background image

Jiddu Krishnamurti 
 
JEDYNA REWOLUCJA 
 
przygotowała Mary Lutyens 
 
 
 
The Only Revolution, Victor Gollancz 1970 
 
© Krishnamurti Foundation Trust Ltd 
 
 
 
przełożył Wojciech Sady 
 
(jest to poprawiona tu i ówdzie wersja przekładu, który ukazał się nakładem   
 
Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań, 1995.) 
 
Na książkę składają się zapiski, jakie Krishnamurti sporządził 
 
pod koniec lat sześćdziesiątych w Indiach, Kalifornii i Europie. 
 
Aczkolwiek prowadzone niesystematycznie, wymagały   
 
- jak zapewnia Mary Lutyens - niewielu zabiegów redakcyjnych. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

INDIE 
 

 
Medytacja nie jest ucieczką od świata, działalnością, która izoluje i zamyka w sobie; jest raczej 
rozumieniem świata i jego zwyczajów. Świat ma niewiele do zaoferowania prócz jedzenia, 
ubrań, dachu nad głową i przyjemności, którym towarzyszą wielkie cierpienia. 
 
Medytując oddalamy się od tego świata; nie wolno nam się z niczym wiązać. Wtedy świat ma 
sens, a piękno nieba i ziemi nie przemija. Miłość nie jest wówczas przyjemnością. To stanowi 
zalążek wszystkich działań, które nie są rezultatem napięć, sprzeczności, poszukiwania 
samorealizacji czy powabów władzy. 
 
Okno pokoju wychodziło na ogród, a jakieś dziesięć metrów poniżej płynęła szeroko rozlana 
rzeka, dla jednych święta, dla innych zaś piękna płaszczyzna wody skierowana ku niebu i ku 
chwale poranka. Widać było jej drugi brzeg, a dalej wioskę, rozłożyste drzewa i niedawno 
zasianą ozimą pszenicę. Za oknem lśniła gwiazda poranna, słońce łagodnie wschodziło ponad 
drzewami. I rzeka stała się dla słońca złocistą drogą. 
 
Po zmroku w pokoju panowały głębokie ciemności, a za szerokim oknem rozciągało się całe 
południowe niebo. Pewnej nocy przez to okno wpadł - z głośnym trzepotem skrzydeł - ptak. 
Zapaliłeś światło, wstałeś i ujrzałeś go pod łóżkiem. Wysoka na jakieś pół metra sowa, miała 
niezwykle szeroko rozwarte, ogromne oczy i groźny dziób. Przyglądaliście się sobie z bliska, 
oddaleni o jeden czy dwa metry. Bała się światła i bliskości człowieka. Dość długo 
spoglądaliście na siebie bez mrugnięcia powiek; sowa ani na chwilę nie straciła swego 
dostojeństwa i dzikiej godności. Widziałeś jej okrutne szpony, jasne pióra i ściśle przywarte do 
tułowia skrzydła. Chętnie byś jej dotknął, pogłaskał, ale by na to nie pozwoliła. Tak więc 
zgasiłeś światło i czas jakiś w pokoju panowała cisza. Po czym rozległ się trzepot skrzydeł - na 
twarzy poczułeś powiew - i sowa wyfrunęła przez okno. Nigdy nie wróciła. 
 
Powiadali, że ta starożytna świątynia miała ponad trzy tysiące lat, ale, jak wiadomo, ludzie 
przesadzają. Z pewnością stała tu od wieków; kiedyś służyła buddystom, a jakieś siedemset lat 
temu przekształcono ją w świątynię hinduistyczną, umieszczając w miejscu Buddy jakieś 
indyjskie bóstwo. Wewnątrz panował głęboki mrok i tajemniczy nastrój. W kolumnowych 
salach, długich korytarzach zdobionych pięknymi płaskorzeźbami, unosił się zapach nietoperzy 
i kadzideł. 
 
Wierni krążyli pojedynczo lub w małych grupach, świeżo wykąpani, ze złożonymi dłońmi. 
Chodzili po tych korytarzach, a mijając posążek przyodziany w jaskrawe jedwabie, padali na 
twarze. Kapłan w centralnym sanktuarium śpiewał; miło było słuchać poprawnego sanskrytu. 
Nie spieszył się, słowa z głębi świątyni docierały łagodne i dostojne. Przebywały tam dzieci, 
stare kobiety, młodzi mężczyźni. Ludzie interesu zdjęli swoje europejskie garnitury i włożyli 
dhoti, a teraz przepojeni wielką czcią siedzieli lub stali ze złożonymi dłońmi, z obnażonymi 
ramionami. 

background image

 
Do pełnej wody, świętej sadzawki wiodło w dół wiele stopni, a otaczały ją wyrzeźbione w skale 
kolumny. Wszedłeś do świątyni z zakurzonej drogi, hałaśliwej i zalanej jasnym, ostrym 
światłem słońca, wewnątrz zaś panowały mrok i cisza. Nie było tam ani świec, ani klęczących 
wokół ludzi, a tylko pielgrzymi okrążający sanktuarium, bezgłośnie poruszający wargami, 
pogrążeni w modlitwie. 
 
 
Tego popołudnia ktoś do nas przyszedł. Przedstawił się jako wyznawca wedanty . Mówił 
płynnie po angielsku, jako że ukończył jeden z uniwersytetów, miał żywy, przenikliwy intelekt. 
Jako prawnik zarabiał doskonale, jego bystre oczy spoglądały badawczo, uważnie i jakoś 
niespokojnie. Okazało się, że bardzo wiele przeczytał, łącznie z pracami zachodnich teologów. 
Mężczyzna w średnim wieku, dość chudy i wysoki, o godnej postawie prawnika, który wygrał 
wiele spraw. 
 
"Słuchałem pańskiej mowy - powiedział - i to jest czysta wedanta, uwspółcześniona, ale o 
prastarej tradycji". Zapytaliśmy go, co rozumie przez wedantę. Odparł: "Twierdzimy, iż istnieje 
tylko brahman, stwarzający zarówno świat, jak i jego złudny obraz, i że pochodzi też od niego - 
tkwiący w każdej ludzkiej istocie - atman. Człowiek musi przebudzić się ze stanu tej codziennej 
świadomości zróżnicowania i świata zjawiskowego, tak jakby budził się ze snu. Podobnie jak 
ten, który śni, stwarza cały swój sen, tak indywidualna świadomość stwarza cały świat 
zjawiskowy i innych ludzi. Pan tego wszystkiego nie mówi, ale z pewnością o to właśnie panu 
chodzi, albowiem urodził się pan i wychował w tym kraju i, mimo spędzenia większości życia 
za granicą, stanowi pan część tej starożytnej tradycji. Indie pana uformowały, czy pan tego 
chce, czy nie; jest pan wytworem Indii i ma hinduski umysł. Pańskie gesty, ten posągowy 
spokój w trakcie mowy i sam wygląd stanowią część tego dziedzictwa. Nauczanie pańskie jest 
oczywistą kontynuacją tego, czego od niepamiętnych czasów nauczali nasi starożytni". 
 
Pomińmy to, czy mówca jest Hindusem wychowanym w tej tradycji, uwarunkowanym przez tę 
kulturę i czy jednoczy w sobie to starożytne nauczanie. Przede wszystkim nie jest Hindusem, to 
znaczy nie należy do tego narodu czy do społeczności braminów, choć się w niej urodził. 
Odrzuca tę właśnie tradycję, którą mu pan przypisuje. Przeczy temu, by jego nauczanie 
stanowiło kontynuację owych pradawnych nauk. Nie czytał żadnej ze świętych ksiąg Indii czy 
Zachodu, ponieważ nie są one potrzebne komuś, kto zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w 
świecie - z zachowania ludzi, z ich niezliczonych teorii, z zaakceptowanej propagandy trwającej 
od dwóch czy pięciu tysięcy lat, która przeobraziła się w tradycję, prawdę, objawienie. 
 
Dla człowieka, który całkowicie i w pełni odmawia zaakceptowania słowa, symbolu wraz z 
jego uwarunkowaniami, prawda nie jest czymś zapożyczonym. Od samego początku - o ile pan 
go słuchał - twierdził, że jakakolwiek akceptacja autorytetu jest samym zaprzeczeniem prawdy i 
podkreślał, iż człowiek musi żyć poza wszelkimi kulturami, tradycjami i społeczną 
moralnością. Gdyby go pan słuchał, to by pan nie twierdził, iż jest on Hindusem lub że 
kontynuuje starożytną tradycję we współczesnym języku. On całkowicie odrzuca przeszłość, jej 
nauczycieli i interpretatorów, jej teorie i formuły. 

background image

 
Prawdy nie ma w przeszłości. Prawda przeszłości to prochy pamięci; pamięć dotyczy czasu, a w 
martwych prochach dnia wczorajszego nie ma prawdy. Prawda jest czymś żywym, nie 
należącym do dziedziny czasu. 
 
Pominąwszy więc to wszystko, możemy teraz przejść do problemu zasadniczego, czyli do 
postulowanego przez was brahmana. Z pewnością, widzi pan, samo to twierdzenie jest teorią 
wymyśloną przez umysł o bujnej wyobraźni - Śankary czy współczesnego uczonego teologa. 
Pan może doświadczyć teorii i powiedzieć, że to jest właśnie tak, ale podobnie człowiek, który 
został wychowany w świecie katolickim i przezeń uwarunkowany, doznaje wizji Chrystusa. 
Takie wizje stanowią, rzecz jasna, projekcję jego własnych uwarunkowań; zaś ludzie 
wychowani w tradycji Kriszny mają doznania i wizje zrodzone z ich kultury. A zatem doznania 
niczego nie dowodzą. Uznanie wizji za Chrystusa lub Krisznę jest rezultatem uwarunkowanej 
wiedzy; tak więc w ogóle nie jest ona realna, jest wymysłem, mitem spotęgowanym przez 
doznania, czymś całkowicie nieprawomocnym. Dlaczego w ogóle pragniecie teorii i oferujecie 
coś, w co należy wierzyć? To nieustanne utwierdzanie się w wierze jest symptomem lęku - 
przed życiem codziennym, przed cierpieniem, przed śmiercią i przed całkowitym bezsensem 
życia. Widząc to wszystko, wymyślacie teorię, a im bardziej jest ona pomysłowa i uczona, tym 
większą przywiązujecie do niej wagę. A w wyniku trwającej dwa czy dziesięć tysięcy lat 
propagandy ta teoria w sposób nieuchronny i głupi staje się "prawdą". 
 
Ale jeśli nie wysuwacie żadnego dogmatu, to stajecie twarzą w twarz z tym, co faktycznie jest. 
"To, co jest" jest myślą, przyjemnością, cierpieniem i lękiem przed śmiercią. Gdy zrozumiecie 
strukturę swego codziennego życia - pełnego współzawodnictwa, chciwości, ambicji i dążenia 
do władzy - pojmiecie nie tylko absurdalność teorii, zbawicieli i guru, ale być może położycie 
kres cierpieniu, zniweczycie całą tę stworzoną przez myśl strukturę. 
 
Wniknięcie w tę strukturę i zrozumienie jej jest medytacją. Wtedy pojmiecie, że ten świat nie 
jest złudzeniem, ale straszliwą rzeczywistością, zbudowaną przez człowieka wspólnie z innymi 
ludźmi. To właśnie musimy zrozumieć, a nie wasze wedantyczne teorie powiązane z rytuałami i 
wszelkimi akcesoriami zinstytucjonalizowanej religii. 
 
Tylko umysł człowieka wolnego, nie powodowanego lękiem, zazdrością czy cierpieniem, 
spontanicznie staje się cichy i spokojny. Wówczas nie tylko z chwili na chwilę może on 
dostrzegać prawdę w życiu codziennym, ale jest w stanie wykroczyć poza wszelkie 
postrzeżenia; w rezultacie znika obserwujący i to, co obserwowane, i kończy się rozdwojenie. 
 
A poza tym wszystkim - i nie jest to teoria - istnieje, nie związany z tą walką, próżnością i 
rozpaczą, strumień, który nie ma początku ani końca; niezmierzony ruch, którego umysł nie jest 
w stanie pochwycić. 
 
Oczywiście, słuchając moich słów, spróbuje pan zrobić z tego teorię, a jeśli się spodoba, będzie 
ją pan propagował. Jednak to, co propagowane, nie jest prawdą. Prawda pojawia się tylko 
wtedy, gdy jest się wolnym od bólu, niepokoju i agresji, które teraz wypełniają pańskie serce i 

background image

umysł. Jeśli pan to wszystko ujrzy i napotka to błogosławieństwo zwane miłością, wtedy 
pojmie pan prawdę tych słów. 
 

 
W medytacji ważna jest jakość umysłu i serca. Nie to, co zyskujecie, nie przypisywane sobie 
osiągnięcia, ale umysł, który jest nieskalany i bezbronny. Stan pozytywny pojawia się dzięki 
negacji. Samo gromadzenie doświadczeń lub życie w ich obrębie niweczą czystość medytacji. 
Medytacja nie jest środkiem wiodącym do jakiegoś celu. Jest zarówno środkiem, jak i celem. 
Doznania nie mogą sprawić, by umysł stał się nieskalany. To negacja doznań wywołuje ów 
pozytywny stan czystości, którego myśl nie jest w stanie kształtować. Myśl nigdy nie jest 
czysta. Medytacja ucisza myśl; nie dokonuje tego medytujący, on bowiem jest medytacją. Bez 
medytacji żyjemy niczym ślepcy w cudownym świecie świateł i barw. 
 
Wędruj brzegiem morza i pozwól, by ta medytacja na ciebie zstąpiła. Jeżeli tak się stanie, nie 
podążaj za nią. To, za czym podążasz, będzie wspomnieniem tego, czym ona była - a to, co 
było, zabija to, co jest. A kiedy wędrujesz wśród wzgórz, pozwól, by wszystko wokół 
opowiadało ci o pięknie i bólu życia; w ten sposób uświadomisz sobie własne cierpienie i 
położysz mu kres. Medytacja jest korzeniem, łodygą, liśćmi, kwiatem i owocem. To słowa 
oddzielają owoc, kwiat, liście, łodygę i korzeń. Gdy dokona się taki podział, działanie nie rodzi 
dobra: cnota jest postrzeganiem całościowym. 
 
 
Ta długa, wąska, cienista droga z drzewami rosnącymi po obu stronach, wiła się wśród 
zielonych pól porośniętych lśniącym, dojrzewającym zbożem. Słońce rzucało ostre cienie, a 
mijane wioski były brudne, niechlujne i udręczone biedą. Starsi ludzie wyglądali chorobliwie i 
smutno, ale dzieci krzyczały, bawiły się w kurzu i rzucały kamieniami w siedzące wysoko na 
drzewach ptaki. W ten przyjemny, chłodny ranek, wśród wzgórz wiał ożywczy wiatr. 
 
Ptaki od świtu robiły mnóstwo hałasu. Papugi, ledwo widoczne wśród zielonych liści drzew, w 
tamaryndowcu miały kilka dziupli służących im za mieszkanie. Latały zygzakiem, ochryple 
skrzecząc. Szpaki siedziały na ziemi. Nie zachowywały się zbyt płochliwie, można było podejść 
dość blisko, nim odtruwały. A na drutach po przeciwnej stronie drogi siedziała złocistozielona 
muchołówka. Poranek był piękny, słońce jeszcze zbytnio nie przypiekało. W powietrzu unosiło 
się błogosławieństwo i ten spokój, jaki panuje, nim człowiek zbudzi się ze snu. 
 
Drogą przejeżdżał, ciągnięty przez konia, dwukołowy wóz; na jego platformie między czterema 
słupkami rozpięto markizę. Pod nią, owinięte w białe i czerwone sukno, leżały zwłoki, które 
wieziono nad rzekę, by je spalić na brzegu. Obok woźnicy siedział człowiek, prawdopodobnie 
krewny zmarłego, a ciało podskakiwało na tym wyboistym trakcie. Przyjechali zapewne z 
daleka, koń bowiem ociekał potem, a zwłoki wyglądały na zupełnie zesztywniałe. 
 
 
Mężczyzna, który nas tego dnia odwiedził, był - jak wyznał - instruktorem artyleryjskim w 

background image

marynarce wojennej. Przyszedł z żoną i dwójką dzieci, biła od niego powaga. Po przywitaniu 
oznajmił, iż pragnie znaleźć Boga. Był mało elokwentny i chyba nieśmiały. Jego dłonie i twarz 
świadczyły o pewnych uzdolnieniach, ale w głosie i spojrzeniu dało się wyczuć jakąś surowość 
- w końcu uczył sztuki zabijania. Zdawało się, że Bóg jest tak odległy od jego codziennych 
zajęć. Sprawiało to niesamowite wrażenie, siedział tu bowiem człowiek, który twierdził, iż 
gorliwie poszukuje Boga, a jednocześnie warunki życiowe zmuszały go do instruowania 
innych, jak zabijać. 
 
Powiedział, że jest człowiekiem religijnym i przeszedł przez wiele szkół różnych tak zwanych 
świętych ludzi. Żaden z nich go nie zadowolił i oto podjął długą podróż pociągiem i autobusem, 
aby się z nami spotkać, chciał bowiem dowiedzieć się, jak odnaleźć ten dziwny świat, którego 
szukali ludzie i święci. Jego żona i dzieci milczeli pełni szacunku, a na gałęzi tuż za oknem, 
delikatnie sobie gruchając, przysiadł jasnobrązowy gołąb. Mężczyzna ani razu nie spojrzał na 
ptaka, a dzieci i ich matka siedzieli sztywno, nerwowo i bez uśmiechu. 
 
Nie można znaleźć Boga; nie ma na to sposobu. Człowiek wymyślił wiele dróg, religii, wiar, 
wielu zbawców i nauczycieli, o których sądzi, że dopomogą mu znaleźć to nieprzemijające 
szczęście. Niestety, poszukiwanie prowadzi do rozmaitych umysłowych fantazji, do pewnych 
wizji, które umysł wytworzył i określił za pomocą tego, co zna. Miłość, jakiej człowiek 
poszukuje, jest niweczona przez sposób jego życia. Nie można w jednej ręce trzymać karabinu, 
a w drugiej Boga. Bóg jest jedynie symbolem, słowem, które faktycznie straciło swój sens, 
zniszczyły go bowiem kościoły i miejsca kultu. Oczywiście ten, kto nie wierzy w Boga, 
przypomina wierzącego; obaj cierpią i przeżywają niedole krótkiego i bezcelowego życia; a 
gorycze dnia codziennego pozbawiają to życie sensu. Rzeczywistość nie leży u kresu strumienia 
myśli, a puste serce wypełniają pomyślane słowa. Stajemy się bardzo przebiegli, wymyślamy 
nowe filozofie, a potem, gdy zawodzą, pogrążamy się w rozpaczy. Wynaleźliśmy teorie 
mówiące, jak osiągnąć to, co ostateczne, a potem wyznawca idzie do świątyni i pogrąża się w 
wytworach własnego umysłu. Ani mnich, ani człowiek świątobliwy tej rzeczywistości nie 
znajdą, bowiem obaj stanowią część tradycji, kultury, która uznaje ich za świętych i mnichów. 
 
Gołąb odfrunął, a nad ziemią unosi się piękno spiętrzonej chmury. Prawda jest tam, gdzie nigdy 
się nie spogląda. 
 

 
W tym starym ogrodzie władców z dynastii Mogołów rosło wiele ogromnych drzew. Wznosiły 
się tam wielkie budowle, ich mroczne wnętrza kryły marmurowe grobowce, a deszcze i wiatry 
sprawiły, że kamienie ścian, a zwłaszcza kopuły, pociemniały. Siedziały na nich setki gołębi 
walczących z krukami o miejsce. Niżej na kopule pełno było papug zlatujących się zewsząd 
stadami. Zadbane trawniki starannie strzyżono i podlewano. Panował tam spokój i, o dziwo, nie 
było zbyt tłocznie. Wieczorem służący z okolicy przyjeżdżali na rowerach, by na trawniku 
pograć w karty. Oni tę grę rozumieli, ale obserwator spoza ich kręgu nie mógłby się połapać w 
regułach. W pobliżu innego grobowca bawiły się gromadki dzieci. 
 

background image

Jeden z grobowców wyróżniał się wspaniałością, ogromnymi łukami, znakomitymi proporcjami 
i asymetrycznym murem w tle. Zbudowano go z cegieł, pod działaniem słońca i deszczu 
pociemniał, niemal poczerniał. Napis głosił, by nie niszczyć kwiatów, ale nikt się nim chyba nie 
przejmował, gdyż i tak je zrywano. 
 
Za aleją eukaliptusową rozciągał się ogród różany otoczony popękanym murem. Ten ogród, 
pełen wspaniałych róż, był pięknie zadbany, świeżo strzyżona trawa zawsze się zieleniła. 
Przychodziło tam chyba niewielu ludzi i można było spacerować w samotności, spoglądając na 
słońce zachodzące za drzewami i za kopułą grobowca. Panował tam wielki spokój, zwłaszcza 
pod wieczór, wśród długich cieni, z dala od zgiełku miasta, od nędzy i od brzydoty ludzi 
bogatych. Cyganie wyrywali z trawników chwasty. Człowiek stopniowo niszczył to przepiękne 
miejsce. 
 
W odległym zakątku trawnika siedział w pozycji kwiatu lotosu mężczyzna, za nim stał rower. 
Miał zamknięte oczy, jego wargi się poruszały. Trwał w tej pozycji przez ponad pół godziny, 
całkowicie odcięty od świata, od przechodniów i wrzasku papug. Jego ciało ani drgnęło. W 
dłoniach trzymał różaniec okryty kawałkiem tkaniny. Jedynie palce i wargi wykonywały 
dostrzegalne ruchy. Przychodził tu co wieczór, zapewne po całodniowej pracy. Był dość 
biedny, lecz nieźle odżywiony. Zawsze pojawiał się w tym zakątku, by pogrążyć się w sobie. 
Gdyby go spytano, co robi, odparłby, że medytuje, powtarza pewną modlitwę lub mantrę - i to 
mu wystarczało. Dawało wytchnienie od codziennej monotonii życia. Siedział na trawniku sam. 
Za nim kwitł jaśmin, wokół rosło mnóstwo kwiatów, otaczało go piękno tej chwili. Jednak on 
tego piękna nie dostrzegał, pogrążony w pięknie, które sam stworzył. 
 
 
Medytacja nie polega na powtarzaniu jakiegoś słowa, doznawaniu wizji czy pogrążaniu się w 
ciszy. Różaniec i słowo wyciszają paplaninę umysłu, ale jest to pewna odmiana autohipnozy. 
Równie dobrze można by zażyć pigułkę. 
 
Medytacja nie polega na przyoblekaniu się w jakieś myślowe schematy, na poddawaniu się 
czarowi przyjemności. Medytacja nie zaczyna się, a zatem się nie kończy. 
 
Jeśli powiadasz "Od dziś zaczynam kontrolować swe myśli, nieruchomo siedzieć w postawie 
medytacyjnej, regularnie oddychać", to dajesz się zwieść sztuczkom, za pomocą których 
oszukujemy sami siebie. Medytacja nie polega na tym, że pochłania nas jakaś wspaniała idea 
lub obraz: to tylko ucisza nas na moment, tak jak dziecko pochłonięte zabawką na chwilę się 
uspokaja. Ale gdy tylko zabawka przestaje budzić zainteresowanie, powraca niepokój i 
zaczynają się psoty. Medytacja nie polega na podążaniu niewidoczną ścieżką wiodącą do 
jakiegoś wyimaginowanego szczęścia. Medytujący umysł postrzega - patrzy, słucha, bez słów, 
bez komentarzy, bez opinii - przez cały dzień uważnie śledzi ruch życia we wszystkich jego 
związkach. A w nocy, gdy cały organizm odpoczywa, medytujący umysł nie śni, czuwał 
bowiem od świtu do zmroku. Sny miewa tylko człowiek opieszały; tylko ten, kto trwa w 
półśnie, potrzebuje wskazówek dotyczących jego własnych stanów. Ale w miarę, jak umysł 
patrzy, słucha poruszeń życia, zarówno zewnętrznego, jak i wewnętrznego, spływa na niego 

background image

cisza, która nie jest wytworem myśli. 
 
Nie jest to cisza, jakiej doznać może ten, kto obserwuje. Jeśli jej doznaje i rozpoznaje ją, to ona 
nie jest już ciszą. Cisza medytującego umysłu nie mieści się w granicach tego, co 
rozpoznawalne, albowiem nie ma ona granic. Istnieje tylko cisza, w niej niknie przestrzeń 
podziałów. 
 
 
Wzgórza okrywały chmury, deszcz zmywał skały i wielkie głazy rozrzucone po okolicy. Szary 
granit przecinała czarna smuga; tego ranka ta ciemna, bazaltowa skała, obmyta strugami 
deszczu, pociemniała jeszcze bardziej. Sadzawki napełniały się wodą, żaby wydawały gardłowe 
odgłosy. Stado papug nadleciało znad pól, szukając schronienia, małpy wdrapywały się na 
drzewa, a czerwona ziemia ściemniała. 
 
Podczas deszczu panuje szczególna cisza, a tego ranka wydawało się, że wszystkie dźwięki w 
dolinie umilkły - odgłosy gospodarstw, ścinanych drzew i warkot traktora. Słychać było jedynie 
krople opadające z dachu i bulgotanie wody w rynnach. 
 
Jak to cudownie czuć na sobie deszcz, przemoknąć do suchej nitki i poczuć, z jaką rozkoszą 
ziemia i drzewa wchłaniają wodę; nie padało bowiem już od dawna i oto teraz małe pęknięcia w 
ziemi zwierały się. Deszcz uciszył śpiewy licznych ptaków. Chmury nadciągały ze wschodu, 
ciemne, ciężkie i odpływały na zachód. Zagarniały ze sobą wzgórza, a zapach ziemi przenikał 
do każdego zakamarka. Padało przez cały dzień. 
 
Ciszę nocną przerywały pohukiwania sów nawołujących się ponad doliną. 
 
 
Był nauczycielem szkolnym, braminem, ubranym w czyste dhoti. Miał gołe stopy i europejską 
koszulę, schludny mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu. W jego zachowaniu dało się wyczuć 
łagodność, a słowa powitania wyrażały pokorę. Niezbyt wysoki, mówił dość dobrze po 
angielsku, uczył bowiem w mieście tego języka. Nie zarabiał, jak wyznał, zbyt wiele i, jak 
wszyscy nauczyciele na świecie, borykał się z problemami finansowymi. Miał oczywiście żonę 
i dzieci, ale nie wspominał o tym, tak jakby niewiele to dla niego znaczyło. Był dumny nie 
dlatego, iż coś osiągnął albo się dobrze lub bogato urodził, charakteryzowała go natomiast ta 
duma starożytnej rasy, przedstawiciela odwiecznej tradycji, systemu intelektualnego i 
moralnego, który faktycznie nie miał nic wspólnego z tym, kim był naprawdę. Jego duma 
wiązała się z przeszłością, którą reprezentował, a lekceważenie przezeń dzisiejszych 
komplikacji życia stanowiło gest człowieka, który uważa to wszystko za 
nieuniknione-ale-jakże-zbędne. Mówił z południowym akcentem, twardo i głośno. Wyznał, że 
przez wiele lat słuchał mów, tu pod tymi drzewami. Po raz pierwszy, gdy był jeszcze uczniem 
licealnym, przyprowadził go ojciec, później, odkąd otrzymał obecną, marną pracę, przybywał 
tutaj co rok. 
 
"Słuchałem pana przez wiele lat. Być może intelektualnie rozumiem, co pan mówi, ale to chyba 

background image

nie przenika zbyt głęboko. Podoba mi się sceneria tych drzew, pod którymi wygłasza pan mowy 
i patrzę na zachód słońca, gdy pan go - tak często w trakcie mów - wskazuje, ale tego nie czuję, 
nie potrafię dotknąć liścia i odczuć radości cieni tańczących na ziemi. Faktycznie nic nie czuję. 
Bardzo wiele, rzecz jasna, czytałem, zarówno literaturę angielską, jak i rodzimą. Potrafię 
recytować wiersze, ale wymyka mi się piękno leżące poza słowem. Staję się coraz surowszy, 
nie tylko w stosunkach z żoną i z dziećmi, ale ze wszystkimi. W szkole częściej krzyczę. 
Zastanawiam się, dlaczego przestało mnie cieszyć zachodzące słońce - jeśli kiedykolwiek 
cieszyło! Zastanawiam się, dlaczego nie oburza mnie już całe zło istniejące na świecie. 
Postrzegam chyba wszystko intelektualnie i prawie z każdym mogę - tak mi się przynajmniej 
wydaje - rozumnie dyskutować. A zatem, dlaczego rozwiera się ta przepaść między intelektem 
a sercem? Dlaczego utraciłem miłość i to uczucie autentycznego współczucia i troski?" 
 
Proszę spojrzeć na to pnącze za oknem. Czy w ogóle pan je widzi? Czy widzi pan na nim 
odblaski światła, przejrzystość liści, barwę, kształt, charakter tej rośliny? 
 
"Patrzę na nią, ale nic to dla mnie nie znaczy. I takich jak ja są miliony. A zatem wracam do 
swego pytania - dlaczego rozwiera się ta przepaść pomiędzy intelektem a uczuciami?" 
 
Czy jest tak dlatego , że źle nas wykształcono, rozwijając jedynie pamięć, a nigdy, od 
najwcześniejszego dzieciństwa, nie pokazano nam drzewa, kwiatu, ptaka lub rozlanych wód? 
Czy dlatego, że zmechanizowaliśmy życie? Czy z powodu przeludnienia? Na każdą posadę 
czekają tysiące chętnych. A może jest tak z powodu dumy, dumy z własnej sprawności, dumy 
rasowej, dumy z myślowego sprytu? Czy sądzi pan, że tak właśnie jest? 
 
Pyta pan, czy jestem dumny - tak, jestem". 
 
To jednak jest tylko jeden z powodów, dla których tak zwany intelekt dominuje. Czy dzieje się 
tak dlatego , że niesłychanej wagi nabrały słowa, a nie to, co kryje się poza czy ponad nimi? 
Lub dlatego , iż doznał pan niepowodzeń, że na różne sposoby, być może nie zdając sobie z 
tego sprawy, uległ pan zahamowaniom? We współczesnym świecie panuje kult intelektu, a im 
ktoś jest bardziej sprytny i przebiegły, tym więcej zyskuje. 
 
"Być może to wszystko prawda, ale co to ma za znaczenie? Oczywiście możemy bez końca 
analizować, opisywać przyczyny, ale czy to zapełni przepaść pomiędzy umysłem a sercem? To 
właśnie chcę wiedzieć. Czytałem niektóre książki psychologiczne i naszą rodzimą starożytną 
literaturę, ale nic mnie nie poruszyło. A zatem przyszedłem teraz do pana, choć dla mnie jest 
już chyba za późno". 
 
Czy naprawdę zależy panu na tym, aby umysł i serce zlały się w jedno? Czy nie jest pan 
faktycznie zadowolony ze swych intelektualnych zdolności? Być może pytanie, jak zespolić 
umysł i serce, ma charakter jedynie akademicki? Dlaczego zależy panu na uzyskaniu tej 
jedności? To nadal jest problem intelektualny, nie wypływa z autentycznej troski o zanik 
własnych uczuć, co stanowi część pańskiego ja, nieprawdaż? Podzieliwszy życie na intelekt i 
serce, obserwuje pan intelektualnie, jak serce więdnie i werbalnie to pana niepokoi. A niech 

background image

zwiędnie! Niech pan żyje samym intelektem. Czy to możliwe? 
 
"Ależ doznaję uczuć". 
 
A czy te uczucia nie są w rzeczywistości sentymentalnym, emocjonalnym pobłażaniem sobie? 
O tym, rzecz jasna, nie mówimy. Mówimy: Wyzbądź się miłości, jest nieważna. Żyj bez reszty 
swym intelektem i werbalnymi sztuczkami, swą przebiegłą argumentacją. I kiedy faktycznie tak 
pan żyje - co się dzieje? Pański sprzeciw budzi destruktywny charakter tego intelektu, który pan 
tak czci. Ten destruktywny charakter wywołuje tak wiele problemów. Zapewne dostrzega pan 
skutki intelektualnych działań w świecie - wojny, współzawodnictwo, arogancja władzy - i 
może przeraża pana to, co jeszcze się zdarzy, przeraża ludzka niemoc i rozpacz. Dopóki trwa 
ten podział między uczuciami a intelektem, dominacja jednego nad drugim, dopóty muszą się 
one wzajemnie niszczyć; nie ma między nimi pomostu. Mógł pan słuchać tych mów przez wiele 
lat i być może bardzo się pan starał, aby umysł i serce zjednoczyć, ale to umysł podejmuje ten 
wysiłek, a zatem podporządkowuje sobie serce. Miłość nie należy do żadnego z nich, obca jest 
jej bowiem dominacja. Nie jest to coś zrodzonego przez myśl czy przez uczucie. Nie jest to ani 
słowo stworzone przez intelekt, ani zmysłowa reakcja. Powiada pan "Muszę kochać, aby zaś 
kochać, muszę rozwijać serce". Ale jest to rozwój umysłowy, a zatem zachowuje odrębność 
serca i umysłu; nie można ich połączyć czy zjednoczyć dla jakiegoś utylitarnego celu. Miłość 
musi stanowić początek starań, a nie ich kres. 
 
"A zatem, co mam czynić?" 
 
Jego oczy zajaśniały, ciało poruszyło się. Wyjrzał przez okno i powoli coś się w nim rozpalało. 
Nie można niczego uczynić. Proszę w to nie ingerować! Proszę słuchać. I zobaczyć, jak piękny 
jest ten kwiat. 
 

 
Medytacja rozwija to, co nowe. Jest poza i ponad powtarzającą się przeszłością - medytacja 
kładzie tym powtórzeniom kres. Śmierć, wywołana medytacją, unieśmiertelnia to, co nowe. Nie 
należy ono do dziedziny myśli, a medytacja wycisza myśl. 
 
Medytacja to nie osiągnięcie, pogoń za jakąś wizją czy ekscytacja wrażeniami. Jest niczym 
nieposkromiona rzeka wartko płynąca i występująca z brzegów. Jest muzyką bez dźwięków; nie 
da się jej oswoić i spożytkować. Jest ciszą, w której od samego początku nie ma tego, kto 
obserwuje. 
 
Słońce jeszcze nie wzeszło; między drzewami lśniła gwiazda poranna. Panowała naprawdę 
niezwykła cisza. Nie cisza oddzielająca dwa dźwięki czy dwie nuty, ale cisza istniejąca bez 
powodu - cisza, jaka musiała panować na początku świata. Ogarniała całą dolinę i wzgórza. 
 
Dwie duże, nawołujące się sowy, jej nie zakłócały, a pies wyjący w oddali do księżyca stanowił 
część tego bezmiaru. Gdy słońce ukazało się ponad wzgórzem, wyjątkowo obfita rosa rozbłysła 

background image

mnóstwem barw i tą poświatą, jaką rzucają jego pierwsze promienie. 
 
Delikatne liście żakarandy uginały się od rosy, ptaki podlatywały, by zażyć porannej kąpieli; 
trzepotały skrzydłami tak, aby woda z listków zwilżyła im pióra. Kruki ze szczególnym uporem 
przeskakiwały z gałęzi na gałąź, wciskały głowę między liście, trzepotały skrzydłami i 
wygładzały pióra dziobem. Było ich na jednej grubej gałęzi z pół tuzina, na całym tym drzewie 
siedziało też wiele innych kąpiących się ptaków. 
 
A ta cisza rozprzestrzeniała się, zdawała się przekraczać linię wzgórz. Jak zwykle dzieci 
krzyczały i śmiały się, gospodarstwo budziło się za snu. 
 
Zapowiadał się chłodny dzień. Światło słońca padło teraz na wzgórza, bardzo stare, podobno 
najstarsze na świecie. Skały o przedziwnych kształtach sprawiały wrażenie bardzo starannie 
wyciosanych i poustawianych jedna na drugiej; ale żaden wiatr czy pchnięcie nie byłyby w 
stanie naruszyć ich równowagi. 
 
Przez tę odległą od miast dolinę wiodła droga do innej wioski. Tą wyboistą drogą nie jeździły 
samochody czy autobusy, które zakłócałyby odwieczny spokój tego miejsca. Woły ciągnęły 
wozy, ale ich ruch stanowił część wzgórz. Wyschnięte koryto rzeki jedynie po ulewnych 
deszczach napełniało się wodą o barwie będącej mieszaniną czerwieni, żółci i brązu; lecz i ona 
wydawała się płynąć wraz ze wzgórzami. Wieśniacy zaś, przechodzący cicho obok, 
przypominali skały. 
 
Dzień wolno mijał, a pod wieczór, gdy słońce kryło się za pagórki, ponad wzgórzami, przez 
lasy, nadciągnęła z oddali cisza, otulając małe krzaczki i prastary figowiec. A kiedy gwiazdy 
rozbłysły, stała się niezwykle intensywna, prawie nie do zniesienia. 
 
Zgaszono małe, wiejskie lampki, a gdy wszyscy zasnęli, intensywność tej ciszy pogłębiła się, 
poszerzyła i niesłychanie spotęgowała. Nawet wzgórza umilkły jeszcze bardziej, bo i one 
przerwały swe szepty, zamarły w bezruchu, wydawało się, że tracą swój olbrzymi ciężar. 
 
Powiedziała, że ma czterdzieści pięć lat; starannie ubrana w sari, na przegubach rąk nosiła 
bransolety. Towarzyszący jej starszy mężczyzna przedstawił się jako wuj. Usiedliśmy wszyscy 
na podłodze, przed nami roztaczał się widok na duży ogród, w którym rósł krzew pieprzowca, 
kilka drzew mango, jaskrawo kwitnące pnącza i palmy. Bił od niej straszliwy smutek. Jej ręce 
wciąż drżały i z trudnością powstrzymywała się, by nie zacząć mówić, a może, by nie 
wybuchnąć płaczem. "Przyszliśmy porozmawiać z panem o mojej siostrzenicy - rzekł wuj. - 
Kilka lat temu umarł jej mąż, a potem syn. Od tego czasu wciąż płacze, bardzo się postarzała. 
Nie wiemy, co robić. Zwykłe rady lekarzy nie pomagają, ona najwyraźniej traci kontakt ze 
swymi dziećmi. Chudnie. Nie wiemy, czym to się skończy, uparła się, by pana odwiedzić". 
 
"Cztery lata temu straciłam męża. Był lekarzem, umarł na raka. Ukrywał to przede mną, 
dowiedziałam się o tym dopiero na jakiś rok przed śmiercią. Straszliwie cierpiał, choć lekarze 
dawali mu morfinę i inne środki znieczulające. Na moich oczach marniał i w końcu umarł". 

background image

 
Przerwała, prawie dławiąc się łzami. Na gałęzi siedział gołąb, cicho gruchając. Był 
brązowo-szary, miał małą głowę i spory tułów - nie za duży, wszak to gołąb. Akurat odleciał, a 
poruszona przez ptaka gałąź kołysała się w górę i w dół. 
 
"Jakoś nie mogę znieść mojej samotności, tej bezsensownej egzystencji bez niego. Kochałam 
swoje dzieci; miałam ich troje, chłopca i dwie dziewczynki. W zeszłym roku chłopiec przysłał 
ze szkoły list, że nie czuje się dobrze, a kilka dni później dyrektor zatelefonował, by mi 
powiedzieć, że syn nie żyje". 
 
W tym momencie straciła panowanie nad sobą i zaczęła płakać. Pokazała list od chłopca, który 
pisał, iż chciałby przyjechać do domu, gdyż niedobrze się czuje i wyrażał nadzieję, że matka 
jest zdrowa. Syn, jak wyjaśniła, troszczył się o nią; zamiast jechać do szkoły, chciał z nią 
pozostać. W jakimś stopniu zmusiła go do wyjazdu, obawiając się, by jej żal źle na niego nie 
wpłynął. A teraz było za późno. Obie dziewczynki, jak powiedziała, były zbyt małe, by zdać 
sobie w pełni sprawę z tego, co zaszło. Nagle wybuchła: 
 
"Nie wiem, co robić. Ta śmierć podważyła podstawy mego życia. Nasze małżeństwo, tak jak 
dom, wznosiliśmy starannie na czymś, co uważaliśmy za trwały fundament. A teraz to straszne 
zdarzenie zniszczyło wszystko". 
 
Wuj, najwyraźniej wierzący tradycjonalista, dodał: "Bóg ją w ten sposób doświadczył. 
Uczestniczyła we wszystkich niezbędnych ceremoniach, ale to jej nie pomogło. Ja wierzę w 
reinkarnację, jednak jej to nie przynosi pocieszenia. Nie chce nawet o tym słuchać. Dla niej to 
wszystko jest bez sensu i nie potrafimy podtrzymać jej na duchu". 
 
Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy. Jej chustka do nosa zupełnie już przemokła; świeża z szuflady 
pomogła otrzeć łzy z policzków. Czerwone pnącze zaglądało przez okno, a na każdym liściu 
lśniło jasne, południowe światło. 
 
Czy mamy porozmawiać o tym poważnie, sięgnąć do samych korzeni? Czy raczej pragnie pani, 
by jakieś wyjaśnienie, jakiś rozsądny argument, przyniosły jej pocieszenie, by jakieś miłe słowa 
rozproszyły jej smutek? 
 
"Chciałabym wniknąć w to głęboko, ale nie wiem, czy starczy mi zdolności lub energii, by 
stanąć twarzą w twarz z tym, co pan powie - odparła. - Gdy żył mój mąż, przychodziliśmy 
słuchać niektórych z pańskich mów, ale teraz być może trudno będzie mi się z tym zgodzić". 
 
Dlaczego pani cierpi? Proszę nie podawać wyjaśnień, gdyż będą to jedynie słowne konstrukcje 
zbudowane z pani uczuć, a nie to, co jest faktem. A zatem, gdy zadajemy pani pytanie, proszę 
nie odpowiadać. Po prostu proszę słuchać i samodzielnie odkrywać. Dlaczego trwa to cierpienie 
wywołane śmiercią - w każdym domu, bogatym i biednym, od władców tego kraju do 
żebraków? Dlaczego pani cierpi? Czy z powodu utraty męża, czy ze względu na siebie samą? 
Jeśli jego pani opłakuje, to czy te łzy mu pomogą? On odszedł raz na zawsze. Cokolwiek pani 

background image

zrobi, nie odzyska go. Nie przywrócą go ani łzy, ani wiara, ani żadne ceremonie czy bogowie. 
To jest fakt, który musi pani zaakceptować; nic na to nie można poradzić. Jednak jeżeli płacze 
pani nad sobą, nad swą samotnością, pustką życia, nad utratą przyjemności zmysłowych i 
towarzystwa, to płacz ten jest oznaką wewnętrznej pustki i użalania się nad sobą. Być może po 
raz pierwszy w życiu zdaje sobie pani sprawę z własnego wewnętrznego ubóstwa. Wiele, jeśli 
można to delikatnie zauważyć, zainwestowała pani w swego męża, a ta inwestycja zapewniała 
wygodę, zadowolenie i przyjemność. Czyż wszystko, co teraz pani czuje - bolesna strata, 
udręka samotności i niepokój - nie jest formą użalania się nad sobą? Proszę się temu przyjrzeć, 
nie znieczulać na to swego serca i nie mówić "Kochałam swego męża, a zupełnie nie myślałam 
o sobie. Chciałam go chronić, czasem wprawdzie próbowałam nad nim zapanować, ale robiłam 
to wszystko dla niego i nigdy o siebie nie dbałam". Teraz, gdy on odszedł, zaczyna pani 
pojmować swój rzeczywisty stan, nieprawdaż? Jego śmierć stanowiła wstrząs i ukazała 
faktyczny stan pani serca i umysłu. Być może nie będzie pani chciała się temu przyjrzeć; być 
może odrzuci pani tę prawdę, gdyż wywołuje ona lęk, ale wystarczy nieco dłuższa obserwacja, 
by spostrzec, iż płacze pani z powodu własnej samotności, z powodu własnego wewnętrznego 
ubóstwa - czyli z żalu nad sobą. 
 
"Czy nie jest pan zbyt okrutny? - odrzekła. - Przyszłam do pana, szukając prawdziwego 
pocieszenia, a co otrzymuję?" 
 
Oto jedno ze złudzeń, którym ulega większość ludzi: złudzenie, że istnieje coś takiego jak 
wewnętrzne pocieszenie; iż można je od kogoś otrzymać lub znaleźć w sobie. Obawiam się, że 
niczego takiego nie ma. Jeśli szuka się pocieszenia, to jest się skazanym na życie wśród 
złudzeń, a gdy one pryskają, pogrążamy się w smutku, bowiem odebrano nam pocieszenie. A 
zatem, aby zrozumieć cierpienie i je przezwyciężyć, musimy naprawdę widzieć, co się w 
naszym wnętrzu dzieje, a nie ukrywać tego przed sobą. Wskazanie na to wszystko nie jest 
chyba okrucieństwem? Nie jest to coś brzydkiego, czego należałoby unikać. Gdy jasno to 
wszystko widzimy, natychmiast się z tego wydobywamy, bez rysy, bez skazy, odświeżeni, 
nietknięci przez wypadki życiowe. Śmierć jest nieunikniona, nie sposób przed nią uciec. 
Próbujemy znaleźć jakiekolwiek wyjaśnienie, czepiamy się każdej wiary w nadziei 
wykroczenia poza nią, ale ona i tak wciąż czyha; jutro, tuż za rogiem lub za wiele lat - czyha 
nieustannie. Musimy z tym olbrzymim, życiowym faktem stanąć twarzą w twarz. 
 
"Ale... - rzekł wuj, i tu wyszła na jaw tradycyjna wiara w atmana, w duszę, trwałą istotę, która 
nie przemija. Teraz znalazł się na własnym gruncie, na wydeptanych ścieżkach przebiegłych 
argumentów i cytatów. Nagle wyprostował się, a w jego oczach zabłysła chęć walki, walki na 
słowa. Współczucie, miłość i zrozumienie znikły. Stał na świętym gruncie wiary, tradycji, 
przygnieciony ciężarem uwarunkowań. - Ale atman jest w każdym z nas! Odradza się, aż nie 
pojmie, że jest brahmanem. Musimy przejść przez cierpienia, aby dojść do tej rzeczywistości. 
Żyjemy wśród złudzeń; ten świat jest złudzeniem. Istnieje tylko jedna rzeczywistość". 
 
I zamknął się w sobie! Kobieta spojrzała na mnie, nie zwracając na wuja zbytniej uwagi, a na 
jej twarzy zaczął się pojawiać łagodny uśmiech; oboje popatrzyliśmy na gołębia, który akurat 
powrócił i usiadł na jasnoczerwonym pnączu. 

background image

 
Nie ma nic trwałego, czy to na ziemi, czy w nas samych. Myśl może nadać ciągłość temu, 
czego dotyczy; utrwalić słowo, ideę, tradycję. Myśl sądzi o sobie, że jest trwała, ale czy 
naprawdę jest? Jest reakcją pamięci, a czy ta pamięć jest trwała? Może stworzyć obraz i nadać 
mu ciągłość, trwałość, nazwać go atmanem lub jakoś inaczej; może też pamiętać twarz żony 
czy męża i trwać przy tym. Wszystko to składa się na aktywność myśli stwarzającej lęk, a lęk 
ów wywołuje pogoń za trwałością - lęk, że jutro zabraknie nam pożywienia lub domu - lęk 
przed śmiercią. Ten lęk, podobnie jak brahman, jest wytworem myśli. 
 
"Pamięć i myśl są niczym świeca - wtrącił się wuj. - Gasisz ją i znów zapalasz; zapominasz, a 
potem znów pamiętasz. Umierasz i odradzasz się w następnym życiu. Płomień świecy jest ten 
sam i nie ten sam. A zatem płomień cechuje pewna ciągłość". 
 
Ale płomień, który został zgaszony, nie jest tym samym co nowy. Aby nowy mógł zapłonąć, 
stary musi zgasnąć. Jeśli nieustanne modyfikacje zachowują ciągłość, to w ogóle nie pojawia 
się nic nowego. Tysiąc dni wczorajszych nie stanie się nowym dniem; nawet świeca się spala. 
Wszystko musi przeminąć, aby zaistniało nowe. 
 
W tym momencie wuj nie może odwołać się do cytatów, wierzeń lub tego, co powiedzieli inni, 
a zatem zamyka się w sobie i milknie, zakłopotany, a może raczej zły, odsłonił się bowiem 
przed sobą, a - podobnie jak jego siostrzenica - nie chce stanąć twarzą w twarz z faktem. 
 
"Nie obchodzi mnie to - powiedziała kobieta. - Jestem w skrajnej rozpaczy. Straciłam męża i 
syna, zostało mi jeszcze dwoje dzieci. Co mam robić?" 
 
Jeśli troszczy się pani o dzieci, to nie wolno troszczyć się o siebie i swoją rozpacz. Musi się 
pani nimi opiekować, należycie je wykształcić, wychować, chroniąc przed panoszącą się 
miernotą. Ale jeśli jest pani pochłonięta użalaniem się nad sobą, nazywając to "miłością do 
męża" i zamykając się w sobie, to niszczy pani również pozostałą dwójkę dzieci. Świadomie 
czy nieświadomie jesteśmy wszyscy absolutnymi egoistami i dopóki dostajemy to, czego 
pragniemy, dopóty uważamy, że wszystko jest w porządku. Ale w chwili, gdy jakieś zdarzenie 
to niweczy, wydajemy okrzyk rozpaczy, szukając jednocześnie innych pocieszeń, które, rzecz 
jasna, znów zostaną zniweczone. I tak w kółko. Dlatego, jeśli chce pani dać się temu 
wszystkiemu usidlić, znając dobrze wszystkie następstwa owego procesu, to proszę postępować 
tak dalej. Ale jeśli pojmie pani, jak bardzo to wszystko jest absurdalne, to spontanicznie 
przestanie pani płakać, przestanie się izolować i będzie żyć z dziećmi z nowym światłem i z 
uśmiechem na twarzy. 
 

 
Cisza ma wiele cech. Jest cisza między jednym hałasem a drugim, cisza między dwoma tonami 
i cisza rozciągająca się między dwiema myślami. Jest ta osobliwa, pełna spokoju, przenikająca 
cisza, jaka zapada wieczorem na wsi; jest cisza, w której słychać szczekanie psa w oddali lub 
gwizd pociągu wjeżdżającego pod górę; cisza panująca w domu, gdy wszyscy zasnęli, 

background image

szczególnie intensywna, gdy budzisz się w środku nocy i nasłuchujesz sowy pohukującej w 
dolinie; jest też cisza trwająca zanim odpowie jej inna sowa. Jest cisza starego, opuszczonego 
domu i cisza gór; cisza panująca między dwojgiem ludzi, kiedy to samo ujrzeli, to samo poczuli 
i uczynili. 
 
Tej nocy, zwłaszcza w owej odległej dolinie z prastarymi wzgórzami, na stokach których tkwią 
osobliwie ukształtowane głazy, cisza była równie realna jak ściana, której dotykałeś. Patrzyłeś 
przez okno na roziskrzone gwiazdy. Ta cisza nie powstała sama przez się dlatego, że ziemia 
ucichła, a wieśniacy zasnęli, ale nadciągała zewsząd - z odległych gwiazd, z tych ciemnych 
wzgórz, a także z twego umysłu i serca. Ta cisza wydawała się otulać wszystko, od 
najmniejszego ziarnka piasku w korycie rzeki - którym woda płynęła jedynie podczas deszczu - 
do wysokiego, rozłożystego figowca i powiewów wiatru. Jest cisza umysłu, której nie mąci 
żaden hałas, żadna myśl ani przemijający wicher doznań. Ona właśnie jest nieskalana, a zatem 
wieczna. Gdy panuje owa cisza umysłu, bierze z niej początek działanie, które nie powoduje 
zamętu i niedoli. 
 
Medytacja absolutnie cichego umysłu jest tym błogosławieństwem, którego ludzie wciąż 
szukają. Ta cisza ma wszelkie cechy ciszy. 
 
Jest ta dziwna cisza panująca w świątyni lub w pustym kościele na zabitej deskami wsi, której 
nie mąci zgiełk turystów i wyznawców. Zaś intensywna cisza rozciągająca się nad wodą jest 
częścią tej, która nie mieści się w granicach ciszy umysłu. 
 
Medytujący umysł zawiera w sobie całą tę różnorodność, zmiany i poruszenia ciszy. Taki cichy 
umysł jest umysłem prawdziwie religijnym, a cisza bogów jest ciszą ziemi. Medytujący umysł 
płynie w tej ciszy, miłość zaś jest jego sposobem bycia. W tej ciszy jest radość i śmiech. 
 
Wuj przyszedł znowu, tym razem bez siostrzenicy. Był staranniej ubrany, bardziej też 
niespokojny i zafrapowany; w skutek powagi i niepokoju jego twarz pociemniała. Usiedliśmy 
na twardej podłodze, a czerwone pnącze spoglądało na nas przez okno. Gołąb miał zapewne 
przyfrunąć nieco później. Zawsze pojawiał się nad ranem o tej porze; siadał na gałęzi w tym 
samym miejscu, tyłem do okna, z głową zwróconą na południe, jego gruchanie miękko 
napływało do wnętrza pokoju. 
 
"Chciałbym pomówić o nieśmiertelności i doskonaleniu życia w miarę, jak ewoluuje ono ku 
ostatecznej rzeczywistości. Z pańskich słów wynika, że ma pan bezpośredni wgląd w to, co jest 
prawdą, a my, nie wiedząc, zdani jesteśmy na wiarę. Naprawdę niczego o atmanie nie wiemy; 
znamy jedynie słowo. Symbol stał się dla nas rzeczywistością, a gdy opisuje pan symbol - jak to 
miało miejsce podczas naszego ostatniego spotkania - nas to przeraża. Ale mimo lęku lgniemy 
do tego, albowiem faktycznie niczego nie wiemy poza tym, czego nas nauczono, co powiedzieli 
dawni nauczyciele i tak wciąż żyjemy z brzemieniem tradycji. A zatem, po pierwsze, chcę 
wiedzieć, czy istnieje ta niezmienna rzeczywistość, ta rzeczywistość - nazwijmy ją atmanem 
czy duszą - która trwa po śmierci. Nie boję się śmierci. Widziałem, jak umierała moja żona i 
kilkoro moich dzieci. Pytam o tego atmana jako o rzeczywistość. Czy istnieje we mnie ta trwała 

background image

istota?" 
 
Gdy mówimy o ciągłości, to czy chodzi nam o coś, co trwa, choć wokół wszystko wciąż się 
zmienia, trwa wbrew doznaniom, wbrew rozlicznym niepokojom, cierpieniom i 
okrucieństwom? O coś nieprzemijającego? Po pierwsze, w jaki sposób możemy to stwierdzić? 
Czy można tego szukać za pomocą myśli, słów? Czy to, co nietrwałe, może odkryć to, co 
trwałe? Czy to, co nieustannie się zmienia - myśl - może odkryć to, co nie podlega zmianom? 
Myśl może nadać trwałość idei, atmanowi lub duszy, i powiedzieć: "Oto jest rzeczywistość", 
albowiem myśl wywołuje lęk przed tą nieustanną zmianą, a z powodu tego lęku szuka czegoś 
trwałego - trwałej więzi między ludźmi, trwałej miłości. Myśl sama jest nietrwała, zmienna, a 
zatem wszystko, co wynajduje jako coś trwałego, jest, tak jak i ona sama, nietrwałe. Może przez 
cale życie lgnąć do wspomnień i utrzymywać, że są trwale, a następnie zadawać pytanie, czy 
będą one nadal istnieć po śmierci. Myśl tę rzecz stworzyła, nadała jej ciągłość, pielęgnowała ją 
dzień po dniu i jej się trzyma. Jest to największe ze złudzeń, ponieważ myśl żyje w czasie, a to, 
czego doświadczyła wczoraj, pamięta dziś i jutro; z tego rodzi się czas. Istnieje zatem 
niezmienność czasu, a także niezmienność, jaką myśl nadała idei ostatecznego osiągnięcia 
prawdy. Wszystko to jest wytworem myśli - lęk, czas i osiąganie czegoś, wieczne stawanie się. 
 
"Kim jednak jest ten, kto myśli - ten, kto ma te wszystkie myśli?" 
 
Czy w ogóle istnieje ten, kto myśli, czy też istnieje tylko myśl, która stwarza myślącego? A 
ustanowiwszy go, wymyśla następnie to, co trwałe, duszę, atmana. 
 
"Czy chce pan powiedzieć, że przestaję istnieć, gdy nie myślę?" 
 
Czy kiedykolwiek przydarzyło się panu w spontaniczny sposób znaleźć się w stanie, w którym 
nie ma ani śladu myśli? Czy w tym stanie ma się świadomość siebie jako kogoś, kto myśli, 
obserwuje, doświadcza? Myśl jest reakcją pamięci, a wiązka wspomnień jest tym, kto myśli. 
Gdy nie ma myśli, to czy w ogóle istnieje to "ja", na temat którego czynimy tyle zamętu i 
hałasu? Nie mówimy teraz o człowieku w stanie amnezji, o takim, który śni na jawie lub 
poddaje myśl kontroli, by ją wyciszyć, mówimy o umyśle w stanie pełnej czujności. Jeśli nie 
istnieje żadna myśl i żadne słowo, to czy umysł nie znajduje się w zupełnie innym wymiarze? 
 
"Oczywiście, gdy jaźń nie działa, gdy nie domaga się uznania, pojawia się coś zupełnie innego; 
ale to jedynie, że jaźń nie działa, nie musi oznaczać, iż nie istnieje". 
 
Ależ oczywiście istnieje! "Ja", ego, wiązka wspomnień istnieje. Widzimy, że istnieje tylko 
wtedy, gdy reaguje na wyzwanie, ale jest, może uśpione lub w stanie zawieszenia i czeka na 
następną okazję, by zareagować. Chciwego człowieka przez większość czasu pochłania jego 
chciwość; może on przeżywać chwile, gdy ona nie działa, ale przecież trwa zawsze. 
 
"Czym jest ta żywa istota wyrażająca się w chciwości?" 
 
To nadal jest chciwość. Jedno jest nieodłączne od drugiego. 

background image

 
"Doskonale rozumiem, co określa pan mianem ego, »ja« - jego pamięć, jego chciwość, jego 
pewność siebie, jego wszelkiego rodzaju żądania - ale czy nie istnieje nic więcej poza tym ego? 
Czy chce pan powiedzieć, że gdy nie ma ego, jest niepamięć?" 
 
Kiedy ustaje krakanie wron, coś istnieje: tym czymś jest paplanina umysłu - problemy, 
zmartwienia, konflikty, a nawet dociekanie, czy coś pozostaje po śmierci. Na to pytanie można 
udzielić odpowiedzi jedynie wtedy, gdy umysł nie jest już chciwy lub zazdrosny. Interesuje nas 
nie to, co pozostaje po zaniku ego, ale raczej to, jak unicestwić wszystkie jego atrybuty. Oto 
prawdziwy problem - nie czym jest rzeczywistość lub czy istnieje coś trwałego, wiecznego - ale 
czy umysł uwarunkowany przez kulturę, w której żyje i za którą jest odpowiedzialny - czy taki 
umysł jest w stanie wyzwolić się i odkrywać. 
 
"Jak zatem mam zacząć się wyzwalać?" 
 
Nie może pan się wyzwolić. Jest pan zarodkiem tej niedoli i gdy pyta pan "jak", jest to pytanie 
o metodę, która unicestwi "ja", ale w procesie unicestwiania stwarza pan następne "ja". 
 
"Czym więc, jeśli mogę jeszcze o coś spytać, jest nieśmiertelność? Śmiertelność jest śmiercią, 
śmiertelność jest sposobem życia, pełnym cierpienia i bólu. Człowiek nieprzerwanie szuka 
nieśmiertelności, stanu wolnego od śmierci". 
 
Znów wrócił pan do pytania o to coś bezczasowego, co nie należy do dziedziny myśli. To, co 
jest poza dziedziną myśli, jest nieskalane, a myśl, cokolwiek zrobi, nie zdoła się z tym zetknąć, 
albowiem jest zawsze stara. To właśnie nieskalaność, podobnie jak miłość, jest nieśmiertelna, 
aby jednak mogła ona zaistnieć, umysł musi uwolnić się od tysięcy wczorajszych dni i 
związanych z nimi wspomnień. Wolność jest stanem, w którym nie ma nienawiści, gwałtu, 
okrucieństwa. Jakże, nie wyzbywszy się tego wszystkiego, możemy pytać, czym jest 
nieśmiertelność, czym jest miłość, czym jest prawda? 
 

 
Jeśli zamierzasz medytować, to nie będzie to medytacja. Jeśli zamierzasz być dobry, to dobro 
nigdy się nie rozwinie. Jeśli kształtujesz w sobie pokorę, to ona znika. Medytacja jest niczym 
powiew wiatru, który wpada do pokoju, gdy zostawiasz otwarte okno; ale jeśli czynisz to 
rozmyślnie, jeśli rozmyślnie ją przywołujesz, to nigdy się nie pojawi. 
 
Medytacja nie jest drogą, po której podąża myśl, myśl bowiem jest przebiegła, dysponuje 
niezliczonymi możliwościami oszukiwania siebie, a zatem przegapi drogę medytacji. Do 
medytacji, podobnie jak do miłości, nie można dążyć. 
 
Rzeka tego ranka była bardzo spokojna. Widać było na niej odbicia chmur, pszenicy ozimej i 
rosnącego za nią lasu. Nawet łódź rybacka wydawała się nie zaburzać jej spokoju. Cisza tego 
ranka unosiła się nad ziemią. Słońce właśnie wschodziło ponad czubkami drzew, ktoś krzyczał 

background image

w oddali, a w powietrzu niosła się sanskrycka pieśń. 
 
Papugi i szpaki nie wyruszyły jeszcze w poszukiwaniu pożywienia; wielkie sępy o nagich 
szyjach siedziały na wierzchołku drzewa, czekając na padlinę niesioną przez rzekę. W nurcie 
widać było wiele płynących martwych zwierząt, a na nich siedzące sępy, czasem po dwa. 
Wokół fruwały wrony w nadziei, że także im uda się coś uszczknąć. Czasem pies podpływał do 
zwłok, ale nie znajdując oparcia dla łap, wracał na brzeg i odchodził. Pociągi z metalicznym 
łoskotem przejeżdżały przez długi most. Za mostem, w górze rzeki, rozciągało się miasto. 
 
Był to ranek pełen cichej radości. Nędza, choroby i ból nie wyszły jeszcze na drogę. Nad 
małym strumieniem wisiał chwiejący się most; a teren w pobliżu ujścia tego 
brunatnobrązowego strumyka do dużej rzeki uważano za najświętsze z miejsc. W świąteczne 
dni ludzie przychodzili tam się kąpać, mężczyźni, kobiety i dzieci. Było zimno, ale oni 
najwyraźniej o to nie dbali. Kapłan ze świątyni po drugiej stronie drogi zarabiał mnóstwo 
pieniędzy. I zaczynała się brzydota. 
 
Nosił brodę i turban. Zajmował się jakimiś interesami, wyglądał na człowieka bogatego, dobrze 
odżywionego. Chodził powoli i powoli myślał, a reagował jeszcze wolniej. Potrzebował paru 
minut, by zrozumieć proste stwierdzenie. Powiedział, że ma własnego guru, ale przejeżdżając 
nieopodal, poczuł pilną potrzebę, by wpaść i porozmawiać o sprawach, które wydawały mu się 
ważne. 
 
"Dlaczego - zapytał - występuje pan przeciwko wszystkim guru? To chyba nie ma sensu. Oni 
wiedzą, ja nie wiem. Oni mogą mną pokierować, pomóc mi, mówią, co mam robić i 
oszczędzają mi wielu kłopotów i bólu. Są niczym światło w ciemności. Musimy poddać się ich 
kierownictwu, w przeciwnym razie gubimy się, jesteśmy zdezorientowani i bardzo 
nieszczęśliwi. Powiedzieli, że nie powinienem do pana przychodzić i pouczali mnie, jak 
niebezpieczni są ci, którzy nie akceptują tradycyjnej wiedzy. Stwierdzili, iż gdybym słuchał 
innych, zniszczyłbym dom, który oni tak pieczołowicie wznosili. Ale pokusa, by przyjść i 
spotkać się z panem, była zbyt silna, i oto jestem!"   
 
Chyba był zadowolony z tego, że uległ pokusie.   
 
Czym jest potrzeba guru? Czy on wie więcej od pana? I co takiego on wie? Jeśli mówi, że wie, 
to tak naprawdę nie wie, a poza tym słowo nie jest stanem faktycznym. Czy ktoś może pana 
nauczyć tego niezwykłego stanu umysłu? Oni mogą go opisać, obudzić pańskie 
zainteresowanie, pragnienie, by go posiąść, by go doświadczyć, ale nie mogą go panu dać. Musi 
pan iść sam, samotnie wyruszyć w tę podróż, a podczas niej być własnym nauczycielem i 
uczniem. 
 
"Ale to wszystko jest chyba bardzo trudne - powiedział. - A kolejne kroki mogą ułatwić ci, 
którzy już doświadczyli tej rzeczywistości". 
 
Oni stają się autorytetem i ich zdaniem należy jedynie iść za nimi, naśladować, słuchać, 

background image

zaakceptować obraz, system, jaki oferują. W ten sposób traci pan całą inicjatywę, całą zdolność 
bezpośredniego postrzegania. Po prostu idzie pan drogą, o której oni sądzą, iż wiedzie do 
prawdy. Ale, niestety, do prawdy nie wiedzie żadna droga. 
 
"Co pan przez to rozumie?" - wykrzyknął zgorszony.   
 
Ludzie uwarunkowani są przez propagandę, przez społeczność, w której zostali wychowani. 
Każda religia twierdzi, że jej własna ścieżka jest najlepsza. I istnieją tysiące guru, którzy 
uważają, iż ich metoda, ich system, ich sposób medytacji stanowią jedyną drogę wiodącą do 
prawdy. Proszę zauważyć, że każdy uczeń łaskawie toleruje uczniów innych guru. Tolerancja 
jest cywilizowaną akceptacją podziałów między ludźmi - politycznych, religijnych i 
społecznych. Człowiek wynalazł wiele ścieżek niosących każdemu wierzącemu pocieszenie. 
Dlatego właśnie świat uległ rozpadowi. 
 
"Czy chce pan powiedzieć, że muszę porzucić swego guru? Odłożyć na bok wszystko, czego 
mnie nauczył? Będę zgubiony!" 
 
Ale czy nie trzeba zagubić się, by odkryć? Boimy się pobłądzić, żyć w niepewności, a zatem 
gonimy za tymi, którzy obiecują raj religijny, polityczny czy społeczny. W ten sposób 
faktycznie podsycają lęk i trzymają nas w więzieniu tego lęku. 
 
"Ale czy mogę iść sam?" - spytał tonem pełnym powątpiewania. 
 
Było tak wielu zbawców, mistrzów, guru, przywódców politycznych i filozofów, a żaden z nich 
nie wybawił pana od pańskich niedoli i konfliktów. Po cóż więc za nimi iść? Być może istnieje 
zupełnie inne podejście do wszystkich naszych problemów. 
 
"Czy będę jednak dość poważny, by się z tym wszystkim samemu borykać?" 
 
Jest się poważnym tylko wtedy, gdy zaczyna się rozumieć samemu - a nie za pośrednictwem 
kogoś innego - przyjemności, do jakich się teraz dąży. Żyje pan na poziomie przyjemności. Nie 
chodzi o to, by przyjemności zakazać, ale jeśli ta pogoń za nimi stanowi, bez reszty, całe 
pańskie życie, to oczywiście nie starczy panu powagi. 
 
"Sprawił pan, że czuję się bezradny i zrozpaczony". 
 
Ogarnia pana rozpacz, gdyż pragnie pan jednego i drugiego. Chce pan być poważny, a 
jednocześnie pragnie wszelkich przyjemności, jakie oferuje ten świat. A że są one tak drobne i 
marne, pragnie pan jeszcze tej przyjemności zwanej "Bogiem". Gdy tę sprzeczność ujrzy się 
samemu, a nie z czyjąś pomocą czy zgodnie z cudzymi poglądami, to postrzeganie tego 
wszystkiego uczyni z człowieka i ucznia i mistrza zarazem. O to właśnie chodzi. Wtedy jest się 
nauczycielem, nauczanym i nauczaniem. 
 
"Ale pan jest guru - stwierdził. - Nauczył mnie pan czegoś tego ranka, a ja uznaję pana za 

background image

swego guru". 
 
Niczego pana nie nauczyłem, to pan patrzył. Owo patrzenie coś panu ukazało. Patrzenie jest 
pańskim guru, jeśli mamy to tak wyrazić. Ale to od pana zależy, czy będzie pan patrzył, czy nie. 
Nikt nie może pana do tego zmusić. Jeśli jednak pan patrzy, gdyż oczekuje nagrody lub lęka się 
kary, to te pobudki uniemożliwiają widzenie. Aby widzieć, należy uwolnić się od wszelkich 
autorytetów, od tradycji, od lęku i od myśli pełnej przebiegłych słów. Prawda nie znajduje się w 
jakimś odległym miejscu, lecz tkwi w patrzeniu na to, co jest. Ujrzenie siebie takim, jakim się 
jest - uświadomienie wolne od wyborów - stanowi początek i kres wszelkich poszukiwań. 
 

 
Myśl nie jest w stanie pojąć ani wytłumaczyć sobie natury przestrzeni. Wszystko, co wyraża, 
podlega tym samym co ona ograniczeniom. To nie jest przestrzeń, do której dociera medytacja. 
Myśl ograniczają zawsze jakieś horyzonty. Medytujący umysł horyzontów nie ma. Umysł nie 
może przejść od tego, co ograniczone, do tego, co bezgraniczne, ani przekształcić tego, co 
ograniczone, w to, co ograniczeniom nie podlega. Jedno musi zniknąć, aby mogło zaistnieć 
drugie. Medytacja otwiera drzwi wiodące w przestwór, którego nie sposób sobie wyobrazić ani 
uczynić przedmiotem spekulacji. Myśl stanowi ośrodek, wokół którego rozciąga się przestrzeń 
pojęciowa, którą można rozszerzać, dodając kolejne idee. Ale takie stymulowane w jakikolwiek 
sposób rozszerzanie to jedno, a przestwór, w którym nie ma ośrodka, to drugie. Medytacja jest 
rozumieniem tego ośrodka, a zatem wykroczeniem poza jego granice. Cisza i przestwór są 
nieodłączne. Bezmiar ciszy jest bezmiarem umysłu, w którym nie istnieje ośrodek. Postrzeganie 
tej przestrzeni i ciszy nie jest dziełem myśli. Myśl może postrzegać jedynie swe własne 
wyobrażenia, a ich rozpoznawanie stanowi jej granice. 
 
Nad tym strumieniem przechodziło się po rozklekotanym moście z bambusu i gliny. Strumień 
wpadał do dużej rzeki i nikł w jej bystrych wodach. Mały most był dziurawy i przechodząc 
przezeń, trzeba było uważać. Po wejściu na piaszczysty stok mijało się niewielką świątynię, a 
nieco dalej źródło, tak stare jak źródła tej ziemi. Znajdowało się ono na obrzeżach wioski, gdzie 
żyło wiele kóz oraz głodnych mężczyzn i kobiet, otulonych w brudne łachmany, gdyż panował 
chłód. Wieśniacy w wielkiej rzece łowili ryby, a jednak wciąż byli bardzo chudzi, wycieńczeni, 
przedwcześnie podstarzali, a niektórzy również ułomni. Żyli w tej wsi tkacze, którzy w 
mrocznych, obskurnych pomieszczeniach z niewielkimi oknami wytwarzali piękne sari z 
brokatu i jedwabiu. Umiejętność tę przekazywano z ojca na syna, a pośrednicy i kupcy na pracy 
tkaczy zbijali fortuny. 
 
Nie poszedłeś przez wieś, lecz skręciłeś w lewo i podążyłeś dalej ścieżką, która stała się święta, 
przypuszczano bowiem, że właśnie tędy, jakieś dwa i pół tysiąca lat temu, wędrował Budda. Z 
całego kraju przybywali pielgrzymi, aby się tą ścieżką przejść. Wiodła ona przez zielone pola, 
wśród mangowców, drzew gwajakowych i rozrzuconych po okolicy świątyń. Była tam 
starożytna wieś, pamiętająca zapewne czasy przedbuddyjskie, a także wiele kaplic i miejsc, w 
których pielgrzymi mogli przenocować. Wszystko znajdowało się w opłakanym stanie; nikt 
najwyraźniej o to nie dbał. Wszędzie włóczyły się kozy. Rosły tam ogromne drzewa, stary 

background image

tamaryndowiec z siedzącymi na wierzchołku sępami i stadem papug. Przyfruwały i nikły wśród 
liści o takiej samej jak one zielonej barwie; choć było je słychać, nie dało się ich dojrzeć. 
 
Po obu stronach ścieżki rozciągały się pola porośnięte ozimą pszenicą; w oddali wieśniacy 
przyrządzali posiłki na ogniskach, z których unosił się dym. W nieruchomym powietrzu 
wznosił się prosto w niebo. Potężny, groźnie wyglądający, ale zupełnie nieszkodliwy byk szedł, 
prowadzony przez chłopa, polem, podskubując zielone źdźbła. W nocy padało i gęsty kurz 
osiadł na ziemi. W ciągu dnia miał być upał, ale teraz na niebie wisiały ciężkie chmury i miło 
było spacerować, czuć zapach świeżej ziemi i zachwycać się pięknem okolicy. To bardzo stara 
kraina, pełna uroku i ludzkich cierpień, nędzy i tych niepotrzebnych świątyń. 
 
"Tak wiele pan mówił o pięknie i miłości, a po wysłuchaniu tego wszystkiego stwierdzam, że 
nadal nie wiem, czym jest piękno lub czym jest miłość. Jestem zwykłym człowiekiem, ale wiele 
przeczytałem zarówno z dziedziny filozofii, jak i literatury. Książki te oferują wyjaśnienia 
najwyraźniej odmienne od tego, co pan mówi. Mógłbym zacytować, co w czasach starożytnych 
powiadano w tym kraju na temat miłości i piękna, a także, jak te rzeczy ujmowano na 
Zachodzie; wiem jednak, że nie lubi pan cytatów, gdyż trącą one autorytetem. Ale jeśli ma pan 
takie nastawienie, to czy moglibyśmy tę kwestię rozważyć? Może wówczas zdołam pojąć, co 
znaczy piękno i miłość?" 
 
Dlaczego w naszym życiu jest tak niewiele piękna? Dlaczego nie potrafimy się obyć bez 
muzeów pełnych obrazów i rzeźb? Dlaczego musimy słuchać muzyki? Lub czytać opisy 
przyrody? Dobrego smaku można się nauczyć, być może bywa on też wrodzony, ale dobry 
smak nie jest pięknem. Czy piękne są rzeczy wytworzone - lśniący, nowoczesny samolot, mały 
magnetofon, współczesny hotel lub grecka świątynia, sylwetka skomplikowanej maszynerii lub 
łuk wspaniałego mostu ponad przepaścią? 
 
"Czy chce pan powiedzieć, że nie ma piękna w rzeczach pięknie zrobionych i doskonale 
funkcjonujących? Że nie są piękne najznakomitsze dzieła sztuki?" 
 
Oczywiście, że są. Gdy zagląda się do wnętrza zegarka, widać, że jest ono naprawdę delikatne i 
na swój sposób piękne. Piękne są też starożytne kolumny z marmuru lub słowa poety. Ale jeśli 
piękno nie jest niczym innym, to jest ono jedynie powierzchowną reakcją zmysłów. Gdy widzi 
pan samotną palmę na tle zachodzącego słońca, to czy to kolor, nieruchomość palmy, cisza 
wieczoru sprawiają, że odczuwa pan piękno, czy też piękno, podobnie jak miłość, jest czymś, 
co leży poza zasięgiem dotyku i wzroku? Czy od wychowania, od uwarunkowań zależy 
stwierdzenie "To jest piękne, a to nie"? Czy zwyczaj, nawyk i styl każą nam mówić "To jest 
plugastwo, ale tu panuje ład i kwitnie dobroć"? Jeśli to wszystko zależy od uwarunkowań, to 
takie postrzeganie piękna i dobra jest wytworem kultury i tradycji, a zatem nie jest to piękno. 
Jeśli piękno stanowi rezultat lub istotę doznań, będzie ono, zarówno w przypadku ludzi ze 
Wschodu, jak i z Zachodu, zależeć od wychowania i tradycji. Czy miłość, podobnie jak piękno, 
stanowi wyłączną własność Wschodu lub Zachodu, chrześcijaństwa lub hinduizmu, państwa lub 
jakiejś ideologii? Oczywiście, nie ma ono z tym nic wspólnego. 
 

background image

"Czym więc jest?" 
 
Widzi pan, piękne jest wyrzeczenie się, porzucenie siebie samego. Bez wyrzeczeń nie ma 
miłości, a jeśli nie porzucimy siebie, piękno nie jest realne. Przez wyrzeczenie nie zrozumiemy 
ani surowej dyscypliny świętych, mnichów czy komisarzy ludowych, którzy z dumą wypierają 
się siebie, ani dyscypliny, która zapewnia im władzę i uznanie - nie o to chodzi. Wyrzeczenie 
się nie jest surowością, wyuczonym potwierdzaniem własnej ważności. Rezygnacja z wygód, 
śluby ubóstwa czy celibat nie mają z nim nic wspólnego. Wyrzeczenie się jest pełnią 
rozumienia. Jest ono możliwe tylko wtedy, gdy porzucamy siebie samych, a tego nie sposób 
dokonać aktem woli, wyboru czy w wyniku rozmyślnego zamiaru. To piękny czyn wyrzeka się, 
a miłość jest źródłem głębokiej wewnętrznej czystości tego aktu. Piękno jest tą miłością, w 
której nie dokonuje się już żadnych porównań. Wówczas ta miłość - czyń to, co ona - jest 
pięknem. 
 
"Co pan rozumie przez określenie »czyń to, co ona«? Jeśli porzucimy siebie samych, nic już nie 
pozostanie nam do zrobienia". 
 
Działanie nie jest odrębne od tego, co jest. Taka odrębność jest źródłem konfliktu i brzydoty. 
Gdy niknie, samo życie staje się aktem miłości. Głęboka wewnętrzna prostota wyrzeczenia się 
wiedzie do życia wolnego od rozdwojenia. Oto podróż, w którą musiał wyruszyć umysł, by 
odnaleźć to piękno bez słów. Ta podróż jest medytacją. 
 

 
Medytacja jest ciężką pracą. Wymaga najwyższej dyscypliny - nie dostosowywania się, nie 
naśladownictwa, nie posłuszeństwa - ale takiej dyscypliny, która jest efektem nieustannego 
uświadamiania sobie tego, co otacza nas z zewnątrz, i tego, co dzieje się wewnątrz. Tak więc 
medytacja nie jest czynnością, która izoluje, a wręcz przeciwnie - jest codzienną działalnością 
wymagającą współpracy, wrażliwości i inteligencji. Jeśli nie położymy podwalin pod prawe 
życie, medytacja stanie się ucieczką, a wtedy straci wszelką wartość. Prawe życie nie jest 
życiem zgodnym z zasadami społecznej moralności, jest to życie wolne od tego, co rodzi 
wrogość: zazdrości, chciwości i dążenia do władzy. Taką wolność sprowadza nie akt woli, ale 
zdawanie sobie z tego wszystkiego sprawy dzięki samowiedzy. Jeśli nie znamy działań własnej 
jaźni, medytacja staje się zmysłową podnietą, a zatem jej wartość jest znikoma. 
 
Na tej szerokości geograficznej nie ma prawie zmroku ani świtu. Tego ranka rzeka, szeroka i 
głęboka, miała barwę płynnego ołowiu. Słońce nie ukazało się jeszcze ponad horyzontem, ale 
na wschodzie jaśniała już łuna. Ptaki nie rozpoczęły jeszcze swych porannych treli i nie słychać 
było nawoływań wieśniaków. Gwiazda poranna świeciła wysoko na niebie i w miarę, jak 
patrzyłeś, bladła coraz bardziej i bardziej, aż słońce ukazało się ponad drzewami, a rzeka 
zalśniła kolorami srebra i złota. 
 
Odezwały się ptaki, a wioska zbudziła się ze snu. Właśnie wtedy, nieoczekiwanie, na parapecie 
okiennym pojawiła się ogromna małpa, szara, o czarnym pysku, ze sterczącymi nad czołem 

background image

krzaczastymi włosami. Miała czarne dłonie, długi ogon zwisał z parapetu do środka pokoju. 
Siedziała spokojnie, prawie nieruchomo, patrząc na nas bez najmniejszego drgnienia. Dzieliło 
nas ledwie parę stóp. Nagle małpa wyciągnęła do nas łapę. Przez pewien czas trzymaliśmy się 
za ręce. Jej szorstką dłoń pokrywał kurz, ponieważ zwierzę wspięło się na dach, potem na okap 
nad oknem, zlazło w dół i usiadło tutaj. Małpa zachowywała się zupełnie swobodnie i, o dziwo, 
była niezwykle wesoła, bez cienia lęku czy niepokoju. Sprawiała wrażenie, jakby znajdowała 
się u siebie. Po prostu była. Jak rzeka, która teraz lśniła złociście, jak jej drugi brzeg, jak drzewa 
w oddali. Trzymaliśmy się za dłonie dłuższą chwilę; a potem, jakby od niechcenia, zwierzę 
cofnęło łapę, choć nadal siedziało w tym samym miejscu. Przyglądaliśmy się sobie. Czarne, 
lśniące, małe oczy pełne były dziwnej dociekliwości. Chciała wejść do pokoju, ale wahała się, 
w końcu rozprostowała ręce i nogi, wspięła się na okap, na dach i odeszła. Wieczorem znów 
pojawiła się wysoko na drzewie. Coś jadła. Pomachałeś do niej, ale nie zareagowała. 
 
Ten człowiek był sannjasinem, mnichem o dość przyjemnej, delikatnej twarzy i wrażliwych 
dłoniach. Czysty, ubrany w szaty pomięte, ale wyglądające na świeżo wyprane. Przybył, jak 
powiedział, z Rishikesh, gdzie spędził wiele lat u pewnego guru, który niedawno odszedł w 
wysokie góry i żył samotnie. Odwiedził, jak wyznał, liczne aszramy. Porzucił dom dawno temu, 
w wieku bodaj dwudziestu lat, już dobrze nie pamiętał kiedy. Z rodzicami i kilkorgiem 
rodzeństwa zupełnie stracił kontakt. Przebył całą tę drogę, ponieważ posłyszał od różnych guru, 
że powinien się z nami zobaczyć, a poza tym czytał tu i ówdzie różne nasze teksty. Niedawno 
też rozmawiał z innym sannjasinem i oto przybył. Trudno było odgadnąć, ile ma lat, 
przekroczył już wiek średni, ale jego głos brzmiał młodo i tak samo wyglądały jego oczy. 
 
"Taki już los przypadł mi w udziale, że wędrowałem po Indiach, odwiedzając centra, w których 
nauczali różni guru. Część z nich to ludzie uczeni, inni to ignoranci, choć niektóre z ich cech 
świadczą o tym, iż jednak coś w nich jest; jeszcze inni to zwykli rozdający mantry naciągacze. 
Ci ostatni często wyjeżdżają za granicę i tam zdobywają popularność. Bardzo niewielu 
wzniosło się ponad to wszystko, ale należał do nich mój ostatni guru. Teraz zaszył się w 
odległej, odciętej od świata części Himalajów. Cała nasza grupa odwiedza go raz do roku, aby 
otrzymać błogosławieństwo". 
 
Czy izolowanie się od świata jest niezbędne? 
 
"Oczywiście, należy wyrzec się tego świata, bo nie jest on rzeczywisty. Niezbędny jest też guru, 
by nauczał, gdyż on doświadczył rzeczywistości i pomoże osiągnąć ją także tym, którzy za nim 
pójdą. On wie, my nie wiemy. Zdumiewają nas pańskie twierdzenia, że guru nie jest niezbędny, 
gdyż przeczą one tradycji. Pan sam dla wielu stał się guru, prawdy nie sposób znaleźć samemu. 
Potrzebujemy pomocy - rytuałów i wskazówek udzielanych przez tych, którzy wiedzą. Być 
może u kresu trzeba będzie radzić sobie samemu, ale nie teraz. Jesteśmy jak dzieci i 
potrzebujemy tych, którzy daleko zaszli na tej ścieżce. Uczymy się tylko wtedy, gdy siedzimy u 
stóp tych, którzy wiedzą. Ale pan najwyraźniej temu przeczy, a więc przyszedłem, by 
dowiedzieć się dlaczego". 
 
Proszę popatrzeć na tę rzekę - na to światło poranka odbijające się od jej powierzchni, na 

background image

połyskujące, zielone, soczyste pola pszenicy i te drzewa w oddali. Oto wielkie piękno, a oczy, 
które to widzą, muszą być pełne miłości, by je ogarnąć. Słuchanie turkotu pociągu 
przejeżdżającego przez żelazny most jest równie ważne jak słuchanie śpiewu ptaka. Proszę więc 
patrzeć i jednocześnie słuchać gruchania gołębi. Proszę patrzeć na ten tamaryndowiec i dwie 
siedzące na nim papugi. Aby oczy mogły to wszystko ujrzeć, musi istnieć jakaś więź - z rzeką, 
z przepływającą łodzią pełną wieśniaków, którzy wiosłując śpiewają. To jest część tego świata. 
Wyrzekając się tego, odwracamy się od miłości i piękna - od samej ziemi. Pan wyrzeka się 
społeczeństwa, ale nie tego, co ludzie ze świata uczynili. Nie odrzuca pan kultury, tradycji, 
wiedzy - wszystko to panu towarzyszy, gdy wycofuje się pan z tego świata. Wyrzeka się pan 
piękna i miłości z powodu lęku, który wywołują te dwa słowa i to, co się za nimi kryje. Piękno 
wiąże się ze światem zmysłów, kojarzy się z seksem i z uwikłaną w seks miłością. Takie 
wyrzeczenie się sprawia, że tak zwani ludzie religijni przeobrażają się w egocentryków - 
przewyższają może zwykłych ludzi, ale nadal skoncentrowani są na sobie. Gdy brak piękna i 
miłości, nie sposób dotrzeć do tego, co bezgraniczne. Proszę zauważyć, jak odległe są piękno i 
miłość od społeczności sannjasinów i ludzi świątobliwych. Mogą oni o tym mówić, ale są 
zwolennikami surowej dyscypliny, niepohamowani w narzucaniu ograniczeń i wymogów. Tak 
więc w istocie, choć przywdziewają pomarańczową szatę, czarną sutannę czy kardynalską 
purpurę, wszyscy są w wielkiej mierze ludźmi należącymi do tego świata. Ich zawód, jak każde 
inne zajęcie, z pewnością nie jest tak zwaną działalnością duchową. Niektórzy z nich powinni 
być ludźmi interesu, a nie otaczać się atmosferą duchowości. 
 
"Ale może właśnie pan jest zbyt surowy?" 
 
Nie. My po prostu stwierdzamy fakt, a fakt nie jest ani surowy, ani przyjemny lub nieprzyjemny 
- jest, jaki jest. Większość z nas nie chce widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Ale to wszystko jest 
dość oczywiste i jasne. Izolowanie się jest sposobem życia typowym dla tego świata. Każdy 
człowiek w wyniku swych egocentrycznych zachowań izoluje się, niezależnie od tego, czy jest 
żonaty, czy nie, czy mówi o współpracy, o narodzie czy o osiągnięciach i sukcesach. W 
pewnych przypadkach, gdy izolacja przybiera formy skrajne, rozwija się nerwica, która 
niekiedy - jeśli ma się talent - owocuje dziełami sztuki, dobrą literaturą lub w jakiś inny sposób. 
Takie wycofywanie się ze świata, ucieczka od jego zgiełku, okrucieństw, nienawiści i 
przyjemności stanowi część procesu izolowania się, nieprawdaż? Tyle tylko, że sannjasin 
postępuje tak w imię religii, Boga, zaś człowiek uwikłany we współzawodnictwo akceptuje taką 
ucieczkę jako część struktury społecznej. 
 
Izolując się zyskujemy pewne cechy - stajemy się surowi i wstrzemięźliwi, a to daje nam 
poczucie mocy. Moc, wszystko jedno - mistrza olimpijskiego, premiera czy przywódcy kościoła 
- pozostaje tą samą mocą. W każdej postaci, jeśli można posłużyć się tym słowem, jest ona zła, 
a człowiek pełen mocy nigdy nie otworzy drzwi do rzeczywistości. Dlatego izolowanie się nie 
jest właściwą drogą. 
 
Po to, by w ogóle żyć, niezbędne jest współdziałanie; a nie można współdziałać z wyznawcą 
lub z guru. Guru niszczy ucznia, a uczeń niszczy guru. Jakże możliwe są współdziałanie, 
wspólna praca, wspólne dociekania i wspólna podróż, jeśli pozostajemy w zależności 

background image

nauczyciel-uczeń? Ten hierarchiczny podział, stanowiący część struktury społecznej, zarówno 
w łonie tak zwanych wspólnot religijnych, jak i w armii czy w świecie interesów, z istoty 
należy do tego świata. Gdy tego świata się wyrzekamy, nadal usidla nas wszystko, co do niego 
należy. 
 
Pozaświatowość nie polega na noszeniu przepaski na biodrach, jedzeniu jednego posiłku 
dziennie czy na powtarzaniu jakiejś bezsensownej, choć pobudzającej mantry. Jeśli porzuca się 
świat, a wewnętrznie nadal należy się do tego świata zawiści, chciwości, lęku, uznanych 
autorytetów i podziałów na tych, którzy wiedzą, i tych, którzy wiedzy nie posiadają, to i tak 
wiedzie się życie światowe. Jeśli próbuje się coś zdobyć - sławę lub coś, co można by nazwać 
ideałem, Bogiem czy jakkolwiek inaczej - to nadal należy się do tego świata. Zaakceptowana 
tradycja kulturowa jest tym, co z istoty swej światowe, a wycofanie się w odludne góry od tej 
światowości nie uwalnia. W żadnym wypadku nie w ten sposób należy szukać rzeczywistości. 
 
Człowiek musi być sam, lecz taka samotność nie izoluje, tylko wyzwala od świata zawiści, 
nienawiści i gwałtu, od wszystkich przebiegłych sposobów ich przejawiania się, od bolesnego 
osamotnienia i rozpaczy. 
 
Być samemu, znaczy z nikim i niczym się nie wiązać, nie uznawać żadnej religii, nie mieć 
narodowości, w nic nie wierzyć i nie przyjmować żadnych dogmatów. Taka samotność wiedzie 
do czystości nie zbrukanej przez ludzi. Czystość ta może żyć w świecie pełnym zgiełku, a 
jednak do niego nie należeć. Nie przywdziewa ona żadnych szczególnych szat. Dobroć nie 
rozkwita, gdy stąpamy jakąś drogą, albowiem żadna droga nie wiedzie do prawdy. 
 

 
Nie należy sądzić, że medytacja jest kontynuacją i rozszerzaniem doznań. W doznaniach 
zawsze uczestniczy związany z przeszłością świadek. Medytacja, przeciwnie, jest doskonałym 
niedziałaniem, które kładzie kres wszelkim doznaniom. Oddziaływanie doznań jest 
zakorzenione w przeszłości, a zatem wiąże się z czasem; wiedzie do działania będącego 
niedziałaniem i wywołującego chaos. Medytacja jest absolutnym niedziałaniem, którego źródło 
stanowi umysł widzący to, co jest, umysł nie uwikłany w przeszłość. To działanie nie stanowi 
reakcji na jakieś wyzwanie, ale jest wolną od rozdwojenia aktywnością samego wyzwania. 
Medytacja oczyszcza nas z doznań i trwa przez cały czas, świadomie lub nieświadomie, a zatem 
nie jest ona działaniem ograniczonym do pewnej pory dnia. Jest działaniem trwającym 
nieprzerwanie od rana do wieczora - patrzeniem obywającym się bez udziału tego, kto patrzy. 
Nie następuje więc podział między życiem codziennym a medytacją, między życiem religijnym 
a świeckim. Ten podział następuje jedynie wtedy, gdy ten, kto patrzy, jest związany z czasem. 
Takie rozdwojenie jest przyczyną nieładu, niedoli i zamętu, czyli stanu, w jakim żyje 
społeczeństwo. 
 
A zatem medytacja nie ma charakteru ani indywidualnego, ani społecznego; przekracza jedno i 
drugie, tak więc jedno i drugie w sobie mieści. To jest miłość: rozkwit miłości jest medytacją. 
 

background image

Nad ranem było chłodno, ale potem zrobiło się dość upalnie. Jadąc przez miasto wąską ulicą, 
zatłoczoną, brudną, zakurzoną i hałaśliwą, pojąłeś, że wszystkie ulice są podobne. Niemal 
ujrzałeś gwałtowny przyrost zaludnienia. Samochód musiał jechać bardzo wolno, ludzie szli 
bowiem środkiem jezdni. Robiło się coraz goręcej. Metr po metrze, bez przerwy używając 
klaksonu, z ulgą wydostawałeś się z miasta. Minąłeś fabryki i nareszcie znalazłeś się wśród pól. 
 
Panowała susza. Nie padało już od dawna, drzewa czekały na następny deszcz - i długo jeszcze 
miały czekać. Mijałeś wieśniaków, bydło, wozy, bawoły, które nie chciały zejść ze środka 
szosy; przejechałeś obok starej, zaniedbanej świątyni, która jednak nie straciła owego 
charakterystycznego wyglądu starożytnego sanktuarium. Paw wyszedł z lasu. Jego błękitny 
kark lśnił w słońcu. Najwyraźniej nie obchodził go samochód, z wielką godnością bowiem 
przeszedł przez drogę i znikł wśród pól. 
 
Rozpocząłeś wspinaczkę na strome wzgórza, niekiedy po obu stronach drogi rozpościerały się 
głębokie wąwozy. Robiło się chłodniej, drzewa ożywały. Wreszcie dotarłeś tą wijącą się wśród 
wzgórz drogą do domu. Było już całkiem ciemno. Roziskrzyły się gwiazdy. Czułeś, że 
wyciągnąwszy rękę, mógłbyś prawie ich dotknąć. Cisza nocy ogarniała ziemię. Tutaj nikt nie 
zakłócał człowiekowi spokoju, mógł być sam i bez końca obserwować gwiazdy i siebie. 
 
Ten człowiek powiedział, iż poprzedniego dnia tygrys zabił bawołu i z pewnością do niego 
wróci. Spytał, czy chcielibyśmy wszyscy późnym wieczorem go zobaczyć? Przystaliśmy na to z 
rozkoszą. "A zatem pójdę i przygotuję kryjówkę na drzewie nie opodal padliny, przywiążę też 
do drzewa żywą kozę - powiedział. - Tygrys najpierw podejdzie do kozy, a potem wróci do 
poprzedniej ofiary". Wyjaśniliśmy mu, że w takim razie zrezygnujemy z oglądania tygrysa. 
Wreszcie, wymieniwszy jeszcze parę zdań, człowiek ów odszedł. Nasz przyjaciel tego wieczora 
rzekł "Wsiądźmy do samochodu i pojedźmy do lasu, a może spotkamy tego tygrysa". 
Wyruszyliśmy przed zachodem słońca, przebyliśmy lasem kilka kilometrów, a zwierzęcia 
oczywiście nie było. Wracaliśmy, oświetlając drogę reflektorami. Utraciliśmy wszelką nadzieję 
na zobaczenie tygrysa i jechaliśmy, nie myśląc o tym. Nagle, gdy minęliśmy zakręt, ujrzeliśmy 
go. Stal na samym środku drogi, ogromny, z nieruchomymi, lśniącymi oczami. Samochód 
zatrrymał się, a to wielkie i groźne zwierzę, warcząc, podeszło bliżej. Znalazło się bardzo blisko 
nas, tuż przed maską auta, wtedy zmieniło kierunek i przeszło wzdłuż samochodu. 
Wysunęliśmy rękę, by go w tym momencie dotknąć, ale przyjaciel złapał za ramię i szarpnął do 
tyłu, znał bowiem tygrysy. Ten był bardzo duży, a że okna były uchylone, czuliśmy jego 
zapach, który jednak nie wywoływał wstrętu. Tygrys był wściekle dziki, ogromnie silny i 
piękny. Bez przerwy warcząc, odszedł w las, a my ruszyliśmy w drogę powrotną. 
 
Przyszedł ze swoją rodziną, żoną i kilkorgiem dzieci. Najwyraźniej nie wiodło im się najlepiej, 
choć byli dość dobrze ubrani i odżywieni. Dzieci przez jakiś czas siedziały spokojnie, aż nie 
padła propozycja, by wyszły na dwór się pobawić, a wtedy ochoczo poderwały się i wybiegły. 
Ojciec zajmował jakąś urzędniczą posadę. Traktował ją jak pracę, którą musiał wykonywać, i 
tyle. "Czym jest szczęście i dlaczego nie może ono trwać przez cale życie? - zapytał. - 
Przeżyłem chwile wielkiego szczęścia, a także, rzecz jasna, wielkiego cierpienia. Starałem się 
żyć szczęśliwie, ale cierpienie nigdy mnie nie opuszczało. Czy to możliwe, żeby zatrzymać 

background image

szczęśliwe chwile?" 
 
Czym jest szczęście? Czy wówczas, kiedy jesteśmy szczęśliwi, zdajemy sobie z tego sprawę? 
Czy może spostrzegamy to dopiero po chwili, gdy ono minęło? Czy szczęście jest 
przyjemnością i czy przyjemność może trwać bez przerwy? 
 
"Cóż, proszę pana, przynajmniej w moim przypadku przyjemność stanowi część tego szczęścia, 
jakiego zaznałem. Nie mogę wyobrazić sobie szczęścia bez przyjemności. Człowiek 
instynktownie dąży do przyjemności, a gdy jej zabraknie, jakże można mówić o szczęściu?" 
 
Rozważamy problem szczęścia, prawda? Jeżeli przyjmie pan jakieś założenia lub sformułuje w 
trakcie dociekań jakieś opinie lub sądy, to zbyt daleko pan nie zajdzie. Aby rozważać złożone 
ludzkie problemy, od samego początku trzeba być wolnym. Nie będąc wolnym, jest pan niczym 
zwierzę uwiązane do słupka, a długość linki określa zakres pańskich ruchów. Tak jest zawsze. 
Mamy pojęcia, formuły, wierzenia i doznania, które narzucają nam ograniczenia; zaczynając od 
nich, próbujemy badać, poszukiwać, a to naturalnie nie pozwala nam zgłębić problemu. A 
zatem, jeśli można coś zasugerować, proszę unikać założeń i przekonań, natomiast bardzo 
wyraźnie widzieć. Jeśli szczęście jest przyjemnością, to jest również bólem. Nie sposób 
oddzielić przyjemności od bólu. Czy jedno nie towarzyszy zawsze drugiemu? 
 
Czym więc jest przyjemność, a czym szczęście? Jeśli badając kwiat, odrywamy, jeden po 
drugim, wszystkie płatki, to nic z niego nie pozostaje. Trzymamy w ręku kawałki, a one już nie 
mają w sobie piękna kwiatu. Tak więc, przyglądając się temu problemowi, nie dokonujmy 
intelektualnej analizy, która by to wszystko wyjałowiła, pozbawiła sensu i treści. Przyglądajmy 
się temu ze zrozumieniem, z troską, tak by dotykając nie niszcząc. Proszę więc tego nie 
rozrywać i nie odchodzić z pustymi rękami. Proszę nie używać analitycznego umysłu. 
 
Myśl zachęca do przyjemności, prawda? Myśl może nadać jej ciągłość, pozór trwania, który 
nazywamy szczęściem; i podobnie może utrwalić cierpienie. Myśl powiada "To lubię, a tego 
nie lubię. Chciałbym to zatrzymać, a tamto wyrzucić". Ale to ona stworzyła jedno i drugie, a 
szczęście stało się sposobem myślenia. Kiedy powiada się "Chcę pozostać w tym szczęśliwym 
stanie", jest się myślą, jest się wspomnieniem niegdysiejszych doznań, które określa się mianem 
przyjemności i szczęścia. 
 
A zatem przeszłość, wczorajsza czy dawno miniona, będąca myślą, powiada "Chciałabym żyć 
w tym szczęśliwym stanie, jakiego zaznałam". Przeobrażamy martwą przeszłość w teraźniejszą 
rzeczywistość i boimy się jutro ją utracić. Tak więc tworzymy łańcuch ciągłości. Ta ciągłość 
zakorzeniona jest w prochach dnia wczorajszego, dlatego też jest martwa. Nic nie rozkwitnie 
wśród prochów, a myśl jest prochem. A zatem uczynił pan ze szczęścia przedmiot myśli i jest 
ono dla pana jej przedmiotem. 
 
A może istnieje coś innego niż przyjemność, ból, szczęście i cierpienie? Może istnieje radość, 
ekstaza, pozostająca poza zasięgiem myśli? Myśl jest przecież niesłychanie trywialna, nie ma w 
niej nic oryginalnego. Zadając to pytanie, musi ona samej siebie zaniechać. Gdy tak się. dzieje, 

background image

ten akt rodzi dyscyplinę zaniechania będącą łaską wyrzeczenia. Wyrzeczenie nie jest wówczas 
surowe czy brutalne. Surowe wyrzeczenia są wytworem myśli, są buntem przeciw przyjemności 
i pobłażaniu sobie. 
 
To dogłębne zaniechanie siebie - polegające na tym, że myśl z siebie rezygnuje, postrzega 
bowiem jasno niebezpieczeństwa, które sama rodzi - sprawia, że cała budowla umysłu uspokaja 
się. To naprawdę jest stan czystej czujności rodzący radość, ekstazę, której nie sposób wyrazić 
słowami. To, co wyraża się słowami, nie jest rzeczywistością. 
 
10 
 
Medytacja jest ruchem w bezruchu. Cisza umysłu to sposób działania. Działanie, biorące 
początek z myśli, jest niedziałaniem rodzącym chaos. Ta cisza nie jest wytworem myśli, nie 
nastaje wtedy, gdy milknie paplanina umysłu. Umysł może trwać w bezruchu tylko wówczas, 
gdy sam mózg jest cichy. Jedynie widzenie tego, co naprawdę jest, ucisza komórki mózgowe, 
od tak dawna przyuczane do tego, by reagować, planować, bronić, domagać się. Biorące z tej 
ciszy początek działanie, które nie wywołuje chaosu, jest możliwe tylko wtedy, gdy niknie 
centrum, ten, kto obserwuje, doświadcza - a wówczas widzenie jest działaniem. Widzenie jest 
możliwe tylko wtedy, gdy panuje owa cisza, w której znikły wszelkie oceny i wartości moralne. 
 
Ta świątynia jest starsza od swych bogów. Bogowie w niej uwięzieni trwają, ale ona sama 
pamięta czasy jeszcze dawniejsze. Ma grube ściany, korytarze pełne kolumn pokrytych 
płaskorzeźbami przedstawiającymi konie, bogów i anioły. Są one w pewien sposób piękne. 
Przechodząc obok zastanawiałeś się, co by było, gdyby te rzeźby, łącznie z centralnym 
bóstwem, ożyły. 
 
Powiadali, że tę świątynię, a zwłaszcza jej centralne sanktuarium, wzniesiono w niepamiętnych 
czasach. Przemierzając liczne korytarze oświetlone porannym słońcem i pełne ostrych cieni, 
zastanawiałeś się nad sensem tego wszystkiego - w jaki sposób człowiek za pomocą własnego 
umysłu stworzył bogów, a potem własnymi rękami ich wyrzeźbił i umieścił w świątyniach i 
kościołach, by oddawać im cześć. 
 
Starożytne świątynie mają w sobie jakieś dziwne piękno i siłę. Sprawiają wrażenie, jakby 
zrodziła je sama ziemia. Ta świątynia była prawie tak stara jak ludzkość, a mieszkających w 
niej bogów, przystrojonych w jedwabie i girlandy kwiatów, ze snu budziły śpiewy, kadzidła i 
dzwony. Wydawało się, że palone tu przez wieki kadzidła przenikają całą ogromną, zajmującą 
kilka akrów, budowlę. 
 
Ludzie, bogaci i biedni, przybywali tu zapewne z całego kraju, ale tylko członkowie pewnej 
kasty wpuszczani byli do wnętrza sanktuarium. Wszedłeś do środka przez niskie, kamienne 
drzwi, przekraczając próg, w którym w ciągu wieków powstało wgłębienie. Sanktuarium 
otaczały kamienne rzeźby wartowników, a po wejściu do środka ujrzałeś śpiewających 
kapłanów, obnażonych do pasa, pełnych godności i powagi. Wszyscy, dobrze odżywieni, mieli 
wystające brzuchy i delikatne dłonie. Ich głosy były zachrypnięte, śpiewali bowiem od wielu 

background image

lat. Bóstwo - trudno powiedzieć męskie czy żeńskie - było prawie bezkształtne. Niegdyś 
zapewne miało twarz, lecz teraz rysy prawie się zatarły. Klejnoty były z pewnością bezcenne. 
 
Kiedy śpiew umilkł, zapanowała taka cisza, jak gdyby sama Ziemia przestała wirować. Do 
wnętrza nie docierało słońce, oświetlały je tylko lampki oliwne. Sufit od nich poczerniał, 
panował w tym miejscu tajemniczy mrok. 
 
Wszystkim bogom należy oddawać cześć w ciemności i oparach tajemnicy, w przeciwnym 
razie nie istnieją. 
 
Gdy wyszedłeś na zewnątrz, gdzie ostro świeciło słońce i spojrzałeś na błękitne niebo oraz na 
wysokie, kołyszące się palmy, ogarnęło cię zdumienie, dlaczego człowiek czci samego siebie 
pod postacią, którą stworzył własnymi dłońmi i umysłem. Lęk i to piękne niebo wydawały się 
tak od siebie odległe. 
 
Był młodym, schludnym mężczyzną, o ostrych rysach twarzy, jasnych oczach i żywym 
uśmiechu. Siedzieliśmy na podłodze w niewielkim pokoju, za oknem rozciągał się mały ogród, 
pełen różnokolorowych róż, od białych do prawie czarnych. Na gałęzi, głową w dół, wisiała 
papuga o błyszczących oczach i czerwonym dziobie. Patrzyła na innego, o wiele mniejszego 
ptaka. 
 
Mężczyzna mówił dość dobrze po angielsku, ale używając słów często się wahał. W pewnym 
momencie spoważniał. "Na czym polega życie religijne? - zapytał. - Pytałem o to różnych guru, 
oni zaś udzielali mi standardowych odpowiedzi. Jeśli można, chciałbym zadać to pytanie także 
panu. Miałem dobrą pracę, ale nie będąc żonaty, porzuciłem ją, albowiem głęboko pociąga 
mnie religia i chciałbym dowiedzieć się, co znaczy wieść życie religijne w świecie, który jest 
tak niereligijny". 
 
Jeśli wolno mi coś zaproponować, to czy zamiast pytać, czym jest życie religijne, nie byłoby 
lepiej spytać, czym jest samo życie? Wtedy może zrozumiemy, co znaczy żyć w sposób 
prawdziwie religijny. Tak zwane życie religijne zmienia się w zależności od kraju, sekty, 
wierzeń; a człowiek staje się ofiarą propagandy związanej ze zorganizowanymi, 
usankcjonowanymi interesami religijnymi. Jeśli potrafimy to wszystko odrzucić - nie tylko 
wierzenia, dogmaty i rytuały, ale także ową atmosferę szacowności, która towarzyszy kulturze 
religijnej - to być może zdołamy odkryć, czym jest nietknięte przez ludzkie myśli życie 
religijne. 
 
Nim jednak tego dokonamy, stwierdźmy najpierw, czym jest samo życie. Realne życie to 
ciągła, monotonna praca i związane z nią walki i konflikty; to ból samotności, niedola i nędza 
biedaków i bogaczy, ambicja, pogoń za spełnieniem, sukcesy i cierpienia. To wszystko 
wypełnia całe nasze życie. Życiem nazywamy owe zwycięstwa, porażki i nieustanne dążenie do 
przyjemności. 
 
Przeciwieństwem lub zaprzeczeniem tego wszystkiego jest tak zwane życie religijne lub 

background image

duchowe. Ale ono z kolei zawiera w sobie samo jądro tego, czemu się przeciwstawia, a zatem, 
choć oba te sposoby życia mogą sprawiać wrażenie odmiennych, faktycznie takimi nie są. 
Można zmienić zewnętrzną szatę, ale wewnętrzna istota tego, co było i co być musi, pozostaje 
ta sama. Takie rozdwojenie jest wytworem myśli, a zatem wywołuje ono jeszcze większy 
konflikt, który ciągnie się bez końca. Wszystko to znamy - powiedzieli nam to inni i sami to 
odczuliśmy - i to właśnie nazywamy życiem. 
 
Życie religijne nie toczy się na drugim brzegu rzeki, toczy się tutaj - na brzegu, na którym 
człowiek trudzi się w pocie czoła. Właśnie to musimy zrozumieć, a aktem religijnym jest proces 
rozumienia, nie zaś posypywanie się popiołem, noszenie przepaski na biodrach lub infuły, 
zasiadanie na tronie czy na grzbiecie słonia. 
 
Najważniejsze jest spostrzeganie tych wszystkich okoliczności, ludzkich przyjemności i niedoli, 
a nie spekulowanie, jak powinno przebiegać życie religijne. To, co powinno być, jest mitem; to 
jest moralność stworzona przez myśl i wyobraźnię. Trzeba odrzucić tę moralność - społeczną, 
religijną i zawodową - nie intelektualnie, ale faktycznie wyrywając się z systemu tej 
moralności, która jest niemoralna. 
 
A zatem pytanie naprawdę brzmi: czy można wykroczyć poza ten system? To myśl stworzyła 
ów przerażający chaos i niedole, to ona staje na przeszkodzie religii i religijnemu życiu. Myśl 
sądzi, że potrafi poza ten system wykroczyć, ale gdy to uczyni, będzie to nadal akt myśli, ona 
zaś nie jest prawdziwym bytem i dlatego też stworzy kolejne złudzenie. 
 
Wykraczanie poza ten system nie jest aktem myślowym. Trzeba to jasno zrozumieć, w 
przeciwnym razie znów zostaniemy uwięzieni przez myśl. Koniec końców "ja" jest wiązką 
wspomnień, tradycji i wiedzy tysięcy minionych dni. A zatem można wykroczyć poza granice 
świata wojny, nienawiści, zawiści i okrucieństwa jedynie wtedy, gdy niknie cierpienie, ono 
bowiem jest wytworem myśli. Taki akt jest życiem religijnym, które nie opiera się na żadnej 
wierze, albowiem nie zna jutra. 
 
"Czy nie żąda pan rzeczy niemożliwej? Czy nie domaga się pan cudu? W jaki sposób miałbym 
poza to wszystko wykroczyć bez pomocy myśli? Myśl jest samym moim istnieniem!" 
 
Właśnie! Samo to istnienie, będące myślą, musi się skończyć. Sam ten egocentryzm i jego 
działalność muszą w naturalny i prosty sposób obumrzeć. Jedynie z chwilą tak rozumianej 
śmierci zaczyna się nowe, religijne życie. 
 
11 
 
Jeśli, aby medytować, rozmyślnie przyjmujesz jakiś sposób podejścia, przybierasz jakąś 
postawę, wówczas medytacja przeobraża się w rozrywkę, umysłową zabawę. Jeśli postanawiasz 
wyrwać się z zamętu i życiowych niedoli, pojawiają się wyimaginowane doznania, które nie są 
medytacją. Świadomy lub nieświadomy umysł nie może w tym uczestniczyć, nie wolno im 
nawet zdawać sobie sprawy z zakresu i piękna medytacji, a jeśli tak się dzieje, to równie dobrze 

background image

mógłbyś pójść i kupić jakąś romantyczną powieść. 
 
W medytacyjnym stanie pełnej uwagi nie ma wiedzy, nie zachodzi rozpoznawanie czy 
wspominanie czegoś, co było. Czas i myśl nikną całkowicie, stanowią one bowiem ośrodek 
ograniczający naszą zdolność widzenia. 
 
W błysku światła myśl ginie, a świadomy wysiłek, by doznawać, a także wspomnienie o nim, 
staje się tylko minionym słowem. A słowo nigdy nie jest tym, co rzeczywiste. W tym 
momencie - który nie ma związku z czasem - to, co ostateczne, jest tym, co najbliższe, ale nie 
ma ono symbolu, nie wiąże się z żadną osobą, z żadnym bogiem. 
 
Tego ranka, zwłaszcza tak wcześnie, dolina była niesłychanie cicha. Pohukująca sowa umilkła, 
a jej towarzysz znad odległych wzgórz nie odpowiadał. Żaden pies nie szczekał, a wieś jeszcze 
nie zbudziła się ze snu. Na wschodzie rozbłysła łuna, obietnica, ale Krzyż Południa jeszcze nie 
zbladł. Spośród liści nie dochodził żaden szelest, wydawało się, że Ziemia przestała wirować. 
Ta przenikająca do głębi cisza była odczuwalna, dotykalna, mogłeś ją wręcz powąchać. To nie 
była cisza panująca na zewnątrz, wśród wzgórz i nieruchomych drzew; ty byłeś tą ciszą. Ty i 
ona nie byliście od siebie oddzieleni. Rozróżnienie zgiełku i ciszy nie miało sensu. Wzgórza, 
ciemne i nieruchome, były tą samą ciszą. 
 
Ta cisza, nie będąca zaprzeczeniem zgiełku, była bardzo aktywna. Tego ranka, o dziwo, 
napłynęła przez okno niczym jakaś woń, a wraz z nią pojawiło się poczucie absolutu. Gdy 
wyjrzałeś przez okno, dystans dzielący wszystkie rzeczy znikł, a o świcie twoje oczy otwarły 
się i ujrzały wszystko na nowo. 
 
"Interesuje mnie seks, równość społeczna i Bóg. Tylko to się w życiu liczy, nic więcej. 
Polityka, religie z ich kapłanami i obietnicami, rytuałami i wyznaniami wiary wydają się nas 
znieważać. Naprawdę nie udzielają odpowiedzi, nigdy faktycznie nie rozwiązały żadnych 
problemów, pomagały jedynie je odwlekać. Na różne sposoby potępiały seks, utrwalały 
społeczne nierówności, a wymyślony przez nie Bóg to kamień, który przyodziały w szatę 
miłości i wzruszeń. Osobiście nie dostrzegam w tym żadnego pożytku. Wspominam o tym 
tylko dlatego, abyśmy mogli wszystko to pominąć i skoncentrować się na tych trzech kwestiach 
- seksie, społecznej nędzy i tym, co nazywamy Bogiem. 
 
Moim zdaniem seks jest w równym stopniu nieodzowny jak jedzenie. Przyroda stworzyła 
mężczyznę i kobietę oraz ich nocne rozkosze. Dla mnie to równie ważne jak odkrycie tej 
prawdy, którą można nazwać Bogiem. A współczucie dla bliźniego jest nie mniej ważne jak 
miłość do kobiety mieszkającej w twoim domu. Seks nie stanowi problemu, lubię go. A jednak 
jest we mnie lęk przed czymś nieznanym. Ten właśnie lęk i ból muszę zrozumieć - nie jako 
problem do rozwiązania, ale raczej jako coś, w co powinienem wniknąć tak, by naprawdę się z 
tego oczyścić. Chciałbym zatem, jeśli ma pan czas, te kwestie z panem rozważyć". 
 
Może zacznijmy od kwestii ostatniej, nie od pierwszej, a wtedy, być może, inne sprawy 
zdołamy lepiej zrozumieć; wtedy, być może, nabiorą one innego charakteru niż to, co łączy się 

background image

z przyjemnością. 
 
Czy pragnie pan utwierdzić się w swoich przekonaniach, czy naprawdę ujrzeć rzeczywistość; 
nie doświadczać jej, ale faktycznie ją ujrzeć umysłem i sercem, które są bardzo czułe i czyste? 
Przekonanie to jedno, a widzenie to drugie. Przekonania wiodą w mrok, podobnie jak wiara. 
Wiodą do kościołów, do mrocznych świątyń i rytuałów dostarczających przyjemnych wrażeń. 
Wzdłuż tej drogi nie ma rzeczywistości, lecz jedynie złudzenia, fantazyjne sprzęty wypełniające 
kościoły. 
 
Jeśli odrzuca się lęk, wiara staje się zbędna, natomiast gdy lgnie się do wiary i dogmatów, lęk 
działa. Wiara nie zawsze jest usankcjonowana przez konkretną religię; powstaje, choć człowiek 
żadnej religii nie wyznaje. Można mieć swoją własną, indywidualną, unikalną wiarę - ale nie 
stanie się ona światłem, które rozjaśnia. Myśl przyobleka się w wiarę, aby się bronić przed 
lękiem, który sama wywołała. Sposób działania myśli nie ma nic wspólnego z niczym nie 
skrępowaną uwagą widzącą prawdę. 
 
Myśl nie może szukać tego, czego nie da się zmierzyć, ponieważ myśl nieustannie dokonuje 
porównań. To, co najwyższe, nie mieści się w strukturze myśli i rozumu, nie jest też wytworem 
emocji i wzruszeń. Uwaga jest negacją myśli; tak jak negacja myśli jest miłością. Jeśli szukasz 
tego, co najwyższe, to nie znajdziesz; ono musi, o ile ci się poszczęści, przyjść do ciebie - a twą 
szansę stanowi otwarte okno serca, nie myśli. 
 
"To dość trudne. Prosi mnie pan, bym zanegował całe swoje jestestwo, to »ja«, które tak 
troskliwie rozwijałem i pielęgnowałem. Sądziłem, że przyjemność płynąca z tego, co nazwać by 
można Bogiem, jest wieczna. On jest moim schronieniem, w nim cała moja nadzieja i radość; a 
pan każe mi to wszystko odrzucić. Czy to możliwe? I czy rzeczywiście tego pragnę? A poza 
tym, czy nie obiecał mi pan jakiejś nagrody, jeśli to odrzucę? Oczywiście wiem, że żadnej 
nagrody mi pan faktycznie nie oferuje, ale czy naprawdę potrafię całkowicie odrzucić - nie 
tylko werbalnie - to, czym zawsze żyłem?" 
 
Jeśli spróbuje pan dokonać tego rozmyślnie, to narodzą się konflikt, ból i wieczna niedola. Ale 
jeśli ujrzy pan, czym to naprawdę jest - tak jak widzi pan tę lampę, drgające światło, knot i 
mosiężną podstawę - to wkroczy pan w inny wymiar. W tym wymiarze miłość nie rodzi 
społecznych problemów; nie ma tam podziałów rasowych, klasowych czy intelektualnych. 
Tylko ludzie nierówni odczuwają potrzebę równości. Człowiek uprzywilejowany chce 
zachować ów podział, swą klasę, swój sposób życia. Poddany zaś walczy nieustannie o to, by 
stać się uprzywilejowanym; ciemiężony chce przeobrazić się w ciemięzcę. A zatem, samo 
wprowadzanie odpowiednich aktów prawnych - choć jest niezbędne - nie likwiduje podziałów i 
związanych z nimi okrucieństw; nie znosi też podziału między pracą a statusem społecznym. 
Praca służy nam do zdobywania społecznego statusu - i cały cykl nierówności zaczyna się na 
nowo. Problemów społecznych nie likwiduje moralność przez to społeczeństwo wymyślona. 
Miłość nie zna moralności, miłość nie jest reformą. Kiedy miłość staje się przyjemnością, ból 
jest nieunikniony. Miłłość nie jest myślą, a to myśl sprawia przyjemność - przyjemność 
seksualną i tę płynącą z osiągania czegoś. Myśl potęguje i utrwala chwilową przyjemność. 

background image

Rozmyślając o niej, przedłużamy jej żywotność o kolejną chwilę. Czyż to nie owo pożądanie 
przyjemności nazywamy seksem? Towarzyszą mu wprawdzie silne uczucia - wrażliwość, 
troska, przyjaźń i cała ta reszta - ale przewija się przez to wszystko nić bólu i lęku. To 
aktywność myśli sprawia, że nie sposób zerwać tej nici. 
 
"Ale nie można pozbawiać seksu przyjemności! Żyję tą przyjemnością, lubię ją. Jest ona dla 
mnie o wiele ważniejsza niż posiadanie pieniędzy, stanowiska czy społecznego prestiżu. Widzę 
też, że przyjemność niesie ze sobą ból, ale ponieważ ona przeważa, nie dbam o to". 
 
Kiedy przyjemność, którą się pan tak rozkoszuje, przeminie - z powodu starości, 
nieszczęśliwego wypadku, upływu czasu - wtedy wpadnie pan w sidła; cierpienie stanie się 
nieodłączne. Ale miłość nie jest przyjemnością, nie jest wytworem pragnień i dlatego właśnie, 
widzi pan, musimy wkroczyć w inny wymiar. W nim wszystkie nasze problemy - i wszystkie 
kwestie - ulegają rozwiązaniu. Bez niego, cokolwiek byśmy uczynili, trwają cierpienie i zamęt. 
 
12 
 
W górze fruwały chmary ptaków, niektóre przelatywały nad szeroką rzeką, inne, unosząc się 
wysoko na niebie, zataczały wielkie kręgi, prawie nie poruszając skrzydłami. Wśród tych 
szybujących najwyżej przeważały sępy, w jasnych promieniach słońca wyglądające niczym 
sunące pod wiatr plamki. Na ziemi niezgrabne, miały nagie szyje i szerokie, ciężkie skrzydła. 
Parę z nich siedziało na czubku tamaryndowca, lecz wrony nie dawały im spokoju. Jedna z nich 
próbowała nawet się na sępie usadowić. Ten w końcu, zniecierpliwiony, odleciał, ale uparta 
wrona podfrunęła od tyłu i usiadła mu na karku. Lecący sęp z siedzącą na grzbiecie wroną 
wyglądał naprawdę niesamowicie. Ją najwyraźniej to cieszyło, on zaś próbował pozbyć się 
intruza. W końcu wrona odleciała i znikła w lesie po drugiej stronie rzeki. 
 
Papugi zygzakiem przyfrunęły z drugiego brzegu. Wrzeszcząc oznajmiały całemu światu swoje 
przybycie. Kilka z nich, jasnozielonych, z czerwonymi dziobami, mieszkało na tym 
tamaryndowcu. Nad ranem odtruwały w dół rzeki, czasem wracały z wrzaskiem, ale częściej 
nie było ich przez cały dzień, aż nie wracały późnym popołudniem, kiedy już nakradły ziarna z 
pól i wszelkich owoców, które zdołały znaleźć. Przez parę sekund uwijały się wśród listowia, a 
potem znikały. Nie sposób ich było dojrzeć między małymi, zielonymi liśćmi. Mieszkały w 
jakiejś dziupli w pniu tego drzewa, samiec i samica, a wyglądały na bardzo szczęśliwe, gdy 
odtruwając wykrzykiwały swą radość. Wieczorem i wczesnym rankiem słońce kreśliło na rzece 
ścieżkę - złotą nad ranem, a srebrną pod wieczór. Nic dziwnego, że ludzie oddawali rzekom 
cześć; lepsze to niż oddawanie czci wizerunkom i wszystkie związane z tym rytuały i wierzenia. 
Ta rzeka była żywa i głęboka, płynęła nieprzerwanie. Małe zaś sadzawki nieopodal jej brzegów 
trwały w zupełnym bezruchu. 
 
Każdy człowiek izoluje się w takiej "sadzawce" i tam chyli się ku upadkowi; nigdy nie 
włączając się w główny nurt rzeki. Ta rzeka, tak bardzo zanieczyszczana przez ludzi żyjących 
w jej górnym biegu, w jakiś sposób niżej oczyszczała się i płynęła niebieskozielona, głęboka. 
Wyglądała wspaniale, zwłaszcza przed wschodem słońca, cicha, nieruchoma, w kolorze 

background image

stopionego srebra. W miarę, jak słońce wznosiło się ponad drzewami, stawała się złota, potem 
znów przekształcała się w srebrzystą drogę i woda na powrót ożywała. 
 
W tym pokoju z widokiem na rzekę panował chłód, było prawie mroźno, jak to wczesną zimą. 
Mężczyzna z żoną, siedzący naprzeciwko, był młody, ona zaś jeszcze młodsza. Spoczęliśmy na 
dywanie rozłożonym na chłodnej, twardej podłodze. Nie interesował ich widok rzeki, a gdy 
wskazano im, jak jest szeroka, piękna, jak zielony jest przeciwległy brzeg, tylko grzecznie 
skinęli głowami. Przyjechali z północy, przebyli długą drogę autobusem i pociągiem i bardzo 
chcieli porozmawiać o sprawach, które ich nurtowały; rzeka była czymś, na co mogli popatrzeć 
później, gdy będą mieli czas. 
 
"Człowiek nie może być wolny; jest związany z rodziną, dziećmi, pracą - rzekł mężczyzna. - 
Póki żyje, ma obowiązki. Chyba że zostaje sannjasinem, mnichem". 
 
Pojmował, jak niezbędna jest wolność, a jednak czuł, że jest ona czymś, czego nie da się 
osiągnąć w tym brutalnym świecie, rządzonym przez zasady współzawodnictwa. Żona słuchała 
go z wyrazem lekkiego zdumienia, zadowolona, że jej mężczyzna potrafi zachować się 
poważnie i zupełnie prawidłowo wypowiada się po angielsku. Dawało jej to poczucie dumy, 
takiej jaka płynie ze świadomości posiadania. On zupełnie tego nie dostrzegał, siedziała 
bowiem nieco z tyłu. 
 
"Czy w ogóle można być wolnym? - zapytał. - Niektórzy polityczni pisarze i teoretycy, na 
przykład komuniści, twierdzą, że wolność jest pojęciem burżuazyjnym, jest nieosiągalna i 
nierealna, podczas gdy świat demokratyczny wciąż o niej mówi. Podobnie kapitaliści. 
Oczywiście, także każda religia ją głosi i obiecuje, choć dba o to, by człowiek stał się więźniem 
swej własnej wiary i ideologii, przecząc własnymi działaniami składanym obietnicom. 
Przybyłem, by dociec - nie tylko intelektualnie - czy człowiek może w tym świecie być 
prawdziwie wolny, czy ja mogę. Wziąłem urlop, aby tu przyjechać; na dwa dni jestem wolny od 
swej pracy - od biurowej rutyny i codziennego życia w małym miasteczku. Gdybym miał 
więcej pieniędzy, miałbym więcej wolności, mógłbym pojechać tam, gdzie bym zechciał, 
robiłbym to, na co mam ochotę, może bym malował lub podróżował. To jednak jest 
niemożliwe, bowiem moja pensja jest niewielka, a ja mam obowiązki; jestem więźniem 
własnych obowiązków". 
 
Jego żona nie była w stanie tego wszystkiego zrozumieć, ale nadstawiła uszu na słowo 
"obowiązki". Być może zaniepokoiła się, czy on nie zechce porzucić domu i wyruszyć w świat. 
 
"Te obowiązki - kontynuował - odbierają mi wolność, zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną. 
Rozumiem, że człowiek nie może całkowicie uwolnić się od świata, biur, sklepów i tak dalej. 
Nie tam szukam wolności. Przyjechałem, aby dowiedzieć się, czy w ogóle możliwa jest 
wolność wewnętrzna?" 
 
Gołębie na werandzie gruchały i trzepotały skrzydłami, papugi skrzeczały za oknem, a słońce 
lśniło na ich jasnych, zielonych skrzydłach. 

background image

 
Czym jest wolność? Czy to jakaś idea lub uczucie pielęgnowane przez myśl, gdyż usidlają ją 
liczne problemy, niepokoje i tak dalej? Czy wolność jest rezultatem, nagrodą, czymś, co 
stanowi zakończenie pewnego procesu? Czy wolność to oswobodzenie się od gniewu? A może 
polega ona na tym, że można robić to, co się chce? Czy wolnością jest stwierdzenie, że 
obowiązek jest dla ciebie ciężarem i odsunięcie go na bok? Czy wolnością jest 
przeciwstawianie się czy może uleganie? Czy tę wolność mogą nam dać myśl lub jakieś 
działanie? 
 
"Proszę, niech pan mówi trochę wolniej". 
 
Czy wolność jest przeciwieństwem niewoli? Czy to jest wolność, gdy będąc w więzieniu i 
zdając sobie sprawę z tego i ze wszystkich związanych z tym ograniczeń, wyobrażamy ją sobie? 
Czy wyobraźnia może dać wolność, czy też będzie to tylko myślowa fantazja? To, co 
faktycznie znamy i co faktycznie jest, to zniewolenie, przywiązanie do rzeczy zewnętrznych - 
do domu, rodziny, do pracy, a również wewnętrzne przywiązanie - do tradycji, zwyczajów, do 
przyjemności, jakie niosą ze sobą władza i własność, do lęku, osiągnięć i tylu innych rzeczy. 
Gdy sukces sprawia nam wielką przyjemność, nie mówimy i nie myślimy o tym, by się od 
niego uwolnić. Mówimy o wolności tylko wtedy, gdy pojawia się ból. Wszystkie te rzeczy 
pętają nas zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie, a to zniewolenie jest tym, co jest. 
Sprzeciwianie się temu, co jest, nazywamy wolnością. Opieramy się temu, co jest, uciekamy od 
tego, staramy się to stłumić, mając nadzieję, że w ten sposób zyskamy pewnego rodzaju 
wolność. Znamy wewnętrznie tylko dwie rzeczy - zniewolenie i sprzeciw; to sprzeciw stwarza 
zniewolenie. 
 
"Przykro mi, ale w ogóle tego nie rozumiem". 
 
Co faktycznie się dzieje, gdy sprzeciwia się pan złości lub nienawiści? Wznosi pan wokół 
nienawiści mur, ale ona trwa; mur jedynie ją przed panem skrywa. Albo postanawia pan nigdy 
się nie złościć, ale owo postanowienie stanowi część złości, a sam sprzeciw jeszcze ją 
wzmacnia. Można to ujrzeć we własnym wnętrzu, gdy się ten fakt obserwuje. Gdy się pan 
sprzeciwia, kontroluje, tłumi lub próbuje przezwyciężyć - a wszystko to jest tożsame ze sobą, są 
to bowiem bez wyjątku akty woli - tylko wzmacnia pan ten obronny mur, a w rezultacie coraz 
bardziej pogrąża się w niewoli, umysłowej ciasnocie, małostkowości. I właśnie od tej 
małostkowości, od tej ciasnoty chce się pan uwolnić, a samo to pragnienie jest reakcją, która 
stwarza inne bariery i jeszcze małostkowość potęguje. W ten sposób przechodzimy od 
sprzeciwu do sprzeciwu, od bariery do bariery - czasem malując mury obronne na inne kolory, 
nadając im odmienny charakter czy określając je jakimś wzniośle brzmiącym słowem. Ale opór 
jest zniewoleniem, zniewolenie zaś cierpieniem. 
 
"Czy to oznacza, że w życiu zewnętrznym mamy pozwolić innym pomiatać sobą do woli? I że 
we własnym wnętrzu nie powinniśmy niczym krępować swej złości i temu podobnych?" 
 
Wygląda na to, że nie słuchał pan tego, co zostało powiedziane. Kiedy coś sprawia nam 

background image

przyjemność, nie protestujemy, że nam się to rozkoszne uczucie przytrafiło. Jednak gdy staje 
się to bolesne, zaczynamy stawiać opór. Chce pan uwolnić się od bólu, a jednocześnie 
zachować przyjemność. Trwanie przy przyjemności jest sprzeciwem. 
 
Reakcja jest czymś naturalnym; jeśli ktoś nie reaguje fizycznie na ukłucie szpilką, to znaczy, że 
jest pozbawiony czucia. Wewnętrznie również, jeśli się nie reaguje, to coś jest nie w porządku. 
Ale ważna jest nie sama reakcja, lecz sposób, w jaki się reaguje, oraz natura owej reakcji. Gdy 
ktoś nam schlebia, reagujemy. Reagujemy także, gdy ktoś nas obraża. Jedno i drugie jest 
sprzeciwem przejawiającym się w postaci przyjemności lub bólu. To zachowujemy, tamto 
ignorujemy lub pragniemy pomścić. Ale jedno i drugie jest stawianiem oporu. Zarówno 
zachowywanie, jak i odrzucanie są formami sprzeciwu, wolność natomiast sprzeciwem nie jest. 
 
"Czy potrafię reagować, nie stawiając oporu w postaci przyjemności lub bólu?" 
 
A co pan o tym sądzi? Co pan czuje? Czy zadaje pan to pytanie mnie czy sobie? Jeśli ktoś z 
zewnątrz, jakiś zewnętrzny pośrednik, odpowie na to pytanie, pan mu zaufa, a to zaufanie 
przeobrazi się w autorytet, który jest pewną formą sprzeciwu. A wtedy znów będzie pan chciał 
uwolnić się od tego autorytetu! A zatem, jakże można zadawać to pytanie komuś innemu? 
 
"Pan mógłby mi to wskazać, a gdybym to później ujrzał, autorytet nie odegrałby chyba roli?" 
 
Ale myśmy panu wskazali to, co faktycznie jest. Proszę patrzeć na to, co faktycznie jest, nie 
reagując uczuciem przyjemności lub bólu. Wolność jest widzeniem. Widzenie jest wolnością. 
Można widzieć jedynie będąc wolnym. 
 
"To widzenie jest, być może, aktem wolności, ale jaki ono wywiera wpływ na moje 
zniewolenie, które jest tym, co jest, tym, co widzę?" 
 
Kiedy powiada pan, że widzenie, być może, jest aktem wolności, jest to przypuszczenie, a 
zatem przypuszczeniem jest również pańskie widzenie. To znaczy, że nie widzi pan naprawdę 
tego, co jest. 
 
"Nie wiem, proszę pana. Widzę, że moja teściowa znęca się nade mną; czy ona przestanie 
dlatego, że ja to widzę?" 
 
Proszę obserwować zachowania swojej teściowej i własne reakcje, ale nie reagując uczuciami 
przyjemności lub bólu. Proszę obserwować to w sposób nieskrępowany. Być może będzie pan 
potem zupełnie ignorował jej słowa, a może wyjdzie pan z domu. Ale to wyjście lub nie 
zważanie na nią nie będzie stawianiem oporu. To niewybiórcze uświadomienie jest wolnością. 
Działania wypływającego z tej wolności nie sposób przewidzieć, usystematyzować czy 
wtłoczyć w ramy społecznej moralności. To niewybiórcze uświadomienie nie ma charakteru 
politycznego, nie przynależy do żadnego "izmu"; nie stanowi wytworu myśli. 
 
13 

background image

 
"Chcę poznać Boga" - rzekł porywczo, prawie krzycząc. Sępy siedziały na tym samym drzewie 
co zwykle, pociąg terkotał na moście, a rzeka płynęła w dal. W tym miejscu była bardzo 
szeroka, głęboka i spokojna. Wczesnym rankiem z daleka, stojąc na wysokim brzegu, czuło się 
zapach wody - jej czystość, jej świeżość. Dzień jeszcze tego zapachu nie popsuł. Za oknem 
skrzeczały papugi lecące w stronę pól, później miały powrócić na tamaryndowiec. Stada wron, 
wysoko w górze, przelatywały nad rzeką, siadały na drzewach i wśród pól na jej drugim brzegu. 
W ten czysty, zimowy poranek, mroźny, lecz jasny, na niebie nie było ani jednej chmury. Gdy 
tak patrzyłeś na światło wschodzącego słońca kładące się na rzece, medytacja trwała. Samo to 
światło należało do niej, gdy, w ten cichy poranek, patrzyłeś na roziskrzone, tańczące wody - 
nie umysłem, który wszystkiemu nadaje pewien sens, ale oczami, które widziały światło i nic 
poza tym. 
 
Światło, podobnie jak dźwięk, jest czymś nadzwyczajnym. Istnieje światło, które artyści 
próbują utrwalić na płótnie, albo takie, które rejestruje kamera, jest też światło samotnej lampy 
w ciemnościach nocy, lub to rozjaśniające czyjąś twarz, światło, które kryje się w oczach. 
Światło, które widzą oczy, nie jest tym, które lśni na wodzie; ono jest zupełnie inne, zbyt 
rozlegle, by mogło pomieścić się w wąskim polu widzenia. Światło, niczym dźwięk, 
pozostawało wciąż w ruchu - na zewnątrz i do wewnątrz - niczym przypływy i odpływy morza. 
I gdy tak trwałeś w wielkiej ciszy, podążałeś za nim, nie w wyobraźni czy za pomocą zmysłów, 
ale nie wiedząc o tym, nie licząc chwil. 
 
Piękna tego światła, tak jak miłości, nie da się z niczym porównać, nie można wyrazić go 
słowami. Jednak było tam - w cieniu, na otwartej przestrzeni, w domu, w oknie, po drugiej 
stronie drogi i w śmiechu dzieci. Bez tego światła to, co widzisz, jest prawie bez znaczenia, 
gdyż światło jest wszystkim. Światło medytacji lśniło na wodzie. Miało tam znów pojawić się 
pod wieczór, w ciągu nocy i o świcie, gdy słońce wzejdzie ponad drzewa, złociście barwiąc 
rzekę. Medytacja jest tym światłem w umyśle, które rozjaśnia drogę naszych działań; bez niego 
nie ma miłości. 
 
Potężny mężczyzna, starannie ogolony i z wystrzyżoną głową, usiadł na podłodze w tym 
małym pokoju z widokiem na rzekę. Podłoga była chłodna, trwała bowiem zima. Odznaczał się 
godnością kogoś, kto niewiele posiada i nie dba o to, co ludzie powiedzą. 
 
"Chcę poznać Boga. Wiem, że dziś to niemodne. Studenci, nadchodzące pokolenie 
buntowników, aktywistów politycznych, formułujące rozsądne i nierozsądne żądania, szydzi ze 
wszystkich religii. I mają też całkowitą słuszność, bo spójrzmy, co z tego zrobili księża! 
Naturalnie, młodsze pokolenie niczego takiego nie chce. Ich zdaniem, świątynie i kościoły 
popierają wyzysk człowieka. Młodzi zupełnie nie ufają poglądom hierarchów, nie dają wiary 
propagowanym przez księży zbawcom, ceremoniom i wszelkim tym niedorzecznościom. 
Zgadzam się z nimi. Pomagałem niektórym z nich w walce z tym wszystkim. Ale nadal chcę 
poznać Boga. Byłem komunistą, lecz dawno już wystąpiłem z tej partii, albowiem jej 
członkowie również mają swoich bogów, swe dogmaty i teoretyków. Byłem komunistą 
naprawdę gorliwym, gdyż początkowo oni coś obiecywali - wielką, prawdziwą rewolucję. Ale 

background image

teraz cechują się tym wszystkim co i kapitaliści; poszli drogami tego świata. Interesowały mnie 
reformy społeczne, prowadziłem działalność polityczną, ale wszystko to porzuciłem, ponieważ 
widzę, że za pomocą nauki i techniki człowiek nigdy nie uwolni się od rozpaczy, niepokoju i 
lęku. Być może istnieje tylko jeden sposób. Nie ulegam przesądom i nie sądzę, bym bał się 
życia. Przeszedłem, jak pan widzi, przez to wszystko i nadal mam wiele lat przed sobą. Chcę 
wiedzieć, czym jest Bóg. Pytałem kilku wędrownych mnichów, zarówno tych, którzy wiecznie 
powiadają »Bóg jest, musisz tylko patrzeć«, jak i tych, którzy tajemniczo milkną i oferują 
pewną metodę. Wystrzegam się tych wszystkich pułapek. A zatem przyszedłem do pana, czuję 
bowiem, że muszę to odkryć". 
 
Czas jakiś siedzieliśmy w milczeniu. Papugi, skrzecząc, przelatywały za oknem, a na ich 
zielonych skrzydłach i czerwonych dziobach połyskiwało światło. 
 
Czy sądzi pan, że można to odkryć? Że natrafi się na to szukając? Czy uważa pan, że można 
tego doświadczyć? Że ograniczony umysł zdoła ogarnąć to, co bezgraniczne? W jaki sposób? 
Skąd będzie pan to wiedział? Jak pan zdoła to rozpoznać? 
 
"Doprawdy nie wiem - odparł - Ale będę wiedział, gdy stanie się to rzeczywistością". 
 
Czy to ma znaczyć, że pozna to pan za pomocą swego umysłu, swego serca, swej inteligencji? 
 
"Nie. Poznanie od żadnego z nich nie zależy. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak zwodnicze są 
zmysły. Wiem, jak łatwo powstają złudzenia". 
 
Wiedzieć znaczy doświadczać, prawda? Doświadczać, znaczy rozpoznawać, a rozpoznawanie 
to pamięć i skojarzenia. Jeśli przez "wiedzę" rozumie pan rezultat przeszłego zdarzenia, 
wspomnienia, czegoś, co wydarzyło się niegdyś, to jest to wiedza o tym, co było. A czy zna pan 
to, co się teraz dzieje, co jest faktem? A może poznaje pan to dopiero po chwili, gdy już 
minęło? To, co dzieje się teraz, jest poza czasem; a wiedza zawsze istnieje w czasie. Patrzy pan 
na to, co się dzieje, oczami czasu, które to nazywają, przekładają i zapisują. Oto co nazywa się 
wiedzą powstałą zarówno w wyniku analizy, jak i natychmiastowego rozpoznawania. W zakres 
tej wiedzy chce pan wprowadzić to, co znajduje się po drugiej stronie wzgórza lub za tym 
drzewem. I upiera się pan, że musi wiedzieć, iż musi tego doświadczyć i zatrzymać. Czy można 
w swym umyśle lub w dłoni zatrzymać te rozlegle wody? To, co pan zatrzymuje, jest słowem i 
tym, co widziały pańskie oczy, a także widzeniem wyrażonym słowami i wspomnieniem o tych 
słowach. Ale wspomnienie nie jest tą wodą i nigdy nią nie będzie. 
 
"Zgadzam się - powiedział. - Jak zatem do tego dotrę? W ciągu swego długiego i wypełnionego 
różnymi zainteresowaniami życia stwierdziłem, że nic człowieka nie zbawi - żadna instytucja, 
żaden system społeczny, nic. Dlatego przestałem czytać. A przecież człowiek musi zostać 
zbawiony, musi się jakoś z tego wydobyć i moje usilne pragnienie znalezienia Boga jest 
krzykiem wielkiego niepokoju o ludzkość. Szerzący się gwałt pochłania człowieka. Znam 
wszystkie argumenty za i przeciw. Niegdyś miałem nadzieję, ale teraz jestem z wszelkiej 
nadziei odarty. Znajduję się naprawdę u kresu wytrzymałości. Zadaję to pytanie z rozpaczy, a 

background image

może po to, by wskrzesić nadzieję. Po prostu nie widzę żadnego światła. Tak więc przyszedłem, 
by zadać to jedno pytanie: Czy może mi pan pomóc odkryć rzeczywistość, o ile taka w ogóle 
istnieje?" 
 
Znów czas jakiś siedzieliśmy milcząc. W pokoju słychać było pogruchiwanie gołębi. 
 
"Pojmuję, o co panu chodzi. Nigdy dotąd nie siedziałem w tak całkowitym milczeniu. To 
pytanie jest tam, poza tą ciszą, a gdy spoglądając na nie, wykraczam poza nią, ona się oddala. A 
zatem chodzi panu o to, że jedynie w tej ciszy, w tej całkowitej i nie zaplanowanej ciszy, 
istnieje to, co bezgraniczne?" 
 
Kolejny pociąg zaturkotał na moście. 
 
To przywołuje całą tę głupotę i histerię mistycyzmu - mętne, niewyraźne wzruszenia będące 
źródłem iluzji. Nie, proszę pana, nie o to nam chodzi. Pozbycie się wszystkich złudzeń - 
politycznych, religijnych i tych związanych z przyszłością - to ciężka praca. Nigdy nie 
odkrywamy niczego dla siebie, choć tak właśnie sądzimy - a to stanowi jedno z największych 
złudzeń, czyli myśl. Zobaczyć jasno ten zamęt, ten obłęd, który człowiek wokół siebie uprządł, 
to ciężka praca. Aby widzieć i być wolnym, potrzeba bardzo, bardzo zdrowego umysłu. 
Widzenie i wolność są absolutnie niezbędne. Wolność od pragnienia, by widzieć, wolność od 
nadziei, jaką człowiek nieustannie pokłada w nauce, technice i odkryciach religijnych. Ta 
nadzieja rodzi złudzenia. Widzenie tego jest wolnością, a gdy jest się wolnym, o nic się nie 
prosi. Wtedy sam umysł staje się bezgraniczny. 
 
14 
 
Był starym mnichem poważanym przez tysiące ludzi. Ubrany w tradycyjną, żółtą szatę 
sannjasina, z wygoloną głową, trzymał się dobrze. Dźwigał ogromny kij, który mu służył od 
wielu lat, na nogach miał znoszone sandały. Usiedliśmy na ławce, wysoko po prawej mieliśmy 
most kolejowy, po lewej zataczającą szeroki łuk rzekę. Tego ranka jej drugi brzeg tonął w 
gęstej mgle, widać było jedynie wierzchołki drzew sprawiające wrażenie, jak gdyby płynęły po 
rozlanej wodzie. Powietrze trwało w bezruchu, jaskółki latały nisko, tuż przy brzegu. Rzeka 
była bardzo stara i święta, ludzie przybywali z odległych stron, by umrzeć nad jej brzegami i by 
tam ich spalono. Czczono ją, wysławiano w pieśniach, uważano za najświętszą z rzek. 
Wrzucano w nią wszelkie nieczystości; ludzie kąpali się w niej, pili z niej wodę, prali ubrania; 
na brzegach widywało się osoby siedzące bardzo prosto i nieruchomo, z zamkniętymi oczami, 
pogrążone w medytacji. Rzeka tyle ludziom dawała, a oni ją zanieczyszczali. Podczas pory 
deszczowej jej wody podnosiły się od siedmiu do dziesięciu metrów, zabierały wszystkie 
nieczystości i pokrywały ziemię warstwą mułu, dzięki czemu wieśniacy mieszkający wzdłuż 
brzegów zbierali obfite plony. Płynęła wielkimi zakolami, niekiedy widywało się przepływające 
drzewa, wyrwane z korzeniami przez silny prąd, a także martwe zwierzęta, na których siedziały 
walczące ze sobą sępy i wrony, czasem ukazywała się ludzka ręka, noga, a nawet całe ciało. 
 
Tego ranka rzeka była piękna, bez choćby zmarszczki. Drugi jej brzeg ginął w oddali. Słońce 

background image

świeciło już od paru godzin, ale mgła jeszcze się nie podniosła, rzeka zaś, jak jakaś tajemnicza 
istota, płynęła w dal. Mnich doskonale ją znał, wiele lat spędził nad jej brzegami, w otoczeniu 
swych uczniów; uważał za rzecz oczywistą, że płynąć będzie zawsze, póki żyć będą ludzie. Na 
nieszczęście przyzwyczaił się do niej. Teraz spoglądał na rzekę oczami, które widziały ją 
tysiące razy. Przyzwyczajamy się do piękna i do brzydoty, a wtedy ginie świeżość dnia. 
 
"Dlaczego - zapytał głosem dość apodyktycznym - występuje pan przeciw moralności, przeciw 
księgom, które my uważamy za najświętsze? Najprawdopodobniej zepsuł pana Zachód, gdzie 
synonimem wolności jest wyuzdanie, a prawie nikt nie wie, co znaczy prawdziwa dyscyplina. 
Oczywiście nie czytał pan żadnej z naszych świętych ksiąg. Słuchałem parę dni temu pańskiej 
mowy i przeraziło mnie to, co posłyszałem o bogach, kapłanach, o ludziach świętych i guru. Jak 
człowiek mógłby bez nich żyć? Bez nich staje się materialistą goniącym za powabami tego 
świata, żyje jak zwierzę. Pan najwyraźniej odrzuca całą tę wiedzę, którą my uważamy za 
najświętszą. Dlaczego? Wiem, że jest pan człowiekiem poważnym. Od wielu lat z oddali 
śledzimy pańskie nauczanie. Traktowaliśmy pana jak brata, myśleliśmy, że pan należy do nas. 
Ale skoro wyrzekł się pan tego wszystkiego, staliśmy się sobie obcy. Strasznie to przykre, że 
kroczymy po różnych ścieżkach". 
 
Co jest święte? Czy święty jest obraz w świątyni, symbol, słowo? Gdzie szukać świętości? W 
tym drzewie, w tej wieśniaczce dźwigającej ciężki tobół? Przypisujecie świętość rzeczom, które 
uważacie za święte, wartościowe, znaczące. Ale jakąż wartość ma wizerunek wyrzeźbiony 
ludzką ręką lub stworzony przez umysł? Dla was najwyraźniej ta kobieta, to drzewo, ten ptak, 
te żywe istoty mają wartość jedynie przemijającą. Dzielicie życie na to, co jest święte, a co 
święte nie jest, na to, co niemoralne, a co moralne. Ten podział to źródło niedoli i okrucieństw. 
Albo wszystko jest święte, albo nic święte nie jest. Albo to, co mówicie, wasze słowa, wasze 
myśli, wasze pieśni są poważne, albo służą tylko omamianiu umysłu, wprawianiu go w stan 
zachwytu, który staje się złudzeniem, a zatem najmniejszej powagi w nich nie ma. Istnieje coś 
świętego, ale nie w słowie, nie w posążku, nie w wizerunku stworzonym przez myśl. 
 
Wyglądał na zakłopotanego, a nie bardzo wiedząc, dokąd to prowadzi, przerwał: "Nie 
rozmawiamy teraz o tym, co jest święte, a co nie jest, chciałbym raczej dowiedzieć się, 
dlaczego szydzi pan z dyscypliny?" 
 
Dyscyplina w potocznym rozumieniu polega na przestrzeganiu pewnego systemu głupich 
nakazów politycznych, społecznych lub religijnych. To pociąga za sobą naśladownictwo, 
tłumienie popędów lub jakąś formę wykraczania poza aktualny stan rzeczy, nieprawdaż? Taka 
dyscyplina wiąże się oczywiście z nieustanną walką, konfliktem, które wypaczają umysł. 
Dopasowujemy się mając na względzie obiecaną lub wymarzoną nagrodę. Narzucamy sobie 
dyscyplinę, aby coś otrzymać. Żeby coś osiągnąć, jesteśmy posłuszni i ulegli, a system - 
komunistyczny, religijny czy własny - urasta do rangi autorytetu. Nie ma w tym żadnej 
wolności. Dyscyplina oznacza uczenie się, a ucząc się odrzucamy wszelkie autorytety i 
posłuszeństwo. Widzenie tego wszystkiego to nie proces analityczny. Postrzeganie, do czego 
prowadzi cała ta struktura dyscypliny, samo jest dyscypliną polegającą na uczeniu się 
wszystkiego, co struktury tej dotyczy. Takie uczenie się nie oznacza gromadzenia informacji, 

background image

ale jest bezpośrednim postrzeganiem owej struktury i jej natury. Oto prawdziwa dyscyplina, 
ponieważ uczymy się, a nie dopasowujemy. Aby się uczyć, niezbędna jest wolność. 
 
"Czy z tego wynika - zapytał - że robi pan to, na co po prostu przyjdzie panu ochota? Że 
lekceważy pan autorytet państwa?" 
 
Oczywiście nie. Naturalnie musimy akceptować prawa państwowe lub policyjne regulaminy, 
dopóki się nie zmienią. Musimy jeździć tylko jedną stroną szosy, są bowiem inne samochody, a 
zatem trzeba przestrzegać kodeksu drogowego. Gdyby każdy robił to, co zechce - co, tak czy 
inaczej, ukradkiem czynimy - zapanowałby zupełny chaos. I tak właśnie się dzieje. Biznesmen, 
polityk i prawie każdy człowiek pod płaszczykiem szacowności próbuje zaspokoić swe ukryte 
pragnienia i żądze, a to wywołuje w świecie chaos. Chcemy to opanować, ustanawiając prawa, 
sankcje i tak dalej. To nie jest wolność. Na całym świecie żyją ludzie mający swe święte księgi, 
współczesne i starożytne. Czytają je w kółko, piszą do nich muzykę i cytują bez końca, ale ich 
serca pełne są okrucieństwa, chciwości i żądzy władzy. Czy te tak zwane święte księgi mają w 
ogóle jakieś znaczenie? Faktycznie - nie. Istotne są absolutny ludzki egoizm, nieustanne 
okrucieństwo, nienawiść i wrogość, a nie księgi, świątynie, kościoły, meczety. 
 
Ukryty pod szatą mnich jest przerażony. Ma własne pragnienia, płonie pożądaniem, a jego szata 
to jedynie sposób ucieczki od tego faktu. 
 
Usiłując wznieść się ponad tę ludzką niedolę, spędzamy czas na dziecinnych kłótniach, które 
księgi są bardziej święte od innych. 
 
"A zatem odrzuca pan także tradycję... Czyż nie?" 
 
Przenoszenie przeszłości w teraźniejszość, przekładanie ruchu teraźniejszości na język 
przeszłości, niweczy żywe piękno chwili obecnej. Ten kraj, podobnie jak prawie każdy inny, 
ugina się pod brzemieniem tradycji mocno zakorzenionej zarówno w wyższych warstwach 
społecznych, jak i w wiejskich chatach. W tradycji, jakkolwiek starożytna czy współczesna by 
ona była, niema nic świętego. Mózg dźwiga wspomnienia przeszłości będące tradycją i boi się 
je utracić, nie potrafi bowiem stanąć twarzą w twarz z czymś nowym. Tradycja staje się naszą 
opoką, a gdy umysł jest bezpieczny, niszczeje. Trzeba wyruszyć w podróż bez obciążeń, 
radośnie, bez wysiłku, nie zatrzymując się w żadnym sanktuarium, przy żadnym pomniku czy z 
powodu jakiegoś społecznego lub religijnego bohatera. Trzeba wyruszyć samemu, z poczuciem 
piękna i miłości. 
 
"Ale czy my, mnisi, nie jesteśmy zawsze samotni? - zapytał. - Wyrzekłem się świata i złożyłem 
śluby ubóstwa i czystości". 
 
Nie jest pan samotny, ponieważ wiąże pana ów ślub, tak jak wiąże człowieka, który żeniąc się, 
składa przysięgę małżeńską. Nie jest pan, jeśli wolno zauważyć, sam, ponieważ jest pan 
hinduistą, tak jak nie byłby pan sam, będąc buddystą, muzułmaninem, chrześcijaninem czy 
komunistą. Do czegoś się pan zobowiązał. Jak ktoś taki może być sam, skoro w coś się 

background image

zaangażował, skoro poświęca się określonej idei, a ta skłania go do pewnych działań? Samo 
słowo "samotny" oznacza to, co oznacza: niezależny, czysty, wolny, integralny, nie 
rozdwojony. Gdyby był pan wolny, mógłby pan żyć w tym świecie, nigdy się z nim jednak nie 
wiążąc. Jedynie w samotności możliwe są całościowe działanie i współpraca; bowiem miłość 
jest zawsze pełna. 
 
15 
 
Tego ranka rzeka wyglądała niczym zmatowiałe srebro, było bowiem pochmurno i zimno. 
Wszystko pokrywała cienka warstwa kurzu - liście, pokój, werandę, krzesła. Robiło się coraz 
mroźniej; zapewne w Himalajach padał gęsty śnieg. Wiał ostry, północny wiatr, nawet ptaki 
zdawały sobie z tego sprawę. Ale rzeka owego ranka płynęła we własny, osobliwy sposób. Jej 
powierzchni nie marszczył wiatr, sprawiała wrażenie niemal nieruchomej, było w niej coś 
bezczasowego, co zdaje się stanowić cechę wszystkich wód. Jakże była piękna! Nic dziwnego, 
że ludzie uznali ją za rzekę świętą. Można było siedzieć tam, na tej werandzie, i bez końca ją 
obserwować medytując. Nie śniłeś na jawie; twoje myśli nie biegły w żadnym kierunku, po 
prostu w ogóle nie myślałeś. 
 
Gdy tak obserwowałeś światło na rzece, jakoś się chyba zatraciłeś; a kiedy zamknąłeś oczy, 
przeniknąłeś w próżnię pełną błogosławieństwa. To była rozkosz. 
 
Tego ranka znów przyszedł, razem z jakimś młodzieńcem. Ten mnich, który mówił o 
dyscyplinie, świętych księgach i autorytecie tradycji. Miał świeżo ogoloną twarz i wypraną 
szatę. Młodzieniec wyglądał na zdenerwowanego. Przyszedł w towarzystwie mnicha, zapewne 
swego guru i czekał, by tamten przemówił pierwszy. Patrzył na rzekę, ale myślał o czymś 
innym. Wreszcie sannjasin rzekł: 
 
"Przyszedłem jeszcze raz, ale tym razem, by porozmawiać o miłości i zmysłowej naturze 
człowieka. My, którzy ślubowaliśmy czystość, borykamy się ze swymi zmysłami. Ślub jest 
jedynie środkiem służącym powstrzymaniu naszych niekontrolowalnych popędów. Ja jestem 
starym człowiekiem i te pragnienia już mnie nie dręczą. Zanim złożyłem śluby, byłem żonaty. 
Moja żona umarła, a ja porzuciłem dom. Przeżyłem okres męki, nieznośnych biologicznych 
żądz; walczyłem z nimi dniem i nocą. Był to bardzo trudny czas, wypełniony samotnością, 
frustracją, lękiem przed chorobą umysłową i atakami nerwowymi. Nawet teraz nie odważam się 
głębiej o tym myśleć. A ten młodzieniec przyszedł ze mną, sądzę bowiem, iż dręczy go 
identyczny problem. Chciałby porzucić ten świat i złożyć śluby ubóstwa i czystości, tak jak ja. 
Rozmawiałem z nim przez wiele tygodni i pomyślałem, że byłoby dobrze, gdybyśmy obaj 
mogli omówić z panem problem seksu i miłości. Mam nadzieję, że zechce pan porozmawiać o 
tym zupełnie szczerze". 
 
Jeśli mamy się tą kwestią zająć, to po pierwsze, o ile można coś zasugerować, nie zaczynajmy 
od rozważań opartych na jakimś poglądzie, sposobie podejścia czy jakiejś zasadzie, to bowiem 
uniemożliwi wam poszukiwania. Jeśli jesteście wrogami seksu lub jeśli uparcie twierdzicie, iż 
jest on w życiu niezbędny, że stanowi część życia, to każde takie założenie uniemożliwi 

background image

prawdziwą percepcję. Powinniśmy odrzucić wszelkie wnioski i w ten sposób zyskać swobodę 
patrzenia, badania. 
 
Spadło kilka kropel deszczu. Ptaki umilkły, zanosiło się bowiem na prawdziwą ulewę, po której 
liście znów będą świeże i zielone, pełne światła i barw. Pachniało deszczem, zapanowała ta 
dziwna cisza, jaka nastaje przed burzą. 
 
Tak więc mamy dwa problemy - miłość i seks. Jedno jest abstrakcyjną ideą, drugie to 
faktyczna, codzienna, biologiczna żądza - fakt, który istnieje i któremu nie sposób zaprzeczyć. 
Stwierdźmy może najpierw, czym jest miłość, nie jako abstrakcyjna idea, ale - czym ona jest 
faktycznie. Czym? Czy jest po prostu zmysłową rozkoszą kultywowaną przez myśl jako 
przyjemność, wspomnienie doznania, które niosło ze sobą wielką radość i zaspokojenie 
płciowe? Czy jest pięknem zachodu słońca lub tym liściem, który dotyka się i widzi, lub 
zapachem tego kwiatu? Czy miłość jest przyjemnością lub pożądaniem? A może nie jest 
niczym takim? Czy należy ją dzielić na świętą i grzeszną? A może jest ona czymś 
niepodzielnym, całością, czego myślom nie wolno rozkładać na części? Czy istnieje ona bez 
swego przedmiotu? Czy też pojawia się jedynie ze względu na przedmiot? Czy dlatego rodzi się 
w nas miłość, że widzimy twarz kobiety? Taka miłość będzie wrażeniem, pragnieniem, 
przyjemnością, utrwalonymi przez myśl. A może miłość jest panującym w nas stanem, który na 
piękno reaguje czułością? Czy miłość to coś kształtowanego przez myśl, tak że jej przedmiot 
staje się ważny, czy też nie ma ona żadnego związku z myślą, a zatem jest niezależna, wolna? 
Jeśli nie zrozumiemy tego słowa i tego, co się za nim kryje, będziemy cierpieć męki, 
popadniemy w nerwicę seksualną lub też seks nas zniewoli. 
 
Niech myśl nie rozbija miłości na kawałki. Gdy dzieli się miłość na bezosobową i osobową, 
zmysłową i duchową, kiedy mówi się o mojej ojczyźnie i waszej ojczyźnie, o moim bogu i 
waszym bogu, wtedy nie jest to Już miłość, ale coś zupełnie innego - wytwór pamięci, 
propagandy, wyrachowania, dobrobytu i tak dalej. 
 
Czy seks jest wytworem myśli? Czy seks - związana z nim przyjemność, rozkosz, poczucie 
bliskości kogoś drugiego, czułość - czy to jest wspomnienie spotęgowane przez myśl? Podczas 
stosunku płciowego zapominamy o sobie, zatracamy się, znikają wtedy lęki, niepokoje, 
życiowe troski. Wspominając ów stan czułości i zapomnienia o sobie i pożądając, by się 
powtórzył, przeżuwa się go niejako aż do następnego razu. Czy to jest czułość, czy może tylko 
wspomnienie o czymś, co minęło, a co mamy nadzieję znów osiągnąć? Czy powtarzanie 
czegoś, jakkolwiek by było przyjemne, nie jest procesem destruktywnym? 
 
Młodzieniec nagle odzyskał mowę: "Seks jest, jak pan sam powiedział, potrzebą biologiczną, a 
jeśli ma on charakter destruktywny, to czy równie szkodliwe nie jest jedzenie? Ono przecież też 
stanowi biologiczną potrzebę." 
 
Jeśli się je, będąc głodnym - to jedno. Ale gdy jest się głodnym, a myśl powiada "Muszę 
zakosztować smaku tego a tego rodzaju pożywienia", wtedy myślimy i to właśnie ma charakter 
destruktywnych powtórzeń. 

background image

 
"A skąd pan wie - zapytał młodzieniec - co w seksie stanowi biologiczną potrzebę, taką jak 
głód, a co psychologiczne pożądanie, takie jak chciwość?" 
 
Dlaczego odróżniasz biologiczną potrzebę od psychologicznego pożądania? Powstaje też 
jeszcze jedno, zupełnie inne, pytanie: dlaczego oddzielasz seks od postrzegania piękna góry czy 
urody kwiatu? Dlaczego tak niesłychaną wagę przywiązujesz do jednego, a zupełnie pomijasz 
to drugie? 
 
"Jeśli seks, jak pan zdaje się powiedział, jest czymś zupełnie innym niż miłość, to czy w ogóle 
konieczne jest, by coś z nim robić?" - zapytał młodzieniec. 
 
Nigdy nie twierdziliśmy, że miłość i seks to dwie rzeczy odrębne. Mówiliśmy, iż miłość jest 
całością niepodzielną, myśl zaś, z samej swej natury, jest fragmentaryczna. Gdy myśl dominuje, 
oczywiście nie ma miłości. Ludzie na ogól znają - i może nie znają nic więcej - seks myślowy 
polegający na przeżuwaniu przyjemności i jej powtarzaniu. Dlatego właśnie musimy postawić 
pytanie: czy istnieje jakiś inny rodzaj seksu nie związany z myślą i pożądaniem? 
 
Sannjasin milcząc, słuchał tego wszystkiego w skupieniu, po czym powiedział: "Stawiałem 
seksowi opór, złożyłem przeciw niemu śluby, albowiem tradycja i rozum kazały mi sądzić, że 
życie oddane religii wymaga energii. Ale teraz dostrzegam, że właśnie ten opór wielką jej część 
pochłonął. Więcej czasu spędziłem na stawianiu oporu, straciłem na to więcej energii, niż bym 
stracił na sam seks. A zatem rozumiem teraz pańskie twierdzenie, iż każdego rodzaju konflikt 
niweczy energię. Konflikt i walka pozbawiają nas większej ilości energii niż widok kobiecej 
twarzy, a może nawet sam seks".   
 
Czy istnieje miłość bez pożądania, bez przyjemności? Czy istnieje seks bez pożądania, bez 
przyjemności? Czy istnieje miłość całościowa, w którą nie wtrąca się myśl? Czy seks jest 
czymś minionym, czy też jest on za każdym razem nowy? Myśl oczywiście jest stara, dlatego 
też zawsze przeciwstawiamy sobie to, co stare i to, co nowe. Zadajemy pytania związane z 
przeszłością i oczekujemy odpowiedzi w kategoriach tego, co było. Tak więc kiedy pytamy: czy 
istnieje seks niezależny od funkcjonowania całego mechanizmu myślowego, to czy nie znaczy 
to, iż nie wykroczyliśmy poza granice tego, co stare? Tak silnie warunkuje nas to, co minione, 
że nie wyczuwamy drogi wiodącej ku temu, co nowe. Powiedzieliśmy, że miłość jest całością i 
że zawsze jest nowa - nie w przeciwieństwie do tego, co stare, bo samo to przeciwieństwo 
należy do przeszłości. Każde twierdzenie, że istnieje seks bez pożądania, jest kompletnie 
bezwartościowe, ale jeśli prześledzicie całe znaczenie myśli, to być może napotkacie to, co 
inne. Jeśli jednak będziecie pożądać przyjemności za wszelką cenę, to miłość się nie pojawi. 
 
Młodzieniec rzekł: "Ta biologiczna potrzeba, o której pan mówi, jest właśnie takim 
pożądaniem, bo choć może ono być czymś innym niż myśl, to jednak ją wzbudza". 
 
"Być może zdołam mojemu młodemu przyjacielowi udzielić odpowiedzi - rzekł sannjasin - 
gdyż sam przez to wszystko przeszedłem. Całe lata ćwiczyłem się, by nie spoglądać na kobiety. 

background image

Bezlitośnie tłumiłem to biologiczne pożądanie. Ten cielesny popęd nie wzbudza myśli; to myśl 
przejmuje nad nim kontrolę, zużytkowuje go, przekształca w wyobrażenia, w obrazy - a wtedy 
staje się on jej niewolnikiem. To myśl przez większość czasu wzbudza popęd. Jak 
powiedziałem, zaczynam dostrzegać tę przedziwną naturę naszego własnego zakłamania i 
nieuczciwości. Jest w nas tak wiele hipokryzji. Nigdy nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są, ale 
zawsze musimy tworzyć złudzenia, które ich dotyczą. Pan mówi nam, byśmy spojrzeli na 
wszystko wzrokiem jasnym, wolnym od wspomnień o przeszłości. Tak często pan to w trakcie 
swych mów powtarza. Wtedy życie nie staje się problemem. Na starość zaczynam właśnie to 
rozumieć". 
 
Młodzieniec nie wyglądał na całkiem usatysfakcjonowanego. Chciał żyć zgodnie ze swymi 
pojęciami, według reguły, którą tak starannie sformułował. 
 
Oto dlaczego tak ważne jest poznanie siebie samego, ale nie poznanie zgodne z jakąś formułą 
czy poglądami jakiegoś guru. To nieustanne niewybiórcze uświadomienie usuwa wszystkie 
złudzenia i całą hipokryzję. 
 
Deszcz lał jak z cebra, powietrze trwało w bezruchu, słychać było tylko odgłosy kropli 
uderzających o dach i liście.   
 
 
KALIFORNIA 
 

 
Medytacja nie jest po prostu doświadczaniem czegoś, co by wykraczało poza zakres 
codziennych myśli i uczuć, nie jest też dążeniem do przeżywania wizji i doznawania rozkoszy. 
Niedojrzały i mierny, mały umysł, może mieć i miewa wizje rozszerzającej się świadomości, 
ma też doznania, które identyfikuje zgodnie z własnymi uwarunkowaniami. Ta niedojrzałość 
ma wszelkie szansę po temu, by odnieść w tym świecie sukcesy, zyskać sławę i rozgłos. Owi 
guru, którzy ją przejawiają, są ludźmi tego właśnie rodzaju. Medytacja nie przynależy do takich 
jak oni. Nie znajduje jej ten, kto szuka, albowiem znajduje on to, czego pragnie. A pocieszenie, 
które z niej czerpie, jest moralnością jego własnych lęków. 
 
Człowiek wierzący i dogmatyk, choćby nie wiem co czynił, nie wstąpi do królestwa medytacji. 
By medytować, konieczna jest wolność. Nie sposób najpierw medytować, a później stać się 
wolnym; wolność - całkowite odrzucenie społecznej moralności i wartości - stanowi pierwszy 
ruch w medytacji. To nie jest impreza publiczna, w której - zanosząc modły - może 
uczestniczyć wielu. Medytuje się w samotności, zawsze przekraczając granice społecznych 
zachowań. Nie ma bowiem prawdy w tym, czego myśl dotyczy, lub w tym, co myśl stworzyła i 
nazwala prawdą. Pełne zanegowanie całej tej myślowej struktury jest tym, co w medytacji 
pozytywne. 
 
Tego ranka morze było bardzo spokojne, błękitne, prawie jak jezioro, a niebo czyste. Mewy i 

background image

pelikany latały wzdłuż wybrzeża. Ciężkoskrzydłe pelikany frunęły wolno, niemal dotykając 
wody. Niebo było niezwykle błękitne, a wzgórza w oddali, z nielicznymi krzakami, wypalone 
słońcem. Od tamtej strony nadleciał czerwony orzeł, poszybował nad żlebem i zniknął wśród 
drzew. 
 
Światło w tej części świata jest jaskrawe i przenikliwe, a jednak nie oślepia. W powietrzu unosił 
się zapach sumaku, pomarańczy i eukaliptusów. Od wielu miesięcy nie padał deszcz, spieczona 
ziemia wyschła i popękała. Niekiedy na wzgórzach ukazywały się jelenie, a pewnego razu 
pojawił się wspinający się pod górę, pokryty kurzem, rozczochrany niedźwiedź. Po ścieżkach 
często pełzały grzechotniki, a niekiedy widywało się rogatą ropuchę. Idąc tędy, prawie nikogo 
nie spotykałeś. Pełen kamieni szlak pokrywał kurz, panowała na nim zupełna cisza. 
 
Tuż przed tobą siedziała przepiórka z młodymi. Było ich zapewne ponad tuzin, nieruchomych, 
udających, że nie istnieją. Im wyżej się wspinałeś, tym okolica stawała się dziksza, albowiem z 
powodu braku wody nikt tu nie mieszkał. Nie było ptaków, rosło też bardzo niewiele drzew. 
Słońce świeciło bardzo mocno, jego promienie kłuły cię w oczy. 
 
Nagle, na tej dużej wysokości, pojawił się tuż obok grzechotnik; potrząsając ogonem, wydawał 
przenikliwe, ostrzegawcze dźwięki. Uskoczyłeś do tyłu. Wąż miał trójkątny łeb, był zwinięty w 
spiralę, ze środka której sterczała grzechotka. Zwrócił się w twoją stronę. Dzieliło was kilka 
metrów, nie mógł cię ukąsić. Przyglądałeś mu się, a on wpatrywał się w ciebie swymi 
nieruchomymi oczami. Przez pewien czas nie mogłeś oderwać wzroku od jego prężnego, 
tłustego ciała. Wiedziałeś, jak był niebezpieczny, a mimo to nie budził w tobie lęku. Po chwili 
grzechotnik rozprostował się i kierując ku tobie głowę i ogon, oddalił się nieco. Gdy się do 
niego zbliżałeś, znów zwijał się w spiralę, z ogonem w środku, gotów do ataku. Zabawiałeś się 
tak przez jakiś czas, aż wąż się zmęczył, a wtedy zostawiłeś go w spokoju i zszedłeś ku morzu. 
 
 
Okna tego ładnego domu wychodziły na trawnik. W środku pomalowany był na biało, miał 
znakomite proporcje. Podczas zimnych nocy rozpalano ogień na kominku. Jak miło patrzeć w 
ogień, na tysiące płomyków i cieni. Słychać było jedynie odgłosy niespokojnego morza. 
 
W pokoju siedziało dwoje czy troje ludzi. Rozmawiali o współczesnej młodzieży, o kinie i na 
inne ogólne tematy. Nagle ktoś z nich rzekł "Czy mogę o coś zapytać?" Miało się wrażenie, że 
szkoda niepokoić to błękitne morze i góry. "Chcielibyśmy wiedzieć, czym jest dla pana czas. 
Mamy pewne pojęcie o tym, co mówią na jego temat naukowcy i autorzy powieści 
fantastycznonaukowych. Wydaje mi się, że człowiek zawsze był uwikłany w problem czasu - 
tych niekończących się dni wczorajszych i jutrzejszych. Od najdawniejszych epok aż po dzień 
dzisiejszy czas absorbował ludzki umysł. Spekulowali na jego temat filozofowie, religie 
oferowały własne wyjaśnienia. Czy możemy o tym porozmawiać?" 
 
Czy mamy wniknąć w to głęboko, czy też zadowolą was powierzchowne uwagi? Jeśli chcemy 
pomówić o tym poważnie, musimy zapomnieć, co powiedziały religie czy filozofie, gdyż 
naprawdę nie można żadnej z nich ufać. Nie ufamy im nie dlatego, że jesteśmy nieczuli lub 

background image

aroganccy, ale dlatego, iż pojmujemy, że aby coś odkryć, trzeba odłożyć na bok wszelkie 
autorytety. Jeśli jesteśmy na to gotowi, być może wnikniemy w ten problem bez większych 
trudności. 
 
Czy czas, pominąwszy wskazania zegara, w ogóle istnieje? Tak wiele rzeczy akceptujemy; tak 
bardzo przyuczono nas do posłuszeństwa, że akceptacja wydaje się nam czymś naturalnym. Ale 
czy czas w ogóle istnieje, jeśli pominiemy te wszystkie dni wczorajsze? Czy czas jest ciągiem 
dni wczorajszych, dzisiejszych i jutrzejszych? I czy istnieje czas bez dnia wczorajszego? Co 
nadaje ciągłość tysiącom minionych dni? 
 
Przyczyna wywołuje swój skutek, a skutek staje się kolejną przyczyną; nie ma między nimi 
różnicy - jest to jeden ruch. Nazywamy go czasem i wszystko, oczami i sercem, postrzegamy w 
jego ramach. Widzimy przez okulary czasu i przekładamy teraźniejszość na język przeszłości. 
Po czym ten przekład napotyka dzień jutrzejszy. To jest łańcuch czasu. 
 
Uwikłana w ten proces myśl pyta "Czym jest czas?" Już samo to pytanie jest efektem działania 
maszynerii czasu. A zatem nie ma ono sensu, myśl bowiem jest czasem. Dni wczorajsze 
wytworzyły myśl, a ona dzieli przestrzeń na wczoraj, dziś i jutro. Albo powiada "Istnieje tylko 
teraźniejszość", zapominając, że sama teraźniejszość jest wytworem przeszłości. 
 
Nasza świadomość zbudowana jest z tego czasowego łańcucha i w jego granicach pytamy 
"Czym jest czas? A jeśli go nie ma, to co się dzieje z dniem wczorajszym?" Takie pytania 
powstają w świecie czasu, a nie istnieje odpowiedź na pytanie, które myśl zadaje o czas. 
 
A może nie ma dnia jutrzejszego i wczorajszego, jest zaś tylko chwila obecna? Tego pytania nie 
stawia myśl. Zostaje zadane wówczas, gdy postrzega się strukturę i naturę czasu, ale nie oczami 
myśli. 
 
Czy naprawdę istnieje jutro? Oczywiście istnieje, jeśli mam zdążyć na pociąg; ale czy 
wewnętrznie istnieje jutro bólu i przyjemności, jutro osiągnięć? Może istnieje tylko chwila 
obecna, nie związana z dniem wczorajszym? Czas zatrzymuje się tylko wtedy, gdy zatrzymuje 
się myśl. Z chwilą tego zatrzymania się nastaje chwila obecna. Ona nie jest pojęciem, jest 
rzeczywistym faktem, jednak wyłącznie wtedy, gdy cały mechanizm myśli zanika. Poczucie 
chwili obecnej nie ma nic wspólnego ze słowem, które ma naturę czasową. A zatem nie dajmy 
się usidlić słowom: wczoraj, dziś i jutro. Chwila obecna urzeczywistnia się jedynie w wolności, 
wolność zaś nie jest wytworem myśli. 
 
Powstaje zatem pytanie "Jak działa chwila obecna?" Znamy tylko działanie, które jest 
wytworem czasu i pamięci, dokonywane w chwili oddzielającej przeszłość od teraźniejszości. 
W obrębie tego interwału lub przerwy zaczyna się cały zamęt i konflikt. Nasze pytanie w 
rzeczywistości brzmi: 
 
"Jeśli w ogóle nie ma odstępu, to jak przebiega działanie?" Świadomy umysł powie może 
"Uczyniłem coś spontanicznie", ale faktycznie tak nie jest; nie ma czegoś takiego jak 

background image

spontaniczność, albowiem umysł jest uwarunkowany. To, co teraźniejsze, jest jedynym faktem; 
jest to chwila obecna, a myśl, nie mogąc jej pojąć, buduje na jej temat wyobrażenia. Odstęp 
między wyobrażeniem a tym, co jest, jest niedolą tworzoną przez myśl. 
 
Widzieć to, co jest, bez udziału dnia wczorajszego, jest chwilą obecną. Ta chwila jest 
milczeniem przeszłości. 
 

 
Medytacja jest ruchem, który trwa bez końca. Nie jesteś w stanie stwierdzić, że medytujesz, nie 
możesz też zostawić sobie na medytację wolnego czasu. Ona nie jest na twoje rozkazy. Jej 
błogosławieństwa nie spływają na ciebie dlatego, że wiedziesz usystematyzowane życie albo 
przestrzegasz pewnych form postępowania lub zasad moralnych. Medytacja nastaje tylko 
wtedy, gdy twe serce jest naprawdę otwarte. Nie otwarte za pomocą klucza myśli, nie chronione 
przez intelekt, ale wówczas, gdy jest otwarte niczym bezchmurne niebo. Medytacja wtedy 
nastaje, choć o tym nie wiesz, choć jej o to nie prosiłeś. Jednak nie sposób jej upilnować, 
zatrzymać, oddawać jej czci. Jeśli spróbujesz to uczynić, już nigdy nie powróci: cokolwiek 
zrobisz, będzie cię unikać. W medytacji ty się nie liczysz, nie odgrywasz w niej żadnej roli; jej 
piękno nie jest twoim pięknem, ona jest piękna sama w sobie. Ty nie możesz niczego tu dodać. 
Nie wyglądaj oknem w nadziei, że ją znienacka pochwycisz, nie czekaj na nią, siedząc w 
zaciemnionym pokoju; pojawia się ona jedynie wtedy, gdy w ogóle nie istniejesz; a radość, jaką 
ze sobą niesie, nie ma dalszego ciągu. 
 
Góry przeglądały się w bezkresnym, błękitnym morzu ciągnącym się całymi kilometrami. 
Niemal nagie, wypalone słońcem wzgórza, porastały tu i ówdzie niewielkie krzaki. W kotlinach 
rosły drzewa, zniszczone przez słońce i ogień, ale nadal tam stały, bardzo ciche i ukwiecone. 
Rosło tam jedno szczególne drzewo, niesłychanie stary dąb, który wydawał się górować nad 
wszystkimi okolicznymi wzgórzami. Na szczycie innego wzniesienia stało martwe drzewo, 
spalone przez ogień; sterczało nagie, szare, bez liści. Kiedy patrzyło się na te góry, na ich 
piękno, na ich zarysy na tle błękitu, tylko to jedno drzewo zdawało się sięgać nieba. Miało 
liczne gałęzie, wszystkie martwe. Nigdy więcej nie poczuje już tchnienia wiosny. A jednak było 
niesłychanie żywe, miało tyle wdzięku i piękna; czułeś, że stanowisz jego część, że stoisz sam, 
bez punktu oparcia, poza czasem. Wydawało się, że będzie tak stało zawsze, jak ten wielki dąb 
w dolinie. Jedno drzewo żyło, drugie - nie, a tylko one miały jakieś znaczenie wśród tych 
wzgórz wypalonych przez słońce i ogień, czekających na zimowe deszcze. W tych dwóch 
drzewach - żywym i martwym - ujrzałeś całość życia i życie własne. Osłaniana przez te drzewa 
dojrzewała niewidzialna miłość, miłość, która niczego się nie domaga. 
 
Pod domem z czwórką swych młodych mieszkała samica szopa. W dniu naszego przyjazdu cała 
ich rodzina siedziała na werandzie. Natychmiast się z nami zaprzyjaźniły. Małe miały bystre, 
czarne oczka i miękkie łapki, wciąż domagały się jedzenia, a jednocześnie były niespokojne. 
Matka trzymała się z boku. Następnego wieczora znów przyszły, jadły ci z ręki, czułeś dotyk 
ich miękkich łapek, pewnie łatwo byłoby je oswoić. Zadziwiało cię ich piękno i ruchy. Gdyby z 
nimi obcować, za parę dni baraszkowałyby wszędzie, czuło się w nich bezmiar życia. 

background image

 
W ten piękny, bezchmurny dzień, wszystkie drzewa i krzaki ostro rysowały się na tle 
oślepiającego słońca. Ów człowiek przyszedł z doliny, wspiął się na wzgórze do domu 
stojącego nad wąwozem. Po przeciwnej stronie rozciągało się pasmo gór. Wokół domu rosło 
parę sosen i wysokie bambusy. 
 
Młodzieniec, pełen nadziei, nie skażony jeszcze brutalnością cywilizacji, pragnął jedynie 
posiedzieć w milczeniu, chłonąć ciszę płynącą nie tylko z tych wzgórz, ale również z jego 
wewnętrznej potrzeby. 
 
"Jaką rolę odgrywam w tym świecie? W jakim stosunku pozostaję do całego istniejącego 
porządku? Jaki jest sens tego nieustannego konfliktu? Mam dziewczynę, sypiamy ze sobą. A 
jednak to nie wystarcza. Wszystko to sprawia wrażenie mglistego snu, który znika i znów 
powraca, czasem przeszywa dreszczem, a po chwili traci sens. Widziałem, jak niektórzy z 
moich kolegów biorą narkotyki. Stali się głupi, tępi. Może ja też, nawet bez narkotyków, 
stępieję pod wpływem codziennej rutyny i bólu wywołanego przez samotność. Nic nie znaczę 
wśród tych milionów ludzi wokół. Pójdę drogą, którą poszli inni, i nigdy nie znajdę tego 
klejnotu, który nie niszczeje, nie traci blasku, którego nikt nie ukradnie. Dlatego, pomyślałem, 
przyjdę z panem porozmawiać, o ile będzie pan miał chwilę czasu. Nie oczekuję żadnych 
odpowiedzi na pytania. Czuję zamęt; a choć jestem bardzo młody, już ogarnia mnie 
zniechęcenie. Widzę wokół siebie starsze pokolenie, ludzi zdesperowanych, zgorzkniałych, 
widzę okrucieństwo, hipokryzję, kompromisy, asekuranctwo. Oni niczego nie mają do 
zaoferowania i, o dziwo, niczego od nich nie chcę. Nie wiem, czego chcę, ale wiem, że muszę 
żyć życiem bogatym, pełnym treści. Z pewnością nie chcę pracować w biurze i stopniowo 
zdobywać pozycję, wiodąc tę bezkształtną, bezsensowną egzystencję. Czasem płaczę nad 
samotnością i pięknem odległych gwiazd". 
 
Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy, a powiew wiatru poruszył sosny i bambusy. 
 
Lot skowronka czy orła nie pozostawia śladów; naukowiec, podobnie jak każdy specjalista, ślad 
pozostawia. Można iść za nimi krok za krokiem i dodać kolejne kroki do tego, co oni odkryli i 
zgromadzili. Wiadomo, lepiej lub gorzej, dokąd to wszystko prowadzi. Ale prawda to coś 
zupełnie innego; ona rzeczywiście jest krainą bez dróg; być może leży na następnym zakręcie 
szosy, a może tysiące kilometrów stąd. Musisz iść nieprzerwanie, a wówczas znajdziesz ją tuż 
obok. Jeśli jednak zatrzymasz się, by wytyczyć drogę dla innych lub po to, by zaplanować 
własną drogę życia, to prawda nigdy się do ciebie nie zbliży. 
 
"Czy to poezja, czy rzeczywistość?" 
 
A jak uważasz? Dla nas wszystko musi być stereotypowe, tak byśmy mogli zrobić z tego jakiś 
praktyczny użytek, coś z tego zbudować, oddać temu cześć. Jeśli przyniesiesz do domu patyk, 
położysz go na półce, będziesz co dzień kładł przed nim kwiat, to po paru dniach nabierze on 
dla ciebie ogromnego znaczenia. Umysł może nadać sens wszystkiemu, ale sens, jaki on nadaje, 
jest sensu pozbawiony. Pytanie o cel życia jest niczym oddawanie czci patykowi. Tragedia 

background image

polega na tym, że umysł wciąż wymyśla nowe cele, nowe sensy, nowe radości i ciągle je 
niszczy. Nigdy się nie uspokaja. Umysł, który ma w sobie bogactwo ciszy, nigdy nie szuka 
czegoś poza tym, co jest. Trzeba być jednocześnie orłem i naukowcem, wiedząc, że jeden z 
drugim nigdy się nie spotkają. To nie znaczy, że żyją w różnych światach. Obaj są niezbędni. 
Ale gdy naukowiec chce stać się orłem, a orzeł pozostawia odciski pazurów, świat pogrąża się 
w niedoli. 
 
Jesteś młody. Zachowuj zawsze swą czystość i związaną z nią bezbronność. To jest jedyny 
skarb, który człowiek mieć może i musi. 
 
"Czy ta bezbronność jest najważniejszym i jedynym celem życia? Czy jest to jedyny bezcenny 
klejnot, który można znaleźć?" 
 
Nie ma bezbronności bez czystości. Choćbyś miał tysiące doznań, tysiące razy się uśmiechał i 
wylał tysiące łez, to jakże umysł może być czysty, jeśli nie umrzesz i tego wszystkiego się nie 
wyzbędziesz? Tylko czysty umysł - pomimo tysięcy swych doznań - może ujrzeć prawdę. A 
jedynie prawda czyni umysł bezbronnym, czyli wolnym. 
 
"Powiada pan, że nie można ujrzeć prawdy, nie będąc czystym, a nie można być czystym, nie 
ujrzawszy prawdy. Czy to nie jest błędne koło?" 
 
Czystość może zaistnieć tylko wtedy, gdy umiera dzień wczorajszy. Ale my nigdy nie 
umieramy, nie wyzbywamy się przeszłości. Zawsze pozostaje nam jakaś resztka, strzęp dnia 
wczorajszego. Właśnie to sprawia, że umysł pozostaje więźniem czasu. A zatem czas jest 
wrogiem czystości. Człowiek musi każdego dnia umierać, wyzbywać się wszystkiego, co umysł 
pochwycił i czego się trzyma. W przeciwnym razie nie ma wolności. Gdy istnieje wolność, 
istnieje bezbronność. One nie następują po sobie - to wszystko stanowi jeden ruch, zarówno 
pojawianie się, jak i przemijanie. Naprawdę czysta jest pełnia serca. 
 

 
Medytacja jest opróżnianiem umysłu z tego, co znane. To, co znane, jest przeszłością. 
Opróżnianie nie następuje na zakończenie procesu gromadzenia, oznacza ono raczej, że w ogóle 
niczego się nie gromadzi. To, co było, usuwane jest natychmiast nie przez myśl, ale przez 
działanie tego, co jest. Przeszłość to przechodzenie od jednego wniosku do drugiego i orzekanie 
o tym, co jest, na podstawie tych konkluzji. Każde orzeczenie jest wnioskiem, czy to 
dotyczącym przeszłości, czy teraźniejszości. Właśnie te wnioski uniemożliwiają nieustanne 
opróżnianie umysłu z tego, co znane. Albowiem to, co znane, jest zawsze wnioskiem, 
określeniem. 
 
To, co znane, jest działaniem woli, a wola w działaniu stanowi kontynuację tego, co znane; tak 
więc akt woli nie może w żaden sposób opróżnić umysłu. Pustki umysłu nie osiągnie się na 
ołtarzu żądz, osiąga się ją wtedy, gdy myśl zdaje sobie sprawę z własnych działań - a nie, gdy 
myślący zdaje sobie sprawę ze swych myśli. 

background image

 
Medytacja jest to czystość teraźniejszości, a zatem jest zawsze samotna. Umysł, który jest 
całkowicie samotny, nietknięty myślą, przestaje gromadzić. Tak więc opróżnianie go zachodzi 
zawsze w teraźniejszości. Dla umysłu, który jest sam, przyszłość - która związana jest z 
przeszłością - przestaje istnieć. Medytacja jest ruchem, a nie wnioskiem, nie celem, jaki należy 
osiągnąć. 
 
W tym ogromnym lesie rosły sosny, dęby, rozmaite krzewy i sekwoje. Po zboczu wzgórza, 
szemrząc nieprzerwanie, spływał mały strumień. Fruwały motyle, niebieskie i żółte. 
Najwyraźniej nie mogły znaleźć kwiatów, by spocząć, odlatywały więc w dół, ku dolinie. 
 
Ten las był bardzo stary, a sekwoje - drzewa ogromne, niesłychanie wysokie - jeszcze starsze. 
Panowała tam owa szczególna atmosfera, która powstaje wtedy, gdy nie ma ludzi ze strzelbami, 
gadających i popisujących się wiedzą. Nie wiodła tędy żadna droga. Musiałeś zostawić w dole 
samochód i pójść ścieżką usłaną sosnowymi igłami. 
 
Sójka ostrzegła wszystkich, że nadchodzi człowiek, widać skutecznie, albowiem miało się 
wrażenie, iż zwierzęta zamarły w bezruchu i uważnie patrzą. Promienie słońca prawie tu nie 
przenikały. Panował niemal dotykalny spokój. 
 
Dwie czerwone wiewiórki, o długich, gęstych ogonach, zeszły z sosny, popiskując i chrobocząc 
pazurkami. Goniły się wokół pnia, w dół i w górę, oszalałe z radości. Panowało między nimi 
szczególne napięcie, jakby połączenie zabawy, seksu i figli. Naprawdę radowały się sobą. Ta na 
górze nagle się zatrzymała i spojrzała na drugą, która nadal biegła, a wtedy i ona zatrzymała się. 
Spojrzały na siebie, unosząc ogony w górę, kierując zmarszczone noski ku sobie. Ich bystre 
oczka śledziły siebie nawzajem i każde poruszenie wokół. Fuknęły na siedzącego pod drzewem 
obserwatora i natychmiast o nim zapomniały. Były zaabsorbowane sobą, niemal czuć było 
ogromną rozkosz, którą czerpią z bycia razem. Ich gniazdo zapewne znajdowało się gdzieś 
wysoko. Wreszcie wiewiórki zmęczyły się; jedna wdrapała się na górę, a druga pobiegła po 
ziemi i zniknęła za pniem innego drzewa. 
 
Sójka, czujna i ciekawska, przyglądała się wiewiórkom i człowiekowi siedzącemu pod 
drzewem, wreszcie i ona odfrunęła, głośno krzycząc. 
 
Pojawiły się chmury. Zapewne za godzinę lub dwie miała nadejść burza. 
 
Pracowała jako psychoanalityk w dużej klinice, miała jakiś stopień naukowy. Młoda, modnie 
ubrana, nosiła minispódniczkę. Sprawiała wrażenie bardzo napiętej, widać było, że jest 
ogromnie zdenerwowana. Przy stole wciąż bez potrzeby coś mówiła, wypowiadając w 
kategorycznej formie swoje opinie, a chyba ani razu nie spojrzała przez duże okno na kwiaty, 
na podmuchy powietrza wśród liści i na wysoki, potężny eukaliptus łagodnie kołyszący się na 
wietrze. Jadła co popadło, nie interesując się zbytnio stojącymi na stole potrawami. 
 
W pokoiku obok powiedziała "My, psychoanalitycy, pomagamy chorym ludziom przystosować 

background image

się do społeczeństwa, które jest chore jeszcze bardziej. Czasem, choć bardzo rzadko, to się nam 
udaje. Ale faktycznie każdy sukces jest dziełem samej natury. Przebadałam wielu ludzi. Nie 
lubię tego, co robię, ale muszę zarabiać na życie, a tylu ludzi jest chorych. Nie wierzę, że 
można im wiele pomóc, choć, oczywiście, wciąż sięgamy po nowe leki, metody i teorie. Ale, 
nie mówiąc już o chorych, ja sama usiłuję być inna - inna niż zwykli, przeciętni ludzie". 
 
A czy w samej tej walce o własną odmienność nie jest pani podobna do innych? I czemu to ma 
służyć? 
 
"Jeśli nie będę walczyć, nie będę się starać, to stanę się zwykłą, drobnomieszczańską żoną. 
Pragnę być inna i dlatego nie chcę wychodzić za mąż. Ale naprawdę jestem bardzo samotna i ta 
moja samotność właśnie skłoniła mnie do podjęcia takiej pracy". 
 
Tak więc samotność wiedzie panią, krok za krokiem, do samobójstwa, prawda? 
 
Kiwnęła głową; prawie płakała. 
 
Czyż wszelkie poruszenia świadomości nie prowadzą do izolacji, do lęku i do tej nieustannej 
walki o własną inność? Wszystko to stanowi część owego dążenia do dokonania czegoś, do 
utożsamienia się z czymś innym lub z tym, czym się jest. Większość psychoanalityków 
postępuje zgodnie z teoriami swych nauczycieli lub wpływowych szkół, modyfikując je jedynie 
lub dodając nowe akcenty. 
 
"Należę do nowej szkoły; obywamy się bez symboli i faktycznie stajemy twarzą w twarz z 
rzeczywistością. Odrzuciliśmy dawnych mistrzów oraz ich symbole i widzimy człowieka takim, 
jakim jest. Ale to wszystko znów przeobraża się w nowego rodzaju szkołę, ja zaś nie przyszłam 
tu po to, aby omawiać te wszystkie typy szkół, teorii i mistrzów, ale raczej by pomówić o sobie. 
Nie wiem, co robić". 
 
Czy nie jest pani równie chora jak pacjenci, których próbuje pani leczyć? Czy nie należy pani 
do społeczeństwa, które jest może jeszcze bardziej chore, które znajduje się w stanie jeszcze 
większego zamętu niż pani? A zatem chodzi o kwestię o wiele bardziej podstawową, prawda? 
 
Jest pani wytworem ogromnej społecznej presji, kultury i religii społeczeństwa, w którym pani 
żyje i to ono panią kieruje, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i duchowym. Musi pani 
albo pogodzić się ze społeczeństwem, czyli żyć w nim, akceptując jego choroby, albo 
całkowicie je odrzucić i znaleźć nowy sposób życia. Jednak niemożliwe jest odnalezienie 
nowego sposobu bez porzucenia starego. 
 
Tym, czego pani faktycznie pragnie, jest bezpieczeństwo, prawda? Oto czego poszukuje myśl - 
być innym, sprytniejszym, bardziej bystrym i pomysłowym. Czyż w trakcie tego procesu nie 
próbuje pani znaleźć trwałego bezpieczeństwa? A czy coś takiego w ogóle istnieje? Nie można 
pogodzić bezpieczeństwa i ładu. Bezpieczeństwa nie sposób znaleźć we wzajemnych 
związkach, w wierze, w działaniach, a ponieważ wciąż go poszukujemy, wywołujemy chaos. 

background image

Bezpieczeństwo rodzi nieład, a gdy stwierdzamy, że w nas on wciąż narasta, chcemy z tym 
wszystkim skończyć. 
 
W obszarze świadomości, w obrębie jej zewnętrznych i wewnętrznych granic, myśl nieustannie 
próbuje znaleźć bezpieczne miejsce. A zatem myśl stwarza chaos; ład nie jest wynikiem 
myślenia. Ład nastaje, gdy chaos niknie. Miłości nie ma w regionach dostępnych dla myśli. Tak 
jak piękna, miłości nie odda pędzel artysty. Musimy porzucić cały swój wewnętrzny chaos. 
 
Umilkła, zamknęła się w sobie. Nie mogła powstrzymać łez, które płynęły jej po policzkach. 
 

 
Sen jest równie ważny jak czuwanie, a może nawet ważniejszy. Jeśli w ciągu dnia umysł 
czuwa, jeśli uzmysławia sobie, obserwuje wewnętrzne i zewnętrzne poruszenia życia, to w 
ciągu nocy medytacja pojawia się jako błogosławieństwo. Umysł budzi się, a z głębi ciszy 
płynie magia medytacji, której nie wytworzy żaden wzlot wyobraźni czy fantazji. Nastaje, choć 
umysł jej o to nie prosi: wyłania się z ciszy świadomości - nie w jej obrębie, ale spoza niej, nie 
na peryferiach myśli, ale poza jej zasięgiem. A zatem nie pozostawia wspomnień, pamięć 
bowiem należy zawsze do przeszłości, a medytacja przeszłości nie wskrzesza. Jej źródłem jest 
pełnia serca, a nie zdolności intelektualne. Może pojawiać się noc po nocy, ale za każdym 
razem, jeśli to błogosławieństwo na ciebie spłynie, jest nowa - nie nowa w tym sensie, że 
odmienna od starej, ale dlatego, że nie pojawia się na tle tego, co było; nowa w swej 
różnorodności i niezmiennej zmienności. A zatem sen nabiera niesłychanej wagi, nie sen ze 
zmęczenia, wywołany przez tabletkę czy fizyczne zaspokojenie, ale sen, który jest tak lekki i 
czujny jak wrażliwe jest ciało. Ciało zyskuje wrażliwość dzięki czujności. Czasem medytacja 
jest równie lekka jak podmuch wiatru; kiedy indziej jej głębia jest niezmierzona. Ale jeśli 
umysł jedno lub drugie zatrzymuje jako wspomnienie, aby się nim upajać, to ekstaza medytacji 
ginie. Ważne jest, by jej nie posiadać i by tego posiadania nie pragnąć. Nie wolno, by żądza 
posiadania przeniknęła do medytacji, medytacja nie ma bowiem ani korzeni, ani treści, do 
której umysł mógłby przylgnąć. 
 
Wspinaliśmy się niegdyś ocienionym kanionem, po obu jego stronach wznosiły się spalone 
słońcem góry, a wokół krążyło mnóstwo ptaków i owadów oraz małych zwierzątek, 
krzątających się w ciszy. Wędrując łagodnym zboczem wciąż pod górę, znalazłeś się na dużej 
wysokości, a stamtąd ujrzałeś wszystkie okoliczne wzgórza, i góry, teraz oświetlone 
zachodzącym słońcem. Wyglądało to tak, jakby rozświetlało je coś od wewnątrz i nigdy nie 
miały pogrążyć się w mroku. Ale w miarę, jak patrzyłeś, światło gasło, a na zachodzie gwiazda 
wieczorna świeciła coraz jaśniej i jaśniej. W ten piękny wieczór w jakiś sposób czułeś, że oto 
przed tobą rozpościera się cały wszechświat. Otoczyła cię dziwna cisza. 
 
Nie ma w nas światła: korzystamy ze sztucznego światła dostarczonego przez innych; światła 
wiedzy, światła, wytwarzanego przez talent i zdolności. Wszystkie te rodzaje świateł bledną i 
przeobrażają się w ból. Światło myśli staje się własnym cieniem. Ale nie sposób ukazać innym 
światła, które nigdy nie blednie, głębokiego, wewnętrznego blasku, którego nie można kupić 

background image

lub sprzedać. Nie da się go szukać, troskliwie rozniecać, nie sposób go sobie wyobrazić czy 
spekulować na jego temat, ono znajduje się bowiem poza zasięgiem umysłu. 
 
Ten powszechnie poważany mnich mieszkał jakiś czas w klasztorze, a także samotnie poza nim, 
głęboko i szczerze szukając. 
 
"To, co mówi pan o medytacji, wydaje się prawdą; jest ona nieosiągalna. To znaczy zapewne, 
że nie wolno jej szukać, pragnąć jej, że zakazane są jakiekolwiek gesty ku niej wiodące, czy to 
będzie rozmyślne siedzenie w jakiejś pozycji, czy przyjmowanie pewnego podejścia do życia 
lub do siebie samego. A zatem, co należy czynić? Po co w ogóle używamy słów?" 
 
Powodem pańskich poszukiwań jest pustka, szuka pan czegoś poza sobą, aby ją zapełnić lub 
uciec od niej. Ta zewnętrzna krzątanina, która jest wyrazem wewnętrznego ubóstwa, ma 
charakter pojęciowy, spekulatywny, dualistyczny. Oto konflikt, który trwa bez końca. A zatem, 
niech pan nie szuka poza sobą! Kiedy jednak energia, która dotąd kierowała się na zewnątrz, 
zwraca się do wewnątrz, to nadal szuka i docieka, tropi coś, o czym powiada, że jest 
"wewnętrzne". Oba te ruchy są w istocie tożsame. Jeden i drugi musi ustać. 
 
"Czy radzi pan nam po prostu zadowolić się tą pustką?" 
 
Oczywiście, nie. 
 
"A zatem pustka trwa nadal, trwa także rozpacz. A ta rozpacz jeszcze się powiększa, jeśli nie 
można już nawet szukać!" 
 
Czy to jest rozpacz, jeśli dostrzega się, że naprawdę ruch do wewnątrz i na zewnątrz nie ma 
sensu? Czy oznacza to zadowolenie z tego, co jest? Czy oznacza to akceptację tej pustki? Nie. 
A zatem: unicestwione zostało wychodzenie poza siebie i wracanie do własnego wnętrza, 
akceptowanie. Odrzucono wszelkie poruszenia umysłu stojącego twarzą w twarz z pustką. 
Wówczas sam umysł jest pusty, albowiem ten ruch jest samym umysłem. Umysł został 
opróżniony z jakichkolwiek poruszeń, tak więc nie ma żadnej istoty, która by mogła jakiś ruch 
zainicjować. Niech pozostanie pusty. Niech będzie pusty. Umysł uwolnił się od przeszłości, 
przyszłości i teraźniejszości; oczyścił się ze stawania się, a stawanie się jest czasem. A zatem 
nie ma czasu; nie ma porównań. Tak więc, czy to jest pustka? 
 
"Ten stan często pojawia się i przemija. Nawet jeśli nie jest to pustka, to z pewnością nie jest to 
ta ekstaza, o jakiej pan mówi". 
 
Proszę zapomnieć o tym, co zostało powiedziane. Także o tym, że taki stan pojawia się i 
przemija. Jeśli tak jest, to wiąże się on z czasem; a w takim razie istnieje obserwator, który 
stwierdza "Trwa, przeminął". Obserwator jest tym, kto porównuje, kto ocenia, a zatem nie jest 
to ta pustka, o której mówimy. 
 
"Czy pan mnie znieczula?" I roześmiał się. 

background image

 
Kiedy nie ma porównań i nie ma czasu, to czy pustka ma jakieś granice, jakiś zarys? Czy wtedy 
w ogóle da się to nazwać pustką lub nicością? Wtedy wszystko w niej się mieści i nie mieści się 
w niej nic. 
 

 
W nocy nieźle padało i kiedy wczesnym rankiem wstałeś z łóżka, poczułeś silny zapach 
sumaku, szałwi i mokrej ziemi. Gleba miała czerwony kolor, a taka pachnie chyba silniej niż 
brązowa. Słońce oświetlało już wzgórza o owej niezwykłej barwie palonej sjeny, a wszystkie 
drzewa i krzaki iskrzyły się umyte nocnym deszczem do czysta. Wszystko rozsadzała radość. 
Nie padało może sześć, a może osiem miesięcy i można sobie wyobrazić, jak radowała się 
ziemia, i nie tylko ona, ale wszystko, co na niej żyło: wielkie drzewa, wysokie eukaliptusy, 
pieprzowce i dęby. Ptaki zdawały się śpiewać tego ranka pieśń inną niż zwykle. Kiedy tak 
patrzyłeś na wzgórza i błękitne góry w oddali, jakoś się w tym zatraciłeś. Nie istniałeś, nie 
istniało też wszystko, co cię otaczało. Było tylko to piękno, ten ogrom, jedynie ta 
rozpościerająca się ziemia. Tego ranka ze wzgórz ciągnących się przez wiele kilometrów 
napłynął spokój, który zlał się z twą własną ciszą. Jak gdyby ziemia zetknęła się z niebem. A ta 
ekstaza była błogosławieństwem. 
 
Tego samego wieczora, gdy wędrowałeś w górę kanionem w stronę wzgórz, mokra czerwona 
ziemia pod stopami była miękka, żyzna, obiecująca. Przez wiele kilometrów szedłeś ostro pod 
górę, a potem nagle w dół. Za zakrętem stanąłeś twarzą w twarz z tą absolutną ciszą, która już 
na ciebie zstępowała, a gdy zszedłeś w głęboką dolinę, stała się jeszcze przenikliwsza, bardziej 
natrętna, natarczywa. Nie było żadnych myśli, tylko ta cisza. W miarę jak schodziłeś w dół, 
cisza zdawała się ogarniać całą ziemię; wszystkie ptaki i drzewa trwały w przedziwnym 
milczeniu. Powietrze nieruchomo stało wśród drzew, a z nastaniem mroku poczęły one 
pogrążać się we własnej samotności. To dziwne, że w ciągu dnia serdecznie cię witały, a teraz 
te drzewa o fantastycznych kształtach stały odległe, samotne i zamknięte w sobie. Obok 
przeszło trzech myśliwych niosących potężne łuki i strzały, na czołach mieli umocowane latarki 
elektryczne. Szli zabijać nocne ptaki, chyba zupełnie nieczuli na piękno wokół i na tę ciszę, 
która tu panowała. Bez reszty pochłaniało ich zabijanie; wydawało się, że cała okolica, pełna 
lęku i współczucia, śledzi ich ruchy. 
 
Tego ranka do domu przyszła grupa młodych ludzi, studentów z różnych uniwersytetów, chyba 
ze trzydzieścioro. Wyrośli w tym klimacie, silni, dobrze odżywieni, wysocy i pełni entuzjazmu. 
Tylko jedno czy dwoje z nich usiadło na krzesłach, większość zajęła miejsca na podłodze, 
dziewczętom w minispódniczkach było niewygodnie. Jeden z chłopaków mówił. Jego wargi 
drżały, głowę opuścił. 
 
"Chcę żyć w inny sposób. Nie chcę, by usidlił mnie seks, narkotyki, wyścig szczurów. Chcę żyć 
poza tym światem, a jednak on mnie zniewala. Idę z dziewczyną do łóżka, a na drugi dzień 
popadam w depresję. Wiem, że chcę żyć w pokoju, z miłością w sercu, ale jestem rozdarty 
przez swe popędy i presję społeczeństwa, w którym przyszło mi żyć. Chcę ulegać swoim 

background image

popędom, a jednak buntuję się przeciw nim. Chcę żyć na szczycie góry, a jednak wciąż schodzę 
w dolinę, albowiem tam toczy się moje życie. Nie wiem, co robić. Wszystko zaczyna mnie 
nudzić. Rodzice nie są w stanie mi pomóc, nie mogą mi też pomóc profesorowie, z którymi 
czasem próbuję na te tematy dyskutować. Są równie zagubieni i nieszczęśliwi jak ja, a 
faktycznie jeszcze bardziej, są bowiem dużo starsi". 
 
Ważne jest, by nie wyciągać jakichś wniosków, by nie podejmować jakichś decyzji za lub 
przeciw seksowi, by nie dać się usidlić pojęciowym ideologiom. Przypatrzmy się całemu 
obrazowi naszej egzystencji. Mnich ślubował celibat, albowiem sądzi, że aby dostać się do 
nieba musi wystrzegać się kontaktów z kobietami; ale przez resztę życia walczy ze swymi 
cielesnymi popędami, znajduje się w ciągłym konflikcie z niebem i z ziemią; i spędza resztę 
swoich dni w mroku, szukając światła. Każdy z nas, podobnie jak ów mnich, wpadł w sidła tej 
ideologicznej walki: płoniemy z pożądania i próbujemy je stłumić w zamian za obietnicę nieba. 
Mamy ciało fizyczne, a ono ma swoje potrzeby. Społeczeństwo, w którym żyjemy, jeszcze je 
wzmacnia i kształtuje poprzez reklamy, półnagie dziewczyny, nacisk, jaki kładzie na rozrywkę, 
zabawę, a także za pomocą moralności społecznej - moralności społecznego ładu, który jest 
nieładem i niemoralnością. Fizycznie pobudzają nas obfitsze i smaczniejsze pożywienie, 
alkohol, telewizja. Całość współczesnej egzystencji koncentruje waszą uwagę na seksie. 
Pobudza się was na wszelkie sposoby - przez książki i rozmowy, przez to, że społeczeństwo na 
tyle wam pozwala. To wszystko was otacza; nie pomoże zamknięcie oczu. Musicie widzieć cały 
ten sposób życia, ze wszystkimi jego absurdalnymi wierzeniami i podziałami; widzieć, jak 
zupełnie bezsensowne jest życie spędzone w biurze czy fabryce. Zaś u kresu tego wszystkiego 
czeka śmierć. Musicie bardzo jasno widzieć cały ten zamęt. 
 
A teraz spójrzcie przez okno i przyjrzyjcie się tym wspaniałym górom, świeżo umytym przez 
deszcz, który padał tej nocy, i temu niesamowitemu, kalifornijskiemu światłu, jakiego nigdzie 
indziej nie ma. Zobaczcie, jak piękne jest światło na tych wzgórzach. Wdychajcie zapach 
czystego powietrza i świeżej ziemi. Im bardziej jesteście tego świadomi, im wrażliwsi na całe to 
ogromne, niewiarygodne światło i piękno, tym więcej was z tym łączy, tym bardziej wzmaga 
się wasza percepcja. To ma też charakter zmysłowy, podobnie jak patrzenie na dziewczynę. Nie 
można reagować zmysłowo na te góry, a potem odciąć się od zmysłów, widząc kobietę; w ten 
sposób dzieli się życie, a w tym podziale kryje się cierpienie i konflikt. Oddzielając szczyt góry 
od doliny, popadacie w stan niezgody. To nie znaczy, że macie konfliktów unikać czy uciekać 
od nich, lub tak zatracać się w seksie czy jakiejś innej żądzy, aby się od nich odciąć. 
Zrozumienie konfliktu nie oznacza, że wegetujecie lub upodobniacie się do krów. 
 
Zrozumieć to wszystko - znaczy nie dać się temu usidlić, nie być od tego zależnym. Znaczy to - 
nigdy niczego nie odrzucać, nie dochodzić do żadnych wniosków, nie zajmować werbalnego 
czy ideologicznego stanowiska, nie przyjmować żadnej zasady, zgodnie z którą próbuje się żyć. 
Samo postrzeganie całego tego rozwijającego się schematu już jest rozumieniem. To właśnie 
rozumienie będzie działać, a nie wnioski, decyzje czy ideologiczne reguły. 
 
Nasze wykształcenie, przystosowywanie się do wzorca ustanowionego przez społeczeństwo, w 
którym brak miejsca na wrażliwość uczuć, stępiły nasze ciała, podobnie jak stępiły nasze 

background image

umysły i serca. Ten system posyła nas na wojnę, niszczy całe nasze piękno, wrażliwość i 
radość. Obserwacja tego wszystkiego, nie werbalna czy intelektualna, ale faktyczna, sprawia, że 
nasze ciało i umysł zyskują ogromną wrażliwość. Wówczas ciało domaga się właściwego 
rodzaju pokarmu; umysł nie daje się zniewolić przez słowa, symbole, myślowe frazesy. Wtedy 
pojmiemy, jak żyć jednocześnie w dolinie i na górskim szczycie, a między jednym i drugim 
znikną podziały lub sprzeczności. 
 
 
 
EUROPA 
 

 
 
Medytacja jest ruchem w stanie uwagi. Uwaga nie jest osiągnięciem, nie ma bowiem charakteru 
osobowego. Element osobowy występuje jedynie wtedy, gdy istnieje obserwator jako ośrodek 
koncentracji lub panowania nad czymś; a zatem wszelkie osiągnięcia mają charakter 
fragmentaryczny i ograniczony. Uwaga nie ma granic, żadnych barier do przekraczania: jest 
ona klarownością oczyszczoną z wszelkich myśli. Myśl nie jest w stanie dążyć do klarowności, 
zakorzeniona jest bowiem w martwej przeszłości; a zatem myślenie jest działaniem 
odbywającym się w mroku. Uświadomienie sobie tego wszystkiego oznacza uwagę. 
Uświadomienie nie jest metodą, dzięki której można stać się uważnym; taka uwaga należy do 
dziedziny myśli, a zatem podlega kontroli i modyfikacji. Uświadomienie sobie tej nieuwagi jest 
uwagą. Medytacja nie jest procesem intelektualnym, bo i ten należy do dziedziny myśli. 
Medytacja to uwolnienie się od myśli, jest ona ruchem w ekstazie prawdy. 
 
Tego ranka padał śnieg. Wiał ostry wiatr, a drzewa, kołysząc się, wolały o wiosnę. Pnie 
wielkiego buka i wiązu miały tę osobliwą szarozieloną barwę, jaką widuje się w starych lasach 
rosnących na ziemi miękkiej i pokrytej jesiennymi liśćmi. Spacerując wśród drzew, czułeś ten 
las - nie każde drzewo z osobna, ich swoiste kształty i formy - ale raczej charakter wszystkich 
tych drzew razem wziętych. 
 
Nagle wyjrzało słońce; na wschodzie jaśniało czyste, błękitne niebo, na zachodzie zaś 
zasnuwały je ciężkie chmury. W owej chwili, gdy zalśniło to słoneczne światło, zaczęła się 
wiosna. W cichym bezruchu wiosennego dnia ujrzałeś piękno ziemi, poczułeś, że ona i 
wszystko, co się na niej znajduje, stanowią jedność. Nic nie oddzielało cię od drzewa i od 
migoczących, zdumiewających barw światła połyskującego na ostrokrzewie. Ty, obserwator, 
przestałeś istnieć, a zatem znikł podział będący czasem i przestrzenią. 
 
Powiedział, że jest człowiekiem religijnym, naprawdę tak czuł, choć nie należał do żadnej 
konkretnej wspólnoty wyznaniowej. Oczywiście toczył nieustanne debaty z różnymi 
przywódcami religijnymi. Pozostało mu z tych rozmów jedynie uczucie rozpaczy, a mimo to 
nie popadł w cynizm. Nie znalazł tej radości, której szukał. Był profesorem uniwersytetu, ale 
porzucił pracę, by poświęcić się medytacji i dociekaniom. 

background image

 
"Widzi pan - powiedział - zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo fragmentaryczne 
jest życie. Sam stanowię jego cząstkę - rozbitą, odmienną od innych, nieustannie walczącą o to, 
by stać się całością, integralną częścią wszechświata. Próbowałem znaleźć własną tożsamość, 
gdyż współczesne społeczeństwo niszczy wszelkie objawy tożsamości. Zastanawiam się, czy 
można w jakiś sposób wyjść poza te wszystkie podziały, aby osiągnąć coś niepodzielnego, co 
nie da się wyodrębnić". 
 
Podzieliliśmy życie na rodzinę i społeczeństwo, rodzinę i naród, rodzinę i biuro, na życie 
polityczne i religijne, na wojnę i pokój, ład i chaos; ta lista przeciwieństw nie ma końca. 
Chadzamy wzdłuż tego korytarza, usiłując zestroić umysł i serce, próbując zachować 
równowagę między miłością a zawiścią. Zbyt dobrze znamy te wszystkie sprzeczności, a jednak 
usiłujemy jakoś je ze sobą zharmonizować. 
 
Co wywołuje ten podział? Oczywiście, istnieje podział, przeciwieństwo - czerń i biel, 
mężczyzna i kobieta i tak dalej - ale co stanowi źródło, istotę tej fragmentacji? Jeśli tego się nie 
dowiemy, będzie ona nieunikniona. Jak pan sądzi, co stanowi podstawową przyczynę owego 
rozdwojenia? 
 
"Potrafię podać wiele przyczyn tych najwyraźniej nie kończących się podziałów, a także wiele 
sposobów, za pomocą których ludzie próbowali przeciwieństwa te przezwyciężyć. 
Intelektualnie mogę przedstawić przyczyny tego podziału, ale to nigdzie nie prowadzi. Często 
zajmowałem się tym sam i z innymi. Próbowałem, poprzez medytację, dzięki ćwiczeniom woli, 
odczuć tę jedność rzeczy, zjednoczyć się ze wszystkim - ale na próżno". 
 
Oczywiście, zwykle odkrycie przyczyny podziału nie musi go likwidować. Znamy przyczynę 
lęku, ale nadal się boimy. Skoro liczy się jedynie jasność myślenia, zatem w rozumowych 
poszukiwaniach ginie bezpośredniość działań. Podstawową przyczyną tego podziału jest z 
pewnością oddzielenie "ja" od "nie-ja", choć owo "ja" próbuje utożsamić się z "nie-ja", którym 
może być żona, rodzina, społeczeństwo lub stworzone przez myśl pojęcie Boga. "Ja" 
nieustannie usiłuje zyskać jakąś tożsamość, ale to, z czym się identyfikuje, nadal jest pojęciem, 
wspomnieniem, konstrukcją myślową. 
 
A czy dwoistość w ogóle istnieje? W sensie przedmiotowym, jak choćby światło i mrok, tak, 
ale czy istnieje w sensie psychologicznym? Akceptujemy dualizm psychologiczny, tak jak 
akceptujemy dualizm przedmiotowy; należy to do naszych uwarunkowań. Nigdy tego rodzaju 
uwarunkowań nie kwestionujemy. Ale czy, w sensie psychologicznym, istnieje podział? Istnieje 
tylko to, co jest, nie to, co powinno być. To, co powinno być, jest podziałem stworzonym przez 
myśl unikającą lub przeciwstawiającą się realności tego, co jest. I stąd walka między faktami a 
abstrakcją. Abstrakcja jest fantazją, marzeniem, ideałem. Fakty są tym, co jest, a wszystko inne 
jest nierealne. Właśnie to, co nierealne, jest przyczyną fragmentacji, nie fakty. Ból jest faktem; 
brak bólu jest myślową przyjemnością wywołującą podział pomiędzy bólem a stanem, w 
którym bólu brak. Myśl zawsze dzieli; jest to podział czasowy, przestrzenny, zachodzący 
między tym, kto obserwuje, a obserwowaną rzeczą. Istnieje tylko to, co jest, a postrzeganie 

background image

tego, co jest, bez udziału myśli będącej tym, kto obserwuje, usuwa fragmentację. 
 
Myśl nie jest miłością; ale myśl jako przyjemność otacza miłość murem i wprowadza do niej 
ból. Negacja tego, czego nie ma, pozostawia to, co jest. Gdy neguje się to, co nie jest miłością, 
wyłania się miłość, w której nikną "ja" i "nie-ja". 
 
[tekst poniżej nie przejrzany i nie poprawiony] 
 

 
Medytacja rozkwita w czystości i ogromnej przestrzeni. Bez przestrzeni nie ma czystości. 
Czystość nie jest niedojrzałością. Można być fizycznie dojrzałym, ale ta ogromna przestrzeń, 
pojawiająca się wraz z miłością, nie jest dostępna, jeśli umysł nie uwolnił się od licznych 
śladów pozostałych po przeżytych doznaniach. To te blizny niweczą czystość. Uwolnienie 
umysłu od tej nieustannej presji doznań jest medytacją. 
 
W miarę jak słońce zachodzi, pojawia się ta przedziwna cisza i uczucie, że wszystko wokół 
ciebie znikło, choć samochody jadą dalej, a zgiełk nadal trwa. To poczucie oddalenia wydaje się 
przenikać cały wszechświat. Zapewne i wy to kiedyś odczuliście. Często pojawia się zupełnie 
nieoczekiwanie; przedziwny spokój i cisza zdają się spływać z nieba i okrywać ziemię. To jest 
błogosławieństwo, a sprawia ono, że piękno wieczoru staje się bezgraniczne. Droga lśniąca po 
deszczu, stojące samochody, pusty park, wszystko to robi wrażenie, jakby stanowiło jego część; 
a śmiech przechodzącej obok pary w najmniejszym stopniu nie zakłóca ciszy tego wieczoru. 
 
Nagie drzewa o delikatnych gałęziach, czerniące się na tle nieba, czekały na wiosnę, ona zaś 
była tuż obok, spiesząc na spotkanie z nimi. Wzeszła już nowa trawa, a drzewa owocowe 
zaczęły kwitnąć. Cała okolica z wolna raz jeszcze budziła się do życia, a ze szczytu wzgórza 
roztaczał się widok na miasto pełne kopuł, z których jedna przewyższała pozostałe. Widać też 
było płaskie wierzchołki sosen, a promienie zachodzącego słońca rozjarzały chmury. 
Wydawało się, że wypełniają one całe niebo aż po horyzont, pasmo za pasmem, tworząc ponad 
wzgórzami najbardziej fantastyczne kształty - nie wzniesione ludzką ręką zamki, głębokie 
przepaście i niebotyczne szczyty. Wszystkie te chmury płonęły ciemnoczerwonym żarem, a 
kilka z nich sprawiało wrażenie, jak gdyby nie oświetlały ich promienie słońca, ale jakby 
jarzyły się od wewnątrz. 
 
Chmury nie tworzyły przestrzeni, one w niej istniały. Sprawiały wrażenie, że ciągną się tak bez 
końca, od wieczności w wieczność. 
 
Na pobliskim krzaku śpiewał kos, i to było nieprzemijające błogosławieństwo. 
 
Było ich trzech lub czterech, przyszli z żonami, usiedliśmy wszyscy na podłodze. Okna 
znajdowały się zbyt wysoko, by z tego miejsca dostrzec ogród lub znajdujący się po drugiej 
stronie mur. Wszyscy przybysze wykonywali wolne zawody. Przedstawili się jako naukowiec, 
matematyk i inżynier; byli specjalistami nie wykraczającymi poza granice swych dyscyplin. 

background image

Trudno byłoby ich porównać do rzeki, która po ciężkich deszczach wylewa i użyźnia glebę. 
 
"Często mówił pan o przestrzeni i wszyscy chcielibyśmy wiedzieć, co pan przez to rozumie - 
zaczął inżynier. - Most zamyka przestrzeń między dwoma brzegami lub dwoma wzgórzami. 
Zapora wodna tworzy przestrzeń wypełnioną wodą. Istnieje przestrzeń między nami a 
rozszerzającym się wszechświatem. Przestrzeń dzieli mnie od pana. Czy to pan ma na myśli?" 
 
Inni przyłączyli się do tego pytania; najwyraźniej rozmawiali o tym przed przyjściem tu. Jeden 
z nich powiedział "Mógłbym to ująć inaczej, bardziej naukowo, ale chodziłoby mniej więcej o 
to samo". 
 
Istnieje przestrzeń, która dzieli i obejmuje, ale jest także przestrzeń bezgraniczna. Przestrzeń 
między ludźmi, w której rodzi się niezgoda, jest ograniczoną przestrzenią podziałów; istnieje 
podział między tobą takim, jakim jesteś, a wyobrażeniem, jakie masz o sobie; między tobą a 
twoją żoną; istnieje podział między tym, kim jesteś, a ideałem mówiącym, kim być powinieneś; 
między jednym a drugim wzgórzem. Istnieje też piękno przestrzeni, w której nie ma żadnych 
linii granicznych i barier czasowych. 
 
Czy istnieje przestrzeń między jedną myślą a drugą? Między wspomnieniami? Między 
działaniami? Czy może w ogóle nie ma przestrzeni między myślami? Między argumentami? 
Między zdrowiem a chorobą - przyczyną stającą się skutkiem i skutkiem stającym się 
przyczyną? 
 
Gdyby istniała przerwa między jedną myślą a drugą, to myśl byłaby zawsze nowa, ale ponieważ 
brak takowej, brak przestrzeni, to każda myśl jest stara. Można nie zdawać sobie sprawy z tej 
ciągłości; można porzucić myśl, a w tydzień później podjąć ją na nowo; ale ona tymczasem 
działała w obrębie starych barier. 
 
A zatem cała świadomość - zarówno to, co świadome, jak i to, co nieświadome, jeśli musimy 
używać tego niefortunnego określenia - mieści się w ograniczonej, wąskiej przestrzeni tradycji, 
kultury, zwyczajów i wspomnień. Technika może nas przenieść na Księżyc albo wznieść most 
wygięty ponad przepaścią, możemy także zaprowadzić ład w ramach ograniczonej przestrzeni 
społecznej, jednak wszystko to znów przerodzi się w chaos. 
 
Przestrzeń istnieje nie tylko poza czterema ścianami tego pokoju, jest także przestrzeń 
stwarzana przez ten pokój. Istnieje obszar, ograniczająca przestrzeń, jaką tworzy wokół siebie 
ten, kto obserwuje, i poprzez którą widzi to, co obserwowane - a co z kolei stwarza pewien 
obszar wokół siebie. 
 
Kiedy ten, kto obserwuje, patrzy na wieczorne gwiazdy, jego przestrzeń jest ograniczona. Przez 
teleskop zdoła dojrzeć obszary odległe o wiele tysięcy lat świetlnych, ale to on jest twórcą 
przestrzeni; a zatem ta przestrzeń ma kres. Pomiar odległości pomiędzy tym, kto obserwuje, a 
tym, co obserwowane, jest przestrzenią, a także czasem potrzebnym na jej przebycie. 
 

background image

Oprócz przestrzeni fizycznej istnieje również wymiar psychologiczny - wczoraj, dziś, jutro - w 
którym sytuuje się myśl. Dopóki istnieje ten, kto obserwuje, dopóty przestrzeń jest ciasnym, 
więziennym dziedzińcem, gdzie nie ma śladu wolności. 
 
"Ale my chcielibyśmy dowiedzieć się, czy pan próbuje jakoś opisać przestrzeń wolną od tego, 
kto obserwuje? Czy to w ogóle możliwe? A może to tylko pański wymysł?" 
 
W więzieniu, panowie, nie ma wolności, choćby było ono nie wiem jak wygodne i 
przyozdobione. Jeśli prowadzi się dialog z wolnością, to nie można odbywać go w granicach 
wspomnień, wiedzy i doznań. Wolność domaga się zburzenia murów więziennych, choćby 
ograniczony chaos, ograniczone zniewolenie, praca w obrębie tych barier sprawiały nam 
przyjemność. 
 
Wolność nie jest czymś względnym - albo jest, albo jej nie ma. Jeśli jej nie ma, to musimy 
pogodzić się z życiem ciasnym, ograniczonym, zaakceptować jego konflikty, cierpienia i bóle, i 
ograniczyć się do wprowadzania tu i ówdzie jakichś niepozornych zmian. 
 
Wolność to nieskończona przestrzeń. Niedostatek przestrzeni rodzi przemoc - tak jak w 
przypadku drapieżnika lub ptaka roszczącego sobie prawo do pewnego obszaru, do terytorium, 
o które podejmie walkę. Ta przemoc, którą reguluje prawo, a nadzoruje policja, może mieć 
charakter względny, tak jak ograniczona jest przemoc, do której uciekają się drapieżniki i ptaki, 
walcząc o swoje ograniczone terytorium. Waśnie z powodu tej ograniczoności przestrzeni 
między człowiekiem a człowiekiem musi zaistnieć agresja. 
 
"Czy próbuje nam pan powiedzieć, że człowiek będzie nieustannie znajdował się w stanie 
konfliktu z sobą samym i ze światem, dopóki żyje w obszarze, który sam stworzył?" 
 
Tak, panowie. W ten sposób dotarliśmy do kluczowej kwestii dotyczącej wolności. W obrębie 
wąskiej kultury społecznej nie ma wolności, a ponieważ jej nie ma, panuje chaos. Żyjąc w 
stanie tego chaosu, człowiek poszukuje wolności w ideologiach, w teoriach, w tym, co nazywa 
Bogiem. Taka ucieczka nie jest wolnością. To znów ten sam więzienny dziedziniec, który 
oddziela człowieka od człowieka. Czy myśl, która narzuciła sobie to uwarunkowanie, jest w 
stanie umilknąć, zniweczyć tę strukturę i wyjść poza i ponad nią? Oczywiście, nie, i to jest 
pierwsza kwestia, którą trzeba zrozumieć. Intelekt nie potrafi przerzucić pomostu pomiędzy 
sobą a wolnością. Myśl - będąca reakcją pamięci, doznań i wiedzy -jest zawsze stara, podobnie 
jak intelekt, i też nie potrafi wznieść mostu wiodącego ku temu, co nowe. Myśl jest w istocie 
tym, kto obserwuje, wraz z jego uprzedzeniami, lękami i obawami. To myślowe wyobrażenie - 
z powodu jego izolacji - oczywiście tworzy wokół siebie obszar. Tak więc tego, kto obserwuje i 
to, co obserwowane, dzieli pewna odległość. Ten, kto obserwuje, usiłuje ustanowić związek 
zachowujący ten dystans; w ten sposób rodzi się konflikt i przemoc. 
 
To wszystko nie jest fantazją. Wyobraźnia w każdej postaci niweczy prawdę. Wolność znajduje 
się poza granicami myśli; oznacza ona nieskończoną przestrzeń nie stworzoną przez tego, kto 
obserwuje. Odkrywanie tej wolności jest medytacją. 

background image

 
Nie ma przestrzeni bez ciszy, a cisza, w przeciwieństwie do myśli, nie jest wytworem czasu. 
Czas nie przyniesie nam wolności; ład może zaistnieć tylko wtedy, gdy serce nie jest 
pogrzebane w słowach. 
 

 
Medytujący umysł jest cichy. To nie jest cisza zrozumiała dla myśli ani cisza spokojnego 
wieczoru; to jest cisza, która nastaje, gdy myśl - ze wszystkimi swymi koncepcjami, słowami i 
spostrzeżeniami - bez reszty milknie. Medytujący umysł jest umysłem religijnym - ta religia 
pozostaje nie skażona przez kościoły, świątynie lub przez święte pieśni. 
 
Religijny umysł eksploduje miłością, która nie zna podziałów. Dla niej to, co odległe, jest 
bliskie. Nie ma ani jedności, ani wielości; w owym stanie miłości znikają wszelkie podziały. 
Nie da się jej, podobnie jak piękna, określić słowami. Działania medytującego umysłu biorą 
początek w tej ciszy. 
 
Padało przez cały dzień, pod wieczór na niebie zebrało się dużo chmur. Wzgórza w oddali, 
otulone obłokami radości pełnymi światła, przybierały najprzeróżniejsze kształty. 
 
Zachodzące słońce rozjaśniało złotym blaskiem tylko jeden lub dwa zwały chmur, ale sprawiały 
one wrażenie tak niewzruszonych jak ciemne cyprysy. Gdy spoglądałeś na nie, w sposób 
naturalny ogarnęła cię cisza. Ogromna przestrzeń, samotne drzewo na wzgórzu, kopuła w 
oddali, tocząca się wokół rozmowa - wszystko to stanowiło część owej ciszy. Wiedziałeś, że 
jutro będzie piękny poranek, na zachodzie bowiem niebo zalewało się purpurą. W istocie 
wschód był piękny: na błękitnym niebie ani jednej chmurki, żółte kwiaty i biało kwitnące 
drzewo na tle ciemnego, cyprysowego żywopłotu. Zapach wiosny unosił się nad całą okolicą. 
 
Powiedział, że właśnie stracił syna, który miał bardzo dobrą pracę i wkrótce awansowałby na 
stanowisko jednego z dyrektorów w dużym przedsiębiorstwie. Nadal był w stanie szoku, ale 
doskonale nad sobą panował. Nie należał do ludzi, którzy płaczą. Przez całe życie ciężko 
pracował w jakiejś branży wykorzystującej praktyczną technologię. Nie miał zbyt wielkiej 
wyobraźni ani pojęcia o złożonych, subtelnych, psychologicznych problemach życiowych. 
 
Niedawna śmierć syna była dla niego ciosem nie do odparcia. Powiedział "To smutne 
wydarzenie". 
 
Ten smutek był czymś strasznym dla jego żony i dzieci. "Jak zdołam wyjaśnić im ów kres 
cierpienia, o którym pan mówił? Ja to studiowałem i być może potrafię to pojąć, ale co z tymi, 
którzy są w to uwikłani?" 
 
Cierpienie jest obecne w każdym domu, za każdym rogiem. Wszystkich ludzi pochłania ten 
smutek wywołany licznymi wypadkami i nieszczęściami. Cierpienie przypomina falę, która bez 
końca zalewa człowieka, niemal go zatapia; a udręka cierpienia rodzi gorycz i cynizm. 

background image

 
Czy żal panu syna czy siebie? A może zerwania ciągłości, którą upatrywał pan w synu? Czy 
pańskie cierpienie jest użalaniem się nad sobą? A może cierpi pan, gdyż syn zapowiadał się tak 
obiecująco w sensie doczesnym? 
 
Jeśli jest to użalanie się nad sobą, to owa troska o siebie, ten izolujący czynnik w życiu - choć 
na zewnątrz sprawia wrażenie więzi - musi nieodwołalnie wywołać cierpienie. Proces 
wyodrębniania się, codzienna krzątanina związana z niepokojem o siebie, ambicja, dążenie do 
utwierdzenia się w poczuciu własnej ważności, sposób życia polegający na izolowaniu się, 
niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie - to wszystko musi wywoływać 
poczucie samotności, od którego próbujemy uciec na tak wiele różnych sposobów. Użalanie się 
nad sobą jest bólem osamotnienia, a ten ból nazywamy cierpieniem. 
 
Istnieje także cierpienie wywołane niewiedzą - nie tą związaną z brakiem książek lub wiedzy 
technicznej, ale niewiedzą, którą zaakceptowaliśmy, nazywając ją czasem, ewolucją, procesem 
wiodącym od tego, co jest, do tego, co być powinno. Ta niewiedza konformizmu z jego 
niebezpieczeństwami i bólami, niewiedza dotycząca całej struktury nas samych sprawia, że 
akceptujemy autorytety i wszystkie wiążące się z tym okrucieństwa. Oto cierpienie, które 
człowiek rozsiewa, gdziekolwiek się pojawi. 
 
A zatem musimy jasno zdać sobie sprawę z tego, czym jest to, co nazywamy cierpieniem - 
cierpienie będące żalem, wywołane utratą tego, co uważaliśmy za dobro, niepewnością i 
nieustannym pragnieniem bezpieczeństwa. Co pana usidla? Póki tego jasno nie pojmiemy, 
cierpienie będzie trwać. 
 
Tej jasności nie osiąga się w wyniku wyjaśnień werbalnych czy pomysłowych intelektualnych 
analiz. Musi pan zdawać sobie sprawę z tego, czym jest pańskie cierpienie, tak jasno, jak - za 
pomocą zmysłów - zdaje sobie pan sprawę z tego, że dotyka pan kwiatu. 
 
Jak można położyć kres cierpieniu, nie rozumiejąc wszystkich dróg, po jakich ono chadza? 
Można uciec przed nim do świątyni, do kościoła, znaleźć ulgę w piciu alkoholu, ale wszystkie 
ucieczki, czy to do Boga, czy w seks, są do siebie podobne - nie likwidują one cierpienia. 
 
A zatem musi pan sporządzić mapę swego cierpienia i prześledzić każdą jego ścieżkę i drogę. 
Jeśli potrzebuje pan czasu, by tę mapę ogarnąć, to czas jeszcze spotęguje dotkliwość cierpień. 
Musi pan ogarnąć całą mapę jednym spojrzeniem - widząc całość, a potem szczegóły, nie zaś 
najpierw szczegóły, a całość potem. Czas musi zniknąć wraz z cierpieniem. 
 
Myśl nie może położyć kresu cierpieniu. Gdy czas się zatrzymuje, myśl - jako sposób cierpienia 
- niknie. To myśl i czas dzielą i odseparowują, miłość zaś nie jest ani myślą, ani czasem. 
 
Nie patrz na mapę cierpienia oczami pamięci. Słuchaj jej wszystkich pomruków; bądź nią, 
jesteś bowiem zarówno tym, kto obserwuje, jak i tym, co obserwowane. Tylko wtedy cierpienie 
może ustać. Innego sposobu nie ma. 

background image

 

 
Medytacja nie jest modlitwą. Modlitwy i błagania są wytworem użalania się nad sobą. Modlimy 
się, gdy popadamy w tarapaty, kiedy cierpimy; ale gdy jesteśmy szczęśliwi i radośni, to o nic 
nie błagamy. Użalanie się nad sobą, tak głęboko zakorzenione w człowieku, jest podstawą 
odrębności. To, co odrębne lub co za takowe się uważa, dążąc nieustannie do identyfikacji z 
czymś, co odrębne nie jest, powiększa jeszcze bardziej podziały i ból. Pogrążeni w tym chaosie 
zanosimy wołania do nieba, do męża, do jakiegoś wymyślonego bóstwa. Takie wołanie może 
doczekać się odpowiedzi, ale jest ona echem użalania się nad sobą w stanie tej odrębności. 
 
Powtarzanie słów, modlitw, jest odmianą destruktywnej autohipnozy, która powoduje 
zamykanie się w sobie. To wyodrębnienie myśli zachodzi zawsze w obrębie tego, co znane, a 
to, co znane, udziela odpowiedzi na modlitwę. 
 
Medytacja nie ma z tym nic wspólnego. Ta dziedzina dla myśli jest niedostępna; tam nie ma 
podziałów, nie ma więc też tożsamości. Medytacja toczy się na otwartej przestrzeni, obce są jej 
wszelkie tajemnice. Wszystko jest widoczne, jasne. Istnieje wtedy piękno miłości. 
 
Był wczesnowiosenny poranek, z zachodu łagodnie nadpływało po niebie parę pierzastych 
chmur. Rozległo się pianie koguta, tak niezwykłe w tym zatłoczonym mieście. Zaczął piać 
wcześnie i przez blisko dwie godziny ogłaszał nadejście dnia. Drzewa były jeszcze nagie, ale na 
tle czystego, porannego nieba, widniały już cienkie, delikatne listki. 
 
Jeśli trwało się w zupełnej ciszy, bez żadnej przemykającej przez umysł myśli, to słychać było 
głęboki dźwięk dzwonu jakiejś katedry. Świątynia musiała stać bardzo daleko; w krótkich 
chwilach ciszy między jednym pianiem koguta a drugim docierały fale tego dźwięku, 
napływające i mknące dalej - unosiłeś się niemal na nich, odpływając w dal, niknąc w 
bezmiarze. Pianie koguta i głęboki dźwięk odległego dzwonu wywoływały dziwny skutek. 
Zgiełk miasta jeszcze się nie zaczął. Nic nie zakłócało tego czystego tonu. Nie słuchałeś tego 
uszami, myślą, która wie, że to jest "kogut", a to "dzwon", słyszałeś to sercem i był to czysty 
dźwięk. Wydobywał się z ciszy, a twe serce go chwytało i płynęło wraz z nim z wieczności w 
wieczność. Nie był to dźwięk przyobleczony w formę na podobieństwo muzyki ani brzmienie 
ciszy między dwoma tonami; nie był to dźwięk, jaki można posłyszeć, przerywając rozmowę. 
Wszystkie takie odgłosy są odbierane przez umysł lub ucho. Kiedy słyszy się sercem, świat 
napełnia się tym dźwiękiem, a oczy widzą jasno. 
 
Była dość młodą kobietą, ładnie ubraną, z krótko ostrzyżonymi włosami, zdolną i kompetentną. 
Z tego, co mówiła wynikało, że nie ma złudzeń na swój temat. Miała dzieci, sprawiała wrażenie 
poważnej. Może była młoda i nieco romantyczna, ale Wschód stracił już w jej oczach aurę 
mistycyzmu. Tym lepiej. Mówiła prosto, bez wahania. 
 
"Dawno temu, jak sądzę, popełniłam samobójstwo, gdy coś mi się przytrafiło. Od tej chwili 
moje życie skończyło się. Oczywiście pozornie nadal trwam, zajmuję się dziećmi i całą tą 

background image

resztą, ale przestałam żyć". 
 
Czy nie sądzi pani, że większość ludzi, świadomie lub nieświadomie, nieustannie popełnia 
samobójstwo? Skrajną jego formą jest wyskoczenie przez okno. Ale pierwszy krok zapewne 
wykonuje się już wtedy, gdy po raz pierwszy sprzeciwiamy się czemuś i spotyka nas zawód. 
Wznosimy wokół siebie mury, za którymi wiedziemy nasze odrębne żywoty, choć miewamy 
mężów, żony i dzieci. Takie wyobcowanie jest formą samobójstwa, a przecież jest zgodne z 
przyjętą moralnością religijną i społeczną. Akty wyodrębniania się tworzą ciągły łańcuch i 
wiodą do wojen oraz samozniszczenia. Odseparowywanie się jest samobójstwem - 
jednostkowym, wspólnotowym czy narodowym. Każdy pragnie żyć, zachowując własną 
tożsamość, koncentrując swe działania na sobie, w kręgu rodzącego cierpienie konformizmu. 
Popełniamy samobójstwo, gdy wpadamy w sidła wiary i dogmatów. Zanim to się przydarzyło, 
hołdowała pani zasadzie: jedno przeciw całej reszcie. A kiedy owo jedno ginie albo gdy Bóg 
zostaje zniszczony, wraz z nim przemija pani życie i nie ma już po co istnieć. Jeśli ma się dość 
sprytu, wymyśla się sens życia (co jest zawsze domeną specjalistów), ale angażując się w tę 
koncepcję, już popełnia pani samobójstwo. Każda forma zaangażowania jest 
samozniszczeniem, niezależnie od tego, czy nastąpi w imię Boga, socjalizmu czy czegokolwiek 
innego. 
 
Pani - a nie ma w tych słowach okrucieństwa - przestała istnieć, ponieważ nie mogła otrzymać 
tego, czego pragnęła lub odebrano to pani; albo chciała pani przejść przez szczególne drzwi, 
które okazały się szczelnie zamknięte. Tak jak cierpienie i przyjemność powodują zamknięcie 
się w sobie, tak też akceptacja i upór wpędzają w mrok własnego odosobnienia. My nie żyjemy, 
my nieustannie popełniamy samobójstwo. Życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy samobójcze 
działania ustają.   
 
"Rozumiem, o co panu chodzi. Widzę, co uczyniłam. Ale co mam teraz robić? Jak mam 
powrócić do życia po długich latach śmierci?" 
 
Nie może pani powrócić, bo gdyby tak się stało, powieli pani stary schemat, cierpienie podąży 
za panią tak jak gnana wiatrem chmura. Jedyne, co może pani uczynić, to dostrzec, iż spędzać 
swe życie w odosobnieniu, w ukryciu, domagając się trwania przyjemności - znaczy 
przywoływać odrębność, która niesie ze sobą śmierć. W odosobnieniu nie ma miłości. Miłości 
obca jest tożsamość. Przyjemność i dążenie do niej wznoszą wokół mur odrębności. Gdy niknie 
wszelkie zaangażowanie, nie ma śmierci. Samowiedza to otwarte drzwi. 
 

 
Medytacja to zaniechanie słów. Słowo będące myślą nie wywołuje ciszy. Działanie 
wypływające z ciszy nie ma nic wspólnego z działaniem zrodzonym przez słowo; medytacja 
jest uwalnianiem umysłu od wszelkich symboli, koncepcji i wspomnień. 
 
Tego wiosennego ranka wysokie topole okryte świeżymi liśćmi tańczyły na wietrze. Na 
wzgórzach kwitło mnóstwo migdałowców, wiśni i jabłoni. Cała ziemia tętniła życiem. Cyprysy 

background image

stały majestatyczne i powściągliwe, ale kwitnące drzewa dotykały się gałęziami, a rzędy topoli 
rzucały migotliwe cienie. Po drugiej stronie szosy połyskiwała woda, która w końcu miała się 
stać starą rzeką. 
 
Powietrze pachniało, a każde ze wzgórz było inne od pozostałych. Na niektórych stały otoczone 
drzewami oliwkowymi domy, do których wiodły cyprysowe aleje. Wśród tych łagodnych 
wzgórz wiła się droga. 
 
Mocny samochód jakoś pasował do tego roziskrzonego poranka, pełnego wielkiego piękna. 
Wydawało się, że pośród tych wzgórz panuje nadzwyczajny lad, ale oczywiście wewnątrz 
każdego z domostw trwał chaos - ludzie spiskujący przeciw sobie, dzieci plączące lub śmiejące 
się; cały niewidzialny łańcuch niedoli ciągnął się od domu do domu. Nie przerywały go wiosna, 
jesień i zima. 
 
Jednak tego ranka nastąpiło odrodzenie. Te delikatne listki nie znały zimy ani nadchodzącej 
jesieni; były bezbronne, a zatem niewinne. 
 
Za oknem widniała stara kopuła katedry zbudowanej z pręgowanego marmuru i wielobarwna 
dzwonnica; wewnątrz znajdowały się mroczne symbole cierpienia i nadziei. Był to naprawdę 
piękny poranek, ale, o dziwo, fruwało niewiele ptaków, w tej okolicy bowiem ludzie zabijają je 
dla rozrywki. Dlatego ich śpiew był bardzo cichy. 
 
Był artystą, malarzem, mężczyzną z długimi włosami i delikatnymi dłońmi. Jak powiedział, 
miał talent malarski, tak jak inni miewają talent do budowy mostów. Żył w kręgu marzeń o 
własnych zdolnościach. Czasem się z niego wydostawał - rozmawiał, wyjaśniał - a potem 
wracał do swej kryjówki. Powiedział, że jego obrazy dobrze się sprzedają i że miał wiele 
indywidualnych wystaw. W jego głosie wyczuwalna była nutka dumy. 
 
Jest armia zamknięta w kręgu własnych spraw, są ludzie interesu otoczeni stalą i szkłem, a 
także żony krzątające się po domach i oczekujące na swych mężów i dzieci. Istnieje kustosz 
muzeum, dyrygent orkiestry, każdy z nich funkcjonuje w obrębie pewnego fragmentu życia. 
Każdy taki fragment nabiera niesłychanej wagi, pozostając nie związany, sprzeczny z innymi 
fragmentami. Każdy oferuje swoiste zaszczyty, w jego obrębie istnieją społeczne hierarchie, 
każdy ma własnych proroków. Fragment religijny nie ma związku z fabryką, a fabryka z 
artystą; generał nie ma kontaktu z żołnierzami, tak jak ksiądz z ludźmi świeckimi. Te fragmenty 
tworzą społeczeństwo, aktywiści zaś i reformatorzy próbują te rozbite kawałki jakoś poskładać. 
A właśnie dzięki tym odizolowanym, rozbitym, wyspecjalizowanym cząstkom człowiek trwa 
nadal, wraz ze swymi niepokojami, poczuciem winy i obawami. To nas łączy, a nie nasze 
specjalistyczne dyscypliny. 
 
Ludzi łączy wspólna chciwość, nienawiść i agresja. Z tej przemocy wyrasta kultura, 
społeczeństwo, w którym żyjemy. Umysł i serce dokonują podziałów - Bóg i nienawiść, miłość 
i gwałt - a cala ludzka kultura rozszerza się i kurczy w stanie tego rozdwojenia. 
 

background image

Jedności między ludźmi nie zaprowadzi żadna struktura wymyślona przez człowieczy umysł. 
Współpraca nie leży w naturze intelektu. Niemożliwa jest jedność miłości i nienawiści, a 
właśnie taki związek umysł próbuje znaleźć i ustanowić. Jedność leży bez reszty poza tym 
obszarem, a myśl nie jest w stanie jej osiągnąć. 
 
Myśl stworzyła tę kulturę agresji, współzawodnictwa i wojny, a jednak to ona sama po omacku 
szuka ładu i pokoju. Jest to zadanie niewykonalne. Myśl musi zamilknąć, aby mogła zapanować 
miłość. 
 

 
Umysł uwalniający się od tego, co znane, jest medytacją. Modlitwa wiedzie od znanego do 
znanego; może ona wywołać pewne skutki, ale zawsze będzie się mieściła w obrębie tego, co 
znane - czyli konfliktu, niedoli i zamętu. Medytacja jest całkowitym zaprzeczeniem 
wszystkiego, co umysł nagromadził. To, co znane, jest obserwatorem, a obserwator postrzega 
tylko przez pryzmat tego, co znane. Obraz dotyczy przeszłości, a medytacja przeszłość 
unicestwia. 
 
Z tego dużego pokoju roztaczał się widok na ogród otoczony cyprysami, a dalej na klasztor 
pokryty czerwonym dachem. Wczesnym rankiem, nim słońce wzeszło, zapaliło się tam światło 
i można było dostrzec przechadzających się mnichów. W ten mroźny poranek wiatr nadciągał z 
północy, a wielki eukaliptus - górujący nad wszystkimi drzewami i domami - chwiał się 
bezwolnie w jego podmuchach. Lubił wiatry wiejące znad morza, ponieważ nie były zbyt silne, 
a rozkosz sprawiał mu łagodny ruch własnego piękna. Rósł tam wczesnym rankiem, rósł tam 
oblany wieczornym światłem o zachodzie słońca; stanowił jakiś wyraz niezmienności przyrody. 
Był ostoją dla wszystkich drzew, krzewów i małych roślinek. Musiał być bardzo stary. Ale 
ludzie nigdy na niego nie patrzyli. Gdyby zaszła potrzeba, wykorzystaliby go do budowy domu 
i nigdy nie odczuliby jego straty; w tym kraju bowiem drzew nie darzy się szacunkiem, a 
przyroda odgrywa niewielką rolę, chyba że służy za ozdobę. W ogrodach otaczających 
wspaniałe wille rosną drzewa, podkreślające zgrabne sylwetki budynków. Jednak ten eukaliptus 
żadnego domu nie zdobił, stał sam, cudownie spokojny i pełen cichego ruchu; jego cień padał 
na budynek klasztoru z należącym do niego ogrodem i na ten otoczony zielenią pokój. Rósł 
tam, rok za rokiem, pełen własnego dostojeństwa. 
 
W pokoju siedziało kilka osób. Przyszli, by kontynuować rozmowę, którą zaczęliśmy przed 
paroma dniami. Większość stanowili ludzie młodzi, niektórzy chłopcy nosili drugie włosy, inni 
brody, obcisłe spodnie, dziewczyny miały bardzo krótkie spódniczki, umalowane usta i upięte 
włosy. 
 
Początkowo mówiliśmy o sprawach błahych; nie byli wystarczająco pewni siebie albo nie 
wiedzieli, dokąd ich ta rozmowa zaprowadzi. "Oczywiście nie możemy przestrzegać ustalonego 
porządku - powiedział jeden z nich - a mimo to w nim tkwimy. Na czym polega nasza więź ze 
starszym pokoleniem i jego działaniami?" 
 

background image

Zwykły bunt nie stanowi chyba rozwiązania? Bunt jest reakcją, odzewem, który zrodzi swe 
własne uwarunkowania. Każde pokolenie zostaje uwarunkowane przez pokolenia wcześniejsze 
i pospolity bunt przeciw temu nie wyzwala uwarunkowanego umysłu. Każda forma 
posłuszeństwa również stanowi opór, który rodzi gwałt. Gwałt w środowisku studentów, 
zamieszki w miastach, wojna tocząca się w jakimś odległym miejscu lub w waszych wnętrzach 
- to wszystko w żaden sposób niczego nie wyjaśni. 
 
"W takim razie, jak mamy działać w ramach społeczeństwa, do którego należymy?" 
 
Jeśli postępujecie niczym reformatorzy, to łatacie społeczeństwo ulegające nieustannej 
degeneracji, a zatem podtrzymujecie istnienie systemu, który doprowadził do wojen, podziałów 
i separacji. Faktycznie reformator zagraża fundamentalnej zmianie człowieka. Nie wolno wam 
wiązać się z żadną społecznością, z żadną religią i społeczną moralnością, w przeciwnym razie 
usidli was ten sam stary schemat, może tylko nieco zmodyfikowany. 
 
Pozostajecie z niczym nie związani tylko wtedy, gdy wyzbywacie się zawiści i złośliwości, gdy 
przestajecie czcić sukces albo dążenie do władzy. Możecie z niczym psychologicznie się nie 
wiązać jedynie pod warunkiem, że rozumiecie siebie. Stanowicie zaś część środowiska 
naturalnego, część struktury społecznej, którą sami zbudowaliście - wy, którzy jesteście 
licznymi "wy" wielu żyjących w ciągu tysięcy lat pokoleń, które wytworzyły chwilę obecną. 
Pojmując siebie jako istoty ludzkie, odkryjecie swą więź z minionymi pokoleniami. 
 
"Ale w jaki sposób można się wyzwolić z silnych uwarunkowań katolickich? To jest tak 
głęboko w nas zakorzenione, tak głęboko tkwi w nieświadomości". 
 
Niezależnie od tego, czy jesteście katolikami, muzułmanami, wyznawcami hinduizmu czy 
komunistami, propaganda trwająca od stu, dwustu czy pięciu tysięcy lat stanowi część tej 
werbalnej struktury wyobrażeń, która tworzy waszą świadomość. To, co jemy, warunkuje nas 
podobnie jak naciski wywierane przez ekonomię, kulturę i społeczeństwo, w którym żyjemy. 
Jesteśmy tą kulturą, jesteśmy tym społeczeństwem. Zwykły bunt przeciw niemu jest buntem 
przeciwko sobie samym. Jeśli powstajecie przeciw sobie, nie wiedząc kim jesteście, to wasza 
walka jest całkowicie daremna. Ale zdawanie sobie sprawy z tego, kim jesteście - bez 
potępiania czegokolwiek - taka samoświadomość daje początek działaniu, które nie ma nic 
wspólnego z działalnością reformatora czy rewolucjonisty. 
 
"Ależ, widzi pan, nasza nieświadomość stanowi wspólne rasowe dziedzictwo i, zdaniem 
psychoanalityków, to trzeba zrozumieć". 
 
Nie pojmuję, dlaczego przywiązujecie taką wagę do nieświadomości. Jest ona równie trywialna 
i tandetna jak umysł świadomy, a przydawanie jej znaczenia jedynie ją wzmacnia. Jeśli 
dostrzegacie jej prawdziwą wartość, więdnie ona niczym jesienny liść. Uważamy, że jedne 
rzeczy warto zachować, a inne można wyrzucić. Wojna wytwarza pewne marginalne 
udoskonalenia, ale sama stanowi największe z nieszczęść, jakie nas dotykają. Intelekt w żaden 
sposób nie rozwiąże naszych ludzkich problemów. Myśl na wiele sposobów próbowała 

background image

przezwyciężyć nasze udręki i niepokoje i wyjść poza nie. Wybudowała kościoły, wymyśliła 
zbawców, guru, wynalazła narodowości, podzieliła ludzi w obrębie jednego narodu na różne 
wspólnoty, klasy, znajdujące się w stanie wzajemnej wojny. Myśl oddzieliła człowieka od 
człowieka, a doprowadziwszy do anarchii i wielkich cierpień, zaczyna następnie wymyślać 
strukturę, która miałaby ludzi na powrót zjednoczyć. Wszystkie myślowe dokonania 
nieuniknienie powodują powstawanie zagrożeń i niepokojów. Nazwanie siebie Włochem, 
Hindusem czy Amerykaninem stanowi oczywiście objaw choroby umysłowej, a jest to dzieło 
myśli. 
 
"Miłość udziela na to wszystko odpowiedzi, prawda?" 
 
Znów błądzicie! Czy jesteście wolni od zawiści, od ambicji czy też po prostu używacie słowa 
"miłość", któremu myśl nadała pewien sens? Jeśli ona mu sens nadała, to nie jest to miłość. 
Słowo "miłość" nie jest miłością, bez względu na to, co przez nie rozumiecie. Myśl jest 
przeszłością, wspomnieniem, doświadczeniem, wiedzą, z której pochodzi reakcja na każde 
wyzwanie. A zatem taka reakcja zawsze jest nieadekwatna i stąd bierze się konflikt. Albowiem 
myśl jest nieodmiennie stara; nigdy nie bywa nowa. Współczesna sztuka stanowi myślową, 
intelektualną reakcję, a chociaż udaje, że jest nowa, tak naprawdę jest równie stara, choć nie 
równie piękna jak te wzgórza. To właśnie całą tę wzniesioną przez myśl konstrukcję - miłość, 
Boga, kulturę, ideologię biura politycznego - musimy całkowicie zanegować, aby pojawić się 
mogło to, co nowe. Nie sposób tego, co nowe, dopasować do starego schematu. Faktycznie 
boicie się bez reszty ten schemat odrzucić. 
 
"Tak, proszę pana, boimy się. Jeśli go odrzucimy, to co pozostanie? Czym go zastąpimy?" 
 
To pytanie jest wytworem myśli, która dostrzega zagrożenie, a zatem obawia się i pragnie 
zapewnień, że znajdzie coś, czym zastąpiłaby to, co stare. Tak więc znów wpadacie w myślowe 
sidła. Ale gdybyście faktycznie - a nie werbalnie lub intelektualnie - odrzucili całą tę myślową 
budowlę, być może znaleźlibyście to, co nowe - nowy sposób życia, widzenia, działania. 
Negacja jest najbardziej pozytywnym z działań. Negowanie fałszu, nie wiedząc, co jest prawdą, 
negacja pozornej prawdy w fałszu i negacja fałszu jako fałszu jest natychmiastowym aktem 
umysłu wolnego od myśli. Widzenie tego kwiatu przez pryzmat wyobrażenia, jakie myśl na 
jego temat stworzyła, niema nic wspólnego z widzeniem go w sposób bezpośredni. Więź 
między obserwatorem a kwiatem jest wyobrażeniem, które obserwujący ma o tym, co 
obserwuje, zaś to wyobrażenie tworzy między nimi olbrzymi dystans. 
 
Gdy nie ma wyobrażeń, interwał czasowy niknie. 
 

 
Medytacja jest zawsze czymś nowym. Nie jest to proces ciągły, a zatem przeszłość nie 
pozostawia na niej śladów. Jest niczym płomień świecy zgaszony i zapalony raz jeszcze. Nowy 
płomień nie jest płomieniem poprzednim, choć świeca pozostaje ta sama. Medytacja zyskuje 
ciągłość jedynie wtedy, gdy myśl ją zabarwia, kształtuje i wyznacza dla niej cel. Cel i sens, 

background image

przypisywane jej przez myśl, zamykają ją w niewoli czasu. Ale medytacja nie tknięta myślą 
biegnie własną drogą, która nie ma nic wspólnego z czasem. Czas implikuje to, co stare, i to, co 
nowe, jako ruch od wczorajszych korzeni do jutrzejszego rozkwitu. Ale medytacja kwitnie 
zupełnie inaczej. Ten kwiat nie jest wytworem wczorajszych doznań, a zatem w ogóle nie jest 
zakorzeniony w czasie. Jego trwanie nie ma z czasem nic wspólnego. Słowo "ciągłość" w 
odniesieniu do medytacji jest zwodnicze, gdyż to, co było - dzień wczorajszy - dziś się nie 
pojawia. Dzisiejsza medytacja jest nowym przebudzeniem, nowym rozkwitem piękna dobroci. 
 
Samochód jechał wolno przez zatłoczone, wąskie ulice wielkiego miasta, wśród autobusów, 
ciężarówek, aut i całego tego zgiełku. Zewsząd otaczało go morze domów zajmowanych przez 
rodziny mieszkań, morze sklepów; miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, niszcząc 
okolicę. W końcu wydostaliśmy się na tereny wiejskie pełne zielonych pól porośniętych 
pszenicą i wielkich zagonów pokrytych żółtymi kwiatami gorczycy. Kontrast między inten-
sywnymi barwami zieleni i żółci był równie uderzający jak ten między zgiełkiem miasta a ciszą 
tej okolicy. Szosa, wznosząc się i opadając, wiodła na północ. Wokół były lasy, strumienie, a 
nad nami piękne, błękitne niebo. 
 
Był wiosenny poranek. W lesie rosło mnóstwo niebieskich kwiatów, a dalej, niemal aż po 
horyzont, ciągnął się łan żółtej gorczycy. Potem prawie bez końca rozciągały się pola zielonej 
pszenicy. Szosa mijała wsie i miasta, wreszcie boczna droga zaprowadziła nas do pięknego lasu 
pełnego młodych, wiosennych liści i zapachu wilgotnej ziemi; panował tam ten szczególny 
nastrój wiosny, czuło się powiew nowego życia. Patrząc na ten skrawek ziemi - na drzewa, 
delikatne listowie i przepływający strumień - zlałeś się niemal w jedno z przyrodą. Nie było to 
romantyczne uczucie czy wyobrażone doznanie, ty faktycznie byłeś tym wszystkim - błękitnym 
niebem i rozkwitającą ziemią. 
 
Droga wiodła do starego domu z aleją wysokich buków pokrytych młodymi, świeżymi liśćmi; 
popatrzyłeś przez nie na błękitne niebo. Był piękny poranek. Czerwony buk, choć bardzo 
wysoki, wciąż jeszcze był młody. 
 
Wysoki, potężny mężczyzna o wielkich dłoniach wypełnił sobą olbrzymi fotel. Miał życzliwą 
twarz, był skory do śmiechu. Nudne życiowe sprawy, rutyna i monotonia codziennej 
egzystencji nazbyt dręczą i otępiają nasze serca. Dowcip lub żartobliwe powiedzonka 
rozśmieszają nas, lecz nie ma śmiechu w naszych wnętrzach; najwyraźniej powszechnie panuje 
dojrzewająca w ludziach gorycz. Nie dostrzegamy płynącej wody i nie śmiejemy się z nią 
razem; to przykre widzieć, jak blask naszych oczu z dnia na dzień blednie. Wydaje się, że nawał 
udręk i rozpaczy zabarwia całe nasze życie obietnicą nadziei i przyjemności, ukształtowaną 
przez myśl. 
 
Interesował się tą szczególną filozofią narodzin i akceptacji ciszy, której nigdy zapewne nie 
zaznał. Nie można kupić ciszy, tak jak kupuje się dobry ser. Nie można jej wyhodować niczym 
piękną roślinę. Nie wywołują jej żadne działania umysłu lub serca. Cisza powstająca w miarę 
słuchania muzyki, spowodowana przez nią, jest jej wytworem. Cisza nie jest doznaniem, 
poznaje się ją dopiero wtedy, gdy już minęła. 

background image

 
Usiądź czasem na brzegu rzeki i popatrz na wodę. Nie pozwól, by zahipnotyzował cię jej ruch, 
światło, przejrzystość i głębia nurtu. Patrz bez żadnych poruszeń myśli. Cisza jest wokół ciebie, 
w tobie, w wodzie i w tych jakże nieruchomych drzewach. Nie można zabrać jej do domu, za-
trzymać w umyśle lub w dłoni, nie wolno sądzić, że osiągnęło się jakiś nadzwyczajny stan, bo 
w takim razie nie jest to cisza, lecz tylko wspomnienie, fantazja, romantyczna ucieczka od 
codziennego zgiełku życia. 
 
Wszystko istnieje dzięki ciszy. Muzyka, którą słyszałeś dziś rano, z ciszy do ciebie dotarła, a 
posłyszałeś ją, ponieważ byłeś cichy, a ona cicho popłynęła dalej. 
 
Jednak my tej ciszy nie słuchamy, nasze uszy bowiem wypełnia myślowa paplanina. Kiedy 
kochasz, a nie ma ciszy, myśl przeobraża uczucie w społeczną rozrywkę, a kulturę tego 
społeczeństwa stanowi zazdrość, jego bogowie zaś są wytworem umysłu i rąk. Cisza jest tam, 
gdzie ty jesteś, w tobie i poza tobą. 
 

 
Medytacja koncentruje w sobie całą energię. Nie gromadzi się jej po trochu, odrzucając to i 
tamto, chwytając coś, trzymając się czegoś innego; raczej, nie dokonując żadnych wyborów, 
bez reszty odrzuca się energię jałową. Wybór jest rezultatem zamętu; istotą jałowej energii zaś 
jest zamęt i konflikt. By nieustannie widzieć jasno to, co jest, trzeba skupić całą energię, nie ma 
w tym sprzeczności czy rozdwojenia. Pełnej energii nie zyskuje się dzięki abstynencji, dzięki 
ślubom czystości i ubóstwa, albowiem każde postanowienie i akt woli energię trwoni, gdyż 
uczestniczy w tym myśl, a jest ona, w przeciwieństwie do percepcji, energią jałową. Widzenie 
nie jest rozmyślnym wysiłkiem. Nie istnieje "zobaczę", jest tylko widzenie. Obserwacja 
likwiduje tego, kto obserwuje, i wówczas nie trwoni się energii. Gdy ten, kto myśli, próbuje 
obserwować, marnotrawi energię. Miłość nie jest energią jałową, ale gdy myśl przekształca ją w 
przyjemność, wtedy ból tę energię rozprasza. Energia - medytacja - nieustannie się rozprze-
strzenia, a codzienne czynności stają się jej częścią. 
 
Tego ranka nadciągający z zachodu wiatr kołysał topolą. Każdy liść szeptał coś do niego; każdy 
liść tańczył, drżąc z radości, jaką wzbudzał w nim ten wiosenny poranek. Było bardzo 
wcześnie. Na dachu śpiewał kos. Siadywał tam zawsze nad ranem i pod wieczór, czasem 
rozglądając się wokół w milczeniu, innym razem nawołując i czekając na odpowiedź. Siedział 
przez kilka minut, a potem odtruwał. Teraz jego żółty dziób połyskiwał w porannym świetle. 
Gdy odleciał, chmury nadciągnęły i wypełniły całą okolicę aż po horyzont, piętrząc się jedna 
nad drugą, tak jakby ktoś je starannie poukładał. Płynęły w dal i wyglądało to tak, jakby unosiły 
ze sobą całą ziemię - kominy, anteny telewizyjne i bardzo wysoki budynek stojący po 
przeciwnej stronie drogi. Wreszcie chmury oddaliły się i wiosenne niebo znów było błękitne, 
czyste; taką beztroską świeżość miewa ono tylko o tej porze roku. Jego błękit zdumiewał, a na 
ulicy za oknem panowała prawie zupełna cisza. Słychać było stukot obcasów o chodnik i 
przejeżdżającą w oddali ciężarówkę. Dzień miał się wkrótce zacząć. Gdy tak patrzyłeś przez 
okno na tę topolę, ujrzałeś wszechświat w całym jego pięknie. 

background image

 
"Czym jest rozumienie? - zapytał. - Bardzo wiele pan o tym mówi i chciałbym poznać pańskie 
na ten temat poglądy". 
 
Pogląd i jego wyjaśnienie nie są prawdą. Bez końca można dyskutować na temat rozmaitości 
poglądów, mówić o ich poprawności albo wykazywać ich błędność, ale żaden pogląd, choćby 
był nie wiadomo jak dobry i uzasadniony, nie jest prawdą. Jest zawsze stronniczy, zabarwiony 
kulturowo, zależny od wychowania i posiadanej wiedzy. Dlaczego umysł w ogóle ma być 
obciążony poglądami, opiniami o tej czy o tamtej osobie, książce czy idei? Dlaczego nie miałby 
być pusty? Tylko pusty umysł może jasno widzieć. 
 
"Ale my wszyscy mamy mnóstwo poglądów. Moja opinia o obecnym przywódcy politycznym 
została ukształtowana przez to, co on powiedział i uczynił, a bez niej nie mógłbym na niego 
głosować. Czyż poglądy nie są niezbędne do tego, by działać?" 
 
Poglądy można rozwijać, kształtować i utrwalać, a większość działań zależy od tego, czy coś 
się lubi lub nie. Utrwalanie doświadczeń i wiedzy wyraża się w działaniu, ale takie działanie 
dzieli i odseparowuje człowieka od człowieka; pogląd i wiara uniemożliwiają obserwację tego, 
co faktycznie jest. Widzenie tego, co jest, stanowi część takiego rozumienia, o które pan pyta. 
Nie ma rozumienia, jeśli ciało i umysł nie są wrażliwe - gdy brak wrażliwości uczuć i jasności 
obserwacji. Emocjonalizm i sentymentalizm stępiają wrażliwość uczuć. Wrażliwość w jednej 
dziedzinie, a jej brak w innej wiodą do sprzeczności i konfliktów, a to przeczy rozumieniu. 
Rozumienia nie wywołuje zespolenie wielu rozbitych części w całość. Wrażliwość jest uwagą, 
a ta jest rozumieniem. Rozumienie nie ma nic wspólnego z wiedzą lub informacją. Wiedza jest 
zawsze przeszłością; można ją przywołać po to, by działać w teraźniejszości, ale ona 
teraźniejszość ogranicza. Rozumienie odbywa się zawsze w chwili obecnej i nie ma nic 
wspólnego z czasem. 
 

 
Medytacja uwalnia umysł od wszelkiej nieuczciwości. Myśl nieuczciwość rodzi. Myśl, 
próbując być uczciwa, dokonuje porównań, a zatem staje się nieuczciwa. Jest tak dlatego, że 
każde porównanie prowadzi do stosowania wykrętów. Uczciwość nie jest przeciwieństwem 
nieuczciwości. Nie jest zasadą. Nie polega na stosowaniu się do jakiegoś wzorca, jest raczej 
całościowym postrzeganiem tego, co jest. Medytacja zaś to ruch tej uczciwości w ciszy. 
 
Nad ranem było pochmurno i mroczno. Nagie drzewa w lesie stały w milczeniu. Między nimi 
rosły krokusy, żonkile ijasnożółte forsycje. Z oddali wyglądały one niczym żółte plamy na 
zielonym trawniku. Gdy podszedłeś bliżej, zostałeś oślepiony jaskrawością tej żółci; ona była 
Bogiem. Nie utożsamiałeś się z tą barwą ani nie czułeś, że z przestrzenią wypełniającą świat 
żółcią tworzycie jedność - nie było ciebie, który by na nią patrzył. Istniała tylko ta barwa i nic 
poza nią. Znikły wszelkie odgłosy, nie było kosa śpiewającego swą poranną pieśń, głosów 
przechodniów, hałaśliwego samochodu, który przemknął tuż obok. Ona istniała, nic więcej. W 
tym istnieniu było piękno i miłość. 

background image

 
Wróciłeś do lasu. Spadło parę kropel deszczu i las opustoszał. Właśnie nadeszła wiosna, ale tu 
na północy drzewa nie miały jeszcze liści. Stały jakby zamroczone przez chłody zimy w 
oczekiwaniu na słońce i cieplejszą pogodę. Obok przejechał jeździec na koniu, z którego lał się 
pot. Pełen gracji i ruchu wierzchowiec był ważniejszy niż człowiek; jeździec w bryczesach, 
wypolerowanych butach i dżokejce na głowie wyglądał niepozornie. Koń był rasowy i unosił 
wysoko głowę. Człowiek, mimo że jechał konno, sprawiał w tym świecie wrażenie intruza, ale 
koń wydawał się częścią tej przyrody, niszczonej z wolna przez ludzi. 
 
Ogromne drzewa, dęby, wiązy i buki, stały bezgłośnie. Podłoże zaścielały zeszłoroczne liście, a 
ziemia sprawiała tutaj wrażenie bardzo starej. Prawie nie było słychać ptaków. W pewnej chwili 
ozwał się kos, a niebo się przejaśniało. 
 
Gdy pod wieczór wróciłeś, niebo było bardzo czyste, a te olbrzymie drzewa zalewało dziwne 
światło pełne cichego ruchu. 
 
Światło to rzecz niezwykła; im dłużej na nie patrzysz, tym staje się głębsze i rozleglejsze. 
Drzewa pochwycił jego ruch. Widok był wstrząsający, żadne płótno malarskie nie mogłoby 
oddać jego piękna. Było to coś więcej niż promienie zachodzącego słońca; więcej niż to, co 
widziały twoje oczy. Tak jakby na ziemi spoczęła miłość. Znów ujrzałeś tę żółtą plamę forsycji, 
a ziemia się weseliła. 
 
Przyszła z dwiema córkami, ale zostawiła je przed domem, aby bawiły się na świeżym 
powietrzu. Była młodą kobietą, ładną i dobrze ubraną; sprawiała wrażenie dość niecierpliwej, 
ale i utalentowanej. Powiedziała, że jej mąż pracuje w jakimś biurze, a ona czuje, że życie 
upływa. Jej szczery uśmiech mącił jakiś szczególny smutek. Zapytała: "Na czym polega więź? 
Od kilku lat jestem zamężna. Chyba kochamy się wzajemnie, ale czegoś strasznie w naszym 
związku brakuje". 
 
Czy naprawdę chce pani głęboko w to wniknąć? 
 
"Chcę, przebyłam długą drogę, by o tym z panem pomówić". 
 
Mąż pracuje w biurze, a pani w domu, oboje macie swoje ambicje, przeżywacie własne 
frustracje, bóle i lęki. On chce zostać ważnym kierownikiem i obawia się, że nie zdoła tego 
osiągnąć, bo inni go wyprzedzą. Porusza się w swoim kręgu ambicji, frustracji, pogoni za 
spełnieniem, a pani - w swoim. On wraca zmęczony, poirytowany, z lękiem w sercu, i wnosi to 
napięcie do domu. Pani po długim dniu także jest zmęczona dziećmi i całą tą resztą. Oboje 
wypijacie po kieliszku wina, by uspokoić nerwy i zaczynacie wymuszoną rozmowę. Potem 
posiłek, a wreszcie, jakżeby inaczej, łóżko. To właśnie nazywamy wzajemną więzią - każde z 
was żyje w kręgu swych egocentrycznych działań, a spotykacie się w łóżku. Oto co nazywamy 
miłością. Jest w tym, rzecz jasna, nieco czułości, trochę rozmów, czasem któreś z was 
poglasz-cze po główkach dzieci. A wreszcie nadejdzie starość i śmierć. Oto co nazywamy 
życiem. Wy ten sposób życia akceptujecie.   

background image

 
"A cóż innego można robić? Tak nas wychowano, wykształcono. Potrzebujemy 
bezpieczeństwa, trochę tych dobrych rzeczy, które może dać życie. Nie pojmuję, jak można 
postępować inaczej?" 
 
Czy wiąże nas pragnienie bezpieczeństwa? Czy może zwyczaj, akceptacja społecznych 
wzorców - idei męża, żony i rodziny? W tym wszystkim chyba bardzo niewiele jest szczęścia? 
 
"Jest nieco szczęścia, ale zbyt wiele trzeba zrobić, zbyt licznych spraw dopilnować. Tak wiele 
trzeba przeczytać, by zyskać należytą wiedzę. Brakuje czasu na namysł. Oczywiście nie jestem 
naprawdę szczęśliwa, ale jakoś żyję". 
 
Wszystko to nazywa się życiem we wzajemnej więzi - choć oczywiście żadnej więzi w tym nie 
ma. Fizycznie można być przez chwilę razem, ale każde z was żyje we własnym, odrębnym 
świecie, ze swymi niedolami, a prawdziwe spotkanie - nie tylko fizyczne, ale o wiele głębsze i 
szersze - nigdy nie następuje. Czy nie jest to wina społeczeństwa, kultury, w której nas 
wychowano i która tak łatwo nas pęta? To społeczeństwo - zepsute, skorumpowane i niemoral-
ne - stworzyli ludzie. Trzeba je zmienić, a nie można tego dokonać, dopóki ludzie, którzy je 
wznieśli, nie zmienią samych siebie. 
 
"Być może rozumiem to, co pan mówi, i może się zmienię, ale co z nim? Walka, osiągnięcia, 
stawanie się kimś sprawiają mu wielką przyjemność. On nie zamierza się zmienić i w ten 
sposób wracamy do punktu wyjścia -ja, nieśmiało próbująca wyrwać się ze swego zamknięcia, i 
on, coraz bardziej wzmacniający swą ciasną życiową celę. Jaki to wszystko ma sens?" 
 
Tego rodzaju egzystencja w ogóle nie ma sensu. Myśmy stworzyli to życie, jego codzienne 
okrucieństwo i brzydotę, a także rzadkie chwile radości; a zatem my musimy dla tego 
wszystkiego umrzeć. Widzi pani, naprawdę nie istnieje jutro. Myśl wynalazła jutro, aby 
realizować swe tandetne ambicje i osiągać spełnienie. Myśl tworzy wiele jutrzejszych dni, ale 
faktycznie jutra nie ma. Umrzeć jutro, znaczy żyć dziś pełnią życia. Jeśli pani to uczyni, cała 
pani egzystencja się zmieni. Albowiem nie kocha się jutro, miłość nie jest przedmiotem myśli, 
nie ma przeszłości i przyszłości. Jeśli dziś żyje się pełnią życia, staje się ono niesłychanie 
intensywne, a jego piękno - nie skażone przez ambicję, zazdrość czy czas - wiąże nas nie tylko 
z ludźmi, ale także z przyrodą - z kwiatami, ziemią i niebem. Jest w tym intensywna czystość. A 
życie wówczas nabiera zupełnie innego sensu. 
 
10 
 
Nie można przystąpić do medytacji; ona musi nastać, choć się jej nie szuka. Jeśli próbujesz ją 
znaleźć lub pytasz, jak medytować, to metoda nie tylko jeszcze bardziej cię uwarunkuje, ale 
wzmocni też uwarunkowania obecne. Medytacja naprawdę jest odrzuceniem całej myślowej 
struktury. Myśl ma strukturę, jest racjonalna lub nieracjonalna, obiektywna lub chora, a kiedy 
spróbuje medytować, zaczynając od argumentów lub od stanu neurotycznego i pełnego 
sprzeczności, to z pewnością, na skutek działania mechanizmu projekcji, uzna swą własną 

background image

strukturę za istotną rzeczywistość. Podobnie wierzący, który medytuje nad swą wiarą, 
wzmacnia i uświęca to, co sam, powodowany lękiem, stworzył. Słowo jest obrazem lub 
wyobrażeniem, a gdy oddajemy mu cześć, następuje śmierć. 
 
Dźwięk tworzy własną klatkę, a następnie zgiełk myśli łączy się z nią i właśnie to słowo i ten 
dźwięk oddzielają tego, kto obserwuje, i to, co obserwowane. Słowo jest nie tylko jednostką 
językową, nie tylko dźwiękiem, ale również symbolem, przypomnieniem zdarzenia 
wyzwalającym wspomnienia i myśli. W medytacji słowo w ogóle się nie pojawia. Korzenie 
lęku tkwią w maszynerii słów. Wczesną wiosną w Bois panował dziwny spokój. Młodych liści 
było niewiele, niebo też nie było jeszcze tak intensywnie błękitne, jak to się zdarza z nastaniem 
radosnej wiosny. Kasztanowce nie zdążyły rozkwitnąć, ale powietrze przesycone było 
świeżością. W tej części Bois trudno byłoby kogoś spotkać, dochodziły tu tylko odgłosy 
przejeżdżających w oddali samochodów. Wczesnym rankiem przechadzaliśmy się wśród tej 
łagodnej, wczesnowiosennej świeżości. On dyskutował, kwestionował i pytał, co ma robić. 
 
"Ta nieustanna analiza, introspekcyjne dociekania, ta czujność trwają chyba bez końca. 
Próbowałem tak wielu rzeczy; wygolonych guru i brodatych guru, rozmaitych systemów 
medytacji - zna pan te wszystkie sztuczki - a w końcu odczuwa się tylko niezaspokojenie i 
pustkę". 
 
Dlaczego nie zacząć z drugiego końca, o którym niczego się nie wie - od drugiego brzegu, 
którego stąd dojrzeć nie sposób? Zacząć od nieznanego raczej niż od znanego, albowiem 
nieustanne badania i analizy jedynie wzmacniają i dodatkowo uwarunkowują to, co znane. Jeśli 
umysł żyć będzie na drugim końcu, to takie problemy się nie pojawią. 
 
"Ale w jaki sposób mam zacząć z drugiego końca? Nie znam go, nie dostrzegam". 
 
Pytając "w jaki sposób mam zacząć z drugiego końca?", nadal zadaje się pytanie z miejsca, w 
którym pan się teraz znajduje. Proszę zatem nie pytać, ale wyruszyć z drugiego brzegu, o 
którym nie wie pan niczego, z innego wymiaru, którego przebiegła myśl nie zdoła pojąć. 
 
Przez jakiś czas milczał. Nie opodal przefrunął bażant. Zalśnił w słońcu i znikł pod krzakami. 
Gdy za chwilę znów się pojawił, otaczało go jakieś pięć lub sześć samic o barwie suchych liści, 
on zaś władczo stał pośród nich. 
 
Mężczyzna był tak zafrapowany, że nie zauważył bażanta, a gdy mu go wskazaliśmy, rzekł 
"Jaki piękny!" Były to tylko słowa, gdyż jego umysł bez reszty zajmował problem, w jaki 
sposób zacząć od czegoś, czego się nie zna. Na kamieniu młoda jaszczurka, długa i zielona, 
wygrzewała się w słońcu. 
 
"Nie pojmuję, jak mam zacząć od tamtego końca. W ogóle nie rozumiem tego mętnego 
stwierdzenia, tego zdania które, przynajmniej dla mnie, w ogóle nie ma sensu. Mogę zmierzać 
jedynie ku temu, co znam". 
 

background image

A cóż takiego pan zna? Zna pan wyłącznie to, co już się skończyło, minęło. Zna pan tylko dni 
wczorajsze, a my mówimy: zacznij od tego, czego nie znasz i żyj tam. Pytając "Jak mam tam 
żyć?", przywołuje pan wczorajsze schematy. Ale żyjąc z tym, co nieznane, żyjemy wolni. Z 
takiej wolności wypływają nasze działania i ostatecznie - to jest miłość. Jeśli powiada się 
"Wiem, czym jest miłość", to nie wie się, czym ona jest. Oczywiście, nie jest ona pamięcią, 
wspomnieniem o przyjemności. A skoro tak, to żyjmy z tym, czego nie znamy. 
 
"Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi. Jeszcze bardziej gmatwa pan ten problem". 
 
Proszę o rzecz bardzo prostą. Powiadam, że im dłużej się kopie, tym więcej ma się do 
wykopania. Samo kopanie uwarunkowuje, a każde machnięcie łopatą to krok wiodący donikąd. 
Pragnie pan nowych szczebli dla siebie skonstruowanych lub pragnie pan wykonać swe własne 
szczeble, które zaprowadzą w zupełnie inny wymiar. Ale jeśli nie wie pan, czym ten nowy 
wymiar jest - faktycznie, a nie w domysłach - to jakiekolwiek szczeble lub kroki pan wykona, 
zawiodą one jedynie do tego, co już znane. Proszę zatem to wszystko porzucić i zacząć z 
drugiego końca. Proszę zamilknąć, a odkryje pan. 
 
"Ale ja nie wiem, jak zamilknąć!" 
 
Wrócą pan znów do owych "jak", którym nie ma końca. Wszelka wiedza jest szkodliwa. Jeśli 
się wie, już się jest we własnym grobie. Istnienie nie jest wiedzą. 
 
11 
 
W świetle medytacji wszystkie problemy nikną. Tego światła nie zrodził odwieczny ruch myśli. 
Nie zrodziła go także samowiedza. Nie zapala go czas ani akty woli. Rozbłyska w medytacji. 
Medytacja nie jest sprawą prywatną; nie jest osobistym poszukiwaniem przyjemności; przyje-
mność zawsze dzieli i izoluje. W medytacji linia oddzielająca ciebie i mnie niknie; w niej 
światło ciszy unicestwia wiedzę dotyczącą "ja". Owo "ja" można badać bez końca, zmienia się 
ono bowiem z dnia na dzień; a jednak jego zasięg jest zawsze ograniczony, choćbyśmy uważali 
go za nie wiadomo jak bardzo rozległy. Cisza jest wolnością, a wolność nastaje wraz z 
zaprowadzeniem raz na zawsze całkowitego ładu. 
 
W lesie nad morzem nieustanny wiatr powykręcał sosny, dlatego były niskie, a na ich gałęziach 
brakowało igieł. Zaczęła się wiosna, ale nie dla tych sosen. Trwała, ale jakże odległa od nich, 
jakże daleka od tego nieustannego wiatru i powietrza o słonym smaku. Wszystkie źdźbła traw i 
wszystkie liście krzyczały świeżą zielenią, każdy kasztan kwitł zalany słonecznym światłem. 
Można tu było dostrzec i kaczki z pisklętami, i tulipany, i narcyzy. Ale sosny stały nagie, nie 
rzucały cieni, każde drzewo trwało w agonii, poskręcane, skarłowaciałe, nagie. Morze było zbyt 
blisko. Panowało w tym miejscu swoiste piękno, ale drzewa spoglądały na tamte lasy w oddali 
z milczącą udręką, gdyż tego dnia wiał bardzo silny, zimny wiatr; wznosiły się ogromne fale, a 
wichura odepchnęła wiosnę w głąb lądu. Nad morzem unosiły się mgły, a pędzące chmury 
okryły ziemię, kanały, lasy i okoliczne równiny. Nawet tulipany rosnące tuż przy ziemi chwiały 
się, a ich intensywne barwy tworzyły wstęgę jasnego światła pośród pól. W lasach mieszkały 

background image

ptaki, ale nie wśród tych sosen; może tylko dwa kosy z jasnożóltymi dziobami, jeden lub dwa 
gołębie. To cudowne widzieć takie światło na wodach. 
 
Wielki mężczyzna, potężnie zbudowany, o ogromnych dłoniach był zapewne bardzo bogaty. 
Kolekcjonował współczesne obrazy i szczycił się swoimi zbiorami, które wysoko oceniali 
krytycy. Gdy opowiadał o tym, w jego oczach jaśniała duma. Miał wielkiego, ruchliwego psa 
skorego do zabawy; żywszego niż jego pan. Pies chętnie pobiegłby wśród wydm, po trawie pod 
wiatr, ale usiadł posłusznie tam, gdzie pan mu rozkazał, i wkrótce znudzony zasnął. 
 
Posiadane przez nas rzeczy bardziej posiadają nas niż my je. Zamek, dom, obrazy, książki, 
wiedza stają się o wiele ważniejsze, bardziej istotne niż sam człowiek. 
 
Powiedział, że bardzo dużo przeczytał, a w jego bibliotece stały książki wszystkich 
współczesnych autorów. Rozprawiał o duchowym mistycyzmie i o dręczącym kraj nar-
kotycznym szaleństwie. Był typowym, bogatym człowiekiem sukcesu, ale za tym wszystkim 
kryła się pustka i powierzchowność, której nigdy nie zapełnią książki, obrazy czy znajomość 
zasad handlu. 
 
Właśnie taki jest smutek życia - pustka, którą próbujemy zapełnić każdą umysłową sztuczką, 
jaką zdołamy wymyślić. Ale ta pustka trwa. Jej smutek wyraża się w daremnych próbach, aby 
coś posiadać. One z kolei wiodą do dominacji i utwierdzania swego "ja", jego pustych słów i 
bogatych wspomnień o rzeczach, które minęły i nigdy już nie wrócą. A myśl, która izoluje, tę 
właśnie pustkę i samotność rodzi i podtrzymuje dzięki stworzonej przez siebie wiedzy. 
 
To właśnie ów smutek daremnych wysiłków niszczy człowieka. Jego myśl nie dorównuje 
komputerom, ale stanowi jego jedyne narzędzie służące borykaniu się z problemami życia. 
Dlatego one go niszczą. Najprawdopodobniej w chwili śmierci człowiek będzie uświadamiał 
sobie wyłącznie ów smutek zmarnowanego życia, lecz wtedy będzie za późno. 
 
Tak więc posiadane rzeczy, charakter, osiągnięcia, zamknięta w domu żona - nabierają 
ogromnej wagi, a ów smutek odsuwa miłość na dalszy plan. Można mieć albo jedno, albo 
drugie; obu naraz posiąść nie sposób. Jedno rodzi cynizm i gorycz, a to są jedyne owoce, które 
człowiek zbiera; drugie znajduje się daleko, za wszystkimi lasami, za wszystkimi górami. 
 
12 
 
Wyobraźnia i myśl nie odgrywają w medytacji żadnej roli. One zniewalają, a medytacja 
wyzwala. Dobro nie ma nic wspólnego z przyjemnością; pierwsze niesie wolność, drugie 
prowadzi do zniewolenia przez czas. Medytacja to wyzwolenie się z czasu. Czas jest tym, kto 
obserwuje, doświadcza, myśli - czas jest myślą; w medytacji wykracza się poza i ponad zakres 
jego działania. 
 
Wyobraźnia zawsze działa i będzie działać w obrębie czasu, choćby nie wiadomo w jak bardzo 
ukryty i sekretny sposób. Myślowa aktywność nieuchronnie będzie wieść do konfliktu i do 

background image

zniewolenia przez czas. Medytowanie oczyszcza nas z czasu. 
 
Jezioro było widoczne z odległości wielu kilometrów. Prowadziła do niego kręta droga 
biegnąca wśród łanów zboża i sosnowych lasów. Panował w tej okolicy wzorowy porządek. 
Drogi lśniły czystością, porządnie utrzymane były też farmy pełne bydła, koni, kurczaków i 
świń. Wśród pofałdowanych wzgórz zjeżdżałeś w kierunku jeziora, po obu stronach pięły się 
ośnieżone szczyty. Wczesnym rankiem niebo było czyste, a śnieg lśnił tysiącem iskier. 
 
W tym kraju od wielu wieków nie było wojen, czuło się solidne bezpieczeństwo i nie zakłóconą 
niczym rutynę życia codziennego prowadzącą do otępienia i obojętności ustatkowanego, dobrze 
rządzonego społeczeństwa. 
 
Droga była gładka, porządnie utrzymana, dość szeroka na to, aby samochody mogły się łatwo 
mijać. Wjechawszy na wzgórze, znalazłeś się wśród sadów. Nieco dalej zieleniła się wielka 
plama plantacji tytoniu. Podjechawszy bliżej, poczułeś silny zapach tytoniowych liści. 
 
Tego ranka, w miarę jak zjeżdżałeś z dużej wysokości, temperatura rosła, a powietrze stawało 
się coraz cięższe. Spokój tej krainy przeniknął do twego serca, a ty stałeś się jej częścią. 
 
Trwała wczesna wiosna. Nad ranem z północy wiał zimny wiatr, a słońce już zaczęło rzucać 
ostre cienie. Wysoki, potężny eukaliptus chwiał się łagodnie na tle domu, samotny kos śpiewał; 
siedząc na krześle, przypatrywałeś mu się. Zapewne czuł się dość osamotniony, tego ranka 
bowiem niewiele było ptaków. Wróble siedziały rzędem na murze biegnącym wokół 
zaniedbanego ogrodu, którego trawnik wymagał strzyżenia. Po południu dzieci wybiegły i 
bawiły się, słychać było ich krzyki i śmiech. Ganiały wśród drzew, bawiły się w chowanego, 
ich głośny śmiech napełniał powietrze. 
 
Podczas obiadu wokół stołu zasiadło bodaj osiem osób. Był tam reżyser filmowy, pianista, a 
także młody student jakiegoś uniwersytetu. Mówili o polityce, zamieszkach w Ameryce i o 
wojnie, która zdawała się trwać bez końca. Rozmawiali o niczym. Nagle reżyser rzekł "Dla nas, 
ludzi starszego pokolenia, nie ma w nadchodzącym, współczesnym świecie miejsca. Znany 
autor przemawiał niedawno na uniwersytecie, a słuchacze go zmiażdżyli, rozłożyli na obie 
łopatki. To, co mówił, nijak nie miało się do tego, czego studenci oczekiwali, o czym myśleli, 
czego się domagali. On głosił swoje poglądy, prezentował swój sposób życia, podkreślał 
ważność własnej osoby, a oni na to zupełnie nie zważali. Znam go i wiem, co czuł. Zupełnie się 
pogubił, choć się do tego nie przyznał. Pragnął, by młodsze pokolenie go zaakceptowało, oni 
zaś nie uznali jego szacownego, tradycyjnego sposobu życia, choć przecież w swoich książkach 
pisał o zorganizowanej zmianie... Sam widzę- ciągnął reżyser - że nie ma żadnej więzi ani 
kontaktu między mną a kimś z młodszego pokolenia. Czuję, że jesteśmy hipokrytami". 
 
Powiedział to człowiek, który ma w dorobku wiele znanych filmów awangardowych. Mówił to 
bez goryczy. Po prostu stwierdzał fakt, uśmiechając się i wzruszając przy tym ramionami. 
Szczególnie rozczulająca była jego szczerość wraz z towarzyszącą jej zwykle domieszką 
pokory. 

background image

 
Młody pianista porzucił dobrze zapowiadającą się karierę, sądził bowiem, że cały ten świat 
impresariów, koncertów, publiczności i związanych z tym pieniędzy to pełne splendoru 
oszustwo. On sam pragnął wieść życie inne, religijne. 
 
"To samo dzieje się na całym świecie - powiedział. - Wróciłem właśnie z Indii. Tam przepaść 
między przeszłością a teraźniejszością jest chyba jeszcze większa. Tradycja w tym kraju ma 
niesłychane znaczenie, a przeszłość jest bardzo żywotna i zapewne w końcu wchłonie także 
młodsze pokolenie. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się paru takich, którzy oprą się tradycji i 
zapoczątkują nowy proces. Zauważyłem też, gdyż sporo podróżowałem -mówił dalej pianista - 
że młodsi ludzie (a ja jestem w porównaniu z nimi stary) coraz bardziej wyłamują się z 
ustalonego porządku. Być może zagubili się w świecie narkotyków i wschodniego mistycyzmu, 
ale to oni niosą z sobą obietnicę, nową żywotność. Odrzucają Kościół, opasłych księży, roz-
budowaną hierarchię religijnego świata. Nie chcą mieć nic wspólnego z polityką i wojnami. 
Być może z nich wyłoni się zarodek tego, co nowe". 
 
Student cały czas milczał, jadł spaghetti i wyglądał przez okno; ale też przysłuchiwał się 
rozmowie. Był dość wstydliwy i choć nie lubił nauki, poszedł na uniwersytet i słuchał 
profesorów, którzy nie potrafili go należycie uczyć. Bardzo wiele czytał; lubił zarówno 
literaturę angielską, jak i rodzimą, opowiadał o tym przy innych okazjach. 
 
"Choć mam dopiero dwadzieścia lat, to już, w porównaniu z piętnastolatkami, jestem stary - 
oznajmił. - Ich mózgi pracują szybciej, są bystrzejsi, widzą jaśniej i prędzej ode mnie pojmują, 
o co chodzi. Wiedzą chyba o wiele więcej, w porównaniu z nimi czuję się stary. A jednak 
całkiem zgadzam się z tym, co dotąd powiedziano. Czujecie się hipokrytami, mówicie jedno, a 
robicie drugie. Można to zrozumieć w przypadku polityków i księży, zdumiewa mnie jednak, 
dlaczego inni przyłączają się do tego świata hipokryzji? Wasza moralność cuchnie; wy chcecie 
wojen. Jeśli o nas chodzi, to nie czujemy nienawiści do Murzynów, do ludzi czerwonych czy 
żółtych. Utrzymujemy z nimi przyjazne kontakty. Wiem to, ponieważ wśród nich przebywałem. 
Ale wy, ludzie starszego pokolenia, stworzyliście świat rasowych podziałów i wojen, który nam 
jest obcy. Dlatego buntujemy się. Cóż, kiedy nasza rewolta z kolei staje się modna i nawet różni 
politycy ciągną z niej własne korzyści, wskutek czego nasz pierwotny sprzeciw gdzieś ginie. 
Być może my też kiedyś staniemy się szacownymi, moralnymi obywatelami. Ale teraz wasza 
moralność budzi w nas wstręt, a własnej moralności nie mamy". 
 
Przez minutę lub dwie panowała cisza; eukaliptus stal bez ruchu, jakby słuchając słów 
wypowiadanych przy stole. Kos odfrunął, wróble również. 
 
Powiedzieliśmy: Brawo! Macie całkowitą rację. Odrzucać wszelką moralność, znaczy być 
moralnym, albowiem uznana moralność jest moralnością szacowności, a - obawiam się - 
wszyscy łakniemy szacunku, czyli inaczej mówiąc - pragniemy być uznani za dobrych 
obywateli w zepsutym społeczeństwie. Opinia szacowności przynosi ogromne korzyści, 
zapewnia dobrą pracę i stały dochód. Powszechnie uznana moralność chciwości, zazdrości, 
nienawiści jest sposobem życia ludzi statecznych. 

background image

 
Kiedy całkowicie to wszystko odrzucacie, nie tylko werbalnie, ale i sercem, wtedy stajecie się 
naprawdę moralni, wasza bowiem moralność wypływa z miłości, a nie z egoistycznych 
pobudek, nie wiąże się z osiągnięciami, z miejscem zajmowanym w społecznej hierarchii. Nie 
sposób tak kochać, jeśli należy się do społeczeństwa, w ramach którego pragnie się zdobyć 
sławę, uznanie, stanowisko. A skoro nie ma w tym społeczeństwie miłości, zatem jego 
moralność jest niemoralnością. Jeśli się to wszystko z głębi serca odrzuca, to pojawia się cnota 
przyobleczona w miłość. 
 
 
13 
 
Medytować - znaczy wykraczać poza czas. Czas to odległość, którą przebywa myśl, coś 
osiągając. Porusza się ona nieustannie po starej drodze pokrytej nową nawierzchnią, z nowymi 
widokami, ale to jest zawsze ta sama droga, która wiedzie donikąd - nie licząc bólu i cierpienia. 
 
Jedynie wtedy, gdy umysł wykracza poza czas, prawda przestaje być abstrakcją. Wówczas 
radość nie jest ideą wywiedzioną z przyjemności, ale rzeczywistością, która nie ma charakteru 
werbalnego. 
 
Opróżnianie umysłu z czasu jest ciszą prawdy, a widzenie tego jest działaniem; tak więc nie 
istnieje podział na po-strzeżenie i na czynność. W chwili oddzielającej widzenie od działania 
rodzą się konflikt, niedola i zamęt. To, co nie zna czasu, jest wieczne. 
 
Na każdym stole stały żonkile, młode, świeże, prosto z ogrodu, wciąż jeszcze pachnące wiosną. 
Na stoliku pod ścianą ustawiono lilie, kremowobiałe, jasnożółte w środku. Patrząc na tę 
kremową biel i jaskrawą żółć, widziało się błękitne niebo rozszerzające się, bezgraniczne, 
ciche.   
 
Przy prawie wszystkich stołach siedzieli ludzie, bardzo głośno rozmawiali i śmiali się. Jakaś 
kobieta ukradkiem karmiła psa mięsem, którego sama nie mogła zjeść. Wszyscy mieli na 
talerzach wielkie porcje, widok tych jedzących ludzi nie był przyjemny. Być może to 
barbarzyństwo jeść w obecności innych. Mężczyzna po drugiej stronie sali napełnił już brzuch 
winem i mięsem, a teraz zapalał olbrzymie cygaro; jego tłusta twarz przybrała błogi wyraz. 
Jego równie otyła żona zapaliła papierosa. Oboje wyglądali tak, jakby zapomnieli o bożym 
świecie. 
 
A żółte żonkile sobie stały i nikogo to chyba nie obchodziło. Umieszczono je tam dla ozdoby, 
bez żadnego sensu. Kiedy tak na nie patrzyłeś, ich żółta jasność wypełniła hałaśliwą salę. 
Barwa wywiera na oko ów przedziwny wpływ. Oko jej nie wchłania, ale zdaje się ona 
wypełniać całe twoje istnienie. Byłeś tą barwą; nie stałeś się nią, lecz byłeś nią, nie 
utożsamiając się i nie nazywając; taka bezimienność jest nieskalana. Gdy brak bezimienności, 
pojawiają się rozmaite formy przemocy. 
 

background image

Ty zaś zapomniałeś o świecie, o zadymionej sali, ludzkich okrucieństwach i o czerwonym, 
wstrętnym mięsie; wdzięczne żonkile zdawały się unosić cię poza granice czasu. 
 
Taka jest miłość. Nie ma w niej czasu, przestrzeni i tożsamości. Tożsamość rodzi przyjemność i 
ból; to ona wywołuje nienawiść i wojny, a także wznosi wokół ludzi mury, wokół każdej 
jednostki, każdej rodziny, każdej wspólnoty. Człowiek ponad murem wyciąga dłoń do drugiego 
człowieka, ale tamten również jest zamknięty w obrębie swego muru; moralność jest słowem 
łączącym ich obu, szpetnym i daremnym. 
 
Miłość jest zupełnie inna - niczym ten las po drugiej stronie drogi, który nieustannie się 
odradza, albowiem bez przerwy umiera. Nie ma w niej nic trwałego, czegoś, czego szuka myśl; 
jest ruchem, którego myśl nigdy nie pojmie, nie dotknie, nie odczuje. Uczucia myśli i uczucia 
miłości nie mają ze sobą nic wspólnego; pierwsze wiodą do zniewolenia, drugie - do rozkwitu 
dobroci. Miłość rozwija się poza ramami społeczeństwa, kultury czy religii, natomiast znie-
wolenie jest cechą wszystkich społeczeństw, doktryn religijnych i wiary w odrębność. Miłość 
jest bezimienna, tak więc obca jest jej przemoc. Przyjemność ucieka się do przemocy, gdyż jej 
czynnikami napędowymi są pragnienie i wola. Ani myśl, ani dobre uczynki nie mogą zrodzić 
miłości. Odrzucenie całego procesu myślowego przeobraża się w piękno działań będące 
miłością. Bez niego nie istnieje radość prawdy. A tam, na stole, stały żonkile. 
 
 
14 
 
Medytacja budzi radość zarówno zmysłową, jak i pozazmysłową. Nie trwa ona, albowiem nie 
ma nic wspólnego z czasem. Szczęście i radość wzajemnej więzi, widok chmury unoszącej ze 
sobą ziemię czy wiosennego światła na liściach sprawiają rozkosz oku i umysłowi. Myśl może 
kształtować tę rozkosz, utrwalać ją w obszarze pamięci, ale nie jest to radość medytacji 
ożywiająca również zmysły. Zmysły muszą być przenikliwe, w żaden sposób nie zniekształcone 
przez myśl, konformistyczną dyscyplinę i moralność społeczną. Swoboda zmysłów nie oznacza 
folgowania im: pobłażliwość to myślowa przyjemność. Myśl przypomina dym, który powstaje, 
gdy płonie ogień, a radość to ogień bez odrobiny wyciskającego z oczu łzy dymu. Przyjemność 
to jedno, a radość to co innego. Przyjemność jest myślowym zniewoleniem, radość zaś znajduje 
się poza i ponad obszarem myśli. Podstawą medytacji jest zrozumienie myśli i przyjemności 
oraz związanych z nimi moralności i dyscypliny, które przynoszą pocieszenie. Radość 
medytacji nie trwa, nie ma charakteru czasowego; wykracza poza jedno i drugie, a zatem jest 
niezmierzona. Ekstazy medytacji nie znajdziesz w oku tego, kto patrzy, nie stanowi ona 
doznania tego, kto myśli. 
 
Tego pięknego poranka na czystym, błękitnym niebie pojawiły się przelotne chmury. Niedawno 
padało i powietrze było czyste. Każdy liść lśnił świeżością, ponura zim a już minęła; wszystkie 
liście, zalane słonecznym światłem, wiedziały, że nic ich nie wiąże z ubiegłoroczną wiosną. 
Słońce przeświecało przez młode pędy, rzucając łagodne, zielone światło na wilgotną ścieżkę 
wiodącą przez lasy do głównej drogi, która biegła w stronę wielkiego miasta. 
 

background image

Wokół bawiły się dzieci, ale nie zauważyły tego pięknego, wiosennego dnia. Nie potrzebowały 
patrzeć, same były bowiem wiosną. Ich śmiech i zabawy stanowiły część tego drzewa, tego 
liścia i tego kwiatu. Nie fantazjowałeś, czułeś to. Liście i kwiaty jak gdyby uczestniczyły w tym 
śmiechu, krzyku, jakby stanowiły część balonu, który przeleciał obok. Każde źdźbło trawy, 
każdy żółty mlecz i delikatny, bezbronny listek, wszystko to stanowiło część dzieci, a one 
stanowiły część ziemi. Linia oddzielająca człowieka od przyrody znikła, ale ani mężczyzna 
jadący sportowym samochodem, ani kobieta wracająca ze sklepu nie zdawali sobie z tego 
sprawy. Zapewne nigdy nawet nie spojrzeli na niebo, na drżący liść, na biały bez. Dźwigali w 
sercach własne problemy, a ich serca nigdy nie spoglądały na dzieci ani na rozsłoneczniony, 
wiosenny dzień. Nieszczęście polegało na tym, że oni wychowywali właśnie te dzieci, które 
wkrótce miały być takie same jak mężczyźni w sportowych samochodach i kobiety wracające 
ze sklepów. I świat znów pogrąży się w mroku. W tym tkwi nie kończące się cierpienie. Miłość 
tego liścia zdmuchnie nadchodząca jesień. 
 
Młody, szczupły mężczyzna miał żonę i dzieci. Skończył chyba studia, był intelektualistą. Gdy 
mówił, starannie dobierał słowa. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, założył nogę na nogę i oparł 
dłonie na brzuchu. Jego okulary lśniły w świetle wpadającego przez okno słońca. Powiedział, 
że zawsze szukał nie tylko prawd filozoficznych, ale również tej prawdy, która wykracza poza 
słowa i systemy. 
 
Szuka pan, jak przypuszczam, ponieważ odczuwa pan gorycz? 
 
"Nie, nie czuję właściwie goryczy. Tak jak każda istota ludzka jestem niezadowolony, ale nie to 
stanowi powód moich poszukiwań. To nie jest szukanie czegoś za pomocą mikroskopu czy 
lunety, nie postępuję też jak kapłan próbujący odnaleźć swego Boga. Nie umiem powiedzieć, 
czego szukam; nie potrafię wskazać tego palcem. Wydaje mi się, że z tym problemem 
przyszedłem na świat i choć ożeniłem się szczęśliwie, moje poszukiwanie trwa nadal. Nie jest 
ono formą ucieczki. Doprawdy nie wiem, co pragnę znaleźć. Dyskutowałem o tym z kilkoma 
inteligentnymi filozofami i z religijnymi misjonarzami ze Wschodu; wszyscy mi powiedzieli, 
bym trwał w poszukiwaniach i nie zaprzestawał ich. Minęło tyle lat, a ten nieustanny niepokój 
trwa". 
 
Czy w ogóle należy szukać? Poszukujemy zawsze czegoś, co znajduje się na drugim brzegu, w 
dali zakrytej czasem, do której zmierza się wielkimi krokami. Szuka się czegoś i znajduje to w 
przyszłości, o tam, tuż za tym wzgórzem. Taki jest istotny sens poszukiwań. Istnieje chwila 
obecna i coś, co należy znaleźć w przyszłości. Teraźniejszość nie ma w sobie pełni życia, a to, 
co znajduje się za wzgórzem, jest o wiele bardziej ponętne i upragnione. Naukowiec z oczami 
przyklejonymi do mikroskopu nigdy nie ujrzy pająka na tej ścianie, choć wątek jego losu 
ciągnie się nie pod mikroskopem, ale w teraźniejszym życiu. 
 
"Czy twierdzi pan, że wszelkie poszukiwania są daremne, że w przyszłości nie ma żadnej 
nadziei, że cały czas jest chwilą obecną?" 
 
Całe życie toczy się w chwili obecnej, nie w cieniu dni wczorajszych ani w blasku jutrzejszych 

background image

nadziei. By żyć w teraźniejszości, trzeba uwolnić się od przeszłości i od jutra. W przyszłości 
niczego się nie znajduje, gdyż jutro jest chwilą obecną, a dzień wczorajszy jest tylko 
wspomnieniem. A zatem poszukiwanie powiększa tylko odległość między tym, co jest, a tym, 
co należy znaleźć, bez względu na to, jak jest ono przyjemne i pocieszające. 
 
Nieustanne poszukiwanie celu życia jest jedną z osobliwych ludzkich ucieczek. Jeśli człowiek 
znajdzie to, czego szuka, nigdy nie będzie to warte tego kamyka ze ścieżki. By żyć w 
teraźniejszości, umysł nie może być rozdarty przez wspomnienia przeszłości lub świetlane 
nadzieje na przyszłość: nie wolno mu znać dni jutrzejszych i wczorajszych. Nie jest to poetycka 
przenośnia, lecz stwierdzenie faktu. W żywej teraźniejszości nie ma miejsca dla poezji i 
wyobraźni. Nie znaczy to, iż odrzuca się piękno, ale że miłość jest pięknem chwili obecnej, 
takim, jakiego nie znajdzie się szukając. 
 
"Sądzę, że zaczynam dostrzegać, jak daremne były te lata spędzone na poszukiwaniach, na 
pytaniach, które zadawałem sobie i innym, i jak powierzchowne były odpowiedzi". 
 
Koniec jest początkiem, początek jest pierwszym krokiem, a pierwszy krok jest krokiem 
jedynym. 
 
 
15 
 
Ten człowiek, dość otwarty, energiczny i pełen pasji, bardzo wiele czytał, władał kilkoma 
językami. Przebywał na Wschodzie i znal nieco filozofię indyjską, przeczytał tak zwane święte 
księgi i pobierał nauki u jakiegoś guru. A teraz siedział tutaj, w tym małym pokoju z widokiem 
na zieloną dolinę śmiejącą się w porannym słońcu. Szczyty gór lśniły, właśnie nadciągały 
wielkie chmury. Zapowiadał się piękny dzień. Na tej wysokości powietrze było czyste, a 
światło przenikliwe. Zaczynało się lato, w powietrzu wciąż jeszcze czuć było wiosenny chłód. 
Spokojną dolinę, zwłaszcza o tej porze roku, wypełniała cisza, dźwięki krowich dzwonków, 
zapach sosen i świeżo skoszonej trawy. Mnóstwo dzieci bawiło się krzycząc; wczesnym 
rankiem w powietrzu unosiła się radość, a zmysły syciły się pięknem tej okolicy. Uradowane 
oczy widziały błękitne niebo i zieloną ziemię. 
 
"Prawość jest słusznym postępowaniem, tak przynajmniej pan kiedyś powiedział. Słuchałem 
pana przez kilka lat, w różnych częściach świata i rozumiem pańskie nauczanie. Nie próbuję 
wcielić go w życie, albowiem wtedy przekształciłoby się ono w kolejny schemat, w inną formę 
naśladownictwa, nową formułę, którą należałoby zaakceptować. Dostrzegam kryjące się w tym 
niebezpieczeństwa. Wchłonąłem bardzo wiele z tego, o czym pan mówił, i stało się to niemal 
częścią mnie samego. To może szkodzić wolności działań, przed czym pan tak uparcie 
przestrzega. Życie ludzkie nie bywa wolne i spontaniczne. Muszę wieść swoją codzienną 
egzystencję, ale zawsze pamiętam o tym, aby nie powielać po prostu jakiegoś nowego 
schematu, który sam dla siebie stworzyłem. Wygląda zatem na to, że prowadzę podwójne życie; 
z jednej strony - te zwykle czynności, rodzina, praca i tak dalej, z drugiej - pańskie nauczanie, 
które mnie głęboko interesuje. Jeśli będę postępował zgodnie z pana wskazaniami, to 

background image

upodobnię się do katolika wiernego dogmatom. A zatem, jeśli wciela się nauczanie w życie, nie 
stosując się po prostu do niego, to co stanowi podstawę codziennych czynności?" 
 
Nie wolno zważać na nauczanie i na nauczyciela, a także na ucznia, który próbuje wieść życie 
innego rodzaju. Istnieje tylko uczenie się: w nim zawarte jest działanie. Uczenie się i działanie 
nie są od siebie odrębne, a jeśli tak się dzieje, to uczenie się przekształca się w ideę lub zbiór 
ideałów, według których się postępuje. A tymczasem uczenie się jest działaniem wolnym od 
konfliktów. Jeśli to się rozumie, to o co jeszcze chodzi? Uczenie się nie jest abstrakcją, ideą, ale 
faktycznym uczeniem się o czymś. Nie można się uczyć nie działając; można uczyć się o sobie 
wyłącznie w działaniu. Nie chodzi o to, by najpierw uczyć się o sobie, a potem na podstawie tej 
wiedzy działać, wtedy bowiem to działanie staje się odtwórcze, polega na dopasowywaniu się 
do nagromadzonej wiedzy. 
 
"Ale, widzi pan, w każdej chwili staję wobec wyzwania, które pojawia się z tej czy tamtej 
strony, a reaguję na nie tak, jak to zawsze czyniłem. Często moja reakcja rodzi konflikt. 
Chciałbym zrozumieć, co pan ma na myśli, mówiąc o uczeniu się w tych codziennych 
sytuacjach". 
 
Wyzwania zawsze muszą być nowe, w przeciwnym razie nie są wyzwaniami, ale starymi, 
nieadekwatnymi reakcjami i właśnie dlatego następuje konflikt. Pyta pan, czego można się na 
ten temat uczyć. Można się uczyć, jak powstają reakcje, jakie jest ich tło i uwarunkowania, 
można więc uczyć się o całej strukturze i naturze reagowania. Takie uczenie się nie prowadzi 
do gromadzenia, które z kolei stanowiłoby podstawę reakcji na wyzwanie. Uczenie się jest 
ruchem nie zakotwiczonym w wiedzy. Jeśli jest zakotwiczone, to nie jest ruchem. Maszyna, 
komputer są zakotwiczone. Uczenie się jest patrzeniem, widzeniem. Jeśli patrzysz z punktu 
widzenia nagromadzonej wiedzy, to takie widzenie jest ograniczone i nie ma w nim nic 
nowego. 
 
"Powiada pan, że uczymy się o całej strukturze reakcji. Oznacza to zapewne, że wszystko, 
czegośmy się nauczyli, tworzy pewną nagromadzoną treść. Z drugiej strony twierdzi pan, że to 
uczenie się, o którym pan mówi, jest tak płynne, że niczego w ogóle ono nie gromadzi". 
 
Nasze wykształcenie polega na zebraniu pewnej ilości wiedzy, a komputer robi to szybciej i 
dokładniej. Cóż za pożytek płynie z takiej edukacji? Maszyny zapewne przejmą większość z 
ludzkich zajęć. Gdy powiada pan - tak jak to się zwykle mówi - że uczenie się polega na 
gromadzeniu pewnej ilości wiedzy, to przeciwstawia się pan ruchowi życia, na które składają 
się wzajemne więzi i postępowanie, prawda? Jeśli nasze więzi i postępowanie oparte są na 
wcześniej zdobytych doświadczeniach i wiedzy, to czy takie więzi są autentyczne? Czy 
wspomnienia i wszystkie związane z nimi skojarzenia tworzą prawdziwą podstawę wzajemnych 
związków? Pamięć to obrazy i słowa, a jeśli opieramy nasze związki na symbolach, obrazach i 
słowach, to czy w ten sposób mogą powstać autentyczne więzi? 
 
Życie, jak powiedzieliśmy, jest ruchem we wzajemnych związkach, a jeśli owe więzi pęta 
przeszłość, pamięć, to jego ruch jest ograniczony i przeobraża się w udrękę. 

background image

 
"Doskonale rozumiem pańskie słowa i jeszcze raz pytam, co ma stanowić podstawę działań? 
Czy nie przeczy pan sobie, mówiąc, że uczymy się, obserwując całą strukturę własnych reakcji i 
twierdząc zarazem, iż uczenie się wyklucza gromadzenie?" 
 
Widzenie tej struktury jest czymś żywym, ruchomym; ale jeśli ją ono rozbudowuje, to struktura 
staje się o wiele ważniejsza od widzenia, które jest samym życiem. Nie ma w tym sprzeczności. 
Twierdzimy, że widzenie jest o wiele ważniejsze niż natura owej struktury. Kiedy przywiązuje 
się wagę do zdobywania wiedzy o tej strukturze, a nie do uczenia się jako do widzenia, wtedy 
jest w tym sprzeczność; wtedy widzenie to jedno, a uczenie się o strukturze to drugie. 
 
Pyta pan, skąd wówczas wypływa działanie? Jeśli istnieje jakieś źródło działań, to jest nim 
pamięć, wiedza, a zatem przeszłość. Powiedzieliśmy, że widzenie jest działaniem; jedno nie jest 
odrębne od drugiego. Widzenie jest zawsze nowe, tak więc i działanie jest zawsze nowe. 
Widzenie codziennych reakcji rodzi to, co nowe, a co zwykliśmy nazywać spontanicznością. W 
samej chwili gniewu nie rozpoznaje się go jako takiego. Rozpoznanie "bycia zagniewanym" 
następuje w kilka chwil później. Czy takie postrzeganie gniewu jest niewybiórczym 
uświadomieniem go sobie, czy też jest to znów wybór oparty na tym, co minęło? Jeśli oparte to 
jest na tym, co stare, to wszelkie reakcje na ów gniew - stłumienie, kontrola, uleganie mu - są 
działaniami o charakterze tradycyjnym. Ale gdy widzenie jest niewybiórcze, istnieje tylko to, co 
nowe. 
 
Z tego wszystkiego wyłania się inny interesujący problem: w jaki sposób wyzwania - takie jak 
rozlew krwi, rewolucja czy inny wstrząs - pomagają nam zachować przytomność, wytrącają nas 
z rutyny, tradycji, ustalonego porządku. 
 
"Czy jest możliwe, by umysł w ogóle nie zależał od wyzwań?" 
 
To możliwe pod warunkiem, że umysł podlega nieustannym zmianom, nie znajduje miejsca 
spoczynku, bezpiecznej przystani, nie trzyma się niewzruszonych praw i w nic się nie angażuje. 
Czyż umysł przebudzony, oświecony potrzebuje jakichkolwiek wyzwań? 
 
 
16 
 
Medytacja jest działaniem ciszy. Działamy na podstawie opinii, wniosków i wiedzy, zgodnie z 
wydumanymi zamiarami. To nieuchronnie wiedzie w działaniu do powstawania sprzeczności 
między tym, co jest, a tym, co powinno być, lub tym, co było. Takie działanie motywowane 
przeszłością, zwaną wiedzą, jest mechaniczne, a choć podlega ulepszeniom i modyfikacjom, 
zawsze jego korzenie tkwią w czasie minionym. Tak więc cień przeszłości pada nieodmiennie 
na teraźniejszość. Takie działanie we wzajemnym związku stanowi wytwór obrazu, symbolu, 
wniosku; więź nie jest wtedy rzeczą żywą, ale czymś minionym, wspomnieniem. Działalność 
wypływająca z tego zgiełku, zamętu, z tej sprzeczności rozpada się na kulturowe wzorce, na 
wspólnoty, instytucje społeczne i religijne dogmaty. W tym nieustannym zgiełku rewolucja 

background image

tworząca nowy ład społeczny sprawia wrażenie czegoś naprawdę nowego, ale ponieważ 
wiedzie od tego, co znane, ku temu, co znane, więc niczego w ogóle nie zmienia. Zmiana, staje 
się możliwa wyłącznie wtedy, gdy odrzucamy to, co znane; działanie nie przebiega wówczas 
według schematu, ale wypływa ze stale odnawiającego się rozumienia. 
 
Rozumienie nie polega na ferowaniu trafnych sądów i formułowaniu krytycznych ocen, ale na 
widzeniu tego, co jest. To, co jest, podlega nieustannym zmianom, a gdy widzenie jest 
zakorzenione w przeszłości, rozumiejące widzenie zanika. Wówczas działaniem rządzi nie 
rozumność percepcji, lecz martwe brzemię pamięci. Medytując ogarniamy to wszystko jednym 
spojrzeniem. Aby widzieć, niezbędna jest cisza, z niej zaś wypływa działanie, które nie ma nic 
wspólnego z działalnością myśli. 
 
Padało przez cały dzień, wszystkie liście i płatki kwiatów ociekały wodą. Strumień wezbrał, 
zmętniał, błotnista woda płynęła teraz wartko. Tylko wróble, wrony i duże, biało--czarne sroki 
uwijały się pracowicie. Góry skryły się za chmurami, a niskie wzgórza były ledwo widoczne. 
Przez wiele dni nie padało, i dlatego świeży deszcz na suchej ziemi rozkosznie pachniał. Kto 
był kiedyś w tropikalnych krajach, gdzie przez kilka miesięcy nie spada ani jedna kropla dżdżu 
i co dzień świeci jasne, gorące, wysuszające glebę słońce, ten wie, jaką przenikającą do głębi 
serca rozkosz sprawia zapach deszczu ożywiającego starą, nagą ziemię. Ale tu, w Europie, 
zapach był inny, łagodniejszy, nie tak silny, mniej przenikliwy. Przypominał łagodny powiew, 
który szybko przemija. 
 
Następnego dnia nad ranem niebo było czyste, błękitne; wszystkie chmury odpłynęły, na 
górskich szczytach skrzył się śnieg, na łąkach zieleniła się trawa i kwitło tysiące nowych, 
wiosennych kwiatów. Tego ranka pełnego niewypowiadalnego piękna każde źdźbło trawy 
jaśniało miłością. 
 
Ów znany reżyser filmowy, o dziwo, wcale nie był próżny. Przeciwnie, miał bardzo przyjazne 
usposobienie i często się uśmiechał. Nakręcił wiele udanych filmów które stały się wzorem dla 
innych. Podobnie jak wszyscy co wrażliwsi reżyserzy interesował się podświadomością, 
dziwnymi snami, konfliktami, które wyrażał w swych obrazach. Studiował bóstwa 
psychoanalizy i sam, w celach eksperymentalnych, zażywał narkotyki. 
 
Kultura -jej tradycje, warunki ekonomiczne, a zwłaszcza jej propaganda religijna - głęboko 
warunkuje żyjący w jej ramach ludzki umysł. Z uporem walczy on, by nie popaść w niewolę 
jakiegoś dyktatora lub państwowej tyranii, ale chętnie poddaje się tyranii Kościoła, meczetu czy 
najnowszych, najmodniejszych dogmatów głoszonych przez psychiatrów. Przebiegle obmyśla - 
w obliczu tak powszechnej, beznadziejnej niedoli - nowego Ducha Świętego lub nowego 
atmana, który wkrótce przeobrazi się w obiekt bałwochwalczej czci. 
 
Umysł, który dokonał w świecie takiego spustoszenia, lęka się przede wszystkim sam siebie. 
Zdaje sobie sprawę z materialistycznego światopoglądu nauki, z jej osiągnięć, z jej rosnącej 
dominacji nad umysłem, a zatem zaczyna wymyślać nową filozofię; dawniejsze filozofie 
ustępują miejsca nowym teoriom, ale podstawowe ludzkie problemy nadal pozostają nie 

background image

rozwiązane. 
 
Wśród całej tej wojennej zawieruchy, swarów i skrajnego egoizmu stoimy wobec zasadniczego 
problemu śmierci. Religie, zarówno starożytne, jak i najnowsze, uwarunkowały ludzi zgodnie z 
pewnymi dogmatami, nadziejami i wierzeniami, które dają w tej kwestii gotową odpowiedź; ale 
ani myśl, ani intelekt nie potrafią rozwiązać problemu śmierci. Jest ona faktem, nie sposób go 
uniknąć. 
 
Trzeba umrzeć, aby się dowiedzieć, czym jest śmierć, a tego najwyraźniej człowiek uczynić nie 
jest w stanie, przeraża go bowiem umieranie, utrata wszystkiego, co zna, najskrytszych, głęboko 
zakorzenionych nadziei i wyobrażeń. 
 
W rzeczywistości nie ma jutra, ale wiele jutrzejszych dni oddziela obecną chwilę życia od 
przyszłej śmierci. Człowiek żyje w tej luce, pełen lęku i niepokoju, nieustannie rozmyślając o 
tym, co nieuniknione. Nie chce nawet o tym mówić, a grób zwykł zdobić wszystkim, o czym 
tylko ma pojęcie. 
 
Umrzeć dla wszystkiego, co się wie - nie dla pewnych form wiedzy, ale dla wiedzy w ogóle - 
oto jest śmierć. Przywoływanie przyszłości - śmierci - aby objęła cały dzień dzisiejszy, to 
umieranie całkowite; a wówczas pomiędzy życiem a śmiercią nie ma rozłamu - śmierć staje się 
życiem, a życie śmiercią. 
 
Tego najwyraźniej żaden człowiek uczynić nie chce. A jednak wciąż szuka tego, co nowe; 
nieustannie trzymając w jednej ręce to, co stare, drugą wyciąga po omacku w nieznane, 
szukając nowego. Nieuchronnie następuje więc konflikt płynący z rozdwojenia - "ja" i "nie-ja", 
ten, kto obserwuje, i to, co obserwowane, fakt i to, co być powinno. 
 
Ów zamęt ustaje całkowicie, gdy zanika to, co znane. Ten zanik to śmierć. Śmierć nie jest 
wyobrażeniem, symbolem, ale straszliwą rzeczywistością. W żaden sposób nie umknie się jej, 
czepiając się dzisiejszych rzeczy, które należą do przeszłości, bądź ubóstwiając symbol nadziei. 
 
Musimy umrzeć dla śmierci; tylko wtedy rodzi się czystość, tylko wtedy pojawia się to, co 
bezczasowo nowe. Miłość jest zawsze nowa, a wspomnienie miłości jest jej śmiercią. 
 
 
17 
 
Rozległa, bujna łąka wśród zielonych wzgórz tego ranka lśniła, roziskrzona rosą, a ptaki 
śpiewały niebu i ziemi. Na tej łące, tak pełnej kwiatów, rosło samotne, majestatyczne drzewo, 
wysokie i kształtne. Tego ranka nabrało szczególnej wymowy. Rzucało długi, głęboki cień, a 
pomiędzy nim a cieniem panowała niezwykła cisza. Porozumiewały się ze sobą - realność i 
nierealność, symbol i fakt. Wszystkie późnowiosenne liście tego naprawdę wspaniałego, maje-
statycznego drzewa drżały w powiewach wiatru, zdrowe, nie zżarte jeszcze przez robactwo. Nie 
zdobiły go królewskie szaty, ono samo było wspaniałe, imponujące. Wieczorem zamykało się 

background image

w sobie, ciche i obojętne, nie zważając na nadciągający wicher; budziło się wraz ze wschodem 
słońca i szczodrze obdarzało swym błogosławieństwem łąkę, wzgórza i całą ziemię. 
 
Niebieskie sójki śpiewały, a wiewiórki od świtu krzątały się zapobiegliwie. Piękno samotnego 
drzewa ujęło cię za serce. Nie było to piękno tego, coś widział; drzewo było piękne samo w 
sobie. Choć twoje oczy widziały rzeczy piękniejsze, jednak nie oczy pełne nawyków patrzyły 
na to drzewo, samotne, ogromne i zadziwiające. Było zapewne bardzo stare, ale w ten sposób o 
nim nie myślałeś. Kiedy podszedłeś i usiadłeś w cieniu, opierając się plecami o pień, poczułeś 
ziemię, moc tego drzewa i jego wielką powściągliwość. Mogłeś z nim niemal rozmawiać, a ono 
opowiedziało ci wiele rzeczy. Ale choć dotykałeś jego chropowatej kory, którą przemierzało 
mnóstwo mrówek, nieustannie czułeś, że jest bardzo odległe. Tego ranka drzewo rzucało cień 
bardzo ostry i czysty, który zdawał się sięgać poza wzgórza, ku innym okolicom. To było 
prawdziwe miejsce medytacji - o ile się wie, jak medytować. Panowała tu wielka cisza i umysł, 
jeśli był przenikliwy i czysty, również ucichł, uniezależnił się od otoczenia, stal się częścią tego 
lśniącego poranka, wiszącej wciąż na trawach i trzcinach rosy. To piękno zawsze tam będzie, na 
łące pod drzewem. 
 
Mężczyzna w średnim wieku, zadbany, ubrany starannie i ze smakiem, powiedział, że bardzo 
wiele podróżował, choć nie po to, by robić jakieś konkretne interesy. Odziedziczywszy po ojcu 
trochę pieniędzy, zwiedził kawałek świata, zobaczył nie tylko różne okolice, ale również co 
cenniejsze, rzadkie okazy zgromadzone w najbogatszych muzeach. Stwierdził, że lubi muzykę i 
niekiedy sam grywa. Sprawiał także wrażenie oczytanego. W trakcie rozmowy rzekł "Jest tyle 
okrucieństw, złości i nienawiści między ludźmi. Najwyraźniej utraciliśmy miłość, a w naszych 
sercach brak piękna; zapewne nigdy go tam nie było. Miłość stała się tanim towarem, a 
sztuczne piękno zaczęto przedkładać nad urodę wzgórz, drzew i kwiatów. Piękno dzieci szybko 
blednie. Zastanawiałem się nad pięknem i miłością. Porozmawiajmy o tym, jeśli ma pan nieco 
czasu". 
 
Siedzieliśmy na ławce nad strumieniem. Za nami biegły tory kolejowe i wznosiły się wzgórza 
usiane pensjonatami i wiejskimi domami. 
 
Nie sposób oddzielić miłości od piękna. Bez miłości nie ma piękna; są one splecione, 
nierozdzielne. Do tego stopnia wytrenowaliśmy nasze umysły, nasz intelekt i spryt, wypo-
sażyliśmy je w taką niszczycielską siłę, że one dominują, zadając gwałt temu, co można by 
nazwać miłością. Oczywiście słowo nie jest tym, co rzeczywiste, podobnie jak cień nie jest 
drzewem, które go rzuca. Nie zdołamy odkryć, czym jest miłość, jeśli nie zstąpimy z wyżyn 
naszego sprytu, intelektualnego wyrachowania, jeśli nie poczujemy tej lśniącej wody i nie 
zauważymy tej nowej trawy. Czy można miłość znaleźć w muzeach, w kwiecistym pięknie 
kościelnych rytuałów, w kinie lub w kobiecej twarzy? Czy nie powinniśmy zastanowić się nad 
tym, jak bardzo wyobcowaliśmy się z powszednich, życiowych spraw? Nie chodzi o to, byśmy 
neurotycznie czcili przyrodę, ale jeśli utracimy z nią kontakt, to czyż nie utracimy także 
kontaktu z ludźmi i ze sobą? Szukamy piękna i miłości poza nami, w ludziach, w posiadanych 
rzeczach. One stają się o wiele ważniejsze niż sama miłość. Posiadanie oznacza przyjemność, a 
ponieważ lgniemy do przyjemności, miłość zostaje skazana na banicję. Piękno jest w nas, a 

background image

niekoniecznie w otaczających nas rzeczach. Kiedy one stają się ważniejsze i w nich lokujemy 
piękno, to w nas ono maleje. Tak więc im bardziej świat staje się okrutny i materialistyczny, 
tym bardziej usiłujemy okryć własną nagość i wypełnić własną pustkę zbiorami muzeów i 
wszystkimi posiadanymi rzeczami. 
 
"Dlaczego twierdzi pan, że gdy odkrywamy piękno w ludziach i w otaczających nas rzeczach, a 
także gdy doznajemy przyjemności, słabną piękno i miłość tkwiące w nas?" 
 
Wszelka zależność wywołuje w nas pragnienie posiadania i stajemy się posiadaną rzeczą. 
Posiadam ten dom - jestem tym domem, ów mężczyzna, przejeżdżający nie opodal na koniu, 
jest dumą z posiadania wierzchowca, choć piękno i dostojeństwo konia są od tego człowieka o 
wiele ważniejsze. Tak więc zależność od piękna sylwetki lub urody twarzy nieuchronnie musi 
zubożyć samego obserwatora, co nie znaczy, że musimy wyrzec się tego wszystkiego. Chodzi o 
to, że gdy rzeczy zewnętrzne nabierają wielkiego znaczenia, nas dręczy wewnętrzne ubóstwo. 
 
"Twierdzi pan, że jeśli reaguję na tę piękną twarz, to jestem wewnętrznie ubogi. Jeśli jednak nie 
reaguję na tę twarz czy na sylwetkę budynku, to jestem wyobcowany i niewrażliwy". 
 
Tak, gdy jest się wyobcowanym, musi pojawić się zależność, zależność zaś rodzi przyjemność, 
a zatem lęk. Jeśli w ogóle się nie reaguje, świadczy to albo o paraliżu, albo o obojętności, albo o 
uczuciu rozpaczy wywołanym przez nieosiągalność ciągłego zaspokojenia. A zatem wiecznie 
wpadamy w pułapkę rozpaczy i nadziei, lęku i przyjemności, miłości i nienawiści. Gdy panuje 
wewnętrzne ubóstwo, pojawia się usilne pragnienie wypełnienia go. To jest bezdenne piekło 
przeciwieństw wypełniających nasze żywoty i wywołujących codzienną walkę. Wszystkie te 
przeciwieństwa są tożsame, są bowiem gałęziami wyrastającymi z jednego korzenia. Miłość nie 
jest wytworem zależności, nie ma ona swego przeciwieństwa. 
 
"Czyż w świecie nie istnieje brzydota? I czyż nie jest ona przeciwieństwem piękna?" 
 
Oczywiście brzydota w świecie istnieje, tak jak istnieją na przykład nienawiść i okrucieństwo. 
Dlaczego porównywać to do piękna, do łagodności? Dokonujemy takich porównań, ponieważ 
posiadamy skalę wartości, na szczycie której umieszczamy to, co nazywamy pięknem, brzydotę 
zaś sytuujemy na dole. A czy można patrzeć na okrucieństwo bez uciekania się do porównań? 
A jeśli tak się patrzy, to co się dzieje? Stwierdza się, że ma się do czynienia jedynie z faktami, a 
nie z opiniami lub z tym, co być powinno, nie z porównaniami. Możemy zająć się tym, co jest i 
działać natychmiast. To, co być powinno, przeradza się w ideologię, w fantazję, a zatem traci 
wszelką użyteczność. Piękna, podobnie jak miłości, nie można z niczym porównać, a gdy 
powiada się "Kocham tego bardziej niż tamtego", przestaje to być miłością. 
 
"Gdy ktoś jest wrażliwy - by wrócić do tego, o czym mówiłem - szybko i bez zastanowienia 
reaguje na ładną twarz, na piękną wazę. Taka bezmyślna reakcJa niepostrzeżenie przeobraża się 
w uzależnienie i przyjemność oraz wywołuje te wszystkie powikłania, które pan opisuje. Tak 
więc wydaje mi się, że nie sposób zależności uniknąć". 
 

background image

Czy istnieje coś nieuniknionego poza, być może, śmiercią? 
 
"Jeśli nie można tego umknąć, to znaczy, że mogę uporządkować moje postępowanie, a zatem 
jest ono mechaniczne". 
 
Widzenie nieuniknionego procesu ma nie być mechaniczne. To umysł, który odmawia widzenia 
tego, co jest, ulega zmechanizowaniu. 
 
"Jeśli ujrzę to, co nieuniknione, nadal będę się zastanawiał, gdzie i w jaki sposób wytyczyć linię 
graniczną". 
 
Nie wytycza się takiej linii, ale widzenie wywołuje własne działanie. Gdy powiada się "Gdzie 
mam wytyczyć linię graniczną?", jest to oznaka wtrącania się myśli, która boi się, że wpadnie w 
sidła, chce zaś być wolna. Widzenie nie jest procesem myślowym; widzenie jest zawsze nowe, 
świeże, czynne. Myślenie jest zawsze stare, zużyte. Widzenie i myślenie należą do dwóch 
różnych porządków, jednego z drugim nie sposób połączyć. A zatem miłość i piękno nie mają 
swych przeciwieństw, nie są wytworem wewnętrznego ubóstwa. I dlatego miłość pojawia się na 
początku, nie na końcu. 
 
 
18 
 
Dźwięk kościelnych dzwonów niósł się przez lasy, ponad wodą i nad łąką pośród gór. Różnił 
się w zależności od tego, czy płynął przez las, czy ponad otwartymi łąkami, czy też przez 
wartki, hałaśliwy strumień. Dźwięk, podobnie jak światło, kształtowany jest przez ciszę; im ona 
głębsza, tym lepiej słyszalne jest jego piękno. Tego wieczoru, gdy słońce wędrowało właśnie 
ponad zachodnimi wzgórzami, dźwięk kościelnych dzwonów miał zgoła niezwykły ton. Było to 
tak, jakbyś słyszał dzwony po raz pierwszy. Nie były one tak stare jak te wiszące w 
średniowiecznych katedrach, ale wyrażały nastrój tego wieczoru. Po niebie nie płynęła ani 
jedna chmurka. Tego najdłuższego dnia w roku słońce zachodziło w miejscu wysuniętym 
najdalej na północ. 
 
Prawie nigdy nie słuchamy szczekania psa, płaczu dziecka czy śmiechu mijającego nas 
człowieka. Odseparowujemy się od wszystkiego, a potem patrzymy na każdą rzecz i słuchamy 
jej z perspektywy tego odosobnienia. Właśnie takie izolowanie się ma destruktywny charakter, 
w nim bowiem tkwi cały konflikt i zamęt. Gdybyś słuchał dźwięku tych dzwonów w całkowitej 
ciszy, to unosiłbyś się na nim, a raczej ten dźwięk przeniósłby cię ponad doliną i wzgórzami. 
Można odczuć jego piękno, gdy nie jest się od tego dźwięku odrębnym, gdy stanowi się jego 
część. Medytacja kładzie kres rozszczepieniu, nie w wyniku aktów woli lub pragnień, nie 
poprzez poszukiwanie przyjemności w czymś, czego jeszcze nie posmakowaliśmy. 
 
Medytacja nie jest czymś odrębnym od życia; jest samą jego istotą, jest jądrem codziennej 
egzystencji. Słuchać dzwonów, słuchać śmiechu wieśniaka przechodzącego z żoną nie opodal, 
słuchać odgłosu dzwonka roweru, na którym jedzie mała dziewczynka: medytacja otwiera 

background image

pełnię życia, a nie tylko jego część. 
 
"Czym jest dla pana Bóg? We współczesnym świecie - wśród studentów, robotników, 
polityków - Bóg umarł. Dla księży jest to wygodne słowo umożliwiające im zachowanie posad, 
nabytych praw, zarówno fizycznych, jak i duchowych; natomiast przeciętnego człowieka, jak 
sądzę, Bóg niewiele obchodzi, może tylko od czasu do czasu, gdy przydarza mu się jakieś 
nieszczęście lub gdy chce uchodzić za godnego szacunku wśród swych godnych szacunku są-
siadów. Poza tym odgrywa On bardzo niewielką rolę. Tak więc przybyłem tu z dość daleka po 
to, by dowiedzieć się, w co pan wierzy lub - jeśli nie lubi pan tego słowa - by dowiedzieć się, 
czy w pańskim życiu Bóg istnieje. Byłem w Indiach, odwiedziłem różnych nauczycieli, 
mieszkających ze swymi uczniami, a wszyscy oni wierzą lub tak czy inaczej głoszą, że Bóg 
istnieje, wskazują też wiodącą ku Niemu drogę. Chciałbym, jeśli można, przedyskutować z 
panem to dość ważne pytanie, które dręczy ludzi od wielu tysięcy lat". 
 
Wiara to jedno, a rzeczywistość to drugie. Jedno wiedzie do zniewolenia, drugie jest możliwe 
jedynie, gdy jest się wolnym. Nie wiążą się one ze sobą. Nie można wiary odrzucić lub odłożyć, 
aby zyskać wolność. Wolność nie jest nagrodą, nie jest marchewką wiszącą przed oślim 
pyskiem. Ważne jest, by od samego początku to rozumieć: sprzeczność między wiarą a 
rzeczywistością. 
 
Wiara nigdy nie doprowadzi nas do rzeczywistości. Wiara jest rezultatem uwarunkowań, 
wytworem lęku, wynikiem wpływu zewnętrznego lub wewnętrznego autorytetu niosącego 
pocieszenie. Rzeczywistość nie ma z tym nic wspólnego. Jest czymś zupełnie innym, a nie 
istnieje przejście pomiędzy jednym a drugim. Punktem wyjścia teologa jest jakieś ustalone 
stanowisko. Wierzy on w Boga, w Zbawcę, w Krisznę lub w Chrystusa, a następnie przędzie 
teorie zgodnie ze swymi uwarunkowaniami i pomysłowością. Podobnie jak teoretyk 
komunistyczny uwiązany jest do pewnego pojęcia, pewnej formuły, a to, co przędzie, jest wy-
tworem jego własnych dociekań. 
 
Nierozważni ludzie wpadają w to tak, jak nieostrożna mucha wpada w pajęczą sieć. Wiara rodzi 
się z lęku i tradycji. Dwa lub dziesięć tysięcy lat propagandy tworzy religijną budowlę słów, 
rytuałów, dogmatów i wierzeń. Słowo nabiera wówczas ogromnej wagi, a powtarzanie go 
hipnotyzuje łatwowiernych. Tacy ludzie zawsze chcą wierzyć, akceptować, wykonywać 
rozkazy, niezależnie od tego, czy to, co im się oferuje, jest dobre czy złe, zgubne czy 
zbawienne. Umysł wierzący nie jest umysłem dociekliwym, a zatem pozostaje on zamknięty w 
granicach formuły lub zasady. Podobny jest do zwierzaka, który uwiązany do słupa może 
poruszać się tylko w zasięgu linki. 
 
"Ale prócz wiary nie mamy niczego! Wierzę w dobroć; wierzę w świętość małżeństwa, wierzę 
w życie pośmiertne i w ewolucyjny rozwój ku doskonałości. Dla mnie te wierzenia są 
niesłychanie ważne, albowiem utrzymują mnie w ryzach, dzięki nim postępuję moralnie. Jeśli 
odbierze mi pan wiarę, będę zgubiony". 
 
Bycie dobrym, a stawanie się dobrym to nie to samo. Rozkwit dobroci nie jest jej osiąganiem. 

background image

Stawanie się dobrym jest zaprzeczaniem dobroci. Stawanie się lepszym jest zaprzeczaniem 
temu, co jest. To, co lepsze, psuje to, co jest. Dobrym jest się teraz, w tej chwili; stajemy się zaś 
dobrzy w przyszłości, którą wymyśla umysł usidlony przez wiarę, przez zasadę porównań i 
czasu. Gdy dokonuje się porównań, dobro ginie. 
 
Ważne jest nie to, w co pan wierzy, jak brzmią pańskie formuły, zasady, dogmaty i opinie, ale 
to, dlaczego pan je w ogóle posiada, dlaczego pański umysł jest nimi obarczony. Czy one są 
istotne? Jeśli postawi pan sobie na serio takie pytanie, to stwierdzi pan, że są one wytworem 
lęku lub przyzwyczajenia do akceptacji. To właśnie ów podstawowy lęk uniemożliwia 
uczestniczenie w tym, co faktycznie jest. Ten lęk prowadzi do zaangażowania. Uczestnictwo 
jest rzeczą naturalną. Bierze pan udział w życiu, w swych działaniach, uczestniczy pan w życiu, 
w całym jego ruchu. Ale angażowanie się jest rozmyślnym działaniem umysłu, który 
funkcjonuje i myśli w sposób fragmentaryczny; angażujemy się tylko w pewną cząstkę. Nie 
sposób rozmyślnie zaangażować się w coś, co uważa się za całość, albowiem ów namysł 
stanowi część procesu myślowego, a myśl zawsze dzieli, funkcjonuje wyłącznie w obrębie 
fragmentów. 
 
"Tak, nie sposób zaangażować się, nie nazywając tego, w co się angażujemy, a nazywanie 
ogranicza". 
 
Czy to pańskie stwierdzenie jest tylko ciągiem słów czy też rzeczywistością, którą pan teraz 
pojął? Ciąg słów jest jedynie wiarą, a zatem nie ma najmniejszej wartości. Natomiast jeśli jest 
to faktyczna prawda, którą pan teraz odkrył, to jest pan wolny, bo neguje pan. Negacja fałszu 
nie jest twierdzeniem. Każda propaganda jest fałszem, a ludzie żyją propagandą, która zachwala 
wszystko, od mydła po Boga. 
 
"Swoimi spostrzeżeniami zapędza mnie pan w kozi róg, ale czy to również nie jest jakaś forma 
propagandy - głoszenia tego, co pan widzi?" 
 
Z pewnością, nie. To pan sam siebie zapędza w kozi róg, gdzie musi pan stawić czoło rzeczom 
takim, jakie są, bez żadnych przekonań, bez ulegania wpływom. Sam zaczyna pan zdawać sobie 
sprawę z tego, co znajduje się tuż przed panem, dlatego jest pan wolny od innych, wolny od 
wszelkich autorytetów - od słowa, osoby, idei. Wiara nie jest niezbędna, by widzieć. 
Przeciwnie, by widzieć, konieczny jest brak wiary. Można widzieć tylko wtedy, gdy jest się w 
stanie negatywnym, a nie w pozytywnym stanie wiary. Widzenie jest stanem negatywnym, w 
którym oczywiste jest tylko to, "co jest". Wiara jest formułą bierności rodzącą hipokryzję. 
Właśnie z tą hipokryzją walczy i przeciw niej buntuje się młode pokolenie. Ale hipokryzja 
usidli je później. Wiara to niebezpieczeństwo, którego musimy się pilnie wystrzegać, jeśli 
mamy ujrzeć prawdę tego, co jest. Polityk, kapłan, szacowny obywatel zawsze będą 
funkcjonować zgodnie z pewną formułą, zmuszając innych do zgodnego z nią życia, a ludzi 
bezmyślnych, głupców nieustannie oślepiają ich słowa, ich obietnice, ich nadzieje. Autorytet 
formuły staje się o wiele ważniejszy niż miłość tego, co jest. Dlatego autorytet - zarówno wiary, 
jak i tradycji czy zwyczaju zwanego moralnością - jest złem. 
 

background image

"Czy mogę wyzwolić się z tego lęku?" 
 
Oczywiście zadaje pan niewłaściwe pytanie. Pan jest lękiem; pan i lęk to jedno. Ten podział jest 
lękiem, prowadzącym do stwierdzenia "Ja go pokonam, stłumię go, ucieknę od niego". Oto 
tradycja dająca fałszywą nadzieję na przezwyciężenie lęku. Gdy się widzi, że jest się lękiem, że 
pan i lęk to jedno, wówczas lęk niknie. Formuły i wiary stają się w ogóle niepotrzebne. Wtedy 
żyje się jedynie w tym, co jest i widzi się, jakie ono jest naprawdę. 
 
"Ale nie odpowiedział pan chyba na pytanie o Boga?" 
 
Proszę się wybrać do jakiegoś miejsca kultu. Czy tam jest Bóg? W kamieniu, w słowie, w 
rytuale, w uczuciach wywołanych widokiem czegoś, co zostało pięknie wykonane? Religie 
podzieliły Boga na bogów twoich i moich, na bogów Wschodu i bogów Zachodu, a każdy Bóg 
zabił innego Boga. Gdzie Go można znaleźć? Pod liściem, na niebie, w sercu, a może istnieje 
tylko słowo, symbol oznaczający coś, czego słowami wyrazić nie sposób? Oczywiście należy 
odrzucić symbole, miejsca kultu, pajęczynę słów, którą człowiek wokół siebie uprządł. Dopiero 
gdy się to uczyni, a nie wcześniej, można będzie przystąpić do dociekań, czy istnieje 
rzeczywistość bez granic, czy nie. 
 
"Ale gdy się to wszystko odrzuciło, jest się całkowicie zagubionym, pustym, samotnym. Jak, 
będąc w takim stanie, można prowadzić dociekania?" 
 
Taki stan powoduje użalanie się nad sobą, a użalanie się jest obrzydliwością. Człowiek znajduje 
się w takim stanie, ponieważ faktycznie nie ujrzał, że fałsz jest fałszem. Gdy to dostrzega, 
zyskuje ogromną energię i swobodę widzenia prawdy jako prawdy, a nie jako iluzji czy 
umysłowej fantazji. Właśnie taka swoboda jest konieczna, by z jej punktu widzenia ujrzeć, czy 
istnieje, czy też nie, coś, czego słowami wyrazić nie sposób. Ale nie jest to doświadczenie, 
osobiste osiągnięcie. Wszelkie doświadczenia, w tym sensie, prowadzą do odseparowanej, 
rozdartej egzystencji. Waśnie taka odrębna egzystencja domaga się - jak ten, kto myśli, kto 
doświadcza - wciąż nowych i bogatszych doświadczeń. I otrzyma to, czego się domaga, ale to 
nie będzie prawda. 
 
Prawda nie należy do pana ani do mnie. To, co stanowi pańską własność, można 
zinstytucjonalizować, wynieść na ołtarze, jakoś wykorzystać. Właśnie tak dzieje się na tym 
świecie. Ale prawdy nie sposób ująć w organizacyjne ramy. Tak jak piękno i miłość nie należy 
ona do dziedziny tego, co można posiąść. 
 
 
19 
 
Jeśli powędrujesz przez to małe miasto jego jedyną ulicą pełną sklepów, miniesz piekarnię, 
sklep fotograficzny, księgarnię i czynną restaurację, a potem przejdziesz pod mostem, obok 
zakładu krawieckiego, i przez kolejny most, obok tartaku, a następnie wejdziesz do lasu i 
powędrujesz dalej wzdłuż strumienia, oglądając wszystkie mijane rzeczy, twe oczy zaś i 

background image

wszystkie zmysly będą czujne, choć przez głowę nie przemknie ani jedna myśl - dowiesz się, co 
znaczy żyć, nie izolując się. A gdy pójdziesz kilometr lub dwa wzdłuż strumienia - znów bez 
choćby jednego poruszenia myśli - patrząc na wartko płynącą wodę, słuchając jej szumu, 
widząc barwę tego szarozielonego górskiego potoku, patrząc na drzewa, na błękitne niebo 
widoczne wśród gałęzi i na te zielone liście - znów bez jednej myśli, bez jednego słowa - wtedy 
dowiesz się, jak to jest, gdy nie istnieje przestrzeń pomiędzy tobą a tym źdźbłem trawy. 
 
Jeśli przejdziesz przez łąki pokryte tysiącami kwiatów o wszystkich wyobrażalnych barwach, 
od jasnoczerwonej do żółtej i szkarłatnej, porośnięte jasnozieloną, bujną trawą umytą do czysta 
deszczem, który padał ostatniej nocy - znów bez jednego poruszenia myślowej maszynerii - do-
wiesz się, czym jest miłość. Patrz na błękitne niebo, na odległe, kłębiaste chmury, na zielone 
wzgórza wyraźnie rysujące się na tle nieba, na bujną trawę i na więdnący kwiat - patrz bez 
minionego słowa. Gdy umysł jest absolutnie cichy, gdy jego milczenia nie zakłóca żadna myśl, 
gdy nie ma ani śladu obserwatora, wtedy następuje zjednoczenie. Nie znaczy to, że się 
zjednoczyłeś z tym kwiatem, z tą chmurą lub z tymi rozległymi wzgórzami. Pojawia się raczej 
uczucie całkowitego nieistnienia, w którym znika podział między tobą a wszystkim innym. 
Kobieta niosąca towary zakupione na targu, wielki, czarny owczarek alzacki, dwoje dzieci 
grających w piłkę - gdybyś umiał patrzeć na to wszystko bez słowa, bez porównań, bez 
skojarzeń, to spór pomiędzy tobą a resztą świata by ucichł. Taki stan - bez słów, bez myśli - jest 
dziedziną umysłu bez granic, w obrębie których mogłyby istnieć ,ja" i "nie-ja". Nie sądź, że to 
jest fantazja lub wzlot wyobraźni czy może jakieś upragnione doznanie mistyczne; nie. To jest 
tak samo realne jak pszczoła na kwiecie, jak mała dziewczynka na rowerze albo człowiek 
wchodzący po drabinie, by pomalować dom - wszystkie konflikty wyodrębnionego umysłu 
znikły. Twoje spojrzenie nie było spojrzeniem tego, kto obserwuje, patrzyłeś bez pośrednictwa 
werbalnych wartościowań i wczorajszych porównań. Spojrzenie miłości nie przypomina 
spojrzenia myśli. Pierwsze wiedzie w kierunku, w jakim myśl podążać nie jest w stanie; drugie 
prowadzi do odrębności, konfliktu i cierpienia. Nie sposób od takiego cierpienia przejść do 
tego, co inne. Myśl tworzy dzielącą je przestrzeń i nie potrafi wkroczyć do tego, co inne. 
 
Gdy wracając, będziesz mijał małe gospodarstwa, łąki i linię kolejową, ujrzysz, że jutro 
zniknęło: życie zaczyna się tam, gdzie znika myśl. 
 
"Dlaczego nie potrafię być uczciwa? - zapytała. - Jestem, naturalnie, nieuczciwa. Nie chcę tego, 
ale tak mi to jakoś wychodzi. Mówię co innego niż myślę. Nie chodzi mi o grzeczną rozmowę o 
niczym - wtedy wiadomo, że mówi się po prostu po to, by mówić. Ale również wtedy, gdy 
jestem poważna, przyłapuję się na tym, iż mówię i czynię rzeczy absurdalnie obłudne. 
Zauważyłam to również u swego męża. Mówi jedno, a robi coś zupełnie innego. Obiecuje, ale 
doskonale wiadomo, że choć coś mówi, wcale nie ma zamiaru dotrzymać słowa, a gdy zwraca 
się mu na to uwagę, irytuje się, a czasem bardzo się gniewa. Oboje wiemy, iż jesteśmy w tak 
wielu sprawach nieuczciwi. Pewnego dnia obiecał coś komuś, kogo darzy szacunkiem, i ów 
człowiek wyszedł, zaufawszy mojemu mężowi. On jednak nie dotrzymał słowa, po czym 
znalazł wymówkę, by dowieść, że miał rację, a ów ktoś się mylił. Zna pan tę grę, w którą gramy 
ze sobą i z innymi, stanowi ona część naszej struktury społecznej i wzajemnych więzi. Czasem 
osiąga ona stadium, w którym zaczyna budzić głęboki niepokój i odrazę. Ja właśnie w takim 

background image

stanie się znalazłam. Bardzo się niepokoję, nie tylko o swego męża, ale o siebie i o tych 
wszystkich ludzi, którzy mówią jedno, czynią drugie, a myślą jeszcze coś innego. Polityk 
składa obietnice, a dokładnie wiadomo, ile są one warte. Obiecuje raj na ziemi, a jasne jest, że 
stworzy tu piekło, po czym obwini za to czynniki od niego niezależne. Dlaczego ludzie są z 
gruntu nieuczciwi?" 
 
Co znaczy uczciwość? Czy jest ona możliwa - czy możliwy jest jasny wgląd, widzenie rzeczy 
takimi, jakie są - kiedy kierujemy się zasadą, ideałem, czcigodną formułą? Czy można być 
szczerym wśród zamętu? Czy może istnieć piękno, gdy posługujemy się wzorcem tego, co 
piękne lub sprawiedliwe? Jeśli trwa podział między tym, co jest, a tym, co być powinno, to czy 
możliwa jest uczciwość czy tylko wzniosła i szacowna nieuczciwość? Wychowano nas pomię-
dzy jednym a drugim - pomiędzy tym, co faktycznie jest, a tym, co być może. W tej luce - w 
czasoprzestrzennym interwale - mieści się cala nasza edukacja, nasza moralność, nasza walka. 
Przyglądamy się z roztargnieniem to jednemu, to drugiemu, patrząc z lękiem i patrząc z 
nadzieją. A czy w tym stanie, który społeczeństwo nazywa wykształceniem, możliwa jest 
uczciwość, szczerość? Kiedy stwierdzamy, że jesteśmy nieuczciwi, w istocie chodzi nam o to, 
iż porównujemy to, co mówimy, z tym, co jest. Mówimy coś, czego wcale nie myślimy, być 
może po to, by udzielić chwilowego zapewnienia lub dlatego, że jesteśmy nerwowi, bojaźliwi 
lub wstydzimy się stwierdzić coś, co faktycznie jest. Tak więc nerwicowe obawy i lęk są 
przyczyną naszej nieuczciwości. Gdy dążymy do osiągnięcia sukcesu, musimy postępować 
mniej lub bardziej nieuczciwie, schlebiać innym, kierować się sprytem i działać przebiegle, tak 
aby swój cel osiągnąć. Podobnie postępujemy, gdy zyskaliśmy już autorytet lub stanowisko, 
które chcemy zachować. A zatem wszelki opór, wszelka obrona jest formą nieuczciwości. Być 
uczciwym, znaczy nie ulegać złudzeniom na swój temat, nie nosić też w sobie tego zalążka 
złudzeń, którym są pragnienie i przyjemność. 
 
"Chodzi panu o to, że pragnienie rodzi złudzenia! Pragnę mieć ładny dom - żadne złudzenia się 
w tym nie kryją. Pragnę, by mój mąż zajmował lepsze stanowisko - w tym również żadnych 
złudzeń nie dostrzegam!" 
 
W pragnieniu zawsze tkwi to, co lepsze, co większe, co obfitsze. Zawsze wiążą się z nim 
pomiary, porównania, a porównywanie stanowi podstawę złudzeń. Dobre nie jest lepsze, a my 
cale życie spędzamy na dążeniu do tego, co lepsze - do lepszej łazienki, lepszego stanowiska, 
lepszego Boga. Niezadowolenie z tego, co jest, zmienia to, co jest - a co stanowi po prostu 
ulepszoną kontynuację tego, co jest. Poprawa nie jest zmianą, a właśnie te nieustanne ulep-
szenia - zarówno siebie, jak i moralności społecznej - rodzą nieuczciwość. 
 
"Nie wiem, czy pana rozumiem i czy chcę pana zrozumieć - powiedziała z uśmiechem. - 
Werbalnie pojmuję to, co pan mówi, ale dokąd pan zmierza? To mnie chyba przeraża. Gdybym 
miała faktycznie wcielić pańskie słowa w życie, to mój mąż zapewne straciłby pracę, albowiem 
w świecie interesów wiele jest nieuczciwości. Również nasze dzieci przyuczane są do 
współzawodnictwa, do walki o przetrwanie. A gdy słuchając pana, pojmuję, że uczymy ich 
nieuczciwości - oczywiście nie wprost, lecz subtelnymi, przebiegłymi sposobami - to zaczynam 
się o nie bać. Jak zdołają stawić czoło światu, który jest tak nieuczciwy i brutalny, jeśli w nich 

background image

samych tych cech zabraknie? Och, wiem, że mówię rzeczy straszne, ale tak właśnie jest! 
Zaczynam dostrzegać, jak bezgranicznie jestem nieuczciwa!" 
 
Żyć bez zasad, bez ideałów, znaczy żyć, stawiając w każdej chwili czoło temu, co jest. 
Faktycznie - stawiać temu czoło, czyli zachować pełny z tym kontakt, nie za pośrednictwem 
słów lub niegdysiejszych skojarzeń i wspomnień, ale bezpośrednio się z tym stykać - znaczy 
być uczciwym. Wiedzieć, że się skłamało i nie usprawiedliwiać się, ale widzieć ten fakt - oto 
jest uczciwość, w której zawiera się wielkie piękno. Takie piękno nikogo nie krzywdzi. Stwie-
rdzenie, że jest się kłamcą, jest uznaniem faktu, jest uznaniem błędu za błąd. Ale wynajdowanie 
racji, wymówek i uzasadnień jest nieuczciwością; kryje się w tym użalanie się nad sobą. Takie 
użalanie się jest mroczną formą nieuczciwości. Nie oznacza to wcale, że należy być wobec 
siebie bezwzględnym, trzeba raczej być uważnym, czyli troszczyć się, zważać. 
 
"Z pewnością przychodząc tutaj, nie spodziewałam się tego wszystkiego. Wstydziłam się 
własnej nieuczciwości i nie wiedziałam, co z tym zrobić. Niezdolność uczynienia czegokolwiek 
obarczała mnie poczuciem winy, a zwalczanie tego poczucia lub stawianie mu oporu wywołują 
nowe problemy. Teraz muszę starannie przemyśleć to wszystko, co pan powiedział". 
 
Jeśli mogę coś zaproponować, niech pani o tym nie myśli. Proszę teraz ujrzeć to takim, jakim 
jest. Z tego spojrzenia zrodzi się coś nowego. Jeśli jednak będzie pani o tym rozmyślać, to 
znów wpadnie pani w tę samą, starą pułapkę. 
 
20 
 
W świecie zwierząt instynkty naśladownictwa i posłuszeństwa są czymś naturalnym i 
koniecznym do przetrwania, ale u ludzi stają się niebezpieczne. U jednostki naśladownictwo i 
posłuszeństwo prowadzą do imitacji, postępowania zgodnego ze społecznym wzorcem 
stworzonym przez samych ludzi. Bez wolności umysł nie może funkcjonować. Zrozumienie 
natury posłuszeństwa i akceptacji w działaniu niesie ze sobą wolność. Wolność to nie instynkt 
robienia tego, co się chce. W licznej, złożonej społeczności nie jest to możliwe; stąd też bierze 
się konflikt pomiędzy jednostką a społeczeństwem, między wielością a jednością. 
 
W ciągu tych bardzo gorących dni upal zapierał dech w płucach, a na tej wysokości promienie 
słoneczne przenikały we wszystkie pory twego ciała, przyprawiając cię o zawrót głowy. Śnieg 
gwałtownie topniał i strumień przybierał barwę coraz bardziej brązową. Z wielkiego 
wodospadu spływały potoki wody pochodzące z dużego lodowca, długiego chyba na ponad 
kilometr. Ten strumień nigdy nie wysychał. 
 
Wieczorem pogoda załamała się. Chmury piętrzyły się na tle gór, potem rozległy się grzmoty, a 
wreszcie lunął deszcz. W powietrzu unosił się jego zapach. 
 
W małym pokoju z widokiem na rzekę siedziało ich troje lub czworo. Przybyli tutaj z różnych 
stron świata, a dręczyło ich chyba wspólne pytanie. Nie było ono tak ważne jak stan, w jakim 
się znajdowali. Stan ich umysłów mówił znacznie więcej niż to pytanie. Ono było niczym drzwi 

background image

prowadzące do domu z wieloma pokojami. Nie wyglądali zdrowo i byli na swój sposób 
nieszczęśliwi. Zdobyli wszyscy jakieś wykształcenie, cokolwiek to znaczy, mówili różnymi 
językami, wyglądali niechlujnie. 
 
"Dlaczego nie powinno się zażywać narkotyków? Pan najwyraźniej jest temu przeciwny, a 
przecież pańscy znakomici przyjaciele je zażywali i pisali o tym książki, zachęcając do 
narkotyków innych; niesłychanie intensywnie doświadczali piękna zwykłego kwiatu. Myśmy 
również próbowali różnych środków i chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego jest pan tak 
zdecydowanie przeciwny tym chemicznym eksperymentom. W końcu cały nasz organizm 
fizyczny to pewien proces biochemiczny, a dodając do niego dodatkową chemiczną substancję, 
możemy osiągnąć doznanie zbliżające nas do rzeczywistości. Pan sam chyba narkotyków nie 
zażywał? Jak więc może pan, nie eksperymentując, potępiać je?" 
 
Nie, nie zażywaliśmy narkotyków. Czy musimy się upijać, by wiedzieć, czym jest trzeźwość? 
Czy musimy wpędzać się w chorobę, by dowiedzieć się, czym jest zdrowie? Ponieważ z 
zażywaniem narkotyków wiążą się różne problemy, rozważmy więc to pytanie bardzo 
starannie. Skąd w ogóle bierze się przymus sięgania po narkotyki, które obiecują 
psychodeliczną ekspansję umysłu, wielkie wizje i intensywność doznań? Człowiek 
najwyraźniej zażywa, je dlatego, że jego własna percepcja jest przytępiona. Jasność jest za-
mglona, a życie ludzkie jest płytkie, mierne i bezsensowne; zażywa się je po to, by się z tej 
przeciętności wyrwać. 
 
Intelektualiści uczynili z narkotyków nowy sposób życia. Na całym świecie widzimy niezgodę, 
neurotyczne impulsy, konflikty, bolesną nędzę życia. Zdajemy sobie sprawę z ludzkiej 
agresywności, okrucieństwa, skrajnego egoizmu, których nie zdołały poskromić żadna religia, 
żadne prawo, żadna społeczna moralność. 
 
Tak wiele jest w człowieku anarchii, a zarazem ma on takie naukowe możliwości. Ta 
nierównowaga pustoszy świat. Nieprzekraczalna luka pomiędzy zaawansowaną technologią a 
ludzkim okrucieństwem wywołuje wielki chaos i cierpienie. To oczywiste. A zatem 
intelektualista, który zabawiał się różnymi teoriami -wedantą, zenem, ideologią komunistyczną 
i tak dalej - i nie odkrył żadnej drogi wyjścia z tarapatów, w jakich znalazła się ludzkość, teraz 
zwraca się ku "złotemu lekowi", który przyniesie nam pełne dynamizmu zdrowie psychiczne i 
harmonię. Odkrycia tego "złotego leku", który stanowi odpowiedź na wszystkie problemy, 
oczekuje się od naukowca i zapewne on go wytworzy. Powieściopisarze i intelektualiści zaś 
będą go zalecać jako środek, który położy kres wojnom, tak samo jak wcześniej propagowali 
komunizm czy faszyzm. 
 
Mimo to umysł - pełen niezwykłych zdolności do dokonywania odkryć naukowych i do ich 
praktycznego stosowania - jest wciąż małostkowy, ciasny, fanatyczny i taki też pozostanie, 
prawda? Możecie dzięki któremuś z tych narkotyków doświadczyć czegoś niesłychanego i 
porywającego, ale czy głęboko zakorzeniona w człowieku agresja, jego bestialstwo i cierpienie 
znikną? Jeśli narkotyki mogą rozwiązać zawiłe i złożone problemy wzajemnych więzi, to nie 
warto więcej o tym mówić, gdyż w takim razie owe więzi, dążenie do prawdy, zanik cierpienia, 

background image

wszystko to byłyby kwestie bardzo powierzchowne, które można rozwiązać, zażywając 
szczyptę nowego, "złotego leku". 
 
Takie podejście oczywiście jest błędne. Powiada się, że te narkotyki wywołują doznania 
zbliżające nas do rzeczywistości, a zatem niosą nadzieję i zachętę. Ale cień nie jest 
rzeczywistością, symbol nie jest faktem. Na całym świecie, jak widać, oddaje się cześć 
symbolowi, nie prawdzie. Czyż nie jest zatem bzdurą twierdzenie, że to, co wywołują owe 
narkotyki, jest bliskie prawdy? 
 
Żadna "złota tabletka" nie rozwiąże naszych ludzkich problemów. Aby tego dokonać, 
konieczne jest wywołanie radykalnej rewolucji w ludzkich umysłach i sercach. To wymaga 
ciężkiej, nieprzerwanej pracy, widzenia i słyszenia, a zatem ogromnej wrażliwości. 
 
Najwyższa forma wrażliwości jest najwyższym rozumieniem, a żaden lek wynaleziony przez 
człowieka tego rozumienia nam nie przyniesie. Bez rozumienia nie ma miłości, a miłość jest 
wzajemną więzią. Bez takiej miłości człowiekowi brak dynamicznej równowagi. Tej miłości 
nikt i nic nam dać nie może - ani kapłani, ani ich bogowie, ani filozofowie, ani żaden "złoty 
lek".