, drogi panie dyrektorze — 

odparłem, również 

uśmiechając się chytrze.

Uważałem, że za wcześnie jeszcze na ogłaszanie mojej metody. Gdy będę już miał 

parę 

miesięcy doświadczeń i obserwacji nad samym sobą, gdy wszystko będzie oczywiste 

— wtedy! 

Oczywiście, zdarzały się mi chwile wahań: a może by już teraz opowiedzieć o 

wszystkim? I tak 

przecież wszystko jest jasne…

Aż tu nagle okazało się, ze wcale nie wszystko jest takie jasne.

Mianowicie, pewnego pięknego dnia ani jedna nowa linijka nie przybyła do moich 

równań. I 

ani jedna nowa gałka do żadnego modelu. Po prostu nie chciało mi się tego dnia 

pracować. Na 

background image

drugi i trzeci dzień powtórzyło się to samo. To już było czymś wręcz 

zaskakującym. Należało 

sprawdzić, czy w aparacie coś się nie popsuło. Ale nie, działał, jak zwykle, bez 

zarzutu. Może 

więc byłem chory? Ale termometr wskazywał temperaturę trzydzieści sześć i sześć.

Ulegając jakiejś nieznanej sile, wstałem od biurka wyszedłem na ulicę. Koło 

mnie, niby w 

przyśpieszonym filmie, przemykali przechodnie, przepływały reklamy i witryny 

sklepów. W 

pewnej chwili stwierdziłem, że jestem w dużej sali i siedzę przy stoliku. Kelner 

dolewał, a ja 

piłem jeden kufel za drugim. A więc taki obrót wzięły sprawy! Sam nie wiem, jak 

kiedy nogi 

zaniosły mnie do domu. Ale gdy wszedłem do gabinetu i zobaczyłem, co się tam 

dzieje, 

wytrzeźwiałem od razu. Mój wspólnik siedział przy biurku i pisał, pisał w moich 

zeszytach!

— Co pan tam pisze? — zapytałem, a ton mego głosu nie przejawiał wielkiego 

zadowolenia.

— Kolego — usłyszałem w odpowiedzi — w waszych notatkach są błędy. Z 

początku 

wszystko było jak należy, ale w ostatnich dniach zaczęliście się mylić.

— Niech pan pokaże! — zawołałem.

— Wszystko już poprawione, kolego — nie dopuszczając mnie do słowa ciągnął 

wspólnik z 

leciutkim uśmiechem. — Proszę, popatrzcie sami.

Na ułamek chwili zwykła jasność znowu ogarnęła mój umysł. Istotnie, wspólnik 

miał rację: 

błędy rzeczywiście były poprawione.

Siedziałem za biurkiem, naprzeciwko mnie siedział on i, jak przez gęstą mgłę, 

background image

słyszałem jego 

głos:

— Nie omyliliście się, nazywając mnie wówczas kolegą… Jak widzicie, teraz już 

nie gorzej 

od was wyznaję się we wszystkich tych schematach, wykresach, obliczeniach i 

konstrukcjach. 

Prawdopodobnie aparat wasz przekazał mi właściwości i wiadomości waszego 

mózgu. 

On też, 

przerabiając procesy naszych hamulców, przekazał wam niektóre z moich cech. 

Niestety, nie te 

najlepsze.— Czy się nam to podoba, czy nie, fakt pozostaje faktem. Tym niemniej, 

praca nie 

powinna na tym ucierpieć. Wyjście jest jedno: teraz wy powinniście spać, a ja 

będę pracował 

poty, póki znów nie powrócimy do stanu, jaki był na początku.

Mój Boże, on nawet zdania układał zupełnie tak samo, jak ja! Mógłbym się spierać 

z każdym, 

ale przecież nie z własną swoją logiką!

Teraz więc, jak marynarze na wachcie, zastępowaliśmy kolejno jeden drugiego. 

Praca 

rzeczywiście wrzała. Czego nie mogłem zrozumieć ja — rozumiał on; pomylił się on 

— ja błąd 

wykrywałem i poprawiałem. W specjalnie trudnych przypadkach wyłączaliśmy 

aparat 

pracowaliśmy razem.

Jedno wszakże nie dawało mi spokoju: mianowicie, że w udziale przypadała mi 

zaledwie 

połowa rozkoszy, jaką daje kipiąca tempem praca. Rzecz jasna, niewiele się 

background image

namyślając, mogłem 

po prostu zlikwidować aparat. Ale kto mógł przewidzieć na pewno, ile by czasu 

potrzeba, żeby 

podświadomość moja uwolniła się całkowicie od owych przejętych nieszczęsnych 

właściwości? 

Nie, nie chciałem już więcej niespodzianek i podczas jednej ze swych zmian tak 

wyregulowałem 

aparat, by procesy zachodziły szybciej i jak najprędzej przywiodły nas wreszcie 

do pierwotnego 

stanu, który już odtąd nie ulegałby zmianom. Montaż okazał się skomplikowany, 

kłopotliwy i 

zajął prawie cały okres mojej rześkości. Ale za to zasnąłem zadowolony i 

uspokojony.

A jakże! Mój wspólnik, jak się okazało, był nie w ciemię bity i wyprowadzić w 

pole się nie 

dał. Wszystko zauważył i z kolei cały swój czas pracy strawił na przestawianie 

aparatu z 

powrotem.

No i zaczęły się zmagania gigantów! On swoje i ja swoje! A wszystko milczkiem, 

skrycie, 

jakby nigdy nic. Przestaliśmy się witać, nie dzieliliśmy się już 

spostrzeżeniami. A że możliwości 

nasze były zupełnie wyrównane, więc końca tego, jak nie było widać, tak nie 

było.

Zasadnicza praca, oczywiście, leżała odłogiem. Żadnemu z nas nie było to teraz w 

głowie, 

ogarnął nas hazard: kto kogo?!

Uległem pierwszy. Poddałem się, czy po prostu w głowie mi się rozjaśniło — nie 

wiem. 

Zebrałem śrubki i sprężynki na wpół porozkręcanego aparatu—pośrednika i 

background image

obudziłem kolegę. 

Zbudził się niezadowolony, jakby nawet zły.

— Zdaje się, że nie spałem jeszcze tyle, ile mi się należy — powiedział chłodno, 

przekręcając 

się na drugi bok. —— Niechże pan robi swoje, na litość boską, a ja sam wiem, co 

do mnie 

należy.

Milczałem chwilę, zbierając myśli, a wreszcie zacząłem mówić możliwie 

najbardziej 

przekonywająco, tak by ani jedno słowo nie poszło na marne:

— Ani panu, ani mnie nie może odpowiadać sytuacja, jaka się obecnie wytworzyła. 

Jako 

człowiek nauki powinien pan to przecież zrozumieć…

— Tak, tak, tak! — przerwał poruszony. — Człowiek nauki! I niczym innym być nie 

chcę! 

Niech mi pan nie wmawia…

— Nic nie wmawiam! — rozzłościłem się wreszcie. — Ani nie wmawiam, ani nie 

jestem 

dumny! Chociaż owszem, jestem dumny, że stworzyłem pana. Przecież dowiedliśmy, 

że byle kto, 

pierwszy lepszy dureń, może się zmienić zupełnie, jeśli tylko tego zapragnie. Z 

każdym mózgiem 

można sobie teraz poradzić, do każdego nalać rozumu!

Szczery, wzburzony ton moich słów podziałał zdaje się na wspólnika. Stał obok 

aparatu 

rześki, sprężysty, a ja mówiłem i mówiłem.

— Więc myśli pan — zapytał — ze w zasadzie istnieje możliwość rozstania się z 

panem… że 

mogę żyć na własną rękę jako uczony?

— Bez wątpienia — powiedziałem z przekonaniem. — Od razu teraz siądźmy i 

background image

opracujmy to 

założenie bodaj w ogólnych zarysach…

Wszystko to zdarzyło się już bardzo dawno temu. Miałem dość czasu, by całą 

sprawę 

rozważyć i ocenić, nim zdecydowałem się opowiedzieć o niej. Niektórzy nazwą ten 

eksperyment, 

w najlepszym razie, fantastycznym… Mój pierwszy współpracownik wciąż jest 

rześki 

i pełen 

zapału, uczeni chętnie czytują jego rozprawy, a on od czasu do czasu udziela 

wywiadu 

dziennikarzom. I on, i ja śmiało patrzymy w przyszłość. Aparat–pośrednik, który 

przerobiliśmy 

gruntownie, zaopatrzył go w tak pokaźny zapas umysłowej energii, wystarczy mu 

jej na dwa 

życia. A jednocześnie — zostałem całkowicie oczyszczony z niepożądanych 

naleciałości.

Omyłki popełnione w przeszłości zostały wzięte pod uwagę i wszyscy następni moi 

wspólnicy 

przeszli przez aparat bez żadnych zakłóceń, bez psychologicznych dramatów. 

Odchodzili ode 

mnie pełni twórczych idei, śmiałych pomysłów. Jedni wstąpili na studia 

techniczne, inni poszli 

wyłącznie drogą naukową, a nawet jakimś cudem zaplątał się do tego towarzystwa 

jeden 

skrzypek. Doktorzy nauk, erudyci, wszyscy posiadają głęboką wiedzę, gdy więc 

spotykamy się 

na ulicy — „witamy się, przystajemy i długo rozprawiamy o najnowszych 

naukowych 

osiągnięciach. Czasem zaś po prostu zbieramy się całą paczką — ot, sami swoi. A 

background image

wtedy — 

czegoz to się nie można nasłuchać! Każdy zaś z nich lubi ogromnie historię mego 

pierwszego 

eksperymentu. Więc na ich prośbę wyciągam stary budzik i mówię:

— Wszystko zaczęło się przez niego: źle mnie budził…

Przełożyła Katarzyna Witwicka

Mikołaj Razgoworow

CZTERY CZURBAŁKI

O tym, jak trudno jest obmyślać podarki

Owej nocy doktor Ber zasiedział się w laboratorium znacznie dłużej niż 

zazwyczaj. Dręczył 

go problem, nad którym raz w roku biedził się każdy żonaty mieszkaniec Marsa. 

Nazajutrz 

przypadały urodziny żony, a doktor Ber ciągle jeszcze nie był zdecydowany, co 

jej ofiarować w 

prezencie. Poprzednim razem podarował żonie komplet przyborów kreślarskich, z 

których bardzo 

się cieszyła. Oczywiście, nie były to zwyczajne przybory kreślarskie: każdy z 

nich doktor pokrył 

własnoręcznie niklem, pochodzącym ze wszystkich dosłownie zakątków galaktyki. 

Przygotowując podarek przez długi czas starannie kolekcjonował i dobierał 

nikiel. Zaopatrzył się 

w całą baterię puszek i umieścił na każdej z nich odpowiednią nalepkę: „Nikiel z 

meteorytu nr 

67, rejon planety Oro”, „Nikiel z gwiazdozbioru Dyi”, „Nikiel z mgławicy 

Asynidy”. W sumie 

doktor zgromadził dwadzieścia dwa różne nikle. Rzecz jasna, niczym się między 

sobą nie 

różniły, żadna analiza fizyczna czy chemiczna nie pozwoliłaby odróżnić ich od 

najzwyklejszego 

background image

marsjańskiego niklu, ale, mówicie, co chcecie, przyjemnie jest trzymać grafion 

lub cyrkiel, jeśli 

się wie, że zanim trafiły do waszych rąk, pokrywający je metal odbył długą 

wędrówkę w 

Kosmosie. Tym razem można by podarować żonie kątomierz z aluminium, 

pochodzącego 

ogromnego meteorytu, dzięki któremu doktor o mało co nie pobił rekordu akademika 

Ara. Ber 

okazał się posiadaczem 80 kilogramów tego aluminium, a zaledwie trzy gramy 

wystarczyły, aby 

ustalić, że jest on dokładnie taki sam jak marsjański. Tylko że doktor 

wielokrotnie mówił żonie, 

iż nie wie, co począć z aluminiowym proszkiem… Nie, lepiej zużyć go na jakieś 

inne cele… Nic 

kompletnie nie przychodzi do głowy. Może zrobić jednak ten kątomierz i wyryć na 

nim datę 

pochwycenia meteorytu?

W trudnych sytuacjach doktor nieodmiennie zasięgał rady mózgu elektronowego. 

Tym 

razem 

chyba nie będzie mógł mu pomóc. A może jednak spróbować? Doktor sięgnął po 

kawałek 

perforowanej taśmy i postanowił, że jeżeli licznik pokaże w odpowiedzi liczbę, 

której ostatnia 

cyfra będzie parzysta, to zrobi kątomierz, jeśli zaś nieparzysta — podaruje po 

prostu schwytany 

niedawno maleńki meteoryt, na którym — kiedy oglądać go przez mikroskop — 

można 

dostrzec 

background image

dziwaczny wzór, przypominający inicjały żony. Nawiasem mówiąc, dawno już 

zamierzał 

pokazać jej ten kamyczek.

Mózg elektronowy odpowiedział błyskawicznie, ale niestety na końcu liczby 

widniało zero. 

Doktor z niechęcią popatrzył na swego doradcę, który w tak bezapelacyjny sposób 

zalecał mu 

liczyć wyłącznie na siebie.

Doktor dobrze zresztą wiedział, że i tak nie posłuchałby rady maszyny. Podarek 

wykonany 

według czyjejkolwiek rady przestaje być podarkiem. Wie o tym już każdy uczeń, 

który wykuł 

pierwszą stronę podręcznika gramatyki normatywnej: „Wszystko, co nas otacza, 

można podzielić 

na materię ożywioną i nieożywioną; do ożywionej zaliczamy się my i podarki. 

Podarkiem 

nazywamy przedmiot wymyślony i zrobiony przez nas dla kogoś innego.” Nauka o 

podarkach 

obowiązuje w klasach od pierwszej do ósmej i pod względem przeznaczonego na nią 

czasu 

zajmuje trzecie miejsce za matematyką i fizyką. Jest to bardzo trudny przedmiot, 

z którego 

doktor nigdy nie zdołał zdobyć dobrej oceny. Musiał nawet uczęszczać na 

dodatkowe zajęcia dla 

nie nadążających uczniów. Nawiasem mówiąc, wielu z nich zostało w przyszłości 

wielkimi 

fizykami i matematykami, nader szacownymi uczonymi.

Doktor zdjął okulary, potarł dłonią czoło i nakazał sobie kategorycznie, ze w 

ciągu 

najbliższych pięciu minut podejmie decyzję, ponieważ dalsza zwłoka jest 

background image

niemożliwa. Ale 

decyzja przyszła nawet wcześniej. Okulary?… No oczywiście, można zrobić 

wspaniałe okulary, 

używając w tym celu szkła, które otrzymał z meteorytu M 223. Czyż nie jest 

przyjemnie patrzeć 

przez szkła, które tyle widziały w czasie swego istnienia? Znakomita myśl, a 

oprawkę istotnie 

można wywiać z aluminium. Będzie to zupełnie na miejscu. Mimo wszystko nie 

każdy 

ma na 

swoim koncie meteoryt o wadze czternastu ton.

Jutro rano trzeba wziąć się do roboty, a teraz — do domu, jest już bardzo późno. 

Doktor był 

przy drzwiach, kiedy z głośnika dobiegł donośny sygnał, oznaczający, ze ktoś 

zamierza 

przekazać nie cierpiące zwłoki informacje. Jedynie w takich nadzwyczajnych 

wypadkach uczeni 

uciekali się do użycia metafal, które automatycznie włączały wszystkie głośniki 

na Marsie. Cóż 

mogło się wydarzyć o tak późnej porze? Doktor nasłuchiwał w napięciu.

„Uwaga, uwaga — ogłuszająco zahuczał głośnik — tu laboratorium 602, tu 

laboratorium 602. 

Mówi profesor Ar. Przystępuję do otwarcia sztucznego ciała niebieskiego, które 

schwytałem w 

kwadracie 7764. Wszystkie mikrofony laboratorium są włączone, słuchajcie moich 

komunikatów. Słuchajcie moich komunikatów. Mówię z laboratorium 602. Mówi 

profesor Ar.”

Doktor Ber usiłował pojąć, co się właściwie wydarzyło. Sztuczne ciało 

niebieskie? Dlaczego 

profesor nie nadał sygnału natychmiast po zorientowaniu się, ze meteoryt jest 

background image

sztuczny? 

Dlaczego postanowił dostarczyć to ciało właśnie do laboratorium 602, 

mieszczącego się na 

Phobosie? Dlaczego uważa za konieczne natychmiastowe otwarcie sztucznego 

meteorytu? 

Dlaczego postanowił zrobić to sam, nie wzywając nikogo do pomocy? I 

najważniejsze — 

dlaczego profesor milczy?

Ten potok myśli i pytań bez odpowiedzi przerwany został wreszcie dobiegającym z 

głośnika 

głosem profesora Ara. Profesor mówił ze wzruszeniem i patosem, ale jego słowa 

zwrócone były 

nie do tych, którzy wstrzymując oddech słuchali go na Marsie.

— Drogi i wielce czcigodny kolego — mówił profesor. — Przypadło mi szczęście 

powitać 

serdecznie w imieniu własnym oraz w imieniu wszystkich uczonych i mieszkańców 

planety 

Mars, pana, pierwszego gościa, który przybył do nas z kosmosu. Zdaję sobie 

sprawę, że 

odwiedzenie naszej planety nie wchodziło, być może, w plan pańskich badań 

naukowych, który 

to plan naruszony został z mojej winy. Najgoręcej pana z tego powodu 

przepraszam. Wnioskując 

z obawy, z jaką szanowny kolega ogląda sklepienie tego ponurego laboratorium, 

mogę sądzić, że 

przyjęcie, z którym spotyka się pan na Marsie, wydaje się panu nie dość 

serdeczne. Pozwolę 

sobie na całkowitą szczerość i wówczas, być może, pańskie wątpliwości i obawy 

zostaną 

rozproszone. My, Marsjanie, jesteśmy jedynymi żywymi istotami zamieszkującymi 

background image

naszą 

planetę. Jednak odległe okresy naszej historii, wypełnione krwawymi wojnami, 

kiedy to 

osiągnięcia nauki nierzadko wykorzystywane były w celu unicestwienia życia, 

narzuciły nam 

smutny wniosek, że żywe istoty, nawet całkowicie do siebie podobne, nie od razu 

znajdują język 

porozumienia i pokoju. Czy wobec tego będzie pan zdziwiony, że żywiłem 

najgłębsze obawy, 

kiedy zrobiło się we mnie podejrzenie, iż w pańskim kosmicznym pojeździe, przed 

którego 

doskonałością techniczną chylę głowę, znajdują się, być może, żywe istoty? Oto 

dlaczego 

znaleźliśmy się tutaj. Nie wiem jeszcze, co usłyszę od pana w odpowiedzi i nie 

jestem pewny, 

czy będę rozumiał pańską mowę, tak doskonale jak pan moją, w czym utwierdza 

mnie 

uwaga, z 

jaką mnie pan wysłuchał, ale proszę pana, drogi kolego, aby pan uwierzył, że ja 

i wszyscy 

mieszkańcy Marsa, którzy nas w tej chwili słuchają, nieskończenie radzi jesteśmy 

pańskiemu 

przybyciu. Ze wzruszeniem czekamy na pańskie słowa…

Ale odpowiedzi nie było. Zapanowała cisza, która ponownie pogrążyła doktora Bera 

w wirze 

niespokojnych myśli i wątpliwości, przybierających najbardziej koszmarne 

kształty.

Delegat Merkurego nie zabrał głosu

Merkury… Wenus… Ziemia… Mars… Jowisz… Saturn… Uran… Neptun… 

Pluton… Kto 

background image

zabierze głos pierwszy? Zresztą kolejność nie jest taka znów ważna. Niech 

zaczyna Jowisz — 

największy i najgrubszy.

Starszy pracownik naukowy Muzeum Niezwykłych Meteorytów, Kin, jeszcze raz 

filuternie 

popatrzył na narysowane przez siebie postacie. Każda z nich wyobrażała jakąś 

planetę, a 

wszystkie miały przedstawiać pierwszą międzyplanetarną naradę, zwołaną w celu 

uporządkowania nazewnictwa. Sprawa niesłychanie istotna. Kiedy delegaci 

wszystkich planet 

zebrali się, aby omówić bieżące zadania systemu słonecznego, spostrzegli, że nie 

mogą dojść do 

porozumienia, ponieważ w nazewnictwie panuje kompletny bałagan.

Ale nagle się wyjaśniło, że planetę Wenus we wszystkich zakątkach systemu 

słonecznego 

zawsze — aczkolwiek w różnych językach — nazywano planetą Miłości. To 

odkrycie 

ogromnie 

zainteresowało delegatów. Byli niesłychanie radzi temu szczęśliwemu zbiegowi 

okoliczności, 

który pozwalał przypuszczać, że działo się tak nieprzypadkowo: mieszkańcy 

wszystkich planet 

muszą mieć jednakowe wyobrażenie o miłości i wobec tego we wszystkich innych 

sprawach 

także zdołają się w końcu porozumieć. Postanowiono tedy, że każdy z delegatów 

wyjaśni, 

dlaczego w jego ojczyźnie Wenus nazywana jest planetą Miłości.

W tym miejscu opisywanej historii Kin zastanowił się, komu pierwszemu udzielić 

głosu. 

Niesłychanie pasjonował się układaniem takich historii, chociaż wielu uważało, 

background image

że nie jest to 

zajęcie godne naukowca… Tak więc, cóż powie delegat Jowisza?

— Męczyliśmy się przez długi czas — zaczął zabawny tłuścioszek — nad 

rozwiązaniem 

zagadki, dlaczego Wenus błyszczy silniej niż inne planety i to nawet trzynaście 

razy silniej od 

Syriusza. Ustaliliśmy, że odbija połowę padającego na nią słonecznego światła. 

Ale dlaczego? 

Oto problem. Wreszcie udało się ustalić, że owe światło odbijają białe obłoki, 

które gęstą 

warstwą otulają planetę. I wówczas nazwaliśmy Wenus planetą Miłości, ponieważ 

miłość 

również jest tym pilniejsza im bardziej nieprzenikniona jest tajemnica, która ją 

osłania.

— Zanim wyjaśnię powody, dla których nazwaliśmy Wenus planetą Miłości — 

powiedział 

nieśmiały przedstawiciel Plutona — muszę złożyć przeprosiny na ręce delegata 

Merkurego. Tak 

się nieszczęśliwie złożyło, że ponieważ jesteśmy bardzo oddaleni od centrum i 

znajdujemy się na 

odległych peryferiach, w ogóle nie wiedzieliśmy o istnieniu Merkurego i 

uważaliśmy Wenus za 

najbliższą towarzyszkę Słońca. Jak wam wiadomo, nasz klimat jest dość chłodny, 

nawet latem 

temperatura nie sięga powyżej bezwzględnego zera. Obserwując Wenus przez 

potężne 

teleskopy, 

cieszyliśmy się, że położona jest tak blisko Słońca, ze jest jej tak dobrze, 

ciepło i jasno. Czyż nie 

takie samo uczucie radości ogarnia nas, kiedy widzimy, że ukochana istota jest 

background image

szczęśliwa i 

cieszy się życiem? Być może, ten nasz plutoński pogląd na miłość wyda się komuś 

niemodny i 

staroświecki, ale tacy już jesteśmy my, Plutończycy, żyjący w surowych warunkach 

i nie 

rozpieszczani przez nie. Dlatego właśnie daleką planetę, która budziła w nas 

takie uczucia, 

nazwaliśmy planetą Miłości.

Kin przejrzał napisany fragment, poprawił parę niezbyt celnych słów, uśmiechnął 

się figlarnie 

i zaczął obmyślać, co powinni powiedzieć o miłości zarówno inni delegaci, jak i 

czarująca 

mieszkanka Wenus. „Delegat Merkurego…” — zaczął pisać. Ale w tym właśnie 

momencie z 

głośnika rozległ się donośny sygnał.

Pierwszy komunikat profesora Ara wprawił Kina we wściekłość. Ze złości grzmotnął 

pięścią 

w biurko tak, że cały system słoneczny zadrżał. Cios spadł na wyobrażenie 

delegata Merkurego i 

gdyby Kin uderzył z taką siłą w samego Merkurego, w systemie słonecznym 

zabrakłoby jednej 

planety. Co za skandal! Jak długo jeszcze będzie to trwało, jak długo naruszane 

będą prawa 

zastrzeżone wyłącznie dla Muzeum Niezwykłych Meteorytów?! Istnieje zakaz 

przeprowadzania 

jakichkolwiek fizycznych i chemicznych badań nowo znalezionego meteorytu, 

dopóki 

pracownicy Muzeum nie zrobią jego odlewów, które precyzyjnie odtworzą wszystkie 

właściwości powierzchni do najdrobniejszych szczegółów włącznie! Cóż z tego, że 

niektórzy 

background image

uczeni wykonywanie odlewów uważają za zbędną formalność. Są to nieucy, którzy 

nie 

rozumieją, jak wielkie tajemnice kryje w sobie powierzchnia materii… 

„Przystępuję do otwarcia 

sztucznego ciała niebieskiego…” Profesorowi, rzecz jasna, spieszno, by uszkodzić 

i okaleczyć 

drogocenne znalezisko, które trafiło do jego rąk. Uwierzył nareszcie, że mogą 

istnieć meteoryty 

sztucznego pochodzenia. A czyż Kin nie dowodził tego tysiąc razy, czyż nie 

wskazywał, że 

bogata kolekcja Muzeum dysponuje dziesiątkiem co najmniej meteorytów, w których 

wyraźnie 

można dojrzeć piętno nieznanych cywilizacji? „Gra wyobraźni, fantazje, puste 

wymysły” — oto 

co słyszeli za każdym razem ci, którzy poświęcili swe życie drobiazgowemu 

badaniu 

powierzchni meteorytów. Zobaczymy, co teraz powie sam profesor Ar. Jaka to gra 

wyobraźni 

skłoniła Bo do postawienia na nogi całej planety.

Kin znajdował się w stanie takiego podniecenia, że nawet nie od razu zastanowił 

się, do kogo 

profesor Ar zwraca swą mowę powitalną. Ale kiedy wreszcie do jego świadomości 

dotarło, że 

sztuczne ciało niebieskie okazało się zamieszkałe, że na Marsa przybył 

przedstawiciel życia z 

jakiejś innej planety, starszego i pracownika naukowego Muzeum Niezwykłych 

Meteorytów 

ogarnęła fala entuzjazmu. Konieczność podzielenia się z kimkolwiek tym 

entuzjazmem była tak 

silna, że zaczął mówić na głos, celując palcem prosto w brzuch delegata Jowisza. 

background image

„Czy pan 

rozumie, co to oznacza?! Teraz niejedno się wyjaśni. Dowiemy się, czy na 

planecie, z której 

przybył nasz szanowny kolega, istnieją potężne czynne wulkany; czy zdarzały się 

wypadki 

nagłych gigantycznych kataklizmów, kiedy to całe wyspy wraz ze znajdującymi się 

na nich 

budowlami z kamieni wylatywały w kosmos. Poprosimy naszego wielce szanownego 

kolegę, aby 

obejrzał zbiory muzealne. Może rozpozna niektóre z dziwacznych odłamków i 

wówczas ci, 

którzy ośmielali się z nas kpić, zostaną ośmieszeni, a prawda wreszcie 

zatriumfuje!” Kin już 

niemal widział, jak w towarzystwie obywatela innego świata idzie przez sale 

Muzeum, jak 

zaintrygowany gość pochyla się nad gablotkami, oglądając uważnie każdy kamień i 

nagle…

— Widzę — rozległ się ponownie głos profesora Ara — że nasz szanowny gość 

bardzo 

jest 

znużony swoją niezwykłą podróżą. Będę szczęśliwy, jeśli zechce pan przyjąć moje 

zaproszenie i 

zgodzi się spędzić pierwsze dni na Marsie w rezydencji naukowców na Wielkim 

Syrcie. W 

warunkach całkowitego spokoju będzie pan mógł znakomicie wypocząć i wrócić do 

sił. 

Spotkamy tam moich przyjaciół — doktora Bera i maestro Kina, których 

towarzystwo, mam 

nadzieję, sprawi panu przyjemność. Jeśli nie ma pan nic przeciwko memu 

zaproszeniu, możemy 

background image

natychmiast opuścić laboratorium. Proszę, mój helikopter jest na pańskie usługi.

Po krótkiej przerwie, kiedy wszyscy słuchający profesora Ara czekali w napięciu, 

czy nie 

poda jeszcze jakichś informacji, głos zabrał prezes Akademii Nauk.

— Szanowni koledzy — powiedział. — Mamy do czynienia z wydarzeniem 

niesłychanej 

wagi. Trudno obecnie przewidzieć wszystkie jego konsekwencje. Sytuacja zmusza 

mnie, abym 

był zwięzły. Uważam, ze doktor Ber i maestro Kin powinni, jeżeli nic nie stoi im 

na 

przeszkodzie, natychmiast wylecieć na Wielki Syrt. Nie znane są mi przyczyny, 

dla których 

profesor Ar wezwał właśnie ich, ale niewątpliwie miał po temu ważkie powody.

Skąpe informacje, jakie uzyskaliśmy dzięki komunikatom profesora Ara, nie 

pozwalają mi na 

pełną ocenę sytuacji. Mogę tylko wezwać członków ekspedycji, aby zachowali jak 

najdalej idącą 

ostrożność. Proszę zabierać głos.

Radiowa narada uczonych trwała jeszcze, kiedy Ber i Kin byli już na Wielkim 

Syrcie.

Nagrana na taśmę magnetofonową pierwsza rozmowa 

między profesorem Arem, doktorem Berem i Kinem.

Profesor Ar: Drodzy koledzy, korzystając z tego, że nasz gość mocno zasnął, 

zaproponowałem wam, abyśmy się tu zebrali i dokonali wstępnej wymiany 

poglądów. 

Nie 

miałem dotychczas możliwości poinformować zarówno was, jak i naukowego świata 

Marsa o 

wszystkich wydarzeniach tej niezwykłej nocy. Winienem to uczynić — aby nasza 

wspólna dalsza 

background image

praca uwieńczona została sukcesem, niezbędna jest znajomość wszystkich faktów. 

Na skutek 

różnych okoliczności, które zamierzam właśnie wyjaśnić, moje komunikaty z 

laboratorium 602 

nie mogły wprowadzić was dostatecznie w bieg wydarzeń.

Zacznę od faktów. O godzinie 3 minut 15 i 22 sekundy radiomagnetyczny promień 

mojego 

reflektora natknął się na meteoryt w kwadracie 7764, koordynaty przestrzenne 29 

i 648. Według 

wskazań masometru ciężar pochwyconego ciała niebieskiego wynosił 3,5 tony. Po 

włączeniu 

kontrpromienia masometr zanotował gwałtowne zmniejszenie się ciężaru meteorytu 

do 120 

kilogramów. Meteoryt, który wszedł w pole widzenia, olśnił mnie swym blaskiem i 

niezwykłością kształtów. Po unieruchomieniu go na platformie utwierdziłem się w 

przekonaniu, 

ze jest to sztuczne ciało niebieskie i przyszło mi do głowy, że wewnątrz niego 

mogą znajdować 

się żywe istoty, twórcy tego międzyplanetarnego pocisku. Postanowiłem jak 

najspieszniej 

sprawdzić to przypuszczenie, licząc się z tym, że piloci mogą potrzebować 

pomocy, ponieważ 

program ich lotu został gwałtownie zakłócony wskutek mej mimowolnej ingerencji. 

Z drugiej zaś 

strony, ze zrozumiałych dla was powodów, obawiałem się przeprowadzać demontaż 

pocisku na 

Marsie. Oto dlaczego znalazłem się w laboratorium 602. Mój pierwszy komunikat 

nadałem 

natychmiast potem, kiedy zorientowałem się w układzie zamocowań włazu. Po jego 

otwarciu 

background image

zobaczyłem w kabinie pocisku kosmonautę, który dobrowolnie opuścił swe 

stanowisko nie 

zabierając ze sobą nic, co przypominałoby narzędzie obrony lub ataku. Tym 

niemniej w chwili 

spotkania z pilotem doświadczyłem uczucia ogromnej trwogi i dopiero gdy ją 

pokonałem, 

mogłem zwrócić się do niego z mową powitalną, którą słyszeliście.

Ze wzruszeniem czekałem na odpowiedź, ale pilot nie spuszczając ze mnie oczu nie 

wydał ani 

jednego dźwięku. Ewentualne przyczyny tego milczenia pozwolę sobie wyjaśnić 

dalej. Na razie 

dodam, że aczkolwiek wygląd tajemniczego przybysza z Kosmosu budził we mnie 

obawy, w 

jego zachowaniu nie było nic, co wskazywałoby na złe zamiary.

Dalsze okazywanie wobec niego nieufności mogło spowodować jak najbardziej 

niepożądane 

skutki i wobec tego zwróciłem się doń w słowach, które są wam znane. Mówiąc: 

„Mój helikopter 

jest na pańskie usługi”, wykonałem jednocześnie zapraszający gest i nasz gość 

bez 

jakiegokolwiek nacisku z mojej strony sam wszedł po ruchomej drabince, 

prowadzącej do kabiny 

śmigłowca. Podczas lotu na trasie Phobos — Wielki Syrt przybysz zachowywał się 

bardzo 

spokojnie, aczkolwiek nadal nie odpowiadał na moje pytania. O godzinie 6 minut 

30, na 

dwadzieścia minut przed lądowaniem, pilot zasnął i musiałem go z helikoptera 

wynieść; jak wam 

wiadomo, nie obudził się i wówczas, kiedy przenieśliśmy go do przeznaczonej dlań 

części 

background image

rezydencji. Tak pokrótce wyglądają fakty.

Doktor Ber: Czym tłumaczy pan raptowną różnicę, jaką wykazał masometr po 

włączeniu 

kontr—promienia?

Profesor Ar: Stanowi to dla mnie zagadkę. Przypuszczam jednak, że kontrpromień, 

być 

może, wskutek interferencji uruchomił mechanizmy odłączające potężnego statku 

kosmicznego. 

Statek ten rozpadł się na części, a jedną z nich jest właśnie schwytany przez 

nas pocisk. W 

przypadku trafności tej hipotezy, zgodnie z prawem Leza, mogliśmy utrzymać w 

strefie 

przyciągania wyłącznie cząsteczkę o najmniejszej masie.

Kin: Co, zdaniem pana, stanowi podstawowy cel prac naszego zespołu?

Profesor Ar: Winniśmy starać się nawiązać kontakt z naszym kolegą z innej 

planety, 

znaleźć sposób porozumiewania się z nim, wyjaśnić, w czym możemy mu być 

obecnie 

pomocni.

Kin: Mówił pan, że dysponuje pan hipotezą, która pozwoliłaby wytłumaczyć 

przyczyny 

milczenia pilota. Sądzę, że z pożytkiem zarówno dla doktora Bera, jak i dla mnie 

oraz dla 

wszystkich, którzy nas słuchają, byłoby zaznajomić się z owymi przypuszczeniami.

Profesor Ar: Zaraz się nimi podzielę. Ale winienem panów uprzedzić, że na razie 

jest to 

wyłącznie hipoteza robocza.

W ciągu dwudziestu minut, które spędziłem w kabinie helikoptera patrząc na mego 

śpiącego 

towarzysza, przemyślałem bardzo wiele. Oto istota, rozmyślałem, która pokonała 

background image

miliony 

kilometrów w odmętach kosmosu. Zwyciężyła ona i podporządkowała sobie żywioł, 

ale poniosła 

niespodziewaną klęskę, zetknąwszy się z potęgą rozumu, który okazał się bardziej 

ślepy aniżeli 

żywioł. Jesteście, być może, zaskoczeni, że użyłem słowa klęska. Niewątpliwie 

jednak mamy tu 

z nią właśnie do czynienia, a ja jestem jej mimowolną przyczyną.

Do momentu, kiedy zaczął działać promień radio–magnetyczny, statek trzymał się 

ściśle 

wyznaczonego kursu. Jego pilot był w pełni wolny, rozkoszował się swobodą, czuł 

się władcą 

kosmosu. I oto nagle coś nieznanego, niepojętego przekreśla tę swobodę i 

pogromcę żywiołu 

zamienia w igraszkę przypadku. Dla zrozumienia tego faktu zbędny był wybuch, 

łoskot czy 

gwałtowny upadek — wystarczyły zagadkowe zmiany na tarczach przyrządów.

Pocisk międzyplanetarny, posłuszny naszemu rozumowi i stworzonym przez nas 

siłom, 

bezpiecznie wylądował na Marsie. Ale umysł pilota statku przeżył w tym momencie 

dramatyczny 

upadek z kosmicznych wyżyn wolności, z kosmicznych wyżyn wiedzy. Czyż mogło 

to 

nim nie 

wstrząsnąć?

W każdym razie nie wolno nam tracić nadziei, że nasz gość wróci do siebie po 

doznanym 

szoku. Wydaje mi się, że nie utracił zdolności pojmowania zwróconych doń słów. 

Na dźwięk 

głosu w jego oczach niezmiennie pojawia się błysk świadomości. Stworzymy 

background image

naszemu 

gościowi 

warunki, które niczym nie będą przypominały sytuacji, w jakiej wydarzyła się 

katastrofa. 

Odgrodzimy go od wszystkiego, co w najmniejszym choćby stopniu może 

przypominać 

laboratorium naukowe, podobne do kabiny, w której kosmonauta znajdował się 

podczas lotu.

Czas i odpowiednie otoczenie — oto nasi jedyni sprzymierzeńcy w niełatwej walce, 

jaką 

będziemy musieli stoczyć o przywrócenie naszemu gościowi daru mowy.

Kij o dwu końcach

Doktor Ber oglądał fotografie, które należało przesłać do redakcji biuletynu 

naukowego. 

Żywy — profesor Ar zaproponował, aby tak właśnie nazwać kosmonautę — 

sfotografowany był 

z profilu i en face. Doktor skrupulatnie studiował zdjęcia. To przynajmniej było 

coś 

zrozumiałego — szkic, schemat, na który można patrzeć godzinami, wnikając we 

wzajemna 

układy części i poszczególnych elementów. W towarzystwie Żywego doktor czuł się 

skrępowany. Za każdym razem, kiedy Żywy nieoczekiwanie zwracał głowę w jego 

kierunku, jak 

gdyby wyczuwając badawczy wzrok uczonego, doktorowi robiło się nieswojo. 

Odnosił 

wrażenie, 

że Żywy zarzuca mu brak taktu. Cóż to pan mnie tak ogląda, jak jakiś preparat? 

Niech pan będzie 

uprzejmy spytać mnie najpierw, czy życzę sobie, aby pan mi się przyglądał… 

Wypytywać zaś 

background image

Żywego i rozmawiać z nim tak swobodnie, jak robił to Kin, doktor w żaden sposób 

nie potrafił. 

Powiedział nawet kiedyś profesorowi, że ma wątpliwości, czy potrafi być 

użyteczny w pracy 

zespołu i czy profesor zrobił słusznie wybierając właśnie jego. No bo jaki 

istnieje związek 

między specjalnością doktora, to znaczy cząsteczkową strukturą kryształów w 

meteorycie, a tymi 

zadaniami, które stoją przed ich ekspedycją?

— W pańskich pracach — odpowiedział profesor Ar — zawsze zachwycały mnie 

obiektywizm oraz trafność wniosków, do których pan dochodził, zestawiając fakty 

na pozór nie 

mające ze sobą związku, nie wchodzące w zakres prowadzonych przez pana badań. 

Tego nam 

właśnie obecnie bardzo potrzeba. Proszę obserwować i kojarzyć fakty.

Ale jak kojarzyć obserwacje, którym nie można nadać materialnego kształtu? Żeby 

zrobić te 

choćby zdjęcia, niezbędne dla przekazania ich innym uczonym, trzeba było stoczyć 

całą walkę z 

Kinem, który twierdził, że nie wolno fotografować Żywego, ponieważ aparat 

fotograficzny jest 

precyzyjnym przyrządem i jego widok może spotęgować psychiczne cierpienia 

kosmonauty. 

Profesor Ar skłonny był przyznać rację Kinowi, doktor Ber musiał uciec się do 

pomocy silnego 

teleobiektywu i fotografować Żywego z dużej odległości, czy Ar i Kin 

rzeczywiście mają rację 

uważając, że Żywego trzeba odizolować od wszystkiego, co nawet odległy sposób 

związane jest 

z aparaturą naukową, przyrządów, od warunków, jakie otaczały go w momencie 

background image

katastrofy? I jak 

można prowadzić obserwacje aparatury? Skąd potem brać materiał do kojarzenia 

aktów?

Kiedy trzej uczeni zebrali się na wieczorną naradę, Kin był podniecony i wesoły.

— Drodzy przyjaciele! — zaczął profesor Ar. — Przystępujemy do pracy. Dobiegł 

końca 

piąty dzień naszego pobytu na Wielkim Syrcie, dzień, w którym miało miejsce 

niesłychanie 

ważne wydarzenie. Rozumiecie, że mam na myśli kij. Uważam za konieczne, aby 

maestro Kin 

szczegółowo opowiedział nam tę historię, historię pierwszego wyraźnego i 

dobrowolnego 

kontaktu, jaki Żywy nawiązał z otaczającym go światem marsjańskiej przyrody.

Kin odchrząknął, pospiesznie połknął tabletkę glukozy, którą niezmiennie trzymał 

w ustach — 

przyzwyczajenie Kina, aby bez przerwy wkładać te tabletki do ust, piekielnie 

drażniło doktora 

Bera — przeciągnął dłonią po swych zmierzwionych włosach i spojrzawszy na 

zegarek, zaczął 

mówić.

— Realizując program obserwacji popołudniowych, — spacerowałem z Żywym w 

jarze 

przylegającym do ogrodu naszej rezydencji. Żywy, jak zwykle, wykonywał masę 

ruchów i w 

żaden sposób nie mogłem się zorientować, co go pobudza do takiej ciągłej i 

chaotycznej zmiany 

miejsca. Ze względu na to, że doktor Ber wczoraj bardzo szczegółowo 

scharakteryzował, jak 

bardzo różne jest zachowanie Żywego w pomieszczeniach zamkniętych i na łonie 

natury, nie 

background image

będę się nad tym zatrzymywał. Powiem tylko tyle, że krzywa obserwowanych przeze 

mnie 

przemieszczeń Żywego niczym istotnym nie różni się od tej krzywej, jaką 

nakreślił nam nasz 

szanowny kolega. Ale nagle Żywy, który na chwilę przedtem zniknął w zaroślach, 

pojawił się 

przede mną, trzymając ten oto kij.

Kin uroczyście wskazał ręką leżący na stole suchy patyk.

— Było to tak nieoczekiwane, że osłupiałem. Ale potem spostrzegłszy, że Żywy 

wpatruje się 

we mnie uważnie i jakoś pytająco, podszedłem do niego i powiedziałem: „Niech pan 

pozwoli, 

szanowny kolego, że obejrzę rzecz, którą pan znalazł”. Żywy bardzo uprzejmie 

położył kij 

przede mną. Wziąłem go do rąk, doskonale zdając sobie sprawę z jego ogromnej 

naukowej 

wartości. Nie mogłem się zdecydować, aby zwrócić kij Żywemu, ponieważ mógłby 

zanieść go z 

powrotem w zarośla i tam zostawić, a ja za nic bym go nie znalazł pośród stosów 

chrustu. 

Zdawałem sobie sprawę, że cenny jest dla nas ten właśnie kij, pierwszy spośród 

tysięcy, który 

zwrócił uwagę Żywego. Jednocześnie zaś nie mogłem pozostawić go w swoich 

rękach, 

ponieważ 

Żywy patrzył na mnie z wyrazem zaskoczenia i nawet dokonał słabej próby 

ponownego 

zawładnięcia swą własnością. Wówczas położyłem kij przed Żywym i pokrótce 

starałem się mu 

wyjaśnić jego wartość. 1 „Wspaniały kij — powiedziałem — bardzo dobry kij. 

background image

Gratuluję panu, 

kolego, cieszę się bardzo, że wreszcie coś się panu spodobało u nas na Marsie. 

To bardzo, bardzo 

dobrze. A teraz chodźmy do domu, nasi przyjaciele już na nas czekają, oni także 

chętnie obejrzą 

to, co pan znalazł, ten śliczny, znakomity, doskonały kij”. Jednocześnie 

pogładziłem kij dłonią, 

chcąc tym gestem jeszcze raz podkreślić, jak bardzo jest cenny.

Przez całą drogę powrotną Żywy szedł przede mną niosąc kij. Jego zachowanie 

radykalnie się 

zmieniło. Przestał miotać się chaotycznie, nigdzie nie skręcał i tylko od czasu 

do czasu odkładał 

kij, aby chwycić go potem wygodniej. Kiedy weszliśmy do rezydencji, Żywy nie 

odniósł kija do 

swego pokoju, lecz położył go przed moimi drzwiami, wyrażając całym swym 

zachowaniem, że 

chce mi go podarować. Serdecznie podziękowałem za ten podarunek.

Kin przemilczał, że ogromnie wzruszony zrewanżował się Żywemu trzema 

tabletkami 

glukozy. Oczywiście było to sprzeczne z regulaminem odżywiania. Ale Kin nie 

umiał inaczej 

wyrazić swoich uczuć. W dodatku od razu się przekonał, że Żywy umie utrzymywać 

takie 

sekrety w głębokiej tajemnicy.

Po krótkiej przerwie, w czasie której trzej uczeni w skupieniu oglądali patyk, 

doktor Ber wziął 

go do ręki, potrzymał na dłoni i powiedział z pewnym zakłopotaniem, ale jednak 

stanowczo:

— Dostrzegam w tym fakcie na razie tylko jedno: że Żywy potrafi udźwignąć 

kawałek drzewa 

background image

o wadze około trzystu gramów i przenieść go na odległość mniej więcej ośmiuset 

metrów, czyli 

innymi słowy — wykonać pracę równą mniej więcej dwustu pięćdziesięciu 

kilogramometrom.

— I to wszystko co może pan powiedzieć w sprawie kija?! — wykrzyknął 

zapalczywie 

Kin.

— Wszystko — spokojnie odpowiedział doktor. — Fakty nie upoważniają mnie do 

powiedzenia czegokolwiek więcej.

— Wobec tego ja powiem, co o tym myślę. Jestem naocznym świadkiem i jeśli 

chcecie — 

współuczestnikiem wszystkiego, co się wydarzyło. Wkraczamy W dziedzinę 

psychologii. Tak 

więc rozstańcie się z waszymi gramami, kilogramami, metrami i kaloriami. 

Zapomnijcie o nich, 

obserwujcie, obserwujcie oczami serca! Kiedy zobaczyłem ten przyniesiony przez 

Żywego kij, 

doskonale zrozumiałem, co chciał mi powiedzieć. Oto znalazłem — mówił — i 

przyniosłem 

panu w prezencie to, co przypomina mi ojczystą planetę; u nas także rosną 

drzewa, budujemy z 

nich mieszkania, robimy stoły, rajsbrety, półki na książki. Oto co chciał 

powiedzieć Żywy za 

pośrednictwem tego małego kawałka drewna.

Widzę, że pan się uśmiecha, ale pański sceptyczny uśmiech nie obali mojego 

przekonania, iż 

ja dzięki temu patykowi potrafię dowiedzieć się o Żywym więcej niż pan ze swymi 

przyrządami i 

całą aparaturą. Ten kij — to znak zaufania, być może jedyny znak, jaki obecnie 

może podać nasz 

background image

nieszczęśliwy kolega, to wyraźny przebłysk świadomości i próba kontaktu, a pan 

chce go 

mierzyć w gramach i centymetrach. Niech pan się wstydzi, doktorze, jak można być 

takim 

pedantem!

Niech się dzieje, co chce

Profesor Ar długo nie mógł zasnąć po burzliwej wieczornej naradzie. Wprawdzie 

udało mu się 

załagodzić gwałtowny spór kolegów, ale i tak nie doszli do porozumienia. 

Zdecydowano, że 

problem kija zostanie przedyskutowany jeszcze raz. Obecnie przewracając się 

niespokojnie z 

boku na bok, profesor rozmyślał, jak najzręczniej poprowadzić tę następną 

naradę, na której sam 

powinien wystąpić pierwszy.

Profesor usiłował usystematyzować swoje koncepcje. Ale nagle, kiedy wydawało 

się, że 

osiągnął już jakiś ład, myśl, która błyskawicznie przemknęła mu przez głowę, 

obaliła wszystkie 

uprzednie wywody. Wstał, zapalił światło, zarzucił na siebie szlafrok, poszedł 

do łazienki i tam 

chwyciwszy w zęby plastikowy futerał od szczotki do zębów zaczął uważnie 

przyglądać się sobie 

w lustrze. Trzymany w zębach futerał przydawał łagodnemu obliczu profesora 

niezwykle 

podstępny wyraz, oczy gorączkowo błyszczały. Ale w tym błysku było zarazem coś 

ze spokojnej 

satysfakcji. „Drodzy koledzy” — spróbował powiedzieć profesor, nie wyjmując 

futerału z ust. 

Mówić było nader trudno, wyraźnie zatracały się kontury poszczególnych głosek. Z 

background image

ust profesora 

wydobywał się jedynie potok chrypliwych dźwięków, w którym on sam nie 

rozpoznawał 

wymawianych słów. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Ar otarł je 

ręcznikiem, wyjął 

futerał z ust i powiedział uroczyście, zwracając się do swego odbicia w lustrze: 

„Jeżeli mam 

rację, to ciężar spadnie niedługo z moich ramion!”

Powróciwszy do pokoju profesor siadł przy biurku, położył przed sobą kartkę 

papieru i wziął 

ołówek. Jego nie zatemperowany koniec zacisnął mocno w zębach i pochylił się nad 

papierem. 

Początkowo litery wychodziły niewyraźne i zamazane, ale powoli zaczęły nabierać 

coraz 

bardziej określonych kształtów.

Długo jeszcze płonęło światło w gabinecie profesora. A kiedy Ar postanowił 

wreszcie wrócić 

do łóżka, to z podniecenia znowu nie mógł zasnąć, ale teraz było to radosne 

podniecenie. 

Profesor miał szaloną ochotę natychmiast podzielić się rezultatami swych 

rozmyślań z Berem i 

Kinem. Nie mógł się jednak zdecydować, aby budzić ich w środku nocy. Jakże 

daremne były 

jego obawy!

Doktor Ber po powrocie z narady przesiedział przy biurku jeszcze dłużej niz 

profesor. Był w 

fatalnym humorze. Wszystkie te psychologiczne metody poznawania Żywego 

wydawały 

mu się 

co najmniej przedwczesne. Nie, on osobiście będzie się trzymał własnego 

background image

programu. Musi 

zdobyć choćby minimum dokładnych danych i zdobędzie je!

Doktor wyjął paczkę fotografii.

No cóż, jeśli nie pozwolono mu zważyć Żywego, to przynajmniej choćby w 

przybliżeniu 

dowie się, jaki jest wzajemny stosunek ciężaru poszczególnych części jego ciała. 

Doktor wziął 

zdjęcie z profilu i starannie wyciął sylwetkę Żywego wzdłuż postrzępionej linii. 

Potem położył 

wyciętą sylwetkę na laboratoryjnej wadze. Cztery gramy czterdzieści sześć 

miligramów. 

Doskonale. A teraz… Mocno zacisnąwszy wizerunek Żywego między dużym i 

wskazującym 

palcem lewej ręki doktor Ber ostrożnie wprowadził jego szyję między rozchylone 

ostrza 

nożyczek. Sekundę wahał się, czy nie należy przesunąć nożyczek bardziej w prawo, 

a potem 

zdecydowanie nacisnął. Oddzielona od tułowia głowa Żywego upadła na stół. Doktor 

Ber 

pochwycił ją pincetką i położył na wadze. Jeden gram dwadzieścia dwa miligramy. 

Tak więc 

można zakładać, że ciężar głowy Żywego pozostaje do ciężaru tułowia w stosunku 

mniej więcej 

jeden do czterech. Przeciętny stosunek ciężaru głowy mieszkańca Marsa do ciężaru 

tułowia 

wynosi jeden do siedmiu. Porównanie wypada zdecydowanie na korzyść kolegi z 

nieznanej 

planety.

Doktor Ber włożył do koperty kawałki złożonej nauce w ofierze fotografii i 

zamyślił się. 

background image

„Niech pan obserwuje i kojarzy fakty” — przypomniały mu się słowa profesora Ara.

Sięgnął po nowe zdjęcia i zaczął je uważnie studiować uzbroiwszy się w cyrkiel, 

linijkę i 

kątomierz.

En face. Profil. Wpatrując się w zdjęcia, doktor Ber przede wszystkim zwrócił 

uwagę na to, że 

głowa Żywego nie tylko stanowi najwyżej umieszczoną część jego ciała, ale 

również najbardziej 

wysuniętą do przodu. Ten fakt jakoś szczególnie podkreśla podporządkowanie 

wszystkich innych 

narządów — głowie. Zdjęcie z profilu wyraźnie świadczy o tym, że wszystko, co 

odgrywa rolę 

służebną i drugoplanową, zdecydowanie odsunięte jest do tyłu, ma czysto 

pomocnicze znaczenie. 

Jednocześnie, będąc wybitnym znawcą mechaniki, doktor Ber bez trudu ustalił, że 

przy takiej 

konstrukcji na przednie kończyny Żywego przypadać winny nie mniej niż dwie 

trzecie jego 

ogólnej wagi. Przewaga tego, co znajduje się z przodu, nad tym, co umieszczone z 

tyłu, jest 

oczywista.

Jeszcze bardziej zadziwiający obraz przedstawia zdjęcie en face. Ber pogrzebał w 

portfelu i 

wydobył własne zdjęcie, na którym uwieczniony był wespół ze swym 

czternastotonowym 

meteorytem. Głowa Żywego stanowiła jedną trzecią jego wzrostu. Głowa Bera 

zaledwie jedną 

ósmą. Nie jest to, oczywiście, zbyt przyjemne, ale trzeba umieć spojrzeć 

prawdzie w oczy.

Tak więc należy zwrócić szczególną uwagę na głowę. Pierwsze, co rzuca się w oczy 

background image

— to 

umiejscowienie uszu. Znajdują się one bezpośrednio nad centralną częścią czaszki 

i zwrócone są 

dokładnie w kierunku rozmówcy. Jeżeli od nozdrzy Żywego przeprowadzić prostą 

przez źrenicę 

jego oka, to będzie ona jednocześnie dwusieczną kąta, na którego wierzchołku 

znajduje się 

czubek ucha. Takie umiejscowienie wszystkich ważniejszych narządów zmysłów na 

jednej osi 

może i nadzwyczaj powinno sprzyjać koncentracji. Ber połączył odpowiednie punkty 

na własnej 

fotografii i otrzymał kąt rozwarty, mający 105 stopni, którego wierzchołek 

przypadał na źrenicę. 

Czyż nie wynika stąd, że marsjański uczony musi wkładać znacznie więcej wysiłku 

intelektualnego w koncentrowanie wzroku i węchu na jednym określonym 

przedmiocie?

Ale przy całej swej oryginalności uszy Żywego nie są jednak tak bardzo 

charakterystyczne jak 

jego nos. Stanowi on centralną i absolutnie dominującą część jego oblicza; w 

gruncie rzeczy całe 

oblicze Żywego poza odcinkiem czoła i oczami jest jednym rozrośniętym nosem. 

Czy 

nie należy 

więc zakładać?… Doktor nie umiał jeszcze sformułować swego przypuszczenia, ale 

czuł, że 

płynące z niego wnioski mogą mieć daleko idące konsekwencje. Węch… Świat 

zapachów… Oto 

gdzie, najprawdopodobniej, może kryć się rozwiązanie zagadki.

Ber wyszedł na balkon, żeby przed snem nieco odetchnąć świeżym powietrzem. Zły 

nastrój 

background image

zniknął, jak ręką odjąć. Czując pod nogami twardy grunt faktów, doktor z 

uśmiechem wspomniał 

niedawny spór z Kinem. Z pobłażaniem popatrzył w ciemne okno sąsiada. Zapalona 

głowa, co 

też może mu się teraz śnić?

Ale Kin nie spał. Przez całą noc nie zmrużył oka, miotany najstraszliwszymi 

wątpliwościami, 

jakie kiedykolwiek przypadły w udziale uczonemu. To, co zamierzał zrobić, było 

bliskie próbie 

skoku z okna dziesięciopiętrowego budynku, aby przekonać się o słuszności prawa 

ciążenia. 

Gdyby jednak wielki starożytny myśliciel, który odkrył to prawo, nie miał żadnej 

innej 

możliwości, aby poznać prawdę, czyż nie uciekłby się do tego ostatecznego 

środka?

Cztery równania z pięcioma niewiadomymi

Profesor Ir, siedząc przy biurku, przeglądał świeże biuletyny naukowe. Ani rusz 

nie mógł 

przywyknąć, że właśnie od tego zaczyna obecnie dzień pracy. I chociaż na 

drzwiach gabinetu 

profesora widniała tabliczka „Dyrektor Centralnego Wydawnictwa Naukowego i 

Biblioteki 

Głównej”, ten szumny tytuł bynajmniej nie sprawiał mu przyjemności. Uważał 

nadal, że po całej 

rozdmuchanej historii z meteorytami postąpiono z nim niesprawiedliwie, odsuwając 

go na trzy 

lata od badań laboratoryjnych i przenosząc do pracy administracyjnej. Ileż było 

hałasu, kiedy 

wyjaśniło się, że kamienie, które profesor reklamował jako meteoryty, zostały 

zebrane przez 

background image

niego po prostu w porzuconym kamieniołomie koło morza Asydolijskiego! 

Jakkolwiek 

jednak 

było, z profesorem postąpiono zbyt surowo. Nie dopuścił się żadnej profanacji 

nauki, a jeżeli 

nawet naruszył drugi punkt nowego statutu Akademii, to tylko dlatego, że bardzo 

mu się, 

biedakowi, nie wiodło w łowach na meteoryty. Ale statut jest statutem i mówi 

wyraźnie: „W 

związku z zakończeniem prac badawczych nad materialną strukturą Marsa i w celu 

uniknięcia 

dreptania nauki w miejscu Akademia zaleca zajmować się badaniem tych tylko form 

materii, 

których nie spotyka się ani na powierzchni ani we wnętrzu naszej planety”.

W dniach, kiedy uwaga wszystkich uczonych Marsa skierowana była na ekspedycję 

na 

Wielkim Syrcie, profesor Ir niesłychanie boleśnie przeżywał niełaskę, w którą 

popadł. Nie 

wątpił, że w innej sytuacji Ar z pewnością zaprosiłby go do udziału w zespole 

badawczym. Przez 

wiele lat pracowali razem i profesor Ar bardzo cenił niespożytą energię Ira, 

połączoną z 

wybitnym talentem eksperymentatora.

Na nowym stanowisku profesor Ir nie mógł wykorzystać w pełni swych talentów i 

możliwości. Wydawnictwo i biblioteka funkcjonowały jak dobrze naoliwiony 

mechanizm i 

doskonale obywały się bez udziału profesora.

Jedyne, co Ir rzeczywiście mógłby nazwać własnym dziełem, to zaprojektowane 

przez niego 

jubileuszowe wydanie dzieł Ryga, wybitnego uczonego, założyciela Akademii. W 

background image

bieżącym roku 

przypadło stutysiąclecie od dnia ukazania się jego fundamentalnego dzieła „O 

wzlotach i 

upadkach wiedzy”. Z tej okazji postanowiono wydać nowy wybór prac Ryga, 

opatrując je 

szczegółowymi komentarzami, które z jednej strony pozwoliłyby ocenić całą 

oryginalność myśli 

naukowej Ryga, z drugiej zaś — ukazać, jak bardzo rozwinęła się nauka w okresie 

ostatniego 

stutysiąclecia.

Początkowo profesor Ir sądził, ze nie jest to zadanie trudne, ale przy pracy nad 

komentarzami 

nieoczekiwanie powstały poważne trudności związane z tym, ze Ryg żył i tworzył 

na dwa wieki 

przed cieszącą się smutną sławą wojną czterystoletnią, która weszła do historii 

jako wojna 

fizyków przeciw lirykom.

Fizycy, matematycy i chemicy, którzy odnieśli w niej zwycięstwo, skazali na 

zagładę 

wszystko, co bezpośrednio nie dotyczyło ich dyscyplin naukowych.

Od „lirycznego paskudztwa” oczyszczono wszystkie biblioteki, muzea i inne 

instytucje 

kulturalne. Fizycy byli nieprzejednani. Nawet z własnej literatury powykreślali 

wszelkie 

porównania i metafory, które, co prawda, trafiały się tam nader rzadko.

Praktycznie rzecz biorąc, ze spuścizny liryków nie pozostało nic. Wśród 56 

miliardów tomów, 

znajdujących się w bibliotece Akademii, znaleziono przypadkiem jedynie dziesięć 

dzieł 

humanistycznych, które jacyś sprytni lirycy wkleili w okładki dzieł 

background image

matematycznych, aby uśpić 

czujność fizyków.

Prace Ryga napisane były klarownym językiem matematyka. Prawdopodobnie ta 

właśnie 

okoliczność osłabiła w swoim czasie czujność odpowiedniej komisji, która nie 

wykreśliła z nich 

ani jednego zdania. Natomiast przy skrupulatnym przygotowywaniu tekstu do 

nowego 

wydania 

okazało się, że w jednej ze swoich prac, która mówiła o określaniu współczynnika 

dyfuzji 

metodą optyczną, czcigodny uczony pozwolił sobie na dość dziwne wyrażenie. 

„Wykonałem —

— pisał — setki doświadczeń z kolimatorem i obecnie, wzorem starodawnych tidów, 

mogę 

powiedzieć, ze wiem, gdzie jest zagraj pogrzebany”. Profesor Ir wiedział, że 

„tid” — to 

starodawna nazwa mieszkańców Marsa, zastąpiona później słowem „uczony”, ale 

żaden z 

posiadanych przez bibliotekę słowników nie potrafił odpowiedzieć, co znaczy 

„zagraj”.

Pozostawienie tego fragmentu bez komentarza było rzeczą niemożliwą, a zarazem w 

żaden 

sposób nie dawał się on objaśnić. Oczywiście, można było napisać:

„Zagraj — rzecz grzebana w czasach starodawnych tidów”. Ale profesor Ir, który z 

usposobienia był rasowyrm fizykiem, nie tolerował żadnych niejasności i braku 

precyzji. Za 

wszelką cenę postanowił rozszyfrować tajemnicę tego dziwnego wyrażenia. W tym 

celu polecił, 

aby przejrzano wszystkie tomy i katalogi w bibliotece. Miał nadzieję, że znajdą 

background image

się jakieś nowe, 

nie znane dotychczas prace, które pomogą rozwiązać zagadkę. Przejrzenie 25 

miliardów tomów 

nie dało na razie żadnych rezultatów.

Szczerze mówiąc, w głębi duszy profesor zdawał sobie sprawę, że nie warto 

wykonywać tak 

ogromnej pracy z powodu jakiegoś jednego nieszczęsnego zdania. Ale te 

poszukiwania sprawiały 

mu zarazem ogromną moralną satysfakcję. Znów czuł się badaczem gotowym lada 

chwila 

dokonać niezwykłego odkrycia. Jego pasja odkrywcy była niewyczerpana. To 

właśnie 

ona 

skłoniła profesora, aby przynieść do laboratorium owe pechowe kamienie, kiedy 

wyczerpały się 

zapasy meteorytów. Nie potrafił żyć bez poszukiwań, sam ich proces stanowił dla 

niego 

bezgraniczną rozkosz.

Rzecz jasna, profesor nie tylko wydał polecenie, aby przejrzano wszystkie 

książki, ale również 

sam brał w tej pracy aktywny udział. Po przejrzeniu porannej prasy i podpisaniu 

przygotowanych 

dokumentów profesor zakładał czarny roboczy kitel i udawał się do pomieszczenia, 

gdzie 

przechowywano najstarsze książki. Tutaj właśnie spędzał całe dni.

„Cząsteczka dwubiegunowa…”, „Mikrofarad…”, „Strefowa teoria 

przewodnictwa…”, 

„Azymutalna liczba kwantowa…” Profesor zdejmował z półki kolejną książkę i 

bynajmniej nie 

poprzestawał na obejrzeniu jej pierwszej strony. W ten sposób można przepuścić 

background image

coś ważnego. 

Przecież między kartkami ,,Badań dyspersji anomalnych” klasyka Syda znaleziono 

obce arkusze 

tego samego formatu. Nie udało się ich rozszyfrować do końca, ale chodziło tam o 

jakiś 

straszliwy kataklizm, który doświadczył starodawnych tidów na pięćdziesiąt 

tysiącleci przed 

założeniem Akademii. Podobne rzeczy mogą znajdować się także gdzie indziej. Tak 

więc po 

wzięciu książki w prawą rękę, profesor lewą ostrożnie przytrzymywał wszystkie 

kartki, a potem 

przesuwał stopniowo duży palec, aby stronice szybko się odwracały. W ten sposób 

sześciusetstronicową książkę mógł przejrzeć mniej więcej w 45 sekund. W ciągu 

godziny nie 

zdołał przewertować więcej niż sto tomów. Dzienna norma profesora wynosiła 

tysiąc książek.

„Efektywna średnica drobin…”, „Fluktuacja natężenia prądu…”, „Uniwersalne stałe 

fizyczne. 

Wydanie 7”. Profesor dawno już zauważył, że przejrzenie niewielkiej broszurki 

wymaga 

niekiedy więcej czasu niż przewertowanie opasłego tomu, którego stronice przy 

przesuwaniu 

palca łatwiej przyjmują pozycję pionową, ponieważ większy jest nacisk odgiętych 

jeszcze kartek. 

Te „Stałe fizyczne” to maleńka książeczka, kartki przewracają się bardzo powoli… 

Doświadczony wzrok profesora od razu zarejestrował, że na środkowych arkuszach 

brak liczb i 

wzorów. Stałe bez liczb i wzorów? Coś tu jest nie w porządku. Profesor zaczął 

przeglądać 

broszurkę uważniej. Oczywiście! Nie zgadza się paginacja. Po stronie ósmej 

background image

następuje 

czterdziesta druga.

Profesorowi nie obca była pasja odkrywcy, ale nigdy nie gorączkował się i nie 

znosił 

pośpiechu. Kiedy miał zbadać przedmiot, który zwrócił jego uwagę, działał 

niezwykle 

metodycznie.

Wróciwszy do gabinetu z broszurą pod pachą, profesor położył ją na biurku, 

przygotował plik 

kartek i zasiadłszy wygodnie zabrał się do szczegółowych oględzin. Przede 

wszystkim popatrzył 

na notę wydawcy książki. Broszura była dość stara, ukazała się na 153 lata przed 

urodzinami 

Ryga jako pomoc naukowa dla studiujących na wydziałach fizyko–matematycznych. 

Dodatkowe 

dwa arkusze dokładnie pasowały do formatu broszury. Gatunek papieru również 

robił wrażenie 

identycznego.

Ale już przy lekturze pierwszych stron profesor znalazł masę nie znanych słów. 

Stałe fizyczne 

na obcych arkuszach wydrukowane były w postaci poszczególnych zdań, z których 

na 

razie tylko 

dwa były dla niego zrozumiałe. Jedno z nich głosiło: „I kropla żłobi kamień”, a 

drugie: „Poty 

dzban wodę nosi, póki ucho się nie urwie”.

Profesor wypisał te twierdzenia i kontynuował lekturę. Na czwartej stronie udało 

mu się 

odczytać: „Kuj żelazo, póki gorące”. „Każdy kij ma dwa końce” i „Nie wszystko 

złoto, co się 

background image

świeci”. Na następnych kartkach nie znalazł ani jednego zrozumiałego 

twierdzenia. Wreszcie 

przy dwudziestej znów miał szczęście i uzupełnił swoje notatki: „Nie ma dymu bez 

ognia”, „Nie 

kładź palca między drzwi”, „Nikt nie ogarnie nieogarnionego”.

Profesor odsunął broszurę i zamyślił się. „Uniwersalne stałe fizyczne. Wydanie 

7”? To, co 

udało mu się rozszyfrować, niewątpliwie miało bezpośredni związek z fizyką, ale 

nie pasowało 

jakoś do treści właściwej broszury. Profesor spojrzał na stronę ósmą: „Stała 

grawitacyjna…”, 

„Objętość mola gazu idealnego przy temperaturze 15°C”, „Prędkość światła (w 

próżni)”. I 

każdemu twierdzeniu towarzyszy wzór i oznaczenie liczbowe. Natomiast twierdzenia 

wynotowane przez profesora rejestrują zaledwie takie lub inne stałe zjawiska 

fizyczne: „Każdy 

kij ma dwa końce”, „Nie wszystko złoto, co się świeci”. Jeszcze raz popatrzył na 

okładkę: 

wydanie 7. Możliwe, ze tych dziwnych twierdzeń nie dołączono celowo, lecz 

trafiły tutaj 

wskutek niedbalstwa przy oprawianiu książki w drukarni… Możliwe, że pochodziły z 

pierwszego wydania, w którym zebrano wnioski z podstawowych obserwacji 

fizycznych. „Nie 

wszystko złoto, co się świeci” — jest to niewątpliwa prawda i zaczątek analizy 

spektralnej 

metali; „Nikt nie ogarnie nieogarnionego” stanowi zwięzłą formułę teorii 

względności; „Kuj 

żelazo, póki gorące” — oto wniosek wynikający z obserwacji nad zmianami 

struktury żelaza w 

zależności od wzrostu temperatury.

background image

Wszystko to było ogromnie interesujące. Profesor ponownie zagłębił się w lekturę 

broszury, 

ale przejrzenie kolejnych dziesięciu stron nie przyniosło mu żadnych korzyści. 

Chwytał 

znaczenie poszczególnych słów, nie potrafił jednak powiązać ich w całość. Jakże 

zmienił się 

marsjański język i jakim szaleństwem było zniszczenie wszystkich słowników! 

Absolutnie nie 

należało tego robić.

— Wreszcie na ostatniej z obcych stron profesor Ir znalazł jeszcze jedno 

twierdzenie: „Zagraj 

jest najlepszym przyjacielem tida”. Przez kilka chwil siedział w osłupieniu. Po 

chwili pokonał je 

jednak i ponownie pogrążył się w lekturze. Wypisał jeszcze trzy dalsze 

twierdzenia, podkreślając 

nie znane słowa.

ZAGRAJ WYJE, A WIATR NOSI

LUBIĆ, JAK ZAGRAJ KIJ

CZTERY CZURBAŁKI, DWA ROZCZAPIERZAŁO,

KRĘCIOŁ SIÓDMY — ZAGRAJ

Obce arkusze na tym się kończyły. Profesor Ir z rozdrażnieniem popatrzył na 

następną 

stroniczkę. Ale cóż! Tutaj znów widniały znajome wzory. Wszystko, czego profesor 

potrafił 

dowiedzieć się o tajemniczym zagraju, sprowadzało się dotychczas do tych 

czterech wypisanych 

linijek, czterech równań z pięcioma niewiadomymi.

Z pamiętnika profesora Ara

Istnieją prawdy kardynalne, których nigdy nie należy zapominać, ale nie wiadomo, 

dlaczego 

background image

właśnie o nich zapomina się najczęściej. Rozważając dzisiejszego ranka wszystko, 

co 

przydarzyło mi się w nocy, poczułem się nagle, jak speszony uczniak. 

Przypomniała mi się nasza 

pierwsza lekcja fizyki.

Nauczyciel postawił na stole naczynie z wodą i trzymając w dłoni termometr 

zwrócił się do 

nas z pytaniem: „Kto z was potrafi zmierzyć temperaturę wody w tym naczyniu?”. 

Wszyscy 

podnieśliśmy ręce. Nie zrobił tego tylko mój sąsiad z ławki. Cóż za tuman, 

pomyślałem. Nie 

potrafi zrobić najprostszej rzeczy. Nauczyciel spytał go, czemu nie podniósł 

ręki. I wtedy mój 

sąsiad powiedział: „Nie mogę zmierzyć temperatury wody, mogę się tylko 

dowiedzieć, jaka 

będzie temperatura termometru, kiedy zanurzę go w wodzie”. „Czyż to nie wszystko 

jedno?” — 

spytał nauczyciel. „Oczywiście że nie — odpowiedział uczeń. — Kiedy zanurzę 

termometr w 

wodzie, stanie się ona albo trochę chłodniejsza, albo nieco cieplejsza, niż była 

uprzednio. 

Termometr albo trochę ją ochłodzi, albo trochę ogrzeje. Różnica będzie 

niewielka, ale jednak 

temperatura wody się zmieni, nie będzie już taka sama, jak przed zanurzeniem 

termometru”. 

Nauczyciel pochwalił ucznia za odpowiedź i przez całą naszą pierwszą lekcję 

opowiadał, z 

jakimi trudnościami boryka się fizyk, kiedy chce osiągnąć precyzję w badaniach. 

„Nigdy nie 

zapominajcie — mówił — że każdy przyrząd ingeruje w przeprowadzane 

background image

doświadczenie, że 

zawsze trzeba nanosić odpowiednią poprawkę”. Kardynalna prawda, a jak często o 

niej 

zapominamy. Prawdopodobnie i obecnie nie od razu bym ją sobie przypomniał, 

gdyby 

moje 

wczorajsze doświadczenia z futerałem i ołówkiem nie wydały mi się nagle 

kompletnie 

pozbawione sensu. Pomyślałem, ze zamieniłem się w coś w rodzaju termometru 

podgrzanego 

nad palnikiem wyobraźni. Takim termometrem można ostatecznie zmierzyć 

temperaturę wody w 

morzu, błąd będzie stosunkowo niewielki, ale przecież Żywy — to kropla. Żywy 

jest jedynie 

punktem, przez który można przeprowadzić masę linii, zbudować wokół niego 

niezliczoną ilość 

hipotez i każda z nich będzie jednakowo przekonywająca. Gdyby w pojeździe 

kosmicznym był 

nie jeden Żywy, a paru, gdybyśmy dysponowali choćby dwoma punktami, nasze 

rozważania, 

nasze wnioski miałyby bardziej zdecydowany charakter. Moglibyśmy ustalić linię 

wspólną dla 

dwu Żywych.

O czym chciałem się przekonać, próbując mówić z futerałem w zębach? Już 

wcześniej dla 

mnie i dla moich kolegów stało się jasne, że w odróżnieniu od naszych rąk, 

podstawowym 

instrumentem pracy dla Żywego są jego usta, szyja, szczęki, zęby. Trzymając w 

zębach kij czy 

kamień, Żywy i jego współplemieńcy mogli przenosić je z miejsca na miejsce, 

background image

mogli układać je 

w różny sposób. Jest to zaczątek procesu pracy, który w ostatecznym wyniku mógł 

przybrać 

najbardziej skomplikowane formy, tworząc w rezultacie wszystko, co my zwykliśmy 

nazywać 

nauką i techniką. Moje doświadczenia z ołówkiem przekonały mnie, ze można pisać 

i rysować 

trzymając ołówek w zębach; szyja zdolna jest do wykonywania precyzyjnych ruchów 

i nie 

ustępuje w niczym ręce. Rzecz jasna, niezbędny jest tu nawyk. Wspominając 

opowieść Kina o 

tym, jak Żywy przyniósł kij, plastycznie wyobraziłem sobie Żywego podczas pracy. 

pomyślałem wówczas, że przy tak specyficznej metodzie pracy, kiedy zęby i usta 

spełniają 

funkcje robocze, musiał rozwinąć się jakiś inny sposób porozumiewania, który 

pozwoliłby 

Żywemu i jego współplemieńcom koordynować ich wysiłki w trakcie działania. Ta 

myśl wydała 

mi się nader płodna i oparta na konkretnych obserwacjach. Ale czy tak istotnie 

jest? Czy nie 

zrodziły jej inne zgoła przyczyny?

Do tej pory nie mogę się uwolnić od poczucia winy wobec Żywego. W momencie 

naszego 

spotkania było bardzo dotkliwe, obecnie sądzę, że właśnie ono podyktowało mi 

hipotezę 

katastrofy. Czy w chwili zetknięcia się z promieniem magnetycznym Żywy miał 

świadomość 

katastrofy? Należałoby to dopiero udowodnić. Ale że ja byłem wstrząśnięty 

wszystkim, co się 

background image

wydarzyło, nie wymaga żadnych dowodów. Kiedy otwierałem właz pojazdu 

kosmicznego, moja 

wyobraźnia była rozpalona do białości. I takim właśnie rozpalonym termometrem 

operuję nadal 

w swoich rozważaniach. Czy moja nowa hipoteza sugerująca, że Żywy nie mówi 

dlatego, iż 

posługuje się innym, nie znanym nam, sposobem porozumiewania, nie jest 

przypadkiem 

podyktowane przez pragnienie, aby obalić — moją własną w końcu — hipotezę 

katastrofy? 

Pierwsza zrodziła się na gruncie poczucia winy, druga bierze się z dążenia, aby 

przekonać siebie, 

że nie wyrządziłem Żywemu krzywdy.

Jak rozstać się ze sobą samym w trakcie obserwacji i wnioskowania? Jak zmierzyć 

prawdziwą 

temperaturę Żywego? Przecież jeśli odważnie spojrzeć prawdzie w oczy, wiemy o 

nim na razie 

tylko tyle, że jest istotą żywą. Potrzebowaliśmy dziesiątków tysiącleci, aby 

zbadać własną 

planetę. Tysiące pokoleń uczonych wydzierały jej tajemnice. Nie możemy tak długo 

prowadzić 

badań nad Żywym. Nasze doświadczenie ograniczone jest w czasie. Tym wyraźniej 

winniśmy 

zdawać sobie sprawę z celów, do których dążymy. Mimowolna ingerencja promienia 

magnetycznego ostatecznie przesądziła losy doświadczenia, które przeprowadzał 

Żywy. Jakimi 

oczami winniśmy patrzeć na Żywego, aby nie powtórzyć błędów naszej aparatury?

List doktora Bera do żony

Droga Rib! Na dzisiejszej wieczornej naradzie zamierzam złożyć oświadczenie 

ogromnej 

background image

wagi. Nie chciałbym tego robić bez naradzenia się z Tobą, dlatego właśnie 

postanowiłem Ci 

przesłać ten radiolist. Kiedy go otrzymasz, bądź taka dobra i daj mi znać, co 

sądzisz na temat 

zawartych w nim myśli. Nauczyliśmy się rozumieć wpół słowa i dlatego będę 

zwięzły, 

szczególnie w tych miejscach, które nie dotyczą istoty mojej hipotezy.

Wzrok. Słuch. Węch. Gdyby jakakolwiek sytuacja

postawiła nas wobec konieczności rezygnacji z któregoś spośród tych trzech 

zmysłów, każdy 

niewątpliwie wyrzekłby się węchu. Tracąc wzrok stalibyśmy się ślepcami, tracąc 

słuch — 

głuchymi, tracąc zaś węch… Jak widzisz, w naszym języku brak nawet słowa, które 

określałoby 

tę ułomność — tak małe znaczenie przywiązujemy do węchu. Mamy lekarzy, którzy 

są 

specjalistami chorób „uszu, gardła, nosa”. I tutaj nos znajduje się na ostatnim 

miejscu. Mawiamy: 

„strzec, jak źrenicy oka”, ale nikomu nie przyjdzie do głowy powiedzieć „strzec, 

jak swej prawej 

czy lewej dziurki w nosie”. Traktujemy swój nos w sposób całkowicie pozbawiony 

szacunku. 

Wielu z nas prawdopodobnie uważa, że nos jest wyłącznie urządzeniem, które 

umożliwia 

noszenie okularów. Lekceważenie wobec nosa przejawia się już w dzieciństwie. 

Dziecko nigdy 

nie dłubie w oku, ale przypomnij sobie tylko, ile trudu nas kosztowało, aby 

oduczyć naszego 

Biba od obrzydliwego zwyczaju wsadzania palca to do jednej, to do drugiej 

dziurki w nosie. 

background image

„Phi, nic im się nie stanie” — odpowiadał nam już jako całkiem spory chłopak. 

Sama możliwość 

tak brutalnej ingerencji w funkcjonowanie naszego organu węchu mogłaby nasunąć 

myśl, że 

organ ten skonstruowany jest nader prymitywnie i bardzo niedoskonale.

Jednocześnie zaś węch niewątpliwie okazuje nam pewne usługi w naszej życiowej i 

naukowej 

praktyce. Nie można ich jednak nawet porównać z tym, co zawdzięczamy wzrokowi i 

słuchowi. I 

gdyby trzeba było zdefiniować całą naszą cywilizację, rozpatrując ją z punktu 

widzenia jakiegoś 

jednego zmysłu, nadalibyśmy jej miano „cywilizacji wizualnej”, a określenie 

wizualno–

dźwiękowa” charakteryzowałoby ją niemal w pełni. Najmniej odpowiadałaby tu 

nazwa 

„zapachowa”.

Czym to wytłumaczyć? Przede wszystkim tym, że posiadamy bardzo słabo 

rozwinięty 

węch. 

Jeszcze do niedawna ja, jak i my wszyscy, przekonany byłem o czymś wręcz 

przeciwnym. Nasz 

nos wykrywa obecność miliardowych części grama substancji zapachowych w 

jednym 

metrze 

sześciennym powietrza! Znakomity narząd, jest się czym chlubić! Ale oto 

poznajemy Żywego i 

okazuje się, że nasz węch to nie waga aptekarska, lecz zaledwie coś w rodzaju 

określenia ciężaru 

przez ważenie w dłoni. Chodzi, rzecz jasna, nie o zadraśniętą miłość własną, 

lecz o to, że 

background image

rozmiary nosa i wyostrzony w związku z tym węch, jaki obserwujemy u Żywego, 

wymaga od 

nas, byśmy go traktowali w szczególny sposób. Żywy — to nos! Żywy — to węch! 

Upraszczam 

nieco, ale istota rzeczy jest niewątpliwie taka. Zgodnie z moimi 

przypuszczeniami, w 

świadomości Żywego główną rolę odgrywa nie wizualna, nie dźwiękowa, lecz 

zapachowa treść 

przedmiotu. Pozwolę sobie odrzucić lub przynajmniej chwilowo wyłączyć hipotezę 

katastrofy, 

proponowaną przez profesora Ara. Uważam Żywego za całkowicie normalnego 

przedstawiciela 

cywilizacji zapachowej. Winniśmy sobie uświadomić, jaki jest wewnętrzny świat 

istoty, dla 

której podstawową i decydującą cechą przedmiotu jest zapach. Winniśmy przyjąć 

jako punkt 

wyjścia, że Żywy widzi i słyszy nosem. Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, 

że wzrok i 

słuch nie mają dla Żywego znaczenia. Ale prawdopodobnie odgrywają w jego życiu 

taką rolę, 

jaka w naszym przypada węchowi, to znaczy, drugoplanową, nie mającą wpływu na 

kształtowanie psychiki i poglądów naukowych.

Oto, droga moja Rib, krótki zarys tego, co zamierzam powiedzieć, rozwijając, 

rzecz jasna, i 

precyzując poszczególne tezy. Przesyłam Ci kilka zdjęć Żywego, część z nich 

znajdziesz w 

dzisiejszym numerze „Wiadomości naukowych”, pozostałe prawdopodobnie zostaną 

opublikowane później. Czekam na Twoją odpowiedź. Twój Ber.

Krótko i jasno

Drogi Ber! Bardzo uważnie przestudiowałam Twój list. Nos Żywego zinterpretowałeś 

background image

znakomicie. Cały Twój wywód jest niesłychanie logiczny. Ale pamiętaj, proszę, że 

hipoteza, 

która zapomina o tym, że jest tylko hipotezą, zaczyna wodzić swego twórcę za 

nos. Dziękuję za 

zdjęcia Żywego. Jest ogromnie sympatyczny. Nie zadręczajcie go doświadczeniami i 

badaniami. 

Pozdrowienia dla wszystkich. Całuję Cię mocno. Twoja Rib.

Wzór na zagraja

1. RYG WIE, GDZIE JEST ZAGRAJ POGRZEBANY

2. ZAGRAJ JEST NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM TIDA

3. ZAGRAJ WYJE, A WIATR NOSI

4. LUBIĆ, JAK ZAGRAJ KIJ

5. CZTERY CZURBAŁKI, DWA ROZCZAPIERZAŁKI, KRĘCIOŁ SIÓDMY — 

ZAGRAJ.

Pierwsze próby analizy mogły wprawić w zakłopotanie najtęższe umysły. Profesor 

Ir zamienił 

w drugim ‘.twierdzeniu nie używane słowo „tid” na równorzędne ‘„uczony”. 

Następnie stosując 

zasadę podstawiania, dokonał zamiany w pierwszym twierdzeniu. W rezultacie 

uzyskał jeszcze 

bardziej niejasny ciąg znaczeń pomocniczych: „Zagraj jest najlepszym 

przyjacielem uczonego”, 

„Ryg wie, gdzie jest zagraj pogrzebany”, „Ryg wie, gdzie jest najlepszy 

przyjaciel uczonego 

pogrzebany”. Podstawianie przeprowadzone zostało prawidłowo, ale mimo to nie 

wiadomo 

nadal, o czym Ryg wie, że jest pogrzebane. Wówczas profesor skoncentrował się na 

analizie 

trzeciego twierdzenia. Przede wszystkim należało ustalić znaczenie słowa „wyć”. 

Ir wynotował 

background image

całe twierdzenie na oddzielnej karteczce i zażądał informacji od sekretarza 

naukowego z działu 

żałosnych resztek literatury starolirycznej. Po dwu dniach otrzymał odpowiedź: 

„Wyć — 

najprawdopodobniej stapiać smutek i żal w jedno słowo”.

Profesor poprosił, aby dostarczono mu źródła, na podstawie których wyciągnięto 

taki wniosek. 

Otrzymał notatkę z napisanymi na maszynie czterema linijkami:

Tak chciałbym w jedno słowo

Stopić swój smutek i żal,

Na wiatr to słowo rzucić,

By wiatr je uniósł w dal.*

Poniżej widniała informacja: „Notatka odręczna na odwrocie biletu z pytaniami 

egzaminacyjnymi z zakresu rachunku różniczkowego i całkowego. Czasy starożytne. 

Znaczenie 

słowa „wyć” ustalamy przy pomocy analizy kontekstu, opierając się na budowie 

paralelnego 

twierdzenia „zagraj wyje, a wiatr nosi”.

Profesor postanowił sprawdzić słuszność wniosku sekretarza naukowego i zagłębił 

się w 

analizie tekstów. „Zagraj wyje, a wiatr nosi”. Wobec tego można zakładać, że 

wiatr nosi to, co 

wyje zagraj. Z drugiej zaś strony w nadesłanym fragmencie wiatr unosi smutek i 

żal stopione w 

jedno słowo. Wywód sekretarza wydał się więc profesorowi słuszny. Ale 

staroliryczny tekst 

wymagał jeszcze dodatkowych badań. Był to pierwszy przykład starej liryki, jaki 

trafił do rąk 

profesora, i Ir postanowił jak najdokładniej go przestudiować.

Tak chciałbym w jedno słowo

background image

Stopić swój smutek i żal.

Starodawny liryk, zauważył profesor, nie stopił swego smutku i żalu w jedno 

słowo, lecz tylko 

chciał to uczynić. Praktycznie owo stopienie wydawało się lirykowi trudno 

wykonalne. 

Jednocześnie zaś z tekstu wynikało, że wiatr mógł unosić smutek i żal wyłącznie 

w owym 

stopionym kształcie; gdyby liryk rzucał je na wiatr oddzielnie, pojedynczo, to 

ani smutek, ani żal 

same przez się nie mogły się poddać unoszącemu działaniu wiatru. Prawdopodobnie, 

w wyniku 

ich stopienia jedno słowo winna była zajść między nimi jakaś reakcja, dzięki 

której powstawało 

coś nowego, co różniło się jakościowo od poszczególnych elementów. Nie było to 

zatem 

połączenie mechaniczne, lecz chemiczne. Wobec tego liryk musiał wiedzieć 

dokładnie, jaka ilość 

smutku i stopiona z nią odpowiednia ilość żalu zdolne są stworzyć nowe, lotne 

połączenie. 

Widocznie starodawni lirycy tym właśnie się zajmowali, że szukali proporcji, w 

których należało 

łączyć różne słowa, aby uzyskana całość okazywała się czymś jakościowo nowym. 

Chyba nie 

zawsze dawało się to osiągnąć. Niewątpliwie zajęcie to miało swoje niełatwe 

problemy i sekrety.

No tak, ale trzecie twierdzenie głosi z całą stanowczością: „zagraj wyje, a 

wiatr nosi”. Czyli 

zagraj znakomicie opanował tajemnice warsztatu i jeżeli tylko zechciał stapiać 

smutek i żal w 

jedno słowo, to wiatr zawsze unosił powstałe połączenie. Zagraj osiągał 

background image

pozytywne rezultaty nie 

od czasu do czasu, lecz systematycznie, ponieważ w przeciwnym wypadku ta jego 

umiejętność 

nie byłaby zaliczana do tak bezspornych twierdzeń, jak „każdy kij ma dwa końce”, 

czy „nie 

wszystko złoto, co się świeci”. Umiejętność pięknego „wycia”, ściślej zaś — 

stapianie smutku i 

żalu w jedno ulotne słowo, była charakterystyczną cechą zagrają; należy zatem 

traktować go jak 

wybitnego liryka.

Rozumowanie to wydawało się profesorowi tak bezsporne, że postanowił ułożyć 

nową 

tablicę 

twierdzeń, zastępując wszędzie „zagrają” „lirykiem”. Być może, uprości to nieco 

poszukiwanie 

innych właściwości zagraja.

1. RYG WIE, GDZIE JEST LIRYK POGRZEBANY.

2. LIRYK JEST NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM UCZONEGO.

3. LIRYK WYJE, A WIATR NOSI.

4. LUBIĆ, JAK LIRYK KIJ.

5. CZTERY CZURBAŁKI, DWA ROZCZAPIERZ ALKI, KRĘCIOŁ SIÓDMY — 

LIRYK.

Profesora ani trochę nie peszyła pewna paradoksalność uzyskanych w ten sposób 

sformułowań. Wiedział doskonale, że prawdy należy szukać w gąszczu 

przeciwieństw. W 

każdym razie najbardziej zawiłe i niejasne piąte twierdzenie dzięki temu 

podstawieniu łatwiej 

zaczęło poddawać się analizie.

Cztery czurbałki + dwa rozczapierzałki + kręioł = liryk.

Na tej podstawie można wywnioskować, że: kręcioł = liryk — cztery czurbałki — 

background image

dwa 

rozczapierzałki.

Aczkolwiek znaczenie słów „kręcioł”, „czurbałki” i „rozczapierzałki” nadal 

pozostawało nie 

znane, profesor zdecydowanie wydzielił ,,kręcioła”. Wychodził z założenia, że 

główna, 

wyróżniająca cecha przedmiotu najczęściej bywa samotna, drugoplanowe natomiast 

występują w 

większej ilości. Obecność jednego kręcioła przy czterech czurbałkach i dwu 

rozczapierzałkach 

świadczyła wyraźnie, że właśnie kręcioł charakteryzuje istotę zagrają jako 

liryka.

Jednak dalej nie było wiadomo, co oznacza „kręcioł”. Profesor doskonale 

wiedział, co to jest 

„nakrętka” — część połączenia śrubowego w kształcie płytki z gwintowanym 

otworem, w który 

wchodzi śruba. Znał również znaczenie słowa „kret” — wielkość obliczeniowa, 

występująca w 

mechanice teoretycznej, która oznacza iloczyn pędu przez jego ramię względem 

danego punktu 

lub danej osi. Kręcioł, nakrętka, kret. Całkiem prawdopodobne, że kręcioł jest 

ważną częścią 

liryka, która przekształca wewnętrzne porywy w określoną formę ruchu.

Oczywiście, to tylko robocza hipoteza, ale nie jest ona pozbawiona pewnych 

podstaw 

podbudowanych faktami. Nie wykluczone, że w celu stapiania smutku i żalu lub 

radości i 

szczęścia w jedno słowo, zagraj wyposażony był w specjalny narząd, którego ruch 

obrotowy na 

wzór wskazówki wagi wyznaczał właściwie proporcje. W momencie zaprzestania 

background image

działalności 

lirycznej kręcioł wracał do określonej pozycji wyjściowej.

Kręcioł pozwalał zagrajowi działać bezbłędnie, podczas gdy zwykli lirycy czuli 

zapewne 

kruchość swych wyliczeń, co musiało im sprawiać masę przykrości. Profesor Ir 

czuł, że znajduje 

się na właściwym tropie. I chociaż nadal nie pojmował, dlaczego Ryg wiedział, 

gdzie jest zagraj 

pogrzebany, dlaczego zagraj jest najlepszym przyjacielem uczonego i dlaczego 

lubi kij — 

uskrzydlony dotychczasowymi sukcesami nie wątpił, że uporczywe badania 

doprowadzą go w 

końcu do ustalenia prawdy.

Ulegając wpływom starodawnych liryków profesor wyraził to swoje przekonanie w 

dwuwierszu:

Wzór zagrają będzie wkrótce.

Już nie umknie on nauce.

Kto podarował oczy Żywemu?

— Pozostało mi do dodania bardzo niewiele — powiedział doktor Ber, zamykając 

pękatą 

teczkę pełną wykresów, tablic i wyliczeń. — Chcę zakończyć tym, od czego 

zacząłem. Być 

może, moja hipoteza nie obejmuje stojącego przed nami problemu we wszystkich 

jego aspektach, 

być może, moje wywody opierają się na niedostatecznie zbadanych faktach i 

dlatego są błędne, 

ale chciałbym panom przypomnieć, co przydarzyło się w swoim czasie profesorowi 

Helowi. Jest 

to mało znana, ale nader pouczająca historia.

Profesor Hel postanowił poświęcić się wszechstronnemu zbadaniu wpływu energii 

background image

słonecznej 

na rozwój życia. Dysponował ogromnym materiałem faktycznym. Między innymi od 

Centralnego Biura Statystycznego zażądał danych na temat ilości urodzin, 

przypadających na 

każdy dzień pierwszego tysiąclecia ery naukowej. Zestawiwszy otrzymane liczby z 

odpowiednimi danymi archiwum meteorologicznego profesor Hel doszedł do 

wniosku, 

ze ilość 

urodzin wzrasta raptownie podczas jasnej, słonecznej pogody i katastrofalnie 

spada w czasie 

słoty. Kiedy opublikował wyniki swych badań, opinie uczonych były podzielone. 

Jedni 

twierdzili, że profesor Hel nie dokonał żadnego odkrycia i że zjawisko to 

zostało zaobserwowane 

już dawno. „Nieprzypadkowo, mówili oni, „urodzić się” i „ujrzeć światło dzienne” 

oznacza w 

naszym języku to samo. Profesor jedynie potwierdził statystycznie tę znaną 

prawdę. Zadanie zaś 

polega na tym, aby znaleźć wyjaśnienie owej prawidłowości. W swej wielotomowej 

pracy „My, 

dzieci Słońca”, profesor Hel zaprezentował wiele hipotez połączonych wspólną 

myślą, że energia 

słoneczna jest źródłem życia. Przeciwnicy profesora twierdzili, iż jego 

obserwacje noszą 

charakter przypadkowy i niezbędne jest zbadanie danych nie z jednego, lecz z 

kilku tysiącleci. 

Przystąpiwszy do tej pracy odkryli oni, ze w wyniku błędu mózgu elektronowego 

profesor 

otrzymał w swoim czasie dane dotyczące nie ilości urodzin, lecz rejestracji 

noworodków przez 

background image

rodziców. Tak więc wnioski profesora Hela świadczyły wyłącznie o tym, że 

Marsjanie w 

pierwszym tysiącleciu woleli wychodzić z domu nie w pochmurną, lecz słoneczną 

pogodę.

Czyż więc profesor Hel mylił się? Niewątpliwie! Ale właśnie w „Dzieciach Słońca” 

wypowiedział on te myśli, które potem legły u podstaw heleologii — nauki, która 

niezbicie 

wykazała związek między funkcjonowaniem organizmu i różnymi okresami cyklu 

słonecznego. 

Nie pretenduję do tego, aby moja hipoteza wyczerpywała zagadnienie. Ale wymaga 

ona 

poważnego rozpatrzenia.

Profesor Ar zadał doktorowi Berowi kilka pytań, a potem spytał Kina, jakie jest 

jego zdanie. 

Kin oświadczył, że wszystko to należy gruntownie przemyśleć. Wyraźnie był czymś 

przygnębiony. Początkowo słuchał wypowiedzi Bera bardzo uważnie, robił w swym 

notesie 

jakieś zapiski, wydawało się, że wystąpi z polemiką, a potem odłożył ołówek i 

jego twarz 

przybrała wyraz obojętności. Doktor Ber przypuszczał, że Kin odniesie się do 

jego wystąpienia z 

właściwą mu zapalczywością. Ale Kin milczał. Dopiero na krótko przed propozycją 

Ara, aby 

zakończyć obrady, Kin spytał doktora: „Czy jest pan pewny, że pańska hipoteza 

ukazuje, a nie 

zamyka przed nami drogę do poznania Żywego?” Ber odpowiedział, że niezupełnie 

rozumie to 

pytanie. Kin pokiwał głową i więcej się nie odezwał.

W pokoju było ciemno. Kin wiedział, że tam, pod przeciwległą ścianą, śpi Żywy. 

Kin o tym 

background image

wiedział, ale teraz nie widział go i nie słyszał. Nic nie świadczyło o obecności 

Żywego. Jeżeli 

zapalić światło, Kin zobaczy Żywego, ale czy Żywy zobaczy jego, nawet jeżeli się 

obudzi? Czym 

jest dla niego Kin, jeśli, jak zakłada Ber, podstawową i definiującą cechą 

przedmiotu w 

świadomości Żywego jest zapach? Kin powąchał swoją dłoń. Nie mógł uchwycić 

żadnego 

zapachu. I to właśnie nieuchwytne, nieznane samemu Kinowi ma być tym Kinem, 

którego 

dostrzega Żywy? Jeżeli tak jest istotnie, nigdy nie potrafią się wzajemnie 

zrozumieć.

Kiedy Kin szedł na wieczorną naradę, nie mógł się doczekać, aby opowiedzieć 

kolegom, jakie 

wstrząsające rezultaty dały nowe doświadczenia z kijem. Kin ustalił w sposób 

niewątpliwy, że 

Żywy przyniósł mu kij nieprzypadkowo. Było to ryzykowne doświadczenie. Kin 

musiał zebrać 

wszystkie siły duchowe, aby się na nie zdecydować. Kiedy wreszcie po raz 

pierwszy rzucił kij, ze 

zdenerwowania zamknął oczy i bał się je otworzyć. A gdy zobaczył stojącego przed 

sobą 

Żywego z kijem w zębach, wpadł w szalone podniecenie. Żywy przynosił kij 

dwadzieścia razy. 

To znaczy, że między nim a kijem istniał określony związek. Do narady Kin był o 

tym 

przekonany. A teraz?… Żywy mógł przynosić kij dlatego, że pozostawał na nim 

zapach dłoni 

Kina, istniał zatem związek między kijem i Kinem, a nie między kijem i Żywym. 

Cywilizacja 

background image

zapachów — w istocie rzeczy oznacza to, że Żywy zawsze będzie Kinowi tak daleki, 

jak ta 

nieznana planeta, z której przybył: przecież odległość między istotami żywymi 

należy mierzyć 

tym, w jakim stopniu potrafią się one wzajemnie zrozumieć. A mimo wszystko Kin 

czuł, że 

Żywy jest mu bliski. Ale to tylko uczucie, które może być przecież zawodne.

Kin kręcił się niespokojnie, nie mogąc usnąć. Nadal tonął w ponurych 

rozmyślaniach. Czy 

Żywy na zawsze ma pozostać jedynie żywym meteorytem, tak samo obcym i 

nieodgadnionym 

jak kamienie w muzealnych kolekcjach? Pod względem wyglądu i składu 

chemicznego 

są one 

rodzonymi braćmi marsjańskich granitów i bazaltów. Kin pisał nawet kiedyś, ze 

gdyby meteoryty 

umiały mówić, ich język nie bardzo różniłby się od języka kamieni z Marsa. 

Niewątpliwie 

przeceniał wówczas znaczenie chemicznego podobieństwa. Zresztą, jeśli kamienie 

nie mogą się 

porozumieć — no cóż, są tylko kamieniami. Nawiasem mówiąc, w swych 

opowieściach 

fantastycznych Kin bez wahania wyposażał je w dar mowy. Teraz już nie będzie mu 

to 

przychodziło z taką łatwością. Jakie tam rozmówki kamieni, jeżeli nawet żywe 

istoty nie mogą 

znaleźć wspólnego języka.

Stanowczo byłoby lepiej, gdyby doktor Ber nie wysunął swej hipotezy i gdyby nie 

wydawała 

się ona tak przekonywająca. Rozważania profesora Ara pozwalały się przynajmniej 

background image

łudzić, że z 

biegiem czasu Żywy wyjdzie z doznanego szoku, natomiast od samego siebie, od 

swej natury nie 

uwolni się nigdy. I żeby Kin najserdeczniej polubił Żywego — a już mocno się do 

niego 

przywiązał — to nigdy nie potrafi stać się istotą ze świata zapachów i odbierać 

wrażeń tak, jak 

Żywy. Nigdy się nie zrozumieją. Dziwne jednak, dlaczego nawet teraz, w mroku i 

ciszy Kin wie, 

że nie jest sam. Przecież odczuwał czasami samotność, choćby w muzeum, mimo że 

tak lubił 

swoje zbiory, mógł je godzinami oglądać i rozmyślać nad nimi.

Czy chociaż jeden z tych drobnych odprysków dalekich planet poznał ciepło dłoni 

istoty 

rozumnej? Nie wiadomo. Kin osobiście wierzył, iż wśród jego kamieni są również 

takie, które 

noszą piętno nieznanych cywilizacji. Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że 

wszystkie te 

kamienie trafiły na Marsa przypadkowo, w wyniku kataklizmów, które wstrząsają 

niekiedy 

zagubionymi w kosmosie wysepkami życia. Nie są to ani listy, ani informacje, ani 

podarki 

przesyłane przez istoty rozumne z jednej planety na drugą. Kin często nad 

rozmyślał. Oglądając 

swoje kolekcje zastanawiał co umieściłby na kamieniu, który można by wysłać we 

wszechświat, 

posiadając całkowitą pewność, ze ten kamienny list dotrze na jakąś zamieszkaną 

planetę. I nie 

umiał wymyślić obrazu, symbolu, które mogłyby przekazać świat jego uczuć nie 

znającym go 

background image

istotom. Lękał się ich niezrozumienia. Nie, bynajmniej nie uważał, iż inni 

mieszkańcy 

wszechświata są głupcami. Przeciwnie, stał na stanowisku, że mogą posiadać 

bardzo rozległą 

wiedzę. I właśnie to nie pozwalało mu wybrać ani jednej z wizji, które podsuwała 

wyobraźnia. 

Bał się, że taki kamienny list mógłby być odczytany w różny sposób. Sądził 

ponadto, iż te same 

obawy muszą działać hamująco na mieszkańców innych planet. Wysłanie listu tylko 

wtedy jest 

poczynaniem rozumnym, jeśli można mieć nadzieję, że zostanie on właściwie 

odczytany. A cóż 

może sprzyjać takiej nadziei?

Ot, gdyby umiał stworzyć coś, co byłoby zdolne niejako wchłonąć jego uczucia, a 

potem 

przekazać je innym. Jaki wspaniały byłby to podarek! I dający się odczytać 

całkowicie 

jednoznacznie. Ale z czego zrobić taki „meteoryt”, z jakiego tworzywa, aby 

posiadało zdolność 

wchłaniania, przechowywania i przekazywania uczuć. Niestety, takie tworzywo nie 

istnieje. W 

każdym razie nie na Marsie i nie z niego zbudowane są kamienie z kolekcji Kina. 

Winna to być 

żywa materia, posłuszna dłoniom i sercu twórcy. Czy na którejś z planet istnieje 

żywa materia, 

którą można by natchnąć radością i smutkiem, zdolna do samowyrzeczenia w takim 

stopniu, aby 

pozostając żywym dziełem sztuki nie tylko wchłonęła uczucia przekazane jej przez 

twórcę, ale 

również darzyła go tymi przekazanymi uczuciami?

background image

Może Żywy zbudowany jest z takiej materii? Nie cały, oczywiście, ale jego oczy… 

Kiedy na 

Kina patrzą dobre, wszystko rozumiejące oczy Żywego, może ich spojrzenie należy 

nie tylko do 

niego, ale do kogoś jeszcze? Hipotetyczna cywilizacja zapachowa?… Szanowny 

doktorze Ber, 

kolega widzi wyłącznie nos Żywego, ten nos przesłonił panu jego oczy. Pan się 

boi i nie umie w 

nie patrzeć, dla pana są wyłącznie dwiema krągłymi wypukłościami.

A Kin patrzył w te oczy godzinami, starał się w nich dojrzeć odbicie tego, co 

widziały tam, na 

owej planecie, z której Żywy przybył. Kin należał do fantastów, jego wyobraźnia 

malowała 

najbardziej nieprawdopodobne wizje, ale jednego był pewny: że oczy Żywego 

przywykły 

spotykać spojrzenie przyjaciela, gdzieś w ich głębi utrwalony jest jego obraz i 

ten obraz ożywa, 

kiedy przybysz widzi przed sobą Kina. Jego spojrzenia nie zamącił żaden szok.

Niewątpliwie doktor Ber ma trochę racji. Owszem, węch w egzystencji Żywego 

odgrywa 

poważną rolę. Żeby się o tym przekonać, wystarczy obserwować go uważnie w 

czasie 

spacerów. 

Wygląda to tak, jakby każdy przedmiot przyciągał go swoim zapachem niczym 

magnes. W 

takich momentach Żywy istotnie jak gdyby całkowicie podporządkowywał się 

swemu 

nosowi, 

pozwalał mu się prowadzić. Ale wystarczy podejść do Żywego i coś powiedzieć, aby 

natychmiast 

background image

cały zamienił się w spojrzenie. Być może, że gdyby Mars był planetą nie 

zamieszkaną i wyglądał 

wszędzie jak rezerwat na Wielkim Syrcie, do zapoznania się z nim wystarczyłby 

Żywemu nos. 

Ale na to, co zdolne jest do odczuwania, Żywy kieruje wzrok. I czy nie dlatego 

jego oczy są tak 

pełne wyrazu, że nie zastygło w nich odbicie przedmiotów martwych, lecz 

promieniują blaskiem 

innego spojrzenia, w którym znajdował radość, smutek, nadzieję i zwątpienie, w 

którym szukał 

współczucia i otuchy? Nos Żywego jest jego bezsporną własnością, ale czyż oczy 

należą 

wyłącznie do swego właściciela? Jeżeli są serdeczne, mądre i dobre to dlatego, 

że czerpały z 

czyjejś serdeczności, mądrości i dobroci. Oczy — to klejnoty, należą one do nas, 

ale ich 

szczerość i ufność zawdzięczamy naszym przyjaciołom. Komu zawdzięcza oczy 

Żywy? 

Jakże 

uprościłaby się cała ta zagadka, nad którą Kin, Ber i Ar łamią sobie głowy, 

gdyby można było z 

całą pewnością stwierdzić, że Żywy jest podarunkiem przysłanym z jakiejś 

nieznanej planety. 

Podarkiem, który przypadkowo znalazł się na Marsie.

Jako istota Żywy jest zagadką, kryje w sobie masę rzeczy niepojętych. Jako 

podarek natomiast 

przestaje być tajemnicą, takie właśnie mogłoby być żywe dzieło sztuki, gdyby w 

ogóle było 

ziszczalne.

Czy podarunki poddajemy badaniom? Czy interesuje nas, z czego są zrobione? 

background image

Szukamy w 

nich — nie, nie szukamy, ale znajdujemy i cenimy szczególne właściwości, które 

nie dają się 

wprawdzie wykryć za pomocą żadnych przyrządów, lecz mówią o tych, którzy 

chcieli 

nam 

podarować cząstkę samych siebie. Jak trudno zawrzeć te właściwości w kamieniu, 

metalu czy 

drzewie! Materia posłusznie przyjmuje kształt, który chcemy jej nadać, ale 

przeciwstawia się 

zaciekle, kiedy chcemy ją zmusić do przekroczenia granicy, dzielącej żywe od 

martwego. W 

jednym kamieniu skupia się wówczas opór wszystkich kamieni wszechświata. 

Przybierając 

dowolny kształt, ustępując pod naporem dłuta i młotka, uparcie zachowuje swe 

kamienne 

milczenie, swą obojętność wobec wszystkiego, co żywe.

Czy jednak okruch życia, obdarzony zdolnością odczuwania i wyrażania uczuć nie 

okazywałby w dłoniach twórcy takiego samego sprzeciwu, czyż nie walczyłby o 

prawo 

pozostawania samym sobą? Ile czasu musiałaby trwać taka walka? Co należałoby 

zrobić, aby 

odnieść w niej zwycięstwo? Jakiego użyć oręża? Jakże za to szczęśliwy byłby ten, 

kto patrząc w 

oczy Żywego mógłby sobie powiedzieć: „Oto okruchy życia, które nie wiedziały, co 

to takiego 

radość i smutek, przyjaźń i samotność. To ja rozpaliłem w nich świat moich 

uczuć; teraz mogą 

zanieść je w dowolny zakątek wszechświata i opowiedzieć o mnie każdemu, kto 

spojrzy w nie z 

background image

taką serdecznością, z jaką wszystko, co żywe, winno na siebie spoglądać.

Komu zawdzięczasz swoje oczy, Żywy? Kto był twoim przyjacielem, kogo widzisz, 

kiedy z 

taką ufnością patrzysz na mnie? Przecież nie zdobyłem twojej miłości w ciągu 

tych kilku dni… 

Nie zdążyłem jeszcze zrobić dla ciebie nic, czym zasłużyłbym na twoją sympatię. 

Ale postaram 

się, nie pozwolę cię skrzywdzić przez żadne hipotezy, zagrażające naszej 

przyjaźni. Udowodnię 

wszystkim…

Dowód — jakie to oschłe, niesympatyczne słowo. Kin ciężko westchnął. W pokoju 

rozległ się 

lekki szmer i wilgotny, zimny nos dotknął zwisającej z posłania ręki uczonego.

Taktowne wystąpienie profesora Ira na dyskusji o żywkistach

— Panie profesorze, proszę nie zapomnieć, że obiecał pan wystąpić dzisiaj na 

dyskusji o 

żywkistach — powiedziała młodziutka pracownica działu dokumentacji dźwiękowej, 

która 

specjalnie czatowała na profesora Ira pod drzwiami gabinetu.

— Obiecałem wystąpić .. Ależ proszę pani, ja nie mam pojęcia o żywkistach.

— To świadczy o tym, profesorze, ze zupełnie oderwał się pan od życia. Pan 

pewnie nawet 

nie czyta gazet?

Profesor Ir rzeczywiście ani razu nie zajrzał do gazet od czasu, kiedy zaczęły 

się jego 

gorączkowe poszukiwania zagrają. Nie potrafił zajmować się dwiema sprawami 

jednocześnie, a 

wszelką lekturę zwykł był , traktować bardzo poważnie.

— Przecież pani wie, że jestem ogromnie zajęty. Za kilka dni powinniśmy oddać do 

druku 

background image

dziewiąty tom Ryga, a przypisy nie są jeszcze gotowe.

— Ależ panie profesorze, pan obiecał…

— Tak, zdaje się, że istotnie coś obiecywałem, ale sądziłem wówczas, iż zakończę 

do tego 

czasu pracę. Obecnie o wystąpieniu nie może być mowy.

— Na zaproszeniach widnieje pańskie nazwisko. Jakoś niezręcznie będzie to 

wyglądało: 

dyskusję organizuje biblioteka, zainteresowanie jest ogromne, przyjdzie masa 

studentów, przyjdą 

żywkiści, natomiast nie przyjdzie dyrektor biblioteki. Po prostu nie wypada. 

Niechże pan powie 

chociaż kilka słów!

— Chętnie bym to zrobił, ale powtarzam, że nic nie wiem o tych żywkistach.

— Mogę włączyć pański głośnik, wysłucha pan referatu, zorientuje się, o co 

chodzi, potem 

pan przyjdzie, obejrzy sobie żywkistów i powie, co o nich myśli. Panie 

profesorze, to jest 

konieczne i zajmie panu nie więcej niż dwadzieścia minut.

— No, jeżeli tak pani przy tym obstaje, dobrze, postaram się. — Profesor 

uśmiechnął się do 

uradowanej współpracownicy, wszedł do gabinetu i z miejsca pogrążył się w 

rozłożonych na 

biurku papierach.

W ciągu ostatnich dni jego poszukiwania posunęły się daleko naprzód. Profesor 

doszedł do 

wniosku, że starodawni lirycy zmuszeni byli uciekać się niekiedy do abstraktów; 

przecież w 

matematyce również istnieją pojęcia abstrakcyjne. Lirycy z braku potrzebnego im 

słowa sięgali 

po kombinacje słów, w których ich normalne, powszechnie zrozumiałe powiązania 

background image

ulegały 

przekreśleniu. Opisując na przykład trudności, z jakimi borykał się starodawny 

tid, poszukujący 

kwadratury koła, liryk mógłby napisać:

Ani z pierwiastka, ani z średnicy

Nikt nie wyciągnął i nie wyliczył

Co to jest ta kwadratura koła.

Tym razem nawet tid zatroskany

Nie wie, gdzie zagraj jest pogrzebany,

Nie wszystko rozum ogarnąć zdoła.

W tym wypadku wyrażenie „tid nie wie, gdzie jest zagraj pogrzebany” wskazuje na 

abstrakcyjność poczynań tida, niemożność obliczenia kwadratury koła. Profesor 

popatrzył na 

grubą teczkę, w której spoczywał rękopis jego pracy „Krótkie wprowadzenie w 

zagrają”. 

Oczywiście praca ta nie zmieści się w przypisach. Prawdopodobnie trzeba ją 

będzie opublikować 

oddzielnie, a do przypisów wstawić tylko odpowiedni odnośnik: patrz „Krótkie 

wprowadzenie w 

zagrają” profesora Ira. Umożliwi to wydanie prac Ryga we właściwym terminie, a 

profesor 

będzie mógł jeszcze jakiś czas popracować nad rękopisem i sprecyzować pewne 

sformułowania 

w rozdziale o rozczapierzałkach.

O tym, że jego wnioski w sprawie czurbałek i kręcioła są słuszne, profesor 

prawie nie wątpił, 

w logiczny sposób wypływały z lirycznego charakteru zagrają. Ale rozozapierzałki 

nadal budziły 

w nim niepokój. Profesor nie mógł jeszcze dokładnie powiedzieć, co to są 

rozczapierzałki i do 

background image

czego lirykowi służyły. Nie można było jednak zwlekać, ponieważ „Krótkie 

wprowadzenie w 

zagrają” stanie się niesłychanie potrzebne natychmiast po opublikowaniu dzieł 

Ryga. Profesor 

zaczął czytać rozdział o rozczapierzałkach, ale przerwał mu pracę donośny głos 

mówcy. Profesor 

skrzywił się niechętnie i chciał wyłączyć głośnik, ale przypomniał sobie swą 

obietnicę. 

Westchnął i zaczął słuchać.

— …Żywkiści — mówił orator — są chorobliwym zjawiskiem w naszym 

środowisku 

studenckim. Winniśmy zdecydowanie ich potępić. Czymże bowiem jest żywkizm? 

Jest 

to ślepe, 

bezmyślne naśladowanie mieszkańców nie znanej nam planety, które działa 

destrukcyjnie na 

naszą studiującą młodzież. (Głos z sali: „Nieprawda1 Należy to udowodnić!”) 

Właśnie 

zamierzam przytoczyć dowody i proszę, żeby mi nie przerywano okrzykami. 

Przedstawiciele 

żywkistów będą mogli zabrać głos i wypowiedzieć się. Niektórzy sądzą, że żywkizm 

to tylko 

kosmaty berecik ze sterczącymi uszkami i przyszyty do spodni czy spódniczki 

długi żywek z 

puszystego materiału. Niektórzy twierdzą, że to niewinne symbole 

międzyplanetarnej 

solidarności istot żywych. Czy tak jest naprawdę? Czy mamy tu do czynienia z 

symbolami 

międzyplanetarnej solidarności, czy też przeciwnie — z chęcią, aby odciąć się od 

mieszkańców 

background image

własnej planety?! Sądzę, ze to ostatnie jest znacznie słuszniejsze. (Głos z 

sali: „Nieprawda! 

Żywkiści są dobrymi kolegami!”) Nie przeczę, że wśród żywkistów jest wielu 

dobrych 

studentów, że są nawet tacy, którzy znakomicie się uczą i chętnie pomagają 

innym.

Mimo to chcę się zatrzymać nad stylem życia żywkistów. Doszli już do tego, iż 

cały wolny 

czas spędzają na układaniu piosenek. Pracownicy biblioteki mogą potwierdzić, że 

niektórzy 

żywkiści godzinami przesiadują w dziale literatury starolirycznej. Czy to nie 

dziwne, że 

pojawienie się na naszej planecie przedstawiciela innej cywilizacji, które jest 

świadectwem 

wspaniałych osiągnięć fizyki i matematyki, budzi z niewiadomych przyczyn 

zainteresowanie 

żywkistów literaturą staroliryczną? Zdawałoby się, że należy oczekiwać czegoś 

wręcz 

przeciwnego. Proszę, żebyście zrozumieli mnie właściwie. Nie jestem 

przeciwnikiem liryki jako 

takiej, i Nie zamierzam wskrzeszać czasów, kiedy wszystko, co było związane z 

liryką, 

poddawano niezasłużonej nagonce. W dzieciństwie sam układałem liczałki i 

fizmatyczki. Aby 

nie być gołosłownym, mogę nawet jedną z nich wam zadeklamować. (Głos z sali: 

„Nie trzeba! 

Nie trzeba!”).

Ale posłuchajcie tylko, jaką to piosenkę ułożyli żywkiści, jej tekst jest nader 

znamienny:

My jesteśmy weseli żywkiści

background image

iści

I na każdej planecie nasz kraj

Uśmiechnięci i wciąż promieniści

Iści

Pozdrawiamy z Kosmosu — baj, baj!

Żywkiści twierdzą w swej piosence, że wciąż są uśmiechnięci i promieniści, ale 

na uśmiechu 

w kosmos nie polecisz! Jestem przekonany, że lot w kosmos, zrealizowany przez 

mieszkańców 

nie znanej nam planety, jest rezultatem uporczywej pracy naukowej, a nie 

lekkomyślnych 

piosenek i uśmieszków. Przygotowując się do dzisiejszego wystąpienia, specjalnie 

przeczytałem 

jeszcze raz wszystkie informacje pochodzące z Wielkiego Syrtu. Nie ma w ich mowy 

uśmiechach Szanownego kolegi Żywego. Tym bardziej my nie mamy powodu do 

śmiechu. 

Widzę, że niektórzy uśmiechają się słuchając moich słów, ale nie przeszkodzi mi 

to, by je 

powtórzyć — tak, nie mamy powodu do śmiechu. Naukowo zostało dowiedzione, że 

nie 

można 

jednocześnie uśmiechać się i poważnie myśleć, a my powinniśmy myśleć bardzo 

poważnie. 

Nasza powaga winna być dostosowana do powagi stojących przed nami poważnych 

zadań w 

dziele likwidacji poważnego pozostawania w tyle w dziedzinie ujarzmiania 

kosmosu. Niech 

przedstawiciele żywkistów wyjaśnią nam, dlaczego się uśmiechają i jak długo 

jeszcze zamierzają 

background image

się uśmiechać!

— …Mój przedmówca zakończył swe wystąpienie pytaniem, dlaczego my, żywkiści, 

uśmiechamy się. Odpowiem mu: uśmiechamy się, ponieważ jesteśmy w bardzo 

dobrym 

humorze. Cieszy nas, że na naszej planecie pojawiła się nowa żywa istota. Sądzę, 

że kiedy nasz 

szanowny referent pojawił się na świat, również sprawiło to jego otoczeniu 

radość, a nie 

przykrość. Mówił on o tym, że w informacjach z Wielkiego Syrtu nie ma mowy o 

uśmiechach 

czcigodnego kolegi Żywego. Pozwolę sobie przypuszczać, że kiedy mój przedmówca 

się urodził, 

także nie uśmiechał się od razu, nikt nie przychodzi na świat z uśmiechem na 

ustach, ale 

narodziny nowej istoty wywołują wesoły uśmiech na ustach innych! Uważamy, że 

winniśmy 

witać kolegę Żywego uśmiechami i wierzymy, że kiedyś uśmiechnie się do nas w 

odpowiedzi. 

(Okrzyk z sali: „Słusznie!”)

Referent stwierdził, że nie można jednocześnie uśmiechać się i poważnie myśleć. 

To 

nieprawda! Narodziny nowej myśli uczony wita uśmiechem! I możliwe, że 

najszczęśliwszym 

uśmiechem w całym Wszechświecie był ten, którym twórcy pojazdu kosmicznego 

powitali 

zwycięstwo swych naukowych koncepcji.

Referentowi nie podobają się nasze kosmate berety z uszami i puszyste żywki. Ale 

niech 

odpowie mi wprost: gdyby szanowny kolega Żywy podarował mu taki beret i żywek, 

czy 

background image

odmówiłby ich noszenia? Sądzę, że czułby się zaszczycony, przyjmując taki 

podarek. Możliwe, 

że w tej części pojazdu kosmicznego, która nie dotarła do Marsa, były jakieś 

podarki w tym 

rodzaju, przeznaczone dla mieszkańców innej planety. Cóż złego jest w tym, że 

postanowiliśmy 

sami zrobić coś, co stale przypominałoby nam o Żywym i wykorzystaliśmy w tym 

celu jego 

cechy charakterystyczne? Przypomnę w tym miejscu memu przedmówcy to, o czym 

wie 

każdy 

uczeń: „Podarek jest rzeczą przygotowaną dla kogoś i zawierającą piętno naszej 

osobowości”. 

Kolega Żywy nie mógł nam nic podarować, te podarki zrobiliśmy sami. Obecnie 

zastanawiamy 

się, jaki podarunek przygotować dla Żywego w imieniu marsjańskich studentów. W 

tym celu 

ogłosiliśmy konkurs i proponujemy, aby wszyscy wzięli w nim udział.

— …W naszej dyskusji — profesor Ir poznał głos młodej pracownicy wydziału 

dokumentacji 

dźwiękowej — obiecał zabrać głos dyrektor biblioteki i wydawnictwa. Powinniśmy 

wysłuchać 

zdania starszych towarzyszy… Sądzę, że profesor Ir…

Ale profesor Ir absolutnie nie wiedział, co ma sądzić o tej dziwnej dyskusji. 

Jasne było dla 

niego tylko tyle, że jacyś młodzi ludzie naśladują w ubiorze kosmonautę, z 

którym związane są 

badania, prowadzone przez zespół profesora Ara. Ir tak pochłonięty był ostatnio 

problemem 

zagrają, że zupełnie przestał się interesować komunikatami z Wielkiego Syrtu. 

background image

„Każdy powinien 

zajmować się własnymi sprawami” — oto zasada, którą profesor Ir stosował od 

wczesnej 

młodości i nigdy tego nie żałował. Należy jednak zejść do audytorium i obejrzeć 

tych żywkistów. 

W każdym razie wystąpienie ich przedstawiciela spodobało się profesorowi. 

Oczywiście, Ir 

daleki jest od tego, aby narzucać komukolwiek swoje poglądy. Zresztą cóż on, 

profesor Ir, może 

powiedzieć o tych żywkistach? Słuchając dyskusji, która rozgorzała w audytorium, 

czuło się, że 

obie strony uczestniczą w niej z całym zapałem. Profesor prawdopodobnie również 

byłby gorąco 

przejęty, gdyby i on miał rozstrzygnąć problem, czy nosić żywka, czy nie. Ale 

wyrósł już, 

niestety, z tego wieku, kiedy krój spodni budził w nim emocje. Natomiast, jeśli 

idzie o uśmiech, 

żywkiści niewątpliwie mają rację, tutaj skłonny byłby ich poprzeć. Należało to 

jednak zrobić 

jakoś taktownie, delikatnie, żeby nikogo nie doli tknąć.

Po wyjściu z windy profesor ruszył korytarzem U w kierunku audytorium, w którym 

odbywała się dyskusja. Ale na kilka kroków przed drzwiami raptem zatrzymał się 

jak wryty 

przed ogromnym plakatem: „Wszyscy na dyskusję o żywkistach!”. Z plakatu patrzył 

wprost na 

niego… zagraj! Czurbałki, kręcioł i tajemnicze rozczapierzałki — wszystko nagle 

stało się jasne. 

Profesor szarpnął drzwi, jak wicher wpadł do audytorium, runął w kierunku 

przedstawicieli 

żywkistów i z pierwszego, który nawinął mu się pod rękę, zdarł berecik z 

background image

uszkami, a potem z 

tryumfującym okrzykiem podrzucił berecik w powietrze!

Epilog 

Rozmowa na placu imienia Żywego

— Więc jednak uczestniczył w pracach nad budową pojazdu międzyplanetarnego?

— Tak, niewątpliwie, mógłbym nawet powiedzieć, że był naszym głównym doradcą.

— Maestro Kin był o tym przekonany. Stali się nierozłącznymi przyjaciółmi. Po 

sześciu 

miesiącach badań profesor Ar powiedział: „Kin, pan jest istotą, w której 

towarzystwie Żywy 

czuje się najlepiej i na zawsze powinien pozostać z panem”. Ale w mieście Żywy 

był bardzo 

smutny i wobec tego postanowiono, aby Muzeum Niezwykłych Meteorytów 

przenieść 

tu, na 

Wielki Syrt. Żywy przeżył u nas dwanaście lat. Wszyscy bardzo go lubili, był 

wesoły i dobry. 

Ale niekiedy ogarniał go smutek, zwłaszcza w gwiaździste noce. Siadał wtedy na 

tylnych 

czurbałkach i wył cicho i przeciągle. Tylko maestro Kin mógł go wówczas 

uspokoić. Kiedy 

Żywy zachorował, leczyli go nasi najlepsi lekarze. Leczyli go długo, ale nie 

potrafili mu pomóc. 

Maestro Kin martwił się ogromnie, że nie zdołał zapewnić Żywemu wszystkiego, co 

było dla 

niego niezbędne i że Żywy umarł z tęsknoty.

— Nie, umarł ze starości.

— Początkowo chcieliśmy mu postawić bardzo duży pomnik, żeby widać go było z 

daleka. 

Ale pan przecież wie — Żywy był niewysoki i dlatego maestro Kin powiedział, że 

background image

pomnik 

powinien być taki, jak Żywy, żeby nawet za tysiąc lat ci, którzy będą na niego 

patrzeć, widzieli 

go takim, jakiego znaliśmy go my.

Maestro Kin wybrał na budowę pomnika najpiękniejszy meteoryt ze zbiorów swego 

muzeum. 

Twierdził, iz pomnik należy koniecznie wyrzeźbić w meteorycie na pamiątkę tego, 

ze Żywy 

przybył do nas z kosmosu. Było wiele projektów pomnika i cokołu. Ostatecznie 

jednak wybrano 

ten. Umieszczony na wysokich cokołach Żywy patrzył na nas z góry, a to nie 

leżało w jego 

charakterze.

Chciałby pan wiedzieć, co tu jest napisane? Ten krótki wiersz ułożyła pewna 

uczennica:

On był wesoły, smutny i kudłaty

Posłaniec Wenus czy może syn Ziemi.

Skomplikowany bardziej niźli atom

Nie znanych wiele nam jego tajemnic.

Skomplikowany, lecz prostszy o wiele

Żywym i ufnym był meteorytem.

Ten plac nazwany jest jego imieniem,

Tu prochy jego na zawsze ukryte.

Wysoki kosmonauta podszedł do granitowego pomnika, pieszczotliwie pogłaskał 

kamienny 

łeb psa, potem odpiął od kombinezonu czerwony kwiatek i delikatnie położył go u 

nóg Żywego.

Przełożyła Zofia Dudzińska

Gleb Anfiłow

EREM

background image

Na odgłos syreny awaryjnej Spasski złapał za słuchawkę telefonu. Lewą ręką 

nakręcał numer 

eksperta od cybernetyki przemysłowej, prawą pośpiesznie obracał przełączniki 

obrony.

— Wszystko na nic! Przerwało ścianę! — krzyknął do słuchawki.

— Co takiego? — dopytywano się z drugiego końca przewodu.

— Awaria. Krzemionka przerwała ścianę.

— Blokada nawaliła?

— Mówię, przerwało ścianę.

— Trzeba natychmiast remontować.

— Tyle ja sam wiem. Pozwolicie użyć Erema?

— Erema? — Nastąpiła przerwa. — Hm, co robić, jeśli trzeba…

Spasski odłożył słuchawkę i nacisnął guzik wzywający maszynę remontową. Po 

kilkunastu 

sekundach drzwi otworzyły się i do pokoju wtoczył się Erem. Cztery kwarcowe 

obiektywy 

spojrzały pytająco na Spasskiego.

— W południowym sektorze duży wyciek krzemionki — rzekł Spasski. — Gdzie, 

dokładnie, 

nie wiem, kabel telewizora się spalił. Zapamiętałeś?

— Tak — zapiszczał Erem. — Jaka temperatura we wnętrzu?

— Obecnie tysiąc stopni. I szybko rośnie.

— Ile jest krzemionki w krystalizatorze? — zapytał Erem.

— Milion ton. Wata żaroodporna na lewo od wejścia do pieca. Idź, Erem — rzekł 

łagodnie 

Spasski. — Idź szybciej.

Erem odwrócił się i natychmiast wyszedł. Spasski wyciągnął się w fotelu, głęboko 

westchnął i 

sięgnął po papierosa.

Zanim inżynier zdążył pierwszy raz się zaciągnąć, Erem wpadł już do południowego 

background image

sektora, 

otworzył drzwiczki i wdarł się do bębna. Już tutaj było gorąco — około pięciuset 

stopni. Erem 

sprawdził rytmy swojego splotu logicznego — zabrało mu to sekundę czasu. Żeby 

nie rozleciały 

się kryształy pamięci, odczekał jeszcze sekundę, otworzył wewnętrzne drzwi i 

znalazł się w 

komorze przylegającej do czerwonej od żaru ceramicznej ściany. Dokładnie nad 

nim, osiem 

metrów wyżej ziała białym płomieniem szeroka, nierówna szczelina, z której 

pieniąc się i 

strzelając iskrami, ciekły strugi krzemionki.

— Przeciek znaleziony — zameldował Erem przez radiotelefon.

— Duży? — zapytał Spasski.

— Długość szczeliny: trzy metry.

— Działaj szybciej — rzekł Spasski.

Masa zakrzepniętej krzemionki pozalewała uchwyty w ścianie. Dotarcie do 

szczeliny było 

trudne. Erem zastanawiał się przez kilka milisekund. Potem wyrzucił z siebie 

manipulator 

poziomowy, złapał nim pęk żaroodpornej waty leżącej przy drzwiach. Teraz trzeba 

się było 

podnosić. „Bardzo wysoko” — pomyślał Erem. I natychmiast wysunął dolny lewar i 

boczne 

zaczepy. Temperatura dochodziła do tysiąca dwustu stopni. Ole] w kamerze zrobił 

się rzadki jak 

woda. Erem wiedział, ze jeszcze sto stopni wytrzyma i włączył lewar.

Z białej azbestowej tulei wypełzła lśniąca składana noga. Oleje wysychały 

sklejając się w 

pomarszczoną skorupę.

background image

— Co robisz? — usłyszał Erem niecierpliwy głos Spasskiego.

— Podnoszę się do miejsca awarii.

— Szybciej — krzyknął Spasski.

Erem sam tez rozumiał, ze trzeba szybciej. Ale nie ma rady, szybkość podnoszenia 

wynosi 

trzy metry na minutę.

Opierając się zaczepami o ściany, Erem pełznął do góry. Krzemionka płynęła coraz 

gwałtowniej. Szczelina robiła się coraz szersza. W dole pod nią powstawała 

okrągła wypukłość. 

Rozpalona płynna masa padała wielkimi ciężkimi kropliskami. Jedna z nich 

uderzyła o zaczep 

Erema. Zaczep wygiął się i oderwał od ściany. Erem zatoczył się na długiej nodze 

lewara. Jego 

ciężkie ciało straciło równowagę. W tejże chwili wyrzucił w bok zapasowy zaczep, 

przylgnął do 

ściany i powstrzymał upadek.

— Jak idzie? — zapytał Spasski. — Dlaczego milczysz?

— Podnoszę się do miejsca awarii — odrzekł Erem. Nie zdołał już wypuścić 

dalszych 

członów lewara.

Olej zagotował się. Erem otworzył luki i wylał go na zewnątrz. Potem odłączył 

wewnętrzny 

uchwyt lewara — noga odczepiła się i powoli runęła w dół. Zrobiło się lżej. Do 

szczeliny 

zostawało około dwóch metrów. Erem pokonał tę odległość krokami zaczepów 

utrzymujących go 

między ścianami.

Temperatura przekroczyła półtora tysiąca stopni.

Mimo chłodzenia wewnętrznego i grubej warstwy okrywy izolującej, sieć logiczna 

zaczęła się 

background image

psuć. Obrazy jęły się mieszać. Na ciemnomalinowym tle zalanej krzemionką ściany 

pojawiła się 

nagle twarz Spasskiego, który bezdźwięcznie poruszał wargami. Przeszkadzało to 

się skupić. 

Erem wysiłkiem woli spędził ze ściany widmo i uruchomił dublujące sekcje swojego 

mózgu 

elektronowego.

Zrobiło się jeszcze upalniej. Chwila, dwie, a nastąpi całkowity rozpad sieci 

logicznej. Żeby go 

powstrzymać, Erem włączył ośrodek bólu. I wtedy bezpośrednio, własnymi 

detektorami czuł ten 

palący żar. Łamało w uchwytach, paliła azbestowa osłona, kłuło dokuczliwie w 

obiektywy oczu, 

ale za to świadomość zaczęła pracować szybko i precyzyjnie. Erem zrozumiał: do 

pełnego 

rozpadu sieci brakuje najwyżej minuty, chyba… chyba, żeby zniżyć temperaturę 

komory. 

Potrzeba, strasznie potrzeba chłodu. Można to zrobić całkiem prosto — włączyć 

wentylator. Ale 

ochłodzenie jest szkodliwe dla krzemionki, technologia surowo go zabrania. Mimo 

wszystko 

Erem zapytał niepewnie:

— Nie można by włączyć na dwadzieścia sekund chłodzenia komory?

— Nie — odparł natychmiast Spasski. — W żadnym wypadku. Krzemionka się 

zniszczy. 

Co 

robisz?

— Przystępuję do naprawy.

Erem był prawie pewien, że Spasski nie pozwoli na ochłodzenie. I przyjął zakaz 

jak rzecz 

background image

normalną. Ale to był wyrok. Naprawa oznaczała dla niego śmierć. Widocznie 

krystalizacja 

miliona ton krzemu kosztuje drożej niż maszyna naprawcza. Erem przyjął rozkaz i 

rozpoczął 

pracę.

Uśmierzył psychokorektorem ból oparzeliny. Wyrzucił drugi manipulator poziomowy 

i złapał 

nim pasmo waty żaroodpornej. Rozciągnął ją. Obrócił się do nierównej obrzeżonej 

rozżarzonymi 

wargami ognistej szczeliny. Precyzyjnym ruchem wcisnął watę w gorący miąższ. Oba 

manipulatory skręciły się, trzasnęły, zerwały się i odpadły.

Erem wysunął drugą parę manipulatorów, oderwał drugie pasmo waty, wcisnął je — 

znów z 

suchym trzaskiem ułamały się wolframowe ręce i poleciały w dół. Sieć logiczna 

znów jęła 

szwankować. Wyraźnie, jasno zaczęła pracować pamięć pierwszego dnia życia 

Erema. 

Manipulując rozpaczliwie psychokorektorem, Erem na próżno starał się usunąć mimo 

woli 

pojawiający się w świadomości obraz: fabryka montażowa, gdzie się urodził, 

uśmiechnięte 

twarze ludzi, blask słońca na aparatach. Światło! Takie było pierwsze : światło. 

Szum fabryki, 

rozmowy, czyjś wesoły głos „Witam cię, nowy rozumie!” Oto już szczelina… Trzeba 

skoordynować ruchy ostatniej pary manipulatorów. Wysunęła się osłona 

odpowiedniego węzła 

mechanizmów… Cel! Atak! Trzecie pasmo żaroodpornej waty już jest wbite w 

szczelinę. 

Gwałtownie odskoczył do tyłu.

Spasski wymamrotał coś przez telefon. Erem już nie zrozumiał, ale wydusił z 

background image

siebie 

odpowiedź:

— Naprawa skończona. Wszystko w po…

Potem pojawiły się majaki. Szkoła maszyn naprawczych. Nauczyciel Kalistow 

krzyczy na 

egzaminie z operatywności: „Do góry: Dotknij sufitu, dotknij lewej ściany”. 

Pierwsza praca, 

naprawa filaru mostowego na Morzu Czarnym. Wolno i leciutko padają kamienie do 

wody. I 

ryby… Lekcja odwagi… Lekcja mechaniki: „Siłą Coriolisa nazywamy…” Pędzą 

ludzie, 

pędzą 

maszyny, pędzą urywki myśli… To trudna praca, to ostatnia praca, ale to ważna 

praca…

Erem nie zauważa, jak odpada mu cały dolny zespół mechanizmów. Nie odczuwa już 

bólu. 

Bezmyślnymi podrygami kręci się wał głównego silnika. Stanął. Niby uszkodzona 

płyta 

gramofonowa rozlegają się dwa puste słowa sygnału: „Rozpad sieci, rozpad sieci, 

rozpad 

sieci…”

Spasski zaciągnął się ostatni raz i zdusił niedopałek papierosa. Podniósł 

słuchawkę, nakręcił 

numer eksperta od cybernetyki przemysłowej.

— W porządku — oznajmił. — Krystalizator naprawiony.

— A co z Eremem? — zapytał ekspert.

— Nadaje sygnał: „Rozpad sieci”

— Szkoda — rzekł ekspert. — Szkoda… Nie wiem, czy się go uda odremontować. 

Gdy 

skończycie krystalizację, zadzwońcie, przyjadę i zobaczę.

background image

— Dobra — odpowiedział Spasski i odłożył słuchawkę.

Przełożył Zygmunt Burakowski

Anatol Dnieprow

PYTANIA

Te coroczne spotkania nazywaliśmy wieczorynkami na pamiątkę odległych, 

legendarnych już 

prawie czasów, kiedy byliśmy jeszcze studentami. Dziś na Wzgórzach Leninowskich 

wznosi się 

uniwersytet, nowe pokolenia przyszłych Łomonosowów i Einsteinów od dawna 

zajęły 

pięciopiętrowe gmaszysko matfizu, fizycy i lirycy od lat toczą dyskusję we 

wspaniałej sali z 

dźwiękochłonnymi ścianami, a my wciąż nie możemy zapomnieć sklepionych 

piwniczek 

pod 

starym klubem studenckim przy ulicy Hercena. I co roku zbieramy się tu, patrzymy 

na siebie i 

liczymy, kto jest, a kogo już nie ma. Rozmawiamy o życiu i o nauce. Jak wtedy, 

przed wielu, 

wielu już laty.

Tak było i tym razem, tyle że rozmowa jakoś się dziwnie nie kleiła. Nikt nie 

wypowiedział 

żadnej interesującej myśli, nikt się nie sprzeciwiał wypowiedziom kolegów i 

nagle poczuliśmy, 

że ostatnim interesującym spotkaniem było spotkanie ubiegłoroczne.

— Weszliśmy w ten piękny wiek, kiedy idee i poglądy skrystalizowały się 

wreszcie, tak pod 

względem formy jak treści — oświadczył z gorzką ironią Fiedia Jegoriew, doktor 

nauk, 

członek—korespondent Akademii.

background image

— Miła historyjka — zauważył Wowka Migaj, dyrektor pewnego bardzo „mądrego” 

instytutu. — A cóż nazywasz skrystalizowaniem treści?

— To takie stadium, kiedy do stanu istniejącego nic już nie można dodać — 

wyjaśnił posępnie 

Fiedia. Dalej zaczyna się naturalny ubytek, a nic nowego nie dochodzi. Życie 

intelektualne 

człowieka ma takie wyraźne maksimum. Gdzieś około czterdziestego piątego…

— Możesz nie wyjaśniać, wiemy i bez twoich wykładów. A w ogóle, panowie, nie 

mogę po 

prostu uwierzyć, że nie jestem już w stanie nic stworzyć, żadnej nowej teorii, 

żadnej nowej nauki. 

Po prostu straszne…

Leonid Samozwancew, maleńki okrąglutki fizyk, mówiący tak szybko, że aż połykał 

końcówki, a nawet całe słowa, nie wyglądał bynajmniej na 

czterdziestopięcioletniego mężczyznę. 

Przypominano mu o tym przy każdej okazji.

— Ty, Lala, miałeś diabelne szczęście. Byłeś chorowitym chłopczykiem, z 

przewlekłym 

infantylizmem. Ty jeszcze możesz nie tylko stworzyć nową teorię 

czasoprzestrzeni, ale nawet 

wyuczyć się starej.

Wszyscy parsknęli śmiechem, pamiętając, że Lala vel Lenia, cztery razy zdawał 

teorię 

względności. Samozwancew szybko wychylił swój kieliszek.

— Spokojna głowa, nie będzie żadnych nowych teorii.

— A to dlaczego? — spytał Migaj.

— Nie te czasy i nie to wykształcenie.

— Niezbyt rozumiem.

— Niezupełnie ściśle to sformułowałem — zaczął wyjaśniać Lala. — Oczywiście, 

będą nowe 

background image

teorie, ale, można powiedzieć, tylko jako uściślenie starych. Coś jakby 

wyliczenie jeszcze 

jednego znaku dziesiętnego liczby pi, czy dodanie do sumy szeregu nieskończonego 

jeszcze 

jednego wyrazu. Ale żeby stworzyć coś zupełnie nowego… nie, nie…

Słowo „zupełnie” Samozwancew wypowiedział z naciskiem.

Zwabieni ożywiającą się wśród nas dyskusją zaczęli podchodzić ku nam goście ze 

wszystkich 

stron niziutkiej, ale szerokiej piwnicy.

— No to zdefiniuj, co nazywasz „zupełnie nową teorią”.

— No na przykład elektromagnetyczna teoria światła w porównaniu z teorią eteru.

— Cha! Cha! — ryknął, jakby wyrwany z drzemki Georgij Syczew. Podniósł 

aluminiową kulę 

— smutną pamiątkę wojny, i trącając nią Lalę w bok, zwrócił się od razu do 

wszystkich. — Ten 

fizyk chce nam powiedzieć, ze Maxwell nie jest kolejnym wyrazem szeregu 

nieskończonego po 

Youngu. Oj, mamusiu! Dawaj inny przykład, bo znów usnę.

— Pięknie. Weźmy Faradaya. Odkrył indukcję elektromagnetyczną…

— No to co?

— To, że odkrycie było rewolucyjne, od razu połączyło elektryczność z 

magnetyzmem, oparła 

się na nim elektrotechnika.

— No to co — wciąż napierał Syczę w. Jak większość kulawych, miał skłonność do 

tycia. 

Teraz zrobił się z niego po prostu grubas o nalanej, postarzałej twarzy.

—— To, że Faraday nie miał zielonego pojęcia o twoim Youngu i o jego sprężystym 

eterze. 

Ani o żadnym Maxwellu. To Maxwell wpakował Faradaya do swoich równań.

Syczew odchylił głowę i zaśmiał się dziko.

background image

— Przestań rżeć, Żorka — krzyknął na niego Migaj. — Lala ma trochę racji. Mów 

dalej, Lala, 

nie zwracaj na niego uwagi.

— Jestem przekonany, ze gdyby Faraday miał inteligencję, powiedzmy, choćby taką 

jak my…

Towarzystwo ryknęło wesołym śmiechem.

— Nie śmiejcie się, gdyby miał taką inteligencję, nie dokonałby ani jednego 

odkrycia.

Wszyscy gwałtownie ucichli i skierowali wzrok na Samozwancewa. Leonid z 

roztargnieniem 

przewracał oczyma trzymając szklankę tuż przy ustach.

— Metoda próbowania ma swoje plusy. U nas w instytucie pracuje cała grupa 

inteligentnych 

młodych ludzi. Ci szukając rozwiązania problemu, nigdy nie zaglądają do 

literatury. Po prostu 

próbują. Robią tak i owak, jak popadnie. Na wzór Faradaya.

— No i co? Mają jakieś wyniki?

— Wyobraźcie sobie, że tak. I trzeba przyznać, że jciekawsze rozwiązania 

pochodzą właśnie 

od nich…

Nasz członek–korespondent nie wytrzymał.

— Mieliście szczęście. Zaraz zaczniecie udowadniać, że przy pracy naukowej 

najlepiej nic nie 

wiedzieć. Fizycy zawsze mają skłonności do zabawy w paradoksy. Ale teraz już nie 

ten wiek…

— Dałbyś spokój z tym swoim wiekiem. Niech mówi Lala. Więc mówisz, że Faraday 

pracował metodą prób.

— Oczywiście. Był po prostu człowiekiem ciekawym. Co będzie, jeśli stuknę po 

magnesie 

młotkiem. Co będzie, jeśli rozgrzeję go do czerwoności. Czy jeśli pogładzę kota, 

background image

to będą mu się 

oczy świeciły? I tak dalej. Najbardziej niedorzeczne: „co będzie, jeśli?” I oto, 

zadając sobie masę 

pytań, odpowiadał na nie za pomocą eksperymentów. Dlatego właśnie odkrył 

mnóstwo 

przeróżnych zjawisk i efektów, na podstawie których zbudowano potem nowe teorie. 

I oto nam, 

wykształconym, wydaje się, że już nie ma żadnych „co będzie, jeśli”. Dla nas 

ważna jest przede 

wszystkim teoria…

— Hm — mruknął niewyraźnie członek—korespondent i odszedł na bok. Za nim 

poszło 

jeszcze kilku obecnych.

— Trzeba będzie popierać „próbowaczy” — stwierdził ze smutnym uśmiechem 

Wowka 

Migaj. — Kto wie, może wśród nich objawi się nowy Faraday.

— Jest bardzo prosty sposób na znalezienie Faraaya — wmieszał się do rozmowy 

Mikołaj 

Zawojski, nasz wybitny teoretyk, również doktor i też członek–korespondent. 

Nigdy nie 

darzyliśmy go wielką sympatią ze względu na jego zbyt arystokratyczne maniery.

— No to podaj ten swój sposób na znalezienie Faradaya.

— Trzeba ogłosić wszechzwiązkowy konkurs na najlepsze „co będzie, jeśli?” 

Uczestnicy 

konkursu sami stawiają sobie pytania, i sami na nie odpowiadają. Oczywiście przy 

pomocy 

eksperymentu. Faradayow—kim pytaniem będzie takie, na które współczesna teoria 

nie potrafi 

dać odpowiedzi.

Myśl spodobała się wszystkim i wkrótce małomówni dotychczas fizycy ożywili się i 

background image

zaczęli 

„grać w Faradaya”. ,,Co będzie, jeśli” rozlegało się we wszystkich kątach 

piwnicy. Stopniowo 

całe towarzystwo zbiło się w ciasną kupkę, a gra nabrała burzliwego i wesołego 

charakteru. 

Zadawano najdziksze pytania i natychmiast odpowiadano.

— Co będzie, jeśli wielorybowi założyć okulary.

— Co będzie, jeśli w krowim mleku ugotować meteoryt.

— Co będzie, jeśli przepuścić przez człowieka prąd o natężeniu miliona amperów w 

ciągu 

jednej milionowej sekundy.

— Co będzie, jeśli…

Pytania sypały się lawiną. Odpowiadali na nie wszyscy naraz. Zaczęły się 

wyliczenia, 

pojawiły się równania, powoływano się na źródła, w ogóle otworzono cały arsenał 

wiedzy 

fizycznej, i wyjaśniło się wkrótce, że postawić faradayowskie pytanie trudno, 

ale można. I pal 

diabli, takie pytanie prawie zawsze okazywało się z rzędu tych, nad rozwiązaniem 

których 

trudziła się właśnie współczesna fizyka. Lala Samozwancew, który rozpętał tę 

burzę, westchnął z 

rozczarowaniem.

— A już myślałem, że zwrócimy się do prezydium Akademii z wnioskiem o 

powołanie 

do 

życia Instytutu Badań Faradayowskich.

— Panowie, a pamiętacie Aloszkę Monina? Przecież na studiach nazywaliśmy go 

właśnie 

Faradayem.

background image

Uciszyliśmy się. Wszyscy spojrzeli na Szurę Korniewą, głównego organizatora 

dzisiejszego 

wieczoru. Ruda i piegowata, nigdy nie próbowała robić z siebie piękności.

— Szurka, dlaczego nie ma dziś wśród nas Alika.

— Nie mógł przyjść.

— Dlaczego?

— Ma nocny dyżur w klinice. Poza tym powiedział, że…

— Że co?

— Powiedział, ze mu głupio przychodzić na nasze wieczory. Tam, mówi, zbierają 

się 

akademicy, a przynajmniej kandydaci, a on… Sami rozumiecie…

Rozumieliśmy. Byliśmy zdania, że Monin poniósł klęskę życiową i ze sam temu 

zawinił. 

Wystarczyło popatrzeć, jak robi swoje ćwiczenia laboratoryjne z fizyki, żeby 

stwierdzić, że nic 

rozsądnego z nich nie wyniknie. Zamiast wyznaczyć częstotliwość generatora 

siadał przy 

oscylografie i godzinami patrzył w upojeniu na dzikie figury, jakie zakreślała 

wiązka elektronów.

„Alik, zaekranuj przewody, bo nic ci nie wyjdzie”. — „To każdy dureń wie, że 

wyjdzie, jeśli 

zaekranować przewody. A co będzie, jeśli nie zaekranować?” — „Dziwaku, ustaw 

zwyczajnie. 

Prąd z sieci, instalacja rentgenowska jest w sąsiednim laboratorium”. Alik 

uśmiechał się 

tajemniczo i ekranował przewody. Figury na ekranie zmieniały się, ale w dalszym 

ciągu były tak 

samo dziwne. — „Żle zaekranowałeś. Zamknij pokrywę aparatu”. Zamykał, ale 

sytuacja wcale 

się nie poprawiała — „trzeba uziemić korpus”. Uziemiał, ale robiło się jeszcze 

background image

gorzej. Nikomu 

nie przydarzało się to, co Alikowi. Zamiast wyznaczyć charakterystykę 

generatora, zapisywał 

gruby obłożony w ceratę brulion. Jego sprawozdania z wykonanych prac czytało się 

niby 

powieść fantastyczną o dziwnym zachowaniu generatora, kiedy jest zaekranowany i 

kiedy nie 

jest zaekranowany, kiedy lampę wzmacniającą odmuchuje wiatr z wentylatora i 

kiedy leży na 

niej mokra szmatka. Ostatecznie wszystko się plątało i w Alikowym indeksie znowu 

pojawiał się 

wpis „nie zaliczone”.

Istniał u nas w akademiku na Stromynce wieczny problem — w jaki sposób 

najszybciej się 

umyć. Studenci lubili sobie pospać i rano o siódmej wszyscy hurmem gnali do 

łazienki. Robił się 

potworny ścisk.

Pewnego dnia Monin zorganizował kolektywne spóźnienie na wykłady. Przed 

umywalką 

stał 

długi ogonek, a on pochylony nad zlewem robił coś magicznego.

— Faraday, co to, usnąłeś?

— Nie. Popatrz!

Zlew zatkał się i prawie do brzegów był pełen mętnej wody. Alik rzucił na wodę 

szczyptę 

proszku do zębów i bryłki szybko rozleciały się na wszystkie strony.

— Dobrze, dobrze. Napięcie powierzchniowe… Zjeżdżaj!

Alik ani myślał zjeżdżać.

— No, a teraz popatrz.

Znów strzepnął na wodę szczyptę proszku, tym razem jednak cząsteczki zbiegły się 

background image

i zebrały 

w kupkę. Osłupieliśmy.

— Ano, zrób jeszcze raz…

Powtórzył doświadczenie. Okazało się, że proszek strzepnięty z jednej wysokości 

rozlatuje 

się, a z drugiej zbiera w kupkę.

Fizycy — od pierwszego do piątego roku — pozatykali otwory w zlewach i zaczęli 

sypać 

proszek na wodę. Przyszły członek—korespondent Fiedia Jegoriew eksperymentował 

tytoniem 

wykruszonym z papierosa. Elegant — teoretyk Zawojski przyniósł trzy rodzaje 

pudrów i talk do 

nóg. Ściągnięto mielony cukier, sól, siarkę z zapałek, proszki od bólu głowy i 

diabli wiedzą co 

jeszcze. W łazience zapanowała atmosfera wytężonej pracy badawczej. Proszki 

zachowywały się 

w najdziwaczniejszy sposób. Na powierzchni wody zbijały się w grudki, 

rozlatywały się wzdłuż 

krawędzi zlewu, tonęły, potem znów wypływały, wirowały w miejscu, tworzyły 

mgławice i 

systemy planetarne, poruszały się po prostych, a nawet podskakiwały. I wszystko 

to zależało od 

wysokości, z której były strząsane, od tego, jak je strząsano, od poziomu wody w 

zlewie, od 

zawartości mydła w wodzie i od tego, czy strzepywano już do wody inne proszki. 

Wszystko, co 

studenci wiedzieli o napięciu powierzchniowym jeszcze z drugiego roku, runęło 

jak domek z 

kart, tu w łazience, a winien temu był Aloszka Monin.

background image

— Szkoda, że go tu nie ma. Interesujący facet — westchnął Fiedia Jegoriew — 

prawdziwy 

Faraday. Tyle że pechowiec.

— Pewnie zadawał sobie niewłaściwe pytania…

— Towarzysze, a co będzie, jeśli… nie wrócę na czas do domu?

Była pierwsza w nocy. Roześmieliśmy się. Powiedział to Abram Czajter, atomista — 

amator, 

jak nazywaliśmy go z powodu pasji do publikowania popularnych artykułów o fizyce 

atomowej. 

Specjalność miał zupełnie inną. Wszyscy świetnie wiedzieli, że ma bardzo 

zazdrosną żonę.

— Dzieci stracą swojego ulubionego pisarza — rzekł Lala.

Zaczęliśmy się ubierać i rozchodzić.

Na dworze mżył kapuśniaczek. Ruch uliczny zamarł. Po pożegnaniach całe bractwo 

pośpieszyło w stronę przystanku taksówek. Przed drzwiami klubu zostało nas 

czworo. Fiedia 

Jegoriew, Wowka Migaj, Lala Samozwancew i ja. Przez kilka minut milczeliśmy 

paląc 

papierosy.

— Za naszych czasów chodził tędy tramwaj — odezwał się Fiedia. Kiedyś zastałem 

tym 

właśnie miejscu Alika; stał z zadartą głową. Wiecie, co obserwował o godzinie 

pewnie już 

drugiej w nocy? Nie wiedzieliśmy.

— Kolor iskry między pałąkiem tramwaju a przewodem. Powiedział mi, że stoi tutaj 

już cały 

tydzień i że jest związek między kolorem iskry a pogodą. Zupełnie niedawno 

przeczytałem o tym 

jako o odkryciu…

background image

— A może byśmy do niego wskoczyli? — zaproponowałem. — Jakoś to głupio. My 

się 

zbieramy, a on na uboczu.

— Zdrowa myśl! Idziemy — zdecydował Fiedia.

Zawsze lubiliśmy bardzo Fiedię za jego zdecydowanie. I teraz po wielu latach 

został taki sam. 

Wysoki i szczupły ruszył szybko prospektem Marksa w stronę ulicy Gorkiego. Przed 

hotelem 

„National” stanęliśmy. Członek—korespondent oznajmił:

— Pójdę kupić butelkę wina w restauracji.

Fiedia znal wejście do bufetu przez kuchnię. Znikł w ciemnym korytarzu i po 

kilku minutach 

usłyszeliśmy, że ktoś, zapewne dozorca albo kucharz, krzyczy za nim.

—— Moczymordy, psiakrew, mało wam dnia. Lezie taki przez zakazane przejście.

W każdym razie zadanie było wykonane. Wkrótce taksówka wiozła nas na drugi 

koniec 

miasta, gdzie pracował Alik Monin.

Szpital mieścił się w wielkim parku. Wysiedliśmy przed bramą z taksówki i poszli 

mokrą 

asfaltową dróżką między wysokimi krzewami i drzewami. Mżył wiosenny deszczyk i 

młode 

liście dygotały jak robaczki świętojańskie w świetle latarni. Migaj głośno i z 

zapałem opowiadał, 

jak udało mu się zaobserwować w kamerze Wilsona tory mezonów K i proces 

powstawania 

cząstek rezonansowych. Samozwancew chwalił się swoim kwantowym generatorem, 

do 

którego 

wszystko co trzeba można kupić w każdej aptece, a Fiedia powiedział, żeby nie 

byli tacy mądrzy, 

background image

bo ich sztuczki nawet nie umywają się do jego uniwersalnej maszyny, która 

wczoraj ograła go w 

szachy. Na chwilę zatrzymaliśmy się. Drogą szło dwóch pielęgniarzy z noszami 

okrytymi 

prześcieradłem.

— Temu już niepotrzebne nasze generatory i cząstki rezonansowe — westchnął 

Migaj. — To 

pewnie kostnica.

Spojrzeliśmy na wysoki budynek z kolumnami. Na szarym frontonie widniała 

wyraźnie 

płaskorzeźba przedstawiająca bitwę rzymskich żołnierzy z Galiami.

— A mimo wszystko to przykre dostać się na koniec do tej instytucji — zauważył 

Lala.

— Nierentowna, ale i tak jej nie zamkną…

Doszliśmy w milczeniu do pawilonu neurochirurgii.

Alik Monin przyjął nas z roztargnieniem i zmieszaniem. Miał na sobie rozpięty 

kitel, w ręku 

trzymał wieczne pióro, które przeszkadzało mu przywitać się z nami.

— Słuchaj, z ciebie całą gębą doktor, chciałem powiedzieć „lekarz” — zawołał 

Migaj.

Uściślenie było całkiem nie na miejscu. Na styku dwóch nauk — medycyny i fizyki 

— tytuł 

„doktor” brzmi nader dwuznacznie. Alik nie zareagował. Poprowadził nas 

zaciemnionym 

korytarzem, szepcząc tylko:

— Teraz tutaj, kochani. Tędy. Do góry. W prawo…

— Nie wolno głośno rozmawiać — poinformował Fiedia obdarzonego potężnym 

basem 

Migają.

W niewielkim gabinecie oświetlonym tylko przez „lampę stołową rozsiedliśmy się 

background image

wokół 

biurka. Fiedia wyciągnął z kieszeni dwie butelki „Cinandali” i uroczyście 

postawił je przed 

zmieszanym Moninem.

— Ech, wy krasę byki — mruknął półgłosem Monin. — Wracacie z wieczorynki.

— Jak najbardziej. Zgadało się o Faradayu i przypomniałeś się nam. Dokąd 

uciekasz.

— Nic, nic… Zaraz wrócę…

Zniknął w korytarzu, a my zaczęliśmy oglądać gabinet lekarza dyżurnego. Nic 

szczególnego. 

Szafy wzdłuż ścian pełne papierów — pewnie historie chorób, w kącie jakiś 

aparat, koło zlewu 

stolik z buteleczkami. I biurko.

Fiedia wziął z biurka książkę i przeczytał szeptem.

— „Elektrosen”. I tu zawędrowała fizyka.

— Nie chciałbym zajmować się tu fizyką — burknął niewyraźnie Samozwancew. — 

Fizyka, a 

obok trupiarnia. Jakoś to nie pasuje…

— Być może fizyka przyczyni się kiedyś do zamknięcia tej nierentownej 

instytucji.

Ałik wrócił po cichu, niosąc całe naręcze laboratoryjnych menzurek 

najrozmaitszych 

rozmiarów.

— Oto przypadek, kiedy wielkość naczynia nie ma znaczenia — stwierdził członek

korespondent — Wszystkie wyskalowane. Rozlaliśmy.

— Za dwadzieścia pięć lat…

— Za dwadzieścia pięć lat…

Potem każdy się napił za zdrowie kolegi. Teraz taki toast był już prawie 

konieczny.

background image

— Mów, co tu robisz? Alik wzruszył ramionami.

— Co podleci. Zajmuję się chorymi.

— To co, nauczyłeś się już leczyć?

— Skądże. Oczywiście że nie. Pracuję przy diagnozach.

— To znaczy?

— To znaczy, że pomagam neurochirurgom.

— U was robi się operacje mózgu?

— Zdarzają się i takie. Ale przede wszystkim operacje związane z urazami dróg 

nerwowych.

— Ciekawe?

— Zdarza się, ze ciekawe…

— A pracą badawczą można się zajmować?

— U nas co pacjent, to praca badawcza.

— Strasznie lubię opowiadania o interesujących pacjentach. Opowiedz coś Alik. 

Jakiś 

niecodzienny przypadek.

Migaj jeszcze popił i przysunął krzesło bliżej biurka. Alik nerwowym ruchem ręki 

poprawił 

okulary w cienkiej metalowej oprawce.

— Mnie interesują przede wszystkim przypadki utraty pamięci w związku z różnymi 

chorobami.

— Jak to „utraty pamięci”?

— U jednych całkowita utrata, u innych częściowa.

— Czytałem niedawno pracę Mac Cułlocha „Robot bez pamięci” — oznajmił Fiedia.

— Ja też czytałem tę pracę. Bzdury. To, co otrzymał Mac Culloch na podstawie 

logiki 

matematycznej, zupełnie nie stosuje się do ludzi, którzy utracili pamięć. Ci 

zachowują się w 

sposób o wiele bardziej złożony.

— A może w jakichś molekułach…

background image

— Wątpię — przerwał mu Ałik. — Pamięć jest zbyt trwała, żeby dawała się zapisać 

na 

poziomie molekuł. W wyniku ciągłej przemiany materii molekuły bez przerwy się 

wymieniają ..

Zamyśliliśmy się. W rozmowie z Moninem sprawy na pozór proste zaczynają się 

nagle 

potwornie wikłać.

— Co to za aparat? — zapytał Migaj, unosząc pokrowiec znad niewielkiej skrzynki.

— To stary typ elektroencefalografu.

— Ach tak, fale prądów mózgowych.

— Tak, aparat ośmiokanałowy. Teraz są już lepsze. Alik wysunął szufladę biurka i 

wyciągnął 

stertę papierów.

— To są elektroencefalogramy ludzi, którzy utracili pamięć.

Popatrzeliśmy na wykresy krzywych, będących prawie dokładnymi sinusoidami.

— A to bioprądy mózgu ludzi normalnych.

— Pięknie. Więc można za pomocą tej katarynki od razu określić, czy człowiek ma 

pamięć, 

czy nie.

— Tak. Wprawdzie…

— Co?

— Mówiąc otwarcie, nie sądzę, żeby termin „bioprądy mózgu” był właściwy…

— Dlaczego?

— Przecież zdejmujemy potencjały elektryczne nie z mózgu. Mózg jest 

zaekranowany 

przez 

puszkę czaszki, potem przez warstwę tkanki obficie ukrwionęj, przez skórę…

— No, ale częstość bardzo mała…

— Wszystko jedno. Robiłem wyliczenia. Jeśli uwzględnić przewodnictwo ekranów, 

to 

background image

trzeba 

przyjąć, że po mózgu biegają niesamowite potencjały elektryczne. Na zwierzętach 

nie 

potwierdzało się to…

Napiliśmy się jeszcze.

— Więc cóż to takiego?

— To bioprądy tkanek, do których przykładamy elektrody.

— Hm. Ale przecież udowodniono, że te krzywe mają związek z pracą mózgu. Na 

przykład 

historia z tą pamięcią…

— No to co? Czy to mózg pracuje w izolacji od organizmu?

— Chcesz powiedzieć, że pamięć… Alik uśmiechnął się i wstał.

— Chcecie, zdejmę bioprądy z waszych głów. Fiedor Jegoriew podrapał się po karku 

i objął 

nas spojrzeniem.

— Zaryzykujemy, panowie? Zaryzykowaliśmy, ale jakoś nie wiedzieć czemu 

poczuliśmy się 

niepewnie. Tak jak gdybyśmy przyszli wizytą do lekarza, przed którym nic się nie 

ukryje. 

Pierwszy siadł na fotelu Migaj. Alik przyłożył mu o głowy osiem elektrod i 

włączył 

elektroencefalograf.

Powoli ruszyła taśma papierowa. Rylce ani drgnęły.

— Ani śladu pracy mózgu — skomentował Samo—zwancew.

— Aparat jeszcze się nie nagrzał.

Nagle drgnęliśmy. Ciszę przerwał gwałtownie głośny skrzyp ostrego metalu po 

papierze. 

Wpatrzyliśmy się w taśmę. Po niej jak oszalała skakała zamaszyście cała ósemka 

rylców 

zostawiając po sobie dziwaczną linię.

background image

— „Cogito, ergo sum” — zadeklamował Migaj westchnąwszy z ulgą. Teraz sprawdź 

mózg 

członka–korespondenta. — To bardzo ważna sprawa dla rady naukowej naszego 

instytutu. Jest 

tam przewodniczącym.

Ku wielkiemu zdziwieniu stwierdziliśmy u członka–korespondenta dokładnie takie 

same 

bioprądy jak u Migają, Samozwancewa i u mnie. Jeśli nawet były różnice, to nie 

zauważyliśmy 

tego. Spojrzeliśmy pytająco na Alika. Uśmiechnął się tajemniczo.

— Panowie, elektroencefalogramy macie jednakowe, bo jesteście, można 

powiedzieć, 

jednakowym stadium zamroczenia. Z pijanymi zawsze tak jest. Podobnie jak ze 

schizofrenikami i 

epileptykami przed atakiem…

Zrobiło nam się głupio i napiliśmy się jeszcze. Monin zatrzymał taśmę i 

poszperawszy w 

papierach pokazał nam kilka innych elektroencefalogramów.

— Oto zapis bioprądów mózgu człowieka śpiącego. A tu typowa krzywa człowieka 

czuwającego. Na rytm alfa nakładają się rytmy theta i gamma.

— Ciekawe — mruknął w zamyśleniu Fiedia. — Tak więc, gdzie twoim zdaniem, 

mieści 

się 

pamięć człowieka?

Alik zaczął nerwowo wrzucać papiery do szuflady. Potem usiadł i popatrzył 

kolejno na 

każdego z nas.

— Faraday, nie kręć. Czujemy, że coś wiesz. Mów, gdzie jest pamięć.

Migaj wstał i żartem pociągnął Alika za klapę fartucha. Fartuch był rozpięty i 

background image

widać było pod 

nim starą wytartą marynarkę.

— No, jeśli tak bardzo chcecie…

— Dobre sobie „bardzo chcecie”‘. Po prostu żądamy. Powinniśmy chyba wiedzieć, 

gdzie 

magazynujemy naszą cenną erudycję.

Migaj nigdy nie był człowiekiem zbyt układnym. Jego myślenie było idiotycznie 

logiczne i 

obmierzle proste. Kiedy tak powiedział, wydało mi się, że w oczach Monina 

błysnęła złośliwa 

iskierka. Zacisnął mocno wargi, wstał zza biurka i podszedł do jednej z szaf. 

Wrócił, niosąc 

ludzką czaszkę, jaką można zobaczyć w pracowni przyrodniczej w każdej szkole. 

Nie mówiąc 

ani cłowa, postawił ją na biurku obok elektroencefalografu i zaczął przykładać 

do niej elektrody. 

Skamienieliśmy ze zdziwienia.

Gdy elektrody zostały już założone, Alik popatrzał na nas z ciemności, a potem 

przekręcił 

gałkę.

Wszystkie osiem rylców drgnęło przejmująco i zaczęło tańczyć po papierze. Jak 

zahipnotyzowani patrzeliśmy w drwiące puste oczodoły. A aparat wciąż szybko i 

gwałtownie 

wypisywał zgorączkowaną krzywą bioprądów czuwającego człowieka.

— Macie… — rzekł szyderczo Monin.

Wstaliśmy i szybko zaczęliśmy się z nim żegnać, bojąc się raz jeszcze spojrzeć 

na biurko — 

obok elektroencefalografii.

W ciemnościach zgubiliśmy drogę, długo szliśmy przez wysoką, mokrą trawę, 

okrążając 

background image

niskie, ciemne budynki, maszerowaliśmy wzdłuż metalowej kraty, za którą ciągnęła 

się blado 

oświetlona ulica. Gałązki głogu zahaczały za płaszcze i wstrętnie drapały po 

materiale. Kiedy w 

reszcie minęliśmy bramę i stanęliśmy, żeby odpocząć, nasz członek–korespondent 

rzekł:

— Zakłócenia. Na pewno zakłócenia od prądu z sieci.

Z tą wygodną, uspokajającą myślą rozjechaliśmy się do domów.

Przełożył Zygmunt Burakowski

Michaił Jemcew Jeremi Parnow

STAN PRZEDATOMOWY

I. Relacja czabana Chamrakuła

Już od czterech lat zabieram wiosną stada owiec na wysokogórskie pastwiska. 

Muszę 

przyznać, że moja praca jest śmiesznie łatwa. Wilki zaglądały tu ostatnio w 

czasach, kiedy mój 

dziadek dopiero marzył o tym, aby po raz pierwszy w życiu ogolić sobie brodę. 

Wprawdzie 

gospodarstwo mam spore, ale kierować nim nietrudno. Jedna osoba daje sobie tam 

świetnie radę. 

Wolnego czasu mam do woli. Na sprawdzenie podczerwonego ogrodzenia zejdzie mi 

najwyżej 

trzydzieści minut. Tyle tez mniej więcej potrzeba na zaprogramowanie 

elektronowych 

pomocników. No i muszę mieć jeszcze z 15–20 minut na wydanie odpowiednich 

dyspozycji 

PNP, tj. cyberowi, który poszukuje nowych pastwisk.

Oto i cały ambaras… Poza tym zajmuję się jeszcze przygotowaniem paszy, 

sporządzam 

charakterystyki flory alpejskiej dla potrzeb przemysłu spożywczego oraz 

background image

medycyny, ponadto raz 

na tydzień kontroluję automatycznej stacji meteorologicznej. Ale to wszystko 

błahostka. 

Najwięcej czasu pochłania mi przygotowanie się do sesji egzaminacyjnej. Studiuję 

bowiem w 

Instytucie Pałeoklimatów. Może się dziwicie, po co to wszystko mówię, ale bez 

tych szczegółów 

moglibyście mieć dość często kłopot ze zrozumieniem pewnych spraw, które poruszę 

za chwilę 

w dalszej części mego opowiadania. Więc cóż? Czasu mam dosyć, nawet jeśli 

weźmiemy pod 

uwagę codzienne wykłady stereotelewizyjne Wydziału Muzycznego. Dlatego właśnie 

mogę 

sobie pozwolić na taki zbytek, jak astronomia. Nie muszę rano wcześnie wstawać i 

często do 

samego świtu zachwycam się niebem. Teleskop mam wprawdzie jak najbardziej 

przeciętny — 

zwykły amatorski „Tellur”.

Owego dnia, który was tak interesuje, a właściwie nocą, akurat nie spałem. 

Zaintrygowały 

mnie dziwne błyski, które zobaczyłem w rejonie konstelacji Liry.

Już się miałem połączyć z najbliższym obserwatorium, kiedy odkryłem, ze owe 

błyski są 

rezultatem działania jakiegoś promienia biegnącego z Ziemi.

W tej chwili zaterkotał brzęczyk i wszędzie zapaliły się i pomknęły czerwone 

ogniki. To 

zapłonęły „oczy” moich cyberów. Cała romantyka gwiazdozbioru Liry momentalnie 

wywietrzała 

mi z głowy i pobiegłem co tchu do moich owiec. Choć biegłem na złamanie karku i 

tak się 

background image

spóźniłem. Coś widocznie przestraszyło owce, gdyż rzuciły się nagle w stronę 

urwiska, uciekając 

przed niebezpieczeństwem, którego dotąd nie znały.

Do tej pory żadne zwierzę nie przekroczyło bariery promieni podczerwonych, 

utworzonych 

przez elektrony skandu. Ale w tym momencie owa promienna ochrona uległa raptem 

uszkodzeniu. Jak wykazały później przyrządy, nastąpiło to na skutek dziwnych 

fluktuacji pól 

pozytronowo–neutrinowych. Nie będę się zresztą zagłębiał w szczegóły; w każdym 

razie moje 

wystraszone owce pomknęły nagle ku przepaści… Prawie wszystkie pospadały z 

urwiska. Tak 

bardzo byłem tym zdenerwowany i przygnębiony, że na śmierć zapomniałem o 

dziwnym 

zjawisku astronomicznym. Ale tego, co zdarzyło się później, trudno było nie 

zauważyć. Od razu 

zobaczyłem łunę, która zalała niebo na południowym wschodzie. Mniej więcej w tym 

miejscu, 

gdzie znajduje się Laboratorium Badań Przestrzeni, unosiła się ku niebu smukła 

błyszcząca igła. 

Trudno powiedzieć, jaki miała kolor. Właściwie był to chyba mieniący się kolor 

aleksandrytu — 

od fioletowego bzu aż do zieleni. Nagle z owej igły, jak z palmowego pędu 

zaczęły wyrastać 

ukośne liście błysków. Przy czym wszystko to trwało niespełna minutę i zatonęło 

wreszcie w 

powodzi złotego blasku, którego siły i piękna nie sposób wyrazić. W owej zorzy 

przez chwilę 

przywidziały mi się cudowne krajobrazy obcych światów. Wydało mi się nawet, że 

czuję świeży 

background image

i cierpki zapach dalekich mórz i lasów. Kiedy wszystko znikło, uświadomiłem 

sobie, że był to 

zapach ozonu.

To samo stwierdziły też przyrządy. Wokół mnie rozpościerała się chłodna i czysta 

wiosenna 

noc. Wszystko było, jak dawniej, nawet w konstelacji Liry nie widziałem już 

błysków.

Nie było tylko biednych owiec… O wszystkim, co zaszło, doniosłem bezzwłocznie 

kanałami 

psychołączności.

To chyba byłoby wszystko…

II. Komunikat S. M. Smirnowa opublikowany w miejscowej prasie

Opowiadanie młodego czabana jest właściwie jedynym świadectwem człowieka, 

który 

przebywał w pobliżu miejsca katastrofy, jaka wydarzyła się trzy dni temu w 

Laboratorium Badań 

Przestrzeni. Ja — jako członek komisji, prowadzącej śledztwo w sprawie 

katastrofy, szczególnie 

dotkliwie zdaję sobie sprawę z tego, jak skąpe dane są w naszym posiadaniu.

Przyrządy Chamrakuła wykazały, że światła awaryjne cyberów zapaliły się 

dokładnie o 2,32. 

Kiedy zdjęliśmy taśmy z liczników źródła energii (są dwa takie liczniki: jeden 

zainstalowany jest 

bezpośrednio w elektrowni atomowej, drugi zaś w transformatorowej budce 

laboratorium), to 

zobaczyliśmy, że właśnie w tym czasie nastąpił gwałtowny skok w zużyciu energii. 

Po 16 

sekundach został osiągnięty punkt kulminacyjny, zaś po następnych dziesięciu 

zaczął się 

raptowny spadek. Najbardziej interesujące jest to, że o godz. 2 min. 32 sek. 57 

background image

przyrządy 

prawdopodobnie zepsuły się. Bo jakże moglibyśmy wyjaśnić inaczej ten fakt, że w 

owym czasie 

laboratorium zamiast zużywać energię, zaczęło ją nagle wytwarzać? Przecież taki 

właśnie 

wniosek można wysnuć, gdy się ogląda liczniki przekaźników.

I jeszcze jedna dziwna okoliczność. Laboratorium nic poniosło prawie żadnego 

szwanku. 

Jedynie pośrodku sali C odkryto koło o promieniu dwóch metrów, w którym całe 

wyposażenie 

dosłownie rozpadło się na atomy. Trudno się zdobyć na inne określenie, gdyż sala 

jest dość 

solidnie zastawiona stołami oraz aparaturą. Skąd mogłoby się wziąć na samym jej 

środku idealne 

koło… pustego miejsca? Bezpośrednio do owego pustego kręgu przylega stół 

laboratoryjny, a 

właściwie tylko dwie trzecie stołu, ponieważ reszta została odcięta dokładnie po 

obwodzie koła. 

Specjaliści twierdzą, że żadnym ze znanych sposobów obróbki drewna nie udałoby 

się osiągnąć 

takiego idealnego cięcia. Ku środkowi sali biegnie także mnóstwo przewodów, ale 

i one są 

wszystkie obcięte równiutko na granicy pustego kręgu. Zresztą „ucięte” — nie 

jest 

najszczęśliwszym słowem: patrząc na przewody, trudno przypuszczać, że mogłyby 

one gdzieś 

dalej prowadzić. Ale po cóż by były potrzebne owe nigdzie nie podłączone 

końcówki?

W sali znaleziono dyktofon. Ale na irydowym drucie nie odkryto najmniejszych 

śladów 

background image

zapisu dźwięku, chociaż aparatu nie wyłączono. Czyżby pracy w laboratorium oraz 

nagłej 

katastrofie nie towarzyszyły najmniejsze nawet dźwięki? Wszystko to jest bardzo 

dziwne. Jeśli 

można wierzyć zapisowi w portierni, to owej nocy w całym gmachu znajdował się 

tylko jeden 

człowiek. Była to prof. Irena Łosiewa. Najbardziej skrupulatne poszukiwania nie 

dały rezultatów: 

Lora przepadła bez wieści. Do domu nie wracała w ogóle nie dawała znaku życia. 

Tak samo 

znikł bez goszczący wówczas u niej doktor Derdio Loszan—. Matka Łosiewej mówi, 

że wyszedł 

on z domu punktualnie o dziesiątej wieczorem, obiecawszy solennie, że wróci za 

trzy godziny 

razem z Ireną. Wszystko wskazało na to, że byli oni razem w laboratorium, w sali 

C. Strach 

pomyśleć, że spotkał ich ten sam los, co przedmioty znajdujące się pośrodku 

sali.

Według oświadczenia współpracowników, tam gdzie obecnie zieje pustka, znajdował 

się 

przedtem wielki pierścieniowy magnes, dwa grawitacyjne generatory oraz jakiś 

nowy przyrząd. 

Tego przyrządu nikt dotąd nie widział. Pojawił się w laboratorium niedawno i 

Łosiewa trzymała 

go zawsze pod narzutą z czarnego aksamitu. Żadnych śladów zniszczenia, 

powtarzam, nie udało 

się wykryć. Mimo woli nasuwają się wątpliwości, czy w ogóle miała tu miejsce 

jakakolwiek 

katastrofa. W każdym bądź razie, gdyby nie tajemnicze zniknięcie Łosiewej i 

Loszancy, można 

background image

by było mówić jedynie o „dziwnym żarcie z pustym kołem”, jak się wyraził jeden 

ze 

współpracowników laboratorium. Nie znoszę zagadek i dlatego najbardziej ze 

wszystkich 

nalegałem, aby cal po calu przeszukać skrupulatnie całe pomieszczenie. 

Poszukiwania te 

zakończyły się dopiero teraz, jednak bez rezultatu.

Na północno–wschodniej ścianie budynku odkryto strefę z niewielką 

radioaktywnością. 

Dokładne pomiary wykazały, że ową strefę stanowi koło o promieniu niespełna 

dwóch metrów. 

Dziwny zbieg okoliczności, którego nie sposób wytłumaczyć. Godne podziwu jest 

to, że 

radioaktywność rozprzestrzenia się na całą grubość ściany. Zupełnie jakby 

przesączył się przez 

nią radioaktywny gaz. Ponadto udało się ustalić, że na suficie sali C znajduje 

się ledwie 

dostrzegalny otwór, który przechodzi przez cały gmach i kończy się dopiero w 

dachu. Brzegi 

otworu nie są stopione ogniem i w ogóle nie zachowały się nawet najmniejsze 

ślady tego, czym i 

jak został on zrobiony. Nikt z pracowników nie potrafi określić, czy ów otwór 

istniał przed 

katastrofą, czy nie.

Niestety, są to jedyne dane, jakimi dysponujemy.

III. List studenta Chamrakuła do S. M. Smirnowa

Szanowny Sergiuszu Mitrofanowiczu!

Rozmowa z Wami — jak pamiętacie zapewne, było to nazajutrz po tajemniczej 

śmierci moich 

owiec — wywarła na mnie wielkie wrażenie. Wasze słowa, ze każde dziwne 

background image

zjawisko, 

nawet na 

pierwszy rzut oka błahe, może mieć wcale niebagatelne znaczenie, zapamiętałem na 

całe życie. 

Dlatego właśnie ośmieliłem się niepokoić Was tym listem. Wypadek, o którym chcę 

opowiedzieć, może Was wcale nie zainteresuje, lecz mimo wszystko wydaje mi się, 

że ma on 

jednak jakiś związek z wydarzeniami, które miały miejsce owej pamiętnej nocy. Za 

chwilę 

wszystko to wyłuszczę.

Na kilka godzin przed wspomnianymi wydarzeniami przygotowywałem się do 

egzaminów 

agronomii ogólnej. Posiadam magnetofon z taśmą irydową, na której został 

zapisany cały kurs 

wykładów. Pamiętam jak dziś, że odtwarzałem właśnie wykład o pochodzeniu gór 

lodowych oraz 

o ich wykorzystaniu w celu nawodnienia pustyń. Bardzo ciekawy wykład. Ale nie o 

to chodzi. To 

znaczy — nie tylko o to. Już w mieście, gdy pojechałem tam na egzaminy, poczułem 

nagle, że 

zapomniałem ten ustęp, w którym jest mowa o topnieniu gór lodowych w warunkach 

pustynnych. 

Naturalnie — poczułem wielką chętkę wysłuchania owego wykładu. I na tym właśnie 

polega mój 

dziwny wypadek: magnetofon milczał. Proszę nie myśleć, że był uszkodzony. 

Wszystko 

skrupulatnie sprawdziłem. Po prostu wszystko, co było zapisane na taśmie, w 

jakiś sposób uległo 

zatarciu.

background image

Może ja sam niechcący włączyłem nie ten przycisk i starłem napis? Od razu 

przyszło mi to do 

głowy. Prawdopodobnie na tym bym i poprzestał, gdyby nie mój sąsiad Oleg 

Murłakow, 

mieszkający ze mną w tym samym pokoju, w naszym internacie. Jest geofizykiem i 

studiuje już 

na czwartym roku.

Oleg akurat reperował blok informacyjny mojego zwiadowcy PNP — tj. 

poszukiwacza 

nowych pastwisk. Okazuje się, ze owe dziwne pozytronowo–neutrinowe fluktuacje, 

które 

uszkodziły promienną ochronę na pastwisku, zepsuły także i mojego cybera. 

Stwierdził to Oleg, 

który uważnie wysłuchał mego opowiadania. A do reperacji cybera zabrał się 

dlatego, że PNP — 

to jego projekt, będący roczną pracą zaliczeniową. Z początku Oleg nie miał 

pojęcia, jak się do 

tego zabrać, gdyż nie mógł odkryć śladów uszkodzenia. Możliwe, że i dotychczas 

by nad nim 

ślęczał, gdyby przypadkowo nie przestawił bieguna akumulatora prądu stałego. Po 

prostu bardzo 

się zmęczył i pomylił elektrody, zamieniwszy minus na plus. Ten to właśnie 

„błąd” naprawił 

blok. Oleg przysięgał, że to tylko dziwny zbieg okoliczności, którego nie da się 

wcale niczym 

wytłumaczyć, lecz ja miałem na ten temat zupełnie inny pogląd.

Po zdaniu egzaminów (przy okazji nadmienię, że profesor postawił mi najwyższy 

stopień) 

udałem się do kierownika katedry promieni kosmicznych. Zainteresujecie się 

zapewne, dlaczego 

background image

właśnie do niego. Pozostaje mi tylko odpowiedzieć, że Wacław Lucjanowicz jest 

jedynym 

fizykiem w całym Instytucie Paleoklimatycznym. Któż, jeśli nie on, mógłby się 

lepiej połapać we 

wszystkich zagadkach przyrządów elektronowych. On także z początku powiedział, 

że nie widzi 

żadnego związku między rozmagnesowaną taśmą i uszkodzonym blokiem. Miałem 

właśnie już 

wyjść, kiedy nagle przemówił:

„A wiecie co? Przeciągnijmy Waszą taśmę nie przez elektronowe główki, a raczej 

przez 

pozytronowe”.

Odparłem mu na to, że nigdy o takich nie słyszałem. A on się tylko śmieje. 

Wzięliśmy 

wówczas mocne źródło promieni gamma i zaczęliśmy bombardować nimi ołowianą 

tarczę. 

Specjalny pierścieniowy magnes odprowadzał wytrącone pozytrony do kamery 

próżniowej, skąd 

były chwytane w kondensator. W ten sposób zdobyliśmy źródło „antyprądu”. I chyba 

nie 

uwierzycie? Oniemiała taśma przemówiła i znowu usłyszałem niepotrzebny mi już 

wykład o 

górach lodowych. Wacław Lucjanowicz oznajmił, że umieści wzmiankę tym efekcie 

organie 

prasowym Akademii Umiejętności i że ja z Olegiem możemy być dumni ze swojej 

pierwszej 

samodzielnej pracy naukowej. Możliwe, że Was wcale nie ciekawi, ale poczuwałem 

się do 

obowiązku doniesienia Wam o tym. Wczoraj otrzymałem od dyrektora naszego 

background image

gospodarstwa. 

Pisze, że sąsiedzi nam pomogli i po zdaniu egzaminów znowu wypędzę na pastwiska 

stada 

owiec. Jak więc widzicie, wkrótce spotkamy się ponownie.

Wasz Chamrakuł, technik — czaban komunistycznego gospodarstwa „Runo”, student 

II 

roku Instytutu Paleoklimatologii, rzeczywisty członek Towarzystwa Ekologii 

Fitocynozów.

IV. Znowu S. M. Smirnow

Chyba nie muszę, mówić, jak się ucieszyłem z listu Chamrakuła. Wspólnym 

wysiłkiem 

pracowników laboratorium dyktafon przemówił już po upływie dwóch godzin. Na 

wszelki 

wypadek wszystko, co usłyszeliśmy, zostało ponownie zapisane. Teraz dysponujemy 

dwoma 

krążkami taśmy, zawierającymi tę cenną informację.

Z początku słychać było bezustanne syczenie i trzaski. Niektórzy nawet zaczynali 

już 

powątpiewywać w skuteczność „metody Chamrakuła”. Ale oto rozległo się lekkie 

pokasływanie i 

dał się słyszeć czyjś zmęczony oddech.

— Dziękuję, kochanie. Postaw to tutaj. — Był to głos Ireny Łosiewej.

Coś walnęło, jakby postawiono na podłogę jakiś ciężki metalowy przedmiot.

— No, i co teraz będzie?

Męski, z chropawym nieco akcentem głos najprawdopodobniej należał do doktora 

Loszancy. 

Łosiewa nie odpowiedziała.

— A więc w czym leży istota rzeczy, Irenko? — znowu zapytał Loszancy.

— W filozofii. Wszystko opiera się jedynie na filozofii, zaś fizyka odgrywa tu 

raczej rolę 

background image

drugorzędną.

— Nigdy nie myślałem, że w filozofii może kryć się coś nieprawdopodobnego, a 

przecież 

obiecałaś mnie zadziwić.

— Jeszcze cię zadziwię! Odpowiedz mi z początku na jedno pytanie. Ale muszę cię 

najpierw 

uprzedzić, że nigdy się nad nim nie zastanawiałeś. Przecież cię znam. — Łosiewa 

roześmiała się.

Po krótkim milczeniu Loszancy powiedział:

— No, gdzież to twoje pytanie?

— Cóżeś ty taki niecierpliwy? Po prostu szukam najlepszego sformułowania. Dajże 

mi trochę 

pomyśleć.

Przez pięć minut panowała cisza. Później Łosiewa zapytała:

— Czy nigdy się nie zastanawiałeś, co było przed atomami?

— Co przez to rozumiesz — przed atomami? — zapytał Loszancy z pewną 

konsternacją.

— No, w przedatomowym stanie materii… Dlaczego powszechnie uważa się, że 

atomy 

były 

zawsze? Przecież materia jest wieczna. I w swoim rozwoju nigdy się nie powtarza. 

Wszystkie 

procesy we Wszechświecie są nieodwracalne. A więc, co było przedtem, zanim 

ukształtowały się 

atomy, i co będzie potem?…

— Jakie masz podstawy do zadawania podobnych pytań?

— Czyż do zadawania pytań konieczne są jakiekolwiek specjalne podstawy? Nie 

uchylaj się 

od odpowiedzi. Popatrz tylko. Astrofizyczne dane wiążą się ściśle z czysto 

geologicznymi. 

background image

Przesunięcie widma w stronę czerwieni mówi nam o tym, że galaktyki rozbiegają 

się i nasz 

odcinek Wszechświata ulega rozszerzeniu, obserwacje geologiczne dostarczają 

dowodów na to, 

że Ziemia nie tylko się rozszerza, lecz nawet pęka, co można objaśnić 

zmniejszeniem się stałej 

grawitacyjnej. Nieprawdaż?

— No i cóż z tego?

— Oznacza to, że kiedyś była maksymalna grawitacja. Wynika stąd pytanie: jakiemu 

stanowi 

materii odpowiadało owo maksimum? A następnie: jaki będzie stan materii przy 

minimum 

grawitacji i kiedy to nastąpi? No i wreszcie, co towarzyszy owym momentom 

maksymalnej i 

minimalnej grawitacji: wybuchy substancji, czy też całkowite odwrócenie 

czasoprzestrzeni?… 

Cóż ty tak milczysz?

— Uczciwie mówiąc, Ireno, nie wiem po prostu, co mam ci powiedzieć. 

Rzeczywiście 

nigdy 

się nad tym nie zastanawiałem. Teraz wreszcie rozumiem cel tego eksperymentu. 

Czy nie wydaje 

ti się jednak, że może być on niebezpieczny?

— Czyżbyś się bał?

— Skądże! Ale chcę rozsądnie rozważyć wszystkie „za” i „przeciw”. Trzeba 

przewidzieć 

wszystkie możliwe następstwa.

— Ile potrzebujesz na to czasu?

— Dokładnie nie wiem. Możliwe, że dosyć dużo, jeśli w ogóle podobny eksperyment 

można 

background image

ocenić teoretycznie.

— Wobec tego przeprowadzę go sama i to jeszcze dzisiaj. A ty możesz sobie iść do 

domu. 

Mama nie może się nas doczekać. Powiedz jej, że jeszcze tu trochę zabawię.

— Czy to twoja nieodwołalna decyzja?

— Najzupełniej!

— Zaczekaj troszkę, zdejmę tylko marynarkę i podwyższę pulpit przy fotelu, żebym 

miał 

wygodniej.

Wtem rozległ się jakiś dźwięk. Prawdopodobnie… pocałowali się. Przez kilka minut 

panowała zupełna cisza. Potem dał się słyszeć przybierający coraz bardziej na 

sile gwizd.

— Cóż to, kochanie? — Głos Łosiewej ledwo było lać.

— Nie wiem. Wokół nas pojawiło się jakieś koło, widzisz? Wszystko rozpłomieniło 

się 

dokoła dziwnym purpurowym światłem. Jego promienie są tak ciężkie i jednocześnie 

ruchliwe, 

jakby pochodziły z emanacji radonu.

— Derdio! Widzę w górze błyszczący punkcik!

— To dziwne! Cóż by to mogło być? Prawie nic nie słyszę i jakoś… trudno 

oddychać.

— Gdzie ty właściwie patrzysz? Tam, spójrz tam! Cóż to? Och, jaki przecudny 

świat… i 

ocean… A ta zorza! Popatrz tylko, roztopione złoto otacza nas ‘coraz bardziej. 

Nasza kabina jest 

tylko mizerną łupinką, zagubioną w bezmiarze wód złotego morza! Jakie to piękne!

— To śmierć, Ira!

— Coś ty powiedział? Cóż mam robić? Dlaczego zwlekasz? No, cóż mamy robić?

— Tylko spokój, maleńka! Opornik — do końca! A teraz daj maksimum grawitacji i 

przestrzeń zwinie się wokół nas. Znajdziemy się jakby w pęcherzyku. Rozumiesz?

background image

— A cóż się z nami stanie w tym pęcherzu?

— Nie wiem, lecz nie ma innego wyjścia. Jeśli zmniejszymy napięcie, od razu 

nastąpi 

wybuch… Szybciej, Ira, szybciej. I ten przełącz…

Choć przekręcaliśmy później na wszystkie strony ową taśmę, nic więcej nie udało 

się nam 

usłyszeć.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mijały lata. Ludzie często powracali myślą do zagadki owego tajemniczego 

zniknięcia. Kiedy 

w ciągu licznych dyskusji wszystkie argumenty zostały wyczerpane, niektórzy 

zaczęli uciekać się 

do tak już zaiste wyświechtanych terminów, jak „czwarty wymiar” lub 

„dematerializacja”‘, 

spotkawszy zdecydowany opór, próbowali wówczas coś tam bełkotać nieśmiało o 

„granicach 

poznania”.

Jakby tam zresztą nie było, wypadek ten, podobnie jak zagadka tunguskiego 

meteorytu, dał 

dziennikarzom świetną pożywkę dla wszelkiego rodzaju sporów i domysłów.

Sądzone mu było tysiąckrotnie powracać na strony czasopism pod niezmiennym 

nagłówkiem 

„Nie odgadniona tajemnica”. Odszukawszy w archiwum Instytutu Badań Przestrzeni 

notatki 

Chamrakuła, gdzie jest mowa o zauważonych przez niego w ową noc błyskach w 

konstelacji 

Liry, pewien pisarz–fantasta puścił w obieg hipotezę, która zyskała od razu 

wielką popularność. 

Wykoncypował on sobie, że Łosiewa wynalazła nowy typ gwiazdolotu, który 

background image

przekształca 

wszystko, co się w nim znajduje, w wiązkę neutrino i z szybkością światła unosi 

ku celowi. Taki 

gwiazdolot jak widmo przechodzi przez pył kosmiczny, poprzez planety i 

rozżarzoną materię 

gwiazd. Nic nie zatrwoży owego bezcielesnego mocarza kosmosu, który uniósł w 

otchłań 

wszechświata Loszancy i Łosiewą. Uczeni nie raczyli obalać hipotezy owego 

pisarzyny. Dzieci 

jednak do pewnego wieku święcie w nią wierzyły.

Opowiadanie Ireny Łosiewej

Z początku wydało mi się, że nasze doświadczenie zakończyło się fiaskiem. Ale 

kiedy, 

szarpnąwszy opornik aż do końca, spojrzałam w iluminator, gorejącego w 

fioletowych strugach 

złota już tam nie było. Coś niewidocznego, lecz zarazem i nieprzezroczystego 

oddzieliło nas od 

kłębiącej się plazmy. Choć zaszło to wszystko w mgnieniu oka, nie zapomnę nigdy 

nagłego 

uczucia ostrego bólu gdzieś w okolicy serca i dziwnej ociężałości. Chyba 

zdążyłam tylko ścisnąć 

mocno rękę Derdia, zanim straciłam przytomność. A może wcale nie zemdlałam? W 

każdym 

razie, gdy ponownie zajrzałam w iluminator (wszystko w nim już zresztą 

ściemniało i 

zmatowiało), wydało mi się, że nie minęła nawet sekunda.

— Mimo wszystko coś niecoś się udało — przemówił wreszcie Derdio, wycierając 

powoli 

chusteczką czoło — ale reakcja widocznie wygasła. Wszystkiemu winna nietrwałość. 

Trzeba 

background image

będzie jeszcze nad tym popracować.

W milczeniu skinęłam głową. Nie wiedziałam, co przerwało reakcję —— 

nietrwałość 

czy 

tchórzostwo, które kazało nam zamknąć wokół naszego stanowiska pole 

grawitacyjne. Jakby 

czytając moje myśli, Derdio pogładził moją rękę i powiedział cichutko:

— Nie możesz mieć, Ira, żadnych wątpliwości. Wszystko odbyło cię prawidłowo. 

Mieliśmy 

obowiązek przerwać reakcję. Dla takich eksperymentów nie nadszedł jeszcze czas. 

Zbyt mało 

wiemy o czasoprzestrzeni, o grawitacji, o budowie materii. Trudno sobie nawet 

wyobrazić, jaką 

katastrofę mógł wywołać nasz eksperyment.

Czułam, ze Derdio ma słuszność. Ale wstyd mi było za tę sekundę strachu, który 

opanował 

mnie całkowicie w momencie, gdy zaczęła się reakcja. Dlatego odczuwałam taką 

potrzebę 

sprzeczania się, szukania dowodów, przekonywania. Kogo właściwie chciałam 

przekonać: siebie 

czy jego? Tego naprawdę nie wiem.

— Mógł wylecieć w powietrze cały Instytut, mogła ulec zagładzie Ziemia, a może i 

system 

słoneczny lub nawet Wszechświat? Wydawało mi się, że w moim głosie dźwięczy 

mocno napięta 

struna sarkazmu.

Ale mój mądry i łagodny przyjaciel udał wówczas, że nie rozumie mojego stanu. 

Powiedział 

tylko:

— Dopiero teraz uświadamiam sobie, na ile nierozważny był ów eksperyment. 

background image

Gdyby 

reakcja 

zaczęła czerpać energię z siebie samej, to jeszcze nie wiadomo, jakie by 

wyzwoliła ukryte 

obecnie przed nami siły i procesy, drzemiące dotąd w samym sercu materii.

Wówczas znowu poczułam strach. Właściwie to skomplikowane uczucie oznaczało 

coś 

znacznie więcej aniżeli strach Przypomniało mi się dzieciństwo. Przez bardzo 

długi czas nie 

mogłam bez lęku patrzeć w kałuże. Odbijało się w nich bezdenne niebo. I zawsze 

bałam się 

wprost, ze spadnę w przepaść, otwierającą się przede mną. Bałam się, lecz 

równocześnie nie 

mogłam jakoś nie patrzeć. Później to samo uczucie ogarniało mnie w laboratorium 

astrofizycznym. Zdjęcia odległych galaktyk i hipergalaktyk, ledwo uchwytne ich 

wzajemnego 

oddziaływania i czarna straszna otchłań czasoprzestrzeni. I oto teraz doznałam 

tego znajomego 

uczucia. Wyobraziłam sobie przez chwilę, „jak wokół pierwszego „podpalonego” 

przez nas 

atomu wybucha pożar zniszczenia. Gdzie owa pożoga może zarzucić Wszechświat, 

jak 

daleko 

ów pożar może się rozprzestrzenić? Niestety, na te pytania nikt przecież nie 

odpowie.

— Ale popatrz tylko! Jesteśmy w kabinie już 13 minut — Derdio przysunął ku mnie 

świecący 

cyferblat swojego zegarka.

— Najwyższy czas, byśmy zatarli ślady naszego przestępstwa i pobiegli na herbatę 

background image

malinowymi konfiturami, bo inaczej oberwiemy porządną burę…

Kiedy mocno ścisnąwszy ramię Derdia wyskoczyłam z luku na ziemię, nawet nie 

podejrzewałam, że zdarzyła się katastrofa, chociaż od razu niemile zaskoczyła 

mnie ciemność, 

jaka panowała w laboratorium.

— Nie pamiętasz przypadkiem, czyśmy zgasili światło przed rozpoczęciem 

eksperymentu? — 

zwróciłam się do Derdia.

— Chyba nie… Ale może po prostu spaliły się bezpieczniki?

Od razu się uspokoiłam. Pewnie tak się właśnie stało: spaliły się bezpieczniki. 

Doskonale 

znałam swoje laboratorium, więc, swobodnie orientując się w ciemnościach, 

skierowałam swe 

kroki do tablicy rozdzielczej, aby włączyć oświetlenie awaryjne.

Ręka przekazała mi nowy sygnał alarmowy. Poczułam, że moje palce namacały coś 

szorstkiego, chociaż tutaj powinien być gładki i zimny marmur tablicy 

rozdzielczej. Sploty 

przewodów, coś miękkiego, podobnego do pajęczyny, szeroka nierówna szpara… Jak 

książkę dla 

ociemniałych czytałam historię tablicy, która zmieniła się nie do poznania w 

ciągu niespełna 

kwadransa.

Mój lęk udzielił się Derdiowi.

— Nic nie rozumiem! Gdzie się podziały przyrządy? Gdzie jest stół, gdzie stoisko 

do czytania 

mikrofilmów?

Wkrótce przekonaliśmy się, że stoimy w pustej sali. Jakoś niepostrzeżenie 

przestałam się 

nawet denerwować. Stanowczo zbyt wiele było zagadek. Każdy człowiek ma na 

szczęście jakiś 

background image

specjalny bezpiecznik. Gdy na niego runie zbyt wiele wrażeń, ów bezpiecznik 

przepala się. 

Inaczej nie wytrzymałby mózg.

Podeszłam do tego miejsca, gdzie powinno znajdować się okno. Wyciągnęłam ręce i 

namacałam story. Jedwab rozpadł mi się w rękach. Otrząsnąwszy z palców zbutwiałą 

tkaninę, 

próbowałam oczyścić gęstą warstwę pajęczyny i kurzu, jaka pokrywała szybę. Nie 

było to wcale 

łatwe. Długo tarłam z początku dłonią, a później rękawem, póki nie ukazały się 

pierwsze 

przebłyski wieczornego światła.

Czyżby te wszystkie dziwne przemiany zostały wywołane moją reakcją, która 

mignęła tylko 

jak błyskawica?

Derdio w tym czasie stał przy drzwiach, próbując je bezskutecznie otworzyć. 

Poszłam ku 

niemu, lecz po drodze potknęłam się o jakiś przedmiot. Była to masywna żelazna 

belka, pokryta 

obficie łuszczącą się rdzą. Spróbowałam ją podnieść, lecz tylko na chwilę udało 

mi się oderwać 

belkę od podłogi. Wezwałam więc Derdia na pomoc.

— Cóż to? — zapytał zdziwiony, z trudnością unosząc ów przedmiot, który nie 

wiadomo skąd 

znalazł się w laboratorium.

I cóż mu mogłam odpowiedzieć? Sama niczego nie rozumiałam. Derdio oparł belkę 

jednym 

końcem o podłogę i potarł ją ręką. Na ziemię posypała się rdza.

— Wiesz co? — powiedział. — To jest szyna. A właściwie wszystko, co pozostało z 

owego 

jednoszynowego toru, po którym poruszało się w twoim laboratorium 

background image

eksperymentalne stoisko… 

No i masz ci los… W każdym razie ta rzecz nam się przyda.

Derdio posłużył się szyną jak taranem, próbując wyłamać drzwi. Po serii głuchych 

uderzeń 

drzwi się nareszcie poddały. Oparliśmy się o nie oboje i wówczas, skrzypiąc 

przeraźliwie, 

ustąpiły.

Gdy wydostaliśmy się na zewnątrz, był już wieczór. Nie wiem, jak mam przekazać 

wrażenia, 

jakie wywołują takie letnie wieczory. Gdzieś w nawarstwionym błękicie płoną 

dogorywające już 

barwy zachodu, jak stygnący w formach metal. Takie wieczory bywają smutne i 

melancholijne, 

mogą być też zarazem i bardzo kuszące, i pełne niepokoju. Wiem najlepiej, że nic 

nadzwyczajnego w taki wieczór nie może się wydarzyć. A mimo wszystko ten 

właśnie 

wieczór 

mnie oczarował. Staliśmy z Derdiem, trzymając się za ręce, i patrzyliśmy na 

zachodzące słońce. 

Trawy pochyliły się smutno ku ziemi, przybierając błękitnawy odcień. Zapachniało 

białymi 

kwiatami tytoniu, czuć było także zapach piołunu. W napiętym jak struna, 

rozbrzmiewającym 

kaskadą dźwięków powietrzu unosił się zwiewnie puch topoli, pokrywając wszystko 

dokoła.

Nagle Derdio zadrżał. Podszedł ku mnie zmieszany i w milczeniu postukał palcem 

po szkiełku 

zegarka. Była prawie trzecia. Popatrzyłam na niego całkowicie zbita z tropu.

— Czyżbyś niczego nie rozumiała? — Po raz pierwszy spostrzegłam, jak pobladł. — 

Teraz 

background image

jest trzecia w nocy. Przecież do laboratorium przyjechaliśmy dopiero koło 

jedenastej!

Poczułam w piersi dziwny chłód. Popatrzyłam na niebo, na zachód słońca i 

uświadomiłam 

sobie wreszcie, że stało się coś nie do naprawienia. Cóż to za noc, kiedy 

jeszcze tak jasno: 

najwyżej dziewiąta, nie więcej.

— Topole przecież już dawno opadły… — Nie poznawałam wprost głosu Derdia, tak 

mi 

się 

wydał obcy i straszny. — Jeszcze półtora miesiąca temu wszędzie widziałem puch 

topoli. 

Wszędzie go było pełno: unosił się w domach, tunelach, gromadził się także przy 

ściekach 

kanałowych, przypominając swym wyglądem brudne strzępy waty. A teraz, popatrz 

tylko: znowu 

to samo…

— Jak to, czas się cofnął? — zapytałam szeptem.

— Nie wiem, ale to możliwe. — Tym razem w jego głosie zadźwięczały jakieś 

stalowe nutki.

Od tej chwili Nieznane chwyciło nas mocno w swe sidła. Wstąpiliśmy jednak na 

ścieżkę 

bezustannych poszukiwań i najbardziej nieoczekiwanych odkryć. Byliśmy w duchu 

gotowi na 

wszystko. Któż miał wiedzieć lepiej od nas — fizyków, co to jest materia. 

Spróbowaliśmy 

zmienić jej formy i niechybnie naruszyliśmy tym samym owe jeszcze tak mało znane 

więzi, które 

rozciągają się niewidocznie od materii do pola, przestrzeni i czasu. A mimo 

wszystko niczego 

background image

dotąd nie rozumieliśmy.

Pierwszym cudem, jaki rzucił nam się w oczy, był wspaniały park, który rozrósł 

się bujnie 

wokół gmachu laboratorium. Nie od razu uświadomiłam sobie, że widzę ów park po 

raz pierwszy 

w życiu. „Przedtem”, a może i „potem”, któż to wie, było tu pole, zarośnięte 

piołunem i lebiodą.

Posypana błyszczącym, bursztynowym piaskiem alejka jakby nas gdzieś wołała. 

Poszliśmy 

wolno obok bujnych krzaków oleandru, zatrzymując się co chwila, aby podziwiać to 

marmurowy 

basen, w którym rósł indyjski kwiat lotosu i wesoło swawoliły fioletowo–

pomarańczowe ryby, to 

znów piękny klomb z dziwacznymi nieziemskimi roślinami; ich liście lśniły jak 

zimna stal. 

Wszystko było jak w bajce. Czułam nawet słaby, lecz uporczywy, słodkawy i z 

lekka 

oszałamiający zapach kremowych wilgotnych magnolii. W gęstym cieniu listowia 

zapłonęły 

nagle jakieś fosforyczne kule. Cicho brzęczały spóźnione pszczoły i wiatr 

rozdzwaniał blaszane 

pióra palmowych wachlarzy.

Nie mówiliśmy ani słowa. Po prostu szliśmy, wziąwszy się za ręce, wystraszeni i 

oczarowani, 

zupełnie jak dzieci, które znalazły się w krainie baśni.

Nieoczekiwanie alejka ta przywiodła nas do wspaniałego łuku triumfalnego, 

zbudowanego z 

matowego górskiego kryształu. Ów łuk wyobrażał niejako wejście do baśniowego 

parku, z 

którego dopiero co wyszliśmy, choć nigdzie nie było parkanu.

background image

Przekroczyliśmy owo wejście. Zamierzałam już właśnie zejść w dół po płonących w 

zachodzącym słońcu rodonitowych stopniach opadających łagodnie schodów, kiedy 

Derdio 

delikatnie mnie zatrzymał. Wskazał w milczeniu na złociste ogniki, migocące 

wewnątrz 

kryształowej masy. Zawróciliśmy i zbliżyliśmy się do łuku. Gdy tylko nasze nogi 

dotknęły 

czarnego zwierciadła jego podstawy, światełka, jakby za dotknięciem różdżki 

czarodziejskiej, 

uformowały się w złote gwiazdozbiory słów:

„Ten park jest miejscem odpoczynku i rozmyślań. Postanowiono nie wznosić w nim 

budynków i nie przeciągać energotras. W tym miejscu w sierpniu 20 roku odeszli w 

przestrzeń 

zerową Irena Łosiewa i Derdio Loszancy. Był to pierwszy krok ludzkości na drodze 

do 

ujarzmienia czasu”.

Opowieść doktora Loszancy

Jeszcze tam, w parku, przy opuszczonym gmachu laboratorium, zacząłem niejasno 

zdawać 

sobie sprawę z tego, co zaszło… Przedatomowy stan, a co będzie po atomach?…

Przede wszystkim jeśli czas dla nas z Ireną płynął inaczej niż dla pozostałych 

ludzi — a to jest 

przecież —widoczne — to oznacza, żeśmy się po prostu znaleźli poza ogólnym 

ziemskim 

systemem. My jednak nigdzie z Ziemi nie odlatywaliśmy, bynajmniej nie byliśmy 

kosmonautami 

— relatywistami, dla których dzięki szalonej prędkości gwiazdolotów czas płynął 

w niezwykle 

zwolnionym tempie w porównaniu ze wskazówkami ziemskich zegarków. W tych 

wykluczających się nawzajem logicznych konstrukcjach coś się jednak kryło. To 

background image

była właśnie 

jedność i walka przeciwieństw. W nich należało szukać rozwiązania gnębiącej nas 

zagadki. Jak 

znaleźć jednak właściwy klucz? Spróbowałem jeszcze raz zmobilizować wszystkie 

swe siły, 

zmuszając się do dalszego prowadzenia owego trudnego pojedynku z Nieznanym. 

Miałem 

jeszcze jeden punkt oparcia — była to reakcja łańcuchowa. Przeprowadziliśmy 

eksperymenty 

nad grawitacją, a zatem i nad krzywizną przestrzeni. Przecież jeszcze od czasów 

Einsteina jest 

rzeczą powszechnie wiadomo, ze grawitacja nie jest niczym innym, jak stopniem 

przegięcia 

przestrzeni. Im bardziej skrzywiona jest przestrzeń, tym wolniej płynie czas.

Zaraz, zaraz! Coś w tym jest! Trzeba się zastanowić i spróbować wyciągnąć 

konsekwencje…

A więc tak. Normalny bieg czasu został u nas w jakiś sposób zakłócony. Chodzi 

tylko o to, 

czy szybciej, czy wolniej płynął on dla nas, niż dla tych wszystkich, którzy 

znajdowali się 

podczas eksperymentu poza granicami naszego stanowiska, to znaczy dla wszystkich 

pozostałych 

ludzi.

Nie trzeba być specjalistą, aby dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź. Czas 

płynął dla nas 

wolniej. Po pierwsze, według naszych zegarów eksperyment trwał niespełna 

sekundę, a gdy 

został zakończony, odkryliśmy takie zmiany, jakie się mogą nagromadzić jedynie 

przez 

dziesięciolecia, jeśli nie przez stulecia. Zresztą lepiej na razie o tym nie 

background image

myśleć. Aż strach 

pomyśleć, że stulecia przeszły mimo nas w ciągu jednego tylko błysku pola stanu 

przedatomowego.

Dlatego lepiej kontynuować mój logiczny szturm. A więc, po drugie… Ale cóż to za 

„po 

drugie”, które udowodni, że czas w obrębie naszego stanowiska zatrzymał się? 

Okazuje się, że 

owe sławetne „po drugie” może się świetnie obejść bez tego, co ja nazwałem „po 

pierwsze”. Ono 

właśnie jest w stanie przekonać każdego fizyka. Dowcip polega na tym, że ratując 

się przed 

rozpoczętą reakcją łańcuchową degeneracji atomów, zamknęliśmy wokół siebie 

przestrzeń… To 

znaczy, doprowadzając grawitację do maksimum, zatrzymaliśmy tym samym czas…

Rzeczywiście: zatrzymaliśmy czas!

Otrzymaliśmy przedatomowy stan materii w warunkach nadzwyczaj zwolnionego 

tempa 

czasu. Ale cóż to znaczy? Jak to sobie uzmysłowić, jak objąć to wyobraźnią i w 

jakie ubrać 

słowa? Nagle wyobraziłem sobie swą hipotezę. Nie mogę powiedzieć, że jest 

prawdziwa, lecz 

trudno mi się na razie jej wyrzec. Przynajmniej coś objaśnia. Wyobraziłem sobie 

przedatomowy 

stan w warunkach zwolnionego tempa czasu, jako skupisko jeszcze nie 

uformowanych 

wirtualnych elementarnych cząsteczek. Coś w rodzaju sławnego „morza Diraca”. 

Jest ono jakby 

granicą: po jednej stronie leży nasz zwykły świat z jego czasoprzestrzenią, zaś 

po drugiej — 

antyświat z przeciwną jak w lustrze przestrzenią i wstecznym biegiem czasu. W 

background image

naszym świecie 

galaktyki powiększają coraz bardziej dzielące je odległości, w antyświecie 

natomiast skupiają się, 

dążąc ku sobie. Granicą jest stan przedatomowy, ów punkt zerowy czasu i 

przestrzeni. Nowe 

pokolenia, które z biegiem lat zajęły miejsca ludzi nam współczesnych, a 

możliwe, że nawet 

jeszcze nasi koledzy, nie mogli tego nie rozumieć. Stąd właśnie złoty napis: 

„odeszli w 

przestrzeń zerową”. Nasze życie nie poszło na marne, w ślad za nami ruszyli inni 

— odważni i 

zakochani, którzy mieli czelność powstać przeciw samowładztwu Czasu i rzucić 

rękawicę w 

twarz Śmierci.

Schodziliśmy z Ireną po rodonitowych schodach, tam gdzie w błękitnym zmierzchu 

migotało 

niezliczonymi światłami nie znane i piękne miasto. Jak kosmonauci, powracający z 

dalekich 

planet, przekroczywszy bezmiar czasu, szliśmy na spotkanie ze swymi potomkami. 

Nigdy nie 

odlatywaliśmy z Ziemi, lecz jednocześnie nikt z ludzi nigdy nie był od niej 

dalej, niż my w oho 

gwiaździste mgnienie, które zabłysło dla nas płomieniem utraconych bezpowrotnie 

dziesięcioleci. Szliśmy powoli do nieznajomych i jakże bliskich zarazem ludzi. I 

myślę ciągle, że 

oni na nas czekali.

Napis wewnątrz kryształowego łuku: „Postanowiono nie wznosić w nim budynków i 

nie 

przeprowadzać energotras” — nie jest wcale przypadkowy… Chcieli wyraźnie, by 

nic 

background image

nam nie 

mogło przeszkodzić w powrocie z zerowej przestrzeni do domu.

— A dlaczego myślisz, że czekali na nasz powrót? — zapytała mnie Irena.

Odpowiedziałem jej natychmiast:

— Po prostu podliczyli okres półrozpadu substancji w naszych akumulatorach. 

Dlatego 

wiedzieli, kiedy wyczerpie się energia, zasilająca zamknięte pole grawitacyjne. 

Energia 

elektryczna potrzebna była jedynie jako impuls początkowy, później zaś pole 

istniało już tylko 

kosztem cząstek omega. Zresztą, tobie przecież tego wyjaśniać nie muszę.

Roześmiałem się. Irena w milczeniu popatrzyła mi prosto w oczy. — A ja po prostu 

wiem, że 

oni na nas czekali… Nie mogli nie czekać… I jeszcze wiem jedno, że teraz jesteś 

jedynym moim 

człowiekiem w całym Wszechświecie. — Głos jej się nagle załamał, oczy stały się 

dziwnie 

wielkie, wilgotne i głębokie.

Objąłem ją delikatnie i cicho ruszyliśmy naprzód, kierując swe kroki tam, gdzie 

w imitującym 

głębiny morskie błękicie mieniły się wszystkimi barwami światła owego miasta.

Przełożył Eligiusz Madejski

Ilja Warszawski

W KOSMOSIE

Pułapka

Wisiał przyciśnięty straszliwą siłą do burty statku. Na lewo widział nogę 

Geologa i odwrócone 

głową w dół ciało Doktora.

„Jesteśmy jak muchy — pomyślał, usiłując nabrać powietrza w płuca — 

rozgniecione 

background image

muchy 

na ścianie…”

Połamane żebra zamieniały każdy wdech w torturę, od której mąciła się 

świadomość. 

Ostrożnie, samą tylko przeponą starał się wykonywać coś w rodzaju oddychania. 

Trzeba było 

oddychać, żeby nie stracić przytomności. Inaczej nie mógłby myśleć, a od tego 

zależało 

wszystko.

Przede wszystkim, co się właściwie stało?

Już od dawna przeczuwał coś złego, jeszcze wtedy, kiedy przyrządy po raz 

pierwszy wykazały 

nie wiedzieć skąd pochodzące przyśpieszenie. Początkowo sądził, że statek 

schodzi z kursu pod 

wpływem silnego pola grawitacyjnego, ale radioteleskop nie wykrył w tej części 

kosmosu 

żadnego zagęszczenia materii.

Potem zaczęła się kołomyjka z gwiazdozbiorami. Zamieniały miejsca, właziły jeden 

na drugi, 

robiły się to purpurowe, to kredowoblade. I nagle nastąpił nieoczekiwany 

wstrząs, który wyrzucił 

go z fotela pilota, a potem ni stąd, ni zowąd pojawiło się ciążenie.

Statek szedł po krzywej zamkniętej. Zrozumiał to natychmiast, gdy tylko pierwszy 

raz 

odzyskał świadomość.

Teraz już świetnie wiedział, co będzie dalej.

Z uwagą patrzał na kałużę krwi, cieknącej z ust Doktorowi. Teraz wszystko 

potoczy się jak na 

filmie puszczonym od końca. Tak już było wiele razy. Najpierw krew poleje się na 

powrót w 

background image

zaciśnięte wargi Doktora, a potem on sam w oszałamiającym tempie, koziołkując 

przez głowę, 

poleci na fotel, natychmiast znów z niego wyleci, uderzy o blat pulpitu 

awaryjnego i z 

połamanymi żebrami i pogruchotaną lewą ręką przylgnie do burty statku. Potem 

nastąpi utrata 

pamięci, ból i okazja do pomyślenia o tym, co zaszło; a potem znów wszystko 

zacznie się od 

nowa.

„W tej pułapce nawet czas porusza się po krzywej zamkniętej — pomyślał. —— 

Czas 

krążący 

w nieskończoność. Nawet czas nie może się stąd wyrwać…”

Znów wrócił do przytomności po kolejnym uderzeniu o pulpit. Znów trzeba było 

zachować 

oddech, by móc myśleć.

„Wir Czasu i Przestrzeni. Oto czym jest piekło. Zamknięta Przestrzeń, gdzie Czas 

złapał sam 

siebie za ogon, powtarzająca się wciąż tortura i blade światło krążące po 

krzywej zamkniętej; 

świat, gdzie wszystkokręci się w kółko, a tylko myśl ludzka usiłuje przebić 

ścianę, wobec której 

nawet Czas jest bezsilny”.

Nie sposób było stwierdzić, który to już raz wszystko się powtarza.

Patrzał na strużkę krwi cieknącą z ust Doktorowi.

„…Żyje. Umarli nie krwawią. Oczy ma zamknięte, a więc wciąż nie odzyskuje 

przytomności. 

Dla niego to lepiej. Nie wiadomo, co z Fizykiem. Siedział na kanapie. 

Oczywiście, znów go tam 

rzuci, gdy wszystko zacznie się od nowa.

background image

Znów gwałtowny lot, trzask kości, utrata pamięci i — znów świadomość.

„Interwały czasu wciąż się kurczą. Wchodziliśmy do tej pułapki po spirali. 

Jeszcze trochę, a 

statek wpadnie do worka, gdzie nie istnieje nic poza bladym światłem. Worek, 

gdzie Czas i 

Przestrzeń zbiją się w gęsty kłębek, gdzie wieczność nie różni się od chwili. 

Silniki są wyłączone 

i naszą trajektorię wyznaczają nagromadzony moment pędu i krzywizna przestrzeni. 

Może gdyby 

włączyć silniki, spirala zaczęłaby się rozwijać. Trzeba nacisnąć starter na 

pulpicie awaryjnym, 

ale to jest teraz niemożliwe. Co może zrobić rozgnieciona na ścianie mucha?…”

Czas biegł coraz szybciej za każdym obiegiem spirali. Teraz miał do dyspozycji 

tylko krótkie 

chwile przytomności. Nade wszystko zaś bał się, ze zmęczony torturą mózg każe 

sercu stanąć.

„Czy można raz wreszcie umrzeć w świecie, gdzie wszystko nieskończoną ilość razy 

wraca do 

stanu wyjściowego? Będzie to wieczne następstwo życia i śmierci w coraz to 

szybszym tempie. 

Co się dzieje na dnie tego worka? Trzeba nacisnąć starter na pulpicie awaryjnym, 

w chwili gdy 

wyrzuci mnie z fotela. Nacisnąć, póki uderzenie o pulpit nie połamie żeber”.

Teraz wracał do przytomności już wtedy, gdy strużka krwi znikała w ustach 

Doktora.

„Uderzę lewym bokiem o blat pulpitu. Odległość od ramienia do startera wynosi 

około 

dwudziestu centymetrów. Jeśli wystawić łokieć, to uderzy się nim o dźwignię…”

Potem wszystko zlało się w bezustanny koszmar gwałtownych lotów, trzasku łamanej 

ręki, 

background image

bólu, utraty przytomności i upartych prób znalezienia właściwego położenia 

łokcia.

Fotel, pulpit, ściana, fotel, pulpit, ściana, fotel, pulpit, ściana…

Wyglądało na to, że zwariowany czas gra człowiekiem w piłkę.

Miał wrażenie, że upływa wieczność, zanim wreszcie poczuł straszliwy ból w 

łokciu lewej 

ręki.

Przeniósł ten ból ręki poprzez omdlenie, niby marzenie o życiu.

Zanim otworzył oczy, uderzyło go miłe uczucie nieważkości. Potem zobaczył 

pochyloną 

twarz Doktora i znane kształty gwiazdozbiorów w iluminatorze. Wtedy zapłakał, 

zrozumiawszy, 

że zwyciężył Czas i Przestrzeń.

Całą resztę wykonały automaty. One to wyprowadziły statek na właściwy kurs i 

wyłączyły 

niepotrzebne już silniki.

Powrót

Zwykłą ciszę jadalni przerwał nagle głos Geologa. — Może byśmy wreszcie 

porozmawiali, 

kapitanie.

„Serce mam do niczego — pomyślał Kapitan. — Wali jak niegrzecznemu 

chłopczykowi. 

przecież spodziewałem się tej rozmowy. Tylko wydawało mi się jakoś, że zacznie 

ją nie Geolog, 

ale Doktor. Dziwne, siedzi z taką miną, jakby to wszystko go nie dotyczyło. 

Nienawidzę tego 

idiotycznego zwyczaju kreślenia widelcem wzorów na obrusie. A w ogóle to 

porządnie się 

zaniedbał. Cóż, prawdę mówiąc, wszyscy okazaliśmy się nie na poziomie. Wszyscy, 

background image

oprócz 

Fizyka.

— …Wie pan, że nie jestem w kosmosie nowicjuszem…

„…Tak, to prawda. Brał udział w trzech ekspedycjach. Złoża uranu na Wenus i 

jeszcze coś w 

tym rodzaju. Doktor też łatał dwa razy — na Marsa. Przewodniczący komisji 

rekrutacyjnej 

uważał ich obu za najlepiej nadających się do Wielkiego Kosmosu. Ni diabła nie 

rozumieją w 

tych komisjach. Pomyśleć: wysoka plastyczność systemu nerwowego’ Idealny aparat 

przedsionkowy. Wszystko to grosza złamanego nie warte. Ja też nie wyobrażałem 

sobie, czym 

jest właściwie Wielki Kosmos. Absolutnie pusta przestrzeń. Lecisz latami z 

obłędną prędkością, 

a w istocie rzeczy wisisz w miejscu. Utrata poczucia czasu. Halucynacje 

przestrzenne. Doktor 

mógłby napisać wspaniałą rozprawę o psychozach kosmicznych. Początkowo 

wszystko 

szło 

dobrze, dopóki nie zaczął pracować akcelerator fotonowy.

Na dobrą sprawę, tylko Fizyk niczego nie odczuwał. Za bardzo był pochłonięty 

pracą. 

Ciekawe, ale to właśnie Fizyka nie chciano włączyć do składu ekspedycji. 

Nierówne ciśnienie 

krwi. Ależ durnie siedzą w tych komisjach.

— …Wiem, że kodeks służby kosmicznej zakazuje członkom załogi 

krytykować postępowanie Kapitana…

„…Macie szczęście, że nie znacie całej prawdy. Wtedy mielibyście ochotę napluć 

na cały 

kodeks. Fizyk też mówił o kodeksie, dopóki go nie zabiłem. Nigdy nie sądziłem, 

background image

że potrafię to 

zrobić z tak zimną krwią. Teraz czeka mnie sąd. Tych dwóch już mnie osądziło. 

Został sąd na 

Ziemi. Tam wypadnie odpowiedzieć za wszystko i za klęskę ekspedycji, i za 

zabójstwo Fizyka. 

Ciekawe, czy istnieje jeszcze na Ziemi prawo o przedawnieniu przestępstwa. 

Przecież od chwili 

śmierci Fizyka upłynęło według ziemskiego czasu najmniej tysiąc lat. Tysiąc lat, 

odkąd 

utraciliśmy łączność z Ziemią. Przez tysiąc lat wisieliśmy w pustej przestrzeni, 

poruszając się z 

prędkością nie dającą się wyobrazić. Przez ten czas przeżyliśmy w rakiecie 

ledwie kilka lat”.

— …Mimo to pozwolę sobie naruszyć kodeks i powiedzieć, co 

myślę.

„… Nie znamy ani swojego, ani ziemskiego czasu. Nie znając czasu nie można 

niczego zrobić 

w kosmosie. Żeby wyznaczyć przebytą drogę, należy dwukrotnie scałkować 

przyśpieszenie 

względem czasu. Szybkość można wyznaczyć z efektu Dopplera, ale spektograf jest 

uszkodzony. 

Cóż to był za idiotyzm umieścić najcenniejszą aparaturę w komorze dziobowej. Kto 

by mógł 

pomyśleć, że zawiedzie zegar kobaltowy. Zawsze przyjmowano, że szybkość rozpadu 

radioaktywnego jest najpewniejszym miernikiem czasu. Kiedy zaczęła się ta 

kołomyjka z 

zegarem, byliśmy pewni, że mamy do czynienia z oddziaływaniem szybkości na 

Czas. 

Zupełnie 

nieoczekiwanie kobaltowy detektor wybuchnął niszcząc całą komorę dziobową. 

background image

Fizyk 

wszystko 

mi potem wyjaśnił. Okazało się, że ilość aktywnych cząsteczek w przestrzeni była 

kilkadziesiąt 

razy większa od krytycznej. Przy podświetlnej szybkości statku utworzyły potężny 

strumień 

twardego promieniowania, powodując reakcję łańcuchową w radioaktywnym 

kobalcie. 

Prawie 

jednocześnie automat wyłączył główny reaktor. Tam też zaczynała się reakcja 

łańcuchowa. Całe 

szczęście, że biologiczna osłona kabiny zatrzymała to promieniowanie…”

— …Wiem, że kosmos przynosi rozczarowanie tym, co oczekują od 

niego zbyt wiele…

„…Ciebie i Doktora nie spotkało jeszcze najstraszniejsze rozczarowanie. Wy obaj 

jeszcze 

myślicie, że wracacie na Ziemię. A ja nie mogę wam powiedzieć, że mamy jedną 

szansę na 

milion. Sam nie wiem, jak udało mi się wziąć kurs na system słoneczny. Teraz nie 

znam 

szybkości statku. Czy zapasowe reaktory wystarczą do zahamowania? Maksimum 

tego, 

na co 

można liczyć, to wejście na stałą orbitę okołosłoneczną. Ale do tego trzeba znać 

prędkość. Jedna 

szansa na milion, że się uda. Żeby choć pracował główny reaktor. Teraz już nigdy 

nie będzie 

pracował. Fizyk po—przestawiał w nim pręty. O tym też nie mogę wam powiedzieć. 

Najgorsze, 

co może być w kosmosie, to utrata nadziei”.

background image

— …Ale najcięższe rozczarowanie, jakie przeżyłem…

„…Ileż to ja przeżyłem rozczarowań? Byłem pierwszy na Marsie. Martwa zimna 

pustynia od 

razu wybiła z głowy młodzieńcze mrzonki o niebieskookich pięknościach dalekich 

światów i o 

fantastycznych potworach, które dzięki mnie staną się ozdobą ogrodu 

zoologicznego. Ani razu 

nie udało mi się spotkać w kosmosie niczego, co by przypominało to, czym 

zachwycałem się 

czytając opowiadania fantastyczne. Nic prócz nędznych porostów i grzybków 

drożdżowych. A 

nieudane lądowanie na Wenus. Czy nie było pełne rozczarowania i upokorzonego 

egoizmu. Ale 

wtedy były miliony ludzi, którzy przez całe doby nie odchodzili od 

radioodbiorników, zachłannie 

łowili każdy mój komunikat, były słowa zachęty z ojczystej Ziemi, byli 

przyjaciele, co przyszli z 

pomocą. A teraz co? Ekspedycja nie udała się. Nawet jeśli zdarzy się cud, to co 

ja mogę 

przywieźć na Ziemię. Pokorną relację o zabójstwie Fizyka i okruchy wiadomości o 

Wielkim 

Kosmosie, które już od dawna zostały poznane w ciągu dziesięciu stuleci, jakie 

upłynęły na 

Ziemi od dnia naszego odlotu. Będziemy przypominali jaskiniowców, co zjawili się 

dwudziestym wieku z sensacyjnym odkryciem, że trąc dwa kawałki drewna można 

uzyskać 

ogień. Nie wiem, czy moje komunikaty doszły do Ziemi. Jedyny sprzęt, jaki nam 

został, to 

rubinowy przekaźnik pracujący na częstościach świetlnych, który powtarza wciąż 

background image

ten sam 

sygnał: „Ziemia, Ziemia, ja, Meteor”. Nasze odbiorniki nie pracują. Gdzieś w 

eterze błąkają się 

moje komunikaty. Kto teraz na Ziemi pamięta, że przed tysiącem lat wyruszył w 

kosmos jakiś 

Meteor”.

— …było to, gdy zobaczyłem, jak do kosmosu wchodzą tacy tchórze 

i mordercy jak pan, Kapitanie…

„…Zabiłem Fizyka. Gdy automat wyłączył główny reaktor, Fizyk zabrał się do 

wyliczeń. 

Kiedyś przyszedł do mojej kajuty. Geolog i Doktor już spali. W rękach miał dwa 

grube zeszyty.

— Źle jest, Kapitanie — rzekł siadając na kanapie. — W reaktorach zaczęła się 

reakcja 

łańcuchowa i automaty wyłączyły je. Robi się błędne koło. Dopóki nie zmniejszymy 

szybkości, 

nie można włączyć reaktorów. Ten strumień twardego promieniowania, który 

wszystko 

przewraca do góry nogami, jest rezultatem naszej prędkości. Zmniejszyć jej nie 

możemy, nie 

włączając głównego reaktora. Będę musiał zmienić w nim położenie prętów.

Rozumiałem, co to oznacza.

— Dobra — rzekłem — proszę o schemat, a sam to załatwię. Obliczenia nawigacyjne 

potrafi 

pan robić beze mnie.

— Zapomina pan o przepisach, Kapitanie — powiedział klepiąc mnie po ramieniu. 

— 

Niech 

pan sobie przypomni. — „W czasie lotu Kapitan w żadnym przypadku nie ma prawa 

opuszczać 

background image

swojej kajuty”.

— Bzdura — odpowiedziałem — są okoliczności, kiedy…

— Właśnie w sprawie okoliczności — przerwał mi. — Jeszcze nie powiedziałem 

panu 

wszystkiego. Gdy zmienię położenie prętów w reaktorze, będzie on pracował tak 

długo, dopóki 

nie zmniejszy pan szybkości statku na tyle, ze przestanie przejawiać się wpływ 

twardego 

promieniowania. Potem przestanie pracować na zawsze. Nie mogę powiedzieć, przy 

jakiej 

prędkości to nastąpi. Do pana dyspozycji zostaną tylko reaktory pomocnicze, nie 

mające 

akceleratorów fotonowych. Nie wiem, czy będzie pan mógł dużo z nimi zrobić. Poza 

tym nie ma 

pan miernika czasu. Większa część automatycznej aparatury jest zniszczona. W 

tych warunkach 

powrót na Ziemię jest praktycznie niemożliwy. Może i jest jakaś szansa, jedna na 

milion, ale ta 

szansa to nos kosmonauty. Teraz rozumie pan, dlaczego nie wolno panu wchodzić do 

reaktora.

Wtedy uzgodniliśmy z nim wszystkie sprawy. Obaj rozumieliśmy, że wszedłszy do 

reaktora 

nie będzie już mógł wrócić do naszej kajuty. Odpowiadałem za życie Geologa i 

Doktora i nie 

mogłem przecież wpuścić do naszej kajuty tego kłębka radioaktywnego 

promieniowania.

Uzgodniliśmy, że spalę go w strumieniu plazmy.

— Pięknie — rzekł z uśmiechem. — Przynajmniej sam będę mógł się przekonać, że 

reaktor 

już pracuje.

background image

Miałem wrażenie, że już wieczność siedzi w reaktorze. Zobaczyłem go na ekranie 

telewizora 

rufowego, kiedy wychodził przez luk na zewnątrz. Uśmiechnął się do mnie poprzez 

szybę 

skafandra i machnął ręką pokazując, że wszystko w porządku. Wtedy nacisnąłem 

dźwignię.

Kiedy Geolog i Doktor zapytali mnie, gdzie jest Fizyk, powiedziałem im, że 

zdarzył się 

nieszczęśliwy wypadek. Posłałem go, żeby sprawdził stan akceleratora fotonowego 

przypadkowo włączyłem reaktor. Nie mogłem powiedzieć im prawdy. Po tej historii 

z pułapką 

zaczęło się z nimi dziać coś dziwnego. Nie powinni byli wiedzieć, w jak 

beznadziejnej sytuacji 

jesteśmy.

Wtedy przestali rozmawiać. Może ze sobą i rozmawiali, ja w każdym razie w ciągu 

kilku lat 

nie usłyszałem od nich ani słowa. Przez tysiąc ziemskich lat nie słyszałem 

ludzkiej mowy. Potem 

zauważyłem, że dobierają się do zapasów spirytusu przechowywanego przez 

Doktora. 

Kiedy 

odebrałem spirytus, Doktor wymyślił tę diabelską szopkę z kulką. Coś w stylu 

jogów hinduskich. 

Doprowadzali się do stanu bezczucia wpatrując się w szklaną kulkę. Psychoza 

kosmiczna 

opanowywała ich z dnia na dzień silniej. Musiałem temu jakoś zaradzić. Nie 

mogłem im 

pozwolić, żeby zwariowali. Wtedy obydwu zbiłem. Tłukłem tak długo, aż 

zobaczyłem 

background image

strach w 

ich oczach. Teraz udaje mi się przynajmniej zmusić ich do regularnego uprawiania 

gimnastyki i 

do przychodzenia do stołu.

— …Może przed powrotem na Ziemię będzie pan próbował pozbyć 

się nas, tak jak pozbył się pan Fizyka, ale będzie pan przynajmniej 

wiedział, żeśmy pana rozgryźli, Kapitanie.

„…Jest jedna szansa na milion, ale moim obowiązkiem jest wprowadzenie statku na 

stalą 

orbitę, choćby po to, żeby spróbować uratować tych dwóch”.

— Za swoje postępowanie — oświadczył Kapitan — będę odpowiadał na 

Ziemi, a teraz rozkazuję założyć skafandry przeciw przeciążeniowe i 

położyć się. Hamowanie będzie bardzo ostre.

Główny dyspozytor wyjął taśmę z dalekopisu i podszedł do Konstruktora.

— Ostatnia pozycja „Meteora”. „Kometa” i „Meteor–5” spotkają się z nim na 

orbicie Jupitera.

— Kiedy można się ich spodziewać na Ziemi?

— Trudno przewidzieć. Prawdopodobnie zużyli całe paliwo. Ich szybkość wynosi 

teraz około 

pięciuset kilometrów na sekundę i nasze statki będą musiały pomóc im w 

hamowaniu.

— Czy jest już wniosek Akademii?

— Nikt nie potrafi zrozumieć, jak oni mogli przebyć całą drogę w ciągu pięciu 

lat. Maksimów 

wysuwa hipotezę, że „Meteor” znalazł się w takich okolicach przestrzeni 

kosmicznej, gdzie czas 

płynie w przeciwnym kierunku, ale to tylko hipoteza.

Wnuk

Siedzieli w jadalni, a ja leżałem w gabinecie dziadka na kozetce i słuchałem.

Dziadek opowiadał im różne historie, i to było strasznie ciekawe.

background image

Mam fantastycznego dziadka i wszystkie dzieci trochę mi zazdroszczą, że jestem 

jego 

wnukiem. Wszyscy nazywają go Starym Kosmonautą. On jako pierwszy człowiek 

był na 

Marsie 

i pierwszy utorował drogę do Wielkiego Kosmosu.

Teraz dziadek jest już bardzo stary i nie może więcej latać, ale wszyscy młodzi 

kosmonauci 

przychodzą do niego po rady. Jest głównym konsultantem Komisji do spraw 

Astronautyki.

Bardzo lubię patrzeć na twarz dziadka. Jest cała pokryta szramami i bliznami od 

poparzeń. 

Dziadek przeżył mnóstwo przygód tam w kosmosie. Napisano o nim masę książek i 

mamy je 

wszystkie.

Boję się strasznie, ze dziadek moze nagle umrzeć, przecież jest taki stary.

Mój tatuś też jest w kosmosie. Dziadek mówi, że wróci, kiedy będę już całkiem 

duży.

Tatuś nie wie, że mamusia nie żyje, bo tym, co są w kosmosie, nie wolno 

przekazywać 

smutnych wiadomości.

Mieszkamy teraz we dwójkę z dziadkiem. Opowiada mi często o swojej młodości i o 

kosmosie.

Na jego biurku stoi fotografia członków załogi „Meteora”. Tam wszyscy są bardzo 

młodzi, i 

dziadek, i Fizyk, i Geolog, i Doktor.

Dziadek najbardziej lubił Fizyka. Kiedy idziemy na spacer, zawsze prowadzi mnie 

pod 

pomnik Fizyka, gdzie jest napisane:

BOHATEROWI KOSMOSU — LUDZIE

background image

Geologa i Doktora dziadek też bardzo lubił. Mówił, że najpierw nie mogli się 

zrozumieć, a 

potem zaprzyjaźnili się i przez wiele lat latali razem. Teraz obaj już nie żyją.

W ogóle z dziadka kolegów żyją jeszcze tylko Konstruktor i Dyspozytor. Często 

przychodzą 

do nas i rozmawiają o bardzo ciekawych rzeczach.

Właśnie wtedy siedzieli w jadalni i dziadek opowiadał im o tym, jak to czekano 

na nich na 

Ziemi przez tysiąc lat, ale „Meteor” wpadł w Pułapkę, gdzie z Czasem dzieją się 

dziwne rzeczy, i 

dlatego właśnie wrócili znacznie wcześniej, kiedy nikt się ich nie spodziewał, a 

Konstruktor 

spierał się z nim i mówił, że takich rzeczy z Czasem to nie ma, a potem dziadek 

opowiadał im o 

niejadkach, a ja leżałem w gabinecie i słuchałem, o czym rozmawiają.

Potem wyszli, a ja się rozpłakałem, że jestem jeszcze taki malutki i niczego nie 

mogę.

Dziadek usłyszał, jak płaczę, i przyszedł mnie pocieszyć. Mówił, że prędko będę 

duży i polecę 

w kosmos, że do tego czasu ludzie zbudują takie statki, które szybciej od myśli 

będą nas 

przenosiły w głębiny wszechświata, i że ja odkryję nowe wspaniałe światy.

Tak mnie pocieszał, a ja wciąż płakałem i płakałem, dlatego że nie mogłem mu 

powiedzieć, że 

najbardziej kocham naszą Ziemię, i że bardzo chcę być jak najszybciej duży, żeby 

zrobić na niej 

coś wspaniałego.

Będę lekarzem i zrobię tak, że nikt nie będzie umierał, póki sam tego nie 

zechce.

Niejadki

background image

Zgodnie z utartą tradycją zebraliśmy się tego dnia u Starego Kosmonauty. 

Czterdzieści lat 

temu po raz pierwszy wystawiliśmy mu paszport do kosmosu i mimo że 

zostawaliśmy 

na Ziemi, 

a on za każdym razem wylatywał dalej i dalej, tysiące wspólnych zainteresowań 

zawodowych 

wiązały nas przyjaźnią z roku na rok trwalszą.

Tego dnia obchodziliśmy czterdziestolecie naszego pierwszego zwycięstwa. Jak 

zawsze 

pogrążyliśmy się we wspomnieniach i omawiali nasze plany. Nie należy chyba 

ukrywać, że 

wspomnień z każdym rokiem przybywało, a planów… Ale troszkę odbiegłem od 

tematu.

Właśnie zakończyliśmy dyskusję o paradoksach Czasu i byliśmy jeszcze w tym 

stanie 

podniecenia, kiedy wszystkie argumenty zostały już wyczerpane, ale każdy z 

dyskutantów 

pozostał przy swoim zdaniu.

— Według mnie — odezwał się Konstruktor — Czas płynący w przeciwnym 

kierunku 

jest 

fikcją stworzoną przez matematyków, tak samo jak mit o niejadkach jest wymysłem 

kosmonautów. Stopień wiarygodności i tu, i tu, mniej więcej jednakowy.

W oczach Kosmonauty zapaliły się dobrze mi znane drwiące ogniki.

— Mylisz się — powiedział rozlewając wino do kieliszków — sam widziałem 

niejadki, 

zresztą i nazwa pochodzi ode mnie. Mogę opowiedzieć tę całą historię.

Było to trzydzieści lat temu. Lataliśmy wtedy na przedpotopowych anihilacyjnych 

silnikach, 

background image

mieliśmy z nimi masę kłopotów. Byliśmy w odległości dwóch parseków od Ziemi, 

kiedy okazało 

się nagle, że akcelerator fotonowy wymaga natychmiastowej naprawy. Statek 

znajdował się w 

strefie silnego promieniowania, nie sposób było nawet myśleć o wyjściu z kabiny 

wyposażonej w 

bezpieczny system ochrony biologicznej.

Pomóc nam mogło tylko lądowanie na planecie mającej wystarczająco gęstą 

atmosferę.

Na szczęście taka możliwość wkrótce się nadarzyła. Nasz radioteleskop wykrył 

prosto na 

kursie niewielki system złożony z centralnej gwiazdy i dwóch planet. Instrumenty 

ustaliły na 

jednej z tych planet atmosferę zawierającą tlen.

Teraz poganiała nas już nie tylko chęć jak najszybszej naprawy uszkodzenia, ale 

i pasja 

badaczy, jaką znają wszyscy ci, którzy spotkali kiedykolwiek w kosmosie warunki 

sprzyjające 

powstaniu życia.

Dobrze znacie nasze stare statki. Dla młodych są w tej chwili czymś śmiesznym, 

ale ja zawsze 

wspominam je z rozrzewnieniem. Nie były tak komfortowe jak dzisiejsze liniowce, 

a ich załoga 

była śmiesznie mała, ale dla kosmicznych zwiadów były moim zdaniem 

niezastąpione. Nie 

potrzebowały specjalnych stacji do lądowania i co najważniejsze, z łatwością 

zmieniały ę w 

samoloty dysponujące olbrzymią zwrotnością.

Załoga nasza składała się z Geologa, Doktora i mnie, pełniącego obowiązki 

kapitana, 

background image

szturmana i mechanika pokładowego. Czwartym członkiem załogi był mój stary 

towarzysz 

kosmiczny — spaniel Rusłan.

Kiedy na ekranie telewizora zamigotały obłoki pokrywające powierzchnię 

tajemniczej 

planety, z trudem powstrzymywaliśmy niecierpliwość. Coś niecoś jużeśmy o 

planecie wiedzieli. 

Masę miała zbliżoną do ziemskiej, a okres jej obiegu dookoła centralnej gwiazdy 

równał się 

okresowi obrotu dookoła własnej osi. Tak więc, zupełnie jak Księżyc, planeta 

zwracała się do 

swego słońca zawsze tą samą stroną. Jej atmosfera zawierała dwadzieścia procent 

tlenu, 

siedemdziesiąt procent azotu i dziesięć procent argonu. Taki skład uwalniał nas 

od konieczności 

pracowania w skafandrach.

Każdy z nas snuł wszelkie możliwe przypuszczenia co do wyglądu i charakteru 

gospodarzy 

naszej niedalekiej przystani.

Niestety, bardzo prędko spotkało nas rozczarowanie. Statek trzy razy okrążył na 

niewielkiej 

wysokości planetę, ale nie zdołaliśmy wykryć niczego, co by świadczyło o 

istnieniu żywych 

istot. Oświetlona strona plabyła rozpaloną pustynią, a przeciwna — litym 

lodowcem. Nawet 

obszar wiecznego zmierzchu na ich i granicy był pozbawiony jakiejkolwiek 

roślinności. 

Pozostawało zagadką, jakim sposobem bez roślinności mógł pojawić się tlen w 

atmosferze.

Wreszcie wybraliśmy miejsce do lądowania w rejonie o najbardziej umiarkowanym 

background image

klimacie.

Uszkodzenie akceleratora okazało się bardzo drobne i liczyliśmy, że za kilka 

dni, według 

kalendarza ziemskiego, będziemy mogli ruszyć w dalszy rejs.

Jednocześnie z pracami naprawczymi kontynuowaliśmy badanie planety.

Jej gleba składała się z bazaltów ze znacznymi pokładami tlenków manganu. 

Najprawdopodobniej obecność tlenu w atmosferze była następstwem procesów 

odnawiania się 

tych tlenków.

Ani niezliczone próbki pobrane z atmosfery, ani analizy wody z gorących i 

zimnych źródeł, w 

które obfitowała planeta, ani badanie różnych warstw gleby nie wykryły niczego 

takiego, co by 

wskazywało na obecność choćby najprymitywniejszych form życia. Planeta była 

absolutnie 

martwa.

Wszystko już było gotowe do odjazdu, kiedy zdarzyło się coś, co wywróciło do 

góry nogami 

nasze plany.

Pracowaliśmy na pasie startowym, gdy usłyszeliśmy gwałtowne szczekanie Rusłana.

Trzeba wyjaśnić, że Rusłan dużo już widział i zmusić go do szczekania mogło 

tylko coś 

zupełnie niezwykłego. Zresztą zobaczyliśmy taką scenkę, że aż ja sam krzyknąłem.

W kierunku dużego strumienia, płynącego mniej więcej o pięćdziesiąt metrów od 

naszego 

statku, sunęła dziwna procesja.

Początkowo wydawało mi się, że to pingwiny. Ten niezmącony spokój, ta sama 

wyniosła 

postawa, taki sam kaczy chód, jak i u naszych mieszkańców wybrzeża Antarktydy. 

Było to 

background image

jednak tylko pierwsze wrażenie. Kroczące obok nas stwory nie były podobne ani do 

pingwinów, 

ani do niczego znanego człowiekowi. Wyobraźcie sobie zwierzęta wzrostu kangura, 

poruszające 

się na tylnych łapach. Z boku na tułowiu macie trójpalczaste rączki. Głowa 

malutka z parą oczu 

grzebieniem jak u koguta. Jeden otwór nosowy, pod nim pęta się cienka długa 

rurka. Ale 

najdziwniejsze było to, że istoty te miały skórę zupełnie przezroczystą, przez 

którą prześwitywał 

jasnozielony system krwionośny.

Na nasz widok procesja zatrzymała się. Rusłan głośnym szczekaniem biegał dookoła 

dziwnych zwierząt, ale szczekanie najwyraźniej nie wywierało na nich żadnego 

wrażenia. Przez 

jakiś czas wpatrywały się w nas wielkimi niebieskimi oczyma. Potem, jak na 

komendę, 

odwróciły się i ruszyły do innego strumienia, płynącego w pobliżu. Najwyraźniej 

przestaliśmy 

ich po prostu interesować. Opierając się na kolanach zapuściły swoje rurki do 

wody i zastygły 

nieruchomo na dobre pół godziny.

Wszystko to było w absolutnej niezgodzie z naszymi wnioskami co do braku życia 

na 

planecie. Przecież te istoty nie mogły być jedynymi jej mieszkańcami, choćby 

dlatego, że jak 

wszystkie zwierzęta nie mogły się obywać bez organicznego pokarmu. Każdy żywy 

organizm, 

jaki zdarzyło mi się oglądać w kosmosie, żył w jednolitym kompleksie 

biologicznym, 

zabezpieczającym działalność życiową wszystkich jego członków. Poza taką 

background image

symbiozą, w 

najszerszym znaczeniu tego słowa, niemożliwe są żadne formy życia. Wyglądało na 

to, że 

przegapiliśmy po prostu cały ten kompleks.

Nie mogę powiedzieć, żeby te myśli przelatujące mi przez głowę w czasie, gdym 

obserwował 

mieszkańców planety, należały do bardzo przyjemnych. Byłem kierownikiem 

ekspedycji, 

odpowiadałem nie tylko za lot, ale i za wiarygodność danych naukowych 

przywiezionych na 

Ziemię. Teraz oczywiście o odlocie nie mogło być nawet mowy. Start odłożyliśmy 

aż do czasu 

rozwiązania nowej zagadki.

Zaspokoiwszy pragnienie, tajemnicze istoty rozsiadły się kręgiem. To czym się 

zajmowały 

przypominało z boku turniej aszugów*, który kiedyś oglądałem w Azji Środkowej. 

Każde 

zwierzę wchodziło kolejno do środka kręgu. Szary grzebień na głowie zaczynał 

skrzyć się 

różnokolorowymi ogniami. Pozostałe w całkowitej ciszy obserwowały tę grę 

kolorów.

Wyczerpawszy cały program, podniosły się i ruszyły gęsiego w drogę powrotną. 

Podążyliśmy 

za nimi.

Nie będę was nudził opisem wszystkich naszych prób uzyskania jakiegoś poglądu na 

życie 

tych istot. Zabrało nam to przeszło dwa miesiące.

Żyły na oświetlonej części planety. Trudno powiedzieć, jak spędzały czas. Po 

prostu nie robiły 

nic. Mniej więcej przez dwieście godzin wylegiwały się na palących promieniach 

background image

słońca, dopóki 

nie przychodziła pora udania się do wodopoju. Przy strumieniu za każdym razem 

powtarzała się 

ta sama scena, którą obserwowaliśmy na początku.

Rozmnażały się przez pączkowanie. Gdy już na grzbiecie dorosłego zwierzęcia 

wyrósł 

potomek, osobnik rodzicielski umierał. Tak więc ich ogólna ilość na planecie 

była stała. Na nic 

nie chorowały i przez cały Kas naszego pobytu nigdy nie zaobserwowaliśmy 

przypadku 

przedwczesnej śmierci. Zadziwiała nas jedna ich szczególna cecha: niczego 

zjadły. Właśnie 

dlatego nazwałem je niejadkami. „Zrobiliśmy sekcję kilku martwych niejadków i 

nie znaleźliśmy 

w ich organizmie niczego, co by wyglądało na organy trawienia. Kosztem czego 

odbywała się u 

nich przemiana materii? Przecież nie mogły żyć, odżywiając się jedynie wodą.

Doktor badał tę przemianę na kilku żywych osobnikach. Niechętnie, ale spokojnie 

znosiły 

pobieranie prób krwi i pozwoliły zakładać sobie maski przy analizie gazowej. 

Wyglądało na to, 

że po prostu nie chce się im sprzeciwiać.

Zaczynaliśmy już tracić cierpliwość. Wyliczenia nawigacyjne mówiły, że dalsze 

odkładanie 

startu na Ziemię oznacza lot w niepomyślnych warunkach związałby ze znacznym 

zużyciem 

paliwa, którego wcale nie mieliśmy za dużo, ale nikt z nas nie chciał rezygnować 

z nadziei 

rozwiązania tej nowej tajemnicy życia.

Wreszcie nadszedł od dawna oczekiwany dzień, kiedy Doktorowi udało się połączyć 

background image

w jedną 

całość wszystkie uzyskane informacje i niejadki przestały być dla nas zagadką.

Okazało się, że niejadki nie są pojedynczymi organizmami. W ich krwi znajdują 

się bakterie 

wykorzystujące światło słoneczne do rozkładu dwutlenku węgla i syntezy produktów 

pokarmowych z atmosferycznego azotu, tlenu i pary wodnej, których dostarcza im 

organizm 

niejadków. Przezroczysta okrywa skórna tych zadziwiających zwierząt ułatwia 

proces 

fotosyntezy. Rozmnażanie bakterii w organizmie niejadków odbywa się tylko w 

środowisku 

słabo zasadowym. Kiedy pojawia się zbyt dużo bakterii, gruczoły wydzielania 

wewnętrznego 

niejadków wydzielają hormony podwyższające kwasotę krwi, regulując tym samym 

koncentrację 

produktów pokarmowych w organizmie. Był to zadziwiający przykład symbiozy, 

dotychczas nie 

znany nauce.

Muszę przyznać, że odkrycie Doktora skłoniło mnie do szeregu refleksji. Żadna 

żywa istota w 

kosmosie nie otrzymała od przyrody tak dużo jak niejadki. Zostały zwolnione z 

konieczności 

zdobywania sobie pokarmu, z trosk o potomstwo, nie groziło im przeludnienie, nie 

wiedziały, co 

to jest walka o byt, nigdy nie chorowały. Wydawać by się mogło, że Natura 

zrobiła wszystko, by 

zapewnić niesłychanie wysoki rozwój intelektualny tych istot. A jednocześnie 

niejadki niewiele 

różniły się od Rusłana. Nie było w nich żadnego śladu życia społecznego, każdy z 

nich żył sam 

background image

dla siebie nie wchodząc w kontakty z pobratymcami, jeśli nie liczyć bezmyślnych 

zabaw z 

grzebieniami nad strumieniem.

Szczerze mówiąc zacząłem odczuwać wstręt do tych maminsynków Natury i bez 

najmniejszego żalu opuszczałem dziwną planetę.

— I nigdy tam więcej nie byłeś? — zapytałem.

— Trafiłem przypadkiem w dziesięć lat później, i to, co zobaczyłem, zaskoczyło 

mnie 

bardziej niż odkrycie Doktora. Za drugą bytnością na Planecie Niejadków 

stwierdziłem wśród 

nich początki życia społecznego, a nawet społeczne wytwarzanie.

— Cóż ich do tego pobudziło? — zapytał z niedowierzaniem Konstruktor.

— Pchły.

Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Konstruktor ze smutkiem popatrzył na swoje 

zalane 

winem spodnie.

— Bardzo mi przykro — rzekł zbierając z podłogi okruchy szkła. — Jeśli się nie 

mylę, był to 

twój ulubiony kieliszek z księżycowego kryształu, ale żart był tak 

niespodziewany…

— Nie miałem zamiaru żartować — przerwał mu Kosmonauta — wszystko było tak, 

jak 

mówię. Byliśmy tak przekonani o braku życia na tej planecie, że nie podjęliśmy 

odpowiednich w 

takich wypadkach kroków, zaniedbaliśmy kwarantannę załogi. Najprawdopodobniej 

kilka pcheł z 

Rusłana przeszło na niejadki i zadomowiło się tam w najlepsze. Mówiłem już, że 

niejadki mają 

bardzo krótkie kończyny przednie. Gdyby nie drapały sobie nawzajem pleców i nie 

zjednoczyły 

background image

swych wysiłków w tępieniu pcheł, owady by je po prostu zagryzły.

Nie wiem, który z niejadków pierwszy zauważył, że zmielony dwutlenek manganu 

jest 

znakomitym środkiem na pchły .W każdym razie widziałem tam fabrykę produkującą 

ten 

proszek. Udało im się nawet wynaleźć coś w rodzaju prymitywnego młyna do 

rozcierania. Przez 

chwilę milczeliśmy. Potem odezwał się Konstruktor.

— No, na mnie już czas. Jutro rano startuje dwunasta ekspedycja pozagalaktyczna. 

Mam 

zaproszenie na część oficjalną. Wy też przecież będziecie?

Wyszliśmy razem z nim.

— Ech, mam już po uszy tych kosmicznych historii — westchnął wchodząc do 

windy.

Liliowa planeta

— Nie widzę sensu kontynuowania wykopalisk. Zebraliśmy aż za dużo materiału, 

żeby 

odtworzyć to, co tu się wydarzyło. Daję wam dziesięć dni na przygotowanie 

eksponatów do 

transportu. Start rakiety towarowej i „Meteora” za dwadzieścia dni. Mam 

nadzieję, że nikt się nie 

sprzeciwia.

— Ja!

Kapitan zachmurzył się z niezadowoleniem.

— Wciąż te same wątpliwości!

— Tak.

— Wydaje mi się, że już dosyć dyskutowaliśmy na ten temat. Ostatecznie historia 

planety nie 

zawiera nic nadzwyczajnego. Długa ewolucja, a w jej rezultacie pojawienie się 

istot rozumnych, 

background image

które osiągnęły wysoki stopień rozwoju; nieoczekiwany najazd z kosmosu; 

ujarzmienie 

gospodarzy planety; okres upadku kultury; zagłada’ napastników, którzy nie 

potrafili dostosować 

się do odmiennych warunków bytu; epoka odrodzenia i wreszcie nieunikniona 

starość planety i 

przesiedlenie się mieszkańców do innej części Galaktyki. Co się Wam nie podoba w 

tym 

zupełnie oczywistym łańcuchu faktów?

— Nie podoba mi się fakt, że wszystko to nie odpowiada rzeczywistości. Im 

bardziej stara się 

pan połączyć te dane, tym oczywistszy staje się brak związku między nimi.

— Ha, cóż. Gotów jestem jeszcze raz wysłuchać pańskich zastrzeżeń.

Przez kilka minut Doktor milczał porządkując myśli.

— Pięknie. Zacznę po kolei. Po pierwsze w chwili domniemanego wtargnięcia 

najeźdźców 

ludność planety osiągnęła już bardzo wysoki poziom rozwoju. Potrafiła stosować 

energię 

jądrową, wytwarzanie miało charakter społeczny i na całej planecie był w użyciu 

wspólny język. 

Z tego wszystkiego wynika, że nie było tu żadnych wewnętrznych konfliktów. Czy 

sądzi pan, że 

ta ludność dała się najeźdźcom spokojnie ujarzmić. Przecież nie wykryliśmy 

żadnych śladów 

walk, nieuniknionych w takich przypadkach.

Po drugie, jeśli przybysze potrafili odbywać loty kosmiczne, to bez wątpienia 

musieli zostawić 

na planecie jakieś elementy swojej specyficznej kultury. A tymczasem epoka 

niewoli 

charakteryzuje się tylko upadkiem kultury mieszkańców planety. Te dwunogie 

background image

szczury nie niosły 

za sobą nic poza ślepą żądzą niszczenia, kanibalizmem i rozkładem moralnych 

podstaw 

społeczeństwa.

Po trzecie, epoka niewoli trwała kilka wieków. Przez ten czas na planecie 

zmieniło się 

przynajmniej dwadzieścia pokoleń przybyszy. Dlaczego zatem właśnie ostatnie 

pokolenia 

okazały się nie przystosowane do nowych warunków bytu?

I wreszcie dlaczego żadne tutejsze wykopalisko nie kryje najmniejszych śladów 

mieszkańców 

planety. Nic, tylko szkielety szczurów. Jeśli założymy, że oddziały przybyszów 

wyniszczyły 

ludzi, to skąd ci ludzie nie tylko, że się znów pojawili, ale nawet we względnie 

krótkim czasie 

zdołali odzyskać wszystko, co niegdyś stracili?

W laboratorium zapanowało milczenie. W ciszy słychać było tylko ciężki oddech 

Doktora i 

stukot palców Kapitana o poręcz fotela.

— Chciałbym usłyszeć pańskie zdanie, Geologu.

Geolog uniósł się z krzesła i podszedł do dwóch oszklonych sarkofagów. Mieścił 

się w nich 

plon olbrzymiej pracy ekspedycji. Przez okrągły rok ryto ziemię, drobiazgowo 

zestawiano tysiące 

znalezisk, jak najstaranniej analizowano nasuwające się hipotezy, nim udało się 

wreszcie 

odtworzyć obraz byłych mieszkańców planety.

W jednym z sarkofagów stała naturalnej wielkości starannie wymodelowana statua 

młodego 

tubylca. Nawet według ziemskich pojęć był piękny, mimo liliowego koloru skóry i 

background image

nieproporcjonalnie wielkiej głowy. Był to bez wątpienia wytwór wielowiekowej 

wysoko 

rozwiniętej kultury.

Inny sarkofag zawierał obrzydliwe stworzenie, poruszające się niegdyś na dwóch 

nogach, 

okryte szarą, połyskliwą skórą. Opasły tułów z parą długopalczastych jak u małpy 

rąk, 

zakończony był głową, bardzo .podobną do szczurzej. Coś w wyglądzie szczuroluda 

wywoływało strach i wstręt.

— Chciałbym usłyszeć pańskie zdanie.

Geolog drgnął mimo woli, tak gwałtowne było przejście od nurtujących go myśli do 

rzeczywistości.

— Zanim odpowiem, chciałbym zadać pytanie Doktorowi.

— Proszę bardzo.

— Na jakiej podstawie sądzi pan, że szczuroludy są przybyszami z kosmosu, a nie 

pierwotnymi mieszkańcami planety?

— Mają zupełnie odmienną budowę komórek. Stanowią jak gdyby stadium 

przejściowe 

między strukturami białkowo—węglowodorowymi a krzemoorganicznymi. W 

zachowanych 

resztkach świata organicznego planety nie wykryłem niczego podobnego. Na 

planecie nie było 

innych takich form. Wreszcie, wie pan doskonale, że w pokładach pochodzących 

sprzed ery 

upadku szczuroludy nie występują.

Geolog jeszcze raz spojrzał na sarkofagi i podszedł do Kapitana.

— Zgadzam się z Doktorem, że pańska teoria niczego nie wyjaśnia…

— Pięknie. Odlot na Ziemię odkładamy na sześć miesięcy. Proszę o przedłożenie mi 

terminie dwóch dni planu dalszych prac. Od jutra przechodzimy na zmniejszone 

background image

racje 

żywnościowe.

Łazik powoli przebijał się przez niebieskawe zwały pyłu. Przed milionami lat 

było tu miasto. 

Teraz leży pogrzebane pod wielometrową warstwą mikroskopijnych muszelek.

Oddział zgrabnych koparek kończył oczyszczanie wielkiego gmachu zbudowanego z 

różowych kamieni.

Łazik wyminął róg gmachu i zaczął ostrożnie opuszczać się do wykopu, na dnie 

którego 

wznosił się dziwny pomnik, odlany ze złocistego metalu i ustawiony na 

piedestale. Olbrzymi 

dysk. Pomnik kosmonautów! Ależ kosmiczne statki mieszkańców planety wyglądały 

zupełnie 

inaczej. Wszelkie próby znalezienia na planecie choćby śladów metalu, z którego 

odlano pomnik, 

nie dały żadnych rezultatów. Czyżby ta olbrzymia konstrukcja była dziełem rąk 

szczuroludów? A 

co może oznaczać dziwna płaskorzeźba przeplatających się ośmiościanów i kul na 

piedestale? W 

wykopaliskach motyw ten nigdzie nie występuje.

Zgrzyt gąsienic przerwał rozmyślania Doktora. Łazik przechylił się na bok. 

Doktor spróbował 

otworzyć drzwiczki, ale okazało się, że są przyciśnięte do podnóża pomnika.

Na zewnątrz wydostali się przez górny otwór łazika. Okazało się, że prawa 

gąsienica zapadła 

się całkowicie w głęboką wyrwę szarego gruntu. Na pół zasypane niebieskawym 

pyłem stopnie 

podziemnego korytarza ginęły w mroku.

— Nie rozumiem, co się dzieje z Doktorem — rzekł Geolog, zabijając gwoździami 

skrzynię z 

background image

próbkami minerałów. — Dlaczego nas unika?

— Najprawdopodobniej czuje się winny opóźnienia startu, a niczym nie może 

wykazać 

swoich racji. Zmarnowaliśmy sto dwadzieścia dni. Teraz przez jego fanaberie 

musimy wyrzucić 

wszystkie znalezione eksponaty. Lot będzie wymagał znacznie większych ilości 

paliwa niż przed 

trzema miesiącami. Trzeba będzie wykorzystać dla „Meteora” paliwo rakiety 

towarowej. Nie 

mogę sobie darować, że tak łatwo dałem się wam namówić!

— A może by jednak z nim pogadać?

— Nie warto. Chce być sam w swoim laboratorium, to niech będzie. Prędko się 

rozmyśli. 

Zresztą, otóż i on, idzie chyba z nowiną.

Automatyczne drzwi stacji otworzyły się miękko i znów zamknęły za plecami 

Doktora.

— Miał pan rację, Kapitanie — rzekł uśmiechając się ze zmieszaniem. — Wszystko 

było tak, 

jak pan przypuszczał. Rzeczywiście nastąpił atak z Kosmosu.

— Jestem bardzo szczęśliwy, że wystarczyło panu do tego sto dwadzieścia dni, a 

nie całych 

sześć miesięcy. Cóż pana wreszcie przekonało?

— Chodźmy pod pomnik. Wszystko pokażę.

— Tu właśnie — rzekł Doktor, otwierając pancerne drzwi podziemia — rozegrała się 

kiedyś 

jedna z największych bitew w kosmosie, bitwa o uratowanie najstarszej 

cywilizacji 

wszechświata. A oto, co udało mi się odtworzyć z historii tej bitwy.

W niewielkiej szklanej kasecie skakało malutkie, ohydne stworzenie okryte 

połyskliwą skórą. 

background image

Opasły tułów kończył się głową bardzo podobną do szczurzej. Była to pomniejszona 

kopia 

eksponatu mieszczącego się w sarkofagu, ale poruszająca się na czterech łapach. 

Błyszczące 

czerwone oczki patrzyły wściekle na przybyszów.

— Gdzie pan to znalazł?

Głos Kapitana brzmiał dziwnie ochryple.

— Przywiozłem z Ziemi. Do niedawna była to najzwyklejsza świnka morska, dopóki 

nie 

zaraziłem jej znalezionym tutaj wirusem.

Doktor podszedł do stołu i pokazał jedną z zalutowanych szklanych kolb.

— Wirus ten ma kształt ośmiościanu. Zbadałem go jak najstaranniej. Gdy dostanie 

się do 

organizmu, zmienia w nim wszystko: strukturę komórek, wygląd zewnętrzny, a 

wreszcie 

psychikę. Zmusza organizm do przebudowy według wzoru zaszyfrowanego w tym 

ośmiościanie. 

Kto wie, z jakich zakątków kosmosu dostała się tutaj ta zaraza. Teraz trzeba 

zniszczyć zawartość 

kolb razem z tym zwierzątkiem.

— Jest pan zdania, że cała historia degradacji mieszkańców planety była po 

prostu chorobą 

epidemiczną? — zapytał Geolog nie odrywając wzroku od kasetki.

— Bez wątpienia! Prawdopodobnie w ciągu najwyżej dwóch pokoleń ukształtował 

się 

ostatecznie typ szczuroluda.

— Któż ich w takim razie wyleczył?

— Ci, komu wzniesiono pomnik, nieznani przybysze z kosmosu. Tutaj, w podziemiu, 

ukryciu przed szczuroludami, które utraciły już resztki człowieczeństwa, 

background image

ryzykując co minuta 

zarażeniem się, szukali sposobu zwalczenia epidemii i udało im się to. Być może 

przedstawione 

na piedestale pomnika kule i ośmiościany są symbolem opracowanego przez nich 

antywirusa. 

Niestety, nie udało mi się trafić na żaden jego ślad.

— A co było dalej?

— O tym można tylko snuć domysły. Może było tak, jak mówił Kapitan. 

Nieuniknione 

starzenie planety spowodowało przeprowadzkę odrodzonej ludzkości do innej części 

Galaktyki…

— Zawiniłem bardzo wobec pana — rzekł Kapitan podchodząc do Doktora. — Mam 

nadzieję, 

że mi pan wybaczy. A teraz — do roboty! Za trzy dni odlatujemy na Ziemię.

Wyciągnięta ręka Kapitana zawisła w powietrzu.

— Start nastąpi za dwa miesiące, tak jak było ustalone — rzekł Doktor, chowając 

rękę za 

plecy. — Dwa miesiące kwarantanny, dopóki się nie wyjaśni, czy ja sam nie 

zaraziłem się tym 

świństwem. A do tego czasu nie wolno się do mnie zbliżać.

Przełożył Zygmunt Burakowski

* Anizotropia — tutaj zjawisko polegająca na tym, że ciało wykazuje różne 

właściwości optyczne w różnych 

kierunkach.

* Wadi (arab) — doliny wyschłych rzek

* Dżinn (arab.) — demon.

* Wiersze przełożył Tadeusz Kubiak

* Aszugowie — ludowi poeci — bardowie turkmeńscy (przyp. tłum.).