background image

 

Obietnica

Obietnica

 

       

w

w

 

pocałunku

pocałunku

 

 

 

 

                     

 

            -00-
 

Cynsterowie

Cynsterowie

 

 

 
 
 
 

Stephanie

Stephanie

 

Laurens

Laurens

background image

Prolog 

 
 

19 grudnia 1776 

Klasztor des Jardineires de Marie, Paryz

 

 
 

Północ minęła jak z bicza strzelił. Kiedy klasztorny dzwon wybił ponownie, 

Helena stała w drzwiach infirmerii. Trzecia nad ranem. Ariele, jej młodsza 
siostra, w końcu zasnęła, gorączka spadła i mona było dziewczynkę zostawić w 
rękach siostry Artemis. Helena ruszyła do swojej celi na zasłuzony wypoczynek. 
Czuła ogromną ulgę. 

Otuliła się wełnianym szalem. Noc była zimna, bezchmurna. Drewniane 

chodaki stukały cicho po kamiennym dziedzińcu. Helena miała na sobie jedynie 
koszulę nocną i szlafrok - siostra dyzurna wyrwała ją ze snu, by pomogła przy 
siostrze. 

Zdrowy rozsądek kazał się śpieszyć, szal nie chronił przed zimnem. Mimo 

to szła powoli, podziwiając skąpane w blasku księzyca ogrody klasztoru, który 
był jej domem przez ostatnie dziewięć lat. 

Wkrótce, jak tylko Ariele wydobrzeje i będzie mogła podrózować, Helena 

wyjedzie stąd na zawsze. Trzy miesiące temu skończyła szesnaście lat, otwierała 
się przed nią przyszłość - debiut na salonach, a potem aranzowane małezństwo z 
bogatym arystokratą. Tak to właśnie wyglądało w wyzszych sferach, a hrabina 
d'Lisle, pani rozległych ziem w Camargue, w dodatku spokrewniona między in-
nymi z rodem de Mordaunt, była łakomym kąskiem. 

Konary potęnzej lipy rzucały złowrogie cienie, Helena minęła je pośpiesznie 

i znów znalazła się w świetle księzyca. Przystanęła i podniosła głowę. Spojrzała 
na bezkresne, rozgwiezdzone niebo. Czuła, e spływa na nią spokój. Zaledwie 
kilka dni pozostało do Boego Narodzenia i klasztor był niemal pusty, bo córki 
moznych rozjechały się  na  święta. Zostały tylko  ona i  Ariele.  Mała 

background image

rozchorowała się, a Helena nie chciała zostawiać siostry samej. Ariele miała tu 
wrócić w lutym, by wraz z innymi dziewczynkami kontynuować naukę. Do tego 
czasu... 

Ogród wydawał się uśpiony, a rośliny skąpane w srebrzystej poświacie, 

płynącej wprost z bezchmurnego nieba. Nad głową migotały gwiazdy, niczym 
diamenty rozrzucone na aksamitnym całunie nocy. Tu przed oczami rysowały 
się kamienne ściany klasztoru - znajomy, kojący widok. 

Nie była pewna, co ją czeka na zewnątrz. Odetchnęła głęboko, nie zwazając 

na zimno, rozkoszując się słodyczą ostatnich dni dzieciństwa. Ostatnich dni 
wolności. 

Zaszeleściły suche liście. Spojrzała w lewo, na stary, wykrzywiony od 

wiatru bluszcz, pnący się po ścianie dormitorium. Wytęyła wzrok. Nawet o tak 
późnej godzinie nie bała się; klasztor miał opinię niezwykle bezpiecznego. 
Wielu monych posyłało tu swoje córki. 

Usłyszała stłumiony łomot, potem kolejny, potem całą ich serię. Po chwili 

jej oczom ukazała się postać - spadła z muru, prosto do jej stóp.  

Helena otworzyła szeroko oczy. Nie przyszło jej do)głowy, by krzyczeć. 

Zresztą po co? Męczyzna wyglądał na dentelmena. Nawet w bladym świetle 
księyca widać było, jak błyszczy jego jedwabna peleryna i klejnot spinający 
koronkowy kołnierz. Jeszcze większy kamień znajdował się na palcu. Odgarnął 
niesforne loki, okalające twarz o pięknych, wyrzeźbionych rysach. 

Leał w bezruchu, opierając się na łokciach. Widać było szeroką pierś, 

wąskie biodra i długie nogi o  umięśnionych udach, odzianych w satynowe bry-
czesy. Był szczupły, ale potęnie zbudowany. Nawet stopy miał due, obute w 
skórzane trzewiki ze złotymi sprzączkami. Miały niskie obcasy, co potwierdziło 
jej wraenie, e właściciel nie potrzebuje dodawać sobie wzrostu. 

Upadł na kamienną ściekę, ale wyglądało na to, e poza paroma siniakami 

nic mu się nie stało. Nie wyglądał zresztą na poszkodowanego - na jego twarzy 
malowało się rozdranienie i rozczarowanie. I obawa. 

background image

Przyglądał jej się uwanie. Bez wątpienia czekał, a zacznie krzyczeć. 
Moe poczekać. Jeszcze się nie napatrzyła. 
Sebastian miał wraenie, e znalazł się w bajce i padł do stóp zaczarowanej 

księniczce. To była jej wina, e upadł - spojrzał w dół, szukając oparcia dla 
stóp i zobaczył ją, wychodzącą z cienia. Podniosła głowę, a on zagapił się, 
zapomniał o boym świecie i się poślizgnął. 

Rozpiął pelerynę i sprawdził kieszenie. Po chwili znalazł to, czego szukał. 

Złoty kolczyk, cel jego wizyty w klasztorze, leał bezpiecznie w kieszeni. 
Rodzinny skarb Fabiena de Mordaunt naleał teraz do niego. 
Kolejny szalony zakład, kolejna zwariowana przygoda i kolejne zwycięstwo. 

I niespodziewane spotkanie. 
Instynkt kazał mu docenić wagę tej chwili. Dziewczyna - nie mogła mieć 

więcej ni szesnaście lat - przyglądała mu się uwanie, a pewność siebie, która 
biła z jej postaci mówiła więcej o jej pochodzeniu ni wspaniałe koronki 
zdobiące kołnierz koszuli. Musiała być jedną z zamonych wychowanek 
klasztoru, która z jakiegoś powodu nie wyjechała na święta. 

Z kocią gracją podniósł się na nogi. - Mille pardons, mademoiselle. 
Uniesiona brew lekko drgnęła. Niczym nieskrępowane, czarne włosy 

opadały falującymi kaskadami. 

Nie chciałem cię przestraszyć. 
Nie wyglądała na przestraszoną. Wyglądała jak księniczka - pewna siebie i 

nawet lekko rozbawiona. Wyprostował się. Była niewielkiego wzrostu, jej 
głowa nie sięgała mu nawet do podbródka. 

Podniosła wzrok, księyc oświetlił jej twarz. W jasnych oczach nie było 

śladu niepokoju, długie rzęsy rzucały cień na policzki. Miała prosty nos, a rysy 
twarzy potwierdzały szlacheckie pochodzenie. 

Wyglądała tak, jakby na coś czekała. Moe powinien się przedstawić? 

−  Diable! Le fou... 

background image

Obrócił się na pięcie. W ciszę nocy wdarły się krzyki, a w drugiej części 

klasztoru zapaliły się światła. 

Zszedł ze ścieki i schował się w cieniu ogromnego krzewu. Wcią go 

widziała, ale dla nadbiegającej gromady był niewidoczny. Wystarczy, e pod-
niesie palec i wskae na niego, oddając w ręce straników. 

Helena patrzyła na zbliające 

się zakonnice. Towarzyszyli im  dwaj 

ogrodnicy z widłami w rękach. 

Zobaczyli ją. 

−  M’amzelle, widziałaś go? - Siostra Agatha przystanęła w biegu. 
−  Widziałaś męczyznę? - Matka przełoona z trudem łapała dech, ale za 

wszelką cenę chciała zachować godność. - Hrabia Vichesse przysłał nam 
wiadomość, e  do klasztoru zakradł się szaleniec. Miał  się spotkać z 
mademoiselle Marchand... a ta niemądra trzpiotka... - Nawet w ciemności wi-
dać było gniewne błyski w jej oczach. - Ten męczyzna tu był, jestem tego 
pewna! Musiał przedostać się przez mur. Przechodził tędy? Widziałaś go? 
Helena otworzyła szeroko oczy i odwróciła głowę od krzewu, za którym 

ukrył się zbieg. Spojrzała na główną bramę i podniosła dłoń... 
−  Do bramy, tylko szybko! Jeśli się pośpieszymy, dostaniemy go! 

Pobiegli z głośnym wrzaskiem, a potem znikli w klasztornych ogrodach. 

Wyglądało na to, e szukają mitycznego szaleńca, a nie męczyzny, który padł 
Helenie do stóp. 

Po chwili  hałasy ucichły. Owinęła się szczelniej szalem, skrzyowała 

ramiona i spojrzała na męczyznę wyłaniającego się z zarośli. 
−  Wielkie dzięki, mademoiselle. Chyba nie muszę mówić, e  nie jestem 

szaleńcem. 
Miał niski glos i staranną dykcję. Ciekawe, co tu robi? Collette Marchand 

opuściła klasztor w ubiegłym roku, ale kilka dni temu przywieźli ją zagniewani 
krewni. Miała czekać na brata, a potem jechać na wieś. Plotkowano, e jej 

background image

zachowanie na salonach Parya wywołało... no có, poruszenie. Helena spoj-
rzała na męczyznę. - Kim jesteś? 

Długie, wąskie usta poruszyły się szybko. - Jestem Anglikiem. - Zatrzymał 

się tu przed nią. 

Nie zgadłaby, mówił po francusku bez śladu obcego akcentu. Wiele jej to 

wyjaśniło. Słyszała, e męczyźni tej nacji są solidnej postury i bywają nieco 
szaleni, nawet jak na paryskie standardy. 

Nigdy dotąd nie spotkała adnego Anglika. 
Widział to w przenikliwych jasnych oczach. Nie był pewien, czy są błękitne, 

szare czy te zielone i ju ałował, e nie zobaczy ich za dnia. Dotknął palcem 
jej policzka. - Jeszcze raz, mademoiselle, bardzo dziękuję. 

Odsunął się, powtarzając sobie w duchu, e tak trzeba. 
Nagle za jej plecami zobaczył błysk. Promień księyca oświetlił jemiołę 

zwisającą z gałęzi starej lipy. Ju prawie święta. 

Podąyła za jego wzrokiem. Spojrzała na jemiołę, potem na niego - na jego 

oczy, usta. 

Przypominała francuską madonnę, była cudownie delikatna i  krucha. 

Sebastian nie mógł się powstrzymać, pragnienie okazało się silniejsze. Pochylił 
głowę. 

Powoli. Postanowił dać jej  wystarczająco duo  czasu, by  mogła się 

rozmyślić. 

Nie zrobiła tego. 
Dotknął ustami jej ust. Był to najbardziej niewinny pocałunek w jego yciu. 
Dziękuję. Tyle tylko mówił ten pocałunek. 
Ich usta się rozłączyły, ale on nie ruszył się z miejsca. Nie potrafił. Ich 

spojrzenia spotkały się, oddechy połączyły... 

Tym razem wyszła mu naprzeciw, z wahaniem oddając swe słodkie, 

cudowne usta. Pragnął czegoś więcej, ale powstrzymał się i brał tylko tyle, ile w 

background image

swej niewinności chciała mu dać. Pocałunek był obietnicą, przysięgą, chocia 
oboje zdawali sobie sprawę, e jest niemoliwa do spełnienia. 

Kiedy w końcu oderwał usta, kręciło mu się w głowie. Nie dotknął jej nawet, 

a mimo to czuł ciepło jej ciała. Zmusił się, by się odsunąć, podnieść głowę, 
nabrać tchu. 

Spojrzał na jemiołę i kierując się impulsem, oderwał delikatną gałązkę. 

Zasalutował i ukłonił się. -Wesołych Świąt. 

Nie spuszczając z niej wzroku, ruszył w stronę głównej bramy. 

−  Nie tędy. 

Serce waliło jej jak młotem, w głowie szumiało, ale zdołała pokazać mu 

właściwą drogę, w przeciwnym kierunku. - Dojdziesz do muru, a potem zoba-
czysz drewnianą furtkę. Nie wiem, czy jest zamknięta... - Wzruszyła ramionami. 
- Dziewczęta korzystają z niej, wymykając się do miasta. Wychodzi na drogę. 

Anglik spojrzał na nią uwanie, a potem pochylił głowę i schował gałązkę do 

kieszeni peleryny. -Au revoir, mademoiselle. 

Odwrócił się i rozpłynął w ciemnościach. 
Minutę później nie było ju po nim śladu. Otuliła się szczelniej szalem, 

zaczerpnęła głęboko tchu i próbując jeszcze przez chwilę zatrzymać tę magiczną 
chwilę, poczłapała w stronę dormitorium. 

Miała  wraenie,  e  obudziła się z głębokiego snu. Poczuła zimno i 

przyśpieszyła kroku. Dotknęła palcami ust. Wcią czuła ciepło jego warg, 
zmysły budziły się do ycia. 

Kim był ten człowiek? ałowała, e nie wystarczyło jej odwagi, by zapytać. 

A zresztą moe to i lepiej, e nie wie. Có moe wyniknąć z takiego spotkania, z 
nieuchwytnej obietnicy zawartej w pocałunku? 

Co robił w klasztorze? Z pewnością dowie się rano od Collette. Dlaczego 

matka przełoona nazwała go szaleńcem? 

background image

Uśmiechnęła się cynicznie. Nie ufała słowom hrabiego de Vichesse. Znała go 

doskonale, był jej prawnym opiekunem. Jeśli Anglik zdołał utrzeć mu nosa, 
mogła się tylko cieszyć, e mu pomogła. 
 
 

Rozdział 1 

 
 
 
Listopad 1783 

Londyn 

 

Collette nie zdradziła, kim jest tajemniczy Anglik, ale Helena rozpoznała go 

natychmiast. Był tak samo przystojny, postawny i szczupły, chocia siedem lat 
starszy. W eleganckim londyńskim salonie, krąąc wśród wytwornych gości, 
Helena patrzyła jak urzeczona. 

Przyjęcie u lady Morpleth toczyło zwykłym trybem. Była ju 

połowa 

listopada i Londyn myślał wyłącznie o zabawie. Wśród zapachu ostrokrzewu 
królowała wesołość i  beztroska. We Francji nadejście Boego  Narodzenia 
stanowiło doskonały pretekst do wszelkich ekstrawagancji i chocia więzy 
między Paryem a Londynem ostatnio osłabły, ten ostatni wcią toczył bój o 
pierwszeństwo - o to, gdzie więcej blichtru, bogactwa i rozrywek godnych 
królewskiego dworu. Nie było przy tym obawy społecznych niepokojów ani 
groźby, e gdzieś w ukryciu zbierają się spiskowcy. 

W Londynie dobrze urodzone i bogate elity bawiły się beztrosko do samych 

Świąt. 

Pokój, w którym znalazła się Helena, był wypełniony ludźmi. W głowie 

szumiało od głośnych rozmów. Przystanęła, spoglądając w stronę sali balowej. 

background image

Stał w  sąsiednim przejściu i  rozmawiał z jakąś damą. Wąskie usta 

wykrzywiał lekki uśmiech. Helena pomyślała o tym, jak smakowały te usta. 

Siedem lat. 
Przyjrzała mu się uwanie. W klasztornym ogrodzie było zbyt ciemno, by 

mogła zapamiętać szczegóły, ale wcią poruszał się z taką samą gracją, co przy 
jego wzroście ju wtedy wydało się niezwykłe. Pozbawiona pudru i ozdób twarz 
sprawiała ascetyczne, surowe wraenie.  Włosy  miały  brązowy kolor  o 
miodowym odcieniu; bujne fale przewiązane były z tyłu czarną wstąką. 

Prosty ubiór zdradzał zamoność. W kadym calu widać było arystokratę, 

począwszy od kunsztownej koronki kołnierza i mankietów do wytwornego kroju 
szarego surduta i grafitowych bryczesów. Inni ozdobiliby surdut koronką lub 
ozdobną taśmą, u niego jedyną ozdobą byty srebrne guziki. Pod surdutem widać 
było kamizelkę w tym samym kolorze co spodnie, bogato haftowaną srebrem. 
Całość robiła  wraenie  wytwornego opakowania spowijającego jeszcze 
doskonalszą zawartość. 

W salonie pełnym koronek, piór i przerónych klejnotów zdecydowanie się 

wyróniał, i to nie tylko z powodu wzrostu. 

Siedem lat, które upłynęły od ich spotkania, pozostawiło swój ślad - trudną 

do opisania aurę otaczającą męczyzn nawykłych do władzy. Widać było, e ma 
jej teraz więcej, e stał się bardziej bezwzględny, arogancki. W tym samym 
czasie ona stała się ekspertem - potrafiła rozpoznać władzę tak wprawnie, jak 
kolor skóry swojego rozmówcy. 

Ta sama aura otaczała Fabiena de Mordaunt, hrabiego de Vichesse. 

Człowiek ten nie cofał się przed niczym, łącznie z wykorzystaniem rodzinnych 
koneksji, by w końcu stać się jej prawnym opiekunem. Ostatnie siedem lat 
sprawiło, e Helena nauczyła się uwaać na takich męczyzn. 
−  Eh, bien. Co słychać, ma cousine? 

Odwróciła się na pięcie i chłodno skinęła głową. - Bon soir, Louis. - Nie był 

jej kuzynem, nie było między nimi nawet cienia pokrewieństwa, ale tym razem 

background image

nie miała zamiaru mu tego wypominać. Był nikim, pilnował jej tylko na rozkaz 
swojego wuja, Fabiena de Mordaunt. 

Louisa mogła ignorować. Fabiena niestety nie. 
Louis rozejrzał się. -  Widzę tu kilka interesujących partii. - Nachylił 

pudrowaną głowę, by szepnąć jej do ucha: - Słyszałem, e jest tu nawet angiel-
ski ksiąę. Kawaler. Nazywa się St. Ives. Zrób coś, eby cię przedstawiono. 

Helena uniosła brew i rozejrzała się po salonie. Ksiąę? Louis potrafił się 

czasem przydać. Był wiernym narzędziem Fabiena, a tym razem ona i jej 
opiekun mieli podobny cel, choć zupełnie róne motywy. 

Przez ostatnie siedem lat - niemal od tajemniczego pocałunku - była 

pionkiem w rozgrywkach Fabiena. O jej rękę ubiegały się najznakomitsze rody 
Francji, a ona sama była tyle 

razy bliska zaręczyn, e  trudno zliczyć. 

Niestabilność francuskiego rządu, zmienne losy arystokratycznych rodzin, 
zalenych  od  najmniejszego kaprysu  króla,  zniechęcały Fabiena do 
scementowania aliansu poprzez jej małeństwo. Jej majątek i  uroda były 
przynętą, mającą przyciągnąć tych, którymi w danej chwili manipulował. Kiedy 
ju dopiął celu, zrywał rozmowy, a Helena wracała na paryskie salony. 

Bała się myśleć, jak długo potrwa ta gra. A będzie zbyt stara i brzydka, by 

stanowić przynętę? Na jej szczęście we Francji zaczęły się zamieszki. Fabien za-
wsze kierował się instynktem, a ten mówił mu teraz, e w powietrzu wisi coś 
niedobrego. Czuła, e rozwaa zmianę taktyki na długo przed próbą porwania. 

To było straszne. Nawet teraz, w pełnym ludzi salonie, Helena poczuła na 

plecach dreszcz. Spacerowała po ogrodach Le Roc, francuskiej posiadłości 
Fabiena, kiedy nagle pojawili się trzej jeźdźcy. 

Musieli czaić się w zaroślach, czekając na dogodny moment. Walczyła, 

opierała się - bezskutecznie. Zabraliby ją ze sobą, ale Fabien usłyszał krzyki i 
przyszedł jej z pomocą. 

Intrygi Fabiena mogły jej się nie podobać, ale musiała przyznać, e troszczy 

się o to, co uwaa za swoje. Miał wtedy trzydzieści dziewięć lat i był w kwiecie 

background image

wieku. Zabił jednego z napastników, dwóch pozostałych uciekło. Gonił ich 
jeszcze, ale zdołali się wymknąć. 

Tego wieczora rozmawiali o przyszłości, a kade słowo zapadło jej głęboko 

w pamięć. Powiedział, e porywacze byli najemnikami Rouchefouldów. Po-
dobnie jak on sam, wszyscy najpotęniejsi intryganci zdawali sobie sprawę, e 
idą ciękie czasy. Sądzili, e dodatkowe ziemie, tytuły i alianse pozwolą im 
przetrwać nadciągającą nawałnicę. 

Stała się ywą  tarczą. Fabien powiedział jej  wtedy: -  Otrzymałem 

kategoryczną prośbę o twoją rękę od najwaniejszych rodów Francji. Niestety 
wszystkich czterech. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Jak rozumiesz, nie jestem 
zadowolony. Mamy problem. 

Owszem, był to problem i znaczne ryzyko. Fabien nie chciał wybierać, nie 

chciał wiązać jej fortuny i swojej przyszłości z którąś z czterech rodzin. Wy-
bierze jedną, a przy nadarzającej się okazji pozostałe rzucą mu się do gardła. 
Być moe nawet dosłownie. Helena rozumiała jego stanowisko, choć uwaała, 
e spotyka go zasłuona kara. 
−  Nie znajdziemy ci męa we Francji, a presja będzie coraz większa. - Fabien 

spojrzał na nią z uwagą i dodał gładko: - Chyba musimy zacząć szukać gdzie 
indziej. 
Zamrugała. Uśmiechnął się, bardziej do siebie ni do niej. 

−  Idą ciękie czasy. Lepiej będzie, jeśli odnowimy kontakty z rodziną z drugiej 

strony Kanału. 

−  Mam wyjść za emigranta? - Zaszokowała ją ta myśł. Emigranci generalnie 

nie cieszyli się wysokim statusem społecznym, ani nie mieli majątku. 
Fabien zmarszczył czoło. - Skąde. Za to ślub z zamonym angielskim 

szlachcicem mógłby rozwiązać nasze obecne problemy. 

Gapiła się na opiekuna w absolutnym zdumieniu. 
Błędnie interpretując jej milczenie, wycedził: -Pamiętaj, moja droga, e 

angielska szlachta w przewaającej części pochodzi od króła Williama. Naj-

background image

prawdopodobniej będziesz musiała nauczyć się tego ohydnego języka, ale 
wszyscy, którzy się liczą, mówią po francusku i małpują nasze zwyczaje. Nic ci 
nie będzie. 
−  Znam ten język. - Nic więcej nie mogła powiedzieć. Otwierały się przed nią 

moliwości, o których istnieniu nie miała pojęcia. Wolność. Ucieczka. 
Siedem lat w towarzystwie Fabiena czegoś ją nauczyło. Nie okazała radości. 

- Chcesz powiedzieć, e  mam jechać do Londynu i  szukać męa  wśród 
angielskiej szlachty? 
−  Oczywiście nie byle kogo. Tak jak mówiłem, musi mieć tytuł i majątek 

przynajmniej równy twojemu. Innymi słowy, musi to być hrabia, markiz lub 
ksiąę, a do tego bogaty. Chyba nie muszę ci przypominać, ile jesteś warta. 
Całe ycie  nie pozwalano jej  o  tym  zapomnieć. Zmarszczyła czoło, 

sprawiając wraenie, e nie jest zadowolona z obrotu spraw, ale w duchu knuła 
plan. Widziała jedną zasadniczą przeszkodę. Zrobiła nieszczęśliwą minę. - 
Załómy, e pojadę na londyńskie salony i znajdę kandydata spełniającego te 
warunki, a ty mi powiesz, e ci się nie podoba. A jak znajdę innego, usłyszę to 
samo. - Prychnęła lekcewaąco, skrzyowała ramiona i odwróciła wzrok. -To 
nie ma sensu. Zamiast do Londynu, wolę wracać do Cameralle. 

Nie odwayła się spojrzeć, jak Fabien zareagował na to małe przedstawienie, 

ale czuła na sobie jego baczny wzrok. 

Po dłuszej chwili, ku swemu zdumieniu, usłyszała śmiech. - Doskonale. 

Dam ci deklarację na piśmie. - Usiadł przy biurku, wyciągnął z szuflady 
pergamin i pióro. Pisząc, czyta! głośno: 

 
Niniejszym oznajmiam, e ja, Fabien de Mordaunt, jako twój prawny opiekun 

wyraam zgodę, ebyś poślubiła angielskiego szlachcica, który będzie miał tytuł 
przynajmniej równy twojemu, bardziej rozległe ziemie i większe dochody. 

 

background image

Patrzyła, jak składa podpis i nie wierzyła własnemu szczęściu. Wysuszył 

atrament i zwinął pergamin w rolkę. Omal nie wyrwała mu jej z dłoni, zdołała 
jednak zachować zrezygnowaną minę. 

Dokument schowała głęboko - zaszyła go w podszewce kufra. To miał być 

jej paszport do wolności i prawdziwego ycia. 
−  Hrabia Witnersay to miły człowiek. - Ciemne oczy Louisa zatrzymały się na 

korpulentnym szlachcicu. - Rozmawiałaś z nim? 

−  Mógłby być moim ojcem. - Nie był te w jej typie. Helena rozejrzała się. - 

Pójdę poszukać Marjorie; moe powie mi coś o tym księciu. Nie ma tu ni-
kogo interesującego. 
Louis prychnął. - Od tygodnia bawisz wśród angielskiej szlachty. Nie robisz 

się zbyt wybredna? Wiem, czego oczekuje wuj i widzę tu wielu odpowiednich 
kandydatów. 
−  To sprawa między mną a Fabienem. Nie yczę sobie, ebyś wtrącał się w 

moje plany - powiedziała oschle. - Wracam na Green Street z Marjorie. Nie 
ma powodu, ebyś nam towarzyszył. 
Obróciła się na pięcie. Ubrała usta w lekki uśmiech i z łatwością przebiła się 

przez tłum. Marjorie Thierry, ona 

odległego krewnego Heleny, była jej 

oficjalną przyzwoitką. Helena szła przez salon, świadoma męskich spojrzeń, 
które towarzyszyły jej krokom. To dobrze, e przyjechała tu w szczycie sezonu, 
kiedy angielska szlachta pogrąona była w szalonej zabawie. W przeciwnym 
razie wzbudziłaby duo większe zainteresowanie, a tego nie chciała. Salon był 
pełen plotkujących kobiet i  rozgadanych dentelmenów. Grzane wino  i 
przedświąteczne podniecenie sprawiły, e  wszystkim dopisywały humory. 
Łatwo było się wymknąć, wystarczyło lekkie skinienie głowy i uśmiech. 

Fabien wynajął dla Heleny dom w najlepszej części miasta. W takich 

sprawach nigdy nie skąpił gotówki. Państwo Thierry nie byli zamoni, stąd z 
ogromną wdzięcznością przyjęli ofertę bogatego krewniaka. Dostali mieszkanie, 
jedzenie, słubę i pieniądze na wydatki, co pozwalało im przyjmować przyjaciół 

background image

i znajomych, których poznali podczas swego jedynego, niezwykle kosztownego 
roku w Londynie. 

Państwo Thierry doskonale zdawali sobie sprawę, jak daleko sięga władza 

Fabiena de Mordaunt, nawet w Anglii. Opiekun Heleny był znany z niezwykle 
długich rąk. Byli gotowi zrobić wszystko, czego sobie yczył - wprowadzili 
Helenę do towarzystwa i pomagali w szukaniu odpowiedniego kandydata na 
męa. 

Helena ostronie  korzystała z wdzięczności państwa Thierry. Marjorie, 

szczupła blondynka około trzydziestki, miała tendencję do ulegania Louisowi, 
ale była kopalnią wiedzy na temat angielskiej arystokracji. 

Na pewno znajdzie się ktoś odpowiedni. 
Zastała Marjorie na oywionej dyskusji z pewną damą i dentelmenem. 

Dołączyła do rozmowy, a kiedy tematy się wyczerpały, odciągnęła Marjorie na 
bok. 
−  Withersay? 

Helena potrząsnęła głową. - Za stary. Zbyt surowy, zbyt wymagający. Louis 

wspominał, e jest tu jakiś ksiąę. Nazywa się St. Ives, czy jakoś tak. Wiesz coś 
o nim? 
−  St. Ives? O nie, nie. - Marjorie potrząsnęła gwałtownie głową, rozejrzała się i 

zniyła głos do szeptu. - Nie, St. Ives to nie jest dobry kandydat, ma petite. 
Nie dla ciebie ani dla adnej dobrze urodzonej panny. 
Helena podniosła brwi w oczekiwaniu na dalsze szczegóły. 
Marjorie owinęła się szalem i przysunęła bliej. 

−  To człowiek o fatalnej reputacji. Owszem, ma tytuł księcia i ogromny 

majątek, ale przysiąg! kiedyś, e się nie oeni. - Gesty Marjorie zdradzały 
brak zrozumienia dla takiej postawy. - Mówią, e 

ma trzech braci, a 

najstarszy niedawno doczekał się syna. - Wzruszyła ramionami. - Nie, ksiąę 
nie jest właściwym kandydatem. Jest zbyt... - zamilkła, szukając właściwego 
słowa – dangereux. 

background image

Zanim Helena zdąyła coś powiedzieć, Marjorie spojrzała w bok i zacisnęła 

dłoń na nadgarstku dziewczyny. - Popatrz! 

Helena podąyła za wzrokiem Marjorie i spojrzała na dentelmena, który 

właśnie pojawił się w salonie. 
−  Monsieur le duc de St. Ives. 

Szalony Anglik, ten sam, który pocałował ją w klasztornym ogrodzie. 
Spokojnie rozglądał się po salonie, istne wcielenie elegancji, arogancji i 

władzy. Zanim zdąył je zobaczyć, Marjorie złapała Helenę za ramię i po-
ciągnęła w przeciwnym kierunku. 
−  Sama widzisz. Dangerewc. 

Helena widziała, a jednak... wcią pamiętała pocałunek i związaną z nim 

obietnicę. Poczucie, e gdyby oddała się w jego ręce, otoczyłby ją opieką na 
zawsze. Wyglądał na uwodziciela. Była pewna, e  przez lata doskonalił 
umiejętności w tym kierunku. No i był niebezpieczny, jak powiedziała Marjorie. 
Lepiej będzie, jeśli zostawi go w spokoju. 

Nie jest na tyle głupia, by uciekając przed jednym silnym męczyzną wpaść 

prosto w ramiona drugiego. Wolność to zbyt drogocenny dar. 

Na  szczęście monsieur le  duc otwarcie deklarował swą niechęć do 

małeństwa. 

Jest jeszcze ktoś, kogo powinnam wziąć pod uwagę? 
Poznałaś markiza? 

−  Markiza Tanqueray? Owszem. Nie  sądzę, by  był  w  stanie sprostać 

wymaganiom hrabiego de Vichesse. Sugerował, e ma długi. 

−  Moliwe.  To  dumny człowiek i  moe  dlatego o  tym nie słyszałam. 

Zobaczmy... - Znalazły się w następnym pokoju. Marjorie przystanęła i ro-
zejrzała się wokół. - Nikogo ciekawego tu nie widzę, ale za wcześnie, eby 
się egnać.  Urazilibyśmy gospodarzy. Musimy zostać co najmniej pół 
godziny. 

background image

−  Dobrze. Pół godziny, ale nie więcej. - Podeszły do rozgadanej gromadki. 

Rozmowa była interesująca, ale Helena wolała obserwować ni mówić. Nikt 
nie znał jej na tyle, by się temu dziwić. Choć zwykle nie była małomówna, 
dzisiejszego wieczoru wolała milczeć, swobodnie oddając się rozmyślaniom. 

Miała ju dosyć władzy Fabiena, ale prawo i tradycja nie dawały jej wyboru. 

Podró do Londynu była najlepszą i pewnie jedyną szansą ucieczki -szansą, 
którą podrzucił los, a którą miała zamiar umiejętnie wykorzystać. Zgodnie z 
deklaracją Fabiena mogła poślubić kadego Anglika, który spełniał kryteria 
tytułu, majątku i dochodów. Zasady wydawały się rozsądne, sądziła, e wielu 
Anglików będzie w stanie im sprostać. 

Przyszły mą  Heleny musiał mieć odpowiedni tytuł,  być zamony  i 

szanowany oraz być pantoflarzem. To był czwarty warunek, jej własny. Nie bę-
dzie przez resztę ycia marionetką w rękach jakiegoś męczyzny. Jeśli ktoś 
będzie pociągał za sznurki, to tylko ona sama. 

Nie chce być ozdobą, cennym przedmiotem, z którym nikt się nie liczy. 

Fabiena nie obchodziły cudze uczucia, chyba e wchodziły mu w drogę. Był 
despotą, tyranem gotowym zmiadyć kadego, kto mu się oprze. Wiedziała o 
tym od samego początku. Udało jej się przetrwać i zachować niezaleność tylko 
dlatego, e rozumiała jego motywy i nauczyła się odpowiednio maskować. 

Nie była nigdy na tyle głupia, by stawać do walki, której nie miała szansy 

wygrać. Tym razem los się do niej uśmiechnął. Wolność była w zasięgu ręki. 
−  Witam, droga hrabino. 

Z szerokim uśmiechem na twarzy Gaston Thierry ukłonił się nisko. - Jeśli 

jesteś wolna, wiele osób chciałoby cię poznać. 

Błysk w jego oku kazał jej się uśmiechnąć. Gaston Thierry był utracjuszem, 

ale bardzo sympatycznym człowiekiem. Podała mu dłoń. - Jeśli twoja ona nie 
ma nic przeciwko... 

Z wdzięcznym ukłonem w stronę Marjorie Helena pozwoliła się poprowadzić. 

background image

Tak jak podejrzewała, prośby o przedstawienie pochodziły od dentelmenów, 
ale jeśli ma zamiar bawić na salonach lady Morpleth, nic nie stoi na 
przeszkodzie, by miło spędzała czas. Panowie wychodzili ze skóry, by ją 
zainteresować, opowiadali najnowsze anegdotki, opisywali zbliające  się 
przyjęcia. 

Pytali ją o plany. 
Tutaj była dosyć tajemnicza, co dodatkowo wzbudzało ich zainteresowanie. 

Doskonale o tym wiedziała. 
−  O, Thierry... przedstaw mnie, proszę. 

Głos dobiegał zza jej pleców. Nie rozpoznała go, ale od razu wiedziała, kto to 

taki. Opanowała pragnienie, by odwrócić się na pięcie i spojrzeć mu w twarz. 
Spokojnie, łagodnie zwróciła się ku nieznajomemu, zachowując uprzejmy 
dystans. 

Sebastian spojrzał na francuską madonnę, której nie zapomniał mimo upływu 

siedmiu długich lat. Wyraz jej twarzy był opanowany i lekko rozbawiony, 
dokładnie taki jak pamiętał. Był wyzwaniem, chocia ona nie miała o tym 
pewnie pojęcia. Jej oczy... A  wstrzymał dech, gdy podniosła powieki i 
spojrzała mu prosto w twarz. 

Zielone. Krystalicznie zielone oczy, przejrzyste jak górskie jezioro. Oczy, 

które kusiły, zachęcały, by spojrzeć prosto w jej duszę. 

O ile tylko by na to przystała. 
Czekał siedem lat, by zobaczyć te oczy. Nie zdradzały, e go rozpoznała. Na 

twarzy nie było widać adnych emocji. Uśmiechnął się lekko, wiedząc, e się 
mu przygląda. Był pewien, e go pamięta. Tak samo jak on pamiętał ją. 

Zwrócił uwagę na jej włosy. Czarne jak noc, błyszczące, bujne loki okalające 

twarz i opadające na ramiona. Spojrzenie powędrowało niej, ogarnęło jej 
figurę, prowokacyjnie opiętą zielonym jedwabiem i otuloną brokatową peleryną. 
Przyglądał jej się, oceniał... A potem spojrzał jej w twarz. 

background image

Zapadła krępująca cisza. St. Ives spojrzał na pana Thierry i uniósł nieznacznie 

brew, zauwaając dziwną opieszałość kawalera. Ten przestępował z nogi na 
nogę, jakby stał na rozarzonych węglach. 

Helena rzuciła Gastonowi władcze spojrzenie, unosząc brew duo bardziej 

zdecydowanie. 
−  Hm... - Thierry zreflektował się. - Monsieur le duc de St. Ives. Mademoiselle 

la comtesse d'Lisie 

Sebastian wyciągnął dłoń, ona podała mu swoją, dygając głęboko. 

−  Monsieur le duc. 
−  Comtesse. - Ukłonił się i podniósł ją, powstrzymując się, by nie przytrzymać 

jej ręki. - Dawno przyjechałaś z Parya? 

−  Ponad tydzień temu. - Rozejrzała się wokół z pewnością siebie, którą 

doskonale zapamiętał. -To moja pierwsza wizyta na tym brzegu. - Spojrzała 
na niego szybko. - W Londynie. 

Helena była pewna, e ją pamięta, chocia nic w jego twarzy nie zdawało się 

na to wskazywać. Ostre, jakby wyrzeźbione rysy były niczym kamienna maska, 
oczy swą niewinnością przypominały błękit nieba, choć otaczające je długie, 
zmysłowe rzęsy zdawały się przeczyć tej niewinności. Usta zawierały podobny 
kontrast: były długie i wąskie, ale ich wyraz zdradzał poczucie humoru i 
skłonność do artów. 

Nie był młody. Wśród otaczających ją męczyzn był z pewnością najstarszy, 

najbardziej dojrzały. A mimo to roztaczał męską, silną aurę, która sprawiała, e 
inni przy nim bledli i wtapiali się w krajobraz. 

Dominował nad otoczeniem. Towarzystwo takiego męczyzny  nie było 

nowością, przyzwyczaiła się do tego w domu. Podniosła podbródek i powiedzia-
ła spokojnie: - Byłeś ostatnio w Paryu, Wasza Wysokość? 

Oczy i usta go zdradziły, ale to dlatego, e tak uwanie się mu przyglądała. 

Błysk, lekki grymas, to było wszystko. 
−  Nie ostatnio. Kiedyś spędzałem tam kilka tygodni w roku. 

background image

Powiedział to wystarczająco dobitnie. Była pewna, e ją rozpoznał. Poczuła 

lekkie mrowienie, a on, jakby się domyślił, spojrzał na jej ramiona. - Dziwne, e 
się dotąd nie spotkaliśmy. 

Poczekała, a ponownie spojrzy jej w oczy. -Rzadko odwiedzam Pary. Moje 

ziemie leą na południu Francji. 

Kąciki ust uniosły się; spojrzenie ogarnęło włosy, zatrzymało się na oczach, a 

potem skierowało się w dół. - Tak sądziłem. 

Uwaga była dosyć niewinna; jej karnacja rzeczywiście zdradzała południowe 

pochodzenie. Ale ton, głęboki i niski, zdawał się odbijać echem po najdalszych 
zakamarkach jej duszy. 

Spojrzała na Gastona, nerwowo przestępującego z nogi na nogę. - Wybacz, 

Wasza Wysokość, ale na nas ju pora. Czy nie tak, monsieur Thierry? 
−  Istotnie, istotnie. - Thierry uśmiechnął się nerwowo. - Jeśli ksiąę nam 

wybaczy. 

−  Oczywiście. - W błękitnych oczach Sebastiana pojawiło się rozbawienie. 

Helena postanowiła je zignorować. Ujął jej dłoń i ukłonił się, a zanim zdołała 
zabrać rękę, szepnął: - Mam nadzieję, e zabawisz chwilę w Londynie, 
hrabianko. 

Zawahała się, a potem skinęła głową. - Na to wygląda. 

−  A więc będziemy mieli czas, by się lepiej poznać. - Uniósł jej palce do ust i 

nie spuszczając z niej wzroku, złoył na jej dłoni lekki pocałunek. Puścił ją i 
pochylił głowę. - Do kolejnego spotkania, made-moiselle. 

 
 
 

Ku wielkiej uldze Heleny Gaston nie zwrócił uwagi na ostatnie słowa księcia. 

Razem z Marjorie wydawali się tak przejęci faktem, e St. Ives chciał 

background image

ją poznać, i nie zauwayli jej poruszenia. Nie zauwayli, e wcią dotyka 
palcami miejsca, gdzie odcisnęły się jego usta. Opanowała się dopiero, kiedy 
ponownie znaleźli się na Green Street. 
−  Minął kolejny wieczór. - Westchnęła, gdy słuąca ruszyła w jej kierunku, by 

zabrać płaszcz. -Moe jutro będziemy mieli więcej szczęścia. 

Marjorie spojrzała jej w oczy. - Jutro idziemy na bal do hrabiny Montgomery. 

Będą tam wszyscy, którzy się liczą. 
−  -Bon. - Helena ruszyła w stronę schodów. - Dobre miejsce na łowy. 

yczyła Gastonowi dobrej nocy. Marjorie dogoniła ją na schodach. 

−  Moja droga... monsieur le duc nie jest męczyzną dla ciebie. Na twoim 

miejscu nie zachęcałabym go, by spędzał z tobą czas. Jestem pewna, e rozu-
miesz. 

−  Monsieur le duc de St. Ives? - Marjorie przytaknęła, a Helena machnęła ręką 

lekcewaąco. - On tylko artował. Wydaje mi się, e zrobił to tylko po to, by 
zirytować Gastona. 

−  Eh, bien... To moliwe, przyznaję. Taki człowiek. No có, ostrzegałam cię. 
−  Owszem. - Helena zatrzymała się przy drzwiach. - Nie masz powodu do 

niepokoju. Nie jestem tak głupia, by marnować czas na uwodzenie kogoś 
takiego jak ksiąę St. Ives. 

 
 
 
−  W końcu się spotkali! - Louis zdjął krawat i rzucił go kamerdynerowi, a 

potem rozpiął kołnierzyk. - Zacząłem się obawiać, e sam będę musiał ich 
przedstawić, ale w końcu znalazła się na jego drodze. Stało się tak, jak 
przewidywał wuj Fabien. St. Ives sam do niej przyszedł. 

−  Doprawdy, milordzie. Pański wuj jest niezwykle przenikliwy w takich 

sprawach. - Vilłard pomógł Louisowi ściągnąć surdut. 

background image

−  Napiszę do niego jutro. Z pewnością ucieszy się z dobrych wiadomości. 
−  Dopilnuję, panie, by ta wiadomość dotarła do niego jak najszybciej. 
−  Przypomnij mi z samego rana. - Louis rozpiął kamizelkę i dodał: - A teraz 

pora na kolejny krok. 

 
 
 
Helena spotkała księcia St. Ives na balu u hrabiny Montgomery, raucie lady 

Furness i wieczorku u rodziny Rawleigh. Kiedy poszła na spacer do parku, 
równie się na niego natknęła. Spacerował tam, zupełnie przypadkiem, z dwoma 
przyjaciółmi. 

Gdziekolwiek poszła, zawsze musiała go spotkać. 
Nie zdziwiło jej zatem, kiedy podszedł do niej na balu u księnej Richmond. 

Stanął po jej prawej stronie, a otaczający ją dentelmeni usunęli się bez słowa, 
jak  gdyby miał  do niej  jakieś prawa. Ukrywając swą irytację, Helena 
uśmiechnęła się łagodnie i podała mu rękę. I uzbroiła się na wypadek kolejnego 
pocałunku w dłoń. 
−  Bon soir, moja droga. 

Jak to  moliwe,  e  takie proste, niewinne słowa mogą brzmieć tak 

dwuznacznie? Czy sprawił to blask niebieskich oczu, tembr głosu, a moe 
władczy dotyk? Helena nie miała pojęcia, ale nie podobało jej się, e z taką 
łatwością dociera do jej zmysłów. 

Uśmiechała się nadal, przyzwalając na jego towarzystwo. Kiedy grupa się 

rozeszła, Helena zwlekała chwilę. Wiedziała, e jej się przygląda, e jest czujny. 
Kiedy po chwili wahania zaoferował jej ramię, uśmiechnęła się i oddała mu 
dłoń. 

Przeszli zaledwie kilka metrów. - Chciałabym z tobą porozmawiać. 
Nie widziała jego twarzy, ale była pewna, e się uśmiecha. 

−  Tak sądziłem. 

background image

−  Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie będzie nas widać, ale nie słychać? 
−  Po drugiej stronie jest wnęka. Poprowadził ją i posadził w fotelu z widokiem 

na cały salon, a sam zajął miejsce naprzeciwko. 

−  Zamieniam się w słuch, mignonne. 

Helena zmierzyła go wzrokiem. - Co ty knujesz? Brwi uniosły się. - Co 

takiego? 
−  Powiedz, dlaczego za mną chodzisz? 

Patrzył jej prosto w oczy, ale usta nie mogły powstrzymać się od śmiechu. 

Podniósł dłoń i połoył ją sobie na sercu. - Mignonne, zadajesz mi wielki ból. 
−  Wolne arty! - Helena wcią panowała nad sobą. - Poza tym, nie jestem 

twoją mignonne! 

Jego ukochaną, skarbem. 
Uśmiechnął się protekcjonalnie, jakby wiedział coś, czego ona nie wie. 

Helena zacisnęła palce na wachlarzu i zwalczyła ochotę, by go nim uderzyć. 
Spodziewała się takiej odpowiedzi - lub raczej jej braku - i dlatego przygotowała 
się do tej rozmowy. Zdumiało ją tylko jedno. e tak łatwo traci głowę, e on tak 
łatwo wytrąca ją z równowagi. Zwykle była bardziej opanowana. 
−  Jak zapewne zgadłeś, bo przecie wiesz wszystko, przyjechałam tutaj, by 

znaleźć męa. Nie po to, by szukać kochanka. Chcę, ebyśmy się jasno rozu-
mieli, Wasza Wysokość. Niewane,  jak bardzo będziesz się starał, jak 
wielkie jest twoje doświadczenie w uwodzeniu, nie mam zamiaru poddać się 
twoim legendarnym urokom. 

Słyszała wystarczająco duo  od przeraonej Marjorie, a wywnioskowała 

jeszcze więcej ze spojrzeń i szeptów. Gdyby nie jej pochodzenie i wiek, to na-
wet taka rozmowa mogłaby jej przypiąć etykietkę. 

Spojrzała mu w oczy, czekając na odpowiedź, jakąś uszczypliwą uwagę, 

potyczkę słowną. On przyglądał jej się z zadumą, przeciągając chwilę, kiedy się 
odezwie. - Tak sądzisz? 

background image

−  Jestem pewna. - Co za ulga. Wreszcie piłeczka była po jej stronie. - Nic tu po 

tobie. Nie masz szans, więc niepotrzebnie trzymasz się mojej spódnicy. 

Uśmiechnął się szeroko. - Trzymam się twojej spódnicy, mignonne, bo mnie 

bawisz. - Opuścił wzrok i poprawi! koronkę mankietu. - Nie znam tu nikogo, 
komu się to udaje. 

Helena z trudem powstrzymała prychnięcie. -Wiele pań chętnie spróbuje. 

−  Niestety, nie mają szans. 
−  Moe za wysoko stawiasz poprzeczkę? Podniósł głowę i spojrzał jej w twarz. 

– Chyba nie. Jak się okazuje, mona znaleźć osobę, która do niej dorasta. 

Oczy Heleny zamieniły się w wąskie szparki. - Jesteś potworem! 
Uśmiechnął się. - Nie robię tego celowo, mignonne. 
Zacisnęła zęby. Miała ochotę krzyczeć. Nie jest i nie będzie jego mignonne! 

Ale przecie  spodziewała się oporu. Zaczerpnęła tchu i  opanowała się. - 
Doskonale. - Pokiwała głową. - Skoro masz zamiar trzymać się mojej spódnicy, 
to przynajmniej bądź uyteczny. Masz wielu przyjaciół w Londynie i wiesz 
więcej ni inni na temat majątków i tytułów. Pomoesz mi wybrać męa. 

Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Potwierdzało to jego tezę, e ona i 

tylko  ona  posiada rzadką umiejętność zadziwiania go  i  jednocześnie 
rozśmieszania. Impuls był silny, ale Sebastian poszedł za ciosem. 

Swoją reputację Sebastian zawdzięczał między innymi szybkiemu refleksowi. 

Zawsze potrafił dostrzec i w porę pochwycić szansę, która materializowała się 
przed oczyma. - Z ogromną przyjemnością, mignonne. 

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale on połoył dłoń na sercu i się skłonił. - 

Będzie to dla mnie zaszczyt, móc ci towarzyszyć w wyborze. 
−  Zgoda? 
−  Zgoda. - Uśmiechnął się, gotów jej obiecać wszystko, o co poprosi. Nie ma 

lepszego sposobu, by dopilnować, eby nikt nie wszedł mu w drogę. A jeśli 
jeszcze będzie mógł być blisko... 

Wyciągnął dłoń. - Wstań. Zatańczymy. 

background image

Podniósł się, ciągnąc ją za sobą. Nie była to prośba, tylko rozkaz, ale Helena 

nie miała nic przeciwko temu. Dotychczas unikała tańca z nim w obawie, e nie 
będzie w stanie opanować emocji towarzyszących jego dotykowi. 

Tu obok tworzył się korowód; dołączyli do niego. Kiedy zabrzmiał pierwszy 

akord, dygnęła. Ukłonił się. Złączyli ręce. 

Było gorzej, ni się spodziewała. Nie mogła oderwać od niego wzroku. 

Wiedziała, e to niemądre, ale rozum nie potrafił się oprzeć magnetyzmowi. 
Otaczała ich zmysłowa mgiełka, zapomnieli, e wokół są inni ludzie. 

Poruszał się z niezwykłą gracją, pewny siebie, opanowany. Przysięgłaby, e 

ledwo słyszał muzykę, ale był na tyle doświadczony, na tyle wprawny, e 
muzyka wcale nie była potrzebna. Helena tańczyła menueta ju  w wieku 
dwunastu lat, ale nigdy nie było tak jak teraz. Teraz tańczyła jak we śnie, a 
kady ruch, kady gest, kade spotkanie błękitnych oczu było jak raenie 
piorunem. Nigdy nie czuła takiej siły, takiej energii. 

Jakby zarzucił na nią sieć. Wiedziała, co się święci, jakie są jego zamiary. 

Gdzieś w odległym zakątku mózgu tkwiła świadomość, e gdy taniec się 
skończy, ona będzie wolna. Ale dopóki obracali się wokół siebie, wykonując 
skomplikowane figury, była jak uwięziona, oczarowana. 

Zafascynowana. 
Zdawała sobie sprawę, e oddycha głośniej, e czuje mrowienie na skórze. 

Wszelkimi zmysłami czuła, e jej ciało budzi się do ycia - jej piersi, ramiona, 
biodra, nogi. Czuła te, e fascynacja jest obustronna. 

Kiedy zamilkła muzyka, Helenie kręciło się w głowie. Podniosła się z 

głębokiego ukłonu i odwróciła twarz. - Chcę wracać do madame Thierry. 

Kątem oka zauwayła, e jego usta się poruszyły. Spotkała jego spojrzenie i 

zdała sobie sprawę, e w niebieskich oczach nie ma triumfu, a raczej łagodne 
zrozumienie. 

Dangereux. 
To słowo nie opuszczało jej myśli. Zadrała. 

background image

−  Chodź - podał jej dłoń. - Odprowadzę cię. 

Oddała mu rękę. Odprowadził ją do Marjorie, wymieniając ukłon z Louisem, 

który stał u jej boku, a następnie ukłonił się i znikł. 
−  -Mon dieu! Heleno... 

Podniosła dłoń, powstrzymując Marjorie od dalszych słów. - Wiem, wiem, ale 

my się dogadaliśmy. Nie zostanę jego kochanką, a on obiecał, e pomoe mi 
znaleźć męa. Twierdzi, e go bawię. 

Marjorie gapiła się na nią. - Co takiego? -Po chwili potrząsnęła głową. - Ech, 

ci Anglicy. Są szaleni. 

Louis się wyprostował. - Szaleni czy nie, jego propozycja moe być bardzo 

cenna. Moe być doskonałym źródłem informacji, a e jest duo starszy... 
Marjorie prychnęła. - Ma tylko trzydzieści siedem lat, a jeśli połowa z tego, co 
słyszałam to prawda, mógłby zadziwić niejednego dwudziestosiedmiolatka. 
−  Czy to wane? - Louis szarpał nerwowo za kieszeń kamizelki; sam miał 

dwadzieścia siedem lat. -Skoro Helena twierdzi, e nie potraktuje jej jak swój 
kolejny podbój, a mimo to chce nam pomóc, głupotą byłoby odrzucać jego 
ofertę. Jestem przekonany, e mój wuj, hrabia de Vichesse, zachęcałby do 
skorzystania z tego pomysłu. Helena pochyliła głowę. - Masz rację. - Fabien 
korzystał z kadego narzędzia, które wpadło mu w ręce. 

Marjorie westchnęła z niepewną miną. - Jeśli jesteś pewna, e hrabia... - Bien, 

zróbmy, jak uwaasz. 

background image

Rozdział 2 

 
 
 

Marjorie przystała na ten pomysł, ale z pewnością go nie pochwalała, bo za 

kadym razem, gdy St. Ives odprowadzał Helenę, traktowała go jak wilka, który 
akurat schował kły, ale jeszcze chwila i odsłoni prawdziwe oblicze. 
−  Nie ma się czego bać, zapewniam cię. - Helena dotknęła ramienia Marjorie. 

Znajdowały się w sali balowej u lady Harrington. W powietrzu czuć było 
zbliające się święta; girlandy z bluszczu oplatały kolumny, a wieńce z 
ostrokrzewu i czerwonych borówek zdobiły wszystkie ściany salonu. 

St. Ives właśnie przyjechał. Zapowiedziano go, przystanął na moment na 

schodach prowadzących do sali balowej, przyglądając się zgromadzonym. 
Ukłonił się gospodyni, a potem jego wzrok szukał... A ją znalazł. 

Helena poczuła, e serce jej przystanęło. Nie bądź niemądra, powiedziała 

sobie. Ale kiedy schodził po schodach, jak zwykle niedbale elegancki, nie mogła 
zaprzeczyć, e jej ciało ogarnia dziwna ekscytacja. 
−  On mi tylko pomaga w znalezieniu męa.  

Powiedziała to, by uspokoić Marjorie, ale sama w to nie wierzyła. Mówiła mu 

wielokrotnie, e nie zostanie jego kochanką, a on nigdy tego nie komentował. 
Obiecał jednak, e pomoe jej znaleźć męa, i chyba mówił szczerze. Nietrudno 
było przejrzeć jego zamiary. Jak tylko  zostanie oną  jakiegoś nudnego, 
angielskiego lorda, będzie pierwszy w kolejce, by zostać jej kochankiem. 

Trudno mu się będzie oprzeć. 
Przeszył ją dreszcz, poczucie zbliającego się niebezpieczeństwa. 
A tymczasem był ju obok, ukłonił się nisko, powiedział kilka słów Marjorie, 

a potem poprosił Helenę na krótki spacer. Zgodziła się. Dangereux czy nie, ona 
ju podjęła decyzję, od której nie było odwrotu. 

Nie było odwrotu z pułapki, którą na nią zastawił. 

background image

Ta świadomość otworzyła jej oczy. Nagle się spięła. Poczuł to, widziała to w 

jego spojrzeniu, pobienej pieszczocie niebieskich oczu na jej twarzy. 
−  Nie gryzę, mignonne. Jeszcze nie. 

Rzuciła mu spojrzenie z ukosa, widząc rozbawienie. - Marjorie się martwi. 

−  Czemu? Obiecałem, e pomogę ci znaleźć męa. Co w tym złego? 

Zmruyła oczy. - Nie udawaj niewiniątka, Wasza Wysokość. Nie jest ci z tym 

do twarzy. 

Sebastian zaśmiał się. Była urocza; dotąd adnej kobiecie nie udało się go tak 

zaabsorbować. Prowadził ją przez tłum, przystając tu i ówdzie, by z kimś 
porozmawiać, przywitać się ze znajomym, czy pokazać jej stojącego na tarasie 
anioła wyrzeźbionego w lodzie. 

ałował, e nie moe przyśpieszyć tempa, skrócić tego etapu znajomości i 

przejść do następnego, kiedy będzie mógł jej dotknąć, pieścić i całować. Zwa-
ywszy  na jego zamiary, nie było to rozsądne. Kiedyś był 

mistrzem w 

rozgrywaniu towarzyskich gier, ale wynik  tej  byl  duo  waniejszy  ni 
wszystkich dotychczasowych. 

Gdy tylko okrąyli salę, odciągnął ją na bok. -Powiedz mi, mignonne, co 

robiłaś w święta w klasztorze? 
−  Moja siostra się rozchorowała. Zostałam, by się nią opiekować. - Zawahała 

się i dodała: - Jesteśmy sobie bardzo bliskie; nie chciałam jej zostawiać. 

−  Jest duo młodsza? 
−  Osiem lat. Miała wtedy osiem lat. 
−  A więc teraz ma piętnaście. Jest z tobą w Londynie? 

Potrząsnęła głową. - Ariele była chorowitym dzieckiem. Teraz jest lepiej, ale 

nie chciałam jej naraać na chłodną, angielską zimę. U nas jest duo cieplej. 
−  A gdzie jest to „u nas"? 
−  Naszą rodową posiadłością jest Cameralle. W Camargue. 
−  Ariele. Ładne imię. Czy ona równie jest ładna?  

background image

Sebastian poprowadził Helenę do sofy, którą właśnie opuściły dwie damy. 

Poczekał, a rozsiądzie się wygodnie, a potem usiadł obok. Ze względu na 
rónicę wzrostu, jeśli Helena spuści głowę, nie będzie widział jej twarzy. Nie 
będzie mógł śledzić jej myśli. 
−  Ariele jest ładniejsza ode mnie. 
−  Wątpię. To niemoliwe. 

Nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Wydajesz się tego całkiem pewien, 

Wasza Wysokość. 
−  Mam na imię Sebastian. Słyszałaś o mojej reputacji, dziwię się, e wątpisz w 

mój osąd. 

Zaśmiała się, a potem rozejrzała po sali. - No to mi powiedz, dlaczego oni 

nie... ze względu na twoją reputację... - Zaczęła gestykulować. 
−  Dlaczego nie zwracają na nas uwagi? 
−  Exactement. 

Bo nie są w stanie rozgryźć moich planów i pewnie przestali próbować. 

Sebastian oparł się wygodnie, patrząc na jej profil. - Wcią się przyglądają, ale 
na razie nie wydarzyło się nic takiego, co mogłoby dostarczyć tematu do plotek. 

Łagodnie wypowiedziane słowa zapadły jej  głęboko w  pamięć. Znów 

ogarnęło ją poczucie zbliającego się niebezpieczeństwa. Powoli odwróciła 
głowę i spojrzała prosto w niebieskie oczy. - Obiecałeś, e do niczego nie 
dojdzie. 

Nie  unikał  jej  wzroku,  ale  jego  spojrzenie było  enigmatyczne, 

nieprzeniknione. 
−  Próbujesz uśpić ich czujność, przeczekać, a się znudzą i przestaną się 

przyglądać. 

To mogło być pytanie, ale ona nie miała wątpliwości. Poczuła nagle, e brak 

jej powietrza. Z trudem wydobyła z siebie słowa: - Prowadzisz ze mną 
niebezpieczną grę. 

background image

Zrozumiał, w  jego oczach pojawił  się znajomy błysk. Twarz nabrała 

surowego wyglądu. - Nie, mignonne, to nie jest gra. 

Brzydziły ją gry wpływowych męczyzn, 

a mimo to, uciekając przed 

Fabienem, trafiła wprost w ramiona innego silnego męczyzny. Jak to się stało? 
Tak szybko, bez udziału jej woli? 

Zachmurzył się, chocia ciało wcią wydawało się rozluźnione, a poza pełna 

niedbałej elegancji. Patrzył jej głęboko w oczy, ale ona dawno nauczyła się 
strzec swoich sekretów. 

Wzrok mu się zaostrzył; złapał ją za rękę. - Mignonne... 

−  Tu jesteś, Sebastianie! 

Podniósł głowę, Helena zrobiła to samo. Poczuła, e jego palce zaciskają się 

na jej dłoni. Nie puścił jej, chocia korpulentna angielska dama o okrągłej 
twarzy otoczonej ufryzowanymi loczkami najwidoczniej liczyła na bardziej 
wylewne powitanie. Przygniatała ją taka ilość biuterii,  e  Helena ledwie 
zauwayła dziwaczny odcień sukni. Odniosła wraenie, e Sebastian westchnął 
w duchu. 

Wstał powoli, z wyraźnie niezadowoloną miną. Helena równie. 

−  Dobry wieczór, Almiro. - Odczekał chwilę. Kobieta zreflektowała się i 

dygnęła lekko. Chyląc głowę w ukłonie, spojrzał na Helenę. - Droga hrabian-
ko, pozwól, e ci przedstawię lady Almirę Cynster. Moją szwagierkę. 

Helena oddała mu spojrzenie, właściwie odczytując jego irytację. 

−  Almira, hrabina d'Lisle. 

Znów chwilę odczekał. Helena równie. Z nieukrywaną niechęcią i wątpliwą 

gracją kobieta ponownie dygnęła. Helena uśmiechnęła się słodko i pokazała jej, 
jak powinien wyglądać dyg. 

Prostując się, zobaczyła błysk aprobaty w oczach Sebastiana. 

−  Rozumiem. St. Ives przedstawia cię towarzystwu. - Kobieta lustrowała ją 

tępym, bezczelnym spojrzeniem. 

−  Monsieur le duc był na tyle uprzejmy. 

background image

Lady Almira zacisnęła usta. - Rzeczywiście. Nie wydaje mi się, ebym miała 

zaszczyt poznać twego męa, hrabiego d'Lisle. 

Helena uśmiechnęła się niewinnie. - Nie jestem męatką. 

−  Och! Myślałam... - Lady Almira przerwała, zdumiona. 
−  Zgodnie z francuskim prawem, jeśli w rodzinie nie ma męskich potomków, 

córka dziedziczy tytuł po ojcu. 

−  Aha. - Almira wydawała się jeszcze bardziej zdumiona. - A więc nie jesteś 

męatką? 

Helena potrząsnęła głową. 
Almira skrzywiła się, zwracając do Sebastiana: -Lady Orcott pytała o ciebie. 
Sebastian uniósł brew. - Doprawdy? 
Ton nie pozostawiał wątpliwości, e w ogóle go to nie interesuje. 

−  Szukała cię. 
−  No có. Jeśli ją spotkasz, powiedz jej, gdzie mnie moe znaleźć. 

Helena ugryzła się w język. Oschła odpowiedź Sebastiana nie zrobiła adnego 

wraenia na jego szwagierce. 

Almira odwróciła się bokiem do Heleny. -Chciałam ci powiedzieć, e Charles 

zaczął chodzić po schodach. Rośnie jak na drodach. Musisz przyjechać i go 
zobaczyć. 
−  Fascynujące. - Sebastian ścisnął palce Heleny i spojrzał w jej stronę. - 

Wydaje mi się, moja droga, e lady March daje nam znaki. - Rzucił Almirze 
niechętne spojrzenie. - Musisz nam wybaczyć, Almiro. 

Nawet ona nie mogła nie zauwayć takiej odprawy. Zrobiła niezadowoloną 

minę i dygnęła. - Spodziewam się ciebie za kilka dni. 

Z tą impertynencką uwagą odwróciła się na pięcie i odeszła. 
Patrzyli, jak się oddala. - Czy lady March - zaczęła Helena - której nie znam, 

rzeczywiście daje nam znaki? 
−  Skąde. Chodźmy stąd. 

background image

Helena spojrzała na niego, na uprzejmą maskę zamiast twarzy. - Syn tej 

kobiety odziedziczy po tobie majątek i tytuł? 

Jego twarz nie zdradzała najmniejszych emocji. Oddał jej spojrzenie i 

odwrócił głowę bez słowa. 

Helena uniosła lekko brwi i nie pytała o więcej. 
Wtopili się w tłum. Po chwili dopadł ich wysoki, szczupły męczyzna w 

eleganckim czarnym ubraniu. A raczej dopadł Sebastiana; ją zauwaył dopiero 
wtedy, gdy zrobiło się luźniej. 

Oczy dentelmena rozbłysły; uśmiechnął się i ukłonił niemal tak elegancko, 

jak Sebastian. 

Ten westchnął. - Droga hrabino, pozwól, e ci przedstawię mojego brata, 

lorda Martina Cynstera. 
−  Enchante, mademoiselle. - Martin uniósł jej dłoń i złoył na niej pocałunek. - 

Nic dziwnego, e brata tak trudno dziś znaleźć. 

Miał  szczery uśmiech, wydawał się  prawdziwie rozbawiony. Helena 

uśmiechnęła się równie. - Miło mi cię poznać, milordzie. 

Martin był duo młodszy od Sebastiana, ale widać było, e nie traktuje 

starszego brata zbyt powanie. 
−  Byłem ciekaw - odezwał się Sebastian - czy ju wydobrzałeś po nocy 

spędzonej u Fanny? 

Martin się zaczerwienił. - Skąd do diab... diaska wiesz? 
Sebastian uśmiechnął się tylko. 

−  Jeśli chcesz wiedzieć - ciągnął Martin - skończyłem ten wieczór dosyć 

wcześnie. Ta kobieta oszukuje w kartach, daję słowo. 

−  To nic nowego. 

Martin zamrugał. - Mogłeś mnie ostrzec. 

−  I zepsuć ci zabawę? Dzięki Bogu, nie jestem twoją niańką. 

Martin uśmiechnął się. - Muszę przyznać, e świetnie się bawiłem. Chocia 

trochę czasu mi zajęło, eby przejrzeć jej sztuczki. 

background image

−  No tak. - Sebastian spojrzał na Helenę. - Ale obawiam się, e nudzimy pannę 

d'Lisle. 

−  Có, nie jest to najbardziej ekscytujące miejsce. - Martin zwróci! się do 

Heleny. - Szkoda, e przyjechałaś do Londynu tak późno, za późno na 
Vauxhall czy Ranelagh. Chocia przed nami jeszcze bal maskowy u lady 
Łowy. Tam zawsze jest dobra zabawa. 

−  O tak, wydaje mi się, e dostałam zaproszenie. Uwielbiam bale kostiumowe. 
−  Za kogo się przebierzesz? - zapytał Martin. Helena zaśmiała się. - Co to, to 

nie. Ostrzeono mnie, e mam nie mówić. 

Martin cofnął się o krok, przyglądając się jej tak, jakby chciał utrwalić sobie 

w pamięci jej rysy. 
−  Nie musisz pytać - poinformował go Sebastian. 
−  Nie rozumiem. Jak ją w takim razie odnajdę? 
−  Zwyczajnie. Odszukaj mnie. Martin zamrugał. - Och. 
−  Ach, tu jesteś, ma petite. - Podeszła do nich Marjorie. Uśmiechała się, ale na 

jej  twarzy widać było  obawę, jak  zawsze w  obecności Sebastiana. 
Uśmiechnęła się szerzej do Martina i podała mu rękę, a potem zwróciła do 
Heleny. - Musimy ju iść. 

Helena poegnała się niechętnie. Sebastian pocałował ją w dłoń i szepnął do 

ucha: - Do jutra, mignonne. 

Nikt poza nią nie słyszał tych słów. Spojrzenie niebieskich oczu było równie 

przeznaczone tylko dla niej. 

Helena dygnęła, ukłoniła się i poszła za Marjorie, nie przestając się dziwić. 

Martin zwrócił się do brata: - Cieszę się, e się spotkaliśmy. - Rozbawiony 
wyraz zniknął z jego twarzy. - Nie wiem, jak długo będziesz znosił wybryki 
Almiry, ale my z Geoffreyem mamy ju dość. Zachowuje się skandalicznie! 
Odnoszę czasem wraenie, e uwaa, i znajdujesz się dawno pod ziemią, 
Arthur zresztą te. Bóg jeden wie, dlaczego się z nią oenił. 

background image

−  Wszyscy wiemy. - Sebastian spuścił wzrok i poprawił koronkę mankietu. 

Martin prychnął. - Ale przecie to była nieprawda! Nie była wtedy w ciąy... 

−  Spójrz na to z drugiej, lepszej strony. Przynajmniej moemy być pewni, e 

Charles jest synem Arthura. 

−  Owszem, ale to Almira trzyma go w garści. Mój Boe, chłopak od urodzenia 

nie słyszy niczego poza jej złorzeczeniami. Wiesz przecie, jak ona nas 
nienawidzi. 

−  Skąde. 
−  A jednak. To największa hipokrytka, jaką znam. Jeśli zabraknie ciebie i 

Arthura, a Charles odziedziczy majątek... - Martin nabrał głęboko tchu i od-
wrócił wzrok. - Powiem tak: ani ja, ani George ostatnio nie śpimy spokojnie. 

Sebastian podniósł wzrok i spokojnie przygląda! się bratu. - Nie zdawałem 

sobie sprawy... - zawahał się. - Ani ty, ani George nie macie powodu, by się 
martwić. - Jego twarz wykrzywił grymas. - Arthur równie. 

Martin zmarszczył czoło. - Co takiego? -Po chwili rozchmurzył się, a w 

oczach pojawił się blask. - Zamierzasz coś z tym zrobić? 
−  Chyba nie sądzisz, e pozwolę, by Almira została księną St. Ives? 

Martin zbaraniał i ze zdumienia otworzył usta. -Mówisz serio? Nie wierzę. 

−  Sądziłem kiedyś, e jestem z elaza. Almira udowodniła mi, e to nieprawda. 

Miałem nadzieję, e  macierzyństwo ją odmieni. -  Sebastian wzruszył 
ramionami. - Okazało się, e byłem nadmiernym optymistą. 

Z otwartymi ustami Martin patrzył tam, gdzie przed chwilą znikła Helena. - 

Chcesz się enić. 

Spojrzenie, które rzucił mu Sebastian, było tak ostre, e mogło przecinać 

szkło. - Będę niezmiernie wdzięczny, jeśli powstrzymasz się od tego typu 
komentarzy. Komukolwiek, gdziekolwiek. 

Martin gapił się na brata, a po chwili zrozumiał. - Do diabła! Ty mówisz 

powanie! - Na usta wrócił mu uśmiech. - Rozejrzał się po eleganckim tłumię, 

background image

uśmiechach, spojrzeniach, które nawet teraz kierowane były w ich stronę. - Jeśli 
to się wyda... 
−  Będziesz tego ałował  do końca ycia,  braciszku. A  teraz chodźmy. - 

Sebastian ruszył  w  stronę drzwi.  -  Otworzyli  nowe kasyno. Mam 
zaproszenie, jeśli więc chcesz, moesz iść ze mną. 

Martin dorównał mu kroku, uśmiechając się szerzej ni dotychczas. 

 
 
 
 
−  Moim zdaniem, mignonne, lord Montacute nie jest taki zły. 

Helena rzuciła Sebastianowi szybkie spojrzenie. Spacerowali w cieniu drzew; 

dzień był wyjątkowo pogodny. Przyszła tu z Marjorie, ale Sebastian szybko je 
odnalazł. Zostawili Marjorie wśród przyjaciół, a sami udali się na przechadzkę. 
Rozmawiali o potencjalnych kandydatach na męa. 
−  Chyba - powiedziała - nie zniosłabym tego, e mój mą nosi jaskrawo 

róowe surduty. Co gorsza, dodaje do tego róowe koronki. 

Ogarnęła spojrzeniem granatowy płaszcz Sebastiana, skromnie ozdobiony 

złotem na mankietach i kieszeniach. Koronki, jak zwykle, były śnienobiałe i 
doskonałej jakości. 
−  Poza tym - spojrzała przed siebie - pozostaje jeszcze kwestia tytułu. 

Poczuła na sobie spojrzenie. - Jest baronem. 

−  Owszem. A mój opiekun yczy sobie, aby męczyzna, którego poślubię, był 

co najmniej równy mi tytułem. 

−  Czyli co najmniej hrabią. - Westchnął, podniósł głowę i rozejrzał się. - 

Mignonne, szkoda, e nie powiedziałaś mi tego wcześniej. Nie ma tak wielu 
nieonatych hrabiów, markizów, a tym bardziej ksiąąt. 

−  Paru się znajdzie. 

background image

−  Mamy jeszcze inne kryteria, prawda? 

Jej kryteria róniły się od wymagań Fabiena, ale Sebastian moe tylko na nich 

skorzystać. Uległy mą, którego owinie sobie wokół palca, nie będzie przecie 
robił awantur, kiedy zdecyduje się wziąć kochanka. Kto wie? Moe się na to 
zdecyduje. Ale kochanek te powinien być tej samej maści. Powinien spełniać 
kade jej yczenie i nie oczekiwać po niej zbyt wiele. 

Męczyzna u jej boku, niestety, nie naleał do tej grupy. 

−  Zacznijmy moe od tytułu. To nam trochę ograniczy wybór. - Rozejrzał się, 

lustrując niedbałym wzrokiem grupki przechadzających się arystokratów. - 
Czy twój opiekun zgodzi się na wicehrabiego? W większości przypadków 
wicehrabia zostanie kiedyś hrabią. 

−  Hm, chyba tak. Jeśli wszystkie inne warunki zostaną spełnione. 
−  W takim razie przedstawię cię wicehrabiemu Digby. Jest spadkobiercą 

hrabiego Quantock, który  ma pokaźny majątek na zachodzie kraju. 
Słyszałem, e cieszy się sporym szacunkiem. 

Poprowadził ją do grupki dentelmenów i dam. Przedstawił ją wszystkim, a 

następnie wymanewrował tak, by „przypadkiem" znalazła się obok młodego 
hrabiego. Po dziesięciu minutach adoracji Helena spojrzała znacząco na 
Sebastiana. 
−  No i jak? - zapytał, kiedy się oddalili. 
−  Za młody. 

Rzucił jej kamienne spojrzenie. - Nie wiedziałem, e mamy jeszcze kryterium 

wieku. 
−  Nie mamy. Ale on jest po prostu za młody. 
−  Wicehrabia Digby ma dwadzieścia sześć lat. Więcej ni ty. 

Helena machnęła ręką i rozejrzała się. - Kto jeszcze? 
Po chwili z ust Sebastiana wydarło się westchnienie. - Mignonne, wcale mi 

nie pomagasz. 

background image

Helena pomyślała o nim to samo. Zdała sobie sprawę, e jego towarzystwo, 

doświadczenie i ogłada sprawiają, e inni, młodsi męczyźni wypadają w jej 
oczach blado. 

Jeśli jest się przyzwyczajonym do złota, trudno zaakceptować zwykłą blachę. 

Przedstawił ją  kolejnemu  wicehrabiemu, młodemu  lekkoduchowi  tak 
pochłoniętemu własnym wyglądem, e niemal jej nie zauwaył. Kilka chwil 
później  Sebastian  musiał  wysłuchać  krytycznej  opinii,  wyraonej 
zrezygnowanym, niemal rodzicielskim tonem. Poprowadził ją do następnej 
grupki. 
−  Pozwól, e ci przestawię lorda Werę. - Sebastian odczekał, a wymienią 

ukłony i zapytał: - Jakieś wieści z Lincolnshire? 

Were wydał się Helenie zbliony wiekiem do Sebastiana. Był elegancko, ale 

skromnie ubrany, a na jego otwartej twarzy malował się szczery uśmiech. 
Zmarszczył czoło. - Na razie nie, ale lekarze mówią, e lada dzień. 
Sebastian zwróci! się do Heleny. - Lord Werę ma dziedziczyć po swoim wuju, 
markizie Catterly. 
−  Staruszek jest ju jedną nogą w grobie - poinformował ją Werę. 
−  Rozumiem. - Helena ucięła sobie z hrabią miłą pogawędkę, zauwaając 

rosnące zniecierpliwienie Sebastiana. Po chwili odciągnął ją na bok. 

Posłuchała niechętnie. - Wydaje się sympatyczny. 

−  Jest sympatyczny. 

Spojrzała na Sebastiana, nie wiedząc, jak interpretować zgrzytliwą nutę w 

głosie. Jak zwykle, jego twarz była niewzruszona. 

Patrzył prosto przed siebie. - Chyba odprowadzę cię do madame Thierry. 

Jeszcze zacznie sobie wyobraać, e cię porwałem. 

Helena pokiwała głową. Rzeczywiście nadszedł czas, spacerowali ponad 

godzinę. 

Wiedziała, e  oferując pomoc w  znalezieniu męa  nie jest do końca 

bezinteresowny, ale nie miała zamiaru odrzucać jego propozycji. Jak tylko znaj-

background image

dzie odpowiedniego kandydata, który sprosta wymaganiom Fabiena, dalsza 
znajomość z Sebastianem będzie zaleeć tylko od niej. 

Zawsze będzie mogła powiedzieć „nie". 
Jest zbyt rozsądna, by się zgodzić. 
Spędziła z nim tak wiele czasu, obserwując go przy rozmaitych towarzyskich 

okazjach, i mogła być pewna, e przyjmie jej stanowczą odmowę. Mimo 
swojej reputacji nie był to męczyzna, który wziąłby kobietę siłą. 

Spojrzała na niego i szybko opuściła wzrok, skrywając uśmiech. Có za 

pomysł! Sebastian był zbyt arogancki i ambitny, by poddać się bez walki. 

Ta myśl kazała jej pomyśleć o Fabienie. Obydwaj są tak podobni, a mimo to 

tak róni. 

Natknęli się na grupkę dam w eleganckich spacerowych strojach. Zatrzymali 

się, by chwilę porozmawiać. Helenę bawił fakt, e zaledwie w ciągu jednego 
tygodnia została zaakceptowana przez damską połowę londyńskiej śmietanki. 
Owszem, matki z córkami na wydaniu uwaały ją wcią za groźną, bo zbyt 
atrakcyjną rywalkę; większość pań jednak Z radością powitała ją w swoim 
gronie. Okazało się, e Marjorie nie ma racji. Towarzystwo St. Ivesa pomagało 
nawiązywać nowe znajomości. 

Rozmawiała chwilę z lady Elliot i lady Frome, a po chwili zwróciła się do 

lady Hitchcock. Uformowała się niewielka grupka, a Helena znalazła się tu 
obok hrabiny Menteith. 

Helena przyjęła  wcześniej zaproszenie na  poranną wizytę,  hrabina 

uśmiechnęła się więc i spojrzała w stronę Sebastiana, rozmawiającego właśnie z 
Abigail Smith. - Załoę się, e St. Ives pojedzie jutro do Twickenham. Mam 
nadzieję, moja droga, e nic wspólnie nie planowaliście? 

Helena zamrugała. - Nie rozumiem? 
Wcią uśmiechając się do Sebastiana, lady Menteith obniyła głos. - Abigail 

jest w radzie sierocińca w Twickenham. Tamtejszy wójt grozi, e go zamknie, 
twierdząc, e chłopcy to nic dobrego, e włóczą się i kradną po okolicy. To 

background image

nieprawda; on po prostu chce kupić ten budynek. Łotr nie mógł wybrać gorszej 
chwili. Trzeba być zupełnie bez serca, by w taką pogodę, na śnieg i mróz, 
wypędzać sieroty na ulicę. St. Ives jest ostatnią szansą Abigail, no i tych 
biednych chłopców. 

Helena spojrzała w tę samą stronę i zobaczyła, e Sebastian przepytuje panią 

Firth. - Często zdarza mu się interweniować w sprawach, które go nie dotyczą? 
Lady Menteith zaśmiała się cicho. - Tu się nie zgadzam. - Połoyła dłoń na 
ramieniu Heleny i jeszcze bardziej ściszyła głos. - Nie jest to coś, co go nie 
dotyczy. St. Ives potrafi być wcielonym diabłem, ale ma miękkie serce, jeśli 
kobieta prosi go o pomoc. 

Helena zdumiała się. 

−  Có, pomaga i tobie. Przedstawia towarzystwu, dzieli się swoim splendorem. 

Z nami jest tak samo. Przynajmniej połowa kobiet, które tu widzisz, coś mu 
zawdzięcza. Od kiedy pojawił się w Londynie, ratuje damy z opresji. Wiem 
to na pewno, byłam jedną z pierwszych. 

Helena nie mogła się powstrzymać. - Jak to? 

−  Byłam młoda i głupia. Dopiero co wyszłam za mą, ale sądziłam, e jestem 

wystarczająco sprytna, by grać w karty ze starymi wygami. Nawet sądziłam, 
e  tak wypada. Grałam o wysoką stawkę i  skończyło się na tym, e 
przegrałam rodowe klejnoty męa. Gdyby tylko Menteith się dowiedział! 
Całe szczęście, St. Ives wyciągnął mnie z tego. Zauwaył moją rozpacz i nie 
dał mi spokoju, dopóki wszystkiego mu nie powiedziałam. Dzień później 
odesłał mi diamenty. 

−  Wykupił je dla pani? 
−  Jeszcze lepiej. Wygrał je, co było nie lada sztuką, bo przegrałam je z 

szulerem. - Lady Menteith uścisnęła ramię Heleny. - St. Ives rzadko rozdaje 
pieniądze, chyba e nie ma wyjścia. Dla wielu z nas to prawdziwy rycerz na 
białym rumaku. Jutro pojedzie do Twickenham i  rozmówi się z tym 
bęcwałem. Jestem pewna, e nie dojdzie do zamknięcia sierocińca. 

background image

Hrabina zamilkła, dodając po chwili: - Nie chcę, ebyś myślała, moja droga, 

e damy zwracają się do niego z najmniejszą błahostką. Skąde. Ale kiedy nie 
ma wyjścia, dobrze wiedzieć, e jest ktoś, kto moe pomóc, kto jest ostatnią 
nadzieją. I jest niezwykle dyskretny. Jestem pewna, e gdybyś zapytała go o 
diamenty Menteithów, nawet po tylu latach, nie piśnie nawet słówka. A pojutrze 
nie będzie ju pamiętał o Twickenham. 

Helena nie mogła się oprzeć zdumieniu. - Pomaga te dentelmenom, którzy 

wpadli w kłopoty? 

Hrabina spojrzała jej prosto w oczy. - O tym nie słyszałam. 
Helena zaśmiała się. Sebastian znalazł się u jej boku, przyglądając jej się z 

uniesionymi brwiami. Potrząsnęła głową. 
−  Musimy ju iść. Madame Thierry będzie się niepokoić. 

Mało powiedziane, pomyślała i  skinęła głową. Poegnali  się i  szybkim 

krokiem wyszli na postój. Nie wzbudzili sensacji, nawet najwięksi plotkarze 
siedzieli w swoich karocach, wymieniając najnowsze wiadomości. 

Dotarli do powozu, Sebastian pomógł jej wsiąść. Marjorie wydawała się 

mniej przejęta jej nieobecnością, chocia wyraźnie ucieszyła się z jej powrotu. 
Sebastian ukłonił się i niespiesznym krokiem skierował do swojego powozu. 

Helena patrzyła, jak odchodzi. Nie mogła sobie wyobrazić, by Fabien 

pomagał komuś bez powodu. 
 
 
 

Lady Menteith otworzyła jej oczy. Na koktajlu u lady Crockford zauwayła, 

e Sebastian co chwilę przystaje, by porozmawiać z jakąś damą. Wcześniej 
sądziła, e to on pierwszy nawiązuje kontakt, ale teraz widziała, e to one 
uśmiechają się do niego i  zaczynają rozmowę. Ich słowa wydawały się 
niezwykle uprzejme, a uśmiechy pełne wdzięczności. 

background image

Osoby te z reguły nie wyróniały się porywającą urodą. Wiele z nich było od 

niego starszych, inne nie wydawały się na tyle interesujące, by stać się obiektem 
nieprzyzwoitych propozycji z jego strony. 

Podszedł bliej i ich spojrzenia się spotkały. Z trudem powstrzymała drenie. 
Wymienili ukłony, a Sebastian zamienił kilka słów z Marjorie i Louisem, po 

czym zwrócił się w jej stronę. Uniósł brew. 

Uśmiechnęła się i podała mu dłoń. - Przejdziemy się? 
Nie miał zamiaru jej odmawiać. - Jeśli sobie tego yczysz. 
Poprowadził ją  przez tłum,  próbując ignorować jej  bliskość -  ciepło 

szczupłego ciała, lekki dotyk palców w dłoni. Wreszcie zapach francuskich per-
fum, które otaczały ją jak delikatna mgiełka, i które budziły w nim bestię 
poądania. 

Spędzał z nią duo czasu i czuł coraz mocniej, e jego samokontrola słabnie, 

a oczekiwania rosną. Jedynie fakt, i nie cierpiał załatwiać osobistych spraw 
wśród ciekawskich spojrzeń otoczenia, sprawiał, e otwarcie jej nie adorował. 
Wiadomość, e  chce się enić,  zelektryzowałaby cały Londyn. Sebastian 
postanowił poczekać kilka tygodni, a towarzystwo wyjedzie na święta Boego 
Narodzenia i dopiero wtedy, w zaciszu domowego ogniska, dopełnić wszystkich 
niezbędnych formalności. 

To duo lepsze rozwiązanie, zwłaszcza e nie był do końca pewien jej uczuć. 
Była dla niego nieustającą niespodzianką i wyzwaniem. 
Korzystając z przewagi wzrostu, przyjrzał się zaproszonym gościom, w 

szczególności dentelmenom, dzięki  którym  zdoła odwrócić jej  uwagę. 
Oczywiście z wyjątkiem Were'a. Przedstawienie przyjaciela Helenie było 
duym błędem. Sebastian nie naleał do tych, co kręcą bicz na własną skórę. 
Postara się dopilnować, eby Helena nie miała ponownie okazji do rozwaania 
tej kandydatury. 

background image

Odeszli właśnie od grupki dam, kiedy z tłumu wyłonił się George. Jedno 

spojrzenie na brata wystarczyło, by Sebastian się zorientował, e  Martin 
wygadał się przynajmniej jednej osobie. 

Zachwyt w jego oczach był niekłamany; George uśmiechnął się szeroko do 

Heleny, nie czekając a  zostanie przedstawiony. - Lord George Cynster, 
hrabino. - Ukłonił się nisko nad dłonią, którą wyciągnęła w jego stronę. - 
Niezmiernie mi miło, e mogę w końcu panią poznać. - Błysk w jego oku mówił 
wyraźnie, e to prawda. 
−  Mnie  równie,  milordzie. -  Helena rzuciła Sebastianowi rozbawione 

spojrzenie. - Ilu masz braci, Wasza Wysokość? 

−  Trzech, niech mnie diabli. Nie poznałaś jeszcze tylko Arthura, męa Almiry. 

Arthur i George to bliźniacy. Martin jest najmłodszy. 

−  Masz jakieś siostry? - Helena spojrzała na George'a. Nie dorównywał 

Sebastianowi wzrostem, ale był podobnie zbudowany. Miał ciemniejsze 
włosy i te same niebieskie oczy. I podobnie jak Sebastiana, otaczała go 
niebezpieczna aura, choć w nieco mniejszym natęeniu. U Martina ta cecha 
nie była jeszcze widoczna. Helena stwierdziła, e  przyjdzie pewnie z 
wiekiem i doświadczeniem. Tymczasem George wyglądał na niewiele ponad 
trzydzieści lat. 

−  Tylko jedną - odpowiedział Sebastian. Helena podniosła wzrok i zauwayła, 

e wpatruje się w tłum za jej plecami. - I jeśli mnie wzrok nie myli... 

Zrobił dwa kroki w bok i wyciągnął rękę, zaciskając palce na rękawie 

przechodzącej obok damy. 

Wysoka, elegancko ubrana kobieta odwróciła się gwałtownie, gotowa zmieść 

z powierzchni ziemi śmiałka, który ośmielił się ją tknąć. Widząc Sebastiana, 
rozpromieniła się w uśmiechu. 
−  Sebastian! - Złapała jego dłonie. - Nie sądziłam, e zastanę cię w Londynie. 
−  Jest to dosyć oczywiste, moja droga Augusto. 

background image

Augusta zmarszczyła nos na cenzorski ton, pozwalając, by  Sebastian 

przyciągnął ją do siebie. Uśmiechnęła się do George'a. - No i jeszcze George. 
Co słychać, braciszku? 
−  Moe być - George oddał jej uśmiech. -A gdzie Huntly? 

Augusta machnęła ręką. - Gdzieś tu krąy. - Jej wzrok spoczął na Helenie. 

Spojrzała szybko na Sebastiana. 
−  Augusta, markiza de Huntly. Helena, hrabina d'Lisle. - Sebastian odczekał, 

a wymienią ukłony i dodał: - Jak się z pewnością domyślasz, Augusta to 
nasza siostra. Nie pojmuję dlaczego - jego wzrok zatrzymał się na brzuchu 
Augusty - bawi w Londynie, zwaywszy na jej obecny stan. 

−  Nie marudź. Czuję się świetnie. 
−  Tak samo mówiłaś poprzednim razem. 
−  I mimo chwilowej paniki wszystko dobrze się skończyło. Edward rośnie jak 

na drodach. Jeśli musisz wiedzieć, nudziłam się w Northamptonshire jak 
mops. Huntly zgodził się ze mną, e odrobina towarzystwa mi nie zaszkodzi. 

−  A więc przyjechałaś do Londynu na bale i rauty. 
−  A co ty byś zrobił na moim miejscu? W Northamptonshire nic się nie dzieje. 
−  Mówisz tak, jakby to był koniec świata. -Jest, przynajmniej w kwestii 

rozrywek. Poza tym skoro mój mą nie protestuje, nie rozumiem czemu lobie 
to przeszkadza. 

−  Owinęłaś Herberta wokół małego palca jeszcze przed ślubem. 

Augusta nie zaprzeczyła. - Tylko w ten sposób kobieta moe zatrzymać męa 

przy sobie, drogi Sebastianie, o czym doskonale wiesz. 

Patrzyli przez chwilę na siebie, a Augusta odwróciła wzrok. 
Helena wtrąciła się, korzystając z chwili milczenia. - Ma pani synka? 
Twarz Augusty rozjaśniła się w uśmiechu. - Owszem. Ma na imię Edward. 

Jest w domu, w Huntly Hall i bardzo za nim tęsknię. 

background image

−  Łatwo to naprawić - wtrącił się Sebastian. Helena i Augusta zignorowały 

jego uwagę. 

−  Ma dwa lata. Straszny z niego łobuz. 
−  To po mamusi. 

Augusta zmarszczyła czoło, a Sebastian uśmiechnął się i pociągnął siostrę za 

kędzior ciemnych włosów. - Pewnie to lepiej, e nie jest takim ponurakiem jak 
Herbert. 

Augusta naburmuszyła się. -  Jeśli masz zamiar krytykować biednego 

Herberta... 
−  Ale skąd. Ja tylko stwierdzam fakty. Przyznasz chyba, e Huntly jest 

całkowicie pozbawiony fantazji, której nasza rodzina ma w nadmiarze. 

Augusta zaśmiała się. - No tak. 
−  Sama widzisz. 

Sebastian i George zaczęli rozmowę na temat planów Augusty i daty jej 

powrotu do Northamptonshire. Helena stała z nimi, przysłuchując się. 
−  A  więc widzimy się w  święta w  Somersham. -Augusta spojrzała na 

Sebastiana. - Mam przywieźć Edwarda? 

Obydwaj bracia spojrzeli na nią tak, jakby nagle urosła jej druga głowa. - 

Ale oczywiście! - wykrzyknął George. - Koniecznie chcemy zobaczyć naszego 
siostrzeńca. 
−  Jasne - powiedział Sebastian. - Ale widzę, e rozmawiałaś z Almirą. Nie 

wierz w ani jedno jej słowo, szczególnie jeśli powołuje się na mnie. Dla mnie 
to oczywiste, e Edward przyjeda do Somersham. A poza tym Colby szuka 
dla niego prezentu i byłby rozczarowany, gdyby mały się nie pojawił. 

Augusta wyraźnie się rozluźniła, ale na wspomnienie imienia koniuszego 

zmarszczyła czoło. -Błagam, tylko nie konia. Edward jest za mały. Zabroniłam 
Huntly'emu nawet o tym myśleć. 

background image

Sebastian zdjął z rękawa niewidoczny pyłek. -Herbert nic mi o tym nie 

wspominał, więc kazałem Colby'emu poszukać kucyka. Nieduego, posadzimy 
na nim dzieciaka i poprowadzimy po okolicy. Na to nie jest za mały. 

Helena ukryła uśmiech, a Sebastian udawał, e nie widzi wewnętrznej walki 

pomiędzy zachwytem a dezaprobatą, toczącej się na twarzy siostry. Spojrzał na 
nią z ukosa. - Podziękujesz mi w święta. 

Augusta poddała się. - Jesteś niemoliwy! -Oparła się na jego ramieniu i 

nachyliła się, całując go w policzek. - Bezgranicznie. 

Sebastian poklepał ją po dłoni. - Skąde. Jestem po prostu twoim duo 

starszym bratem. Dbaj o siebie - powiedział, kiedy odsunęła się i skinieniem 
głowy poegnała Helenę i George'a. - Wiesz doskonale, e jeśli usłyszę, e 
przesadzasz z tymi zabawami, zapakuję cię w powóz i wyślę do Huntly Hall, i to 
bez gadania. - Augusta zmierzyła go wzrokiem, a on dodał: - Nie jestem 
Herbertem, moja droga. 

Zmarszczyła nos, ale powiedziała tylko: - Nie pozwolę, Wasza Wysokość, 

abyś musiał się fatygować. 

Odwracając się, zdąyła szepnąć Helenie na ucho: - To tyran... Uwaaj! - 

Uśmiechała się czarująco. 
−  Doskonale - mruknął George, patrząc jak Augusta znika w tłumie. - Na 

wszelki wypadek nie spuszczę jej z oka. 

−  Nie ma potrzeby - powiedział Sebastian. - Herbert nie potrafi poskromić 

Augusty, ale wie doskonale, e ja nie mam z tym najmniejszego problemu. 
Jeśli będzie chciał, by wcześniej opuściła Londyn, wystarczy, e da mi znak. 

George uśmiechnął się. - Moe i jest nieco nudny, ale nasz Herbert ma głowę 

na karku. 
−  To fakt. Dlatego zgodziłem się, by za niego wyszła. - Sebastian zauwaył 

spojrzenie Heleny. - Zatańczymy? Byłaś bardzo cierpliwa. 

Ostatnie kilka minut spędziła bardzo przyjemnie, przysłuchując się ich 

rozmowom, poznając jego rodzinę. Teraz jednak uśmiechnęła się wdzięcznie, 

background image

wyciągnęła dłoń, ukłoniła się George'owi i  pozwoliła zaprowadzić się na 
parkiet. 

Jak zwykle, taniec z Sebastianem wytrącił ją z równowagi; świat zewnętrzny 

znikł, istnieli tylko oni - wirujący w tańcu, wpatrzeni w siebie, połączeni 
dłońmi. Na koniec, kiedy podziękował, jej serce biło nieco szybciej i brakowało 
jej tchu. 

Zmysły budziły się do ycia. Czuła, e rozumie, jakie myśli kryją się w 

spojrzeniu niebieskich oczu, w zamglonym wzroku, który zatrzymał się na jej 
ustach. 

Poczuła falę  gorąca i  odwzajemniła spojrzenie, przypominając sobie 

pocałunek. 

Napięcie między nimi rosło, stało się trudne do zniesienia. Nagle jego usta 

zadrały; pociągnął ją za sobą i zabrał z parkietu, po raz ostatni oglądając się za 
siebie. 

Helena nie zdąyła zaczerpnąć tchu, kiedy tu obok pojawiła się kolejna 

dama. Miała czarne włosy i elegancką suknię. 
−  Dobry wieczór, St. Ives. 

Sebastian skinął głową. - Witaj, Therese. 
Dama miała około trzydziestki. Zwracała na siebie uwagę, choć nie była 

klasyczną pięknością, a strój podkreślał wyjątkowy typ urody. Podobnie jak 
Augusta, stanęła na palcach i pocałowała Sebastiana w policzek. - Przedstaw 
mnie. 

Helena miała wraenie, e z ust Sebastiana wydobyło się westchnienie. 

−  Mademoiselle la comtesse d'Lisle. Lady Osbaldestone. 

Dama ukłoniła się wdzięcznie; Helena oddała ukłon, świadoma bacznego 

spojrzenia. 
−  Therese jest dla mnie kimś w rodzaju kuzynki -wyjaśnił Sebastian. 
−  Łączy nas bardzo dalekie pokrewieństwo, które bezwstydnie wykorzystuję - 

poprawiła go, zwracając się bezpośrednio do Heleny. - Jak tylko usłyszałam, 

background image

e ostatnio nie robi nic innego, tylko prowadza po salonach pewną francuską 
hrabiankę, stwierdziłam, e muszę ją poznać. Ją, czyli ciebie. - Rzuciła 
Sebastianowi spojrzenie z ukosa. Helena nie bardzo wiedziała, jak ma 
interpretować jej słowa. - Fascynujące. 

Lady Osbaldestone spojrzała na Helenę, uśmiechając się czarująco. - Nigdy 

nie wiadomo, co te Sebastianowi strzeli do głowy, ale... 
−  Therese. 

Cicho wypowiedziane słowo miało w sobie wystarczająco duo mocy, by 

zatrzymać potok słów. Lady Osbaldestone skrzywiła się i skierowała wzrok na 
Sebastiana. - Có za brak poczucia humoru. Chyba nie sądzisz, e jestem ślepa. 
−  Tym gorzej dla ciebie. 
−  No có. - Z jej głosu znikła cała brawura. -Chciałam ci tylko podziękować za 

ostatnią przysługę. 

−  Wszystko dobrze się skończyło? 
−  Owszem, bardzo ci dziękuję. 
−  Rozumiem, e twój mą pozostaje w słodkiej nieświadomości? 
−  Oczywiście. Przecie to męczyzna. Nie zrozumiałby. 

Sebastian uniósł brwi. - Doprawdy? A ja to kto? 

−  St. Ives - dodała szybko dama - ciebie się nie da zszokować. 

Na ustach Sebastiana pojawił się lekki uśmiech. Lady Osbaldestone odwróciła 

się do Heleny. - Nie do wiary, ile zna kobiecych sekretów. 

Helena nie mogła uwierzyć, e Sebastian jest powiernikiem tylu szacownych 

dam. Nie wyobraała sobie, by którakolwiek chciała zwierzać się Fabienowi. 

Okazało się, e  lady Osbaldestone niedawno wróciła z Parya.   Miały 

wspólnych znajomych, a Therese mimo ciętego języka okazała się niezwykle 
ciekawą i wdzięczną rozmówczynią. Helena milo spędzała czas, choć zdawała 
sobie sprawę, e Sebastian jest wyjątkowo czujny i nie spuszcza z Therese 
wzroku. 

background image

Lady Osbaldestone równie  wydawała się mocno skupiona. W  końcu 

odwróciła się do Sebastiana. -No dobrze, ju dobrze, idę sobie. Ale chciałam ci 
powiedzieć, e twoje zamiary zaczynają być widoczne. 

Dygnęła w jego stronę, ukłoniła się Helenie i znikła. 
Helena spojrzała na Sebastiana, kiedy ten ponownie wziął ją za rękę. Bała się 

zapytać, co miały znaczyć ostatnie słowa Therese. - Chyba duo o tobie wie - 
powiedziała w końcu. 
−  Niestety. Nie wiem, dlaczego jej na to pozwalam. To najbardziej bezczelna 

kobieta, jaką znam. 

Helena zastanawiała się przez chwilę, czy prosić o dodatkowe wyjaśnienie. 

Po chwili zdała sobie sprawę, e spędziła większość tego wieczoru w jego 
towarzystwie. Coraz więcej o nim wiedziała i powoli odkrywała coraz większą 
fascynację. To nie moe jej wyjść na dobre. Podniosła głowę i rozejrzała się. - 
Widziałeś gdzieś moe lorda Werę? 

Nastąpiła chwila milczenia; mogłaby przysiąc, e Sebastian zesztywniał. - 

Nie - mruknął w końcu. 

Czyby jej się wydawało, czy rzeczywiście w jego głosie pojawiła się ostra 

nuta? - Przejdźmy się, to moe... 

Poprowadził ją na drugą stronę sali, omijając tłum zgromadzony wokół 

boonarodzeniowej szopki, przyozdobionej potwornym wieńcem z pozłacanych 
światełek w kształcie gwiazd. Przyglądając się grupce stłoczonych kobiet, 
Helena zauwayła, e wiele z nich ma na sobie suknie w tradycyjnych kolorach 
Boego Narodzenia - intensywnej czerwieni i ciemnej zieleni. 

W tłumie zauwayła te Louisa, który nie spuszczał z niej wzroku. Ubrany 

był jak zwykle na czarno, podobnie jak Fabien, którego starał się we wszystkim 
naśladować. Wyróniał się na tle kolorowego tłumu. Zwykle kręcił się w 
pobliu, ale co dziwne, mimo reputacji Sebastiana jak dotąd nie wtrącał się w 
ich znajomość. 

background image

Przeszli przez całą salę. Nic nie widziała ponad głowami, ale Sebastian z 

pewnością tak. - Widzisz moe...? 
−  Nie widzę nikogo, kto byłby pomocny w osiągnięciu twoich celów. 

Ku  jej  zdumieniu pociągnął ją  za  sobą do  niewielkiego saloniku, 

odgrodzonego od sali balowej palmami w wielkich donicach, z widokiem na 
ogród. Salonik był pusty. 

Dzień był piękny, noc równie - gwiaździsta i mroźna. Za oknami krzewy i 

dróki skąpane były w świetle księyca, szron zdobił kady listek i źdźbło 
trawy. Helena syciła się widokiem, obraz przed jej oczyma mienił się i 
połyskiwał, zapowiadając zbliające  się święta. Scena przypomniała jej 
wydarzenia sprzed siedmiu lat, chwilę, kiedy spotkali się po raz pierwszy. 
Stłumiła dreszcz. Spojrzała w jego stronę, zauwaywszy, e przygląda jej się z 
uwagą. 
−  Wydaje mi się, mignonne, e nie raczyłaś mi przedstawić kompletnej listy 

wymagań twego opiekuna co do kandydata na męa. Mówiłaś, e musi ci 
przynajmniej dorównywać tytułem. Co jeszcze? 

Uniosła brew, nie z powodu pytania - bo ono było proste - ale tonu, który był 

dziwnie  napięty  i  stanowczy,  tak  róny  od  zwyczajnej,  leniwie 
niezobowiązującej barwy jego głosu. Przypominał głos, którym zwracał się do 
siostry. 

Chciał się uśmiechnąć, ale wyszło bardziej jak grymas. - Pomoe mi to 

określić najbardziej odpowiedniego kandydata. 

Jego ton nieco złagodniał. Wzruszając w duchu ramionami, odwróciła się do 

okna. - Tytuł ju 

wspomniałam. Pozostałe kwestie, o których mówił mój 

opiekun, dotyczą majątku i rocznego dochodu. 

Kątem oka zauwayła, e Sebastian kiwa głową. 

−  Bardzo sensowne wymagania. 

Nic dziwnego, e tak sądził. On i Fabien pod niektórymi względami byli jak 

bracia. Wystarczyło spojrzeć na despotyczne zachowanie Sebastiana wobec 

background image

siostry. Owszem, kierowała nim troska, a nie własny interes, ale mimo 
wszystko... - No i oczywiście, ja te mam jakieś preferencje. 

Na jego ustach pojawił się drapieny uśmiech. -Oczywiście. - Pochylił głowę. 

- Twoje preferencje są równie istotne. 
−  -I dlatego - powiedziała, odwracając się od okna - chciałabym porozmawiać 

z lordem Werę. 

Zamierzała wrócić do sali balowej, i to niezwłocznie. 
Sebastian stał jej na drodze. 
Nastąpiła krępująca cisza. Podniosła głowę i  spotkała jego spojrzenie. 

Zmruone oczy miały tak intensywnie niebieski kolor, e wydawały się płonąć. 
Puściły jej nerwy. Czuła, e zmaga się z czymś nieprzewidywalnym, szalonym, 
czymś, nad czym zupełnie nie panuje. 

Dangereux. 
Ostrzeenia Marjorie zmaterializowały się nagle, gdy wyszeptał jej do ucha: 

−  Were. 

Powiedział to bezbarwnym tonem, którego u nie-go jeszcze nie słyszała. 

Uwięził ją w swoim spojrzeniu; nie mogła się wydostać. 

Podniósł rękę i dotknął długim palcem jej podbródka, unosząc do góry. 

Przyglądał jej się uwanie, ogarniając wzrokiem najpierw usta, potem oczy. - 
Czy nie przyszło ci do głowy, mignonne -szepnął - e stać cię na duo więcej, 
ni zwykłego markiza? 

Helena poczuła, e w jej oczach zapala się ogień. Była zszokowana tym, co 

czuje. Palec był chłodny, ale spojrzenie niebieskich oczu paliło. 
Serce waliło jej jak młotem. Nagle za jego plecami usłyszała hałas. 

Zobaczyła Marjorie, wyrywającą rękę z uścisku Louisa. Z jej tonu i ostrych 

słów mona było wywnioskować, e próbował ją zatrzymać. Uwolniła się w 
końcu, poprawiła szal i podeszła bliej. 

Sebastian odwrócił głowę, opuszczając dłoń. 

background image

−  Ma petite, na nas ju czas. - Marjorie rzuciła mu nieprzychylne spojrzenie i 

powiedziała z niezwykłą dla siebie stanowczością: - Idziemy, Heleno. 

Skinęła głową Sebastianowi i wyszła. 
Wcią nie mogąc otrząsnąć się ze zdumienia, Helena dygnęła, rzuciła mu 

ostatnie spojrzenie, szepnęła kilka słów poegnania i podąyła za Marjorie. 
Minęła Louisa, który miał nieszczęśliwą minę. 
 
 
 

Rozdział 3 

 
 
 

Był  jedynym nieonatym  księciem, jakiego znała. Helena próbowała 

wytłumaczyć sobie jego słowa; nie pozwalały jej zasnąć przez pół nocy. 
Przecie nie mógł mieć na myśli siebie. Wiele lat temu przyrzekł, e się nie 
oeni. Dlaczego teraz miałby zmienić zdanie? Moliwe, e jej pragnie. Była 
gotowa zaakceptować ten argument, chocia  szczerze powiedziawszy, nie 
rozumiała męskich, drapienych instynktów. Z jego punktu widzenia, z punktu 
widzenia całego towarzystwa, mógł dostać wszystko, czego chciał, i nie musiał 
stawać z nią przed ołtarzem. 

Nie eby miała mu na to pozwolić, ale tego akurat nie mógł wiedzieć. 
Musiała go źle zrozumieć, ale chocia przekręcała jego słowa na wszystkie 

strony i drwiła z efektu, jaki na niej zrobiły, nie była w stanie wytłumaczyć 
namiętności płonącej w jego oczach i rozbrzmiewającej echem w głosie. 

Czuła ulgę, e w związku z jego wizytą w Twickenham będzie miała wolny 

dzień. 

background image

Nie pomogło. Nadszedł wieczór, a ona wcią  nie mogła znaleźć sobie 

miejsca. Czuła się osaczona,  jak  dzikie zwierzę na muszce wprawnego 
myśliwego. 

Kłótnia Louisa i Marjorie w drodze na bal u lady Hunterston tylko pogorszyła 

sprawę. 
−  Zbyt wiele sobie wyobraasz. - Louis skrzyował ramiona i rozparł się 

wygodnie, patrząc na Marjorie ponuro. - 

Jeśli będziesz się wtrącać, 

zrujnujesz jej szanse na dobrą partię. 

Marjorie prychnęła i ostentacyjnie spojrzała w okno. 
Helena westchnęła. Wbrew temu, co mówiła logika, nie była ju pewna, e 

Marjorie się myli. Logika nie była w stanie wytłumaczyć zdarzeń poprzedniej 
nocy. 

W sali balowej trzymała się blisko Marjorie. Znalazła lorda Werę przy 

wejściu do pokoju karcianego - on i jego znajomi zrobili im miejsce przy stole. 

Okazało się, e rozmowa toczy się na temat rychłej śmierci markiza Catterly, 

wuja lorda Werę. -Jadę jutro na północ - powiedział Werę. - Starzec wcią o 
mnie pyta. Przynajmniej tyle mogę zrobić. 

Skrzywił się, mówiąc te słowa, co w oczach Heleny źle o nim świadczyło. Po 

chwili zdała sobie sprawę, z kim go porównuje i zmusiła się, by o tym nie 
myśleć. Na szczęście temat wkrótce się zmienił. Rozmawiali chwilę o 
zbliających się świętach i okazało się, e mają podobne zdanie w wielu kwe-
stiach.  Był  moe  odrobinę  nudny,  ale  sympatyczny, skromny  i 
bezpretensjonalny. A to, powiedziała sobie, jest poądaną odmianą względem 
kogoś, kto zbyt dobrze zna swoją wartość. 

Rzuciła nieme pytanie w  stronę Marjorie, która odpowiedziała lekkim 

uśmiechem i skinieniem głowy. Widać było, e akceptuje jej wybór. 
Kiedy Sebastian pojawił się w salonie lady Hunterston, Helena uśmiechała się 
promiennie do Were’a. Nie mógł tego nie zauwayć. Ukłonił się gospodyni i 

background image

ruszył prosto w ich stronę, tym razem ignorując wszystkie pozdrowienia i 
uśmiechy. 

Przebił się przez tłum, widząc tylko ją i w duchu rozwaając moliwości. 

Mógł jej powiedzieć, e chce, by została jego oną, mógł ją olśnić i przeciągnąć 
na swoją stronę, ale... 

To „ale" wcią wiele znaczyło. Jakikolwiek znak, e zmienił zdanie i chce 

zrobić z niej swoją księną, wywołałaby sensację. Londyn o niczym innym by 
nie mówił, a szepty za ich plecami nie zawsze miałyby przychylny charakter. Z 
pewnością pojawiłyby się głosy, e nie ma czystych intencji, a to na pewno nie 
spodobałoby się ani jej, ani jej opiekunowi. 

Paryski agent doniósł mu, e po śmierci ojca prawnym opiekunem Heleny 

został jej wuj, Geoffre Daurent. Thierry z pewnością działał w jego imieniu, ale 
oficjalna wizyta na Green Street nie wchodziła w grę. Nie udałoby się utrzymać 
jej w tajemnicy. 

Dyskretne zaproszenie do rodzinnej posiadłości, Somersham Place, i to za 

dwa tygodnie, kiedy śmietanka towarzyska Londynu rozjedzie się na święta, to 
był duo lepszy pomysł. Nikt poza rodziną Thierry i Louisem nie musi o tym 
wiedzieć; on sam powie tylko swej ciotce Clare, która opiekuje się domem. W 
zaciszu rodzinnego domu wyłoy karty na stół i jeśli będzie trzeba, uyje 
perswazji. 

Ostatnia myśl nie była przyjemna. Helena lubiła jego towarzystwo, ale jej 

zielone oczy mówiły wyraźnie, e nie traktuje go jako potencjalnego kandydata 
na męa. 

Na razie. 
Wina mogła leeć po jego stronie, wszak wiele razy publicznie chwalił się 

swą niechęcią do instytucji małeństwa. Z drugiej jednak strony jej brak za-
interesowania był jak wyzwanie. 
−  Hrabino - rzekł, przystanąwszy u jej boku. Widziała, e się zblia, ale udała 

zaskoczenie i z chłodnym uśmiechem podała mu dłoń. Ujął ją, ukłonił się, i 

background image

zanim zdąyła się wyrwać, przytrzymał jej palce. -Madame. - Skinął głową, 
odpowiadając na dygniecie Marjorie i ukłonił się lordowi Werę. - Jeśli 
państwo nam wybaczą, mam waną sprawę, którą muszę omówić z hrabiną. 

W oczach madame Thierry zapaliły się podejrzliwe ogniki, ale nikt nie śmiał 

mu się sprzeciwić, nawet Helena. Pozwoliła się poprowadzić, ale jej twarz miała 
wystudiowany, spokojny wyraz. 
−  O czym chcesz ze mną rozmawiać? 

Ton głosu był lodowaty. Stanęła naprzeciwko niego, nie zdradzając nawet 

śladu irytacji. 
−  Werę nie jest męczyzną dla ciebie. 
−  Doprawdy? A to dlaczego? 

Nie mógł kłamać na temat przyjaciela. - Wystarczy powiedzieć, e twój 

opiekun go nie zaakceptuje. 
−  Mało prawdopodobne. Z tego co słyszałam, Werę wkrótce odziedziczy 

pokaźny majątek; ma te przyzwoite dochody. 

Nie tak przyzwoite jak jego własne. 

−  Lord Werę to bardzo miły człowiek - ciągnęła. 

Nie widzę tu najmniejszego problemu. 
Sebastian ugryzł się w język, bo ju chciał powiedzieć, e musi być ślepa. 

Zbyła go bez najmniejszego wysiłku i to z królewską nonszalancją. Musiał 
przyznać, e niewiele osób odwayłoby się to zrobić. 

Wcale go to nie zdziwiło; doniesienia agenta tylko 

potwierdziły jego 

podejrzenia. Helena i jej młodsza siostra były ostatnimi z rodu de Stansion -
jednej z najstarszych arystokratycznych rodzin Francji. Ich matka pochodziła z 
Daurentów, równie znanej szlacheckiej rodziny. Helena była tak samo dobrze 
urodzona jak Sebastian i  podobnie jak on, wychowywana w przekonaniu 
własnej wartości. Pewność siebie stanowiła ich nieodłączną cechę, była im 
wpojona od dzieciństwa, bo takie nazwisko było marką. 

Na jej nieszczęście arogancki ton wzbudził w nim instynkt zdobywcy. 

background image

−  Pamiętaj, mignonne, e dentelmen nie zawsze jest tym, na kogo wygląda. 
−  Nie jestem dzieckiem, Wasza Wysokość. Zdaję sobie sprawę, e większość 

męczyzn ukrywa swą prawdziwą naturę. 

−  Mam na imię Sebastian. Pozwól, e zauwaę, e większość kobiet nie jest tak 

otwarta jak ty. 

Skąd wzięła się ta idiotyczna rozmowa? Helena ledwie zdąyła  o tym 

pomyśleć, kiedy Sebastian pociągnął ją w stronę zasłony, która zasłaniała 
wejście do niewielkiego, luksusowo urządzonego saloniku. 

Materiał odciął ich od sali balowej, a Helena zrzuciła maskę i otwarcie 

zmarszczyła czoło. 
−  Jestem pewna, e to - gestykulowała - nie przystoi. 

Sebastian podszedł bliej. Rzuciła mu wrogie spojrzenie. Có za bezczelny 

typ. Uniósł jedną brew i nawet nie drgnął. Zupełnie nie wiedziała, dlaczego ją 
tak irytuje, ale miała silne podejrzenie, e od samego początku celowo odciąga 
ją od towarzystwa lorda Werę. 

A Were coraz bardziej wyglądał jak idealna droga do wolności. 

−  Doceniam twój wysiłek, by przedstawić mnie londyńskiemu towarzystwu, 

Wasza Wysokość, ale nie mam ju siedmiu lat i nie potrzebuję doradcy. I nie 
podobają mi się zawoalowane aluzje na temat Were'a. 

Podsumowała swoją wypowiedź pogardliwym machnięciem ręki i ju chciała 

wracać do salonu, kiedy on stanął jej na drodze. 
Spojrzała prosto w niebieskie oczy, nie kryjąc wrogości. 

A on tylko westchnął. 

−  Obawiam się, e będziesz musiała jeszcze raz to przemyśleć, mignonne. 

Dentelmenem, o którym mówiłem, nie jest lord Werę. 

Helena zmarszczyła czoło,  próbując przypomnieć sobie jego  słowa. 

Dentelmen nie zawsze  jest tym, na kogo wygląda. Spojrzała na niego i 
zamrugała. 

Na jego ustach pojawił się grymas. - Tym dentelmenem jestem ja sam. 

background image

−  Ty?! - Nie dowierzała jego słowom ani temu, co mówiła logika i wyraz jego 

oczu. 

Poczuła jego dłoń na swojej talii. Zadrała. 
Przyciągnął ją bliej. - Pamiętasz tę noc w klasztorze? ' 
Jego głos miał hipnotyczną barwę, a niebieskie oczy niepokojący wyraz. 

−  Pocałowałem cię. Jeden raz, bo chciałem ci podziękować. 

Dała się złapać w pułapkę. Przyciągnął ją bliej, .1 ona tylko oparła dłonie o 

rękawy jedwabnej koszuli. Zamknęła oczy i przechyliła głowę. 
−  Dlaczego? - szepnęła, kiedy jego usta zbliyły się do jej twarzy. Oblizała 

wargi. - Dlaczego pocałowałeś mnie drugi raz? 

Pytanie, na które od zawsze chciała znać odpowiedź. 

−  Dlaczego? - Gorący oddech owiał jej usta. - Bo pierwszy był tak cudowny. 

Zrobił  to  ponownie. Jego usta zamknęły się na jej 

ustach, chłodne, 

zdecydowane. Wiedziała, e powinna się opierać i przez chwilę walczyła ze 
sobą, ale nagle coś w niej pękło, poddało się. Poczuł to; zacisnął palce na jej talii 
i pociągnął ją do góry. Usta stały się bardziej zaborcze, namiętne. 

Miała wraenie, e spada w przepaść. 
Nie mogła pojąć, dlaczego zgadza się na to wszystko. Poddała się jego sile, 

rozkoszy, która przyprawiała ją o dreszcze. 

Nie zaprotestowała, kiedy jego wargi otworzyły jej usta. Zabrakło jej tchu, ale 

on oddal jej swój. Był odwany, namiętny, prowokujący, a jej zmysły z trudem 
za nim nadąały. Jak tylko jedna potrzeba została zaspokojona, pojawiała się 
następna. 

Istne szaleństwo. Poczuła falę gorąca, gorset zrobi! się za ciasny, a oddech nie 

mógł się uspokoić. Poczuła, e yje, e jej ciało reaguje z nieznaną dotąd siłą. 
Chciała więcej. Palce zacisnęły się na jedwabiu jego koszuli, przyciągając go 
bliej. On równie wzmocnił uścisk, przechylił głowę, a pocałunek stał się 
jeszcze głębszy. 

background image

Nigdy dotąd nie czuł tak silnego poądania. Walczy! ze sobą, by je 

opanować, ale był głodny, nienasycony, a ona tak słodka i hojna. 

Dotąd niewinność nie robiła na nim wraenia, ale ona była inna. Nie do końca 

dziecinna, ale naiwnie, naturalnie zmysłowa, a on dał się oczarować, uzalenić. 
Czuł to ju  siedem lat wcześniej i  nigdy tego nie zapomniał. Nie mógł 
zapomnieć obietnicy, jaką niósł ich pierwszy pocałunek. 

Tylko  doświadczenie pozwoliło mu powstrzymać pragnienie, naprawić 

pękającą tamę. 

To nie był właściwy czas ani miejsce. I tak posunął się dalej ni zamierzał, 

oczarowany jej urokiem, zdumiony siłą własnego poądania. Jeszcze chwila, a 
posiniaczy jej usta. 

Oderwał wargi od jej ust, z trudem powstrzymując się, by nie pocałować jej 

ponownie. Dotknął czołem jej  czoła, czekając, a  uspokoi przyśpieszony 
oddech. Jego serce wcią biło jak szalone. 

Opuścił ręce i postawił ją na ziemię. 
Zamrugała i otworzyła szeroko oczy. Odsunął się, by na nią spojrzeć i 

zobaczył zdumienie w pięknych rysach i zielonych oczach. 
−  Kandydat na męa musi spełniać jeszcze inne kryteria. 

Wyszeptał te słowa i zobaczył, e marszczy czoło. Nawet teraz nie rozumiała, 

o co mu chodzi. 

Objął ją jedną ręką w talii, drugą podniósł, jednocześnie opuszczając wzrok. 

Był pewien, e pójdzie za jego spojrzeniem i nie pomylił się. Opuszkami palców 
dotknął jej szyi, potem obojczyka, a w końcu jedwabistej skóry tu nad 
wyciętym dekoltem. 

Zabrakło jej tchu; szybkie spojrzenie potwierdziło, e stoi jak zaczarowana. 

Nie wyglądała na przeraoną, raczej przyglądała się z fascynacją. Poprowadził 
palce po materiale sukni, czując natychmiastową reakcję jej ciała. A w końcu 
połoył dłoń na jej piersi. 

background image

Poczuł niemal fizyczny  ból,  kiedy  przeszedł ją  dreszcz. Pieścił ją 

niespiesznie, czując, jak pod jego palcami twardnieje brodawka. 
−  Pragniesz mnie, mignonne. 
−  Nie - stłumiony okrzyk desperacji. Nie chciała go pragnąć; to wiedziała na 

pewno. Wszystko inne łącznie z tym, co między nimi zaszło i czego on być 
moe spodziewał się po niej - było zagadką, której ani trochę nie rozumiała. 

Palce nadal jej dotykały. Nie była w stanie myśleć jasno, odsunęła się więc 

gwałtownie. Puścił ją, ale przez moment widziała u niego zderzenie poądania i 
rozsądku. Rozsądek tym razem zwycięył,  ciekawe, jak będzie następnym 
razem. 

Dangereux. Niebezpieczny, jak mówiła Marjorie. 

−  Nie. - Tym razem zabrzmiało to bardziej zdecydowanie. - Nic dobrego z tego 

nie wyniknie. 

−  Mylisz się, mignonne, byłoby nam bardzo dobrze. 

Udawanie nie miało sensu, zgrywanie niewinnej tym bardziej. Podniosła 

głowę, zmierzyła go upartym spojrzeniem i ju miała zrobić krok w tył, kiedy 
palce ponownie zacisnęły się na jej talii. 
−  Nie. Nie uciekniesz ode mnie. Musimy porozmawiać, tylko ty i ja. Zanim 

posuniemy się dalej, musisz wiedzieć, e jest coś, czego od ciebie chcę. 

Patrząc mu prosto w oczy, Helena nabrała przekonania, e nie musi tego 

słyszeć. - Źle odczytałeś moje intencje, Wasza Wysokość. 
−  Sebastianie. 
−  Niech będzie, Sebastianie. Źle mnie zrozumiałeś. Jeśli sądzisz, e... 

Zasłona poruszyła się, szeleszcząc głośno. Oboje spojrzeli, a Sebastian zabrał 

rękę. Zza zasłony wyłonił się Werę, uśmiechając się szeroko. 
−  Tu jesteś, moja droga. Czas na nasz taniec. Słyszeli muzykę dobiegającą zza 

jego pleców, a jedno spojrzenie w otwartą twarz wystarczyło, e z pewnością 
nie spodziewał się niczego nieprzyzwoitego. Helena minęła Sebastiana i 

background image

ruszyła w stronę Were'a. - Oczywiście, milordzie. Wybacz, e musiałeś 
czekać. - Podała mu ramię, rzucając Sebastianowi ostatnie spojrzenie. - 
egnam, Wasza Wysokość. - Dygnęła i pozwoliła się poprowadzić. 

Werę uśmiechnął się ponad jej głową. Sebastian odwzajemnił uśmiech, choć 

przyszło mu to z trudem. On i Helena nie byli poza salą balową wystarczająco 
długo, by gospodyni mogła zacząć spekulować, a Werę wypełnił lukę. 

Zasłona opadła z  powrotem, a  Sebastian patrzył  za  odchodzącymi. 

Zmarszczył czoło. 
 
 
 
 

Opierała się, i to bardziej, ni się spodziewał. Nie bardzo rozumiał dlaczego, i 

bardzo mu się to nie podobało. Co więcej, wcią udawało jej się schodzić mu Z 
drogi. 

Towarzystwo przywykło widzieć ich razem, a teraz coraz częściej spędzali 

czas osobno. To akurat nie było częścią jego planu. 

Sebastian siedział w powozie tu na skraju parku i obserwował, jak jego 

przyszła ona udziela się towarzysko. Stała się bardziej pewna siebie, bardziej 
swobodna. Dyrygowała zgromadzonymi wokół dentelmenami, nagradzając 
szczęśliwców uśmiechem i spojrzeniem cudownych oczu. 

Musiał  się uśmiechnąć widząc, jak  pociąga za niewidzialne sznurki, 

zmuszając kawalerów, by wytęyli wszystkie siły i ją zabawiali. Była to umie-
jętność, którą zauwaał i doceniał. 

Ale teraz zobaczył ju wystarczająco duo. 
Podniósł laskę i  zastukał w drzwi. Otworzył je lokaj, który wyciągnął 

schodki, a Sebastian zszedł na dół. Nie był to jego własny powóz; był całkiem 
czarny i nie miał adnych oznaczeń herbowych. Równie stangret i łokaj nie 
mieli na sobie ksiąęcych liberii. 

background image

Co tłumaczyło fakt, e mógł bezkarnie przypatrywać się Helenie, a ona przed 

nim nie uciekała? 

Zobaczyła go teraz, ale było ju za późno, by mogła się dyskretnie oddalić. 

Konwenanse stały tym razem po jego stronie. Była zbyt dumna, by publicznie 
robić scenę. 

Uśmiechnęła się tylko i podała mu dłoń. Dygnęła, a on ukłonił się nisko, a 

potem podniósł jej dłoń i musnął ustami. 

Przez moment w jej oczach pojawiła się złość. Przykryła ją uśmiechem, ale 

on to wyczuł. Pochyliła głowę, mówiąc szybko: - Dzień dobry, Wasza Wyso-
kość. Przyjechałeś, by zaczerpnąć nieco świeego powietrza? 
−  Nie, droga hrabino. Przyjechałem wyłącznie po to, by nacieszyć się twoim 

towarzystwem. 

−  Doprawdy?  -  Czekała,  a  puści  jej  dłoń.  Nauczona ostatnimi 

doświadczeniami, nie miała zamiaru się wyrywać. 

Rozejrzał się, lustrując zgromadzony wianuszek męczyzn. Wszyscy byli od 

niego młodsi i duo mniej wpływowi. - Doprawdy. - Spojrzał na Helenę i 
spotkał jej wzrok. - Panowie wybaczą nam na chwilę, moja droga. Chciałbym 
pospacerować nad rzeką w twoim uroczym towarzystwie. 

Zobaczył, e jej pierś podnosi się gwałtownie -z zaskoczenia i złości. Było jej 

z tym nawet do twarzy. Rozejrzał się jeszcze raz, kiwając głową. Był pewien, e 
aden z kawalerów nie ośmieli się mu przeciwstawić. 

Nagle zobaczył madame Thierry. Stała razem z nimi, ale a do teraz ktoś ją 

zasłaniał. Ku jego zdumieniu uśmiechnęła się i zwróciła do Heleny. - Rzeczy-
wiście, ma petite, zbyt długo stoimy w tym przeciągu. Spacer dobrze ci zrobi, a 
ksiąę z pewnością odprowadzi cię do powozu. Poczekam tam na ciebie. 

Sebastian nie miał pojęcia, które z nich - on czy Helena - było w tym 

momencie bardziej zaskoczone. Spojrzał w jej stronę, ale jej twarz przybrała 
maskę, skrywając prawdziwe uczucia. Ale gdy tylko poegnała się z kawalerami 
i odeszła z nim w stronę wody, ślicznie wykrojone usta przybrały ponury wyraz. 

background image

−  Uśmiechnij się, mignonne, chyba e chcesz, by rozeszły się plotki, e się 

pokłóciliśmy. 

−  Ale to prawda. Nie podoba mi się twoje zachowanie. 
−  Przykro mi. Co mogę zrobić, by na twojej twarzy znów pojawi! się uśmiech? 
−  Przestań za mną łazić. 
−  Z przyjemnością, mignonne. Sam muszę przyznać, e coraz bardziej mnie to 

męczy. 

Spojrzała na niego ze zdumieniem. - Chcesz powiedzieć, e przestaniesz...? - 

gestykulowała. 
−  Przestanę cię uwodzić? - Sebastian spojrzał jej prosto w oczy. - Owszem. - 

Uśmiechnął się. - Jak tylko będziesz moja. 

Z ust wyrwało jej się francuskie przekleństwo. 

−  Nigdy, Wasza Wysokość. 
−  Mignonne, tyle razy ju o tym mówiliśmy. Pewnego dnia, i nie ulega to 

wątpliwości, będziesz moja. Gdybyś była ze sobą szczera, przyznałabyś mi 
rację. 

W oczach Heleny pojawił się ogień. Zagryzła wargi, rzuciła mu wściekłe 

spojrzenie i wbiła wzrok w ziemię. 

Gdyby była w zamkniętym pomieszczeniu, a pod ręką miała wazon, ciekawe, 

czyby w niego rzuciła. Sebastian zastanawiał się nad tym przez chwilę, a potem 
zaczął dziwić się samemu sobie. Nigdy dotąd nie tolerował wybuchów gniewu u 
swoich wybranek, ale z Heleną było inaczej. Temperament stanowił jej 
nieodłączną część, oznaczał ar, pasję, którym trudno się było oprzeć. Pociągało 
go to; chciał prowokować len ogień, a potem przemienić go w namiętność. 

Zdawał sobie sprawę, e opanowanie, z jakim reagował na jej wybuchy, 

doprowadza ją do jeszcze większej irytacji. 
−  Nikogo tu nie ma. Czy to właściwe, ebyśmy spacerowali tu sami? 

background image

Ścieki  wzdłu  obu  brzegów rzeki  Serpentine były  niemal całkiem 

opuszczone. 
−  Zblia się koniec roku. Wszyscy są zajęci przygotowaniami. No i pogoda nie 

sprzyja. 

Było szaro, pochmurno, a w powietrzu czuć było lodowate podmuchy 

zbliającej się zimy. Spojrzał pochlebnie na wełniany płaszcz Heleny i szepnął: 
-Jeśli chodzi o przyzwoitość, plotkarze zmęczyli się obserwowaniem nas w 
oczekiwaniu na skandal. Ich oczy zwrócone są w inną stronę. 

Rzuciła mu niepewne spojrzenie, jakby bała się, e wykorzysta chwile sam na 

sam i zrobi coś nieprzyzwoitego. 

Uśmiechnął się. - Nie bój się. Nic ci tu nie zrobię. 
Wydawało mu się, e fuknęła gniewnie, ale oczy przyjęły zapewnienie. Po 

chwili powiedziała: - Nie jestem koniem, którego trzeba wyprowadzać, eby się 
nie przeziębił. 

Przy następnym skrzyowaniu  zawrócił, prowadząc ją z powrotem do 

powozu. - Madame Thierry źle dobrała słowa. 
−  Owszem. - Helena spojrzała na niego ponuro. - Jak widać, zmieniła zdanie na 

twój temat. Rozmawiałeś z nią? 

−  Jeśli pytasz, czy kupiłem jej  przychylność, to  odpowiedź brzmi nie. 

Rozmawiałem z nią tylko w twojej obecności. 

−  Hm... 

Spacerowali w milczeniu i byli ju blisko powozu, kiedy szepnął: - Spacer był 

bardzo przyjemny, mignonne, ale chciałem od ciebie czegoś więcej. 

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. - Nie - powiedziała z uporem. 
Uśmiechnął się. - Nie o to mi chodzi. Jedyną rzeczą, o jakiej dzisiaj marzę, to 

obietnica dwóch tańców na wieczornym balu u lady Hennessy. 
−  A dwóch? Czy to uchodzi? 

background image

−  O tej porze roku nikt się nie będzie nad tym zastanawiał. - Spojrzał przed 

siebie. - Poza tym celowo mnie wczoraj unikałaś. Drugi taniec-to odszko-
dowanie. 

Podniosła dumnie podbródek. - Spóźniłeś się. 

−  Zawsze się spóźniam. Gdybym przyjechał na czas, gospodyni zemdlałaby z 

wraenia. 

−  To nie moja wina, e jestem tak rozchwytywana, e zabrakło miejsca w 

karnecie. 

−  Mignonne, nie jestem naiwnym młodzieńcem. Celowo oddałaś wszystkie 

tańce. I dlatego na dzisiejszy wieczór obiecasz mi a dwa. 

−  Zapomniałeś dodać: „bo poałujesz". 

Zniył głos. - Pozostawiam to twojej wyobraźni. 
Spojrzał jej w oczy. - Na co się jeszcze odwaysz, mignonne? 
Zawahała się i gwałtownie opuściła głowę. - No dobrze, moesz mieć te 

swoje dwa tańce, Wasza Wysokość. 
−  Mam na imię Sebastian. 

A teraz chcę wracać do madame Thierry. Nie odezwał się, tylko zaprowadził 

ją do powozu i poegnał się. Odsunął się na bok, a stangret szarpnął lejce. 
Patrzył, jak powóz oddala się wirową aleją. 

Przez cztery dni toczyli pojedynek - on ją uwodził, ona sprytnie go unikała. 

Prawdziwy dentelmen ju dawno zdradziłby swoje zamiary i poprosił ją o rękę. 
A tymczasem sprawy się miały inaczej... 

Był arystokratą, a nie zwykłym dentelmenem. Krew zdobywców płynęła w 

jego yłach i często, tak jak teraz, dyktowała jego czyny. 

Nie mógł tak po prostu zaproponować jej małeństwa, nie wiedząc nawet, czy 

sprosta jej wymaganiom. Tak chłodno oceniała innych kandydatów. 
Zmarszczył czoło i ruszył do własnej karocy. 

Jej opór - niespodziewanie silny - tylko podniósł stawkę, wzmocnił łowiecki 

instynkt, wyzwalając w Sebastianie ądzę wygranej. e musi ją zdobyć. 

background image

Chciał, eby przyjęła go na jego własnych zasadach. Władza, majątek i sława 

nie miały znaczenia. Chciał, eby  spotkali się jak dwoje ludzi, kobieta i 
męczyzna, równanie stare jak  świat. Chciał, eby  go pragnęła -  jako 
męczyznę, a nie księcia. Nie dlatego, e miał lepszy tytuł i większy majątek. 

Chciał, eby go pragnęła tak samo; jak on pragnął jej. 
Potrzebował jakiegoś znaku, e podda się jego woli. e naley do niego. 
Tylko to go zadowoli. Tylko to moe wystarczyć. 
Jak tylko dostrzee, co ich łączy, poprosi ją o rękę. 
Stangret ju czekał z otwartymi drzwiami. Sebastian zawołał, e chce jechać 

na plac Grosvenor i wsiadł do środka. Drzwi zatrzasnęły się. 
 
 
 

Helena dygnęła przed Sebastianem, przygotowując się na kolejną potyczkę. 

Połączyli dłonie, wirując w pierwszym tego wieczora tańcu. Myśl, dziewczyno! 
rozkazała sobie. O czymkolwiek, tylko nie o nim! Nie patrz na niego! Nie 
pozwól, by jego bliskość zmąciła ci umysł. 

Kiedy w drodze na bal poskaryła się, e był na tyle bezczelny, by ądać 

dwóch tańców jednego wieczora, Marjorie uśmiechnęła się, kiwając protekcjo-
nalnie głową. Jakby ju zapomniała, e St. Ives to uwodziciel, przed którym ją 
wielokrotnie ostrzegała. 

Jeszcze dziwniejsze wydawało się przyzwolenie Louisa. Miał ją przecie 

chronić. Helena prychnęła pod nosem. Podejrzewała, e Louis nie do końca 
zdaje sobie sprawę z reputacji księcia St. Ives, ani z jego niechęci do 
małeństwa. Kiedy  Sebastian podszedł, by  prosić o  swój taniec, Louis 
uśmiechnął się przebiegle. 

Złość była najlepszą bronią w walce z Sebastianem. Helena spojrzała mu 

prosto w  oczy i  powiedziała odwanie:  -  Pewnie wkrótce wyjedasz  z 
Londynu? 

background image

Uśmiechnął się. - Owszem, mignonne. Jeszcze przyszły tydzień i tak jak 
reszta londyńskiego towarzystwa, wyjedam na wieś. 

A gdzie zamierzasz spędzić święta? 
−  W  Somersham Place, w  mojej rodzinnej posiadłości. Znajduje się w 

Cambridgeshire. 

Wykonali obrót. - A gdzie ty się wybierasz? - zapytał po chwili. 

−  Państwo Thierry jeszcze nie zdecydowali. -Znaleźli się naprzeciwko siebie i 

Helena odkryła, te Sebastian uśmiecha się lekko. Dziwne, ale wszy-•.( y dziś 
wydawali się mieć jakieś sekrety. 

Chyba diabeł kazał jej zapytać: - A czy lord Were ju wrócił do Londynu? 
Podniosła wzrok. 
Sebastian zatrzymał na niej spojrzenie, a jego rysy nabrały ostrości. - Nie. Ani 

teraz, ani w najbliszej przyszłości. 

Zrobili jeszcze jeden obrót. Nie spuszczała z niego wzroku, nie miała odwagi. 

Kroki w tańcu były dokładnym odbiciem ich wzajemnej relacji - ręce dotykały 
się, splatały, by po chwili rozdzielić się na nowo. Ona uciekała, a potem wracała 
w jego objęcia. 

I jeszcze raz. Suknia zaszeleściła, a Helena odwróciła się i zatrzymała w 

miejscu, podnosząc ręce. Stanął tu za nią, ujął jej dłonie i po chwili, podobnie 
jak inni tancerze, zrobili krok w przód. 
−  Nie kuś mnie, mignonne. Lord Werę dzisiaj cię nie uratuje. 

Wyszeptał te słowa tu nad jej ramieniem, przyprawiając ją o gęsią skórkę. 

Zabrzmiały jak obietnica i groźba jednocześnie. 

Obróciła lekko głowę. - Mówiłam ci ju, Wasza Wysokość. Nie jestem dla 

ciebie. 

Milczał przez chwilę. - Będziesz moja, mignonne. To nie ulega wątpliwości. 
Puścił ją. Rozłączyli się, wykonując kolejne figury. Odsunęła się, czując jego 

palce na swoim karku, a potem plecach. 

background image

Jego dotyk sprawiał, e traciła dech w piersiach, e jej skóra płonęła jak 

ogień. Zmusiła się do swobodnego uśmiechu i spojrzała mu prosto w oczy. 

Kiedy skończyli tańczyć, ujął jej dłoń i podniósł do swoich ust. - Do 

zobaczenia wkrótce, mignonne. 

O nie! - przysięgła sobie w duchu, wiedząc, e nie będzie łatwo mu odmówić. 
Nie mogła złamać danego słowa, ale jeśli nie uda mu się jej odnaleźć... 
Gawędziła ze znajomymi, śmiała się, bawiła, spiskując w duchu. Louis jak 

zwykle kręcił się w pobliu; a ona, kierując się nagłym impulsem złapała go za 
ramię. - Przejdź się ze mną, kuzynie. 

Wzruszył lekko ramionami, ale posłuchał. Helena poprowadziła go na koniec 

sali balowej. Siedziały tam stare matrony, które bezustannie mieliły ozorami, 
obgadując wszystkich gości i węsząc wszędzie skandale. 
−  Zastanawiałam się - powiedziała - czy lord Werę nie byłby dla mnie dobrym 

kandydatem na męa. Co sądzisz na ten temat? Ciekawa jestem, czy Fabien 
przyjąłby jego ofertę. 

−  Werę? - Louis zmarszczył czoło. - To ten ciemnowłosy i nieco korpulentny 

jegomość, który gustuje w brązowych surdutach? 

Ona nie nazwałaby go korpulentnym. 

−  Wkrótce zostanie markizem, co spełni wymagania Fabiena w kwestii tytułu. 

A jeśli chodzi o inne sprawy, wydaje mi się, e byłby dobrym męem. 

−  Hm... Z tego co słyszałem, ten Werę nie jest zbytnio powaany. Jest 

spokojny, małomówny, lubi usuwać się w cień. Wątpię, by wuj Fabien 
chciał, abyś związała swoje losy ze słabym męczyzną. 

Odebrała to określenie jako najwyszą formę uznania. Ale powiedziała tylko: 

- Bien sur. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić. 

W rogu sali, za krzesłami matron, widać było otwarte na oście drzwi. 

−  Dokąd idziemy? - zapytał Louis, kiedy go tam zaprowadziła. 

background image

−  Nie wiem. Chciałam zobaczyć, co tu jest. W sali balowej jest tak duszno. - 

Minęła go i wyszła, słysząc nad głowami roztańczonego tłumu pierwsze 
dźwięki menueta, drugiego tańca obiecanego Sebastianowi. 

Louis poszedł za nią. Znaleźli się w galerii, całkiem sami, bo na dźwięk 

muzyki spacerujący goście wrócili do sali balowej. 
−  Bon! - Uśmiechnęła się na widok wysokich okien wychodzących na ogród. - 

Tu jest duo spokojniej. 

Louis zmarszczył czoło, ale niewielki stolik odwróci! jego uwagę. Podszedł 

bliej, by przyjrzeć się karafce i szklankom, które na nim stały. Helena szła 
dalej, zbliając się do okien. 

Patrzyła właśnie na gwiazdy, kiedy do jej uszu dotarł słaby dźwięk. 
Sekundę później usłyszała głęboki głos. 
Odwróciła się, by zobaczyć, jak Louis głęboko się ukłonił. Z 

mroku 

spowijającego framugę wyłonił się Sebastian. 
−  Mademoiselle la comtesse obiecała mi ten taniec, ale jeśli chce spędzić parę 

chwil w spokojniejszej atmosferze, z chęcią dotrzymam jej towarzystwa. 
Jestem pewien, e ty równie masz co robić. 

Mimo półmroku Helena zauwayła ostre spojrzenie, które Louis rzucił w jej 

stronę. 
−  Owszem, Wasza Wysokość. - Louis zawahał się przez chwilę, patrząc 

jeszcze raz na Helenę. Nie mogła uwierzyć, e ją zostawi. 

−  Nie musisz się obawiać - wycedził Sebastian. -Mademoiselle la comtesse 

będzie ze mną bezpieczna. Na koniec menueta zaprowadzę ją do madame 
Thierry. Do tej chwili, jak sądzę, jej czas naley do mnie. 

−  Dobrze, Wasza Wysokość. - Louis ukłonił się ponownie, obrócił na pięcie i 

poszedł. Zamknął za sobą drzwi. 

Helena gapiła się na zamknięte drzwi. Louis nie mógł być a tak głupi, by 

zostawić ją sam na sam z męczyzną o takiej reputacji. 

background image

−  Ja równie nie mam pojęcia dlaczego, ale wygląda na to, e zostawił nas 

samych. 

Nuta rozbawienia w  głosie Sebastiana wyprowadziła ją  z równowagi. 

Spojrzała mu prosto w oczy, podniosła wysoko podbródek, próbując opanować 
atak paniki. - To nie jest dobry pomysł. 
−  Zgadzam się, ale to był twój wybór, mignonne. 

Zatrzymał się tu przed nią. Uśmiechał się drapienie. - Jeśli menuet ci nie 

odpowiada, moemy wypróbować inny taniec. 

Studiowała jego spojrzenie, ale w półmroku nie potrafiła odczytać wyrazu 

niebieskich oczu. - Nie. -Ju miała skrzyować ręce na piersi, kiedy złapał jej 
dłonie i przyciągnął do siebie. - Rzuciła mu wrogie spojrzenie. - Nie rozumiem, 
po co to robisz. 

Usta zadrgały. - Mignonne, zapewniam cię, e to ja nie wiem, dlaczego 

zachowujesz się w ten sposób. 
−  Ja? Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Mówiłam ci wielokrotnie, 

e nie będę twoją kochanką. 

Uniósł brew. - Prosiłem, ebyś została moją kochanką? Zmarszczyła czoło. - 

Nie, ale... 
−  Bon, przynajmniej to jest jasne. 
−  Nic nie jest jasne, Wasza Wysokość... Sebastianie - poprawiła się, widząc, e 

ju otwiera usta. -Musisz przyznać, e chodzisz za mną, e mnie uwodzisz... 

−  Przestań. 

Zamilkła, zdumiona tonem, który nie był ani lekki, ani cyniczny. 
Przyglądał jej się przez chwilę, a potem westchnął. - A jeśli obiecam, e nie 

uwiodę cię na adnym balu czy przy innej towarzyskiej okazji? 
Chciał dać jej słowo, a to było gwarancją, e prędzej umrze, ni je złamie. A 
mimo to... - Powiedziałeś, e to nie gra. To prawda? 

background image

Wykrzywił usta w uśmiechu połączonym z grymasem. - Jesteś pionkiem, tak 

samo jak ja, w grze rozgrywanej przez kogoś, kto przesuwa nas po ziemskiej 
szachownicy. 

Helena zastanawiała się przez moment, a potem zaczerpnęła powietrza i 

skinęła głową. - Doskonale. Skoro nie zamierzasz mnie uwodzić, to co tu ro-
bimy? 

Podniosła ręce, wyrywając się z uścisku. Złapał ją ponownie. Na jego twarzy 

znów pojawił się uśmiech, zbyt drapieny i fascynujący, by mogła przestać o 
nim myśleć. 
−  Muzyka zaraz umilknie. Skoro nie dostałem swojego tańca, chciałbym cię o 

coś prosić. 

Zrobiła się podejrzliwa. - Co takiego? Uśmiechnął się szerzej. - O pocałunek. 
Spojrzała mu prosto w oczy. - Przecie ju całowałeś mnie dwa razy... nie, 
trzy. 

−  No tak, ale tym razem chcę, abyś to ty mnie pocałowała. 

Przechyliła głowę na bok, przyglądając mu się z uwagą. Skoro to ona ma 

całować... - Doskonale. - Strząsnęła uścisk jego dłoni, a on jej na to pozwolił. 

Przysunęła się odwanie. Z racji rónicy wzrostu musiała stanąć na palcach, 

wyciągnąć ręce i objąć go za szyję. 

Nawet nie drgnął, przyglądając się jej spod wpół-przymkniętych powiek. 
Modliła się, by nie zauwaył, jakie wraenie na niej zrobił dotyk - piersi 

opierające się o potęną klatkę piersiową, biodra o uda. Próbowała zignorować 
fascynujący kontrast miękkości jedwabnego surduta i  stalowych mięśni. 
Przyciągnęła jego głowę, wspięła się wyej na palce i dotknęła ustami jego ust. 

Pocałowała go, a on oddał pocałunek z taką samą mocą. Poczuła się pewniej i 

powtórzyła pieszczotę nieco mocniej i dłuej. Jego usta wydawały się chłonąć 
przyjemność i nieco się rozchyliły. Nie mogła się powstrzymać. 

background image

Smakował jak... jak męczyzna. Inaczej, zmysłowo. Ich języki się spotkały, 

ale on wycofał się, by po chwili wrócić. Kolejny taniec, kolejna gra, przypływ i 
odpływ fizycznej rozkoszy, duo bardziej intymnej ni splot rąk. 

To było coś nowego i niesłychanie fascynującego. Pragnęła poznać więcej, 

więcej poczuć. 

Dziesięć minut później - po dziesięciu absolutnie emocjonujących minutach 

całkowitego i zupełnego oddania - opamiętała się. Serce biło jej jak szalone, ale 
otworzyła oczy i napotkała jego spojrzenie. Polem skierowała wzrok na jego 
usta. Wąskie, nieco skrzywione i ruchliwe. 

Cudowne. 
Przełknęła ślinę. - Muzyka ucichła. 

−  Skoro tak mówisz. 

Nie pamiętała, kiedy ręce oplotły ją, pomagając zachować równowagę. 

Znajdowała się w klatce z mięśni ze stali, a mimo to nigdy dotąd nie czuła się 
tak bezpiecznie i pewnie. 

Zaczerpnęła powietrza i pocałowała go ponownie - choćby po to, by wryć 

sobie to uczucie w pamięć. eby go poczuć i nacieszyć się dotykiem twardych 
mięśni pod warstwą szlachetnego materiału, pieszczotą, jaką był kontakt z jego 
ciałem. 

Przyciągnął ją do siebie, ale kiedy w końcu oderwała usta, pozwolił jej na to. 
Spojrzała mu głęboko w oczy. - Moesz mnie postawić na ziemi. 

−  Jesteś pewna, e skończyłaś? 

Na jego twarzy nie widać było uśmiechu. 

−  Zupełnie - odparła. 

Posłuchał i opuścił ją na ziemię, z alem odrywając ręce. 

−  Gratulacje, mignonne. - Ujął jej dłoń, podniósł do ust i pocałował. - Grasz 

uczciwie. 

−  Certainement. - Podniosła brodę, walcząc z zawrotami głowy. - Chyba 

powinniśmy wracać. 

background image

Ruszyła w stronę drzwi, zatrzymał ją, łapiąc za ramię. - Nie, nie tędy. 

Jesteśmy tu zbyt długo. Chodźmy inną drogą; lepiej, eby matrony nie widziały, 
jak wracamy. 

Zawahała się i przechyliła głowę. Dał jej słowo, a ostatnie dziesięć minut 

pokazało, "e moe mu zaufać. 

Sebastian poprowadził ją przez plątaninę korytarzy; dotarli do sali balowej od 

drugiego końca. Zaprowadził ją do madame Thierry, dziwiąc się przez chwilę 
jej otwartej aprobacie, a potem się oddalił. 

Niech go diabli, jeśli Helena Rebecce de Stansion oprze się pokusie i nie 

przyjmie tego, co chciał jej zaoferować. A jeśli nie zdoła jej przekonać, by 
naleała tylko do niego... 

Odpowiednia kara nie przychodziła mu do głowy, ale nie miało to znaczenia. 

Nie miał zamiaru przegrać tej walki. 
 
 
 
−  Idzie świetnie, wprost doskonale. Plan wuja Fabiena realizuje się sam, 

oczywiście równie dzięki moim staraniom. - Louis zdjął kamizelkę i rzucił 
w kierunku Villarda. 

Słuący schylił się, by podnieść ubranie. - Złapał haczyk? 

−  Uwanie  jej się przygląda, bez wątpienia. Wygląda na to, e 

chce ją 

upolować. Do dzisiejszego wieczora - Louis pomachał ręką - to było ledwie 
próne zainteresowanie. Ale teraz ma swój cel. A ona, jak łowna zwierzyna, 
zaczęła przed nim uciekać. Pościg się rozpoczął! 

−  Moe, jeśli mógłbym zasugerować, powinien pan napisać do wuja? 

Louis pokiwał ochoczo głową. - Oczywiście, masz rację. Wuj Fabien lubi, 

kiedy sprawy idą po jego myśli. Trzeba chwytać kadą okazję, by zaskarbić 
sobie jego sympatię. - Pomachał do Villarda. -Przypomnij mi z samego rana. 

background image

−  Proszę mi wybaczyć moją śmiałość, ale o świcie wyrusza szybka poczta. 

Gdybyś, panie, napisał jeszcze dzisiaj, monsieur le comte mógłby cieszyć się 
tą wiadomością duo wcześniej. 

Louis usiadł na łóku i gapił się na słuącego. 

−  A  obaj wiemy -  dodał chłodno Villard  -  e  monsieur le comte lubi 

najświesze wiadomości. 

Louis gapił się nadal. Po chwili skrzywił się i pomachał do słuącego. - 

Przynieś przybory do pisania. Napiszę jeszcze dzisiaj, a ty nadasz list. 
Villard ukłonił się. - Oczywiście, milordzie. 
 
 
 
 

Rozdział 4 

 
 
 
 

Następnego ranka Helena chodziła tam i z powrotem po swojej sypialni, 

roztrząsając wydarzenia poprzedniego wieczora. 

Zachowanie Sebastiana, którego się zupełnie nie spodziewała. 
Przypomniała sobie swoje sny. 
Ciekawe, jakie to byłoby uczucie wodzić palcami po jego nagiej piersi, 

poczuć siłę stalowych mięśni... 

Nie, nie i jeszcze raz nie! 
Obróciła się gwałtownie, szeleszcząc spódnicami. 
Dlatego mi to zrobił! 
eby o nim śniła, eby tęskniła i pragnęła. eby straciła głowę i sama do 

niego przyszła. 

background image

Có za wyrafinowana taktyka! 
W zaciszu własnej sypialni musiała przyznać, e ten rodzaj postępowania 

miał due szanse powodzenia. 

Ju nie. 
Nie teraz, kiedy go przejrzała. Miała dwadzieścia trzy lata i nie była ju 

niewiniątkiem. Wiedziała, jakie gry potrafią rozgrywać męczyźni. Kobietę 
mona uwieść na tysiąc sposobów, a monsieur le duc z pewnością znał kadą 
drogę. 

Kadą ściekę i kady wybój na drodze! 
Tym razem się przeliczył. 
Do jego wyjazdu z Londynu został zaledwie tydzień. Z pewnością uda jej się 

utrzymać go na dystans przez te kilka dni. 
 
 
 
−  Mignonne, wypada poświęcić trochę uwagi swojemu partnerowi w tańcu. 

Helena spojrzała na Sebastiana, szeroko otwierane oczy. - Przyglądałam się 

tylko biuterii kilku dam. 
−  Czemu? 
−  Czemu? - Zrobiła kilka kroków, zatoczyła kolo i wróciła do niego, starając 

się omijać go wzrokiem. - Poniewa jest doskonała. 

−  Przy twoim majątku musisz posiadać tony klejnotów. 
−  Oui, ale większość jest w sejfie w la Cameralle. Wskazała palcem na 

skromny szafirowy naszyjnik. Nie zabrałam cięszych rzeczy. Nie zdawałam 
sobie sprawy, e mogą się przydać. 

−  Twoja uroda, mignonne, przewysza wszelkie klejnoty. 

Uśmiechnęła się, nie patrząc mu w oczy. - Masz doskonały refleks, Wasza 

Wysokość. 

Helena jadła właśnie śniadanie, kiedy pocztylion przyniósł niewielką paczkę. 

background image

−  To dla ciebie - Louis rzucił pakunek koło jej talerza. 

Marjorie podniosła wzrok. - Od kogo? Helena obróciła paczkę w rękach. - 

Nie ma pieczęci. 
−  Otwórz. - Marjorie odstawiła filiankę. -W środku będzie bilecik. 

Helena rozdarła opakowanie. W jej dłoniach znajdowała się owinięta pluszem 

skórzana, jubilerska kaseta. Palce ją świerzbiły, po skórze przebiegł dreszcz 
oczekiwania. Przez chwilę bała się zajrzeć do środka, lecz w końcu przemogła 
się i otworzyła zamek. 

Na poduszce z zielonego aksamitu leał podwójny sznur najczystszych pereł. 

W  trzech miejscach perły rozdzielone były  zielonymi kamieniami, oszli-
fowanymi tak, by podkreślić ich surowe piękno. Sądziła najpierw, e to topazy, 
ale kiedy podniosła naszyjnik do światła, stwierdziła bez cienia wątpliwości, e 
to szmaragdy. Szmaragdy w kolorze jej oczu. 

W kasecie znajdowały się te kolczyki i bransoleta - miniaturowa wersja 

naszyjnika. 

Ze wszystkich klejnotów, które były jej własnością, te wydawały się jej 

najpiękniejsze. 

Wypuściła naszyjnik z rąk. - Trzeba to odesłać. -Odsunęła kasetę. 
Louis obejrzał opakowanie, a teraz przyglądał się skórzanej kasecie. - Nie ma 

bilecika. Wiesz, kto to przysłał? 
−  St. Ives! To na pewno od niego.- Helena odsunęła krzesło; jakiś impuls kazał 

jej uciekać jak najdalej od naszyjnika - od pragnienia, by go dotknąć i poczuć 
gładkość pereł między palcami. Uciec, by sobie nie wyobraać, jak klejnoty 
będą wyglądać na jej szyi. 

Przeklęty Sebastian! 
Wstała. - Dopilnuj, proszę, by prezent wrócił do Jego Wysokości. 

−  Ale, ma petite. - Marjorie obejrzała dokładnie opakowanie. - Skoro nie ma 

bilecika, nie moemy być pewni, e to akurat od niego. A jeśli to nie 
monsieur le duc? 

background image

Helena spojrzała na Marjorie,  wyobraając  sobie przebiegły uśmiech 

Sebastiana. - Masz rację - powiedziała w końcu. Usiadła z powrotem. Patrzyła 
przez chwilę na perły kuszące swym pięknem z aksamitnej poduszki, a potem 
przyciągnęła kasetkę do siebie. - Muszę się zastanowić, co z tym zrobić. 
 
 
 
 
−  To ty mi je przysłałeś, prawda? 

Helena dotknęła pieszczotliwie naszyjnika okalającego jej szyję i zwróciła 

twarz do Sebastiana. 

Zaszeleścił jedwab bladozielonej sukni, a palce owinęły się wokół sznura na 

piersi. 

Sebastian przyglądał się kademu jej ruchowi z lekkim uśmiechem na ustach. 

Z jego twarzy i oczu nie mona było nic wyczytać. 
−  Wyglądasz w nich cudownie, mignonne. 

Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała przyzwyczajać się do ich dotyku na 

skórze. 

Tylko on mógł za tym stać, tylko on mógł uyć takiej pokusy, by podnieść 

stawkę w grze. Nigdy dotąd nie czuła się tak silna - nigdy dotąd nie miała takiej 
władzy nad adnym męczyzną, a tym bardziej tak wpływowym. 

Przeszedł ją dreszcz. 
Kiedy pojawił się na balu lady Clarlyle, od razu zwrócił uwagę na naszyjnik. 

Zgodziła się na krótki spacer po sali balowej, by po chwili znaleźć się w 
sąsiednim pokoju. Sebastian jak nikt inny potrafił radzić sobie w kadej sytuacji. 
Pokój był zupełnie pusty, słabo oświetlony kinkietami; miał podłogę wykładaną 
kaflami i niewielką fontannę na środku. 

Podeszła do fontanny, stukając obcasami. Rzuciła mu odwane spojrzenie. - 

Skoro nie ty, to moe Werę? Moe za mną tęskni? 

background image

Sebastian nie odezwał się nawet słowem, ale nawet w słabym świetle 

zauwayła, e jego rysy stęały. 
−  Nie - powiedziała. - To nie był Werę, to byłeś ty. Co chciałeś przez to 

uzyskać? 

Przyglądał się jej  przez chwilę. Rozwaał  odpowiedź, albo te  chciał 

przetestować jej opanowanie. W końcu powiedział: - Gdybym to ja posłał taki 
podarunek, chciałbym zobaczyć, jak odwdzięczasz się temu, kto sprawił ci taką 
radość. 

Pozwoliła, by zobaczył błysk gniewu w jej oczach. W ostatnim czasie nie bała 

się okazywać przy nim złości. Nie widziała najmniejszego powodu, by ukrywać 
przed nim prawdziwe uczucia. Szeleszcząc spódnicami, podniosła dumnie 
głowę. -Nie mogę powiedzieć, bo niestety nie znam nazwiska ofiarodawcy. 

Uśmiechnął się. Z typową dla siebie nonszalancją zbliył  się, skracając 

dystans między nimi. -Mignonne, prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie, czy 
uwaasz, e jestem godny twojej wdzięczności. 

Stanął tu przed nią, podniósł rękę i owinął naszyjnik wokół swoich palców. 

Podniósł perły i zebrał je w garść tu nad jej dekoltem. 
−  Wolałbym raczej - powiedział, zniając głos do zmysłowego szeptu - ebyś 

zakładając ten naszyjnik, zawsze myślała o mnie. 

Otworzył pięść. 
Cięar szmaragdu sprawił, e perły znalazły się między jej piersiami. 
Zdumiało ją ciepło jego dłoni zamknięte w szlachetnych kamieniach. 

−  ebyś zawsze myślała o nas. O tym, co kiedyś między nami będzie. 

Nie wypuścił pereł; jednym palcem wcią dotykał jednego ze sznurów. Nie 

spuszczając wzroku z klejnotów, podniósł palec do góry, potem opuści! w dół, 
pieszcząc perłami jej piersi, zupełnie ignoruje fakt, i jest w pełni ubrana. Perły 
wznosiły się i opadały w zmysłowym rytmie. Helena mogła sobie Z łatwością 
wyobrazić jego palce w tej samej roli. 

background image

Straciła dech i na chwilę zamknęła oczy. Poczuła, e jej piersi podnoszą się, 

nabrzmiewają, e oblewa ją fala gorąca. 

Przysunął się bliej. Poczuła to, chocia nic nie widziała ani nie słyszała. 

Poczuła go jak ogień na swojej skórze. Podniosła powieki i natychmiast wpadła 
w błękit jego oczu. 
−  Zawsze jak będziesz zakładała ten naszyjnik, mignonne, myśl o tym. 

Nie chciała, by podchodził tak blisko. Nie chciała, by przechyli! jej głowę i 

pocałował ją w usta. Oszałamiające ciepło jego ciała, niski szept przyprawiający 
o dreszcze, wreszcie zmysłowy dotyk pereł przesuwających się po skórze - to 
wszystko sprawiło, e straciła głowę. 

Jak tylko poczuła dotyk jego warg na swoich ustach, poddała się rozkoszy. 

Nie było w tym uległości, a tylko duma i upór. 

Mogła go całować i przeyć, mogła poddać się temu uczuciu, a i tak nie 

naleeć do niego. Jeśli miał na ten temat inne zdanie, będzie musiał je zmienić. 
Podniosła ręce, zatopiła palce w jego włosach i oddala mu gorący pocałunek. 
Zaskoczyła go tylko przez sekundę. 

Jego odpowiedź była nieoczekiwana -  nie było  szalonego przypływu 

namiętności, oszałamiającego poądania. Zamiast tego spotkała ją całkowita 
wzajemność - dał jej tyle, ile chciała wziąć. Tylko sugerował coś więcej. Kusił. 

Wiedziała o tym, ale opór był niemoliwy. Zatraciła się w tym pocałunku, 

poddała się i poszła za nim, zwaając na kady kolejny krok. 

Kilka sekund później znajdowała się w innym świecie. Tylko on mógł 

wskazać jej drogę z powrotem. 

Sebastian wypuścił perły, pozwalając, by opadły na dekolt. Wziął Helenę w 

ramiona i przyciągnął do siebie, czując jak jej krągłości opierają się o jego 
mięśnie. Fala namiętności pochłonęła go, zatracił się w pocałunku, pragnąc 
coraz więcej. 

Chciał mieć ją nagą, poczuć ją blisko. 

background image

Wiedział, e to niemoliwe... jeszcze nie. Nie dzisiaj. Nie jutro. Bał się nawet 

pieścić ją bardziej zdecydowanie; męskie instynkty ostrzegały. Jeszcze nie teraz, 
później. 

Powoli, ale zdecydowanie doprowadzała go do szaleństwa. Jeśli nie będzie jej 

miał ju wkrótce... 

Nigdy nie czekał tak długo na adną  kobietę, adna  dotąd się mu nie 

sprzeciwiła. 

Mimo faktu, e jej ciało naleało do niego, e w jego obecności jej puls 

przyśpieszał, źrenice rozszerzały się, a skóra rozgrzewała przy najmniejszym 
dotyku, jej umysł wcią się opierał. Jej wola wcią stała mu na drodze. 

Kady kolejny wieczór tylko zwiększał jego apetyt, podsycał prymitywne 

pragnienie, by w końcu była jego. 

Połoyła dłonie na policzkach Sebastiana i oddała mu pocałunek. Poczuł, e 

jego samokontrola słabnie i dry w posadach. Kusiła go. 

Na kilka chwil odpadła maska i Sebastian pokazał jej, co ją czeka - całą 

namiętność i pragnienie, nad którym dotąd panował. 

Opór skruszał, a ciało Heleny poddało się. Plecy, dotąd wyprostowane jak 

struna, pozbyły się napięcia, rysy złagodniały. 

Odsunął się. Jeszcze chwila, a poądanie zaprowadzi ich za daleko. Podniósł 

głowę, oddychając cięko. Poczuł, e ona nabiera tchu, przyciskając piersi do 
jego mostka. 

Potem jej powieki poruszyły się i przez firanki ciemnych rzęs rozbłysły 

zielone oczy. Miały głębszą barwę ni szmaragdy zdobiące szyję, uszy i nad-
garstki. 

Mimo  frustracji czuł zadowolenie, a w  jego sercu /.robiło się cieplej. 

Rozluźnił uścisk; Helena otworzyła szeroko oczy, zamrugała i odsunęła się 
gwałtownie. 

Spojrzała na niego bacznie. 

background image

Powstrzymał uśmiech. -  Chodźmy, mignonne. Musimy wracać do sali 

balowej. 

Podała mu rękę i pozwoliła odprowadzić się do drzwi. Zatrzymał się tam na 

chwilę, podniósł palcem naszyjnik i poprawił, rozkładając na jedwabiu sukni. 
−  Pamiętaj, mignonne. - Złapał jej spojrzenie. -Kiedy tylko załoysz te perły, 

myśl o tym, co będzie między nami. 

 
 
 

Kiedy Helena obudziła się następnego poranka, pierwszą rzeczą, którą 

zobaczyła, był sznur pereł wypadający ze skórzanej kasety. Zostawiła klejnoty 
na toaletce, a one teraz z niej drwiły. 
−  Je suis folie. 

Jęknęła i obróciła się na pięcie. Mimo to perły nie dawały o sobie zapomnieć, 

były jak duchy, które wcią czuła na szyi, w uszach i rękach. 

Musiała być szalona sądząc, e będzie dla niego równym przeciwnikiem. e 

moe z nim wygrać. 

Zmruyła  oczy, rozwaając w myślach wydarzenia z poprzedniej nocy. 

Obróciła się i spojrzała jeszcze raz na perły. Pierwszym impulsem było schowa-
nie ich głęboko w kufrze, ale duma mówiła jej, e powinna je nosić kadego 
wieczora. Zdecydowanie wygrał tę potyczkę. 

Co oznaczało, e do końca ycia zapamięta ciepło jego rąk zamknięte w 

klejnotach, pieszczących jej piersi. Będzie się zastanawiała... 

Był dla niej zbyt dobrym graczem. Z drugiej strony, nie moe pozwolić, by 

wygrał kolejny pojedynek. 

Niestety nie mogła zatrzymać tej gry. 

 
 
 

background image

Znowu to robiła - wycofywała się, stawiała przed nim kolejne przeszkody. 
Sebastian przyglądał się Helenie, z przeciwnego rogu sali balowej u lady 

Cottlesford. Wzbierała w nim irytacja. 

Czas uciekał. Kiedy postanowił sobie, e zmusi ją do deklaracji, i naley 

tylko do niego, nie sądził, e to tyle potrwa. Tylko pięć dni pozostało do balu 
maskowego lady Łowy - wieczoru, który był od kilku 

lat sygnałem dla 

arystokracji, e naley wyjechać z miasta na święta. 

Tylko pięć dni, a raczej wieczorów na pełną kapitulację. Musi dostać 

potwierdzenie, e poza formalną propozycją małeństwa Helena przyjmie te je-
go zaloty. To było absolutne minimum. 

Pięć wieczorów. Wydaje się, e to mnóstwo czasu. Tyle e przez poprzednie 

siedem daremnie zastawiał na nią pułapkę. Naruszył jej mury obronne, ale jak 
dotąd nic nie wskórał. Nie opuściła mostu zwodzonego, by zaprosić go do 
środka. 
−  Jak tam polowanie na onę? 

Martin. Sebastian odwrócił się, kiedy młodszy brat poklepał go po ramieniu. 

Jedno spojrzenie na jego twarz i Martin zrobił krok w tył, podnosząc ręce. - Nikt 
nie słyszał, przysięgam! 
−  Lepiej, eby to była prawda. - Kolejny powód do irytacji. 
−  No i jak? Wcią podoba ci się hrabianka? Rzeczywiście, porywająca kobieta, 

ale chyba ma charakterek, prawda? 

−  Niech cię tylko usłyszy, a udusi gołymi rękami. Albo gorzej. 
−  Złośnica? 
−  -Jej temperament jest tylko odrobinę łagodniejszy od mojego. 
−  No dobrze, ju przestaję cię dranić. Ale nie mów, e to nie moja sprawa. Od 

twoich decyzji zaley te moje ycie. 

−  Nie interesuj się tym za bardzo. 

Martin zignorował tę uwagę i rozejrzał się po sali. - Widziałeś Augustę? 

background image

−  Nasza droga siostra -  Sebastian przyglądał się uwanie  koronkowemu 

wykończeniu mankietu -postanowiła opuścić stolicę. Dostałem dzisiaj list od 
Huntly'ego. 

Martin spojrzał na niego szybko. - Wszystko w porządku? 

−  W najlepszym. Ale oboje stwierdziliśmy, e ju wystarczająco się wybawiła, 

a e poprosiłem, by zorganizowała święta w Somersham, będzie miała ręce 
pełne roboty. 

−  No có - pokiwał głową Martin. - Doskonała strategia. 
−  Dziękuję - mruknął Sebastian. - Staram się jak mogę. 

Szkoda tylko, e z pewną hrabiną nie idzie mi tak łatwo. 

−  Idzie Arnold. Muszę zamienić z nim słowo. -Martin poklepał brata po 

ramieniu. - yczę szczęścia. Nie ebyś go potrzebował, ale na miłość boską, 
nie moe ci się nie udać. 

Z tymi słowami poegnał się i odszedł. Sebastian powstrzymał grymas. 

Ogarnął wzrokiem salę i zdał sobie sprawę, e zgubił Helenę. 
−  Do diabła! 

Musiała go obserwować, co samo w sobie nie było złe. Ale... 
Przemierzył wzrokiem pokój, lecz jej nie zobaczył. Zacisnął usta i wyszedł z 

cienia. 

Przeciśnięcie się przez tłum, odpowiedzi na miłe pozdrowienia i wymiana 

uśmiechów zajęły bez mała dziesięć minut. W końcu dotarł do madame Thierry, 
usadowionej w wysokim krześle. Prowadziła oywioną dyskusję z lady Lucas, 
ale Heleny nie było nigdzie w zasięgu wzroku. 

Sebastian rozejrzał się ponownie i dostrzegł Louisa de Sevres. Wszyscy 

domyślali się, e oficjalny towarzysz Heleny jest jednocześnie stranikiem 
wysłanym przez rodzinę, by mieć na nią oko. De Sevres gapił się na jedną z 
sióstr Britten. Sebastian podszedł bliej. 

background image

Louis zauwaył cień, podniósł głowę i ku zdziwieniu Sebastiana uśmiechnął 

się i ukłonił nisko. -Ach, monsieur le duc. Szukasz mojej pięknej kuzynki? Jest 
w sąsiednim pokoju, tu obok. 

Sebastian ledwie się powstrzymał, by nie potrząsnąć głową. Francuz miał 

przecie jej pilnować... Wyglądało na to, e madame Thierry równie zmieni la 
zdanie. Był  pewien, e  skoro śmietanka towarzyska nic nie wie o jego 
zamiarach, nie mogli go przejrzeć. 

De Sevres przestąpił z nogi na nogę, a Sebastian postanowił przyjąć 

nieproszoną pomoc. Później sprawdzi, co kryje się za tą naglą zmianą. 

Spojrzał na drzwi prowadzące do saloniku. -Tak? To proszę mi wybaczyć. 
Nie czekał na odpowiedź. Jedno spojrzenie i stwierdził, e wzmocniła mury 

obronne. Otoczyła się męczyznami, którzy nie przypominali Were'a i jemu 
podobnych. Byli to młodzi gniewni, którzy niedawno przybyli do miasta i 
chcieli się przebić. 

Dwanaście lat temu był  taki sam. Byli  jak ćmy lecące do światła - 

wystarczająco gwałtowni i lekkomyślni, eby porwać się na kade szaleństwo, 
nawet pojedynek z księciem St. Ives. 

Zwłaszcza o nią. Nie dorastali mu do pięt, ale ni-gdy by się do tego nie 

przyznali, tym bardziej w jej towarzystwie. Doskonale to rozumiał. 
Patrzył przez chwilę na perły zdobiące jej szyję, uszy i nadgarstki. Odwrócił się 
i zawołał lokaja. 
 
 
 

Helena odetchnęła z ulgą, kiedy Sebastian wycofał się z pokoju. Rzadko nie 

zdawała sobie sprawy z. jego obecności; przez cały ubiegły tydzień tak się do 
niej przyzwyczaiła, e czulą ją jak ciepły oddech na swojej skórze. 

Stłumiła dreszcz, który przeszedł jej  ciało i  skoncentrowała uwagę na 

młodym lordzie Marlborough. Był od niej o pięć lat starszy, a mimo to uwaała 

background image

go za młodzika, niedoświadczonego, niezręcznego młokosa. Niewartego uwagi, 
a tym bardziej fascynacji. 

Nudziła się jak mops, ale przynajmniej była bezpieczna. Uśmiechała się i 

zachęcała do dalszych opowieści. Ostatnie wyścigi konne, najmodniejsze 
kasyno, szalona eskapada. Byli jak mali chłopcy. 

Zdąyła się rozluźnić, kiedy podszedł lokaj ze srebrną tacą w ręku. Leał na 

niej liścik skierowany do niej. Wzięła go do ręki i uśmiechnęła się do słuącego, 
a ten oddalił się z ukłonem. Poprosiła panów o wybaczenie i odeszła na bok. 
 

Którego wybierzesz, mignonne? Dopilnuję, by to właśnie on spotkał się ze 

mną o świcie. Bo kiedy przyjdę po Ciebie, któremuś z pewnością puszczą nerwy i 
ośmieli się mi sprzeciwić. Poegnaj się ładnie, chyba e chcesz, by któremuś 
stała się krzywda. Czekam na Ciebie w salonie od frontu. 

Jeśli taka będzie Twoja decyzja, nie ociągaj się, mignonne, bo nie jestem 

cierpliwy. Jeśli wkrótce się nie pojawisz, sam po Ciebie przyjdę. 
 

Helena przeczytała ostatnie słowa jak przez mgłę. Trzęsącymi się palcami 

złoyła liścik i schowała go w kieszonce sukni. Zatrzymała się na moment, 
zaczerpnęła powietrza, starając się opanować. Jeszcze chwila, a wyładuje swój 
gniew. 
−  Proszę mi wybaczyć. - Wiedziała, e w jej głosie słychać napięcie, ale aden 

z pochłoniętych sobą kawalerów zdawał się tego nie zauwaać. - Muszę 
wracać do madame Thierry. 

−  Odprowadzimy cię - oznajmił lord Marsh. 
−  Nie. Błagam, nie róbcie sobie kłopotu. Madame jest tu obok, w sali balowej. 

- Tym razem zabrzmiało to władczo, a spojrzenie Heleny było wystarczająco 
pewne siebie. 

background image

Zastosowali się do jej yczenia, szepcząc słowa poegnania. Oczywiście 

minutę później ju jej nie pamiętali, co do tego nie miała najmniejszych wątpli-
wości. 

Starając się nie zwracać na siebie uwagi, dotarła do frontowej części domu. 

Lokaj wskazał pokój, do którego prowadził ciemny korytarz. Zatrzymała się na 
moment, wbiła wzrok w drzwi, a następnie wyjęła liścik z kieszeni i otworzyła 
go. Po chwili nabrała powietrza, zebrała całą złość i weszła do środka. 

W niewielkim pokoju było dosyć ciemno, na bocznym stoliku paliła się 

lampa. W kominku wesoło strzelał ogień, a obok stały dwa fotele z jednego 
niespiesznie, z typową dla siebie swobodą podniósł się Sebastian. 
−  Dobry  wieczór,  mignonne. -  Wyprostował się  z  protekcjonalnym, 

triumfującym uśmiechem na twarzy. 

Helena zamknęła drzwi, słysząc, jak z głośnym szczękiem zatrzaskuje się 

zamek. - Jak śmiesz? 

Zrobiła krok do przodu. Z twarzy Sebastiana znikł uśmiech. - Jak śmiesz coś 

takiego mi posyłać?! - Wyciągnęła rękę trzymającą liścik. Jej glos drał z 
wściekłości. - Bawi cię to, milordzie? Mimo e od początku ci mówiłam, e 
nigdy nie będę twoja. - Zrzuciła uprzejmą maskę, oczy ciskały pioruny, a ton był 
wyjątkowo nieprzyjemny. Zrobiła  jeszcze krok.  -  Skoro tak  trudno ci 
zaakceptować fakt, e odrzucam twoje zaloty, pozwól, e wytłumaczę, po co 
przyjechałam do Londynu i dlaczego nigdy mnie nie zdobędziesz. 

Z kadym  słowem czuła się silniejsza, bardziej zdecydowana, odwana. 

Podeszła bliej; znajdowała się teraz jakieś dwa metry od niego. 
−  Wiesz, e przysłano mnie do Anglii, abym znalazła męa. Zgodziłam się, bo 

dzięki temu wyrwałam się ze szponów mojego opiekuna, bogatego arysto-
kraty o elaznej woli i nadmiernej ambicji. Powiedz mi, Wasza Wysokość, 
czy ten opis nie brzmi znajomo? 

Podniosła brew, a na jej twarzy malowała się wściekłość i pogarda. - Zrobię 

wszystko, by tak się stało. Raz na zawsze uwolnię się od męczyzn tego 

background image

pokroju. Męczyzn, którzy nie widzą nic zdronego w tym, e manipulują 
uczuciami kobiety, by osiągnąć swój cel. 

Poruszenie na jego twarzy nagle znikło. - Mignonne... 

−  Nie nazywaj mnie tak! - rzuciła mu prosto w twarz, wyciągając w górę ręce. - 

Me jestem twoim skarbem! Nie moesz mną manipulować i traktować jak 
pionka na szachownicy. - Machnęła liścikiem. - Nawet nie pomyślałeś, 
zlekcewayłeś moje uczucia! Poczułeś się odrzucony, sięgnąłeś więc po 
pióro i napisałeś coś, co miało we mnie wzbudzić strach i poczucie winy. 
ebyś mógł triumfować. 

Sebastian próbował coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu, gestykulując 

gwałtownie. 
−  Nie! Tym razem ty mnie wysłuchasz. Jesteś przystojny, bogaty, masz 

ogromną władzę i zdolność przekonywania wszystkich dookoła, by robili, co 
mówisz. A jak do tego doszedłeś? Dzięki manipulacji. To twoja druga natura. 
Nie zastanawiasz się nawet, to tak łatwe jak oddychanie. Nawet się nie 
kontrolujesz. Wystarczy spojrzeć, jak „radzisz sobie" z własną siostrą. 
Jestem pewna, e jesteś przekonany, i robisz to dla jej dobra. Tak samo 
pewnie uwaa mój opiekun. 

Sebastian powstrzymał język. Była wściekła, w jej oczach płonął ogień. 

Opanowała go powoli i wyprostowała się, nie spuszczając z niego wzroku. 
−  Całe ycie tak sobie ze mną „radzono", próbowano mną sterować. Dłuej 

tego nie zniosę. Jesteś taki sam jak on. Manipulacja to twoje drugie imię. Nic 
zmienisz tego. I dlatego jesteś ostatnim męczyzną na ziemi, z którym 
chciałabym się związać. Cierpisz na nadmiar cechy, przed którą pragnę 
uciec. 

Rzuciła mu liścik w twarz; złapał go odruchowo. 

−  Nie próbuj mnie nigdy w ten sposób wzywać. Jej głos a wibrował od 

gniewu i pogardy. 

−  Nie chcę cię ju więcej widzieć ani słyszeć, Wasza Wysokość. 

background image

Obróciła się na pięcie. Sebastian patrzył, jak wychodzi, trzaskając drzwiami. 
Spojrzał na liścik. Otworzył go dwoma palcami i przeczytał. Potem jeszcze 

raz. 

Zmiął papier i jednym ruchem wrzucił go do paleniska. Płomienie podniosły 

się na moment, a potem opadły. 

Sebastian patrzył jeszcze przez chwilę, a następnie odwrócił się i poszedł do 

drzwi. 
 
 
 

Rozdział 5 

 
 
 

Deszcz zaczął padać jeszcze w  nocy i  padał nieprzerwanie do świtu, 

pozostawiając umyte ulice i ciękie jak ołów niebo. 

Sebastian spędził ranek nad rachunkami, a potem pojechał do klubu na obiad. 

Tylko  po  to,  by  oderwać myśli.  Niestety rozmowy nie  sprawiały mu 
przyjemności i wczesnym popołudniem wrócił do domu przy Grosvenor Square. 
−  yczy pan sobie czegoś, milordzie? - Webster, jego kamerdyner, strzepnął 

krople deszczu z płaszcza. 

−  Nie. - Sebastian spojrzał na drzwi biblioteki i ruszył w ich stronę. - Jeśli 

ktokolwiek przyjdzie, nie chcę, by mi przeszkadzano. 

−  Dobrze, Wasza Wysokość. 

Lokaj otworzył drzwi, Sebastian przekroczył próg i zatrzymał się. Drzwi się 

zamknęły; Sebastian skrzywił się i ruszył w stronę bocznego stolika. 

Dwie  minuty później siedział w  fotelu z  karafką brandy. Wyciągnął 

przemoczone nogi w stronę ognia i popijał złocisty alkohol. 

Helena. Co robić? 

background image

Doskonale rozumiał jej oskarenia. Problem w tym, e 

wszystkie były 

prawdziwe. Nie mógł zaprzeczyć i udawać, e za rozległą władzą nie kryje się 
umiejętna manipulacja. Była to spuścizna po przodkach, podstawowa broń w 
bardziej cywilizowanych czasach. Ale i tak lepsze to ni spotkanie na polu 
walki. Sądził, e ten pogląd podziela większość ludzi. 

Większość ludzi...  Niestety to  określenie nie  obejmowało dziewcząt 

wychowanych na ony władców i królowe. 

On i Helena byli do siebie bardzo podobni. 
Zauwaył od razu, e zbyt długo poddawano ją machinacjom i naginano silną 

wolę. 

Sebastian rozumiał jak mało kto, e wymuszone posłuszeństwo - sprzęone ze 

świadomością, i nie ma innego wyboru - musiało być bardzo trudne dla dumnej 
i upartej arystokratki. Zdawał sobie sprawę, e prędzej czy później stanie się dla 
niej cięarem nie do zniesienia. Miała silny charakter, była twarda i odwana. 
Przekonał się o tym ostatniego wieczora. 

Kobiety go zepsuły. Przyzwyczaił się, e największa kara, jaka moe go 

spotkać, to nadąsana mina, która zniknie po kilku gładkich słówkach. Wście-
kłość Heleny zaskoczyła go zupełnie. Jej słowa tym bardziej. 

Dlatego siedział tu sam, szukając pocieszenia w brandy. Liczył na to, e 

rozwiązanie znajdzie się samo. Niestety sprawy nie wyglądały zbyt dobrze... 

Nie mógł udawać, e jest kimś innym ni rzeczywiście. Jeśli postanowiła, e 

nie zwiąe się z takim męczyzną, e nie zniesie bycia oną kogoś takiego... to 
co mu jeszcze pozostało? 

Poza ualaniem się nad sobą, co było dla niego niezwykłym zajęciem. 

Zajmowała wszystkie jego myśli, uczucia i zmysły, no i oczywiście sny. 

Gdzieś po drodze polowanie zamieniło się w obsesję, w stan, którego dotąd 

nie zaznał. Wcześniejsze podboje, choć pochłaniały duo energii, nigdy nie 
miały znaczenia. 

background image

Wyraźnie powiedziała, co sądzi na jego temat, ale nie mógł po prostu odejść i 

zostawić jej w spokoju. Nie mógł pozwolić, by znikła z jego ycia. 

Nie potrafił zaakceptować poraki. 
Musi jej powiedzieć, jak bardzo mu na niej zaley. 
Patrzył na nią na wieczorku u lady Devonshire i kiwał głową, dziwiąc się 

samemu sobie. Gdyby usłyszała tę ostatnią myśl, dałaby mu popalić. Ale taka 
była prawda. 

ycie nie ma sensu, jeśli nie czerpie się z niego pełnymi garściami. Był 

przekonany, e Helena odnajdzie prawdziwe szczęście tylko w ramionach sil-
nego męczyzny. Musi ją przekonać, e kompromis niekoniecznie oznacza 
porakę i e w jego przypadku, moe przynieść korzyści, jakich się nie spodzie-
wała. W przeciwnym razie poświęci swą fascynującą osobowość i wyjdzie za 
jakiegoś miłego i łagodnego nudziarza. 

To wyjaśniało jej zainteresowanie Were'em. Była tak samo zręczna w sztuce 

manipulacji jak on; owinęłaby Were'a, albo kogoś mu podobnego, wokół 
małego palca. Nie chciała dłuej być marionetką, chciała sama rozdawać karty. 

Z nim nigdy jej się to nie uda.     
Z lordem Chomley, którego aktualnie czarowała, prawdopodobnie tak. 

W duchu zgrzytał zębami, ale na twarzy miał uprzejmą minę. Lata praktyki 
nauczyły go uczestniczenia w zwykłej towarzyskiej rozmowie, mimo e całą 
jego uwagę pochłaniała osoba stojąca sześć metrów dalej. Lady Carstairs nigdy 
by się nie domyśliła, e nie zapamiętał nawet słowa z jej opowieści. 

Helena dotknęła rękawa lorda Chomley i coś do niego powiedziała; ten 

zaczerwienił się, ukłonił głęboko i ruszył w stronę pokoju z napojami. 

Sebastian spojrzał na lady Carstairs. - Och, widzę mojego brata. Koniecznie 

muszę z nim porozmawiać. Proszę mi wybaczyć. 

Ukłonił się; dama uśmiechnęła się wdzięcznie, zadowolona, e tak długo jej 

słuchał. 

background image

Ruszył w tłum i po chwili znalazł się za plecami Heleny. - Mignonne - 

szepnął, łapiąc ją za rękę. -Chciałbym zamienić z tobą słowo. 

A podskoczyła ze zdumienia. Spojrzała na niego ostro i dygnęła, próbując 

wyrwać rękę. Zawahał się przez moment, ale puścił jej palce. Wyprostowała się 
i odwróciła wzrok, dumnie zadzierając głowę. 
−  Nie mam ochoty na rozmowę, Wasza Wysokość. 

Sebastian westchnął. - Nie moesz mnie bez końca unikać, mignonne. 

−  Całe szczęście, e wkrótce wyjedasz i znikasz z mojego ycia. 

W jego głosie pojawił się twardy ton. - Jeśli uwaasz, e wszystko sobie 

powiedzieliśmy, to wiedz, e ja mam na ten temat inne zdanie. Nie zdajesz sobie 
sprawy, e są rzeczy, które musimy omówić. 

Zastanowiła się przez chwilę i spojrzała mu prosto w oczy. - Nie ufam ci, 

milordzie. 

Pochylił głowę. - Rozumiem. 
Zielone oczy zmieniły się w wąskie szparki. -O czym chcesz rozmawiać? 

−  Zatłoczona sala balowa nie jest miejscem na taką rozmowę. 
−  Rozumiem. - Skinęła głową, odwracając wzrok. - W takim razie nie mamy 

sobie nic do powiedzenia, Wasza Wysokość. Nie mam zamiaru spotykać się 
z tobą na osobności. 

Wypowiedziawszy te słowa, uśmiechnęła się czarująco. -  Ach, lordzie 

Chomley, có za wyczucie! Jego Wysokość właśnie się egnał. 

Sebastian omal się nie udławił. Niech to diabli! Wymienił ukłony z lordem 

Chomley, odwrócił się do Heleny i ujął jej dłoń. Nie mogła mu się wyrwać. 
−  Mademoisełle la  comtesse. -  Z  niezwykłą gracją, ukłonił  się i  złoył 

pocałunek. Wyprostowując się, napotkał jej wzrok. - Do zobaczenia później, 
mignonne. 

Kiwnął głową na poegnanie, pozostawiając lorda Chomleya z otwartymi ze 

zdziwienia ustami. 
−  Co takiego? - wykrztusił w końcu Chomley.  

background image

Helena miała ochotę krzyczeć, ale uśmiechnęła się jak anioł. - Jego Wysokość 

ma specyficzne poczucie humoru. 
 
 
 

Nie chciała się do tego przyznać, ale dotkliwie odczuwała jego brak. Tęskniła 

za nim coraz bardziej, za jego ironią, sardonicznym poczuciem humoru. 
Nauczyła się polegać na jego towarzystwie, ale teraz musiała być twarda. 
Wiedziała przecie, do czego prowadzi uzalenienie od takiego męczyzny. 

Wykorzysta kadą jej słabość. 
Ignorowała go, choć jak zwykle zdawała sobie sprawę z jego obecności, jego 

spojrzenia. Musi się skupić na wykonaniu zadania: znalezieniu odpowiedniego 
męa i to szybko. 

Zabawa u lady Castlereagh toczyła się w najlepsze. Londyńska śmietanka 

dorównywała w szaleństwach Francuzom. Bal otworzyła trupa tancerzy przebra-
nych w kolorowe stroje i wymachujących wstąkami w czerwonym i zielonym 
kolorze. Miód lał się dzbanami; wszystkim szumiało w głowach, a słuący tylko 
napełniali kielichy. Helena uśmiechała się, ale odmawiała. Nie miała zamiaru 
tracić głowy. 

Od chwili, kiedy lord Chomley nie poznał się na dowcipie księcia, minęły ju 

dwa wieczory. Skreśliła go z listy, ewidentnie się nie nadawał. Od kilku dni 
zajmowała się tylko tym, pogoda nie pozwalała zresztą na nic innego. Poza 
lordem Werę, który akurat wyjechał z miasta, rozwaała jeszcze trzech kandyda-
tów. Była pewna, e  kadego  skłoni do małeństwa, ale musiała jeszcze 
zdecydować, którego wybrać. 

Zdąyła wybadać, e niewiele się rónią w kwestiach majątku, pozycji i 

tytułu. Kady z nich miał łagodny i ustępliwy charakter, kadym będzie tak 
samo łatwo sterować. Skoro spełniali te kryteria, pozostawała jeszcze jedna, 
decydująca kwestia. 

background image

Siedem lat na francuskich salonach wystarczyło, by przekonała się, e dotyk 

jest najprostszym sposobem sprawdzenia męczyzny. Byli tacy, którzy przy-
prawiali ją o dreszcz obrzydzenia; spotkała ich zbyt wielu, a aden nie okazał się 
godny zaufania. Byli te tacy, których dotyk kojarzył się raczej z przyjaciółką 
lub pokojówką. Z reguły przyzwoici ludzie, zwykle słabego charakteru i 
przeciętnej inteligencji. 

Jak dotąd tylko jeden męczyzna sprawiał, e jej skóra nabierała blasku. 
On był najbardziej niebezpieczny. 
Przyszedł czas, aby ocenić, jak działają na nią męczyźni z listy, przynajmniej 

ci obecni teraz w Londynie. Tańczyła kiedyś z lordem Werę; była z nim równie 
na przechadzce i mogła z całą pewnością stwierdzić, e jego dotyk jej nie 
ekscytuje i nie rozgrzewa, ale te  nie odpycha. Werę zdał egzamin. Jeśli 
pozostałych oceni podobnie, zostaną na liście. 

Lord Athlebright, spadkobierca księcia Higtham, tańczył właśnie ze swoją 

matką, ale do Heleny zbliał się wicehrabia Markham, syn hrabiego Cork, miły 
jegomość po trzydziestce. 
−  Droga hrabino. -  Markham ukłonił  się uprzejmie. -  Musiałaś dopiero 

przyjechać. Tak piękną kobietę zauwaa się od razu. 

Helena uśmiechnęła się. - Rzeczywiście, jestem tu od niedawna. - Wyciągnęła 

rękę. - Chętnie pospacerowałabym chwilę, jeśli pozwolisz, milordzie. 

Z szerokim uśmiechem na twarzy Markham ujął jej dłoń. - Będzie to dla mnie 

niezwykły zaszczyt. 

Lekkie dotknięcie palców okazało się niewystarczające, by Helena mogła go 

ocenić. Rozejrzała się wokół, nie widząc ani jednego muzyka. - Kiedy zaczynają 
się tańce? 
−  Nieprędko - odparł Markham. Czyby jej się zdawało, e widzi w jego 

oczach wyrachowany błysk? - Lady Castlereagh nazywa te wieczory balami, 
ale w rzeczywistości tańce to ostatnia rzecz, jaka jej chodzi po głowie. I jeśli 
nawet są, to z reguły bardzo późno. 

background image

−  Ach, rozumiem. - Helena ociągała się przez chwilę, a potem ruszyła w stronę 

tłumu. - Muszę przyznać - przysunęła się bliej do Markhama i ściszyła głos 
- e angielska skłonność do zatłoczonych pomieszczeń wydaje mi się nieco 
niezrozumiała. -Podniosła wzrok. - Podczas tańca ma się zwykle trochę 
więcej miejsca, ale... tiens, jak w takim tłoku oddychać? 

Roześmiała się, a Markham wyprostował się, patrząc ponad głowami. 

Spojrzał na nią nieprzeniknionym wzrokiem i powiedział: - Jeśli masz ochotę na 
przechadzkę w mniejszym tłoku, moemy iść do konserwatorium, tu przy 
pokoju muzycznym. Jeśli sobie yczysz, oczywiście. 
W tonie jego głosu pojawiła się niespotykana dotąd gorliwość, która nieco ją 
zaniepokoiła. Pamiętała jednak, e do jutrzejszego wieczora - maskarady u lady 
Łowy, po której cała śmietanka opuści Londyn - musi mieć na liście tylko jedno 
nazwisko. 
−  Znasz dobrze ten dom? - zapytała, chcąc zyskać na czasie. 
−  Owszem - Markham uśmiechnął się szczerze. -Moja babka i lady Castlereagh 

były przyjaciółkami, lako dziecko często tu przebywałem. 

−  Aha - Helena odwzajemniła uśmiech, nieco uspokojona. - Gdzie jest pokój 

muzyczny? 

Poprowadził ją bocznym korytarzem, potem skręcili w kolejny, a na jego 

końcu znajdował się pokój, którego szukali. Przez oszklone drzwi było widać, 
e ściany i sufit równie zrobiono ze szkła. Stanowił część ogrodu, a teraz 
oświetlały go promienie księyca. 

Markham otworzył drzwi i zaprosił ją do środka. Helena stanęła jak wryta, 

oczarowana grą światła na zielonych kaflach, mnogością cieni i tajemniczych 
kształtów. Powietrze było chłodne, ale nie zimne, słychać było kojące, miarowe 
uderzenia kropli deszczu o szklany dach. 

Westchnęła. - Jak tu przyjemnie. - Draniły 

ją l  tumy; w gorącym i 

przepojonym ciękimi perfumami powietrzu nie mogła swobodnie oddychać. 
Tutaj było inaczej. Z wdzięcznością nabrała głęboko powietrza. Odwróciła się 

background image

do Markhama, zauwaając ze zdumieniem, e utkwił wzrok nie w jej twarzy, ale 
niej. 

Zreflektował się po chwili. - Gdzieś tu powinno być oczko wodne. 
Miał rację. Pokój okazał się duo większy ni początkowo wyglądał, a po 

kilkunastu krokach Helena straciła orientację. 
−  Ach, tutaj. 

Wpuszczone w podłogę oczko miało całkiem spore rozmiary, a jego brzegi 

wyłoono niebieskimi kafelkami. W wodzie widać było pływające kształty. 
−  Ryby! - Nachyliła się, patrząc w dół. Markham pochylił się równie. - Jaka 

wielka, spójrz! 

Posłuchała, a Markham przysunął się. Jego ramię zderzyło się z jej barkiem. 

−  -Och! 

Złapała go, starając się utrzymać równowagę. On równie. 

−  Heleno! Moja droga, droga hrabino. Próbował ją pocałować. 

Odpychając go od siebie, Helena stawiała opór. 

−  Nie broń się, skarbie, bo wpadniesz do wody. -Niski, rozbawiony ton 

wyraźnie zdradzał jego intencje. 

Helena przeklęła w duchu. Okazała się zbyt ufna. 
Połoył dłonie na jej plecach, a podskoczyła. Nie było to przyjemne. Nie 

dotknął nawet skóry, a ju całe ciało opierało się na myśl, e moe to zrobić. 
−  Przestań! - Przybrała najbardziej władczy ton. Markham zaśmiał się. - 

Owszem, kiedyś przestanę. Próbował przyciągnąć ją do siebie. Opierała się. 

Walczyła. - Nie! 

−  Markham. 

Wystraszył się tak, e omal nie wypuścił jej z ramion. Wystarczyło jedno 

słowo i złowrogi ton. Helena odczula ulgę. Nie obchodziło jej, jak to mogło 
wyglądać. Po prostu cieszyła się, e jest wolna. 

Markham odsunął się, a Helena odzyskała równowagę i zrobiła krok w tył. 

Rozejrzała się ostronie. 

background image

Wicehrabia spojrzał na nią wrogo, ale po chwili jego wzrok powrócił do jej 

wybawcy. Sebastian stał w cieniu, ale nawet czarna jak smoła noc nie mogła 
ukryć złowrogiej aury, którą było widać w jego posturze i czuć w napiętym jak 
struna milczeniu. Helena spędziła wystarczająco duo  czasu wśród takich 
męczyzn, by wiedzieć, co wisi w powietrzu. Niezadowolenie Sebastiana 
przetoczyło się nad nią jak fala, która z całą mocą rozbiła się o Markhama. 

Ten zrobił krok w tył. 

−  Rozumiem, e przeprosisz hrabinę?  

Głos Sebastiana był zimny jak lód. Markham przełknął ślinę. Ukłonił się. – 

Przyjmij moje przeprosiny, hrabino. 

Nie ruszyła się z miejsca, nie odezwała nawet słowem. Patrzyła tak samo 

chłodno jak Sebastian. 
−  Mademoiselle ma dosyć twojego towarzystwa, poegnaj się. - Sebastian 

ruszył do wicehrabiego, a ten zrobił kilka kroków w tył. - Jeszcze jedno. Ro-
zumiem, e nie muszę tłumaczyć, jak bardzo byłbym niezadowolony, gdyby 
ktokolwiek usłyszał o tym incydencie? 

−  Ale skąd. - Markham spojrzał na nich oboje i ukłonił się. - Dobranoc. 

Słyszeli coraz szybsze kroki, skrzypienie otwieranych drzwi, a w końcu 

szczęk zamka. 

Helena westchnęła z ulgą i skrzyowała ramiona na piersiach. 
Sebastian stał pół metra przed nią; odwrócił głowę. - Lepiej mi powiedz, 

mignonne, co ty knujesz? 

Gładki ton głosu nie zwiódł jej. Czuła, e 

pod uprzejmą maską jest 

zagniewany. Podniosła głowę. - Nie lubię tłumów. Miałam nadzieję, e tu 
będzie luźniej. 
−  To zrozumiałe. Nie rozumiem tylko, dlaczego wybrałaś Markhama jako 

eskortę. 

Rzuciła gniewne spojrzenie w stronę ścieki, którą oddalił się wicehrabia. - 

Sądziłam, e mogę mu ufać. 

background image

−  No i przekonałaś się, e nie. 

Nie odpowiedziała, tylko patrzyła groźnie, a Sebastian postanowił spróbować 

jeszcze raz. - Rozumiem, e skreśliłaś go z listy? 

Skrzywiła się. - Oczywiście! Nie lubię, kiedy ktoś robi mi krzywdę. 
Pochylił głowę. - Co mnie sprowadza do pierwszego pytania. Co ty knujesz? 
Spojrzała na niego uwanie i wyprostowała się. -Co cię to obchodzi, drogi 

ksiąę? 
−  A jednak. Odpowiesz na moje pytanie?  

Podniosła wyej brodę, a w oczach zapalił się ogień. - To nie twoja sprawa. 

Uniósł leniwie brew i czekał. 
−  Nie zmusisz mnie - gestykulowała obiema rękami, nie znajdując właściwego 

słowa - ebym ci powiedziała tylko dlatego, e chcesz wiedzieć. 

Milczał, nie spuszczając z niej wzroku. Chciał, eby zrozumiała go bez słów. 
Podniosła wzrok, odczytała wyraz niebieskich oczu i zaprotestowała. - O nie! 

Nie jestem pionkiem w grze. Nie pozwolę sobą manipulować. To nie jest bitwa, 
którą musisz wygrać. 

Wąskie usta wykrzywiły  się w  lekkim  uśmiechu. -Mignonne, wiesz 

doskonale, kim jestem. Jeśli chcesz mi się sprzeciwiać, to... - Wzruszył ramiona-
mi. 

Poczuła, e wzbiera w niej gniew. - Nie powiem ci, nie zmusisz mnie. - 

Skrzyowała ręce i spojrzała wrogo. - Chyba nie masz przy sobie koła, którym 
mógłbyś mnie złamać, Wasza Wysokość. Odłómy tę dyskusję na inny raz. 
Zaśmiał się. - Koła nie mam, mignonne. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Ale mam 
duo czasu. 

Myśli przemknęły jej przez głowę. - No có. Nie bodziesz mnie tu trzymać 

bez końca... 

Spojrzała nerwowo w stronę ścieki. 

−  Nie wyjdziesz stąd, dopóki mi nie powiesz. Ogarnęła ją wściekłość. - Jesteś 

tyranem. 

background image

−  Doskonale wiesz, kim jestem. Ale nie masz innego wyboru i o tym te wiesz. 

Z oczu posypały się iskry. - Jesteś gorszy ni on! 

−  Kto? Twój opiekun? 
−  Vraiment! On te jest tyranem, ale nigdy by tego nie przyznał. 
−  Przykro mi, e nie podoba ci się mój brak hipokryzji, mignonne. Ale jeśli 

chcesz uniknąć skandalu, lepiej zacznij mówić. W sali balowej nie ma cię od 
dwudziestu minut. 

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Wiedziała, e nie ma wyboru. - Dobrze. Do 

jutrzejszego balu, po którym cały Londyn wyjeda na święta, chciałam mieć 
tylko jedno nazwisko na liście. W tej chwili mam trzy. 

Sebastian pokiwał głową. - Werę, Athlebright i Mortingdale. 
Stała jak wryta. - Skąd wiesz? 

−  Nie doceniasz mnie, mignonne. Sama powiedziałaś mi o wymaganiach 

twojego opiekuna, a twoje własne kryteria odkryłem kilka wieczorów temu. 

−  Eh, bien. - Podniosła dumnie głowę. - Skoro ju wiesz, moemy wracać. 
−  Jeszcze nie. Spotkała jego wzrok. 
−  Wiem, skąd te nazwiska na twojej liście i dlaczego Markhama ju na niej nie 

ma. Nie rozumiem tylko, w jakim celu tu przyszłaś. Jaką cechę chciałaś 
ocenić? 

Spojrzała w stronę ścieki. - Chciałam trochę spokoju. 
Długie palce Sebastiana zatrzymały się na jej brodzie i odwróciły jej głowę. - 

Nie kłam, mignonne. Jesteś taka sama jak męczyźni, przed którymi uciekasz. 
Rozumiem cię, bo jesteś do mnie podobna. Chłodno i bez emocji oceniasz 
potencjalnych kandydatów na męa, choć nie dbasz o adnego z nich. Chcę 
wiedzieć, jakie jest ostateczne kryterium twojego wyboru. 

Puściły jej  nerwy. Gniew rozwinął skrzydła i 

chocia  próbowała go 

poskromić, nie miał zamiaru jej słuchać. 

background image

Nie chodziło o to, e Sebastian rozumie ją bez słów, tak samo jak Fabien. Ani 

nawet o to, e porównuje ją do siebie. Nie to wywołało furię. 

Nie mogła pogodzić się z tym, e tak reaguje na jego dotyk, e palce 

trzymające podbródek wywołują w niej dreszcze i falę gorąca. e jej ciało 
płonie ywym ogniem. 

Pozostali adoratorzy nie liczyli się w grze. Tylko on miał nad nią taką władzę. 
Szaleństwo. 

−  Skoro masz tak zrzędzić, to ci powiem. - Nie mogła się powstrzymać, choć 

wiedziała, e nie jest to dobry pomysł. - Postanowiłam sprawdzić, który z 
nich nie odpycha mnie fizycznie. 

Podniosła brodę i spojrzała na niego buntowniczo. - To jest moje ostateczne 

kryterium. 

Jego  twarz  nabrała  surowego wyrazu,  ale  niebieskie  oczy  były 

nieprzeniknione. Zabrał rękę. 
−  A Werę... Czyjego dotyk cię odpycha? 

Zmienił  ton;  powinna  zacząć się  niepokoić.  -Tańczyłam z  nim, 

spacerowaliśmy. Kiedy mnie dotyka, nie czuję nic. 

W jego oczach zamigotała satysfakcja, więc musiała dodać: - I dlatego znalazł 

się na ostatecznej liście. 

Zamrugał, rozwaając coś w duchu. Nie spuszczał z niej wzroku. 

−  Nie  będziesz sprawdzać, jak  działa na ciebie dotyk 

Athlebrighta i 

Mortingdale'a. 

Ci, którzy go nie znali mogli uznać te słowa za pytanie, Helena odgadła 

jednak, e jest to rozkaz. Ognisty temperament wziął górę. - Niby dlaczego? 
Muszę to zrobić, w przeciwnym razie mogę podjąć złą decyzję. 

Z tą logiczną, racjonalną odpowiedzią na ustach i uszyła w stronę drzwi. - A 

teraz, skoro ci wszystko powiedziałam, pozwolisz mi wrócić. 

Niewielki triumf dodał jej pewności siebie; ruszyła z miejsca. 

−  Heleno! 

background image

Zabrzmiało to jak ostrzeenie. Nie zatrzymała się. - Madame Thierry zacznie 

się martwić. 
−  Do diabła! - Rzucił się za nią. - Nie moesz być lak niemądra... 
−  Nie jestem niemądra! 
−  ... eby zachęcać kogokolwiek, by wziął cię w ramiona! Zwłaszcza po 

twoim.... sukcesie z Markhamem! - cedził przez zęby. Brzmiało to wręcz 
cudownie. 

−  Nie zachęcałam Markhama. Nie sądziłam, e okae się taki... wylewny. 

Zaaranował cały ten incydent. Nie wiedziałam, e nie jest prawdziwym 
dentelmenem. 

−  Wielu rzeczy nie wiesz. -  Sebastian wymamrotał te słowa; ledwie je 

dosłyszała, chocia szedł tu za nią. - Chcę, ebyś mi obiecała, e nie 
zostaniesz sam na sam z Athlebrightem i  Mortingdale'em. Jeśli masz 
przeprowadzać jakieś testy, niech się to dzieje w pełnym świetle, na oczach 
całego przeklętego Londynu! 

Udała, e rozwaa jego słowa, a potem potrząsnęła głową. Szklane drzwi były 

na wyciągnięcie ręki. - Obawiam się, e nie mogę tego obiecać. Mam zbyt mało 
czasu. - Wzruszyła ramionami. - Kto wie, co będę musiała... 

Nie miała czasu nabrać tchu ani tym bardziej krzyknąć. Wziął ją w ramiona; 

znalazła się nagle plecami do ściany. Przybliył twarz, podnosząc jej ręce. 
Potknęła się o stopień. 

Zrobiła krok w tył i uderzyła biodrami i ramionami w ścianę. 

Nabrała powietrza, otworzyła usta... 

Oparł jej ręce tu nad głową. 
Nachylił się. 
Uwięził ją w swoich ramionach. 
Nie mogła oddychać, nie miała odwagi. Czuła jego siłę, czuła ją wszystkimi 

zmysłami. Ich ciała były oddalone od siebie ledwie o centymetry i przez ubranie 
czuła ciepło jego ciała. 

background image

Poniewa stała na stopniu, wystarczyło, by pochylił głowę i spojrzał jej w 

oczy. Ich spojrzenia się spotkały. - Obiecaj, e więcej tego nie zrobisz, chyba e 
publicznie. 

Ogarnęła ją wściekłość. Sprawdziła siłę jego uścisku; palce zacisnęły się ze 

stalową siłą. Nie ucieknie, chocia z drugiej strony nie mogła powiedzieć, e 
robi jej krzywdę. Nie miała odwagi zmienić pozycji - gdyby to zrobiła, 
zderzyliby się. 

Męczyźni! - Wypluła to słowo niczym najgorszy epitet. - Jesteście wszyscy 

tacy sami. adnemu nie mona ufać. 

Dziwnym zbiegiem okoliczności trafiła w jego czuły punkt. Zobaczyła, e w 

jego oczach pojawia p  ogień, a usta robią się wąskie i zacięte. 

Nie jesteśmy wszyscy tacy sami - wycedził przez zęby. 
Uniosła brew. - Chcesz powiedzieć, e mogę ci Ufać? - Otworzyła szeroko 

oczy, prowokując go do kłamstwa. 

Nie spuszczał z niej wzroku, a niebieskie oczy I 'i zez moment zdradzały 

niepokój. 
−  Tak! - Rzucił jej to słowo prosto w twarz; a zakręciło się jej w głowie. 

Zobaczyła, e jego twarz łagodnieje, e Sebastian opanowuje się. - Akurat 
ty... tak. 

Serce podeszło jej  do  gardła. Zaskoczyły ją  te  Kłowa,  szukała ich 

potwierdzenia w jego oczach. Nie kłamał, chocia widać było, e trudno mu 
opanować gniew. Tak samo jak i jej. Potrafiła rozpoznać prawdę, zresztą nie 
miał powodu kłamać. Ale dlaczego... 
−  Dlaczego? - Szukała odpowiedzi w ostrych rysach. 

Sebastian znał odpowiedź. 
Nie chciała rozmawiać z nim na osobności, chocia miał honorowe intencje. 

Zamiast tego pozwoliła Markhamowi zabrać się do odosobnionego pokoju. 

Był wściekły. Dlaczego? Bo znaczyła dla niego duo więcej ni jakakolwiek 

kobieta. 

background image

Śledził ją wzrokiem, kiedy opuszczała salę balową. Poszedł za nimi, by się 

upewnić, e nic się nie stanie. No i zobaczył... 

Sam fakt, e świadomie naraziła się na takie niebezpieczeństwo, spędzał mu 

sen z powiek. 

Dlaczego? Bo mu na niej zaley. 
Ta świadomość nim wstrząsnęła. Zabrakło mu słów. 
Jej oczy były jak szmaragdowe jeziora; łatwo było odczytać ich wyraz, łatwo 

w nich było utonąć. Widać w nich było ciekawość, pokusę i... fascynację. 

On czuł to samo. 
Oddychał głęboko, próbując dojść do siebie. 
Był  tak blisko, e  czuła jego ciepło na swojej skórze. Jej perfumy - 

francuskie, z egzotyczną nutą -wypełniały mu nozdrza i karmiły zmysły. 

Ich twarze się zbliyły, ciała równie, i to na tyle, by odkryła zmianę w jego 

zamiarach. Jej oczy otworzyły się szerzej, a spojrzenie przesunęło się na usta. 

Zamknął dzielącą ich przestrzeń, bez pośpiechu, łagodnie. 
Podniósł jej podbródek, pochylił głowę. 
Ich usta spotkały się. 
Dotknęły. 
Zlały się w jedną całość. 
Uwolniła  się niesłychana energia -jak  iskra rozpalająca wielki  ogień. 

Ogarnęła ich oboje, porwała i powlokła za sobą w pełny ar. 

adne z nich czegoś takiego wcześniej nie doznało. aden pocałunek nie 

zrobił na nim takiego wraenia, aden tak kompletnie i bez wysiłku go nie 
pochłonął, kierując całą jego uwagę na nią, na jej usta, delikatną pieszczotę 
języków. 

Dotrzymywała mu  kroku,  nieustraszona mimo swej niewinności. Ju 

wcześniej całował ją głęboko, ale teraz chciała więcej, prowokowała go. 
Świadomie czy nie? Nie był pewien. 

Nie był w stanie jasno myśleć. Nie był w stanie się wycofać. 

background image

Wszystkie jego zmysły rozkoszowały się jej smakiem, ciepłem słodkich ust, 

dotykiem jędrnych piersi i obietnicą, jaką niosło piękne ciało w jego ramionach. 

Brał to, co mu oferowała, oddając jej z nawiązką. I coraz głębiej wpadał w jej 

sidła. 

Helena przestała myśleć kilka sekund przed tym, jak ich usta się spotkały. 

Świadomość, e za chwilę ją pocałuje, sprawiła, e skoncentrowała się wyłącz-
nie na tej czynności. 

Na nim. 
Nie była z tego zadowolona, ale nie potrafiła inaczej. Jej umysł, jej zmysły, 

kade uderzenie serca wydawały się naleeć do niego. Niewane, jak bardzo 
próbowała go sobie obrzydzić, nie potrafiła powiedzieć nie. 

Dangereux. 
To słowo pojawiło się w jej myślach, ale straciło swoją moc, przynajmniej w 

tej kwestii. Czuła, e nie zrobi jej krzywdy, e moe mu zaufać. W jego ra-
mionach liczyło się tylko jedno. 

e naley do niej. 
Przynajmniej w  tej dziedzinie miała nad nim władzę. Owszem, to on 

wychodził z inicjatywą, ale zawsze stawiał jej przyjemność na pierwszym 
miejscu. Moe to dziwne, ale myśl, e ma u swoich stóp męczyznę tego 
kalibru, wydawała się jej fascynująca. 

Uwielbiał, gdy czuła rozkosz. Czuła to w pocałunkach, w natychmiastowej 

reakcji na wszystkie potrzeby, które mu sygnalizowała. Jeśli zadrała, on 
natychmiast się wycofywał, uspokajał ją pieszczotami, czekając na znak, a 
ponownie będzie gotowa. 

Opierał się przedramionami o ścianę, nie chcąc obarczać jej swoim cięarem. 

Ona jednak tego pragnęła; ciało budziło się z głębokiego snu, nerwy napięły się 
do granic moliwości. Pragnęła czuć go przy sobie, pierś do piersi, uda do 
bioder. Pragnęła go- 

background image

Wypręyła się, dotykając jego ciała. Przez jedną cudowną chwilę pozwoliła, 

by ich ciała pieściły się nawzajem. 

Poczuła natychmiastową odpowiedź, poczuła temperaturę ognia, którego 

jeszcze nie doświadczyła. Poczuła, e Sebastian traci kontrolę. 

Przerwali pocałunek. 
Oboje. Nie mogli oddychać ani myśleć. Musieli odejść znad krawędzi, tu 

przed katastrofą. 

Oboje oddychali szybko, nie spuszczając wzroku ze swoich ust. 
Jednocześnie otworzyli oczy i ich spojrzenia się spotkały. 
Patrzyli na siebie; jej myśli odbijały się w jego oczach. Miała wraenie, e 

widzi jego duszę. 

To nie było właściwe miejsce, właściwy czas. 
Nie mieli pojęcia, czy właściwy czas kiedyś nadejdzie, ale wiedzieli, e 

dzisiejszego wieczora nie powinni posuwać się dalej. 

Oboje to rozumieli. 
Kiedy łomot serca ucichł na tyle, by mogła spokojnie rozmawiać, Helena 

nabrała głęboko powietrza i powiedziała cicho: - Puść mnie. 

To nie był rozkaz, tylko proste polecenie. 
Zawahał się, lecz po chwili rozluźnił uścisk. Zabrała dłonie, opuściła ramiona 

i pochylając głowę, wydostała się z jego objęć. 

Odwrócił głowę, ale się nie poruszył. 
Zrobiła jeszcze jeden krok. Po chwili ju tęskniła za jego ciepłem. Podniosła 

głowę i powiedziała: Dziękuję za pomoc z Markhamem. 

Zawahała się przez moment i ruszyła w stronę do drzwi. Trzymała rękę na 

klamce, kiedy do jej uszu dotarł cichy, niski szept: - Do zobaczenia później, 
mignonne. 

 
 
 

background image

Sebastian pojawił się w domu przy Grosvenor Square nad ranem. Po balu u 

lady Castlereagh poszedł do klubu, a potem z przyjaciółmi do kasyna. Nic 
jednak nie było w stanie odwrócić jego myśli. Godziny poza domem sprawiły, 
e tylko upewnił się w swoim postanowieniu. 

Zostawił płaszcz i laskę w głównym holu i poszedł do biblioteki. Zapalił 

lampę, usiadł za biurkiem i zabrał się za pisanie listu. 

Zaadresował go do pana Thierry. Helena zatrzymała się w jego domu, 

oficjalnie pod jego opieką, a pani Thierry wprowadziła ją do towarzystwa. Nie 
potrafił rozszyfrować relacji Heleny z Louisem de Sevres, poza tym nie ufał 
temu człowiekowi. Thierry, chocia Francuz, był raczej prostoduszny. 

Pióro skrobało po pergaminie. Cisza ogromnego domu, domu w którym się 

urodził, otaczała go niczym ciepły, kojący kompres. 

Zatrzymał się i przeczytał. Po chwili pochylił głowę i pisał dalej, kończąc 

zamaszystym podpisem. 

Odłoył list i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Spojrzał w stronę kominka, 

gdzie dogasały arzące się polana. 

Nie  był  pewien, czy  stanie na wysokości zadania -czy  sprosta jej 

oczekiwaniom. Ale przynajmniej spróbuje. Zrozumiał, e nie spocznie i zrobi 
wszystko, co w jego mocy, by Helena zgodziła się zostać jego oną. 

Proste równanie. Ju jakiś czas temu zrozumiał, e powinien się oenić. I w 

ostatniej chwili spotkał ją, jedyną kobietę, której kiedykolwiek pragnął. 

Ona albo adna. 
Czekał na znak, e równie go pragnie, e rozumie łączącą ich więź. Tego 

wieczora przekroczyli niewidzialną linię; niewinne dotychczas pieszczoty stały 
się nagle gorące, dwuznaczne, nielegalne. 

Powstrzymali się w ostatniej chwili. Oboje. 
Moe to był ten znak? Potwierdzenie, którego potrzebował. 
Pragnęła go tak samo, jak on pragnął jej. 

background image

Spojrzał na list, przebiegł wzrokiem po uwanie dobranych sformułowaniach. 

Było to zaproszenie do Somersham Place skierowane do państwa Thierry, 
mademoiselle la comtesse d'Lisle i pana de Sevres. Napisał jasno, e poza nimi 
będą jedynie członkowie rodziny Cynsterów". 

To mogło oznaczać tylko jedno. Takie zaproszenie powinno zostać właściwie 

odczytane. Ale kto wie? Nie mógł oczekiwać, e wszystko potoczy się tak, jak 
sobie to wyobraa. 

Uśmiechnął się na myśl, jak Helena zareaguje na tę wiadomość; nawet teraz 

nie był w stanie tego przewidzieć. Spotka się z nią na balu u lady Łowy i dowie 
się na pewno. 

Zwinął pergamin, zapalił świecę i odcisnął pieczęć. Wstał, zgasił lampę i 

poszedł do drzwi. 

Połoył list na srebrnej tacy w głównym holu. 
Gotowe. 
Przystanął i po chwili ruszył w stronę schodów. 

 
 
 
 

Rozdział 6 

 
 
 

Następnego ranka o dziewiątej Villard odsłonił zasłony przy łóku swojego 

pana. Louis obudził się i spojrzał krzywo na słuącego. 

Villard powiedział szybko: -M'sieur, byłem pewny, e będziesz to chciał 

zaraz zobaczyć. - Połoył na łóku pakiecik. 

Twarz Louisa rozpogodziła się po chwili. - Bon, Villard. Tres bon. - Wydostał 

się z pościeli. - Przynieś mi filiankę czekolady, to przeczytam listy od wuja. 

background image

Oparł się o poduszki i rozerwał opakowanie, upatrzone charakterystycznym 

pismem Fabiena. Wypadły z niego trzy listy, zawinięte w jeden kawałek 
pergaminu, na którym było polecenie: Zanim cokolwiek zrobisz, przeczytaj swój 
list. F. 

Louis  obejrzał wszystkie trzy  listy.  Dwa  były  od  Fabiena -  jeden 

zaadresowany do niego, drugi do Heleny. Trzeci list, równie do Heleny, 
zaadresowany dziewczęcym pismem pochodził zapewne od Ariele. Odłoył na 
bok listy Heleny i otworzył swój. 

Dwa arkusze zaczernione mocnym pismem Fabiena. Uśmiechnął się i 

wygładził pergamin. W sypialni pojawił się Villard z czekoladą na tacy, a Louis 
pokiwał głową i podniósł filiankę. Zaczął czytać. 

Villard patrzył, jak z twarzy jego pana znika uśmiech, a ręce zaczynają się 

trząść. Czekolada wylała się na prześcieradło. Louis zaklął, a słuący zaczął 
szybko wycierać plamę. Louis odstawił filiankę na tacę i wrócił do czytania. 

Villard udawał, e przygotowuje ubrania i przyglądał się swojemu panu. 

Kiedy Louis skończył i odłoył list, zapytał cicho: - Monsieur le comte jest 
niezadowolony? 
−  Co takiego? - Louis zamrugał, a potem machnął ręką. - Nie, nie... jest 

zadowolony z naszych postępów. Ale... - Louis spojrzał ponownie na list i 
zwinął pergamin. Villard nie odezwał się ju; i tak przeczyta list później. 

Po kilku minutach Louis odezwał się: - Wiesz, Villard, wydaje mi się, e 

Fabien nie zdradził nam wszystkich swoich planów. 
−  Zawsze tak było, m'sieur. 
−  Pisze, e dobrze nam idzie, ale musimy się śpieszyć. Nie zdawałem sobie 

sprawy, e brytyjska arystokracja ju za kilka dni wyjeda na święta do 
swoich wiejskich posiadłości. Sądziłem, e mamy jeszcze tydzień. 

−  Thierry nic nie wspominał. 
−  Istotnie. Porozmawiam z nim, jak wróci. Ale na razie mamy zadanie, Villard. 

Musimy sprawić, eby St. Ives na tyle zainteresował się Heleną, by ją 

background image

zaprosić do swojego domu. Najprawdopodobniej tam znajduje się sztylet, 
który Fabien chce odzyskać. 

Villard strząsnął surdut i zmarszczył czoło. - Sądzisz, panie, e monsieur le 

duc ją zaprosi? 

Louis achnął się. - Szaleje na jej punkcie. Fabien doskonale to przewidział. 

Nie zapominaj, Anglicy od zawsze nas małpowali. Helena wcią mu się opiera, i 
dlatego zaprosi nas, Thierrych i jeszcze kilka innych osób dla kamuflau, i 
spróbuje zaciągnąć ją do łóka. Tak to się robi u nas. Nie ma powodu, eby tu 
było inaczej. 
−  Czy nie ryzykujemy? 

Louis sięgnął po czekoladę i uśmiechnął się prze-biegle. - To dopiero zabawa. 

Helena przeciwko St. Ivesowi. Stawiam na nią, to cnotka. - Louis wzru-,/yl 
ramionami. - Ma dwadzieścia trzy lata i wcią |es1 dziewicą. Nie sądzę, by 
uległa St. Ivesowi, a jęli będzie próbował ją zmusić, będziemy w stanie temu 
zapobiec. 
−  Rozumiem. Czyli naszym celem jest... 

Louis wypił czekoladę i zmarszczył czoło. - Musimy zdobyć zaproszenie i to 

jeszcze dziś wieczorem. - Spojrzał na zwinięty list. - Wuj Fabien pisze, e mamy 
zrobić wszystko, eby tak się stało. 
−  A gdy ju je zdobędziemy? 
−  Musimy się postarać, eby Helena je przyjęła. 
−  Zrobi to, twoim zdaniem? 

Spojrzenie Louisa zatrzymało się na dwóch pozostałych listach. - Mam ją 

przekonać, a w razie i trudności pokazać jej te listy. 
−  Wiemy, co zawierają? 
−  Nie. Wuj pisze tylko, e jeśli je przeczyta, zrobi wszystko. - Louis nabrał 

powietrza i odwrócił wzrok. - Radzi, eby dać jej te listy dopiero w domu St. 
Ivesa. Chyba e będzie się opierać. 

background image

Louis patrzył niewidzącym wzrokiem. - No có. Naszym dzisiejszym celem 

jest zdobycie zaproszenia. Helena musi grać ostro, inaczej nie uzyskamy lego, 
co chcemy. To po pierwsze. - Louis rzucił wzrokiem na listy. - A potem 
zobaczymy. 

Villard powiesił surdut na wieszaku. - A twoje plany, milordzie? 
Louis uśmiechnął się, odrzucając na bok okrycia. 

Nic się nie zmieniło. Helena ju dawno powinna wyjść za mą. Kwestia jej 
zamąpójścia staje się powoli kłopotliwa. Rozwiązanie, które wujowi za-
proponuję, na pewno mu się spodoba.  Poprze mnie, gdy tylko zrozumie, jak 
genialny jest ten pomysł. Po co oddawać majątek rodziny de Stansion, skoro 
moemy zatrzymać go dla siebie? 

Louis wstał; Villard pomógł mu nałoyć szlafrok. - Kiedy odzyskamy sztylet 

Fabiena, pojedziemy do Francji. Oenię się z nią. Wezmę ją siłą, jeśli będzie 
trzeba. W Calais jest notariusz, który tylko zapyta o pieniądze. Kiedy nasze 
małeństwo stanie się faktem, pojedziemy do le Roc. Wuj jest zbyt dobrym 
strategiem, by nie docenił mojego planu. Jak tylko zrozumie, e wreszcie nie 
musi się kłócić z rodami rywalizującymi o jej rękę, tylko mi podziękuje. 

Twarz Villarda wyraała potępienie, mimo to słuący powiedział: - Masz 

rację, panie. 
 
 
 

Gdyby Helena postawiła na swoim, nie pojawiłaby się na porannej herbatce u 

księnej Richmond. Niestety, jak ją poinformowała Marjorie, była to tradycja 
tak samo stara jak wieczorny bal maskowy i nie wypadało odmówić. Helena 
chciała apelować do mniej restrykcyjnego pana Thierry, ale okazało się, e 
będzie dziś nieobecny. 
−  Pojechał do Bristolu - przyznała Marjorie, kiedy znalazły się w karecie. 

background image

−  Do Bristolu? - zdumiała się Helena. Marjorie ściągnęła usta w wąską kreskę i 

wyjrzała przez okno. - Pojechał w interesach. 

−  W interesach? Czyby... - Helena przerwała, świadoma wiąących się z tym 

pytaniem konsekwencji. 

Marjorie wzruszyła ramionami. -  Co zrobić? Jak wiesz, jesteśmy na 

utrzymaniu hrabiego de Mordaunt. Wkrótce wyjdziesz za mą i będziemy zdani 
i tylko na siebie. 

Helena nie zastanawiała się nad tym, postanowiła więc trzymać język za 

zębami i dać Marjorie .pokój. 
−  Eh, bien - szepnęła Marjorie, kiedy powóz się zatrzymał. - Thierry wróci po 

południu. Zabierze nas do lady Łowy. A potem zobaczymy. 

Weszły do domu i przywitały się z gospodynią. Helena trzymała się blisko 

Marjorie. Była dziwnie napięta, pełna obaw, nerwy miała napięte do ostatnich 
granic. Wchodząc w tłum z uśmiechem na ustach, rozejrzała się i odetchnęła z 
ulgą stwierdziwszy, e Sebastiana raczej tu nie ma. 

Po kilku minutach niezobowiązujących rozmów zebrała się na odwagę i 

odeszła od Marjorie. Była wystarczająco pewna siebie i na tyle rozpoznawana, 
by poruszać się po salonie ze swobodą. Mimo e niezamęna, była duo starsza 
i bardziej doświadczona od dziewcząt, dla których to był pierwszy lub drugi 
sezon. Krąyła po pokoju, rozmawiając przez chwilę zjedna osobą, potem z 
następną. 

Wcią miała trzy nazwiska na liście, ale tylko We-i e wydawał się pewny. 

Czy Athlebright albo Morlingdale są tutaj? Jak ma ich sprawdzić w zatłoczonym 
salonie, gdzie nie ma adnych tańców, tylko same rozmowy? Zastanawiała się 
przez chwilę i nie doszła do adnej konkluzji. 

Szybko odłoyła tę kwestię na bok. Po wczorajszym wieczorze miała większe 

problemy do rozwiązania. 

background image

Przeklęty Sebastian! Przez pół nocy przewracała się z boku na bok, próbując 

wymazać wraenia, które pozostawił dotyk jego ust na jej ustach, jego bliskość i 
ciepło. 

Niemoliwe. 
Mówiła sobie, e ostatnia rzecz, której pragnie, to wpaść w sidła takiego 

męczyzny. Kiedy w końcu zasnęła, we śnie spotkało ją to samo, co wcześniej 
na jawie. Obudziła się, natychmiast wstała i umyła twarz w zimnej wodzie. Stała 
przez jakiś czas przy oknie, patrząc w czarną noc, a zimno zapędziło ją z 
powrotem pod pierzynę. 

Szaleństwo. Przysiągł przecie, e się nie oeni. Czego się spodziewała? 
To było niemoliwe, bardziej ni niemoliwe, eby niezamęna arystokratka - 

w dodatku ze starej, szanowanej rodziny - została jego kochanką. Z drugiej 
strony, nie chciała wychodzić za jakiegoś męczyznę tylko po to, by zaraz 
wdawać się w romans z innym. 

Dla Sebastiana moe to było normalne, ale ona nigdy nie brała tego pod 

uwagę. 

Nawet teraz. 
Kolejny orzech do zgryzienia. Sebastian zaskoczył ją, pojawiając się w 

drzwiach.  
−  Mignonne. - Wziął rękę, którą instynktownie podniosła, by się przed nim 

obronić, ukłonił się i złoył pocałunek. 

Ich oczy się spotkały, Helena dygnęła i nabrała powietrza. 

−  Wasza Wysokość. - Przeklinając swą nerwowość, postanowiła wziąć się w 

garść. Wcią trzymał jej dłoń; pociągnął ją za sobą do sąsiedniego pokoju. 
Posłuchała, powtarzając sobie, jak bardzo jest niebezpieczny. Wewnętrzny 
głos jednak przypominał jej przekornie, e w jego towarzystwie zawsze czuła 
się bezpieczna. 

Śmiertelne zagroenie i rycerz na białym koniu w jednym. Nic dziwnego, e 

się w tym pogubiła. 

background image

−  Bardzo się cieszę, e się spotkaliśmy. - Atak był lepszy ni obrona. Spojrzała 

mu prosto w twarz, podnosząc głowę. - Chciałam się poegnać i 

po-

dziękować za pomoc przez te ostatnie tygodnie. 

Z jego twarzy nie mogła nic wywnioskować. Była to zwykła uprzejma maska, 

którą tak często zakładał. Zauwayła jednak, e jego źrenice rozszerzyły się na 
chwilę. Chyba się zdziwił. - Na dzisiejszym balu będą tłumy, więc być moe ju 
się nie spotkamy. 

Zamilkła, powstrzymując się od nerwowej paplaniny. Jeśli po tych słowach 

wcią nie zrozumie, to ju nic nie pomoe. 

Milczał przez kilka minut, wpatrując się w nią nieprzeniknionym wzrokiem, 

a w końcu jego wąskie usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. 
−  Mignonne, zawsze potrafisz mnie zaskoczyć. Zrobiła marsową minę. - Czuję 

się zaszczycona, e udało mi się ciebie rozbawić, Wasza Wysokość. 

Uśmiechnął się szerzej. - To duy  wyczyn. Niewiele jest rzeczy, które 

potrafią rozbawić takiego starego ponuraka. 

Powiedział to tak, e  nie mogła się na niego gniewać. Zadowoliła się 

spojrzeniem spode łba. Nagle poczuła ciepło; palce gładziły wierzch jej dłoni. 
Wziął ją za rękę. 
−  Nie ma powodu, ebyś się ze mną egnała. Będę wieczorem przy tobie. 

Zmruyła oczy. - Najpierw musisz mnie znaleźć. 

−  Rozpoznam cię, mignonne. Tak samo jak ty rozpoznasz mnie. 

Zirytowała ją ta pewność siebie. - Nie powiem ci, za kogo się przebieram. 

−  Nie musisz. - Wcią się uśmiechał. - Zgadnę. A właśnie e nie, pomyli się 

jak wszyscy inni. Bywała ju na balach maskowych w tym kostiumie. 

Nabrała pewności siebie i rozejrzała się wokół. -Eh, bien. Zobaczymy. 

Po chwili wróciła do niego wzrokiem. Patrzył na nią badawczo, zawahał się, 

ale w końcu zapytał: 
−  Rozmawiałaś dziś rano z panem Thierry? Zamrugała. - Nie. Wyjechał z 

miasta; ma wrócić wieczorem. 

background image

−  Ach, rozumiem. - To dlatego nic nie mówi o zaproszeniu. Ulyło mu. Sądził, 

e wie, ale postanowiła się opierać, grać trudną do zdobycia. Trudno było to 
sobie wyobrazić, ale... 

−  Skąd takie zainteresowanie panem Thierry? Przyglądała się mu podejrzliwie. 

Uśmiechnął się. 

−  Mam do niego sprawę. Ale o tym porozmawiamy wieczorem. 

Jej twarz nie zmieniła wyrazu, patrzyła tylko na kogoś za jego plecami. - Och, 

idzie lord Athlebright! 
−  -Nie! 

Spojrzała na Sebastiana. - Nie? O co ci chodzi? 

−  Nie, nie będziesz sprawdzała,  jak na ciebie działa. -  Pociągnął ją w 

przeciwną stronę. - Skończ wreszcie z tą idiotyczną listą, mignonne. 

W jego głosie pojawiła się stalowa nuta. Helena zdziwiła się, szukając 

odpowiedzi w jego twarzy. 
−  Nie rozumiem, o co ci chodzi. Ani trochę. 
−  Chciałbym ci wszystko wyjaśnić, ale z pewnością nie zechcesz opuścić tego 

zatłoczonego pokoju i porozmawiać ze mną na osobności. 

Zesztywniała. - Masz rację, Wasza Wysokość. 
Sebastian westchnął. - Twarda z ciebie sztuka, mignonne. 
Uśmiech na jej twarzy zdradzał, e spodobało jej się to określenie. 

−  Ale ja i tak wiem, e będziesz moja. 

Uśmiech znikł; rzuciła mu wściekłe spojrzenie. I .dyby nie trzymał jej dłoni, 

dygnęłaby, obróciła się na pięcie i uciekła. Kiedy jednak zaczęła się odsuwać, 
przyciągnął ją do siebie. - Proszę, nie zostawiaj mnie. - Te słowa wyrwały się 
mimo woli; przykry! je lekkim uśmiechem i dodał artobliwym tonem: - Jesteś 
ze mną bezpieczna, a oprócz tego razem najlepiej się bawimy. - Spojrzał jej w 
oczy. -Rozejm, mignonne, a do wieczora. Zgoda? 

background image

Chciał jej  powiedzieć o swoich zamiarach, O prawdziwych powodach 

zaproszenia. Gdyby Thierry przeczytał list i wspomniał jej o tym, pewnie 
zgodziłaby się na rozmowę w cztery oczy. Tymi/asem... Nie miała pojęcia o 
zaproszeniu i wolała go unikać. Nie mógł mówić o małeństwie w zatłoczonym 
salonie; od razu ucichłyby wszystkie rozmowy. 

Szukała odpowiedzi w jego oczach, spodziewając się podstępu. 
Pokiwała głową. - Zgoda, Wasza Wysokość. 
Sebastian uśmiechnął się i złoył na jej dłoni pocałunek. - Do wieczora. 

 
 
 

Wyszła z pokoju, ubrana w płaszcz i maskę, słysząc wołanie Marjorie. 

−  Spóźnimy się, ma petite! 
−  Ju idę! 

Schodziła po schodach, kiedy otworzyły się frontowe drzwi. Thierry był w 

podrónym ubraniu, zmęczony i zmięty. 

Marjorie rzuciła się w stronę męa. - Mon Dieu! Jak dobrze, e jesteś! 

Musimy natychmiast wychodzić! Jesteśmy strasznie spóźnieni! 

Thierry uśmiechnął się blado. - Cherie, muszę się umyć i przebrać. Jedźcie 

sami, ja do was dołączę. 
−  Ale, Gaston... 
−  Nie mogę jechać na bal w takim stanie. Umyję się, przebiorę w kostium - 

spojrzał na listy leące na stoliku - przejrzę listy. I pojadę za wami tout de 
suitę, cherie. Obiecuję. 

Marjorie nadąsała się, ale wzięła męa za słowo. Cmoknęła go w policzek. - 

Tout de suitę, oui? 

Thierry oddal jej pocałunek. - Oui. 
Uśmiechnął się do Heleny. - Wyglądasz cudownie, ma petite. Bawcie się 

dobrze. 

background image

Zabrał listy i poszedł na górę, witając się po drodze z Louisem. 
Louis pomógł Helenie i Marjorie wsiąść do powozu. Powóz potoczył się w 

stronę Berkeley Square. Tak jak przewidywała Marjorie, przed głównym 
wejściem do rezydencji lady Łowy ju stalą długa kolejka karoc, czekających na 
wysadzenie pasaerów. 

Noc była przejrzysta i przeraźliwie zimna, ale widok osób w fantastycznie 

kolorowych i  bogatych kostiumach przyciągnął spory tłum. Od drzwi do 
chodnika rozwinięto czerwony pluszowy dywan, ozdobiony wzdłu brzegów 
bluszczem i  ostrokrzewem. Paliły się te  pochodnie, oświetlające przyby-
wających gości. 

Kiedy Helena wysiadła z powozu, nie słychać było westchnień zachwytu. 

Wyglądała jak szara myszka, owszem, ubrana w bogaty aksamitny płaszcz, ale 
to wszystko. Ale kiedy podniosła głowę i odsunęła kaptur, skupiła wszystkie 
spojrzenia. Światło pochodni wydobyło blask złotych liści laurowych zdo-
biących czarne loki, przemknęło po złotej masce. Mimo e płaszcz zakrywał 
całe ciało, zebranym opadły z wraenia szczęki. Gapili się na nią w milczeniu. 

Louis pęczniał z dumy; szli po dywanie do otwartych frontowych drzwi. 

Kiedy tylko znaleźli się w środku, Helena wyrwała rękę i pociągnęła za złotą 
tasiemkę przy kołnierzu płaszcza. 

Doskonale zdawała sobie sprawę z wraenia, jakie robi na męczyznach w 

tym kostiumie. Podała płaszcz lokajowi, któremu oczy niemal wyszły z orbit. W 
wąskiej jedwabnej szacie w błękitnym odcieniu, uformowanej w rzymską togę i 
wykończonej przy dekolcie i  rąbku wyhaftowanymi złotą nicią listkami 
laurowymi, stanowiła ucieleśnienie męskich fantazji na temat rzymskiej 
cesarzowej. I tym właśnie miała dzisiaj być: Heleną, matką cesarza Konstantna. 
Ze względu na teatralny charakter balów maskowych, wszyscy, którzy ją znali, 
spodziewali się, e przyjdzie jako Helena Trojańska. 

Złota spinka przytrzymywała jedwab na prawym barku; kostium obnaał 

ramiona, ozdobione złotymi amuletami i bransoletami. W uszach miała złote 

background image

kolczyki, na szyi cięki naszyjnik. Jej skóra była jak kość słoniowa, a włosy 
czarne jak smoła. Wyglądała zachwycająco i doskonale zdawała sobie z tego 
sprawę. Dodawało jej to pewności siebie. 

Pod długą suknią miała bardzo wysokie obcasy, co utrudniało identyfikację - 

jej niewielki wzrost rzucał się w oczy. 

Miała zamiar się świetnie bawić i raz na zawsze pokazać St. Ivesowi, gdzie 

jego miejsce. Uniosła głowę i rozglądała się odwanie - jako cesarzowa mogła 
robić to, na co miała ochotę. 

Ju we Francji święciła w tym kostiumie same triumfy - tym razem do jej stóp 

miał paść kwiat brytyjskiej arystokracji. Poegnała Marjorie, którą łatwo było 
rozpoznać po miedzianych włosach wystających spod kapelusza pastuszka, i 
ruszyła w tłum. 

Sala przypominała wystrojem grotę. Na suficie zawieszono niebieskie zwoje 

jedwabiu przybranego złotymi i srebrnymi gwiazdami, ściany były z zielonego i 
brązowego aksamitu, do którego przypięto gałązki ostrokrzewu i bluszczu. W 
kominkach buzował ogień, a po sali krąyli lokaje przebrani za elfy, roznosząc 
szampana. 

Londyńska arystokracja była jak wielobarwny korowód rajskich ptaków, 

zdumiewający przepychem kostiumów, peruk i kapeluszy. Poniewa bal dopiero 
się zaczął, goście krąyli - niektórzy w grupkach, ale większość samotnie - 
rozglądali się, szukając znajomych i licząc na to, e rozpoznają osoby, dla 
których tu przyszli. 

Kilka minut później wypatrzyła pierwszego Parysa. Stał z boku, wysoki i 

szczupły, przyglądając się zaproszonym damom. Jego spojrzenie zatrzymało się 
na niej przez chwilę, potem powędrowało dalej. Helena uśmiechnęła się pod 
maską. Parys numer jeden to z pewnością lord Mortingdałe. Moe to dobry 
znak? Taki wybór kostiumu mógł te oznaczać, e nie docenia jej poczucia 
humoru. 

background image

Krąąc po sali, znalazła jeszcze trzech Parysów. Wszyscy ją zauwayli, jeden 

wydawał się zainteresowany, ale nie poszedł za nią, kiedy ruszyła w inną stronę. 
Był nim pan Coke - dentelmen, który wcześniej poświęcał jej sporo uwagi. Nie 
rozpoznała dwóch pozostałych, ale była pewna, e Sebastian nie jest adnym z 
nich. 

Było kilku rzymskich senatorów - jak zwykle, ten strój wybrali panowie, dla 

których toga oznaczała wolność   od   codziennego,   krępującego   stroju. 

− 

Na szczęście dla Heleny aden nie przebrał się za cesarza. Jeden zbliył 

się, gestem dając do zrozumieniu, e są parą, jednak chłodne spojrzenie i słowo 
wystarczyły, by ostudzić jego zapały. 
−  No có,  musiałem spróbować. - Dentelmen uśmiechnął się, ukłonił i 

odszedł. 

Helena podeszła do ściany, prześwietlając wzrokiem tłum. Choć była na 

wysokich obcasach, jej wzrok nie sięgał daleko; blokowały go wysokie peruki i 
wytworne kapelusze. Obejrzała ju niemal połowę gości zebranych w długiej 
sali balowej, dalej było widać łuk nad drzwiami prowadzącymi do saloniku. 
Wyprostowała szyję, spoglądając między ciała... 

I poczuła, jak obecność Sebastiana materializuje się tu za jej plecami. 
Odwróciła się, a on ujął jej dłoń. 

−  Mignonne, wyglądasz cudownie. 

Poczuła zwykły dreszcz, kiedy jego usta pocałowały wierzch jej dłoni i 

zgubiła się przez moment w jego niebieskich oczach, które zdradzały ciepło, 
prawdziwy zachwyt graniczący z poądaniem oraz... 

Zamrugała i  objęła wzrokiem złotą maskę ozdobioną złotymi 

liśćmi 

laurowymi. Zamrugała jeszcze raz i zobaczyła złoty wieniec na jego głowie oraz 
białą togę ze złotym haftem, okrytą purpurową szalą cesarza. 
−  Kim... - musiała przerwać, by zwilyć usta. -Kim jesteś? 

Uśmiechnął się. - Konstantynem Chlorusem. -Ponownie ujął jej rękę i 

pocałował. - Kochankiem Heleny. - Zmienił uścisk i pocałował ją w nadgarstek, 

background image

w miejsce, gdzie pod skórą tańczył przyśpieszony puls. - A potem jej męem i 
ojcem jej syna. 

Helena oddychała z trudem. Nie potrafiła się nawet rozzłościć, nawet 

zmarszczyć czoła. - Skąd wiedziałeś? 

Uśmiechnął się triumfalnie. - Wiem, e nie lubisz oczywistych rozwiązań. 
Miał rację, a ona miała ochotę krzyczeć albo płakać - nie wiedziała, co 

bardziej. Bycie z kimś, kto tak dobrze ją zna, kto potrafi czytać w jej myślach 
było strasznie irytujące, ale z drugiej strony stano- < wiło ogromną pokusę. 

W końcu udało jej się wykrzesać odrobinę złości. - Jesteś bardzo trudnym 

człowiekiem, Wasza Wysokość. 

Westchnął i wzmocnił uścisk dłoni. - Mówiono mi to ju, mignonne, ale ty 

chyba tak nie sądzisz, prawda? 

Zmarszczka na czole Heleny pogłębiła się. - Nie jestem pewna. 
Jeśli chodziło o Sebastiana, tylu rzeczy nie była pewna. 
Studiował przez chwilę jej twarz i powiedział w końcu: - Rozumiem, e 

Thierry jeszcze nie wrócił? 
−  Owszem, wpadł do domu krótko przed naszym wyjściem. Ma do nas wkrótce 

dołączyć. 

−  To dobrze. 

Próbowała odczytać nieodgadniony wyraz jego twarzy. - Chcesz z nim 

porozmawiać? 
−  W pewnym sensie tak. Chodź. - Sebastian pociągnął ją za sobą. - Przejdźmy 

się. 

Rzuciła mu zdumione, nieco podejrzliwe spojrzenie, ale zgodziła się na ten 

spacer. Większość gości znalazła swoich towarzyszy; często ktoś ich za-
trzymywał, próbując zgadnąć ich tosamość. 
−  Ten Neptun jest cudowny. Król Słońce równie. 
−  A lady Osbaldestone przebrała się madame de Pompadour, co jest pewnym 

zaskoczeniem. 

background image

−  Jak sądzisz, rozpoznała nas? 
−  Z pewnością. Niewiele jest tajemnic, które umykają tym przenikliwym 

czarnym oczom. 

Znajdowali się przy końcu sali, kiedy Sebastian wzmocnił uścisk. Spojrzał na 

nią, ona podniosła wzrok pytająco. - Mignonne, chciałbym porozmawiać z tobą 
na osobności. 

Helena przystanęła. Zmarszczyła czoło. - Nie mogę... nie chcę być z tobą 

sama. Ju nie. 

Wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby, rozejrzał się wokół. Kilka osób 

było stanowczo zbyt blisko. - Nie mogę mówić o tym wszystkim w takich 
warunkach, a inaczej nie uda nam się spotkać sam na sam. - Poza tym wszyscy 
się zorientują. 

Nie odezwała się, ale zacięty wyraz jej ust wystarczył za odpowiedź. 
Sebastian czuł, e zaraz straci cierpliwość. od dawna nikt - a tym bardziej 

mała kobietka - mu się nie sprzeciwił. A akurat teraz miał szlachetne intencje. 
−  Mignonne... - Od razu wiedział, e wybrał zły ton; wyprostowała się, jakby 

połknęła kij. Odetchnął. 

Daję ci słowo, e będziesz ze mną bezpieczna. Naprawdę muszę z tobą 

porozmawiać. 

Uparty wyraz twarzy nieco złagodniał; usta Heleny poruszyły się, skrzywiły 

lekko. Ale... 

Chwilę później oddała uścisk jego dłoni i potrząsnęła piękną głową. - Non. 

Nie mogę... - Nabrała tchu i podniosła podbródek. - Nie odwaę się na sam na 
sam z tobą. 

Patrzyła, jak jego oczy robią się ciemniejsze, ale (warz nawet nie drgnęła. 

−  Podwaasz moje słowo, mignonne? Wypowiedział te słowa miękko, ale ze 

stalową nutą w tle. 

−  Nie. - Potrząsnęła głową. 
−  Nie ufasz mi? 

background image

−  Nie o to chodzi! - Nie mogła mu powiedzieć, e nie chodzi tu o niego. Chcąc 

mu powiedzieć prawdę, musiałaby przyznać się do swej słabości, do swoich 
uczuć. - Wcale nie. Ale nie mogę być z tobą sam na sam, Wasza Wysokość. - 
Pociągnęła rękę. - Sebastianie, puść mnie. 

−  Heleno! -Nie! 

Kłótnia, choć prowadzona szeptem, zaczęła przyciągać uwagę. Zgrzytając 

zębami, Sebastian był  zmuszony pozwolić  jej  odejść. -  Jeszcze nie 
skończyliśmy. 

Jej oczy płonęły jak pochodnie. - A właśnie e tak, Wasza Wysokość. 
Odwróciła się na pięcie i uciekła, zostawiając na polu bitwy pokonanego 

cesarza. 

Sebastian stał w miejscu przez kilka minut, starając się opanować. Udało mu 

się to w końcu, ale nawet wtedy z trudem powstrzymał się, by nie odburknąć 
nieuprzejmie damie, która chciała go pocieszyć. W tłumie dostrzegł Martina, 
przebranego za korsarza. Ruszył w jego kierunku, nie będąc w stanie oderwać 
myśli od niej i od tego, jak osiągnąć swój cel. 

Nie doszedł daleko, kiedy zagadnął go męczyzna. 

−  Monsieur le duc, mam nadzieję - zamaszysty gest podkreśli! jego słowa- e 

moja kuzynka nie sprawia trudności. 

De Sevres. Sebastian ugryzł się w język, by nie poalić się, jakie ma przez nią 

kłopoty. Wycedził tylko: - Mademoiselle jest niezwykle upartą kobietą. 
−  Vraiment. 

Maska Louisa zasłaniała jedynie oczy. Sebastian widział wyraźnie, e na 

twarzy męczyzny pojawił się zatroskany wyraz. 
−  Gdybym mógł jakoś pomóc...? 

Sebastian z trudem utrzymał obojętny wyraz i warzy. O co tu chodzi? Czuł 

olbrzymią pokusę, by nie tego dowiedzieć. Dlaczego człowiek, który miał 
chronić Helenę, chciał wydać ją w ręce uwodziciela, tak to przynajmniej mogło 
wyglądać dla zewnętrznego świata. W tej chwili miał jednak waniejszy cel. 

background image

−  Chciałem porozmawiać z mademoiselle la comtesse w cztery oczy, ale ona 

mnie unika. 

−  Rozumiem, rozumiem. - De Sevres pokiwał głową, marszcząc czoło. 
−  A gdybym zaproponował miejsce spotkania i czekał na nią, moe udałoby się 

panu ją przekonać, by do mnie przyszła? 

Louis spojrzał w tłum; zastanawiał się, kalkulował, gryząc dolną wargę. 

Sebastian mógłby przysiąc, e martwi się nie o los kuzynki, tylko o to, czy znaj-
dzie sposób, by ją przekonać. Po chwili de Sevres pokiwał głową. - Gdzie? 

Nie zapytał, dlaczego Sebastian chce z nią pomówić ani jak długo, czy jak 

bardzo w cztery oczy. Sebastian obiecał sobie, e przyjrzy się bliej temu de 
Sevres, jak tylko zdobędzie rękę Heleny. 
−  W bibliotece. - Specjalnie wybrał formalne miejsce, by uśpić czujność 

Heleny. Nie wierzył w talent Louisa do intryg. Skinął głową w stronę drzwi. 

Trzeba przejść przez salę balową, skręcić w prawo i pójść korytarzem w 

stronę galerii. Biblioteka to największy pokój, który od niej odchodzi. Jeśli 
chcesz mi pomóc, przyprowadź mademoiselle za dwadzieścia minut. 

O tej godzinie biblioteka powinna być pusta, chocia za kilka godzin równie 

inni goście zaczną szukać miejsca na spokojne tete-a-tete. 

De Sevres poprawił surdut. - Przyprowadzę ją. -Kiwnął głową i ruszył w 

kierunku, w który się wtopiła. 

Sebastian patrzył, jak znika w tłumie i potrząsnął głową. Później... 
Odwrócił się i znalazł się naprzeciwko Martina. -To ty! A gdzie twoja 

wybranka? - Rozejrzał się. -Nie uwierzysz, znalazłem ju trzy Heleny Trojań-
skie, a ona nie jest adną z nich. 
−  Jeśli mówisz o mademoiselle la comtesse, to jest tutaj, ale nie jako Helena 

Trojańska. 

−  Tak? - Martin zmarszczył czoło. - A jako kto? Spojrzał z ukosa na starszego 

brata, który tylko potrząsnął głową. - Jesteś doskonale wykształcony, a ja nie 

background image

stanę ci na drodze w doskonaleniu umysłu. - Poklepał Martina po plecach. - 
Rusz głową, a odpowiedź przyjdzie sama. 

Z tymi słowami Sebastian oddalił się, zostawiając Martina z ponurą, choć 

dobroduszną miną. 

Biblioteka była pusta. Ogarnął ją wzrokiem, a potem ruszył w stronę 

dębowego biurka, ustawionego w jednym z kątów. Za biurkiem znajdował się 
obszerny fotel. Sebastian rozsiadł się, wyciągnął nogi, skrzyował ręce na piersi 
i czekał, a w pokoju pojawi się jego przyszła ona. 

 
 
 
Helena zauwayła, e Louis czai się w pobliu, dopiero gdy skończyła 

rozmowę z lady Osbaldestone. Zrobił krok w jej stronę. Helena była pewna, e 
pójdzie swoją drogą, więc tylko ukłoniła mu się lekko. 

Połoył rękę na jej ramieniu. - Chodź ze mną... szybko! 
Wydawał się zdenerwowany. Rozglądał się wokół. 

−  Dlaczego? O co chodzi? 
−  Wuj Fabien chce, ebyś z kimś porozmawiała. 
−  Fabien? O co chodzi? - Helena straciła równowagę i pozwoliła Louisowi 

odciągnąć się na bok. -Fabien zna kogoś z tutejszego towarzystwa? 

−  To  nieistotne. Potem ci  wszystko wytłumaczę. Teraz mogę ci  tylko 

powiedzieć, e masz się spotkać Z pewnym dentelmenem i wysłuchać, co 
ma do powiedzenia. 

−  Co takiego? 
−  Oui. - Louis nie przestawał ciągnąć ją w stronę drzwi. - Ten dentelmen chce 

przedstawić ci swą prośbę... i zaproszenie. Masz go wysłuchać, a potem się 
zgodzić. Comprends? 

background image

−  Nic nie rozumiem - poskaryła  się Helena. -Przestań mnie szarpać. - 

Wyrwała ramię, spojrzała wrogo na Louisa i wygładziła suknię. - Nie wiem, 
z kim umówi! mnie Fabien, ale nie spotkam się z nikim en deshabillel 

Louis zazgrzytał zębami. - Vite, vite\ Nie będzie czekał bez końca! 
Helena wydała z siebie zrezygnowane westchnienie. - Dobrze ju, powiedz 

gdzie. - Ruszyła za Louisem długim korytarzem. 
−  W bibliotece. 
−  -Allonsl - Helena popędziła Louisa. Nie miała do niego wielkiego zaufania, 

ale wierzyła w rozsądek Fabiena. Jej opiekun nie wystawiłby na ryzyko 
czegokolwiek, co miało dla niego jakąś wartość. Jeśli chciał, by się z kimś 
spotkała, na pewno istnieje sensowne wytłumaczenie. Choć dranił ją fakt, e 
Fabien wcią ma nad nią władzę, nie była na tyle niemądra, by sprzeciwiać 
się jego ądaniom. Przynajmniej do chwili, gdy się od niego nie uwolni. 

Louis poprowadził ją długą galerią, a potem z lekkim wahaniem otworzył 

drzwi. Zajrzał do środka i cofnął się. - Bon. To tutaj. - Machnął ręką, zachęcając, 
by weszła do środka. 

Helena zrobiła krok w przód. 
Louis obniył głos. - Zostawię was samych, ale nie będę daleko, więc jeśli 

zechcesz, zabiorę cię z powrotem do sali balowej. 

Helena zmarszczyła czoło, ciesząc się, e jej twarz zasłania maska. Przeszła 

przez próg. Co ten Louis knuje? Nic z tego nie rozumiała. 

Drzwi biblioteki zamknęły się cicho. Rozejrzała się, szukając dentelmena, 

który miał na nią czekać, ale nikogo nie było widać. Wielkie fotele przy 
kominku były puste, za dębowym biurkiem równie nikt nie siedział. 

Obróciła się na pięcie i ogarnęła wzrokiem regały stojące wzdłu ścian i 

wysokie okna nieprzysłonięte zasłonami - na zewnątrz było ju całkiem ciemno. 
Na bocznych stołach paliły się lampy, lecz knoty były na tyle przykręcone, e 
rzucały przyćmione i  ciepłe światło. Widziała stąd, e  pokój był pusty - 
ogarniała wzrokiem całość, poza... 

background image

W kącie stało kolejne biurko. Za nim znajdowały się drzwi, prowadzące do 

następnego pokoju. Były zamknięte, ale tu przed nimi stał fotel - widziała tylko 
wysokie oparcie, bo biurko zasłaniało widok. Po lewej znajdował się niewielki 
stolik, na którym paliła się lampa. 

Ruszyła w stronę biurka; powinna sprawdzić i tam, zanim wróci do Louisa i 

powie mu, e przyjaciel Fabiena się nie pojawił. Gruby dywan stłumił stukot 
wysokich obcasów, ale kiedy obeszła biurko, na poręczy fotela zobaczyła rękę. 
Bladą, z długimi palcami. 

Miała dziwne przeczucie, e wie, kto na nią tak cierpliwie czeka. Powoli, z 

niedowierzaniem zbliyła się do fotela i spojrzała na siedzącego w nim męczy-
znę. 

Zdjął maskę. Zwisała z drugiej poręczy, pobłyskując złotem. 
Sebastian siedział wygodnie, jak zwykle niedbale elegancki, i obserwował ją 

spod wpółprzymkniętych powiek. Oczy błysnęły niebieskim blaskiem, kiedy 
szepnął: -Bon, mignonne. Nareszcie. 
 
 
 

Po drugiej stronie drzwi Louis gryzł paznokcie. Trawiła go gorączka 

niepewności, spojrzał w jedną stronę, potem w drugą, a w końcu złapał za 
klamkę. Drzwi otworzyły się bezgłośnie; zajrzał, ale nic nie widział. Przyłoył 
nawet ucho, ale nic nie było słychać. 

Mamrocząc przekleństwa, ju miał zamiar zamknąć drzwi, kiedy dostrzegł 

plamę światła wpadającą przez szparę przy zawiasach. Przyłoył do niej oko iw 
odległym kącie pokoju zobaczył Helenę, pochyloną nad osobą w fotelu. To 
musiał być St. Ives. Pewnie coś do niej mówił, ale do Louisa nie dochodził 
aden dźwięk. Louis gapił się przez chwilę, a dostrzegł znajdujące się za 
fotelem drzwi. 

Ostronie zamknął drzwi biblioteki. 

background image

−  Musi się udać - szepnął przez zaciśnięte zęby. -Musi ją dziś zaprosić! 

Pośpieszył do  sąsiedniego pokoju.  Okazało się  biurem  -  pustym, 

nieoświetlonym, z całą pewnością nieprzeznaczonym dla gości. Dziękując 
niebiosom, Louis wszedł do środka i na palcach ruszył w stronę bocznych drzwi 
do biblioteki. 

W  drzwiach nie było zamka, tylko  zwykła gałka. Wstrzymując dech, 

przekręcił ją. Drzwi uchyliły się lekko. 
 
 

 

Rozdział 7 

 
 

Helena wbiła wzrok w Sebastiana. - To ty? Uniósł brwi. - A kogo się 

spodziewałaś? 
−  Louis powiedział, e mam się spotkać ze znajomym mojego opiekuna. 
−  Aha. Zastanawiałem się, jak de Sevres cię przekona, byś mnie wysłuchała. 

Muszę przyznać, e nie miałem przyjemności go poznać. 

−  Bień! - Gniewnie obróciła się na pięcie. 

Sebastian gwałtownie podniósł rękę, a ona dostrzegła w końcu, e dała się 

złapać w pułapkę. Aby wyjść, musi przejść koło niego. Jeśli spróbuje... 

Obróciła się z powrotem, patrząc mu prosto w twarz. Skrzyowała ramiona na 

piersiach i  przyglądała się z  kamienną miną. -  Nie  rozumiem. -Mało 
powiedziane. 
−  Obawiam się, e muszę cię za to przeprosić, mignonne, ale zanim stąd 

wyjdziemy, chciałbym, ebyśmy sobie wszystko wyjaśnili. 

Studiował przez chwilę jej twarz, a potem pochylił się i ujął jej dłoń. Oparł 

się, przyciągając ją do fotela. Zmarszczyła czoło, ale zgodziła się podejść bliej. 

background image

−  Usiądź przy mnie. Sądziła, e chodzi mu o poręcz fotela i kiedy zdała sobie 

sprawę, e on chce, by usiadła mu na kolanach, cofnęła się gwałtownie. 

Westchnął. - Mignonne, nie bądź taka. Chcę z tobą porozmawiać, więc jeśli tu 

usiądziesz, będzie nam łatwiej. 

Jego głos zdradzał zbyt wielką irytację, by mogła sądzić, e planuje ją uwieść 

- przynajmniej teraz. Helena fuknęła i wygładziwszy strój, usiadła. 

Przez cienki materiał togi i satynowe bryczesy czuła ciepło jego skóry i 

twarde jak skała mięśnie ud. 

Objął ją wpół i  podniósł, odwracając tak, e  ich i  warze znalazły się 

naprzeciw siebie. Potem podniósł ręce i pociągnął za wstąkę, która przytrzymy-
wała maskę. Zdjął ją i połoył na podłodze tu obok fotela. 
−  -Bon. 

Usłyszał w swoim głosie niecierpliwą nutę. Wiedział, e ona równie ją 

dostrzegła. Miał nadzieję, e odbierze to jako ostrzeenie. 

Krok po kroku. To był chyba jedyny sposób, by osiągnąć sukces. Kady 

centymetr tej drogi stanowi! kolejną potyczkę. 

Spojrzał w szmaragdowozielone oczy. 
Oddała zadziorne spojrzenie. 
Chciałbym cię prosić o rękę wystarczyłoby przeciętnej kobiecie, ale instynkt 

mówił mu, e przy niej powinien być bardziej stanowczy. 

Chcę, ebyś  została moją oną  miało bardziej zdecydowaną wymowę i 

zostawiało jej mniej miejsca na wahanie. 

Niestety, zwaywszy na jej nieufność wobec wpływowych męczyzn, aden 

ze sposobów nie gwarantował powodzenia. Natychmiast weźmie nogi za pas, a 
on będzie musiał ją błagać, i to z osłabionej pozycji. 

Skruszenie oporu - obalenie jej argumentów, zanim zdąy je wygłosić - to 

była bez wątpienia jedyna droga do zwycięstwa. A kiedy przełamie linię obrony, 
zacznie mówić o małeństwie. 

background image

−  Mówiłaś, e  nie chcesz być pionkiem w  rękach silnego męczyzny. 

Wszystko, co powiedziałaś, kae mi sądzić, e twój opiekun jest właśnie 
takim męczyzną. Mam rację? 

−  Owszem. Wiem, co mówię. 
−  Czy mam rację sądząc, e twoja decyzja, by wyjść za człowieka uległego i 

spokojnego wynika stąd, e ktoś taki nigdy nie będzie tobą rządził? 

Zmruyła oczy. - Nie będzie mną manipulował, traktował jak zakładnika. 
Pochylił głowę. - Czy nie przyszło ci do głowy, e poślubienie męczyzny, 

który nie umie postawić na swoim, pozostawi cię w szponach tego, przed 
którym uciekasz? 

Zmarszczyła czoło. - Kiedy wyjdę za mą... 
Przerwała. Zawahał się, ale po chwili powiedział: - Moja siostra jest męatką. 

A jednak jeśli zdecyduję, dla jej własnego dobra, e powinna wracać na wieś, 
wraca na wieś. 

Spojrzała mu prosto w oczy. - A jej mą? 

−  Huntly to przyzwoity człowiek, który nigdy nie udawał, e potrafi sobie z nią 

radzić. Jest za to bardzo rozsądny i zawsze wie, kiedy powinien mnie 
wezwać. 

−  Nie pozwolę, by mój mą wzywał mojego opiekuna. 
−  A jeśli on nie będzie czekał na wezwanie? Co wtedy? 

Dał jej czas na zastanowienie się, na pójście tropem tej myśli. Chciał, eby 

miała pełny obraz rzeczywistości i doszła do podobnych wniosków co on. 

Ale nawet teraz był mistrzem manipulacji - wiedział, e nie moe mówić zbyt 

szybko, naciskać zbyt mocno. 

Zwłaszcza w jej przypadku. 
Helena skrzywiła się. Patrzyła na jego twarz, bladą cerę i surowe rysy 

uwydatnione przez światło lamp i powoli zaczęło do niej docierać. Wyglądało to 
tak, jakby zmuszała swój umysł do zmiany toku myślenia, e zaczęła dostrzegać 
coś, co wcześniej znajdowało się poza zasięgiem wzroku. 

background image

Miał rację. Fabien wykorzysta słabość jej męa, by nadal nią manipulować. 

Wystarczy spojrzeć, co zrobił z Geoffre Daurentem, jej wujem i faktycznym 
opiekunem. Nie był to słaby człowiek, a mimo to Fabien osiągnął swój cel. 
Dysponowanie jej majątkiem i ręką oznaczało władzę, więc „omówił" sprawy z 
Daurentem, czego konsekwencją było podpisanie umowy, która czyniła z niego 
jej prawnego opiekuna. 

Nie potrafiła przewidzieć, jak Fabien zachowa się po jej ślubie, ale jego 

intrygi były wyrafinowane, władza płynęła z wielu źródeł, z manipulacji rzeczy-
wistością. A władza była dla Fabiena jak narkotyk. 
−  Masz rację. - Wyrwało jej się; zmarszczyła czoło. - Muszę to jeszcze 

przemyśleć. 

−  Nie masz wielu moliwości,  mignonne. Jako ktoś w  rodzaju twojego 

opiekuna, muszę ci powiedzieć, e rozwiązanie jest tylko jedno. 

Zmruyła oczy. - Nie będę... - Przerwała, widząc nagle przed oczami twarz 

Fabiena. Rzeczywiście, nie będzie łatwo wyrwać się z jego szponów. 

Sebastian patrzył na nią, szukając odpowiedzi w jej oczach. - Jak bardzo 

jesteśmy podobni do siebie z twoim opiekunem? 

Powiedział to miękko, pytająco, nakłaniając ją, by dokonała porównania. 

Wiedziała, e to podstęp, ale z drugiej strony doceniała jego odwagę. Przecie 
wcale nie znał Fabiena. 
−  Macie podobny charakter. - Uczciwość kazała jej dodać: - Pod pewnymi 

względami. 

Rónili się przede wszystkim tym, e Sebastian był dobrym człowiekiem. 

Chocia wielu jego czynom towarzyszyła arogancja i poczucie, e zawsze wie 
najlepiej, chęć działania brała się ze zwykłej, ludzkiej potrzeby niesienia 
pomocy. Musiała przyznać, e  było  to  niezwykle ujmujące. Fabien był 
całkowicie pozbawiony tej cechy. W ciągu wielu lat przekonała się, e myśli 
jedynie o sobie. 

background image

Kiedy St. Ives zmuszał siostrę do powrotu na wieś, robił to dla jej dobra. W 

podobnej sytuacji Fabien nie zastanawiałby się przez chwilę i podjął taką 
decyzję, na której sam mógłby skorzystać, nawet jeśli szkodziłaby jego ofierze. 

Przyglądała się uwanie jego twarzy. Podniósł brew. - Kogo wolałabyś, 

gdybyś mogła wybierać: jego czy mnie? 

Zdawała sobie sprawę, e to pytanie jest powodem, dla którego wezwał ją na 

tę rozmowę. Zwyczajne, proste pytanie, a mimo to kluczowe do zrozumienia, 
jaki będzie jej następny krok. 
−  Gdybym mogła wybierać, nie wybrałabym adnego z was. 

Uniósł nieco wargi i pochylił głowę. - Rozumiem. Ale chyba zdajesz sobie 

sprawę, e  twój wybór ley  pomiędzy twoim opiekunem a innym silnym 
męczyzną. Jeśli nie mną, to kimś do mnie podobnym. 

Zawahał się, ale po chwili podniósł dłoń i czubkiem palca dotknął jej twarzy. 

- Jesteś przepiękna, mignonne, niezwykle zamona i pochodzisz z jednego z 
najznamienitszych rodów Francji. Jesteś kobietą i trofeum. Ta kombinacja 
zawsze będzie determinowała twój los. 
−  Nie jest to coś, co mogę zmienić - powiedziała ze smutkiem. Wiedziała, e to 

prawda, dawno się 11 i z tym pogodziła. 

−  Nie. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Zawsze moesz wybrać rozwiązanie, 

które będzie dla ciebie najkorzystniejsze. 

Kogo wolałaby: jego czy Fabiena? 
Zamrugała, nabrała powietrza i zaczęła się zastanawiać, wyobraać sobie. - 
Chcesz powiedzieć, e jeśli wybiorę ciebie, będziesz mnie chronił przed 
moim opiekunem? 
Jego oczy nabrały intensywnie niebieskiej barwy. 
Mignonne, gdybyś była moja, oddałbym za ciebie ycie. 
Nie było to próne stwierdzenie, nie w jego ustach. 
Wierzyła mu. Ale dopiero teraz, postawiona przed wyborem, zaczęła się 

zastanawiać, czy rzeczywiście nie ma innego rozwiązania. 

background image

−  Jedyna wolność, jakiej kiedykolwiek zaznasz, będzie pod opieką silnego 

męczyzny. 

I tym razem udało mu się odczytać jej myśli, spojrzeć głęboko w oczy i 

zajrzeć do duszy. - Skąd mam mieć pewność, e mnie nie wykorzystasz? e nie 
będziesz bawić się moją przyszłością, moim yciem i traktować mnie jak swoją 
własność? 
−  Daję ci słowo, e tego nie zrobię. Pozostaje ci tylko wierzyć, e nie zawiodę 

twojego zaufania. Z drugiej strony wydaje mi się, e 

ju  mi ufasz. -

Podtrzymał jej spojrzenie. - Gdyby tak nie było, nie byłoby cię tutaj. 

Mówił prawdę. Ufała mu, czego nie mogła powiedzieć o Fabienie. Siedząc na 

jego kolanach, z twarzą kilka centymetrów od jego twarzy, Helena zdawała 
sobie sprawę, e to on gra pierwsze skrzypce. Kada minuta ich rozmowy była 
starannie zaaranowana tak, by Helena nie tylko mu zaufała, ale przyznała rację. 

Poza tym wszystkim było jeszcze coś innego. Poczucie, e on jest tak blisko. 

Chemia, odczuwalna ju przy pierwszym spotkaniu, nie osłabła mimo upływu 
lat. 

Nie krył tego, nie próbował udawać, e jest inaczej. 

−  Gdybym się zgodziła... - Przerwała, spojrzała mu prosto w oczy i podniosła 

podbródek. - Przyjąć twoją opiekę, co chciałbyś w zamian? 

Nie odwrócił wzroku. - Wiesz, o co bym poprosił... czego pragnę. 

−  Powiedz mi. 

Patrzył na jej twarz, usta, oczy i wyszeptał: - Sądzę, mignonne, e wystarczy 

ju słów. Pora, ebym ci pokazał. 

Przeszył ją dreszcz, ale kiedy spojrzał na nią pytająco, ona odpowiedziała 

uniesieniem brwi. Musi się dowiedzieć, czy jest gotowa to zrobić. Czy moe 
oddać się w jego ręce, przyjąć jego opiekę. Czy potrafi znieść ogień jego 
dotyku, czy moe do niego naleeć, nie tracąc części siebie. 

Nie odezwała się ju, czekała tylko. Dojrzał determinację w jej oczach, 

opuścił wzrok, ogarniając jej nagie ramiona, dekolt. Miała wraenie, e jej 

background image

dotyka, e jego spojrzenie zmaterializowało się w niemal fizyczne doznanie. 
Zatrzymał wzrok na złotej spince na ramieniu. 

Ze zwykłą dla siebie swobodą podniósł rękę i jednym ruchem odpiął spinkę, 

uwalniając zwoje błękitnego jedwabiu, które spłynęły po jej barku. Powiódł 
palcem po gładkiej skórze ramienia; tylko kilka centymetrów w dół. 

Zabrakło jej tchu. Nie poruszyła się, kiedy przysunął się bliej, pochylił 

głowę i dotknął gorącymi ustami jej ramienia. 

Miejsce, gdzie znajdowała się spinka - jedyne miejsce na jej ramionach, które 

było zakryte, stało się teraz widoczne, nagie. Odsłonięte. Przed nim. Przez 
niego. 

Zamknęła oczy. Skoncentrowała się na tym doznaniu, dotyku jego warg i 

palącym ogniu języka. ()tworzyła oczy i patrzyła z fascynacją, jak przyciska 
usta do delikatnego miejsca; poczuła, e plecy jej się napinają i drą, poczuła, e 
jego ręka oplata się wokół jej talii, e palce zaciskają się mocno. 

Idąc za ślepym instynktem podniosła rękę i dotknęła jego karku, wplotła palce 

w jedwabiste włosy. Przycisnął mocniej usta. Odwróciła twarz w jego stronę, on 
podniósł głowę. Ich usta się spotkały. 

Oboje walczyli, by zachować delikatną równowagę. Złączeni w pocałunku, 

kade z nich brało i dawało, smakowało i uwodziło. Kade czuło barierę, by nie 
przechylić szali na swoją stronę, by nie chcieć więcej, ni drugie chciało dać. 

Czasem szala przechylała się.  Gdy  wziął  jej  usta w  gwałtownym, 

niepohamowanym odruchu, który sprawił, e zakręciło jej się w głowie. Kiedy 
się opamiętała, sama zapragnęła więcej i tym razem on musiał jej ulec, poddać 
się jej ądaniom. Drał z rozkoszy kiedy parła do przodu, szedł za nią, kiedy się 
wycofywała. 

Fala zabierała ich i wyrzucała na brzeg, porywała jak gorący strumień. 
Przerwali na moment, eby zaczerpnąć tchu. Podniosła powieki i zobaczyła 

niebieskie oczy, oddalone ledwie kilka  centymetrów. Jedna ręka przy-
trzymywała jej brodę, druga obejmowała talię, palce paliły poprzez warstwy 

background image

jedwabiu. Ona trzymała jego głowę, tuliła go do siebie, a drugą ręką gładziła 
jego plecy. 

Powieki opadły, usta znów się spotkały. 

 
 
 

Dziesięć metrów dalej, w  sąsiednim pokoju, Louis nie mógł uwierzyć 

własnym uszom. Odsunął głowę od szpary w drzwiach i gapił się na drewniane 
panele. 

Widział tylko kawałek regału; bał się otworzyć drzwi szerzej. Nic nie widząc, 

zajął się słuchaniem. Słyszał, e St. Ives i Helena rozmawiają, ale nie był w 
stanie wyłowić wielu słów. Mimo to miał wraenie, e sprawy podąają w 
kierunku, którego pragną! Fabien. Doskonale. 

Jednak nie było mowy o zaproszeniu, które według Fabiena było kluczowe w 

całej sprawie. 

A teraz przestali rozmawiać. 
Gdyby to był ktoś inny, a nie Helena, wiedziałby, co o tym myśleć. Od 

dłuszego czasu był jej cieniem, a ona zawsze była chłodna, niedostępna. Z 
tego, co Louis o niej wiedział, nie godziła się na to, by męczyźni ją dotykali. 

Jeśli nie to, to co takiego dzieje się w bibliotece? 
Moe gwałtowna konfrontacja; to był sobie w stanie wyobrazić. Anglicy to 

przecie nieprzewidywalny naród. W niektórych sprawach są duo łagodniejsi, a 
w niektórych bardziej rygorystyczni ni Francuzi* i cięko było powiedzieć, jak 
zachowają się w konkretnym przypadku. 

No tak, Anglicy to niełatwy orzech do zgryzienia, ale na Helenie mona było 

polegać. 

Usłyszał cichy szept i natychmiast przyłoył ucho do szpary w drzwiach, 

czekając a wznowią rozmowę. 
 

background image

 

Helena czuła, e płonie, e ogień tańczy po jej skórze. Odchyliła głowę do 

tyłu, wbiła palce w ramiona Sebastiana, a on przechylił głowę i dotknął ustami 
jej szyi. 

Zaparło jej dech, kiedy język dotknął pulsującego tętna. Czuła, e krew 

uderza jej do głowy, a on pieścił i lizał to wraliwe miejsce. Wstrząsnął nią 
dreszcz. 

Wydał z siebie pomruk zadowolenia. Jego ręce zacisnęły się wokół jej talii, 

pozwalając jej odczuć siłę, a następnie pomknęły w górę i zatrzymały się na jej 
piersiach. 

Wypręyła się; ciało prosiło o więcej. Poruszyła się gwałtownie, on podniósł 

głowę i ich usta się złączyły. Poczuła jego satysfakcję; kciuki pieściły ją przez 
materiał, okrąały twarde jak kamień sutki. Dranił, przyciskał, gładził, a ona 
wiła się jak piskorz, a potem - w akcie desperacji ~ pocałowała go tak 
gwałtownie, jak tylko mogła. 
−  Szszsz... - odsunął głowę i spojrzał w dół. 

Ona poszła jego śladem; patrzyła jak jego długie palce pieszczą jej piersi. 

Drała z rozkoszy. 

Poczuła nagle, e patrzy na jej twarz. Zabrał ręce, a palce sięgnęły do jej 

dekoltu, wślizgując się pod suknię. 

Miała  wraenie,  e  nie  moe  oddychać. Jakaś część umysłu chciała 

zaprotestować, jednak Helena zagłuszyła ją, zamknęła na cztery spusty. Nie 
chciała, eby przestał. Powiedział, e jej pokae, jak bardzo jej pragnie. Miała 
zamiar mu na to pozwolić. Zobaczyć, poczuć to wszystko. 
Musiała wiedzieć, jakie to będzie trudne i niebezpieczne, w dodatku zanim 
przystanie na jego propozycję. 

A kiedy się zgodzi... 
Jej piersi zrobiły się większe; suknia była teraz za ciasna. 

background image

Pomogła mu odsunąć materiał; podniosła w górę rękę i uwolniła ramię, 

odkrywając piersi. Góra sukni zatrzymała się w okolicy talii, a Helena poczuła 
ulgę. Znów poczuła jego wzrok na swojej twarzy -tym razem sięgnął do węzła 
przytrzymującego na dekolcie halkę i pociągnął. 

Zawahał się,  odsunął rękę.  Podniosła wzrok,  spotykając spojrzenie 

intensywnie niebieskich oczu. Zobaczyła tam wyzwanie, nabrała tchu i spojrzała 
w dół. Poluzowała wiązanie i opuściła halkę. 

Spojrzała do góry, ale on ju patrzył w dół. Patrzył na jej piersi z zachwytem, 

a potem podniósł dłoń i dotknął palcami jedwabistej skóry. 

Pieścił ją okręnymi ruchami, nie dotykając wzniesionych brodawek. Po 

chwili jej oddech przyśpieszył, a doznania były tak mocne, e czuła falę gorąca i 
niemal fizyczny ból. 
−  Dotknij mnie. - Przyłoyła jego dłoń swoją, przyciskając do siebie. 

Posłuchał; zamknął jej piersi w swoich dłoniach, pozwalając sobie najpierw 

na delikatne, a potem coraz mocniejsze pieszczoty. Jęknęła z rozkoszy. 

Pocałował ją. Głębiej ni dotychczas, choć moe jej się tak wydawało. Miała 

wraenie, e ją połknie, e wszystkie wcześniejsze pocałunki były tylko pre-
ludium do prawdziwej intymności. 

Kiedy w końcu zabrał usta, kręciło jej się w głowie. Chciała przyciągnąć go 

do siebie, ale on zrobił unik. Objął palcami jej piersi i zamknął usta na jednej z 
brodawek. 

Jęk wyrwał się z jej piersi i wypełnił cały pokój. 
Wyprostowała się jak struna i próbowała nabrać tchu, zachować zimną krew, 

resztki rozsądku, który znikł dawno temu. 

Karmił się jej przyjemnością. Trzymała go za głowę i zachęcała, a on pieścił 

ją z rozkoszą, a nie była w stanie wytrzymać siły tych doznań. Przeniósł uwagę 
na drugą pierś - a ona miała wraenie, e za moment straci przytomność, e 
zatonie w próni. Wyciągnął ją z tej otchłani i sprawił, e znów poczuła, e yje, 
e jej świat jest pełen kolorów i cudownych wraeń. 

background image

Chciała zobaczyć i otworzył jej oczy; była mu za to wdzięczna. Pozwalała się 

pieścić, lizać, gładzić - ku ich obustronnej satysfakcji. Moe i była niedo-
świadczona, ale nie głupia. To on nadawał kierunek i tempo, ale był hojny, 
gotów podzielić się przyjemnością. Nie zostawiał jej samej sobie, oszołomionej 
i przejętej, co przecie mógłby zrobić. Był cierpliwy, zachęcał i prowokował, 
dając jej czas, by mogła dotknąć jego piersi, wyprostować palce, zgiąć je i po-
prowadzić po rzeźbie jego mięśni. Jedwab togi ograniczał dotyk; materiał 
zasłaniał barki i ramiona, co bardzo jej się nie podobało. 

Zanim zdąyła poprosić o więcej, pocałował ją mocno, a potem odsunął się i 

podniósł jej kolano. Zanim zdąyła pomyśleć, ręka ponownie znalazła się na jej 
piersiach, usta na jej ustach. 

Potem ju nie była w stanie myśleć. 
Dotychczasowe pocałunki były  gorące, ale te  były  inne. Wrzały od 

namiętności, poądania, od wszystkich prymitywnych emocji, których dotąd nie 
doznała, nie przeyła. 

Zdziwiła się, kiedy usłyszała szept, a ręka opuściła pierś i dotknęła brzucha, 

odgarniała zwoje jedwabiu i parła w dół. 

Zamknęła oczy i zamarła, poddając się dotykowi palców gładzących delikatne 

kędziory, przesuwających się niej, głębiej, pieszczących ją. Przestała oddychać. 
Przestała myśleć. A mimo to jedno wiedziała na pewno. Zadygotała, pozwoliła, 
by jego palec wślizgnął się do środka. On równie stracił dech. 

Wiedziała, e  na tym polu to jej 

pragnienia są dla niego rozkazem. 

Dominował, ona ulegała, ale to nie było wszystko. To, e mu się poddała, 
musiało być okupione jego poświęceniem. 

Uczciwa wymiana. 
Drała, a on pieścił ją tak, e jej umysł nie nadąał za jego dotykiem. Nabrała 

tchu, odwróciła głowę, znalazła jego usta. 

Poczuła jego poądanie. 

background image

Płynęła między nimi energia - ywa, prymitywna i potęna. Porywała ich ze 

sobą, a kade  z nich czuło to samo. To właśnie pozwoliło im zachować 
równowagę. 

Pocałowała go, gotowa nasycić jego głód. 
Głód tylko się wzmógł. 
Skąd pochodziły te doznania? Od niej? Od niego? 
Nie. 
Wytworzyły się między nimi, gdzieś w połowie drogi. 
Dotyk jego palców nabrał tempa, usta przyjęły ten sam rytm. W jej gardle 

zrodził się krzyk, wyrwała mu usta... 

Przyciągnął ją  do siebie i  spił  kady  dźwięk. Energia uwolniła się, 

wstrząsnęła jej  ciałem, płynęła w  jej  yłach,  w  kadej  ywej  komórce. 
Oszołomiła ją, a potem zatopiła w gorącej i nieskończonej przyjemności. 
 
 
 

Louis stał jak zamurowany przy drzwiach. Zakrył dłonią usta, w jego oczach 

pojawiło się przeraenie. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Nie-
moliwe... 

Jeśli St. Ives dostanie wszystko, czego pragnie jeszcze dzisiaj, nie zaprosi 

Heleny do swojego domu na wsi. 

On, Louis, nie moe do tego dopuścić. 
Jak wytłumaczy Fabienowi...? 
Ogarnęła go panika, obrócił się na pięcie i  rzucił się w stronę drzwi 

prowadzących na korytarz. Otwierając drzwi, omal się nie zderzył z dwoma pa-
rami - syreną i Neptunem oraz pastuszkiem i owczarka. 

Zdumieli się na jego widok, a potem puścili do niego oko; owczarka zaczęła 

chichotać. 

background image

Louis nabrał tchu, zamknął za sobą drzwi, poprawił surdut i pokazał na 

sąsiednie drzwi. - Tu jest biblioteka. 

Owczarka śmiała się nadal, syrena rzuciła mu przebiegłe spojrzenie.  Panowie 

uśmiechnęli  się  i podziękowali - jak męczyzna męczyźnie - i poprowadzili 
swoje partnerki. 

Louis patrzył za nimi, Neptun otworzył drzwi i wszyscy weszli do środka. 
Lepiej, eby to byli oni ni on. Nic innego nie przyszło mu do głowy. 
Odetchnął głęboko. 
Nagle uświadomił sobie, e tak moe będzie lepiej. Jeśli St. Ives nie dopnie 

swego, będzie bardziej chętny, by zabrać Helenę do swego domu. 
Ale có się stało, e po tylu latach oziębłości Helena nagle stopniała? Nie 
słyszał ani słowa protestu, ani znaku niezadowolenia. Pozwoliła St. Ivesowi na 
wielkie poufałości. 

Louis zmarszczył czoło, zastanawiając się, jak ten nieoczekiwany zwrot 

zdarzeń wpłynie na jego plany. Ruszy! w stronę sali balowej. 

 
 

−  Och, patrzcie! Jaki wielki pokój! A co za biurko! Kochanie, podejdź bliej! 
Sebastian opamiętał się nagle. Wyrwał się z gorącej mgły poądania, starając się 
wrócić do rzeczywistości. 

Poczuł, e  ciałem Heleny, odpoczywającej bezwładnie na jego piersi, 

wstrząsa dreszcz przeraenia. 

Wcią trzymał rękę między jej udami. Zanim zdąył ją zabrać i zasłonić 

Helenę swoim ciałem, ta zrobiła dokładnie to, czego zrobić nie powinna. 

Wychyliła głowę, spojrzała nad oparciem krzesła, a potem zamarła i 

próbowała się schować. 

Za późno. 

background image

−  Och! - Jedna z kobiet wydała z siebie okrzyk, który nagle się urwał; 

Sebastian był sobie w stanie wyobrazić, e patrzy na nich oczyma wielkimi 
jak spodki. 

Złapał Helenę, wcią nagą do pasa i wstał, stawiając ją na ziemi. Odwrócił 

głowę i zasłonił ją szerokimi ramionami przed wzrokiem przybyszy. 

Wszystkich czworga. Patrzył na ich pozbawione masek twarze, zdumione 

oczy i zaklął w duchu. Zarówno on, jak i Helena dawno zdjęli maski. 
−  St. Ives. - Pierwszy opanował się Neptun, szok zamknął usta pozostałym. - 

My... hm... - Dopiero teraz zdał sobie sprawę z wagi całej sytuacji. - Pój-
dziemy ju. - Próbował popchnąć syrenę w stronę drzwi, ale ta stała jak 
zaczarowana, gapiąc się na Sebastiana z niedowierzaniem. 

−  St. Ives - powtórzyła. Potem jej spojrzenie przesunęło się w tył. 

- I 

mademoiselle la comtesse... 

Mademoiselle la comtesse miotała pod nosem francuskie przekleństwa, o 

których istnieniu nie miała dotąd pojęcia. Całe szczęście, tylko Sebastian je sły-
szał. Sięgając za siebie, jedną ręką złapał jej nadgarstki i przytrzymał, osłaniając 
przed widokiem. 

Drugą ręką wykonał zamaszysty gest. - Mademoiselle la comtesse zgodziła 

się właśnie zostać moją oną. - Poczuł, e jej puls nagle przyśpieszył. - Wła-
śnie... świętowaliśmy. 
−  enisz się? - Owczarka, dotąd jak raona piorunem, przemówiła nagle. Jej 

mina świadczyła dobitnie, e doskonale zdaje sobie sprawę ze wszystkich 
implikacji. - Och, jak cudownie! A my pierwsi się o tym dowiedzieliśmy! 

−  Gratulacje - oświadczył pastuszek, jeden z młodych byczków, którzy kiedyś 

umizgiwali się do Heleny. Złapał owczarkę za ramię. - Chodźmy, Vicky. 

Owczarka odwróciła się gwałtownie. - O tak, chodźmy. 
Wypadli z pokoju duo szybciej, ni się tam znaleźli. Szepty wisiały w 

powietrzu nawet gdy zamknęli drzwi. 

background image

Sebastian puścił rękę Heleny, a ona uderzyła go w ramię. - No i co teraz 

zrobimy? - Miotając francuskie przekleństwa, naciągnęła górę sukni i poprawiła 
spódnicę. - Sacre dieu! 

Sebastian spojrzał na jej stopy i zobaczył halkę wplątaną w wysokie obcasy. 
Przeklinała jeszcze chwilę, nachyliła się, podniosła kompromitującą część 

garderoby - i zdała sobie sprawę, e nie ma jej gdzie schować.  
−  Daj mi to - wyciągnął dłoń.  

Rzuciła mu halkę. Strząsnął delikatny materiał, złoył i schował do kieszeni 

bryczesów, przy okazji poprawiając to i owo. Patrząc na Helenę, zauwaył, e 
jej sutki, nieosłonięte materiałem halki, wcią sterczą dumnie pod jedwabiem 
togi. Patrząc na jej twarz, stwierdził, e chyba jej tego nie powie. Wyglądała 
na... rozkojarzoną. 
−  Wybacz mi, mignonne. Nie tek planowałem prosić cię o rękę. 

Podniosła głowę. Zamrugała i zbladła. - C... co takiego? 

−  Moe tego nie zauwayłaś, ale nawet w którymś momencie próbowałem. - 

Gapiła się na niego jak oniemiała, a zmarszczył czoło. - To taki zwyczaj, 
sama wiesz. 

−  Nie! To znaczy... - Helena pacnęła się dłonią w czoło, próbując zatrzymać 

wirujące myśli. - Nie rozmawialiśmy o małeństwie. Rozmawialiśmy o tym, 
czy zgodzę się przyjąć twoją ochronę! 

Tym razem to on zamrugał, a jego twarz zesztywniała. - Jak sądzisz, jaką 

ochronę mógłbym proponować niezamęnej arystokratce? 

Wiedziała, co na to odpowiedzieć. - Ty... my rozmawialiśmy o tym, e 

powinnam poślubić jakiegoś spokojnego dentelmena, a potem... 
−  Nie. Ja nie o tym mówiłem. Cały czas chodziło mi o poślubienie ciebie. 

Zmruyła oczy. - Skąde. Przyszło ci to do głowy, kiedy pojawili się tu ci 

ludzie. Mówiłam ci, e nie mam pięciu lat. 

Potrząsnął głową. - Mylisz się. Od początku chciałem się z tobą oenić. 

background image

−  Mnie na to nie nabierzesz, Wasza Wysokość. -Podniosła głowę i dumnie 

przemaszerowała obok niego. 

Złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, odwracając jej twarz. - Nie. 

Kończymy tę rozmowę tu i teraz. 

Wyraz jego twarzy, jego oczu, napięcie bijące z jego postury, ostrzegły ją 

przed próbą przeciwstawienia się jego woli. 
−  Postanowiłem, e się oenię jeszcze zanim ponownie się spotkaliśmy. Lata 

temu ogłosiłem, e tego nie zrobię. Mam trzech braci, którzy z chęcią za-
jęliby moje miejsce, a poza tym wydawało mi się, e mój temperament nie 
nadaje się do małeństwa. Mimo to... - Zawahał się i powiedział: - Poznałaś 
moją szwagierkę. 

Helena pokiwała głową. - Lady Almirę. 

−  Tak. Powiem tylko, e nie polubiłabyś jej po bliszej znajomości. Myśl, e 

moe zostać kolejną księną St. Ives, niesłychanie drani wielu członków 
naszej rodziny. 

Zmarszczyła czoło. - Nie rozumiem. Czyjej małeństwo z twoim bratem nie 

było...? - Zaczęła gestykulować. - Zatwierdzone przez rodzinę? 
−  Skąde. Artur, który jest moim bezpośrednim spadkobiercą, jest człowiekiem 

bardzo łagodnego charakteru. Almira skłoniła go do małeństwa, uywając 
najstarszej sztuczki świata. 

−  Twierdziła, e jest w ciąy? 

Sebastian kiwnął głową. - Nie była, ale kiedy Arthur zdał sobie z tego sprawę, 

ślub został ju ogłoszony. - Westchnął. - Co się stało, ju się nie odstanie. - 
Skupił wzrok na Helenie. - Co mnie sprowadza do najwaniejszej kwestii. 
Wiesz, jak to jest. Tytuł wiąe się z odpowiedzialnością i powinnościami, czy 
się chce tego, czy nie. Czekałem i obserwowałem, jak rozwiną się sprawy z 
Almirą. Myślałem, e moe potrzebuje więcej czasu, by stać się prawdziwą 
damą. Ale tak się nie stało. A teraz ma syna, który będzie kiedyś dziedzicem, 
robi wszystko, by ju teraz nim rządzić, a w przyszłości dysponować całym 

background image

majątkiem. -  Potrząsnął głową. -  Nie  mogę na to  pozwolić. I  dlatego 
postanowiłem się oenić i spłodzić własnego syna. 

Spojrzał jej w oczy. - Nigdy cię nie zapomniałem. Rozpoznałem cię w 

pierwszej sekundzie, kiedy pojawiłaś się w salonie lady Morpleth. Szukałem od-
powiedniej ony, ale zawsze coś mi nie pasowało, a spotkałem ciebie. 
Zmruyła oczy. - Wydajesz się być pewien, e będę dla ciebie odpowiednią 
oną. 

Uśmiechnął się szczerze i jak na niego, wyjątkowo łagodnie. - Nigdy się przy 

tobie nie nudzę. Masz prawie tak samo wybuchowy charakter jak ja i wcale nie 
czujesz przede mną respektu. Co oczywiście jest strasznie irytujące. 

Z trudem powstrzymała uśmiech. - Nie czuję respektu, ale te nie jestem na 

tyle głupia, by cię nie doceniać. Doskonale interpretujesz rzeczywistość na 
swoją korzyść. Na pewno nie mówiliśmy o małeństwie. 
−  Wybacz mi, mignonne. Zapewniam cię, e jeśli chodzi o ciebie, liczyło się 

tylko to. Nie chwaliłem się moimi zamiarami z jednego wanego powodu. 

−  -Tak? 
−  Jakakolwiek wzmianka, e zmieniłem zdanie spowodowałaby sensację, a 

wiadomość, e wybrałem ciebie rozwścieczyłaby całą londyńską śmietankę. 
Kada  matka z córką w odpowiednim wieku zrobiłaby wszystko, bym 
zmienił zdanie. Nie chciałem, eby nasze małeństwo było tematem spisków 
i  domysłów. Jutro opuszczę Londyn, ty równie.  Znajdziemy się poza 
zasięgiem wzroku miejscowych plotkarzy. 

−  Skąd wiesz, e opuszczę Londyn? 
−  Poniewa  zaprosiłem was na święta do Somersham Place... Stąd tak 

interesowałem się powrotem pana Thierry. - Podniósł dłoń i dotknął jej 
policzka. - Sądziłem, e będę cię miał tam okazję przekonać, e małeństwo 
ze mną jest dla ciebie najlepszym wyjściem. 

Podniosła brew. -  Chciałeś mnie przekonać? -Obracając się na pięcie, 

machnęła ręką w  stronę drzwi, gdzie przed chwilą znikły  dwie pary. -

background image

Oświadczyłeś, e bierzemy ślub. - Wspomnienie rozzłościło ją; z oczu błysnęły 
iskry. - A teraz zachowujesz się tak, jakby wszystko ju było załatwione. - 
Skrzyowała ręce na piersi i spojrzała na niego groźnie. - Kiedy tak nie jest! 

Przyglądał jej się z nieprzeniknioną miną. Potem powiedział cicho, ale 

dobitnie: - Czy mam przez to rozumieć, mignonne, e zgodziłabyś się zostać 
moją kochanką, ale nie oną? 

Spojrzała mu prosto w oczy i pokiwała głową. -Vraiment! Nie mów do mnie 

takim tonem. To coś zupełnie innego, być twoją kochanką a oną. Znam tutejsze 
prawa. ona nie ma nic do gadania... 
−  Chyba e mą postanowi to zmienić.  

Przyglądała się mu spod zmruonych powiek.  - Chcesz powiedzieć, e 

byłbyś do tego zdolny? 

Milczał przez chwilę. -  Mignonne, zgodzę się na wszystko, z dwoma 

wyjątkami. Po pierwsze, nie pozwolę ci naraać się na jakiekolwiek niebezpie-
czeństwo. Po drugie, nie zgodzę się na jakiekolwiek zainteresowanie innym 
męczyzną. 

Uniosła brew. - Nawet twoimi synami? 

−  To jedyny wyjątek od tej reguły. 

Miała wraenie, e ziemia kołysze się pod jej stopami. Propozycja była 

kusząca, ale... Zaufać mu w takim stopniu...? Komuś, kto ją tak dobrze zna, 
potrafi panować nad jej emocjami? Komuś, kto ju teraz miał nad nią zbyt duą 
władzę? 

Jak zwykłe wiedział, co krąy jej po głowie, wydawał się czytać w jej 

myślach. Wyraz niebieskich oczu był ostry, przenikliwy. Zanim zdąyła zdać 
sobie sprawę z jego zamiarów, przechylił głowę i pocałował ją w usta. 
Jej usta zrobiły się dziwnie miękkie, uległe. Oddała mu pocałunek, zanim 
zdąyła o tym pomyśleć. 

Odsunął się. Jednocześnie otworzyli oczy i spojrzeli na siebie. 

background image

−  Jesteśmy sobie przeznaczeni, mignonne. Nie czujesz tego? Będziesz moim 

zbawieniem, tak samo jak ja twoim. 

Hałas dobiegający zza zamkniętych drzwi sprawił, e oboje odwrócili się 

gwałtownie. Sebastian przeklął cicho. - Nasz czas dzisiaj niestety się skończył. 
Chodź. - Złapał ją za łokieć i pociągnął do sąsiedniego pokoju. 
−  Chcę opuścić ten dom. - Patrzyła, jak otwiera drzwi i kieruje ją do środka. 

Poczekała, a je zamknie i powiedziała: - Nie zgodziłam się zostać i woja 
oną. 

Ich oczy się spotkały. Pokiwał głową. - Owszem, nie zgodziłaś się. Jeszcze 

nie. Helena mruknęła gniewnie. 
−  Jesteś zbyt mądra, by na złość mnie robić sobie krzywdę, chocia czasem 

musisz coś sobie udowodnić. 

Nienawidziła go, e tak potrafi ją rozszyfrować. -Hien, a więc przyjmuję 

zaproszenie i rozwaę twoją propozycję. 

Zignorował jej uraony ton. 
Otworzył kolejne drzwi, tym razem prowadzące do niewielkiego korytarza, 

niepołączonego z główną galerią. Odprowadzę cię do holu, a potem zawołam 
państwa Thierry. - Spojrzał na jej twarz. -Obawiam się, mignonne, e będziesz 
musiała poskromić swój temperament. Nikt nie uwierzy, e mnie nie przyjęłaś. 

Rzuciła mu spojrzenie z ukosa, wiedząc, e znów ma rację. Owszem, nikt w 

to nie uwierzy. Nikt nawet nie zada sobie trudu, by postawić to pytanie. 

Marjorie i Gaston Thierry, zawołani przez lokaja, przybiegli do holu. Jedno 

spojrzenie wystarczyło, by się przekonać, e dotarły do nich wieści. 
−  Ma petite! Có za cudowne wiadomości! - Marjorie przycisnęła ją do piersi. - 

Vraiment! Có za radość! - Wykrzyknęła i zrobiła krok w tył, by jej mą 
mógł złoyć gratulacje. 

On równie nie krył zadowolenia. Złoył jej yczenia, a następnie uścisnął 

dłoń Sebastianowi. 

background image

A ten uśmiechał się beztrosko - idealny obraz dumnego narzeczonego. Helena 

zacisnęła zęby i zmarszczyła usta, kiedy jego wzrok zatrzymał się na jej twarzy. 
−  Dziś wieczorem przeczytałem twój list - wyjaśnił Thierry. - Mille pardons, 

byłem poza miastem. Przyjechałem tu najszybciej jak mogłem, by opo-
wiedzieć paniom o tej miłej niespodziance. 

Sebastian pokiwał głową, machając ręką. - Wygląda na to, e sekret się 

wydał. - Wzruszył lekko ramionami. - W tej chwili nie ma to znaczenia. Wy-
jedam z Londynu wczesnym rankiem. Jeśli zechcecie, przyślę karocę na 
Green Street, ebyście  mogli  wyruszyć o  jedenastej. Dojedziecie do 
Cambridgeshire po południu. - Ukłonił się. - A ja ju będę na miejscu, eby was 
powitać. 
−  To szalenie miłe - ucieszyła się Marjorie. Podała mu dłoń. - Bardzo się cieszę 

na wizytę w tak wspaniałym domu. Słyszałam, e jest przepiękny. 

Sebastian pochylił głowę i uśmiechnął się do Heleny. - Ty równie się cieszysz, 
mignonne! - Podniósł jej rękę i dotknął ustami opuszków jej palców. Było to 
dosyć dwuznaczne. 

Helena podniosła brew. - Co do tego, Wasza Wysokość, jeszcze zobaczymy. 

 
 
 

Rozdział 8 

 
 
 

Czy rzeczywiście cały ten czas zamierzał się jej oświadczyć? Karoca trzęsła 

się na wybojach wiejskich dróg, a Helena biła się z myślami. Chyba nie 
powinna przywiązywać do tego zbyt wielkiej wagi; był typem męczyzny a 
nadto dobrze jej znanym. Zawsze robił to, co mu dyktował honor, niezalenie od 
sytuacji. Tym bardziej, gdy chodziło o kobietę takiego pokroju. 

background image

Niepisane reguły prześladowały ją od urodzenia; rozumiała je instynktownie. 

Czy chciał ją wcześniej prosić ją o rękę, czy nie, i tak był zmuszony to zrobić, 
kiedy przyłapano ich w niedwuznacznej sytuacji. Postanowił ochronić ją swoim 
nazwiskiem, a potem wmówić jej, e planował to od początku. Honor dyktował 
to pierwsze zachowanie, ekscentryczna dobroć to drugie. 

Fuknęła pod nosem. Naprzeciwko siedział Louis, skurczony i pogrąony we 

śnie, z nieapetycznie otwartymi ustami. Louis pił całą noc; wytoczył się rano ze 
swojego pokoju blady jak śmierć, z podkrąonymi oczami. Ledwo dostrzegł 
zatroskane pytania Thierrych, odmówił zjedzenia śniadania. 

Co było do niego niepodobne. Zwykle domagał się uwagi i cieszył się, gdy 

ktokolwiek był gotów ją mu poświęcić. 

Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, e  coś nim mocno wstrząsnęło. 

Trudno jej było to sobie wyobrazić. 

Marjorie siedziała u jej boku, zadowolona i podekscytowana. Thierry, który 

ulokował się naprzeciw ony, wydawał się pogodniejszy ni w ostatnich dniach. 
Słuąca Marjorie, kamerdyner Gastona i Villard, słuący Louisa, podróowali 
razem z bagaami; pokojówka Heleny rozchorowała się i została w domu. 

Karoca St. Ivesa pojawiła się punktualnie; oczywiście nie było wątpliwości, 

czy powinni jechać do Cambridgeshire. Dla niej było to jak nieprzewidziana 
przeszkoda, kolejne wyzwanie na wspólnej drodze. Powóz był ciepły, przytulny 
i niezwykle luksusowy - obicia z aksamitu i skóry, okna nieprzepuszczające 
najmniejszego przeciągu. Mimo to nie pozwoliła sobie na zadowolenie z siebie. 

Nigdy nie zamierzała poślubić kogoś takiego jak Sebastian Cynster, hrabia St. 

Ives. A tymczasem siedziała tutaj i w oczach świata, naleała ju do niego - 
męczyzny silnego i wpływowego. Między Fabienem a Sebastianem rónica 
była niewielka, przynajmniej w tej kwestii. 

Fabien był urodzonym panem. Sebastian równie. 
Jeśli przystanie na propozycję Sebastiana, raz na zawsze pozbędzie się 

Fabiena. 

background image

Ale jakim kosztem? 
Tego właśnie musi się dowiedzieć podczas tej wizyty. 
Widok Somersham Place, rodzinnej rezydencji księcia St. Ives, odwrócił jej 

uwagę od smętnych myśli. Karoca wtoczyła się przez otwartą bramę, a potem 
pomknęła wirową alejką wysadzoną pięknymi, starymi drzewami. Wyjechali 
zza zakrętu i oczom Heleny ukazał się pałac. 

Olbrzymi i imponujący, a mimo to nie zimny i ponury. Helena przyglądała 

się, próbując znaleźć właściwe słowo. Pałac zbudowany był 

z  jasnego 

piaskowca, jego fasada i  ściany liczyły  z pewnością wiele lat, a całość 
komponowała się  doskonale z  otoczeniem. Szerokie trawniki,  drzewa, 
perspektywa otwierająca się na jezioro - to wszystko świadczyło o tym, e dom 
osiągnął dojrzałość i harmonię. 

Przyzwyczajona do wyszukanych i geometrycznie doskonałych brył domów 

francuskiej arystokracji, Helena była zaskoczona brakiem sztywnej konwencji. 
A mimo to rezultat był fascynujący. Na pierwszy rzut oka było widać, e to dom 
człowieka niezwykle bogatego i wpływowego. Ale było jeszcze coś innego. 
Coś, czego się nie spodziewała. 

Miała wraenie, e dom ją wita. Wydawał się yć, promieniować ciepłem, jak 

gdyby kamienna fasada chroniła coś duo bardziej doskonałego. 

Có  za uwaga, pomyślała, kiedy powóz zatrzymał się przed schodami 

prowadzącymi do frontowych drzwi. Nie mogła jednak o tym zapomnieć. 

Thierry wyszedł z powozu pierwszy, pomógł jej wysiąść. Nie potrafiła do 

końca ukryć podekscytowania. Sebastian, który pojawił się w drzwiach, musiał 
to zauwayć. 

Podała mu dłoń, on ujął ją i ukłonił się, a potem przyciągnął Helenę do siebie. 

Odwracając się z nią, objął wzrokiem fasadę budynku, a potem spojrzał na nią i 
uniósł brew. - Czy mogę mieć nadzieję, e mój dom ci się podoba? 

Uśmiech wąskich ust i błysk w oku sugerował, e wie, jak brzmi odpowiedź. 

background image

Helena naburmuszyła się. - Muszę najpierw zajrzeć do środka, Wasza 

Wysokość. Jak wszyscy dobrze wiemy, pierwsze wraenie bywa mylące. 

Ich spojrzenia się spotkały. Sebastian uśmiechnął się szerzej, pochylając 

głowę. - Rzeczywiście. 

Odwrócił się i przywitał państwa Thierry, wymienił ukłon z Louisem, a 

potem zaprosił wszystkich do środka. 

W  głównym holu  przedstawił im  Webstera, swojego kamerdynera, i 

gospodynię, panią Swithins. Ta ostatnia była korpulentną, stanowczą matroną, 
która gdy tylko dowiedziała się o chorobie pokojówki Heleny, obiecała przysłać 
jakąś dziewczynę. - Jak tylko przyjadą państwa bagae, zabierzemy je na górę i 
rozpakujemy. 
−  A do tego czasu - odezwał się Sebastian - odpoczniemy w bawialni. 
−  Jasne, Wasza Wysokość. - Pani Swithins dygnęła. - Herbata będzie czekała. 

Wystarczy zadzwonić. 

Sebastian pokiwał głową, nic sobie nie robiąc z poufałego tonu słuącej. 

Helena zdumiała się w duchu. Co za dziwny naród, pomyślała. Z drugiej strony 
musiała przyznać, e swobodne maniery Anglików bardzo jej odpowiadają. 

Sebastian poprowadził ich przez hol. Helena pilnowała się, eby nie rozglądać 

się na boki. Mimo e do świąt zostało jeszcze kilka tygodni, w całym domu 
unosił  się  zapach jedliny.  Nad  głównym  kominkiem  wisiał  wieniec 
przyozdobiony suszonymi owocami. 

Spodziewała się, e dobre wraenie, które zrobił na niej ten dom, to tylko 

fasada. Tymczasem okazało się, e w środku czuć było ciepło, domową at-
mosferę, spokój i harmonię. Czuła się tutaj jak u siebie. 

Forteca Fabiena, le Roc, była zimna i ponura. Helena nigdy nie zaznała tam 

domowego ciepła. Jej własna siedziba, Cameralle, była... chłodna. Moe i 
kiedyś, przed śmiercią rodziców, panował tam spokój i miłość, ale wszystko 
odpłynęło, wyblakło. 

background image

Lokaj otworzył drzwi, Sebastian puścił ją przodem. Helena znalazła się w 

bawialni. Powitała ją starsza dama, która właśnie podniosła się z krzesła, 
odkładając na bok ksiąkę. 
−  Pozwól e ci przedstawię moją ciotkę, lady Clarę.  

Clara uśmiechnęła się ciepło i ujęła jej dłoń. - Witaj, moja droga. Ogromnie 

się cieszę, e cię wreszcie poznałam. 

Helena odwzajemniła uśmiech. Ju miała dygnąć, ale Clara powstrzymała ją 

uściskiem dłoni. 
−  Nie jestem pewna, która z nas powinna dygnąć pierwsza. Nie zawracajmy 

sobie tym głowy. Jeśli ty nie dygniesz, ja równie tego nie zrobię. 

Helena zaśmiała się, kiwając głową. - Niech tak będzie. 

−  Doskonale! I proszę cię bardzo, mów do mnie po imieniu. - Dama poklepała 

ją po ramieniu, przywitała się ciepło z Marjorie i poprosiła gości, by zajęli 
miejsca. 

−  Sebastianie, zadzwoń, proszę, po herbatę. - Clara usiadła, zatrzymując wzrok 

na panu Thierry i Louisie. - A moe panowie napiją się czegoś mocniej-
szego? 

Thierry uśmiechnął się i  potrząsnął głową, zapewniając, e  herbata w 

zupełności wystarczy. 

Louis nieco zbladł. Zamachał rękoma. - Nie, dziękuję. Dla mnie z całą 

pewnością nie. - Usiadł na najbardziej oddalonym krześle i zmusił się do 
uśmiechu. 

Sebastian zrobił to, o co prosiła ciotka. Jak widać, nie przeszkadzało mu, e 

wypełnia jej polecenia. Clara naleała do tych nielicznych osób, które się go nie 
bały. 

Rozmawiali, popijając herbatę ze wspaniałej porcelany. Helena a miała 

ochotę sprawdzić, czy to rodowy serwis. Marjorie i Clara pogrąyły się w to-
warzyskiej rozmowie. Porcelana rozbudziła ciekawość Heleny, która teraz 
rozejrzała się na boki, otwierając szeroko oczy. 

background image

Miała rację sądząc, e kady przedmiot, na którym zawiesi oko, będzie 

świadczyć o niezwykłej zamoności właściciela. Ale nie tylko o tym; większość 
z tych rzeczy nie była nowa. Przedmioty mówiły o tym, e rodzina posiadała ten 
majątek od pokoleń, a luksus był dla Sebastiana i Clary czymś najzupełniej 
zwyczajnym. Tak samo jak dla niej. Helena równie wychowała się w takim 
otoczeniu. Niesłychane, pomyślała, minęła zaledwie godzina, a ona czuje się w 
tym domu jak u siebie. 

Spojrzała na Sebastiana. Siedział wygodnie w fotelu i słuchał opowieści pana 

Thierry o balu maskowym, a mimo to miał oczy tylko dla niej. 

Odwróciła wzrok, wypiła łyk  herbaty i  odstawiła filiankę.  Jeszcze raz 

spojrzała na delikatną porcelanę, poczuła miękkość aksamitnej poduszki za 
swoimi plecami i grubość dywanu Aubusson pod stopami. 

Uwodzenie mogło przyjąć wiele postaci. Sebastian znał je wszystkie, tego 

mogła być pewna. 

Chwilę później zlitował się nad panem Thierry i Louisem i zaproponował, e 

pokae im dom. Jak tylko zamknęły się za nimi drzwi, Clara zwróciła się do 
Heleny: - A ty pewnie chcesz usłyszeć coś o tym miejscu. 

Helena zamrugała. - Bardzo chętnie. 
Kilka  minut później była ju 

przekonana, e  ma w  Clarze wiernego 

sojusznika. Jak widać, starsza pani zadecydowała, e Helena jest idealną oną 
dla Sebastiana, którego, co równie było widać, po prostu uwielbiała. Była 
siostrą ojca Sebastiana. Wyszła młodo za mą i wcześnie została wdową. 
Większość ycia spędziła w Somersham Place i znała tu kady kąt. 

Dzieliła się swoją wiedzą, a Helena przysłuchiwała się z ciekawością, zadając 

kolejne pytania. Zarządzanie domem takiej wielkości - posiadłość równie była 
niemała - było wyzwaniem, do którego ją przez lata przygotowywano. Jak 
dotąd, dzięki Fabienowi, nie miała okazji sprawdzić swoich umiejętności. Była 
właścicielką ogromnego majątku, ale to jej opiekun sprawował nad wszystkim 

background image

kontrolę. Dom w  Cameralle był  otwarty, ale utrzymywano w  nim tylko 
niezbędną słubę, głównie na potrzeby Ariele, która czasem tam przyjedała. 

Helena nigdy dotąd nie była gospodynią, nigdy nie miała okazji spróbować 

swoich sił i zakosztować towarzyskiego triumfu w tej kwestii. Słuchała, jak 
Clara roztacza przed nią uroki bycia księną St. lves i nie mogła powiedzieć, e 
jej się ta wizja nie podoba. Nawet machinacje Sebastiana nie mogły temu 
zapobiec. 

Wiedziała, kim jest. Ju dawno temu przestała sobie wyobraać, e moe to 

zmienić. Niechętnie przyjęła do wiadomości fakt, e ktoś taki jak ona zawsze 
będzie, jak to określił Sebastian, kobietą i trofeum dla męczyzny. 

Nagle ją olśniło. Jeśli potrafiła to zaakceptować, dlaczego nie przyjąć te 

całej reszty - szansy na to, by przeyć ycie jako ona potęnego, wpływowego 
męczyzny. 

Wieloletni nadzór Fabiena sprawił, e powstrzymała te myśli, miała w sobie 

dość siły, by wyrzucić z głowy marzenia. 

One jednak wcią wracały. Kobiety dokończyły herbatę i ciastka, a Clara 

zaproponowała, e pokae im pokoje. 
 
 
−  Heleno! 

Kiedy rozległo się wołanie Sebastiana, znajdowały się na galerii. Helena 

odwróciła się i zobaczyła, e stoi przy wysokim oknie. 
−  Jak zwykle niecierpliwy! - powiedziała cicho Clara, ściskając lekko ramię 

Heleny i popychając ją w stronę Sebastiana. - Oprowadzę Marjorie, a potem 
wrócimy po ciebie. Nie potrwa to długo. 

Helena pokiwała głową i ruszyła w jego stronę. Sebastian nie spuszczał z niej 

wzroku. Miała wraenie, e patrzy na nią jak drapienik na ofiarę. Fabien te 
roztaczał podobną aurę, ale ona sama nigdy nie czuła się zagroona. 

Dotąd nigdy nie chciała się czuć zagroona. 

background image

Zatrzymała się tu przed Sebastianem, uśmiechnęła się i uniosła brew. - Tak, 

Wasza Wysokość? 

Sebastian spojrzał jej prosto w oczy. - Mignonne, czy mogłabyś uywać 

mojego imienia kiedy jesteśmy sami? 

Jej usta zadrgały. - Jeśli sobie yczysz. - Spuściła wzrok, powstrzymując 

uśmiech, który chciał zobaczyć. Bez najmniejszego zastanowienia podniósł rękę 
i przechylił jej głowę. 

Przyglądał się jej z uwagą, zadowolony, e udało mu się ją zawstydzić. - Jak 

sądzę, powinienem napisać do twojego opiekuna i poinformować go o moich 
zamiarach. - Przerwał, a potem dodał: -Nie chcę zwlekać ze ślubem. 

Mało powiedziane; pragnął jej tu i teraz. Siła tego poądania zdumiewała 

nawet jego samego. 

Odsunęła głowę, wcią patrząc mu w oczy. - Nie będzie to konieczne. 
Z jej twarzy biło zadowolenie. Teraz to on uniósł brew. 
Uśmiechnęła się. - Nie ufam mojemu opiekunowi, kiedy więc kazał mi 

szukać męa w Anglii, poprosiłam go o zgodę na piśmie. 
−  Z twojej przebiegłej miny widzę, e się zgodził. 
−  Oui. Jeden ze znajomych mojego ojca, dobry i zaufany przyjaciel naszego 

domu, widział ten list. Ma due doświadczenie w tego typu sprawach. Po-
twierdził, e ten dokument jest prawnie wiąący. 

−  Pod warunkiem, e twój wybranek będzie miał odpowiedni tytuł, majątek i 

dochód. Były jeszcze jakieś inne wymagania? 

−  Nie, tylko te trzy. 

Sebastian widział w jej oczach błysk samozadowolenia. Uśmiechnął się. - No 

dobrze. W takim razie nie ma powodu, by ju teraz go niepokoić. 

Gdy tylko przedstawi swoją ofertę Daurentowi, len z pewnością będzie 

utrudniał porozumienie, próbując wymusić dodatkowe ustępstwa. Podejście 
Heleny wydawało się duo rozsądniejsze. 
−  Moje gratulacje, mignonne. Có za przenikliwość! 

background image

Uśmiechnęła się na widok Clary, która pojawiła się na galerii. - Nie tylko ty 

potrafisz intrygować, Wasza Wysokość. 

Clara zaprowadziła Helenę do duej sypialni pośrodku jednego ze skrzydeł 

pałacu. 
−  Państwo Thierry są na samym końcu, nikt więc nie będzie ci przeszkadzał. - 

Clara rozejrzała się wokół, ogarniając wzrokiem szczotki do włosów i 
buteleczki kosmetyków na toaletce. Kufry zostały rozpakowane i leały teraz 
w kącie. - Zawołam na górę dziewczynę. Oczywiście jeśli chcesz. 

−  Moe  później. -  Helena odwróciła  wzrok  od  ogromnego łóka  z 

baldachimem, przysłoniętego satynowymi zasłonami. -  Połoę  się na 
godzinkę. Mamy tyle czasu, prawda? 

−  Oczywiście, kochanie. Kolacja  dopiero o  ósmej. Mam  powiedzieć 

pokojówce, eby cię obudziła? Ma na imię Heather. 

−  Zadzwonię. - Godzina spokoju wydawała się Helenie błogosławieństwem. 
−  A więc cię zostawię. - Clara ruszyła w stronę drzwi, a potem przystanęła i 

odwróciła wzrok. Helena zauwayła, e jej oczy zwilgotniały. - Nigdy nie 
sądziłam, e Sebastian się oeni, choć wiedziałam, e to ogromny błąd. 
Nawet nie wiesz, jak się cieszę, e tutaj jesteś. 

Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. Helena zastanawiała się przez chwilę 

nad jej słowami, przyglądając się drewnianej boazerii. Nie planowała tego, a 
jednak musiała przyznać, e bycie księną miało swoje dobre strony. 

Bycie oną Sebastiana. 
Podeszła do okna i wyjrzała, widząc jezioro i ogród róany. Zapadał zmrok. 

Ogrody wydawały się olbrzymie; jutro się im dokładnie przyjrzy. 
Wróciła do toaletki, zapaliła lampę, a potem usiadła i zaczęła wyjmować szpilki 
z włosów. 

Ciękie sploty opadły na ramiona, kiedy rozległo się pukanie. 

background image

Czyby Sebastian? Pierwsze podejrzenie było na tyle nieprawdopodobne, e 

szybko je odrzuciła. Ignorując mimowolny dreszcz, który przeszedł jej ciało, 
zawołała: - Proszę! 

Drzwi otworzyły się, stanął w nich Louis. Wstała. Co się stało? - Naprawdę 

nie wyglądał dobrze. - To dla ciebie. 

W ręce trzymał dwa listy. Helena zbliyła się do drzwi i wzięła je do ręki. 

Louis przestąpił z nogi na nogę. - Zostawię cię, /.obyś je przeczytała. A potem - 
machnął ręką -musimy porozmawiać. 

Odwrócił się na pięcie. Helena patrzyła za nim marszcząc czoło, a potem 

zamknęła drzwi i wróciła do toaletki. 

Jeden z listów był zaadresowany charakterystycznym pismem Fabiena. Drugi 

był od Ariele. Helena zerwała pieczęć listu od siostry. 

Przeczytała pierwsze słowa i  odetchnęła z ulgą. Louis zachowywał się 

dziwnie, spodziewała się czegoś złego... a tu nic. Ariele miała się dobrze. Dni w 
Cameralle płynęły zwykłym trybem. 

Helena uśmiechnęła się i dokończyła pierwszą stronę - opowieści o kucykach 

i wyczynach gęsi. Ariele urwała w połowie drugiej strony, a potem pisała dalej. 
 
Phillipe przyjechał (bardzo dziwne!). Mówi, e monsieur le comte chce, ebym 
jechała do le Roc i to ju jutro. Okropność! Nie cierpi le Roc, ale chyba muszę 
jechać. 
 

Helena przerwała, podniosła wzrok, zmarszczyła czoło. Fabien był  te 

prawnym opiekunem Ariele. Phillipe to młodszy brat Louisa; Helena nie widzia-
ła go od lat. Jako dziecko był o wiele sympatyczniejszy od brata. Ze słów Ariele 
wynikało, e on równie pracował dla Fabiena. 

Helena próbowała stłumić obawy, które wywołała ta wiadomość. Czytała 

dalej. Przez kolejne dwa akapity Ariele narzekała, e musi słuchać Fabiena, a 
potem znów przerwała. Dokończyła list kilka dni później. 

background image

Jestem teraz w le Roc. Fabien mówi, e jak skończę, pośle ten list razem ze 

swoim. Czuję się dobrze, ale strasznie tu ponuro. Marie jest chora i nie rusza się 
z łóka - Fabien kazał mi o tym napisać. Zazdroszczę Ci, e jesteś w Anglii, cho-
cia pewnie pada i jest zimno. Tutaj równie pada. ałuję, e nie pojechałam z 
Tobą. Moe jeśli znajdziesz odpowiedniego męa, Fabien pozwoli mi pojechać 
na ślub? yczę Ci powodzenia w poszukiwaniach, najdrosza siostrzyczko. 

Twoja kochająca  

Ariele 

 

Helena potarła dłonie. O co tu chodzi? Fabien nigdy nie robił nic bez powodu. 

Co mógł chcieć od Ariele? Dlaczego zaleało mu, eby Helena wiedziała, e 
Marie, jego chorowita i potulna ona, którą poślubił dla rodzinnych koneksji, 
jest chora?  

Odłoyła pismo siostry i sięgnęła po drugi list.  
Fabien jak zwykle był rzeczowy i zwięzły. Gdy tylko przeczytała jego słowa, 

zawalił jej się świat, choć jeszcze przed chwilą przyszłość wydawała się róowa. 
Teraz wszystko jawiło się jak czarna otchłań. 

Jak zapewne wiesz z listu Ariele, przebywa teraz w le Roc. Czuje się dobrze, 

nie jest moe zbyt szczęśliwa, ale cala. Powinnaś wiedzieć, droga Heleno, e jej 
dalsze szczęście i dobre samopoczucie ma pewną cenę. 

Dentelmen, w którego domu obecnie przebywasz, ma coś, co naley do mnie. 

Jest to pamiątka rodzinna i pragnę, eby do mnie wróciła. Przez wiele lat 
bezskutecznie go przekonywałem, eby mi ją oddał, ale teraz proszę cię, ebyś 
wykradła przedmiot i zwróciła go mnie, prawowitemu właścicielowi. 

Pamiątka, o której mówię, to zakrzywiony sztylet podarowany jednemu z 

moich przodków przez sułtana Arabii. Ma mniej więcej osiem cali i rękojeść 
wysadzaną rubinami. Jest wyjątkowy. Jak tylko go zobaczysz, zorientujesz się, e 
to o niego chodzi. 

background image

Jedna rzecz - nie wa się prosić o pomoc St. Ivesa. Nie odda sztyletu, 

niewane jak bardzo go będziesz prosić. Nie licz te na jego dobrą naturę. Nic 
nie wskórasz, a Twoja siostra słono za to zapłaci. 

Zrób to, co kaę i to szybko. 
Jeśli nie dostanę sztyletu przed Boym Narodzeniem, Ariele zostanie moją 

kochanką. Jeśli nie będę z niej zadowolony, wiele jest burdeli w Paryu, które 
słono zapłacą za takie niewiniątko... 

Wybór naley do Ciebie, chocia liczę na to, e nie zostawisz siostry w 

potrzebie. 

Czekam na Ciebie w Wigilię do północy. 

Fabien 

Helena nie miała pojęcia, jak długo siedziała gapiąc się na list. Zrobiło się jej 

niedobrze, poczekała chwilę, a przejdzie. 

Nie potrafiła poskładać myśli, wyobrazić sobie... 
A potem wyobraźnia zaczęła działać, i to było jeszcze gorsze. 

−  Ariele! - Stłumiła okrzyk i pochyliła się, chowając twarz w dłoniach. Myśl, 

co czeka jej słodką siostrzyczkę sprawiła, e zabrakło jej tchu. 

Czuła ból w sercu, w całej klatce piersiowej, a w ustach metaliczny smak. 
Polecenie było jasne. 
Nigdy nie uwolniła się od Fabiena. Cały czas pociągał za sznurki. Deklaracja, 

którą od niego uzyskała, była bezuyteczna. Nigdy nie będzie miała okazji, eby 
ją wykorzystać. 

Fabien ją oszukał. 
Nigdy się od niego nie uwolni. 
Nigdy nie będzie oddychała pełną piersią. Nie będzie prowadziła ycia, które 

naley tylko do niej, a nie do niego. 

 
 
 

background image

−  Mignonne, dobrze się czujesz? 

Helena zmusiła się do uśmiechu, podniosła głowę i podała Sebastianowi rękę. 

Nie mogła się skupić, nie mogła się pozbierać. Do tej pory jakoś się trzymała; 
nikt poza Sebastianem nie zauwaył. Przyszedł przed chwilą do bawialni i od 
razu skierował się w jej stronę. 
−  Nic takiego - wydusiła. - To chyba zmęczenie podróą. 

Milczał przez chwilę, a ona nie odwayła się podnosić wzroku. - Mam 

nadzieję, e kolacja cię trochę rozweseli. Chodź, zobaczymy. 

Podniósł się i poprosił wszystkich do jadalni uywanej przez domowników. 

Był to piękny pokój, duo bardziej przytulny ni ogromna jadalnia dla gości, do 
której wchodziło się z frontowego holu. Usiadł po jej prawej stronie i Helena 
przez chwilę ałowała, e nie znajdują się w wielkiej jadalni. Tam z pewnością 
siedziałaby dalej od niego i mogłaby uniknąć przenikliwego spojrzenia. 

Czas nie był po jej stronie. Ledwie przeczytała listy, w pokoju pojawiła się 

słuąca, przypominając, e jest ju spóźniona. Helena nie miała szans dać 
upustu swojej złości i  rozpaczy, nie miała czasu, by płakać czy chocia 
poskładać myśli. Schowała listy w kuferku z biuterią i w pośpiechu zaczęła się 
ubierać i czesać. 

Gniew, rozpacz i lęk to potęna mieszanka. Musiała trzymać emocje na 

wodzy, znaleźć w sobie silę i grać. Udawać szczęśliwą, rzucać na prawo i lewo 
uśmiechy, zmusić umysł, by podąał za toczącymi się przy stole rozmowami. 
Wszystkie jej starania utrudniał fakt, e Sebastian nie spuszczał z niej wzroku. 
Siedział spokojnie na wielkim krześle, w dłoni trzymał kieliszek wina i 
przyglądał się jej spod zmruonych powiek. 

Pamiętała potem tylko szafir na jego prawej dłoni, odbijający się w świetle 

świec. Klejnot był tego samego koloru co jego oczy. Tak samo fascynujący. 

Kolacja szybko się skończyła. Nie pamiętała nic, co zostało powiedziane. 

Podnieśli się i Helena zdała sobie sprawę, e panowie zostają na kieliszek porto. 

background image

Poczuła ulgę. Uśmiech, który skierowała w stronę Sebastiana, tym razem 
przyszedł łatwiej. 

Poszła z Clarą i Marjorie do bawialni. Kiedy Sebastian, Thierry i Louis 

dołączyli do nich dwadzieścia minut później, trzymała ju nerwy na wodzy. 
Poczekała, a słuba przyniesie herbatę, a kiedy towarzystwo zaczęło gawędzić 
nad filiankami, pozwoliła sobie na luksus milczenia. 

Kiedy Sebastian zabrał z jej rąk pustą filiankę, uśmiechnęła się blado. 

−  Obawiam się, e mnie równie boli głowa. - Posłuyła się wymówką, której 

wcześniej uył Louis, egnając się tu po kolacji. 

Thierry, Marjorie i Clare wyrazili swoje współczucie. Sebastian tylko się jej 

przyglądał. Clara zaproponowała, e przyniesie jej lekarstwo. 
−  Połoę się i porządnie wyśpię - zapewniła, uśmiechając się blado - a jestem 

pewna, e do rana przejdzie. 

−  Jeśli tak uwaasz, moja droga. 

Pokiwała głową i spojrzała na Sebastiana. Ujął jej dłoń i pomógł wstać. 

Dygnęła, ycząc wszystkim dobrej nocy i odwróciła się do drzwi. Sebastian od-
prowadził ją. Przystanął na chwilę, a ona podniosła wzrok, napotykając 
spojrzenie niebieskich oczu. Podniósł drugą rękę i pogładził ją po głowie. 
−  Spij dobrze, mignonne. Nikt ci nie będzie przeszkadzał. 

Było coś takiego w jego tonie, jego spojrzeniu... Tak jakby chciał jej coś 

powiedzieć, uspokoić... Była zbyt zmęczona, by domyślać się drugiego dna w 
jego słowach. 

Podniósł jej dłoń, odwrócił i pocałował nadgarstek w miejscu, gdzie pod 

skórą czuć było puls. Przytrzymał usta, a poczuła bijące od nich ciepło. 
Podniósł głowę i wypuścił jej dłoń. - Słodkich snów, mignonne. 

Pokiwała głową, jeszcze raz dygnęła. Lokaj otworzył drzwi, przepłynęła 

przez nie dostojnie. Drzwi zamknęły się cicho, a ona w końcu była wolna od je-
go spojrzenia. 

background image

Marzyła tylko o poduszce, na której złoy strapioną głowę, i odrobinie 

prywatności, by móc się wypłakać. Weszła na górę po schodach, przeszła przez 
galerię i ruszyła korytarzem do siebie. Była ju przy drzwiach, gdy z półmroku 
wyłonił się Louis. 
−  Czego chcesz? - warknęła, nie kryjąc złości. 
−  Chcę wiedzieć. Zrobisz to? 

Obdarzyła go nieobecnym spojrzeniem. - Oczywiście. - A potem uświadomiła 

sobie jedno. Fabien lubi tajemnice. Louis z pewnością nie wiedział, jakiego 
argumentu uył, by ją przekonać do swojego planu. Gdyby wiedział, nie zadałby 
tak idiotycznego pytania. 
−  Wuj chce, byś to ty wykradła ten sztylet, nie ja.  

Uraony ton kuzyna omal nie przyprawił ją o śmiech. Histeryczny śmiech. 

Louis najwidoczniej czuł się pominięty. 

Ale dlaczego? Skupiła myśli na tym wątku. Po chwili ju wiedziała. Jest 

kobietą, kobietą której Sebastian pragnie. Z listu wynikało, e Anglik był dotąd 
odporny na perswazje Fabiena, a to, e sztylet /ostanie wykradziony przez nią, 
nie tylko przywróci go dawnemu właścicielowi, lecz take urazi dumę księcia. 

Fabien zrobi wszystko, co w jego mocy, by się odegrać. To, e przy okazji 

skrzywdzi równie ją, nie miało najmniejszego znaczenia. Pewnie uwaał, e jej 
się naley; wszak wymuszenie na nim pisemnego oświadczenia w kwestii 
wyboru jej męa było czystą bezczelnością. 

Louis nie krył urazy. - Jeśli będziesz mnie potrzebowała, to słuę pomocą. 

Ale jeśli mogę ci coś radzić, nie spoufalaj się zbytnio z St. Ivesem. Oczywiście 
rozumiesz, co mam na myśli. 

Helena patrzyła na niego ze zdumieniem. Skąd wiedział? Podniosła dumnie 

podbródek i spojrzała na niego z góry. - Dostarczę sztylet Fabienowi, tak jak się 
zobowiązałam. A jak to zrobię, to nie twoja sprawa. 

Minęła go, lekcewaąco kiwając głową, i znikła w drzwiach swojej sypialni. 

background image

Louis stał przez chwilę w bezruchu, gapiąc się na nią. Kiedy drzwi się 

zamknęły, obrócił się na pięcie i poszedł do siebie. 

Villard czekał na niego. - I co? 
Louis zamknął za sobą drzwi i przeczesał dłońmi włosy. - Mówi, e to zrobi. 

−  Bon! Wszystko idzie jak po maśle; powinien pan zatem napisać wujowi... 
−  Nie! - Louis zdenerwował się i chodził tam i z powrotem po pokoju. Podniósł 

ręce do góry. -Ślub! Któby pomyślał? Fabien twierdził, e St. Ives całe lata 
temu oznajmił, i to publicznie, e nigdy się nie oeni. A teraz mówi o 
małeństwie. 

Stojąc przy łóku,  Villard  spokojnie składał koszule. Pochylił głowę i 

szepnął: - Z tego co mówiłeś, milordzie, to nie było mowy o małeństwie, do-
póki nie posłałeś tych ludzi do biblioteki... 

Louis nie zauwaył nieprzyjemnego spojrzenia, które słuący rzucił w jego 

stronę. - No właśnie! Ale co mogłem zrobić? Pozwolić, by dostał, czego chce? 
A co potem? Wyjechałby zadowolony z miasta, nie poświęcając jej ani myśli 
więcej. Musiałem go powstrzymać, a nie chciałem sam tam wchodzić. 
Zorientowałby się, e coś jest na rzeczy. 

Villard uśmiechnął się krzywo i spojrzał na koszule. 

−  Mówię ci, kiedy usłyszałem, o czym wszyscy szepczą, omal nie dostałem 

ataku serca. Nikt nie dbał ju o maskaradę. Wszyscy mówili tylko o mał-
eństwie St. Ivesa. 

−  Owszem, sytuacja nie jest prosta i dlatego uwaam, e monsieur le comte 

powinien wiedzieć. 

−  Nie, mówię ci przecie! Wszystko jest pod kontrolą. Helena wie, co robić. 

Nie jest głupia. Nie zaryzykuje niezadowolenia Fabiena. Nie odda się St. 
Ivesowi. 

−  Z tego co mówiłeś, milordzie, wydawało mi się, e jest gotowa to zrobić. 
−  Nie. Jestem pewien... Musiał wziąć ją z zaskoczenia... Rzeczywiście, ma w 

tych sprawach pewną reputację. Chocia  wydawało mi  się... -  Louis 

background image

zmarszczył czoło, a potem odrzucił myśl, która przyszła mu do głowy. - 
Nieistotne. Wszystko załatwione. Nasz plan musi się powieść. 

Villard przyglądał się schludnej stercie koszul. Po chwili odezwał się: - A 

jeśli... to czysta spekulacja, ona za niego wyjdzie? 
−  Dotąd się jeszcze nie zgodziła, wiedziałbym coś o tym. Ale nawet jeśli to 

zrobi, przygotowanie takiego ślubu trwa miesiącami. No i będą musieli 
otrzymać pozwolenie Fabiena. 

Ta myśl ucieszyła Louisa, który nawet się uśmiechnął. 
Villard nabrał tchu i podniósł głowę. - Nie sądzi pan, e lepiej ostrzec 

hrabiego? 

Louis potrząsnął głową. - Nie ma co rozdzierać szat. Wszystko idzie zgodnie 

z planem. Kwestia tego małeństwa to drobiazg. - 

Louis machnął ręką 

pogardliwie. - Szkoda czasu Fabiena, z pewnością go to nie zainteresuje. Chce 
przede wszystkim odzyskać sztylet. 

Villard podniósł koszule i zaniósł je do garderoby. 

 
 
 

Następnego ranka przy śniadaniu Helena siedziała po prawej ręce Sebastiana. 

Smarowała chleb masłem, rozwaając w duchu, co robić. 

Będzie musiała trzymać go na dystans; Louis miał w tej kwestii rację. 

Odnaleźć sztylet, a potem uciekać. I to szybko, bo jednego mogła być pewna: 
Sebastian podąy jej śladem. 

Nie mogła przecie zabrać sztyletu, licząc na to, e nikt nie zauway. Nie, 

musi go wykraść i brać nogi za pas. Będzie wściekły. Uzna to za zdradę. 
Dojdzie do przekonania, e od początku brała udział w spisku Fabiena... 

Ta myśl sprawiła, e gwałtownie podniosła głowę. Sięgnęła po dem. 
Poza Ariele nic nie miało znaczenia. Nie miała wyboru, i nic nie mogło tego 

zmienić. 

background image

Państwo Thierry i Clara rozmawiali o spacerze w ogrodach, Louis jeszcze się 

nie pojawił. 

Omal nie podskoczyła, kiedy Sebastian powiódł palcem po wierzchu jej dłoni. 

Otworzyła szeroko oczy i podniosła wzrok. 

Usta rozluźniły się lekko, ale spojrzenie nie traciło swojej przenikliwości. - 

Zastanawiam się, czy nie miałabyś ochoty na przejadkę. To ciekawsze ni 
spacer po ogrodach. 

Na samą myśl o przejadce serce podskoczyło jej z radości. Poza tym, 

siedząc w siodle, będzie zawsze w bezpiecznej odległości - nie zdradzi się ze 
swoimi uczuciami, nie pozwoli, by runęły mury, które buduje wokół swego 
serca. Uśmiechnęła się. - To doskonały pomysł. Machnął ręką. - Wyjedziemy, 
jak tylko będziesz gotowa. 

Spotkali się w holu za pół godziny - ona w stroju do konnej jazdy, on w 

wysokich butach i surducie. Wyszli z pałacu bocznymi drzwiami i ruszyli 
piękną murawą w stronę stajni, która schowana była wśród wieloletnich dębów. 
Uprzedził wcześniej stajennych; konie ju czekały. Ogromny kary ogier dla 
niego, łagodna kasztanka dla niej. Pomógł jej wdrapać się na siodło, a potem 
wziął w dłonie wodze i  za chwilę siedział na końskim grzbiecie. Bestia 
prychnęła, zarała; kasztanka prze-stępowała z nogi na nogę. 
−  Ruszamy? - Sebastian uniósł brew. 

Helena się zaśmiała. Był to pierwszy spontaniczny odruch od chwili, gdy 

przeczytała list Fabiena. Popędziła klacz. 

Opuścili stajnie ramię w ramię. Sebastian musiał początkowo temperować 

swojego rumaka, ale ten po chwili uspokoił się i zaakceptował wprawną rękę 
pana. Helena uśmiechnęła się w duchu i spojrzała przed siebie. 

Pogoda była ładna, choć w powietrzu czuć było jeszcze poranny chłód. 

Pierzaste chmury zakrywały słońce, ale przejadka przez pola, dotknięte pierw-
szym oddechem zimy, była niezwykle przyjemna. Czuć było spokój. Helena 
czuła się odpręona. 

background image

Jeździła konno odkąd nauczyła się chodzić. Czynność ta nie wymagała 

adnego wysiłku i teraz mogła spokojnie rozglądać się dookoła. Wiele było do 
zobaczenia, do podziwiania. Klacz była dobrze ułoona. Helena jechała za 
Sebastianem przez puste pola. Jakiekolwiek słowa wydawały się niepotrzebne. 

Dojechali na szczyt wzgórza. Ku jej zdziwieniu ziemie za ich plecami były 

zupełnie płaskie, podczas gdy przed nimi a do horyzontu rozpościerały się 
pagórki. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziała. Sebastian nie zatrzymał się, 
poprowadził ją łagodnym zboczem na sam dół. 

Między dwoma polami biegła ścieka. Jechali nią przez chwilę, a potem 

Sebastian skręcił na pastwisko i puścił się kłusem. Helena podąyła za nim, 
zdając sobie sprawę, e  łąka jest podmokła, choć nie bagnista. Sebastian 
pozwolił, by jego rumak trochę się wybiegał; Helena dotrzymywała mu kroku, a 
wiatr rozwiewał jej włosy. 

Mimo wszystko czuła, e z jej serca podnosi się cięka kurtyna. 
Jeździli tak cały ranek. Jedynym dźwiękiem, który towarzyszył odgłosowi 

końskich kopyt, były wołania skowronków i czapli. 

Wyjechali na kolejną ściekę. Konie pokonały dystans z łatwością. Sebastian 

ściągnął wodze i rzucił w jej stronę spojrzenie. 

Uśmiechnęła się, patrząc mu w oczy. - Och! -Nabrała tchu. - Zupełnie jak w 

domu! 
−  To znaczy gdzie? 
−  Posiadłość Cameralle ley w Camargue. Tu jest inaczej - rozejrzała się - ale 

podobnie. - Podniosła wzrok i wyciągnęła ramiona do nieba. - Tak jak tam, 
niebo jest szerokie i otwarte, a bagna kończą się dopiero na horyzoncie. 

Uśmiechnęła się i dodała: - Wielu uwaa, e to zbyt dzikie tereny. Kątem oka 

zauwayła, e się uśmiecha. 
−  A mieszkańcy zbyt szaleni? Zaśmiała się tylko. 

Przez cały poranek trzymała zmartwienia na wodzy. W dziczy Camargue 

zawsze była wolna; tutaj czuła się tak samo. Czuła, e yje, e moe być sobą. 

background image

Nawet kiedy zmęczeni dotarli do stajni, miała wraenie, e Fabien nie ma nad 

nią władzy. Z jej twarzy nie schodził uśmiech. Poszli do domu; tym razem 
Sebastian otworzył boczne drzwi i wpuścił ją do środka. Drzwi zatrzasnęły się 
za jej plecami, a ona znalazła się w jego objęciach. 

Trzymał ją delikatnie, ale stanowczo. 
Spojrzała w jego twarz, niebieskie oczy i zobaczyła w nich prawdę. 
Podniósł jej podbródek i zamknął oczy. 
Praktyka czyni mistrza. To oczywiste, przynajmniej w tej kwestii. Ich usta 

odnalazły się bez trudu, dotknęły się delikatnie, a potem połączyły. 

Zawahała się przez moment. Pomyślała jednak, e nic przed nim tutaj nie 

ukryje, e on się domyśli i nabierze podejrzeń. Zdała sobie sprawę, e nie chce, 
by Fabien triumfował, nie pozwalając jej się cieszyć taką chwilą. 

Tylko to jej zostało - to cudowne doświadczenie, którego mogła zaznać w 

ramionach Sebastiana. Będzie korzystała z niego do woli, tak długo, jak tylko 
będzie mogła. 

Tym razem był to tylko pocałunek. adne nie ądało niczego więcej, a jednak 

w zespoleniu obu ust, tańcu języków kryła się namiętna obietnica. Ich ciała 
równie prowadziły dialog - krągłości z twardymi mięśniami, biodra z udami, 
piersi z ebrami. 

Kade z nich na przemian brało i dawało. Obudziła się namiętność, dzikie 

poądanie. Oblała ich fala gorąca i pragnienie, powstrzymywane wysiłkiem 
woli. I obietnica. 

Jaką moc moe mieć pocałunek? 
Wystarczającą, by odebrać dech i pragnąć czegoś więcej. Oboje usłyszeli 

gong wzywający na posiłek. Najpierw spotkały się ich oczy, potem wargi, a w 
końcu pocałowali się jeszcze raz. 

Pokręciła głową, a on odstawił ją na ziemię, rozstając się z niechęcią. 

Trzymał jej dłonie, nie puszczając nawet gdy ruszyła w stronę drzwi. 
−  Do zobaczenia później, mignonne. 

background image

Tu przy drzwiach usłyszała ten szept i zawartą w nim obietnicę. Zawahała 

się, ale zabrakło jej słów. Otworzyła drzwi, a Sebastian poszedł za nią. 
 
 

 

Rozdział 9 

 
 
 

Jeśli Fabien zniszczy szansę jej ycia - ycia, które jej się przecie naleało - 

to ona dopóki będzie mogła, przyjmie wszystko, co będzie jej dane. Kade 
doświadczenie. 

Nawet jeśli to droga do zatracenia. 
Mimo  buntowniczego nastawienia Helenę przepełniało poczucie winy i 

mnóstwo wątpliwości. Z jednej strony ma spiskować przeciw Sebastianowi, z 
drugiej chce czerpać przyjemność ze spędzanych z nim chwil. Niewane, ile mu 
z siebie da, zawsze będzie się czuła, jakby popełniała straszny grzech. 

Powinna jak najszybciej znaleźć ten sztylet. I zmykać gdzie pieprz rośnie. 
Choć dopiero dochodziła jedenasta, w domu było zupełnie cicho. Wymknęła 

się z pokoju, słysząc jak gdzieś w pobliu zegar wybija godzinę. Miała czekać 
do północy, ale bała się, e do tego czasu słuba zgasi lampy. A teraz jeszcze 
kilka się paliło, by oświetlić jej drogę. 

Dom był zbyt ogromny i nieznany, by odwayła się błądzić w ciemnościach. 

Poza tym była pewna, ze Sebastian, jedyna osoba, której bała się spotkać, 
kładzie się spać późno. Pewnie siedzi ciągle w gabinecie i przegląda papiery. 
Taką przynajmniej miała nadzieję. 

Kunsztownie zdobiony sztylet o duej wartości... Gdzie Sebastian mógł go 

trzymać? 

background image

W adnym z pokoi, które dotąd widziała. Louis szepnął jej gdzieś po drodze, 

e on równie nie wie. Ani on, ani jego cwany słuący nie mieli bladego 
pojęcia, gdzie mógł się znajdować. Tyle z pomocy Louisa. 

Dotarła do galerii i skręciła w korytarz, którym wcześniej poszedł Sebastian, 

chcąc przebrać się do kolacji. Nie sądziła, e trzyma sztylet w sypialni, ale jego 
apartamenty zawierały z pewnością prywatny pokój, w którym przechowuje 
najcenniejsze przedmioty. Przedmioty, które coś dla niego znaczą. 

Nie wiedziała, czy sztylet naley do tej kategorii, ale... wpływowi męczyźni 

mają swoje fanaberie, i równie dobrze mogło tak być. Fabien nie wspomina! ani 
słowem, w jaki sposób rodzinna pamiątka de Mordauntów znalazła się w rękach 
Sebastiana. Louis nie miał pojęcia. Helena ałowała, e nie wie - pomogłoby to 
w poszukiwaniach i określeniu tempa późniejszej ucieczki. 

Nietrudno było odnaleźć apartamenty Sebastiana. Przepych, a zarazem 

prostota ozdób i mebli były wystarczającą wskazówką, e znajduje się we wła-
ściwym skrzydle pałacu; herb wyryty w potęnych dębowych drzwiach tylko to 
potwierdził. 

Zza podwójnych drzwi nie przebijał nawet strumyk światła. Tu 

obok 

znajdowały się pojedyncze, które Helenie wydały się mniej groźne. Wstrzymała 
dech i pociągnęła za klamkę. Otworzyły się bezgłośnie. Zajrzała do środka. 

Przez nieosłonięte okna do środka zaglądał księyc,  oświetlając spory, 

elegancko wyposaony, ale niewątpliwie naleący do męczyzny pokój wypo-
czynkowy.  

Pokój był pusty. 
Helena weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Rozejrzała się i 

zobaczyła to, co miała nadzieję tu znaleźć. Gablota z trofeami. Podeszła bliej i 
przyjrzała się wszystkim przedmiotom w niej zgromadzonym. Bicz ze srebrnym 
uchwytem. Pięknie grawerowany kielich. Złoty talerz z dziwnymi napisami. 
Róne inne drobiazgi - ordery, puchary, ale ani śladu po sztylecie. 

background image

Przeszła się po pokoju, przeglądając blaty stolików i zawartość kredensów. 

Dotarła do biurka, zajrzała do szuflad. I tutaj ani śladu. 
−  Peste! - Wyprostowała się, rozglądając się po raz ostatni. Zauwayła nagle, 

e  stojący na podwyszeniu przedmiot, który wcześniej wydał się jej 
zegarem pod szklaną kopułą, wcale nim nie jest. Podeszła bliej, zwalniając 
kroku. Pod szklaną kopułą nie było sztyletu. Hm... 

Ciekawa, przysunęła się bliej,  wytęając  wzrok. Srebrzysta poświata 

księyca spowijała delikatne listki zasuszonej gałązki jemioły. 

Widziała ju ją kiedyś. Wiedziała, na którym drzewie rosła. 
Pamiętała - i to zbyt dobrze - tę noc, kiedy Sebastian zerwał ją i schował do 

kieszeni. 

Jakaś część umysłu pozostała nieufna - skąd mogła być pewna, e to ta sama 

gałązka? Co za absurd... a mimo to... 

Nigdy cię nie zapomniałem. 
Tak jej powiedział przedwczoraj. Jeśli wierzyć temu, co teraz znajdowało się 

przed jej oczyma, mówił prawdę. 

Co oznaczało... e chciał ją poślubić od samego początku. Tak jak twierdził. 
Dotknęła palcami zimnego szkła, patrząc na cienkie listki i delikatną gałązkę. 

Miała wraenie, e jej serce nabrzmiewa i jeszcze chwila, a pęknie. 

Zobaczyła nagle całą prawdę. 
Zrozumiała, ile straci, ratując Ariele. 
Niski  ton zegara wybijającego kolejną godzinę sprawił, e 

omal nie 

podskoczyła. Po chwili odezwały się zegary w innych częściach domu. Za-
mrugała i cofnęła się o krok. Nie będzie więcej kusić losu. 

Rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę zakonserwowanej pod szkłem jemioły, i 

ruszyła w stronę drzwi. 

Bez przeszkód dotarła do swojej sypialni, ale serce biło 

jak szalone. 

Wśliznęła się do środka, zamknęła drzwi i oparła o drewniane panele, chcąc 
uspokoić rozdygotane nerwy. 

background image

Zaczerpnęła tchu i obróciła się... 
Sebastian siedział w fotelu przy kominku. Nie spuszczał z niej wzroku. 
Zamarła. 
Wstał, jak zwykle niedbale elegancki i podszedł bliej. - Czekałem na ciebie, 

mignonne. 

Zatrzymał się tu przed nią. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma. - 

Nie spodziewałam się ciebie. 

Mało powiedziane. Starała się nie patrzeć na listy, które leały na toaletce. 

Podniósł dłoń i dotknął jej twarzy. - Ostrzegałem cię. 

Do zobaczenia później. Pamiętała te słowa, pamiętała ton, jakim zostały 

wypowiedziane. Później właśnie nadeszło. - Ale... 

Nie odezwał się, studiował tylko jej twarz, patrzył... czekał. Przełknęła ślinę i 

machnęła ręką w stronę drzwi. - Byłam na spacerze. - Głos jej zadrał, zmusiła 
się do uśmiechu, zdradzając zdenerwowanie. -  Dom jest ogromny i  w 
ciemnościach... trochę straszny. - Wzruszyła lekko ramionami; serce biło jej jak 
szalone. Zatrzymała wzrok na jego ustach. Przypomniała sobie jemiołę. - Nie 
mogłam spać. 

Jego usta wygięły się w uśmiechu, ale reszta twarzy pozostała nieruchoma, 

twarda. - Spać? - powiedział to niskim tonem, niemal szeptem. Puści! jej twarz, 
ręce ześliznęły się do jej talii. - Muszę przyznać, mignonne - przyciągnął ją do 
siebie - e sen to ostatnia rzecz, którą mam teraz na myśli. 

Przechyliła głowę. Ich usta się spotkały, a ona nie mogła się powstrzymać. 

Nawet nie próbowała; zatonęła tylko w jego ramionach.     

Obudziło się poądanie, a ona tylko przytuliła się mocniej. Jak gdyby był jej 

jedynym ratunkiem. 

Wiedziała, e tak nie jest - e nie ma wyjścia, e nie będzie szczęśliwego 

zakończenia. 

Nie potrafiła jednak się powstrzymać, nie potrafiła mu odmówić. Nie potrafiła 

odmówić sobie jedynej szansy na chwilę szczęścia. 

background image

Gdyby próbowała, zacząłby coś podejrzewać - ale nie dlatego się zgodziła. 

Ona te chciała coś z tego mieć; ich języki tańczyły w rytmie, który sugerował 
coś, czego oboje pragnęli tak samo. Nie myślała w tej chwili o Ariele, nawet 
wtedy, kiedy ich usta się rozdzieliły, a jego ręce znalazły się na sznurowaniach 
jej sukni. 

Wstrzymała dech. Musnął ustami jej czoło, ale palce nie zaprzestały swojej 

aktywności. 

Ogarnęła ją dziwna niemoc, która wstrzymała jej myśli i kierowała ruchami, 

która dała siłę, by wypełniać szeptem wydawane polecenia. Stała, choć nie-
pewnie, kiedy najpierw ściągnął górę jej sukni, polem spódnicę, gorset, a w 
końcu halkę. To nawet nie było poądanie. 

To było coś więcej. 
Kiedy stała przed nim naga, a jej skóra błyszczała perłowo w świetle 

księyca, ta siła podniosła jej powieki, by zobaczyła pragnienie w jego oczach, 
namiętność na jego twarzy. Jego spojrzenie było jak płomień, który tańczył po 
nagiej skórze. 

Wziął jej rękę, potem drugą i podniósł dłonie do swoich ust. 

−  Chodź, mignonne. Bądź moja. 

Ton, jakim powiedział te słowa - mroczny i niebezpieczny - przyprawił ją o 

dreszcze. Połoył jej ręce na swoich ramionach, przysunął się bliej. Poczuła, e 
nabrzmiewają jej piersi, a z serca spada cięar, który dotąd jej towarzyszył. 
Poszła w jego ramiona, z własnej woli, z radością. 

Całe ycie na to czekała. Czuła to kadą komórką swego ciała, kadym 

kawałkiem duszy. Przycisnął ją do siebie, pocałował głęboko, a dłonie zaczęły 
wędrówkę po jej ciele. 

Była niewinna, niepewna tego, co się zaraz wydarzy, ale oddała się w jego 

ręce wiedząc, e jej nie skrzywdzi. Nie potrafiła pokonać siły, która rządziła 
teraz jej  ciałem. Nawet nie  zamierzała. Siła  była  zbyt  potęna,  zbyt 
niepokonana, a Helena po prostu się jej poddała. 

background image

Jego dotyk był cudowny, ręce poruszały się powoli, smakując kady jej 

kawałeczek. W kadym ruchu była słodycz, która paliła jak ogień. Namiętność i 
poądanie, bliźniacze płomienie, nie dawały o sobie zapomnieć, ale trzymał je 
pod kontrolą tylko dlatego, e podstawowym instynktem było pragnienie, by w 
końcu ją mieć. 

Widziała to w jego twarzy, w twardych, jakby wyrzeźbionych rysach. 

Dotknęła ich z ciekawością. Czuła napięcie w jego ciele, mięśniach, które trzy-
mały ją jak w klatce, rękach, które z trudem powstrzymywały od mocniejszego 
uścisku. Czuła jego erekcję, widziała płomień w jego oczach. 

Ogarnął wzrokiem jej twarz, a potem pochylił głowę i wziął jej usta mocno, 

gwałtownie. Jego dłonie zamknęły się na jej piersiach, palce na moment 
zacisnęły na twardych brodawkach. Zabrał usta i wziął ją w ramiona. 

Zaniósł ją do łóka, ukląkł, kładąc ją na jedwabnym prześcieradle. Zerwał z 

siebie surdut, ściągnął buty. Sądziła, e zdejmie ubranie, ale tego nie zrobił. 
Połoył się tu obok w swej pięknej lnianej koszuli i satynowych bryczesach i 
znów wziął jej usta. Zakręciło się jej w głowie, a on przesunął ją nieco, tak, e 
częściowo leała pod nim. Wprawne palce znów zaczęły pieścić jej skórę, 
pokonując resztki oporu. 

Nie opierała się, nie miała zamiaru marnować na to energii. Znała jego cel i 

była świadoma swojej reakcji na kade zmysłowe muśnięcie, kady dotyk i 
pieszczotę. Jego usta tańczyły na jej ustach, palce na jej skórze, draniąc 
zmysły, pieszcząc piersi, a w końcu zsuwając się w dół i gładząc skórę brzucha. 
Spięła się, ale on szedł dalej. 

Puścił jej usta, wsłuchał się w jej westchnienie; ona zrobiła to samo. 

Przysunęła bliej  biodra; on nie ustawał w  pieszczotach. Usta ponownie 
znalazły 
się na jej ustach, a palce gładziły uda, płynąc w dół zewnętrzną stroną, i 
wracając do góry wewnętrzną, a rozchyliła je niecierpliwie, zapraszając, by 
dotknął ją tam, gdzie pulsowało pragnienie. Nie zrobił tego, przynajmniej nie od 

background image

razu, gładził tylko miękkie loki w dole brzucha. Zatopił w nich palce i dotykał ją 
delikatnie, a  ugryzła go w  ramię, obdarzyła namiętnym pocałunkiem i 
otworzyła szerzej uda. 

Poczuła chłodne powietrze, a potem dotyk jego dłoni. Przepełniało ją 

poądanie, grzeszna rozkosz. Spięła się, czekając na niego, pełna napięcia i 
oczekiwania... 

Dłoń przesunęła się niej; palce badały kady fragment, kadą fałdkę, a w 

końcu otworzyły ją jak ostrygę. 

Spięła się ponownie, ale on nie parł dalej. Palce zawróciły i pieściły delikatnie 

jej kobiecość, przyprawiając o zawrót głowy. Jej zmysły szalały, a nerwy 
napięte były do ostatnich granic. Słuchał jej westchnień i grał na niej jak na 
instrumencie, wraliwy na kady jęk, na kady niecierpliwy ruch. Delikatnymi 
pieszczotami skruszył resztki skromności, a zaczęła cięko oddychać, milcząco 
błagając o więcej. 

Czuła to w swoim oddechu, czuła wzbierające poądanie, które rozsadzało ją 

od środka. Sięgnęła rękoma, przycisnęła się do jego ciała, całując go namiętnie. 
Oddał jej pocałunek, głęboko, poądliwie. Połoył się na niej, wciskając ją w 
prześcieradło. 

Chciała, eby był jeszcze bliej, ale on wcią opierał się na łokciu, podczas 

gdy druga ręka nie ustawała w pieszczotach wilgotnego miejsca między jej 
nogami. Jego biodra znajdowały się poniej linii jej bioder, na rozchylonych 
udach. Splotła swoje łydki z jego nogami, skóra ślizgała się po miękkiej satynie. 
Chciała go skusić, przyciągnąć bliej, a on pocałował ją jeszcze raz. Przestała 
myśleć, przestała planować - leała tylko czekając, a zrobi następny krok. 

Usłyszała głębokie westchnienie i zdała sobie sprawę, e wyszło z jej ust. 

Jego usta muskały linię jej podbródka, potem szyi, docierając do miejsca, w 
którym szalał puls. Zatrzymały się tam na dłuej, smakując i pieszcząc, podczas 
gdy palce nie przestawały gładzić miękkości między udami. Usta przesunęły się 
niej, a język dotknął piersi, okrąając jedną z napiętych brodawek. Pocałował 

background image

ją, a potem wziął do ust, zaciskając lekko wargi, a eksplodowała z rozkoszy. 
Zaczął delikatnie ssać. 

Helena wygięła się w łuk, bezbronna wobec takiej siły. Puścił jej brodawkę, 

obdarzając gorącymi pocałunkami rozgrzaną skórę; czekając, by się uspokoiła. 
Po chwili znów przyciągnął ją do siebie. 

Straciła kontakt z rzeczywistością, porwana w wir rozkoszy, jaką dawały jego 

wargi, gorący język i dotyk między udami. Wszystko jej się' podobało, na-
brzmiałe piersi a bolały z poądania, kiedy on dotknął językiem jej pępka. 

Szarpnęła się, ale on trzymał ją mocno wpół. Nikt dotąd jej w taki sposób nie 

dotykał - usta pieściły jej brzuch, palce jeszcze niej. Potem jego usta znalazły 
się wśród miękkich loczków, język dotknął ją, a ona krzyknęła. 
−  Ciii... - Sebastian szepnął, patrząc na fascynujące czarne kędziorki. - Chocia 

niczego bardziej nie pragnę, jak słyszeć twoje krzyki, dzisiaj musimy się 
nieco pilnować. - Podniósł głowę i zobaczyła błysk w jego oku. Usta miała 
nabrzmiałe, poznaczone pocałunkami. Piersi koloru kości słoniowej miały na 
sobie ślady jego pieszczot; nie czuł się nawet odrobinę winny z tego powodu. 

Otworzyła usta, oddychając szybko, płytko; jeszcze chwila, a w ogóle nie 

będzie mogła oddychać. Otworzyła szeroko oczy, jakby domyślając się jego 
zamiarów i przysunęła się bliej. 

Opuścił wzrok i  nabrał powietrza; jej  zapach wypełni! jego nozdrza. 

Uywając szerokich ramion jak klina, jeszcze szerzej rozchylił jej nogi, a potem 
pozwolił  palcom, wilgotnym  od  jej  poądania,  na  ostatnią pieszczotę. 
Pochylając głowę, zastąpił je swoimi ustami. Przycisnął ręce do jej bioder i trzy-
mał ją mocno. 

Walczyła, próbując zdławić okrzyk, który cisnął się jej na usta, podczas gdy 

on odnalazł gorący kamyczek jej namiętności, wzniesiony do góry w ocze-
kiwaniu na dalsze pieszczoty. Oddal mu hołd, a ona wiła się z rozkoszy, jedną 
ręką zasłaniając usta, a drugą zaciskając na prześcieradle. 

background image

Nie miał zamiaru się śpieszyć; nie chciał odbierać sobie ani jej przyjemności, 

które ich jeszcze czekały. Znał je wszystkie, ale nie mógł się doczekać, a i ona 
ich doświadczy. 

Helena oddychała cięko,  jęcząc z rozkoszy i  powstrzymując się przed 

kolejnym krzykiem. Jej zmysły nie nadąały 

za pieszczotą jego języka, 

dotykiem jego warg. 

Ju wcześniej, wprawnym dotykiem palców doprowadził ją do krawędzi, do 

miejsca, w którym nic innego nie miało znaczenia. Teraz robił to samo ustami, 
językiem. Wiedziała, co ją czeka - zaraz straci nad wszystkim kontrolę i pogrąy 
się w gorącej otchłani. Przez chwilę próbowała z tym walczyć, ujarzmić 
nadchodzącą falę. Jej dłoń zacisnęła się mocniej na prześcieradle. Tym razem 
intensywność doznań nieco ją przeraała. 

Wobec tego uczucia była całkiem bezbronna. 
Fala gorąca porwała ją ze sobą, wyniosła na szczyt rozkoszy, jakiej dotąd nie 

doświadczyła. Czuła te jego zadowolenie, czuła, jak napinają się jego dłonie, a 
włosy pieszczą bezwiednie wnętrze jej ud. Pochylił głowę i wsunął w nią język, 
sondując delikatnie. 

Pchnął nagle. 
Coś w niej pękło. Rozsypała się na kawałeczki, wpadając w studnię rozkoszy 

tak głębokiej, tak gorącej, e zdawała się topić jej kości. 

Nie mogła się ruszyć, nie potrafiła myśleć. 
Za to kadym kawałkiem czuła rozchodzące się pod skórą ciepło, drenie, 

które niczym fala ogarniało całe jej ciało. 

Westchnęła głęboko. Jej wszystkie mięśnie poddały się, rozluźniły. 
Dotknął ją po raz ostatni i podniósł się. Teraz ju czuła, widziała, nawet 

zaczynała rozumieć, ale jej ciało nie było zdolne do jakiejkolwiek reakcji. Jej 
mięśnie były całkowicie bierne. Ciało poddało się zupełnie. 

Poddało się nawet wtedy, kiedy wyjął z bryczesów swoją męskość i przysunął 

się bliej. Zobaczyła go tylko przez chwilę, otworzyła szeroko oczy, zdumiona 

background image

jego wielkością. Gdyby była w stanie wygłosić jakąkolwiek opinię, być moe by 
się zawahała. Ale teraz nie potrafiła zdobyć się nawet na to; leała tylko w 
oczekiwaniu, czego zaraz doświadczy. Znalazł ją, otworzył - tylko odrobinę. 
Czuła rosnące napięcie, wszedł głębiej. Nabrała tchu, zobaczyła, e patrzy na jej 
twarz. Zamknęła oczy i poruszyła się gwałtownie, bo następny ruch jego bioder 
przyniósł jej ból. Zdawała sobie sprawę, e cały czas na nią patrzy, e śledzi jej 
reakcję. 

Wycofał się, nie wychodząc z niej całkowicie. Podniósł jej kolana, a pod 

pośladkami umieścił poduszkę. Przysunął się bliej, trzymając ją mocno w 
ramionach. 

Pchnął. 
Jęknęła, wygięła się; jego cięar nie pozwalał jej się ruszyć. Pchnął jeszcze 

raz, a ona krzyknęła i odwróciła głowę. Podniósł się na łokciach, co sprawiło, e 
znalazł się jeszcze głębiej. Następny dźwięk z jej ust przypominał raczej szloch. 
−  Nie, mignonne. Spójrz na mnie. Wziął jej twarz w dłonie i odwróci! głowę do 

siebie. - Otwórz oczy, kochanie. Spójrz na mnie, muszę cię widzieć. 

W jego glosie brzmiała nuta, której nigdy dotąd nie słyszała; choć niska i 

stanowcza, była błaganiem. 

Zrobiła to, o co ją prosił. Podniosła powieki i spojrzała w niebieskie oczy. 

Poczuła, e tonie w ich głębi. 

Rozluźnił uścisk. - Zostań ze mną, mignonne. 
Ich spojrzenia zamknęły się na sobie, a on wszedł głębiej. Czuła, e jej ciało 

poddaje się, otwiera i chocia chciała się opierać, wcią nie potrafiła zdobyć się 
na adną reakcję. Utrzymała jego spojrzenie kiedy dyskomfort zmienił się w 
ból, który stawał się coraz silniejszy... 

Zamknęła oczy, jęknęła i spięła wszystkie mięśnie. 
Wycofał się i jeszcze raz mocno pchnął. 
Krzyknęła; dłoń na jej ustach stłumiła dźwięk. Odepchnęła ją od siebie i 

nabrała tchu, próbując zrozumieć, co mówią jej zmysły. 

background image

To niemoliwe, eby był tak głęboko. 
Szeroko otwartymi oczyma patrzyła na niego; ból mijał, a ona zdała sobie 

sprawę, e tak rzeczywiście jest. 

Zadrała, rozluźniła się i osunęła na prześcieradło. Czuła się... dziwnie. 

−  Ciii. Ju po wszystkim. - Nachylił się i głaskał ją po głowie. 

Ich usta się spotkały; po tym, jak dotykał ją językiem, smakował jakoś 

inaczej. 
−  Przepraszam, kochanie, e cię bolało, ale tak to ju jest. - W jego głowie 

pobrzmiewała męska duma, Helena nie była do końca pewna, jak ją 
interpretować. Podniosła rękę i odsunęła kosmyk włosów, który spadł mu na 
twarz. Reszta jej umysłu była całkowicie pochłonięta faktem, e cały czas w 
niej jest. 

Chyba się zorientował, wyczytał to z jej twarzy. Wycofał się nieco, nawet nie 

do połowy i pchnął delikatnie. Spięła się, oczekując bólu, ale... 

Zdała sobie sprawę, e uwanie się jej przygląda. 

−  Boli? 

Powtórzył ruch, powoli, spokojnie. 
Zamrugała, nabrała tchu. -  Nie.  Czuję się... -  Nie  mogła znaleźć 

odpowiedniego słowa. 

Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Oparł się na łokciach i zrobił to 

ponownie. I jeszcze raz. 

Potem pochylił głowę i ją pocałował. Tym razem te było inaczej, bardziej 

podniecająco. Zaczęło jej się kręcić w głowie; odkryła, e znów jest panią 
własnych mięśni. 

Weszła w jego rytm, próbując dostosować się do powtarzających się ruchów. 

Złapał ją za biodra, pomógł jej, a kiedy złapała rytm, sięgnął do jej piersi. 

Po chwili  znów oddychała szybciej, czując jak wzbiera fala rozkoszy. 

Pragnęła go, jej ciało domagało się więcej, prosiło o jeszcze. 

background image

Zwolnił, zatrzymał się. - Poczekaj. - Wyszedł z niej, podniósł się i opuścił 

łóko. 

Poczuła zimno i pustkę. Odwróciła się, rozprostowała ręce i nogi, zdając 

sobie sprawę, e nie odszedł daleko. 

Patrzył na nią i ściągał koszulę - zdarł ją z siebie przez głowę i rzucił na 

podłogę. Spodnie znalazły się tam sekundę później, a w dwie sekundy był ju w 
łóku. 

Uśmiechnęła się, otworzyła ramiona, witając go z powrotem. Dotykała jego 

nagich ramion, pieściła ciepłą skórę na plecach, a znalazł się znów na niej. 

Tym razem wszedł w nią bez bólu, chocia czuła kady cal męskości, która 

przeszywała ją niczym włócznia. Jej ciało zadrało z rozkoszy, przyjęło go w 
słodkim oczekiwaniu. 

Spojrzał jej w oczy. - Obejmij mnie nogami. 
Posłuchała, a taniec znów się rozpoczął. I tym razem było inaczej. Nagie 

ciała, twarde mięśnie i delikatne krągłości dotykały się bez pośrednika w postaci 
ubrania. Gdyby ktoś jej przed chwilą powiedział, e to doznanie przewyszy 
wszystko, czego dotąd zaznała, śmiałaby się w głos. Ale teraz, kiedy gorąca fala 
namiętności przybierała na sile, zrozumiała, e to prawda. 

Ciała stopiły się jedno, odnalazłszy wspólny język, wspólny rytm. Rozkosz 

porwała ich ze sobą, napełniła ich ciała i serca. 

Włosy na jego piersi draniły jej skórę; przyciągnęła go bliej. On tylko 

spojrzał i posłuchał, osuwając się na nią całym cięarem, napierając klatką 
piersiową na wraliwe od pieszczot piersi. 

Westchnęła, odrzuciła głowę. On musiał nachylić swoją, ale w końcu ich usta 

się spotkały. Taniec rozpoczął się na nowo. 

Tym razem dwa ciała stanowiły ju jedność. 
Wirowali w szaleńczym rytmie, pogrąeni w emocjach, które nie miały 

nazwy. Pragnienie, prymitywne i potęne, było ich jedynym przewodnikiem, a 
dotarli do miejsca, w którym zatrzymywał się czas. 

background image

Jęczała z rozkoszy, powtarzając jego imię, oddając mu całe swoje ciało. A 

potem szkiełka w kalejdoskopie rozsypały się, fala porwała ją ze sobą, a on 
podąył za nią ślepo. Krew w jej yłach była jak ywe srebro; wydawała się 
topić jej tkanki, odbierać jej resztki świadomości. Westchnęła i poddała się temu 
uczuciu. 

Straciła kontakt z rzeczywistością, oddała się mu całą duszą. Czuła go w 

sobie, słyszała jego stłumione jęki, a potem z wybuchem jego rozkoszy nadeszła 
przyjemność. Twarde ciało osunęło się na nią, zmęczone po długim biegu. 

Dotknęła jego włosów, wplotła w nie palce, przyciągając bliej jego głowę. 

Słuchała, jak wali mu serce, a potem zwalnia, uspokaja się*. 

Miała wraenie, e widzi teraz więcej. Patrzyła na niego i ostatnim wysiłkiem 

woli zobaczyła nieoczekiwaną bezbronność. 

Uśmiechnęła się, objęła go i przytuliła się mocniej. 
Zanim zdąyła pomyśleć, jak ryzykowna jest ta gra, zapadła w głęboki sen. 

 
 
 

Wszystkie zegary w domu wybijały trzecią. Sebastian ju nie spał, ale dźwięk 

przywrócił mu pełną świadomość, ostatecznie wyrwał go z ciepłej, oywczej 
drzemki. 

Oparł się o ramę łóka. Helena jeszcze spała, przytulona, obejmując go 

dłońmi, jakby obawiała się, e nagle zniknie. Patrzył na jej twarz, zastanawiając 
się. 

Mignonne, co przede mną ukrywasz? 
Nie powiedział tego głośno, ale ałował, e nie zna odpowiedzi. Coś się stało, 

ale nie wiedział co. Wszystko było dobrze, kiedy tu przyjechała, a potem... 

Spróbował dowiedzieć się od słuby;  nic nie słyszeli. Nie pytał o nic 

konkretnego, ale Webster powiadomiłby go, gdyby dostała jakieś listy. A mimo 
to na jej toaletce znajdowały się dwa pisma; bystre oczy dostrzegły ślady wosku 

background image

na podłodze. Otworzyła te listy ju  tutaj, pierwszego wieczora, tu  przed 
kolacją. 

Wtedy wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. 
Zwaywszy  zdarzenia ostatnich godzin, konsekwencje tej zmiany wcią 

wprawiały go w osłupienie. 

Coś ją  zdenerwowało i  to  bardzo. Nie  ukrywałaby zwykłej  irytacji, 

temperament by jej nie pozwolił. Musiało to być coś na tyle powanego, e 
chciała to ukryć przed światem, nie tylko przed nim. 

Nie była jednak świadoma, e sprawy między nimi zaszły na tyle daleko - i to 

jeszcze przed wydarzeniami ostatnich kilku godzin - e nie umie ukrywać przed 
nim swoich emocji, uczuć. Widział je w jej oczach, niewyraźnie, jak cień 
spowijający zieloną toń. 

Jej zachowanie tylko potwierdziło podejrzenia. Przyszła do niego, opanowana 

na zewnątrz, a w środku taka krucha, stęskniona i bezbronna. W jej pocałunkach 
czuł jakąś rozpacz, jak gdyby to, co było między nimi było niezwykle cenne, ale 
ulotne. Skazane na smutny koniec. Niewane,  jak tego pragnęła, tęskniła, 
niezalenie od jego yczeń i siły, wspólne chwile nie będą trwały wiecznie. 

Nie podobała mu się ta myśl. 
Skrzywił się, przypominając sobie wszystko, co zaszło. Wiedział, e ona tego 

nie zrozumie. 

Potrzebowała kogoś, kto będzie się nią opiekował, kto o nią zadba, kto będzie 

ją kochał i cenił. Pokazał jej, e naley do niego w ten właśnie sposób, bo tylko 
to było wane. 

Naleała do niego. 
Ona tego nie zrozumie, przynajmniej nie teraz. Ale to kwestia czasu. Nie 

będzie mogła iść przez ycie nie zdając sobie sprawy, e tak naprawdę naley 
tylko do niego. 

Westchnął. Spojrzał na jej ciemną głowę, pocałował ją w czoło i zamknął 

oczy, oddając bieg wydarzeń w ręce losu. 

background image

 
 

Następnego ranka Helena nie była z siebie szczególnie dumna. Obudziła się 

sama, ale prześcieradła zdradzały wyraźnie, co zaszło tej nocy. W pościeli wcią 
czuć było jego obecność, ale bez niego przenika! ją ziąb. 

Ściskając poduszkę, rozejrzała się po pokoju. Có  zrobiła najlepszego, 

sprzymierzając się z tak wpływowym męczyzną, i to w tak intymny sposób. 
To, co się stało, to czyste szaleństwo. Ale nawet teraz nie była w stanie udawać, 
e ałuje. 

Nie ałowała, e do tego doszło. 
ałowała  tylko, e  nie moe  mu wszystkiego powiedzieć, e  nie moe 

czerpać z jego siły, jego mocy. Jaką ulgą byłoby zwrócić się do niego o pomoc 
po wczorajszej nocy, licząc na jego zrozumienie. Ale nie mogła, nie potrafiła. 
Spojrzenie zatrzymało się na listach leących na toaletce. 

Fabien zadbał o to, by ona i Sebastian znaleźli się po przeciwnych stronach 

barykady. 

Zanim zdąyła się pogrąyć w rozpaczy i lękach, zadzwoniła po słuącą. 

 
 

Kiedy Helena pojawiła się w pokoju śniadaniowym, Sebastian właśnie pił 

kawę, przeglądając gazetę. 

Podniósł wzrok. Na moment ich oczy się spotkały. Odwróciła wzrok, 

wymieniła uśmiechy i powitania z Clarą i ruszyła w stronę bocznego stolika. 
Nie przestawał się w nią wpatrywać; w jedwabnej sukni wyglądała niezwykle 
apetycznie, przywodząc mu na myśl wspomnienia zeszłej nocy. Namiętność i 
spełnienie tak silne, e niemal niemoliwe. Pytania, na które wcią nie znał 
odpowiedzi. 

Helena odwróciła się, a on wcią patrzył, czekał. 

background image

Zbliyła się do stołu z talerzem w ręku. Zamieniła parę słów z Marjorie i 

Clarą, a potem usiadła po jego prawej stronie. 

No dobrze. 
Poczekał, a się rozsiądzie i poprawi spódnice. Nabrał głęboko powietrza. 
Podniosła wzrok. Zobaczył cień w zielonych oczach, a on ju miał ją wziąć za 

rękę, kiedy opuściła głowę. 
−  Zastanawiałam się... - Bawiła się widelcem. -Moe  pojechalibyśmy na 

wycieczkę, tak jak wczoraj. - Spojrzała w stronę okna. - Wcią ładna pogoda, 
ale nie wiadomo, jak długo się to utrzyma. 

W jej głosie była zaduma, która przypomniała mu, jak beztroska i swobodna, 

wolna od ciąącej  na sercu troski, była podczas przejadki  poprzedniego 
poranka, kiedy galopowali przez pola i lasy. Podniosła wzrok, unosząc lekko 
brwi. 

Ich oczy się spotkały. 
Powstrzymując zniecierpliwienie, pochylił  głowę. -  Jak sobie yczysz. 

Moemy pojechać na północ; to piękna trasa. 

Uśmiechnęła się przelotnie. - Co za... doskonały pomysł. 

 
 
 

Sebastian nie miał pojęcia, dlaczego nie powiedziała po prostu: „Co za ulga". 

Rzeczywiście tak było. Wspólna przejadka  przepędziła troski, na chwilę 
oderwała ją od czarnych myśli. Nie mógł się zdobyć, by w takiej chwili burzyć 
jej spokój, wypytując o szczegóły. 

Kiedy trzy godziny później wracali do domu, nie był ani trochę mądrzejszy. 

Mówił sobie, e powie mu w swoim czasie, e zaufanie trzeba zdobyć, nie 
wymusić. 

Ale wcią nie zadał jej pytania, dla którego tu przyjechała. Nie było sensu 

dłuej zwlekać, lepiej, eby w tej kwestii wszystko było jasne. 

background image

Moe to pomoe znaleźć odpowiedź na pierwsze pytanie. Moe w końcu mu 
zaufa i zdradzi swoją tajemnicę? 

Wstali od stołu z obiadem. Wziął ją za rękę i poprosił na stronę. - Chciałbym, 

abyś mi poświęciła parę minut, mignonne. Jest kilka spraw, które musimy 
omówić. 

Studiowała jego twarz, ale nie był w stanie odczytać wyrazu jej oczu. 

Spojrzała w stronę okna; zbierało się na deszcz. Có,  adnej  moliwości 
ucieczki. Marjorie i Clara minęły ich, udając, e nic nie widzą. Louis i Thierry 
ju wcześniej opuścili pokój, udając się do sali bilardowej. Nabrała powietrza, 
uzbrajając się do walki i skinęła głową. - Jeśli chcesz. 

Chciał... wielu rzeczy, ale teraz tylko wziął ją za rękę i poprowadził do 

gabinetu. 

Helena usiłowała ukryć napięcie, drenie rąk. Nie bała się Sebastiana, ale 

tego, co moe mu powiedzieć, co moe zrobić. Bała się, e się zdradzi. Lokaj 
otworzył drzwi, a Sebastian zaprosił ją do pomieszczenia, które wyglądało na 
gabinet. 

Na potęnym  biurku piętrzyły się dokumenty, regały zastawione były 

księgami rachunkowymi i pudłami na papiery. Mimo to pokój sprawiał wraenie 
niezwykle ciepłego, wręcz przytulnego. Wielkie okna wychodziły na ogród, a 
poniewa zapalono ju latarnie, złociste światło wlewało się do środka, padając 
miękko na wypolerowany parkiet, aksamitne draperie i skórzany fotel. 

Podeszła do kominka, w którym płonął jasny ogień. Po drodze rozglądała się 

za gablotą, kufrem na kosztowności - innymi słowy, czymś, co mogło skrywać 
sztylet. Musiała spojrzeć, choć pękało jej serce. Tak odpłaca Sebastianowi za 
jego zaufanie. 

Wyciągnęła ręce w stronę ognia i wyprostowała się. Sebastian znalazł się tu 

obok. 

Wziął ją za ręce. Spojrzał na jej twarz, w jej oczy. Nie mogła nic wyczytać w 

błękitnej toni, ale była pewna, e jej własne oczy mówią niewiele więcej. 

background image

Uśmiechnął się krzywo, przyjmując do wiadomości, e 

oboje są dobrze 

uzbrojeni. 
−  Mignonne, po wydarzeniach zeszłej nocy musimy powiedzieć sobie jasno, e 

poczyniliśmy pierwsze kroki na naszej wspólnej drodze. Jeśli chodzi o 
decyzję, to kade z nas ją podjęło. Mimo to między takimi ludźmi jak my 
musi paść wyraźna odpowiedź, tak lub nie, na proste, jasne pytanie. 

Zawahał się, szukając jej oczu. Nie odwróciła wzroku, nie unikała spojrzenia; 

była zbyt zajęta szukaniem odpowiedzi w swojej duszy, w swoim sercu. Nie 
była do końca pewna, dokąd Sebastian zmierza. Zastanawiała się, gdzie miała 
źródło niepewność, którą podświadomie wyczuwała. 

Zmarszczył czoło. Opuścił wzrok, jednocześnie podnosząc jej dłonie do 

pocałunku. 
−  Niech tak będzie - powiedział niskim głosem, który kojarzył jej się teraz z 

chwilami sam na sam. -Nie będę cię naciskał. Zadam moje proste pytanie, 
kiedy ty będziesz gotowa dać mi prostą odpowiedź. - Ich oczy znów się 
spotkały. - Do tego czasu... wiedz, e jestem tutaj. Czekam na ciebie - usta 
zadrały - ale nie mogę powiedzieć, 6 cierpliwie. Ale dla ciebie, mignonne, 
gotów jestem czekać. 

Ostatnie słowa zabrzmiały jak przysięga. Musiał dostrzec zaskoczenie w jej 

twarzy, w jej oczach. Potrząsnął głową, ganiąc się w duchu, e nie potrafi być 
bardziej stanowczy. 

Doceniała jego wysiłek. Bardziej ni inni rozumiała, e jego podstawowym 

instynktem jest zmuszenie jej do uległości, do zadeklarowania, e jest jego i 
tylko jego. 

Spodziewała się, e będzie chciał formalnego oświadczenia, przygotowała się 

na tę ewentualność. Zamierzała odsunąć tę chwilę jak najdalej. Jeśli ulegnie i 
pozwoli mu się cieszyć - być moe publicznie - ze swej zgody, po jej ucieczce 
straty będą większe. 

background image

Przyszła tutaj z zamiarem oszczędzenia mu późniejszego bólu, nawet kosztem 

własnych uczuć. 1 tak musi ratować Ariele. - Ja... - Co mogła powiedzieć w 
obliczu takiego współczucia? Nie miał pojęcia o jej problemach, a mimo to 
prawidłowo odczytał jej nastrój i postanowił nie zaogniać sytuacji. Mimo e nie 
rozumiał. 
−  Dziękuję. - Westchnęła cicho. Spojrzała mu prosto w oczy, pozwalając, by 

zobaczył ulgę i wdzięczność. Splotła dłonie na wysokości piersi. -Obiecuję, 
e dam ci znać, kiedy będę gotowa odpowiedzieć na twoje pytanie. 

Nigdy się to nie stanie, ale nic na to nie mogła poradzić. 
Spojrzał na nią pytająco, ale zielone oczy nie zdradzały smutku, który teraz 

przepełniał serce. To dla dobra Ariele, zapewniła samą siebie. Byli teraz wro-
gami. 

Jego rysy wyostrzyły się jeszcze, twarz przypominała kamienną maskę. - 

Będę czekał. 

Przyglądał jej  się przez chwilę, a potem powiedział spokojnie, niemal 

chłodno: - Clara jest ju pewnie w bawialni. Najlepiej będzie, jak do niej 
dołączysz. 

Ostrzeenie nie mogło być bardziej wyraźne. Patrzyła na niego przez chwilę, 

a potem skinęła głową. - W takim razie zostawiam cię tutaj. 

Obróciła się z gracją, ostatni raz rozglądając się po pokoju. Przy ścianach 

stały cztery skrzynie, wszystkie zamknięte, bez kluczy w zamkach. 

Podeszła do drzwi, otworzyła je i wyszła. Znalazła się na zewnątrz, gubiąc 

ciepłe spojrzenie Sebastiana. 

Będzie musiała przeszukać jego gabinet. 
Kiedyś. 

 
 
 
 

background image

Rozdzial 10 

 
 
 

Właściwa pora nigdy nie nadeszła. Prawdę mówiąc, w ciągu następnych kilku 

dni Helena niewiele zrobiła, by dopiąć celu wyznaczonego przez Fabiena. Była 
zbyt skoncentrowana na Sebastianie, na rozmyślaniach o tym, co straci, kiedy 
nadejdzie czas, by ukraść sztylet i uciekać. 

Wiedziała, ile dni jej pozostało, nawet ile godzin. Zamierzała wykorzystać w 

pełni kadą z nich. 

W ładne poranki wyruszali na przejadki. Sebastian traktował to jak coś 

oczywistego, chyba e padał deszcz. Była zbyt wdzięczna za te chwile spokoju, 
by skaryć się na fakt, e nie pytał, czy ma ochotę mu towarzyszyć. Uwaał 
chyba, e to rozumie się samo przez się. 

A jednak, mimo e nie podobało jej się, kiedy ktoś traktuje ją jak swoją 

własność, czuła się rozczarowana, kiedy nie pojawił się w jej sypialni następnej 
nocy. I następnej. 

Kolejnego poranka, kiedy wracali ze stajni, jak zwykle, bocznymi drzwiami, 

Helena zwolniła kroku i zatrzymała się. 

Przystanął, uniósł pytająco brew. 

−  Ja.....Ty... - Podniosła brodę. - Nie przyszedłeś ju do mnie. 

Czy jedna noc wystarczyła? Niepokojąca myśl, tak samo niepokojąca jak 

podejrzenie, e być moe to doświadczenie nie było dla niego tak samo satys-
fakcjonujące jak dla niej. 

Nie była w stanie nic wyczytać z jego twarzy. Po chwili odparł: - Nie dlatego, 

e nie chcę. 
−  To dlaczego? 

Najwyraźniej waył słowa. Dostrzegł jej ton, zdumienie, którego przed nim 

nie kryła, a potem westchnął. - Mignonne, jestem bardziej doświadczony w 

background image

takich sprawach. Doświadczenie mówi mi, e im częściej będziemy razem, tym 
bardziej będę cię pragnął. 

Skrzyowała ręce na piersi i spojrzała mu prosto w oczy. - To źle? 
Utrzymał jej wzrok. - Odbierze ci to moliwość wyboru, czy chcesz zostać 

moją księną, czy nie. -Przybrał nieco szorstki ton. - Kiedy będziesz nosić moje 
dziecko, nie będzie ju pytania ani decyzji, którą ty powinnaś podjąć. Będziesz 
musiała zostać moją oną. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. 

Owszem, wiedziała o tym i przyjmowała ten fakt do wiadomości. Ale... 

Przechyliła głowę, przyglądając się wyrazowi jego twarzy. - Jesteś pewien, e 
nie robisz tego, bym się stała niecierpliwa i jak najszybciej odpowiedziała na 
twoje pytanie? 

Zaśmiał się. Zabrzmiało cynicznie, niewesoło. -Mignonne, gdybym chciał 

wywierać na ciebie presję, uwierz mi, tej drogi bym nie wybrał. - Ich oczy się 
spotkały. - Niecierpliwość, którą ty odczuwasz, jest niczym w porównaniu do 
udręki, którą ja przeywam. 

Zobaczyła to w jego oczach, tylko przez moment, zanim znów się uzbroił, 

zamykając przed nią wgląd w swoje myśli. Zmarszczyła czoło. - Nie podoba mi 
się myśl, e dręczysz się z mojego powodu. Musi być jakiś sposób... 

Dotknął palcami jej twarzy i przechylił ją w swoją stronę. Utkwił w niej 

wzrok. - Zanim podąysz za tą myślą, powinnaś wiedzieć, e gdyby była, z 
pewnością bym o niej wiedział. Mojej udręce moe ulyć tylko jedno. Uprzedzę 
twoje pytanie. Nie powiedziałem ci, jak bardzo cię pragnę, by nie wywierać na 
ciebie dodatkowej presji. - Szukał odpowiedzi w zielonych oczach. - Mignonne, 
chcę, ebyś za mnie wyszła, dlatego e chcesz być moją oną, a nie z jakiegoś 
innego powodu. Nie chcę manipulować twoimi uczuciami, chcę cię te chronić 
przed wpływem innych. 
−  Dlaczego? Skąd ta powściągliwość, skoro twierdzisz, e chcesz, ebym 

została twoją księną? -Zwaywszy jego charakter, wydawało się to co naj-
mniej dziwne. 

background image

Uśmiechnął się cynicznie. - Chcę coś w zamian. -W niebieskich oczach palił 

się ogień. - Prosta odpowiedź, której mi kiedyś udzielisz, ma być w całości 
twoja. Nie chcę, eby to była konsekwencja racjonalnego, logicznego wyboru, 
który podejmiesz po rozwaeniu wszystkich za i przeciw. - Przerwał, a po chwili 
ciągnął dalej: - Zajrzyj głęboko w swoje serce, mignonne. Odpowiedź, której 
szukam, musi się tam znajdować. 

Ostatnie słowa rozległy się echem w  jej  głowie. Wokół było cicho i 

spokojnie. Spojrzenia zatrzymały się na sobie jeszcze przez chwilę, potem 
kontakt się urwał. 
−  Właśnie tego chcę. - Powiedział to tu przy jej ustach. - Chcę, ebyś 

powiedziała prawdę, była szczera ze sobą i ze mną. 

Pocałował ją, choć wiedział, e to nierozwane. Drogo zapłaci za chęć 

pocieszenia jej, zapewnienia, e nadal jej pragnie. Była zbyt niewinna, by to 
rozumieć. Karą będzie wysiłek, by ją pocałować, a potem pozwolić jej odejść. 
Oddała mu pocałunek bez wahania. Wziął jej usta, porwał zmysły. 

Trzymał ją w ramionach - miękką, ciepłą istotę. Pocałunek niósł ze sobą 

obietnicę, widoczną równie w jej gestach i zmysłowym napięciu pleców. Mu-
siał się powstrzymywać, by nie wziąć więcej, by nie skorzystać z okazji, e 
przyjechali o pół godziny za wcześnie i nikt się ich nie spodziewa. Salonik przy 
bocznych drzwiach był niezwykle odosobnionym miejscem, poza tym gdyby 
tylko chciał, byłaby jego tu i teraz. 

Co za udręka! Poądanie nie naleało do demonów, które dotąd często 

poskramiał. W jej wypadku nie było nawet o tym mowy; mógł jedynie pogodzić 
się z faktem, e bestia tymczasowo znajduje się w klatce. I to tylko dlatego, e 
przekonał ją, i Helena kiedyś będzie naleała tylko do niego. 

Będzie jego i niczyja więcej. 
A po głębię zmysłowej duszy. 
Był koneserem, potrafił rozpoznać ideał kobiety, gdy napotkał go na swej 

drodze. Rozumiał konsekwencje swoich pragnień. 

background image

Chciał jej całej, jej namiętności, poświęcenia. Jej miłości. 
Wszystkiego. 
Wiedział jednak, e to, czego pragnie nie moe być wymuszone, zabrane siłą. 
Musi zostać dane. 
Oderwał usta, odsunął głowę. Czekając, a  uspokoi się dudniące serce, 

przyglądał się jej uwanie, obserwując, jak wracają jej zmysły i zdolność logicz-
nego myślenia. 

Jej powieki zadrgały, potem się podniosły. Patrzyła na niego kryształowo 

czystymi oczyma, w których widać było zdziwienie i niepewność. Potem za-
mrugała i opuściła wzrok. 

Wcią trzymał rękę na jej brodzie; uniósł jej twarz do góry, by znów spojrzeć 

jej w oczy. 

W zielonych oczach pojawił się cień. Patrzyła na niego spokojnie, ale ze 

smutkiem. Uśmiechnęła się łagodnie, oswobodziła podbródek z jego palców i 
pocałowała je lekko. 
−  Chodźmy -  uwolniła  się z  jego objęć. -  Powinniśmy dołączyć do 

towarzystwa. 

Puścił ją. Ruszyła do drzwi, a on się powstrzymał, by jej nie zapytać, jakie ma 

zmartwienie. Po chwili wahania podąył jednak za nią. 

Chciał, by mu zaufała. Nie moe jej zmuszać do wyznań. Wiele ju sobie 

powiedzieli, a mimo to ani on, ani ona nie mogli być siebie pewni. 
 
 
 

Pod wieloma względami wizyta Heleny przebiegała lepiej, ni mógł się 

spodziewać. Thierry i Louis okazali się namiętnymi strzelcami, a poniewa 
zwierzyny w lasach było mnóstwo, bawili się doskonale i rzadko zawracali mu 
głowę. Między Marjorie a Clarą nawiązała się nić przyjaźni; spędzały mnóstwo 
czasu razem, pozostawiając jemu obowiązek i przyjemność zabawiania Heleny. 

background image

Zapowiadało się doskonale. Niestety jeden element tej układanki wcią nie 

pasował, a była nim sama Helena. Wcią nie miał pojęcia, czy go przyjmie i 
doprawdy nie mógł pojąć dlaczego. 

Ale z pewnością miało to coś wspólnego z tymi przeklętymi listami. 

−  Spędzasz tu większość swoich dni? 

Podniósł wzrok znad strony, którą właśnie czytał. Helena zawędrowała do 

jego gabinetu; opuściła Marjorie i Clarę, by mu trochę poprzeszkadzać. 
−  Owszem. Jest tu wystarczająco duo miejsca i wystarczająco wygodnie. No i 

mam pod ręką wszystko, czego potrzebuję. 

−  Doprawdy? - Spojrzała na grubą księgę, którą trzymał w ręku. 

Poddał się, odłoył rachunki na bok. Nic wanego. Nic, w porównaniu z 

Heleną. 

Uśmiechnęła się i podeszła do biurka, nachylając się nad blatem. Sebastian 

rozsiadł się wygodnie w fotelu. 
−  Pytałeś mnie, co robiłam w klasztorze te kilka lat temu, a nie powiedziałeś 

mi, skąd ty się tam znalazłeś. 

−  Spadłem z muru. 
−  Po tym, jak opuściłeś pokój Collette Marchand. 
−  No tak. Droga Collette. - Uśmiechnął się. Uniosła pytająco brew. - I co dalej? 
−  To był zakład, mignonne. 
−  Zakład? 
−  Musisz pamiętać, e  w czasach, kiedy przebywałem w Paryu,  byłem 

młodszy i bardziej szalony. 

−  Zgoda, ale có to musiał być za zakład, skoro ośmieliłeś się wtargnąć do 

klasztoru? 

−  Musiałem zdobyć kolczyk, który naleał do panny Marchand. Miałem na to 

czas do końca tygodnia. 

background image

−  Ale ona miała opuścić klasztor dwa dni później. Ostatecznie wyjechała 

następnego dnia po twojej wizycie. 

−  Owszem, to była dodatkowa trudność. 
−  Wygrałeś? 
−  Oczywiście. 
−  I co ci to dało? 

Uśmiechnął się. - Triumf, i to doskonały, bo nad francuskim arystokratą. 
Fuknęła lekcewaąco, ale jej spojrzenie wydawało się dziwnie odlegle. - Ile 

lat spędziłeś w Paryu? 
−  Osiem, dziewięć.... Ty byłaś wtedy dzieckiem. 

Hm... Nic nie powiedziała, ale z pewnością miała jakieś wątpliwości. Był tego 

pewien. Widział, jak nad jej czołem wzbierają ciemne chmury. 

Czyby te listy miały coś wspólnego z jego przygodami we Francji? Nie 

przypominał sobie, by kiedykolwiek skrzyował szpady z którymś z Daurentów. 

Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, patrzył, jak zmaga się z demonem. 

Przyzwyczaiła się do jego obecności, i kiedy nie koncentrowała na nim całej 
uwagi, zrzucała maskę. Wyciągnął rękę w jej stronę. -Mignonne... 

Zamarła; zupełnie zapomniała o jego obecności. Przez sekundę na jej twarzy 

widać było przeraenie, strach, a przede wszystkim głęboki smutek. Zanim 
zdąył zareagować, maska pojawiła się ponownie, a Helena uśmiechnęła się 
łagodnie. 

Zacisnął palce na jej dłoni, spodziewając się, e zaraz będzie próbowała 

uciec. 

Bez chwili zastanowienia przebiła jego kartę. Zbliyła się i usiadła mu na 

kolanach. - Eh, bien.. Skoro skończyłeś pracę... 

Jego ciało zareagowało natychmiast na słodki, miękki cięar, który tak ufnie i 

spokojnie rozsiadł się na jego kolanach, uwalniając demony ądzy. Sebastian 
starał się opanować, ale ona podniosła rękę i przyciągnęła jego głowę. 

Pocałowała go w usta. 

background image

W tym pocałunku była namiętność, tęsknota. Tęsknota nie była udawana; 

wiedział o tym, bo sam ją odczuwał. 

Dał jej słowo, e nie będzie nią manipulował, a teraz kiedy wciągnęła go 

głębiej do pocałunku, oddając mu całe swe usta, zdał sobie sprawę, e powinien 
wymóc na niej podobną obietnicę. 

Objął ją; kilka chwil później jego dłoń zamknęła się na jej piersi. 
Mógł ją pocieszyć, uspokoić, sprawić, by zapomniała o swoich problemach. 

Ale był pewien tego, co zobaczył i nieprędko o tym zapomni. 
 
 
 

Gorzko-słodkie. Takie dla Heleny były następne dni. Gorzkie, kiedy myślała 

o Fabienie i Ariele. O sztylecie, który będzie musiała ukraść, i o zdradzie, której 
się dopuści. Słodkie w chwilach spędzonych z Sebastianem, w jego ramionach, 
kiedy czuła się bezpieczna, wolna. 

Gdy tylko opuszczała jego objęcia, czarna rzeczywistość dopadała ją jak 

chmura gradowa. Ukrywanie strapionego serca kosztowało coraz więcej wy-
siłku. 

Sebastian zaprosił ich na tydzień, ale ten ju minął, a nikt nie mówił o 

wyjeździe. Zima zmroziła pola i drogi, ale w przytulnych pokojach Somersham 
wesoło buzował ogień, a rozrywek było a nadto. 

Na zewnątrz dogasał stary rok, wewnątrz wszystko zdawało się budzić do 

ycia. Choć Helena nie była bezpośrednio zaangaowana w przygotowania do 
świąt i związanego z nimi rodzinnego spotkania, nie mogła nie zauwayć 
rosnącego podniecenia. 

Clara rzadko przestawała się uśmiechać, chętnie dzieląc się lokalnymi 

zwyczajami, opowieściami o tym, skąd pochodzą gałązki ostrokrzewu i jedlina 
zdobiąca wszystkie pokoje, a wreszcie tym, z jakich składników robiony jest 
boonarodzeniowy poncz. 

background image

Coraz częściej Helena czuła się zmuszona okazywać radość, chocia w jej 

sercu gościł coraz większy al. 

Ku  jej  zdziwieniu po niezręcznej chwili  w  gabinecie, kiedy to omal 

wszystkiego nie wypaplała, przejęta odkryciem, e sztylet był przedmiotem 
zakładu, Sebastian coraz częściej zabawiał ją opowieściami o swoich przodkach, 
rodzinie, dzieciństwie i yciu osobistym. 

Opowieściami, których z pewnością nie słyszał nikt inny. 
Na przykład o tym, e jako dziecko wspiął się na ogromny dąb przy stajniach 

i nie mógł zejść. Musiał skakać, był przeraony. Albo jak uwielbiał swojego 
pierwszego kucyka i jak rozpaczał, kiedy ten zakończył ywot. 

Wielu rzeczy oczywiście nie powiedział wprost, na przykład tej ostatniej. 

Zmienił tylko szybko temat. Pamiętając o przysiędze, e nie będzie nią ma-
nipulować, mówił niechętnie, ale widać było, e nie moe się powstrzymać. 
Mówił zarówno o rzeczach, które przysparzały mu chwały, jak równie o tych, z 
których nie był szczególnie dumny, składając swoją przeszłość do jej stóp i 
licząc na to, e go łaskawie osądzi.  

A ona była wyrozumiała. 
Dni upływały spokojnie, a Helena była nim coraz bardziej oczarowana. Coraz 
bardziej zdawała sobie sprawę, ile straci, odrzucając to, co jej oferował. 
Wiedziała jednak, e nie moe przyjąć jego oferty.  
Marzyła, by mu powiedzieć o planach Fabiena, ale rodzinne opowieści nie 

przysłoniły jej pełnego obrazu Sebastiana. Był sobą; czasem bezwzględny, 
twardy, ambitny. Zapewne on i Fabien byli kiedyś rywalami. Jeśli wyjawi mu 
prawdę i pokae listy on pomyśli, e od samego początku była marionetką w 
rękach Fabiena, tylko teraz zmieniła zdanie, bo zwietrzyła większe korzyści. 

Powiedział wystarczająco jasno, jakiego zaangaowania oczekuje i podkreślił, 

e nie chce ony, która będzie z nim dla materialnych korzyści. Po zaufaniu, 
które jej okazał, nie mogła teraz powiedzieć „tak", a potem pokazać listy i prosić 
o pomoc. Nigdy nie będzie jej ufał. 

background image

A jeśli nie zechce jej pomóc? Ona poprosi go o pomoc, a on powie „nie"? Kto 

wie, moe jego znajomość z Fabienem była na tyle nieprzyjemna, e odrzuci ją 
całkowicie? 

Nigdy wtedy nie odzyska sztyletu, a Ariele... 
Nie, nie moe mu powiedzieć. To zbyt due ryzyko. 

 
 
 
−  Villard mówi, e nie trzyma sztyletu w sypialni. 

Helena wyglądała z okna biblioteki, patrząc, jak brązowe cienie kładą się na 

pokrytej szronem murawie. Siedziała tu sama. Sebastian musiał załatwić jakąś 
pilną sprawę. 

Louis zacisnął rękę na jej ramieniu i potrząsnął nią. - Mówię ci, musisz się 

śpieszyć. - Nie odpowiedziała, więc przysunął blisko twarz. - Słyszysz mnie? 

Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. -Puść mnie. 
Powiedziała to spokojnie, cicho, bez emocji. W jej tonie było echo wielu 

wieków wydawania rozkazów. 

Louis przestąpił z nogi na nogę, ale posłuchał. -Mamy mało czasu. - Rozejrzał 

się wokół, sprawdzając, czy nadal są sami. - Jesteśmy tu ju ponad tydzień. 
Słyszałem, e pierwsi goście mają się tu pojawić za kilka dni. Kto wie, moe St. 
Ives straci cierpliwość i kae nam wyjechać. 
−  Nie zrobi tego. 

Louis prychnął. - Tak mówisz. Ale kiedy zjawi się tu jego rodzina... - Spojrzał 

na Helenę. Mówi się o weselu, ale mnie się to nie podoba. To kuszenie losu. 
Musisz zdobyć sztylet i to szybko. Dzisiaj w nocy. 
−  Mówiłam ci. Musi być w jego gabinecie. - Helena odwróciła głowę i 

spojrzała na niego chłodno. - Dlaczego ty go nie wykradniesz? 

−  Zrobiłbym to, ale wuj twierdzi, e musisz to zrobić ty, a ja - wzruszył 

ramionami - rozumiem teraz jego punkt widzenia. 

background image

−  Co takiego? 
−  Jeśli ty ukradniesz sztylet, St. Ives nie będzie nagłaśniał tej sprawy. Nie 

będzie chciał, by wszyscy dowiedzieli się, e ośmieszyła go kobieta. 

−  Rozumiem. - Helena odwróciła" głowę w stronę okna. - A więc to muszę być 

ja. 

−  Oui, i to szybko. 

Helena poczuła, e pętla na jej szyi zaciska się coraz mocniej. Westchnęła. - 

Poszukam dzisiaj. 

 
 
Poczekała, a zegary wybiją północ. Nie była pewna, czy Sebastian skończył 

pracę i opuścił gabinet, ale ze schodów zobaczyłaby światło sączące się przez 
szparę pod drzwiami. Szła szybko i zdecydowanie; nie była na tyle głupia, by 
kryć się po kątach. Trzymała się chodnika, który wyciszał kroki. 

Korytarz prowadził do długiej galerii. Dotarła do końca i skręciła w prawo... 
I wpadła na ścianę twardych jak stal mięśni. 

− 

Zabrakło jej tchu. Sebastian złapał ją, zanim straciła równowagę. 

−  Có u... - Mimo słabego światła księyca wpadającego przez nieosłonięte 

okna zauwayła, e jest ubrany w jedwabny szlafrok i pewnie niewiele wię-
cej. Przyciągnął ją do siebie; ona objęła go ramionami. Podniosła głowę i 
napotkała jego spojrzenie. 

Uniósł brew. - Mignonne. 
Dokąd idziesz? Nie wypowiedział tych słów, ale to pytanie było wyryte na 

jego twarzy. 

Nabrała tchu. - Co tu robisz? 
Przyglądał się jej uwanie. - Szedłem do ciebie. A ty? 
W bladym świetle księyca granitowe rysy twarzy zdradzały wyraźnie, e w 

jednej kwestii stracił cierpliwość. Namiętność przypomniała o sobie; nie potrafił 

background image

ju nad nią panować. Pod dotykiem jej palców ciało mówiło tę samą historię; 
szerokie, potęne mięśnie były spięte od zbyt długiego oczekiwania. 
−  Ja... - Szłam do ciebie? To byłoby kłamstwo. Zwilyła usta. - Ja te chciałam 

cię zobaczyć. 

Ledwie wypowiedziała te słowa, zamknął jej usta pocałunkiem. Był namiętny 

i gorący, ostrzegał przed tym, co ją jeszcze czeka. 

Owinęła ręce wokół jego szyi i oddala mu pocałunek z takim samym arem. 
Niech diabli biorą Fabiena! Najwyej będzie jedna noc opóźnienia. 
Zrobi wszystko dla tej jednej, ostatniej nocy z Sebastianem. 
Chciała go zobaczyć. To była ostatnia szansa, by mu pokazać, jak wiele dla 

niej znaczy, nawet jeśli nie jest w stanie mu tego powiedzieć. 

Sebastian przerwał pocałunek, który  wyrwał  się nieco spod kontroli. 

Kontrola, śmieszne słowo. Sądził wcześniej, e lata doświadczenia nauczyły go 
trzymać poądanie na wodzy, ale teraz czuł się bezbronny. 

Dwie minuty później pozbawiła go resztek samokontroli. I to celowo. 
Przysunęła się bliej, przyciskając swoje słodkie krągłości do jego ciała, a 

miękkie usta do jego ust. Dotyk jej palców na policzku, wznoszące się i opa-
dające piersi były niczym wołanie syreny - stare jak świat, i tak samo kuszące. 

Jej oczy błyszczały. 
Niech będzie. 

−  Twój pokój. - W jego głosie paliła się ądza. -Chodźmy. 

Wypuścił ją z objęć, wziął za rękę i ruszył w stronę galerii. Nie odwaył się 

na bardziej intymny kontakt, musieli się śpieszyć, skoro mieli dotrzeć do sy-
pialni. Szła za nim bez najmniejszego protestu, tak samo skoncentrowana na 
wspólnym celu. 

Dotarli do drzwi; otworzył je na oście. Weszła do środka, a on zaraz za nią. 

Zamknął za sobą drzwi, nie spuszczając z niej wzroku. Trzasnęły lekko, a w tej 
samej sekundzie ona odwróciła się do niego z twarzą rozjaśnioną uśmiechem 
madonny. 

background image

Wyciągnęła ramiona. - Kochaj mnie. 
Na toaletce paliła się lampa. Nawet w tak słabym świetle nie mógł nie 

zauwayć ognia w jej oczach, w jej twarzy. Podszedł bliej bez najmniejszego 
wahania. Chciał zobaczyć z bliska wszystko, co chciała mu pokazać. Wziął ją za 
ręce, podniósł je do swoich ramion, a potem objął wpół i przyciągnął do siebie. 

Pochylił głowę. - Mignonne, musisz mi powiedzieć, jeśli zrobię ci krzywdę. 
Jej palce wślizgnęły się w jego włosy. - Nie zrobisz tego. 
Ich usta spotkały się, stopiły w jedność, a wszelkie pozory opanowania poszły 

w kąt. Przytuliła się bliej, oddała mu swoje usta, pozwalając, by czerpał z nich 
do woli, by porwał ją w wir rozkoszy i zmysłowej energii. 

Do świata, którym rządzi namiętność, a triumfuje poądanie. 
Był spragniony; ona z radością dawała mu pić. Zachęcała, by czerpał z niej do 

woli. Chciał ją mieć, i to tak, by na zawsze przepędzić wątpliwości, a ona nie 
tylko się na to godziła, ale była pokusą, wyzwaniem, zachętą. 

Kręciło mu się w głowie, kiedy nagle poczuł, e szlafrok ześlizguje się z jego 

ramion. Przerwał pocałunek; poądanie paliło się ogniem tu 

pod skórą. 

Połoyła ręce na jego piersi, jakby to wyczuwała. Oddychał cięko i patrzył na 
jej twarz, widząc zdumienie, kiedy zorientowała się, jaką ma nad nim władzę i 
jakie są jej konsekwencje. 

Uśmiechnęła się. Opuściła wzrok. Jedna ręka ześlizgnęła się z piersi i wolno 

powędrowała w stronę podbrzusza. Zacisnął zęby; lekki jak muśnięcie piórkiem 
dotyk doprowadzał go do szaleństwa. Stłumił jęk, a ona pieściła go, zamykając 
w dłoni. 

Zobaczył, e uśmiecha się szerzej. 
Jeszcze chwila i umrę, pomyślał, kiedy jej palce dotarły do pulsującego źródła 

rozkoszy. 

Wyciągnął ręce w jej stronę i nagle zdał sobie sprawę, e jest ciągle w pełni 

ubrana. To się musi zmienić; wiedział, e nie będzie usatysfakcjonowany, 
dopóki nie będzie miał jej nagiej. Zrobił krok w stronę łóka; poszła za nim, 

background image

jedną ręką obejmując go w pasie, a drugą wcią pieszcząc jego męskość. 
Podniosła wzrok, kiedy znaleźli się tu 

obok. Pocałował ją  namiętnie, 

uwalniając swoje demony. Drugą ręką rozsznurowywał jej suknię. 

Zdjęcie gorsetu, spódnic i halek zajęło zaledwie chwilę; z inną kobietą moe 

próbowałby to przeciągnąć, zachować sobie przyjemność na dłuej. Z Heleną 
nie mógł czekać, nie potrafił. 

Została jedynie w cieniutkiej koszulce; to była ostatnia bariera między nimi. 
Zatrzymał się na moment. Stała ju przed nim naga, jeszcze parę chwil i będą 

się kochać. A tymczasem... 

Rozejrzał się wokół, oceniając moliwości  i  nagle zobaczył coś, czego 

potrzebował. Coś, czego oboje pragnęli. 

Spojrzał na nią; znów zamknęła dłoń na jego męskości. Zamknął oczy, 

odchylił w tył głowę i jęknął z rozkoszy. 

Helena potraktowała to jako zachętę do dalszych pieszczot. Ostatnim razem 

nie miała okazji, by poznać jego ciało, teraz zamierzała z niej skorzystać. 
Dotykała, gładziła, przesuwała palce po skórze, czując e z kadym dotykiem 
napięcie w jego ciele rośnie, e robi się coraz twardszy. 

Zdała sobie sprawę, jak wiele mu daje przyjemności. Chciała mu dać jeszcze 

więcej. 
−  Dosyć. - Chwycił ją za nadgarstek, odciągając rękę. - Teraz moja kolej, by 

złoyć ci hołd. 

Ku jej zaskoczeniu odsunął się, odwrócił i zaprowadził ją do okna. Księyc, 

srebrzyście blady, zaglądał do środka, tworząc plamę światła na ciemnym 
dywanie. 

Zatrzymał się w tym miejscu i ustawił ją tak, e promienie oświetlały jej 

ciało. Patrzył na nie, osłonięte jedwabną koszulką, uśmiechając się zmysłowo. 
−  Idealnie. 

Ukląkł przed nią. Z powodu rónicy wzrostu jego głowa znajdowała się na 

wysokości jej piersi. 

background image

Spojrzała na niego i dotknęła jego włosów. Podniósł ręce i zamknął jej piersi 

w dłoniach. Zamknęła oczy, a jej ciało wypręyło się, zachęcając do dalszych 
pieszczot. 

Pieścił ją najpierw delikatnie, ale kiedy jej piersi nabrzmiały i stały się 

twardsze, dotyk stał się bardziej władczy, bardziej zdecydowany. Palce zacisnę-
ły się na brodawkach, a ona wydala z siebie jęk. Okręnymi ruchami pieścił 
twarde kamyczki, a potem podniósł głowę i pocałował ją w usta. 

Zatopiła się w jego ustach, w jego namiętności. Objęła ramionami jego głowę 

i trzymała go mocno. Nie ustawał w pieszczotach, gładząc, dotykając, zaciskając 
palce, a kolana się pod nią ugięły. 

Odrzuciła do tyłu głowę, uwalniając się z pocałunku, i wydała z siebie 

głęboki jęk. 

Zacisnął ręce na jej talii i trzymał ją mocno, całując podbródek, szyję, a 

wreszcie gorące miejsce tu przy obojczyku, gdzie tańczył puls. Ssał, lizał, pie-
ścił jej skórę, a potem jego usta powędrowały w dół. 

Do napiętego wzniesienia piersi. 
Jego usta były jak płomień; paliły mimo warstwy jedwabiu. Jęknęła jeszcze 

raz, złapała go za włosy, zachęcając do dalszych pieszczot. Wiedział co ma 
robić;  gorące wargi  napierały, ocierały  się,  tańczyły. Zanim  zdąyła 
zaprotestować, wziął jej pierś do ust i koncentrując się na napiętym guziczku, 
zaczął lekko ssać. 

Nabrała głęboko powietrza, a po chwili gwałtownie je wypuściła. Napięcie 

było coraz większe, delikatna tortura przeniosła się do drugiego wzniesienia, a 
obie jej piersi paliły z rozkoszy. 

Zaszeleścił jedwab. Helena patrzyła z fascynacją, jak jego due ręce napinają 

koszulkę w okolicach jej talii, a potem śledzą kadą krawędź jej eber, pępka i 
talii, jak gdyby rysowały mapę. Piersi wcią bolały, ale gorąca fala przesuwała 
się niej, szła za dotykiem jego palców. 

background image

Przycisnął usta do jej brzucha, ale po chwili zmienił pozycję. Usiadł na 

podłodze, chwycił ją za biodra. Intymny dotyk - gorący i szorstki, choć osło-
nięty jedwabiem - przyprawiał ją o dreszcze. Palce krąyły po skórze, podnosiły 
koszulkę i pieściły uda, a w końcu znalazły się na krągłych pośladkach. 

Opuścił głowę i zszedł jeszcze niej, między jej nogi. Zamarła, zacisnęła 

dłonie na jego włosach. Na moment odsunął głowę, usiadł wygodnie, rozsu-
wając jej stopy. 

Spojrzała w dół. Zobaczyła jego twarz wpatrzoną w trójkąt ciemnych loków 

na szczycie kolumn ud. Przysunął się bliej  i  dotknął językiem gorącego 
miejsca. Trzymała go mocno, zamknęła oczy, a on przechylił ją lekko i zaczął 
pieścić. 

Wszystko przez warstwę jedwabiu. Materiał potęgował wraenia, tworzył 

dodatkowe tarcie dla delikatnej, wraliwej skóry. Lizał, ssał, pieścił językiem, 
a zrobiła się napięta, wilgotna, mokra. Nie mogła złapać tchu. Otworzyła oczy i 
patrzyła, jak jego głowa porusza się rytmicznie. 

Napięcie wzbierało jak fala przypływu, która nie miała się gdzie zatrzymać. 

Dawał jej przyjemność, a ona ją brała, wiedząc, e jemu ten hołd, jak sam 
powiedział, dostarcza wiele satysfakcji. 

Napierał dalej, głębiej. Podniosła wzrok i zobaczyła cień odbijający się w 

szybie. Po chwili zdała sobie sprawę, e to jej sylwetka, skąpana w poświacie 
księyca i bladym świetle lampy stojącej na toaletce. Postać była niewyraźna, 
jakby zasłonięta jedwabnym całunem, takim samym, który zasłaniał jej ciało. 
Mimo to widziała wystarczająco duo -wygięte w łuk plecy, szczupłe kolumny 
ud, stopy ledwie dotykające podłogi. 

W świetle księyca widziała i jego - potęne mięśnie ramion, szczupłe biodra, 

kontrastujące z jej jasną skórą ciemnobrązowe włosy, które poruszały się w rytm 
pieszczot. 

Nie mogła oderwać wzroku nawet wtedy, gdy przestał i oparł policzek na jej 

udzie. Zabrał rękę i balansował jej ciałem, pomagając jej utrzymać równowagę. 

background image

Straciła dech i spojrzała na niego, a jego ręka znalazła się między udami. On 
równie na nią patrzył, a jego palec otworzył ją przez jedwabny materiał, 
najpierw delikatnie, potem bardziej zdecydowanie. Parł do środka, tylko 
odrobinę, a ona nabrała głęboko powietrza. 

Spojrzała w okno. 
Jego palce rozluźniły się, wygładzając materiał, a dotarły do źródła jej 

rozkoszy, za delikatną zasłoną mokrego jedwabiu. 

Palec znów znalazł się w środku. Sebastian pochylił głowę. 
Usta dotknęły najwraliwszego miejsca. Zaczęły delikatnie ssać. 
W jej yłach popłynęła czysta rozkosz. Porwała ją za sobą jak fala, a potem 

wyniosła ją na sad szczyt. 

Rozsypała się w jego rękach. On nie przestawał, i za chwilę pojawiła się 

następna, jeszcze mocniejsza. 

Usłyszała stłumiony krzyk; po chwili zdała sobie sprawę, e wyszedł z jej ust. 
Kręciło jej się w głowie, fala wycofywała się, krew w yłach 

płynęła 

spokojniej. Sebastian odsunął się, jego palce puściły rozgrzane ciało. Pociągnął 
delikatnie za zmięty materiał, a potem przyciągnął ją do siebie, a jej uda oparły 
się o jego uda. 

Ujął w dłoń jej twarz i pocałował. 
Namiętnie. Dał jej wyraźnie do zrozumienia, e to było dopiero pierwsze 

danie. 

Poądanie wróciło; oddała mu pocałunek, czując własny smak na jego ustach. 

Pocałowała go jeszcze głębiej. 

Wyciągnęła rękę tam, gdzie jego męskość dotykała jej brzucha. Złapał jej 

dłoń, zanim dotarła do celu. 

Westchnęła. - Chcę cię pieścić. 
Spojrzał jej w oczy. - Będziesz. Ale nie tak. 
Niebieskie oczy stały się zupełnie ciemne, a zamiar w nich wypisany 

przyprawiał ją o dreszcze. -A jak? 

background image

Spojrzał na nią uwanie, jakby rozwaając, co jej powiedzieć. W końcu 

zapytał: - Moesz wstać? 

Zamrugała, ale wypełniła polecenie. Zachwiała się, aleją przytrzymał. Wstał, 

wziął ją za rękę i przyciągnął niski podnóek. Ustawił go pod oknem, jakieś pół 
metra od ściany. 

Przyciągnął ją do siebie, a potem odwrócił w swoich ramionach tak, e 

znajdowała się przodem do okna. - Uklęknij na podnóku. 

Posłuchała. Był obity haftowanym aksamitem i wystarczająco długi, eby 

zapewnić jej wygodę i bezpieczeństwo. 

Ukląkł za nią. Jej łydki znalazły się między jego nogami, a jego kolana 

między po obu stronach podnóka. Objął ją w talii. 
−  Dosięgniesz parapetu? 

Owszem, jeśli pochyli się do przodu. Szeroka drewniana listwa znajdowała 

się mniej więcej pół metra nad podłogą. - Tak. Czemu pytasz? - Dodała po 
chwili, zdumiona. 

Zawahał się, a potem szepnął. - Zobaczysz. 
Ramię na jej talii zacisnęło się, przyciągając ją do siebie. Na swoich plecach, 

tu nad pośladkami czuła twardość jego erekcji. Nie miała pojęcia, co zrobić z 
rękoma; po chwili namysłu złapała jego ramię. 

Zmienił pozycję, a ona zorientowała się, jaki będzie jego następny ruch. 

−  Jeśli będziesz się musiała przytrzymać, chwyć za parapet. 

No tak. Nie miała zamiaru się dopytywać, ale jej umysł rozwaał ju wiele 

rozkosznych moliwości. Podniósł jedwab koszulki i dotknął nagim ciałem jej 
skóry. 

Odrzuciła głowę w tył, szepcząc słowa zachęty i przysunęła biodra. 
Zaśmiał się, a potem pochylił głowę i pocałował ją w miejsce, gdzie szyja 

styka się z ramieniem. Wygięła się z rozkoszy, wypychając w przód piersi. 

background image

Zamknął dłoń na jednej z nich, potem na drugiej i pieścił, dopóki brodawki 

nie stwardniały, a ona nie zaczęła cięko dyszeć i jęczeć z rozkoszy. Dłoń ze-
ślizgnęła się niej, dotknęła podbrzusza. Zaczęła błagać go bez słów. 

Pochylił  ją  do  przodu. Stalowe uda dotykały jej 

ud, zarost dranił 

podniecająco, a biodra i klatka piersiowa trzymały ją jak w klatce. Chwyciła go 
kurczowo za ramię, wbijając paznokcie w oczekiwaniu na to, co się zaraz stanie. 
A on przysunął się bliej i wszedł w nią delikatnie, zapadając się powoli w cu-
downą miękkość. 

Nie mógł oddychać. Patrzył z zapartym tchem jak jego członek niknie pod 

kremowymi pośladkami, otwiera i zagłębia się w nią, a jej ciało poddaje się i 
mięknie. Wypuścił powietrze, zamknął oczy, a jedwab jej skóry był jak 
najcudowniejsza pieszczota. Wbiła paznokcie jeszcze głębiej i jęknęła, ale nie z 
bólu. 

Uśmiechnął się w głębi duszy; na zewnątrz nie był w stanie okazać adnych 

emocji, był  zbyt skoncentrowany na przeywanej  właśnie przyjemności. 
Nachylił biodra, wycofał się nieco i pchnął - na razie delikatnie, by jej pokazać, 
co ją czeka. 

Natychmiast się zainteresowała. 
Poruszyła się, dopasowując się do niego. Przytrzymał ją bardziej stanowczo i 

powtórzył ruch. 

I jeszcze raz. Tym razem mocniej 
Po chwili nie była w stanie nawet myśleć; trzymała się kurczowo, przyjmując 

go niecierpliwie. Erotyczne napięcie rosło tak szybko, e po chwili szlochała z 
rozkoszy, oddając się całkowicie w jego władanie. 

A on brał, jak zdobywca, modląc się, by ten akt zapisał się w jej zmysłach tak 

samo jak zapisał się u niego. Zamknął oczy, potęgując doznania - kiedy 
eliminuje się jeden ze zmysłów, inne reagują jeszcze czulej - i czerpał rozkosz z 
jej cudownie gorącego, wilgotnego ciała. 

background image

Przyśpieszył. Nachylił się nad nią i  dotknął jej  piersi. Usłyszał ciche 

westchnienie. Pieścił je przez chwilę, masując okręnymi ruchami, a potem 
skupił się na nabrzmiałych brodawkach. Zaczęła jęczeć z rozkoszy. 

Dotykał palcami krągłości, które teraz uwaał za swoje, podniósł rąbek 

koszulki na wysokość talii i pieścił jej nagie pośladki, muskając zagłębienie 
między nimi. Czuł, jak przeszywa ją dreszcz. Sięgnął z drugiej strony i zaczął 
pieścić loczki na jej podbrzuszu. 

Rozdzielił je palcami i pchnął jeszcze mocniej.  
Poczuł, jak wzbiera w niej napięcie, wszedł w nią jeszcze głębiej, a ona 

zacisnęła się mocniej. Cały czas pieścił ją palcami, nie dotykając napiętego 
wierzchołka, tylko krąąc wokół. Potem objął ją jeszcze czulej, pchnął mocniej i 
delikatnie go odsłonił. Dotknął go koniuszkiem palca. I wznowił swój rytm. 

Wbiła paznokcie w jego skórę, kurczowo trzymając się rzeczywistości, która 

w szalonym pędzie uciekała jej spod nóg. Wytrzymała nie dłuej ni minutę.  

Poczekał, a wróci do siebie, a rozdygotane mięśnie znów zaczną jej słuchać. 

Wziął ją w ramiona i zaniósł do łóka. Odsunął narzutę i połoył ją w miękkiej 
pościeli, na samym środku materaca. Ju miała zaprotestować; bała się, e sobie 
pójdzie, zanim ona zdąy dostarczyć mu takiej samej rozkoszy. Ale on nie miał 
najmniejszego zamiaru jej zostawiać. Zerwał z niej koszulkę, wyprostował się, 
pieszcząc wzrokiem ciało. Jego twarz zdradzała tłumione poądanie. Chwilę 
później znalazł się tu obok, zakrywając ich oboje kołdrą, owijając szczelnie jak 
gorący kokon. 

Potem połoył się na niej, rozchylił jej uda i wszedł w nią jednym, mocnym 

pchnięciem. Ponownie zaczął się szalony taniec. 

Helena odrzuciła wszelkie skrupuły, oplotła wokół niego ramiona i nogi, 

oddając mu całe swoje ciało. Kokon zamienił się w jaskinię, miejsce, w którym 
panowały prymitywne ądze,  poądanie w czystej postaci. Kochał ją jak 
szalony, a ona oddawała mu się w pełni, bez wahania. 

background image

Gorące oddechy, jęki, namiętne westchnienia stały się ich językiem; dwa 

zespolone ciała były jedyną rzeczywistością. On pragnął, ądał i brał, ona 
dawała, otwierała przed nim swoje ciało i serce, oddając mu klucz. Kiedy znów 
porwał ich wir uniesień, zabierając ich z tego świata, otworzyła przed nim swoją 
duszę. 
 
 
 

Rozdział 11 

 
 
 

Skrzypienie podłogi wyrwało Helenę z  głębokiego snu. Zamrugała w 

ciemnościach. Panowała głęboka cisza, daleko jeszcze było do świtu. Zdała so-
bie sprawę, e nie znajduje się w Cameralle, a Ariele nie ma w sąsiednim 
pokoju. 

Uświadomiła sobie, e  ciepło, które przenika jej  ciało, pochodzi od 

Sebastiana, śpiącego twardo u jej boku. 

Podłoga zaskrzypiała ponownie, zbyt głośno, by mógł być to przypadek. 

Sebastian zaciągnął zasłony wokół łóka. Wystawiła głowę, wyślizgując się 
spod ciękiego ramienia i wyjrzała. 

Przez moment sądziła, e to Louis zakradł się do jej sypialni. Ogarnęła ją 

panika, ale kiedy oczy dostosowały się do panujących ciemności, przy drzwiach 
zobaczyła kogoś, kto wyglądał znajomo. Męczyzna trzymał rękę na klamce i 
rozglądał się bacznie. 

Phillipe. Młodszy brat Louisa. To on zabrał Ariele z Cameralle i odwiózł do 

Fabiena. 

background image

Targały nią róne emocje - strach i obawa o siostrę. Phillipe wszedł do 

środka, zamykając za sobą drzwi. Jego wzrok zatrzymał się na zasłoniętym łó-
ku. Zrobił krok w jego kierunku. 

Helena zasłoniła ręką usta, tłumiąc okrzyk przeraenia. Spojrzała na śpiącego 

twardo Sebastiana. 

Była naga. W nogach łóka dostrzegła swój szlafrok, pociągnęła go do siebie 

i zarzuciła na ramiona, modląc się, by Sebastian się nie obudził, a Phillipe nie 
wpadł na pomysł, by odsłonić zasłony. 

Opuściła stopy na podłogę i poprawiła szlafrok, zasłaniając całe ciało. Wstała 

i  cichutko wyszła zza zasłony. Zostawiła za sobą lukę, ale Sebastian nie 
poruszył się. 

Od razu zobaczyła Phillipe'a, dała mu znak ręką, by był cicho. Bała się 

zaciągnąć z powrotem zasłonę; mosięne kółka narobiłyby sporo hałasu. Zasta-
nawiała się przez moment, czy gra jest warta ryzyka, stwierdziła jednak, e nie 
moe ryzykować ycia Ariele. 

Serce biło jak szalone; pokazała mu gestem, eby wrócił do drzwi. Chciała 

rozmawiać z nim jak najdalej od łóka, w jak najciemniejszym kącie. Najlepiej 
byłoby spotkać się w korytarzu, nie ufała mu jednak na tyle, by opuszczać 
pokój. W końcu był jednym z ludzi Fabiena. 
−  Co tu robisz? - szepnęła oskarycielskim tonem.  

Ku jej zdziwieniu Phillipe achnął się. - To nie tak, jak myślisz. 
Mimo e z jego ust te wyszedł szept, zmarszczyła czoło i dała znak, by 

mówił jeszcze ciszej. - Nie wiem, co myślę. Co u Ariele? 

Phillipe zbladł; serce Heleny ścisnęło się z bólu. 

−  Miewa się... dobrze. Na razie. 
−  Co chcesz przez to powiedzieć? - Helena złapała go za ramię i potrząsnęła. - 

Fabien zmienił zdanie? 

Phillipe skrzywił się. - Nic mi o tym nie wiadomo. Nadał zamierza... 

background image

Obrzydzenie i smutek na jego twarzy wyraźnie zdradzały jego zdanie na ten 

temat. 

Helena pytała dalej: - Nadal chce, ebym przywiozła sztylet? 
Zamrugał. - Sztylet? To jest ten przedmiot, który musisz zdobyć? 
Helena zacisnęła zęby. - Tak! Ale na Boga, powiedz mi, coś się zmieniło? 

Chce mieć go wcześniej? 
−  Znów złapała go za ramię. - To dlatego jesteś tutaj? 

Phillipe skupił się, a po chwili zrozumiał jej pytanie i potrząsnął głową. - Nie. 

Ten łajdak wcią mówi o Boym Narodzeniu. 

Helena spojrzała na niego badawczo. - Łajdak, powiadasz? - Odwrócił wzrok, 

więc dodała: - Przecie to twój wuj. 
−  Nie chcę takiej rodziny! - wykrztusił z siebie z furią zmieszaną z odrazą. 

Napotkał jej wzrok; nawet w słabym świetle widziała, e jego oczy a po-
ciemniały z gniewu. -  To potwór! Tyran, który jest w 

stanie wziąć 

dziewczynę i... - Zaczął gwałtownie gestykulować. - Tylko po to, by zmusić 
jej siostrę, by dla niego kradła. 

−  Co do tego, to się zgadzamy - szepnęła Helena. 
−  Ale po co tu przyjechałeś? 
−  Przyjechałem ci pomóc. - Spotkał jej wzrok; w jego głosie słychać było 

desperację. - Muszę uratować Ariele. Nie miałem pojęcia, w jakim celu kazał 
mi jechać po nią do Cameralle. Sądziłem, e martwi się o jej bezpieczeństwo. 
- Zaśmiał się gorzko. - Ale przejrzałem na oczy i wiem, jakie ma plany. 
Wiem, co to za człowiek. 

Phillipe złapał Helenę za rękę. - Jesteś jej jedyną nadzieją. Gdyby istniał jakiś 

inny sposób, by wyrwać ją z jego szponów, na pewno bym z niego skorzystał. 
Naprawdę. Nie mamy innego wyjścia. Prawo jest prawem, ma nad nią całkowitą 
władzę. - Czy ona wie? - przeraziła się Helena. Ulyło jej, kiedy potrząsnął 
głową. - Nie. Nawet nie sądzę, by przyszło jej to do głowy. Jest taka niewinna, 
taka słodka i czysta. 

background image

Gdyby miała jeszcze jakieś wątpliwości co do natury uczuć, jakie Phillipe 

ywił do Ariele, te słowa i wyraz jego twarzy z pewnością by je rozwiały. Fa-
bien tego nie przewidział, có za ironia. - A więc nic się nie zmieniło. Muszę 
wykraść sztylet i dostarczyć go Fabienowi w Wigilię. 
−  Wiedziałem tylko, e dał ci zadanie do wykonania. - Zmarszczył czoło. - Nie 

wierzył, e jesteś w stanie spełnić jego prośbę. 

Skrzywiła się. - Nie wydaje mi się to niemoliwe. 

−  To dlaczego jeszcze tu jesteś? Dlatego tu przyjechałem. Sądziłem, e masz 

jakieś kłopoty. 

−  Jeśli o to chodzi... - Zmarszczyła czoło. Miała kłopoty, ale co z tego. I tak 

musi to zrobić. 

Dla Ariele. - Fabien twierdzi, e sztylet jest gdzieś tutaj, w tym domu. Sądzę, 

e ma rację. Ale ani mnie, ani Louisowi i Villardowi nie udało się go znaleźć - 
szukaliśmy wszędzie poza jednym miejscem. Musi tam być. Miałam iść tam 
wczoraj, ale.... 

Phillipe złapał ją  za rękę. -  Chodźmy tam teraz. Poszukamy, zanim 

ktokolwiek się obudzi, a potem uciekniemy. Mam konia... 
−  Nie.  -  Helena próbowała wyrwać rękę, ale Phillipe 

był  wyjątkowo 

stanowczy. - Nie moemy  wyjedać  bez przygotowania. Ksiąę  nas z 
łatwością dogoni, a wtedy nici z ratowania Ariele. 

Phillipe przyglądał się ze zdumieniem, a potem odparł: - Boisz się tego 

księcia. Nie sądziłem, e tak będzie. - Wyprostował się i spojrzał na nią z góry. - 
Nie ma to zresztą znaczenia. Jestem tutaj. Powiesz mi, gdzie jest ten sztylet, a ja 
go ukradnę i zawiozę Fabienowi. 

Miała ochotę dać mu prztyczka w nos. - Nic nie rozumiesz. - Ugryzła się w 

język, by mu nie mówić, e jest naiwnym chłopaczkiem wtrącającym się w gry 
dorosłych męczyzn. - Nie sądzisz, e gdyby to było takie proste, Louis dawno 
by to zrobił? Fabien oświadczył, e muszę to" być ja. Ja i nikt inny. 
−  Dlaczego? Skoro chce odzyskać sztylet, co za rónica, kto go dostarczy. 

background image

Helena westchnęła. -  Ma  swoje powody. Niektóre znam, innych się 

domyślam. - Myśl, e jednym z tych powodów było ukaranie Sebastiana, leała 
jej cięko na sercu. 

Phillipe chyba zrozumiał. - Ale wkrótce zdobędziesz ten sztylet? - zapytał 

błagalnym tonem. Pokiwał głową. - Oczywiście, e to zrobisz. Jesteś dobra, 
lojalna i odwana. Nie zostawisz siostry w rękach tego potwora. - Ścisnął jej 
dłoń i uśmiechnął się, nabierając pewności. - Dzisiaj w nocy, dobrze? 

Helena widziała zaufanie i pewność w jego oczach i była wdzięczna losowi, 

e  Ariele znalazła takiego wiernego obrońcę. Gdyby tylko ją ktoś mógł 
uratować. Phillipe czekał cierpliwie na odpowiedź. Helena ju wiedziała, jaka 
będzie. 

A mimo to wahała się przez moment. Próbowała wymazać z pamięci ciepło, 

radość i miłość, które towarzyszyły jej przez ostatnie kilka godzin. Chciała 
zapomnieć o tym, jak piękne były to chwile. Nie udało się. Nie uda jej się 
wymazać Sebastiana z myśli. Miała wraenie, e jej serce rozdziera się na ka-
wałki. 

W jej oczach wezbrały łzy, ale wyprostowała się gwałtownie i zaczęła kiwać 
głową. 

Z drugiej strony pokoju rozległo się głębokie westchnienie. 
−  Mignonne, powinnaś była mi powiedzieć. 

Helena zamarła, odwróciła się na pięcie i spojrzała w stronę łóka. Białe palce 

rozchyliły zasłonę, a potem pociągnęły ją z głośnym szczękiem. 

Sebastian leał  podparty na łokciu. Kołdra zakrywała go do połowy; 

odsłonięta pierś eksponowała muskulaturę. Patrzył przez chwilę na Helenę, a 
potem zwrócił się do Phillipe'a: - Jesteś spokrewniony z hrabią Vichesse? 
Mówił spokojnie, ale w głosie słychać było złowrogą nutę. 

Phillipe przełknął ślinę i ukłonił się sztywno. - To mój wuj. Jestem bratem 

Louisa, który jak wiem, równie jest tutaj. Nazywam się Phillipe de Sevres. 

background image

Helena słyszała jego słowa, ale nie miała odwagi, by na niego spojrzeć. Co 

musiał sobie pomyśleć, kiedy się okazało, e 

w  jej  łóku  znajduje się 

męczyzna, i to całkiem nagi? 

To było chyba najmniejsze z jej zmartwień. Patrzyła na Sebastiana, próbując 

odgadnąć jego myśli. To  westchnienie, te gesty... Có  mogły znaczyć? 
Zdekonspirował ją. Nie mogła liczyć na to, e nie słyszał rozmowy. Owszem, 
mówili po francusku, ale Sebastian doskonale znał ten język. Pewnie jej teraz 
nienawidzi. Tylko dlaczego powiedział do niej mignonne! 

Czuła na sobie jego spojrzenie, wiedziała, e na coś czeka. Nie wiedziała na 

co. Czuła, e otwiera przed nią swój umysł, ale ona i tak nie wiedziała, co chce 
jej powiedzieć. 

Stała jak zaczarowana, bez ruchu, jakby wrosła w podłogę. On w końcu 

westchnął, odrzucił nakrycia i wstał z łóka. 

Zbliył się do niej. 
Oczy  Heleny  zrobiły  się  wielkie  jak  spodki.  Otworzyła  usta, by 

zaprotestować. Zabrakło jej słów. 

Był zupełnie nagi. I... 
Czyby nie wiedział, co to wstyd?! 
Chyba tak. Przemaszerował przed nią, jakby miał na sobie purpurowe szaty 

cesarza. 

Zupełnie zignorował Phillipe'a. 
Był na tyle blisko, e widziała jego oczy, otworzyła usta, by wyjaśnić, ale... 
Nie wydobyła z siebie nawet słowa. 
Podniosła rękę, by się przed nim zasłonić. Ręka opadła po chwili. 
Zatrzymał się tu przed nią. Jak zwykle, jego twarz była nieprzenikniona, 

oczy zbyt tajemnicze, by mogła coś w nich wyczytać. 

Pokonana, podniosła ręce i odwróciła głowę. Nie potrafi mu wytłumaczyć. 
Wyciągnął dłoń i odwrócił do siebie jej twarz. Przyglądał się jej uwanie. 

background image

A potem pochylił głowę i pocałował ją w usta. Wystarczająco długo, by 

poczuła się pewnie. 

Powiedział w końcu. - Wracaj do łóka, mignonne, bo się przeziębisz. 

Nie mogła oderwać wzroku. 

Podniósł głowę i spojrzał na listy leące na toaletce. Spojrzał na Helenę i 

uniósł brew. - Pozwolisz? 

Zawahała się, szukając odpowiedzi w jego twarzy i pokiwała głową. Skąd 

wiedział? Co takiego działo się w jego głowie? 

Sebastian podszedł do toaletki. 
Czuła zamęt, nie śmiała oddychać. Powrót do łóka rzeczywiście nie był złym 

pomysłem. Nie patrząc na Phillipe'a, przeszła przez pokój i połoyła się, otulając 
szczelnie kołdrą. Pościel była jeszcze ciepła; przeszedł ją dreszcz. 

Sebastian wziął listy do ręki. 

−  Usiądź, Sevres. - Bez podnoszenia głowy, Sebastian pomachał otwartym 

listem, wskazując na krzesło przy ścianie. - Myślę, e to moe zająć chwilę. 

Zdał sobie sprawę z wahania Phillipe'a, który spojrzał pytająco na Helenę, ale 

potem usiadł. Jedno spojrzenie wystarczyło, by się przekonać, e chłopak nie ma 
zielonego pojęcia, co się dzieje. Nie wiedział, co ma myśleć, ani tym bardziej co 
robić. Z wyglądu przypominał nieco starszego brata -ciemnowłosy, w miarę 
przystojny, o dwa, trzy lata młodszy od Louisa - ale jego twarz była bardziej 
otwarta i szczera. 

Sebastian nie widział powodu, by nie wierzyć chłopakowi. Zamierzając się na 

intrygę Fabiena, Phillipe zadeklarował wyraźnie, choć wzruszająco naiwnie, po 
której stoi stronie. 

List, który Sebastian trzymał w dłoni, był zapisany dziewczęcym pismem. 

Odłoył go na bok, zapalił lampę i podkręcił knot. Wziął drugi list. 

Od razu rozpoznał cięką rękę Fabiena, mimo e widział to pismo wiele lat 

temu, kiedy po raz ostatni Francuz chciał wykupić rodowy sztylet. Była to chyba 

background image

dziesiąta z kolei propozycja, oferująca coraz wyszą cenę. Zawsze uprzejmie 
odpowiadał, odrzucając ofertę. 

A więc Fabien wymyślił kolejną intrygę, by zemścić się na rywalu. Powinien 

był się tego spodziewać. 

Obaj mieli podobne wyczucie ironii. 
Odłoył listy. - Dostałaś je po przyjeździe tutaj. -To nie było pytanie. - Kto ci 

je dał? 

Zmieszała się. - Louis. 
Sebastian uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, e jeszcze nie rozumie, nie 

dowierza. 

Nieistotne. W końcu przejrzy jego plan. 
Przeczytał list od Ariele, studiując "kade słowo. Kada informacja mogła 

być wana; wszystko mogło mieć wpływ na przyszłe zdarzenia. 

Otworzył drugi list - groźby Fabiena. Spodziewał się, co w nim zastanie, ale 

rzeczywistość przeszła jego oczekiwania. Zdenerwował się, ręce zaczęły mu się 
trząść. Gapił się przez chwilę na płomień lampy, próbując się uspokoić. Gdyby 
Fabien był w pobliu, udusiłby go gołymi rękoma. Ale na to przyjdzie czas 
później. 

Kiedy się opanował, zrozumiał, przez co musiała przechodzić Helena. 

Wszystko przez idiotyczny zakład! Dokończył list i odłoył go na bok. 

Milczał  przez chwilę,  próbując uporządkować myśli,  zrozumieć jej 

postępowanie. Pocieszał się, e do ostatniej chwili odwlekała moment zdrady, 
była z nim tak długo, jak tylko mogła, mimo e ofiarą była jej siostra - osoba, 
którą kochała najbardziej na świecie. 

Helena opiekowała się Ariele od wielu lat, a jej reakcja na zagroenie, przed 

jakim stanęła siostra, była instynktowna. Fabien, jak zwykle, doskonale wybrał 
cel ataku. 

Niestety nie mógł przewidzieć, e w grę wtrąci się wysza siła. 

background image

Sebastian zawsze działał szybko, a warunki pozwoliły mu doskonalić tę 

cechę. I tym razem zebrał szybko najwaniejsze elementy planu. 

Z nieobecną miną poskładał listy, odłoył na toaletkę, a potem poszedł do 

łóka. Podniósł z podłogi swój szlafrok i zarzucił go na ramiona. 

Spojrzał na Helenę. 
Ona równie patrzyła na niego, a potem zapytała: - Dasz mi ten sztylet? 
Zawahał się, rozwaając w duchu, ile powinien jej powiedzieć. Jeśli oznajmi, 

e  Ariele jest bezpieczna, e  groźby Fabiena to zwyczajny blef, kolejne 
narzędzie presji na nią, to czy Helena i Phillipe mu uwierzą? Nie widział 
Fabiena ju z pięć lat, ale nie sądził, e ten się mógł zmienić, nie w tym 
względzie. Mieli z Francuzem podobne zainteresowania, co było jednym z 
głównych powodów rywalizacji. 

Równie dlatego Fabien wysłał Helenę jako przynętę. Niefortunnie się dla 

niego złoyło, e tym razem przynęta okazała się mądrzejsza od myśliwego. 
Sebastianowi nie było wcale z tego powodu przykro. 

Był przekonany, e znów zatriumfuje nad starym wrogiem,  ale naleało 

jeszcze  rozpatrzyć inny aspekt całej sprawy. Dopóki Helena nie uwierzy, e 
moe  pokonać Fabiena, nigdy nie będzie czuła sit,' całkowicie wolna i 
bezpieczna. 
−  Nie. - Zawiązał pasek szlafroka. - Nie oddam ci sztyletu. Nie tak się 

prowadzi tę grę. - Zobaczył, e twarz Heleny pociemniała, e pojawiła sic na 
niej rozpacz. - Pojedziemy do le Roc i uwolnimy Ariele. 

Nagła zmiana wyrazu jej twarzy sprawiła, e musiał się uśmiechnąć. 

−  Vraiment? - Nachyliła się, patrząc mu prosto w oczy. 
−  Mówisz powanie? - Phillipe zamarł, kiedy Sebastian powiedział, e nie 

odda sztyletu, a teraz gapił się na niego jak sroka w gnat. 

−  Owszem. - Sebastian odwrócił się do Heleny. -Co uzyskasz, jeśli oddam ci 

sztylet, a ty zawieziesz go do Fabiena? 

Zmarszczyła czoło. - Ariele. 

background image

Usiadł na łóku, opierając się o drewniany słup podtrzymujący baldachim. - 

Oboje będziecie nadal pod jego wpływem. - Spojrzał na Phillipe. - Będziecie 
tańczyć, jak on zagra, niczym marionetki. 

Phillipe skrzywił się, ale pokiwał głową. - To, co mówisz, to prawda, ale... - 

Podniósł wzrok. - Jaki mamy wybór? Nie znasz Fabiena. 

Sebastian uśmiechnął się drapienie. - Tak się składa, e go znam, i to pewnie 

lepiej ni którekolwiek z was. Wiem, co myśli, wiem, jak zareaguje. -Spojrzał 
na Helenę. -  Jak to kiedyś elegancko ujęła Helena, znam się na grach 
prowadzonych przez wpływowych męczyzn. 

Przyglądała się mu z przechyloną na bok głową. Czekała. 
Sebastian uśmiechnął się ponownie, tym razem łagodnie i ciepło. - Chodźcie 

za mną, mes enfants. Pozwólcie, e udzielę wam paru lekcji. 

Rzucił krótkie spojrzenie na Phillipe'a, upewniając się, e chłopak słucha. - 

Pierwsza zasada: ten, kto przejmuje inicjatywę, ma przewagę. Fabien sądzi, e 
Helena przyjedzie w Wigilię. Nie spodziewa jej się wcześniej. - Spojrzał w 
stronę Heleny. - Niezalenie od uczuć, które pojawiły się między nami, Fabien 
uwaa, e będziesz zwlekała do ostatniego dnia. Poniewa jest z tobą Louis, nie 
spodziewa się niczego nieprzewidzianego, o czym nie zostanie poinformowany 
na czas. 

Sebastian zastanawiał się przez chwilę czy powiedzieć Phillipe'owi, e jest 

marionetką w rękach mistrza, e jego obecność tutaj jest kolejną subtelną 
manipulacją Fabiena. Zdecydował, e nie warto o tym mówić. 
−  W tej chwili monsieur le comte ma doskonałe samopoczucie, bo wszystko 

idzie zgodnie z planem. 

Patrzyła na niego z uwagą. Uśmiechnął się. -A więc... zobaczmy. Dzisiaj jest 

siedemnasty. Jeśli wiatry będą korzystne, dotrzemy do Francji jutro rano. Potem 
jeszcze dzień podróy do le Roc... Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Będziemy na 
miejscu na długo przed tym, zanim Fabien będzie się was spodziewał. Kto wie? 
Moe nawet nie będzie go w domu? 

background image

−  Co wtedy? - zapytała Helena. 
−  Coś wymyślimy, eby uwolnić Ariele. Nie spodziewacie się chyba, e mam 

dokładny plan. Nie widziałem tego zamku na oczy. A potem wyjedziemy tak 
samo szybko, jak przyjechaliśmy. 

−  Naprawdę sądzisz, e to moliwe? 

Spojrzał jej w oczy wiedząc, e nie mówi wyłącznie o ratowaniu siostry. 

Złapał ją za rękę i ścisnął lekko. - Uwierz mi, mignonne, to jest moliwe. 

Uwolni ją i jej siostrę ze szponów Fabiena. Rozumiał, e po tylu latach udręki 

moe jej się to wydawać niemoliwe. 

Bicie zegara - trzy głośne uderzenia - przywróciły ich do rzeczywistości. 

Trzecia nad ranem. Sebastian poruszył się. - Jeśli chcemy dotrzeć do Francji 
jutro rano, czeka nas wiele pracy. 

Oboje spojrzeli w jego stronę. Szybko i zwięźle przedstawił im zarysy planu. 

Mówił cierpliwie, choć nieco protekcjonalnie, ale tym razem Helena nie czuła 
urazy. Tak samo jak Phillipe, chłonęła kade jego słowo, wyobraając sobie 
zwycięstwo. 
−  Ja i  Phillipe wyruszymy z  rana do Newhaven. Louis nie moe 

się 

dowiedzieć. 

Helena zdenerwowała się. - Jadę z wami. 
Spotkał jej poirytowany wzrok. - Mignonne, lepiej będzie, jeśli tu zostaniesz. 

Dla własnego bezpieczeństwa. 
−  Nie! Ariele to moja siostra! Poza tym nie znasz le Roc. 
−  Ale Phillipe tak... - Sebastian spojrzał na chłopaka, który potrząsnął głową 

przecząco. 

−  Non. Nie znam zamku. Przyjechałem tam przed kilkoma dniami. To Louis 

spędził tam trzy lata. 

Sebastian skrzywił się. 

background image

−  Poza tym - Phillipe dodał po namyśle - jest jeszcze Ariele. Ona nie wie tego, 

co my. Jeśli pojawimy się w środku nocy, obawiam się, e nie będzie chciała 
z nami pójść. Z Heleną to co innego, zawsze posłucha siostry. 

Helena uczepiła się tej myśli. - No właśnie. Phillipe ma rację. Ariele jest 

słodka i niewinna, ale nie jest głupia. Nie opuści le Roc bez powodu, a nie ma 
pojęcia o intrygach Fabiena. 

Patrzyła na zaciętą twarz Sebastiana, na której wyraźnie malował się 

sprzeciw. Przysunęła się bliej i ścisnęła go za palce. - A przecie chcesz 
wyjechać z Francji bez hałasu i zbędnego bagau, n'estcepas! 

Uśmiechnął się. - Jesteś ostrym przeciwnikiem, mignonne. - Westchnął. - No 

dobrze. Pojedziesz z nami. Muszę tylko coś wymyślić, by odwrócić uwagę 
Louisa. 

Wolałby, gdyby Helena została w Anglii, ale z drugiej strony... moe to i 

lepiej, e z nimi pojedzie. Będzie miała udział w porace Fabiena, a dla osoby z 
jej temperamentem miało to due znaczenie. 

Zegary wybiły pół do czwartej. Podniósł się. -Nie zostało nam wiele czasu. - 

Podszedł do drzwi i pociągnął za dzwonek. Spojrzał na Phillipe'a. -Poproszę, by 
słuba pokazała ci pokój. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, wołaj. - Zwrócił się 
do Heleny. - Nie wychodź z sypialni, dopóki po ciebie nie poślę. Ubierz się na 
podró, wyjedamy o dziewiątej. Aha, i zapakuj tylko małą torbę, nic więcej. 

Pokiwała głową. 
Rozległo się pukanie. Sebastian otworzył drzwi, zasłaniając szparę swoim 

ciałem i polecił zaspanemu lokajowi, by posłał po Webstera. 

Zwrócił się do Phillipe'a. - Mój kamerdyner, Webster, jest zaufaną osobą. 

Pokae ci pokój i będzie się tobą zajmował. Im mniej ludzi wie o tym, e tu 
jesteś, tym mniejsza szansa, e Louis i jego słuący się dowiedzą. 
Phillipe pokiwał głową. 

background image

Sebastian chodził po pokoju, a pojawił się Webster. Oddał Phillipe'a w jego 

ręce, a Webster z typową dla siebie niewzruszoną miną wyprowadził chłopaka z 
pokoju. 

Helena patrzyła, jak zamykają się drzwi, jak Sebastian odwraca się na pięcie i 

wraca do łóka. W głowie miała mętlik, nie mogła zebrać myśli. Emocje 
szalały: ogromna ulga, zaskoczenie, niepewność. Poczucie winy. Podniecenie. 

Przystanął z nieobecną miną, rozwaając coś w myślach. Nagle utkwił w niej 

wzrok. - Mogę zobaczyć deklarację, którą wydobyłaś od Fabiena? 

Zamrugała, zaskoczona obrotem spraw. Wskazała na kufer. -  Jest za 

podszewką po lewej stronie pokrywy. 

Podszedł do kufra, wymacał pergamin i jednym ruchem rozdarł podszewkę. 

Wydobył papier, podniósł się i wrócił do toaletki. Tam rozwinął dokument, 
wygładził go i przeczytał w świetle lampy. 

Patrzyła na jego odbicie w lustrze. Wąskie usta drgnęły; uśmiechnął się i 

potrząsnął głową. 
−  O co chodzi? 

Spojrzał w jej stronę i pomachał pergaminem. -Fabien jak zwykle mnie 

zdumiewa. Mówisz, e po prostu usiadł i to napisał, jak tylko go poprosiłaś? 

Zamyśliła się, ale po chwili pokiwała głową. -Oui. Zastanawiał się tylko przez 

chwilę... - Zmarszczyła czoło. - Dlaczego pytasz? 
−  Dlatego, mignonne, e pisząc to, niewiele ryzykował. - Przeczytał jeszcze raz 

dokument i zwrócił się w jej stronę. - Nie mówiłaś mi, e mówiąc o zie-
miach, uył słów „bardziej rozległe." 

−  I co z tego? 
−  To, e... Twoja posiadłość ley w Camargue, na płaskim, dzikim terenie. Ile 

liczy akrów? 

Podała mu liczbę. Uśmiechnął się. 

−  A więc jesteśmy wolni. 
−  Dlaczego? 

background image

−  Moje ziemie są bardziej rozległe ni twoje. Skrzywiła się i potrząsnęła 

głową. - Nadal nie rozumiem. 

Odłoył dokument, sięgnął po lampę. - Musisz pamiętać o jednym: Anglia 

jest duo mniejszym krajem ni Francja. 

Patrzyła, jak skraca knot i wraca do łóka. - Chodzi o to, e w Anglii nie ma 

wielu majątków większych od mojego? 
−  Owszem. Co do mnie, Fabien sądził, e nadal nie chcę się enić. Są jeszcze 

ksiąęta z królewskiej rodziny, ale aden nie przypadłby ci do gustu. A dwaj 
pozostali są ju onaci. 

−  Fabien to wie? 
−  Z pewnością. To równie element gry, a Fabien jest w niej świetny. 
−  -A ty? 

Potrząsnął głową. - Nie, mignonne. Przestałem się w to bawić lata temu. - 

Przystanął przy krawędzi łóka i studiował jej twarz. - Wcią znam zasady i w 
razie potrzeby potrafię dotrzymać kroku, ale... -Wzruszył ramionami. - Prawdę 
powiedziawszy, znudziło mnie to. Znalazłem lepszy sposób na spędzanie czasu. 

Kobiety, uwodzenie, pomoc w trudnych sytuacjach. Helena patrzyła, jak 

zrzuca szlafrok na podłogę, a potem wślizguje się do łóka. Podniosła się wyej 
na poduszki. 

Nie ruszała się, bojąc się nawet oddychać... 
Przyciągnął ją do siebie, na sam środek ogromnego łoa. Znajdowała się tu 

obok niego; wstrzymała dech, czując jego palce na wiązaniu szlafroka. 
Rozchylił go, a potem podniósł się i połoył na niej - naga skóra na nagiej 
skórze. 

Fala gorąca stanowiła szok. Zaczęło jej się kręcić w głowie, ale zdąyła 

jeszcze zapytać: - A więc mówisz, e mój dokument jest bezuyteczny? 

Patrzył na jej twarz, ręce wędrowały po cudownie miękkim ciele. - Ale skąd. 

Nam się przyda. - Spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się, a potem pochylił głowę i 

background image

pocałował ją w czoło. - Twój dokument to as w naszej grze, mignonne. 
Zatriumfujemy nad Fabienem i to... z ogromną satysfakcją. 

Co oznaczało, e wcią zamierza się z nią enić. Nawet gdy odkrył, e 

zamierzała go oszukać. Poczucie winy wcią dawało o sobie znać. 

Ręce nie przestawały się poruszać, uwodząc jej  zmysły, zabierając jej 

zdolność rozsądnego myślenia. Tak łatwo byłoby ulec jego czarowi, oddać się 
mu i zapomnieć o całej sprawie. 

Nie potrafiła. 
Ujęła jego twarz. Nawet w słabym świetle widziała kady jej rys. - Naprawdę 

mi pomoesz... pomoesz mi uratować Ariele. - Nie było to pytanie; nie miała 
ju wątpliwości, e to zrobi. - Dlaczego? 

Spojrzał jej w oczy. - Mignonne, mówiłem ci wiele razy. Naleysz do mnie. 

Tylko do mnie. - Z tymi słowami rozchylił jej uda. - Ze wszystkich kobiet na 
świecie jesteś dla mnie najwaniejsza. Chcę ci pomagać, opiekować się tobą. 

Nie spuszczał z niej wzroku. - Gdybyś zachowała się tak ze względu na 

Fabiena albo innego męczyznę... owszem, czułbym się zdradzony. Ale ty 
chciałaś pomóc siostrze, z miłości, poczucia odpowiedzialności. Z troski. Nie 
widzisz, e ja to rozumiem? 

Zajrzała mu głęboko w  oczy i  zobaczyła. Uwierzyła. -  Powinnam ci 

powiedzieć, zaufać. 
−  Bałaś się o Ariele. 

Pochylił głowę i pocałował ją w usta, głęboko, namiętnie, dając jej wyraźnie 
do zrozumienia, e sprawę uwaa za zamkniętą. 

Zdąyła tylko wyszeptać: - Wybaczysz mi? 

Przerwał, kładąc ciepłą dłoń na jej policzku. -Mignonne, nie ma nic do 

wybaczenia. 

Zrozumiała w tej chwili nie tylko, e go kocha, ale dlaczego. Podniosła usta i 

pocałowała go delikatnie, uwodzicielsko, próbując powstrzymać ogień, który 
ju szalał między nimi. - Będę twoja -szepnęła. - Na zawsze. 

background image

−  -Bon. - Przejął kontrolę, smakując jej usta, a potem przyciągnął jej biodra. 

Jęknęła, a on wszedł w nią, prąc do samego końca. 

Potem się wycofał, a taniec rozpoczął się na nowo. 
Helena oddala się całkowicie - otworzyła swoje ciało, swoje serce. Oddała mu 

swoją duszę. 

W  ciemnym kokonie łóka,  w  pomieszanych oddechach, stłumionych 

okrzykach i jękach, w tańcu dwóch rozgrzanych ciało pojawiło się głębsze poro-
zumienie. W końcu uległa, i to był jej prezent dla niego. On z kolei dał jej 
siebie, swoją opiekę, swoje serce, a nie tylko poądanie i namiętność. 

Stracili dech, kiedy fala wyniosła oboje na szczyt, a potem porwała ze sobą. 

Dryfowali przez chwilę, rozkoszując się przeytą rozkoszą, a ona przypomniała 
sobie jego słowa. Byli do tego stworzeni. Stworzeni dla siebie nawzajem - ona 
dla niego, on dla niej. 

Dwie strony tej samej monety, połączeni siłą, której nie mógł złamać nawet 

najpotęniejszy człowiek. 
 
 
 

Sebastian wymknął się z łóka dwie godziny później. Nałoył szlafrok, 

podszedł do toaletki i podniósł deklarację Fabiena. Przeczytał jeszcze raz. 
Spojrzał na Helenę, która spała twardym snem, a potem schował papier do 
kieszeni i wyszedł z pokoju. 

Kiedy był ju 

u siebie, zawołał Webstera. Ogolił się i  ubrał, wydając 

polecenia, a lokaj biegał jak w ukropie, pakując wszystkie rzeczy do niewielkiej 
torby. W końcu Sebastian poszedł do gabinetu. 

Tam zaczął realizować swój plan. Najpierw napisał list, prywatną prośbę do 

biskupa Lincolna, starego przyjaciela ojca. Jak tylko wrócą z Francji, nie było 
powodu, by dalej odwlekać ślub. Zakończył list i odłoył go na bok razem z 

background image

deklaracją Fabiena. Helena zdobyła ten cenny dokument; Sebastian zamierzał go 
uyć. 

Zadzwonił po lokaja i posłał po Webstera. Ten pojawił się w gabinecie ze 

zwykłym dla siebie spokojem, prowadząc ze sobą jeszcze dwóch towarzyszy ze 
starszej rangą słuby. Usiedli. Sebastian przedstawił im swoje zamiary, a oni 
zaczęli dyskutować i snuć plany, jak zatrzymać Louisa i Villarda. 
−  Słuący  wydaje mi  się człowiekiem hrabiego. Uwaajcie,  by  się nie 

wymknął. 

−  Będziemy uwaać, Wasza Wysokość. Moesz na nas polegać. 
−  Jak zawsze. Powtarzam: nie chcę, eby  zauwayli,  e  ktoś ich usiłuje 

zatrzymać w Somersham. Mają się zastanawiać, co się stało ze mną i z Hele-
ną, ale jeśli się zorientują, e  ktoś ich zatrzymuje, domyśla się, gdzie 
pojechaliśmy i szybko do nas dołączą. - Sebastian przerwał i dodał po chwili. 
- Im dłuej będą się zastanawiać, tym bezpieczniej dla mnie, dla waszej 
przyszłej pani, jej siostry i dentelmena, który przywiózł nam wieści wczoraj 
w nocy. 

Lekki uśmiech na twarzy Webstera, błysk w jego szarych oczach był 

wystarczającą nagrodą. Słuący męczył go od lat - od ślubu Arthura - by w 
końcu się ustatkował i ocalił od zguby całą rodzinę. 

Webster wydawał się tak zadowolony z obrotu spraw, e trudno mu było 

utrzymać niewzruszoną minę. Ukłonił się głęboko. - Moemy złoyć gratulacje, 
Wasza Wysokość? 
−  Moecie. - Po chwili Sebastian dodał: - Ale tylko mnie. 

Pogratulowali mu, a potem wyszli. Sebastian wrócił  do swoich zajęć. 

Uporządkował najpilniejsze sprawy, a potem poprosił słubę, by zawołała pań-
stwa Thierry. 

Przyszli oboje - zaskoczeni, niepewni. Sebastian patrzy! na nich przez chwilę, 

a potem powiedział im tyle, ile, jego zdaniem, powinni wiedzieć. Przerazili się 
na wieść, e nieświadomie uczestniczyli w intrydze Fabiena; przerwał szybko 

background image

ich protesty, e  nie mieli  o tym pojęcia, zapewniając,  i  wierzy w  ich 
niewinność. 

Potem dał im wybór. Anglia lub Francja. Anglia pod jego opieką, Francja i 

rychła klęska Fabiena. 

Byli emigrantami, zanim jeszcze zatrudnił ich Fabien, więc wybór był prosty. 

Zasugerował, by zostali w Somersham do jego powrotu, a wtedy omówią plany 
na przyszłość. 

Nie znając szczegółów, Gaston zasugerował, e  on i  Marjorie pomogą 

zatrzymać Louisa. Sebastian zgodził się i  odesłał ich, by naradzili się z 
Websterem. 

Ostatnia osoba, z którą chciał porozmawiać, pojawiła się w gabinecie pięć 

minut później. 
−  Chciałeś ze mną rozmawiać, drogi chłopcze? 

Sebastian wstał, uśmiechnął się i poprosił Clarę, by usiadła w jednym z foteli 

przed kominkiem. Stanął tu obok, oparł rękę o gzyms i opowiedział jej duo 
więcej, ni wcześniej państwu Thierry. 
−  No có! Oczywiście wiedziałam od początku. -Oczy jej błyszczały, a twarz 

rozjaśniał uśmiech prawdziwej radości. Wstała i pocałowała go w policzek. - 
Jest idealna. Po prostu idealna. Bardzo się cieszę. I jestem pewna, e cała 
rodzina przyjmie ją z zachwytem. Och, jak wspaniale! 

−  Owszem, ale rozumiesz, e nie chcę, by na święta zjechał się cały klan? Mają 

być tylko ci, którzy zwykle spędzają z nami Boe Narodzenie i jeszcze kilka 
osób, które wymieniłem w liście do Augusty. 

−  Oczywiście, resztę zaprosimy później, jak pogoda się poprawi. - Clara 

poklepała go po ramieniu. - A teraz ruszaj w drogę, jeśli chcesz być w 
Newhaven przed wieczorem. Będziemy tu na was czekać, Augusta i wszyscy 
inni. 

Poegnała się i opuściła pokój. Sebastian zadzwonił po Webstera."- Louis de 

Sevres? - zapytał tylko, kiedy słuący się pojawił. 

background image

−  W pokoju śniadaniowym, Wasza Wysokość. 
−  A jego sługa? 
−  W pomieszczeniach dla słuby. 
−  To dobrze. Idź po mademoiselle la comtesse i ka lokajowi, by wstawił jej 

baga do powozu. Poślij te słuącego po monsieur Phillipe'a. Niech wyjdzie 
bocznymi drzwiami i idzie do stajni. 

−  Ju idę, Wasza Wysokość. 

Sebastian siedział przy biurku, kiedy w gabinecie pojawiła się Helena. 

Słuący wprowadził ją tylko, a potem wycofał się i zamknął drzwi. 
−  Mignonne. - Sebastian wstał i wyszedł zza biurka. 

Helena ubrana była w podróny strój, w ręku trzymała płaszcz. Zrobiła krok 

do przodu. - Ju czas? 

Uśmiechnął się i wziął ją za rękę. - Prawie. - Pocałował dłoń odzianą w 

rękawiczkę, a potem odwrócił się w stronę biurka, na którym leały dwa do-
kumenty. - Zabrałem deklarację Fabiena, nie chciałem cię budzić. 
−  Domyśliłam się. - Przechyliła głowę, czekając na dalsze wyjaśnienia. 
−  eby wziąć szybki ślub w tym kraju, trzeba zdobyć specjalne pozwolenie, 

tak zwaną dyspensę. Napisałem do znajomego biskupa, ale poniewa jesteś 
Francuzką i masz opiekuna prawnego, muszę dołączyć jego oświadczenie. - 
Przerwał. - Zgadzasz się? 

Uśmiechnęła się. - Oui. Tak. Oczywiście. 

−  Bon - oddał jej uśmiech. Puścił jej rękę i sięgnął po pieczęć i lak. Przyglądała 

się, jak zamyka list. 

−  Gotowe. - Odłoył list na stosik; była tam wiadomość dla Augusty i jeszcze 

jeden list, zaadresowany do sądu St. Jamesa. - Webster wyśle je przez 
posłańca. 

background image

Patrzył przez chwilę na drugi list, zastanawiając się, czy powinien o nim 

powiedzieć Helenie. Odwrócił się i zobaczył jej oczy - kryształowo czyste, 
wolne od głębokiego smutku, ale jeszcze nie troski. 
−  Chodźmy. - Wziął ją za rękę. - W drogę. 
 
 

Rozdział 12 

 
 
 

Powóz, zaprzęony  w  cztery potęne  konie, toczył się szybko przez 

zamarznięte pola południowej Anglii. 

Owinięta w futra i jedwabne chusty, z gorącymi, owiniętymi flanelą cegłami 

pod nogami, Helena usiłowała z początku obserwować poruszający się za 
oknem świat. Starała się siedzieć prosto i odpędzać pokusę, by oprzeć się na 
ramieniu Sebastiana. Ale godziny mijały, a ona w końcu zapadła w drzemkę; a 
kiedy się obudziła, jej policzek opierał się o jego pierś, a ciękie ramię trzymało 
ją mocno, chroniąc przed upadkiem. 

Otworzyła oczy. Siedzący naprzeciwko Phillipe pogrąony był w głębokim 

śnie. 

Po chwili  znowu zasnęła. Dręczyły ją sny, pełne dziwnych obrazów, 

mglistych lęków i obaw, ale te kiełkującej nadziei. 

Obudził ją dźwięk końskich kopyt na kamiennym bruku. Wyprostowała się, 

wyjrzała przez okno, dostrzegając sklepy i kamienice. 
−  Londyn. 

Odwróciła  się,  napotykając wzrok  Sebastiana. Phillipe  wyglądał  z 

zaciekawieniem. - Musimy jechać przez Londyn? 
−  Niestety. Newhaven jest obok Brighton, prosto na południe. 
−  Aha - powiedziała bezgłośnie, powstrzymując zniecierpliwienie. 

background image

Teraz, kiedy wyruszyli w drogę, nieustannie miała wraenie, e muszą się 

śpieszyć, bo inaczej przegrają. Prędkość to klucz do zwycięstwa. 

Sebastian ujął jej dłoń i ścisnął pocieszająco. -Nie ma szans, by Louis zdąył 

ostrzec Fabiena. 

Popatrzyła mu w oczy, a potem pokiwała głową. Wyjrzała przez okno. 
Sebastian zapytał Phillipe'a o pewną francuską rodzinę. Potem rozmawiali o 

szaleństwach francuskiego dworu; a Phillipe wciągnął Helenę do rozmowy, 
pytając ją o zdanie. Chwilę później wszyscy pogrąeni byli 

w oywionej 

konwersacji na bieące tematy polityczne. Mówili o wadach tych, którzy akurat 
znajdowali się u steru, o najnowszych wydarzeniach i plotkach. Helena zdała 
sobie sprawę z upływu czasu dopiero wtedy, gdy domy się przerzedziły, a oni 
znów znaleźli się na otwartej przestrzeni. 

Spojrzała na Sebastiana; niebieskie oczy błyszczały pod ciękimi powiekami. 

Potrząsnęła głową w duchu. Moe i ju nie bawi się w gry Fabiena, ale jego 
talent nie pozostawiał adnych wątpliwości. 

Wiedziała równie, e skoro naley do niego, skoro on uwaają za swoją, 

będzie się musiała przyzwyczaić do drobnych manipulacji, subtelnego po-
ciągania za sznurki - wszystko, oczywiście, dla jej własnego dobra. 

Taka była cena wolności. Nigdy nie sądziła, e będzie musiała ją zapłacić, ale 

dla niego... 

Powóz pędził dalej, a ona znów zapadła w drzemkę. Był ju późny wieczór, 

prawie noc, kiedy zatrzymali się przed portowym zajazdem. Sebastian wstał i 
wysiadł; Helena patrzyła, jak rozmawia z marynarzem, który wydawał się być 
na jego usługach. Marynarz zniknął po chwili, 

otrzymawszy rozkazy, a 

Sebastian otworzył drzwi. - Chodźcie, zdąymy jeszcze zjeść kolację. 

Pomógł jej wyjść, Phillipe poszedł ich śladem. W zajeździe było przytulnie, a 

zgięty w ukłonach gospodarz zaprosił ich do prywatnej sali. Stół nakryty był dla 
trojga; gdy tylko usiedli, słuba przyniosła dymiące talerze. 

background image

Helena spojrzała pytająco na Sebastiana. Oddał jej spojrzenie i rozwinął 

serwetkę. - Wysłałem rano posłańca. Wszystko gotowe. Wyruszamy zaraz po 
kolacji. 

Choć czuła ogromną ulgę, nie miała apetytu. Sebastian nalegał, by zjadła 

chocia zupę i kęs kurczaka. On i Phillipe spałaszowali wszystko, co mieli na 
talerzach. 

Kiedy  skończyli, Sebastian zabrał ich  na przystań. Jacht, przepiękny 

jednomasztowiec, wyglądał jak koń przebierający nogami przed wyścigiem. 
Wszystko było dopięte na ostatni guzik - tak ich przynajmniej zapewnił kapitan, 
pomagając wejść na trap. 

Sebastian wydał rozkazy, a potem zaprowadził ją do kabiny. Była niewielka, 

ale pojemna, przestronna. Wyposaenie zdradzało zamiłowanie właściciela do 
luksusu i  wygód -  szerokie łóko,  dębowe panele, śnienobiała pościel. 
Sebastian wyszedł na korytarz; słyszała, jak kieruje Phillipe'a do innej kajuty. 
Rozmawiali jeszcze o godzinie przyjazdu, o jachcie i jego konstrukcji. Helena 
przestała słuchać. 

Zsunęła z głowy kaptur i rozwiązała sznurki płaszcza. W kabinie było tylko 

jedno łóko. Sebastian z pewnością oczekiwał, e będą spali razem. Wiedziała, 
e nie zmruy oka... 

Oczyma wyobraźni zobaczyła szare, zimne mury le Roc. Ani park, ani 

otaczający twierdzę sad nie był w stanie złagodzić pierwszego, surowego wra-
enia. 

Ciekawe, co robi Ariele. Pewnie ju śpi spokojnie i głęboko, nie spodziewając 

się niczego. 

Hałas w korytarzu przykuł jej uwagę. Spojrzała w dół, ciągnąc za sznurówkę 

sukni, podczas gdy drzwi za jej plecami otworzyły się i zamknęły. Usłyszała 
szczęk. Sebastian odłoył pas z bronią na krzesło. Nagle poczuła za plecami 
jego obecność, jej puls przyśpieszył, jak zwykle, kiedy był blisko. Zawahał się, 

background image

ale przysunął się bliej, piersią dotykając jej pleców, udami jej pośladków. 
Poczuła jego erekcję na swoich lędźwiach. 
−  Martwię się - powiedziała bezmyślnie. 
−  Wiem. 

Objął ją wpół, pochylił głowę i pieścił językiem krawędź ucha. Zadrała, 

odrzuciła głowę w tył, a on dotknął ustami jej szyi, dochodząc do miejsca, w 
którym zaczynał się obojczyk. 

Jego ręce przesunęły się w górę i zamknęły na piersiach. Pieścił je, najpierw 

delikatnie, potem bardziej gwałtownie, zaciskając palce na brodawkach. 

Próbowała powstrzymać falę, ale nie potrafiła. Piersi nabrzmiały, zrobiły się 

twarde i gorące... złe myśli odpłynęły. 
−  Jest za zimno, ebyśmy byli nadzy. Mruknął cicho. 

Nabrała powietrza, ale nie mogła zapomnieć zmysłowego tonu w jego głosie, 

namiętnego dotyku. Rzucił na nią urok. - To co robimy? 
−  Unieś do góry spódnicę. Nad kolana. 

Posłuchała. Ręce znalazły się na jej talii, podniosły ją do góry i posadziły 

kolanami na krawędzi łóka. 
−  Ciiii... - Całował ją w szyję. - Phillipe jest w sąsiedniej kajucie. 
−  Jedna z rąk pieściła jej piersi, druga niecierpliwie szarpała ubrania. Helena 

poczuła, e podnosi tył jej sukni. 

−  Nie wiem, czy będę mogła... 

Ręka dotknęła nagiego pośladka, pieszcząc lekko. Jęknęła. 
Wiedziała, e moe. 
e tego chce. 
Wziął ją delikatnie, zapadając się w jej miękkość. Rytm był z początku 

powolny; poądanie rosło stopniowo, porywając ich ze sobą jak fala. Za chwilę 
świat zewnętrzny nie miał znaczenia, znajdowali się w miejscu, w którym 
liczyła się tylko namiętność i ądza. Napięcie rosło, budowało się stopniowo, a 

background image

fala rozprysła się o brzeg, pozostawiając ją na brzegu... roztrzęsioną, zmęczoną, 
niezdolną do logicznego myślenia. 

Zarejestrowała jeszcze, e ściąga z niej suknię i kładzie do łóka. Sam 

równie się rozebrał, dołączył do niej; instynktownie przytuliła się, szukając 
jego ciepła, jego siły. 

Objął ją ramieniem i przytulił. 
Westchnęła i zapadła w sen. 

 
 

Obudziło ją gwałtowne szarpnięcie. Rozejrzała się, przypominając sobie, 

gdzie się znajduje. Była sama; słabe światło sączyło się przez okrągłe okno. 

Francja! 
Próbowała odsunąć kołdrę, nie mogła. 
W następnej sekundzie jacht przechylił się dramatycznie, zawisł na moment 

w bezruchu, a potem z głośnym chlustem uderzył w lustro wody. 

To właśnie ją obudziło. Ciągnąc za kołdrę, zdała sobie sprawę, e Sebastian 

otulił ją szczelnie, eby nie wypadła z łóka. Jacht przechylił się znowu, a ona w 
końcu się wydostała - musiała przytrzymać się ramy, by siła nie zrzuciła jej na 
podłogę. 

Ubrała się szybko w sukienkę, desperacko próbując utrzymać się na nogach. 
Klęła pod nosem. Po francusku. 
Opuściła kabinę i wyjrzała na pokład. Spojrzała na morze i zabrakło jej słów. 

Ciemne, niemal czarne niebo przecinały błyskawice; białe 

grzywy  fal 

przetaczały się nad dziobem. Morze kipiało, ale mimo białej piany, wzburzonej 
przez szalejący wiatr, widziała w oddali białe klify i zabudowania u ujścia 
jakiejś rzeki. 
−  Sacre dieu - wydusiła w końcu. Bała się puścić relingu; stała twarzą do 

dziobu, podczas gdy mostek i ster znajdowały się na rufie. Fale uspokoiły się 

background image

nieco, a ona nabrała powietrza i wyszła na pokład. Kilka niepewnych kroków 
i znalazła się tu przy burcie. Spojrzała na rozszalałe morze.  

Zobaczyła nadchodzące kolejne fale. Pierwsza uderzyła w  burtę; jacht 

przechylił się na bok. Helena złapała się drewnianego pachołka i trzymała się 
kurczowo. 

Pokład był ju mokry. Kiedy uderzyła druga fala, Helena czuła, e traci grunt 

pod stopami. 

Rozejrzała się wokół, z przeraeniem zdając sobie sprawę, e jest tak mała, e 

fala mogłaby ją zmyć z pokładu. Nadal trzymała się kurczowo, ale trzecia fala 
szarpnęła statkiem na tyle, e palce zaczęły się ślizgać po mokrym drewnie. 
Krzyknęła głośno i w odpowiedzi usłyszała przekleństwo. 

Zanim zdąyła nadejść kolejna fala, a palce całkiem straciły oparcie, ktoś 

podniósł ją z pokładu. Poczuła twardą pierś Sebastiana, jego ramię oplotło się 
wokół jej talii, przyciskając do siebie. Trzymał się liny, czekając a jacht 
odzyska równowagę po kolejnym uderzeniu. 

Kiedy to się stało, rzucił się w stronę włazu i wepchnął ją do środka. Nie 

znała wielu angielskich przekleństw, ale z tonu jego głosu mogła wywnio-
skować, e jest wściekły. 
−  Przepraszam. - Odwróciła się, kiedy postawił ją na nogi. 

W niebieskich oczach palił się ogień, usta zaciśnięte były w wąską kreskę. - 

Zapamiętaj raz na zawsze. Zgodziłem się ratować twoją siostrę, zgodziłem się 
nawet, byś ze mną pojechała, wbrew mojej woli. Jeśli nie potrafisz zadbać o 
własne bezpieczeństwo, kiedy na pięć minut znikasz mi z oczu, mogę zmienić 
zdanie. 

Zrozumiała, podniosła ręce w obronnym geście. - Powiedziałam, e jest mi 

przykro. Nie zdawałam sobie sprawy, e... - W ruchu rąk zawarła cały charakter 
sztormu. - Nie moemy dobić do portu? 

Zawahał się, jego rysy złagodniały. Gwałtowny podmuch wiatru sprawił, e 

przez otwarty właz chlusnęła woda, prosto na jego głowę. Mruknął gniewnie, 

background image

zawrócił i zatrzasnął pokrywę. Potrząsnął głową, wokół rozprysły się krople. - 
Do kabiny -powiedział, wskazując ręką. 

Posłuchała. Będąc ju w środku, ruszyła w stronę niewielkiego kredensu 

przyśrubowanego do ściany, zdjęła z wieszaka ręcznik i wyciągnęła rękę w stro-
nę Sebastiana. 

Zdąył go wziąć zanim przyszła następna fala i rzuciła ją w jego objęcia. 

Złapał ją, trzymając mocno. Poczuła napięcie, tłumiony gniew. W końcu 
westchnął, a mięśnie rozluźniły się. Pochylił głowę. 
−  Nigdy więcej nie rób takich głupstw. Podniosła głowę i napotkała jego 

spojrzenie. Zobaczyła cierpienie w jego oczach, lęk, którego przed nią nie 
krył. Podniosła rękę i dotknęła policzka. - Dobrze. 

Wyprostowała się i pocałowała go w usta. Ogarnęła ich słodka niemoc, ale po 

chwili podniósł głowę i zaniósł ją do łóka. Usiadła, a on patrzył w okno, 
wycierając ręcznikiem mokre włosy. 

Nie powtórzyła pytania, czekała tylko. 

−  Przy takim sztormie nie moemy dobić do brzegu. Jesteśmy pod wiatr. 

Tyle się akurat domyśliła. Nie dawała za wygraną. 

−  A nie moemy popłynąć z wiatrem i spróbować dobić gdzie indziej? 
−  Nie bardzo. Wiatr jest na tyle silny, e wyrzuci nas na skały. Poza tym - 

pokiwał głową w stronę okna - to Saint Mało. To najbliszy, najdogodniejszy 
port. Jak tylko znajdziemy się na lądzie, potrzebujemy jednego dnia, by 
dostać się do Montsurs. -Spojrzał w jej stronę. - A stamtąd ju blisko do le 
Roc, prawda? 

−  Pół godziny drogi, nie więcej. 
−  No właśnie. Te sztormy nigdy nie trwają długo. Ju prawie południe. 
−  Co takiego? - zdumiała się. - Sądziłam, e dopiero świta. 

Potrząsnął głową. - O świcie byliśmy dopiero na północ od wysp. Burza 

rozszalała się, jak wpłynęliśmy do zatoki. - Rzucił ręcznik na łóko i usiadł. 

background image

−  Uwaasz, e lepiej poczekać, a burza ucichnie? 

Pokiwał głową, dodając po chwili: - Wiem, e się niecierpliwisz, ale musimy 

rozwayć kady następny krok. 
−  Ze względu na Louisa? 
−  Owszem. Jak tylko zorientuje się, e wyjechaliśmy, będzie wiedział co robić. 

Pojedzie do Dover i wsiądzie na statek do Calais. Sztorm go raczej nie 
dotknie. 

Wzięła Sebastiana za rękę. - Ale potem będzie musiał jechać drogami do le 

Roc, co zwolni jego tempo. 
−  Zgadza się. Dlatego uwaam, e nie warto ryzykować. Najwcześniej mógł 

opuścić Somersham zaledwie kilka godzin temu. Nie wcześniej, przy tak 
licznej grupie osób, którym zaleało, by go zatrzymać. 

Zamyśliła się i westchnęła po chwili. - A więc mamy czas. - Spojrzała na 

Sebastiana. - Masz rację, powinniśmy poczekać. 

Oddał spojrzenie, a potem dotknął ręką jej twarzy. - Zaufaj mi, mignonne. 

Ariele jest bezpieczna. 
 
 
 

Ufała mu - całkowicie i bezgranicznie. I w głębi serca była przekonana, e 

Ariele będzie bezpieczna. Razem zrealizują swój plan; oboje byli tak zde-
terminowani, e nie wyobraała sobie, by mógł się nie powieść. 

Czekali, godziny mijały i pojawiło się kolejne zmartwienie. Sebastian jest 

Anglikiem, jeśli więc Fabien mu udowodni, e porwał francuską arystokratkę z 
rąk jej prawnego opiekuna, moe się to źle skończyć. 

Czy tytuł i nazwisko zdołają go ochronić? 
Czy cokolwiek uchroni go przed zemstą Fabiena, jeśli wpadnie w jego ręce? 

Dyskusja, jaką przyjąć taktykę podczas podróy lądem do le Roc, nie poprawiła 
jej nastroju. 

background image

Phillipe zjadł z nimi lunch. Podał go chłopiec pokładowy, który oddalił się na 

znak dany przez Sebastiana, zamykając za sobą drzwi. 
−  Sądzę, e najlepiej będzie, jeśli ju teraz zastanowimy się, jaki jest oficjalny 

cel naszej podróy. Ty - powiedział Sebastian, wskazując na Phillipe'a -
będziesz potomkiem szlacheckiego rodu. 

Phillipe słuchał uwanie. - Którego? 

−  Proponuję ród Villandry.  Jeśli ktoś zapyta, nazywasz się Hubert de 

Villandry. Majątek twoich rodziców ley w... 

−  Garonne. - Phillipe uśmiechnął się. – Byłem tam kiedyś. 
−  Bon. - Zatem będziesz wiarygodny, jeśli będzie taka potrzeba. - Sebastian 

spojrzał na Helenę, machając ręką. - Nie ebym się spodziewał jakichś 
trudności. Po prostu kady dobry plan musi mieć rozwiązania awaryjne. 

Spojrzała mu w oczy i pokiwała głową. - A ja kim będę? 

−  Będziesz siostrą Huberta. - Sebastian przechylił głowę na bok i przyglądał jej 

się przez chwilę. -Adele. Adele de Villandry, a jedziesz z nami dlatego, e po 
kilku miesiącach pobytu w Anglii  mamy cię odwieźć do... - przerwał, 
zastanawiając się nad następnymi słowami. 

−  Do klasztoru w Montsurs - Helena dokończyła historyjkę. - Chcę wstąpić do 

zakonu. Rodzina wysłała mnie do Londynu w desperackiej próbie na-
kłonienia mnie do zmiany zdania. 

Sebastian uśmiechnął się i ścisnął ją za rękę. -Bon. To wystarczy. 

−  Ale kim ty będziesz? 
−  Ja? - Z diabolicznym błyskiem w oku, połoył dłoń na sercu i ukłonił się w 

komicznym geście. -Jestem Sylwester Foliott, angielski uczony, pochodzący 
z dobrej, aczkolwiek zuboałej rodziny. Państwo Villandry zatrudnili mnie 
jako nauczyciela młodego panicza Huberta. Towarzyszyłem mu w podróach 
po Anglii, a moim ostatnim zadaniem jest zawiezienie go do rodzinnego 

background image

majątku w Ga-ronne. Tam właśnie jedziemy, po tym, jak zostawimy cię u 
dobrych siostrzyczek w Montsurs. 

−  Moe być. - Helena pokiwała głową. 
−  Co więcej, to wyjaśni wynajęcie szybkiego powozu, w którym pojedziesz do 

Montsurs. My za to, Hubert i ja, wynajmiemy konie, by lepiej poznać 
okolicę. 

Phillipe zmarszczył czoło. - Dlaczego chcesz odesłać powóz i przesiąść się na 

konie? 
−  Dlatego - odpowiedział Sebastian - e konie są szybsze i będą bardziej 

przydatne podczas ucieczki. - Spojrzał na Phillipe'a. - Zakładam, e jeździsz 
konno. 

−  Naturellement. 
−  To dobrze. Nie spodziewam się, e twój wuj odda Ariele i Helenę bez walki. 
 
 
 

adne z nich nie sądziło, e Fabien spokojnie przyjmie ich wizytę, ale 

wyraenie tego głośno i wyraźnie sprawiło, e Helena przyjęła to za pewnik. 
Jak zareaguje Fabien? Jak Sebastian zamierza go powstrzymać? 

Stała potem na pokładzie, patrząc jak wiatr przegania resztki burzowych 

chmur. Tak jak przewidywał kapitan, sztorm szybko minął. Wiatr szumiał 
jeszcze w aglach, a słońce zeszło nisko, by w końcu utonąć w morskiej toni. 

Zapadł zmierzch i za chwilę wiatr ucichł całkowicie. 
Helena usłyszała kroki. Sebastian zbliył się i stanął tu za jej plecami. 

−  Ju wkrótce, mignonne. Jak tylko zacznie wiać. 
−  A jeśli nie zacznie? 

Nie widziała uśmiechu na jego twarzy - nawet gdyby spojrzała, niewiele 

mogłaby wyczytać - ale słyszała go w jego głosie, w pobłaliwym tonie. -Zaufaj 
mi. Te wody rzadko są spokojne. 

background image

Przysunął się bliej, a ona oparła się o jego pierś, wtulając w jego ciepło. 

Chwycił się relingu, zabezpieczając ich oboje przed upadkiem. 

Przez jakiś czas po prostu stali, rozkoszując się pięknem rozgwiedonego 

nieba. Na chwilę zapomnieli o problemach i dręczącej niepewności. 
−  Jeśli przybijemy do brzegu jeszcze dziś, co wtedy? 
−  Zatrzymamy się w tawernie i zamówimy powóz. Wyruszymy z samego rana. 
−  Czemu nie dziś w nocy? 
−  Zbyt due ryzyko, a za małe korzyści. Zmarszczyła czoło. 

Poczuła jego wzrok na swej twarzy. - Nocna jazda jest niebezpieczna, i to nie 

tylko ze względu na stan dróg. Zwrócimy na siebie uwagę, a tego nie chcemy. 
Jeśli chodzi o korzyść... Wyruszając dzisiaj, dotrzemy do le Roc jutro w 
południe. To te jest niebezpieczne. Wystarczy, e ktoś cię zobaczy i doniesie 
Fabienowi. Lepiej, jeśli pojawimy się tam po zmroku. 

Oparła się mocniej o jego ramiona. - Dobrze, monsieur le duc. Dzisiaj 

odpoczywamy. 

Uśmiechnął się. -Bon, mignonne. - Pochylił głowę i pocałował ją w skroń. - 

Wyjedamy o świcie. 

Było tak, jakby jakiś wyszy byt usłyszał jego słowa. Nagle zaskrzypiał 

maszt, a podmuch z wiatru pojawił się tak samo szybko, jak wcześniej znikł. 

Sebastian podniósł głowę. Załoga przystąpiła do działania; na pokładzie 

rozległy się krzyki, głośno wydawane polecenia. Kotwica została podniesiona, 
zadźwięczał cięki łańcuch. Liny napięły się, agle zostały podniesione. 

agle wypełniły się wiatrem. Helena stała przy relingu i patrzyła, jak zgrabny 

statek bierze kurs na Saint Mało. Sebastian stał za jej plecami, a wybrzee 
Francji zbliało się coraz szybciej. 
 
 
 

background image

Wszystko szło zgodnie z planem.. Jacht przybił do Saint Mało, niezauwaony 

wśród wielu jedno-masztowców i łodzi tłoczących się w kamiennym porcie. 
Wyszli na ląd, jakby byli zwykłymi pasaerami; tragarz niósł za nimi bagae. 
Skierowali się do zajazdu o nazwie Pidgeon, jednego z lepszych - choć nie 
najlepszego - którymi mógł pochwalić się port. 

Mimo e łóka były wygodne, Helena niewiele spała. Nie uszło jej uwagi, e 

Sebastian znów ma przy sobie broń. Zgodnie z wymogami epoki wielu 
dentelmenów nosiło szpadę, ale zwykle miała ona charakter bardziej ozdobny 
ni obronny. Ta jednak taka nie była; wyglądała na starą, wielokrotnie uywaną, 
a palce Sebastiana często bezwiednie zaciskały się na całkowicie pozbawionej 
ozdób rękojeści. To nie była zabawka, lecz narzędzie. 

Westchnęła w duchu, krzywiąc się na myśl, e kiedyś sądziła, i potrafi go 

ochronić. Teraz to on chronił ją. Nie było powodu do obaw, a mimo to... Bała 
się, zwyczajnie się bała. 

Jak tylko zamknęła oczy, na myśl przychodziły wszystkie moliwe trudności i 

przeszkody, które zatrzymają ich przed Boym Narodzeniem... 

Obudziła się z krzykiem na ustach, zlana zimnym potem. Opadła na poduszki, 

zamknęła oczy, próbując znów zasnąć. 

Kiedy Phillipe zastukał do drzwi przed świtem, była ju ubrana i gotowa do 

drogi. Na wyraźne ądanie Sebastiana wypiła filiankę czekolady i byli w 
powozie, zanim jeszcze  słońce pojawiło  się na niebie. 

Opuszczając gospodę, Sebastian kazał Phillipe'owi usiąść obok Heleny. Sam 

zajął miejsce naprzeciwko, ale kiedy znaleźli się na otwartej przestrzeni, dał 
znak chłopakowi, by się przesiedli. 

Sebastian nie mógł nie zauwayć ciemnych obwódek pod oczami Heleny i jej 

bladej cery. Objął ją ramieniem, przytulając do swojego boku. Zmarszczyła 
czoło, ale on uśmiechnął się tylko i pocałował ją we włosy. - Odpoczywaj, 
mignonne. Nie przydasz się siostrze dziś wieczorem, jeśli będziesz zmęczona i 
niewyspana. 

background image

Posłuchała, i wkrótce zapadła w sen. Patrzył, jak za oknem szybko zmienia 

się krajobraz. Pół nocy szukał dobrego woźnicy; ten rzeczywiście był wart 
wysokiej ceny. Jechali cały dzień, z jedną półgodzinną przerwą wczesnym 
popołudniem. 

Zapadał zmierzch, kiedy wyrosły przed nimi mury starego miasta Montsurs. 

Sebastian znów zamienił się miejscami z Phillipe'em, kaąc woźnicy zatrzymać 
się w miejskiej stajni. Kiedy powóz stanął przed starymi, sfatygowanymi 
zabudowaniami, Sebastian powiedział tylko: - Doskonale. - Spojrzał na Helenę i 
Phillipe'a. - Poczekajcie tutaj. Lepiej, eby nikt was nie widział. 

Pokiwali głowami, a on znikł. Mijały minuty, a oni siedzieli w ciszy i coraz 

większym strachu. Nagle usłyszeli stukot podków; Sebastian prowadził cztery 
osiodłane konie. Właściciel stajni szedł tu obok. Na jego twarzy malował się 
uśmiech zadowolenia. 

Sebastian poprowadził konie na tył powozu. Helena i Phillipe nastawili uszu. 

Męczyzna dawał wskazówki, jak dojechać do klasztoru. Helena uśmiechnęła 
się; Sebastian pomyślał o wszystkim. Jeśli ktoś zapyta o nieznajomych, którzy w 
środku nocy kupowali konie, ścieka poprowadzi jedynie do klasztoru. 

Podziękował gadatliwemu Francuzowi i wsiadł do powozu, zamykając za 

sobą drzwi. 

Helena schowała się w kącie; męczyzna z pewnością by ją rozpoznał. 

Machał im przez chwilę,, ale w ciemnościach widział tylko twarz Sebastiana. 
−  A teraz gdzie? - zapytała, kiedy powóz ruszył w dalszą drogę. 

Sebastian uniósł brew. - Jak to? Do klasztoru, gdzieby indziej? 
Nie było to daleko, ale o tej porze bramy były zamknięte i nie było nikogo, 

kto by ich zobaczył. Wysiedli z powozu, zabrali bagae i odwiązali konie. 
Sebastian zapłacił woźnicy, ten wziął pieniądze z uśmiechem na ustach i 
zawrócił konie. Stali przez chwilę na drodze, patrząc jak powóz się oddala. 

Kiedy nie było słychać turkotu kół na wybrukowanej drodze, odwrócili się w 

stronę zabudowań klasztoru. Sebastian podszedł do kraty i zajrzał do środka. 

background image

−  Nie ma nikogo. - Uśmiechnął się. Zabrał wodze z ręki Heleny. - Jedziemy. 

Pomógł jej wspiąć się na siodło, przytrzymał konia, by spokojnie włoyła 

stopy w strzemiona. Wsiadł na swojego rumaka. Pojechali w dół ścieką, 
kierując się prosto do le Roc. 
 
 
 

Pół godziny później znaleźli się u stóp wzgórza, na którym wybudowano 

twierdzę le Roc. Wznosiła się nad niewielką doliną, na skalistym szczycie, jak 
ponury stranik nad okolicznymi urodzajnymi polami. 
−  Stójcie. - Sebastian ściągnął wodze i spojrzał na Helenę, która znajdowała się 

tu za jego plecami. - Jesteśmy na miejscu? 

Pokiwała głową. - Od tej strony nie uda nam się dostać do środka, ale od 

południa jest przejście przez ogród. 
−  Dobrze. - Przyglądał się zrośniętej ze skałą budowli. Rzeczywiście, forteca 

była imponująca. - Jeśli dalej pojedziemy tą drogą, ryzykujemy, e nas ktoś 
zobaczy. 

Helena przytaknęła. - Z powodu zamieszek stranicy pilnują le Roc nawet w 

nocy. 

Rzucił szybkie spojrzenie w jej stronę. Poczuła na sobie jego wzrok i 

podniosła głowę. - Znam ich zwyczaje. Nie zmieniły się od lat. 

Phillipe parsknął śmiechem. - Rzeczywiście. Nie wierzą, e ktoś rzuci im 

wyzwanie. 
−  To nawet lepiej. - Sebastian rozejrzał się wokół. - Czy moemy objechać 

zamek i wejść od drugiej strony? 

−  Owszem. - Helena popędziła konia. - Jeszcze trochę, a dojedziemy do 

ścieki, która prowadzi do sadu. 

Pojechała pierwsza, Sebastian tu za nią, a na końcu Phillipe. Jakieś sto 

metrów dalej od drogi odchodziła wąska ścieka, zaniedbana i ledwie widoczna. 

background image

Ktoś, kto nie wiedział, e tam jest, mógłby na nią nie trafić, ale Fabien z pewno-
ścią wiedział o jej istnieniu. Jeśli będą musieli szybko uciekać... 

Był pogrąony w myślach, kiedy Helena zatrzymała konia i odwróciła się. - 

Zostawmy tutaj konie. Do bram jeszcze daleko, ale jeśli zabierzemy je do sadu - 
kiwnęła głową w stronę wzniesienia -stranicy mogą je usłyszeć. 

Sebastian patrzył na terasy, które wznosiły się łagodnie, by w końcu spotkać 

się z murem, za którym, jak sądził, znajdował się ogród. Rzeczywiście, od tej 
strony zamek wydawał się duo bardziej odsłonięty. 
−  Tres hien - szepnął, rozglądając się wokół. - Zostawmy tu konie; dalej 

pójdziemy piechotą. 

Mury otaczające sad były wysokie na ponad dwa metry, ale poniewa 

zbudowano je z duych, kamiennych bloków, z łatwością mona się było na nie 
wspiąć. Nawet Helena pokonała je bez trudu, pod bacznym okiem Sebastiana. 
Zawinęła rąbek sukni w cholewkę butów i szybko znalazła się na górze. 
Sebastian dołączył do niej, przełoył nogi na drugą stronę i zeskoczył. Spojrzała 
w dół, pokręciła nosem, odwróciła się i zaczęła schodzić w taki sam sposób, w 
jaki weszła. 

Kiedy była mniej więcej w połowie, Sebastian wziął ją na ręce i postawił na 

nogi. Podziękowała królewskim skinieniem głowy, otrzepała ręce i wskazała na 
wznoszący się łagodnie sad. 

Szedł u jej boku. Wynurzyli się z ciemności, by po chwili znaleźć się wśród 

cieni rzucanych przez drzewa. Księyc jeszcze nie wypłynął na niebo, na razie 
chowali się więc tylko przed bladym światłem gwiazd. 

Dotarli do końca sadu i schowali się w cieniu wysokiego muru. Wydawał się 

duo trudniejszy do sforsowania, miał co najmniej trzy metry wysokości i 
doskonałą konstrukcję. Kamienie stapiały się ze sobą, tworząc gładką jak szkło 
powierzchnię, niepozostawiającą miejsca na uchwyt palców czy stóp. Sebastian 
wpatrywał się w mur w milczeniu. Spojrzał na Helenę, ona jednak ręką dała mu 

background image

znak, eby poczekał. Naradziła się szeptem z Phillipe'em, po czym pokazała 
ręką w lewo. Ruszyła pierwsza. 

Sebastian poszedł za nią. Niemal biegła, chowając się w cieniu wielkiego 

muru. Ocenił, e  znajdują się pewnie gdzieś naprzeciwko głównej bramy. 
Zatrzymała się po chwili, połoyła palec na ustach i zrobiła jeszcze kilka 
kroków, stając przed potęną bramą z kutego elaza. 

Podnieśli wzrok. Brama była  tak  wysoka jak  sam mur, zwieńczona 

dodatkowo długimi, elaznymi  kolcami. Nie uda im  się jej  przeskoczyć. 
Spojrzał na Helenę, zobaczył, e próbuje go przywołać. Nachylił głowę, a ona 
wyprostowała się i szepnęła mu do ucha: - Jest zamknięta, ale klucz wisi na 
haku po drugiej stronie. 

Wskazała dłonią jakieś pół metra od krawędzi bramy. - Dosięgniesz? 
Sebastian spojrzał w miejsce, które mu wskazała. - Trzymaj tak rękę. - 

Odwrócił się do bramy, ukląkł i  przełoył  rękę przez elazną  kratę. Nie 
spuszczał wzroku z ręki Heleny, która wskazywała mu miejsce. Jeśli upuści 
klucz na ziemię... 

Opuszki palców dotknęły zimnego metalu. Zamarł. Delikatnie, bez pośpiechu 

powiódł palcami po metalowej krawędzi, a dotknął gwoździa. Wyciągnął się 
mocniej, wyprostował palce i zdjął klucz z haka. 

Cofnął ramię i spojrzał na metalowy przedmiot leący w jego dłoni. 
Zanim zdąył zareagować, Helena porwała klucz. Złapał ją za ramię, zanim 

zdąyła włoyć go do zamka. 
−  A stranicy? 

Odwróciła się i szepnęła: - To ogrody przy kuchni. Stranicy pojawiają się tu 

wczesnym wieczorem i drugi raz nad ranem. 

Pokiwał głową i zwolnił uścisk. Stał i patrzył, jak wkłada klucz do dziurki, 

przekręca w zamku. Phillipe pomógł jej otworzyć bramę - powoli, w skupieniu i 
obawie, e zacznie skrzypieć. Zawiasy stuknęły metalicznie, ale dźwięk był na 
tyle niski, e z pewnością nie niósł się daleko. 

background image

Helena odetchnęła z ulgą i weszła do środka. Razem z Phillipe'em ruszyła 

ścieką prowadzącą do domu. Sebastian patrzył za nimi przez chwilę, po czym 
westchnął, starannie zamknął bramę i wyjął klucz z zamka. 

Helena obejrzała się i zobaczyła, jak chowa klucz w kieszeni płaszcza. 

Wszyscy ubrani byli w ciemne stroje. Ona sama miała ciemny płaszcz i brązową 
suknię pozbawioną jakichkolwiek ozdób, Phillipe ubrany był  na czarno. 
Sebastian miał na sobie płaszcz i  bryczesy brązowoszarego koloru, oraz 
wysokie, skórzane buty w podobnym odcieniu. Za dnia było mu w tym kolorze 
do twarzy, w  nocy wydawał się nierealny, niczym fantom dziewczęcej 
wyobraźni. Szedł za nią szybkim krokiem; jego potęne ciało poruszało się z 
gracją, budząc jej zmysły. 

Poszedł za nią w stronę łuku, pod którym stał Phillipe. - Musimy ominąć 

pomieszczenia dla słuby. Dojdziemy tędy do rozarium. W tym skrzydle są 
wyłącznie pokoje Marie, ony Fabiena. - Wzruszyła ramionami. - A ona jest 
chora, więc to chyba najlepsze miejsce, by wejść do środka. 

Obeszli kamienny, trzypiętrowy dom, nie napotykając adnych straników. 

Mimo e było dawno po północy, Sebastian miał wraenie, e piecze go kark. 
Widział odległe skrzydło, w którego stronę podąała Helena, ale niebieskie oczy 
uwanie studiowały okna parteru. 

Dotarli do rododendronów, kiedy wyciągnął ramię i złapał ją za łokieć. - Co 

jest tutaj? 

Wskazał na  wąskie, dwuskrzydłowe drzwi  wychodzące na  niewielki 

wybrukowany dziedziniec. Helena nachyliła się i szepnęła mu do ucha: - 
Niewielki salonik. 

Sebastian ścisnął ją za rękę i pomachał do Phillipe’a. Ciągnąc za sobą Helenę, 

zbliył się do pogrąonej w ciemnościach ściany domu. 

Poszła za nim bez słowa protestu. Dopiero po chwili zapytała: - Dlaczego? 
Sebastian przyglądał się drzwiom. - Patrz. -Zgiął kolana, oparł ramiona w 

miejscu, gdzie zamek łączył dwa skrzydła i szarpnął gwałtownie. 

background image

Drzwi otworzyły się z cichym szczękiem. 
Helena zdumiała się. - Jakie to... proste. 
Sebastian popchnął ją lekko, a kiedy wszyscy znaleźli się w środku, zamknął 

drzwi i rozejrzał się wokół. Pokój był niewielki, czysty i elegancko ume-
blowany. Helena stała przy drzwiach na korytarz; złapał ją za nadgarstek, by nie 
zdąyła wyjść. - Jak daleko jest do pokoju twojej siostry? 
−  Bliej ni od strony pokojów Marie. Zwykle nocuje w głównym skrzydle. 

Zastanawiał się przez chwilę, po czym powiedział do Phillipe'a: - Idź 

pierwszy, pójdziemy za tobą. Nie kryj się po kątach, idź śmiało. Jeśli zobaczy 
cię słuba, pomyślą, e wróciłeś. 

Phillipe pokiwał głową. Sebastian pozwolił Helenie otworzyć drzwi. Phillipe 

poszedł pierwszy, oni podąyli za nim jak duchy. 

Weszli na górę głównymi schodami; Helena odetchnęła z ulgą, gdy w końcu 

znaleźli się na długiej galerii. Księyc wreszcie pojawił się na niebie, srebrne 
światło sączyło się przez wysokie okna, bezlitośnie oświetlając podłune 
pomieszczenie. 

Po chwili znaleźli się w plątaninie korytarzy. Zwolnili kroku. Helena czuła, e 

opuszczają napięcie, a zamiast niego pojawia się zniecierpliwienie i radość. 
Jeszcze chwila i zobaczy Ariele. 

Sebastian pociągnął ją za rękę 1 szepnął jej do ucha: - Gdzie są pokoje 

Fabiena? 
−  Tam - pomachała ręką. - Na drugim końcu galerii. 

Phillipe zatrzymał się przed jakimiś drzwiami i czekał, a podejdą bliej. - To 

tutaj? 

Helena pokiwała głową. 
Sebastian zacisnął palce na jej ramieniu. - Wejdź sama. Poczekamy tutaj, a 

dasz nam znak. Nie chcemy jej przestraszyć. - Puścił ją. - Postaraj się, by 
zrozumiała, e musi być cicho. 

background image

Helena pokiwała głową. Chwyciła go za rękę i ścisnęła lekko, po czym 

otworzyła drzwi i bezszelestnie wśliznęła się do środka. 
 
 
 

Rozdział 13 

 
 
 

Helena zamknęła za sobą drzwi i czekała, a oczy przyzwyczają się do 

ciemności. Potem podeszła do łóka, cicho odgarnęła zasłony i zobaczyła pasmo 
jasnobrązowych włosów na poduszce. Ariele spała spokojnym snem. 

Helena uśmiechnęła się, do oczu napłynęły łzy wzruszenia. Przysunęła się 

bliej. 
−  Ariele? Ariele, obudź się, mon petit chou. 

Brązowe rzęsy poruszyły się i podniosły, odsłaniając zielone oczy. Ariele 

uśmiechnęła się, po czym jej powieki zamknęły się znowu. 

Helena delikatnie potrząsnęła siostrą. 
Ariele otworzyła oczy i wpatrywała się w Helenę ze zdumieniem. Rzuciła się 

w ramiona siostry, z okrzykiem radości. - To ty! Mon dieu! Sądziłam, e to sen! 
−  Ciii... - Helena przytuliła ją mocno, dziękując opatrzności. - Musimy uciekać 

- powiedziała po chwili. - Phillipe i mój przyszły mą czekają za drzwiami. 
Musimy się śpieszyć. Ubierz się na ciemno. 

Ariele nigdy nie była tępa. Wyskoczyła z łóka, zanim Helena dokończyła 

zdanie. Pobiegła do szafy, wyciągnęła brązową suknię i pokazała ją siostrze. 
−  Tak - doskonale. 
−  Gdzie jedziemy? - Ariele ubierała się pośpiesznie. 
−  Do Anglii. Fabien... to szaleniec. 

background image

−  Co takiego? - Ariele przechyliła głowę w bok. - Arogant, zarozumialec, ale... 

- Wzruszyła ramionami. - Rozumiem, e nie wie, e wyjedamy. 

−  Nie. - Helena pomogła jej zawiązać sznurówkę. - Musimy być cicho. Weź 

tylko najpotrzebniejsze rzeczy: przybory toaletowe i bieliznę. 

−  Nie wzięłam z Cameralle wiele bagau. Sądziłam, e wrócę tam na święta. 

Helena przytuliła siostrę. - Ma pełite, długo nie zobaczymy naszego domu. 

−  No tak, ale co za przygoda! 

Ariele zaczęła szczotkować włosy, a Helena tymczasem sięgnęła do szafy i 

wyjęła stamtąd niewielką torbę. Wrzuciła do niej wszystkie drobiazgi stojące na 
toaletce oraz modlitewnik i krucyfiks. 

Rozległo się pukanie. Phillipe zajrzał przez otwarte drzwi, zobaczył Ariele i 

wszedł do środka. Za nim pojawił się Sebastian. Helena uspokoiła się, czerpiąc 
siłę z jego opanowania. Wszystko będzie dobrze. 

Patrzył na nią przez chwilę, a potem spojrzał na Phillipe'a i dziewczynę, którą 

z pewnością była Ariele. Phillipe szeptał jej coś do ucha, ona uprzejmie 
słuchała. 

Ariele była wysza od Heleny, mocniej zbudowana, choć szczupła. Włosy, 

niczym złocista zasłona, spływały jej do pasa. Miała piękny profil, tak samo jak 
starsza siostra. Widział, jak gestykuluje, tłumaczy coś Phillipe'owi i ucisza jego 
przeprosiny. 

Nagle zdała sobie sprawę z jego obecności i odwróciła się. Uśmiechnęła się 

nieśmiało. 

Podszedł bliej i wyciągnął rękę. 
Instynktownie podała mu dłoń. Ukłonił się. Ariele otrząsnęła się ze zdumienia 

i dygnęła głęboko. 

Podniósł ją. - Jestem zaszczycony, mogąc cię poznać, ale uprzejmości 

odłómy na później. Musimy uciekać. - Spojrzał w oczy, ciemniejsze ni u 
siostry i w innym odcieniu zieleni. - Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, 
będziemy mieli lata na poznanie się bliej. 

background image

Ariele przechyliła głowę na bok, rzucając mu wyzwanie. Ten sam ogień, 

który palił się tak jasnym płomieniem w oczach Heleny, nie oszczędził równie 
siostry. 

Sebastian zaśmiał się łagodnie i  pocałował dziewczynę w czoło. - Nie 

sprzeciwiaj mi się, ma petite. Jeszcze ci trochę brakuje do siostry. 

Ariele wydała z siebie dźwięk, jakby się zakrztusiła. Rzuciła Helenie szybkie 

spojrzenie, zadając niewinne, nieme pytanie. Nic dziwnego, e Phillipe wpadł 
po uszy. 

Sebastian puścił jej dłoń i zrobił krok w tył. -Chodźcie. Nie moemy zwlekać. 

Podczas gdy Sebastian rozmawiał z Ariele, Helena przyglądała im się jak 
wrośnięta w ziemię. Teraz otrząsnęła się, wzięła szczotkę z ręki Ariele, wrzuciła 
ją do torby i zacisnęła węzeł. Spojrzała na niego. - Jesteśmy gotowe. 

Wziął ją za rękę i pocałował czubki palców. - To dobrze. A teraz powiem 

wam, co robimy. 

Wyszli  z  pokoju, cztery bezgłośne cienie przemierzające opustoszałe 

korytarze. Phillipe szedł pierwszy, za nim Ariele w płaszczu i kapturze zasła-
niającym włosy. Szli cicho, ale szybko. Kilka metrów za nimi szła Helena, 
równie w płaszczu. Sebastian zamykał orszak. 

Serce Heleny biło jak szalone. Kręciło jej się w głowie. Jeszcze chwila i będą 

wolni. Co więcej, Ariele polubiła Sebastiana. Wyglądało na to, e dwie osoby, 
które kochała najbardziej na świecie, przypadły sobie do gustu. Czuła ulgę 
zmieszaną z napięciem, radość ze zdenerwowaniem.  

Dotarli do galerii. 
Głośne uderzenie obcasa o podłogę było jedynym ostrzeeniem, e Fabien ich 

znalazł. Zrobił trzy długie kroki, po czym zatrzymał się, przyglądając się 
ciemnym postaciom. 

Księyc oświetlał jasne włosy. Ubrany jak zwykle na czarno, miał skórzane 

buty i ostrogi, w rękach trzymał rękawiczki do konnej jazdy. U pasa wisiał 
rapier. 

background image

Przez sekundę wszyscy stali jak zaczarowani. 
Potem Helena usłyszała ciche przekleństwo i Sebastian wyłonił się zza jej 

pleców. Rozległ się świst, gdy jednym ruchem wyciągnął szpadę z pochwy. 

Ułamek sekundy później Fabien zrobił to samo. 
To co nastąpiło później trwało zaledwie kilka 

minut, ale dla Heleny 

wydawało się całą wiecznością, pełną ukrytych znaczeń, sugestii i pułapek. 

Takich jak uśmiech, który wykrzywił wargi Fabiena, kiedy zorientował się, 

kto jest jego przeciwnikiem. 

Helena pamiętała doskonale, e 

Fabien miał  reputację doskonałego 

szermierza. Zrobiło jej się niedobrze, ale uspokoiła się po chwili, uświadamiając 
sobie, e Sebastian ze szpadą w ręku czul się równie pewnie. Nic sobie nie robił 
z perspektywy pojedynku z młodszymi od siebie konkurentami do ręki Heleny. 
Rzeczywiście, aden z młokosów nie ośmielił się rzucić mu wyzwania. 

Wspomnienia pozwoliły jej pozbierać myśli. Phillipe wycofał się do okna, 

pociągając za sobą Ariele. Na środku galerii dwie ciemne postacie okrąały się 
wzajemnie, czekając, a przeciwnik zrobi pierwszy ruch. 

Fabien rzucił się pierwszy. Metaliczny szczęk broni przeraził Helenę, ale 

patrzyła szeroko otwartymi oczyma, jak Sebastian bez widocznego wysiłku 
odparowuje atak. 
Fabien był niszy i lejszej budowy, a przez to szybszy. Sebastian był wyraźnie 
silniejszy, a jego ramię miało większy zasięg. 

Fabien znów zaatakował. Sebastian ponownie odparował cios. 
Helena spojrzała na ich nogi. Zdała sobie sprawę, e robią duo hałasu. 

Wyminęła ich, przyciskając się do ściany, pobiegła na koniec galerii i zamknęła 
drzwi, przekręcając klucz w zamku. Phillipe i Ariele zrobili to samo z drugiej 
strony galerii. Jeśli słuba usłyszy łoskot, drzwi dadzą im cenny czas. 

Sebastian zdawał sobie sprawę z istoty problemu i po uśmiechu Fabiena 

wiedział, e jego przeciwnik równie. Im dłuej będzie trwał pojedynek, nieza-
lenie od jego wyniku będą mieli mniejszą szansę ucieczki. 

background image

aden nie chciał zabić rywala, chodziło o samo zwycięstwo. Obaj byli 

szlachetnie urodzeni, taką śmierć trudno byłoby wytłumaczyć, tym bardziej jeśli 
miała miejsce na obcej ziemi. Zabicie wroga zdecydowanie nie było warte 
wysiłku. Chodziło o to, by odebrać broń, zranić, zwycięyć. 

Patrząc obiektywnie, przewaga była po stronie Fabiena. Byli na jego terenie, 

w jego domu. Wiedział, e nie zginie, e ryzykuje wyłącznie ramię i to doda-
wało mu odwagi. Obaj byli mistrzami, ale on czekał na to spotkanie od wielu 
lat. Był szybszy, ale Sebastian dzięki swej sile i zwinności spychał go w tył. 

Zwody, uniki, pozorne otwarcie się na cios przeciwnika - to były ulubione 

metody Fabiena. Sebastian uderzał wprost, nie uciekał. Chciał jak najszybciej 
zakończyć tę walkę, ale widział, e 

jej  nie wygra jeśli nie wyprowadzi 

przeciwnika w pole. 

Ścierali się przez kilka minut, wystarczająco długo, by Fabien nauczył się 

przewidywać ciosy rywala. Sebastian zagonił go do rogu, blisko miejsca, gdzie 
stała Helena, i zaatakował całą serią gwałtownych pchnięć. Fabien zdał sobie 
nagle sprawę, e przebywanie w kącie, z większym i silniejszym przeciwnikiem 
po drugiej stronie, to być moe nie najlepszy pomysł.  

Zaczął szukać drogi ucieczki. 
 Sebastian otworzył mu tę drogę.  
Udał, e zaatakuje z lewej strony.  
Fabien zobaczył swoją szansę, spiął się i skoczył...  
Sebastian  usłyszał  stłumiony krzyk.  Gotowy do uderzenia, zgiął nadgarstek 

i podbił szpadę. I w tym samym momencie zobaczył brązową plamę po swojej 
lewej ręce. 

Spręony do skoku, nie mógł jej powstrzymać. Patrzył tylko z przeraeniem, 

e znalazła się pomiędzy nimi, zasłaniając go swoją piersią. 

Spojrzał na Fabiena; na jego twarzy równie malowało się przeraenie. 
Za późno. Fabien nie był w stanie zatrzymać pędzącego ostrza. Z głośnym 

świstem wbiło się w jej ramię. 

background image

Sebastian słyszał jej krzyk i instynktownie, z gardłowym okrzykiem na 

ustach, wykonał jeszcze jeden cios. Fabien próbował się odwrócić, ale nie udało 
mu się, a ostrze przebiło ubranie, zatopiło się w ciele i zatrzymało na jednym z 
eber. 

Sebastian wyszarpnął szpadę i z głośnym szczękiem upuścił na posadzkę. 

Złapał Helenę w objęcia. Fabien ledwo się trzymał na nogach. Blady jak śmierć, 
doszedł do ściany i upadł, trzymając się ręką za bok. 

Sebastian połoył Helenę na podłodze, wyjął ostrze z jej ramienia. Po wyrazie 

twarzy Fabiena widział wyraźnie, e nie chciał jej skrzywdzić. 

Ariele i  Phillipe natychmiast znaleźli się obok. Sebastian bał się, e 

dziewczyna zareaguje histerycznie, a tymczasem przyjrzała się ranie i oderwała 
kawałek materiału płaszcza, by ją opatrzyć, wysyłając chłopaka po krawat 
Fabiena. 

Phillipe zbliył się ostronie, ale Fabien sam podał mu tę część garderoby bez 

najmniejszego komentarza. 

Sebastian miał coraz lepsze zdanie na temat swojej przyszłej szwagierki. 

Trzymając Helenę w objęciach, patrzył, jak Ariele tamuje krew i sprawnie 
nakłada opatrunek. Spojrzała na niego pytająco. Pokiwał głową. - Będzie yła. 

Jeeli znajdzie się pod dobrą opieką. 
Zemdlała z bólu i strachu, wcią nie odzyskała przytomności. Sebastian oddał 

ją w ręce Ariele, wstał i podszedł do Fabiena. Schylił się i podniósł swoją 
szpadę; wytarł ostrze chustką. 

Fabien nie spuszczał wzroku z Heleny. - Powiesz jej, e nie chciałem jej 

skrzywdzić? 
−  Jeeli jeszcze tego nie wie. 

Fabien zamknął oczy. - Sacre dieu! Kobiety! Na co potrafią się zdobyć... - 

Skrzywił się z bólu i ciągnął słabym głosem: - Zawsze była nieprzewidywalna. 
Sebastian zawahał się. - Jest do nas podobna, nie sądzisz? 
−  Mais, oui. Jest niezwykle bystra. Ale nie potrafi intrygować. 

background image

Sebastian patrzył na starego wroga, wiedząc, e rana będzie mu doskwierać 

przez długie tygodnie. Pocieszał się, e to naleyta zapłata za cierpienia Heleny. 
- Ty i te twoje gry... Ja przestałem się w to bawić lata temu. Dlaczego ciągle w 
to grasz? 

Fabien otworzył oczy, wzruszył ramionami i ponownie się skrzywił. - Z 

nudów. Co innego miałbym robić? 

Sebastian patrzył na niego przez chwilę i potrząsnął głową. - Jesteś głupcem. 

−  Głupcem? Ja? - Fabien próbował się zaśmiać, ale ból nie pozwalał. Skinął 

tylko głową w stronę Heleny i powiedział: - To nie ja dałem się nabrać na 
najstarszą sztuczkę świata. 

Sebastian spojrzał na bladą cerę Fabiena, zastanawiając się, czy powinien 

wspomnieć, e Fabien dał się nabrać na tę samą sztuczkę wiele lat temu, tyle e 
w jego przypadku historia skończyła się smutno. Marie okazała się zbyt słaba, 
by rodzić mu dzieci, a teraz leała na łou śmierci. Na tę myśl Sebastianowi 
odeszła cała złość. Postanowił milczeć; schował szpadę do pochwy i spojrzał na 
Helenę. -Jeszcze zobaczymy. 

Fabien zmarszczył czoło w niemym pytaniu. 
Sebastian nie miał zamiaru niczego tłumaczyć. 

−  Jedno muszę wiedzieć. Czyje ziemie są bardziej rozległe: twoje czyjej? 

Sebastian uśmiechnął się ponuro. - Moje. 
Fabien westchnął. - Wygrałeś tę potyczkę, mon ami. - Zamknął oczy. - Ale 

teraz musisz jeszcze stąd wyjść. 

Sebastian patrzył, jak jego mięśnie rozluźniają się, jak traci przytomność. 

Nachylił się i spojrzał na ranę. Była powana, ale niezagraająca yciu. Wstał i 
zawołał Phillipe'a, wskazując na drzwi za swoimi plecami. - Co jest za tymi 
drzwiami? 

Była tam biblioteka; zostawili Fabiena na fotelu przed wygasłym paleniskiem. 

Związali mu stopy i dłonie ozdobnym sznurem od zasłon, usta zakneblowali 
chustką. Wkrótce znajdzie go słuba. 

background image

Wrócili do Ariele i Heleny, która była przytomna, ale widać było, e rana 

sprawia jej wiele bólu. Phillipe przyglądał się jej z pobladłą twarzą. - Jak się 
stąd wydostaniemy? 

Streścił plan w kilku słowach. Z ciszy panującej za drzwiami wywnioskowali, 

e słuba nie usłyszała odgłosów walki i krzyków. - Nawet jeśli coś usłyszeli, 
moemy tego uyć na naszą korzyść. 
−  Ty - zwrócił się do Phillipe'a - przyjechałeś właśnie z Anglii z Heleną. 

Fabien pojechał po was do Montsurs, ale wasz powóz się spóźnił i dlatego 
dotarliście do le Roc o tak późnej porze. Kazał wam zabrać Ariele do Parya. 
Chce, eby  wyjechała natychmiast. Boli  go głowa i  nie chce, by mu 
przeszkadzano. 

−  Cierpi na migreny - słabym głosem odezwała się Helena. - Słuba wie, e 

lepiej nie ryzykować w takiej sytuacji głową. 

−  Doskonale. Ma migrenę i dlatego zostawił ci wyraźne polecenie, e masz 

jechać teraz. Nie wiesz dlaczego. - Sebastian spojrzał na Ariele. - Nie jesteś 
zadowolona, e wyrwano cię z łóka w środku nocy i kazano jechać do 
Parya. - Spojrzał na jej stopy obute w ciękie skórzane trzewiki. - Zejdziesz 
ze schodów powłócząc nogami, marudząc i generalnie sprawiając kłopoty. 
Helena będzie sprawiać wraenie, e cię za sobą ciągnie, w rzeczywistości ty 
musisz ją podpierać. 

Zwrócił się do Heleny. - Moesz iść, mignonnel 
Zacisnęła usta i pokiwała głową. 
Przyjął jej odpowiedź; nie był w stanie wymyślić innego sposobu, by 

wydostać się z le Roc. 

Spojrzał na Phillipe'a. - Zawołaj powóz. Rób duo hałasu i jeśli moesz, 

wywołaj panikę wśród słuby. Nie odpowiadaj na pytania, jak się tu dostałeś, po 
prostu je zbywaj. Sprawiaj wraenie,  e  jesteś zdeterminowany wypełnić 
polecenie wuja i zabrać stąd Ariele. Jeśli słuba się sprzeciwi, zasugeruj, eby 
skonsultowali to z Fabienem, który ley w łóku z migreną. - Przerwał, lustrując 

background image

wzrokiem młodzieńca. - Jeśli zaczną zadawać zbyt wiele pytań, zachowuj się 
tak, jak zachowywałby się Fabien albo ja. Chcesz, by natychmiast sprowadzono 
powóz, bez najmniejszej zwłoki. 

Phillipe pokiwał głową. - Rozumiem. 
Sebastian poklepał chłopaka po ramieniu. - Idź ju. Będziemy nasłuchiwać i 

zejdziemy, jak tylko podjedzie powóz. Nie chcę, by Helena była na nogach 
dłuej ni to absolutnie konieczne. 

Phillipe pokiwał głową, otworzył drzwi galerii i wyszedł: 
Słyszeli jego kroki; pewne i dobitne, z głośnym echem odbijały się po domu. 

Sebastian nachylił się do Heleny. Złapała go za rękaw i spojrzała mu w oczy. - 
A ty? Jak się stąd wydostaniesz? 

Ujął jej dłoń, przycisnął do ust. - Nie martw się, nie zostawię cię samej. Jak 

tylko znajdziecie się w powozie, dołączę do was. 

Helena uwierzyła mu na słowo i zebrała siły. Rana krwawiła, ale płaszcz był 

na tyle ciemny, e wcią nie było widać plamy. 

Usłyszeli, jak Phillipe pogania słubę. Kamerdyner próbował zaprotestować, 

ale chłopak potraktował go z wyniosłą arogancją, która wprawiłaby w dumę 
jego wuja. 

Zamówił w końcu powóz. Z ciemnej galerii na pierwszym piętrze widzieli, 

jak przechadza się nerwowo, jakby się spodziewał, e Fabien zejdzie na dół i 
zapyta, co jeszcze robi w domu. 

Słubie równie udzieliło się to zdenerwowanie. Dziesięć minut później 

powóz był ju gotowy. 

Sebastian pocałował Helenę w czoło, przytulił ją przez chwilę i odsunął się. - 

Idźcie. 

Ariele patrzyła za nim przez chwilę, a potem zrobiła kwaśną minę i zaczęła 

głośno narzekać, powłóczyć nogami, cały czas trzymając mocno Helenę. 

W holu poniej Phillipe podniósł wzrok. - Gdzie one są? - zapytał z irytacją. - 

No chodźcie ju! Szybciej! - Helena i Ariele pojawiły się na schodach. - No 

background image

wreszcie! - Wspiął się na schody i udając, e pogania Ariele, pomógł iść 
Helenie. 
−  Do powozu, no ju. Nie zachowuj się jak dziecko, Ariele. Nie chcesz chyba, 

eby wuj zszedł na dół, prawda? 

Nagle Helena jęknęła i zachwiała się. 
Ariele przytrzymała ją kurczowo, złorzecząc jeszcze głośniej. Kamerdyner 

wcią wydawał się niezadowolony, ale Helena machnęła lekcewaąco ręką, 
dając do zrozumienia, e nie yczy sobie jakichkolwiek uwag. - Musimy jechać 
i to natychmiast - powiedziała tylko podniesionym tonem. 

Wystarczyło. Słuący zeszli im z drogi. Otworzyli drzwi i patrzyli, jak cała 

trójka schodzi po schodach. 

Odgłos końskich kopyt na wybrukowanym podjeździe skutecznie wyciszył 

kroki. Sebastian zszedł szybko na parter i schował się w cieniu klatki scho-
dowej. Słuba tłoczyła się na ganku. Musi dobrze wymierzyć czas. 

Helena weszła do powozu pierwsza, za nią Ariele. Phillipe stanął na stopniu, 

kazał woźnicy zejść z kozła i zawołał lokaja, by ten podniósł schodki i zamknął 
drzwi. Woźnica patrzył ze zdumieniem, jak Phillipe idzie na tył powozu. 

Sebastian głęboko odetchnął i ruszył pewnym krokiem w stronę drzwi 

frontowych. Buty stukały głośno po marmurowej posadzce, a słuący, wszyscy 
w nocnych koszulach i szlafrokach, obrócili się na pięcie, by ukłonić się swemu 
panu. 

Oczy otworzyły się szeroko, szczęki opadły. 
Sebastian wyminął ich z arogancką miną. Odskoczyli na bok, nie chcąc 

sprawiać mu trudności. 

Zszedł po  schodach i  ruszył prosto do  powozu, mijając po  drodze 

zaskoczonego lokaja. Słuący śledzili kady jego krok, niepewni, co mają 
zrobić. 

Sebastian zobaczył bladą twarz Heleny i zasalutował. Udało się. Jeszcze 

chwila i stąd wyjadą. 

background image

Rzucił szybkie spojrzenie Phillipe'owi. Skinął głową, a chłopak stanął przy 

pudle powozu. Sebastian zajął miejsce na koźle, wziął w ręce wodze i szarpnął. 
Powóz ruszył gwałtownie z miejsca, Sebastian odwróci! się jeszcze, by się 
upewnić, e Phillipe siedzi bezpiecznie. 

Trzasnął biczem, konie wyrwały do przodu. Szybko pokonali dystans 

dzielący ich od zewnętrznych murów. 

Brama była otwarta. 
Do środka wjedał inny powóz - dwukółka zaprzęona w jednego konia. 
Księyc wyraźnie oświetlał drogę. Sebastian dostrzegł twarz woźnicy i jego 

pasaera, wpatrujących się z przeraeniem na pędzący prosto na nich powóz. 

Dwukółka przejechała przez bramę, ale droga była tak wąska, e mieścił się 

tylko jeden pojazd. Poniej znajdował się niewielki staw. 

Sebastian popędził wszystkie cztery konie. Jechał prosto na nich. 
Louis wrzasnął i pociągnął za wodze. 
Dwukółka przechyliła się i stoczyła prosto do stawu. 
Ze środka wypadł Villard. 
Słysząc krzyki, Helena otworzyła oczy. Wyjrzał przez okno i zobaczyła, e 

Louis wyskakuje z pędzącej dwukółki, a potem ląduje w błocie. 

Mignęły jej  bramy le  Roc.  Była wolna.  Ona i Ariele. 
Ulga, niczym narkotyk, płynęła wartko w jej yłach. 
Powieki opadły cięko. 
Powóz wpadł w koleinę. 
Przeszył ją gwałtowny ból i ogarnęła ją ciemność. 

 
 
 

Obudziła się w cieple i wszelkich wygodach, z oddali niósł się subtelny 

zapach z pieca. Paszteciki. Ciasteczka. Owoce i bakalie. 

background image

Zapachy przypomniały jej  dzieciństwo, przywróciły wspomnienia świąt 

sprzed wielu lat. Kiedy jeszcze yli rodzice, a pokoje Cameralle wypełnione by-
ły radością, śmiechem i wszechobecną harmonią i spokojem. 

Myślała o tym przez kilka chwil, jak wędrowiec odwiedzający dawne czasy, 

wspominający dawne radości. Potem wspomnienia wyblakły. 
Spokój i harmonia pozostały. 

Wróciła do rzeczywistości, a zapachy uświadomiły jej, e jest głodna jak 

wilk.  Pamiętała, co się stało, wcią  bolało ją ramię, unieruchomione na 
temblaku. 

Otworzyła oczy i zobaczyła okno. Na parapecie leał śnieg, na szybach 

pojawiły się mroźne kwiaty. Kiedy oczy przystosowały się do otaczającej szaro-
ści, do cieni spowijających pokój, zobaczyła Sebastiana siedzącego tu obok na 
fotelu. 

Przyglądał się jej uwanie. Nie odzywała się, zapytał więc: - Jak się czujesz? 
Zamrugała, nabrała głęboko powietrza, wypuściła je powoli. - Lepiej. 

−  Ramię wcią cię boli. 

To nie było pytanie. - Tak, ale... - Podniosła się na poduszkach. - Nie tak 

mocno jak przedtem. Da się znieść. - Zmarszczyła czoło i podniosła głowę. -
Gdzie jesteśmy? Gdzie jest Ariele? 

Uśmiechnął się lekko. - Jest na dole z Philli-pe'em. Cała i zdrowa. - Przysunął 

fotel do łóka. 

− 

Helena wyciągnęła dłoń; wziął ją w swoje ręce. -A więc... - Wcią nie 

znała odpowiedzi na swoje pytania, ale ciepło płynące z jego dłoni miało kojącą 
moc. - Jesteśmy wcią we Francji? 
−  Oui. Nie mogliśmy jechać daleko i dlatego zmieniłem plany. 
−  Ale - skrzywiła się - powinniśmy jechać prosto do Saint Mało. 

Spojrzenie mówiło jej wyraźnie, eby nie była niemądra. - Byłaś ranna i 

nieprzytomna. Wysłałem posłańca do mojej załogi i przyjechaliśmy tutaj. 
−  Fabien będzie nas szukał. 

background image

−  Owszem, ale z pewnością pośle do Saint Mało albo Calais. Będzie szukał nas 

na północy. A my jesteśmy na południu i to z dala od wybrzea. 

−  Ale... jak wrócimy do Anglii? - Podniosła się jeszcze wyej, ignorując 

klujący ból. - Musisz wracać na Boe Narodzenie, na rodzinne spotkanie. A 
jeśli Fabien nas szuka, nie moemy tu zostać. Musimy... 

−  Mignonne, bądź cicho. 

Zamilkła niepewnie, a on ciągnął: - Wszystko przemyślałem. Jacht czeka na 

nas w Saint-Nazaire. Bez trudu zdąymy na święta, a tymczasem ty musisz robić 
wszystko, by jak najszybciej wyzdrowieć. -Patrzył na nią niebieskimi oczyma. - 
Jak tylko będziesz się czuła na siłach, wyjedziemy. Czy jeszcze 

 

coś chcesz 

wiedzieć? 

Jego głos miał surowy ton, który bardzo  jej się podobał. Westchnęła i 

ścisnęła go za rękę. – Jestem beznadziejna, prawda? 

Parsknął. - Omal przez ciebie nie posiwiałem, Fabien równie. 
Zmarszczyła czoło, wracając do wydarzeń z le Roc. - Nie chciał mnie zranić, 

prawda? 
−  Skąde, był przeraony. Tak samo jak ja. - Sebastian przyglądał się jej przez 

chwilę, a potem dodał: - Nigdy nie chciał ciebie skrzywdzić. Ani Ariele. 

−  Ariele? Ale... - Przerwała, patrząc badawczo w jego twarz. Po chwili jej oczy 

wypogodziły się. -To był blef? 

−  Owszem. Moe i bezlitosny, ale mimo to blef. Chciał po prostu wymusić na 

tobie, byś robiła to, co kae. 

Potrząsnęła głową. - Dziwny z niego człowiek. 

−  Niespełniony. -  Sebastian patrzył na nią. Wiedział, czego potrzebuje 

męczyzna tego pokroju. Rozumiał to. 

Helena poruszyła się. - Chciałabym wiedzieć jeszcze jedno. W jaki sposób 

wszedłeś w posiadanie sztyletu? 

background image

Uśmiechnął się. Splótł jej palce ze swoimi, podniósł je do ust i pocałował. - 

Wygrałem sztylet -spojrzał jej w oczy - tej samej nocy, kiedy cię zobaczyłem po 
raz pierwszy. 

Zrobiła wielkie oczy. - Vraiment? To dlatego polowałeś na kolczyk Collette? 

−  Oui. Wygrałem duą  sumę od młodszego brata Fabiena, a on chciał 

przywrócić mnie do porządku. My, Anglicy, byliśmy znani z naszych 
szalonych zakładów. Fabien tak przedstawił całą sytuację, e nie mogłem 
odmówić, przynajmniej bez utraty twarzy. Nie spodziewał się jednak, e 
zaądam czegoś w zamian. Tego wieczoru był z nim kwiat francuskiej 
szlachty i dlatego musiał się zgodzić. 

−  Ale mimo to uprzedził zakonnice. 
−  Oczywiście. Wiedziałem, e to zrobi. Udałem, e jestem pijany i wracam do 

hotelu, a tymczasem poszedłem prosto do klasztoru.. - Spojrzał jej w oczy. - 
A tam spotkałem ciebie. 

Uśmiechnęła się szeroko. Radość widoczna była nie tylko na jej ustach, ale 

równie w oczach, teraz pozbawionych jakichkolwiek trosk. Policzki zaróowiły 
się wyraźnie. Ścisnął jej dłoń i wstał. - Bon. Skoro czujesz się dobrze, zawołam 
Ariele i powiem onie gospodarza, e chcesz jeść. 
−  Proszę. - Próbowała usiąść, pomógł jej się wyprostować. - Zjem, ale potem 

jedźmy. 

−  Jutro. 

Spojrzała na niego, wyjrzała za okno. - Ale... 

−  Jeśli odpoczniesz, zbierzesz siły i będziesz się czuła na siłach, to jutro rano 

wyjedziemy. 

Zobaczyła determinację w jego oczach, westchnęła i opadła z powrotem na 

poduszki. - Jak sobie yczysz, Wasza Wysokość. 
−  No właśnie, mignonne. Będzie dokładnie tak, jak sobie yczę. 

 
 

background image

Oczywiście skończyło się na tym,  e  zrobili  jak  powiedział. Helena 

zastanawiała się, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do uczucia, e narzuca jej 
swoją wolę. 

Dzień minął spokojnie. Po południu wstała z łóka, ubrała się i poszła 

zwiedzać niewielki, domowy zajazd, który Sebastian wynalazł w dolinie Sarthe. 
W pobliu  nie było adnej  głównej drogi, właściciele cieszyli się więc z 
kadego gościa. Z pewnością nie mieli pojęcia, e angielski ksiąę i francuska 
hrabina złoyli im wizytę. 

Poza nimi nie było innych gości; opady śniegu ograniczały wszelkie rozrywki 

na powietrzu. Salon był bardzo przytulny. Helena spędziła kilka godzin przed 
kominkiem, patrząc jak Sebastian gra z Phillipe'em w szachy. 

Zostało jeszcze tylko  kilka  dni  do Wigilii,  w  zajeździe panował ju 

świąteczny nastrój, pełen spokoju i radości. Serce Heleny było wolne od trosk. 
Po raz pierwszy od śmierci rodziców cieszyła się kadą chwilą. 

Zamknęła oczy i pozwoliła, by harmonia i radość z nadchodzących świąt 

wypełniły jej duszę. 

Następnego ranka uparła się, e  czuje się wystarczająco dobrze, by 

podróować. Sebastian spojrzał na nią krytycznie, ale się zgodził. Po obfitym 
śniadaniu wyruszyli w drogę. Jechali wśród topniejących śniegów, a im dalej na 
południe, tym droga była lepsza. Pod wieczór dotarli do Saint-Nazaire. Jacht 
Sebastiana ju czekał w porcie - dojrzeli go z klifów nad miastem. 

Znaleźli się na pokładzie. Załoga postawiła agle, które szybko napełniły się 

wiatrem i zgrabny statek poeglował do domu. 

Podró nie obfitowała w wydarzenia, a większość czasu Helena spędziła w 

głównej kabinie z Sebastianem. Moe chodziło mu o to, by odpoczęła, a moe 
dopiero teraz uświadomił sobie ryzyko, na jakie się naraziła, w kadym razie 
następne godziny były  pełne namiętności i  wraeń,  których dotąd nie 
doświadczyła. 

background image

Jej protesty, e w sąsiedniej kabinie jest Ariele nie na wiele się zdały; kiedy 

spotkała siostrę na pokładzie, ta uśmiechnęła się znacząco i przycisnęła ją do 
piersi. 

Ariele nie bała się Sebastiana. Był dla niej jak starszy brat, razem artowali i 

śmiali się. Helena patrzyła na nich, mając wraenie, e serce zaraz jej pęknie z 
radości. 

Minął  dzień i  kolejna noc. Następnego poranka, wraz z przypływem, 

zacumowali w Newhaven. Powóz ju czekał i po śniadaniu zaczęli ostatni etap 
długiej podróy. 

Do domu. 
Mile uciekały pod końskimi kopytami, a Helena zastanawiała się nad słowem 

„dom." Opuściła Cameralle jako dziecko, twierdza le Roc była zbyt groźna i 
ponura, by mona ją było tak nazwać. Domem czyli miejscem, gdzie jest się u 
siebie, gdzie wraca się po długiej podróy. 

Somersham. 
Serce mówiło tak, chocia rozum jeszcze się wahał. Nie chodziło o niego. 

Londyńskie kamienice przesuwały się za oknem, a ona myślała tylko o tym, e 
oboje zajmują takie miejsce w świecie, e ich decyzje mają wpływ na znacznie 
więcej ni tylko ich samych. 

Na rodzinę. Towarzystwo. Politykę. 
Mają władzę. 
Jego świat. I równie jej. Myliła się sądząc, e zdoła od niego uciec. Ten 

świat miała we krwi. 

Konie zwolniły, skręciły w prawo. Wyjrzała; znajdowali się na niewielkim 

placyku. W końcu powóz zatrzyma! się przed imponującą rezydencją. 

Podniosła wzrok. 
Spotkał jej wzrok. - Jesteśmy na Grosvenor Square. 

−  Twój londyński dom? 

background image

−  Nasz dom. Zatrzymamy się na pól godziny. Muszę załatwić parę spraw, a 

potem pojedziemy dalej. 

Ariele obudziła się właśnie, wyprostowała ręce i poskaryła się, e jej suknia 

jest brudna i wymięta. 
−  Nie ma sprawy. - Schodząc na ziemię, Sebastian poklepał ją po nadgarstku. 

Wyciągnął rękę i pomógł wysiąść najpierw Helenie, potem Ariele. -W 
Somersham jest moja siostra Augusta, no i oczywiście ciocia Clara. Pomogą 
wam zorganizować suknie. Tymczasem nie musisz się przejmować, w domu 
nikogo nie ma. 

Helena poczuła ulgę, ona równie czuła się nieco zmięta. Sebastian szedł 

pierwszy. Dzień był ciemny i ponury, ale w holu świeciło się światło. 

Kamerdyner otworzył drzwi i na ich widok z trudem powstrzymał uśmiech 

radości. Ukłonił się nisko. - Witaj w domu, Wasza Wysokość. 

Sebastian wprowadził Helenę do ciepłego, luksusowo wyposaonego holu i 

spojrzał na kamerdynera, unosząc brew. - Co się stało, Doyle? 
−  Mamy gości, Wasza Wysokość. -  Z  niewzruszonym spokojem, Doyle 

odwrócił wzrok i spojrzał na Helenę. 

Sebastian westchnął. - To hrabina d'Lisle, wkrótce twoja pani. Jej siostra, 

panna de Stansion i pan de Sevres. 

Obejrzał się, kiedy kamerdyner zabrał mu płaszcz. - A gdzie lokaje, u diabła? 

−  Obawiam się, e wezwano ich do biblioteki. Sebastian utkwił wzrok w 

słuącym. - Doyle... 

Drzwi  po ich lewej stronie otworzyły się. - 

Doprawdy, Doyle, co ty 

wyrabiasz? Czemu nie wprowadzasz gości, kimkolwiek są? 

Lady Almira Cynster zamarła w progu bawialni i gapiła się na Sebastiana. 

Zrobiła się czerwona jak burak. - Sebastian! Myśleliśmy, e jesteś na wsi albo... 
-  Przerwała, przyglądając się pozostałym przybyszom. Ariele i  Phillipe'a 
zaszczyciła zaledwie przelotnym spojrzeniem i zatrzymała wzrok na Helenie. 
Oczy jej pociemniały z gniewu, na twarzy pojawił się grymas. 

background image

−  Co tu robisz, Almiro? 

Mówił spokojnie, ale w tonie jego głosu słychać było groźbę. Helena poczuła, 

e po plecach chodzą jej ciarki; od tygodni nie słyszała tego tonu. 
−  Ja... to znaczy... - Almira zaczęła gestykulować, czerwieniąc się jeszcze 

bardziej. 

Nastąpiła niezręczna pauza. -  Doyle -  szepnął po chwili  Sebastian - 

zaprowadź pannę de Stansion i pana de Sevres do biblioteki... albo nie, moe do 
bawialni i podaj im coś do picia: Hrabina i ja wkrótce do nich dołączymy. Za 
godzinę wyjedamy do Somersham. 
−  Dobrze, Wasza Wysokość. - Doyle ukłonił się i ruszył w stronę holu. 
−  A  teraz dokończymy tę rozmowę. Ale moe  nie w holu, chodźmy do 

saloniku. 

Almira prychnęła i cięko opadła na wyściełaną jedwabiem sofę. Helenie 

przyszło wcześniej na myśl, e jeśli zostanie oną Sebastiana, będzie częściej 
widywać tę kobietę. Omal nie pobiegła za Ariele i Phillipe'em, ale powstrzymała 
się, pozwalając zaprowadzić się do saloniku. 

Lokaj zamknął za nimi drzwi. Gdyby w pokoju była inna kobieta, Helena 

czułaby się skrępowana, siedząc w wymiętej i poplamionej krwią sukni, z dziurą 
po szpadzie zaszytą ręką siostry. Ale Almira... Almira nie była osobą, której 
zdanie miało dla Heleny jakiekolwiek znaczenie. 

Podeszli do sofy. Zauwayła, e na ławie stoi czajnik, cztery filianki i dwa 

talerze z ciastkami i owocami. W filiankach była herbata, na razie nietknięta. 

Sebastian uniósł brew. - Powtarzam, co tu robisz, 
Almiro? 
Ton był łagodniejszy, mniej groźny. 
Almira prychnęła.. - Ćwiczę, to chyba widać, prawda? Kiedyś zostanę 

gospodynią tego domu... Tak naprawdę ju teraz powinniśmy tu zamieszkać. To 
skandal, e tak wielki dom stoi pusty. Powinien mieć panią z prawdziwego 
zdarzenia. 

background image

−  Z tym ostatnim się zgadzam. Pewnie ucieszy cię wiadomość, e hrabina 

d'Lisle zgodziła się zostać moją oną. Księną St. Ives. 

Almira sięgnęła po filiankę, zamarła w połowie ruchu i podniosła wzrok. - 

Nie bądź głupi. -Na twarzy pojawiły się lekcewaenie i pogarda. -Wszyscy 
mówili, e się z nią oenisz, ale właśnie spędziłeś niemal tydzień, włócząc się z 
nią nie wiadomo gdzie. Bez przyzwoitki. - Wypiła łyk herbaty. - Nie moesz się 
z nią enić, nie teraz. Pomyśl, co to byłby za skandal. 

Myśl o skandalu najwidoczniej ucieszyła Almirę, uśmiechnęła się bowiem 

triumfująco, odstawiając filiankę. 

Sebastian przyglądał się jej przez chwilę i westchnął. - Almiro, nie wiem, 

dlaczego nie jesteś tego w stanie zrozumieć, ale jak ci mówiłem wcześniej, jest 
ogromna rónica między niepisanymi prawami, które odnoszą się do takich 
ludzi jak ja czy hrabina, a takimi, które dotyczą drobnej szlachty. - Jego ton nie 
pozostawiał wątpliwości. - I dlatego, czy chcesz czy nie chcesz, w niedalekiej 
przyszłości będziesz gościem na naszym ślubie. 

Almira patrzyła na niego z osłupieniem. Nagle odstawiła filiankę. - Charles! 

Musisz go zobaczyć. 

Podniosła się, Sebastian powstrzymał ją gestem ręki. - Przywieziesz go do 

Somersham, jak zwykle. Tam go zobaczę. 

Skrzywiła się. -  W  Somersham będą tłumy.  A  Charles jest twoim 

spadkobiercą i musisz spędzać z nim więcej czasu. Poza tym, jest tutaj. 
−  Tutaj? - Jedno słowo było a ciękie od treści. - Gdzie? Nie, to głupie 

pytanie. Pewnie w bibliotece? 

−  No i co z tego? Ten dom będzie kiedyś naleał do niego. 

Sebastian obrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. 

−  Tak będzie! - krzyknęła za nim Almira.  

Sebastian pociągnął Helenę za sobą. Trzymał ją za rękę, mrucząc pod nosem: 

- Nie, jeśli ja będę miał tu coś do powiedzenia. 

background image

Biblioteka była dwa pokoje dalej; lokaj zobaczył, e idą i otworzył drzwi. 

Scena, którą zastali byłaby komiczna, gdyby nie fakt, e była przedziwna. Trzej 
lokaje stali nad niemowlęciem, które siedziało na kocyku przed kominkiem. 
Dziecko nie ruszało się, siedziało tylko z ponurą miną, patrząc tępo na regały z 
ksiąkami. 

Podobieństwo do Almiry było uderzające - ta sama okrągła twarz, cofnięty 

podbródek i skłonna do rumieńców cera. 

Almira wzięła chłopca na ręce. Ku jej zaskoczeniu nie zareagował, tylko 

odwrócił głowę w stronę Sebastiana i Heleny. 
−  Widzisz? - Almira wręczyła dziecko Sebastianowi. - Wcale nie musisz się z 

nią enić. Przecie ju masz spadkobiercę. 

−  Almiro! 

Jedno słowo wystarczyło; Almira zamrugała i ucichła. 
Helena spojrzała na Sebastiana. Zdąył się opanować i teraz rozwaał, jaką 

przyjąć taktykę. Puścił jej rękę, podszedł do szwagierki i ujął ją za łokieć. - 
Idziemy. Ju  czas, ebyś  wracała do domu. - Odprowadził ją do holu. - 
Bierzemy ślub w Somersham, masz tam przyjechać i przywieźć Char-lesa. Od 
tej pory zabraniam ci pokazywać się w tym domu podczas naszej nieobecności. 
Zrozumiano? 

Almira przystanęła, nawet z drugiego końca pokoju Helena widziała jej 

zdumioną minę. - Zostanie księną St. Ives? 
−  Owszem. A jej syn będzie moim spadkobiercą. 

Almira znów przybrała obojętną minę. - No dobrze. - Z synem w ramionach, 

ruszyła do drzwi, otwartych na oście przez lokaja. - Oczywiście, jeśli będzie 
twoją księną, nie ma potrzeby, bym tu przyjedała i robiła porządek. 
−  Zgadza się. 
−  A więc do widzenia. - Almira wyszła, nie oglądając się za siebie. 

background image

Sebastian dał znak, a lokaje opuścili pokój, wszyscy z wyrazem ulgi na 

twarzach. Zbliył się i potrząsnął głową. - Przykro mi, e musiałaś to zobaczyć. 
Poza tym rodzina jest całkiem w porządku. 

Uśmiechnęła się. 
Spojrzał jej w twarz, w oczy i ujął ręce. - Mignonne, będzie duo lepiej, jeśli 

będziesz mi mówić, co myślisz, a nie kaesz mi zgadywać. 

Zmarszczyła czoło z niepewną miną. 
Kolejne westchnienie było nieco niecierpliwe. Znów się martwisz. 

Zamrugała, tłumiąc uśmiech. Wyrwała ręce i podeszła do wychodzącego na 
ogród okna. Krzewy były mokre, ozdobione kroplami deszczu i mgły. 

Zawdzięczała mu tak wiele - swoją wolność, Ariele. Odda mu za to resztę 

ycia, ulegnie jego dyktatorskim zapędom, chęci kontrolowania wszystkiego i 
wszystkich. Uczciwa wymiana. Ale... czy on jest gotowy oddać swoją wolność? 
−  Mówiłeś w Somersham, e zadasz mi pewne pytanie, jak będę gotowa, eby 

na nie odpowiedzieć. -Podniosła głowę, nie rozumiejąc, dlaczego nie moe 
złapać tchu. - Zrozumiem, jeśli po tym, co się wydarzyło, nie będziesz chciał 
zadać tego pytania. 

Podniosła rękę, by jej nie przerywał. - Rozumiem, e musisz się enić, ale na 

świecie jest wiele kobiet. Równie takich, dla których nie będziesz musiał z 
niczego rezygnować. Tak jak w moim przypadku. 

Starała się, by jej głos brzmiał spokojnie. - Nigdy nie chciałeś się enić, 

pewnie dlatego, e nie potrafiłeś zrezygnować z wolności. Ślub ze mną nałoy 
na ciebie kajdany, które nas na zawsze zwiąą, splotą 
−  A ty? - zapytał niskim głosem. - Czy ty nie będziesz równie związana? 

Uśmiechnęła się lekko. - Znasz odpowiedź. Spotkała jego wzrok. - Czy 

zostanę twoją oną, czy nie, zawsze będę naleeć do ciebie. Nigdy się od ciebie 
nie uwolnię. - Po chwili dodała: - I nawet nie chcę. 

Ta deklaracja i oferta - oferta wolności - zawisła w powietrzu. Helena nabrała 

powietrza i ponownie spojrzała za okno 

background image

Przyglądał jej się przez chwilę bez ruchu. Podszedł bliej, objął ją i przytulił 

mocno. Pochylił głowę i oparł podbródek na jej skroni. 
−  adna siła nie jest w stanie mnie od ciebie odsunąć. Nie potrafię bez ciebie 

yć. Naleymy do siebie, i to nie jako ksiąę i jego dama, tylko jako 
codzienni kochankowie, mą i ona. - Obrócił ją w swoich ramionach. - 
Jesteś jedyną kobietą, którą chciałem poślubić, jedyną, którą mogę sobie 
wyobrazić w tej roli. Owszem, czuję się związany i pewnie nie jest to 
komfortowe uczucie, ale dla ciebie jestem w stanie zapłacić kadą cenę. 
Będę te kajdany nosić z radością. 

Patrzyła mu prosto w oczy. Tym razem nie krył przed nią emocji. Widziała w 

nich prawdę, rozumiała ją. Ale... 
−  Almira mówiła coś o skandalu. Miała rację? 

Uśmiechnął się z lekkim przekąsem. - Nie. Moe we Francji jest inaczej, ale 

tutaj wspólna podró narzeczonych nie wywoła skandalu. 
−  Ale nie byliśmy po słowie. - Przechyliła głowę i przyglądała mu się uwanie. 

- Coś przede mną ukrywasz. 

−  Nie wiedziałem, jak długo nas nie będzie i dlatego wysłałem zapowiedzi. 

Iskra zrozumienia zapaliła się w jej oczach. - Co takiego? Przed naszym 

wyjazdem? 
−  Zanim się zdenerwujesz, weź jedno pod uwagę. - Ujął jej dłonie i podniósł 

do ust. - Jeśli mi teraz dasz kosza, ośmieszysz mnie przed całym brytyjskim 
towarzystwem. Kładę swoje serce, swój honor do twoich stóp. Moesz je 
podeptać, jeśli zechcesz. 

Znów nią manipulował, wiedziała o tym. Podeptać jego serce? Coś takiego! 

Trudno było robić powaną minę, kiedy serce się radowało. Podniosła głowę. - 
No dobrze, moesz mi zadać to pytanie. 

Uśmiechał się, nie triumfująco, tylko szczerze i ciepło. 

−  Mignonne, będziesz moja? Zostaniesz moją oną, moją księną na resztę 

ycia? 

background image

Zwyczajne „tak" wydawało się zbyt proste. -Znasz odpowiedź. 
Potrząsnął głową. - Chcę to usłyszeć od ciebie. 
Zaśmiała się. - Tak. 
Uniósł brew. - Po prostu tak? 
Uśmiechnęła się promiennie i objęła go za szyję. - Tak całym moim sercem. I 

całą duszą. 
 
 
 

Nie potrzebowali więcej słów. 
W doskonałej zgodzie ruszyli do Somersham, tak jak powiedział. Na miejscu 

okazało się jednak, e pewne rzeczy wymknęły mu się spod kontroli. 
Ogromny dom był wypełniony po brzegi gośćmi -rodziną, przyjaciółmi, którzy 
jak jeden mą chcieli usłyszeć wieści. 
−  Mówiłem, e  masz zaprosić najbliszą  rodzinę. -  Spojrzał krzywo na 

rozpromienioną Augustę, która  pocałowała go  w  policzek. -  A  ty 
sprowadziłaś połowę Londynu! 

−  To nie ja wysłałam zapowiedzi. Nie moesz się dziwić, e wszyscy interesują 

się twoim ślubem. 

−  No właśnie - zawtórowała jej Clara. - Taka wspaniała okazja! Wszyscy 

chcieli tu być. Przecie nie mogłam wyrzucić ich za drzwi. 

Augusta objęła Helenę. - Tak się cieszę! I mam nadzieję, e nie obrazisz się, 

e z Clarą uknułyśmy niewielki spisek. Wiem, e dla mojego brata przeszkoda 
w postaci braku sukni to nic wielkiego, ale i tak kazałyśmy przerobić suknię 
ślubną naszej matki. Za wzór wykorzystałyśmy suknie, które zostawiłaś. 
Marjorie bardzo nam pomogła. Mam nadzieję, e ci się spodoba. 
−  Na pewno. - Helenie kręciło się w głowie, nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

Przedstawiła Ariele - Augusta przywitała ją ciepło. 

background image

−  Szesnaście lat? Moja droga, cały świat przed tobą! Znajdziemy ci doskonałą 

partię. 

Phillipe  zmarszczył czoło,  ale  Augusta tego  nie  zauwayła.  Ariele 

uśmiechnęła się do niego pocieszająco i chłopak się rozchmurzył. 

Augusta pomachała do brata. - Kochany, zabieram ci narzeczoną. Panie 

umierają z ciekawości, by ją poznać, a wcześniej musi się przebrać i odświeyć. 
- Skierowała Helenę i Ariele na schody. - A tobie radzę, ebyś zajrzał do 
biblioteki. Kiedy byłam tam ostatnio, panowie plądrowali twoje zapasy naj-
lepszej brandy. Wiesz, tego świństwa, które sprowadzasz z zagranicy. 

Sebastian zaklął pod nosem. Augusta nie zwracała na niego uwagi, ruszył 

zatem w stronę biblioteki. 

Frontowy hol i większość pokoi przyozdobione były ostrokrzewem i jedliną, 

przedświąteczne podniecenie łączyło się z radosną okazją wesela. Wielkie 
polana paliły się w kadym kominku, zapach pieczonego ciasta i grzanego wina 
unosił się w całym domu. 

Zbliało się Boe Narodzenie, czas ufności, czas dawania. Czas dzielenia się 

radością. 

Wszyscy goście zgromadzeni w wielkim domu czuli to samo. 
W Wigilię Boego Narodzenia śnieg pokrywał zmroone murawy, a w słońcu 

świecącym z błękitnego nieba kawałki lodu błyszczały jak diamenty, prezent dla 
nowoeńców. Helena stała przed ołtarzem i mówiła słowa przysięgi, która na 
zawsze wiązała ją z Sebastianem, jego rodziną i domem. On równie przysięgał, 
e będzie ją chronić i kochać, teraz i na zawsze. 

Wzięli ślub w atmosferze spokoju i radości, wśród przyjaciół i rodziny. 
Podniosła welon, który naleał kiedyś do jego matki i zobaczyła grę świateł, 

które sięgały przez niewielkie okno. Wpadła w jego ramiona, poczuła, e jego 
ręce zaciskają się na jej plecach. Była bezpieczna. 

Poczuła smak wolności, wolności pod okiem ukochanego tyrana. 
Pocałowali się. 

background image

Rozdzwoniły się dzwony, radośnie obwieszczając dobrą nowinę. 

 
 

Na oknie, przy którym Sebastian pisał list, mróz rysował piękne kwiaty. Był 

dzień Boego Narodzenia, ogromny dom był zupełnie cichy, goście wypo-
czywali po szaleństwach poprzedniej nocy. 

W luksusowej sypialni z ogromnym łoem z baldachimem słychać było 

czasem skrobanie pióra o pergamin i trzask drew płonących w kominku. Mimo 
mrozu panującego na zewnątrz w środku było wystarczająco ciepło, by mógł 
siedzieć i pisać w samym szlafroku. 

Na biurku leał stary sztylet. Rękojeść była ze złota, wysadzana rubinami, z 

których największy miał wielkość gołębiego jaja. Był wart majątek z racji samej 
wagi, ale dla Sebastiana miał duo większą wartość. 

Odłoył pióro i spojrzał na Helenę. Nie poruszyła się; plątanina czarnych 

loków leała na poduszce, tak samo jak pół godziny temu, kiedy wstał z łóka. 

Klan Cynsterów przywitał ją z entuzjazmem, który przewyszał radość z 

okazji świąt Boego Narodzenia. Po ślubie wszyscy usiedli do śniadania, śnia-
dania, które miało trwać cały dzień. Miał okazję zobaczyć, jak jego ona 
błyszczy, jak artuje z Martinem i George'em, śmieje się do Augusty, z którą ju 
zdąyła się zaprzyjaźnić. Jak zwraca się do Al-miry, z szacunkiem, ale chłodno. 
Jak czaruje Arthura, najbardziej zamkniętego z braci. 

Co do reszty - dalszej rodziny, przyjaciół i znajomych, którzy przyszli po to, 

by być świadkiem tego wydarzenia i wydać wyrok, wszyscy uwaali, e jest 
szczęściarzem. Tak mu przynajmniej powiedziała Therese Osbaldestone. 

Uśmiechnął się i spojrzał na list. Przeczytał go ponownie. 

 

Oddaję Ci przedmiot, który, jak sądzę, powinien naleeć do Ciebie. Pamiętasz 

zapewne okoliczności, dzięki którym wszedłem w  jego posiadanie przed 

background image

siedmioma laty. Nie mogłeś wiedzieć, e wysyłając mnie do klasztoru des 
Jardinieres, sprowadziłeś mnie na drogę przeznaczenia. 

To była informacja, której Ci brakowało. Spotkałem Helenę, zanim wysłałeś 

ją do Anglii. Padła między nami obietnica. Kiedy pojawiła się ponownie, by 
odzyskać sztylet, mieliśmy okazję odnowić znajomość, w stopniu, który nie był 
wcześniej moliwy. 

Znamy ju jej pełny potencjał i doszliśmy do porozumienia. Mam teraz coś, co 

jest duo więcej warte i za co muszę Ci podziękować. To Tobie zawdzięczamy 
naszą przyszłość. 

Przyjmij, proszę, załączony przedmiot jako symbol naszej wdzięczności. 
Pewnie ucieszy Cię wiadomość, e wypadek, który przeszkodził w naszej 

ostatniej wizycie, nie pozostawił trwałego uszczerbku na jej zdrowiu. Jest pełna 
energii i wcią nowych pomysłów, mogę to zaświadczyć. 

Owszem, jest teraz księną St. Ives. 

Do następnego razu 

 

Sebastian uśmiechnął się, wyobraając sobie jak Fabien czyta list. Podpisał 

się i zapieczętował pergamin; kiedy odkładał pióro, usłyszał szelest ze strony 
łóka. 

Odgarniając burzę włosów, Helena* uśmiechnęła się i opadła z powrotem na 

poduszki. - Co robisz? 

Sebastian odwzajemnił uśmiech. - Piszę do twojego byłego opiekuna. 

−  Aha. - Podniosła rękę i zawołała go do siebie. Złota obrączka, którą dzień 

wcześniej załoył jej na palec, połyskiwała w zimowym słońcu. - Wydaje mi 
się, e są pewne sprawy, którymi musisz zająć się od razu, Wasza Wysokość. 

Sebastian wstał i wrócił do łóka. 
Do niej. 
Do ciepła jej ramion. 
Do obietnicy w jej pocałunku. 

background image

Posłowie 

 
 
 

Niestety, ani Sebastian, piąty ksiąę St. Ives, ani Helena, jego małonka, nie 

prowadzili dzienników. Następujące   informacje  pochodzą  z annałów wie-
lebnego Juliusa Smedleya, kapelana domowej kaplicy rodziny St. Ives w latach 
1767-1794. Wielebny nie tylko udzielił im ślubu, ale skrupulatnie zapisywał 
wszystkie wydarzenia, które  miały  znaczenie dla  rodziny.  Od  niego 
dowiadujemy się, e: 

Ariele de Stansion i Phillipe de Sevres zostali w Somersham kilka lat. Phillipe 

pomagał w zarządzaniu posiadłością, a Ariele spędzała sporo czasu z siostrą. 
Pomagała w ciękim porodzie jej jedynego syna, Sylvestra. Mimo upływu lat 
Phillipe wcią ubóstwiał Ariele, a ona ze swojej strony nigdy nie spojrzała na 
innego, chocia wielu dentelmenów starało się o jej rękę. W końcu, z pomocą 
Sebastiana, Phillipe kupił sporą posiadłość na północ od Lincoln. Wzięli z 
Ariele ślub i wyjechali. 

Inną ciekawostką we wczesnych latach była dziwna wzmianka o śmierci 

Marie de Mordaunt, hrabiny Vichesse, ony byłego opiekuna księnej St. Ives i 
jej siostry. 

Potem na Francję spadł terror. Sebastian   i Phillipe uzyli 

wszystkich 

wpływów, by zlikwidować francuski majątek Heleny i Ariele. Część skarbów i 
kilkoro wiernej słuby sprowadzili do Anglii. 

Brat Phillipe'a, Louis, zniknął w mniej więcej tym samym czasie i nikt więcej 

o nim nie słyszał. 

Po  długich poszukiwaniach St. Ivesowie dowiedzieli się, e 

podczas 

nieobecności Fabiena de Mordaunt, le Roc dostało się w obce ręce. Nawet do 
Londynu dotarły opowieści, e hrabia, naraając się na ogromne ryzyko, wdarł 

background image

się do środka i zwolnił swych lojalnych słuących, kaąc im ratować karki. 
Potem hrabia znikł i nie ma o nim słowa w annałach ani gdziekolwiek indziej. 

Co ciekawe, pojawia się fascynująca wzmianka na temat Francuza, który 

pojawił się w Somersham miesiąc po tym, jak padło le Roc. Wysoki, szczupły, o 
jasnych włosach wydawał się bliskim przyjacielem księcia; często razem 
pojedynkowali się na tarasie. 

Wielebny Smedley, znany ze swoich upodobań do detali, tym razem 

dyskretnie przemilcza nazwisko dentelmena. 

Francuz pozostał w Somersham kilka miesięcy, a potem zdecydował się 

opuścić Anglię. Wyjechał do Southampton, a stamtąd popłynął do Ameryki. 
Ksiąę i księna poegnali go z alem. 
 

A.K.


Document Outline