background image

GABRIEL GARCIA MARQUEZ

KRONIKA ZAPOWIEDZIANEJ 

ŚMIERCI

Przełożył:

Carlos Marrodan Casas

background image

W dniu, w którym miał zostać zabity, Santiago Nasar wstał o piątej trzydzieści rano, chcąc 

zdążyć na uroczystość powitania statku wiozącego biskupa. Śniło mu się, że szedł w mżawce przez 

gaj figowców, i przez chwilę był szczęśliwy we śnie, ale obudziwszy się, poczuł się cały zbryzgany 

ptasimi gówienkami. „Zawsze śniły mu się drzewa - powiedziała mi Placida Linero, jego matka, 

odtwarzając   w   dwadzieścia   siedem   lat   później   szczegóły   tego   nieszczęsnego   poniedziałku.   - 

Tydzień wcześniej śniło mu się, że leciał sam w samolocie z cynfolii, który swobodnie przelatywał 

pomiędzy migdałowcami”. Cieszyła się w pełni zasłużoną sławą nieomylnej tłumaczki cudzych 

snów,   pod   warunkiem   że   opowiadano   je   na   czczo,   nie   dostrzegła   jednak   żadnej   złowróżbnej 

przepowiedni w snach swego syna - ani w tych dwóch ostatnich, ani w poprzednich z drzewami, 

które opowiadał jej we wszystkie ranki poprzedzające jego śmierć.

Santiago Nasar również nie dostrzegł złej wróżby. Spał krótko i źle, nie zdejmując ubrania. 

Obudził się z bólem głowy, czując na podniebieniu smak miedzianego strzemienia, szybko jednak 

uznał to za naturalne skutki weselnej hulanki, która przedłużyła się do rana. Nie dość tego: wiele 

osób napotkanych przez niego od momentu, gdy wyszedł z domu o szóstej pięć, aż do chwili kiedy 

w godzinę później został zaszlachtowany jak wieprz, wspominało, iż był wówczas nieco ospały, ale 

w dobrym humorze, i że wszystkim mimochodem napomknął coś o pięknym dniu. Nikt nie był 

pewien, czy miał  na myśli  pogodę. Wielu jednomyślnie  wspominało,  że ranek był  pogodny,  z 

nadlatującą od plantacji bananowych morską bryzą, a więc taki, jakiego można było się spodziewać 

po dobrym lutym  tamtych  czasów. Większość zgodnie jednak stwierdzała, że pogoda była pod 

psem,   niebo   niskie   i   posępne,   w   powietrzu   unosiła   się   stęchlizna   stojących   wód,   a   w   chwili 

nieszczęścia siąpiła mżawka, taka sama, jaką widział Santiago Nasar w lesie swego snu. Jeśli zaś 

chodzi  o mnie,  to po weselnej  pijatyce  wracałem  do przytomności  na apostolskim łonie Marii 

Alejandriny   Cervantes   i   obudziły   mnie   dopiero   dzwony   bijące   na   trwogę,   choć   myślałem,   że 

uderzono w nie na cześć biskupa.

Santiago Nasar ubrał się w białe lniane spodnie, nie krochmalone, takie same jak te, które 

miał na sobie poprzedniego dnia na weselu. Było to ubranie na wielkie okazje. Gdyby nie wizyta 

biskupa, włożyłby spodnie i koszulę koloru khaki i buty do jazdy konnej, czyli to, w co ubierał się 

w   każdy   poniedziałek,   gdy   jechał   do   hacjendy   „Divino   Rostro”,   odziedziczonej   po   ojcu   i 

zarządzanej przez niego roztropnie, choć bez większych sukcesów. Gdy wyruszał konno, przypinał 

do pasa magnum 357, którego pociski z pancernej stali, jak mawiał, mogły przeciąć konia na pół. W 

sezonie polowań na kuropatwy brał swoje sokolnicze akcesoria. Poza tym w swoim arsenale miał: 

manlicher   schonauer   30.06,   holand   magnum   300,   hornet   22   z   celownikiem   optycznym   i 

wielostrzałowego   winczestera.   Spał   zawsze   tak   jak   jego   ojciec,   trzymając   broń   w   poszewce 

poduszki, tego dnia jednak przed wyjściem z domu wyjął naboje i schował do szufladki nocnego 

stolika. „Nigdy nie zostawiał broni nabitej” - powiedziała mi jego matka. Wiedziałem o tym, tak jak 

background image

wiedziałem, że broń chował w jednym miejscu, amunicję zaś jak najdalej od niej, tak by nikt, 

choćby przypadkiem, nie uległ pokusie załadowania broni wewnątrz domu. Był to roztropny nawyk 

narzucony przez ojca od tego dnia, kiedy to rano jedna ze służących, chcąc zdjąć poszewkę z 

poduszki,   zaczęła   nią   potrząsać;   pistolet   wypadł   i   uderzając   o   podłogę   wystrzelił,   kula   zaś 

roztrzaskała szafę w pokoju, przebiła ścianę salonu, z bitewnym gwizdem przeleciała przez jadalnię 

sąsiedniego domu i obróciła w gipsowy proch świętego naturalnej wielkości z głównego ołtarza 

kościoła na drugim końcu placu. Santiago Nasar, wówczas małe dziecko, nie zapomniał nigdy tej 

poglądowej lekcji udzielonej przez nieszczęśliwy traf.

Ostatnim   obrazem   syna,   jaki   zachowała   w   pamięci   matka,   była   wizja   jego   przelotnego 

pobytu w sypialni. Obudził ją, gdy usiłował po omacku znaleźć w łazienkowej apteczce tabletkę 

aspiryny; matka zapaliła wówczas światło i ujrzała go, jak wyłaniał się w drzwiach ze szklanką 

wody w ręku, i takim miała go zapamiętać na zawsze. Santiago Nasar opowiedział jej wówczas sen, 

ona jednak nie zwróciła uwagi na drzewa.

- Wszystkie sny z ptakami oznaczają dobre zdrowie - powiedziała.

Ujrzała   go,   leżąc   w   tym   samym   hamaku   i   w   tej   samej   pozycji,   w   jakiej   zastałem   ją, 

powaloną   przez   ostatnie   światła   starości,   kiedy   wróciłem   do   tego   zapomnianego   miasteczka, 

próbując złożyć z tylu rozproszonych odłamków rozbite zwierciadło pamięci. Nawet w pełnym 

świetle   z trudem  rozpoznawała   kształty,  a  do skroni  przyłożone   miała   zioła  mające  uśmierzyć 

wieczny ból głowy, który pozostawił jej syn, gdy po raz ostatni przeszedł przez sypialnię. Leżała na 

boku, próbując podnieść się uczepiona pali u wezgłowia hamaka, w półmroku zaś unosił się ten 

sam zapach baptysterium, który tak mnie zdziwił w ów ranek, gdy popełniono zbrodnię.

W chwili, kiedy pojawiłem się w pustce drzwi, pomyliła mnie ze wspomnieniem Santiago 

Nasara. „Tam stał - powiedziała mi. - Miał na sobie białe lniane ubranie, prane w samej wodzie, bo 

miał tak delikatną skórę, że nie znosił chrzęstu krochmalu”. Siedziała dłuższy czas w hamaku żując 

nasionka rzeżuchy, póki nie otrząsnęła się ze złudzenia, że syn wrócił. Wówczas westchnęła: „To 

był mężczyzna mojego życia”.

Zobaczyłem go w jej pamięci. W ostatnim tygodniu stycznia skończył dwadzieścia jeden lat, 

był   smukły,   blady,   miał   arabskie   rzęsy   i   kręcone   włosy   swego   ojca.   Był   jedynym   synem 

małżeństwa   z   rozsądku,   które   nie   zaznało   chwili   szczęścia.   Ale   Santiago   Nasar   wydawał   się 

szczęśliwy   przy   ojcu,   póki   ten   nagle   nie   zmarł,   i   przez   następne   trzy   lata   wydawał   się   nadal 

szczęśliwy przy samotnej matce aż do poniedziałku swojej śmierci. Po niej odziedziczył instynkt. 

Od ojca nauczył się, jeszcze jako dziecko, władania bronią palną, miłości do koni i układania do 

łowów drapieżnych ptaków, ale również wypróbowanej sztuki odwagi i ostrożności. Między sobą 

rozmawiali   po   arabsku,   ale   w   obecności   Placidy   Linero   po   hiszpańsku,   żeby   nie   czuła   się 

odepchnięta. Nigdy nie widziano ich uzbrojonych w miasteczku i tylko raz pojawili się ze swymi 

background image

wytresowanymi sokołami, i to z okazji pokazu sokolnictwa podczas specjalnego kiermaszu na cele 

dobroczynne.  Śmierć  ojca  zmusiła  go do przerwania  nauki  pod koniec szkoły średniej, musiał 

bowiem objąć rodzinną hacjendę. Sobie samemu już Santiago Nasar zawdzięczał, iż był wesoły, 

spokojny i kochliwy.

W dniu, w którym miał zostać zabity, matka, ujrzawszy go ubranego na biało, pomyślała, że 

pomylił   mu   się   dzień.   „Przypomniałam   mu,   że   dziś   jest   poniedziałek”   -   powiedziała   mi.   Ale 

wytłumaczył   jej,   że   ubrał   się   odświętnie   na   wypadek,   gdyby   nadarzyła   się   okazja   ucałować 

pierścień biskupa. Nie okazała tym najmniejszego zainteresowania.

-   Nawet   nie   zejdzie   ze   statku   -   odparła.   -   Udzieli   błogosławieństwa   z   obowiązku,   jak 

zwykle, i odpłynie tam, skąd przypłynął. Nienawidzi tego miasteczka.

Santiago Nasar wiedział, że matka ma rację, ale splendor uroczystości kościelnych wzbudzał 

w nim nieodparty zachwyt. „To jest jak wino” - wyznał mi kiedyś. Jedynym zmartwieniem matki w 

związku z wizytą biskupa było, żeby jej syn nie zmókł na deszczu, słyszała bowiem, jak kichał 

przez sen. Poradziła mu, żeby wziął parasol, ale on pomachał jej ręką na pożegnanie i wyszedł z 

pokoju. Widziała go po raz ostatni.

Victoria Guzman, kucharka, była całkowicie pewna, że nie padało ani tego dnia, ani przez 

cały luty. „Wprost przeciwnie - powiedziała mi, kiedy odwiedziłem ją na krótko przed jej śmiercią. 

- Słońce zaczęło grzać wcześniej niż w sierpniu”. Oprawiała na śniadanie trzy króliki, atakowana 

przez dyszące psy, gdy Santiago Nasar wszedł do kuchni. „Zawsze gdy wstawał, wyglądał, jakby 

łajdaczył się całą noc” - wspominała bez czułości Victoria Guzman. Divina Flor, jej rozkwitająca 

właśnie córka, podała  mu  jak w każdy poniedziałek  kubek gorzkiej  kawy z odrobiną wódki z 

trzciny cukrowej, by mógł znieść ciężar minionej nocy. Ogromna kuchnia z rozlegającym się w niej 

sykiem   ognia   i   kurami   śpiącymi   na   żerdkach   wydawała   tajemnicze   oddechy.   Santiago   Nasar 

przełknął kolejną aspirynę i usiadł, by łyk po łyku popijać kawę z dużego kubka, pogrążając się w 

leniwych myślach i nie odrywając wzroku od obydwu kobiet patroszących króliki nad piecykiem. 

Victoria Guzman mimo swego wieku zachowała urodę. Dziewczynkę, dziką jeszcze trochę i nie 

oswojoną, zdawały się już rozpierać hormony. Gdy podeszła, żeby zabrać pusty kubek, Santiago 

Nasar złapał ją za przegub dłoni.

-   Już   można   cię   ujeżdżać   -   powiedział.   Victoria   Guzman   pogroziła   mu   zakrwawionym 

nożem.

- Ty ją, biały, puść - rozkazała mu nie na żarty. - Z tej studni się nie napijesz, póki ja żyję. 

Została uwiedziona przez Ibrahima Nasara w pełni swej młodości. Przez wiele lat kochał się z nią 

po stajniach swej hacjendy i sprowadził na służbę do domu, gdy zauroczenie mu przeszło. Divina 

Flor,   córka   z   późniejszego   już   małżeństwa,   czuła,   że   jest   jej   przeznaczone   kłusownicze   łóżko 

Santiago Nasara i przeświadczenie to budziło w niej przedwczesny niepokój. „Taki mężczyzna już 

background image

się   nigdy   nie   narodzi”   -   powiedziała   mi,   gruba,   przywiędła   i   otoczona   dziećmi   po   innych 

miłościach. „Wykapany ojciec - odparowała jej Victoria Guzman. - Zasraniec”. Ale nie potrafiła 

opanować   gwałtownego   dreszczu   trwogi   na   wspomnienie   przerażenia   Santiago   Nasara,   kiedy 

jednym szarpnięciem wyrwała z królika dymiące wnętrzności i rzuciła je psom.

- Nie bądź taka okrutna - powiedział jej. - A gdyby to był człowiek?

Victoria   Guzman   potrzebowała   niemal   dwudziestu   lat,   by   zrozumieć,   że   mężczyzna 

przyzwyczajony do zabijania bezbronnych zwierząt mógł się tak nagle przerazić. „Boże Święty - 

krzyknęła wystraszona - i pomyśleć, że to było dla mnie takim odkryciem”. W ten poranek zbrodni 

było w niej jednak tyle tłumionych urazów, iż nie przestała rzucać psom wnętrzności królików. 

Byle tylko uprzykrzyć śniadanie Santiago Nasarowi. W tym to właśnie momencie całe miasteczko 

zostało zerwane na nogi brutalnym rykiem parowca wiozącego biskupa.

Mieszkali w starym dwupiętrowym domu, byłym magazynie, o ścianach z surowych desek i 

dwuspadowym cynkowym dachu, na którym siadały sępy wyglądając portowych odpadków. Został 

zbudowany   w   czasach,   kiedy   rzeka   była   na   tyle   żeglowna,   iż   barki,   a   nawet   niektóre   statki 

pełnomorskie zapuszczały się aż tutaj poprzez bagniska estuarium. Gdy Ibrahim Nasar przybył pod 

koniec wojen domowych z ostatnimi Arabami, morskie statki nie przypływały już wskutek zmiany 

nurtu,  wobec  czego  magazyn  stał się bezużyteczny.  Ibrahim Nasar kupił  go niemal  za  darmo, 

planując   założenie   w   nim   sklepu   z   artykułami   importowanymi,   którego   nigdy   nie   otworzył,   i 

dopiero przed ślubem przerobił go na dom mieszkalny. Na parterze urządził salon do wszystkiego, 

w   głębi   dobudował   stajnię   dla   czterech   koni,   służbówki   i   folwarczną   kuchnię   z   oknami 

wychodzącymi na port, przez które o każdej porze wpadał fetor wód. W salonie pozostawił jedynie 

kręcone schody wyłowione po jakiejś katastrofie okrętowej. Na piętrze, gdzie przedtem mieściły się 

biura urzędu celnego, urządził dwa obszerne pokoje i pięć kajut dla gromady dzieci, które chciał 

mieć, a nad rosnącymi na placu drzewami migdałowymi zbudował balkon, gdzie Placida Linero 

siadywała w marcowe popołudnia, by tam znaleźć ulgę w swej samotności. Od frontu zachował 

główne   drzwi   i   dorobił   dwa   wysokie   okna   z   toczonymi   gałkami.   Pozostawił   też   tylne   drzwi, 

podwyższając je nieco, tak by mieścił się w nich koń. Zachował również część dawnego nabrzeża. 

Właśnie te drzwi były najczęściej używane, choć nie dlatego, iż były najprostszym wejściem do 

stajni i kuchni, ale przede wszystkim dlatego, że bezpośrednio wychodziły na ulicę nowego portu, 

oszczędzając drogi przez plac. Główne drzwi, poza świątecznymi okazjami, zawsze były zamknięte 

i zaryglowane. Pomimo tego właśnie przy nich, a nie przy tylnych drzwiach czekali na Santiago 

Nasara ludzie, którzy zamierzali go zabić, i właśnie nimi wyszedł Santiago Nasar na uroczystość 

powitania biskupa, aczkolwiek musiał okrążyć dom, żeby dojść do portu.

Nikt nie mógł pojąć zbiegu tylu fatalnych okoliczności. Przybyły z Riohacha sędzia śledczy 

musiał je spostrzec, lecz nie miał odwagi ich uznać, a świadczą o tym jego zabiegi w aktach, by 

background image

faktom nadać racjonalną interpretację. Drzwi wychodzące na plac wielokrotnie pojawiały się w 

zeznaniach   pod   nazwą   z   powieści   odcinkowej   jako   „Fatalne   drzwi”.   W   istocie   zaś   jedyną 

wiarygodną interpretacją wydawało się wyjaśnienie Placidy Linero, która odpowiadając na pytanie 

użyła matczynego argumentu: „Mój syn nigdy nie wychodził tylnymi drzwiami, kiedy był dobrze 

ubrany”. Zdawała się to być prawda tak prosta, iż sędzia śledczy odnotował ją na marginesie, nie 

wciągnął jej jednak do akt.

Victoria   Guzman   ze   swej   strony   kategorycznie   zaprzeczyła,   jakoby   ona   i   jej   córka 

wiedziały, że na Santiago Nasara czekano, by go zabić. Ale po latach przyznała, że obie wiedziały 

już o tym,  kiedy wszedł do kuchni, żeby wypić kawę. Powiedziała jej o tym  żebraczka, która 

przyszła nieco po piątej prosząc o mleko; powiedziała też, dlaczego chcą go zabić i gdzie na niego 

czekają. „Nie uprzedziłam go, bo myślałam, że te groźby to pijackie gadanie” - dodała Victoria. Ale 

podczas którychś z rzędu odwiedzin, gdy Victoria Guzman już nie żyła, Divina Flor wyznała mi, że 

jej matka nie powiedziała nic Santiago Nasarowi, bo w skrytości serca chciała, żeby go zabito. Ona 

zaś   nie   uprzedziła   go,   bo   wtedy   była   tylko   przestraszoną   dziewczynką,   niezdolną   do   podjęcia 

samodzielnej decyzji, a przestraszyła się jeszcze bardziej, kiedy chwycił ją za przegub i poczuła 

dotyk dłoni, lodowatej i skamieniałej jak ręka trupa.

Santiago   Nasar   przeszedł   długimi   krokami   przez   półmrok   domu,   poganiany   radosnym 

buczeniem biskupiego statku. Divina Flor wyminęła go, by otworzyć mu drzwi, i usiłowała nie dać 

się   złapać   pomiędzy   klatkami   śpiących   ptaków   w   jadalni,   pomiędzy   wiklinowymi   meblami   i 

wiszącymi paprociami w salonie, ale gdy odsunęła zasuwę, nie zdołała już uniknąć wyciągniętych 

szponów drapieżnego krogulca. „Złapał mnie za całą pipę - powiedziała mi Divina Flor. - Zawsze 

to robił, kiedy mnie przyłapał w jakimś kącie, ale tamtego dnia nie przestraszyłam się jak zwykle, 

tylko strasznie zachciało mi się płakać”. Przepuściła go, by mógł wyjść, i przez uchylone drzwi 

zobaczyła na placu migdałowce ośnieżone blaskiem świtu, ale bała się zobaczyć cokolwiek więcej. 

„Wtedy statek przestał wyć i zaczęły piać koguty - powiedziała. - Zrobił się taki harmider, że trudno 

było uwierzyć, aby w miasteczku znajdowało się aż tyle kogutów, i pomyślałam, że przypłynęły 

razem   z   biskupem”.   Jedyne,   co   mogła   zrobić   dla   mężczyzny,   który   nigdy   nie   miał   być   jej 

mężczyzną, to zostawić wbrew poleceniom Placidy Linero nie zaryglowane drzwi, aby mógł w 

razie czego wejść z powrotem. Ktoś, kogo nigdy nie zidentyfikowano, wsunął pod drzwi kopertę z 

kartką ostrzegającą Santiago Nasara, że czekają na niego, by go zabić, ujawniając przy tym miejsce, 

motywy i inne szczegóły intrygi. Ostrzeżenie leżało już na podłodze, gdy Santiago Nasar wychodził 

z domu, nie dostrzegł go jednak, tak jak nie dostrzegła go również Divina Flor, nie dostrzegł go 

zresztą nikt jeszcze długo po tym, jak zbrodnia została dokonana.

Minęła   już   szósta,   jednak   światła   uliczne   jeszcze   się   paliły.   Z   gałęzi   migdałowców   i 

niektórych balkonów zwisały kolorowe weselne girlandy i można było pomyśleć, że powieszono je 

background image

dopiero co na cześć biskupa. Ale wyłożony płytami plac, gdzie stał podest dla muzyków, wyglądał 

niczym   śmietnisko   pełne   pustych   butelek,   przeróżnych   pozostałości   i   odpadków   po   publicznej 

zabawie.  Gdy  Santiago   Nasar   wychodził   z  domu,  wiele   osób  przynaglonych   buczeniem  statku 

biegło w stronę portu. Jedynym czynnym na placu lokalem był sąsiadujący z kościołem sklep z 

nabiałem, gdzie w tym czasie siedzieli dwaj mężczyźni czekający na Santiago Nasara, żeby go 

zabić. Clotilde Armenta, właścicielka sklepu, ujrzała go w brzasku świtu i odniosła wrażenie, że 

ubrany jest w aluminium. „Już wtedy wyglądał jak zjawa” - powiedziała mi. Mężczyźni, którzy 

mieli go zabić, zasnęli na krzesłach, przytulając do piersi noże owinięte w gazetę. Clotilde Armenta 

wstrzymała oddech, żeby ich nie obudzić.

Pedro i Pablo Vicario byli bliźniakami. Mieli po dwadzieścia cztery lata i byli tak do siebie 

podobni, że z trudem ich rozróżniano. „Ociężałego wyglądu, ale dobrego charakteru” - głosił akt 

sprawy.  Ja, znając ich od szkoły podstawowej, opisałbym  ich tak samo.  Tego  dnia rano mieli 

jeszcze na sobie ciemne weselne garnitury, zbyt ciężkie i zbyt przyzwoite jak na Karaiby, i choć ich 

twarze nosiły ślady wielu godzin rozpusty, dopełnili jednak porannego rytuału i ogolili się. Chociaż 

pili nieprzerwanie od przededniu wesela, po tych trzech dniach nie byli już pijani, wyglądali tylko 

jak niewyspani lunatycy. Zasnęli przy pierwszych podmuchach świtu, po prawie trzech godzinach 

oczekiwania w sklepie Clotilde Armenta, i to był ich pierwszy sen od piątku.

Gdy statek zabuczał po raz pierwszy, obaj ocknęli się, ale instynkt wyrwał ich całkowicie ze 

snu, dopiero gdy Santiago Nasar opuścił swój dom. Każdy z nich chwycił wówczas za swój pakiet 

owinięty w gazetę, a Pedro Vicario zaczął wstawać.

- Na miłość boską - szepnęła Clotilde Armenta. - Zostawcie to na później, choćby przez 

wzgląd na księdza biskupa.

„Jakby   mnie   Duch   Święty   nawiedził”   -   często   powtarzała   później.   Był   to   istotnie 

opatrznościowy przypadek, choć nie na wiele się zdał. Po tym, co powiedziała, bliźniacy Vicario 

zreflektowali się i ten, który już wstał, ponownie usiadł. Obaj odprowadzili wzrokiem Santiago 

Nasara przechodzącego przez plac. „Patrzyli na niego raczej z żalem” - mówiła Clotilde Armenta. 

W tej samej chwili przez plac przeszły bezładnie w swych sierocych mundurkach wychowanki 

szkoły prowadzonej przez zakonnice.

Placida Linem miała rację; biskup w ogóle nie zszedł na ląd. W porcie, poza miejscowymi 

władzami i dziećmi ze szkół, zebrała się masa ludzi i wszędzie pełno było klatek z podtuczonymi 

kogutami przyniesionymi w prezencie dla biskupa, zupa z kogucich grzebieni była bowiem jego 

ulubionym przysmakiem. Przy nabrzeżu zwalono tyle stosów drewna, iż załadowanie ich na statek 

trwałoby co najmniej dwie godziny. Ale statek w ogóle nie przybił do brzegu. Wypłynął zza zakrętu 

rzeki dysząc niby smok i wówczas orkiestra zagrała hymn biskupi, a koguty w klatkach zaczęły 

piać, budząc wszystkie koguty w okolicznych osadach.

background image

W   owej   epoce   legendarne   parostatki   z   paleniskami   na   drewno,   napędzane   kołem 

łopatkowym,  zanikały już powoli, a kursujące niedobitki nie dość, że nie miały już pianol ani 

specjalnych kajut na miodowe miesiące, to ledwie mogły jeszcze płynąć pod prąd. Ten był jednak 

nowy i zamiast jednego komina miał dwa, opasane, niczym banderolą, barwami narodowymi, zaś 

koło łopatkowe od rufy nadawało mu impet pełnomorskiego statku. Na najwyższym mostku przy 

kapitańskiej kabinie w otoczeniu swej świty Hiszpanów, stał biskup w białej sutannie. „Pogoda była 

jak na Boże Narodzenie” - powiedziała moja siostra Margot. Przepływając bowiem wzdłuż portu, 

jak wynika z jej opowieści, statek wydał gwizd i trysnął strumieniem sprężonej pary, mocząc tych, 

którzy stali przy samym brzegu. Wszystko wydawało się ulotną złudą: biskup, znalazłszy się na 

wprost   zgromadzonych   przy   nabrzeżu   tłumów,   zaczął   kreślić   w   powietrzu   znak   krzyża   i 

nieprzerwanie   udzielał   swego   błogosławieństwa,   z   przyzwyczajenia,   bez   cynizmu   i   bez 

uduchowienia, póki statek nie zniknął z oczu pozostawiając za sobą wrzawę kogutów.

Santiago   Nasar   miał   powody,   by   poczuć   się   rozgoryczonym.   Uczestniczył   w 

przygotowaniach   w   odpowiedzi   na   publiczne   apele   księdza   Carmen   Amadora,   znosząc   wiele 

wiązek  drewna i osobiście wybierając  koguty o najbardziej  apetycznych  grzebieniach.  Uczucie 

zawodu nie trwało jednak długo. Zdaniem mojej siostry Margot, która stała razem z nim przy 

nabrzeżu,   był   w   bardzo   dobrym   humorze   i   pełen   chęci   do   kontynuowania   zabawy,   mimo 

uporczywego bólu głowy. „Nie wyglądał na przeziębionego i tylko cały czas rozmyślał o tym, ile 

kosztowało   wesele”   -   powiedziała   mi.   Towarzyszący   im   Cristo   Bedoya   ujawnił   liczby,   które 

spotęgowały jego podziw. Był na weselu z Santiago Nasarem i ze mną prawie do czwartej, ale 

zamiast wrócić do swoich rodziców, spędził resztę nocy na rozmowach w domu swych dziadków. 

Uzyskał tam szereg informacji brakujących mu dotąd do obliczenia kosztów wesela. Oszacował, że 

pod nóż poszło dla gości czterdzieści indyków i jedenaście świń, i cztery jałówki, które pan młody 

kazał upiec dla wszystkich na głównym placu miasteczka. Oszacował też, że wypito dwieście pięć 

skrzyń alkoholu z przemytu, a prawie dwa tysiące butelek rumu rozdano tłumom. Nie było takiej 

osoby, ni biednej, ni bogatej, która w ten czy inny sposób nie uczestniczyłaby w najgłośniejszym 

weselu, jakie kiedykolwiek widziano w miasteczku. Santiago Nasar pomarzył na głos:

- Taki będzie mój ślub - powiedział. - Życia wam nie starczy, żeby o nim rozpowiadać.

Moja siostra poczuła, że anioł przeleciał. Raz jeszcze pomyślała o szczęściu Flory Miguel, 

która mając w swym życiu już tak wiele, na dodatek miała dostać jeszcze Santiaga Nasara na 

tegoroczne święta Bożego Narodzenia. „Nagle zdałam sobie sprawę, że nie mogło być lepszej partii 

od niego - powiedziała mi. - No bo pomyśl: ładny, dobrze wychowany i w wieku dwudziestu jeden 

lat z własnym majątkiem”. Miała zwyczaj zapraszania go do nas, kiedy na śniadanie były placki 

maniokowe, a tego dnia rano moja matka właśnie je robiła. Santiago Nasar z entuzjazmem przyjął 

zaproszenie.

background image

- Tylko się ,przebiorę i zaraz cię dogonię - powiedział i nagle zauważył, że zostawił zegarek 

na nocnym stoliku. - Która jest godzina?

Była szósta dwadzieścia pięć. Santiago Nasar wziął pod rękę Cristo Bedoyę i ruszył z nim w 

stronę placu.

- Za piętnaście minut jestem u ciebie - powiedział mojej siostrze.

Nalegała, by pójść od razu razem, gdyż  śniadanie było już gotowe. „To naleganie było 

dziwne   -   powiedział   mi   Cristo   Bedoya.   -   Tak   dziwne,   iż   czasami   myślałem,   że   Margot   już 

wiedziała, że mają go zabić, i chciała go ukryć w twoim domu”. Mimo to Santiago Nasar namówił 

ją, by pierwsza poszła do domu, on zaś w tym czasie przebierze się w ubranie jeździeckie, miał być 

bowiem wcześnie w „Divino Rostro”, by kastrować młode byczki. Pożegnał ją tym samym ruchem 

ręki, którym pożegnał swoją matkę, i oddalił się w stronę placu, trzymając pod rękę Cristo Bedoyę. 

Widziała go po raz ostatni.

Wiele osób zgromadzonych w porcie wiedziało, że mają zabić Santiago Nasara. Don Lazaro 

Aponte,   emerytowany   dyplomowany   pułkownik   i   alkad   od   jedenastu   lat,   pomachał   mu   ręką. 

„Miałem realne podstawy, by sądzić, że nie zagraża mu już żadne niebezpieczeństwo” - powiedział 

mi. Ksiądz Carmen Amador również się nie przejął. „Kiedy zobaczyłem,  że jest zdrów i cały, 

pomyślałem, że to wszystko było fałszywą pogłoską” - wyznał mi. Nikt wówczas nawet nie zadał 

sobie pytania, czy Santiago Nasar został przynajmniej ostrzeżony, wszystkim bowiem wydawało 

się nieprawdopodobne, by mogło być inaczej.

Moja siostra Margot była w istocie jedną z tych niewielu osób, które nie wiedziały, że grozi 

mu śmierć. „Gdybym wiedziała, przyprowadziłabym go do domu, choćbym musiała go związać” - 

oświadczyła sędziemu śledczemu. Dziwne, że o tym nie wiedziała, ale jeszcze dziwniejsze było to, 

że nie wiedziała o tym również moja matka, osoba dowiadująca się o wszystkim wcześniej niż 

ktokolwiek w rodzinie, mimo że od lat nie wychodziła z domu, nawet na mszę. Podziwiałem tę jej 

właściwość od czasu, gdy zacząłem wcześnie wstawać, by iść do szkoły. Co rano zastawałem ją 

taką, jaką była w owych czasach - bladą i tajemniczą, zamiatającą podwórze miotłą z gałęzi w 

popielatym blasku świtu i spowiadającą mi między jednym a drugim łykiem kawy, co wydarzyło 

się na świecie, podczas gdyśmy spali. Zdawała się być zespolona z innymi ludźmi w miasteczku 

niewidzialnymi  nitkami  tajemnej łączności, szczególnie z ludźmi  w jej wieku, czasem bowiem 

zaskakiwała nas wieściami wyprzedzającymi sam bieg wydarzeń, które znać mogła tylko dzięki 

sztuce   jasnowidzenia.   Ale   tego   ranka   nie   przeczuła   pierwszych   ziaren   tragedii,   które   zaczęły 

wschodzić o trzeciej nad ranem. Wymiotła już patio, a kiedy moja siostra Margot wychodziła na 

przywitanie biskupa, zastała ją mielącą maniok. „Słychać było koguty” - mówi zazwyczaj moja 

matka wspominając tamten dzień. Nie skojarzyła nigdy odległej wrzawy z przyjazdem biskupa, lecz 

z dogasającym weselem.

background image

Nasz dom stał z dala od głównego placu w zagajniku drzew mangowych nie opodal rzeki. 

Moja siostra szła do portu cały czas wzdłuż brzegu, a ludzie byli zbyt podnieceni wizytą biskupa, 

by zajmować się innymi sensacjami. Złożono chorych w bramach, by mogli przyjąć boże lekarstwo, 

kobiety wybiegały z podwórzy z indykami, prosiakami i z wszystkim, co nadawało się do jedzenia, 

z   drugiego   zaś   brzegu   przypływały   czółna   ozdobione   kwiatami.   Później   jednak,   gdy   biskup 

przepłynął   obok   miasteczka   nie   postawiwszy   nawet   nogi   na   lądzie,   ta   druga   tajona   dotąd 

wiadomość nabrała wymiarów sensacyjnego skandalu. To właśnie wówczas moja siostra Margot 

poznała ją w całej okazałości i brutalności: Angela Vicario, owa piękna dziewczyna, która wyszła 

za mąż poprzedniego dnia, została zwrócona do domu swych rodziców, małżonek bowiem odkrył, 

że nie była dziewicą. „Poczułam się tak, jakbym to ja miała umrzeć - powiedziała moja siostra. - 

Ale choć rozwodzili się nad tą bujdą, nikt nie mógł mi wytłumaczyć, jak to się stało, że biedny 

Santiago Nasar został wplątany w podobną intrygę”. Pewne było tylko to, że bracia Angeli Vicario 

czekają na niego, żeby go zabić.

Moja siostra wróciła do domu ledwo powstrzymując płacz. W jadalni zastała mają matkę 

przystrojoną w niedzielną suknię w niebieskie kwiaty, na wypadek gdyby biskup przyszedł nas 

pozdrowić, i śpiewającą podczas nakrywania stołu faso o niewidzialnej miłości. Siostra dostrzegła, 

że położyła o jedno nakrycie więcej niż zazwyczaj.

- To dla Santiago Nasara - powiedziała jej moja matka. - Powiedziano mi, że zaprosiłaś go 

na śniadanie.

- Zabierz je - odrzekła moja siostra.

Wówczas opowiedziała jej wszystko. „Ale to było tak, jakby już wiedziała - zwierzyła mi 

się. - Tak jak zwykle, gdy zaczynasz jej coś opowiadać i nie dojdziesz do połowy, ona już wie, jaki 

jest   koniec”.   Ta   zła   wiadomość   była   zaszyfrowanym   węzełkiem   dla   mojej   matki.   Młodemu 

Santiago nadano to imię na jej cześć, ponadto była jego matką chrzestną. Była jednak również w 

jakimś   stopniu   spowinowacona   z   Purą   Vicario,   matką   zwróconej   panny   młodej.   Mimo   to,   nie 

czekając   już   końca   opowieści,   włożyła   pantofle   na   obcasach   i   narzuciła   mantylkę   do   mszy, 

używaną wówczas przez nią jedynie do wizyt kondolencyjnych. Mój ojciec, który wszystko słyszał 

leżąc w łóżku, pojawił się w jadalni w piżamie i wystraszony zapytał, gdzie idzie.

- Uprzedzić kumę Placidę - odpowiedziała. - To niesprawiedliwe, żeby wszyscy wiedzieli, 

że mają zabić jej syna, a ona była jedyną, która nic o tym nie wie.

- Jesteśmy z nią spokrewnieni w tym samym stopniu, co z rodziną Vicario - odparł ojciec.

- Zawsze trzeba być po stronie zabitego - odpowiedziała.

Moi młodsi bracia zaczęli wychodzić ze swych pokoi. Najmłodsi, smagnięci powiewem 

tragedii, uderzyli  w płacz. Matka po raz pierwszy w życiu nie przejęła się nimi i nie zwróciła 

również uwagi na męża.

background image

- Poczekaj, ubiorę się - powiedział jej.

Była już na ulicy. Mój brat Jaime, wówczas niespełna siedmioletni, jedyny ze wszystkich 

dzieci był już ubrany do szkoły.

- Idź z nią - rozkazał mu ojciec.

Jaime pobiegł za nią, nie wiedząc, co się dzieje ani dokąd idą, i chwycił się jej ręki. „Gadała 

sama do siebie - powiedział mi Jaime. - Złoczyńcy, mówiła po cichu, zasrane bydlaki, nie potrafią 

nic zrobić, co by nie było nieszczęściem”. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że prowadzi za 

rękę dziecko. „Ludzie myśleli chyba, że zwariowałam - powiedziała mi. - Pamiętam tylko, że z 

daleka słychać było ludzki tumult, tak jakby od nowa zaczęło się wesele, i że wszyscy biegli w 

stronę placu”. Przyspieszyła kroku z determinacją, na jaką ją tylko było stać, gdy chodziło o ludzkie 

życie, dopóki ktoś biegnący w przeciwnym kierunku nie zlitował się nad jej obłędem.

- Może sobie pani dać spokój, Luisa Santiago - krzyknął mijając ją. - Już go zabili.

Bayardo   San   Roman,   który   oddał   swoją   żonę   jej   rodzicom,   przyjechał   do   nas   po   raz 

pierwszy w sierpniu poprzedniego roku, sześć miesięcy przed ślubem. Przypłynął na kursującym 

raz w tygodniu statku; przez ramię miał przewieszone skórzane sakwy ze srebrnymi ozdobami, 

dopasowanymi  do klamry przy pasku i sprzączek przy getrach. Dochodził trzydziestu lat, dość 

dobrze jednak skrywanych, miał bowiem wąskie biodra początkującego toreadora, złotawe oczy i 

skórę   sprażoną   saletrzanym   powietrzem.   Przyjechał   w   krótkiej   kurtce   i   w   bardzo   wąskich 

spodniach, jedno i drugie z niebarwionej skóry cielęcej, i w rękawiczkach z koźlej skóry w tym 

samym kolorze. Magdalena Oliver przypłynęła razem z nim i przez całą podróż nie mogła oderwać 

od niego oczu. „Wyglądał na pedała. Aż żal było patrzeć, bo był taki cudny, że tylko wysmarować 

go masłem i schrupać całego”. Nie tylko jej przyszło to na myśl i nie ona ostatnia miała zrozumieć, 

że Bayardo San Roman nie był mężczyzną, którego rozpoznaje się od pierwszego wejrzenia.

Pod koniec sierpnia moja matka wysłała mi do szkoły list, w którym mimochodem napisała: 

„Przyjechał bardzo dziwny człowiek”. W następnym liście napisała: „Ten dziwny człowiek nazywa 

się Bayardo San Roman i wszyscy mówią, że jest czarujący, ale ja osobiście go nie widziałam”. 

Nikt nie dowiedział się nigdy, po co przyjechał. Komuś, kto uległ pokusie, by go zapytać o to na 

krótko przed ślubem, odpowiedział: „Jeździłem po wszystkich miasteczkach, żeby znaleźć sobie 

żonę”. Być może powiedział prawdę, ale mógł równie dobrze powiedzieć cokolwiek innego, miał 

bowiem taki sposób mówienia, dzięki któremu bardziej ukrywał myśli, niż je wyjawiał.

Tej samej nocy dał w kinie do zrozumienia, że jest inżynierem kolejnictwa i rozprawiał o 

naglącej potrzebie wybudowania linii kolejowej aż po interior w celu zabezpieczenia się przed 

kaprysami rzeki. Następnego dnia musiał wysłać telegram i nadał go osobiście, ucząc przy okazji 

background image

telegrafistę sposobu zużytkowania już wyczerpanych akumulatorów. Z tą samą znajomością rzeczy 

rozmawiał o chorobach strefy przygranicznej z lekarzem wojskowym,  który w tych miesiącach 

przeprowadzał  u nas werbunek. Lubił długie i huczne zabawy,  ale głowę miał  mocną, potrafił 

wspaniale łagodzić wszelkie zatargi i był wrogiem karcianych oszustw. Pewnej niedzieli, po mszy, 

rzucił wyzwanie najsprawniejszym pływakom, a było ich wielu, wyprzedzając tych najlepszych o 

dwadzieścia długości. Matka opisała mi to w liście, na koniec zaś dodała komentarz w swoim stylu: 

„Zdaje się, że także opływa w złoto”. Odpowiadało to przedwczesnej legendzie, według której 

Bayardo   San   Roman   nie   tylko   potrafił   zrobić   wszystko,   i   to   bardzo   dobrze,   ale   miał   również 

nieograniczone możliwości.

Matka moja udzieliła mu ostatecznego błogosławieństwa w jednym  z październikowych 

listów: „Ludzie bardzo go lubią - pisała - bo jest uczciwy i dobrego serca, a w zeszłą niedzielę 

przyjął   komunię   na   kolanach   i   służył   do   mszy   po   łacinie”.   W   owym   czasie   nie   można   było 

przyjmować komunii na stojąco, a msze odprawiano wyłącznie po łacinie, niemniej moja matka 

zazwyczaj   czyni   takie   zbyteczne  uściślenia,  kiedy  chce   dotrzeć   do  sedna  sprawy.   A  mimo  to, 

wydawszy   ten   uświęcający   werdykt,   w   następnych   dwóch   listach   w   ogóle   nie   wspominała   o 

Bayardzie San Roman, nawet wtedy gdy już dla nikogo nie było tajemnicą, że chce się ożenić z 

Angelą Vicario. Dopiero w wiele lat po nieszczęsnym weselu wyznała mi, że poznała go, kiedy 

było już za późno, by sprostować list z października, i że jego złote oczy przyprawiły ją o dreszcze 

przerażenia.

„Wydawał mi się diabłem - powiedziała mi - ale ty sam mi powiedziałeś, że takich rzeczy 

nie wolno pisać w listach”.

Poznałem   go   nieco   później   niż   ona,   podczas   ferii   świątecznych,   i   nie   zrobił   na   mnie 

wrażenia człowieka tak dziwnego, jak mówiono. Owszem, wydał mi się atrakcyjny,  ale bardzo 

daleki od idyllicznej wizji Magdaleny Oliver. Wydał mi się wbrew swoim wybrykom mężczyzną 

poważnym, który pod zbyt hojnie roztaczanym urokiem ledwie skrywa tłumione napięcie. Przede 

wszystkim wydał mi się jednak człowiekiem bardzo smutnym. W tym czasie sformalizował już swe 

miłosne uczucia względem Angeli Vicario.

Nigdy nie zdołano ustalić z całkowitą pewnością, jak się poznali. Właścicielka pensjonatu 

dla samotnych mężczyzn, gdzie zamieszkał Bayardo San Roman, opowiadała, że gdzieś pod koniec 

września, gdy jej gość po obiedzie drzemał w bawialni w fotelu na biegunach, Angela Vicario ze 

swą matką przechodziły przez plac, niosąc dwa kosze sztucznych kwiatów. Bayardo San Roman 

ocknął się, zobaczył obie ubrane w bezlitosną czerń kobiety, które wydawały się jedynymi żywymi 

istotami w martwocie drugiej godziny po południu, i zapytał, kim jest ta dziewczyna. Właścicielka 

odpowiedziała mu, że jest to najmłodsza córka towarzyszącej jej kobiety i że nazywa się Angela 

Vicario. Bayardo San Roman odprowadził je spojrzeniem do przeciwległego końca placu.

background image

- Imię pasuje do niej jak ulał - powiedział. Następnie złożył  głowę na oparciu i znowu 

zamknął oczy.

- Kiedy się obudzę - powiedział - proszę mi przypomnieć, że mam się z nią ożenić.

Angela Vicario wyznała mi, że właścicielka pensjonatu opowiedziała jej o tym zdarzeniu, 

jeszcze   zanim   Bayardo   San   Roman   zaczął   się   do   niej   zalecać.   „Bardzo   się   przestraszyłam”   - 

powiedziała.   Trzy   osoby   przebywające   wówczas   w   pensjonacie   potwierdziły,   że   zdarzenie   to 

rzeczywiście   miało   miejsce,   ale   pozostałe   cztery   powątpiewały   w   jego   prawdziwość.   Za   to 

wszystkie wersje były zgodne co do tego, że Angela Vicario i Bayardo San Roman spotkali się po 

raz pierwszy w październiku, w dniu święta narodowego, na festynie  dobroczynnym,  gdzie jej 

zadaniem było ogłaszanie wylosowanych numerów. Gdy Bayardo San Roman przyszedł na festyn, 

udał się prosto do stoiska loterii  fantowej prowadzonego  przez bladą i wbitą w futerał  żałoby 

sprzedawczynię losów i zapytał ją, ile kosztuje patefon inkrustowany macicą perłową, który miał 

być największą atrakcją festynu. Odpowiedziała mu, że nie jest na sprzedaż, tylko do wylosowania.

- To i lepiej - odpowiedział. - W ten sposób będzie łatwiejszy do nabycia, a poza tym tańszy. 

Wyznała mi, że udało mu się wówczas wywrzeć na niej wrażenie, ale z przyczyn nie mających nic 

wspólnego   z   miłością,   wprost   przeciwnie.   „Gardziłam   wyniosłymi   mężczyznami,   a   nigdy   nie 

spotkałam   nikogo   aż   tak   zarozumiałego   -   wyznała   mi   wspominając   tamten   dzień.   -   Poza   tym 

pomyślałam, że to Polak”. Jej zdumienie było jeszcze większe, gdy ogłosiła pośród pożądliwego 

oczekiwania tłumu numer losu wygrywającego patefon i okazało się, iż rzeczywiście wygrał go 

Bayardo San Roman. Nie mieściło jej się w głowie, że wykupił wszystkie losy loterii tylko po to, 

by zrobić na niej wrażenie.

Tego wieczoru Angela Vicario wróciwszy do domu natknęła się na patefon zapakowany w 

elegancki papier przewiązany wstążką z organdyny. „Nigdy nie zdołałam ustalić, skąd wiedział, że 

właśnie są moje urodziny”  - powiedziała  mi.  Wiele  wysiłku  kosztowało ją przekonanie  swych 

rodziców, że nie dała żadnych powodów Bayardowi San Roman, by ośmielił się przysłać jej aż taki 

prezent, a tym bardziej by zrobił to w sposób tak ostentacyjny, że musieli to zauważyć wszyscy. 

Koniec   końców   jej   starsi   bracia,   Pedro   i   Pablo,   odnieśli   patefon   do   hotelu,   by   zwrócić   go 

właścicielowi, robiąc wokół tego tyle szumu, iż nie było nikogo, kto ujrzawszy jak wędrował w 

jedną stronę, nie zobaczyłby, jak potem wracał. Rodzina nie wzięła jednak pod uwagę nieodpartego 

uroku  Bayarda  San  Roman.   Bliźniacy  powrócili  dopiero   następnego   dnia  o  świcie   zamroczeni 

alkoholem, taszcząc z powrotem zarówno patefon, jak i Bayarda San Roman, by kontynuować 

zabawę już w domu.

Angela   Vicario   była   najmłodszą   córką   w   niezbyt   zamożnej   rodzinie.   Jej   ojciec,   Poncio 

Vicario, był skromnym złotnikiem, ale stracił wzrok od ciągłego cyzelowania cacuszek ze złota, 

walcząc w ten sposób o zachowanie szacunku dla siebie i rodziny.

background image

Pura del Carmen, jej matka, była nauczycielką, póki nie wyszła za mąż raz na zawsze. Jej 

łagodny i nieco przygnębiony wygląd znakomicie skrywał surowość charakteru. „Wyglądała jak 

zakonnica”   -   wspomina   Mercedes.   Poświęciła   się   z   tak   bezgranicznym   oddaniem   opiece   nad 

mężem i wychowywaniu swych dzieci, iż niejeden zapomniał czasami o jej istnieniu. Obie starsze 

córki wyszły za mąż bardzo późno. Poza nimi, Angelą i bliźniakami mieli jeszcze jedną średnią 

córkę, która zmarła na zapalenie opon mózgowych i przez dwa lata po jej śmierci obchodzili po niej 

żałobę, nieco złagodzoną w domu, ale rygorystycznie przestrzeganą poza nim. Braci wychowywano 

po   to,   żeby   byli   mężczyznami.   One   zostały   wychowane   po   to,   żeby   wyjść   za   mąż.   Potrafiły 

haftować   na   bębenku,   szyć   na   maszynie,   robić   koronki   klockowe,   prać   i   prasować,   wyrabiać 

sztuczne kwiaty i fantazyjne desery, kaligrafować zawiadomienia o zaręczynach, a w odróżnieniu 

od ówczesnych  dziewcząt, które zaniedbały kult śmierci, wszystkie  były  mistrzyniami  w starej 

sztuce   czuwania   przy   chorych,   niesienia   pociechy   umierającym   i   owijania   zmarłych   w   całun. 

Jedyne,  co  miała  im  do zarzucenia  moja  matka,  to zwyczaj  czesania  się  przed pójściem spać. 

„Dziewczęta - mówiła im - nie czeszcie się na noc, bo żeglarze się spóźniają”. Poza tym uważała, iż 

nie było lepiej wychowanych córek. „Są doskonałe - mawiała bardzo często. - Każdy mężczyzna 

będzie  z nimi  szczęśliwy,  bo zostały wychowane  po to, żeby cierpieć”.  A  jednak mężom  obu 

najstarszych córek było niezmiernie trudno przełamać tę rodzinną zaporę, nigdy się bowiem nie 

rozstawały, razem organizowały potańcówki dla kobiet i wciąż doszukiwały się niecnych intencji w 

zamiarach mężczyzn.

Angela Vicario była najładniejszą ze wszystkich czterech sióstr, zaś matka moja mawiała, że 

urodziła się tak jak wielkie królowe w przeszłości: z pępowiną owiniętą wokół szyi. Zaniedbany 

wygląd   i   ubóstwo   ducha   wróżyły   jej   jednak   niepewną   przyszłość.   Widywałem   ją   rokrocznie 

podczas ferii bożonarodzeniowych i za każdym razem wydawała się coraz bardziej upośledzona, 

gdy tak tkwiła w oknie swego domu, w którym siadywała po południu, by robić kwiaty ze szmat i 

razem z sąsiadkami śpiewać walce niezamężnych panien.

„Już nadaje się do nadziania - mawiał mi Santiago Nasar - ta twoja głupiutka kuzynka”. 

Niespodziewanie, na krótko przed śmiercią jej siostry, spotkałem ją na ulicy ubraną po raz pierwszy 

jak dorosła kobieta, z zakręconymi włosami, i nie mogłem wprost uwierzyć, że to ona we własnej 

osobie. Ale było to przywidzenie: jej upośledzenie pogłębiało się z roku na rok. Gdy rozniosło się 

zatem, że Bayardo San Roman chce się z nią ożenić, wielu pomyślało, że to jakiś perfidny pomysł 

przybysza. Rodzina przyjęła nowinę nie tylko z należną powagą, ale i z dużą radością. Oprócz Pury 

Vicario, która postawiła warunek, by Bayardo San Roman poświadczył swą tożsamość. Do tej pory 

bowiem nikt nie wiedział, kim jest. Wiedza o jego przeszłości nie sięgała poza owo popołudnie, 

kiedy   zszedł   na   ląd   w   swym   stroju   artysty,   zachowując   odtąd   tyle   dyskrecji   co   do   swego 

pochodzenia, że każdy najbardziej nawet szaleńczy wymysł mógł okazać się prawdą. Doszło do 

background image

tego, że rozpowiadano, iż zrównał z ziemią całe miasteczka i jako dowódca oddziału zaprowadził 

terror w Casanare, że był zbiegiem z Cayenne, że widziano go w Pernambuco, jak próbował nabić 

sobie kabzę dzięki wytresowanej parze niedźwiedzi, i że dotarł w kanale Los Vientos do szczątków 

hiszpańskiego galeonu załadowanego złotem. Bayardo San Roman sam położył kres tym domysłom 

w bardzo prosty sposób: sprowadził całą swoją rodzinę.

Było ich czworo: ojciec, matka i dwie oszałamiające siostry. Przybyli o jedenastej rano w 

fordzie T ze służbową rejestracją, napełniając ulice niesamowitą wrzawą kwaczącego klaksonu. 

Matka, Alberta Simonds, rosła Mulatka z Curacao, mówiąca hiszpańszczyzną przesiąkniętą jeszcze 

tamtejszą   mową,   za   swej   młodości   została   uznana   za   najpiękniejszą   spośród   dwustu 

najpiękniejszych   z   całych   Antyli.   Siostry   dopiero   co   rozkwitłe   zdawały   się   być   dwiema 

narowistymi   źrebicami.   Największym   atutem   był   jednak   ojciec:   generał   Petronio   San   Roman, 

bohater wojen domowych z ubiegłego wieku i jedna z największych sław rządu konserwatywnego 

od czasu, gdy zmusił pułkownika Aureliana Buendia do odwrotu w bitwie pod Tucurinca. Moja 

matka była jedyną osobą, która nie poszła się z nim przywitać, gdy dowiedziała się, kim jest. „Nie 

miałam nic przeciwko ich małżeństwu, wprost przeciwnie - powiedziała mi. - Ale ślub to jedno, a 

czymś  zupełnie innym jest podanie ręki człowiekowi, który kazał strzelić w plecy Gerineldowi 

Marquezowi”.   Z   chwilą   kiedy   wychylił   się   w   białym   kapeluszu   z   okna   samochodu,   wszyscy 

rozpoznali   go   dzięki   popularności   jego   portretów.   Ubrany   był   w   płócienny   garnitur   koloru 

pszenicy,  getry z kurdybanu ze sznurowadłami wiązanymi  na krzyż, zaś na nosie miał binokle 

przytroczone łańcuszkiem do jednej z dziurek w kamizelce. W klapie miał order za odwagę, w ręku 

zaś laskę z wyrytym na gałce godłem państwowym. Wysiadał pierwszy z samochodu, cały pokryty 

palącym  kurzem naszych złych dróg, i wystarczyło, że pojawił się na stopniach, żeby wszyscy 

zrozumieli, że Bayardo San Roman ożeni się, z kim mu się będzie żywnie podobało.

To Angela Vicario nie chciała  wyjść za niego. „Był, jak dla mnie,  za bardzo męski” - 

powiedziała mi. Poza tym Bayardo San Roman nie próbował jej nawet uwieść, ograniczając się do 

zauroczenia całej rodziny swym wdziękiem.  Angela Vicario nie zapomniała nigdy trwogi owej 

nocy,  kiedy to jej rodzice i starsze siostry ze swymi  mężami, zebrani w salonie, zmusili ją do 

wyjścia za mąż za mężczyznę, którego dopiero co poznała. Bliźniacy trzymali się na uboczu. „To 

były dla nas babskie duperele” - powiedział mi Pablo Vicario. Decydującym argumentem rodziców 

było stwierdzenie, że rodzina zawdzięczająca swą godność skromności nie ma prawa wzgardzać 

takim   zrządzeniem   losu.   Angela   Vicario   ledwie   odważyła   się   napomknąć   o   istnieniu   takiej 

przeszkody jak brak miłości, ale matka obaliła to jednym zdaniem:

- Miłości też się można nauczyć.

W odróżnieniu od ówczesnych narzeczeństw, trwających długo i surowo strzeżonych, ich 

narzeczeństwo trwało jedynie cztery miesiące ze względu na niecierpliwość Bayarda San Roman. A 

background image

nie było ono krótsze tylko dlatego, że Pura Vicario zażądała, by ślub odwlec do dnia, gdy skończy 

się rodzinna żałoba. Czas ten jednak minął spokojnie dzięki urzekającej łatwości, z jaką Bayardo 

San Roman załatwiał wszystkie sprawy. „Pewnej nocy zapytał mnie, jaki dom najbardziej mi się 

podoba - opowiadała mi Angela Vicario. - A ja odpowiedziałam mu, zupełnie nie wiedząc, po co 

mnie o to pyta, że najładniejszym domem w miasteczku jest domek wdowca Xius”. Osobiście 

odpowiedziałbym  tak samo. Domek  ten stał na wysmaganym  przez wiatry wzgórzu, z którego 

widać było bezkresny raj bagnisk pokrytych fioletowymi zawilcami, zaś w jasne letnie dni można 

było ujrzeć przejrzysty widnokrąg Karaibów i transatlantyki pasażerskie w Cartagena de Indias. 

Bayardo  San Roman udał się jeszcze tej samej  nocy do Club Social i przysiadł  się do stolika 

wdowca Xius na partię domina.

- Szanowny wdowcze - powiedział mu - kupuję pański dom.

-   Nie   jest   na   sprzedaż   -   odrzekł   wdowiec.   -   Kupuję   ze   wszystkim,   co   jest   w   środku. 

Wdowiec Xius wytłumaczył mu ze staroświecką uprzejmością, że wszystkie znajdujące się w domu 

przedmioty były kupowane przez jego małżonkę w ciągu całego życia pełnego wyrzeczeń i że tym 

samym stanowią dla niego jakby cząstkę jej samej. „Mówił ze ściśniętym sercem - powiedział mi 

grający wówczas z nimi doktor Dionisio Iguaran. - Byłem pewien, że wolałby umrzeć, niż sprzedać 

dom, w którym był szczęśliwy przez ponad trzydzieści lat”. Bayardo San Roman również uznał 

jego racje.

- Dobrze - powiedział. - Wobec tego niech mi pan sprzeda pusty dom.

Wdowiec bronił się jednak do końca gry. Po trzech nocach Bayardo San Roman, już lepiej 

przygotowany, ponownie przysiadł się do stolika gry w domino.

- Szanowny wdowcze - zaczął znów - ile kosztuje dom?

- Jest bezcenny.

- Proszę podać jakąkolwiek cenę.

- Przykro mi, Bayardo - odparł wdowiec - ale wy, młodzi, nie rozumiecie, co to znaczy 

słuchać głosu serca.

Bayardo San Roman nawet się nie namyślał.

- Powiedzmy, pięć tysięcy pesos - zaproponował.

- Gra pan uczciwie - odparł mu wdowiec starając się zachować godność. - Ten dom nie jest 

tyle wart.

- Dziesięć  tysięcy  - powiedział  Bayardo  San Roman.  - Od ręki i  gotówką, banknot  po 

banknocie.

Wdowiec popatrzył na niego oczyma pełnymi łez. „Płakał z wściekłości - wyznał mi doktor 

Dionisio Iguaran, który nie tylko był lekarzem, ale miał też zacięcie literackie. - Wyobraź sobie: 

taka suma w zasięgu ręki, a tu trzeba odmówić przez zwykłą słabość serca”. Wdowiec Xius nie 

background image

mógł wydać z siebie głosu, lecz bez wahania odmówił ruchem głowy.

- Wobec tego proszę, by wyświadczył mi pan ostatnią grzeczność - powiedział Bayardo San 

Roman. - Proszę tu na mnie zaczekać pięć minut.

Po pięciu minutach rzeczywiście wrócił do Club Social z sakwami inkrustowanymi srebrem 

i   położył   na   stole   dziesięć   plików   banknotów   po   tysiąc,   jeszcze   opasanych   sygnowanymi 

banderolami Banku Narodowego. Wdowiec Xius umarł w dwa miesiące później. „To go zabiło - 

mawiał doktor Dionisio Iguaran. - Był zdrowszy od nas wszystkich, ale kiedy się osłuchiwało jego 

serce, w środku słychać było plusk łez”. Sprzedał bowiem nie tylko dom łącznie ze wszystkim, co 

się w nim znajdowało, ale oprócz tego poprosił Bayarda San Roman, by należność spłacał mu 

ratami,   gdyż   nie   pozostała   mu   na   pocieszenie   nawet   skrzynia,   w   której   mógłby   schować   tyle 

pieniędzy.

Nikomu przez myśl by nie przeszło i zresztą nikt tego nigdy nie powiedział, że Angela 

Vicario nie była dziewicą. Nikt nigdy nie słyszał, by miała narzeczonego, dorastała zaś przy swoich 

siostrach w żelaznym rygorze matki. Nawet kiedy do ślubu pozostało niespełna dwa miesiące, Pura 

Vicario nie pozwoliła, by Angela poszła sama z Bayardem San Roman obejrzeć dom, gdzie mieli 

zamieszkać, wobec czego matka i ślepy ojciec towarzyszyli im jako strażnicy jej czci. „Błagałam 

Boga tylko o to, aby dodał mi odwagi, żebym mogła się zabić” - wyznała mi Angela Vicario. Była 

już tak ogłupiona, że postanowiła wreszcie wyznać matce całą prawdę, byle tylko uwolnić się od 

męczarni,   wówczas   jednak   jej   dwie,   jedyne   zresztą,   powierniczki   i   pomocnice   przy 

konfekcjonowaniu szmacianych kwiatów w oknie odwiodły ją od tych zbożnych zamiarów. „Ślepo 

im   uległam   -   powiedziała   mi   -   bo   dały   mi   do   zrozumienia,   że   miały   już   doświadczenie   w 

oszukiwaniu   mężczyzn”.   Zapewniły   ją,   że   niemal   wszystkie   kobiety   tracą   dziewictwo   w 

przypadkowych przygodach dziewczęcych. Uparcie utrzymywały, że nawet nie dający się zwieść 

poddawali się w końcu, pod warunkiem, że nikt się o tym nie dowie. Przekonały ją ostatecznie tym, 

że mężczyzna w noc poślubną jest już tak spanikowany, że bez pomocy żony nie może nic zrobić i 

w godzinę prawdy nie jest już świadom własnych czynów. „Wierzą tylko w to, co zobaczą na 

prześcieradle” - powiedziały jej. W rezultacie wyuczyły ją wielu rajfurskich forteli zdolnych na tyle 

podrobić jej utracone klejnoty, by o pierwszym poranku świeżo poślubionej małżonki mogła nad 

podwórzem wystawić na pełne słońce lniane prześcieradło z plamą swego honoru.

Z tym złudzeniem wyszła za mąż. Bayardo San Roman zaś żenił się przypuszczalnie w 

przekonaniu, iż kupuje szczęście za niezwykłą cenę własnej wartości i fortuny, im bardziej bowiem 

rozrastały się projekty uroczystości, tym więcej rodziło się w nim obłąkańczych pomysłów, by 

uczynić ją jeszcze większą. Gdy zapowiedziano przyjazd biskupa, usiłował odwlec wesele o jeden 

dzień, pragnąc, by ślubu udzielił im dostojny gość, ale Angela Vicario sprzeciwiła się. „Prawdę 

mówiąc   -   powiedziała   mi   -   nie   chciałam,   żeby   błogosławieństwa   udzielił   mi   człowiek,   który 

background image

kogutom tylko odcinał grzebienie na zupę, a resztę wyrzucał na śmieci”. A jednak mimo braku 

biskupiego  błogosławieństwa  uroczystości  nabrały rozmiarów  trudnych  do opanowania i  nawet 

Bayardowi San Roman wymknęły się spod kontroli, stając się w końcu wydarzeniem publicznym.

Generał Petronio San Roman i jego rodzina przybyli  tym razem statkiem należącym  do 

Kongresu Narodowego i przeznaczonym do wyjątkowych uroczystości, który po zacumowaniu stał 

do   końca   przy   nabrzeżu,   z   nimi   zaś   przypłynęło   wiele   znakomitości,   zupełnie   jednak 

niezauważalnych w chaosie tylu nowych twarzy. Przywieźli ze sobą tak olbrzymie ilości prezentów, 

że trzeba było  wyremontować  zapomniany budynek  pierwszej elektrowni,  by zaprezentować te 

najbardziej godne podziwu, resztę zaś odwieziono hurtem do starego, gotowego już do przyjęcia 

nowożeńców domu wdowca Xius. Pan młody otrzymał w prezencie kabriolet ze swym imieniem 

wygrawerowanym   pismem   gotyckim   pod   znakiem   fabrycznym.   Pannie   młodej   podarowano 

komplet sztućców z czystego złota na dwadzieścia cztery osoby. Poza tym przywieźli ze sobą trupę 

tancerzy i dwie orkiestry salonowe, które tworzyły wyraźny dysonans zarówno wobec miejscowych 

orkiestr,   jak   i   wielu   kapel   i   zespołów   akordeonowych,   które   ściągały   zewsząd   przywabiane 

zgiełkiem zabawy.

Rodzina   Vicario   mieszkała   w   skromnym   domu   o   ścianach   z   cegieł   i   dachu   z   drewna 

palmowego zwieńczonym dwoma mansardami, pod których daszkami jaskółki co styczeń lepiły 

swe gniazda. Od frontu dom miał balkon niemal w całości zastawiony donicami z kwiatami, tam też 

znajdowało się wejście na duże podwórko z drzewami owocowymi, po którym chodziły kury. W 

głębi podwórza bliźniacy mieli swój chlew, kamień do szlachtowania i stół do ćwiartowania, które 

od czasu gdy oślepł Poncio Vicario, przynosiły rodzinie niezłe dochody. Początkowo zajmował się 

tym Pedro Vicario, kiedy jednak został powołany do wojska, jego brat również nauczył się fachu 

rzeźnika.

Wewnątrz domu ledwie starczało miejsca do mieszkania. Z tego też powodu starsze siostry, 

gdy zdały sobie sprawę z planowanych rozmiarów uroczystości, zaczęły starać się o wynajęcie 

większego   lokalu.   „Wyobraź   sobie   -  powiedziała   mi  Angela   Vicario   -  myślały  nawet   o  domu 

Placidy Linem, ale na szczęście moi rodzice uparli się, jak zwykle, że albo nasze córki wychodzą za 

mąż w naszym chlewiku, albo w ogóle nie wychodzą za mąż”. Pomalowali więc swój dom na jego 

pierwotny żółty kolor, wyprostowali drzwi, uporządkowali pokoje, doprowadzając mieszkanie, o ile 

było to możliwe, do stanu godnego wesela z taką pompą. Bliźniacy przenieśli świnie gdzie indziej i 

wyczyścili chlew niegaszonym wapnem, ale mimo tych wysiłków widać było, że miejsca jednak 

nie starczy. Ostatecznie, dzięki usilnym prośbom Bayarda San Roman, usunęli ogrodzenie wokół 

podwórza, poprosili sąsiadów o udostępnienie na tańce przyległych terenów i wstawili duże stoły, 

by można było przy nich biesiadować w cieniu liści tamaryndowców.

Jedyny   niespodziewany   wypadek   miał   miejsce   w   dniu   wesela   rano,   i   to   z   winy   pana 

background image

młodego, który przyszedł po Angelę Vicario z dwugodzinnym opóźnieniem, podczas gdy ona nie 

chciała założyć ślubnej sukni, dopóki nie ujrzy go w domu. „Wiesz - powiedziała mi - nawet bym 

się ucieszyła, gdyby w ogóle nie przyszedł, ale nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby zostawił 

mnie już wystrojoną”. Jej przezorność była uzasadniona, nie było bowiem dla kobiety większego 

wstydu i nieszczęścia, niż zostać na lodzie w sukni ślubnej. Niemniej sam fakt, że Angela Vicario 

śmiała   nałożyć   welon   i   przyjąć   wiązankę   kwiatów   pomarańczy   nie   będąc   dziewicą,   bywał 

niejednokrotnie uznawany za profanację symbolów czystości. Tylko moja matka uważała za akt 

odwagi to, że Angela Vicario do końca grała swymi znaczonymi kartami. „W tamtych czasach - 

wytłumaczyła mi - Bóg rozumiał te sprawy”. Nikt zaś do tej pory nie wie, jakimi kartami grał 

Bayardo San Roman. Od momentu, kiedy wreszcie pojawił się wystrojony w surdut i cylinder, do 

chwili,   gdy   -wymknął   się   z   miłością   swego   życia,   był   doskonałym   uosobieniem   szczęśliwego 

nowożeńca.

Nigdy nie dowiedziano się również, jakimi kartami grał Santiago Nasar. Byłem z nim przez 

cały czas, zarówno w kościele, jak i na weselu, razem z Cristo Bedoyą i moim bratem Luisem 

Enrique, i nikt z nas nie spostrzegł choćby najmniejszej zmiany w jego zachowaniu. Musiałem to 

wielokrotnie powtarzać, cała nasza czwórka bowiem trzymała się razem w szkole, tworząc później 

tę samą wakacyjną paczkę, i nikt nie mógł uwierzyć, by ktoś z nas mógł mieć jakiś sekret nie 

dzieląc się nim z pozostałymi, a tym bardziej sekret tak olbrzymi.

Santiago Nasar uwielbiał uroczystości i zabawy, a największą radość przeżył w przededniu 

swej śmierci obliczając koszty wesela. W kościele oszacował, że kwiatów porozwieszano za kwotę 

równą cenie czternastu pogrzebów pierwszej klasy. Ta szczegółowa kalkulacja męczyła mnie przez 

wiele   lat,   Santiago   Nasar   bowiem   często   mawiał   mi,   że   zapach   kwiatów   w   zamkniętym 

pomieszczeniu ma bezpośredni związek ze śmiercią, owego zaś dnia powtórzył mi to wchodząc do 

kościoła. „Nie chcę kwiatów na moim pogrzebie” - powiedział, nie wyobrażając sobie nawet, że 

następnego dnia właśnie ja będę musiał zatroszczyć się o to, by ich nie było. W drodze z kościoła 

do domu Vicariów oszacował cenę kolorowych girland zdobiących ulice, wyliczył koszty orkiestr i 

fajerwerków, a nawet ryżowego deszczu, którym przywitano nas na weselu. W dusznym upale 

południa   młoda   para   zwyczajowo   obeszła   całe   podwórze.   Bayardo   San   Roman   szybko   został 

naszym przyjacielem, takim od wypitki, jak to wówczas mawiano, i przy naszym stole zdawał się 

być szczęśliwy. Angela Vicario, już bez welonu i wianka, w satynowej przepoconej sukni, bardzo 

szybko   przybrała   wyraz   twarzy   kobiety   zamężnej.   Santiago   Nasar   obliczył   i   powiedział   to 

Bayardowi San Roman, że jak do tej pory wesele kosztuje około dziewięciu tysięcy pesos. Nie 

ulegało wątpliwości, że Angela Vicario uznała to za impertynencję. „Moja matka nauczyła mnie, że 

nigdy nie należy mówić o pieniądzach w obecności innych ludzi” - powiedziała mi. Bayardo San 

Roman, wprost przeciwnie, przyjął to z humorem, a nawet z pewnego rodzaju satysfakcją.

background image

- Prawie - powiedział - ale to dopiero początek. Pod koniec wynosić to będzie mniej więcej 

dwa razy tyle.

Santiago Nasar postanowił sprawdzić to co do grosza i ledwie starczyło mu na to życia. 

Następnego dnia uzyskał w porcie od Cristo Bedoi najświeższe dane i stwierdził na czterdzieści 

pięć minut przed śmiercią, iż rzeczywiście szacunki San Romana były dokładne.

Osobiście zachowałem o weselu dość mgliste wspomnienia, dopóki nie zdecydowałem się 

ich odgrzebać, okruch po okruchu, z cudzych pamięci. Przez wiele lat ciągle opowiadano w moim 

domu, jak to mój ojciec po raz pierwszy od czasów swej młodości zagrał na skrzypcach na cześć 

młodej pary, jak moja siostra zakonnica zatańczyła merengue w swym habicie siostry furtianki, jak 

doktor   Dionisio  Iguaran,  kuzyn   mojej   matki,  zdołał  wywalczyć  miejsce  na   rządowym  statku   i 

odpłynąć nim, byle tylko nie być w miasteczku następnego dnia, podczas wizyty biskupa. W trakcie 

mych poszukiwań dla potrzeb niniejszej kroniki odtworzyłem wiele pomniejszych szczegółów, a 

pośród nich dość zabawne wspomnienie o siostrach Bayarda San Roman, których aksamitne suknie 

z   olbrzymimi   motylimi   skrzydłami,   przyczepionymi   do   pleców   złotymi   klamerkami,   zwróciły 

większą   uwagę   niż   pióropusz   i   pancerz   wojennych   orderów   ich   ojca.   Wielu   wiedziało,   że   w 

weselnym   upojeniu   zaproponowałem   Mercedes   Barda,   kończącej   wówczas   zaledwie   szkołę 

podstawową,   by  wyszła   za   mnie   za   mąż,   jak   mi   to   sama   przypomniała,   kiedy   pobraliśmy   się 

czternaście   lat   później.   Najwyrazistszym   obrazem,   jaki   na   zawsze   zachowałem   z   tej   fatalnej 

niedzieli, był widok starego Poncio Vicario, samotnie siedzącego na stołku pośrodku podwórza. 

Posadzono go tam, sądząc być może, iż jest to honorowe miejsce, lecz goście obijali się o niego, 

mylili go z kimś innym, przesadzali w inne miejsce, żeby nie przeszkadzał, on zaś poruszał swą 

ośnieżoną głową na wszystkie strony z błędnym wyrazem twarzy dopiero co ociemniałego ślepca, 

odpowiadając na pytania nie do niego skierowane i na przelotne pozdrowienia, których nikt mu nie 

słał,   szczęśliwy   w   swym   kręgu   zapomnienia,   w   nakrochmalonej   koszuli   i   z   laską   z   drewna 

gwajakowego, którą kupiono mu specjalnie na wesele.

Część   oficjalna   zakończyła   się   o   szóstej   po   południu,   kiedy   to   pożegnali   się   goście 

honorowi. Statek odpłynął z zapalonymi światłami, pozostawiając za sobą smugę walców z pianoli 

i   przez   chwilę   dryfowaliśmy   nad   przepaścią   niepewności,   póki   nie   zaczęliśmy   się   wzajemnie 

rozpoznawać i nie zanurzyliśmy się w bagnisko zabawy. Nowożeńcy pojawili się nieco później w 

odkrytym   samochodzie,  z   trudem  torując   sobie   drogę  poprzez   tłum.   Bayardo  San  Roman   sam 

strzelał petardami, pił wódkę prosto z butelek wyciąganych w jego stronę, następnie wyszedł z 

samochodu z Angelą Vicario, by włączyć  się w taneczny krąg cumbiamby.  Wreszcie rozkazał, 

byśmy   dalej   balowali   na   jego   koszt,   póki   nam   życia   starczy,   i   odwiózł   swą   dręczoną   trwogą 

małżonkę do domu jej snów, tam gdzie był kiedyś szczęśliwy wdowiec Xius.

Około   północy   zabawa   weselna   rozbiła   się   na   drobne   grupki,   jedynym   zaś   otwartym 

background image

lokalem był wówczas sklepik Clotilde Armenta na placu. Santiago Nasar i ja, razem z moi bratem 

Luisem Enrique i z Cristo Bedoyą, poszliśmy do domu miłosierdzia Marii Alejandriny Cervantes. 

Pośród wielu innych przewinęli się wówczas przez ten dom również bracia Vicario, pijąc tam z 

nami i śpiewając z Santiago Nasarem na pięć godzin przed jego zamordowaniem. W tym czasie tu i 

ówdzie   tliły   się   chyba   jeszcze   dogorywające   odpryski   właściwego   wesela,   z   różnych   stron 

dochodziły nas  bowiem  falami  odgłosy muzyki  i  odległych  bijatyk  i echa  te  docierały do nas 

jeszcze przez dłuższy czas, coraz smutniejsze, dopóki nie zabuczał statek biskupa.

Pura   Vicario   opowiedziała   mojej   matce,   że   położyła   się   o   jedenastej   w   nocy, 

uporządkowawszy nieco z pomocą starszych córek poweselny rozgardiasz. Około dziesiątej, kiedy 

po   patio   błąkało   się   jeszcze   kilku   śpiewających   pijaków,   Angela   Vicario   przysłała   gońca   po 

walizeczkę z osobisty mi rzeczami, znajdującą się w szafie jej sypialni. Matka chciała co prawda 

odesłać jej również walizkę z dziennym ubraniem, goniec jednak spieszył się. Spala głęboko, gdy 

zapukano do drzwi. „To były trzy, bardzo wolne stukania - wyznała mojej matce - ale miały w 

sobie coś dziwnego, coś takiego jak złe wiadomości”. Opowiedziała jej, że otworzyła drzwi nie 

zapalając światła, by nie zbudzić nikogo, i zobaczyła Bayarda San Roman w świetle ulicznej latarni 

w   nie   zapiętej   jedwabnej   koszuli   i   w   fantazyjnych   spodniach   podtrzymywanych   elastycznymi 

szelkami. „Był zielony taką zielenią ze snów” - powiedziała Pura Vicario mojej matce. Angela 

Vicario stała w cieniu, matka zauważyła ją dopiero wtedy, gdy Bayardo San Roman złapał Angelę 

za ramię i postawił w świetle. Jej satynowa suknia była w strzępach, do pasa zaś owinięta była 

ręcznikiem. Pura Vicario pomyślała, że spadli samochodem w przepaść i leżą teraz martwi na jej 

dnie.

- Matko Przenajświętsza! - wykrzyknęła przerażona. - Powiedzcie, czy jesteście jeszcze z 

tego świata.

Bayardo   San   Roman,   nie   przekroczywszy   progu   pchnął   swoją   żonę   do   środka,   nie 

wypowiadając przy tym ani słowa. Następnie pocałował Purę Vicario w policzek i przemówił do 

niej tonem głębokiego rozczarowania, ale z wielką czułością.

- Dzięki za wszystko, mamo - powiedział. - Mama jest świętą kobietą.

Tylko Pura Vicario wie, co robiła przez następne dwie godziny. Zabrała swój sekret do 

grobu. „Pamiętam tylko, że jedną ręką trzymała mnie za włosy, a drugą waliła z taką wściekłością, 

że   myślałam,   że   mnie   zabije”   -   opowiedziała   mi   Angela   Vicario.   Ale   i   to   czyniła   w   takim 

milczeniu, iż ani jej mąż, ani starsze córki, śpiące w innych pokojach, nie zdawali sobie sprawy z 

niczego, aż do świtu, gdy było już po nieszczęściu.

Bliźniacy wrócili do domu nieco przed trzecią, wezwani nagle przez matkę. Zastali Angelę 

Vicario leżącą na brzuchu, na kanapie w jadalni, z twarzą zmaltretowaną od razów. Już jednak nie 

płakała. „Już się nie bałam - powiedziała mi. - Wprost przeciwnie: czułam się tak, jakbym wreszcie 

background image

wyrzuciła z siebie ten śmiertelny koszmar, i tylko chciałam, żeby wszystko się jak najszybciej 

skończyło, żebym mogła wreszcie zasnąć”. Pedro Vicario, bardziej zdecydowany z braci, chwycił 

ją wpół, uniósł w powietrze i posadził na stole w jadalni.

- No, mała - powiedział, trzęsąc się z wściekłości - powiedz nam, który to.

Odczekała tylko tyle,  ile trzeba było, by wypowiedzieć imię. Odszukała je w mrokach, 

napotkała od razu pośród tylu mylących się imion z tego i z tamtego świata i wbiła je w ścianę 

jedną celną strzałą, niczym bezwolnego motyla, na którego wyrok został już dawno z góry wydany.

Santiago Nasar - powiedziała.

Adwokat podtrzymał tezę o zabójstwie dokonanym z pobudek wynikających z całkowicie 

usprawiedliwionej   obrony   honoru,   co   zostało   uznane   przez   ławę   przysięgłych,   bliźniacy 

oświadczyli zaś w ostatnim dowie, iż zrobiliby to tysiąc razy z tych samych powodów. Oni sami 

dostrzegli tę linię obrony z chwilą, gdy w parę minut po zbrodni uciekli pod skrzydła Kościoła. 

Dysząc   wpadli   na   plebanię,   doganiani   już   przez   grupę   rozwścieczonych   Arabów,   i   złożyli 

oczyszczone   ostrza   noży   na   stole   ojca   Amadora.   Obaj   byli   skrajnie   wyczerpani   potworną, 

śmiertelną pracą, ubrania i ręce mieli całe mokre, a twarze ociekały im potem i jeszcze ciepłą krwią, 

ale proboszcz wspominaj ich poddanie się jako akt wielkiej szlachetności.

- Zabiliśmy go świadomie - powiedział Pedro Vicario - ale jesteśmy niewinni.

- Być może wobec Boga - odrzekł ojciec Amador.

- Wobec Boga i wobec ludzi - stwierdził Pablo Vicario. - To była sprawa honoru.

Mało tego, przy odtwarzaniu wydarzeń upozorowali zajadłość jeszcze bezwzględniejszą, niż 

to naprawdę miało miejsce, a przecież i tak główne drzwi domu Placidy Linero, zostały całkowicie 

zdemolowane ostrzami noży i trzeba było je naprawić z funduszy publicznych. W areszcie śledczym 

w Riohacha, gdzie przebywali przez trzy lata w oczekiwaniu na rozprawę, nie mieli bowiem czym 

opłacić kaucji, by uzyskać zwolnienie warunkowe, aresztanci o najdłuższym stażu wspominali ich 

dobry   charakter,   ich   towarzyską   naturę,   ale   nigdy   nie   dostrzegli   w   nich   jakichkolwiek   oznak 

skruchy.   Pomimo   to   fakty   świadczyłyby,   iż   bracia   Vicario   nie   uczynili   niczego,   co   byłoby 

niezbędne, by zabić Santiago Nasara znienacka i bez publicznego rozgłosu, a wprost przeciwnie, 

zrobili o wiele więcej, niż można było sobie wyobrazić, aby ktoś uniemożliwił im morderstwo, lecz 

nie zdołali tego osiągnąć.

Zgodnie z tym, co powiedzieli mi wiele lat później, zaczęli od szukania go w domu Marii 

Alejandriny Cervantes, gdzie byli razem z nim do drugiej. Ten fakt, jak i wiele innych, nie znalazł 

się w aktach śledztwa. W rzeczywistości Santiago Nasara nie było już tam o tej godzinie, kiedy to 

ponoć, jak sami zeznali, poszli tam po niego, wyszliśmy bowiem, by obejść miasteczko z naszymi 

background image

serenadami; w każdym razie nieprawdą było, że tam poszli. „Na pewno by już stąd nie wyszli - 

powiedziała mi Maria Alejandrina Cervantes i znając ją dobrze nigdy w to nie wątpiłem. Poszli za 

to do lokalu Clotilde Armenta, by tam na niego zaczekać, aczkolwiek wiedzieli, że tamtędy może 

przejść   połowa   miasteczka,   ale   nie   Santiago   Nasar.   „Był   to   jedyny   otwarty   lokal”   -   zeznali 

sędziemu   śledczemu.   „Wcześniej   czy   później   musiał   się   tam   znaleźć”   -   powiedzieli   mi   po 

uwolnieniu. A przecież wszyscy wiedzieli, że główne drzwi od domu Placidy Linero były zawsze 

zaryglowane od środka, nawet w ciągu dnia, i że Santiago Nasar nigdy nie rozstawał się z kluczami 

od tylnego wejścia. I rzeczywiście tym wejściem wrócił do domu, gdy bliźniacy Vicario już od 

godziny czekali na niego z drugiej strony, a jeżeli później, udając się na powitanie biskupa wyszedł 

drzwiami od strony placu, to uczynił to z pobudek tak niespodziewanych, iż nawet sam sędzia 

śledczy nie potrafił tego zrozumieć.

Nigdy   nie   było   śmierci   bardziej   zapowiedzianej.   Po   ujawnieniu   przez   siostrę   imienia 

winnego, bliźniacy Vicario udali się do chlewu, gdzie trzymali  komplet narzędzi rzeźniczych  i 

wybrali dwa najlepsze noże: jeden do ćwiartowania, o długości dziesięciu cali i szerokości dwa i 

pół cala, drugi zaś do czyszczenia, o długości siedmiu cali i szerokości półtora cala. Owinęli noże w 

szmaty i poszli je naostrzyć na targ mięsny, gdzie dopiero co zaczęto otwierać niektóre kramiki. 

Niewielu było pierwszych  klientów, jednak dwadzieścia  dwie osoby zeznały,  iż słyszały każde 

słowo   wypowiedziane   przez   braci,   i   wszyscy   zgodnie   potwierdzili   swe   wrażenia,   że   jedynym 

zamiarem   obu   braci   było   wypowiedzieć   je   tak,   by   wszyscy   słyszeli.   Faustino   Santos,   rzeźnik 

zaprzyjaźniony z nimi, zobaczył obu, jak przyszli o trzeciej dwadzieścia, gdy uruchamiał właśnie 

swoje stoisko z podrobami, i nie potrafił zrozumieć, dlaczego przychodzą w poniedziałek, i to tak 

wcześnie,   do   tego   jeszcze   w   ciemnych   świątecznych   garniturach.   Przyzwyczajony   był,   że 

przychodzili zawsze w piątek, ale znacznie później i w skórzanych fartuchach, które zakładali na 

czas uboju. „Pomyślałem, że są tak pijani - powiedział mi Faustino Santos - że nie tylko pomyliła 

im się godzina, ale i dzień”. Przypomniał im, że jest poniedziałek.

- A któż by o tym nie wiedział, stary pierdoło - odpowiedział mu grzecznie Pablo Vicario. - 

Przyszliśmy tylko naostrzyć noże.

Naostrzyli   je   na   kamieniu   szlifierskim,   tak   jak   to   zawsze   robili:   Pedro   podtrzymywał 

obydwa   noże   i   na   przemian   przykładał   je   do   ostrzałki.   Pablo   zaś   kręcił   korbką.   Jednocześnie 

rozmawiali z resztą rzeźników o świetności i przepychu wesela. Co poniektórzy skarżyli się im, iż 

nie otrzymali swej porcji tortu weselnego, mimo że są kolegami po fachu, bracia przyrzekli więc, że 

tort zostanie im przysłany trochę później. Wreszcie dociskane do kamienia noże zaczęły śpiewać, a 

Pablo położy ł swój nóż pod lampą, tak by rozbłyskała jego stal.

- Idziemy zabić Santiago Nasara - powiedział.

Cieszyli się tak ugruntowaną opinią dobrodusznych chłopaków, że puszczano to mimo uszu. 

background image

„Myśleliśmy, że to pijackie bredzenie” - zeznało wielu rzeźników, podobnie jak Victoria Guzman i 

wielu innych, którzy widzieli ich później. Niejednokrotnie pytałem rzeźników, czy ich zawód nie 

ujawnia predyspozycji do zabijania ludzi. Protestowali: „Kiedy bijesz zwierzę, nie masz odwagi 

spojrzeć mu w oczy”. Jeden z nich powiedział mi, że nie może jeść mięsa zwierzęcia, które sam 

ubił. Inny wyznał, że nie byłby w stanie zabić krowy, którą znałby wcześniej, tym bardziej jeśli pił 

jej mleko. Przypomniałem im, że bracia Vicario szlachtowali świnie hodowane przez siebie samych 

i że byli zżyci z nimi do tego stopnia, iż nazywali je po imieniu. „To prawda - odparł mi jeden z 

nich. - Ale proszę zauważyć, że nie nadawali im ludzkich imion, tylko nazwy kwiatów”. Faustino 

Santos był jedynym, który dostrzegł cień prawdy w groźbach Pabla Vicario, i żartem zapytał go, 

dlaczego   akurat   mają   zabijać   Santiago   Nasara,   jeśli   jest   jeszcze   tylu   bogaczy,   którzy   bardziej 

zasługują na to, żeby umrzeć przed nim.

- Santiago Nasar wie, dlaczego - odpowiedział mu Pedro Vicario.

Faustino Santos opowiedział mi, że wątpliwości nadal go dręczyły i poinformował o tym 

policjanta,   który   pojawił   się   nieco   później,   by   kupić   dla   alkada   na   śniadanie   funt   wątróbki. 

Funkcjonariusz, zgodnie z tym, co podają akta, nazywał się Leandro Pornoy i zmarł w następnym 

roku, gdy podczas odpustu byk przebił mu rogiem żyłę szyjną. Nie miałem więc nigdy okazji, by z 

nim porozmawiać, niemniej Clotilde Armenta potwierdziła, że policjant był pierwszą osobą, która 

zjawiła się w jej sklepie, gdy bliźniacy już tam siedzieli i czekali.

Clotilde Armenta zastąpiła właśnie swego męża za ladą. Był to już uświęcony zwyczaj. W 

sklepie sprzedawano o świcie mleko, a w ciągu dnia artykuły żywnościowe, zaś od szóstej po 

południu lokal przekształcał się w bar. Clotilde Armenta otwierała sklep o trzeciej trzydzieści rano. 

Jej mąż, zacny don Rogelio de la Flor, zajmował się barem aż do jego zamknięcia. Tej nocy miał 

jednak tylu zabłąkanych z wesela klientów, iż poszedł spać już po trzeciej, w ogóle nie zamykając 

sklepu, gdy Clotilde Armenta była już na nogach wcześniej niż zwykle, chciała bowiem uporać się 

z robotą przed przyjazdem biskupa.

Bracia Vicario  weszli  o czwartej  dziesięć.  O tej porze sprzedawano tylko  żywność,  ale 

Clotilde Armenta sprzedała im butelkę wódki z trzciny cukrowej, nie tylko dlatego, że ich lubiła, 

ale również dlatego, że była im wdzięczna za przysłanie porcji tortu weselnego. Wypili całą butelkę 

dwoma  długimi  pociągnięciami,  lecz  bez widocznych  skutków. „Byli  już całkiem  ugotowani  - 

powiedziała   mi   Clotilde   Armenta   -   i   nawet   nafta   nie   ścięłaby   ich   z   nóg”.   Następnie   zdjęli 

marynarki, powiesili je starannie na oparciach krzeseł i poprosili o drugą butelkę. Koszule mieli 

brudne od zaschniętego potu, a nie golony od wczoraj zarost nadawał im prostacki wygląd. Kolejną 

butelkę wypili już siedząc, powoli, uporczywie patrząc w stronę stojącego po przeciwnej stronie 

placu domu Placidy Linero, w którego oknach nie świeciło się żadne światło. Największe okno 

balkonowe przylegało do sypialni Santiago Nasara. Pedro Vicario spytał Clotilde Armenta, czy 

background image

widziała światło w tym oknie, a ona odpowiedziała, że nie, ale ciekawość ta wydała jej się dość 

dziwna.

- Stało mu się coś? - zapytała.

- Nie, nic - odpowiedział jej Pedro Vicario. - Tylko chcemy go zabić.

Była to odpowiedź tak spontaniczna, iż nie mogła uwierzyć  w jej szczerość. Dostrzegła 

jednak, że bliźniacy mieli dwa rzeźnickie noże owinięte w kuchenne szmaty.

- A można wiedzieć, dlaczego chcecie go zabić o tak wczesnej porze? - spytała.

- On wie, dlaczego - odparł jej Pedro Vicario. Clotilde Armenta przyjrzała im się poważnie. 

Znała ich tak dobrze, że potrafiła ich rozróżniać, szczególnie po powrocie Pedra Vicario z koszar. 

„Zachowywali się jak dzieciaki” - powiedziała mi. I myśl ta przeraziła ją, zawsze bowiem sądziła, 

że tylko dzieci są zdolne do wszystkiego. Skończyła więc zmywanie i przygotowywanie naczyń do 

mleka i poszła obudzić męża, by opowiedzieć, co się dzieje w sklepie. Don Rogelio de la Flor 

słuchał jej wpółprzytomny ze snu.

- Nie bądź kretynką - powiedział jej - ci dwaj nie zabiją nikogo, a tym bardziej bogacza.

Kiedy Clotilde  Armenta wróciła do sklepu, bliźniacy rozmawiali z policjantem Leandro 

Pornoy,   który   przyszedł   po   mleko   dla   alkada.   Nie   słyszała,   o   czym   mówili,   ale   po   tym,   jak 

wychodząc spojrzał na noże, wywnioskowała, że musieli mu zdradzić swe zamiary.

Pułkownik Lazaro Aponte wstał tuż przed czwartą. Skończył się właśnie golić, gdy policjant 

Leandro Pornoy ujawnił mu plany braci Vicario. Tej nocy położył kres już tylu przyjacielskim 

sprzeczkom, iż nie spieszył  się zbytnio, by załagodzić jeszcze jeden spór. Ubrał się spokojnie, 

wielokrotnie usiłując zawiązać muszkę, póki nie zrobił tego nienagannie, i powiesił sobie szkaplerz 

Sodalicji Mariańskiej na powitanie biskupa. Podczas śniadania, gdy jadł duszoną wątróbkę pokrytą 

plasterkami cebuli, żona, niezwykle podniecona, opowiedziała mu, że Bayardo San Roman zwrócił 

rodzicom Angelę Vicario, ale on nie przyjął tej wiadomości równie dramatycznie.

- Mój Boże! - zakpił - co sobie biskup pomyśli. Nim skończył śniadanie, przypomniał sobie 

jednak,   co   przed   chwilą   powiedział   mu   ordynans,   połączył   obydwie   informacje   i   natychmiast 

odkrył, że pasowały do siebie niczym dwie części łamigłówki. Udał się wówczas na plac, kierując 

się tam przez ulicę nowego portu, gdzie z powodu wizyty biskupa domy zaczynały się budzić do 

życia.   „Pamiętam   z   całą   pewnością,   że   była   prawie   piąta   i   zaczynało   padać”   -  powiedział   mi 

pułkownik Lazaro Aponte. Po drodze zatrzymały go trzy osoby, by donieść mu w sekrecie, że 

bracia Vicario czekają na Santiago Nasara, żeby go zabić, ale tylko  jedna z nich potrafiła mu 

powiedzieć, gdzie są.

Odnalazł   ich   w   sklepiku   Clotilde   Armenta.   „Kiedy   ich   zobaczyłem,   pomyślałem,   że   to 

najzwyklejsza fanfaronada - powiedział z właściwą sobie logiką - bo nie byli aż tak pijani, jak 

sądziłem”. Nie wybadał nawet ich rzeczywistych zamiarów, odebrał im jedynie noże i kazał pójść 

background image

spać. Traktował ich z taką samą, sobie właściwą pobłażliwością, z jaką zbagatelizował przerażenie 

żony.

- Pomyślcie sobie - wytłumaczył im - co powie biskup, jak was zobaczy w takim stanie.

Poszli. Clotilde Armenta poczuła się po raz któryś z rzędu zawiedziona lekkomyślnością 

alkada, gdyż sądziła, iż powinien on aresztować braci do chwili wyjaśnienia prawdy. Pułkownik 

Aponte pokazał jej noże jako ostateczny argument.

- Już nie mają czym zabijać - stwierdził.

- To nie o to chodzi - odparła Clotilde Armenta. - Rzecz w tym, żeby uwolnić tych biednych 

chłopaków od strasznego obowiązku, jaki na nich spadł.

Przeczuła   bowiem   wszystko.   Była   przeświadczona,   że   bracia   Vicario   pragnęli   nie   tyle 

wykonać wyrok, co spotkać kogoś, kto zechciałby im w tym przeszkodzić. Ale pułkownik Aponte 

postąpił całkowicie zgodnie z własnym sumieniem.

- Nie aresztuję nikogo wyłącznie na podstawie podejrzeń - powiedział. - Teraz pozostaje 

tylko ostrzec Santiago Nasara i daj nam Boże zdrowie.

Clotilde Armenta zawsze wspominała, że krępa postać pułkownika Aponte kojarzyła jej się 

z   jakimś   nieszczęściem,   ja   zaś   pamiętam   go   jako   człowieka   szczęśliwego,   choć   nieco 

zdziwaczałego   wskutek   samotnych   praktyk   spirytualistycznych,   których   nauczył   się 

korespondencyjnie. Zachowanie pułkownika w tamten poniedziałek było ostatecznym  dowodem 

jego lekkomyślności. Prawdą jest, że zapomniał już o Santiago Nasarze, póki nie zobaczył go w 

porcie i wówczas pogratulował sobie podjęcia słusznej decyzji.

Bracia   Vicario   powiedzieli   o   swych   zamiarach   co   najmniej   kilkunastu   osobom,   które 

przyszły   do   sklepiku   po   mleko,   te   z   kolei   rozpowszechniły   wiadomość   przed   szóstą   w   całym 

miasteczku. Clotilde Armenta wydawało się wręcz nieprawdopodobne, by w domu naprzeciwko nic 

o tym nie wiedziano. Przypuszczała, że Santiago Nasara tam nie ma, gdyż nie zauważyła, by w jego 

sypialni  zapaliło  się światło,  więc prosiła,  kogo tylko  mogła,  by go ostrzegł,  gdziekolwiek  go 

spotka. Kazała nawet poinformować ojca Amadora za pośrednictwem pełniącej służbę nowicjuszki, 

która przyszła po mleko dla zakonnic. Po czwartej, gdy zobaczyła światła w kuchni domu Placidy 

Linero, posłała Victorii Guzman ostatnią, naglącą wiadomość przez żebraczkę, która codziennie 

przychodziła prosząc 0 odrobinę mleka. Kiedy zabuczał statek biskupa, prawie wszyscy już wstali, 

by zebrać się na molo, i niewielu z nas nie wiedziało, że bliźniacy Vicario czekają na Santiago 

Nasara, żeby go zabić, a wówczas już i przyczyny były znane w najdrobniejszych szczegółach.

Clotilde   Armenta   nie   skończyła   jeszcze   sprzedaży   mleka,   gdy   bracia   Vicario   wrócili   z 

dwoma innymi nożami, owiniętymi w gazety. Jeden z nich służył do ćwiartowania, miał twarde, 

oksydowane  ostrze  o długości dwunastu i szerokości trzech  cali  i został  zrobiony przez Pedra 

Vicario z piły, w okresie gdy z powodu wojny nie docierały do nas noże niemieckie. Drugi był 

background image

krótszy, ale szeroki i zakrzywiony. Sędzia śledczy narysował go w aktach, być może dlatego, że nie 

potrafił   go   opisać,   gdyż   odważył   się   tylko   na   ryzyko   porównania   go   do   zminiaturyzowanego 

jatagana. Tymi właśnie najzwyklejszymi, często używanymi nożami popełniono zbrodnię.

Faustina Santos nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało. „Przyszli jeszcze raz naostrzyć 

noże - powiedział mi - i znów zaczęli się wydzierać, tak żeby ich dobrze słyszano, że flaki wyprują 

Santiago Nasarowi, pomyślałem więc, że sami sobie dodają animuszu, przede wszystkim dlatego, 

że nie przyjrzałem się nożom i pomyślałem, że to te same”. Tym razem jednak Clotilde Armenta 

spostrzegła, w chwili gdy zobaczyła ich wchodzących do sklepu po raz drugi, że nie są już tak 

zdeterminowani jak przedtem.

Prawda zaś była taka, że doszło między nimi do pierwszego konfliktu. Różnili się bowiem 

nie   tylko   zachowaniem   w   stopniu   znacznie   większym,   niż   wynikałoby   to   z   ich   fizycznego 

podobieństwa,   ale   w   sytuacjach   trudnych   ich   charaktery   były   krańcowo   odmienne.   Będąc   ich 

przyjaciółmi spostrzegliśmy to już w szkole podstawowej. Pablo Vicario, o sześć minut starszy od 

brata,   aż   do   pełnoletności   odznaczał   się   większą   energią   i   wyobraźnią.   Pedro   Vicario   zawsze 

wydawał się bardziej uczuciowy, a tym samym bardziej despotyczny. Gdy ukończyli dwadzieścia 

lat,   stawili   się   razem   przed   komisją   poborową   i   Pablo   Vicario   został   zwolniony,   by   mógł 

utrzymywać   rodzinę.   Pedro   Vicario   przez   jedenaście   miesięcy   odbywał   służbę   w   patrolach 

żandarmerii.  Wojskowy rygor,  zaostrzony strachem  przed śmiercią,  pogłębił  jego skłonność do 

rządzenia i zwyczaj decydowania za swego brata. Wrócił do cywila z sierżancką rzeżączką, która 

zniosła   najbrutalniejsze   metody   wojskowej   medycyny,   zastrzyki   z   arszeniku   i   dezynfekcje   z 

nadmanganianu potasu doktora Dionisio Iguarana. Zdołano go wyleczyć dopiero w więzieniu. My 

wszyscy, jego przyjaciele, byliśmy zgodni, że Pablo Vicario popadł nagle w dziwną zależność od 

młodszego brata, kiedy Pedro Vicario wrócił nabywszy koszarowych manier i nawyku unoszenia 

koszuli, by każdemu, kto chciał, pokazać bliznę po sączku na lewym boku. Wreszcie Pablo zaczął 

odczuwać   rodzaj   fascynacji   rzeżączką   prawdziwego   mężczyzny,   z   którą   jego   brat   obnosił   się 

niczym z odznaczeniem wojennym.

To Pedro Vicario - jak sam zeznał - podjął decyzję co do zabicia Santiago Nasara, jego brat 

zaś z początku jedynie mu towarzyszył. Ale również to on był raczej skłonny uznać obowiązek za 

spełniony, z chwilą gdy alkad ich rozbroił, i wówczas to Pablo Vicario przejął dowództwo. Żaden z 

nich nie wspominał o tym konflikcie w swych zeznaniach składanych osobno sędziemu śledczemu. 

Pablo Vocario potwierdził mi wielokrotnie, że z wielkim trudem przyszło mu przekonać brata do 

ostatecznego  rozwiązania.  Być  może  był  to w rzeczywistości  tylko  krótkotrwały objaw paniki, 

faktem jest jednak, że Pablo Vicario sam wszedł do chlewika po następne noże, podczas gdy jego 

brat konał z bólu usiłując kropla po kropli wysikać się pod tamarydowcami. „Mój brat nigdy nie 

rozumiał, co to znaczy - powiedział mi Pedro Vicario podczas naszej ostatniej rozmowy. - To było 

background image

tak, jakbyś sikał drobno potłuczonym szkłem”. Gdy Pablo Vicario wrócił z nożami, zastał go wciąż 

obejmującego drzewo. „Był oblany zimnym potem - powiedział mi - i próbował powiedzieć, żebym 

poszedł   sam,   bo   on  nie   czuje   się  na   siłach,   żeby   kogokolwiek   zabijać”.   Usiadł   na   jednym   ze 

specjalnie zbitych stołów ustawionych na wesele pod drzewami, i spuścił spodnie do kolan. „Co 

najmniej przez pół godziny zmieniał gazę, którą owijał sobie kutasa” - powiedział mi Pablo Vicario. 

W rzeczywistości nie trwało to dłużej niż dziesięć minut, ale było to coś tak niezrozumiałego i 

tajemniczego   dla   Pabla   Vicario,   że   uznał   to   za   następny   wybieg   brata,   by   zyskać   na   czasie   i 

doczekać świtu. Wsadził mu więc nóż do ręki i niemal siłą wywlókł na ulicę by pomścić utraconą 

cześć siostry.

- Nie ma wyjścia - powiedział mu - to tak jakby się nam to już zdarzyło.

Ujadały za nimi psy podwórzowe, gdy z nie owiniętymi nożami wychodzili drzwiami od 

chlewika.   Zaczynało   świtać.   „Nie   padało”   -   wspominał   Pablo   Vicario.   „Wprost   przeciwnie   - 

wspominał   Pedro   -   od   morza   wiał   wiatr   i   jeszcze   można   było   palcem   policzyć   gwiazdy”. 

Wiadomość już się tak wówczas rozniosła, że gdy Hortensja Baute otworzyła drzwi, właśnie w 

chwili gdy przechodzili obok jej domu, jako pierwsza w miasteczku opłakała Santiago Nasara. 

„Myślałam, że już go zabili - powiedziała mi - bo zobaczyłam noże w świetle wschodzącego słońca 

i wydawało mi się, że spływa z nich krew”. Jednym z niewielu otwartych na tej odludnej ulicy 

domów był dom Prudencii Cotes, narzeczonej Pabla Vicario. Bliźniacy, zawsze gdy przechodzili 

tamtędy o tej porze, zwłaszcza w piątki, kiedy szli na targ, wstępowali, żeby napić się pierwszej 

porannej kawy. Gdy pchnęli drzwi od podwórza natychmiast opadły ich psy, które rozpoznały ich 

w półmroku świtu. Wchodząc do kuchni pozdrowili matkę Prudencii Cotes. Kawy jeszcze nie było.

- Przyjdziemy później - powiedział Pablo Vicario - teraz się spieszymy.

- Wyobrażam sobie, synkowie - odpowiedziała - honor nie czeka.

Mimo to poczekali i właśnie wówczas Pedro Vicario pomyślał, że brat specjalnie zwleka. 

Gdy pili już kawę, do kuchni weszła Prudencia Cotes w całej pełni swej młodości, z plikiem starych 

gazet, by w piecu rozpalić ogień. „Wiedziałam już, do czego się szykują - powiedziała mi - i nie 

tylko się z nimi całkowicie zgadzałam, ale nigdy nie wyszłabym za Pabla, gdyby w tym momencie 

nie zachował się jak mężczyzna”. Nim opuścili kuchnię, Pablo Vicario wziął od niej dwie gazety i 

jedną dał bratu do owinięcia noża. Prudencia Cotes zaczekała w kuchni, póki nie zobaczyła, że 

wychodzą drzwiami od podwórza, i tak czekała, bez chwili wahania, przez trzy lata, póki Pablo 

Vicario nie wyszedł z więzienia i nie został jej mężem na całe życie.

- Uważajcie na siebie - powiedziała im. Clotilde Armenta nie bez racji sądziła więc, że 

bliźniacy   nie   mieli   tej   samej   determinacji   co   przedtem,   toteż   podała   im   butelkę   dziewanny   z 

nadzieją, że tym ich dobije. „Tego dnia zdałam sobie sprawę - powiedziała mi - jak bardzo my, 

kobiety, jesteśmy na świecie osamotnione!” Pedro Vicario poprosił ją, by pożyczyła mu mężowskie 

background image

przybory do golenia, przyniosła mu więc pędzelek, mydło, wiszące lusterko i maszynkę z nową 

żyletką,   ale   on   ogolił   się   nożem   do   ćwiartowania.   Clotilde   Armenta   uznała   to   za   zbyt   już 

ekstrawagancki gest silnego mężczyzny. „Wyglądał jak czarny charakter” - wspominała. On jednak 

wytłumaczył mi wiele lat potem, i rzeczywiście była to prawda, że w koszarach nauczył się używać 

brzytwy i już nigdy później nie potrafił się golić inaczej. Jego brat z kolei ogolił się w sposób 

znacznie prostszy, maszynką pożyczoną od don Rogelia de la Flor. ~Wreszcie w milczeniu sięgnęli 

do   butelki   i   wypili   ją   bardzo   wolno,   z   tępym   wyrazem   twarzy   osób   przebudzonych   o   świcie 

wpatrzeni w ciemne okno naprzeciwko, nie zwracając uwagi na wchodzących pozornych klientów 

kupujących bez potrzeby mleko i pytających o nie istniejące artykuły żywnościowe z zamiarem 

przekonania się, czy to aby prawda, że czekają na Santiago Nasara, żeby go zabić.

Braciom Vicario nie było dane zobaczyć świateł w tym oknie. Santiago Nasar wrócił do 

domu o czwartej dwadzieścia, ale żeby dojść do sypialni, nie musiał on zapalać żadnego światła, 

lampka na schodach paliła się bowiem przez całą noc. W ubraniu rzucił się w ciemnościach na 

łóżko, bo została mu tylko godzina na sen, i tak leżącego zastała Victoria Guzman, gdy weszła na 

górę, by obudzić go w związku z przyjazdem biskupa. Byliśmy razem w domu Marii Alejandriny 

Cervantes do momentu, kiedy, już po trzeciej, sama odprawiła muzyków i zgasiła światło na patio 

przeznaczonym   do   tańców,   jej   Mulatki   od   płatnych   rozkoszy   mogły   wreszcie   udać   się   na 

spoczynek.  Pracowały bez  chwili  przerwy już trzeci  dzień  i trzecią  noc, wpierw  opiekując się 

potajemnie wszystkimi honorowymi gośćmi, a później już jawnie i na całego nami wszystkimi, 

weselnymi niedobitkami. Maria Alejandrina Cervantes, o której zwykliśmy mówić, że uda się jej 

zasnąć na dobre dopiero po śmierci, była najelegantszą i najczulszą kobietą, jaką kiedykolwiek 

poznałem,   a   zarazem   najusłużniejszą   w   łóżku,   ale   i   najbardziej   bezwzględną.   Urodziła   się   i 

wychowywała tutaj, w domu o otwartych drzwiach, z dużą ilością pokoi do wynajęcia i ogromnym 

patiem   do   tańca,   nad   którym   wisiały   lampiony   z   tykw   zakupione   w   chińskich   sklepikach   w 

Paramaribo.   To   ona   pozbawiła   cnoty   całe   moje   pokolenie.   Nauczyła   nas   o   wiele   więcej,   niż 

powinniśmy wiedzieć, ale przede wszystkim nauczyła nas, że nie ma smutniejszego miejsca na 

świecie niż puste lóżko. Gdy Santiago Nasar ujrzał ją po raz pierwszy, stracił głowę. Ostrzegałem 

go: sokół, który na wojowniczą czaplę spada, sam się naraża. Ale nie usłuchał mnie, oszołomiony 

chimerycznymi gwizdami Marii Alejandriny Cervantes. Była jego niepohamowaną namiętnością, 

panią nauczycielką jego łez piętnastolatka, póki Ibrahim Nasar pasem nie wyrzucił go z jej łóżka i 

nie zamknął na ponad rok w „Divino Rostro”. Od tej chwili związani byli uczuciem poważnym, ale 

pozbawionym chaosu miłości, ona zaś odczuwała dla niego tyle szacunku, że już nigdy nie poszła z 

innym   do   łóżka   w   jego   obecności.   Podczas   tych   ostatnich   wakacji   żegnała   się   z   nami   dosyć 

wcześnie pod nieprawdopodobnym u niej pretekstem, że jest już zmęczona, pozostawiała jednak nie 

zaryglowane drzwi i w korytarzu zapaloną lampkę, bym mógł tam po kryjomu wrócić.

background image

Santiago Nasar miał magiczny niemal talent i zamiłowanie do przebieranek, a jego ulubioną 

zabawą było całkowite przebieranie Mulatek. Plądrował garderoby jednych, by przebrać pozostałe, 

póki wszystkie nie poczuły się zupełnie inne od samych siebie, tożsame zaś z tymi, którymi nie 

były.   Kiedyś   jedna   z   nich   ujrzała   się   odtworzona   w   innej   Mulatce   z   tak   uderzającym 

podobieństwem, że wpadła w histeryczny płacz. „Poczułam się tak, jakbym wyszła ze zwierciadła” 

- powiedziała. Ale tamtej nocy Maria Alejandrina Cervantes nie pozwoliła, by Santiago Nasar po 

raz ostatni dał folgę swoim sztuczkom, a posłużyła się tak błahymi pretekstami, iż gorzki smak tego 

wspomnienia całkowicie odmienił jej życie. Wzięliśmy więc ze sobą muzyków, by towarzyszyli 

naszym serenadom, i bawiliśmy się dalej na własny rachunek, gdy tymczasem bliźniacy Vicario 

czekali już na Santiago Nasara, żeby go zabić. To on, tuż przed czwartą, wpadł na pomysł, byśmy 

wyszli na wzgórze wdowca Xius, by odśpiewać coś młodej parze.

Nie tylko odśpiewaliśmy pod ich oknami, ale w ogrodach wystrzeliliśmy również race i 

petardy, nie dostrzegliśmy jednak w domu żadnego znaku życia. Nie przyszło nam nawet na myśl, 

że w środku może nikogo nie być, przede wszystkim dlatego, że przy drzwiach stał nowy samochód 

z   dachem   jeszcze   złożonym,   przystrojony   satynowymi   wstążkami   i   wiązankami   kwiatów 

pomarańczy z parafiny, którymi obwieszono nowożeńców na weselu. Mój brat Luis Enrique, w 

owych   czasach   grający   na   gitarze   jak   profesjonalista,   zaimprowizował   na   cześć   młodej   pary 

piosenkę   o   małżeńskich   niesnaskach.   Dotąd   nie   padało.   Wprost   przeciwnie,   księżyc   świecił 

pośrodku nieba, powietrze było przezroczyste, a na dnie przepaści widać było poblask błędnych 

ogników na cmentarzu. Z drugiej strony widoczne były plantacje bananowe, niebieskie w świetle 

księżyca, smutne bagniska i fosforyzująca linia Morza Karaibskiego na horyzoncie: Santiago Nasar 

pokazał   pulsujące   światło   na   morzu   i   powiedział   nam,   że   jest   to   udręczona   dusza   statku   do 

przewozu niewolników, który zatonął z ładunkiem Murzynów z Senegalu przy dużym wejściu do 

portu Cartagena de Indias. Nie sposób było w ogóle wyobrazić sobie, by odczuwał jakieś wyrzuty 

sumienia,   chociaż   nie   wiedział   wówczas,   że   efemeryczne   życie   małżeńskie   Angeli   Vicario 

zakończyło  się dwie godziny temu. Bapardo San Roman odprowadził ją do domu rodziców na 

piechotę, by warkot silnika nie ujawnił jego nieszczęścia przed czasem, a teraz znów był sam przy 

zgaszonych światłach w szczęśliwej chatce wdowca Xius.

Kiedy zeszliśmy ze wzgórza, mój brat zaprosił wszystkich na smażone ryby do kramików na 

targowisku, ale Santiago Nasar odmówił, chciał bowiem do chwili przyjazdu biskupa przespać się z 

godzinę. Poszedł z Cristo Bedoyą brzegiem rzeki, nie opodal ruder w starym porcie, gdzie zaczęty 

już się zapalać światła, i zanim skręcił za róg, pomachał nam ręką na pożegnanie. Widzieliśmy go 

ostatni raz.

Cristo Bedoya, z którym umówił się na spotkanie w porcie, pożegnał się z nim przy tylnych 

drzwiach jego domu. Psy obszczekały Santiago Nasara, jak zwykle, gdy czuły,  że wchodzi do 

background image

domu,   ale   on   uspokoił   je,   podzwaniając   w   półmroku   kluczami.   Victoria   Guzman   pilnowała 

ekspresu do kawy na palenisku, gdy przechodził przez kuchnię kierując się do środka mieszkania.

- Biały! - zawołała doń - zaraz będzie kawa. Santiago Nasar odpad, że wypije kawę później, 

i poprosił ją, by powiedziała Divinie Flor, że ma go obudzić o wpół do szóstej i przynieść mu 

ubranie na zmianę, takie samo jak to, które miał na sobie. W chwilę po jego wejściu na górę, gdzie 

poszedł   się   przespać,   Victoria   Guzman   otrzymała   wiadomość   od   Clotilde   Armenta   za 

pośrednictwem proszącej o mleko żebraczki. O piątej trzydzieści spełniła polecenie, by go obudzić, 

ale nie posłała Diviny Flor, tylko sama weszła do sypialni z lnianym ubraniem, nie traciła bowiem 

żadnej okazji, by chronić swą córkę przed szponami tego bojara.

Maria  Alejandrina   Cervantes   zostawiła   drzwi  domu  nie  zaryglowane.   Pożegnałem   się z 

bratem, przeszedłem przez korytarz, gdzie spały zwinięte między tulipanami koty Mulatek, i bez 

pukania pchnąłem drzwi od sypialni. Światła były zgaszone, ale gdy tylko wszedłem, poczułem 

zapach ciepłej kobiety i ujrzałem w ciemnościach oczy bezsennej lamparcicy, a później zatraciłem 

świadomość samego siebie, do chwili kiedy zaczęły bić dzwony.

Wracając do domu, brat mój zaszedł do sklepu Clotilde Armenta po papierosy. Wypił tyle, 

że jego wspomnienia z tamtego spotkania były zawsze dosyć mętne, nie zapomniał jednak nigdy 

piekielnego trunku, którym poczęstował go Pedro Vicario. „To był czysty ogień” - powiedział mi. 

Pablo   Vicario,   który   zaczynał   przysypiać,   gwałtownie   obudził   się,   kiedy   poczuł   jego   kroki,   i 

pokazał mu nóż.

- Zabijemy Santiago Nasara - powiedział.

Mój brat nie pamiętał tego. „Ale nawet gdybym pamiętał, to bym nie uwierzył - powtarzał 

mi wielokrotnie. - Komu, do jasnej cholery, przyszłoby do głowy, że bliźniacy mogą kogokolwiek 

zabić,   tym   bardziej   nożem   przeznaczonym   do   świniobicia!”.   Później   zapytali   go,   gdzie   jest 

Santiago Nasar, bo widzieli ich razem, lecz mój brat nie zapamiętaj również własnej odpowiedzi. 

Clotilde Armenta i bracia Vicario byli jednak tak zdziwieni, gdy ją usłyszeli, że każdy z osobna 

przekazał ją w swych zeznaniach. Według nich mój brat powiedział: „Santiago Nasar nie żyje”. 

Później udzielił episkopalnego błogosławieństwa, potknął się o próg i zataczając się, wyszedł. Na 

środku placu minął się z ojcem Amadorem. Ten szedł już w stronę portu ubrany w szaty liturgiczne, 

za nim dzwoniący akolita i szereg pomocników  niosących  ołtarz do mszy polowej, którą miał 

odprawić biskup. Widząc przechodzącego księdza bracia Vicario przeżegnali się.

Clotilde Armenta opowiedziała mi, że stracili już wszelką nadzieję, kiedy proboszcz, nie 

zatrzymując się, minął jej dom. „Pomyślałam, że nie otrzymał mojej informacji”. Ojciec Amador 

wyznał mi jednak w wiele lat później, gdy odsunął się już od świata w posępnym Domu Zdrowia w 

Calafell, iż w rzeczywistości otrzymał wiadomość od Clotilde Armenta i inne alarmujące wieści, 

gdy szykował się do wyjścia do portu. „Prawdę mówiąc, po prostu nie wiedziałem, co robić - 

background image

powiedział mi. - Wpierw pomyślałem, że to nie moja sprawa tylko władz cywilnych, ale później 

postanowiłem, że po drodze powiem coś Placidzie Linero”. Jednakże gdy przechodził przez plac, 

całkiem o tym zapomniał. „Musi to pan zrozumieć - powiedział - tego nieszczęsnego dnia miał być 

u nas biskup”. W chwili zbrodni poczuł się tak zrozpaczony i tak haniebnie winien, że nic innego 

nie przyszło mu na myśl, jak tylko rozkazać, by zadzwoniono na trwogę.

Mój   brat   Luis   Enrique   wszedł   do   domu   drzwiami   od   kuchni,   których   moja   matka   nie 

zamykała, żeby ojciec nie zdawał sobie sprawy z tego, kiedy wracamy. Przed snem poszedł do 

łazienki, ale siedząc na sedesie zasnął i kiedy mój brat Jaime wstał, żeby iść do szkoły, znalazł go 

leżącego   z   twarzą   w   miednicy   i   śpiewającego   przez   sen.   Moja   siostra   zakonnica,   która   nie 

wybierała   się   na   przywitanie   biskupa,   bo   miała   czterdziestostopniowego   kaca,   nie   zdołała   go 

obudzić. „Właśnie wybijała piąta, kiedy poszłam do łazienki” - powiedziała mi. Nieco później, 

kiedy  moja   siostra   Margot   poszła   wykąpać   się   przed   wyjściem   do   portu,   zdołała   z  trudnością 

przenieść go do sypialni. Z drugiego brzegu snu, nie budząc się, usłyszał pierwsze buczenie statku 

biskupa. Następnie zasnął głęboko, wykończony weselem, póki moja siostra zakonnica nie wpadła 

do sypialni usiłując w biegu założyć habit i nie obudziła go obłąkańczym krzykiem:

- Zabili Santiago Nasara!

Straszliwe   rany   od   noży   stanowiły   zaledwie   początek   bezlitosnej   autopsji,   do 

przeprowadzenia której został zmuszony ojciec Carmen Amador pod nieobecność doktora Dionisio 

Iguarana.   „To   było   tak,   jakbyśmy   go,   już   zabitego,   ponownie   zabijali   -   powiedział   mi   były 

proboszcz   w   swym   odosobnieniu   w   Calafell.   -   Ale   to   był   rozkaz   alkada,   a   rozkazy   tego 

barbarzyńcy, nawet najgłupsze, trzeba było wypełniać”. Tylko po części miał rację. W zamieszaniu 

tego niedorzecznego poniedziałku pułkownik Aponte natychmiast skontaktował się telegraficznie z 

gubernatorem prowincji, ten zaś zezwolił mu na przeprowadzenie wstępnego postępowania, póki 

nie zostanie przysłany sędzia śledczy. Alkad, były oficer nie posiadający żadnego doświadczenia w 

kwestiach prawnych, był jednak zbyt zarozumiały, by poradzić się kogokolwiek, od czego powinien 

byt zacząć. Przede wszystkim niepokoiła go autopsja. Cristo Bedoya, student medycyny,  zdołał 

wymówić się ze względu na bliską przyjaźń z Santiago Nasarem. Pułkownik pomyślał, że ciało 

można  do powrotu doktora Dionisio Iguarana przechować w lodówce, ale nie znalazł  lodówki 

wielkości człowieka, a jedyna, używana na targowisku, która mogłaby pasować, była uszkodzona. 

Ciało, wyciągnięte na wąskiej żelaznej pryczy, zostało wystawione na widok publiczny pośrodku 

salonu, póki nie przygotowano mu trumny bogacza. Z sypialni i niektórych  sąsiednich domów 

przyniesiono wentylatory, było jednak tylu chętnych, by go zobaczyć, iż mimo wyniesienia mebli, 

klatek   i   donic   paproci   duchota   była   nie   do   wytrzymania.   Poza   tym   trwogę   potęgowały   psy 

background image

podekscytowane zapachem śmierci. Nie przestawały szczekać od chwili, kiedy wszedłem do domu, 

gdzie dogorywał jeszcze w kuchni Santiago Nasar, i natknąłem się na płaczącą histerycznie Divinę 

Flor, która machając sztabą odganiała psy.

- Proszę mi pomóc - krzyknęła do mnie - one chcą zeżreć wnętrzności.

Zamknęliśmy   je  na  kłódkę  w   stajniach.  Placida  Linero  zarządziła  później,   by  do  czasu 

pogrzebu wyprowadzić  je w odleglejsze miejsce. Około południa jednak, nie wiadomo, w jaki 

sposób, uciekły z miejsca swego zamknięcia i oszalałe wpadły do domu. Placida Linero po raz 

pierwszy straciła panowanie nad sobą.

- Zasrane psy! - krzyknęła. - Zabić je!

Rozkaz wypełniono natychmiast i w domu zaległa cisza. Stan ciała nie wzbudzał do tej pory 

żadnych obaw. Twarz pozostała nietknięta, miała ten sam wyraz, który Santiago przybierał, kiedy 

śpiewał,   zaś   Cristo   Bedoya   ułożył   wnętrzności   na   swym   miejscu   i   owinął   ciało   płóciennym 

bandażem. Mimo to po południu z ran zaczęła wypływać ciecz, która ściągnęła muchy; zaś wokół 

ust wystąpiła  sina plama,  rozrastając się powoli,  niczym  cień  chmury na  wodzie,  po korzonki 

włosów.  Zawsze   pobłażliwa   twarz   nabrała   wrogiego   wyrazu,   wobec   czego   matka   przykryła   ją 

chustką. Pułkownik Aponte zrozumiał  wówczas, że nie można  dłużej zwlekać, i rozkazał  ojcu 

Amadorowi,   by   dokonał   sekcji.   ;;Będzie   znacznie   gorzej,   jeśli   trzeba   go   będzie   odgrzebać   po 

tygodniu” - powiedział. Proboszcz studiował medycynę i chirurgię w Salamance, ale wstąpił do 

seminarium nie ukończywszy tych studiów i nawet alkad wiedział, że autopsja pozbawiona jest 

jakiejkolwiek mocy prawnej. Mimo to kazał wypełnić polecenie.

Masakry dokonano w szkole publicznej przy pomocy aptekarza, który notował wyniki, i 

studenta pierwszego roku medycyny,  przebywającego właśnie tutaj na wakacjach. Dysponowali 

jedynie niektórymi narzędziami małej chirurgii, resztę stanowiły przybory rzemieślnicze. Pomijając 

rzeź, jakiej dopuścił się na zwłokach ojciec Amador, jego raport zdawał się być poprawny, sędzia 

śledczy załączył go więc do akt, uznawszy jego użyteczność.

Z   wielu   zadanych   ran   siedem   było   śmiertelnych.   Wątroba,   w   wyniku   dwóch   głębokich 

pchnięć od strony przedniej, była niemal przecięta. Denat miał cztery nacięcia w żołądku, a jedno z 

nich  tak głębokie,  że przeszyło  żołądek  całkowicie  i zniszczyło  trzustkę.  Poza tym  miał  sześć 

mniejszych cięć w okrężnicy poprzecznej i wiele ran w jelicie cienkim. Jedyne, które miał zadane 

od   strony   pleców   na   wysokości   trzeciego   kręgu   lędźwiowego,   przecięło   prawą   nerkę.   Jamę 

brzuszną zalegały duże sople krwi, a spośród bagniska treści pokarmowej żołądka wynurzył się 

medalik Najświętszej Panny z Góry Karmel, który Santiago Nasar połknął mając cztery lata. Na 

klatce piersiowej widoczne były dwie perforacje: jedna w drugiej komorze międzyżebrowej prawej, 

docierająca do płuc, a druga bardzo blisko lewej pachy. Poza tym miał sześć mniejszych ran na 

ramionach   i   rękach   i   dwa   cięcia   poprzeczne:   jedno   na   prawym   udzie,   a   drugie   na   mięśniach 

background image

brzucha. Na prawej dłoni było widać głębokie ukłucie. Raport mówi: „Podobne było do stygmatu 

Ukrzyżowanego”. Mózgowie ważyło o sześćdziesiąt gramów więcej niż u normalnego Anglika, a 

ojciec Amador zapisał w raporcie, że Santiago Nasar odznaczał się wysokim stopniem inteligencji i 

miał   olśniewającą   przyszłość   przed   sobą.   Pomimo   to   w   końcowej   nocie   stwierdził   hipertrofię 

wątroby, przypisując ją źle leczonemu zapaleniu. „To znaczy - powiedział mi - że mimo wszystko 

pozostało  mu niewiele  lat  życia”.  Doktor Dionisio Iguaran, który rzeczywiście  leczył  Santiago 

Nasarowi   owo   zapalenie,   gdy   ten   miał   dwanaście   lat,   oburzał   się   na   wspomnienie   owego 

orzeczenia: „To tylko ksiądz mógł być takim durniem - powiedział mi. - Nie było sposobu, żeby w 

końcu   zrozumiał,   że   my   cv   tropikach   mamy   o   wiele   większe   wątroby   niż   Hiszpanie”.   Raport 

kończył   się   konkluzją,   że   przyczyną   śmierci   byk   silny   krwotok   spowodowany   którąkolwiek   z 

siedmiu większych ran.

Oddali nam nie to samo ciało. Połowa czaszki została zdruzgotana przy trepanacji, a twarz 

uwodziciela, którą śmierć zachowała, teraz straciła swą tożsamość. Poza tym proboszcz wyrwał 

jednym szarpnięciem poćwiartowane trzewia i w końcu nie wiedząc, co z tym zrobić, udzielił im z 

wściekłości błogosławieństwa i wyrzucił do kubka na śmieci. Ostatnim ciekawskim zaglądającym 

przez okna nie starczyło już w tym momencie odporności, pomocnik zemdlał, a pułkownik Lazaro 

Aponte,   który   widział   i   sam   był   sprawcą   wielu   masakr   dokonanych   w   celach   represyjnych, 

przeistoczył się w końcu swoich dni nie tylko w spirytystę, ale i w wegetarianina. Pusta skorupa 

zwłok, nafaszerowana szmatami i niegaszonym wapnem, zszyta byle jak pospolitym szpagatem i 

igłami do szycia worków, niemal się rozpadła, kiedy składaliśmy ją w nową trumnę wyściełaną 

pikowanym jedwabiem. „Myślałem, że tak dłużej przetrwa” - powiedział ojciec Amador. Stało się 

na odwrót: musieliśmy pogrzebać go szybko o świcie, zwłoki były już bowiem w takim rozkładzie, 

iż nie można było znieść ich dłużej wewnątrz domu.

Świtał   mętny  wtorek.  Nie  miałem  odwagi  spać  samotnie  po  tak  przygnębiającym   dniu, 

pchnąłem więc drzwi domu Marii Alejandry Cervantes, chcąc sprawdzić, czy nie zasunęła zamka. 

Na drzewach paliły się lampiony z tykw, a na podwórzu przeznaczonym do tańców płonęło kilka 

drewnianych   stosów   pod   olbrzymimi   dymiący   mi   saganami,   w   których   Mulatki   farbowały   w 

żałobnej czerni swoje suknie weselne. Marię Alejandrinę Cervantes zastałem obudzoną jak zwykle 

o świcie i całkowicie nagą, jak zwykle gdy w domu nie było obcych. Siedziała po turecku na 

królewskim łóżku przed babilońskim półmiskiem pełnym jedzenia: cielęcych kotletów, ugotowanej 

kury, schabu i dodatków, bananów i jarzyn, w ilościach, które starczyłyby na pięć osób. Potrafiła 

rozpaczać jedynie w ten sposób - jedząc bez umiaru, pierwszy raz jednak widziałem, by robiła to z 

taką trwogą. Położyłem się obok niej, w ubraniu, zaledwie coś bąknąwszy i również płacząc na 

swój sposób. Myślałem o Santiago Nasarze i okrucieństwie jego losu, który kazał sobie zapłacić za 

dwadzieścia  lat szczęścia  nie tylko  śmiercią,  ale i poćwiartowaniem ciała, jego rozrzuceniem  i 

background image

unicestwieniem. Śniłem, że do pokoju weszła kobieta z dziewczynką na ręku, żarłocznie chrupiącą 

ziarna kukurydzy, które wpół zgryzione spadały na gorset. Kobieta powiedziała mi: „Ona je gryzie, 

jakby chciała i nie mogła w żaden sposób”. Nagle poczułem łapczywe palce rozpinające mi guziki 

od koszuli; poczułem niebezpieczny zapach miłosnej bestii leżącej za moimi plecami; poczułem, że 

zanurzam   się   w   rozkoszach   ruchomych   piasków   jej   miłości.   Ale   raptownie   powstrzymała   się, 

zakasłała z daleka i wyśliznęła się z mojego życia.

- Nie mogę - powiedziała - śmierdzisz nim. Nie tylko ja. Owego dnia wszystko śmierdziało 

Santiago Nasarem. Bracia Vicario poczuli to w areszcie, w którym osadził ich alkad do czasu 

podjęcia decyzji co do ich dalszego losu. „Choć szorowałem się i szorowałem mydłem i gąbką, nie 

mogłem zmyć z siebie tego smrodu” - powiedział mi Pedro Vicario. Nie spali już trzy noce, ale 

mimo to teraz też nie mogli odpocząć, bo gdy tylko zaczęli zasypiać, znów popełniali zbrodnię. 

Pablo   Vicario,   już   niemal   u   progu   starości,   usiłując   wytłumaczyć   mi   swój   stan   w   owym   nie 

kończącym   się  dniu,  powiedział   mi  nie   zastanawiając   się:   „To  było  tak,  jakby  być   podwójnie 

obudzonym”. Wtedy zrozumiałem, że w areszcie najtrudniejsza do zniesienia musiała być dla nich 

jasność umysłu.

Cela miał trzy metry szerokości, bardzo wysokie okno z żelaznymi kratami, polowy sedes, 

umywalkę z miednicą i dzbanem i dwie prycze zasłane matami. Pułkownik Aponte, pod którego 

kierunkiem ją wybudowano, zwykł mawiać, że nigdy nie było bardziej ludzkiego hotelu. Mój brat 

Luis   Enrique   podzielał   ten   sąd,   pewnej   nocy   aresztowano   go   bowiem   za   bójkę   między 

muzykantami, alkad zaś pozwolił z litości, by towarzyszyła mu jedna z Mulatek. Być może bracia 

Vicario   pomyśleli   to   samo   o   ósmej   rano,   kiedy   poczuli   się   ocaleni   przed   Arabami.   W   tym 

momencie   utrzymywała   ich   przy   siłach   duma   ze   spełnienia   obowiązku,   a   niepokoiła   jedynie 

trwałość woni. Poprosili o dużą ilość wody, szarego mydła i gąbki, by zmyć krew z rąk i z twarzy, a 

także uprać koszule, nie zdołali jednak odpocząć. Pedro Vicario poprosił również o swoje środki 

przeczyszczające   i   moczopędne   oraz   opakowanie   gazy   wyjałowionej,   by   móc   zmienić   sobie 

opatrunek, a rano zdołał nawet dwa razy oddać mocz. Mimo to z upływem dnia było im coraz 

trudniej, tak iż zapach zszedł na drugi plan. O drugiej po południu, kiedy to mogła ich wreszcie 

powalić senność upału, Pedro Vicario był tak zmęczony, że nie mógł już wytrzymać leżenia na 

łóżku, to samo jednak zmęczenie nie pozwalało mu ustać. Ból w pachwinie promieniował aż po 

szyję, nie mógł oddać moczu i opanowała go przerażająca pewność, że nie zaśnie już do końca 

życia. „Nie spałem jedenaście miesięcy”  - powiedział mi,  i znałem go na tyle  dobrze, by być 

pewnym,   że   nie   kłamie.   Nie   mógł   jeść   nic.   Pablo   Vicario   zaś   spróbował   wszystkiego,   co   mu 

przyniesiono, i w kwadrans później rozłożyła go cuchnąca choleryna. O szóstej po południu, gdy 

przeprowadzano jeszcze sekcję zwłok Santiago Nasara, alkad został wezwany na ratunek. Pedro 

Vicario   był   bowiem   święcie   przekonany,   że   brata   otruto.   „Wylała   się   ze   mnie   cała   woda   - 

background image

powiedział mi Pablo Vicario - i owładnęła nami myśl, że to jakieś sztuczki Turków”. Do tej pory 

zalał już dwukrotnie sedes polowy, po czym strażnik musiał go jeszcze sześć razy prowadzić do 

ubikacji w radzie miejskiej. Tam właśnie zastał go pułkownik Aponte, gdy w szalecie bez drzwi, 

pod   okiem   celującego   weń   strażnika,   wydalał   z   siebie   tak   obfite   strumienie   wody,   iż   myśl   o 

truciźnie   wcale   nie   wydawała   mu   się   aż   tak   absurdalna.   Podejrzenie   to   natychmiast   jednak 

odrzucono, gdy okazało się, iż spożył jedynie to jedzenie i wodę, które przysłała im Pura Vicario. 

Niemniej jednak zrobiło to na alkadzie takie wrażenie, że zabrał więźniów ze sobą do własnego 

domu, gdzie przetrzymywał ich pod specjalną strażą, póki nie przybył sędzia śledczy i nie przeniósł 

ich do aresztu w Riohacha.

Obawy bliźniaków zgodne były z nastrojami ulicy. Nie odrzucano myśli o zemście Arabów, 

ale nikt poza braćmi Vicario nie pomyślał o truciźnie. Sądzono raczej, że poczekają, aż zapadnie 

zmierzch, by wlać przez lufcik benzynę i spalić więźniów żywcem w areszcie. Ale i ten domysł był 

zbyt prosty i łatwy. Arabowie stanowili wspólnotę pokojowo nastawionych imigrantów, którzy w 

początkach   wieku   osiedlili   się   w   najróżniejszych,   nawet   tych   najdalszych   i   najbiedniejszych 

miasteczkach wybrzeża Morza Karaibskiego i pozostali już tam, sprzedając kolorowe gałganki i 

odpustową tandetę. Byli ludem zjednoczonym, pracowitym i religijnym. Żenili się między sobą, 

importowali swoją pszenicę, hodowali owce na podwórzach, uprawiali lebiodkę i bakłażany, a ich 

jedyną ślepą namiętnością byty karty. Starsi nadal mówili swym wiejskim arabskim przywiezionym 

z ojczystej ziemi, zachowując ten język w nietkniętym stanie nawet w drugim pokoleniu, najmłodsi 

jednak, z wyjątkiem Santiago Nasara, wysłuchiwali swych rodziców mówiących po arabsku, ale 

odpowiadali im już po hiszpańsku. Trudno więc było przypuścić, aby nagle mogli sprzeniewierzyć 

się swemu pasterskiemu usposobieniu chcąc pomścić śmierć, której winni mogliśmy być wszyscy. 

Z kolei nikomu na myśl nie przyszła zemsta ze strony najbliższych Placidy Linem, rodu w swoim 

czasie, póki fortuna im sprzyjała, tyle władczego co wojowniczego, który zdołał spłodzić znacznie 

więcej niż dwóch knajpianych zabijaków, chronionych wdziękiem swego nazwiska.

Pułkownik   Aponte,   przejęty   pogłoskami,   odwiedził   Arabów,   każdą   rodzinę   z   osobna,   i 

okazało się, że przynajmniej tym razem wyciągnął prawidłowe wnioski. Zastał ich zatrwożonych i 

smutnych, przy ołtarzykach przybranych symbolami żałoby, kilka osób siedząc na podłodze płakało 

nawet rozdzierająco, ale nikt z nich nie nosił się z najmniejszym zamiarem zemsty. Poranne reakcje 

były bezwiednym odruchem po dokonanej dopiero co zbrodni i sami sprawcy przyznali, iż poza 

pobiciem nie doszłoby w żadnym  wypadku  do niczego więcej. Przeciwnie,  to właśnie Suseme 

Abdala, stuletnia matrona, poradziła, by zastosować cudotwórczy wyciąg z kwiatów męczennicy i 

piołunu, który zatamował wreszcie cholerynę Pabla Vicario otwierając zarazem ożywczy strumień 

u jego bliźniaka. Pedro Vicario zapadł wówczas w bezsenną drzemkę, a wyleczony brat zapadł w 

swój pierwszy sen bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. W tym stanie zastała ich Pura Vicario we 

background image

wtorek  o  trzeciej  nad  ranem,  kiedy alkad   przyprowadził  ją, by  mogła  się  z  nimi  pożegnać.   Z 

inicjatywy pułkownika Aponte wyjechała cała rodzina, nawet najstarsze córki z mężami. Odjechali 

przez  nikogo nie zauważeni,  pod osłoną znużenia  całego  miasteczka,  podczas  gdy my,  jedyni, 

którzy byliśmy w stanie . ustać na nogach i nie spaliśmy po tym nieodwracalnym dniu, grzebaliśmy 

Santiago   Nasara.   wyjechali,   by   zgodnie   z   decyzją   alkada   powrócić   wtedy,   gdy   uspokoją   się 

nastroje, ale nie wrócili już nigdy. Pura Vicario swej oddanej z powrotem córce owinęła twarz 

chustą, ażeby nikt nie dostrzegł śladów pobicia, i ubrała ją w krzykliwą czerwień, by nikomu nie 

przyszło na myśl, iż nosi żałobę po swym sekretnym kochanku. Przed wyjazdem poprosiła ojca 

Amadora, by wyspowiadał w więzieniu jej synów, ale Pedro Vicario odmówił i przekonał brata, że 

nie mają po czym wyrażać skruchy. Zostali sami i w dniu przetransportowania ich do Riohacha byli 

już tak przekonani o swych racjach, że nie chcieli, by wywożono ich nocą, jak uczyniono to z 

rodziną, lecz w biały dzień i z podniesionymi głowami. Ojciec Poncio Vicario niebawem umarł. 

„Zabiło go cierpienie moralne” - powiedziała mi Angela Vicario. Gdy bliźniacy zostali uwolnieni, 

zamieszkali   w   Riohacha,   dzień   drogi   od   Manaure,   gdzie   mieszkała   reszta   rodziny.   Tam   też 

pojechała Prudencia Cotes, by wyjść za Pabla Vicario, który w warsztacie swego ojca wyuczył się 

zawodu i został jubilerem. Pedro Vicario, bez miłości i pracy, zgłosił się w trzy lata później do sił 

zbrojnych,   dosłużył   się   stopnia   sierżanta,   by   pewnego   wspaniałego   poranka   razem   ze   swym 

oddziałem  przedostać  się,  z   piosenkami   o  kurwach   na  ustach,   na  terytorium  opanowane   przez 

partyzantkę, i tyle o nich słyszano.

Większość   ludzi   uważała,   że   ofiarą   padł   tylko   jeden   człowiek:   Bayardo   San   Roman. 

Sądzono, że inni bohaterowie tragedii wypełnili z godnością, a nawet z pewną wzniosłością, tę 

część   łaski,   której   udzieliło   im   życie.   Santiago   Nasar   odpokutował   zniewagę,   bracia   Vicario 

potwierdzili   swą   kondycję   prawdziwych   mężczyzn,   a   uwiedziona   siostra   znów   odzyskała   swą 

utraconą cześć. Jedynym, który stracił wszystko, był Bayardo San Roman. „Ten biedny Bayardo”, 

jak wspominano go przez wiele lat. A jednak wszyscy o nim zapomnieli aż do następnej soboty, po 

zaćmieniu księżyca, kiedy to wdowiec Xius opowiedział alkadowi, iż zobaczył  jakieś świecące 

ptaszysko trzepocące nad jego dawnym domem i pomyślał, że to duch jego żony domaga się swej 

własności. Alkad uderzył  się w czoło, co nie miało zresztą żadnego związku z przywidzeniem 

wdowca.

- Cholera! - krzyknął. - Zapomniałem o tym biednym człowieku.

Wszedł w eskorcie na wzgórze i zobaczył  odkryty  samochód obok domku i w sypialni 

samotne światełko, nikt mu jednak nie odpowiedział na jego wołania. Wobec tego wyważyli boczne 

drzwi   i   przebiegli   wszystkie   pokoje   oświetlone   jeszcze   dogasającą   łuną   zachodu.   „Wszystko 

wyglądało   tak,   jakby   było   pod   wodą”   -   opowiedział   mi   alkad.   Bayardo   San   Roman   leżał 

nieprzytomny na łóżku, a wygląd jego nie różnił się od stanu, w jakim w poniedziałek o świcie 

background image

ujrzała go Pura Vicario, cały czas miał bowiem na sobie fantazyjne spodnie, jedwabną koszulę i 

tylko buty zdołał zrzucić. Na podłodze walały się puste butelki, przy łóżku zaś stało jeszcze więcej 

nie otwartych,  nigdzie nie było  jednak śladu jedzenia.  „Znajdował się już w ostatnim stadium 

zatrucia alkoholowego” - powiedział mi doktor Dionisio Iguaran, który natychmiast przybył  na 

ratunek. Bayardo San Roman wrócił jednak po kilku godzinach do siebie i gdy tylko odzyskał 

świadomość,   natychmiast   wyrzucił   wszystkich   z   domu,   obchodząc   się   z   nimi   możliwie 

najukładniej:

-   Odpierdolcie   się   wszyscy   -   powiedział.   -   Łącznie   z   moim   kochanym   tatusiem   i   jego 

kombatanckimi jajami.

Alkad   poinformował   o   tym   epizodzie   generała   Petronio   San   Roman   przytaczając   bez 

najmniejszych zmian ostatnie zdanie w telegramie utrzymanym w alarmistycznym tonie. Generał 

San   Roman   dosłownie   widać   odczytał   wolę   swego   syna,   zrezygnował   bowiem   z   osobistego 

przyjazdu, wysyłając jedynie żonę z córkami i dwie starsze kobiety, które, zdaje się, były jego 

siostrami. Przypłynęły statkiem towarowym z rozpuszczonymi z boleści włosami i szczelnie aż po 

szyję   okryte   żałobą   z   powodu   nieszczęścia   Bayarda   San   Roman.   Zanim   zeszły   na   ląd,   zdjęły 

pantofle, by następnie przejść boso całą drogę aż do wzgórza w parzącym pyle południa, wyrywając 

sobie   włosy  i   zanosząc   się   tak   rozdzierającym   płaczem,   iż   zdawało   się,   że   krzyczą   z   radości. 

Widziałem kondukt stojąc na balkonie Magdaleny Oliver i pamiętam, że pomyślałem, iż podobną 

rozpacz można było udawać tylko po to, by ukryć inne, większe hańby.

Pułkownik Lazaro Aponte towarzyszył im aż do stojącego na wzgórzu domu, gdzie nieco 

później wjechał na swym mule od nagłych wypadków doktor Dionisio Iguaran. Gdy zelżał upał, 

dwóch funkcjonariuszy władz miejskich zniosło Bayarda San Roman w zawieszonym na drążku 

hamaku, okrytego kocem aż po głowę; w asyście żałobnych płaczek. Magdalena Oliver pomyślała, 

że nie żyje.

- Na jajca Trójcy świętej - krzyknęła po katalońsku. - Cóż za marnotrawstwo!

Alkohol   znowu   zwalił   go   z   nóg.   Nie   sposób   jednak   było   uwierzyć,   że   niosą   żywego 

człowieka, jego prawe ramię wlokło się bowiem po ziemi, a przenoszone przez matkę na hamak 

natychmiast opadało pozostawiając ślad od skraju przepaści aż do pokładu statku. I to było ostatnie 

wrażenie, jakie nam po sobie zostawił: wspomnienie tego, który padł ofiarą.

W domu niczego nie ruszono. Penetrowałem tę posiadłość z moimi  braćmi dość często 

podczas  naszych  nocnych  zabaw  wakacyjnych,  za  każdym  :razem  odnajdując w  opuszczonych 

pomieszczeniach coraz mniej cennych rzeczy. Kiedyś trafiliśmy na podręczną walizeczkę, o której 

przysłanie   Angela   Vicario   prosiła   swą   matkę   w   noc   poślubną,   do   jej   odnalezienia   jednak   nie 

przywiązywaliśmy   większego   znaczenia.   To,   co   zawierała,   uznaliśmy   za   najzwyklejsze   środki 

higieniczne i kobiece kosmetyki, a o ich rzeczywistym przeznaczeniu dowiedziałem się dopiero 

background image

wtedy, gdy Angela Vicario opowiedziała mi wiele lat później, na czym polegały rajfurskie fortele, 

których ją nauczono, by mogła oszukać męża. Była to jedyna pamiątka, jaką zostawiła po sobie w 

pokojach, które były jej domem małżeńskim przez pięć godzin.

Po wielu latach, gdy wróciłem, by dotrzeć do ostatnich świadectw dla potrzeby tej kroniki, 

nie  zachował  się nawet  najmniejszy ślad  szczęścia  Yolandy de Xius. Wszystkie  rzeczy,  mimo 

ścisłego nadzoru pułkownika Lazaro Aponte, powoli zniknęły, nawet olbrzymia szafa o sześciu 

lustrach,   którą   cieśle   z   Mompox   musieli   złożyć   wewnątrz   domu,   nie   mieściła   się   bowiem   w 

drzwiach. Wdowiec Xius był początkowo szczęśliwy, sądząc, że to są pośmiertne starania żony, by 

odebrać wszystko, co do niej należało.  Pułkownik Lazaro Aponte wyśmiewał  się z niego. Ale 

pewnej nocy zdarzyło mu się wziąć udział w seansie spirytystycznym mającym wyjaśnić tajemnicę 

i duch Yolandy de Xius potwierdził własnoręcznym podpisem, że w rzeczy samej to właśnie ona 

odzyskuje dla swojego domu wszystkie pamiątki szczęścia. Posiadłość zaczęła obracać się w ruinę. 

Samochód stojący przy drzwiach rozpadał się powoli, wreszcie została z niego tylko zżarta przez 

ulewy karoseria. Przez wiele lat nie było żadnych wieści o jego właścicielu. W aktach widnieje jego 

zeznanie, ale jest ono tak krótkie i konwencjonalne, iż wydaje się być spreparowane w ostatniej 

chwili, by dopełnić nieuchronnej formalności. Jedyny raz, gdy spróbowałem z nim porozmawiać 

dwadzieścia   trzy   lata   później,   przyjął   mnie   dość   wrogo   odmawiając   wniesienia   choćby 

najmniejszego szczegółu, który pozwoliłby rozjaśnić nieco udział w dramacie. W każdym razie 

nawet jego rodzice nie wiedzieli o nim więcej od nas, nie mając najmniejszego pojęcia, co go 

przywiodło   do   zagubionego   miasteczka,   jeśli   -   jak   widać   -   jego   jedynym   zamiarem   było 

małżeństwo z kobietą, której nigdy przedtem nie widział na oczy.

Za to o Angeli Vicario  miałem  zawsze przelotne  wiadomości,  które przyczyniły  się do 

stworzenia przeze mnie wyidealizowanego obrazu. Moja siostra zakonnica wędrowała przez jakiś 

czas po górnej Guajira usiłując nawrócić ostatnich bałwochwalców i zazwyczaj zatrzymywała się 

na rozmowę u Angeli

Vicario,   w   miasteczku   zżartym   przez   sól   Morza   Karaibskiego,   gdzie   matka   usiłowała 

pogrzebać ją za życia. „Masz pozdrowienia od swojej kuzynki” - mówiła mi zawsze. Moja siostra 

Margot, która w pierwszych latach również składała jej wizyty, opowiadała mi, że kupili murowany 

dom   z   dużym   patio   otwartym   na   wiatry,   gdzie   jedyną   uciążliwością   były   noce   w   czasie 

przypływów, gdy woda wylewała się przez ubikacje tak, iż o świcie po pokojach skakały ryby. 

Wszyscy znający Angelę z tych czasów zgodnie podkreślali, że pochłaniała ją bez reszty jej zręczna 

praca przy maszynie do haftowania i że dzięki temu zdołała osiągnąć zapomnienie.

Wiele   lat   później,   w   epoce   niepewności,   w   której   starałem   się   zrozumieć   coś   z   siebie 

samego,   sprzedając   encyklopedie   i   książki   medyczne   po   miasteczkach   Guajiry   przypadkiem 

dotarłem do tego indiańskiego odludzia. W oknie domu na wprost morza, haftując na maszynie w 

background image

porze największego upału, siedziała siwa kobieta w drucianych okularach i jakby w żałobie, a nad 

jej głową wisiała klatka z kanarkiem, który nie przestawał śpiewać. Kiedy ją zobaczyłem w tym 

idyllicznym   obramowaniu   okna,   nie   mogłem   uwierzyć,   że   to   właśnie   ona,   gdyż   nie   chciałem 

przystać na to, że życie może być w końcu tak podobne do złej literatury. Ale to była ona: Angela 

Vicario w dwadzieścia trzy lata po dramacie.

Przyjęła   mnie   jak   zwykle,   jak   dalekiego   kuzyna,   i   odpowiedziała   na   moje   pytania   z 

rozsądkiem i poczuciem humoru. Była tak dojrzała i rozgarnięta, że z wielkim trudem można było 

uwierzyć, że to ta sama kobieta. Najbardziej zdziwił mnie sposób, w jaki doszła do zrozumienia 

własnego życia. Po paru minutach nie wydawała mi się już tak postarzała jak na pierwszy rzut oka, 

ale niemal tak młoda jak we wspomnieniach, i nie miała nic wspólnego z tą dziewczyną, którą w 

dwudziestym roku życia zmuszono do wyjścia za mąż bez miłości. Jej matka, zgorzkniała wskutek 

źle znoszonej starości, przyjęła mnie jak nienawistne widmo. Nie chciała mówić o przeszłości i 

pisząc tę kronikę musiałem zadowolić się niektórymi luźnymi zdaniami z jej rozmów z moją matką 

i z paru innymi osobami przywołanymi w mej pamięci. Zrobiła o wiele więcej, niż to możliwe, by 

Angela Vicario umarła za życia, ale jej własna córka pokrzyżowała te zamiary, nigdy bowiem nie 

robiła tajemnicy ze swego nieszczęścia. Wprost przeciwnie, każdemu, kto chciał jej wysłuchać, 

opowiadała o tym ze wszystkimi szczegółami, oprócz tego jednego, który zawsze miał pozostać nie 

wyjaśniony: kto, jak i kiedy był prawdziwym sprawcą jej krzywdy, nikt bowiem naprawdę nie 

wierzył,  że  to był  Santiago  Nasar. Należeli  do dwóch  odrębnych  światów. Nikt ich  nigdy nie 

widział razem, a tym bardziej na osobności. Santiago Nasar był zbyt wyniosły, by zwrócić na nią 

uwagę. „Twoja głupiutka kuzynka”, tak ją nazywał, kiedy o niej rozmawialiśmy. Poza tym, jak 

wówczas zwykliśmy mówić, był krogulcem na kurczaki. Chodził, tak jak i jego ojciec, własnymi 

ścieżkami, zrywając pączek każdej zbłąkanej pannie, która zaczynała rozkwitać w tych stronach, 

ale  w  miasteczku  wiedziano  jedynie  o jego konwencjonalnym  związku z  Florą Miguel  oraz o 

burzliwym romansie z Marią Alejandriną Cervantes, który przez czternaście miesięcy doprowadzał 

go   do   obłędu.   Wersja   najbardziej   rozpowszechniona,   być   może   dlatego,   że   i   najbardziej 

perwersyjna,   głosiła,   że   Angela   Vicario   chroniła   kogoś,   kogo   naprawdę   kochała,   i   wskazała 

nazwisko Santiago Nasara, gdyż nie przypuszczała, że jej bracia odważą się wystąpić przeciwko 

niemu. Ja sam próbowałem wydobyć z niej prawdę, kiedy odwiedziłem ją po raz drugi, wytaczając 

wszystkie starannie przygotowane argumenty, ona jednak ledwie podniosła wzrok znad haftu, żeby 

je odeprzeć.

- Daj już temu spokój, kuzynie - powiedziała. - To był on.

Całą   resztę   opowiedziała   bez   niedomówień,   nie   pomijając   nawet   szczegółów   katastrofy 

nocy   poślubnej.   Opowiedziała,   jak   przyjaciółki   wyuczyły   ją,   żeby   w   łóżku   upiła   męża   do 

nieprzytomności,   udawała   większy   wstyd,   niż   będzie   naprawdę   czuła,   po   to   by  zmusić   go   do 

background image

zgaszenia światła, żeby podmyła się mocnym roztworem ałunu, podrabiając w ten sposób utratę 

dziewictwa, a także poplamiła prześcieradło chromianem rtęci, by wywiesić je następnego dnia na 

swym patio młodej mężatki. Dwóch tylko rzeczy nie wzięły pod uwagę osłaniające ją wspólniczki: 

niezwykłej pijackiej odporności Bayarda San Roman oraz zwykłej prawości, którą Angela Vicario 

ukrywała pod wmówioną jej przez matkę głupotą. „Nie zrobiłam nic z tego, czego mnie nauczyły - 

powiedziała mi - bo im więcej o tym myślałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że byłoby to 

świństwo, którego nie można zrobić nikomu, a już zwłaszcza temu biednemu człowiekowi, który 

miał pecha ożenić się ze mną”. Tak więc bez oporów dała się rozebrać w oświetlonym pokoju, 

wolna już od wszystkich wyuczonych strachów, które złamały jej życie. „To było bardzo łatwe - 

powiedziała mi - bo byłam gotowa umrzeć”.

Prawda zaś jest taka, że mówiła o swoim nieszczęściu bez żadnego wstydu, by zataić inne 

nieszczęście, to rzeczywiste, które paliło jej wnętrzności. Do momentu gdy zdecydowała mi się to 

powiedzieć, nikomu przez myśl by nawet nie przeszło, że Bayardo San Roman pozostał w jej życiu 

na   zawsze   od   tej   chwili,   kiedy   zaprowadził   ją   z   powrotem   do   domu.   Było   to   gwałtowne 

nawiedzenie. „Nagle, gdy mama zaczęła mnie bić, zaczęłam go wspominać” - powiedziała mi. 

Uderzenia bolały ją coraz mniej, gdyż wiedziała, że cierpi dla niego. Myślała o nim dalej dziwiąc 

się samej sobie, gdy płakała leżąc na sofie w jadalni. „Nie płakałam z bólu ani z powodu tego 

wszystkiego, co się stało - powiedziała mi - ale płakałam za nim”. Myślała o nim, gdy matka 

okładała jej twarz kompresami z pomornika, i jeszcze intensywniej, gdy usłyszała krzyki na ulicy i 

dzwony  na  trwogę,   a   jej   matka   weszła,   by  powiedzieć,   że   teraz   już   może   spać   spokojnie,   bo 

najgorsze minęło.

Odtąd stale myślała o nim bez żadnej nadziei i sporo czasu upłynęło do dnia, kiedy wybrała 

się z matką na badanie oczu do szpitala w Riohacha. Wstąpiły po drodze do Hotelu del Puerto, 

którego właściciela  znały,  i Pura Vicario  poprosiła  w barze o szklankę wody.  Piła ją właśnie, 

odwrócona plecami do córki, kiedy ta ujrzała swoje własne myśli odbite we wszystkich lustrach na 

sali. Angela Vicario z zapartym tchem odwróciła głowę i zobaczyła go, jak nie widząc jej przeszedł 

obok i wyszedł z hotelu. Następnie z trwogą w sercu spojrzała raz jeszcze na matkę. Pura Vicario 

skończyła pić, otarła rękawem usta i w nowych okularach uśmiechnęła się do niej zza lady. W tym 

uśmiechu po raz pierwszy od swych narodzin Angela Vicario ujrzała ją taką, jaką była naprawdę: 

biedną kobietą oddaną kultowi swoich wad. „Gówno” - powiedziała sobie. Była tak skołowana, że 

przez całą podróż śpiewała na głos, a po powrocie rzuciła się na łóżko, by płakać przez trzy dni.

Urodziła się na nowo. „Oszalałam z miłości do niego - powiedziała mi - bez opamiętania”. 

Wystarczyło jej zamknąć oczy, by go zobaczyć, w szumie morza dyszała jego oddech, o północy w 

łóżku budził ją płomień jego ciała. Pod koniec tego tygodnia, nie odzyskawszy spokoju ani na 

minutę, napisała do niego po raz pierwszy. Był to konwencjonalny liścik, w którym opowiadała, że 

background image

widziała go, jak wychodził z hotelu, i że byłoby jej przyjemnie, gdyby ją zauważył. Na próżno 

czekała na odpowiedź. Po upływie dwóch miesięcy, zmęczona czekaniem, wysłała mu następny 

list, pisany tymi samymi ukośnymi literkami co poprzedni, którego jedynym celem było, jak się 

wydaje,   wytknięcie   mu   braku   dobrego   wychowania.   Przez   sześć   następnych   miesięcy   napisała 

sześć listów; odpowiedzi nie było, ale zadowoliła się stwierdzeniem, że listy te do niego dochodzą.

Będąc po raz pierwszy panią swego losu Angela Vicario odkryła, że nienawiść i miłość są 

namiętnościami, które się uzupełniają. Im więcej listów wysyłała, tym bardziej rozpalała ogień swej 

gorączki, ale i podsycała szczęśliwą dla niej urazę do swej matki, „Na sam jej widok przewracały 

mi się wnętrzności - powiedziała mi - ale nie mogłam jej widzieć nie wspominając go”. Jej życie 

zwróconej mężatki było równie zwyczajne jak panieński żywot i mijało na haftowaniu razem z 

przyjaciółkami, tak jak przedtem upływało jej na wyrabianiu tulipanów z gałganków i ptaków z 

papieru, ale gdy jej matka kładła się spać, ona zostawała w pokoju, by aż do świtu pisać listy bez 

żadnej przyszłości. Stała się bystra, stanowcza, była teraz panią swojej woli i tylko dla niego była 

znów dziewicą i prócz jego władzy nie uznał żadnej innej ani żadnej uległości poza uległością 

wobec swej obsesji.

Przez   pół   życia   pisała   jeden   list   tygodniowo.   „Czasami   nie   wiedziałam,   co   pisać   - 

opowiadała mi trzęsąc się ze śmiechu - ale wystarczało mi wiedzieć, że on otrzymuje moje listy”. Z 

początku były to listy konwencjonalne, później liściki potajemnej kochanki, perfumowane bileciki 

przelotnej   narzeczonej,   sprawozdania   handlowe,   dokumenty   miłosne,   w   końcu   podłe   listy 

porzuconej żony, która wymyślała sobie okrutne choroby, by zmusić go do powrotu. Pewnej nocy 

wylał się jej atrament na gotowy już list i zamiast go podrzeć, dodała w postscriptum: „Na dowód 

mej miłości posyłam ci moje łzy”. Czasami, zmęczona już płaczem, kpiła ze swego szaleństwa. 

Sześć razy zmieniano urzędniczkę na poczcie i sześć razy zdołała skłonić każdą do wspólnictwa. 

Nigdy jednak nie przyszło jej na myśl, żeby się poddać. Mimo to on wydawał się niewrażliwy na jej 

obłęd: było tak, jakby pisała w pustkę.

Pewnego ranka w czasie silnych wiatrów, gdzieś w dziesiątym roku pisania, obudziło ją 

przekonanie, że on leży nagi w jej łóżku. Napisała mu wówczas żarliwy dwudziestostronicowy list, 

w którym wyrzuciła z siebie bez żadnego wstydu prawdy gorzkie i już przegniłe, które nosiła w 

sercu od owej fatalnej nocy. Opowiedziała mu o trwałych bliznach, jakie zostawił na jej ciele, o soli 

jego języka, o ognistym cepie jego afrykańskiego, murzyńskiego członka. Oddała list pocztowej 

urzędniczce,   która   przychodziła   w   piątkowe   popołudnia   haftować   i   odbierać   od   niej   listy, 

przekonana, że ten końcowy wybuch będzie ostatnim w jej agonii. Ale nie było odpowiedzi. Od 

tego czasu już nie zdawała sobie sprawy, co pisała ani do kogo, ale nadal pisała bez litości przez 

siedemnaście lat.

W pewne sierpniowe południe, gdy haftowała z przyjaciółkami, poczuła, że ktoś zbliża się 

background image

do drzwi. Nie musiała odwracać się, by wiedzieć kto. „Był gruby, zaczynały mu wypadać włosy i 

już   potrzebował   okularów,   żeby   patrzeć   z   bliska   -   powiedziała   mi.   -   Ale   to   był   on,   cholerny 

skurwysyn, to był on”. Przestraszyła się, gdyż wiedziała, że widzi ją tak samo zmienioną na gorsze 

jak ona jego, i nie wierzyła, by miął w sobie tyle miłości co ona, by to znieść. Miał na sobie koszulę 

przesiąkniętą potem, jak wtedy gdy zobaczyła go po raz pierwszy na odpuście, i nosił ten sam pas i 

te same sakwy z rozpruwającej się skóry ze srebrnymi ozdobami. Bayardo San Roman postąpił 

krok do przodu nie zwracając uwagi na oszołomione hafciarki i położył sakwy na maszynie do 

szycia.

- No dobrze - powiedział - jestem.

Miał ze sobą walizkę z ubraniem, żeby już zostać, i drugą taką samą, wypełnioną prawie 

dwoma   tysiącami   listów,   które   ona   do   niego   napisała.   Były   uporządkowane   według   dat,   w 

paczuszkach związanych kolorowymi wstążkami, i wszystkie co do jednego nie rozpieczętowane.

Przez   wiele   lat   nie   mogliśmy   mówić   o   niczym   innym.   Nasze   codzienne   życie, 

podporządkowane do tego dnia tylu zwykłym i regularnym przyzwyczajeniom, zaczęło obracać się 

gwałtownie wokół wspólnego wszystkim niepokoju. Koguty zaskakiwały nas o świcie przy próbach 

porządkowania tylu połączonych ze sobą przypadków, które umożliwiły ten absurd, i oczywistym 

było, że nie robiliśmy tego z żądzy wyjaśnienia tajemnic, ale dlatego, że nikt z nas nie mógł już żyć 

bez określenia z całkowitą pewnością, jakie miejsce i rolę wyznaczył mu los.

Wielu nigdy się tego nie dowiedziało. Cristo Bedoya, który został cenionym chirurgiem, nie 

mógł sobie nigdy wytłumaczyć, dlaczego uległ chwilowej pokusie, by dwie godziny brakujące do 

przyjazdu biskupa przeczekać u swoich dziadków, zamiast udać się na spoczynek do rodziców 

czekających  nań aż do świtu, by go ostrzec.  Ale większość tych,  którzy mogli  coś zrobić,  by 

zapobiec   zbrodni,   i   jednak   nie   zrobili   tego,   rozgrzeszała   się   pretekstem,   że   sprawy   honoru   są 

świętością, do którego dostęp mają tylko bohaterowie dramatu. „Honor to miłość” - mawiała moja 

matka.   Hortensja   Baute,   której   udział   w   wydarzeniach   ograniczył   się   do   ujrzenia   dwóch 

zakrwawionych   noży,   w   chwili   gdy   nie   zostały   jeszcze   użyte,   tak   bardzo   przejęła   się   własną 

halucynacją, iż popadła w stan nieustającej pokuty i pewnego dnia, nie mogąc już tego wytrzymać, 

rzuciła się nago na ulicę. Flora Miguel, narzeczona Santiago Nasara, z rozgoryczenia uciekła z 

porucznikiem wojsk pogranicza, który następnie sprostytuował ją w obozach zbieraczy kauczuku w 

Vichada.   Anna   Villeros,   akuszerka,   która   pomogła   w   przyjściu   na   świat   trzem   pokoleniom, 

dowiedziawszy się o zbrodni dostała skurczu pęcherza i aż do dnia swojej śmierci musiała oddawać 

mocz   za   pomocą   sondy.   Don   Rogelio   de   la   Flor,   zacny   mąż   Clotilde   Armerita,   w   wieku 

osiemdziesięciu   sześciu   lat   cudowny   okaz   żywotności,   wstał   po   raz   ostatni,   by   zobaczyć,   jak 

background image

zarzynają Santiago Nasara opartego o zamknięte drzwi swego własnego domu, i tego wstrząsu już 

nie przeżył. Drzwi w ostatniej chwili zamknęła Placida Linero, ale szybko uwolniła się od poczucia 

winy.  „Zamknęłam  je, bo Divina Flor przysięgła,  że widziała,  jak mój  syn  wszedł do domu  - 

powiedziała mi - a to była nieprawda”. Natomiast nigdy nie wybaczyła sobie pomylenia wspaniałej 

wróżby drzew z niosącą nieszczęście wróżbą ptaków i uległa zgubnemu przyzwyczajeniu swoich 

czasów - żucia nasion rzeżuchy.

Dwanaście   dni   po   zbrodni   sędzia   śledczy   zastał   miasteczko   rozjątrzone   do   żywego.   W 

obskurnym biurze urzędu celnego w Pałacu Municypalnym, popijając zaparzoną w garnku kawę z 

rumem przeciwko przywidzeniom z upału, musiał zażądać dodatkowych posiłków wojskowych, by 

zaprowadzić spokój w napierającym tłumie tych wszystkich, którzy wcale nie wzywani pragnęli 

złożyć  zeznania  chcąc ujawnić swe kluczowe znaczenie  w dramacie. Był  świeżo po dyplomie, 

chodził jeszcze w czarnym uniformie szkoły prawniczej, obnosił złoty sygnet z emblematem swego 

roku i pretensje oraz liryzm szczęśliwego debiutanta. Nigdy jednak nie poznałem jego nazwiska. 

Wszystko, co wiemy o jego charakterze, zostało wywiedzione z akt odnalezionych przeze mnie 

przy pomocy wielu osób w Pałacu Sprawiedliwości w Riohacha, w dwadzieścia lat po zbrodni. 

Archiwa nie posiadały żadnej numeracji, zaś dokumenty gromadzone tu od ponad wieku walały się 

po podłodze kolonialnego gmachu w ruinie, który przez parę dni był  główną kwaterą Francisa 

Drake'a. Parter zalewany był falami przypływu, a w opuszczonych urzędach unosiły się podarte 

tomy. Sam, brodząc po kostki w wodzie, wielokrotnie przeszukiwałem dno tego stawu zagubionych 

spraw i jedynie przypadek pozwolił mi odzyskać po pięciu latach poszukiwań trzysta dwadzieścia 

dwie luźne kartki z ponad pięciuset, jakie liczyły akta.

Nazwisko sędziego nie pojawiło się na żadnej z nich, ale jest rzeczą oczywistą, że był to 

człowiek   trawiony   przez   gorączkę   literatury.   Bez   wątpienia   czytał   hiszpańskich   klasyków, 

niektórych pisarzy łacińskich i znał bardzo dobrze Nietzschego, który był modnym autorem wśród 

prawników jego generacji. Notatki na marginesie, i to nie tylko ze względu na kolor atramentu, 

zdawały   się   być   pisane   krwią.   Był   tak   zaszokowany   tajemniczą   sprawą,   której   rozwiązywanie 

przypadło mu w udziale, iż wielokrotnie uciekał się do lirycznych igraszek przeciwnych rygorom 

jego zawodu. Przede wszystkim zawsze wydawało mu się wysoce podejrzane to, że życie posłużyło 

się naraz tyloma przypadkami zakazanymi literaturze, by bez żadnych przeszkód spełniła się śmierć 

tak zapowiedziana.

Ale tym, co go najbardziej zaniepokoiło pod koniec nadgorliwego dochodzenia, była jego 

całkowita bezradność w odnalezieniu jakiegokolwiek śladu, choćby najmniej prawdopodobnego, 

wskazującego na to, że Santiago Nasar rzeczywiście był sprawcą zhańbienia. Te z przyjaciółek 

Angeli Vicario, które były jej wspólniczkami w oszukaństwie, przez długi czas opowiadały,  że 

przed ślubem dopuściła je do swej tajemnicy, ale nie ujawniła żadnego nazwiska. W dochodzeniu 

background image

zeznały: „Powiedziała nam o cudzie, ale nic nie wspominała o świętym”. Angela Vicario ze swej 

strony obstawała przy swoim. Kiedy sędzia śledczy zapytał ją w swym pokrętnym stylu, czy wie, 

kim był nieboszczyk Santiago Nasar, ona z kamiennym wyrazem twarzy odpowiedziała:

- Był moim sprawcą.

Tak zapisane jest w aktach, ale bez żadnych dodatkowych uwag dotyczących okoliczności i 

miejsca.   Podczas   trwającej   jedynie   trzy   dni   rozprawy   oskarżyciel   prywatny   największy   nacisk 

położył  na słabość tego zarzutu. Zaskoczenie  sędziego śledczego brakiem dowodów przeciwko 

Santiago   Nasarowi   było   tak   olbrzymie,   że   jego   rzetelną   robotę   zdaje   się   chwilami   wypaczać 

rozczarowanie. Na stronie 416 własnoręcznie i czerwonym atramentem z receptariusza dopisał na 

marginesie:  „Dajcie mi  przesąd, a  poruszę  świat”.  Pod tą  parafrazą  zniechęcenia  trafną  kreską 

nakreśloną tym  samym  atramentem dorysował  serce przeszyte  strzałą.  Dla niego, tak jak i dla 

najbliższych przyjaciół zamordowanego, samo zachowanie Santiago Nasara w ostatnich godzinach 

było ostatecznym dowodem jego niewinności.

Santiago Nasar w dniu swej śmierci rzeczywiście nie miał cienia wątpliwości, choć bardzo 

dobrze wiedział, jaka jest cena hańby, którą mu przypisywano. Znał obłudny charakter swojego 

świata   i   nie   mógł   nie   wiedzieć,   że   naturalna   prostota   bliźniaków   niezdolna   jest   przyjąć   takiej 

zniewagi obojętnie. Nikt nie znał zbyt dobrze Bayarda San Roman, ale Santiago Nasar znał go na 

tyle, by wiedzieć, że pod wielkoświatowymi pretensjami był, jak każdy, całkowicie uległy wobec 

swych wielowiekowych przesądów. Świadome lekceważenie sprawy byłoby więc samobójstwem. 

Zresztą gdy w ostatniej chwili dowiedział się wreszcie, że bracia Vicario czekają nań, by go zabić, 

wcale   nie   zareagował,   wbrew   temu,   co   rozpowiadano,   panikarskim   strachem,   ale   raczej 

zakłopotaniem niewinnego człowieka.

Osobiście   mam   wrażenie,   że   umarł   nie   rozumiejąc   swojej   śmierci.   Obiecawszy   mojej 

siostrze Margot, że przyjdzie do nas na śniadanie, odszedł nabrzeżem trzymany pod ramię przez 

Christo Bedoyę i obaj zdawali się być tak niefrasobliwi, że wzbudzili wiele fałszywych złudzeń. 

„Szli tacy uradowani - powiedziała mi Meme Loaiza - że podziękowałam Bogu, bo pomyślałam, że 

wszystko skończyło się dobrze”. Nie wszyscy oczywiście tak lubili Santiago Nasara. Polo Carrillo, 

właściciel elektrowni, sądził, że jego spokój bierze się z cynizmu, a nie z niewinności. „Wydawało 

mu się, że dzięki swej forsie jest nietykalny” - powiedział mi. Fausta Lopez, jego żona, dodała: „Jak 

każdy   Turek”.   Indalencio   Pardo   był   właśnie   w   sklepie   Clotilde   Armenta,   gdzie   bliźniacy 

powiedzieli mu, że gdy tylko odpłynie biskup, zabiją Santiago Nasara. Pomyślał, jak tylu innych, że 

były   to   jakieś   majaki   bliźniaków   znajdujących   się   w   stanie   mocno   wczorajszym,   ale   Clotilde 

Armenta dała mu do zrozumienia, że nie są to czcze przechwałki, i poprosiła, by odnalazł Santiago 

Nasara i uprzedził go.

- Nie masz co się fatygować - powiedział mu Pedro Vicario - było nie było, jest tak, jakby 

background image

już nie żył.

Było   to   wyzwanie   nazbyt   oczywiste.   Bliźniacy   znali   więzi   łączące   Indalencia   Pardo   z 

Santiago Nasarem i przypuszczalnie pomyśleli, że jest to najodpowiedniejsza osoba, by zapobiec 

zbrodni, tak by i oni czuli się wolni od hańby. Ale Indalencio Pardo, spotkawszy Santiago Nasara 

prowadzonego pod ramię przez Cristo Bedoyę między grupkami opuszczającymi port, nie odważył 

się go ostrzec. „Rura mi zmiękła” - powiedział mi. Poklepał każdego po ramieniu i zszedł im z 

drogi. Oni zaś ledwie go zauważyli, całkowicie zaabsorbowani obliczaniem kosztów wesela.

Ludzie rozchodzili się idąc w stronę placu, w tym samym co i oni kierunku. Był to zwarty 

tłum, niemniej Scholastyce Cisneros zdawało się, iż widzi, jak obaj przyjaciele idą środkiem bez 

żadnych trudności wewnątrz pustego kręgu, ludzie bowiem wiedzieli, że Santiago Nasar ma zginąć, 

i nie mieli odwagi go dotknąć. Cristo Bedoya również przypomniał sobie dziwne zachowanie ludzi. 

„Patrzyli na nas tak, jakbyśmy mieli pomalowane twarze” - powiedział mi. Więcej, Sara Noriega 

otworzyła  swój   sklep  obuwniczy  właśnie  w   tej   chwili,   gdy  przechodzili   obok,  i  przeraziła   się 

bladością Santiago Nasara. Ale on ją uspokoił:

- Niech się tak ciocia Sara nie dziwi - powiedział jej nie zatrzymując się - mam takiego 

kaca.

Celeste   Dangond  siedział  w   piżamie   w  drzwiach  swego  domu   naśmiewając   się  z  tych, 

którzy ubrali się odświętnie, by przywitać biskupa, i zaprosił Santiago Nasara na kawę. „To było 

tylko dla zyskania na czasie, dopóki bym czegoś nie wymyślił” - powiedział mi. Santiago Nasar 

odpowiedział mu jednak, że spieszy się, bo musi się przebrać na śniadanie z moją siostrą. „No i sam 

się wpuściłem w kanał - tłumaczył mi Celeste Dangond - bo wydało mu się nagle, że nie mogą go 

zabić, jeśli on jest taki pewien tego, co będzie robić”. Jedynie Yamil Shaium zrobił to, co sobie 

założył. Gdy tylko usłyszał pogłoskę, stanął w drzwiach swego sklepu czekając na Santiago Nasara, 

by go ostrzec. Przybył tu jako jeden z ostatnich Arabów, razem z Ibrahimem Nasarem, był jego 

partnerem w kartach aż do śmierci i wciąż pozostawał rodzinnym doradcą. Nikt nie miał takiego jak 

on autorytetu, by porozmawiać z Santiago Nasarem. Mimo to uznał, że jeśli pogłoska okaże się 

bezpodstawna, to może spowodować niepotrzebny popłoch, wolał więc porozmawiać wpierw z 

Cristo Bedoyą, na wypadek gdyby ten okazał się lepiej poinformowany. Gdy nadchodzili, zawołał 

go.   Cristo   Bedoya   już   przy   rogu   placu   klepnął   lekko   Santiago   Nasara   po   plecach   i   usłuchał 

wezwania Yamila Shaiuma.

- Do soboty - powiedział Santiagowi.

Santiago Nasar nic mu nie odpowiedział, tylko zwrócił się po arabsku do Yamila Shaiuma, 

ten zaś odrzekł mu coś, również po arabsku, skręcając się ze śmiechu. „To była taka gra słów, która 

zawsze nas bawiła” - wytłumaczył mi Yamil Shaium. Nie zatrzymując się Santiago Nasar pomachał 

im ręką na pożegnanie i skręcił na plac. Widzieli go po raz ostatni.

background image

Cristo Bedoya, ledwo wysłuchawszy informacji Yamila Shaiuma, wyskoczył ze sklepu i 

rzucił się biegiem za Santiago Nasarem. Ujrzał go jeszcze, jak skręcał za róg, ale nie zdołał go już 

odnaleźć pomiędzy grupkami ludzi rozchodzących się po placu. Wiele osób, które wypytywał o 

niego, odpowiedziało mu identycznie:

- Przed chwilą widziałem go z tobą. Wydawało mu się niemożliwe, by w tak krótkim czasie 

Santiago Nasar zdążył dojść do swego domu, zajrzał tam jednak, by o niego zapytać, drzwi od 

frontu zastał bowiem uchylone, z odsuniętą zasuwą. Wszedł, nie dostrzegłszy kartki na podłodze, 

przeszedł przez salon w półmroku, usiłując nie robić hałasu, było bowiem zbyt wcześnie jak na 

odwiedziny,  ale psy wewnątrz domu zaniepokoiły się i wybiegły mu na spotkanie. Uspokoił je 

pobrzękując kluczami, tak jak się tego nauczył od ich pana, i w ich otoczeniu ruszył do kuchni. W 

korytarzu minął się z Diviną Flor niosącą wiadro i szczotkę, by wyszorować pokoje na parterze. 

Zapewniła go, że Santiago Nasar nie wrócił. Victoria Guzman właśnie postawiła na ogniu potrawkę 

z   królików,   kiedy   wszedł   do   kuchni.   Zrozumiała   natychmiast.   „Serce   mu   wyskakiwało”   - 

powiedziała  mi.  Cristo Bedoya  zapytał  ją, czy Santiago Nasar jest w domu,  a ona z udawaną 

naiwnością odparła, że jeszcze nie przyszedł spać.

- To poważna sprawa - powiedział jej Cristo Bedoya - szukają go, żeby go zabić.

Victoria Guzman zapomniała o naiwności.

- Ci biedni chłopcy nikogo nie zabiją - odrzekła. - Piją bez przerwy od soboty - powiedział 

Cristo Bedoya.

- Właśnie dlatego - wyjaśniła. - Nie ma pijaka, który by zjadł własne gówno.

Cristo Bedoya wrócił do salonu, gdzie Divina Flor otworzyła właśnie okna. „Oczywiście, że 

nie padało - stwierdził Cristo Bedoya. - Zbliżała się siódma i przez okna wpadało złote słońce”. 

Ponownie zapytał Divinę Flor, czy jest pewna, że Santiago Nasar nie wszedł drzwiami od salonu. 

Wtedy   nie   była   już   tego   tak   pewna   jak   za   pierwszym   razem.   Zapytał   ją   o   Placidę   Linem   i 

odpowiedziała mu, że przed chwilą postawiła jej kawę na nocnym stoliku, ale że jej nie budziła. 

Tak było zawsze: o siódmej obudzi się, wypije kawę i zejdzie, by wydać polecenia co do śniadania. 

Cristo Bedoya spojrzał na zegarek: była szósta pięćdziesiąt sześć. Wówczas wszedł na piętro, by 

przekonać się osobiście, czy Santiago Nasar nie wrócił.

Drzwi do sypialni  były zamknięte  od wewnątrz, Santiago Nasar wyszedł  bowiem przez 

sypialnię matki. Cristo Bedoya nie tylko znał ten dom równie dobrze jak swój, ale był również na 

tyle spoufalony z rodziną, że pchnął drzwi do sypialni Placidy Linero, by przejść do sąsiedniego 

pokoju. Przez okno wpadał snop zakurzonego słońca, zaś piękna kobieta śpiąca w tej poświacie w 

hamaku, z dłonią panny młodej na policzku, wyglądała nierealnie. „Była jak zjawa” - wyznał mi 

Cristo   Bedoya.   Patrzył   na   nią   przez   chwilę,   zafascynowany   jej   urodą,   następnie   przeszedł   w 

milczeniu przez pokój, minął łazienkę i wszedł do sypialni Santiago Nasara. Łóżko było nietknięte, 

background image

a na fotelu leżał idealnie wyprasowany strój jeździecki, na nim jeździecki kapelusz, a na podłodze, 

przy   ostrogach,   stały   buty.   Na   nocnym   stoliku   zegarek   Santiago   Nasara   wskazywał   szóstą 

pięćdziesiąt osiem. „Nagle pomyślałem, że wrócił, aby się uzbroić” - powiedział mi Cristo Bedoya. 

Ale odnalazł magnum w szufladce nocnego stolika. „Nigdy w życiu nie strzelałem - wyznał mi 

Cristo Bedoya - ale postanowiłem wziąć rewolwer, żeby zanieść go Santiago Nasarowi”. Wsadził 

go   za   pas,   pod   koszulę,   i   dopiero   po   dokonanej   zbrodni   zdał   sobie   sprawę,   że   był   on   nie 

naładowany.  Placida Linero  pojawiła się w drzwiach z filiżanką  kawy w chwili, gdy zamykał 

szufladę.

- Boże Święty! - wykrzyknęła. - Aleś mnie wystraszył!

Cristo Bedoya również się przestraszył. Zobaczył )ą w pełnym świetle, w szlafroku w złote 

skowronki, z potarganymi włosami, i oczarowanie prysło. Nieco zmieszany zaczął się tłumaczyć, że 

wszedł, żeby odnaleźć Santiago Nasara.

- Poszedł na powitanie biskupa - odparła Placida Linero.

- Przepłynął tylko - powiedział.

- Tak przypuszczałam - odrzekła. - To syn najgorszej matki.

Przerwała, w tej samej bowiem chwili uświadomiła sobie, że Cristo Bedoya nie wie, co z 

sobą zrobić. „Mam nadzieję, że Bóg mi wybaczył - wyznała mi Placida Linero - ale zauważyłam, że 

był bardzo zmieszany, i nagle przyszło mi na myśl, że przyszedł tu kraść”. Zapytała go, co mu jest. 

Cristo Bedoya zdawał sobie sprawę, iż znajduje się w podejrzanej sytuacji, ale nie miał jednak 

odwagi wyznać jej prawdy.

- Nie spałem ani minuty - powiedział jej. Odszedł bez żadnych innych wyjaśnień. „Tak czy 

siak   -   powiedział   mi   -   ona   zawsze   wyobrażała   sobie,   że   ją   okradają”.   Na   placu   spotkał   ojca 

Amadora, który wracał z kościoła z akcesoriami nie odbytej mszy, nie wydało mu się jednak, by ten 

mógł cokolwiek zrobić dla Santiago Nasara poza ocaleniem jego duszy. Szedł ponownie w stronę 

portu, kiedy usłyszał, że od sklepiku Clotilde Armenta wołają go. W drzwiach stał Pedro Vicario, 

blady, rozczochrany, w rozpiętej koszuli, z podwiniętymi powyżej łokci rękawami i z nożem, który 

sam zrobił z ostrza piły. Jego zachowanie było zbyt zuchwałe, aby mogło być przypadkowe, a 

przecież nie robił tego po raz pierwszy i nawet nie tak jawnie w porównaniu z tym, co usiłował 

zrobić w ostatnich minutach, by uniemożliwiono mu popełnienie zbrodni.

- Cristobal - krzyknął - powiedz Santiagowi Nasarowi, że czekamy tutaj na niego, żeby go 

zabić. Cristo Bedoya  uczyniłby mu  nawet przysługę,  by uniemożliwić  jego zamiary.  „Gdybym 

umiał   strzelać   z   rewolweru,   to   Santiago   Nasar   żyłby”   -   powiedział   mi.   Ale   już   sama   myśl   o 

strzelaniu sparaliżowała go, po tym wszystkim, co usłyszał o niszczącej sile opancerzonej kuli.

- Ostrzegam cię, że jest uzbrojony w magnum zdolne przebić silnik na wylot - krzyknął.

Pedro Vicario wiedział, że to nieprawda. „Nigdy nie chodził z bronią, jeśli nie był ubrany do 

background image

jazdy” - powiedział mi. Ale kiedy podjął decyzję o zmyciu hańby siostry, mimo wszystko wziął pod 

uwagę to, że mógł być uzbrojony.

- Umarli nie strzelają - odkrzyknął.

Wtedy w drzwiach pojawił się Pablo Vicario. Był  równie blady jak brat, miał na sobie 

marynarkę z wesela, a w ręku nóż owinięty w gazetę. „Gdyby nie to - zwierzył  mi się Cristo 

Bedoya  - nigdy bym  nie wiedział, który z nich jest który”. Zza Pabla Vicario wyszła Clotilde 

Armenta i krzyknęła do Cristo Bedoi, żeby się pospieszył, bo w tym miasteczku mięczaków tylko 

taki mężczyzna jak on może zapobiec tragedii.

To, co wydarzyło się do tej pory, widzieli wszyscy. Wracający z portu ludzie, zaalarmowani 

krzykami,   zaczęli   zajmować   miejsca   na   placu,   by   być   świadkami   zbrodni.   Cristo   Bedoya 

rozpytywał  znajomych o Santiago Nasara, nikt go jednak nie widział. W drzwiach Club Social 

natknął się na pułkownika Lazaro Aponte i opowiedział mu, co przed chwilą zdarzyło się przy 

sklepie Clotilde Armenta.

- Niemożliwe - stwierdził pułkownik Aponte - przecież kazałem im pójść do łóżka.

- Przed chwilą widziałem ich z nożami do świniobicia - odparł Cristo Bedoya.

- Cholera - krzyknął alkad - to znaczy, że chyba wrócili z innymi!

Przyrzekł zająć się tym natychmiast, ale wszedł do Club Social, by umówić się na partyjkę 

domina   na   wieczór,   a   kiedy   wyszedł,   zbrodnia   została   już   dokonana.   Cristo   Bedoya   popełnił 

wówczas swój śmiertelny błąd: pomyślał, że Santiago Nasar postanowił w ostatniej chwili zjeść 

śniadanie u nas nie przebierając się, ruszył więc tam. Rzucił się pospiesznie brzegiem rzeki, pytając 

każdego, kogo spotkał, czy widział go gdzieś po drodze, nikt jednak nie potrafił mu odpowiedzieć. 

Nie przestraszył  się, gdyż  do naszego domu  prowadziły również  inne drogi. Prospera Arango, 

pięknisia, zaczęła go błagać, by zrobił coś dla jej ojca, który konał na progu swego domu, nie 

tknięty ulotnym błogosławieństwem biskupa. „Jak przechodziłam, to go widziałam - powiedziała 

mi moja siostra Margot - i już miał trupią twarz”. Cristo Bedoya potrzebował czterech minut, by 

ustalić   stan   chorego,   i   przyrzekł   wrócić   później,   by   znaleźć   jakiś   doraźny   środek,   ale   stracił 

następne   trzy   minuty   pomagając   Prosperze   Arango   zanieść   ojca   do   sypialni.   Kiedy   wyszedł, 

usłyszał odległe krzyki i wydało mu się, że w okolicach placu strzelają z petard. Usiłował pobiec, 

ale przeszkodził mu w tym rewolwer źle umieszczony za pasem. Minąwszy ostatni zakręt rozpoznał 

od tyłu moją matkę, która nieomalże wlokła za sobą najmłodszego syna.

- Luiso Santiago - wykrzyknął - gdzie jest pani chrześniak?

Moja matka ledwie odwróciła twarz oblaną łzami.

- Och, synu - odpowiedziała - mówią, że go zabili!

Tak było w istocie. Podczas gdy Cristo Bedoya szukał go wszędzie, Santiago Nasar zaszedł 

do domu Flory Miguel, swej narzeczonej, tuż za rogiem, gdzie widzieli się po raz ostatni. „Do 

background image

głowy mi nawet nie wpadło, że mógł tam zajść - powiedział mi - bo ci ludzie nigdy nie wstawali 

przed południem”. To, że cała rodzina z rozkazu Nahira Miguela, mędrca całej wspólnoty, spała 

zawsze do dwunastej, było dość rozpowszechnioną pogłoską. „To dlatego Flora Miguel, która już 

dawno przestała być podlotkiem, trzymała się jak róża” - mówi Mercedes. To prawda, że do późna 

nie otwierali domu, tak jak wielu innych, ale byli ludźmi pracowitymi i w rzeczywistości wstawali 

bardzo wcześnie. Rodzice Santiago Nasara i Flory Miguel uzgodnili, że ich dzieci pobiorą się. 

Santiago Nasar, gdy w pełni dojrzał, przystał na tę umowę i gotów był jej dotrzymać, być może 

dlatego, że miał o małżeństwie takie samo utylitarne pojęcie jak jego ojciec. Flora Miguel ze swej 

strony   odznaczała   się   rozkwitającą   urodą,   niemniej   pozbawiona   była   zarówno   wdzięku,   jak 

rozsądku,   i   całemu   pokoleniu   służyła   podczas   ślubów   za   druhnę,   kontrakt   był   więc   dla   niej 

opatrznościowym rozwiązaniem. Narzeczeństwo ich było łatwe, bez grzecznościowych odwiedzin 

ani sercowych niepokojów. Ślub, odkładany już wielokrotnie, został wreszcie ustalony na najbliższe 

Boże Narodzenie.

Flora Miguel obudziła się w ten poniedziałek z pierwszym buczeniem statku biskupa, zaś 

wkrótce potem dowiedziała się, że bracia Vicario oczekują Santiago Nasara, żeby go zabić. Mojej 

siostrze zakonnicy, jedynej, która z nią rozmawiała po nieszczęściu, przyznała się, że nie pamięta 

nawet,   kto  jej  to  powiedział.   „Wiem  tylko,   że  o  szóstej   rano  wszyscy   już  o  tym   wiedzieli”   - 

powiedziała jej. Mimo to wydało jej się to niepojęte, by rzeczywiście mogli zabić Santiago Nasara, 

za to pomyślała, że zmuszą go do małżeństwa z Angelą Vicario, by zwrócił jej honor. Poniżenie 

spowodowało u niej szok. Podczas gdy połowa miasteczka czekała na biskupa, ona zamknęła się w 

sypialni, płacząc z wściekłości i porządkując w szkatułce listy, które Santiago Nasar pisał do niej z 

internatu szkolnego.

Zawsze gdy wstępował do domu Flory Miguel, nawet jeśli nie było nikogo, Santiago Nasar 

chrobotał   kluczami   o   metalową   siatkę   na   oknach.   W   ten   poniedziałek   czekała   już   na   niego 

przyciskając   do   piersi   szkatułkę   z   listami.   Santiago   Nasar   nie   mógł   jej   dostrzec   z   ulicy,   ona 

natomiast zauważyła go przez siatkę, zanim zaczął pobrzękiwać kluczami zbliżając się do domu.

- Wejdź - powiedziała.

Nikt, nawet lekarz, nie wszedł nigdy do tego domu o szóstej czterdzieści pięć rano. Santiago 

Nasar zostawił właśnie Cristo Bedoyę przy sklepie Yamila Shaiuma, na placu zaś zgromadziło się 

tyle   ludzi   oczekujących   jego   nadejścia,   iż   było   czymś   niepojętym,   że   nikt   nie   dostrzegł,   jak 

wchodził   do   domu   narzeczonej.   Sędzia   śledczy   szukał   choć   jednej   osoby,   która   widziałaby 

wchodzącego Santiago Nasara, i czynił to równie uporczywie jak ja, ale nie sposób było odnaleźć 

nikogo takiego. Na marginesie strony 382 akt dopisał czerwonym atramentem kolejną sentencję: 

„Fatum czyni nas niewidzialnymi”. Faktem jest, że Santiago Nasar wszedł głównym wejściem, na 

oczach wszystkich i nie robiąc nic, żeby nie zostać dostrzeżonym. Flora Miguel czekała na niego w 

background image

salonie, zielona z wściekłości, w jednej z tych swoich sukien z nieszczęsnymi żabotami, które miała 

zwyczaj zakładać przy okazji pamiętnych uroczystości, i wepchnęła mu w ręce szkatułkę.

- Masz to - powiedziała mu. - I oby cię zabili.

Santiago  Nasar  był  tak zaskoczony,  że  szkatułka  wypadła  mu  z rąk, a jego pisane bez 

miłości listy rozsypały się po podłodze. Spróbował dogonić Florę Miguel w sypialni, ale zamknęła 

drzwi i zaryglowała je. Pukał wiele razy i wołał ją głosem zbyt przynaglającym jak na tę godzinę, w 

rezultacie czego zbiegła się cała zaalarmowana rodzina. Licząc najbliższych członków rodziny i 

dalekich krewnych, starszych i niepełnoletnich, było ich razem czternaścioro. Ostatni zjawił się 

ojciec, Nahir Miguel, rudobrody, w przywiezionej ze swoich stron dżilabie Beduina, którą zawsze 

nosił w domu. Widziałem go wiele razy, był olbrzymi i flegmatyczny, ale najbardziej działał na 

mnie blask jego autorytetu.

- Floro - zawołał w swoim języku. - Otwórz drzwi.

Wszedł do sypialni córki, podczas gdy cała rodzina wpatrywała się z przejęciem w Santiago 

Nasara. Klęczał zbierając z podłogi listy i układając je w szkatułce. „Jakby odprawiał pokutę” - 

powiedzieli mi. Nahir Miguel wyszedł z sypialni po paru minutach, dał znać ręką i cała rodzina 

zniknęła.

Zaczął   mówić   do   Santiago   Nasara   po   arabsku.   „Natychmiast   zrozumiałem,   że   nie   ma 

najmniejszego pojęcia, co do niego mówię” - wyznał mi. Wówczas zapytał go wprost, czy wie, że 

bracia Vicario szukają go, żeby go zabić.  „Zbladł i tak stracił panowanie nad sobą, że trudno 

uwierzyć, aby udawał” - powiedział mi. Zgodził się, że zachowanie Santiago Nasara spowodowane 

było nie tyle strachem co zakłopotaniem.

- Ty wiesz najlepiej, czy mają rację, czy też nie - powiedział mu. - Ale w każdym przypadku 

zostają ci tylko dwa wyjścia: albo schowasz się tutaj, bo to jest twój dom, albo wyjdziesz z moją 

strzelbą.

- Ni cholery nie rozumiem - powiedział Santiago Nasar.

Były to jedyne słowa, jakie zdołał powiedzieć, i powiedział je po hiszpańsku. „Wyglądał jak 

zmoczone pisklę” - powiedział mi Nahir Miguel. Musiał wyjąć mu z rąk szkatułkę, ten nie wiedział 

bowiem, gdzie ją odstawić, żeby otworzyć sobie drzwi.

- Będzie dwóch na jednego - powiedział mu. Santiago Nasar wyszedł. Ludzie poustawiali 

się na placu jak w dniach defilad. Wszyscy widzieli, jak wychodził, i wszyscy zrozumieli, że już 

wie, że mają go zabić, i był tak przerażony, iż nie potrafił znaleźć drogi do swego domu. Podobno 

ktoś krzyknął z balkonu: „Nie tędy, Turku, przez stary port”. Santiago Nasar zaczął rozglądać się za 

głosem. Yamil Shaium krzyknął, by schował się w jego sklepie, sam zaś wszedł, by odnaleźć swą 

myśliwską strzelbę, ale nie pamiętał, gdzie schował naboje. Ze wszystkich stron zaczęto krzyczeć 

do Santiago Nasara, ten zaś kręcił się w kółko, odchodził raz w lewo, raz w prawo, oszołomiony 

background image

tyloma głosami na raz. Było jasne, że pragnie dostać się do domu przez drzwi kuchenne, ale widać 

przypomniał sobie nagle, że główne drzwi są otwarte.

- Idzie - powiedział Pedro Vicario.

Obaj zauważyli  go w tym  samym  momencie. Pablo Vicario zdjął marynarkę, złożył  na 

stołku i odwinął nóż z gazety w kształcie jatagana. Zanim opuścili sklep, obaj, nie umawiając się, 

przeżegnali   się.   Clotilde   Armenta   złapała   wówczas   Pedra   Vicario   za   koszulę   i   krzyknęła   do 

Santiago  Nasara, żeby uciekał,  bo chcą go zabić.  Był  to krzyk  tak  rozpaczliwy,  że przytłumił 

wszystkie   pozostałe.   „Najpierw   przestraszył   się   -   powiedziała   mi   Clotilde   Armenta   -   bo   nie 

wiedział, kto do niego krzyczy ani skąd”. Ale kiedy ją zauważył, dostrzegł również Pedra Vicario, 

który jednym  pchnięciem rzucił ją na ziemię i dogonił brata. Santiago Nasar, znajdując się co 

najmniej pięćdziesiąt metrów od domu, zaczął biec w stronę głównych drzwi.

Pięć   minut   wcześniej   Victoria   Guzman   opowiedziała   w   kuchni   Placidzie   Linero   to,   co 

wiedzieli już wszyscy. Placida Linero była kobietą o twardych nerwach, nie dała więc po sobie 

poznać   zdenerwowania.   Zapytała   Victorię   Guzman,   czy   powiedziała   o   tym   jej   synowi,   ta   zaś 

świadomie kłamiąc odparła, że kiedy Santiago Nasar zszedł wypić kawę, ona jeszcze o niczym nie 

wiedziała. Zmywając wciąż podłogę w salonie Divina Flor ujrzała w tym momencie, jak Santiago 

Nasar wrócił drzwiami od placu i okrętowymi schodami wszedł na górę. „To było bardzo wyraźne 

przywidzenie - opowiedziała mi Divina Flor. - Miał na sobie białe ubranie, a w ręku coś trzymał, 

nie mogłam tego dobrze zobaczyć, ale wydawało mi się, że to bukiet róż”. Kiedy więc Placida 

Linero zapytała o niego, Divina Flor uspokoiła ją.

- Przed minutą wszedł do pokoju - powiedziała jej.

Placida Linero ujrzała wówczas kartkę na podłodze, ale nie przyszło jej na myśl, aby ją 

podnieść, a o jej treści dowiedziała się dopiero wtedy, gdy ktoś pokazał jej ten list w zamieszaniu 

tragedii. Przez drzwi zobaczyła braci Vicario biegnących w stronę domu z obnażonymi nożami. Z 

miejsca, w którym się znajdowała, mogła ich zobaczyć, ale nie mogła widzieć syna, biegnącego ku 

drzwiom z drugiej strony. „Pomyślałam, że chcą dostać się do domu, żeby zabić go w środku” - 

powiedziała mi. Podbiegła wówczas do drzwi i zatrzasnęła je jednym ruchem. Ryglowała je, kiedy 

usłyszała krzyki Santiago Nasara i usłyszała przerażające walenie o drzwi, ale pomyślała, że on jest 

na   górze   i   obrzuca   obelgami   braci   Vicario   z   balkonu   swojej   sypialni.   Poszła   na   górę,   by  mu 

dopomóc.

Santiago Nasarowi zabrakło zaledwie kilku sekund, by schronić się w domu, gdy drzwi 

zatrzasnęły się. Zdołał jeszcze uderzyć w nie parę razy pięściami i natychmiast odwrócił się, by z 

gołymi rękami stawić czoło swym wrogom. „Przestraszyłem się, kiedy go zobaczyłem na wprost 

siebie   -   powiedział   mi   Pablo   Vicario   -   bo   wydał   mi   się   jakby   dwa   razy   większy,   niż   był   w 

rzeczywistości”.  Santiago  Nasar uniósł rękę, by odparować pierwszy cios  Pedra Vicario,  który 

background image

zaatakował go z prawej strony prostym nożem.

- Skurwysyny - wrzasnął.

Nóż przebił mu prawą dłoń, a następnie zanurzył się cały w boku. Wszyscy usłyszeli, jak 

zaskowyczał z bólu.

- Mamo!

Pedro Vicario cofnął dłoń bezwzględnym ruchem rzeźnika i zadał drugi cios, niemal w to 

samo miejsce. „Najdziwniejsze było to, że nóż wychodził czysty - zeznał Pedro Vicario sędziemu 

śledczemu. - Zadałem mu co najmniej trzy ciosy i nie było ani jednej kropli krwi”. Santiago Nasar 

po trzecim pchnięciu skręcił się z rękoma skrzyżowanymi na brzuchu, wydał z siebie jęk cielaka i 

usiłował odwrócić się plecami. Pablo Vicario stojący z zakrzywionym nożem w jego lewej strony 

zadał mu wówczas jedyne pchnięcie od tyłu i strumień krwi pod wysokim ciśnieniem zbryzgał mu 

koszulę. „Miała ten sam zapach co on” - powiedział mi. Trzykrotnie już ugodzony śmiertelnie, 

Santiago Nasar ponownie odwrócił się do nich twarzą i oparł plecami o drzwi domu swojej matki, 

nie stawiając najmniejszego oporu, jakby chciał dopomóc im, by wreszcie zabili go z obu stron po 

równo. „Już nie krzyczał - zeznał Pedro Vicario sędziemu śledczemu. - Na odwrót, wydawało się, 

że się śmieje”. Wówczas obaj, nie przestając przybijać go do drzwi, zaczęli na przemian zadawać 

łatwe ciosy unosząc się na powierzchni oślepiającej zatoki spokojnych wód, którą napotkali po 

drugiej stronie strachu. Nie słyszeli krzyków  całego miasteczka  przerażonego  własną zbrodnią. 

„Czułem się jak ktoś galopujący na koniu” - zeznał Pablo Vicario. Obaj jednak nagle wrócili do 

rzeczywistości,   poczuli   się   bowiem   całkowicie   wyczerpani,   a   mimo   to   wydawało   im   się,   że 

Santiago Nasar nigdy nie padnie. „Cholera, kuzynie - powiedział mi Pablo Vicario - nawet sobie nie 

wyobrażasz, jakie to trudne zabić człowieka!” Usiłując skończyć  raz na zawsze, Pedro Vicario 

zaczął   szukać   serca,   ale   umiejscowił   je   nieomal   pod   pachą,   tam   gdzie   mają   je   świnie.   W 

rzeczywistości zaś Santiago Nasar nie padał, gdyż oni sami podtrzymywali go przybijając nożami 

do   drzwi.   Zrozpaczony   Pablo   Vicario   ciął   go   w   poprzek   brzucha   i   wszystkie   wnętrzności 

wypłynęły. Pedro Vicario miał zamiar zrobić to samo, ale przerażenie wykręciło mu dłoń i zadał 

chybiony cios w udo. Santiago Nasar stał jeszcze oparty o drzwi, póki nie dostrzegł w słońcu 

własnych trzewi, czystych i niebieskich, i po chwili padł na kolana.

Placida   Linero,   bezskutecznie   wołając   go   po   pokojach   i   słysząc   nie   wiadomo   skąd 

dochodzące wrzaski, które nie były jego krzykami, wyjrzała przez okno wychodzące na plac i 

zobaczyła bliźniaków Vicario biegnących w stronę kościoła. Tuż na nimi biegł Yamil Shaium ze 

swoją   strzelbą   na   jaguary   i   inni   Arabowie   bez   broni,   Placida   Linero   pomyślała   więc,   że 

niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wyszła na balkon od sypialni i zobaczyła Santiago Nasara 

przy drzwiach, leżącego twarzą w pyle, usiłującego powstać z kałuży własnej krwi. Podniósł się 

przechylony   na   bok   i   zaczął   iść   lunatycznym   krokiem,   podtrzymując   rękami   wypływające 

background image

wnętrzności.

Przeszedł ponad sto metrów całkowicie okrążając dom, by wejść kuchennymi drzwiami. Był 

na   tyle   jeszcze   przytomny,   by   nie   iść   ulicą,   która   była   najdłuższą   drogą,   tylko   wszedł   przez 

przyległy dom. Poncho Lanao, jego żona i pięcioro dzieci w ogóle nie zorientowali się, co stało się 

przed chwilą dwadzieścia kroków od ich drzwi. „Usłyszeliśmy wrzaski - powiedziała mi żona - ale 

pomyśleliśmy, że to biskupia feta”. Zaczęli jeść śniadanie, kiedy zobaczyli wchodzącego Santiago 

Nasara   spływającego   krwią   i   niosącego   w   dłoniach   kiść   swych   wnętrzności.   Poncho   Lanao 

powiedział   mi:   „Nigdy   nie   zapomnę   tego   straszliwego   smrodu   gówna”.   Ale   Argenida   Lanao, 

starsza   córka,   opowiedziała,   że   Santiago   Nasar   szedł   tak   samo   dumnie   jak   zawsze,   stawiając 

uważnie kroki, a jego twarz Saracena z potarganymi kędzierzawymi włosami była piękna jak nigdy. 

Przechodząc obok stołu uśmiechnął się do nich i poszedł przez pokoje do tylnego wejścia domu. 

„Sparaliżował nas strach” - powiedziała mi Argenida Lanao. Moja ciotka, Wenefrida Marquez, 

skrobała rybę na patio swego domu, po drugiej stronie rzeki, i ujrzała go, jak schodził po schodkach 

starego nabrzeża szukając pewnym krokiem drogi do swego domu.

- Santiago, synu! - krzyknęła. - Co ci jest? Santiago Nasar rozpoznał ją.

- Zabili  mnie,  ciociu  Wene  - odpowiedział.  Potknął  się  na ostatnim  schodku, ale  wstał 

natychmiast. „Nawet zadbał o to, by strzepnąć ręką ziemię, która została mu na wnętrznościach” - 

powiedziała mi moja ciotka Wene. Następnie wszedł do swego domu tylnymi drzwiami otwartymi 

od szóstej i padł w kuchni na twarz.