background image

 

 

Jiddu Krishnamurti 

 
JEDYNA REWOLUCJA 

 
przygotowała Mary Lutyens 
 

 
 

The Only Revolution, Victor Gollancz 1970 
 
© Krishnamurti Foundation Trust Ltd 

 
 
 
przełożył Wojciech Sady 
 

(jest to poprawiona tu i ówdzie wersja przekładu, który ukazał się 
nakładem  
 

Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań, 1995.) 
 

Na książkę składają się zapiski, jakie Krishnamurti sporządził 
 
pod koniec lat sześćdziesiątych w Indiach, Kalifornii i Europie. 
 
Aczkolwiek prowadzone niesystematycznie, wymagały  

 

- jak zapewnia Mary Lutyens - niewielu zabiegów redakcyjnych. 
 

 
 

INDIE 

 

 

Medytacja nie jest ucieczką od świata, działalnością, która izoluje i 
zamyka w sobie; jest raczej rozumieniem świata i jego zwyczajów. Świat 

ma niewiele do zaoferowania prócz jedzenia, ubrań, dachu nad głową i 
przyjemności, którym towarzyszą wielkie cierpienia. 
 

Medytując oddalamy się od tego świata; nie wolno nam się z niczym 
wiązać. Wtedy świat ma sens, a piękno nieba i ziemi nie przemija. 

Miłość nie jest wówczas przyjemnością. To stanowi zalążek wszystkich 
działań, które nie są rezultatem napięć, sprzeczności, poszukiwania 

background image

samorealizacji czy powabów władzy. 
 
Okno pokoju wychodziło na ogród, a jakieś dziesięć metrów poniżej 

płynęła szeroko rozlana rzeka, dla jednych święta, dla innych zaś 

piękna płaszczyzna wody skierowana ku niebu i ku chwale poranka. Widać 
było jej drugi brzeg, a dalej wioskę, rozłożyste drzewa i niedawno 
zasianą ozimą pszenicę. Za oknem lśniła gwiazda poranna, słońce 

łagodnie wschodziło ponad drzewami. I rzeka stała się dla słońca 

złocistą drogą. 
 

Po zmroku w pokoju panowały głębokie ciemności, a za szerokim oknem 
rozciągało się całe południowe niebo. Pewnej nocy przez to okno wpadł - 
z głośnym trzepotem skrzydeł - ptak. Zapaliłeś światło, wstałeś i 

ujrzałeś go pod łóżkiem. Wysoka na jakieś pół metra sowa, miała 
niezwykle szeroko rozwarte, ogromne oczy i groźny dziób. 

Przyglądaliście się sobie z bliska, oddaleni o jeden czy dwa metry. 
Bała się światła i bliskości człowieka. Dość długo spoglądaliście na 
siebie bez mrugnięcia powiek; sowa ani na chwilę nie straciła swego 

dostojeństwa i dzikiej godności. Widziałeś jej okrutne szpony, jasne 
pióra i ściśle przywarte do tułowia skrzydła. Chętnie byś jej dotknął, 
pogłaskał, ale by na to nie pozwoliła. Tak więc zgasiłeś światło i czas 
jakiś w pokoju panowała cisza. Po czym rozległ się trzepot skrzydeł - 
na twarzy poczułeś powiew - i sowa wyfrunęła przez okno. Nigdy nie 

wróciła. 
 
Powiadali, że ta starożytna świątynia miała ponad trzy tysiące lat, 
ale, jak wiadomo, ludzie przesadzają. Z pewnością stała tu od wieków; 

kiedyś służyła buddystom, a jakieś siedemset lat temu przekształcono ją 

w świątynię hinduistyczną, umieszczając w miejscu Buddy jakieś 
indyjskie bóstwo. Wewnątrz panował głęboki mrok i tajemniczy nastrój. W 
kolumnowych salach, długich korytarzach zdobionych pięknymi 
płaskorzeźbami, unosił się zapach nietoperzy i kadzideł. 
 

Wierni krążyli pojedynczo lub w małych grupach, świeżo wykąpani, ze 
złożonymi dłońmi. Chodzili po tych korytarzach, a mijając posążek 
przyodziany w jaskrawe jedwabie, padali na twarze. Kapłan w centralnym 
sanktuarium śpiewał; miło było słuchać poprawnego sanskrytu. Nie 

spieszył się, słowa z głębi świątyni docierały łagodne i dostojne. 

Przebywały tam dzieci, stare kobiety, młodzi mężczyźni. Ludzie interesu 
zdjęli swoje europejskie garnitury i włożyli dhoti, a teraz przepojeni 
wielką czcią siedzieli lub stali ze złożonymi dłońmi, z obnażonymi 
ramionami. 
 

Do pełnej wody, świętej sadzawki wiodło w dół wiele stopni, a otaczały 

ją wyrzeźbione w skale kolumny. Wszedłeś do świątyni z zakurzonej 
drogi, hałaśliwej i zalanej jasnym, ostrym światłem słońca, wewnątrz 
zaś panowały mrok i cisza. Nie było tam ani świec, ani klęczących wokół 
ludzi, a tylko pielgrzymi okrążający sanktuarium, bezgłośnie 

poruszający wargami, pogrążeni w modlitwie. 

 
 

Tego popołudnia ktoś do nas przyszedł. Przedstawił się jako wyznawca 
wedanty . Mówił płynnie po angielsku, jako że ukończył jeden z 
uniwersytetów, miał żywy, przenikliwy intelekt. Jako prawnik zarabiał 

doskonale, jego bystre oczy spoglądały badawczo, uważnie i jakoś 
niespokojnie. Okazało się, że bardzo wiele przeczytał, łącznie z 
pracami zachodnich teologów. Mężczyzna w średnim wieku, dość chudy i 

background image

wysoki, o godnej postawie prawnika, który wygrał wiele spraw. 
 
"Słuchałem pańskiej mowy - powiedział - i to jest czysta wedanta, 

uwspółcześniona, ale o prastarej tradycji". Zapytaliśmy go, co rozumie 

przez wedantę. Odparł: "Twierdzimy, iż istnieje tylko brahman, 
stwarzający zarówno świat, jak i jego złudny obraz, i że pochodzi też 
od niego - tkwiący w każdej ludzkiej istocie - atman. Człowiek musi 

przebudzić się ze stanu tej codziennej świadomości zróżnicowania i 

świata zjawiskowego, tak jakby budził się ze snu. Podobnie jak ten, 
który śni, stwarza cały swój sen, tak indywidualna świadomość stwarza 

cały świat zjawiskowy i innych ludzi. Pan tego wszystkiego nie mówi, 
ale z pewnością o to właśnie panu chodzi, albowiem urodził się pan i 
wychował w tym kraju i, mimo spędzenia większości życia za granicą, 

stanowi pan część tej starożytnej tradycji. Indie pana uformowały, czy 
pan tego chce, czy nie; jest pan wytworem Indii i ma hinduski umysł. 

Pańskie gesty, ten posągowy spokój w trakcie mowy i sam wygląd stanowią 
część tego dziedzictwa. Nauczanie pańskie jest oczywistą kontynuacją 
tego, czego od niepamiętnych czasów nauczali nasi starożytni". 

 
Pomińmy to, czy mówca jest Hindusem wychowanym w tej tradycji, 
uwarunkowanym przez tę kulturę i czy jednoczy w sobie to starożytne 
nauczanie. Przede wszystkim nie jest Hindusem, to znaczy nie należy do 
tego narodu czy do społeczności braminów, choć się w niej urodził. 

Odrzuca tę właśnie tradycję, którą mu pan przypisuje. Przeczy temu, by 
jego nauczanie stanowiło kontynuację owych pradawnych nauk. Nie czytał 
żadnej ze świętych ksiąg Indii czy Zachodu, ponieważ nie są one 
potrzebne komuś, kto zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w świecie 

- z zachowania ludzi, z ich niezliczonych teorii, z zaakceptowanej 

propagandy trwającej od dwóch czy pięciu tysięcy lat, która 
przeobraziła się w tradycję, prawdę, objawienie. 
 
Dla człowieka, który całkowicie i w pełni odmawia zaakceptowania słowa, 
symbolu wraz z jego uwarunkowaniami, prawda nie jest czymś 

zapożyczonym. Od samego początku - o ile pan go słuchał - twierdził, że 
jakakolwiek akceptacja autorytetu jest samym zaprzeczeniem prawdy i 
podkreślał, iż człowiek musi żyć poza wszelkimi kulturami, tradycjami i 
społeczną moralnością. Gdyby go pan słuchał, to by pan nie twierdził, 

iż jest on Hindusem lub że kontynuuje starożytną tradycję we 

współczesnym języku. On całkowicie odrzuca przeszłość, jej nauczycieli 
i interpretatorów, jej teorie i formuły. 
 
Prawdy nie ma w przeszłości. Prawda przeszłości to prochy pamięci; 
pamięć dotyczy czasu, a w martwych prochach dnia wczorajszego nie ma 

prawdy. Prawda jest czymś żywym, nie należącym do dziedziny czasu. 

 
Pominąwszy więc to wszystko, możemy teraz przejść do problemu 
zasadniczego, czyli do postulowanego przez was brahmana. Z pewnością, 
widzi pan, samo to twierdzenie jest teorią wymyśloną przez umysł o 

bujnej wyobraźni - Śankary czy współczesnego uczonego teologa. Pan może 

doświadczyć teorii i powiedzieć, że to jest właśnie tak, ale podobnie 
człowiek, który został wychowany w świecie katolickim i przezeń 

uwarunkowany, doznaje wizji Chrystusa. Takie wizje stanowią, rzecz 
jasna, projekcję jego własnych uwarunkowań; zaś ludzie wychowani w 
tradycji Kriszny mają doznania i wizje zrodzone z ich kultury. A zatem 

doznania niczego nie dowodzą. Uznanie wizji za Chrystusa lub Krisznę 
jest rezultatem uwarunkowanej wiedzy; tak więc w ogóle nie jest ona 
realna, jest wymysłem, mitem spotęgowanym przez doznania, czymś 

background image

całkowicie nieprawomocnym. Dlaczego w ogóle pragniecie teorii i 
oferujecie coś, w co należy wierzyć? To nieustanne utwierdzanie się w 
wierze jest symptomem lęku - przed życiem codziennym, przed 

cierpieniem, przed śmiercią i przed całkowitym bezsensem życia. Widząc 

to wszystko, wymyślacie teorię, a im bardziej jest ona pomysłowa i 
uczona, tym większą przywiązujecie do niej wagę. A w wyniku trwającej 
dwa czy dziesięć tysięcy lat propagandy ta teoria w sposób nieuchronny 

i głupi staje się "prawdą". 

 
Ale jeśli nie wysuwacie żadnego dogmatu, to stajecie twarzą w twarz z 

tym, co faktycznie jest. "To, co jest" jest myślą, przyjemnością, 
cierpieniem i lękiem przed śmiercią. Gdy zrozumiecie strukturę swego 
codziennego życia - pełnego współzawodnictwa, chciwości, ambicji i 

dążenia do władzy - pojmiecie nie tylko absurdalność teorii, zbawicieli 
i guru, ale być może położycie kres cierpieniu, zniweczycie całą tę 

stworzoną przez myśl strukturę. 
 
Wniknięcie w tę strukturę i zrozumienie jej jest medytacją. Wtedy 

pojmiecie, że ten świat nie jest złudzeniem, ale straszliwą 
rzeczywistością, zbudowaną przez człowieka wspólnie z innymi ludźmi. To 
właśnie musimy zrozumieć, a nie wasze wedantyczne teorie powiązane z 
rytuałami i wszelkimi akcesoriami zinstytucjonalizowanej religii. 
 

Tylko umysł człowieka wolnego, nie powodowanego lękiem, zazdrością czy 
cierpieniem, spontanicznie staje się cichy i spokojny. Wówczas nie 
tylko z chwili na chwilę może on dostrzegać prawdę w życiu codziennym, 
ale jest w stanie wykroczyć poza wszelkie postrzeżenia; w rezultacie 

znika obserwujący i to, co obserwowane, i kończy się rozdwojenie. 

 
A poza tym wszystkim - i nie jest to teoria - istnieje, nie związany z 
tą walką, próżnością i rozpaczą, strumień, który nie ma początku ani 
końca; niezmierzony ruch, którego umysł nie jest w stanie pochwycić. 
 

Oczywiście, słuchając moich słów, spróbuje pan zrobić z tego teorię, a 
jeśli się spodoba, będzie ją pan propagował. Jednak to, co propagowane, 
nie jest prawdą. Prawda pojawia się tylko wtedy, gdy jest się wolnym od 
bólu, niepokoju i agresji, które teraz wypełniają pańskie serce i 

umysł. Jeśli pan to wszystko ujrzy i napotka to błogosławieństwo zwane 

miłością, wtedy pojmie pan prawdę tych słów. 
 

 
W medytacji ważna jest jakość umysłu i serca. Nie to, co zyskujecie, 

nie przypisywane sobie osiągnięcia, ale umysł, który jest nieskalany i 

bezbronny. Stan pozytywny pojawia się dzięki negacji. Samo gromadzenie 
doświadczeń lub życie w ich obrębie niweczą czystość medytacji. 
Medytacja nie jest środkiem wiodącym do jakiegoś celu. Jest zarówno 
środkiem, jak i celem. Doznania nie mogą sprawić, by umysł stał się 

nieskalany. To negacja doznań wywołuje ów pozytywny stan czystości, 

którego myśl nie jest w stanie kształtować. Myśl nigdy nie jest czysta. 
Medytacja ucisza myśl; nie dokonuje tego medytujący, on bowiem jest 

medytacją. Bez medytacji żyjemy niczym ślepcy w cudownym świecie 
świateł i barw. 
 

Wędruj brzegiem morza i pozwól, by ta medytacja na ciebie zstąpiła. 
Jeżeli tak się stanie, nie podążaj za nią. To, za czym podążasz, będzie 
wspomnieniem tego, czym ona była - a to, co było, zabija to, co jest. A 

background image

kiedy wędrujesz wśród wzgórz, pozwól, by wszystko wokół opowiadało ci o 
pięknie i bólu życia; w ten sposób uświadomisz sobie własne cierpienie 
i położysz mu kres. Medytacja jest korzeniem, łodygą, liśćmi, kwiatem i 

owocem. To słowa oddzielają owoc, kwiat, liście, łodygę i korzeń. Gdy 

dokona się taki podział, działanie nie rodzi dobra: cnota jest 
postrzeganiem całościowym. 
 

 

Ta długa, wąska, cienista droga z drzewami rosnącymi po obu stronach, 
wiła się wśród zielonych pól porośniętych lśniącym, dojrzewającym 

zbożem. Słońce rzucało ostre cienie, a mijane wioski były brudne, 
niechlujne i udręczone biedą. Starsi ludzie wyglądali chorobliwie i 
smutno, ale dzieci krzyczały, bawiły się w kurzu i rzucały kamieniami w 

siedzące wysoko na drzewach ptaki. W ten przyjemny, chłodny ranek, 
wśród wzgórz wiał ożywczy wiatr. 

 
Ptaki od świtu robiły mnóstwo hałasu. Papugi, ledwo widoczne wśród 
zielonych liści drzew, w tamaryndowcu miały kilka dziupli służących im 

za mieszkanie. Latały zygzakiem, ochryple skrzecząc. Szpaki siedziały 
na ziemi. Nie zachowywały się zbyt płochliwie, można było podejść dość 
blisko, nim odtruwały. A na drutach po przeciwnej stronie drogi 
siedziała złocistozielona muchołówka. Poranek był piękny, słońce 
jeszcze zbytnio nie przypiekało. W powietrzu unosiło się 

błogosławieństwo i ten spokój, jaki panuje, nim człowiek zbudzi się ze 
snu. 
 
Drogą przejeżdżał, ciągnięty przez konia, dwukołowy wóz; na jego 

platformie między czterema słupkami rozpięto markizę. Pod nią, owinięte 

w białe i czerwone sukno, leżały zwłoki, które wieziono nad rzekę, by 
je spalić na brzegu. Obok woźnicy siedział człowiek, prawdopodobnie 
krewny zmarłego, a ciało podskakiwało na tym wyboistym trakcie. 
Przyjechali zapewne z daleka, koń bowiem ociekał potem, a zwłoki 
wyglądały na zupełnie zesztywniałe. 

 
 
Mężczyzna, który nas tego dnia odwiedził, był - jak wyznał - 
instruktorem artyleryjskim w marynarce wojennej. Przyszedł z żoną i 

dwójką dzieci, biła od niego powaga. Po przywitaniu oznajmił, iż 

pragnie znaleźć Boga. Był mało elokwentny i chyba nieśmiały. Jego 
dłonie i twarz świadczyły o pewnych uzdolnieniach, ale w głosie i 
spojrzeniu dało się wyczuć jakąś surowość - w końcu uczył sztuki 
zabijania. Zdawało się, że Bóg jest tak odległy od jego codziennych 
zajęć. Sprawiało to niesamowite wrażenie, siedział tu bowiem człowiek, 

który twierdził, iż gorliwie poszukuje Boga, a jednocześnie warunki 

życiowe zmuszały go do instruowania innych, jak zabijać. 
 
Powiedział, że jest człowiekiem religijnym i przeszedł przez wiele 
szkół różnych tak zwanych świętych ludzi. Żaden z nich go nie zadowolił 

i oto podjął długą podróż pociągiem i autobusem, aby się z nami 

spotkać, chciał bowiem dowiedzieć się, jak odnaleźć ten dziwny świat, 
którego szukali ludzie i święci. Jego żona i dzieci milczeli pełni 

szacunku, a na gałęzi tuż za oknem, delikatnie sobie gruchając, 
przysiadł jasnobrązowy gołąb. Mężczyzna ani razu nie spojrzał na ptaka, 
a dzieci i ich matka siedzieli sztywno, nerwowo i bez uśmiechu. 

 
Nie można znaleźć Boga; nie ma na to sposobu. Człowiek wymyślił wiele 
dróg, religii, wiar, wielu zbawców i nauczycieli, o których sądzi, że 

background image

dopomogą mu znaleźć to nieprzemijające szczęście. Niestety, 
poszukiwanie prowadzi do rozmaitych umysłowych fantazji, do pewnych 
wizji, które umysł wytworzył i określił za pomocą tego, co zna. Miłość, 

jakiej człowiek poszukuje, jest niweczona przez sposób jego życia. Nie 

można w jednej ręce trzymać karabinu, a w drugiej Boga. Bóg jest 
jedynie symbolem, słowem, które faktycznie straciło swój sens, 
zniszczyły go bowiem kościoły i miejsca kultu. Oczywiście ten, kto nie 

wierzy w Boga, przypomina wierzącego; obaj cierpią i przeżywają niedole 

krótkiego i bezcelowego życia; a gorycze dnia codziennego pozbawiają to 
życie sensu. Rzeczywistość nie leży u kresu strumienia myśli, a puste 

serce wypełniają pomyślane słowa. Stajemy się bardzo przebiegli, 
wymyślamy nowe filozofie, a potem, gdy zawodzą, pogrążamy się w 
rozpaczy. Wynaleźliśmy teorie mówiące, jak osiągnąć to, co ostateczne, 

a potem wyznawca idzie do świątyni i pogrąża się w wytworach własnego 
umysłu. Ani mnich, ani człowiek świątobliwy tej rzeczywistości nie 

znajdą, bowiem obaj stanowią część tradycji, kultury, która uznaje ich 
za świętych i mnichów. 
 

Gołąb odfrunął, a nad ziemią unosi się piękno spiętrzonej chmury. 
Prawda jest tam, gdzie nigdy się nie spogląda. 
 

 

W tym starym ogrodzie władców z dynastii Mogołów rosło wiele ogromnych 
drzew. Wznosiły się tam wielkie budowle, ich mroczne wnętrza kryły 
marmurowe grobowce, a deszcze i wiatry sprawiły, że kamienie ścian, a 
zwłaszcza kopuły, pociemniały. Siedziały na nich setki gołębi 

walczących z krukami o miejsce. Niżej na kopule pełno było papug 

zlatujących się zewsząd stadami. Zadbane trawniki starannie strzyżono i 
podlewano. Panował tam spokój i, o dziwo, nie było zbyt tłocznie. 
Wieczorem służący z okolicy przyjeżdżali na rowerach, by na trawniku 
pograć w karty. Oni tę grę rozumieli, ale obserwator spoza ich kręgu 
nie mógłby się połapać w regułach. W pobliżu innego grobowca bawiły się 

gromadki dzieci. 
 
Jeden z grobowców wyróżniał się wspaniałością, ogromnymi łukami, 
znakomitymi proporcjami i asymetrycznym murem w tle. Zbudowano go z 

cegieł, pod działaniem słońca i deszczu pociemniał, niemal poczerniał. 

Napis głosił, by nie niszczyć kwiatów, ale nikt się nim chyba nie 
przejmował, gdyż i tak je zrywano. 
 
Za aleją eukaliptusową rozciągał się ogród różany otoczony popękanym 
murem. Ten ogród, pełen wspaniałych róż, był pięknie zadbany, świeżo 

strzyżona trawa zawsze się zieleniła. Przychodziło tam chyba niewielu 

ludzi i można było spacerować w samotności, spoglądając na słońce 
zachodzące za drzewami i za kopułą grobowca. Panował tam wielki spokój, 
zwłaszcza pod wieczór, wśród długich cieni, z dala od zgiełku miasta, 
od nędzy i od brzydoty ludzi bogatych. Cyganie wyrywali z trawników 

chwasty. Człowiek stopniowo niszczył to przepiękne miejsce. 

 
W odległym zakątku trawnika siedział w pozycji kwiatu lotosu mężczyzna, 

za nim stał rower. Miał zamknięte oczy, jego wargi się poruszały. Trwał 
w tej pozycji przez ponad pół godziny, całkowicie odcięty od świata, od 
przechodniów i wrzasku papug. Jego ciało ani drgnęło. W dłoniach 

trzymał różaniec okryty kawałkiem tkaniny. Jedynie palce i wargi 
wykonywały dostrzegalne ruchy. Przychodził tu co wieczór, zapewne po 
całodniowej pracy. Był dość biedny, lecz nieźle odżywiony. Zawsze 

background image

pojawiał się w tym zakątku, by pogrążyć się w sobie. Gdyby go spytano, 
co robi, odparłby, że medytuje, powtarza pewną modlitwę lub mantrę - i 
to mu wystarczało. Dawało wytchnienie od codziennej monotonii życia. 

Siedział na trawniku sam. Za nim kwitł jaśmin, wokół rosło mnóstwo 

kwiatów, otaczało go piękno tej chwili. Jednak on tego piękna nie 
dostrzegał, pogrążony w pięknie, które sam stworzył. 
 

 

Medytacja nie polega na powtarzaniu jakiegoś słowa, doznawaniu wizji 
czy pogrążaniu się w ciszy. Różaniec i słowo wyciszają paplaninę 

umysłu, ale jest to pewna odmiana autohipnozy. Równie dobrze można by 
zażyć pigułkę. 
 

Medytacja nie polega na przyoblekaniu się w jakieś myślowe schematy, na 
poddawaniu się czarowi przyjemności. Medytacja nie zaczyna się, a zatem 

się nie kończy. 
 
Jeśli powiadasz "Od dziś zaczynam kontrolować swe myśli, nieruchomo 

siedzieć w postawie medytacyjnej, regularnie oddychać", to dajesz się 
zwieść sztuczkom, za pomocą których oszukujemy sami siebie. Medytacja 
nie polega na tym, że pochłania nas jakaś wspaniała idea lub obraz: to 
tylko ucisza nas na moment, tak jak dziecko pochłonięte zabawką na 
chwilę się uspokaja. Ale gdy tylko zabawka przestaje budzić 

zainteresowanie, powraca niepokój i zaczynają się psoty. Medytacja nie 
polega na podążaniu niewidoczną ścieżką wiodącą do jakiegoś 
wyimaginowanego szczęścia. Medytujący umysł postrzega - patrzy, słucha, 
bez słów, bez komentarzy, bez opinii - przez cały dzień uważnie śledzi 

ruch życia we wszystkich jego związkach. A w nocy, gdy cały organizm 

odpoczywa, medytujący umysł nie śni, czuwał bowiem od świtu do zmroku. 
Sny miewa tylko człowiek opieszały; tylko ten, kto trwa w półśnie, 
potrzebuje wskazówek dotyczących jego własnych stanów. Ale w miarę, jak 
umysł patrzy, słucha poruszeń życia, zarówno zewnętrznego, jak i 
wewnętrznego, spływa na niego cisza, która nie jest wytworem myśli. 

 
Nie jest to cisza, jakiej doznać może ten, kto obserwuje. Jeśli jej 
doznaje i rozpoznaje ją, to ona nie jest już ciszą. Cisza medytującego 
umysłu nie mieści się w granicach tego, co rozpoznawalne, albowiem nie 

ma ona granic. Istnieje tylko cisza, w niej niknie przestrzeń 

podziałów. 
 
 
Wzgórza okrywały chmury, deszcz zmywał skały i wielkie głazy rozrzucone 
po okolicy. Szary granit przecinała czarna smuga; tego ranka ta ciemna, 

bazaltowa skała, obmyta strugami deszczu, pociemniała jeszcze bardziej. 

Sadzawki napełniały się wodą, żaby wydawały gardłowe odgłosy. Stado 
papug nadleciało znad pól, szukając schronienia, małpy wdrapywały się 
na drzewa, a czerwona ziemia ściemniała. 
 

Podczas deszczu panuje szczególna cisza, a tego ranka wydawało się, że 

wszystkie dźwięki w dolinie umilkły - odgłosy gospodarstw, ścinanych 
drzew i warkot traktora. Słychać było jedynie krople opadające z dachu 

i bulgotanie wody w rynnach. 
 
Jak to cudownie czuć na sobie deszcz, przemoknąć do suchej nitki i 

poczuć, z jaką rozkoszą ziemia i drzewa wchłaniają wodę; nie padało 
bowiem już od dawna i oto teraz małe pęknięcia w ziemi zwierały się. 
Deszcz uciszył śpiewy licznych ptaków. Chmury nadciągały ze wschodu, 

background image

ciemne, ciężkie i odpływały na zachód. Zagarniały ze sobą wzgórza, a 
zapach ziemi przenikał do każdego zakamarka. Padało przez cały dzień. 
 

Ciszę nocną przerywały pohukiwania sów nawołujących się ponad doliną. 

 
 
Był nauczycielem szkolnym, braminem, ubranym w czyste dhoti. Miał gołe 

stopy i europejską koszulę, schludny mężczyzna o przenikliwym 

spojrzeniu. W jego zachowaniu dało się wyczuć łagodność, a słowa 
powitania wyrażały pokorę. Niezbyt wysoki, mówił dość dobrze po 

angielsku, uczył bowiem w mieście tego języka. Nie zarabiał, jak 
wyznał, zbyt wiele i, jak wszyscy nauczyciele na świecie, borykał się z 
problemami finansowymi. Miał oczywiście żonę i dzieci, ale nie 

wspominał o tym, tak jakby niewiele to dla niego znaczyło. Był dumny 
nie dlatego, iż coś osiągnął albo się dobrze lub bogato urodził, 

charakteryzowała go natomiast ta duma starożytnej rasy, przedstawiciela 
odwiecznej tradycji, systemu intelektualnego i moralnego, który 
faktycznie nie miał nic wspólnego z tym, kim był naprawdę. Jego duma 

wiązała się z przeszłością, którą reprezentował, a lekceważenie przezeń 
dzisiejszych komplikacji życia stanowiło gest człowieka, który uważa to 
wszystko za nieuniknione-ale-jakże-zbędne. Mówił z południowym 
akcentem, twardo i głośno. Wyznał, że przez wiele lat słuchał mów, tu 
pod tymi drzewami. Po raz pierwszy, gdy był jeszcze uczniem licealnym, 

przyprowadził go ojciec, później, odkąd otrzymał obecną, marną pracę, 
przybywał tutaj co rok. 
 
"Słuchałem pana przez wiele lat. Być może intelektualnie rozumiem, co 

pan mówi, ale to chyba nie przenika zbyt głęboko. Podoba mi się 

sceneria tych drzew, pod którymi wygłasza pan mowy i patrzę na zachód 
słońca, gdy pan go - tak często w trakcie mów - wskazuje, ale tego nie 
czuję, nie potrafię dotknąć liścia i odczuć radości cieni tańczących na 
ziemi. Faktycznie nic nie czuję. Bardzo wiele, rzecz jasna, czytałem, 
zarówno literaturę angielską, jak i rodzimą. Potrafię recytować 

wiersze, ale wymyka mi się piękno leżące poza słowem. Staję się coraz 
surowszy, nie tylko w stosunkach z żoną i z dziećmi, ale ze wszystkimi. 
W szkole częściej krzyczę. Zastanawiam się, dlaczego przestało mnie 
cieszyć zachodzące słońce - jeśli kiedykolwiek cieszyło! Zastanawiam 

się, dlaczego nie oburza mnie już całe zło istniejące na świecie. 

Postrzegam chyba wszystko intelektualnie i prawie z każdym mogę - tak 
mi się przynajmniej wydaje - rozumnie dyskutować. A zatem, dlaczego 
rozwiera się ta przepaść między intelektem a sercem? Dlaczego utraciłem 
miłość i to uczucie autentycznego współczucia i troski?" 
 

Proszę spojrzeć na to pnącze za oknem. Czy w ogóle pan je widzi? Czy 

widzi pan na nim odblaski światła, przejrzystość liści, barwę, kształt, 
charakter tej rośliny? 
 
"Patrzę na nią, ale nic to dla mnie nie znaczy. I takich jak ja są 

miliony. A zatem wracam do swego pytania - dlaczego rozwiera się ta 

przepaść pomiędzy intelektem a uczuciami?" 
 

Czy jest tak dlatego , że źle nas wykształcono, rozwijając jedynie 
pamięć, a nigdy, od najwcześniejszego dzieciństwa, nie pokazano nam 
drzewa, kwiatu, ptaka lub rozlanych wód? Czy dlatego, że 

zmechanizowaliśmy życie? Czy z powodu przeludnienia? Na każdą posadę 

czekają tysiące chętnych. A może jest tak z powodu dumy, dumy z własnej 
sprawności, dumy rasowej, dumy z myślowego sprytu? Czy sądzi pan, że 

background image

tak właśnie jest? 
 
Pyta pan, czy jestem dumny - tak, jestem". 

 

To jednak jest tylko jeden z powodów, dla których tak zwany intelekt 
dominuje. Czy dzieje się tak dlatego , że niesłychanej wagi nabrały 
słowa, a nie to, co kryje się poza czy ponad nimi? Lub dlatego , iż 

doznał pan niepowodzeń, że na różne sposoby, być może nie zdając sobie 

z tego sprawy, uległ pan zahamowaniom? We współczesnym świecie panuje 
kult intelektu, a im ktoś jest bardziej sprytny i przebiegły, tym 

więcej zyskuje. 
 
"Być może to wszystko prawda, ale co to ma za znaczenie? Oczywiście 

możemy bez końca analizować, opisywać przyczyny, ale czy to zapełni 
przepaść pomiędzy umysłem a sercem? To właśnie chcę wiedzieć. Czytałem 

niektóre książki psychologiczne i naszą rodzimą starożytną literaturę, 
ale nic mnie nie poruszyło. A zatem przyszedłem teraz do pana, choć dla 
mnie jest już chyba za późno". 

 
Czy naprawdę zależy panu na tym, aby umysł i serce zlały się w jedno? 
Czy nie jest pan faktycznie zadowolony ze swych intelektualnych 
zdolności? Być może pytanie, jak zespolić umysł i serce, ma charakter 
jedynie akademicki? Dlaczego zależy panu na uzyskaniu tej jedności? To 

nadal jest problem intelektualny, nie wypływa z autentycznej troski o 
zanik własnych uczuć, co stanowi część pańskiego ja, nieprawdaż? 
Podzieliwszy życie na intelekt i serce, obserwuje pan intelektualnie, 
jak serce więdnie i werbalnie to pana niepokoi. A niech zwiędnie! Niech 

pan żyje samym intelektem. Czy to możliwe? 

 
"Ależ doznaję uczuć". 
 
A czy te uczucia nie są w rzeczywistości sentymentalnym, emocjonalnym 
pobłażaniem sobie? O tym, rzecz jasna, nie mówimy. Mówimy: Wyzbądź się 

miłości, jest nieważna. Żyj bez reszty swym intelektem i werbalnymi 
sztuczkami, swą przebiegłą argumentacją. I kiedy faktycznie tak pan 

żyje - co się dzieje? Pański sprzeciw budzi destruktywny charakter tego 
intelektu, który pan tak czci. Ten destruktywny charakter wywołuje tak 

wiele problemów. Zapewne dostrzega pan skutki intelektualnych działań w 

świecie - wojny, współzawodnictwo, arogancja władzy - i może przeraża 
pana to, co jeszcze się zdarzy, przeraża ludzka niemoc i rozpacz. 
Dopóki trwa ten podział między uczuciami a intelektem, dominacja 

jednego nad drugim, dopóty muszą się one wzajemnie niszczyć; nie ma 
między nimi pomostu. Mógł pan słuchać tych mów przez wiele lat i być 

może bardzo się pan starał, aby umysł i serce zjednoczyć, ale to umysł 

podejmuje ten wysiłek, a zatem podporządkowuje sobie serce. Miłość nie 
należy do żadnego z nich, obca jest jej bowiem dominacja. Nie jest to 

coś zrodzonego przez myśl czy przez uczucie. Nie jest to ani słowo 

stworzone przez intelekt, ani zmysłowa reakcja. Powiada pan "Muszę 
kochać, aby zaś kochać, muszę rozwijać serce". Ale jest to rozwój 

umysłowy, a zatem zachowuje odrębność serca i umysłu; nie można ich 
połączyć czy zjednoczyć dla jakiegoś utylitarnego celu. Miłość musi 
stanowić początek starań, a nie ich kres. 

 

"A zatem, co mam czynić?" 

 

Jego oczy zajaśniały, ciało poruszyło się. Wyjrzał przez okno i powoli 
coś się w nim rozpalało. Nie można niczego uczynić. Proszę w to nie 

background image

ingerować! Proszę słuchać. I zobaczyć, jak piękny jest ten kwiat. 
 

 

Medytacja rozwija to, co nowe. Jest poza i ponad powtarzającą się 
przeszłością - medytacja kładzie tym powtórzeniom kres. Śmierć, 
wywołana medytacją, unieśmiertelnia to, co nowe. Nie należy ono do 

dziedziny myśli, a medytacja wycisza myśl. 

 
Medytacja to nie osiągnięcie, pogoń za jakąś wizją czy ekscytacja 

wrażeniami. Jest niczym nieposkromiona rzeka wartko płynąca i 
występująca z brzegów. Jest muzyką bez dźwięków; nie da się jej oswoić 
i spożytkować. Jest ciszą, w której od samego początku nie ma tego, kto 

obserwuje. 
 

Słońce jeszcze nie wzeszło; między drzewami lśniła gwiazda poranna. 
Panowała naprawdę niezwykła cisza. Nie cisza oddzielająca dwa dźwięki 
czy dwie nuty, ale cisza istniejąca bez powodu - cisza, jaka musiała 

panować na początku świata. Ogarniała całą dolinę i wzgórza. 
 
Dwie duże, nawołujące się sowy, jej nie zakłócały, a pies wyjący w 
oddali do księżyca stanowił część tego bezmiaru. Gdy słońce ukazało się 
ponad wzgórzem, wyjątkowo obfita rosa rozbłysła mnóstwem barw i tą 

poświatą, jaką rzucają jego pierwsze promienie. 
 
Delikatne liście żakarandy uginały się od rosy, ptaki podlatywały, by 
zażyć porannej kąpieli; trzepotały skrzydłami tak, aby woda z listków 

zwilżyła im pióra. Kruki ze szczególnym uporem przeskakiwały z gałęzi 

na gałąź, wciskały głowę między liście, trzepotały skrzydłami i 
wygładzały pióra dziobem. Było ich na jednej grubej gałęzi z pół 
tuzina, na całym tym drzewie siedziało też wiele innych kąpiących się 
ptaków. 
 

A ta cisza rozprzestrzeniała się, zdawała się przekraczać linię wzgórz. 
Jak zwykle dzieci krzyczały i śmiały się, gospodarstwo budziło się za 
snu. 
 

Zapowiadał się chłodny dzień. Światło słońca padło teraz na wzgórza, 

bardzo stare, podobno najstarsze na świecie. Skały o przedziwnych 
kształtach sprawiały wrażenie bardzo starannie wyciosanych i 
poustawianych jedna na drugiej; ale żaden wiatr czy pchnięcie nie 
byłyby w stanie naruszyć ich równowagi. 
 

Przez tę odległą od miast dolinę wiodła droga do innej wioski. Tą 

wyboistą drogą nie jeździły samochody czy autobusy, które zakłócałyby 
odwieczny spokój tego miejsca. Woły ciągnęły wozy, ale ich ruch 
stanowił część wzgórz. Wyschnięte koryto rzeki jedynie po ulewnych 
deszczach napełniało się wodą o barwie będącej mieszaniną czerwieni, 

żółci i brązu; lecz i ona wydawała się płynąć wraz ze wzgórzami. 

Wieśniacy zaś, przechodzący cicho obok, przypominali skały. 
 

Dzień wolno mijał, a pod wieczór, gdy słońce kryło się za pagórki, 
ponad wzgórzami, przez lasy, nadciągnęła z oddali cisza, otulając małe 
krzaczki i prastary figowiec. A kiedy gwiazdy rozbłysły, stała się 

niezwykle intensywna, prawie nie do zniesienia. 
 
Zgaszono małe, wiejskie lampki, a gdy wszyscy zasnęli, intensywność tej 

background image

ciszy pogłębiła się, poszerzyła i niesłychanie spotęgowała. Nawet 
wzgórza umilkły jeszcze bardziej, bo i one przerwały swe szepty, 
zamarły w bezruchu, wydawało się, że tracą swój olbrzymi ciężar. 

 

Powiedziała, że ma czterdzieści pięć lat; starannie ubrana w sari, na 
przegubach rąk nosiła bransolety. Towarzyszący jej starszy mężczyzna 
przedstawił się jako wuj. Usiedliśmy wszyscy na podłodze, przed nami 

roztaczał się widok na duży ogród, w którym rósł krzew pieprzowca, 

kilka drzew mango, jaskrawo kwitnące pnącza i palmy. Bił od niej 
straszliwy smutek. Jej ręce wciąż drżały i z trudnością powstrzymywała 

się, by nie zacząć mówić, a może, by nie wybuchnąć płaczem. 
"Przyszliśmy porozmawiać z panem o mojej siostrzenicy - rzekł wuj. - 
Kilka lat temu umarł jej mąż, a potem syn. Od tego czasu wciąż płacze, 

bardzo się postarzała. Nie wiemy, co robić. Zwykłe rady lekarzy nie 
pomagają, ona najwyraźniej traci kontakt ze swymi dziećmi. Chudnie. Nie 

wiemy, czym to się skończy, uparła się, by pana odwiedzić". 
 
"Cztery lata temu straciłam męża. Był lekarzem, umarł na raka. Ukrywał 

to przede mną, dowiedziałam się o tym dopiero na jakiś rok przed 
śmiercią. Straszliwie cierpiał, choć lekarze dawali mu morfinę i inne 
środki znieczulające. Na moich oczach marniał i w końcu umarł". 
 
Przerwała, prawie dławiąc się łzami. Na gałęzi siedział gołąb, cicho 

gruchając. Był brązowo-szary, miał małą głowę i spory tułów - nie za 
duży, wszak to gołąb. Akurat odleciał, a poruszona przez ptaka gałąź 
kołysała się w górę i w dół. 
 

"Jakoś nie mogę znieść mojej samotności, tej bezsensownej egzystencji 

bez niego. Kochałam swoje dzieci; miałam ich troje, chłopca i dwie 
dziewczynki. W zeszłym roku chłopiec przysłał ze szkoły list, że nie 
czuje się dobrze, a kilka dni później dyrektor zatelefonował, by mi 
powiedzieć, że syn nie żyje". 
 

W tym momencie straciła panowanie nad sobą i zaczęła płakać. Pokazała 
list od chłopca, który pisał, iż chciałby przyjechać do domu, gdyż 
niedobrze się czuje i wyrażał nadzieję, że matka jest zdrowa. Syn, jak 
wyjaśniła, troszczył się o nią; zamiast jechać do szkoły, chciał z nią 

pozostać. W jakimś stopniu zmusiła go do wyjazdu, obawiając się, by jej 

żal źle na niego nie wpłynął. A teraz było za późno. Obie dziewczynki, 
jak powiedziała, były zbyt małe, by zdać sobie w pełni sprawę z tego, 
co zaszło. Nagle wybuchła: 
 
"Nie wiem, co robić. Ta śmierć podważyła podstawy mego życia. Nasze 

małżeństwo, tak jak dom, wznosiliśmy starannie na czymś, co uważaliśmy 

za trwały fundament. A teraz to straszne zdarzenie zniszczyło 
wszystko". 
 
Wuj, najwyraźniej wierzący tradycjonalista, dodał: "Bóg ją w ten sposób 

doświadczył. Uczestniczyła we wszystkich niezbędnych ceremoniach, ale 

to jej nie pomogło. Ja wierzę w reinkarnację, jednak jej to nie 
przynosi pocieszenia. Nie chce nawet o tym słuchać. Dla niej to 

wszystko jest bez sensu i nie potrafimy podtrzymać jej na duchu". 
 
Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy. Jej chustka do nosa zupełnie już 

przemokła; świeża z szuflady pomogła otrzeć łzy z policzków. Czerwone 
pnącze zaglądało przez okno, a na każdym liściu lśniło jasne, 
południowe światło. 

background image

 
Czy mamy porozmawiać o tym poważnie, sięgnąć do samych korzeni? Czy 
raczej pragnie pani, by jakieś wyjaśnienie, jakiś rozsądny argument, 

przyniosły jej pocieszenie, by jakieś miłe słowa rozproszyły jej 

smutek? 
 
"Chciałabym wniknąć w to głęboko, ale nie wiem, czy starczy mi 

zdolności lub energii, by stanąć twarzą w twarz z tym, co pan powie - 

odparła. - Gdy żył mój mąż, przychodziliśmy słuchać niektórych z 
pańskich mów, ale teraz być może trudno będzie mi się z tym zgodzić". 

 
Dlaczego pani cierpi? Proszę nie podawać wyjaśnień, gdyż będą to 
jedynie słowne konstrukcje zbudowane z pani uczuć, a nie to, co jest 

faktem. A zatem, gdy zadajemy pani pytanie, proszę nie odpowiadać. Po 
prostu proszę słuchać i samodzielnie odkrywać. Dlaczego trwa to 

cierpienie wywołane śmiercią - w każdym domu, bogatym i biednym, od 
władców tego kraju do żebraków? Dlaczego pani cierpi? Czy z powodu 
utraty męża, czy ze względu na siebie samą? Jeśli jego pani opłakuje, 

to czy te łzy mu pomogą? On odszedł raz na zawsze. Cokolwiek pani 
zrobi, nie odzyska go. Nie przywrócą go ani łzy, ani wiara, ani żadne 
ceremonie czy bogowie. To jest fakt, który musi pani zaakceptować; nic 
na to nie można poradzić. Jednak jeżeli płacze pani nad sobą, nad swą 
samotnością, pustką życia, nad utratą przyjemności zmysłowych i 

towarzystwa, to płacz ten jest oznaką wewnętrznej pustki i użalania się 
nad sobą. Być może po raz pierwszy w życiu zdaje sobie pani sprawę z 
własnego wewnętrznego ubóstwa. Wiele, jeśli można to delikatnie 
zauważyć, zainwestowała pani w swego męża, a ta inwestycja zapewniała 

wygodę, zadowolenie i przyjemność. Czyż wszystko, co teraz pani czuje - 

bolesna strata, udręka samotności i niepokój - nie jest formą użalania 
się nad sobą? Proszę się temu przyjrzeć, nie znieczulać na to swego 
serca i nie mówić "Kochałam swego męża, a zupełnie nie myślałam o 
sobie. Chciałam go chronić, czasem wprawdzie próbowałam nad nim 
zapanować, ale robiłam to wszystko dla niego i nigdy o siebie nie 

dbałam". Teraz, gdy on odszedł, zaczyna pani pojmować swój rzeczywisty 
stan, nieprawdaż? Jego śmierć stanowiła wstrząs i ukazała faktyczny 
stan pani serca i umysłu. Być może nie będzie pani chciała się temu 
przyjrzeć; być może odrzuci pani tę prawdę, gdyż wywołuje ona lęk, ale 

wystarczy nieco dłuższa obserwacja, by spostrzec, iż płacze pani z 

powodu własnej samotności, z powodu własnego wewnętrznego ubóstwa - 
czyli z żalu nad sobą. 
 
"Czy nie jest pan zbyt okrutny? - odrzekła. - Przyszłam do pana, 
szukając prawdziwego pocieszenia, a co otrzymuję?" 

 

Oto jedno ze złudzeń, którym ulega większość ludzi: złudzenie, że 
istnieje coś takiego jak wewnętrzne pocieszenie; iż można je od kogoś 
otrzymać lub znaleźć w sobie. Obawiam się, że niczego takiego nie ma. 
Jeśli szuka się pocieszenia, to jest się skazanym na życie wśród 

złudzeń, a gdy one pryskają, pogrążamy się w smutku, bowiem odebrano 

nam pocieszenie. A zatem, aby zrozumieć cierpienie i je przezwyciężyć, 
musimy naprawdę widzieć, co się w naszym wnętrzu dzieje, a nie ukrywać 

tego przed sobą. Wskazanie na to wszystko nie jest chyba okrucieństwem? 
Nie jest to coś brzydkiego, czego należałoby unikać. Gdy jasno to 
wszystko widzimy, natychmiast się z tego wydobywamy, bez rysy, bez 

skazy, odświeżeni, nietknięci przez wypadki życiowe. Śmierć jest 
nieunikniona, nie sposób przed nią uciec. Próbujemy znaleźć 
jakiekolwiek wyjaśnienie, czepiamy się każdej wiary w nadziei 

background image

wykroczenia poza nią, ale ona i tak wciąż czyha; jutro, tuż za rogiem 
lub za wiele lat - czyha nieustannie. Musimy z tym olbrzymim, życiowym 
faktem stanąć twarzą w twarz. 

 

"Ale... - rzekł wuj, i tu wyszła na jaw tradycyjna wiara w atmana, w 
duszę, trwałą istotę, która nie przemija. Teraz znalazł się na własnym 
gruncie, na wydeptanych ścieżkach przebiegłych argumentów i cytatów. 

Nagle wyprostował się, a w jego oczach zabłysła chęć walki, walki na 

słowa. Współczucie, miłość i zrozumienie znikły. Stał na świętym 
gruncie wiary, tradycji, przygnieciony ciężarem uwarunkowań. - Ale 

atman jest w każdym z nas! Odradza się, aż nie pojmie, że jest 
brahmanem. Musimy przejść przez cierpienia, aby dojść do tej 
rzeczywistości. Żyjemy wśród złudzeń; ten świat jest złudzeniem. 

Istnieje tylko jedna rzeczywistość". 
 

I zamknął się w sobie! Kobieta spojrzała na mnie, nie zwracając na wuja 
zbytniej uwagi, a na jej twarzy zaczął się pojawiać łagodny uśmiech; 
oboje popatrzyliśmy na gołębia, który akurat powrócił i usiadł na 

jasnoczerwonym pnączu. 
 
Nie ma nic trwałego, czy to na ziemi, czy w nas samych. Myśl może nadać 
ciągłość temu, czego dotyczy; utrwalić słowo, ideę, tradycję. Myśl 
sądzi o sobie, że jest trwała, ale czy naprawdę jest? Jest reakcją 

pamięci, a czy ta pamięć jest trwała? Może stworzyć obraz i nadać mu 
ciągłość, trwałość, nazwać go atmanem lub jakoś inaczej; może też 
pamiętać twarz żony czy męża i trwać przy tym. Wszystko to składa się 
na aktywność myśli stwarzającej lęk, a lęk ów wywołuje pogoń za 

trwałością - lęk, że jutro zabraknie nam pożywienia lub domu - lęk 

przed śmiercią. Ten lęk, podobnie jak brahman, jest wytworem myśli. 
 
"Pamięć i myśl są niczym świeca - wtrącił się wuj. - Gasisz ją i znów 
zapalasz; zapominasz, a potem znów pamiętasz. Umierasz i odradzasz się 
w następnym życiu. Płomień świecy jest ten sam i nie ten sam. A zatem 

płomień cechuje pewna ciągłość". 
 
Ale płomień, który został zgaszony, nie jest tym samym co nowy. Aby 
nowy mógł zapłonąć, stary musi zgasnąć. Jeśli nieustanne modyfikacje 

zachowują ciągłość, to w ogóle nie pojawia się nic nowego. Tysiąc dni 

wczorajszych nie stanie się nowym dniem; nawet świeca się spala. 
Wszystko musi przeminąć, aby zaistniało nowe. 
 
W tym momencie wuj nie może odwołać się do cytatów, wierzeń lub tego, 
co powiedzieli inni, a zatem zamyka się w sobie i milknie, zakłopotany, 

a może raczej zły, odsłonił się bowiem przed sobą, a - podobnie jak 

jego siostrzenica - nie chce stanąć twarzą w twarz z faktem. 
 
"Nie obchodzi mnie to - powiedziała kobieta. - Jestem w skrajnej 
rozpaczy. Straciłam męża i syna, zostało mi jeszcze dwoje dzieci. Co 

mam robić?" 

 
Jeśli troszczy się pani o dzieci, to nie wolno troszczyć się o siebie i 
swoją rozpacz. Musi się pani nimi opiekować, należycie je wykształcić, 

wychować, chroniąc przed panoszącą się miernotą. Ale jeśli jest pani 

pochłonięta użalaniem się nad sobą, nazywając to "miłością do męża" i 

zamykając się w sobie, to niszczy pani również pozostałą dwójkę dzieci. 

Świadomie czy nieświadomie jesteśmy wszyscy absolutnymi egoistami i 
dopóki dostajemy to, czego pragniemy, dopóty uważamy, że wszystko jest 

background image

w porządku. Ale w chwili, gdy jakieś zdarzenie to niweczy, wydajemy 
okrzyk rozpaczy, szukając jednocześnie innych pocieszeń, które, rzecz 
jasna, znów zostaną zniweczone. I tak w kółko. Dlatego, jeśli chce pani 

dać się temu wszystkiemu usidlić, znając dobrze wszystkie następstwa 

owego procesu, to proszę postępować tak dalej. Ale jeśli pojmie pani, 
jak bardzo to wszystko jest absurdalne, to spontanicznie przestanie 
pani płakać, przestanie się izolować i będzie żyć z dziećmi z nowym 

światłem i z uśmiechem na twarzy. 

 

 
Cisza ma wiele cech. Jest cisza między jednym hałasem a drugim, cisza 
między dwoma tonami i cisza rozciągająca się między dwiema myślami. 

Jest ta osobliwa, pełna spokoju, przenikająca cisza, jaka zapada 
wieczorem na wsi; jest cisza, w której słychać szczekanie psa w oddali 

lub gwizd pociągu wjeżdżającego pod górę; cisza panująca w domu, gdy 
wszyscy zasnęli, szczególnie intensywna, gdy budzisz się w środku nocy 
i nasłuchujesz sowy pohukującej w dolinie; jest też cisza trwająca 

zanim odpowie jej inna sowa. Jest cisza starego, opuszczonego domu i 
cisza gór; cisza panująca między dwojgiem ludzi, kiedy to samo ujrzeli, 
to samo poczuli i uczynili. 
 
Tej nocy, zwłaszcza w owej odległej dolinie z prastarymi wzgórzami, na 

stokach których tkwią osobliwie ukształtowane głazy, cisza była równie 
realna jak ściana, której dotykałeś. Patrzyłeś przez okno na 
roziskrzone gwiazdy. Ta cisza nie powstała sama przez się dlatego, że 
ziemia ucichła, a wieśniacy zasnęli, ale nadciągała zewsząd - z 

odległych gwiazd, z tych ciemnych wzgórz, a także z twego umysłu i 

serca. Ta cisza wydawała się otulać wszystko, od najmniejszego ziarnka 
piasku w korycie rzeki - którym woda płynęła jedynie podczas deszczu - 
do wysokiego, rozłożystego figowca i powiewów wiatru. Jest cisza 
umysłu, której nie mąci żaden hałas, żadna myśl ani przemijający wicher 
doznań. Ona właśnie jest nieskalana, a zatem wieczna. Gdy panuje owa 

cisza umysłu, bierze z niej początek działanie, które nie powoduje 
zamętu i niedoli. 

 
Medytacja absolutnie cichego umysłu jest tym błogosławieństwem, którego 

ludzie wciąż szukają. Ta cisza ma wszelkie cechy ciszy. 

 
Jest ta dziwna cisza panująca w świątyni lub w pustym kościele na 
zabitej deskami wsi, której nie mąci zgiełk turystów i wyznawców. Zaś 

intensywna cisza rozciągająca się nad wodą jest częścią tej, która nie 
mieści się w granicach ciszy umysłu. 

 

Medytujący umysł zawiera w sobie całą tę różnorodność, zmiany i 
poruszenia ciszy. Taki cichy umysł jest umysłem prawdziwie religijnym, 

a cisza bogów jest ciszą ziemi. Medytujący umysł płynie w tej ciszy, 

miłość zaś jest jego sposobem bycia. W tej ciszy jest radość i śmiech. 
 

Wuj przyszedł znowu, tym razem bez siostrzenicy. Był staranniej ubrany, 
bardziej też niespokojny i zafrapowany; w skutek powagi i niepokoju 
jego twarz pociemniała. Usiedliśmy na twardej podłodze, a czerwone 

pnącze spoglądało na nas przez okno. Gołąb miał zapewne przyfrunąć 

nieco później. Zawsze pojawiał się nad ranem o tej porze; siadał na 

gałęzi w tym samym miejscu, tyłem do okna, z głową zwróconą na 

południe, jego gruchanie miękko napływało do wnętrza pokoju. 
 

background image

"Chciałbym pomówić o nieśmiertelności i doskonaleniu życia w miarę, jak 
ewoluuje ono ku ostatecznej rzeczywistości. Z pańskich słów wynika, że 
ma pan bezpośredni wgląd w to, co jest prawdą, a my, nie wiedząc, zdani 

jesteśmy na wiarę. Naprawdę niczego o atmanie nie wiemy; znamy jedynie 

słowo. Symbol stał się dla nas rzeczywistością, a gdy opisuje pan 
symbol - jak to miało miejsce podczas naszego ostatniego spotkania - 
nas to przeraża. Ale mimo lęku lgniemy do tego, albowiem faktycznie 

niczego nie wiemy poza tym, czego nas nauczono, co powiedzieli dawni 

nauczyciele i tak wciąż żyjemy z brzemieniem tradycji. A zatem, po 
pierwsze, chcę wiedzieć, czy istnieje ta niezmienna rzeczywistość, ta 

rzeczywistość - nazwijmy ją atmanem czy duszą - która trwa po śmierci. 
Nie boję się śmierci. Widziałem, jak umierała moja żona i kilkoro moich 
dzieci. Pytam o tego atmana jako o rzeczywistość. Czy istnieje we mnie 

ta trwała istota?" 
 

Gdy mówimy o ciągłości, to czy chodzi nam o coś, co trwa, choć wokół 
wszystko wciąż się zmienia, trwa wbrew doznaniom, wbrew rozlicznym 
niepokojom, cierpieniom i okrucieństwom? O coś nieprzemijającego? Po 

pierwsze, w jaki sposób możemy to stwierdzić? Czy można tego szukać za 
pomocą myśli, słów? Czy to, co nietrwałe, może odkryć to, co trwałe? 
Czy to, co nieustannie się zmienia - myśl - może odkryć to, co nie 
podlega zmianom? Myśl może nadać trwałość idei, atmanowi lub duszy, i 
powiedzieć: "Oto jest rzeczywistość", albowiem myśl wywołuje lęk przed 

tą nieustanną zmianą, a z powodu tego lęku szuka czegoś trwałego - 
trwałej więzi między ludźmi, trwałej miłości. Myśl sama jest nietrwała, 
zmienna, a zatem wszystko, co wynajduje jako coś trwałego, jest, tak 
jak i ona sama, nietrwałe. Może przez cale życie lgnąć do wspomnień i 

utrzymywać, że są trwale, a następnie zadawać pytanie, czy będą one 

nadal istnieć po śmierci. Myśl tę rzecz stworzyła, nadała jej ciągłość, 
pielęgnowała ją dzień po dniu i jej się trzyma. Jest to największe ze 
złudzeń, ponieważ myśl żyje w czasie, a to, czego doświadczyła wczoraj, 
pamięta dziś i jutro; z tego rodzi się czas. Istnieje zatem 
niezmienność czasu, a także niezmienność, jaką myśl nadała idei 

ostatecznego osiągnięcia prawdy. Wszystko to jest wytworem myśli - lęk, 
czas i osiąganie czegoś, wieczne stawanie się. 
 
"Kim jednak jest ten, kto myśli - ten, kto ma te wszystkie myśli?" 

 

Czy w ogóle istnieje ten, kto myśli, czy też istnieje tylko myśl, która 
stwarza myślącego? A ustanowiwszy go, wymyśla następnie to, co trwałe, 
duszę, atmana. 
 
"Czy chce pan powiedzieć, że przestaję istnieć, gdy nie myślę?" 

 

Czy kiedykolwiek przydarzyło się panu w spontaniczny sposób znaleźć się 
w stanie, w którym nie ma ani śladu myśli? Czy w tym stanie ma się 
świadomość siebie jako kogoś, kto myśli, obserwuje, doświadcza? Myśl 
jest reakcją pamięci, a wiązka wspomnień jest tym, kto myśli. Gdy nie 

ma myśli, to czy w ogóle istnieje to "ja", na temat którego czynimy 

tyle zamętu i hałasu? Nie mówimy teraz o człowieku w stanie amnezji, o 
takim, który śni na jawie lub poddaje myśl kontroli, by ją wyciszyć, 

mówimy o umyśle w stanie pełnej czujności. Jeśli nie istnieje żadna 
myśl i żadne słowo, to czy umysł nie znajduje się w zupełnie innym 
wymiarze? 

 
"Oczywiście, gdy jaźń nie działa, gdy nie domaga się uznania, pojawia 
się coś zupełnie innego; ale to jedynie, że jaźń nie działa, nie musi 

background image

oznaczać, iż nie istnieje". 
 
Ależ oczywiście istnieje! "Ja", ego, wiązka wspomnień istnieje. 

Widzimy, że istnieje tylko wtedy, gdy reaguje na wyzwanie, ale jest, 

może uśpione lub w stanie zawieszenia i czeka na następną okazję, by 
zareagować. Chciwego człowieka przez większość czasu pochłania jego 
chciwość; może on przeżywać chwile, gdy ona nie działa, ale przecież 

trwa zawsze. 

 
"Czym jest ta żywa istota wyrażająca się w chciwości?" 

 
To nadal jest chciwość. Jedno jest nieodłączne od drugiego. 
 

"Doskonale rozumiem, co określa pan mianem ego, »ja« - jego pamięć, 
jego chciwość, jego pewność siebie, jego wszelkiego rodzaju żądania - 

ale czy nie istnieje nic więcej poza tym ego? Czy chce pan powiedzieć, 
że gdy nie ma ego, jest niepamięć?" 
 

Kiedy ustaje krakanie wron, coś istnieje: tym czymś jest paplanina 
umysłu - problemy, zmartwienia, konflikty, a nawet dociekanie, czy coś 
pozostaje po śmierci. Na to pytanie można udzielić odpowiedzi jedynie 
wtedy, gdy umysł nie jest już chciwy lub zazdrosny. Interesuje nas nie 
to, co pozostaje po zaniku ego, ale raczej to, jak unicestwić wszystkie 

jego atrybuty. Oto prawdziwy problem - nie czym jest rzeczywistość lub 
czy istnieje coś trwałego, wiecznego - ale czy umysł uwarunkowany przez 
kulturę, w której żyje i za którą jest odpowiedzialny - czy taki umysł 
jest w stanie wyzwolić się i odkrywać. 

 

"Jak zatem mam zacząć się wyzwalać?" 
 
Nie może pan się wyzwolić. Jest pan zarodkiem tej niedoli i gdy pyta 
pan "jak", jest to pytanie o metodę, która unicestwi "ja", ale w 
procesie unicestwiania stwarza pan następne "ja". 

 
"Czym więc, jeśli mogę jeszcze o coś spytać, jest nieśmiertelność? 
Śmiertelność jest śmiercią, śmiertelność jest sposobem życia, pełnym 
cierpienia i bólu. Człowiek nieprzerwanie szuka nieśmiertelności, stanu 

wolnego od śmierci". 

 
Znów wrócił pan do pytania o to coś bezczasowego, co nie należy do 
dziedziny myśli. To, co jest poza dziedziną myśli, jest nieskalane, a 
myśl, cokolwiek zrobi, nie zdoła się z tym zetknąć, albowiem jest 
zawsze stara. To właśnie nieskalaność, podobnie jak miłość, jest 

nieśmiertelna, aby jednak mogła ona zaistnieć, umysł musi uwolnić się 

od tysięcy wczorajszych dni i związanych z nimi wspomnień. Wolność jest 
stanem, w którym nie ma nienawiści, gwałtu, okrucieństwa. Jakże, nie 
wyzbywszy się tego wszystkiego, możemy pytać, czym jest 
nieśmiertelność, czym jest miłość, czym jest prawda? 

 


 

Jeśli zamierzasz medytować, to nie będzie to medytacja. Jeśli 
zamierzasz być dobry, to dobro nigdy się nie rozwinie. Jeśli 

kształtujesz w sobie pokorę, to ona znika. Medytacja jest niczym powiew 

wiatru, który wpada do pokoju, gdy zostawiasz otwarte okno; ale jeśli 

czynisz to rozmyślnie, jeśli rozmyślnie ją przywołujesz, to nigdy się 
nie pojawi. 

background image

 
Medytacja nie jest drogą, po której podąża myśl, myśl bowiem jest 
przebiegła, dysponuje niezliczonymi możliwościami oszukiwania siebie, a 

zatem przegapi drogę medytacji. Do medytacji, podobnie jak do miłości, 

nie można dążyć. 
 
Rzeka tego ranka była bardzo spokojna. Widać było na niej odbicia 

chmur, pszenicy ozimej i rosnącego za nią lasu. Nawet łódź rybacka 

wydawała się nie zaburzać jej spokoju. Cisza tego ranka unosiła się nad 
ziemią. Słońce właśnie wschodziło ponad czubkami drzew, ktoś krzyczał w 

oddali, a w powietrzu niosła się sanskrycka pieśń. 
 
Papugi i szpaki nie wyruszyły jeszcze w poszukiwaniu pożywienia; 

wielkie sępy o nagich szyjach siedziały na wierzchołku drzewa, czekając 
na padlinę niesioną przez rzekę. W nurcie widać było wiele płynących 

martwych zwierząt, a na nich siedzące sępy, czasem po dwa. Wokół 
fruwały wrony w nadziei, że także im uda się coś uszczknąć. Czasem pies 
podpływał do zwłok, ale nie znajdując oparcia dla łap, wracał na brzeg 

i odchodził. Pociągi z metalicznym łoskotem przejeżdżały przez długi 
most. Za mostem, w górze rzeki, rozciągało się miasto. 
 
Był to ranek pełen cichej radości. Nędza, choroby i ból nie wyszły 
jeszcze na drogę. Nad małym strumieniem wisiał chwiejący się most; a 

teren w pobliżu ujścia tego brunatnobrązowego strumyka do dużej rzeki 
uważano za najświętsze z miejsc. W świąteczne dni ludzie przychodzili 
tam się kąpać, mężczyźni, kobiety i dzieci. Było zimno, ale oni 
najwyraźniej o to nie dbali. Kapłan ze świątyni po drugiej stronie 

drogi zarabiał mnóstwo pieniędzy. I zaczynała się brzydota. 

 
Nosił brodę i turban. Zajmował się jakimiś interesami, wyglądał na 
człowieka bogatego, dobrze odżywionego. Chodził powoli i powoli myślał, 
a reagował jeszcze wolniej. Potrzebował paru minut, by zrozumieć proste 
stwierdzenie. Powiedział, że ma własnego guru, ale przejeżdżając 

nieopodal, poczuł pilną potrzebę, by wpaść i porozmawiać o sprawach, 
które wydawały mu się ważne. 
 
"Dlaczego - zapytał - występuje pan przeciwko wszystkim guru? To chyba 

nie ma sensu. Oni wiedzą, ja nie wiem. Oni mogą mną pokierować, pomóc 

mi, mówią, co mam robić i oszczędzają mi wielu kłopotów i bólu. Są 
niczym światło w ciemności. Musimy poddać się ich kierownictwu, w 
przeciwnym razie gubimy się, jesteśmy zdezorientowani i bardzo 
nieszczęśliwi. Powiedzieli, że nie powinienem do pana przychodzić i 
pouczali mnie, jak niebezpieczni są ci, którzy nie akceptują 

tradycyjnej wiedzy. Stwierdzili, iż gdybym słuchał innych, zniszczyłbym 

dom, który oni tak pieczołowicie wznosili. Ale pokusa, by przyjść i 
spotkać się z panem, była zbyt silna, i oto jestem!"  
 
Chyba był zadowolony z tego, że uległ pokusie.  

 

Czym jest potrzeba guru? Czy on wie więcej od pana? I co takiego on 
wie? Jeśli mówi, że wie, to tak naprawdę nie wie, a poza tym słowo nie 

jest stanem faktycznym. Czy ktoś może pana nauczyć tego niezwykłego 

stanu umysłu? Oni mogą go opisać, obudzić pańskie zainteresowanie, 

pragnienie, by go posiąść, by go doświadczyć, ale nie mogą go panu dać. 

Musi pan iść sam, samotnie wyruszyć w tę podróż, a podczas niej być 

własnym nauczycielem i uczniem. 
 

background image

"Ale to wszystko jest chyba bardzo trudne - powiedział. - A kolejne 
kroki mogą ułatwić ci, którzy już doświadczyli tej rzeczywistości". 
 

Oni stają się autorytetem i ich zdaniem należy jedynie iść za nimi, 

naśladować, słuchać, zaakceptować obraz, system, jaki oferują. W ten 
sposób traci pan całą inicjatywę, całą zdolność bezpośredniego 
postrzegania. Po prostu idzie pan drogą, o której oni sądzą, iż wiedzie 

do prawdy. Ale, niestety, do prawdy nie wiedzie żadna droga. 

 
"Co pan przez to rozumie?" - wykrzyknął zgorszony.  

 
Ludzie uwarunkowani są przez propagandę, przez społeczność, w której 
zostali wychowani. Każda religia twierdzi, że jej własna ścieżka jest 

najlepsza. I istnieją tysiące guru, którzy uważają, iż ich metoda, ich 
system, ich sposób medytacji stanowią jedyną drogę wiodącą do prawdy. 

Proszę zauważyć, że każdy uczeń łaskawie toleruje uczniów innych guru. 
Tolerancja jest cywilizowaną akceptacją podziałów między ludźmi - 
politycznych, religijnych i społecznych. Człowiek wynalazł wiele 

ścieżek niosących każdemu wierzącemu pocieszenie. Dlatego właśnie świat 
uległ rozpadowi. 
 
"Czy chce pan powiedzieć, że muszę porzucić swego guru? Odłożyć na bok 
wszystko, czego mnie nauczył? Będę zgubiony!" 

 
Ale czy nie trzeba zagubić się, by odkryć? Boimy się pobłądzić, żyć w 
niepewności, a zatem gonimy za tymi, którzy obiecują raj religijny, 
polityczny czy społeczny. W ten sposób faktycznie podsycają lęk i 

trzymają nas w więzieniu tego lęku. 

 
"Ale czy mogę iść sam?" - spytał tonem pełnym powątpiewania. 
 
Było tak wielu zbawców, mistrzów, guru, przywódców politycznych i 
filozofów, a żaden z nich nie wybawił pana od pańskich niedoli i 

konfliktów. Po cóż więc za nimi iść? Być może istnieje zupełnie inne 
podejście do wszystkich naszych problemów. 
 
"Czy będę jednak dość poważny, by się z tym wszystkim samemu borykać?" 

 

Jest się poważnym tylko wtedy, gdy zaczyna się rozumieć samemu - a nie 
za pośrednictwem kogoś innego - przyjemności, do jakich się teraz dąży. 
Żyje pan na poziomie przyjemności. Nie chodzi o to, by przyjemności 
zakazać, ale jeśli ta pogoń za nimi stanowi, bez reszty, całe pańskie 
życie, to oczywiście nie starczy panu powagi. 

 

"Sprawił pan, że czuję się bezradny i zrozpaczony". 
 
Ogarnia pana rozpacz, gdyż pragnie pan jednego i drugiego. Chce pan być 
poważny, a jednocześnie pragnie wszelkich przyjemności, jakie oferuje 

ten świat. A że są one tak drobne i marne, pragnie pan jeszcze tej 

przyjemności zwanej "Bogiem". Gdy tę sprzeczność ujrzy się samemu, a 
nie z czyjąś pomocą czy zgodnie z cudzymi poglądami, to postrzeganie 

tego wszystkiego uczyni z człowieka i ucznia i mistrza zarazem. O to 
właśnie chodzi. Wtedy jest się nauczycielem, nauczanym i nauczaniem. 
 

"Ale pan jest guru - stwierdził. - Nauczył mnie pan czegoś tego ranka, 
a ja uznaję pana za swego guru". 
 

background image

Niczego pana nie nauczyłem, to pan patrzył. Owo patrzenie coś panu 
ukazało. Patrzenie jest pańskim guru, jeśli mamy to tak wyrazić. Ale to 
od pana zależy, czy będzie pan patrzył, czy nie. Nikt nie może pana do 

tego zmusić. Jeśli jednak pan patrzy, gdyż oczekuje nagrody lub lęka 

się kary, to te pobudki uniemożliwiają widzenie. Aby widzieć, należy 
uwolnić się od wszelkich autorytetów, od tradycji, od lęku i od myśli 
pełnej przebiegłych słów. Prawda nie znajduje się w jakimś odległym 

miejscu, lecz tkwi w patrzeniu na to, co jest. Ujrzenie siebie takim, 

jakim się jest - uświadomienie wolne od wyborów - stanowi początek i 
kres wszelkich poszukiwań. 

 

 

Myśl nie jest w stanie pojąć ani wytłumaczyć sobie natury przestrzeni. 
Wszystko, co wyraża, podlega tym samym co ona ograniczeniom. To nie 

jest przestrzeń, do której dociera medytacja. Myśl ograniczają zawsze 
jakieś horyzonty. Medytujący umysł horyzontów nie ma. Umysł nie może 
przejść od tego, co ograniczone, do tego, co bezgraniczne, ani 

przekształcić tego, co ograniczone, w to, co ograniczeniom nie podlega. 
Jedno musi zniknąć, aby mogło zaistnieć drugie. Medytacja otwiera drzwi 
wiodące w przestwór, którego nie sposób sobie wyobrazić ani uczynić 
przedmiotem spekulacji. Myśl stanowi ośrodek, wokół którego rozciąga 
się przestrzeń pojęciowa, którą można rozszerzać, dodając kolejne idee. 

Ale takie stymulowane w jakikolwiek sposób rozszerzanie to jedno, a 
przestwór, w którym nie ma ośrodka, to drugie. Medytacja jest 
rozumieniem tego ośrodka, a zatem wykroczeniem poza jego granice. Cisza 
i przestwór są nieodłączne. Bezmiar ciszy jest bezmiarem umysłu, w 

którym nie istnieje ośrodek. Postrzeganie tej przestrzeni i ciszy nie 

jest dziełem myśli. Myśl może postrzegać jedynie swe własne 
wyobrażenia, a ich rozpoznawanie stanowi jej granice. 
 
Nad tym strumieniem przechodziło się po rozklekotanym moście z bambusu 
i gliny. Strumień wpadał do dużej rzeki i nikł w jej bystrych wodach. 

Mały most był dziurawy i przechodząc przezeń, trzeba było uważać. Po 
wejściu na piaszczysty stok mijało się niewielką świątynię, a nieco 

dalej źródło, tak stare jak źródła tej ziemi. Znajdowało się ono na 
obrzeżach wioski, gdzie żyło wiele kóz oraz głodnych mężczyzn i kobiet, 

otulonych w brudne łachmany, gdyż panował chłód. Wieśniacy w wielkiej 

rzece łowili ryby, a jednak wciąż byli bardzo chudzi, wycieńczeni, 
przedwcześnie podstarzali, a niektórzy również ułomni. Żyli w tej wsi 
tkacze, którzy w mrocznych, obskurnych pomieszczeniach z niewielkimi 

oknami wytwarzali piękne sari z brokatu i jedwabiu. Umiejętność tę 
przekazywano z ojca na syna, a pośrednicy i kupcy na pracy tkaczy 

zbijali fortuny. 

 
Nie poszedłeś przez wieś, lecz skręciłeś w lewo i podążyłeś dalej 

ścieżką, która stała się święta, przypuszczano bowiem, że właśnie tędy, 

jakieś dwa i pół tysiąca lat temu, wędrował Budda. Z całego kraju 
przybywali pielgrzymi, aby się tą ścieżką przejść. Wiodła ona przez 

zielone pola, wśród mangowców, drzew gwajakowych i rozrzuconych po 
okolicy świątyń. Była tam starożytna wieś, pamiętająca zapewne czasy 
przedbuddyjskie, a także wiele kaplic i miejsc, w których pielgrzymi 

mogli przenocować. Wszystko znajdowało się w opłakanym stanie; nikt 

najwyraźniej o to nie dbał. Wszędzie włóczyły się kozy. Rosły tam 

ogromne drzewa, stary tamaryndowiec z siedzącymi na wierzchołku sępami 

i stadem papug. Przyfruwały i nikły wśród liści o takiej samej jak one 
zielonej barwie; choć było je słychać, nie dało się ich dojrzeć. 

background image

 
Po obu stronach ścieżki rozciągały się pola porośnięte ozimą pszenicą; 
w oddali wieśniacy przyrządzali posiłki na ogniskach, z których unosił 

się dym. W nieruchomym powietrzu wznosił się prosto w niebo. Potężny, 

groźnie wyglądający, ale zupełnie nieszkodliwy byk szedł, prowadzony 
przez chłopa, polem, podskubując zielone źdźbła. W nocy padało i gęsty 
kurz osiadł na ziemi. W ciągu dnia miał być upał, ale teraz na niebie 

wisiały ciężkie chmury i miło było spacerować, czuć zapach świeżej 

ziemi i zachwycać się pięknem okolicy. To bardzo stara kraina, pełna 
uroku i ludzkich cierpień, nędzy i tych niepotrzebnych świątyń. 

 
"Tak wiele pan mówił o pięknie i miłości, a po wysłuchaniu tego 
wszystkiego stwierdzam, że nadal nie wiem, czym jest piękno lub czym 

jest miłość. Jestem zwykłym człowiekiem, ale wiele przeczytałem zarówno 
z dziedziny filozofii, jak i literatury. Książki te oferują wyjaśnienia 

najwyraźniej odmienne od tego, co pan mówi. Mógłbym zacytować, co w 
czasach starożytnych powiadano w tym kraju na temat miłości i piękna, a 
także, jak te rzeczy ujmowano na Zachodzie; wiem jednak, że nie lubi 

pan cytatów, gdyż trącą one autorytetem. Ale jeśli ma pan takie 
nastawienie, to czy moglibyśmy tę kwestię rozważyć? Może wówczas zdołam 
pojąć, co znaczy piękno i miłość?" 
 
Dlaczego w naszym życiu jest tak niewiele piękna? Dlaczego nie 

potrafimy się obyć bez muzeów pełnych obrazów i rzeźb? Dlaczego musimy 
słuchać muzyki? Lub czytać opisy przyrody? Dobrego smaku można się 
nauczyć, być może bywa on też wrodzony, ale dobry smak nie jest 
pięknem. Czy piękne są rzeczy wytworzone - lśniący, nowoczesny samolot, 

mały magnetofon, współczesny hotel lub grecka świątynia, sylwetka 

skomplikowanej maszynerii lub łuk wspaniałego mostu ponad przepaścią? 
 
"Czy chce pan powiedzieć, że nie ma piękna w rzeczach pięknie 
zrobionych i doskonale funkcjonujących? Że nie są piękne najznakomitsze 
dzieła sztuki?" 

 
Oczywiście, że są. Gdy zagląda się do wnętrza zegarka, widać, że jest 
ono naprawdę delikatne i na swój sposób piękne. Piękne są też 
starożytne kolumny z marmuru lub słowa poety. Ale jeśli piękno nie jest 

niczym innym, to jest ono jedynie powierzchowną reakcją zmysłów. Gdy 

widzi pan samotną palmę na tle zachodzącego słońca, to czy to kolor, 
nieruchomość palmy, cisza wieczoru sprawiają, że odczuwa pan piękno, 
czy też piękno, podobnie jak miłość, jest czymś, co leży poza zasięgiem 
dotyku i wzroku? Czy od wychowania, od uwarunkowań zależy stwierdzenie 
"To jest piękne, a to nie"? Czy zwyczaj, nawyk i styl każą nam mówić 

"To jest plugastwo, ale tu panuje ład i kwitnie dobroć"? Jeśli to 

wszystko zależy od uwarunkowań, to takie postrzeganie piękna i dobra 
jest wytworem kultury i tradycji, a zatem nie jest to piękno. Jeśli 
piękno stanowi rezultat lub istotę doznań, będzie ono, zarówno w 
przypadku ludzi ze Wschodu, jak i z Zachodu, zależeć od wychowania i 

tradycji. Czy miłość, podobnie jak piękno, stanowi wyłączną własność 

Wschodu lub Zachodu, chrześcijaństwa lub hinduizmu, państwa lub jakiejś 
ideologii? Oczywiście, nie ma ono z tym nic wspólnego. 

 
"Czym więc jest?" 
 

Widzi pan, piękne jest wyrzeczenie się, porzucenie siebie samego. Bez 
wyrzeczeń nie ma miłości, a jeśli nie porzucimy siebie, piękno nie jest 
realne. Przez wyrzeczenie nie zrozumiemy ani surowej dyscypliny 

background image

świętych, mnichów czy komisarzy ludowych, którzy z dumą wypierają się 
siebie, ani dyscypliny, która zapewnia im władzę i uznanie - nie o to 
chodzi. Wyrzeczenie się nie jest surowością, wyuczonym potwierdzaniem 

własnej ważności. Rezygnacja z wygód, śluby ubóstwa czy celibat nie 

mają z nim nic wspólnego. Wyrzeczenie się jest pełnią rozumienia. Jest 
ono możliwe tylko wtedy, gdy porzucamy siebie samych, a tego nie sposób 
dokonać aktem woli, wyboru czy w wyniku rozmyślnego zamiaru. To piękny 

czyn wyrzeka się, a miłość jest źródłem głębokiej wewnętrznej czystości 

tego aktu. Piękno jest tą miłością, w której nie dokonuje się już 
żadnych porównań. Wówczas ta miłość - czyń to, co ona - jest pięknem. 

 
"Co pan rozumie przez określenie »czyń to, co ona«? Jeśli porzucimy 
siebie samych, nic już nie pozostanie nam do zrobienia". 

 
Działanie nie jest odrębne od tego, co jest. Taka odrębność jest 

źródłem konfliktu i brzydoty. Gdy niknie, samo życie staje się aktem 
miłości. Głęboka wewnętrzna prostota wyrzeczenia się wiedzie do życia 
wolnego od rozdwojenia. Oto podróż, w którą musiał wyruszyć umysł, by 

odnaleźć to piękno bez słów. Ta podróż jest medytacją. 
 

 
Medytacja jest ciężką pracą. Wymaga najwyższej dyscypliny - nie 

dostosowywania się, nie naśladownictwa, nie posłuszeństwa - ale takiej 
dyscypliny, która jest efektem nieustannego uświadamiania sobie tego, 
co otacza nas z zewnątrz, i tego, co dzieje się wewnątrz. Tak więc 
medytacja nie jest czynnością, która izoluje, a wręcz przeciwnie - jest 

codzienną działalnością wymagającą współpracy, wrażliwości i 

inteligencji. Jeśli nie położymy podwalin pod prawe życie, medytacja 
stanie się ucieczką, a wtedy straci wszelką wartość. Prawe życie nie 
jest życiem zgodnym z zasadami społecznej moralności, jest to życie 
wolne od tego, co rodzi wrogość: zazdrości, chciwości i dążenia do 
władzy. Taką wolność sprowadza nie akt woli, ale zdawanie sobie z tego 

wszystkiego sprawy dzięki samowiedzy. Jeśli nie znamy działań własnej 
jaźni, medytacja staje się zmysłową podnietą, a zatem jej wartość jest 
znikoma. 
 

Na tej szerokości geograficznej nie ma prawie zmroku ani świtu. Tego 

ranka rzeka, szeroka i głęboka, miała barwę płynnego ołowiu. Słońce nie 
ukazało się jeszcze ponad horyzontem, ale na wschodzie jaśniała już 
łuna. Ptaki nie rozpoczęły jeszcze swych porannych treli i nie słychać 
było nawoływań wieśniaków. Gwiazda poranna świeciła wysoko na niebie i 
w miarę, jak patrzyłeś, bladła coraz bardziej i bardziej, aż słońce 

ukazało się ponad drzewami, a rzeka zalśniła kolorami srebra i złota. 

 
Odezwały się ptaki, a wioska zbudziła się ze snu. Właśnie wtedy, 
nieoczekiwanie, na parapecie okiennym pojawiła się ogromna małpa, 
szara, o czarnym pysku, ze sterczącymi nad czołem krzaczastymi włosami. 

Miała czarne dłonie, długi ogon zwisał z parapetu do środka pokoju. 

Siedziała spokojnie, prawie nieruchomo, patrząc na nas bez 
najmniejszego drgnienia. Dzieliło nas ledwie parę stóp. Nagle małpa 

wyciągnęła do nas łapę. Przez pewien czas trzymaliśmy się za ręce. Jej 
szorstką dłoń pokrywał kurz, ponieważ zwierzę wspięło się na dach, 
potem na okap nad oknem, zlazło w dół i usiadło tutaj. Małpa 

zachowywała się zupełnie swobodnie i, o dziwo, była niezwykle wesoła, 
bez cienia lęku czy niepokoju. Sprawiała wrażenie, jakby znajdowała się 
u siebie. Po prostu była. Jak rzeka, która teraz lśniła złociście, jak 

background image

jej drugi brzeg, jak drzewa w oddali. Trzymaliśmy się za dłonie dłuższą 
chwilę; a potem, jakby od niechcenia, zwierzę cofnęło łapę, choć nadal 
siedziało w tym samym miejscu. Przyglądaliśmy się sobie. Czarne, 

lśniące, małe oczy pełne były dziwnej dociekliwości. Chciała wejść do 

pokoju, ale wahała się, w końcu rozprostowała ręce i nogi, wspięła się 
na okap, na dach i odeszła. Wieczorem znów pojawiła się wysoko na 
drzewie. Coś jadła. Pomachałeś do niej, ale nie zareagowała. 

 

Ten człowiek był sannjasinem, mnichem o dość przyjemnej, delikatnej 
twarzy i wrażliwych dłoniach. Czysty, ubrany w szaty pomięte, ale 

wyglądające na świeżo wyprane. Przybył, jak powiedział, z Rishikesh, 
gdzie spędził wiele lat u pewnego guru, który niedawno odszedł w 
wysokie góry i żył samotnie. Odwiedził, jak wyznał, liczne aszramy. 

Porzucił dom dawno temu, w wieku bodaj dwudziestu lat, już dobrze nie 
pamiętał kiedy. Z rodzicami i kilkorgiem rodzeństwa zupełnie stracił 

kontakt. Przebył całą tę drogę, ponieważ posłyszał od różnych guru, że 
powinien się z nami zobaczyć, a poza tym czytał tu i ówdzie różne nasze 
teksty. Niedawno też rozmawiał z innym sannjasinem i oto przybył. 

Trudno było odgadnąć, ile ma lat, przekroczył już wiek średni, ale jego 
głos brzmiał młodo i tak samo wyglądały jego oczy. 
 
"Taki już los przypadł mi w udziale, że wędrowałem po Indiach, 
odwiedzając centra, w których nauczali różni guru. Część z nich to 

ludzie uczeni, inni to ignoranci, choć niektóre z ich cech świadczą o 
tym, iż jednak coś w nich jest; jeszcze inni to zwykli rozdający mantry 
naciągacze. Ci ostatni często wyjeżdżają za granicę i tam zdobywają 
popularność. Bardzo niewielu wzniosło się ponad to wszystko, ale 

należał do nich mój ostatni guru. Teraz zaszył się w odległej, odciętej 

od świata części Himalajów. Cała nasza grupa odwiedza go raz do roku, 
aby otrzymać błogosławieństwo". 
 
Czy izolowanie się od świata jest niezbędne? 
 

"Oczywiście, należy wyrzec się tego świata, bo nie jest on rzeczywisty. 
Niezbędny jest też guru, by nauczał, gdyż on doświadczył rzeczywistości 
i pomoże osiągnąć ją także tym, którzy za nim pójdą. On wie, my nie 
wiemy. Zdumiewają nas pańskie twierdzenia, że guru nie jest niezbędny, 

gdyż przeczą one tradycji. Pan sam dla wielu stał się guru, prawdy nie 

sposób znaleźć samemu. Potrzebujemy pomocy - rytuałów i wskazówek 
udzielanych przez tych, którzy wiedzą. Być może u kresu trzeba będzie 
radzić sobie samemu, ale nie teraz. Jesteśmy jak dzieci i potrzebujemy 
tych, którzy daleko zaszli na tej ścieżce. Uczymy się tylko wtedy, gdy 
siedzimy u stóp tych, którzy wiedzą. Ale pan najwyraźniej temu przeczy, 

a więc przyszedłem, by dowiedzieć się dlaczego". 

 
Proszę popatrzeć na tę rzekę - na to światło poranka odbijające się od 
jej powierzchni, na połyskujące, zielone, soczyste pola pszenicy i te 
drzewa w oddali. Oto wielkie piękno, a oczy, które to widzą, muszą być 

pełne miłości, by je ogarnąć. Słuchanie turkotu pociągu 

przejeżdżającego przez żelazny most jest równie ważne jak słuchanie 
śpiewu ptaka. Proszę więc patrzeć i jednocześnie słuchać gruchania 

gołębi. Proszę patrzeć na ten tamaryndowiec i dwie siedzące na nim 
papugi. Aby oczy mogły to wszystko ujrzeć, musi istnieć jakaś więź - z 
rzeką, z przepływającą łodzią pełną wieśniaków, którzy wiosłując 

śpiewają. To jest część tego świata. Wyrzekając się tego, odwracamy się 
od miłości i piękna - od samej ziemi. Pan wyrzeka się społeczeństwa, 
ale nie tego, co ludzie ze świata uczynili. Nie odrzuca pan kultury, 

background image

tradycji, wiedzy - wszystko to panu towarzyszy, gdy wycofuje się pan z 
tego świata. Wyrzeka się pan piękna i miłości z powodu lęku, który 
wywołują te dwa słowa i to, co się za nimi kryje. Piękno wiąże się ze 

światem zmysłów, kojarzy się z seksem i z uwikłaną w seks miłością. 

Takie wyrzeczenie się sprawia, że tak zwani ludzie religijni 
przeobrażają się w egocentryków - przewyższają może zwykłych ludzi, ale 
nadal skoncentrowani są na sobie. Gdy brak piękna i miłości, nie sposób 

dotrzeć do tego, co bezgraniczne. Proszę zauważyć, jak odległe są 

piękno i miłość od społeczności sannjasinów i ludzi świątobliwych. Mogą 
oni o tym mówić, ale są zwolennikami surowej dyscypliny, niepohamowani 

w narzucaniu ograniczeń i wymogów. Tak więc w istocie, choć 
przywdziewają pomarańczową szatę, czarną sutannę czy kardynalską 
purpurę, wszyscy są w wielkiej mierze ludźmi należącymi do tego świata. 

Ich zawód, jak każde inne zajęcie, z pewnością nie jest tak zwaną 
działalnością duchową. Niektórzy z nich powinni być ludźmi interesu, a 

nie otaczać się atmosferą duchowości. 
 
"Ale może właśnie pan jest zbyt surowy?" 

 
Nie. My po prostu stwierdzamy fakt, a fakt nie jest ani surowy, ani 
przyjemny lub nieprzyjemny - jest, jaki jest. Większość z nas nie chce 
widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Ale to wszystko jest dość oczywiste i 
jasne. Izolowanie się jest sposobem życia typowym dla tego świata. 

Każdy człowiek w wyniku swych egocentrycznych zachowań izoluje się, 
niezależnie od tego, czy jest żonaty, czy nie, czy mówi o współpracy, o 
narodzie czy o osiągnięciach i sukcesach. W pewnych przypadkach, gdy 
izolacja przybiera formy skrajne, rozwija się nerwica, która niekiedy - 

jeśli ma się talent - owocuje dziełami sztuki, dobrą literaturą lub w 

jakiś inny sposób. Takie wycofywanie się ze świata, ucieczka od jego 
zgiełku, okrucieństw, nienawiści i przyjemności stanowi część procesu 
izolowania się, nieprawdaż? Tyle tylko, że sannjasin postępuje tak w 
imię religii, Boga, zaś człowiek uwikłany we współzawodnictwo akceptuje 
taką ucieczkę jako część struktury społecznej. 

 
Izolując się zyskujemy pewne cechy - stajemy się surowi i 
wstrzemięźliwi, a to daje nam poczucie mocy. Moc, wszystko jedno - 
mistrza olimpijskiego, premiera czy przywódcy kościoła - pozostaje tą 

samą mocą. W każdej postaci, jeśli można posłużyć się tym słowem, jest 

ona zła, a człowiek pełen mocy nigdy nie otworzy drzwi do 
rzeczywistości. Dlatego izolowanie się nie jest właściwą drogą. 
 
Po to, by w ogóle żyć, niezbędne jest współdziałanie; a nie można 
współdziałać z wyznawcą lub z guru. Guru niszczy ucznia, a uczeń 

niszczy guru. Jakże możliwe są współdziałanie, wspólna praca, wspólne 

dociekania i wspólna podróż, jeśli pozostajemy w zależności nauczyciel-
uczeń? Ten hierarchiczny podział, stanowiący część struktury 
społecznej, zarówno w łonie tak zwanych wspólnot religijnych, jak i w 
armii czy w świecie interesów, z istoty należy do tego świata. Gdy tego 

świata się wyrzekamy, nadal usidla nas wszystko, co do niego należy. 

 
Pozaświatowość nie polega na noszeniu przepaski na biodrach, jedzeniu 

jednego posiłku dziennie czy na powtarzaniu jakiejś bezsensownej, choć 
pobudzającej mantry. Jeśli porzuca się świat, a wewnętrznie nadal 
należy się do tego świata zawiści, chciwości, lęku, uznanych 

autorytetów i podziałów na tych, którzy wiedzą, i tych, którzy wiedzy 
nie posiadają, to i tak wiedzie się życie światowe. Jeśli próbuje się 
coś zdobyć - sławę lub coś, co można by nazwać ideałem, Bogiem czy 

background image

jakkolwiek inaczej - to nadal należy się do tego świata. Zaakceptowana 
tradycja kulturowa jest tym, co z istoty swej światowe, a wycofanie się 
w odludne góry od tej światowości nie uwalnia. W żadnym wypadku nie w 

ten sposób należy szukać rzeczywistości. 

 
Człowiek musi być sam, lecz taka samotność nie izoluje, tylko wyzwala 
od świata zawiści, nienawiści i gwałtu, od wszystkich przebiegłych 

sposobów ich przejawiania się, od bolesnego osamotnienia i rozpaczy. 

 
Być samemu, znaczy z nikim i niczym się nie wiązać, nie uznawać żadnej 

religii, nie mieć narodowości, w nic nie wierzyć i nie przyjmować 
żadnych dogmatów. Taka samotność wiedzie do czystości nie zbrukanej 
przez ludzi. Czystość ta może żyć w świecie pełnym zgiełku, a jednak do 

niego nie należeć. Nie przywdziewa ona żadnych szczególnych szat. 
Dobroć nie rozkwita, gdy stąpamy jakąś drogą, albowiem żadna droga nie 

wiedzie do prawdy. 
 

 
Nie należy sądzić, że medytacja jest kontynuacją i rozszerzaniem 
doznań. W doznaniach zawsze uczestniczy związany z przeszłością 
świadek. Medytacja, przeciwnie, jest doskonałym niedziałaniem, które 
kładzie kres wszelkim doznaniom. Oddziaływanie doznań jest zakorzenione 

w przeszłości, a zatem wiąże się z czasem; wiedzie do działania 
będącego niedziałaniem i wywołującego chaos. Medytacja jest absolutnym 
niedziałaniem, którego źródło stanowi umysł widzący to, co jest, umysł 
nie uwikłany w przeszłość. To działanie nie stanowi reakcji na jakieś 

wyzwanie, ale jest wolną od rozdwojenia aktywnością samego wyzwania. 

Medytacja oczyszcza nas z doznań i trwa przez cały czas, świadomie lub 
nieświadomie, a zatem nie jest ona działaniem ograniczonym do pewnej 
pory dnia. Jest działaniem trwającym nieprzerwanie od rana do wieczora 
- patrzeniem obywającym się bez udziału tego, kto patrzy. Nie następuje 
więc podział między życiem codziennym a medytacją, między życiem 

religijnym a świeckim. Ten podział następuje jedynie wtedy, gdy ten, 
kto patrzy, jest związany z czasem. Takie rozdwojenie jest przyczyną 
nieładu, niedoli i zamętu, czyli stanu, w jakim żyje społeczeństwo. 
 

A zatem medytacja nie ma charakteru ani indywidualnego, ani 

społecznego; przekracza jedno i drugie, tak więc jedno i drugie w sobie 
mieści. To jest miłość: rozkwit miłości jest medytacją. 
 
Nad ranem było chłodno, ale potem zrobiło się dość upalnie. Jadąc przez 
miasto wąską ulicą, zatłoczoną, brudną, zakurzoną i hałaśliwą, pojąłeś, 

że wszystkie ulice są podobne. Niemal ujrzałeś gwałtowny przyrost 

zaludnienia. Samochód musiał jechać bardzo wolno, ludzie szli bowiem 
środkiem jezdni. Robiło się coraz goręcej. Metr po metrze, bez przerwy 
używając klaksonu, z ulgą wydostawałeś się z miasta. Minąłeś fabryki i 
nareszcie znalazłeś się wśród pól. 

 

Panowała susza. Nie padało już od dawna, drzewa czekały na następny 
deszcz - i długo jeszcze miały czekać. Mijałeś wieśniaków, bydło, wozy, 

bawoły, które nie chciały zejść ze środka szosy; przejechałeś obok 
starej, zaniedbanej świątyni, która jednak nie straciła owego 
charakterystycznego wyglądu starożytnego sanktuarium. Paw wyszedł z 

lasu. Jego błękitny kark lśnił w słońcu. Najwyraźniej nie obchodził go 
samochód, z wielką godnością bowiem przeszedł przez drogę i znikł wśród 
pól. 

background image

 
Rozpocząłeś wspinaczkę na strome wzgórza, niekiedy po obu stronach 
drogi rozpościerały się głębokie wąwozy. Robiło się chłodniej, drzewa 

ożywały. Wreszcie dotarłeś tą wijącą się wśród wzgórz drogą do domu. 

Było już całkiem ciemno. Roziskrzyły się gwiazdy. Czułeś, że 
wyciągnąwszy rękę, mógłbyś prawie ich dotknąć. Cisza nocy ogarniała 
ziemię. Tutaj nikt nie zakłócał człowiekowi spokoju, mógł być sam i bez 

końca obserwować gwiazdy i siebie. 

 
Ten człowiek powiedział, iż poprzedniego dnia tygrys zabił bawołu i z 

pewnością do niego wróci. Spytał, czy chcielibyśmy wszyscy późnym 
wieczorem go zobaczyć? Przystaliśmy na to z rozkoszą. "A zatem pójdę i 
przygotuję kryjówkę na drzewie nie opodal padliny, przywiążę też do 

drzewa żywą kozę - powiedział. - Tygrys najpierw podejdzie do kozy, a 
potem wróci do poprzedniej ofiary". Wyjaśniliśmy mu, że w takim razie 

zrezygnujemy z oglądania tygrysa. Wreszcie, wymieniwszy jeszcze parę 
zdań, człowiek ów odszedł. Nasz przyjaciel tego wieczora rzekł 
"Wsiądźmy do samochodu i pojedźmy do lasu, a może spotkamy tego 

tygrysa". Wyruszyliśmy przed zachodem słońca, przebyliśmy lasem kilka 
kilometrów, a zwierzęcia oczywiście nie było. Wracaliśmy, oświetlając 
drogę reflektorami. Utraciliśmy wszelką nadzieję na zobaczenie tygrysa 
i jechaliśmy, nie myśląc o tym. Nagle, gdy minęliśmy zakręt, ujrzeliśmy 
go. Stal na samym środku drogi, ogromny, z nieruchomymi, lśniącymi 

oczami. Samochód zatrrymał się, a to wielkie i groźne zwierzę, warcząc, 
podeszło bliżej. Znalazło się bardzo blisko nas, tuż przed maską auta, 
wtedy zmieniło kierunek i przeszło wzdłuż samochodu. Wysunęliśmy rękę, 
by go w tym momencie dotknąć, ale przyjaciel złapał za ramię i szarpnął 

do tyłu, znał bowiem tygrysy. Ten był bardzo duży, a że okna były 

uchylone, czuliśmy jego zapach, który jednak nie wywoływał wstrętu. 
Tygrys był wściekle dziki, ogromnie silny i piękny. Bez przerwy 
warcząc, odszedł w las, a my ruszyliśmy w drogę powrotną. 
 
Przyszedł ze swoją rodziną, żoną i kilkorgiem dzieci. Najwyraźniej nie 

wiodło im się najlepiej, choć byli dość dobrze ubrani i odżywieni. 
Dzieci przez jakiś czas siedziały spokojnie, aż nie padła propozycja, 
by wyszły na dwór się pobawić, a wtedy ochoczo poderwały się i 
wybiegły. Ojciec zajmował jakąś urzędniczą posadę. Traktował ją jak 

pracę, którą musiał wykonywać, i tyle. "Czym jest szczęście i dlaczego 

nie może ono trwać przez cale życie? - zapytał. - Przeżyłem chwile 
wielkiego szczęścia, a także, rzecz jasna, wielkiego cierpienia. 
Starałem się żyć szczęśliwie, ale cierpienie nigdy mnie nie opuszczało. 
Czy to możliwe, żeby zatrzymać szczęśliwe chwile?" 
 

Czym jest szczęście? Czy wówczas, kiedy jesteśmy szczęśliwi, zdajemy 

sobie z tego sprawę? Czy może spostrzegamy to dopiero po chwili, gdy 
ono minęło? Czy szczęście jest przyjemnością i czy przyjemność może 
trwać bez przerwy? 
 

"Cóż, proszę pana, przynajmniej w moim przypadku przyjemność stanowi 

część tego szczęścia, jakiego zaznałem. Nie mogę wyobrazić sobie 
szczęścia bez przyjemności. Człowiek instynktownie dąży do 

przyjemności, a gdy jej zabraknie, jakże można mówić o szczęściu?" 
 
Rozważamy problem szczęścia, prawda? Jeżeli przyjmie pan jakieś 

założenia lub sformułuje w trakcie dociekań jakieś opinie lub sądy, to 

zbyt daleko pan nie zajdzie. Aby rozważać złożone ludzkie problemy, od 
samego początku trzeba być wolnym. Nie będąc wolnym, jest pan niczym 

background image

zwierzę uwiązane do słupka, a długość linki określa zakres pańskich 
ruchów. Tak jest zawsze. Mamy pojęcia, formuły, wierzenia i doznania, 
które narzucają nam ograniczenia; zaczynając od nich, próbujemy badać, 

poszukiwać, a to naturalnie nie pozwala nam zgłębić problemu. A zatem, 

jeśli można coś zasugerować, proszę unikać założeń i przekonań, 
natomiast bardzo wyraźnie widzieć. Jeśli szczęście jest przyjemnością, 
to jest również bólem. Nie sposób oddzielić przyjemności od bólu. Czy 

jedno nie towarzyszy zawsze drugiemu? 

 
Czym więc jest przyjemność, a czym szczęście? Jeśli badając kwiat, 

odrywamy, jeden po drugim, wszystkie płatki, to nic z niego nie 
pozostaje. Trzymamy w ręku kawałki, a one już nie mają w sobie piękna 
kwiatu. Tak więc, przyglądając się temu problemowi, nie dokonujmy 

intelektualnej analizy, która by to wszystko wyjałowiła, pozbawiła 
sensu i treści. Przyglądajmy się temu ze zrozumieniem, z troską, tak by 

dotykając nie niszcząc. Proszę więc tego nie rozrywać i nie odchodzić z 
pustymi rękami. Proszę nie używać analitycznego umysłu. 
 

Myśl zachęca do przyjemności, prawda? Myśl może nadać jej ciągłość, 
pozór trwania, który nazywamy szczęściem; i podobnie może utrwalić 
cierpienie. Myśl powiada "To lubię, a tego nie lubię. Chciałbym to 
zatrzymać, a tamto wyrzucić". Ale to ona stworzyła jedno i drugie, a 
szczęście stało się sposobem myślenia. Kiedy powiada się "Chcę pozostać 

w tym szczęśliwym stanie", jest się myślą, jest się wspomnieniem 
niegdysiejszych doznań, które określa się mianem przyjemności i 
szczęścia. 
 

A zatem przeszłość, wczorajsza czy dawno miniona, będąca myślą, powiada 

"Chciałabym żyć w tym szczęśliwym stanie, jakiego zaznałam". 
Przeobrażamy martwą przeszłość w teraźniejszą rzeczywistość i boimy się 
jutro ją utracić. Tak więc tworzymy łańcuch ciągłości. Ta ciągłość 
zakorzeniona jest w prochach dnia wczorajszego, dlatego też jest 
martwa. Nic nie rozkwitnie wśród prochów, a myśl jest prochem. A zatem 

uczynił pan ze szczęścia przedmiot myśli i jest ono dla pana jej 
przedmiotem. 
 
A może istnieje coś innego niż przyjemność, ból, szczęście i 

cierpienie? Może istnieje radość, ekstaza, pozostająca poza zasięgiem 

myśli? Myśl jest przecież niesłychanie trywialna, nie ma w niej nic 
oryginalnego. Zadając to pytanie, musi ona samej siebie zaniechać. Gdy 
tak się. dzieje, ten akt rodzi dyscyplinę zaniechania będącą łaską 
wyrzeczenia. Wyrzeczenie nie jest wówczas surowe czy brutalne. Surowe 
wyrzeczenia są wytworem myśli, są buntem przeciw przyjemności i 

pobłażaniu sobie. 

 
To dogłębne zaniechanie siebie - polegające na tym, że myśl z siebie 
rezygnuje, postrzega bowiem jasno niebezpieczeństwa, które sama rodzi - 
sprawia, że cała budowla umysłu uspokaja się. To naprawdę jest stan 

czystej czujności rodzący radość, ekstazę, której nie sposób wyrazić 

słowami. To, co wyraża się słowami, nie jest rzeczywistością. 
 

10 
 
Medytacja jest ruchem w bezruchu. Cisza umysłu to sposób działania. 

Działanie, biorące początek z myśli, jest niedziałaniem rodzącym chaos. 
Ta cisza nie jest wytworem myśli, nie nastaje wtedy, gdy milknie 
paplanina umysłu. Umysł może trwać w bezruchu tylko wówczas, gdy sam 

background image

mózg jest cichy. Jedynie widzenie tego, co naprawdę jest, ucisza 
komórki mózgowe, od tak dawna przyuczane do tego, by reagować, 
planować, bronić, domagać się. Biorące z tej ciszy początek działanie, 

które nie wywołuje chaosu, jest możliwe tylko wtedy, gdy niknie 

centrum, ten, kto obserwuje, doświadcza - a wówczas widzenie jest 
działaniem. Widzenie jest możliwe tylko wtedy, gdy panuje owa cisza, w 
której znikły wszelkie oceny i wartości moralne. 

 

Ta świątynia jest starsza od swych bogów. Bogowie w niej uwięzieni 
trwają, ale ona sama pamięta czasy jeszcze dawniejsze. Ma grube ściany, 

korytarze pełne kolumn pokrytych płaskorzeźbami przedstawiającymi 
konie, bogów i anioły. Są one w pewien sposób piękne. Przechodząc obok 
zastanawiałeś się, co by było, gdyby te rzeźby, łącznie z centralnym 

bóstwem, ożyły. 
 

Powiadali, że tę świątynię, a zwłaszcza jej centralne sanktuarium, 
wzniesiono w niepamiętnych czasach. Przemierzając liczne korytarze 
oświetlone porannym słońcem i pełne ostrych cieni, zastanawiałeś się 

nad sensem tego wszystkiego - w jaki sposób człowiek za pomocą własnego 
umysłu stworzył bogów, a potem własnymi rękami ich wyrzeźbił i umieścił 
w świątyniach i kościołach, by oddawać im cześć. 
 
Starożytne świątynie mają w sobie jakieś dziwne piękno i siłę. 

Sprawiają wrażenie, jakby zrodziła je sama ziemia. Ta świątynia była 
prawie tak stara jak ludzkość, a mieszkających w niej bogów, 
przystrojonych w jedwabie i girlandy kwiatów, ze snu budziły śpiewy, 
kadzidła i dzwony. Wydawało się, że palone tu przez wieki kadzidła 

przenikają całą ogromną, zajmującą kilka akrów, budowlę. 

 
Ludzie, bogaci i biedni, przybywali tu zapewne z całego kraju, ale 
tylko członkowie pewnej kasty wpuszczani byli do wnętrza sanktuarium. 
Wszedłeś do środka przez niskie, kamienne drzwi, przekraczając próg, w 
którym w ciągu wieków powstało wgłębienie. Sanktuarium otaczały 

kamienne rzeźby wartowników, a po wejściu do środka ujrzałeś 
śpiewających kapłanów, obnażonych do pasa, pełnych godności i powagi. 
Wszyscy, dobrze odżywieni, mieli wystające brzuchy i delikatne dłonie. 
Ich głosy były zachrypnięte, śpiewali bowiem od wielu lat. Bóstwo - 

trudno powiedzieć męskie czy żeńskie - było prawie bezkształtne. 

Niegdyś zapewne miało twarz, lecz teraz rysy prawie się zatarły. 
Klejnoty były z pewnością bezcenne. 
 
Kiedy śpiew umilkł, zapanowała taka cisza, jak gdyby sama Ziemia 
przestała wirować. Do wnętrza nie docierało słońce, oświetlały je tylko 

lampki oliwne. Sufit od nich poczerniał, panował w tym miejscu 

tajemniczy mrok. 
 
Wszystkim bogom należy oddawać cześć w ciemności i oparach tajemnicy, w 
przeciwnym razie nie istnieją. 

 

Gdy wyszedłeś na zewnątrz, gdzie ostro świeciło słońce i spojrzałeś na 
błękitne niebo oraz na wysokie, kołyszące się palmy, ogarnęło cię 

zdumienie, dlaczego człowiek czci samego siebie pod postacią, którą 
stworzył własnymi dłońmi i umysłem. Lęk i to piękne niebo wydawały się 

tak od siebie odległe. 

 

Był młodym, schludnym mężczyzną, o ostrych rysach twarzy, jasnych 
oczach i żywym uśmiechu. Siedzieliśmy na podłodze w niewielkim pokoju, 

background image

za oknem rozciągał się mały ogród, pełen różnokolorowych róż, od 
białych do prawie czarnych. Na gałęzi, głową w dół, wisiała papuga o 
błyszczących oczach i czerwonym dziobie. Patrzyła na innego, o wiele 

mniejszego ptaka. 

 
Mężczyzna mówił dość dobrze po angielsku, ale używając słów często się 
wahał. W pewnym momencie spoważniał. "Na czym polega życie religijne? - 

zapytał. - Pytałem o to różnych guru, oni zaś udzielali mi 

standardowych odpowiedzi. Jeśli można, chciałbym zadać to pytanie także 
panu. Miałem dobrą pracę, ale nie będąc żonaty, porzuciłem ją, albowiem 

głęboko pociąga mnie religia i chciałbym dowiedzieć się, co znaczy 
wieść życie religijne w świecie, który jest tak niereligijny". 
 

Jeśli wolno mi coś zaproponować, to czy zamiast pytać, czym jest życie 
religijne, nie byłoby lepiej spytać, czym jest samo życie? Wtedy może 

zrozumiemy, co znaczy żyć w sposób prawdziwie religijny. Tak zwane 
życie religijne zmienia się w zależności od kraju, sekty, wierzeń; a 
człowiek staje się ofiarą propagandy związanej ze zorganizowanymi, 

usankcjonowanymi interesami religijnymi. Jeśli potrafimy to wszystko 
odrzucić - nie tylko wierzenia, dogmaty i rytuały, ale także ową 
atmosferę szacowności, która towarzyszy kulturze religijnej - to być 
może zdołamy odkryć, czym jest nietknięte przez ludzkie myśli życie 
religijne. 

 
Nim jednak tego dokonamy, stwierdźmy najpierw, czym jest samo życie. 
Realne życie to ciągła, monotonna praca i związane z nią walki i 
konflikty; to ból samotności, niedola i nędza biedaków i bogaczy, 

ambicja, pogoń za spełnieniem, sukcesy i cierpienia. To wszystko 

wypełnia całe nasze życie. Życiem nazywamy owe zwycięstwa, porażki i 
nieustanne dążenie do przyjemności. 
 
Przeciwieństwem lub zaprzeczeniem tego wszystkiego jest tak zwane życie 
religijne lub duchowe. Ale ono z kolei zawiera w sobie samo jądro tego, 

czemu się przeciwstawia, a zatem, choć oba te sposoby życia mogą 
sprawiać wrażenie odmiennych, faktycznie takimi nie są. Można zmienić 
zewnętrzną szatę, ale wewnętrzna istota tego, co było i co być musi, 
pozostaje ta sama. Takie rozdwojenie jest wytworem myśli, a zatem 

wywołuje ono jeszcze większy konflikt, który ciągnie się bez końca. 

Wszystko to znamy - powiedzieli nam to inni i sami to odczuliśmy - i to 
właśnie nazywamy życiem. 
 
Życie religijne nie toczy się na drugim brzegu rzeki, toczy się tutaj - 
na brzegu, na którym człowiek trudzi się w pocie czoła. Właśnie to 

musimy zrozumieć, a aktem religijnym jest proces rozumienia, nie zaś 

posypywanie się popiołem, noszenie przepaski na biodrach lub infuły, 
zasiadanie na tronie czy na grzbiecie słonia. 
 
Najważniejsze jest spostrzeganie tych wszystkich okoliczności, ludzkich 

przyjemności i niedoli, a nie spekulowanie, jak powinno przebiegać 

życie religijne. To, co powinno być, jest mitem; to jest moralność 
stworzona przez myśl i wyobraźnię. Trzeba odrzucić tę moralność - 

społeczną, religijną i zawodową - nie intelektualnie, ale faktycznie 
wyrywając się z systemu tej moralności, która jest niemoralna. 
 

A zatem pytanie naprawdę brzmi: czy można wykroczyć poza ten system? To 
myśl stworzyła ów przerażający chaos i niedole, to ona staje na 
przeszkodzie religii i religijnemu życiu. Myśl sądzi, że potrafi poza 

background image

ten system wykroczyć, ale gdy to uczyni, będzie to nadal akt myśli, ona 
zaś nie jest prawdziwym bytem i dlatego też stworzy kolejne złudzenie. 
 

Wykraczanie poza ten system nie jest aktem myślowym. Trzeba to jasno 

zrozumieć, w przeciwnym razie znów zostaniemy uwięzieni przez myśl. 
Koniec końców "ja" jest wiązką wspomnień, tradycji i wiedzy tysięcy 
minionych dni. A zatem można wykroczyć poza granice świata wojny, 

nienawiści, zawiści i okrucieństwa jedynie wtedy, gdy niknie 

cierpienie, ono bowiem jest wytworem myśli. Taki akt jest życiem 
religijnym, które nie opiera się na żadnej wierze, albowiem nie zna 

jutra. 
 
"Czy nie żąda pan rzeczy niemożliwej? Czy nie domaga się pan cudu? W 

jaki sposób miałbym poza to wszystko wykroczyć bez pomocy myśli? Myśl 
jest samym moim istnieniem!" 

 
Właśnie! Samo to istnienie, będące myślą, musi się skończyć. Sam ten 
egocentryzm i jego działalność muszą w naturalny i prosty sposób 

obumrzeć. Jedynie z chwilą tak rozumianej śmierci zaczyna się nowe, 
religijne życie. 
 
11 
 

Jeśli, aby medytować, rozmyślnie przyjmujesz jakiś sposób podejścia, 
przybierasz jakąś postawę, wówczas medytacja przeobraża się w rozrywkę, 
umysłową zabawę. Jeśli postanawiasz wyrwać się z zamętu i życiowych 
niedoli, pojawiają się wyimaginowane doznania, które nie są medytacją. 

Świadomy lub nieświadomy umysł nie może w tym uczestniczyć, nie wolno 

im nawet zdawać sobie sprawy z zakresu i piękna medytacji, a jeśli tak 
się dzieje, to równie dobrze mógłbyś pójść i kupić jakąś romantyczną 
powieść. 
 
W medytacyjnym stanie pełnej uwagi nie ma wiedzy, nie zachodzi 

rozpoznawanie czy wspominanie czegoś, co było. Czas i myśl nikną 
całkowicie, stanowią one bowiem ośrodek ograniczający naszą zdolność 
widzenia. 
 

W błysku światła myśl ginie, a świadomy wysiłek, by doznawać, a także 

wspomnienie o nim, staje się tylko minionym słowem. A słowo nigdy nie 
jest tym, co rzeczywiste. W tym momencie - który nie ma związku z 
czasem - to, co ostateczne, jest tym, co najbliższe, ale nie ma ono 
symbolu, nie wiąże się z żadną osobą, z żadnym bogiem. 
 

Tego ranka, zwłaszcza tak wcześnie, dolina była niesłychanie cicha. 

Pohukująca sowa umilkła, a jej towarzysz znad odległych wzgórz nie 
odpowiadał. Żaden pies nie szczekał, a wieś jeszcze nie zbudziła się ze 
snu. Na wschodzie rozbłysła łuna, obietnica, ale Krzyż Południa jeszcze 
nie zbladł. Spośród liści nie dochodził żaden szelest, wydawało się, że 

Ziemia przestała wirować. Ta przenikająca do głębi cisza była 

odczuwalna, dotykalna, mogłeś ją wręcz powąchać. To nie była cisza 
panująca na zewnątrz, wśród wzgórz i nieruchomych drzew; ty byłeś tą 

ciszą. Ty i ona nie byliście od siebie oddzieleni. Rozróżnienie zgiełku 
i ciszy nie miało sensu. Wzgórza, ciemne i nieruchome, były tą samą 
ciszą. 

 
Ta cisza, nie będąca zaprzeczeniem zgiełku, była bardzo aktywna. Tego 
ranka, o dziwo, napłynęła przez okno niczym jakaś woń, a wraz z nią 

background image

pojawiło się poczucie absolutu. Gdy wyjrzałeś przez okno, dystans 
dzielący wszystkie rzeczy znikł, a o świcie twoje oczy otwarły się i 
ujrzały wszystko na nowo. 

 

"Interesuje mnie seks, równość społeczna i Bóg. Tylko to się w życiu 
liczy, nic więcej. Polityka, religie z ich kapłanami i obietnicami, 
rytuałami i wyznaniami wiary wydają się nas znieważać. Naprawdę nie 

udzielają odpowiedzi, nigdy faktycznie nie rozwiązały żadnych 

problemów, pomagały jedynie je odwlekać. Na różne sposoby potępiały 
seks, utrwalały społeczne nierówności, a wymyślony przez nie Bóg to 

kamień, który przyodziały w szatę miłości i wzruszeń. Osobiście nie 
dostrzegam w tym żadnego pożytku. Wspominam o tym tylko dlatego, abyśmy 
mogli wszystko to pominąć i skoncentrować się na tych trzech kwestiach 

- seksie, społecznej nędzy i tym, co nazywamy Bogiem. 
 

Moim zdaniem seks jest w równym stopniu nieodzowny jak jedzenie. 
Przyroda stworzyła mężczyznę i kobietę oraz ich nocne rozkosze. Dla 
mnie to równie ważne jak odkrycie tej prawdy, którą można nazwać 

Bogiem. A współczucie dla bliźniego jest nie mniej ważne jak miłość do 
kobiety mieszkającej w twoim domu. Seks nie stanowi problemu, lubię go. 
A jednak jest we mnie lęk przed czymś nieznanym. Ten właśnie lęk i ból 
muszę zrozumieć - nie jako problem do rozwiązania, ale raczej jako coś, 
w co powinienem wniknąć tak, by naprawdę się z tego oczyścić. Chciałbym 

zatem, jeśli ma pan czas, te kwestie z panem rozważyć". 
 
Może zacznijmy od kwestii ostatniej, nie od pierwszej, a wtedy, być 
może, inne sprawy zdołamy lepiej zrozumieć; wtedy, być może, nabiorą 

one innego charakteru niż to, co łączy się z przyjemnością. 

 
Czy pragnie pan utwierdzić się w swoich przekonaniach, czy naprawdę 
ujrzeć rzeczywistość; nie doświadczać jej, ale faktycznie ją ujrzeć 
umysłem i sercem, które są bardzo czułe i czyste? Przekonanie to jedno, 
a widzenie to drugie. Przekonania wiodą w mrok, podobnie jak wiara. 

Wiodą do kościołów, do mrocznych świątyń i rytuałów dostarczających 
przyjemnych wrażeń. Wzdłuż tej drogi nie ma rzeczywistości, lecz 
jedynie złudzenia, fantazyjne sprzęty wypełniające kościoły. 
 

Jeśli odrzuca się lęk, wiara staje się zbędna, natomiast gdy lgnie się 

do wiary i dogmatów, lęk działa. Wiara nie zawsze jest usankcjonowana 
przez konkretną religię; powstaje, choć człowiek żadnej religii nie 
wyznaje. Można mieć swoją własną, indywidualną, unikalną wiarę - ale 
nie stanie się ona światłem, które rozjaśnia. Myśl przyobleka się w 
wiarę, aby się bronić przed lękiem, który sama wywołała. Sposób 

działania myśli nie ma nic wspólnego z niczym nie skrępowaną uwagą 

widzącą prawdę. 
 
Myśl nie może szukać tego, czego nie da się zmierzyć, ponieważ myśl 
nieustannie dokonuje porównań. To, co najwyższe, nie mieści się w 

strukturze myśli i rozumu, nie jest też wytworem emocji i wzruszeń. 

Uwaga jest negacją myśli; tak jak negacja myśli jest miłością. Jeśli 
szukasz tego, co najwyższe, to nie znajdziesz; ono musi, o ile ci się 

poszczęści, przyjść do ciebie - a twą szansę stanowi otwarte okno 
serca, nie myśli. 
 

"To dość trudne. Prosi mnie pan, bym zanegował całe swoje jestestwo, to 
»ja«, które tak troskliwie rozwijałem i pielęgnowałem. Sądziłem, że 
przyjemność płynąca z tego, co nazwać by można Bogiem, jest wieczna. On 

background image

jest moim schronieniem, w nim cała moja nadzieja i radość; a pan każe 
mi to wszystko odrzucić. Czy to możliwe? I czy rzeczywiście tego 
pragnę? A poza tym, czy nie obiecał mi pan jakiejś nagrody, jeśli to 

odrzucę? Oczywiście wiem, że żadnej nagrody mi pan faktycznie nie 

oferuje, ale czy naprawdę potrafię całkowicie odrzucić - nie tylko 
werbalnie - to, czym zawsze żyłem?" 
 

Jeśli spróbuje pan dokonać tego rozmyślnie, to narodzą się konflikt, 

ból i wieczna niedola. Ale jeśli ujrzy pan, czym to naprawdę jest - tak 
jak widzi pan tę lampę, drgające światło, knot i mosiężną podstawę - to 

wkroczy pan w inny wymiar. W tym wymiarze miłość nie rodzi społecznych 
problemów; nie ma tam podziałów rasowych, klasowych czy 
intelektualnych. Tylko ludzie nierówni odczuwają potrzebę równości. 

Człowiek uprzywilejowany chce zachować ów podział, swą klasę, swój 
sposób życia. Poddany zaś walczy nieustannie o to, by stać się 

uprzywilejowanym; ciemiężony chce przeobrazić się w ciemięzcę. A zatem, 
samo wprowadzanie odpowiednich aktów prawnych - choć jest niezbędne - 
nie likwiduje podziałów i związanych z nimi okrucieństw; nie znosi też 

podziału między pracą a statusem społecznym. Praca służy nam do 
zdobywania społecznego statusu - i cały cykl nierówności zaczyna się na 
nowo. Problemów społecznych nie likwiduje moralność przez to 
społeczeństwo wymyślona. Miłość nie zna moralności, miłość nie jest 
reformą. Kiedy miłość staje się przyjemnością, ból jest nieunikniony. 

Miłłość nie jest myślą, a to myśl sprawia przyjemność - przyjemność 
seksualną i tę płynącą z osiągania czegoś. Myśl potęguje i utrwala 
chwilową przyjemność. Rozmyślając o niej, przedłużamy jej żywotność o 
kolejną chwilę. Czyż to nie owo pożądanie przyjemności nazywamy seksem? 

Towarzyszą mu wprawdzie silne uczucia - wrażliwość, troska, przyjaźń i 

cała ta reszta - ale przewija się przez to wszystko nić bólu i lęku. To 
aktywność myśli sprawia, że nie sposób zerwać tej nici. 
 
"Ale nie można pozbawiać seksu przyjemności! Żyję tą przyjemnością, 
lubię ją. Jest ona dla mnie o wiele ważniejsza niż posiadanie 

pieniędzy, stanowiska czy społecznego prestiżu. Widzę też, że 
przyjemność niesie ze sobą ból, ale ponieważ ona przeważa, nie dbam o 
to". 
 

Kiedy przyjemność, którą się pan tak rozkoszuje, przeminie - z powodu 

starości, nieszczęśliwego wypadku, upływu czasu - wtedy wpadnie pan w 
sidła; cierpienie stanie się nieodłączne. Ale miłość nie jest 
przyjemnością, nie jest wytworem pragnień i dlatego właśnie, widzi pan, 
musimy wkroczyć w inny wymiar. W nim wszystkie nasze problemy - i 
wszystkie kwestie - ulegają rozwiązaniu. Bez niego, cokolwiek byśmy 

uczynili, trwają cierpienie i zamęt. 

 
12 
 
W górze fruwały chmary ptaków, niektóre przelatywały nad szeroką rzeką, 

inne, unosząc się wysoko na niebie, zataczały wielkie kręgi, prawie nie 

poruszając skrzydłami. Wśród tych szybujących najwyżej przeważały sępy, 
w jasnych promieniach słońca wyglądające niczym sunące pod wiatr 

plamki. Na ziemi niezgrabne, miały nagie szyje i szerokie, ciężkie 
skrzydła. Parę z nich siedziało na czubku tamaryndowca, lecz wrony nie 
dawały im spokoju. Jedna z nich próbowała nawet się na sępie usadowić. 

Ten w końcu, zniecierpliwiony, odleciał, ale uparta wrona podfrunęła od 
tyłu i usiadła mu na karku. Lecący sęp z siedzącą na grzbiecie wroną 
wyglądał naprawdę niesamowicie. Ją najwyraźniej to cieszyło, on zaś 

background image

próbował pozbyć się intruza. W końcu wrona odleciała i znikła w lesie 
po drugiej stronie rzeki. 
 

Papugi zygzakiem przyfrunęły z drugiego brzegu. Wrzeszcząc oznajmiały 

całemu światu swoje przybycie. Kilka z nich, jasnozielonych, z 
czerwonymi dziobami, mieszkało na tym tamaryndowcu. Nad ranem odtruwały 
w dół rzeki, czasem wracały z wrzaskiem, ale częściej nie było ich 

przez cały dzień, aż nie wracały późnym popołudniem, kiedy już nakradły 

ziarna z pól i wszelkich owoców, które zdołały znaleźć. Przez parę 
sekund uwijały się wśród listowia, a potem znikały. Nie sposób ich było 

dojrzeć między małymi, zielonymi liśćmi. Mieszkały w jakiejś dziupli w 
pniu tego drzewa, samiec i samica, a wyglądały na bardzo szczęśliwe, 
gdy odtruwając wykrzykiwały swą radość. Wieczorem i wczesnym rankiem 

słońce kreśliło na rzece ścieżkę - złotą nad ranem, a srebrną pod 
wieczór. Nic dziwnego, że ludzie oddawali rzekom cześć; lepsze to niż 

oddawanie czci wizerunkom i wszystkie związane z tym rytuały i 
wierzenia. Ta rzeka była żywa i głęboka, płynęła nieprzerwanie. Małe 
zaś sadzawki nieopodal jej brzegów trwały w zupełnym bezruchu. 

 
Każdy człowiek izoluje się w takiej "sadzawce" i tam chyli się ku 
upadkowi; nigdy nie włączając się w główny nurt rzeki. Ta rzeka, tak 
bardzo zanieczyszczana przez ludzi żyjących w jej górnym biegu, w jakiś 
sposób niżej oczyszczała się i płynęła niebieskozielona, głęboka. 

Wyglądała wspaniale, zwłaszcza przed wschodem słońca, cicha, 
nieruchoma, w kolorze stopionego srebra. W miarę, jak słońce wznosiło 
się ponad drzewami, stawała się złota, potem znów przekształcała się w 
srebrzystą drogę i woda na powrót ożywała. 

 

W tym pokoju z widokiem na rzekę panował chłód, było prawie mroźno, jak 
to wczesną zimą. Mężczyzna z żoną, siedzący naprzeciwko, był młody, ona 
zaś jeszcze młodsza. Spoczęliśmy na dywanie rozłożonym na chłodnej, 
twardej podłodze. Nie interesował ich widok rzeki, a gdy wskazano im, 
jak jest szeroka, piękna, jak zielony jest przeciwległy brzeg, tylko 

grzecznie skinęli głowami. Przyjechali z północy, przebyli długą drogę 
autobusem i pociągiem i bardzo chcieli porozmawiać o sprawach, które 
ich nurtowały; rzeka była czymś, na co mogli popatrzeć później, gdy 
będą mieli czas. 

 

"Człowiek nie może być wolny; jest związany z rodziną, dziećmi, pracą - 
rzekł mężczyzna. - Póki żyje, ma obowiązki. Chyba że zostaje 
sannjasinem, mnichem". 
 
Pojmował, jak niezbędna jest wolność, a jednak czuł, że jest ona czymś, 

czego nie da się osiągnąć w tym brutalnym świecie, rządzonym przez 

zasady współzawodnictwa. Żona słuchała go z wyrazem lekkiego zdumienia, 
zadowolona, że jej mężczyzna potrafi zachować się poważnie i zupełnie 
prawidłowo wypowiada się po angielsku. Dawało jej to poczucie dumy, 
takiej jaka płynie ze świadomości posiadania. On zupełnie tego nie 

dostrzegał, siedziała bowiem nieco z tyłu. 

 
"Czy w ogóle można być wolnym? - zapytał. - Niektórzy polityczni 

pisarze i teoretycy, na przykład komuniści, twierdzą, że wolność jest 
pojęciem burżuazyjnym, jest nieosiągalna i nierealna, podczas gdy świat 
demokratyczny wciąż o niej mówi. Podobnie kapitaliści. Oczywiście, 

także każda religia ją głosi i obiecuje, choć dba o to, by człowiek 
stał się więźniem swej własnej wiary i ideologii, przecząc własnymi 
działaniami składanym obietnicom. Przybyłem, by dociec - nie tylko 

background image

intelektualnie - czy człowiek może w tym świecie być prawdziwie wolny, 
czy ja mogę. Wziąłem urlop, aby tu przyjechać; na dwa dni jestem wolny 
od swej pracy - od biurowej rutyny i codziennego życia w małym 

miasteczku. Gdybym miał więcej pieniędzy, miałbym więcej wolności, 

mógłbym pojechać tam, gdzie bym zechciał, robiłbym to, na co mam 
ochotę, może bym malował lub podróżował. To jednak jest niemożliwe, 
bowiem moja pensja jest niewielka, a ja mam obowiązki; jestem więźniem 

własnych obowiązków". 

 
Jego żona nie była w stanie tego wszystkiego zrozumieć, ale nadstawiła 

uszu na słowo "obowiązki". Być może zaniepokoiła się, czy on nie zechce 
porzucić domu i wyruszyć w świat. 
 

"Te obowiązki - kontynuował - odbierają mi wolność, zarówno zewnętrzną, 
jak i wewnętrzną. Rozumiem, że człowiek nie może całkowicie uwolnić się 

od świata, biur, sklepów i tak dalej. Nie tam szukam wolności. 
Przyjechałem, aby dowiedzieć się, czy w ogóle możliwa jest wolność 
wewnętrzna?" 

 
Gołębie na werandzie gruchały i trzepotały skrzydłami, papugi 
skrzeczały za oknem, a słońce lśniło na ich jasnych, zielonych 
skrzydłach. 
 

Czym jest wolność? Czy to jakaś idea lub uczucie pielęgnowane przez 
myśl, gdyż usidlają ją liczne problemy, niepokoje i tak dalej? Czy 
wolność jest rezultatem, nagrodą, czymś, co stanowi zakończenie pewnego 
procesu? Czy wolność to oswobodzenie się od gniewu? A może polega ona 

na tym, że można robić to, co się chce? Czy wolnością jest 

stwierdzenie, że obowiązek jest dla ciebie ciężarem i odsunięcie go na 
bok? Czy wolnością jest przeciwstawianie się czy może uleganie? Czy tę 
wolność mogą nam dać myśl lub jakieś działanie? 
 
"Proszę, niech pan mówi trochę wolniej". 

 
Czy wolność jest przeciwieństwem niewoli? Czy to jest wolność, gdy 
będąc w więzieniu i zdając sobie sprawę z tego i ze wszystkich 
związanych z tym ograniczeń, wyobrażamy ją sobie? Czy wyobraźnia może 

dać wolność, czy też będzie to tylko myślowa fantazja? To, co 

faktycznie znamy i co faktycznie jest, to zniewolenie, przywiązanie do 
rzeczy zewnętrznych - do domu, rodziny, do pracy, a również wewnętrzne 
przywiązanie - do tradycji, zwyczajów, do przyjemności, jakie niosą ze 
sobą władza i własność, do lęku, osiągnięć i tylu innych rzeczy. Gdy 
sukces sprawia nam wielką przyjemność, nie mówimy i nie myślimy o tym, 

by się od niego uwolnić. Mówimy o wolności tylko wtedy, gdy pojawia się 

ból. Wszystkie te rzeczy pętają nas zarówno wewnętrznie, jak i 
zewnętrznie, a to zniewolenie jest tym, co jest. Sprzeciwianie się 
temu, co jest, nazywamy wolnością. Opieramy się temu, co jest, uciekamy 
od tego, staramy się to stłumić, mając nadzieję, że w ten sposób 

zyskamy pewnego rodzaju wolność. Znamy wewnętrznie tylko dwie rzeczy - 

zniewolenie i sprzeciw; to sprzeciw stwarza zniewolenie. 
 

"Przykro mi, ale w ogóle tego nie rozumiem". 
 
Co faktycznie się dzieje, gdy sprzeciwia się pan złości lub nienawiści? 

Wznosi pan wokół nienawiści mur, ale ona trwa; mur jedynie ją przed 
panem skrywa. Albo postanawia pan nigdy się nie złościć, ale owo 
postanowienie stanowi część złości, a sam sprzeciw jeszcze ją wzmacnia. 

background image

Można to ujrzeć we własnym wnętrzu, gdy się ten fakt obserwuje. Gdy się 
pan sprzeciwia, kontroluje, tłumi lub próbuje przezwyciężyć - a 
wszystko to jest tożsame ze sobą, są to bowiem bez wyjątku akty woli - 

tylko wzmacnia pan ten obronny mur, a w rezultacie coraz bardziej 

pogrąża się w niewoli, umysłowej ciasnocie, małostkowości. I właśnie od 
tej małostkowości, od tej ciasnoty chce się pan uwolnić, a samo to 
pragnienie jest reakcją, która stwarza inne bariery i jeszcze 

małostkowość potęguje. W ten sposób przechodzimy od sprzeciwu do 

sprzeciwu, od bariery do bariery - czasem malując mury obronne na inne 
kolory, nadając im odmienny charakter czy określając je jakimś wzniośle 

brzmiącym słowem. Ale opór jest zniewoleniem, zniewolenie zaś 
cierpieniem. 
 

"Czy to oznacza, że w życiu zewnętrznym mamy pozwolić innym pomiatać 
sobą do woli? I że we własnym wnętrzu nie powinniśmy niczym krępować 

swej złości i temu podobnych?" 
 
Wygląda na to, że nie słuchał pan tego, co zostało powiedziane. Kiedy 

coś sprawia nam przyjemność, nie protestujemy, że nam się to rozkoszne 
uczucie przytrafiło. Jednak gdy staje się to bolesne, zaczynamy stawiać 
opór. Chce pan uwolnić się od bólu, a jednocześnie zachować 
przyjemność. Trwanie przy przyjemności jest sprzeciwem. 
 

Reakcja jest czymś naturalnym; jeśli ktoś nie reaguje fizycznie na 
ukłucie szpilką, to znaczy, że jest pozbawiony czucia. Wewnętrznie 
również, jeśli się nie reaguje, to coś jest nie w porządku. Ale ważna 
jest nie sama reakcja, lecz sposób, w jaki się reaguje, oraz natura 

owej reakcji. Gdy ktoś nam schlebia, reagujemy. Reagujemy także, gdy 

ktoś nas obraża. Jedno i drugie jest sprzeciwem przejawiającym się w 
postaci przyjemności lub bólu. To zachowujemy, tamto ignorujemy lub 
pragniemy pomścić. Ale jedno i drugie jest stawianiem oporu. Zarówno 
zachowywanie, jak i odrzucanie są formami sprzeciwu, wolność natomiast 
sprzeciwem nie jest. 

 
"Czy potrafię reagować, nie stawiając oporu w postaci przyjemności lub 
bólu?" 
 

A co pan o tym sądzi? Co pan czuje? Czy zadaje pan to pytanie mnie czy 

sobie? Jeśli ktoś z zewnątrz, jakiś zewnętrzny pośrednik, odpowie na to 
pytanie, pan mu zaufa, a to zaufanie przeobrazi się w autorytet, który 
jest pewną formą sprzeciwu. A wtedy znów będzie pan chciał uwolnić się 
od tego autorytetu! A zatem, jakże można zadawać to pytanie komuś 
innemu? 

 

"Pan mógłby mi to wskazać, a gdybym to później ujrzał, autorytet nie 
odegrałby chyba roli?" 
 
Ale myśmy panu wskazali to, co faktycznie jest. Proszę patrzeć na to, 

co faktycznie jest, nie reagując uczuciem przyjemności lub bólu. 

Wolność jest widzeniem. Widzenie jest wolnością. Można widzieć jedynie 
będąc wolnym. 
 

"To widzenie jest, być może, aktem wolności, ale jaki ono wywiera wpływ 

na moje zniewolenie, które jest tym, co jest, tym, co widzę?" 

 

Kiedy powiada pan, że widzenie, być może, jest aktem wolności, jest to 
przypuszczenie, a zatem przypuszczeniem jest również pańskie widzenie. 

background image

To znaczy, że nie widzi pan naprawdę tego, co jest. 
 
"Nie wiem, proszę pana. Widzę, że moja teściowa znęca się nade mną; czy 

ona przestanie dlatego, że ja to widzę?" 

 
Proszę obserwować zachowania swojej teściowej i własne reakcje, ale nie 
reagując uczuciami przyjemności lub bólu. Proszę obserwować to w sposób 

nieskrępowany. Być może będzie pan potem zupełnie ignorował jej słowa, 

a może wyjdzie pan z domu. Ale to wyjście lub nie zważanie na nią nie 
będzie stawianiem oporu. To niewybiórcze uświadomienie jest wolnością. 

Działania wypływającego z tej wolności nie sposób przewidzieć, 
usystematyzować czy wtłoczyć w ramy społecznej moralności. To 
niewybiórcze uświadomienie nie ma charakteru politycznego, nie 

przynależy do żadnego "izmu"; nie stanowi wytworu myśli. 
 

13 
 
"Chcę poznać Boga" - rzekł porywczo, prawie krzycząc. Sępy siedziały na 

tym samym drzewie co zwykle, pociąg terkotał na moście, a rzeka płynęła 
w dal. W tym miejscu była bardzo szeroka, głęboka i spokojna. Wczesnym 
rankiem z daleka, stojąc na wysokim brzegu, czuło się zapach wody - jej 
czystość, jej świeżość. Dzień jeszcze tego zapachu nie popsuł. Za oknem 
skrzeczały papugi lecące w stronę pól, później miały powrócić na 

tamaryndowiec. Stada wron, wysoko w górze, przelatywały nad rzeką, 
siadały na drzewach i wśród pól na jej drugim brzegu. W ten czysty, 
zimowy poranek, mroźny, lecz jasny, na niebie nie było ani jednej 
chmury. Gdy tak patrzyłeś na światło wschodzącego słońca kładące się na 

rzece, medytacja trwała. Samo to światło należało do niej, gdy, w ten 

cichy poranek, patrzyłeś na roziskrzone, tańczące wody - nie umysłem, 
który wszystkiemu nadaje pewien sens, ale oczami, które widziały 
światło i nic poza tym. 
 
Światło, podobnie jak dźwięk, jest czymś nadzwyczajnym. Istnieje 

światło, które artyści próbują utrwalić na płótnie, albo takie, które 
rejestruje kamera, jest też światło samotnej lampy w ciemnościach nocy, 
lub to rozjaśniające czyjąś twarz, światło, które kryje się w oczach. 
Światło, które widzą oczy, nie jest tym, które lśni na wodzie; ono jest 

zupełnie inne, zbyt rozlegle, by mogło pomieścić się w wąskim polu 

widzenia. Światło, niczym dźwięk, pozostawało wciąż w ruchu - na 
zewnątrz i do wewnątrz - niczym przypływy i odpływy morza. I gdy tak 
trwałeś w wielkiej ciszy, podążałeś za nim, nie w wyobraźni czy za 
pomocą zmysłów, ale nie wiedząc o tym, nie licząc chwil. 
 

Piękna tego światła, tak jak miłości, nie da się z niczym porównać, nie 

można wyrazić go słowami. Jednak było tam - w cieniu, na otwartej 
przestrzeni, w domu, w oknie, po drugiej stronie drogi i w śmiechu 
dzieci. Bez tego światła to, co widzisz, jest prawie bez znaczenia, 
gdyż światło jest wszystkim. Światło medytacji lśniło na wodzie. Miało 

tam znów pojawić się pod wieczór, w ciągu nocy i o świcie, gdy słońce 

wzejdzie ponad drzewa, złociście barwiąc rzekę. Medytacja jest tym 
światłem w umyśle, które rozjaśnia drogę naszych działań; bez niego nie 

ma miłości. 
 
Potężny mężczyzna, starannie ogolony i z wystrzyżoną głową, usiadł na 

podłodze w tym małym pokoju z widokiem na rzekę. Podłoga była chłodna, 
trwała bowiem zima. Odznaczał się godnością kogoś, kto niewiele posiada 
i nie dba o to, co ludzie powiedzą. 

background image

 
"Chcę poznać Boga. Wiem, że dziś to niemodne. Studenci, nadchodzące 
pokolenie buntowników, aktywistów politycznych, formułujące rozsądne i 

nierozsądne żądania, szydzi ze wszystkich religii. I mają też całkowitą 

słuszność, bo spójrzmy, co z tego zrobili księża! Naturalnie, młodsze 
pokolenie niczego takiego nie chce. Ich zdaniem, świątynie i kościoły 
popierają wyzysk człowieka. Młodzi zupełnie nie ufają poglądom 

hierarchów, nie dają wiary propagowanym przez księży zbawcom, 

ceremoniom i wszelkim tym niedorzecznościom. Zgadzam się z nimi. 
Pomagałem niektórym z nich w walce z tym wszystkim. Ale nadal chcę 

poznać Boga. Byłem komunistą, lecz dawno już wystąpiłem z tej partii, 
albowiem jej członkowie również mają swoich bogów, swe dogmaty i 
teoretyków. Byłem komunistą naprawdę gorliwym, gdyż początkowo oni coś 

obiecywali - wielką, prawdziwą rewolucję. Ale teraz cechują się tym 
wszystkim co i kapitaliści; poszli drogami tego świata. Interesowały 

mnie reformy społeczne, prowadziłem działalność polityczną, ale 
wszystko to porzuciłem, ponieważ widzę, że za pomocą nauki i techniki 
człowiek nigdy nie uwolni się od rozpaczy, niepokoju i lęku. Być może 

istnieje tylko jeden sposób. Nie ulegam przesądom i nie sądzę, bym bał 
się życia. Przeszedłem, jak pan widzi, przez to wszystko i nadal mam 
wiele lat przed sobą. Chcę wiedzieć, czym jest Bóg. Pytałem kilku 
wędrownych mnichów, zarówno tych, którzy wiecznie powiadają »Bóg jest, 
musisz tylko patrzeć«, jak i tych, którzy tajemniczo milkną i oferują 

pewną metodę. Wystrzegam się tych wszystkich pułapek. A zatem 
przyszedłem do pana, czuję bowiem, że muszę to odkryć". 
 
Czas jakiś siedzieliśmy w milczeniu. Papugi, skrzecząc, przelatywały za 

oknem, a na ich zielonych skrzydłach i czerwonych dziobach połyskiwało 

światło. 
 
Czy sądzi pan, że można to odkryć? Że natrafi się na to szukając? Czy 
uważa pan, że można tego doświadczyć? Że ograniczony umysł zdoła 
ogarnąć to, co bezgraniczne? W jaki sposób? Skąd będzie pan to 

wiedział? Jak pan zdoła to rozpoznać? 
 
"Doprawdy nie wiem - odparł - Ale będę wiedział, gdy stanie się to 
rzeczywistością". 

 

Czy to ma znaczyć, że pozna to pan za pomocą swego umysłu, swego serca, 
swej inteligencji? 
 
"Nie. Poznanie od żadnego z nich nie zależy. Doskonale zdaję sobie 
sprawę, jak zwodnicze są zmysły. Wiem, jak łatwo powstają złudzenia". 

 

Wiedzieć znaczy doświadczać, prawda? Doświadczać, znaczy rozpoznawać, a 
rozpoznawanie to pamięć i skojarzenia. Jeśli przez "wiedzę" rozumie pan 
rezultat przeszłego zdarzenia, wspomnienia, czegoś, co wydarzyło się 
niegdyś, to jest to wiedza o tym, co było. A czy zna pan to, co się 

teraz dzieje, co jest faktem? A może poznaje pan to dopiero po chwili, 

gdy już minęło? To, co dzieje się teraz, jest poza czasem; a wiedza 
zawsze istnieje w czasie. Patrzy pan na to, co się dzieje, oczami 

czasu, które to nazywają, przekładają i zapisują. Oto co nazywa się 
wiedzą powstałą zarówno w wyniku analizy, jak i natychmiastowego 
rozpoznawania. W zakres tej wiedzy chce pan wprowadzić to, co znajduje 

się po drugiej stronie wzgórza lub za tym drzewem. I upiera się pan, że 

musi wiedzieć, iż musi tego doświadczyć i zatrzymać. Czy można w swym 
umyśle lub w dłoni zatrzymać te rozlegle wody? To, co pan zatrzymuje, 

background image

jest słowem i tym, co widziały pańskie oczy, a także widzeniem 
wyrażonym słowami i wspomnieniem o tych słowach. Ale wspomnienie nie 
jest tą wodą i nigdy nią nie będzie. 

 

"Zgadzam się - powiedział. - Jak zatem do tego dotrę? W ciągu swego 
długiego i wypełnionego różnymi zainteresowaniami życia stwierdziłem, 
że nic człowieka nie zbawi - żadna instytucja, żaden system społeczny, 

nic. Dlatego przestałem czytać. A przecież człowiek musi zostać 

zbawiony, musi się jakoś z tego wydobyć i moje usilne pragnienie 
znalezienia Boga jest krzykiem wielkiego niepokoju o ludzkość. Szerzący 

się gwałt pochłania człowieka. Znam wszystkie argumenty za i przeciw. 
Niegdyś miałem nadzieję, ale teraz jestem z wszelkiej nadziei odarty. 
Znajduję się naprawdę u kresu wytrzymałości. Zadaję to pytanie z 

rozpaczy, a może po to, by wskrzesić nadzieję. Po prostu nie widzę 
żadnego światła. Tak więc przyszedłem, by zadać to jedno pytanie: Czy 

może mi pan pomóc odkryć rzeczywistość, o ile taka w ogóle istnieje?" 
 
Znów czas jakiś siedzieliśmy milcząc. W pokoju słychać było 

pogruchiwanie gołębi. 
 
"Pojmuję, o co panu chodzi. Nigdy dotąd nie siedziałem w tak całkowitym 
milczeniu. To pytanie jest tam, poza tą ciszą, a gdy spoglądając na 
nie, wykraczam poza nią, ona się oddala. A zatem chodzi panu o to, że 

jedynie w tej ciszy, w tej całkowitej i nie zaplanowanej ciszy, 
istnieje to, co bezgraniczne?" 
 
Kolejny pociąg zaturkotał na moście. 

 

To przywołuje całą tę głupotę i histerię mistycyzmu - mętne, niewyraźne 
wzruszenia będące źródłem iluzji. Nie, proszę pana, nie o to nam 
chodzi. Pozbycie się wszystkich złudzeń - politycznych, religijnych i 
tych związanych z przyszłością - to ciężka praca. Nigdy nie odkrywamy 
niczego dla siebie, choć tak właśnie sądzimy - a to stanowi jedno z 

największych złudzeń, czyli myśl. Zobaczyć jasno ten zamęt, ten obłęd, 
który człowiek wokół siebie uprządł, to ciężka praca. Aby widzieć i być 
wolnym, potrzeba bardzo, bardzo zdrowego umysłu. Widzenie i wolność są 
absolutnie niezbędne. Wolność od pragnienia, by widzieć, wolność od 

nadziei, jaką człowiek nieustannie pokłada w nauce, technice i 

odkryciach religijnych. Ta nadzieja rodzi złudzenia. Widzenie tego jest 
wolnością, a gdy jest się wolnym, o nic się nie prosi. Wtedy sam umysł 
staje się bezgraniczny. 
 
14 

 

Był starym mnichem poważanym przez tysiące ludzi. Ubrany w tradycyjną, 
żółtą szatę sannjasina, z wygoloną głową, trzymał się dobrze. Dźwigał 
ogromny kij, który mu służył od wielu lat, na nogach miał znoszone 
sandały. Usiedliśmy na ławce, wysoko po prawej mieliśmy most kolejowy, 

po lewej zataczającą szeroki łuk rzekę. Tego ranka jej drugi brzeg 

tonął w gęstej mgle, widać było jedynie wierzchołki drzew sprawiające 
wrażenie, jak gdyby płynęły po rozlanej wodzie. Powietrze trwało w 

bezruchu, jaskółki latały nisko, tuż przy brzegu. Rzeka była bardzo 
stara i święta, ludzie przybywali z odległych stron, by umrzeć nad jej 
brzegami i by tam ich spalono. Czczono ją, wysławiano w pieśniach, 

uważano za najświętszą z rzek. Wrzucano w nią wszelkie nieczystości; 
ludzie kąpali się w niej, pili z niej wodę, prali ubrania; na brzegach 
widywało się osoby siedzące bardzo prosto i nieruchomo, z zamkniętymi 

background image

oczami, pogrążone w medytacji. Rzeka tyle ludziom dawała, a oni ją 
zanieczyszczali. Podczas pory deszczowej jej wody podnosiły się od 
siedmiu do dziesięciu metrów, zabierały wszystkie nieczystości i 

pokrywały ziemię warstwą mułu, dzięki czemu wieśniacy mieszkający 

wzdłuż brzegów zbierali obfite plony. Płynęła wielkimi zakolami, 
niekiedy widywało się przepływające drzewa, wyrwane z korzeniami przez 
silny prąd, a także martwe zwierzęta, na których siedziały walczące ze 

sobą sępy i wrony, czasem ukazywała się ludzka ręka, noga, a nawet całe 

ciało. 
 

Tego ranka rzeka była piękna, bez choćby zmarszczki. Drugi jej brzeg 
ginął w oddali. Słońce świeciło już od paru godzin, ale mgła jeszcze 
się nie podniosła, rzeka zaś, jak jakaś tajemnicza istota, płynęła w 

dal. Mnich doskonale ją znał, wiele lat spędził nad jej brzegami, w 
otoczeniu swych uczniów; uważał za rzecz oczywistą, że płynąć będzie 

zawsze, póki żyć będą ludzie. Na nieszczęście przyzwyczaił się do niej. 
Teraz spoglądał na rzekę oczami, które widziały ją tysiące razy. 
Przyzwyczajamy się do piękna i do brzydoty, a wtedy ginie świeżość 

dnia. 
 
"Dlaczego - zapytał głosem dość apodyktycznym - występuje pan przeciw 
moralności, przeciw księgom, które my uważamy za najświętsze? 
Najprawdopodobniej zepsuł pana Zachód, gdzie synonimem wolności jest 

wyuzdanie, a prawie nikt nie wie, co znaczy prawdziwa dyscyplina. 
Oczywiście nie czytał pan żadnej z naszych świętych ksiąg. Słuchałem 
parę dni temu pańskiej mowy i przeraziło mnie to, co posłyszałem o 
bogach, kapłanach, o ludziach świętych i guru. Jak człowiek mógłby bez 

nich żyć? Bez nich staje się materialistą goniącym za powabami tego 

świata, żyje jak zwierzę. Pan najwyraźniej odrzuca całą tę wiedzę, 
którą my uważamy za najświętszą. Dlaczego? Wiem, że jest pan 
człowiekiem poważnym. Od wielu lat z oddali śledzimy pańskie nauczanie. 
Traktowaliśmy pana jak brata, myśleliśmy, że pan należy do nas. Ale 
skoro wyrzekł się pan tego wszystkiego, staliśmy się sobie obcy. 

Strasznie to przykre, że kroczymy po różnych ścieżkach". 
 
Co jest święte? Czy święty jest obraz w świątyni, symbol, słowo? Gdzie 
szukać świętości? W tym drzewie, w tej wieśniaczce dźwigającej ciężki 

tobół? Przypisujecie świętość rzeczom, które uważacie za święte, 

wartościowe, znaczące. Ale jakąż wartość ma wizerunek wyrzeźbiony 
ludzką ręką lub stworzony przez umysł? Dla was najwyraźniej ta kobieta, 
to drzewo, ten ptak, te żywe istoty mają wartość jedynie przemijającą. 
Dzielicie życie na to, co jest święte, a co święte nie jest, na to, co 
niemoralne, a co moralne. Ten podział to źródło niedoli i okrucieństw. 

Albo wszystko jest święte, albo nic święte nie jest. Albo to, co 

mówicie, wasze słowa, wasze myśli, wasze pieśni są poważne, albo służą 
tylko omamianiu umysłu, wprawianiu go w stan zachwytu, który staje się 
złudzeniem, a zatem najmniejszej powagi w nich nie ma. Istnieje coś 
świętego, ale nie w słowie, nie w posążku, nie w wizerunku stworzonym 

przez myśl. 

 
Wyglądał na zakłopotanego, a nie bardzo wiedząc, dokąd to prowadzi, 

przerwał: "Nie rozmawiamy teraz o tym, co jest święte, a co nie jest, 
chciałbym raczej dowiedzieć się, dlaczego szydzi pan z dyscypliny?" 
 

Dyscyplina w potocznym rozumieniu polega na przestrzeganiu pewnego 
systemu głupich nakazów politycznych, społecznych lub religijnych. To 
pociąga za sobą naśladownictwo, tłumienie popędów lub jakąś formę 

background image

wykraczania poza aktualny stan rzeczy, nieprawdaż? Taka dyscyplina 
wiąże się oczywiście z nieustanną walką, konfliktem, które wypaczają 
umysł. Dopasowujemy się mając na względzie obiecaną lub wymarzoną 

nagrodę. Narzucamy sobie dyscyplinę, aby coś otrzymać. Żeby coś 

osiągnąć, jesteśmy posłuszni i ulegli, a system - komunistyczny, 
religijny czy własny - urasta do rangi autorytetu. Nie ma w tym żadnej 
wolności. Dyscyplina oznacza uczenie się, a ucząc się odrzucamy 

wszelkie autorytety i posłuszeństwo. Widzenie tego wszystkiego to nie 

proces analityczny. Postrzeganie, do czego prowadzi cała ta struktura 
dyscypliny, samo jest dyscypliną polegającą na uczeniu się wszystkiego, 

co struktury tej dotyczy. Takie uczenie się nie oznacza gromadzenia 
informacji, ale jest bezpośrednim postrzeganiem owej struktury i jej 
natury. Oto prawdziwa dyscyplina, ponieważ uczymy się, a nie 

dopasowujemy. Aby się uczyć, niezbędna jest wolność. 
 

"Czy z tego wynika - zapytał - że robi pan to, na co po prostu 
przyjdzie panu ochota? Że lekceważy pan autorytet państwa?" 
 

Oczywiście nie. Naturalnie musimy akceptować prawa państwowe lub 
policyjne regulaminy, dopóki się nie zmienią. Musimy jeździć tylko 
jedną stroną szosy, są bowiem inne samochody, a zatem trzeba 
przestrzegać kodeksu drogowego. Gdyby każdy robił to, co zechce - co, 
tak czy inaczej, ukradkiem czynimy - zapanowałby zupełny chaos. I tak 

właśnie się dzieje. Biznesmen, polityk i prawie każdy człowiek pod 
płaszczykiem szacowności próbuje zaspokoić swe ukryte pragnienia i 
żądze, a to wywołuje w świecie chaos. Chcemy to opanować, ustanawiając 
prawa, sankcje i tak dalej. To nie jest wolność. Na całym świecie żyją 

ludzie mający swe święte księgi, współczesne i starożytne. Czytają je w 

kółko, piszą do nich muzykę i cytują bez końca, ale ich serca pełne są 
okrucieństwa, chciwości i żądzy władzy. Czy te tak zwane święte księgi 
mają w ogóle jakieś znaczenie? Faktycznie - nie. Istotne są absolutny 
ludzki egoizm, nieustanne okrucieństwo, nienawiść i wrogość, a nie 
księgi, świątynie, kościoły, meczety. 

 
Ukryty pod szatą mnich jest przerażony. Ma własne pragnienia, płonie 
pożądaniem, a jego szata to jedynie sposób ucieczki od tego faktu. 
 

Usiłując wznieść się ponad tę ludzką niedolę, spędzamy czas na 

dziecinnych kłótniach, które księgi są bardziej święte od innych. 
 
"A zatem odrzuca pan także tradycję... Czyż nie?" 
 
Przenoszenie przeszłości w teraźniejszość, przekładanie ruchu 

teraźniejszości na język przeszłości, niweczy żywe piękno chwili 

obecnej. Ten kraj, podobnie jak prawie każdy inny, ugina się pod 
brzemieniem tradycji mocno zakorzenionej zarówno w wyższych warstwach 
społecznych, jak i w wiejskich chatach. W tradycji, jakkolwiek 
starożytna czy współczesna by ona była, niema nic świętego. Mózg dźwiga 

wspomnienia przeszłości będące tradycją i boi się je utracić, nie 

potrafi bowiem stanąć twarzą w twarz z czymś nowym. Tradycja staje się 
naszą opoką, a gdy umysł jest bezpieczny, niszczeje. Trzeba wyruszyć w 

podróż bez obciążeń, radośnie, bez wysiłku, nie zatrzymując się w 
żadnym sanktuarium, przy żadnym pomniku czy z powodu jakiegoś 
społecznego lub religijnego bohatera. Trzeba wyruszyć samemu, z 

poczuciem piękna i miłości. 
 
"Ale czy my, mnisi, nie jesteśmy zawsze samotni? - zapytał. - Wyrzekłem 

background image

się świata i złożyłem śluby ubóstwa i czystości". 
 
Nie jest pan samotny, ponieważ wiąże pana ów ślub, tak jak wiąże 

człowieka, który żeniąc się, składa przysięgę małżeńską. Nie jest pan, 

jeśli wolno zauważyć, sam, ponieważ jest pan hinduistą, tak jak nie 
byłby pan sam, będąc buddystą, muzułmaninem, chrześcijaninem czy 
komunistą. Do czegoś się pan zobowiązał. Jak ktoś taki może być sam, 

skoro w coś się zaangażował, skoro poświęca się określonej idei, a ta 

skłania go do pewnych działań? Samo słowo "samotny" oznacza to, co 
oznacza: niezależny, czysty, wolny, integralny, nie rozdwojony. Gdyby 

był pan wolny, mógłby pan żyć w tym świecie, nigdy się z nim jednak nie 
wiążąc. Jedynie w samotności możliwe są całościowe działanie i 
współpraca; bowiem miłość jest zawsze pełna. 

 
15 

 
Tego ranka rzeka wyglądała niczym zmatowiałe srebro, było bowiem 
pochmurno i zimno. Wszystko pokrywała cienka warstwa kurzu - liście, 

pokój, werandę, krzesła. Robiło się coraz mroźniej; zapewne w 
Himalajach padał gęsty śnieg. Wiał ostry, północny wiatr, nawet ptaki 
zdawały sobie z tego sprawę. Ale rzeka owego ranka płynęła we własny, 
osobliwy sposób. Jej powierzchni nie marszczył wiatr, sprawiała 
wrażenie niemal nieruchomej, było w niej coś bezczasowego, co zdaje się 

stanowić cechę wszystkich wód. Jakże była piękna! Nic dziwnego, że 
ludzie uznali ją za rzekę świętą. Można było siedzieć tam, na tej 
werandzie, i bez końca ją obserwować medytując. Nie śniłeś na jawie; 
twoje myśli nie biegły w żadnym kierunku, po prostu w ogóle nie 

myślałeś. 

 
Gdy tak obserwowałeś światło na rzece, jakoś się chyba zatraciłeś; a 
kiedy zamknąłeś oczy, przeniknąłeś w próżnię pełną błogosławieństwa. To 
była rozkosz. 
 

Tego ranka znów przyszedł, razem z jakimś młodzieńcem. Ten mnich, który 
mówił o dyscyplinie, świętych księgach i autorytecie tradycji. Miał 
świeżo ogoloną twarz i wypraną szatę. Młodzieniec wyglądał na 
zdenerwowanego. Przyszedł w towarzystwie mnicha, zapewne swego guru i 

czekał, by tamten przemówił pierwszy. Patrzył na rzekę, ale myślał o 

czymś innym. Wreszcie sannjasin rzekł: 
 
"Przyszedłem jeszcze raz, ale tym razem, by porozmawiać o miłości i 
zmysłowej naturze człowieka. My, którzy ślubowaliśmy czystość, borykamy 
się ze swymi zmysłami. Ślub jest jedynie środkiem służącym 

powstrzymaniu naszych niekontrolowalnych popędów. Ja jestem starym 

człowiekiem i te pragnienia już mnie nie dręczą. Zanim złożyłem śluby, 
byłem żonaty. Moja żona umarła, a ja porzuciłem dom. Przeżyłem okres 
męki, nieznośnych biologicznych żądz; walczyłem z nimi dniem i nocą. 
Był to bardzo trudny czas, wypełniony samotnością, frustracją, lękiem 

przed chorobą umysłową i atakami nerwowymi. Nawet teraz nie odważam się 

głębiej o tym myśleć. A ten młodzieniec przyszedł ze mną, sądzę bowiem, 
iż dręczy go identyczny problem. Chciałby porzucić ten świat i złożyć 

śluby ubóstwa i czystości, tak jak ja. Rozmawiałem z nim przez wiele 
tygodni i pomyślałem, że byłoby dobrze, gdybyśmy obaj mogli omówić z 
panem problem seksu i miłości. Mam nadzieję, że zechce pan porozmawiać 

o tym zupełnie szczerze". 
 
Jeśli mamy się tą kwestią zająć, to po pierwsze, o ile można coś 

background image

zasugerować, nie zaczynajmy od rozważań opartych na jakimś poglądzie, 
sposobie podejścia czy jakiejś zasadzie, to bowiem uniemożliwi wam 
poszukiwania. Jeśli jesteście wrogami seksu lub jeśli uparcie 

twierdzicie, iż jest on w życiu niezbędny, że stanowi część życia, to 

każde takie założenie uniemożliwi prawdziwą percepcję. Powinniśmy 
odrzucić wszelkie wnioski i w ten sposób zyskać swobodę patrzenia, 
badania. 

 

Spadło kilka kropel deszczu. Ptaki umilkły, zanosiło się bowiem na 
prawdziwą ulewę, po której liście znów będą świeże i zielone, pełne 

światła i barw. Pachniało deszczem, zapanowała ta dziwna cisza, jaka 
nastaje przed burzą. 
 

Tak więc mamy dwa problemy - miłość i seks. Jedno jest abstrakcyjną 
ideą, drugie to faktyczna, codzienna, biologiczna żądza - fakt, który 

istnieje i któremu nie sposób zaprzeczyć. Stwierdźmy może najpierw, 
czym jest miłość, nie jako abstrakcyjna idea, ale - czym ona jest 
faktycznie. Czym? Czy jest po prostu zmysłową rozkoszą kultywowaną 

przez myśl jako przyjemność, wspomnienie doznania, które niosło ze sobą 
wielką radość i zaspokojenie płciowe? Czy jest pięknem zachodu słońca 
lub tym liściem, który dotyka się i widzi, lub zapachem tego kwiatu? 
Czy miłość jest przyjemnością lub pożądaniem? A może nie jest niczym 
takim? Czy należy ją dzielić na świętą i grzeszną? A może jest ona 

czymś niepodzielnym, całością, czego myślom nie wolno rozkładać na 
części? Czy istnieje ona bez swego przedmiotu? Czy też pojawia się 
jedynie ze względu na przedmiot? Czy dlatego rodzi się w nas miłość, że 
widzimy twarz kobiety? Taka miłość będzie wrażeniem, pragnieniem, 

przyjemnością, utrwalonymi przez myśl. A może miłość jest panującym w 

nas stanem, który na piękno reaguje czułością? Czy miłość to coś 
kształtowanego przez myśl, tak że jej przedmiot staje się ważny, czy 
też nie ma ona żadnego związku z myślą, a zatem jest niezależna, wolna? 
Jeśli nie zrozumiemy tego słowa i tego, co się za nim kryje, będziemy 
cierpieć męki, popadniemy w nerwicę seksualną lub też seks nas 

zniewoli. 
 
Niech myśl nie rozbija miłości na kawałki. Gdy dzieli się miłość na 
bezosobową i osobową, zmysłową i duchową, kiedy mówi się o mojej 

ojczyźnie i waszej ojczyźnie, o moim bogu i waszym bogu, wtedy nie jest 

to Już miłość, ale coś zupełnie innego - wytwór pamięci, propagandy, 
wyrachowania, dobrobytu i tak dalej. 
 
Czy seks jest wytworem myśli? Czy seks - związana z nim przyjemność, 
rozkosz, poczucie bliskości kogoś drugiego, czułość - czy to jest 

wspomnienie spotęgowane przez myśl? Podczas stosunku płciowego 

zapominamy o sobie, zatracamy się, znikają wtedy lęki, niepokoje, 
życiowe troski. Wspominając ów stan czułości i zapomnienia o sobie i 
pożądając, by się powtórzył, przeżuwa się go niejako aż do następnego 
razu. Czy to jest czułość, czy może tylko wspomnienie o czymś, co 

minęło, a co mamy nadzieję znów osiągnąć? Czy powtarzanie czegoś, 

jakkolwiek by było przyjemne, nie jest procesem destruktywnym? 
 

Młodzieniec nagle odzyskał mowę: "Seks jest, jak pan sam powiedział, 
potrzebą biologiczną, a jeśli ma on charakter destruktywny, to czy 
równie szkodliwe nie jest jedzenie? Ono przecież też stanowi 

biologiczną potrzebę." 
 
Jeśli się je, będąc głodnym - to jedno. Ale gdy jest się głodnym, a 

background image

myśl powiada "Muszę zakosztować smaku tego a tego rodzaju pożywienia", 
wtedy myślimy i to właśnie ma charakter destruktywnych powtórzeń. 
 

"A skąd pan wie - zapytał młodzieniec - co w seksie stanowi biologiczną 

potrzebę, taką jak głód, a co psychologiczne pożądanie, takie jak 
chciwość?" 
 

Dlaczego odróżniasz biologiczną potrzebę od psychologicznego pożądania? 

Powstaje też jeszcze jedno, zupełnie inne, pytanie: dlaczego oddzielasz 
seks od postrzegania piękna góry czy urody kwiatu? Dlaczego tak 

niesłychaną wagę przywiązujesz do jednego, a zupełnie pomijasz to 
drugie? 
 

"Jeśli seks, jak pan zdaje się powiedział, jest czymś zupełnie innym 
niż miłość, to czy w ogóle konieczne jest, by coś z nim robić?" - 

zapytał młodzieniec. 
 
Nigdy nie twierdziliśmy, że miłość i seks to dwie rzeczy odrębne. 

Mówiliśmy, iż miłość jest całością niepodzielną, myśl zaś, z samej swej 
natury, jest fragmentaryczna. Gdy myśl dominuje, oczywiście nie ma 
miłości. Ludzie na ogól znają - i może nie znają nic więcej - seks 
myślowy polegający na przeżuwaniu przyjemności i jej powtarzaniu. 
Dlatego właśnie musimy postawić pytanie: czy istnieje jakiś inny rodzaj 

seksu nie związany z myślą i pożądaniem? 
 
Sannjasin milcząc, słuchał tego wszystkiego w skupieniu, po czym 
powiedział: "Stawiałem seksowi opór, złożyłem przeciw niemu śluby, 

albowiem tradycja i rozum kazały mi sądzić, że życie oddane religii 

wymaga energii. Ale teraz dostrzegam, że właśnie ten opór wielką jej 
część pochłonął. Więcej czasu spędziłem na stawianiu oporu, straciłem 
na to więcej energii, niż bym stracił na sam seks. A zatem rozumiem 
teraz pańskie twierdzenie, iż każdego rodzaju konflikt niweczy energię. 
Konflikt i walka pozbawiają nas większej ilości energii niż widok 

kobiecej twarzy, a może nawet sam seks".  
 
Czy istnieje miłość bez pożądania, bez przyjemności? Czy istnieje seks 
bez pożądania, bez przyjemności? Czy istnieje miłość całościowa, w 

którą nie wtrąca się myśl? Czy seks jest czymś minionym, czy też jest 

on za każdym razem nowy? Myśl oczywiście jest stara, dlatego też zawsze 
przeciwstawiamy sobie to, co stare i to, co nowe. Zadajemy pytania 
związane z przeszłością i oczekujemy odpowiedzi w kategoriach tego, co 
było. Tak więc kiedy pytamy: czy istnieje seks niezależny od 
funkcjonowania całego mechanizmu myślowego, to czy nie znaczy to, iż 

nie wykroczyliśmy poza granice tego, co stare? Tak silnie warunkuje nas 

to, co minione, że nie wyczuwamy drogi wiodącej ku temu, co nowe. 
Powiedzieliśmy, że miłość jest całością i że zawsze jest nowa - nie w 
przeciwieństwie do tego, co stare, bo samo to przeciwieństwo należy do 
przeszłości. Każde twierdzenie, że istnieje seks bez pożądania, jest 

kompletnie bezwartościowe, ale jeśli prześledzicie całe znaczenie 

myśli, to być może napotkacie to, co inne. Jeśli jednak będziecie 
pożądać przyjemności za wszelką cenę, to miłość się nie pojawi. 

 
Młodzieniec rzekł: "Ta biologiczna potrzeba, o której pan mówi, jest 
właśnie takim pożądaniem, bo choć może ono być czymś innym niż myśl, to 

jednak ją wzbudza". 
 
"Być może zdołam mojemu młodemu przyjacielowi udzielić odpowiedzi - 

background image

rzekł sannjasin - gdyż sam przez to wszystko przeszedłem. Całe lata 
ćwiczyłem się, by nie spoglądać na kobiety. Bezlitośnie tłumiłem to 
biologiczne pożądanie. Ten cielesny popęd nie wzbudza myśli; to myśl 

przejmuje nad nim kontrolę, zużytkowuje go, przekształca w wyobrażenia, 

w obrazy - a wtedy staje się on jej niewolnikiem. To myśl przez 
większość czasu wzbudza popęd. Jak powiedziałem, zaczynam dostrzegać tę 
przedziwną naturę naszego własnego zakłamania i nieuczciwości. Jest w 

nas tak wiele hipokryzji. Nigdy nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są, 

ale zawsze musimy tworzyć złudzenia, które ich dotyczą. Pan mówi nam, 
byśmy spojrzeli na wszystko wzrokiem jasnym, wolnym od wspomnień o 

przeszłości. Tak często pan to w trakcie swych mów powtarza. Wtedy 
życie nie staje się problemem. Na starość zaczynam właśnie to 
rozumieć". 

 
Młodzieniec nie wyglądał na całkiem usatysfakcjonowanego. Chciał żyć 

zgodnie ze swymi pojęciami, według reguły, którą tak starannie 
sformułował. 
 

Oto dlaczego tak ważne jest poznanie siebie samego, ale nie poznanie 
zgodne z jakąś formułą czy poglądami jakiegoś guru. To nieustanne 
niewybiórcze uświadomienie usuwa wszystkie złudzenia i całą hipokryzję. 
 
Deszcz lał jak z cebra, powietrze trwało w bezruchu, słychać było tylko 

odgłosy kropli uderzających o dach i liście.  
 
 
KALIFORNIA 

 


 
Medytacja nie jest po prostu doświadczaniem czegoś, co by wykraczało 
poza zakres codziennych myśli i uczuć, nie jest też dążeniem do 
przeżywania wizji i doznawania rozkoszy. Niedojrzały i mierny, mały 

umysł, może mieć i miewa wizje rozszerzającej się świadomości, ma też 
doznania, które identyfikuje zgodnie z własnymi uwarunkowaniami. Ta 
niedojrzałość ma wszelkie szansę po temu, by odnieść w tym świecie 
sukcesy, zyskać sławę i rozgłos. Owi guru, którzy ją przejawiają, są 

ludźmi tego właśnie rodzaju. Medytacja nie przynależy do takich jak 

oni. Nie znajduje jej ten, kto szuka, albowiem znajduje on to, czego 
pragnie. A pocieszenie, które z niej czerpie, jest moralnością jego 
własnych lęków. 
 
Człowiek wierzący i dogmatyk, choćby nie wiem co czynił, nie wstąpi do 

królestwa medytacji. By medytować, konieczna jest wolność. Nie sposób 

najpierw medytować, a później stać się wolnym; wolność - całkowite 
odrzucenie społecznej moralności i wartości - stanowi pierwszy ruch w 
medytacji. To nie jest impreza publiczna, w której - zanosząc modły - 
może uczestniczyć wielu. Medytuje się w samotności, zawsze 

przekraczając granice społecznych zachowań. Nie ma bowiem prawdy w tym, 

czego myśl dotyczy, lub w tym, co myśl stworzyła i nazwala prawdą. 
Pełne zanegowanie całej tej myślowej struktury jest tym, co w medytacji 

pozytywne. 
 
Tego ranka morze było bardzo spokojne, błękitne, prawie jak jezioro, a 

niebo czyste. Mewy i pelikany latały wzdłuż wybrzeża. Ciężkoskrzydłe 
pelikany frunęły wolno, niemal dotykając wody. Niebo było niezwykle 
błękitne, a wzgórza w oddali, z nielicznymi krzakami, wypalone słońcem. 

background image

Od tamtej strony nadleciał czerwony orzeł, poszybował nad żlebem i 
zniknął wśród drzew. 
 

Światło w tej części świata jest jaskrawe i przenikliwe, a jednak nie 

oślepia. W powietrzu unosił się zapach sumaku, pomarańczy i 
eukaliptusów. Od wielu miesięcy nie padał deszcz, spieczona ziemia 
wyschła i popękała. Niekiedy na wzgórzach ukazywały się jelenie, a 

pewnego razu pojawił się wspinający się pod górę, pokryty kurzem, 

rozczochrany niedźwiedź. Po ścieżkach często pełzały grzechotniki, a 
niekiedy widywało się rogatą ropuchę. Idąc tędy, prawie nikogo nie 

spotykałeś. Pełen kamieni szlak pokrywał kurz, panowała na nim zupełna 
cisza. 
 

Tuż przed tobą siedziała przepiórka z młodymi. Było ich zapewne ponad 
tuzin, nieruchomych, udających, że nie istnieją. Im wyżej się 

wspinałeś, tym okolica stawała się dziksza, albowiem z powodu braku 
wody nikt tu nie mieszkał. Nie było ptaków, rosło też bardzo niewiele 
drzew. Słońce świeciło bardzo mocno, jego promienie kłuły cię w oczy. 

 
Nagle, na tej dużej wysokości, pojawił się tuż obok grzechotnik; 
potrząsając ogonem, wydawał przenikliwe, ostrzegawcze dźwięki. 
Uskoczyłeś do tyłu. Wąż miał trójkątny łeb, był zwinięty w spiralę, ze 
środka której sterczała grzechotka. Zwrócił się w twoją stronę. 

Dzieliło was kilka metrów, nie mógł cię ukąsić. Przyglądałeś mu się, a 
on wpatrywał się w ciebie swymi nieruchomymi oczami. Przez pewien czas 
nie mogłeś oderwać wzroku od jego prężnego, tłustego ciała. Wiedziałeś, 
jak był niebezpieczny, a mimo to nie budził w tobie lęku. Po chwili 

grzechotnik rozprostował się i kierując ku tobie głowę i ogon, oddalił 

się nieco. Gdy się do niego zbliżałeś, znów zwijał się w spiralę, z 
ogonem w środku, gotów do ataku. Zabawiałeś się tak przez jakiś czas, 
aż wąż się zmęczył, a wtedy zostawiłeś go w spokoju i zszedłeś ku 
morzu. 
 

 
Okna tego ładnego domu wychodziły na trawnik. W środku pomalowany był 
na biało, miał znakomite proporcje. Podczas zimnych nocy rozpalano 
ogień na kominku. Jak miło patrzeć w ogień, na tysiące płomyków i 

cieni. Słychać było jedynie odgłosy niespokojnego morza. 

 
W pokoju siedziało dwoje czy troje ludzi. Rozmawiali o współczesnej 
młodzieży, o kinie i na inne ogólne tematy. Nagle ktoś z nich rzekł 
"Czy mogę o coś zapytać?" Miało się wrażenie, że szkoda niepokoić to 
błękitne morze i góry. "Chcielibyśmy wiedzieć, czym jest dla pana czas. 

Mamy pewne pojęcie o tym, co mówią na jego temat naukowcy i autorzy 

powieści fantastycznonaukowych. Wydaje mi się, że człowiek zawsze był 
uwikłany w problem czasu - tych niekończących się dni wczorajszych i 
jutrzejszych. Od najdawniejszych epok aż po dzień dzisiejszy czas 
absorbował ludzki umysł. Spekulowali na jego temat filozofowie, religie 

oferowały własne wyjaśnienia. Czy możemy o tym porozmawiać?" 

 
Czy mamy wniknąć w to głęboko, czy też zadowolą was powierzchowne 

uwagi? Jeśli chcemy pomówić o tym poważnie, musimy zapomnieć, co 
powiedziały religie czy filozofie, gdyż naprawdę nie można żadnej z 
nich ufać. Nie ufamy im nie dlatego, że jesteśmy nieczuli lub 

aroganccy, ale dlatego, iż pojmujemy, że aby coś odkryć, trzeba odłożyć 
na bok wszelkie autorytety. Jeśli jesteśmy na to gotowi, być może 
wnikniemy w ten problem bez większych trudności. 

background image

 
Czy czas, pominąwszy wskazania zegara, w ogóle istnieje? Tak wiele 
rzeczy akceptujemy; tak bardzo przyuczono nas do posłuszeństwa, że 

akceptacja wydaje się nam czymś naturalnym. Ale czy czas w ogóle 

istnieje, jeśli pominiemy te wszystkie dni wczorajsze? Czy czas jest 
ciągiem dni wczorajszych, dzisiejszych i jutrzejszych? I czy istnieje 
czas bez dnia wczorajszego? Co nadaje ciągłość tysiącom minionych dni? 

 

Przyczyna wywołuje swój skutek, a skutek staje się kolejną przyczyną; 
nie ma między nimi różnicy - jest to jeden ruch. Nazywamy go czasem i 

wszystko, oczami i sercem, postrzegamy w jego ramach. Widzimy przez 
okulary czasu i przekładamy teraźniejszość na język przeszłości. Po 
czym ten przekład napotyka dzień jutrzejszy. To jest łańcuch czasu. 

 
Uwikłana w ten proces myśl pyta "Czym jest czas?" Już samo to pytanie 

jest efektem działania maszynerii czasu. A zatem nie ma ono sensu, myśl 
bowiem jest czasem. Dni wczorajsze wytworzyły myśl, a ona dzieli 
przestrzeń na wczoraj, dziś i jutro. Albo powiada "Istnieje tylko 

teraźniejszość", zapominając, że sama teraźniejszość jest wytworem 
przeszłości. 
 
Nasza świadomość zbudowana jest z tego czasowego łańcucha i w jego 
granicach pytamy "Czym jest czas? A jeśli go nie ma, to co się dzieje z 

dniem wczorajszym?" Takie pytania powstają w świecie czasu, a nie 
istnieje odpowiedź na pytanie, które myśl zadaje o czas. 
 
A może nie ma dnia jutrzejszego i wczorajszego, jest zaś tylko chwila 

obecna? Tego pytania nie stawia myśl. Zostaje zadane wówczas, gdy 

postrzega się strukturę i naturę czasu, ale nie oczami myśli. 
 
Czy naprawdę istnieje jutro? Oczywiście istnieje, jeśli mam zdążyć na 
pociąg; ale czy wewnętrznie istnieje jutro bólu i przyjemności, jutro 
osiągnięć? Może istnieje tylko chwila obecna, nie związana z dniem 

wczorajszym? Czas zatrzymuje się tylko wtedy, gdy zatrzymuje się myśl. 
Z chwilą tego zatrzymania się nastaje chwila obecna. Ona nie jest 
pojęciem, jest rzeczywistym faktem, jednak wyłącznie wtedy, gdy cały 
mechanizm myśli zanika. Poczucie chwili obecnej nie ma nic wspólnego ze 

słowem, które ma naturę czasową. A zatem nie dajmy się usidlić słowom: 

wczoraj, dziś i jutro. Chwila obecna urzeczywistnia się jedynie w 
wolności, wolność zaś nie jest wytworem myśli. 
 

Powstaje zatem pytanie "Jak działa chwila obecna?" Znamy tylko 
działanie, które jest wytworem czasu i pamięci, dokonywane w chwili 

oddzielającej przeszłość od teraźniejszości. W obrębie tego interwału 

lub przerwy zaczyna się cały zamęt i konflikt. Nasze pytanie w 
rzeczywistości brzmi: 

 

"Jeśli w ogóle nie ma odstępu, to jak przebiega działanie?" Świadomy 
umysł powie może "Uczyniłem coś spontanicznie", ale faktycznie tak nie 

jest; nie ma czegoś takiego jak spontaniczność, albowiem umysł jest 
uwarunkowany. To, co teraźniejsze, jest jedynym faktem; jest to chwila 
obecna, a myśl, nie mogąc jej pojąć, buduje na jej temat wyobrażenia. 

Odstęp między wyobrażeniem a tym, co jest, jest niedolą tworzoną przez 

myśl. 

 

Widzieć to, co jest, bez udziału dnia wczorajszego, jest chwilą obecną. 
Ta chwila jest milczeniem przeszłości. 

background image

 

 

Medytacja jest ruchem, który trwa bez końca. Nie jesteś w stanie 

stwierdzić, że medytujesz, nie możesz też zostawić sobie na medytację 
wolnego czasu. Ona nie jest na twoje rozkazy. Jej błogosławieństwa nie 
spływają na ciebie dlatego, że wiedziesz usystematyzowane życie albo 

przestrzegasz pewnych form postępowania lub zasad moralnych. Medytacja 

nastaje tylko wtedy, gdy twe serce jest naprawdę otwarte. Nie otwarte 
za pomocą klucza myśli, nie chronione przez intelekt, ale wówczas, gdy 

jest otwarte niczym bezchmurne niebo. Medytacja wtedy nastaje, choć o 
tym nie wiesz, choć jej o to nie prosiłeś. Jednak nie sposób jej 
upilnować, zatrzymać, oddawać jej czci. Jeśli spróbujesz to uczynić, 

już nigdy nie powróci: cokolwiek zrobisz, będzie cię unikać. W 
medytacji ty się nie liczysz, nie odgrywasz w niej żadnej roli; jej 

piękno nie jest twoim pięknem, ona jest piękna sama w sobie. Ty nie 
możesz niczego tu dodać. Nie wyglądaj oknem w nadziei, że ją znienacka 
pochwycisz, nie czekaj na nią, siedząc w zaciemnionym pokoju; pojawia 

się ona jedynie wtedy, gdy w ogóle nie istniejesz; a radość, jaką ze 
sobą niesie, nie ma dalszego ciągu. 
 
Góry przeglądały się w bezkresnym, błękitnym morzu ciągnącym się całymi 
kilometrami. Niemal nagie, wypalone słońcem wzgórza, porastały tu i 

ówdzie niewielkie krzaki. W kotlinach rosły drzewa, zniszczone przez 
słońce i ogień, ale nadal tam stały, bardzo ciche i ukwiecone. Rosło 
tam jedno szczególne drzewo, niesłychanie stary dąb, który wydawał się 
górować nad wszystkimi okolicznymi wzgórzami. Na szczycie innego 

wzniesienia stało martwe drzewo, spalone przez ogień; sterczało nagie, 

szare, bez liści. Kiedy patrzyło się na te góry, na ich piękno, na ich 
zarysy na tle błękitu, tylko to jedno drzewo zdawało się sięgać nieba. 
Miało liczne gałęzie, wszystkie martwe. Nigdy więcej nie poczuje już 
tchnienia wiosny. A jednak było niesłychanie żywe, miało tyle wdzięku i 
piękna; czułeś, że stanowisz jego część, że stoisz sam, bez punktu 

oparcia, poza czasem. Wydawało się, że będzie tak stało zawsze, jak ten 
wielki dąb w dolinie. Jedno drzewo żyło, drugie - nie, a tylko one 
miały jakieś znaczenie wśród tych wzgórz wypalonych przez słońce i 
ogień, czekających na zimowe deszcze. W tych dwóch drzewach - żywym i 

martwym - ujrzałeś całość życia i życie własne. Osłaniana przez te 

drzewa dojrzewała niewidzialna miłość, miłość, która niczego się nie 
domaga. 
 
Pod domem z czwórką swych młodych mieszkała samica szopa. W dniu 
naszego przyjazdu cała ich rodzina siedziała na werandzie. Natychmiast 

się z nami zaprzyjaźniły. Małe miały bystre, czarne oczka i miękkie 

łapki, wciąż domagały się jedzenia, a jednocześnie były niespokojne. 
Matka trzymała się z boku. Następnego wieczora znów przyszły, jadły ci 
z ręki, czułeś dotyk ich miękkich łapek, pewnie łatwo byłoby je oswoić. 
Zadziwiało cię ich piękno i ruchy. Gdyby z nimi obcować, za parę dni 

baraszkowałyby wszędzie, czuło się w nich bezmiar życia. 

 
W ten piękny, bezchmurny dzień, wszystkie drzewa i krzaki ostro 

rysowały się na tle oślepiającego słońca. Ów człowiek przyszedł z 
doliny, wspiął się na wzgórze do domu stojącego nad wąwozem. Po 
przeciwnej stronie rozciągało się pasmo gór. Wokół domu rosło parę 

sosen i wysokie bambusy. 
 
Młodzieniec, pełen nadziei, nie skażony jeszcze brutalnością 

background image

cywilizacji, pragnął jedynie posiedzieć w milczeniu, chłonąć ciszę 
płynącą nie tylko z tych wzgórz, ale również z jego wewnętrznej 
potrzeby. 

 

"Jaką rolę odgrywam w tym świecie? W jakim stosunku pozostaję do całego 
istniejącego porządku? Jaki jest sens tego nieustannego konfliktu? Mam 
dziewczynę, sypiamy ze sobą. A jednak to nie wystarcza. Wszystko to 

sprawia wrażenie mglistego snu, który znika i znów powraca, czasem 

przeszywa dreszczem, a po chwili traci sens. Widziałem, jak niektórzy z 
moich kolegów biorą narkotyki. Stali się głupi, tępi. Może ja też, 

nawet bez narkotyków, stępieję pod wpływem codziennej rutyny i bólu 
wywołanego przez samotność. Nic nie znaczę wśród tych milionów ludzi 
wokół. Pójdę drogą, którą poszli inni, i nigdy nie znajdę tego 

klejnotu, który nie niszczeje, nie traci blasku, którego nikt nie 
ukradnie. Dlatego, pomyślałem, przyjdę z panem porozmawiać, o ile 

będzie pan miał chwilę czasu. Nie oczekuję żadnych odpowiedzi na 
pytania. Czuję zamęt; a choć jestem bardzo młody, już ogarnia mnie 
zniechęcenie. Widzę wokół siebie starsze pokolenie, ludzi 

zdesperowanych, zgorzkniałych, widzę okrucieństwo, hipokryzję, 
kompromisy, asekuranctwo. Oni niczego nie mają do zaoferowania i, o 
dziwo, niczego od nich nie chcę. Nie wiem, czego chcę, ale wiem, że 
muszę żyć życiem bogatym, pełnym treści. Z pewnością nie chcę pracować 
w biurze i stopniowo zdobywać pozycję, wiodąc tę bezkształtną, 

bezsensowną egzystencję. Czasem płaczę nad samotnością i pięknem 
odległych gwiazd". 
 
Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy, a powiew wiatru poruszył sosny i 

bambusy. 

 
Lot skowronka czy orła nie pozostawia śladów; naukowiec, podobnie jak 
każdy specjalista, ślad pozostawia. Można iść za nimi krok za krokiem i 
dodać kolejne kroki do tego, co oni odkryli i zgromadzili. Wiadomo, 
lepiej lub gorzej, dokąd to wszystko prowadzi. Ale prawda to coś 

zupełnie innego; ona rzeczywiście jest krainą bez dróg; być może leży 
na następnym zakręcie szosy, a może tysiące kilometrów stąd. Musisz iść 
nieprzerwanie, a wówczas znajdziesz ją tuż obok. Jeśli jednak 
zatrzymasz się, by wytyczyć drogę dla innych lub po to, by zaplanować 

własną drogę życia, to prawda nigdy się do ciebie nie zbliży. 

 
"Czy to poezja, czy rzeczywistość?" 
 
A jak uważasz? Dla nas wszystko musi być stereotypowe, tak byśmy mogli 
zrobić z tego jakiś praktyczny użytek, coś z tego zbudować, oddać temu 

cześć. Jeśli przyniesiesz do domu patyk, położysz go na półce, będziesz 

co dzień kładł przed nim kwiat, to po paru dniach nabierze on dla 
ciebie ogromnego znaczenia. Umysł może nadać sens wszystkiemu, ale 
sens, jaki on nadaje, jest sensu pozbawiony. Pytanie o cel życia jest 
niczym oddawanie czci patykowi. Tragedia polega na tym, że umysł wciąż 

wymyśla nowe cele, nowe sensy, nowe radości i ciągle je niszczy. Nigdy 

się nie uspokaja. Umysł, który ma w sobie bogactwo ciszy, nigdy nie 
szuka czegoś poza tym, co jest. Trzeba być jednocześnie orłem i 

naukowcem, wiedząc, że jeden z drugim nigdy się nie spotkają. To nie 
znaczy, że żyją w różnych światach. Obaj są niezbędni. Ale gdy 
naukowiec chce stać się orłem, a orzeł pozostawia odciski pazurów, 

świat pogrąża się w niedoli. 
 
Jesteś młody. Zachowuj zawsze swą czystość i związaną z nią 

background image

bezbronność. To jest jedyny skarb, który człowiek mieć może i musi. 
 
"Czy ta bezbronność jest najważniejszym i jedynym celem życia? Czy jest 

to jedyny bezcenny klejnot, który można znaleźć?" 

 
Nie ma bezbronności bez czystości. Choćbyś miał tysiące doznań, tysiące 
razy się uśmiechał i wylał tysiące łez, to jakże umysł może być czysty, 

jeśli nie umrzesz i tego wszystkiego się nie wyzbędziesz? Tylko czysty 

umysł - pomimo tysięcy swych doznań - może ujrzeć prawdę. A jedynie 
prawda czyni umysł bezbronnym, czyli wolnym. 

 
"Powiada pan, że nie można ujrzeć prawdy, nie będąc czystym, a nie 
można być czystym, nie ujrzawszy prawdy. Czy to nie jest błędne koło?" 

 
Czystość może zaistnieć tylko wtedy, gdy umiera dzień wczorajszy. Ale 

my nigdy nie umieramy, nie wyzbywamy się przeszłości. Zawsze pozostaje 
nam jakaś resztka, strzęp dnia wczorajszego. Właśnie to sprawia, że 
umysł pozostaje więźniem czasu. A zatem czas jest wrogiem czystości. 

Człowiek musi każdego dnia umierać, wyzbywać się wszystkiego, co umysł 
pochwycił i czego się trzyma. W przeciwnym razie nie ma wolności. Gdy 
istnieje wolność, istnieje bezbronność. One nie następują po sobie - to 
wszystko stanowi jeden ruch, zarówno pojawianie się, jak i przemijanie. 
Naprawdę czysta jest pełnia serca. 

 

 
Medytacja jest opróżnianiem umysłu z tego, co znane. To, co znane, jest 

przeszłością. Opróżnianie nie następuje na zakończenie procesu 

gromadzenia, oznacza ono raczej, że w ogóle niczego się nie gromadzi. 
To, co było, usuwane jest natychmiast nie przez myśl, ale przez 
działanie tego, co jest. Przeszłość to przechodzenie od jednego wniosku 
do drugiego i orzekanie o tym, co jest, na podstawie tych konkluzji. 
Każde orzeczenie jest wnioskiem, czy to dotyczącym przeszłości, czy 

teraźniejszości. Właśnie te wnioski uniemożliwiają nieustanne 
opróżnianie umysłu z tego, co znane. Albowiem to, co znane, jest zawsze 
wnioskiem, określeniem. 
 

To, co znane, jest działaniem woli, a wola w działaniu stanowi 

kontynuację tego, co znane; tak więc akt woli nie może w żaden sposób 
opróżnić umysłu. Pustki umysłu nie osiągnie się na ołtarzu żądz, osiąga 
się ją wtedy, gdy myśl zdaje sobie sprawę z własnych działań - a nie, 
gdy myślący zdaje sobie sprawę ze swych myśli. 
 

Medytacja jest to czystość teraźniejszości, a zatem jest zawsze 

samotna. Umysł, który jest całkowicie samotny, nietknięty myślą, 
przestaje gromadzić. Tak więc opróżnianie go zachodzi zawsze w 
teraźniejszości. Dla umysłu, który jest sam, przyszłość - która 
związana jest z przeszłością - przestaje istnieć. Medytacja jest 

ruchem, a nie wnioskiem, nie celem, jaki należy osiągnąć. 

 
W tym ogromnym lesie rosły sosny, dęby, rozmaite krzewy i sekwoje. Po 

zboczu wzgórza, szemrząc nieprzerwanie, spływał mały strumień. Fruwały 
motyle, niebieskie i żółte. Najwyraźniej nie mogły znaleźć kwiatów, by 
spocząć, odlatywały więc w dół, ku dolinie. 

 
Ten las był bardzo stary, a sekwoje - drzewa ogromne, niesłychanie 
wysokie - jeszcze starsze. Panowała tam owa szczególna atmosfera, która 

background image

powstaje wtedy, gdy nie ma ludzi ze strzelbami, gadających i 
popisujących się wiedzą. Nie wiodła tędy żadna droga. Musiałeś zostawić 
w dole samochód i pójść ścieżką usłaną sosnowymi igłami. 

 

Sójka ostrzegła wszystkich, że nadchodzi człowiek, widać skutecznie, 
albowiem miało się wrażenie, iż zwierzęta zamarły w bezruchu i uważnie 
patrzą. Promienie słońca prawie tu nie przenikały. Panował niemal 

dotykalny spokój. 

 
Dwie czerwone wiewiórki, o długich, gęstych ogonach, zeszły z sosny, 

popiskując i chrobocząc pazurkami. Goniły się wokół pnia, w dół i w 
górę, oszalałe z radości. Panowało między nimi szczególne napięcie, 
jakby połączenie zabawy, seksu i figli. Naprawdę radowały się sobą. Ta 

na górze nagle się zatrzymała i spojrzała na drugą, która nadal biegła, 
a wtedy i ona zatrzymała się. Spojrzały na siebie, unosząc ogony w 

górę, kierując zmarszczone noski ku sobie. Ich bystre oczka śledziły 
siebie nawzajem i każde poruszenie wokół. Fuknęły na siedzącego pod 
drzewem obserwatora i natychmiast o nim zapomniały. Były zaabsorbowane 

sobą, niemal czuć było ogromną rozkosz, którą czerpią z bycia razem. 
Ich gniazdo zapewne znajdowało się gdzieś wysoko. Wreszcie wiewiórki 
zmęczyły się; jedna wdrapała się na górę, a druga pobiegła po ziemi i 
zniknęła za pniem innego drzewa. 
 

Sójka, czujna i ciekawska, przyglądała się wiewiórkom i człowiekowi 
siedzącemu pod drzewem, wreszcie i ona odfrunęła, głośno krzycząc. 
 
Pojawiły się chmury. Zapewne za godzinę lub dwie miała nadejść burza. 

 

Pracowała jako psychoanalityk w dużej klinice, miała jakiś stopień 
naukowy. Młoda, modnie ubrana, nosiła minispódniczkę. Sprawiała 
wrażenie bardzo napiętej, widać było, że jest ogromnie zdenerwowana. 
Przy stole wciąż bez potrzeby coś mówiła, wypowiadając w kategorycznej 
formie swoje opinie, a chyba ani razu nie spojrzała przez duże okno na 

kwiaty, na podmuchy powietrza wśród liści i na wysoki, potężny 
eukaliptus łagodnie kołyszący się na wietrze. Jadła co popadło, nie 
interesując się zbytnio stojącymi na stole potrawami. 
 

W pokoiku obok powiedziała "My, psychoanalitycy, pomagamy chorym 

ludziom przystosować się do społeczeństwa, które jest chore jeszcze 
bardziej. Czasem, choć bardzo rzadko, to się nam udaje. Ale faktycznie 
każdy sukces jest dziełem samej natury. Przebadałam wielu ludzi. Nie 
lubię tego, co robię, ale muszę zarabiać na życie, a tylu ludzi jest 
chorych. Nie wierzę, że można im wiele pomóc, choć, oczywiście, wciąż 

sięgamy po nowe leki, metody i teorie. Ale, nie mówiąc już o chorych, 

ja sama usiłuję być inna - inna niż zwykli, przeciętni ludzie". 
 
A czy w samej tej walce o własną odmienność nie jest pani podobna do 
innych? I czemu to ma służyć? 

 

"Jeśli nie będę walczyć, nie będę się starać, to stanę się zwykłą, 
drobnomieszczańską żoną. Pragnę być inna i dlatego nie chcę wychodzić 

za mąż. Ale naprawdę jestem bardzo samotna i ta moja samotność właśnie 
skłoniła mnie do podjęcia takiej pracy". 
 

Tak więc samotność wiedzie panią, krok za krokiem, do samobójstwa, 
prawda? 
 

background image

Kiwnęła głową; prawie płakała. 
 
Czyż wszelkie poruszenia świadomości nie prowadzą do izolacji, do lęku 

i do tej nieustannej walki o własną inność? Wszystko to stanowi część 

owego dążenia do dokonania czegoś, do utożsamienia się z czymś innym 
lub z tym, czym się jest. Większość psychoanalityków postępuje zgodnie 
z teoriami swych nauczycieli lub wpływowych szkół, modyfikując je 

jedynie lub dodając nowe akcenty. 

 
"Należę do nowej szkoły; obywamy się bez symboli i faktycznie stajemy 

twarzą w twarz z rzeczywistością. Odrzuciliśmy dawnych mistrzów oraz 
ich symbole i widzimy człowieka takim, jakim jest. Ale to wszystko znów 
przeobraża się w nowego rodzaju szkołę, ja zaś nie przyszłam tu po to, 

aby omawiać te wszystkie typy szkół, teorii i mistrzów, ale raczej by 
pomówić o sobie. Nie wiem, co robić". 

 
Czy nie jest pani równie chora jak pacjenci, których próbuje pani 
leczyć? Czy nie należy pani do społeczeństwa, które jest może jeszcze 

bardziej chore, które znajduje się w stanie jeszcze większego zamętu 
niż pani? A zatem chodzi o kwestię o wiele bardziej podstawową, prawda? 
 
Jest pani wytworem ogromnej społecznej presji, kultury i religii 
społeczeństwa, w którym pani żyje i to ono panią kieruje, zarówno pod 

względem ekonomicznym, jak i duchowym. Musi pani albo pogodzić się ze 
społeczeństwem, czyli żyć w nim, akceptując jego choroby, albo 
całkowicie je odrzucić i znaleźć nowy sposób życia. Jednak niemożliwe 
jest odnalezienie nowego sposobu bez porzucenia starego. 

 

Tym, czego pani faktycznie pragnie, jest bezpieczeństwo, prawda? Oto 
czego poszukuje myśl - być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i 
pomysłowym. Czyż w trakcie tego procesu nie próbuje pani znaleźć 
trwałego bezpieczeństwa? A czy coś takiego w ogóle istnieje? Nie można 
pogodzić bezpieczeństwa i ładu. Bezpieczeństwa nie sposób znaleźć we 

wzajemnych związkach, w wierze, w działaniach, a ponieważ wciąż go 
poszukujemy, wywołujemy chaos. Bezpieczeństwo rodzi nieład, a gdy 

stwierdzamy, że w nas on wciąż narasta, chcemy z tym wszystkim 
skończyć. 

 

W obszarze świadomości, w obrębie jej zewnętrznych i wewnętrznych 
granic, myśl nieustannie próbuje znaleźć bezpieczne miejsce. A zatem 
myśl stwarza chaos; ład nie jest wynikiem myślenia. Ład nastaje, gdy 

chaos niknie. Miłości nie ma w regionach dostępnych dla myśli. Tak jak 
piękna, miłości nie odda pędzel artysty. Musimy porzucić cały swój 

wewnętrzny chaos. 

 
Umilkła, zamknęła się w sobie. Nie mogła powstrzymać łez, które płynęły 

jej po policzkach. 

 

 
Sen jest równie ważny jak czuwanie, a może nawet ważniejszy. Jeśli w 

ciągu dnia umysł czuwa, jeśli uzmysławia sobie, obserwuje wewnętrzne i 
zewnętrzne poruszenia życia, to w ciągu nocy medytacja pojawia się jako 
błogosławieństwo. Umysł budzi się, a z głębi ciszy płynie magia 

medytacji, której nie wytworzy żaden wzlot wyobraźni czy fantazji. 
Nastaje, choć umysł jej o to nie prosi: wyłania się z ciszy świadomości 
- nie w jej obrębie, ale spoza niej, nie na peryferiach myśli, ale poza 

background image

jej zasięgiem. A zatem nie pozostawia wspomnień, pamięć bowiem należy 
zawsze do przeszłości, a medytacja przeszłości nie wskrzesza. Jej 
źródłem jest pełnia serca, a nie zdolności intelektualne. Może pojawiać 

się noc po nocy, ale za każdym razem, jeśli to błogosławieństwo na 

ciebie spłynie, jest nowa - nie nowa w tym sensie, że odmienna od 
starej, ale dlatego, że nie pojawia się na tle tego, co było; nowa w 
swej różnorodności i niezmiennej zmienności. A zatem sen nabiera 

niesłychanej wagi, nie sen ze zmęczenia, wywołany przez tabletkę czy 

fizyczne zaspokojenie, ale sen, który jest tak lekki i czujny jak 
wrażliwe jest ciało. Ciało zyskuje wrażliwość dzięki czujności. Czasem 

medytacja jest równie lekka jak podmuch wiatru; kiedy indziej jej 
głębia jest niezmierzona. Ale jeśli umysł jedno lub drugie zatrzymuje 
jako wspomnienie, aby się nim upajać, to ekstaza medytacji ginie. Ważne 

jest, by jej nie posiadać i by tego posiadania nie pragnąć. Nie wolno, 
by żądza posiadania przeniknęła do medytacji, medytacja nie ma bowiem 

ani korzeni, ani treści, do której umysł mógłby przylgnąć. 
 
Wspinaliśmy się niegdyś ocienionym kanionem, po obu jego stronach 

wznosiły się spalone słońcem góry, a wokół krążyło mnóstwo ptaków i 
owadów oraz małych zwierzątek, krzątających się w ciszy. Wędrując 
łagodnym zboczem wciąż pod górę, znalazłeś się na dużej wysokości, a 
stamtąd ujrzałeś wszystkie okoliczne wzgórza, i góry, teraz oświetlone 
zachodzącym słońcem. Wyglądało to tak, jakby rozświetlało je coś od 

wewnątrz i nigdy nie miały pogrążyć się w mroku. Ale w miarę, jak 
patrzyłeś, światło gasło, a na zachodzie gwiazda wieczorna świeciła 
coraz jaśniej i jaśniej. W ten piękny wieczór w jakiś sposób czułeś, że 
oto przed tobą rozpościera się cały wszechświat. Otoczyła cię dziwna 

cisza. 

 
Nie ma w nas światła: korzystamy ze sztucznego światła dostarczonego 
przez innych; światła wiedzy, światła, wytwarzanego przez talent i 
zdolności. Wszystkie te rodzaje świateł bledną i przeobrażają się w 
ból. Światło myśli staje się własnym cieniem. Ale nie sposób ukazać 

innym światła, które nigdy nie blednie, głębokiego, wewnętrznego 
blasku, którego nie można kupić lub sprzedać. Nie da się go szukać, 
troskliwie rozniecać, nie sposób go sobie wyobrazić czy spekulować na 
jego temat, ono znajduje się bowiem poza zasięgiem umysłu. 

 

Ten powszechnie poważany mnich mieszkał jakiś czas w klasztorze, a 
także samotnie poza nim, głęboko i szczerze szukając. 
 
"To, co mówi pan o medytacji, wydaje się prawdą; jest ona nieosiągalna. 
To znaczy zapewne, że nie wolno jej szukać, pragnąć jej, że zakazane są 

jakiekolwiek gesty ku niej wiodące, czy to będzie rozmyślne siedzenie w 

jakiejś pozycji, czy przyjmowanie pewnego podejścia do życia lub do 
siebie samego. A zatem, co należy czynić? Po co w ogóle używamy słów?" 
 
Powodem pańskich poszukiwań jest pustka, szuka pan czegoś poza sobą, 

aby ją zapełnić lub uciec od niej. Ta zewnętrzna krzątanina, która jest 

wyrazem wewnętrznego ubóstwa, ma charakter pojęciowy, spekulatywny, 
dualistyczny. Oto konflikt, który trwa bez końca. A zatem, niech pan 

nie szuka poza sobą! Kiedy jednak energia, która dotąd kierowała się na 
zewnątrz, zwraca się do wewnątrz, to nadal szuka i docieka, tropi coś, 
o czym powiada, że jest "wewnętrzne". Oba te ruchy są w istocie 

tożsame. Jeden i drugi musi ustać. 
 
"Czy radzi pan nam po prostu zadowolić się tą pustką?" 

background image

 
Oczywiście, nie. 
 

"A zatem pustka trwa nadal, trwa także rozpacz. A ta rozpacz jeszcze 

się powiększa, jeśli nie można już nawet szukać!" 
 
Czy to jest rozpacz, jeśli dostrzega się, że naprawdę ruch do wewnątrz 

i na zewnątrz nie ma sensu? Czy oznacza to zadowolenie z tego, co jest? 

Czy oznacza to akceptację tej pustki? Nie. A zatem: unicestwione 
zostało wychodzenie poza siebie i wracanie do własnego wnętrza, 

akceptowanie. Odrzucono wszelkie poruszenia umysłu stojącego twarzą w 
twarz z pustką. Wówczas sam umysł jest pusty, albowiem ten ruch jest 
samym umysłem. Umysł został opróżniony z jakichkolwiek poruszeń, tak 

więc nie ma żadnej istoty, która by mogła jakiś ruch zainicjować. Niech 
pozostanie pusty. Niech będzie pusty. Umysł uwolnił się od przeszłości, 

przyszłości i teraźniejszości; oczyścił się ze stawania się, a stawanie 
się jest czasem. A zatem nie ma czasu; nie ma porównań. Tak więc, czy 
to jest pustka? 

 
"Ten stan często pojawia się i przemija. Nawet jeśli nie jest to 
pustka, to z pewnością nie jest to ta ekstaza, o jakiej pan mówi". 
 
Proszę zapomnieć o tym, co zostało powiedziane. Także o tym, że taki 

stan pojawia się i przemija. Jeśli tak jest, to wiąże się on z czasem; 
a w takim razie istnieje obserwator, który stwierdza "Trwa, przeminął". 
Obserwator jest tym, kto porównuje, kto ocenia, a zatem nie jest to ta 
pustka, o której mówimy. 

 

"Czy pan mnie znieczula?" I roześmiał się. 
 
Kiedy nie ma porównań i nie ma czasu, to czy pustka ma jakieś granice, 
jakiś zarys? Czy wtedy w ogóle da się to nazwać pustką lub nicością? 
Wtedy wszystko w niej się mieści i nie mieści się w niej nic. 

 

 
W nocy nieźle padało i kiedy wczesnym rankiem wstałeś z łóżka, poczułeś 

silny zapach sumaku, szałwi i mokrej ziemi. Gleba miała czerwony kolor, 

a taka pachnie chyba silniej niż brązowa. Słońce oświetlało już wzgórza 
o owej niezwykłej barwie palonej sjeny, a wszystkie drzewa i krzaki 
iskrzyły się umyte nocnym deszczem do czysta. Wszystko rozsadzała 

radość. Nie padało może sześć, a może osiem miesięcy i można sobie 
wyobrazić, jak radowała się ziemia, i nie tylko ona, ale wszystko, co 

na niej żyło: wielkie drzewa, wysokie eukaliptusy, pieprzowce i dęby. 

Ptaki zdawały się śpiewać tego ranka pieśń inną niż zwykle. Kiedy tak 
patrzyłeś na wzgórza i błękitne góry w oddali, jakoś się w tym 

zatraciłeś. Nie istniałeś, nie istniało też wszystko, co cię otaczało. 

Było tylko to piękno, ten ogrom, jedynie ta rozpościerająca się ziemia. 
Tego ranka ze wzgórz ciągnących się przez wiele kilometrów napłynął 

spokój, który zlał się z twą własną ciszą. Jak gdyby ziemia zetknęła 
się z niebem. A ta ekstaza była błogosławieństwem. 
 

Tego samego wieczora, gdy wędrowałeś w górę kanionem w stronę wzgórz, 

mokra czerwona ziemia pod stopami była miękka, żyzna, obiecująca. Przez 

wiele kilometrów szedłeś ostro pod górę, a potem nagle w dół. Za 

zakrętem stanąłeś twarzą w twarz z tą absolutną ciszą, która już na 
ciebie zstępowała, a gdy zszedłeś w głęboką dolinę, stała się jeszcze 

background image

przenikliwsza, bardziej natrętna, natarczywa. Nie było żadnych myśli, 
tylko ta cisza. W miarę jak schodziłeś w dół, cisza zdawała się 
ogarniać całą ziemię; wszystkie ptaki i drzewa trwały w przedziwnym 

milczeniu. Powietrze nieruchomo stało wśród drzew, a z nastaniem mroku 

poczęły one pogrążać się we własnej samotności. To dziwne, że w ciągu 
dnia serdecznie cię witały, a teraz te drzewa o fantastycznych 
kształtach stały odległe, samotne i zamknięte w sobie. Obok przeszło 

trzech myśliwych niosących potężne łuki i strzały, na czołach mieli 

umocowane latarki elektryczne. Szli zabijać nocne ptaki, chyba zupełnie 
nieczuli na piękno wokół i na tę ciszę, która tu panowała. Bez reszty 

pochłaniało ich zabijanie; wydawało się, że cała okolica, pełna lęku i 
współczucia, śledzi ich ruchy. 
 

Tego ranka do domu przyszła grupa młodych ludzi, studentów z różnych 
uniwersytetów, chyba ze trzydzieścioro. Wyrośli w tym klimacie, silni, 

dobrze odżywieni, wysocy i pełni entuzjazmu. Tylko jedno czy dwoje z 
nich usiadło na krzesłach, większość zajęła miejsca na podłodze, 
dziewczętom w minispódniczkach było niewygodnie. Jeden z chłopaków 

mówił. Jego wargi drżały, głowę opuścił. 
 
"Chcę żyć w inny sposób. Nie chcę, by usidlił mnie seks, narkotyki, 
wyścig szczurów. Chcę żyć poza tym światem, a jednak on mnie zniewala. 
Idę z dziewczyną do łóżka, a na drugi dzień popadam w depresję. Wiem, 

że chcę żyć w pokoju, z miłością w sercu, ale jestem rozdarty przez swe 
popędy i presję społeczeństwa, w którym przyszło mi żyć. Chcę ulegać 
swoim popędom, a jednak buntuję się przeciw nim. Chcę żyć na szczycie 
góry, a jednak wciąż schodzę w dolinę, albowiem tam toczy się moje 

życie. Nie wiem, co robić. Wszystko zaczyna mnie nudzić. Rodzice nie są 

w stanie mi pomóc, nie mogą mi też pomóc profesorowie, z którymi czasem 
próbuję na te tematy dyskutować. Są równie zagubieni i nieszczęśliwi 
jak ja, a faktycznie jeszcze bardziej, są bowiem dużo starsi". 
 
Ważne jest, by nie wyciągać jakichś wniosków, by nie podejmować jakichś 

decyzji za lub przeciw seksowi, by nie dać się usidlić pojęciowym 
ideologiom. Przypatrzmy się całemu obrazowi naszej egzystencji. Mnich 
ślubował celibat, albowiem sądzi, że aby dostać się do nieba musi 
wystrzegać się kontaktów z kobietami; ale przez resztę życia walczy ze 

swymi cielesnymi popędami, znajduje się w ciągłym konflikcie z niebem i 

z ziemią; i spędza resztę swoich dni w mroku, szukając światła. Każdy z 
nas, podobnie jak ów mnich, wpadł w sidła tej ideologicznej walki: 
płoniemy z pożądania i próbujemy je stłumić w zamian za obietnicę 
nieba. Mamy ciało fizyczne, a ono ma swoje potrzeby. Społeczeństwo, w 
którym żyjemy, jeszcze je wzmacnia i kształtuje poprzez reklamy, 

półnagie dziewczyny, nacisk, jaki kładzie na rozrywkę, zabawę, a także 

za pomocą moralności społecznej - moralności społecznego ładu, który 
jest nieładem i niemoralnością. Fizycznie pobudzają nas obfitsze i 
smaczniejsze pożywienie, alkohol, telewizja. Całość współczesnej 
egzystencji koncentruje waszą uwagę na seksie. Pobudza się was na 

wszelkie sposoby - przez książki i rozmowy, przez to, że społeczeństwo 

na tyle wam pozwala. To wszystko was otacza; nie pomoże zamknięcie 
oczu. Musicie widzieć cały ten sposób życia, ze wszystkimi jego 

absurdalnymi wierzeniami i podziałami; widzieć, jak zupełnie 
bezsensowne jest życie spędzone w biurze czy fabryce. Zaś u kresu tego 
wszystkiego czeka śmierć. Musicie bardzo jasno widzieć cały ten zamęt. 

 
A teraz spójrzcie przez okno i przyjrzyjcie się tym wspaniałym górom, 
świeżo umytym przez deszcz, który padał tej nocy, i temu niesamowitemu, 

background image

kalifornijskiemu światłu, jakiego nigdzie indziej nie ma. Zobaczcie, 
jak piękne jest światło na tych wzgórzach. Wdychajcie zapach czystego 
powietrza i świeżej ziemi. Im bardziej jesteście tego świadomi, im 

wrażliwsi na całe to ogromne, niewiarygodne światło i piękno, tym 

więcej was z tym łączy, tym bardziej wzmaga się wasza percepcja. To ma 
też charakter zmysłowy, podobnie jak patrzenie na dziewczynę. Nie można 
reagować zmysłowo na te góry, a potem odciąć się od zmysłów, widząc 

kobietę; w ten sposób dzieli się życie, a w tym podziale kryje się 

cierpienie i konflikt. Oddzielając szczyt góry od doliny, popadacie w 
stan niezgody. To nie znaczy, że macie konfliktów unikać czy uciekać od 

nich, lub tak zatracać się w seksie czy jakiejś innej żądzy, aby się od 
nich odciąć. Zrozumienie konfliktu nie oznacza, że wegetujecie lub 
upodobniacie się do krów. 

 
Zrozumieć to wszystko - znaczy nie dać się temu usidlić, nie być od 

tego zależnym. Znaczy to - nigdy niczego nie odrzucać, nie dochodzić do 
żadnych wniosków, nie zajmować werbalnego czy ideologicznego 
stanowiska, nie przyjmować żadnej zasady, zgodnie z którą próbuje się 

żyć. Samo postrzeganie całego tego rozwijającego się schematu już jest 
rozumieniem. To właśnie rozumienie będzie działać, a nie wnioski, 
decyzje czy ideologiczne reguły. 
 
Nasze wykształcenie, przystosowywanie się do wzorca ustanowionego przez 

społeczeństwo, w którym brak miejsca na wrażliwość uczuć, stępiły nasze 
ciała, podobnie jak stępiły nasze umysły i serca. Ten system posyła nas 
na wojnę, niszczy całe nasze piękno, wrażliwość i radość. Obserwacja 
tego wszystkiego, nie werbalna czy intelektualna, ale faktyczna, 

sprawia, że nasze ciało i umysł zyskują ogromną wrażliwość. Wówczas 

ciało domaga się właściwego rodzaju pokarmu; umysł nie daje się 
zniewolić przez słowa, symbole, myślowe frazesy. Wtedy pojmiemy, jak 
żyć jednocześnie w dolinie i na górskim szczycie, a między jednym i 
drugim znikną podziały lub sprzeczności. 
 

 
 
EUROPA 
 

 
 
Medytacja jest ruchem w stanie uwagi. Uwaga nie jest osiągnięciem, nie 
ma bowiem charakteru osobowego. Element osobowy występuje jedynie 
wtedy, gdy istnieje obserwator jako ośrodek koncentracji lub panowania 

nad czymś; a zatem wszelkie osiągnięcia mają charakter fragmentaryczny 

i ograniczony. Uwaga nie ma granic, żadnych barier do przekraczania: 
jest ona klarownością oczyszczoną z wszelkich myśli. Myśl nie jest w 
stanie dążyć do klarowności, zakorzeniona jest bowiem w martwej 
przeszłości; a zatem myślenie jest działaniem odbywającym się w mroku. 
Uświadomienie sobie tego wszystkiego oznacza uwagę. Uświadomienie nie 

jest metodą, dzięki której można stać się uważnym; taka uwaga należy do 
dziedziny myśli, a zatem podlega kontroli i modyfikacji. Uświadomienie 
sobie tej nieuwagi jest uwagą. Medytacja nie jest procesem 

intelektualnym, bo i ten należy do dziedziny myśli. Medytacja to 

uwolnienie się od myśli, jest ona ruchem w ekstazie prawdy. 

 

Tego ranka padał śnieg. Wiał ostry wiatr, a drzewa, kołysząc się, 
wolały o wiosnę. Pnie wielkiego buka i wiązu miały tę osobliwą 

background image

szarozieloną barwę, jaką widuje się w starych lasach rosnących na ziemi 
miękkiej i pokrytej jesiennymi liśćmi. Spacerując wśród drzew, czułeś 
ten las - nie każde drzewo z osobna, ich swoiste kształty i formy - ale 

raczej charakter wszystkich tych drzew razem wziętych. 

 
Nagle wyjrzało słońce; na wschodzie jaśniało czyste, błękitne niebo, na 
zachodzie zaś zasnuwały je ciężkie chmury. W owej chwili, gdy zalśniło 

to słoneczne światło, zaczęła się wiosna. W cichym bezruchu wiosennego 

dnia ujrzałeś piękno ziemi, poczułeś, że ona i wszystko, co się na niej 
znajduje, stanowią jedność. Nic nie oddzielało cię od drzewa i od 

migoczących, zdumiewających barw światła połyskującego na ostrokrzewie. 
Ty, obserwator, przestałeś istnieć, a zatem znikł podział będący czasem 
i przestrzenią. 

 
Powiedział, że jest człowiekiem religijnym, naprawdę tak czuł, choć nie 

należał do żadnej konkretnej wspólnoty wyznaniowej. Oczywiście toczył 
nieustanne debaty z różnymi przywódcami religijnymi. Pozostało mu z 
tych rozmów jedynie uczucie rozpaczy, a mimo to nie popadł w cynizm. 

Nie znalazł tej radości, której szukał. Był profesorem uniwersytetu, 
ale porzucił pracę, by poświęcić się medytacji i dociekaniom. 
 
"Widzi pan - powiedział - zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, jak 
bardzo fragmentaryczne jest życie. Sam stanowię jego cząstkę - rozbitą, 

odmienną od innych, nieustannie walczącą o to, by stać się całością, 
integralną częścią wszechświata. Próbowałem znaleźć własną tożsamość, 
gdyż współczesne społeczeństwo niszczy wszelkie objawy tożsamości. 
Zastanawiam się, czy można w jakiś sposób wyjść poza te wszystkie 

podziały, aby osiągnąć coś niepodzielnego, co nie da się wyodrębnić". 

 
Podzieliliśmy życie na rodzinę i społeczeństwo, rodzinę i naród, 
rodzinę i biuro, na życie polityczne i religijne, na wojnę i pokój, ład 
i chaos; ta lista przeciwieństw nie ma końca. Chadzamy wzdłuż tego 
korytarza, usiłując zestroić umysł i serce, próbując zachować równowagę 

między miłością a zawiścią. Zbyt dobrze znamy te wszystkie 
sprzeczności, a jednak usiłujemy jakoś je ze sobą zharmonizować. 
 
Co wywołuje ten podział? Oczywiście, istnieje podział, przeciwieństwo - 

czerń i biel, mężczyzna i kobieta i tak dalej - ale co stanowi źródło, 

istotę tej fragmentacji? Jeśli tego się nie dowiemy, będzie ona 
nieunikniona. Jak pan sądzi, co stanowi podstawową przyczynę owego 
rozdwojenia? 
 
"Potrafię podać wiele przyczyn tych najwyraźniej nie kończących się 

podziałów, a także wiele sposobów, za pomocą których ludzie próbowali 

przeciwieństwa te przezwyciężyć. Intelektualnie mogę przedstawić 
przyczyny tego podziału, ale to nigdzie nie prowadzi. Często zajmowałem 
się tym sam i z innymi. Próbowałem, poprzez medytację, dzięki 
ćwiczeniom woli, odczuć tę jedność rzeczy, zjednoczyć się ze wszystkim 

- ale na próżno". 

 
Oczywiście, zwykle odkrycie przyczyny podziału nie musi go likwidować. 

Znamy przyczynę lęku, ale nadal się boimy. Skoro liczy się jedynie 
jasność myślenia, zatem w rozumowych poszukiwaniach ginie 
bezpośredniość działań. Podstawową przyczyną tego podziału jest z 

pewnością oddzielenie "ja" od "nie-ja", choć owo "ja" próbuje utożsamić 
się z "nie-ja", którym może być żona, rodzina, społeczeństwo lub 
stworzone przez myśl pojęcie Boga. "Ja" nieustannie usiłuje zyskać 

background image

jakąś tożsamość, ale to, z czym się identyfikuje, nadal jest pojęciem, 
wspomnieniem, konstrukcją myślową. 
 

A czy dwoistość w ogóle istnieje? W sensie przedmiotowym, jak choćby 

światło i mrok, tak, ale czy istnieje w sensie psychologicznym? 
Akceptujemy dualizm psychologiczny, tak jak akceptujemy dualizm 
przedmiotowy; należy to do naszych uwarunkowań. Nigdy tego rodzaju 

uwarunkowań nie kwestionujemy. Ale czy, w sensie psychologicznym, 

istnieje podział? Istnieje tylko to, co jest, nie to, co powinno być. 
To, co powinno być, jest podziałem stworzonym przez myśl unikającą lub 

przeciwstawiającą się realności tego, co jest. I stąd walka między 
faktami a abstrakcją. Abstrakcja jest fantazją, marzeniem, ideałem. 
Fakty są tym, co jest, a wszystko inne jest nierealne. Właśnie to, co 

nierealne, jest przyczyną fragmentacji, nie fakty. Ból jest faktem; 
brak bólu jest myślową przyjemnością wywołującą podział pomiędzy bólem 

a stanem, w którym bólu brak. Myśl zawsze dzieli; jest to podział 
czasowy, przestrzenny, zachodzący między tym, kto obserwuje, a 
obserwowaną rzeczą. Istnieje tylko to, co jest, a postrzeganie tego, co 

jest, bez udziału myśli będącej tym, kto obserwuje, usuwa fragmentację. 
 
Myśl nie jest miłością; ale myśl jako przyjemność otacza miłość murem i 
wprowadza do niej ból. Negacja tego, czego nie ma, pozostawia to, co 
jest. Gdy neguje się to, co nie jest miłością, wyłania się miłość, w 

której nikną "ja" i "nie-ja". 
 
[tekst poniżej nie przejrzany i nie poprawiony] 
 

 
Medytacja rozkwita w czystości i ogromnej przestrzeni. Bez przestrzeni 
nie ma czystości. Czystość nie jest niedojrzałością. Można być 
fizycznie dojrzałym, ale ta ogromna przestrzeń, pojawiająca się wraz z 
miłością, nie jest dostępna, jeśli umysł nie uwolnił się od licznych 

śladów pozostałych po przeżytych doznaniach. To te blizny niweczą 
czystość. Uwolnienie umysłu od tej nieustannej presji doznań jest 

medytacją. 
 

W miarę jak słońce zachodzi, pojawia się ta przedziwna cisza i uczucie, 

że wszystko wokół ciebie znikło, choć samochody jadą dalej, a zgiełk 
nadal trwa. To poczucie oddalenia wydaje się przenikać cały 
wszechświat. Zapewne i wy to kiedyś odczuliście. Często pojawia się 

zupełnie nieoczekiwanie; przedziwny spokój i cisza zdają się spływać z 
nieba i okrywać ziemię. To jest błogosławieństwo, a sprawia ono, że 

piękno wieczoru staje się bezgraniczne. Droga lśniąca po deszczu, 

stojące samochody, pusty park, wszystko to robi wrażenie, jakby 
stanowiło jego część; a śmiech przechodzącej obok pary w najmniejszym 

stopniu nie zakłóca ciszy tego wieczoru. 

 
Nagie drzewa o delikatnych gałęziach, czerniące się na tle nieba, 

czekały na wiosnę, ona zaś była tuż obok, spiesząc na spotkanie z nimi. 
Wzeszła już nowa trawa, a drzewa owocowe zaczęły kwitnąć. Cała okolica 
z wolna raz jeszcze budziła się do życia, a ze szczytu wzgórza 

roztaczał się widok na miasto pełne kopuł, z których jedna przewyższała 

pozostałe. Widać też było płaskie wierzchołki sosen, a promienie 

zachodzącego słońca rozjarzały chmury. Wydawało się, że wypełniają one 

całe niebo aż po horyzont, pasmo za pasmem, tworząc ponad wzgórzami 
najbardziej fantastyczne kształty - nie wzniesione ludzką ręką zamki, 

background image

głębokie przepaście i niebotyczne szczyty. Wszystkie te chmury płonęły 
ciemnoczerwonym żarem, a kilka z nich sprawiało wrażenie, jak gdyby nie 
oświetlały ich promienie słońca, ale jakby jarzyły się od wewnątrz. 

 

Chmury nie tworzyły przestrzeni, one w niej istniały. Sprawiały 
wrażenie, że ciągną się tak bez końca, od wieczności w wieczność. 
 

Na pobliskim krzaku śpiewał kos, i to było nieprzemijające 

błogosławieństwo. 
 

Było ich trzech lub czterech, przyszli z żonami, usiedliśmy wszyscy na 
podłodze. Okna znajdowały się zbyt wysoko, by z tego miejsca dostrzec 
ogród lub znajdujący się po drugiej stronie mur. Wszyscy przybysze 

wykonywali wolne zawody. Przedstawili się jako naukowiec, matematyk i 
inżynier; byli specjalistami nie wykraczającymi poza granice swych 

dyscyplin. Trudno byłoby ich porównać do rzeki, która po ciężkich 
deszczach wylewa i użyźnia glebę. 
 

"Często mówił pan o przestrzeni i wszyscy chcielibyśmy wiedzieć, co pan 
przez to rozumie - zaczął inżynier. - Most zamyka przestrzeń między 
dwoma brzegami lub dwoma wzgórzami. Zapora wodna tworzy przestrzeń 
wypełnioną wodą. Istnieje przestrzeń między nami a rozszerzającym się 
wszechświatem. Przestrzeń dzieli mnie od pana. Czy to pan ma na myśli?" 

 
Inni przyłączyli się do tego pytania; najwyraźniej rozmawiali o tym 
przed przyjściem tu. Jeden z nich powiedział "Mógłbym to ująć inaczej, 
bardziej naukowo, ale chodziłoby mniej więcej o to samo". 

 

Istnieje przestrzeń, która dzieli i obejmuje, ale jest także przestrzeń 
bezgraniczna. Przestrzeń między ludźmi, w której rodzi się niezgoda, 
jest ograniczoną przestrzenią podziałów; istnieje podział między tobą 
takim, jakim jesteś, a wyobrażeniem, jakie masz o sobie; między tobą a 
twoją żoną; istnieje podział między tym, kim jesteś, a ideałem 

mówiącym, kim być powinieneś; między jednym a drugim wzgórzem. Istnieje 
też piękno przestrzeni, w której nie ma żadnych linii granicznych i 
barier czasowych. 
 

Czy istnieje przestrzeń między jedną myślą a drugą? Między 

wspomnieniami? Między działaniami? Czy może w ogóle nie ma przestrzeni 
między myślami? Między argumentami? Między zdrowiem a chorobą - 
przyczyną stającą się skutkiem i skutkiem stającym się przyczyną? 
 
Gdyby istniała przerwa między jedną myślą a drugą, to myśl byłaby 

zawsze nowa, ale ponieważ brak takowej, brak przestrzeni, to każda myśl 

jest stara. Można nie zdawać sobie sprawy z tej ciągłości; można 
porzucić myśl, a w tydzień później podjąć ją na nowo; ale ona tymczasem 
działała w obrębie starych barier. 
 

A zatem cała świadomość - zarówno to, co świadome, jak i to, co 

nieświadome, jeśli musimy używać tego niefortunnego określenia - mieści 
się w ograniczonej, wąskiej przestrzeni tradycji, kultury, zwyczajów i 

wspomnień. Technika może nas przenieść na Księżyc albo wznieść most 
wygięty ponad przepaścią, możemy także zaprowadzić ład w ramach 
ograniczonej przestrzeni społecznej, jednak wszystko to znów przerodzi 

się w chaos. 
 
Przestrzeń istnieje nie tylko poza czterema ścianami tego pokoju, jest 

background image

także przestrzeń stwarzana przez ten pokój. Istnieje obszar, 
ograniczająca przestrzeń, jaką tworzy wokół siebie ten, kto obserwuje, 
i poprzez którą widzi to, co obserwowane - a co z kolei stwarza pewien 

obszar wokół siebie. 

 
Kiedy ten, kto obserwuje, patrzy na wieczorne gwiazdy, jego przestrzeń 
jest ograniczona. Przez teleskop zdoła dojrzeć obszary odległe o wiele 

tysięcy lat świetlnych, ale to on jest twórcą przestrzeni; a zatem ta 

przestrzeń ma kres. Pomiar odległości pomiędzy tym, kto obserwuje, a 
tym, co obserwowane, jest przestrzenią, a także czasem potrzebnym na 

jej przebycie. 
 
Oprócz przestrzeni fizycznej istnieje również wymiar psychologiczny - 

wczoraj, dziś, jutro - w którym sytuuje się myśl. Dopóki istnieje ten, 
kto obserwuje, dopóty przestrzeń jest ciasnym, więziennym dziedzińcem, 

gdzie nie ma śladu wolności. 
 
"Ale my chcielibyśmy dowiedzieć się, czy pan próbuje jakoś opisać 

przestrzeń wolną od tego, kto obserwuje? Czy to w ogóle możliwe? A może 
to tylko pański wymysł?" 
 
W więzieniu, panowie, nie ma wolności, choćby było ono nie wiem jak 
wygodne i przyozdobione. Jeśli prowadzi się dialog z wolnością, to nie 

można odbywać go w granicach wspomnień, wiedzy i doznań. Wolność domaga 
się zburzenia murów więziennych, choćby ograniczony chaos, ograniczone 
zniewolenie, praca w obrębie tych barier sprawiały nam przyjemność. 
 
Wolność nie jest czymś względnym - albo jest, albo jej nie ma. Jeśli 

jej nie ma, to musimy pogodzić się z życiem ciasnym, ograniczonym, 
zaakceptować jego konflikty, cierpienia i bóle, i ograniczyć się do 
wprowadzania tu i ówdzie jakichś niepozornych zmian. 

 
Wolność to nieskończona przestrzeń. Niedostatek przestrzeni rodzi 

przemoc - tak jak w przypadku drapieżnika lub ptaka roszczącego sobie 
prawo do pewnego obszaru, do terytorium, o które podejmie walkę. Ta 

przemoc, którą reguluje prawo, a nadzoruje policja, może mieć charakter 
względny, tak jak ograniczona jest przemoc, do której uciekają się 

drapieżniki i ptaki, walcząc o swoje ograniczone terytorium. Waśnie z 

powodu tej ograniczoności przestrzeni między człowiekiem a człowiekiem 
musi zaistnieć agresja. 
 

"Czy próbuje nam pan powiedzieć, że człowiek będzie nieustannie 
znajdował się w stanie konfliktu z sobą samym i ze światem, dopóki żyje 

w obszarze, który sam stworzył?" 

 
Tak, panowie. W ten sposób dotarliśmy do kluczowej kwestii dotyczącej 

wolności. W obrębie wąskiej kultury społecznej nie ma wolności, a 

ponieważ jej nie ma, panuje chaos. Żyjąc w stanie tego chaosu, człowiek 
poszukuje wolności w ideologiach, w teoriach, w tym, co nazywa Bogiem. 

Taka ucieczka nie jest wolnością. To znów ten sam więzienny 
dziedziniec, który oddziela człowieka od człowieka. Czy myśl, która 
narzuciła sobie to uwarunkowanie, jest w stanie umilknąć, zniweczyć tę 

strukturę i wyjść poza i ponad nią? Oczywiście, nie, i to jest pierwsza 

kwestia, którą trzeba zrozumieć. Intelekt nie potrafi przerzucić 

pomostu pomiędzy sobą a wolnością. Myśl - będąca reakcją pamięci, 
doznań i wiedzy -jest zawsze stara, podobnie jak intelekt, i też nie 
potrafi wznieść mostu wiodącego ku temu, co nowe. Myśl jest w istocie 

background image

tym, kto obserwuje, wraz z jego uprzedzeniami, lękami i obawami. To 
myślowe wyobrażenie - z powodu jego izolacji - oczywiście tworzy wokół 
siebie obszar. Tak więc tego, kto obserwuje i to, co obserwowane, 

dzieli pewna odległość. Ten, kto obserwuje, usiłuje ustanowić związek 

zachowujący ten dystans; w ten sposób rodzi się konflikt i przemoc. 
 
To wszystko nie jest fantazją. Wyobraźnia w każdej postaci niweczy 

prawdę. Wolność znajduje się poza granicami myśli; oznacza ona 

nieskończoną przestrzeń nie stworzoną przez tego, kto obserwuje. 
Odkrywanie tej wolności jest medytacją. 

 
Nie ma przestrzeni bez ciszy, a cisza, w przeciwieństwie do myśli, nie 
jest wytworem czasu. Czas nie przyniesie nam wolności; ład może 

zaistnieć tylko wtedy, gdy serce nie jest pogrzebane w słowach. 
 


 
Medytujący umysł jest cichy. To nie jest cisza zrozumiała dla myśli ani 

cisza spokojnego wieczoru; to jest cisza, która nastaje, gdy myśl - ze 
wszystkimi swymi koncepcjami, słowami i spostrzeżeniami - bez reszty 
milknie. Medytujący umysł jest umysłem religijnym - ta religia 
pozostaje nie skażona przez kościoły, świątynie lub przez święte 
pieśni. 

 
Religijny umysł eksploduje miłością, która nie zna podziałów. Dla niej 
to, co odległe, jest bliskie. Nie ma ani jedności, ani wielości; w owym 
stanie miłości znikają wszelkie podziały. Nie da się jej, podobnie jak 

piękna, określić słowami. Działania medytującego umysłu biorą początek 

w tej ciszy. 
 
Padało przez cały dzień, pod wieczór na niebie zebrało się dużo chmur. 
Wzgórza w oddali, otulone obłokami radości pełnymi światła, przybierały 
najprzeróżniejsze kształty. 

 
Zachodzące słońce rozjaśniało złotym blaskiem tylko jeden lub dwa zwały 
chmur, ale sprawiały one wrażenie tak niewzruszonych jak ciemne 
cyprysy. Gdy spoglądałeś na nie, w sposób naturalny ogarnęła cię cisza. 

Ogromna przestrzeń, samotne drzewo na wzgórzu, kopuła w oddali, tocząca 

się wokół rozmowa - wszystko to stanowiło część owej ciszy. Wiedziałeś, 
że jutro będzie piękny poranek, na zachodzie bowiem niebo zalewało się 
purpurą. W istocie wschód był piękny: na błękitnym niebie ani jednej 
chmurki, żółte kwiaty i biało kwitnące drzewo na tle ciemnego, 
cyprysowego żywopłotu. Zapach wiosny unosił się nad całą okolicą. 

 

Powiedział, że właśnie stracił syna, który miał bardzo dobrą pracę i 
wkrótce awansowałby na stanowisko jednego z dyrektorów w dużym 
przedsiębiorstwie. Nadal był w stanie szoku, ale doskonale nad sobą 
panował. Nie należał do ludzi, którzy płaczą. Przez całe życie ciężko 

pracował w jakiejś branży wykorzystującej praktyczną technologię. Nie 

miał zbyt wielkiej wyobraźni ani pojęcia o złożonych, subtelnych, 
psychologicznych problemach życiowych. 

 
Niedawna śmierć syna była dla niego ciosem nie do odparcia. Powiedział 
"To smutne wydarzenie". 

 
Ten smutek był czymś strasznym dla jego żony i dzieci. "Jak zdołam 
wyjaśnić im ów kres cierpienia, o którym pan mówił? Ja to studiowałem i 

background image

być może potrafię to pojąć, ale co z tymi, którzy są w to uwikłani?" 
 
Cierpienie jest obecne w każdym domu, za każdym rogiem. Wszystkich 

ludzi pochłania ten smutek wywołany licznymi wypadkami i 

nieszczęściami. Cierpienie przypomina falę, która bez końca zalewa 
człowieka, niemal go zatapia; a udręka cierpienia rodzi gorycz i 
cynizm. 

 

Czy żal panu syna czy siebie? A może zerwania ciągłości, którą 
upatrywał pan w synu? Czy pańskie cierpienie jest użalaniem się nad 

sobą? A może cierpi pan, gdyż syn zapowiadał się tak obiecująco w 
sensie doczesnym? 
 

Jeśli jest to użalanie się nad sobą, to owa troska o siebie, ten 
izolujący czynnik w życiu - choć na zewnątrz sprawia wrażenie więzi - 

musi nieodwołalnie wywołać cierpienie. Proces wyodrębniania się, 
codzienna krzątanina związana z niepokojem o siebie, ambicja, dążenie 
do utwierdzenia się w poczuciu własnej ważności, sposób życia 

polegający na izolowaniu się, niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z 
tego sprawę czy nie - to wszystko musi wywoływać poczucie samotności, 
od którego próbujemy uciec na tak wiele różnych sposobów. Użalanie się 
nad sobą jest bólem osamotnienia, a ten ból nazywamy cierpieniem. 
 

Istnieje także cierpienie wywołane niewiedzą - nie tą związaną z 
brakiem książek lub wiedzy technicznej, ale niewiedzą, którą 
zaakceptowaliśmy, nazywając ją czasem, ewolucją, procesem wiodącym od 
tego, co jest, do tego, co być powinno. Ta niewiedza konformizmu z jego 

niebezpieczeństwami i bólami, niewiedza dotycząca całej struktury nas 

samych sprawia, że akceptujemy autorytety i wszystkie wiążące się z tym 
okrucieństwa. Oto cierpienie, które człowiek rozsiewa, gdziekolwiek się 
pojawi. 
 
A zatem musimy jasno zdać sobie sprawę z tego, czym jest to, co 

nazywamy cierpieniem - cierpienie będące żalem, wywołane utratą tego, 
co uważaliśmy za dobro, niepewnością i nieustannym pragnieniem 
bezpieczeństwa. Co pana usidla? Póki tego jasno nie pojmiemy, 
cierpienie będzie trwać. 

 

Tej jasności nie osiąga się w wyniku wyjaśnień werbalnych czy 
pomysłowych intelektualnych analiz. Musi pan zdawać sobie sprawę z 
tego, czym jest pańskie cierpienie, tak jasno, jak - za pomocą zmysłów 
- zdaje sobie pan sprawę z tego, że dotyka pan kwiatu. 
 

Jak można położyć kres cierpieniu, nie rozumiejąc wszystkich dróg, po 

jakich ono chadza? Można uciec przed nim do świątyni, do kościoła, 
znaleźć ulgę w piciu alkoholu, ale wszystkie ucieczki, czy to do Boga, 
czy w seks, są do siebie podobne - nie likwidują one cierpienia. 
 

A zatem musi pan sporządzić mapę swego cierpienia i prześledzić każdą 

jego ścieżkę i drogę. Jeśli potrzebuje pan czasu, by tę mapę ogarnąć, 
to czas jeszcze spotęguje dotkliwość cierpień. Musi pan ogarnąć całą 

mapę jednym spojrzeniem - widząc całość, a potem szczegóły, nie zaś 
najpierw szczegóły, a całość potem. Czas musi zniknąć wraz z 
cierpieniem. 

 
Myśl nie może położyć kresu cierpieniu. Gdy czas się zatrzymuje, myśl - 
jako sposób cierpienia - niknie. To myśl i czas dzielą i odseparowują, 

background image

miłość zaś nie jest ani myślą, ani czasem. 
 
Nie patrz na mapę cierpienia oczami pamięci. Słuchaj jej wszystkich 

pomruków; bądź nią, jesteś bowiem zarówno tym, kto obserwuje, jak i 

tym, co obserwowane. Tylko wtedy cierpienie może ustać. Innego sposobu 
nie ma. 
 

 
Medytacja nie jest modlitwą. Modlitwy i błagania są wytworem użalania 

się nad sobą. Modlimy się, gdy popadamy w tarapaty, kiedy cierpimy; ale 
gdy jesteśmy szczęśliwi i radośni, to o nic nie błagamy. Użalanie się 
nad sobą, tak głęboko zakorzenione w człowieku, jest podstawą 

odrębności. To, co odrębne lub co za takowe się uważa, dążąc 
nieustannie do identyfikacji z czymś, co odrębne nie jest, powiększa 

jeszcze bardziej podziały i ból. Pogrążeni w tym chaosie zanosimy 
wołania do nieba, do męża, do jakiegoś wymyślonego bóstwa. Takie 
wołanie może doczekać się odpowiedzi, ale jest ona echem użalania się 

nad sobą w stanie tej odrębności. 
 
Powtarzanie słów, modlitw, jest odmianą destruktywnej autohipnozy, 
która powoduje zamykanie się w sobie. To wyodrębnienie myśli zachodzi 
zawsze w obrębie tego, co znane, a to, co znane, udziela odpowiedzi na 

modlitwę. 
 
Medytacja nie ma z tym nic wspólnego. Ta dziedzina dla myśli jest 
niedostępna; tam nie ma podziałów, nie ma więc też tożsamości. 

Medytacja toczy się na otwartej przestrzeni, obce są jej wszelkie 

tajemnice. Wszystko jest widoczne, jasne. Istnieje wtedy piękno 
miłości. 
 
Był wczesnowiosenny poranek, z zachodu łagodnie nadpływało po niebie 
parę pierzastych chmur. Rozległo się pianie koguta, tak niezwykłe w tym 

zatłoczonym mieście. Zaczął piać wcześnie i przez blisko dwie godziny 
ogłaszał nadejście dnia. Drzewa były jeszcze nagie, ale na tle 
czystego, porannego nieba, widniały już cienkie, delikatne listki. 
 

Jeśli trwało się w zupełnej ciszy, bez żadnej przemykającej przez umysł 

myśli, to słychać było głęboki dźwięk dzwonu jakiejś katedry. Świątynia 
musiała stać bardzo daleko; w krótkich chwilach ciszy między jednym 
pianiem koguta a drugim docierały fale tego dźwięku, napływające i 
mknące dalej - unosiłeś się niemal na nich, odpływając w dal, niknąc w 
bezmiarze. Pianie koguta i głęboki dźwięk odległego dzwonu wywoływały 

dziwny skutek. Zgiełk miasta jeszcze się nie zaczął. Nic nie zakłócało 

tego czystego tonu. Nie słuchałeś tego uszami, myślą, która wie, że to 
jest "kogut", a to "dzwon", słyszałeś to sercem i był to czysty dźwięk. 
Wydobywał się z ciszy, a twe serce go chwytało i płynęło wraz z nim z 
wieczności w wieczność. Nie był to dźwięk przyobleczony w formę na 

podobieństwo muzyki ani brzmienie ciszy między dwoma tonami; nie był to 

dźwięk, jaki można posłyszeć, przerywając rozmowę. Wszystkie takie 
odgłosy są odbierane przez umysł lub ucho. Kiedy słyszy się sercem, 

świat napełnia się tym dźwiękiem, a oczy widzą jasno. 
 
Była dość młodą kobietą, ładnie ubraną, z krótko ostrzyżonymi włosami, 

zdolną i kompetentną. Z tego, co mówiła wynikało, że nie ma złudzeń na 
swój temat. Miała dzieci, sprawiała wrażenie poważnej. Może była młoda 
i nieco romantyczna, ale Wschód stracił już w jej oczach aurę 

background image

mistycyzmu. Tym lepiej. Mówiła prosto, bez wahania. 
 
"Dawno temu, jak sądzę, popełniłam samobójstwo, gdy coś mi się 

przytrafiło. Od tej chwili moje życie skończyło się. Oczywiście 

pozornie nadal trwam, zajmuję się dziećmi i całą tą resztą, ale 
przestałam żyć". 
 

Czy nie sądzi pani, że większość ludzi, świadomie lub nieświadomie, 

nieustannie popełnia samobójstwo? Skrajną jego formą jest wyskoczenie 
przez okno. Ale pierwszy krok zapewne wykonuje się już wtedy, gdy po 

raz pierwszy sprzeciwiamy się czemuś i spotyka nas zawód. Wznosimy 
wokół siebie mury, za którymi wiedziemy nasze odrębne żywoty, choć 
miewamy mężów, żony i dzieci. Takie wyobcowanie jest formą samobójstwa, 

a przecież jest zgodne z przyjętą moralnością religijną i społeczną. 
Akty wyodrębniania się tworzą ciągły łańcuch i wiodą do wojen oraz 

samozniszczenia. Odseparowywanie się jest samobójstwem - jednostkowym, 
wspólnotowym czy narodowym. Każdy pragnie żyć, zachowując własną 
tożsamość, koncentrując swe działania na sobie, w kręgu rodzącego 

cierpienie konformizmu. Popełniamy samobójstwo, gdy wpadamy w sidła 
wiary i dogmatów. Zanim to się przydarzyło, hołdowała pani zasadzie: 
jedno przeciw całej reszcie. A kiedy owo jedno ginie albo gdy Bóg 
zostaje zniszczony, wraz z nim przemija pani życie i nie ma już po co 
istnieć. Jeśli ma się dość sprytu, wymyśla się sens życia (co jest 

zawsze domeną specjalistów), ale angażując się w tę koncepcję, już 
popełnia pani samobójstwo. Każda forma zaangażowania jest 
samozniszczeniem, niezależnie od tego, czy nastąpi w imię Boga, 
socjalizmu czy czegokolwiek innego. 

 

Pani - a nie ma w tych słowach okrucieństwa - przestała istnieć, 
ponieważ nie mogła otrzymać tego, czego pragnęła lub odebrano to pani; 
albo chciała pani przejść przez szczególne drzwi, które okazały się 
szczelnie zamknięte. Tak jak cierpienie i przyjemność powodują 
zamknięcie się w sobie, tak też akceptacja i upór wpędzają w mrok 

własnego odosobnienia. My nie żyjemy, my nieustannie popełniamy 
samobójstwo. Życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy samobójcze działania 
ustają.  
 

"Rozumiem, o co panu chodzi. Widzę, co uczyniłam. Ale co mam teraz 

robić? Jak mam powrócić do życia po długich latach śmierci?" 
 
Nie może pani powrócić, bo gdyby tak się stało, powieli pani stary 
schemat, cierpienie podąży za panią tak jak gnana wiatrem chmura. 
Jedyne, co może pani uczynić, to dostrzec, iż spędzać swe życie w 

odosobnieniu, w ukryciu, domagając się trwania przyjemności - znaczy 

przywoływać odrębność, która niesie ze sobą śmierć. W odosobnieniu nie 
ma miłości. Miłości obca jest tożsamość. Przyjemność i dążenie do niej 
wznoszą wokół mur odrębności. Gdy niknie wszelkie zaangażowanie, nie ma 
śmierci. Samowiedza to otwarte drzwi. 

 


 

Medytacja to zaniechanie słów. Słowo będące myślą nie wywołuje ciszy. 
Działanie wypływające z ciszy nie ma nic wspólnego z działaniem 
zrodzonym przez słowo; medytacja jest uwalnianiem umysłu od wszelkich 

symboli, koncepcji i wspomnień. 
 
Tego wiosennego ranka wysokie topole okryte świeżymi liśćmi tańczyły na 

background image

wietrze. Na wzgórzach kwitło mnóstwo migdałowców, wiśni i jabłoni. Cała 
ziemia tętniła życiem. Cyprysy stały majestatyczne i powściągliwe, ale 
kwitnące drzewa dotykały się gałęziami, a rzędy topoli rzucały 

migotliwe cienie. Po drugiej stronie szosy połyskiwała woda, która w 

końcu miała się stać starą rzeką. 
 
Powietrze pachniało, a każde ze wzgórz było inne od pozostałych. Na 

niektórych stały otoczone drzewami oliwkowymi domy, do których wiodły 

cyprysowe aleje. Wśród tych łagodnych wzgórz wiła się droga. 
 

Mocny samochód jakoś pasował do tego roziskrzonego poranka, pełnego 
wielkiego piękna. Wydawało się, że pośród tych wzgórz panuje 
nadzwyczajny lad, ale oczywiście wewnątrz każdego z domostw trwał chaos 

- ludzie spiskujący przeciw sobie, dzieci plączące lub śmiejące się; 
cały niewidzialny łańcuch niedoli ciągnął się od domu do domu. Nie 

przerywały go wiosna, jesień i zima. 
 
Jednak tego ranka nastąpiło odrodzenie. Te delikatne listki nie znały 

zimy ani nadchodzącej jesieni; były bezbronne, a zatem niewinne. 
 
Za oknem widniała stara kopuła katedry zbudowanej z pręgowanego marmuru 
i wielobarwna dzwonnica; wewnątrz znajdowały się mroczne symbole 
cierpienia i nadziei. Był to naprawdę piękny poranek, ale, o dziwo, 

fruwało niewiele ptaków, w tej okolicy bowiem ludzie zabijają je dla 
rozrywki. Dlatego ich śpiew był bardzo cichy. 
 
Był artystą, malarzem, mężczyzną z długimi włosami i delikatnymi 

dłońmi. Jak powiedział, miał talent malarski, tak jak inni miewają 

talent do budowy mostów. Żył w kręgu marzeń o własnych zdolnościach. 
Czasem się z niego wydostawał - rozmawiał, wyjaśniał - a potem wracał 
do swej kryjówki. Powiedział, że jego obrazy dobrze się sprzedają i że 
miał wiele indywidualnych wystaw. W jego głosie wyczuwalna była nutka 
dumy. 

 
Jest armia zamknięta w kręgu własnych spraw, są ludzie interesu 
otoczeni stalą i szkłem, a także żony krzątające się po domach i 
oczekujące na swych mężów i dzieci. Istnieje kustosz muzeum, dyrygent 

orkiestry, każdy z nich funkcjonuje w obrębie pewnego fragmentu życia. 

Każdy taki fragment nabiera niesłychanej wagi, pozostając nie związany, 
sprzeczny z innymi fragmentami. Każdy oferuje swoiste zaszczyty, w jego 
obrębie istnieją społeczne hierarchie, każdy ma własnych proroków. 
Fragment religijny nie ma związku z fabryką, a fabryka z artystą; 
generał nie ma kontaktu z żołnierzami, tak jak ksiądz z ludźmi 

świeckimi. Te fragmenty tworzą społeczeństwo, aktywiści zaś i 

reformatorzy próbują te rozbite kawałki jakoś poskładać. A właśnie 
dzięki tym odizolowanym, rozbitym, wyspecjalizowanym cząstkom człowiek 
trwa nadal, wraz ze swymi niepokojami, poczuciem winy i obawami. To nas 
łączy, a nie nasze specjalistyczne dyscypliny. 

 

Ludzi łączy wspólna chciwość, nienawiść i agresja. Z tej przemocy 
wyrasta kultura, społeczeństwo, w którym żyjemy. Umysł i serce dokonują 

podziałów - Bóg i nienawiść, miłość i gwałt - a cala ludzka kultura 
rozszerza się i kurczy w stanie tego rozdwojenia. 
 

Jedności między ludźmi nie zaprowadzi żadna struktura wymyślona przez 

człowieczy umysł. Współpraca nie leży w naturze intelektu. Niemożliwa 
jest jedność miłości i nienawiści, a właśnie taki związek umysł próbuje 

background image

znaleźć i ustanowić. Jedność leży bez reszty poza tym obszarem, a myśl 
nie jest w stanie jej osiągnąć. 
 

Myśl stworzyła tę kulturę agresji, współzawodnictwa i wojny, a jednak 

to ona sama po omacku szuka ładu i pokoju. Jest to zadanie 
niewykonalne. Myśl musi zamilknąć, aby mogła zapanować miłość. 
 

 
Umysł uwalniający się od tego, co znane, jest medytacją. Modlitwa 

wiedzie od znanego do znanego; może ona wywołać pewne skutki, ale 
zawsze będzie się mieściła w obrębie tego, co znane - czyli konfliktu, 
niedoli i zamętu. Medytacja jest całkowitym zaprzeczeniem wszystkiego, 

co umysł nagromadził. To, co znane, jest obserwatorem, a obserwator 
postrzega tylko przez pryzmat tego, co znane. Obraz dotyczy 

przeszłości, a medytacja przeszłość unicestwia. 
 
Z tego dużego pokoju roztaczał się widok na ogród otoczony cyprysami, a 

dalej na klasztor pokryty czerwonym dachem. Wczesnym rankiem, nim 
słońce wzeszło, zapaliło się tam światło i można było dostrzec 
przechadzających się mnichów. W ten mroźny poranek wiatr nadciągał z 
północy, a wielki eukaliptus - górujący nad wszystkimi drzewami i 
domami - chwiał się bezwolnie w jego podmuchach. Lubił wiatry wiejące 

znad morza, ponieważ nie były zbyt silne, a rozkosz sprawiał mu łagodny 
ruch własnego piękna. Rósł tam wczesnym rankiem, rósł tam oblany 
wieczornym światłem o zachodzie słońca; stanowił jakiś wyraz 
niezmienności przyrody. Był ostoją dla wszystkich drzew, krzewów i 

małych roślinek. Musiał być bardzo stary. Ale ludzie nigdy na niego nie 

patrzyli. Gdyby zaszła potrzeba, wykorzystaliby go do budowy domu i 
nigdy nie odczuliby jego straty; w tym kraju bowiem drzew nie darzy się 
szacunkiem, a przyroda odgrywa niewielką rolę, chyba że służy za 
ozdobę. W ogrodach otaczających wspaniałe wille rosną drzewa, 
podkreślające zgrabne sylwetki budynków. Jednak ten eukaliptus żadnego 

domu nie zdobił, stał sam, cudownie spokojny i pełen cichego ruchu; 
jego cień padał na budynek klasztoru z należącym do niego ogrodem i na 
ten otoczony zielenią pokój. Rósł tam, rok za rokiem, pełen własnego 
dostojeństwa. 

 

W pokoju siedziało kilka osób. Przyszli, by kontynuować rozmowę, którą 
zaczęliśmy przed paroma dniami. Większość stanowili ludzie młodzi, 
niektórzy chłopcy nosili drugie włosy, inni brody, obcisłe spodnie, 
dziewczyny miały bardzo krótkie spódniczki, umalowane usta i upięte 
włosy. 

 

Początkowo mówiliśmy o sprawach błahych; nie byli wystarczająco pewni 
siebie albo nie wiedzieli, dokąd ich ta rozmowa zaprowadzi. "Oczywiście 
nie możemy przestrzegać ustalonego porządku - powiedział jeden z nich - 
a mimo to w nim tkwimy. Na czym polega nasza więź ze starszym 

pokoleniem i jego działaniami?" 

 
Zwykły bunt nie stanowi chyba rozwiązania? Bunt jest reakcją, odzewem, 

który zrodzi swe własne uwarunkowania. Każde pokolenie zostaje 
uwarunkowane przez pokolenia wcześniejsze i pospolity bunt przeciw temu 
nie wyzwala uwarunkowanego umysłu. Każda forma posłuszeństwa również 

stanowi opór, który rodzi gwałt. Gwałt w środowisku studentów, 
zamieszki w miastach, wojna tocząca się w jakimś odległym miejscu lub w 
waszych wnętrzach - to wszystko w żaden sposób niczego nie wyjaśni. 

background image

 
"W takim razie, jak mamy działać w ramach społeczeństwa, do którego 
należymy?" 

 

Jeśli postępujecie niczym reformatorzy, to łatacie społeczeństwo 
ulegające nieustannej degeneracji, a zatem podtrzymujecie istnienie 
systemu, który doprowadził do wojen, podziałów i separacji. Faktycznie 

reformator zagraża fundamentalnej zmianie człowieka. Nie wolno wam 

wiązać się z żadną społecznością, z żadną religią i społeczną 
moralnością, w przeciwnym razie usidli was ten sam stary schemat, może 

tylko nieco zmodyfikowany. 
 
Pozostajecie z niczym nie związani tylko wtedy, gdy wyzbywacie się 

zawiści i złośliwości, gdy przestajecie czcić sukces albo dążenie do 
władzy. Możecie z niczym psychologicznie się nie wiązać jedynie pod 

warunkiem, że rozumiecie siebie. Stanowicie zaś część środowiska 
naturalnego, część struktury społecznej, którą sami zbudowaliście - wy, 
którzy jesteście licznymi "wy" wielu żyjących w ciągu tysięcy lat 

pokoleń, które wytworzyły chwilę obecną. Pojmując siebie jako istoty 
ludzkie, odkryjecie swą więź z minionymi pokoleniami. 
 
"Ale w jaki sposób można się wyzwolić z silnych uwarunkowań 
katolickich? To jest tak głęboko w nas zakorzenione, tak głęboko tkwi w 

nieświadomości". 
 
Niezależnie od tego, czy jesteście katolikami, muzułmanami, wyznawcami 
hinduizmu czy komunistami, propaganda trwająca od stu, dwustu czy 

pięciu tysięcy lat stanowi część tej werbalnej struktury wyobrażeń, 

która tworzy waszą świadomość. To, co jemy, warunkuje nas podobnie jak 
naciski wywierane przez ekonomię, kulturę i społeczeństwo, w którym 
żyjemy. Jesteśmy tą kulturą, jesteśmy tym społeczeństwem. Zwykły bunt 
przeciw niemu jest buntem przeciwko sobie samym. Jeśli powstajecie 
przeciw sobie, nie wiedząc kim jesteście, to wasza walka jest 

całkowicie daremna. Ale zdawanie sobie sprawy z tego, kim jesteście - 
bez potępiania czegokolwiek - taka samoświadomość daje początek 
działaniu, które nie ma nic wspólnego z działalnością reformatora czy 
rewolucjonisty. 

 

"Ależ, widzi pan, nasza nieświadomość stanowi wspólne rasowe 
dziedzictwo i, zdaniem psychoanalityków, to trzeba zrozumieć". 
 
Nie pojmuję, dlaczego przywiązujecie taką wagę do nieświadomości. Jest 
ona równie trywialna i tandetna jak umysł świadomy, a przydawanie jej 

znaczenia jedynie ją wzmacnia. Jeśli dostrzegacie jej prawdziwą 

wartość, więdnie ona niczym jesienny liść. Uważamy, że jedne rzeczy 
warto zachować, a inne można wyrzucić. Wojna wytwarza pewne marginalne 
udoskonalenia, ale sama stanowi największe z nieszczęść, jakie nas 
dotykają. Intelekt w żaden sposób nie rozwiąże naszych ludzkich 

problemów. Myśl na wiele sposobów próbowała przezwyciężyć nasze udręki 

i niepokoje i wyjść poza nie. Wybudowała kościoły, wymyśliła zbawców, 
guru, wynalazła narodowości, podzieliła ludzi w obrębie jednego narodu 

na różne wspólnoty, klasy, znajdujące się w stanie wzajemnej wojny. 
Myśl oddzieliła człowieka od człowieka, a doprowadziwszy do anarchii i 
wielkich cierpień, zaczyna następnie wymyślać strukturę, która miałaby 

ludzi na powrót zjednoczyć. Wszystkie myślowe dokonania nieuniknienie 
powodują powstawanie zagrożeń i niepokojów. Nazwanie siebie Włochem, 
Hindusem czy Amerykaninem stanowi oczywiście objaw choroby umysłowej, a 

background image

jest to dzieło myśli. 
 
"Miłość udziela na to wszystko odpowiedzi, prawda?" 

 

Znów błądzicie! Czy jesteście wolni od zawiści, od ambicji czy też po 
prostu używacie słowa "miłość", któremu myśl nadała pewien sens? Jeśli 
ona mu sens nadała, to nie jest to miłość. Słowo "miłość" nie jest 

miłością, bez względu na to, co przez nie rozumiecie. Myśl jest 

przeszłością, wspomnieniem, doświadczeniem, wiedzą, z której pochodzi 
reakcja na każde wyzwanie. A zatem taka reakcja zawsze jest 

nieadekwatna i stąd bierze się konflikt. Albowiem myśl jest 
nieodmiennie stara; nigdy nie bywa nowa. Współczesna sztuka stanowi 
myślową, intelektualną reakcję, a chociaż udaje, że jest nowa, tak 

naprawdę jest równie stara, choć nie równie piękna jak te wzgórza. To 
właśnie całą tę wzniesioną przez myśl konstrukcję - miłość, Boga, kul-

turę, ideologię biura politycznego - musimy całkowicie zanegować, aby 
pojawić się mogło to, co nowe. Nie sposób tego, co nowe, dopasować do 
starego schematu. Faktycznie boicie się bez reszty ten schemat 

odrzucić. 
 
"Tak, proszę pana, boimy się. Jeśli go odrzucimy, to co pozostanie? 
Czym go zastąpimy?" 
 

To pytanie jest wytworem myśli, która dostrzega zagrożenie, a zatem 
obawia się i pragnie zapewnień, że znajdzie coś, czym zastąpiłaby to, 
co stare. Tak więc znów wpadacie w myślowe sidła. Ale gdybyście 
faktycznie - a nie werbalnie lub intelektualnie - odrzucili całą tę 

myślową budowlę, być może znaleźlibyście to, co nowe - nowy sposób 

życia, widzenia, działania. Negacja jest najbardziej pozytywnym z 
działań. Negowanie fałszu, nie wiedząc, co jest prawdą, negacja 
pozornej prawdy w fałszu i negacja fałszu jako fałszu jest 
natychmiastowym aktem umysłu wolnego od myśli. Widzenie tego kwiatu 
przez pryzmat wyobrażenia, jakie myśl na jego temat stworzyła, niema 

nic wspólnego z widzeniem go w sposób bezpośredni. Więź między 
obserwatorem a kwiatem jest wyobrażeniem, które obserwujący ma o tym, 
co obserwuje, zaś to wyobrażenie tworzy między nimi olbrzymi dystans. 
 

Gdy nie ma wyobrażeń, interwał czasowy niknie. 

 

 
Medytacja jest zawsze czymś nowym. Nie jest to proces ciągły, a zatem 
przeszłość nie pozostawia na niej śladów. Jest niczym płomień świecy 

zgaszony i zapalony raz jeszcze. Nowy płomień nie jest płomieniem 

poprzednim, choć świeca pozostaje ta sama. Medytacja zyskuje ciągłość 
jedynie wtedy, gdy myśl ją zabarwia, kształtuje i wyznacza dla niej 
cel. Cel i sens, przypisywane jej przez myśl, zamykają ją w niewoli 
czasu. Ale medytacja nie tknięta myślą biegnie własną drogą, która nie 

ma nic wspólnego z czasem. Czas implikuje to, co stare, i to, co nowe, 

jako ruch od wczorajszych korzeni do jutrzejszego rozkwitu. Ale 
medytacja kwitnie zupełnie inaczej. Ten kwiat nie jest wytworem 

wczorajszych doznań, a zatem w ogóle nie jest zakorzeniony w czasie. 
Jego trwanie nie ma z czasem nic wspólnego. Słowo "ciągłość" w 
odniesieniu do medytacji jest zwodnicze, gdyż to, co było - dzień 

wczorajszy - dziś się nie pojawia. Dzisiejsza medytacja jest nowym 
przebudzeniem, nowym rozkwitem piękna dobroci. 
 

background image

Samochód jechał wolno przez zatłoczone, wąskie ulice wielkiego miasta, 
wśród autobusów, ciężarówek, aut i całego tego zgiełku. Zewsząd 
otaczało go morze domów zajmowanych przez rodziny mieszkań, morze 

sklepów; miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, niszcząc 

okolicę. W końcu wydostaliśmy się na tereny wiejskie pełne zielonych 
pól porośniętych pszenicą i wielkich zagonów pokrytych żółtymi kwiatami 
gorczycy. Kontrast między intensywnymi barwami zieleni i żółci był 

równie uderzający jak ten między zgiełkiem miasta a ciszą tej okolicy. 

Szosa, wznosząc się i opadając, wiodła na północ. Wokół były lasy, 
strumienie, a nad nami piękne, błękitne niebo. 

 
Był wiosenny poranek. W lesie rosło mnóstwo niebieskich kwiatów, a 
dalej, niemal aż po horyzont, ciągnął się łan żółtej gorczycy. Potem 

prawie bez końca rozciągały się pola zielonej pszenicy. Szosa mijała 
wsie i miasta, wreszcie boczna droga zaprowadziła nas do pięknego lasu 

pełnego młodych, wiosennych liści i zapachu wilgotnej ziemi; panował 
tam ten szczególny nastrój wiosny, czuło się powiew nowego życia. 
Patrząc na ten skrawek ziemi - na drzewa, delikatne listowie i 

przepływający strumień - zlałeś się niemal w jedno z przyrodą. Nie było 
to romantyczne uczucie czy wyobrażone doznanie, ty faktycznie byłeś tym 
wszystkim - błękitnym niebem i rozkwitającą ziemią. 
 
Droga wiodła do starego domu z aleją wysokich buków pokrytych młodymi, 

świeżymi liśćmi; popatrzyłeś przez nie na błękitne niebo. Był piękny 
poranek. Czerwony buk, choć bardzo wysoki, wciąż jeszcze był młody. 
 
Wysoki, potężny mężczyzna o wielkich dłoniach wypełnił sobą olbrzymi 

fotel. Miał życzliwą twarz, był skory do śmiechu. Nudne życiowe sprawy, 

rutyna i monotonia codziennej egzystencji nazbyt dręczą i otępiają 
nasze serca. Dowcip lub żartobliwe powiedzonka rozśmieszają nas, lecz 
nie ma śmiechu w naszych wnętrzach; najwyraźniej powszechnie panuje 
dojrzewająca w ludziach gorycz. Nie dostrzegamy płynącej wody i nie 
śmiejemy się z nią razem; to przykre widzieć, jak blask naszych oczu z 

dnia na dzień blednie. Wydaje się, że nawał udręk i rozpaczy zabarwia 
całe nasze życie obietnicą nadziei i przyjemności, ukształtowaną przez 
myśl. 
 

Interesował się tą szczególną filozofią narodzin i akceptacji ciszy, 

której nigdy zapewne nie zaznał. Nie można kupić ciszy, tak jak kupuje 
się dobry ser. Nie można jej wyhodować niczym piękną roślinę. Nie 
wywołują jej żadne działania umysłu lub serca. Cisza powstająca w miarę 
słuchania muzyki, spowodowana przez nią, jest jej wytworem. Cisza nie 
jest doznaniem, poznaje się ją dopiero wtedy, gdy już minęła. 

 

Usiądź czasem na brzegu rzeki i popatrz na wodę. Nie pozwól, by 
zahipnotyzował cię jej ruch, światło, przejrzystość i głębia nurtu. 
Patrz bez żadnych poruszeń myśli. Cisza jest wokół ciebie, w tobie, w 
wodzie i w tych jakże nieruchomych drzewach. Nie można zabrać jej do 

domu, zatrzymać w umyśle lub w dłoni, nie wolno sądzić, że osiągnęło 

się jakiś nadzwyczajny stan, bo w takim razie nie jest to cisza, lecz 
tylko wspomnienie, fantazja, romantyczna ucieczka od codziennego 

zgiełku życia. 
 
Wszystko istnieje dzięki ciszy. Muzyka, którą słyszałeś dziś rano, z 

ciszy do ciebie dotarła, a posłyszałeś ją, ponieważ byłeś cichy, a ona 
cicho popłynęła dalej. 
 

background image

Jednak my tej ciszy nie słuchamy, nasze uszy bowiem wypełnia myślowa 
paplanina. Kiedy kochasz, a nie ma ciszy, myśl przeobraża uczucie w 
społeczną rozrywkę, a kulturę tego społeczeństwa stanowi zazdrość, jego 

bogowie zaś są wytworem umysłu i rąk. Cisza jest tam, gdzie ty jesteś, 

w tobie i poza tobą. 
 

 

Medytacja koncentruje w sobie całą energię. Nie gromadzi się jej po 
trochu, odrzucając to i tamto, chwytając coś, trzymając się czegoś 

innego; raczej, nie dokonując żadnych wyborów, bez reszty odrzuca się 
energię jałową. Wybór jest rezultatem zamętu; istotą jałowej energii 
zaś jest zamęt i konflikt. By nieustannie widzieć jasno to, co jest, 

trzeba skupić całą energię, nie ma w tym sprzeczności czy rozdwojenia. 
Pełnej energii nie zyskuje się dzięki abstynencji, dzięki ślubom 

czystości i ubóstwa, albowiem każde postanowienie i akt woli energię 
trwoni, gdyż uczestniczy w tym myśl, a jest ona, w przeciwieństwie do 
percepcji, energią jałową. Widzenie nie jest rozmyślnym wysiłkiem. Nie 

istnieje "zobaczę", jest tylko widzenie. Obserwacja likwiduje tego, kto 
obserwuje, i wówczas nie trwoni się energii. Gdy ten, kto myśli, 
próbuje obserwować, marnotrawi energię. Miłość nie jest energią jałową, 
ale gdy myśl przekształca ją w przyjemność, wtedy ból tę energię roz-
prasza. Energia - medytacja - nieustannie się rozprzestrzenia, a 

codzienne czynności stają się jej częścią. 
 
Tego ranka nadciągający z zachodu wiatr kołysał topolą. Każdy liść 
szeptał coś do niego; każdy liść tańczył, drżąc z radości, jaką 

wzbudzał w nim ten wiosenny poranek. Było bardzo wcześnie. Na dachu 

śpiewał kos. Siadywał tam zawsze nad ranem i pod wieczór, czasem 
rozglądając się wokół w milczeniu, innym razem nawołując i czekając na 
odpowiedź. Siedział przez kilka minut, a potem odtruwał. Teraz jego 
żółty dziób połyskiwał w porannym świetle. Gdy odleciał, chmury 
nadciągnęły i wypełniły całą okolicę aż po horyzont, piętrząc się jedna 

nad drugą, tak jakby ktoś je starannie poukładał. Płynęły w dal i 
wyglądało to tak, jakby unosiły ze sobą całą ziemię - kominy, anteny 
telewizyjne i bardzo wysoki budynek stojący po przeciwnej stronie 
drogi. Wreszcie chmury oddaliły się i wiosenne niebo znów było 

błękitne, czyste; taką beztroską świeżość miewa ono tylko o tej porze 

roku. Jego błękit zdumiewał, a na ulicy za oknem panowała prawie 
zupełna cisza. Słychać było stukot obcasów o chodnik i przejeżdżającą w 
oddali ciężarówkę. Dzień miał się wkrótce zacząć. Gdy tak patrzyłeś 
przez okno na tę topolę, ujrzałeś wszechświat w całym jego pięknie. 
 

"Czym jest rozumienie? - zapytał. - Bardzo wiele pan o tym mówi i 

chciałbym poznać pańskie na ten temat poglądy". 
 
Pogląd i jego wyjaśnienie nie są prawdą. Bez końca można dyskutować na 
temat rozmaitości poglądów, mówić o ich poprawności albo wykazywać ich 

błędność, ale żaden pogląd, choćby był nie wiadomo jak dobry i 

uzasadniony, nie jest prawdą. Jest zawsze stronniczy, zabarwiony 
kulturowo, zależny od wychowania i posiadanej wiedzy. Dlaczego umysł w 

ogóle ma być obciążony poglądami, opiniami o tej czy o tamtej osobie, 
książce czy idei? Dlaczego nie miałby być pusty? Tylko pusty umysł może 
jasno widzieć. 

 
"Ale my wszyscy mamy mnóstwo poglądów. Moja opinia o obecnym przywódcy 
politycznym została ukształtowana przez to, co on powiedział i uczynił, 

background image

a bez niej nie mógłbym na niego głosować. Czyż poglądy nie są niezbędne 
do tego, by działać?" 
 

Poglądy można rozwijać, kształtować i utrwalać, a większość działań 

zależy od tego, czy coś się lubi lub nie. Utrwalanie doświadczeń i 
wiedzy wyraża się w działaniu, ale takie działanie dzieli i 
odseparowuje człowieka od człowieka; pogląd i wiara uniemożliwiają 

obserwację tego, co faktycznie jest. Widzenie tego, co jest, stanowi 

część takiego rozumienia, o które pan pyta. Nie ma rozumienia, jeśli 
ciało i umysł nie są wrażliwe - gdy brak wrażliwości uczuć i jasności 

obserwacji. Emocjonalizm i sentymentalizm stępiają wrażliwość uczuć. 
Wrażliwość w jednej dziedzinie, a jej brak w innej wiodą do 
sprzeczności i konfliktów, a to przeczy rozumieniu. Rozumienia nie 

wywołuje zespolenie wielu rozbitych części w całość. Wrażliwość jest 
uwagą, a ta jest rozumieniem. Rozumienie nie ma nic wspólnego z wiedzą 

lub informacją. Wiedza jest zawsze przeszłością; można ją przywołać po 
to, by działać w teraźniejszości, ale ona teraźniejszość ogranicza. 
Rozumienie odbywa się zawsze w chwili obecnej i nie ma nic wspólnego z 

czasem. 
 

 
Medytacja uwalnia umysł od wszelkiej nieuczciwości. Myśl nieuczciwość 

rodzi. Myśl, próbując być uczciwa, dokonuje porównań, a zatem staje się 
nieuczciwa. Jest tak dlatego, że każde porównanie prowadzi do 
stosowania wykrętów. Uczciwość nie jest przeciwieństwem nieuczciwości. 
Nie jest zasadą. Nie polega na stosowaniu się do jakiegoś wzorca, jest 

raczej całościowym postrzeganiem tego, co jest. Medytacja zaś to ruch 

tej uczciwości w ciszy. 
 
Nad ranem było pochmurno i mroczno. Nagie drzewa w lesie stały w 
milczeniu. Między nimi rosły krokusy, żonkile ijasnożółte forsycje. Z 
oddali wyglądały one niczym żółte plamy na zielonym trawniku. Gdy 

podszedłeś bliżej, zostałeś oślepiony jaskrawością tej żółci; ona była 
Bogiem. Nie utożsamiałeś się z tą barwą ani nie czułeś, że z prze-
strzenią wypełniającą świat żółcią tworzycie jedność - nie było ciebie, 
który by na nią patrzył. Istniała tylko ta barwa i nic poza nią. Znikły 

wszelkie odgłosy, nie było kosa śpiewającego swą poranną pieśń, głosów 

przechodniów, hałaśliwego samochodu, który przemknął tuż obok. Ona 
istniała, nic więcej. W tym istnieniu było piękno i miłość. 
 
Wróciłeś do lasu. Spadło parę kropel deszczu i las opustoszał. Właśnie 
nadeszła wiosna, ale tu na północy drzewa nie miały jeszcze liści. 

Stały jakby zamroczone przez chłody zimy w oczekiwaniu na słońce i 

cieplejszą pogodę. Obok przejechał jeździec na koniu, z którego lał się 
pot. Pełen gracji i ruchu wierzchowiec był ważniejszy niż człowiek; 
jeździec w bryczesach, wypolerowanych butach i dżokejce na głowie 
wyglądał niepozornie. Koń był rasowy i unosił wysoko głowę. Człowiek, 

mimo że jechał konno, sprawiał w tym świecie wrażenie intruza, ale koń 

wydawał się częścią tej przyrody, niszczonej z wolna przez ludzi. 
 

Ogromne drzewa, dęby, wiązy i buki, stały bezgłośnie. Podłoże 
zaścielały zeszłoroczne liście, a ziemia sprawiała tutaj wrażenie 
bardzo starej. Prawie nie było słychać ptaków. W pewnej chwili ozwał 

się kos, a niebo się przejaśniało. 
 
Gdy pod wieczór wróciłeś, niebo było bardzo czyste, a te olbrzymie 

background image

drzewa zalewało dziwne światło pełne cichego ruchu. 
 
Światło to rzecz niezwykła; im dłużej na nie patrzysz, tym staje się 

głębsze i rozleglejsze. Drzewa pochwycił jego ruch. Widok był 

wstrząsający, żadne płótno malarskie nie mogłoby oddać jego piękna. 
Było to coś więcej niż promienie zachodzącego słońca; więcej niż to, co 
widziały twoje oczy. Tak jakby na ziemi spoczęła miłość. Znów ujrzałeś 

tę żółtą plamę forsycji, a ziemia się weseliła. 

 
Przyszła z dwiema córkami, ale zostawiła je przed domem, aby bawiły się 

na świeżym powietrzu. Była młodą kobietą, ładną i dobrze ubraną; 
sprawiała wrażenie dość niecierpliwej, ale i utalentowanej. 
Powiedziała, że jej mąż pracuje w jakimś biurze, a ona czuje, że życie 

upływa. Jej szczery uśmiech mącił jakiś szczególny smutek. Zapytała: 
"Na czym polega więź? Od kilku lat jestem zamężna. Chyba kochamy się 

wzajemnie, ale czegoś strasznie w naszym związku brakuje". 
 
Czy naprawdę chce pani głęboko w to wniknąć? 

 
"Chcę, przebyłam długą drogę, by o tym z panem pomówić". 
 
Mąż pracuje w biurze, a pani w domu, oboje macie swoje ambicje, 
przeżywacie własne frustracje, bóle i lęki. On chce zostać ważnym 

kierownikiem i obawia się, że nie zdoła tego osiągnąć, bo inni go 
wyprzedzą. Porusza się w swoim kręgu ambicji, frustracji, pogoni za 
spełnieniem, a pani - w swoim. On wraca zmęczony, poirytowany, z lękiem 
w sercu, i wnosi to napięcie do domu. Pani po długim dniu także jest 

zmęczona dziećmi i całą tą resztą. Oboje wypijacie po kieliszku wina, 

by uspokoić nerwy i zaczynacie wymuszoną rozmowę. Potem posiłek, a 
wreszcie, jakżeby inaczej, łóżko. To właśnie nazywamy wzajemną więzią - 
każde z was żyje w kręgu swych egocentrycznych działań, a spotykacie 
się w łóżku. Oto co nazywamy miłością. Jest w tym, rzecz jasna, nieco 
czułości, trochę rozmów, czasem któreś z was poglasz-cze po główkach 

dzieci. A wreszcie nadejdzie starość i śmierć. Oto co nazywamy życiem. 
Wy ten sposób życia akceptujecie.  
 
"A cóż innego można robić? Tak nas wychowano, wykształcono. 

Potrzebujemy bezpieczeństwa, trochę tych dobrych rzeczy, które może dać 

życie. Nie pojmuję, jak można postępować inaczej?" 
 
Czy wiąże nas pragnienie bezpieczeństwa? Czy może zwyczaj, akceptacja 
społecznych wzorców - idei męża, żony i rodziny? W tym wszystkim chyba 
bardzo niewiele jest szczęścia? 

 

"Jest nieco szczęścia, ale zbyt wiele trzeba zrobić, zbyt licznych 
spraw dopilnować. Tak wiele trzeba przeczytać, by zyskać należytą 
wiedzę. Brakuje czasu na namysł. Oczywiście nie jestem naprawdę 
szczęśliwa, ale jakoś żyję". 

 

Wszystko to nazywa się życiem we wzajemnej więzi - choć oczywiście 
żadnej więzi w tym nie ma. Fizycznie można być przez chwilę razem, ale 
każde z was żyje we własnym, odrębnym świecie, ze swymi niedolami, a 

prawdziwe spotkanie - nie tylko fizyczne, ale o wiele głębsze i szersze 

- nigdy nie następuje. Czy nie jest to wina społeczeństwa, kultury, w 

której nas wychowano i która tak łatwo nas pęta? To społeczeństwo - 

zepsute, skorumpowane i niemoralne - stworzyli ludzie. Trzeba je 
zmienić, a nie można tego dokonać, dopóki ludzie, którzy je wznieśli, 

background image

nie zmienią samych siebie. 
 
"Być może rozumiem to, co pan mówi, i może się zmienię, ale co z nim? 

Walka, osiągnięcia, stawanie się kimś sprawiają mu wielką przyjemność. 

On nie zamierza się zmienić i w ten sposób wracamy do punktu wyjścia -
ja, nieśmiało próbująca wyrwać się ze swego zamknięcia, i on, coraz 
bardziej wzmacniający swą ciasną życiową celę. Jaki to wszystko ma 

sens?" 

 
Tego rodzaju egzystencja w ogóle nie ma sensu. Myśmy stworzyli to 

życie, jego codzienne okrucieństwo i brzydotę, a także rzadkie chwile 
radości; a zatem my musimy dla tego wszystkiego umrzeć. Widzi pani, 
naprawdę nie istnieje jutro. Myśl wynalazła jutro, aby realizować swe 

tandetne ambicje i osiągać spełnienie. Myśl tworzy wiele jutrzejszych 
dni, ale faktycznie jutra nie ma. Umrzeć jutro, znaczy żyć dziś pełnią 

życia. Jeśli pani to uczyni, cała pani egzystencja się zmieni. Albowiem 
nie kocha się jutro, miłość nie jest przedmiotem myśli, nie ma 
przeszłości i przyszłości. Jeśli dziś żyje się pełnią życia, staje się 

ono niesłychanie intensywne, a jego piękno - nie skażone przez ambicję, 
zazdrość czy czas - wiąże nas nie tylko z ludźmi, ale także z przyrodą 
- z kwiatami, ziemią i niebem. Jest w tym intensywna czystość. A życie 
wówczas nabiera zupełnie innego sensu. 
 

10 
 
Nie można przystąpić do medytacji; ona musi nastać, choć się jej nie 
szuka. Jeśli próbujesz ją znaleźć lub pytasz, jak medytować, to metoda 

nie tylko jeszcze bardziej cię uwarunkuje, ale wzmocni też 

uwarunkowania obecne. Medytacja naprawdę jest odrzuceniem całej 
myślowej struktury. Myśl ma strukturę, jest racjonalna lub 
nieracjonalna, obiektywna lub chora, a kiedy spróbuje medytować, za-
czynając od argumentów lub od stanu neurotycznego i pełnego 
sprzeczności, to z pewnością, na skutek działania mechanizmu projekcji, 

uzna swą własną strukturę za istotną rzeczywistość. Podobnie wierzący, 
który medytuje nad swą wiarą, wzmacnia i uświęca to, co sam, powodowany 
lękiem, stworzył. Słowo jest obrazem lub wyobrażeniem, a gdy oddajemy 
mu cześć, następuje śmierć. 

 

Dźwięk tworzy własną klatkę, a następnie zgiełk myśli łączy się z nią i 
właśnie to słowo i ten dźwięk oddzielają tego, kto obserwuje, i to, co 
obserwowane. Słowo jest nie tylko jednostką językową, nie tylko 
dźwiękiem, ale również symbolem, przypomnieniem zdarzenia wyzwalającym 
wspomnienia i myśli. W medytacji słowo w ogóle się nie pojawia. 

Korzenie lęku tkwią w maszynerii słów. Wczesną wiosną w Bois panował 

dziwny spokój. Młodych liści było niewiele, niebo też nie było jeszcze 
tak intensywnie błękitne, jak to się zdarza z nastaniem radosnej 
wiosny. Kasztanowce nie zdążyły rozkwitnąć, ale powietrze przesycone 
było świeżością. W tej części Bois trudno byłoby kogoś spotkać, 

dochodziły tu tylko odgłosy przejeżdżających w oddali samochodów. 

Wczesnym rankiem przechadzaliśmy się wśród tej łagodnej, 
wczesnowiosennej świeżości. On dyskutował, kwestionował i pytał, co ma 

robić. 
 
"Ta nieustanna analiza, introspekcyjne dociekania, ta czujność trwają 

chyba bez końca. Próbowałem tak wielu rzeczy; wygolonych guru i 
brodatych guru, rozmaitych systemów medytacji - zna pan te wszystkie 
sztuczki - a w końcu odczuwa się tylko niezaspokojenie i pustkę". 

background image

 
Dlaczego nie zacząć z drugiego końca, o którym niczego się nie wie - od 
drugiego brzegu, którego stąd dojrzeć nie sposób? Zacząć od nieznanego 

raczej niż od znanego, albowiem nieustanne badania i analizy jedynie 

wzmacniają i dodatkowo uwarunkowują to, co znane. Jeśli umysł żyć 
będzie na drugim końcu, to takie problemy się nie pojawią. 
 

"Ale w jaki sposób mam zacząć z drugiego końca? Nie znam go, nie 

dostrzegam". 
 

Pytając "w jaki sposób mam zacząć z drugiego końca?", nadal zadaje się 
pytanie z miejsca, w którym pan się teraz znajduje. Proszę zatem nie 
pytać, ale wyruszyć z drugiego brzegu, o którym nie wie pan niczego, z 

innego wymiaru, którego przebiegła myśl nie zdoła pojąć. 
 

Przez jakiś czas milczał. Nie opodal przefrunął bażant. Zalśnił w 
słońcu i znikł pod krzakami. Gdy za chwilę znów się pojawił, otaczało 
go jakieś pięć lub sześć samic o barwie suchych liści, on zaś władczo 

stał pośród nich. 
 
Mężczyzna był tak zafrapowany, że nie zauważył bażanta, a gdy mu go 
wskazaliśmy, rzekł "Jaki piękny!" Były to tylko słowa, gdyż jego umysł 
bez reszty zajmował problem, w jaki sposób zacząć od czegoś, czego się 

nie zna. Na kamieniu młoda jaszczurka, długa i zielona, wygrzewała się 
w słońcu. 
 
"Nie pojmuję, jak mam zacząć od tamtego końca. W ogóle nie rozumiem 

tego mętnego stwierdzenia, tego zdania które, przynajmniej dla mnie, w 

ogóle nie ma sensu. Mogę zmierzać jedynie ku temu, co znam". 
 
A cóż takiego pan zna? Zna pan wyłącznie to, co już się skończyło, 
minęło. Zna pan tylko dni wczorajsze, a my mówimy: zacznij od tego, 
czego nie znasz i żyj tam. Pytając "Jak mam tam żyć?", przywołuje pan 

wczorajsze schematy. Ale żyjąc z tym, co nieznane, żyjemy wolni. Z 
takiej wolności wypływają nasze działania i ostatecznie - to jest 
miłość. Jeśli powiada się "Wiem, czym jest miłość", to nie wie się, 
czym ona jest. Oczywiście, nie jest ona pamięcią, wspomnieniem o 

przyjemności. A skoro tak, to żyjmy z tym, czego nie znamy. 

 
"Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi. Jeszcze bardziej gmatwa pan ten 
problem". 
 
Proszę o rzecz bardzo prostą. Powiadam, że im dłużej się kopie, tym 

więcej ma się do wykopania. Samo kopanie uwarunkowuje, a każde 

machnięcie łopatą to krok wiodący donikąd. Pragnie pan nowych szczebli 
dla siebie skonstruowanych lub pragnie pan wykonać swe własne szczeble, 
które zaprowadzą w zupełnie inny wymiar. Ale jeśli nie wie pan, czym 
ten nowy wymiar jest - faktycznie, a nie w domysłach - to jakiekolwiek 

szczeble lub kroki pan wykona, zawiodą one jedynie do tego, co już 

znane. Proszę zatem to wszystko porzucić i zacząć z drugiego końca. 
Proszę zamilknąć, a odkryje pan. 

 
"Ale ja nie wiem, jak zamilknąć!" 
 

Wrócą pan znów do owych "jak", którym nie ma końca. Wszelka wiedza jest 
szkodliwa. Jeśli się wie, już się jest we własnym grobie. Istnienie nie 
jest wiedzą. 

background image

 
11 
 

W świetle medytacji wszystkie problemy nikną. Tego światła nie zrodził 

odwieczny ruch myśli. Nie zrodziła go także samowiedza. Nie zapala go 
czas ani akty woli. Rozbłyska w medytacji. Medytacja nie jest sprawą 
prywatną; nie jest osobistym poszukiwaniem przyjemności; przyjemność 

zawsze dzieli i izoluje. W medytacji linia oddzielająca ciebie i mnie 

niknie; w niej światło ciszy unicestwia wiedzę dotyczącą "ja". Owo "ja" 
można badać bez końca, zmienia się ono bowiem z dnia na dzień; a jednak 

jego zasięg jest zawsze ograniczony, choćbyśmy uważali go za nie 
wiadomo jak bardzo rozległy. Cisza jest wolnością, a wolność nastaje 
wraz z zaprowadzeniem raz na zawsze całkowitego ładu. 

 
W lesie nad morzem nieustanny wiatr powykręcał sosny, dlatego były 

niskie, a na ich gałęziach brakowało igieł. Zaczęła się wiosna, ale nie 
dla tych sosen. Trwała, ale jakże odległa od nich, jakże daleka od tego 
nieustannego wiatru i powietrza o słonym smaku. Wszystkie źdźbła traw i 

wszystkie liście krzyczały świeżą zielenią, każdy kasztan kwitł zalany 
słonecznym światłem. Można tu było dostrzec i kaczki z pisklętami, i 
tulipany, i narcyzy. Ale sosny stały nagie, nie rzucały cieni, każde 
drzewo trwało w agonii, poskręcane, skarłowaciałe, nagie. Morze było 
zbyt blisko. Panowało w tym miejscu swoiste piękno, ale drzewa 

spoglądały na tamte lasy w oddali z milczącą udręką, gdyż tego dnia 
wiał bardzo silny, zimny wiatr; wznosiły się ogromne fale, a wichura 
odepchnęła wiosnę w głąb lądu. Nad morzem unosiły się mgły, a pędzące 
chmury okryły ziemię, kanały, lasy i okoliczne równiny. Nawet tulipany 

rosnące tuż przy ziemi chwiały się, a ich intensywne barwy tworzyły 

wstęgę jasnego światła pośród pól. W lasach mieszkały ptaki, ale nie 
wśród tych sosen; może tylko dwa kosy z jasnożóltymi dziobami, jeden 
lub dwa gołębie. To cudowne widzieć takie światło na wodach. 
 
Wielki mężczyzna, potężnie zbudowany, o ogromnych dłoniach był zapewne 

bardzo bogaty. Kolekcjonował współczesne obrazy i szczycił się swoimi 
zbiorami, które wysoko oceniali krytycy. Gdy opowiadał o tym, w jego 
oczach jaśniała duma. Miał wielkiego, ruchliwego psa skorego do zabawy; 
żywszego niż jego pan. Pies chętnie pobiegłby wśród wydm, po trawie pod 

wiatr, ale usiadł posłusznie tam, gdzie pan mu rozkazał, i wkrótce 

znudzony zasnął. 
 
Posiadane przez nas rzeczy bardziej posiadają nas niż my je. Zamek, 
dom, obrazy, książki, wiedza stają się o wiele ważniejsze, bardziej 
istotne niż sam człowiek. 

 

Powiedział, że bardzo dużo przeczytał, a w jego bibliotece stały 
książki wszystkich współczesnych autorów. Rozprawiał o duchowym 
mistycyzmie i o dręczącym kraj narkotycznym szaleństwie. Był typowym, 
bogatym człowiekiem sukcesu, ale za tym wszystkim kryła się pustka i 

powierzchowność, której nigdy nie zapełnią książki, obrazy czy 

znajomość zasad handlu. 
 

Właśnie taki jest smutek życia - pustka, którą próbujemy zapełnić każdą 
umysłową sztuczką, jaką zdołamy wymyślić. Ale ta pustka trwa. Jej 
smutek wyraża się w daremnych próbach, aby coś posiadać. One z kolei 

wiodą do dominacji i utwierdzania swego "ja", jego pustych słów i 

bogatych wspomnień o rzeczach, które minęły i nigdy już nie wrócą. A 
myśl, która izoluje, tę właśnie pustkę i samotność rodzi i podtrzymuje 

background image

dzięki stworzonej przez siebie wiedzy. 
 
To właśnie ów smutek daremnych wysiłków niszczy człowieka. Jego myśl 

nie dorównuje komputerom, ale stanowi jego jedyne narzędzie służące 

borykaniu się z problemami życia. Dlatego one go niszczą. 
Najprawdopodobniej w chwili śmierci człowiek będzie uświadamiał sobie 
wyłącznie ów smutek zmarnowanego życia, lecz wtedy będzie za późno. 

 

Tak więc posiadane rzeczy, charakter, osiągnięcia, zamknięta w domu 
żona - nabierają ogromnej wagi, a ów smutek odsuwa miłość na dalszy 

plan. Można mieć albo jedno, albo drugie; obu naraz posiąść nie sposób. 
Jedno rodzi cynizm i gorycz, a to są jedyne owoce, które człowiek 
zbiera; drugie znajduje się daleko, za wszystkimi lasami, za wszystkimi 

górami. 
 

12 
 
Wyobraźnia i myśl nie odgrywają w medytacji żadnej roli. One 

zniewalają, a medytacja wyzwala. Dobro nie ma nic wspólnego z 
przyjemnością; pierwsze niesie wolność, drugie prowadzi do zniewolenia 
przez czas. Medytacja to wyzwolenie się z czasu. Czas jest tym, kto 
obserwuje, doświadcza, myśli - czas jest myślą; w medytacji wykracza 
się poza i ponad zakres jego działania. 

 
Wyobraźnia zawsze działa i będzie działać w obrębie czasu, choćby nie 
wiadomo w jak bardzo ukryty i sekretny sposób. Myślowa aktywność 
nieuchronnie będzie wieść do konfliktu i do zniewolenia przez czas. 

Medytowanie oczyszcza nas z czasu. 

 
Jezioro było widoczne z odległości wielu kilometrów. Prowadziła do 
niego kręta droga biegnąca wśród łanów zboża i sosnowych lasów. Panował 
w tej okolicy wzorowy porządek. Drogi lśniły czystością, porządnie 
utrzymane były też farmy pełne bydła, koni, kurczaków i świń. Wśród 

pofałdowanych wzgórz zjeżdżałeś w kierunku jeziora, po obu stronach 
pięły się ośnieżone szczyty. Wczesnym rankiem niebo było czyste, a 
śnieg lśnił tysiącem iskier. 
 

W tym kraju od wielu wieków nie było wojen, czuło się solidne 

bezpieczeństwo i nie zakłóconą niczym rutynę życia codziennego 
prowadzącą do otępienia i obojętności ustatkowanego, dobrze rządzonego 
społeczeństwa. 
 
Droga była gładka, porządnie utrzymana, dość szeroka na to, aby 

samochody mogły się łatwo mijać. Wjechawszy na wzgórze, znalazłeś się 

wśród sadów. Nieco dalej zieleniła się wielka plama plantacji tytoniu. 
Podjechawszy bliżej, poczułeś silny zapach tytoniowych liści. 
 
Tego ranka, w miarę jak zjeżdżałeś z dużej wysokości, temperatura 

rosła, a powietrze stawało się coraz cięższe. Spokój tej krainy 

przeniknął do twego serca, a ty stałeś się jej częścią. 
 

Trwała wczesna wiosna. Nad ranem z północy wiał zimny wiatr, a słońce 
już zaczęło rzucać ostre cienie. Wysoki, potężny eukaliptus chwiał się 
łagodnie na tle domu, samotny kos śpiewał; siedząc na krześle, 

przypatrywałeś mu się. Zapewne czuł się dość osamotniony, tego ranka 
bowiem niewiele było ptaków. Wróble siedziały rzędem na murze biegnącym 
wokół zaniedbanego ogrodu, którego trawnik wymagał strzyżenia. Po 

background image

południu dzieci wybiegły i bawiły się, słychać było ich krzyki i 
śmiech. Ganiały wśród drzew, bawiły się w chowanego, ich głośny śmiech 
napełniał powietrze. 

 

Podczas obiadu wokół stołu zasiadło bodaj osiem osób. Był tam reżyser 
filmowy, pianista, a także młody student jakiegoś uniwersytetu. Mówili 
o polityce, zamieszkach w Ameryce i o wojnie, która zdawała się trwać 

bez końca. Rozmawiali o niczym. Nagle reżyser rzekł "Dla nas, ludzi 

starszego pokolenia, nie ma w nadchodzącym, współczesnym świecie 
miejsca. Znany autor przemawiał niedawno na uniwersytecie, a słuchacze 

go zmiażdżyli, rozłożyli na obie łopatki. To, co mówił, nijak nie miało 
się do tego, czego studenci oczekiwali, o czym myśleli, czego się 
domagali. On głosił swoje poglądy, prezentował swój sposób życia, pod-

kreślał ważność własnej osoby, a oni na to zupełnie nie zważali. Znam 
go i wiem, co czuł. Zupełnie się pogubił, choć się do tego nie 

przyznał. Pragnął, by młodsze pokolenie go zaakceptowało, oni zaś nie 
uznali jego szacownego, tradycyjnego sposobu życia, choć przecież w 
swoich książkach pisał o zorganizowanej zmianie... Sam widzę- ciągnął 

reżyser - że nie ma żadnej więzi ani kontaktu między mną a kimś z 
młodszego pokolenia. Czuję, że jesteśmy hipokrytami". 
 
Powiedział to człowiek, który ma w dorobku wiele znanych filmów 
awangardowych. Mówił to bez goryczy. Po prostu stwierdzał fakt, 

uśmiechając się i wzruszając przy tym ramionami. Szczególnie 
rozczulająca była jego szczerość wraz z towarzyszącą jej zwykle 
domieszką pokory. 
 

Młody pianista porzucił dobrze zapowiadającą się karierę, sądził 

bowiem, że cały ten świat impresariów, koncertów, publiczności i 
związanych z tym pieniędzy to pełne splendoru oszustwo. On sam pragnął 
wieść życie inne, religijne. 
 
"To samo dzieje się na całym świecie - powiedział. - Wróciłem właśnie z 

Indii. Tam przepaść między przeszłością a teraźniejszością jest chyba 
jeszcze większa. Tradycja w tym kraju ma niesłychane znaczenie, a 
przeszłość jest bardzo żywotna i zapewne w końcu wchłonie także młodsze 
pokolenie. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się paru takich, którzy 

oprą się tradycji i zapoczątkują nowy proces. Zauważyłem też, gdyż 

sporo podróżowałem -mówił dalej pianista - że młodsi ludzie (a ja 
jestem w porównaniu z nimi stary) coraz bardziej wyłamują się z 
ustalonego porządku. Być może zagubili się w świecie narkotyków i 
wschodniego mistycyzmu, ale to oni niosą z sobą obietnicę, nową 
żywotność. Odrzucają Kościół, opasłych księży, rozbudowaną hierarchię 

religijnego świata. Nie chcą mieć nic wspólnego z polityką i wojnami. 

Być może z nich wyłoni się zarodek tego, co nowe". 
 
Student cały czas milczał, jadł spaghetti i wyglądał przez okno; ale 
też przysłuchiwał się rozmowie. Był dość wstydliwy i choć nie lubił 

nauki, poszedł na uniwersytet i słuchał profesorów, którzy nie 

potrafili go należycie uczyć. Bardzo wiele czytał; lubił zarówno 
literaturę angielską, jak i rodzimą, opowiadał o tym przy innych 

okazjach. 
 
"Choć mam dopiero dwadzieścia lat, to już, w porównaniu z 

piętnastolatkami, jestem stary - oznajmił. - Ich mózgi pracują 
szybciej, są bystrzejsi, widzą jaśniej i prędzej ode mnie pojmują, o co 
chodzi. Wiedzą chyba o wiele więcej, w porównaniu z nimi czuję się 

background image

stary. A jednak całkiem zgadzam się z tym, co dotąd powiedziano. 
Czujecie się hipokrytami, mówicie jedno, a robicie drugie. Można to 
zrozumieć w przypadku polityków i księży, zdumiewa mnie jednak, 

dlaczego inni przyłączają się do tego świata hipokryzji? Wasza moral-

ność cuchnie; wy chcecie wojen. Jeśli o nas chodzi, to nie czujemy 
nienawiści do Murzynów, do ludzi czerwonych czy żółtych. Utrzymujemy z 
nimi przyjazne kontakty. Wiem to, ponieważ wśród nich przebywałem. Ale 

wy, ludzie starszego pokolenia, stworzyliście świat rasowych podziałów 

i wojen, który nam jest obcy. Dlatego buntujemy się. Cóż, kiedy nasza 
rewolta z kolei staje się modna i nawet różni politycy ciągną z niej 

własne korzyści, wskutek czego nasz pierwotny sprzeciw gdzieś ginie. 
Być może my też kiedyś staniemy się szacownymi, moralnymi obywatelami. 
Ale teraz wasza moralność budzi w nas wstręt, a własnej moralności nie 

mamy". 
 

Przez minutę lub dwie panowała cisza; eukaliptus stal bez ruchu, jakby 
słuchając słów wypowiadanych przy stole. Kos odfrunął, wróble również. 
 

Powiedzieliśmy: Brawo! Macie całkowitą rację. Odrzucać wszelką 
moralność, znaczy być moralnym, albowiem uznana moralność jest 
moralnością szacowności, a - obawiam się - wszyscy łakniemy szacunku, 
czyli inaczej mówiąc - pragniemy być uznani za dobrych obywateli w 
zepsutym społeczeństwie. Opinia szacowności przynosi ogromne korzyści, 

zapewnia dobrą pracę i stały dochód. Powszechnie uznana moralność 
chciwości, zazdrości, nienawiści jest sposobem życia ludzi statecznych. 
 
Kiedy całkowicie to wszystko odrzucacie, nie tylko werbalnie, ale i 

sercem, wtedy stajecie się naprawdę moralni, wasza bowiem moralność 

wypływa z miłości, a nie z egoistycznych pobudek, nie wiąże się z 
osiągnięciami, z miejscem zajmowanym w społecznej hierarchii. Nie 
sposób tak kochać, jeśli należy się do społeczeństwa, w ramach którego 
pragnie się zdobyć sławę, uznanie, stanowisko. A skoro nie ma w tym 
społeczeństwie miłości, zatem jego moralność jest niemoralnością. Jeśli 

się to wszystko z głębi serca odrzuca, to pojawia się cnota 
przyobleczona w miłość. 
 
 

13 

 
Medytować - znaczy wykraczać poza czas. Czas to odległość, którą 
przebywa myśl, coś osiągając. Porusza się ona nieustannie po starej 
drodze pokrytej nową nawierzchnią, z nowymi widokami, ale to jest 
zawsze ta sama droga, która wiedzie donikąd - nie licząc bólu i 

cierpienia. 

 
Jedynie wtedy, gdy umysł wykracza poza czas, prawda przestaje być 
abstrakcją. Wówczas radość nie jest ideą wywiedzioną z przyjemności, 
ale rzeczywistością, która nie ma charakteru werbalnego. 

 

Opróżnianie umysłu z czasu jest ciszą prawdy, a widzenie tego jest 
działaniem; tak więc nie istnieje podział na po-strzeżenie i na 

czynność. W chwili oddzielającej widzenie od działania rodzą się 
konflikt, niedola i zamęt. To, co nie zna czasu, jest wieczne. 
 

Na każdym stole stały żonkile, młode, świeże, prosto z ogrodu, wciąż 
jeszcze pachnące wiosną. Na stoliku pod ścianą ustawiono lilie, 
kremowobiałe, jasnożółte w środku. Patrząc na tę kremową biel i 

background image

jaskrawą żółć, widziało się błękitne niebo rozszerzające się, 
bezgraniczne, ciche.  
 

Przy prawie wszystkich stołach siedzieli ludzie, bardzo głośno 

rozmawiali i śmiali się. Jakaś kobieta ukradkiem karmiła psa mięsem, 
którego sama nie mogła zjeść. Wszyscy mieli na talerzach wielkie 
porcje, widok tych jedzących ludzi nie był przyjemny. Być może to 

barbarzyństwo jeść w obecności innych. Mężczyzna po drugiej stronie 

sali napełnił już brzuch winem i mięsem, a teraz zapalał olbrzymie 
cygaro; jego tłusta twarz przybrała błogi wyraz. Jego równie otyła żona 

zapaliła papierosa. Oboje wyglądali tak, jakby zapomnieli o bożym 
świecie. 
 

A żółte żonkile sobie stały i nikogo to chyba nie obchodziło. 
Umieszczono je tam dla ozdoby, bez żadnego sensu. Kiedy tak na nie 

patrzyłeś, ich żółta jasność wypełniła hałaśliwą salę. Barwa wywiera na 
oko ów przedziwny wpływ. Oko jej nie wchłania, ale zdaje się ona 
wypełniać całe twoje istnienie. Byłeś tą barwą; nie stałeś się nią, 

lecz byłeś nią, nie utożsamiając się i nie nazywając; taka bezimienność 
jest nieskalana. Gdy brak bezimienności, pojawiają się rozmaite formy 
przemocy. 
 
Ty zaś zapomniałeś o świecie, o zadymionej sali, ludzkich 

okrucieństwach i o czerwonym, wstrętnym mięsie; wdzięczne żonkile 
zdawały się unosić cię poza granice czasu. 
 
Taka jest miłość. Nie ma w niej czasu, przestrzeni i tożsamości. 

Tożsamość rodzi przyjemność i ból; to ona wywołuje nienawiść i wojny, a 

także wznosi wokół ludzi mury, wokół każdej jednostki, każdej rodziny, 
każdej wspólnoty. Człowiek ponad murem wyciąga dłoń do drugiego 
człowieka, ale tamten również jest zamknięty w obrębie swego muru; 
moralność jest słowem łączącym ich obu, szpetnym i daremnym. 
 

Miłość jest zupełnie inna - niczym ten las po drugiej stronie drogi, 
który nieustannie się odradza, albowiem bez przerwy umiera. Nie ma w 
niej nic trwałego, czegoś, czego szuka myśl; jest ruchem, którego myśl 
nigdy nie pojmie, nie dotknie, nie odczuje. Uczucia myśli i uczucia 

miłości nie mają ze sobą nic wspólnego; pierwsze wiodą do zniewolenia, 

drugie - do rozkwitu dobroci. Miłość rozwija się poza ramami 
społeczeństwa, kultury czy religii, natomiast zniewolenie jest cechą 
wszystkich społeczeństw, doktryn religijnych i wiary w odrębność. 
Miłość jest bezimienna, tak więc obca jest jej przemoc. Przyjemność 
ucieka się do przemocy, gdyż jej czynnikami napędowymi są pragnienie i 

wola. Ani myśl, ani dobre uczynki nie mogą zrodzić miłości. Odrzucenie 

całego procesu myślowego przeobraża się w piękno działań będące 
miłością. Bez niego nie istnieje radość prawdy. A tam, na stole, stały 
żonkile. 
 

 

14 
 

Medytacja budzi radość zarówno zmysłową, jak i pozazmysłową. Nie trwa 
ona, albowiem nie ma nic wspólnego z czasem. Szczęście i radość 
wzajemnej więzi, widok chmury unoszącej ze sobą ziemię czy wiosennego 

światła na liściach sprawiają rozkosz oku i umysłowi. Myśl może 
kształtować tę rozkosz, utrwalać ją w obszarze pamięci, ale nie jest to 
radość medytacji ożywiająca również zmysły. Zmysły muszą być 

background image

przenikliwe, w żaden sposób nie zniekształcone przez myśl, 
konformistyczną dyscyplinę i moralność społeczną. Swoboda zmysłów nie 
oznacza folgowania im: pobłażliwość to myślowa przyjemność. Myśl 

przypomina dym, który powstaje, gdy płonie ogień, a radość to ogień bez 

odrobiny wyciskającego z oczu łzy dymu. Przyjemność to jedno, a radość 
to co innego. Przyjemność jest myślowym zniewoleniem, radość zaś 
znajduje się poza i ponad obszarem myśli. Podstawą medytacji jest 

zrozumienie myśli i przyjemności oraz związanych z nimi moralności i 

dyscypliny, które przynoszą pocieszenie. Radość medytacji nie trwa, nie 
ma charakteru czasowego; wykracza poza jedno i drugie, a zatem jest 

niezmierzona. Ekstazy medytacji nie znajdziesz w oku tego, kto patrzy, 
nie stanowi ona doznania tego, kto myśli. 
 

Tego pięknego poranka na czystym, błękitnym niebie pojawiły się 
przelotne chmury. Niedawno padało i powietrze było czyste. Każdy liść 

lśnił świeżością, ponura zim a już minęła; wszystkie liście, zalane 
słonecznym światłem, wiedziały, że nic ich nie wiąże z ubiegłoroczną 
wiosną. Słońce przeświecało przez młode pędy, rzucając łagodne, zielone 

światło na wilgotną ścieżkę wiodącą przez lasy do głównej drogi, która 
biegła w stronę wielkiego miasta. 
 
Wokół bawiły się dzieci, ale nie zauważyły tego pięknego, wiosennego 
dnia. Nie potrzebowały patrzeć, same były bowiem wiosną. Ich śmiech i 

zabawy stanowiły część tego drzewa, tego liścia i tego kwiatu. Nie 
fantazjowałeś, czułeś to. Liście i kwiaty jak gdyby uczestniczyły w tym 
śmiechu, krzyku, jakby stanowiły część balonu, który przeleciał obok. 
Każde źdźbło trawy, każdy żółty mlecz i delikatny, bezbronny listek, 

wszystko to stanowiło część dzieci, a one stanowiły część ziemi. Linia 

oddzielająca człowieka od przyrody znikła, ale ani mężczyzna jadący 
sportowym samochodem, ani kobieta wracająca ze sklepu nie zdawali sobie 
z tego sprawy. Zapewne nigdy nawet nie spojrzeli na niebo, na drżący 
liść, na biały bez. Dźwigali w sercach własne problemy, a ich serca 
nigdy nie spoglądały na dzieci ani na rozsłoneczniony, wiosenny dzień. 

Nieszczęście polegało na tym, że oni wychowywali właśnie te dzieci, 
które wkrótce miały być takie same jak mężczyźni w sportowych samo-
chodach i kobiety wracające ze sklepów. I świat znów pogrąży się w 
mroku. W tym tkwi nie kończące się cierpienie. Miłość tego liścia 

zdmuchnie nadchodząca jesień. 

 
Młody, szczupły mężczyzna miał żonę i dzieci. Skończył chyba studia, 
był intelektualistą. Gdy mówił, starannie dobierał słowa. Rozsiadł się 
wygodnie w fotelu, założył nogę na nogę i oparł dłonie na brzuchu. Jego 
okulary lśniły w świetle wpadającego przez okno słońca. Powiedział, że 

zawsze szukał nie tylko prawd filozoficznych, ale również tej prawdy, 

która wykracza poza słowa i systemy. 
 
Szuka pan, jak przypuszczam, ponieważ odczuwa pan gorycz? 
 

"Nie, nie czuję właściwie goryczy. Tak jak każda istota ludzka jestem 

niezadowolony, ale nie to stanowi powód moich poszukiwań. To nie jest 
szukanie czegoś za pomocą mikroskopu czy lunety, nie postępuję też jak 

kapłan próbujący odnaleźć swego Boga. Nie umiem powiedzieć, czego 
szukam; nie potrafię wskazać tego palcem. Wydaje mi się, że z tym 
problemem przyszedłem na świat i choć ożeniłem się szczęśliwie, moje 

poszukiwanie trwa nadal. Nie jest ono formą ucieczki. Doprawdy nie 
wiem, co pragnę znaleźć. Dyskutowałem o tym z kilkoma inteligentnymi 
filozofami i z religijnymi misjonarzami ze Wschodu; wszyscy mi po-

background image

wiedzieli, bym trwał w poszukiwaniach i nie zaprzestawał ich. Minęło 
tyle lat, a ten nieustanny niepokój trwa". 
 

Czy w ogóle należy szukać? Poszukujemy zawsze czegoś, co znajduje się 

na drugim brzegu, w dali zakrytej czasem, do której zmierza się 
wielkimi krokami. Szuka się czegoś i znajduje to w przyszłości, o tam, 
tuż za tym wzgórzem. Taki jest istotny sens poszukiwań. Istnieje chwila 

obecna i coś, co należy znaleźć w przyszłości. Teraźniejszość nie ma w 

sobie pełni życia, a to, co znajduje się za wzgórzem, jest o wiele 
bardziej ponętne i upragnione. Naukowiec z oczami przyklejonymi do 

mikroskopu nigdy nie ujrzy pająka na tej ścianie, choć wątek jego losu 
ciągnie się nie pod mikroskopem, ale w teraźniejszym życiu. 
 

"Czy twierdzi pan, że wszelkie poszukiwania są daremne, że w 
przyszłości nie ma żadnej nadziei, że cały czas jest chwilą obecną?" 

 
Całe życie toczy się w chwili obecnej, nie w cieniu dni wczorajszych 
ani w blasku jutrzejszych nadziei. By żyć w teraźniejszości, trzeba 

uwolnić się od przeszłości i od jutra. W przyszłości niczego się nie 
znajduje, gdyż jutro jest chwilą obecną, a dzień wczorajszy jest tylko 
wspomnieniem. A zatem poszukiwanie powiększa tylko odległość między 
tym, co jest, a tym, co należy znaleźć, bez względu na to, jak jest ono 
przyjemne i pocieszające. 

 
Nieustanne poszukiwanie celu życia jest jedną z osobliwych ludzkich 
ucieczek. Jeśli człowiek znajdzie to, czego szuka, nigdy nie będzie to 
warte tego kamyka ze ścieżki. By żyć w teraźniejszości, umysł nie może 

być rozdarty przez wspomnienia przeszłości lub świetlane nadzieje na 

przyszłość: nie wolno mu znać dni jutrzejszych i wczorajszych. Nie jest 
to poetycka przenośnia, lecz stwierdzenie faktu. W żywej teraź-
niejszości nie ma miejsca dla poezji i wyobraźni. Nie znaczy to, iż 
odrzuca się piękno, ale że miłość jest pięknem chwili obecnej, takim, 
jakiego nie znajdzie się szukając. 

 
"Sądzę, że zaczynam dostrzegać, jak daremne były te lata spędzone na 
poszukiwaniach, na pytaniach, które zadawałem sobie i innym, i jak 
powierzchowne były odpowiedzi". 

 

Koniec jest początkiem, początek jest pierwszym krokiem, a pierwszy 
krok jest krokiem jedynym. 
 
 
15 

 

Ten człowiek, dość otwarty, energiczny i pełen pasji, bardzo wiele 
czytał, władał kilkoma językami. Przebywał na Wschodzie i znal nieco 
filozofię indyjską, przeczytał tak zwane święte księgi i pobierał nauki 
u jakiegoś guru. A teraz siedział tutaj, w tym małym pokoju z widokiem 
na zieloną dolinę śmiejącą się w porannym słońcu. Szczyty gór lśniły, 

właśnie nadciągały wielkie chmury. Zapowiadał się piękny dzień. Na tej 
wysokości powietrze było czyste, a światło przenikliwe. Zaczynało się 
lato, w powietrzu wciąż jeszcze czuć było wiosenny chłód. Spokojną 

dolinę, zwłaszcza o tej porze roku, wypełniała cisza, dźwięki krowich 

dzwonków, zapach sosen i świeżo skoszonej trawy. Mnóstwo dzieci bawiło 

się krzycząc; wczesnym rankiem w powietrzu unosiła się radość, a zmysły 

syciły się pięknem tej okolicy. Uradowane oczy widziały błękitne niebo 
i zieloną ziemię. 

background image

 
"Prawość jest słusznym postępowaniem, tak przynajmniej pan kiedyś 
powiedział. Słuchałem pana przez kilka lat, w różnych częściach świata 

i rozumiem pańskie nauczanie. Nie próbuję wcielić go w życie, albowiem 

wtedy przekształciłoby się ono w kolejny schemat, w inną formę 
naśladownictwa, nową formułę, którą należałoby zaakceptować. Dostrzegam 
kryjące się w tym niebezpieczeństwa. Wchłonąłem bardzo wiele z tego, o 

czym pan mówił, i stało się to niemal częścią mnie samego. To może 

szkodzić wolności działań, przed czym pan tak uparcie przestrzega. 
Życie ludzkie nie bywa wolne i spontaniczne. Muszę wieść swoją 

codzienną egzystencję, ale zawsze pamiętam o tym, aby nie powielać po 
prostu jakiegoś nowego schematu, który sam dla siebie stworzyłem. 
Wygląda zatem na to, że prowadzę podwójne życie; z jednej strony - te 

zwykle czynności, rodzina, praca i tak dalej, z drugiej - pańskie 
nauczanie, które mnie głęboko interesuje. Jeśli będę postępował zgodnie 

z pana wskazaniami, to upodobnię się do katolika wiernego dogmatom. A 
zatem, jeśli wciela się nauczanie w życie, nie stosując się po prostu 
do niego, to co stanowi podstawę codziennych czynności?" 

 
Nie wolno zważać na nauczanie i na nauczyciela, a także na ucznia, 
który próbuje wieść życie innego rodzaju. Istnieje tylko uczenie się: w 
nim zawarte jest działanie. Uczenie się i działanie nie są od siebie 
odrębne, a jeśli tak się dzieje, to uczenie się przekształca się w ideę 

lub zbiór ideałów, według których się postępuje. A tymczasem uczenie 
się jest działaniem wolnym od konfliktów. Jeśli to się rozumie, to o co 
jeszcze chodzi? Uczenie się nie jest abstrakcją, ideą, ale faktycznym 
uczeniem się o czymś. Nie można się uczyć nie działając; można uczyć 

się o sobie wyłącznie w działaniu. Nie chodzi o to, by najpierw uczyć 

się o sobie, a potem na podstawie tej wiedzy działać, wtedy bowiem to 
działanie staje się odtwórcze, polega na dopasowywaniu się do na-
gromadzonej wiedzy. 
 
"Ale, widzi pan, w każdej chwili staję wobec wyzwania, które pojawia 

się z tej czy tamtej strony, a reaguję na nie tak, jak to zawsze 
czyniłem. Często moja reakcja rodzi konflikt. Chciałbym zrozumieć, co 
pan ma na myśli, mówiąc o uczeniu się w tych codziennych sytuacjach". 
 

Wyzwania zawsze muszą być nowe, w przeciwnym razie nie są wyzwaniami, 

ale starymi, nieadekwatnymi reakcjami i właśnie dlatego następuje 
konflikt. Pyta pan, czego można się na ten temat uczyć. Można się 
uczyć, jak powstają reakcje, jakie jest ich tło i uwarunkowania, można 
więc uczyć się o całej strukturze i naturze reagowania. Takie uczenie 
się nie prowadzi do gromadzenia, które z kolei stanowiłoby podstawę 

reakcji na wyzwanie. Uczenie się jest ruchem nie zakotwiczonym w 

wiedzy. Jeśli jest zakotwiczone, to nie jest ruchem. Maszyna, komputer 
są zakotwiczone. Uczenie się jest patrzeniem, widzeniem. Jeśli patrzysz 
z punktu widzenia nagromadzonej wiedzy, to takie widzenie jest 
ograniczone i nie ma w nim nic nowego. 

 

"Powiada pan, że uczymy się o całej strukturze reakcji. Oznacza to 
zapewne, że wszystko, czegośmy się nauczyli, tworzy pewną nagromadzoną 

treść. Z drugiej strony twierdzi pan, że to uczenie się, o którym pan 
mówi, jest tak płynne, że niczego w ogóle ono nie gromadzi". 
 

Nasze wykształcenie polega na zebraniu pewnej ilości wiedzy, a komputer 
robi to szybciej i dokładniej. Cóż za pożytek płynie z takiej edukacji? 
Maszyny zapewne przejmą większość z ludzkich zajęć. Gdy powiada pan - 

background image

tak jak to się zwykle mówi - że uczenie się polega na gromadzeniu 
pewnej ilości wiedzy, to przeciwstawia się pan ruchowi życia, na które 
składają się wzajemne więzi i postępowanie, prawda? Jeśli nasze więzi i 

postępowanie oparte są na wcześniej zdobytych doświadczeniach i wiedzy, 

to czy takie więzi są autentyczne? Czy wspomnienia i wszystkie związane 
z nimi skojarzenia tworzą prawdziwą podstawę wzajemnych związków? 
Pamięć to obrazy i słowa, a jeśli opieramy nasze związki na symbolach, 

obrazach i słowach, to czy w ten sposób mogą powstać autentyczne więzi? 

 
Życie, jak powiedzieliśmy, jest ruchem we wzajemnych związkach, a jeśli 

owe więzi pęta przeszłość, pamięć, to jego ruch jest ograniczony i 
przeobraża się w udrękę. 
 

"Doskonale rozumiem pańskie słowa i jeszcze raz pytam, co ma stanowić 
podstawę działań? Czy nie przeczy pan sobie, mówiąc, że uczymy się, 

obserwując całą strukturę własnych reakcji i twierdząc zarazem, iż 
uczenie się wyklucza gromadzenie?" 
 

Widzenie tej struktury jest czymś żywym, ruchomym; ale jeśli ją ono 
rozbudowuje, to struktura staje się o wiele ważniejsza od widzenia, 
które jest samym życiem. Nie ma w tym sprzeczności. Twierdzimy, że 
widzenie jest o wiele ważniejsze niż natura owej struktury. Kiedy 
przywiązuje się wagę do zdobywania wiedzy o tej strukturze, a nie do 

uczenia się jako do widzenia, wtedy jest w tym sprzeczność; wtedy 
widzenie to jedno, a uczenie się o strukturze to drugie. 
 
Pyta pan, skąd wówczas wypływa działanie? Jeśli istnieje jakieś źródło 

działań, to jest nim pamięć, wiedza, a zatem przeszłość. 

Powiedzieliśmy, że widzenie jest działaniem; jedno nie jest odrębne od 
drugiego. Widzenie jest zawsze nowe, tak więc i działanie jest zawsze 
nowe. Widzenie codziennych reakcji rodzi to, co nowe, a co zwykliśmy 
nazywać spontanicznością. W samej chwili gniewu nie rozpoznaje się go 
jako takiego. Rozpoznanie "bycia zagniewanym" następuje w kilka chwil 

później. Czy takie postrzeganie gniewu jest niewybiórczym 
uświadomieniem go sobie, czy też jest to znów wybór oparty na tym, co 
minęło? Jeśli oparte to jest na tym, co stare, to wszelkie reakcje na 
ów gniew - stłumienie, kontrola, uleganie mu - są działaniami o cha-

rakterze tradycyjnym. Ale gdy widzenie jest niewybiórcze, istnieje 

tylko to, co nowe. 
 
Z tego wszystkiego wyłania się inny interesujący problem: w jaki sposób 
wyzwania - takie jak rozlew krwi, rewolucja czy inny wstrząs - pomagają 
nam zachować przytomność, wytrącają nas z rutyny, tradycji, ustalonego 

porządku. 

 
"Czy jest możliwe, by umysł w ogóle nie zależał od wyzwań?" 
 
To możliwe pod warunkiem, że umysł podlega nieustannym zmianom, nie 

znajduje miejsca spoczynku, bezpiecznej przystani, nie trzyma się 

niewzruszonych praw i w nic się nie angażuje. Czyż umysł przebudzony, 
oświecony potrzebuje jakichkolwiek wyzwań? 
 

 

16 

 

Medytacja jest działaniem ciszy. Działamy na podstawie opinii, wniosków 
i wiedzy, zgodnie z wydumanymi zamiarami. To nieuchronnie wiedzie w 

background image

działaniu do powstawania sprzeczności między tym, co jest, a tym, co 
powinno być, lub tym, co było. Takie działanie motywowane przeszłością, 
zwaną wiedzą, jest mechaniczne, a choć podlega ulepszeniom i 

modyfikacjom, zawsze jego korzenie tkwią w czasie minionym. Tak więc 

cień przeszłości pada nieodmiennie na teraźniejszość. Takie działanie 
we wzajemnym związku stanowi wytwór obrazu, symbolu, wniosku; więź nie 
jest wtedy rzeczą żywą, ale czymś minionym, wspomnieniem. Działalność 

wypływająca z tego zgiełku, zamętu, z tej sprzeczności rozpada się na 

kulturowe wzorce, na wspólnoty, instytucje społeczne i religijne 
dogmaty. W tym nieustannym zgiełku rewolucja tworząca nowy ład 

społeczny sprawia wrażenie czegoś naprawdę nowego, ale ponieważ wiedzie 
od tego, co znane, ku temu, co znane, więc niczego w ogóle nie zmienia. 
Zmiana, staje się możliwa wyłącznie wtedy, gdy odrzucamy to, co znane; 

działanie nie przebiega wówczas według schematu, ale wypływa ze stale 
odnawiającego się rozumienia. 

 
Rozumienie nie polega na ferowaniu trafnych sądów i formułowaniu 
krytycznych ocen, ale na widzeniu tego, co jest. To, co jest, podlega 

nieustannym zmianom, a gdy widzenie jest zakorzenione w przeszłości, 
rozumiejące widzenie zanika. Wówczas działaniem rządzi nie rozumność 
percepcji, lecz martwe brzemię pamięci. Medytując ogarniamy to wszystko 
jednym spojrzeniem. Aby widzieć, niezbędna jest cisza, z niej zaś 
wypływa działanie, które nie ma nic wspólnego z działalnością myśli. 

 
Padało przez cały dzień, wszystkie liście i płatki kwiatów ociekały 
wodą. Strumień wezbrał, zmętniał, błotnista woda płynęła teraz wartko. 
Tylko wróble, wrony i duże, biało--czarne sroki uwijały się pracowicie. 

Góry skryły się za chmurami, a niskie wzgórza były ledwo widoczne. 

Przez wiele dni nie padało, i dlatego świeży deszcz na suchej ziemi 
rozkosznie pachniał. Kto był kiedyś w tropikalnych krajach, gdzie przez 
kilka miesięcy nie spada ani jedna kropla dżdżu i co dzień świeci 
jasne, gorące, wysuszające glebę słońce, ten wie, jaką przenikającą do 
głębi serca rozkosz sprawia zapach deszczu ożywiającego starą, nagą 

ziemię. Ale tu, w Europie, zapach był inny, łagodniejszy, nie tak 
silny, mniej przenikliwy. Przypominał łagodny powiew, który szybko 
przemija. 
 

Następnego dnia nad ranem niebo było czyste, błękitne; wszystkie chmury 

odpłynęły, na górskich szczytach skrzył się śnieg, na łąkach zieleniła 
się trawa i kwitło tysiące nowych, wiosennych kwiatów. Tego ranka 
pełnego niewypowiadalnego piękna każde źdźbło trawy jaśniało miłością. 
 
Ów znany reżyser filmowy, o dziwo, wcale nie był próżny. Przeciwnie, 

miał bardzo przyjazne usposobienie i często się uśmiechał. Nakręcił 

wiele udanych filmów które stały się wzorem dla innych. Podobnie jak 
wszyscy co wrażliwsi reżyserzy interesował się podświadomością, 
dziwnymi snami, konfliktami, które wyrażał w swych obrazach. Studiował 
bóstwa psychoanalizy i sam, w celach eksperymentalnych, zażywał 

narkotyki. 

 
Kultura -jej tradycje, warunki ekonomiczne, a zwłaszcza jej propaganda 

religijna - głęboko warunkuje żyjący w jej ramach ludzki umysł. Z 
uporem walczy on, by nie popaść w niewolę jakiegoś dyktatora lub 
państwowej tyranii, ale chętnie poddaje się tyranii Kościoła, meczetu 

czy najnowszych, najmodniejszych dogmatów głoszonych przez psychiatrów. 
Przebiegle obmyśla - w obliczu tak powszechnej, beznadziejnej niedoli - 
nowego Ducha Świętego lub nowego atmana, który wkrótce przeobrazi się w 

background image

obiekt bałwochwalczej czci. 
 
Umysł, który dokonał w świecie takiego spustoszenia, lęka się przede 

wszystkim sam siebie. Zdaje sobie sprawę z materialistycznego 

światopoglądu nauki, z jej osiągnięć, z jej rosnącej dominacji nad 
umysłem, a zatem zaczyna wymyślać nową filozofię; dawniejsze filozofie 
ustępują miejsca nowym teoriom, ale podstawowe ludzkie problemy nadal 

pozostają nie rozwiązane. 

 
Wśród całej tej wojennej zawieruchy, swarów i skrajnego egoizmu stoimy 

wobec zasadniczego problemu śmierci. Religie, zarówno starożytne, jak i 
najnowsze, uwarunkowały ludzi zgodnie z pewnymi dogmatami, nadziejami i 
wierzeniami, które dają w tej kwestii gotową odpowiedź; ale ani myśl, 

ani intelekt nie potrafią rozwiązać problemu śmierci. Jest ona faktem, 
nie sposób go uniknąć. 

 
Trzeba umrzeć, aby się dowiedzieć, czym jest śmierć, a tego 
najwyraźniej człowiek uczynić nie jest w stanie, przeraża go bowiem 

umieranie, utrata wszystkiego, co zna, najskrytszych, głęboko 
zakorzenionych nadziei i wyobrażeń. 
 
W rzeczywistości nie ma jutra, ale wiele jutrzejszych dni oddziela 
obecną chwilę życia od przyszłej śmierci. Człowiek żyje w tej luce, 

pełen lęku i niepokoju, nieustannie rozmyślając o tym, co nieuniknione. 
Nie chce nawet o tym mówić, a grób zwykł zdobić wszystkim, o czym tylko 
ma pojęcie. 
 

Umrzeć dla wszystkiego, co się wie - nie dla pewnych form wiedzy, ale 

dla wiedzy w ogóle - oto jest śmierć. Przywoływanie przyszłości - 
śmierci - aby objęła cały dzień dzisiejszy, to umieranie całkowite; a 
wówczas pomiędzy życiem a śmiercią nie ma rozłamu - śmierć staje się 
życiem, a życie śmiercią. 
 

Tego najwyraźniej żaden człowiek uczynić nie chce. A jednak wciąż szuka 
tego, co nowe; nieustannie trzymając w jednej ręce to, co stare, drugą 
wyciąga po omacku w nieznane, szukając nowego. Nieuchronnie następuje 
więc konflikt płynący z rozdwojenia - "ja" i "nie-ja", ten, kto 

obserwuje, i to, co obserwowane, fakt i to, co być powinno. 

 
Ów zamęt ustaje całkowicie, gdy zanika to, co znane. Ten zanik to 
śmierć. Śmierć nie jest wyobrażeniem, symbolem, ale straszliwą 
rzeczywistością. W żaden sposób nie umknie się jej, czepiając się 
dzisiejszych rzeczy, które należą do przeszłości, bądź ubóstwiając 

symbol nadziei. 

 
Musimy umrzeć dla śmierci; tylko wtedy rodzi się czystość, tylko wtedy 
pojawia się to, co bezczasowo nowe. Miłość jest zawsze nowa, a 
wspomnienie miłości jest jej śmiercią. 

 

 
17 

 
Rozległa, bujna łąka wśród zielonych wzgórz tego ranka lśniła, 
roziskrzona rosą, a ptaki śpiewały niebu i ziemi. Na tej łące, tak 

pełnej kwiatów, rosło samotne, majestatyczne drzewo, wysokie i 
kształtne. Tego ranka nabrało szczególnej wymowy. Rzucało długi, 
głęboki cień, a pomiędzy nim a cieniem panowała niezwykła cisza. 

background image

Porozumiewały się ze sobą - realność i nierealność, symbol i fakt. 
Wszystkie późnowiosenne liście tego naprawdę wspaniałego, maje-
statycznego drzewa drżały w powiewach wiatru, zdrowe, nie zżarte 

jeszcze przez robactwo. Nie zdobiły go królewskie szaty, ono samo było 

wspaniałe, imponujące. Wieczorem zamykało się w sobie, ciche i 
obojętne, nie zważając na nadciągający wicher; budziło się wraz ze 
wschodem słońca i szczodrze obdarzało swym błogosławieństwem łąkę, 

wzgórza i całą ziemię. 

 
Niebieskie sójki śpiewały, a wiewiórki od świtu krzątały się 

zapobiegliwie. Piękno samotnego drzewa ujęło cię za serce. Nie było to 
piękno tego, coś widział; drzewo było piękne samo w sobie. Choć twoje 
oczy widziały rzeczy piękniejsze, jednak nie oczy pełne nawyków 

patrzyły na to drzewo, samotne, ogromne i zadziwiające. Było zapewne 
bardzo stare, ale w ten sposób o nim nie myślałeś. Kiedy podszedłeś i 

usiadłeś w cieniu, opierając się plecami o pień, poczułeś ziemię, moc 
tego drzewa i jego wielką powściągliwość. Mogłeś z nim niemal 
rozmawiać, a ono opowiedziało ci wiele rzeczy. Ale choć dotykałeś jego 

chropowatej kory, którą przemierzało mnóstwo mrówek, nieustannie 
czułeś, że jest bardzo odległe. Tego ranka drzewo rzucało cień bardzo 
ostry i czysty, który zdawał się sięgać poza wzgórza, ku innym 
okolicom. To było prawdziwe miejsce medytacji - o ile się wie, jak 
medytować. Panowała tu wielka cisza i umysł, jeśli był przenikliwy i 

czysty, również ucichł, uniezależnił się od otoczenia, stal się częścią 
tego lśniącego poranka, wiszącej wciąż na trawach i trzcinach rosy. To 
piękno zawsze tam będzie, na łące pod drzewem. 
 

Mężczyzna w średnim wieku, zadbany, ubrany starannie i ze smakiem, 

powiedział, że bardzo wiele podróżował, choć nie po to, by robić jakieś 
konkretne interesy. Odziedziczywszy po ojcu trochę pieniędzy, zwiedził 
kawałek świata, zobaczył nie tylko różne okolice, ale również co 
cenniejsze, rzadkie okazy zgromadzone w najbogatszych muzeach. 
Stwierdził, że lubi muzykę i niekiedy sam grywa. Sprawiał także 

wrażenie oczytanego. W trakcie rozmowy rzekł "Jest tyle okrucieństw, 
złości i nienawiści między ludźmi. Najwyraźniej utraciliśmy miłość, a w 
naszych sercach brak piękna; zapewne nigdy go tam nie było. Miłość 
stała się tanim towarem, a sztuczne piękno zaczęto przedkładać nad 

urodę wzgórz, drzew i kwiatów. Piękno dzieci szybko blednie. 

Zastanawiałem się nad pięknem i miłością. Porozmawiajmy o tym, jeśli ma 
pan nieco czasu". 
 
Siedzieliśmy na ławce nad strumieniem. Za nami biegły tory kolejowe i 
wznosiły się wzgórza usiane pensjonatami i wiejskimi domami. 

 

Nie sposób oddzielić miłości od piękna. Bez miłości nie ma piękna; są 
one splecione, nierozdzielne. Do tego stopnia wytrenowaliśmy nasze 
umysły, nasz intelekt i spryt, wyposażyliśmy je w taką niszczycielską 
siłę, że one dominują, zadając gwałt temu, co można by nazwać miłością. 

Oczywiście słowo nie jest tym, co rzeczywiste, podobnie jak cień nie 

jest drzewem, które go rzuca. Nie zdołamy odkryć, czym jest miłość, 
jeśli nie zstąpimy z wyżyn naszego sprytu, intelektualnego 

wyrachowania, jeśli nie poczujemy tej lśniącej wody i nie zauważymy tej 
nowej trawy. Czy można miłość znaleźć w muzeach, w kwiecistym pięknie 
kościelnych rytuałów, w kinie lub w kobiecej twarzy? Czy nie powinniśmy 

zastanowić się nad tym, jak bardzo wyobcowaliśmy się z powszednich, 
życiowych spraw? Nie chodzi o to, byśmy neurotycznie czcili przyrodę, 
ale jeśli utracimy z nią kontakt, to czyż nie utracimy także kontaktu z 

background image

ludźmi i ze sobą? Szukamy piękna i miłości poza nami, w ludziach, w 
posiadanych rzeczach. One stają się o wiele ważniejsze niż sama miłość. 
Posiadanie oznacza przyjemność, a ponieważ lgniemy do przyjemności, 

miłość zostaje skazana na banicję. Piękno jest w nas, a niekoniecznie w 

otaczających nas rzeczach. Kiedy one stają się ważniejsze i w nich 
lokujemy piękno, to w nas ono maleje. Tak więc im bardziej świat staje 
się okrutny i materialistyczny, tym bardziej usiłujemy okryć własną 

nagość i wypełnić własną pustkę zbiorami muzeów i wszystkimi 

posiadanymi rzeczami. 
 

"Dlaczego twierdzi pan, że gdy odkrywamy piękno w ludziach i w 
otaczających nas rzeczach, a także gdy doznajemy przyjemności, słabną 
piękno i miłość tkwiące w nas?" 

 
Wszelka zależność wywołuje w nas pragnienie posiadania i stajemy się 

posiadaną rzeczą. Posiadam ten dom - jestem tym domem, ów mężczyzna, 
przejeżdżający nie opodal na koniu, jest dumą z posiadania wierzchowca, 
choć piękno i dostojeństwo konia są od tego człowieka o wiele 

ważniejsze. Tak więc zależność od piękna sylwetki lub urody twarzy 
nieuchronnie musi zubożyć samego obserwatora, co nie znaczy, że musimy 
wyrzec się tego wszystkiego. Chodzi o to, że gdy rzeczy zewnętrzne 
nabierają wielkiego znaczenia, nas dręczy wewnętrzne ubóstwo. 
 

"Twierdzi pan, że jeśli reaguję na tę piękną twarz, to jestem 
wewnętrznie ubogi. Jeśli jednak nie reaguję na tę twarz czy na sylwetkę 
budynku, to jestem wyobcowany i niewrażliwy". 
 

Tak, gdy jest się wyobcowanym, musi pojawić się zależność, zależność 

zaś rodzi przyjemność, a zatem lęk. Jeśli w ogóle się nie reaguje, 
świadczy to albo o paraliżu, albo o obojętności, albo o uczuciu 
rozpaczy wywołanym przez nieosiągalność ciągłego zaspokojenia. A zatem 
wiecznie wpadamy w pułapkę rozpaczy i nadziei, lęku i przyjemności, 
miłości i nienawiści. Gdy panuje wewnętrzne ubóstwo, pojawia się usilne 

pragnienie wypełnienia go. To jest bezdenne piekło przeciwieństw 
wypełniających nasze żywoty i wywołujących codzienną walkę. Wszystkie 
te przeciwieństwa są tożsame, są bowiem gałęziami wyrastającymi z 
jednego korzenia. Miłość nie jest wytworem zależności, nie ma ona swego 

przeciwieństwa. 

 
"Czyż w świecie nie istnieje brzydota? I czyż nie jest ona 
przeciwieństwem piękna?" 
 
Oczywiście brzydota w świecie istnieje, tak jak istnieją na przykład 

nienawiść i okrucieństwo. Dlaczego porównywać to do piękna, do 

łagodności? Dokonujemy takich porównań, ponieważ posiadamy skalę 
wartości, na szczycie której umieszczamy to, co nazywamy pięknem, 
brzydotę zaś sytuujemy na dole. A czy można patrzeć na okrucieństwo bez 
uciekania się do porównań? A jeśli tak się patrzy, to co się dzieje? 

Stwierdza się, że ma się do czynienia jedynie z faktami, a nie z 

opiniami lub z tym, co być powinno, nie z porównaniami. Możemy zająć 
się tym, co jest i działać natychmiast. To, co być powinno, przeradza 

się w ideologię, w fantazję, a zatem traci wszelką użyteczność. Piękna, 
podobnie jak miłości, nie można z niczym porównać, a gdy powiada się 
"Kocham tego bardziej niż tamtego", przestaje to być miłością. 

 
"Gdy ktoś jest wrażliwy - by wrócić do tego, o czym mówiłem - szybko i 
bez zastanowienia reaguje na ładną twarz, na piękną wazę. Taka 

background image

bezmyślna reakcJa niepostrzeżenie przeobraża się w uzależnienie i 
przyjemność oraz wywołuje te wszystkie powikłania, które pan opisuje. 
Tak więc wydaje mi się, że nie sposób zależności uniknąć". 

 

Czy istnieje coś nieuniknionego poza, być może, śmiercią? 
 
"Jeśli nie można tego umknąć, to znaczy, że mogę uporządkować moje 

postępowanie, a zatem jest ono mechaniczne". 

 
Widzenie nieuniknionego procesu ma nie być mechaniczne. To umysł, który 

odmawia widzenia tego, co jest, ulega zmechanizowaniu. 
 
"Jeśli ujrzę to, co nieuniknione, nadal będę się zastanawiał, gdzie i w 

jaki sposób wytyczyć linię graniczną". 
 

Nie wytycza się takiej linii, ale widzenie wywołuje własne działanie. 
Gdy powiada się "Gdzie mam wytyczyć linię graniczną?", jest to oznaka 
wtrącania się myśli, która boi się, że wpadnie w sidła, chce zaś być 

wolna. Widzenie nie jest procesem myślowym; widzenie jest zawsze nowe, 
świeże, czynne. Myślenie jest zawsze stare, zużyte. Widzenie i myślenie 
należą do dwóch różnych porządków, jednego z drugim nie sposób 
połączyć. A zatem miłość i piękno nie mają swych przeciwieństw, nie są 
wytworem wewnętrznego ubóstwa. I dlatego miłość pojawia się na 

początku, nie na końcu. 
 
 
18 

 

Dźwięk kościelnych dzwonów niósł się przez lasy, ponad wodą i nad łąką 
pośród gór. Różnił się w zależności od tego, czy płynął przez las, czy 
ponad otwartymi łąkami, czy też przez wartki, hałaśliwy strumień. 
Dźwięk, podobnie jak światło, kształtowany jest przez ciszę; im ona 
głębsza, tym lepiej słyszalne jest jego piękno. Tego wieczoru, gdy 

słońce wędrowało właśnie ponad zachodnimi wzgórzami, dźwięk kościelnych 
dzwonów miał zgoła niezwykły ton. Było to tak, jakbyś słyszał dzwony po 
raz pierwszy. Nie były one tak stare jak te wiszące w średniowiecznych 
katedrach, ale wyrażały nastrój tego wieczoru. Po niebie nie płynęła 

ani jedna chmurka. Tego najdłuższego dnia w roku słońce zachodziło w 

miejscu wysuniętym najdalej na północ. 
 
Prawie nigdy nie słuchamy szczekania psa, płaczu dziecka czy śmiechu 
mijającego nas człowieka. Odseparowujemy się od wszystkiego, a potem 
patrzymy na każdą rzecz i słuchamy jej z perspektywy tego odosobnienia. 

Właśnie takie izolowanie się ma destruktywny charakter, w nim bowiem 

tkwi cały konflikt i zamęt. Gdybyś słuchał dźwięku tych dzwonów w 
całkowitej ciszy, to unosiłbyś się na nim, a raczej ten dźwięk 
przeniósłby cię ponad doliną i wzgórzami. Można odczuć jego piękno, gdy 
nie jest się od tego dźwięku odrębnym, gdy stanowi się jego część. 

Medytacja kładzie kres rozszczepieniu, nie w wyniku aktów woli lub 

pragnień, nie poprzez poszukiwanie przyjemności w czymś, czego jeszcze 
nie posmakowaliśmy. 

 
Medytacja nie jest czymś odrębnym od życia; jest samą jego istotą, jest 

jądrem codziennej egzystencji. Słuchać dzwonów, słuchać śmiechu 

wieśniaka przechodzącego z żoną nie opodal, słuchać odgłosu dzwonka 

roweru, na którym jedzie mała dziewczynka: medytacja otwiera pełnię 
życia, a nie tylko jego część. 

background image

 
"Czym jest dla pana Bóg? We współczesnym świecie - wśród studentów, 
robotników, polityków - Bóg umarł. Dla księży jest to wygodne słowo 

umożliwiające im zachowanie posad, nabytych praw, zarówno fizycznych, 

jak i duchowych; natomiast przeciętnego człowieka, jak sądzę, Bóg 
niewiele obchodzi, może tylko od czasu do czasu, gdy przydarza mu się 
jakieś nieszczęście lub gdy chce uchodzić za godnego szacunku wśród 

swych godnych szacunku sąsiadów. Poza tym odgrywa On bardzo niewielką 

rolę. Tak więc przybyłem tu z dość daleka po to, by dowiedzieć się, w 
co pan wierzy lub - jeśli nie lubi pan tego słowa - by dowiedzieć się, 

czy w pańskim życiu Bóg istnieje. Byłem w Indiach, odwiedziłem różnych 
nauczycieli, mieszkających ze swymi uczniami, a wszyscy oni wierzą lub 
tak czy inaczej głoszą, że Bóg istnieje, wskazują też wiodącą ku Niemu 

drogę. Chciałbym, jeśli można, przedyskutować z panem to dość ważne 
pytanie, które dręczy ludzi od wielu tysięcy lat". 

 
Wiara to jedno, a rzeczywistość to drugie. Jedno wiedzie do 
zniewolenia, drugie jest możliwe jedynie, gdy jest się wolnym. Nie 

wiążą się one ze sobą. Nie można wiary odrzucić lub odłożyć, aby zyskać 
wolność. Wolność nie jest nagrodą, nie jest marchewką wiszącą przed 
oślim pyskiem. Ważne jest, by od samego początku to rozumieć: sprzecz-
ność między wiarą a rzeczywistością. 
 

Wiara nigdy nie doprowadzi nas do rzeczywistości. Wiara jest rezultatem 
uwarunkowań, wytworem lęku, wynikiem wpływu zewnętrznego lub 
wewnętrznego autorytetu niosącego pocieszenie. Rzeczywistość nie ma z 
tym nic wspólnego. Jest czymś zupełnie innym, a nie istnieje przejście 

pomiędzy jednym a drugim. Punktem wyjścia teologa jest jakieś ustalone 

stanowisko. Wierzy on w Boga, w Zbawcę, w Krisznę lub w Chrystusa, a 
następnie przędzie teorie zgodnie ze swymi uwarunkowaniami i 
pomysłowością. Podobnie jak teoretyk komunistyczny uwiązany jest do 
pewnego pojęcia, pewnej formuły, a to, co przędzie, jest wytworem jego 
własnych dociekań. 

 
Nierozważni ludzie wpadają w to tak, jak nieostrożna mucha wpada w 
pajęczą sieć. Wiara rodzi się z lęku i tradycji. Dwa lub dziesięć 
tysięcy lat propagandy tworzy religijną budowlę słów, rytuałów, 

dogmatów i wierzeń. Słowo nabiera wówczas ogromnej wagi, a powtarzanie 

go hipnotyzuje łatwowiernych. Tacy ludzie zawsze chcą wierzyć, 
akceptować, wykonywać rozkazy, niezależnie od tego, czy to, co im się 
oferuje, jest dobre czy złe, zgubne czy zbawienne. Umysł wierzący nie 
jest umysłem dociekliwym, a zatem pozostaje on zamknięty w granicach 
formuły lub zasady. Podobny jest do zwierzaka, który uwiązany do słupa 

może poruszać się tylko w zasięgu linki. 

 
"Ale prócz wiary nie mamy niczego! Wierzę w dobroć; wierzę w świętość 
małżeństwa, wierzę w życie pośmiertne i w ewolucyjny rozwój ku 
doskonałości. Dla mnie te wierzenia są niesłychanie ważne, albowiem 

utrzymują mnie w ryzach, dzięki nim postępuję moralnie. Jeśli odbierze 

mi pan wiarę, będę zgubiony". 
 

Bycie dobrym, a stawanie się dobrym to nie to samo. Rozkwit dobroci nie 
jest jej osiąganiem. Stawanie się dobrym jest zaprzeczaniem dobroci. 
Stawanie się lepszym jest zaprzeczaniem temu, co jest. To, co lepsze, 

psuje to, co jest. Dobrym jest się teraz, w tej chwili; stajemy się zaś 
dobrzy w przyszłości, którą wymyśla umysł usidlony przez wiarę, przez 
zasadę porównań i czasu. Gdy dokonuje się porównań, dobro ginie. 

background image

 
Ważne jest nie to, w co pan wierzy, jak brzmią pańskie formuły, zasady, 
dogmaty i opinie, ale to, dlaczego pan je w ogóle posiada, dlaczego 

pański umysł jest nimi obarczony. Czy one są istotne? Jeśli postawi pan 

sobie na serio takie pytanie, to stwierdzi pan, że są one wytworem lęku 
lub przyzwyczajenia do akceptacji. To właśnie ów podstawowy lęk 
uniemożliwia uczestniczenie w tym, co faktycznie jest. Ten lęk prowadzi 

do zaangażowania. Uczestnictwo jest rzeczą naturalną. Bierze pan udział 

w życiu, w swych działaniach, uczestniczy pan w życiu, w całym jego 
ruchu. Ale angażowanie się jest rozmyślnym działaniem umysłu, który 

funkcjonuje i myśli w sposób fragmentaryczny; angażujemy się tylko w 
pewną cząstkę. Nie sposób rozmyślnie zaangażować się w coś, co uważa 
się za całość, albowiem ów namysł stanowi część procesu myślowego, a 

myśl zawsze dzieli, funkcjonuje wyłącznie w obrębie fragmentów. 
 

"Tak, nie sposób zaangażować się, nie nazywając tego, w co się 
angażujemy, a nazywanie ogranicza". 
 

Czy to pańskie stwierdzenie jest tylko ciągiem słów czy też 
rzeczywistością, którą pan teraz pojął? Ciąg słów jest jedynie wiarą, a 
zatem nie ma najmniejszej wartości. Natomiast jeśli jest to faktyczna 
prawda, którą pan teraz odkrył, to jest pan wolny, bo neguje pan. 
Negacja fałszu nie jest twierdzeniem. Każda propaganda jest fałszem, a 

ludzie żyją propagandą, która zachwala wszystko, od mydła po Boga. 
 
"Swoimi spostrzeżeniami zapędza mnie pan w kozi róg, ale czy to również 
nie jest jakaś forma propagandy - głoszenia tego, co pan widzi?" 

 

Z pewnością, nie. To pan sam siebie zapędza w kozi róg, gdzie musi pan 
stawić czoło rzeczom takim, jakie są, bez żadnych przekonań, bez 
ulegania wpływom. Sam zaczyna pan zdawać sobie sprawę z tego, co 
znajduje się tuż przed panem, dlatego jest pan wolny od innych, wolny 
od wszelkich autorytetów - od słowa, osoby, idei. Wiara nie jest 

niezbędna, by widzieć. Przeciwnie, by widzieć, konieczny jest brak 
wiary. Można widzieć tylko wtedy, gdy jest się w stanie negatywnym, a 
nie w pozytywnym stanie wiary. Widzenie jest stanem negatywnym, w 
którym oczywiste jest tylko to, "co jest". Wiara jest formułą bierności 

rodzącą hipokryzję. Właśnie z tą hipokryzją walczy i przeciw niej 

buntuje się młode pokolenie. Ale hipokryzja usidli je później. Wiara to 
niebezpieczeństwo, którego musimy się pilnie wystrzegać, jeśli mamy 
ujrzeć prawdę tego, co jest. Polityk, kapłan, szacowny obywatel zawsze 
będą funkcjonować zgodnie z pewną formułą, zmuszając innych do zgodnego 
z nią życia, a ludzi bezmyślnych, głupców nieustannie oślepiają ich 

słowa, ich obietnice, ich nadzieje. Autorytet formuły staje się o wiele 

ważniejszy niż miłość tego, co jest. Dlatego autorytet - zarówno wiary, 
jak i tradycji czy zwyczaju zwanego moralnością - jest złem. 
 
"Czy mogę wyzwolić się z tego lęku?" 

 

Oczywiście zadaje pan niewłaściwe pytanie. Pan jest lękiem; pan i lęk 
to jedno. Ten podział jest lękiem, prowadzącym do stwierdzenia "Ja go 

pokonam, stłumię go, ucieknę od niego". Oto tradycja dająca fałszywą 
nadzieję na przezwyciężenie lęku. Gdy się widzi, że jest się lękiem, że 
pan i lęk to jedno, wówczas lęk niknie. Formuły i wiary stają się w 

ogóle niepotrzebne. Wtedy żyje się jedynie w tym, co jest i widzi się, 
jakie ono jest naprawdę. 
 

background image

"Ale nie odpowiedział pan chyba na pytanie o Boga?" 
 
Proszę się wybrać do jakiegoś miejsca kultu. Czy tam jest Bóg? W 

kamieniu, w słowie, w rytuale, w uczuciach wywołanych widokiem czegoś, 

co zostało pięknie wykonane? Religie podzieliły Boga na bogów twoich i 
moich, na bogów Wschodu i bogów Zachodu, a każdy Bóg zabił innego Boga. 
Gdzie Go można znaleźć? Pod liściem, na niebie, w sercu, a może 

istnieje tylko słowo, symbol oznaczający coś, czego słowami wyrazić nie 

sposób? Oczywiście należy odrzucić symbole, miejsca kultu, pajęczynę 
słów, którą człowiek wokół siebie uprządł. Dopiero gdy się to uczyni, a 

nie wcześniej, można będzie przystąpić do dociekań, czy istnieje 
rzeczywistość bez granic, czy nie. 
 

"Ale gdy się to wszystko odrzuciło, jest się całkowicie zagubionym, 
pustym, samotnym. Jak, będąc w takim stanie, można prowadzić 

dociekania?" 
 
Taki stan powoduje użalanie się nad sobą, a użalanie się jest 

obrzydliwością. Człowiek znajduje się w takim stanie, ponieważ 
faktycznie nie ujrzał, że fałsz jest fałszem. Gdy to dostrzega, zyskuje 
ogromną energię i swobodę widzenia prawdy jako prawdy, a nie jako 
iluzji czy umysłowej fantazji. Właśnie taka swoboda jest konieczna, by 
z jej punktu widzenia ujrzeć, czy istnieje, czy też nie, coś, czego 

słowami wyrazić nie sposób. Ale nie jest to doświadczenie, osobiste 
osiągnięcie. Wszelkie doświadczenia, w tym sensie, prowadzą do 
odseparowanej, rozdartej egzystencji. Waśnie taka odrębna egzystencja 
domaga się - jak ten, kto myśli, kto doświadcza - wciąż nowych i 

bogatszych doświadczeń. I otrzyma to, czego się domaga, ale to nie 

będzie prawda. 
 
Prawda nie należy do pana ani do mnie. To, co stanowi pańską własność, 
można zinstytucjonalizować, wynieść na ołtarze, jakoś wykorzystać. 
Właśnie tak dzieje się na tym świecie. Ale prawdy nie sposób ująć w 

organizacyjne ramy. Tak jak piękno i miłość nie należy ona do dziedziny 
tego, co można posiąść. 
 
 

19 

 
Jeśli powędrujesz przez to małe miasto jego jedyną ulicą pełną sklepów, 
miniesz piekarnię, sklep fotograficzny, księgarnię i czynną 
restaurację, a potem przejdziesz pod mostem, obok zakładu krawieckiego, 
i przez kolejny most, obok tartaku, a następnie wejdziesz do lasu i 

powędrujesz dalej wzdłuż strumienia, oglądając wszystkie mijane rzeczy, 

twe oczy zaś i wszystkie zmysly będą czujne, choć przez głowę nie 
przemknie ani jedna myśl - dowiesz się, co znaczy żyć, nie izolując 
się. A gdy pójdziesz kilometr lub dwa wzdłuż strumienia - znów bez 
choćby jednego poruszenia myśli - patrząc na wartko płynącą wodę, 

słuchając jej szumu, widząc barwę tego szarozielonego górskiego potoku, 

patrząc na drzewa, na błękitne niebo widoczne wśród gałęzi i na te 
zielone liście - znów bez jednej myśli, bez jednego słowa - wtedy 

dowiesz się, jak to jest, gdy nie istnieje przestrzeń pomiędzy tobą a 
tym źdźbłem trawy. 
 

Jeśli przejdziesz przez łąki pokryte tysiącami kwiatów o wszystkich 
wyobrażalnych barwach, od jasnoczerwonej do żółtej i szkarłatnej, 
porośnięte jasnozieloną, bujną trawą umytą do czysta deszczem, który 

background image

padał ostatniej nocy - znów bez jednego poruszenia myślowej maszynerii 
- dowiesz się, czym jest miłość. Patrz na błękitne niebo, na odległe, 
kłębiaste chmury, na zielone wzgórza wyraźnie rysujące się na tle 

nieba, na bujną trawę i na więdnący kwiat - patrz bez minionego słowa. 

Gdy umysł jest absolutnie cichy, gdy jego milczenia nie zakłóca żadna 
myśl, gdy nie ma ani śladu obserwatora, wtedy następuje zjednoczenie. 
Nie znaczy to, że się zjednoczyłeś z tym kwiatem, z tą chmurą lub z 

tymi rozległymi wzgórzami. Pojawia się raczej uczucie całkowitego 

nieistnienia, w którym znika podział między tobą a wszystkim innym. 
Kobieta niosąca towary zakupione na targu, wielki, czarny owczarek 

alzacki, dwoje dzieci grających w piłkę - gdybyś umiał patrzeć na to 
wszystko bez słowa, bez porównań, bez skojarzeń, to spór pomiędzy tobą 
a resztą świata by ucichł. Taki stan - bez słów, bez myśli - jest 

dziedziną umysłu bez granic, w obrębie których mogłyby istnieć ,ja" i 
"nie-ja". Nie sądź, że to jest fantazja lub wzlot wyobraźni czy może 

jakieś upragnione doznanie mistyczne; nie. To jest tak samo realne jak 
pszczoła na kwiecie, jak mała dziewczynka na rowerze albo człowiek 
wchodzący po drabinie, by pomalować dom - wszystkie konflikty 

wyodrębnionego umysłu znikły. Twoje spojrzenie nie było spojrzeniem 
tego, kto obserwuje, patrzyłeś bez pośrednictwa werbalnych wartościowań 
i wczorajszych porównań. Spojrzenie miłości nie przypomina spojrzenia 
myśli. Pierwsze wiedzie w kierunku, w jakim myśl podążać nie jest w 
stanie; drugie prowadzi do odrębności, konfliktu i cierpienia. Nie 

sposób od takiego cierpienia przejść do tego, co inne. Myśl tworzy 
dzielącą je przestrzeń i nie potrafi wkroczyć do tego, co inne. 
 
Gdy wracając, będziesz mijał małe gospodarstwa, łąki i linię kolejową, 

ujrzysz, że jutro zniknęło: życie zaczyna się tam, gdzie znika myśl. 

 
"Dlaczego nie potrafię być uczciwa? - zapytała. - Jestem, naturalnie, 
nieuczciwa. Nie chcę tego, ale tak mi to jakoś wychodzi. Mówię co 
innego niż myślę. Nie chodzi mi o grzeczną rozmowę o niczym - wtedy 
wiadomo, że mówi się po prostu po to, by mówić. Ale również wtedy, gdy 

jestem poważna, przyłapuję się na tym, iż mówię i czynię rzeczy 
absurdalnie obłudne. Zauważyłam to również u swego męża. Mówi jedno, a 
robi coś zupełnie innego. Obiecuje, ale doskonale wiadomo, że choć coś 
mówi, wcale nie ma zamiaru dotrzymać słowa, a gdy zwraca się mu na to 

uwagę, irytuje się, a czasem bardzo się gniewa. Oboje wiemy, iż 

jesteśmy w tak wielu sprawach nieuczciwi. Pewnego dnia obiecał coś 
komuś, kogo darzy szacunkiem, i ów człowiek wyszedł, zaufawszy mojemu 
mężowi. On jednak nie dotrzymał słowa, po czym znalazł wymówkę, by 
dowieść, że miał rację, a ów ktoś się mylił. Zna pan tę grę, w którą 
gramy ze sobą i z innymi, stanowi ona część naszej struktury społecznej 

i wzajemnych więzi. Czasem osiąga ona stadium, w którym zaczyna budzić 

głęboki niepokój i odrazę. Ja właśnie w takim stanie się znalazłam. 
Bardzo się niepokoję, nie tylko o swego męża, ale o siebie i o tych 
wszystkich ludzi, którzy mówią jedno, czynią drugie, a myślą jeszcze 
coś innego. Polityk składa obietnice, a dokładnie wiadomo, ile są one 

warte. Obiecuje raj na ziemi, a jasne jest, że stworzy tu piekło, po 

czym obwini za to czynniki od niego niezależne. Dlaczego ludzie są z 
gruntu nieuczciwi?" 

 
Co znaczy uczciwość? Czy jest ona możliwa - czy możliwy jest jasny 
wgląd, widzenie rzeczy takimi, jakie są - kiedy kierujemy się zasadą, 

ideałem, czcigodną formułą? Czy można być szczerym wśród zamętu? Czy 
może istnieć piękno, gdy posługujemy się wzorcem tego, co piękne lub 
sprawiedliwe? Jeśli trwa podział między tym, co jest, a tym, co być 

background image

powinno, to czy możliwa jest uczciwość czy tylko wzniosła i szacowna 
nieuczciwość? Wychowano nas pomiędzy jednym a drugim - pomiędzy tym, co 
faktycznie jest, a tym, co być może. W tej luce - w czasoprzestrzennym 

interwale - mieści się cala nasza edukacja, nasza moralność, nasza 

walka. Przyglądamy się z roztargnieniem to jednemu, to drugiemu, 
patrząc z lękiem i patrząc z nadzieją. A czy w tym stanie, który 
społeczeństwo nazywa wykształceniem, możliwa jest uczciwość, szczerość? 

Kiedy stwierdzamy, że jesteśmy nieuczciwi, w istocie chodzi nam o to, 

iż porównujemy to, co mówimy, z tym, co jest. Mówimy coś, czego wcale 
nie myślimy, być może po to, by udzielić chwilowego zapewnienia lub 

dlatego, że jesteśmy nerwowi, bojaźliwi lub wstydzimy się stwierdzić 
coś, co faktycznie jest. Tak więc nerwicowe obawy i lęk są przyczyną 
naszej nieuczciwości. Gdy dążymy do osiągnięcia sukcesu, musimy 

postępować mniej lub bardziej nieuczciwie, schlebiać innym, kierować 
się sprytem i działać przebiegle, tak aby swój cel osiągnąć. Podobnie 

postępujemy, gdy zyskaliśmy już autorytet lub stanowisko, które chcemy 
zachować. A zatem wszelki opór, wszelka obrona jest formą 
nieuczciwości. Być uczciwym, znaczy nie ulegać złudzeniom na swój 

temat, nie nosić też w sobie tego zalążka złudzeń, którym są pragnienie 
i przyjemność. 
 
"Chodzi panu o to, że pragnienie rodzi złudzenia! Pragnę mieć ładny dom 
- żadne złudzenia się w tym nie kryją. Pragnę, by mój mąż zajmował 

lepsze stanowisko - w tym również żadnych złudzeń nie dostrzegam!" 
 
W pragnieniu zawsze tkwi to, co lepsze, co większe, co obfitsze. Zawsze 
wiążą się z nim pomiary, porównania, a porównywanie stanowi podstawę 

złudzeń. Dobre nie jest lepsze, a my cale życie spędzamy na dążeniu do 

tego, co lepsze - do lepszej łazienki, lepszego stanowiska, lepszego 
Boga. Niezadowolenie z tego, co jest, zmienia to, co jest - a co 
stanowi po prostu ulepszoną kontynuację tego, co jest. Poprawa nie jest 
zmianą, a właśnie te nieustanne ulepszenia - zarówno siebie, jak i 
moralności społecznej - rodzą nieuczciwość. 

 
"Nie wiem, czy pana rozumiem i czy chcę pana zrozumieć - powiedziała z 
uśmiechem. - Werbalnie pojmuję to, co pan mówi, ale dokąd pan zmierza? 
To mnie chyba przeraża. Gdybym miała faktycznie wcielić pańskie słowa w 

życie, to mój mąż zapewne straciłby pracę, albowiem w świecie interesów 

wiele jest nieuczciwości. Również nasze dzieci przyuczane są do 
współzawodnictwa, do walki o przetrwanie. A gdy słuchając pana, 
pojmuję, że uczymy ich nieuczciwości - oczywiście nie wprost, lecz 
subtelnymi, przebiegłymi sposobami - to zaczynam się o nie bać. Jak 
zdołają stawić czoło światu, który jest tak nieuczciwy i brutalny, 

jeśli w nich samych tych cech zabraknie? Och, wiem, że mówię rzeczy 

straszne, ale tak właśnie jest! Zaczynam dostrzegać, jak bezgranicznie 
jestem nieuczciwa!" 
 
Żyć bez zasad, bez ideałów, znaczy żyć, stawiając w każdej chwili czoło 

temu, co jest. Faktycznie - stawiać temu czoło, czyli zachować pełny z 

tym kontakt, nie za pośrednictwem słów lub niegdysiejszych skojarzeń i 
wspomnień, ale bezpośrednio się z tym stykać - znaczy być uczciwym. 

Wiedzieć, że się skłamało i nie usprawiedliwiać się, ale widzieć ten 
fakt - oto jest uczciwość, w której zawiera się wielkie piękno. Takie 
piękno nikogo nie krzywdzi. Stwierdzenie, że jest się kłamcą, jest 

uznaniem faktu, jest uznaniem błędu za błąd. Ale wynajdowanie racji, 
wymówek i uzasadnień jest nieuczciwością; kryje się w tym użalanie się 
nad sobą. Takie użalanie się jest mroczną formą nieuczciwości. Nie 

background image

oznacza to wcale, że należy być wobec siebie bezwzględnym, trzeba 
raczej być uważnym, czyli troszczyć się, zważać. 
 

"Z pewnością przychodząc tutaj, nie spodziewałam się tego wszystkiego. 

Wstydziłam się własnej nieuczciwości i nie wiedziałam, co z tym zrobić. 
Niezdolność uczynienia czegokolwiek obarczała mnie poczuciem winy, a 
zwalczanie tego poczucia lub stawianie mu oporu wywołują nowe problemy. 

Teraz muszę starannie przemyśleć to wszystko, co pan powiedział". 

 
Jeśli mogę coś zaproponować, niech pani o tym nie myśli. Proszę teraz 

ujrzeć to takim, jakim jest. Z tego spojrzenia zrodzi się coś nowego. 
Jeśli jednak będzie pani o tym rozmyślać, to znów wpadnie pani w tę 
samą, starą pułapkę. 

 
20 

 
W świecie zwierząt instynkty naśladownictwa i posłuszeństwa są czymś 
naturalnym i koniecznym do przetrwania, ale u ludzi stają się 

niebezpieczne. U jednostki naśladownictwo i posłuszeństwo prowadzą do 
imitacji, postępowania zgodnego ze społecznym wzorcem stworzonym przez 
samych ludzi. Bez wolności umysł nie może funkcjonować. Zrozumienie 
natury posłuszeństwa i akceptacji w działaniu niesie ze sobą wolność. 
Wolność to nie instynkt robienia tego, co się chce. W licznej, złożonej 

społeczności nie jest to możliwe; stąd też bierze się konflikt pomiędzy 
jednostką a społeczeństwem, między wielością a jednością. 
 
W ciągu tych bardzo gorących dni upal zapierał dech w płucach, a na tej 

wysokości promienie słoneczne przenikały we wszystkie pory twego ciała, 

przyprawiając cię o zawrót głowy. Śnieg gwałtownie topniał i strumień 
przybierał barwę coraz bardziej brązową. Z wielkiego wodospadu spływały 
potoki wody pochodzące z dużego lodowca, długiego chyba na ponad 
kilometr. Ten strumień nigdy nie wysychał. 
 

Wieczorem pogoda załamała się. Chmury piętrzyły się na tle gór, potem 
rozległy się grzmoty, a wreszcie lunął deszcz. W powietrzu unosił się 
jego zapach. 
 

W małym pokoju z widokiem na rzekę siedziało ich troje lub czworo. 

Przybyli tutaj z różnych stron świata, a dręczyło ich chyba wspólne 
pytanie. Nie było ono tak ważne jak stan, w jakim się znajdowali. Stan 
ich umysłów mówił znacznie więcej niż to pytanie. Ono było niczym drzwi 
prowadzące do domu z wieloma pokojami. Nie wyglądali zdrowo i byli na 
swój sposób nieszczęśliwi. Zdobyli wszyscy jakieś wykształcenie, 

cokolwiek to znaczy, mówili różnymi językami, wyglądali niechlujnie. 

 
"Dlaczego nie powinno się zażywać narkotyków? Pan najwyraźniej jest 
temu przeciwny, a przecież pańscy znakomici przyjaciele je zażywali i 
pisali o tym książki, zachęcając do narkotyków innych; niesłychanie 

intensywnie doświadczali piękna zwykłego kwiatu. Myśmy również 

próbowali różnych środków i chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego jest pan 
tak zdecydowanie przeciwny tym chemicznym eksperymentom. W końcu cały 

nasz organizm fizyczny to pewien proces biochemiczny, a dodając do 
niego dodatkową chemiczną substancję, możemy osiągnąć doznanie 
zbliżające nas do rzeczywistości. Pan sam chyba narkotyków nie zażywał? 

Jak więc może pan, nie eksperymentując, potępiać je?" 
 
Nie, nie zażywaliśmy narkotyków. Czy musimy się upijać, by wiedzieć, 

background image

czym jest trzeźwość? Czy musimy wpędzać się w chorobę, by dowiedzieć 
się, czym jest zdrowie? Ponieważ z zażywaniem narkotyków wiążą się 
różne problemy, rozważmy więc to pytanie bardzo starannie. Skąd w ogóle 

bierze się przymus sięgania po narkotyki, które obiecują psychodeliczną 

ekspansję umysłu, wielkie wizje i intensywność doznań? Człowiek 
najwyraźniej zażywa, je dlatego, że jego własna percepcja jest 
przytępiona. Jasność jest zamglona, a życie ludzkie jest płytkie, 

mierne i bezsensowne; zażywa się je po to, by się z tej przeciętności 

wyrwać. 
 

Intelektualiści uczynili z narkotyków nowy sposób życia. Na całym 
świecie widzimy niezgodę, neurotyczne impulsy, konflikty, bolesną nędzę 
życia. Zdajemy sobie sprawę z ludzkiej agresywności, okrucieństwa, 

skrajnego egoizmu, których nie zdołały poskromić żadna religia, żadne 
prawo, żadna społeczna moralność. 

 
Tak wiele jest w człowieku anarchii, a zarazem ma on takie naukowe 
możliwości. Ta nierównowaga pustoszy świat. Nieprzekraczalna luka 

pomiędzy zaawansowaną technologią a ludzkim okrucieństwem wywołuje 
wielki chaos i cierpienie. To oczywiste. A zatem intelektualista, który 
zabawiał się różnymi teoriami -wedantą, zenem, ideologią komunistyczną 
i tak dalej - i nie odkrył żadnej drogi wyjścia z tarapatów, w jakich 
znalazła się ludzkość, teraz zwraca się ku "złotemu lekowi", który 

przyniesie nam pełne dynamizmu zdrowie psychiczne i harmonię. Odkrycia 
tego "złotego leku", który stanowi odpowiedź na wszystkie problemy, 
oczekuje się od naukowca i zapewne on go wytworzy. Powieściopisarze i 
intelektualiści zaś będą go zalecać jako środek, który położy kres 

wojnom, tak samo jak wcześniej propagowali komunizm czy faszyzm. 

 
Mimo to umysł - pełen niezwykłych zdolności do dokonywania odkryć 
naukowych i do ich praktycznego stosowania - jest wciąż małostkowy, 
ciasny, fanatyczny i taki też pozostanie, prawda? Możecie dzięki 
któremuś z tych narkotyków doświadczyć czegoś niesłychanego i porywają-

cego, ale czy głęboko zakorzeniona w człowieku agresja, jego 
bestialstwo i cierpienie znikną? Jeśli narkotyki mogą rozwiązać zawiłe 
i złożone problemy wzajemnych więzi, to nie warto więcej o tym mówić, 
gdyż w takim razie owe więzi, dążenie do prawdy, zanik cierpienia, 

wszystko to byłyby kwestie bardzo powierzchowne, które można rozwiązać, 

zażywając szczyptę nowego, "złotego leku". 
 
Takie podejście oczywiście jest błędne. Powiada się, że te narkotyki 
wywołują doznania zbliżające nas do rzeczywistości, a zatem niosą 
nadzieję i zachętę. Ale cień nie jest rzeczywistością, symbol nie jest 

faktem. Na całym świecie, jak widać, oddaje się cześć symbolowi, nie 

prawdzie. Czyż nie jest zatem bzdurą twierdzenie, że to, co wywołują 
owe narkotyki, jest bliskie prawdy? 
 
Żadna "złota tabletka" nie rozwiąże naszych ludzkich problemów. Aby 

tego dokonać, konieczne jest wywołanie radykalnej rewolucji w ludzkich 

umysłach i sercach. To wymaga ciężkiej, nieprzerwanej pracy, widzenia i 
słyszenia, a zatem ogromnej wrażliwości. 

 
Najwyższa forma wrażliwości jest najwyższym rozumieniem, a żaden lek 
wynaleziony przez człowieka tego rozumienia nam nie przyniesie. Bez 

rozumienia nie ma miłości, a miłość jest wzajemną więzią. Bez takiej 
miłości człowiekowi brak dynamicznej równowagi. Tej miłości nikt i nic 
nam dać nie może - ani kapłani, ani ich bogowie, ani filozofowie, ani 

background image

żaden "złoty lek".