background image

J.D. ROBB

CZARNA CEREMONIA

background image

1

Śmierć była wokół niej. Towarzyszyła w dzień i w nocy. Eve 

znała   jej   brzmienie,   zapach,   nawet   czuła   fizycznie   jej   obecność. 
Potrafiła   patrzeć   prosto   w   ponure   i   przebiegłe   oczy   tego   bez-

względnego   wroga,   wykorzystującego   najmniejszy   moment   wa-
hania, by uderzyć i zwyciężyć.

Mimo że pracowała w policji już dziesięć lat, nie przyjmowała 

jej ze spokojem, nie akceptowała.

Tym razem odszedł ktoś bliski.
Frank   Wojinski   był   dobrym   policjantem,   choć   zdaniem   nie-

których zbyt pracowitym. Pamiętała go jako miłego człowieka, który 
nigdy na nic się nie skarżył, nawet na nudną i żmudną papierkową 

robotę   i   na   to,   że   mimo   iż   był   już   po   sześćdziesiątce,   nadal 
pozostawał w stopniu sierżanta.

Posiwiał i zestarzał się z godnością, nie korzystając z usług 

popularnych   w   trzecim   tysiącleciu   chirurgów   plastycznych.   Teraz, 

leżąc w trumnie, otoczony liliami, przypominał śpiącego mnicha z 
odległych czasów.

Zresztą   urodził   się   w   końcu   tysiąclecia.   Pamiętał   wojny 

miejskie, ale nie mówił o nich tak dużo jak jego starsi koledzy. O 

wiele   chętniej   pokazywał   zdjęcia   i   hologramy   dzieci   i   wnuków. 
Opowiadał kiepskie dowcipy, interesował się sportem i miał słabość 

do sojowych parówek.

background image

Ten człowiek, dla którego wiele znaczyła rodzina, zapewne był 

gorzko opłakiwany przez bliskich. Wszyscy, którzy go znali, kochali 

go.

Zmarł, mając przed sobą jeszcze połowę życia. Jego serce, jak 

się wydawało, mocne i zdrowe, ni stąd, ni zowąd przestało bić.

- Cholera jasna!

Eve odwróciła się i położyła dłoń na ramieniu stojącego za nią 

mężczyzny.

- Przepraszam, Feeney. Popatrzył na nią zgnębiony.
-   Łatwiej   bym   to   przyjął,   gdyby   zmarł   na   służbie.   Ale   we 

własnym  fotelu,  oglądając  telewizję!   Tak   po  prostu  wysiadło  mu 
serce? To niesprawiedliwe, Dallas. Jeszcze nie musiał umierać.

- Wiem. - Objęła kolegę i odciągnęła od trumny.
-   Opiekował   się   mną,   wyszkolił   mnie   i   nigdy   nie   zawiódł   - 

ciągnął zbolałym i drżącym głosem. - Na Franka zawsze można było 
liczyć.

- Wiem - powtórzyła, nie znajdując słów pocieszenia. Feeney 

był   zawsze   opanowany   i   silny.   Jego   przygnębienie   trochę   ją 

przerażało. Przeszli przez pokój, przedzierając się między krewnymi 
zmarłego i jego kolegami z pracy. Oczywiście podawano tu kawę, a 

raczej jej namiastkę. Tam gdzie policja i śmierć, tam też i kawa. Eve 
napełniła kubek i podała go Feeneyowi.

- Nie mogę przestać o nim myśleć, nie mogę przeboleć tej 

śmierci - westchnął ciężko. Ten wysoki i silny mężczyzna nie krył 

głębokiego wzruszenia. - Nie rozmawiałem z Sally, to ponad moje 
siły. Jest z nią moja żona.

background image

- Nie martw się. Ja też jeszcze nie składałam Sally kondolencji. 

- Chyba dla uspokojenia drżących dłoni nalała sobie kawę, chociaż 

nie   zamierzała   jej   wypić.   -   Zaskoczył   nas   wszystkich.   Nie 
wiedziałam, że miał kłopoty z sercem.

- Nikt o tym nie wiedział - odparł cicho. - Nikt.
Eve rozejrzała się po zatłoczonym pomieszczeniu. Wyczuwała 

dokoła   bezsilność,   sama   też   czuła   się   bezradna   wobec 
przeznaczenia. Policjant łatwiej znosi utratę kolegi, kiedy ten ginie 

na służbie. Można wtedy zatrzymać i ukarać winnego, co innego, 
gdy śmierć nastąpi z przyczyn naturalnych.

Urzędnik   domu   pogrzebowego,   ubrany   w   tradycyjny   czarny 

garnitur, o twarzy bladej niczym twarze jego klientów, badawczo 

lustrując salę, wygłosił zwyczajową mowę. Eve z trudem wysłuchała 
pustych frazesów.

- Podejdźmy do rodziny. - Feeney skinął głową.
- Frank  cię lubił,  Dallas.  „Ten  dzieciak  jest twardy  i potrafi 

myśleć”, mówił. Uważał, że można na tobie polegać.

Mile   zaskoczona   pochwałą,   poczuła   jeszcze   większe   przy-

gnębienie.

- Nie przypuszczałam, że miał o mnie tak dobre zdanie. 

Popatrzył   na   nią   uważniej.   Była   wysoka   i   szczupła.   Jej 

interesującą wyraźnie zarysowaną twarz wyróżniał mały dołeczek w 

podbródku.   Oczy   miały   typowy   dla   policjantki   badawczy   wyraz. 
Tylko   krótko   obcięte   złocisto   kasztanowe   włosy   domagały   się 

nożyczek fryzjera.

background image

- Miał o tobie dobre mniemanie, podobnie jak ja. Chodźmy 

przywitać się z Sally i dzieciakami.

Przeszli przez salę, której i tak już ponury nastrój potęgowały 

ściany   wyłożone   ciemną   boazerią   ciężkie   czerwone   zasłony   i 

duszący zapach kwiatów.

Eve   zastanawiała   się,   dlaczego   zmarłym   zawsze   towarzyszą 

kwiaty   i   czerwień.   Skąd  taka   tradycja  i   dlaczego   ludzie   nadal  ją 
kultywują? Postanowiła, że nie pozwoli, by, gdy nadejdzie jej czas, 

wystawiono jej ciało w przegrzanym pokoju, zawalonym wieńcami, 
których woń kojarzy się ze zgnilizną.

Zobaczyła Sally w otoczeniu dzieci i wnuków. Patrząc na tę 

grupkę, zrozumiała, że ceremonia przeznaczona jest dla żywych.

- Ryan... - Sally wyciągnęła kruchą dłoń w stronę Feeneya, a 

następnie podsunęła mu policzek do pocałunku. Zamknęła oczy i 

zastygła w tej pozycji na krótką chwilę.

Ta szczupła kobieta o łagodnym głosie zawsze była dla Eve 

uosobieniem delikatności. A przecież musiała mieć nerwy ze stali, 
jeżeli wytrwała ponad czterdzieści lat u boku męża policjanta. Na jej 

szyi   dostrzegła   łańcuszek   z   zawieszonym   na   nim   policyjnym 
sygnetem Franka.

Następny obrządek, następny symbol, podsumowała w duchu 

Eve.

- Dobrze, że jesteś - cicho powiedziała Sally.
-   Będzie   go   nam   brakowało   -   odparł   Feeney,   niezręcznie 

poklepując ją po ramieniu. Dławił go smutek. - Wiesz, że jeśli tylko 
czegoś ci zabraknie...

background image

- Wiem... - Sally uśmiechnęła się i uścisnęła mu dłoń. Potem 

zwróciła się do Eve. - Jesteśmy wdzięczni, że jesteście tu z nami.

-   Frank   cieszył   się   opinią   dobrego   człowieka   i   doskonałego 

policjanta.

-   Był   dumny   ze   służby   w   policji   -   odrzekła   z   łagodnym 

uśmiechem Sally. - Jest tu komendant Whitney z żoną i komisarz 

Tibbie. I wielu innych. - Wędrowała zamglonym wzrokiem po sali. - 
Tyle przyszło osób. Frank coś dla nich znaczył.

- Oczywiście, Sally. - Feeney Przestępował z nogi na nogę. - 

Chyba wiesz o... funduszu dla rodzin.

Znowu się uśmiechnęła i poklepała go po dłoni.
- Dziękuję za troskę, Feeney, ale nic nam nie potrzeba. Eve, 

zdaje się, że nie znasz mojej rodziny. Porucznik Dallas, moja córka 
Brenda.

Niska,   dość   tęga.   Ciemne   włosy   i   oczy.   Podobna   do   ojca, 

notowała w pamięci Eve.

- Syn, Curtis.
Szczupły,  drobna  budowa,  delikatne dłonie,  oczy  suche,  ale 

jest wyraźnie przybity.

- Moje wnuki.

Było ich pięcioro. Najmłodszy chłopiec w wieku około ośmiu lat 

z   zadartym,   piegowatym   nosem,   przyglądał   się   Eve   z   zainte-

resowaniem.

- Dlaczego nosisz broń? - Zmieszana, zasłoniła kaburę kurtką.

- Przyjechałam prosto z komisariatu. Nie miałam czasu wrócić 

do domu, aby się przebrać.

background image

- Pete. - Curtis spojrzał na Eve przepraszająco. - Nie męcz pani 

porucznik.

- Gdyby ludzie docenili siłę woli i ducha, wszelka broń stałaby 

się zbędna. Mam na imię Alice.

Do przodu wysunęła się szczupła blondynka o zdumiewającej 

urodzie. Zdumiewającej tym bardziej, że reszta rodziny miała dość 

pospolite   rysy.   Dziewczyna   miała   rozmarzone   niebieskie   oczy   i 
piękne wydatne usta bez cienia szminki. Proste włosy opadały jej na 

ramiona. Z szyi zwisał długi, sięgający pasa łańcuszek, a na nim 
czarny kamień oprawiony w srebro.

- Alice, jesteś stuknięta.
Dziewczyna   zerknęła   przez   ramię   na   szesnastoletniego 

chłopca,   oplatając   dłońmi   czarny   kamień,   jakby   go   przed   czymś 
chroniła.

- Mój brat, Jamie - rzuciła słodko. - Ciągle jeszcze sądzi, że 

będę reagowała  na  jego  impertynencje.  Dziadek  opowiadał  mi  o 

pani, pani porucznik.

- Miło mi.

- A gdzie pani mąż?
Eve   wyczuwała   w   dziewczynie   nie   tylko   smutek,   ale   także 

zdenerwowanie.

- Niestety nie ma go na planecie. - Spojrzała na Sally. - Jednak 

przesyła wyrazy współczucia.

- Chyba niełatwo pani było robić karierę przy takim człowieku 

jak Roarke - przerwała Alice. - Dziadek mówił, że jest pani bardzo 
uparta i wytrwała. To prawda?

background image

- Jeśli się nie jest upartym, przegrywa się, a ja przegrywać nie 

lubię. - Popatrzyła prosto w dziwne oczy Alice, po czym pochyliła się 

do Pete'a i szepnęła mu do ucha: - Kiedyś widziałam, jak Frank 
sprzątnął faceta z tysiąca metrów. Twój dziadek był najlepszy. Nie 

zapomnimy   go   -   powiedziała,   wysuwając   do   Sally   dłoń   na 
pożegnanie.

Chciała odejść, ale Alice złapała ją za ramię. Ręka dziewczyny 

lekko drżała.

- Cieszę się, że panią poznałam. Dziękuję, że pani przyszła.
Eve skinęła głową i zniknęła w tłumie. Potem dotknęła kartki, 

którą Alice wsunęła do jej kieszeni.

Jeszcze pół godziny kręciła się po sali i dopiero kiedy znalazła 

się w samochodzie, sięgnęła po liścik i przeczytała go.

Spotkajmy się jutro o północy w klubie „Akwarium”. Proszą nic  

nikomu nie mówić. Pani życie jest w niebezpieczeństwie.

Zamiast   podpisu   widniał   rysunek   przypominający   labirynt 

otoczony   ciemną   linią   koła.   Poirytowana,   ale   też   zaintrygowana 
wcisnęła kartkę do kieszeni i uruchomiła samochód. Dzięki czujności 

typowej dla policjantki dostrzegła kryjącą się w cieniu postać. Ktoś 
ją obserwował.

Kiedy Roarke wyjeżdżał, starała się wmówić sobie, że została 

sama. Ignorowała obecność Summerseta, służącego Roarke'a, co 
nie stanowiło większego problemu w dużym domu, składającym się 

z labiryntu pokoi.

background image

Weszła do szerokiego holu i rzuciła zniszczoną skórzaną kurtkę 

na rzeźbiony słupek, wiedząc, że doprowadzi tym Summerseta do 

wściekłości. Nie znosił, kiedy coś zakłócało elegancki wygląd domu, 
zwłaszcza ona.

Po pokonaniu schodów prowadzących na piętro, zamiast do 

sypialni,   skierowała   się   do   swojego   gabinetu.   Skoro   Roarke   ma 

jeszcze jedną noc przebywać poza planetą, postanowiła, że prześpi 
się w fotelu relaksującym.

Po   pracy   nie   miała   czasu   niczego   przegryźć,   dlatego   też 

natychmiast zaprogramowała kanapkę z szynką i prawdziwą kawę. 

Autokucharz   zrealizował   zamówienie   w   sekundę,   ale  nim   ugryzła 
szynkę,   z   lubością   wciągnęła   w   nozdrza   jej   zapach.   W   takich 

chwilach  dziękowała opatrzności, że jest żoną człowieka, którego 
stać na  kupno prawdziwego pożywienia,  a  nie jego chemicznych 

imitacji.

Podeszła   do   biurka   i   włączyła   komputer.   Przełknęła   kęs 

kanapki i popiła łykiem kawy.

-   Podaj   dostępne   dane   na   temat   obiektu   Alice.   Nazwisko 

nieznane. Matka Brenda, z domu Wojinska, dziadkowie ze strony 
matki, Frank i Sally Wojinscy.

Przetwarzanie...

Zabębniła   palcami   o   blat   biurka,   po   czym   wyciągnęła 

tajemniczy list i jeszcze raz go przeczytała.

Obiekt   Alice   Lingstrom.   Urodzona   10   czerwca   2040   roku.  

Pierwsze dziecko i jedyna córka Jana Lingstroma i Brendy Wojinski,  
rozwiedzeni.  Zamieszkała:  West  Eight   Street  486, apartament  nr  

background image

4B, Nowy Jork. Rodzeństwo: James Lingstrom, ur. 22 marca 2042 r.  
Wykształcenie:   ukończona   szkoła   średnia,   dwa   semestry   na   stu-
diach:   Harvard.   Specjalizacja:   antropologia.   Drugi   kierunek:  
mitologia.   Obecnie   pracuje   jako   sprzedawczyni   w   sklepie   „Moc  
Ducha” przy West Tenth Street 228, Nowy Jork. Stanu wolnego.

- Kartoteka kryminalna?

Brak.

- Nic specjalnego - mruknęła do siebie Eve. - Dane o „Mocy 

Ducha”.

„Moc   Ducha”. Sklep  wyznawców   kultu  Wicca   oraz, centrum  

konsultingowe, właściciel: Isis Paige i Charles Forte. Trzy lata przy  
Tenth   Street.   Roczny   dochód   125   000   dolarów.   Licencjonowane  
wróżki i zielarki oraz hipnoterapeuci.

- Wicca? - sarknęła. - Magia? Jezu. Co to za bagno?

Wicca,   pradawna   religia   i   sztuka,   kult   oparty   na   wierze   w  

naturą, która...

- Wystarczy. - Westchnęła ciężko. Nie interesuje jej definicja 

magicznych wierzeń, ale odpowiedź na pytanie, dlaczego wnuczka 

gliniarza zajmuje się rzucaniem uroków i czytaniem ze szklanej kuli, 
a   przede   wszystkim,   po   co   chce   się   z   nią   spotkać?   Dowie   się 

wszystkiego, jeśli pójdzie do „Akwarium”. Popatrzyła na podejrzany 
liścik. Z chęcią by o nim zapomniała, gdyby nie pochodził od osoby 

bliskiej człowiekowi, którego szanowała.

Przypomniała sobie postać kryjącą się w cieniu.

background image

Przeszła do łazienki i zaczęła się rozbierać. Pomyślała z żalem, 

że   nie   będzie   mogła   zabrać   na   spotkanie   Mavis,   a   szkoda,   bo 

przyjaciółce z pewnością spodobałoby się w „Akwarium”.

Prostując zmęczone po całym dniu ciało, zastanawiała się, co 

będzie robiła przez resztę wieczoru. Nie przyniosła z biura niczego 
do pracy. Z ostatnim zabójstwem uporała się w osiem godzin. Może 

obejrzy telewizję, a może wybierze coś z arsenału Roarke'a, zejdzie 
do strzelnicy i wyładuje resztki energii? Nigdy nie próbowała broni z 

okresu wojen miejskich. To mogłoby być ciekawe doświadczenie.

Weszła pod prysznic.

- Pełny strumień, pulsujący - rzuciła. - 40 stopni. Żałowała, że 

nie prowadzi żadnej sprawy o morderstwo.

Zajęłaby umysł, uspokoiła nerwy. Nagle z irytacją zrozumiała, 

że   czuje   się   samotna,   a   Roarke   wyjechał   dopiero   przed   trzema 

dniami.

Każde z nich miało własne życie. Tak było przed ślubem i tak 

pozostało.   Ich   zajęcia   wymagały   pełnego   zaangażowania   czasu   i 
uwagi. Choć ciągle ją to zdumiewało, jednak jej związek z Roarkiem 

trwał, i to właśnie dlatego, że obydwoje są osobami niezależnymi.

Przybita własną tęsknotą, wsadziła głowę pod strumień wody.

Nie poruszyła się, kiedy poczuła na biodrach dotyk rąk, które 

zaraz przesunęły się na piersi. Znała ten dotyk, znała te długie i 

wąskie palce. Odchyliła głowę.

-   Och,   Summerset.   Ty   dzikusie   -   jęknęła,   czując   ucisk   na 

sutkach.

- I tak go nie zwolnię. - Roarke zsunął rękę na jej brzuch.

background image

-   Warto   było   spróbować.   Wróciłeś...   -   przerwała,   bo   w   tej 

chwili   poczuła,   jak   jego   palce   wchodzą   w   nią   -   ...wcześniej   - 

skończyła.

- Powiedziałbym, że zjawiłem się w samą porę. - Odwrócił ją 

do siebie i mocno pocałował.

Myślał o żonie w trakcie nie kończącego się lotu na Ziemię. 

Myślał   właśnie   o   tym:   o   pieszczotach   i   wsłuchiwaniu   się   w   jej 
urywany oddech.

Ustawił ją w rogu pod ścianą i przywarł do jej bioder.
- Tęskniłaś?

Czuła bicie serca na myśl, że zaraz będą się kochać.
- Raczej nie.

-   W   takim   razie...   -   Pocałował   ją   w   czoło.   -   Pozwolę   ci   w 

spokoju dokończyć kąpiel.

Natychmiast mocno zacisnęła nogi.
- Tylko spróbuj, a cię zastrzelę.

- Tak więc, w obawie o własną skórę... - szepnął i wszedł w 

nią wolno, patrząc, jak mętnieje jej wzrok.

Kochali się spokojnie, z czułością,  jakiej oboje po sobie nie 

oczekiwali. Wreszcie osiągnęli orgazm z cichym westchnieniem.

- Witaj w domu. - Patrzyła z zachwytem na twarz męża, na 

mądre niebieskie oczy, na ciemne włosy ociekające wodą.

Zawsze po rozłące, kiedy mu się przyglądała, ogarniało ją to 

samo zaskakujące uczucie. Wątpiła, że kiedykolwiek przyzwyczai się 

do myśli, iż nie tylko pożąda jej ciała, ale także ją kocha.

- Wszystko w porządku z ośrodkiem „Olympus”?

background image

-  Zmiany  i  opóźnienia.   Nic  poważnego.   -  Pomyślała,  że  nie 

musi się martwić, bo Roarke potrafi dopilnować, żeby kosmiczna 

stacja i centrum rozrywki, w które zainwestował, zostały otwarte na 
czas.

Wydał polecenie zamknięcia strumienia wody, po czym sięgnął 

po ręcznik, by ją wytrzeć, choć mogła wejść do kabiny suszącej.

- Zaczynam rozumieć, dlaczego wolisz spać w gabinecie, kiedy 

wyjeżdżam. Ja nie mogłem zasnąć w prezydenckim apartamencie. - 

Wziął drugi ręcznik i okręcił jej głowę. - Zasnąć bez ciebie.

Przytuliła się do niego.

- Robimy się cholernie sentymentalni.
- Mnie to nie przeszkadza. W końcu jestem Irlandczykiem.

Uśmiechnęła się. Nie sądziła, żeby któryś z partnerów w inte-

resach męża albo któryś z jego wrogów uważał go za sentymen-

talnego.

- Żadnych nowych blizn - zaobserwował, pomagając jej włożyć 

szlafrok.   -   Wnioskuję   z   tego,   że   ostatnie   kilka   dni   minęły   bez 
wstrząsów.

-   Prawie.   Nie  licząc   pewnego   młodzika,   którego   poniosło   w 

czasie erotycznej sesji z płatną panienką. Zadusił ją. - Zawiązała 

szlafrok i przeczesała palcami włosy. - Przestraszył się i uciekł. Ale 
widocznie dręczyły go wyrzuty sumienia i po kilku godzinach sam się 

do nas zgłosił. Prokuratura podciągnęła jego czyn pod nieumyślne 
spowodowanie morderstwa. Przekazałam sprawę Peabody.

- Aha. - Podszedł do kredensu i wyjął butelkę wina, po czym 

nalał dwa kieliszki. - A więc było spokojnie.

background image

- Tak, oprócz dzisiejszego pogrzebu.
Najpierw zmarszczył brwi, ale zaraz twarz mu pojaśniała.

- A tak, mówiłaś mi. Szkoda, że nie mogłem wrócić wcześniej, 

żeby ci towarzyszyć.

- Feeney bardzo przeżył śmierć Franka. Chyba łatwiej by się z 

nią pogodził, gdyby Frank zginął na służbie.

Roarke mocniej zmarszczył czoło.
- Wolelibyście, żeby wasz kolega został zabity, niż opuścił ten 

padół łez bez cierpień?

- Przynajmniej bym to rozumiała. - Nie próbowała informować 

męża, że sama też wolałaby szybką i gwałtowną śmierć. - Ale na 
tym pogrzebie zdarzyło się coś dziwnego. Poznałam rodzinę Franka. 

Jego najstarsza wnuczka jest dość oryginalna.

- To znaczy?

-   Ma   taki   dziwny   sposób   mówienia.   Wyszukałam   o   niej 

wiadomości w komputerze.

- Sprawdzałaś ją?
- Bardzo pobieżnie. Głównie dlatego, że coś mi podrzuciła.

 Eve podeszła do biurka i podała mu liścik.
- Labirynt Ziemi - rzucił Roarke po przeczytaniu listu.

- Słucham?
- Mówię o rysunku. To celtycki symbol. Potrząsnęła głową ze 

zdumieniem.

- Skąd ty wiesz tyle dziwnych rzeczy?

-   To   wcale   nie   jest   takie   dziwne.   W   końcu   wywodzę   się   z 

Celtów. Ten pradawny symbol jest magiczny i święty.

background image

- Wszystko do siebie pasuje. Wygląda na to, że dziewczyna 

zajmuje   się   magią,   chociaż   ma   dyplom   z   Harvardu.   Mimo   że 

studiowała w najlepszej uczelni, jest teraz sprzedawczynią w jakimś 
sklepie z kryształami i ziołami.

Roarke   powiódł   palcem   po   rysunku.   W   dzieciństwie,   w 

Dublinie,   widział   niejeden   taki.   Pradawne   kultowe   religie 

wykorzystywane były przez różne gangi, ale też przez zagorzałych 
pacyfistów.   Oczywiście   obydwie   strony   używały   haseł   religijnych 

jako usprawiedliwienia dla zabijania lub ofiarowania życia.

- Domyślasz się, dlaczego chce się z tobą spotkać?

- Nie. Pewnie jej się wydaje, że zobaczyła moją aurę albo coś 

takiego. Mavis, dopóki jej nie przymknęłam za wykradanie portfeli 

przechodniom,   prowadziła   taki   oszukańczy   interes   związany   z 
wróżbiarstwem. Twierdzi, że ludzie zapłacą każde pieniądze za to, 

że powiesz im to, co chcą usłyszeć. A jeszcze więcej, jeśli powiesz 
im to, czego nie chcą wiedzieć.

- I dlatego właśnie oszuści i politycy to ludzie tego samego 

pokroju. - Uśmiechnął się. - Zakładam, że tak czy inaczej, wybierasz 

się na spotkanie?

- Jasne.

Jeszcze raz zerknął na kartkę.
- Idę z tobą.

- Ale ona napisała...
- Mało istotne, co napisała. - Opróżnił kieliszek zdecydowanym 

ruchem   osoby,   która   jest   przyzwyczajona,   że   dostaje   to,   czego 
pragnie. - Nie będę ci wchodził w drogę, ale będę ci towarzyszył. 

background image

Mimo że „Akwarium” to w zasadzie spokojne miejsce, mogą się tam 
kręcić podejrzane elementy.

- Podejrzane elementy to moje życie - zauważyła rzeczowo, po 

czym   przekrzywiła   głowę.   -   Czy   ty   przypadkiem   nie   jesteś 

właścicielem tego klubu?

- Nie - uśmiechnął się. - A chciałabyś? 

Roześmiała się i pociągnęła go za rękę.
- Chodźmy spać.

Zrelaksowana   i   wtulona   w   męża   zasnęła   jak   dziecko.   Tym 

większe   było   jej   zdziwienie,   gdy   zaledwie   po   dwóch   godzinach 

całkowicie się rozbudziła. Nie męczył jej żaden koszmar, bo nie była 
spocona, nie drżała i nic jej nie dolegało.

A jednak coś ją rozbudziło. Leżała nieruchomo, wpatrując się 

w szerokie okno i wsłuchując w równy oddech Roarke'a.

Uniosła   się   i   spojrzała   w  nogi   łóżka.   W   jej   stronę   błysnęły 

ciemne ślepia. W ostatniej chwili pohamowała krzyk. Zdała sobie 

sprawę z ciężaru na stopach. To Galadah, pomyślała i odetchnęła. 
Kot musiał wskoczyć na łóżko i to ją obudziło. Ot i cała tajemnica.

Położyła   się   z   powrotem,   przytuliła   do   męża,   westchnęła   i 

zamknęła oczy.

Tylko kot, myślała, zapadając w sen.
Jednak mogłaby przysiąc, że słyszała czyjeś nucenie.

background image

2

Następny dzień zaczął się od nawału pracy i Eve nie miała 

czasu myśleć o dziwnym przebudzeniu w nocy. W mieście panował 
spokój, więc uznała, że to świetny moment na porządki w biurze, a 

raczej na zlecenie ich swej asystentce.

-   Jak   można   mieć   taki   bałagan   w   komputerze.   -   Szczera   i 

solidna twarz Peabody wyrażała prawdziwe rozżalenie.

- Wiem, gdzie co mam - odparła Eve. - Uporządkuj pliki tak, 

żebym nadal się orientowała, gdzie co jest, ale też żeby to miało 
jakąś logikę. To zadanie jest dla ciebie za trudne?

- Dam sobie radę. - Peabody wykrzywiła twarz za jej plecami.
- To wspaniale i proszę nie robić do mnie min. Nawet jeśli 

mam bałagan w komputerze, jak to ujęłaś, to dlatego, że ten rok 
był   trochę   napięty.   Ponieważ   to   ja   cię   szkolę,   mogę   ci   zlecić   tę 

pracę. - Uśmiechnęła się lekko. - Mam nadzieję, że w przyszłości ty 
także, Peabody, dorobisz się podwładnego, któremu będziesz zlecać 

upierdliwe zajęcia.

-   Pani   wiara   we   mnie   jest   wzruszająca,   pani   porucznik.   Aż 

brakuje mi tchu. - Peabody syknęła w stronę komputera. - A może 
duszę się, ponieważ są tu pliki sprzed pięciu lat, które już od roku 

powinny być przesłane do centrali.

- Więc wyślij je teraz. - Eve uśmiechnęła się szerzej, słysząc 

hurkot   w   komputerze,   a   zaraz   potem   zawiadomienie   o   błędzie 
systemowym. - Życzę powodzenia.

background image

- Technika może być naszym sprzymierzeńcem, tylko trzeba ją 

rozumieć.

- Ja wszystko rozumiem - Eve dwukrotnie walnęła pięścią w 

komputer. Maszyna znów zaczęła działać. - Widzisz?

-   Jest   pani   niesamowicie   delikatna,   porucznik   Dallas.   Teraz 

rozumiem, dlaczego chłopaki z laboratorium celują rzutkami w twoje 

zdjęcie.

- Dalej to robią? Chryste, ale są pamiętliwi. - Ze wzruszeniem 

ramion usiadła na rogu biurka. - Co wiesz na temat magii? Czarów?

- Jeśli chce pani rzucić urok na komputer, to na niewiele się 

zdam. Peabody z zaciśniętymi zębami przesuwała pliki.

- Jesteś wyznawczynią Wolnej Ery - zauważyła Eve.

-   Zawiesza   się.   No,   popracuj   jeszcze   trochę   -   popędzała 

komputer dziewczyna. - Tak, ale - nawiązała do stwierdzenia Eve - 

wolnoerowcy   nie   są   wyznawcami   Wicca.   Niby   obydwie   religie   są 
religiami Ziemi, opartymi na naturalnym porządku kosmosu, ale... ty 

sukinsynu, gdzie to się podziało?

- Słucham? Gdzie co się podziało?

- Nic. - Peabody z napięciem wpatrywała się w monitor. - Nic. 

Proszę się o nic nie martwić. Zresztą i tak pewnie nie potrzebowała 

pani tych plików.

- Czy to jakiś żart, Peabody?

-   No   właśnie.   Ha,   ha.   -   Krople   potu   spływały   po   czole 

policjantki. Z zawzięciem uderzała w klawiaturę. - O jest. Już po 

sprawie.   Wszystko   wróciło   na   miejsce.   A   teraz   wyślemy   to   do 

background image

centrali. - Odetchnęła ciężko. - Czy mogłabym się napić kawy? Żeby 
zachować przytomność umysłu.

Eve spojrzała  na ekran monitora, ale nie zobaczyła niczego 

zatrważającego.   Bez   słowa   wstała   i   zleciła   autokucharzowi   przy-

gotowanie kawy.

-   Dlaczego   interesują   panią   wiccanie?   Chce   się   pani   prze-

chrzcie?   -   Peabody   uśmiechnęła   się,   a   widząc   złość   w   oczach 
przełożonej, dodała: - Znowu tylko żartowałam.

-   Widzę,   że   masz   dzisiaj   dobry   humor.   Jestem   po   prostu 

ciekawa.

- No cóż, istnieje zbieżność głównych zasad w Wolnej Erze i 

kulcie Wicca. Poszukiwanie harmonii, czczenie pór roku wywodzące 

się z zamierzchłych czasów, całkowity zakaz używania przemocy.

- Zakaz używania przemocy? - Eve zmrużyła oczy. - A co z 

urokami, zaklęciami i ofiarami? Naga dziewica na ołtarzu i czarne 
koguty, którym odcina się głowy?

-   To   obraz   z   literatury,   choćby   z   Szekspira.   Główne   źródło 

mylnych   sądów.   Kapłanki   nie   są   wiedźmowatymi,   przerażającymi 

staruchami pichcącymi w wielkich kotłach podejrzane wywary. Nie 
straszą   małych   dzieci.   Wiccanie   lubią   nagość,   ale   nikogo   nie 

krzywdzą. Korzystają wyłącznie z białej magii.

- Jej przeciwieństwem jest...

- ...czarna magia.
Eve przyglądała się podwładnej.

- Ty chyba nie wierzysz w te zabobony?

background image

-   Nie.   -   Orzeźwiona   kawą   Peabody   wróciła   do   pracy   przy 

komputerze.   -   Znam   kilka   podstawowych   zaklęć,   ponieważ   mój 

kuzyn przeniósł się do Wicca. Już jakiś czas należy do zgromadzenia 
w Cincinnati.

- Masz kuzyna, który należy do zgromadzenia w Cincinnati? - 

Eve wybuchnęła śmiechem i odstawiła na biurko kubek z kawą. - 

Peabody, ty mnie ciągle zaskakujesz.

-   Któregoś   razu   opowiem   pani   o   mojej   babci   i   jej   pięciu 

kochankach.

- Pięciu kochanków w życiu to wcale nie tak wielu.

- Nie w życiu, ale w miesiącu. Naraz. - Podniosła  poważny 

wzrok. - Babcia ma dziewięćdziesiąt osiem lat. Mam nadzieję, że się 

w nią wrodziłam.

Eve, hamując śmiech, spojrzała na wideofon, którego brzęczyk 

właśnie się odezwał.

-   Dallas...   -   Na   ekranie   pojawiła   się   twarz   komendanta 

Whitneya.

- Tak, komendancie.

- Chciałbym z panią jak najszybciej porozmawiać. Proszę do 

mnie.

- Tak, sir, będę za pięć minut. - Eve rozłączyła się i z nadzieją 

popatrzyła   na   Peabody.   -   Może   jakaś   nowa   sprawa.   Dokończ 

czyszczenie komputera. Dam ci znać, jeśli coś się wydarzy. - Na 
odchodnym jeszcze się odwróciła i powiedziała: - Tylko nie zjedz 

mojego batonika.

background image

- Cholera - zaklęła pod nosem Peabody. - Czy ona zawsze musi 

trafiać w dziesiątkę?

Whitney  większość  zawodowego  życia  zajmował kierownicze 

stanowisko.   Zależało   mu   na   tym,   by   znać   swoich   podwładnych, 
wiedzieć, w czym są najlepsi i jakie są ich słabości. Umiał też zrobić 

użytek z obydwu.

Był to potężny mężczyzna o dużych dłoniach robotnika i ciem-

nych   bystrych   oczach,   o   których   niejeden   mówił,   że   są   zimne. 
Zachowywał wręcz przerażający spokój, ale jak to bywa, pod maską 

opanowania drzemał wulkan.

Eve go szanowała, czasami lubiła i zawsze podziwiała.

Kiedy   weszła   do   biura,   Whitney   siedział   przy   biurku   i   ze 

zmarszczonym czołem czytał jakiś dokument. Nie oderwał wzroku, 

tylko   gestem   dłoni   wskazał   na   krzesło.   Usiadła,   przyglądając   się 
powietrznemu tramwajowi, przepływającemu akurat za oknem. Jak 

zawsze zdziwiła ją liczba pasażerów z lornetkami i szpiegowskimi 
okularami.

Zastanawiała się, co też ci ludzie spodziewają  się ujrzeć za 

oknami   budynku   policji?   Torturowanie   podejrzanych,   strzelaninę, 

zakrwawione ofiary? I dlaczego bawią ich takie fantazje?

- Widziałem panią wczoraj na pogrzebie.

Wróciła myślami do gabinetu.
- Zdaje się, że byli tam wszyscy policjanci z komendy.

- Frank był lubiany.
- To prawda.

background image

- Nigdy pani z nim nie pracowała?
- Dał mi kilka wskazówek, kiedy zaczynałam.

Whitney,   nie   przestając   kiwać   głową,   nie   spuszczał   z   niej 

wzroku.

- Był partnerem Feeneya. Potem, kiedy przeszedł ze służby na 

ulicy do biura, pani została partnerką Feeneya.

Eve zaczynała czuć się nieswojo.
- Tak, sir. Feeney bardzo przejął się śmiercią Franka.

- Wiem. Dlatego nie ma go dzisiaj w pracy. - Whitney oparł 

łokcie   na   biurku   i   splótł   dłonie.   -   Pani   porucznik,   mamy   tu   do 

czynienia z delikatną sprawą.

- Dotyczącą sierżanta Wojinskiego?

- Informacja, którą zamierzam pani powierzyć, jest w najwyż-

szym   stopniu   poufna.   Oprócz   pani   podwładnej   nikt   nie   może   o 

niczym   wiedzieć.   Proszę   o   zachowanie   dyskrecji.   Rozkazuję   - 
poprawił się - żeby pracowała pani nad tą sprawą zupełnie sama.

W tej chwili poczuła już strach. Pomyślała o Feeneyu.
- Zrozumiałam.

-   Istnieją   pewne   okoliczności   dotyczące   śmierci   sierżanta 

Wojinskiego, które wymagają wyjaśnienia.

- Okoliczności?
- Muszę zaznajomić panią z zastrzeżonymi danymi. - Opuścił 

dłonie na biurko. - Jakiś czas temu powiadomiono mnie, że sierżant 
Wojinski   albo   prowadził   śledztwo   na   własną   rękę,   albo   zajął   się 

nielegalnym procederem.

- Narkotyki? Frank? To niemożliwe. 

background image

Whitney nawet nie mrugnął.
- Dwudziestego drugiego września tego roku jeden z detek-

tywów   z   wydziału   do   spraw   narkotyków   widział   Wojinskiego   w 
obserwowanym   przez   policję   podejrzanym   centrum   dystrybucji 

nielegalnych substancji. W prywatnym klubie „Athame”, związanym 
z jakimś kultem religijnym. W tym klubie odbywają się indywidualne 

i grupowe sesje seksualne. Wydział od narkotyków ma go na oku 
już od dwóch lat. Widziano, jak Frank kupował tam narkotyki.

Eve milczała, więc nabrał głęboko powietrza i kontynuował.
- Zostałem natychmiast powiadomiony o zajściu. Zwróciłem się 

do Franka z prośbą o wyjaśnienie, ale on nie był skory do rozmowy. 
- Zawahał się, jednak postanowił skończyć. - Szczerze mówiąc fakt, 

że Frank ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył, że w gruncie rzeczy 
w ogóle nie chciał rozmawiać na ten temat, zupełnie mi do niego 

nie   pasował.   Martwiłem   się.   Nakazałem   mu   zrobienie   testów   na 
obecność w organizmie narkotyków i poradziłem, żeby wziął tydzień 

urlopu. Zgodził się na wszystko. Wtedy testy nic nie wykazały. Ze 
względu na jego nieskazitelną przeszłość oraz ponieważ dobrze go 

znałem, to wydarzenie zostało pominięte w jego aktach. - Wstał i 
odwrócił się do okna. - Być może popełniłem błąd. Gdybym wtedy 

nie   zostawił   sprawy,   może   teraz   Frank   by   żył   i   nie   byłoby   tej 
rozmowy.

- Zaufał pan swojemu osądowi. Ufał pan Frankowi. 
Spojrzał na nią. Jego oczy nie były zimne, tylko pełne napięcia.

background image

- Tak, to prawda. Ale teraz mam więcej danych. Standardowa 

autopsja   wykazała   we   krwi   Wojinskiego   obecność   naparstnicy, 

środka nasercowego oraz Zeusa.

- Zeus. - Teraz Eve wstała. - Frank nie zażywał narkotyków, 

komendancie. Pomijając to, jakim był człowiekiem, zażywanie tak 
mocnego narkotyku jak Zeus pozostawia widoczne ślady. Widać to 

po oczach, po zmianie w zachowaniu. Gdyby brał Zeusa, wiedziałby 
o   tym   każdy   funkcjonariusz   w   centrali.   Poza   tym   testy   by   to 

wykazały.   Musiała   nastąpić   jakaś   pomyłka.   -   Wepchnęła   ręce   w 
kieszenie, z trudem hamując przymus chodzenia. - To prawda, że 

niektórzy   policjanci   zażywają   narkotyki   i   na   dodatek   sądzą,   że 
odznaka chroni ich przed prawem. Ale Frank do nich nie należał. 

Nie, on był czysty.

- Niemniej wykryto w jego krwi kilka narkotyków. To właśnie 

przez tę mieszankę doszło do zahamowania pracy serca i śmierci.

- Podejrzewa pan, że przedawkował? - Potrząsnęła głową. - To 

niemożliwe.

- Powtarzam, wykryto narkotyki.

- W takim razie musi istnieć jakieś inne wytłumaczenie. Środki 

nasercowe?   -   Zmarszczyła   brwi.   -   Mówił   pan,   że   przed   kilkoma 

tygodniami   robił   sobie   badania.   Dlaczego   nie   wykazały,   że   miał 
kłopoty z sercem?

- Najbliższy przyjaciel Franka jest najlepszym informatykiem w 

mieście.

-   Feeney?   -   Zrobiła   dwa   kroki   do   przodu.   -   Myśli   pan,   że 

Feeney go krył i wyczyścił mu akta? Do diabła, komendancie.

background image

- Nie mogę wykluczyć takiej możliwości - odparł sucho. - Ani 

pani.   Przyjaźń   może   i   zazwyczaj   wpływa   na   obiektywizm   oceny. 

Ufam, że pani przyjaźń z Feeneyem nie wpłynie na pani osąd. - 
Znowu podszedł do biurka, symbolu swojej władzy. - Te zarzuty i 

podejrzenia trzeba bezwzględnie wyjaśnić.

Gorące języki strachu w żołądku Eve zmieniły się w prawdziwy 

płomień.

- Chce pan, żebym poprowadziła dochodzenie przeciwko moim 

kolegom, z których jeden nie żyje, a drugi mnie szkolił i jest moim 
przyjacielem.   -   Położyła   dłonie   na   biurku.   -   Jest   także   pana 

przyjacielem, komendancie.

Spodziewał się gniewu. Tak jak się spodziewał, że jednak Eve 

zgodzi się przyjąć sprawę.

-   Wolałaby   pani,   żebym   zlecił   śledztwo   komuś   innemu?   - 

Uniósł pytająco brwi. - Chcę, żeby to było przeprowadzone po cichu. 
Wszelkie   dane   i   nowe   fakty   ma   pani   bezpośrednio   mnie 

przekazywać.   Jeśli   będzie   pani   zmuszona   porozmawiać   z   rodziną 
Wojinskiego,   proszę   uczynić   to   dyskretnie   i   taktownie.   Nie   ma 

potrzeby pogłębiać ich smutku.

- A jeśli wywącham coś, co zapaskudzi Frankowi kartotekę?

- Wtedy ja się tym zajmę. 
Wyprostowała się.

- Prosi mnie pan o cholerną przysługę.
- To nie prośba, lecz rozkaz - poprawił. - Tak będzie dla pani 

łatwiej, pani porucznik. - Podał jej dwie zapieczętowane dyskietki. - 
Niech to pani przejrzy w domu. Proszę się komunikować ze mną za 

background image

pomocą swojego domowego komputera. Nic nie może przechodzić 
przez centralę, dopóki nie zmienię rozkazu. Jest pani wolna.

Obróciła się na pięcie i ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się 

przy nich. Nie spojrzała jednak do tyłu.

- Do cholery, nie będę kapowała na Feeneya.
Whitney   odprowadził   ją   wzrokiem,   potem   zamknął   oczy. 

Wiedział, że Eve zrobi to, co do niej należy. Miał tylko nadzieję, że 
nie będzie musiała zrobić więcej, niż będzie mogła znieść.

Kiedy   szła  do  biura,  krew  w  niej  wrzała.   Peabody   siedziała 

przed monitorem komputera z dumnym uśmieszkiem.

-   Właśnie   się   z   nim   uporałam.   Stawiał   niezły   opór,   ale   go 

pokonałam.

-   Wyłącz   komputer,   Peabody   -   rzuciła   krótko   i   sięgnęła   po 

kurtkę i torbę. - Zbieraj się.

- Mamy sprawę? - Policjantka podskoczyła na równe nogi. - 

Jaką? Dokąd idziemy? - Musiała biec, żeby nadążyć za Eve. - Dallas? 
Pani porucznik?

Eve z całej siły wcisnęła guzik windy. Jej wściekłe spojrzenie 

zamknęło usta podopiecznej. Wsiadły do windy pełnej policjantów.

- Hej, Dallas, jak tam świeżo upieczeni małżonkowie? Namów 

swojego bogatego męża, żeby wykupił naszą kantynę i zaopatrzył ją 

w coś dobrego do żarcia.

Rzuciła przez ramię lodowate spojrzenie na rozradowaną twarz 

policjanta.

- Możesz mnie ugryźć wiesz gdzie, Carter.

background image

- Próbowałem  trzy  lata  temu  i nieomal połamałaś mi zęby. 

Wolę nie ryzykować - odciął się.

W windzie wybuchł głośny śmiech.
- Bo jesteś dupkiem, Carter - parsknął inny policjant.

- Nie gorszym niż ty, Forenski. Hej, Peabody - ciągnął Carter - 

chcesz, żebym cię ugryzł?

- A kiedy ostatnio byłeś u dentysty?
- Obiecuję, że zaraz po wizycie zgłoszę się do ciebie. - Mrugnął 

okiem i wraz z resztą policjantów wytoczył się z windy.

- Carter jest niczego sobie - zagaiła Peabody, przestraszona, 

że Eve ciągle wpatruje się przed siebie. - Szkoda, że to taki pajac. - 
Żadnej odpowiedzi. - Ale Forenski też jest milutki - ciągnęła dalej 

nie zrażając się milczeniem. - Chyba nie ma nikogo na stałe?

- Nie interesuje mnie prywatne życie kolegów - warknęła Eve i 

kiedy zjechały na poziom garażu, zdecydowanym krokiem wyszła z 
windy.

-   Ale   moje   cię   interesuje   -   mruknęła   Peabody   pod   nosem. 

Zaczekała, aż Eve wyłączy alarm, po czym usiadła na miejscu dla 

pasażera.   -   Mam   zaprogramować   drogę,   czy   chcesz   mi   zrobić 
niespodziankę?   -   Zamrugała,   widząc,   że   Eve   opuściła   głowę   na 

kierownicę. - Hej, dobrze się pani czuje? Co się dzieje, Dallas?

- Wpisz trasę do mnie do domu. - Eve nabrała powietrza i 

wyprostowała się. - Powiem ci wszystko w czasie jazdy. To są ściśle 
poufne informacje. - Wyprowadziła samochód z garażu na ulicę. - 

Masz prawo składać raport jedynie mnie lub komendantowi.

background image

- Rozumiem. - Peabody przełknęła ślinę. - Chodzi o kogoś z 

naszych, prawda?

Jej domowy komputer nie był tak zanieczyszczony jak biurowy. 

Roarke tego dopilnował. Dane szybko pojawiły się na ekranie.

Detektyw Marion Burns.  To ona była tajniakiem w „Athame”. 

Pracowała   w   klubie   przez   osiem   miesięcy   jako   barmanka.   Eve 
zacisnęła usta.

- Burns. Nie znam jej.
- A ja trochę znam. - Peabody przysunęła bliżej swoje krzesło. 

- Poznałam ją, kiedy byłam... no wiesz, w czasie tej sprawy z Casto. 
Zrobiła   na   mnie   wrażenie   solidnej.   Jeśli   dobrze   pamiętam,   jest 

policjantką w trzecim pokoleniu. Jej matka nadal pracuje, w stopniu 
kapitana, chyba w Bunko. Dziadek przeszedł na emeryturę w czasie 

wojen   miejskich.   Nie   mam   pojęcia,   dlaczego   zagięła   parol   na 
Wojinskiego.

- Może po prostu zameldowała o tym, co widziała. Będziemy 

musiały   sprawdzić.   Raport   złożony   Whitneyowi   jest   dość   krótki   i 

suchy. 22 września 2058 o godzinie dziesiątej trzydzieści zauważyła 
sierżanta   Wojinskiego   siedzącego   w   klubie   przy   stoliku   ze   znaną 

dealerką  narkotyków Seliną  Cross. Wojinski  przekazał Cross  kilka 
żetonów kredytowych w zamian za małą paczkę, która zawierała 

nielegalne substancje. Rozmowa trwała nie więcej niż kwadrans, po 
czym Cross przesiadła się do innego stolika. Wojinski pozostał w 

klubie   jeszcze   dziesięć   minut,   potem   wyszedł.   Detektyw   Burns 

background image

śledziła go przez dwie przecznice, aż Wojinski wsiadł do publicznego 
środka lokomocji.

- A więc nie widziała, jak zażywał narkotyki?
- Nie. Nie widziała też, żeby tej nocy ani żadnej następnej w 

czasie jej zmiany pojawił się ponownie w klubie. Burns znajduje się 
na pierwszym miejscu na liście osób, które musimy przesłuchać.

- Tak jest. Dallas, może Wojinski zwierzył się Feeneyowi, skoro 

się przyjaźnili? A może Feeney sam coś zauważył?

-   No   nie   wiem.   -   Eve  potarła   oczy.   -   „Athame”.   Co   to,   do 

diabła, jest to „Athame?”

-   Nie   mam   pojęcia.   -   Peabody   wyciągnęła   podręczny 

wideokom i wprowadziła dane. - 

Athame, 

obrzędowy nóż, narzędzie 

rytualne, zazwyczaj wykonane ze stali. Tradycyjnie 

athame 

nie jest 

używany do cięcia, ale do rysowania kół w religiach ziemskich.

Peabody popatrzyła na Eve.
- Znowu czary. To raczej nie przypadek.

- Raczej nie. - Sięgnęła do szuflady po list od Alice, po czym 

pokazała   go   podwładnej.   -   Dostałam   to   od   wnuczki   Franka   na 

pogrzebie.   Okazuje   się,   że   dziewczyna   pracuje  w   jakimś  sklepie, 
który nosi nazwę „Moc Ducha”. Znasz go?

- Tak. - Z wyrazem zaniepokojenia Peabody odłożyła list na 

biurko.   -   Wiccanie   nie   są   agresywni,   Dallas.   Stosują   zioła,   nie 

narkotyki. Żaden ortodoksyjny wiccanin nie kupi, nie sprzeda ani nie 
zażyje Zeusa.

-   A   naparstnica?   -   Przekrzywiła   głowę.   -   To   rodzaj   zioła 

podawanego chorym na serce, prawda?

background image

- Tak. Medycyna używa jej od wieków.
- Czy działa pobudzająco?

- Nie znam się na sztuce uzdrawiania, ale sądzę, że tak.
- Tak jak Zeus. Ciekawe, co się dzieje, kiedy się połączy te 

dwa środki? Nie zdziwiłabym się, gdyby źle dobrane dawki mogły 
być przyczyną zawału serca.

- Myślisz, że Wojinski sam się zabił?
- Komendant coś o tym wspominał. Dręczy mnie tyle pytań - 

rzuciła ze zniecierpliwieniem. - Musimy działać i zaczniemy od Alice. 
Chcę, żebyś zjawiła się w klubie o jedenastej w cywilnym ubraniu. 

Staraj się wyglądać jak wyznawczyni Wolnej Ery, a nie jak gliniarz.

Peabody skrzywiła usta.

- Mam sukienkę, którą mama uszyła mi na urodziny. Włożę ją, 

ale wścieknę się, jeśli będzie się pani ze mnie śmiała.

- Postaram się opanować. A na razie spróbujmy wykopać coś 

na temat tej Seliny Cross i klubu „Athame”.

Pięć minut później uśmiechała się ponuro do monitora.
- Interesujące. Nasza Selina to niezłe ziółko. Tylko popatrz na 

kartotekę. Trochę sobie w życiu posiedziała. Za prostytucję w 43 i 
44 roku. Oskarżenie o napad też w 44. W 47 zamknięta w Bunko za 

prowadzenie nielegalnego studia mediumicznego. Po co ludzie chcą 
gadać ze zmarłymi? Podejrzana o okaleczanie zwierząt w 49. Za 

mało   dowodów,   żeby   ją   aresztować.   Produkcja   i   dystrybucja 
narkotyków. Za to ją zamknęli w 50. Przesiedziała rok. Płotka. Ale w 

55   była   przesłuchiwana   w   sprawie   związanej   z   rytualnym 
zabójstwem nieletniego. Miała alibi.

background image

-   Dział   narkotyków   obserwował   ją   od   51   roku   -   dodała 

Peabody.

- Ale jej nie zamknęli.
- Sama powiedziałaś, że to płotka. Szukają grubszych ryb.

- No cóż, zobaczymy, co ma do powiedzenia Marion. Popatrz, 

tu jest napisane, że Selina Cross jest właścicielką klubu „Athame”. - 

Zasznurowała usta. - Skąd taka miernota wzięła pieniądze na kupno 
klubu i na prowadzenie go? Jest tylko czyjaś przykrywką. Ciekawe, 

czy   „Narkotyki”   wiedzą   czyją?   Zobaczmy,   jak   ona   wygląda. 
Komputer, proszę pokazać zdjęcie obiektu Cross, Selina.

-   Uf   -   sapnęła   Peabody,   kiedy   podobizna   pojawiła   się   na 

ekranie. - Straszna.

- Takiej twarzy się nie zapomina - mruknęła Eve. Kobieta na 

zdjęciu miała pociągłe i ostre rysy. Do tego pełne, bardzo czerwone 

usta, oczy czarne jak onyks, cerę jasną i gładką. Ogólnie sprawiała 
wrażenie   zimnej   i   przerażającej,   jak   zauważyła   Peabody.   Czarne 

włosy, z przedziałkiem na środku, opadały luźno na ramiona. Na 
lewej powiece widniał mały tatuaż.

- Co to za znak? - zainteresowała się. Powiększ obraz o trzy-

dzieści procent.

- Pentagram - oświadczyła Peabody drżącym głosem, aż Eve 

zerknęła   na   nią   z   zaciekawieniem.   -   Odwrócony.   Ona   nie   jest 

wiccanką, Dallas - odchrząknęła. - To satanistka.

Eve nie wierzyła w magię - ani białą, ani czarną. Rozumiała 

jednak,   że   ludzie   wierzą   w   takie   bzdury,   a   co   więcej,   często   je 
wykorzystują.

background image

- Bądź ostrożna, Eve.
Spojrzała w bok. Roarke uparł się, że będzie prowadził. Nie 

mogła   się   skarżyć,   bo   wszystkie   jego   samochody   były   sto   razy 
lepsze od jej policyjnego gruchota.

- Co masz na myśli?
- Musi istnieć przyczyna, dla której pewne religie trwają przez 

wieki.

- Ta przyczyna to ludzka  łatwowierność,  którą  daje się bez 

większych   kłopotów   wykorzystać.   Zamierzam   sprawdzić,   czy   ktoś 
nie wykorzystał Franka.

Opowiedziała mężowi o dochodzeniu, nie przejmując się, że 

zdradza tajemnicę. Bardzo chciała, by jej pomógł.

-   Jesteś   dobrą   policjantką   i   wrażliwą   kobietą.   Czasami   aż 

nazbyt   dobrą   i   nazbyt   wrażliwą.   -   Zatrzymał   się   na   światłach   i 

spojrzał   na   nią.   -   Proszę   cię,   byś   przy   tej   sprawie   zachowała 
szczególną ostrożność.

Jego twarz kryła się w cieniu, a głos brzmiał poważnie.
- Mówisz o czarownicach i czcicielach diabła? Roarke, mamy 

trzecie tysiąclecie. Sataniści, też coś! - Strzepnęła włosy z twarzy. - 
Ciekawa   jestem,   co   oni   chcieliby   zrobić   z   tym   szatanem,   gdyby 

istniał. I jak zwróciliby na siebie jego uwagę?

- W tym cały problem - odparł cicho i skręcił na zachód do 

klubu „Akwarium”.

-  Diabły   rzeczywiście   istnieją   -  sarknęła,  kiedy   parkował   na 

drugim   poziomie   nad   ziemią.   -   Mają   ciało   i   chodzą   na   dwóch 
nogach. Widzieliśmy takich wielu.

background image

Wysiadła i zeszła na ulicę. Wiał lekki wiatr. Na czarnym niebie 

nie   widać   było   ani   księżyca,   ani   gwiazd,   migały   tylko   światła 

powietrznego ruchu ulicznego.

Znajdowali się w części miasta, którą upodobali sobie artyści.

Tu   nawet   restauracje   były   czyste   i   zamiast   parówek   z   soi 

oferowały   hybrydowe   owoce.   Większość   ulicznych   sprzedawców 

zwinęła na noc swoje kramy, ale za dnia kusiły one przechodniów 
ręcznie   wykonaną   biżuterią,   tkanymi   gobelinami   oraz   ziołowymi 

płynami do kąpieli i herbatkami.

Byli tu żebracy, ale nie pozwalali sobie na namolność, a ich 

licencje   widać   było   już   z   daleka.   Dzienny   urobek,   zamiast   na 
chemiczne   używki,   przeznaczali   najedzenie.   W   tej   okolicy   nawet 

liczba   przestępstw  była  mniejsza   niż   gdzie  indziej.   Tylko  czynsze 
osiągały tu mordercze kwoty, za to wiek mieszkańców i sprzedaw-

ców był zadziwiająco niski. Eve nie miałaby nic przeciwko temu, 
żeby tu mieszkać.

- Przyjechaliśmy za wcześnie - stwierdziła, z przyzwyczajenia 

uważnie   lustrując   ulicę.   Potem   na   jej   twarzy   pojawił   się   kpiący 

uśmieszek.

-   Popatrz   na   to.   „Psychic   Deli”.   Pewnie   na   główne   danie 

serwują   haszysz   z   jarzynami,   a   na   przystawkę   wróżbę   z   ręki. 
Otwarte.   Wchodzimy?   -   zwróciła   się   do   Roarke'a   pod   wpływem 

nagłego impulsu i chęci zmiany ponurej atmosfery.

- Chcesz, żeby ci powróżyli?

background image

- A co mi tam. - Złapała go za rękę. - To mnie wprowadzi w 

odpowiedni   nastrój   do   ścigania   satanistycznych   handlarzy 

narkotyków. Może dadzą nam zniżkę i powróżą też tobie.

- Nie chcę wróżenia z ręki.

- Tchórz - mruknęła i pchnęła go przez drzwi.
- Raczej ostrożny.

Musiała przyznać, że w środku roznosił się wspaniały zapach. 

Nie jakiejś tam smażonej cebuli i ciężkich sosów, tylko delikatna 

woń   przypraw   i   kwiatowej   esencji   doskonale   pasujące   do   cichej 
muzyczki sączącej się w tle.

Małe   białe   stoły   z   białymi   krzesłami   stały   w   odpowiedniej 

odległości od lady, na której za błyszczącą czystością szklaną taflą 

wystawiono miski i talerze z kolorowym jedzeniem. W lokalu było 
tylko dwoje gości. Mieli ogolone głowy, białe ubrania i sandały na 

gołych stopach. Siedzieli pochyleni nad miskami z zupą.

Za   ladą   stał   jegomość   w   obszernej   niebieskiej   koszuli.   Na 

palcach   obu   rąk   błyszczały   srebrne   pierścienie,   a   ściągnięte   w 
warkocz   włosy   opasywała   srebrna   przepaska.   Uśmiechnął   się   do 

wchodzących.

- Bądźcie błogosławieni. Pragniecie pokarmu dla ciała czy dla 

ducha?

- Sądziłam, że pan nam doradzi - Eve uśmiechnęła się kąśliwie. 

- Może jakieś wróżby?

- Z ręki, tarot, runy czy aura?

- Z ręki. - Dobrze się bawiąc, wyciągnęła dłoń.

background image

- Naszą wróżbitką jest Cassandra. Proszę usiąść wygodnie, a 

ona zaraz do ciebie podejdzie, siostro. Wasze aury są bardzo mocne 

-   dodał,   kiedy   odchodzili.   -   Dobrze   się   dobraliście.   -   Sięgnął   po 
drewnianą pałeczkę z zaokrąglonym rantem i przeciągnął delikatnie 

po brzegu zmrożonej misy.

Rozległ   się   wibrujący   dźwięk,   na   co   zaraz   zza   paciorkowej 

kurtyny wyłoniła się jakaś kobieta w srebrnej tunice. Jej ramiona 
zdobiły   srebrne   bransolety.   Eve   zwróciła   uwagę,   że   kobieta   jest 

bardzo młoda. Miała nie więcej niż dwadzieścia lat.

-   Witam.   -   Odezwała   się   z   lekkim   irlandzkim   akcentem.   - 

Usiądźcie wygodnie. Czy mam powróżyć obojgu?

- Nie, tylko mnie. - Eve zajęła miejsce przy najdalszym stoliku. 

- Ile to kosztuje?

- Wróżenie z ręki jest bezpłatne. Prosimy wyłącznie o dob-

rowolne datki. - Usiadła z gracją i uśmiechnęła się do Roarke'a. - 
Będziemy wdzięczni za szczodrość. Madam, proszę o rękę, z którą 

się pani urodziła.

- Urodziłam się z obydwiema.

- Poproszę lewą. - Delikatnie ujęła w palce dłoń Eve. - Siła i 

odwaga. Pani przeznaczenie nie zostało wyznaczone. Jakaś trauma, 

przerwa w życiu, kiedy była pani jeszcze dzieckiem. - Uniosła szare 
oczy. - Nie ciąży na pani żadna wina.

Zacisnęła palce, bo Eve instynktownie chciała cofnąć dłoń.
- Nie musi pani wszystkiego pamiętać, przynajmniej do czasu, 

aż   będzie   pani   gotowa.   Żal   i   zwątpienie   w   siebie,   zablokowane 
emocje.   Samotna   kobieta,   która   ustaliła   sobie   jeden   cel.   Duża 

background image

potrzeba   sprawiedliwości.   Zdyscyplinowana,   z   motywacją... 
zaniepokojona.   Pani   serce   było   złamane,   więcej   niż   złamane, 

pokiereszowane. Teraz strzeże pani tego, co zostało. To silna dłoń. 
Można jej zaufać.

Stanowczym gestem sięgnęła po prawą rękę. Szare oczy nie 

przestawały obserwować twarzy Eve.

- Większość przeszłości nosi pani w sobie. Przeszłość nie da 

pani spokoju, nie ucichnie. Ale znalazła pani swoje miejsce. Władza 

pani odpowiada, a także związana z nią odpowiedzialność. Jest pani 
uparta, często jednostronna, ale pani serce jest prawie wyleczone. 

Pani kocha.

Znowu   zerknęła   na   Roarke'a,   a   jej   usta   złagodniały,   kiedy 

ponownie zwróciła wzrok ku Eve.

- Jest pani zaskoczona głębią tego uczucia. To panią zbija z 

tropu,   choć   zazwyczaj   nie   jest   łatwo   wyprowadzić   panią   z 
równowagi. - Przeciągnęła kciukiem po wierzchu dłoni. - Pani serce 

sięga głęboko. Jest... wybredne. Jest ostrożne, ale kiedy się oddaje, 
to całkowicie. Nosi pani identyfikator. Odznakę. - Uśmiechnęła się. - 

Tak,   dokonała   pani   słusznego   wyboru.   Być   może   jedynego 
dostępnego. Zabijała pani. Nieraz. Nie miała pani wyjścia, jednak 

ciąży to na pani umyśle i sercu. Z trudem oddziela pani intelekt od 
emocji. Zabije pani znowu.

Szare oczy zeszkliły się i delikatny uścisk stężał.
- Jest ciemno. To ciemne moce. Zło. Już niejedno życie padło 

ofiarą będą następne. Ból i strach. Ciało i dusza. Musi pani chronić 
siebie i tych, których pani kocha.

background image

Odwróciła się do Roarke'a, złapała jego dłoń i zaczęła mówić 

szybko po celtycku. Twarz jej pobladła.

- Wystarczy. - Eve przerażona wyrwała dłoń. - Ale pokaz. - 

Zirytowana faktem, że czuje na dłoni ciarki, potarła nią o spodnie. - 

Masz dobre oko, Cassandro. I niezłą gadkę. - Sięgnęła do kieszeni, 
wyciągnęła pięćdziesiąt żetonów kredytowych i położyła na stole.

- Poczekaj. - Cassandra otworzyła małą wyszywaną torebkę i 

wyjęła z niej gładki, jasnozielony kamień. - To prezent. Symboliczna 

pamiątka. - Wepchnęła kamień w dłoń Eve. - Noś go przy sobie.

- Dlaczego?

-   A   dlaczego   nie?   Proszę,   przyjdźcie   ponownie.   Pozostańcie 

błogosławieni.

Eve jeszcze raz przed odejściem dziewczyny przyjrzała się jej 

pobladłej twarzy.

- A więc nici z „przepowiadam ci długą zamorską podróż” - 

mruknęła, idąc do wyjścia. - Co ona ci powiedziała?

- Nie bardzo znam ten dialekt. Chyba pochodzi z zachodnich 

hrabstw. - Roarke zaczerpnął świeżego powietrza. - Mówiła głównie 

o tym, że jeżeli cię kocham tak bardzo, jak ona sądzi, to będę przy 
tobie. Powiedziała, że twoje życie jest w niebezpieczeństwie, a być 

może także dusza, i że mnie potrzebujesz, aby przetrwać.

- Co za bzdury. - Spojrzała na kamień w dłoni.

-   Zatrzymaj   go.   -   Zamknął   na   kamieniu   jej   palce.   -   Nie 

zaszkodzi ci.

Ze wzruszeniem ramion wepchnęła kamień do kieszeni.
- Myślę, że będę się trzymała z dala od psycholi.

background image

- Wspaniały pomysł - pochwalił.
Przeszli przez ulicę i stanęli u wejścia do „Akwarium”.

background image

3

„Akwarium” zrobiło na Eve wrażenie. Przede wszystkim było tu 

ciszej niż w innych klubach. Lekki szum eleganckiej muzyki mieszał 
się ze szmerem rozmów gości.

Ustawienie stolików przypominało rysunek z liściku od Alice. 

Ściany wyłożone były lustrami w kształcie gwiazd i księżyców. Na 

każdym z luster wisiał kandelabr ze świecą której płomień odbijał 
się w szklanej tafli. Pomiędzy nimi wisiały plakietki z nieznanymi Eve 

symbolami i postaciami. Była tam mała scena i bar, przy którym 
siedzieli   goście   na   stołkach   przedstawiających   znaki   zodiaku. 

Dopiero po chwili Eve uzmysłowiła sobie, że zna osobę siedzącą na 
stołku przedstawiającym dwie twarze Bliźniąt.

- Jezu, to Peabody.
Roarke przeniósł wzrok na kobietę w długiej zielononiebieskiej 

sukni.   Z   jej   pasa   zwieszały   się   trzy   sznury   paciorków,   a   z   uszu 
podłużne kolczyki z kolorowego metalu.

- No, no - powiedziała uśmiechnął się lekko. - Nasza groźna 

policjantka wygląda niczego sobie.

- Z pewnością... się nie wyróżnia - uznała Eve. - Idź z nią 

pogadać, a ja poczekam na Alice.

- Z przyjemnością  pani porucznik. - Spojrzał na jej wytarte 

dżinsy,   zniszczoną   skórzaną   kurtkę   i   uszy   pozbawione   ozdób.   - 

Natomiast ty się wyróżniasz.

- Czy to przytyk?

background image

-   Nie.   -   Dotknął   dołeczka   w   jej  podbródku.   -   Tylko   stwier-

dzenie. - Odszedł i usiadł obok Peabody. - Co taka miła wiedźma 

robi w tym lokalu?

Dziewczyna   skrzywiła   usta   i   obrzuciła   go   ponurym 

spojrzeniem.

- Czuję się w tym przebraniu jak pajac.

- Wyglądasz ślicznie. Sarknęła.
- To nie mój styl.

-   Wiesz,   jaka   jest   prawda   o   kobietach,   Peabody?   -   Pchnął 

palcem długi kolczyk, wprawiając go w wahadłowy ruch. - Macie 

wiele stylów. Co pijesz?

Zaczerwieniła się, mimo wszystko zadowolona z pochwały.

-   Strzelec.   To   mój   znak.   Drink   jest   ponoć   metabolicznie   i 

duchowo   dopasowany   do   mojej   osobowości.   -   Upiła   łyk   z   prze-

zroczystego kielicha. - Nawet niezły. A jaki jest twój znak?

- Nie mam pojęcia. O ile dobrze pamiętam, urodziłem się w 

pierwszym tygodniu października.

-   To   musi   być   Waga   -   osądziła,   zdziwiona,   że   można   nie 

wiedzieć takich rzeczy.

- W takim razie bądźmy metabolicznie i duchowo poprawni. - 

Odwrócił   się,   żeby   zamówić   drinka   i   spojrzał   na   Eve   siedzącą 
samotnie przy stoliku. - Jaki znak przypisałabyś swojej szefowej?

- Ją trudno określić.
- Zgadza się - mruknął.

Z miejsca, w którym siedziała, Eve widziała całą salę. Nigdzie 

nie   dostrzegła   zespołu   muzycznego   ani   jego   holograficznego 

background image

wizerunku.   Muzyka   zdawała   się   dobiegać   znikąd   i   zewsząd.   W 
melodii   przeważały   delikatne   dźwięki   fletu   i   gitary   wraz   z 

niewymownie słodkim głosem kobiety śpiewającej w obcym języku.

Goście pogrążeni byli w rozmowie. Ktoś roześmiał się cicho. 

Nikt nie zwrócił uwagi, kiedy pewna kobieta w białej sukni wstała i 
zaczęła   tańczyć.   Eve   kazała   podać   sobie   wodę,   którą,   ku   jej 

zaskoczeniu, dostała w pięknym kielichu ze sztucznego srebra.

Zaczęła   się   przysłuchiwać   rozmowie   za   plecami.   Ze 

zdumieniem   przekonała   się,   że   towarzystwo   za   nią   zupełnie 
naturalnym tonem opowiada sobie o astralnych podróżach.

Przy   innym   stoliku   dwie   kobiety   rozprawiały   o   przeszłych 

wcieleniach. Jedna była ponoć tancerką w świątyni na Atlantydzie. 

Eve nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego ludzi bardziej interesują 
poprzednie wcielenia niż obecne. Zresztą uważała, że żyje się tylko 

raz.

Nieszkodliwi  wariaci, uznała w duchu, ale nadal pocierała o 

spodnie swędzącą dłoń.

Dostrzegła Alice, jak tylko pojawiła się w drzwiach. Wyglądała 

na podenerwowaną. Niespokojne ruchy dłoni, ściągnięte ramiona, 
rozbiegane oczy. Eve skinęła jej głową na przywitanie. Dziewczyna 

spojrzała za siebie, po czym pospiesznie ruszyła do stolika.

-   Przyszła   pani.   Nie   byłam   tego   pewna.   -   Szybkim   ruchem 

sięgnęła   do   kieszeni   i   wyciągnęła   czarny   kamień   w   srebrnej 
oprawie. - Proszę to założyć, proszę - nalegała, widząc, że Eve nie 

kwapi   się   do   wykonania   polecenia.   -   To   obsydian.   Został 
poświęcony. Będzie panią chronił przed złem.

background image

- Cieszę się. - Założyła łańcuszek. - Teraz lepiej?
- To najbezpieczniejsze miejsce, jakie znam. Czyste. - Alice 

usiadła,   ale   nie   przestawała   rozglądać   się   po   sali.   -   Często   tu 
przychodzę. - Widząc, że do stolika zbliża się kelnerka, złapała w 

obydwie dłonie amulet wiszący na szyi. - Poproszę golden sun. - 
Spojrzała na  Eve i ciężko westchnęła. - Potrzebuję odwagi.  Cały 

dzień próbowałam medytować, ale jestem zablokowana. Boję się.

- Czego się boisz, Alice?

- Boję się, że ci, którzy zabili mojego dziadka, szykują się teraz 

na mnie.

- Kto zabił twojego dziadka?
- Zło. Zabijanie to jego specjalność. Nie uwierzy pani w to, co 

powiem.   Jest   pani   zbyt   przywiązana   do   rzeczy,   które   można 
zobaczyć   oczami.   -   Sięgnęła   po   drinka   i   przymknęła   na   chwilę 

powieki, jakby się modliła. Potem wolno uniosła napój do ust. - Ale 
wiem, że nie zignoruje pani moich słów. Jest pani policjantką. Nie 

chcę umierać - powiedziała i odstawiła szklankę.

To było jej pierwsze sensowne zdanie. Eve uznała, że Alice nie 

udaje strachu. Zdjęła maskę, którą przywdziała na czas pogrzebu. 
Wtedy udawała spokój i opanowanie.

Ze względu na rodzinę, pomyślała.
- Kogo się boisz i dlaczego?

-   Muszę   to   pani   wyjaśnić.   Wszystko.   W   ten   sposób   się 

oczyszczę. Mój dziadek panią szanował. Dlatego właśnie zwróciłam 

się do pani. Nie urodziłam się wiedźmą.

- Nie? - powtórzyła Eve sucho.

background image

- Niektórzy rodzą się nimi, a niektórzy, tacy jak ja, po prostu 

zostają wciągnięci w tę sztukę. Zainteresowałam się religią Wicca na 

studiach. Im więcej się o niej dowiadywałam, tym bardziej czułam, 
że chcę zostać jej adeptką. Pociągały mnie rytuały, poszukiwanie 

harmonii,   radość   i   pozytywna   etyka.   Nie   ujawniłam   moich 
zainteresowań rodzinie. Nie zrozumiano by mnie.

Opuściła głowę, a włosy zakryły jej twarz niczym zasłona.
-   Podobała   mi   się   tajemniczość   tego   kultu.   Byłam   na   tyle 

młoda, że sabaty nagich czarownic pod gołym niebem wydały mi się 
kuszące. Moja rodzina... - Uniosła głowę. - Oni są konserwatywni. 

Jakaś część mnie chciała zrobić coś wyzywającego.

- Taka mała rebelia?

- Tak, zgadza się. Gdybym tylko na tym poprzestała - mruknę-

ła. - Gdybym wtedy szczerze zaakceptowała inicjację i wszystko, co 

się z nią wiązało, moje życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. 
Byłam słaba i zbyt ambitna. - Znowu sięgnęła po napój i przepłuka-

ła   nim   wyschnięte   gardło.   -   Chciałam   wiedzieć,   porównywać   i 
analizować.   Chciałam   się   przekonać,   na   czym   polegają   różnice 

między białą a czarną magią. Jak mogłam w pełni przyjąć jedną, nie 
znając jej przeciwieństwa, pytałam siebie.

- Mówisz całkiem logicznie.
- To zdradziecka logika - sprzeciwiła się Alice. - Oszukiwałam 

się. Moje ego i intelekt były tak aroganckie. Wmawiałam sobie, że 
zajmę   się   czarną   magią   tylko   od   strony   naukowej.   Będę 

przeprowadzała   rozmowy   z   tymi,   którzy   wybrali   inną   drogę,   i 
odkryję, co ich odciągnęło od światła. To wydało mi się ekscytujące. 

background image

-   Uśmiechnęła   się   z   goryczą.   -   Tak   sądziłam   i   przez   jakiś   czas 
rzeczywiście dobrze się bawiłam.

Dziecko, osądzała w myśli Eve. Dziecko w ciele oszałamiającej 

kobiety. Błyskotliwa i ciekawa, ale całkiem naiwna. Aż wstyd, jak 

łatwo wyciągać informacje z młodych.

- I to wtedy poznałaś Selinę Cross? 

Dziewczyna zbladła.
- Skąd pani o niej wie?

- Przeprowadziłam małe dochodzenie. Jako wnuczka policjanta 

powinnaś się domyślić, że nie zjawię się tu całkiem zielona.

-   Proszę   się   jej   wystrzegać.   -   Zacisnęła   usta.   -   Niech   pani 

uważa.

- Selina to podrzędna kryminalistka, handlująca narkotykami.
- Nie, myli się pani. Ona jest kimś więcej. - Ponownie zacisnęła 

dłoń na amulecie. - Niech mi pani uwierzy, pani porucznik. Teraz 
zajmie się panią. Ja to wiem. Jest pani dla niej wyzwaniem.

- Czy sądzisz, że miała coś wspólnego ze śmiercią Franka?
- Tak. - Do oczu napłynęły jej łzy. - I to przeze mnie.

Eve pochyliła się, by nikt na sali nie mógł zobaczyć zapłakanej 

twarzy Alice.

- Opowiedz mi o niej.
- Poznałam Selinę rok temu. Na sabacie w czasie Samhain, to 

znaczy   w   święto   zmarłych.   Mówiłam   sobie,   że   tylko   prowadzę 
badania. Nie rozumiałam wtedy, jak głęboko już byłam wciągnięta, 

uwiedziona przez wielką moc egoistycznej żądzy. Nie uczestniczyłam 

background image

w   żadnych   rytuałach,   jeszcze   nie.   Tylko   obserwowałam.   Potem 
spotkałam ją i kogoś, kogo nazywali Alban.

- Alban?
- To jej służący. - Dotknęła palcami ust. - Nadał nie potrafię 

sobie dobrze przypomnieć tamtej nocy. Teraz wiem, że rzucili na 
mnie przekleństwo. Pozwoliłam wprowadzić się w krąg, obedrzeć z 

ubrań. Słyszałam dzwonki i śpiew ciemnego księcia. Przyglądałam 
się ofiarowaniu kozła i wypiłam jego krew. - Zwiesiła głowę, jakby 

pod ciężarem wstydu. - Piłam krew i dobrze się bawiłam. Tej nocy 
to ja leżałam na ołtarzu. Przywiązali mnie do niego. Nie wiem, kiedy 

i kto to zrobił, ale wcale się nie bałam. Byłam pobudzona.

Głos dziewczyny zmienił się w szept. Zmieniła się też muzyka 

rozbrzmiewająca   w   sali.   Teraz   słychać   było   radosne   i   zmysłowe 
bębenki i dzwonki, ale Alice nie zwracała na to uwagi.

- Dotykał mnie każdy członek zgrupowania, wcierali we mnie 

olejki i krew. W środku słyszałam nucenie, byłam w transie. Selina 

położyła się na mnie. Robiła różne... rzeczy. Nie miałam żadnego 
doświadczenia seksualnego. Selina obnażyła mnie, a wtedy Alban 

wszedł   we   mnie.   Selina   się   temu   przyglądała.   Alban   trzymał   jej 
piersi, a ona obserwowała moją twarz. Chciałam zamknąć oczy, ale 

to było ponad moje siły. Nie mogłam przestać wpatrywać się w jej 
oczy. To wyglądało tak, jakby to ona... jakby to ona była we mnie.

Łzy kapały gęsto na blat stolika. Choć Eve odgrodziła dziew-

czynę od spojrzeń gości, a ona mówiła szeptem, to i tak odwróciło 

się w ich stronę kilka głów.

background image

- Podali ci narkotyk, Alice, a potem wykorzystali. Nie masz się 

czego wstydzić.

Spojrzała na Eve wzrokiem pełnym cierpienia, które rozszar-

pywało serce.

-   To   dlaczego   jest   mi   tak   bardzo   wstyd?   Byłam   dziewicą   i 

stosunek sprawił mi ból, ale nawet było to podniecające. Bardzo. 

Przyjemność, jaką odczuwałam, trudno opisać. Wykorzystali mnie, a 
ja ich błagałam, żeby zrobili to jeszcze raz. I tak się stało.

Zgwałciło mnie całe zgromadzenie. Do rana należałam już do 

nich, zostałam ich sługą. Obudziłam się w łóżku między Albanem i 

Selina. Zostałam ich uczennicą. I zabawką.

Upiła łyk drinka, a łzy nie przestawały kapać jej z policzków.

- Pozwalałam im na każdą seksualną zachciankę. Dotknęłam 

ciemności, a ona mnie pochłonęła. Stałam się arogancka i przez to 

nieostrożna.   Ktoś   powiedział   o   moich   wyczynach   dziadkowi.   Nie 
chciał mi zdradzić, kto, ale ja wiem, że to ktoś z Wicca. Dziadek 

zapytał mnie, czy to prawda, a ja go wyśmiałam. Prosiłam, by nie 
wtrącał się w moje życie. Myślałam, że mnie posłuchał.

Eve bez słowa pchnęła w jej stronę kielich z wodą. Alice z 

wdzięcznością go przyjęła i natychmiast opróżniła.

- Kilka miesięcy temu odkryłam, że Selina i Alban odprawiają w 

swoim domu rytuały. Wróciłam z uczelni dzień wcześniej. Poszłam 

do   nich   i   usłyszałam   ceremonialne   pieśni.   Otworzyłam   drzwi 
komnaty   rytualnej.   Byli   tam   obydwoje.   Składali   ofiarę.   -   Ręce 

dziewczyny   drżały.   -   Ale   tym   razem   nie   z   kozła,   ale   z   dziecka. 
Małego chłopca.

background image

Eve mocno ujęła jej dłonie.
- Widziałaś, jak mordowali małego chłopca?

-   Mordowali   to   za   słabe   określenie   na   to,   co   robili.   - 

Przerażenie osuszyło łzy na jej twarzy. - Niech mi pani nie każe 

opowiadać szczegółów.

Wiedziała, że kiedyś będzie musiała o to poprosić, ale nie była 

to teraz odpowiednia chwila.

- Opowiedz mi tyle, ile możesz.

- Zobaczyłam... Selinę z rytualnym nożem. Widziałam krew, 

słyszałam   krzyki.   Przysięgam,   że   krzyk   można   zobaczyć   tak   jak 

ciemną łunę na niebie. Było za późno, żeby ich powstrzymać.

Znowu popatrzyła na Eve. W jej oczach czaiło się błaganie, by 

uwierzyła.

- Wiedziałam, że jest za późno, żeby pomóc temu chłopcu, 

nawet gdybym miała siłę i odwagę to uczynić.

- Byłaś tam sama, zdrętwiała z przerażenia. - W głosie Eve 

zabrzmiało współczucie. - Selina miała nóż, chłopiec już nie żył. Nie 
mogłaś mu pomóc.

Alice wpatrywała się w Eve przez długą chwilę, potem zakryła 

dłońmi pobladłą twarz.

-   Wmawiałam   to   sobie.   Starałam   się   ze   wszystkich   sił.   Nie 

potrafię żyć z tym wspomnieniem. Ono mnie zabija. Uciekłam, po 

prostu uciekłam.

- Nie możesz już nic zrobić. - Nadal trzymała dziewczynę za 

nadgarstek, ale jej uścisk nieco zelżał. Kiedyś widziała okaleczone 
dziecko. Też się wtedy spóźniła, ale nie uciekła. Zabiła oprawcę, ale 

background image

dziecku już nic nie mogło wrócić życia. - Nie da się cofnąć czasu i 
zmienić przeszłości. Musisz nauczyć się z nią żyć.

- Wiem. To samo mówi Isis. - Nabrała powietrza i opuściła 

dłonie. - Oni byli tak zajęci, że mnie nie widzieli. Przynajmniej mam 

taką nadzieję. Nie powiedziałam niczego ani dziadkowi, ani policji. 
Byłam chora z przerażenia. Nie wiem, ile czasu minęło, ale w końcu 

poszłam   do   Isis,   głównej   kapłanki,   która   przeprowadziła   moją 
inicjację   do   Wicca.   Przyjęła   mnie.   Mimo   że   uciekłam,   ona   mnie 

przygarnęła.

- Nie opowiedziałaś Frankowi, co widziałaś?

Alice zamrugała oczami, słysząc naganę w głosie Eve.
- Wtedy nie. Jakiś czas spędziłam na refleksji i oczyszczaniu. 

Isis przeprowadziła kilka obrządków, które miały uleczyć moją aurę. 
Razem   uznałyśmy,   że   powinnam   pozostać   w   odosobnieniu, 

skoncentrować się na odnalezieniu światła i zadośćuczynienia.

Eve pochyliła się do niej, ale tym razem jej oczy były chłodne i 

ostre.

- Alice, widziałaś, jak ktoś morduje dziecko, i powiedziałaś o 

tym tylko czarownicy?

-   Wiem,   że   trudno   w   to   uwierzyć.   -   Jej   usta   drgały,   więc 

przygryzła je zębami. - Nie mogłam już pomóc fizycznej powłoce 
tego dziecka. Mogłam jedynie modlić się o bezpieczne przejście jego 

duszy na inny poziom. Bałam się powiedzieć dziadkowi. Bałam się 
tego, co mógłby zrobić, jak zareagowałaby Selina. Jednak miesiąc 

temu poszłam do niego i wszystko opowiedziałam. Teraz on nie żyje 
i wiem, że to za sprawą Seliny.

background image

- Skąd ta pewność?
- Widziałam ją.

-   Zaczekaj.   -   Eve   ze   zwężonymi   oczami   podniosła   dłoń.   - 

Widziałaś, jak Selina go zabijała?

- Nie. Widziałam ją pod moim oknem. Wyjrzałam przez nie 

tego wieczoru, kiedy dziadek umarł, i zobaczyłam ją. Stała tam i 

patrzyła   w   górę.   Patrzyła   na   mnie.   Wtedy   zadzwoniła   matka   z 
wiadomością,   że   dziadek   nie   żyje.   Selina   się   uśmiechnęła. 

Uśmiechnęła i kiwnęła głową. - Alice zanurzyła twarz w dłoniach. - 
Wysłała   przeciwko   niemu   swoje   siły.   Użyła   swojej   mocy,   żeby 

zatrzymać bicie jego serca. Przeze mnie. Od tamtej pory na moim 
oknie przesiaduje kruk i wpatruje się we mnie jej oczyma.

Mój Boże, pomyślała Eve, dokąd to wszystko zmierza.
- Patrzy na ciebie ptak?

Dziewczyna położyła roztrzęsione ręce na stole.
- Ona potrafi przybierać taką formę, jaką zapragnie. Unikałam 

jej, jak umiałam, ale moja wiara może się okazać zbyt słaba. Oni 
mnie do siebie ciągną, nawołują.

-  Alice...  -  Eve nadal  współczuła  dziewczynie,  ale jej  cierp-

liwość   już   się   kończyła.   -   Być   może   Selina   Cross   rzeczywiście 

maczała palce w śmierci twojego dziadka, ale jeśli został zamor-
dowany, to doszło do tego na skutek przemyślanej akcji, a nie przez 

urok rzucony przez wiedźmę. Znajdziemy na to dowody i postawimy 
Selinę przed sądem.

- Nie można udowodnić rzucenia uroku. 
Eve miała dosyć.

background image

- Byłaś prawdopodobnie jedynym świadkiem zbrodni. Jeśli się 

boisz, mogę zapewnić ci ochronę. - Mówiła rzeczowo i zwięźle, jak 

policjantka.   -   Musisz   mi   opisać   tamtego   chłopca,   żebym   mogła 
porównać   opis   z   listą   osób   zaginionych.   Jeśli   złożysz   oficjalne 

zeznanie,   dostanę   nakaz   na   przeszukanie   miejsca,   w   którym 
widziałaś morderstwo. Podaj mi wszelkie szczegóły. Czas, adres i 

nazwiska. Mogę ci pomóc.

- Pani mnie nie rozumie - odparła Alice, wolno kręcąc głową. - 

Pani mi nie wierzy.

- Wierzę w to, że jesteś inteligentną i ciekawą świata kobietą, 

która   się   zadała   z   paskudnymi   ludźmi.   Wierzę   w   to,   że   jesteś 
przybita i zagubiona. Znam kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać i 

kto ci pomoże się odnaleźć.

-   Kogo?   -   Głos   dziewczyny   stał   się   chłodny   i   twardy.   - 

Psychiatrę?   Sądzi  pani,   że  sobie  wszystko  wymyśliłam.  -   Wstała, 
cała   drżąc.  -  To nie  mój  umysł  jest w  niebezpieczeństwie,  tylko 

życie. Życie, pani porucznik, i moja dusza. Kiedy rozpocznie pani 
walkę z Seliną, uwierzy mi pani. I niech  bogowie mają panią w 

swojej opiece.

Zrobiła zwrot i uciekła. Eve została, klnąc pod nosem.

- Wygląda na to, że rozmowa nie przebiegła pomyślnie - rzucił 

Roarke, stając za jej plecami.

-   Dziewczyna   jest   przerażona   i   wykończona   -   westchnęła 

ciężko i wstała. - Chodźmy z tego piekielnego miejsca. - Dała znak 

Peabody i ruszyła do drzwi.

background image

Na   zewnątrz   przywitała   ich   nieruchoma   mgła.   Siąpił   zimny 

deszcz.

- Tam jest - powiedziała Eve, dostrzegając Alice znikającą za 

rogiem. - Peabody, idź za nią i dopilnuj, żeby bezpiecznie dotarła do 

domu.

- Tak jest - odparła karnie dziewczyna.

- To dziecko jest w rozsypce, Roarke. Pieprzyli ją na każdy 

możliwy sposób. - Eve z obrzydzeniem wepchnęła ręce do kieszeni. 

- Mogłam inaczej z nią rozmawiać, ale nie chciałam utwierdzać jej w 
złudzeniach. Uroki, przekleństwa i ludzie zmieniający kształty. Jezu!

-   Kochana   Eve.   -   Pocałował   ją   w   czoło.   -   Moja   praktyczna 

policjantka.

- Z opowiadania Alice wynikało, że została narzeczoną diabła. - 

Złorzecząc pod nosem, zrobiła kilka kroków w stronę samochodu, 

ale zaraz wróciła do męża. - Powiem ci, jak było, Roarke. Chciała się 
zabawić, poigrać z okultyzmem i była świadkiem czegoś naprawdę 

ohydnego.   Jest   naiwną,   piękną   dziewczyną   i   nie   potrzebna 
kryształowa kula, żeby to stwierdzić. Tak więc poszła na jeden z 

tych   ich   sabatów,   czy   jak   to   zwą,   i   nafaszerowali   ją   tam 
narkotykami.   Potem   dranie   gwałcili.   Wszyscy   po   kolei.   Para 

zawodowych   oszustów   z   łatwością   przekonała   naćpaną   i   zszoko-
waną dziewczynę, że należy do nich. Zrobili kilka sztuczek, żeby jej 

zaimponować, i użyli seksu, żeby ją zatrzymać.

-   Wzruszyła   cię   -   mruknął   i   pogładził   żonę   po   włosach, 

strzepując z nich wilgotne krople.

background image

- Tak. Ale do cholery, czy ty widziałeś, jak ona wygląda? Jej 

imię do niej pasuje. Pewnie wierzy w gadające króliki. - Westchnęła, 

starając   się   pohamować   wzburzenie.   -   Tylko   że   to   nie   bajka. 
Twierdzi,   że   widziała   rytualne   morderstwo.   Ofiarowanie   małego 

chłopca.   Muszę   zaprowadzić   ją   do   Miry.   Psychiatra   będzie   umiał 
oddzielić   fikcję   od   prawdy.   Wierzę,   że   Alice   nie   wymyśliła 

morderstwa i jeśli widziała, jak zabijają jedno dziecko, na pewno 
zabili ich więcej. Tacy ludzie żerują na bezbronnych.

- Wiem. - Dotknął jej ramienia. - Coś ci to przypomina?
- Nie. To nie to, co przytrafiło się mnie albo tobie. - Nagle 

wróciły   przykre   wspomnienia.   -   My   nadal   żyjemy,   prawda?   - 
Dotknęła   jego   dłoni,   ale   odwróciła   twarz.   -   Dlaczego   Frank   nie 

zgłosił tego, co Alice mu powiedziała? Dlaczego, do diabła, zajął się 
rozwikłaniem sprawy na własną rękę.

-   Może   gdzieś   pozostawił   zapiski   na   temat   swojego 

dochodzenia? 

Eve zamrugała i spojrzała na męża.
- Boże, dlaczego ja tak wolno myślę! - Złapała jego twarz w 

dłonie i ucałowała. - Jesteś geniuszem.

-   Wiem.   -   Przyciągnął   ją   do   siebie,   bo   nagle   z   cienia 

wyskoczyła   jakaś   postać.   -   Czarny   kot   -   stwierdził   trochę 
zaniepokojony i zdziwiony. - Zły omen.

-   Tak,   jasne.   -   Ruszyła   kładką   pod   górę   i   z   przekrzywioną 

głową   przyglądała   się   kotu,   który   przysiadł   przy   samochodzie 

Roarke'a i wlepił w nich zielone, błyszczące ślepia. - Nie wyglądasz 
na wygłodniałego. Jesteś zbyt lśniący i zadbany jak na dachowca. 

background image

Zbyt doskonały - uzmysłowiła sobie nagle. - To robot. - Wysunęła 
dłoń,   żeby   pogłaskać   zwierzę.   Kot   syknął,   wygiął   się   w   łuk   i 

zamachnął łapą. W ostatniej chwili usunęła rękę. - Mało przyjazny.

-   Nie   powinnaś   dotykać   obcych   zwierząt,   nawet   robotów.   - 

Odblokowując alarm samochodu, Roarke wpatrywał się w zielone 
ślepia. Kiedy Eve znalazła się w środku, odezwał się łagodnie do 

kota. Ten najeżył sierść, postawił ogon, po czym zwinnie zeskoczył z 
rampy na ulicę i zniknął w szarej mgle.

Nie   umiał   wyjaśnić,   dlaczego   po   celtycku   wydał   polecenie 

komputerowi pokładowemu. Zastanawiał się nad tym jeszcze, kiedy 

zajmował miejsce koło żony.

-   Słuchaj,   Roarke,   nie   mogę   prosić   o   pomoc   Feeneya.   Nie 

chcę, żeby coś podejrzewał. Zostawię go w spokoju przynajmniej do 
czasu, aż komendant zmieni zdanie na jego temat. Żeby się dostać 

do osobistego komputera Franka, muszę odwiedzić jego bliskich, ale 
wtedy będę musiała jakoś im to wytłumaczyć.

- A nie chcesz tego robić.
-   Na   razie   nie.   Może   byś   ty   użył   swojego   talentu   w   celu 

dotarcia do prywatnych plików Franka?

- A czy dostanę odznakę? 

Uśmiechnęła się lekko.
- Nie, ale będziesz mógł się kochać z policjantką.

- Czy „mam do wyboru tylko policjantkę? - Uśmiechnął się, 

kiedy   trąciła   go   w   ramię.   -   I   tak   wybrałbym   ciebie.   Tak   sądzę. 

Pewnie chcesz, żebym rozpoczął moje nieoficjalne dochodzenie już 
dzisiaj?

background image

- To dobry pomysł.
- Zgoda, ale najpierw seks. Z tobą, bo Peabody jest zajęta. 

Tylko żartuję - dodał pospiesznie, widząc zły wzrok żony. - Chociaż 
dzisiejszego wieczoru wyglądała całkiem pociągająco.

Z głośnym śmiechem złapał w powietrzu zaciśniętą  w pięść 

rękę Eve. Drugą dłoń położył jej na piersi.

-   Słuchaj,   kochasiu,   i   tak   już   masz   kłopoty,   bo   uprawianie 

seksu w pojeździe to wykroczenie - postraszyła go.

- Aresztuj mnie - zaproponował i uszczypnął jej dolną wargę.
- Jak tylko z tobą skończę. - Oswobodziła ręce i pchnęła go do 

tyłu. - A za te dowcipne uwagi na temat mojej podwładnej seks 
dopiero po wykonaniu zadania.

Włączył silnik i rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
- Chcesz się założyć?

W odpowiedzi zmrużyła oczy.
- Pięćdziesiąt żetonów kredytowych, równe szanse.

- Zgoda. - Nie przestawał pogwizdywać aż do żelaznej bramy 

prowadzącej do domu.

background image

4

-  Płać.

-   Eve   przekręciła   się   na   brzuch   i   potarła   nagie   pośladki, 

zastanawiając się, czy są na nich odciski. Jeszcze się nie otrząsnęła 

po orgazmie.

- Słucham?

- Pięćdziesiąt żetonów kredytowych. - Pochylił się i delikatnie 

pocałował jej pierś. - Przegrała pani, pani porucznik.

Otworzyła szeroko oczy i spojrzała na uradowaną twarz męża. 

Leżeli na dywanie w gabinecie Roarke'a, a ich ubrania walały się 

wszędzie. Zerknęła w stronę schodów, gdzie przyparł ją do ściany i 
zaczął... wygrywać zakład.

- Jestem naga - zauważyła. - Zazwyczaj nie trzymam żetonów 

w...

-   Zadowolę   się  wekslem.   -   Wstał   i   podniósł   z   biurka  notes 

cyfrowy. - Proszę.

Patrzyła   na   notes,   wiedząc,   że   jej   godność   i   pięćdziesiąt 

żetonów kredytowych są już stracone.

- Naprawdę dobrze się bawisz.
- Lepiej, niż sobie wyobrażasz.

Rzucając mu złe spojrzenie, sięgnęła po notes.
-   Jestem   winna   Roarke'owi   pięćdziesiąt   żetonów.  Porucznik 

Eve Dallas. Zadowolony?

- Pod każdym względem. - Podjął sentymentalną decyzję, że 

dołączy weksel do małego szarego guzika od marynarki, pamiątki z 

background image

ich pierwszego spotkania. - Kocham panią pani porucznik Dallas, 
pod każdym względem. 

Nie mogła mu się oprzeć, kiedy tak do niej mówił i na nią 

patrzył.

-   O   nie,   wcale   mnie   nie   kochasz.   Ty   mnie   wziąłeś   za 

pięćdziesiąt   żetonów   kredytowych.   -   Podniosła   się,   nim   znowu 

zdążył się do niej dorwać. - Gdzie, do diabła, są moje majtki?

-   Nie   mam   najmniejszego   pojęcia.   -   Podszedł   do   ściany   i 

nacisnął przycisk szafy. Wyciągnął z niej lekki jedwabny szlafroczek. 
Eve aż przymrużyła oczy z zachwytu.

Często   kupował   jej   prezenty,   które   niby   to   przypadkiem 

znajdował akurat w tej części domu, w której chciał jej wręczyć.

- To nie jest strój do pracy.
-   Możemy   zostać   nadzy,   ale   wtedy   z   pewnością   stracisz 

następną   pięćdziesiątkę.   -   Założył   swój   szlafrok.   -   Czeka   nas 
żmudna dłubanina, więc musimy napić się kawy.

Zajęła się zamówieniem kawy, a on przeszedł za konsolę. Miał 

tu sprzęt pierwszej jakości, na dodatek nigdzie nie rejestrowany. 

Jednostki   straży   informatycznej   nie   mogły   go   wyśledzić   ani 
powstrzymać przed dostaniem się do innych systemów. Niemniej 

odszukanie   prywatnego   pliku,   który   może,   ale   nie   musi   istnieć, 
przypominało szukanie igły w stogu siana.

-   Włączyć   -   wydał   słowną   komendę.   -   Chyba   zacznę   od 

domowego komputera Franka, jak sądzisz?

- Wszystko, co miał w biurowym pececie, przeszło do centrali. 

Jeśli chciał zachować coś dla siebie, z pewnością ma to w domu.

background image

- Znasz jego adres? Zresztą nieważne - rzucił, zanim zdążyła 

odpowiedzieć.   -   Sam   znajdę.   Dane:   Wojinski   Frank...   jaki   miał 

stopień?

- Sierżant. Pracował w archiwum.

- Dane na ekran, proszę.
Czekając na wyświetlenie informacji, sięgnął po kawę, po czym 

machnął ręką na dźwięk brzęczyka wideofonu.

- Odbierzesz?

Eve najeżyła się, ale zaraz poskromiła irytację. Po pierwsze, 

Roarke był przyzwyczajony do wydawania rozkazów, a poza tym 

uznała, że sytuacja wymaga, żeby mu asystowała.

- Rezydencja Roarke'a. To ty, Peabody?

- Nie odebrałaś wiadomości.
-   Nie,   rzeczywiście...   -   odparła,   starając   się   nie   myśleć,   co 

robiła,   kiedy   podwładna   starała   się   z   nią   skontaktować.   -   O   co 
chodzi?

- Złe wieści, Dallas. Bardzo złe. - Choć głos dziewczyny brzmiał 

spokojnie,   jej   twarz   przypominała   białą   plamę.   -   Alice   nie   żyje. 

Byłam bezradna. Nie zdążyłam do niej dobiec. Ona po prostu...

- Gdzie jesteś?

-   Na   Dziesiątej,   między   Broad   i   Siódmą.   Zadzwoniłam   po 

pogotowie, ale to nic nie...

- Czy coś ci grozi?
- Nie, nie, tylko nie mogłam jej zatrzymać. Patrzyłam, jak...

-   Trzeba   zabezpieczyć   miejsce.   Już   tam   jadę.   Zadzwoń   po 

grupę dochodzeniową i czekaj. Zrozumiano?

background image

- Tak jest.
- Zawiozę cię. - Roarke już stał przy niej.

- Nie, to moje zadanie - odparła, modląc się w duchu, żeby się 

nie okazało, iż jest winna śmierci Alice. - Będę wdzięczna, jeśli tu 

zostaniesz i wydobędziesz z komputera, co tylko się da.

- W porządku. - Złapał ją mocno za ramię. - Eve, spójrz na 

mnie. To nie twoja wina.

Popatrzyła na niego smutnymi oczami.

- Mam taką nadzieję.

Odetchnęła z ulgą, przekonawszy się, że na miejscu wypadku 

nie zastała tłumu gapiów. Dochodziła druga w nocy i tylko kilku 

niedobitków przystanęło za taśmą policyjną. Dostrzegła taksówkę z 
firmy Rapid Cap zaparkowaną krzywo przy krawężniku i mężczyznę 

za   kierownicą   trzymającego   twarz   w   dłoniach.   Rozmawiał   z   nim 
funkcjonariusz z drogówki.

Na mokrej ulicy oświetlonej policyjnymi reflektorami, otoczona 

chmurą   mgły,   leżała   Alice.   Jej   ciało   było   skręcone   i   odwrócone 

twarzą do góry. Rozpostarte ręce i nogi sprawiały wrażenie, jakby 
dziewczyna chciała kogoś powitać. Krew przesiąkła przez suknię.

Obok stała Peabody, pomagając policjantom rozstawić ekran.
- Posterunkowa Peabody - Eve powiedziała to miękko, czeka-

jąc, aż podwładna się odwróci. - Proszę o raport.

- Zgodnie z rozkazem podążałam za Alice do jej domu, pani 

porucznik. Widziałam, jak weszła do budynku i zaraz potem zapaliły 
się   światła   w   drugim   wschodnim   oknie   na   trzecim   piętrze. 

background image

Postanowiłam,   że   poczekam   przed   wejściem   jeszcze   piętnaście 
minut, by się upewnić, że dziewczyna nie opuści ponownie budynku.

Zamilkła  i  spojrzała  na  ciało.  Eve przesunęła  się i zasłoniła 

sobą Alice.

- Proszę na mnie patrzeć.
- Tak jest. - Odwróciła głowę. - Alice wyszła z budynku już po 

dziesięciu   minutach.   Wyglądała   na   podnieconą   i   oglądała   się   za 
siebie,   podążając   na   zachód   pospiesznym   krokiem.   Płakała. 

Zachowałam przepisową odległość. Dlatego właśnie nie mogłam jej 
zatrzymać.   -   Peabody   zaczerpnęła   powietrza.   -   Zachowałam 

standardową odległość.

-   Weź   się   w   garść   -   Eve   mocno   potrząsnęła   podwładną.   - 

Dokończ raport.

Oczy Peabody zrobiły się puste i zimne.

- Tak jest. Alice nagle się zatrzymała, a potem zrobiła kilka 

kroków do tyłu. Coś mówiła. Byłam za daleko, żeby zrozumieć, ale 

odniosłam wrażenie, że z kimś rozmawia.

Odgrywała wszystko w pamięci jak z nagranej taśmy, każdy 

najmniejszy krok.

-   Zbliżyłam   się   nieco,   ale   nikogo   nie   zauważyłam   na   ulicy. 

Trudno było dojrzeć cokolwiek przez tę mgłę.

- Alice stała na ulicy i rozmawiała z kimś, kogo nie było? - 

upewniła się Eve.

- Tak to wyglądało, pani porucznik. Nagle bardzo się zdener-

wowała.   Błagała,   żeby   ją   zostawiono.   Wykrzyknęła:   „Czy   nie 
wystarczy wam to, co zrobiliście?! Zostawcie mnie w spokoju!”.

background image

Peabody zerknęła na chodnik i znowu zobaczyła całą scenę. 

Powtórnie w jej uszach zabrzmiał zdesperowany i przerażony głos 

Alice.

-   Wydało   mi   się,   że   usłyszałam   czyjaś   odpowiedź,   ale   nie 

jestem   pewna.   Alice   mówiła   zbyt   głośno   i   zbyt   szybko.   Po-
stanowiłam się zbliżyć, żeby się przekonać.

Usta dziewczyny zaczęły drżeć. Patrzyła przez ramię Eve.
- W tym momencie nadjechała taksówka. Alice obróciła się i 

wybiegła   na   jezdnię,   dokładnie   pod   koła   samochodu.   Kierowca 
próbował się zatrzymać i ją ominąć, ale nie zdołał i uderzył w nią 

przodem.   -   Zamilkła,   aby   odetchnąć.   -   Nawet   przy   lepszych 
warunkach atmosferycznych nie miałby szansy tak wymanewrować, 

żeby w nią nie uderzyć.

- Zrozumiałam. Mów dalej.

- Dobiegłam do ciała i chociaż widziałam, że Alice nie żyje, 

wezwałam pogotowie. Potem próbowałam się skontaktować z panią 

przez   nadajnik.   Nie   udało   mi   się,   więc   uruchomiłam   przenośny 
wideofon   i   połączyłam   się   z   pani   domem.   Zgodnie   z   rozkazami, 

wezwałam   grupę   dochodzeniową   potem   zabezpieczyłam   miejsce 
wypadku.

Eve   wiedziała,   jak   tragicznie   czuje   się   człowiek,   który   nie 

zdążył zapobiec czyjejś śmierci, więc nie próbowała nawet pocieszać 

podwładnej.

- Bardzo dobrze. Czy to jest kierowca?

Dziewczyna nadal patrzyła przez ramię przełożonej, a jej głos 

był przytłumiony.

background image

- Tak, pani porucznik.
-   Każ   zabrać   taksówkę   do   ekspertyzy,   potem   sprawdź,   czy 

kierowca jest w stanie zeznawać.

- Tak jest. - Ścisnęła dłoń w pięść. Nie podnosiła głosu, ale 

wibrowały w nim emocje. - Jeszcze przed godziną siedziała pani z 
nią   przy   jednym   stole   i   piłyście   drinka.   Jej   śmierć   nic   pani   nie 

obeszła?

Eve nie odezwała się. Dopiero kiedy podwładna się oddaliła, 

mruknęła pod nosem:

- Owszem, obeszła. I w tym cały problem.

Otworzyła zestaw polowy i ukucnąwszy, zabrała się do pracy.
To był wypadek uliczny i Eve w zasadzie powinna przekazać 

sprawę drogówce. Jednak kiedy przyglądała się karetce pogotowia 
zabierającej ciało Alice, wiedziała, że tego nie uczyni.

Rzuciła ostatnie spojrzenie na miejsce wypadku. Deszcz prawie 

przestał padać, więc kałuża krwi nadal tkwiła na jezdni. Gapowicze 

rozchodzili się powoli, rozbijając zasłonę mgły.

Miejska służba holownicza załadowała już taksówkę na cięża-

rówkę, żeby przewieźć ją do policyjnych garaży.

- Masz za sobą długą noc, Peabody. Jesteś wolna i pozwalam 

ci wracać do domu - rozkazała.

- Wolałabym zostać, pani porucznik, i dopilnować wszystkiego 

do końca.

- Nie pomożesz ani jej, ani mnie, jeśli nie zdobędziesz się na 

obiektywny punkt widzenia.

background image

-   Jestem   w   stanie   wykonywać   swoje   obowiązki,   pani 

porucznik. Moje uczucia nie mają tu znaczenia.

Eve   zebrała   zestaw   polowy   i   przyjrzała   się   uważniej   swej 

asystentce.

-   Owszem,   mają.   Tylko   niech   nie   wchodzą   mi   w   drogę.   - 

Wyjęła   z   torby   kamerę.   -   Zaczynamy   rejestrację.   Najpierw   obej-

rzymy mieszkanie Alice.

- Czy zamierza pani powiadomić rodzinę?

- Zrobię to po zakończeniu oględzin.
Skierowały się do domu Alice. Po drodze Eve myślała o tym, że 

biedna dziewczyna nie uszła daleko, zaledwie jedną przecznicę. Co 
ją zmusiło do wyjścia z domu? I co spowodowało, że rzuciła się pod 

taksówkę?

Trzypiętrowy budynek, w którym mieszkała, miał ładną fasadę 

z brązowego kamienia. Drzwi wejściowe były przeszklone. Nad nimi 
wisiała   kamera,   a   zamiast   zamka   zainstalowany   był   czytnik   linii 

papilarnych. Eve użyła klucza uniwersalnego i po przejściu małego i 
pachnącego   czystością   foyer   o   wypolerowanej   marmurowej 

posadzce wsiadły do wyłożonej przyciemnionymi lustrami windy.

Alice miała dobry gust i pieniądze na to, żeby go zaspokajać. 

Na trzecim piętrze znajdowały się trzy mieszkania. Eve ponownie 
użyła uniwersalnego klucza.

-   Tu   porucznik   Eve   Dallas.   Wraz   z   posterunkową   Peabody 

weszłyśmy   do   mieszkania   zmarłej,   aby   przeprowadzić   rutynowe 

oględziny. Światło - wydała polecenie, ale pokój pozostał w ciem-
ności.

background image

Peabody sięgnęła do ściany i wcisnęła kontakt.
- Najwyraźniej wolała ręczne sterowanie.

Pokój był zagracony i kolorowy. Na krzesłach i stolikach wisiały 

piękne   chusty   i   makatki.   Na   ścianach   gobeliny   przedstawiające 

nagich   ludzi   i   mitologiczne   zwierzęta.   Wszędzie   -   na   stołach, 
półkach,   nawet   na   podłodze   -   stały   świece.   Dużo   też   było   mis 

pełnych   kolorowych   kamieni,   ziół   i   suszonych   płatków   kwiatów. 
Kawałki lśniących kryształów o różnych kształtach pokrywały każdą 

wolną powierzchnię.

Włączony   korektor   samopoczucia   pokazywał   rozległą   łąkę   z 

kwiatami polnymi poruszającymi się w powiewie delikatnej bryzy. 
Obrazowi towarzyszył odgłos śpiewu ptaków i szumu wiatru.

- Lubiła ładne rzeczy - skomentowała Eve. - Dużo ich tu.
Podeszła do kontrolki korektora  samopoczucia i potwierdziła 

swoje przypuszczenie. 

-   Włączyła   ekran   zaraz   po   wejściu.   Zapewne   chciała   się 

uspokoić.

Zostawiając Peabody, przeszła do następnego pokoju. Znalazła 

się   w   niewielkiej   sypialni,   przytulnej   i   zagraconej   tak   jak   salon. 
Narzuta   okrywająca   wąskie   łóżko   wyszyta   była   księżycami   i 

gwiazdami.   Nad   łóżkiem   wisiała   ozdoba   ze   szklanych   paciorków 
pobrzękujących   melodyjnie   za   każdym   razem,   kiedy   poruszył   je 

powiew powietrza płynącego od otwartego okna.

- To jest to okno, którego światło widziałaś.

- Tak sądzę.

background image

- A więc włączyła ekran, po czym zaraz przeszła do sypialni. 

Prawdopodobnie chciała zdjąć przemoczoną sukienkę i przebrać się 

w coś suchego. Ale nie zrobiła tego. - Stanęła na małym dywaniku, 
na którym widniała uśmiechnięta twarz słońca. - Pełno tu rupieci, 

ale mieszkanie jest na swój sposób czyste. Żadnych śladów walki.

- Walki?

-   Powiedziałaś,   że   wyglądała   na   podnieconą   i   że   płakała. 

Obrazek z łąką jej nie uspokoił.

- Nie wyłączyła go wychodząc. Jakby zapomniała.
- Zgadza się - przytaknęła Eve. - Możliwe, że kiedy przyszła, w 

mieszkaniu   ktoś   na   nią   czekał.   Ktoś,   kto   ją   zdenerwował   lub 
przestraszył. Sprawdzimy zamki bezpieczeństwa. - Otworzyła drzwi 

do pomieszczenia, które, jak sądziła, było garderobą. Gwizdnęła.

- Spójrz. Urządziła tu coś na kształt pokoju. Mniejszy bałagan 

niż w reszcie mieszkania. Sfilmuj to.

Peabody   weszła   i   powiodła   kamerą   po   małym   pokoiku   o 

białych   ścianach.   Miał   drewnianą   podłogę,   na   której   środku 
wyrysowany   był   biały   pentagram.   Na   jego   obrzeżach   stały   białe 

świece. Na małym stoliku zauważyła kryształową kulę, wazę, lustro i 
nóż o krótkim ostrzu i ciemnym trzonku.

Eve pociągnęła nosem, ale nie wyczuła ani dymu, ani zapachu 

palonych świec.

- Jak myślisz, co tu robiła?
-   Powiedziałabym,   że   to   rodzaj   rytualnej   komnaty 

przeznaczonej do medytacji albo rzucania zaklęć.

background image

- Jezu. - Eve opuściła pokój, kręcąc głową. - Zostawimy to na 

razie i sprawdzimy jej wideofon. Jeśli nikogo tu nie było, to może 

dostała   wiadomość,   która   ją   przestraszyła.   Najpierw   weszła   do 
sypialni - mamrotała pod nosem, wracając do zamontowanego przy 

łóżku wideofonu. - Może planowała po przebraniu się pobawić się w 
czarownicę. Kiedy wychodziła z domu po raz drugi, nie miała przy 

sobie niczego. Nie przyszła tu, żeby coś zabrać, a potem wyjść. Była 
przybita, więc po prostu wróciła do domu.

Włączyła wideofon, poprosiła o powtórkę ostatnich nadchodzą-

cych   i   wychodzących   połączeń.   Pokój   wypełnił   się   niskim   i   ryt-

micznym nuceniem.

- Co to jest, do diabła?

- Nie wiem. - Peabody z niepokojem na twarzy podeszła bliżej.
- Powtórka - nakazała Eve.

-   Słuchaj   imion.   Słuchaj   imion   i   bój   się.   Loki,   Belzebub,  

Bachomet.   Jestem   zniszczeniem.   Jestem   zemstą.  In   nomine   Dei 
nostri   Satanas   Luciferi   excelsi.  Zemsta   tobie,   która   odeszłaś   od 
prawa. Słuchaj imion i drzyj.

- Stop. - Eve nieświadomie wzdrygnęła się. - Belzebub to to 

diabelskie gówno, tak? Ci dranie ją prześladowali. A ona była na 

skraju wyczerpania. Nic dziwnego, że stąd uciekła. Skąd nadawaliś-
cie, wy sukinsyny, skąd? Miejsce ostatniej transmisji? Wyświetl. - 

Zacisnęła usta, odczytując dane. - Dziesiąta i Siódma. Po prostu 
nadawali   z   ulicy.   Prawdopodobnie   z   publicznego   wideokomu. 

Cholerne dranie. Wybiegła prosto na nich.

background image

- Tam nikogo nie było. - Peabody przyglądała się twarzy Eve, 

na   której   malowała   się   furia.   -   Nawet   pomimo   deszczu   i   mgły 

zobaczyłabym, gdyby ktoś tam stał. Nie było nikogo oprócz kota.

Serce Eve zamarło.

- Oprócz czego?
- Zwykłego kota. Tak, oprócz kota nikogo nie widziałam na 

ulicy.

- Kot. - Podeszła do okna. Nagle poczuła ogromną potrzebę 

nabrania powietrza. Na parapecie dostrzegła długie czarne pióro. - I 
ptak - mruknęła. Wyciągnęła szczypce i podniosła nimi pióro pod 

światło. - Czy w Nowym Jorku nadal są wrony? Wrona to to samo 
co kruk, prawda?

- Mniej więcej.
- Zapieczętuj to - rozkazała. - Pójdzie do analizy. - Potarła 

oczy, próbując odgonić zmęczenie. Matka Alice nazywa się Brenda 
Wojinski. Znajdź jej adres.

-   Tak   jest.   -   Peabody   wyciągnęła   podręczny   pecet   i   w   tej 

samej chwili oblała ją fala wstydu. - Pani porucznik, chcę przeprosić 

za moje uwagi i zachowanie.

Eve wyjęła z wideokomu dyskietkę i sama ją zapieczętowała.

- Nie przypominam sobie żadnych uwag, Peabody, ani żadnego 

nagannego   zachowania.   -   Spojrzała   znacząco   na   podwładną.   - 

Skoro kamera nadal działa, jeszcze raz sfilmuj mieszkanie.

Peabody skinęła głową na znak, że zrozumiała.

- Pamiętam o tym, że kamera jest włączona, pani porucznik. 

Chcę,   żeby   moja   wypowiedź   została   utrwalona.   Byłam 

background image

niesubordynowana   i   zachowałam   się   niestosownie,   zarówno   od 
strony zawodowej, jak i osobistej.

Cholerna,   przemądrzała   idiotka,   pomyślała   Eve   i   przełknęła 

przekleństwo.

- Nie dostrzegłam żadnej niesubordynacji, posterunkowa Pea-

body.

- Dallas - Dziewczyna westchnęła. - Zachowałam się potwor-

nie,   ale   byłam   roztrzęsiona   i   nie   potrafiłam   dać   sobie   rady   z 

sytuacją. Co innego zobaczyć trupa, a co innego widzieć, jak kobieta 
zostaje wystrzelona w powietrze na dziesięć stóp, a potem ląduje na 

chodniku. Miałam jej pilnować.

- Potraktowałam cię ostro.

- Tak, to prawda. I tak należało. Myślałam, że skoro jest pani 

opanowana i może wykonywać obowiązki, to znaczy, że niczym się 

nie przejmuje. Myliłam się i przepraszam.

- Przyjęłam przeprosiny. A teraz włącz nagrywanie, Peabody. 

Wykonałaś   rozkazy,   tak   jak   należy,   i   postępowałaś   zgodnie   z 
procedurą. To, co się wydarzyło tej nocy, nie jest twoją winą. Nie 

mogłaś zapobiec wypadkowi. Zapomnij o tym, teraz musimy dojść, 
dlaczego Alice nie żyje.

Eve pomyślała, że córka policjanta będzie wiedziała, że jeżeli o 

piątej   nad   ranem   do   jej   drzwi   puka   policjant,   to   stało   się   coś 

najgorszego.   Przekonała   się,   że   miała   rację,   kiedy   tylko   Brenda 
otworzyła im drzwi.

- O Boże! Mama!

background image

- Nie, nie chodzi o pani matkę. - Eve uznała, że należy to 

załatwić szybko. - Chodzi o Alice. Czy możemy wejść?

- Alice? - Brenda zamrugała i oparła się o klamkę. - O Alice?
- Wejdźmy jednak do środka. - Najłagodniej, jak potrafiła, Eve 

wzięła ją za ramię i wprowadziła do mieszkania. - Usiądźmy.

- Alice? - powtórzyła. - Oczy zamglił jej smutek, w kącikach 

pojawiły się łzy. - O nie, nie moja Alice. Nie moje dziecko.

Zachwiała się i upadłaby, ale Eve złapała ją mocniej i szybko 

zaprowadziła do najbliższego krzesła.

-   Przykro   mi,   bardzo   mi   przykro,   pani   Wojinski.   Wczesnym 

rankiem zdarzył się wypadek, w którym Alice zginęła.

- Wypadek? Nie, pani się pomyliła. Chodzi o kogoś innego. To 

nie Alice. - Kurczowo chwyciła rękę policjantki i wpatrywała się w 
nią błagalnym wzrokiem. - Skąd ta pewność, że to moja córka?

- Niestety, jestem pewna.
Kobieta pochyliła się jak pod ciosem i zakryła twarz dłońmi.

- Zrobię jej herbaty - zaproponowała cicho Peabody.
- Tak, zrób. - Ta część pracy była dla Eve najtrudniejsza. W 

podobnych sytuacjach czuła się bezradna. Nie potrafiła znaleźć słów 
pocieszenia. - Czy mam do kogoś zadzwonić? Kogoś zawiadomić? 

Może pani matkę? Brata?

- Mamę? O Boże, Alice. Jak my to zniesiemy?

Nie istnieje odpowiedź na to pytanie, myślała w duchu Eve. A 

jednak będą musieli jakoś przez to przejść. Takie jest życie.

- Może podam pani coś na uspokojenie albo wezwę lekarza?
- Mamo?

background image

Brenda  nie przestawała  się  huśtać.  Eve spojrzała  ponad jej 

ramieniem i zobaczyła w drzwiach półprzytomnego chłopca, sennie 

mrugającego powiekami. Miał rozczochrane włosy i był ubrany w 
podarte na kolanach spodnie od dresu.

To brat Alice. Zupełnie zapomniała o jego istnieniu.
Chłopak   przeniósł   na   nią   wzrok,   w   którym   nie   było   już 

senności, tylko powaga.

- Co się stało? - zapytał. - Stało się coś złego?

Jak on ma na imię, próbowała sobie przypomnieć. W końcu 

uznała,   że   i   tak   nie   ma   to   teraz   większego   znaczenia.   Wstała. 

Chłopak był wysoki jak na swój wiek. Na jego policzkach dostrzegła 
odgniecenia   od   poduszki.   Pochylił   się,   jakby   przygotował   się   na 

najgorsze.

- Był wypadek. Przykro mi, ale...

- Alice? - Jego podbródek drżał. - Ona nie żyje.
- Tak. Przykro mi.

Do pokoju weszła Peabody z herbatą na tacy.
- Jaki wypadek?

- Wcześnie rano najechał na nią samochód.
- Kierowca uciekł?

- Nie. - Eve spojrzała na niego uważniej. - Wbiegła wprost pod 

koła   nadjeżdżającej   taksówki.   Kierowca   nie   mógł   się   zatrzymać. 

Oddaliśmy samochód do ekspertyzy, jednak na miejscu znajdował 
się   świadek,  który   poświadczył  zeznanie  taksówkarza.  Nie   sądzę, 

żeby to była jego wina. Nie próbował zbiec z miejsca wypadku, a 
jego akta jako kierowcy są czyste.

background image

Chłopiec tylko skinął głową. Nie płakał, za to jęk jego matki 

wypełniał cały pokój.

- Zajmę się nią - powiedział. - Najlepiej, żebyście zostawiły nas 

samych.

- Dobrze. Jeśli będziecie chcieli o coś zapytać, można mnie 

złapać w centrali. Nazywam się Dallas, porucznik Dallas.

- Wiem, kim pani jest. Zostawcie nas teraz - powtórzył i usiadł 

obok matki.

- Ten dzieciak coś wie - stwierdziła Eve zaraz po wyjściu.
- Też tak uważam. Może Alice nie bała się z nim rozmawiać tak 

jak z resztą rodziny. Są prawie równolatkami. Rodzeństwo często się 
kłóci, ale zwierza się sobie.

-   Jakbym   nie   wiedziała.   -   Eve   sięgnęła   do   samochodu   po 

kawę. - Peabody, gdzie ty, do diabła, mieszkasz?

- Dlaczego pytasz?
-   Odwiozę   cię   do   domu.   Prześpij   się   i   staw   w   centrali   o 

jedenastej.

- Ty też zamierzasz się przespać?

-   Tak.   -   Prawdopodobnie   pójdzie   spać,   ale   nie   zamierzała 

opowiadać się podwładnej. - Którędy mam jechać?

- Mieszkam na Huston.
- Huston? Peabody, należysz do bohemy.

-   To  mieszkanie   mojej   kuzynki.   Zamieszkałam  u   niej,   kiedy 

postanowiła się przenieść do Kolorado i zająć tkaniem dywanów.

- To mi do ciebie pasuje. Pewnie cały wolny czas przesiadujesz 

w barach dla poetów albo w klubach dla artystów.

background image

- Wolę kawiarnie dla samotnych. Dają lepsze jedzenie.
-   Nie   miałabyś   kłopotów   z   seksem,   gdybyś   tyle   o   nim   nie 

myślała.

-   Nie,   tego   też   próbowałam.   -   Ziewnęła   niespodziewanie   i 

głośno. - Przepraszam.

-  Nie  ma  za  co.  Kiedy  zjawisz  się  w  pracy,  sprawdź   wynik 

autopsji. Chcę mieć pewność, że Alice była czysta od toksyn. I nie 
zapomnij zmienić tej śmiesznej sukienki.

Peabody poruszyła się nieswojo w fotelu.
-   Nie   jest   taka   śmieszna.   Zdaje   się,   że   spodobała   się   kilku 

facetom w „Akwarium”. Roarke'owi też.

- Rzeczywiście. Coś o tym wspominał.

Dziewczyna otworzyła szeroko usta i spojrzała na przełożoną.
- Naprawdę?

- Mówił, że wyglądasz pociągająco, więc mu przyłożyłam. Jako 

przestrogę.

- Pociągająco, Jezu! - Uderzyła się w pierś. - Przejrzę inne 

ciuchy, które uszyła mi matka. Pociągająco... - westchnęła. - Roarke 

ma jakichś braci, kuzynów albo wujków?

- Jeśli się nie mylę, jest jedyny w swoim rodzaju.

Drzemał, kiedy wróciła. Nie w łóżku, ale na sofie w swoim 

gabinecie. Zaraz gdy weszła, otworzył oczy.

- Miała pani ciężką noc, pani porucznik. - Wyciągnął do niej 

rękę. - Chodź tu.

background image

- Chcę wziąć prysznic i napić się kawy. Muszę wykonać kilka 

telefonów.

Roarke   doskonale   wiedział,   przez   co   przeszła,   bo   wcześniej 

podłączył się do policyjnego nadajnika.

- Chodź - powtórzył i zacisnął dłoń na jej ręce, kiedy podeszła 

do   niego   niechętnie.   -   Czy   coś   to   zmieni,   jeśli   zadzwonisz   za 

godzinę?

- Nie, ale...

Pociągnął ją na kanapę i objął, a potem pocałował.
-   Prześpij   się   trochę   -   powiedział   cicho.   -   Potrzebujesz   od-

poczynku.

- Była taka młoda, Roarke.

- Wiem. Odetnij się od tego, chociaż na moment.
- A dane? Pliki Franka? Znalazłeś coś?

- Porozmawiamy, jak się obudzisz.
- Tylko godzinkę. - Poczuła, że zapada w sen.

background image

5

Sen pomógł, a także gorąca kąpiel i posiłek. Eve połykała jajka 

i wpatrywała się w monitor na dane, które wyszukał mąż.

-   Bardziej   przypominają   zapiski   w   pamiętniku   niż   policyjny 

raport   -   uznała.   -   Z   wielu   osobistych   uwag   wynika,   że   bardzo 
martwił się o Alice.  

Nie jestem pewien, jak dalece wpłynęli na jej  

umysł   i   zranili   serce.  

Myślał   jak   dziadek,   nie   jak   policjant. 

Wydostałeś to z jego domowego komputera?

-   Tak.   Plik   był   zakodowany   i  zabezpieczony   hasłem.   Podej-

rzewam, że ukrył go przed żoną.

- To jak go otworzyłeś?
Roarke. wyciągnął z paczki papierosa.

-   Pani   porucznik,   chyba   raczej   nie   powinienem   pani   tego 

tłumaczyć.

- Chyba nie. - Nabrała na widelec następną porcję jajecznicy. - 

Te osobiste uwagi niewiele mi pomogą. Ważne jest to, czego się 

dowiedział, i jak daleko posunął się w śledztwie, zanim umarł.

- Jest tego więcej. - Przesunął strony na monitorze. - Opisuje, 

jak śledził Selinę Cross, i podaje nazwiska jej... współpracowników.

-   Ale   tu   brakuje   faktów.   Pisze,   że   podejrzewa   ją   o   handel 

narkotykami  i że odprawia  w  swoim  klubie i  być może  w  domu 
niedozwolone   ceremonie.   Spotkał   w   jej   towarzystwie   podejrzane 

osoby, ale wszystko to nie fakty, tylko emocje. Frank zbyt długo 
pracował w biurze. - Odsunęła talerz i wstała. - Skoro nie chciał 

background image

wciągnąć   policji,   dlaczego,   do   diabła,   przynajmniej   nie   wynajął 
prywatnego detektywa? Co to?

Zmarszczyła czoło i pochyliła się do monitora.

Chyba już czas. To ona. Nie jestem pewien, ale jest tak, jakby  

ona   mnie   prowadziła.   Wkrótce   będą   musiał   wykonać   swój   ruch.  
Alice jest przerażona, błaga mnie, żebym trzymał się z daleka od  
Seliny, a także od niej. To biedne dziecko za dużo czasu spędza Z tą  
Isis. Isis to dziwaczka, ale nieszkodliwa. Jednak nie ma dobrego  
wpływu na Alice. Zapowiedziałem Sally, że muszę dłużej zostać w  
pracy. Tej nocy wychodzą. Cross w czwartkowe  wieczory jest w  
klubie. Jej mieszkanie powinno być puste. Pójdę tam i przeszukam,  
może   znajdą   cokolwiek,   co   potwierdzi,   że   Alice   widziała   to  
morderstwo. Wtedy będę mógł zawiadomić anonimowo Whitneya.  
Selina zapłaci za to, co ona i ten jej obrzydliwy kochanek zrobili  
mojej malej dziewczynce. Tak czy inaczej, zapłaci.

- Chryste. Chciał włamać się do mieszkania i przeszukać je bez 

zezwolenia.   -   Eve   przeciągnęła   rękami   po   włosach.   -   Czy   on 
zwariował?   Przecież   wiedział,   że   sąd   nie   uznałby   w   takich 

okolicznościach żadnego dowodu rzeczowego.

- Odnoszę wrażenie, że Franka nie obchodził sąd. Zależało mu 

na sprawiedliwości.

- I nie żyje. Także Alice. Gdzie jest reszta zapisków? Roarke 

otworzył ostatni plik.

Nie mogłem przejść niepostrzeżenie przez ochroną budynku.  

Cholera, za długo pracują przy papierkowej robocie. Chyba jednak  

background image

będę musiał wziąć kogoś do pomocy. Nawet gdyby to miała być  
ostatnia rzecz, którą zrobią, ta wiedźma mi zapłaci.

To wszystko. Plik był założony w noc, kiedy umarł. Może jest 

tego więcej pod innym kodem.

A więc nie doczekał się zemsty, pomyślała Eve. Nie starczyło 

mu też czasu, żeby znaleźć kogoś do pomocy, pomyślała z żalem, 

ale   też   z   ulgą.   Zapiski   w   pamiętniku   oczyściły   i   jego   samego,   i 
Feeneya.

- Ale tak nie sądzisz. Nie sądzisz, że napisał coś więcej?
- Nie, nie sądzę. Frank nie należał do ekspertów w dziedzinie 

informatyki - wyjaśnił. - Odnalezienie tych plików było dziecinnie 
łatwe. Ale jeszcze poszukam. To mi zajmie trochę czasu i zabiorę się 

do tego nieco później, bo z samego rana mam kilka umówionych 
spotkań.

Odwróciła   się   do   męża.   Nagle   zdała   sobie   sprawę,   że 

całkowicie   zapomniała,   iż   Roarke   z   nią   nie   pracuje.   Jego   firma 

zajmuje   się   zupełnie   innymi   sprawami.   Wiedziała,   że   nawet   nie 
zerknął   do   porannych   notowań   giełdowych   ani   nie   odebrał 

porannych rozmów, których nigdy nie brakowało.

- Zajmuję ci dużo czasu.

- Zgadza się. - Obszedł konsolę i oparł się o nią. - Ale odpłaci 

mi   się   pani   swoim   czasem,   pani   porucznik.   Dzień   lub   dwa   poza 

miastem, kiedy obydwoje będziemy mogli sobie na to pozwolić. - W 
tej chwili jego uśmiech przybladł. Wziął ją za rękę. - Eve, nie lubię 

się wtrącać do twojej pracy, ale proszę, byś w tej akurat sprawie 
zachowała szczególną ostrożność.

background image

- Dobry gliniarz jest zawsze ostrożny.
-   Nie   -   sprzeciwił   się,   patrząc   jej   prosto   w   oczy.   -   Jest 

odważny, sprytny, zręczny, ale nie ostrożny.

- Nie martw się, miałam do czynienia z bardziej niebezpiecz-

nymi typami niż Selina Cross. - Pocałowała go lekko. - Muszę iść do 
siebie   i   zerknąć   do   raportów.   Postaram   się   powiadomić   cię,   czy 

wrócę do domu normalnie czy później.

-   Tylko   nie  zapomnij   -   mruknął   i  odprowadził   ją   wzrokiem. 

Jego zdaniem myliła się. Nigdy wcześniej nie zetknęła się z kimś 
takim jak Selina Cross. Nie zamierzał zostawić żony samej. Podszedł 

od  wideofonu   i   przekazał   swojemu   asystentowi,   żeby   przełożył 
wszystkie wyjazdy z miasta i z planety na przyszły miesiąc.

Postanowił trzymać się blisko domu i Eve.

Brak   obecności   narkotyków   -   stwierdziła   Eve   przeglądając 

raport z badań toksykologicznych Alice. - Brak alkoholu. Nie była 

pod wpływem środków odurzających, ale twierdzisz, że rozmawiała 
z kimś, kogo tam nie było, i że świadomie wbiegła  pod nadjeż-

dżającą taksówkę. Była przerażona, doprowadzona do ostateczności 
przez pieśń z wideofonu. Wiedzieli, jak się do niej dobrać, jak nią 

manipulować.

- Śpiewanie przez wideofon nie jest karalne.

- Nie - przyznała. - Ale karalne jest straszenie.
- To tylko wykroczenie - odparła Peabody.

- Dobre i to na początek. Jeśli uda się nam połączyć to z Seliną 

Cross,   możemy   ją   oskarżyć   o   znęcanie   się.   W   każdym   razie, 

background image

uważam, że czas, byśmy się spotkali. Co myślisz o małej wyprawie 
do piekła, Peabody?

- Marzyłam o tym.
- A kto nie? - jednak nim zdążyła się podnieść, do biura wpadł 

Feeney. Miał poszarzałą i nieogoloną twarz.

- Dlaczego tobie przydzielono sprawę Alice? To był wypadek 

drogowy.   Dlaczego,   do   diabła,   porucznik   z   wydziału   morderstw 
zajmuje się pracą drogówki?

- Feeney...
- Była moją córką chrzestną. Nawet do mnie nie zadzwoniłaś. 

Dowiedziałem się o jej śmierci z wiadomości.

- Przykro mi. Usiądź, Feeney.

Odepchnął ją, kiedy lekko dotknęła jego ramienia.
- Nie muszę siadać. Żądam odpowiedzi,  Dallas. Żądam pie-

przonych wyjaśnień.

-   Peabody   -   mruknęła   i  poczekała,   aż  podwładna   wyjdzie  i 

zamknie za sobą drzwi. - Przykro mi, Feeney. Nie wiedziałam, że 
byłeś ojcem chrzestnym Alice. Rozmawiałam z jej matką i bratem, i 

po prostu uznałam, że sami powiadomią resztę rodziny.

- Brenda jest na środkach uspokajających - warknął. - Czego 

się, do diabła, spodziewałaś? W ciągu kilku dni straciła ojca i córkę. 
Jamie   ma   tylko   szesnaście   lat.   Nim   załatwił   lekarza   dla   matki   i 

zadzwonił do Sally, ja już wszystko wiedziałem z wiadomości. Jezu, 
Jezu, ona była jeszcze dzieckiem.

Odwrócił się, tarmosząc włosy.
- Woziłem ją na barana, dawałem ukradkiem słodycze.

background image

Tak to jest, kiedy się traci kogoś, kogo się kocha, pomyślała 

Eve. I odczuła ulgę, że jest tak niewiele osób, które ona kocha.

- Proszę, Feeney, usiądź. Nie powinieneś dzisiaj pracować.
- Powiedziałem już, że nie chcę siedzieć bezczynnie - burknął 

gniewnie i odwrócił się do niej. - Wyjaśnij mi, Eve, dlaczego to ty 
zajmujesz się wypadkiem Alice?

Nie mogła się zawahać i nie mogła też kłamać.
- Bo świadkiem była Peabody - zaczęła, szczęśliwa, że wolno 

jej powiedzieć przynajmniej tyle. - Miała wolny wieczór i wybrała się 
do   klubu.   Widziała   wypadek.   Wstrząsnął   nią   i   dlatego   mnie 

wezwała. Działała pod wpływem impulsu. Nie wiedziałam, co się 
wydarzyło, więc kazałam jej wezwać drogówkę, żeby zabezpieczono 

miejsce. Ponieważ już tam byłam, powiadomiłam rodzinę. Uznałam, 
że łatwiej zniosą, kiedy ja im to przekażę. - Wzruszyła ramionami, 

zawstydzona, że oszukuje przyjaciela. - Pomyślałam, że choć tyle 
mogę zrobić dla Franka. Feeney nie odrywał od niej wzroku.

- To wszystko?
- A co jeszcze? Posłuchaj, dopiero co dostałam raport z tok-

sycznego. Nic nie brała, Feeney. Nie była pijana. Może była przybita 
po śmierci Franka albo z innego powodu. Nie wiem. Czy to możliwe, 

że nie zauważyła tej przeklętej taksówki? Tamta noc była okropna, 
mgła, deszcz.

- Ten drań jechał za szybko?
- Nie. - Nie potrafiła wskazać mu winnego. - Jechał przepi-

sowo. Ma czyste akta, nie był pijany ani pod wpływem narkotyków. 
Feeney, ona mu wskoczyła pod koła. Nie mógł nic na to poradzić. 

background image

Chcę, żebyś to zrozumiał. Sama rozmawiałam z kierowcą i obej-
rzałam miejsce wypadku. To nie była jego wina. To nie była niczyja 

wina.

Czyjaś musiała być, pomyślał. Dwie bliskie osoby nie umierają 

jedna po drugiej bez powodu.

- Chcę porozmawiać z Peabody.

- Daj jej trochę czasu. Już i tak męczyli ją przesłuchaniami, 

jest wyczerpana. Wolałabym zająć ją czymś innym, dopóki się nie 

uspokoi.

Nabrał   powietrza,   potem   głośno   je   wypuścił.   Za   smutkiem 

czaiła się wdzięczność, że ktoś, komu ufa, zajmie się jego córką 
chrzestną.

- Zamkniesz sprawę osobiście? I podasz mi wszystkie dane?
- Zamknę. Przyrzekam.

Skinął głową i potarł twarz dłońmi.
- Dobrze. Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem.

- W porządku. Nic się nie stało. - Zawahała się, ale potem 

lekko   go   dotknęła.   -   Idź   do   domu.   Nie   powinieneś   tu   dzisiaj 

zostawać.

-   Masz   rację.   -   Położył   dłoń   na   klamce.   -   Ona   była   taka 

kochana, Dallas - powiedział cicho. - Boże, nie chcę iść na następny 
pogrzeb.

Kiedy wyszedł, Eve zatopiła się w fotelu. Żałość i smutek, a 

także   gniew   zaciskały   się   na   jej   gardle   niczym   pętla.   Wstała   i 

chwyciła torebkę. Uznała, że jest w stosownym nastroju, by spotkać 
się z Seliną Cross.

background image

- Jak chcesz to rozegrać? - zapytała Peabody, kiedy parkowały 

przed eleganckim budynkiem w centrum miasta.

- Bez owijania w bawełnę. Chcę, żeby wiedziała, że Alice ze 

mną   rozmawiała   i   że   podejrzewam   ją   o   znęcanie   się,   handel 

narkotykami   i   współudział   w   morderstwie.   Jeśli   jest   choć   trochę 
inteligentna, domyśli się, że nie mam żadnych poważnych dowo-

dów. Ale dam jej tym do myślenia.

Wysiadła z samochodu i obrzuciła wzrokiem budynek o zabyt-

kowych oknach i fasadzie upstrzonej kamiennymi rzeźbami.

- Skoro mieszka w takim miejscu, z pewnością nie cierpi na 

brak   pieniędzy.   Musimy   sprawdzić,   skąd   je   bierze.   Nagrywaj 
wszystko,   Peabody,   i   miej   oczy   otwarte.   Potem   zapytam   cię   o 

wrażenia.

-  Jedno  już   mi się  nasuwa.  -  Peabody  umieściła   podręczny 

rekorder w kieszeni marynarki munduru, ale nie odrywała oczu od 
szerokiego  okna   na  szczycie   budynku.  -   To następny  odwrócony 

pentagram. Symbol satanistów. A i te chimeryczne głowy też nie są 
przyjazne. - Uśmiechnęła się słabo. - Na mój gust wyglądają tak, 

jakby były głodne.

-   Wrażenia,   Peabody.   Staraj   się   do   minimum   pohamować 

fantazję. - Eve podeszła do kamery przy wejściu.

- Proszę podać nazwisko i sprawę.

- Porucznik Eve Dallas wraz z podwładną. Nowojorska policja. 

- Podniosła odznakę. - Do pani Seliny Cross.

- Czy są panie umówione?

background image

- Nie, ale nie sądzę, żeby pani Cross była zaskoczona naszą 

wizytą.

- Chwileczkę.
Eve,   czekając,   lustrowała   ulicę.   Zanotowała,   że   w   pobliżu 

budynku ruch uliczny jest dość duży. Jednak większość przechod-
niów trzymała się przeciwnej strony jezdni i wielu przyglądało się 

budynkowi jakby ze strachem.

Co dziwne, nigdzie w pobliżu nie dostrzegła straganów z je-

dzeniem ani domokrążców.

- Proszę wejść, pani porucznik, i skierować się do windy numer 

jeden. Jest już zaprogramowana.

-  Wspaniale.  -   Zerknęła   do  góry   i  spostrzegła   czyjś  cień  w 

oknie na ostatnim piętrze. - Zachowaj oficjalny wygląd, Peabody - 
mruknęła,   kiedy   podchodziły   do   ciężkich   okratowanych   drzwi 

frontowych - Jesteśmy obserwowane.

Usłyszały zgrzyt zamków i kraty się rozsunęły. Światełko na 

panelu bezpieczeństwa zmieniło się na zielone.

- Sporo tu zabezpieczeń, jak na zwykły budynek mieszkalny - 

skomentowała Peabody, podążając za przełożoną i starając się nie 
przejmować uciskiem w żołądku.

Podobnie jak przedsionek hol również skąpany był w czerwieni. 

Na   krwistym   dywanie   wił   się   dwugłowy   wąż,   złotymi   oczyma 

wpatrując się w czarno odzianego osobnika podcinającego gardło 
białej kozicy.

- Piękne dzieło sztuki. - Eve ze zdziwieniem przyglądała się 

Peabody, która łukiem omijała rysunek węża. - Wełna nie gryzie.

background image

-   Trzeba   zachować   ostrożność.   -   Kiedy   wsiadały   do   windy, 

obejrzała się za siebie. - Nienawidzę węży. Mój brat łapał je w lesie i 

potem mnie nimi straszył. Zawsze miałam fobię na ich punkcie.

W windzie Eve dostrzegła następną kamerę.

Drzwi otworzyły  się na obszerny hol o czarnej marmurowej 

posadzce. Kończył się łukowatym przejściem, po jego obu stronach 

stały   wyściełane   czerwonym   welurem   kanapki   z   poręczami   w 
kształcie szczerzących kły wilczych łbów. Głowa dzika służyła jako 

wazon dla kwiatów.

- Tojad - cicho zauważyła Peabody - belladona i naparstnica. - 

Wzdrygnęła się, widząc pytający wzrok Eve. - Moja matka interesuje 
się botaniką. Uwierz mi, nie jest to zwykły bukiet.

- Ale zwykły jest taki nudny.
Pod łukiem stała Selina Cross. Miała na sobie spływającą do 

ziemi   czarną   suknię   i   bose   stopy   z   pomalowanymi   na   krwisto-
czerwony kolor paznokciami. Uśmiechała się. Jej cera biała jak u 

wampira   i   czerwona   szminka   na   ustach,   przypominająca   świeżą 
krew, sprawiały przerażające wrażenie. Zielone oczy kota błyskały w 

wąskiej   wyzywającej   twarzy.   Czarne   włosy   opadały   aż   do   pasa. 
Miała pierścionki na każdym palcu, nawet na kciuku. Do każdego 

dołączony był srebrny łańcuszek.

- Porucznik Dallas i posterunkowa Peabody, czyż nie? Cóż za 

interesujący goście w ten ponury dzień. Czy wejdziecie panie do 
mojego... salonu?

- Czy jest pani sama, pani Cross? Byłoby prościej, gdybyśmy 

jednocześnie mogły porozmawiać z panem Albanem.

background image

-   Och,   jaka   szkoda.   -   Selina   odwróciła   się   i   przeszła   pod 

łukiem. - Alban jest zajęty. Proszę siadać. - Zrobiła ruch ręką po 

bogato   umeblowanym   pokoju.   Każde   siedzenie   miało   zamiast 
poręczy głowę, szpony lub dziób jakiegoś dzikiego zwierzęcia. - Czy 

mogę paniom coś podać?

- Dziękujemy za napoje. - Eve usiadła w fotelu z oparciami w 

kształcie psich głów. Uznała, że będzie najbardziej odpowiedni.

- Może przynajmniej kawę? To pani ulubiony napój, prawda? - 

Selina dotknęła palcem pentagramu na  powiece.  - Ale jak panie 
sobie   życzą.   -   Wystudiowanym   ruchem   oparła   się   o   rzeźbioną 

kanapkę   i   położyła   na   poręczach   długie   ramiona.   -   Czym   mogę 
paniom służyć?

- Dzisiaj rano zginęła Alice Lingstrom.
-   Tak,   wiem.   -   Nadal   uśmiechała   się   uprzejmie,   jakby   roz-

mawiała o pogodzie. - Widziałam wypadek w mojej szklanej kuli, ale 
pewnie   mi   nie   uwierzycie.   Oczywiście,   nie   odżegnuję   się   od 

nowoczesności i często oglądam też telewizję. Ta informacja została 
podana do ogólnej wiadomości przed paroma godzinami.

- Pani znała Alice.
- Oczywiście,  przez  jakiś czas była  moją  uczennicą.  Jak  się 

okazało, niezbyt pojętną. Alice skarżyła się na mnie pani.

Nie było to pytanie, ale zdawało się, że Selina oczekuje na 

odpowiedź.

-   Jeśli   ma   pani   na   myśli   fakt,   że   mówiła   o   odurzeniu 

narkotykami, gwałcie oraz przymuszeniu do oglądania okrucieństw, 
to zgadza się, skarżyła się.

background image

-   Narkotyki,   seks   i   okrucieństwa.   -   Selina   wybuchła   cichym 

śmiechem. - Nasza mała Alice miała niezwykłą wyobraźnię. Szkoda, 

że nie potrafiła poszerzyć swojej zdolności widzenia. A jak z pani 
wyobraźnią,   pani   porucznik?   -   Poruszyła   dłonią   otoczoną 

łańcuszkami. W małym marmurowym kominku rozgorzał ogień.

Peabody podskoczyła i cicho krzyknęła, ale Eve i Selina nie 

zwracały   na   nią   uwagi.   Wpatrywały   się   w   siebie   bez   zmrużenia 
powiek.

- A może mogę mówić do pani Eve?
- Nie. Proszę się zwracać do mnie porucznik Dallas. Jest trochę 

za ciepło na kominek, nie sądzi pani? I nieco za wczesna pora na 
salonowe sztuczki.

- Lubię ciepło. Jest pani bardzo opanowana, pani porucznik.
- I bardzo nie lubię oszustów, handlarzy narkotyków i morder-

ców dzieci.

-   Czy   ja   jestem   tym   wszystkim?   -   Zastukała   czerwonymi 

paznokciami po oparciu. - Proszę to w takim razie udowodnić.

- Zrobię to, niech się pani nie martwi. Gdzie była pani wczoraj 

w nocy między pierwszą a trzecią?

- Tutaj, w komnacie rytualnej z Albanem i młodym adeptem, 

Lobarem.   Byliśmy   zajęci   prywatną   ceremonią   od   północy   aż   do 
brzasku. Lobar jest młody i... pełen entuzjazmu.

- Będę chciała porozmawiać z nimi obydwoma.
-   Może   się   pani   skontaktować   z   Lobarem   w   naszym   klubie 

między ósmą a jedenastą wieczorem. Jeśli chodzi o Albana, to nie 
znam jego planów, ale zazwyczaj spędza noce albo tutaj, albo w 

background image

klubie. Jeśli nie wierzy pani w magię, pani porucznik, marnuje pani 
czas.   Trudno   sobie   wyobrazić,   że   w   tym   samym   czasie,   gdy 

pieprzyłam   się   z   dwoma   bardzo   pociągającymi   mężczyznami, 
spowodowałam śmierć Alice.

- Czy właśnie dlatego uważa się pani za czarodziejkę? - Eve 

zerknęła z kpiną w stronę płonącego kominka. - To nic więcej niż 

sztuczka oszukująca oko. Mogłaby pani wyrobić sobie licencję na 
takie pokazy i nieźle na nich zarobić.

Selina   zacisnęła   zęby   i   pochyliła   się   do   przodu.   Jej   oczy 

płonęły.

- Jestem najwyższą kapłanką ciemnego Pana. Nasza liczba to 

legiony. Posiadam moce, które potrafią zmusić do wycia z bólu.

- Nie jest  łatwo  zmusić mnie do płaczu,  pani Cross.  - Jest 

nerwowa, pomyślała Eve z satysfakcją, i nietrudno zranić jej dumę. 

- Nie ma pani do czynienia z osiemnastoletnim podlotkiem ani z jej 
przerażonym dziadkiem. Kto z pani legionów zadzwonił do Alice i 

puścił jej pieśni z groźbami?

- Nie mam pojęcia, o czym pani mówi. I zaczyna mnie pani 

nudzić.

- Czarne pióro na parapecie za oknem to też niezły pomysł. A 

raczej symulacja pióra, choć Alice tego nie wiedziała. Zajmuje się 
pani sztucznymi zwierzętami, pani Cross.

Selina leniwie podniosła dłoń, po czym zsunęła ją po włosach.
- W ogóle nie lubię... zwierząt.

- Nie? Nawet kotów i kruków?
- To by było takie oczywiste.

background image

-   Alice   wierzyła,   że   potrafi   pani   zmieniać   kształt.   -   Eve 

zauważyła,   że   Selina   się   uśmiecha.   -   Mogłaby   nam   pani   coś 

zaprezentować - ciągnęła kpiąco.

Selina znowu zaczęła stukać paznokciami o sofę.

- Nie muszę nikogo zabawiać ani wysłuchiwać pani ironicznych 

uwag.

- A więc to jest zabawa, pani zdaniem? Podobnie zabawiała 

pani Alice. Koty, ptaki, przerażające pieśni przez wideofon? Chciała 

ją pani zastraszyć? Czy była dla pani aż takim zagrożeniem?

- Jakim zagrożeniem? To jakieś nieporozumienie.

-   Widziano,   jak   sprzedawała   pani   narkotyki   Frankowi 

Wojinskiemu.

Nagła zmiana tematu zaskoczyła Selinę. Niby się uśmiechnęła, 

ale jej oczy pozostały skupione.

-   Gdyby   to   była   prawda,   nie   rozmawiałybyśmy   tutaj,   lecz 

zostałabym   wezwana   na   przesłuchanie.   Jestem   licencjonowaną 

zielarką i często rozprowadzam całkowicie legalne substancje.

- Hoduje pani zioła w domu?

- Owszem.
- Chciałabym zobaczyć to miejsce.

- Musiałaby pani mieć nakaz, a obydwie wiemy, że brakuje 

pani podstaw do uzyskania go.

- To prawda. Pewnie z tego powodu Frank nie przejmował się 

nakazem. - Eve podniosła się powoli. - Wiedziałaś, że cię śledził, ale 

czy przypuszczałaś, że się tu włamał? Nie zobaczyłaś tego w swojej 
magicznej kuli, co? - Spostrzegła, że oddech Seliny stał się płytki i 

background image

urywany. - Co powiesz na to, że tu był i zebrał dowody przeciwko 
tobie?

- Nic na mnie nie masz. Nic. - Selina skoczyła na nogi. - Frank 

był starcem, brakowało mu refleksu i polotu. Od razu, kiedy zaczął 

za mną łazić, rozpoznałam, że jest gliniarzem. Nigdy nie był w moim 
mieszkaniu. Nic ci nie powiedział i z pewnością nic już nie powie.

- Nie? Nie wierzy pani, że można porozumieć się ze zmarłymi, 

pani Cross?

-   Myśli   pani,   że   dam   się   zwieść?   -   Starała   się   wyrównać 

oddech. - Alice była głupią dziewuchą, która sądziła, że wolno jej 

igrać z ciemnymi mocami. Potem uciekła w objęcia tej patetycznej 
białej magii i swojej czyściutkiej rodzinki. Zapłaciła za ignorancję i 

tchórzostwo, ale nie ja się do tego przyczyniłam. Nie mam wam nic 
więcej do powiedzenia.

- To na razie wystarczy. Peabody? - Eve ruszyła do wyjścia. - 

Ogień wygasa, pani Cross - rzuciła jeszcze uprzejmym tonem. - Już 

wkrótce pozostanie pani tylko ta kupka prochu.

Selina   stała   w   miejscu,   jakby   porażona   wściekłością.   Kiedy 

drzwi się zamknęły i uruchomił się alarm, zacisnęła dłonie w pięści i 
zawyła.

Rozsunęła się część ściany. Pojawił się wysoki mężczyzna o 

złotych włosach. Na piersiach miał tatuaż przedstawiający rogatego 

kozła. Ubrany był jedynie w czarny szlafrok niedbale związany w 
pasie.

- Alban! - Podbiegła i zarzuciła mu ramiona na szyję.

background image

- Moja kochana. - Jego głos był głęboki i uspokajający. Na 

palcu u ręki, którą gładził jej włosy, widniał duży srebrny pierścień z 

wygrawerowanym   odwróconym   pentagramem.   -   Nie   wolno   ci 
zachwiać równowagi twoich czakr.

- Pieprzę moje czakry. - Płakała i jak dziecko uderzała wściekłe 

pięściami w jego pierś. - Nienawidzę jej. Nienawidzę. Musi zostać 

ukarana.

Z westchnieniem wypuścił ją z objęć, pozwalając, by z prze-

kleństwami   na   ustach   biegała   po   pokoju   i   rozbijała   przedmioty. 
Wiedział,   że   gniew   szybciej   ją   opuści,   jeśli   będzie   stał   z   boku   i 

pozwoli mu się wypalić.

- Chcę jej śmierci, Alban. Chcę, żeby umarła. Żeby umierała w 

cierpieniu, żeby błagała o zlitowanie, by krwawiła. Obraziła mnie. 
Wyzwała. Ona śmiała mi się prosto w twarz.

-   Selino,   ona   nie   wierzy.   Nie   posiada   daru   widzenia. 

Wyczerpana, jak zawsze po wybuchu gniewu, opadła na sofę.

- Gliny, nienawidziłam ich całe życie.
- Wiem. - Podniósł wysoką, wąską butelkę i nalał do kieliszka 

gęsty, parujący płyn. Podał go Selinie. - Musimy postępować z nią 
ostrożnie. Jest wyrafinowana, ale coś wymyślimy.

-   Oczywiście.   -   Uśmiechnęła   się,   popijając   wolno   wywar.   - 

Wymyślimy   coś   specjalnego.   Pan   chce,   byśmy   w   tym   przypadku 

wykazali   się   inwencją.   -   Roześmiała   się   już   na   pełne   gardło, 
odchylając   głowę   do   tyłu.   Policja   zawsze   była   zmorą   jej   życia, 

dopóki   nie   odkryła   wyższych   mocy.   -   Zrobimy   z   niej   wierzącą, 
prawda, Albanie?

background image

- Będzie wierzyła.
Piła   już   na   całego,   czując   w   głowie   zniewalającą   mgiełkę. 

Upuściła kielich.

- Chodź tu i weź mnie. - Z błyszczącymi oczyma zsunęła się na 

podłogę. - Siłą.

Kiedy padł na nią wbiła zęby w jego ramię aż do krwi.

- Chcę, żeby mnie bolało.

Potem,   kiedy   już   się   rozdzielili   i   leżeli   obok   siebie,   Alban 

czekał, aż Selina całkiem ochłonie i zacznie myśleć.

- Powinniśmy dziś w nocy odprawić ceremonię. Zwołaj całe 

zgromadzenie na czarną mszę. Potrzebujemy mocy. Ona nie jest 

słaba i chce nas zniszczyć.

- Nie uda się jej. - Z czułością gładził ją po policzku. - Nie jest 

w   stanie.   W   końcu   to   tylko   policjantka,   bez   przeszłości   i   z 
ograniczoną   przyszłością.   Ale   naturalnie   masz   rację,   zwołamy 

zgromadzenie   i   odprawimy   ceremoniał.   Myślę,   że   zapewnimy 
porucznik Dallas nieco rozrywki. Już wkrótce zabraknie jej chęci i 

czasu, aby się zamartwiać małą Alice.

Poczuła świeżą falę podniecenia.

- Kto umrze?
Uniósł ją i położył na sobie.

- Tylko wybierz.

background image

Nieźle   ją   pani   wkurzyła.   -   Peabody   starała   się   nie   zwracać 

uwagi na strużki potu, spływające po jej policzkach. Ruszyły spod 

budynku.

- O to mi chodziło. Teraz już wiem, że nie najlepiej panuje nad 

nerwami. Jeszcze nieraz ją wkurzę. Jest zarozumiała - uznała Eve. - 
Sądziła, że damy się nabrać na tę drugorzędną sztuczkę z ogniem.

- Tak. - Peabody zmusiła się do słabego uśmiechu. - Też coś. 

Eve postanowiła w duchu, że nie będzie dokuczać podopiecznej.

- Skoro już jesteśmy przy wiedźmach, to może sprawdzimy tę 

Isis   i   „Moc   Ducha”.   -   Zerknęła   z   rozbawieniem   na   Peabody.   - 

Będziesz miała okazję zaopatrzyć się w talizman albo jakieś zioła - 
dorzuciła z powagą. - Wiesz, takie, co odstraszają zło.

Dziewczyna poruszyła się niespokojnie na siedzeniu. Poczucie, 

że   robi   z   siebie   idiotkę,   nie   dorównywało   strachowi,   że   zostanie 

obrzucona klątwą.

- Właśnie tak zrobię.

- Po rozmowie z Isis pójdziemy na pizzę z dużą ilością czosnku.
- Czosnek jest na wampiry.

- Och, w takim razie poprosimy Roarke'a, żeby nam wypoży-

czył któraś z jego zabytkowych strzelb, tę ze srebrnymi kulami.

- To na wilkołaki, porucznik Dallas. Peabody, nieco weselsza, 

uniosła oczy do nieba.

- W takim razie co chroni przed wiedźmami?
- Nie mam pojęcia - wyznała - ale z pewnością się dowiem.

background image

6

Eve nie lubiła robić zakupów. Nie pociągało jej chodzenie po 

sklepach, przyglądanie się wystawom ani zamawianie towarów za 
pomocą elektronicznych katalogów. Jak mogła, unikała butików i aż 

się   wzdrygała   na   myśl   o   wizycie   w   jednym   z   powietrznych 
supermarketów.

Podejrzewała, że właśnie przez tę niechęć, której nie umiała 

ukryć, Isis natychmiast zorientowała się, że nie ma do czynienia ze 

zwykłą klientką „Mocy Ducha”.

Sklep sprawiał miłe wrażenie. Jednak Eve nie zainteresowały 

kryształy, talie kart, figurki i świece, choć były atrakcyjnie podane. 
W tle sączyła się cicha muzyka. Przebijające się przez kryształowe 

kamienie światło wydobywało z nich feerię kolorów.

Pachniało lasem.

Przyglądając się właścicielce sklepu, Eve uznała, że trudno o 

dwie bardziej różniące się osoby jak Isis i Selina. Selina ze swoją 

bladością,   szczupłym   ciałem   i   kocimi   oczami   miała   w   sobie   coś 
przerażającego. Isis przypominała egzotyczną piękność. Urzekały jej 

rude   kręcone   włosy,   okrągłe   czarne   oczy   i   wystające   kości 
policzkowe. Jej skóra miała ciepły koloryt mieszanych ras. Była dość 

tęga.

Miała   na   sobie   śnieżnobiałą   suknię   z   paskiem   wybitym 

nieoszlifowanymi   kamieniami.   Jej   prawe   ramię   od   łokcia   w   górę 
oplatały złote bransolety, a na palcach pobłyskiwało co najmniej 

dwanaście pierścieni.

background image

-  Witam   -  odezwała   się  pasującym  do  jej  wyglądu,  niskim, 

lekko zachrypniętym głosem. Uśmiechnęła się, ale raczej smutno. - 

Pani jest znajomą Alice, policjantką.

Eve  ze   zdziwieniem   sięgnęła   po   odznakę.   Pomyślała,   że   jej 

zawód można rozpoznać zapewne po wyglądzie, poza tym od ślubu 
z Roarkiem jej twarz często pojawiała się w mediach.

- Porucznik Dallas, a pani, w takim razie, nazywa się Isis?
-   Zgadza   się.   Chciałaby   pani   porozmawiać.   Przepraszam   na 

chwilę. - Odeszła, a Eve patrząc za nią, podziwiała jej wdzięczne 
ruchy.   Isis   wywiesiła   staromodną   odręcznie   napisaną   tabliczkę 

„zamknięte”, opuściła na szklane drzwi roletę i przekręciła zamek.

Kiedy się odwróciła, w jej oczach widać było napięcie, a usta 

wykrzywiał ponury grymas.

- Przyniosłyście ze sobą czarny cień. Jej smród przylega do 

ludzi. - Na pytające spojrzenie Eve wyjaśniła. - Mówię o Selinie. 
Jeszcze chwileczkę.

Przeszła   do   długiej   półki   i   zapaliła   stojące   tam   zapachowe 

świece.

- To dla oczyszczenia i ochrony. Ścigają panią własne cienie, 

Dallas. - Uśmiechnęła się do Peabody. - Pani nie.

- Przyszłam porozmawiać o Alice.
- Wiem. I jak widzę, jest pani niecierpliwa, a także rozbawiona 

moim sklepem. Nic nie szkodzi. Każda religia winna być otwarta na 
pytania i zmiany. Proszę usiąść.

background image

Gestem dłoni wskazała na dwa krzesła stojące przy okrągłym 

stoliku z wyrysowanymi na nim symbolami. Znowu uśmiechnęła się 

do Peabody.

- Mogę przynieść dla pani krzesło z zaplecza.

- Nie potrzeba. Postoję. - Peabody nie potrafiła się opanować; 

jej   zgłodniały   wzrok   krążył   po   sklepie,   wyszukując   co   ciekawsze 

przedmioty.

- Proszę się rozejrzeć.

-   Nie   przyszłyśmy   tu   na   zakupy.   -   Eve,   siadając,   obrzuciła 

podwładną piorunującym spojrzeniem. - Kiedy ostatnio widziała się 

pani lub rozmawiała z Alice?

- W noc, w którą zginęła.

- O której?
-  Zdaje  się,  że  około  drugiej.  Już  nie  żyła  -  wyjaśniła  Isis, 

splatając piękne, duże dłonie.

- Widziała się z nią pani po jej śmierci?

- Jej duszę. Rozumiem, że dla pani to głupie. Ale mogę tylko 

powiedzieć, jak jest i jak było. Spałam i nagle się obudziłam. Stała 

obok  mojego  łóżka. Wiedziałam, że ją straciliśmy.  Ona  czuje się 
zawiedziona. Straciła zaufanie do siebie, rodziny, mnie. Jej dusza 

jest niespokojna i pełna zgryzoty.

- Jej ciało jest martwe, Isis. I to mój kłopot.

-   Tak.   -   Podniosła   ze   stolika   gładki   różowawy   kamień   i 

zamknęła go w dłoni. - Nawet mnie, mimo mej wiary, trudno jest 

się pogodzić z jej śmiercią. Taka młoda i bystra. - Duże ciemne oczy 
zeszkliły się. - Kochałam ją jak młodszą siostrę. Ale nie było mi 

background image

przeznaczone uratować ją w tym życiu. Jej duch powróci, odrodzi 
się. Wierzę, że się jeszcze spotkamy.

- Wspaniale, a teraz skoncentrujmy się na tym wcieleniu. I 

śmierci.

Isis przełknęła łzy i zmusiła się do uśmiechu.
- Dla pani to wszystko musi się zdawać ogromnie nużące. Pani 

umysł jest taki logiczny. Pragnę pani pomóc, Dallas, ze względu na 
Alice. Chyba także ze względu na siebie, no i na panią. Rozpoznaję 

panią.

- Rozumiem.

- Nie, mówię o innym wcieleniu. Inne miejsce, inny wymiar. - 

Rozpostarła ramiona. - Ostatnio widziałam Alice na pogrzebie jej 

dziadka.   Obwiniała   się,   pragnęła   odpokutować.   Zeszła   na   złą 
ścieżkę, dokonała złego wyboru, ale na krótko. Miała silne i jasne 

serce. Kochała swoją rodzinę. I bała się, straszliwie się bała, co 
Selina zrobi jej ciału i duszy.

- Zna pani Selinę Cross?
- Tak, spotkałyśmy się.

-   W   tym   życiu?   -   sucho   zapytała   Eve,   a   Isis   znowu   się 

uśmiechnęła.

- W tym i w innych. Nie stanowi dla mnie zagrożenia, ale ona 

jest   niebezpieczna.   Zwodzi   słabych,   zbłąkanych   i   tych,   którzy 

wybrali jej drogę.

- Jako wiedźma...

-   Ona   nie   jest   wiedźmą.   -   Isis   ściągnęła   ramiona   i   uniosła 

głowę.   -   My,   którzy   dostąpiliśmy   zaszczytu   poznania   najwyższej 

background image

sztuki, uprawiamy ją w świetle, kierując się niezłomnym kodem. I 
nikogo nie krzywdzimy. Selina użyła swoich godnych pożałowania 

mocy   do   wezwania   ciemnej   strony,   do   wykorzystania   jej 
agresywności i brzydoty. Wiemy, co to jest zło, Dallas. Obydwie je 

widziałyśmy. Przybiera różne formy, ale jego podstawowa  natura 
pozostaje nie zmieniona.

- Tu się zgadzamy. Dlaczego chciała skrzywdzić Alice?
- Ponieważ było to w jej mocy. Ponieważ ją to bawi. Nie ulega 

wątpliwości,   że   jest   odpowiedzialna   za   śmierć   Alice.   Jednak   nie 
będzie   pani   łatwo   tego   udowodnić.   Pani   się   nie   podda.   - 

Wpatrywała się w Eve dziwnym, napiętym wzrokiem. - Selina będzie 
zdumiona i rozwścieczona pani nieustępliwością i siłą. Śmierć jest 

dla   pani   obrazą   a   śmierć   dziecka   rzeźbi   w   pani   sercu   bolesne 
bruzdy. Pamięta pani dobrze, ale nie wszystko. Nie urodziła się pani 

jako Eve Dallas, ale stała się pani nią, a ona panią. Kiedy stoi pani 
przy   umarłym,   stoi   pani   w   jego   obronie,   nic   nie   ruszy   pani   z 

miejsca. Jego śmierć była w pani. życiu konieczna.

- Proszę przestać - nakazała Eve.

- Dlaczego ma to panią prześladować? - Isis oddychała wolno i 

ciężko,   jej   oczy   pociemniały.   -   Wybór   był   słuszny.   Straciłaś 

niewinność, ale jej miejsce zajęła siła. W przypadku niektórych tak 
być   musi.   Przed   zakończeniem   cyklu   będziesz   potrzebowała 

wszystkich. Wilka, dzika i srebrnego ostrza. Ogień, dym i śmierć. 
Zaufaj wilkowi, zarżnij dzika i żyj.

Zamrugała   oczami,   które   zakryła   mgła.   Uniosła   dłonie   do 

czoła.

background image

- Przepraszam. Nie zamierzałam... - jęknęła cicho i przymknęła 

powieki. - Ból głowy. Straszliwy. Proszę mi wybaczyć na chwilę. - 

Wstała drżąc i wybiegła na zaplecze.

- Jezu, to się robi coraz bardziej niesamowite. Czy wiesz, o 

czym ona mówiła?

„Jego śmierć była w pani życiu konieczna”. Przez  ciało Eve 

przebiegł dreszcz, przypomniała sobie ojca. Zimny pokój, noc i krew 
na nożu ściskanym rączką zdesperowanego dziecka.

- Nie, to jakiś bełkot. - Czuła, że ma spocone dłonie, co ją 

doprowadzało   do   furii.   -   Ci   ludzie   uważają   że   aby   nas   zaintere-

sować, muszą zaskoczyć nas jakimiś sztuczkami.

- Studiowałam w Instytucie Kinskiego w Pradze - wchodząc z 

powrotem do sklepu poinformowała Isis. - I mnie tam studiowano. 
Moje  parapsychiczne zdolności  są  udokumentowane;  to  dla  tych, 

którzy potrzebują formalnego potwierdzenia. Niemniej przepraszam 
panią, Dallas. Nie chciałam sprowadzić rozmowy na te tory. Bardzo 

rzadko zdarza mi się stracić nad sobą kontrolę.

Usiadła   na   swoim   miejscu,   wdzięcznym   gestem   rozkładając 

fałdy sukni.

- To prawdziwa udręka mieć dostęp do czyichś myśli i wspo-

mnień, i nie umieć tego kontrolować. Nie lubię wchodzić w czyjeś 
myśli. To boli - dodała, znowu pocierając skronie. - Pomogę pani 

wykonać to, czego pragnęła Alice. Dla niej pragnę, by spoczęła w 
pokoju. Także ze względów osobistych chcę, by Selina zapłaciła za 

swoje uczynki. Zrobię to, co mogę i na co mi pani pozwoli.

background image

Eve   nie   należała   do   osób   ufnych   i   postanowiła   bardzo 

dokładnie   sprawdzić   przeszłość   Isis.   Jednak   uznała,   że   na   razie 

może ją wykorzystać.

- Proszę mi opowiedzieć wszystko, co pani wie na temat Seliny 

Cross.

- Wiem, że ta kobieta nie ma sumienia i poczucia moralności. 

Pani zapewne nazwałaby ją socjopatką, ale dla mnie to określenie 
jest zbyt proste i zbyt czyste. Wolę nazywać ją wcielonym złem. Jest 

przebiegła i umie w ludziach dostrzec ich słabości. Jeśli chodzi o jej 
moce, nie umiem nic powiedzieć. Nie wiem, co czyta, widzi lub robi.

- A Alban?
- O nim nie wiem prawie nic. Trzyma go krótko przy sobie. 

Zakładam, że jest jej kochankiem i prawdopodobnie do czegoś się 
jej przydaje, bo inaczej już dawno by się go pozbyła.

- A jej klub?
Isis uśmiechnęła się słabo.

- Nie odwiedzam takich... miejsc.
- Ale wie pani o jego istnieniu?

-  Słyszy   się plotki,   rozmowy.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Ce-

remonie   zła,   czarne   msze,   picie   krwi   i   ofiary   z   ludzi.   Gwałt, 

morderstwa,  przywoływanie demonów.  - Westchnęła. - Z drugiej 
strony to samo usłyszy pani o Wicca z ust tych, którzy nie rozumieją 

naszej religii.

- Alice zarzekała się, że była świadkiem morderstwa dokona-

nego na dziecku.

background image

- Wierzę jej. Nie potrafiłaby sama czegoś podobnego wymyślić. 

Kiedy do mnie przyszła, była w szoku. - Zacisnęła usta. - Zrobiłam 

dla niej, co mogłam.

- Poradziła jej pani, żeby zwróciła się do policji?

- Decyzja należała do niej. - Isis uniosła głowę i natknęła się 

na gniewne oczy Eve. - Bardziej się martwiłam o jej emocje i duszę. 

Dziecko już nie żyło; bałam się, że to samo spotka Alice. - Opuściła 
wzrok,   a   w   jej   oczach   zamigotały   łzy.   -   Gorzko   żałuję,   że   nie 

postąpiłam inaczej. Zawiodłam ją. Być może to wina mojej dumy. - 
Ponownie spojrzała na Eve. - Zapewne zna pani moc i zwodniczość 

poczucia   dumy.   Sądziłam,   że   sobie   poradzę,   że   jestem 
wystarczająco mądra i silna. Myliłam się. Tak więc, pani porucznik, 

w ramach odkupienia moich grzechów uczynię wszystko, o co mnie 
pani   poprosi,   podzielę   się   wiedzą   i   mocą   jaką   obdarowali   mnie 

bogowie.

- Wystarczą mi informacje. - Eve przekrzywiła na bok głowę. - 

Selina   przywitała   nas  małą   sztuczką   twierdząc,  że  jej   wykonanie 
zawdzięcza wyższym mocom. Zrobiła wrażenie na Peabody.

- Zaskoczyła mnie - odburknęła posterunkowa, z zawstydze-

niem patrząc  na  Isis. Ta  nagle odchyliła  głowę  i roześmiała  się. 

Brzmiało to jak tysiące perełek spadających na jedwab.

-   Czy   mam   sprowadzić   wiatr?   -   Trzymając   się   za   serce, 

zanosiła   się   śmiechem.   -   Obudzić   zmarłych,   wzniecić   płomień? 
Dallas, przecież i tak w to nie uwierzysz, więc traciłabym tylko czas i 

energię. Być może jednak zainteresuje panią nasze spotkanie. Jedno 

background image

z nich odbędzie się pod koniec przyszłego tygodnia. Mogę załatwić 
zaproszenie.

- Zastanowię się.
-   Drwi   pani   z   magii   -   lekko   rzuciła   Isis   -   a   jednak   na 

pierścieniu, który nosi pani na palcu, widnieje jeden z pradawnych 
symboli ochrony.

- Co?
-   Twój   pierścionek   zaręczynowy,   Dallas.   -   Z   tym   samym 

łagodnym  uśmiechem  uniosła  lewą  dłoń  Eve.  -   To  stary  celtycki 
znak ochrony.

Eve ze zmieszaniem przyglądała się rysunkowi.
- To tylko wzorek.

-   Bardzo   specyficzny   i   posiadający   wielką   moc   ochraniającą 

właściciela przed złem. - Rozbawiona uniosła brwi. - Podejrzewam, 

że nie wiedziała pani tego. Czy to aż tak bardzo zaskakujące? W 
żyłach pani męża płynie celtycka krew, a pani przecież prowadzi 

bardzo niebezpieczne życie. Roarke ogromnie panią kocha, czego 
dowód znajduje się na pani palcu.

- Wolę fakty od przesądów - odparła Eve i podniosła się.
- Słusznie - zgodziła się Isis. - Tak czy inaczej, zapraszam na 

nasze   spotkanie.   Proszę   zabrać   Roarke'a.   -   Uśmiechnęła   się   do 
Peabody. - A także swoją  podwładną. Czy  przyjmiecie ode mnie 

prezent?

- To wbrew przepisom.

- A przepisów należy przestrzegać. - Wstała i przeszła do małej 

lady.   Podniosła   z   niej   niewielką   przezroczystą   misę   z   szerokim 

background image

obrzeżem. - W końcu przez waszą wizytę musiałam zamknąć sklep i 
straciłam potencjalnych klientów. Dwadzieścia dolarów.

- Sprawiedliwe. - Eve sięgnęła do kieszeni po żetony kredy-

towe. - Co to jest?

- Nazywamy to misą strachu. Składa się w niej swoje bóle, 

żale i lęki. Potem należy ją odstawić na bok. Będzie pani spokojnie 

spać.

- Wspaniale - rzuciła Eve, kładąc na ladzie żetony.

Eve   jak   rzadko   kiedy   wróciła   do   domu   dość   wcześnie. 

Zamierzała   popracować   w   ciszy   swojego   gabinetu.   Przejeżdżając 
przez bramę myślała o Summersecie, ale doszła do wniosku, że nie 

będzie z nim kłopotu. Pewnie jak zawsze prychnie na jej widok, a 
potem ją zignoruje. Miała przed sobą kilka godzin, w czasie których 

zbierze informacje o Isis i zadzwoni do biura Miry, żeby się z nią 
umówić   na   wizytę.   Ciekawe,   co   psychiatra   powie   o   takich 

indywidualnościach jak Isis i Selina.

Zaledwie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, zrozumiała, że musi 

pożegnać się ze swoimi planami.

Z salonu dobiegały grzmiące dźwięki muzyki. Zasłoniła uszy.

Nikt nie musiał jej mówić, że w domu jest Mavis. Nikt z jej 

znajomych nie słuchał takiej dzikiej i na dodatek tak głośnej muzyki. 

Mimo że krzykiem wydała rozkaz wyciszenia magnetofonu, sprzęt 
nie zareagował.

Na kanapie, ubrana w kusą, jaskrawą sukienkę, leżała Mavis 

Freestone. Choć wydawało się to niemożliwe, spała jak dziecko.

background image

-   Jezu   Chryste.   -   Ponieważ   komendy   nie   skutkowały,   Eve 

zaryzykowała   odjęcie   dłoni   od   uszu   i   poszukała   zdalnego   pilota. 

Jęknęła z ulgą, kiedy muzyka ucichła.

Mavis otworzyła oczy.

- Hej, jak się masz?
-   Co?   -   Potrząsnęła   głową,   by   pozbyć   się   dźwięczenia   w 

uszach. - Co?

- To nowy zespół, który odkryłam dziś rano. „Mayhem”, jest 

całkiem niezły.

- Co?

Mavis ze śmiechem zeskoczyła z kanapy i podeszła do barku.
-   Zdaje   się,   że   przydałby   ci   się   drink,   Dallas.   Przysnęłam. 

Zarwałam kilka ostatnich nocy. Chciałam z tobą pogadać.

- Twoje usta się poruszają - stwierdziła. - Czy ty coś do mnie 

mówisz?

- Przecież nie było aż tak głośno. Masz, napij się. Summerset 

powiedział,   że   mogę   tu   na   ciebie   poczekać.   Nie   wiedział,   kiedy 
wrócisz.

Z jakichś niezrozumiałych dla niej powodów sztywny kamer-

dyner upodobał sobie jej koleżankę.

- Pewnie siedzi w swojej norze i układa ody na cześć twoich 

nóg.

- Hej, to nie ma nic wspólnego z seksem. On mnie po prostu 

lubi,   a   więc...   -   Mavis   uderzyła   swoją   szklaneczką   w   szklankę 

gospodyni. - Roarke'a nie ma, tak?

- Nie wytrzymałby tej muzyki - sarknęła.

background image

- To się dobrze składa, bo chciałam pogadać tylko z tobą. - 

Usiadła i przekręciła szklankę w dłoniach, ale milczała.

- Masz jakiś kłopot? Pokłóciliście się z Leonardem?
- Nie, nie. Z nim nie można się kłócić. Jest za słodki. Wyjechał 

na kilka dni do Mediolanu. Jakiś biznes z ciuchami.

- Dlaczego z nim nie pojechałaś? - Usiadła i oparła obute nogi 

na bezcennym stoliku do kawy.

- Mam koncert w „Down and Dirty”. Nie chcę zawieść Cracka.

- Hm. - Oparła się wygodniej o kanapę. Kariera Mavis jako 

wykonawczyni piosenek, bo trudno użyć słowa piosenkarka, biorąc 

pod uwagę jej talenty, rozwijała się. Miała chwile załamania, ale to 
już za nią. - Nie sądziłam, że tam jeszcze pracujesz. Przecież masz 

kontrakt.

- No tak, o to właśnie chodzi. Kontrakt. Wiesz, po tym, jak się 

okazało,   że   Jess   mnie   wykorzystywał,   i   ciebie,   i   Roarke'a,   nie 
sądziłam, że demo, które z nim nagrałam, gdziekolwiek pójdzie.

-   Było   dobre,   Mavis;   żywe   i   oryginalne.   Dlatego   zostało 

wybrane.

- Tak? - Podniosła się. - Dowiedziałam się dzisiaj, że kontrakt 

podpisała firma płytowa należąca do Roarke'a. - Upiła łyk. - Wiem, 

Dallas, że o mnie dbasz, i chcę ci podziękować, nawet za to, że 
wciągnęłaś Roarke'a. Ale muszę odrzucić ten kontrakt.

Eve zasznurowała usta.
-   Mavis,   nie   mam   pojęcia,   o   czym   mówisz,   do   cholery. 

Twierdzisz, że Roarke, facet, który tu mieszka, jest producentem 
twojego dysku?

background image

-   To   jego   firma.   „Eclectic”.   Wydaje   wszystko   od   klasyki   do 

wyżymaczy mózgu. Wielka firma, dlatego byłam taka zachwycona.

„Eclectic”, zastanawiała się w duchu. Wielka firma. To pasuje 

do Roarke'a.

- Pierwszy raz słyszę, Mavis. Nie prosiłam go o pomoc.
- Nie prosiłaś. Słowo? - pochyliła się.

- Słowo - powtórzyła. - A on o niczym mi nie mówił. - Co także 

do   niego   pasowało.   -   Uważam,   że   jeśli   jego   firma   proponuje   ci 

kontrakt, to dlatego, że Roarke lub któryś z dyrektorów firmy uznali 
twoją twórczość za wartościową.

Mavis nabrała powietrza. Tyle się napracowała nad decyzją, by 

odrzucić ofertę, nie chcąc wykorzystywać przyjaźni. Teraz musiała 

na nowo wszystko przemyśleć.

- Może Roarke to zaaranżował, zrobił mi uprzejmość?

 Eve spojrzała na nią z powątpiewaniem.
-   Dla   niego   biznes   to   biznes.   Raczej   bym   powiedziała,   że 

oczekuje, że powiększysz jego majątek. A jeśli nawet chciał ci zrobić 
uprzejmość, w co wątpię, będziesz musiała po prostu udowodnić 

mu, że jesteś tego warta. Zgadzasz się, Mavis?

-   Tak   -   westchnęła   przeciągle.   -   Ja   im   wszystkim   pokażę, 

zobaczysz. - Rozpromieniła się. - Przyjdź na mój koncert wieczorem. 
Opracowałam   nowy   materiał   i   Roarke   mógłby   się   przekonać   na 

żywo, jak się sprawdza jego najnowsza inwestycja.

-   Mam   robotę.   Muszę   odwiedzić   klub   „Athame”.   Mavis 

skrzywiła usta.

- Co tam będziesz robić? To obrzydliwe miejsce.

background image

- Byłaś tam?
- Kiedyś przypadkowo.

- Muszę tam z kimś porozmawiać w związku ze sprawą, którą 

prowadzę. - Zamyśliła się. - Znasz jakieś wiedźmy, Mavis?

- Tak jakby. Kilku pracowników z Blue Squirrel bawiło się w to.
- Wierzysz w zaklęcia, wróżenie z ręki i tym podobne? Mavis 

przekrzywiła głowę i zamyśliła się.

- To wielkie bzdury.

- Jesteś niesamowita - stwierdziła Eve. - Wydawało mi się, że 

to w twoim stylu.

- Prowadziłam kiedyś taki lipny interes. Doradztwo duchowe. 

Nazywałam się Ariel i byłam reinkarnacją wróżki. Zdziwiłabyś się, ile 

mi płacili za rozmowę ze zmarłymi albo przepowiedzenie przyszłości.

Dla   demonstracji   odrzuciła   głowę   do   tyłu,   zamrugała 

powiekami i otworzyła usta. Powoli uniosła ramiona z rozpostartymi 
dłońmi.

- Czuję czyjąś obecność, silną, poszukującą, żałosną. - Zniżyła 

ton   głosu   przyjmując   dziwny   akcent.   -   Ciemne   moce   działają 

przeciwko   tobie.   Kryją   się,   ale   chcą   cię   skrzywdzić.   Uważaj.   - 
Opuściła ramiona i uśmiechnęła się. - Potem tłumaczysz, co trzeba 

zrobić, żeby obronić się przed siłami zła. Należy zapieczętować w 
kopercie   tysiąc   dolarów   specjalnym   rodzajem   laki,   którą   tylko   ja 

sprzedawałam.   Następnie   trzeba   zakopać   kopertę   nocą   w 
specjalnym miejscu, odśpiewać nad nią rytualną pieśń, a po jednym 

cyklu   księżyca   wykopać   ją   i   zwrócić   mnie.   Petent   jest   już 
bezpieczny. Moc zła została zniweczona.

background image

- I ludzie tak po prostu dawali ci pieniądze?
-   No,   czasami   trzeba   było   trochę   się   napocić.   Sprawdzić 

przeszłość   klienta,   żeby   nieco   zbić   go   z   tropu   nazwiskami   i 
wydarzeniami.   Ale   zazwyczaj   to   nie   było   potrzebne.   Ludzie   chcą 

wierzyć.

- Dlaczego?

- Ponieważ życie bywa paskudne.
To   prawda,   myślała   Eve,   kiedy   została   sama.   Życie   bywa 

paskudne. Jej także takie bywało. Teraz mieszka w wielkim domu z 
mężczyzną,   który   z   jakichś   powodów   ją   kocha.   Nie   zawsze   go 

rozumiała, ale starała się dostosować. Tak bardzo, że postanowiła 
nie   pogrążać   się   w   pracy,   tylko   wyjść   na   godzinny   spacer, 

korzystając z pięknej jesiennej pogody.

Była   przyzwyczajona   do   zatłoczonych   ulic,   spieszących   się 

przechodniów,   ulicznego   zgiełku.   Teren   należący   do   Roarke'a   ją 
zadziwiał. Był to w rzeczywistości doskonale utrzymany ogród, cichy 

i bogaty w drzewa i rośliny. Pachniał jesienią.

Spojrzała   w   górę   na   prawie   puste   niebo.   Żadnych   rozkle-

kotanych   powietrznych   autobusów   ani   ciekawskich   turystów 
zerkających w dół.

Świat, który znała i który znał ją, znajdował się za murami 

tego domu.

Tutaj   mogła   na   krótko   zapomnieć,   że   istnieje   Nowy   Jork, 

zbrodnie i gwałt. Potrzebowała ciszy i świeżego powietrza. Krocząc 

po bujnej, gęstej trawie przyglądała się pierścionkowi na palcu.

background image

Po północnej stronie domu rosły winne krzewy o purpurowych 

kwiatach.  To   tutaj   brali  z   Roarkiem   tradycyjny   ślub.   Starodawna 

ceremonia nie zmieniająca się od wieków: goście, kwiaty, te same 
zwroty, te same słowa i gesty.

Niektóre obrzędy trwają i ludzie nieustannie wierzą w ich moc. 

I tak jest od Kaina i Abla. Jeden uprawiał pole, drugi opiekował się 

stadem.   Obydwaj   składali   ofiary.   Jeden   został   przyjęty,   drugi 
odrzucony. Tak, można by rzec, urodziło się dobro i zło. Dobro i zło, 

które potrzebują siebie nawzajem dla zachowania równowagi.

I   tak   od   wieków.   Można   zignorować   wiedzę   i   logikę,   ale 

zwyczaje, rytuały, kadzidła, śpiew i wino symbolizujące krew trwają.

I ofiary z niewinnych.

Poirytowana własnymi myślami, potarła dłońmi twarz. Uważała 

filozofowanie za bezużyteczną głupotę. Ludzie zabijają i ludzie też 

wymierzają sprawiedliwość. To w końcu jest ta równowaga między 
złem a dobrem.

Usiadła na trawie pod winnym krzewem i mocno zaciągnęła się 

wieczornym powietrzem.

- To do ciebie niepodobne - zza jej pleców wyłonił się Roarke. 

- Rozmyślanie na łonie natury?

- Chyba za dużo czasu spędziłam dziś w zamkniętych pomiesz-

czeniach. - Uśmiechnęła się, kiedy podał jej jeden z czerwonych 

kwiatów. Przyjrzała się mężowi.

Położył   się   koło   niej   na   trawie   i   podparł   twarz   dłońmi. 

Wyglądał na zrelaksowanego. Z przerażeniem pomyślała, co powie 

background image

Summerset o plamach z trawy na jego ubraniu. Ładnie pachniał, 
wodą męską i drogą. Poczuła falę pożądania.

- Udany dzień? - zapytała.
- Najdalej za dwa dni dostaniemy forsę. 

Wsunęła palce w jego włosy.
- Nie chodzi o pieniądze, prawda? Chodzi o ich zarabianie?

- Och, o pieniądze - jego oczy śmiały się do niej. - I zarabianie. 

- Zerwał się nagle, objął ją i pocałował.

- Poczekaj.
Nie zdążyła mu umknąć i znalazła się pod nim.

- Czekam.
Jego usta chciwie zamknęły się na jej szyi.

- Chcę z tobą porozmawiać.
- W porządku. Ty mów, a ja zdejmę z ciebie te ubrania. Nadal 

masz broń - zdziwił się. - Zamierzałaś coś upolować?

- To niezgodne z regulaminem miasta. - Złapała go za rękę, 

kiedy dotknął jej piersi. - Chcę pogadać.

- A ja chcę się z tobą kochać. Zobaczymy, kto wygra. Powinna 

czuć złość, że już rozpiął jej bluzkę i że czuła w piersiach ciepły ból 
pożądania.

Dosięgnął do nich ustami. Mimo odczuwanej przyjemności, nie 

chciała tak łatwo mu się poddać. Rozluźniła się, jęknęła i wsunęła 

rękę w jego włosy.

-   Twoja   kurtka   -   mruknęła,   ciągnąc   za   rękaw.   Kiedy   się 

odchylił, żeby się rozebrać, przygniotła mu krocze kolanem, a ramię 
zacisnęła na gardle.

background image

-   Jesteś   podstępna.   -   Bez   trudu   mógłby   uwolnić   się   od 

ramienia,   ale   kolano?...   Są   rzeczy,   których   mężczyzna   nigdy   nie 

ryzykuję. Nie odwracając wzroku od oczu żony, powoli uniósł dłonie 
i   okrężnymi   ruchami   zaczął   wodzić   nimi   po   jej   piersiach.   - 

Podziwiam to u kobiet.

-   Nie   jesteś   trudnym   przeciwnikiem.   -   Poczuła   muśnięcie 

palców na brodawce. - Podziwiam to u mężczyzn.

- No teraz mnie masz. - Odpiął pasek spodni. - Bądź miła. 

Uśmiechnęła się, rozpostarła ręce i pochyliła się. Dotknęła ustami 
jego ust.

Usłyszała, jak wstrzymuje oddech, obejmując ją.
- Kolano - wystękał.

- Hm? - Pożądanie rozpalało już całe jej ciało. Przesunęła usta 

na jego szyję.

- Weź kolano, kochanie. - Rzuciła się do jego ucha, prawie 

zgniatając mu krocze. - To boli.

- Och, przepraszam. - Opuściła kolano i pozwoliła, żeby się na 

niej położył. - Zapomniałam.

- Na to wygląda. Mogłaś mnie uszkodzić na zawsze.
-  Aa.  -  Z dzikim  grymasem odsunęła  suwak   jego  spodni.  - 

Założę się, że mogę ci to wynagrodzić.

Wpatrywał się w nią, kiedy ich usta się połączyły.

Niebo nad nimi poczerwieniało, cienie wydłużyły się, rozległ się 

wieczorny   śpiew   ptaków,   liście   szemrały.   Dotyk   jego   rąk   był  jak 

cudowne lekarstwo usuwające z niej brzydotę i ból świata.

background image

Nawet nie wiedziała, że potrzebuje ukojenia, pomyślał Roarke, 

doprowadzając   żonę   do   powolnego   i   pełnego   czułości   orgazmu. 

Sam   też   tego   potrzebował,   pomyślał,   całując   w   świetle   za-
chodzącego słońca kobietę, która tak bardzo go fascynowała.

Otoczyła go ściśle ramionami.
- Pozwoliłam ci się uwieść.

- Uhu.
- Nie chciałam urazić twoich uczuć.

-   Jestem   wdzięczny.   Zniosłaś   moje   zaloty   ze   stoickim 

spokojem.

- Policjanci muszą umieć się opanować.
Roarke przeciągnął dłonią po trawie i podniósł jej odznakę.

- Pani odznaka, pani porucznik. Klepnęła go w pośladek.
- Złaź ze mnie, ty słoniu.

- Mów do mnie tak słodko, a nie wiem, co się jeszcze wydarzy. 

- Przekręcił się leniwie na bok, zauważając przy okazji, że niebo z 

niebieskiego stało się jasnoszare. - Jestem głodny. Zajęłaś mi czas i 
minęła pora obiadu.

Eve usiadła i zaczęła ciągnąć go za ubranie.
- Miałeś swój seks, a teraz moja kolej. Musimy pogadać.

- Możemy porozmawiać przy obiedzie. - Westchnął, widząc jej 

stalowe spojrzenie. - Albo tutaj. Jakiś problem? - zapytał i wcisnął 

kciuk w dołeczek w jej podbródku.

- Powiedzmy, że mam kilka pytań.

- Mogę znać odpowiedzi. Pytaj.

background image

- Zacznę od...  - przerwała  i odetchnęła. Roarke siedział na 

trawie prawie nagi. Przypominał lśniącego i zadowolonego z życia 

kota. - Ubierz się, dobrze? Rozpraszasz mnie. - Rzuciła mu koszulę, 
a on w odpowiedzi uśmiechnął się z przekorą. - Kiedy wróciłam dziś 

do domu, czekała na mnie Mavis.

- Och - Obejrzał koszulę i mimo że nie wyglądała najlepiej, 

zarzucił ją na ramiona. - Dlaczego nie została?

- Ma dzisiaj koncert w „Down and Dirty”. Roarke, dlaczego mi 

nie powiedziałeś, że jesteś właścicielem „Eclectic”?

- To nie jest tajemnica. - Wsunął spodnie, po czym podał jej 

kaburę. - Jestem właścicielem jeszcze kilku przedsiębiorstw.

- Wiesz, o czym mówię. - Postanowiła zachować cierpliwość, 

bo   wkraczała   na   teren   delikatny   dla   nich   obojga.   -   „Eclectic” 
zaproponował Mavis kontrakt.

- Wiem.
- Wiem, że ty wiesz - warknęła, odtrącając jego rękę, kiedy 

chciał   poprawić   jej   włosy.   -   Do   cholery,   Roarke,   mogłeś   mi 
powiedzieć. Byłabym przygotowana, kiedy mnie zapytała.

- O co? To zwyczajny kontrakt. Oczywiście jej agent lub ktoś ją 

reprezentujący powinien go przejrzeć, ale...

- Czy zrobiłeś to dla mnie? - przerwała, patrząc mu prosto w 

oczy.

- Czy co dla ciebie zrobiłem? 
Teraz już zgrzytała zębami.

- Zaoferowałeś Mavis kontrakt.
Skrzyżował ramiona i przekrzywił na bok głowę.

background image

- Nie planujesz  chyba  rzucić policji  i zostać agentem artys-

tycznym?

- W takim razie ta sprawa nie ma z tobą nic wspólnego.
- Chyba nie powiesz, że podoba ci się muzyka Mavis.

-   Nie   jestem   pewien,   czy   można   użyć   słowa   muzyka   na 

określenie tego, co tworzy Mavis.

- A widzisz - wycelowała w niego palcem.
-   Niemniej   jej   twórczość   jest,   powiedziałbym,   komercyjna. 

„Eclectic”   ma   za   cel   produkować   i   wydawać   nagrania   artystów 
komercyjnych.

Eve zaczęła bębnić palcami po kolanie.
- A więc to czysty interes.

- Naturalnie. Podchodzę do interesów bardzo poważnie.
- Równie dobrze możesz mnie nabierać - stwierdziła po chwili. 

- Umiesz oszukiwać.

- To prawda. - Uśmiechnął się, zadowolony, że jest jednym z 

niewielu, którzy są w stanie nabrać jego żonę. - Tak czy inaczej, 
umowa jest już podpisana. To wszystko?

- Nie - syknęła, potem pochyliła się i pocałowała go. - Dzięki.
- Proszę.

- Jeśli chodzi o drugą sprawę, to umówiłam się dziś wieczorem 

z pewnym facetem w klubie „Athame”. - Zauważyła, że oczy mu 

zalśniły i że zacisnął zęby. - Chciałabym, żebyś ze mną poszedł.

- Tak po prostu? To twoja zawodowa sprawa, czy nie robisz z 

niej wielkiego halo?

background image

- Nie. Po pierwsze chcę, żebyś był, bo możesz się przydać, po 

drugie, zaoszczędzę czas. Najpierw byśmy się kłócili, czy masz ze 

mną pójść, a w końcu i tak postawiłbyś na swoim. Kiedy ja cię 
proszę, żebyś poszedł, pójdziesz, przecież ja rządzę.

- Sprytne. - Chwycił ją za rękę i podciągnął na nogi. - Zgoda, 

ale po lunchu. Straciłem obiad.

-   Jeszcze   jedno.   Dlaczego   kazałeś   wygrawerować   na   moim 

zaręczynowym pierścionku celtycki symbol?

Zaskoczyła go, ale próbował to ukryć.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- Nie, tym razem nie byłeś dość szybki. - Ucieszyła się, że 

spostrzegła świetnie krytą chwilę zawahania. - Doskonale wiesz, o 

czym mówię. Jedna z wiedźm z sąsiedztwa dzisiaj mi to powiedziała.

- Rozumiem. - Podniósł jej dłoń, by przyjrzeć się pierścionkowi. 

- Wspaniały wzór.

- Nie rób ze mnie idiotki, Roarke. Jestem profesjonalistką. - 

Zajrzała mu w oczy. - Ty to kupujesz. Ty naprawdę wierzysz w te 
hokus - pokus.

- To nie tak - motał się.
-   Zmieszałeś   się.   -   Była   zaskoczona   i   rozbawiona.   -   To   do 

ciebie niepodobne, ale nawet słodkie.

- Wcale się nie zmieszałem. Po prostu  nie bardzo lubię się 

tłumaczyć.   Kocham   cię   -   zamilkł,   bo   przeszkodził   mu   gardłowy 
kaszel. - Ryzykujesz życie, a ono jest dla mnie najważniejsze. To 

jest taka... - musnął pierścionek - mała, osobista tarcza ochronna.

background image

-   Miło   z   twojej   strony,   Roarke,   naprawdę.   Ale   chyba   nie 

wierzysz w te magiczne nonsensy.

Uniósł oczy, które w wieczornym świetle zamigotały jak oczy 

wilka. A właśnie wilkowi ma zaufać, przypomniała sobie.

- Twój świat jest relatywnie mały, Eve. Nie widziałaś tańców 

olbrzymów ani nie czułaś mocy pradawnych kamieni. Nie dotykałaś 

rzeźby Ogham w pniu drzewa wyżartym przez czas ani nie słyszałaś 
szeptów rozchodzących się nad sekretnymi miejscami.

Zaskoczona, potrząsnęła głową.
- Bo tylko Irlandczycy to potrafią?

- Nie chodzi tu o narodowość czy rasę. Ty trzymasz się blisko 

ziemi. - Pogładził jej ramię. - Jesteś niemal brutalnie uczciwa. Mój 

styl   życia,   z   drugiej   strony,   można   by   nazwać   dość   giętkim. 
Potrzebuję cię i wykorzystam każdy sposób, by cię chronić. - Uniósł 

pierścionek do ust.

- W porządku. - Nie znała go od tej strony. Ciekawe. - Ale nie 

kryjesz gdzieś rytualnej komnaty, gdzie tańczysz i śpiewasz?

-   Miałem   taką,   ale   przerobiłem   na   garsonierę.   To   bardziej 

użyteczne.

- Dobry pomysł. Chodźmy coś zjeść.

- Dzięki Bogu. - Złapał ją za rękę i pociągnął do domu.

background image

7

„Athame” lśniła elegancją która była zasłoną dla deprawacji, 

podobnie jak uśmiech dziecka na twarzy polityka. Jedno spojrzenie 
wystarczyło,   że   Eve   wolałaby   spędzić   wieczór   w   podrzędnej 

knajpce, śmierdzącej zatęchłym odorem alkoholu i potem gości, niż 
tutaj.

Klub składał się z dwóch kondygnacji. Dokoła parteru ciągnął 

się balkon otoczony szklaną balustradą o chromowych poręczach. 

Ci, którzy chcieli mieć widok z góry, mogli powoli krążyć wokół sali. 
W centralnym punkcie znajdował się bar, rozchodzący się w pięciu 

kierunkach,   a   przy   każdej   odnodze   siedzieli   goście   na   wysokich 
barowych stołkach przedstawiających przesadzonej wielkości części 

ludzkiego ciała.

Dwie   kobiety   w   kusych   spódniczkach   z   rozłożonymi   nogami 

zajmowało   stołki   w   kształcie   prącia   w   stanie   erekcji.   Śmiały   się 
głośno. Ogolony na łyso kelner wsadzał im ręce za bluzki.

Na   ścianach   wisiały   duże   lustra,   oświetlone   przyćmionymi 

czerwonymi   lampkami.   Niektóre   ze   stolików   przy   parkiecie 

tanecznym otoczone były parawanami oddzielającymi je od reszty 
sali. Inne znów osłaniały szklane ścianki.

Była też scena, na której produkował się akurat jakiś zespół. 

Grali ciężko i głośno. Eve zastanawiała się, co Mavis powiedziałaby o 

pomalowanych   twarzach   członków   grupy,   ich   wytatuowanych 
piersiach i czarnych skórzanych kurtkach z ćwiekami. Pewnie by ich 

wyśmiała.

background image

- Usiądziemy? - zapytał wprost do jej ucha Roarke?
- Idziemy na górę - postanowiła. - Co to za zapach? 

Weszli na ruchome schody.
- Cannabis, kadzidła. Pot.

Potrząsnęła głową. Czuła coś jeszcze, coś metalicznego.
- Krew. Świeża krew. 

On też to wyczuł.
- W takich miejscach puszczają wentylacją środki odurzające.

- Urocze.
Znaleźli się na balkonie. Na podłodze leżały poduchy i grube 

dywaniki.   Ciekawscy   przewieszali   się   przez   chromową   poręcz, 
rozglądając   się   po   sali.   Eve   domyślała   się,   że   polują   na   poten-

cjalnego partnera, którego da się namówić na seks w specjalnym 
pokoju.

Takich pokoi na piętrze znajdowało się około dwunastu. Do 

każdego   prowadziły   ciężkie,   pomalowane   na   czarno   drzwi,   na 

których   wisiały   plakietki   z   napisami   „Zatracenie”,   „Lewiatan”   i   - 
bardziej bezpośrednie zdaniem Eve - „Piekło” i „Przekleństwo”.

Z łatwością wyobraziła sobie typ ludzi, których pociągają takie 

nazwy.

Mężczyzna obok niej, z oczami lśniącymi od alkoholu, zaczął 

obmacywać swoją towarzyszkę. Wkładał jej rękę pod spódnicę, a 

ona   śmiała   się   głośno.   Teoretycznie   mogłaby   zatrzymać   ich   za 
uprawianie seksu w publicznym miejscu.

- Nie ma sensu - rzucił Roarke, odgadując jej myśli. Mówił 

ściszonym głosem. Gdyby ktoś mu się przyjrzał, zobaczyłby lekko 

background image

znudzonego mężczyznę, jednak w rzeczywistości był przygotowany 
na obronę lub atak, zależnie od sytuacji. - Masz ważniejsze rzeczy 

do zrobienia niż zamykanie tej parki z Queens.

- Skąd wiesz, że są z Queens?

Zanim zdążył odpowiedzieć, młody przystojny wykidajło z buj-

nymi   blond   włosami   i   gołymi   błyszczącymi   ramionami   opadł   z 

hukiem na ziemię obok zajętej sobą parki. Coś powiedział, a kobieta 
zaczęła   chichotać,   po   czym   obdarowała   go   wyuzdanym 

pocałunkiem.

- Chodź z nami, co? - zawołała ochoczo z akcentem z Queens. 

Goryl wstał i gestem zachęcił parę, żeby za nim poszła.

- Queens - powtórzył z przekonaniem Roarke. - Sprytnie. - Z 

zaciekawieniem   odprowadzał   wzrokiem   parę,   którą   wykidajło 
skierował do jednego z pokoi. - Dopłacą za wypożyczenie pokoju i 

po kłopocie.

-   Wynajęcie   go   musi   nieźle   kosztować   -   zauważyła   Eve.   - 

Jednak... - rozejrzała się. Goście klubu byli w różnym wieku, od 
bardzo   młodych,   którzy   z   pewnością   weszli   na   podrobionych 

dokumentach, do zupełnie leciwych. Sądząc po biżuterii i ubraniach, 
klientela   zaliczała   się   do   wyższej   średniej   klasy.   -   Nie   ma   tu 

biedaków. Dostrzegłam co najmniej pięć drogich prostytutek.

- Ja się doliczyłem dziesięciu. 

Zmarszczyła czoło.
- Mamy też około dwunastu uzbrojonych goryli.

background image

- Zgadza się. - Objął ją w pasie i podprowadził do poręczy. Na 

parkiecie tłoczyły się pary ocierające się o siebie wymownie. Dzikie 

okrzyki i śmiech odbijały się od lustrzanych ścian.

Orkiestra rozpoczęła swój pokazowy numer. Dwie wokalistki 

zostały   przywiązane   skórzanymi   pasami   do   zwisających   z   sufitu 
srebrnych łańcuchów. Bębny waliły. Tancerki podpłynęły na skraj 

sceny,   na   którą   po   chwili   wskoczył   jakiś   mężczyzna  z   widowni   i 
zabrał się do zdzierania skąpych sukienek tancerek. Po sekundzie 

były nagie, nie licząc lśniących gwiazdek na brodawkach i łonach.

Tłum   wył   i   wiwatował.   Mężczyzna   namaszczał   kobiety 

olejkami, a one wiły się w łańcuchach, błagając o zlitowanie.

- Przeginają - skomentowała Eve.

- To występ. - Roarke przyglądał się, jak jeden z muzyków 

okłada wokalistkę pluszowym sznurem. - Nadal w granicach prawa.

-   To   upadlające   przedstawienie   zachęca   do   rzeczywistego 

czynu. - Zacisnęła zęby, kiedy drugi z muzyków zaczął bić po twarzy 

jedną z tancerek. - Świat powinien już dawno porzucić ten rodzaj 
wyzysku kobiet. Ale tak nie jest. Czego oni oczekują?

-   Tanich   wrażeń.   -   Pogładził   ją   po   karku.   Wiedziała,   co   to 

znaczy być związaną i bitą. - Nie ma sensu na to patrzeć, Eve.

- Dlaczego oni to robią? - zastanawiała się. - Dlaczego kobieta 

godzi   się   na   takie   traktowanie,   nieważne,   czy   na   scenie,   czy   w 

rzeczywistości?   Dlaczego   nie   kopnie   go   w   jaja,   aż   mu   wyjdą 
gardłem?

- Nie jest tobą. - Pocałował ją i stanowczo oderwał od poręczy. 

Tłoczyło   się   przy   niej   mnóstwo   zaciekawionych   występem   gości. 

background image

Kiedy   schodzili   z   piętra,   podeszła   do   nich   kobieta   w   zwiewnej 
czarnej sukni.

-   Witam   na   górnym   poziomie.   Czy   macie   rezerwację? 

Cierpliwość Eve wyczerpała się. Wyciągnęła odznakę.

- Nie interesuje mnie to, co tu podajecie.
- Dobre jedzenie i wino - odparła kelnerka, zerkając szybko na 

odznakę. - Prowadzimy legalny interes, pani porucznik. Jednak, jeśli 
życzy sobie pani porozmawiać z właścicielem...

-   Już   to   zrobiłam.   Chcę   się   zobaczyć   z   Lobarem.   Gdzie   go 

znajdę?

- Nie pracuje na tym poziomie. - Z dyskrecją i subtelnością 

wytrawnego   maître   d'hôtel   wskazała   na   parter.   -   Proszę   tam 

przejść, a Lobar zaraz do was dołączy.

- Dobrze. - Przyjrzała się atrakcyjnej twarzy kelnerki. Dziew-

czyna   miała   nie   więcej   niż   dwadzieścia   pięć   łat.   -   Dlaczego   to 
robisz?   -   zapytała   i   spojrzała   na   jeden   z   ekranów,   na   którym 

szamotała się jakaś kobieta przywiązana do marmurowego pala. - 
Jak możesz to robić?

Kelnerka tylko zerknęła na jej odznakę, po czym uśmiechnęła 

się słodko.

- A pani? - odrzekła i odeszła.
Zespół nie przestawał grać, ale teraz uwaga wszystkich skupiła 

się na szerokim ekranie ustawionym w głębi sceny. Eve od razu 
zrozumiała   dlaczego.   Klub   nie   miał   pozwolenia   na   występy 

przedstawiające seks na żywo, ale poradzono sobie z problemem za 
pomocą wideo.

background image

Dwie wokalistki nadal śpiewały, wypluwając sobie płuca, tyle 

tylko   że   za   sceną,   przed   kamerą,   w   towarzystwie   mężczyzny   z 

widowni i jeszcze jakiegoś drugiego, nagiego, za to z maską dzika 
na twarzy.

- Świnie - wyrwało się Eve, po czym jej wzrok padł na czyjeś 

przekrwione, lśniące oczy.

-   Proszę   do   stolika.   -   Młody   mężczyzna   uśmiechnął   się, 

pokazując   połyskujące   zęby,   których   kły   zostały   opiłowane   na 

kształt   wampirzych.   Odwrócił   się.   Czarne   włosy   z   czerwonymi 
pasmami opadały mu na kark. Otworzył szklane drzwi przepierzenia.

- Nazywam się Lobar. - Znowu się uśmiechnął. - Spodziewa-

łem się was.

Byłby   zupełnie   przystojny,   gdyby   nie   te   wampirze   kły   i 

czerwone   białka.   Eve   kojarzył   się   z   przerośniętym   chłopcem 

przebranym   na   Halloween.   Musiał   zupełnie   niedawno   skończyć 
osiemnastkę. Miał delikatną pozbawioną owłosienia pierś, ramiona 

szczupłe jak u dziewczyny. Jednak to nie czerwień oczu odbierała 
mu niewinność. To ich wyraz.

- Usiądź, Lobar.
- Jasne. - Opadł na krzesło. - Napiję się czegoś. Pani płaci - 

stwierdził.   -   Zajmujecie   mi   czas,   więc   płacicie.   -   Wystukał 
zamówienie na elektronicznym menu, po czym przekręcił krzesło, by 

móc widzieć ekran. - Wspaniały show.

Zerknęła w stronę sceny.

- Przydałoby się poprawić scenariusz - odrzekła sucho. - Masz 

jakiś dokument, Lobar?

background image

Chłopak uniósł dłonie.
- Nie przy sobie. Chyba że myśli pani, że ukrywam na skórze 

sekretne kieszenie?

- Jak masz naprawdę na imię?

Uśmiech   z   jego   twarzy   znikł,   a   w   to   miejsce   pojawił   się 

dziecinny grymas.

-   Lobar.   Tak   się  nazywam.   Nie   muszę  odpowiadać   na   pani 

pytania, chociaż jestem skłonny do współpracy.

-   Jesteś   prawdziwie   oddanym   obywatelem.   -   Poczekała,   aż 

drink wyłoni się ze specjalnego otworu. - Alice Lingstrom. Co o niej 

wiesz?

- Niewiele, oprócz tego, że to była głupia zdzira. - Wziął łyk. - 

Kręciła się tu jakiś czas, potem zwiała. Pan nie potrzebuje takich 
słabeuszy.

- Pan?
Znowu upił drinka i uśmiechnął się.

- Szatan - wyjaśnił.
- Wierzysz w szatana?

- Jasne. - Pochylił się i wysunął w stronę Eve dłoń z długimi 

palcami   o   paznokciach   pomalowanych   czarnym   lakierem.   -   A   on 

wierzy w ciebie.

- Uważaj - mruknął Roarke. - Jesteś za młody i za głupi, żeby 

stracić rękę.

Lobar sarknął, ale cofnął dłoń.

- Twój pies? - rzucił w stronę Eve. - Twój bogaty pies. Wiemy, 

kim jesteś - dodał, wlepiając czerwone oczy w Roarke'a. - Pieprzony 

background image

dupek. Tu nie masz żadnych wpływów, ani ty, ani twoja pieprzona 
gliniara.

-  Nie  jestem  jego   gliniara   -  odpowiedziała   spokojnie,  spog-

lądając ostrzegawczo na męża. - Jestem swoją własną gliniara. A 

jeśli chodzi o wpływy... - Wyprostowała się. - No cóż, mogę zabrać 
cię   do   centrali   na   przesłuchanie.   -   Uśmiechnęła   się,   opuszczając 

wzrok na jego nagą pierś i pobłyskujące w brodawkach kółka. - 
Chłopcy byliby szczęśliwi, gdyby cię dostali w swoje ręce. Miluśki, 

prawda, Roarke?

- W demonicznym stylu. Masz bardzo... interesującego den-

tystę. - Wyjął papierosa i zapalił.

- Mógłbym też zapalić? - zapytał Lobar.

-   Tak?   -   Roarke   ze   wzruszeniem   ramion   pchnął   drugiego 

papierosa   po   stoliku.   Lobar   podniósł   go   i   patrzył   wyczekująco. 

Roarke skrzywił usta w kpiącym uśmiechu. - Pewnie chcesz ognia? 
Sądziłem, że umiesz go wzniecić tymi czarnymi paznokciami.

-   Nie   robię   sztuczek   dla   zabawy.   -   Chłopak   pochylił   się   po 

ogień. - Słuchajcie, chcecie się dowiedzieć czegoś o Alice, ale ja nie 

mogę wam pomóc. Nie była w moim typie. Zbyt ograniczona i ciągle 
zadawała pytania. Jasne, że klika razy ją przeleciałem, ale tylko w 

czasie ceremonii. Nic w tym nie było osobistego.

- A tej nocy, kiedy została zabita?

Wypuścił   dym   i   ponownie   mocno   się   zaciągnął.   Nigdy 

wcześniej nie palił tytoniu i ten drogi narkotyk odurzył go lekko.

background image

- Nie widziałem jej. Byłem zajęty. Miałem prywatną ceremonię 

z Seliną i Albanem. Seksualny rytuał. Pieprzyliśmy się prawie całą 

noc.

Znowu   się   zaciągnął,   wstrzymał   powietrze,   tak   jakby   palił 

marihuanę, następnie wydmuchał dym nosem.

- Selina lubi dwóch kochanków naraz, a potem przygląda się i 

sama sobie dogadza. Miała dosyć dopiero nad ranem.

-   A   więc   we   troje   spędziliście   razem   całą   noc?   Nikt   nie 

wychodził, nawet na kilka minut?

Poruszył kościstymi ramionami.

- Tak to jest w trójkącie. Nie trzeba czekać. - Opuścił suges-

tywnie wzrok na jej biust. - Chcesz spróbować?

- Nie zamierzasz chyba uwieść gliny, Lobar. Poza tym ja lubię 

mężczyzn, a nie chudych chłopców w idiotycznym przebraniu. Kto 

zadzwonił do Alice i puścił jej nagranie. Pieśń?

Znowu wydął dziecinnie usta, bo zraniła jego dumę. W duchu 

powiedział sobie, że gdyby z tą dziwką policjantką został sam na 
sam pokazałby jej kilka sztuczek.

-   Nie   mam   pojęcia,   o   czym   mówisz.   Alice   nikogo   nie   ob-

chodziła, była nikim.

- Obchodziła jej dziadka.
- Słyszałem, że też nie żyje. - Czerwone oczy zabłysły. - Stary 

piernik, taki gliniarz zza biurka, przyciskający guziki.

- Wystarczy, że był policjantem - zaznaczyła Eve. - Pracował 

za biurkiem, to prawda, ale skąd ty o tym wiesz, Lobar?

background image

Zorientowawszy się, że popełnił błąd, chłopak zdusił resztkę 

papierosa krótkimi silnymi ruchami.

-   Musiałem   od   kogoś   usłyszeć.   -   Odsłonił   kły   w   szerokim 

uśmiechu. - Pewnie od Alice, kiedy ją pieprzyłem.

-   Źle   to   świadczy   o   twoich   talentach,   skoro   opowiadała   o 

dziadku, podczas gdy ją... pieprzyłeś.

- Dobra, usłyszałem to gdzieś indziej. - Złapał kielich i upił 

spory łyk. - Co to za wielka pieprzona sprawa? Był stary.

- Czy go tu kiedykolwiek widziałeś?
-   Widzę   tu   wiele   osób.   Nie   przypominam   sobie   żadnego 

starego gliny. - Machnął ręką. - Tutaj co wieczór jest kupa luda. 
Skąd   mam   wiedzieć,   kto   wchodzi?   Selina   wynajęła   mnie,   żebym 

zajmował się tymi, którzy przeszkadzają a nie żeby zapamiętywać 
twarze gości.

- Selina prowadzi tu niczego sobie interes. Czy nadal sprzedaje 

narkotyki? Tobie też?

Spojrzał na nią chytrze.
- Czerpię moc z wiary. Nie potrzebuję narkotyków.

-   Czy   widziałeś   kiedyś   składanie   ofiary   z   człowieka?   Czy 

zarżnąłeś dziecko dla swojego Pana, Lobar?

Skończył drinka jednym haustem.
-   To   fantazje   niewierzących.   To   tacy   ludzie   jak   wy   robią   z 

satanistów potwory.

- Tacy jak my - mruknął Roarke, mierząc Lobara od czarnych 

włosów   do   kółek   w   piersiach.   -   Tak,   rzeczywiście,   my   jesteśmy 
stronniczy, a ty, po prostu... pobożny.

background image

-   Słuchajcie,   to   jest   religia.   A   w   tym   kraju   mamy   wolność 

wyznania. Chcecie nam wepchnąć waszego Boga w gardło? Cóż, my 

go odrzucamy. Odrzucamy te jego idiotyczne przykazania. Będziemy 
rządzić w piekle. - Poderwał się od stołu. - Nie mam nic więcej do 

powiedzenia.

-   W   porządku   -   Eve   spokojnie   spojrzała   mu   w   oczy.   -   Ale 

zastanów się, Lobar. Już są trupy. Będą następne. Żebyś to nie był 
ty.

Usta mu zadrżały, potem je zacisnął.
- Albo ty - odwarknął i wybiegł z kabiny.

- Jaki atrakcyjny młodzieniec - skwitował Roarke. - Doskonały 

nabytek dla piekieł.

-   Tam   właśnie   podąża.   -   Rozejrzała   się   szybko,   po   czym 

wepchnęła   pusty   kielich   do   torebki.   -   Chcę   sprawdzić,   skąd 

pochodzi. Odczytam odciski w domu.

- Dobrze. - Podniósł się i podał jej rękę. - Ale najpierw wezmę 

prysznic. To miejsce zostawia na skórze ohydny odór.

- To prawda.

Robert Allen Mathias - odczytała dane z monitora. - Skończył 

osiemnaście lat przed rokiem. Urodził się w Kansas, syn Jonathana i 
Elaine Mathiasów, obydwoje są diakonami w kościele baptystów.

- O, dziecko księdza - wtrącił Roarke. - Te dzieciaki często się 

buntują. Wygląda na to, że mały Robert nie był inny.

-   Mam   tu   jego   akta   -   ciągnęła.   -   Same   problemy:   małe 

kradzieże, włamania, ucieczki, napad. Zanim skończył trzynaście lat, 

background image

uciekał z domu cztery razy. Kiedy miał piętnaście ukradł samochód. 
Dostał   kuratora.   Posłali   go   do   szkoły   stanowej,   ale   po   roku 

wypchnięto   go   do   poprawczaka   za   usiłowanie   zgwałcenia 
nauczycielki.

- Słodki chłopczyk - burknął Roarke. - Wiedziałem, że musi 

istnieć powód, dla którego miałem ochotę wydłubać mu te krwiste 

oczęta. Ciągle je wgapiał w twój biust.

-   Tak.   -   Eve   nieświadomie   potarła   piersi,   jakby   starała   się 

zetrzeć z nich coś wstrętnego. - Portret psychologiczny zgadza się z 
twoimi  przypuszczeniami: socjopatyczne skłonności,  brak  kontroli, 

silne wahania nastroju. Obiekt żywi głęboką niechęć do rodziców i 
innych autorytetów, w tym zwłaszcza do osób płci żeńskiej. Wysoki 

poziom   inteligencji   oraz   gwałtowności.   Wykazuje   całkowity   brak 
sumienia i wysoce przesadzone zainteresowanie okultyzmem.

- Co on, w takim razie, robi na ulicy. Dlaczego nie siedzi?
-   Ponieważ   takie   jest   prawo.   Nie   można   go   było   zamknąć, 

dopóki nie uzyskał pełnoletności. - Wydęła policzki i wydmuchnęła 
powietrze. - To niebezpieczny mały drań, ale niewiele mogę z nim 

zrobić. Potwierdza wersję Seliny dotyczącą nocy, w której zginęła 
Alice.

- Został poinstruowany - zauważył Roarke.
- Ale wszystko do siebie pasuje. Chyba że uda mi się znaleźć 

słaby   punkt   w   ich   wersji.   Wiem,   gdzie   mieszka.   Mogę   tam 
powęszyć,   może   sąsiedzi   coś   mi   powiedzą.   Może   go   na   czymś 

przyłapię i trochę ponaciskam. Sądzę, że mały Bobby się złamie.

- A jeśli nie?

background image

- Jeśli nie, będę dalej szukała. - Potarła oczy. - Dopadniemy go 

wcześniej czy później. W końcu przecież kogoś napadnie, zgwałci 

jakąś   kobietę,   kopnie   nie   ten   tyłek,   co   trzeba.   Wtedy   go 
przymkniemy.

- Twoja praca jest beznadziejna.
- To prawda - zgodziła się. - Jesteś zmęczony?

- To zależy. - Spojrzał na monitor. Domyślał się, że żona chce 

jeszcze popracować. Westchnął. - Czego potrzebujesz?

- Ciebie. - Czuła, że się rumieni, na co Roarke zrobił zdziwioną 

minę. - Wiem, że jest późno i mieliśmy ciężki dzień, ale chciałabym 

jakoś go z siebie zmazać. - Zmieszana zwróciła twarz do monitora. - 
To głupie.

Roarke zawsze się zastanawiał, dlaczego Eve tak trudno jest o 

coś poprosić. O cokolwiek.

- Nie jest to najbardziej romantyczna propozycja, jaką otrzy-

małem. - Położył dłoń na jej ramieniu. - Ale na pewno niegłupia. 

Zamknij - rzucił w stronę komputera i monitor zrobił się czarny. 
Okręcił fotel, na którym siedziała, i złapał ją za dłonie. - Chodźmy 

do łóżka.

-   Roarke.   -   Objęła   go   za   szyję.   Nie   potrafiła   wytłumaczyć, 

dlaczego   wydarzenia   z   dnia   pozostawiły   w   niej   nieprzyjemne 
uczucie. Cała drżała w środku. Przy mężu się uspokajała. - Kocham 

cię. - Uśmiechnęła się lekko i uniosła głowę. - Coraz łatwiej mi to 
przechodzi   przez   gardło.   Chyba   spodobało   mi   się   wyznawanie   ci 

miłości.

Z krótkim śmiechem ucałował ją w policzek.

background image

- Chodźmy do łóżka - powtórzył. - Tam powiesz mi to jeszcze 

raz.

Obrządek miał korzenie w pradawnych czasach, a jego celem 

było wezwanie zła. Cały zbór zgromadził się w maskach i habitach w 
prywatnej   komnacie   Seliny.   Roznosił   się   tu   ostry   zapach   świeżej 

krwi.   Czarne   świece   szkarłatnym   płomieniem   rzucały   złowieszcze 
cienie na ściany i sufit.

Tym   razem   na   ołtarzu   leżała   Selina.   Była   naga.   Między   jej 

udami paliła się czarna świeca, a pomiędzy bujnymi piersiami stała 

misa ze świeżą krwią.

Uśmiechała   się,   spoglądając   w   stronę   wielkiej   kadzi 

wypełnionej po brzegi banknotami i żetonami kredytowymi, które 
złożyli tam członkowie zboru za przywilej należenia do niego. Ich 

bogactwo   stało   się   teraz   jej   bogactwem.   Pan   uratował   ją   przed 
żebraczym   życiem   na   ulicy   i   przyprowadził   tutaj,   do   władzy   i 

komfortu.

Z całą radością przehandlowała swoją duszę za te dobra.

Tego wieczoru zbierze jeszcze więcej. Tego wieczoru będzie 

śmierć, będzie dzielenie się ciałem i krwią. Oni nic nie zapamiętają, 

pomyślała.   Dodała   narkotyki   do   mszalnego   wina.   Dzięki   nim 
wykonają każde polecenie Pana.

Tylko ona i Alban będą wiedzieli, że Pan domagał się ofiary i że 

jego żądanie zostało wykonane.

background image

Zbór ją otoczył. Ludzie mieli twarze zakryte kapturami, huśtali 

się   na   boki,   odurzeni   narkotykami,   dymem   i   śpiewami.   Nad   jej 

głową stał Alban z maską dzika na twarzy i z 

athame.

-  

Czcimy jednego Pana - zaczął pięknym, czystym głosem. A 

zbór odpowiedział:

- Szatan jest naszym Panem.

- Co jest jego, jest nasze.
- Ave, szatanie.

Alban uniósł misę i jego wzrok napotkał wzrok Seliny. Uniósł 

nóż  i  kłuł nim  powietrze  w cztery   strony   świata.  Zaczął  wzywać 

demony podziemi. Lista  była długa i egzotyczna. Głosy  wiernych 
przeszły   w   jednostajne   nucenie.   Trzeszczał   ogień   w   kotle   usta-

wionym na marmurowej płycie.

Selina zaintonowała błagalną pieśń.

- Zniszcz naszych wrogów.
- Sprowadź chorobę i ból na tych, którzy chcą nas skrzywdzić. 

Kiedy Alban położył rękę na jej ciele, zaczęła wyć.

- Dla ciebie zniesiemy wszystko. Śmierć dla słabych. Bogactwo 

dla silnych.

Alban zrobił krok do tyłu i po namyśle uznał, że to Lobar ma 

dzisiaj prawo być pierwszy. Skinął w jego kierunku.

-   Nagroda   za   wierność.   Weź   ją   -   rozkazał.   -   Daj   jej   ból   i 

rozkosz.

Chłopak zawahał się. Nie było jeszcze ofiary. Ofiary z krwi. 

Najpierw powinni zarżnąć kozła. Kiedy jednak spojrzał na Seline, 

background image

jego   odurzony   narkotykami   umysł   przestał   pracować.   Tam   leży 
kobieta. Dziwka. Patrzy na niego zimnym, taksującym wzrokiem.

On jej pokaże. Udowodni, że jest mężczyzną. Teraz nie będzie 

tak jak ostatnim razem, kiedy go wykorzystała i upokorzyła.

Tym razem to on będzie górą.
Zrzucił z ramion habit i zrobił krok przed siebie.

background image

8

Eve obudził ciągły sygnał.

- To niemożliwe, żeby już było rano. Dopiero co położyliśmy 

się spać.

- To dzwonek alarmu domowego.
- Co? - Usiadła. - Naszego alarmu?

Roarke już wyskoczył z łóżka i wciągał spodnie. Eve najpierw 

sięgnęła po broń, dopiero potem po ubranie.

- Ktoś się włamał.
-   Chyba   tak   -   potwierdził   spokojnie.   Ponieważ   światło   było 

nadal zgaszone, widziała jedynie kontury jego sylwetki na tle okna. 
Dostrzegła w jego dłoni zarys pistoletu.

-   Skąd,   do   diabła,   go   wziąłeś?   Myślałam,   że   broń   jest 

zamknięta. Do diaska, Roarke, to zabronione. Odłóż pistolet.

- Nie -  odpowiedział  chłodno,  ładując wycofanego z  użytku 

dziewięciomilimetrowego Glocka.

- Cholera. - Złapała nadajnik i z przyzwyczajenia wsadziła go 

do tylnej kieszeni spodni. - Nie wolno ci tego użyć. Sama sprawdzę, 

co   się   dzieje,   to   moje   zadanie.   Ty   zawiadom   komisariat   o 
prawdopodobnym włamaniu.

- Nie - powtórzył i ruszył do drzwi. Eve szła dwa kroki za nim.
- Jeśli postrzelisz kogoś z tej broni, będę musiała cię zaaresz-

tować.

- W porządku.

background image

- Roarke. - Chwyciła go za ramię. - Przepisy nie istnieją bez 

powodu. Wezwij policję.

To mój dom, myślał. Moja kobieta. Fakt, że jest policjantką, 

nie ma w tej chwili najmniejszego znaczenia.

- Nie będzie się pani czuła jak idiotka, pani porucznik, kiedy się 

okaże, że coś się tylko popsuło.

-   Twoje   rzeczy   nigdy   się   nie   psują   -   mruknęła,   a   on 

uśmiechnął się mimo zagrożenia.

- Dzięki. - Otworzył drzwi. Stał za nimi Summerset.
- Zdaje się, że ktoś jest na terenie.

- W którym miejscu przerwało obwód?
- Sekcja piętnasta, sektor południowo - zachodni.

- Kiedy wyjdziemy, włącz wszystkie kamery i alarm w całej 

rezydencji.   Sprawdzimy   ogród.   -   Odruchowym   gestem   pogłaskał 

Eve po plecach. - Dobrze jest mieć w domu gliniarza.

Spojrzała na pistolet w jego dłoni i pomyślała, że z pewnością 

nie zdoła rozbroić męża, poza tym szkoda jej było na to czasu.

-   Jeszcze   sobie   porozmawiamy   -   warknęła   przez   zaciśnięte 

zęby.

- Z przyjemnością.

Schodzili po schodach ramię przy ramieniu. W domu panowała 

już cisza.

- Nie weszli do środka - stwierdził Roarke, zatrzymując się przy 

drzwiach   prowadzących   na   szerokie   patio.   -   Odgłos   alarmu 

zawiadamiający o włamaniu do samego domu jest inny. Ale przeszli 
przez mur.

background image

-   A   to   oznacza,   że   na   naszego   gościa   czy   gości   możemy 

natknąć się wszędzie.

Księżyc był prawie w pełni, ale zasłaniały go gęste chmury. 

Eve powiodła wzrokiem po drzewach i krzewach. Wspaniałe punkty 

obserwacyjne lub na zasadzkę. Słyszała jedynie szelest liści.

-   Musimy   się   rozdzielić.   Tylko,   na   Boga,   nie   użyj   pistoletu, 

chyba   że   w   obronie   życia.   Zwykli   włamywacze   zazwyczaj   nie   są 
uzbrojeni.

- Do mojej posiadłości nie włamują się zwykli złodzieje. Uważaj 

na siebie - powiedział cicho i znikł w cieniu.

Popatrzyła za nim z wahaniem, ale w końcu uznała w duchu, 

że nie potrzebuje martwić się o męża. Wiedziała, że potrafi poradzić 

sobie w trudnych sytuacjach. Skierowała się na zachód.

Otaczała   ją   niemal   bajkowa   cisza.   Kiedy   stąpała   po   gęstej 

murawie,   prawie   nie   słyszała   własnych   kroków.   Za   jej   plecami 
wznosiła się ciemna i ponura sylwetka starego domu, strzeżonego 

przez chuderlawego kamerdynera.

Uśmiechnęła   się.   Chciałaby   zobaczyć   scenę   spotkania 

Summerseta z włamywaczem.

Dotarła   do   muru   i   zaczęła   rozglądać   się   za   przerwą   w 

obwodzie.   Mur   był   wysoki   i   szeroki,   miał   zainstalowany   system 
porażający prądem wszystko, co ważyło ponad siedem kilogramów. 

Kamery   i   reflektory   były   rozstawione   co   trzysta   metrów.   Nagle 
zobaczyła, że w pewnym miejscu światełka kontrolne alarmu świecą 

się na czerwono zamiast na zielono.

background image

To   tutaj   jakiś   sukinsyn   przerwał   obwód.   Skierowała   się   na 

południe.

Roarke kupił posiadłość przed ośmiu laty. Kazał ją przerobić i 

urządzić na nowo. Sam zaprojektował system alarmowy. Był to jego 

pierwszy prawdziwy dom, w którym postanowił osiedlić się na stałe 
po wielu latach szwendania. Teraz, kiedy przeszukiwał ogród, mimo 

że było chłodno, w środku aż kipiał od furii, zły, że ktoś śmiał najść 
jego posesję.

Cały   czas   kalkulował,   z   kim  ma   do   czynienia.   Może   z   kimś 

wynajętym przez konkurencję lub wroga - bo przecież dorabiał się, 

pokonując po drodze licznych wrogów. Zwłaszcza że większość jego 
interesów nie była legalna.

A   może   powodem   jest   Eve?   Ona   także   ma   wrogów,   i   to 

niebezpiecznych. Obejrzał się przez ramię, ale zaraz pomyślał, że 

nie   powinien   martwić   się   o   żonę.   Nie   zna   nikogo,   kto   lepiej 
potrafiłby o siebie zadbać.

I właśnie w tej chwili, kiedy tak stał, wahając się, czy jednak 

nie należałoby wrócić do Eve, usłyszał słaby odgłos kroków. Ścisnął 

rękojeść pistoletu i skrył się w cieniu. Czekał.

Ktoś się skradał, oddychając ciężko i nerwowo. Roarke przy-

glądając   się   niewyraźnej   sylwetce   uznał,   że   jest   to   mężczyzna, 
wzrostu około metra sześćdziesięciu, szczupły. Raczej nie uzbrojony, 

więc Roarke też schował pistolet za pasek spodni.

Poczekał na dogodny moment, a potem skoczył z uniesioną 

pięścią, gotowy do wymierzenia kary za najście. Gdy zacisnął ramię 
na gardle włamywacza, zorientował się, że trzyma nie dorosłego 

background image

mężczyznę,   ale   chłopca.   Bardzo   wulgarnego   i   bardzo 
przestraszonego chłopca.

- Hej, ty sukinsynu, puszczaj, bo cię zabiję.
Walka była krótka i z góry przesądzona. Roarke w mgnieniu 

oka przyszpilił przeciwnika do drzewa.

- Jak, do diabła, tu się dostałeś? - krzyknął. Chłopak rzęził, a 

jego twarz zrobiła się biała jak papier.

- Ty jesteś Roarke. - Przestał się szamotać i uśmiechnął się 

kpiąco. - Masz niezły system alarmowy.

- Do tej pory też tak sądziłem. - To nie złodziej, myślał, ale 

jakiś wścibski dzieciak. - Jak ci się udało go złamać?

- Ja... - Oczy chłopaka stały się wielkie. - Za tobą! Roarke 

zręcznie się okręcił, ale nie puścił jeńca. Zobaczył nadchodzącą Eve.

- Mamy złodziejaszka, pani porucznik.

- Widzę. - Opuściła broń. - Jezu, Roarke, to dziecko. To jest... 

- zatrzymała się i zmrużyła oczy. - Ja go znam.

- W takim razie może mi go przedstawisz.
- Jamie, tak? Jamie Lingstrom, brat Alice.

-   Ma   pani   dobrą   pamięć   wzrokową   pani   porucznik.   A   teraz 

niech pani powie mężowi, żeby przestał mnie dusić.

- Nie tak szybko. - Schowała broń i podeszła bliżej. - Dlaczego, 

do cholery, włamujesz się na cudzą posesję w środku nocy? Na 

Boga,   przecież   jesteś   wnukiem   policjanta.   Chcesz   wylądować   w 
poprawczaku?

background image

-   W   tej   chwili   to   nie   ja   jestem   pani   problemem,   porucznik 

Dallas. - Starał się zgrywać twardziela, ale głos mu się łamał. - Za 

waszym murem leży trup. Prawdziwy trup - dodał i zadrżał.

- Czy ty kogoś zabiłeś, Jamie? - spokojnie zapytał Roarke.

- On już tam leżał, kiedy przyszedłem. - Przerażony, że nie 

pohamuje buntującego się żołądka, przełknął ślinę. - Pokażę wam.

Eve   uznała,   że   jeśli   chłopak   blefuje,   to   przynajmniej   z 

wyobraźnią.

-   W   porządku,   chodźmy.   Ale   jeśli   będziesz   próbował   uciec, 

zastrzelę cię.

-   Ucieczka   nie   miałaby   większego   sensu,   skoro   tyle   mnie 

kosztowało,   żeby   się   tu   dostać.   Tędy.   -   Miał   nogi   jak   z   gumy   i 

nadzieję, że Eve i Roarke nie słyszą klekotu kolan obijających się o 
siebie.

- Chciałbym się dowiedzieć, w jaki sposób się tu dostałeś? - 

zapytał Roarke, kiedy szli w stronę głównej bramy. - Jak ominąłeś 

alarm?

-   Elektronika   to   moje   hobby.   Ma   pan   tutaj   wysokiej   klasy 

system. Najlepszy.

- Tak też myślałem.

- Sądzę, że nie udało mi się wyłączyć całego alarmu. - Jamie 

uśmiechnął się słabo. - Pan wiedział, że się włamałem.

- Znalazłeś się w środku - powtórzył Roarke. - Jak?
- Za pomocą tego. - Chłopak wyciągnął z kieszeni mały ręczny 

komputer. - To jest łamacz alarmów, nad którym pracowałem przez 
kilka lat. Czyta większość systemów - wyjaśnił, po czym zmarszczył 

background image

brwi, kiedy Roarke zabrał mu urządzenie. - Włączam go i komputer 
zaczyna odczytywać wszystkie chipy i klonuje program. Potem to już 

tylko sprawa odtworzenia programu do tyłu krok po kroku. Zajmuje 
trochę czasu, ale działa.

Roarke   wpatrywał   się   w   urządzenie.   Nie   było   większe   od 

cartridge'ów   do   gier,   produkowanych   przez   jedną   z   jego   kom-

puterowych firm. Obudowa wydała mu się nawet znajoma.

- Zaadaptowałeś obudowę gry. Stworzyłeś mechanizm, który 

odczytał, sklonował i złamał mój system alarmowy?

- Przynajmniej jego część. - Oczy chłopaka zakryła mgiełka 

irytacji.   -   Musiałem   coś   pominąć,   pewnie   któryś   z   programów 
zapasowych. Chciałbym zobaczyć schemat pańskiego alarmu.

- Nie za mojego życia - burknął Roarke i wsunął urządzenie do 

kieszeni.

Kiedy dotarli do bramy, ręcznie odblokował alarm wejściowy, 

zerkając na chłopca, który go uważnie obserwował.

- Interesujące - rzekł. - Nie przyszło mi do głowy, że mogę 

wejść tędy. Niepotrzebnie trudziłem się z przełażeniem przez mur i 

przynoszeniem drabiny.

Roarke zamknął oczy.

- Drabina - rzucił w powietrze. - Wszedł po drabinie. Wspa-

niale. A kamery?

- Och, wyłączyłem je z ulicy, Moje urządzenie ma zasięg do 

dziewięciuset metrów.

-  Pani porucznik.  -  Pochwycił  chłopaka   za   kołnierz. -  Chcę, 

żeby on został ukarany.

background image

- Później. No,  gdzie jest to ciało,  które podobno widziałeś? 

Buńczuczny uśmiech znikł z twarzy Jamiego.

- Na lewo - powiedział, znowu blednąc.
- Nie puszczaj go, Roarke. Zostańcie tu.

-   Nie   puszczę   -   zapewnił,   ale   nikt   nie   zmusiłby   go   do 

pozostania na miejscu. Pociągnął chłopaka za bramę, napotykając 

gniewne spojrzenie żony. - Nasz dom, nasz problem.

Rzuciła pod nosem jakieś niemiłe słowo i skręciła w lewo. Nie 

musiała iść daleko. Ciało leżało na środku chodnika.

Trup   był   nagi   i   przywiązany   do   drewnianej   konstrukcji   w 

kształcie gwiazdy. Dopiero po chwili Eve uświadomiła sobie, że jest 
to odwrócony pentagram, tak więc głowa mężczyzna o martwych 

mętnych  oczach  i  poderżniętym gardle opadała  na  chodnik.  Miał 
rozpostarte   nogi   i   ramiona.   W   piersi   ziajała   dziura   większa   od 

męskiej pięści otoczona plamą sczerniałej krwi.

Eve pomyślała, że lekarz w czasie autopsji zwłok z pewnością 

nie znajdzie w nich serca.

Usłyszała za sobą zdławiony kaszel. Odwróciła się i zobaczyła, 

że Roarke, nie puszczając chłopaka, zasłania mu sobą widok.

- Lobar - powiedział.

- Tak. - Podeszła bliżej do trupa. Ktoś, kto wyrwał mu serce, 

wbił też w jego jądra nóż, a wraz z nim kartkę.

CZCICIEL DIABŁA
ZABÓJCA DZIECI

NIECH PIEKŁO CIĘ POCHŁONIE.

background image

- Zabierz chłopca do domu, dobrze, Roarke? - Spojrzała na 

składaną   drabinkę   opartą   o   mur.   -   I   pozbądź   się   tego.   Niech 

Summerset   zajmie   się   chłopakiem.   Nie   mogę   stąd   odejść.   - 
Odwróciła w ich stronę pobladłą i pozbawioną wyrazu twarz. Twarz 

policjantki. - Przyniesiesz mi mój zestaw polowy?

- Tak. Chodź, Jamie.

- Wiem, kto to jest. - Do oczu chłopca napłynęły łzy. - To 

jeden z tych sukinsynów, którzy zabili moją siostrę. Mam nadzieję, 

że zgnije w piekle.

Na   końcu   głos   mu   się   załamał,   więc   Roarke   objął   go 

ramieniem.

- Tak się stanie. Chodźmy do środka. Pozwólmy pani porucznik 

wykonywać jej pracę. - Spojrzał jeszcze raz w stronę Eve, po czym 
podniósł drabinę i odeszli.

Nie odrywając oczu od ciała, sięgnęła po nadajnik.
- Komisariat, tu porucznik Dallas, Eve Dallas. Zawiadamiam o 

zabójstwie i proszę o pomoc.  - Podała dane, po czym schowała 
nadajnik. Odwróciła się i spojrzała w głąb cichej i ciemnej ulicy. Na 

wschodzie zaczęły się pojawiać pierwsze zwiastuny dnia.

Nie   po   raz   pierwszy   w   życiu   zetknęła   się   z   morderstwem   i 

zapewne   nie   po   raz   ostatni.   Ale   ten,   który   sprowadził   je   do   jej 
domu, zapłaci za to.

Nadszedł Roarke, niosąc zestaw polowy, a także jej wysłużoną 

skórzaną kurtkę.

- O tej porze robi się zimno - stwierdził i podał jej kurtkę.
- Dzięki. Co z Jamiem?

background image

- Przyglądają się sobie z Summersetem ze wzajemną niechęcią 

i brakiem zaufania.

- Wiedziałam, że polubię tego dzieciaka. Możesz do nich wrócić 

i im posędziować.

- Zostaję.
Ponieważ spodziewała się takiej odpowiedzi, nie oponowała.

- W takim razie, pomóż mi i nagrywaj. - Wyjęła z torby kamerę 

i podała ją mężowi. - Przepraszam - powiedziała, dotykając jego 

dłoni.

- Jesteś za mądra, żeby przepraszać za coś, czemu nie jesteś 

winna. Nie zabili go tutaj, prawda?

- Nie. - Znowu podeszła do ciała.

-   Jest   niewiele   krwi.   Wykrwawił   się   przez   tętnicę   szyjną. 

Prawdopodobnie to spowodowało śmierć. Przypuszczam, że reszta 

ran została  zadana już po zgonie. Ale sprawdzimy to.  Włączyłeś 
kamerę?

- Tak.
-  Ofiara   rozpoznana   jako   Robert  Mathias,   alias  Lobar.   Męż-

czyzna rasy białej, lat dziewiętnaście. Wstępne oględziny wykazują, 
że śmierć nastąpiła  na  skutek poderżnięcia  gardła  ostrym narzę-

dziem.   -   Blokując   emocje,   Eve   poświeciła   latarką   na   dziurę   w 
piersiach.   -   Dodatkowe   obrażenia   to   rana   w   piersi.   Serce   ofiary 

zostało   wyjęte.   Nie   ma   tego   organu   nigdzie   w   pobliżu   miejsca 
oględzin.   Potrzebuję   zbliżenia   -   rzuciła   do   męża.   Wyjęła   z   torby 

przyrządy do pomiaru.

background image

- W ciele, w okolicy jąder, wbity jest nóż z czarną, rzeźbioną 

rękojeścią. Nożem została przybita do jąder kartka, wyglądająca na 

wydruk z komputera - kończyła raport.

W   tej   chwili   rozległ   się   dochodzący   z   oddali   dźwięk   syren 

policyjnych.

- Drogówka - stwierdziła. - Zabezpieczą miejsce. O tej porze 

nocy nie ma tu wielkiego ruchu.

- Na całe szczęście.

- Ciało zostało przywiązane skórzanymi pasami do drewnianej 

konstrukcji w kształcie pentagramu. Mała ilość krwi oraz jej układ 

na ciele wskazują, że mężczyzna  został zabity  w innym miejscu, 
dopiero   potem   przetransportowany   tutaj.   Należy   zrobić   obchód 

okolicy. Istnieje podejrzenie, że mogło dojść do włamania na teren 
prywatnej posesji. Ciało zostało znalezione około 4.30 nad ranem 

przez   porucznik   Eve   Dallas   i   Roarke'a,   właściciela   posesji 
przylegającej do ulicy, na której leżą zwłoki.

Odwróciła się i podeszła do zbliżających się policjantów.
- Zasłońcie ciało ekranem. Proszę zablokować ulicę. Nie chcę 

tu żadnych gapiów ani pieprzonych dziennikarzy. Zrozumiano?

-  Tak  jest.  -  Dwóch  policjantów  wyskoczyło  z  samochodu  i 

pospiesznie zajęło się wyjmowaniem z bagażnika ekranu.

- Muszę tu jeszcze zostać - zwróciła się do męża. Odebrała mu 

kamerę i podała jednemu z policjantów.  - Ty  wracaj do domu i 
przypilnuj   chłopaka.   -   Zmęczonym   wzrokiem   patrzyła   na   funk-

cjonariuszy rozstawiających ekran. - Powinniśmy chyba zawiadomić 
matkę chłopaka, ale chciałabym najpierw z nim porozmawiać.

background image

-   Zajmę   się   tym.   Odwołam   dzisiejsze   spotkania   i   będę   do 

twojej dyspozycji.

-   To   wspaniale.   -   Chciała   go   dotknąć,   ale   w   ostatnim 

momencie   przypomniała   sobie,   że   ma   na   rękach   ochronne 

rękawiczki   całe   we   krwi.   -   Zajmij   go   czymś,   żeby   nie   myślał   o 
morderstwie. Do cholery, Roarke, to jest okropne.

- Rytualne zabójstwo - mruknął i pogładził ją po policzku ze 

współczuciem. - Tylko której strony to dzieło?

-   Coś   mi   się   zdaje,   że   czeka   mnie   długie   przesłuchiwanie 

czarownic. - Westchnęła, a potem zmarszczyła czoło, dostrzegając 

biegnącą ulicą Peabody. - Gdzie, do diabła, masz swój pojazd? - 
krzyknęła.

Dziewczyna dyszała ciężko.
-   Nie   posiadam   samochodu,   pani   porucznik.   Poruszam   się 

miejskim   transportem.   Najbliższy   przystanek   znajduje   się   cztery 
przecznice stąd. - Spojrzała z wyrzutem na Roarke'a, jakby to była 

jego wina. - Bogacze nie jeżdżą autobusami.

-   W   takim   razie   złóż   zapotrzebowanie   na   cholerne   auto   - 

rozkazała Eve. - Wracamy do domu, jak tylko tu skończymy - rzuciła 
do  męża, potem  się odwróciła.  -  Ciało  jest  za  ekranem. Zabierz 

temu policjantowi kamerę. Coś za bardzo mu się ręce trzęsą. Zmierz 
plamy krwi i sfilmuj zranienia pod każdym kątem. Zabezpiecz ręce. 

Nie  sądzę, żeby  ci  od  daktyloskopii  coś tu  znaleźli,  ale nie chcę 
kompromitacji.

Roarke patrzył, jak żona znika za ekranem, domyślając się, że 

na razie nie jest jej potrzebny.

background image

W domu Summerset pilnował Jamiego.
- Nie wolno ci się tu szwendać - warczał do chłopca. - Niczego 

nie dotykaj. Jeśli coś zbijesz lub zniszczysz, dostaniesz w skórę. - 
Jamie   nie   usiadł   nawet   na   chwilę.   Chodził   po   małym   salonie   i 

dotykał wszystkiego.

-   No,   teraz   to   jestem   przerażony,   naprawdę   napędziłeś   mi 

stracha, staruszku.

- Brakuje ci manier - stwierdził Roarke, wchodząc do pokoju. - 

Ktoś powinien nauczyć cię szacunku dla starszych.

- A jego ktoś powinien nauczyć uprzejmości dla gości.

-   Goście   nie   łamią   systemów   alarmowych,   nie   przeskakują 

przez mur i nie łażą po mojej posesji.

Jamie spuścił z tonu. Niełatwo mu było udawać twardziela pod 

spojrzeniem zimnych oczu Roarke'a.

- Chciałem się spotkać z panią porucznik, tak żeby nikt o tym 

nie wiedział - tłumaczył się.

- Następnym razem spróbuj użyć wideofonu - zaproponował 

Roarke. - W porządku, Summersert. Już sobie poradzę.

- Jak pan sobie życzy. - Służący posłał chłopakowi ostatnie 

chłodne spojrzenie i sztywny, jakby połknął kij, opuścił salon.

-  Gdzie  pan   znalazł  tego  Księcia   Nudziarzy? -  zakpił  Jamie, 

opadając na krzesło. - W kostnicy?

Roarke usiadł na oparciu sofy i sięgnął po papierosa.
-   Summerset   takich   spryciarzy   jak   ty   zjada   na   śniadanie   - 

odparł ze spokojem i pstryknął zapalniczką.

background image

- Akurat - prychnął chłopak, jednak zerknął z niepokojem w 

stronę drzwi. - A propos śniadania, jest tu coś do jedzenia? Nie 

miałem nic w ustach od kilku godzin.

Roarke wydmuchnął dym.

- Chcesz, żebym cię jeszcze nakarmił?
-   No,   wie   pan,   jak   mamy   tu   siedzieć,   równie   dobrze 

moglibyśmy coś przegryźć.

Mały spryciarz, pomyślał nie bez sympatii dla chłopaka. Tylko 

młody może odczuwać apetyt po tym, co widzieli na ulicy.

- A na co masz ochotę? Naleśniki, a może mleko z płatkami?

-   Myślałem   raczej   o   pizzy   albo   o   jakimś   hamburgerze.   - 

Uśmiechnął   się   szelmowsko.   -   Moja   mama   ma   fioła   na   punkcie 

zdrowego   odżywiania   się.   W   domu   dostajemy   tylko   to   zdrowe 
świństwo.

- Jest piąta rano, a ty chcesz pizzę?
- Pizza jest dobra o każdej porze.

-  Może  i  masz  rację.   -  Pomyślał,  że  w  zasadzie  sam  także 

mógłby coś przekąsić. - Chodźmy więc.

-   Tu   jest   jak   w   muzeum   -   zauważył   chłopak,   idąc  za   gos-

podarzem przez lśniący hol, na którego ścianach wisiały obrazy w 

starych ramach. - Ale podoba mi się. Pewnie kąpie się pan w forsie.

- Pewnie tak.

- Ludzie mówią że jak tylko się pan czegoś dotknie, od razu 

zamienia pan to w kupę szmalu.

- Tak mówią?

background image

- Tak. I jeszcze, że niekoniecznie robi pan czyste interesy. Ale 

przez ten ślub z policjantką będzie się pan musiał ustatkować.

-   Kto   by   pomyślał   -   mruknął   pod   nosem   i   pchnął   drzwi 

prowadzące do dużej kuchni.

- O! Ekstra. Ma pan ludzi, którzy, no, dla pana gotują?
- Wiedziałem, że tak będzie. - Wodził wzrokiem za chłopcem, 

który z zafascynowaniem dotykał komputerowych przycisków przy 
kuchennych urządzeniach. - Tak, ale nie jest to możliwe w tej chwili. 

- Podszedł do ogromnego autokucharza. - No więc co ma być, pizza 
czy hamburger?

Jamie uśmiechnął się z zadowolenia.
- I to, i to? I jeszcze napiłbym się pepsi.

Roarke wprowadził zamówienie, po czym podszedł do lodówki.
- Usiądź.

-   Zimną   poproszę   -   rzucił   chłopak,   widząc,   że   Roarke 

wystukuje zamówienie na pepsi.

- Jeśli chcesz zadzwonić do matki, możesz  to zrobić stąd - 

wskazał na wideofon.

- Nie. - Jamie potarł dłonie o kolana. - I tak już jest na skraju 

wyczerpania. Nie zniosłaby tego. Zresztą wzięła coś na uspokojenie. 

Załatwialiśmy dzisiaj pogrzeb Alice.

-   Rozumiem.   -   I   ponieważ   rzeczywiście   rozumiał,   odpuścił 

temat.   Podał   chłopcu   napój,   a   następnie   wyjął   z   autokucharza 
olbrzymią chrapiącą i gorącą pizzę. Postawił na stole, a zaraz potem 

doniósł hamburgera.

background image

-   Fajno.   -   Z   apetytem,   właściwym   młodym,   Jamie   złapał 

hamburgera.   -   Człowieku!   Człowieku,   to   jest   prawdziwe   mięso   - 

zawołał z pełnymi ustami. - Mięso!

Roarke z trudem hamował śmiech.

- Wolałbyś sojowe? - zapytał uprzejmie. - Wegetariańskie?
- Nigdy w życiu. - Wytarł usta wierzchem dłoni i uśmiechnął 

się szeroko. - To jest pyszne. Dzięki.

Roarke przyniósł dwa talerze i nóż. Zajął się dzieleniem pizzy.

- Jak widzę włamywanie się do domów pobudza apetyt.
- Ja zawsze jestem głodny. - Bez żenady Jamie zsunął na swój 

talerz pierwszy kawałek pizzy. - Mama twierdzi, że to taki wiek i że 
rosnę, ale ja po prostu lubię jeść. Martwi się, że opycham się tymi 

świństwami, więc prawdziwe żarcie muszę przemycać do domu. Wie 
pan, jakie są matki.

-   Nie,   nie   wiem.   Ale   ci   wierzę.   -   I   ponieważ   nigdy   tak 

naprawdę nie był tak młody jak Jamie ani tak niewinny, nałożył 

sobie jeden kawałek pizzy i patrzył z zadowoleniem, jak chłopak 
pochłania resztę.

- Rodzice są w porządku. - Jamie wzruszył ramionami. - Nie 

widuję ojca od kilku lat. Przeniósł się do Europy. Żyje w Morningsun 

Community pod Londynem.

-   Programowane   mieszkalnictwo   -   wtrącił   Roarke.   -   Bardzo 

czyste.

- Tak i bardzo nudne. Nawet trawa jest komputerowa. Ale on i 

tak się grzebie w ziemi, on i ta jego cwana żoneczka, trzecia z kolei. 
-   Znowu   wzruszył   ramionami   i   sięgnął   po   Pepsi.   -   Nie   bardzo 

background image

interesuje go bycie ojcem. To przeszkadzało Alice, ale nie mnie. Dla 
mnie to obojętne.

Nieprawda, pomyślał Roarke. Chłopak jest rozgoryczony. Dziw-

ne, że rodzice potrafią głęboko i trwale skrzywdzić własne dziecko.

- Matka nie wyszła powtórnie za mąż?
- Nie. Nie ma do tego głowy. Nieźle ją rąbnęło, kiedy staruszek 

odszedł. Miałem wtedy sześć lat. Teraz mam szesnaście, a ona dalej 
uważa,   że   jestem   dzieckiem.   Musiałem   ją   błagać   kilka   tygodni, 

zanim pozwoliła mi zrobić kurs na prawo jazdy. Nie jest zła. Tylko... 
- Przerwał i spojrzał na talerz, jakby się zdziwił, skąd się na nim 

wzięło jedzenie. - Ona na to nie zasługuje. Robi wszystko, co może. 
Nie zasługuje na to. Kochała dziadka, byli ze sobą naprawdę blisko. 

A teraz Alice. Ona była dziwaczką, ale...

- Ale to twoja siostra - dopowiedział cicho. - Kochałeś ją.

- To nie powinno jej spotkać. - Powoli uniósł wzrok i spojrzał 

na   Roarke'a   z   przerażającą   furią.   -   Kiedy   znajdę   tych,   którzy   ją 

skrzywdzili, zabiję.

- Uważaj, co mówisz, Jamie - ostrzegła Eve, pojawiając się w 

kuchni. Miała poszarzałą, bladą ze zmęczenia twarz. Mimo że starała 
się uważać, na spodniach widniało kilka krwawych plam. - Zostaw 

zemstę policji.

- Oni zabili moją siostrę.

- To nie jest jeszcze potwierdzone. - Podeszła do autokucharza 

i zamówiła kawę. - A ty i tak znalazłeś się w niezłych tarapatach - 

dodała.

background image

-   Bądź   rozsądny   -   wtrącił   się   Roarke,   widząc,   że   dzieciak 

otwiera usta, żeby coś powiedzieć. - Milcz.

Weszła  Peabody.  Spojrzała  na   Jamiego  i   poczuła  ukłucie  w 

sercu. Miała brata w jego wieku. Wspominając go, uśmiechnęła się.

- Pizza na śniadanie - rzuciła wesoło. - Macie jeszcze?
- Częstuj się - zaprosił Roarke, wskazując miejsce na ławce 

koło siebie. - Jamie, poznaj posterunkową Peabody.

- Mój dziadek panią znał. - Chłopak przyglądał się uważnie 

podwładnej Eve.

- Naprawdę? - Sięgnęła po kawałek pizzy. - Nie sądzę, żebym 

go kiedykolwiek spotkała. Ale słyszałam o nim. Wszyscy w centrali 
bardzo żałowali, kiedy umarł.

- Znał panią. Mówił, że Dallas panią modeluje, urabia.
- Peabody jest policjantką - wtrąciła Eve - a nie grudką gliny. - 

Poirytowana, wzięła ostatni kawałek pizzy. - Już jest zimna.

-   Ekstra.   -   Peabody   mrugnęła   do   Jamiego.   -   Nie   ma   nic 

lepszego na śniadanie niż zimna pizza.

-   Trzeba   jeść,   kiedy   się   da   -   stwierdziła   filozoficznie   Eve   i 

ugryzła następny kęs. - Czeka nas długi dzień. - Przyszpiliła Jamiego 
wzrokiem. - Właśnie się dla nas zaczął. Skoro nie ma tu ani twojego 

opiekuna,   ani   adwokata,   mogę   cię   oficjalnie   przesłuchać, 
zrozumiałeś?

- Nie jestem idiotą ani dzieckiem. Mogę...
- Możesz zamilknąć - przerwała mu. - Czy masz, czy też nie 

masz adwokata, mogę cię zamknąć w areszcie dla młodocianych za 
włamanie. Jeśli Roarke zechce zgłosić...

background image

- Eve, naprawdę...
- Ty także milcz. To nie jest zabawa. Doszło do zabójstwa. Na 

zewnątrz pojawili się dziennikarze ze wszystkich agencji prasowych. 
Są żądni krwi. Nie uda ci się opuścić własnego domu, żeby cię nie 

dorwali.

- Sądzisz, że się tym przejmuję?

- Ja tak. I to cholernie. Moja praca nie powinna wlec się za 

mną aż tutaj. - Odwróciła się.

Zdała sobie sprawę, że właśnie to przez cały czas ją gryzło. 

Sprowadziła do swojego domu rozlew krwi.

- Na razie jednak zajmę się czymś innym. Musisz mi wyjaśnić 

kilka rzeczy, mój chłopcze - zwróciła się do Jamiego. - Chcesz to 

zrobić tutaj czy w centrali, po tym, jak powiadomię twoją matkę?

Milczał przez chwilę i przyglądał się jej, jakby ją oceniał. To 

samo   dojrzałe   spojrzenie   dostrzegła   w   jego   oczach,   kiedy   mu 
powiedziała, że jego siostra nie żyje.

- Wiem, kim był ten trup. Nazywał się Lobar i był jednym z 

tych sukinsynów, którzy zabili moją siostrę. Widziałem go.

background image

9

Oczy Jamiego płonęły furią. Eve nie spuszczała z nich wzroku. 

Oparła dłonie na stole i pochyliła się.

- Chcesz mi powiedzieć, że widziałeś jak Lobar zabija twoją 

siostrę?

Chłopiec przeżuwał słowa w ustach, wreszcie wypalił gorzko:

- Nie. Ale ja to wiem. Wiem, że to jeden z nich. Widziałem go z 

Alice. Widziałem ich wszystkich. - Drżał mu głos i podbródek, co 

przypomniało Eve, że ma do czynienia z szesnastolatkiem. - Jednej 
nocy włamałem się do tego mieszkania w centrum.

- Jakiego mieszkania?
- Do mieszkania tej okropnej Seliny i tego dupka Albana. - 

Wzruszył   ramionami,   ale   raczej   nerwowo   niż   buńczucznie.   -   Wi-
działem ten ich diabelski show. - Ujął w drżącą dłoń szklankę z 

pepsi.

- Pozwolili ci przyglądać się ceremonii?

- Niczego mi nie pozwolili. Nie wiedzieli, że tam jestem. Można 

powiedzieć,  że sam się zaprosiłem.  - Zerknął na  Roarke'a. - Ich 

system alarmowy nie jest nawet w połowie tak dobry jak pana.

- Pocieszająca wiadomość.

- Napracowałeś się, Jamie - gniewnie sarknęła Eve. - Planujesz 

zrobić karierę jako włamywacz?

- Nie. - Nie rozśmieszyła go tym żartem. - Będę policjantem. 

Tak jak pani.

Głośno wypuściła powietrze, potem potarła twarz i usiadła.

background image

- Policjanci, którzy mają zwyczaj włamywać się do mieszkań, 

lądują w końcu po drugiej stronie barykady.

- Oni mieli moją siostrę.
- Czy przetrzymywali ją wbrew jej woli?

- Zrobili jej pranie mózgu. To to samo.
Sprawa jest delikatna, dumała Eve. Nie można się cofnąć w 

przeszłość   i   przeszkodzić   chłopakowi   włamywać   się   do   cudzych 
mieszkań.   Dzieciak   jedynie   naśladuje   dziadka,   który   był   przecież 

uczciwym policjantem.

- Zamierzam ci pomóc, bo lubiłam twojego dziadka. Wszystko 

pozostanie   między   nami.   Dla   policji   nigdy   tam   nie   byłeś.   Zro-
zumiałeś?

- Jasne. - Wzruszył ramionami.
- Opowiedz, co widziałeś. Tylko nie przesadzaj i nie koloryzuj. 

Jamie wygiął usta w lekkim uśmiechu.

- Dziadek zawsze tak mówił.

- No właśnie. Chcesz być policjantem, to zdaj mi raport.
- W porządku. Alice uczyła się, ale od jakiegoś czasu zaczęła 

opuszczać   zajęcia   i   wspominała,   że   chce   rzucić   studia.   Mama 
strasznie   się   tym   denerwowała.   Myślała,   że   chodzi   o   jakiegoś 

chłopaka, ale ja wiedziałem, że to nie to. Oczywiście nie od Alice. 
Ona w ogóle przestała ze mną rozmawiać.

Przerwał,  a  w  jego  oczach   pojawiła   się prawdziwa   rozpacz. 

Potrząsnął głową westchnął i wrócił do opowiadania.

-   Ale   ja   ją   znałem.   Alice,   kiedy   się   zakochała,   stawała   się 

marzycielska. Tym razem tak nie było. Podejrzewałem, że zaczęła 

background image

eksperymentować   z   narkotykami.   Wiem,   że   mama   rozmawiała   z 
dziadkiem,   a   on   z   Alice,   ale   ponieważ   nic   z   tego   nie   wynikło, 

postanowiłem   działać.   Śledziłem   ją   kilkakrotnie.   Uznałem,   że   to 
będzie dobre ćwiczenie. Nigdy mnie nie zauważyła. Żadne z nich 

mnie nie zauważyło. Ludzie nie zwracają uwagi na dzieci, a nawet 
jeśli, to uważają, że są nieszkodliwe.

Eve nie spuszczała z niego oczu.
- Ja nie uważam, że jesteś nieszkodliwy, Jamie.

Usta   mu   drgnęły.   Zrozumiał,   że   uwaga   nie   należała   do 

pochlebstw.

-   Śledziłem   ją   aż   do   klubu   „Athame”.   Za   pierwszym   razem 

musiałem   czekać   na   zewnątrz.   Nie   byłem   przygotowany.   Weszła 

tam około dziesiątej, wyszła o dwunastej z upiorną obstawą.

Znowu   lekko   się   uśmiechnął,   dostrzegając   zdziwienie   w   o 

czach Eve.

- No dobra, obiekt opuścił obserwowany lokal w towarzystwie 

trzech osób, dwóch mężczyzn i jednej kobiety. Już ich opisałem, 
więc dodam, że później zostali rozpoznani jako Selina Cross i Alban 

oraz Lobar. Kierowali się na wschód, pieszo, i weszli do budynku 
należącego   do   Seliny   Cross.   Obserwator   dostrzegł   następnie,   że 

zapala się światło w oknie na ostatnim piętrze. Po dokonaniu oceny 
sytuacji obserwator postanowił wejść do budynku. Bez większych 

kłopotów ominął system alarmowy. Czy mogę dostać jeszcze jedną 
pepsi?

Roarke bez słowa zabrał pustą puszkę, wyrzucił do dziury na 

odpadki i przyniósł następną.

background image

-   W   środku   panowała   cisza   -   ciągnął   Jamie.   -   Jak   na 

cmentarzu.. Było ciemno. Miałem przy sobie kieszonkową latarkę, 

ale jej nie użyłem. Wszedłem na górę. Udało mi się złamać kod 
zamka na linie papilarne i wyłączyć kamery. Zamki w drzwiach nie 

stanowiły   problemu.   Sądzę,   że   nie   podejrzewali,   że   ktokolwiek 
dojdzie tak daleko bez ich zaproszenia. Wszedłem do mieszkania, 

ale   było   puste.   Nic   nie   rozumiałem.   Przecież   widziałem,   jak 
wchodzili do budynku, widziałem światło w oknie. Rozejrzałem się. 

Trzymają tam wariackie rzeczy. A ten zapach... fuj. Trochę jak w 
sklepie Wolnej Ery, ale inaczej. Ohydnie. Znajdowałem się w jednej 

z sypialni. Stoi tam taka dzika rzeźba. Facet z głową świni, reszta 
ciała ludzka, z wielkim stojącym fiutem.

Zamilkł, nieco speszony, przypomniawszy sobie, że rozmawia z 

kobietami.

- Przepraszam.
- Widziałam stojące fiuty - spokojnie odparła Eve. - Mów dalej.

- Okay. Więc przyglądałem się temu dziwactwu, kiedy nagle w 

sypialni pojawił się ten facet. Pomyślałem, że już mnie mają, ale on 

mnie nie zauważył. Wyciągnął coś z szuflady, okręcił się i wyszedł. 
Nawet nie spojrzał w moim kierunku. - Jamie pokręcił głową, upił 

łyk pepsi, na nowo przeżywając tamten lęk. - Dobiegłem do drzwi, 
akurat kiedy przechodził przez ścianę. Sekretne przejście - wyjaśnił 

z grymasem. - Myślałem, że można takie zobaczyć tylko na starych 
filmach. Odczekałem kilka minut i poszedłem za facetem.

Eve mocno przycisnęła dłonie do twarzy.
- Poszedłeś za nim?

background image

- Tak, dopisywało mi szczęście. Są tam wąskie schody, chyba 

kamienne. Słyszałem muzykę, a raczej coś jak nucenie, i ten zapach 

był   tu   mocniejszy.   Schody   zakręciły   i   zobaczyłem   pokój.   Połowę 
mniejszy   od   tej   kuchni   i   ze   ścianami   wyłożonymi   lustrami.   Dużo 

świec i nowe dziwaczne świńskie rzeźby. Pełno dymu. Coś było w 
tym dymie, bo nagle zakręciło mi się w głowie. Uważałem, żeby 

głęboko nie oddychać.

Spojrzał   na   szklankę,   którą   trzymał   w   ręku.   Przejście   do 

następnej części opowiadania sprawiało mu trudność większą, niż 
przypuszczał.

- Tam jest taka platforma, cała w rzeźbionych napisach, ale 

nie   rozumiałem   ich.   Na   tej   platformie   leżała   Alice.   Naga.   Reszta 

stała   dokoła   niej   i   coś   mówili.   Zdaje   się,   że   śpiewali,   ale   nie 
rozumiałem. Robili z nią różne rzeczy i ze sobą nawzajem też.

Musiał   znowu   przełknąć   ślinę.   Na   jego   twarzy   pojawiły   się 

wielkie czerwone plamy.

- Mieli takie przyrządy, a ona... im na to pozwalała. Obydwaj ją 

gwałcili, a ta dziwka Selina się przyglądała. Alice im pozwalała...

Eve pochwyciła bezwiednie rękę chłopaka, a on wbił się w jej 

dłoń palcami aż do kości.

-   Nie  mogłem   tam   zostać.   Zrobiło   mi   się  niedobrze  na   ten 

widok, od dymu i tych dźwięków. Musiałem wyjść. - Teraz w jego 

oczach lśniły łzy. - Alice nigdy by im na to nie pozwoliła, gdyby nie 
zrobili czegoś z jej mózgiem. Ona nie była dziwką. Nie była.

- Wiemy. Czy mówiłeś o tym komuś?

background image

- Nie mogłem. - Przetarł dłonią twarz. - Chciałem powiedzieć 

Alice,   żeby   zbić   ją   z   tropu,   żeby   ją   wystraszyć.   Byłem   na   nią 

wściekły, ale wstydziłem się. W końcu to moja siostra.

- Normalne.

- Kilka dni później poszedłem znowu do klubu.
- Wpuścili cię do środka?

- Pokazałem podrobiony dowód. W takich miejscach nie patrzą 

na   to,   ile   masz   lat.   Wystarczy   im   dowód.   Mają   tam   bardziej 

skomplikowany alarm. Skanery elektroniczne, nawet przy obstawie, 
wszędzie. Zobaczyłem Alice i tego idiotę Lobara. Poszli na górę. Nie 

mogłem   się   tam   dostać,   ale   widziałem,   że   znowu   zniknęli. 
Domyśliłem   się,   że   tam   też   jest   taki   sam   pokój   jak   w   tym 

mieszkaniu.   Kombinowałem,   jak   tam   wejść,   ale   w   końcu   Alice 
porzuciła to towarzystwo. Przeniosła się na jakiś czas do Isis, też 

dziwaczki, a potem znalazła sobie mieszkanie i pracę. Więcej już nie 
chodziła do klubu ani do tamtego mieszkania. - Odetchnął ciężko. - 

Wydawało się, że wrócił jej rozum, że dotarło do niej, jacy z nich 
pokręceni ludzie. Zaczęła ze mną rozmawiać.

- Czy opowiadała ci o nich?
- Nie. Powiedziała tylko, że popełniła błąd, straszny błąd. Że 

teraz   się   oczyszcza   i   musi   odpokutować.   Była   przestraszona,   ale 
wiedziałem, że rozmawiała z dziadkiem, więc uznałem, że wszystko 

się jakoś ułoży. Czy oni i jego zabili?

- Nie ma na to dowodów. I nie zamierzam podawać ci więcej 

szczegółów   -   dodała   Eve,   kiedy   chłopak   podniósł   na   nią   przy-
gnębiony wzrok. - A ty też nie powinieneś rozmawiać z nikim na ten 

background image

temat. Nigdy więcej nie chodź do klubu ani do mieszkania Seliny. 
Jeśli   to  zrobisz,  a  ja   się dowiem   -  co  jest oczywiste  -  założę ci 

elektroniczne kajdanki i nie zrobisz kroku bez wiedzy policji.

- Skrzywdzono moją rodzinę.

- Tak, zgadza się. Jeśli chcesz zostać policjantem, musisz się 

nauczyć, że lepiej zostawić komuś innemu sprawę, jeśli nie jest się 

w stanie patrzeć na nią obiektywnie.

- Dziadek nie był obiektywny - cicho zauważył Jamie. - I teraz 

nie żyje.

Eve zostawiła tę uwagę bez odpowiedzi.

- W tej chwili nasz problem polega na tym, że musimy cię stąd 

niepostrzeżenie wywieźć. Dziennikarze obserwują bramę.

- Zawsze jest jakieś wyjście - odezwał się Roarke. - Ja się tym 

zajmę.

Eve wiedziała, że może mu zaufać. Skinęła głową.
- Muszę się przebrać i dotrzeć do centrali. Peabody - rzuciła 

podwładnej znaczące spojrzenie. - Zostań na posterunku.

-   Ona   chce,   żebyś   warowała   przy   mnie   jak   pies   -   burknął 

Jamie, kiedy Eve i Roarke opuścili kuchnię.

-   Tak.   -   Peabody   uśmiechnęła   się   ciepło.   -   Chcesz   jeszcze 

pepsi?

- Jasne.

Podała   mu   puszkę,   a   sobie   zaparzyła   wspaniałej   kawy 

Roarke'a.

- Więc od jak dawna chcesz zostać policjantem?
- Odkąd pamiętam.

background image

-   Ze   mną   też   tak   było.   -   Usiadła   przy   stole   gotowa   do 

przyjacielskiej pogawędki.

- Wywiozę go drogą powietrzną - stwierdził Roarke, kiedy się 

przebierali w łazience.

- Powietrzną?
- I tak chciałem uruchomić minihelikopter.

-   W   tym   obszarze   nie   wolno   używać   prywatnych   pojazdów 

latających.

Zakaszlał, żeby pokryć śmiech.
- Powtórz to, kiedy będziesz w mundurze.

Eve burknęła coś pod nosem i naciągnęła czysty podkoszulek.
- Będę ci wdzięczna, jeśli odstawisz go do domu. Dzieciak ma 

szczęście, że w ogóle żyje.

- Jest sprytny i błyskotliwy - odrzekł, biorąc do ręki elektro-

niczny wytrych i. przyglądając mu się z uśmiechem. - Gdybym w 
jego wieku miał coś takiego... eee, i takie możliwości.

- Wystarczyły ci zręczne dłonie.
-   Prawda.   -   Wepchnął   mechanizm   do   kieszeni.   Zamierzał 

pokazać   go   jednemu   ze   swoich   inżynierów.   -   Obawiam   się,   że 
dzisiejsza młodzież nie docenia pracy rąk. Jeśli mały Jamie zmieni 

kiedyś zdanie na temat przyszłego zawodu, znajdę mu miejsce w 
moim małym świecie.

- Nawet mu o tym nie wspominaj. Skorumpujesz dzieciaka. 

Założył złoty zegarek.

- Doskonale sobie z nim poradziłaś. Byłaś stanowcza, ale nie 

oziębła. Miły, dojrzały, a jednak matczyny styl.

background image

Eve zamrugała.
- Co?

- Masz dobre podejście do dzieci. - Uśmiechnął się widząc, że 

żona pobladła. - Powinnaś się nad tym zastanowić.

- Weź się w garść i porzuć takie myśli - odparła. - Jadę teraz 

do   centrali.   Złożę   raport,   a   następnie   przekażę   Whitneyowi 

wiadomości, które nie mogą znaleźć się w oficjalnej relacji. Imienia 
Jamiego też tam nie będzie. Mam nadzieję, że wymyślicie razem 

jakąś wiarygodną wersję dla jego matki.

- Dziecinna zabawa - zapewnił.

- Hm. Z wstępnych oględzin wynika, że Lobar został zabity 

około   trzeciej   trzydzieści.   Jakąś   godzinę   po   tym,   jak   opuściliśmy 

klub. Trudno powiedzieć, jak długo leżał pod naszą bramą ale nie 
sądzę, żeby dłużej niż piętnaście minut, zanim znalazł go Jamie. 

Raczej   niemożliwe,   żeby   ci,   którzy   porzucili   Lobara,   zostali   w 
pobliżu. Ale jeśli tak, i jeśli zauważyli chłopaka, może stać się ich 

celem. Chcę dać mu ochronę, a dopóki Whitney nie ujawni sprawy, 
to nie może być policjant.

- Mam przeznaczyć w tym celu jednego z moich  zaufanych 

pracowników?

-   Właśnie.   -   Odwróciła   się   do   lustra   i   palcami   przeczesała 

włosy. - Moja praca wchodzi nam do domu. Przepraszam.

Podszedł do niej, obrócił do siebie i objął jej twarz dłońmi.
- Nie uda ci się rozdzielić tego, co robisz, od tego, kim jesteś. 

Nie oczekuję tego ani nie chcę. Co się tyczy ciebie, tyczy też mnie.

background image

-   Podczas   ostatniego   mojego   śledztwa   omal   nie   zginąłeś.   - 

Złapała   go   za   nadgarstek   i   mocno   ścisnęła.   -   Za   bardzo   cię 

potrzebuję. To twoja wina.

- Nie przeczę. - Pochylił się i pocałował ją. - Tak właśnie chcę. 

Niech pani idzie już do pracy, pani porucznik.

-   Idę.   -   Ruszyła   do   drzwi,   ale   zatrzymała   się   przy   nich   i 

spojrzała za siebie. - Nie chciałabym usłyszeć od drogówki, że mój 
maż to powietrzny pirat.

- Nie martw się. Daję odpowiednio duże łapówki. Śmiejąc się, 

poszła po swą podopieczną.

Peabody   nie   zdążyła   jeszcze   zapiąć   pasów   w   samochodzie, 

kiedy usłyszała ochrypłe szemranie silnika. Zerknęła przez boczne 
okno i zobaczyła zgrabną sylwetkę małego helikoptera wznoszącego 

się w powietrze.

- Ho, ho! Co za maszyna. To Roarke'a? Latałaś nią? Ale ma 

przyspieszenie.

- Zamknij się, Peabody.

-   Nigdy   nie   leciałam   prywatnym   samolotem.   -   Z   żałosnym 

westchnieniem usiadła w fotelu. - Przy nim samoloty komunikacji 

miejskiej wyglądają jak parówki.

- Kiedyś potrafiłaś zamilknąć, gdy ci kazałam.

- To były dawne dobre czasy. - Uśmiechnęła się przekornie. - 

Doskonale poradziła sobie pani z dzieciakiem, pani porucznik.

Eve uniosła oczy do nieba.
- Wiem, jak przesłuchiwać świadków.

background image

- Nie każdy potrafi rozmawiać z nastolatkami. Są aroganccy i 

drażliwi. Ten bardziej niż inni.

- Wiem. - Eve pamiętała, że też taka była, i może dlatego 

rozumiała Jamiego. - Przygotuj się, Peabody. Rekiny już krążą.

Dziewczyna   skrzywiła   twarz   na   widok   grupki   dziennikarzy 

stłoczonych przy bramie. Mieli minikamery, magnetofony i twarze 

żądne sensacji.

- Cholera, mam nadzieję, że sfilmują mnie z mojej najlepszej 

strony.

- Będzie trudno, skoro na niej siedzisz.

- Dzięki. Dużo ćwiczyłam. - Peabody machinalnie pozbyła się 

grymasu   i   przybrała   minę   profesjonalistki.   -   Nie   widzę   Nadine   - 

mruknęła.

- Na pewno gdzieś jest. - Eve nacisnęła na pilota do bramy. - 

Nie darowałaby sobie takiej gratki. W sekundę po minięciu bramy 
dziennikarze otoczyli samochód, celując w niego obiektywami kamer 

i zarzucając pytaniami. Kilku było na tyle bezczelnych lub głupich, że 
przeszło przez bramę, wchodząc na teren prywatny. Eve zanotowała 

nazwy agencji i włączyła przycisk megafonu.

- Śledztwo jest w toku - ogłosiła. - W południe policja poda 

oficjalny   komunikat.   Każdy   dziennikarz,   który   przekroczy   granicę 
prywatnego   terenu,   nie   tylko   zostanie   oskarżony,   ale   też   po-

zbawiony informacji.

-   Gdzie,   do   cholery,   są   funkcjonariusze,   których   tu 

postawiłam?

background image

-   Prawdopodobnie   do   tej   pory   zostali   pożarci   żywcem.   - 

Peabody przyglądała się dziennikarzowi, który przykleił się do jej 

szyby. - Ten jest milusi, pani porucznik. Niech mu pani nie zniszczy 
twarzy.

-   Jego   wybór.   -   Nie   zatrzymywała   się.   Ktoś   odbił   się   od 

zderzaka   i   zaklął.   Auto   lekko   podskoczyło,   potem   rozległ   się 

przeraźliwy krzyk.

- Dziesięć punktów za przejechanie po stopie - sekundowała 

rozochocona   Peabody.   -   Spróbuj   trącić   tamtą   tam.   Tę   kobietę   z 
długimi nogami w zielonym kostiumie. Za to dostaniesz dodatkowe 

pięć punktów.

Kobieta przylepiona do przedniej szyby ześliznęła się z niej, 

kiedy Eve mocno skręciła kierownicę.

- Nie trafiłaś. Trudno, nie da się wszystkich wyeliminować.

- Peabody - odezwała się Eve, potrząsając głową i naciskając 

na pedał gazu. - Zaczynam się o ciebie martwić.

Chciała najpierw spotkać się z Whitneyem, ale wcale nie była 

zaskoczona,   gdy   zaraz   po   wejściu   do   centrali   natknęła   się   na 

Nadine, która ukryła się przy windzie na pierwszym piętrze.

- Ciężka noc, Dallas?

- Zgadza się. I jeszcze się nie skończyła. Mam kupę roboty. W 

południe podamy komunikat.

- Powiedz mi coś już teraz. - Nadine wepchnęła się do windy. 

Ta   drobna   kobieta   była   zwinna   jak   wąż.   Między   innymi   właśnie 

dzięki   sprytowi   i   swojej   szybkości   zyskała   renomę   najlepszej 

background image

dziennikarki w mieście. - Cokolwiek, Dallas. Żebym miała coś do 
moich wiadomości o dziesiątej.

- Jest jeden trup - rzuciła krótko Eve. - Nie podamy nazwiska, 

dopóki nie powiadomimy rodziny.

-   Więc   wiecie,   kto   to   jest.   Czy   domyślacie   się   już,   kto 

poderżnął mu gardło?

-  Moim  zdaniem,   ktoś  posługujący  się  ostrym   narzędziem  - 

odparła sucho.

- Aha. - Nadine zmrużyła oczy. - Plotki mówią, że na miejscu 

znaleźliście jakiś liścik. To było rytualne zabójstwo.

Cholerne przecieki, pomyślała Eve.
- Nie mogę tego komentować - powiedziała.

- Poczekaj. - Dziennikarka złapała ją za ramię. - Jeśli chcesz, 

żebym milczała, wiesz, że tak będzie, ale daj mi coś, żebym mogła 

pracować.

Nie należy mieć zaufania do prasy, ale Eve już nieraz zaufała 

Nadine. Z obopólną korzyścią. Nadine była przydatna w śledztwach.

- Jeśli to było rytualne zabójstwo, co nie jest jeszcze potwier-

dzone,   moim   następnym   ruchem   będzie   zebranie   informacji   o 
kultach religijnych, legalnych i nielegalnych, działających w mieście.

- Takich kultów jest mnóstwo, Dallas.
- W takim razie zabieraj się lepiej do roboty. - Strząsnęła dłoń 

dziennikarki   z   ramienia.   -   Śmieszne.   Słowo   kult   pewnie   jest 
rdzeniem słowa okultystyczny. A może to tylko zbieg okoliczności.

- Może tak. - Nadine już wskakiwała do windy zjeżdżającej w 

dół. - Odezwę się.

background image

- To było czyste - uznała Peabody.
- Miejmy nadzieję, że tak zostanie. Idę do Whitneya. Ty spisz 

nazwiska wszystkich funkcjonariuszy, którzy byli dzisiaj na miejscu 
zbrodni. Porozmawiam sobie z każdym z nich z osobna na temat 

wewnętrznych przepisów bezpieczeństwa.

- Ojej.

- Właśnie tak, do cholery - mruknęła i wsiadła do windy.
Whitney nie kazał jej czekać. Patrząc na jego twarz, domyśliła 

się, że tej nocy nie spał więcej niż ona.

- Wydział spraw wewnętrznych węszy w sprawie Wojinskiego. 

Domagają się oficjalnego śledztwa.

- Nie może ich pan przetrzymać?

- Tylko do końca dnia.
- Mój raport powinien pomóc. - Wyjęła z torebki dyskietkę. - 

Nie istnieje najmniejszy dowód na to, że sierżant Wojinski zażywał 
narkotyki.   Natomiast   wygląda   na   to,   że   prowadził   własne 

dochodzenie   w   sprawie   Seliny   Cross.   Miał   osobiste   powody, 
komendancie, ale nawet ci z wydziału wewnętrznego powinni być 

wyrozumiali. Mam nagrane zeznanie Alice. Moim zdaniem została 
odurzona   narkotykami   i   przez   swą   naiwność...   wykorzystana 

seksualnie. Włączyła się do kultu religijnego szerzonego przez Selinę 
Cross i niejakiego Albana. Kiedy z nimi zerwała, zaczęli ją straszyć. 

Dziewczyna   była   przerażona.   W   końcu   zwróciła   się   z   prośbą   o 
pomoc do Franka.

- Dlaczego się na to zdecydowała?
- Twierdzi, że była świadkiem rytualnego zabójstwa dziecka.

background image

-   Co?   -   Komendant   podskoczył   na   równe   nogi.   -   Widziała 

morderstwo i powiedziała o tym Frankowi, a on tego nie zgłosił?

- Zanim mu powiedziała, minęło trochę czasu, komendancie. 

Nie   istniały   dowody   potwierdzające   jej   zeznanie.   Ale   Alice 

utrzymywała,   że   widziała   morderstwo,   i   bała   się   o   swoje   życie. 
Czuła się też winna śmierci dziadka. Uważała, że został zabity z 

powodu   dochodzenia,   które   prowadził   w   sprawie   Seliny   Cross. 
Twierdziła,   że   Cross   jest   ekspertem   w   produkcji   chemicznych 

substancji i że otruła Franka.

- Są na to jakieś dowody?

- Jeszcze nie. Alice uważała, że ona będzie następna, i zginęła 

w noc, w którą mi to oświadczyła. Mówiła także, że Selina Cross 

potrafi przybierać różne kształty.

- Słucham?

- Wierzyła, że Selina potrafi zmieniać się w kogoś innego. Na 

przykład w kruka.

- Wierzyła, że Cross może się stać ptakiem albo na przykład 

muchą? Jezu, Dallas, chłopaki z wewnętrznego będą mieli ubaw.

-   To   nie   musi   być   prawda,   ale   ona   w   to   wierzyła.   Była 

wystraszona, udręczona przez tych ludzi. Znalazłam na parapecie jej 

okna   czarne   ptasie   pióro,   sztuczne   pióro,   a   na   wideofonie 
wiadomość zawierającą groźbę. Nie mam wątpliwości, że oni się nad 

nią   znęcali,   a   Frank   próbował   jedynie   ochraniać   własną   rodzinę. 
Może   zabrał   się   do   tego   nie   tak   jak   trzeba,   ale   był   uczciwym 

policjantem i jako taki zmarł. Wydział spraw wewnętrznych tego nie 
zmieni.

background image

-   Musimy   przypilnować,   żeby   się   tak   nie   stało.   -   Zamknął 

dyskietkę w sejfie. - Na razie zostanie tutaj.

- Feeney...
- Jeszcze nie teraz, pani porucznik.

Eve zacisnęła zęby i postanowiła nie dać się łatwo zbyć.
-   Komendancie,   w   trakcie   śledztwa   nie   wykryłam   żadnych 

powiązań   między   działaniami   sierżanta   Wojinskiego   a   kapitana 
Feeneya.   Nie   ma   najmniejszego   śladu   potwierdzającego   podej-

rzenie, że Feeney manipulował aktami Franka.

- Czy sądzi pani, że Feeney jest tak głupi, żeby zostawiać po 

sobie ślady?

Nie opuściła wzroku.

- Wiedziałabym, gdyby miał coś na sumieniu. Cierpi po śmierci 

swojego przyjaciela i córki chrzestnej i nie wie nic więcej ponadto, 

co podają media. Nie wie nic, komendancie, a ma prawo wiedzieć.

-   Nie   mogę   brać   pod   uwagę   jego   osobistych   praw,   pani 

porucznik. Niech pani uwierzy, że wydział wewnętrzny też tego nie 
uczyni. Pani dochodzenie ma pozostać tajne. Wiem, że to trudne.

Eve z bólem serca skinęła głową.
-   Czy   istnieje   jakiś   związek   między   Selina   Cross   a   ciałem 

znalezionym przed pani domem?

-   Robert   Mathias,   znany   jako   Lobar,   biały   mężczyzna,   lat 

dziewiętnaście   -   zdawała   oficjalny   raport.   -   Zmarł   na   skutek 
poderżnięcia   gardła,   ale   na   jego   ciele   znalazłam   także   inne 

okaleczenia.   Należał   do   grupy   wyznaniowej,   której   przewodziła 

background image

Selina   Cross.   Przesłuchiwałam   go   wczoraj   wieczorem   w   miejscu 
jego pracy, w klubie „Athame”, jego właścicielką jest Selina Cross.

- Twoi rozmówcy padają jak muchy, Dallas.
-   Lobar   stanowił   alibi   Seliny,   jej   i   Albana   na   noc,   w   którą 

zginęła Alice. Lobar zeznał, że spędził z nimi całą noc. - Otworzyła 
torebkę. - Nie został zabity przed moim domem, ale porzucono go 

tam   i   zostawiono   w   takiej   pozie,   która   wskazuje   na   rytualne 
zabójstwo. - Położyła na biurku jedno ze zdjęć.

- Narzędziem zbrodni był zapewne nóż wbity w jądra ofiary. To 

jest  

athame,  

rytualny nóż. Narzędzie symboliczne, używane też w 

wierze   Wicca.   -   Wyjęła   następną   fotografię,   zbliżenie   listu.   - 
Wszystko wskazuje na to, że morderstwo zostało dokonane przez 

wrogów kościoła szatana.

- Kościół szatana - mruknął Whitney. Zdjęcie trupa nie poru-

szyło go, a raczej znużyło. Widział takich już wiele. - Komuś nie 
podobały się praktyki tego Lobara, więc go usunął.

- Tak by wynikało z listu i zresztą jest to całkiem możliwe. 

Mam kilka podejrzeń i mogę pchnąć dochodzenie w tym kierunku.

Komendant uniósł wzrok znad fotografii.
- Sądzi pani, że Cross maczała w tym palce? Przecież zabijając 

go, straciła alibi.

- Ona byłaby zdolna pozbyć się własnego potomstwa, gdyby 

zaistniała taka konieczność. Cross jest sprytna - rozumowała Eve - 
ale też szalona. Porozmawiam na jej temat z Mirą. Podejrzewam 

jednak, że po prostu zabawiła się moim kosztem. Jest szczęśliwa, że 

background image

mogła mi rzucić w twarz tego trupa. Zresztą i tak nie potrzebowała 
już Lobara. Zdążył przed śmiercią zapewnić jej alibi.

Whitney pokiwał głową.
-   Niech   pani   porozmawia   z   nią   jeszcze   raz,   a   także   z   tym 

Albanem.

-   Tak,   sir.   -   Schowała   zdjęcia.   -   Jest   jeszcze   jedna   dość 

delikatna sprawa...

- O co chodzi?

- Nie wspomniałam o tym w raporcie, ale pozmieniałam nieco 

czas wydarzeń. W wersji oficjalnej ja i Roarke zostaliśmy obudzeni 

sygnałem alarmu, który się uruchomił, gdy ciało zostało oparte o 
mur posesji. Prawdą jest jednak, że to nie my znaleźliśmy ciało, 

zrobił to przed nami Jamie Lingstrom.

- Jezu - zawołał Whitney, przyciskając dłonie do oczu. - Jak do 

tego doszło?

Eve   odchrząknęła,   po   czym   krótko   i   zwięźle   zreferowała 

przebieg   wydarzeń.   Zakończyła   powtórzeniem   opowiadania 
Jamiego.

- Nie wiem, co postanowi pan ujawnić wydziałowi wewnętrz-

nemu. Zeznanie chłopca potwierdza zeznanie Alice.

- Zachowam dla siebie tyle, ile się da. - Nie przestawał trzeć 

oczu. - Najpierw jego wnuczka, teraz wnuk.

- Nieźle go postraszyłam.
- Dallas, młodych bardzo trudno jest przestraszyć. Pamiętam 

siebie.

- Zapewnię mu ochronę. Prywatnie. Whitney uniósł brew.

background image

- Chce pani powiedzieć, że Roarke się tym zajmie? Eve złożyła 

ręce.

- Chłopak dostanie ochronę.
- Pozostawmy to. - Oparł się o krzesło. - Elektroniczny wytrych 

domowej roboty, mówi pani. Chłopak włamał się za jego pomocą do 
tej fortecy, w której mieszkacie?

- Na to wygląda.
- Gdzie jest to urządzenie. Nie oddała go chyba pani chło-

pakowi?

-   Nie   jestem   idiotką   -   odburknęła   z   irytacją,   jakby   dostała 

klapsa   po   rękach.   -   Ma   je   Roarke.   -   Dopiero   kończąc   zdanie, 
zrozumiała, że się zagalopowała.

- Ma je Roarke - powtórzył Whitney i mimo powagi omawia-

nych spraw wybuchnął śmiechem. - Lis dostał klucz do kurnika. - 

Zerkając z ukosa na podwładną dostrzegł grymas niezadowolenia na 
jej twarzy. - Proszę się nie złościć, pani porucznik, trochę humoru 

nie zaszkodzi.

- Tak, sir. Odzyskam mechanizm.

- Bez obrazy, ale gdyby chciała się pani założyć, to stawiam na 

pani   męża.   Tak   czy   inaczej,   nieoficjalnie,   departament   policji 

dziękuje mu za pomoc i współpracę.

-   Proszę   się   nie   gniewać,   ale   nie   powtórzę   pana   słów. 

Pochwały uderzają Roarke'owi do głowy. - Domyślając się, że to 
koniec rozmowy, wstała. - Komendancie, Frank był czysty. Trudniej 

będzie   ustalić,   czy   umarł   śmiercią   naturalną,   czy   też   został 
zamordowany. Przydałby mi się kapitan Feeney.

background image

-  Dobrze  pani  wie,  Dallas,  że  nie potrzebuje pani Feeneya, 

przynajmniej   w   sensie   zawodowym.   Doceniam   pani   uczucia,   ale 

dopóki nie zmienię rozkazów, śledztwo pozostanie tajne. Być może, 
pewnego dnia to pani zasiądzie na tym krześle - dodał, widząc, że w 

jej oczach wyrasta zdziwienie. - Będzie pani zmuszona podejmować 
trudne decyzje. A niech mi pani uwierzy, że wydawanie niektórych 

poleceń może być tak samo frustrujące jak ich wykonywanie. Proszę 
mnie informować o postępach w śledztwie.

-   Tak,   sir.   -   Wyszła   przekonana,   że   nie   chce   ani   krzesła 

Whitneya, ani jego rangi, ani odpowiedzialności.

background image

10

Musiała   powiadomić   rodzinę   Lobara   o   jego   śmierci.   Kiedy 

przekazywała   tragiczną   informację,   twarz   matki   pozostawała   bez 
wyrazu, jakby nie chodziło o jej syna. Podziękowała Eve uprzejmie, 

nie zadawała pytań, zgodziła się, że rzeczy syna zostaną odesłane 
do domu.

Powiedziała   tylko,   że   zapewnią   mu   godziwy   chrześcijański 

pogrzeb.

Zabrzmiało to tak, jakby mówiła o domowym zwierzątku.
Eve   zastanawiała   się,   co   sprawiło,   że   kobieta   jest   taka 

nieczuła. Czy w ogóle kiedykolwiek kochała syna? Dlaczego jedna 
matka rozpacza po utracie dziecka, tak jak matka Alice, a druga 

przyjmuje taką  wiadomość  bez  kropli  łzy?  A co  czuła  jej  matka, 
kiedy ją rodziła? Czy była szczęśliwa, czy też po prostu ulżyło jej, że 

po dziewięciu miesiącach pozbyła się ciężaru.

Nie   pamiętała   matki;   jej   twarzy,   wyglądu,   zachowania. 

Pamiętała tylko ojca, człowieka, który ciągał ją z miejsca w miejsce i 
trzymał zamkniętą w różnych pokojach. Mimo że starała się o nim 

zapomnieć, wspomnienia nadal ją prześladowały.

Może niektórzy ludzie są skazani na życie bez rodziny, dumała.

Pogrążona w ponurych myślach zadzwoniła do gabinetu doktor 

Miry.   Udało   jej   się   namówić   asystentkę,   żeby   wcisnęła   ją   w 

jutrzejszy   grafik   spotkań,   po   czym   chwyciła   torbę   i   powiadomiła 
Peabody, że wyjeżdżają. Nie umknęła jej uwagi skwaszona mina 

podwładnej,   kiedy   zatrzymały   się   przed   domem   Seliny,   ale 

background image

zignorowała   to.   Z   nagle   poszarzałego   nieba   spadł   zimny   deszcz. 
Zaczęło wiać. Po drugiej stronie jezdni jakiś mężczyzna z czarnym 

parasolem   wszedł   do   sklepu   z   wymalowaną   na   witrynie   trupią 
czaszką i napisem „Arkana”.

- Doskonały dzień na odwiedziny w kramie szatana - zmusiła 

się do żartu Peabody, ale zabobonnie zacisnęła palce na korzeniu 

ziela   św.  Jana,  który   dostała  od  matki  na  ochronę  przed  czarną 
magią. Nie mogła dalej zaprzeczać, że wierzy w wiedźmy.

Przeszły tę samą procedurę co poprzednio, tylko tym razem 

czekały dłużej zlewane strumieniami deszczu. Na niebie pojawiły się 

zatrważające  smugi błyskawicy.   Eve  spojrzała  w  górę,  potem  na 
podwładną. Uśmiechnęła się twardo i chłodno.

- Wspaniale.
Do holu weszły ociekające wodą. Na progu mieszkania Seliny 

czekał na nie Alban.

- Pani porucznik Dallas - przywitał się i wyciągnął piękną dłoń, 

na której błyszczał gruby pierścień z matowego srebra. - Nazywam 
się Alban. Jestem znajomym Seliny. Ona w tej chwili medytuje. Nie 

chciałbym jej przeszkadzać.

- Zostawmy ją. Na początek wystarczy nam pan.

- W takim razie zapraszam, usiądźcie. - Zachowywał się z wy-

szukaną   elegancją,   nie   pasującą   do   gołej   piersi   wyłaniającej   się 

spod   czarnego   szlafroka.   -   Czy   mogę  coś   paniom   podać?   Ciepłą 
herbatę,   by   odpędzić   chłód   dworu.   Cóż   za   interesująca   zmiana 

pogody.

background image

- Niczego nie będziemy piły. - Eve pomyślała, że wolałaby już 

dawkę Zeusa niż jakikolwiek napój przyrządzony w tym domu.

Paskudna pogoda pasowała do tego miejsca, tak jak i Alban z 

piękną twarzą poety i boskim ciałem. Prawdziwy upadły anioł.

-   Chciałabym   się   dowiedzieć,   co   pan   robił   wczoraj   w   nocy 

między trzecią a piątą rano?

-   Trzecią   a   piątą?   -   Zamrugał,   jakby   się   starał   zrozumieć 

pytanie. - Zeszłej nocy, a raczej dzisiaj rano. No cóż, byłem tutaj. 

Wróciliśmy z klubu około drugiej i od tamtej pory nie wychodziliśmy 
z domu.

- My?
- Ja i Selina. Mieliśmy zebranie zgromadzenia, które skończyło 

się   koło   trzeciej.   Trochę   je   skróciliśmy,   bo   Selina   nie   czuła   się 
najlepiej. Zazwyczaj po takich zebraniach zabawiamy się jeszcze lub 

kontynuujemy mszę w mniejszym prywatnym gronie.

- Ale zeszłej nocy tak się nie stało?

-   Nie.   Jak   powiedziałem,   Selina   nie   czuła   się   dobrze,   więc 

położyliśmy   się   wcześniej   do   łóżka.   Wcześniej   jak   na   nas   - 

wytłumaczył z uśmiechem. - Jesteśmy ludźmi nocy.

- Kto brał udział w zebraniu?

Uśmiech na twarzy mężczyzny przeszedł w powagę.
- Pani porucznik, religia jest sprawą osobistą. Mimo nowoczes-

nych   czasów,   w   jakich   żyjemy,   nasze   wyznanie   nadał   jest 
prześladowane. Dlatego też nasi członkowie zabiegają o dyskrecję.

-   Jeden   z   waszych   wyznawców   został   zeszłej   nocy   zamor-

dowany.

background image

- Nie. - Wstał, niepuszczając poręczy fotela jakby się obawiał, 

że się przewróci. - Wiedziałem, że usłyszę coś strasznego. Selina 

była   taka   podenerwowana.   -   Nabrał   głęboko   powietrza.   -   Kogo 
zamordowano?

-   Lobara.   -   Przez   wąskie   sklepione   przejście   wkroczyła   do 

pokoju Selina. Była przeraźliwie blada. Jej czarne włosy spływały na 

ramiona.   -   Lobara...   -   powtórzyła.   -   Właśnie   to   zobaczyłam   w 
dymie. Albanie... - Podniosła dłoń do skroni i zachwiała się.

- Ale przedstawienie - mruknęła Eve, patrząc, jak mężczyzna 

biegnie do Seliny, by ją podtrzymać. - Zobaczyła to pani w dymie? - 

Przekrzywiła głowę. - Cóż za udogodnienie. Może powinnam rzucić 
okiem na ten dym i sprawdzić, kto podciął Lobarowi gardło.

- Pani zobaczy w dymie jedynie własną ignorancję. - Opierając 

się  na   ramieniu   kochanka,  Selina  wolno   podeszła   do sofy.  -  Już 

dobrze, Albanie - powiedziała, siadając.

- Moja droga. - Uniósł jej dłoń do ust. - Przyniosę ci coś na 

uspokojenie.

- Tak, tak, dziękuję.

Pochyliła głowę, a Alban cicho opuścił pokój. Och, jak trudno 

jej było ukryć uśmiech na wspomnienie mszy, ofiary, krwi. Tylko 

ona i Alban odczuli ekscytującą moc tamtej chwili, gdy Lobar został 
poświęcony   Panu.   Tylko   ona   poznała   dreszcz   podniecenia 

towarzyszący   zatapianiu   noża   w   ciele   ofiary.   Zadrżała   na   wspo-
mnienie ciemnej rozkoszy. Oczy Lobara, kiedy na nią patrzył, zimna 

rękojeść noża, a potem gorąca fontanna krwi.

background image

Wyobraziła sobie szok i furię ogarniające Eve, kiedy znalazła 

ciało ułożone przed wejściem do jej sanktuarium. Selina nie mogła 

opanować kpiącego uśmieszku. Przycisnęła dłonie do ust, udając, że 
hamuje płacz. Powiedziała sobie w duchu, że Alban jest geniuszem, 

bo tylko geniusz potrafi wymyślić tak perfidną zemstę.

-   Dar   widzenia   jest   błogosławieństwem,   ale   może   stać   się 

przekleństwem - odezwała się słabym głosem. - Ja pragnę uważać 
go za łaskę, choć czasami przynosi mi ból. Utrata Lobara to wielkie 

nieszczęście.

- Ciężko jest łgać, co?

Selina   gwałtownie   podniosła   głowę,   a   jej   oczy   zalśniły 

nienawiścią.

- Nie kpij ze mnie, Dallas. Sądzisz, że moja moc sprawia, że 

jestem pozbawiona uczuć? Cierpię i krwawię - dodała i z szybkością 

błyskawicy wbiła jeden z długich paznokci w swoją dłoń. Wytoczyła 
się z niej krew.

- Ten pokaz nie był potrzebny - spokojnie powiedziała Eve. - 

Wiem, że krwawisz, tak jak i Lobar.

-   Gardło.   Tak,   widziałam   w   dymie.   -   Wyciągnęła   ręce   do 

Albana, który wrócił do salonu, niosąc płytką srebrną misę. - Ale 

tam było coś jeszcze. - Uniosła naczynie do ust. - Okaleczenie. Och, 
jak oni nas nienawidzą.

- Oni?
- Słabi i biali.

Z kieszeni sukni wyjęła czarny kawałek materiału i podała go 

Albanowi. Ten uniósł jej dłoń i dotknął zranienia ustami. Potem z 

background image

zadziwiającą zręcznością zrobił opatrunek. Selina ani razu na niego 
nie spojrzała.

- Ci, którzy nienawidzą naszego Pana - ciągnęła. - Ci, którzy 

praktykują magię głupich.

- A więc, pani zdaniem, to było morderstwo na tle religijnym?
- Oczywiście. Nie mam cienia wątpliwości. - Odstawiła misę. - 

A pani?

- Mam i to sporo. Z tym, że ja jestem zmuszona prowadzić 

dochodzenie   w   tradycyjny   sposób.   Nie   mogę   wezwać   szatana   i 
poprosić o konsultację. Lobar był tu zeszłej nocy.

- Tak, prawie do trzeciej. Miał wkrótce otrzymać święcenia. - 

Selina   westchnęła,   od   niechcenia   drapiąc   paznokciami   ramię 

kochanka. - Jednym z ostatnich jego czynów było połączenie jego 
ciała z moim.

- Wczoraj w nocy doszło między wami do aktu seksualnego?
- Tak. Seks jest bardzo ważnym składnikiem naszego rytuału. 

Wczoraj   wybrałam   Lobara.   -   Znowu   zadrżała   na   wspomnienie 
wieczoru. - Miałam przeczucie. Coś mi podpowiadało, że stanie się 

nieszczęście.

-   Może   ptak.   Duże   czarne   ptaszysko.   -   Eve   popatrzyła   na 

Albana.   -   A   więc   nie   przeszkadza   panu,   że   pana   towarzyszka 
uprawia seks z innymi? Większość mężczyzn w takich okolicznoś-

ciach byłaby zazdrosna. Żywiłaby do rywala wrogie uczucia.

-   My   nie   uznajemy   monogamii.   Uważamy,   że   jest 

ograniczająca i głupia. Seks to przyjemność, a my chcemy jej dać 
jak   najwięcej.   Seks   uprawiany   w   domu   lub   w   licencjonowanym 

background image

klubie nie stoi w opozycji do prawa, pani porucznik. - Uśmiechnął 
się. - Jestem przekonany, że sama go pani uprawia.

- Lubi się pan przyglądać, co, Alban?
Uniósł brwi.

- Czy to zaproszenie? - Słysząc chichot Seliny, potrząsnął jej 

ręką. - Widzę, że czujesz się już lepiej.

- Smutek szybko przemija, prawda, Selino?
- Musi - zgodziła się, kiwając głową. - Trzeba żyć dalej. Niech 

pani   odnajdzie   zabójców.   Może   się   to   pani   uda.   Ale   kara 
wymierzona przez naszego Pana będzie większa i straszniejsza, niż 

sobie to pani wyobraża.

-   Nie   interesuje   mnie   wasz   Pan   tylko   morderstwo.   Skoro 

przyjaźniła   się   pani   ze   zmarłym,   może   pozwoli   pani   mi   się   tu 
rozejrzeć.

- Proszę przyjść z nakazem, a wtedy zapraszam. - Narkotyk 

zamglił jej wzrok, ale głos nadal zachował swoją moc. Wstała. Jeśli 

wierzy pani, że miałam coś wspólnego z tym morderstwem, jest 
pani głupsza, niż sądziłam. Lobar był jednym z nas. Był lojalny. Nie 

mogłabym zranić oddanego członka kultu.

- Rozmawiałam z nim wczoraj w klubie. Czy dym pokazał pani, 

co Lobar mi powiedział?

Oczy Seliny pociemniały.

- Musi pani znaleźć inne akwarium do łowienia  ryb, Dallas. 

Jestem zmęczona. Alban, wyprowadź je - powiedziała i wyszła.

background image

-   Nie   możemy   pani   więcej   pomóc,   pani   porucznik.   Selinie 

potrzebny   jest   odpoczynek.   -   Popatrzył   z   lękiem   za   kochanką.   - 

Muszę się nią zająć.

-   Wytresowała   pana,   co?   -   zauważyła   Eve   z   lekkim   nie-

smakiem. - Pan też uprawia czary?

Potrząsnął smutno głową.

- Jestem oddany Selinie. Została obdarzona wielką mocą, ale 

ma też swoje potrzeby. Jestem wdzięczny losowi, że mogę je choć 

w   części   zaspokoić.   -   Przeszedł   przez   foyer   i   otworzył   drzwi.   - 
Chcielibyśmy   zabrać   ciało   Lobara,   kiedy   będzie   to   już   możliwe. 

Musimy odprawić pośmiertną ceremonię.

- Podobnie jak jego rodzina, a oni mają pierwszeństwo.

-   Co

 

mamy   na   tego   Albana?   -   zapytała   Eve,   kiedy   tylko 

znalazły się na ulicy. Deszcz lał teraz jak z cebra.

-   Prawie   nic.   -   Peabody   opadła   na   siedzenie   samochodu   i 

natychmiast poczuła ulgę. Miała nadzieję, że już nigdy nie będzie 
musiała odwiedzać tego domu.

- Żadnej rodziny, ani słowa o pochodzeniu.
- Musi coś być. Zawsze się coś znajdzie.

Ale   nie   jest   to   reguła.   Eve   przypomniała   sobie   śledztwo   w 

sprawie innego podejrzanego osobnika. Nie mogła znaleźć żadnych 

informacji na jego temat. Oprócz imienia, Roarke.

- Poszukaj jeszcze - powiedziała  i  ruszyła.  - To śmieszne - 

zauważyła, podczas gdy Peabody podłączała się do minikomputera. 
- Na tej ulicy nie ma ruchu, ale wystarczy skręcić za róg...

background image

Uczyniła   to   i   natychmiast   znalazły   się   w   środku   ulicznego 

korka. Po chodnikach spieszyli przechodnie. Dwóch strażników na 

ślizgaczach   kryło   się   przed   deszczem   pod   niewielkimi   daszkami, 
kłócąc się zawzięcie.

-   Ludzie   posiadają   instynkt,   o   którym   nie   mają   pojęcia.   - 

Peabody,   nadal   podenerwowana,   spojrzała   za   siebie,   jakby   oba-

wiając się, że ściga ich jakiś potwór. - Wokół tego budynku unosi się 
dziwna aura.

- To tylko góra cegły i szkła.
- Tak, jednak domy nabierają cech swoich mieszkańców.

Eve skręciła, pospieszając przechodzących przez jezdnię pie-

szych sygnałem klaksonu. Ludzie złorzeczyli, robili wymowne gesty 

dłońmi, ktoś splunął.

Z otworów podziemnej kanalizacji brudnymi oparami wydoby-

wała się para, zlewając się w gęstą chmurę z dymem buchającym 
od bud zjedzeniem. Nad nimi najbliższy powietrzny chodnik nagle 

się zatrzymał, na co pasażerowie odpowiedzieli gradem przekleństw 
i skarg.

Jeszcze   wyżej   powietrzna   reklama   zachęcała   turystów   do 

zatrzymania się w mieście, przekonując o jego rozlicznych zaletach.

Peabody odetchnęła z ulgą, zadowolona, że znowu znalazła się 

na ulicach aroganckiego, ale swojskiego Nowego Jorku.

-   Na   przykład   posesja   Roarke'a   -   ciągnęła.   -   Jest   duża   i 

elegancka. Onieśmielająca, ale także seksowna i tajemnicza. - Była 

zbyt zajęta komputerem, by dostrzec rozbawione spojrzenie Eve. - 

background image

Dom   moich   rodziców?   Jest   otwarty   i   ciepły,   choć   nieco   po-
gmatwany.

- A co powiesz o swoim mieszkaniu, Peabody? Jakie ono jest?
-   Tymczasowe   -   odparła   zdecydowanie.   -   Dallas,   komputer 

pokładowy nie działa w tym miejscu. Będę chyba mogła przesłać 
dane...   -   Przerwała,   bo   Eve   pochyliła   się   i   uderzyła   w   tablicę 

rozdzielczą nad ekranem. Natychmiast pojawił się nieco zamazany 
obraz. - Trochę lepiej - uznała podwładna i kazała komputerowi 

odnaleźć dane na temat Albana.

Alban   -   nazwisko   nieznane   -   urodzony   22   marca   2020   w  

Omaha, w stanie Nebraska.

-  

Dziwne   -   wtrąciła   Eve   -   nie   wyglądał   na   wykarmionego 

kukurydzą.

Numer   dowodu   31666   -   lrt   -   99.   Rodzice   nieznani.   Stan  

cywilny,   wolny.   Nieznane   źródło   utrzymania.   Brak   danych   o  
inwestycjach finansowych.

-  

Interesujące.   Wygląda   na   to,   że   żyje   na   koszt   Seliny. 

Sprawdź, czy był notowany.

Brak kartoteki kryminalnej.

Wykształcenie?

Nieznane.

- Nasz chłopaczek wyczyścił albo kazał wyczyścić swoje akta - 

stwierdziła   Eve.   -   W   czterdziestym   roku   życia   musi   mieć   jakąś 
kartotekę. Ma gdzieś koneksje.

background image

Eve   pomyślała,   że   przydałby   się   jej   Feeney.   On   by   potrafił 

wydobyć z komputera dodatkowe dane. A tak pozostaje jej znowu 

zwrócić się o pomoc do Roarke'a.

- Do cholery. - Zatrzymała się przed „Mocą Ducha” i skrzywiła, 

widząc tabliczkę z napisem „Zamknięte”. - Peabody, idź, zajrzyj do 
środka, może ona tam jest.

- Masz parasol albo płaszcz przeciwdeszczowy? 
Eve zmarszczyła brwi.

- Żartujesz sobie?
Policjantka   westchnęła   i   szybko   wyskoczyła   z   samochodu. 

Rozchlapując   kałuże,   podeszła   do   wystawy   i   zajrzała   do   środka 
sklepu.   Lekko   drżąc,   obróciła   się   i   potrząsnęła   przecząco   mokrą 

głową. Jęknęła, widząc, że Eve wskazuje palcem na mieszkanie nad 
sklepem.   Przeszła   wzdłuż   bloku   i   stanęła   na   chybotliwych 

metalowych  schodach. Wróciła  po krótkiej chwili, cała ociekająca 
wodą.

-   Nikt   nie   odpowiada   -   poinformowała.   -   Prawie   żadnego 

systemu zabezpieczającego, nie licząc korzenia zioła św. Jana nad 

drzwiami.

- Korzenia?

-   Tak.   -   Pomimo   przemoczonego   munduru   i   włosów   w 

strąkach, Peabody roześmiała się głośno. - To ziele chroniące przed 

działaniem   złych   mocy.   -   Rozbawiona   sięgnęła   do   kieszeni   po 
własną gałązkę.

- Nosisz w kieszeni zioła?

background image

-   Teraz   tak   -   przyznała   Peabody,   wsadzając   korzeń   z 

powrotem do kieszeni. - Załatwić pani?

- Nie, dziękuję, wolę pistolet.
- To mój amulet.

- Jeśli ci pomaga. - Eve rozejrzała się dokoła. - Zajrzyjmy do 

kawiarenki po drugiej stronie ulicy. Może jej właściciele powiedzą 

nam, dlaczego sklep Isis jest zamknięty.

-   Mam   nadzieję,   że   podają   tam   dobrą   kawę   -   mruknęła 

Peabody i kichnęła. - Jeśli się zaziębię, koniec ze mną. Leczę się 
potem tygodniami.

-   Może   powinnaś   nosić   przy   sobie   zioło   chroniące   przed 

zarazkami.   -   Powiedziawszy   to,   Eve   wyskoczyła   z   samochodu, 

włączyła alarm i przebiegła przez ulicę w stronę kawiarenki o nazwie 
„Cafe Ole”.

Spodobał jej się meksykański wystrój. Jasne kolory - zwłaszcza 

pomarańczowy - wprawiały w dobry nastrój nawet w tak pochmurny 

dzień jak dzisiejszy. Nie można było porównywać tego miejsca ze 
wspaniałą   willą   Roarke'a   położoną   na   zachodnim   wybrzeżu 

Meksyku,   mimo   to   jednak   upstrzona   tandetnymi   plastikowymi 
kwiatami i bykami z papier - mache kawiarenka miała swój styl. 

Przez głośniki lała się wesoła muzyka.

Albo z powodu deszczu, albo ze względu na miłe otoczenie 

było   tu   tłoczno.   Jednak,   kiedy   Eve   rozejrzała   się   po   kafejce, 
zauważyła, że goście nie zajadają się 

enchiladas, 

ale siedzą jedynie 

przy filiżankach parujących sojową kawą.

background image

-   Kończy   się   sezon   rozgrywek   pierwszej   ligi   koszykówki, 

prawda Peabody?

Dziewczyna znowu kichnęła.
- Koszykówki? Zdaje się, że tak.

- Dzisiaj chyba jest decydujący mecz. Wyobrażam sobie, że 

kupa forsy zmieni właściciela.

Peabody czuła, że ma coraz bardziej zapchany nos, ale to nie 

przeszkodziło jej domyślić się, o co chodzi przełożonej.

- Myślisz, że znalazłyśmy się w salonie zakładów?
-   To   tylko   przeczucie.   Może   je   wykorzystamy.   -   Ruszyła   w 

stronę łady i przywołała barmana, wyglądającego na zmęczonego.

- Na miejscu czy na wynos?

- Ani to, ani to - zaczęła, po czym słysząc, że Peabody pociąga 

nosem, zmieniła jednak zdanie. - Kawa dla niej, a dla mnie kilka 

informacji.

-   Serwujemy   kawę.   -   Barman   odwrócił   się,   żeby   nalać   do 

filiżanki   wielkości   naparstka   ciemny,   gęsty   wywar.   -   A   nie 
informacje.

- Może chciałby pan najpierw usłyszeć pytanie.
- Paniusiu, mam tu kupę gości. Muszę ich obsłużyć. Nie mam 

czasu  na  rozmowę.  - Postawił  z  hukiem filiżankę na  ladzie i już 
odchodził,   ale   Eve   chwyciła   go   za   nadgarstek.   -   Jakie   są   dzisiaj 

stawki?

Popatrzył na boki, po czym wbił oczy w jej twarz. Dostrzegł 

Peabody i jej mundur.

- Nie mam pojęcia, o czym pani mówi.

background image

- Wie pan, że jeśli ja i moja podwładna rozsiądziemy się tu na 

kilka   godzin,   interes   szlag   trafi.   Osobiście   mam   gdzieś   pana 

działalność. Ale to się może zmienić.

Nie puszczając jego ręki, odwróciła głowę i spojrzała na dwóch 

mężczyzn siedzących przy barze. Natychmiast postanowili przenieść 
się z kawą gdzie indziej.

- Jak pan sądzi, ile mi zajmie wyczyszczenie tego miejsca?
- Czego pani chce? Przecież daję wam działkę.

Puściła go, zła, że się okazało, że ma policyjną protekcję. Nie 

zaskoczyło jej to, tylko rozzłościło.

- Nie będę się wtrącała, chyba że mnie pan wkurzy. Proszę mi 

coś powiedzieć o sklepie „Moc Ducha” po drugiej stronie ulicy.

Sarknął z wyraźną ulgą. Dolał Peabody kawy, po czym przetarł 

ścierką kontuar.

-  Pyta  pani  o  tę  czarownicę?   Nie  przychodzi  tutaj.   Nie  pije 

kawy, jeśli mnie pani rozumie.

- Sklep jest dzisiaj zamknięty.
-   Tak?   -   Zmrużył   oczy,   żeby   dostrzec   przez   deszcz   drugą 

stronę ulicy. - To dziwne.

- Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

-   Cholera.   -   Podrapał   się   po   plecach.   -   Niech   no   pomyślę. 

Chyba  wczoraj.  Kiedy  zamykała? Tak, tak. Zamykała  sklep około 

szóstej, a ja akurat myłem witrynę. Trzeba dbać o czystość okien w 
mieście.

- Jasne. Zamknęła koło szóstej. A potem?

background image

- Wyszła gdzieś z facetem, z którym mieszka. Powoli piechotą. 

Oni nie jeżdżą autobusami.

- Nie widział jej pan dzisiaj?
- Nie przypominam sobie. Mieszka nad sklepem. Ja znowu w 

drugiej części miasta. Nie łączę interesu z życiem osobistym.  To 
moja dewiza.

- Czy ktoś z jej znajomych tu przychodzi?
-   Nie.   Czasami   jakiś   klient.   A   moi   chodzą   tam   po   coś   na 

szczęście. Dogadujemy się. Kiedyś nawet kupiłem u niej prezent dla 
żony.   Małą   bransoletkę   z   kolorowych   kamieni.   Trochę   mnie 

kosztowała, ale kobiety lubią takie świecidełka.

Odrzucił ścierkę i zignorował klienta proszącego o kawę.

- Czy ona się w coś wplątała? Moim zdaniem jest w porządku. 

Trochę dziwna, ale nie robi nikomu krzywdy.

-   Co   pan   wie   o   dziewczynie,   która   tam   pracowała?   Młoda, 

około osiemnastki. Blondynka.

-   Ta   dziwaczka.   Jasne,   że   widziałem,   jak   przychodziła   do 

pracy. Zawsze się oglądała za siebie, jakby się bała, że ktoś za nią 

idzie.

Bo ktoś szedł, pomyślała Eve.

-   Dziękuję.   Jeśli   zobaczy   pan   dziś   Isis,   proszę   do   mnie 

zadzwonić. - Rzuciła na ladę swoją wizytówkę i żetony kredytowe.

-   Nie   ma   problemu.   Nie   chciałbym,   żeby   wpadła   w   jakieś 

kłopoty. Jest w porządku jak na świrusa. Hej - zawołał za Eve. - 

Mówiąc o świrusach, to widziałem jednego kilka dni temu, kiedy 
zamykałem kawiarnię.

background image

- Świrusa?
- Po prostu faceta. Chociaż mogła to być też kobieta, głowy 

nie dam. Był ubrany w ciemną suknię z kapturem. Stał na chodniku 
i   przyglądał   się   sklepowi.   Tylko   stał   i   się   gapił.   Trochę   się 

przestraszyłem. Wybrałem nawet dłuższą drogę do przystanku, żeby 
koło niego nie przechodzić. Jakoś mi się nie podobał. I wie pani co? 

Kiedy się odwróciłem, nikogo już tam nie było. Siedział kot. Dziwne, 
co?

- Tak - mruknęła Eve. - Dziwne.
- Ja też widziałam kota - rzekła Peabody, kiedy wracały do 

samochodu - na ulicy, kiedy zginęła Alice.

-   W   mieście   jest   mnóstwo   kotów   -   odparła   Eve,   ale 

natychmiast stanął jej w pamięci kot na rampie. Lśniący, czarny i 
złowrogi. - Wrócimy jeszcze do Isis. Chcę się porozumieć z lekarzem 

od   autopsji,   zanim   dam   obwieszczenie   dla   prasy.   -   Odblokowała 
samochód, a Peabody znowu kichnęła. - Poproszę, żeby przepisał ci 

coś na przeziębienie.

Dziewczyna potarła nos.

- Wolę zatrzymać się przy aptece. Nie chcę, żeby badał mnie 

doktor „Śmierć”, dopóki nie jest to absolutnie konieczne.

Po powrocie do biura Peabody poszła się przebrać w suchy 

mundur, a Eve zasiadła do przeglądania raportu z autopsji Lobara.

Znała   czas   śmierci   i   przyczynę.   Trudno   było   nie   zauważyć 

wielkiej   dziury   w   gardle   i   krateru   w   klatce   piersiowej.   Jednak 

background image

zdziwiła   się,   czytając,   że   we   krwi   ofiary   stwierdzono   obecność 
nielegalnych substancji.

A więc umarł zaspokojony seksualnie, a na dodatek naćpany. 

Niektórzy z pewnością nie uznaliby tego za złą śmierć. Ale z drugiej 

strony, kto chciałby skończyć z nożem w jądrach?

Podniosła zapieczętowany nóż i przyjrzała mu się. Tak, jak się 

spodziewała, nie znaleziono na nim żadnych odcisków. Tylko krew 
ofiary. Uważnie przyjrzała się symbolom i napisom wyrzeźbionym na 

czarnej rękojeści. Nie rozumiała ich. Nóż wyglądał na stary i rzadki 
okaz, ale to z pewnością nie pomoże jej odnaleźć właściciela. Ostrze 

miało   legalną   długość,   a   to   znaczyło,   że   nie   potrzeba   na   niego 
oficjalnego zezwolenia.

Jednak   postanowiła,   że   przejdzie   się   po   antykwariatach, 

sklepach z nożami i chyba też sklepach dla czarownic. Z niesmakiem 

uzmysłowiła   sobie,   że   zajmie   jej   to   dużo   czasu   i   zapewne   do 
niczego nie doprowadzi.

Zostało jej tylko dwadzieścia minut do wywiadu z prasą, więc 

odwróciła   się   do   komputera.   Właśnie   zaczynała   opisywać   broń, 

którą   popełnione   zostało   morderstwo,   gdy   do   pokoju   wszedł 
Feeney. Trzasnął za sobą drzwiami.

- Słyszałem, że miałaś dzisiaj nieprzyjemną pobudkę.
-   Tak.   -   Poczuła   skurcz   żołądka,   ale   nie   na   wspomnienie 

nocnych wydarzeń, lecz dlatego, że wiedziała, iż musi uważać na 
każde słowo. - Nie takie prezenty lubię dostawać.

-   Potrzebujesz   pomocy?   -   Uśmiechnął   się   słabo.   -   Szukam 

roboty.

background image

- Na razie nie, ale będę o tobie pamiętać.
Przeszedł   do   okna   i   z   powrotem   do   drzwi.   Wyglądał   na 

wykończonego. Był zmęczony i smutny.

- Co to za historia? Znałaś faceta?

-   Nie.   Rozmawiałam   z   nim   kiedyś   na   temat   sprawy,   którą 

prowadziłam. Być może wiedział więcej, niż mi się do tego przyznał. 

Teraz   trudno   będzie   to   stwierdzić.   -   Nabrała   głęboko   powietrza, 
nienawidząc samej siebie. - Podejrzewam, że stoi za tym ktoś, kto 

chciał wziąć odwet na mnie lub Roarke'u. - Wzruszyła ramionami. - 
Niestety wszyscy wiedzą gdzie mieszkam.

- To cena za małżeństwo z osobą publiczną. Jesteś szczęśliwa? 

- zapytał niespodziewanie, przypatrując się jej.

-   Jasne.   -   Zastanawiała   się,   czy   ma   na   czole   wytatuowane 

wielkimi literami wyrzuty sumienia.

- To dobrze. To dobrze - rzucił, znowu chodząc po pokoju i 

bawiąc   się   orzechami,   które   często   nosił   w   kieszeni,   a   na   które 

obecnie najwyraźniej nie miał apetytu. - Trudno pracować w policji i 
mieć normalne życie osobiste. Frankowi to się udawało.

- Wiem.
- Dzisiaj jest pogrzeb Alice. Przyjdziesz?

- Nie mam pojęcia, Feeney. Postaram się.
- Przyznam ci się, że nie wiem, co robić. Moja żona jest teraz z 

Brendą.   Ona   jest   załamana,   naprawdę   załamana.   Nie   mogłem 
dłużej na to patrzeć, więc przyszedłem tutaj.

background image

- Dlaczego nie pójdziesz do domu, Feeney? - Wstała i dotknęła 

jego ramienia. - Po prostu idź do domu. Wybierzcie się dokądś z 

żoną na kilka dni. Ucieknij od tego wszystkiego.

- Dobry pomysł. Tylko jak można uciec od tego, co tkwi w 

środku człowieka?

-   Posłuchaj,   Roarke   ma   w   Meksyku   domek.   Jest   wygodny, 

całkowicie wyposażony. - Udało jej się uśmiechnąć. - Porozmawiam 
z Roarkiem. Możecie tam pojechać całą rodziną.

-   Całą   rodziną   -   powtórzył   zdanie   wolno,   jakby   rozważał 

propozycję.   -   Może   tak   zrobię.   Zawsze   brakowało   mi   czasu   dla 

rodziny. Pomyślę o tym - zdecydował. - Dzięki.

- Nie ma za co. To dom Roarke'a. - Usiadła za biurkiem. - 

Przykro mi Feeney, ale muszę napisać obwieszczenie dla mediów.

- Jasne. - Zmusił się do uśmiechu. - Wiem, jak to kochasz. 

Dam ci znać, czy pojadę.

- Tak, zrób to. - Nie odwracała głowy od monitora, dopóki nie 

wyszedł. Powtarzała w myśli, że postępuje zgodnie z rozkazami, że 
nie musi czuć się winna.

Więc dlaczego czuła się jak zdrajczyni.

background image

11

Na pogrzeb zdołała dotrzeć dopiero pod sam koniec. Mimo że 

znała już to miejsce, zapachy i ludzi, nie czuła się tu pewnie i była 
wdzięczna Roarke'owi, że jej towarzyszył.

-   Nienawidzę   takich   uroczystości   -   mruknęła.   -   Higieniczna 

śmierć.

- Pogrzeby dodają otuchy.
Eve spojrzała na matkę Alice. Łzy spływały jej po twarzy. Oczy 

szkliły się, jakby była pod wpływem środków uspokajających.

- Naprawdę?

- A przynajmniej coś kończą - poprawił się i wziął ją za rękę - 

Zdaniem niektórych.

- Kiedy przyjdzie moja kolej, nie chcę, żeby mnie tak żegnano. 

Rozdaj przydatne organy, a resztę spal.

Poczuł ucisk w sercu.
- Przestań.

- Wybacz. W takich  miejscach  nachodzą  mnie makabryczne 

myśli.   No   proszę.   -   Zatrzymała   wzrok   na   Isis.   -   Oto   i   moja 

czarownica.

Roarke   odwrócił   głowę   i   dostrzegł   kobietę   o   imponującej 

urodzie i płomiennych włosach. Była ubrana w prostą białą suknię. 
Stała obok trumny w towarzystwie jakiegoś mężczyzny o głowę od 

niej   niższego,   odzianego   w   tradycyjny   garnitur,   także   cały   biały. 
Trzymali się za ręce.

- Kim jest ten mężczyzna obok niej?

background image

-   Nie   znam   go.   Może   należy   do   jej   sekty.   Sprawdźmy   to. 

Przeszli przez salon i jakby się wcześniej umówili, stanęli po bokach 

pary.   Eve   zerknęła   do   trumny.   Na   twarzy   Alice   widniał   spokój. 
Śmierć wygładza rysy.

- Jej  tu  nie ma  - cicho  powiedziała  Isis.  - Jej  dusza  nadal 

poszukuje ukojenia. Miałam nadzieję... miałam nadzieję, że ją tu 

znajdę.   Przykro   mi,   że   mnie   pani   dzisiaj   nie   zastała,   Dallas. 
Modliliśmy się z przyjaciółmi za duszę Alice.

- Byłam też u pani w domu.
- Odprawialiśmy ceremonię gdzie indziej. Właściciel kawiarenki 

powiedział mi, że pytała pani o mnie. - Na jej ustach pojawił się 
nikły uśmiech. - Przejął się, że chodzi za mną policja. Ten człowiek 

ma dobre serce mimo pewnego braku równowagi.

Odsunęła się, by przedstawić towarzyszącego jej mężczyznę.

- Poznajcie się. To Chas.
Eve   nie   pokazała   po   sobie   zdziwienia,   ale   była   zdumiona 

wyglądem partnera Isis. Zupełnie do niej nie pasował. Miał jasne 
włosy,   wątłą   budowę   ciała,   wąskie   ramiona   i   krótkie   nogi.   Jego 

twarz   można   by   uznać   za   skromną   i   pospolitą,   gdyby   nie   para 
zaskakująco pięknych, głębokich szarych oczu. Uśmiechał się z taką 

słodyczą, że trudno było nie odpowiedzieć mu uśmiechem.

- Przykro mi, że poznajemy się w takich okolicznościach. Isis 

mówiła mi, że jest pani bardzo silną i przedsiębiorczą duszą. Widzę, 
że miała rację, zresztą jak zawsze.

background image

Eve   zamrugała,   słysząc   jego   głos.   Był   to   głęboki   ciepły 

baryton, o którym marzy każdy śpiewak operowy. W żaden sposób 

nie pasował do jego wyglądu.

- Muszę z wami jak najszybciej porozmawiać. - Rozejrzała się, 

zastanawiając się, czy mogą wymknąć się niepostrzeżenie. Uznała, 
że wypada jeszcze poczekać. - To Roarke, mój mąż.

-   My   się   znamy.   Spotkaliśmy   się   już   kiedyś   -   rzuciła   Isis, 

wyciągając dłoń.

- Naprawdę? Kiedy? - zapytał z uprzejmym zainteresowaniem 

Roarke. - Nigdy nie zapominam spotkania z piękną kobietą.

- W innym miejscu, innym czasie. - Nie spuszczała z niego 

wzroku. - W innym życiu. Uratował mi je pan raz.

- Postąpiłem słusznie.
-   Tak   i   bardzo   wspaniałomyślnie.   Być   może   pewnego   dnia 

odwiedzi pan powtórnie hrabstwo Cork i kiedy zobaczy pan kamyk 
tańczący samotnie na ugorze... przypomni pan sobie. - Zdjęła z szyi 

srebrny krzyżyk i podała go Roarke'owi. - Wtedy podarował mi pan 
talizman. Podobny do tego celtyckiego krzyżyka. Przypuszczam, że 

właśnie z tego powodu założyłam go dzisiaj. Żeby zamknąć koło.

Poczuł zadziwiające ciepło promieniujące od krzyżyka i nagle 

coś poruszyło jego pamięcią, ale wrażenie minęło, nim zdążył je 
określić.

- Dziękuję. - Wsunął podarunek do kieszeni.
- Być może pewnego dnia będę miała okazję odwdzięczyć się 

panu. - Odwróciła się do Eve. - Jestem w każdej chwili gotowa do 
rozmowy. Co ty na to, Chas?

background image

- Oczywiście. Kiedy tylko będzie pani wygodnie, pani porucz-

nik. Może weźmie pani udział w naszej ceremonii? Bardzo byłoby 

nam   miło.   Jest   takie   małe   i   ciche   miejsce,   które,   jeśli   pogoda 
dopisze,   doskonale   nadaje   się   do   przeprowadzenia   ceremonii   na 

powietrzu. Mam nadzieję, że pani...

Przerwał,   a   jego   wspaniałe   oczy   pociemniały.   Zesztywniał   i 

zrobił się czujny.

- On nie jest jednym z nas - powiedział.

Eve obejrzała się i zobaczyła mężczyznę w czarnym garniturze. 

Miał   bladą   twarz   otoczoną   kruczoczarnymi   włosami.   Sprawiał 

wrażenie chorego. Zmierzał w stronę trumny, ale kiedy dostrzegł 
stojącą przy niej grupę, obrócił się na pięcie i pospiesznie skierował 

się do wyjścia.

- Sprawdzę go.

Roarke pobiegł za nią.
- Razem go sprawdzimy.

- Lepiej, żebyś został w środku.
- Zostanę z tobą.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.
- Nie przeszkadzaj mi w pracy.

- Gdzieżbym śmiał.
Mężczyzna biegł do drzwi, ale Eve go dopadła. Wzdrygnął się, 

kiedy dotknęła jego ramienia.

- Co? Czego pani chce? - Okręcił i pchnął drzwi. Wybiegł na 

zlaną deszczem ulicę. - Nic złego nie zrobiłem.

background image

-   Nie?   Jak   na   niewinnego   wygląda   bardzo   podejrzanie, 

zgodzisz   się   Roarke?   -   Eve   wzmocniła   uścisk   na   ramieniu 

nieznajomego. - Proszę mi pokazać dokumenty.

- Nie muszę pani niczego pokazywać.

- To nie jest konieczne - spokojnie wtrącił Roarke. - Thomas 

Wineburg,   zgadza   się?  Z   Wineburg   Financial.  Przyłapałaś   niezły 

charakterek. To bankier, trzecie pokolenie. A może czwarte?

- Piąte - poprawił Wineburg, patrząc z góry na coś, co jego 

rodzina nazwałaby świeżą i niezbyt uczciwie zarobioną gotówką. - I 
nie zrobiłem nic,  co  dawałoby  podstawy,  żeby  legitymował  mnie 

policjant albo finansowy oszust.

- Ja jestem policjantką - stwierdziła Eve, zerkając na męża - a 

więc ty musisz być oszustem.

- Po prostu jest wściekły, bo nie korzystam z usług jego banku 

- wyjaśnił Roarke z cwanym uśmieszkiem. - Prawda, Tommy?

- Nie mam panu nic do powiedzenia.

- W takim razie proszę porozmawiać ze mną. Dlaczego tak się 

pan spieszy?

- Mam... mam spotkanie, o którym zapomniałem. Już jestem 

spóźniony.

-   A   więc   kilka   minut   niczego   nie   zmieni.   Czy   jest   pan 

przyjacielem rodziny zmarłej?

- Nie.
-   Rozumiem.   Lubi   pan   spędzać   deszczowe   wieczory   na   po-

grzebach? Słyszałam, że to nowa moda samotnych.

- Ja... ja pomyliłem adres.

background image

- Nie sądzę. Po co pan przyszedł? Kogo chciał pan zobaczyć?
-   Ja...   -   Otworzył   szeroko   oczy   na   widok   Isis   i   Chasa.   - 

Trzymajcie się ode mnie z daleka.

- Przepraszam, Dallas. Martwiliśmy się o panią. - Isis zwróciła 

egzotyczne oczy na Wineburga. - Ma pan ciemną i gęstą aurę. Bawi 
się pan czymś, w co pan nie do końca wierzy. Bawi się pan mocą 

której   pan   nie   rozumie.   Jeśli   nie   zmieni   pan   drogi,   grozi   panu 
nieszczęście.

- Zostaw mnie w spokoju. - Zaczął się wyrywać.
- Ona nie chce pana skrzywdzić. Co pan wie na temat śmierci 

Alice?

- Ja nic nie wiem. - Jego głos stał się piskliwy. - Nie wiem nic o 

niczym.   Pomyliłem   adres.   Jestem   umówiony   na   spotkanie.   Nie 
macie prawa mnie zatrzymywać.

Rzeczywiście   nie   miała   takiego   prawa,   ale   mogła   go   nieźle 

postraszyć.

- Mogę zabrać pana na komendę i tam przesłuchać. Czy to nie 

byłoby zabawne?

-   Niczego   nie   zrobiłem.   -   Ku   zaskoczeniu   Eve,   która   przy-

glądała mu się z niesmakiem, zaczął łkać jak dziecko. - Musicie mnie 

puścić. Nie brałem w tym udziału.

- Udziału w czym?

-   To   był   tylko   seks.   To   wszystko.   Nie   wiedziałem,   że   ktoś 

zginie. Krew była wszędzie. Dobry Boże. Nie wiedziałem.

- Gdzie? Co pan widział?

background image

Nadal płakał, ale gdy Eve popuściła nieco uścisk, pchnął ją 

łokciem   w   brzuch,   tak   że   runęła   na   Roarke'a  i   razem   z   nim   na 

chodnik. Rzucił się do ucieczki.

Eve natychmiast się poderwała i pobiegła za nim.

Sukinsyn. Uderzył ją tak mocno, że brakowało jej tchu i nie 

mogła krzyknąć, żeby się zatrzymał.

Sięgnęła po broń, lecz w chwili gdy wpadł do podziemnego 

garażu, zaraz zniknął między samochodami.

- Cholera. - Tyle tylko mogła z siebie wydusić. Potem warknęła 

do męża: - Zjeżdżaj stąd. On prawdopodobnie nie jest uzbrojony, 

ale ty z pewnością. Jeśli chcesz mi pomóc, zadzwoń po pomoc.

- Jeszcze nie nadszedł taki dzień, żeby jakiś bankierzyna rzucił 

mnie na tyłek i za to nie zapłacił. - Okręcił się gwałtownie i zostawił 
ją, słysząc, jak nadal przeklina.

Uciekinier  mógł  się skryć wszędzie.  Eve,  ufając  instynktowi, 

skręciła w lewo.

-   Wineburg,   może   pan   sobie   tylko   tym   zaszkodzić.   Ma   pan 

teraz   na   koncie   napad   na   policjanta.   Wychodź   pan,   żebym   nie 

musiała pana sama dopaść.

Skakała pochylona między samochodami, zaglądała pod nie i 

biegła dalej.

- Roarke, zatrzymaj się na moment, bo nic nie słyszę.

Na chwilę zapanowała cisza. Doszedł ją odgłos kroków z lewej 

strony. Biegnie na wyższy poziom. Chce się tam ukryć, pomyślała. 

Wskoczyła na rampę, trzymając broń gotową do strzału. Usłyszała 
kroki za sobą.

background image

- Powinnam była wiedzieć, że to ty - powiedziała, kiedy mąż 

przemknął obok niej. Ruszyła za nim. - Biegnie na górę - rzuciła. - 

Cały czas. W końcu wpadnie w pułapkę, a wystarczyłoby, żeby się 
położył i nikt by go nie znalazł.

- Jest przestraszony. Ludzie, kiedy się czegoś boją, uciekają 

przynajmniej   niektórzy.   -   Zerknął   na   Eve   i   ogarnęła   go   nagła   i 

niezrozumiała radość z tego, że tak biegną ramię przy ramieniu.

Nagle zrobiło się cicho. Eve złapała męża za ramię, zmuszając 

go, by stanął. Wstrzymała oddech i natężyła słuch.

-   Co   to   jest?   -   zapytała   szeptem?   -   Co   to   za   dźwięk,   do 

cholery?

- Śpiew.

Serce podskoczyło jej do gardła.
- Jezu Chryste. - Rzuciła się do szaleńczego biegu, ale w tej 

chwili   powietrze   rozdarł   okrzyk   przerażenia.   Wydawał   się   trwać 
wiecznie, wysoki, nieludzki, straszny. Potem nagle ustał. Wyciągnęła 

nadajnik   nie   przestając   biec.   -   Potrzebne   wsparcie.   Potrzebne 
wsparcie   w   garażu   podziemnym   przy   Czterdziestej   Dziewiątej   i 

Drugiej. Porucznik Eve Dallas w pościgu za... o Boże, niech to diabli!

- Komisariat do porucznik Dallas, proszę powtórzyć.

Nie chciała  przyglądać się ciału  leżącemu  w kałuży  krwi na 

cementowej   posadzce.   Jedno   spojrzenie   na   wybałuszone   przera-

żeniem   oczy   i   nóż   z   rzeźbionym   trzonkiem   tkwiący   w   sercu 
wystarczyło, by stwierdzić zgon.

Wineburg pobiegł w złym kierunku.

background image

-   Potrzebuję   ekipę,   natychmiast.   Mam   tu   zabójstwo. 

Przestępca   lub   przestępcy   prawdopodobnie   nadal   znajdują   się   w 

pobliżu.   Proszę   przysłać   radiowozy   do   zablokowania   terenu. 
Przyślijcie też torbę z narzędziami i moją asystentkę.

- Zgłoszenie przyjęte. Radiowozy są już w drodze. Wyłączamy 

się.

- Muszę się rozejrzeć - powiedziała do Roarke'a.
- Rozumiem.

- Zostań przy ciele.
Spojrzał na Wineburga i poczuł cień litości.

- On się już nigdzie nie wybiera.
-   Musisz   tu   zostać   -   powtórzyła.   -   Gdyby   tędy   wracali,   nie 

zgrywaj bohatera.

Skinął głową.

- Ty też nie.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na ciało.

- Cholera - warknęła przygnębionym głosem. - Gdybym moc-

niej go trzymała.

Ruszyła   wolno,   obserwując   samochody   i   przeszukując 

zakamarki.

Już wcześniej widział Eve przy pracy. Podziwiał jej efektywne i 

skoncentrowane ruchy. Często też zastanawiał się nad jej rutyną i 

jak jej się udaje pohamować emocje podczas oględzin zwłok.

Nigdy jej o to nie pytał i chyba raczej tego nie uczyni.

background image

Patrzył, jak wydaje rozkazy Peabody, jak wbija palec w pierś 

jakiegoś   policjanta,   zielonodzioba,   który   coś   spaprał.   Każe   mu 

odejść, bo chłopak mdleje na widok trupa.

Niektórzy   z   nich   nigdy   nie   nauczą   się   znosić   widoku   krwi   i 

zapachu ciała, które rozluźnia się po śmierci.

Światła reflektorów bezlitośnie oblewały miejsce mordu. Rana 

w   sercu   krwawiła   obficie.   Gdyby   Eve   ubrała   się   na   pogrzeb   w 
elegancki kostium, teraz z pewnością by tego żałowała. Zdzierając 

pończochy,   klęczała   obok  zmarłego,  próbując   usunąć  nóż  z   jego 
piersi.

Zapieczętowała   go   i   oddała   do   analizy,   ale   Roarke   już 

wcześniej   zdążył   się   mu   przyjrzeć.   Miał   ciemnobrązowy, 

prawdopodobnie rogowy trzonek. Bardzo przypominał nóż użyty w 
poprzednim morderstwie. Athame. Narzędzie rytualne.

- Kiepska sprawa.
Roarke   chrząknął   potakująco   do   zbliżającego   się   Feeneya. 

Policjant jakoś niewyraźnie wyglądał. Eve miała rację, że się o niego 
martwi.

- Wiesz coś na ten temat? Nie powiedzieli mi nic więcej oprócz 

tego, że Dallas rozmawiała z nim na zewnątrz. Uciekł i skończył 

martwy.

-   Tak   mniej   więcej   było.   Facet   był   czymś   zdenerwowany, 

najwyraźniej nie bez powodu. - Roarke odsunął się od ciała. - Mam 
nadzieję, że przyjmiesz ofertę Eve i wyjedziesz do Meksyku.

- Porozmawiam o tym z żoną. Dziękuję. - Wzruszył ramionami. 

- Wygląda na to, że mnie tu nie potrzebują. Wracam do domu. - Ale 

background image

stał w miejscu jeszcze kilka minut. W jego oczach za zmęczeniem 
czaiła   się   policyjna   podejrzliwość.   -   Ciekawe.   Ciągle   kogoś 

zarzynają.   Truposzczak   pod   twoim   domem   też   zaliczył   takim 
dziwnym nożem, prawda?

- Tamten miał czarną rękojeść. Chyba z jakiegoś metalu.
- Tak, no cóż... - Pohuśtał się na obcasach. - Lepiej już pójdę. 

Ruszył   w   stronę   Eve,   uważając,   by   nie   pobrudzić   odświętnych 
butów. Spojrzała w górę, wycierając umazane krwią ręce w ręcznik. 

Popatrzyła za nim, jak odchodzi. Wstała.

- Zapakujcie to - rozkazała i podeszła do męża. - Jadę do biura 

napisać raport, póki mam wszystko świeżo w pamięci.

- W porządku. - Wziął ją za rękę.

- Nie. Ty powinieneś wracać do domu. Pojadę z kimś z ze-

społu.

- Zawiozę cię.
- Peabody...

-   Peabody   zabierze   się   z   kimś   innym.   -   Wiedział,   że   żona 

potrzebuje kilku minut odprężenia. Nacisnął przycisk na nadgarstku, 

by dać znać swojemu kierowcy.

- Będę się głupio czuła, podjeżdżając pod centralę limuzyną - 

wymamrotała.

- Naprawdę? Ja nie. - Wyprowadził ją z garażu do drzwi domu 

pogrzebowego.   Limuzyna   podpłynęła   pod   krawężnik.   -   Złapiesz 
oddech - zasugerował, kiedy usiadła obok niego - a ja napiję się 

kieliszek   brandy.   -   Sięgnął   po   kryształową   karafkę,   a   dla   Eve 
zaprogramował kawę.

background image

- No cóż, skoro tu jesteśmy, możesz mi powiedzieć, co wiesz o 

Wineburgu.

-   To   jeden   z   tych   irytujących   i   rozpieszczonych   bogaczy. 

Odebrała kawę podaną w filiżance z delikatnej chińskiej porcelany. 

Obrzuciła długim i chłodnym spojrzeniem męża, kieliszek brandy w 
jego dłoni i pluszowe wnętrze limuzyny.

- Ty też jesteś bogaty.
- Tak - potwierdził z uśmiechem. - Ale czy rozpieszczony? Z 

pewnością nie. - Nie przestawał się uśmiechać. - Dlatego też nie 
jestem irytujący.

-  Tak  sądzisz?  -   Kawa   przyspieszyła  krążenie.  -   A więc  był 

bankierem. Zarządzał Wineburg Financial.

-   Raczej   wątpliwe.   Jego   ojciec   nadal   dobrze   się   trzyma. 

Wineburg   młodszy   to   płotka,   sługus.   Typ,   któremu   się   daje 

pracochłonne zajęcia, nic nie znaczące tytuły i ogromne biuro. Taki 
bogaty pozorant z cotygodniowymi wizytami u kosmetyczki.

- W porządku, nie lubiłeś go.
-   Przede   wszystkim   go   nie   znałem.   -   Upił   brandy.   -   Nie 

prowadzę z Wineburgami żadnych interesów. Na początku mojej... 
kariery   potrzebowałem   wsparcia   dla   kilku   projektów.   Oczywiście 

legalnych - dodał, widząc podejrzliwe spojrzenie żony. - Nie wpuścili 
mnie   nawet   za   próg.   Nie   pasowałem   do   poziomu   ich   klienteli. 

Poszedłem gdzie indziej, dostałem kredyt i zarobiłem kupę szmalu. 
Wineburgowie się wściekli.

-   A   więc   jest   to   instytucja   konserwatywna,   o   ustalonej 

reputacji, prowadzona przez rodzinę.

background image

- Dokładnie.
- Gdyby się okazało, że syn głównego właściciela należy do 

sekty satanistycznej, firmie by się to nie spodobało.

- Cały zarząd dostałby zawału. Wywaliliby Wineburga na zbity 

tyłek, nie patrząc na to, że należy do rodziny.

- Nie wyglądał na osobę, która chciałaby tak ryzykować, ale 

nigdy nic nie wiadomo. Mówił coś o seksie. Może był jednym z tych, 
którzy zgwałcili Alice. Przyszedł na pogrzeb, bo albo czuł się winny, 

albo przygnała go ciekawość. Jedno jest pewne, był przestraszony. 
On coś wiedział, Roarke. Był świadkiem morderstwa. Jestem pewna. 

Gdybym go dopadła, wyciągnęłabym to z niego. Złamałabym go w 
dziesięć minut.

- Najwyraźniej nie tylko ty tak sądziłaś.
- Tam był ktoś jeszcze. Obserwował Wineburga i pogrzeb.

-   Albo   ciebie   -   zakończył   Roarke.   -   To   bardziej   prawdo-

podobne.

- Mam nadzieję, że dalej mnie obserwują bo zamierzam już 

niedługo odwrócić się i odgryźć im gardła. - Limuzyna podjechała 

pod   centralę.   Eve   wysiadła   z   samochodu   nieco   speszona.   Miała 
nadzieję, że w pobliżu nie kręci się żaden kolega. Śmialiby się z niej 

tygodniami. - Zobaczymy się w domu za kilka godzin.

- Zaczekam tutaj.

- Nie bądź śmieszny. Jedź do domu.
Roarke po prostu oparł się o siedzenie i nakazał komputerowi 

wyświetlić ostatnie notowania giełdowe.

- Zaczekam - powtórzył i nalał sobie następną brandy.

background image

- Uparty osioł - mruknęła i skrzywiła się, słysząc, że ktoś ją 

woła.

- Hej, Dallas, idziesz do pracy razem z bracią robotniczą?
- Możesz mnie ugryźć, Carter - mruknęła i szybka wpadła w 

drzwi wejściowe, aby radosny śmiech policjantów nie zmusił jej do 
rozbicia kilku twarzy.

Wróciła po godzinie, zmęczona i tryskająca gniewem.

- Carter rozgłosił po całej centrali, że mój książę oczekuje na 

mnie w karecie. Co za idiota. Nie wiem, czy walnąć jego, czy ciebie.

- Jego - poradził Roarke i objął ją ramieniem. Skończył już 

pracę i oglądał właśnie stary film na wideo.

Eve wyczuła aromat drogiego tytoniu. Chciałaby powiedzieć, 

że ją to irytuje, ale zapach działał uspokajająco, tak jak ramię męża 

i czarno - biały film.

- Co to?

- Bogart i Bacall. Ich pierwszy wspólny film. Bacall miała wtedy 

dziewiętnaście lat, jak sądzę.

- Fajny - powiedziała wyciągając przed siebie nogi.
- To dobry film. Musimy go kiedyś obejrzeć w całości. Jest pani 

spięta, pani porucznik.

- Może masz rację.

- Trzeba coś na to zaradzić. - Pochylił się i nalał do kieliszka 

jasny płyn. - Wypij.

- Co to jest?
- Tylko wino.

background image

Pociągnęła podejrzliwie nosem, z nadzieją, że mąż nie dosypał 

niczego do alkoholu.

- Chcę jeszcze trochę popracować po przyjeździe do domu. 

Muszę mieć wolną głowę.

-   Od   czasu   do   czasu   należy   się   wyłączyć.   Rozluźnij   się. 

Będziesz miała wolną głowę jutro rano.

Racja. Zebrała tyle informacji, że wszystko jej się mieszało. 

Cztery   trupy,   a   śledztwo   stoi   w   miejscu.   Może   jeśli   przez   kilka 

godzin zajmie się czymś innym, zobaczy wszystko jaśniej.

- Ktokolwiek zabił Wineburga, zrobił to szybko i profesjonalnie. 

Zaoszczędził sobie rozlewu krwi i bałaganu, uderzając w serce. Nie 
tak jak w przypadku Lobara.

- Uhu. - Roarke zaczął masować jej kark.
- Razem biegliśmy za Wineburgiem. Byliśmy tuż za nim. Ten, 

kto go zabił, zrobił to naprawdę szybko. No cóż, nie ma Wineburga, 
ale są inni. Muszę zdobyć listę członków kościoła Seliny. - Upiła łyk 

wina. - O czym rozmawiałeś z Feeneyem?

- O Meksyku. Przestań się martwić.

- Dobrze, już dobrze. - Oparła głowę o fotel i zamknęła oczy 

na, jak się jej wydawało, kilka sekund. Ale kiedy je znowu otworzyła 

przejeżdżali przez bramę domu. - Zasnęłam?

- Na jakieś pięć minut.

- To przez wino, prawda?
- Oczywiście. Następny punkt programu to gorąca kąpiel.

- Wykluczone, bo... - Zamilkła i zastanowiła się. - W zasadzie 

brzmi zachęcająco.

background image

Dziesięć minut później, kiedy woda zbierała się w wannie, Eve 

nie   miała   już   żadnych   wątpliwości,   że   kąpiel   była   doskonałym 

pomysłem. Zdziwiła się, widząc, że Roarke także się rozbiera.

- Dla kogo ta kąpiel, dla mnie czy dla ciebie?

- Dla nas. - Pospieszył ją klepnięciem w pośladek.
- Wspaniale. W takim razie pozwolę ci opowiedzieć, jak się 

ratuje życie pięknej kobiecie.

- Hm. - Wszedł do spienionej wody. - Nie możesz mnie winić 

za   czyny,   które   popełniłem   w   poprzednim   wcieleniu.   -   Podał   jej 
następny kieliszek wina. - Zgadzasz się?

- No  nie wiem.  Niektóre  religie mówią  o złej karmie, którą 

należy odpokutować. - Wzięła kieliszek i zanurzyła się w kąpieli z 

westchnieniem ulgi. - Sądzisz, że byliście kochankami?

Milcząc, gładził nogę żony.

- Jeśli wtedy wyglądała tak jak teraz, to mam nadzieję, że 

byliśmy.

Skrzywiła się z kpiącym uśmiechem.
- Tak, założę się, że poleciałbyś na tę egzotyczną piękność. - 

Wzruszywszy   ramionami,   bawiła   się   kieliszkiem.   -   Wiele   osób 
twierdzi, że żeniąc się ze mną bardzo obniżyłeś loty.

- Wiele osób? 
Wypiła do końca wino.

-   Jasne.   Dostaję   dreszczy,   kiedy   mamy   się   spotkać   z   tymi 

twoimi bogatymi partnerami w interesach. Nie winię ich za to, że się 

dziwią,   co   cię   opętało.   Nie   mam   ani   dorodnych   kształtów,   ani 
egzotycznej urody.

background image

- Nie. Za to jesteś szczupła, zwinna i silna. 
Poczuła się skrępowana tym wyznaniem.

- Dziwi mnie, że się przejmujesz zdaniem moich znajomych o 

tobie lub o mnie.

-   Nie   przejmuję   się.   Tak   tylko   o   tym   wspomniałam.   Wino 

rozwiązało mi język - powiedziała, żałując, że zaczęła ten temat.

-   Irytujesz   mnie,   Eve.   -   Jego   głos   zabrzmiał   złowieszczo 

chłodno, jak ostrzeżenie. - Krytykujesz mój gust.

-   Zapomnij   o   tym.   -   Zanurzyła   się   w   wodzie,   ale   zaraz 

podskoczyła,   czując   jego   dłonie   na   biodrach.   -   Hej,   co   robisz? 

Chcesz mnie utopić? - Strzepnęła wodę z twarzy i zobaczyła, że 
Roarke naprawdę jest zły. - Słuchaj...

-   Nie,   to   ty   słuchaj.   Albo   lepiej...   -   Wbił   się   w   jej   usta   z 

pożądaniem. - Trochę wcześniej, niż zamierzałem, przejdziemy do 

trzeciego   punktu   programu.   -   Pozwolił   jej   złapać   powietrze.   -   I 
udowodnię   ci,   dlaczego   jesteśmy   na   tym   samym   poziomie,   pani 

porucznik. Nie popełniam błędów.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.

-   Twoje   aroganckie   zachowanie   na   mnie   nie   działa.   Już   ci 

mówiłam, że to przez wino.

- Nie będziesz mogła zwalić na wino tego, co z tobą zrobię - 

zapowiedział, kładąc dłonie na wewnętrznej stronie jej ud. - Nie 

będziesz mówiła o winie, kiedy doprowadzę cię do szaleństwa.

- Nie uda ci się. - Ale w tej chwili przeszył ją spazm. - Nie 

mogę oddychać, kiedy tak robisz.

background image

- Więc nie oddychaj. - Uniósł ją, tak że jej piersi znalazły się 

nad wodą. Zanurzył się i złapał zębami jej wargi sromowe. - Wezmę 

cię, a ty mi na to pozwolisz.

-  Nie  chcę  być  wzięta,   jeśli  sama  nie  będę  mogła   wziąć.  - 

Czuła ogarniającą ją słabość.

- Nie tym razem. - Zadziwiał ją nagłym pożądaniem. Chciał, 

żeby była uległa i otwarta.

- Jak ty to robisz? - zapytała słabym głosem.

Miał ochotę się roześmiać, ale pragnienie, by ją posiąść, mu 

nie pozwoliło. Wstał bez słowa i podniósł ją z wanny.

- Chcę cię w łóżku - powiedział. - Chcę, żebyś była mokra w 

środku i na zewnątrz. Chcę, żebyś drżała pod moim dotykiem. - 

Położył ją i przywarł ustami do jej szyi. - I chcę cię smakować.

Czuła się, jakby była pijana i nie mogła się kontrolować. A on 

się spieszył, wygłodniały. Nie podążała za nim równie szybko. Nagle 
jej ciało zesztywniało i z głośnym krzykiem osiągnęła gwałtowny 

orgazm.

Wziął to, co chciał. Wszystko.

Kiedy pragnienie, by znaleźć się w jej wnętrzu, stało się nie do 

zniesienia,   rozsunął   jej   nogi   i   wbił   się   w   nią   jednym   brutalnym 

ruchem.

Całując   piersi,   czuł   dzikie   bicie   jej   serca.   Znowu   zaczynała 

dochodzić   do   orgazmu,   owijając   się   wokół   niego   jak   rozgrzane 
żelazo. Odsunął się.

- Spójrz na mnie. - Wygiął jej plecy, patrząc, jak drga jej ciało, 

a biodra poruszają się rytmicznie. - Spójrz na mnie, Eve. - Przesunął 

background image

dłonie po jej ciele, pieszcząc każdy jego centymetr. Wchodząc w nią 
powoli, oddychał urywanie. Tracił nad sobą kontrolę.

Otworzyła oczy, zamglone i ciężkie od podniecenia, ale jednak 

patrzyła na niego.

- Ty jesteś tą jedyną - powiedział i objął ją mocno - Tylko ty.
Pocałował ją.

W   końcu   zasnął   pierwszy.   Eve   leżała   w   ciemności,   przy-

słuchując się oddechowi męża, grzejąc swoje ciało jego ciepłem. 

Pogładziła go po włosach.

- Kocham cię - wymamrotała. - Tak bardzo cię kocham, że to 

aż idiotyczne.

Z westchnieniem zsunęła się niżej, zamknęła oczy i zmusiła 

umysł do wyciszenia.

Roarke uśmiechnął się w ciemności.

Nigdy nie zasypiał pierwszy.

background image

12

W swoim biurze wysoko nad miastem Roarke kończył ostatnie 

poranne zebranie. Wcześniej planował, że pojedzie do Rotterdamu, 
żeby osobiście podpisać umowę zamykającą negocjacje z tamtejszą 

firmą, jednak zmienił zdanie i postanowił uczynić to holograficznie. 
Nie chciał oddalać się od domu. Od Eve.

Siedział   przy   długim   lśniącym   stole   konferencyjnym,   a   jego 

holograficzny sobowtór przy podobnym stole, tyle że za oceanem. 

Asystentka   podawała   mu   dokumenty   do   zaakceptowania   i   pod-
pisania.   Obok   czekał   tłumacz,   gotowy   przyjść   z   pomocą   gdyby 

komputer nie dał sobie rady z przekładem.

Resztę miejsc zajmowali członkowie zarządu ScanAir, a raczej 

ich odbicia. Ostatni rok był dla Roarke'a pomyślny, inaczej niż dla 
ScanAir, któremu nie wiodło się już od kilku lat. Wykupując firmę, 

Roarke wyrządzał im przysługę.

Po kamiennych minach holograficznych postaci nie widać było 

jednak zadowolenia.

Przedsiębiorstwo   potrzebowało   cięć   w   budżecie,   a   to 

oznaczało,   że   zmniejszą   się   uposażenia   i   dojdzie   do   zwolnień. 
Roarke   już   wybrał   kilku   pracowników   chętnych   do   wyjazdu   do 

Rotterdamu, by zaprowadzić tam porządek.

Słuchając tłumaczonego przez komputer kontraktu, przyglądał 

się kontrahentom. Od czasu do czasu zwracał się do tłumacza z 
prośbą o wyjaśnienie subtelności składni.

background image

Znał   na   pamięć   każde   zdanie,   każdą   frazę   umowy.   Nie 

zamierzał zapłacić tyle, na ile liczyli. Z drugiej strony zarząd żywił 

nadzieję,   że   nie   wyśledzi   delikatnych   -   i   dobrze   ukrywanych   - 
finansowych kłopotów.

Nie dziwiło go ich postępowanie. Na ich miejscu działałby tak 

samo. Jednak miał zasadę zawsze wszystko dokładnie sprawdzać i 

dzięki temu nie dopuszczał do żadnej niejasności.

Złożył   podpis   na   każdej   kopii,   po   czym   podał   kontrakt 

asystentce. Ta zapieczętowała dokumenty i umieściła w laserowym 
faksie. W kilka sekund znalazły się za oceanem i zostały podpisane 

przez drugą stronę.

- Gratuluję emerytury, panie Vanderlay - uprzejmie zwrócił się 

do   kontrahenta   Roarke,   kiedy   odebrał   odesłane   i   podpisane 
dokumenty. - Mam nadzieję, że zrobi pan z niej dobry użytek.

W   odpowiedzi   otrzymał   suche   skinienie   głowy   i   krótkie 

orzeczenie, po czym hologram znikł.

Rozluźnił się, choć nadal odczuwał zdziwienie.
-   Zauważyłaś,   Caro,   że   ludzie   nie   zawsze   odpłacają   się 

wdzięcznością za to, że daje im się pieniądze?

Asystentka, zadbana kobieta o włosach w szokującym odcieniu 

bieli, wstała, zabierając ze sobą kontrakt wraz z zarejestrowanym 
na dysku przebiegiem transakcji, by go odłożyć do akt. Miała piękne 

nogi.

-   Będą   jeszcze   mniej   wdzięczni,   kiedy   pod   pana   zarządem 

ScanAir stanie się dochodowe. Myślę, że nastąpi to w ciągu roku - 
powiedziała.

background image

-   Po   dziesięciu   miesiącach   -   sprostował   i   odwrócił   się   do 

tłumacza. -  Dziękuję,  Petrov.  Twoja  pomoc  była  nieoceniona  jak 

zawsze.

-   Cała   przyjemność   po   mojej   stronie,   sir.   -   Był   to   android 

stworzony przez należącą do Roarke'a firmę inżynieryjną. Szczupły i 
ubrany w dobrze skrojony czarny garnitur, miał w miarę atrakcyjną 

twarz i wyglądał na mężczyznę w średnim wieku, co skłaniało do 
zaufania.

-   Caro,   następne   spotkanie   dopiero   za   godzinę.   Muszę   się 

zająć prywatną sprawą.

- O pierwszej jest pan umówiony na lunch z przewodniczącym 

departamentu Sky Ways w sprawie przejęcia ScanAir.

- Tutaj czy w mieście?
- Tutaj, sir. Sam pan zatwierdził menu w zeszłym tygodniu. - 

Uśmiechnęła się. - Przewidując pomyślne zakończenie negocjacji.

- Tak, pamiętam. Zjawię się. - Przeszedł bocznymi drzwiami do 

swojego   gabinetu.   Zanim   usiadł   za   biurkiem,   włączył   system 
zamków. Nie było to konieczne, bo Caro nigdy nie wchodziła bez 

zapowiedzenia,   jednak   wolał   zachować   ostrożność.   Nikt   nie 
powinien wiedzieć, co będzie tu teraz robił. Bezpiecznej byłoby w 

domu, ale brakowało mu czasu, żeby tam pojechać.

Włączył   urządzenie   blokujące   systemy   namierzające   Straży 

Informatycznej. Prawo krzywiło się na hackerów i nakładało na nich 
spore kary.

- Komputer, dane na temat członków kościoła szatana, Nowy 

Jork, pod przewodnictwem Seliny Cross.

background image

Przetwarzanie...
Dane   są   chronione   ustawą   o   danych   osobowych.   Polecenie  

odrzucone.

Uśmiechnął się. Lubił wyzwania.

- Och, myślę, że potrafię cię przekonać.
Zadowolony zdjął marynarkę, podciągnął rękawy i zabrał się 

do pracy.

W   centrum   miasta   Eve   przechadzała   się   po   gustownie 

urządzonym,   stonowanym   kolorystycznie   gabinecie   doktor   Miry. 

Nigdy nie czuła się tu całkowicie zrelaksowana, ale szanowała opinie 
terapeutki.   Niedawno   nawet   zaufała   jej   w   sprawach   osobistych, 

oczywiście w stopniu, w jakim było to możliwe. Jednak dalej czuła 
się tu nieswojo.

Mira   wiedziała   o   niej   więcej   niż   ktokolwiek.   Chyba   nawet 

więcej, niż sama Eve wiedziała o sobie. Rozmowa z kimś, kto zna ją 

na wylot, nie wpływała na nią uspokajająco.

Ale nie przyszła tu ze swoimi prywatnymi problemami. Przyszła 

w sprawie morderstwa.

Otworzyły   się   drzwi   i   stanęła   w   nich   Mira.   Uśmiechała   się 

ciepło. Zawsze wygląda tak... doskonale, pomyślała Eve. Zadbana, 
uczesana, pewna siebie. Dzisiaj zamiast tradycyjnego kostiumu pani 

psycholog miała na sobie wąską pomarańczową sukienkę sięgającą 
kolan,   a   na   niej   zapinany   na   jeden   guzik   płaszczyk   tej   samej 

długości co sukienka. Na nogach lśniły o cień ciemniejsze pantofle 
na cieniutkich obcasach, na których widok Eve natychmiast zadała 

background image

sobie pytanie, jak to możliwe, że Mira potrafi się w nich poruszać. 
Na przywitanie objęła rękę Eve obydwiema dłońmi.

- Dobrze cię widzieć w wojowniczym nastroju, Eve. Nie masz 

już kłopotów z kolanem?

- Och. - Zmarszczyła czoło i spojrzała w dół, przypominając 

sobie   o   niedawnej   kontuzji,   która   jej   dokuczała   przy   ostatnim 

śledztwie. - Nie. Lekarze zrobili dobrą robotę. Już o nim zapom-
niałam.

- To uboczne skutki twojej  pracy. -  Usiadła.  - Uważam,  że 

trochę to przypomina poród.

- Co proszę?
- Mówię o zdolności zapominania bólu, przez co możliwe jest 

powtórzenie sytuacji, o której wiemy, że może przynieść cierpienie. 
Zawsze twierdziłam, że kobiety mają predyspozycje do pracy jako 

policjantki lub lekarki, ponieważ posiadają wrodzoną odporność na 
stres. Usiądź. Zrobię ci herbatę, a ty mi powiesz, w czym mogę ci 

pomóc.

- Dziękuję, że upchnęłaś mnie w grafiku. - Usiadła, ale kręciła 

się niespokojnie na krześle. Ilekroć znajdowała się w tym pokoju, 
odnosiła  wrażenie, że musi odsłonić duszę. - Chodzi o śledztwo, 

które prowadzę. Nie jestem w stanie podać ci wielu szczegółów, bo 
sprawa jest utajniona.

- Rozumiem. - Mira zaprogramowała herbatę. - Powiedz tyle, 

ile możesz.

- Interesuje mnie młoda  kobieta, około osiemnastki, bardzo 

inteligentna, a także bardzo urocza.

background image

- To wiek poszukiwań. - Podała Eve parującą herbatę w chiń-

skiej porcelanie.

- Pewnie tak. Ta dziewczyna ma rodzinę. Bliską, choć ojciec 

pozostaje   z   boku.   Reszta   rodziny   jest  dość   rozległa:   dziadkowie, 

kuzynowie, coś w tym stylu. Ona nie była, nie jest - poprawiła się - 
sama.

Mira skinęła. Eve była sama, pomyślała.
- Dziewczyna zainteresowała się starodawnymi religiami i kul-

turami, nawet je studiowała. W zeszłym roku na poważnie zajęła się 
okultyzmem.

-   Hm.   To   także   raczej   typowe.   Młodzi   często   testują   różne 

religie i wiary po to, by utrwalić i scementować własną. Okultyzm, 

ze swoją tajemniczością i możliwościami, jest bardzo atrakcyjny.

- Zajęła się satanizmem.

- Jako obserwator?
Eve zmarszczyła czoło. Oczekiwała, że Mira okaże zaskoczenie 

lub brak akceptacji. Jednak pani doktor spokojnie sączyła herbatę, a 
z jej ust nie znikał łagodny uśmiech.

- Jeśli chodzi ci o to, czy się w to bawiła, to uważam, że poszła 

głębiej.

- Przeszła inicjację?
- Nie wiem, czym można tak to określić.

- Wprawdzie każda sekta ma inne zwyczaje, ale ostatecznie 

tak bardzo się od siebie nie różnią. Przeważnie na inicjację składa 

się   okres   oczekiwania,   następnie   odbywa   się   przyjęcie   ślubów, 
umieszczenie znaku  na  ciele,  zwykle na  genitaliach  lub tuż obok 

background image

nich. Do inicjacji dochodzi w czasie specjalnej ceremonii. Wyznawcy 
zbierają   się   wokół   ołtarza,   na   którym   najczęściej   jest   ktoś   z 

członków, raczej kobieta. Wzywa się księcia piekieł, a inicjowany 
klęczy. Używana symbolika to: płomień, dym, dźwięk dzwonków, 

prochy ludzkie, najlepiej dziecka. Daje się im do picia wodę lub wino 
zmieszane   z   uryną,   po   czym   najwyższy   kapłan   lub   kapłanka 

naznaczają inicjowanego ceremonialnym nożem.

- Athame.

Tak. - Uśmiechnęła się, jakby miała do czynienia z pojętnym 

uczniem. - Następnie, choć to zabronione, zostaje złożona ofiara z 

młodego   kozła.   Czasami   jego   krew   mieszana   jest   z   winem   i 
podawana   do   wypicia.   Potem   jest   czas   na   grupowe   uprawianie 

seksu. Ołtarza mogą użyć wszyscy, a przynajmniej wielu. Jest to 
uważane za obowiązek, jak również za przyjemność.

- Jakbyś tam była.
- Nie, ale kiedyś pozwolono mi obserwować ceremonię sabatu. 

To było całkiem fascynujące przeżycie.

- Chyba w to nie wierzysz? - Eve zdumiona, odstawiła na bok 

filiżankę. - Nie wierzysz w przywoływanie diabła?

Mira uniosła wypielęgnowaną brew.

- Wierzę w dobro i zło, Eve. Zarówno w moim zawodzie, jak i 

w twoim widzimy tak wiele ich przykładów, że nie wolno nam ich 

ignorować.

- Ale czczenie diabła?

- Ci, którzy postanawiają oprzeć swoje życie - a może lepiej 

powiedzieć dusze - na tej wierze, robią to zazwyczaj ze względu na 

background image

płynącą z jej zasad wolność i celebrację egoizmu. Jednych pociąga 
przyrzeczenie władzy. Jeszcze innych seks.

To był tylko seks. Tak mówił Wineburg, zanim zginął, przy-

pomniała sobie Eve.

- Twoja dziewczyna, Eve, została wciągnięta do sekty praw-

dopodobnie przez intelekt. Satanizm posiada wiekową tradycję i jak 

większość   pogańskich   religii   tępi   chrześcijaństwo.   Dlaczego 
przetrwał, a w niektórych kręgach nawet dobrze prosperuje, trudno 

powiedzieć.   Jest   naznaczony   zaklęciami,   grzechem   i   seksem. 
Satanistyczne ceremonie  są  tajemnicze i  wyrafinowane.  Zapewne 

dziewczyna zrobiła pierwszy krok z czystej ciekawości, a ponieważ 
pochodziła   z   kochającej   się   rodziny,   zapragnęła   odmiany.   Zbun-

towała się.

-   Ceremonia,   którą   mi   opisałaś,   bardzo   przypominała   tę,   o 

której   mówiła   ta   dziewczyna.   Ale   to   były   początki,   a   w   końcu 
okazało się, że została wykorzystana seksualnie. Była dziewicą i jak 

sądzę odurzyli ją narkotykami.

- Rozumiem. Są sekty, które rezygnują z ustalonych zasad. 

Niektóre są bardzo niebezpieczne.

- Doszło do tego, że miała zaniki pamięci, nie wiedziała, co się 

z nią dzieje, i stała się niemal służalczo oddana dwóm członkom 
sekty. Odsunęła się od rodziny i przerwała studia. Trwało to do 

chwili,   gdy   przypadkowo   była   świadkiem   rytualnego   morderstwa 
popełnionego na dziecku.

- Ofiary z ludzi to pradawna praktyka. Oczywiście straszliwa. - 

Mira upiła herbatę. - Jeśli w grę wchodziły narkotyki, możliwe, że się 

background image

uzależniła   i   ci   ludzi   nią   manipulowali.   To   by   tłumaczyło   zaniki 
pamięci. Jak rozumiem, morderstwo ją zaszokowało i zmusiło do 

oderwania się od kultu i jego rytuałów.

-   Była   przerażona.   Nie   zwróciła   się   do   rodziny,   nie   zgłosiła 

zabójstwa na policję. Uciekła do czarownicy.

- Białej czarownicy? Wiccanki? 

Eve zacisnęła usta.
- Zrobiła to, co jak sądzę, wymaga jej religia. Zaczęła palić 

białe świece zamiast czarnych. Przeżywała horror i twierdziła, że 
jeden z satanistów potrafi zmienić się w kruka.

-   Zmiana   kształtów   -   rzuciła   z   zastanowieniem   terapeutka. 

Wstała i zaprogramowała następną herbatę. - Interesujące.

- Bała się, że ją zabiją i uważała, że zabili kogoś jej bliskiego, 

chociaż   jak   na   razie   oficjalnie   mówi   się,   że   śmierć   tej   osoby 

nastąpiła   z   przyczyn   naturalnych.   Nie   mam   wątpliwości,   że   była 
torturowana   psychicznie.   Znalazłam   dowody   na   to,   że   wykorzys-

tywano jej strach i zagubienie. Sądzę, że niektóre wywodziły się z 
jej poczucia winy i wstydu.

- Może masz rację. Emocje wpływają na umysł.
- Ale jak dalece? - zapytała Eve. - Do tego stopnia, że widziała 

rzeczy,   które   nie   istnieją?   Że   uciekła   przed   czymś   niewidocznym 
wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu?

Mira znowu usiadła.
- A więc ona nie żyje. Przykro mi. Jesteś pewna, że uciekała 

przed iluzją?

background image

- Na miejscu wypadku znajdowała się funkcjonariuszka policji. 

Nikogo nie widziała. Oprócz - dodała Eve, krzywiąc usta - czarnego 

kota.

-   Znany   symbol.   Wystarczył,   by   dziewczyna   się   załamała. 

Nawet jeśli kot został tam specjalnie podrzucony, nie będzie ci łatwo 
udowodnić zabójstwa.

-   Eksperymentowali   z   jej   umysłem,   narkotyzowali   ją,   praw-

dopodobnie  hipnotyzowali.  Zamęczali sztuczkami i wiadomościami 

nadawanymi przez wideofon. Do diabła, niech mi ktoś powie, że to 
nie było morderstwo. I ja to udowodnię.

- Biorąc pod uwagę fakt, że obracasz się w sferze religii, a 

zwłaszcza   religii,   której   istnienie   nie   jest   przez   społeczeństwo 

akceptowane, będziesz miała kłopoty ze skierowaniem sprawy do 
sądu.

- Nie uciekam przed trudnościami. Za tym kultem kryją się źli 

ludzie. Podejrzewam, że w ostatnich  dwóch  tygodniach zabili już 

cztery osoby.

- Cztery - zdziwiła się psychoterapeutka. - A ciało znalezione 

pod twoim domem? Szczegóły  podawane przez media są bardzo 
skąpe. Czy to ma jakiś związek?

-   Tak.   Zginął   świeży   adept   sekty   satanistycznej,   któremu 

poderżnięto gardło  

athame.  

Nóż był wbity w jego jądra razem z 

kartką   potępiającą   satanizm.   Chłopak   był   przywiązany   do 
odwróconego pentagramu.

- Okaleczenie i morderstwo. - Mira zacisnęła usta. - Nie pasuje 

to do wiccanów. Przemoc jest sprzeczna z ich zasadami.

background image

-   Ludzie   nieustannie   robią   rzeczy   sprzeczne   z   własnymi 

zasadami   -   niecierpliwie   odparła   Eve.   -   Jednak   w   tym   wypadku 

podejrzewam   kogoś   z   satanistów.   Zeszłej   nocy   zginął   następny 
mężczyzna. Także został ugodzony  

athame.  

Nie podaliśmy jeszcze 

wiadomości   o   zabójstwie   do   porannej   prasy,   ale   znajdzie   się   w 
gazetach za kilka godzin. Byłam tam, ścigałam go i nie zdążyłam.

-   Został   zabity   bez   rytualnej   ceremonii?   A   w   pobliżu 

znajdowała się policja? - Mira potrząsnęła głową. - Desperacki lub 

arogancki ruch. Jeśli morderstwo popełnili ci sami ludzie, wskazuje 
to na ich rosnącą pewność siebie.

- A może na upodobanie do przelewania krwi. To mi zakrawa 

na uzależnienie. Chcę znać ludzi, którzy przewodzą takim kultom. 

Interesuje mnie kobieta z długą kartoteką, oskarżana o nielegalny 
seks   i   handel   narkotykami.   Jest   biseksualna.   Prowadzi   prywatny 

klub   i   nie   narzeka   na   brak   pieniędzy.   Jej   partner   to   postawny 
mężczyzna, który jej usługuje. Lubi się pokazywać - dodała Eve, 

przypominając   sobie   sztuczkę   z   ogniem.   -   Twierdzi,   że   umie 
odczytywać przyszłość. Jest nerwowa i ma zmienne nastroje.

- Przypuszczalnie jej podstawową słabością jest duma. Jeśli ma 

silną pozycję, zapewne z trudem przyjmuje brak szacunku. Czy umie 

czytać w myślach?

- Pytasz poważnie?

- Eve. - Mira westchnęła lekko. - Tego rodzaju zdolności są 

faktem naukowym.

background image

- Tak, tak. - Machnęła ręką. - Instytut Kanskiego. Mam całą 

dokumentację o pewnej wróżce białej magii, która się tam szkoliła. 

Podobno jest czysta.

- A ty nie zgadzasz się z instytutem?

-   Kryształowe   kule   i   czytanie   z   ręki?   Jesteś   przecież   na-

ukowcem.

- To prawda i jako naukowiec przyznaję, że nauka zmienia się, 

im więcej dowiadujemy się o wszechświecie i jego mieszkańcach. 

Wielu   poważanych   naukowców   wierzy   w   to,   że   rodzimy   się   z 
szóstym zmysłem. Niektórzy ludzie go rozwijają, inni blokują, jednak 

większość   ma   go   w   jakimś   procencie.   Mówię   o   instynkcie, 
przeczuciach, intuicji. Sama się na niej opierasz w swojej pracy.

- Opieram się na dowodach i faktach.
- Eve, posiadasz przeczucia. Potrafisz doskonale wykorzystać 

swoją   intuicję.   Podobnie   Roarke.   -   Uśmiechnęła   się,   widząc 
zdumienie w oczach policjantki. - Człowiek nie dochodzi tak wysoko 

w tak młodym wieku bez pomocy instynktu, który mu podpowiada, 
kiedy i jaki ruch należy wykonać. Magia, jeśli wolisz użyć bardziej 

romantycznej nazwy, istnieje.

-   Twierdzisz,   że   wierzysz   w   czytanie   w   myślach   i   rzucanie 

uroków?

- Mogę się domyślić, co dzieje się teraz w twojej głowie. - 

Zachichotała Mira. - Myślisz, że mój wywód to stek bzdur.

Eve nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.

- Coś w tym rodzaju.

background image

- Pozwól, że coś ci powiem, ponieważ przypuszczam, że po to 

między innymi do mnie przyszłaś. Magia, czarna i biała, istnieje tak 

długo, jak długo istnieją ludzie. Magia daje władzę. A tam, gdzie 
jest władza, są zyski, ale też oszustwa i zbrodnie. To także leży w 

naturze   człowieka.   Nie   możemy   za   pomocą   nauki   lub   techniki 
zniszczyć zła bez unicestwienia dobra. Władza wymaga oprawy, tak 

jak   wiara,   dlatego   też   mamy   ceremonie   i   rytuały.   Potrzebujemy 
różnych   struktur,   które   dają   nam   poczucie   bezpieczeństwa   i 

przynależności,   a   także,   i   owszem,   potrzebujemy   pewnej   dozy 
tajemniczości.

- Pani doktor, nie przeszkadzają mi ani ceremonie, ani rytuały, 

dopóki nie jest łamane prawo.

- Zgadzam się. Z tym że prawo też jest ulotne. Zmienia się i 

adaptuje.

- Morderstwo zawsze jest morderstwem. Czymkolwiek zostanie 

dokonane,   kamieniem   czy   laserowym   miotaczem.   -   Oczy   Eve 

pociemniały  i zapłonęły. - Lub za pomocą  dymu i luster. Znajdę 
przestępcę i żadna magia świata mnie nie powstrzyma.

- Nie. - Mira poczuła w żołądku ciche ćmienie strachu. - Nic cię 

nie powstrzyma, Eve, to prawda. Nie jesteś pozbawiona mocy. - 

Rozłożyła   ręce.   -   Mogę   zebrać   dla   ciebie   więcej   wiadomości   na 
temat satanizmu i wierzeń Wicca, jeśli ci to pomoże.

- Chcę wiedzieć, z czym mam do czynienia. Będę wdzięczna. 

Możesz mi przygotować opis typowego członka tych kultów?

-   Nie   istnieje   typowy   członek,   tak   jak   nie   istnieje   typowy 

katolik czy buddysta, ale postaram się spisać główne cechy osoby, 

background image

którą   pociąga   okultyzm.   Czy   ta   kobieta,   wiccanka,   też   jest 
podejrzana?

- Nie jest  główną  podejrzaną, chociaż  chęć  zemsty  to silny 

motyw. Sądzę jednak, że raczej rzuciła na swoich wrogów klątwę.

- Sprawdź paznokcie i włosy ofiar, także przyszłych. Mogą mieć 

ślady niedawnych nacięć.

- Tak? Dobrze. - Wstała. - Dziękuję za pomoc.
- Jutro dostarczę ci raport.

-   Wspaniale.   -   Ruszyła   do   wyjścia,   ale   się   zatrzymała.   - 

Odniosłam   wrażenie,   że   bardzo   dużo   wiesz   na   te   tematy.   Czy 

studiuje się je na psychiatrii?

- Do pewnego stopnia. Ja miałam osobiste powody, żeby bliżej 

się im przyjrzeć. - Zacisnęła usta. - Moja córka jest wiccanką.

Eve otworzyła usta.

- Och! - Co, do cholery, powinna teraz powiedzieć. - Cóż, to 

wszystko   wyjaśnia.   -   Zakłopotana   wepchnęła   ręce   do   kieszeni.   - 

Gdzieś tutaj?

- Nie, mieszka w Nowym Orleanie. Czuje się tam swobodniej. 

Być   może   nie   jestem   do   końca   obiektywna,   Eve,   ale   sama   się 
przekonasz, że ta wiara jest piękna, bardzo ludzka i szczodra.

- Jasne. - Pchnęła drzwi. - Jestem zaproszona na ich spotkanie 

jutro wieczorem.

-   Musisz   mi   potem   opowiedzieć   o   swoich   wrażeniach.   Jeśli 

będziesz miała pytania, moja córka z chęcią z tobą porozmawia.

- Dam ci znać. - Idąc do windy, odetchnęła głośno. Córka Miry 

jest czarownicą myślała. To dopiero.

background image

Wróciła do centrali po Peabody. Chciała z podwładną pojechać 

do   mieszkania   Wineburga,   zobaczyć,   jak   żył,   zajrzeć   do   jego 

osobistych notatek i akt. Przypuszczała, że trzymał gdzieś notes z 
nazwiskami i adresami.

Dochodzeniówka   już   wcześniej   sprawdziła   mieszkanie,   ale 

oczywiście jak zwykle niczego nie znaleziono. Miała nadzieję, że jej 

się powiedzie.

Na korytarzu natknęła się na Peabody.

-   Spotkamy   się   w   moim   samochodzie   za   piętnaście   minut. 

Teraz lecę przesłuchać wiadomości i zadzwonić w kilka miejsc.

- Tak jest. Pani porucznik...
- Później - rzuciła krótko Eve, mijając pospiesznie Peabody i 

ignorując jej skrzywioną twarz.

- Feeney? - Czekał na nią w jej pokoju. Zdjęła kurtkę i rzuciła 

na krzesło. - A więc zdecydowałeś się na wyjazd do Meksyku. W 
sprawie szczegółów musisz zadzwonić do Roarke'a. Powinien teraz 

być...

Zamilkła, bo Feeney wstał, przeszedł przez pokój i zamknął 

drzwi. Wyraz jego twarzy mówił wszystko.

- Okłamałaś mnie. - W głosie mężczyzny słychać było ból i 

gniew. Jednak jego oczy pozostały chłodne. - Oszukałaś, a ja tak ci 
ufałem. Sprawdzałaś Franka za moimi plecami.

Nie było sensu zaprzeczać i pytać, skąd się dowiedział.
- Zaplanowano wewnętrzne śledztwo. Whitney chciał, żebym 

oczyściła Franka, i zrobiłam to.

background image

- Pocałuj mnie gdzieś. Jakie wewnętrzne śledztwo? Frank był 

czysty jak łza.

- Wiem, Feeney. Ja...
- Ale go sprawdzałaś. Dostałaś się do jego danych, i to beze 

mnie.

- Tak miało być.

- Gówno prawda. Ja cię szkoliłem.  Nadal stałabyś na ulicy, 

gdyby nie ja. A ty mi wbijasz nóż w plecy? - Zrobił do niej krok z 

zaciśniętymi pięściami.

Nawet chciała, żeby ich użył.

- Masz otwarte akta Alice. Podejrzewasz zabójstwo. To była 

moja chrzestna córka i nie powiedziałaś mi, że być może ktoś ją 

zabił? Odsunęłaś mnie od dochodzenia, oszukujesz mnie. Patrzysz 
mi prosto w oczy i łżesz.

Eve miała w żołądku kulę lodu.
- Tak.

- Podejrzewasz, że była narkotyzowana, zgwałcona i zamor-

dowana, i nie włączasz mnie do sprawy?

Domyśliła się, że dostał się do zastrzeżonych informacji. Były 

zakodowane, ale dla niego nie stanowiło to przeszkody. Widocznie 

miał jakieś przeczucie. Zapewne zastanowiła go śmierć Wineburga.

-   Nie   mogłam   -   odparła   słabo.   -   Nawet   gdybym   nie   miała 

takich rozkazów, i tak bym cię odsunęła. Byłeś za blisko związany ze 
zmarłą. Nie potrafiłbyś być obiektywny.

- Co ty do cholery wiesz - wybuchnął i podniósł pięść. Tak, 

wolałaby, żeby ją uderzył.

background image

-   Rozkazy?   -   ciągnął,   mierząc   ją   pogardliwie.   -   Pieprzone 

rozkazy.  To   twój   styl,   Dallas?  To   przez   nie   traktujesz   mnie   jak 

jakiegoś pieprzonego nowicjusza? Zrób sobie wolne, Feeney. Pojedź 
do ładniutkiego domu mojego bogatego mężulka. - Zacisnął usta z 

kpiną. - To by ci odpowiadało, co? Pozbywasz się mnie, bo jestem w 
tej sprawie nieużyteczny?

- Nie. Na Boga, Feeney...
- Chodziłem z tobą na akcje. - Nagle ściszył głos. - Ufałem ci. 

Nadstawiałem za ciebie karku. Ale z tym już koniec. Jesteś dobra, 
Dallas, ale zimna. Do diabła z tobą!

Nie potrafiła wydobyć z siebie głosu, kiedy odchodził.
- Dallas - do pokoju wpadła Peabody. - Nie mogłam...

Eve   przerwała   jej,   unosząc   dłoń   i   odwracając   się.   Powoli 

dochodziła do siebie. Ale ból został. Nadal czuła zapach Feeneya, tej 

głupiej wody kolońskiej, którą kupowała mu żona.

-   Zbieraj   się.   Jedziemy   przeszukać   mieszkanie   Wineburga. 

Peabody otworzyła usta, potem je zamknęła. Nawet jeśli wiedziała, 
co powiedzieć, nie była pewna, jak to zostanie przyjęte.

- Tak jest.
Eve odwróciła się. Jej oczy były puste i lodowate.

- W takim razie chodźmy.

background image

13

Do   domu   dotarła   w   ponurym   nastroju.   Mimo   że   wraz   z 

Peabody przekopały mieszkanie Wineburga do góry nogami, niczego 
nie   znalazły.   Przez   trzy   godziny   bezowocnie   przeglądały   szafy   i 

szuflady,   pliki   w   komputerze   i   odczytywały   wiadomości   na 
wideofonie.

Wineburg   był   właścicielem   około   dwudziestu   identycznych 

czarnych garniturów, kilku par butów tak wypucowanych, że można 

było   się   w   nich   przejrzeć,   oraz   kolekcji   płyt   kompaktowych   ze 
straszliwie nudną muzyką. Chociaż udało jej się odkryć tajny sejf, to 

jego zawartość jej nie oszołomiła. Dwa tysiące w gotówce, następne 
dziesięć   w   kartach   kredytowych   i   spora   liczba   pornograficznych 

filmów   wideo,   które   mówiły   wiele   o   właścicielu,   ale   nic   o   jego 
zabójcy.

Wineburg   nie   prowadził   dziennika,   a   jego   notes   zawierał 

jedynie daty i miejsca, bez opisów spotkań. Dokumenty dotyczące 

finansów   były   uporządkowane   i   dokładne,   jak   się   można   było 
spodziewać po bankierze. Pieczołowicie zapisywał wszystkie wydatki 

i dochody. Regularne wypłaty dużych sum co dwa miesiące z karty 
kredytowej, zmieniane na gotówkę przez okres dwóch lat, wyjaśniły 

Eve,   dzięki   czemu   Selina   może   utrzymywać   tak   wysoki   standard 
życia. Wypłaty te zapisane były pod rubryką wydatków osobistych.

Wieczorne spotkania przez dwa lata, odbywające się także co 

dwa   miesiące,   zgodne   z   datą   wypłat,   nie   wystarczą   na 

potwierdzenie związku Wineburga z kultem Seliny Cross.

background image

Nigdzie nie natknęła się na jej nazwisko.
Wineburg był rozwodnikiem, nie miał dzieci, mieszkał sam.

Eve zapukała do sąsiadów. Dowiedziała się od nich, że nie był 

towarzyskim   typem.   Rzadko   kto   go   odwiedzał,   a   sąsiedzi   albo 

rzeczywiście   nie   pamiętali,   albo   po   prostu   nie   chcieli   podać 
rysopisów gości.

Opuściła   mieszkanie   z   uczuciem   niesmaku   i   frustracji.   Nie 

miała wątpliwości, że Wineburg należał do sekty Seliny, za który to 

przywilej słono płacił, a w końcu oddał życie. Ale nie potrafiła tego 
udowodnić, poza tym jej myśli krążyły gdzieś indziej.

Wracając do domu, odtwarzała w pamięci obraz zagniewanej 

twarzy Feeneya i jego gorzkie słowa. Wiedziała, że go zawiodła. 

Zdradziła. Usprawiedliwiła się, że jest policjantką i musiała słuchać 
rozkazów. Ale tak nie postępuje przyjaciółka, pomyślała, czując w 

skroniach bolesny ucisk. Wybrała pracę, a nie to, co podpowiadało 
serce. Nazwał ją zimną. I nie pomylił się.

Kiedy otworzyła drzwi do holu, powitał ją kot owijający się jej 

o nogi. O mało co, a potknęłaby się o niego. Zaklęła pod nosem. Z 

bocznych drzwi wyszedł Summerset.

- Roarke starał się z tobą skontaktować.

- Tak? Byłam zajęta. - Odsunęła niecierpliwe Galahada. - Jest 

w domu?

- Jeszcze nie. Możesz go złapać w biurze.
-   Porozmawiam   z   nim,   kiedy   wróci.   -   Potrzebowała   drinka, 

mocnego i odurzającego. Uświadamiając sobie niebezpieczeństwo i 

background image

słabość   takiego   posunięcia,   zamiast   do   salonu   zwróciła   się   w 
przeciwną stronę. - Nie ma mnie dla nikogo innego. Rozumiesz?

- Oczywiście - odparł sztywno służący.
Kiedy znikła, pochylił się i wziął kota na ręce, po czym go 

pogłaskał. Nie zrobiłby tego nigdy w czyjejś obecności.

- Pani porucznik jest bardzo nieszczęśliwa - powiedział. - Może 

powinniśmy gdzieś zadzwonić.

Galahad   zamruczał   i   wygiął   się   w   łuk.   Lubił   kościste   palce 

Summerseta. Wzajemna sympatia była ich wspólną małą tajemnicą.

Eve byłaby tym zaskoczona, choć w tej chwili nie myślała ani o 

kocie,   ani   o   służącym.   Po   schodach   dotarła   do   bocznych   drzwi, 

przeszła przez pomieszczenie z basenem i ogród do sali gimnas-
tycznej. Wiedziała, że wysiłek fizyczny pomaga zmniejszyć stres.

Starając   się   o   niczym   nie   myśleć,   przebrała   się   w   czarny 

kostium i wysokie trampki. Zaprogramowała ćwiczenia na całe ciało, 

każąc   maszynie   przeprowadzić   ją   przez   serię   wycieńczających 
przysiadów, pompek i podskoków.

Była   już   nieźle   spocona,   kiedy   postanowiła   przełączyć 

komputer   na   aerobik.   Zaczęła   od   szaleńczego   biegu   po 

wzniesieniach,   równinie,   po   schodach.   Ustawiła   program   na 
zmienną   nawierzchnię   od   symulowanego   asfaltu,   przez   piasek   i 

trawę. Nadal jednak czuła ucisk w żołądku.

Możesz uciekać, powtarzała w duchu z otępieniem, ale się nie 

ukryjesz. Serce rozrywało jej pierś, kostium przesiąkł do cna potem. 
Nic nie pomagało. Zdecydowała się na rundę boksu. Nigdy jeszcze 

background image

nie   ćwiczyła   z   androidem.   Był   jedną   z   najnowszych   zabawek 
Roarke'a. Średniej wagi i wzrostu, mocno umięśniony.

Eve wystukała program na jego panelu sterowania. Rozległ się 

cichy szum, po czym maszyna przeszła w stan gotowości. Android 

otworzył oczy. Miały uprzejmy wyraz.

- Masz ochotę na walkę?

- Tak, koleś.
- Boks, karate,  

taekwondo,  

kung - fu, styl uliczny. Dostępny 

jest także program samoobrony. Kontakt do wyboru.

- Walka wręcz - zarządziła. - Pełen kontakt.

- Rundy czasowe?
- Nie, do diabła! Walczymy, aż jedno z nas znajdzie się na 

ziemi.

- Przyjąłem. - Znowu cichy szum. - Oceniłem twoją wagę na 

około 55 kilogramów. Jeśli sobie życzysz, dam ci fory.

Wystrzeliła pięścią prosto w szczękę robota, aż odskoczyła mu 

głowa.

- Masz swoje fory. Zabieraj się do walki.

-   Proszę   bardzo.   -   Pochylił   się   i   zaczął   krążyć.   -   Nie   za-

znaczyłaś,   czy   życzysz   sobie   dodatek   wokalny.   Obelgi,   kpiny, 

wyzwiska...   -   Zachwiał   się,   kiedy   jej   noga   wylądowała   w   jego 
trzewiach. - Pochwały lub okrzyki bólu.

- Nacieraj, na rany boskie!
Uczynił, jak kazała. Tak błyskawicznie i z taką siłą, że nieomal 

zwalił   ją   z   nóg.   To   jej   bardziej   pasowało.   Zrobiła   obrót   wokół 
własnej osi i uderzyła ramieniem.

background image

Zablokował   jej   następne   uderzenie,   przekręcił   do   siebie   i 

zacisnął ramię na jej gardle. Eve rozstawiła szerzej nogi, wbiła w 

niego łokcie, po czym przerzuciła napastnika przez ramię. Podniósł 
się z  ziemi, zanim  zdążyła  do niego doskoczyć.  Miękka  rękawica 

bokserska utkwiła w jej splocie słonecznym, wypychając z niej całe 
powietrze.   Szybko   zebrała   siły   i   pochyliwszy   się   uderzyła   w 

przeciwnika głową potem natychmiast z całej mocy przytrzasnęła 
mu stopę.

Kiedy dziesięć minut później Roarke wszedł do sali gimnas-

tycznej,   zobaczył   żonę   przelatującą   w   powietrzu   i   lądującą   na 

macie. Zdziwiony i zaciekawiony, oparł się o framugę i patrzył. Nim 
zdążyła   się   podnieść,   android   znalazł   się   już   na   niej,   więc 

pochwyciła  go za  kostkę,  wykręciła  z całej siły  i  pchnęła. W tej 
chwili jej umysł wypełniała ciemna pustka. Oddychała ciężko, czując 

w ustach metaliczny smak krwi.

Rzuciła   się   na   przeciwnika   jak   burza,   zimna   i   nieustępliwa. 

Każde   pchnięcie,   uderzenie,   kopnięcie,   zadane   lub   otrzymane, 
budziło w niej lodowatą, prymitywną wściekłość. Jej oczy wypełniała 

teraz nienawiść, pięści bez litości waliły we wroga, spychając go do 
tyłu.

Roarke   zmarszczył   czoło   i   wyprostował   się.   Oddech   Eve 

zamienił   się   w   rzężenie,   ale   nie   rezygnowała.   Kiedy   android   się 

zachwiał, a potem opadł na kolana, przygotowała się do zadania 
śmiertelnego ciosu.

background image

- Zakończ program - zawołał Roarke, łapiąc napięte ramię Eve, 

nim zdążyła roztrzaskać chwiejącą się głowę robota. - Zepsujesz go 

- powiedział miękko. - Nie jest zaprogramowany na zabijanie.

Pochyliła   się,   opierając   ręce   na   kolanach,   żeby   złapać 

powietrze. Jej umysł wypełniał gniew, czerwona wściekłość, musiała 
go oczyścić.

- Przepraszam, poniosło mnie. - Spojrzała na klęczącego nadal 

androida,   którego   usta   zwisały   bezwładnie,   a   w   oczach   lśniła 

pustka. - Naprawię go.

- Nie martw się o niego. - Chciał odwrócić jej twarz do siebie, 

ale   się   wyrwała   i   przeszła   przez   salę   po   ręcznik.   -   Jesteśmy   w 
nastroju do walki, co?

- Miałam ochotę coś rozwalić.
-   Przebrać   się   w   strój?   -   Uśmiechał   się   lekko,   dopóki   nie 

zsunęła z twarzy ręcznika. Nie było już na niej wściekłości, tylko 
wyraz udręki. - O co chodzi, Eve? Co się stało?

-   Nic.   Miałam   po   prostu   ciężki   dzień.   -   Odrzuciła   ręcznik   i 

sięgnęła   po   butelkę   z   wodą   mineralną.   -   Niczego   nie   było   w 

mieszkaniu Wineburga. Dochodzeniówka też nie znalazła niczego w 
garażu. Zresztą nie spodziewałam się, że coś znajdzie. Widziałam 

się z Mirą. Jej córka j est wiccanką, wyobrażasz sobie?

A więc to nie z powodu pracy jest nieszczęśliwa, pomyślał.

- No i co z tego?
- To nie wystarczy? Trudno będzie uzyskać od Miry obiektywną 

analizę, skoro ma córkę zajmującą się rzucaniem zaklęć. Poza tym 

background image

Peabody złapała katar. Jest tak zasmarkana, że muszę dwa razy 
powtarzać, żeby cokolwiek do niej dotarło.

Zdawała sobie sprawę, że mówi za szybko. Słowa wypadały z 

jej ust, a ona nie mogła ich powstrzymać.

- Żadna z niej pomoc, jeśli cały dzień tylko wyciera nos i kicha.
Media uczepiły się śmierci Wineburga i faktu, że ty i ja byliśmy 

na   miejscu,   kiedy   go   zabito.   Mój   wideofon   przegrzał   się   od 
pieprzonych wiadomości. Przecieki są wszędzie. Pieprzone przecieki. 

Feeney dowiedział się, że go oszukiwałam. Aha, pomyślał Roarke, w 
tym rzecz.

- Napadł na ciebie?
-   A   dlaczego   miałby   tego   nie   zrobić?   -   Jej   głos   stał   się 

piskliwszy, bo starała się ukryć żal. - Ufał mi, a ja go okłamałam. 
Zełgałam prosto w twarz.

- Miałaś jakiś wybór?
- Zawsze jest wybór. - Zagryzła usta i ze wściekłością rzuciła 

do połowy pełną butelką, która rozbiła się o ścianę, rozbryzgując 
wszędzie bąbelki wody. - Zawsze jest - powtórzyła. - Ja dokonałam 

swojego.   Wiedziałam,   co   czuł   do   Franka,   do   Alice.   A   jednak 
postanowiłam   go   odsunąć.   Wykonywałam   rozkazy.   Byłam   po-

słuszna.

Czuła, że ból zalewają całą, że zaraz z niej wypłynie, jak woda 

z rozbitej butelki. Pragnęła go zahamować.

-   Miał   rację.  Jego   zarzuty   były   słuszne.   Wszystkie.   Mogłam 

pogadać z nim nieoficjalnie.

background image

-   Czy   tak   właśnie   zostałaś   wyszkolona?   Czy   on   tak   cię 

wyszkolił?

-   W   tym   rzecz   -   odparła   gwałtownie.   -   On   był   moim   na-

uczycielem.   Jestem   mu   coś   winna.   Mogłam   mu   o   wszystkim 

powiedzieć.

-   Nie   -   zaprzeczył   Roarke   i   podszedł   do   żony.   -   Nie,   nie 

mogłaś.

- Mogłam - krzyknęła. - Powinnam. Żałuję, że tak się nie stało! 

- Zasłoniła twarz rękami. - O Boże, co ja mam teraz zrobić?

Przytulił ją. Rzadko płakała; tylko w ostateczności, zazwyczaj 

ze wściekłości i poczucia niemocy.

- Daj mu czas, Eve. Jest policjantem. Po części cię rozumie. Na 

resztę trzeba poczekać.

- Nie. - Zacisnęła dłonie w pięści. - Sposób, w jaki na mnie 

patrzył...   Straciłam   go,   Roarke.   Przysięgam,   że   wolałbym   stracić 
odznakę.

Poczekał,   aż   się   wypłacze,   aż   jej   ciało   targane   łkaniem, 

uspokoi się. Emocje ją rozsadzają myślał. Emocje, które przez całe 

życie   spychała   do   wewnątrz,   a   które   uwalniają   się   teraz   ze 
zdwojoną siłą.

- Do cholery - sapnęła. Bolała ją głowa, w gardle czuła ucisk. - 

Nienawidzę płakać. Płacz na nic nie pomaga.

-   Pomaga   bardziej,   niż   myślisz.   -   Pogłaskał   ją   po   głowie, 

potem uniósł jej twarz. - Musisz zjeść coś konkretnego i dobrze się 

wyspać, żeby zebrać siły do dalszej pracy.

- Jakiej pracy?

background image

- Masz zamknąć sprawę. Kiedy ją skończysz, będziesz mogła 

zostawić wszystko za sobą.

- Tak. - Przycisnęła dłonie do gorących, mokrych policzków. - 

Zamknąć sprawę. O to, do cholery, chodzi - wysyczała.

-   To   sprawiedliwość.   -   Dotknął   dołka   w   jej   podbródku.   - 

Prawda?

Podniosła na niego czerwone i spuchnięte oczy.
- Już sama nie wiem.

Nie chciała nic jeść, a on jej nie namawiał. Nieraz w życiu czuł 

się podle i wiedział, że jedzenie nie jest lekarstwem. Zastanawiał 

się, czy nie zmusić jej, żeby zażyła coś na uspokojenie. Ale wtedy 
następnego   dnia   będzie   się   czuła   beznadziejnie.   Zrezygnował   z 

pomysłu. Ucieszył się, że postanowiła wcześniej się położyć. Sam 
musiał   wracać   do   biura,   więc   wymówił   się   jakimś   ważnym 

telefonem, na który czeka.

Obserwował ją na monitorze z biura. Wierciła się i przewracała 

z boku na bok, ale wreszcie zasnęła.

To, co miał do zrobienia, zajmie mu godzinę lub dwie. Wątpił, 

żeby do tego czasu Eve się przebudziła i go szukała.

Nigdy   nie   był   u   Feeneya.   Budynek,   w   którym   mieszkał 

policjant,   był   trochę   zaniedbany,   ale   dobrze   strzeżony   i   sprawiał 

wrażenie niepretensjonalnego. Roarke uznał, że pasuje do Feeneya. 
Ponieważ nie chciał ryzykować odmowy, ominął dzwonek domofonu 

i system alarmowy.

To znowu pasowało do niego.

background image

Przechodząc   przez   mały   przedsionek,   wyczuł   słaby   zapach 

niedawnej deratyzacji. Choć uznawał słuszność walki z insektami, 

nie podobał mu się ten odorek, wiec zanotował w pamięci, żeby coś 
z tym zrobić.

W końcu jest właścicielem budynku.
Wszedł   do   windy   i   poprosił   o   jazdę   na   trzecie   piętro.   Na 

korytarzu zwrócił uwagę na fakt, że należy wymienić wykładzinę. 
Oświetlenie   nie   wzbudziło   jego   zastrzeżeń,   a   lampki   kontrolne 

kamer bezpieczeństwa świadczyły o tym, że alarm działa jak należy. 
Ściany były czyste i na tyle grube, że nie przechodziły przez nie 

odgłosy z mieszkań.

Słychać   było   jedynie   przytłumioną   muzykę,   nagły   wybuch 

śmiechu, ściskający za serce płacz dziecka. Życie, pomyślał Roarke, 
przyjemne   życie.   Nacisnął   na   dzwonek   przy   drzwiach   Feeneya   i 

czekał.

Najpierw usłyszał bzyczenie kamery, potem poirytowany głos 

w interkomie.

-   Czego   chcesz,   do   diabła?   Zrobiłeś   sobie   wycieczkę   po 

slumsach?

- Nie uważam, że ten budynek zasługuje na tę nazwę.

- Każdy na nią zasługuje w porównaniu z miejscem, w którym 

mieszkasz.

- Chcesz dyskutować o różnicach w naszych stylach życia przez 

drzwi, czy może wpuścisz mnie do środka?

- Zapytałem, po co przyszedłeś.

background image

-   Wiesz,   dlaczego   tu   jestem.   -   Zrobił   kpiącą   minę,   mając 

nadzieję, że jest wystarczająco obraźliwa. - Nie boisz się chyba ze 

mną rozmawiać, co, Feeney?

Policjant zareagował, tak jak Roarke się spodziewał. Otworzył 

drzwi i stanął w nich. Na twarzy miał wypisaną wściekłość, ciało 
gotowe do walki.

- Nie wtrącaj się. To nie twój pieprzony interes.
- Przeciwnie. - Nie ruszał się z miejsca, mówił spokojnie. - To 

jest mój pieprzony interes. Ale nie sądzę, żeby twoi sąsiedzi byli nim 
zainteresowani.

Zaciskając zęby, Feeney odsunął się od drzwi.
- Wejdź, powiedz, co masz do powiedzenia i wynoś się, do 

diabła.

- Czy twoja żona jest w domu? - zapytał Roarke, kiedy Feeney 

zatrzasnął z hukiem drzwi.

-   Ma   dzisiaj   jakieś   babskie   spotkanie   -   odpowiedział,   po-

chylając głowę trochę jak rozjuszony byk gotowy do ataku. - Chcesz 
mnie   uderzyć?   Proszę  bardzo.   Z  przyjemnością   przywalę  ci   w   tę 

twoją piękną buźkę.

- Jezu Chryste, ona jest taka sama jak ty. - Potrząsając głową 

Roarke przeszedł przez pokój. Przytulne mieszkanie, choć niezbyt 
czyste, notował  w myślach. W telewizorze  toczył się jakiś mecz. 

Głos był ściszony. - Jaki wynik?

- Jankesi wygrywają. - Feeney przerwał, łapiąc się na tym, że 

zaraz zaproponuje gościowi piwo. - Powiedziała ci? Dopuściła cię do 
sprawy?

background image

- Nikt jej tego nie zakazał. Poza tym potrzebowała pomocy. Ja 

mogłem pomóc, myślał Feeney z gorzkim żalem. Poszukała pomocy 

u   swojego   bogatego   mężusia,   a   nie   u   mnie,   jej   nauczyciela   i 
partnera. Nie u człowieka, z którym pracowała ramię przy ramieniu 

przez dziesięć lat.

- To nie zmienia faktu, że jesteś cywilem. - Jego zmęczone 

oczy zrobiły się posępne. - Nawet nie znałeś Franka.

- Ja nie, ale Eve go znała i lubiła.

- Pracowałem z Frankiem. Byliśmy przyjaciółmi. Rodziną. Nie 

powinna mnie odsunąć od sprawy. I to jej powiedziałem.

- Nie wątpię. - Roarke odwrócił się od telewizora  i spojrzał 

Feeneyowi prosto w oczy. - Jednak złamałeś jej serce.

-   Trochę   nią   potrząsnąłem.   -   Podniósł   na   wpół   opróżnioną 

butelkę piwa. Mimo wściekłości zdążył dostrzec załamanie w oczach 

Eve, ale postanowił się nie przejmować. - Przejdzie jej. - Upił spory 
łyk,   wiedząc,   że   nic   nie   spłucze   gorzkiego   smaku   w   ustach.   - 

Zakończy sprawę. Tylko już beze mnie.

- Powiedziałem, że złamałeś jej serce. Mówię to poważnie. Jak 

długo ją znasz, Feeney? - Głos Roarke'a stwardniał, domagał się 
uwagi. - Dziesięć, jedenaście lat? Jak często widziałeś ją załamaną? 

Myślę, że wystarczy ci palców jednej ręki. Cóż, widziałem, jak się 
rozpada   dziś   wieczorem.   -   Nabrał   powietrza.   Nie   mógł   pozwolić 

sobie na gniew. - Jeśli chciałeś ją zmiażdżyć, udało ci się.

- Usłyszała tylko, jak się rzeczy mają. To wszystko. - Nagle 

doznał pierwszego ukłucia wyrzutów sumienia i odstawił z trzaskiem 
butelkę. - Policjanci mają się wspierać, mają sobie ufać, inaczej to 

background image

wszystko diabła warte. Kopała w aktach Franka. Mogła przyjść z 
tym do mnie.

- Tak kazałeś jej postępować? - zaatakował Roarke. - Na taką 

policjantkę ją wyszkoliłeś? To nie ty dostałeś rozkazy od Whitneya, 

nie tobie zlecił rozwiązanie sprawy - nie pozwalał Feeneyowi dojść 
do głosu. - I nie ty cierpiałeś z tego powodu.

- Nie. - Przelała się przez niego świeża fala urazy. - Nie ja. - 

Usiadł   i   z   rozmysłem   podkręcił   głos   w   telewizorze.   Udawał,   że 

przygląda się grze.

Uparty,   ciężko   myślący   irlandzki   idiota,   pomyślał   Roarke, 

czując zarazem przypływ sympatii, jak i zniecierpliwienia.

- Raz zrobiłeś mi przysługę - zaczął. - Było to, kiedy poznałem 

Eve. Zraniłem ją wtedy, ponieważ nie rozumiałem sytuacji, a ty mi 
ją wyjaśniłeś. Zamierzam oddać ci tę samą przysługę.

- Nie chcę od ciebie żadnych przysług.
- Dostaniesz ją i tak. - Usiadł w krześle. Sięgnął po prawie 

pustą butelkę piwa. - Co wiesz na temat jej ojca?

- Co? - Feeney spojrzał na gościa ze zdumieniem. - A co to ma 

do rzeczy?

- Ano ma. Czy wiesz, że ojciec bił ją torturował i wielokrotnie 

gwałcił do czasu, aż skończyła osiem lat?

Feeney   zacisnął   zęby   i   ściszył   telewizor.   Wiedział,   że 

ośmioletnią   Eve   znaleziono   na   ulicy,   pobitą   pokaleczoną 
wykorzystaną seksualnie. Znalazł te informacje w jej aktach, gdyż 

nigdy nie zaczynał współpracy, jeśli wcześniej nie poznał oficjalnych 
danych   przyszłego   partnera.   Ale   nie   wiedział,   że   te   wszystkie 

background image

okropności   były   dziełem   jej   ojca.   Podejrzewał,   ale   nie   wiedział. 
Poczuł kłucie w żołądku, zacisnął dłonie.

- Przykro mi. Nigdy mi o tym nie mówiła.
-   Ona   nie   wszystko   pamięta.   A   raczej   nie   chce   pamiętać. 

Męczą ją nocne koszmary, straszliwe wspomnienia.

- Nie powinieneś mi tego mówić.

-   Eve   pewnie   też   by   tak   powiedziała,   ale   ja   chcę   ci   to 

powiedzieć. Stała się tym, kim się stała, i ty jej w tym pomogłeś. 

Oddałaby za ciebie życie, wiesz o tym.

- Policjanci nadstawiają za siebie karku. Taka praca.

-   Nie   mówię   o   pracy.   Ona   cię   kocha,   choć   niełatwo   jej 

pokochać kogokolwiek. Nie umie kochać i nie umie tego pokazać. 

Zapewne na zawsze jakaś jej część pozostanie nieufna, gotowa na 
uderzenie. Przez ostatnie dziesięć lat to ty byłeś jej ojcem, Feeney. 

Ona nie zasługuje na to, żeby znowu ją odrzucić i złamać.

Wstał i bez słowa opuścił mieszkanie.

Feeney   podniósł   dłonie   do   twarzy,   wsunął   je   we   włosy,   a 

potem opuścił bezwładnie na kolana.

Była   szósta   piętnaście,   kiedy   Eve   przekręciła   się   na   bok   i 

zamrugała, bo poraziło ją światło dochodzące z okna. Roarke nie 
lubił zasłoniętych okien.

Czuła, że ma ciężką głowę, i uznała, że to od nadmiaru snu. 

Postanowiła wstać.

Zatrzymała ją dłoń męża.

background image

-   Jeszcze   nie   -   powiedział   ochrypłym   głosem.   Nie   otworzył 

oczu.

- Już się rozbudziłam. Nie mogę dłużej leżeć. - Wyrywała mu 

się. - Spałam prawie dziewięć godzin. Już więcej nie mogę.

Otworzył jedno oko - wystarczyło, by stwierdzić, że rzeczywiś-

cie wygląda na wypoczętą.

- Jesteś detektywem - zauważył. - Założę się, że jeśli prze-

prowadzisz dochodzenie, odkryjesz szokujący fakt, iż w łóżku można 

wykonywać inne czynności oprócz spania.

Z uśmiechem przekręcił się na nią.

- Pozwól, że ci podpowiem.
Nie powinna być zaskoczona, że jest już podniecony, a ona 

sama   gotowa   na   jego   przyjęcie.   Wszedł   w   nią   lekko,   wolno   i 
głęboko.

- Chyba się domyślam, co masz na myśli. - Uniosła biodra.
-   Szybko   się   uczysz.   -   Dotknął   ustami   jej   szyi   tuż   pod 

podbródkiem. - Lubię to miejsce - wymamrotał. - I to też. - Jego 
dłoń powędrowała do piersi.

Westchnęła, czując ogarniające ją słodkie podniecenie.
- Powiedz mi, kiedy dotrzesz do miejsca, którego nie lubisz. 

Otoczyła go ramionami, zarzuciła nogi na jego biodra.

- Oddaj mi się. - Pieścił jej usta, dotykał językiem jej języka. 

Ssał, gładził. - Oddaj - powtórzył. - Powoli.

-   Cóż...   -   Zaczynała   już   tracić   oddech.   -   Skoro   tak   ładnie 

prosisz.

background image

Orgazm przeszedł przez nią silną i obezwładniającą falą. Czuła, 

że teraz on szczytuje, więc poddała się jego rytmowi, przyciskając 

policzek do jego policzka.

- Czy to było zamiast ciasteczka? - zapytała.

- Hm?
- No wiesz, zjedz ciasteczko, to poczujesz się lepiej. - Objęła 

dłońmi jego roześmianą twarz. - Czy chciałeś poprawić mi humor?

- Mam nadzieję,  że mi się udało.  Ja  czuję się wspaniale.  - 

Pocałował ją lekko. - Pragnąłem cię.

- To ciekawe, że mężczyźni budzą się z rozumem w rozporku.

- Właśnie dlatego jesteśmy mężczyznami. - Nadal się śmiejąc, 

przekręcił   się   i   wciągnął   ją   na   siebie.   Poklepał   po   pośladkach.   - 

Weźmiemy prysznic, a potem dam ci następne ciasteczko.

Pół   godziny   później   przeszła   spod   prysznica   do   kabiny 

suszącej.   W   myślach   nazywała   męża   czarodziejem   nastrojów.   W 
ciągu   krótkiego   poranka   obdarował   ją   najpierw   rozleniwionym, 

potem radosnym, następnie gorączkowym, namiętnym seksem.

Nadal czując zawrót głowy złapała się ręką za ramę kabiny. 

Kiedy zobaczyła, że Roarke wychodzi spod prysznica, wysunęła w 
jego stronę palec.

-   Trzymaj   się   ode   mnie   z   daleka.   Dotkniesz   mnie,   a   będę 

musiała cię powalić na ziemię. Mówię poważnie. Mam pracę.

Zagwizdał pod nosem i sięgnął po ręcznik.
- Lubię kochać się z tobą rano. Wstajesz z łóżka szybko tylko 

wtedy, kiedy masz wezwanie albo kiedy cię uwiodę.

background image

- Już się obudziłam. - Wyszła z kabiny i przeczesała dłonią 

włosy.   Utrzymując   bezpieczną   odległość   od   męża   sięgnęła   po 

szlafrok. - Idź sprawdzić relacje z giełdy albo cokolwiek.

- Mam taki zamiar. Chcesz śniadanie? - zapytał, wychodząc z 

łazienki. - Zamówię dla ciebie.

Już chciała powiedzieć, że nie chce, że nie jest głodna, ale 

przypomniała sobie, że bez porządnego posiłku nie przetrwa dnia.

Kiedy   dołączyła   do   niego   w   sypialni,   wkładał   koszulę, 

wpatrując  się  w   monitor,  na  którym  przelatywały  dane  z  giełdy. 
Wybrała ze swojej szafy proste szare spodnie.

- Przepraszam za wczoraj.
Uniósł na nią wzrok, ale stała do niego tyłem.

- Byłaś przygnębiona. Miałaś do tego prawo.
- Tak czy inaczej, dziękuję, że nie dałeś mi odczuć, jaka ze 

mnie idiotka.

- A jak się teraz czujesz? Wzruszyła ramionami.

- Mam robotę. - Doszła do tego wniosku przed zaśnięciem. - 

Wykonam   ją.   Może...   no,   jeśli   wykonam   ją   dobrze,   Feeney 

przestanie się na mnie złościć.

- On nie czuje do ciebie nienawiści, Eve. - Ponieważ nic nie 

odpowiedziała,   nie   ciągnął   tematu.   Zdążył   już   wydać 
autokucharzowi   polecenie   dotyczące   śniadania.   -   Myślę,   że 

jajecznica na szynce będzie wyśmienita na początek dnia.

Odebrał kawę i zaniósł ją do jadalni. Eve doniosła talerze z 

jajecznicą. Włączył telewizor.

background image

Jęknęła słysząc, jak wypacykowaną dziennikarka opowiada o 

śmierci Wineburga.

- Choć porucznik Eve Dallas z wydziału zabójstw nowojorskiej 

policji znajdowała się tylko kilka metrów od miejsca zbrodni, policja 

nie złapała przestępców. Śledztwo trwa. To już drugie morderstwo z 
użyciem   noża   związane   z   osobą   porucznik   Dallas.   Zapytana   o 

związek między zabójstwami, porucznik odmawia komentarza.

- Rany boskie. Dziecko by się domyśliło, że są powiązane. - 

Eve automatycznie podniosła widelec do ust, potem odsunęła talerz. 
- Ta wiedźma Cross śmieje się teraz do rozpuku.

Nie   mogąc   usiedzieć,   wstała   i   zaczęła   krążyć   po   pokoju. 

Roarke  uznał  to  za   dobry  znak.  Jest  zła,  więc  nie  ma   czasu  na 

użalanie   się   nad   sobą.   Posmarował   świeżą   bułeczkę   dżemem 
truskawkowym.

-   Dopadnę   ją.   Przysięgam   na   Boga,   że   ją   dopadnę.   Muszę 

udowodnić, że Wineburg miał z nią kontakt. Wtedy będę mogła ją 

pomęczyć.   Może   to   nie   wystarczy,   żeby   dostać   pozwolenie   na 
przeszukanie jej domu, ale dobiorę się jej do tyłka.

- Zdaje się - zaczął, wycierając palce w lnianą serwetkę - że 

mogę ci w tym pomóc.

Wstał i podszedł do komody, odsunął szufladę i wyjął z niej 

zapieczętowaną dyskietkę.

- Pani porucznik?
- Co? Nie przeszkadzaj mi. Myślę.

background image

- Dobrze, zresztą pewnie nie interesuje cię lista członków sekty 

Cross.  - Z półuśmiechem uderzał dyskietką w dłoń, czekając, aż 

żona na niego spojrzy.

- Lista? Masz listę członków? Skąd? Przekrzywił głowę.

- Przecież wcale nie chcesz tego wiedzieć, prawda?
- Rzeczywiście nie - odparła pospiesznie. - Powiedz mi tylko, 

czy jest na niej Wineburg. - Przymknęła na chwilę oczy. - Jest?

- Oczywiście.

Twarz rozświetlił jej uśmiech szczęścia.
- Kocham cię.

Roarke podał jej dyskietkę.
- Wiem.

background image

14

Feeney   chciał   jako   pierwszy   tego   dnia   spotkać   Whitneya. 

Postanowił   więc   zobaczyć   się   z   nim   z   samego   rana   na   gruncie 
prywatnym.   Parkując   przed   ładną   dwupiętrową   willą   na   przed-

mieściach,   wspominał   swoją   długoletnią   znajomość   z   komendan-
tem.   Bywał   już   jego   gościem   z   okazji   różnych   przyjęć,   które 

uwielbiała wydawać żona Whitneya.

Tym   razem,   krocząc   po   kamiennej   ścieżce   prowadzącej   do 

cichego   jeszcze   domu,   nie   był   w   nastroju   do   zabawy.   Gdzieś   w 
pobliżu   rozległo   się   monotonne   ujadanie   psa.   W   niczym   nie 

przypominało   lekko   metalicznego   dźwięku   wydawanego   przez 
roboty. Prawdziwy pies, taki, co to zanieczyszcza ulice i ma pchły, 

pomyślał Feeney, kręcąc głową.

Po ulicy wiatr wesoło rozwiewał liście, coraz spychając je na 

zadbane trawniki. W dzielnicach willowych trawniki traktowane były 
niemal z pobożną czcią.

Feeney   nie   lubił   podmiejskiego   stylu.   Właściciele   posesji 

zmuszeni są poświęcać dużo czasu i pracy na grabienia, koszenia, 

podlewania   lub   muszą   wynająć   kogoś,   kto   się   tym   zajmie.   Jego 
rodzina   mieszkała   w   mieście   i   korzystała   z   publicznych   parków. 

Zresztą   za   wejście   do   nich   też   trzeba   płacić,   myślał,   wzruszając 
ramionami. Otoczony poranną ciszą, czuł się trochę niepewnie.

Otworzyła mu Anna Whitney i choć nie spodziewała się nikogo 

o   tej   porze,   była   już   ubrana,   uczesana   i   starannie   umalowana. 

Uśmiechnęła   się   na   przywitanie,   ale   w   jej   oczach   zamigotało 

background image

zdziwienie. Jednak jako żona policjanta wiedziała, że nie należy o 
nic pytać.

-   Feeney,   jak   miło   cię   widzieć.   Wejdź   proszę,   napijesz   się 

kawy. Jack pije już drugą w kuchni.

-   Przepraszam,   że   nachodzę   was   w   domu,   Anno.   Zajmę 

Jackowi tylko kilka minut.

-   Ach,   nie   ma   problemu.   Jak   się   czuje   Sheila?   -   zapytała 

uprzejmie, prowadząc go do kuchni.

- Dziękuję, dobrze.
- Ostatnim razem, kiedy ją widziałam, wyglądała wspaniale. 

Chodzi   do   dobrego   fryzjera.   Jack   masz   towarzystwo   do   kawy   - 
oznajmiła mężowi, wchodząc do kuchni. Dostrzegła w jego oczach 

wyraz zdziwienia, a potem zastanowienia. Wiedziała, że powinna jak 
najszybciej   się   ulotnić.   -   Zostawię   was   samych.   Czeka   mnie 

mnóstwo   rzeczy   do   zrobienia.   Feeney,   przekaż   Sheili   moje 
pozdrowienia.

- Przekażę. Dzięki. - Zaczekał, aż drzwi się za nią zamkną, choć 

przez cały czas nie spuszczał wzroku z Whitneya. - Do cholery, Jack!

-  Tą  rozmowę  powinniśmy  przeprowadzić  u   mnie  w  biurze, 

Feeney.

- Chcę rozmawiać z tobą a nie ze swoim szefem. - Wycelował 

palcem w pierś komendanta. - Z kimś, kogo znam dwadzieścia pięć 

lat.   Z   kimś,   kto   znał   Franka.   Dlaczego   nic   nie   wiedziałem   o 
dochodzeniu? Dlaczego kazałeś Dallas mnie oszukiwać?

- Podjąłem decyzję o utajnieniu śledztwa.
- I uznałeś, że nie można mi zaufać.

background image

- To nie tak. - Whitney splótł dłonie. - Po prostu nie musiałeś 

brać w tym udziału.

- Ja i Frank razem wychowywaliśmy nasze dzieci. Alice była 

moją córką chrzestną. Przez pięć pieprzonych lat byliśmy z Frankiem 

partnerami. Nasze żony są jak siostry. Kim jesteś, żeby decydować, 
że nie mam prawa wiedzieć o toczącym się dochodzeniu w sprawie 

Franka?

- Twoim przełożonym - rzucił krótko Whitney i odstawił na bok 

kubek z parającą kawą. - To, co przed chwilą powiedziałeś, było 
powodem, dla którego podjąłem taką a nie inną decyzję.

-   Odsunąłeś   mnie,   a   przecież   doskonale   wiedziałeś,   że 

śledztwo  powinien  prowadzić  mój wydział. Potrzebowałeś  danych 

zawartych w kartotece.

- Akta to tylko część problemu - odparł szczerze Whitney. - W 

aktach Franka nie było słowa o jego kłopotach z sercem ani słowa o 
prywatnych lub zawodowych kontaktach ze znaną policji handlarką 

narkotyków.

- Frank nie miał nic wspólnego z narkotykami.

-   Ani   słowa   na   ten   temat   -   ciągnął   Whitney   -   a   najbliższy 

przyjaciel Franka jest znanym w mieście ekspertem informatycznym.

Oczy   Feeneya   zrobiły   się   okrągłe,   a   na   policzki   wypłynęły 

czerwone plamy.

-   Podejrzewasz,   że   wyczyściłem   kartotekę?   Kazałeś   Dallas 

mnie śledzić?

- Nie,  nie podejrzewam, ale nie mogłem sobie pozwolić  na 

ignorowanie podobnej ewentualności. Zwłaszcza że mam na karku 

background image

wydział   spraw   wewnętrznych.   Kogo   byś   wybrał   do   tej   roboty, 
Feeney?   -   zapytał   z   gestem   zniecierpliwienia.   -   Wiedziałem,   że 

porucznik   Dallas   wykona   zadanie   dokładnie   i   z   wyczuciem   i   że 
wypruje sobie flaki, żeby oczyścić ciebie i Franka. Wiedziałem, że 

zna... kogoś... kto znajdzie dostęp do akt.

Oszołomiony emocjami, Feeney odwrócił się w stronę okna, za 

którym widać było zadbany trawnik i rabaty z jesiennymi kwiatami.

-   Dałeś   jej   paskudne   zadanie,   Jack.   Postawiłeś   w   trudnej 

sytuacji. Czy tak rządzisz swoimi ludźmi? Ustawiasz ich pod ścianą?

-   To   się   zdarza.   -   Whitney   przesunął   dłonią   po   ciemnych 

włosach. - Trzeba czasami podejmować trudne decyzje i trzeba z 
tym żyć. Naciskał na mnie wydział wewnętrzny. Uznałem, że sprawą 

nadrzędną   jest   oczyszczenie   Franka   i   uchronienie   od   dalszych 
cierpień   jego   rodziny.   Uważałem,   że   Dallas   nadaje   się   do   tego 

najlepiej. Sam ją szkoliłeś, więc wiesz.

- Szkoliłem ją - potwierdził, czując mdłości.

- Co byś zrobił na moim miejscu? - zapytał Whitney. - Powiedz, 

Feeney. Masz  martwego policjanta. Przyłapano go na kupowaniu 

narkotyków   od   podejrzanego   handlarza.   Autopsja   stwierdziła 
obecność   narkotyków   w   jego   organizmie.   Wszystko   ci   mówi,   że 

facet był czysty, wszystko, nawet serce, bo pamiętasz czasy, kiedy 
razem zaczynaliście służbę w policji.  Ale wydział wewnętrzny  nie 

kieruje się sercem. Co byś zrobił?

Feeney pokręcił głową.

-   Nie   mam   pojęcia.   Ale   wiem,   że   nie   chciałbym   zajmować 

twojego stanowiska, szefie.

background image

- Byłbyś szalony, gdybyś tego chciał. - Pobladła twarz komen-

danta   nieco   się   rozluźniła.   -   Dallas   zebrała   już   dużo   danych 

potwierdzających   niewinność   Franka,   a   ciebie   oczyściła   w   dwa-
dzieścia cztery godziny. Pracuje nad sprawą niecały tydzień, a udało 

się jej już zdobyć wiele cennych informacji. Dzięki nim nie mam już 
na karku wydziału wewnętrznego. Co prawda, nie podoba im się, że 

Frank   prowadził   prywatne   dochodzenie,   ale   mimo   to   trochę 
odpuścili.

- To dobrze. - Feeney wsadził ręce w kieszenie i odwrócił się. - 

Jack, zraniłem ją.

Whitney zmarszczył czoło.
- Trzeba było przyjść najpierw do mnie. Nie było sensu na nią 

naciskać, Feeney. Wykonywała moje rozkazy.

- Potraktowałem całą sprawę bardzo osobiście. - Przypomniał 

sobie zamglone smutkiem i strachem oczy Eve i jej pobladłą twarz. 
Widywał już takie spojrzenie, spojrzenie ofiary, przygotowanej do 

otrzymania ciosu. - Muszę to naprawić.

-   Dzwoniła   do   mnie   kilka   minut   przed   twoim   przyjściem. 

Znalazła nowy trop. Rozpracowuje go w domu.

Feeney skinął głową.

- Chciałbym dostać kilka godzin wolnego.
- Nie ma problemu.

- I chcę, żebyś mnie włączył do dochodzenia. Whitney oparł 

się o krzesło z zastanowieniem.

-   O   tym   zdecyduje   Dallas.   Ona   je   prowadzi.   Ona   wybiera 

współpracowników.

background image

Odbierz wideofon, Peabody. - Eve nie przestawała przeglądać 

danych   na   monitorze,   mimo   nieustającego   buczenia   dzwonka 

telefonu.   Była   zaskoczona   liczbą   nazwisk,   które   znała.   Osoby 
publiczne,   politycy,   nawet   policjanci.   Jeszcze   rok   temu   nie 

wiedziałaby,  kim  są,  ale  w  towarzystwie   Roarke'a  jej  znajomości 
nieustannie się poszerzały.

- Lekarze, prawnicy - mamrotała. - Chryste, ten facet był u nas 

na przyjęciu. A z tą kobietą Roarke zdaje się sypiał. To tancerka, 

gwiazda na Broadwayu, ma kilometrowe nogi.

-   Nadine   chce   z   tobą   rozmawiać   -   oświadczyła   Peabody, 

zastanawiając się, czy przełożona mówi do siebie, czy także do niej. 
Siąpnęła nosem, kichnęła, potem dodała zachrypniętym głosem: - 

Nadine Furst.

- Wspaniale. - Eve wyczyściła ekran, tak na wszelki wypadek, i 

odebrała rozmowę. - A więc Nadine, co to za historia?

- Ty jesteś tą historią, Dallas. Dwa trupy. Niebezpiecznie cię 

znać.

- Jeszcze żyjesz.

- Jak na razie. Pomyślałam, że zainteresują cię pewne infor-

macje, które wpadły mi w ręce. Możemy pohandlować.

- Pokaż mi swoje, a może ja pokażę ci swoje.
- Dasz mi wyłączność na rozmowę, ty i ja w twoim domu, na 

temat tych dwóch zabójstw, do mojego popołudniowego programu.

Eve sarknęła.

- Ty i ja, ale w moim biurze i do wieczornego wydania.

background image

-   Pierwszego   trupa   znaleziono   w   twoim   domu.   Chcę   zrobić 

wywiad u ciebie.

- Nie w domu, tylko za murami na chodniku. Nie wpuszczę cię 

do siebie.

Nadine głośno westchnęła.
- To chociaż do popołudniowego wydania.

Eve spojrzała na zegarek i policzyła, ile ma czasu.
- Spotkamy się u mnie w biurze. Zjawię się tam o 11.30. Jeśli 

nie zdążę...

-   Do   diabła.   Musimy   rozstawić   sprzęt.   Piętnaście   minut   to 

nie....

- Wystarczy dla kogoś tak dobrego jak ty, Nadine. Pamiętaj, 

twoje informacje mają być warte mojego czasu.

- A ty pamiętaj, żebyś nie wyglądała jak żebraczka - odpaliła 

dziennikarka. - Zrób coś z włosami, na litość boską!

Eve wyłączyła się bez słowa.

-   Dlaczego   ludzie   mają   obsesję   na   punkcie   mojej   fryzury   i 

ubrania? - Przesunęła nerwowo dłonią po włosach.

- Mavis mówiła, że przegapiłaś wizytę u fryzjera. Leonardo jest 

wściekły.

- Zadajesz się z Mavis?
-   Poszłam   na   kilka   jej   występów.   -   Peabody   głośno 

wydmuchała nos. - Podobały mi się.

-   Nie   miałam   czasu   na   fryzjera   -   mruknęła   Eve.   -   Sama 

podcięłam włosy kilka dni temu.

background image

- Tak, to widać. - Na złowrogie spojrzenie szefowej, Peabody 

uśmiechnęła się przymilnie. - Wyglądają cudownie, pani porucznik.

-   Pocałuj   mnie   gdzieś.   -   Znowu   włączyła   komputer.   -   Jeśli 

skończyłaś   już   krytykować   mój   wygląd,   to   może   zajęłabyś   się 

sprawdzeniem kilku nazwisk.

- Niektóre rozpoznaję. - Peabody pochyliła się nad jej ramie-

niem. - Louis Trivane, sławny prawnik. Wyciąga gwiazdy z pierdla. 
Marianna Bingsley, odziedziczyła dom towarowy i jest profesjonalną 

łowczynią   talentów.   Carlo   Mancinni,   guru   kosmetyki   -   doktor 
medycyny   -   trzeba   mieć   górę   pieniędzy,   żeby   chociaż   rozważył 

możliwość zrobienia ci operacji plastycznej.

- Znam ich nazwiska, Peabody. Potrzebuję bardziej szczegó-

łowych informacji. O ich finansach, przebytych chorobach i prze-
szłości kryminalnej. Chcę wiedzieć wszystko na temat ich bliskich, 

nawet   o   domowych   zwierzętach.   Musisz   się   dowiedzieć,   kiedy 
związali się z Seliną Cross i dlaczego uważają, że szatan to taki fajny 

facet.

-   To   mi   zajmie   tygodnie   -   jęknęła   ponuro   dziewczyna.   Eve 

pomyślała o Feeneyu. - Nawet jeśli sprawdzę ich przez MCDK.

Eve milczała. Międzynarodowe Centrum Danych Kryminalnych 

było oczkiem w głowie i powodem do dumy Feeneya.

- Gdybym miała kogoś od nich do pomocy, zbieranie informacji 

zajęłoby mi połowę mniej czasu. - Peabody wzruszyła ramionami. - 
A więc, od czego mam zacząć?

background image

- Mamy na tapecie Wineburga, więc najpierw zajmij się nim i 

Lobarem, czyli Robertem Mathiasem. Następnie zacznij od początku 

listy. Szukaj regularnych wypłat z kont. Spotkamy się w środku.

Zamyśliła   się,   zmrużywszy   oczy.   Dane   na   temat   finansów 

kościoła Seliny będą zapewne chronione ustawą o danych osobo-
wych,   jako   dane   dotyczące   zarejestrowanych   wyznań.   Niemniej 

istnieje szansa, mała szansa, że Selina jest na tyle pewna siebie, że 
składa pieniądze na osobistym koncie.

To łatwo sprawdzić. Co do reszty osób, będzie potrzebowała 

Roarke'a.   Postanowiła   odczekać   dzień   lub   dwa,   a   tymczasem 

sprawdzi, ile zarabia Selina. Trudno będzie oskarżyć ją o wymu-
szenie, ale jest to jakiś początek.

-   Jeśli   zgłoszę   związek   Wineburga   z   kultem   Seliny,   mogę 

dostać nakaz na jej przesłuchanie. Sądzę, że już koło jedenastej 

wezmę ją w krzyżowy ogień pytań.

- Masz wywiad z Nadine o jedenastej czterdzieści pięć.

- Tak - Eve uśmiechnęła się szeroko. - To się dobrze składa.
- Och.

- To nie moja wina, że jakaś Wścibska dziennikarka dowie się i 

połączy ze sobą fakt, że przesłuchuję Selinę Cross i że prowadzę 

śledztwo w sprawie dwóch zabójstw.

- I opowie o tym na antenie.

- Taka wiadomość może wstrząsnąć członkami kościoła Seliny. 

Niektórzy stają się bardzo rozmowni, kiedy coś ich poruszy.

- Pochylam czoło przed twoją mądrością.

background image

-   Zostaw   to   na   chwilę,   kiedy   się   okaże,  że   nasze   działania 

odniosły skutek. Użyj mojego komputera. Ja skorzystam z peceta 

Roarke'a.   Komputer,   skopiuj   dysk.   -   Odwróciła   się,   słysząc 
poruszenie   przy   drzwiach.   Zesztywniała.   -   Komputer,   wyjdź   z 

programu. - Skuliła się, jakby oczekiwała na uderzenie.

- Peabody - odezwał się Feeney, spoglądając na podwładną 

Eve. - Muszę porozmawiać z panią porucznik na osobności.

- Pani porucznik? - Peabody wstała, ale czekała na znak od 

przełożonej.

- Zrób sobie przerwę, Peabody. Napij się kawy.

- Tak jest. - Z ulgą opuściła pokój, w którym nagle zapanowała 

napięta atmosfera.

Eve milczała. Feeney zauważył, że przyjęła obronną postawę, 

gotowa na odebranie ciosu. W jej oczach pojawiło się skupienie. 

Dłoń   oparta   o   biurko   drżała.   Feeney   przyglądał   się   koleżance 
zdumiony i zawstydzony faktem, że to on jest powodem jej strachu.

- Twój, aa, Summerset powiedział, że mam po prostu wejść. - 

W pokoju było ciepło, ale nie zdjął z siebie wytartego płaszcza i 

wepchnął dłonie w kieszenie. - Moje wczorajsze zachowanie było 
karygodne.   Nie   miałem   prawa   na   ciebie   napadać.   Wykonywałaś 

swoją pracę.

Zauważył,   że   zadrżały   jej   usta,   jakby   zamierzała   coś 

powiedzieć, ale ostatecznie wybrała milczenie.

Złamałeś jej serce.
Ojciec ją bił, torturował, gwałcił.
Ty byłeś jej ojcem od dziesięciu lat.

background image

Jak, do diabła, ma sobie poradzić z tą sytuacją? Nie może jej 

przecież ot tak zignorować.

- To, co mówiłem... Nie powinienem był tego mówić. - Potarł 

nerwowo twarz. - Jezu, Dallas, przepraszam cię.

- Czy wierzyłeś w to, co mówiłeś? - wyrzuciła z siebie, nie 

umiejąc się dalej hamować. Podniosła rękę, odwróciła się i zaczęła 

wyglądać przez okno.

- Chciałem wierzyć. Byłem wkurzony. - Zbliżył się do niej z 

rękami   zwisającymi   bezwładnie   po   bokach.   -   Nie   mam   żadnego 
wytłumaczenia   -   dodał.   Dotknął   jej,   ale   kiedy   się   wzdrygnęła, 

szybko zabrał dłoń. - Żadnego - powtórzył. - Zrozumiem, jeśli się na 
mnie obrazisz. Moje pretensje były bezpodstawne.

- Nie ufasz mi - powiedziała ocierając łzę, która pojawiła się w 

kąciku oka.

-   Bzdura,   Dallas.   Nikomu   nie   ufam   bardziej   niż   tobie. 

Posłuchaj, trzeba przystawić mi broń do głowy, żebym przeprosił 

własną żonę. Mówię ci, że jest mi przykro za moje zachowanie. - 
Tracąc   już   cierpliwość,   złapał   ją   za   ramię   i   odwrócił   do   siebie. 

Zamarła.   W   jej   oczach   lśniły   łzy,   ale   dzięki   Bogu,   nie   spływały 
jeszcze   po   policzkach.   -   Nie   wzruszaj   mnie,   Dallas.   Nie   mogę 

bardziej się kopnąć w tyłek, niż już to uczyniłem.

Uniosła głowę.

-   Proszę.   Masz   wolną   rękę.   Wal,   Nikomu   nie   powiem,   że 

uderzyłaś przełożonego.

- Nie chcę cię uderzyć.
- Do diabła, bo cię zdegraduję. Wal.

background image

Po jej ustach przemknął lekki uśmieszek. Buta Feeneya, jego 

wielbłądzie oczy tryskające gniewem rozbawiły ją.

- Najpierw się ogól. Nie chce podrapać sobie pięści. 
Poczuł ulgę.

- Robisz się miękka, żyjąc z tym bogatym irlandzkim sukin-

synem.

-   Wczoraj   wyprałam   bebechy   treningowemu   robotowi. 

Jednemu z najlepszych, jakie posiada Roarke.

- Tak? - Poczuł przypływ nieuzasadnionej dumy.
- Wyobrażałam sobie, że to ty - zażartowała. Uśmiechnął się i 

wyjął   z   kieszeni   torebkę   z   orzeszkami   w   słodkiej   polewie. 
Poczęstował ją.

- Detektywi śledczy nie potrzebują pięści. Mają używać mózgu.
- Nauczyłeś mnie korzystać z obydwu.

- A także wykonywać rozkazy - dodał, patrząc na nią z po-

wagą.   -   Wstydziłbym   się   za   ciebie,   gdybyś   o   tym   zapomniała. 

Postąpiłaś słusznie, Dallas. Ze względu na Franka, wydział i na mnie 
-   oświadczył,   widząc,   że   jej   oczy   znowu   robią   się   wilgotne.   - 

Przestań - poprosił błagalnym tonem. - Nie zaczynaj z tym gównem. 
To rozkaz.

Wytarła nos.
- Tak jest.

Odczekał   chwilę,   żeby   się   przekonać,   czy   rzeczywiście   nie 

straci nad sobą kontroli i nie zawstydzi ich obojga. Kiedy jej oczy 

obeschły, skinął głową zarówno z ulgą jak i pochwałą.

background image

- Dobrze. - Potrząsnął torebką orzeszków. - A teraz włączysz 

mnie do śledztwa?

Otworzyła usta, potem je zamknęła.
- Widziałem się z Whitneyem - poinformował. Poczuł, że zbiera 

mu się na śmiech. Miał przed sobą policjantkę, którą sam wyszkolił. 
Jest   twarda,   uparta   i   uczciwa.   -   Przeżułem   go   w   jego   własnej 

kuchni.

- Naprawdę? - Uniosła brwi. - Żałuję, że tego nie widziałam.

- Cały kłopot w tym, że kiedy było już po wszystkim, musiałem 

mu przyznać rację. Wybrał najlepszą osobę do tej roboty. Wiem, że 

zrobiłaś, co się dało, żeby uspokoić wydział wewnętrzny i oczyścić 
Franka. I mnie - dodał. - Wiem, że pracujesz nad tym, żeby znaleźć 

zabójców Franka i Alice. - Musiał nabrać powietrza, ponieważ nadal 
czuł ból, kiedy mówił o śmierci przyjaciół. - Chcę ci pomóc, Dallas, 

uczciwie. Muszę pozbyć się tego z bebechów. Whitney powiedział, 
że sama masz zadecydować.

W tej chwili opuściło ją napięcie. Na nic innego nie czekała.
- Zabierajmy się do pracy.

Eve   była   taka   szczęśliwa,   że   dostała   pozwolenie   na   prze-

słuchanie Seliny Cross, iż zupełnie nie pomyślała o tym, że Selina 
przyjdzie   z   adwokatem.   Na   całe   szczęście   wybrała   na   swojego 

reprezentanta   Louisa   Trivane.   Wchodząc   do   pokoju   przesłuchań, 
Eve rzuciła obydwojgu promienny uśmiech.

- Pani Cross, doceniam pani chęć współpracy. Panie Trivane.
- Eve...

background image

-   Porucznik   Dallas   -   poprawiła,   porzucając   uśmiech.   -   Nie 

zebraliśmy się tu w celach towarzyskich.

-   Wy   się   znacie.   -   Selina   przyszpiliła   adwokata   lodowatym 

wzrokiem.

- Pani reprezentant jest znajomym mojego męża. Poznałam 

kilku prawników w mieście, pani Cross. Nie ma to jednak wpływu 

ani   na   ich,   ani   na   moją   pracę.   Zaznaczam,   że   rozmowa   jest 
nagrywana.

Włączyła   magnetofon,   podając   na   głos   datę   i   godzinę 

spotkania.   Po   wyrecytowaniu   skróconego   tekstu   uprawnień 

przesłuchiwanej usiadła.

-   Jak   widzę,   wykorzystała   pani   prawo   do   adwokata,   pani 

Cross.

-   Oczywiście.   Już   dwukrotnie   mnie   pani   nachodziła,   pani 

porucznik.   Pragnę,   żeby   to   nieustanne   nękanie   zostało   oficjalnie 
potwierdzone.

-   Ja   także.   -   Eve   się   uśmiechnęła.   -   Znała   pani   Roberta 

Mathiasa, nazywanego także imieniem Lobar.

- To był Lobar - poprawiła Selina. - Takie imię sobie wybrał.
-   Tak   czy   inaczej   mężczyzna   ten   leży   teraz   w   lodówce   w 

kostnicy. Podobnie jak Thomas Wineburg. Czy znała go pani?

- Nie sądzę, żebym miała przyjemność.

- A to interesujące. Był członkiem pani kościoła.
Selina   wzburzyła   się   i   gestem   dłoni   przywołała   do   siebie 

Trivane'a.   Adwokat   pochylił   się   i   zaczęli   o   czymś   po   cichu 
dyskutować.

background image

- Nie jestem w stanie pamiętać nazwisk wszystkich członków 

mojego kościoła, Dallas. Jesteśmy... - rozłożyła dłonie na małym 

stoliku - legionem.

-   Może   to   odświeży   pani   pamięć.   -   Eve   otworzyła   teczkę, 

wyjęła z niej zdjęcia z miejsca zbrodni, po czym pchnęła je w stronę 
przesłuchiwanej.

Selina   podniosła   fotografie   i   oglądała   z   lekkim   uśmieszkiem 

czającym się w kącikach ust.

- Trudno powiedzieć. W czasie naszych ceremonii jest ciemno. 

- Uniosła oczy na Eve. - Taki mamy styl.

- Nie wątpię. Zarówno Lobar, jak i Wineburg należeli do pani 

wyznania   i   obydwaj   zostali   zabici   nożem,   jakiego   się   używa   w 

waszych rytuałach.

-  

Athame.  

Nie tylko nasza religia wykorzystuje  

athame  

w ce-

remoniach.   Uważam,   że   po   tych   morderstwach   popełnionych   na 
członkach mojego kościoła policja  powinna nas raczej strzec, niż 

oskarżać. To jasne, że ktoś chce się nas pozbyć.

- Sądziłam, że macie własną ochronę. Czy wasz Pan nie dba o 

swoją trzódkę?

- Pani kpiący ton świadczy tylko o pani ignorancji.

- A uprawianie seksu z osiemnastolatkiem świadczy o pani. Czy 

z Wineburgiem także łączyły panią podobne stosunki?

- Już powiedziałam, że wcale nie jestem pewna, czy go znam. 

Ale jeśli tak, to bardzo prawdopodobne, że uprawialiśmy seks.

background image

- Selino - wtrącił się adwokat, przerywając jej wypowiedź. - 

Pani   porucznik,   proszę   nie   naciskać   na   moją   klientkę.   Już 

oświadczyła, że nie jest w stanie zidentyfikować ofiary.

- Znała go. Obydwoje go znaliście. Był wtyczką. Pani Cross, 

czy wie pani, co to znaczy w języku policyjnym informator? - Eve 
wstała i pochyliła się nad Seliną - Bała się pani, co mi powie? Czy to 

dlatego zaaranżowała pani jego śmierć? Kazała go pani śledzić? - 
Przez sekundę patrzyła na Trivane'a. - Może rozkazała pani śledzić 

wszystkich członków kościoła?

- Wszystko, co chcę zobaczyć, widzę w dymie.

- Tak, w dymie. Wineburg ryzykował, przychodząc na pogrzeb 

Alice.   Dlaczego,   pani   zdaniem,   chciał   na   nią   popatrzeć?   Czy   był 

obecny w tę noc, kiedy została odurzona narkotykami i zgwałcona? 
Czy pozwoliła mu pani ją posiąść?

- Alice przechodziła inicjację. Sama o nią zabiegała.
- Była dzieckiem. Zagubionym dzieckiem. Lubi pani zwabiać 

młodych, prawda? Są o wiele bardziej interesujący niż tacy uparci 
idioci   jak   Wineburg.   Mają   silne,   młode   ciała   i   podatne   umysły. 

Ludzie   pokroju   Wineburga   i   obecnego   tutaj   szacownego   pana 
adwokata są warci tylko tyle, ile ich pieniądze. Ale tacy jak Alice 

stanowią smakowity kąsek.

Selina patrzyła na Eve przez zasłonę grubych, czarnych rzęs.

- To prawda. My byliśmy zadowoleni i Alice też. Nie musiałam 

jej zwabiać, Dallas. Sama do mnie przyszła.

background image

- A teraz nie żyje. Troje zmarłych. Pani podopieczni pewnie 

zaczynają   się   denerwować.   -   Eve   posłała   suchy   uśmiech 

Trivane'owi. - Ja bym się denerwowała.

- Męczeńska śmierć to nic nowego, Dallas. Już przed wiekami 

zabijano ludzi za ich wiarę. Ale wiara i tak zwyciężała. Przetrwamy i 
zatryumfujemy.

Eve wyciągnęła następne zdjęcie i rzuciła na stolik.
- On nie przetrwał.

To był Lobar. Wydawało się, że otwarta rana w jego gardle 

krzyczy błagalnie.

Tym   razem   Eve   skoncentrowała   się   na   twarzy   Trivane'a. 

Zamrugał   gwałtownie   powiekami,   a   oczy   przysłoniło   mu   przera-

żenie. Pobladł i zaczął ciężko oddychać.

- Nie przetrwał, prawda, Selino - zapytała miękko.

- Jego śmierć posłuży za symbol. Nie zostanie zapomniany.
- Czy posiada pani 

athame

?

Oczywiście, i to nawet kilka.

-   Takie   jak   ten?   -   wyciągnęła   następne   zdjęcie,   zbliżenie 

narzędzia wbitego w krocze Lobara. Na ostrzu widniała krew.

-   Mam  kilka  takich   noży  -   powtórzyła   Selina.   -   Niektóre  są 

podobne. Ale tego nie poznaję.

- W ciele Lobara wykryto halucynogeny. Używacie narkotyków 

w czasie ceremonii?

- Tylko ziół i kilku chemicznych środków, wszystkie legalne.

- Nie wszystko, co wykryto u Lobara, należało do legalnych 

środków.

background image

- Nie mogę być odpowiedzialna za postępowanie innych ludzi.
- Był z panią w noc, w którą zginął. Czy coś zażywał?

- Wypił rytualne wino. Jeśli wziął coś jeszcze, zrobił to bez 

mojej wiedzy.

- W przeszłości handlowała pani narkotykami.
- I spłaciłam dług tak zwanemu społeczeństwu. Nic pani na 

mnie nie ma, pani porucznik.

- Mam trzy ciała. Każdy ze zmarłych należał do pani kościoła. 

Mam martwego policjanta, który się z panią kontaktował. Dopadnę 
cię, Selino. Krok po kroku.

- Trzymaj się ode mnie z daleka.
- Bo inaczej?

- Wiesz, co to znaczy ból, Dallas? - Głos Seliny stał się niski i 

gruby. - Znasz ból, który wyżera wnętrzności jak kwas? Błagasz o 

ulgę, ale nic nie pomaga. Ból staje się agonią, a agonia wydaje się 
niemal przyjemnością. Ból staje się tak nieznośny, że gdybyś miała 

nóż   w   rękach   bez   wahania   wbiłabyś   go   w   trzewia,   byleby   tylko 
odciąć się od cierpienia.

- Zrobiłabym to? - zapytała Eve. - Naprawdę bym to zrobiła?
- Mogę ci to zapewnić. Mogę ci zapewnić ból. 

Eve uśmiechnęła się, ale nie był to wesoły uśmiech.
- To zaczyna brzmieć jak grożenie funkcjonariuszowi. I dlatego 

wsadzę cię na jakiś czas, aż twój adwokat cię nie wykupi.

- Ty dziwko. - Wściekła, że dała się tak łatwo podejść, Selina 

skoczyła na równe nogi. - Nie możesz mnie zatrzymać.

background image

-   Mogę.   Selino   Cross,   jest   pani   aresztowana   za   grożenie 

funkcjonariuszowi policji.

Była szybka, ale Eve także. Odparowała pierwsze uderzenie, 

jednak   nie   zdążyła   obronić   się   przed   drugim.   Selina   drapnęła   ją 

szponiastymi   paznokciami   po   szyi.   Eve   poczuła,   że   krwawi. 
Wystrzeliła   do   przodu   i   jednym   ruchem   zamknęła   w   uścisku 

szamoczącą się przeciwniczkę.

- Wygląda na to, że muszę dodać do oskarżenia opieranie się 

przed aresztowaniem. Ma pan zapewnioną robotę na kilka następ-
nych godzin, panie mecenasie.

Trivane nawet się nie poruszył, nie drgnął mu jeden mięsień. 

Cały czas wpatrywał się w zdjęcia. Kiedy w drzwiach pojawił się 

Feeney w asyście jeszcze jednego policjanta, Eve powiedziała:

- Zamknij ją. Za pogróżki słowne i stawianie oporu.

Selina   chciała   się   wyrwać,   kiedy   Eve   przekazywała   ją 

funkcjonariuszowi,   ale   jej   wzrok   stał   się   już   bardziej   przytomny. 

Buchała z niego nienawiść. Nagle odezwała się zmienionym miękkim 
głosem z rytmicznym przyśpiewem. Wychodziła z odwróconą głową, 

wpatrzona w Eve.

Ta dotknęła szyi i skrzywiła się, widząc na palcach krew.

- Zrozumiałeś, co mówiła? 
Feeney podał jej chusteczkę.

-   Kogoś   przeklinała,   chyba   po   łacinie.   Uczyłem   się   jej   w 

dzieciństwie,   bo   moja   matka   wpadła   na   śmieszny   pomysł,   że 

zostanę księdzem.

background image

- Przesłuchaj taśmę, może z niej coś wyłowisz. Cholera, to 

piecze. Przesłuchanie zakończone - dodała, zapisując czas i datę. - 

Trivane, chcesz ze mną porozmawiać?

-   Co?   -   Adwokat   podniósł   wzrok,   przełknął   ślinę   i   pokręcił 

głową. - Chcę się zobaczyć z moją klientką, kiedy tylko zostanie 
umieszczona w areszcie. Te oskarżenia nie są wystarczające, żeby 

ją przetrzymywać.

Eve wyciągnęła do niego zakrwawione palce.

-   Och,   sądzę,   że   wystarczą.   Przyjrzyj   się   dobrze   Louis.   - 

Podeszła   do   niego   i   podstawiła   mu   rękę   pod   nos.   -   Następnym 

razem to może być twoja krew.

- Najpierw zobaczę się z moją klientką - powtórzył z nadal 

pobladłą twarzą, po czym wybiegł z pokoju.

- Ta dziwka jest szalona - stwierdził Feeney.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem.
- Nienawidzi cię - rzucił, szczęśliwy, że znowu tworzą tandem. 

- Ale ty to wiesz. Rzuciła na ciebie urok.

- Co?

- Przeklęła cię. - Mrugnął do niej. - Powiedz mi, kiedy będzie 

cię skręcać w żołądku. Zaczynasz się do niej dobierać.

- Jeszcze nie - mruknęła. - Ale stawiam na adwokata. Przydziel 

mu kogoś, Feeney. Nie chcę, żeby zginął, zanim się złamie. Żebyś 

widział,   jak   on   się   przyglądał   zdjęciom   martwego   Lobara.   Był 
zszokowany, ale potem wyglądał tak, jakby coś sobie przypomniał. - 

Potrząsnęła głową. - Nie możemy go stracić. - Zerknęła na zegarek i 

background image

gwizdnęła   cicho   z   satysfakcją.   -   W   samą   porę   na   spotkanie   z 
Nadine.

-   Powinnaś   opatrzyć   szyję,   Eve.   Nie   podoba   mi   się   to   za-

drapanie.

- Później. - Wyszła szybko. Nadine z pewnością zwróci uwagę 

na jej szyję, myślała, podobnie, jak wszystkowidząca kamera.

Co ci się stało, do diabła? - zdziwiła się dziennikarka. Wreszcie 

mogła przestać krążyć i zerkać na zegarek.

- Małe problemy w trakcie przesłuchania.
-   O   mało   co,   abyś   się   spóźniła,   Dallas.   Zostały   nam   dwie 

minuty   do   wejścia   na   antenę.   Nie   masz   czasu   na   poprawienie 
wyglądu.

- Dobrze się składa. Pokażę się tak, jak jestem.
-   Ustawcie   nagłośnienie   i   światła   -   nakazała   Nadine 

operatorom   kamer,   po   czym   poprawiła   makijaż   w   małym 
kieszonkowym   lusterku.   -   To   chyba   paznokcie   -   dodała.   -   I   to 

kobiety. Długie i szponiaste. Masz cztery wyraźne ślady.

-   Tak.   -   Eve   przytknęła   chustkę   do   szyi.   -   Ktoś   ciekawski 

mógłby sprawdzić, co się dzieje w areszcie.

Spojrzenie Nadine stało się nagle bardzo uważne.

- W areszcie, mówisz. Dobrze. Nie poprawiłaś włosów.
- Podcięłam je.

- Miałam na myśli jakaś konstruktywną zmianę. Zaraz wcho-

dzimy. Suzanna, jesteś gotowa?

Operatorka podniosła do góry kciuk.
- Ta świeża krew doskonale się prezentuje. Fajny pomysł.

background image

- Ojej, dzięki - Eve usadowiła się wygodniej i założyła nogę na 

nogę. - Tylko krótko, Nadine. Nie wiem jeszcze, co masz dla mnie.

-   W   takim   razie   dam   ci   przedsmak.   Który   z   miejscowych 

kapłanów białej magii jest synem wielokrotnego mordercy, Davida 

Bainesa   Conroya,   co   to   odsiaduje   pięć   wyroków   dożywocia,   bez 
możliwości  zwolnienia  warunkowego,  w Omega, więzieniu  o zao-

strzonym rygorze?

- Który...

- Na pięć - słodko rzuciła Nadine, zadowolona, że udało jej się 

przyciągnąć uwagę Eve. - Cztery, trzy... - Na koniec dała sygnał 

palcami. Spojrzała poważnie w kamerę.

- Dzień dobry. Tu Nadine Furst. Rozmawiam dziś z porucznik 

Eve Dallas z wydziału zabójstw w jej biurze w komendzie głównej...

Eve   była   przygotowana   na   pytania,   a   poza   tym   znała   styl 

Nadine. Znała go na tyle dobrze, że nie pozwoliła  się zaskoczyć 
rewelacjami,   które   usłyszała   tuż   przed   rozpoczęciem   nagrania. 

Odpowiadała krótko i rzeczowo, zdając sobie sprawę, że z każdą 
sekundą   wywiadu   nabija   punktów   samej   Nadine,  jak   i   jej   stacji, 

Kanałowi 75.

-   Opierając  się  na   poszlakach,   wydział   przypuszcza,   że   oba 

morderstwa są ze sobą powiązane. Zabójstw dokonano wprawdzie 
różnymi narzędziami, ale bardzo do siebie podobnymi.

- Czy może pani opisać narzędzia zbrodni?
- Nie wolno mi tego uczynić.

- Ale to były noże?

background image

- Były to ostre narzędzia. Nie mogę podać więcej szczegółów. 

Ujawnienie ich w tej chwili zaszkodziłoby śledztwu.

-   Druga   ofiara   to   mężczyzna,   którego   ścigała   pani   na   kilka 

chwil przed tym, jak został zabity. Dlaczego go pani ścigała?

Była gotowa na to pytanie i postanowiła je wykorzystać.
- Thomas Wineburg dał mi do zrozumienia, że ma interesujące 

informacje.

- Jakie informacje?

- Nie mogę tego ujawnić. Tylko powiem, że rozmawialiśmy, a 

Wineburg nagle wpadł w popłoch i rzucił się do ucieczki. Ruszyłam 

za nim w pościg.

- I został zabity.

- Tak. Ucieczka mu nie pomogła.
Zła, że dyrektor planu daje znać, że kończy się jej czas, Nadine 

pożegnała widzów.

-  Dzięki,  Eve.  Suzanno?   -  dziennikarka  po  prostu  machnęła 

ręką i operatorka wyszła. - Jeszcze tak nieoficjalnie... - zaczęła.

- Najpierw ty.

- No dobrze. - Nadine oparła się o krzesło i skrzyżowała piękne 

nogi. - Charles Forte nosi nazwisko panieńskie matki od dwunastu 

lat.   To   znaczy,   od   momentu,   gdy   jego   ojciec   został   skazany   na 
dożywotnie więzienie za popełnienie rytualnych morderstw na pięciu 

osobach. Mówi się, że w rzeczywistości zabił wiele więcej, ale mu 
tego nie udowodniono. Nigdy nie znaleziono ciał.

-   Znam   historię   Conroya.   Nie   wiedziałam   tylko,   że   miał 

dziecko.

background image

- To była zastrzeżona informacja. Matka dziecka rozwiodła się 

z Conroyem i przeniosła do innego miasta na kilka łat przed jego 

zamknięciem.   Dziecko   miało   wtedy   szesnaście   lat.   Dwadzieścia 
jeden,   kiedy   jego   ojciec   wylądował   w   więzieniu.   Mój   informator 

twierdzi, że chłopak codziennie był w sądzie.

Eve   pomyślała   o   niskim,   skromnym   mężczyźnie,   którego 

spotkała na pogrzebie Alice. Syn potwora. Czy dużo dziedziczy się w 
genach? Pomyślała o własnym ojcu i zadrżała.

- Dzięki. Dam ci znać, kiedy skończy się śledztwo.
- Dobrze. Zebrałam mnóstwo informacji na temat kultowych 

sekt   działających   w   mieście.   Nic   tak   dramatycznego   jak   to   o 
Conroyu, ale może się do czegoś przydadzą. Domyślam się, że skoro 

przesłuchiwałaś kogoś, kto się wściekł tak bardzo, by rzucić ci się do 
gardła, znaczy to, że masz podejrzanego.

Eve opuściła wzrok na swoje paznokcie.
-   Nic   ci   nie   mogę   powiedzieć,   ale   przypomnę   tylko,   że   nie 

wolno wchodzić z kamerą do aresztu.

-   Wielka   szkoda.   Dziękuję   za   wywiad,   Dallas.   Będę   w   kon-

takcie.

-   W   porządku.   -   Eve   odprowadziła   dziennikarkę   wzrokiem, 

przekonana, że ta uda się do aresztu i że imię Seliny Cross znajdzie 
się w mediach do końca popołudniowego wydania.

Uznała, że, w gruncie rzeczy, poranek nie był zły.
Krzywiąc się, przetrząsnęła szuflady w poszukiwaniu apteczki.

background image

15

Nie   wrócę   do   domu   -   informowała   Eve   Roarke'a   przez 

wideokom,   podczas   gdy   komputer   odszukiwał   dane   na   temat 
Davida   Bainesa   Conroya.   -   Możesz   przyjechać   na   szóstą?   Poje-

dziemy na ten zjazd czarownic ode mnie z biura.

Roarke uniósł brew.

- Zgoda, pod warunkiem, że nie twoim samochodem. - Poma-

chał do niej dłonią. - Podejdź trochę bliżej do ekranu. Co to znowu? 

- zapytał.

- Co to znaczy, „co to znowu”? Jestem zajęta.

- Chodzi mi o twoją szyję.
-   Ach,  to.   -   Dotknęła   nadal  jeszcze  bolesnego   miejsca.   Nie 

udało jej się znaleźć apteczki. - Różnica zdań. Moje zwyciężyło.

-   Oczywiście.   Niech   pani   zdezynfekuje   zadrapania,   pani 

porucznik. Przyjadę o 18.30. Zjemy coś po drodze.

-   Dobrze.   Zjemy   po   drodze?   Chwileczkę.   Nie   przyjeżdżaj 

limuzyną.

Uśmiechnął się.

- Pamiętaj, osiemnasta trzydzieści.
- Mówię poważnie, Roarke, nie... - Syknęła, bo obraz z ekranu 

znikł. - Cholera. - Z westchnieniem odwróciła się do komputera.

MCDK   posiadało   spore   archiwum   dotyczące   Conroya.   Eve 

zatrzymała się nad najważniejszymi danymi.

Rozwiedziony, jedno dziecko, syn, urodzony 22 stycznia 2025,  

opieka przyznana matce, Ellen Forte.

background image

Też mi rewelacja, pomyślała. Kto daje opiekę nad dzieckiem 

seryjnemu mordercy?

- No nic, zabierajmy się do roboty - mruknęła pod nosem. - 

Dane kryminalne.

Osądzony i skazany za morderstwo, torturowanie, gwałt po-

śmiertny   i   poćwiartowanie   Doreen   Harden,   dwudziestotrzyletniej  
kobiety rasy mieszanej. Wyrok skazujący na dożywotnie więzienie o  
zaostrzonym   rygorze,   bez   możliwości   wyjścia   na   podstawie  
zwolnienia warunkowego.

Osądzony i skazany za morderstwo, gwałt, torturowanie i po-

ćwiartowanie   Emmy   Tangent,   kobiety   rasy   czarnej,   wiek   25   lat.  
Wyrok skazujący na dożywocie, zaostrzony rygor, bez możliwości  
wyjścia na podstawie zwolnienia warunkowego.

Osądzony   i   skazany   za   morderstwo,   sodomią,   tortury   i  

poćwiartowanie Lowella McBridea, białego mężczyzny, wiek 18 lat.  
Skazany   na   dożywocie,   zaostrzony   rygor,   bez   zwolnienia   warun-
kowego.

Osądzony i skazany za morderstwo, gwałt, torturowanie i po-

ćwiartowanie   Darli   Fitz,   kobiety   rasy   mieszanej,   wiek   23   lata.  
Skazany   na   dożywocie,   zaostrzony   rygor,   bez   zwolnienia   warun-
kowego.

Osądzony   i   skazany   za   morderstwo,   sodomię,   pośmiertny  

gwałt, torturowanie i poćwiartowanie Martina Savoya, mężczyzny 
rasy   mieszanej,   wiek   20   lat.   Skazany   na   dożywocie,   zaostrzony  
rygor, bez zwolnienia warunkowego.

Obecnie odsiaduje wyrok w więzieniu stanowym Omega.

background image

Podejrzany o dwanaście innych morderstw, sprawy w toku.  

Niewystarczające dowody na złożenie oskarżenia. Oficerzy śledczy  
przydzieleni do śledztwa udostępniają informacje na prośbę.

- Podaj listę policjantów, zajmujących się sprawą Conroya - 

nakazała, patrząc, jak przez ekran przesuwają się nazwiska i adresy. 
- Trochę się przemieszczałeś, co, Conroy? - mruknęła, widząc, że 

detektywi pochodzą z całego kraju.

Była jeszcze nastolatką kiedy mediami zawładnęły sensacyjne 

doniesienia   o   morderstwach   popełnionych   przez   Conroya.   Przy-
pominała   sobie   urywki   programów,   płaczące   rodziny,   błagające 

zbrodniarza,   żeby   wyjawił   im,   gdzie   znajdą   szczątki   ukochanych 
osób.   Pamiętała   ponure   twarze   policjantów,   zdających   relacje   z 

postępów  dochodzenia, i  samego Conroya,  jego spokój  i czarne, 
mściwe oczy.

Nazywali   go   diabłem   wcielonym.   Antychrystem.   To   słowo 

powtarzano nieustannie, być może po to, żeby przynajmniej w ten 

sposób oddzielić szaleńca od reszty ludzkości.

A jednak Conroy był na tyle człowiekiem, by począć dziecko. 

Syna. I ten syn znajdował się na jej liście osób podejrzanych. Może 
zbytnio się skoncentrowała na Selinie Cross?

Syna   Conroya   pociąga   władza,   potęga   i   moc.   Magia   jest 

źródłem   mocy,   czyż   nie?   Znał   przynajmniej   jedną   z   ofiar.   Dwie 

zginęły od noża. Jego ojciec doskonale posługiwał się nożem.

Twierdził   także,   że   jest   narzędziem   w   rękach   boga, 

przypomniała sobie Eve, dalej przeglądając dane. Tak, tak, zgadza 

background image

się.   Znalazła   potwierdzającą   jej   przypuszczenie   chaotyczną 
wypowiedź. Zaznaczyła ją.

- Proszę o audio tego urywku.

Przetwarzanie...
-  

Jestem   siłą   dla   was   niepojętą   -   rozległ   się   wyraźny   i 

melodyjny głos Conroya. Eve uzmysłowiła sobie, że Charles Forte 

ma   podobnie   melodyjny   i   charyzmatyczny   głos.   -   Jestem 
narzędziem w rękach boga, boga zemsty i cierpienia. To, co czynię 

w jego imieniu, jest wielkie. Drzyjcie przede mną, nigdy bowiem nie 
zostanę pokonany. Jestem jak legiony.

- Jesteś śmieciem - sarknęła. Legion. Tego zwrotu użyła też 

Cross.   Interesujące...   Czy   Conroy   bawił   się   w   satanizm,   w 

czarnoksięstwo?   I   czy   to   z   tego   powodu   jego   syn   zajmuje   się 
podobną dziedziną?

Ciekawe, ile tak naprawdę Charles Forte wiedział o działalności 

ojca. I co o niej myślał?

- Komputer, podaj dane na temat Charlesa Forte z Nowego 

Jorku, wcześniej Charles Conroy, syn Davida Bainesa Conroya.

Przetwarzanie.

Eve   czekała   na   wynik,   bębniąc   palcami   w   blat   biurka   i 

dumając. Matka wywiozła Charlesa do Nowego Jorku, co oznacza, 
że chłopak musiał odbywać dalekie podróże, żeby uczestniczyć w 

rozprawach. To wielki wysiłek, a na dodatek prawdopodobnie matka 
nie godziła się na te wyjazdy. Został wyrzucony z technikum na 

drugim   semestrze.   Uczył   się   farmacji.   Bardzo   interesujące. 
Posiadając   licencję   chemika,   pracował   później   przy   produkcji 

background image

lekarstw.   Uwagę   Eve   przykuł   fakt,   że   Charles   często   się   prze-
prowadzał.   Podobnie   jak   jego   kochany   ojczulek.   Potem   znowu 

osiedlił się w Nowym Jorku. Jest współwłaścicielem „Mocy Ducha”.

Odchyliła się i nieświadomie potarła zranioną szyję. Kawaler, 

bezdzietny, żadnych aresztowań, zatrzymań.

- Dane medyczne.

Charles Forte. 6 lat - złamana raka. 6 lat - niewielki wstrząs  

mózgu, potłuczony, posiniaczony brzuch.  

7  

lat - oparzenie przed-

ramienia drugiego stopnia. 

lat - wstrząs mózgu i złamana piszczel.

Czytając   listę   obrażeń,   którym   Charles   ulegał   przez   okres 

całego dzieciństwa, Eve czuła coraz większy ucisk w żołądku.

-   Zatrzymaj   się.   Wylicz   procentowo   możliwość   zaistnienia 

umyślnego znęcania się.

Dziewięćdziesiąt osiem.

Dlaczego do diabła nie zostało to uchwycone?

Z

 

danych   wynika,   że   dziecku   udzielano   pomocy   w   różnych  

szpitalach i w różnych miastach na przestrzeni dziesięciu lat. Nie ma  
wzmianki   o   poleceniu   przeprowadzenia   dochodzenia   poprzez  
agencję zapobiegania maltretowaniu dzieci.

-  

Idioci,   co   za   idioci.   -   Potarła   twarz   i   przycisnęła   dłońmi 

skronie. Wiedziała, że zbliża się migrena.

- Proszę podać informacje o ewentualnym leczeniu psychiat-

rycznym i portret psychologiczny obiektu.

Obiekt   na   własną   prośbę   zgłosił   się   do   kliniki   Millera   jako  

pacjent   ambulatoryjny.   Lekarz   prowadzący,   Ernest   Renfrew,  

background image

zajmował się nim od lutego 2045 do września 2047. Akta z terapii  
są zastrzeżone. Brak innych danych.

Dobrze, to na razie wystarczy. Zapisz dane w pliku o nazwie 

Forte Charles, numer sprawy 34299 - H. Odsyłacz, Conroy. Zamknij 

program, kiedy skończysz.

Podniosła wzrok, bo w drzwiach pojawiła się głowa Feeneya.

- Cross właśnie wyszła.
- No cóż, nasze szczęście nie mogło trwać wiecznie.

- Czy ktoś oglądał te zadrapania?
- Sama się tym zajmę. Za minutkę.

- Na pewno?
- Jasne.

- David Baines Conroy. - Feeney gwizdnął i usiadł na rogu 

biurka.   -   Daleka   przeszłość.   Chory   bandzior.   Mordował   ludzi,   a 

potem ich ćwiartował. Poćwiartowane ciała trzymał w turystycznej 
lodówce.   Mieszkał   w   wozie   kempingowym.   Podróżował   nim   po 

całym kraju i wygłaszał kazania.

- Kazania?

- No, może to nie najlepsze słowo. Zrobił z siebie jakiegoś 

antychrysta. Ględził kupę bzdur o anarchii, wolnym seksie i otwarciu 

wrót piekieł. Coś w tym stylu. Zdaje się, że większość jego ofiar to 
osoby,   które   spotkał   po   drodze.   Przynajmniej   trzy   z   nich   były 

prostytutkami. One zawsze są łatwym łupem dla maniaków.

- Uznano go za poczytalnego i zdolnego do zeznawania przed 

sądem.

background image

- Owszem, przeszedł testy. Specjaliści uznali, że jest zdrowy 

psychicznie. Jednak moim zdaniem to był prawdziwy wariat.

- Miał rodzinę.
- Tak, tak, to się zgadza. - Feeney zamknął oczy, próbując 

przypomnieć sobie szczegóły. - Wtedy nie pracowałem jeszcze w 
wydziale   zabójstw   i   chyba   każdy   policjant   w   kraju   miał   coś 

wspólnego   z   tą   sprawą.   Conroy   nigdy   nie   zmalował   niczego   w 
Nowym   Jorku,   tego   byliśmy   pewni.   Miał   żonę,   bladą,   nerwową, 

małą   kobietę.   Zostawiła   go   -   chyba   nim   go   zwinęli.   Był   jeszcze 
dzieciak, syn. Dziwny.

- Dlaczego?
- Miał oczy ojca. Tylko że były martwe. Wiesz, o czym mówię. 

Pamiętam, że kiedyś sobie pomyślałem, że pewnego dnia chłopak 
pójdzie w ślady ojca. Potem matka i syn ukryli się za ustawą o 

ochronie danych osobowych, od tej pory nikt o nich nie słyszał.

- Do dzisiaj. - Eve nie spuszczała wzroku z Feeneya. - Dzisiaj 

wieczorem spotykam się z synem Conroya. Na sabacie czarownic.

Tak jak się spodziewała, Roarke przyjechał limuzyną, choćby 

tylko po to, żeby zrobić jej na złość. Rzeczywiście byłaby zła, gdyby 

nie to, że zobaczyła, iż autokucharz w samochodzie załadowany jest 
włoskimi potrawami.

Zdążyła pochłonąć 

manicotti, 

nim dotarli do mostu Jacqueline 

Onassis.   Ale   pokręciła   przecząco   głową,   kiedy   Roarke   podał   jej 

kieliszek burgunda.

- Jestem na służbie - wyjaśniła z pełnymi ustami.

background image

-   Ja   nie.   -   Upił   łyk,   przyglądając   się   żonie.   -   Dlaczego   nie 

opatrzyłaś rany? - zapytał, delikatnie dotykając jej szyi.

- Nie miałam kiedy.
- No właśnie. - Uśmiechnął się w odpowiedzi na jej pytające 

spojrzenie.   -   Widziałem   powtórkę   wywiadu   z   Nadine.   Jestem 
zdumiony, że się zgodziłaś wystąpić.

- To był handel wymienny. Musiałam zapłacić swoją część. - 

Pochyliła   się   i   nacisnęła   guzik   uruchamiający   ekran   oddzielający 

pasażerów od kierowcy. - Lepiej będzie, jak opowiem ci wszystko 
przed dotarciem na wieczorne przedstawienie.

Zreferowała ze szczegółami najnowsze rewelacje Nadine, po 

czym sięgnęła po słodką, grubą oliwkę.

-   Forte   przeskoczył   kilka   miejsc   w   górę   na   mojej   liście 

podejrzanych - kończyła.

- Za grzechy ojca?
- Czasami to się potwierdza.

Roarke milczał przez chwilę. Obydwoje mieli powody, ażeby ta 

teoria im się nie podobała.

-  Pani najlepiej  wie,  pani porucznik.  Ale czy  nie  należałoby 

przypuszczać, że przeszłość ojca pchnie syna w całkiem przeciwnym 

kierunku?

- Znał Alice, jest chemikiem. We krwi Franka znaleziono środki 

chemiczne, a Alice miała halucynacje. Popełniono dwa morderstwa, 
w których narzędziem mordu były rytualne noże.

Forte jest wyznawcą religii, która używa takich narzędzi. Nie 

mogę tego wszystkiego tak po prostu zignorować.

background image

- Moim zdaniem on nie sprawia wrażenia zabójcy. Eve wzięła 

do ust marynowaną papryczkę.

- Kiedyś prowadziłam śledztwo w sprawie pewnej staruszki, 

która   miała   wygląd   ukochanej   babuni.   Opiekowała   się   kotami   i 

piekła ciasteczka dla dzieciarni z sąsiedztwa. Hodowała na parapecie 
geranium. - Sięgnęła po następną papryczkę. - Zwabiła do siebie 

sześcioro dzieci i ich wnętrznościami nakarmiła swoje koty.

-   Urocza   historyjka.   -   Roarke   odstawił   talerz.   -   Rozumiem 

puentę. - Sięgnął do kieszeni i wyjął amulet, który poprzedniego 
wieczoru dała mu Isis. Zawiesił go na szyi Eve.

- A to na co?
- Ładniej się prezentuje na tobie niż na mnie. Spojrzała na 

niego podejrzliwie.

- Nie kpij. Zwyczajnie jesteś przesądny.

- Nieprawda - skłamał, po czym zabrał od niej talerz i zaczął 

rozpinać jej bluzkę.

- Co robisz?
- Zabijam czas. - Zręczne dłonie w sekundę znalazły się na jej 

biuście. - Mamy jeszcze godzinę drogi.

-   Nie   będę   się   kochała   na   tylnym   siedzeniu   limuzyny   - 

powiedziała. - To...

- Wspaniałe - skończył za nią i opuścił głowę do jej piersi.

Czuła   się   zrelaksowana,   jak   po   dobrze   przespanej   nocy. 

Samochód skręcił w wąską, zadrzewioną wiejską drogę. Wyjrzała 
przez   okno   i   oprócz   drzew   i   gwiazd   na   niebie   zobaczyła   tylko 

background image

kompletną ciemność. Korony drzew tworzyły nad nimi swoisty tunel. 
Tuż przed maską samochodu przebiegło jakieś zwierzę, błysnąwszy 

w ich stronę złotymi ślepiami.

- Feeney i Peabody jadą za nami?

- Uhu. - Roarke wepchnął koszulę w spodnie. - Na to wygląda. 

- Włożyłaś bluzkę odwrotną stroną - powiedział miękko i uśmiechnął 

się.

- Cholera. - Eve na nowo zaczęła walczyć z ubraniem. - Nie rób 

takiej zarozumiałej miny. Tylko udawałam, że mi się podoba.

- Kochana Eve. - Pocałował ją w rękę. - Jesteś dla mnie za 

dobra.

- Coś takiego. - Zdjęła amulet i zarzuciła mu na szyję. - Ty go 

załóż. - Zanim zdążył zaprotestować, objęła dłońmi jego twarz. - 
Proszę.

- Cóż, i tak nie wierzysz w jego działanie.
-   Rzeczywiście   nie.   -   Wsunęła   wisiorek   za   koszulę   męża   i 

poklepała go po piersi. - Ale ty wierzysz. Czy kierowca wie, dokąd 
ma jechać?

-   Kierunek   jest   zaprogramowany.   -   Spojrzał   na   zegarek.   - 

Zgodnie   z   wyliczeniami   powinniśmy   za   chwilę   znaleźć   się   na 

miejscu.

- Dla  mnie to jakieś pustkowie. - Wyjrzała przez okno. Nic 

tylko ciemności, drzewa i znowu ciemności. - Wolę być na własnym 
śmietnisku. Aż trudno uwierzyć, że to tylko dwie godziny drogi od 

Nowego Jorku.

- Jesteś takim mieszczuchem.

background image

- A ty nie? 
Wzruszył ramionami.

- Lubię jeździć na wieś, ale na krótko. Cisza mnie uspokaja.
-   A   mnie   denerwuje.   -   Znowu   skręcili.   -   Tutaj   wszystko 

wygląda tak samo i nic się nie dzieje. Kiedy wchodzisz do któregoś z 
miejskich   parków,   natychmiast   wpadasz   na   kieszonkowca   lub   co 

najmniej   handlarza   narkotyków.   Prawie   za   każdym   krzakiem   stoi 
panienka lekkich obyczajów lub para zboczeńców.

Zerknęła na męża, który uśmiechał się ironicznie.
- Życie z tobą jest takie... kolorowe.

Sarknęła.
- Mówisz tak, jakby twój świat, zanim się w nim zjawiłam, był 

szary. Wino, kobiety i pieniądze. Rzeczywiście bardzo nużące.

- Nuda mnie dobijała - odparł z udawaną udręką. - Nie to co 

teraz, kiedy dzięki tobie na każdym kroku natykam się na trupa.

-   Dzień,   w   którym   mnie   spotkałeś,   był   po   prostu   twoim 

zbawieniem. - Samochód wspiął się na wzniesienie i zaraz potem 
dostrzegli   światełka   przedzierające   się   zza   drzew.   -   Dzięki   Bogu. 

Zdaje się, że przyjęcie już się rozpoczęło.

- Spróbuj powstrzymać sarkazm. - Poklepał ją po kolanie. - Bo 

obrazisz naszych gospodarzy.

- Nie zamierzam kpić. Chcę się na własne oczy przekonać, o co 

tu chodzi. I nie tylko ze względu na Forte'a. Jeśli kogoś rozpoznasz, 
daj mi znać. - Wyjęła coś z torebki i przełożyła do kieszeni.

background image

- Podręczny rekorder? - cmoknął. - Zdaje się, że to nielegalne. 

Nie   wspominając   już,   że   nieco   nieuprzejme   w   stosunku   do 

gospodarzy.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- I zbędne - dodał. Przekręcił dłoń i nacisnął na mały guziczek 

przy   zegarku.   -   Ten   jest   o   wiele   lepszy.   Wiem,   bo   produkuję 

obydwa. - Uśmiechnął się. W tej samej chwili samochód zatrzymał 
się w niewielkim prześwicie. - Dojechaliśmy.

Eve pierwsza dostrzegła  Isis, której zresztą  trudno było nie 

zauważyć. Ubrana w zwiewną, białą suknię, zdawała się lśnić jak 

łuna księżyca. Miała rozpuszczone włosy, które luźno opadały na 
ramiona.   Na   jej   czole   pobłyskiwała   złota   opaska   wyłożona 

kolorowymi kamieniami. Była bosa.

- Bądźcie błogosławieni - powiedziała na przywitanie, po czym, 

zawstydzając Eve, pocałowała ją w oba policzki. Tak samo powitała 
Roarke'a i znowu odwróciła się do Eve. - Pani jest skaleczona. - 

Zanim   Eve   zdążyła   zareagować,   przytknęła   palce   do   jej   szyi.   - 
Trucizna.

- Trucizna? - Eve natychmiast wyobraziła sobie śmiercionośną 

substancję   rozlewającą   się   po   jej   układzie   krwionośnym   i 

sprowadzającą na nią powolne konanie w mękach.

-   Nie   fizyczna,   ale   duchowa.   Czuję   obecność   Seliny.   -   Nie 

spuszczając wzroku z twarzy Eve, zsunęła dłoń na jej ramię. - Niech 
się pani nie martwi. Coś na to zaradzimy. Mirium, proszę, powitaj 

resztę   gości   -   zwróciła   się   do   niskiej,   ciemnoskórej   kobiety.   Na 

background image

podjazd wtoczył się z hurkotem stary samochód Feeneya. - Chas 
zajmie się pani szyją.

-   Nie   róbcie   sobie   kłopotu.   Jutro   z   rana   pójdę   do   naszego 

lekarza.

-   To   zbyteczne.   Proszę   za   mną.   Nie   mogę   dopuścić,   żeby 

Selina była tu obecna nawet w takiej formie.

Idąc za gospodynią prowadzącą ich po obrzeżach polany, Eve 

przyglądała   się   wyrysowanemu   na   środku   białemu   okręgowi 

otoczonemu białymi świecami. Z lekkim zdziwieniem przyjęła fakt, 
że   stojący   wokół   ludzie   rozmawiają   ze   sobą   swobodnie,   jakby 

znajdowali się co najmniej na cocktail party. Ich ubrania były bardzo 
różnorodne. Długie suknie, tradycyjne garnitury, damskie kostiumy 

z długimi lub krótkimi spódniczkami.

Doliczyła się około dwudziestu osób w wieku od osiemnastu do 

osiemdziesięciu lat, różnych ras i płci. Nie przeważał jakiś jeden typ 
ludzi. W pobliżu stały turystyczne lodówki do napojów, kilka osób 

popijało drinki. Rozmowy toczone przyciszonymi głosami przerywał 
od czasu do czasu wybuch śmiechu.

Podeszli   do   składanego   turystycznego   stolika,   przy   którym 

siedział   Chas.   Na   ich   widok   podniósł   się.   Miał   na   sobie   prosty 

niebieski   garnitur   i   miękkie   mokasyny   w   tym   samym   kolorze. 
Uśmiechnął   się,   widząc   podejrzliwe  spojrzenie   Eve   skierowane   w 

stronę stolika.

- Oprzyrządowanie czarownic - powiedział.

background image

Leżały tam czerwone sznury i nóż z białym trzonkiem, 

athame. 

Kilka   świec,   mały   miedziany   gong,   bicz,   lśniący   srebrny   miecz, 

kolorowe butelki, różnorodne misy i kubki.

- Interesujące.

- To pradawny rytuał wymagający pradawnych narzędzi. Ale 

widzę,   że   pani   jest   zraniona.   -   Zbliżył   się   i   uniósł   rękę,   jednak 

opuścił   ją,   pohamowany   zimnym   wzrokiem   Eve.   -   Przepraszam. 
Wygląda na bolesne skaleczenie.

- Chas jest uzdrawiaczem. - Isis uśmiechnęła się nieco wyzy-

wająco.   -   Proszę   potraktować   jego   pomoc   jako   pokaz   jego 

uzdolnień. Przecież przyszła tu pani po to, żeby zebrać obserwacje, 
prawda?   Co   więcej,   nie   musi   się   pani   niczego   obawiać,   bo   pani 

partner ma przy sobie ochronny amulet.

Eve, czując w kieszeni ciężar broni, pomyślała, że ona także 

ma ochronę.

- Dobrze, proszę zademonstrować swoje umiejętności. - Od-

chyliła głowę, zapraszając Chasa, by obejrzał ranę.

Poczuła   na   szyi   delikatne   dotknięcie   zaskakująco   zimnych 

palców. Nie spuszczała wzroku z jego oczu i zobaczyła, że najpierw 
przepełniły się skupieniem, a potem nagle coś w nich rozbłysło. - 

Ma   pani   szczęście   -   wymamrotał.   -   Rezultat   nie   dorównuje 
zamiarowi. Proszę uspokoić umysł.

Przeniósł wzrok na jej oczy.
- Umysł i ciało są jednym - rzekł cicho pięknym głosem. - 

Jedno prowadzi drugie, jedno uzdrawia drugie. Proszę mi pozwolić 
pani ulżyć.

background image

Poczuła ciepło emanujące z jego palców, które rozpływało się 

od głowy w dół całego ciała. Ogarnęła ją senność, więc otrząsnęła 

się i usłyszała jego cichy śmiech.

- Nie skrzywdzę pani.

Odwrócił się i sięgnął po bursztynową butelkę. Odkorkował ją i 

wylał na dłoń jasny, pachnący kwiatową esencją płyn.

- To jest balsam zrobiony na podstawie starego przepisu ze 

współczesnymi   dodatkami.   -   Posmarował   delikatnie   zranienie.   - 

Oczyści i uzdrowi skaleczenie.

- Zna się pan na chemikaliach, prawda?

- Ten płyn jest ziołowy.  - Wyjętą  z kieszeni chustką obtarł 

palce. - Ale to prawda, farmacja nie jest mi obca.

-   Chciałabym   porozmawiać   z   panem   na   ten   temat.   - 

Przyglądała mu  się uważnie,  czekając na odpowiedź. - I o pana 

ojcu.

Odniosła   zamierzony   skutek,   bo   jego   źrenice   najpierw   się 

rozszerzyły,   potem   zwęziły.   W   tej   samej   chwili   pomiędzy   nimi 
stanęła Isis, a w jej oczach zobaczyła furię.

- To miejsce, do którego została pani zaproszona, jest święte. 

Nie ma pani prawa...

- Isis. - Chas dotknął jej ramienia. - Ona ma misję. Wszyscy ją 

mamy. - Patrzył na Eve i wyglądał tak, jakby się zbierał w sobie. - 

Oczywiście, porozmawiam z panią, kiedy tylko wyrazi pani ochotę. 
Ale do tego miejsca nie powinno się przynosić nieszczęścia. Zaraz 

rozpocznie się ceremonia.

- Nie będziemy was zatrzymywać.

background image

- Czy jutro o dziewiątej rano, w sklepie, odpowiada pani?
- Tak.

- A teraz proszę mi wybaczyć.
- Zawsze odpłaca pani za uprzejmość bólem? - zapytała Isis z 

gniewem, kiedy Chas się oddalił. Potem potrząsnęła głową i wbiła 
wzrok w Roarke'a. - Zapraszamy do obejrzenia ceremonii i mamy 

nadzieję, że potraktujecie ją z szacunkiem. Nie wolno wam wchodzić 
w obręb magicznego koła.

Odeszła, a Eve wsunęła ręce do kieszeni.
-   No,   teraz   mam   już   przeciwko   sobie   dwie   czarownice.   - 

Odwróciła się do spieszącej w ich kierunku Peabody.

- To jest inicjacja - poinformowała szeptem dziewczyna. - Tak 

powiedziała tamta wspaniała czarownica ubrana we włoski kostium. 
-   Posłała   uśmiech   do   stojącego   po   drugiej   stronie   polany 

przystojnego mężczyzny. - Jezu, przez takiego faceta człowiek ma 
ochotę zmienić wiarę.

- Zbierz się w sobie, Peabody. - Eve skinęła na Feeneya.
-   Moja   pobożna   matka   odmówiłaby   cały   różaniec,   gdyby 

wiedziała,   gdzie   jestem.   -   Feeney   pokrył   zdenerwowanie   cichym 
śmiechem. - Cholernie dziwne miejsce. Niby nic tu takiego się nie 

dzieje, ale i tak czuję się nieswojo. Roarke westchnął i objął żonę 
ramieniem.

-   Zrobieni   z   tej   samej   gliny   -   mruknął   i   odwrócił   wzrok   w 

stronę, gdzie rozpoczynano obrzęd.

Młoda kobieta, którą Isis nazywała Mirium, stała poza kręgiem 

ze   świec,   związana   i   z   zasłoniętymi   oczami.   Wszyscy   oprócz 

background image

obserwujących byli teraz nadzy. Ich ciała pobłyskiwały w ciemności. 
W pobliskim lesie rozległo się pohukiwanie nocnych ptaków.

Eve   sięgnęła   do   kieszeni   i   dotknęła   ukrytej   tam   broni.   Do 

Mirium podszedł Chas. Wskazał na jej nogi i powiedział:

- Stopy nie są ani związane, ani wolne. W jego głosie brzmiała 

radosna powaga.

Eve   z   zaciekawieniem   przyglądała   się,   jak   uczestnicy   stają 

wokół białego kręgu. Musiała przyznać, że wyglądali na szczęśliwych 

i   zadowolonych.   Ponad   głowami   księżyc   oblewał   srebrnymi 
promieniami korony drzew. Raz po raz rozlegało się pohukiwanie 

sów.   Nikt   nie   zwracał   uwagi   na   nagość.   Nie   zauważyła   ani 
podejrzliwych, ani skrytych spojrzeń, które widziała nieraz w mieście 

w seksklubach.

Chas uniósł 

athame, 

na co Eve natychmiast sięgnęła do broni. 

Przytknął nóż do piersi Mirium. Wznoszącym i opadającym tonem 
wygłosił tekst inicjacji.

-   Przyniosłam   wam   dwa   zaklęte   słowa   -   odpowiedziała   mu 

Mirium. - Doskonała miłość i doskonałe zaufanie.

Chas uśmiechnął się.
- Z takimi słowami witamy cię podwójnie. Podaruję ci trzecie, 

byś mogła przejść przez te drzwi.

Oddał   nóż   stojącemu   obok   niego   mężczyźnie,   potem 

pocałował Mirium. Był to ojcowski pocałunek. Następnie objął ją i 
poprowadził do okręgu. Idący za nimi drugi mężczyzna wykonywał 

w powietrzu dziwne znaki nożem.

background image

Stojący   wokół   białego   koła   ludzie   zaczęli   śpiewać   i   głaskać 

przechodzącą   koło   nich   Mirium.   Rozległ   się   trzykrotny   dźwięk 

gongu.

Chas ukląkł, pocałował stopy dziewczyny, potem jej kolana, 

brzuch tuż nad łonem, jej piersi i usta.

Eve   zdziwiła   się,   że   nie   widzi   w   tych   poczynaniach   żadnej 

seksualności, a raczej... czułą przyjaźń.

- I co ty na to? - zapytała męża.

- Zachwycający, pełen mocy rytuał. Bardzo wzniosły. - Wsunął 

dłoń do jej kieszeni i przykrył jej rękę trzymającą broń. Pociągnął za 

nią delikatnie. - I bezpieczny. Jest w nim dużo seksu, ale bardzo 
zrównoważonego i budzącego szacunek. Widzę przynajmniej dwie 

znajome osoby.

- Ich nazwiska?

Nieświadomie potarła szyję i ze zdumieniem stwierdziła, że nie 

czuje zadrapań ani bólu.

Kiedy   opuściła   rękę,   spojrzał   na   nią   Chas.   Ich   oczy   się 

spotkały. Uśmiechnął się do niej.

background image

16

„Moc   Ducha”   był   jeszcze   zamknięty,   kiedy   Eve   i   Peabody 

zaparkowały   przy   nim.   Ale   Chas   już   na   nie   czekał.   Stał   przed 
sklepem, popijając coś z papierowego kubeczka.

- Dzień dobry. - Było chłodno i na policzkach miał czerwone 

rumieńce. - Zastanawiałem się, czy zgodzą się panie porozmawiać 

na górze, w mieszkaniu, zamiast w sklepie.

- Obecność policji źle wpływa na klientów? - zapytała ironicz-

nie Eve.

-   Cóż,   mogą   się   czuć   zakłopotani.   Zresztą   i   tak   otwieramy 

dopiero   za   pół   godziny.   Domyślam   się,   że   nie   będziecie   po-
trzebowały Isis.

- W tej chwili nie.
- To wspaniale. W takim razie dajcie mi panie tylko minutkę. - 

Zerknął na Eve oczami, w których czaił się niepokój. - Isis nie lubi, 
kiedy w domu znajduje się kofeina. Jestem słaby - stwierdził, biorąc 

następny łyk. - Ona doskonale wie, że co rano wymykam się, by 
pofolgować   mojemu   uzależnieniu.   Jednak   udaje,   że   niczego   nie 

widzi. To głupie, ale jesteśmy z tym szczęśliwi.

- Proszę się nie spieszyć. Kupuje pan kawę po drugiej stronie 

ulicy?

- To zbyt blisko domu. Poza tym, szczerze mówiąc, nie jest 

tam za czysto. Dobrą kawę podają w kawiarni na rogu. - Z wyraźną 
przyjemnością   uniósł   kubek   do   ust.   -   Kilka   lat   temu   rzuciłem 

background image

palenie,   ale   nie   umiem   sobie   poradzić   bez   filiżanki   kawy.   Czy 
podobała się wam wczorajsza ceremonia?

- Z pewnością nas zainteresowała. - Ponieważ było naprawdę 

zimno, Eve wetknęła ręce do kieszeni. Ruch na ulicy i w powietrzu 

powoli   się   zmniejszał.   -   I   trochę   zdziwiła,   zwłaszcza   to   bieganie 
nago po lesie.

- W tym roku raczej już nie będziemy odprawiać ceremonii na 

wolnym powietrzu, ale Mirium bardzo pragnęła zostać zaprzysiężona 

na pierwszy stopień przed Samhain.

- Samhain?

- Halloween - odpowiedzieli razem Chas i Peabody. Policjantka 

poruszyła   się  niespokojnie,   kiedy   Chas  się   do  niej   uśmiechnął.   - 

Wolna Era - wymamrotała wyjaśniająco.

- Och, istnieją pewne podstawowe podobieństwa. - Skończył 

kawę, podszedł do kosza na śmieci i wyrzucił kubek. - Jest pani 
przeziębiona.

- To prawda - Peabody pociągnęła nosem, wstrzymując kich-

nięcie.

-   Mam   coś,   co   powinno   pomóc.   Jedna   z   naszych   członkiń 

rozpoznała panią, pani porucznik. Powiedziała, że niedawno czytała 

pani z ręki. Dokładnie w noc, kiedy zginęła Alice.

- Zgadza się.

-   Cassandra   jest   bardzo   uzdolniona   i   ma   słodką   naturę.   - 

Wchodzili po schodach. - Wyrzuca sobie, że nie widziała jaśniej, że 

Alice   grozi   niebezpieczeństwo.   Sądziła,   że   to   panią   przede 

background image

wszystkim powinna ostrzec. - Zatrzymał się i spojrzał za siebie. - Ma 
nadzieję, że nosi pani kamień, który pani dała.

- Mam go gdzieś.
Wydał z siebie odgłos, który mógł być westchnieniem.

- Co z szyją?
- Jak nowa.

- Widzę, że się zagoiła.
-   Tak,   dość   szybko.   Co   było   w   tym   balsamie,   który   pan 

przyłożył?

Ku zaskoczeniu Eve w jego oczach zamigotała wesołość.

- Och, tylko język nietoperza i oczy kijanki. - Otworzył drzwi, 

przy czym usłyszały odgłos dzwoneczków. - Proszę się rozgościć, a 

ja tymczasem przygotuję herbatę, żeby mogły się panie rozgrzać.

- Proszę nie robić sobie kłopotu.

- To żaden kłopot. Za chwilę wracam.
Wyszedł,   a   Eve   postanowiła   wykorzystać   moment   jego 

nieobecności na obejrzenie pokoju.

Nie   sprawiał   wrażenia   skromnego.   Zapewne   przez   to,   że 

znajdowało   się   w   nim   wiele   przedmiotów   ze   sklepu.   Kawałki 
kryształów   pokrywały   blat   okrągłego   stolika   i   otaczały   miedzianą 

urnę z kwiatami. Nad giętą niebieską sofą wisiał gobelin o zawiłym 
wzorze: mężczyźni, kobiety, księżyce i słońca oraz płonący zamek.

- Główne arkana - wyjaśniła Peabody, widząc, że przełożona 

zbliża się do gobelinu, by się mu dokładniej przyjrzeć. Kichnęła. - Z 

tarota. Wygląda na starą, ręczną robotę.

background image

-   To   już   chyba   artystyczne   dzieło   -   orzekła   Eve.   -   Takie 

przedmioty nie są tanie.

Stały   tam   też   ołowiane   i   kamienne   figurki,   przedstawiające 

czarnoksiężników,   smoki,   dwugłowego   psa,   kobiety   z   delikatnymi 

skrzydłami.   Druga   ściana   była   pokryta   dziwnymi   kolorowymi 
symbolami.

-   To   z   Księgi   Kells.   -   Na   zdziwione   spojrzenie   przełożonej 

Peabody tylko wzruszyła ramionami. - Moja mama lubi wyszywać 

poduszki   i   serwetki   takimi   wzorami.   Podoba   mi   się   ten   pokój   - 
dodała,   myśląc   o   tym,   że   nie   przechodzą   ją   tu   ciarki   tak   jak   w 

mieszkaniu Cross. - Jest ekscentryczny, ale miły.

- Sklep przynosi niezłe zyski - powiedział Chas, wchodząc do 

pokoju   z   tacą,   na   której   stały   malowane   w   kwiaty   porcelanowe 
filiżanki   i   dzbanek.   -   Poza   tym,   zanim   go   otworzyliśmy,   miałem 

własne zasoby.

- Spadek?

- Nie. - Postawił kawę na okrągłym stoliku. - Oszczędności i 

wpływy z inwestycji. Farmaceuci są dobrze opłacani.

- I mimo to porzucił pan to intratne zajęcie dla handlu?
- Porzuciłem - odparł po prostu. - Moja poprzednia praca nie 

przynosiła   mi   zadowolenia.   Moje   poprzednie   życie   nie   było 
szczęśliwe.

- Terapia nie pomogła?
Znowu spojrzał jej w oczy, choć tym razem nie było to chyba 

dla niego łatwe.

background image

-   Ale   też   nie   zaszkodziła.   Proszę   usiąść.   Odpowiem   na 

wszystkie pytania.

- Ona nie może cię zmusić do przechodzenia przez to, Chas. - 

W pokoju niczym mgła pojawiła się Isis. Tego dnia ubrana była w 

szarą   suknię   w   kolorze   chmurnego   nieba,   która   oplatała   się   jej 
wokół   stóp.   -   Masz   zagwarantowane   przez   państwo   prawo   do 

zachowania prywatności.

-   A   ja   mogę   nalegać,   by   odpowiedział   na   pytania   -   przy-

pomniała Eve. - Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa. Chas, 
oczywiście, ma prawo do konsultacji ze swoim adwokatem.

- On nie potrzebuje adwokata, ale spokoju. - Isis okręciła się, 

a   jej   oczy   pałały   gniewem.   Chas   uniósł   jej   dłonie,   ucałował   i 

przytulił do twarzy.

- Jestem spokojny - powiedział cicho. - Mam ciebie. Nie martw 

się tak. Musisz zejść na dół i otworzyć sklep, a ja muszę przez to 
przejść.

- Pozwól mi zostać.
Pokręcił głową. Wymienili się spojrzeniami. Eve przyglądała się 

im, zaskoczona. To, co zobaczyła, przekonało ją, że łączy ich nie 
tylko seks, ale prawdziwa miłość, a także oddanie.

Powinna poczuć rozbawienie, widząc, jak Isis pochyla swoje 

wspaniałe ciało i całuje ukochanego w usta, a jednak ta scena ją 

wzruszyła.

- Wystarczy, że zawołasz - zapewniła. - Wystarczy, że mnie 

zapragniesz.

background image

- Wiem. - Uścisnął jej rękę. Isis posłała Eve ostatnie pełne 

gniewu spojrzenie i wyszła.

- Wątpię, czy przeżyłbym bez niej - powiedział, wpatrując się 

w   drzwi.   -   Jest   pani   silną   kobietą,   pani   porucznik.   Trudno   pani 

zrozumieć tego rodzaju potrzebę, tego rodzaju zależność.

Kiedyś zgodziłaby się z nim. Obecnie nie była już tego taka 

pewna.

- Chciałabym nagrać naszą rozmowę, panie Forte.

- Proszę bardzo. - Usiadł i kiedy Peabody ustawiała magneto-

fon, mechanicznie nalewał herbatę do filiżanek. Nie patrząc na Eve, 

wysłuchał recytowanej przez nią oficjalnej formułki.

- Czy zna pan swoje prawa i obowiązki?

- Tak. Czy nasypać cukru?
Eve z lekkim zniecierpliwieniem spojrzała na filiżankę, którą jej 

podawał.   Herbata   pachniała   podejrzanie,   podobnie   do   tej,   którą 
poczęstowała ją Mira.

- Dziękuję.
- Do pani herbaty dodałem łyżeczkę miodu. - Uśmiechnął się 

słodko   do   Peabody.   -   I   jeszcze   trochę   czegoś...   co   z   pewnością 
złagodzi przeziębienie.

- Pachnie wspaniale. - Peabody ostrożnie upiła łyk, poczuła 

przyjemny smak i uśmiechnęła się. - Dziękuję.

- Kiedy po raz ostatni widział pan ojca?
Chas   szybko   podniósł   wzrok.   Dłoń   trzymająca   filiżankę 

zadrżała, raz, ale silnie.

background image

- W dniu, w którym został skazany. Poszedłem na rozprawę i 

widziałem, jak go zabierali. Zamknęli go w specjalnym więzieniu na 

całe życie.

- I jak się pan wtedy czuł w związku z tym?

-   Wstydziłem   się,   ale   odczułem   też   ulgę.   Byłem   straszliwie 

nieszczęśliwy, a może po prostu załamany. - Napił się herbaty, tak 

jak czasami zdenerwowani ludzie piją alkohol. - Nienawidziłem go z 
całego serca i z całej duszy.

- Ponieważ był mordercą?
- Ponieważ był moim ojcem. Bardzo zraniłem matkę, upierając 

się,   że   będę   uczestniczył   w   rozprawach   sądowych.   Była   tak 
wymęczona psychicznie, że nie miała sił mnie powstrzymać. Nigdy 

też  nie umiała  powstrzymać ojca,  chociaż  ostatecznie go rzuciła. 
Zabrała mnie i opuściła go, co, jak sądzę, było zaskoczeniem dla 

nas wszystkich.

Wpatrywał się w dno filiżanki, jakby nagle bardzo go zainte-

resowały namalowane tam kwiaty.

-  Jej   także  nienawidziłem.  Przez   bardzo,  bardzo   długi  czas. 

Nienawiść może określić człowieka, prawda, pani porucznik? Może 
go zmienić w kogoś bardzo brzydkiego.

- Czy to właśnie stało się z panem?
- Prawie. Nasz dom nie należał do szczęśliwych. Trudno się 

tego spodziewać, pamiętając, że rządził w nim taki człowiek jak mój 
ojciec.   Zapewne   podejrzewa   pani,   że   stałem   się   taki   jak   on.   - 

Zmysłowy głos Chasa nadal był spokojny. Jednak w jego oczach 
tliło się napięcie.

background image

W czasie przesłuchania należy obserwować oczy, przypomniała 

sobie Eve. Słowa często nic nie znaczą.

- A nie stał się pan?
- „Krew wszystko wyjawi”, to chyba z Szekspira? - Potrząsnął 

lekko głową. - Nie jestem do końca przekonany. Ale czy nie tego 
obawiają   się   wszystkie   dzieci,   bez   względu   na   to,   jacy   są   ich 

rodzice, że krew wszystko wyjawi?

Eve pomyślała, że sama żyje w strachu, ale nie pozwala, by 

strach skrzywił jej charakter.

- Jak silny wpływ miał ojciec na pana życie?

-   Trudno   wyobrazić   sobie   większy.   Jest   pani   doskonałym 

detektywem, pani porucznik. Podejrzewam, że zna pani już moje 

akta,   słuchała   pani   taśm   z   przesłuchań,   oglądała   kasety   z 
wywiadami z ojcem. Zobaczyła pani mężczyznę o dużej charyzmie. 

Straszliwej   charyzmie.   Mężczyznę,   który   uważał,   że   stoi   ponad 
prawem, ponad każdym prawem. Ten rodzaj arogancji jest sam w 

sobie bardzo pociągający.

- Rzeczywiście, niektórych zło pociąga.

- Tak. - Uśmiechnął się smutno. - Pani to zna z pracy. Nie był 

człowiekiem,   którego   można   było...   zwyciężyć   psychicznie   czy 

emocjonalnie. Zawsze był silny. Bardzo silny.

Chas przymknął oczy, przeżywając raz jeszcze wspomnienia, 

których pragnął się pozbyć.

- Bałem się, że mogę stać się taki jak on. Rozważałem oddanie 

najdroższego skarbu, jaki otrzymałem. Swojego życia.

- Próbował się pan zabić?

background image

-   Nigdy   nie   doszedłem   tak   daleko,   by   próbować.   Tylko 

planowałem.   Po   raz   pierwszy   pomyślałem   o   tym,   kiedy   miałem 

dziesięć lat. - Znowu napił się herbaty. - Czy potrafi pani wyobrazić 
sobie dziesięciolatka rozmyślającego o samobójstwie?

Tak, potrafiła, i to bardzo wyraźnie. Była nawet młodsza, kiedy 

nachodziły ją te same myśli.

- Czy on pana bił?
-   Bił,   choć   to   delikatne   słowo.   Nigdy   też   nie   wydawał   się 

wzburzony, kiedy to robił. Po prostu wybierał sobie jakiś moment. 
Kopał mnie lub tłukł pięścią z nieobecnym wyrazem twarzy, jakby 

zabijał muchę.

Dłoń Chasa leżąca na kolanie zacisnęła się w pięść. Otworzył 

ją z rozmysłem i rozprostował szeroko palce.

-  Uderzał  jak   błyskawica,   szybko   i  w  kompletnej  ciszy.  Bez 

ostrzeżenia. Moje życie, mój ból były całkowicie  zależne od jego 
zachcianki. Odsiedziałem swoje w piekle - kończył spokojnie, prawie 

jakby się modlił.

- Nikt panu nie pomógł? - zapytała Eve. - Nikt nie próbował 

interweniować?

- Ciągle się przeprowadzaliśmy i nie wolno nam było zawierać 

bliższych znajomości, a tym bardziej przyjaźni. Ojciec powtarzał, że 
musi objechać cały świat. Bił mnie, a potem sam wiózł do szpitala. 

Udawał zmartwionego, opiekuńczego ojca.

- Nikomu pan nic nie mówił?

-   Był  moim  ojcem,   moim   życiem.   -   Chas   uniósł   dłonie,   ale 

zaraz je opuścił. - Kim byłem, żeby się skarżyć?

background image

Też   się   nie  skarżyłam,   przypomniała   sobie   Eve.   Zresztą  nie 

miała komu.

-   Przez   jakiś   czas,   kiedy   mówił,   że   to,   co   robi,   jest 

sprawiedliwe, wierzyłem mu. - Oczy Chasa zalśniły. - I naturalnie 

uwierzyłem mu, kiedy mi wmawiał, że czekają mnie straszliwe męki, 
jeśli komuś coś powiem. Miałem trzynaście lat, gdy po raz pierwszy 

kazał mi uprawiać sodomię. Płakałem, a on związywał mi ręce i 
mówił,   że   to   część   rytuału.   Ceremonia   przejścia.   Seks   to   życie. 

Trzeba go przyjąć. Musi wysłać mnie w tę podróż, bo to jest jego 
obowiązek i jego prawo.

Uniósł dzbanek i dolał sobie herbaty.
-   Nie   wiem,   czy   to   był   gwałt.   Nie   walczyłem   z   nim.   Nie 

krzyczałem. Nie błagałem, żeby przestał. Tylko bezgłośnie płakałem 
i pozwalałem na wszystko.

- To był gwałt - odezwała się cicho Peabody.
- Tak więc... - Nie mógł już pić, więc tylko trzymał filiżankę w 

uniesionej dłoni. - Nikomu nic nie mówiłem. Nawet wiele lat później, 
kiedy zamknęli go w więzieniu, nie powiedziałem niczego policji. Nie 

wierzyłem, że naprawdę go zatrzymają. Po prostu nie wierzyłem, że 
mogą. Był zbyt silny, posiadał tak wielką moc, a morderstwa, które 

popełnił, tylko mnie utwierdzały w tym przeświadczeniu. Co dziwne, 
właśnie seks zmusił moją matkę do ucieczki i do zabrania mnie ze 

sobą.   Nie   przemoc,   nie   mały   chłopiec   z   połamanymi   kośćmi   ani 
nawet   nie   zabójstwa,   o   których   podejrzewam,   że   wiedziała.   To 

widok   mojego   ojca   klęczącego   nade   mną   na   ołtarzu,   a   dokoła 
palące się czarne świece. On jej nie zauważył, ale ja tak. Widziałem 

background image

jej twarz, kiedy weszła do pokoju. Nie zareagowała, pozwoliła mu 
skończyć,   ale   później   tego   dnia,   kiedy   ojca   nie   było   w   domu, 

uciekliśmy.

- Jednak nadal nie zwracała się do policji?

- Nie. - Spojrzał na Eve. - Zakładam, że myśli pani, że gdyby to 

uczyniła,   kilka   istnień   zostałoby   ocalonych.   Ale   strach   to   bardzo 

silne  i  egoistyczne  uczucie.  Jej   jedynym  celem  było  przetrwanie. 
Kiedy zaaresztowali ojca, codziennie chodziłem na rozprawy. Byłem 

przekonany, że uda mu się jakoś wywinąć od kary. Nawet kiedy 
powiedzieli, że go zamkną, ja nie wierzyłem. Potem pozbyłem się 

jego   nazwiska   i   próbowałem   żyć   normalnie.   Rozpocząłem   pracę, 
która mnie interesowała i do której miałem jakiś talent. Tylko że nie 

pozwalałem   sobie   na   zbliżenie   się   do   kogokolwiek.   Moją   duszę 
toczyła   wściekłość.   Patrzyłem  w   czyjaś   twarz   i   nienawidziłem   jej 

właściciela,   bo   wydawał   mi   się   taki   szczęśliwy   albo   smutny. 
Nienawidziłem ludzi za to, że w ich życiu nie istnieje koszmarna 

tajemnica.   Tak   jak   ojciec,   nigdzie   nie   pozostawałem   dłużej. 
Wreszcie, kiedy złapałem się na tym, że znowu mam samobójcze 

myśli, postanowiłem poszukać pomocy.

Mógł się już uśmiechnąć.

- To był mój nowy początek. Spróbowałem wyrazić niewyrażal-

ne. Nauczyłem się akceptować siebie i wybaczyłem matce. Ale nadal 

odczuwałem   gniew.   Tkwił   we   mnie   silny,   tajemny   węzeł.   Wtedy 
spotkałem Isis.

- Przez zainteresowanie okultyzmem? - naciskała Eve.

background image

- Okultyzm mnie nie interesował, ale musiałem się czegoś na 

ten temat dowiedzieć, bo to była część terapii. - Upił herbaty. - 

Pamiętam, że traktowałem  Isis z  wrogością.  Wtedy  każda  religia 
napawała mnie wstrętem, także wiara Isis, którą się brzydziłem. Ale 

sama   Isis   była   piękna,   pełna   światła.   Nienawidziłem   jej   za   to. 
Zaprosiła   mnie,   a   raczej   sprowokowała,   żebym   wziął   udział   w 

ceremonii, tak jak wy wczoraj. Uważałem się wtedy za naukowca. 
Powtarzałem sobie, że pójdę tylko po to, żeby udowodnić, że w 

religii   Isis   nie   ma   nic   więcej   niż   puste   słowa   powtarzane   przez 
głupców. Podobnie jak za wyznaniem ojca nie kryło się nic więcej 

prócz wymówki dla zadawania bólu i dominacji.

- Stałem z boku. Sam, przepełniony cynizmem i w skrytości 

ducha pełen wściekłości. Nienawidziłem ich za prostotę i oddanie. 
Czyż nie widziałem tego samego wyrazu oddania na twarzach tych, 

którzy słuchali kazań ojca? Nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego, 
ale mnie wciągnęło. Trzy razy wracałem do nich, by przyglądać się 

obrzędom,   i   sam   o   tym   nie   wiedząc,   zacząłem   zdrowieć.   Aż 
pewnego wieczoru Isis zaprosiła mnie do siebie do domu. Tutaj w 

samotności powiedziała mi, że mnie rozpoznała. Spanikowałem. Tak 
bardzo chciałem pogrzebać moją przeszłość. Wyjaśniła, że nie mówi 

o tym życiu, chociaż domyślałem się, że ona wie. Wie, kim jestem, 
skąd   pochodzę.   Powiedziała,   że   posiadam   wspaniały   dar 

uzdrawiania i że go odkryję, kiedy tylko sam się wyleczę. Potem 
mnie uwiodła.

Roześmiał się, a w tym krótkim wybuchu radości było wiele 

ciepła.

background image

- Wyobraźcie sobie moje zdumienie, kiedy ta piękna kobieta 

prowadziła mnie do łóżka. Szedłem za nią jak psiak na smyczy, na 

wpół   chętny,   na   wpół   przerażony.   Isis   była   pierwszą   i   jedyną 
kobietą, z którą się kochałem. Tej nocy węzeł oplatający moją duszę 

zaczął się poluźniać.

-   Uwierzyłem,   że   Isis   mnie   kocha,   a   ten   cud   pozwolił   mi 

uwierzyć w inne. Zostałem wyznawcą Wicca. Przyjęli mnie do siebie. 
Zacząłem uzdrawiać. Uzdrowiłem też siebie. Skrzywdziłem w życiu 

tylko   jedną   osobę:   siebie.   Jednak   lepiej   niż   Isis,   mimo   jej   daru 
widzenia,   rozumiem   pociągający   urok   przemocy,   egoizmu, 

oddawania czci innemu Panu.

Eve wierzyła  w  to,  co  słyszała,  ale  życie  Chasa   tak  bardzo 

przypominało jej własne, że bała się zaufać instynktowi.

- Dołożył pan wiele trudu, by ukryć powinowactwo z ojcem.

- Pani by tego nie uczyniła?
- Czy Alice znała prawdę?

- Alice była niewinna i młoda. W jej życiu nie istniał ktoś taki 

jak   David   Baines   Conroy.   Dopóki   nie   pojawiła   się   w   nim   Selina 

Cross.

- A Selina jest inteligentną i mściwą kobietą. Gdyby odkryła 

pana   tajemnicę,   mogłaby   użyć   Alice   do   szantażowania   was.   Czy 
członkowie   pańskiego   wyznania   dalej   by   panu   ufali,   gdyby   znali 

pana przeszłość?

- Ponieważ nigdy tego nie sprawdzałem, nie umiem dać pani 

odpowiedzi. Osobiście wolę nie ujawniać historii mojego życia.

background image

- I tej nocy, kiedy zginęła Alice, był pan tutaj. Sam na sam z 

Isis.

- Tak, podobnie jak w noc, gdy zginął Lobar. Przy ostatnim 

morderstwie także byłem tylko z Isis. - Uśmiechnął się. - Nie mam 

wątpliwości, że Isis posunęłaby się ze względu na mnie nawet do 
kłamstwa.   Jednak,   choć   żyje   z   synem   mordercy,   nigdy   nie 

potrafiłaby żyć z mordercą. To wbrew wszystkiemu, w co wierzy.

- Isis pana kocha.

- Tak.
- A pan ją.

- Tak. - Zamrugał i w tej chwili w jego oczach pojawiło się 

przerażenie.   -   Nie   wierzy   pani   chyba,   że   miała   jakiś   udział   w 

morderstwach. Kochała Alice, opiekowała się nią jak matka chorym 
dzieckiem. Nie jest zdolna kogokolwiek skrzywdzić.

- Panie Forte, każdy jest do tego zdolny.

- Chyba go nie podejrzewasz - zapytała Peabody, kiedy scho-

dziły na ulicę.

-   Miał   nienormalnego   i   bardzo   wpływowego   ojca.   Jest 

ekspertem w produkcji lekarstw, włączając halucynogeny i ziołowe 

nalewki. Nie posiada alibi na czas żadnego z zabójstw. Był blisko 
związany   z   Alice.   Na   tyle   blisko,   że   dziewczyna   mogła   odkryć 

tajemnicę, którą ukrywał od lat. Wiedział, że jeśli ktoś dowie się o 
jego przeszłości, ucierpi na tym zgromadzenie.

Zatrzymała się i zaczęła się zastanawiać, stukając palcami w 

poręcz.

background image

- Ma powody, żeby nienawidzić Seliny Cross i jej wyznawców. 

Ma powody, by chcieć ich ukarać, tak jak nigdy nie udało mu się 

ukarać ojca.  Był  na  miejscu,  kiedy  Wineburg zaczął  się łamać,  i 
mógł z łatwością się wymknąć i go zabić. Jest motyw i wiemy, że 

miał możliwość dokonania tych zbrodni, a biorąc pod uwagę jego 
przeszłość, posiada też potencjał do agresywnego zachowania.

- Przecież stał się porządnym człowiekiem mimo tragicznego 

dzieciństwa - zaprotestowała Peabody. - Nie możesz go potępiać za 

to, co zrobił jego ojciec.

Eve ruszyła przez ulicę, walcząc z własnymi demonami.

- Nie potępiam go, Peabody. Rozpatruję każdą ewentualność. 

Zastanów   się.   -   Odwróciła   się.   -   Jeśli   Alice   znała   prawdę   i   po-

wiedziała o niej Frankowi, ten prawdopodobnie nakazał jej zerwać 
kontakty   z   wiccanami.   Bardzo   możliwe,   że   skonfrontował   się   z 

Forte'em,   może   nawet   zagroził   mu,   że   wyjawi   jego   prawdziwe 
nazwisko,   jeśli   nie   zrezygnuje   ze   swojego   wpływu   na   wnuczkę. 

Frank pracował w wydziale zabójstw, w czasie gdy Conroy został 
aresztowany, zapewne znał każdy najbrudniejszy szczegół sprawy.

- Tak, ale...
-   Alice   przeprowadziła   się   do   swojego   mieszkania.   Nadal 

pracowała na pół etatu u Isis, ale już u niej nie mieszkała. Dlaczego 
się wyprowadziła, skoro tak się bała?

- Nie wiem - przyznała Peabody.
- I nie możemy jej o to zapytać. - Eve odwróciła się i zaraz 

zaklęła   pod   nosem,   bo   zobaczyła   chłopca   opierającego   się   o   jej 
samochód. - Tam, do diabła!

background image

Naskoczyła na Jamiego.
- Zabieraj tyłek z maski. To wóz policyjny.

- Policyjny kawałek gówna - poprawił chłopak z zadziornym 

uśmieszkiem. - Miasto daje policjantom stare rzęchy. Detektyw taki 

jak pani powinien mieć lepszy sprzęt.

-   Przekażę   te   uwagi   burmistrzowi,   kiedy   tylko   znajdę   się 

następnym razem w ratuszu. Co tu robisz?

-  Po  prostu  stoję.  -   Znowu   się  uśmiechnął.  -   Pozbyłem  się 

mojego cienia, którego mi pani przydzieliła. Jest dobry. - Wepchnął 
ręce w kieszenie. - Ale ja jestem lepszy.

- Dlaczego nie jesteś w szkole?
- Proszę nie zawracać sobie  głowy  wzywaniem  brygady  dla 

nieletnich, pani porucznik. Jest sobota.

-   W   takim   razie,   dlaczego   nie   szwendasz   się   po   jednym   z 

powietrznych supermarketów, jak inni normalni delikwenci w twoim 
wieku?

Ponownie szeroko się uśmiechnął.
- Nienawidzę powietrznych supermarketów. Są takie niedzisiej-

sze. Widziałem panią na Kanale 75.

- Wpadłeś po autograf?

- Pewnie. - Popatrzył w stronę sklepu. - Obserwowałem cza-

rownicę. Ma dzisiaj wielką wyprzedaż.

Eve   poszła   za   jego   wzrokiem.   W   sklepie   rzeczywiście   było 

wielu klientów.

- Widziałeś ją wcześniej?
- Tak, kilka razy, kiedy śledziłem Alice.

background image

- Zauważyłeś coś ciekawego?
- Nie. Zawsze jest ubrana - zachichotał - ale nie tracę nadziei. 

Czytałem co nieco o wiccanach. Lubią łazić nago. Kiedyś widziałem, 
jak ta wiedźma wykopywała ze sklepu jakiegoś chłopaka.

- Naprawdę. - Teraz i Eve oparła się o maskę. - Dlaczego?
- Nie wiem,  ale była strasznie wkurzona. Widziałem, że się 

kłócili, i myślałem, że ona go uderzy. Zwłaszcza, kiedy ją pchnął.

- Pchnął ją?

-   Tak.   Chciałem   już   tam   pójść,   chociaż   ona   wyglądała   na 

silniejszą   od   niego.   Ale   i   tak   to   nie   w   porządku,   żeby   chłopak 

popychał   kobietę.   Jednak   powiedziała   mu   coś   takiego,   że   się 
wycofał. Wybiegł ze sklepu w pośpiechu.

- Jak wyglądał?
- Chudy, średniego wzrostu. Starszy ode mnie kilka lat. Miał 

długie ciemne włosy i czerwone paznokcie. Pociągłą twarz i zęby 
przypominające kły wampira. Czerwone oczy. Jasna cera. Ubrany 

tylko w czarną obcisłą skórę, bez koszuli. Na piersiach widziałem 
jakieś tatuaże, ale byłem za daleko, żeby zobaczyć dokładnie.

Uśmiechnął się, ale dość ponuro.
- Brzmi znajomo, prawda? Kiedy ostatnio go widziałem, nie 

wyglądał tak szałowo.

Lobar, pomyślała Eve, wymieniając z Peabody znaczące spoj-

rzenie. Jamie podał im niemal profesjonalny opis.

- I kiedy to było? Kiedy widziałeś to wydarzenie?

- W dzień... - głos lekko mu się załamał, więc odchrząknął. - 

Dzień przed śmiercią Alice.

background image

- A co Isis zrobiła później?
-   Zadzwoniła   gdzieś.   Kilka   minut   potem   facet,   który   z   nią 

mieszka, wybiegł na ulicę. Rozmawiali ze sobą jakiś czas, a potem 
ona   wywiesiła   na   drzwiach   plakietkę   „zamknięte”   i   znikli   w   po-

mieszczeniu na zapleczu. Zezłościłem się - dodał - bo mogłem pójść 
za tamtym w skórze.

- Musisz przestać śledzić ludzi, Jamie. Jeśli ktoś się zorientuje, 

może się zdenerwować.

- Nikt się nie zorientuje, bo jestem za dobry.
- Ale się rozklejasz na widok trupa - przypomniała mu oschle, 

na co chłopak zaczerwienił się.

-   To   co   innego.   Pani   posłucha,   ten   facet,   który   został 

zarżnięty, był na pogrzebie Alice. Coś go pewnie z nią łączyło i z 
tym dziwolągiem Lobarem. Mam prawo wiedzieć.

Eve wyprostowała się.
- Chcesz wiedzieć, w jakim punkcie znajduje się śledztwo?

- Tak, tak, właśnie. - Przewrócił oczami.
- Śledztwo jest w toku i to ci powinno wystarczyć - odparła 

krótko. - A teraz zmiataj.

- Mam prawo wiedzieć - upierał się - kto jest podejrzany, jakie 

dowody pani znalazła i wszystko inne.

- Jesteś wnukiem policjanta - przypomniała. - Wiesz, że nic ci 

nie powiem. Jesteś nieletni. Nie muszę ci niczego mówić. A teraz idź 
się w coś pobawić, dzieciaku, bo się zdenerwuję i każę Peabody 

przymknąć cię za włóczęgostwo.

Chłopak zacisnął zęby.

background image

-   Nie   jestem   już   dzieckiem.   I   jeśli   nie   rozprawi   się   pani   z 

mordercą Alice, ja to zrobię.

Chwyciła go za ramię, nim zdążył odbiec.
- Nie wchodź mi w drogę - powiedziała spokojnie. Przytknęła 

twarz do jego twarzy, zmuszając go, by patrzył jej prosto w oczy. - 
Chcesz sprawiedliwości, dostaniesz ją. Dostarczę ci ją za wszelką 

cenę.   Jeśli   chcesz   zemsty,   zamknę   cię.   Przypomnij   sobie,   o   co 
walczył twój dziadek i kim była twoja siostra, a potem przemyśl 

wszystko jeszcze raz. Znikaj.

- Kochałem ich. - Wyrwał ramię, ale zdążyła ujrzeć łzy w jego 

oczach. - Pieprzę taką sprawiedliwość. I pieprzę panią.

Pozwoliła   mu   odejść,   bo   choć   przeklinał   jak   dorosły,   to   w 

oczach miał prawdziwie dziecięce łzy.

- Ten chłopak cierpi - mruknęła Peabody.

- Wiem. - Eve także teraz cierpiała. - Idź za nim, żeby się 

przekonać, że się nie wplącze w jakieś kłopoty. Daj mu pół godziny 

na uspokojenie się, a potem powiadom mnie, gdzie jesteś. Podjadę 
po ciebie.

- Chcesz jeszcze porozmawiać z Isis?
- Tak. Zobaczymy, co ona i Lobar mieli sobie do powiedzenia. - 

Aha, Peabody, uważaj. Jamie to sprytny dzieciak. Jeśli udało mu się 
wykiwać człowieka Roarke'a, ciebie też może przechytrzyć. 

Peabody uśmiechnęła się.
- Potrafię śledzić dziecko przez kilka ulic.

background image

Spokojna,   że   podwładna   dobrze   zajmie   się   Jamiem,   Eve 

skierowała  się do  „Mocy  Ducha”.  W  sklepie  czuć było  kadzidło  i 

zapach wielu palących się świec. Promienie słoneczne padające z 
zewnątrz rozświetlały kolorami zwisające z sufitu pryzmaty.

W spojrzeniu Isis nie było ciepła.
- Skończyła już pani z Chasem, pani porucznik?

- Na razie. Teraz chcę pani zająć tylko kilka minut.
Isis odwróciła się do klientki pytającej o zioła wspomagające 

pamięć.

- Proszę to parzyć przez pięć minut - tłumaczyła. - Potem musi 

pani odcedzić wywar i pić codziennie przez co najmniej tydzień. Jeśli 
nie pomoże, proszę dać mi znać. - Odwróciła się do Eve. - Jak pani 

widzi, to nie najlepszy moment.

- Będę się streszczać. Chodzi mi o wizytę, którą złożył pani 

Lobar kilka dni przed swoją śmiercią.

Mówiła cicho, ale z jej stanowczego tonu wynikało, że nie da 

się   zbyć.   Będą   rozmawiały,   na   osobności   lub   publicznie.   Wybór 
miejsca należał do Isis.

-   Nie   sądzę,   żebym   źle   panią   oceniła   -   odpowiedziała   ta 

spokojnie - Ale sprawia pani, że zaczynam powątpiewać w samą 

siebie.   -   Dała   znak   ręką   młodej   kobiecie,   którą   Eve  pamiętała   z 
wieczornej ceremonii. - Jane zajmie się sklepem - wyjaśniła i ruszyła 

w stronę zaplecza. - Ale nie mogę zostawić jej samej na długo. Jest 
nowa.

- Na miejsce Alice. 
Oczy Isis zapłonęły.

background image

- Nikt nie może zastąpić Alice.
Otworzyła drzwi do pokoju, który wyglądał jak biuro połączone 

z   magazynem.   Na   wzmocnionych   plastykowych   półkach   stały 
rzeźbione figurki, świece, suszone zioła i nasiona, różnej wielkości 

butelki wypełnione kolorowymi płynami.

Na   małym   biurku   stał   bardzo   nowoczesny   komputer   i 

wideofon.

-   Szałowe   oprzyrządowanie   -   zauważyła   Eve.   -   Bardzo   na 

czasie.

- Nie gardzimy nowoczesnością, pani porucznik. Adaptujemy ją 

i   wykorzystujemy   to,   co   się   nam   przydaje.   Zawsze   tak   było. 
Wskazała na krzesło z wysokim rzeźbionym oparciem, sama usiadła 

w   fotelu   o  poręczach   w   kształcie   skrzydeł.   -  Przyrzekła   pani,   że 
będzie mówiła krótko. Jednak najpierw muszę się dowiedzieć, czy 

zamierza pani zostawić Chasa w spokoju.

- Moim podstawowym celem jest zakończenie śledztwa, a nie 

spokój podejrzanych.

-   Jak   może   go   pani   podejrzewać?   -   Zacisnęła   ręce   na 

poręczach i pochyliła się do przodu. - Pani przecież najlepiej wie, 
przez co on przeszedł.

- Jeśli jego przeszłość ma znaczenie...
- A pani przeszłość? - zapytała Isis. - Czy fakt, że w dzieciń-

stwie   przeszła   pani   przez   piekło   pomaga   pani   w   życiu,   czy 
przeszkadza?

- To moja sprawa - odparła sucho Eve. - Zresztą nic pani nie 

wie o mojej przeszłości.

background image

- Docierają do mnie błyski i urywki wrażeń. Wiem, że pani 

cierpiała i że jest pani niewinna. Tak jak Chas. Wiem, że nosi pani 

ranę w sercu i jest pełna wątpliwości. Tak jak on. Wiem, że walczy 
pani o własny spokój. Och, widzę jakieś pomieszczenie.

Nagle jej głos stał się niższy, oczy pociemniały.
- Mały, zimny pokój obmywany brudnym czerwonym światłem. 

I dziecko, pobite i krwawiące, kucające w kącie. Ból jest nie do 
zniesienia.   Widzę   mężczyznę.   Jest   wymazany   krwią.   Jego   twarz 

jest...

-   Przestań.   -   Serce   Eve   waliło   tak   mocno,   że   czuła,   że   za 

chwilę   się   udusi.   Przez   sekundę   była   tam,   w   tym   dziecku   z 
zakrwawionymi dłońmi, które jak zaszczute zwierzę wczołgało się w 

kąt. - Niech cię szlag!

-   Przepraszam.   -   Isis   przycisnęła   drżącą   dłoń   do   serca.   - 

Przepraszam.   To   do   mnie   niepodobne.   Pozwoliłam   zwyciężyć 
gniewowi. - Mocno zacisnęła oczy. - Jest mi tak bardzo przykro.

background image

17

Eve   wstała,   chcąc   przejść   się   po   pokoju   i   otrząsnąć   z 

dręczących ją wspomnień. Niestety pomieszczenie było na to zbyt 
małe i zbyt zagracone.

- Jestem świadoma faktu - zaczęła chłodno - że posiada pani 

coś, co się potocznie nazywa parapsychicznymi zdolnościami. Wiem, 

że   stanowią   one   przedmiot   badań   naukowców.   Mam   na   biurku 
raport   na   ten   temat.   Tak   więc   obdarzona   jest   pani   oryginalnym 

talentem, Isis, gratuluję. Ale proszę trzymać się z daleka od mojego 
umysłu.

-   Oczywiście.   -   W   oczach   wróżki   pojawiło   się   współczucie, 

które nie zniknęło do końca rozmowy. Zobaczyła o wiele więcej, niż 

się spodziewała i niż chciała ujrzeć. - Mogę tylko jeszcze raz panią 
przeprosić. Część mnie chciała zadać pani ból, nie panowałam nad 

sobą.

- Zauważyłam, że trudno pani kontrolować swoją moc, kiedy 

jest pani zdenerwowana, kiedy coś pani grozi lub kiedy widzi pani 
czyjaś słabość, którą można wykorzystać.

Isis nabrała powietrza. Jej ciało nadal było spięte. Nie tylko na 

skutek tego, co zobaczyła, ale także przez to, co właśnie uczyniła.

-   To,   co   zrobiłam   jest   sprzeczne   z   moją   wiarą.   My   nie 

krzywdzimy. - Uniosła dłonie i przetarła oczy, osuszając je z łez. - 

Odpowiem na pani pytania. Interesował panią Lobar.

- Widziano jak kłóciliście się na dzień przed śmiercią Alice.

Isis odzyskała już równowagę.

background image

- To błąd wierzyć tylko własnym zmysłom. Tak, sprzeczaliśmy 

się.

- O co?
- Chodziło o Alice. Lobar był młody, zagubiony i zarozumiały. 

Uważał, że posiada wielką moc, ale się mylił.

- Alice tego dnia nie pracowała, prawda?

-   Nie,   miałam   nadzieję,   że   spędzi   jakiś   czas   z   rodziną 

połączona z nią na nowo po śmierci dziadka. Właśnie ze względu na 

rodzinę   namówiłam   ją   żeby   się   przeprowadziła   do   swego 
mieszkania. Zwolniłam ją z pracy na kilka dni. Lobar myślał, że ją tu 

zastanie.   Nie   sądzę,   żeby   ktoś   go   do   mnie   przysłał,   przyszedł   z 
własnej woli. Może po to, by się sprawdzić.

- I doszło do kłótni.
- Tak. Powiedział, że nie zdołam jej ukryć, że Alice nigdy nie 

uda się uciec. Złamała prawo, prawo Seliny Cross i wyznawców jej 
wiary. Mówił, że Alice czeka bolesna kara. Śmierć.

- Groził, że ją zabije, a pani nic mi o tym nie powiedziała? 

Byłam tu przecież i przesłuchiwałam panią.

- Nie powiedziałam. Uznałam, że tamto wydarzenie nie miało 

większego   znaczenia,   że   była   to   tylko   nikomu   nie   zagrażająca 

potyczka między nim a mną. Nie potrzebowałam swoich uzdolnień, 
żeby  to  wyczuć.  Lobar chciał mnie przygnębić, udowodnić  swoją 

wyższość. Próbował tego, opisując ze szczegółami, jak seksualnie 
wykorzystał Alice. - Nabrała powietrza. - Powiedział też, że również 

ja   jestem   mu   przyrzeczona.   Że   kiedy   moje   moce   zostaną 
zniszczone, on pierwszy przyjdzie do mnie. Potem opowiadał, co 

background image

będzie ze mną robić. Zaproponował nawet pokaz kilku z jego wielu 
talentów, żebym się przekonała, że jest bardziej męski niż Chas. 

Wyśmiałam go.

- Czy uderzył panią.

-   Pchnął   mnie.   Był   wściekły.   Umyślnie   go   rozjątrzyłam,   a 

potem wykorzystałam tę emocję przeciwko niemu. Sposób stary jak 

świat - wyjaśniła z machnięciem dłoni. - Mechanizm lustra lub jak 
kto woli bumerangu. Wszystko, co wysyłał do mnie, całą ciemność, 

agresję,   nienawiść,   wróciło   do   niego,   ale   w   powiększeniu.   - 
Uśmiechnęła się lekko. - Wtedy szybko opuścił sklep. Był przerażony 

i już nie wrócił.

- A pani była przestraszona?

- Tak, fizycznie tak.
- Zawołała pani Forte'a.

- To mój partner. - Uniosła dumnie głowę. - Nie mam przed 

nim tajemnic i polegam na nim.

- Musiał być zły.
- Nie. - Potrząsnęła przecząco głową nie odwracając oczu. - 

Ale   przejęty.   Narysowaliśmy   święty   krąg   i   przeprowadziliśmy 
ceremonię ochrony i oczyszczenia. Byliśmy zadowoleni. Powinnam 

była wiedzieć - ciągnęła z żalem tlącym się w jej głosie. - Powinnam 
była wiedzieć, że to Alice jest ich celem. Duma kazała mi myśleć, że 

chodzi im o mnie, że nie ważą się jej dotknąć, dopóki jest pod moją 
opieką.   Może   nie   byłam   z   panią   szczera   tak   jak   powinnam.   Już 

wtedy wiedziałam, że gdyby nie moje złudzenia, Alice żyłaby teraz.

background image

Odjeżdżając   spod   sklepu,   Eve   zastanawiała   się,   czy   to,   co 

dostrzegła w oczach Isis, to rzeczywiście poczucie winy. Doszła do 

wniosku, że raczej tak i że Isis, czując się winna, mogła pragnąć 
wynagrodzić   krzywdy,   które   wyrządziła.   Frank   i   Alice   zostali 

zamordowani   w   inny   sposób   niż   Lobar   i   Wineburg.   Nie   ulegało 
wątpliwości,   że   istnieje   związek   pomiędzy   zabójstwami,   ale   ten 

związek nie oznaczał, że popełnione były przez tę samą osobę.

Postanowiła wrócić na komendę i sprawdzić za pomocą kom-

puterowego   badania,   czy   jej   podejrzenia   są   słuszne.   Posiada 
wystarczająco   dużo   danych.   Jeśli   liczby   potwierdzą   jej   przypusz-

czenia,   będzie   mogła   poprosić   Whitneya   o   przydzielenie   jej 
pomocników do śledzenia podejrzanych osób.

Do   diabła   z   budżetem,   pomyślała,   przedzierając   się   przez 

korek uliczny. Jeśli tylko uzyska pozytywny wynik badania, centrala 

nie bidzie żałowała jej czasu, pieniędzy i ludzi. Przy tak dużej liczbie 
podejrzanych nie wystarczą tylko ona, Feeney i Peabody.

Ach, zapomniała o Jamiem. Ten dzieciak szuka kłopotów, a 

jest tak sprytny, że z pewnością je znajdzie.

Zatrzymała się na rogu Siódmej i Czterdziestej Siódmej, gdzie 

czekała na nią podwładna. Po drugiej stronie ulicy z salonu gier 

komputerowych   wylewała   się   głośna   muzyka.   Przekraczanie 
ustawowego poziomu hałasu groziło karą, ale Eve podejrzewała, że 

właściciele   salonu   starali   się   za   wszelką   cenę,   nawet   za   cenę 
mandatu, przyciągnąć turystów i znudzonych przechodniów.

- Czy on tam jest?

background image

-   Tak.   -   Peabody   wygłodniałym   wzrokiem   popatrzyła   na 

otoczoną   dymem   budkę,   z   której   unosił   się   zapach   świeżych 

sojowych hamburgerów i frytek. Zbliżała się pora obiadu i dziew-
czyna   czuła   ssanie   w   żołądku,   jednak   na   myśl   o   jedzeniu 

serwowanym w centrali do ssania dołączały się mdłości. - Czy mogę 
skoczyć na sekundkę do tamtego wózka?

Eve rzuciła przez szybę zniecierpliwione spojrzenie.
-   Nie   masz   jakiejś   specjalnej   diety   ze   względu   na 

przeziębienie?

- Nigdy nie potrafię dokończyć żadnej diety. Zresztą - pociąg-

nęła nosem - czuję się doskonale. Herbatka Chasa rzeczywiście mi 
pomogła.

- Jasne. Leć, tylko szybko. Zjesz w drodze.
- Chcesz coś? - rzuciła przez ramię, wyskakując z samochodu.

- Nie. Kup sobie, co chcesz i jedziemy.
Narkotyki,   seks,   szatan   i   czytanie   w   myślach.   Czy   to   jakaś 

religijna wojna? Ludzkość od zarania walczyła o przekonania, tak jak 
zwierzęta walczą o swoje terytorium. I tak jak zwierzęta zabijają 

opornych lub stojących im na drodze przeciwników, dumała Eve, 
czekając na podwładną.

- Wzięłam wszystkiego po dwa - poinformowała, wróciwszy, po 

czym postawiła kartonowe pudełko z jedzeniem na siedzeniu między 

nimi. - Jeśli nie będziesz chciała, pewnie sama to upchnę. Po raz 
pierwszy od dwóch dni mam apetyt.

Wbiła  zęby  w grubą bułkę. Eve czekała, by  włączyć się do 

ruchu.

background image

- Ten dzieciak trochę mnie przegonił. Przez jakiś czas prawie 

biegł, potem wsiadł do tramwaju jadącego do centrum, wysiadł i 

skierował się na zachód. Zatrzymał się przy straganie na Szóstej i 
połknął dwa naprawdę wielkie hotdogi i megafrytki. Ulicę dalej kupił 

sobie pomarańczowego loda, takiego, jak ja lubię, i zanim zniknął w 
salonie, pożarł jeszcze trzy batoniki.

- Chłopak rośnie - skomentowała Eve, po czym wystrzeliła jak 

pocisk,   dostrzegając   lukę   w   korku.   Rozległy   się   protestujące 

klaksony.   -   Lepiej,   żeby   zajadał   się   jedzeniem   z   fast   foodów   i 
chodził do salonów gier, niż śledził ludzi.

Nie zwracając uwagi na ogłuszające dźwięki maszyn do gry, 

Jamie uśmiechał się do małego odbiornika, który trzymał w ręce. 
Przysłuchiwał się rozmowie toczącej się w samochodzie Eve, dumny, 

że z taką łatwością udało mu się założyć podsłuch.

Dostrajając odbiornik, myślał, że warto było ryzykować, choć 

w gruncie rzeczy nie dokonał wielkiego wyczynu. Samochód Eve nie 
tylko jest kupą złomu, ale ma też kiepski system alarmowy. Żadne 

wyzwanie dla mistrza elektroniki.

Dallas nigdy by mu nie powiedziała, co się dzieje, rozważał 

ponuro, więc niech się nie dziwi, że zdecydował się wziąć sprawy w 
swoje ręce.

Zabójca siostry musi się przygotować na śmierć.
Zaraz  po dotarciu  do  biura  Eve przeprowadziła  symulacyjny 

program, ale jego wyniki nie były niestety jednoznaczne. Wprawdzie 
komputer   potwierdził   związek   między   zabójstwami,   oceniając,   że 

background image

możliwość jego zaistnienia sięga dziewięćdziesięciu sześciu procent. 
Procent zmalał przy próbie ustalenia zabójcy.

Po   wprowadzeniu   informacji   o   podejrzanych   najwięcej 

punktów dostał Charles Forte, podobnie Selina Cross. Co do Albana, 

brakowało jej danych.

Sfrustrowana, zadzwoniła do Feeneya.

- Chcę ci przesłać dane do przeprowadzenia testu. Sprawdź, 

czy uda ci się coś zrobić z wynikiem.

Feeney zmarszczył czoło.
-   Chcesz,   żeby   był   wyższy   czy   niższy?   Roześmiała   się   i 

potrząsnęła głową.

- Wyższy, ale to ma być rzeczywisty wynik. Może po prostu coś 

przeoczyłam.

- Prześlij dane. Spojrzę na nie.

- Dzięki.  Aha,  jeszcze jedno.  Za  każdym razem,  kiedy  chcę 

znaleźć coś o tym Albanie, natykam się na głuchą ciszę. Facet ma 

około trzydziestu kilku lat. Musi posiadać jakąś kartotekę. Brakuje 
danych   o   jego   wykształceniu,   przebytych   chorobach,   historii 

rodziny. Żadnej wzmianki o kryminalnej przeszłości, nawet o man-
datach za złe parkowanie. Moim zdaniem wyczyścił sobie akta.

-   Trzeba   do   tego   dużo   talentu   i   pieniędzy.   Coś   zawsze   się 

znajdzie.

Pomyślała o Roarke'u i jego podejrzanie skąpych danych. Cóż, 

Roarke miał talent, a także mnóstwo pieniędzy.

- Wiedziałabym, gdyby ktoś coś znalazł...

background image

- Pochlebiasz mi, dzieciaku, ufając w moje zdolności. - Mrugnął 

do niej. - Odezwę się.

- Dzięki, Feeney.
-   Czy   to   był   Feeney?   -   Do   pokoju   weszła   Mavis,   a   raczej 

wskoczyła,   odbijając   się   od   podłogi   na   nowych   neonowożołtych 
adidasach   z   nowoczesnymi   powietrznymi   podeszwami.   -   Cholera, 

rozłączyłaś się. Chciałam z nim pogadać.

Eve   spojrzała   na   przyjaciółkę.   Wyglądała   jak   zawsze 

porażająco.

Jej   poskręcane,   sterczące   w   każdym   kierunku   włosy   miały 

kolor trampek, przez co oczy Mavis zdawały się płonąć. Była ubrana 
w   lśniące   spodnie   ze   skóropodobnego   materiału,   których   pas 

kończył się sporo poniżej pępka. W pępku tkwił czerwony kamień. 
Biust zasłaniała bluzka, a raczej wąska szmatka w kolorze spodni. 

Na całość Mavis zarzuciła przezroczysty płaszcz.

- Czy po drodze do mojego biura nikt nie chciał cię zaaresz-

tować?

-   Nie,   ale   policjant   pilnujący   wejścia   miał   chyba   orgazm.   - 

Dziewczyna   zamrugała   zielonymi   rzęsami   i   opadła   na   krzesło.   - 
Ekstra   ciuchy,   co?   Prosto   z   deski   kreślarskiej   Leonarda.   Jesteś 

gotowa?

- Gotowa? Na co?

- Mamy umówioną wizytę w salonie. Trina jakoś cię upchnęła. 

Zostawiłam ci wiadomość na automatycznej sekretarce. Dwukrotnie. 

- Popatrzyła na Eve podejrzliwie. - Nie mów, że jej nie odsłuchałaś, 
bo wiem, że odsłuchałaś. Wyczyściłaś pamięć.

background image

Eve przypomniała sobie, że rzeczywiście odegrała wiadomości, 

a potem je skasowała. Sęk w tym, że wcale ich nie słuchała.

- Mavis, nie mam czasu na fryzjera.
-   Nie   jadłaś   dzisiaj   lunchu.   Wyciągnęłam   tę   wiadomość   od 

dyżurnego   sierżanta   -   rzuciła   sprytnie.   -   Zanim   miał  orgazm.   Ty 
będziesz jadła, a w tym czasie Trina doprowadzi cię do porządku.

- Nie chcę być doprowadzona do porządku.
- Nie będzie źle, jeśli tylko znowu nie zaczniesz ich układać po 

swojemu - Wstała i podniosła jej kurtkę. - Lepiej się nie sprzeciwiaj. 
Zamierzam   cię   nękać,   aż   się   zgodzisz.   Zgłoś,   że   wychodzisz   na 

godzinę. Wrócisz  i będziesz  dalej stała  na straży  bezpieczeństwa 
naszego miasta.

Ponieważ łatwiej było się zgodzić, niż wykłócać, Eve złapała 

kurtkę.

-   Tylko   włosy.   I   nie   pozwolę,   żeby   kładli   mi   na   twarz   te 

wszystkie paskudztwa.

- Dallas, wyluzuj się. Korzystaj z tego, że jesteś kobietą. Eve 

zapisała   w   książce   czas   wyjścia,   kątem   oka   zerkając   na   opięte 

skórzanymi spodniami kołyszące się pośladki Mavis.

- Nie sądzę, że znaczy to dla mnie to samo co dla ciebie.

Może to przez opary z olejków, farb i lakierów unoszących się 

zawsze   w   salonach   fryzjerskich   Eve,   kiedy   tylko   opadła   w   fotel, 
poczuła odpływ sił.

Nie wiedziała, kiedy i jak to się stało, że pozbawiona ubrania, 

została   poddana   niegodnym   człowieka   zabiegom   upiększającym 

background image

ciało   i   twarz.   Wyklepana,   wymasowana   i   nasmarowana   kremami 
opuściła wreszcie nogi na podłogę - gołe stopy z wypielęgnowanymi 

i   pomalowanymi   paznokciami   -   kiedy   dyskusja   zeszła   na   obecną 
modę na tatuaże i przekłuwanie różnych części ciała.

Czuła   się   jak   więzień,   opatulona   jakimiś   foliami   i   z   głową 

pokrytą podejrzaną mazią. Przerażona widokiem zielonych włosów i 

wielkich jak bomby piersi Triny zbliżającej się do niej z nożyczkami 
w   ręku,   zamknęła   oczy,   by   nie   widzieć,   że   z   minuty   na   minutę 

zamienia się w wierną kopię fryzjerki.

-   Minęło   za   dużo   czasu   -   pouczała   ją   Trina.   -   Tysiąc   razy 

powtarzałam, że musisz częściej tu przychodzić. Masz potencjał, ale 
ponieważ   nie   dbasz   o   siebie,   jesteś   zapuszczona.   Gdybyś 

odwiedzała mnie regularnie, nie musiałabym teraz poświęcać ci tyle 
czasu, żeby przywrócić ci normalny wygląd.

Eve wcale nie zależało na normalnym wyglądzie. Chciała, żeby 

zostawili   ją   w   spokoju.   Powstrzymała   się   przed   wzdrygnięciem, 

słysząc   blisko   twarzy   buczenie   jakiejś   maszynki.   Ach,   to   do 
ukształtowania brwi, przypomniała sobie, hamując strach na myśl, 

że   Trina   mogłaby   wpaść   na   pomysł   wytatuowania   jej   na   czole 
uśmiechniętej twarzyczki.

- Muszę wracać do pracy.
- Nie pospieszaj mnie. Magia potrzebuje czasu.

Magia,   pomyślała   i   przewróciła   oczami,   na   co   fryzjerka 

syknęła. Wygląda na to, że wszyscy mają obsesję na punkcie magii.

background image

Zmarszczyła   czoło,   przysłuchując   się   radosnemu   głosowi 

Mavis, opowiadającej o nowym kremie do ciała, po którym jej skóra 

nabrała złotego połysku.

- To dopiero magia. Mówię ci, Trina. Leonardo złapał się jak 

mucha na lep.

-   Ten   krem   jest   zmywalny   i   jadalny.   W   sześciu   smakach. 

Brzoskwiniowy cieszy się największym wzięciem.

Kremy   i   płyny   kosmetyczne,   myślała   Eve.   Dym   i   lustra. 

Ceremonie i rytuały. Uniosła powieki i zobaczyła, że Mavis i Trina 
pochylają   się   nad   fiolką   ze   złotym   płynem.   Z   dziwnym 

rozrzewnieniem patrzyła na żółte włosy jednej i zielone loki drugiej 
kobiety.

Siostry dziwaczki.
Siostry dziwaczki, powtórzyła w myśli i usiadła. Trina znowu 

syknęła.

- Połóż się, Dallas. Zostały tylko dwie minuty.

- Mavis, mówiłaś, że niedawno prowadziłaś salon wróżb.
- Zgadza się. - Mavis zamachała swoimi świeżo pomalowanymi 

na żółto paznokciami. - Madam Elektra widzi i wie wszystko. Albo 
Ariel, chochlik o smutnym spojrzeniu. - Pochyliła głowę, próbując 

wyglądać delikatnie i żałośnie.

- Umiałabyś poznać, czy ktoś stosuje te same sztuczki co ty?

- Cholera, pytasz poważnie? Rozpoznam oszusta z odległości 

sześciu ulic i w okularach przeciwsłonecznych.

background image

- Założę się, że byłaś dobra - na głos zastanawiała się Eve. - 

Nigdy nie widziałam cię w tej roli, ale inne oszustwa wychodziły ci 

doskonale.

- Jednak mnie przymknęłaś.

- Tylko ci to dobrze zrobiło - uśmiechnęła się Eve i poczuła, że 

strużka maziowatej substancji spływa jej na twarz. - Posłuchaj, jest 

takie   miejsce,   które   chciałabym,   żebyś   dla   mnie   sprawdziła   - 
zaczęła, podczas gdy Trina podeszła do niej i wyprostowała ją. - 

Razem z Triną - dodała, zerkając na fryzjerkę.

- Hej, to jakaś policyjna akcyjka?

- Może.
-   Ekstra   -   zachwyciła   się   i   pchnęła   swą   klientkę   w   stronę 

umywalni.

- Poszłybyście tam i oceniły to miejsce - kontynuowała Eve, 

zaciskając   oczy   przed   strumieniem   wody.   -   Spróbowałybyście 
wyciągnąć   coś   od   pracującej   tam   dziewczyny.   Ma   na   imię   Jane. 

Interesuje mnie, czy sklep jest przykrywką dla jakiegoś oszustwa. 
Zdaje się, że właściciele nie żyją dobrze z policją.

- O kogo chodzi? - zainteresowała się Trina.
- Opowiecie mi o swoich wrażeniach - nie przerywała Eve. - 

Pójdziecie   tam   i   powiecie,   że   jesteście   zainteresowane   ziołami, 
rozwojem umysłu, miłosnymi eliksirami, nalewkami na potencje. No 

i środkami uspokajającymi.

-   Jednym   słowem   narkotykami?   -   szybko   zorientowała   się 

Mavis. - Podejrzewasz, że zajmują się ich rozprowadzaniem?

background image

- Istnieje taka możliwość i chcę to sprawdzić. A właściwie wy 

to   sprawdzicie.   Przekonacie   się   też,   czy   nabierają   klientów. 

Interesuje mnie, skąd płynie forsa.

- To może być niezła zabawa, Mavis - roześmiała się Trina. - 

Ty i ja jako para detektywów. Jak Sherlock i doktor Jekyll.

- Myślałam, że to był doktor Holmes - odparła poważnie Mavis. 

Eve westchnęła i znowu zamknęła oczy.

To z pewnością przez te opary.

Kiedy dotarła do domu, Mavis i Trina już tam były, zabawiając 

Roarke'a   opowieścią   o   ich   wyczynie.   Eve   wzięła   na   ręce   kota   i 
ruszyła w stronę miejsca, skąd dochodziły wybuchy śmiechu.

-   Kupiłam   ten   płyn   do   wcierania   -   opowiadała   Trina.   -   Ma 

podobno   obudzić   w   mężczyźnie   zwierzę.   -   Podsunęła   pod   nos 

Roarke'a natarte ramię. - I jak, rusza cię?

- Gdybym nie był żonaty z kobietą, która nosi broń, to... - 

przerwał i uśmiechnął się. - Witaj, kochanie.

-   Skończ   zdanie   -   zachęciła   Eve,   kładąc   kota   mężowi   na 

kolana.

- Poczekam, aż pozbędziesz się broni.

- Dallas, to było takie, takie... w dechę - wtrąciła się Mavis, 

wymachując kieliszkiem z winem. - Nie mogę się doczekać powrotu 

do   domu,   kiedy   opowiem   wszystko   Leonardowi.   Ale   przedtem 
postanowiłyśmy   z   Triną   zdać   ci   raport.   Powinnaś   zobaczyć,   ile 

rzeczy kupiłam w tym sklepie.

background image

Wyciągnęła rękę do jednej z wypchanych toreb z logo „Mocy 

Ducha”.   Eve   skrzywieniem   ust   powstrzymała   ją   przed   ich   roz-

pakowaniem.

-   Najpierw   opowiedz,   co   się   wydarzyło.   Musiałam   stracić 

rozum,   posyłając   was   tam.   To   przez   te   wyziewy   w   salonie   - 
wyjaśniła Roarke'owi. - To pewnie przez nie ludzie siedzą tam tak 

spokojnie, pozwalając się strzyc, malować i przekłuwać sobie ciało 
w różnych miejscach.

Oczy Roarke'a nieco spochmurniały.
- Przekłuwać? Gdzie dokładnie?

- Och, ona się nie zgodziła na numer z sutkami - machnęła 

dłonią Trina. - Powiedziała, że mnie zastrzeli, jeśli zbliżę się do niej z 

przekłuwaczem.

- Grzeczna dziewczynka - mruknął. - Jestem dumny z twojej 

powściągliwości.

Czując, że zaczyna dostawać migreny, Eve nalała sobie kie-

liszek wina.

-   Czy   oprócz   wydania   mnóstwa   pieniędzy,   udało   wam   się 

zebrać jakieś informacje?

- Dałyśmy sobie powróżyć z ręki - poinformowała Mavis. - Sam 

lukier.   Ja   mam   duszę   awanturnika,   ale   mój   egoizm   jest 
zrównoważony przez szczodre serce.

Eve nie potrafiła powstrzymać śmiechu.
- Nie trzeba być wróżką, żeby to o tobie powiedzieć, Mavis. 

Wystarczy mieć oczy. Poszłaś tam ubrana tak jak teraz, prawda?

Mavis pomachała neonowym trampkiem.

background image

- Jasne. Ta sprzedawczyni, Jane, była bardzo uprzejma. Zna 

się na ziołach. Uważam, że jest uczciwa, prawda Trina?

- Jane, że tak - poważnie odparła fryzjerka. - Trochę nudna. 

Mogłabym przeprowadzić z nią kilka sesji. Rozjaśniłabym jej lekko 

włosy i trochę popracowała nad ciałem. Ale z tą drugą boginią nie 
miałabym nic do roboty.

- Isis. - Eve wyprostowała się w krześle. - Była w sklepie?
-   Wyszła   z   zaplecza,   kiedy   rozmawiałyśmy   na   temat   ziół   - 

wtrąciła Mavis. - Mówiłam właśnie, że bardzo potrzebuję czegoś, co 
mi doda energii potrzebnej do występów. Rozumiesz, kiedy chcesz 

kogoś nabrać, powinien ci uwierzyć, więc najlepiej mówić prawdę.

-   Ja   zapytałam   o   coś   na   seks   -   z   grzesznym   uśmieszkiem 

przyznała   się   Trina.   -   Coś,   co   by   działało   na   odmienną   płeć. 
Opowiedziałam,   że   mam   bardzo   stresującą   pracę.   Ciągle   jestem 

spięta i poirytowana. Poprosiłam o jakiś indywidualny środek bez 
względu na cenę.

- Mają tam mnóstwo mieszanek - przejęła opowieść Mavis. - 

Nie zauważyłam niczego nielegalnego. Ta bogini powiedziała nawet, 

że   narkotyki   nie   są   odpowiedzią   na   nasze   problemy,   że 
potrzebujemy naturalnego lekarstwa.

- Tak, naturalnego - potwierdziła Trina. - Naciskałyśmy na nią, 

podtykałyśmy pod nos żetony kredytowe, ale nie dała się podejść.

-   W   końcu   królowa   amazonek   poszła   znowu   na   zaplecze   - 

ciągnęła   Mavis.   -   I   wróciła   z   tą   miksturą.   -   Strzepując   z   czoła 

rozwiane włosy, dziewczyna sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej 
mniejszą torebkę. - Powiedziała, że daje mi to na próbę, za darmo, 

background image

żebym   przetestowała   lekarstwo.   Nie   sądzę,   żeby   zawierało   coś 
nielegalnego.

- Kto wam wróżył?
- Isis. Nie wyglądała na bardzo zadowoloną, kiedy nas zoba-

czyła. - Mavis zastukała w dno kieliszka. - Trochę żeśmy przesadziły 
z grą. Ja robiłam wielkie oczy i wybuchałam głośnym śmiechem. 

Same ochy i achy.

Eve popatrzyła na torby ze sklepu.

- Widzę, ze poprowadziłaś grę do końca.
- Podobały mi się te rzeczy - wykrzywiła się, ale bez cienia 

żalu.   -   Potem   egzotyczna   bogini   oprowadziła   nas   po   sklepie. 
Upatrzyłam sobie taką zieloną kryształową kulę. Jak ona ją nazwała, 

Trina?

- Turma coś.

- Turmalinowa - pomógł Roarke.
- No właśnie. Turmalinowa. Ale Isis powiedziała, że ta kula nie 

jest dla mnie tylko dla osób, które chcą się zrelaksować. A mnie 
zaproponowała pomarańczową, dodającą energii i witalności.

- Pewnie była droższa? - domyśliła się Eve.
- Nie, tańsza. O wiele tańsza. Powiedziała, że ta zielona nie 

jest przeznaczona dla mnie. Powiedziała, że mam przyjaciółkę, która 
mogłaby ją wykorzystać. Bliską przyjaciółkę, bardzo zestresowaną. 

Ale że ta przyjaciółka musi sama się zdecydować na kupno kuli, 
kiedy już będzie na to gotowa.

Eve mruknęła coś pod nosem i zmarszczyła czoło.

background image

- Potem nam powróżyła. Za darmo. Zaczęła od tego, że jest 

szczęśliwa,   że   do   niej   przyszłyśmy,   bo   potrzebowała   pozytywnej 

energii. Polubiłam ją, Dallas. Nie wygląda na oszustkę.

- W porządku, dzięki. Zabiorę tę mieszankę do analizy. - W 

duchu myślała, że Isis ucieka się do bardzo sprytnego sposobu, by 
zapewnić sobie stałą klientelę. Po prostu uzależnia ludzi.

- Idziemy wypróbować maść - zapowiedziała Mavis, wstając i 

zbierając torby. - Kupiłam specjalną świecę, której zapach rozbudza 

miłosne uczucia. Ciekawe, czy zadziała. Zobaczymy się we wtorek 
wieczorem.

- We wtorek?
Mavis tupnęła nogą w podłogę.

-   Zapomniałaś   o   moim   przyjęciu   na   Halloween,   Dallas? 

Powiedziałaś, że przyjdziesz.

- Musiałam być pijana.
- Wcale nie. Dziewiąta wieczór, u mnie. Wszyscy przychodzą. 

Namówiłam nawet Feeneya. Do zobaczenia.

- Wyluzuj się - poradziła Trina - i włóż jakiś kostium.

- Nigdy w życiu - odburknęła Eve i pomachała małą torebką. - 

Podejrzewam, że to zwykła strata czasu.

- Dziewczyny miały dobrą zabawę. Ty też poczujesz się lepiej, 

kiedy zbadasz mieszankę.

- Mam nadzieję, bo jak na razie nic mi się nie udaje. - Eve 

odstawiła torebkę na stolik. - Wchodzę w ślepe uliczki. Czuję to.

-   Kilka   takich   pomyłek   i   wreszcie   trafisz   na   odpowiednie 

miejsce. Jak zawsze. - Roarke położył jej ręce na ramionach i zaczął 

background image

je   masować.   -   Mavis   ma   koleżankę,   która   jest   zestresowana.   - 
Masował mocniej. - Ciekawe, o kogo chodziło?

- Zamknij się.
Zachichotał, a potem pocałował ją w szyję.

- Pięknie pachniesz.
- To ta maź, którą wysmarowała mnie Trina.

- Coś mi o tym wspominała. Powiedziała, że będę zadowolony. 

- Znowu powąchał jej szyję. - Miała rację. Mówiła też, że udało jej 

się   przetrzymać   cię   na   czas   całej   sesji.   Mam   zwrócić   szczególną 
uwagę na twój tyłeczek.

-   Rzeczywiście,   udało   jej   się.   Próbowała   namówić   mnie   na 

tatuaż.   Pączek   róży   na   prawym   policzku.   -   Ziewnęła,   ale   zaraz 

zebrała się w sobie i wstała energicznie. - Powiedziałam, żeby to 
sobie   wybiła   z   głowy.   Chyba   nie   zrobiła   mi   niespodzianki   i   nie 

znajdę gdzieś na ciele idiotycznego rysuneczku.

Roarke uśmiechnął się i wstał.

- Sam to sprawdzę.

background image

18

Eve ze wściekłością oglądała w lustrze małą różyczkę wyta-

tuowaną na pośladku.

- Mogę ją za to zamknąć - burknęła.

-   Za   podstępne   upiększenie   twojej   pupy?  -   zapytał   Roarke, 

wchodząc.

-   Widzę,   że   cię   to   ubawiło,   co?   -   żachnęła   się,   zrywając   z 

wieszaka szlafrok.

- Kochanie. Wydawało mi się, że wczoraj dałem całkiem jasno 

do zrozumienia, że jestem po twojej stronie. Czy nie starałem się ze 

wszystkich sił wyssać tatuaż?

Przygryzła usta, postanawiając, że nie będzie się śmiała. Nie 

widziała powodu do śmiechu.

- Muszę to jakoś wywabić.

- Po co się tak spieszyć? Ten kwiatek jest taki... słodki.
- A co zrobię, kiedy się zranię i będzie trzeba zdezynfekować 

ranę? Albo kiedy będę musiała wziąć prysznic lub się przebrać na 
służbie? Czy zdajesz sobie sprawę, przez co mogę przejść z powodu 

tego tatuażu?

Wsunął ręce pod jej szlafrok.

- Dzisiaj nie idziesz do biura.
- Nie, ale popracuję w domu. Muszę sprawdzić, czy Feeney nie 

przesłał mi jakichś danych.

- Nic się nie stanie, jeśli odłożysz to do poniedziałku  rano. 

Mamy jeden dzień wolny.

background image

- I co będziemy robić?
Uśmiechnął się i pogładził dłonią pośladek z tatuażem.

-   Może   to   samo   co   przed   chwilą?   Nie   mam   nic   przeciwko 

powtórce. Chociaż proponuję co innego. Na przykład leniwy dzień 

nad basenem, co ty na to?

Leniwy dzień nad basenem? Zabrzmiało ciekawie.

- Cóż, może...
- Na Martynice. Nie trać czasu na pakowanie - dopowiedział, 

całując ją w usta. - Wystarczy to, co masz na sobie.

Spędziła dzień  na Martynice,  nie mając na  sobie nic więcej 

oprócz uśmiechu i wytatuowanej na pośladku różyczki. Zapewne z 

tego powodu w poniedziałkowy poranek guzdrała się z wyjściem do 
pracy bardziej niż zwykle.

-   Wygląda   pani   na   zmęczoną,   pani   porucznik.   -   Peabody 

wyciągnęła   ze   służbowej   teczki   torebkę   z   dwoma   świeżutkimi 

pączkami.   Nadal   jeszcze   promieniała   z   radości,   że   udało   jej   się 
przenieść je przez dyżurkę i psy ich nie wyczuły. - I chyba opaloną. 

- Przyjrzała się. - A może to jakieś uczulenie?

- Nie. Rzeczywiście opalałam się wczoraj, to wszystko.

- Wczoraj cały dzień padało.
-   Nie   tam,   gdzie   ja   byłam   -   odburknęła   Eve,   nadgryzając 

ciastko. - Muszę popracować nad danymi dla komendanta. Feeney 
przerobił  je w komputerze i  choć  nadal procent  nie jest  wysoki, 

zwrócę   się   z   prośbą   o   przydzielenie   nam   funkcjonariuszy   do 
obserwowania podejrzanych.

background image

- Wątpię, czy ci się powiedzie. Z samego rana przyszła notatka 

przypominająca o oszczędnościach.

-   Pieprzę   ich   oszczędności.   Whitney   musi   przekonać 

burmistrza,   że   mamy   tu   dochodzenia   w   sprawie   poważnych 

morderstw, którymi interesują się wszystkie media. Musimy dostać 
pomoc, jeśli chcemy zamknąć sprawę.

Peabody zaryzykowała uśmiech.
- Myślisz, że przejmą się mediami?

-   Może.   -   Westchnęła   głośno.   -   Gdyby   komputer   wykazał 

wyższe prawdopodobieństwo moich przypuszczeń, nie musiałabym 

się uciekać do szantażowania ich prasą. Kłopot w tym, że mamy 
zbyt wiele osób wplątanych w te zabójstwa. - Przycisnęła dłonie do 

oczu. - Trzeba wprowadzić do komputera dane o każdym członku 
obydwu wyznań. To ponad dwieście osób. Powiedzmy, że jeśli z 

góry   wyeliminujemy   połowę,   nadal   pozostanie   setka   do 
sprawdzenia.

- To nam zajmie tygodnie - osądziła Peabody. - Przypuszczam, 

ze komendant przydzieli nam kilku funkcjonariuszy, którzy przejdą 

się   po   mieszkaniach,   popytają   sąsiadów   i   w   ten   sposób 
pozbędziemy   się   jeszcze   kilku   osób,   które   z   pewnością   nie   były 

wplątane w zabójstwa.

- Obawiam się, że takie nie istnieją. - Eve odepchnęła się od 

biurka. - Do przewiezienia ciała Lobara i drewnianej konstrukcji, do 
której   go   przywiązali,   potrzebne   było   parę   osób,   no   i   duży 

samochód.

background image

-   Żaden   z   głównych   podejrzanych   nie   ma   pojazdu   na   tyle 

dużego, żeby zmieściło się w nim ciało i pentagram.

- Może któryś z członków ma bagażówkę. Sprawdzimy dowody 

rejestracyjne ich pojazdów. Jeśli to nic nie da, przejdziemy się po 

salonach wypożyczających samochody i przejrzymy wykaz pojazdów 
skradzionych w noc morderstwa. - Przesunęła dłonią po włosach. - 

A i tak jest możliwe, że ukradli samochód zostawiony na dłużej na 
jakimś strzeżonym parkingu i nikt nawet tego nie zauważył.

- A więc co, zabieramy się do roboty?
- Tak, zabieramy się. Poproszę Feeneya, żeby dał nam kogoś 

od siebie do pomocy. Ty zaczynaj, a ja idę błagać komendanta. - 
Rozległ   się   dzwonek   wideofonu.   -   Dallas,   wydział   zabójstw. 

Słucham.

- Muszę z tobą pomówić.

- Louis?
Eve zmarszczyła czoło.

- Jeśli chcesz złożyć skargę w imieniu swojej klientki, pogadaj 

z wydziałem wewnętrznym.

- Muszę z tobą porozmawiać - powtórzył. Podniósł dłoń do ust 

i zaczął ogryzać wypielęgnowane paznokcie. - Prywatnie. Sami. Jak 

najszybciej.

Opuściła  dłoń, dając znak Peabody, żeby trzymała się poza 

zasięgiem ekranu.

- O czym?

background image

- Nie mogę ci teraz tego powiedzieć. Rozmawiam z kieszon-

kowego   wideofonu,   ale   nawet   to   jest   ryzykowne.   Muszę   być 

ostrożny.

Eve zastanawiała się, czy adwokat dowiedział się, że śledzi go 

funkcjonariusz, którego przydzielił mu Feeney, czy może po prostu 
wpadł w jakąś paranoję.

- Ktoś cię śledzi?
-   Musisz   się   ze   mną   spotkać   -   nalegał.   -   W   moim   klubie. 

Nazywa   się   „Luxery”.   Piąte   piętro.   Zostawię   w   recepcji   twoje 
nazwisko.

- Podaj mi jakieś szczegóły, Louis. Mam pełen grafik.
- Wydaje mi się, że... wydaje mi się, że widziałem morderstwo. 

Nie będę rozmawiał z nikim innym, tylko z tobą, Eve. Niech nikt cię 
nie śledzi. Pospiesz się.

Obraz z ekranu znikł. Eve zacisnęła usta.
-   Cóż,   nie   mogę   go   zignorować.   Peabody,   robimy   przerwę. 

Uśmiechnij   się   do   Feeneya,   żeby   dał   ci   dodatkową   parę   rąk   do 
pomocy.

- Nie pójdziesz tam sama - zaprotestowała podwładna, kiedy 

Eve chwyciła torebkę.

-   Poradzę   sobie   z   jednym   wystraszonym   prawnikiem.   -   Po-

chyliła się i sprawdziła mały pistolecik przytwierdzony do kostki. - 

Zresztą przed klubem stoi nasz człowiek. Nie wyłączam nadajnika. 
Bądź w kontakcie.

- Tak jest. Uważaj na siebie.

background image

Na piątym piętrze klubu „Luxery” znajdowało się dwadzieścia 

prywatnych apartamentów przeznaczonych do dyspozycji członków 

klubu. Odbywały się w nich prywatne lub oficjalne spotkania. Każdy 
apartament był urządzony w innym stylu, ale każdy miał kompletnie 

wyposażone zaplecze biurowe i pokój przyjęć.

Na   specjalne   polecenie   członka   klubu   dyrekcja   zapewniała 

wyszukane   posiłki   i   napoje,   a   za   niewielką   dodatkową   opłatą   u 
recepcjonisty można było zamówić towarzystwo płatnej panienki.

Louis zawsze wynajmował apartament 5 - C. Podobał mu się 

bogaty   wystrój   pokoi   nawiązujący   do   francuskiego   osiemnasto-

wiecznego stylu. Grube materiały obiciowe na rzeźbionych krzesłach 
i welurowe sofy  zaspokajały  jego smak  estetyczny. Lubił ciężkie, 

ciemne zasłony w oknach i kryształowe lustra w złoconych ramach. 
W wysokim i szerokim łożu zabawiał się z żoną i równie często z 

innymi kobietami.

Uważał,   że   ten   styl   wyraża   pochwałę   dla   ziemskich 

przyjemności.

Arystokracja   wiedziała,   jak   się   bawić,   ale   także   przez 

umiłowanie komfortu, stawała się swoistym mecenasem sztuki. Cóż 
z tego, że poddani głodowali za murami. Takie są prawa naturalnej 

selekcji. Dzięki niej on, trzysta lat później, będąc w samym sercu 
Manhattanu, może rozkoszować się zbytkiem dawnej magnaterii.

Jednak   w   tej   chwili   nie   miał   nastroju   do   napawania   się 

bogactwem. Chodził nerwowo po pokoju, popijając dużymi łykami 

czystą whisky. Na jego twarzy rysowało się przerażenie. Czuł kłucie 
w żołądku, a serce podchodziło mu do gardła. Nie przestawał się 

background image

zastanawiać,   czy   rzeczywiście   widział   morderstwo.   Pamiętał,   że 
wszystko wydawało mu się takie nierealne i niewyraźne, jakby się 

znalazł w wirtualnym świecie.

Tajemniczy pokój, dym, głosy - w tym jego własny - zlewające 

się w nucenie. Dziwny smak w ustach. Smak ciepłego, kwaśnego 
wina.

W rzeczywistości znał tę scenerię. Stanowiła część jego życia 

już   od   trzech   lat.   Dołączył   do   kultu,   ponieważ   wierzył   w   jego 

podstawowe   zasady   gloryfikujące   oddanie   się   przyjemnościom. 
Podobały mu się rytuały, długie szaty, maski, recytacja zaklęć.

I seks. Seks był wprost niesamowity.
Ale   coś   mu   w   tym   przeszkadzało.   Zauważył,   że   wręcz 

obsesyjnie myśli o spotkaniach, nie mogąc się doczekać pierwszego 
łyku   ceremonialnego   wina.   Złapał   się   na   tym,   że   miewa   zaniki 

pamięci,   a   dzień   po   ceremonii   jest   ospały   i   nie   może   się 
skoncentrować.

Ostatnio pod paznokciami dostrzegł krew, ale nie umiał sobie 

przypomnieć,   skąd   się   tam   znalazła.   Zdjęcia,   które   pokazała   mu 

Eve, uczyniły  wyłom w jego pamięci.  Przeraził się. Przed oczami 
zaczęły pojawiać się zapomniane obrazy. Dym, śpiew. Lśniące od 

potu   ciała   poskręcane   w   wyuzdanych   pozach.   Jęki   i   charczenia. 
Rozwiane czarne włosy, nagie piersi.

Potem fontanna krwi, która wytrysnęła nagle, jakby na zakoń-

czenie seksualnego aktu. I dziko uśmiechnięta Selina trzymająca w 

ręku nóż ociekający krwią. Lobar - Boże, to był Lobar - ześlizgujący 
się z ołtarza, z gardłem ziejącym jak otwarte usta.

background image

Morderstwo. Uchylił nerwowo zasłonę i wyjrzał na ulicę. Był 

świadkiem oddawania krwawej ofiary, i to nie była ofiara z kozła. 

Czy zanurzył palce w tym otwartym gardle? Czy wsunął je potem w 
usta,   żeby   poczuć   smak   krwi?   Czy   naprawdę   uczynił   coś   tak 

straszliwego? Mój Boże, dobry Boże, czy były inne ofiary? W inne 
noce, podczas innych ceremonii? Czyje widział, ale tak  jak teraz 

wymazał z pamięci?

Jest człowiekiem  cywilizowanym,  powiedział sobie  w myśli  i 

zasunął   zasłonę.   Jest   mężem   i   ojcem.   Jest   szanowanym   praw-
nikiem, a nie mordercą. To niemożliwe. Nie mogąc złapać oddechu, 

nalał sobie jeszcze jedną szklaneczkę whisky  i spojrzał w lustro. 
Zobaczył mężczyznę, który nie spał, nie jadł i nie widział swojej 

rodziny od wielu dni.

Bał się spać. Bał się, że we śnie obrazy staną się wyraźniejsze. 

Bał się jeść, przekonany, że pożywienie utkwi mu w gardle i go 
zadusi. Śmiertelnie bał się swojej rodziny.

Na ceremonii był Wineburg. Stał obok niego i widział to samo 

co on.

Wineburg nie żyje. Wineburg nie miał żony, nie miał dzieci. Ale 

on je ma. Bał się, że jeśli pójdzie do domu, to wróg pójdzie tam za 

nim.   Podczas   tych   długich   bezsennych   nocy,   kiedy   jego 
towarzyszem był tylko alkohol, zaczynał rozumieć, jak straszliwie się 

wstydzi tego, w co się wplatał. Ogarniało go przerażenie na myśl, że 
jego dzieci dowiedzą się, w czym uczestniczył, co praktykował. Musi 

je ochraniać. Musi ochraniać siebie. Tutaj jest bezpieczny, zapewniał 
sam siebie. Nikt nie wejdzie do apartamentu bez jego zgody.

background image

Skarcił się za wyolbrzymianie powagi sytuacji. Przetarł czoło 

mokrą od potu chusteczką. Stres, praca ponad siły, zarwane noce. 

Może   przechodzi   małe   załamanie.   Powinien   udać   się   do   lekarza. 
Tak, zrobi to. Pójdzie się przebadać. Wyjedzie z rodziną na kilka 

tygodni. Wakacje, czas na relaks, na odreagowanie. Oderwie się od 
sekty.   Najwyraźniej   mu   ona   nie   służy.   Bóg   wie,   że   członkostwo 

kosztuje go małą fortunę. Nie wiedząc kiedy, zabrnął za daleko. 
Zapomniał, że poszedł tam z ciekawości, szukając odmiany.

To przez ten dym i wino zaczął sobie wyobrażać różne rzeczy. 

Ale przecież miał krew pod paznokciami.

Louis zakrył twarz dłońmi, wstrzymał oddech. To nieważne, 

pomyślał. Nic nie jest ważne. Nie powinien  był dzwonić do Eve. 

Niepotrzebnie spanikował.  Pewnie uważa  go  za  szaleńca  albo co 
gorsza podejrzewa go o udział w morderstwie.

Selina jest jego klientką. Winien jej jest lojalność. Ale przecież 

widział ją z nożem ociekającym krwią, widział, jak przesuwała nim 

po gardle Lobara.

Potykając   się   przeszedł   przez   pokój   do   łazienki,   opadł   na 

kolana   i   zwymiotował.   Podciągnął   się   i   oparł   o   umywalkę. 
Charczącym głosem nakazał automatowi otworzyć strumień wody. 

Skropił nią rozgorączkowaną twarz. Przez chwilę łkał, a jego płacz 
odbijał się od lśniących kafelków. Potem uniósł głowę i zmusił się, 

by jeszcze raz spojrzeć w lustro.

Czas   przestać   się   oszukiwać.   Był   świadkiem   popełnienia 

morderstwa i musi opowiedzieć o wszystkim Eve. Zrzuci z siebie ten 
koszmarny ciężar. Na krótką chwilę ogarnęła go niewymowna ulga. 

background image

Chciał   zadzwonić   do   żony,   usłyszeć   głosy   dzieci,   zobaczyć   ich 
twarze.   Nagle   kątem   oka   dostrzegł   jakieś   poruszenie.   Serce   mu 

zamarło.

- Jak tu weszłaś?

- Obsługa hotelowa, sir. - Ciemna kobieta w biało - czarnym 

mundurku pokojówki  trzymała  w rękach miękkie ręczniki. Uśmie-

chała się.

- Nie chcę żadnej obsługi. - Przesunął drżącą dłonią po twarzy. 

- Zaraz będę miał gościa. Zostaw ręczniki i... - Powoli opuścił rękę. - 
Ja cię znam. Znam cię.

Pamięć sprowadziła przerażenie. Jedna z twarzy w dymie.
- Oczywiście, Louis. - Dziewczyna nie przestawała się uśmie-

chać,   choć   upuściła   ręczniki,   a   w   jej   ręku   zalśnił  

athame.   - 

Pieprzyliśmy się niecały tydzień temu.

Otworzył   usta   do   krzyku,   ale   nie   zdążył   wydobyć   z   siebie 

głosu, bo nóż zatopił się w nim głęboko.

Eve wybiegła z windy, wściekle przeklinając. Recepcjonista na 

dole sprawdzał jej dokumenty całe pięć minut. Potem pouczał, że 
nie wolno  wnosić  broni na teren  klubu.  Już  zamierzała  jej  użyć, 

kiedy pojawił się kierownik zmiany z przeprosinami.

Fakt, że przepraszał żonę Roarke'a, a nie Eve Dallas, jeszcze 

bardziej ją poirytował.

Postanowiła,   że   policzy   się   z   nim   później.   Ciekawe,   jak 

właściciele   klubu   reagują   na   inspekcję   sanitarną   i   urzędu   skar-
bowego.   Wiedziała,   za   jakie   sznurki   pociągnąć,   żeby   zapewnić 

background image

dyrekcji kilka dni piekła. Zwróciła się w stronę apartamentu 5 - C. 
Wcisnęła   dzwonek   pod   ekranem.   Wpatrywała   się   w   migające 

światełko   alarmu.   Było   zielone,   co   oznaczało,   ze   alarm   jest 
wyłączony.

Wyciągnęła broń.
- Peabody.

- Jestem.
- Drzwi są otwarte. Wchodzę.

- Potrzebujesz wsparcia?
- Jeszcze nie. Nie wyłączaj się.

Bez szmeru wsunęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi. 

Poruszała   się   powoli,   omiatając   wzrokiem   pomieszczenie.   Nowo-

bogackie   meble,   przytłaczające   i   brzydkie   jej   zdaniem.   Zsunięte 
zasłony. Cisza.

Trzymając się ściany przeszła w głąb pokoju. Sprawdziła, czy 

nikt nie kryje się za meblami i za  zasłonami.  Mała  kuchnia  była 

pusta.   Nikt   jej   z   pewnością   nie   używał.   Stanęła   w   wejściu   do 
sypialni. Zasłane łóżko pokrywały dekoracyjne poduchy. Jego też 

nikt nie używał. Przeniosła wzrok na szafę. Była zamknięta.

Już chciała do niej podejść, gdy usłyszała dźwięki dochodzące 

z łazienki. Szybki i ciężki oddech, jakby od dużego wysiłku i kobiecy 
kaszel. Przemknęło jej przez myśl, że Louis zabawia się z panienką. 

Zacisnęła   zęby   ze   złości.   Jednak   postanowiła   dalej   zachować 
ostrożność.   Zrobiła   krok   w   stronę   łazienki,   przeniosła   ciężar   na 

wysuniętą nogę i skoczyła do drzwi. Natychmiast uderzył ją dziwny 
zapach.

background image

- Jezu! Jezu Chryste!
-   Pani   porucznik?   -   Z   jej   kieszeni   dobiegło   przestraszone 

wołanie Peabody.

- Odsuń się. - Eve uniosła pistolet. - Rzuć nóż i odsuń się.

- Przysyłam wsparcie. Proszę mi podać swoją sytuację, pani 

porucznik.

- Mam tu zabójstwo. Zupełnie świeże. Do cholery, powiedzia-

łam, cofnij się.

Kobieta tylko się uśmiechnęła. Siedziała okrakiem na Louisie, a 

raczej   na   tym,   co   po   nim   pozostało.   Krew   była   wszędzie;   na 

posadzce, na białych kafelkach, rękach i twarzy oprawczyni. Zapach 
krwi był silny jak gęsty dym.

Eve szybko oceniwszy sytuację uznała, że Louis nie ma już 

szans. Jego wnętrzności leżały na podłodze.

- Nie żyje - uprzejmie poinformowała dziewczyna.
- Widzę. Odłóż nóż. - Eve zrobiła krok do przodu, dając znak 

bronią. - Odłóż go i odsuń się. Powoli. Połóż się twarzą do podłogi, 
ręce na plecach.

- To musiało się stać. - Dziewczyna zeszła z ciała i uklękła przy 

nim. - Nie poznajesz mnie?

-   Poznaję.   -   Nawet   przez   maskę   z   krwi   Eve   rozpoznała   jej 

twarz.   Pamiętała   też   słodki   głos.   -   Mirium,   prawda?   Czarownica 

pierwszego   stopnia.   A   teraz   rzuć   ten   pieprzony   nóż   i   pocałuj 
podłogę. Ręce za siebie.

background image

- W porządku. - Mirium posłusznie odłożyła nóż, nie patrząc, 

jak Eve kopie go na bezpieczną odległość. - Powiedział mi, żebym 

się spieszyła. Ale go nie posłuchałam.

Eve   wyciągnęła   z   tylnej   kieszeni   kajdanki   i   zarzuciła   jej   na 

nadgarstki.

- Kogo?

- Chasa. Powiedział, że mogę to zrobić sama, ale muszę się 

spieszyć. - Westchnęła. - Zdaje się, że nie byłam dość szybka.

Z zaciętą twarzą Eve pochyliła się nad Louisem Trivane'em.
- Notujesz to, Peabody?

- Tak jest.
-   Wezwij   Charlesa   Forte'a   na   przesłuchanie.   Jedź   po   niego 

osobiście i weź dwóch policjantów do obstawy. Nie zbliżaj się do 
niego sama.

- Tak jest. Czy sytuacja jest pod kontrolą, pani porucznik? 
Eve odsunęła się od strużki krwi spływającej w jej stronę.

- Tak - powiedziała. - Pod kontrolą.

Przed przesłuchaniem wykąpała się i przebrała. Musiała po-

święcić te dziesięć minut dla siebie. Była cała we krwi Louisa. Nawet 

jeśli   ktoś   w   szatni   zobaczył   małą   elegancką   różyczkę   na   jej 
pośladku, nikt nie odważył się na komentarz.

Wieść o zbrodni rozeszła się już po komendzie.
- Najpierw porozmawiam z Mirium - poinformowała Feeneya, 

który przyglądał się morderczyni przez weneckie lustro.

background image

- Mogłabyś zrobić sobie przerwę, Dallas. Mówią, że było tam 

dość ostro.

- Zazwyczaj wydaje nam się, że widzieliśmy  już wszystko - 

mruknęła.   -   Ale   tak   nie   jest.   Zawsze   coś   jeszcze   zostaje.   - 

Odetchnęła. - Chcę to zrobić teraz. Chcę to zamknąć.

- W porządku, W duecie czy solo?

-   Solo.   Będzie   mówiła.   Ona   coś   brała...   -   Eve   potrząsnęła 

głową. - Może po prostu jest szalona, ale mam wrażenie, że coś 

zażyła. Każę ją przebadać. Wydział wewnętrzny nie uznaje zeznań 
naćpanych świadków.

- Wydam zaraz rozkaz.
- Dzięki.

Przeszła obok kolegi i weszła do pokoju. Na twarzy Mirium nie 

było   już   krwi.   Mimo   że   miała   na   sobie   ubiór   aresztanta,   nadal 

wyglądała jak wdzięczna młoda wróżka. Eve włączyła rekorder.

-   Złapałam  cię   na   gorącym   uczynku,   Mirium,   więc   możemy 

sobie oszczędzić wstępów. Zamordowałaś Louisa Trivane'a.

- Tak.

- Co brałaś?
- Co?

- Nie wygląda to tylko na Zeusa, jesteś zbyt otępiała. Zgodzisz 

się na badanie na obecność narkotyków?

- Nie chcę. - Dziewczyna po dziecięcemu wydęła piękne usta. - 

Może później zmienię zdanie. - Opuściła głowę i pociągnęła za cienki 

materiał koszuli. - Czy mogę dostać z powrotem swoje ubrania? To 
drapie i jest brzydkie.

background image

- Tak, to teraz nasze największe zmartwienie. Dlaczego zabiłaś 

Louisa Trivane'a?

- On był zły. Chas tak powiedział.
- Mówiąc Chas, masz na myśli Charlesa Forte'a?

- Tak, ale nikt nie nazywa go Charles, tylko Chas.
- I to on powiedział ci, że Louis jest zły. Czy prosił cię, żebyś 

go zabiła?

-   Powiedział,   że   mogłabym   to   zrobić.   Przy   innych   okazjach 

tylko patrzyłam. Ale tym razem mogłam zrobić to sama. Było dużo 
krwi. - Podniosła dłoń i uważnie się jej przyjrzała. - Już jej nie ma.

- Przy jakich innych okazjach, Mirium?
- Przy innych ofiarach. - Wzruszyła ramionami. - Krew oczy-

szcza.

- Czy asystowałaś albo byłaś świadkiem innych morderstw?

-   Jasne.   Śmierć   to   przejście.   Musiałam   pomóc   temu 

prawnikowi. Zabiłam w nim demona. Demony istnieją, a my z nimi 

walczymy.

- Zabijając ludzi, w których one zamieszkują?

- Tak. Chas mówił mi, że pani jest sprytna. - Mirium popatrzyła 

na   nią   z   ukosa.   -   Ale   nigdy   go   pani   nie   dostanie.   Jest   poza 

zasięgiem pani prawa.

- Wróćmy do Louisa. Opowiedz mi o tym.

- No, mam znajomego w obsłudze klubu. Wystarczyło, że się z 

nim   przespałam.   Lubię   się   pieprzyć.   Potem   ukryłam   w   kieszeni 

jeden   z   wzorcowych   kluczy.   Za   jego   pomocą   można   się   dostać 
niemal   wszędzie.   Włożyłam   mundurek   pokojówki,   żeby   nikt   nie 

background image

zwracał na mnie uwagi, i poszłam prosto do apartamentu Louisa. 
Zaniosłam   mu   ręczniki.   Był   w   łazience.   Wymiotował   wcześniej, 

czułam to. Potem go ugodziłam. Poderżnęłam mu gardło, tak jak 
miałam zrobić. Potem, niestety, mnie wzięło.

Znowu   wzruszyła   ramionami   i   uśmiechnęła   się   złośliwie   do 

Eve.

- To trochę jak przebijanie nożem poduszki. I jest taki sam 

odgłos, wsysania. Potem wypędziłam z niego demona i przyszłaś ty. 

Ale swoje zadanie spełniłam.

- Tak, zdaje się, że tak. Jak długo znasz Chasa?

- Och, kilka lat. Lubimy robić to w parku, w dzień.
- A co na to Isis?

- Ona nic nie wie. - Mirium przekręciła oczami. - Nie podobało-

by się jej.

- A co ona myśli o morderstwach? Mirium zmarszczyła czoło.
- Morderstwach? Ona nie wie. Prawda? Nie, nie powiedzieliśmy 

jej o nich.

- A więc wiecie tylko ty i Chas.

- Tak. - Zamrugała powiekami. - Chyba tylko my.
- Nie powiedzieliście nikomu ze zgromadzenia?

- Ze zgromadzenia? - Położyła palec na ustach. - Nie, nie. To 

nasz sekret. Nasza mała tajemnica.

- A co z Wineburgiem?
- Kim?

- Zabójstwo w garażu, tego bankiera. Nie pamiętasz?

background image

- Nie brałam w tym udziału. - Zagryzła wargę i potrząsnęła 

głową. - On to zrobił. Miał mi przynieść serce, ale nie przyniósł. 

Powiedział, że nie było czasu.

- A Lobar?

-   Lobar,   Lobar.   -   Stukała   palcami   po   ustach.   -   To   było   co 

innego, ale nie pamiętam. Zaczyna mnie boleć głowa. - Jej głos 

jakby   zamierał.   -   Nie   chcę   już   rozmawiać,   jestem   zmęczona.   - 
Położyła ramiona na stole, oparła na nich głowę i zamknęła oczy.

Eve patrzyła na nią przez chwilę, po czym uznała, że nie ma 

sensu dalej naciskać. To, co usłyszała, na razie wystarczy.

Dała   znak   policjantowi.   Mirium   zamruczała   jak   kotka,   kiedy 

zakładała jej kajdanki.

- Zaprowadź ją na dół do poradni psychologicznej. Niech Mira 

ją   przebada,   jeśli   to   będzie   możliwe;   zrób   notatkę   z   prośbą   o 

badanie na obecność narkotyków.

- Tak jest. - Eve poszła za odchodzącymi do drzwi i wcisnęła 

przycisk interkomu. - Przyprowadźcie Forte'a do sali przesłuchań C.

Zdała sobie sprawę, że sama z chęcią położyłaby głowę na 

ramionach.   Zamiast   tego   przeszła   korytarzem   do   pokoju   obser-
wacyjnego. Stali tam już Peabody i Feeney.

-   Chcę,   żebyś   przy   tym   była,   Peabody.   Co   o   niej   myślisz, 

Feeney?

- Dziwaczka. - Podniósł torebkę z orzeszkami. - Nie wiem, czy 

to   przez   narkotyki,   czy   po   prostu   jest   wariatką.   Wygląda,   że   to 

mieszanka obydwu.

background image

-   Ja   też   tak   przypuszczam.   Jak   to   możliwe,   że   tamtego 

wieczoru   zachowywała   się   zupełnie   normalnie?   -   Przeciągnęła 

rękami po włosach i roześmiała się. - Co ja mówię? Jak mogła być 
normalna, jeśli stała tam naga, w środku lasu, a Forte całował jej 

krocze. - Opuściła ręce i przycisnęła je do oczu. - Jego ojciec nigdy 
nie   miał  wspólnika,   przynajmniej   tego  nie   stwierdzono.   Pracował 

samotnie.

-  Syn  wybrał  inny  styl  -  rzucił  Feeney.  -  Wariatka  czy   nie, 

dziewczyna wskazała na Forte'a.

-   Coś   mi   tu   nie   pasuje   -   mruknęła   Peabody,   na   co   Eve 

odwróciła się do niej.

- Co pani nie pasuje, pani posterunkowa? 

Wyczuwając sarkazm, Peabody uniosła dumnie głowę.
- Wiccanie nie zabijają.

-   Nie   wszyscy   odnoszą   się   poważnie   do   swojej   religii   - 

przypomniała jej Eve. - Jadłaś ostatnio mięso?

Rumieniec rozchodzący się po twarzy dziewczyny wymownie 

świadczył o jej nieczystym sumieniu. Jako wyznawczyni Wolnej Ery 

nie powinna jadać zwierzęcych produktów.

- To co innego.

- Złapałam Mirium na gorącym uczynku - krótko stwierdziła 

Eve.   -   Dziewczyna   wskazała   na   Charlesa   Forte'a   jako   swojego 

wspólnika. To fakt. Nie chcę, byś brała pod uwagę cokolwiek innego 
niż czyste fakty. Zrozumiano?

- Tak jest. - Peabody zesztywniała. - Doskonale. - Ale nie od 

razu poszła za Eve do pokoju przesłuchań.

background image

- Miała kiepski poranek - pocieszył ją Feeney. - Widziałem już 

pierwsze zdjęcia z miejsca zbrodni. Trudno o coś paskudniejszego.

-   Wiem.   -   Jednak   potrząsała   głową,   widząc,   jak   do   pokoju 

wprowadzają Charlesa Forte'a. - Ale i tak coś mi tu nie gra.

Odwróciła się i weszła do sali przesłuchań, w chwili gdy Eve 

odczytywała przesłuchiwanemu jego prawa.

- Nie rozumiem.
- Nie rozumie pan swoich praw i obowiązków?

- Nie, nie, to rozumiem. Nie rozumiem tylko, dlaczego się tu 

znalazłem.   -   Odwrócił   do   Peabody   oczy   pełne   wyrzutu.   -   Jeśli 

chciałyście   znowu   ze   mną   porozmawiać,   wystarczyło   mi   o   tym 
powiedzieć. Spotkałbym się z wami lub przyszedł tu z własnej woli. 

Nie   było   potrzeby   wysyłać   po   mnie   trzech   umundurowanych 
policjantów.

- Ja uznałam to za konieczne - krótko odpowiedziała Eve. - Czy 

życzy pan sobie adwokata, panie Forte?

- Nie. - Wzdrygnął się nerwowo, starając się zapomnieć, że 

znajduje się w policyjnym komisariacie. - Proszę powiedzieć, o co 

chodzi. Postaram się pomóc.

- Proszę mi powiedzieć o Lousie Trivanie.

- Przykro mi. - Potrząsnął głową. - Nie znam nikogo o tym 

nazwisku.

- Czy

 

zawsze wysyła pan swoje podopieczne, by mordowały 

nieznajomych?

- Słucham? - Pobladł i wstał. - O czym pani mówi?

background image

- Proszę usiąść - warknęła Eve. - Dwie godziny temu Mirium 

Hopkins zamordowała Louisa Trivane'a.

- Mirium? To niedorzeczne. Wprost niemożliwe.
- Jak najbardziej możliwe. Przyłapałam ją, kiedy wycinała mu 

wątrobę.

Chas zachwiał się, po czym opadł na krzesło.

- Zaszła jakaś pomyłka. To niemożliwe.
- Sądzę, że popełnił pan błąd. - Eve wstała, obeszła Forte'a i 

pochyliła się nad jego plecami. - Trzeba było być bardziej ostrożnym 
w wyborze wspólnika.

- Nie mam pojęcia, o czym pani mówi. Czy mogę się czegoś 

napić? Nic z tego nie rozumiem.

Eve ruchem ręki dała znać Peabody, żeby nalała mu wody.
-   Mirium   wszystko   mi   powiedziała,   Chas.   Powiedziała,   że 

jesteście kochankami, że nie przyniosłeś jej serca Wineburga, mimo 
że przyrzekłeś, i że pozwoliłeś jej wykonać egzekucję na Trivanie. 

Krew oczyszcza.

- Nie. - Mimo że podnosił szklankę obydwiema dłońmi i tak 

rozlał wodę na biurko. - Nie.

- Twój ojciec lubił zarzynać ludzi. Czy pokazał ci, jak to się 

robi? Kogo jeszcze wciągnąłeś do współpracy? Kto ci pomagał?

Rzucała w niego oskarżeniami, a on milczał i tylko wolno kręcił 

głową.

- Czy to twoja wersja wojny religijnej, Chas? Wyeliminować 

wroga? Twój ojciec był satanistą i uczynił z twojego życia piekło. 
Nie mogłeś go zabić, nie możesz go dostać teraz. Ale są inni. Czy 

background image

zastępują ojca? Czy gdy ich zabijasz, tak naprawdę zabijasz ojca? 
Rozdzierasz go na kawałki, ponieważ zniszczył ci życie?

Chas zacisnął oczy i zaczął się huśtać na krześle.
- Boże. Mój Boże! Och, Boże!

-   Lamentowanie   nic   nie   da.   Powiedz   mi,   dlaczego   i   jak. 

Wytłumacz   to,   Chas.   Mogę   ci   pomóc.   Opowiedz   mi   o   Alice,   o 

Lobarze.

- Nie. Nie. - Uniósł na nią zbolałe oczy. - Nie jestem moim 

ojcem.

Eve   nie   cofnęła   się   ani   nie   odwróciła   wzroku   od   jego 

błagalnego spojrzenia.

- Nie jesteś? - Odsunęła się, pozwalając mu łkać.

background image

19

Pracowała   nad   nim   przez   godzinę;   naciskała   na   niego 

nieustępliwie,   potem   się   wycofywała,   zmieniała   kierunek 
przesłuchania. Rozłożyła na stole zdjęcia zamordowanych.

Ilu jeszcze, pytała. Ile jeszcze zdjęć tu brakuje?
Chas zaprzeczał, płakał, zaprzeczał lub milczał.

Kiedy skończyła, kiedy go wyprowadzali, patrzył jej prosto w 

oczy. Nie przejęła się tym, natomiast zaintrygował ją wyraz oczu 

podwładnej.

- Jakiś problem, Peabody.

Dziewczyna nabrała powietrza i otuliła się ramionami. Bała się 

powiedzieć   na   głos,   że   przesłuchanie   przypominało   bezduszne 

igraszki wilka ze zranioną sarną.

- Tak, pani porucznik. Nie podobała mi się techniczna strona 

przesłuchania.

- Nie?

- Było niepotrzebnie okrutne. To ciągłe przypominanie mu ojca 

i te zdjęcia.

Eve   miała   ściśnięty   żołądek,   w   środku   cała   się   trzęsła,   ale 

dłonie, którymi zbierała zdjęcia, nawet nie drgnęły.

- Szkoda, że po prostu nie poprosiłam go grzecznie, żeby się 

przyznał.   Mogłybyśmy   wtedy   wrócić   spokojnie   do   domu   i   do 

naszego wygodnego życia. Nie wiem, dlaczego o tym nie pomyśla-
łam. Wykorzystam tę technikę przy następnym przesłuchaniu.

Peabody powstrzymała grymas niezadowolenia.

background image

- Pomyślałam tylko, pani porucznik, że skoro podejrzany nie 

miał adwokata...

- Posterunkowa Peabody, czy nie przeczytałam mu jego praw?
- Tak, ale...

- Czy nie potwierdził, że je rozumie? 
Peabody wolno skinęła głową.

- Tak.
- Czy możesz mi powiedzieć, Peabody, ile przesłuchań w spra-

wie morderstw przeprowadziłaś?

- Pani porucznik, ja...

- Ja tego powiedzieć nie mogę - odwarknęła Eve, a jej oczy z 

zimnych stały się gorące. - Nie umiem zliczyć, ile takich przesłuchań 

przeprowadziłam, ponieważ, do cholery, było ich tak wiele. Jeszcze 
raz   przyjrzyj   się   zdjęciom.   Popatrz   na   wnętrzności   Trivane'a 

walające   się   po   podłodze   łazienki.   Może   to   cię   uczyni   twardszą 
Peabody? Bo jeśli mój sposób przesłuchiwania podejrzanego ci nie 

odpowiada,   bardzo   prawdopodobne,   że   po   postu   wybrałaś   zły 
zawód.

Ruszyła do drzwi, ale zanim wyszła, jeszcze raz odwróciła się 

do   podwładnej,   która   stała   w   pozycji   na   baczność,   sztywno 

wyprostowana.

- Oczekuję od pomocnicy wsparcia, a nie podważania mojego 

postępowania. Nic mnie nie interesuje, że masz słabość do adeptów 
magii.   Jeśli   nie   umiesz   poradzić   sobie   z   tą   sytuacją,   Peabody, 

podpiszę twoją prośbę o przeniesienie. Zrozumiano?

background image

- Tak jest. - Dziewczyna pozwoliła sobie na westchnięcie, kiedy 

tylko   Eve   z   hukiem   zatrzasnęła   za   sobą   drzwi.   -   Zrozumiano   - 

powiedziała do siebie i zacisnęła oczy.

-   Potraktowałaś   ją   trochę   za   ostro   -   zauważył   Feeney, 

dołączając do Eve.

- Przynajmniej ty nie zaczynaj. 

Uniósł dłoń.
- Przed chwilą zgłosiła się Isis. Dobrowolnie. Umieściłem ją w 

sali B.

Eve   potrząsnęła   głową   i   natychmiast   zmieniła   kierunek 

marszu. Otworzyła drzwi sali B.

Isis   przerwała   nerwowe   chodzenie   i   odwróciła   się   do 

wchodzącej.

- Jak mogłaś mu to zrobić? Jak mogłaś go tu sprowadzić? On 

boi się takich miejsc.

- Charles Forte został zatrzymany jako podejrzany w sprawie o 

zamordowanie Louisa Trivane'a. Między innymi. - W przeciwieństwie 
do   podniesionego,   przepełnionego   furią   głosu   Isis,   Eve   mówiła 

spokojnie i ozięble. - Nie został jeszcze oskarżony.

-   Oskarżony?   -   Złota   twarz   wróżki   pobladła.   -   Chyba   nie 

wierzysz, że Chas miał coś wspólnego z jakimkolwiek morderstwem? 
Trivane? Nie znam żadnego Louisa Trivane'a.

-   Ale   może   Forte   go   znał.   -   Eve   odłożyła   na   stół   teczkę   z 

aktami i przykryła je ręką, jakby dla przypomnienia, co się w nich 

znajduje. - Tak dobrze pani wie o wszystkim, co robi i myśli pani 
partner?

background image

- Jesteśmy ze sobą tak blisko, jak to tylko możliwe między 

ludźmi.   Także   w   sensie   duchowym.   Nie   ma   w   nim   cienia   zła.   - 

Gniew już ją opuścił i mówiła drżącym głosem. - Pozwól mi zabrać 
go do domu, proszę.

Eve patrzyła prosto w błagające oczy, nie pozwalając sobie 

nawet na najmniejsze współczucie.

- Skoro byliście ze sobą tak blisko, z pewnością wie pani, że 

Chas postanowił nawiązać równie bliski stosunek cielesny z Mirium?

- Mirium? - Isis zamrugała i omal nie wybuchła śmiechem. - To 

idiotyczne.

- Sama mi to powiedziała, i to z uśmiechem na twarzy. Śmiała 

się także w chwili, gdy siedziała okrakiem na tym, co pozostało po 

Trivanie, cała wymazana w jego krwi.

Isis czując miękkość w nogach, chwyciła oparcie fotela.

- Mirium kogoś zabiła? To niemożliwe.
- Sądziłam, że w pani świecie wszystko jest możliwe. Osobiście 

przeszkodziłam   w   odprawianiu   do   końca   jej   małej   ceremonii.   - 
Znowu dotknęła teczki z aktami, ale jednak jej nie otworzyła. Mimo 

wszystko   żałowała   Isis,   która   przecież   była   zakochana   i   zaufała 
swojej miłości. - Mirium bardzo chętnie przystała na współpracę z 

nami. Z radością opowiedziała mi, jak to Forte pozwolił jej zabić 
Trivane'a. Poprzednie zbrodnie mogła jedynie obserwować.

Trzymając poręcz już obydwiema rękami, Isis obeszła fotel i 

opadła nań ciężko.

-   Ona   kłamie.   Chas   nie   miał   nic   wspólnego   z   tą   sprawą. 

Dlaczego nie przejrzałam jej na wskroś? - Zamknęła oczy i zaczęła 

background image

się lekko kołysać. - Dlaczego niczego nie dostrzegłam? Przyjęliśmy 
ją do naszego zgromadzenia. Zrobiliśmy z niej jedną z nas.

-   Nie   jest   pani   w   stanie   zobaczyć   wszystkiego,   co?   -   Eve 

przechyliła   na   bok   głowę.   -   Uważam,   że   powinna   pani   bardziej 

przyjrzeć się swojemu partnerowi.

- Nie. - Otworzyła oczy. Widać w nich było udrękę, ale za nią 

krył   się   stalowy   upór,   który   Eve   tak   dobrze   znała.   -   Nikogo   nie 
postrzegam tak jasno jak Chasa. Ona kłamie.

- Mirium zostanie poddana testom na prawdomówność, a pani 

radzę przemyśleć, czy nadal chce służyć Forte'owi za alibi. Zawiódł 

pani zaufanie - przypomniała Eve, zbliżając się do stołu. - Równie 
dobrze   to   mogła   być   pani,   Isis.   Mirium   jest   młodsza   i 

prawdopodobnie bardziej podatna na wpływy. Ciekawe, jak długo 
jeszcze udawałby, że pozwala pani na przewodzenie.

- Czyżby nie rozumiała pani tego, co łączy mnie z Chasem, 

skoro jest pani w podobnym związku? Sądzi pani, że słowa jakiejś 

młodej, niezrównoważonej kobiety każą mi zwątpić w mężczyznę, 
którego kocham? Czy pani zwątpiłaby w swojego męża?

- To nie moje osobiste życie jest na cenzurowanym - spokojnie 

odparła Eve. - Jeśli tak bardzo zależy pani na Chasie, powinna pani 

z nami współpracować. To jedyna droga, by go powstrzymać i mu 
pomóc.

- Pomóc? - Wykrzywiła usta. - Pani nie chce mu pomóc. Pani 

chce, żeby był winny, chce go ukarać za jego pochodzenie. Za jego 

ojca.

background image

Eve spojrzała na teczkę z aktami, na czystą okładkę, za którą 

kryły się straszliwe zdjęcia.

- Myli się pani - odpowiedziała cicho, prawie sama do siebie. - 

Chciałabym, żeby był niewinny. Właśnie ze względu na jego ojca.

Uniosła wzrok i spojrzała w oczy wróżki.
- Nakaz pewnie jest już podpisany. Przeszukamy pani sklep i 

mieszkanie.   Cokolwiek   tam   znajdziemy   może   zostać   użyte   także 
przeciwko pani.

- To nieważne. - Isis wstała z wysiłkiem. - Zresztą i tak nic 

pani nie znajdzie.

- Ma pani prawo być obecna w czasie przeszukiwania.
- Nie, zostanę tutaj. Chcę się zobaczyć z Chasem.

- Nie jest pani jego krewną ani żoną...
- Dallas - przerwała jej cicho. - Wiem, że masz serce. Proszę, 

wsłuchaj się w nie i pozwól mi zobaczyć Chasa.

Tak, ma serce. I jej serce cierpiało, kiedy zobaczyła błaganie w 

oczach mocnej kobiety.

-   Pięć   minut   przez   szybę.   -   Wychodząc   z   pokoju,   rzuciła   z 

gniewem przez zęby. - Na litość boską zmuś go, żeby wziął sobie 
adwokata.

W   sklepie   i   w   mieszkaniu   ekipa   policjantów   znalazła   setki 

buteleczek   i   pojemników   wypełnionych   różnorodnymi   cieczami, 
proszkami,   liśćmi   i   nasionami.   Na   wszystkich   podany   był   szcze-

gółowy skład i sposób użycia.

Eve kazała wysłać je do laboratorium i poddać analizie.

background image

W mieszkaniu znajdowała  się też cała kolekcja noży. Jedne 

miały   kunsztownie   rzeźbione   trzonki,   inne   były   zupełnie   proste. 

Różniły   się   też   długościami   ostrzy.   Eve   wezwała   specjalistę   od 
daktyloskopii i poprosiła o odszukanie śladów krwi. Kazała zbadać 

ceremonialne szaty i codzienne ubrania. Aby nie słyszeć rozmów 
policjantów, skoncentrowała się na swojej pracy.

Na dnie szafy pachnącej rozmarynem i cedrem, pod porządnie 

poskładanymi ubraniami, znalazła zwiniętą w kłębek czarną długą 

szatę. Była cała utytłana we krwi.

- Tutaj - zawołała. - Zbadajcie to.

- Ładna próbka. - Ekspert przesunął końcówką przenośnego 

testera po ubraniu. - Większość plam znajduje się na rękawach. - 

Oczy   policjanta   zasłonięte   ochronnymi   okularami   wydawały   się 
lekko znudzone. - Ludzka krew - potwierdził. - A Rh( - ). Na razie 

więcej nie mogę nic powiedzieć.

- To wystarczy. - Eve zawinęła suknię i zamknęła ją w torebce, 

którą ometkowała jako dowód rzeczowy. - Wineburg miał A Rh( - ). 
- Spojrzała na Peabody i podała jej torebkę. - Wielka nieostrożność 

ze strony Forte'a, prawda?

-   Tak   jest.   -   Podwładna   schowała   torebkę   do   podręcznej 

teczki. - Na to wygląda.

- Lobar miał grupę zerową. - Eve przeszła do następnej szafy. 

- Szukaj dalej.

Kiedy   wsiadała   z   powrotem   do   samochodu   zapadał   już 

zmierzch. Ponieważ nadal była zła na Peabody, nie odezwała, się 
tylko włączyła pokładowy wideofon.

background image

- Porucznik Dallas do doktor Miry.
- Doktor Mira ma sesję - uprzejmie odpowiedziała sekretarka. - 

Mogę nagrać pani wiadomość.

- Czy doktor badała już Mirium Hopkins?

- Proszę poczekać, sprawdzę. - Sekretarka spojrzała na bok. - 

Ta sesja została przełożona na jutro rano na ósmą trzydzieści.

- Przełożona, dlaczego?
- Z notatek wynika, że pacjentka skarżyła się na silne bóle 

głowy i w czasie wizyty u lekarza podano jej środki przeciwbólowe.

- Jaki lekarz miał dyżur? - zapytała Eve przez zaciśnięte zęby.

- Doktor Arthur Simon.
-   Simon,   rozumiem.   -   Eve   zdegustowana   włączyła   się   do 

ruchu. - Simon, ten to potrafi przepisać podwójną dawkę środków 
uspokajających na ból paznokcia.

Recepcjonistka uśmiechnęła się współczująco.
-   Przykro   mi,   pani   porucznik,   ale   pacjentka   otrzymała 

lekarstwo   przed   planowaną   sesją.   Doktor   Mira   musi   zaczekać   z 
badaniem do jutra.

- Wspaniale. Proszę jej przekazać, żeby się do mnie odezwała, 

jak tylko je skończy. - Przerwała połączenie. - Sukinsyn. Pojadę i 

sama ją sobie obejrzę. Peabody, zawieź znalezione przedmioty do 
laboratorium, powiedz, że konieczny jest pośpiech, jeśli cokolwiek to 

pomoże. Są już po pracy.

- Będziesz jeszcze dzisiaj przesłuchiwała Forte'a.

- Tak.
- Proszę o pozwolenie na uczestniczenie w przesłuchaniu.

background image

-   Odmawiam   -   krótko   odpowiedziała   Eve,   wjeżdżając   do 

garaży komendy. - Jesteś wolna. - Wysiadła z samochodu i odeszła.

Dochodziła  już  północ,   kiedy  wymęczona   potworną  migreną 

wróciła wreszcie do domu. Panowała w nim kompletna cisza. Eve 
nie zdziwiła się, widząc, że Roarke siedzi jeszcze w sypialni przy 

wideofonie. Zerknęła na monitor, na którym widniała twarz młodego 
i przedsiębiorczego inżyniera zajmującego się Olympus Resort.

Przypomniała sobie ostatnie dni swojego miesiąca miodowego. 

Wtedy też dopadła ją śmierć. Normalka, pomyślała, pochylając się 

nad umywalką i skrapiając twarz zimną wodą. Śmierć pójdzie za nią 
wszędzie.

Wytarła twarz, potem przeszła do sypialni i usiadła na krześle, 

żeby zdjąć buty. Kiedy upadły na podłogę, poczuła, że nie ma już 

sił, by ściągnąć resztę ubrania. Przeczołgała się na łóżko i położyła 
na nim twarzą do dołu.

Roarke, słuchając relacji pracownika, nie odrywał wzroku od 

żony.   Wiedział,   co   oznaczają   jej   blada   twarz,   podkrążone   oczy   i 

powolne ruchy. Znowu pracowała do granic wytrzymałości, zawsze 
go to fascynowało, ale też irytowało.

- Oddzwonię jutro - powiedział i nagle przerwał rozmowę. - 

Paskudna sprawa, co, pani porucznik?

Nie poruszyła się, kiedy pochylił się nad nią i zaczął masować 

kark.

-   Widziałam  gorsze  zbrodnie   -   mruknęła.  -   Tylko   nie   mogę 

sobie przypomnieć kiedy.

background image

- Wszystkie media mówiły o zamordowaniu Louisa Trivane'a.
- Cholerne sępy.

Roarke zdjął z niej kaburę z bronią i odłożył na bok.
- Znany prawnik zostaje poćwiartowany w prywatnym klubie. 

To dopiero sensacja. - Umiejętnie masował jej kręgosłup. - Nadine 
dzwoniła już kilkakrotnie.

-   Tak,   do   centrali   też;   Nie   mam   dla   niej   czasu.   Wyciągnął 

koszulkę ze spodni.

- Weszłaś na samą zbrodnię?
- Tak. Może gdyby ten idiotyczny android w recepcji nie... - 

Przerwała   i   pokręciła   głową.   -   Spóźniłam   się.   Zdążyła   go   już 
rozpruć. Kiedy weszłam, patroszyła go jak dziecko rozbierające jakiś 

mechanizm. Wskazała na Charlesa Forte'a jako swojego wspólnika.

- O tym też mówili w mediach.

-   Naturalnie   -   westchnęła.   -   Nie   da   się   uciąć   wszystkich 

przecieków.

- Przymknęłaś go?
-   Przesłuchujemy   go.   Ja   go   przesłuchuję.   Wszystkiemu 

zaprzecza. Znalazłam w jego mieszkaniu niepodważalny dowód, a 
on i tak zaprzecza.

Zaprzecza,   pomyślała,   i   wygląda   na   zszokowanego, 

zagubionego i przerażonego.

- Cholera! - Wcisnęła twarz w pościel. - Cholera!
- No, no - delikatnie pocałował ją  w czubek  głowy. - Roz-

bierzemy cię teraz i zapakujemy do łóżka.

- Nie obchodź się ze mną jak z dzieckiem.

background image

- Spróbuj mnie powstrzymać.
Poruszyła   się,   żeby   wyrwać   się   mężowi,   ale   w   ostatnim 

momencie, pod wpływem impulsu, zarzuciła mu ramiona na szyję i 
mocno się w niego wtuliła. Zaciskała oczy, jakby niczego nie chciała 

widzieć.

- Zawsze czuję twoją obecność. Nawet gdy cię przy mnie nie 

ma.

- Nie jesteśmy już samotni. Żadne z nas. - Objął ją mocniej. - 

Opowiadaj. Mam wrażenie, że leży ci na sercu coś więcej niż tylko 
morderstwo.

- Nie jestem dobrym człowiekiem - wyrzuciła z siebie, zanim 

pomyślała,   co   mówi.   -   Jestem   dobrą   policjantką,   ale   złym   czło-

wiekiem. Nie mogę sobie pozwolić na współczucie.

- To nonsens, Eve.

- To prawda. Tylko ty nie chcesz tego dostrzec. - Odsunęła się, 

żeby popatrzeć mu w twarz. - Kiedy się kogoś kocha, znosi się jego 

mniejsze wady, a dużych się nie widzi. Nie chcemy nawet pomyśleć, 
do czego zdolna jest bliska nam osoba. Udajemy więc, że wszystko 

jest w porządku.

- Do czego jesteś zdolna, a ja tego nie widzę?

-   Przemieliłam   Forte'a.   Nie   fizycznie   -   ciągnęła,   odsuwając 

włosy z twarzy. - To zbyt proste i czyste. Rozdarłam go na części 

emocjonalnie.   Chciałam   tego.   Chciałam,   żeby   wyznał,   co   zrobił, 
żebym   mogła   zakończyć   sprawę.   A   kiedy   Peabody   odważyła   się 

powiedzieć mi, że nie podoba jej się mój sposób przesłuchiwania, 
nakrzyczałam   na   nią.   Kazałam   jej   iść   do   domu,   żebym   mogła 

background image

spokojnie znowu przesłuchać Forte'a i znowu go powalić. Roarke 
przez chwilę milczał, potem wstał i zaciągnął zasłony.

-   Pozwól,   że   streszczę   twoją   opowieść.   Przyłapałaś   dzisiaj 

mordercę na gorącym uczynku i zabrałaś go do aresztu. Morderca 

wyznał,   że   jego   wspólnikiem   jest   Charles   Forte,   że   dokonali   już 
razem kilku zabójstw. Niedawno znalazłaś pokiereszowane ciało za 

murem własnego domu.

- Nie wolno mi podchodzić do sprawy osobiście.

- Proszę mi wybaczyć, pani porucznik, ale gada pani bzdury. 

Dalej - zbliżył się i zaczął rozpinać jej bluzkę - wezwałaś Charlesa 

Forte'a   na   przesłuchanie.   Człowieka,   którego   masz   podstawy 
podejrzewać   o   dokonanie   kilku   przerażających   zbrodni.   Byłaś 

twarda,   co   twoja   podopieczna,   którą   sama   szkoliłaś   i   która   jest 
kompetentną policjantką, ale ma o wiele mniejsze doświadczenie od 

ciebie, pozwoliła sobie skrytykować. Peabody nie widziała, jak tamta 
kobieta   patroszy   Trivane'a.   Znam   szczegóły   z   wieczornych 

wiadomości. I - ciągnął, nie dając jej dojść do słowa - skarciłaś 
podopieczną za krytykowanie twojej pracy, po czym odesłałaś ją do 

domu, żeby móc dalej spokojnie prowadzić przesłuchanie. Czy tak 
mniej więcej było?

Eve ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w czubek jego 

głowy, kiedy się pochylił, by ściągnąć z niej spodnie.

- Przedstawiłeś wszystko w biało - czarnych barwach. A to nie 

tak.

- Nigdy tak nie jest. - Pchnął ją delikatnie na łóżko. - Powiem 

ci, co ta sytuacja mówi mi o tobie, Eve. Dowodzi, że jesteś dobrą i 

background image

oddaną policjantką. A także bardzo ludzką. - Rozebrał się i wsunął 
do łóżka obok niej. - I z tego powodu najlepiej się stanie, jeśli się z 

tobą rozwiodę. - Przyciągnął ją do siebie. - Oczywiście, do tej pory 
byłem ślepy i nie widziałem twoich okropnych cech charakteru.

- Robisz ze mnie idiotkę.
- I dobrze. Taki miałem zamiar. - Pocałował jej skroń i nakazał 

wygaszenie świateł. - A teraz śpij.

Odwróciła do niego głowę, żeby zasypiając, czuć zapach jego 

skóry.

- Chyba się nie zgodzę na ten rozwód - powiedziała z wes-

tchnieniem.

- Nie?

- Uhu. Nie ma mowy, żebym zrezygnowała z prawdziwej kawy.

Eve dotarła do pracy o ósmej rano. Przedtem zdążyła jeszcze 

zajrzeć do laboratorium, żeby popędzić laborantów. Kiedy wchodziła 

do swojego biura, wideofon już dzwonił.

Przy biurku na baczność stała Peabody.

- Wcześnie przyszłaś. - Eve podeszła do wideofonu i włączyła 

odtwarzanie   wiadomości.   -   Rozpoczynasz   pracę   dopiero   za   pół 

godziny.

- Chciałam porozmawiać z panią przed służbą, pani porucznik.

-   W   porządku.   -   Wyłączyła   automatyczną   sekretarkę   i   od-

wróciła się do podopiecznej.

Ta patrzyła jej prosto w oczy. Wyglądała tak, jakby nie jadła i 

nie spała przez całą dobę. Spotykało ją to zawsze, kiedy zrywała z 

background image

którymś ze swoich partnerów. Jednak to, co teraz przeżywała, było 
sto razy gorsze od rozstania z ukochanym mężczyzną.

- Chciałabym złożyć formalne przeprosiny, pani porucznik, za 

moje zachowanie po przesłuchaniu Forte'a. To była niesubordyna-

cja. Nie miałam prawa podważać metod pani pracy. Mam nadzieję, 
że mój brak zrozumienia sytuacji nie każe pani wyłączyć mnie ze 

sprawy ani przenieść z wydziału.

Eve usiadła w krześle, które zaskrzypiało przeraźliwie, doma-

gając się natychmiastowego naoliwienia.

- Czy to wszystko, posterunkowa Peabody?

- Tak, ale oprócz tego...
- Jeśli to wszystko, co chciałaś powiedzieć, to proponuję, żebyś 

najpierw wypluła z siebie ten sztywny kołek. Nie jesteś na służbie i 
nie rozmawiamy oficjalnie.

Ramiona   Peabody   lekko   opadły,   jednak   nie   dlatego,   że   jej 

ulżyło, a raczej ponieważ poczuła się jeszcze bardziej przegrana.

-   Przepraszam.   Kiedy   zobaczyłam,   jak   Forte   się   załamał, 

zrobiło   mi   się   go   żal.   Nie   umiałam   zachować   obiektywizmu.   Nie 

wierzyłam... nie chciałam uwierzyć - poprawiła się - że jest winny. 
To mnie zmyliło.

- Obiektywizm jest podstawowym wymogiem w naszym fachu. 

I najczęściej, choć rzadko kto z nas to przyznaje, jest niemożliwy do 

osiągnięcia. Ja także nie byłam do końca obiektywna i dlatego z 
przesadą zareagowałam na twoją krytykę. Przepraszam cię za to.

Peabody ogarnęło zdziwienie i ulga.
- Nie wyrzuci mnie pani?

background image

- Zainwestowałam w ciebie. - Uznając, że rozmowa powinna 

się na tym zakończyć, odwróciła się do wideofonu.

Za   jej   plecami   Peabody   zacisnęła   oczy,   wyprostowała   się   i 

głośno przełknęła ślinę.

- Czy to znaczy, że jesteśmy kwita?
Eve rzuciła krótkie spojrzenie na uśmiechniętą, pełną nadziei 

twarz podopiecznej.

-   Dlaczego   nie   mam   jeszcze   kawy?   -   Włączyła   odtwarzanie 

wiadomości. Była już pierwsza po południu, gdy Peabody postawiła 
na stole parujący kubek.

- No, Dallas. Nie bądź taka. Mogę się zgłosić do ciebie o każdej 

porze,   w   nocy   lub   w   dzień.   Oddzwoń   do   mnie,   do   cholery. 

Potrzebuję tylko kilka szczegółów.

- Nie masz o czym marzyć, Nadine - mruknęła Eve i przeszła 

do   następnych   wiadomości.   Większość   pochodziła   od   zdespero-
wanych dziennikarzy.

Był   tam   też   komunikat   na   temat   raportu   z   autopsji.   Eve 

przeniosła   go   do   komputera   i   kazała   wydrukować.   Ostatnia 

wiadomość przyszła z laboratorium. Potwierdzali, że krew na szacie 
należała do Wineburga.

- Nie jest to dla mnie jasne - cicho powiedziała Peabody. - 

Dlaczego nie jest? Wszystko niby się zgadza. - Uniosła ramiona, a 

potem je opuściła.

-   Oskarżymy   Forte'a   i   zamkniemy.   -   Eve   pocierała   palcem 

czoło. - Najpierw za zabicie Wineburga. Wstrzymamy się z oskar-
żeniem o współudział w zamordowaniu Trivane'a, dopóki Mira nie 

background image

przebada Mirium. Potem znowu przesłuchamy Forte'a. Zobaczymy, 
co jeszcze ma na sumieniu.

- Ale dlaczego Alice? - zapytała Peabody. - Dlaczego Frank?
- Ich zabił ktoś inny.

- Ktoś inny? Uważasz, że to dzieło Seliny?
- Jestem pewna, ale mamy długą drogę przed sobą, żeby jej to 

udowodnić.

Cały   dzień   poświęciła   na   wertowanie   i   pisanie  raportów.   W 

południe,   kiedy   stanęła   twarzą   w   twarz   z   Charlesem,   miała   już 

opracowaną nową strategię przesłuchania.

Przyglądała   się   wybranej   przez   zatrzymanego   adwokatce, 

młodej kobiecie o smutnych oczach. Nawet nie westchnęła, kiedy 
rozpoznała w niej jedną z uczestniczek ceremonii inicjacyjnej.

Prawniczka i na dodatek wiedźma, dumała.
- Pański adwokat, panie Forte?

- Tak. - Twarz mężczyzny była ciemnoszara ze zmęczenia. - 

Leila zgodziła się mi pomóc.

- Wspaniale. Jest pan oskarżony o morderstwo, panie Forte.
-   Zgłosiłam   prośbę   o   rozprawę   w   sprawie   wypuszczenia 

mojego   klienta   za   kaucją   -   zaczęła   Leila,  podsuwając   Eve  jakieś 
dokumenty. - Ustalono, że odbędzie się o czternastej.

-   Nie   otrzyma   pani   zezwolenia.   -   Eve   przekazała   papiery 

Peabody. - I nie odwleczecie w ten sposób niczego.

- Nawet nie znałem człowieka, który został zabity - odezwał się 

drżącym   głosem   Forte.   Nabrał   powietrza   i   położył   dłoń   na   dłoni 

background image

Leili, jakby szukając u niej wsparcia. - Nigdy w życiu nikogo nie 
skrzywdziłem. To wbrew wszystkiemu, w co wierzę i kim się stałem. 

Powiedziałem już, że niczego przed panią nie ukrywałem, wierząc, 
że pani mnie zrozumie.

- Czy ma pan długą czarną szatę z naturalnego jedwabiu?
- Posiadam wiele takich szat, ale żadna nie jest czarna.

Eve   podniosła   rękę,   czekając,   aż   Peabody   położy   na   stole 

zapieczętowany w torbie dowód rzeczowy.

- A więc nie rozpoznaje pan tej?
- Nie należy do mnie. - Wyglądał tak, jakby się nieco rozluźnił. 

- To nie moje.

-   Nie?   A   jednak   została   znaleziona   w   szafie   w   mieszkaniu, 

które dzieli pan z Isis. Była wepchnięta w wyraźnym pośpiechu pod 
stertę   innych   ubrań.   Jest   na   niej   krew,   panie   Forte.   Krew 

Wineburga.

- Nie - na chwilę zaniemówił. - To niemożliwe.

- To fakt. Pański adwokat może przeczytać raport z laborato-

rium. Zastanawiam się, czy Isis ją rozpozna. Może... zobaczywszy ją 

odświeży sobie pamięć.

-   Ona   nie   ma   z   tym   nic   wspólnego.   Nic.   -   Widać   było,   że 

ogarnęła go panika. - Nie możecie podejrzewać jej o...

- O co? - Eve przekrzywiła na bok głowę. - O współudział? 

Mieszka z panem, pracuje, sypia. Nawet jeśli tylko pana ochrania, 
jest winna.

-   Nie   macie   prawa   jej   w   to   wciągać.   Nie   może   przez   to 

przechodzić. - Pochylił się do przodu, kładąc drżące dłonie na stole. 

background image

- Zostawcie ją w spokoju. Jeśli mi to przyrzekniecie, powiem wam 
wszystko, co tylko będziecie chcieli.

- Chas. - Leila wstała i złapała go silnie za ramię. - Usiądź i 

milcz.   Mój   klient   nie   ma   już   nic   więcej   do   powiedzenia,   pani 

porucznik. Muszę z nim porozmawiać na osobności.

Eve   zmierzyła   ją   wzrokiem.   Kobieta   nie   wyglądała   już   tak 

młodo ani smutno, wręcz przeciwnie była chłodna i stanowcza.

- Nie dojdzie do ugody, pani mecenas, nie w tej sprawie. - 

Wstała,   dając   znak   Peabody.   -   Jednak   gdyby   pani   klient   do 
wszystkiego   się   przyznał,   może   dostałby   nakaz   umieszczenia   w 

zakładzie   psychiatrycznym,   a   nie   w   celi   śmierci.   Proszę   to 
przemyśleć.

Kiedy tylko znalazła się poza pokojem przesłuchań, zaklęła pod 

nosem.

- Ta Leila każe mu teraz milczeć. A on zrobi wszystko, co ona 

powie, bo jest wystraszony. - Zaczęła krążyć po korytarzu. - Muszę 

zadzwonić do Miry. Pewnie skończyła już badanie. Ty skontaktuj się 
z prokuraturą. Potrzebujemy tu kogoś od nich. Może kiedy prawnicy 

pogadają ze sobą, Forte się otworzy.

- Załamał się, kiedy  usłyszał o Isis. - Peabody  zerknęła  na 

drzwi do sali przesłuchań. - On ją naprawdę kocha.

- Istnieją różne rodzaje miłości.

- Nie rozumiem, dlaczego sypiał z Mirium.
- Istnieją też różne rodzaje seksu. Niektóre to czysta manipula-

cja. - Weszła do swojego biura, żeby zadzwonić do Miry.

background image

20

Osobowość   niespójna,   ze   skłonnościami   do   uzależnień,  

socjopatyczna i łatwo poddająca się wpływom.

Eve odrzuciła na bok raport Miry. Nie potrzebowała psychiatry, 

żeby   stwierdzić,   że   Mirium   jest   pozbawioną   sumienia   wariatką, 
obsesyjnie   zainteresowaną   okultyzmem,   o   niskim   poziomie 

inteligencji, za to wysokim - agresywności.

Rekomendacje Miry, by poddać pacjentkę dalszym badaniom i 

leczeniu, być może są słuszne, ale niczego nie zmieniają. Mirium z 
zimną  krwią  wypatroszyła  człowieka,  a mimo  to  ma  resztę życia 

spędzić w spokoju i ciszy sal szpitala psychiatrycznego?

Test   na   prawdomówność   także   nie   przyniósł   rewelacji. 

Wynikało z niego, że Mirium nie kłamie i że to, co widziała, zdarzyło 
się w rzeczywistości. Choć wykryto też u niej luki w pamięci.

Nic   dziwnego   skoro   po   badaniu   na   obecność   narkotyków 

okazało   się,   że   dziewczyna   miała   w   sobie   ponad   pół   tuzina 

zakazanych substancji.

-   Pani   porucznik?   -   Do   pokoju   weszła   Peabody.   -   Właśnie 

zaczepił mnie Schultz z prokuratury.

- No i co, dogadali się?

-   Nie   bardzo.   Adwokatka   Forte'a   upiera   się   przy   teście   na 

prawdomówność, ale sam Forte się na niego nie zgadza. Schultz 

sądzi, że prawniczka gra na zwłokę. Domaga się czterdziestu ośmiu 
godzin   na   przejrzenie   raportów   i   dowodów.   Forte   zostanie   w 

areszcie, ponieważ nie uzyskał pozwolenia na wyjście warunkowe. 

background image

Schultz uważa, że Forte jest na pograniczu złamania się, ale jego 
adwokatka krótko go trzyma.

- Schultz ci to wszystko powiedział?
- Tak, chyba mu się nudziło. Jest świeżo po rozwodzie.

- O - Eve uniosła brew. - I podobają mu się kobiety w mun-

durach.

-   Powiedziałabym   raczej,   że   podoba   mu   się   wszystko,   co 

posiada biust. Tak czy inaczej, stwierdził, że dzisiaj już nic więcej 

nie wskóra. Odłożył rozmowy do rana i wyszedł.

- W porządku. Będą mieli czas na przemyślenia, a my poje-

dziemy do mieszkania Isis. Spróbujemy nią trochę potrząsnąć.

-   Dobrze   się   składa,   że   mamy   wolny   wieczór   -   zaczęła 

Peabody, idąc za Eve. - Zrelaksujesz się na przyjęciu.

- Na przyjęciu? - Eve zatrzymała się. - Ach, u Mavis. To dzisiaj? 

Do diabła, zapomniałam.

-   Ja   się   bardzo   cieszę  na   dzisiejsze  przyjęcie   -   oświadczyła 

Peabody. - Ten tydzień był gówniany.

- Halloween to święto dla dzieciaków, żeby się mogły opychać 

niezdrowym jedzeniem. Dorośli ludzie w śmiesznych kostiumach to 
zawstydzający widok.

- Przebieranie się na Halloween to stara i szacowna tradycja 

mająca swoje korzenie w pradawnych wierzeniach.

- Tylko nie zaczynaj mi z tymi religijnymi wywodami - ostrzegła 

Eve,   spoglądając   podejrzliwie   na   podopieczną.   -   Chyba   nie 

zamierzasz się przebrać?

- A jak inaczej dostanę swoją porcję słodyczy?

background image

W sklepie i w mieszkaniu było ciemno. Nikt nie odpowiadał na 

pukanie do drzwi. Eve spojrzała na zegarek.

- Poczekam tu przez jakiś czas. Chcę jeszcze dzisiaj złapać Isis.
- Prawdopodobnie jest na jakimś sabacie czarownic.

-   Nie   sądzę,   żeby   w   tych   okolicznościach   miała   ochotę   na 

tańce nago. Ja zostaję, a ty musisz złapać stąd jakiś transport.

- Mogę też zaczekać.
-   Nie   ma   potrzeby.   Jeśli   Isis   nie   pokaże   się   w   ciągu   kilku 

godzin, pojadę prosto do Mavis.

- Ubrana tak jak teraz? - Peabody przemknęła wzrokiem po 

wytartych   dżinsach,   zniszczonych   botkach   i   skórzanej   kurtce 
przełożonej.   -   Nie   masz   ochoty   ubrać   się   w   coś   bardziej... 

wystrzałowego?

- Nie, spotkamy się u Mavis. - Eve wskoczyła do samochodu i 

opuściła szybę okna. - A ty co wkładasz?

- To niespodzianka - odpowiedziała z tajemniczym uśmiesz-

kiem i odeszła.

- Zawstydzające - burknęła Eve i rozsiadła się wygodnie, po 

czym włączyła wideofon. Połączyła się z biurem Roarke'a w mieście.

- Zdążyłaś mnie złapać - przywitał się, dostrzegając w rogu 

ekranu   rąbek   kierownicy.   -   Oczywiście   nie   jesteś   w   domu   i   nie 
stroisz się na przyjęcie.

-   Oczywiście,   że   nie.   Muszę   tu   poczekać   kilka   godzin,   więc 

spotkamy się na miejscu. Może wymkniemy się wcześniej.

- Widzę, że jesteś bardzo podniecona na myśl o ekscytującym 

wieczorze.

background image

- Halloween. - Zerknęła przez okno na przechodzącego przez 

ulicę upiora w towarzystwie różowego królika. - Po prostu tego nie 

łapię.

- Kochanie, dla niektórych to tylko okazja do wygłupiania się, 

dla   innych   bardzo   poważne   święto.   Samhain,   początek   celtyckiej 
zimy.   Przejście   od   starego   roku   do   narodzin   nowego.   Tej   nocy 

rozgraniczająca je zasłona tajemnicy jest bardzo cienka.

- Chłopie. - Wzdrygnęła się z kpiną. - Teraz dopiero się boję.

- My ten wieczór wykorzystamy na zabawę. Nie masz ochoty 

na upicie się, a potem na dziki seks?

- Tak - zazgrzytała zębami. - To brzmi bardzo interesująco.
- Możemy zacząć już teraz. Trochę seksu przez telefon.

- To zabronione. Jesteśmy na linii służbowej. Ktoś może mnie 

podsłuchiwać.

- W takim razie nawet nie wspomnę o tym, jak bardzo pragnę 

cię dotykać. Jak pożądam twoich ust. Jakie to wspaniałe uczucie 

mieć   cię   pod   sobą   być   w   tobie,   gdy   ty   się   wyginasz,   łapiąc 
powietrze i zaciskając ręce na moich włosach.

- Lepiej nie wspominaj - zgodziła się, czując w lędźwiach miłe 

ciepło.   -   Zobaczymy   się   za   kilka   godzin   u   Mavis.   Urwiemy   się 

wcześniej do domu i wtedy dokończysz opowieść.

- Eve?

- Tak?
-   Ubóstwiam   cię.   -   Wyłączył   się,   posyłając   jej   wcześniej 

jedwabisty, zadowolony uśmiech.

Odetchnęła głośno.

background image

- Kiedy ja się do tego przyzwyczaję? - zapytała samą siebie na 

głos.

Zanim poznała Roarke'a, uważała seks za czynność potrzebną i 

przynoszącą względną przyjemność. Roarke sprawił, że obudziła się 

w niej namiętność. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, by rozbudzić 
w   niej   podniecenie.   Jeszcze   większą   władzę   posiadał   nad   jej 

sercem. Cieszyła się z tego, ale też trochę obawiała.

Nigdy nie rozumiała potęgi miłości.

Marszcząc   czoło,   spojrzała   w   stronę   sklepu.   Czy   nie   miłość 

właśnie widziała w tamtym mieszkaniu? Miłość i siłę? Isis jest silną 

kobietą. Czy miłość mogła ją tak całkowicie zaślepić?

Wprost nie do pomyślenia, ale wszystko wskazywało na to, że 

tak się stało. Sama jest żoną człowieka, który nie zawsze działał 
zgodnie   z   prawem.   Można   powiedzieć,   że   następował   na   prawo 

twardą stopą.

Wiedziała,   że   kradł,   oszukiwał,   manipulował   prawdą. 

Wiedziała, że zabijał. Osierocone dziecko ulic Dublina nie cofało się 
przed niczym, by przetrwać. Potem, gdy dorósł, zamarzyło mu się 

dostatnie życie. Nie mogła tak do końca winić go za to.

Jak   by   się   zachowała,   gdyby   dzisiaj   użył   swojej   władzy   i 

pozycji,   żeby   zabić?   Czy   przestałaby   go   kochać?   Nie   umiała 
odpowiedzieć   na   to   pytanie   teraz,   ale   była   przekonana,   że   we 

właściwym momencie znalazłaby słuszną odpowiedź. Zasady, jakimi 
kierowała   się   w   życiu,   nie   pozwoliłyby   jej   przymknąć   oczu   na 

morderstwo.

background image

Może reguły rządzące życiem Isis nie są aż tak niewzruszone? 

Eve   nie   potrafiła   tego   ocenić.   Forte   prawie   przyznał   się   do 

popełnienia   zabójstw.   Złamał   się,   kiedy   zobaczył   pokrwawioną 
szatę.   Nie,   złamał   się   w   chwili,   gdy   rozmowa   zeszła   na   Isis. 

Ochraniał ją. Chciał się dla niej poświęcić.

Pod   wpływem   nagłej   myśli   Eve   wysiadła   z   samochodu   i 

przeszła przez ulicę.

Kręciło   się   po   niej   wielu   przebranych   w   kostiumy 

przechodniów.   Grupa   nastolatków   z   krzykiem,   który   obudziłby 
zmarłego,   przebiegła   tuż   obok   Eve.   Nikt   nie   zwracał   uwagi   na 

samotną kobietę w skórzanej kurtce, wspinającą się po schodach 
prowadzących do ciemnego mieszkania.

Przystanęła na chwilę przed drzwiami i przyjrzała się ulicy i 

sąsiednim budynkom. Uznała, że ludzie w tej okolicy wolą zajmować 

się swoimi sprawami i nawet, gdy widzą coś szczególnego, wolą 
odwrócić głowę.

Chcąc   się   przekonać,   czy   jej   przypuszczenia   są   prawdziwe, 

pchnęła   drzwi.   Były   zamknięte,   więc   sięgnęła   do   kieszeni   po 

wzorcowy klucz. Użyła go i czekała, aż odezwie się alarm.

Cisza.

Mieszkanie nie miało żadnych zabezpieczeń. Pohamowała chęć 

wejścia do środka. Przeciętny obywatel nie ma dojścia do klucza 

wzorcowego,   ale   istnieją   inne   sposoby   wyłamywania   zamków. 
Poprzedniego dnia mieszkanie też stało puste. Isis i Forte byli na 

komendzie.   Ktoś   z   łatwością   mógł   włamać   się   do   mieszkania   i 
podrzucić zakrwawioną szatę.

background image

Zamknęła drzwi, sprzeczając się w myśli sama ze sobą. Mirium 

wskazała  na  Forte'a. Mówiła  o nim, siedząc okrakiem na  wypat-

roszonych zwłokach.

Socjopatyczna osobowość, łatwo poddająca się wpływom.

Do diabła! Eve zbiegła schodami do samochodu. To prawda, 

że   posiada   niezaprzeczalne   dowody.   Jest   też   motyw.   Sytuacja 

niemal jak z podręcznika. Jest nawet wspólniczka w areszcie.

Wspólniczka,   z   którą   Forte   podobno   sypiał,   a   potem   na 

dodatek   wprowadził   do   zgromadzenia   tuż   pod   nosem   oficjalnej 
kochanki.

Wszystko do siebie pasuje. I w tym cały problem. Wszystko 

wskakuje na miejsce, jakby ktoś naoliwił części układanki. Należało 

jedynie   pozostawić   na   boku   kwestię   miłości   -   miłości 
bezwarunkowej, pełnej oddania i nie zadającej pytań. Inaczej cała 

teoria się rozpadała, krzyczała w proteście.

Eve postanowiła sprawdzić, czy przypadkiem nie padła ofiarą 

ukartowanej   i   z   góry   zaplanowanej   sytuacji.   Pomyślała   o   za-
dzwonieniu do Peabody i już sięgała do wideofonu, kiedy usłyszała 

krzyk. Chwytając za broń wyskoczyła z samochodu. Zobaczyła jakąś 
postać w czarnej szacie ciągnącą za sobą kobietę.

- Policja. Odsunąć się - rozkazała.
Czarno odziany osobnik uczynił więcej, niż kazała. Uciekł. Eve 

dobiegła do kobiety leżącej twarzą do chodnika. Schowała broń i 
pochyliła się nad jęczącą ofiarą.

background image

- Czy coś się pani stało? - Przekręcając kobietę, dostrzegła 

błysk   ostrza.   Nóż   wycelowany   był   w   jej   brzuch.   Dopiero   teraz 

spojrzała w twarz nieznajomej. To była Selina.

- Wystarczy, że pchnę. Tylko trochę - ostrzegła z uśmiechem. - 

Zrobię to z przyjemnością. Ale na razie... - Chwyciła Eve za gardło i 
w tej chwili ta poczuła lekkie ukłucie. Wzrok jej się zamglił.

- A teraz pomożesz mi dojść do samochodu, a przynajmniej 

ma   to  tak   wyglądać   dla   przechodniów.   -   Nadal  się  uśmiechając, 

objęła Eve ramieniem. - Jeśli nie będziesz robiła dokładnie tego, co 
ci mówię, twoje flaki wypadną na chodnik, nim się spostrzeżesz, że 

nie żyjesz. Eve czuła, że ma miękkie nogi, a głowa jej faluje.

- Wsiadaj - rozkazała Selina.

Posłusznie wykonywała polecenia, choć gdzieś w środku siebie 

słyszała okrzyki protestu.

-   Nie   jesteś   już   taka   sprytna,   co,   Dallas?   Ani   taka   twarda. 

Podeszliśmy   cię,   tak   jak   chcieliśmy,   głupia   dziwko.   Jak   się   to 

ustawia na automatycznego pilota?

- Ja... - Nie mogła myśleć. Do otępiałego umysłu nie przedo-

stawały się ani strach, ani gniew, ani doświadczenie lat treningu. 
Popatrzyła błędnym wzrokiem na kontrolkę. - Auto?

To wystarczyło. Samochód zadrżał, rozległ się szum silnika.
-  Nie  nadajesz  się  do  prowadzenia  -  Selina   odrzuciła   w  tył 

głowę   i   wybuchła   śmiechem.   -   Podaj   adres   mojego   mieszkania. 
Przygotowaliśmy dla ciebie specjalną ceremonię.

Eve   mechanicznie   wypowiedziała   nazwę   ulicy,   patrząc   tępo 

przed siebie, kiedy samochód ruszał z miejsca.

background image

- To nie Forte - z trudem wydobyła z siebie. - To nie on.
-   Ta   patetyczna   wymówka   mężczyzny?   Nie   potrafiłby   zabić 

muchy, nawet gdyby usiadła mu na fiucie. Jeśli w ogóle go ma. Ale 
on   i ta   jego  dzikuska   zapłacą  nam.  Dopilnowałaś  tego,  prawda? 

Myśleli, że mogą uratować biedną małą Alice. Tak samo uważał ten 
jej głupi dziadek. Widzisz, dokąd go to zaprowadziło. Każdy, kto 

staje na mojej drodze, musi umrzeć. Już wkrótce się przekonasz, 
jaką posiadam moc. Będziesz błagała, żebym cię zabiła i zakończyła 

twoje cierpienie.

- To ty zabiłaś ich wszystkich.

- Każdego po kolei. - Selina przybliżyła się. - Było ich więcej. 

Dużo więcej. Najbardziej lubię dzieci. Są takie... świeże. Z dziadkiem 

też   nie   miałam   kłopotu.   Wykorzystałam   jego   słabość   do   kobiet. 
Płakałam i skarżyłam się, że boję się o swoje życie, że Alban mnie 

zabije.   Potem   wsypałam   mu   do   drinka   narkotyki.   To   go   zabiło. 
Chciałam krwi, ale cóż, musiałam zadowolić się widokiem jego oczu, 

kiedy   zrozumiał,   że   umiera.   Ty   wiesz,   Dallas,   że   oczy   umierają 
pierwsze, prawda?

- Tak. - Mgła w jej umyśle zaczynała powoli rzednąć. Czuła 

łaskotanie powracających do życia kończyn. - Tak, to prawda.

- A Alice. W sumie to żałowałam, kiedy się okazało, że musimy 

z   nią   skończyć.   Torturowanie   jej   dzień   po   dniu   było   takie 

podniecające. Jak ona skakała na widok kota albo ptaka. Roboty. 
Łatwo je programować. Tamtej nocy wykorzystaliśmy kota, który 

mówił do niej moim głosem. Czekaliśmy na nią, mieliśmy co do niej 

background image

swoje plany, ale wybiegła na ulicę i się zabiła. Tak więc zrobimy z 
tobą to, co planowaliśmy zrobić z nią. No, jesteśmy na miejscu.

Eve spróbowała zacisnąć dłoń w pięść. Udało się. Natychmiast 

posłała Selinie mocny cios. W tej samej chwili ktoś otworzył drzwi 

samochodu i złapał ją za gardło.

Straciła przytomność.

- Powinna już tu być. - Choć mieszkanie pełne było gości i 

hałaśliwej   muzyki,   Mavis   z   niezadowoleniem   wydymała   usta.   - 
Przyrzekła.

-   Zaraz   przyjedzie.   -   Roarke   usunął   się   z   drogi   czerwono 

odzianemu człowiekowi z głową byka, który szaleńczo wykrzykiwał 

toro, toro. 

Obok w piruetach przemknął anioł bez głowy.

-   Tak   bardzo   chciałam,   żeby   zobaczyła,   jak   dzięki   mnie   i 

Leonardowi   zmieniło   się   to   miejsce.   -   Mavis   z   dumą   obrzuciła 
wzrokiem pokój. - Nie pozna swoich starych śmieci.

Roarke   popatrzył   na   ściany   upstrzone   plamami   i   smugami 

rażących   oczy   kolorów.   Zamiast   mebli  w   mieszkaniu   leżały   stosy 

poduszek oraz szklane tuby, służące za stoliki. Wokół nich tańczyli 
ludzie poprzebierani za kościotrupy, wiedźmy i czarne koty.

- Nie pozna - zgodził się z przekonaniem. - Dokonałaś tu... 

cudu.

-   Uwielbiamy   je.   I   mamy   najwspanialszego   gospodarza   na 

świecie. - Ucałowała go entuzjastycznie.

Uśmiechnął się, zastanawiając się w duchu, czy zostawiła mu 

na twarzy fioletowy znak po szmince.

background image

- A wy jesteście moimi ulubionymi lokatorami.
- Czy mógłbyś się z nią porozumieć, Roarke? - Pociągnęła go 

za rękaw. - Troszkę ją pospiesz.

- Oczywiście, idź do gości i o nic się nie martw. Sprowadzę ją 

tu.

- Dzięki.  -  Odpłynęła  na  lśniących  pantoflach  o  czerwonych 

wysokich obcasach.

Roarke okręcił się dokoła, szukając jakiegoś miejsca, w którym 

mógłby   spokojnie   uzyskać   połączenie.   Nagle   zamrugał,   jakby 
zobaczył zjawę.

- Peabody?
Starannie wymalowana twarz dziewczyny posmutniała.

- Rozpoznałeś mnie?
- Z trudem. - Podszedł bliżej, żeby lepiej się przyjrzeć. Jasne 

włosy   policjantki  spływały  luźno   na   gołe   ramiona.   Piersi  okrywał 
skąpy staniczek. Jej ciało od pasa w dół zasłaniała połyskująca i 

szeleszcząca zielona tkanina.

- Jesteś piękną nimfą.

- Dzięki. - Rozchmurzyła się. - Włożenie tego kostiumu zajęło 

mi całe wieki.

- Jak ty w tym możesz chodzić?
- Mam wycięcie na nogi, ale jest zakryte ogonem. - Okręciła 

się. - Nie widzę Dallas? - Rozejrzała się po pokoju. - Chciałam, żeby 
mnie zobaczyła. Dopiero się uśmieje.

- Jeszcze nie przyszła.

background image

- Nie? - Nie miała zegarka, więc spojrzała na zegarek Roarke'a. 

- Jest już prawie dziesiąta. Mówiła, że będzie czekać na Isis tylko 

kilka godzin, a potem miała się tu zjawić.

- Właśnie zamierzałem nawiązać z nią kontakt.

- Dobry pomysł - uznała, próbując zignorować ukłucie niepo-

koju. - Jak ją znam, zrobi wszystko, żeby przyjść jak najpóźniej. 

Nienawidzi takich okazji.

- Zapewne masz rację - zgodził się, choć pomyślał, że Eve 

wołałaby się nie spóźniać ze względu na Mavis, no i na niego.

Najpierw wystukał numer wideofonu w samochodzie żony, ale 

nie odpowiadał. Potem spróbował połączyć się z jej wideokomem. 
Wyglądało na to, że nie jest wyłączony, ale także nie odpowiadał.

- Coś mi tu nie gra - poinformował Peabody, podchodząc do 

niej. - Nie odbiera.

- Wezmę torebkę i spróbuję połączyć się z nią.
- Już próbowałem - odrzekł krótko. - Nie podnosi go. Miała 

stać przed „Mocą Ducha”?

- Tak. Chciała porozmawiać z Isis. Pomóż mi pozbyć się tego 

kostiumu. Pojedziemy sprawdzić.

- Nie mogę na ciebie czekać. - Ruszył przed siebie, przepy-

chając się przez tłum, a Peabody, walcząc z kostiumem, szukała 
wzrokiem Feeneya.

Ocknęła się, czując, że jest cała spocona i oszołomiona. Miała 

wrażenie, że śni. W głowie jej wirowało, a kiedy chciała podnieść 
rękę, stwierdziła, że nie może się poruszyć.

background image

Najpierw ogarnęła ją panika. Ma związane ręce. Ojciec często 

ją związywał, kiedy była dzieckiem. Przywiązywał do łóżka, a potem 

zasłaniał jej usta dłonią żeby nie było słychać krzyków, kiedy ją 
gwałcił.

Pociągnęła rękę i poczuła ból. Lina wrzynała się w nadgarstki. 

Poruszyła stopami. Też były związane. Spróbowała unieść głowę, 

chcąc   się   rozejrzeć.   W   pokoju   panował   półmrok   przecinany 
migoczącymi   światełkami   wielu   świec.   Widziała   swoje   odbicie   w 

ścianie z ciemnego szkła.

Nie jest dzieckiem i to nie ojciec ją związał, napomniała się w 

myśli stanowczo.

Zdusiła panikę, wiedząc, że to uczucie tylko ją osłabi. Doszła 

do   wniosku,   że   została   nafaszerowana   narkotykami,   następnie 
rozebrana   i   przywiązana   do   marmurowego   postumentu   jak   jakiś 

kawałek mięsa.

Selina Cross planuje ją torturować, a potem zabić. Eve skon-

centrowała   się   na   więzach   unieruchamiających   ręce.   Szarpała   je 
systematycznie.   Jednocześnie   zastanawiała   się,   gdzie   jest.   Praw-

dopodobnie w mieszkaniu Seliny, chociaż nie pamiętała, jak się tu 
znalazła. Nie sądziła, że Selina mogłaby zaryzykować zabranie jej do 

klubu,   w   którym   ktoś   mógłby   ich   podejrzeć.   Mieszkanie   jest 
bezpieczniejsze.   To   pewnie   w   tym   pokoju   Alice   widziała 

morderstwo.

Która to godzina? Boże, jak długo była nieprzytomna? Roarke 

się wścieknie. Zagryzła mocno zęby, żeby powstrzymać przypływ 

background image

histerii. Zaczną się o nią niepokoić, zastanawiać, gdzie jest. Peabody 
powie, gdzie ją zostawiła, i tam z pewnością zaczną poszukiwania.

Tylko   co   to   da?   Zamknęła   oczy,   starając   się   uspokoić 

rozbiegane myśli. Uświadomiła sobie, że może liczyć tylko na siebie. 

A zamierzała przeżyć.

Szklana   ściana   rozsunęła   się   i   do   pokoju   weszła   Selina   w 

rozpiętej czarnej szacie.

- Ach, obudziłaś się. To się dobrze składa. Chciałam, żebyś 

była przytomna, zanim zaczniemy.

Pojawił się Alban. Miał na sobie podobną szatę i maskę dzika. 

Nic nie mówiąc, wziął grubą świecę i postawił ją między nogami 
Eve. Odsunął się, a następnie złapał nóż z rączką z kości słoniowej.

- Zaczynamy - powiedział.
Roarke otworzył drzwi samochodu i w tej samej chwili odezwał 

się jego kieszonkowy wideofon.

- Eve?

-   Tu   Jamie.   Wiem,   gdzie   ona   jest.   Porwali   ją.   Musisz   się 

spieszyć.

- Gdzie ona jest? - Wskakiwał z powrotem za kierownicę.
-   U   tej   dziwki   Cross.   Zabrali   ją   do   mieszkania.   Tak   sądzę. 

Straciłem z nią kontakt. Połączenie się urwało, kiedy wyciągnęli ją z 
samochodu.

Roarke nie czekał, tylko nacisnął pedał gazu.
- Jakie połączenie?

- Założyłem podsłuch na jej samochodzie. Chciałem wiedzieć, 

co   się   dzieje.   Słyszałem,   jak   kazała   jej   włączyć   automatycznego 

background image

pilota i podała adres jej mieszkania. Dallas była chyba naćpana albo 
coś w tym stylu, bo dziwnie mówiła. Cross opowiedziała, jak zabiła 

dziadka   i   Alice.   -   Głos   chłopaka   zagłuszył   płacz.   -   Zabiła   ich 
obydwoje. I jakieś dzieci. I Jezu...

- Gdzie jesteś?
- Stoję przed ich domem. Wchodzę.

- Nie rób tego. Do diabła, słuchaj, co mówię. Nie wchodź tam. 

Wezwij policję. Zgłoś włamanie albo pożar, cokolwiek, ale ściągnij 

gliny. Zrozumiałeś?

- Zabiła moją siostrę - Głos Jamiego stał się nagle spokojny i 

chłodny. - A ja zabiję ją.

- Nie wchodź tam - powtórzył Roarke, klnąc, bo rozmowa się 

przerwała. Zadzwonił do Mavis. W słuchawce usłyszał dziki śmiech. 
Zaklął i kazał połączyć się z Peabody.

Podjeżdżał pod dom Seliny, kiedy wreszcie się zgłosiła.
- Roarke. Jedziemy z Feeneyem prosto do „Mocy Ducha”.

- Jej tam nie ma. Porwała ją Cross. Są u niej w domu. Ja też 

tu już jestem i wchodzę.

- Jezu, nie zrób czegoś szalonego. Zawołam ekipę. Za chwilę 

będziemy.

-   W   środku   jest   też   młody   chłopak.   Lepiej   się   pospieszcie. 

Wbiegł do domu, nie pamiętając, że nie ma przy sobie żadnej broni. 

Pozostał mu tylko spryt i determinacja, żeby uwolnić Eve.

background image

Stali nad nią, śpiewając. Alban rozpalił ogień w czarnym kotle, 

z   którego   zaczął   się   unosić   gęsty   i   słodkawy   dym.   Selina   zdjęła 

szatę i nacierała nagie ciało olejkiem.

-   Czy   byłaś   kiedyś   zgwałcona   przez   kobietę?   Zamierzam 

sprawić ci ból. On także. Nie zabijemy cię szybko. Zrobimy z tobą to 
samo,   co   z   Lobarem,   to   samo,   co   kazaliśmy   zrobić   Mirium   z 

Trivane'em. To będzie powolna i niewypowiedzianie bolesna śmierć.

Eve   była   już   całkowicie   przytomna.   Brutalnie   przytomna. 

Nadgarstki jej płonęły, bo nie przestawała zdzierać sznurów, które 
poprzecinały skórę do krwi.

- To w ten sposób wzywacie swoje demony? Wasza religia to 

zwykłe oszustwo. Po prostu lubicie gwałcić i zabijać. Jesteście takimi 

samymi degeneratami jak ci nędzarze w rynsztoku.

Selina podniosła dłoń i mocno uderzyła Eve w twarz.

- Chcę ją zabić już teraz.
-   Wkrótce,   moja   miłości   -   uspokajał   ją   Alban.   -   Nie   ma 

potrzeby się spieszyć.

Sięgnął   do   pudełka   i   wyciągnął   czarnego   koguta,   który 

skrzeczał   i   gdakał,   trzepocząc   skrzydłami,   podczas   gdy   Alban 
trzymał go nad ciałem Eve i melodyjnie recytował jakieś słowa po 

łacinie.   Potem   wziął   nóż   i   odciął   ptakowi   głowę.   Trysnęła   krew, 
obryzgując Eve. Selina jęknęła w ekstazie.

- Krew dla Pana.
- Tak, moja najmilsza. - Zwrócił się do niej. - Pan potrzebuje 

krwi. - Bardzo spokojnie i bez chwili zawahania poderżnął Selinie 
gardło. - Tak bardzo mnie już... nudziłaś - mruknął, kiedy kobieta 

background image

charcząc, złapała  się za szyję. - Byłaś użyteczna, ale śmiertelnie 
nudna.

Kiedy upadła, przeszedł nad nią, ściągnął maskę i odrzucił ją.
- Wystarczy tego pogaństwa. Jej się to podobało. Dla mnie 

było   nużące.   -   Uśmiechnął   się   uroczo.   -   A   tobie   nie   zamierzam 
zadawać bólu. Nie ma takiej potrzeby.

Odór krwi przywoływał nudności. Zbierając wszystkie siły, Eve 

utkwiła wzrok w twarzy Albana.

- Dlaczego ją zabiłeś?
-   Przestała   być   użyteczna.   To   wariatka.   Narkomanka   i 

psychopatka.   Lubiła,   kiedy   ją   biłem   przed   seksem.   -   Potrząsnął 
głową. - Czasami naprawdę mi się to podobało. Przynajmniej samo 

bicie.   Umiała   używać   narkotyków.   -   Z   nieobecnym   wzrokiem 
przesuwał ręką po nodze Eve. - Przekonałem się też, że kiedy nią 

dobrze pokierować, potrafi robić interesy. Przez ostatnie kilka lat 
zebraliśmy mnóstwo forsy. Nie licząc oczywiście datków od naszych 

członków. Ludzie zapłacą każdą sumę za seks i za nieśmiertelność.

- A więc to było oszustwo.

- No, Dallas. Przywoływanie demonów, sprzedawanie duszy. - 

Zachichotał z radością. - Genialne oszustwo, ale nadszedł koniec. 

Teraz Selina... - Spojrzał w dół i potarł podbródek. - Zaczynała brać 
to wszystko na poważnie. Naprawdę uwierzyła, że posiada moc. - 

Przyglądał się ciału z wyrazem rozbawienia i współczucia zarazem - 
Uwierzyła, że widzi w dymie i może wzywać szatana. - Uśmiechnął 

się i popukał w czoło.

background image

Oszustwo, myślała Eve. Od samego początku nic więcej tylko 

oszustwo dla zysków.

- Oszuści zazwyczaj nie składają ofiar z ludzi.
- Nie jestem zwykłym oszustem, a Selina chciała mieć praw-

dziwe   ceremonie.   Polubiła   rozlew   krwi.   Ja   też   -   przyznał.   - 
Uzależniłem   się   od   tego.   Odbieranie   komuś   życia,   to   bardzo 

podniecające i wzniosłe wydarzenie.

Przesunął wzrokiem po jej ciele. Widać było, że go podnieca.

- Mogę najpierw cię wziąć. Szkoda by było tego nie zrobić. Eve 

poczuła natychmiastową odrazę.

- To ty sypiałeś z Mirium i to ty kazałeś jej zabić Trivane'a. 

Kazałeś jej dołączyć do wyznawców Wicca.

-   Mirium   jest   najbardziej   podatną   na   wpływy   kobietą,   jaką 

znam. Po narkotykach i kilku sugestiach podanych w czasie hipnozy 

robiła wszystko, co chciałem.

- A ja podejrzewałam Selinę. Dałam się zwieść. Myślałam, że 

to ona tobą rządzi, a było odwrotnie.

- Bardzo trafnie powiedziane. Już jakiś czas temu zauważyłem, 

że traci nad sobą kontrolę. Tego policjanta zabiła bez mojej zgody. - 
Zacisnął zęby z irytacji. - To był początek końca, początek jej końca. 

Staruszek nigdy by do nas nie dotarł. Trzeba było zostawić go w 
spokoju, aż by mu się znudziło.

- Mylisz się. Frank był uparty.
- Nie ma to teraz większego znaczenia, prawda? - Odwrócił się 

i sięgnął po małą fiolkę i strzykawkę. - Dam ci tylko trochę. Jesteś 
naprawdę ładna. Mogę ci sprawić przyjemność, gwałcąc cię.

background image

- Wszystkie narkotyki świata tego nie sprawią.
- No nie wiem - mruknął i ruszył w jej stronę.

Roarke w ostatnim momencie uprzytomnił sobie, że nie może 

zbiegu wpaść do mieszkania. Jeśli Eve tam jest i ma kłopoty, to jego 
nagłe wejście mogłoby pogorszyć sytuację. Cicho zamknął za sobą 

drzwi.   Alarm   nie   działał,   co   oznaczało,   że   Jamie   też   jest   już   w 
środku.

Dostrzegł   z   boku   jakieś   poruszenie   i   poczuł,   jak   serce 

podchodzi mu pod gardło.

- To ja. Jamie. Nie mogę wejść do pokoju. Zainstalowali nowy 

alarm, którego nie potrafię wyłączyć.

- Gdzie oni są?
- Za tamtą ścianą. Nie słyszę ich, ale muszą tam być.

- Wyjdź na zewnątrz. - Nie, szkoda czasu.
- W takim razie trzymaj się z boku - rozkazał Roarke. Podszedł 

do   ściany   i   przemknął   po   niej   palcami,   nakazując   sobie 
metodyczność i powolność, choć każdy nerw w ciele rwał się do 

działania.

Jeśli   w   ścianie   zainstalowano   jakieś   urządzenie,   jest   dobrze 

ukryte. Sięgnął do kieszeni i wyjął elektroniczny notatnik. Coś na 
nim wystukał. Nagle wydało mu się, że słyszy odległy odgłos syren 

policyjnych.

- Co to jest? - zapytał Jamie. - Jezu, to elektroniczny wytrych. 

Nigdy nie widziałem takiego wbudowanego w kieszonkowy notatnik.

background image

- Nie tylko ty znasz się na sztuczkach. - Ruszył wzdłuż ściany, 

przeklinając   się   za   to,   że   jest   taki   powolny.   W   pewnej   chwili   z 

notatnika   wydobył   się   niski   szum,   a   potem   rozległ   dwukrotny 
przeciągły dzwonek. - Tu jest ten mały sukinsyn.

Kiedy   drzwi   się   rozsunęły,   zacisnął   zęby   i   przygotował   do 

skoku.

Eve napięła mięsień, ale Alban tylko pochylił się nad nią ze 

strzykawką i nagle odsunął.

-   Nie.   -   Odłożył   strzykawkę   z   głośnym   śmiechem.   -   Nie 

wstrzyknę ci tego. To by było nieuczciwe w stosunku do ciebie, a i 
ja czułbym się poniżony. Uśpię cię dopiero po stosunku, żebyś nie 

czuła noża. Tyle przynajmniej mogę dla ciebie zrobić.

- Po prostu mnie zabij, ty skurwysynu. - Eve pociągnęła ostatni 

raz za sznur, wyrwała jedną rękę i natychmiast wycelowała pięścią 
w   twarz  Albana.  Jednak  kiedy   sięgnęła  po  leżący   obok  nóż,  ten 

zsunął się na podłogę.

W tej chwili pomyślała, że demony piekieł naprawdę urwały się 

z uwięzi.

Alban poderwał się z ziemi i rzucił do niej z wyszczerzonymi 

zębami   jak   wygłodniały   wilk.   W   tym   samym   momencie   od   tyłu 
zaatakował go Roarke, strącając po drodze ze ściany kilka świec, 

które z sykiem gasły w kałuży krwi.

Eve uwalniała drugą rękę, z przerażeniem patrząc na wejście, 

w którym pojawił się Jamie.

background image

-   Pospiesz   się,   na   Boga.   Łap   nóż   i   mnie   odetnij.   Szybciej. 

Chłopak czuł, jak kurczy mu się żołądek, ale przeskoczył przez ciało 

Seliny i pochwycił nóż. Przeciął sznur na ręce Eve.

- Daj mi go. - Patrzyła na desperacką walkę toczącą się na 

zlanej krwią podłodze. W rogu pokoju rozgorzał ogień - Przyjechała 
policja - powiedziała, słysząc syreny. - Idź ich wpuścić.

- Drzwi są otwarte - spokojnie i twardo odpowiedział chłopak, 

uwalniając jej stopy.

- Zrób coś z tym ogniem - rozkazała, zeskakując z katafalku.
- Nie, niech się pali. Niech to przeklęte miejsce spłonie do cna.

- Zgaś go - warknęła, potem jak szalona rzuciła się na plecy 

Albana. - Ty draniu, ty sukinsynu. - Odciągnęła go za włosy do tyłu, 

a Roarke wymierzył mu cios prosto w twarz.

- Odsuń się do cholery - krzyknął. - On jest mój. Po chwili 

okazało się, że Alban zemdlał.

- Skrzywdził cię? - zapytał Roarke, chwytając żonę za ramię z 

dzikim wyrazem w oczach. - Czy cię dotknął?

- Nie. - Musiała zachować spokój za nich oboje. Nie wiedziała, 

do   czego   Roarke   jest   zdolny   w   takim   stanie.   -   Nawet   mnie   nie 
dotknął. Przeszkodziłeś mu. Wszystko jest w porządku.

- To ty mu przeszkodziłaś. - Podniósł jej zakrwawioną rękę do 

ust. - Zabiję go za to. Choćby tylko za to.

- Przestań. To część mojej pracy.
Z trudem przyjął jej słowa. Zdjął zniszczoną w czasie walki 

marynarkę i zarzucił jej na ramiona.

- Jesteś naga.

background image

- Tak, zauważyłam. Nie wiem, gdzie są moje ciuchy, ale muszę 

coś włożyć, zanim zjawi się ekipa.

Wstała   energicznie,   ale   nie   czuła   się   do   końca   pewnie   na 

nogach.

-   Nafaszerowali   mnie   narkotykami   -   wyjaśniła,   potrząsając 

głową.   Roarke   pomógł   jej   przejść   i   usiąść   na   kawałku   czystej 

podłogi.

- Wstrzymuj oddech. Muszę zdusić ogień.

- Dobry pomysł. - Nabrała kilka oczyszczających oddechów, a 

Roarke,   używając   szat   ceremonialnych,   przydusił   płomienie 

pełzające po podłodze. Wtedy Eve podskoczyła na równe nogi. - 
Nie, Jamie, nie. - Rzuciła się przed siebie, ale było za późno.

Jamie wyprostował się, podnosząc na nią pobladłą twarz. W 

ręku trzymał nóż ociekający krwią Albana.

- Zabili moją rodzinę. - Jego oczy były duże, kiedy oddawał 

nóż Eve. - Nic mnie nie obchodzi, co ze mną zrobicie. On już nigdy 

nie zabije niczyjej siostry.

Eve usłyszała kroki na schodach i instynktownie złapała nóż, 

tak żeby pozostały na nim jej odciski.

- Zamknij się. Po prostu, do cholery, się zamknij. Peabody - 

powiedziała   do   podopiecznej,   która   weszła   do   komnaty   z   wyce-
lowaną przed siebie bronią. - Zdobądź mi jakieś ubranie.

Policjantka obrzuciła pokój jednym szybkim spojrzeniem i wy-

puściła głośno powietrze.

- Tak jest. Czy nic się pani nie stało?

background image

- Wszystko w porządku. Cross i Alban podeszli mnie. Zrobili mi 

zastrzyk   z   jakimś   narkotykiem  i   przywieźli   tutaj.   Przyznali   się   do 

zabicia   Franka   Wojinskiego   i   Alice   Lingstrom,   Lobara,   Wineburga 
oraz do współudziału przy zabiciu Trivane'a. Alban zabił Selinę z 

powodów, które podam w raporcie. Sam zginął w czasie walki. Nie 
bardzo   wiem,   jak   do   tego   doszło.   Nie   sądzę,   żeby   miało   to 

znaczenie.

-   Nie.   -   Obok   Peabody   stanął   Feeney.   Patrzył   na   pobladłą 

twarz Jamiego i Eve. Wiedział. - Nie uważam, że ma to teraz jakieś 
znaczenie. Chodź, Jamie, nie powinieneś tu być.

- Pani porucznik, z całym szacunkiem, ale uważam, że najlepiej 

będzie,   jeśli   wraz   z   mężem  udacie   się   do  domu   i  zrobicie   sobie 

gorącą  kąpiel. Można powiedzieć,  że aż zanadto dostosowała  się 
pani do dzisiejszego święta.

Eve  spojrzała   na   Roarke'a   i   skrzywiła  usta   z  obrzydzeniem. 

Twarz męża była pokryta krwią i smugami dymu.

- Wyglądasz obrzydliwie.
-   Szkoda,   że   nie   widzisz   siebie.   -   Objął   ją   ramieniem.   - 

Peabody ma rację. Znajdziemy jakiś koc. To powinno wystarczyć, 
żebyś   nie   zamarzła   w   drodze   do   domu   albo   nie   została 

aresztowana.

Tak bardzo pragnęła się wykąpać, że była bliska płaczu.

- Dobrze. Wracam za godzinę.
- Dallas, nie musisz już dzisiaj wracać.

- Jestem za godzinę - powtórzyła. - Zabezpieczcie to miejsce i 

wezwijcie   lekarza.   Skontaktujcie   się   z   Whitneyem.   Będzie   chciał 

background image

wiedzieć,   co   się   tu   wydarzyło.   Muszę   jak   najszybciej   zwolnić 
Charlesa Forte'a.

Eve szczelniej otuliła się kurtką Roarke'a.
- Miałaś rację, Peabody. Twój instynkt cię nie zawiódł.

- Dziękuję, pani porucznik.
- Używaj go tak dalej. Jeśli ten chłopiec będzie mówił coś, co 

się   nie   zgadza   z   moim   krótkim   raportem   z   przebiegu   wydarzeń, 
zignorujcie   go.  Jest   w  szoku.   Nie  chcę,  by   ktokolwiek  go   dzisiaj 

przesłuchiwał.

Policjantka skinęła głową.

-   Tak   jest.   Dopilnuję,   żeby   zaraz   odwieziono   go   do   domu. 

Zostanę tu do pani powrotu.

- Dobrze.
- A przy okazji, Dallas.

- O co chodzi, Peabody?
- Masz ładny tatuaż. Nowy?

Eve zacisnęła zęby i ruszyła do drzwi z największą godnością, 

na jaką w tej chwili było ją stać.

-   Widzisz?   -   Wbiła   palec   w   pierś   męża,   kiedy   przechodzili 

korytarzem. - Mówiłam, że ta różyczka przysporzy mi kłopotów.

-   Zostałaś   nafaszerowana   narkotykami,   porwana,   związana, 

rozebrana do naga i prawie zabita, a wstydzisz się tatuażu?

- Tamto to praca. Tatuaż to prywatna sprawa. 
Śmiejąc się, objął ją ramieniem i przytulił.

- Chryste, pani porucznik, kocham panią.


Document Outline