background image

LOUISE RENNISON

ANGUS, STRINGI I PRZYTULANKI

Zwierzenia Georgii Nicolson 01

background image

SIERPIEŃ

Tajemniczy la marche

Niedziela, 23 sierpnia

W moim pokoju

Pada deszcz

10.00

 

Tata zaprosił wujka Eddiego i oczywiście obaj zaczęli węszyć i sprawdzać, czy 

czegoś nie kombinuję. Jeżeli wujek Eddie (który jest łysy jak kolano, a nawet dwa kolana) 

jeszcze raz mnie spyta: „Czy łyse. głowy powinno się polerować?”, chyba się zabiję. Pewnie 

nie   zauważył,   że   już   nie   noszę   śpioszków.   Mam   ochotę   wrzasnąć:   „Wujku,   skończyłam 

czternaście lat! Staję się kobietą! Noszę stanik! No dobra, może i jest ciut za luźny, a kiedy 

biegnę do autobusu, podjeżdża mi pod szyję, ale... we mnie drzemie kobieta, ty łysolu!”.

A jeśli już mowa o piersiach, to martwię się, że skończę jak reszta kobiet w mojej 

rodzinie, które zamiast biustu mają coś w rodzaju półki. Mama mogłaby na swojej stawiać 

różne   przedmioty,   kiedy   ma   zajęte   ręce.   Na   przyjęciach   może   tam   przechować   kanapkę, 

drinka czy jakąś przekąskę na później. Wygląda to bardzo nieatrakcyjnie. Chciałabym mieć 

normalne piersi, ale nie za duże, nie takie jak na przykład Melanie Andrews. W zeszłym se-

mestrze po meczu hokeja na trawie przeżyłam pod prysznicem potworny szok. Jej stanik 

wygląda   jak   dwie   torby   na   zakupy.   Podejrzewam,   że   Melanie   ma   jakieś   problemy 

hormonalne. Z pewnością je ma, kiedy biegnie  za  piłką. Kiedyś myślałam, że siłą rozpędu 

przeleci przez ogrodzenie, bo przeważą jej „cycochy”, jak je żartobliwie nazywa Jas.

Nadal w moim pokoju

Nadal pada

Nadal niedziela

11.30

 Nie rozumiem, dlaczego nie mogę założyć zamka w drzwiach swojego pokoju. 

Brakuje mi prywatności - ciągle panuje tutaj ruch jak na imprezie. Za każdym razem, kiedy 

coś proponuję, wszyscy zaczynają kręcić głowami i gdakać. Zupełnie jakbym mieszkała w 

domu pełnym kurczaków ubranych w sukienki i spodnie. Albo takich piesków z tylnej półki 

samochodu, albo... nieważne... O zamku nie ma mowy.

- Dlaczego? - rzeczowo spytałam mamę (złapałam ją w jednej z tych rzadkich chwil, 

 La marche (fr.) - wypad, marsz, wędrówka.

background image

kiedy nie jest na wieczorowym kursie włoskiego albo na innej imprezie).

- Dlatego, że gdyby zdarzył się jakiś wypadek, nie moglibyśmy się dostać do środka - 

odparła.

- Jaki wypadek? - dopytywałam się.

- No... mogłabyś zemdleć.

W tym momencie włączył się tata.

- Mogłabyś zaprószyć ogień w łóżku i się zaczadzić.

Co   się   dzieje   z   tymi   ludźmi?   Wiem,   dlaczego   nie   chcą,   żebym   miała   zamek   w 

drzwiach: dlatego, że byłby to mój pierwszy krok ku dorosłości, a oni nie mogą znieść tej my-

śli, bo to by oznaczało, że musieliby się zająć własnym życiem i dać mi święty spokój.

Nadal niedziela

11.35

 Mam sześć bardzo poważnych problemów:

1. Zrobił mi się taki syfek, co to nie chce wyjść, tylko się czai przez następne dwa lata 

w postaci czerwonej krosty.

2. Pryszcz ten znajduje się na moim nosie.

3. Mam trzyletnią siostrę, która prawdopodobnie zsikała się w moim pokoju.

4.  Za  dwa tygodnie kończą się wakacje  i będę musiała wrócić do Stalagu 14, do 

Oberführer Frau Simpson i bandy sadystycznych nauczycieli.

5. Jestem bardzo brzydka i muszę mieszkać w bardzo brzydkim domu.

6. Poszłam na imprezę przebrana za oliwkę.

11.40

  No dobra. Zaczynam kolejną stronę. W „Cosmo” mamy znalazłam artykuł o 

tym, jak być szczęśliwą, kiedy się jest bardzo nieszczęśliwą (czyli coś o mnie). Artykuł ten 

ma tytuł  Emocjonalna pewność siebie.  Aby osiągnąć stan szczęścia, należy „przypomnieć 

sobie...   przeżyć   to   raz   jeszcze...   i   wyzdrowieć”.   Tak   więc   myślisz   o   jakimś   bolesnym 

wydarzeniu, przypominasz sobie wszystkie koszmarne szczegóły... czyli przechodzisz przez 

etap PRZYPOMNIENIA, następnie na nowo PRZEŻYWASZ wszystko, akceptujesz to i na 

końcu po prostu SOBIE ODPUSZCZASZ.

14.00

  Dzięki Bogu wujek Eddie już sobie poszedł. Spytał, czy może mam ochotę 

przejechać się w przyczepie  jego motocykla.  Czy wszyscy dorośli spadli z księżyca?  Co 

miałabym  odpowiedzieć? „Ależ oczywiście. Z wielką radością wpakuję  się do przyczepy 

background image

twojego   przedwojennego   motocykla,   a   przy  odrobinie   szczęścia   znajomi   zobaczą   mnie   z 

jakimś nienormalnym, łysym facetem i to już będzie koniec mojego życia. Dziękuję bardzo”.

16.00

  Przyszła   Jas.   Powiedziała,   że   po   balu   kostiumowym   chyba   z   tysiąc   lat 

zdejmowała kombinezon kobiety - kota. Nie bardzo mnie to zainteresowało, ale z uprzejmości 

spytałam, dlaczego.

- W wypożyczalni kostiumów był bardzo przystojny chłopak.

- No i?

- No i podałam inny rozmiar - noszę dwunastkę, a nie dziesiątkę.

Pokazała mi ślady na szyi i talii, całkiem głębokie.

- Chyba   kompletnie   straciłaś   głowę?   -   zauważyłam.   Potem   opowiedziałam   jej   o 

artykule z „Cosmo” i przez parę godzin wspominałyśmy ten bal kostiumowy (czyli bolesne 

doświadczenie) oraz przeżywałyśmy wszystko na nowo, by się uzdrowić.

Winę w całości zwalam na Jas. Może to faktycznie ja wpadłam na pomysł, żeby się 

przebrać za nadziewaną oliwkę, ale ona mnie nie powstrzymała, jak przystało na prawdziwą 

kumpelkę. Właściwie sama mnie do tego namawiała. Zrobiłyśmy kostium z kawałka siatki i 

zielonej   krepiny   -   to   miała   być   sama   oliwka.   Trzymała   się   na   ramiączkach.   Pod   spód 

założyłam zielony T - shirt i zielone rajstopy - to miało być nadzienie, które wymyśliła Jas. 

Przypomina mi się, że to również ona zaproponowała, żebym sobie ufarbowała włosy, twarz i 

szyję na czerwono... co miało wyglądać jak papryka. Muszę przyznać, że wtedy pomysł ten 

wydawał   mi   się   całkiem   zabawny.   Przynajmniej   dopóki   siedziałyśmy   w   moim   pokoju. 

Problemy zaczęły się, gdy chciałam wyjść. Musiałam schodzić bokiem.

Kiedy wreszcie dotarłam do drzwi, musiałam wrócić, żeby zmienić rajstopy, bo mój 

kot Angus znowu poczuł „zew natury”.

Jest   zdrowo   kopnięty.   Trafił   do   nas,   kiedy   wyjechaliśmy   na   wakacje   do   Loch 

Lommond.   Ostatniego   dnia   znalazłam   go   w   ogrodzie   przy   domku   dla   gości,   w   którym 

mieszkaliśmy.   Domek   nazywał   się   „Wpadnij   na   Chwilę”.   To   może   już   dać   wam   pewne 

pojęcie o tym, jakie to były wakacje.

Powinnam się wcześniej domyślić, że z tym kotem jest coś nie tak, począwszy od 

momentu, gdy wzięłam go na ręce, a on zaczął mi rozszarpywać  sweter. Ale tak słodko 

wyglądał: cały pręgowany, z długą sierścią i ogromnymi, żółtymi oczami. Nawet jeszcze jako 

kiciuś był wielkości małego psa. Błagałam rodziców, żeby pozwolili mi go zabrać do domu.

- On tu umrze. Nie ma mamusi ani tatusia - namolnie prosiłam.

- Pewnie ich pożarł - odparł tata.

background image

Słowo  daję,  on potrafi  być  cyniczny.  Potem popracowałam trochę  nad mamą  i w 

końcu   wzięłam   kotka   do   domu.   Nasza   szkocka   gospodyni   uprzedzała,   że   to   pewnie 

mieszaniec zwykłego dachowca ze żbikiem. Pamiętam, że sobie pomyślałam: och, jakie to 

egzotyczne.   Nie   zdawałam   sobie   sprawy,   że   kiedy   dorośnie,   osiągnie   rozmiary   małego 

labradora - tyle że zdrowo walniętego. Początkowo wyprowadzałam go na smyczy, ale zeżarł 

ją, jak wyjaśniłam pani Sąsiadce.

W każdym razie niekiedy odzywa się w nim zew szkockich gór. Kiedy więc szłam 

przez salon przebrana za nadziewaną oliwkę, wyskoczył ze swojej kryjówki zza zasłony (albo 

może raczej legowiska, jak pewnie sobie wymyślał w swoim kocim łbie) i zaatakował moje 

rajstopy, czyli  ofiarę. Nie mogłam mu się wyrwać, waląc go po głowie, bo rzucał się na 

wszystkie   strony.   W   końcu   udało   mi   się   złapać   szczotkę   do   butów   i   dopiero   wtedy   go 

przepędziłam.

Potem nie mogłam się zmieścić do volvo taty.

- Może po prostu zdejmij kostium i schowamy go do bagażnika?

Jaki to ma sens?

- Tato - odparłam - jeśli ci się wydaje, że pojadę w samym T - shircie i rajstopach, to 

chyba zwariowałeś.

Wkurzył się jak każdy rodzic, kiedy mu się udowodni głupotę i beznadziejność.

- W takim razie musisz pójść pieszo... Pojadę powolutku z Jas, a ty będziesz szła koło 

samochodu.

Nie wierzyłam własnym uszom.

- Skoro   mam   iść   pieszo,   to   może   razem   z   Jas,   i   w   ogóle   dajmy   sobie   spokój   z 

samochodem?

Zrobił głupią minę i zacisnął usta jak każdy ojciec, któremu się wydaje, że ma rację.

- Chcę mieć pewność, dokąd idziesz. Nie puszczę cię samej, żebyś się włóczyła nocą 

po ulicach.

Coś niesamowitego!

- A co ja bym miała robić nocą na ulicy przebrana za nadziewaną oliwkę? Wdzierać 

się nieproszona na jakieś imprezy?

Jas uśmiechnęła się z wyższością, ale tata wpadł w rodzicielski ton.

- Tylko mi nie pyskuj, bo nigdzie nie pójdziesz. O co tu biega?

Kiedy w końcu dobrnęliśmy na tę imprezę (szłam koło samochodu taty, który jechał z 

prędkością pięciu mil na godzinę), zaczął się horror. Początkowo wszyscy się śmiali, ale 

potem zaczęli mnie ignorować. Trochę potańczyłam sama, ale ciągle niechcący zrzucałam 

background image

różne   rzeczy   wokół   siebie.   Wreszcie   gospodarz   spytał,   czy   nie   wolałabym   usiąść. 

Spróbowałam,   ale   historia   się   powtórzyła.   W   końcu   wyszłam   stamtąd   na   godzinę   przed 

przyjazdem   taty,   a   potem   schowałam   kostium   do   bagażnika.   W   drodze   powrotnej   nie 

odezwaliśmy się ani słowem.

Natomiast Jas bawiła się doskonale. Powiedziała, że otaczali ją sami Tarzani, Robin 

Hoodzi i masa Jamesów Bondów. (Chłopcy mają szalenie bujną wyobraźnię... no nie?).

Kiedy przystąpiłyśmy do etapu „wspominania”, zrobiło mi się trochę markotno.

- To   mnie   mogli   podrywać,   gdybym   się   nie   przebrała   za   oliwkę   -   zauważyłam   z 

goryczą.

- Georgia,   obie   uważałyśmy,   że   twój   kostium   jest   bardzo   zabawny,   ale   musisz 

pamiętać, że chłopcy nie lubią śmiesznych dziewczyn.

Miała irytująco „mądrą” i „dojrzałą” minę. Co ona tam wie o chłopakach? Boże, ma 

taką ohydną grzywkę. Zamknij się, grzywiasta.

- Ach tak? No to co się podoba chłopakom? Słodkie idiotki w kostiumach kobiety - 

kota?

Przez okno sypialni widziałam, jak pudel sąsiadów rzuca się na nasze ogrodzenie, 

wściekle ujadając. Pewnie chciał przestraszyć naszego kota Angusa... Kiepsko to widzę.

Jas dalej trajkotała, z szalenie mądrą miną.

- Właśnie. Myślę, że podobają im się dziewczyny delikatne i nie takie... no, wiesz.

Zamknęła plecak. Spojrzałam na nią.

- Nie jakie? - spytałam.

- Muszę lecieć, dzisiaj wcześniej mamy kolację.

Kiedy wyszła z mojego pokoju, zrozumiałam, że powinnam się zamknąć. Ale wiecie, 

czasami   człowiek   to   czuje...   ale   dalej   nawija,   nie?   No   więc   właśnie   coś   takiego   mi   się 

przydarzyło.

- No... nie jakie? - drążyłam.

Coś wymamrotała, schodząc na dół.

Kiedy była już w drzwiach, krzyknęłam za nią:

- Nie takie jak ja, co?!

23.00

 Już teraz czuję, że mam dosyć chłopaków, chociaż jeszcze w ogóle nie miałam 

z nimi do czynienia.

background image

Północ

  O Boże, błagam, żebym tylko nie została lesbijką jak Włochata Kate albo 

panna Stamp.

00.10

 A właściwie co takiego robią lesbijki?

Poniedziałek, 24 sierpnia

17.00

 Nikt do mnie nie dzwoni. Równie dobrze mogłabym umrzeć. Dzisiaj wcześniej 

położę się spać.

17.30

 Przyszła Libby. Wgramoliła się do mojego wyrka i tak długo chichotała „chi, 

chi,   chi!”,   że   w   końcu   musiałam   wstać.   Jest   milutka,   chociaż   trochę   śmierdzi.   Ale 

przynajmniej mnie lubi i docenia moje poczucie humoru.

19.00

 Z budki telefonicznej zadzwoniły do mnie Ellen i Julia. Mówiły na zmianę, z 

francuskim akcentem. Jutro robimy wypadzik z dreszczykiem. Czyli tajemniczy la Marche.

22.30

 Położyłam sobie na twarz maseczkę z białka - na wypadek, gdybyśmy podczas 

wycieczki spotkały jakichś fantastycznych les garçons

.

Wtor

  

ek, 25 sierpnia

  

9.00

  Kiedy   się   obudziłam,   myślałam,   że   mi   sparaliżowało   twarz.   Okropnie   się 

przestraszyłam - skórę miałam tak zesztywniałą i napiętą, że nie mogłam do końca otworzyć 

oczu. W końcu przypomniała  mi się ta maseczka z białka. Pewnie usnęłam nad książką. 

Chyba   już   nie   będę   chodziła   wcześniej   spać   -   od   tego   tylko   mam   opuchnięte   oczy. 

Wyglądam,   jakbym   miała   domieszkę   krwi   azjatyckiej.   Co,   niestety,   nie   jest   prawdą. 

Najbardziej egzotyczna w naszej rodzinie jest ciocia Kath, która umie śpiewać po chińsku, ale 

dopiero po paru kieliszkach wina.

11.00

  Umówiłam się z Ellen i Julią na spotkanie u Whiteleya, skąd wyruszymy na 

nasz tajemniczy la marche. Postanowiłyśmy ubrać się na sportowo, więc zakładam spodnie 

narciarskie, buty za kostkę i czarny top z golfem, a do tego winylową kurtkę. Chciałabym się 

zrobić na młodą Brigitte Bardot, ale nic z tego, bo (a) w ogóle nie jestem do niej podobna i (b) 

 Les garçons (fr.) - chłopcy

background image

nie mam blond czupryny, która, jak wiadomo, była jej znakiem rozpoznawczym. Gdyby mi 

rodzice pozwolili, ufarbowałabym się na blond, ale słowo daję, w moim domu jest jak w 

przedszkolu.   Tata   ma   mentalność   trochę   opóźnionego   w   rozwoju   Teletubisia.   Kiedy 

powiedziałam mamie: „Chcę się przefarbować na blond. Którą farbę byś mi poleciła?”, udała, 

że nie słyszy, i dalej ubierała Libby. Ale tata się wkurzył.

- Dopiero od czternastu lat masz te włosy i już chcesz je zmieniać? Co się będzie 

działo, jak skończysz trzydzieści? Na jaki kolor wtedy będziesz chciała się przefarbować?

Słowo daję, ostatnio gada zupełnie bez sensu. Zwróciłam się do mamy:

- Wydawało mi się, że słyszę jakieś piszczenie i dziwne odgłosy, ale to chyba było 

złudzenie. No to nara!

Kiedy biegłam do drzwi, usłyszałam za sobą jego krzyk:

- Pewnie ci się wydaje, że zrobisz małą maturę tylko dlatego, że jesteś cyniczna i 

umiesz sobie narysować równą kreskę na powiece!!!

O Boże, mała matura. On chyba się urodził w epoce kamienia łupanego.

Południe

  Tajemniczy  la   marche.  Chodziłyśmy   w  tę   i  z   powrotem,   rozmawiając 

tylko po francusku. Pytałam przechodniów o drogę:  „Où la gare, s'il vous plaît?”

  i  „Au 

secours, j'oublie ma tête, aidez - moi, s'il vous plaît”

.

I nagle... napatoczył  się strasznie seksowny chłopak... Julia i Ellen nie chciały do 

niego  podejść,   ale  ja  nie  miałam  oporów.   Nie  wiem,  dlaczego,  ale  na  dodatek  zaczęłam 

udawać, że kuleję. Miał takie ładne oczy... wyglądał na jakieś dziewiętnaście lat. W każdym 

razie pokuśtykałam do niego i powiedziałam:

Excusez - moi. Je suis française. Je ne parle pas l'anglais. Parlez - vous français?



Na  szczęście  nic  nie   zrozumiał.   Czułam się  jak  we  śnie.  Uroczo  wydęłam  wargi. 

Cindy Crawford kiedyś powiedziała, że jeżeli uśmiechając się, włożysz język za zęby, to bę-

dziesz wyglądać bardzo seksownie. Oczywiście wtedy nie da się mówić, chyba że chcesz, 

żeby cię wzięli za wariatkę.

A ten przystojniaczek na to:

- Zabłądziłaś?   Nie   mówię   po   francusku.   Zrobiłam   zdezorientowaną   minkę   (nadal 

wydymając wargi). - Au secours, monsieur

 - szepnęłam. Ujął mnie pod rękę.

- Nie bój się, chodź ze mną.

 Przepraszam (dosł.: poproszę), gdzie dworzec?

 Proszę mi pomóc, tracę głowę (dosł.: zapominam głowę).

∗∗

 Przepraszam. Jestem Francuzką. Nie mówię po angielsku. czy pan mówi po francusku?

 Pomocy, proszę pana.

background image

Ellen i Jools przyglądały się temu ze zdumieniem: ten chłopak jak marzenie dokądś 

mnie   zabierał.   Atrakcyjnie   utykając,   podreptałam   razem   z   nim.   Niedaleko,   tylko   do 

francuskiej cukierni, gdzie pracowała Francuzka.

20.00

 W łóżku. Francuzka chyba przez czterdzieści lat mówiła do mnie po francusku. 

Kiwałam głową, ile wlezie, a potem po prostu wybiegłam ze sklepu. Przystojniak musiał się 

zdziwić, że noga tak szybko mi wyzdrowiała.

Teraz już naprawdę muszę ufarbować włosy, jeżeli będę chciała jeszcze kiedyś pójść 

na zakupy.

Środa, 26 sierpnia

11.00

 Nie mam przyjaciół. Ani jednego. Nikt nie dzwoni, nikt do mnie nie zagląda. 

Mama i tata poszli do pracy, Libby jest w przedszkolu. Równie dobrze mogłabym umrzeć.

Może już nie żyję. Bo i skąd miałabym wiedzieć? Gdybym umarła we śnie i obudziła 

się martwa, kto by mi o tym powiedział?

Pewnie czułabym się jak w tym filmie, którego bohater widzi wszystkich, ale oni go 

nie   widzą,   bo   nie   żyje.   Och,   aż   gęsiej   skórki   dostałam...   Nastawię   bardzo   głośno   jakąś 

muzykę i trochę sobie potańczę.

Południe

 Teraz nadal się boję, do tego jeszcze jestem zmęczona. Ciekawe, czy ktoś 

by się przejął, gdybym  rzeczywiście  umarła?  Kto by przyszedł  na  mój pogrzeb?  Pewnie 

mama i tata... musieliby, bo to przede wszystkim ich wina, że córka wpadła w takiego doła, że 

w końcu popełniła samobójstwo.

Dlaczego tak jak Julia i Ellen nie mogę mieć zwyczajnej rodziny? One mają normalne 

rodzeństwo. Ich ojcowie noszą brody i majsterkują sobie w ogrodowych szopach. Moja mama 

nie pozwala na to mojemu tacie, bo raz zostawił w szopie swoje robaki na ryby, które wkrótce 

urządziły tam sobie kwaterę główną.

Kiedyś elektryk,  który przyszedł  naprawić zepsutą lodówkę, spytał  mamę:  „Co za 

kretyn   ją   podłączył?   Czy   ma   pani   jakichś   wrogów?”.   A   to   była   robota   taty.   Zamiast   o 

majsterkowaniu ciągle rozmawia o uczuciach i podobnych bzdurach. Dlaczego nie może się 

zachowywać jak normalny ojciec? U dorosłego mężczyzny to żałosne.

Nie chodzi mi o to, że chcę się stać jedną z tych staroświeckich kobiet - wiecie, tych, 

co chodzą w samych koronkach i których mężowie to takie sztywniaki, co to nigdy się nie 

otwierają i milczą, nawet jeżeli mają guza mózgu. Chcę, żeby mój chłopak (pod warunkiem, 

background image

że - uchowaj Boże - nie jestem lesbijką) okazywał uczucia... ale tylko mnie. Chciałabym, 

żeby przypominał Hugh Granta z Rozważnej i romantycznej (chociaż przypomina mi się, że 

widziałam go też w innych filmach, na przykład  Cztery wesela i pogrzeb,  a tam - bez tych 

wszystkich falbanek i obcisłych spodni - już nie wyglądał tak seksownie). Zresztą i tak nigdy 

nie znajdę sobie chłopaka, bo jestem za brzydka.

14.00

 Kiedy przeglądam stare rodzinne albumy ze zdjęciami... wcale się nie dziwię, 

że jestem taka brzydka. Na zdjęciach z dzieciństwa tata wygląda po prostu strasznie. Nos ma 

tak ogromny, że zajmuje mu pół twarzy. Właściwie to sam nochal z doczepionymi rękami i 

nogami.

22.00

 Libby się obudziła i koniecznie chce spać w moim łóżku. Byłoby całkiem miło, 

gdyby nie to, że pachnie trochę jak chomik.

Okazało się, że sen, w którym ten cudowny chłopak niósł mnie przez ciepłe wody 

Morza Karaibskiego, został wywołany przez mokrą piżamę Libby na mojej nodze.

Zmieniam pościel. Libby w ogóle się nie przejmuje, a kiedy ją przebieram, uderza 

mnie w rękę i mówi „bzydki chlopcik”.

Czwartek,27 sierpnia

11.00

  Zaczęłam się martwić, co założę na rozpoczęcie roku szkolnego. Zostało już 

tylko jedenaście dni. Ciekawe, czy przejdzie „naturalny” makijaż? Korektor może być, ale 

tusz? Może powinnam po prostu ufarbować sobie rzęsy? Nie cierpię swoich brwi. Mówię 

„brwi”, chociaż właściwie moje czoło przecina jedna wielka brew. Chyba jestem zmuszona 

dokonać radykalnego wyskubywania - jeżeli znajdę pęsetkę mamy. Chowa przede mną swoje 

rzeczy, twierdząc, że nigdy nie odkładam ich na miejsce. Muszę pogrzebać w jej sypialni.

13.00

 Zrobiłam sobie lekki lunch złożony z pasty kanapkowej i kawy z mlekiem. W 

tym domu nigdy nie ma nic do jedzenia. Nic dziwnego, że łokcie tak mi sterczą.

14.00

  W końcu znalazłam tę pęsetkę. Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego mama 

uznała, że nie znalazłabym jej w szufladzie taty. Oprócz pęsetki w szufladzie z krawatami 

odkryłam jeszcze coś bardzo dziwnego: fartuszek w ozdobnym pudełku. Mam nadzieję, że 

tata nie jest transwestytą. Byłoby ponad moje siły, gdybym miała „zrozumieć” kobiecą stronę 

background image

jego natury. Razem z mamą i Libby musiałybyśmy patrzeć, jak się krząta po całym domu w 

nocnej   koszuli  mamy  i  puchatych   kapciach...  Pewnie  zaczęłybyśmy   mówić  do  niego   per 

Daphne.

Boże, jakie to skubanie jest bolesne. Muszę trochę odsapnąć. Ten ból jest nie do 

wytrzymania. Oczy mi od niego łzawią jak dzikie.

14.30

 Już dłużej tego nie zniosę. Wyrwałam sobie dopiero pięć włosków, a powieki 

już spuchły mi jak banie.

16.00

 Mam to gdzieś. Wezmę brzytwę taty.

16.05

  Ostrzejsza   niż   przypuszczałam.   Jednym   pociągnięciem   zgoliłam   sobie 

mnóstwo włosów. Muszę jeszcze tylko wyrównać drugą brew.

16.16

 Olewam to. Chyba jest OK, chociaż jedną brew mam trochę uniesioną, jakbym 

się dziwiła. Teraz muszę wyrównać drugą.

18.00

  Mama   niemal   upuściła   Libby,   kiedy   mnie   zobaczyła.   Jej   słowa   brzmiały, 

cytuję:

- Na miłość boską, coś ty sobie zrobiła, ty głupia dziewucho?

Jak ja nienawidzę swoich rodziców! To oni są głupi. Mama chciałaby, żebym nadal 

była w wieku Libby, bo wtedy mogłaby mnie ubierać w idiotyczne czapeczki z nauszni - 

kami i spodenki z drelichu. Boże, Boże, Boże!!!

19.00

  Kiedy   przyszedł   tata,   usłyszałam,   jak   rozmawiają   o   mnie.   -   Mru   -   mru... 

wygląda jak... mru - mru - powiedziała mama, a potem rozległ się głos taty:

- No cóż... mru... mru... bu... - Tup, tup, łup, łup w drzwi. - Georgia, co tym razem 

zmalowałaś?

- Ja przynajmniej jestem prawdziwą kobietą!!! - krzyknęłam spod koca.

Nie mógł wejść, bo zastawiłam drzwi komodą.

- A cóż to, do cholery, ma znaczyć? - spytał przez drzwi. Słowo daję, ale czasami 

wychodzi z niego zwyczajny prymityw.

background image

22.00

 Może przez noc odrosną. Ile czasu trzeba, żeby brwi odrosły?

Piątek, 28 sierpnia

11.00

 Brwi nie odrosły.

11.15

 Zadzwoniła Jas. Chciała się ze mną wybrać na zakupy - pojawiła się właśnie 

nowa seria kosmetyków, które na twarzy wyglądają tak naturalnie, że w ogóle nie widać 

makijażu.

- Mają tam brwi? - spytałam.

- Co? Jak to? Chyba sztuczne rzęsy?

- Nie, brwi. Wiesz, takie włosy nad oczami. Słowo daję, przyjaciółki bywają takie 

głupie.

- Nikt nie sprzedaje brwi. Przecież wszyscy je mają, po co ci druga para?

- Ja już nie mam - odparłam. - Niechcący je sobie zgoliłam.

- Zaraz u ciebie będę, nie ruszaj się z miejsca.

Południe

Otwieram drzwi, a Jas patrzy na mnie tak, jakby zobaczyła Frankensteina.

- Wyglądasz jak Frankenstein - mówi.

Ale tuman. Zupełnie jakbym miała psa, a nie przyjaciółkę.

18.00

 Jas już poszła. W ramach pomocy wymyśliła, żebym narysowała sobie brwi jej 

eyelinerem. Teraz już nigdy nie wyjdę z domu.

19.00

  Tata okropnie mnie denerwuje. Podchodzi do drzwi, zagląda i się śmieje, po 

czym odchodzi... na chwilę.

A potem przyprowadził na górę wujka Eddiego. Kim ja jestem? Córką czy cyrkowym 

dziwadłem? Wujek Eddie powiedział:

- Nie   przejmuj   się,   jeżeli   nie   odrosną,   możemy   oboje   zająć   się   show   -   biznesem. 

Będziemy udawać kule do bilarda.

Uśmiałam się po same pachy.

20.00

  Jedyna  osoba,  która  jest  dla  mnie   miła, to  Libby. Pogłaskała   mnie  w  tym 

background image

miejscu,  gdzie   przedtem   miałam   brwi,   a  potem   poszła   i   przyniosła   kawałek   sera.  Super, 

stałam się kobietą - szczurem.

Ciekawa jestem, kto zostanie naszą wychowawczynią?

Modlę   się,   żeby   to   nie   była   Heaton   Sokole   Oko.   Nie   chcę,   żeby   mi   ciągle 

przypominała o tym nieszczęsnym incydencie z szarańczą. Kto by pomyślał, że parę sza-

rańczy   potrafi   w   tak   krótkim   czasie   zjeść   tak   dużo?   Gdy   je   wypuściłam   w   pracowni 

biologicznej, żeby sobie trochę polatały, nie przypuszczałam, że pożrą zasłony.

Zastanawia mnie fakt, że Sokole Oko ma bardzo mizerne poczucie humoru. Poza tym 

ma mniej więcej sto lat i do tego jest panną - który to temat zajmuje tak wiele miejsca w 

niniejszym dzienniku. Jako kobieta - szczur pewnie skończę na posadzie nauczycielki biologii 

w jakiejś lichej budzie dla dziewcząt. Tak jak ona. Będę miała kilka kotów i piła ciepłe 

mleczko. I nosiła wielkie majtasy. I słuchała radia. I interesowała się różnymi rzeczami.

Równie dobrze mogłabym się zabić. Zrobiłabym to, ale mi się nie chce, bo jestem za 

bardzo przygnębiona.

Sobota, 19 sierpnia

10.00

 M i T poszli do miasta na zakupy. Mama spytała, czy mi kupić jakieś buty do 

szkoły. Znacząco spojrzałam na jej własne. To smutne, że osoba w tak podeszłym wieku 

usiłuje dogonić nas, młodych. Z tyłu liceum, z przodu muzeum. Któregoś dnia, kiedy usiadła, 

zobaczyłam jej majtki (i nie tylko ja).

11.00

 Zadzwonił telefon. Ellen, Julia i Jas wpadną, wracając z miasta. Podobno Jas 

zobaczyła w sklepie chłopaka, który bardzo jej się podoba. Pewnie tak już zawsze będzie 

wyglądać moje życie - sama nigdy nie znajdę sobie chłopaka, tylko będę żyła romansami 

moich przyjaciółek.

Południe 

Przeglądałam „Cosmo” i natknęłam się na artykuł o technikach całowania. 

Nie rozumiem, jak rozpoznać, że ma się na to ochotę, i skąd się wie, co robić? Wcale nie 

uśmiecha mi się całymi godzinami kręcić głową na boki jak gołąb, ale na podstawie zdjęć 

trudno się w tym zorientować. Żałuję, że to w ogóle przeczytałam, teraz jeszcze bardziej się 

denerwuję i jeszcze mniej wiem. Zresztą, co mi tam. I tak już do końca życia zostanę w domu. 

Jeżeli jakiś boski chłopak nie zabłądzi, nie zawędruje  na moją ulicę, nie trafi na schody 

mojego domu i z opaską na oczach nie wejdzie do mojego pokoju, już na zawsze utknę w 

tych czterech ścianach.

background image

12.15

  Skoro   już   nie   mogę   wychodzić   z   domu,   to   może   powinnam   mądrze 

wykorzystać  ten czas. Posprzątam pokój i powieszę  wszystkie  sukienki po jednej  stronie 

szafy, i tak dalej.

12.17

 Nienawidzę porządków.

12.18

  Jeżeli kiedykolwiek wyjdę za mąż albo, co bardziej prawdopodobne, zostanę 

dobrze   sytuowaną   lesbijką,   nigdy  nie   będę   robić   porządków.   Po  prostu   zatrudnię   pomoc 

domową. Nie mam talentu do sprzątania. Mama uważa, że celowo ignoruję oczywiste rzeczy, 

ale prawda jest taka, że po prostu nie odróżniam bałaganu od porządku. Kiedy mama pyta: 

„Posprzątasz   kuchnię?”,   patrzę   wokół   siebie   i   myślę:   „Stoi   tu   parę   rondelków   i   innych 

garnków, ale wszystko wygląda OK”. No i kłótnia gotowa.

14.00

 Robię kawę dla dziewczyn. Mam tylko rozpuszczalną, ale jeżeli bardzo długo 

miesza się ją z cukrem, to robi się z niej taka jakby pasta. Potem wystarczy dolać wody i 

powstaje espresso. Niestety, później ręce bolą jak sto pięćdziesiąt.

19.00

  Fantastyczne   popołudnie!   Próbowałyśmy   różnych   rodzajów   makijażu. 

Przykleiłam sobie grzywkę taśmą do czoła, żeby wydawała się dłuższa i prostsza i zasłoniła to 

miejsce, gdzie kiedyś miałam brwi.

- Wyglądasz, jakbyś uciekła z wariatkowa - powiedziała Jas.

Ellen twierdzi, że powinnam podkreślić usta i oczy, bo wtedy mój nos nie będzie tak 

bardzo zwracał uwagi. Tak więc od tej pory zamierzam mocno malować sobie usta.

Rozwaliłyśmy się na wyrku i słuchałyśmy listy przebojów, a Jas opowiedziała nam o 

tym cudownym chłopaku ze sklepu. Wie, że ma na imię Tom, bo ktoś tak się do niego zwrócił 

w sklepie, gdzie pracuje. Ale z niej detektyw! Przyrzekłyśmy sobie, że zaczekamy, aż znowu 

będę mogła wychodzić z domu i wtedy wybierzemy się, żeby go obejrzeć.

Potem rozmowa zeszła na całowanie się. Ellen powiedziała:

- W zeszłym roku byłam na przyjęciu gwiazdkowym u mojego kuzyna i poznałam 

takiego jednego chłopaka z Liverpoolu. Chyba był marynarzem. Miał z dziewiętnaście lat. 

Przyniósł gałązkę jemioły i pocałował mnie pod nią. Zamieniłyśmy się w słuch.

- I jak było? - spytałam.

background image

- Jakoś tak mokro - odparła Ellen. - Jakbym całowała ciepłą galaretkę.

- Usta miał otwarte czy zamknięte? - spytała Jas.

- Lekko uchylone - odpowiedziała wtedy Ellen po namyśle.

- Wystawił język? - spytałam.

- Nie, dotknął mnie tylko wargami.

Chciałam się dowiedzieć, co Ellen zrobiła ze swoim językiem.

- Zostawiłam go na miejscu.

- A co z zębami? - drążyłam. Ellen trochę się zniecierpliwiła.

- A, właśnie. Zęby wyjęłam.

Zrobiłam urażoną minę. Kurczę, przecież tylko pytałam.

- Naprawdę nie pamiętam. Trochę mnie to łaskotało i nie trwało zbyt długo, ale chyba 

było   przyjemnie.   Był   całkiem   miły,   ale   miał   dziewczynę   i   pewnie   uznał,   że   jestem 

niedoświadczoną trzynastolatką.

- I słusznie - powiedziałam.

22.00

 Libby dość często całuje mnie w usta, ale siostry się nie liczą. Chyba że jestem 

lesbijką, a w takim wypadku odrobina praktyki nie zaszkodzi.

23.00

 Przez firanki widzę duży, żółty księżyc. Myślę o wszystkich ludziach na całym 

świecie, którzy go teraz oglądają. Ciekawe, ilu z nich nie ma brwi?

Niedziela, 30 sierpnia

11.00

 Dzięki Bogu moi rodzice wychodzą. Wreszcie. O co biega w tych bzdurach o 

szczęśliwej rodzince? O „robieniu wspólnie różnych rzeczy”?

Jest tak, jak powiedziałam tacie:

- Jesteśmy czwórką ludzi, która przez nieszczęśliwe zrządzenie losu utknęła w tym 

samym domu. Po co jeszcze pogarszać sprawę, jeżdżąc razem na pikniki albo chodząc na 

spacery?

W każdym razie kobieta - szczur zostaje w domu. Następne czterdzieści lat przesiedzi 

w czterech ścianach, żeby nie robić z siebie pośmiewiska.

Nigdy   nie   znajdę   sobie   chłopaka.   To   niesprawiedliwe.   Niektóre   dziewczyny   to 

prawdziwe   idiotki,   a   jednak   mają   chłopaków.   Taka   Zoe   Bali   zawsze   poznaje   fajnych 

chłopców, chociaż ma odstające uszy.

background image

13.00

 Jeszcze nie spytałam taty o ten fartuszek.

13.15

 Boże, jakie nudy. Widzę państwa Sąsiadów w cieplarni. Co ludzie mogą tam 

robić? Jeżeli wyjdę za mąż za takiego faceta jak pan Sąsiad, z pewnością się zabiję. Ma 

największy tyłek, jaki kiedykolwiek widziałam. Niesamowite, że w ogóle mieści się w tej 

cieplarni.   Któregoś   dnia   ten   tyłek   tak   mu   się   rozrośnie,   że   pan   Sąsiad   będzie   musiał 

zamieszkać   w   cieplarni,   a   żona   będzie   mu   tam   przynosiła   kotlety.  Oh   quel   dommage. 

Sacrebleu!!! Le gros monsieur dans la maison

 ze szkła!!!

13.20

 Może zacznę wydawać gazetkę osiedlową.

13.22

  Ojej. Właśnie zobaczyłam, że Angus zaczaił się w wysokiej trawie. Pewnie 

zasadza   się   na   ich   pudla.   Będę   musiała   interweniować,   żeby   zapobiec   masakrze.   O,   już 

wszystko w porządku. Pani Sąsiadka rzuciła w niego cegłą.

23.00

  Co za długi, nudny dzień. Nie cierpię niedziel. Chyba wymyślili  je ludzie, 

którzy nie mają życia osobistego i przyjaciół. Jedyny plus jest taki, że na miejscu brwi pojawił 

mi się niewielki meszek.

 O jaka szkoda. Do diabła!!! Wielki grubas w domu [ze szkła].

background image

WRZESIEŃ

Operacja „Kiełbaska”

Wtorek, 1 września

10.00

 Sześć dni do rozpoczęcia budy - odliczanie trwa. Szkoda, że moja mama, jako 

wyemancypowana   kobieta,   feministka,   pracująca   matka   itp.,   nie   może   mi   wyprasować 

ubrania.

Pomyślałam,   że   na   rozpoczęcie   roku   szkolnego   założę   wąską,   długą   spódnicę, 

samonośne pończochy i buty za kostkę. Co do makijażu, jeszcze się nie zdecydowałam, bo 

jeżeli wpadnę na Sokole Oko, każe mi go zmyć, a wtedy będę miała błyszczącą, czerwoną 

gębę jak nauczycielka wuefu. Z drugiej strony nie mogę ryzykować i wyjść do budy bez 

makijażu. Choćbym przemykała się samymi tylnymi  uliczkami, i tak w końcu wpadnę na 

chłopaków   z   Foxwooda.   Ale   moim   największym   zmartwieniem   jest   ten   paskudny   beret. 

Muszę się skonsultować ze swoją paczką.

17.00

 Na jutro znowu u mnie zwołałyśmy pilne zebranie w sprawie Beretu i Innych 

Technik Torturowania. Już mam brwi, ale nadal wyglądam trochę jak wystraszony robaczek.

19.00

 Po podwieczorku, kiedy tata zmywał naczynia, rzuciłam od niechcenia:

- Dlaczego   nie   założyłeś   swojego   nowego   fartuszka?   Strasznie   się   wkurzył   i 

powiedział, że nie powinnam grzebać w jego szufladach.

- Chyba mam prawo wiedzieć, czy mój ojciec jest transwestytą - ja na to.

Mama się roześmiała, co jego jeszcze bardziej rozwścieczyło.

- Nie   podjudzaj   jej,   Connie.   Nie   okazujesz   mi   szacunku,   więc   jak   ona   ma   go 

okazywać?

- Uspokój się, Bob, oczywiście, że cię szanuję. Po prostu chce mi się śmiać, kiedy 

sobie wyobrażę ciebie jako transwestytę.

I znowu zaczęła chichotać. Na szczęście tata poszedł do pubu.

- To jego masoński fartuszek - wyjaśniła mi mama. - Wiesz, te ich tajne spotkania w 

towarzystwie wzajemnej adoracji.

Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową, chociaż nie miałam zielonego pojęcia, o czym 

ona mówi.

background image

23.30

 Dlaczego ktoś mnie nie adoptuje? Ciekawe, czy już na to za późno. Czy jestem 

za stara, żeby zadzwonić do telefonu zaufania dla dzieci? Dobry Boże!

Środa, 2 września

Pięć dni do początku koszmaru

10.00

 O nie. Zaczyna się. W ramach specjalnej „atrakcji” na noc przyjeżdża do nas 

mój kuzyn James.

Kiedyś go lubiłam, w dzieciństwie byliśmy ze sobą bardzo zżyci i w ogóle, ale teraz 

zachowuje się jak palant. Ma dziwny głos i dziwnie pachnie. Nie po chomiczemu, tak jak 

Libby, tylko trochę jak pies albo ser. Nie wydaje mi się, żeby wszyscy chłopcy tak pachnieli. 

Może jest tak dlatego, że to mój kuzyn.

14.00

 James nie jest aż taki zły. Sprawia wrażenie młodszego ode mnie i nadal lubi 

poszaleć   przy   muzyce   ze   starych   płyt.   Opracowaliśmy   pewien   styl   tańca   do   starych 

soulowych   płyt  mamy.   /  just   called   to   say   I   love   you  Steviego   Wondera   było   czadowe. 

Wspinaliśmy się na czubki palców jak baletnice, kołysaliśmy na boki z jedną ręką na sercu, a 

drugą na głowie, a potem robiliśmy pełny obrót. Niestety, w moim pokoju nie ma zbyt dużo 

miejsca i James nadepnął na Angusa, który - jak zwykle - dostał ataku szału.

Bardziej   niezwykłe   byłoby   stwierdzenie:   „Angus   się   uspokoił”.   W   każdym   razie 

wdrapał się na zasłony, przeskoczył na drzwi i przycupnął na nich, sycząc wściekle. Próbowa-

liśmy go stamtąd ściągnąć, a kiedy chcieliśmy wejść do łazienki, po prostu nam nie pozwalał. 

Kiedy usiłowaliśmy przejść przez drzwi, atakował nas swymi wielkimi pazurami. Myślę, że 

to skrzyżowanie kota z kobrą. W końcu mama go zwabiła na dół paroma sardynkami.

19.00

 Po „podwieczorku” James i ja słuchaliśmy płyt i rozmawialiśmy o tym, czym 

się   zajmiemy,   kiedy   już   olejemy   naszych   starych   (tak   nazywamy   swoich   rodziców).   Ja 

zostanę aktorką komediową albo jedną z tych dziewczyn, które nie robią nic poza tym, że są. 

Gazety śledzą każdy ich krok, a nagłówki krzyczą:

O, patrzcie, Cycata Tara Pompeii wychodzi po herbatniki!” albo: „Tamsin Krzywe 

Zęby Polyplops idzie na narty w bikini z futra”. A dziewczyny dostają za to pieniądze. Coś w 

sam raz dla mnie.

James   woli   się   zająć   elektroniką   (cokolwiek   to   oznacza.   Nie   prosiłam,   by   mi 

wyjaśniał, bo chyba zapadłabym w śpiączkę). Ale najpierw chce podróżować.

background image

- Tak? Dokąd? - spytałam, myśląc  sobie: „Himalaje, masło z mleka jaka, palarnie 

opium”, a on na to:

- Zwłaszcza na Sycylię.

23.00

  Wydarzyło się coś dziwnego. Poszliśmy spać - James wskoczył do swojego 

śpiwora ułożonego  na  poduszkach na podłodze - i zaczęliśmy rozmawiać o zespole Pulp i 

nagle poczułam na nodze jakiś ucisk. To James wyciągnął rękę i złapał mnie za nogę. Nie 

wiedziałam, co robić, więc po prostu leżałam nieruchomo, żeby sobie pomyślał, że chwycił 

nogę łóżka lub coś w tym rodzaju. Leżałam tak całą wieczność, ale potem w końcu usnęłam.

Czwartek,3 września

14.00

 Moje brwi w końcu zaczynają wyglądać normalnie.

14.05

  James   wrócił   do   domu.   Incydent   z   nogą   przeszedł   bez   echa.   Słowo   daję, 

chłopcy są dziwni.

17.00

 Libby ma grypę. Cały dzień była bladziutka i markotna. Pozwoliłam jej spać w 

moim łóżku. Biedactwo, ma zupełnie zatkany nos. Bardzo kocham moją siostrzyczkę.

20.30

 Zaniosłam Libby gorące mleko i pomyślałam, że może miałaby ochotę, żebym 

jej poczytała bajeczki.

- Tak, poplosie - powiedziała i usiadła w łóżku. Kiedy otworzyłam książkę, wzięła 

rąbek mojej kołdry i wysmarkała w nią nos. Teraz pół kołdry mam w zielonych gilach. Kto by 

pomyślał, że taka malutka dziewczynka może wyprodukować wiadro glutów?

22.00

 Musiałam spać w śpiworze. Co za życie.

Piątek, 4 września

11.00

  Dziś po południu ma się odbyć zebranie w sprawie Beretu i Innych Technik 

Torturowania. Doszłam do wniosku, że brwi już na tyle mi odrosły, by wybrać się na spacer 

(oczywiście w moim towarzystwie). Czuję się jak człowiek, który całe lata siedział zamknięty 

w piwnicy, a potem wyszedł na ostre światło.

Idziemy   do   Costa   Ricos   na   cappuccino.   Nie   cierpię   cappuccino,   ale   nie   mogę 

odmówić, bo piją je wszyscy. Nie wychodziłam z domu od paru tygodni... no dobrze, od 

background image

pięciu dni. Nasze miasto jest cudowne. Zupełnie jak Nowy Jork... tylko bez drapaczy chmur i 

Amerykanów. Postanowiłyśmy, że odbędziemy zebranie, a potem pójdziemy się pogapić na 

tego chłopaka, który podoba się Jas. Pracuje u Jenningsa.

- Co, w sklepie spożywczym? - spytałam.

- To jest warzywniak połączony z delikatesami - wyjaśniła Jas.

_ Sprzedają tam humus - powiedziałam.

- I jogurt - dodała.

Quel dommage

 - ja na to. - Zapomniałam o jogurcie. Tak, to sklep zupełnie jak w 

Paryżu - gdyby nie ziemniaki.

Jas tak jakby poczerwieniała, więc pomyślałam, że lepiej się zamknę. Jas nie złości się 

zbyt często, ale ma niezłego kopa.

- Omówimy plan beretowy? - spytała.

W   naszej   głupiej   budzie   do   mundurka   trzeba   zakładać   specjalny   beret.   Straszna 

żenada, bo, jak wiadomo, w berecie każdy wygląda jak czubek - a zwłaszcza Francuzi, którzy 

go wymyślili. Poza tym od beretu włosy się koszmarnie przyklepują. W zeszłym semestrze 

opracowałyśmy styl noszenia go „na naleśnika”. Beret się spłaszcza, a następnie przypina z 

tyłu głowy. Ellen powiedziała, że wymyśliła inną metodę, „na kiełbaskę”. Pokazała nam, jak 

to się robi. Ciasno zwinęła beret w kiełbaskę, a następnie przypięła na środku głowy. Prawie 

go   nie   było   widać.   Wyglądało   to   super.   Postanowiłyśmy   na   początku   nowego   semestru 

rozpocząć operację „Kiełbaska”.

Z powodu tych beretów wiecznie toczyłyśmy boje z nauczycielami. Tak zwani dorośli 

nie chcą z nami negocjować. Wysłałyśmy delegację do Chudej, dyrektorki szkoły (nazwanej 

tak dlatego, że waży sto pięćdziesiąt kilo... co najmniej. Stopy ma tak tłuste, że wylewają jej 

się z butów). Spytałyśmy, czemu musimy nosić berety. Odparła, że takie są standardy, a poza 

tym powinnyśmy podnosić prestiż szkoły.

- Ale chłopaki z Foxwooda wołają do nas: „Macie cebule?” - odparłam. - Myślę, że w 

ogóle nas nie szanują. Wyśmiewają się z nas i robią sobie cyrki.

Chuda aż się zatrzęsła. Zawsze tak reaguje, kiedy jest na nas wkurzona (czyli cały 

czas). Wyglądała jak galareta w butach.

- Georgio, to moje ostatnie słowo. Berety macie nosić, idąc do szkoły i wracając do 

domu. Nie widzisz większych problemów? A może pomyślisz na przykład, jak dostać poniżej 

dwudziestu jeden złych stopni za zachowanie?

Ojej, znowu ta sama zdarta płyta. I to tylko dlatego, że jestem pełna energii.

 Quel dommage (fr.) - jaka szkoda.

background image

W zeszłym  roku prowadziłyśmy inną kampanię, której hasło brzmiało: „Skoro już 

mamy nosić te berety, to nośmy je na poważnie”.

Oznaczało to, że przez cały rok naciągałyśmy sobie berety tak głęboko na głowę, że 

wystawały   spod   nich   tylko   uszy.   Zdumiewający   widok   -   sto   dziewczyn   na   przystanku 

autobusowym,   którym   widać   tylko   uszy.   W   końcu   zrezygnowałyśmy   (chociaż   nieźle   to 

złościło   Chudą   i   Sokole   Oko),   bo   zrobiło   się   okropnie   gorąco,   a   poza   tym   nic   nie 

widziałyśmy, no i berety wyprawiały dziwne rzeczy z włosami.

Zebranie skończone, czas na śledzenie chłopaka. Jas trochę się denerwowała przed 

wyprawą do jego sklepu. Jeszcze nigdy nie rozmawiała z Tomem. Zamieniła z nim tylko dwa 

słowa: „Poproszę włoszczyznę”.

Postanowiłyśmy, że zaczaimy się na zewnątrz, a kiedy Jas podejdzie do lady, niby to 

przypadkiem   ją   dostrzeżemy   i   powiemy   „cześć”.   Wypadnie   to   zupełnie   spontanicznie   i 

będziemy miały okazję dokładnie mu się przyjrzeć, a także stworzyć (mylne) wrażenie, że Jas 

jest bardzo lubianą osobą.

Jas   skoczyła   jeszcze   do   toalety,   żeby   zrobić   sobie   naturalny   makijaż   za   pomocą 

podkładu w sztyfcie itd. Potem weszła do sklepu. Odczekałam pięć minut i pierwsza minęłam 

drzwi.   Jas   rozmawiała   z   wysokim,   ciemnowłosym   chłopakiem   w   czarnych   dżinsach.   Z 

uśmiechem podawał jej kaszę. Jas była trochę zarumieniona i cały czas bawiła się grzywką. 

Stanęłam jak wryta i powiedziałam uradowanym i zaskoczonym głosem (aż sama uwierzyłam 

w swoją radość):

- Jas...! Cześć. Co ty tu robisz? - I bardzo serdecznie ją uściskałam (szepcząc jej przy 

tym do ucha: „Zostaw tę cholerną grzywkę!”).

Kiedy wreszcie się od niej oderwałam, odparła:

- Cześć, Georgia. Kupuję kaszę.

Roześmiałam się i rzuciłam:

- Nie dasz sobie w kaszę dmuchać, co, Jas?

Wtedy weszły Ellen i Jools, wyciągając ręce i piszcząc z podnieceniem:

- Jas! Jas! Ale fajnie! Ojej, strasznie długo się nie widziałyśmy. Co u ciebie?

Wtedy Jas zwróciła się do tego chłopaka, który cały czas stał obok:

- Och, przepraszam, że musiałeś czekać. A on na to:

- Spoko.

Jas spytała, ile płaci, i dodała:

- No to cześć, dzięki. A on odpowiedział:

- Na razie.

background image

I wyszłyśmy. Po paru krokach bez słowa puściłyśmy się pędem jak szalone, śmiejąc 

się do rozpuku.

19.00

 Przed chwilą rozmawiałam z Jas przez telefon. Uważa, że jest jeszcze bardziej 

boski, ale nie wiadomo, czy ona mu się podoba, więc musimy powtórzyć całą akcję.

W tle słyszałam jej tatę, który powiedział:

- Skoro i tak się spotykacie, to może pogadajcie jutro i nie nabijajcie mi rachunku?

Wszyscy rodzice są tacy sami - skąpiradła.

- Powiedział: „Na razie” - wspominała Jas. Przytaknęłam, ale dodałam z zamyśleniem:

- Może mówi tak każdemu. Trochę ją to zdenerwowało.

- To znaczy uważasz, że mu się nie podobam? - Tego nie powiedziałam. Gdyby nie 

chciał cię znów zobaczyć, toby nie mówił: „Na razie”. Od razu poweselała.

- Czyli mówił to na poważnie? - Tak.

Przez chwilę milczała. Słyszałam, jak żuje gumę. W końcu zaczęła od nowa: - Ale ile 

trwa takie „na razie”? Słowo daję, mogłybyśmy tak całą noc. - Jas, NIE WIEM. Może sama 

zdecydujesz? Przestała żuć gumę.

- To znaczy, że mam mu zaproponować randkę?

Poczułam,   że   książka   mnie   do   siebie   przyzywa,   szepcząc:   „Przeczytaj   mnie, 

przeczytaj, wiesz, że masz na to ochotę”, więc stanowczo, lecz delikatnie zakończyłam:

- Jas, to zależy od ciebie, ale wiem, co na twoim miejscu zrobiłaby Sharon Stone. 

Dobranoc.

Sobota, 5 września

10.00

 Stara bida.

10.15

  Dzwoniła Jas. Chce rozpocząć operację „Dorwać Toma”. Wybieramy się do 

Costasa, żeby doprecyzować plan.

10.30

 La, la, la, la. Życie jest cudowne. Nawet udało mi się umalować rzęsy tuszem, 

nie wtykając sobie spirali do oka. Wypróbowałam też nową konturówkę do ust i myślę, że 

uzyskałam efekt, dzięki któremu mój nos wydaje się mniejszy. W niespotykanym  u mnie 

przypływie szczerości podzieliłam się z mamą swoimi wątpliwościami dotyczącymi nosa.

- W takich przypadkach kiedyś stosowało się odpowiednie kosmetyki - odparła mama. 

-   Wiesz,   jasny   podkład   i   ciemniejszy   miejscami   dla   stworzenia   efektu   cienia.   Można 

narysować na nosie cienką linię jasnym, a po bokach dać ciemniejszy, by optycznie zwęzić 

background image

nos.

Zła odpowiedź, mamo.  Prawidłowa brzmi: „Georgia, jesteś przepiękna, a z twoim 

nosem wszystko OK”.

Nie powiedziałam tego, nie chciałam jej dać satysfakcji. Wymamrotałam natomiast, z 

pełnymi ustami - na wszelki wypadek, żeby móc się potem wszystkiego wyprzeć:

- Mamo,   nie   chcę   wyglądać   jak   ty   i   twoje   przyjaciółki,   kiedy   byłyście   młode. 

Widziałam wasze zdjęcia. Nikt już nie chce wyglądać jak te laski z Abby.

11.30

  Pani Sąsiadka znowu skarżyła się na Angusa, który straszy ich pudla. Pani 

Sąsiadka twierdzi, że Angus się na niego zasadza.

- No cóż, to żbik - wyjaśniłam. - U nich to normalne. Żbiki zasadzają się na swoje 

ofiary.

- W takim razie uważam, że nie powinno się go trzymać w domu.

- Proszę mi uwierzyć, że to nie jest zwierzę domowe. Próbowałam go wytresować, ale 

zjadł własną smycz. Na Angusa nie ma mocnych.

Słowo daję, czy to do mnie należy użeranie się z rozhisteryzowanym i sąsiadami? 

Dlaczego   nie   weźmie   sobie   większego   psa?   Ten   głupi   szczekacz   tylko   irytuje   mojego 

Angusika.

13.00

  Powinnam jednak zdobyć się na uprzejmość, bo mnie uznają za „arogancką 

nastolatkę” i tylko czekać, jak mama puk - puk - puk, zapuka do moich drzwi i spyta: „Nie 

chciałabyś ze mną o czymś porozmawiać?”. Dorośli są tacy wścibscy.

13.30

 Poszłam do domu obok i spytałam panią Koronkowe Gacie, czy nie potrzebuje 

czegoś ze sklepu, bo właśnie się wybieram. Schowała się za drzwi. Powinnam być bardziej 

uprzejma. Na początku zachowuję się bardzo miło, a potem jakby diabeł we mnie wstąpił. 

Czyżbym była nie tylko lesbijką, ale i schizofreniczką?

14.00

 Dzwoniła Jas. Chce, żebym jej pomogła przy drugiej części planu poderwania 

Toma.   Plan   ten   jest   szalenie   subtelny.   We   dwie   mamy   przejść   koło   Jenningsa,   a   kiedy 

będziemy mijać drzwi, nagle się zatrzymam i powiem: „Ojej, Jas, właśnie mi się przypo-

mniało, że miałam kupić jabłka”. W sklepie Jas staje za mną, wyglądając równie atrakcyjnie 

jak zawsze. Uśmiecham się, kiedy Tom podaje jabłuszka,  po czym  - tu zagrywka  godna 

background image

mistrza (czy też raczej mistrzyni, bo to ja ją wymyśliłam) - mówię: „Za dwa dni zaczyna się 

buda. Z powrotem do Stalagu 14. Do którego centrum nudy i męki chodzisz?”. (Co oznacza: 

do której chodzisz szkoły?). On odpowiada i już wiemy, jak „przypadkiem” na niego wpaść.

16.00

  No   więc   poszłyśmy   do   Jenningsa   i   znalazłyśmy   tam   Toma.   Jas   mało   nie 

zemdlała z zachwytu. Muszę przyznać, że on nieźle wygląda z tymi loczkami i szerokimi 

barami. Wyrecytowałam swoje:  „Chwileczkę, Jas,  miałam  kupić jabłka”, i weszłyśmy  do 

sklepu. Jak to zaplanowałyśmy, Jas stanęła za mną i mogła się atrakcyjnie prezentować za 

moimi plecami.

Na jej widok Tom się uśmiechnął. Poprosiłam o jabłka, a on na to:

- Jasne. Pewnie już nie możecie się doczekać szkoły?  (Zaraz, chwileczkę, to moja 

kwestia. Ale w końcu przez cztery lata byłam w kółku teatralnym, więc zaimprowizowałam).

- A czy papież nienawidzi katolików? - odparowałam. Uśmiechnął się, ale ja od razu 

pożałowałam swoich słów, bo nie zamierzałam nic mówić o papieżu, jakoś tak samo mi się 

wymknęło.

- Do której budy chodzicie? - ciągnął. Już mu miałam powiedzieć (chociaż według 

naszego planu to nie była jego kolej), kiedy z pomieszczenia na zapleczu wyszedł prawdziwy 

Bóg Seksu.

Przysięgam, był tak boski, że wybałuszyłam oczy i rozdziawiłam usta, upodabniając 

się tym do złotej rybki. Był bardzo wysoki, cały ubrany na czarno, miał długie, czarne włosy, 

bardzo przenikliwe ciemnoniebieskie oczy i pełne wargi. (Nic więcej nie pamiętam, panie 

władzo). Podszedł do Toma i podał mu filiżankę herbaty. Tom powiedział „dzięki” i wtedy 

Bóg Seksu przemówił:

- Nie mogę pozwolić, żeby mój brat zaharował się na śmierć, podając jabłka ślicznym 

dziewczynom,   i   nawet   mu   nie   przynieść   herbaty.   -   Po   czym   MRUGNĄŁ   do   Toma, 

UŚMIECHNĄŁ SIĘ do mnie i wrócił na zaplecze.

Sterczałam jak słup soli, gapiąc się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Bóg 

Seksu.

- Czterdzieści pensów - powiedział Tom. - Mówiłyście już, do której budy chodzicie?

Ocknęłam się z transu. Mogłam tylko mieć nadzieję, że się nie śliniłam.

- Yyy... ja... - Nic nie potrafiłam sobie przypomnieć.

Jas spojrzała na mnie jak na wariatkę i wtrąciła:

- Och, jest tylko jedna buda, do której chodzimy od czterech lat. Latimer i Ridgley. A 

ty?

background image

19.00

  Nadal znajduję się w stanie szoku. Właśnie poznałam Pana Cudownego. Do 

tego jest bratem Toma. I jest superancki. Widział mnie z rozdziawionymi ustami. Ale na 

szczęście nie bez brwi. O Boże! Siostro, j szybko, kroplówka!

19.05

 Szeroko rozdziawiałam przed lustrem usta, żeby sprawdzić, jak wyglądałam w 

sklepie. Niezbyt inteligentnie, ale przynajmniej mój nos nie wydawał się jeszcze większy, co 

jest dużym plusem (tak jakby).

Ciekawe, ile on ma lat? Muszę szybciej dojrzewać. Zaczynam od jutra.

Niedziela, 6 września

8.00

  Kiedy   weszłam   do   kuchni,   tata   z   komicznym   zdumieniem   upuścił   swoją 

filiżankę, nie mogąc uwierzyć, że wstałam tak wcześnie.

- Georgia, co się stało, łóżko ci się zapaliło? Masz gorączkę? Jeszcze nie południe, 

dlaczego wstałaś?

- Chciałam się napić ciepłej wody, jeśli można - odparłam. (Doskonale oczyszcza cały 

organizm. Za żadne skarby nie mogę dopuścić do tego, żeby mi powyskakiwały pryszcze).

- No, to ja się zbieram - powiedziała mama. - Libby, pocałuj siostrę przed wyjściem. - 

Libby   głośno   cmoknęła   mnie   w   policzek,   co   było   dość   miłe,   chociaż   trochę   pachniało 

owsianką. Muszę już lecieć.

10.00

  Zrobiłam   ćwiczenia   jogi   z   „Cosmo”,   dzięki   którym   mam   osiągnąć   spokój 

wewnętrzny   oraz   pewność   siebie.   Ślubuję   wstawać   godzinę   przed   wyjściem   do   szkoły   i 

wykonywać po kolei wszystkie dwanaście pozycji „Powitanie Słońca”. Czuję się wspaniale i 

jakby z metr wyższa. Bóg Seksu nie będzie mógł się oprzeć tej pewnej siebie, promiennej 

kobiecie, jaką teraz się stałam.

14.00

 Położyłam sobie maseczkę i wzięłam kąpiel z mlekiem. Teraz muszę wywabić 

z ręcznika Plamy po mleku, bo już zaczyna brzydko pachnieć.

Dzwoniła Jas. Uważa, że jutro po szkole powinnyśmy pójść i śledzić Toma. Tom! 

Jakie to ma dla mnie znaczenie?

16.00

  Właśnie odkryłam, że Libby z moich ostatnich podpasek zrobiła hamaki dla 

background image

lalek.

16.30

 Zużyła także cały mój podkład, którym wysmarowała swoją pandę. Misio ma 

teraz beżową głowę.

17.00

  Nie mam innego podkładu, a na drugi nie 1 starczy mi kasy. Chyba  będę 

musiała ją zabić.

17.15

 Nie. Spokój. Om. Wewnętrzny spokój.

20.00

 Aaaa. Idę spać razem z kurami, a jutro wstanę skoro świt.

21.30

 Przebudziłam się raptownie. Wydawało mi się, że już trzeba wstawać.

Północ

 Założyć jutro tę długą spódnicę czy nie?

Poniedziałek, 7 września

8.30

  Zaspałam i musiałam się szybko uwijać, żeby tata mnie podwiózł do Jas. Nie 

miałam  czasu ani na jogę, ani na makijaż. Co tam, zacznę od jutra.  Bóg jeden wie, jak 

Dalajlama sobie radzi z codziennymi zajęciami. Musi wstawać o świcie. Właściwie to gdzieś 

czytałam, że rzeczywiście wstaje o świcie.

8.45

  Razem z Jas pognałyśmy  jak wariatki  pod górę do szkolnej bramy. Tak się 

zgrzałam, aż myślałam, że mi zaraz głowa eksploduje, a do tego przypomniało mi się, że nie 

założyłam beretu. Przy wejściu zobaczyłam Sokole Oko, więc nie miałam czasu na zrobienie 

kiełbaski. Po prostu wcisnęłam go byle jak na głowę. Szybko, szybko!

Kiedy podbiegłyśmy do wejścia, wpadłam na... Boga Seksu. Wyglądał BOSKO w 

swoim   uniformie.   Był   z   kolegami,   śmiali   się   i   szli   sobie   na   luzie.   Spojrzał   na   mnie   i 

powiedział:

- Ale czad.

Mało nie umarłam.

9.00

 Mam jedynie nadzieję, że (a) nie rozpoznał mnie i (b) jeżeli rozpoznał, to lubi 

background image

dziewczyny z czerwonymi gębami i głupim wyrazem twarzy.

9.35

 Po apelu wpadłam do łazienki i obejrzałam się w lustrze. Potwierdziły się moje 

najgorsze   obawy   -   jestem   brzydka.   Małe,   opuchnięte   oczka,   włosy   przyklejone   do 

głowy7WIELKI, czerwony nochal. Wyglądam jak pomidor w szkolnym mundurku. Nie mam 

szans.

16.00

 Dzwonek. Dzięki Bogu mogę już wracać do domu i się zabić.

19.00

 W łóżku. Wujek Eddie mówi, że światem rządzi niewidzialna siła, której nie 

pojmujemy. Skoro to prawda, to dlaczego musiała uwziąć się właśnie na mnie?

Wtorek, 8 września

8.00

  Znowu nie mam  czasu na jogę.  Zresztą to już bez znaczenia. Udało mi się 

zwinąć beret w kiełbaskę, pomalowałam usta błyszczykiem i użyłam trochę korektora. Mądry 

człowiek po szkodzie.

8.20

 Mamy z Jas jeszcze kupę czasu. Tym razem obie jesteśmy gotowe. Ruszyłyśmy 

pod górę, gadając i śmiejąc się. Machałyśmy do znajomych (właściwie to machałyśmy do 

każdego, żeby stworzyć  wrażenie, że jesteśmy szalenie lubiane). Powolutku pokonałyśmy 

ostatni   kawałek   dzielący   nas   od   bramy,   gdzie   spotkałyśmy   ten   sam   co   zwykle   tłum 

podrywaczy z Foxwooda, ale oczywiście ani śladu Toma czy BS.

9.30

  Już   zdążyłam   zapomnieć,   jak   obciachowa   jest   szkoła.   Na   apelu   trochę 

gadałyśmy, tymczasem Chuda weszła na podium i wiecie, co wtedy powiedziała? „Siad!”. 

Zupełnie   jakbyśmy   były   psami.   Zaczęła   wprowadzać   swój   faszystowski   reżim   od 

stwierdzenia, że doszły ją słuchy, jakoby niektóre dziewczęta przychodziły do szkoły bez 

beretów. Życzyłaby sobie, żeby starsze dawały przykład młodszym, a nie na odwrót. Na tym 

teraz ma polegać moje życie? Na gadaniu o beretach? Podczas gdy Bóg Seksu chodzi po tej 

planecie? Miałam ochotę stanąć przed wszystkimi i krzyknąć: „Chuda, nie smęć! Chociaż ty 

właściwie nie umiesz inaczej...!”.

Niestety, patrzyła na mnie Sokole Oko. Wiem, że wciąż myśli o tamtym incydencie z 

szarańczą. Ciągle mnie obserwuje. Wygląda jak gronostaj. Chyba już dłużej nie wytrzymam, 

background image

a jest dopiero wpół do dziesiątej.

17.00

 Co za koszmar! Jas, Ellen, Jools i mnie nie wolno siedzieć razem z tyłu. NIE 

MOGĘ W TO UWIERZYĆ Posadzono mnie koło Okropnej Pameli Green. To ponad moje 

siły! Okropna R Green jest tak nudna, że już od samego patrzenia na nią człowiek ma ochotę 

podciąć sobie żyły. Do tego Sokole Oko została naszą wychowawczynią.  Quelle horreur  

triple merde

A ostatnią lekcją w piątki jest fizyka. Bez sensu.

Środa, 9 września

8.40

 Doszłam do perfekcji w malowaniu rzęs tak niewielką ilością tuszu, że w ogóle 

go nie widać. Chłopaków ani widu, ani słychu.

13.00

  Po   lunchu   przyszły   Alison   Peters   i   Jackie   Mathews.   Paliły   papierosy.   To 

straszne prostaczki, ale oczywiście nie mogę im tego powiedzieć, jeżeli nie chcę, żeby mi 

dały wycisk albo włożyły do tenisówek gumę do żucia.

Jackie powiedziała:

- Jutro robimy coś zupełnie nowego. To coś w stylu Aleisteira Crowleya

. Jak chcecie, 

możecie przyjść jutro Po lekcjach do klasy 5C.

Wielkie dzięki. Dobranoc. Przebywanie w budzie po lekcjach jest surowo zabronione. 

Wyczuwam coś... co to takiego? A, tak. To zbliża się mój pierwszy zły stopień z zachowania.

18.00

 Czyżby moje życie już się skończyło? Czy już nic więcej mnie nie spotka? Na 

dole moi rodzice z czegoś się śmieją, a w drugim pokoju Libby bawi się lalkami. Słyszę, jak 

do nich mówi. Jakie to smutne: jest taka malutka i w ogóle sobie nie uświadamia, ile jeszcze 

czeka ją w życiu. Dlatego to takie smutne. Słyszę, jak mruczy cichutko... co takiego mówi...?

Ach, już wiem: „Biedna Georgia, biedna Georgia”.

Czwartek, 10 września

17.00

 W budzie same nudy, potem powrót do jeszcze nudniejszego domu. Chciałam 

się   naradzić   z   Jas,   ale   musiała   iść   do   dentysty.   Dzięki   Bogu   numer   Jackie   i   Alison   z 

Aleisteirem Crowleyem nie wypalił. Podczas apelu rozniosła się wiadomość, że Jackie jest 

chora. Już na samym początku semestru poszła na zwolnienie. W każdym razie na parę dni 

 Quelle horreur triple merde (fr.) - Co za ohyda i potrójne gówno

 Aleisteir Crowley (1875 - 1947) - brytyjski okultysta uznawany za twórcę współczesnego satanizmu.

background image

mamy spokój z tym, co zamierzały zrobić. Myślę, że one biorą jakieś dragi. Albo prochy 

uspokajające dla koni!

Wtorek, 15 września

16.30

 Nadal ani śladu BS. Usłyszałam jednak parę plotek, bo rodzice Katie Steadman 

znają jego rodziców z jakiegoś strasznie dennego klubu karcianego, do którego chodzą tylko 

bardzo starzy ludzie. Podobno nazywa się Robbie Jennings, a jego rodzice prowadzą sklep - 

czyli  warzywniak  połączony  z  delikatesami,  jak  go  nazywa   Jas.   Nie  zanadto lubię   Katie 

Steadman. Jest spoko, ale mam wrażenie, że uważa mnie za dość płytką.

Jest okropnie wysoka, to jej muszę przyznać, a do tego ma ładne włosy, ale zawsze za 

bardzo się stara. Na przykład na lekcjach podnosi palce. Jak dziecko. Nie podnosi dłoni, 

rozluźniając   nadgarstek,   żeby   była   swobodna.   W   ten   sposób   robi   człowiek,   który   musi 

podnieść rękę, bo tak nakazuje faszystowski  zwyczaj,  ale w gruncie rzeczy wcale jej nie 

podnosi. Ja podnoszę rękę, ale jeden palec kieruję w dół - wiecie, jak na meczach piłkarskich, 

kiedy wszyscy wskazują na pucołowatego gracza i drą się: „Gru - bas, gru - bas!”. Ale w tym 

miejscu wszelkie przejawy poczucia humoru są tłumione w zarodku.

- Georgio, jeżeli jesteś zbyt zmęczona, by normalnie podnieść rękę, to może powinnaś 

wcześniej   chodzić   spać...   a   może   nadgarstek   ci   się   wzmocni,   jeżeli   kilka   tysięcy   razy 

przepiszesz to samo zdanie? - powiedziała Sokole Oko.

Muszę to wypróbować na Herr Kamyerze, który nas uczy niemieckiego i fizyki. Jego 

lekcje to jedyny jasny punkt w tym koszmarze. Komizm jego postaci podwaja fakt, że Herr 

Karmyer nie tylko uczy niemca, ale jest też jedynym  nauczycielem facetem w szkole dla 

dziewcząt.

20.00

 Słucham muzyki poważnej. Myślałam, że trochę mnie uspokoi, ale okazało się, 

że tylko irytuje i nie ma żadnej melodii.

20.05

  Kocham   życie!!!   Przed   chwilą   dzwoniła   Jas   i   powiedziała,   że   zostałyśmy 

zaproszone na imprezę do Katie Steadman i że... Katie zaprosiła Toma i Robbiego. Taaaak! 

Odwaliłam kawał dobrej roboty, udając sympatię do Katie. CO, DO DIABŁA, MAM ZA-

ŁOŻYĆ??? Alarm, alarm! To już tylko dwa tygodnie.

20.10

 Lepiej trochę poćwiczę jogę.

background image

20.15

 Powinnam chyba zacząć kłaść sobie maseczki na twarz.

20.20

  Ciekawe,  czy  nos  by mi   zmalał,   gdybym   go  na  noc  ściskała  klamerką   do 

bielizny - jak Amy z Małych kobietek? Czy mama nie mogła sobie znaleźć męża z mniejszym 

kinolem?

20.30

  Spytałam mamę, dlaczego wyszła za tatę (który właśnie poszedł na kręgle z 

wujkiem Eddiem). Zastanawiała się przez chwilę, po czym odparła:

- Rozśmiesza mnie.

Rozśmiesza ją. Rozśmiesza. No cóż, Bart Simpson też mnie rozśmiesza, a jakoś nie 

zamierzam brać z nim. ślubu.

Północ

 Cha, cha, cha, cha, cha!

Poniedziałek, 21 września

8.00

 Jedenaście dni do imprezy.

Wtorek, 22 września

9.30

  Dziś   rano   na   apelu   ktoś   puścił   bąka.   (Podejrzewam   Okropną   P   Green). 

Zabrzmiało to strasznie głośno i akurat w ciszy, kiedy miałyśmy rozmyślać o wszystkich 

nieszczęśliwych ludziach. Nie było to takie zwykłe krótkie „pryk”, ale takie, że aż ściany się 

zatrzęsły. Jas, Ellen, Julia i ja pokładałyśmy się ze śmiechu, podobnie zresztą jak wszyscy 

inni. Chichrałam się przez większą część dnia i teraz boli mnie brzuch.

Czwartek, 24 września

17.30

  W łóżku. Strasznie przemarzłam. A może mam gruźlicę? Słowo daję, panna 

Stamp jest nie tylko zboczona, ale do tego to lesbijka. Bo inaczej dlaczego kazałaby biegać 

dziewczynom w spodenkach gimnastycznych i uderzać kijami w piłkę? Nazywa to „hokejem” 

- ja to nazywam rojeniami chorego umysłu. Jeżeli z powodu tej lesbijki nie będę mogła pójść 

na imprezę, to panna Stamp UMRZE. PO PROSTU UMRZE.

Piątek, 25 września

10.00

  Wreszcie go zobaczyłyśmy! Po drodze do szkoły spotkałyśmy Toma. Nawet 

się zatrzymał i powiedział: - Cześć. Jak się bawicie?

background image

- Fajowo! To istna frajda przebywać osiem godzin dziennie z sadystycznymi świrami - 

odparłam.

Roześmiał się i zwrócił do Jas:

- Wybierasz się na imprezę do Katie?

Jas cała poczerwieniała, potem zbladła i wreszcie zrobiła się różowobiała - oprócz 

czubka nosa, który pozostał czerwony. Muszę pamiętać, żeby jej powiedzieć, jak wyglądała. 

W końcu udało jej się coś wykrztusić, a on na to:

- No, to spotkamy się u Katie. Jas była w siódmym niebie.

- Słyszałaś, co powiedział? - Tak.

- Powiedział: „Wybierasz się na imprezę do Katie?”. - Tak.

- Powiedział: „No to spotkamy się u Katie”.

- Już to przerabiałyśmy.

- Powiedział: „Spotkamy się u Katie”. Miał na myśli mnie. - Jas.

- Tak?

- Mogłabyś się już zamknąć?

14.00

 Ale Jas się nie zamknęła.

Dzisiaj nie było  fizy,  bo Herr Kamyer  się przeziębił. Kurczę. Kiedy ja się trochę 

rozerwę? Sacrebleu

.

Sobota, 26 września

10.00

 Wybrałam się na melancholijny jesienny spacer! z Libby w wózeczku. Libby 

śpiewała:   „Jestem   klólową,   jeśtem   klólową!”.   Nie   chciała   zdjąć   skrzydeł,   które   dla   niej 

zrobiłam. To był jakiś koszmar. Po niebie płynęły chmury,  ale było całkiem słonecznie i 

rześko. W końcu na tyle poprawił mi się humor, że zaczęłam śpiewać razem z Libby. Obie 

darłyśmy się: „Jestem klólową, jestem klólową” - i właśnie wtedy z czerwonego morrisa 

wysiadł ON. Robbie. Bóg Seksu. Kiedy mnie zobaczył, powiedział:

- O, cześć, my się chyba znamy, prawda? Uśmiechnęłam się promiennie, ale niezbyt 

szeroko, bo wtedy nos mi się rozciąga na pół twarzy. Cały dowcip polega na tym,  żeby 

rozluźnić wargi i włożyć język za zęby, ale tylko leciutko rozdąć nozdrza. Robbie spojrzał na 

mnie z dziwną miną.

- Jabłka - wyjaśniłam z właściwą sobie inteligencją.

- Rzeczywiście. Byłaś z przyjaciółkami w sklepie. Znowu się uśmiechnął. Kiedy się 

 Sacrebleu (fr.) - do diabła, do licha, psiakrew.

background image

uśmiechał, wyglądał jak marzenie. Potem się pochylił nad Libby, która spojrzała na niego 

wzrokiem mówiącym: „Jestem dzieckiem potworem”. - Jestem klólową - pochwaliła się, a on 

na to:

- Naprawdę? - (Oooch, jakie on ma super podejście do dzieci).

Libby dodała:

- Tak. Jestem klólową, a Georgia dzisiaj lano źlobiła wielką kupę.

Nie wierzyłam własnym uszom. On zresztą tak samo. Nikt by w to nie uwierzył, bo po 

prostu było to niewiarygodne. Robbie szybko się wyprostował, a ja powiedziałam:

- Yyy..

. to ja już lecę.

- To na razie - odparł.

A ja pomyślałam: „Zachowuj się jak Sharon Stone, zachowuj się jak Sharon Stone”.

- Pewnie się spotkamy na imprezie u Katie - rzuciłam, a on na to:

- Nie, ja nie idę. Tego dnia jestem zajęty.

19.00

 „Georgia żłobiła wielką kupę...”.

19.05

 „Nie, ja nie idę. Tego dnia jestem zajęty”.

19.06

 Gorzej już chyba być nie może.

20.00

 A jednak może. Przed chwilą do mojego pokoju zajrzał tata i powiedział:

- Jutro   ma   wpaść   James.   Wymyśliliśmy,   że   wybierzemy   się   wszyscy   do   parku 

Stanmera.

Niedziela, 27 września

22.00

 James próbował mnie pocałować!

Obrzydliwe.  Przecież to mój  kuzyn.  To  kazirodztwo.  Wolę o tym  nie  myśleć,  bo 

chyba się porzygam. Blee.

22.05

 Wydarzyło się to w moim pokoju po horriblement

 dniu spędzonym na łażeniu 

po cholernym parku. Dlaczego oni mnie traktują jak dziecko? Wysłali mnie na huśtawkę. 

 Horrriblement (fr.) - okropny, straszny, potworny.

background image

Oczywiście poleciało mi oczko w nowych rajstopach.

Tak więc podsumowanie tego pięknego dnia wygląda następująco: poszło mi oczko w 

rajstopach,   a   następnie   zostałam   zaatakowana   przez   kuzyna.  Perfectamondo

 I   to   we 

własnym pokoju!!!

22.07

  Po powrocie z parku słuchaliśmy we dwójkę starych płyt i czytaliśmy stare 

komiksy, kiedy nagle James zgasił światło i zaproponował:

- Może się pobawimy w łaskotki?

W łaskotki! Bawiliśmy się w to, kiedy mieliśmy po pięć lat. Jedno z nas goniło drugie 

i je łaskotało i... i to już wszystko. Normalnie mnie zatkało (poza tym w tych ciemnościach 

nic nie widziałam), więc zaczęłam się jąkać:

- N - n - n - ie... - A on na to: - Wrrr... - I zaczął mnie łaskotać.

To było żałosne. Ale na tym się nie skończyło - na policzku koło nosa poczułam coś 

mokrego. Wyskoczyłam do góry jak na sprężynie i po omacku znalazłam włącznik światła. 

James wstał, wziął komiks i zaczął go czytać. No to ja też. W końcu tata odwiózł go do domu. 

Nawet się nie zająknęliśmy na temat incydentu z tym mokrym czymś na mojej twarzy. Tak 

samo jak z nogą.

Chyba dłużej już tego nie zniosę.

Poniedziałek, 28 września

11.00

 Na przerwie opowiedziałam o tym Jas i Jools. - Bleeee - one na to. - Ohyda. Z 

własnym kuzynem? Jakie to smutne.

Jas powiedziała, że dobrych parę razy widziała swojego małego brata.

- Całkiem ładny. Wygląda trochę jak myszka. Jas żyje we własnym świecie (dzięki 

Bogu). Biedne wszystkie Tomcie Paluchy.

16.15

 Kiedy wracałyśmy do domu, myślałam, że zabiję Jas. Okropnie podnieca się tą 

imprezą, a ja może w ogóle na nią nie pójdę. Po drodze dogoniły nas Jackie i Alison. Jackie 

była   strasznie   mocno   umalowana.   I   miała   zakręcone   włosy.   Kiedy   mijałyśmy   kibelek   w 

parku, kazała nam stanąć na czatach i zmieniła mundurek na cywilne ciuchy.

- Idę do klubu - powiedziała z kibelka, nie wiadomo dlaczego biorąc mnie za osobę, 

którą choć trochę interesuje to, co ona robi.

- Myślałam, że o wpół do piątej kluby jeszcze są zamknięte - rzuciłam.

 Perfectamondo - przekręcone słowo perfectamente (hiszp.) - doskonale.

background image

- Ale   ty   jesteś   tępa,   Kulfonie.   -   (Nienawidzę   jej,   nienawidzę).   -   Najpierw   idę   do 

przyjaciółki podszykować się, umalować i tak dalej. - Umalować? Jeżeli umaluje się choćby 

odrobinę mocniej, jej makijaż będzie ważył tyle, że Jackie nie uniesie głowy.

Wyłoniła się w satynowym topie do talii i obcisłych spodniach. Wyglądała na jakąś 

dwudziestkę piątkę.

- W Loveculture mam randkę z didżejem. Niezły gostek. Ma chyba ze trzydziechę, ale 

mnie się podobają dojrzali faceci.

Kiedy poszły w swoją stronę, spytałam Jas:

- Jak myślisz, czy Jackie już „to” zrobiła? - Cóż, ujmę to w ten sposób... a czy Britney 

Spears jest blondynką?

Czasami Jas zachowuje się jak wyjątkowy czub. Jakby starając się to potwierdzić, 

dodała:

- Gemma   Crawford   mówiła   mi,   że   zna   chłopaka,   który   udziela   korepetycji   z 

całowania. Może pójdziemy do niego przed imprezą?

- Jas, proponujesz, żebyśmy się wybrały do męskiej prostytutki?

- On jedynie całuje, a poza tym nie trzeba mu nic płacić.

Tylko cmoknęłam z dezaprobatą.

22.00

 Leżałam na ręce, dopóki mi nie zdrętwiała, po czym ją przeniosłam (używając 

tej niezdrętwiałej) na piersi.

Chciałam   sprawdzić,   jakie   to   uczucie,   mieć   na   piersiach   obcą   dłoń.   Całkiem 

przyjemne, ale co ja tam wiem? Jestem pełna zbyt wielu dziwnych pragnień, by w pełni jasno 

myśleć. Czy na tę imprezę mam założyć stanik, czy lepiej nie?

22.05

 Uch. To coś okropnego, kiedy do zdrętwiałej ręki wraca czucie.

23.07

  Całowanie własnej ręki jest bez sensu, bo nie wiadomo, co jest co - co jest 

ustami, a co dłonią - więc nic specjalnego z tego nie wynika. Ciekawe, czy chłopaki mają 

takie same problemy, czy już rodzą się ze znajomością tematu?

23.15

 Odpowiedź brzmi: nie. Sądzę tak po incydencie z łaskotkami.

Wtorek, 29 września

background image

8.30

 Biola. Dwie matmy. Francuz i gegra. De quoi va - t - il?

W moim pokoju

18.00

  Ale kanał. Jackie i Alison postanowiły, że dzisiaj w 5C odbędzie się akcja 

„Aleisteir Crowley”.

Niesamowite,   jak   niewiele   osób   ma   odwagę   im   się   sprzeciwić,   włączając   w   to 

nauczycieli.

Po lekcjach całą gromadą skierowałyśmy się do klasy 5C. Już sama taka wyprawa to 

straszny kanał, bo trzeba się zaczaić za głównym wejściem, sprawdzić, czy droga wolna, 

popędzić   do   kibelka   na   dole,   sprawdzić,   czy   droga   wolna,   potem   pognać   schodami   na 

pierwsze piętro, i tak dalej, aż do piątego piętra.

Zanim dotarłyśmy na miejsce, byłam już kompletnie wykończona.

Nasza siódemka ma fatalną kondycję - wszystkie ciężko dyszałyśmy i kasłałyśmy.

Jackie powiedziała, że zrobimy sztuczkę z lewitowaniem, przyzywając ciemne moce. 

Super, przywołujemy szatana. Ale heca.

„Po co - pomyślałam - ach, po co ja tu przyszłam?”. Skoro już mamy zbratać się z 

szatanem, to może uda mi się zaprzedać duszę taty w zamian za większe piersi dla mnie na 

piątkową imprezę?

Abby Nicols zgłosiła się na ochotnika do roli „ofiary”. Musiała położyć się na ławce. 

Jackie stanęła przy jej głowie, Alison przy nogach, a reszta w równych odstępach dookoła. 

Jackie powiedziała:

- Uciszcie się i skoncentrujcie. Przyzywamy ciemne moce. Włóżcie po jednym palcu 

obu dłoni pod Abby i zaczynamy.

Zrobiłyśmy, jak nam kazała. Jackie zamknęła oczy i zaczęła jęczeć niskim, ochrypłym 

głosem:

- Ona źle wygląda. Źle wygląda. - Po kolei powtórzyłyśmy to samo. - Wygląda coraz 

gorzej - mówiła Jackie. - Coraz gorzej. Wygląda na chorą. Wygląda na chorą.

Rzeczywiście, Abby wyglądała dość mizernie. Ciągnęłyśmy to jakieś pięć minut, a 

stan Abby coraz bardziej się pogarszał. W końcu Jackie szepnęła:

- Ona umiera. Umiera... - Powtórzyłyśmy za nią. - Już nie żyje. Nie żyje. - Faktycznie, 

nie wyglądała zbyt dobrze, leżała sztywno jak kłoda. Wydawało mi się, że nie oddycha. - O 

Panie,  pomóż   nam   unieść  Abby   do  góry.   Unieś   ją.  -  Aż  mnie  ciarki  przeszły,  bo  kiedy 

delikatnie poruszyłam dwoma palcami, Abby podniosła się leciutko jak piórko. Znalazła się 

 De quoi vo - t - il? (fr.) - dosłowne tłumaczenie zwrotu: o co chodzi?

background image

tuż nad naszymi głowami. To było niesamowite.

Po paru chwilach wszystkie jednocześnie spanikowałyśmy i ciężko opuściłyśmy ją na 

ławkę. Trochę ją to ocuciło, bo kiedy wybiegałyśmy z klasy, usłyszałam, jak mówi:

- Chyba złamałam sobie tyłek.

23.00

 Przebudziłam się raptownie, bo usłyszałam, że otwierają się drzwi do mojego 

pokoju. Naprawdę otworzyły się same...

Środa, 30 września

7.30

 Nie mogę kręcić głową, bo całą noc przesiedziałam w łóżku i złapał mnie skurcz 

w szyi.

13.00

 Gemma powiedziała, że Peter Dyer, ten spec od całowania, przyjmuje jutro po 

szkole. Trzeba tylko pójść do jego domu i zapukać, między wpół do piątej a wpół do siódmej, 

bo potem wracają jego rodzice. Kto pierwszy, ten lepszy. Czyżbym upadła aż tak nisko? O 

nie!

21.30

 Musiałam znowu gadać z Jas o tym, co założy w piątek. Jeśli chodzi o mnie, to 

może pójść nawet na golasa.

background image

PAŹDZIERNIK

Miłość niedoskonała

Czwartek, 1 października

16.30

 Jednak w końcu znalazłam się pod domem Petera Dyera i zapukałam do drzwi. 

Ellen, Jas, Jools, Patty, Sarah i Mabs ukryły się za żywopłotem na końcu ogrodu. Co się ze 

mną dzieje?

Jestem ZDESPEROWANA - to się dzieje.

Nie   mogłam   się   zdecydować,   czy   umalować   usta,   czy   nie.   Ale   właściwie   po   co 

miałabym to robić, skoro i tak szminka zejdzie... Co ja wygaduję?

16.31

  Peter otworzył drzwi. Ma jakieś siedemnaście lat, jasne włosy i nieco senny 

wzrok. Jest całkiem niezły, trochę w stylu chłopaków z boys bandów. Widzę, że żuje gumę. 

Mam nadzieję, że ją wyjmie, bo inaczej mogłabym się zadławić na śmierć. Zza żywopłotu 

dobiega zduszony chichot. Peter go słyszy, ale najwyraźniej w ogóle się nie przejmuje.

- Wchodzisz... yyy... jak masz na imię?

- Georgia - mówię (kurczę, zamierzałam podać fałszywe imię) i wchodzimy do domu.

Peter ma na sobie obcisłe niebieskie dżinsy, dostrzegam też takie dzwoneczki, jakie 

Japończycy   wieszają   na   drzwiach   (oczywiście   Peter   nie   ma   ich   na   dżinsach,   tylko   w 

drzwiach). Te, jak im tam... dzwoneczki wietrzne. Po co to wieszać? Okropnie hałasują, a 

poza   tym,   czy   naprawdę   koniecznie   trzeba   wiedzieć,   że   wieje   wiatr?   Na   gegrze   właśnie 

przerabiamy Japonię i żeby zagiąć Sokole Oko, nauczyłam się na pamięć wszystkich wysp. 

Hokkaido, Honsiu... yyy,  no, prawie wszystkich.  W zeszłym  roku zrobiłam taki numer z 

Irlandią Północną. Kiedy oskarżają cię, że nie uważasz na lekcji, od razu robi wrażenie, jak 

wyrecytujesz   wszystkie   hrabstwa   (najlepsza   jest   technika   pamięciowa:   FAT   LAD

  

Fermanagh, Antrim, Tyrone, Londonderry, Armagh, Down).

Ojej, idziemy na piętro do pokoju Petera. Nie odezwał się ani słowem. W jego pokoju 

panuje o wiele większy porządek niż w moim. Peter nawet zasłał łóżko. Na ścianach wiszą 

plakaty modelek, Miss Grudnia i tak dalej. Ja mam plakaty ze szczeniaczkami oraz zbiorowe 

zdjęcie obsady mojego ulubionego serialu. Czy na tym właśnie polega ta przepaść dzieląca 

chłopaków i dziewczyny? Czy to... ojej, Peter siada na łóżku.

 Fat lad (ang.) - grubas.

background image

- Usiądziesz? - pyta, klepiąc miejsce koło siebie.

Nie, dzięki, myślę. Już bym wolała włożyć głowę do wiadra z węgorzami, ale mówię:

- OK - i siadam.

Obejmuje mnie. Zastanawiam się, czy też go objąć, ale się rozmyślam, bo przypomina 

mi się incydent z nadziewaną oliwką. Nagle Peter drugą ręką odwraca do siebie moją twarz. 

Całe  szczęście,   że   nie   próbował   tego   zrobić   wczoraj,   kiedy   miałam   stężenie   pośmiertne 

głowy.

- Zamknij oczy i się rozluźnij - mówi.

21.00

 Uff! Chyba już jestem kobietą. Libby nawet tego nie podejrzewa, pakując się 

do mojego łóżka w opasce z czułkami. Udaje wielką pszczołę.

- Powinnaś już iść spać - mówię, ale ona tylko bzyczy i robi obrażoną minkę, więc ja 

też muszę zrobić: „Bzz, bzz, bzzzii, baz, baz”, a potem wskazuję czułkami na jej łóżko.

21.20

 Kiedy wróciłam do domu, ani mama, ani tata nie zauważyli, że się zmieniłam. 

Żeby tata ruszył się z fotela, musiałabym chyba wejść z własną głową pod pachą. Zaczyna 

tyć. Kiedyś muszę mu o tym troskliwie napomknąć. W każdym razie, jak już powiedziałam, 

uff!

Kiedy zamknęłam oczy, Peter powiedział:

- Najpierw pocałujemy się zwyczajnie. - I mnie pocałował. Zaczęliśmy od najprostszej 

wersji, czyli dotknęliśmy się ustami, nie poruszając się. Uznał, że jestem bardzo naturalna, to 

znaczy ani za bardzo nie naciskam, ani nie odsłaniam zębów, co, jak się okazuje, u większości 

dziewczyn zdarza się powszechnie.

Wytłumaczył,   jak   się   zorientować,   na   którą   stronę   przechylić   głowę   (trzeba 

przyuważyć, co robi chłopak, a potem tylko się dopasować). Trochę pokręciliśmy głowami, a 

potem powiedział, co robić z rękami (najbezpieczniej ująć chłopaka w pasie).

Och, przez pół godziny przerobiliśmy bardzo dużo materiału. Trochę popracowaliśmy 

językami, czego obawiałam się najbardziej, ale nie było tak źle, trochę mi się to skojarzyło z 

jaszczurką, która strzela na boki języczkiem. Właściwie to całkiem miłe, choć trochę dziwne. 

Najważniejsze, żeby zachowywać równowagę między „braniem” a „dawaniem”. Peter mówi, 

że nikogo nie można uszczęśliwiać na siłę.

Pod  koniec   tej   sesji  (nastawił   budzik)  podał  mi   dłoń  i  odprowadził  do  drzwi.  Po 

drodze   minęłam   Mabs   -   przyszła   jej   kolej.   Cieszyłam   się,   że   byłam   pierwsza.   Kiedy 

background image

wracałyśmy do domu, Jools, Ellen i Jas próbowały wszystko ze mnie wyciągnąć, ale ja tylko 

powiedziałam z godnością:

- Chyba   wolałabym   najpierw   to   wszystko   sobie   przemyśleć.   Jeśli   nie   macie   nic 

przeciwko temu. Bonsoir

.

22.45

 Cha, cha, cha, cha, cha! A więc mam wrodzony talent.

Piątek, 2 października

16.00

 Czas na imprezę! Nie wiem, dlaczego tak się cieszę, skoro nie będzie tam BS. 

Ale może uda mi się wypróbować nowo nabyte umiejętności.

Jackie Mathews ma na szyi wielką malinkę. Posmarowała ją korektorem i założyła 

apaszkę...   cóż   za   dyskrecja!!   Ta   malinka   jest   OGROMNA!   Z   kim   ona   się   całowała   -   z 

cielakiem? Jakież to prostackie. Dlaczego ktoś ma cię gryźć po szyi?

Dzień wlókł się w nieskończoność. Muszę trochę ponarzekać sobie na pannę Stamp - 

powinna pracować w więzieniu. I na pewno kiedyś tam pracowała. Na zewnątrz panował 

straszny ziąb, a ona nam kazała biegać po boisku do hokeja na trawie. Z ust szła nam para. 

Znalazła   pod   prysznicem   Jackie   i   Alison,   które   paliły   fajki,   i   kazała   im   się   przebrać   w 

spodenki gimnastyczne, i zrobić dwa okrążenia. Prawie ją za to polubiłam. Ale czad! Jackie 

może i wygląda OK, kiedy siedzi wystrojona w jakimś ciemnym klubie nocnym, ale szkoda, 

że jej nie widzieliście od tyłu w tych wielkich, granatowych gaciach!!

16.15

  Zostały mi tylko trzy godziny, żeby się wyszykować i zrobić sobie makijaż, 

zanim   spotkam   się   pod   wieżą   zegarową   z   Jas,   Jools   i   Ellen,   i   całą   paczką.   Na   miejsce 

przyjdziemy razem. Tata upiera się, że odbierze mnie o północy. Nie ma sensu się z nim 

kłócić, ciągle tylko powtarza: „I tak masz szczęście, w moich czasach... bla - bla - bla” - i 

wracamy do średniowiecza, czyli lat siedemdziesiątych.

19.30

  Spotkałam   się   z   moją   paczką.   Wyglądamy   jak   grupa   właścicieli   domów 

pogrzebowych, którzy wybierają się na drinka. Czerń zawsze w modzie. Dom Katie Steadman 

jest odlotowy - Katie ma własny pokój i do tego osobną sypialnię. Włochate dywany leżały 

zwinięte pod ścianami, żeby było miejsce do tańca.

Kiedy przyszłyśmy, było już ze trzydzieści osób, w tym Tom. Jas z miejsca zaczęła się 

zachowywać jak idiotka. Tom stał w grupce, ale od razu podszedł do nas, żeby pogadać. 

 Bonsoir (fr.) - dobry wieczór.

background image

Zostawiłam go samego z Jas i udałam się na obchód. Było odlotowo. Przez jakąś godzinę 

miałam fazę do tańca. Rozglądałam się za chłopakiem, z którym - z braku BS - mogłabym się 

poprzytulać, ale wszyscy sprawiali wrażenie miłych, tylko trochę przygłupich. Zauważyłam 

wśród nich ze dwa przypadki ciężkich chorób skóry. Mam farta, że pryszcze wyskakują mi 

tylko raz na jakiś czas - niektórzy wyglądają, jakby mieli całe łańcuchy górskie na twarzy... a 

niekiedy i na plecach... Au secours!!!

Nagle   dostrzegłam   Petera   Dyera.   Pomachałam   do   niego   i   podszedł.   Rozmawiał   z 

Katie Steadman, która zrobiła urażoną minę, kiedy ją zostawił.

- Cześć! - powiedział.

- Cześć... yyy... dzięki za wczoraj. Było naprawdę... yyy... super. Dużo się nauczyłam. 

Dzięki. Spojrzał na mnie z ukosa i stanął bardzo blisko mnie.

- Nie zdążyłem cię nauczyć czegoś jeszcze. Chodź ze mną. - Wziął mnie za rękę i 

wyprowadził   z   pokoju.   Nie   przerabialiśmy   trzymania   się   za   ręce,   więc   musiałam   im-

prowizować... nie za lekko, ale też i nie za mocno. Oprócz Katie chyba nikt nie widział, jak 

wychodzimy. Wszyscy kretyńsko skakali przy muzyce z płyty Slade'ów.

Poszliśmy do ogrodu i schowaliśmy się za wielkim drzewem tuż przy ścieżce. Peter od 

razu zaczął mnie całować (chyba nie należy do gaduł).

Tym razem napracowaliśmy się językami. Było nieźle, tylko trochę rozbolała mnie 

szczęka.   Peterowi   podobało   się   chyba   bardziej   niż   mnie,   bo   zaczął   tak   jakby   jęczeć   i 

przycisnął mnie do drzewa. Potem zaczął mnie całować w szyję, a ja pomyślałam: „Ojej, tej 

gałęzi nauki o całowaniu jeszcze nie przerabialiśmy” - i niemal zakrztusiłam się ze śmiechu 

(rozumiecie: gałąź nauki pod gałęzią...), ale się powstrzymałam. Trzeba ciągle pamiętać, że 

chłopaki   nie   lubią,   jak   dziewczyna   chichocze.   Nagle   usłyszałam   trzaśniecie   drzwiami 

samochodu i chrzęst kroków na żwirze.

Cofnęłam się, ale Peter nie odrywał się od mojej szyi. Potknęłam się o wystający 

korzeń   i   przewróciłam   na   pupę.   Peter   też   stracił   równowagę   i   upadł   na   mnie,   aż   oboje 

stęknęliśmy. Raptem nad sobą zobaczyłam taką jedną wysoką blondynkę z szóstej klasy, a 

koło niej... BS. Był cały ubrany na czarno i wyglądał na bardzo zdenerwowanego.

- Może jednak weszlibyście do domu? - wycedził przez zaciśnięte zęby.

Przypomniało mi się, jak ta blondynka ma na imię: Lindsay. To kompletna idiotka. 

Patrzyła   na   moje   nogi.   Pewnie   mi   ich   zazdrościła.   Spojrzałam   w   dół   i   zobaczyłam,   że 

spódnica   podjechała   mi   do   góry,   odsłaniając   majtki.   Obciągnęłam   ją   sobie   z   wielką 

godnością, ale Lindsay nadal ironicznie się uśmiechała.

 Au secours! (fr.) - na pomoc!

background image

- Cześć, Robbie - powiedział Peter zupełnie spokojnym głosem. - Myślałem, że dzisiaj 

masz koncert.

- Mam, ale Tom zapomniał klucza, więc chciałem mu go podrzucić.

Nawet na mnie nie zerknął, w ogóle ani słowem się nie odezwał.

Północ

 Jak ja go nienawidzę. Zarozumiały dupek. Cholera, cholera, ordure

 merde 

do kwadratu. Nie jego interes, co robię w krzakach.

Wtorek, 6 października

15.00

  W weekend zadzwonił do mnie Peter. Nie wiem, skąd ma mój numer, bo z 

imprezy   wyszłam   w   wielkim   pośpiechu.   Pewnie   Gemma   mu   dała.   Telefon   odebrał   tata. 

Niezły kanał, bo tata ZACZĄŁ SIĘ ZE MNIE NABIJAĆ. Nazywa Petera „twój kawaler” i 

uważa, że to przezabawne.

Peter pytał, czy w przyszłym tygodniu pójdę z nim do kina. Chętnie się zgodziłam. A 

więc wygląda na to, że mam chłopaka. W takim razie skąd ten dół?

Od imprezy Jas zrobiła się nie do zniesienia. Przez całą matmę przysyłała mi liściki.

Kochana Gee - Gee!

Tom jest cudooooowny. Odprowadził mnie do domu, a kiedy stanęliśmy pod drzwiami,  

słodko pocałował mnie w policzek. Ma takie mięciutkie usta i tak ładnie pachnie, zupełnie 

inaczej niż mój brat. Poprosił mnie o numer telefonu - myślisz, że zadzwoni? Jak myślisz,  

kiedy?

Dzisiaj jest poniedziałek, a widziałam go w piątek, więc minęły już trzy dni. Na jego 

miejscu zadzwoniłabym dzisiaj wieczorem, a ty? Powinnam się od razu zgodzić na datę, którą 

zaproponuje? Czy też, jeżeli zaproponuje na przykład piątek, mam powiedzieć: „Ojej, prze-

praszam,   ale   tego   dnia   jestem   zajęta”?   A   kiedy   spyta:   „To   może   w   niedzielę?”,   może 

powiedzieć: „Dobra, może być w niedzielę”? Jak myślisz? Ale jeżeli powiem, że w piątek nie  

mam czasu, to jeszcze gotów sobie pomyśleć, że chcę go spławić, więc może lepiej zgodzić się 

na pierwszą lepszą datę? Błagam, odpowiedz szybko. Nara.

Rzuciłam jej najgorsze ze swoich spojrzeń, ale ona ciągle wysyła mi kolejne liściki. 

Te oba palanty, ci Jenningsowie, w ogóle mnie nie obchodzą.

16.00

  Niestety, Jas olewa to, czy oni mnie obchodzą, czy nie. Przez całą drogę do 

domu opowiadała mi, co powiedział i zrobił Tom. Im dłużej o nim słucham, tym bardziej 

 Ordure (fr.) - wulgarnie o człowieku: śmieć, gnój, szmata.

background image

utwierdzam się w przekonaniu, że Jas nie powinna się z nim zadawać. No dobra, może i 

jestem   niesprawiedliwa   i   zgorzkniała,   ale   przecież   to   moja   przyjaciółka   i   powinna   robić 

wszystko, co jej każę...

Tom   chce   otworzyć   własny   sklep   z   owocami   i   warzywami.   Och,   jakież   to 

fascynujące... zdaniem Jas.

- To wspaniałe, że jest taki młody, a już wie, czym chce się zająć w życiu.

- Tak, ziemniaków nigdy ci nie zabraknie - rzuciłam wesoło.

W   końcu   nawet   ona   zauważyła,   że   nie   jestem   zbyt  zainteresowana   tym   tematem. 

Zrobiła zdezorientowaną minę i powiedziała:

- Myślałam, że go lubisz.

Nic na to nie odparłam. Ciągle tylko myślę o tym, że jego brat patrzył na mnie z 

ironicznym uśmieszkiem, kiedy leżałam na ziemi.

- Uważasz, że nie powinnam się z nim umawiać? - ciągnęła.

Znowu nic nie odpowiedziałam.

- Znaczy się, myślisz, że nie powinnam się z nim umawiać? - powtórzyła.

Zrobiłam zagadkową minę, co - zważywszy na ten głupi beret - wcale nie było takie 

proste.

23.30

  Jestem   jedynie   nędzną   namiastką   człowieka.   I   umówiłam   się   na   randkę   z 

nauczycielem całowania.

Północ

 Angus zjadł majtki mamy. Mama mówi, że trzeba będzie go oddać. Dlaczego 

nie mogę oddać jej albo taty? Chyba nie przesadzam?

Czwartek, 15 października

Południe

  Chuda   zakazała   lewitowania.   Ogłosiła   to   dziś   rano   na   apelu.   Cala   się 

trzęsła jak galareta, aż jej latały obwisłe policzki.

- Ta szkoła przypomina slumsy na Haiti. Muszę to natychmiast powstrzymać. Każdą 

uczennicę,  która   będzie  próbowała   lewitować,   czekają  bardzo   poważne  konsekwencje.   Ja 

osobiście nie chciałabym się znaleźć w jej skórze.

- Jakby się znalazła w mojej skórze, to chybaby mnie rozsadziła. Jak myślisz, ile waży 

jej noga? Tylko sobie wyobraź, jakie wielkie gacie musi nosić... Pewnie dałoby się z nich 

uszyć ze dwie kołdry - szepnęłam do Ellen.

Tak się rozchichotałyśmy, że Sokole Oko zgromiła nas wzrokiem.

background image

14.00

  Mam   ochotę   gryźć   i   kopać.   Gdybym   była   inna,   mogłabym   porządnie 

przestraszyć jakiegoś pierwszaka, a tak muszę poprzestać na schowaniu piórnika Okropnej R 

Green.

15.00

 W drodze „na blok lekcji z nauk ścisłych” zobaczyłam Lindsay. Ależ ona jest 

tępa. To Miss Głupoty. I ma najdurniejszą fryzurę na świecie - włosy podwija sobie pod spód. 

Na meczu hokejowym widziałam jej nogi - chude jak patyki. Tak cieniutkie, jakby od lat nie 

chodziła, tylko poruszała się na wózku inwalidzkim. A kiedy chce się skupić, zakłada grube 

okulary jak Woody Allen. Na pewno je dobrze chowa, kiedy umawia się z tym Palantem. O 

kurczę, za cztery godziny idę na randkę. Straszne, w ogóle mi się nie chce. Peter jest OK i w 

ogóle, ale jakoś mi na nim nie zależy.

W mojej sypialni

Północ

 Żałuję, że w ogóle zaczęłam brać te lekcje całowania. Czuję się, jakby mnie 

atakowały wielkie robale. W ogóle już nie widuję jego twarzy. A zresztą dlaczego on mnie 

tak   lubi?   Ledwo   zdążyłam   powiedzieć:   „Co   teraz   przerabiacie   na   matmie?”,   a   już   mnie 

zaatakowały te robale. Nie mogę się z nim więcej spotykać. Ale jak mu o tym powiedzieć?

1.00

 Poproszę Jas, żeby mnie w tym wyręczyła.

Piątek, 16 października

21.00

 Co za tydzień!

Namówiłam Jas, żeby w moim imieniu zerwała z Peterem. Kazałam jej, żeby zrobiła 

to delikatnie, więc powiedziała mu, że mam problemy osobiste. Spytał, jakie, a ona na to, że 

chyba jestem lesbijką. Brawo, Jas.

Poniedziałek, 19 października

16.00

 Po całej budzie rozeszła się plotka, że jestem lesbijką. Kiedy akurat byłyśmy w 

przebieralni,   przyszła   panna   Stamp,   żeby   zmienić   ubranie.   Nagle   wszystkie   dziewczyny 

uciekły, zostawiając mnie z nią sam na sam. Ona normalnie ma wąsy. Nie widzi tego czy jak?

Piątek, 23 października

20.00

 Tom zadzwonił do Jas, no i wybierają się na „randkę”, żeby posłuchać zespołu 

background image

Robbiego. Grupa ta nazywa się Sztywne Dylany. To na pewno straszne badziewie. I merde. 

Wręcz double merde

.

Mama z tatą rozmawiali w kuchni, a kiedy weszłam, przerwali i zrobili dziwne miny. 

Nie zrozumcie mnie źle, lubię, kiedy się zamykają, gdy wchodzę do pokoju, no, w każdym 

razie lubiłabym, gdyby to po prostu była normalka. Mama powiedziała:

- Gee, czy nie sądzisz, że powinnaś zobaczyć kawałek świata?

- Jeśli  próbujesz  mnie  namówić  na wyjazd do cioci Kath, do Blackpool, na Boże 

Narodzenie, to daj sobie spokój - odwarknęłam.

Kiedy chcę, potrafię być bardzo uszczypliwa.

22.00

 Oglądam się w lustrze pod różnymi kątami, ale z każdej strony widać, że mam 

okropnie wielki, rozklapciany nos.

Ciekawe,   czy   mama   dałaby   mi   pieniądze   na   operację   plastyczną?   Ciekawe,   czy 

mogłabym   go   sobie   zoperować   w   ramach   ubezpieczenia,   gdybym   poszła   do   lekarza   i 

powiedziała, że ten nochal ma szkodliwy wpływ na moją psychikę?

Potem jednak przypomniało mi się, że powinnam myśleć trzeźwo.

Mój lekarz nie przypomina George'a Clooneya z Ostrego dyżuru. Mój lekarz to doktor 

Wallace,   nieprawdopodobnie   gruby,   czerwony   na   gębie,   bezduszny   konował.   Trudno   od 

niego wyciągnąć choćby aspirynę, nawet kiedy się ma grypę.

23.00

 Dzwoniła Jas. Świetnie się bawiła z Tomem.

- Przyniósł ci w prezencie bukiecik porów? - spytałam złośliwie, ale Jas nie dała się 

sprowadzić z obłoków na ziemię.

- Nie, ale genialnie tańczy - odpowiedziała. - Sztywne Dylany były super. Robbie 

śpiewa ekstra.

Musiałam spytać jak jakaś masochistka:

- Była tam Lindsay?

- Tak. Jest całkiem fajna. Upięła sobie włosy.

Byłam wściekła, że Jas okazała się tak nielojalna.

- O, to miło, że znalazłaś sobie nowych przyjaciół - powiedziałam. - Ale wydaje mi 

się, że skoro Lindsay jest teraz twoją NAJLEPSZĄ przyjaciółką, to mogłabyś jej powiedzieć, 

że ludzie z dużymi uszami nie powinni sobie upinać włosów.

 I merde. Wręcz double merde (fr.) - I gówno. Wręcz podwójne gówno.

background image

I trzasnęłam słuchawką.

Północ

. De auoi va - t - il?

Poniedziałek, 26 października

19.00

 Ignoruję Jas. To bardzo męczące, ale przecież ktoś to musi robić.

Czwartek, 29 października

17.00

  Dzisiaj   byłam   na   dywaniku   u   Chudej.   Słowo   daję,   ona   nie   ma   za   grosz 

poczucia humoru.

Największy problem polega na tym, że jej zdaniem chodzimy do szkoły po to, żeby się 

czegoś nauczyć, my zaś wiemy, że szkoła jest po to, żeby wypełnić czymś wolny czas, zanim 

wrócimy do domu i zaczniemy robić naprawdę ważne rzeczy z naszymi przyjaciółmi. To 

wtedy nabywamy takich życiowych umiejętności, jak robienie sobie makijażu, słuchanie płyt 

i podrywanie chłopaków.

Tak czy siak, znowu poszło o błahostkę.

Wszystkie   czwarte   klasy,   razem   z   nauczycielami,   musiały   sobie   zrobić   szkolne 

zdjęcie. Był nawet Herr Kamyer, jedyny samiec w tym gronie. Ellen, Jas, Jools, Rosie Mees i 

mnie ustawiono w ostatnim rzędzie, bo jesteśmy najwyższe. Ostatnio mamy bzika na punkcie 

starych   telewizyjnych   przedstawień   lalkowych.   Rosie   ma   kasety   wideo   ze   wszystkimi 

nagraniami. Znamy na pamięć wszystkie powiedzonka. I chodzimy sztywno jak marionetki w 

rękach  aktorów (kiepskich).  Obecnie  koncentrujemy się  na Marinie  Aguamarinie.  Marina 

mieszkała w podwodnym królestwie - jej ojciec był tam królem - które zostało zaatakowane 

przez straszliwych ryboludów (nie nosili sączków na genitalia, a wielka szkoda).

W każdym razie Marina Aquamarina pływała sobie pod wodą; włosy unosiły się za 

nią, a ręce zwisały jej luźno po bokach. Podobała się wszystkim chłopakom, tym bardziej że 

była   skończoną   kretynką,   a   kiedy   ktoś   się   do   niej   odzywał,   mrugała   oczami   jak   głupia 

blondynka. Tak więc, kiedy udajemy Marinę Aquamarinę, tak samo płyniemy po korytarzach 

budy, z rękoma opuszczonymi wzdłuż boków, i nie wolno nam się odzywać, tylko kręcimy 

głową   i   mrugamy.   Kiedy   więc   na   przykład   dyżurny   pyta:   „Gdzie   twój   beret?”,   możesz 

wyłącznie zamrugać i szybko odpłynąć.

Ale jest też faza  numer dwa, która polega  na udawaniu Jimmy'ego,  chłopczyka  z 

Supercar. Jimmy ma bardzo zadarty, piegowaty nos. Oczywiście można przycisnąć palce do 

nosa   i   podnieść   czubek,   żeby   nos   zrobił   się   zadarty,   ale   bardziej   wyrafinowana   metoda 

background image

wymaga   wykorzystania   pojemników  na  jajka.   Bierze  się  taką  część,   w  której  leży jajko, 

maluje się na niej nozdrza i piegi - i gotowe. Jeszcze tylko gumka i zakłada się sztuczny nos 

na prawdziwy. Voilà l'enfant Jimmy!

Rosie, Ellen, Julia, Jas i ja założyłyśmy sobie te nochale na sesję zdjęciową. Kiedy 

ogląda   się   fotkę,   początkowo   nic   nie   widać,   ale   jeśli   przyjrzeć   się   jej   uważniej,   można 

dostrzec, że pięć dziewczyn z tylnego rzędu ma zadarte, piegowate nosy. Każdemu powinno 

się to wydać bardzo zabawne. Ale nie Chudej. Cała aż się trzęsła ze złości.

- Wiecie, ile takie zdjęcia kosztują? Nie macie pojęcia, wy głupie dziewuchy! Wiecie, 

na jakie pośmiewisko wystawiłyście  siebie  i szkołę? Nie, oczywiście,  wy nie rozumiecie 

nawet podstawowych rzeczy.

Wypuściła nas jakieś czterdzieści lat później. Za karę mamy zebrać wszystkie śmieci z 

terenu budy. To się powinno spodobać panu Attwoodowi, naszemu dozorcy. Wreszcie mógł 

się   na   nas   zemścić   za   to,   że   przezywamy   go   „Elvis”.   Ma   jakieś   sto   dziewięć   lat   i   jest 

najnudniejszym,   najzłośliwszym   człowiekiem   we   wszechświecie  -  oczywiście   nie   licząc 

mojego taty. Naprawdę nie wiem, co się z nim ostatnio dzieje (z tatą). Ciągle się koło mnie 

kręci, dziwnie patrząc. Och, w mojej rodzinie kazirodztwo to normalka. (Niezły dowcip).

 Voi/à l'enfant Jimmy (fr.) - Oto dzieciak Jimmy.

background image

LISTOPAD

Królik doświadczalny

Czwartek, 5 listopada

19.00

 Nienawidzę tej daty. Droga do budy to był jeden wielki koszmar. Chłopaki co 

krok rzucali petardami. Mają obsesję na punkcie wydzierania się i straszenia ludzi. Widziałam 

Petera   Dyera   (Chłopaka   Robala),   ale   on   mnie   zignorował   i   tylko   coś   szepnął   swojemu 

koledze. Teraz chodzi z Katie Steadman - i na zdrowie. Ciekawe, czy Peter to mój pierwszy i 

ostatni chłopak? Jas i ja znowu rozmawiamy ze sobą. Wielka szkoda, bo ona chce gadać tylko 

o Tomie. Jest zła, bo Tom przez cały weekend musi pracować w sklepie.

- Cóż, tak to już jest w branży warzywniczo - owocowej powiedziałam. - Zawsze 

będziesz na drugim miejscu po jego légumes

.

Tym razem mi nie odszczeknęła.

19.30

  Angus uwielbia Noc Fajerwerków

. Sąsiedzi muszą zamykać swojego psa w 

izolatce dla czubków - tak się boi, ale Angus jest w siódmym niebie.

Biega za fajerwerkami - pewnie myśli, że to płonące kuropatwy. Na łące za domem 

ma zostać rozpalone wielkie ognicho, wybiera się tam cała ulica. Ja nie, bo wiem, że w blasku 

ognia mój nos wygląda na jeszcze większy. Może założyć kapelusz? Czy już do końca życia 

będę skazana na noszenie kapelusza? Nie. Zostanę w swoim pokoju i będę patrzyła przez 

okno, jak się bawią inni.

22.00

 Cudowne ognisko!!! Uwielbiam Noc Fajerwerków. Piekłam ziemniaki i trochę 

pogadałam z chłopakiem z tej samej ulicy. Wygląda trochę jak Mick Jagger (ale oczywiście 

nie ma osiemdziesięciu lat). Kiedy zaczęłam zbierać się do domu, powiedział: „To na razie”. 

On chyba chodzi do tej męskiej szkoły dla tępaków, ale co tam, może zostać moim królikiem 

doświadczalnym. Chi, chi, chi!

Angus zwinął się w kłębek na moim łóżku, co oznacza, że nie mogę wyprostować 

nóg. Nie mam odwagi go przesunąć. Ma osmalone ucho i nadpalone wąsy, ale mruczy aż 

miło.

 Légumes (fr.) - warzywa.

 Noc Fajerwerków - w Anglii dzień 5 listopada obchodzony jest jako rocznica spisku prochowego w 

1605 roku.

background image

Środa, 11 listopada

16.20

 Po szkole Jas wpadła do mnie, żeby pogadać. Zrobiłam jej swoją słynną kawę z 

mlekiem. Znowu zaczęła truć:

- W ten weekend Tom też pracuje.

- Mówiłam ci, rodzinny interes - odparłam. Czułam się jak bardzo mądry człowiek, a 

poza   tym   chyba   się   przemieniłam   w   Żydówkę.   Nigdy   przedtem   nie   użyłam   określenia 

„rodzinny interes”. Aj waj.

Jas najwyraźniej nie zauważyła mojej nagłej przemiany w Żydówkę, tylko nadawała 

dalej:

- Już sama nie wiem. No bo on mi się naprawdę podoba, ale chciałabym się trochę 

zabawić... Nie chcę zachowywać się tak poważnie, myśleć tylko o przyszłości i w ogóle nie 

chodzić na imprezy.

Strasznie się przejęłam swoją nową rolą.

- Słuchaj, Jas, jesteś inteligentną (widzicie? potrafię powiedzieć coś podobnego bez 

odrobiny ironii), atrakcyjną dziewczyną, cały świat leży u twoich stóp. Chcesz skończyć jako 

żona sprzedawcy warzyw? Zostań z nim, a ledwo się obejrzysz, już dorobisz się piątki dzieci i 

od samego rana będziesz się z nim kłóciła o kapustę. Zobacz tylko, co stało się z moją mamą - 

powiedziałam znaczącym tonem.

Do tego momentu Jas nadążała za moim tokiem rozumowania, ale teraz spytała:

- A co stało się z twoją mamą? - Trafiła na tatę - odparłam.

- Rozumiem.

Poniedziałek, 16 listopada

16.10

  Jas zerwała z Tomem. Dziś rano przyszła do szkoły blada i z zapuchniętymi 

oczami. Musiałam poczekać do przerwy, żeby z nią pogadać.

Poszłyśmy na korty tenisowe, chociaż był straszliwy ziąb. Mimo to nie założyłam 

podkoszulka. Natomiast uparcie noszę stanik, chociaż trochę mi się marszczy. Myślę, że teraz 

piersi już zdecydowanie mi rosną. Podobno jak się je głaszcze, to się powiększają. Pamela 

Anderson   pewnie   ciągle   je   sobie   miętoli   -   takie   ma   wielkie.   No,   w   każdym   razie   Jas 

opowiedziała mi o Tomie i o tym, jak została osobą porzucającą.

(Odmiana słowa „porzucać”: ja porzucam, ty porzucasz, on/ona/ono porzuca itd.).

- Zmartwił i zarazem rozzłościł - powiedziała. - Uważał, że do siebie pasujemy.

Zrobiła taką minę,  jakby znowu miała  się rozpłakać, więc ją objęłam, ale szybko 

background image

cofnęłam   rękę   -   nie   chcę,   żeby   z   powrotem   zaczęły   się   te   plotki   o   moich   lesbijskich 

skłonnościach.

- Jas, jest mnóstwo innych chłopaków. Zasługujesz na lepszego niż jakiś sprzedawca, 

który ma okropnego starszego brata.

22.00

  Boże   kochany.   Znowu  dzwoniła   Jas.   Pytała,   czy  dobrze   zrobiła,   itd.,   itp... 

Muszę ją poznać z kimś innym.

Czwartek, 19 listopada

20.00

 Ale kanaaaał!

Dzisiaj   na   biologii   mieliśmy   zastępstwo.   Nie,   nie   zastępstwo,   zaraz,   jak   to   się 

nazywa... no, w każdym  razie lekcję prowadziła studentka. Była strasznie zdenerwowana, 

miała bardzo krótki wzrok, a my - jak to się czasami zdarza - dostaliśmy głupawki i nie 

mogliśmy przestać się śmiać. Ta studentka, panna Idris, poprosiła, żebym rozdała pipetki czy 

coś tam, więc chciałam  wstać, ale  się okazało, że Ellen i Jools przywiązały do szuflady 

troczki mojego fartucha.

Tak się trzęsły ze śmiechu, że nie mogły ich odwiązać. Minęło z tysiąc lat, zanim się 

uwolniłam. Potem Rosie podrzuciła mi liścik: „Operacja »Wędrujące Ławki«. Za każdym 

razem, kiedy panna Idris odwróci się do tablicy, po cichutku przesuwamy nasze ławki kilka 

centymetrów do tyłu”.

Pod koniec lekcji, kiedy już stanęła przodem do nas, wszystkie siedziałyśmy ściśnięte 

z tyłu, trzy metry od niej. Ze śmiechu nie mogłyśmy wydusić z siebie ani słowa. Panna Idris 

tylko zamrugała oczami i nic nie powiedziała.

A   co   się   stało   potem...!   Kiedy   ruszyłyśmy   z   Jas   do   wyjścia,   zobaczyłam   tam 

Robbiego. Przez chwilę myślałam, że zrozumiał, że woli MNIE, MNIE, MNIE od tej bezna-

dziejnej idiotki, ale kiedy go mijałam, spojrzał na mnie jakoś tak STRASZNIE.

- Widziałaś? - spytałam Jas. - O co mu chodzi? No, dobra, zobaczył moje majtki, ale 

przecież to nie zbrodnia.

Jas trochę się zarumieniła.

- Wiesz coś, czego ja nie wiem? - spytałam.

- No,   może...   -   odparła   trochę   podenerwowanym   tonem.   -   Myślę,   że   Robbie   się 

wkurzył, bo Tom jest zły, że już ze sobą nie chodzimy, a ja mu powiedziałam, że zrywam z 

nim również dlatego, że rozmawiałam z tobą i ty powiedziałaś, że nie powinnam się umawiać 

z chłopakiem, który pracuje w warzywniaku, bo stać mnie na kogoś lepszego. No, przecież 

background image

tak mówiłaś.

Złapałam ją za krawat.

- Coś ty powiedziała???!!!!

Ona tylko zamrugała oczami i zrobiła się różowobiała.

Północ

 NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ. Tak zwana najlepsza przyjaciółka wbiła mi 

nóż w plecy.

W   moich   ulubionych   książkach   takie   historie   się   nie   zdarzały.   Nic   dziwnego,   że 

Robbie się na mnie boczy i gniewa.

Poniedziałek, 23 listopada

16.15

  Koszmarny   dzień.   Jackie   „zaproponowała”,   żebyśmy   się   zabawiły   na 

niemieckim,   kiedy   Herr   Kamyer   pisał   na   tablicy   odmianę   czasowników.   (Niemiecki   to 

strasznie głupi język, czasownik pojawia się na samym końcu zdania. Może się odechcieć. 

Dla odmiany chyba zacznę mówić na tatę „Vater”, a na mamę - „Mutter”. W skrócie „Vati” i 

„Mutti”).

W   każdym   razie   Jackie   zaproponowała,   żebyśmy   oceniły   nawzajem   swoją   urodę, 

przyznając sobie punkty w skali od jednego do dziesięciu. Na liście znalazły się takie cechy 

jak skóra, włosy, oczy, nos, figura, usta, zęby. Na górze kartki napisałyśmy swoje imiona, a 

potem puściłyśmy  ją w  obieg, żeby każda wystawiła  swoją ocenę. Udział w  tym  wzięły 

Jackie, Alison, Jas, Rosie, Jules, Ellen i Beth Morgan. Ja nie chciałam, ale Jackie się nie 

odmawia. Wszystkim dałam prawie maksymalną liczbę punktów... chociaż oczywiste fakty 

wyglądały wręcz odwrotnie. Na przykład dałam Beth siedem punktów za zęby - rozumując, 

że jeżeli się wyprostują, będą wyglądały ładnie, nigdy nie wiadomo. Wszystkie punkty przy-

znawałyśmy   anonimowo.   A   później   przeanalizowałyśmy   wyniki.   Moja   lista   wyglądała 

następująco:

Skóra 7 8 8 7 8 8 7

Włosy 8 8 8 8 8 8 8

Oczy 7 8 8 8 8 8 8

Nos 4 3 3 0 4 4

1

/

4

 4

Figura 7 6 7 7 7 7

1

/

2

7

Usta 6 6 6 6 5 6

1

/

3

 6

Zęby 8 8 9 9 8 9 9

Ktoś mi dał zero za nos!!! Miałam najniższą punktację. Najlepiej wypadły moje zęby. 

background image

Jas dostała prawie same ósemki za wszystkie cechy więc wpadła w ten obrzydliwy nastrój jak 

wtedy, kiedy człowiek dobrze napisze klasówkę i jest bardzo „miły” dla osób, którym poszło 

gorzej. W drodze do domu porównałyśmy swoje wyniki.

- Jas, dostałaś więcej punktów za usta niż ja. Co jest nie tak z moimi? Dlaczego twoje 

niby mają być lepsze? To ty mi dałaś sześć i jedną trzecią? Wygląda mi to na twój charakter 

pisma.

Zaczęła się wykręcać.

- Tak...? Nie, to chyba nie ja.

Tu ją miałam.

- Skoro nie ty, to znaczy, że dałaś mi jeszcze mniej. Wtedy się wycofała.

- A, rzeczywiście, to mój charakter pisma. Okropnie się wkurzyłam.

- Co jest nie tak z moimi ustami?

- Nic, dlatego dałam ci sześć i jedną trzecią.

- To znaczy, że są przeciętne.

- Dałabym ci więcej, bo kiedy są zamknięte, zasługuję na siedem albo i osiem.

- Kiedy są zamknięte? - spytałam groźnym tonem. Jas zrobiła się czerwona jak burak.

- Wiesz, muszę patrzeć całościowo. Rozumiesz, chodzi o twój uśmiech.

- Co z nim?

- Kiedy się uśmiechasz, strasznie ci się rozciągają...

- No, dalej.

- Twarz ci się tak jakby dzieli na pół, no i wtedy nos wygląda na większy.

19.00

  Przed lustrem. Ćwiczę taki uśmiech, żeby nos mi się nie rozpłaszczał na pół 

twarzy. To nie do zrobienia. Już nigdy w życiu się nie uśmiechnę.

20.00

 Dzwoniła Jas.

- Jas, dałaś mi tylko siedem i pół za figurę, a ja ci dałam osiem.

- No i?

- Dałam ci osiem tylko dlatego, że jesteś moją przyjaciółką.

- A ja ci dałam siedem i pół też tylko dlatego, że jesteś moją przyjaciółką. Chciałam 

dać ci siedem.

Północ

 Jak Jas śmiała dać mi tylko osiem punktów za oczy?! Ja też dałam jej osiem, 

background image

ale ona ma przecież beznadziejnie głupie brązowe oczy.

1.00

 Prawdopodobnie to ta głupia Beth Morgan dała mi cztery, trzy albo zero za nos. 

Ja   jej   dałam   sześć   i   pół,   co   świadczy   o   mojej   wspaniałomyślności.   Uprzejmość   nie   ma 

najmniejszego sensu.

Czwartek, 26 listopada

21.00

  Dzisiaj   Vati   rzucił   prawdziwą   bombę   –   jedzie   na   wycieczkę   do   Nowej 

Zelandii. M i T zamierzają się tam przeprowadzić! Po co w ogóle zawracali sobie głowę tym, 

żeby mnie o tym poinformować? Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną. Szykowałam 

się do szkoły, kiedy Vati powiedział:

- Georgia, nie wiem, czy słyszałaś, ale u mnie w pracy jest dużo zwolnień.

- Vati,   tylko   mi   nie   mów,   że   pójdziesz   na   zasiłek.   Jeżeli   zabraknie   ci   pieniędzy, 

zawsze możesz sprzedać swój fartuszek.

Poniedziałek, 30 listopada

16.20

 Jas ciągle zamartwia się Tomem. Teraz musimy unikać „jego” części miasta. 

Mam nadzieję, że nie zwariowałam, ale Rosie mi powiedziała, że ona rysuje sobie językiem 

różne rzeczy na podniebieniu. Serduszka, domki. Wtedy jej powiedziałam, że jest walnięta, a 

teraz sama zaczęłam to robić.

17.00

  Na   ulicy   wpadłam   na   tego   chłopaka,   którego   poznałam   podczas   Nocy 

Fajerwerków. Na chwilę przysiedliśmy na murku przy moim domu. Dziwne, ale kiedy go 

widzę, nie czuję potrzeby, żeby szybko biec do swojego pokoju i się malować. Nawet nie 

zgarniałam włosów na czoło, żeby mi zasłaniały pół twarzy (i przy okazji pół nosa). Tata 

mówi, że jak tak dalej pójdzie, to wkrótce oślepnę na jedno oko, a poza tym, że wyglądam jak 

pekińczyk,   ale   co   on   tam   wie?   Zresztą   w   Nowej   Zelandii   nie   będzie   musiał   się   tym 

przejmować.

Ten chłopak ma na imię Mark. Myślę, że w jego obecności nie krępuję się dlatego, że 

on ma OGROMNE usta. Słowo daję, zupełnie jak Mick Jagger. Ma pewnie z siedemnaście lat 

i chodzi do Parkway, tej szkoły dla tępaków. Jest stuknięty na punkcie piłki i często gra z ko-

legami w parku. Zdaje się, że widziałam ich tam, kiedy zabrałam Angusa na spacer. Jest 

całkiem   niezły   (Mark,   nie   Angus),   pomimo   tych   ust.   Chce   zostać   piłkarzem   i   jeździ   na 

treningi. Kiedy się żegnaliśmy, powiedział:

background image

- To na razie.

O nie, znowu to samo.

21.00

 Widziałam Marka na ulicy z kolegami. Obejrzał się na okno mojego pokoju, 

więc musiałam szybko schować się za zasłonkę. Mam nadzieję, że mnie nie zobaczył, bo 

położyłam  sobie maseczkę z awokado, a grzywkę przykleiłam do czoła, żeby się wypro-

stowała. Ciekawe, dokąd szedł? Miał na sobie tenisówki i spodnie od dresu.

22.30

 Usłyszałam, jak Mutti i Vati się kłócą. Super, rozwiodą się i będą walczyli o 

prawo do opieki nade mną.

22.40

 Jeżeli zostanę z mamą, będę miała dostęp do kosmetyków, ciuchów i tak dalej, 

poza tym ją zawsze łatwiej przekonać, żeby mi pozwoliła później wracać. Śmieje się z moich 

żartów i często wychodzi z domu. Z drugiej strony tęskniłabym za Vati.

22.42

 No cóż, pa, pa, Vati...

background image

GRUDZIEŃ

Koncert Sztywnych Dylanów

Wtorek, 1 grudnia

11.00

  Mucho   excitemondo!

  W   szkole   Foxwooda   ma   się   odbyć   gwiazdkowa 

potańcówka. Dzisiaj Chuda oznajmiła to na apelu.

- Dziewczęta, dwunastego grudnia o wpół do ósmej w szkole Foxwooda odbędzie się 

przedświąteczna potańcówka.

Scena jak z  Małej księżniczki.  Ja, Rosie, Jas i Ellen wydałyśmy z siebie tak długie 

westchnienie, że Chuda w końcu musiała powiedzieć: „Spokój”. Potem dodała:

- Jedną z atrakcji będzie... występ zespołu.

Znowu zaczęłyśmy wzdychać, ale Sokole Oko rzuciła nam tak mordercze spojrzenie, 

że przestałyśmy.

Miałam ochotę krzyknąć: „Niech żyje dyrektor Foxwooda i cała Anglia, hip - hip 

hurra!”, ale jednak zrezygnowałam.

Chuda jeszcze nie skończyła.

- Zespołem tym będą Sztywne Dylany.

Przerwa obiadowa

12.30

 Jas i ja odbyłyśmy naradę przy automacie z napojami.

- Myślisz, że powinnyśmy się wybrać? - spytała. - Bo wiesz, będzie tam Lindsay, a 

Tom może... no, może przyprowadzić inną i wtedy wyjdziemy na...

- ...skończone idiotki? - dokończyłam.

16.00

 Dzisiaj na religii wydarzyła się najbardziej żenująca rzecz we Wszechświecie 

Żenujących Rzeczy. Przedmiot ten prowadzi panna Wilson, która jest nie do końca normalna 

(a kto normalny by tego uczył?). To żałosna kobieta z rudymi włosami, ostrzyżonymi  na 

smętnego pazia. Rajstopy zawsze jej się marszczą, a poza tym nosi tragiczne swetry, które 

zazwyczaj   krzywo   zapina.   Nie   grzeszy   urodą,   a   do   tego   -   co   gorsza   -   w   ogóle   nie   ma 

osobowości.

Lekcje z nią polegają głównie  na tym, że panna Wilson gada, a my posyłamy sobie 

 Mucho excitemondo! - przekręcone hiszpańskie słowa: bardzo ekscytujące.

background image

liściki albo piłujemy paznokcie. W zeszłym roku Rosie tak się wyluzowała, że zaczęła sobie 

smarować nogi balsamem. Było tak gorąco, że nie założyłyśmy rajstop. Rosie wyciągnęła 

nogi na ławce i zabrała się do kremowania. Zauważyła to nawet panna Wilson. Pamiętam, że 

powiedziała: „Rosie, lepiej weź się do roboty, i to już!”. Wydało nam się to szalenie zabawne 

- śmieszyło nas jeszcze wiele godzin później.

W każdym razie dziś po południu panna Wilson z jakiegoś powodu zaczęła mówić o 

higienie osobistej. Słowo daję, nie wiem, co to ma wspólnego z religią. Może starożytni Żydzi 

wyganiali z miast śmierdzących trędowatych? Nie wiem.

- Tak,   dziewczynki   -   powiedziała.   -   Wiem,   jak   musi   się   czuć   taka   osoba,   bo   w 

młodości sama miałam problemy z poceniem się i ludzie mnie unikali. Nie kąpałam się, bo 

byłam sierotą i miałam depresję...

Siedziałyśmy ze spuszczonymi oczami, a ona truła o zapachu swojego potu. To było 

STRASZNE... Jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam, kiedy rozległ się dzwonek i musiałyśmy 

iść na wuef.

Z wrzaskiem pobiegłyśmy pod prysznic i zaczęłyśmy się szorować jak wariatki. Panna 

Stamp była w szoku - zimą zawsze musi nas namawiać, żebyśmy w ogóle się przebrały. 

Przyszła i ze zdumieniem spojrzała na nas. W końcu nam się przypomniało, że jest lesbijką, 

więc z krzykiem uciekłyśmy spod prysznica.

Ta szkoła to siedlisko zboczeńców. Już bezpieczniej jest chyba w poprawczaku.

20.00

 Jas nocuje u mnie. Obgadałyśmy plan związany ze szkolną potańcówką.

21.00

 Wyglądałyśmy przez okno w moim pokoju, usiłując zajrzeć do domu obok, bo 

byłyśmy   ciekawe,   w   czym   śpi   pan   Sąsiad.   Jas   twierdziła,   że   w   piżamie,   ale   mnie   się 

wydawało, że to krótka koszula nocna.

Nagle zobaczyłyśmy na ulicy Marka (tego z Nocy Fajerwerków) z jakąś dziewczyną. 

Zatrzymali się pod latarnią, ale nie widziałam, jak ta dziewczyna wygląda, bo zaczęli się 

całować. Nie w cieniu czy gdzieś, tylko pod samą latarnią. Nie mogłyśmy oderwać od nich 

oczu, a żeby mieć lepszy widok, wdrapałyśmy się na parapet. Trochę nam było ciasno, ale 

wszystko widziałyśmy. Wtedy usłyszałam pukanie i weszła Libby ze swoim kocykiem, czyli 

„kocikiem”, jak go nazywa. (Właściwie nie jest to żaden koc, tylko stary biustonosz mamy, 

ale Libby się podoba i nie chce go oddać. Kiedyś chyba był biały, ale teraz ma ohydny szary 

odcień). Zobaczyła nas na parapecie i powiedziała:

background image

- Libby teś chcie.

- Nie, Libby - odparłam. - Już schodzę. Ale ona na to:

- Nie, nie, bzydki chlopcik, bzydki chlopcik... ja chcie pacieć.

I tak mnie zaczęła bić tym kocykiem, że musiałam ją wziąć na ręce. No nie, daję się 

terroryzować trzylatce i żbikowi.

No więc wzięłam ją na ręce, a ona wcisnęła się między mnie a Jas. Od razu zobaczyła 

parę pod latarnią.

- Ojej, pać, pać! Panpani, panpani!!! Cha, cha, cha, cha, cha!

Rzeczywiście,   trudno   było   rozróżnić,   gdzie   się   kończy   Mark,   a   zaczyna   ta 

dziewczyna, ale wszystko się wyjaśniło, kiedy Mark przestał ją całować i spojrzał ponad jej 

ramieniem. Wprost w moje okno. Nie wiem, czy dostrzegł nas w mroku, ale tak szybko 

zeskoczyłyśmy z parapetu, że przewróciłyśmy się na łóżko.

- Jeście śkaciemy! - zażądała Libby.

Boże, mam nadzieję, że Mark nie widział, jak go podglądałyśmy.

Środa, 2 grudnia

8.30

  Ja   i   Jas   wybiegamy   na   ulicę.   Na   rogu   niemal   wpadłyśmy   na   Marka.   Jas 

(najlepsza   przyjaciołka)   powiedziała,   że   musi   jeszcze   skoczyć   do   swojego   domu   i   że 

spotkamy się w budzie. Trochę się zarumieniłam, kiedy ruszyliśmy z Markiem przed siebie.

- Masz chłopaka? - spytał nagle.

Odebrało mi mowę. Jak brzmi prawidłowa  odpowiedź na takie pytanie?  Już wam 

mówię: w takim wypadku należy skłamać.

- Właśnie   zakończyłam   bardzo   trudny   związek   i   postanowiłam   trochę   odpocząć   - 

powiedziałam.

Popatrzył na mnie. Słowo daję, on naprawdę ma największe usta, jakie kiedykolwiek 

widziałam.

- A więc nie?

I wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego... dotknął mojej piersi!!! Nie twierdzę, że 

rozdarł   mi   bluzkę,   tylko   po   prostu   położył   dłoń   na   moim   biuście.   Na   sekundkę.   Potem 

odwrócił się i poszedł do szkoły.

12.30

  Co   to   znaczy,   kiedy   chłopak   kładzie   ci   dłoń   na   piersi?   Czy   jest   strasznie 

napalony? Czy po prostu zmęczyła mu się ręka?

background image

16.30

 Po co ja w ogóle o tym myślę? Na szczęście w drodze powrotnej nigdzie ani 

śladu Marka (biustofila).

16.45

  Chociaż,   jak   o   tym   pomyśleć,   to   skoro   chłopak   położył   ci   rękę   na   piersi, 

mógłby czasami się z tobą umówić.

17.00

  Właśnie „odrabiałam lekcje” w swoim pokoju, kiedy rozległ się dzwonek do 

drzwi. Odłożyłam czasopismo i poszłam otworzyć. To był Mark.

- Rzuciłem   Ellę   -   powiedział.   -   Masz   ochotę   wybrać   się   na   koncert   Sztywnych 

Dylanów?

- Yyy, no, yyy, tak, dzięki - odparłam.

- OK, to na razie.

18.00

 Przez telefon opowiedziałam Jas o Marku. - I wtedy powiedziałam „yyy, tak”, 

a on: „OK, to na razie”.

- „Na razie”? Co to znaczy?

- Nie wiem. Do zobaczenia wieczorem na koncercie czy jak?

- A podoba ci się? Zastanawiałam się przez chwilę.

- Sama   nie   wiem.   Przy   nim   czuję   się   jak   kobra,   wiesz,   jakoś   tak   dziwnie   i   cała 

sparaliżowana, jakby ktoś grał na tym flecie.

- Jak to? Głowa ci podskakuje, kiedy on gra na swoim instrumencie?

- Jas, nie zaczynaj. No, co ty o nim sądzisz? Zamyśliła się.

- Ma bardzo duże usta. - Tak, wiem.

A wtedy ona dodała:

- No, ale ty też.

Północ

 Ojojoj. Co robić? Dlaczego życie jest takie skomplikowane?

Czy Mark mi się podoba? Dlaczego przyjęłam jego zaproszenie?

Dlaczego Robbie nie widzi, że Lindsay to taka stras; na nudziara?

Ojejejej. Quel dommagel!! Merde. Gówno.

Poniedziałek, 7 grudnia

17.00

 Mark przysłał mi liścik. Bardzo to miłe, pomijając ten koszmarny styl: „Droga 

background image

Georgio,   wyjechałem   na   trening   do  soboty.  Spotkajmy  się   w   sobotę   o   ósmej   pod  wieżą 

zegarową. Mark”.

A więc tak. Nie mam wyboru. Muszę z nim iść.

21.00

  Do mojego pokoju weszła mama  i spytała,  czy mogłabym  zejść na dół na 

„rozmowę”. Modlę się, żeby nie chodziło o higienę osobistą albo o problemy małżeńskie 

rodziców.   Ostatnio   tata   sprawia   wrażenie   podenerwowanego,   a   do   tego   zapuszcza   wąsy. 

Idiotyczne.   Wygląda   to   tak,   jakby   na   jego   górnej   wardze   zdrzemnęło   się   jakieś   małe 

zwierzątko.

- Słuchaj, Georgio - powiedział - jesteś już młodą kobietą (a kim byłam przedtem? 

młodą klaczką?), a ponieważ myślę, że nie powinniśmy mieć przed sobą żadnych tajemnic 

(wręcz   przeciwnie,  Vati,   nigdy w   życiu   się  nie  dowiesz o  pewnej   ręce  na  mojej  piersi), 

chciałbym  ci powiedzieć, że  tu, w  Anglii,  bardzo trudno o pracę,  więc  zaraz  po Bożym 

Narodzeniu lecę do Auckland. Zostanę tam miesiąc czy dwa, trochę się rozeznam i spróbuję 

znaleźć nową pracę. Kiedy się już zainstaluję, możecie przyjechać do mnie z mamą i Libby i 

zobaczyć, jak wam się podoba.

- Wiem, co myślę o Nowej Zelandii - powiedziałam. - Widziałam Sąsiadów.

- Ale to się działo w Australii - wtrąciła mama. Co jest, kryzys rodzinny czy klasówka 

z geografii?

- Mutti i Vati - ciągnęłam spokojnie - chodzi mi o to, że to bardzo daleko stąd, a 

wszyscy moi przyjaciele mieszkają tutaj. Ujmując to inaczej, już bym wolała, żeby mnie ktoś 

zaadoptował, niż żeby moja noga miała postać na nowozelandzkiej ziemi.

Kłóciliśmy się całą wieczność - nawet Libby zeszła i przyłączyła się do nas. Ubrała 

Angusa w swoją piżamę, założyła mu czepeczek, a do pyszczka włożyła smoczek. Nie mam 

pojęcia, jak jej się to udało. Gdybym to ja zbliżyła się do niego z czepeczkiem, chybaby 

odgryzł mi rękę.

Północ

 Tak więc Vati jedzie aż do Nowej Zelandii. To jednak nie rozwiązuje mojego 

bieżącego problemu, czyli: co założyć na koncert Sztywnych Dylanów?

Piątek, 11 grudnia

14.50

  W  budzie  zapanowała   przedświąteczna   gorączka.   Dziś na  fizyce   wszystkie 

założyłyśmy srebrne rogi reniferów. Herr Kamyer chciał zażartować i powiedział:  „Oh, ja, 

background image

jingle bells, jingle bells”

Żałosne. Poza tym, dlaczego on nosi takie krótkie spodnie? Między 

skrajem nogawki a skarpetkami w szkocką kratę widać mu całe hektary bladej, owłosionej 

skóry. (Tak, on nosi skarpetki w szkocką kratę. To nie tylko żałosne. To jest żałosne do 

kwadratu).

20.00

  Mutti i Vati są dziwnie spokojni i mili dla siebie nawzajem. Zobaczyłam w 

kuchni, jak tata obejmuje mamę. Libby śpiewała na melodię Jingle bells: „Dziki pies, dziki 

pies, dziki ojejej”, aż tacie łzy stanęły w oczach. Słowo daję, myślałam, że się rozpłacze, a to 

by było straszne. Wziął ją na ręce i bardzo mocno przytulił. Ale Libby się wściekła i zaczęła 

go   przezywać:   „Bzydki,   niegzecny,   bzydki”   i   wsadziła   mu   palec   do   oka,   od   czego   już 

naprawdę się rozpłakał.

Sobota, 12 grudnia

Sztywne Dylany

7.00

 Cholera, nie chciałam budzić się tak wcześnie. No, ale dzięki temu mam wiele 

godzin,   żeby   się   przygotować   na   wieczór.   Pomyślałam,   że   przede   wszystkim   powinnam 

poćwiczyć jogę, na co nigdy nie starcza mi czasu.

7.20

 Teraz wiem, dlaczego nigdy nie chce mi się ćwiczyć - to za trudne i już. Kiedy 

zrobiłam   „pozycję   psa”,   myślałam,   że   już   nigdy   nie   wstanę.   Lepiej   położę   się   na   kilka 

minutek i odpocznę przy lekturze podnoszącej na duchu książki.

7.40

 Już nigdy w życiu nie wezmę do ręki Tybetańskiej księgi życia i umierania. Nie 

zamierzam zostać buddystką, skoro w następnym wcieleniu mogę wrócić jako patyczak.

7.50

  Filiżanka kawy z mlekiem i grzanka. Mniam - - mniam. Mama kupiła sobie 

nowe „Cosmo”.

8.10

 Na parę minut znów położyłam się do łóżka z magazynem w ręku. Hmmm. „Co 

mężczyźni mówią, a co naprawdę myślą”.

9.30

  Jeżeli chłopak mówi: „To na razie”, może to oznaczać: „Daj mi spokój. Było 

 Oh, ja (niem.) jingle bells, jingle bells (ang.) - O tak, dzwonią dzwoneczki, dzwonią dzwoneczki.

background image

super, ale nie jestem gotowy na poważny związek”, albo... „To na razie”.

9.40

 Zostanę dziennikarką piszącą dla „Cosmo” - w ogóle nie trzeba nic kumać. Albo 

może zostanę facetem - oni też nic nie kumają.

10.00

  Zdecydowałam, że założę krótką czarną sukienkę z lycry.  Jas dzwoniła już 

pewnie z pięć razy i ciągle zmieniała zdanie co do swojego stroju.

13.00

  Rosie   zaprosiła   na   koncert   Sztywnych   Dylanów   studenta   z   wymiany 

zagranicznej, który mieszka obok.

- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - spytałam ją.

- On ma na imię Sven - ona na to.

- Właśnie o tym mówię.

Rosie twierdzi, że to „niezły jajcarz”, cokolwiek to znaczy.

- Nie zna angielskiego, ale jest bardzo wysoki. Kiedy spytałam, skąd pochodzi 5ven, 

odparła:

- Nie wiem, chyba z Danii. Jest blondynem.

Okazuje się, że zaprosiła go na ten koncert, wskazując na niego, potem na siebie, i 

wykonując taniec. Wariatka. Umówiłyśmy się, że pójdziemy do supermarketu, bo na wieczór 

potrzebujemy perfum, a tam możemy spryskać się testerami, udając, że zastanawiamy się nad 

kupnem.

16.30

 Wróciłam do domu w chmurze Palomo - mam nadzieję, że trochę wywietrzeją, 

bo już mi oczy łzawią. Poza tym kupiłam sobie błyszczyk, który podobno powiększa usta. Nie 

jestem   pewna,   czy   w   moim   wypadku   to   dobry   pomysł,   zwłaszcza   że   umówiłam   się   z 

Markiem. Ciekawe, czy ta zasada dotycząca piersi odnosi się też do ust? To znaczy, czy 

rosną, jeśli częściej się ich używa?

17.00

 Skoro od częstego używania rosną usta, to co robił nimi Mark? Czy mam mu 

pozwolić się pocałować? Co oznaczała ta ręka na mojej piersi? Czy chcę, żeby został moim 

chłopakiem? Chyba nie jest zbyt inteligentny, ale może się okazać, że to doskonały piłkarz, 

jak Beckham, wtedy za niego wyjdę i zamieszkam w luksusie.

background image

17.10

  Ale wtedy zacznę się pojawiać we wszystkich gazetach. Będę musiała sobie 

zoperować nos. I uważać, żeby się nie uśmiechać... a jak zapomnę? A jeżeli jakiś paparazzi 

przyłapie   mnie   z   uśmiechem   i   nochalem   rozciągniętym   na   pół   twarzy...   i   moje   zdjęcie 

wydrukują w „Daily Express”?

17.15

  Nie mogę za niego wyjść, to dla mnie zbyt wielka presja.  Tracę poczucie 

własnej wartości, a całą uwagę kieruję na niego. Muszę mu dzisiaj powiedzieć, że z nim 

zrywam.

18.00

 Trochę mi niedobrze. Jeden kosmyk włosów nijak nie chce się ułożyć, jeszcze 

chwila, a go obetnę. Poza tym  mam wystające kolana. Może kiedy zostanę żoną Marka, 

wstrzyknę sobie w nie tłuszcz (najlepiej z nosa, wtedy korzyść będzie podwójna: mniejszy 

nos i grubsze kolana - a wszystko to dzięki ogromnej strzykawce do odsysania tłuszczu, 

wbitej jednym, zgrabnym ruchem... blee. Teraz to już naprawdę całkiem mnie zemdliło...).

19.30

 Szkoda, że nie idę z Jas i Rosie, całą paczką. Będę musiała wejść na koncert z 

Markiem, wszyscy się zaczną na nas gapić i pomyślą, że to mój chłopak.

Północ

  Moje życie  jest do kitu. Jeśli to w ogóle można nazwać życiem... Kiedy 

myślę o dzisiejszym wieczorze, mam ochotę już na zawsze pozostać w łóżku.

Mark   czekał   na   mnie   pod   wieżą   zegarową,   paląc   peta.   Wyglądał   spoko.   Kiedy 

podeszłam,   złapał   mnie   i   bez   zbędnych   ceregieli   pocałował   prosto   w   usta.   Trochę   się 

zdziwiłam i zmartwiłam... może znowu da odpocząć dłoni na moich piersiach... ale nie.

Mark nie należy do gaduł - po pocałunku wziął mnie za rękę i poszliśmy na koncert. 

Czułam się trochę niezręcznie, bo jestem od niego wyższa, więc musiałam nieco się zgarbić - 

jak Quasimodo.

Na   miejscu   od   razu   poleciał   przywitać   się   z   kumplami.   Sven,   ten   od   Rosie,   to 

prawdziwy  olbrzym   -  ma  chyba   ze  dwa  i   pół  metra,  i   jest  ostrzyżony   na  jeża.   Jas   była 

nadąsana i trochę blada.

- Chciałam wyglądać jak anorektyczna modelka, która całą noc imprezowała. Żeby 

Tom sobie pomyślał, że w ogóle o nim nie myślę - powiedziała.

Na koncert przyszły tłumy; chłopcy stali pod jedną ścianą, a dziewczyny pod drugą.

- Nie pogadasz nawet ze swoim chłopakiem? - spytała mnie Jas.

background image

Wtedy weszli Tom i Robbie. Robbie zauważył mnie i się uśmiechnął... Już zdążyłam 

zapomnieć, jaki z niego Bóg Seksu. Same mięśnie, czarne włosy i w ogóle. Ja też się do niego 

uśmiechnęłam, ale normalnie, bo na chwilę zapomniałam o nosie. Nagle jednak zza moich 

pleców wynurzyła się Lindsay i podeszła do Robbiego. On się uśmiechał do niej!!! Zrobiło mi 

się tak gorąco, że na mojej twarzy można by usmażyć jajko. Robbie pocałował Lindsay w 

policzek. Lindsay upięła sobie włosy i zostały z niej dosłownie same uszy. Blee.

Robbie wszedł na scenę i Tom został sam. Wtedy Lindsay zaczęła gadać z jedną ze 

swoich głupich kumpelek z szóstej klasy.

- Jak myślisz, powinnam do niego podejść? - spytała mnie Jas.

- Jas, trochę godności - odparłam. - On woli warzywa.

W tej chwili z toalety wyszła jakaś ciemnowłosa dziewczyna i zbliżyła się do Toma. 

Położyła rękę na jego ramieniu i odeszli razem.

Potem było już tylko gorzej.

Kiedy  Sztywne   Dylany  zaczęli   grać,  Mark  podszedł   do  mnie   i  wciągnął  mnie  na 

parkiet.   Jego   podobieństwo   do   Micka   Jaggera   nie   kończyło   się  na  ustach.   Na   parkiecie 

zachowywał się jak wariat, chodził w kółko z dłońmi na biodrach. Myślałam, że umrę. Potem 

przyłączył   się   do   nas   Sven,   ciągnąc   za   sobą   Rosie.   Jego   taniec   bardziej   Przypominał 

kozaczoka, Sven ciągle tylko przykucał i wymachiwał nogami. A potem podniósł Rosie nad 

swoją głową!!! I zaczął tak wirować, pokrzykując: „Oh ja, oh ja”, a Rosie obciągała sobie 

spódnicę, żeby nie było widać jej majtek.

I   wtedy   mi   odbiło.   To   był   naprawdę   niezły   ubaw...   Razem   z   Jas,   Ellen   i   Jools 

chichrałyśmy się jak hieny. Dostałam ataku kaszlu i musiałam pobiec do kibelka, żeby się 

opanować. Kiedy się uspokoiłam i zajrzałam na salę, zobaczyłam tańczącego Svena i znowu 

dostałam głupawki.

Potem   Mark   chciał   zatańczyć   wolnego.   Zorientowałam   się,   bo   mnie   chwycił   i 

przycisnął do siebie. Zrobił się jakiś taki twardy, jeśli wiecie, co mam na myśli, i przyssał się 

ustami do mojej szyi. Jeszcze trudniej mi się z nim tańczyło, niż trzymało za ręce. Musiałam 

trochę ugiąć kolana, żeby się dopasować. W pewnym momencie złapałam się na tym, że 

patrzę prosto na Rabbiego. Wyglądał super. Och, sacrebleu. Nienawidzę go, to nadęty palant, 

ale chyba go kocham.

Zespół przestał grać i zrobił sobie przerwę, ale Mark zaczął wrzeszczeć: „Jeszcze!”. 

Dołączyło się do niego paru kumpli. Wdarli się na scenę, a Mark wyrwał Robbiemu mikrofon 

i zaczął „śpiewać” - chyba  Jumpin' Jack Flash.  Robbie położył mu rękę na ramieniu i wy-

buchła wielka awantura. Najpierw tępi koledzy Marka wjechali w zespół, a potem kumple 

background image

zespołu wjechali w tępych kolegów Marka. Wszystkie dziewczyny zaczęły piszczeć.

Sven uniósł dwóch chłopaków naraz i wyrzucił ich na ulicę, i wtedy Ellen, Jas, Jools i 

ja postanowiłyśmy dać w długą.

Wspaniały wieczór. Leżę zakutana w łóżku, mój „chłopak” to bandzior, a poprzedni 

miał ksywkę „Robal”.

Ten, który mi się podoba, nienawidzi mnie i woli nudziarę z odstającymi uszami...

RS. Kiedy weszłam zdenerwowana do domu, mój tak zwany kiciuś plunął na mnie.

P.P.S. W nogach łóżka znalazłam zużytą pieluchę mojej siostrzyczki.

Niedziela, 13 grudnia

17.00

  Dzięki Bogu Mark się nie odzywa. Przez cały dzień czytałam. Mama i tata 

wyszli - nagle nabrali ochoty na wspólne spędzanie czasu - to takie nienaturalne! - więc 

musiałam zostać z Libby. Nie szkodzi, już i tak nigdy w życiu nie wyjdę z domu.

18.00

  Libby trochę mnie rozweseliła, udając Angusa. Groźnie pomrukując, zwinęła 

się w kłębek na jego posłaniu za zasłonką. Musiałam interweniować, kiedy dobrała się do 

jego miski z karmą.

18.15

 Dzwoniła Jas.

- Nigdy nie znajdę sobie chłopaka. Chyba zostanę weterynarzem.

18.20

 Znowu ona.

- Jak myślisz, jestem brzydka?

18.30

 Dzwoniła Rosie.

- Udało   mi   się   odprowadzić   Svena   do   domu,   zanim   przyjechała   policja.   Dał   mi 

gałązkę ostrokrzewu.

- Dlaczego? - zdziwiłam się.

- Nie wiem, może to duński zwyczaj.

19.15

 Dzwoniła Jools.

- Podobno Lindsay przychodzi do budy w pierścionku zaręczynowym na palcu.

background image

20.00

 Super. Ktoś dzwonił do drzwi, ale kazałam Libby siedzieć cicho i udawałyśmy, 

że nikogo nie ma w domu. Mam wszystkiego dosyć, jestem zdołowana i głodna.

21.00

  Mam   wszystkiego   dosyć,   jestem   zdołowana   i   zrobiło   mi   się   niedobrze. 

Pochłonęłam:   dwa   Marsy,   tosta,   kawę   z   mlekiem,   szklankę   soku,   colę,   tosta,   płatki 

kukurydziane i nadziewane ciasteczka.

22.00

 Idę spać. Mam nadzieję, że już nigdy się nie obudzę.

Poniedziałek, 14 grudnia

8.30

 W drodze do budy niemal wpadłam na Marka. Dzięki Bogu w ostatniej chwili 

zdążyłam skręcić za róg.

9.45

 Chuda wściekała się o tę awanturę na koncercie Sztywnych Dylanów. Trzęsła się 

jak wariatka.

- Mam szczerą nadzieję, że żadnej z was nic nie łączy z tymi chuliganami, którzy na 

potańcówce zachowali się jak zwierzęta...

Rosie   spojrzała   na  mnie   i   jak   chomik   przygryzła   zębami   dolną   wargę.  Nie   wiem 

dlaczego, ale tak mnie to rozśmieszyło, że myślałam, że się uduszę. Musiałam udawać, że 

mam atak kaszlu, i wyjąć chusteczkę do nosa.

Jas nie przyszła do budy. Ciekawe, gdzie się podziewa. Może „przyjechała do niej 

ciotka”, jeśli wiecie, co mam na myśli. Rosie w kółko nadawała o Svenie.

- To znaczy, że jest twoim chłopakiem? - spytałam, a ona zaczerwieniła się i odparła:

- Słuchaj, nie chodzimy ze sobą. On mi tylko dał gałązkę ostrokrzewu. - Ale, jak już 

wspomniałam, w Danii to może oznaczać bardzo wiele różnych rzeczy.

O cholera. Jackie i Alison, Koszmarne Bliźniaczki, nie odpuszczają. Rozesłały liścik z 

informacją, że w czwartek mamy się spotkać przy stołówce na - jak to nazwały - „najnowszy 

numer”.

16.30

  Po powrocie ze szkoły zastałam liścik od Marka: „Georgia, szukałem cię po 

koncercie. Spotkajmy się dziś wieczorem o 22 przy budce telefonicznej. Mark”.

21.50

 Jeżeli nie pójdę, to i tak w końcu spotkam go na ulicy... Zawołałam do M i T 

background image

(którzy znowu razem spędzają czas): - Wyprowadzam Angusa na spacer!

- Tylko żeby się nie zbliżał do tego pudla! - odkrzyknął tata.

Musiałam odciągnąć Angusa sprzed drzwi państwa Sąsiadów, bo chciał pożreć ich 

psa. Codziennie zjada cztery puszki kociej karmy i mama mówi, że jak jeszcze trochę urośnie, 

to będziemy musieli go oddać do zoo, jeżeli go tam w ogóle przyjmą.

22.00

  Mark czekał przy budce, paląc peta. Nie zauważył mnie - nic dziwnego, bo 

Angus wciągnął mnie za żywopłot, goniąc innego kota. W końcu przywiązałam go do latarni. 

Zza   żywopłotu  popatrzyłam   na  Marka  i...   znacie  to  uczucie,   kiedy  człowiek  wie,   co  ma 

zrobić? No, ja też nie... ale wtedy tak mi się wydawało. Muszę się rozmówić z Markiem, 

postępuję wobec niego nie fair. Powiem mu: „Słuchaj, stary, lubię cię, ty w niczym tu nie 

zawiniłeś, to moja wina. Tak bardzo się różnimy, że nigdy nie byłbyś ze mną szczęśliwy. 

Myślę,   że   najlepiej   będzie,   jeżeli   od   razu   się   rozstaniemy,   zanim   któreś   z   nas   zacznie 

cierpieć”.

Podeszłam   do   niego.   Stał   w   półcieniu.   Kiedy   mnie   zobaczył,   wyrzucił   papierosa. 

Otworzyłam usta, żeby wygłosić swoje przemówienie, ale wtedy on mnie pocałował. A gdy-

bym akurat ssała miętówkę? Udławiłabym się na śmierć!!! Włożył mi język do ust, co mnie 

trochę zaskoczyło... a potem zrobił TO jeszcze raz!!! Położył rękę na mojej piersi! Jak miałam 

się   zachować?   Dotykania   piersi   nie   przerabiałam.   Ręce   wisiały   mi   wzdłuż   boków   jak   u 

orangutana, ale nagle przypomniałam sobie, że „Robal” radził, by w takich chwilach objąć 

chłopaka w pasie. Mark trzymał jedną dłoń na mojej piersi, a drugą na pupie. Nagle, kiedy się 

zastanawiałam, co zrobi potem, przestał mnie całować.

Czy w takiej chwili mogłam mu powiedzieć, że z nim zrywam?

- Słuchaj, Georgia, nie bierz tego do siebie, ale... chyba jesteś dla mnie za młoda. 

Wracam do Elli, bo ona mi pozwala na różne rzeczy. Sorki, to nara.

Północ

 To nara? Mark miał czelność rzucić mnie w chwili, kiedy ja zamierzałam to 

zrobić! Już nigdy w życiu nie wstanę z łóżka. Ella pozwala mu na różne rzeczy... jakie? 

Pozwala mu kłaść OBIE ręce na swoich piersiach?

Wtorek, 15 grudnia

8.10

 Powiedziałam mamie, że nie idę do szkoły i w ogóle nie zamierzam wstawać z 

łóżka.

- Dlaczego? - spytała.

background image

A ja, wbrew rozsądkowi, odparłam:

- Rzucił mnie chłopak,  który mi się nawet nie  podobał. Sama zamierzałam  z nim 

zerwać, ale nie dał mi szans.

Usiadła na moim łóżku.

- Kiepsko. To niezbyt miłe, kiedy ktoś cię rzuca. Ale spójrz na to z innej strony... 

znalazłaś się dokładnie w takiej sytuacji, w jakiej chciałaś być - znowu jesteś wolna i do 

wzięcia. I masz do wydania dziesięć funtów.

- Łatwo ci powiedzieć - gderałam dalej. - Nie wiesz, jaka jestem wrażliwa, jak łatwo 

mnie zranić, a ja bardzo długo dochodzę do siebie... ale co mówiłaś o tych dziesięciu funtach?

Szalona ciocia Kath spisała się na medal ze spóźnionym prezentem urodzinowym... 

Hurra!!!

15.30

  Dzisiaj nawet nie zawracam sobie głowy makijażem. Nie ma sensu - już nie 

zamierzam robić wrażenia na żadnym chłopaku. Koniec z: „to na razie”. Powolutku będę 

sobie dojrzewać, skoncentruję się na nauce, żeby dostać dobrą pracę, i tak dalej.

A niech to! Przy bramie stał Robbie... pewnie czekał na swoją narzeczoną. Minęłam 

go, udając, że go nie widzę, ale mnie zagadnął:

- Niezłych masz kumpli.

Musiałam   się   zatrzymać.   Byłam   wściekła,   miałam   ochotę   rzucić   jakąś   ciętą   i 

dowcipną ripostę. Żeby zrozumiał, że ze mną trzeba uważać. Powiedziałam więc:

- Chyba   pomyliłeś   mnie   z   kimś,   kogo   obchodzi   to,   co   masz   do   powiedzenia.   -   I 

poszłam sobie.

17.30

  Taaaak!!!   Ha!!!   Trzykrotne   „ha”   i   trzykrotne   „tak”!!!   Podwójne   „ha”   z 

łącznikiem!!!

22.00

 Vati pokazał mi na mapie miejsce, do którego jedzie. Zdaje się, że występują 

tam   najbardziej   gwałtowne   geotermiczne   zjawiska   na   całym   świecie.   Trzęsienia   ziemi, 

wybuchy   wulkanów,   lawa   tryskająca   z   ziemi,   gejzery   i   rzeki   z   wrzącą   wodą.   To   stawia 

poczytalność Vati pod znakiem zapytania (nie po raz pierwszy). Mój Vati jest domatorem, 

męczy się nawet, kiedy musi wstać z fotela albo się ogolić. Skończy się na płaczu... jego. 

Mutti oplata go jak bluszcz. To groteskowe. Ledwo się obejrzę, a już będę miała następną sio-

strzyczkę albo braciszka. Uch. Nawet mi się nie chce o tym myśleć.

background image

Środa, 16 grudnia

13.30

 Jas nadal nie przychodzi do szkoły. Wpadnę do niej po lekcjach.

16.15

 U Jas nikt nie otwiera drzwi.

18.30

  Zadzwoniłam   do   Jas.   Jej   mama   powiedziała,   że   Jas   nie   może   podejść   do 

telefonu, bo czuje się nie najlepiej.

- Czy to grypa? - spytałam.

- Nie wiem, ale nie chce nic jeść. Nie je. Jas nie je. Kiepsko.

- Nawet nadziewanych ciasteczek?

- Nawet.

Jest o wiele gorzej, niż myślałam.

Czwartek, 17 grudnia

10.00

 Jas nadal nie ma w szkole. To się zaczyna robić absurdalne.

13.30

 Okazało się, że „najnowszy numer” Jackie i Alison to takie badziewie, że nie 

ma dla niego miejsca nawet we wszechświecie badziewi. Musiałyśmy wyjść na lodowaty ziąb 

aż za korty tenisowe... Zdziwiłam się, że Jackie w ogóle wie, gdzie one są. Chyba nigdy 

nawet się nie zbliżyła do terenów sportowych. Wtedy usłyszałyśmy, o co chodzi.

- Macie   zrobić   tak:   przykucacie,   strasznie   ciężko   dyszycie,   a   potem   wstajecie   i 

zaczynacie biec.

- Po co? - spytałam, ale ona tylko na mnie popatrzyła i zapaliła peta.

Ale zdzira. Na brodzie wyskoczył jej ogromny pryszcz, który wyglądał jak drugi nos. 

Nic dziwnego, że Jackie ma tak kiepską cerę, maluje się pewnie od piątego roku życia.

Dmuchnęła mi dymem prosto w twarz i powiedziała:

- Od takiego wysiłku można zemdleć.

Nawet Rosie, która zazwyczaj rzadko odzywa się do Jackie, musiała powtórzyć:

- Zemdleć?

Jackie zaciągnęła się, jakby miała do czynienia z kimś bardzo, bardzo durnym. Nie 

powiedziała ani słowa, więc w końcu Rosie spytała:

- I co potem?

Wtedy Jackie dała czadu.

background image

- Słuchaj,   czterooka,   pomyśl   tylko,   jak   to   się   może   przydać,   kiedy   chcesz...   na 

przykład   zemdleć   na   apelu,   żeby   cię   wynieśli.   Albo   na   fizie,   kiedy   nie   zrobiłaś   pracy 

domowej - mdlejesz i cię wynoszą... na wuefie... wszędzie.

Rosie to wyjątkowa idiotka, więc drążyła dalej:

- Nie sądzisz, że ktoś mógłby zauważyć, gdybyśmy nagle przykucnęły na apelu albo 

fizie, zaczęły ciężko dyszeć, a potem pobiegły przed siebie?

Jackie podeszła do Rosie, a muszę wspomnieć, że to całkiem spora dziewczyna. Ma 

duże piersi i szerokie ramiona.

23.00

  Nadal czuję się jakoś dziwnie. Już nigdy więcej nie zrobię tego, co mi każą 

Alison i Jackie. Koniec, kropka. Ta nowość z mdleniem jest beznadziejnie głupia. Zaczęłam 

dyszeć,   wstałam   i   pobiegłam   przed   siebie,   i   rzeczywiście   zrobiło   mi   się   słabo,   ale   tak 

naprawdę to zasłabłam, kiedy nagle wpadłam na pana Attwooda, który wychodził ze swojej 

pakamery. Chyba złamałam sobie piszczel. Niestety, Elvisowi nic się nie stało.

Piątek, 18 grudnia

19.30

 Jas nie ma w budzie już cały tydzień. Martwię się o nią, bo w ogóle nie chce ze 

mną rozmawiać przez telefon. Nawet wtedy, kiedy podawałam się za świętego Mikołaja.

Piątek, 25 grudnia

10.00

 Wesołych świąt!!!

Mój pełen przyjemności dzień zaczął się już o piątej piętnaście rano, kiedy to Libby 

przyszła  do mnie z prezentem - figurką z plasteliny,  do której były  przyklejone kawałki 

czegoś   brązowego,   co   wyglądało   bardzo   podejrzanie.   Powiedziała:   -   Dzidzia   palanta   -   i 

włożyła mi to coś do łóżka. Ponieważ trochę u nas krucho z kasą, jak to ujął Vati (moim 

zdaniem jest to spowodowane tym, że Vati nie potrafi utrzymać pracy, ale nic nie mówię, 

żeby jeszcze bardziej nie zepsuć świąt), nie było nas stać na drogie prezenty. Mama i tata dali 

mi kilka płyt, kosmetyków, legginsy, tenisówki, parę sztuk bielizny i perfumy, a ja zrobiłam 

dla taty śliczny ochraniacz na wąsy, który na pewno doceni.

Dla mamy zrobiłam maseczkę z żółtka i innych  składników. Położyła  ją sobie na 

twarz i dostała lekkiej wysypki, ale teraz jej cera i tak wygląda lepiej.

Dla Libby uszyłam kostium wróżki - wielki błąd, bo już do końca dnia zmieniała nas 

w   różne   rzeczy,   tłukąc   nas   swoją   czarodziejską   różdżką.   Przez   jakąś   godzinę   musiałam 

udawać „ślicną świnkę”. Już nigdy w życiu nie zjem kiełbasy.

background image

Dzwoniła Jas, ale jeszcze nie wychodzi z domu, więc nie uniknę „wesołych” świąt z 

rodzinką.

Angus wyglądał bardzo ładnie w swej błyszczącej koronie, ale w końcu się wkurzył i 

ją zjadł. Kiedy przyszła pora obiadowa, mama ulepiła mu myszkę z karmy. Zeżarł głowę, a 

potem usiadł na reszcie. Bóg jeden wie, co się dzieje w kocim łbie.

W przyszłym roku chyba zostanę fanką New Age i żeby uczcić przesilenie zimowe, 

porzucę   swoją   rodzinę,   wyjadę   do   Stonehenge   i   będę   tańczyć   z   druidami.   Nie   ma   nic 

nudniejszego   niż   patrzenie,   jak   mój   tata   próbuje   uruchomić   swoją   nową   elektryczną 

szczoteczkę do zębów. Raz się tylko uśmiałam, kiedy zaplątała mu się w wąsy.

Sobota, 26 grudnia

Południe

  Quel dommage!!  M i T z właściwym  sobie egoizmem  poprosili mnie, 

żebym posiedziała z Libby, bo chcą razem spędzić ten ostatni wolny wieczór. Dwudziestego 

dziewiątego   tata   wyjeżdża   do   Whangamata...   chlip,   chlip...   więc   na   pożegnanie   zabiera 

mamę... do pubu!! Z wujkiem Eddiem!!

Na   miejscu   mamy   udawałabym,   że   przydarzył   mi   się   jakiś   wypadek,   a   w   razie 

konieczności spowodowałabym prawdziwy.

Złamana   kostka   to   niewielka   cena   za   to,   by   nie   musieć   słuchać  Kaczuszek  

wykonaniu wujka Eddiego.

23.30

 Mama i tata wpadli do domu, chichocząc. Byli nieco podchmieleni. Leżałam 

już   w   łóżku,   usiłując   zasnąć,   ale   nawet   o   tym   nie   pomyśleli.   Słyszałam,   jak   tańczą   do 

Kaczuszek. Są żałośni.

Potem   zaczęli   się   wdrapywać   na   górę,   strasznie   głośno   szepcząc   „ćśśś”.   Mama 

zajrzała do mojego pokoju i aż ją zatkało, bo Libby leżała w łóżku ze mną, ale na waleta, więc 

na poduszce koło mojej głowy znajdowały się jej stopy. Mama zaniosła Libby do jej łóżka, a 

potem...   to   było   coś   potwornego...   TATA   POGŁASKAŁ   MNIE   PO   GŁOWIE.   Nadal 

udawałam, że śpię.

Niedziela, 27 grudnia

11.00

 M i T jeszcze są w łóżkach. Zaniosę im ich śliczną córeczkę Liberty.

14.00

 Wychodzę. Tata dał mi pięć funtów, żebym zajęła się Libby.

background image

Wtorek, 29 grudnia

20.00

  Dzisiaj wyjechał Vati. Muszę przyznać, że nawet ja miałam łzy w oczach. 

Odjechał   w   przyczepie   motocykla   wujka   Eddiego.   Wszystkie   pomachałyśmy   mu   na 

pożegnanie. Powiedział, że zadzwoni, jak tylko znajdzie się w Whangamata. Lot trwa aż dwa 

dni - niesamowite. To chyba na drugim końcu świata. Mama jest ponura i ciągle pochlipuje, 

to na pocieszenie kupiłam jej czekoladki. Wtedy rozpłakała się jeszcze bardziej, więc wolę 

już tego nie powtarzać. Libby płacze w miskę Angusa.

background image

STYCZEŃ

Wybuchowe gacie

Piątek, 1 stycznia

11.00

 Moje noworoczne postanowienia:

Będę o wiele milsza dla osób, które na to naprawdę zasługują.

Zainteresuję się własną przyszłością.

Będę grzecznie rozmawiać z państwem Sąsiadami.

Będę mniej powierzchowna i próżna.

Skupię się na swoich zaletach, a nie na wadach, np. mniej będę myślała o nosie, a 

więcej o zębach, które są całkiem ładne.

Sobota, 2 stycznia

11.30

 Wreszcie! Wiadomości od Jas. Podobno ma mononukleozę. Kiedy do niej idę, 

na wszelki wypadek zasłaniam usta i nos szalikiem. Mononukleozą można się zarazić przez 

pocałunek. Okazuje się, że całowanie to jakiś koszmar - jak nie tajemnicza łapa na piersiach, 

to wielkie, spuchnięte węzły chłonne. Celibat albo gruba szyja - trudny wybór. Ciekawe, czy 

Chuda ma tłuste stopy, bo ją tak całowali po nogach? Ble, teraz to dopiero mnie zemdliło. 

Czuję się zbyt kiepsko, żeby jeszcze odwiedzać chorą. Muszę wracać do domu i się położyć.

Nie...   Jas   mnie   potrzebuje.   Postaram   się   po   prostu   nie   oddychać   tym   samym 

powietrzem co ona.

16.00

 Jas w końcu zgodziła się zobaczyć ze mną. Jest blada i chuda, nic, tylko leży w 

łóżku. Jej pokój jest wysprzątany - zły znak. Poza tym odwróciła lustro do ściany. Kiedy tam 

weszłam, nawet nie otworzyła oczu. Usiadłam na łóżku.

- Jas,   co   ty   wyprawiasz?   Co   się   dzieje?   No,   powiedz   mi,   swojej   najlepszej 

przyjaciółce.

Milczenie.

- No, Jas, mnie możesz zaufać. Milczenie.

- Wiem, o co chodzi. Myślisz, że coś z tobą nie tak, bo wszystkie dziewczyny - oprócz 

Okropnej P Green i tej lesbijki Włochatej Kate - mają chłopaków albo już się całowały, 

prawda?

Milczenie.   Zaczęłam   się   irytować.   Chciałam   jej   pomóc,   a   przecież   sama   mam 

background image

problemy.   Praktycznie   rzecz   biorąc,   jestem   sierotą...   i   przybraną   matką.   Odkąd   tata 

egoistycznie wyjechał na drugi koniec świata, ciągle tylko słyszę: „Mogłabyś posiedzieć z 

Libby?”.   Co   Jas   wie   o   kłopotach?   Czy   kiedykolwiek   musiała   zabrać   swoją   młodszą 

siostrzyczkę na basen? Nie, nawet nie ma młodszej siostrzyczki. Czy majtki jej siostrzyczki 

wybuchły na górze zjeżdżalni dla maluchów? Nie. Czy w ogóle jest sens tłumaczyć mamie, 

że   po   zjedzeniu   pieczonej   fasoli   Libby   zawsze   ma   problemy   z   brzuchem?   Nie,   nie   ma 

najmniejszego. Kąpielówki Libby nie wytrzymały siły eksplozji i jej kupa rozprysnęła się na 

zjeżdżalnię dzieci dokoła. Czy Jas wie, co to znaczy, kiedy z basenu trzeba wyławiać płaczące 

dzieci, ciągnąc je za skrzydełka do pływania? Nie. Czy wie, co to znaczy opłukiwać wodą 

siostrzyczkę, a potem palić się ze wstydu przed mamami, dziećmi i dozorcami w maskach i ze 

szczotami do szorowania? Chyba nie. Skoro ja mogłam znieść taki koszmar, to dlaczego Jas 

tak się roztkliwia nad sobą?

Nie powiedziałam jej tego, ale zajęłam twarde stanowisko.

- Jas, czemu się tak przejmujesz tymi spuchniętymi węzłami chłonnymi?

Jas odpowiedziała tak cichutko, że musiałam się nad nią pochylić, żeby usłyszeć:

- Nie mam spuchniętych węzłów chłonnych. Chyba nigdy nie znajdę sobie chłopaka, 

nikt mnie nawet nie zaprosił na imprezę. Tom był moją jedyną szansą, ale wolał cebulę.

Aha, czas na zalecenie z książki Poczuj swój strach i mimo wszystko to zrób. Zdjęłam 

ze ściany lustro i przytrzymałam je przed twarzą Jas.

- Jas, spójrz w lustro i pokochaj osobę, którą w nim widzisz. Powiedz: „Kocham cię”.

Jas spojrzała w lustro - nie mogła się wykręcić, bo trzymałam je jakieś trzy centymetry 

od jej nosa. Prawie się porzygała.

- Ooooooooo, wyglądam obrzydliwie.

Nic nie zrozumiała.

- Jas, pokochaj siebie - powiedziałam. - Pokochaj Piękno, które widzisz w tym lustrze, 

spójrz   na  tę   cudną   twarz,   na   te   cudne   usta.   Usta,   którym   twoja   przyjaciółka   dała   osiem 

punktów na dziesięć. Pomyśl o tym, Jas.

Pomyśl o wszystkich tych biedakach, którzy dostali tylko sześć i jedną trzecią... a ty 

dostałaś aż osiem... - (Jeżeli chodzi o pamiętanie przykrych rzeczy, to jestem jak słoń, ale 

niestety, nie mogę zapamiętać nic z francuskiego, historii, matmy czy biologii).

Jas zdecydowanie zaczęła się ożywiać. Wydęła usta i uśmiechnęła się słabo.

- Myślisz, że naprawdę mam ładne usta?

- Tak, tak, ale popatrz też na resztę twarzy, na te oczy, nieskazitelną cerę...

Jas usiadła.

background image

- Wiem, jest niezła, nie? Rano zawsze piję ciepłą wodę z cytryną.

Poniedziałek, 4 stycznia

7.00

  Kiedy się obudziłam, przez chwilę czułam się szczęśliwa - dopóki sobie nie 

przypomniałam, że dzisiaj trzeba wracać do wariatkowa (czyli szkoły).

14.30

 Gimnastyka. Odkryłam, że Angus schował sobie przekąskę w moim plecaku. 

Teraz w spodenkach gimnastycznych mam kolce jeża.

Wtorek, 12 stycznia

Południe

 Zwycięstwo, zwycięstwo!

Madame Slack zawsze oskarżała mnie o lenistwo na francuskim, a ja właśnie dostałam 

z klasówki osiemdziesiąt pięć punktów na sto. Cha, cha, cha, cha.

Fermez la bouche, Madame Slack

. Udało mi się, bo nauczyłam się dwudziestu pięciu 

słówek, a potem uważałam, żeby na każde pytanie odpowiedzieć którymś z nich. Na przykład 

na pierwsze: „Jakie jest twoje ulubione danie?” - odpowiedziałam: „lapin” (królik).

W wypracowaniu na temat „Co robisz w słoneczne dni?” napisałam, że bawię się z 

królikiem.

Opisz ulubioną książkę - Alicja w krainie czarów. Lapin jest jednym z jej bohaterów.

13.00

 Zgodnie z nowymi postanowieniami które dotyczą skupienia się na nauce, a nie 

na chłopakach, podczas przerwy obiadowej poszłam do sali gimnastycznej, żeby poćwiczyć 

jogę. Mój zestaw ćwiczeń nosi nazwę „Powitanie  Słońca”:  trzeba się wyprostować, żeby 

powitać  Słońce, a potem zrobić  skłon, jakby się mówiło: „Nie jestem godna”. Następnie 

wykonuje się pozycję kobry i psa... to szalenie łagodne i kojące.

13.15

 Właśnie, kiedy wykonywałam pozycję psa, weszła panna Stamp.

- Och, nie będę ci przeszkadzać - powiedziała. - Cieszę się, że zainteresowałaś się 

jogą, to jedna z najlepszych form gimnastyki. Doskonała rozgrzewka przed grą w tenisa. Nie 

przeszkadzaj sobie, ja tylko się przygotuję do lekcji.

Nogi miałam zadarte do góry, a tyłek wypięty. Takich wygibasów lepiej nie robić w 

obecności lesbijki. Szybko przeszłam do pozycji kobry, ale wyglądałam z kolei tak, jakbym 

chwaliła się piersiami. Myślę, że panna Stamp zapuszcza już nie tylko wąsy, ale także brodę. 

 Fermez la bouche, Madame Slack (fr.) - Niech się pani zamknie, pani Slack.

background image

Słowo daję, w tym miejscu nie ma ani chwili spokoju.

13.30

  Przeniosłam   się   z   jogą   na   zewnątrz,   chociaż   ciężko   mi   się   ćwiczy   w 

rękawiczkach i płaszczu. Właśnie zrobiłam pozycję psa, kiedy zza rogu wyłonił się Elvis. 

Stary zrzęda.

- Co ty tu wyprawiasz? - krzyknął na mnie.

- Cicze dzioge - odpowiedziałam, z nogami w górze. Naciągnął sobie czapkę głębiej 

na głowę.

- Możesz sobie nawet ćwiczyć fizykę nuklearną, ale nie na moim podwórku. Zmiataj 

stąd, zanim zawiadomię dyrekcję.

Odchodząc, spytałam go:

- A wie pan, że Elvis nie żyje?

16.30

  Kiedy wracałam do domu, zobaczyłam Marka. Bardzo dojrzale się do niego 

uśmiechnęłam.

- Wszystko w porządku? - spytał tylko.

18.00

  Podczas   nieobecności   Vati   mama   dostaje   świra.   Kiedy   ją   spytałam,   czy 

zapłaciłaby za operację zmniejszenia mojego nosa, zaczęła tę samą starą gadkę: „Ledwo nas 

stać na karmę dla Angusa”. Jakby go w ogóle trzeba było karmić.

Nie ma dnia, żebym nie znalazła w kredensie jakichś rozkładających się szczątków. W 

każdym  razie nie stać jej na zainwestowanie w szczęście własnej córki, ale pieniądze na 

remont salonu to znalazła, bo w przyszłym tygodniu ma przyjść fachowiec.

21.30

 Kiedy oglądałyśmy telewizję, mama spytała:

- Tęsknisz za tatą?

- Za kim?

Poniedziałek, 18 stycznia

Biologia

14.30

 Świetnie umiem naśladować szczękościsk. Rosie przysłała mi liścik: „Kochana 

G., wiesz, że w czwartek mamy  dwie lekcje wolne? Miałabyś ochotę pójść na wagary i 

skoczyć do miasta? Rrrrrrxxxxx”.

background image

16.30

 Wracam do domu z Jas. Chyba już na dobre dochodzi do zdrowia.

- Co myślisz o tym błyszczyku? Wyglądam trochę jak Claudia Schiffer? Myślę, że 

mam taki sam kształt ust.

Po co ja z tym zaczynałam? No, ale skoro Jas chce żyć w świecie fantazji i to jej 

poprawia nastrój... Poszłyśmy do niej. Och, co za cudowny, normalny dom, nie ma tu mamy - 

wariatki, dziwnej siostrzyczki ani dzikich zwierząt.

Jej mama spytała, czy chciałybyśmy sok i kanapki. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić 

swojej mamy w takiej sytuacji... Żeby chociaż siedziała w domu! Myślę, że byłaby dla mnie 

dobrym przykładem... gdybym chciała zostać administratorem szpitala... ale czy czasami nie 

mogłaby też zrobić jakiejś kanapeczki?

W pokoju Jas dokonałyśmy pomiarów naszych ciał centymetrem krawieckim. Moje 

wymiary to 81 - 58 - 81, a Jas - 76 - 58 - 84. Myślę, że wciągnęła brzuch, żeby też mieć w 

talii 58. Nogi mam dłuższe o pięć centymetrów. (Nie powiedziałam tego Jas, ale moja jedna 

noga jest dłuższa o pięć centymetrów, a druga tylko o trzy i pół. Jak to możliwe, że w tym 

wieku okulałam? Może to stąd, że noszę torbę zawsze na tym samym ramieniu i dlatego tę 

stronę mam dłuższą. Muszę pamiętać, żeby zmieniać ramiona. Komu się spodoba koślawa 

dziewczyna?).

Czwartek, 28 stycznia

15.30

  Rosie wstała pierwsza i wyszła z klasy. Pojawiła się pani Wilson, żeby nas 

„kontrolować”, ale ją spytałyśmy, kto wymyślił Boga, i szybko się wyniosła. Byłyśmy zajęte 

sporządzaniem listy najbardziej pożądanych cech u chłopaka - musi mieć poczucie humoru, 

ładny uśmiech, wyrobione mięśnie brzucha, musi dobrze tańczyć, świetnie całować itd. Rosie 

przysłała mi swoją kartkę, na której napisała tylko jedno słowo: WIELKI. Odpisałam: „Co ma 

mieć   wielkie?”.   A   ona   na   to:   „Wszystko”.   To   odpisałam:   „Zęby   też?”.   Opowiedziała 

twierdząco. Myślę, że Sven zaraził ją duńskością.

W każdym razie Rosie, Jools i Ellen wyszły pierwsze, a potem dołączyłam do nich ja 

z   Jas.   Spotkałyśmy   się   w   toalecie   na   parterze,   gdzie   założyłyśmy   kozaki,   krótkie   topy   i 

umalowałyśmy się. Sprawdziłyśmy, czy droga wolna, i wymknęłyśmy się tylnym wyjściem. 

Pod oknami pracowni biologicznej musiałyśmy przykucnąć - tam prowadziła lekcję Sokole 

Oko, która z odległości dwudziestu kroków potrafi wyniuchać dziewczynę. Potem puściłyśmy 

się pędem za pakamerę Elvisa. Siedział tam, czytając gazetę, a kiedy się przekradałyśmy, 

usłyszałyśmy, jak głośno pierdnął i powiedział: „pardon”. Zaczęłam chichotać i cała reszta za 

background image

mną.   Musiałyśmy   uciekać   jak   wariatki.   Potem   przez   całe  popołudnie   przy   byle   okazji 

mówiłyśmy: „pardon”.

W supermarkecie było wprost ekstra. Wypróbowałyśmy wszystkie testery i takie coś, 

czym się smaruje włosy, żeby ufarbować jeden kosmyk na inny kolor. Sprawdziłam różne 

odcienie,   ale   najlepiej   mi   w   odcieniu   blond.   Zrobiłam   sobie   jasny   kosmyk   na   samym 

przodzie. Wygląda czadowo. Teraz, kiedy Vati znajduje się w bezpiecznej odległości, muszę 

namówić mamę, żeby pozwoliła mi się przefarbować.

Północ

  Cudowny dzień!!! W drodze do domu razem z Jas śpiewałyśmy  Respect 

Arethy Franklin.

background image

LUTY

Jas musi umrzeć

Sobota, 6 lutego

11.00

 Ktoś zadzwonił do drzwi. Mama właśnie wysadzała Libby - niezbyt przyjemny 

to widok. W weekendy mama nosi takie ohydne ogrodniczki, w jakich chodzą tylko lesbijki 

albo   bohaterowie   programów   telewizyjnych   z   lat   sześćdziesiątych.   Libby   śpiewała:   „Las 

ciotek na motek i nuda” (Innym ludziom ta piosenka jest znana jako Wlazł kotek na płotek). 

Była rozświergotana jak skowronek, ale mama strasznie się denerwowała.

- Georgia,   mogłabyś  otworzyć?  To  pewnie   ten   budowlaniec   Jem,  który  ma   rzucić 

okiem na salon. Wpuść go i podaj mu kawę.

Kiedy otworzyłam drzwi, ujrzałam szopę jasnych włosów i kombinezon z drelichu, ale 

w tej samej chwili rozległ się przenikliwy pisk z ogrodu sąsiadów: „Łap go, łap go, łap, 

ojejejej!”. Pani Sąsiadka ciskała się po ogrodzie z miotłą. Pomyślałam, że Angus w końcu 

dorwał tego pudla, ale kiedy spojrzałam ponad płotem, zobaczyłam, że mój kotek trzyma w 

pysku coś malutkiego i brązowego.

Pani Sąsiadka ryknęła do mnie:

- Zadzwonię na policję! To świnka morska mojej siostrzenicy, opiekujemy się nią! A 

ten, ten... ten wasz potwór ją złapał!

Angus przycupnął nieopodal. Powiedziałam najbardziej stanowczo, jak tylko potrafię:

- Puść to, Angus. Puszczaj!

Dzięki tresurze rozpoznał mój głos i wypuścił z pyska świnkę morską. Rzuciłam się w 

jej stronę, ale świnka czmychnęła. Ledwo pokonała parę centymetrów, a Angus już wysunął 

swoją wielką łapę i położył ją na jej zadku. Świnka się wyrwała, a Angus wstał i powolutku 

ruszył za nią. Przewrócił ją na plecy, a potem usiadł na niej i zapadł w drzemkę.

- Przepraszam, on czasami bywa irytujący - zwróciłam się do pani Sąsiadki. - Ale 

tylko tak się bawi.

Zachowała  się  bardzo  nierozsądnie.  W końcu  udało  mi  się  go  zwabić  za  pomocą 

wędzonego śledzia.

Pani S. mówi, że złoży skargę. Ciekawe, gdzie? Chyba na kocim posterunku.

Jem obserwował całą tę scenkę z progu. Miał miły uśmiech, od którego robiły mu się 

drobne zmarszczki.

background image

- Duży jak na kota, nie? - powiedział.

- Proszę do środka - westchnęłam. - Mama jest w łazience, ale za chwilę przyjdzie.

Jem   wszedł   do   frontowego   pokoju,   a   ja   podałam   kawę.   Nieźle   wygląda   jak   na 

starszego pana.

Przyleciała   mama   w   swoich   ogrodniczkach.   Kiedy   zobaczyła   Jema,   zaczęła   się 

dziwnie zachowywać i jeszcze bardziej się zaczerwieniła.

- Nnnnnn! - wydukała i po prostu wyszła z pokoju. Spojrzałam na Jema i wzruszyłam 

ramionami.

- Robisz maturę? - spytał (dobre, myślał, że mam przynajmniej szesnaście lat... cha, 

cha, cha, cha), a ja na to:

- Nnnnnn.

Wtedy wróciła mama. Miała UMALOWANE usta i była już w normalnych ciuchach. 

Zostawiłam ich samych.

Niedziela, 7 lutego

11.00

  Założyłam  krótką  spódniczkę   i  razem  z  Jas   poszłyśmy   przespacerować  się 

główną ulicą. Chciałyśmy sprawdzić, ilu chłopaków w samochodach będzie za nami gwizdać.

Dziesięciu!!! (Musiałyśmy łazić przez cztery godziny... ale dziesięć to dziesięć!!!).

Poniedziałek, 22 lutego

16.15

 Dzisiaj, kiedy wyszłyśmy z Jas ze szkoły, wydarzyło się coś bardzo dziwnego. 

Przy bramie w swoim morrisie siedział Robbie. Opierał się o drzwi. Kiedy go zobaczyłam, 

nogi zrobiły mi się miękkie jak z waty. Jak przestać kogoś lubić? Pewnie trzeba się skupić na 

wadach tej osoby.

Może   Robbie   ma   okropne   dłonie?   Spojrzałam   na   nie...   są   piękne   -   mocne,   ale 

jednocześnie artystyczne. Tak jakby potrafił zbić półkę, ale i zabrać cię w krainę rozkoszy. 

On na pewno nie kładzie dziewczynom dłoni na piersiach... a szkoda. Zamknij się!!!

W każdym razie już zamierzałam zrobić wyluzowaną minę, kiedy powiedział:

- Cześć, Jas, co słychać? Jas się zaczerwieniła.

- O, cześć, Robbie. OK, a co u ciebie?

- Spoko.   Jas,   czy   mógłbym...   czy   mógłbym   któregoś   dnia   z   tobą   pogadać?   Może 

wpadłabyś na kawę w środę po lekcjach?

- Yyy... no... eee, tak - wybełkotała Jas. - Dobrze. To na razie.

Normalnie odebrało mi mowę. Kiedy doszłyśmy do jej domu, bez słowa przeszłam 

background image

przez furtkę i ruszyłam schodami prosto do jej pokoju. Miałam wrażenie, że mnie coś dławi. 

Myślałam, że się uduszę, wybuchnę i jednocześnie zrobię kupę.

Jas usiadła na łóżku i tylko sapnęła: „uff”.

- Co ma znaczyć to „uff”?

- No, „uff” i już.

- Po co on chce się z tobą zobaczyć?

Zaczęła sobie oglądać paznokcie, co było strasznie irytujące.

- Nie wiem.

- Chyba nie pójdziesz, co?

- Zaprosił mnie na kawę, a ja się zgodziłam.

- Tak, ale nie pójdziesz, co? Spojrzała na mnie.

- Dlaczego miałabym nie pójść? Powiedział, że chce ze mną pogadać.

Nie wierzyłam własnym uszom.

- Przecież wiesz, że to mój śmiertelny wróg.

- Tak, ale nie jest moim wrogiem - zaczęła się wymądrzać - a poza tym chyba mu się 

podobam.

Myślałam, że się wścieknę.

- Jas, jeżeli jesteś moją przyjaciółką, to się z nim nie spotkasz.

Zamilkła i zacisnęła wargi. Jak burza wypadłam z jej domu.

Wtorek, 23 lutego

23.00

  Dzisiaj wyszłam  z domu dziesięć minut wcześniej i ruszyłam  drugą stroną 

ulicy.   Jas   zazwyczaj   czeka   przy   swojej   furtce   między   ósmą   trzydzieści   pięć   a   ósmą 

czterdzieści   pięć   i   jeżeli   do   tej   pory   się   nie   pojawię,   idzie   beze   mnie.   Jak   wariatka 

przebiegłam chyłkiem koło jej domu i stawiłam się w szkole na dziesięć minut przed apelem. 

Zatrzymała mnie Sokole Oko.

- Pierwszy raz widzę cię tak wcześnie, co się stało? Będę miała na ciebie oko.

Słowo daję, jaka ona podejrzliwa. Pewnie nie ma nic innego do roboty. W auli nie 

stanęłam na swoim miejscu. Podeszłam do Rosie i zaczęłam z nią rozmawiać. Jas poszła na 

nasze miejsce, zauważyła mnie i uśmiechnęła się półgębkiem, ale rzuciłam jej piorunujące 

spojrzenie.

Potem zobaczyłam ją dopiero podczas przerwy obiadowej, kiedy weszła do kibelka. 

Znalazłam   się   w   pułapce,   bo   właśnie   trzymałam   głowę   pod   suszarką.   Źle   się   ułożyłam 

podczas snu i włosy sterczały mi na wszystkie strony. Miałam spuszczoną głowę, kiedy Jas 

background image

się odezwała:

- Słuchaj, to głupie, nie powinnyśmy się kłócić o jakiegoś tam faceta.

- Ne kegoś tam feta.

- Słucham?

Wyprostowałam się i spojrzałam jej prosto w oczy.

- Jas, wiesz, co przeżyłam z Robbiem. To nie „jakiś tam facet”.

Znowu zaczęła się wymądrzać.

- Czym ty się przejmujesz? To tylko kawa... przynajmniej na razie.

Rzuciłam się na to jak szczur na herbatnika.

- Jak to „na razie”?

Smarowała   sobie   usta   pomadką   ochronną,   wydymając   je   do   lustra...   zupełnie   jej 

odbiło, naprawdę myśli, że wygląda jak Claudia Schiffer.

- Mówię jedynie, że na razie to tylko kawa. Oczywiście, jeżeli coś się wydarzy, od 

razu cię zawiadomię.

Wtedy kopnęłam ją w piszczel. JAK ONA ŚMIE? Dosyć tego!!! Już nigdy się do niej 

nie odezwę.

Sobota, 27 lutego

10.00

 Mama nuci sobie w kuchni, jakby była bardzo szczęśliwa. Sporządziłam listę 

swoich   przyjaciół:   mam   1   2   bliskich   znajomych,   20   zwykłych   znajomych   i   najbliższych 

(takich, którzy szczerze płakaliby na moim pogrzebie). Libby jest za mała, żeby ją uznać za 

kumpelkę, chociaż okazała się lepszą koleżanką niż niektórzy, jeśli wiecie, co mam na myśli. 

Natomiast Jas nie znalazła się na mojej liście.

10.30

 Ciekawe, czy mam wystarczająco dużo przyjaciół? Obawiam się, że jeżeli ktoś 

z firmy telekomunikacyjnej poprosi mnie o wymienienie dziesięciorga przyjaciół i członków 

rodziny, do których mogłabym dzwonić po niższych kosztach, będę musiała w to wliczyć 

numer horoskopu dla Wag, pod który dzwonie najczęściej.

11.00

 Ktoś zadzwonił do drzwi.

- Otworzysz? - zawołała mama.

To był Jem. Wygląda całkiem, całkiem i jest nieźle zbudowany. Miał na sobie T - 

shirt, więc zobaczyłam jego umięśnione ramiona. Uśmiechnęłam się. Może przyda mi się taki 

background image

starszy mężczyzna, który mnie nauczy sztuki miłości...

11.05

 Mama wybiegła z sypialni, ciągnąc za sobą Libby.

- Kochanie, zabierz Libby na spacer, dobrze? Dzięki. Jem, napijesz się kawy?

- Nie odmówię. Mam lekkiego kaca. Mama zachichotała (tak jest, zachichotała).

- Słowo daję, ale z ciebie ziółko. Dobrze chociaż się bawiłeś?

Poszli do kuchni.

- No, byliśmy w takim jednym klubie. Super, powinnaś się tam kiedyś wybrać.

Znowu zachichotała.

- Uważaj, bo jeszcze wezmę cię za słowo.

Nie słyszałam, co się działo potem, bo Libby walnęła mnie swoją pluszową małpą.

- Idziemy - powiedziała. Musiałam więc wyjść.

Co jeszcze? Moja mama umawia się z jakimś budowlańcem, kiedy mój Vati próbuje 

stworzyć dla niej nowe życie na antypodach.

Właściwie to są kwita...

Vati przysłał z Whangamata list ze zdjęciami. Napisał:

Ta wioska słynie z najbardziej gwałtownych zjawisk geotermicznych na świecie. Kiedy  

któregoś dnia jadłem lunch w ogrodzie, stół zaczął się strasznie trząść... Ledwo dokończyłem 

swój   stek.   Ziemia   drży   pod   nogami,   bo   tysiące   miliardów   ton   wrzącej   pary   usiłują   się 

wydobyć   spod   skorupy   ziemskiej.   Drzewa   chwieją   się   na   wszystkie   strony,   a   owce 

podskakują...

No, super, Vati. Lecę tam najbliższym samolotem.

Przysłał też kilka zdjęć swoich kumpli z Nowej Zelandii... wszyscy zarośnięci jak 

bliźniaki Chucka Norrisa...

Mimo wszystko to mój Vati. Muszę zamienić słówko z mamą, żeby ocalić tę rodzinę.

0.05

 Jakoś mi się nie chce.

background image

MARZEC

Mój tata został Chuckiem Norrisem

Poniedziałek, 1 marca

10.30

  Nadal nie rozmawiam z Jas, ale najgorsze jest to, że i ona nie rozmawia ze 

mną. Nie wiem, jak to się stało, przecież to ja byłam górą. Teraz strasznie ciężko mi chodzić 

do budy, bo ona idzie przede mną, więc muszę ciągnąć się za nią bardzo powolutku, bo mam 

dłuższe nogi.

Środa, 3 marca

9.00

 Dzisiaj po szkole Jas ma iść z Robbiem na kawę. Ciekawe, czy Lindsay też o 

tym wie? Ciekawe, czy powinnam jej o tym powiedzieć?

15.00

 Nie mogę się powstrzymać - cały dzień deptałam Jas po piętach. Zauważyłam, 

że   założyła   bardzo   krótką   spódniczkę   i   inaczej   się   uczesała.   Może   ją   dorwę,   jak   będzie 

wychodziła z kibla, i zrobię jej kocówę albo namówię na to Jackie i Alison.

15.15

 Rosie, Ellen i Jools nie stają po niczyjej stronie, czego nie cierpię... jak śmią 

być tak bezstronne? Rosie powiedziała:

- Przecież on ją tylko poprosił o rozmowę... nawet nie wiesz, o czym - dodała Jools.

- Wiesz, żyjemy w wolnym świecie, nie możesz nikogo do niczego zmuszać.

Co za tępota! Przestałabym z nimi gadać, ale wtedy już w ogóle nie miałabym do kogo 

otworzyć gęby.

16.05

  Przyjechał Robbie!!! Gdzie Lindsay? Pod bramą zanosi się na bójkę. Kiedyś 

już była tu awantura, ale między panem Attwoodem a lodziarzem. Elvis wyszedł, żeby go 

przegonić. Podszedł do jego furgonetki i powiedział: „Spadaj!”, a lodziarz: „To mnie zmuś, 

dupku”.

Elvis zdjął okulary, czapkę i powiedział: „Wyłaź z samochodu, to ci pokażę”.

Więc lodziarz wysiadł z furgonetki. Miał chyba osiem metrów wzrostu. Wtedy Elvis 

powiedział:  „Uprzedzałem. To moje ostatnie słowo... Jak tylko  sprzedasz wszystkie  lody, 

masz natychmiast opuścić teren szkoły”.

background image

16.08

 Ani śladu Lindsay.

- Gdzie jest Lindsay? - spytałam Rosie, Jools Ellen, a Rosie odpowiedziała:

- Gra w badmintona.

Na   miłość   boską,   co   za   idiotka   -   jakaś   beksa   intrygantka   odbiera   jej 

narzeczonego/chłopaka,  a ta  gania w  spodenkach gimnastycznych  i odbija  piłeczkę  ping-

pongową z piórkami?!

16.10

 Jas wyszła ze szkoły w kozakach. Zamszowych, do kolan, na obcasach!!! Jak 

będzie w takim stroju szlajać się po ulicach, to jeszcze ktoś jej zaoferuje pieniądze.

16.12

  Doszła   do   bramy.   Robbie   otworzył   jej   drzwi   swego   morrisa,   usiadł   za 

kierownicą i odjechali.

W domu

16.38

 Zaraz zwariuję. Co oni teraz robią?

17.00

 Zadzwoniłam do Rosie.

- Dowiedziałaś się czegoś? - Nie. - To zadzwoń, jak się dowiesz.

17.20

  Obdzwoniłam   wszystkich,   ale   nikt   nic   nie   wie.   Zupełnie   tak,   jakbym 

występowała  w  jednej  z tych  durnych  sztuk, które  przerabiamy.  W końcu zostanę  sama, 

wpatrując się w morze... i pewnie wyrośnie mi broda.

17.30

 Przed chwilą odkryłam, że pod pachami rosną mi włosy. Skąd one się wzięły? 

Wczoraj jeszcze ich nie było.

17.40

  Na nogach też mi rosną. Lepiej się czymś zajmę i ogolę je sobie maszynką 

mamy.

18.00

 O Boże! Mam krwotok! Całe nogi spływają mi krwią - musiałam ją zatamować 

background image

szlafrokiem mamy. Zabije mnie, jak to odkryje. Lepiej go od razu wypiorę.

18.10

 Włożę go do pralki razem z innymi ciuchami, zanim mama wróci do domu.

18.30

  Dzwoni telefon. To tylko mama. Wpadły z Libby do wujka Eddiego, wrócą 

późno, więc kolację mam zjeść sama. Quelle surprise!

 Idę do lodówki.

18.32

 Co my tu mamy? Hm... Och, już wiem, została tylko zapleśniała, stara puszka 

fasoli...

19.00

 Dzwoni telefon.

Biegnąc do niego, potknęłam się o kabel i nogi znowu zaczęły mi krwawić. To była 

Rosie. - Właśnie dzwoniła do mnie Jas. Niemal wrzasnęłam: - I???

- Poszli na kawę. Mówi, że Robbie jest bardzo przystojny i dowcipny.

- I?

- Chciał z nią pogadać o Tomie. Wybuchnęłam śmiechem.

- Cha, cha, cha, cha, cha... a ona założyła kozaki. Cha, cha, cha.

- Tak - ciągnęła Rosie - chciał się dowiedzieć, czy nadal jeszcze podoba jej się Tom, 

bo ona wciąż mu się podoba.

Odłożyłam słuchawkę. Tom. Kogo to obchodzi? Cha, cha, cha.

Życie jest boskie!!!

19.30

 La, la, la, la, la, la. Boooskie!

19.40

 Mniam - mniam. Pyszna fasolka.

22.00

 Ojej, mały problem. Szlafrok mamy skurczył się do wielkości szlafroczka dla 

lalki. Może będzie pasował na Libby. Hm.

Ale i tak życie jest boskie. O szlafroku pomyślę jutro. Na razie nastawię głośno jakąś 

fajną muzykę i trochę sobie potańczę.

 Quelle surprise! (fr.) - Co za niespodzianka!

background image

23.00

  Usłyszałam, jak mama  wchodzi do domu, ale udałam, że śpię. Schowałam 

szlafrok na dno mojej szafy.

Czwartek, 4 marca

8.30

 Jas czekała na mnie przy furtce swojego domu. Kiedy ją zauważyłam, zwolniłam 

kroku i zaczęłam udawać, że szukam czegoś w torbie, a potem, że tego zapomniałam i muszę 

wracać do domu. Cofnęłam się i przez jakieś cztery minuty stałam ukryta za żywopłotem, po 

czym z powrotem ruszyłam w stronę szkoły.

Hurra,   Jas   już   nie   było,   więc   mój   plan   zadziałał.   Ale   kiedy   mijałam   jej   furtkę, 

wyskoczyła zza żywopłotu. Zaczęła iść koło mnie, ale się nie odezwała. Ja też milczałam.

To dziwne, jak się tak milczy - trzeba uważać, żeby nie wydać  z siebie jakiegoś 

dźwięku. Nie można nawet odchrząknąć, bo ta druga osoba pomyśli, że chcesz pierwsza coś 

powiedzieć.

Kiedy dotarłyśmy  do szkoły,  podała mi list. Najpierw nie chciałam  go wziąć,  ale 

jednocześnie byłam strasznie ciekawa, co napisała, więc w końcu włożyłam go do torby.

13.00

 Dopiero teraz mam okazję go przeczytać, bo nie chciałam, żeby Jas zobaczyła, 

że zżera mnie ciekawość. List brzmiał następująco:

Droga Georgio!

Przykro mi, że rozdzielił nas chłopak, to się już nigdy nie powtórzy. Zachowałam się 

głupio,   nie   pomyślałam   o   Twoich   uczuciach,   chociaż   jesteś   moją   najlepszą   przyjaciółką. 

Gdybym mogła w jakiś sposób odzyskać Twoją przyjaźń, to tylko daj mi znak.

Jas

RS. On nie jest zaręczony z Lindsay.

13.15

  A więc Jas myśli, że można ot, tak sobie zapomnieć o całej tej pożałowania 

godnej aferze. Jeżeli chce, żebym zmieniła zdanie, będzie musiała się trochę bardziej wysilić.

13.20

 Jas znalazła mnie przy automacie ze słody - czarni. Była trochę zdenerwowana. 

Niech jeszcze trochę pocierpi.

13.21

 Zaczęła:

- Yyy...

background image

A ja na to:

- Co to znaczy, że nie jest zaręczony z Lindsay?

W moim pokoju

17.00

  Jas   pomaga   mi   rozciągnąć   szlafrok   mamy.  Za  karę   za   swoje   oburzające 

zachowanie musiała mi obiecać, że powie, że to ona włożyła go do pralki. Na Jas mama nigdy 

by się nie rozgniewała.

17.15

 Szlafrok jest tak samo malutki jak przedtem, tyle że teraz ma rękawy tak długie 

jak ręce orangutana.

17.25

 Podobno Robbie bardzo się zdziwił, że jakoby jest zaręczony. Kiedy spytał Jas, 

dlaczego tak myśli, musiała udawać, że ktoś jej powiedział.

17.30

 Jas wyskubuje mi brwi.

- Jak myślisz, co powinnam zrobić z Tomem?

- spytała. - Robbie mówi, że nadal mu się podobam i że ta dziewczyna na tańcach to 

była tylko jego kuzynka.

- Och, czy to znaczy, że Tom nie może znaleźć sobie dziewczyny?

Jas, w połowie wyrywania:

- Georgia, nie zaczynaj znowu. Myślisz, że powinnam mu dać jeszcze jedną szansę?

„A co ja jestem, redaktorka kącika złamanych serc?”

- pomyślałam sobie.

Ale powiedziałam do Jas:

- Może, ale na twoim miejscu udawałabym bardziej nieprzystępną. Nie całuj się z nim 

na pierwszej randce... no, chyba że będzie bardzo nalegał.

Północ

 Mój plan pod tytułem „Ja jestem niewinna, to wszystko przez Jas!” przebiegł 

zadziwiająco   gładko.   Mama   sprawia   wrażenie   jeszcze   bardziej   stukniętej   niż   zwykle.   Ile 

czasu może potrwać remont jednego pokoju? Jem potwornie się guzdrze. Nic dziwnego - 

przez większą część czasu przesiaduje z mamą na kanapie i chichocze. Któregoś dnia Libby 

powiedziała do niego „tatusiu”.

Hej ho.

background image

1.00

 Patrzę z łóżka w niebo, słyszę pohukiwanie sowy i czuję, że wszystko idzie jak 

po maśle.

Robbie nie jest zaręczony!!! Dzięki Ci, Dzieciątko Jezus.

Wtorek, 16 marca

15.00

  Panna Stamp mówi, że jestem „obiecującą” tenisistką. Czadowo jest odbijać 

piłeczkę po korcie  przed oczami  ludzi. Albo wcale nie przed ich oczami, jak to było  w 

wypadku Rosie, która dziś po południu dostała piłeczką prosto w twarz. Okulary zjechały jej 

z nosa, co wydało mi się szalenie zabawne. Tak się śmiałam, że potem w ogóle nie mogłam 

zaserwować.

22.45

 Przebudziłam się ze snu, w którym wygrałam Wimbledon. Myślę, że zaczyna 

się   budzić   moja   sfera   seksualna,   bo   ten   sen   stał   się   interesujący   dopiero   po   meczu,   w 

przebieralni. Najpierw była normalka - wiecie, ostatni as serwisowy, tłum szaleje, idę po 

puchar. Podaje mi go księżniczka Małgorzata, mówiąc:

„Pierwsza klasa, fantastycznie. Szkoda, że ja już nie gram”. A ja na to: „Cha, cha, cha, 

trudno mi uwierzyć, że wasza wysokość w ogóle kiedyś w cokolwiek grała - no, może poza 

brydżem”. Macham jej ręką i idę do przebieralni.

Zaczynam się rozbierać, żeby wziąć wreszcie zasłużony prysznic. Kiedy zostaję w 

samym staniku (z miseczkami D wypełnionymi aż po brzegi) i majtkach, ktoś wchodzi do 

pomieszczenia. To Leonardo DiCaprio. Mówi: „Przepraszam, wystraszyłem cię?”. I zaczyna 

pokrywać  pocałunkami  moje drżące (lecz szalenie zgrabne i opalone) ciało. Wtedy nagle 

pojawia się ktoś jeszcze.

Odrywam się od Leo, ale on mnie uspokaja: „Spoko, to tylko Brad”. Wtedy Brad Pitt 

wchodzi i przyłącza się do nas.

Poniedziałek, 22 marca

14.00

  Serdeczność Jas staje się niemal krępująca. Tych parę dni bez dowcipnych i 

błyskotliwych rozmów ze mną przypomniało jej o tym, jak bardzo mnie lubi.

Kiedy szłyśmy do szkoły, uświadomiłam jej to w zawoalowany sposób.

- Jas,   myślę,   że   tych   parę   dni   bez   dowcipnych   i   błyskotliwych   rozmów   ze   mną 

przypomniało ci, jak bardzo mnie lubisz.

- Cha, cha, cha, cha, cha... - zaczęła, ale widząc moją minę, dokończyła zaraz: - O tak, 

background image

to prawda. Masz absolutną rację.

Środa, 31 marca

Na apelu

9.08

 Dziś rano prawie padłam ze śmiechu. Podczas modlitwy Rosie szepnęła:

- Spójrz na nos Jackie. Podaj dalej...

Jej   wiadomość   przebiegła   przez   cały   szereg.   Początkowo   nic   nie   zobaczyłam,   bo 

Jackie miała spuszczoną głowę i włosy zasłaniały jej twarz.

Potem, kiedy wszyscy zaczęli się szykować do odśpiewania psalmu, szepnęłam:

- Jackie! Psstt!

Podniosła   głowę   i   spojrzała   na   mnie.   Miała   całkiem   czarny   koniuszek   nosa!!! 

Wyglądała jak panda w peruce. Mało się nie posikałam ze śmiechu. Cały nasz szereg aż się 

trząsł.

Jackie rzucała nam mordercze spojrzenia, ale to nas rozwaliło jeszcze bardziej. Nie ma 

nic śmieszniejszego od wkurzonej pandy!!! Popędziłyśmy do kibelka i ze śmiechu zgięłyśmy 

się nad umywalkami. Kiedy w końcu odzyskałam mowę, spytałam:

- Co... co... jej... się stało?

- Pamiętasz tego didżeja, którym się tak strasznie zachwycała? - zapytała Ellen. - No 

więc upił się z kumplami, potem poszedł na randkę z Jackie i wpadł na pomysł, żeby jej 

zrobić malinkę na czubku nosa.

Cóż za radosny dzień.

background image

KWIECIEŃ

Podchody

Wtorek, 6 kwietnia

17.00

 Grałam w tenisa z Lucy Doyle z piątej klasy i wygrałam!!! Jestem genialna!!!

18.30

 Trenowałam grę w tenisa, odbijając sobie piłeczkę o ścianę w domu, ale to bez 

sensu. Angus ciągle zabiera mi piłkę i nie chce oddać. Kiedy po nią idę, czeka, aż już prawie 

ją chwycę, po czym znowu odchodzi trochę dalej. Raz udało mi się uderzyć go rakietą po łbie, 

ale chyba w ogóle go to nie zabolało.

19.00

 Dzwoniłam do Jas.

Fajnie,   jak   taty   nie   ma   w   pobliżu.   Nikt   się   nie   wydziera:   „Zwolnij   ten   cholerny 

telefon!”. Już zaczynam zapominać, jak wygląda.

Pod chmurami zawsze świeci słońce.

Telefon odebrała mama Jas. Poprosiłam Jas, która w końcu zeszła na dół ze swojego 

pokoju.

- Mam dobry plan - powiedziałam.

- O nie.

- Spodoba ci się.

- Dlaczego?

- Bo jest błyskotliwy, a poza tym dzięki niemu będziesz mogła spłacić dług wobec 

mnie.

- No to nawijaj.

- Mówiłaś, że Robbie nic nie wie o własnych zaręczynach, ale Lindsay i tak się obnosi 

z pierścionkiem.

- Tak.

- Skoro  zakłada go tylko  do szkoły,  a zdejmuje,  kiedy spotyka  się z Robbiem, to 

znaczy, że on bardziej podoba się jej niż na odwrót.

- Chyba tak.

- Oczywiście, że tak. Pewnie już ma jej dosyć - co on w ogóle w niej widzi?

- Podobno jest całkiem inteligentna. Zdaje się, że chce studiować w Oksfordzie.

background image

- A więc jest kujonką, ale to nie powód, żeby ją lubić. Poza tym dobre stopnie wcale 

nie świadczą o inteligencji. Samo to, że nie mogę spamiętać wszystkich Plantagenetów, nie 

oznacza, że nie jestem inteligentna.

- No, chyba nie. - Właśnie.

- Miałaś też spore problemy z równaniami drugiego stopnia.

- No tak...

- I z czasem zaprzeszłym...

- Tak, wiem, Jas, ale chodzi mi o to, że...

- Jesteś beznadziejna z niemca - Herr Kamyer powiedział, że uczy tyle lat, a jeszcze 

nigdy nie widział takiego tępaka.

- Słuchaj,   Jas,   możemy   wrócić   do   mojego   planu?   Myślę,   że   powinnyśmy   zacząć 

prześladować Lindsay.

- Prześladować? - Tak.

- Czyli... śledzić ją, a potem wydzwaniać i pytać, jakiego koloru majtki ma na sobie?

- Nie, nie, tylko mieć ją na oku.

- Po co? Jaki w tym sens?

- Sens jest taki, że wtedy się dowiem, czy ona się podoba Robbiemu, czy nie.

- Ale dlaczego ja mam w tym brać udział?

- Dlatego, że (a) jesteś moją przyjaciółką, (b) będzie to wyglądało mniej podejrzanie, 

bo i tak wszędzie łazimy razem, i (c) za parę tygodni moja mama wyjeżdża z Libby, więc 

mogłabyś u mnie przenocować i zaprosiłybyśmy Toma.

- Kiedy zaczynamy?

Grzeczna dziewczynka.

Piątek, 16 kwietnia

Początek operacji „Prześladowanie Lindsay”

Piątkowy wieczór

16.15

  Po ostatnim dzwonku musiałyśmy zostać na zapleczu pracowni biologicznej, 

bo ta Stara Kujonka (Lindsay) rozmawiała z Sokolim Okiem. Widziałyśmy, jak się razem 

śmieją - jakież to żałosne... jak można się śmiać z nauczycielem?! Potem, kiedy Lindsay 

odbierała płaszcz z szatni, przekradłyśmy się wąską alejką, która biegnie między pracownią a 

głównym budynkiem szkoły. Straszny tam pryszcz, pełno petów po Jackie i jej kumpelach. 

Alejka prowadzi w pobliże bramy głównej. Cały dowcip polegał na tym, żeby przemknąć się 

koło pakamery Elvisa. Uważa mnie za wroga publicznego numer jeden, bo na krześle w jego 

background image

budzie posadziłam szkielet w jego kapeluszu i z fajką w zębach. Nie mam pojęcia, jak się 

dowiedział, że to moja sprawka. W każdym razie, kiedy tam dotarłyśmy,  Elvisa nie było 

nigdzie widać, więc pędem pokonałyśmy ostatni odcinek alejki. Ubrałyśmy się całe na czarno 

i założyłyśmy berety - wyglądałyśmy zupełnie jak łączniczki z francuskiego ruchu oporu. 

Dotarłyśmy   na   miejsce   akurat   w   chwili,   kiedy   przechodziła   tamtędy   Lindsay   (ofiara). 

Zerknęła na zegarek, a na jej palcu błysnął pierścionek.

17.15

 Stoimy pod bajeranckim domem Lindsay. Rezydencja Pod Cisami.

Dom jest jednopoziomowy, co oznacza, że sypialnia Lindsay znajduje się na parterze, 

co z kolei oznacza, że możemy tam wejść przez okno.

Chi, chi, chi.

Ale najpierw to, co najważniejsze. Czas na pożywny - posiłek.

18.30

 Podwójne frytki i cola. Mniam - mniam.

18.45

 Zobaczyłyśmy, że ofiara wychodzi z frontowego pokoju, ale ponownie już się 

nie pojawiła.

Podejrzewamy, że poszła do swojego pokoju, by podjąć żmudne, desperackie próby 

zrobienia się na bóstwo przed spotkaniem z Robbiem.

18.58

 Postanowiłyśmy zaryzykować i pójść na tyły domu. Szepnęłam do Jas: - Mam 

nadzieję, że nie trzymają kota.

- Chyba psa?

- Nie znasz Angusa?

Bardzo   ostrożnie   zakradłyśmy   się   boczną   ścieżką.   Już   prawie   znalazłyśmy   się   w 

ogrodzie za domem, kiedy znad żywopłotu koło sąsiedniej posesji wyskoczyła czyjaś głowa. 

Kompletnie łysa, jak u wujka Eddiego. Jas, z błyskawicznym refleksem, szepnęła:

- Cśśś, robimy Lindsay wielką niespodziankę... - Mrugnęła i facet zniknął.

Poszłyśmy dalej. Okna pokoju Lindsay wychodzą na ogród. Zasłony były do połowy 

odsunięte, więc mogłyśmy zajrzeć do środka.

Jej pokój to prawdziwy falbaniasty koszmar: poduszki obszyte falbankami, falbanki 

przy narzucie na łóżko... Futerał na termofor w Teletubisie!!!

background image

Lindsay   nastawiła   muzykę.   Jas   i   ja   spojrzałyśmy   na   siebie.   Genesis.   Jas   zaczęła 

udawać, że wymiotuje. Musiałyśmy trzymać głowy pochylone, na wypadek gdyby Lindsay 

odwróciła się twarzą do okna. Nagle zniknęła za drzwiami i usłyszałyśmy jakieś gulgotanie.

- Ma pokój z łazienką - powiedziałam. - To bardzo kiepskie połączenie według feng 

shui.

- Dlaczego? - spytała Jas.

- Nie   wiem,   ale   to   bardzo   niedobrze.   Trzeba   by   chyba   wstawić   akwarium   z 

pięćdziesięcioma złotymi rybkami, żeby to naprawić... Widziałaś jej budzik? Na cyferblacie 

jest śpiąca buzia.

Lindsay wyłoniła się z łazienki, ze związanymi włosami, w staniku i stringach. Stringi 

są bez sensu - po co je nosić? Kiedyś przymierzyłam te, w których mama ćwiczy aerobik... w 

każdym razie miała ćwiczyć, ale poszła tylko raz. Powiedziała, że podczas biegu w miejscu 

mało się nie przewróciła, bo tak jej się rozkołysały piersi. No więc przymierzyłam te stringi i 

czułam się w nich okropnie głupio... włażą w tyłek. Nagle zobaczyłam coś jeszcze bardziej 

groteskowego. Lindsay w ogóle nie ma włosów łonowych! Co z nimi zrobiła? Chyba ich 

sobie   nie   zgoliła?   Przypomniało   mi   się,   jak   wyglądały   moje   nogi,   kiedy   je   ostatnio 

wydepilowałam. Zrobiło mi się słabo.

Jaka ta Lindsay chuda!!! Mój stanik przynajmniej nie jest pusty. Raptem, na naszych 

oczach, ofiara zrobiła dwie rzeczy, które uznałyśmy za niezwykle znaczące i godne zapisania 

w notatniku, gdybyśmy takowy miały przy sobie:

1. Zdjęła pierścionek i go pocałowała!!!

2. Wzięła coś z różowej gumy i włożyła sobie do stanika pod „biust”. To gumowe coś 

podniosło jej „piersi”, między którymi pojawił się rowek.

- Ale przekręt - powiedziałam do Jas. - Robbie pewnie nic o tym nie wie...

Zauważyłam  jednak, że Jas niezbyt uważnie mnie słucha: spoglądała ponad moim 

ramieniem na pana Łysola, który znowu się pojawił i obserwował nas przez ogrodzenie. Co 

jest z tymi sąsiadami, czy oni nie mają własnego życia? Zrobił nieco podejrzliwą minę, więc 

powiedziałam tak naturalnym tonem, na jaki tylko mogłam się zdobyć:

- Strasznie głośno nastawiła muzykę,  więc nie usłyszała, jak pukamy w okno. Jas, 

zapukaj jeszcze raz.

Jas trochę się zdziwiła, ale dzięki Bogu wykazała dość przytomności umysłu, żeby 

odstawić szopkę. Udała, że puka w okno, potem niby to pomachała do Lindsay (która na 

szczęście wróciła do łazienki), a następnie udała, że histerycznie się śmieje.

To całe prześladowanie jest szalenie męczące, ale pan Łysol chyba się uspokoił, bo 

background image

znowu zniknął, więc przekradłyśmy się z powrotem na frontowy podjazd i podeszłyśmy do 

wysokiego żywopłotu przy sąsiedniej posesji. Schowałyśmy się tam i zaczęłyśmy czekać, aż 

Lindsay wyjdzie z domu.

19.40

 Brrr... trochę zimno. W końcu drzwi frontowe się otworzyły i wyszła Lindsay z 

włosami upiętymi do góry (błąd), w czarnej spódnicy do pół łydki (zły wybór u osoby o 

sylwetce patyczaka). Kiedy mijała nas, skuliłyśmy się w cieniu żywopłotu, odczekałyśmy 

parę minut i ruszyłyśmy za nią. Wyszła na główną ulicę, stanęła w świetle latarni, wyjęła 

puderniczkę i się przejrzała. Zamiast z wrzaskiem wrócić do domu, zamknęła puderniczkę i 

poszła dalej.

Nagle ogarnęło mnie uczucie, że robimy coś złego. Do tej pory ekscytowała mnie ta 

zabawa we francuski ruch oporu, ale co będzie, jeżeli odkryję coś, czego nie chciałabym 

wiedzieć? A jeżeli Lindsay spotka się z Robbiem i okaże się, że naprawdę mu się podoba? 

Czy to wytrzymam? Czy chcę zobaczyć, jak się całują?

- Może powinnyśmy już wracać - powiedziałam niepewnie do Jas.

- Co? Teraz? - ona na to. - Nie ma mowy. Chcę zobaczyć, co będzie dalej.

19.50

 Pod Odeonem czekał Robbie. Wyglądał tak bosko, że serce zaczęło mi walić 

jak młot. Dlaczego nie jest mój? Lindsay podeszła do niego. Chwila prawdy. Miałam ochotę 

krzyknąć: „Ona ma w staniku różową gumę... i nosi stringi!!!”.

Wstrzymałam oddech i chwyciłam rękę Jas.

- Puszczaj, lesbijko - szepnęła.

I wtedy to się stało... Lindsay przybliżyła twarz i Robbie ją pocałował.

20.00

 W drodze do domu, jedząc kolejne frytki, spytałam Jas:

- Jak myślisz, jaki to był pocałunek? Zetknęli się ustami? Czy tylko cmoknął ją w 

policzek albo w kącik ust?

- Myślę, że w kącik ust, ale może tylko w policzek. - Ale się nie obściskiwali, prawda?

- Nie.

- Myślę, że Lindsay chciała, ale on się wymigał i tylko cmoknął ją w kącik ust.

- Tak.

- Nie był za bardzo zadowolony, co? - Nie.

- Myślisz, że nie? - Nie.

background image

- Ja też.

Przy furtce Jos

20.40

  - Fakty są następujące - powiedziałam - (a) Lindsay nie zakłada pierścionka, 

kiedy spotyka się z Robbiem, więc to jasne, że nie są zaręczeni, chociaż ona tak twierdzi, i (b) 

Robbie nie szaleje za nią, bo się z nią nie obściskiwał. Jas otworzyła furtkę.

- Tak. No dobra, to do jutra. Nie zapomnij przygotować imprezy.

Północ

  A   więc...   atmosfera   się   zagęszcza.   Muszę   tylko   pozbyć   się   Lindsay, 

przekonać Robbiego, że jestem kobietą jego marzeń, nie dopuścić do tego, by mama rozwaliła 

naszą   rodzinę,   wyhodować   większe   piersi,   zaplanować   operację   plastyczną   nosa   -   i 

załatwione...

Czwartek, 29 kwietnia

18.30

 Zadzwonił telefon, podniosłam słuchawkę. Jakiś dziwny głos powiedział:

- ...bry, czy to Georgia?

Brzmiał   nieco   oficjalnie;   może   to   jakiś   zboczeniec?   (Kiedyś   dzwonił   do   mnie   z 

automatu w Glasgow jakiś facet ze szkockim akcentem. Ciągle pytał: „Jakiego koloru maj...”, 

i wtedy w słuchawce zaczynało pikać. No to ja: „Słucham, co pan mówił?”, a  on  znowu: 

„Jakiego koloru majtki...?”  - pip, pip, pip. W końcu udało mu się wydukać  całe zdanie: 

„Jakiego koloru majtki nosisz?” - i wtedy połączenie zostało przerwane. Trzeba uważać).

Ten dziwny głos jak ze studni powiedział:

- Mówi tata. Dzwonię z Whangamata.

- O, cześć, tato - odparłam, trochę zaskoczona. Był strasznie rozradowany.

- Jak tam w szkole?

- No wiesz... jak to w szkole.

- Wszystko u was w porządku?

- Spoko. Angus upolował świnkę morską sąsiadów.

- Oddał ją?

- Dopiero kiedy go walnęłam rakietą do tenisa. - A co u Libby?

- Umie już mówić „palant”.

- Kto ją tego nauczył?

- Nie wiem.

- Powinnaś lepiej się nią opiekować.

background image

- Cholera, to nie moja córka.

- Nie przeklinaj mi tu.

- Powiedziałam tylko „cholera”.

- To przek... Słuchaj, daj mamę do telefonu, połączenie kosztuje funta za minutę.

- Nie ma jej.

- A gdzie jest?

- Nie wiem. Ciągle gdzieś wychodzi.

- No to przekaż jej, że dzwoniłem. - OK.

Zapadła   chwila   ciszy.   Kiedy   tata   znowu   się   odezwał,   jego   głos   brzmiał   jeszcze 

dziwniej.

- Szkoda, że was tu nie ma. Stęskniłem się.

- Hm - mruknęłam.

Dlaczego rodzice ciągle nam to robią? Zachowują się tak, że człowiek ma ochotę się 

rozpłakać i jednocześnie ich pobić.

background image

MAJ

Użyłem jej po to, żeby się jajka nie rozjechały

Wtorek, 4 maja

8.10

 Kiedy się obudziłam, miałam lekkiego doła.

Śniło   mi   się,   że   mój   tata   zapuścił   sobie   brodę   w   stylu   Chucka   Norrisa,   ale   tak 

naprawdę to wcale nie była broda, tylko przykleił mu się Angus. Apel, matma, fiza... dzisiaj 

nie ma po co żyć.

16.30

  W domu, wykończona ze śmiechu. Aż mnie żebra bolą. Chuda wyznaczyła 

mnie na następny semestr do dyżurowania w szatni, ale nie szkodzi. Opłacało się.

A było to tak: podwójna fizyka, jedno z tych popołudni, kiedy człowiek nie może się 

powstrzymać   od   śmiechu   i   dosłownie   wpada   w   histerię.   Przez   większą   część   lekcji 

krzyczałam: Jawohl, Herr Kommandant!” i stukałam obcasami za każdym razem, kiedy Herr 

Kamyer   pytał,   czy   rozumiemy,   co   nam   tłumaczy.   Właśnie   przerabiałyśmy   cząsteczkową 

budowę atomów i ich drgania.

Herr Kamyer ilustrował swój wywód za pomocą jajek ułożonych na ściereczce do 

naczyń.  Strasznie  mnie   to  śmieszyło.   Potem  przyszedł  mi   do głowy  dobry dowcip,  więc 

podniosłam rękę, a kiedy Herr Kamyer powiedział: „Tak?”, spytałam:

- Herr Kamyer, a jakie znaczenie ma ściereczka do naczyń w budowie cząsteczkowej?

Wtedy Herr Kamyer popełnił brzemienny w skutki błąd, gdyż odparł:

- Nie, nie. Użyłem jej tylko po to, żeby mi się jajka nie rozjechały.

Wtedy rozpętało się piekło. Nie mogłam przestać się śmiać.

Wiecie, jak to jest, kiedy człowiek rozumie, że naprawdę powinien przestać się śmiać, 

bo inaczej wpakuje się w straszny kanał? A jednak nie może? No to właśnie ja dostałam 

takiego ataku.

Do gabinetu Chudej dosłownie musiano mnie zanieść. Pod jej drzwiami z całych sił 

próbowałam wziąć się w garść i już wydawało mi się, że doszłam do siebie, więc zapukałam i 

usłyszałam: „Proszę”.

Cały czas w myślach powtarzałam:  „Błagam, błagam, tylko  mnie o nic nie pytaj. 

Odpuść sobie. Mów, o czym chcesz, tylko nie o tym. Błagam”.

Chuda cała trzęsła się jak galareta.

background image

- Georgio,   czy   możesz   mi   wyjaśnić,   co   jest   tak   śmiesznego   w   eksperymencie 

przedstawionym przez Herr Kamyera, związanym z drganiem atomów?

Próbowałam. Bóg jeden wie, jak bardzo.

- A więc, proszę pani, użył ściereczki do naczyń... użył ściereczki do naczyń...

- Tak?

- Użył ściereczki do naczyń, żeby... żeby mu się jajka nie rozjechały. - I znowu mnie 

poniosło.

Północ

 Ale i tak było to cholernie śmieszne.

Czwartek, 27 maja

Zawody tenisowe

14.30

  Doszłam   do   półfinałów.   Piękny,   słoneczny   dzień.   Chyba   jednak   zostanę 

zwycięzcą Wimbledonu. W białym mi do twarzy. Kibicowała mi cała paczka. To strasznie 

zakręcone i karmiczne, i w ogóle, ale... jeżeli wygram półfinały z Kirsty Walsh (z piątej kla-

sy), to w finale będę grała z Lindsay. Bardzo dziwne. Lindsay to beznadziejnie nudny gracz, 

na pewno ją pokonam. Gra okropnie podręcznikowo... stosuje dalekie podania, ale jeszcze nie 

zmierzyła się z Potężnym Lobem (czyli mną).

OK, jeżeli z nią wygram, to znaczy, że zdobędę Robbiego. Lindsay pod spódniczkę do 

tenisa założyła białe majtki z falbankami. (Ale dzięki Bogu nie stringi, inaczej panna Stamp 

mogłaby dostać ataku lesbijskiej żądzy i jeszcze odsunęłaby mnie od gry). Myślę, że moje 

szorty   są   o   wiele   bardziej   stylowe.   Wyglądam   w   nich   tak,   jakby   dopiero   co   mi   się 

przypomniało, że biorę udział w finałach, więc założyłam, co tam miałam pod ręką, tworząc 

bardzo atrakcyjny efekt.

15.30

 Wygrałam pierwszy set i teraz serwuję do drugiego, i koniec meczu.

Czuję się całkiem nieźle. Trochę się zgrzałam, ale dobrze serwuję. Rosie, Ellen, Jools, 

Jas i wszystkie dziewczyny z mojej klasy dosłownie świrują na trybunach. Skandują moje 

imię i „Spoko, spoko”. Sokole Oko ciągle je musi uciszać. (Jest sędzią, a to pech).

Ale nawet przez nią nie przegram. Cha, cha, cha, cha. Jestem władcą wszechświata. 

Robbie należy do mnie. Pierwszy serw - AS!!! Tak! Tak! Sokole Oko mówi:

- Piętnaście - zero.

Drugi serw - krótka wymiana piłek i wykonuję sprytny slajs z forhendu po przekątnej 

background image

kortu.

- Trzydzieści - zero - mówi Sokole Oko.

Trzeci serw. Wiźźźźź. Tak, następny as!!! Kirsty zupełnie się pogubiła. Ale fajtłapa. 

Dawaj, jeśli uważasz, że jesteś dość dobra!!!

- Czterdzieści - zero.

Kiedy serwuję, na całym korcie zapada cisza jak makiem zasiał. Staję za linią główną. 

Jas nerwowo bawi się grzywką. Spoglądam na nią i przestaje.

Podrzucam piłeczkę i opuszczam rakietę, nieco ją podkręcając. Kirsty poddaje się i 

nawet nie próbuje dogonić piłki. AS!!!

Sokole Oko oznajmia przez zaciśnięte wargi:

- Gem, set i mecz dla Georgii Nicolson. Taaaak!!! Zwycięstwo!!!

Padam na kolana jak McEnroe, a tłum szaleje. W euforii rzucam rakietę wysoko w 

powietrze.

Rakieta   spada   i   uderza   Sokole   Oko   prosto   w   głowę.   Nieprzytomna   nauczycielka 

zlatuje ze swojego sędziowskiego krzesełka.

W łóżku

20.00

  NIE   MOGĘ   W   TO   UWIERZYĆ.   Sokole   Oko   była   nieprzytomna   tylko   z 

minutę,   a   jednak   mecz   został   unieważniony.   W   efekcie   więc   Kirsty   zagrała   w   finale   z 

Lindsay.

Nie mogłam na to patrzeć - a ściślej mówiąc, zabroniono mi - musiałam niestety 

poukładać wszystkie materace do ćwiczeń.

Lindsay zdobyła puchar.

Nie wiem, jakie to ma znaczenie karmiczne. Chyba już nie wierzę w Boga.

23.00

 Uwierzę w Bogn tylko wtedy, jeżeli niedługo przydarzy mi się coś naprawdę 

super.

background image

CZERWIEC

Impreza piżamowa

Piątek, 4 czerwca

Impreza piżamowa z noclegiem

17.00

  Mama rusza się jak mucha w smole. Dlaczego ona tak się guzdrze? Libby 

jeszcze nie ma na sobie majtek. Zaproponowałam, że ją ubiorę, a mama na to:

- Och, naprawdę mogłabyś, kochanie? Nigdzie nie mogę znaleźć pęsetki do brwi. Nie 

widziałaś jej przypadkiem?

(Pamiętam, że jest w moim piórniku).

- Yyy... nie, ale chyba Libby się nią bawiła.

- Cholera, to może być wszędzie.

Libby uznała, że zakładanie gaci to zabawa, więc musiałam się namęczyć, zanim ją 

złapałam. Kiedy wciągałam jej majtki, zaczęła mruczeć:

- Mrrr, mrrr, dobly kotek. Chces mlecka, palancie? Chyba myśli, że „palant” to imię.

Kiedy już ją ubrałam, popędziłam na górę, wzięłam pęsetkę i włożyłam ją do koszyka 

Angusa.   (Na   szczęście   poszedł   mordować   ptaki,   bo   inaczej   pewnie   by   ją   zjadł).   Potem 

krzyknęłam do mamy:

- Hej, mamo, wiesz, gdzie jest twoja pęsetka? Chodź i zobacz!

Kiedy mama wyszła z sypialni, wskazałam jej koszyk kota.

- Coś   podobnego!  -  wykrzyknęła.   -  Dzięki,   kochanie.  No,   to  chyba  już   wszystko. 

Libby, możemy się zbierać.

Złapała Libby, która zaczęła się wyrywać i lizać ją po twarzy.

- Niegzecna, niegzecna mamusia. Kradnie Libby. Przy wyjściu mama powiedziała:

- Dasz sobie radę sama, prawda? Wrócę jutro wieczorem. Zjedz coś porządnego i 

proszę, nie kładź się zbyt późno.

Wyszła i wróciła chwilę później.

- I żeby ci nie przyszło do głowy robić coś z włosami.

18.00

 Pierwsza zjawiła się Rosie.

- Sven przyjdzie około wpół do dwunastej, jak się skończy jego zmiana w restauracji - 

powiedziała.

background image

- Do której bazy z nim dotarłaś? - spytałam.

- Yyy...   do   szóstej   i   częściowo   siódmej.   Opracowałyśmy   specjalny   system   ocen 

dotyczący całowania i tych rzeczy, od bazy pierwszej do dziesiątej:

1) trzymanie się za ręce;

2) obejmowanie się;

3) pocałunek na dobranoc;

4) pocałunek trwający ponad trzy minuty bez nabierania oddechu;

5) pocałunek z otwartymi ustami;

6) pocałunek z języczkiem;

7) pieszczoty górnej części ciała - poza domem;

8) pieszczoty górnej części ciała - w domu (w łóżku);

9) pieszczoty poniżej talii

10) i pójście na całość.

- No i jaki jest? - spytałam.

- Dobry. Myślę, że Duńczycy są w tym lepsi od Anglików. Częściej zmieniają rytm.

- Co to znaczy?

- No wiesz, Anglicy strasznie się napalają i całują ciągle z tym samym naciskiem. No 

więc Sven zmienia stopnie nacisku: czasami całuje delikatnie, potem mocniej, a potem tak 

pośrodku.

- O, to fajnie.

- No. Chyba wszystkie dziewczyny to lubią. My lubimy urozmaicenie, a chłopcy wolą 

robić zawsze tak samo.

- Skąd wiesz? - zdziwiłam się, a ona zrobiła strasznie mądrą minę.

- Tak jest napisane w Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus.

Przyszły   Jools,   Ellen,   Jas,   Patty,   Sarah   i   Mabs   i   przebrałyśmy   się   w   piżamy. 

Włączyłyśmy sobie Grease i co chwila zatrzymywałyśmy taśmę, żeby ponaśladować scenki. 

Ja wykonałam na kanapie numer You're The One That I Want.

Około jedenastej zadzwonił telefon. To był Tom, który chciał rozmawiać z Jas. Jas 

wyszła   do   przedpokoju   i   zamknęła   drzwi,   żebyśmy   nie   podsłuchiwały.   Wróciła   trochę 

zaróżowiona i zaczęła skrzeczeć:

- Przyjdzie ze swoim kumplem Leo... ojejujejujejujeju!

23.30

  Właśnie jadłyśmy tosty i nadziewane ciasteczka, kiedy przyszli Leo i Tom. 

background image

Przynieśli swoje piżamy i się w nie przebrali. Ale się uśmiałyśmy! Potem pojawił się Sven - 

już zapomniałam, jaki jest wysoki... Zniknął gdzieś z Rosie, a my jeszcze raz obejrzeliśmy 

Grease.  Chłopaki   przyłączyli   się   do   naszych   wygłupów.   Tom   jest   strasznie   zabawny.   Z 

całych sił starałam się nie wspomnieć o Robbiem.

1.00

  Jeszcze nie śpimy i gadamy o WSZYSTKIM!!! Coś długo nie widać Rosie i 

Svena. Chyba już zaliczyli siódmą bazę???

1.30

 Tom i Jas gdzieś zniknęli, a Leo i Ellen poszli „zaczerpnąć świeżego powietrza”. 

Nie mam  pojęcia,  dlaczego  uważają,  że w  salonie  nie ma  czym  oddychać.  Reszta  z nas 

„nieparzystych”   (czyli   bez   pary)   postanowiła   zabawić   się   w   wyzwania.   Zaczęło   się   od 

zdejmowania majtek i zakładania ich sobie na głowę, i tak dalej, a potem wyzwałam Sarę, 

żeby wyszła do ogrodu i spuściła spodnie od piżamy i majtki. Zrobiła to.

2.00

 Party i Mabs wyzwały mnie, żebym wybiegła na golasa na ulicę. Powiedziały, że 

jeżeli   to   zrobię,   kupią   mi   nową   szminkę.   „Pary”   jeszcze   gdzieś   się   chowały,   więc 

pomyślałam, że podejmę wyzwanie. Wyszłyśmy z domu w piżamach. Była przyjemna, letnia 

noc i we wszystkich okolicznych domach - oprócz naszego - panowały już ciemności. Więc 

zdjęłam piżamę i jak głupia pognałam na golasa do końca ulicy i z powrotem. Mało się nie 

posikałyśmy ze śmiechu - pozostali nie uwierzą, że to zrobiłam!!!

Padłyśmy   przed   drzwiami,   kiedy   pojawiły   się   nasze   „parki”.   Schowałam   się   za 

dziewczynami i zaczęłam zakładać piżamę. Tom mrugnął do mnie.

- Muszę powiedzieć bratu, co stracił. Zrobiłam się czerwona jak burak.

- Ani mi się waż. Obiecaj, że nic mu nie powiesz!!!

- Jak myślisz, czy ja i Jas powinniśmy zacząć znowu ze sobą chodzić? - spytał.

- Tak! Uważam, że jesteście dla siebie stworzeni.

- Zawsze cię lubiłem, bo jesteś taka szczera.

Około wpół do trzeciej chłopcy poszli do domu, a my posprzątałyśmy w domu. Boże, 

żeby tylko Tom nie powiedział Robbiemu o tym bieganiu na golasa.

Schowałyśmy się pod kołdry we frontowym pokoju i zaczęłyśmy gadać o wszystkim - 

o chłopakach, makijażu... i lesbijkach.

- W jaki sposób zostaje się lesbijką? - spytała Rosie.

- A bo co? Chcesz spróbować? - ja na to.

background image

- Tego się nie próbuje - wyjaśniła Jas. - Nie można tak po prostu sobie pomyśleć: 

„Och, spróbuję teraz być lesbijką”.

- To znaczy co? - Ellen aż usiadła.

Jas trochę się zaczerwieniła (czyli zrobiła się czerwona jak burak).

- No, lesbijki na przykład pieszczą się z innymi dziewczynami.

Na to wszystkie usiadłyśmy i jęknęłyśmy: „Blee!”.

- Czyli one się pieszczą nawzajem? - spytała Rosie.

- Oczywiście - powiedziała przemądrzałym tonem Jas (rzeczniczka lesbijek). - Mają 

takie tegesy do uprawiania seksu.

- Jas, a skąd ty tyle wiesz na ten temat? - wtrąciłam.

Teraz Jas już całkiem spaliła cegłę. Rosie okropnie się zainteresowała. - Ale co robią, 

jeżeli nie mają tych tegesów?

- No,   ekspercie   -   zwróciłam   się   do   Jas.   -   Co   robią   w   zaciszu   swych   lesbijskich 

gniazdek?

Jas coś tam wymamrotała pod kołdrą.

- Nie wiesz, prawda? - powiedziałam, a ona znowu wymamrotała:

- Drą się.

- Drą się? - powtórzyłam. - Wydzierają się na siebie? Jas usiadła i powiedziała:

- Nie, trą się.

- Dobranoc - rzuciłam bardzo szybko i wszystkie poszłyśmy spać.

Sobota, 16 czerwca

18.00

 Dostałam liścik od Jackie:

„Dziś  zrywamy   się  po budzie   i idziemy  do  miasta  po »zakupy«.  Opowiemy  ci  o 

naszym planie na przerwie obiadowej”.

Wiedziałam,   że   w   języku   Jackie   „zakupy”   oznaczają   kradzieże   w   sklepach.   Na 

przerwie   obiadowej   próbowałam   się   przed   nią   ukrywać,   ale   przydybała   mnie   w   kibelku. 

Czytałam magazyn w jednej z kabin - wysoko uniosłam stopy, żeby nie było widać, że ktoś 

tam jest, ale weszła do kabiny obok i zajrzała nad ścianką działową.

- Co robisz? - spytała.

Nie podniosłam głowy, tylko odparłam:

- Ćwiczę sztukę origami.

- Gotowa? Zrobiłyśmy listę zakupów i ustaliłyśmy, gdzie się spotykamy.

Nagle pękłam. Miałam już śmiertelnie dosyć jej i Alison, w ogóle się z nimi dobrze 

background image

nie bawię, ciągle tylko namawiają mnie do czegoś, co wcale mi nie odpowiada. Miałam ich 

już po dziurki w nosie.

- Nigdzie z wami nie idę i myślę, że wy też nie powinnyście iść - powiedziałam.

Jackie była zdumiona.

- Zostałaś chrześcijanką? Gdzie twój różaniec? Nie wygłupiaj się, skocz po płaszcz, 

spotykamy się na boisku za budą.

- Nie - powiedziałam i wyszłam z kabiny.

Ruszyła za mną i stanęła tuż obok. To duża dziewczyna.

- Myślę, że lepiej będzie, jak pójdziesz. Za nią pojawiła się Alison.

Wtedy   usłyszałam   własny   dziwnie   spokojny   głos.   Kiedyś   oglądałam  Xenę

wojowniczą księżniczkę i teraz przez chwilę mi się wydawało, że jestem nią.

- Och, świetnie. Nie sądziłam, że tak szybko wykorzystam swą znajomość sztuk walki. 

Jeżeli wam coś złamię, to z góry przepraszam. Do tej pory ćwiczyłam tylko na cegłach.

Jackie zrobiła zaskoczoną minę (a kto by nie zrobił?), ale nadal zbliżała się do mnie, a 

ja nagle z wrzaskiem złapałam ją za rękę i wykręciłam do tyłu. Nie wiem, jak mi się to udało. 

Robiłam to dla wszystkich małych ludzi na całym świecie (nie mam tu na myśli karłów, tylko 

wiecie, bezbronnych ludzi).

20.00

 Dzwoniła Jas.

- Wszyscy mówią o tobie - byłaś wspaniała!!!

20.30

  Jestem chłop z jajami. (Nie wiem, jaki  jest żeński odpowiednik „jaj”...  bo 

chyba nie „pochwa”? Poza tym „baba z pochwą” już nie brzmi tak samo...).

Północ

 Taaaaak!!!

Sobota, 19 czerwca

9.00

  Dziś w Market Place grają Sztywne Dylany. Tom i Jas wybierają się tam, tak 

samo jak cała paczka. Iść czy nie?

11.30

 Mama zachowuje się absurdalnie - nie pozwala mi przefarbować się na blond.

- Marilyn Monroe na pewno  nie zostałaby gwiazdą,  gdyby jej  mama  powiedziała: 

„Nie, Marilyn, tylko sobie zniszczysz włosy”.

background image

- Nie wygłupiaj się - mama na to.

- A   Cindy   Crawford...?   -   nie   dawałam   za   wygraną.   -   Myślisz,   że   pani   Crawford 

powiedziała...

Mama rzuciła we mnie kapciem. No, super, zaczyna stosować przemoc. Chyba jednak 

zadzwonię do telefonu zaufania.

14.00

 Płożyłm se mseczke. Ne mge rszać twrzą.

14.30

 Zapchałam zlew maseczką z białka.

16.00

 Zabieram się do robienia makijażu.

16.30

  Merde  do kwadratu. Muszę zaczynać od początku. Wsadziłam sobie tusz do 

oka. Teraz mi łzawi i jest całe czerwone.

17.30

 Położyłam się z plasterkami ogórków na powiekach żeby zeszła opuchlizna.

17.50

 Libby zakradła się i zjadła jeden plasterek. Przeżyłam straszliwy szok, widząc 

nad sobą jej twarz, kiedy w ogóle się tego nie spodziewałam.

18.00

 Dzwoniła Ellen, spotykamy się pod Market Place o wpół do dziewiątej.

Północ

  Co   za   nieprawdopodobnie   CUDOWNY   wieczór.   Miodzio.   Robbie   mnie 

POCAŁOWAŁ. Bóg Seksu wylądował. Ale czad.

Sztywne Dylany zagrali superkoncert, a Jas, Tom, Leo, Ellen i ja zrobiliśmy swój 

śmieszny układ taneczny. Lindsay miała kwaśną minę. Robbie był ekstra.

Początkowo   tańczyłam   trochę   niepewnie,   ale   szybko   się   rozkręciłam.   Pokazałam 

Tomowi i Jas kroki, które wymyśliłam w swoim pokoju - i nagle zrobiło się jak w filmie, bo 

wszyscy - mnóstwo ludzi - zaczęli nas naśladować.

Pod koniec trochę się zdyszałam i zgrzałam, więc kiedy zespół zrobił sobie przerwę, 

wyszłam tylnymi drzwiami na zewnątrz. Tam jest coś w rodzaju patio. Nagle podszedł do 

mnie Robbie... Poczułam się okropnie niezręcznie i już miałam wrócić do środka, kiedy mnie 

background image

objął i powiedział:

- Georgia, możemy chwilę porozmawiać?

- Dobrze... - odparłam. Wyglądał na trochę skrępowanego, więc dodałam: - Słuchaj, 

jeśli chodzi o Jas i Toma, to przykro mi, że się na mnie pogniewałeś... Uważam, że Tom jest 

naprawdę spoko. I wiem, że Jas bardzo go lubi.

- No to się cieszę, ale nie o to mi chodzi - powiedział Robbie. - Chciałem tylko dać ci 

to. - I wtedy mnie pocałował!!! Nogi zrobiły mi się miękkie jak z waty - czułam się jak pół 

dziewczyna, pół meduza. Było megaczadowo. Dwadzieścia punktów na dziesięć. Przeżyłam 

wszystko, co w takich chwilach powinno się przeżyć - fajerwerki wybuchały mi w głowie, 

grała muzyka, morze falowało... Tak osłabłam, że nie wiem, jak długo to trwało.

W końcu odezwał się:

- Już dawno chciałem to zrobić, ale wiedziałem, że nie powinienem.

Ledwo mogłam coś z siebie wydusić, zaczęłam bełkotać jak potrzaskana:

- Nnni, nnni,  jest OK,  powinieneś,  powinieneś...  znaczy się, ja,  ty,  zawsze, nawet 

kiedy nnni. - Spojrzał na mnie, jakbym mówiła w obcym języku. A ja mówiłam po angielsku, 

tyle że bzdury.

Wtedy   przyszedł   jeden   z   członków   zespołu   i   Robbie   odskoczył   ode   mnie   jak   na 

sprężynach. Po chwili wrócił i powiedział:

- OK, Georgia, a więc przekażesz to Tomowi? No, to na razie.

„Na razie”? Co to ma znaczyć? Znowu to samo!!! Opowiedziałam wszystko Jas, a ona 

na to:

- I co teraz będzie? Jesteś jego dziewczyną na dochodne? Jak to „na razie”? Czy to 

znaczy: do zobaczenia potem? - Musiałam jej zatkać usta dłonią, żeby przestała nawijać.

Kiedy Robbie znowu wszedł na scenę, z całych sił się powstrzymywałam, żeby się na 

niego nie gapić jak idiotka. Wyglądał cudownie, no i mnie pocałował!!!

Po koncercie Robbie, mijając mnie, powiedział:

- Zadzwonię.

A potem podszedł do Lindsay. Objęła go, a więcej już nie chciałam oglądać.

Kiedy zadzwoni?

Gdy wróciłam do domu, w moim łóżku leżeli Angus i Libby. Musiałam spać, skręcona 

w literę S i z nogami zwisającymi z łóżka. Ale co tam!!!

Wtorek, 22 czerwca

17.10

  Nie wiem, czy się rozchorowałam, czy to tylko  pogoda, ale ciągle mi jest 

background image

gorąco. Nie dzwoni od trzech dni.

Środa, 23 czerwca

23.30

 Dziś też nie zadzwonił.

Czwartek, 24 czerwca

18.00

 Telefon do Jas.

- Jeszcze nie zadzwonił.

- Słuchaj, zostaw to mnie. Spróbuję się czegoś dowiedzieć od Toma.

- Ale taktownie, dobrze?

- Za   kogo   ty   mnie   masz?   Umiem   być   taktowna.  -   Sorry,  ale   jestem   trochę 

przewrażliwiona i nie chcę, żeby ktoś się o wszystkim dowiedział, dopóki sama nie będę 

wiedziała, na czym stoję.

- Spoko, moje drugie imię to „Luz”.

- Naprawdę? A ja myślałam, że „Pollyanna”.

- No   rzeczywiście,   moja   mama   zawsze   lubiła   ten   film,   ale   nie   to   mam  na  myśli. 

Zresztą mówiłaś, że nigdy nie zdradzisz tego sekretu.

- OK, tylko pamiętaj - taktownie, dobra? - Oczywiście. Chwileczkę. - Usłyszałam, jak 

woła: - Mamo, mogłabyś tu poprosić Toma?

Potem jakieś odgłosy dobiegające z oddali, a potem głos mamy Jas z piętra:

- Tom pyta, czego chcesz. Właśnie podłączył komputer i w tej chwili nie może od 

niego odejść.

Wtedy rozległo się wołanie Jas:

- To mu powiedz, że Robbie pocałował Georgię i że miał zadzwonić, ale jeszcze tego 

nie zrobił. Czy Tom coś wie na ten temat?

Nie wierzyłam własnym uszom, ale po chwili zrobiło się jeszcze gorzej, bo włączyła 

się mama Jas:

- Robbie pocałował Georgię, ale chodzi z Lindsay, prawda?

- Tak, ale nie jest jeszcze całkiem zdecydowany! - odkrzyknęła Jas. Wtedy usłyszałam 

głos Toma:

- A jaki to był pocałunek?

- Chyba szósta baza - odparła Jas.

NAPRAWDĘ MIAŁAM OCHOTĘ JĄ ZAMORDOWAĆ. - Jas, ZAMKNIJ SIĘ!!!

Piątek, 25 czerwca

background image

13.00

 Podczas przerwy obiadowej podeszła do mnie Lindsay. Z bliska ma niebieskie, 

wodniste oczy, którymi ciągle mruga jak jakiś niebieskooki nietoperz.

- Słyszałam, co się wydarzyło się w sobotę - powiedział nietoperz.

Nieco zbladłam.

- Co słyszałaś? Grałam na zwłokę.

- Słyszałam,   że   uganiasz   się   za   moim   chłopakiem.   Jak   ona   śmie   sugerować   coś 

takiego!!! Cała poczerwieniałam.

- Co za idiota ci to powiedział? Lindsay zgromiła mnie wzrokiem.

- Robbie.

Nie mogłam w to uwierzyć.

- Powiedział,  że w czasie przerwy wszędzie  za nim chodziłaś, a potem dosłownie 

rzuciłaś się na niego. Powiedział, że było mu ciebie żal i że okropnie się za ciebie wstydził.

Coś wybełkotałam, bo nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.

- Więc   cię   ostrzegam   -   ciągnęła   -   nie   bądź   taka   żałosna.   Jesteś   tylko   głupiutką 

dziewczynką. Niech mi się to więcej nie powtórzy.

Przypomnieli mi się starożytni Egipcjanie, którzy wkładali ludziom do nosów łyżki na 

długich trzonkach, po czym wydłubywali im mózgi. Oczywiście wtedy ofiara już nie żyła, ale 

w wypadku Lindsay kompletnie nie ma różnicy, czy żyje, czy nie. Zdobędę taką łyżkę i 

wsadzę ją Lindsay do tego wrednego nochala, którego tak zadziera.

18.00

  Jas   i   ja   zamierzamy   się   zemścić   na   Lindsay.   -   Jak   myślisz,   czy   Robbie 

naprawdę powiedział, że jestem żałosna i że się na niego rzuciłam?

Jas zachowała się jak prawdziwa kumpelka.

- Nie, nie, oczywiście, że nie... yyy... chyba tego nie zrobiłaś, co?

18.30

  Och,   dlaczego?   Jak   mógł   się   zachować   tak   po   świńsku?   Nienawidzę   go, 

nienawidzę.

Północ

 Nienawidzę go, nienawidzę.

0.30

 Och, kocham go, kocham.

background image

LIPIEC

Bóg Seksu wylądował

Czwartek, 1 lipca

Stołówka

13.00

  Lindsay   zostawiła   swój   kubek  z   kawą   i   poszła   po  teczkę   i   wtedy   do  niej 

naplułam   (do   kawy,   nie   do   teczki,   chociaż   przy   najbliższej   okazji   napluję   i   do   teczki). 

Nienawidzę tej dziewuchy.

Jackie i Alison jeszcze bardziej działają mi na nerwy, odkąd postanowiły, że zaczną 

się ze mną przyjaźnić.  Dzisiaj Jackie kupiła  mi tabliczkę czekolady. Jutro pewnie da mi 

jabłko. To żałosne, że osoba, której wykręcasz rękę, potem kupuje ci prezenty.

16.00

 Jestem okropnie wkurzona na Robbiego. Mam ochotę mu powiedzieć, co o nim 

myślę, ale jestem na to zbyt dumna.

16.30

  Dzwoniłam do Robbiego pod jego numer domowy (który dostałam od Jas). 

Kiedy odebrał, trzasnęłam słuchawką. (Ale przedtem zadzwoniłam pod 141, dzięki czemu 

mój numer nie został zapisany. Cha, cha, cha, cha, cha, cha!).

16.45

 Znowu do niego zadzwoniłam. Kiedy podniósł słuchawkę, powiedziałam:

- Robbie, tu Georgia. Tak jakby westchnął.

- Yyy... nie mogę znaleźć tego wypracowania, o które mnie prosiłeś, Mikę. Mogę 

zadzwonić później? Dzięki, nara.

16.50

 Zadzwoniłam do Jas.

- Co to znaczy, że powiedział do mnie „Mike”?

- Pewnie Lindsay stała obok.

17.30

 Leżę w łóżku przy całkiem zaciągniętych zasłonach.

17.45

 Weszła mama.

background image

- Chciałabyś może ze mną o czymś porozmawiać? - spytała.

- Tak, o samobójstwie.

- Na pewno nie jest aż tak źle.

- Właśnie że jest, a nawet gorzej. Nie chcę już żyć, nienawidzę szkoły, nienawidzę 

Anglii.

- Może poprawi ci nastrój wycieczka do Nowej Zelandii, co? Po drodze mogłybyśmy 

wstąpić do Disneylandu.

- Wszystko mi jedno.

18.30

 A więc tacy są mężczyźni. Dosyć tego, zostanę lesbijką.

19.00

 Wyjęłam zdjęcia Claudii Schiffer i zaczęłam udawać, że się z nią całuję.

19.05

 Nie da rady. Poza tym ciągle mi się przypominają wąsy panny Stamp. I to, o 

czym mówiła Jas. Pocieranie.

19.10

 W takim razie muszę zostać zakonnicą.

To na nic. Jeżeli ściągam włosy do tyłu, jak to robią zakonnice, mój nos staje się 

ogromny. Chociaż to chyba nie ma znaczenia, kiedy się tylko zbawia ludzi i gotuje dla nich 

zupę.

21.00

 Ktoś do mnie zadzwonił.

- Kto to? - spytałam mamę, a ona na to:

- Nie wiem, jakiś chłopak.

21.30

  Jutro po szkole ma przyjść Robbie. Dzwonił z automatu i powiedział, że na 

razie nie może nic wytłumaczyć i że pogadamy jutro. Jeśli mu się wydaje, że może „się z tego 

wytłumaczyć”, to bardzo się myli. Mam swoją dumę. Już ja mu coś powiem  na temat tych 

„tłumaczeń”!!!

21.45

 W co się ubrać? Może jutro w ogóle nie pójdę do szkoły, żeby mieć czas na 

background image

doprowadzenie się do naturalnego wyglądu.

Piątek, 2 lipca

8.05

  Pożegnałam się normalnie z mamą i Libbs, po czym, jak zwykle, poszłam do 

Jas. Czekała na mnie na rogu.

- Dzisiaj nie idę do szkoły - powiedziałam. - Umówiłam się z Robbiem. Mogłabyś 

przekazać, że przyjechała do mnie ciotka? Dzięki.

I   wróciłam.   Odczekałam,   aż   mama   i   Libbs   wyjdą,   po   czym   wślizgnęłam   się   z 

powrotem do domu.

Mój plan na ten dzień:

1. Zrobić sobie parówkę na twarz.

2. Położyć maseczkę.

3. Wybrać ciuchy.

4. Posprzątać w pokoju (to znaczy wepchnąć pod łóżko wszystko z podłogi i łóżka).

5. Rozłożyć koło łóżka trochę interesujących książek (schować komiksy i magazyny 

dla chłopaków).

6. Usunąć plakat ze szczeniaczkami.

7. Sprawdzić, czy Libby nie zrobiła gdzieś w kącie siku albo kupy.

11.00

 Właśnie sprzątałam w swoim pokoju, kiedy usłyszałam, że otwierają się drzwi 

frontowe. Jeżeli to włamywacz, to do obrony mam tylko pęsetkę mamy. Gdzie się podziewa 

Angus, kiedy jest potrzebny? Już od ładnych paru godzin nie widziałam tego stukniętego 

futrzaka.

11.02

 To nie włamywacze, tylko jeszcze gorzej... mama. I to nie sama! Przyszedł z 

nią ten Jem. No cudownie, moja mama romansuje z budowlańcem. I do tego jest od niego 

starsza - a poza tym już mam ojca, który co prawda jest beznadziejny, ale wolę tatę, którego 

znam, od budowlańca, którego nie znam w ogóle.

Poszli do salonu, więc przekradłam się na dół, żeby sprawdzić, czy uda mi się coś 

podsłuchać. Przyłożyłam ucho do drzwi, ale nic nie usłyszałam. Przycisnęłam je mocno do 

dziurki od klucza i wtedy rozległ się głos Jema:

- Te drzwi się zacinają. Zaraz je... - i w tym momencie otworzył drzwi, a ja z hukiem 

wleciałam do pokoju.

background image

Południe

 W łóżku. Nie muszę udawać, że zemdlałam.

Leżałam na podłodze, a mama podetknęła mi pod nos coś obrzydliwego, co pachniało 

solą. Myślałam, że mi głowa odpadnie. Nabujałam, że nie wiem, co się dzieje, i że w drodze 

do budy zrobiło mi się słabo.

Mama kazała mi się położyć do łóżka i przyniosła aspirynę.

- Yyy... wyskoczyłam na godzinkę z pracy, żeby omówić z Jemem parę szczegółów.

- On chyba ze sto lat remontuje ten jeden pokój. Libby myśli, że to nasz nowy tata.

- Nie gadaj głupstw. - Mama się roześmiała. - Dlaczego tak sądzisz?

- Bo mówi o nim „mój nowy tata”.

Mama zignorowała moje słowa i ciągnęła dalej:

- No, muszę już wracać do pracy, na pewno sobie poradzisz?

- O   tak,   ja   doskonale   sobie   poradzę,   a   TY?   (Powiedziałam   to   bardzo   znaczącym 

tonem, ale chyba się nie zorientowała, co mam na myśli).

Po paru minutach wróciła do mojego pokoju i powiedziała:

- Georgia, wiem, że lubisz dramatyzować, ale rozczaruję cię: mnie i Jema nie łączy 

gorące uczucie.

- A więc co? Bardzo letnie uczucie? Usiadła na moim łóżku.

- W ogóle żadne. Słuchaj, kochanie, ja naprawdę bardzo tęsknię za twoim tatą.

Straszne, w jej oczach pojawiły się łzy. - Ale chyba nie za jego wąsami?

- Nie, nie. Ale kocham go. A ty?

- Jest OK - odparłam. Pocałowała mnie.

- Wiem, że go kochasz, po prostu jesteś w złym humorze i chcesz się na kimś wyżyć, 

ale nie szkodzi, niedługo się z nim spotkamy.

I wyszła. Boże, to okropne, że ciągle muszę rozmawiać z dorosłymi! Chciałabym, 

żeby tata był z nami, bo wtedy zupełnie mogłabym o nim zapomnieć!

16.00

  Za pół godziny będzie tu Robbie. Chyba znowu pójdę do łazienki. W ciągu 

ostatnich dziesięciu minut latałam tam z dziesięć razy. Mam nadzieję, że to nie problemy z 

trzymaniem moczu, bo wtedy musiałabym nosić takie wielkie pieluchy... Robbie by tego nie 

zniósł   -   jeżeli   stanie   się   sławny,   nie   będzie   chciał   mieć   dziewczyny,   która   chodzi   w 

pieluchach.

background image

18.30

  Właśnie wyszedł. Czuję się zupełnie pusta w środku, jak wydrążony kokos. 

Wyglądał bosko, ubrany cały na czarno i trochę smutny. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się 

olśniewająco, a potem przyciągnął mnie do siebie (dosyć brutalnie...). Przypomniało mi się, 

że jestem na niego obrażona, więc tuliłam się do niego tylko jakieś pół godziny, a potem 

spytałam:

- Jak mogłeś powiedzieć Lindsay, że jestem żałosna, że cię śledzę i że się na ciebie 

rzuciłam?

Zrobił zaskoczoną minę.

- Nic takiego nie powiedziałem. - Nie?

- Nie. Nikomu o tobie nie opowiadałem.

- Wiem to od Lindsay. Trochę się spłoszył.

- Jesteś z nią zaręczony czy nie? To go zupełnie zbiło z tropu.

- Zaręczony? Dlaczego tak sądzisz?

- Bo zakłada do szkoły pierścionek zaręczynowy i rozpowiada wszystkim, że ma go 

od ciebie.

Usiadł.

- Kiepska sprawa.

Próbowałam dalej się na niego złościć, ale wyglądał tak czadowo, że nie dałam rady. 

Zajrzał   mi   głęboko   w   oczy.   Starałam   się   nie   mrugać,   bo   to   podobno   nie   robi   dobrego 

wrażenia.

- Słuchaj, Georgia, mam z tym pewne problemy. Prawda jest taka, że próbuję zerwać z 

Lindsay, ale nie chcę jej zranić.

- To   trudne,   co?   Bo   gołym   okiem   widać,   że   bardzo   jej   się   podobasz.   Ale   mam 

pomysł...

W jego oczach pojawiła się nadzieja. - Jaki?

- Powiem   jej,   oczywiście   bardzo   delikatnie,   że   jest   straszną   nudziarą   i   że   z   nią 

zrywasz. To powinno załatwić sprawę.

Normalnie się roześmiał!

- Chyba   zwariowałaś.   Zresztą   to   moja   sprawa   i   sam   ją   załatwię,   ale   najpierw 

chciałbym ci powiedzieć coś naprawdę ważnego.

Zaczyna się, pomyślałam (nie mrugając oczami). Zaraz mi powie: „Jesteś dziewczyną 

moich   marzeń.   Czy   chcesz   ze   mną   chodzić?   Jesteś   najwspanialszą   dziewczyną,   jaką 

kiedykolwiek...”. Doszłam do tego momentu, kiedy mi przerwał:

- Muszę ci to powiedzieć, inaczej zachowałbym się nie fair... Podobasz mi się... - 

background image

(usiłowałam nie uśmiechać się zbyt szeroko, bo jeszcze by się rozmyślił, gdyby zobaczył, jak 

nos mi się rozpłaszcza na pół twarzy) - ale nie mogę z tobą chodzić.

- Dlaczego?

- Bo jesteś za młoda. Ja mam prawie osiemnaście lat. To by było nie w porządku, 

wyszedłbym na uwodziciela nieletnich.

Zaczęłam się z nim spierać, powiedziałam nawet:

- Nie mam czternastu lat, tylko piętnaście i pół. Po prostu nie jestem zbyt inteligentna, 

więc rok później poszłam do szkoły.

Roześmiał się, ale jakoś tak smutno. Potem pocałował mnie na pożegnanie i wyszedł.

Północ

 Jestem dla niego za młoda. Oh, merde, merde, merde, double merde.

Ciekawe, gdzie się zapodział Angus? Przynajmniej miałabym się do czego przytulić, 

chociaż przy okazji zostałabym bezlitośnie pogryziona.

Poniedziałek, 5 lipca

11.30

 Mucho excitemondo!!! Robbie zerwał z Lindsay! Hurra!!! Przyszła do szkoły z 

tak   zapuchniętymi   oczami,   że   wyglądały   jak   szpareczki.   Kiedy   mijałam   ją   na   korytarzu, 

powiedziała:

- Mam nadzieję, że teraz jesteś zadowolona, ty okropna dziewucho.

„Okropna dziewucho”. Bardzo miłe.

Mogłam   odpowiedzieć:   „Ja  przynajmniej   nie   wypycham   sobie   stanika   gumą   i   nie 

wkładam sznurka między pośladki”, ale niestety, zrobiło mi się jej żal - w końcu ona nigdy 

już nie znajdzie sobie chłopaka, a ja - nawet jeżeli będę musiała czekać cały rok - kiedyś 

jednak dorosnę i wtedy zdobędę Robbiego.

17.30

  A jednak mi smutno - rok to bardzo, bardzo długo, a jeżeli Robbie znajdzie 

sobie inną, zanim zdążę dorosnąć?

18.30

 Nadal ani śladu Angusa. To dosyć niezwykłe. Zawsze wraca na kolację.

19.00

 Szukam Angusa na ulicy. Na przynętę wzięłam ze sobą zdechłą mysz i kotleta 

mielonego.

background image

19.15

 Wpadłam na Marka, który na podjeździe przed swoim domem obściskiwał się z 

jakąś dziewczyną... jemu tylko jedno w głowie!!! Jeżeli to prawda, że od stymulacji rosną 

różne części ciała (piersi itp.), to prawdopodobnie po urodzeniu się miał bardzo małe usta, 

które potem nadmiernie mu się rozrosły od całowania się z dziewczynami.

21.30

 Angus przepadł jak kamień w wodę. Miałam nadzieję, że przyczaił się w domu 

za zasłonką, gotów w każdej chwili zaatakować moje nogi, ale okazało się, że nie.

23.00

 Nikt nie dzwoni, Angus nie wraca. Przyszła do mnie Libby.

- Dzie kotek palant? - spytała.

Mało się nie rozpłakałam. Mocno ją przytuliłam, ale tylko się rozzłościła i ugryzła 

mnie w brodę. Śnił mi się Robbie. W tym śnie miałam jasne włosy.

Wtorek, 6 lipca

19.30

  Eureka!!!   Już   wiem,   co   oznaczał   ten   mój   sen.   Zrozumiałam,   jak   mogę 

przekonać Robbiego, że jestem bardzo dojrzała jak na swoje czternaście lat... Zrobię sobie 

jasne pasemko we włosach, co mi doda kilka lat!!!

Angus nie wraca.

- Nie chcę cię martwić - powiedziała mama - ale wiesz, że on atakuje inne koty. Może 

tym razem przytrafił mu się jakiś wypadek.

Nie mogę znieść tej myśli.

Północ

 Myślę o wszystkich zwierzętach na całym świecie i o ich smutnym losie. O 

kurczaczkach, których rodzice wyjeżdżają na jednodniową wycieczkę i już nie wracają, bo 

lądują na czyimś talerzu. I o owieczkach, które widzą, jak ich rodziców ładują do ciężaró-

wek... och, dłużej tego nie wytrzymam. Już nigdy w życiu nie wezmę do ust mięsa.

1.00

 Podobno warzywa też czują ból. Biedne te ziemniaczki, które tulą się pod ziemią 

ze   swoim   rodzeństwem,   a   potem   pojawia   się   jakaś   wielka   łapa,   wyrywa   je   i...   kroi   na 

plasterki. O Boże, już nigdy w życiu nie zjem frytek.

2.30

 To co ja mam jeść?

background image

4.00

 Ciekawe, czy Robbie uzna mnie za wystarczająco dojrzałą, jeżeli zagłodzę się na 

śmierć.

Środa, 7 lipca

8.00

  Jestem rozbita i zdołowana. Tęsknię za Angusem. Nawet mamie go brakuje. 

Chociaż   pani  Sąsiadka   jakoś  nie   boleje  nad  jego   nieobecnością.  Kiedy  spytałam,   czy  go 

widziała, odparła:

- Nie. Natomiast wiem, że nie było go w moim ogrodzie, bo nie leżą tu żadne trupy, 

nic nie zostało wykopane, a mój pies nie jest jednym kłębkiem nerwów.

Nienawidzę jej, mam nadzieję, że jej mąż utknie w cieplarni, i wtedy dopiero pani 

Sąsiadka zobaczy, jak to przyjemnie. Przekona się, co to prawdziwy ból.

I cierpienie.

14.30

 Na religii odbyła się bitwa na atrament, co zazwyczaj poprawia mi nastrój, ale 

tym razem byłam tak zdenerwowana, że nawet nie mogłam celnie pstryknąć.

Po  szkole   chodzą  ploty,  że  Lindsay  nic   nie  je   i  ma   tę  -  jak   jej   tam   -  anoreksję. 

Ciekawe, jak się zorientowali, i tak zawsze była strasznie chuda.

Zbliżają się wakacje, więc na jakiś czas będę miała spokój z tym koszmarem.

Piątek, 9 lipca

20.50

  Myślę,   że   Angus   wpadł   pod   samochód.   Tęsknię   za   nim,   wiele   razem 

przeszliśmy. Stuknięty futrzak. Ale i tak go kocham. Wygląda na to, że już zawsze będę 

traciła to, co kocham.

Niedziela, 11 lipca

14.00

 Jas i ja przeszukałyśmy ulice wokół jej domu, na wypadek jeśli Angus kiedyś 

poszedł za mną i potem nie mógł znaleźć drogi powrotnej. Stałyśmy koło jej domu, kiedy 

podjechał Robbie. Wyglądał na trochę zbitego z tropu, ale miałam zbyt dużego doła, żeby się 

nad tym zastanawiać.

- Znalazłyście Angusa? - spytał.

- Nie - odparłam. - Szukałyśmy wszędzie.

Środa, 14 lipca

background image

15.30

 Za chmurami zawsze świeci słońce. Siedziałam sobie zamyślona w cieniu pod 

szkolnym murem. Inne dziewczyny opalały się w samych majtkach na kortach tenisowych. 

Opierałam się o ścianę tuż koło pakamery Elvisa. Zobaczyłam, że zakłada płaszcz i bierze tor-

bę na zakupy... wyglądał jak skończony palant. Zamknął drzwi, ale nie na klucz, i poszedł. 

Nie miałam nic innego do roboty, więc wpadłam na pomysł, że posiedzę sobie w jego szopie i 

zobaczę, jak to jest być szkolnym dozorcą.

W środku nie znalazłam zbyt wiele - krzesło, stół, mała lodówka i kilka magazynów. 

Usiadłam, zaczęłam je kartkować... i dosłownie mi szczęka opadła. Bo to były świerszczyki, 

jeśli   wiecie,   co   mam   na   myśli.   Nosiły   takie   tytuły   jak   „Balanga”   i   „Niegrzeczne 

Dziewczynki”. W jednym z nich, „Poznajmy się”, zobaczyłam pełno zdjęć czytelników i ich 

żon w domowym  zaciszu. Niektórzy byli potwornie grubi!!! Zajrzałam na rozkładówkę i 

znalazłam tam ELVISA i PANIĄ ELVISOWĄ!!! Na GOLASA!!! Nie wierzyłam własnym 

oczom. Elvis stał na golasa przy czajniku, udając, że robi herbatę, a pani Elvisowa na golasa 

zmywała naczynia!!!

Zabrałam   ten   magazyn   i   puściłam   go   po   klasie.   Chichrałyśmy   się   przez   całe 

popołudnie. Wystarczyło, żeby któraś spytała: „Kochanie, masz ochotę na herbatę?”, i znowu 

zaczynałyśmy. Ojej, aż mnie brzuch rozbolał.

Elvis   wie,   że   ktoś   wziął   jego   magazyn,   ale   nie   może   nic   powiedzieć.   Kiedy   go 

zobaczę, spuszczę wzrok na jego spodnie...

Sobota, 17 lipca

12.00

 Hurra! Ale czad! Cha, cha, chi, chi, cha, cha! Przed chwilą dzwonił do mnie 

Robbie.   Znalazł   Angusa!!!   Poszedł   go   szukać   i   nagle   usłyszał   szczekanie   psów,   więc 

sprawdził, co tak obszczekują - i to był Angus, przywiązany. Znaleźli go jacyś ludzie, miał 

zranioną łapę, więc mu ją obandażowali, a potem go przywiązali i poszli szukać właścicieli. 

Rozwiesili wszędzie ogłoszenia, ale ich nie zauważyłam.

Robbie   powiedział,   że   ci   ludzie   cholernie   się   ucieszyli,   że   wreszcie   mogą   się   go 

pozbyć, bo już im zjadł dwie wycieraczki i sznur do suszenia bielizny. Mieli szczęście, że 

tylko tyle.

Robbie przyniesie mi go o piątej.

13.00

 Mama wyszła, a ja zamierzam przekonać Robbiego, że jestem o wiele starsza 

niż   piętnaście   dni   temu.   Nie   mam   pieniędzy,   a   mama   egoistycznie   wzięła   ze   sobą 

portmonetkę, ale za to MAM PEWIEN PLAN.

background image

14.00

  Znalazłam wodę utlenioną, którą babcia czyści sobie protezę, kiedy do nas 

przyjeżdża.

Woda   stoi   w   szafce   w   łazience.   Zamierzam   jej   użyć   do   zrobienia   sobie   bardzo 

eleganckiego jasnego pasemka z przodu.

14.30

 Zmoczyłam kosmyk w tej wodzie. Ciekawe, ile trzeba trzymać? Piecze mnie 

skóra, więc to pewnie dobry znak.

15.30

  Włosy   ufarbowały   się  na  pomarańczowo!   Jasna   cholera,   pewnie   muszę   je 

jeszcze dłużej potrzymać w tej wodzie.

16.15

 Teraz są jaskrawożółte. Wyglądam jak kanarek.

17.00

  Dzięki Bogu, zrobiły się białe. Wyglądają całkiem nieźle, chociaż są trochę 

sztywne. Och, z czasem zmiękną. Myślę, że teraz wyglądam przynajmniej cztery lata starzej.

17.30

 Przyszedł Robbie z Angusem. Na jego widok tak się ucieszyłam, że chciałam 

go przytulić, ale rzucił się na mnie z pazurami i syczał, dopóki nie dałam mu króliczej łapki. 

Wtedy zaczął mruczeć. (Angus, nie Robbie).

Kiedy   się   wyprostowałam,   Robbie   zauważył   moje   włosy.   Najwyraźniej   był   pod 

wrażeniem, bo aż jęknął:

- Yyy... masz we włosach białe pasemko. - Tak, podoba ci się?

Zapadła chwila ciszy, podczas której myślałam: „No, pocałuj mnie wreszcie!”, ale 

Robbie tylko powiedział:

- Słuchaj, to dla mnie trudna sytuacja, chyba już powinienem iść.

- Dziękuję za Angusa.

- Och, w porządku. Wiedziałem, że go lubisz. Zadrapania szybko mi się zagoją, a 

spodnie można zmienić.

Kiedy wychodził, spróbowałam po raz ostatni go przekonać, że jestem bardzo dojrzała 

i wyrafinowana jak na swój wiek. Odrzuciłam włosy do tyłu, jak to robią aktorki w filmach, i 

przeczesałam je palcami, co - jak się okazało - było wielkim błędem. Biały kosmyk został mi 

background image

w ręce. Robbie zrobił zdumioną minę. Popatrzył na garść włosów w mojej dłoni, potem na 

mnie i zaczął się śmiać.

- Boże, jaka  ty jesteś dziwna - powiedział i mnie pocałował.  (Rzuciłam włosy na 

kanapę, a Angus natychmiast je zaatakował - pewnie myślał, że to chomik albo coś w tym 

rodzaju).

Po przejściu szóstej bazy Robbie powiedział:

- Słuchaj,   dajmy   sobie  na  luz   i   zacznijmy   się   spotykać...   zobaczymy,   jak   nam 

wychodzi, ale może na początku nie mówmy o niczym ludziom, co?

Tak   więc   wszystko   dobre,   co   się   dobrze   kończy.   Już   prawie   jestem   dziewczyną 

Robbiego, cha, cha, cha, cha. Wakacyjna miłość, wakacyjna miłość!!!

Koniec

21.00

 Do mojego pokoju weszła mama.

- No, to wszystko gotowe - zdobyłam je!!!

- Co zdobyłaś, mamo? - spytałam (nadal otoczona romantyczną mgiełką).

- Bilety!

- Jakie bilety?

- Do   Nowej   Zelandii.   Kiedy   powiedziałaś,   że   chcesz   tam   pojechać,   poszłam   je 

zarezerwować. Zapłacił tata. W przyszłym tygodniu jedziemy do Whangamata.

Sacré cholera bleu merde!!!

 Sacré cholera bleu merde! - przekleństwo z różnojęzycznych słów: sacré (fr.) - cholerny; sacrebleu 

(fr.) - psiakość, cholera, merde (fr.) - gówno.


Document Outline