background image

Leo Kessler 

O

PERACJA 

L

EOPARD

 

Storni troop 

G

ORZKIE ZWYCIĘSTWO

 

E

DELWEISS 

S

TRZELCY 

A

LPEJSCY

 

Tłumaczenie 

Joanna Jankowska 

 

background image

 

background image

Tedy niech każdy mąż idzie prosto przed siebie 

Przyjdź śmierci, chodź życie 

Tak właśnie wojna i bitwa całuje i szczebiocze. 

Iliada, Księga XVIII 

background image

KSIĘGA PIERWSZA 

Misja 

background image

Rozdział 1 

-  Formować  się!  -  rozkazał  Jellicoe,  którego  wzrok  był  skierowany  na  ciemny 

horyzont,  a  nie  na  maleńką  flotyllę,  przedzierającą  się  mozolnie  naprzód  przez  Morze 

Egejskie z prędkością dziesięciu węzłów. 

-  Tak  jest,  sir  -  zawołał  brodaty  sierżant  z  mostka  sfatygowanego,  przerobionego 

greckiego kaika. 

Jellicoe  uśmiechnął  się.  W  tych  dniach  jego  ludzie  ze  Służby  Łodzi  Specjalnych 

byli bardziej marynarką niż Marynarką Królewską. 

Sierżant szybko zamrugał przesłoną lampy aldisa. Każda z łodzi odpowiedziała po 

kolei  na  sygnał  i  rozpadająca  się  flota  inwazyjna  zbiła  się  w  gromadę.  Jeśli  nie  będzie 

kłopotów,  to  wkrótce  przybije  do  brzegu.  Teraz  byli  tylko  pół  godziny  żeglowania  od 

wyspy. 

Na  horyzoncie  zaczęły  pojawiać  się  czarne  deszczowe  chmury.  Jeszcze  nie  było 

księżyca.  Ale  widoczność  była  odpowiednia  dzięki  pierwszym  bladym  gwiazdom,  które 

zupełnie dobrze rozjaśniały ciemnobrązową smugę wyspy i dominującą nad nią górę. 

Jellicoe, komandor ze Służby Łodzi Specjalnych, lustrował cichą wyspę lornetką ze 

szkłami  nocnymi  i  modlił  się  po  cichu,  żeby  włoscy  artylerzyści  poszli  za  przykładem 

własnego  rządu,  który  już  poddał  się  aliantom.  Bo  jeśli  nie...  -  komandor  pospiesznie 

odrzucił ten plan. Nie chciał zbyt długo myśleć o działach wroga. 

- Daj sygnał dla łodzi torpedowych. Podejść blisko portu od sterburty, sygnalista! - 

zakomenderował Jellicoe. 

- Tak jest, sir! - odpowiedział sierżant, zupełnie jakby był siwowłosym bosmanem z 

trzydziestoletnim  stażem  w  marynarce  wojennej,  a  nie  byłym  sprzedawcą  damskiej 

bielizny, który znalazł się na morzu zaledwie przed rokiem. 

Szybko  zaczął  nadawać  sygnały.  Teraz  rozpoczynali  końcową  fazę  maleńkiej 

inwazji w odległym zakątku Morza Egejskiego. 

Młody  komandor  skrzyżował  palce  na  szczęście,  a  potem  rozejrzał  się,  chcąc 

sprawdzić  ilu  ludzi  z  załogi  zauważyło  jego  uczniacki  gest.  Chyba  nikt.  Uśmiechnął  się 

pod  nosem  i  plunął  do  morza,  aby  dla  ułagodzenia  bogów  dokończyć  rytuał  ze  szkoły 

podstawowej. Teraz nie mógł już więcej nic robić; pozostała tylko nadzieja. 

background image

Na łodziach torpedowych marynarze przygotowywali się do akcji. W wieżyczkach 

artyleryjskich  kanonierzy  prostowali  zdrętwiałe  palce.  Torpedyści  po  raz  kolejny 

sprawdzali mechanizmy odpalające, a sygnaliści trzymali w pogotowiu lampy, aby ostrzec 

bezbronne  łodzie rybackie, gdy tylko zdołają dostrzec przeciwnika. Na  mostkach  młodzi 

kapitanowie,  pobledli  od  ciągłego  kołysania  70-stopowymi  łodziami,  które  z  dużą 

szybkością zmierzały w kierunku ciemnego horyzontu. I każdy z nich wiedział, że gdzieś 

za nim kryją się niemieckie ścigacze torpedowe. 

- Sir! - to odezwał się przedni obserwator z torpedowca o numerze taktycznym 106. 

Dwudziestoletni szyper odwrócił się: 

- Co jest? 

- Statek wchodzi do portu. 

Dowódca  łodzi  z  pośpiechem  nastawił  ostrość  w  swojej  lornetce.  W  dobrze 

widocznym,  kolistym  polu  widzenia  prześlizgnął  się  groźny,  długi  kadłub.  A  potem 

kolejny. 

- Ścigacze torpedowe! - westchnął. 

Jakieś  tysiąc  metrów  od  przystani  w  Portolago,  niemieckie  łodzie  torpedowe 

zatrzymały się  jakby  na umówionej randce. I  jeszcze załoga żadnej z  nich nie dostrzegła 

floty inwazyjnej, która chyłkiem zbliżała się do wyspy! 

- Prosto do portu! Naprzód od sterburty! - krzyknął szyper. 

Potężne  tysiąckonne  silniki,  które  dusiły  się  przy  prędkości  dziesięciu  węzłów,  z 

rykiem  powróciły  do  życia.  Poniżej  pokładu  główny  mechanik  przesunął  do  przodu 

lewarek przepustnicy. Cisza została przerwana. Nagle na mostku dało się poczuć gryzący 

zapach  rozgrzanego oleju  i  zaraz  potem  zawadiacki  dziób  łodzi  uniósł  się  nad  wodę.  Za 

rufą pojawiły się dwa białe skrzydła spienionej wody. Łódź zdawała się frunąć ponad wodą 

z prędkością trzydziestu pięciu węzłów, z pochyloną sylwetką w rozpryskiwanej  na  boki 

wodzie. 

Tysiąc metrów przed nimi gwałtownie zapalało się i gasło niebieskie światełko. To 

zaskoczone  załogi  niemieckich  ścigaczy  dopytywały  się  o  sygnały  identyfikacyjne. 

Kapitan „106” zlekceważył te wezwania. 

-  Związać  walką  przeciwnika!  -  jego  jeszcze  przed  chwilą  bladą  twarz 

rozpromieniło podniecenie bojowe. 

Kanonierzy na dziobie zareagowali pierwsi. Załadowali pocisk do staroświeckiego 

działka Lewisa  i zielona smuga ognia pomknęła  łukiem w kierunku  nadal  nieruchomych 

niemieckich ścigaczy. Stojący na ich pokładzie marynarze desperacko rzucili się ku swoim 

background image

stanowiskom  i  nim  będzie  za  późno,  próbowali  zniknąć  ze  swymi  łodziami  z  linii  lotu 

pocisku. Dowódca „106” pochylił się nad celownikiem torpedowym. Czołowy okręt wroga 

był tylko siedemset metrów od niego. Podjął szybką decyzję, na wypadek gdyby dowódca 

nadciągającego ścigacza zdołał wykonać unik. Wycelował torpedę trochę przed dziób łodzi 

przeciwnika. 

W  Portolago  odezwała  się  bateria  dział  morskich,  obsługiwana  przez  Niemców. 

Pocisk  oświetlający  eksplodował  ponad  brytyjskimi  łodziami.  Gdy  światło  zaczynało 

zamierać  w  błyszczących  iskrach,  w  kierunku  atakujących  pomknęły  koraliki  zielonych, 

czerwonych  i  białych  pocisków  świetlnych,  które  krzyżowały  się  nad  celem  jak  miriady 

robaczków świętojańskich.  Kapitan  łodzi, który z napięciem śledził celownik torpedowy, 

słyszał groźny trzask pocisków uderzających w drewniany pokład, ale nie odrywał oczu od 

kresek podziałki dalmierza. 

Już  słychać  było  ryk  silników  czołowych  ścigaczy,  które  były  w  tym  momencie 

oddalone  o  sześćset  metrów.  Morze  pieniło  się  i  kłębiło  pod  wpływem  wybuchów 

pocisków  kalibru  20  mm,  wystrzeliwanych  przez  nadbrzeżną  baterię.  Ale  łódź  „106” 

zdawała się kulom nie kłaniać. Kołysząc się z burty na burtę, jej załoga przystępowała do 

działania. 

Gdy  odległość  zmniejszyła  się  do  500  jardów,  dowódca  nacisnął  spust  wyrzutni. 

Rozległ się tępy stuk. Potem syk. 

Łódź  zadrżała,  gdy  torpeda  z  prawie  dwiema  tonami  ładunku  wybuchowego 

wpadła do wody. 

-  Trzymać  się  sterburty!  -  krzyczał  kapitan  ponad  terkotem  karabinów 

maszynowych. 

W tumanach spienionej wody  łódź torpedowa obróciła się  sterburtą do wroga. W 

tym  samym  momencie  rozległa  się  ogłuszająca  eksplozja.  Młody  kapitan  spojrzał  przez 

ramię.  Tam  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  znajdował  się  najbliższy  niemiecki  ścigacz,  w 

powietrzu  pojawiła  się  wielka  ściana  ognia,  zabarwiając  nisko  wiszące  chmury  groźnym 

szkarłatem. Młody Anglik uśmiechnął się i nagle zdał sobie sprawę, że prawe ramię pali go 

jak ogień; potem poczuł, jak gorąca i lepka krew spływa mu po ręce. 

Teraz przyszła kolej na następną łódź torpedową - „108”. Działko Lewisa grzmiało 

z furią, gdy jednostka zygzakiem ruszyła do ataku. Jednak załoga drugiego z niemieckich 

ścigaczy już otrząsnęła się z zaskoczenia. Gdy jej dowódca starał się rozpaczliwie zejść z 

kursu  przeciwnika,  celowniczy  dziobowych  sprzężonych  karabinów  maszynowych 

otworzył  ogień  w  kierunku  nadbudówki  łodzi  Brytyjczyków.  Zalewał  je  strumieniami 

background image

pocisków, które wylatywały z luf z częstotliwością ośmiuset sztuk na minutę. Szkło pękało 

z  trzaskiem.  Drewniane  i  metalowe  odłamki  fruwały  dosłownie  wszędzie.  Pociski,  które 

nie trafiły w cel, zniknęły gdzieś w oddali, zaś trafieni marynarze padali na podziurawiony 

pokład łodzi i rzucali się w agonalnych drgawkach. 

Oślepieni, przerażeni i pokrwawieni  ludzie, którzy przeżyli tę rzeź, byli zmuszeni 

kręcić  się  nadal  w  stożku,  tworzonym  przez  czerwone  i  białe  pociski  świetlne.  Skulony 

skiper  brytyjskiej  łodzi  nie  zważał  na  szaleństwa  świata  wokół  niego  i  wpatrywał  się 

hipnotycznie w podziałkę celownika. 

- Tysiąc jardów... dziewięćset... osiemset... 

Szczęki miał zaciśnięte, mięśnie naprężone strachem i nerwami, ale był gotowy do 

otwarcia ognia. 

- Siedemset metrów... 

Podskakujący  na  falach  okręcik  znalazł  się  w  środku  burzy  ogniowej.  Płonął  od 

rufy  po  dziób,  a  młody  skiper  czuł  jak  płomienie  liżą  mu  stopy,  gdy  przykładał  dłoń  do 

dźwigni wyrzutni torpedowej. 

-  Sześćset  jardów...  pięćset  i  pięćdziesiąt...  -  skiper  odruchowo  otworzył  usta, 

przygotowany na wybuch, który musiał za chwilę nastąpić. - Pięćset jardów. Teraz! 

Szarpnął za dźwignię i jednocześnie krzyknął: 

- Od razu do portu! 

Ciężko ranny sternik zawrócił pokiereszowaną łódź, nim jeszcze upadł na pokład, 

całkiem lepki od krwi tych, którzy już umarli przed nim. 

Nic! Wydawało się, że minął wiek. Skiper po omacku doszedł chwiejnym krokiem 

do steru, nic nie widząc i nic nie słysząc. 

Potem nagle rozległa się przerażająca eksplozja, która uderzyła go jak cios zadany 

w splot słoneczny. Kolejny podmuch był jak uderzenie otwartą dłonią w policzek. Za jego 

plecami  ścigacz  torpedowy  rozpadał  się  na  kawałki.  Płonące  strzępy  wraku  fruwały  i 

wirowały  w  powietrzu,  rozrzucone  we  wszystkich  kierunkach  jakby  ręką  kapryśnego 

dziecka.  Gdy  skiper  łodzi  „108”  opadł  na  pokład,  a  jego  przerażony  wzrok  zauważył 

oderwaną rękę, która leżała na potrzaskanej belce jak porzucona biała rękawiczka, wiedział 

już, że wykonał zadanie. Droga była wolna. 

-  W  porządku  -  kapitan  łodzi  „108”  mruknął  zgrzytając  zębami,  próbując 

przezwyciężyć palący ból w ramieniu  - powiadomcie Jego Lordowską Mość, że możemy 

zająć jego cholerne skrzynie z wędzonymi śledziami! 

Inwazja na wyspę Leros mogła się rozpocząć! 

background image

Rozdział 2 

Jak muchy snujące się po kadłubie samolotu, niewielkie czarne punkty przedzierały 

się przez śnieg w wysokich górach, ponad 2000 metrów nad poziomem morza. Nad nimi 

górował  biało-niebieski  szczyt.  W  ten  wrześniowy  dzień,  cel  ich  wędrówki  zdawał  się  z 

nich  szydzić.  Jakby  chciał  ich  zmusić  do  ostatniego,  łamiącego  plecy  wysiłku,  który 

pozwoliłby go pokonać. 

Na  czele  kolumny  szedł  pułkownik  Stürmer,  dowódca  oddziału  szturmowego, 

elitarnej grupy rozpoznawczej Hochalpenkorps

1

, który miał na wszystko oko. Wspinał się 

już dwadzieścia lat. Był wszędzie, w Europie, Azji i Południowej Ameryce, a to nauczyło 

go,  że  oczy  są  ważniejsze  niż  muskuły.  Dowódca  zawsze  musi  mieć  się  na  baczności, 

planując  następny  ruch,  jeszcze  przedtem  nim  oddział  wykonywał  ten  obecny.  Jego 

spiczasta  czapka  z  metalową  szarotką  na  boku  -  symbolem  oddziału  -  przypiętą  nieco 

zawadiacko  i  zwykły  karabin  przewieszony  przez  szerokie  ramiona,  nie  wskazywały,  że 

jest prawie dwa razy starszy od ludzi, którymi dowodził. Nadal jednak potrafił wspinać się 

bez wysiłku w wysokich górach. 

Za nim, przywiązany do drugiego końca liny asekuracyjnej, szedł major Gottfried 

Greul,  jego  zastępca.  Wspinał  się  z  brutalnym  zapałem,  który  uczynił  z  niego  idola 

przedwojennej Hitlerjugend i czarny charakter wśród elity wspinaczy wysokogórskich. 

W przeciwieństwie do Stürmera, Greul nie wspinał się po górach tylko „dlatego, że 

są”. Wspinał się dla  zwycięstwa, aby pokazać dekadenckiemu zachodniemu światu siłę  i 

niezłomną potęgę narodowo-socjalistycznych  Niemiec. Od tego pamiętnego dnia w 1931 

roku,  kiedy  zdobył  w  zimie  północną  ścianę  Eiger  jako  osiemnastoletni  członek 

Hitlerjugend  i  zaszokował  Szwajcarów  mocując  znienawidzony  hitlerowski  sztandar  na 

szczycie góry. Gottfried Greul traktował wspinaczkę jako akt polityczny. Zdobycie każdej 

nowej góry stawało się dla niego symbolem nowego ładu. 

Mimo tego, jak mówił sobie Stürmer, major był jednym z najlepszych alpinistów na 

świecie i do tego odważnym żołnierzem, który służył w grupie szturmowej Edelweiss od 

samego początku. Od Narwiku w 1940 roku, do przełęczy kaukaskich niespełna rok temu, 

                                                

1

 Dokładnie nazwa taka była nadawana tej części niemieckiej dywizji górskiej, która mogła działać 

na znacznych wysokościach nad poziomem morza. 

background image

major  Greul  znajdował  się  na  czele  wszystkich  akcji,  zdobywając  dla  siebie  Krzyż 

Rycerski do Krzyża Żelaznego, który teraz zwisał na wstążce zawieszonej na szyi. W tym 

czasie został ranny nie mniej sześć razy. Był człowiekiem z którym należało się liczyć. 

Ale  wszyscy  ludzie  w  jego  małej  kompanii  należeli  do  elity.  Każdy  z  nich  był 

starannie 

wyselekcjonowany. 

Byli 

przedwojennymi 

zawodowymi 

wspinaczami, 

sprawdzonymi w Himalajach i Alpach lub bawarskich i austriackich górach, którzy umieli 

łazić po górach i jeździć na nartach, nim jeszcze zaczęli porządnie mówić. Oczywiście byli 

indywidualistami,  samotnikami,  którzy  czuli  się  szczęśliwi,  gdy  gubili  się  wśród 

samotnych  i wspaniałych gór i  niechętnie poddawali się dyscyplinie.  Ale trzy  lata wojny 

nauczyło  ich  pewnego  rodzaju  dyscypliny  -  nie  tej  szeroko  rozpowszechnionej  w 

bezkształtnej masie żołnierzy Wehrmachtu, ale tej elitarnej. Każdy z nich wiedział, że musi 

podporządkować  się  woli  całości,  jeśli  ich  oddział  miał  odnosić  sukcesy  podczas 

zuchwałych misji, które generał Dietl, dowódca korpusu alpejskiego im narzucał. 

Teraz wspinali się na siodło Jungfraujoch, który przypominał  Stürmerowi obraz z 

Mount Everestu, i że Mallory słynny angielski himalaista, wysłał go tam w 1924 roku, tuż 

przed śmiercią  na tej niezdobytej do tamtej pory  górze. Naturalnie Jungfraujoch  nie  była 

tak  wymagająca  jak  północne  podejście  himalajskiego  giganta,  ale  dla  ludzi  z  oddziału 

Edelweiss, którzy  nie przeprowadzili poważniejszych wspinaczek od czasu odwrotu spod 

Kaukazu  wiosną  1943  roku,  był  to  wyczerpujący  trening.  Z  nagłym  uśmiechem  na 

brązowej  od  słońca,  przystojnej  twarzy,  pułkownik  Stürmer  popatrzył  na  swoich 

spoconych,  sprężystych  podwładnych  i  pomyślał,  że  taka  wspinaczka  pozwoli  im  się 

pozbyć  resztek  bawarskiego  piwa,  które  wlewali  w  siebie  od  czasu  powrotu  do  kwater 

Hochalpenkorps w Kufstein. 

Taka  sama  myśl  towarzyszyła  „Wołowi-Jo”  Meierowi,  starszemu  podoficerowi  z 

grupy 

szturmowej, 

który 

wdrapywał 

się  na  górę,  targając  na  plecach 

czterdziestokilogramową lufę od moździerza. Jego przepocona bluza mundurowa zdawała 

się  pękać  na  naprężonych  mięśniach  ramion.  Purpurowy  na  twarzy  z  wysiłku,  odwrócił 

głowę z krótko ostrzyżonymi włosami i zawołał do swojego kumpla, kaprala Madada: 

-  Hej,  Jap!  Co  dodałeś  do  tego  gównianego  piwa  ostatniej  nocy?  Chłopski  sok  z 

kroku? Czuję jakby drapało mnie w gardło coś zebrane z dna ptasiej klatki. 

„Jap” Madad, efekt zażyłych kontaktów córki bawarskiego technika z niemiecko-

amerykańskiej  wyprawy  badawczej  na  Nanga  Parbat  w  1920  roku  i  kochliwego  Hunzy, 

pomocnika przewodnika, zaśmiał się. 

- Tak, i nawet tak wyglądasz - odpowiedział czystym bawarskim akcentem, mimo 

background image

jego egzotycznej, niegermańskiej urody, która dała mu w oddziale przezwisko - „Jap” 

- Japończyk. - Ale to nie było piwo i ty to wiesz! 

- A co w takim razie? 

-  Pięć  do  jednego,  że  to  jest  to.  Za  każdym  razem,  gdy  to  robisz,  tracisz  kilka 

cennych kropel płynu z krzyża, wiesz o tym? 

Przez chwilę  jedną ręką pokazywał ruch  „pała cyk  i  lata ręka”  i to oznaczało dla 

niego to „pięć do jednego”! 

-  Co  za  świństwo!  -  człowiek,  który  poruszał  się  nim  parsknął  szyderczo.  -  Taka 

zabawa jest dobra dla zwykłych kotów na początku służby. Ale my, starzy podoficerowie 

mamy lepsze rzeczy do roboty, niż tracić czas na ręczną robotę. 

- Czy podoficerowie mogą przestać w tej chwili paplać te obsceniczne głupoty? - to 

major Greul odezwał się przenikliwym głosem. - Czy wasza wyobraźnia jest ograniczona 

tylko do tego? 

Był wyraźnie zagniewany. Twarz miał skrytą za kłębem pary wydobywającym się z 

jego ust. 

-  Przepraszam,  panie  majorze  -  powiedział  ugodowo  Byk  Jo.  -  To  się  już  nie 

powtórzy. 

Major pociągnął za linę przypiętą w pasie karabińczykiem. 

-  A  teraz  chodźcie.  Mamy  tylko  godzinę,  aby  dotrzeć  do  szczytu.  Potem  nie 

zdążymy zejść na dół przed zmierzchem. 

Odwrócił się i zajął dalszą wspinaczką. 

- Tak jest, panie majorze - odezwał się służbiście ogromny Bawarczyk, a gdy oficer 

pokazał  mu  plecy,  stuknął  się  wskazującym  palcem  w  czoło  i  pokazał  imponująco  długi 

środkowy palec. - Spróbuj czegoś takiego - mruknął pod nosem i puścił oko do Japa. 

Dalej wspinali się na odległy szczyt. 

Ale oddziałowi alpinistów nie było dane dotrzeć tego wrześniowego dnia na szczyt 

Jungfraujoch.  Gdy  zachodzące  słońce  zaczęło  barwić  pola  firnowe  na  krwistoczerwony 

kolor,  pułkownik  Stürmer  drgnął  nerwowo,  słysząc  groźny  i  osobliwy  dźwięk  -  ostry  i 

przeciągły. 

Spojrzał w górę na szczyt, już świadom, skąd on dochodził; to był ten sam odgłos, 

który oznaczał koniec ekspedycji w 1937 roku, którą prowadził na Aiguilles de Chamonix. 

Wysoko nad  nimi zaczynał kłębić  się  śnieg. Biała  furia wtargnęła w krystalicznie czyste 

powietrze jak niespodziewana mgła. 

background image

-  Lawina!  -  krzyknął  ostrzegawczo,  szukając  gorączkowo  w  kieszeni  noża 

wspinaczkowego. 

-  Lawina!  -  wrzasnął  zaraz  za  nim  Greul,  który  od  razu  zareagował  jak 

profesjonalista,  zrzucając  z  pleców  oporządzenie  i  chwytając  za  nóż.  Ale  było  już  za 

późno. 

Z  ogłuszającym  rykiem  lawina  zmiotła  czoło  długiej  kolumny  wspinaczy,  topiąc 

ich w oślepiających wirach śniegu. Byk Jo, ostatni z tej wysuniętej grupy, miał tyle czasu, 

aby odciąć linę łączącą go ze wspinaczem za jego plecami i potem zanurzył się w lodowej, 

krztuszącej masie. 

Wszystko  wokół  majora  Stürmera  zostało  przysłonięte  przez  wirującą  śnieżną 

mgłę.  Przez  jeden  przerażający  moment  sądził,  że  za  chwilę  zmiecie  go  śmierć.  Ale 

walczył; za wszelką cenę chciał odzyskać kontrolę, podczas gdy lawina spychała go w dół 

alpejskiego stoku wraz z Greulem i dwoma podoficerami. Jakoś zdołał uchronić  się przed 

zjazdem na plecach lub twarzą do ziemi; to mogło oznaczać tylko śmierć. Otoczony przez 

śnieg, który i tak ściągał go w dół, starał się wyrwać ze środka wiru, pracując rękami jak 

wytrawny sportowiec płynący kraulem. 

Sapał i charczał, starając się złapać oddech i czuł, sądząc po ciężarze śniegu, który 

go przygniatał, że lawina się kończy. Zebrał wszystkie siły. Nie mógł pozwolić, aby zbyt 

głęboko  zakopał  się  w  śniegu.  Walczył  rozpaczliwie.  Machając  rękami  i  nogami  jak 

szalona marionetka, chciał zdobyć jak najwięcej miejsca w dławiącym go śniegu. 

Ku  swemu  zaskoczeniu  odkrył,  że  fala  zamarła,  a  on  mógł  swobodnie  poruszać 

kończynami.  Zaczął  czołgać  się  ku  powierzchni.  Po  chwili  w  rozpaloną  twarz  uderzyło 

zimne górskie powietrze. Z wdzięcznością wciągnął jego ogromy haust w płuca. Ostatnim 

rzutem ciała wydostał się z krępującej go  masy  śniegu. Ten zaszeleścił  jak westchnienie 

porzuconej  kochanki  i  pozwolił  mu  się  wyrwać  z  jego  objęć.  Potem  przykucnął  na 

nieregularnie pofałdowanej powierzchni śniegu, jak długodystansowiec po wyczerpującym 

biegu i skupiał się na oddychaniu wielkimi łykami lodowatego powietrza. 

- Panie pułkowniku! - z oddali doleciał głos, jakby pozbawiony właściciela. 

Oficer  z  dużym  wysiłkiem  uniósł  głowę.  Wysoko  ponad  nim,  na  tle  tarczy 

zachodzącego  słońca,  ukazały  się  maleńkie  figurki.  Zaczął  sprawdzać  wszystko  dookoła. 

Wydawało  mu  się,  że  większość  kompanii  przetrwała  katastrofę.  Ale  gdzie  byli  Greul, 

Madad i przede wszystkim wielki bawarski łobuz Jo, serce i kręgosłup całego oddziału? 

Szybko poderwał się na nogi i ocenił scenerię, która go otaczała, a reszta kompanii 

zsuwała się w jego stronę po zaśnieżonym stoku.  Stürmer gorączkowo zaczął się modlić, 

background image

aby zaginieni ludzie przetrwali ten dwustumetrowy upadek. 

Nad  powierzchnię  śniegu  przedarła  się  czyjaś  ręka.  Była  w  irchowej  rękawiczce. 

To  mógł  być  tylko  Greul,  który  gustował  w  tego  typu  wyrobach  i  nosił  je,  wbrew 

regulaminowi, zamiast standardowego wyposażenia Wehrmachtu, używanego przez resztę 

kompanii. Pułkownik przez chwilę truchtał niezdarnie w śniegu, chwycił za dłoń i mocno 

pociągnął. 

Ze śniegu wyłoniła się twarz majora. Usta miał szeroko otwarte i gapił się na świat 

jak umierająca ryba, starając się schwytać w płuca zbawcze powietrze. 

Stürmer pochylił się nad nim. 

- Wszystko w porządku, majorze? - dopytywał się gorączkowo. 

- Tak... tak - dyszał Greul. - A... inni, zobacz... co z innymi. 

Greul  wisiał  na  krawędzi  dziury,  w  której  jeszcze  przed  chwilą  był  zasypany, 

podczas  gdy  Stürmer  dalej  z  mozołem  przedzierał  się  przez  śnieg,  szukając  na  jego 

powierzchni śladów po reszcie swoich ludzi. 

Odnalazł  Madada  w  chwili,  gdy  reszta  kompani  dotarła  na  miejsce  katastrofy. 

Chłopak był przytomny, ale drżał straszliwie, a na jego pomarszczonej orientalnej twarzy, 

pobladłej  i  ściągniętej  z  zimna,  zaczynały  już  formować  się  sople,  zwisające  z  brwi  i 

nozdrzy. Ale mimo tego miał jeszcze dość siły, by zapytać: 

- A gdzie jest Byk Jo? - a potem uśmiechnął się z wysiłkiem. - Jest mi nadal winien 

10 marek z ostatniej wypłaty. 

Minęło jeszcze czterdzieści minut nim odnaleźli  zaginionego sierżanta. Dostrzegli 

go  dzięki  linie,  wystającej  ze  śniegu,  którą  przeciął,  żeby  nie  pociągnąć  za  sobą  w  białą 

otchłań reszty kompanii ze skraju przełęczy. Bardzo powoli szło im odgarnianie śniegu za 

pomocą  rąk  i  zwykłych  saperek.  A  mimo  tego  Jo  był  nadal  świadomy,  gdy  go  w  końcu 

odkopali ze śniegu i znaleźli zaklinowanego w szczelinie lodowej, dzięki lufie moździerza, 

przywiązanej  do  jego  pleców.  Ani  sam  upadek,  ani  podduszenie  nie  uczyniły  żadnej 

krzywdy sierżantowi. 

-  Zetrzeć  głupie  uśmieszki  z  tych  waszych  pysków  i  wyciągnijcie  mnie  stąd.  Czy 

może potrzebujecie rozkazu na piśmie? 

Pułkownik  Stürmer  zaśmiał  się  z  ulgą.  Starszy  sierżant  Meier  będzie  żył,  aby 

walczyć przez następne dni. 

I tak wiadomość radiowa dotarła do pułkownika  Stürmera  na  stoku Jungfraujoch, 

gdzie  został  rozbity  obóz  na  noc  przez  wyczerpanych  strzelców  górskich.  Trzymając 

background image

cieniutki skrawek papieru, który wręczył mu przed chwilą radiotelegrafista, pochylił się z 

nim do wątłego płomienia kuchenki spirytusowej i zaczął czytać głośno miękkim głosem, a 

wiatr porywał jego słowa, aby je zagłuszyć. 

-  Pułkownik  Stürmer  i  major  Greul  mają  zameldować  się  w  kwaterze  głównej 

generała Dietla... godzina zero osiem zero zero jutro rano... Mundury galowe... następnie 

wyjazd do Obersalzbergu... zero dziewięć zero zero... Dietl. 

Potem wręczył kawałek papieru Greulowi, którego oczy błyszczały z podniecenia 

jak ogniki maleńkiej kuchenki. Ten chwycił ochoczo bibułkę i przeczytał zapisany na niej 

tekst, podczas gdy Stürmer patrzył zadumany w aksamitną ciemność nocy, otaczającą ich 

namiot. 

- Obersalzberg, pułkowniku - zdawał się krzyczeć major - wie pan, co to znaczy? 

Stürmer  pokiwał  głową,  ale  nic  nie  mówił,  teraz  wpatrując  się  w  odległe  srebro 

zimnych i nieczułych gwiazd. 

- Mamy spotkać się z Führerem! 

- Tak, Greul. Wódz musiał już powrócić ze wschodu. 

-  Ale  co  to  oznacza?  -  Spytał  niecierpliwie  major.  -  To  znaczy,  że  będzie  nam 

towarzyszył generał Dietl. 

Stürmer  nie  od  razu  odpowiedział.  Rozejrzał  się  po  niewielkim  kręgu,  jakie 

tworzyły  rozstawione  namioty.  Jego  ludzie  byli  teraz  tylko  ciemnymi  sylwetkami  w 

złotawym  świetle  kuchenek  spirytusowych.  Potem  spojrzał  dalej,  na  czyste  i  wzniosłe 

góry. Westchnął i powiedział znużonym po czterech latach wojny głosem. 

-  To  znaczy,  majorze,  że  Führer  ma  dla  grupy  szturmowej  Edelweiss  nowe 

zadanie... 

background image

Rozdział 3 

-  Berg  Heil!  -  zawołał  zadowolony  generał  Dietl  w  drzwiach  swojej  kwatery  w 

koszarach  imienia  Adolfa  Hitlera  w  Kufstein,  gdzie  rozlokował  się  sztab  V  Korpusu 

Górskiego. 

-  Berg  Heil,  panie  generale!  -  dwóch  oficerów  odpowiedziało  na  powitanie 

dowódcy, stukając zawadiacko obcasami. 

Generał skinął głową w kierunku Greula. Potem wyciągnął rękę. 

- Jak się masz Stürmer? 

- Dobrze, panie generale, dziękuję za troskę. Dobrze, poza nową kolekcją siniaków 

i obtarć, które zebrałem wczoraj. 

Dietl zarechotał cicho i wskazał im krzesła. 

- Robisz się już za stary do roboty w wysokich górach. 

Uniósł glinianą butelkę ozdobioną wzorkami w niebieskie alpejskie kwiatki. 

- Enzian, panowie? 

- Z przyjemnością, panie generale - odpowiedział pospiesznie Stürmer - chociaż nie 

należy ufać przełożonemu, który oferuje alkohol. 

Greul  odmówił  z  aroganckim  spojrzeniem,  które  wskazywało,  co  myślał  o 

oficerach Korpusu Alpejskiego, którzy zaczynają pić alkohol o ósmej rano. 

Jednak  pozostali  nie  zwracali  na  niego  uwagi.  Stuknęli  się  kieliszkami  i  wypili 

jednocześnie palący austriacki trunek. 

-  No  i  co,  generale  -  zaczął  Stürmer,  patrząc  na  dowódcę,  pod  którego  komendą 

służył w 3. Dywizji Górskiej, w lepszych czasach, pod Narwikiem w 1940 roku. 

Dietl uśmiechnął się cierpko. 

-  Czy słyszał pan, pułkowniku o  miejscu zwanym Leros?  -  spytał, podchodząc do 

mapy  obszaru  Morza  Śródziemnego,  która  zakrywała  teraz  mapę  Rosji,  normalną 

dekorację ściany biura. - Tutaj, wyspa na Morzu Egejskim, blisko wybrzeża Turcji i jakieś 

140 kilometrów od naszej głównej bazy w Dodekanezie na wyspie Rodos. 

-  I?  -  Greul  i  Stürmer  zadali  pytanie  jednocześnie,  pochylając  się,  aby  dokładniej 

przyjrzeć się mapie. 

-  Anglicy  zajęli  ją  w  zeszłym  tygodniu  i  mam  przeczucie,  że  Führer  ma  zamiar 

background image

wyznaczyć nam zadanie odzyskania jej. 

Twarz Greula zapłonęła wizją nowej akcji bojowej, ale Stürmer nie ucieszył się. 

- Ale to nie będzie to, co na Krecie? - rzucił szybko pytanie. 

Dietl potrząsnął głową. 

- Każdy wie, że spadochroniarze Studenta nie będą w stanie zabrać się ponownie za 

taką  akcję.  Hitler  już  nie  pozwoli  im  pójść  pierwszym  do  ataku  i  doprowadzić  do takiej 

rzezi  jak  na  Krecie w 1941 roku. Z wyższego szczebla dowodzenia wiem, że tym razem 

walkę rozpocznie Korpus Alpejski. Gdy strzelcy górscy uchwycą pozycje, wtedy dopiero 

do walki wejdą spadochroniarze i to równocześnie z desantem morskim. 

-  Ale  co  do  cholery  jest  tak  piekielnie  ważnego  na  tej  Leros,  że  trzeba 

przeprowadzać  operację  na  pełną  skalę,  generale?  -  Stürmer  nadal  miał  poważne 

wątpliwości. - Założę się, że tylko jeden na dziesięciu Niemców słyszał tę nazwę. 

Dietl sięgnął po szare sukienne rękawiczki. 

-  Nie  wiem,  pułkowniku.  Może  powinniśmy  pozostawić  wyjaśnienie  tej  kwestii 

Największemu Kapralowi Wszech czasów, naszemu Führerowi, Adolfowi Hitlerowi - gdy 

wypowiadał ostatnie słowa, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. 

Przejechali  bez  kłopotu  przez  niemiecko-austriacką  granicę,  szybko  przemknęli 

przez  Ostertal,  w  cieniu  Alp  Bawarskich,  mijając  z  bolesną  powolnością  jedną  starannie 

strzeżoną blokadę za drugą, by w końcu, mając w zapasie tylko kilka minut dojechać do 

celu.  Dalej  eskortowani  przez  adiutantów  w  mundurach  SS,  którzy  przytłaczali  nawet 

Greula, weszli do poczekalni w Obersalzbergu. Gońcy w nieskalanie czarnych mundurach 

biegali  w  tę  i  z  powrotem,  trzymając  pod  pachami  pliki  dokumentów.  W  pewnym 

momencie  nawet sam Bormann,  „brunatna eminencja”  wychylił  zza drzwi swoją okrągłą 

jak globus głowę, aby sprawdzić, czy ktoś jeszcze przebywa w poczekalni. 

- Drobna panika - mruknął przez zaciśnięte usta Dietl. 

- Ma pan rację, generale - zgodził się Stürmer. 

Przez te ostatnie straszliwe lata widział już to wszystko; gorączkowa aktywność, jej 

konsekwencji  nie  ponosili  oficerowie  których  dotyczyła,  oznaczała  zniszczenie  i  nagłą 

śmierć dla wielu wyczerpanych żołnierzy liniowych na odległych frontach. 

- Ale co się dzieje? 

Jednak  zanim  generał  zdołał  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  ogromny  adiutant  z  SS 

otworzył gwałtownie wielkie dwuskrzydłowe drzwi. Z oczami wbitymi gdzieś daleko poza 

horyzont, powiedział głosem pozbawionym wyrazu, jakby ich nie widział: 

background image

- Moi panowie, Führer was prosi! 

Trzej  oficerowie  chwycili  swoje  miękkie  spiczaste  czapki,  wcisnęli  je  pod  prawe 

ramiona pod przepisowym kątem i wmaszerowali dziarsko do wielkiego pokoju, w którym 

dominowało  wielkie  okno  widokowe,  dzięki  czemu  można  było  obserwować  wspaniałą 

panoramę  Untersbergu,  Berchtesgaden  i  Salzburga.  Adolf  Hitler,  pan  całej  Europy  od 

Kanału  La  Manche  do  Kaukazu,  odwrócił  się  na  pięcie  i  stanął  twarzą  w  twarz  z 

przybyłymi  ludźmi. Przez chwilę przyglądał  się  im,  jakby patrzył  na powietrze, a potem 

uśmiechnął się, ukazując rząd żółtych zębów i powiedział: 

- Ach, mój drogi generale Dietl, jak to dobrze, że pan przyjechał. 

Potem  spojrzał  na  Stürmera,  wysokiego,  opalonego  alpinistę  i  był  wyraźnie 

zadowolony z tego, co zobaczył. Rozchylił dłonie, aby chwycić nimi za rękę pułkownika i 

zaraz potrząsnął nią na powitanie. 

-  Zdobywca  Elbrusa  -  stwierdził.  -  Jestem  zaszczycony,  że  pana  spotykam, 

pułkowniku. 

Gdyby  Stürmer  nie  był  tak  mocno  opalony,  można  by  zauważyć  rumieniec  dumy 

na  jego  twarzy,  tak  typowy  dla  narodowo-socjalistycznych  prominentów,  a  którego  tak 

bardzo nienawidził. 

- Tak jest, mein Führer - to wszystko co był w stanie wydukać. - Dziękuję. 

Hitler uśmiechnął się, klepnął go serdecznie po ramieniu i zaśmiał się. 

-  No  cóż,  mój  drogi  pułkowniku,  mam  zamiar  dać  twojemu  oddziałowi  szansę 

dorównać, a może nawet przewyższyć twoje dokonania. Za mną panowie, proszę. 

Trzej oficerowie podążyli za wodzem narodu, podeszli do wielkiego okna i stanęli 

przed nim w pełnej wyczekiwania ciszy. Hitler przyglądał się robiącej ogromne wrażenie 

panoramie gór. 

- Panowie - oznajmił nagle, zwracał się w ten nieoficjalny sposób do swoich, gości, 

gdy chciał, aby się trochę rozluźnili - legenda mówi, że cesarz Karolingów śpi gdzieś tam 

pod  Untersbergiem  i  czeka  na  dzień,  kiedy  będzie  musiał  powstać  jeszcze  raz,  aby 

odbudować  imperium  germańskie.  To  nie  jest  przypadek,  że  ja,  Adolf  Hitler,  mam  dom 

naprzeciwko. To jest dla mnie ciągła inspiracja i daje mi wiarę w to, że nawet w chwilach 

najgłębszej depresji, wielki człowiek może podnieść się i poradzić sobie z każdą na pozór 

beznadziejną sytuacją. 

Nagle szybko odwrócił się w ich stronę z ponurą twarzą, ale jego oczy błyszczały 

fanatycznie. 

-  I  właśnie  w  takim  przełomowym  momencie  znalazły  się  Niemcy.  Kryzys  jest 

background image

bardzo poważny, moi panowie, bardzo poważny. 

Podszedł  zdecydowanym  krokiem  do  ogromnego  biurka  i  nacisnął  na  guzik. 

Zasłona na ścianie rozsunęła się, by ukazać wielką mapę obszaru Morza Śródziemnego. 

-  Zostałem  zdradzony  we  Włoszech  -  rzucił  stanowczo.  -  Teraz  już  oddziały 

przeciwnika  lądują  tam  przy  cichej  zgodzie  bandy  zdrajców  z  otoczenia  ich  króla.  A  do 

tego  jeszcze  ten  pijany  opój  myśli,  że  upadek  Włoch  zwinie  naszą  południową  flankę. 

Mogę czytać w jego przymulonym umyśle jak w otwartej książce. Najpierw zechce zająć 

Dodekanez - desant na Leros i Kos są tylko preludium do zdobycia Rodos, a potem reszta 

wysp  Morza  Egejskiego.  Gdy  już  zdobędzie  tę  grupę  wysp,  wtedy  zaatakuje  nasze  linie 

komunikacyjne w Grecji i wzmocni czerwonych bandytów Tity. Potem przyjdzie kolej na 

bombardowanie  pól  naftowych  w  Rumunii  oraz  transport  zaopatrzenia  dla  Rosjan  przez 

Dardanele i Morze Czarne, zamiast kłopotliwych tras przez Iran i Arktykę. Ale Churchill 

chce  przede  wszystkim  zdobyć  Dodekanez  i  wyspy  egejskie,  aby  zmusić  Turków  do 

przystąpienia do wojny po stronie aliantów. A wiecie, co by to oznaczało? 

- Będziemy zmuszeni opuścić południową Rosję? - zaryzykował stwierdzenie Dietl. 

-  Nie  tylko  południową  Rosję,  ale  cały  ten  przeklęty  kraj  -  warknął  Hitler.  -  Jeśli 

Turcy przystąpią do wojny, znajdziemy się tam pod ogromnym naciskiem. Ale - tu wzniósł 

do  góry  palec,  jak  na  przedwojennych  zjazdach  partyjnych  w  Norymberdze  -  Turcy  nie 

przyłączą  się  do  naszych  wrogów,  tak  długo,  jak  mamy  Rodos.  Z  tej  wyspy  możemy 

bombardować  południowo-zachodnie  wybrzeże  Turcji  i  najgęściej  zaludnione  miasta. 

Anka  nie  może  sobie  na  to  pozwolić.  Dlatego  tak  ważne  jest,  aby  Rodos  pozostało  w 

naszych rękach. Rozumiecie to, panowie? Rodos musi pozostać niemieckie! 

-  Jawohl,  mein  Führer  -  odpowiedzieli  jak  jeden  mąż,  porwani  magnetycznym 

wpływem człowieka, który stał przed nimi. 

-  To  jest  powód,  dla  którego  wezwałem  was  panowie  oficerowie  razem  -  teraz 

Hitler  przemawiał  już  spokojnie.  -  Jeszcze  dzisiaj  zostaniecie  wprowadzeni  w  szczegóły 

przez  generała  Jodła  i  dowiecie  się,  jak  mamy  zamiar  przeprowadzić  operację,  która  ma 

zapobiec przejęciu przez przeciwnika wyspy Rodos. Teraz zwolnię was na tę odprawę, ale 

chciałbym,  abyście  pamiętali,  że  los  Rzeszy  Niemieckiej  może  zależeć  od  tego,  co 

wydarzy się na tej małej, odległej, greckiej wyspie. 

Popatrzył  na  nich  swymi  hipnotycznymi,  czarnymi  oczami  i  powiedział  niemal 

błagalnym tonem: 

- Panowie, dajcie mi Leros! 

background image

Rozdział 4 

- Leros - informował bladolicy generał - to pięćdziesiąt na dziesięć kilometrów. 

Uśmiechnął się, ale jasne, cyniczne oczy nie ożyły ani trochę. 

- Można niemal napluć z jednego końca na drugi. 

Zebrani oficerowie przyglądali się szczegółowej mapie, którą prezentował im Jodl, 

zwracając uwagę  na górzysty charakter wyspy, co tłumaczyło, dlaczego Korpus Alpejski 

był potrzeby do tej operacji. 

-  Nim  Brytyjczycy  na  nią  najechali,  stacjonowali  tam  głównie  włoscy  żołnierze, 

którymi dowodził admirał Mascherpa. Było ich około pięć i pół tysiąca, zaangażowanych 

przeważnie  w  prace  administracyjne  w  bazie  morskiej  na  Leros.  Posiadali  dwadzieścia 

cztery  baterie  morskie,  wyposażone  w  jakieś  sto  dział  różnych  typów  i  kalibrów. 

Dodatkowo  przebywał  tam  oddział  piechoty  wyposażony  w  przestarzałe  uzbrojenie. 

Większość  włoskich  poborowych  stanowili  rezerwiści  ze  starszych  roczników  i  z 

kiepskimi kategoriami zdrowia. 

Jak zawsze szef sztabu Hitlera przedstawiał dane i szczegóły bez odwoływania się 

do  notatek.  To  zawsze  robiło  wrażenie  na  słuchaczach.  Jednak  nie  zaimponowało 

pułkownikowi Stürmerowi. Jego wzrok nadal był wbity w góry zaznaczone na mapie, a w 

głowie kołatało się dręczące pytanie: jaka będzie rola grupy szturmowej Edelweiss? 

-  Tak  dalece,  jak  możemy  wnioskować  ze  zdjęć  z  rozpoznania  powietrznego  - 

kontynuował Jodl - nasi dawni sojusznicy dostrzegli błąd w swoim postępowaniu i przeszli 

natychmiastową przemianę w zachodnią, kochającą wolność, demokrację - uśmiechnął się 

cynicznie w kierunku trzech oficerów.  - Jednym  słowem  makaroniarze przeszli  na stronę 

wroga. A przynajmniej nie wydają się mieć ochoty na stawianie oporu najeźdźcom. 

-  A  jakiego  rodzaju  siłami  przeciwnik  przeprowadził  desant,  generale?  -  spytał 

Dietl. 

- Wydaje się, że wysadzili na brzeg coś w rodzaju regimentu piechoty. Trzy tysiące 

ludzi,  czyli  jak  to  Brytyjczycy  określają,  brygadę.  W  ten  ich  zwyczajowy  staroświecki 

sposób ich dowództwo uczyniło jeden batalion odpowiedzialny za każdy z trzech rejonów 

geograficznych,  na  które  można  podzielić  wyspę.  Niemiecki  dowódca  raczej  by 

skoncentrował  siły.  Robiąc  to  co  robią,  Brytyjczycy  działają  na  naszą  korzyść.  W  samej 

background image

rzeczy, mając tysiąc ludzi na północy, tysiąc w centrum i tysiąc na południu, stworzyli trzy 

bardziej lub mniej niezależne grupy. Po rozlokowaniu ich sił można sądzić, że mają zamiar 

bronić całej linii brzegowej przed inwazją z morza. A to oznacza... 

- Rozproszenie ich sił i pozostawienie szeroko otwartego terenu we wnętrzu wyspy 

dla desantu spadochronowego - przerwał ochoczo Dietl. 

- Dokładnie, mój drogi - powiedział z uznaniem w głosie Jodl. - Szczególnie, że jak 

donosi wywiad, dróg na wyspie jest jedynie kilka, są wąskie i ogólnie słabe, więc mogą się 

po nich swobodnie poruszać  jedynie  niewielkie  samochody terenowe. Twoja uwaga  była 

słuszna, Dietl - kontynuował szef sztabu - i dlatego przeprowadzimy desant z powietrza na 

tyłach  wroga,  w  przewężeniu  między  zatokami  Gurna  i  Alinda,  aby  przeciąć  połączenie 

między brytyjskimi oddziałami na północy i w centrum. W tym samym czasie co desant z 

powietrza,  rozpocznie  się  inwazja  morska.  Oddziały  pod  dowództwem  generała  Müllera 

zaatakują od północy zatokę Parteni i od południa zatokę Pandeli. 

Sztabowiec Hitlera aż promieniał z radości. 

-  Wszystko  bardzo  zgrabnie  i  porządnie,  jak  moglibyście  powiedzieć.  Znakomity 

kawałek roboty sztabowej i planistycznej. Ale znajdzie się zawsze łyżka dziegciu w beczce 

miodu - to dwie góry dominujące nad centrum wyspy - tutaj Clidi, a tutaj Meraviglia. 

Greul z błyszczącymi oczami, spojrzał znacząco na  Stürmera. Pułkownik pochylił 

głowę, wyrażając bez słowa zrozumienie; teraz wiedzieli, jakie będzie zadanie ich oddziału 

podczas nadchodzącej inwazji na Leros. 

-  Oba  te  wyniesienia  terenu  zostały  ufortyfikowane  i  posiadają  artylerię,  tak 

donoszą  szpiedzy  Abwehry,  spośród  ludności  cywilnej,  żyjącej  na  wybrzeżu.  Będąc 

Grekami  łatwo  ulegają  perswazjom  -  Jodl  próbował  dać  do  zrozumienia,  że  łatwo  ich 

można przekupić. - Donoszą, że Clidi jest wyposażona we włoskie działa, a na Meraviglia 

rozlokowali  się  Brytyjczycy  ze  swoimi  działami.  Naturalnie  naszym  zadaniem  będzie 

doprowadzenie do tego, że nasi byli sojusznicy pierwsi skrzyżują z nami szpady. 

- A co z Korpusem Alpejskim? - nie wytrzymał Greul. 

-  A,  tak  majorze!  Najpierw  wy  alpiniści  zajmiecie  Clidi  i  unieruchomicie  działa 

ustawione  na  niej.  To  one  stwarzają  bezpośrednie  zagrożenie  dla  desantu  z  powietrza. 

Potem  waszym  celem  stanie  się  góra  Meraviglia,  ale  tu  problem  będzie  nie  tylko  ze 

wspinaniem się - bo z tym wasze wiejskie chłopaki z Bawarii i Austrii poradzą sobie bez 

kłopotu - Dietl zmarszczył się groźnie, słysząc sarkazm i arogancję w głosie Jodła. - Tam 

też znajduje się brytyjskie dowództwo wyspy - kwatera główna jak to oni lubią nazywać. 

W związku z tym  będzie ona  broniona do końca. Naprawdę ciężki orzech do zgryzienia, 

background image

panowie. 

Przerwał na chwilę, aby mogli przemyśleć jego słowa, a Stürmer już wpatrywał się 

w  mapę,  próbując  na  podstawie  zaznaczonych  poziomic  odnaleźć  najlepszą  trasę 

wspinaczki. 

-  A  teraz,  panowie  -  Jodl  podjął  monolog  -  chciałbym  coś  bardzo  dokładnie 

wyjaśnić. Absolutnie konieczne jest, abyśmy zdobyli górę Clidi nim zacznie się właściwy 

desant  spadochronowy.  Nawet  makaroniarze  są  na  tyle  odważni,  aby  zmasakrować 

naszych  ludzi,  gdy  ci  będą  jeszcze  w  powietrzu.  Kiedy  już  ją  zdobędziecie,  a 

spadochroniarze wylądują, będziecie mieli osłonięte tyły. Przy odrobinie szczęścia, nawet 

jeśli nie zdołacie zdobyć góry Meraviglia, wstrząśniecie Anglikami na tyle, że nie zauważą 

lądowania  oddziałów  generała  Müllera  na  północy  i  południu.  No  cóż,  to  wszystko  co 

miałem do powiedzenia. Jakieś pytania? 

Stürmer  odezwał  się  po  raz  pierwszy,  w  chwilę  po  tym  jak  weszli  do 

prowizorycznego pokoju sztabowego. 

- Generale, powiedział pan, że mamy się tam znaleźć przed rozpoczęciem operacji 

desantowej. Jaka jest data rozpoczęcia operacji i jak dostaniemy się na wyspę? 

Jodl spojrzał na niego z zadowoleniem, ewidentnie podobał mu się ten oficer. 

Może wystudiowany akcent z północnych Niemiec i zwięzła przemowa, tak inna od 

szorstkiej paplaniny bawarskiej, pokazały mu, że ma do czynienia z człowiekiem swojego 

pokroju. 

-  Operacja  rozpocznie  się  w  nocy  jedenastego  listopada,  przy  czym  desant 

spadochronowy  ludzi  Müllera  powinien  zacząć  się  o  czwartej  nad  ranem  dwunastego 

listopada. Wasi strzelcy muszą się znaleźć na Leros przed świtem jedenastego. 

Zaraz jednak wtrącił się Stürmer. 

-  To  znaczy,  że  mamy  znaleźć  się  na  wyspie  pełne  dwadzieścia  cztery  godziny 

przed rozpoczęciem samej inwazji! 

- Dokładnie, mój drogi pułkowniku - zgodził się bez oporu Jodl. - A teraz jak tam 

się dostaniecie. To już bardziej skomplikowana sprawa. Musimy zapewnić sobie całkowitą 

konspirację,  inaczej  Brytyjczycy  zaczną  rozbudowywać  obronę  na  Leros,  zamiast 

koncentrować  swoje  wysiłki  na  organizowaniu  ataku  na  Rodos.  Dlatego  wasi  wspinacze 

muszą dostać się na wyspę w taki oto sposób... 

Kiedy skończył wyjaśnienia, jak potajemnie przewieźć oddział alpejski z Niemiec 

do  Kattavii  na  Rodos,  skąd  mieli  zacząć  operację  przeciwko  Leros,  Stürmer  zaczął  się 

śmiać. 

background image

-  Wątpię, czy  moi  ludzie będą zadowoleni  z tego nowego doświadczenia, ale  jeśli 

mogę dodać, to plan sam w sobie jest bardzo pomysłowy. 

Jodl skinął głową pokazując, że jest zadowolony z jego uwag. 

-  Dziękuję,  że  pan  to  powiedział,  pułkowniku,  tylko  musicie  pamiętać,  że 

przeciwnik  ma  wszędzie  oczy  i  uszy  na  waszej  trasie.  Gdy  zda  sobie  sprawę,  że  na 

łodziach  jest  oddział  górski,  nie  zajmie  mu  dużo  czasu,  aby  zgadnąć  dokąd  zmierza. 

Musicie  przedsięwziąć  wszelkie  środki,  aby  do  tego  nie  doszło.  Jeśli  jednak  rozszyfruje 

wasze zadanie, to oddział szturmowy Edelweiss momentalnie znajdzie się w pułapce... 

background image

Rozdział 5 

- Dobierzcie sobie przezwiska! - zarechotał szyderczo major Greul, trzymając ręce 

na udach, szeroko rozstawionych muskularnych nóg. 

Sam ledwo dyszał po tym, co przed chwilą przeszli. 

-  Przygotuj  się  do  zejścia  z  tego  świata  -  mruknął  Jo,  wdychając  powietrze,  gdy 

próbował wyrównać oddech. 

- Gdzie wy się szkoliliście? W miejscowych piwiarniach i burdelach - nie mam co 

do tego najmniejszej wątpliwości! Przez cały czas, jaki spędziłem w Korpusie alpejskim, 

nie widziałem takiej bandy słabeuszy i łamag, jak wy. 

Jego  zuchwałe  oczy  omiatały  spojrzeniem  stojących  w  szeregu  ludzi,  którzy  z 

zaczerwienionymi z wysiłku twarzami właśnie skończyli kurs bojowy kompanii. 

-  Ale  mam  zamiar  nauczyć  was,  że  nasi  towarzysze  ludowi  w  Rzeszy  nie  płacą 

gromadzie obiboków solidnego żołdu, na to, żeby tylko pili piwo i cudzołożyli. Nie, nic z 

tego, panowie! 

- Cudzołóstwo? - powiedział Meier słabym głosem. 

- Ja nie mam nawet siły, żeby bzyknąć muchę. 

- Sierżancie! - warknął Greul, zwracając się do wielkiego podoficera. 

- Tak, panie majorze. 

- Jeszcze po pięć dodatkowych kilogramów na każdego! - rozkazał. 

Meier  uznał,  że  lepiej  nie  protestować.  Odwrócił  się  twarzą  w  kierunku 

wyczerpanych strzelców górskich. 

-  W  porządku,  chodźcie  i  powyjmujcie  ołów  z  tyłków.  Major  nie  będzie  na  was 

czekał przez cały dzień. 

Zmęczeni  ludzie  otwierali  plecaki  ważące  już  po  czterdzieści  pięć  kilogramów,  a 

Meier  dołożył  jeszcze  po  pocisku  kalibru  20  mm  do  sterty  kamieni  leżących  na  dnie 

każdego z nich. 

Greul wcisnął gwizdek w usta i świsnął przenikliwie trzy razy. 

Cała kompania ruszyła truchtem w jednym szeregu. 

- Tempo... tempo - poganiał ich major, biegnąc z boku jak owczarek pilnujący stada 

owiec. 

background image

Pierwsza  grupa  już  dotarła  do  kilku  lin,  które  zwisały  z  karabińczyków 

umocowanych  na  skalnej  ścianie  pięćdziesiąt  metrów  ponad  ich  głowami.  Chwytali  je  i 

wspinali  się  w  górę,  a  plecaki,  szarpiąc  ich  mięśnie,  były  dla  nich  jak  brzemię  Syzyfa. 

Major Greul z pogardą spojrzał na linę i wspinał się po ścianie jak mucha, wykorzystując 

każdą  szczelinę  i  każdy  załom  niewidoczny  dla  niewprawnego  oka,  z  prędkością 

niedostępną dla reszty ludzi z oddziału. 

Pierwsza grupa już wdrapywała się na szczyt, mając z wysiłku przed oczami czarne 

plamy.  Wspinacze  czuli,  jak  krew  pulsowała  z  furią  w  ich  skroniach.  Ale  czas  na 

odpoczynek jeszcze nie nadszedł. 

- Formacja do ataku! - szczeknął Greul. 

Strzelcy ściągnęli karabiny z pleców. Na obu flankach zaterkotały lekkie karabiny 

maszynowe.  Długie  smugi  pocisków  świetlnych  wyznaczały  trasę  natarcia  po  stromym, 

trawiastym stoku. 

-  Trzymać tempo... trzymać tempo!  -  wydzierał się Greul,  jak zawsze podniecony 

hukiem wystrzałów. 

Resztką  sił  dotarli  na  ostrogę  skalną,  górującą  nad  stokiem.  Byli  na  miejscu.  Z 

rynny skalnej wypływał strumień, który zamieniał dolną część stoku w bajoro błota. 

Teraz Greul dał im chwilę odpoczynku. 

- Padnij - wydał komendę, która przedarła się przez huk wystrzałów z MG34. 

Przed nimi rozpościerała się strefa dwudziestu metrów błota, ponad którą wyrastała 

plątanina  drutów  kolczastych,  przybita  do  gruntu  na  tyle,  aby  mógł  się  pod  nią  jedynie 

przeczołgać goły człowiek. 

- Naprzód! 

Karabiny  zakołysały  się  im  na  ramionach,  ciągnąc  ich  swym  ciężarem  do  dołu  i 

zaczęli  się  czołgać  naprzód,  pracując  drżącymi  ze  zmęczenia  nogami  i  rękami. 

Przypominali drewniane lalki wrzucone w błoto. A to błoto zdawało się być śliskie jak lód. 

Zadziory na drutach kolczastych darły na strzępy ich mundury i skórę. Plecaki co chwila 

grzęzły w zwojach zdradliwego drutu i gdy z gniewem próbowali wyrwać je z jego objęć, 

nad głowami z jękiem przelatywały serie pocisków z broni maszynowej. 

Ale to nie był jeszcze koniec koszmaru. Dysząc i charcząc walczyli o to, aby stanąć 

na nogach. Sto metrów przed nimi znajdowały się drewniane tarcze strzelnicze. 

- Gdy wydam rozkaz, otworzycie ogień - rozkazał Greul - i biada, jeśli któryś z was 

nie powali kulami swojego byka! Strzelać według woli! 

background image

Drżącymi  rękami  unieśli  karabiny  do  góry  i  próbowali  wziąć  na  cel  ciemną 

sylwetkę namalowaną na tarczy. Nieregularna palba wystrzałów karabinowych odbiła się 

echem od gór. 

Greul  ledwie  mógł  doczekać  tego,  by  żołnierze  skończyli  serię  pięciu  strzałów. 

Rzucił się do przodu z plecakiem ważącym pięćdziesiąt kilo, jakby miał w nim pierze, a 

nie kamienie i pociski. Lekko podbiegł do tarcz i wrzeszczał przeraźliwie, jeśli w którejś z 

tarcz nie znalazł pięciu dziur. 

W końcu odwrócił się, a jego oczy błyskały gniewem i pogardą. 

- Wielki Boże - warknął - co się z wami dzieje! W co drugiej tarczy nie ma dziur. 

Na rany Chrystusa, ja was nauczę bando matkojebców, jak się strzela, nawet jeśli miałaby 

to  być  ostatnia  rzecz  do  zrobienia  w  moim  życiu.  Przysięgam  na  imię  naszego  Führera! 

Sierżancie, z powrotem z nimi na dół! 

Jak  umierający  ludzie,  z  oczami  pozbawionymi  wszelkiej  emocji  i  skrajnie 

wyczerpani,  zaczęli  schodzić  chwiejnym  krokiem  ze  stoku,  aby  jeszcze  raz  przebyć 

morderczą trasę. 

- Ciężki trening to lekka walka - powtarzał swoją ulubiona maksymę major Greul. 

Pułkownik  Stürmer  westchnął  i  popatrzył  na  ludzi  ustawionych  w  szeregu, 

gotowych do nocnych ćwiczeń. 

-  Nie wolno ci przesadzić, Greul  - ostrzegał  majora  -  nie  możesz  ich przemęczyć, 

wiesz przecież o tym. 

- Pozwolę sobie nie zgodzić się z panem - odparł Greul. - Nie da się zrobić omleta, 

nie tłukąc jajka. 

Stürmer  jeszcze  raz  przebiegł  wzrokiem  po  szeregu  czekających  ludzi.  W  jakiś 

sposób  się  z  tym  zgadzał.  Żołnierze  z  oddziału  szturmowego  Edelweiss  nigdy  nie 

wyglądali  na  lepiej  wytrenowanych.  Szorstka  dyscyplina  majora  Greula  sprawiła,  że 

stracili wszelkie zbędne zapasy tłuszczu. Ich ciała były szczupłe, ale smukłe, oczy rozpalał 

blask, a twarze mieli opalone na ciemny brąz. 

-  W porządku, Greul,  możesz  ich  zabrać.  Ale  już bez  łamania rąk  i  nóg. Wkrótce 

możemy potrzebować każdego człowieka. 

Major nie mógł powstrzymać śmiechu. 

- Wyrwiemy teraz chwasty słabości z serc i ciał. Tylko twardzi i odważni zasługują 

na honor przelania krwi za ojczyznę. 

-  Och,  daj  spokój  z  tą  martyrologią,  Greul  -  powiedział  lekko  znużonym  tonem 

background image

pułkownik. 

Ale chwilę później, gdy oddział wymaszerowywał z koszar zamaszystym krokiem, 

poczuł nagły przypływ dumy ze swoich ludzi. 

Schwarzbraun muss mein Mädel sein 

Genauso wie ich... 

Hei-di, hei-do, hei-ja... 

Piosenka odbijała się wielokrotnie echem od kamiennych murów wąskiej Herman 

Gäring  Strasse, a drewniane okiennice otwierały  się z trzaskiem, gdy  zaciekawieni  ludzie 

spoglądali przez okna na maszerujący pod nimi oddział piechoty górskiej. 

Na końcu kolumny obok Japa szedł sierżant Meier, spojrzał do góry i ujrzał ją po 

raz  pierwszy.  Wychylała  się  przez  rzeźbioną  drewnianą  barierkę  balkonu,  ukazując 

wspaniały  biust  tylko  lekko  schowany  za  nisko  wyciętym  dekoltem,  który  przypominał 

cudowną dolinę Jungfraujoch. 

Meier oniemiał i prawie zmylił krok. 

- Jezusie, Maryjo i Józefie! - wydusił zachwycony. 

Przełknął głośno ślinę, gdy blondyna z imponującym biustem wychyliła się jeszcze 

mocniej i machała podekscytowana w kierunku odchodzących żołnierzy. 

-  Och,  bracie!  Oddałbym  cały  miesięczny  żołd,  aby  zanurzyć  twarz  między  takie 

boskie wymiona. 

- To Cycata Laura - poinformował go Jap, gdy skręcali na Adolf Hitler Platz - żona 

miejscowego przywódcy SA - Lorenza. 

-  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  cywil,  nawet  jeśli  jest  to  członek  SA,  może 

wsadzać  swojego  wątłego  ptaka  w  tak  cudowne  stworzenie?  -  Spytał  Meier  z 

niedowierzaniem,  między  dwiema  zwrotkami  piosenki.  -  Żeby  tylko  Führer  o  tym 

wiedział! 

A  potem  rozpoczęli  długie  podejście  pod  górę  na  nocne  ćwiczenia,  a  śpiewana 

przez nich piosenka powoli cichła, zaś w głowie sierżanta Meiera zaświtał nowy plan. 

-  Dzisiaj  w  nocy  będziemy  ćwiczyć  tyrolski  trawers  -  oznajmił  Greul,  gdy  ludzie 

ustawili  się  przez  nim.  Korzystaliście  już  z  tej  techniki  wcześniej  w  wysokich  górach. 

Dzisiaj wykorzystamy ją na ścianie klifu morskiego, a do tego potrzebujemy narzędzi do 

pokonywania jaskiń morskich. 

background image

Meier spojrzał znacząco na Japa i wyszeptał kącikiem ust: 

- A więc to tak. Przed nami mała podróż morska, co? Chyba się nie mylę? 

Tej nocy ćwiczyli tyrolski sposób wspinaczki w grupach po pięciu ludzi. Wspinając 

się  na sąsiedni szczyt,  mogli zarzucić  linę zjazdową na  wierzchołek góry,  na który  mieli 

zamiar  się  wspiąć,  zabezpieczali  się  swoimi  uprzężami  i  wykorzystując  siłę  grawitacji, 

ześlizgiwali się w  bardzo niebezpiecznym, ale  i  podniecającym  manewrze. Co  jakiś czas 

Greul mógł powydzierać się na pechowych zjazdowców, którzy w nocnym ślizgu po linie, 

docierali do przeciwległej ściany skalnej. 

- Podciągnij te cholerne nogi, człowieku. Pod tobą faluje morze! Wyżej stopy! 

Gdy brudnobiałe światło fałszywego poranka zaczęło zalewać górskie niebo, major 

krzyknął: 

- W porządku, to już koniec tych tyrolskich zabaw. 

Ze wszystkich stron rozległo się westchnienie ulgi. Żołnierze już chcieli powrócić 

do koszar w  Kufstein  i wślizgnąć się do  łóżek.  Ale  nie tak prędko. Chwilę potem Greul 

oznajmił: 

-  A  teraz,  aby  poprawnie  zakończyć  cały  trening,  zbiegniemy  z  góry.  To  was 

nauczy wysoko podnosić stopy. 

Potem znacząco wyciągnął pistolet z kabury. 

-  I  aby  upewnić  się,  że  dobrze  będziecie  wyciągać  nogi,  będę  biegł  za  waszymi 

plecami z tym żelastwem! - Jego głos wznosił się coraz wyżej. - W tył zwrot! 

Strzelcy górscy obrócili się jednocześnie i popatrzyli w głąb doliny, gdzie rozciągał 

się Kufstein, którego centrum nadal skryte było w mrokach nocy. 

- Dobrze, a teraz, bieg! 

W  lawinie  pyłu  i  kamieni,  który  pokrywał  zbocze,  zaczęli  zbiegać  po  stoku, 

odchylonym  pod  kątem  prawie  sześćdziesięciu  stopni.  Niektórzy  ześlizgiwali  się  na 

plecach,  a  ich  szare  spodnie  bojowe  momentalnie  darły  się  na  strzępy.  Inni  skakali  i 

przebiegali  od  głazu  do  głazu,  rozdrapując  sobie  skórę  na  dłoniach  o  ostre  granitowe 

krawędzie. Meier drąc się z maniacką radością, śmigał zygzakiem od jednej kępy roślin do 

drugiej,  czując  jak  ramiona  niemal  wyrywają  mu  się  ze  stawów,  gdy  chwytał  rękami 

kolejną zbawczą gałąź. 

Wreszcie,  jęcząc,  dysząc  i  krztusząc  się,  z  twarzami  czerwonymi  jak  buraki, 

posiniaczeni,  z  krwią  spływającą  z  licznych  drobnych  ran  i  otarć,  wpadli  w  gęstwę 

świerków, która skutecznie wyhamowała ich pęd. 

background image

- Och, jakie piękne czasy - stwierdził pułkownik Stürmer, gdy popatrzył na ludzi z 

grupy  szturmowej  Edelweiss,  którzy  stali  w  szeregu  na  placu  defiladowym  i  czekali,  aż 

inspekcja  dobiegnie  końca.  -  Ale  jaką  smutną  gromadą  jesteście!  Co  pan  z  nimi  zrobił, 

majorze Greul? 

Pułkownik zrobił się bardziej dociekliwy, nie wierząc w to co widział. 

- Przeprowadziliśmy bieg górski, panie pułkowniku. 

- W nocy? 

- Tak jest. 

- To oni musieli osiągnąć znakomity poziom wyszkolenia, jeśli byli w stanie zejść z 

gór  po  nocy.  Moje  gratulacje,  majorze,  że  oni  w  ogóle  żyją  -  dodał  pułkownik  z 

szyderczym podziwem. 

-  Zawsze znajdzie się  jeszcze okazja, aby  coś poprawić w wyszkoleniu. Tyrolskie 

przejście... 

- Obawiam się, że już nie - Stürmer przerwał majorowi. - Otrzymałem iskrówkę z 

kwatery  Führera  jakieś  pół  godziny  temu.  Mamy  być  gotowi  do  wyruszenia  w  ciągu 

czterdziestu  ośmiu  godzin.  Dzisiaj  mamy  kompanijną  zieloną  nockę.  Szkolenie  grupy 

szturmowej Edelweiss zostało zakończone. Teraz będą jeszcze raz gry i zabawy. 

background image

Rozdział 6 

-  Już  dość,  już  dość,  krzyczała  dziewica,  dostałam,  to  co  chciałam  -  powiedział 

sierżant Meier nie kierując tych słów szczególnie w czyjąś stronę. 

Odsunął od siebie półmisek pełny małych kupek dokładnie ogryzionych kości. Był 

tego  wieczoru  w  zdecydowanie  dobrym  humorze,  którego  nie  mogła  nawet  popsuć 

perspektywa nocnej służby wartowniczej. Najadł się po uszy eisbein und sauerkraut, było 

dużo darmowego piwa i wódki, opłaconej przez oficerów, a w zakamarkach umysłu tliło 

się wspomnienie Cycatej Laury. 

-  Wy  wiecie,  dlaczego  tu  jesteśmy  -  ryknął  Meier.  -  To  jest  ostatnia  popijawa  w 

naszej  kompanii  przed  wyjazdem  na  front.  Tak  więc  nim  nasi  włochaci  górale 

zbombardują swoje bawarskie łby alkoholem, chciałbym usłyszeć, co ma do powiedzenia 

nasz pułkownik. 

Major  Greul,  który  bawił  się  kuflem  piwa,  zrobił  się  ponury.  Nie  lubił  tych 

kompanijnych wieczorów, kiedy ludzie jedli, a szczególnie pili zbyt dużo. Wiedział,  że to 

jest  tradycja  w  niemieckiej  armii,  ale  takie  rozpasanie  obrażało  jego  narodowo-

socjalistyczną skromność i pełne determinacji poświęcenie. 

Natomiast pułkownik Stürmer roześmiał się. To cały Meier, powiedział sobie. Miał 

już pełny żołądek, to chciał przejść do poważnej części wieczoru, czyli żłopania piwa. 

Stürmer rozejrzał się po otaczających go twarzach, spalonych słońcem, szczupłych 

i  zahartowanych.  Taki  widok  lubił.  Naprzeciwko  niego  siedział  porucznik  Sepplmayr; 

wszyscy  byli  weteranami,  którymi  dowodził  od  początku  wojny.  To  był  chyba  najlepszy 

oddział górski na świecie. Ale ich nowe zadanie miało być trudne i niebezpieczne. 

-  Koledzy.  Wiecie  jaki  jest  powód  dzisiejszego  spotkania?  Wkrótce  wyruszymy  z 

Kufstein.  Obawiam  się,  że  nie  mogę  wam  podać  szczegółów,  ale  nasza  misja  ma 

zasadnicze  znaczenie  dla  niemieckich  sił  zbrojnych  i  nie  jest  pozbawiona  ryzyka.  Ale 

wiem, że mogę polegać na was wszystkich i każdym z osobna. 

Jeszcze raz powiódł wzrokiem po poważnych twarzach zebranych. 

- Tak samo wy możecie polegać na mnie. Nie będę was prosił o nic, czego sam nie 

potrafię  wykonać.  Spodziewam  się  jednak,  że  dacie  z  siebie  wszystko,  a  sam  dołożę 

wszelkich starań, aby było jak najmniej ofiar. 

background image

Greul, który siedział obok stojącego pułkownika, zaśmiał się szyderczo. Czyż to nie 

sam  Führer  powiedział,  że  „upływ  krwi,  oczyszcza”?  Niemcy  nie  powinni  martwić  się 

umierającymi za naród, ojczyznę i wodza. 

Stürmer zdawał się nie przejmować wyrazem twarzy swego zastępcy. Zamiast tego 

wzniósł do góry kufle z piwem i zawołał: 

- Za grupę szturmową Edelweiss! 

Zebrani na sali żołnierze poderwali się z krzeseł niemal jednocześnie. Ich ciężkie, 

przeznaczone  do  chodzenia  po  górach  buty,  nabijane  dodatkowo  ćwiekami,  uderzyły  w 

drewnianą  podłogę,  gdy  stawali  na  baczność,  z  litrowymi  kuflami  piwa  trzymanymi  na 

wysokości trzeciego guzika bluzy mundurowej, jak przewidywał wojskowy rytuał. 

- Niech żyje grupa szturmowa Edelweiss! - odpowiedzieli okrzykiem. 

- Toast! - zakomenderował pułkownik. 

- Za zdrowie! - odpowiedzieli chórem. 

Ludzie  wznieśli  kufle,  wypili  trunek,  a  potem  stuknęli  nimi  z  całej  siły  o  blaty 

zrobione  ze  zwykłych  desek,  jakby  chcieli  połamać  dębowe  kozły,  na  których  one 

spoczywały. Zaczęła się kompanijna biba. 

- Czy słyszeliście o pewnej gospodyni domowej, której się zrobiło słabo z powodu 

racji  żywnościowych?  -  rozochocony  piwem  Jap  starał  się  przekrzyczeć  ogólny  zgiełk.  - 

Zapytała rzeźnika, czy ma kaszankę. Nie, nie mamy kaszanki. A może macie wątrobiankę? 

-  spytała.  Nie,  nie  mamy  wątrobianki.  A  czy  może  macie  jęzory?  Tak,  mamy  jęzory!  W 

takim razie poliżcie mi dupę - powiedziała i wyszła... 

Pułkownik  Stürmer  uśmiechnął  się.  Ileż  to  już  razy  siedział  przez  ostatnie  lata  w 

takich  zadymionych  salach,  pełnych  oparów  piwa  i  papierosów,  słuchając  tych  samych, 

starych  dowcipów.  Gdzieś  indziej  wszechpotężni,  bezduszni  generałowie  siedzieli  w 

swych  odległych  kwaterach,  ślęcząc  na  tymi  samymi  mapami  tego  samego  terenu, 

próbując dopasować siły moralne i taktyczną pomysłowość, jakby jeden przeciw drugiemu 

rozgrywał partię szachów. 

I  byli  także  ci  ludzie,  uczciwi,  prości  żołnierze  i  miliony  podobnych  do  nich  we 

wszystkich armiach świata, którzy staną się ofiarami tamtych generałów i ich taktyki. 

Nagle  pułkownik  poczuł,  że  ma  dość  tego  pijanego  towarzystwa.  Podniósł  z 

ociekającego już piwem stołu czapkę, z przymocowaną do niej metalową szarotką i wstał z 

krzesła. 

Meier kącikiem oka zauważył, co robi dowódca i już chciał się poderwać na nogi i 

background image

dać komendę „baczność”. Stürmer jednak po cichu pokręcił przecząco głową, pokazując, 

że nie chce, aby przeszkadzano ludziom; niech się bawią dalej przy piwie. Dotknął tylko 

palcami  daszka  czapki,  jakby  salutował  tym  wszystkim  młodym  ludziom,  którzy  mieli 

poświęcić się wojnie i szybko wymknął się w ciemność nocy. 

Byk Jo, już solidnie pijany, ale nadal świadom tego co się dzieje, znieruchomiał z 

wyrazem zamyślenia na twarzy. Kompania była już całkiem nawalona piwem. Porucznik 

Sepplmayr,  ich  nowo  przybyły  oficer,  pechowy  i  podatny  na  wypadki,  zwymiotował  na 

pierś  swego  munduru.  Major  Greul  wkroczył  zdecydowanie  do  akcji  i  wyciągnął 

nieszczęsnego,  i  bladego  z  przepicia  porucznika  na  zewnątrz  kantyny.  Cała  sala 

wypełniona  była  dymem  papierosowym  i  „ofiarami  piwa”.  Strzelcy  górscy  masowo 

zalegali na przesiąkniętych piwem stołach. 

Cały umysł Meiera zaprzątała Laura, wspaniała austriacka Laura, z tymi pięknymi 

piersiami,  które  zdawały  się  rozrywać  kolorowy  serdak  za  każdym  razem,  gdy  ich 

właścicielka  nabierała głębiej powietrze w płuca. Już  sobie wyobrażał  jak  bierze  jedną  z 

nich w dłoń i pociera sutek, jednocześnie ją całując. Potem podrzuca jej piersiami, jakby 

nimi żonglował:, aż piękne różowe sutki drżą z podniecenia. A na koniec wciska między 

nie twarz i zabiera ją ze sobą wraz z butelką szampana... 

Wyłączył jednak w umyśle ten film. Podjął decyzję. Dobierze się do majtek Cycatej 

Laury jeszcze tej nocy albo nie nazywa się Byk Jo. 

Z rękami wysuniętymi do przodu jak ślepiec, ruszył w kierunku szopy, obmacując 

drogę. Kopnięciem buta otworzył z trzaskiem drzwi. 

- Gdzie jest ta cholerna drabina? - mruczał do siebie i rechotał pijacko. 

Po chwili znalazł drabinę i zdjął ją z haków na ścianie. Jęknął tylko, gdy ją zarzucał 

na ramię i po chwili chwiejnym krokiem skierował się w stronę wyjścia z koszar. 

-  Czy  mnie  kochasz,  na  pewno,  kochanie,  spytała  -  nucił  pod  nosem  -  i  czy  w 

kieszeni rewolwer masz? 

Jap, który ledwie kołysząc się na nogach, stał blisko muru koszarowego, zobaczył 

przyjaciela  i  ledwie  mógł  uwierzyć  w  to,  co  widział.  Sierżant  Meier  właśnie  zamierzał 

pozwolić sobie na trochę staromodnego cudzołóstwa! Nagle on również podjął decyzję. 

- Hej, poczekaj chwilę, Jo! Idę z tobą! - zawołał z nadzieją i rozpaczą w głosie. 

background image

Rozdział 7 

-  Piłem  ostatniej  nocy...  piłem  poprzedniej...  pić  będę  i  tej,  jak  nigdy  przedtem  - 

ryczał na cały głos piosenkę Byk Jo, gdy zataczając się przechodził z Adolf Hitler Platz na 

Hermann Gäring Strasse, gdzie mieszkała sławna ze swych wdzięków Laura. Nagle oślepił 

go strumień światła skierowany prosto w oczy. 

-  A  dokąd  to  wybierasz  się  z  tą  drabiną,  sierżancie?  -  dopytywał  się  ktoś 

stanowczym tonem. 

Meier  mocno  zatoczył  się  w  chwili,  gdy  niespodziewanie  zatrzymały  go  dwie 

groźne postacie. 

-  Właśnie  wypadłem  z  łóżka.  I  potrzebuję  drabiny,  żeby  sobie  znowu  dobrze 

popieprzyć, ty pruski fiucie! 

Człowiek,  który  mówił  szorstkim  północnoniemieckim  akcentem,  przycisnął 

latarkę  do  klatki  piersiowej  i  Jo  mógł  zauważyć  kwadratową  szczękę  pod  hełmem,  pod 

którą jasno błyszczał srebrny półksiężyc, jaki nosiła żandarmeria wojskowa. 

- Chryste! - zawołał. - Łowcy głów! 

-  Tak,  jesteśmy  z  żandarmerii  polowej  -  zgodził  się  z  nim  głos.  -  A  teraz,  gdzie 

zmierzałeś z tą drabiną? 

- Zabieraj się stąd - powiedział Byk Jo - albo będzie tutaj jatka. 

- Sierżancie, mogę na ciebie nasrać - powiedział groźnie łowca głów - i to z dużej 

wysokości. 

Jakaś  metalowa  obręcz  z  kliknięciem  zamknęła  się  na  nadgarstku  Jo.  Ale  nim 

żandarm zdołał zapiąć drugą obręcz kajdanek, dziwny kształt, podobny do antycznej małpy 

spadł na plecy łowcy głów. 

- Jap? - wystękał zaskoczony Byk. 

- No, a kto inny? Nie stój jak pierd w przeciągu - mały mieszaniec rasowy krzyknął 

i dodał - walnij w ucho to drugie gówno! 

Jak młot parowy pięść Meiera walnęła większego z dwóch żandarmów i posłała go 

lekkim  łukiem  w  ciemność.  Potem  poprawił  jeszcze  raz.  Żandarm  tylko  jęknął  i  opadł 

głucho na bruk ulicy. 

-  Jutro  rano  będzie  potrzebował  nowych  zębów,  jeśli  się  nie  mylę  -  powiedział 

background image

zadowolony z siebie Meier. 

-  Bierz drabinę, Jo!  -  Jap ponaglał kompana, bo ciszę nocną przerwał przenikliwy 

dźwięk gwizdków policyjnych. 

Chwilę później dwóch ludzi biegło w kierunku okna cycatej Laury. 

Meier potrząsnął głową. Widział sypialnię coraz wyraźniej, ale nadal była dla niego 

jak jedna wielka plama. Powoli obrócił głowę. Wszędzie walały się ubrania. Poplamiony 

piwem  mundur  polowy,  jakimś  cudem  nie  jedna,  a  dwie  pary  butów  do  chodzenia  po 

górach,  jego  majtki  zwinięte  w  kłębek,  kobiecy  sweter  zarzucony  niechlujnie  na  oparcie 

krzesła. 

Potem  ponownie  obrócił  głowę,  aby  dostrzec ogromne  ciało  kobiety,  która  leżała 

obok niego w wielkim, małżeńskim łożu. Poprzez sklejone powieki, uchwycił spojrzeniem 

dwie  dużych  rozmiarów  półkule,  zakończone  ciemnymi  sutkami,  które  unosiły  się  i 

opadały regularnie w rytm oddechu. 

Meier oblizał usta i wyszeptał: 

- Tylko szybki numerek, Laura. Jak za starych dobrych czasów. 

Uśmiechnął  się  powoli,  a  potem  palcem  wskazującym  i  kciukiem  sięgnął,  aby 

lekko uszczypnąć najbliższy sutek. 

Ale  nim  wykonał  jakiś  ruch,  czyjaś  brudna  łapa  pokazała  się  z  drugiej  strony 

wielkiego łoża i zaczęła delikatnie szarpać za drugi sutek Laury. 

Jo  usiadł  szybko  i  popatrzył  ponad  ciałem  Laury,  która  miała  mocno  zaciśnięte 

powieki,  jednak  jej  oddech  stawał  się  szybszy,  a  na  białej  twarzy  pojawił  się  uśmiech 

błogiej rozkoszy. Naga postać leżała po drugiej stronie dziewczyny, z głową wtuloną w jej 

pierś, jak małe dziecko. 

- Jap? - wybuchnął. - To ty! 

Mały kapral otworzył oczy. 

- A kogo się tu spodziewałeś, Adolfa Hitlera? 

Laura usiadła na łóżku, ze zmęczoną ale i zadowoloną twarzą. 

-  A  teraz  moje  małe  gepardziki  -  westchnęła  ostrzegawczo  -  wszyscy  dobrze  się 

bawiliśmy, prawda? 

Popatrzyła najpierw na jednego z nich, a potem na drugiego. 

- Przynajmniej ja. 

Jo klepnął melodramatycznie otwartą dłonią w czoło. 

-  Ale  ty  chyba  nie  masz  po  kolei  w  głowie,  aby  pozwolić...  pozwolić  temu 

background image

Pigmejowi, żeby spał z tobą! Chyba widzisz, że to nawet nie jest prawdziwy Bawarczyk. 

Zwinął dłoń w pięść i pogroził nią Japowi. 

-  Przynajmniej  jedna  część  jego  jest  prawdziwa  -  powiedziała  Laura  łagodnie, 

patrząc na małego faceta, który wtulał się w jej masywny bok. 

- Czy tu nie masz zupełnie poczucia humoru, Jo? - bronił się Jap. - Uśmiechnij się i 

uszy do góry! 

Cycata Laura usiadła między nimi. 

-  Panowie...  moi  panowie  -  przerwała  im,  wznosząc  ręce  ponad  głowę,  chcąc  ich 

uspokoić.  -  Kto  tak  hałasuje  wczesnym  rankiem?  Dzień  się  jeszcze  nie  zaczął,  a  my 

chcemy spędzić go we właściwy sposób. 

Meier opuścił pięść i spojrzał na nią podejrzliwie. 

- Co to znaczy, we właściwy sposób? 

Zachichotała, aż zwały tłuszczu na jej brzuchu zaczęły podskakiwać. 

-  A  jak pan  myśli, o co mi chodzi, panie sierżancie  Meier?  -  załkała  i  łzy radości 

popłynęły po jej policzkach. 

Jo otworzył szeroko usta ze zdumienia jak dusząca się ryba. 

- Chyba nie myślisz... - spytał głupio. 

- A dlaczego nie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, przecierając przy tym oczy. 

-  W  porządku,  ale  ten  kundlowaty  Pigmej  ma  mieć  zamknięte  oczy,  gdy  my 

będziemy baraszkować. 

- A kto powiedział, że ty będziesz pierwszy? - zaprotestował Jap. 

- A jak to ma wszystko wyglądać, co? - Meier nie ustępował. 

- Orzeł czy reszka? - zaproponowała Laura. 

- Chcesz, abyśmy rzucali o to monetą? 

Dziewczyna  pokiwała  głową  i  uśmieszek  skromności  pojawił  się  na  jej  twarzy, 

przewidując, co się będzie działo. 

Ale  ani  Jap,  ani  Byk  Jo  nie  mogli  cieszyć  się  „prawem  pierwszeństwa”  tego 

poranka. W chwili gdy tylko Laura położyła na dłoni dziesięciofenigową monetę, znajomy 

dźwięk doleciał przez otwarte okno, pod którym nadal stała drabina. 

- Sygnał trąbki na pobudkę w koszarach - załkał Jap. 

- Czy to nie paskudny koniec? Teraz, gdy facet może komuś dać coś fajnego? 

Byk Jo wyskoczył z łóżka i chwycił za buty. 

-  Chodź,  Jap!  -  Wrzasnął  za  siebie.  -  Podnoś  tyłek!  Edelweiss  dzisiaj  opuszcza 

koszary i pułkownik urwie mi jaja, jeśli się spóźnię! 

background image

- A ja? - spytała skonsternowana Laura, gdy dwaj mężczyźni w pośpiechu zakładali 

na siebie mundury. 

Z oddali już dobiegały odgłosy budzących się koszar do kolejnego dnia wojny. 

Jap złapał stojącą w świeczniku świeczkę. 

- Masz - krzyknął. - Weź to! 

I  rzucił  nią  w  nagie  kolana  dziewczyny.  Jeśli  miejscowy  wódz  S.A.  -  Lorenz  nie 

potrafi cię zadowolić, to ci umili czas, dopóki oddział szturmowy Edelweiss nie powróci z 

wojny. 

Z tymi słowami dwaj przyjaciele przeszli przez okno i zeszli po drabinie na ulicę, a 

potem jak rozbrykane dzieciaki pobiegli w stronę koszar. 

background image

KSIĘGA DRUGA 

Podróż na Rodos 

background image

Rozdział 1 

-  Cholera  -  zaklął  Jo,  patrząc  ponuro  na  wolno  mijaną  dolinę  Mozeli  i  splunął  za 

burtę łodzi. 

-  Co  jest,  Wołku?  -  spytał  Jap,  nie  wiedzieć  czemu  rozbawiony  przygnębieniem 

kumpla. 

Meier obciągnął po raz dziesiąty tego dnia cywilną marynarkę i powiedział. 

-  Wszystko  do  bani,  ty  mały  skośnooki  przebierańcu.  Myślałem,  że  jesteśmy 

strzelcami alpejskimi, a nie jakimiś cholernymi marynarzami. 

Machnął ręką w kierunku trzech pozostałych łodzi, które płynęły za nimi po rzece. 

Ich silniki terkotały smętnie przy prędkości pięciu węzłów. 

Jap pstryknął niedopałkiem papierosa do wody. 

- Ale o co się martwisz? Nikt nie będzie próbował nam tu odstrzelić łba, no nie? 

-  Znasz  mnie. Ja dostaję choroby  morskiej  na sam widok Izery

2

.  Poza tym, po co 

ten cały cyrk? 

- Jaki cyrk? 

- No, te cywilne ciuchy i te cholerne łodzie. 

Wskazał  na  patrolowce  na  których  płynęli,  teraz  dla  zmylenia  przerobione  na 

holowniki, pozbawione uzbrojenia, z burtami przemalowanymi z koloru białego na czarno-

brązowy. 

-  Fałszywe  kominy,  fałszywe  mostki  zrobione  z  drewna.  Gdzie  my  do  diabła 

jedziemy? Pytam cię? To musi być część naszej misji. 

- Na pewno nie do kraju żabojadów - zgodził się Jap, wskazując w stronę Francji, 

która znajdowała się dalej z biegiem rzeki. Nie mieliśmy tam przecież kłopotów od 1940 

roku. 

-  Jasne,  że  nie  ty  głupku  leśny!  Jedyną  akcję,  jaką  możesz  tam  przeprowadzić,  to 

tylko z jakąś dziwką w łóżku, a sposób w jaki podróżujemy, wskazuje, że to na pewno nie 

będzie dymanko dla chłopców z naszego oddziału. 

Ponure  prognozy  Meiera  sprawdziły  się.  Od  chwili,  gdy  Jodl  wyjawił  swój  plan 

pułkownikowi  Stürmerowi,  ten  zażądał  całkowitej  tajności  w  tej  sprawie.  Kompania 

wyruszyła z Kufstein w środku nocy; do statków żeglugi śródlądowej dotarli autostradą na 

                                                

2

 Malownicza rzeka w Bawarii. 

background image

wschód od Kolonii w cywilnych ciężarówkach.  Tuż przed świtem  nakazano  im przebrać 

się w cywilne ubrania, które znaleźli w skrzyniach ładunkowych samochodów. Tej samej 

nocy  przeszmuglowano  ich  na  patrolowce,  które  miały  przewieźć  ich  rzeką  na  granicy 

Niemiec i Francji do Morza Liguryjskiego, skąd mieli przepłynąć przez Morze Śródziemne 

prosto na Rodos. Teraz, gdy zamaskowane patrolowce mozolnie pokonywały prąd rzeki na 

wysokości  Luksemburga,  w  kierunku  dawnej,  przedwojennej  granicy  Francji,  pułkownik 

Stürmer,  objaśnił  plan  podróży  majorowi  Greulowi  oraz  korvettenkapitanowi  Doerrowi, 

dowódcy flotylli patrolowców. 

-  Widzicie  -  zmuszony  do  siedzenia  w  kucki  w  kabinie  z  niskim  dachem  -  nasze 

problemy  z  zachowaniem  tajemnicy  pojawią  się,  jak  tylko  wkroczymy  na  terytorium 

Francji.  Tam  musimy  przyjąć,  że  każdy  jest  przeciwko  nam  i  może  łatwo  przekazać 

informacje o nas wywiadowi brytyjskiemu. 

Doerr, pękaty,  mały oficer o przedwcześnie posiwiałych włosach, zgodził  się z tą 

opinią, kiwając głową. 

- Tu ma pan rację, pułkowniku. Dwadzieścia cztery godziny po tym, jak cel naszej 

wyprawy zostanie odkryty, informacja o tym dotrze do Londynu. 

- Zgodnie z pańską oceną, kapitanie, dotarcie do Morza Śródziemnego zajmie nam 

trzy dni. 

- Tak mi się wydaje, pułkowniku. 

-  To  diabelnie  długo,  panowie,  a  podróż  z taką  prędkością  jest  cholernie  wolna,  i 

łatwa do obserwacji z obydwóch brzegów lub statków płynących przeciwnym kursem. 

-  Myślę,  że  operacja  „Fałszywy  Nos”  zdezorientuje  większość  obserwatorów  - 

zauważył  Doerr.  -  Używamy  tych  mylących  sztuczek,  jako  standardową  operację 

maskującą do przeprowadzania łodzi z wód Kanału La Manche do Morza Śródziemnego. 

Zaśmiał się nagle. 

-  Ściągnęliśmy ten pomysł od Anglików, którzy  korzystali z  niego w 1939 i 1940 

roku, kiedy wykopaliśmy ich arystokratyczne tyłki z Europy na dobre. 

Stürmer  też  się  uśmiechnął.  Ten  prostolinijny  i  bardzo  doświadczony  oficer 

marynarki  był  sympatyczną  postacią  nawet  przy  dłuższym  kontakcie,  szczególnie  gdy 

weźmie się pod uwagę prostacką wyniosłość Greula. 

-  Tak  może  właśnie  być,  drogi  Doerr.  Ale  nie  wolno  zapominać,  że  normalny 

holownik  nie przewozi tak wielu  ludzi  na pokładzie,  ilu  my tu  mamy. Jestem pewien,  że 

każdy w miarę doświadczony człowiek znad rzeki od razu zorientuje się, że holownik tego 

typu nie potrzebuje aż trzydziestu ludzi załogi. 

background image

- Zgadzam się - potwierdził pospiesznie dowódca flotylli, a uśmiech na jego twarzy 

zniknął od razu. 

-  Dlatego  trzeba  zapewnić,  aby  moi  ludzie  przebywali  na  pokładach  jedynie  w 

małych grupkach i to najlepiej po zapadnięciu zmroku... Przygotuje pan rozkład dyżurów 

dla  każdej  z  łodzi,  Greul.  A  teraz,  zgodnie  z  doniesieniami  Abwehry  -  kontynuował 

Stürmer  -  prawdziwe  zagrożenie  ze  strony  szpiegów  pojawi  się,  gdy  przepłyniemy  przez 

starą  linię  demarkacyjną  między  terenami  okupowanymi  a  Francją  Vichy  na  Saonie, 

między Seurre i Chalonsur-Saône. Nim poprzedniej zimy wkroczyliśmy do Francji Vichy, 

ten  rejon  był  oczywiście  pełen  francuskich  grup  szpiegowskich  i  dywersyjnych.  Po 

wkroczeniu naszych wojsk gestapo i Abwehra czyniły wszelkie starania, aby je wyłowić i 

zlikwidować.  Ale  zgodnie  z  wiadomościami  przekazanymi  przez  naszych  informatorów 

jest ich  nadal dużo i są spore, a ponadto w stałym kontakcie z Londynem. Dlatego mam 

zamiar,  aby  ostatni  etap  naszej  podróży  do  Morza  Śródziemnego  odbywał  się  bez 

przystanków. 

Doerr pocierał nos w zamyśleniu. 

-  Przedostaniemy  się  z  Saony  na  Rodan  przy  obecnej  prędkości  zaraz  po 

zapadnięciu  zmroku  -  powiedział  powoli.  -  Jeśli  podniesiemy  prędkość  do  dziesięciu 

węzłów, będziemy w stanie dotrzeć do wybrzeża kilka godzin po świcie. Naturalnie przy 

tej  prędkości  i  w  ciemności  narażamy  się  na  ryzyko  kolizji  z  jakąś  barką  albo  czymś 

innym.  Przede  wszystkim,  to  jest  naprawdę  pierwszy  raz,  kiedy  moi  oficerowie  będą 

nawigować w czasie podróży po wodach śródlądowych. 

- Takie ryzyko musimy podjąć - powiedział Stürmer posępnie. 

- Ale co z następnymi dwudziestoma czterema godzinami? - spytał Greul. 

Wskazał  przy  tym  na  niewielką  białą  strzałkę  namalowaną  na  nabrzeżnej  skale, 

doskonale widoczną przez iluminator w kabinie. Obok niej widniał napis Sierck-les-Bains, 

5 kilometrów. 

- Sierck jest na granicy francuskiej. Tam również nie będzie szpiegów? 

- Abwehra twierdzi, że nie, Greul. Lotaryngia jest w naszych rękach od 1940 roku. 

Większość jej ludności mówi po niemiecku i jest ona przyjaźnie do nas nastawiona. A ci, 

którzy  byli  przeciwko  nam,  już  dawno  znaleźli  się  za  kratami.  Nie  wydaje  mi  się,  że 

musimy obawiać się angielskich szpiegów w czasie podróży przez Lotaryngię - stwierdził 

na koniec pułkownik. - A teraz panowie, co będziemy robili w Metz... 

Ale pułkownik Stürmer mylił się w swojej wierze, że francuski ruch oporu nie był 

background image

aktywny  w  Lotaryngii.  Gdy  pierwszy  zamaskowany  patrolowiec  zaczynał  powoli 

przecinać  dziobem  wody  kanału  obok  Sierck-les-Bains,  czyjeś  oczy  z  ożywionym 

zaciekawieniem już śledziły postępy łodzi. 

Henri  Held,  najmłodszy  członek  „Reseau  Boche”  -  organizacji  najbardziej 

wysuniętej  na  wschód  spośród  wielkiej  sieci  SOE

3

,  gdyż  jej  uczestnicy  używali  głównie 

języka  niemieckiego  -  obserwował  już  od  dziesięciu  miesięcy  ruch  statków  na  kanale 

Mozeli,  czyli  od  chwili,  gdy  żandarmi  niemieccy  zabrali  jego  ojca  do  służby  w 

Wehrmachcie.  W  miesiącach,  które  minęły  od  tego  strasznego  poranka,  kiedy  „psy 

łańcuchowe”  skatowały  jego  ojca  do  nieprzytomności,  blady  szesnastolatek  przekazał 

ogromną ilość informacji baronowi. 

Teraz, za dokładnie zamkniętymi drzwiami wielkiego magazynu książek, patrzył ze 

wzrastającym zainteresowaniem na cztery stateczki, które powoli płynęły środkiem koryta 

rzeki,  z  dala  od  barek  węglowych,  które  z  ogromnym  wysiłkiem  pchały  się  pod  prąd, 

wyładowane produktami z kopalni z Lotaryngii. 

Na  pierwszy  rzut  oka,  wydawało  się,  że  są  to  holowniki,  ale  po  śladach,  jakie 

zostawiały  na wodzie, widać  było, że  mają dużo potężniejsze  silniki,  niż wymagała tego 

smętnie  płynąca  Mozela.  Było  w  nich  coś  dziwnego.  Przez  chwilę,  nim  cztery  okręciki 

zniknęły  za  wielkim  zakolem,  jakie  pokonuje  rzeka  opływając  Sierck,  nie  mógł 

zorientować się, o co chodzi. 

To  było  to!  Chociaż  na  pokładach  holowników  nie  było  widać,  aby  były 

nadmiernie obciążone, a ich załogi miały normalną liczebność, to każdy z nich był głęboko 

zanurzony  w  wodzie,  jakby  we  wnętrzu  przewoziły  jakieś  ogromne  ładunki.  Bladolicy 

uczeń poklepał palcami po ustach. Jaki ładunek przewoziły te holowniki? Co kryło się pod 

ich pokładem? 

Ale  nim  Henri  Held  mógł  dalej  prowadzić  swe  rozważania,  rozległ  się  chrzęst 

zawiasów otwieranego na siłę okna, które znajdowało się obok drzwi. Zaraz potem doleciał 

do niego piskliwy głos starego Koeniga, nauczyciela łaciny, który krzyczał głośno: 

- Czy ty tam sikasz tak długo, Held?... Wychodź już  i pospiesz się! W ten sposób 

nigdy nie przejdziesz przez wszystkie sprawdziany. 

Henri  Held,  który  nie  żył  jeszcze  dość  długo,  aby  przejść  przez  wszystkie 

najważniejsze egzaminy w życiu, po prostu uciekł. 

                                                

3

 Special Operations Executive - wydział brytyjskiego wywiadu w czasach wojny. 

background image

Rozdział 2 

-  Pan  baron  zaraz  cię  przyjmie,  chłopcze  -  oznajmił  kamerdyner  w  czarnym 

surducie, wskazując chudą ręką otwarte drzwi. 

-  Dziękuję  ci,  Maurycy  -  powiedział  wyniośle  Henri  Held.  -  Możesz  już  odejść, 

dzisiejszego wieczoru już nie będziemy ciebie potrzebowali. 

-  Zaraz  wytargam  cię  za  uszy  -  zagroził  kamerdyner,  porzucając  swój 

górnoniemiecki akcent na rzecz gwary lotaryńskiej. 

Henri  uśmiechnął  się  i  wszedł  przez  drzwi  do  gabinetu,  gdzie  baron  -  jeśli 

naprawdę  był  baronem  -  starszy,  łysawy  człowieczek,  siedział  w  wózku  inwalidzkim, 

skupiony nad mapą. Jego sztuczna szczęka leżała starannie ułożona na pobliskim stoliku. 

-  A,  to  ty  chłopcze!  -  powitał  młodzieńca  z  trudem  wymawiając  słowa  przez 

bezzębne  usta,  pomarszczone  jak  suszona  śliwka.  Założył  pospiesznie  protezę  i  dodał  - 

Siadaj! 

Nastoletni  agent  zajął  miejsce  na  krześle.  Minęło  sporo  czasu.  Wreszcie  baron 

spojrzał na niego i chrapliwym głosem spytał: 

- Pewnie przyszedłeś mi powiedzieć o łodziach, jak przypuszczam? 

Henri  Held  spojrzał  na  niego  spłoszony,  a  potem  rozległ  się  gardłowy  chichot 

barona,  który  przeszedł  w  kaszel,  powodujący  charkot.  Twarz  starca  przybrała  kolor 

buraka. 

- Wybacz... wybacz mi - wysapał. - Starcy lubią zaskakiwać młodzików, jeśli tylko 

oczywiście to potrafią... tyle im tylko pozostało z życia. 

- Ale jak pan się o nich dowiedział, panie baronie? 

-  Mam  jeszcze  jednego  człowieka  w  Diede

4

  -  nie  musisz  znać  jego  nazwiska  -  w 

nim też wzbudziły one podejrzenia. 

- Ich wyporność... 

-  Dokładnie,  dlaczego  są  tak  głęboko  zanurzone?  Jaki  rodzaj  ładunku  przewożą, 

co? - Spojrzał przenikliwie na młodego chłopaka. 

- O to właśnie chodzi, panie baronie - powiedział Henri, trochę rozczarowany, że to 

                                                

4

 Diedenhofen - niemiecka nazwa Thionville. 

background image

nie on jedyny zauważył podejrzane statki. 

- Chodź no tu, chłopcze - rozkazał starzec, kiwając na niego palcem. 

Młody  człowiek  przeszedł  posłusznie  przez  pokój  i  popatrzył  ponad  zgarbionym 

ramieniem słabowitego starca. 

-  Réssau  Boche  -  mamrotał,  stukając  palcem  na  mapę  w  rejonie  Mozeli  -  aż  do 

Metz... Réssau Juggler aż do Epinal. 

Stuknął palcem ponownie w mapę, jakby chciał ją przebić na wylot. 

- Stockbroker, najbardziej aktywne réseaux, działające między Epinal i Chalon-sur-

Saône. 

Spojrzał nagle w górę. 

- Czy to na razie jasne chłopcze? 

-  Tak, proszę pana  -  odpowiedział Henri z  niewielkim wahaniem, zastawiając  się, 

dlaczego on, nowy członek organizacji, jest wprowadzany w tak ważne tajemnice. 

-  A  teraz  chłopcze,  wiemy  wszyscy,  jak  słabym  ogniwem  są  ludzie  w  okolicy 

Nancy.  Nic  im  się  nie  chce  robić.  Ale  Burgundczycy  to  już  zupełnie  inna  sprawa.  Do 

wieczora holowniki wypłyną z naszego terytorium, jednak zgodnie z moimi kalkulacjami, 

powinny  dotrzeć  w  rejon  działania  Stockbroker  jutro  wieczorem.  Teraz,  podobnie  jak 

Burgundczycy, powinienem zgotować im ciepłe powitanie. 

- W jaki sposób? 

Baron  jednak  nie  odpowiedział  bezpośrednio  na  to  pytanie.  Zamiast  tego  zadał 

kolejne. 

-  Czy  chciałbyś  porzucić  szkołę  na  resztę  tygodnia?  Nie  martw  się  o  łacinę. 

Koenigs - zaśmiał się łagodnie - tak, on jest jednym z nas, on ci załatwi wszystko w szkole. 

Zajmę  się  też  twoją  matką...  Ale  nie  w  ten  sposób,  jak  myślisz  -  dodał  szybko  i  jak 

zauważył Henri, nieco tajemniczo. 

- Ale co chce pan, żebym zrobił? 

- Chcę, abyś przedostał się na południe i nawiązał kontakt z réseaux Stockbroker. 

Uderzył kościstym palcem w mapę. 

-  Ta  farma,  cztery  kilometry  na  południowy  wschód  od  Dôle,  w  Doubs,  jest 

miejscem, gdzie ich znajdziesz. Widzisz, nim Niemcy wkroczyli do Francji Vichy, to był 

ostatni  posterunek  przystankowy  przez  przekroczeniem  linii  demarkacyjnej.  Nasi 

towarzysze w dużej mierze z niej korzystali. 

- Ale jak tam się dostanę, panie baronie? 

-  Przeczekasz  godzinę  policyjną  w  samochodzie  na  gaz  drzewny,  który  jak 

background image

przewiduję,  zabierze  cię  do  Dijon.  Stamtąd  resztę  drogi  przebędziesz  pieszo  lub 

autobusem. Kierowca samochodu tylko tyle musi wiedzieć. Rozumiesz? 

- Oczywiście - odparł Henri pełen uniesienia i zmieszany szybkością z jaką toczyły 

się sprawy; był zbyt podekscytowany, aby się bać. 

- Ale co mam zrobić, gdy dotrę do Stockbroker, baronie? 

-  Przekażesz  tam  dokładny  opis  czterech  łodzi  i  pomożesz  im  zidentyfikować  je 

podczas żeglugi. Innymi słowy, Henri, przechodzisz do gotowości bojowej. 

Jego zapadnięte szare oczy tchnęły magnetyczną mocą. Potem dodał skrzekliwym 

głosem: 

-  Wkrótce,  chłopcze  przejdziesz  chrzest  ogniowy.  To  będzie  przerażający,  ale 

wzniosły  moment. Przeżyłem  coś podobnego, gdy  nie  byłem dużo straszy  niż ty pod St. 

Privat

5

  w  1870  roku.  Tak,  chłopcze,  jestem  już  tak  stary.  Ale  pamiętam  te  wydarzenia, 

jakby działy się one wczoraj. To był cudowny i chwalebny moment. 

Mocno drżącą ręką sięgnął do szuflady stołu, na którym leżały mapy i wyciągnął z 

niej nieduży pistolet. 

- Moja srebrna dama - oznajmił, podnosząc broń do lampy, tak że lufa błyszczała w 

żółtym świetle żarówki. 

Głaskał ją, jakby była żywą istotą. 

-  Jest ostatnią kochanką,  jaka  mi  pozostała  -  zanucił  melodyjnie  -  i  jak większość 

kochanek, bardzo niebezpieczna, gdy naładowana. 

Z pewną trudnością wyciągnął magazynek z kolby pistoletu, a z niego jedną kulę. 

- Popatrz - powiedział - to jest amunicja dum-dum. 

Henri,  którego  umysł  intensywnie  pracował,  wysunął  głowę  do  przodu.  Miękki 

czubek pocisku kalibru 9 mm został nacięty na krzyż. 

- Po co ten krzyżyk, panie baronie? 

Twarz arystokraty rozjaśniła się. 

- No, mój dzielny chłopcze, dzięki niemu pocisk rozpada się na części, gdy w coś 

uderza. Taka kruszynka może zatrzymać giganta na dwudziestu metrach. I powinna. Robi 

dziurę wielkości pięści. Od dzisiaj ta broń jest twoja. Mam nadzieję, że będziesz ją cenił i 

szanował. Masz! 

-  Dziękuję,  panie  baronie  -  powiedział  nieco  zmieszany  Henri  i  schował  broń  do 

kieszeni, przy czym zastawiał się, czy ośmieli się zadać pytanie jak taka rzecz działa. 

                                                

5

 Miejsce bitwy stoczonej w czasie wojny francusko-pruskiej w 1870 roku, niedaleko Metz. 

background image

-  Nie wspominaj o tym  nikomu chłopcze  - upominał go baron, przysuwając twarz 

blisko  twarzy  chłopca,  który  poczuł  nieświeży  oddech  i  odór  starczego  ciała.  -  A  teraz 

idź... idź już, Henri. I pamiętaj - zaskrzeczał aż przeszły chłopaka dreszcze - to dla Francji! 

background image

Rozdział 3 

Hej-ho,  hej-ho!  Pchajmy  razem,  chłopcy,  jeszcze  raz...  hej-ho!  -  Byk  Jo  śpiewał 

piosenkę wołżańskich burłaków koszmarną ruszczyzną, gdy grupka strzelców górskich pod 

jego komendą pracowała przy windzie kotwicznej holownika. 

Przez  cały  dzień  płynęli  przez  francuskie  równiny,  między  rzędami  cichych, 

nadbrzeżnych topoli i pół gęsto obsianych złotą pszenicą. Pod wieczór krajobraz zaczął się 

zmieniać. Teren zrobił się bardziej górzysty, z plamami świerkowych lasów na wzgórzach 

i wypalonymi słońcem brązowymi polami, które rzadko pokryte były krzakami winorośli. 

System  kanałów  stawał  się  coraz  bardziej  skomplikowany,  gdy  zbliżali  się  do 

Rodanu.  Teraz  gdy  minęli  Chalon-sur-Saône  i  zaczęli  się  zbliżać  do  stopnia  wodnego  w 

Gigny,  który  musieli  pokonać,  aby  dostać  się  na  Rodan.  Trafili  na  system  śluz,  który 

zmniejszył ich prędkość do tempa spaceru. 

Gdy światło dnia zaczynało przygasać, zatrzymała ich kolejna śluza. Byk Jo musiał 

po  raz  kolejny  przystąpić  do  działania.  Dlatego  on  i  jego  ludzie  obsługiwali  ręczne 

kołowroty, które wprawiały w ruch skrzydła wrót śluzy, która składała się z ośmiu komór. 

Zamaskowane patrolowce wpłynęły na gładką jak lustro powierzchnię rzeki. Poza 

piosenką  Jo,  ciszę  przerywało  jedynie  bzyczenie  niewidocznych  owadów,  które 

prześlizgiwały  się  po  powierzchni  wody.  Mała  flota  była  przez  chwilę  unieruchomiona  i 

mogła stać się łatwym celem. 

Z daleka dobiegł  smutny gwizd  lokomotywy pociągu. Henri Held ubrany teraz w 

kombinezon robotnika i buty na gumie, ruszył dalej. Twarz miał umorusaną czarną farbą. 

Anglik, albo „Żyd” jak nazywali go za plecami szeregowi członkowie organizacji, 

z powodu czysto semickich rysów, położył uspokajająco rękę na ramieniu chłopaka. 

- W porządku, chłopcze - powiedział - każdy denerwuje się za pierwszym razem. 

Henri wywinął się z uścisku mężczyzny i spojrzał na jego lisią twarz, wystającą z 

gęstwiny paproci, porastających linię brzegową i powiedział z odwagą, na jaką potrafił się 

zdobyć: 

-  Nie  martw  się,  Angliku  -  teraz  zaczął  machać  „srebrną  damą”  -  na  pewno  nie 

zawiodę. 

background image

Anglik  szybko  schował  głowę  między  liście,  jakby  spodziewał  się,  że  chłopak 

pociągnie za spust pistoletu i szybko powiedział: 

- Oczywiście, że tak, dzieciaku. Oczywiście. 

Potem skierował swoją uwagę na cztery łodzie stojące poniżej. 

Został  zrzucony  na  spadochronie  w  zeszłym  roku,  w  sierpniu,  jeszcze  przed 

lądowaniem  aliantów  na  Sycylii,  aby  zakłócać  transport  rzeczny  we  Francji  wtedy,  gdy 

Niemcy  go  najbardziej  potrzebowali.  Gdy  alianci  ruszyli  z  Sycylii  na  kontynent,  a 

hitlerowcy zaczęli przerzucać swoje patrolowce i ścigacze torpedowe, miniaturowe łodzie 

podwodne  oraz  wszelkie  środki  transportowe  na  południe,  on  i  réseaux  Stockbroker 

przystąpili do działania. 

Na pierwszy ogień poszła śluza na kanale Briare, potem śluza Mauvages na kanale 

łączącym  Marnę z Renem, na zachód od Toul. Potem przyjdzie kolej  na Gigny  i stopień 

wodny  w  Port  Bernalin,  na  kanale  Sekwana-Rodan,  a  to  będzie  oznaczać  całkowity, 

chociaż  chwilowy,  paraliż  systemu  transportu  wodnego  w  całej  Francji.  Teraz  leżał  w 

wilgotnych  paprociach,  ten  były  ambitny  sprzedawca  mówił  sobie,  że  jeśli  mu  się 

powiedzie,  to  nie  ominie  go  na  pewno  Krzyż  Wojskowy  i  Croix  de  Guerre,  a  być  może 

również awans na majora. A to powinno wystarczyć po wojnie do awansu na stanowisko 

kierownicze w firmowej fabryce w Leeds. 

Mechanik, który obsługiwał śluzę, był w drodze do domu z powodu biegunki, która 

go dopadła na widok odbezpieczonego stena, którego lufa skierowana była w jego brzuch. 

Jeden z partyzantów, z zawodu elektryk, odciął zasilanie elektryczne w domku mechanika i 

telefon na nabrzeżu, którego używano w razie sytuacji alarmowych. Pluton znienawidzonej 

milicji, która strzegła tamy w Gigny przybyłby na scenę zbyt późno, aby pomóc Szkopom 

znajdującym  się  na  łodziach,  gdy  rozpocznie  się  atak.  Również  niemieccy  żołnierze  w 

podeszłym wieku z oddziału transportowego, który stacjonował w Thorey, nie zdążyliby z 

pomocą,  gdyż  pijani  już  smacznie  chrapali  w  łóżkach  lub  wałęsali  się  po  knajpach  i 

jedynym miejskim burdelu - ich działania śledził ruch oporu. 

Anglik rozejrzał się po ludziach skulonych wśród zarośli i wyszeptał: 

- Gdy już będą w śluzie - powiedział i poklepał bok 25-litrowej beczki z paliwem - 

dostaną to od nas w prezencie. 

Zaśmiał  się  do  wystraszonego  młodego  człowieka,  który  przyniósł  informacje  z 

réseaux Boche. 

-  Nie  patrz  tak  ponuro,  chłopcze  -  powiedział  pocieszająco.  -  Będziemy  mieli  w 

nocy zabawę, łącznie ze sztucznymi ogniami. Pokochasz to! 

background image

- Obermatt, proszę zapalić światła pozycyjne - rozkazał kapitan Doerr. 

Mat  przekręcił  włącznik  świateł,  które  od  razu  rozbłysły  w  szarej  mgle  na  obu 

burtach i na rufie. 

Kapitan wciągnął powietrze nosem. Blady księżyc już wznosił się ponad topolami, 

ale  jego  światło  było  jeszcze  mętne  i  jakby  niepewne.  Niełatwą  sztuką  było  ustawienie 

dwudziestopięciometrowej  łodzi  w  komorze  śluzy,  bez  pomocy  wykwalifikowanego 

operatora. Musieli sami się tym zająć, jeśli chcieli na czas dotrzeć nad morze. 

- W porządku, oba naprzód, ale powoli - padła komenda. 

-  Oba  naprzód,  powoli  -  odpowiedział  sternik  i  pchnął  lekko  do  przodu  dźwignię 

bliźniaczych przepustnic. 

Łodzie powoli ustawiały  się w komorze śluzy, podczas gdy  ludzie Jo, czekali, aż 

będą mogli zamknąć wrota za nimi. 

Przez  minuty,  które  mijały  niezwykle  powoli,  Doerr  biegał  od  burty  do  burty, 

sprawdzając prześwit między nimi a ścianami komory, a sternik pocił się, wykonując jego 

polecenia.  Za  nimi  pozostałe  trzy  łodzie,  z  basowo  mruczącymi  silnikami,  ustawiały  się 

dziobami, jedna za drugą. 

Stürmer  i Greul zadecydowali, że  jest na tyle ciemno,  iż  można zezwolić  ludziom 

wejść  na  pokład  i  stojąc  z  boku  spoconych  marynarzy,  obserwowali  skomplikowane 

manewry łodzi z wyraźnym zainteresowaniem, ale i z niecierpliwością. 

- Co pan o tym wszystkim sądzi, pułkowniku? - spytał Greul, przerywając ciszę. 

Stürmer wzruszył ramionami z irytacją. 

-  Bóg  jeden  raczy  wiedzieć!  Jestem  laikiem  w  tych  sprawach.  Martwię  się  tylko, 

czy uda nam się przedostać przez tę plątaninę kanałów z zachowaniem tajemnicy. 

Westchnął lekko rozdrażniony. 

-  Nigdy  przedtem  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  jak  wielu  Francuzów  w  środku 

wojny totalnej ma dość czasu na łowienie ryb w rzekach. Przecież każdy z nich może być 

informatorem maquis! 

-  Gra  w  jaką  się  bawią  we  Francji  jest  usprawiedliwieniem  ich  tchórzostwa, 

słabości  i  braku wiary w siebie  - zaśmiał się pogardliwie Greul.  -  Wyobraź sobie, co by 

wygadywali ich złotouści politycy, gdyby nasz Vaterland został kiedykolwiek pokonany. 

- Oczywiście - zgodził się z nim Stürmer drętwym głosem, ale jego umysł dręczyło 

w  tej  chwili  czające  się  niebezpieczeństwo,  wynikające  z  ich  obecnej  pozycji  -  cztery 

łodzie unieruchomione w wąskiej śluzie, daleko od niemieckich placówek wojskowych, w 

background image

tym zapomnianym przez Boga zakątku Francji, skryte w gęstniejącej mgle. 

Wiedział tylko tyle, że zarośnięte  brzegi kanału  mogą  być pełne partyzantów. To 

przecież idealne miejsce na zasadzkę. 

-  Greul  -  szepnął  nagle,  ale  na  tyle  głośno,  aby  jego  głos  przebił  się  przez  szum 

wody napływającej do śluzy - chciałbym, abyś coś zrobił... 

Machając  rękami,  Anglik  kierował  swoich  ludzi  na  odpowiednie  pozycje.  Jak 

zawodowi żołnierze, a nie zwyczajni chłopi, partyzanci przemykali się na prawo i lewo, nie 

czyniąc żadnego hałasu w wilgotnej mgle. Dowódca obrócił się w stronę klęczącego obok 

niego  chłopaka,  który  zdawał  się  teraz  naprawdę  bać.  Niemcy  byli  od  nich  jedynie 

dwadzieścia metrów! 

-  Słuchaj  chłopcze  -  wyszeptał  pospiesznie  -  trzymaj  się  blisko  mnie.  Chcę  mieć 

pewność, że nie dzieje ci się żadna krzywda. 

Henri już otworzył usta, aby zaprotestować, ale uznał, że lepiej tego nie robić. 

-  Kiedy  dam  sygnał,  złap  za  uchwyt  tej  beczki  -  pokazał  dwudziestopięciolitrową 

metalową bekę, stojącą za najbliższym drzewem - a potem zepchnij ją ze skarpy prosto do 

wody. 

- Ale po co? 

-  Po  co?  Aby  zgotować  Szwabom  gorące  powitanie.  Beczka  jest  wodoszczelna  i 

wypełniona  mieszanką  łatwopalną  -  coś  w  rodzaju  koktajlu  Mołotowa.  Przy  odrobinie 

szczęścia trafi w czołową łódź. A potem zobaczysz pokaz sztucznych ogni, jakiego jeszcze 

w życiu nie widziałeś. 

- Ale jak masz zamiar ją podpalić? 

- To już moje zmartwienie. Skoncentruj się na swoim zadaniu. 

Anglik  przełożył  stena  do  prawej  ręki,  by  lewą  wyjąć  z  kieszeni,  niewielki  obły 

granat i popatrzył na ludzi. Usatysfakcjonowany odwrócił się do chłopaka. 

- Przygotuj się - polecił mu szybko. 

- Gotowi? 

- Teraz! 

Henri  wziął  się  do  roboty.  Metalowa  beczka  z  chrzęstem  przedzierała  się  przez 

krzaki, aby po chwili stoczyć się po skarpie wału ze wzrastającą prędkością. 

- Strzelajcie, wy idioci! - wrzasnął Anglik. 

Brzeg  rzeki  ożył  gwałtowną  salwą  z  broni  małokalibrowej.  Ołów  rozrywał 

drewniane  poszycie  burt  niemieckich  łodzi.  W  powietrze  wzlatywały  fontanny  wody  i 

background image

wtedy beczka z mieszanką zapalająca wpadła do kanału, płynąc w stronę pierwszej łodzi. 

Anglik wyrwał zawleczkę z granatu i rzucił nim w kierunku beczki. Metal stuknął o 

metal. A potem wielkie  „bum”! Granat eksplodował rozrzucając wszędzie płonący,  biały 

fosfor,  a  po  chwili  ze  świstem  zapaliła  się  beczka.  Błysnęły  płomienie  i  płonąca  ciecz 

zalała dziób łodzi. 

-  Mamy  drania!  -  krzyknął  żywiołowo  Anglik,  gdy  łódź  zaczęła  płonąć,  a  w  polu 

ostrzału  partyzantów  ukazały  się  czarne  postacie  wydostające  się  spod  pokładu.  -  Mamy 

ich! 

Jednak  słowa  zamarły  na  jego  ustach.  Pokłady  pozostałych  łodzi  zapełniły  się 

ludźmi.  Rozpoczęła  się  strzelanina  z  pistoletów  i  karabinów,  nad  której  hukiem  górował 

rytmiczny stukot niemieckich schmeisserów, strzelających z dołu basenu śluzy. 

-  To  nie  są  marynarze!  -  Krzyknął  Anglik.  -  Dalej,  chłopaki,  zabieramy  się  stąd. 

Zwiewamy! 

Partyzanci zaczęli porzucać stanowiska. Biegnąc zygzakiem, próbowali ujść ulewie 

pocisków,  które  leciały  w  ich  stronę.  Henri  Held,  nadal  na  swoim  stanowisku,  z  twarzą 

koloru  popiołu  i  drżącymi  ze  strachu  nogami,  słyszał  świst  przelatujących  blisko  kul 

przeciwnika. Drzewa wokół niego jakby ożyły, gdy zaczęły spadać z nich liście i gałęzie 

odrywane pociskami. Groźna strzelanina przybierała na sile. 

Nagle obok niego pojawił się Anglik. 

- Po jakiego diabła stoisz tu jeszcze - krzyknął do niego, zmieniając magazynek w 

pistolecie maszynowym. 

- Zmiataj stąd, głupku! 

Jednak  Henri  ze  strachu  jakby  wrósł  w  ziemię.  Nie  było  nic  wzniosłego  w  tym 

momencie, jak utrzymywał Baron; nie czuł nic poza paraliżującym strachem. 

- Rusz no się! 

- Nie mogę - chłopak zamiauczał jak kociak. 

- Ty głupi gnojku! - wrzasnął na niego Anglik. 

Oderwał jedną dłoń od stena i trzasnął nią na odlew w policzek chłopaka. 

- A teraz spieprzaj stąd, nim... 

Jego słowa przerwał zwierzęcy jęk bólu, gdy pierwszy pocisk ugodził go w twarz. 

Opadł  na  kolana,  nadal  trzymając  w  rękach  pistolet  maszynowy.  Teraz  jego  twarz 

przypominała mieszaninę krwi, mięsa i połamanych kości. 

- Uciekaj... na miłość boską - bełkotał, podświadomie naciskając spust stena. 

Pociski ryły ziemię zaledwie kilka kroków od niego. Był oślepiony! 

background image

Henri Held krzyknął i porzucił machinalnie strzelającego Anglika, który celował do 

wrogów, których już nie widział. 

Chłopak  biegł  między  drzewami,  rzucając  się  z  jednej  strony  na  drugą,  a  pociski 

ścigały go jak złośliwe świetliki. 

-  Uwaga!  -  krzyknął  ostrzegawczo  Byk  Jo  spoza  nasypu  kolejowego,  gdzie 

pułkownik  Stürmer  kazał  mu  zająć  pozycję  piętnaście  minut  wcześniej.  -  Idą  te 

zdradzieckie żabojady! 

Sześciu strzelców, którzy razem z nim zeszli na ląd, unieśli broń w pogotowiu. 

-  Pięćdziesiąt  metrów  -  informował podoficer z takim  spokojem,  jakby znajdował 

się na strzelnicy w Kufstein. 

- Wstrzymać ogień... wstrzymać ogień. Spokojnie - dodał łagodnie. 

-  Nie powinniśmy skorzystać z bagnetów?  - spytał szeptem Jap.  -  Za minutę będą 

na wyciągnięcie ręki. 

- Wsadzę ci ten bagnet w tyłek, jeśli się nie zamkniesz - syknął Meier. - Trzydzieści 

metrów. 

Teraz  było  już  dobrze  widać  dwudziestu  kilku  cywilów.  Większość  z  nich  już 

gdzieś porzuciła broń, ale i tak przewyższali liczebnie grupkę Niemców w stosunku ponad 

trzy do jednego. 

- Teraz! - krzyknął Jo do swoich ludzi, którzy natychmiast zaczęli strzelać. 

Uciekający Francuzi padali, jak ścięci ogromną kosą. Większość z nich padała na 

ziemię już po pierwszych strzałach, i zostawała tam w zbryzganej krwią, wysokiej trawie. 

Kilku innych próbowało odczołgać się, by szukać schronienia gdzie indziej. 

Jednak strzelcy alpejscy nie dali im szans. 

-  Pojedyncze  cele  - zakomenderował  Meier  i  nie  celując zbyt dokładnie  strzelił  w 

plecy jednego z Francuzów. 

Ten wpadał na najbliższe drzewo, zostawiając krwawy ślad na korze. Teraz strzelcy 

z  ochotą  wyskoczyli  z  ukrycia  i  celowali,  starannie  mierząc  do  resztek  oddziału 

partyzanckiego. 

Henri  Held,  któremu  krew  zalewała  bok  twarzy  po  draśnięciu  pociskiem,  biegał 

rozpaczliwie szukając osłony przed kulami. Zatrzymał się na chwilę, żeby oddać strzał ze 

srebrnego  pistoletu.  Jednak  niemiecki  pocisk  wytrącił  mu  go  z  ręki,  gdy  chłopak  chciał 

nacisnąć na spust. Z rozpaczy rzucił się na ziemię. 

Teraz  na  wszystko  było  już  za  późno.  To  co  zostało  z  grupki  maquis,  stało  w 

background image

miejscu z uniesionymi nad głowami rękami w geście poddania. 

- Kamerad! - Krzyczało kilku z nich. - Kamerad, nie strzelać! 

Szesnastolatek  też  powoli  uniósł  ręce  do  góry,  ledwie  zdając  sobie  sprawę,  że 

właśnie został skazany na śmierć. 

background image

Rozdział 4 

-  No  i  co  teraz?  -  dopytywał  się  natarczywie  pułkownik  Stürmer,  gdy  spoceni 

marynarze i strzelcy dogaszali ostatnie płomienie pożaru wywołanego przez partyzantów. 

Kapitan Doerr, który wskoczył  w ubraniu do wody, aby ocenić uszkodzenia  jego 

łodzi, spojrzał do góry i powiedział: 

-  Niech  pan  mi  rzuci  linę,  pułkowniku,  mam  dla  pana  dobre  wiadomości.  Ta 

gówniana  bomba,  czy  co  innego  to  było,  nie  uszkodziła  nam  kadłuba.  Możemy  płynąć 

dalej. 

-  Dzięki  Bogu  -  odetchnął  Stürmer.  -  Ale  czy  przetrwa,  aż  dotrzemy  do  Morza 

Śródziemnego? 

- Mam nadzieję, że tak. Jeśli nie, to niech twoi górale szybko uczą się pływać. 

Pułkownik widział jak kapitan się śmieje, ale jednocześnie zauważył smutek w jego 

oczach. 

- Mamy jakieś kłopoty? - spytał delikatnie. 

-  Bomba  uszkodziła  nam  drewnianą  osłonę  wyrzutni  torpedowej  i  przepadł  nam 

wieniec z drewna tekowego. Dzięki Bogu, że ta nasza ryba nie była uzbrojona. Wtedy cała 

łajba poleciałby w niebo. Ale teraz nawet najbardziej tępy francuski agent zauważy, czym 

płyniemy - niemieckim ścigaczem torpedowym. Takiej sylwetki nie można pomylić. 

Przetarł dłonią wodę, która ściekała mu z mokrych włosów na czoło. 

Stürmer  ponuro  zgodził  się  z  nim.  Łodzie  torpedowe  miały  charakterystyczne, 

niskie i pochylone sylwetki, co znacznie podnosiło ich szybkość i pływalność. Po tym, jak 

spłonęło maskowanie na dziobie, każdy agent wroga, który jako tako rozpoznawał sylwetki 

okrętów Kriegsmarine, zidentyfikuje ich łodzie już na pierwszy rzut oka. 

- Myślisz, że na Rodanie będziemy mieli z tego powodu problemy? 

- Nie, nie na Rodanie, pułkowniku! Na Morzu Śródziemnym. Jeśli ktoś doniesie do 

Londynu,  że  cztery  niemieckie  ścigacze  płyną  w  kierunku  morza,  możesz  sobie  chyba 

wyobrazić,  co  będzie  czekało  na  nas  jak  wypłyniemy  z  Bouches  du  Rhône...  cholerny 

brytyjski niszczyciel! 

-  Mam  nadzieję,  że  jesteś  pesymistą  na  wyrost,  kapitanie.  W  porządku, 

przygotujmy  się do dalszej żeglugi,  jak tylko wypłyniemy ze  śluzy. Teraz  już  nie  ma co 

background image

ograniczać prędkości,  bo każdy, kto nas  zauważy, będzie wiedział, co  ma przed oczami. 

Płyńmy jak najszybciej, biorąc pod uwagę ciemności. 

-  Ma  pan  rację,  pułkowniku.  Ruszamy  w  drogę,  jak  tylko  pańscy  ludzie  otworzą 

przednie wrota śluzy. 

- Dopilnuję tego osobiście. Major Greul jest już tam z częścią ludzi. 

Stürmer klepnął dłonią w kaburę pistoletu, jakby sprawdzając czy tam jest, po czym 

wykonał  trzymetrowy  skok  z  burty  łodzi  na  betonowe  nabrzeże.  Szybkim  krokiem 

pomaszerował  po  metalowej  kładce,  do  miejsca,  skąd  dochodziły  jęki  i  wołania.  Nagle 

rozległ się krzyk strachu i krótki trzask strzału pistoletowego. Pobiegł szybciej w tamtym 

kierunku. Major Greul stał w niebieskim kręgu światła, pochodzącego z latarki trzymanej 

przez  sierżanta  Meiera,  trzymał  pistolet  w  ręku  i  pogardliwie  patrzył  na  leżące  na  ziemi 

ciało człowieka, którego przed chwilą zastrzelił. 

- Greul, czy to ty go zastrzeliłeś? - spytał zupełnie zaskoczony pułkownik. 

Major odpowiedział całkiem spokojnie. 

- Tak, pułkowniku - jego głos był zupełnie pozbawiony emocji. 

- Ale to był jeniec, człowieku. 

- Wiem, pułkowniku, ale to był cywil, który strzelał do nas, a teraz trwa wojna. A 

poza tym, co mam z nimi zrobić? Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie w tej okolicy stacjonuje 

najbliższy oddział niemiecki. 

-  A  władze  francuskie?  -  Spytał  Stürmer,  rozpaczliwie  szukając  sposobu 

rozwiązania kwestii jeńców, wiedząc, że naprawdę był tylko jeden. - Greul. Jest garnizon 

milicji Darlna w najbliższym mieście. To chyba Lyon. 

Major nawet nie krył szyderczego śmiechu. 

-  Przekazać  ich  Francuzom?  Przecież  to  jest  równoznaczne  z  darowaniem  im 

wolności. Wszędzie są zdrajcy niemieckiej sprawy - nawet wśród tej ich milicji. Nie, jest 

tylko jeden sposób załatwienia tej sprawy. Ten - powiedział, klepiąc pistolet wolną dłonią. 

Stürmer  odwrócił  się. Jeden z  jeńców  -  chyba szesnastoletni  chłopak, zaczął  łkać. 

Być może rozumiał po niemiecku. 

- Przestańcie! - krzyknął. 

Łkanie Henri Helda przeszło w płacz, gdy major Greul przyłożył mu lufę pistoletu 

do  głowy  za  prawym  uchem,  a  potem  jednym  pociągnięciem  za  spust,  odesłał  go  w 

zaświaty.  Echo  ostatniego  wystrzału  odbijało  się  wielokrotnie  od  ściany  lasu  i  nasypu 

kanału, gdy niewielka grupka strzelców patrzyła tępo na stos bezładnie leżących ciał. 

- No cóż, pułkowniku - spytał beztrosko Greul - co z nimi zrobimy? Zostawimy ich 

background image

ciała tutaj, jako ostrzeżenia dla tej bandy zniewieściałych Francuzów? 

Stürmer zebrał się w sobie, tłumiąc uczucie obrzydzenia. 

- Nie - dopowiedział gardłowo - nie możemy tego zrobić. Jestem pewien, że inni z 

nich  żyją  i  wiedzą,  co  się  stało.  Wcześniej  czy  później  przyjdą  tu  po  nich,  a  my  nie 

chcemy, aby znaleźli ciała nim dostaniemy się na Morze Śródziemne. 

Potem zawołał podniesionym głosem. 

- Meier! 

- Tak, panie pułkowniku? 

- Weź swój oddział i przywiążcie jakiś ciężar do każdego ciała. Inna grupa zajmie 

się otwarciem śluzy. 

- Tak jest, panie pułkowniku. A potem co z nimi zrobić? 

-  Wrzućcie  je  do  wody  -  rozkazał  Stürmer,  starając  się,  aby  jego  głos  brzmiał 

chłodno i bez emocji. - A teraz chodź, Greul, mamy sporo roboty. 

Wytrwale płynęli przez całą noc dalej na południe, przedostając się bez większych 

kłopotów  przez  Lyon.  Godzina  policyjna  trzymała  miasto  w  swoich  objęciach. 

Zaciemnienie i cisza nocna były przerywane jedynie przez statki na Rodanie, które miały 

zgodę władz niemieckich na poruszanie się o tej porze. Przepłynęli przez Valence. Rzeka 

stawała się coraz szersza i czasami przez nisko zalegającą mgłę, ludzie na pokładzie mogli 

dostrzec  migające  obrazy  dziwnego,  prymitywnego  świata  skalistych  brzegów  i 

piaszczystych wysp, porośniętych gęstym sitowiem. W zakolach rzeki woda była pozornie 

spokojna, lecz miała dziką moc gdy Rodan przepływał przez wąskie, skaliste przełomy. Na 

szczęście kapitan Doerr, jedyny oficer z niewielkiej flotylli, który wcześniej pływał po tej 

rzece, trzymał swoje łodzie z dala od zdradzieckich mielizn. Ale wszystko to odbywało się 

za cenę zmniejszenia prędkości przepływu. 

Tak  było  aż  do  chwili,  gdy  słabe  powiewy  wiatru  zaczęły  przeganiać  mgłę,  by 

ukazać pierwsze przebłyski poranka, co miało  miejsce  jakieś osiemnaście kilometrów od 

ujścia Rodanu do morza. 

Nieogolony, z nieodłącznym hełmem na głowie, pułkownik Stürmer, stojący obok 

kapitana  Doerra,  skrzywił  się  ponuro,  ale  nic  nie  powiedział  do  oficera  marynarki.  Nie 

mieli  już teraz wpływu  na wydarzenia  i  musieli  biernie czekać  na to, co ich spotka, gdy 

wypłyną na otwarte morze. 

Mijały  godziny.  Zaczęło  się  szybko  rozjaśniać  -  w  tempie  spotykanym  tylko  nad 

Morzem Śródziemnym. Powiała świeża bryza. 

background image

-  To mistral  -  skomentował Doerr, nie odrywając wzroku od płaskiej powierzchni 

połyskującej na horyzoncie wody. - Już niedługo wypłyniemy z rzeki. 

- Doskonale - odpowiedział Stürmer. 

-  Poczekajmy  chwilę,  nim  to  wypowiemy  -  powstrzymał  go  Doerr,  którego  nie 

opuszczały złe przeczucia. 

- Nie wiemy kto albo co czeka na nas tam dalej, prawda? 

Minęło  kolejne  pół  godziny.  Byli  prawie  w  rozlewisku  delty  rzeki.  Oba  brzegi 

coraz szerszego ujścia Rodanu stawały się wąskimi paskami ciemnożółtego piasku. Łodzie 

lekko podskakiwały na pierwszych falach. Twarz siedzącego pod pokładem Byka Jo nagle 

zmieniła kolor. Rzucił się do przodu, krzycząc do siedzących wokół ludzi: 

- Zróbcie mi przejście... dajcie przejść, muszę zaraz zwymiotować! 

Doerr przekazał dowodzenie łodzią bosmanowi, a sam  - z szeroko rozstawionymi 

nogami, aby utrzymać równowagę na rozkołysanej wodzie - przyglądał się przez lornetkę 

bezmiarowi otaczającego morza. Obok niego stali Greul i Stürmer z napięciem czekając na 

jego opinię. 

Oficer  lustrował  każdy  wycinek  horyzontu  z  nieskończoną  cierpliwością,  by  po 

chwili opuścić lornetkę. 

- W polu widzenia nie ma angielskich okrętów. Chyba nam się udało. 

- A co teraz? - spytał wyraźnie zadowolony Stürmer. 

- Tak! W dawnych czasach trzymalibyśmy się blisko wybrzeża, by potem wykonać 

skok  na  Sardynię.  Ale  Bóg  jeden  raczy  wiedzieć,  jak  wygląda  sytuacja  teraz,  gdy 

makaroniarze związali swój los z aliantami. Nie wydaje mi się, że byłoby lepiej obrać kurs 

od razu na Rodos, licząc na to, że nie natkniemy się na brytyjskie patrolowce, wypływające 

z Malty i Sycylii. 

Obrócił się i podniesionym głosem zwrócił się do sternika. 

- Obermatt, voller Fahrt voraus! 

-  Jawohl,  Herr  Korvettenkapitan,  voller  Fahrt  voraus  -  podoficer  potwierdził 

przyjęcie rozkazu. 

Ryk dwóch silników o mocy 6150  KM rozdarł ciszę poranną  jak wycie upiorów. 

Ścigacz  torpedowy  skoczył  do  przodu.  Stürmer  czuł  jak  pod  jego  nogami  drży  pokład  i 

musiał  chwycić  się  poręczy,  gdy  łódź  zaczęła  podskakiwać  na  falach  jak  baletnica  na 

palcach.  Woda  fruwała  na wysokości  jego ramion w postaci oszałamiającej, rozmazanej, 

białej plamy. Doerr uśmiechnął się, gdy zobaczył  jak dwóch oficerów, przykłada ręce do 

ust, by przekrzyczeć ryk silników i szum przecinanej wody. 

background image

- Panowie, teraz wasza kolej. Obudźcie mnie, gdy dopłyniemy na Rodos. 

Śmiejąc  się  rubasznie,  schodził  ostrożnie  pod  pokład,  spod  którego  wytaczali  się 

zieloni  na  twarzy  strzelcy  górscy,  zaatakowani  przez  chorobę  morską.  Cztery  łodzie 

przecinały powierzchnię morza w szyku V, a linia brzegowa za ich rufami robiła się coraz 

cieńsza, by zniknąć po chwili zupełnie za linią horyzontu. 

Porucznik  John  „Kiss  me”  Hardy  poczekał,  aż  znaleźli  się  poza  zasięgiem 

hydrolokatora  akustycznego,  a  potem  wydał  rozkaz,  aby  peryskop  miniaturowej  łodzi 

podwodnej  ponownie  został  podniesiony  ponad  powierzchnię  wody.  Koła  szkieł 

powiększających były puste. Odpłynęli. 

- Peryskop w dół - rozkazał z nagłym przypływem przyjemności. 

Przede wszystkim, to był pierwszy kąsek, na który trafili, od momentu gdy opuścili 

Gibraltar czterdzieści osiem godzin temu, by zająć pozycję u ujścia Rodanu. Czymkolwiek 

były cztery niemieckie łodzie, to na pewno nie holownikami, które próbowały udawać. 

-  W  porządku,  Sparks  -  zawołał  przez  pomieszczenie  do  radiooperatora,  który 

siedział  skulony  gdzieś  z  tyłu  w  niewielkiej  przestrzeni  małej  łodzi  podwodnej.  -  Chcę, 

abyś  wywołał  oficera  flagowego  na  Sycylii  i  przekazał  mu  komunikat:  „Dokładnie  o 

godzinie zero osiem zero zero...”. 

background image

Rozdział 5 

Sztorm  pojawił  się,  gdy  znajdowali  się  na  zachód  od  Sycylii.  Zaczął  się  powoli, 

stopniowo budując swoją moc. Najpierw pociemniał horyzont, czarne chmury zmieniły się 

na szaro-białe, typowo deszczowe, przetaczając się ponad niewielką flotyllą. Zielone do tej 

pory morze zrobiło się ponuro czarne, z białymi, gniewnymi grzywami fal. Spadł deszcz. 

Najpierw męcząca mżawka, która stopniowo przeszła w ulewę z grzmotami. 

Teraz  szybko  nadciągała  nawałnica.  Białe  grzbiety  fal  z  hukiem  uderzały  i 

przetaczały  się  przez  pokłady  i  burty  ścigaczy.  Woda  zalewała  dolny  pokład  i 

przemoczonych, posępnych marynarzy, którzy trzymali się wszelkich uchwytów, by tylko 

ratować życie. Pod kadłubami łodzi co chwila rozlegał się złowrogi huk olbrzymich fal tak, 

że zielonym na twarzy strzelcom zdawało się, że każde ich uderzenie będzie ostatnim. 

Ale kapitan Doerr nie miał zamiaru pozwolić, by jego łodzie zatonęły. 

Tego  długiego  popołudnia  nie  tolerował  zwątpienia  i  defetyzmu  u  części  jego 

załogi,  która  wyraźnie  traciła  ducha.  Był  wszędzie,  dodając  otuchy  znużonym  ludziom 

pracującym  przy  pompach,  albo  przemoczonym  marynarzom  stojącym  na  pokładzie  na 

wachcie, również ich strasząc, gdy było to konieczne, zmuszając, chyba siłą woli, łódź do 

płynięcia. 

Sztorm  robił  się  coraz  gorszy.  Deszcz  przeszedł  w  wietrzny  szkwał,  który  miotał 

małymi  łodziami,  niemal  zatrzymując  je  w  miejscu,  a  woda  uderzała  w  ich  kadłuby  z 

ogromną  siłą,  kręcąc  nimi  jak  karuzelą  w  podnoszącej  się  i  opadającej  wodzie.  Co  jakiś 

czas  żołnierzom  na  łodziach  zdawało  się,  że  zawisały  one  w  powietrzu,  nim  ponownie 

opadły w otchłań fal. 

W  czołowej  łodzi  kapitan  Doerr  osobiście  przejął  stery,  walcząc  z  furią  z  kołem 

sterowym, aż  nabrzmiały  mu żyły  na skroniach,  byle tylko okręcik  nie stanął  bokiem do 

fali, która mogła go zatopić samym ciężarem wody. 

Kazał zrzucić z pokładu wszelkie zbędne ciężary, aby nie przetaczały się z burty na 

burtę.  Przemoczona  załoga  wyposażona  w  topory  ruszyła  do  walki  z  burzą  niszcząc  i 

wyrzucając do morza kwasowe pływaki dymne, łodzie ratunkowe i wszystkie inne rzeczy, 

które mogły zaburzać równowagę łodzi. Jednak ścigacz nadal nie reagował tak, jak się tego 

po nim spodziewano. 

background image

-  Wyrzućcie  to  cholerne  maskowanie!  -  krzyknął  Doerr,  mimo  że  wyjący  wiatr 

wciskał mu słowa z powrotem do ust. - No, dalej, leniwe psy! 

Odcięto  fałszywy  mostek.  Długi  komin  odpadł  od  rufy.  Marynarze  na  pokładzie 

trzymali się lin asekuracyjnych jedną ręką i rąbali drewno używając drugiej, mimo że fala 

za falą, zielona, kotłująca się woda zalewała ich ciała. Doerr osiągnął zamierzony rezultat. 

Kołysanie  znacznie  się  zmniejszyło,  ale  sztorm  szalał  dalej  z  niezmienioną  siłą.  Czapka 

zsunęła mu się na tył głowy, lecz walczył z wierzgającym kołem sterowym własnej łodzi, 

gdy ścigacz raz po raz wpadał na kolejną falę, jakby na mur z cegły. Powoli sam kapitan 

zaczął tracić nadzieję. Jego okręt nie był przygotowany do pływania w takich warunkach 

pogodowych. Trzy powłoki z drzewa tekowego, zamontowane na lekkiej metalowej ramie 

nie  były  dalej  w  stanie  stawiać  oporu  morskiemu  żywiołowi.  Doerr  modlił  się  chyba 

pierwszy raz od czasu ukończenia gimnazjum. 

Ale tak samo nagle jak sztorm nadszedł, teraz ucichł. Wyjący wiatr gdzieś zniknął. 

Niemal  niepostrzeżenie  horyzont zaczął przechodzić z  budzącej grozę czerni  w ołowianą 

szarość  i  gdy  już  kapitan  Doerr  był  bliski  podjęcia  decyzji  o  poświęceniu  torped,  aby 

uratować  okręt,  wszystko  się  uspokoiło.  Przesiąknięci  wodą,  oszołomieni  i  wyczerpani 

młodzi  marynarze,  chwiejnym  krokiem  przemieszczali  się  po  jeszcze  rozchybotanym 

pokładzie,  próbując  określić  uszkodzenia,  podczas  gdy  nieszczęśni  strzelcy  pod  nimi, 

wymiotując starali utrzymać się na nogach. 

Doerr jęknął z ulgą, gdy przekazał koło sterowe bosmanowi. Rozprostował zbolałe 

ramiona i zaczął przebierać sztywnymi i przemarzniętymi od długiego ściskania palcami. 

- Czy wy Panowie Morza często będzie poddawali nas, szaraków z piechoty, takim 

próbom? - zapytał stając za jego plecami pułkownik Stürmer. 

Doerr  z  uśmiechem  odwrócił  się  w  jego  stronę. Duży  oficer  strzelców  alpejskich 

był chorobliwie blady, chociaż na twarzy próbował utrzymać wyraz odwagi. 

-  Powinien  pan  zobaczyć,  co  dla  pana  mamy  na  później,  pułkowniku  - 

odpowiedział. 

Stürmer zaczął pospiesznie machać rękoma. 

- Nie, dziękuję. Rezygnuję z doświadczeń tego rodzaju. Po prostu dowieźcie mnie i 

moich ludzi na Rodos, tak szybko, jak to tylko możliwe. Następnym razem wolę polecieć 

samolotem. 

Nim  kapitan  zdołał  odpowiedzieć,  z  dolnego  pokładu,  ktoś  krzyknął 

przestraszonym głosem: 

- Panie kapitanie, okręt na naszym kursie! 

background image

Doerr  i  Stürmer  niemal  jednocześnie  unieśli  lornetki  do  oczu.  Na  horyzoncie 

przesuwał się czarny cień. I jeszcze jeden! Pułkownik oparł się plecami o gródź próbując 

przytrzymać się i z gniewem przecierał szkła lornetki ze słonej wody, która i tak zaraz się 

na nich pojawiała. 

Doerr  w  takich  sprawach  był  starym  wyjadaczem.  Gdy  Stürmer  klął  i  nastawiał 

ostrość  widzenia,  walcząc  z  kołysaniem  małej  łodzi  i  pianą  morską,  jej  dowódca  powoli 

przesuwał swoją potężną lornetkę po linii widnokręgu ponad falami, aż uchwycił kontury 

pierwszego okrętu. 

Widoczność  była  licha.  Przez  kilka  minut  nie  był  w  stanie  rozpoznać  rodzaju 

okrętu.  Nagle  dziób  łodzi  wroga  w  kształcie  ostrza  noża  stał  się  lepiej  widoczny,  a  w 

chwilę  później  Doerr  mógł  też  dostrzec  podwójne  sprzężone  działka  na  dziobie.  Zaraz 

potem  okręt  schował  się  w  dół  między  dwiema  falami,  a  potem  jeszcze  raz.  Ale  ten 

moment wystarczył. Doerr pochylił lornetkę, jakby coś go ukuło. 

- Anglicy! Angielskie łodzie patrolowe! - krzyknął jakby to było przekleństwo. 

Coraz  więcej  ciemnych  kształtów  pojawiało  się  na  horyzoncie.  Kapitan  Doerr 

nacisnął dzwonek alarmowy i rozległo się przenikliwe, dręczące skrzeczenie. 

Długotrwałe  oczekiwanie  porucznika  Hardy’ego  opłaciło  się,  teraz  niemiecka 

flotylla płynęła na spotkanie liczniejszego przeciwnika... 

background image

Rozdział 6 

- Czy to jest ta niespodzianka, którą mi obiecałeś, kapitanie - spytał Stürmer. - I co 

teraz? 

- Co teraz, pułkowniku? Powiem ci. Tamte łodzie - wskazał na cztery cienie, które 

formowały  szyk  w  kształcie  litery  V,  podczas  gdy  dwie  kolejne  łodzie  pozostały  z  tyłu, 

osłaniając działania towarzyszy - to brytyjskie patrolowce, największe z ich małych łodzi. 

Nie tylko mają wyrzutnie torpedowe, tak jak nasze, ale jeszcze dodatkowo uzbrojone są w 

dwa sprzężone działka dwufuntowe. 

- To widzę - stwierdził Stürmer - a my nie mamy nic poza torpedami? 

- Dokładnie. 

- A ich prędkość? 

-  Tylko  pięć  węzłów  mniejsza  od  naszej  maksymalnej.  Ale  wątpię  czy  ją 

osiągniemy,  gdy  mamy  na  pokładzie  twoich  strzelców,  których  ciężar  ogranicza  nasze 

możliwości. 

- Co więc chcesz zrobić? 

- Spróbuję uciec. Kiedy już wejdą w zasięg torped... 

- Doerr nie dokończył wypowiedzi. 

Zamiast tego pchnął do przodu dźwignie przepustnic. Ryknęły silniki i dziób łodzi 

uniósł się od razu nad powierzchnię wody, a ścigacz skoczył do przodu. 

Przeskakując z fali na falę łódź gnała w kierunku nadciągających Anglików. Przy 

dziesięciu tysiącach obrotów na minutę pióra wirnika pozwalały zassać osiemdziesiąt ton 

powietrza  w  ciągu  sześćdziesięciu  sekund,  dzięki  czemu  wydawało  się,  że  mknie  ponad 

powierzchnią wody, zostawiając na niej jedynie białą smugę piany. 

Stürmer  poczuł  jak  lodowe  palce  strachu  chwytają  go  za  wnętrzności,  gdy 

angielskie  łodzie  były  coraz  bliżej.  W  pewnej  chwili  zobaczył  je  bardzo  wyraźnie.  Na 

pokładach  małe  postacie  biegły  do  swoich  stanowisk  bojowych.  Zaraz  potem  przed 

dziobem ścigacza eksplodował brytyjski pocisk. 

-  Patrolowce,  zielony,  jeden  -  jeden  -  zero  -  brodaty  bosman  rzucił  melodyjnym 

głosem pod pokład. 

Podczas  gdy  torpedyści  już  klękali  przy  wyrzutniach,  odezwały  się  dwa  karabiny 

background image

maszynowe  ścigacza.  Ponad  powierzchnią  wody  pomknęły  dwie  serie  kolorowych 

pocisków, jakby nadane systemem Morse’a. 

Z czołowej łodzi brytyjskiej ponownie padł strzał. Metal uderzył o metal z głuchym 

dudnieniem.  Ścigacz  zadrżał  jakby  najechał  na  coś  twardego.  Pułkownikiem  rzuciło  do 

przodu, a płomienie ognia oślepiły go na chwilę. Przez jeden straszny  moment sądził, że 

otrzymali bezpośrednie trafienie. Ale się pomylił. Gdy tylko z wyrzutni zostały odpalone 

dwie torpedy, Doerr przekręcił koło sterowe. 

Ścigacz  gwałtownie  zwrócił  się  ku  lewej  burcie.  Skręcając,  jego  nadbudówka 

niemal  dotknęła  wody.  Łódź  wyskoczyła  jak  z  katapulty  długim  skrętem,  a  brytyjskie 

pociski padały jak grad tuż za jej rufą. 

Stürmer odwrócił  się,  by  popatrzeć  jak dwie torpedy  mknęły do celu, zostawiając 

za  sobą  w  wodzie  bąbelkową  smugę  powietrza.  Brytyjskie  łodzie  zaczęły  gwałtownie 

zygzakować,  chcąc  uniknąć  trafienia  przez  śmiercionośne  cygara.  Ich  formacja  wyraźnie 

się rozluźniła. 

Doerr,  który  miał  nerwy  napięte  jak  postronki  stał  obok  pułkownika  i  liczył  po 

cichu upływające sekundy. 

- Teraz! - krzyknął w końcu i uderzył pięścią W przegrodę. 

Nic się nie działo! 

-  Jasna  cholera!  -  zaklął  gniewnie,  gdy  pierwsza  torpeda  chybiła  celu.  -  Co  ci 

torpedyści robią ze swoimi „rybkami”? 

Resztę  jego  słów  zagłuszył  huk  wybuchu  drugiej  torpedy,  która  trafiła  w  cel. 

Czołowy  brytyjski  patrolowiec  jakby  zatrzymał  się  w  miejscu  i  momentalnie  stanął  w 

płomieniach. 

- Silnik benzynowy! - Doerr nie próbował kryć radości, dzieląc ją wraz z załogą. - 

Oni nie używają silników dieslowskich, tak jak my. 

Stürmer patrzył jak urzeczony, gdy z trafionego okrętu spływało paliwo do morza. 

Przy jednej z burt już płonęło paliwo, a z drugiej burty skakali do wody ludzie, niektórzy z 

nich  już  ogarnięci  płomieniami.  Po  chwili  trafiony  patrolowiec  z  sykiem  wyciskanego 

powietrza zniknął pod powierzchnią wody. 

-  Hurra... hurra!  -  rozradowana załoga  nie przerywała wiwatów, a twarze ludzi  aż 

błyszczały z dumy. 

- Dosyć tego! - krzyknął z przyganą Doerr. - Znowu na nas płyną! 

Tępy,  dudniący  echem  wybuch...,  wielka  kolumna  wody  wystrzeliła  w  górę 

dwadzieścia  metrów  od  dzioba  łodzi.  Ścigacz  zakołysał  się  gwałtownie,  a  strzelcy 

background image

karabinów maszynowych posyłali mizerne serie pocisków w kierunku Brytyjczyków. 

- Zasłona dymna! - krzyknął nerwowo Doerr. 

Jeden  z  marynarzy  podbiegł  i  kopnął  zasobnik  chemiczny  w  kształcie  tuby. 

Podobnie działo się na pozostałych ścigaczach. 

Z pław wrzuconych do windy zaczął się wydzielać czarny dym, ale przy prędkości 

łodzi  i  nadal  silnym  wietrze  cały  ten  manewr  nie  przyniósł  spodziewanych  rezultatów, 

czyli osłony przez wzrokiem wroga. Brytyjczycy mogli nadal do nich strzelać. 

Stürmer  zdał  sobie  sprawę,  że  jeśli  Doerr  nie  wyciągnie  kolejnego  numeru  z 

kapelusza, to będą skończeni. 

Kapitan też zdawał się być u kresu wytrzymałości. Mimo tego, że jego mała flotylla 

płynęła  z  maksymalną  prędkością,  Brytyjczycy  byli  nadal  tuż  za  nią.  Wydawało  się 

kwestią minut, kiedy ich dopadną. 

-  Co  teraz?  -  spytał  Stürmer  przykładając  dłonie  złożone  w  trąbkę,  aby 

przekrzyczeć huk eksplodujących wokół łodzi pocisków. 

- Teraz umrzemy! - odkrzyknął Doerr. 

Ale tak się nie miało stać. 

Nagle  trzeci  ścigacz  wyłamał  się  z  formacji.  Szerokim  skrętem  zszedł  z 

poprzedniego  kursu,  by  zawrócić  prosto  w  kierunku  brytyjskich  patrolowców.  Stürmer 

widział jak dwie wystrzelone z niego torpedy pomknęły w kierunku wroga. Ale zamiast w 

tym momencie wykonać kolejny zwrot na lewą czy prawą burtę, nieznany sternik ścigacza 

popłynął dalej, śladem wystrzelonych torped. 

- Krause, ty głupi idioto! - wydzierał się Doerr z gniewem zmieszanym z podziwem 

- Przerwij teraz! Przerwij! 

Ale Krause kontynuował swoją akcję. To był samobójczy atak na Anglików. 

Brytyjskie patrolowce dokonały zwrotu w jedną stronę, chcąc uniknąć zderzenia z 

torpedami i od razu zaczęły ostrzeliwać osamotniony ścigacz. Pierwsza salwa uderzyła w 

dziób  łodzi  Krausego.  Ta  zaczęła  nabierać  wody,  zanurzając  się  ciężko  w  grzbiety  fal, 

rozpryskując nad sobą zasłonę mgły z kropelek wody. Jednak mechanik nadal utrzymywał 

obroty silnika, a strzelcy karabinów maszynowych nadal odgryzali się Brytyjczykom. 

- Mój Boże, Krause - jęczał w rozpaczy Doerr. - Przerwij to, póki możesz! 

Jednak na ratunek dla młodego porucznika było już za późno. Salwa dwucalowych 

pocisków uderzyła z bezpośredniej bliskości w samotny ścigacz. Łódź zadrżała i na jedną 

długą  chwilę  ucichła.  Potem  cały  jej  dziób  poleciał  wysoko  w  powietrze.  Oszołomiony 

Stürmer  patrzył  z  niedowierzaniem  jak  pierwsze  łapczywe  płomienie  obejmowały 

background image

nadbudówki ścigacza, zamieniając je w szalejący piec. 

Doerr,  gdy  jego  flotylla  coraz  dalej  odpływała  od  Brytyjczyków,  patrzył  ze 

szczypiącymi od łez oczami na płomienie trawiące zmasakrowaną łódź, które sięgały  już 

do, jeszcze przed chwilą dumnie powiewającej, flagi ze swastyką. 

I wtedy to się stało. Dudniący huk i oślepiający błysk. Ścigacz zniknął w szerokim 

słupie  wody,  który  wyrósł  chyba  na  sto  metrów  w  górę,  nim  opadł  powoli  wraz  ze 

szczątkami łodzi jak kurtyna na scenie po końcowym akcie tragedii. 

Stürmer odwrócił się, gdy pozostałe ścigacze znikały za zbawiennym horyzontem, 

a brytyjskie pociski spadały nadaremnie za ich kilwaterem. 

-  Mój  Boże  -  nie  był  w  stanie  patrzeć  na  miejsce,  gdzie  dopełnił  się  los  załogi 

ścigacza porucznika Krausego. 

Wraz  z  nim  zginęło  trzydziestu  ludzi  z  jego  oddziału.  Teraz  grupa  szturmowa 

Edelweiss zmniejszyła się do siedemdziesięciu osób i to jeszcze nim zaczęła się właściwa 

operacja! 

Dwadzieścia cztery godziny później mała flotylla zbliżyła się do Rodos. Leżąca na 

północny zachód od niej wyspa Kos, pozostawała w posiadaniu Brytyjczyków. Gdy płynęli 

na  południowy  wschód,  mogli  dostrzec  starożytny  Akropol  na  tej  wyspie,  na  tle  tarczy 

zachodzącego słońca. 

-  Fiu,  fiu  -  westchnął  Byk  Jo,  przechylając  się  przez  poręcz,  obok  zamyślonego 

Japa.  -  Cieszę  się,  że  wyleziemy  wreszcie  z  tej  balii.  Już  nigdy  nie  spojrzę  nawet  na 

szklankę wody, a już na pewno nie morskiej! Co z tobą? - chrząknął - Żartowałem! 

-  Słyszałem,  słyszałem  -  powiedział  posępnie  Jap,  gdy  ścigacz  zwalniał, 

podchodząc do wejścia do portu. 

- Śmieję się, ale w środku, po cichu. 

- W porządku, ty najsłabszy z miotu mieszańcu - warknął Jo. - Tu cię mam. Co cię 

tak martwi? 

-  Nic  mnie  nie  martwi  -  odpowiedział  Jap,  obserwując  jak  ścigacz  podchodził  do 

mola wypełnionego żołnierzami w wypłowiałych mundurach khaki. 

- Coś musiało się stać, inaczej nie miałbyś takiego wyrazu twarzy, jakbyś narobił w 

gacie. 

Jap obrócił się gwałtownie w stronę wielkiego przyjaciela. 

- Odwal się ode mnie - warknął, sięgając ręką do małej kieszeni z tyłu spodni, gdzie 

ukrywał, jak sierżant wiedział, mały zakrzywiony nóż kurdyjski. - Wiesz tak samo dobrze 

background image

jak ja, że coś jest nie tak. Najpierw ta sprawa we Francji. Potem Anglicy na morzu - oblizał 

usta pokryte morską solą. Jo, jeśli mnie pytasz, to uważam, że grupa szturmowa Edelweiss, 

pozwala się rolować na wszystkie sposoby. 

background image

KSIĘGA TRZECIA 

Atak na gorę Clidi 

background image

Rozdział 1 

Pokój  operacyjny  w  kwaterze  generała  Muellera  był  niewygodny  i  duszny.  Pod 

nagrzanym  jak  piekarnik  przez  popołudniowe  słońce  dachem,  żołnierze  z  oddziału 

szturmowego  Edelweiss  wiercili  się  na  głębokich  krzesłach,  chcąc  zająć  jak 

najwygodniejsze pozycje. Poprzez okiennice zrobione z rzadko nabijanych desek sączyła 

się  muzyka  z  pobliskiej  nadbrzeżnej  tawerny.  Irytowała  pułkownika  Stürmera. 

Potrzebował chwili spokoju i rześkiego umysłu by docenić piękno i klimat otoczenia, ale w 

tej chwili czuł się najmniej komfortowo w całej swojej wojskowej karierze. 

Zwrócił się ostro do swoich ludzi: 

-  Generał  Mueller,  dowódca  sił  inwazyjnych,  wykorzysta  każdą  szansę,  aby 

przeprowadzić  operację.  Znalazł  dla  nas  dwa  kaiki.  Nie  są  to  co  prawda  ścigacze,  ale 

wydaje mi się, że dowiozą nas ciszej i bezpieczniej na Leros. Stuknął w mapę wiszącą z 

boku  łapką  na  muchy.  -  Będziemy  żeglować  do  wyspy  od  południa,  wzdłuż  wybrzeża 

Turcji, wewnątrz jej wód terytorialnych. 

-  A  jeśli  Turcy  będą  chcieli  podjąć  z  nami  walkę?  -  major  Greul  szybko  zgłosił 

obiekcje. 

Stürmer wyjął z kieszeni spodni złotą monetę. 

-  Brytyjski  suweren.  Mówiono  mi,  że  tutaj  nazywają  go  „Jeźdźcem  świętego 

Jerzego”.  I ten  „jeździec”  ma  większy  wpływ  na  Turków  niż  sami  Anglicy.  On  pozwoli 

nam  rozwiązać  każdy  problem,  jaki  się  pojawi.  Gdy  znajdziemy  się  blisko  wyspy,  resztę 

drogi  przebędziemy  na  żaglach.  Im  mniej  hałasu  narobimy,  tym  lepiej.  Wedle  danych 

naszego  wywiadu  marynarka  brytyjska  wykazuje  w  nocy  znaczną  aktywność.  Będziemy 

naturalnie lądować w nocy, zaraz ponad Ag Marina, niedaleko zatoki Alinda. Tam nie ma 

naturalnych plaż - takie znajdują się po drugiej stronie wyspy. To nie będzie łatwe. 

Spojrzał na harde i opalone twarze mężczyzn. 

-  Faktycznie  może  być  cholernie  ciężko.  Skały  nadbrzeżne  mają  po  pięćdziesiąt 

metrów wysokości i są bardzo strome. Nie stanowi to problemu w ciągu dnia. Ale w nocy, 

gdy istnieje prawdopodobieństwo, że w pobliżu znajdują się Anglicy, to wtedy... wzruszył 

ramionami i pozostawił resztę tej kwestii wyobraźni zebranych ludzi. 

- Wylądować w nocy tam, gdzie nie ma plaży, wspiąć się na pięćdziesięciometrowy 

klif  z  czterdziestoma  kilogramami  ekwipunku  na  plecach,  z  dużą  szansą,  że  na  jego 

background image

szczycie  stoją  Angole  i  mogą  do  nas  strzelać  na  chybił  trafił.  To  chyba  nie  są  idealne 

warunki do uprawiania wspinaczki, panie pułkowniku - dokończył Byk Jo, podsumowując 

dla wszystkich całą sytuację. 

- Nic nie jest doskonałe na tym świecie, Meier - odpowiedział Stürmer, próbując się 

uśmiechnąć,  ale  wiedział,  że  była  to  bezmyślna  odpowiedź,  jaką  dawał  starszy  oficer 

swoim podwładnym, gdy posyłał ich na śmierć. 

Na  dodatek  miał  pełną  świadomość,  że  kredo  jego  zwierzchników  to  brak 

jakiejkolwiek litości, gdy chodziło o osiągnięcie sukcesu. Dla nich życie ludzkie niewiele 

znaczyło. Inaczej niż dla niego. Nawet nie myślał, że po czterech latach tej krwawej wojny 

życie  jego  towarzyszy  broni  będzie  zależało  od  niego.  Kochał  ten  oddział  strzelców 

alpejskich ponad wszystko. 

Nie  miał  zamiaru  poświęcać  życia  swoich  ludzi,  jeśli  nawet  to  miało  w  czymś 

pomóc. 

-  Dalej  -  kontynuował  zdecydowanym  głosem  -  jak  tylko  zejdziemy  na  ląd  i 

wejdziemy  na  szczyt  klifu,  przejdziemy  w  rejon  jakieś  dwa  kilometry  od  naszego  celu. 

Zgodnie z danymi wywiadu, rozciąga się tu górzysta kraina, porośnięta drzewami i raczej 

niezamieszkana.  To  byłoby  doskonałe  miejsce,  aby  przeczekać  do  nocy.  O  zmierzchu 

jednak  musimy  znaleźć  się  u  podstawy  góry  Clidi,  gotowi  do  wspinaczki.  Czy  są  jakieś 

pytania? 

-  Tak,  panie  pułkowniku  -  to  był  Jap.  -  Czy  uważa  pan,  że  makaroniarze  będą 

walczyć. 

- Nie wiem, kapralu. Oni są niewiadomą wielkością w tym równaniu. Ale ich rząd 

związał swój los z aliantami, więc można uznać, że będą z nami walczyć. 

- Ale nawet jeśli tak się stanie - zaśmiał się kpiąco Greul - znosiliśmy ich przez trzy 

lata  jako  sojuszników,  niech  się  teraz  męczą  z  nimi  Anglicy.  Będą  sikać  ze  strachu,  jak 

tylko zobaczą niemiecką stal. 

-  Może  i  tak  -  powiedział  Stürmer,  ale  nie  wyglądał  na  przekonanego.  -  Mają 

znakomitą pozycję na szczycie góry. 

- Ale, panie pułkowniku - przerwał mu Jap. - Do czego podobna jest ta góra Clidi? 

- No, cóż, nie jest ona bardzo wysoka. Może kilkaset metrów ponad poziom morza. 

Patrząc od południa, czołowy stok jest stosunkowo łatwy. Wiedzie nim ścieżka dla mułów, 

którą  Włosi  dostarczają  tam  zaopatrzenie.  Ale  osłaniają  ją  gniazda  karabinów 

maszynowych i stanowiska dział, otoczone drutem kolczastym. Naturalnie to nie jest nasza 

droga podejścia, jeśli chcemy ich zaskoczyć. Skorzystamy z tylnego podejścia, od północy, 

background image

a tu już nie będzie tak łatwo. 

-  Dlaczego,  panie  pułkowniku?  -  spytał  któryś  z  zebranych.  -  Przecież  dwieście 

metrów to nie jest wielki problem. 

-  Nie,  ale  w  normalnych  okolicznościach  -  zgodził  się  Stürmer.  -  To  jest  prawie 

pionowa  ściana  i  w  czasie  nocnej  wspinaczki  nie  możemy  wiązać  się  razem,  bo  się 

strasznie narażamy. 

Podszedł  z  powrotem  do  mapy  Leros  i  pokazał  duże,  lekko  rozmazane  zdjęcie 

ściany skalnej. 

- Jeden z naszych samolotów rozpoznawczych zrobił wczoraj to zdjęcie. 

Stanął obok, aby wszyscy mogli mu się dokładniej przypatrzeć. 

Reakcja była taka, jakiej się spodziewał. Kilku ludzi gwizdnęło zaskoczonych, ale 

reszta patrzyła wyraźnie zaszokowana w zalegającej ciszy. 

- Tak, wiem, co o tym myślicie - powiedział szybko. - Ale nie jest tak źle, jak na to 

wygląda. 

Szybko stanął przed fotografią i powiedział: 

-  Jeśli  się  bliżej  przyjrzycie,  zobaczycie  spękanie  -  w  tym  miejscu.  To  może 

niewiele, ale jest początek. Po jakichś dwudziestu metrach, możecie dostrzec, że szczelina 

się  rozszerza.  Jest  na  tyle  szeroka,  że  da  się  wsadzić  kolano  i  trochę  odciążyć.  Jakieś 

dwadzieścia  czy  trzydzieści  metrów  od  szczytu  -  szczelina  zamienia  się  w  komin  -  to 

będzie czysta i łatwa żegluga. Jeśli tylko pamiętamy, aby odwrócić się plecami do gładkiej 

powierzchni, to występ skalny przed naszą twarzą da nam dobre podparcie i uchwyty. 

-  Ale  skąd  o tym  wiemy?  -  szybko  spytał  Greul.  -  Fotografia  niczego  takiego  nie 

pokazuje, a poza tym będzie ciemno, gdy zaczniemy się wspinać. 

- Zgadza się Greul, ale ja będę prowadzić. Gdzie ja dojdę tam i wy dojdziecie. 

-  Ale  dowodzący  oficer  nie  może  grać  roli  królika  doświadczalnego!  - 

zaprotestował major. 

-  To  już  moje  zmartwienie  -  powiedział  spokojnie  Stürmer.  -  Widziałem  gorsze 

rzeczy.  A  teraz,  musicie  pamiętać,  aby  przy  wspinaczce  oszczędzać  siły  na  pierwszym 

etapie i nie panikować w kominie. Sekret polega na tym, że gdy już znajdziecie się w jego 

środku,  musicie  zachować  spokój  i  szukać  najmniejszego  oparcia  dla  obydwóch  dłoni  i 

stóp. Ruszymy jutro w nocy - kontynuował głosem chłodnym i pozbawionym emocji - jak 

tylko skryje nas ciemność. 

Muzyka  na  zewnątrz  umilkła.  W  pokoju  słychać  teraz  było  tylko  tykanie  starego 

zegara ściennego. 

background image

Rozdział 2 

Stürmer  odetchnął  głęboko  powietrzem  w  którym  czuć  było  gorzki  smak  soli 

morskiej  i  delikatny  zapach  wiciokrzewu.  Z  oddali  dochodził  miarowy  brzęk  kozich 

dzwonków; miejscowi pasterze sprowadzali na noc z łąk stada zwierząt. Wkrótce przyjdzie 

czas, aby wypłynąć w morze. 

Odwrócił  się,  aby  popatrzeć  na  dwa  nędznie  wyglądające  kaiki,  które  już 

rozgrzewały wysłużone silniki. Nie różniły się niczym od innych tego typu jednostek, które 

pływały wokół Rodos. Doświadczane przez pogodę, z łuszczącą się  farbą z drewnianych 

kadłubów;  każdy  przypadkowy  obserwator  wziąłby  je  za  miejscowe  jednostki  rybackie 

albo małe statki handlowe, które wyruszają w nocny rejs w kierunku innej wyspy lub poza 

przybrzeżne łowiska. 

Ale  te  dwie  szczególne  łodzie  posiadały  załogę  złożoną  z  ochotników  z 

Kriegsmarine, ubranych ubogo jak wieśniacy w wyrzucone na śmietniki koszule i spodnie. 

Pod  pokładem  pełnym  członków  załogi,  ładownie  zapełnione  były  żołnierzami,  ich 

wyposażeniem, bronią i sprzętem do wspinaczki. Jeśli zostaną one zatrzymane przez patrol 

morski  Brytyjczyków,  to  nie  będzie  można  liczyć  na  to,  że  uda  się  ich  oszukać.  Będą 

musieli podjąć walkę; jak to powiedział generał Mueller dwie godziny temu: 

-  Stürmer,  wszystko  zależy  od  ciebie  i  twoich  ludzi.  Nie  możecie  dać  się  złapać 

przed rozpoczęciem głównego desantu, bo wtedy trzeba będzie odwołać całą operację. W 

rzeczy samej, Stürmer, ty i twoi ludzie muszą teraz zniknąć na dwadzieścia cztery godziny. 

Gdy się ponownie pojawicie, powinniście być na szczycie góry Clidi. Jeśli nie uda wam się 

osiągnąć tego celu - zniknijcie na zawsze! 

Jeśli wpadliby w tarapaty, Mueller życzył sobie, żeby walczyli na śmierć i życie. 

Stürmer  podświadomie  pokręcił  głową  i  poszedł  w  stronę  pierwszego  z  kaików, 

gdzie jego kapitan, podoficer z hamburskich nabrzeży, już czekał na niego. 

- Jesteśmy gotowi, panie pułkowniku, kiedy tylko pan rozkaże. 

Machnięciem  ręki  wskazał  na  przedział  poniżej  z  perkoczącymi  odgłosami 

pracujących silników. 

-  Niech  pan  się  nie  martwi  -  powiedział  podoficer  -  napędzają  to  stare  pudło  od 

pięćdziesięciu  lat  na  Morzu  Egejskim.  Wyobrażam  sobie,  że  wytrzymają  jeszcze 

background image

dwadzieścia cztery godziny. 

- Byłoby dobrze - powiedział Stürmer i zszedł pod pokład. 

Przez większość tej nocy, dwa kaiki płynęły bezustannie wzdłuż wybrzeża w pasie 

wód  przybrzeżnych  Turcji.  Woda  miała  dziwnie  ciemnoniebieską  barwę,  a  opalizująca 

powierzchnia  morza  marszczona  była  delikatną,  wonną  bryzą.  Nie  było  słychać  żadnych 

dźwięków  poza  szumem  silników  i  zdawało  się,  że  wojna  toczy  się  gdzieś  tysiące 

kilometrów stąd. 

Mijały  kolejne  godziny.  Około  czwartej  podoficer  pełniący  funkcję  kapitana 

poprosił  Stürmera  o  zgodę  na  rozpoczęcie  podejścia  do  Leros.  Pułkownik  odpowiedział 

twierdząco  i  kazał  budzić  ludzi.  Teraz  ciemny,  poszarpany  kontur  wyspy,  którą  mieli 

zdobywać,  zamajaczył  przed  nimi  na  horyzoncie.  Wpływali  do  zatoki.  Kaik  zaczął 

podskakiwać na falach przypływu, zbliżających się do lądu. 

- To zatoka Alinda - powiedział miękko major Greul. 

-  Tak.  Tam  musi  znajdować  się  miasteczko  -  odparł  Stürmer,  wskazując  na  białe 

domki, na wpół ukryte wśród sosen i cyprysów, które zdawały się schodzić aż do wody. 

- Przynajmniej Angole tam śpią mocno - powiedział Greul. 

-  Na  to  wygląda.  Miejmy  nadzieję,  że  tak  jest  wzdłuż  całego  wybrzeża  -  dodał 

pułkownik, mając złe przeczucia, gdy wiatr szumiał w drzewach, a nad jego głową przez 

upiornie blade niebo przemykały chmury. Nagle przeszedł go dreszcz. 

- Co się dzieje, pułkowniku? - spytał Greul. 

- Nic. Po prostu mam złe przeczucia. 

Płynęli w kierunku  nieprzystępnego, skalnego wybrzeża. Przybrzeżny  prąd  nieźle 

kołysał kaikiem. 

-  To  będzie  trochę  ryzykowne  -  krzyknął  podoficer  dowodzący  jednostką,  kręcąc 

kołem  sterowym.  -  Gdy  ustawię  tę  łajbę  równolegle  burtą  do  brzegu,  uderzy  w  nią  fala 

przypływu. Trudno ją będzie utrzymać w stałym miejscu przez dłuższą chwilę. 

-  Zrób  wszystko,  co  zdołasz,  kapitanie  -  Stürmer  przekrzykiwał  plusk  fal 

uderzających o podstawę klifu.  - Pamiętaj, że  moi  chłopcy  mają  na sobie po czterdzieści 

kilogramów ekwipunku na plecach. Zmoczą nie tylko stopy, jeśli wpadną w głęboką wodę 

z tym co mają na sobie. 

Podoficer podprowadził pierwszy z kaików równolegle do brzegu. Niewielka łódź 

zaczęła dryfować, wznosić się i opadać na wzburzonej wodzie, gdy fale z pełnym impetem 

uderzyły  w  jej  burtę.  Marynarze  od  razu  pobiegli  na  burtę  od  strony  klifu  i  próbowali 

odpychać łódź od brzegów bosakami. 

background image

- To wszystko, co możemy zrobić, panie pułkowniku  - powiedział dowódca łajby, 

gdy  pierwszy  z  bosaków  złamał  się  z  trzaskiem  jak  zapałka,  a  trzymający  go  marynarz 

ledwo zdołał się uchronić przed wpadnięciem do wody. 

-  W  porządku,  zrobiłeś,  co  do  ciebie  należało!  -  zawołał  Stürmer,  przypinając 

plecak z materiałami wybuchowymi. Potem zarzucił na ramię pistolet maszynowy. 

Balansował  ciałem,  chcąc  utrzymać  równowagę  na  kołyszącym  się  pokładzie  i 

oceniał  sytuację.  Ponad  białą,  fosforyzującą  linią  piany  morskiej,  zauważył  pierwsze 

miejsce, którego mógł się chwycić. Był to niewielki występ skalny, jakieś trzy metry nad 

powierzchnią  wody.  W  normalnych  okolicznościach,  mógłby  dostać  się  do  niego  z 

zamkniętymi  oczami  i  zrobiłby  to  jedną  ręką.  Ale  teraz  musiał  zarzucić  na  plecy 

czterdzieści  kilogramów  ładunku,  a  stateczek  tańczył  na  grzbietach  fal.  Niewielka  półka 

skalna wydawała się daleka jak księżyc. 

Gdy  kaik  uniósł  się  na  szczycie  fali,  Stürmer  wziął  głęboki  wdech  i  wyciągnął 

mocno ręce na boki. Potem jednym gwałtownym skokiem rzucił się w ciemność. 

Kolana  uderzyły  w  mokrą  powierzchnię  ściany  skalnej.  Ręce  z  rozcapierzonymi 

palcami  wystrzeliły  do  przodu.  Paznokcie  połamały  się,  ale  zdołał  uchwycić  występ  na 

ścianie klifu. Krzyknął z bólu. Ale grzebiąc palcami, zdołał zawisnąć na jednej ręce. Paski 

plecaka wpijały się mocno w ramiona, a jego ciężar ciągnął go w głąb falującego morza. 

Nieskończenie powoli podniósł wyżej lewą rękę i zagiął palce na krawędzi występu. 

Wydawało  mu  się,  że  plecak  ważył  tonę,  ale  kontynuował  bolesną  wspinaczkę. 

Ramiona bolały go, jakby ktoś rozrywał je rozżarzonymi szczypcami. Pod nim kaik tańczył 

w  tył  i  przód  na  falach  jak  zwariowany  spławik  wędki.  Stürmer  postawił  jedną  nogę  w 

bucie  do  wspinaczki  na  krawędzi  występu,  ale  musiał  jeszcze  unieść  cały  ciężar  swego 

ciała i ten piekielny plecak. 

-  Dalej,  pułkowniku  -  wołał  Jo,  wbijając  paznokcie  w  dłoń  aż  do  bólu.  -  Wyrzuć 

ołów z tyłka! Wejdź tam! 

I Stürmer dokonał tego wreszcie. Leżał teraz na mokrej półce skalnej, serce waliło 

mu jak młot kowalski, a oddech miał krótki i chrapliwy. 

Wiedział, że nie ma czasu na odpoczynek. Nie zważając na ból w palcach, zaczął 

grzebać  w  plecaku.  Wyciągnął  młotek  z  pętlą  na  trzonku  i  haki  wspinaczkowe  ze  stali 

topowej. Wbił młotkiem jeden z nich w skałę i przeciągnął pętlę liny asekuracyjnej. 

-  W  porządku!  -  krzyknął  z  dłońmi  złożonymi  w  trąbkę,  które  przyłożył  do  ust.  - 

Rzucam linę! Majorze Greul, pan pierwszy! 

Popatrzył w dół przez mgiełkę kropli wody morskiej rozproszonych w powietrzu na 

background image

drugi  ze  stateczków  i  wyszeptał  po  cichu  modlitwę  dziękczynną.  Jego  ludzie  znaleźli 

dogodny  występ  skalny  niedaleko  kołyszącego  się  na  falach  kaika  i  zaczęli  względnie 

łatwo skakać na brzeg. 

Biała lina wiła się w powietrzu przy burcie stateczka, który w każdej chwili mógł 

uderzyć o skalisty brzeg. Greul chwycił ją fachowo.  Stürmer naprężył mięśnie, trzymając 

drugi koniec liny. Greul odbił się od pokładu i zaczął się zręcznie wspinać. Szybko znalazł 

się obok pułkownika, który krzyknął przez wiatr: 

- Greul, teraz ty dowodzisz. Ja idę wyżej. Posyłaj ich za mną, jak tylko dostaną się 

na ten występ. 

- Ale... 

Stürmer  dłużej  go  już  nie  słuchał.  Ruszył  w  górę,  w  kierunku  następnego, 

ociekającego wodą występu skalnego. 

background image

Rozdział 3 

Zatrzymał się  na chwilę, dysząc z wysiłku. Jego przechylone, powykręcane ciało, 

przywierające  do  ściany  skalnej,  ledwie  pozwoliło  mu  zarzucić  lewą  nogę  na  krawędź 

klifu.  Za sobą słyszał coraz wyraźniej  dyszenie  i  szczęk  metalu o skałę, gdy  jego  ludzie 

mozolnie wspinali się wyznaczoną przez niego trasą. 

Wspinaczka nie była łatwa, ale poczucie samobójczego ryzyka ustępowało w jego 

głowie pewności,  że  im wcześniej  zdoła dotrzeć na szczyt, tym  szybciej  skończy się  ich 

męka. 

Był już na górze i pomimo wyczerpania, nie bez przyjemności uświadamiał sobie, 

że  udało  mu  się  pokonać  tę  niebezpieczną  trasę.  Ale  wiedział  też,  że  nie  ma  zbyt  wiele 

czasu, aby gratulować sobie tego niewielkiego zwycięstwa. Przełknął ślinę, stanął na skraju 

klifu, a potem położył się na kępach krótkiej trawy. 

Powoli  i ostrożnie przyglądał  się otoczeniu  - spiczastym  sosnom, kołyszącym  się 

krzakom, obłemu kształtowi, który okazał  się  być sporym głazem.  W tym samym czasie 

coraz  więcej  strzelców  docierało  na  skraj  klifu,  i  dysząc  z  wysiłku,  układało  się  obok 

niego. 

Nagle jego serce mocno uderzyło i jakby zamarło. 

Prawie pięćdziesiąt metrów od nich, z kępy sosen wyłoniła się jakiś czarna postać. 

Poruszała  się  leniwie  i  powoli,  jak  znudzony  wojak,  który  pełni  służbę  wartowniczą  w 

środku nocy i tęskni za czymś do picia i wygodnym łóżkiem. Bez względu na to czy był to 

brytyjski żołnierz, czy też Grek łamiący godzinę policyjną - stanowił ogromne zagrożenie. 

Trzeba  było  go  zlikwidować.  Stürmer  szybko  poderwał  się  do  przodu,  starając  się  nie 

stracić postaci z pola widzenia. 

Podczołgał  się  bliżej.  Teraz  niewyraźna  sylwetka  przybrała  postać  brytyjskiego 

żołnierza.  Nie  mógł  się  pomylić,  gdyż  ten  miał  na  głowie  hełm  w  kształcie  miski  do 

budyniu,  na  ramieniu  karabin  lee-enfield  z  zamkiem  znacznie  różniącym  się  od 

niemieckiego  mauzera.  Brytyjczyk  poruszał  się  powoli,  jakieś  trzydzieści  metrów  od 

Stürmera.  Wystarczyło,  by  tylko  odwrócił  głowę  i  musiałby  zauważyć  skulone  sylwetki 

najeźdźców, przyczajonych na chłostanym wiatrem szczycie klifu. Stürmer musiał dopaść 

przeciwnika, nim ten podniesie alarm. 

background image

Pułkownik przeszedł trochę na prawo. Jego każdy ruch był płynny, kontrolowany i 

bezszelestny,  gdy  zbliżał  się  do  niczego  niespodziewającego  się  strażnika.  Rozpoznawał 

już powiewające na wietrze poły płaszcza żołnierza oraz maleńki plecak na jego plecach, 

przez który Brytyjczyk wyglądał jak garbus. 

Stürmer  czuł  jak  nerwy ściskają  mu żołądek. Pomimo chłodnego wiatru był zlany 

potem. Znał już te symptomy, pojawiały się zawsze, gdy musiał kogoś zabić. 

Ostatnie dziesięć metrów pokonał skokami, na nic nie zważając. Strażnik odwrócił 

się.  Latarka  oświetliła  jego  bladą,  młodzieńczą  twarz.  Jakie  myśli  musiały  przelatywać 

przez  jego  głowę,  gdy  został  zaskoczony  w  środku  nocy,  na  skraju  klifu,  widokiem 

niemieckiego żołnierza! Brytyjczyk otworzył usta, aby krzyknąć, ale Stürmer nie pozwolił 

mu  na  to.  Jedną  ręką  uderzył  w  latarkę,  która  upadła  na  ziemię.  Drugą  szarpnął  do  tyłu 

hełmem  Brytyjczyka.  Jak  błyskawica  Stürmer  znalazł  się  za  jego  plecami.  Pociągnął 

mocno za obręcz hełmu, aby pasek pod brodą wcisnął się pod jabłko Adama. Brytyjczyk 

nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. 

Niemiec  wcisnął  kolano  w  kręgosłup,  ciągnąc  jeszcze  mocniej  za  hełm 

przeciwnika. Chłopak charczał i kopał nogami w ziemię, walcząc rozpaczliwie o odrobinę 

powietrza. Powoli, niezwykle powoli, przynajmniej dla zlanego potem Stürmera, jego opór 

słabł, aż wreszcie ustał. Jednak pułkownik nie zwalniał uścisku, dopóki nie był pewny, że 

Anglik  już  nie  oddycha.  Wreszcie,  gdy  chłopak  bezwładnie  wisiał  w  jego  rękach,  puścił 

go,  a  zwiotczałe  ciało  osunęło  się  na  ziemię.  Pułkownik  stał  nad  nim  i  patrzył  na  swe 

drżące ręce. 

- Wszystko w porządku? - spytał Byk Jo, który zbliżył się bardzo cicho, jak na tak 

dużego  człowieka.  -  Panie  pułkowniku!  -  powiedział  ostro,  gdy  oficer  nadal  nie 

odpowiadał. 

Stürmer  oderwał  wzrok  od  swojej  ofiary,  próbując  przełamać  współczucie  dla 

skazanego na śmierć strażnika, pilnującego tego przeklętego skalistego brzegu. 

- Tak, tak, dziękuję, Jo. Wszystko w porządku. 

- Co mamy z nim zrobić? Mam na myśli, że jeśli jego rodacy znajdą jego ciało, to 

nas to zdradzi i... - Jo nie zdołał dokończyć zdania. 

-  Tak,  wiem  -  powiedział  Stürmer,  zbierając  razem  myśli.  -  Musimy  upozorować 

wypadek, gdyby jego kumple zaczęli go szukać. Ale jak? 

- Może klif? 

- Co masz na myśli, Meier? 

- No, w taką wietrzną noc, każdy może popełnić błąd i przejść poza krawędź skały. 

background image

- Jasne - przyznał ochoczo pułkownik. - Niech tak będzie. Chodź, Meier i podaj mi 

ręce. 

Dwaj  ludzie  pochylili  się  nad  zabitym  i  podnieśli  go.  Szybko  podeszli  do  skraju 

urwiska  -  chłopak  zdawał  się  nic  nie  ważyć  -  stanęli  na  chwilę,  potem  machnęli  jego 

ciałem, które poleciało w dół klifu. Przez sekundę śledzili jego lot. Potem młody żołnierz 

zniknął  w  ciemności.  Stürmer  odwrócił  głowę  pod  wiatr  i  wsłuchiwał  się  we  wszelkie 

nadlatujące  dźwięki.  Wydało  mu  się,  że  usłyszał  głuche  stuknięcie  ciała  chłopaka  o 

nadbrzeżne głazy. 

- Zbierajcie się do wymarszu - rozkazał. - Szybki krok, już ruszamy. Nie ma czasu 

do stracenia. 

Strzelcy  alpejscy  nie  potrzebowali  poganiania.  Znali  zagrożenie;  zaraz  mogą 

pojawić się inne patrole brytyjskie, może być zupełnie inaczej niż twierdził oficer wywiadu 

na  Rodos.  Szybkim  truchtem  ruszyli  w  głąb  wyspy,  z  tyłu  pozostali  tylko  major  Greul  i 

porucznik  Sepplmayr.  Nagle  młody  oficer  potknął  się  i  zaklął  głośno,  w ostatniej  chwili 

łapiąc równowagę. 

- Ciszej, Sepplmayr! - syknął Greul. - Czy chcesz obudzić całą armię brytyjską! 

- Przepraszam, wpadłem na coś. 

- Daj spokój, jesteś zwykłym niezdarą, poruczniku. 

-  Tak  jest,  panie  majorze  -  odpowiedział  porucznik,  czując  się  nieszczęśliwie  i 

pobiegł za majorem. 

W  kępie  mokrej  trawy  została  latarka,  która  wypadła  z  ręki  martwego  już 

Brytyjczyka. 

background image

Rozdział 4 

Dorniery  Do-217  K3  wyrównały  lot  ponad  zatoką  Gurna,  a  potem  lekko  złamały 

szyk, aby łatwiej przeprowadzić atak. 

- Znowu są uzbrojeni w te cholerne szybujące bomby! - krzyknął pułkownik Tilney 

dowódca umocnionego rejonu na górze Meraviglia. 

Musiał  krzyczeć  naprawdę  głośno,  aby  przebić  się  przez  huk  wystrzałów 

automatycznych armatek należących do lekkiej 3. baterii przeciwlotniczej. 

-  Tak  widać  je  wyraźnie  pod  ich  skrzydłami  -  zgodził  się  pułkownik  French, 

dowódca batalionu Royal Irish Fusiliers i opuścił lornetkę na wysokość piersi. - Wydaje mi 

się  pułkowniku,  że  rozsądne  będzie,  jeśli  zabierzemy  nasze  wiekowe  głowy  z  tego 

niebezpiecznego terenu. 

- Zgoda - powiedział Tilney, gdy czołowy samolot w szyku zdawał się zawisnąć w 

powietrzu. 

Chwilę potem spod skrzydła  jednego z samolotów oderwała się  szybująca  bomba 

typu Henschel z toną ładunków wybuchowych i poleciała w kierunku pozycji brytyjskich. 

Dwaj oficerowie tupiąc  butami  po kamiennych schodach, zbiegali pospiesznie do 

betonowego  bunkra,  gdy  śmiercionośny  pocisk  szybował  ku  wyspie  w  groźnej  ciszy. 

Chwilę później rozległ się przenikający aż do kości huk potężnej eksplozji. 

Tilney,  opalony  na  brązowo  artylerzysta,  opadł  na  drewniane  krzesło  i  wskazał 

oficerowi piechoty, aby zrobił to samo. 

- Kropelkę whisky? - spytał przekrzykując szczekanie przeciwlotniczych boforsów. 

-  Whisky!  Ty  tu  masz  dobrze  Tilney!  My  tam  na  dole  mamy  w  kasynie  jedynie 

ouzo! 

-  Ranga  daje  przywileje  -  powiedział  zadowolony  z  sobie  Tilney,  nalewając  do 

kubków cenny trunek. Jeden z nich podał rozmówcy. - Zdrowie! 

Uniósł wyszczerbiony, emaliowany kubek do ust. 

- Zdrowie! 

Jakąś  milę  dalej  kolejna  szybująca  bomba  uderzyła  w  wyspę.  Siła  eksplozji 

wstrząsnęła schronem, ale nikt z obecnych zdawał się nie zwracać na to uwagi. Nabrali w 

tej materii sporo doświadczenia po miesiącach pobytu na bez przerwy nękanej nalotami  i 

background image

pozornie odciętej od świata Malcie. 

- Teraz - powiedział Tilney, gdy dorniery po wykonaniu misji bojowej, przeszły do 

ostrzeliwania wyspy, nim ponownie sformują szyk, aby powrócić na Rodos. Wszędzie na 

ufortyfikowanym wzgórzu odezwały się karabiny maszynowe BREN i działka Lewisa. 

- Co o tym sądzisz, French? Wydaje się jasne, że tam na zewnątrz Szkopy próbują 

nas zmiękczyć, nim rozpoczną atak. 

-  Szczerze?  Nie  podoba  mi  się  to.  Mam  na  myśli  twój  plan  obrony.  Jesteś 

artylerzystą - i wybacz mi śmiałość - masz mentalność kanoniera. 

- To znaczy? - spytał zdziwiony Tilney. 

-  To  znaczy,  okopać  się  i  siedzieć  w  obronie.  Typ  broni,  jakim  się  posługujesz, 

dyktuje ci postawę w czasie bitwy. My w piechocie mamy inne koncepcje. 

- No, dalej, French - burknął Tilney. - Co mi próbujesz powiedzieć? 

-  Tylko to. Twoi zwierzchnicy opracowali dla  nas statyczny plan obrony, którego 

nie da się zrealizować. Nie  mamy wystarczającej  liczby  ludzi, a  linia  brzegowa  jest zbyt 

długa  i  skomplikowana,  by  bronić  jej  w  całości  -  spojrzał  wyzywająco  na  pułkownika 

artylerii,  ale  nic  nie  mógł  wyczytać  z  wyrazu  jego  twarzy.  -  Co  się  stanie,  jeśli  Szkopy 

przeprowadzą atak spadochronowy w środku wyspy? 

-  To  niemożliwe  -  parsknął  Tilney.  -  W  sztabie  stwierdzili,  że  tak  górzysty  i 

zalesiony teren nie nadaje się do przeprowadzenia zrzutów spadochronowych. Sami byśmy 

to wcześniej zrobili, gdyby to było możliwe. Powinniśmy spodziewać się desantu od strony 

morza.  Gdy  uznają,  że  już  nas  zmiękczyli,  wtedy  wylądują  na  brzegu.  Tylko  desant 

morski... 

- Ty... 

Słowa  pułkownika  utonęły  w  trzasku  wybuchu  bomby  szybującej,  która  uderzyła 

gdzieś  na wyspie. French szybko chwycił za kubek z cennym trunkiem  i przytulił go  do 

siebie,  nim  podziemna  sala  zatrzęsie  się  po  detonacji,  a  z  jej  sufitu  posypie  się  pył 

cementowy  i  kamienie.  Przez  schron  przeszła  chwilę  później  fala  smrodu  spalonego 

kordytu, powodując kaszel u oficerów. 

-  Cholerne  Szwaby  -  mruknął  Tilney  -  nawet  nie  pozwolą  facetowi  wypić  jego 

obiadowego drinka w spokoju. 

-  No,  właśnie  -  zgodził  się  French,  wlewając  w  siebie  złocisty  płyn  jednym 

haustem, jakby nie chciał dawać losowi drugiej szansy na odebranie mu tej przyjemności. - 

Ale nadal nie zgadzam się z tobą w sprawie desantu morskiego. 

- Co masz na myśli? 

background image

Pułkownik  French  sięgnął  do  raportówki,  którą  miał  przytroczoną  do  paska  i 

wyciągnął z niej latarkę, i położył ją ostrożnie na chwiejącym się stole, tak aby dowódca 

przyjrzał się jej uważnie i jakby miała ona specjalne znaczenie. 

Tilney spojrzał na razie na przedmiot bez specjalnego zainteresowania. 

- Co ma to znaczyć, French? 

-  Jeden  z  moich  patroli  znalazł  ją  dzisiaj  rano.  Tyle  tylko  zostało  z  fizyliera 

Kerrigana  z  mojej  kompanii  B,  który  łaził  na  patrolu  ostatniej  nocy  wzdłuż  urwiska  nad 

zatoką Alinda. Jego ciała jeszcze nie znaleźliśmy. 

- Tak? A co się stało? 

- Pewnie biedny chłopak podszedł zbyt blisko krawędzi klifu i zsunął się do morza. 

- To dlaczego martwisz mnie stratą jednego z twoich chłopaków i co do diabła ma 

to wspólnego z ogólną obroną Leros? 

French pochylił się do przodu z błyskiem w oku. 

-  Tam,  gdzie  znaleźliśmy  latarkę  było  wiele  śladów  butów  -  podeszw  bym 

powiedział. 

- Co? 

- Tak, i powiem ci coś jeszcze, Tilney. Jeden z moich oficerów - chłopak przysłany 

został  do  nas  z  Armii  Indyjskiej  na  początku  wojny  i  który  już  od  dłuższego  czasu  ma 

trochę pojęcia o wspinaczce himalajskiej  - twierdzi, że te ślady pochodzą od specjalnego 

rodzaju  butów  -  paidarów.  To  taki  prosty  but  do  wspinaczki,  zrobiony  ze  skóry,  ale  z 

podeszwą  produkowaną  przez  szwajcarską  firmę  Luklein.  Ludzie,  którzy  używają  tego 

rodzaju butów są zawodowymi alpinistami, to Korpus Alpejski. 

- Niemcy. 

-  Tu  masz  rację  -  powiedział  przygnębiony  French.  Tilney  spojrzał  na  niego  z 

wyrazem  rozpaczy  na  twarzy,  gdyż  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  Niemcy  już  byli 

prawdopodobnie  na  wyspie,  jak  i  ze  wszystkich  słabości  jego  planu  obrony  całego 

wybrzeża. 

- Ale co to oznacza, Murice? 

- Oznacza to pułkowniku, że te oddziały górskie są już tutaj i przygotowują coś w 

rodzaju lądowiska dla spadochroniarzy. A dalej to oznacza, że musimy znaleźć tych drani, 

nim będzie do cholery za późno... 

background image

Rozdział 5 

-  Anglicy,  panie  pułkowniku  -  jakiś  podekscytowany  głos  szeptał  do  ucha 

Stürmera. 

Obudził  się  od  razu.  Czuł  się  fatalnie,  ociężały,  cały  oblepiony  potem  w  gorące 

popołudnie,  a  w  nosie  kręcił  odurzający  zapach  olejków  eterycznych  z  sosen,  wśród 

których się kryli. 

- Idą w górę doliny - powiedział miękko i cicho jeden z młodych strzelców, jakby 

Anglicy mogli go usłyszeć. 

Stürmer  przetarł  zaspane  i  zaczerwienione  ze  zmęczenia  oczy,  odchylił  siatkę 

maskującą i ostrożnie spojrzał w dół doliny. 

Rozciągała  się  przed  nim  doskonałym  łukiem,  zamknięta  porośniętymi  sosnami 

stokami, na których kryli się ludzie z oddziału Edelweiss, co czyniło ich kryjówkę z pozoru 

niedostępną.  Ale  w  tej  kwestii  zarówno  on  jak  i  wywiad  niemiecki  byli  w  błędzie.  Gdy 

zmrużył oczy, aby je ochronić przed blaskiem słońca, mógł dostrzec czarne figurki, które z 

determinacją, mozolnie poruszały się na całej długości doliny. 

Było  tam  trzydziestu,  czy  czterdziestu  żołnierzy  -  może  pluton  -  okrążali  zbocze 

góry Clidi. Sprawdzając każdy ślad, z bagnetami sterczącymi z luf karabinów. Anglicy ich 

szukali! 

-  Co  teraz,  pułkowniku?  -  to  był  Greul,  którego  wyzywającej  twarzy  zniknęły 

oznaki zaspania i pojawiła się pewność siebie. - Walczymy? Jest ich tylko garstka. Łatwy 

łup! 

-  Całkowicie  poza  dyskusją,  majorze.  Misja  ma  pierwszeństwo  -  powiedział 

pułkownik,  patrząc  na  słońce.  Dawno  już  było  w  zenicie,  ale  trzeba  było  jeszcze  trzech 

albo  czterech  godzin,  nim  schowa  się  za  górami  i  zapadnie  ciemność.  Przygryzł  usta  i 

popatrzył gorzko na nadchodzących Brytyjczyków. 

Nagle ich nieuniknione nadejście zbudziło w nim najgorsze obawy. 

- No, dobrze. Jeśli nie staniemy do walki, to co mamy robić? - domagał się decyzji 

Greul. 

Nim  Stürmer  zdołał  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  na  które  nie  znajdował 

odpowiedzi, odezwał się ktoś inny. 

background image

Stürmer odwrócił się. Był to młody porucznik Sepplmayr. 

- O co chodzi, poruczniku? - zapytał niecierpliwie. 

Sepplmayr był ostatnią osobą, z którą chciał w tym momencie rozmawiać. 

- Panie pułkowniku, mam pomysł. 

- Oszczędź sobie - zarechotał Greul. - Skarby dam, za to, co to jest  - nie masz ich 

chyba zbyt dużo? 

Stürmer patrzył gniewnie, jak młody oficer się czerwienił. 

- Co to za pomysł, poruczniku? - spytał niespodziewanie łagodnie pułkownik. 

- Dobrze. Wygląda na to, że nas szukają. Po co czekać na nieuniknione? 

- Co masz na myśli? 

- Niech się dowiedzą, że tu jesteśmy. 

- Zwariowałeś! - Greul od razu skoczył na niego. 

-  Wiesz  przecież,  że  naszym  zadaniem  jest  nie  dać  się  odkryć  aż  do  chwili 

rozpoczęcia ataku! 

-  Wiem  o  tym,  panie  majorze.  Ale  pozwólmy  im  zobaczyć  jednego  człowieka  i 

niech go ścigają. Będą usatysfakcjonowani. Może go wezmą za jakiegoś dywersanta, który 

dostał się na wyspę ze specjalnym zadaniem. Ale tego się nie dowiedzą, gdyż go nigdy nie 

złapią. W każdym razie, ten jeden człowiek odwróci ich uwagę od reszty oddziału. 

- A kto ma być tym szczególnym bohaterem? - spytał Greul. - Pewnie ty? 

- Tak jest, panie majorze - widać było, że Sepplmayr był zdeterminowany. 

-  A  co  konkretnie  chciałbyś  zrobić?  -  spytał  Stürmer,  którego  umysł  już 

rozpatrywał nowy plan i nowe możliwości. 

- No, cóż. A co zrobiłby sabotażysta, gdyby zorientował się, że został zauważony? 

Będzie starał  się dotrzeć do miejsca, gdzie ukrył  swoją  łódź, którą przypłynął  na wyspę. 

Tak więc odciągnę ich w stronę morza, a potem skieruję się ponownie w kierunku wzgórz. 

Wiem, że  nie  jestem tutaj  najlepszym wspinaczem ale  myślę, że  będę w  stanie  łatwo im 

zniknąć  wśród  tych  szczytów  -  wskazał  na  poszarpane  krawędzie  gór,  które  zrobiły  się 

teraz błękitnawe w gorącej mgiełce popołudnia - a potem powrócę do was. 

Przerwał nagle, patrząc wyczekująco na dowódcę. 

Stürmer nie od razu odpowiedział. 

Porucznik nie był ani wybitnym alpinistą, ani specjalnie zdolnym żołnierzem. Kilka 

razy  dostrzegł,  że  chłopak  obawiał  się  szczególnie  niebezpiecznych  odcinków  przy 

szkoleniu  wspinaczkowym,  wiedział  również,  że  teraz  porucznik  też  się  boi.  Ale  młody 

oficer chciał się wyróżnić, chociaż łatwo wpadał w tarapaty i starał się pokazać, że posiada 

background image

charakter swoich przodków pochodzących z gór. 

-  W  porządku,  Sepplmayr.  Możesz  iść.  Ale  chcę,  abyś  zabrał  ze  sobą  Meiera  i 

kaprala Madada. Obaj są bardzo doświadczeni. 

- Tak jest, panie pułkowniku - na jego twarzy było widać wyraźną ulgę; nie musiał 

być sam w tej trudnej misji. 

-  Ale  pamiętaj,  Sepplmayr.  Mogą  podejrzewać,  że  jesteście  Niemcami,  ale  nie 

muszą tego wiedzieć z pewnością i nigdy nie mogą się tego dowiedzieć!  - przez moment 

wahał się. 

- Jeśli nie będzie innej drogi ucieczki i pomyślisz, że mogą was złapać i zmusić do 

mówienia, ty... - przerwał znacząco. 

-  Rozumiem,  panie  pułkowniku  -  porucznik  dotknął  kabury  pistoletu  -  oficerskie 

rozwiązanie. 

-  W  porządku,  Sepplmayr,  niech  tak  będzie.  Zostaw  cały  ekwipunek  z  wyjątkiem 

broni osobistej - głos Stürmera złagodniał, gdy kładł dłonie na ramionach młodego oficera. 

- Niech cię nogi lekko niosą, złam kark, chłopcze! 

- Dziękuję, panie pułkowniku. 

Pięć  minut  później  młody  porucznik  i  dwóch  podoficerów  wyszło  z  ukrycia  i 

puściło się biegiem po nierównym terenie w kierunku brzegu morza. 

Wydawało się, że Anglikom wieki zajmie dostrzeżenie trzech uciekinierów. Jednak 

w końcu długa linia piechurów brytyjskich zatrzymała się. Niemcy mogli usłyszeć strzępy 

wydawanych rozkazów i poleceń. Szczęknęły karabiny i rozległ się huk wystrzałów. Ale 

pociski  przeleciały  daleko  od  trójki  strzelców  alpejskich.  Usłyszeli  przeciągły  dźwięk 

gwizdka.  Linia  piechurów  szybko  się  skurczyła.  Nagle  obładowani  plecakami  i  hełmami 

piechurzy,  ruszyli  szybko  przez  sosnowy  las,  na  lewo  od  ukrywających  się  Niemców. 

Potem zaczęli biec. 

Otwarty, pozorowany manewr Sepplmayra opłacił się. 

background image

Rozdział 6 

Brytyjscy  piechurzy,  teraz  w  zbitej  gromadzie  z  trudem  wspinali  się  po  stromym 

zboczu  w  kierunku  morza.  Sepplmayr,  skulony  za  kępą  kolcolistu,  obok  dwóch 

podoficerów,  widział  jak  ludzie  z  pościgu  szybko  się  męczą.  Brytyjski  oficer  musiał  co 

chwilę używać gwizdka i stale dolatywały do nich gniewne okrzyki, niesione podmuchami 

wiatru. 

- Wygląda na to, panie poruczniku, że bardziej nadają się do ganiania za babami niż 

do walki - skomentował to, co widział Jap. - Zaplączą im się tam nogi. 

-  Ano,  ano  -  burknął  Jo.  -  Podziękuj  raczej  za  to  swoim  pogańskim  bogom,  ty 

skośnooki, małpi balasku. Inaczej Angole mieliby cię jeszcze przed ich herbatką o godzinie 

piątej. 

- Oj, zamknijcie się - przerwał im porucznik bez cienia gniewu w głosie. 

Zaczynał mu się podobać ten cały pościg; strach gdzieś się ulotnił. 

- W porządku - powiedział w końcu - jeszcze parę godzin do zmierzchu. Urządzimy 

im małą potańcówkę nad brzegiem  morza i za pół godziny znikniemy na wzgórzach. Do 

tego czasu zapadnie zmierzch i może pomyślą, że odpłynęliśmy. 

- W porządku, panie poruczniku - zgodził się Byk Jo. 

- A co potem? 

- Pokażemy się im i zaczniemy zabawę od nowa. 

Gdy ponownie wyszli  z kryjówki, rozległy się okrzyki wściekłości. Oficer znowu 

dmuchnął  w  gwizdek  i  rozległ  się  ponaglający  jego  ludzi,  kategoryczny  świst.  Odbił  się 

echem  z  władczym  ponagleniem  i  zamarł,  nim  brytyjska  piechota  ponownie  puściła  się 

biegiem po nierównym terenie. 

Teraz  trzej  uciekinierzy  szybko  przemykali  skrajem  klifu,  a  gwałtowny  wiatr  od 

morza, szarpał ich ubraniami, mocno utrudniając ruchy. Anglicy zdawali się ich doganiać, 

ale nadal dzielił ich bezpieczny dystans. Za plecami Niemców rozległ się terkot karabinu 

maszynowego. Kilka kul uderzyło w głazy po ich prawej stronie, groźnie rykoszetując w 

różnych kierunkach. Sepplmayr skulił się instynktownie, czując jak strach ponownie skręca 

mu  wnętrzności.  Ale  zmusił  się  do  uśmiechu  i  powiedział  sobie,  że  jest  w towarzystwie 

dwóch wojennych wyjadaczy. Odwaga od razu powróciła i dalej ruszył ostrożnie skrajem 

background image

klifu. Obecnie znajdowali się ledwie kilka metrów od pierwszego, porośniętego krzakami 

wzgórza, już chowającego się powoli w purpurowej zasłonie zapadającego zmroku. 

- Tam - wysapał zdyszany - myślę, że tam ich możemy próbować zgubić. 

Dwaj jego towarzysze pokiwali głowami ze zrozumieniem. 

-  Niech  pan  jednak  uważa,  panie  poruczniku  -  powiedział  Jap.  -  Gdy  zaczniemy 

wdrapywać się na ten stok, znacznie spadnie nasze tempo, a wtedy oni zbliżą się do nas na 

odległość strzału. 

- Jasne, kapralu - odpowiedział Sepplmayr. 

Zrozumiał  od  razu,  o  co  chodziło  podoficerowi.  Nim  pokonają 

dwudziestokilkumetrową  stromiznę,  pościg  znajdzie  się  tuż  za  ich  plecami.  Spojrzał  na 

ścianę skalną, aby opracować dalszą trasę ucieczki. 

- Na lewo, do tej zwichrowanej, uschniętej sosny  - wydusił z siebie. - Osłoni nam 

plecy, przynajmniej przez jedną czy dwie minuty. 

Jak tylko podjęli wspinaczkę, seria pocisków z pistoletu maszynowego odznaczyła 

się na skałach gromadą niebieskich rozbłysków. Coraz wyraźniej słychać było zbliżających 

się Brytyjczyków. Kula karabinowa uderzyła w głaz ponad głową Sepplmayra. Porucznik 

skulił  się  odruchowo.  Złamana  przez  pocisk  gałąź  drzewa  minęła  go  dosłownie  o 

centymetry. Łapiąc gorączkowo oddech, spojrzał w dół przez ramię. Teraz wrogowie byli 

jakieś  dwieście  metrów  za  ich  plecami.  Tu  i  tam  żołnierze  przystawali,  zdejmowali 

karabiny z pleców i staranniej niż poprzednio celowali. Uciekający musieli się spieszyć. 

Sepplmayr przyspieszył tempo. Obok niego wspinał  się Jo, z zadziwiającą  jak  na 

tak wielkiego faceta sprawnością. Jap był równie szybki i mieli już przewagę nad swoim 

dowódcą.  Porucznik  zdał  sobie  sprawę,  jak  wiele  musi  się  jeszcze  nauczyć  w  kwestii 

wspinaczki. 

W  tej  chwili  pierwsi  Brytyjczycy  dotarli  do  podstawy  wzniesienia  i  zaczęli  się 

wspinać. Aby ich nie ostrzeliwać, ich rodacy przerwali ogień. 

Powoli,  ale  zauważalnie  trzej  strzelcy  alpejscy  zaczęli  zdobywać  przewagę  nad 

niewprawnymi we wspinaczce brytyjskimi piechurami. Wspinali się wyżej i wyżej, ścigani 

jedynie pojedynczymi strzałami ludzi stojących u podstawy wzniesienia. Po lewej stronie, 

daleko  poniżej,  rozciągał  się  doskonale  ciemny  błękit  powierzchni  morza,  nieskażonej 

nawet  jednym  żaglem.  Widok  był  piękny,  ale  młody  porucznik  nie  miał  czasu  na 

zachwyty. Był całkowicie skoncentrowany na swoim zadaniu; przekonać Brytyjczyków, że 

uciekają w stronę morza. 

- Ruszamy na lewo - zawołał do dwóch podoficerów, którzy go trochę wyprzedzali. 

background image

- Jeszcze jakieś dziesięć minut i zapadnie zmierzch. 

- Tak jest, panie poruczniku - potwierdzili zgodnie półgłosem i zaczęli trawersować 

stok we wskazanym kierunku. 

Sepplmayr  ruszył  za  nimi  bez  specjalnych  trudności.  Odgłosy  pogoni  stawały  się 

coraz cichsze. Oficer spojrzał na pogrążony w mroku szczyt. W tej chwili było stosunkowo 

łatwo z powrotem przekraść się do oddziału. Możliwe, że za to czekał już na niego medal. 

Pewnie  nie  tak  cenny,  jak  należący  do  jego  ojca  Pour  le  Merite,  ale  to  byłoby  coś,  co 

przekonałoby staruszka, że najmłodsza latorośl w rodzinie nie jest wcale taka zła. 

Sięgnął do kolejnego punktu oparcia  - kawałka skały, wyglądającego  jak  łupek. I 

wtedy  nastąpiła katastrofa. Skała rozpadała  mu się w dłoni. Instynktownie zacisnął palce 

na drugim chwycie,  na wysokości pasa. Nic to nie dało. Palce  ześlizgiwały  się. Zacisnął 

mocno  zęby,  żeby  nie  krzyczeć  ze  strachu.  Ręka  już  niczego  nie  mogła  się  chwycić. 

Ześlizgiwał  się  w  lawinie  kamieni  i  piasku,  a  szorstka  powierzchnia  stoku  rozrywała 

mundur  i  kaleczyła  ciało.  Huk  spadających  kamieni  zagłuszał  okrzyki  trwogi  młodego 

porucznika,  które  wydobywały  się  z  jego  wykrzywionych  ust.  Ale  jego  przeciągłego 

wycia, gdy spadł na skalną półkę i prawa noga złamała się w stawie skokowym z trzaskiem 

suchej gałęzi zdeptanej butem w gorące lato - nie zagłuszyło już nic! 

-  Jezu  Chryste!  -  nie  mógł  powstrzymać  się  Byk  Jo,  gdy  patrzyli  w  dół  na 

Sepplmayra,  przytulonego  do  ściany  skalnego  występu,  który  rzęził  przez  otwarte  usta. 

Jego noga wykrzywiona była pod nienaturalnym katem. 

-  Niech  to  diabli!  -  wyszeptał  szybko  Jap,  patrząc  na  bladą  jak  popiół  twarz 

niemieckiego  oficera  i  Brytyjczyków  zbliżających  się  ścianą  skalną.  Dokonał  szybkich 

obliczeń.  Może zabrać  im dziesięć  minut, nim  dotrą do porucznika. Do tego czasu, przy 

odrobinie szczęścia, zdołają go zabrać gdzieś poza krawędź szczytu i ukryją w cieniu skał. 

- Jo, osłaniaj mnie w razie czego ogniem. Schodzę. 

-  Dobrze  -  powiedział  Meier,  a  jego  szeroka  twarz  była  wyjątkowo  ponura,  gdy 

patrzył na wykrzywioną bólem postać młodego oficera i nienaturalnie wykręconą nogę. Po 

chwili odbezpieczył pistolet maszynowy, wycelował go i nacisnął spust. 

Jeden  z  Brytyjczyków  wyrzucił  gwałtownie  ręce  do  góry  i  zaczął  staczać  się  po 

zboczu góry. 

Jap  wykorzystał  ten  moment.  Wyprostował  się  i  skoczył  czysto  na  półkę  skalną, 

gdzie spadł porucznik. Sepplmayr leżał poskręcany, jego twarz i ręce obficie krwawiły, ale 

był nadal przytomny. 

- Zostawcie mnie - wyszeptał przez zaciśnięte zęby. 

background image

Jap nic  nie mówił. Zamiast tego wyciągnął zakrzywiony nóż Gurków. Wolną ręką 

chwycił  za  nogę  chłopaka.  Ten  jęknął  tylko  z  bólu.  Jap  mruknął  jakieś  przeprosiny  i 

szarpnął ręką, aby rozedrzeć nogawkę szarych spodni, naciętą już nożem. 

-  A  niech  to  piorun  popieści!  -  zawołał,  gdy  zobaczył  białą  kość  sterczącą  nad 

strupem  krzepnącej  krwi  i  miazgą  spuchniętych  mięśni.  Bez  wątpienia  było  to  złamanie 

wieloodłamowe. Z nogą w tym stanie Sepplmayr mógł tylko ledwie się czołgać. 

- Czy... jest bardzo źle? - spytał porucznik, czując jak szczękają mu zęby. 

Jap nie odpowiedział. Zamiast tego sam zadał pytanie. 

- Spróbujemy dostać się na szczyt, poruczniku? 

- Zadałem ci pytanie, kapralu! 

-  Tak  jest,  panie  poruczniku.  Wygląda  mi  to  na  otwarte  złamanie  z 

przemieszczeniem. Ale mimo tego... 

- Zostaw mnie! - w głosie Sepplmayra dominowała stanowczość. 

- Ale, panie poruczniku... 

- Nie ma żadnych ale. Znasz przecież rozkazy pułkownika. 

- Ale nie mogę pana zostawić w takim stanie - protestował z uporem Jap. 

Sepplmayr  uniósł  z  trudem  głowę  i  przerażonym  wzrokiem  spojrzał  na  swoją 

zmasakrowaną nogę. 

- Przy dużej dozie szczęścia byłbym w stanie przeczołgać się dwadzieścia metrów - 

powiedział niemal spokojnie. - Możesz powiedzieć dowódcy, że kazałem ci mnie zostawić, 

rozumiesz, kapralu? 

- Ale co pan tu może sam zrobić? 

- No cóż, powiedz pułkownikowi, że nie poddam się Angolom, jeśli ci o to chodzi, 

kapralu. Nadal mam pistolet. Teraz - przełknął głośno ślinę - musisz już iść. Tłumiąc płacz 

błagał Japa, aby go zostawił i pozwolił umrzeć w samotności. 

-  Ale,  panie  poruczniku!  -  wołał  z  rozpaczą  podoficer,  kuląc  się,  gdy  pierwszy 

pocisk uderzył w skałę ponad jego wykrzywioną twarzą. 

Sepplmayr posłał w jego stronę jakieś gęste przekleństwo z bawarskim akcentem. 

- Pójdziesz już stąd, czy mam posłać za tobą kulę za niesubordynację, kapralu? 

-  W porządku, panie poruczniku  - Jap spojrzał zdesperowany raz  jeszcze  na  bladą 

jak popiół, ale zdeterminowaną twarz porucznika. 

Potem  ruszył  w  górę  błyszczącego  od  promieni  słonecznych  stoku,  ściągając  na 

siebie ostrzał wroga. 

background image

Odeszli,  znikając  w  ogarniającej  wszystko  ciemności  i  kładących  się  cieniach. 

Brytyjczycy,  którzy  znajdowali  się  pod  nimi,  nie  podjęli  dalszej  wspinaczki.  Ewidentnie 

obawiali się zasadzki. Może spodziewali się, że Niemcy otworzą do nich ogień,  gdy będą 

wchodzić na szczyt. 

Sepplmayr spojrzał na wielki pistolet, który zdawał się tak ogromny w jego chudej 

dłoni.  Odbezpieczył  zamek,  otworzył  usta  i  wsadził  lufę  między  wargi.  Poczuł  chłód 

metalu i smak oleju. Przełknął ślinę - tak z powodu mdłości jak i strachu. 

Hans Sepplmayr zawsze się czegoś obawiał: bał się swego ojca; prostych wiejskich 

chłopaków,  z  którymi  bawił  się  w  czasie  wakacji  w  górach;  przywódców  Hitlerjugend, 

kiedy  jego  ojciec  został  zmuszony  do  przystąpienia  do  Ruchu  Na  Rzecz  Odnowy 

Narodowej;  wszystkowiedzących  profesorów  na  uniwersytecie;  gór  i  przełożonych  w 

oddziale szturmowym Edelweiss. Strach był jego stałym kompanem, od chwili gdy tylko 

pamiętał. Ale teraz, pierwszy raz w jego młodym życiu, przestał się bać  - taki samotny  i 

smutny,  że  wszystko  zmierza  już  do  końca,  nim  tak  naprawdę  jego  życie  się  zaczęło. 

Przecież jeszcze nie „miał” kobiety! 

Zebrał się w sobie. Nawet jeśli zastrzeli się, to Anglicy znajdą jego ciało i zdołają 

zidentyfikować go po charakterystycznym mundurze strzelców alpejskich. Nie może tutaj 

umrzeć! 

Najwyższym wysiłkiem woli sięgnął przed siebie i uchwycił najbliższego występu 

skalnego.  Ból  w  pokiereszowanej  nodze  był  nie  do  zniesienia.  Zagryzł  usta  do  krwi  i 

podniósł  się.  Próbując  nie  alarmować  Brytyjczyków,  którzy  znajdowali  się  poniżej, 

centymetr  po  centymetrze  pokonywał  drogę,  która  dzieliła  go  od  szczytu  wzniesienia 

górującego nad brzegiem morskim. 

Otumaniony bólem, który powodował drgawki i krótkie przebłyski świadomości, a 

chwilę  potem  groził  całkowitym  bezwładem,  zdołał  dotrzeć  do  skaju  skały,  za  którym 

rozciągały się już tylko posępne wody Morza Egejskiego. Był już prawie tam, gdzie chciał 

dotrzeć. 

- Stój, albo strzelam! - rozległ się czyjś głos. 

Ledwo  przypominając  sobie  szkolną  angielszczyznę,  zrozumiał,  że  te  słowa 

oznaczają zagrożenie. Ale już się o to nie troszczył. Zbyt daleko zaszedł, aby zwracać na to 

uwagę. Czołgał się, ciągnąc za sobą zmasakrowana nogę. 

- Halt! - tym razem rozkaz padł po niemiecku. 

Szum  morza  już  zdawał  się  nad  nim  dominować.  Nawet  na  tej  wysokości  czuł 

słonawy, cierpki zapach, który atakował jego nozdrza. 

background image

Podciągnął  się, aby  stanąć w wyprostowanej pozycji,  już  nie  czuł  bólu, gdy ostre 

krawędzie  skały  cięły  mu  skórę  na  pokrwawionych  dłoniach.  Pociski  z  brytyjskich 

karabinów  przelatywały  z  jękiem,  litościwie  mijając  jego  ciało.  Po  nim,  daleko  pod  nim, 

falowało morze, wywołując hipnotyczną fascynację. 

Porucznik rezerwy Heinz Sepplmayr wziął ostatni wdech. 

- Idę! - krzyknął energicznie i rzucił się w przepaść pod nim. 

W  tym  samym  momencie  pocisk  wystrzelony  z  broni  oficera  irlandzkich 

fizylierów,  trafił  go  w  głowę  i  strącił  z  niej  czapkę.  Chwilę  później  chłopak  zniknął  w 

otchłani fal, która rozciągała się sto metrów poniżej. 

Jego szpiczasta czapka z metalową szarotką pozostała na skalistym gruncie szczytu 

góry. Sepplmayr miał pecha do końca swego życia! 

background image

Rozdział 7 

-  Mój  Boże,  Charley  -  pułkownik  French  powiedział  do  brudnego  jak  nieboskie 

stworzenie  kapitana.  -  Wyglądasz,  jakbyś  przedzierał  się  tyłem  przez  zasieki!  Co,  na 

miłość boską, stało się z tobą i twoim patrolem. 

Kapitan  O’Kane  z  kompanii  B  Irlandzkich  Fizylierów,  skulił  się  odruchowo,  gdy 

kolejna  niemiecka  bomba  eksplodowała  kilkaset  metrów  od  stanowiska  dowodzenia 

batalionu i czekał aż przeminie huk wybuchu, nim dał odpowiedź. 

-  Wpadliśmy  na  kogoś,  na  coś.  Nie  wiem  dokładnie  na  co,  ale  prowadzili  z  nami 

diabelski taniec. 

Szybko wyjaśnił  jak patrol  natknął się  na trzech  ludzi, którzy poprowadzili go na 

wzgórza w pobliżu brzegu morskiego, gdzie potem zniknęli w ciemności, ale jeden z nich, 

widocznie poważnie ranny, popełnił samobójstwo, rzucając się z wysokiego klifu w morze. 

French wyciągnął fajkę z ust opanowanym ruchem ręki. 

-  Mój  Boże  -  stwierdził  -  toż to  normalny  fanatyzm.  Ale  kim  oni  byli,  miejscowi 

czy Niemcy? 

- Tego z pewnością nie wiemy. W tamtym świetle i z takiego dystansu nie byliśmy 

w  stanie  stwierdzić,  czy  nosili  mundury,  czy  to  byli  cywile,  panie  pułkowniku.  Ale 

znaleźliśmy to. Dla mnie wygląda na szwabską. 

Wyciągnął  z  kieszeni  czapkę  Sepplmayra  i  rzucił  na  stół  zrobiony  z  podróżnego 

kufra. 

Pułkownik podniósł ją zaciekawiony. 

-  Oczywiście,  że  niemiecka  -  powiedział,  obracając  szarą,  szpiczastą  czapkę  w 

dłoni. - Ale co to jest? 

- To jakaś odznaka, panie pułkowniku, wygląda jak kwiatek. 

French ujął w palce metalowy znaczek i zbliżył do migotliwego płomienia świecy. 

- Czy wiesz, co to za kwiatek, Charley? - spytał po chwili. 

- Nie, panie pułkowniku. 

- Jeśli się nie mylę, to szarotka. 

- Ale co to oznacza, sir? 

- To jest odznaka niemieckich oddziałów górskich. Ci, których ścigali twoi  ludzie 

background image

byli niemieckimi alpinistami. 

- Ale co oni robią na Leros? 

Przy  okazji  odpowiedzi,  pułkownik  French  wziął  do  ręki  świecę  i  podszedł  do 

mapy przyczepionej do mapy schronu. 

- Forteca odpada - powiedział, jakby mówił sam do siebie. - To nie było w naszym 

sektorze, a Szkopów zauważono z pewnością z rejonie działania Irlandczyków. 

- Zgadza się, sir - przytaknął kapitan, ciekaw, do czego zmierzał jego „stary”. 

Pułkownik French przebiegł zamyślony palcem po linii grzbietu Rachi. 

-  Może  Rachi.  Nie  Rachi  odpada.  Ma  niewielkie  taktyczne  zalety,  jeśli 

utrzymujemy  górę  Meraviglia  -  oblizał  przednie  zęby  i  podjął  decyzję.  -  Góra  Clidi.  To 

musi być Clidi. 

- Nie nadążam za panem, sir - przyznał się kapitan. 

Pułkownik spojrzał w jego stronę. 

- Charley, czy mamy nadal makaroniarzy na górze Clidi? 

- Tylko ich artylerię. 

- A nie piechotę? 

- Nie, panie pułkowniku. Poza kilkoma mulnikami, którzy dostarczają zaopatrzenie, 

jeśli ich można nazwać piechotą. 

- Ale jaja! - pułkownik pozwolił sobie na żołnierski żargon. - Czy tego jeszcze nie 

widzisz, Charley? Ci makaroniarze, są jedynymi ludźmi, którzy mogą powstrzymać desant 

spadochronowy w północnej części wyspy. 

- Ale wywiad... 

- Wywiad, to może spadać w podskokach. Stawiam wszystkie swoje pieniądze, że 

Niemcy  przyślą  na  Leros  spadochroniarzy.  Tak  zrobili  na  Krecie,  wiec  dlaczego  nie 

mieliby spróbować tej samej taktyki tutaj? 

Machnął ręką poirytowany. 

- Charley, w jakim stanie jest kompania B? 

-  Nieźle  dostali  w  kość,  sir.  Połowa  ludzi  była  ze  mną  na  przeczesywaniu  terenu 

tego popołudnia, a reszta brała udział w obronie przeciwlotniczej, z tym co miała. Wedle 

mojej oceny chłopcy nie mieli już od tygodnia spokojnej nocy. 

Pułkownik French spojrzał na niego z przygnębieniem. 

-  Obawiam  się,  że  będą  musieli  zapomnieć  o  wygodach  jeszcze  przez  jedną  noc. 

Zgaduję, że dzisiejszej nocy Szwaby będą chciały dostać się na Clidi, i marzy mi się aby 

kompania B zgotowała im ciepłe powitanie... 

background image

Rozdział 8 

Tuż  przed  rozpoczęciem  wspinaczki,  pułkownik  Stürmer  przypomniał  sobie  starą 

podręcznikową formułę dla nowych adeptów wspinaczki: 

T = A + P + E 

Oznaczała ona, że wspinacz nie powinien wybierać „T” - celu, nim nie oceni „A”, 

czyli  umiejętności  i  zdolności  zespołu.  No,  z  tym  akurat  nie  było  problemu.  „P”  - 

kondycja, to już  inna kwestia. Jego  ludzie czuli się podle;  nowy stok, oczywiście  był do 

pokonania przy obecności Włochów, gdyż ci nie utrzymywali wart, ale trzeba było się na 

niego  wspinać  w  całkowitej  ciemności.  „E”  -  ekwipunek,  tu  sprawa  była  podobna.  W 

swojej  bazie  mieli  wszystko,  czego  potrzebowali,  ale  w  warunkach  panujących  na  górze 

Clidi, mogli użyć tylko podstawowego sprzętu, nie było czasu na wymyślne rozwiązania i 

narzędzia. Podsumowując swoje rozważania doszedł do wniosku, że jego grupa szturmowa 

nawet nie powinna zbliżać się do tej góry. 

Mimo  wszelkich  obaw  pierwszy  etap  wspinaczki  przebiegł  zaskakująco  łatwo. 

Ponieważ rozpoznanie lotnicze zrobiło zdjęcia góry, wiadomo było, że jest na niej wielkie 

usypisko głazów. I chociaż trzeba było je pokonywać w ciemności i bardzo powoli, udało 

się na nie wspiąć bez większych trudności. 

Ale teraz, gdy powrócili Meier i kapral Madad z raportem, że porucznik Sepplmayr 

popełnił  samobójstwo,  trudność  nocnej  wspinaczki  pojawiła  się  w  pełnej  krasie.  Nad 

Stürmerem  górowało  coś,  co  wyglądało  w  półmroku  na  ogromne  urwisko,  doskonałe 

miejsce do skręcenia karku. 

- Co pan o tym myśli, pułkowniku? - spytał szeptem Greul. - Spróbujemy pokonać 

ją trawersem w prawo? Może łatwiej będzie tam? 

- Możliwe, Greul. Ale wydaje mi się, że nie mamy na to czasu. 

- Myśli pan o Sepplmayrze? 

-  Tak.  Jeśli  zdołali  zejść  do  podstawy  klifu  i  odnaleźli  jego  ciało,  to  wtedy...  - 

pułkownik Stürmer wolał nie kończyć tego zdania. 

- Mogą zorientować się, że jesteśmy oddziałem piechoty górskiej? 

-  Tak,  nawet  jeśli  pomyślą,  że  trzyosobowy  oddział,  to  grupa  rozpoznawcza, 

sprawdzająca trasę natarcia przyszłych sił inwazyjnych, musimy załatwić całą sprawę jak 

background image

najszybciej, jak najlepszą trasą. 

- Ma pan chyba rację, pułkowniku - Greul zgodził się bez wahania. 

Może  był  zbyt  pewnym  siebie  i  pozbawionym  litości  bydlakiem,  ale  był  dobrym 

alpinistą, nie był idiotą i na pewno nie tchórzem. 

-  W  takim  razie,  majorze,  pójdę  pierwszy  -  Stürmer  patrzył  w  górę,  na  coś,  co 

zdawało się być skalnym kominem. 

Jego  zacienione  wejście  wyglądało  jak  brudna  prostokątna  plama  na  tle  nocnego 

nieba. Zdjął linę z ramienia i powiedział: 

-  Będziemy  się  wiązać  i  powiedz  ludziom,  że  mają  zrobić  to  samo.  Nie  mam 

zamiaru próbować szukać rys w ścianie w tych ciemnościach. Użyjemy lin, aby dostać się 

przynajmniej do komina, jasne? 

-  Rozumiem,  panie  pułkowniku  -  major  odmeldował  się  bardzo  sprawnie  -  w 

swoim stylu - i poszedł przekazać rozkazy, aby ludzie wiązali się z tymi, co idą za nimi. 

- A do tego, Greul, jeśli wbijamy haki w ścianę, to robimy to tylko rękami, żadnych 

młotków czy czekanów! 

- Tak jest, panie pułkowniku! 

Stürmer  rozwinął  zapętloną  linę  asekuracyjną  i  poszukał  pierwszego  chwytu  dla 

palców dłoni. Wspinaczka na szczyt góry Clidi rozpoczęła się! 

-  Dalej,  wy  zgrajo  celtyckich  obiboków  -  kapitan  O’Kane  krzyczał  swoim 

najlepszym irlandzkim akcentem, na jaki tylko mógł się zdobyć. 

Pomimo  czysto  irlandzkiego  nazwiska,  pochodził  z  większej  z  dwóch  wysp 

Brytanii. - Pamiętajcie, musimy dostać się na szczyt, nim zrobią to Szwaby. Pamiętajcie o 

bitwie pod Boyne! 

Ostatnie  słowa  dodał  z  radością  i  prawie  wyłożył  się  jak  długi,  gdy  w  całkowitej 

ciemności jego stopa trafiła na dziurę w ziemi, wielkości garnka. 

Przez  ostatnią  godzinę  niemal  na  wyścigi  przedzierali  się  przez  urwisty  teren. 

Pomimo  ogólnego  zmęczenia,  zmusił  swoich  ludzi  do  forsownego  marszu  -  pięć  minut 

biegu i pięć minut spaceru - dopóki nie zaczęli dyszeć jak miechy kowalskie i zataczać jak 

pijani.  Ale  nie  pozwolił  im  nawet  na  chwilę  odpoczynku.  Muszą  przecież  dostać  się  na 

szczyt przed Niemcami! 

Jednak  po  pewnym  czasie  sam  musiał  zwolnić.  Ścieżka  była  zbyt  stroma  i  kręta, 

pełna  zdradzieckich  dziur.  Wiedział,  że  jego  Irlandczycy  dadzą  z  siebie  wszystko,  jeśli 

tylko  będą  mieli  przywódcę.  To  byli  odważni  i  zdecydowani  żołnierze.  Ale  bez  lidera 

background image

tracili  dyscyplinę  i  nie  byli  zdolni  do  podjęcia  jakiejkolwiek  decyzji.  Musiał  sam  się  o 

siebie troszczyć. 

Kręcił nosem, czując odchody mułów i ciężko dyszał wspinając się coraz wyżej, ale 

nie  mógł  teraz  przerwać  wspinaczki.  Widział  już  niewyraźny  zarys  szczytu.  Po  chwili 

spojrzał na fosforyzujące wskazówki zegarka na ręce. 

Była  już  prawie  północ.  Jeśli  Stary  poprawnie  przewidywał,  Niemcy  już  podjęli 

wspinaczkę na Clidi; nigdzie nie było widać włoskich posterunków. 

-  Dalej,  szczęśliwcy  -  wołał,  ale  w  jego  głosie  nie  było  czuć  ciepła,  tylko 

rozdrażnienie - góra musi być nasza. Chyba nie chcemy spóźnić się na to przyjęcie! 

Stürmer  wreszcie  znalazł  szczelinę  w  ścianie  skalnej.  Poniżej  swoich  stóp  słyszał 

ciężkie oddechy idących zanim ludzi, którzy posuwali się trasą, którą on  wyznaczał. Jego 

pokrwawione  palce  trafiły  na  coś.  Pomacał  delikatnie.  Uchwyt  jak  ucho  dzbana.  Poczuł 

przebłysk  radości.  To  był  jeden  z  najlepszych  uchwytów.  Tu  było  możliwe  zagięcie 

wszystkich  pięciu  palców  i  wspinacz  mógł  zawisnąć  spokojnie,  szukając  podparcia  dla 

stóp.  Bardzo  ostrożnie  wyciągnął  zza  pasa  szpikulec  i  używając  wszelkich  swoich  sił, 

zaczął  wciskać  go  w  skałę  na  wysokości  pasa.  Dzięki  temu  i  uchwytom  dzbanowym, 

ludzie idący za nim będą mogli dużo łatwiej pokonać to specyficzne miejsce. 

Jego  zadanie  dobiegało  końca,  Stürmer  musiał  odpocząć  choć  przez  chwilę. 

Wiedział, jak cenny był czas, ale jednocześnie nie mógł dalej prowadzić wspinaczki w tym 

tempie. „Spiesz się powoli” - tak powinno brzmieć motto tej szczególnej nocy. 

Początek  komina  znajdował  się  dwadzieścia  metrów  dalej.  Była  to  kwestia  może 

dziesięciu  minut,  by  do  niego  dotrzeć.  Wziął  głęboki  oddech,  nie  czuł  strachu  ani 

zmęczenia, tylko poczucie radości. Jeszcze raz znalazł się w swoim żywiole, stając przed 

wyzwaniem  jakie  rzucała  ta  góra,  przy  którym  zdawały  się  blednąć  wyzwania  całej  tej 

okrutnej wojny. 

-  Już  się  ruszam,  Greul  -  zawołał  półgłosem.  -  Przejdź  tędy,  ale  tak  cicho  jak  to 

tylko możliwe. 

Machnął  liną  trochę  mocniej,  tak  aby  służyła  za  przewodnika  dla  ludzi 

znajdujących  się  niżej,  po  czym  ponownie  podjął  wspinaczkę.  Minęło  pięć  minut. 

Dziesięć.  Miarowo  posuwał  się  na  ścianie  skalnej.  Było  to  trudne,  ale  nie  niemożliwe. 

Teraz  znalazł  się  o  wyciągnięcie  ręki  od  wejścia  do  komina.  Dalej  mogli  obyć  się  bez 

ekwipunku  i  posuwać  się  trochę  szybciej.  Wspiął  się,  czując  kolejne  oparcie  dla  dłoni. 

Nagle mały występ, na którym chciał się oprzeć, rozpadł się! 

background image

Stürmer  zdusił  okrzyk  strachu,  gdy  zaczął  ześlizgiwać  się  w  lawinie  kamieni. 

Jednak  przeznaczeniem  jednego  z  najlepszych  alpinistów  w  Europie,  nie  było  zginąć  tej 

nocy  na  górze  Clidi.  Niespodziewanie  szarpnięcie  w  żołądku,  wydusiło  z  niego 

westchnienie, po czym zatrzymał się. Lina uprzęży zatrzymała się na ostatnim haku, który 

wbił poprzednio w skałę! 

-  Wszystko w porządku?  - w głosie Greula, który dobiegał z dołu, wyczuwało się 

niepokój Stürmer ciężko odetchnął. 

- Tak... po prostu pozwoliłem sobie na chwilę zabawy. 

- Mogę jakoś pomóc? 

- Nie, poradzę sobie sam - Stürmer wisiał przez kilka chwil, dopóki nie opanował 

wstrząsu po upadku, wyrównał oddech i ponownie ocenił sytuację. 

Chociaż  hak  utrzymywał  całą  jego  wagę,  to  wiedział,  że  taki  stan  rzeczy  może 

potrwać  jeszcze  jedynie  kilka  minut.  W  ciemności  szukał  wokół  siebie  jakiegoś  punktu 

oparcia,  ale  nie  wyczuł  żadnego.  Ostrożnie  podciągnął  się  do  góry,  słysząc  jak  hak,  na 

którym  wisiała  lina  zatrzeszczał  ostrzegawczo.  Wykorzystał  szansę,  wspiął  się  wyżej, 

mimo że chrzęst obluzowującej się stali wciśniętej w skałę stawał się coraz groźniejszy, i 

wymacał  skałę trochę wyżej. Nadal  nic! Teraz  zaczął  się  bać. Czas też  jakby chciał  biec 

szybciej.  Za  nim  cała  kolumna  wspinaczy  zatrzymała  się,  czekając  w  napięciu  na  wynik 

bezgłośnego starcia człowieka z naturą. 

Stürmer  wiedział,  że  musi  wykorzystać  ostatnią  szansę.  Przyłożył  płasko  prawą 

dłoń do powierzchni skały, co dało mu lekkie wsparcie, przesunął delikatnie drugą dłoń w 

niewielkiej  odległości  od  siebie.  Powoli,  bardzo  powoli,  jak  tylko  mógł  na  to  sobie 

pozwolić,  opuścił  ją  niżej.  Pot  spływał  mu  po  całym  ciele.  Wreszcie  znalazł!  Pionowe 

pęknięcie  w  skale,  jakieś  pół  metra  dalej!  Serce  podskoczyło  mu  z  radości.  Czuł,  że 

szczelina  nie  jest  większa  niż  pudełko  zapałek,  ale  wystarczająca,  by  mu  dać  podparcie. 

Zmawiając  w  duchu  szybką  modlitwę  w  intencji  tego  by  hak  nie  wyskoczył  ze  skalnej 

ściany  nim  on  zbierze  się  do  skoku  do  góry,  wbił  palce  w  szczelinę  jak  drapieżny  ptak 

szpony.  Mógł  wykorzystać  to  jako oparcie  do odepchnięcia  się  na  bok.  Cały  ciężar  jego 

ciała nadal spoczywał na klamrach uprzęży, ale lada chwila mógł je przenieść na boczne 

podparcie.  Wziął  głęboki  oddech  i  gdy  już  hak  z  brzękiem  wylatywał  ze  ściany,  by 

odbijając się od niej, zniknąć w przepaści, przeniósł ciężar swego ciała na wątły uchwyt. 

Udało mu się! 

Pięć  minut  później,  z  rękami  krwawiącymi  z  setek  drobniutkich  ran  i  obtartymi 

kolanami oraz bladą jak papier twarzą, ale z uśmiechem triumfu,  Stürmer pakował się na 

background image

dno komina, gotów do ostatniego etapu nocnej wspinaczki. 

-  Chryste, panie kapitanie  -  sapał  fizylier  - czy  naprawdę  ich osły wspinają się po 

tej ścieżce? 

O’Kane prawie zgięty wpół jak reszta jego wyczerpanych ludzi, którzy szli za nim 

rzędem, rzęził i dyszał jak lokomotywa. 

- Tak, Collins... tylko, że one nie wspinają się... one tam wbiegają... 

- Słodki Jezu, nie wierzę w to! 

-  Walcie  dalej,  chłopcy.  Pamiętajcie  o  starym  duchu  fizylierów  -  zachęcał  ich 

kapitan, sam ledwo łapiąc oddech. 

- Ode mnie będzie dzban... dla każdego z was... jeśli pokonamy Szwabów w drodze 

na szczyt. 

Gdzieś  nad  morzem  ciemność  rozjaśniały  rozbłyski  z  silników  samolotu,  a  na 

południu  w  okolicy  Fortecy  rozległ  się  dźwięczny  ton  dzwonków,  niesiony  milami  nad 

cichą  okolicą  przez  podmuchy  nocnego  wiatru.  O’Kane  wiedział  co  to  znaczy.  Szkopy 

przeprowadzali kolejny nalot powietrzny. Spojrzał szybko na szczyt góry. Było tam cicho 

jak  zawsze.  Nie  było  nawet  widać  posterunków  wartowniczych.  Ale  odgłosy  alarmu  na 

pewno pobudziły ludzi. Nawet Włosi podrywali się na sygnał alarmu lotniczego. 

Potem  już  skoncentrował  się  jedynie  na  wycieńczającej  wspinaczce  po 

zdradzieckiej ścieżce. Teraz to była kwestia minut, nim osiągną cel. Pomimo wyczerpania i 

napięcia nerwowego, kapitan śmiał się w duchu. Jego Irlandczycy dokonali niemożliwego. 

Ostatecznie wygrali z Niemcami wyścig na szczyt. 

Szum  silników  samolotów  nadlatujących  znad  morza  stawał  się  coraz 

intensywniejszy. Leros musiało przeżyć jeszcze jeden duży nalot bombowy. 

Stürmer  czuł  jak  mięśnie  odmawiają  mu  posłuszeństwa.  Jego  oddech  nadal  był 

krótki  i chrapliwy  jak u dychawicznej kobyły. Jeszcze raz zmusił  się do ruchu ku górze, 

używając klasycznej techniki zapierania się plecami i stopami o ściany komina. 

To  był  morderczy  wysiłek,  ale  cel  był  już  w  zasięgu  wzroku.  Dziesięć  czy 

piętnaście  metrów  nad  nim  widoczna  była  plama  ciemnego  nieba,  która  oznaczała,  że 

prawie  znaleźli  się  na  szczycie.  Pułkownik  całą  siłą  woli  starał  się  usunąć  ból  ze 

świadomości, wsłuchując się w narastający szum silników zbliżających się samolotów. 

Nie  zważał  na  to,  co  dręczyło  jego  ciało;  był  ogromnie  zadowolony  z  siebie  i 

background image

swoich  ludzi.  Znaleźli  się  wśród  niewielkiej  grupy  wspinaczy  na  świecie,  którzy  byli  w 

stanie  wykonać  takie  zadanie  -  wspiąć  się  na  nieznaną  wcześniej  górę  w  absolutnej 

ciemności, przy czym byli jeszcze dodatkowo obciążeni wyposażeniem bojowym i używali 

jedynie  podstawowego  sprzętu  do  wspinaczki.  Bez  jednego  dźwięku  podciągnął  się  na 

krawędź szczytu komina  i  leżał tam przez chwilę, dysząc z wysiłku. Zdawało  mu się, że 

warkot silników samolotów rozlega się dokładnie nad nim. Zdołał rozpoznać w ciemności 

długie  lufy  włoskich  armat  i  małe,  dwuosobowe  namioty.  Pomimo  głośnego  dudnienia 

bombowców, włoscy artylerzyści spali nadal. 

-  To  typowe  dla  makaroniarzy  -  powiedział  lekceważąco  Greul,  gdy  dotarł  do 

krawędzi komina  i rzucił  się  na skalne podłoże obok  Stürmera, sapiąc równie ciężko  jak 

dowódca. - Zupełny brak zabezpieczeń i straży. 

-  Ciesz  się,  że  nasi  byli  sojusznicy  tak  lubią  sobie  pospać  -  powiedział  Stürmer, 

próbując uspokoić nerwowy i szybki oddech. - Bądź... 

Przerwał  od  razu,  gdy  ciemna  sylwetka  ukazała  się  między  armatami.  Ktoś, 

krzyknął coś po angielsku i zaraz rozległy się wołania zaspanych Włochów. Chwilę potem 

w niebo wystrzeliła z sykiem czerwona flara i w tym momencie Niemcy ukazali się jak na 

scenie w czerwonawym świetle. Zostali dostrzeżeni! 

background image

Rozdział 9 

-  Race  oświetleniowe  po  lewej  stronie,  panie  kapitanie  -  zawołał  strzelec  przez 

interkom. 

Pilot prowadzącego niemieckiego bombowca, odwrócił głowę i spojrzał w dół. 

Czerwone  światło  rozjaśniło  atramentową  ciemność.  Wyostrzył  wzrok.  Nie  był 

pewien, ale wydawało  mu się, że rozpoznaje szpiczasty szczyt góry, na której  znajdował 

się sztab wroga, którego szukał od dziesięciu minut. Spojrzał na wskaźnik poziomu paliwa. 

Lampka ostrzegawcza jeszcze nie zaczęła się palić, ale już za chwilę na pewno będą lecieć 

na rezerwie. 

-  Co  pan  o tym  myśli,  panie  kapitanie?  -  spytał  bombardier  skrzekliwym  głosem, 

zniekształconym przez mikrofon. 

Dowódca  trzeciej  eskadry  bombowej  wahał  się.  Od  generała  Muellera  otrzymał 

rozkaz, aby zbombardować górę Meraviglia, co miało osłonić desant spadochroniarzy. Ale 

czy to była ta góra, czy też Clidi, która mogła już znajdować się w niemieckich rękach? 

Mrugające  światełko na pulpicie  sterowniczym pokazywało, że  mają  jeszcze pięć 

minut i muszą zawracać w przeciwnym razie zabraknie im paliwa na powrót do bazy. To 

zmusiło  oficera  do  podjęcia  szybkiej  decyzji.  Przycisnął  mocniej  mikrofon  do  krtani  i 

przestawił pokrętło na nadawanie: 

- Dowódca czerwonych do grupy. Schodzimy do ataku. Koniec transmisji. 

Pilot  bombowca  pchnął  do  przodu  wolant  i  skręcił  go  w  lewo.  Samolot  od  razu 

zanurkował ku ziemi. Reszta pilotów z formacji powtórzyła ten manewr. 

- Trzymajcie się artylerzyści, już do was lecimy! - krzyknął pilot, czując narastające 

podniecenie. 

Maszyna kierowała się dokładnie na miejsce wystrzelenia racy oświetleniowej, a jej 

silniki wyły jak piekielne zjawy. 

-  Bombowce!  -  krzyknął  wściekły  O’Kane,  starając  się  przekrzyczeć  ogólny 

rozgardiasz. - Wszyscy na ziemię! 

Fizylierzy  od  razu  zapomnieli  o  zmęczeniu.  Jak  jeden  mąż  rzucili  się  na  skalistą 

ścieżkę. 

background image

O’Kane  wcisnął  mocno  twarz  w  ziemię,  gdy  pierwszy  z  bombowców  z  hukiem 

silnika  wypełniającym  cały  świat  spadał  z  nieba  w  jego  kierunku.  Z  pewnością  runie  na 

ziemię! Kiedy wydawało się, że nic nie jest w stanie uratować maszyny przed uderzeniem 

w zbocze góry, pilot wyprowadził ją ostrą świecą w górę. 

Bomby  całymi  tuzinami  wylatywały  z  brzuchów  bombowców  nurkujących.  Gdy 

O’Kane  ośmielił  się  podnieść  głowę  do  góry,  zdało  mu  się,  że  całe  niebo  jest  nimi 

przesłonięte. 

- Bomby zapalające! - krzyknął. 

Zadaniem  pierwszego  samolotu  było  oświetlenie  celu  dla  reszty  bombowców  lub 

zapalenie krzaków i poszycia leśnego, które pokrywały zbocze góry. Gdy kolejny samolot 

nurkował  ku  ziemi,  zrzucił  następny  ładunek  małych  bomb  zapalających,  które  zaczęły 

wybuchać  wszędzie  wokół.  Momentalnie  stok  góry  stanął  w  płomieniach,  a  sycząca 

magnezja i fosfor przeniosły ogień na drzewa. 

- Wycofać się... - krzyczał histerycznie kapitan O’Kane, gdy podrywał się na nogi, 

a  jego  czarna  sylwetka  wyraźnie  odcinała  się  na  tle  białych  wybuchów.  -  Na  miłość 

boską... wycofać się! 

Jego ludzi nie trzeba było specjalnie zachęcać do ucieczki. Zbiegali po ścieżce, tak 

szybko jak tylko potrafili, unikając kolejnej fali bomb, tym razem burzących. Pozostawili 

za sobą płonące pozycje obronne i budzących się Włochów własnemu losowi. 

Pierwsze  strzały  na tyłach, uświadomiły włoskim artylerzystom, że znaleźli  się w 

pułapce. Półnadzy ludzie biegali chaotycznie w tę i z powrotem, szukając wyjścia z matni 

w której się znaleźli, podczas gdy rozwścieczeni oficerowie wykrzykiwali w ich kierunku 

sprzeczne  rozkazy.  Chwilę  później  artylerzyści  zaczęli  padać  gęsto  na  ziemię;  ich 

przeciwnicy teraz celowali znacznie dokładniej. Widok zabitych oraz świadomość, że nie 

mogą  uciekać  przez  ścianę  ognia  na  zboczu  góry,  jaką  postawiły  bomby  zapalające, 

zmusiły  ich  do  desperackiej  obrony.  Pod  dowództwem  szpakowatego  kapitana,  którego 

ramię mocno krwawiło, po trafieniu pociskiem wystrzelonym ze schmeissera, zaczęli cofać 

się skokami ku swym przestarzałym działom i starając się przy okazji odpowiadać na ogień 

wroga. 

- Pozwólcie im się pozbierać! Walcie w nich! - przekrzykiwał Greul palbę z broni 

małokalibrowej, prowadząc na lewym skrzydle do ataku ludzi z Edelweiss. 

Teraz Włosi, którzy ocaleli, byli wyraźnie widoczni na tle ściany ognia. Właściwie 

nie  można  było  w  nich  nie  trafić.  Płonący  las  znajdował  się  ledwie  dwadzieścia  czy 

trzydzieści metrów za stanowiskami dział włoskich. 

background image

Stürmer od razu dostrzegł zagrożenie. Jeśli resztki Włochów dostaną się do swoich 

dział, pochowają się za ich płytami przeciwodłamkowymi i będą jak w bunkrach, chronieni 

przez stal od pocisków z lekkiej broni strzelców alpejskich. Wtedy odzyskają odwagę i hart 

ducha. Potem mogą nawet skierować swoje armaty kalibru 76 mm przeciwko atakującym 

ich Niemcom.  A to może przyszpilić  ich do ziemi  i gdy pożar ustanie, powróci piechota 

angielska i wtedy role mogą się zupełnie odwrócić. 

-  Przetnijcie  im drogę do tych cholernych armat! -  wrzeszczał  ze wszystkich sił.  - 

Granatami w nich! 

Za plecami włoskiego oficera eksplodował pocisk. Wyraźnie zachwiał się, ale ustał 

na nogach. Stürmer przyjął postawę strzelecką, jakby był na ćwiczeniach w czasie pokoju, 

starannie wycelował i strzelił. Stojący obok niego żołnierz, krzyknął z bólu, chwycił się za 

brzuch i upuścił na ziemię odbezpieczony granat. Pułkownik chwycił go i rzucił z furią w 

stronę  przeciwnika.  Zapalnik  z  czterosekundowym  opóźnieniem  pozwolił  polecieć 

granatowi w kierunku osamotnionego włoskiego oficera. 

Potem eksplodował tuż przed nim oślepiającą kulą ognia. Włoch zdawał się frunąć 

w powietrzu jak wyrzucony z katapulty. 

To  zdarzenie  odebrało  jego  rodakom  chęć  do  dalszej  walki.  Zaczęli  masowo 

porzucać broń, wznosić ręce w geście poddania i wołać łamaną niemczyzną: 

Nix schiessen... nix schiessen, tedeschi! 

Zwycięzcy  strzelcy górscy ruszyli  naprzód  ławą.  Włosi, przeważnie  mężczyźni w 

średnim  wieku,  szybko  zostali  rozbrojeni  i  zrewidowani.  Stürmer  ruszył  raźno, 

przeskakując ponad ciałami zabitych i rannych, by zatrzymać się dopiero przy pierwszym z 

dział.  Błyskawicznie  wyciągnął  z  niego  zamek,  a  z  niego  iglicę,  którą  zniszczył 

uderzeniem o skałę. Potem to samo spotkało kolejne działo i jeszcze następne. 

Gdy zakończył tę pracę, oparł się o osłonę płytową ostatniego z nich i odetchnął z 

ulgą.  Wykonali  zadanie  pomimo  wszelkich  przeciwności.  Opłaciła  się  okrężna  podróż  i 

dodatkowe  dwa  tysiące  kilometrów.  Góra  Clidi  była  mocno  trzymana  w  niemieckich 

rękach! 

background image

KSIĘGA CZWARTA 

Koniec na Leros 

background image

Rozdział 1 

Czekali  na  szczycie  góry.  Wkrótce  zacznie  się  świt  i  Brytyjczycy,  niewolnicy 

własnych przyzwyczajeń, na pewno zaatakują. Przez całą noc oni i ich włoscy jeńcy kopali 

gorączkowo,  przygotowując  pozycje  obronne,  aby  odeprzeć  kontratak,  który  musiał 

nadejść. 

W  ziemiance  dowodzenia  Stürmer  i  Greul  rozmawiali  w  opanowany  i  powolny 

sposób,  typowy  dla  ludzi  nocy,  jakby  znajdowali  się  w  innym  miejscu  i  innym  czasie, 

dalecy od zniszczonego wojną krajobrazu, który ich otaczał. 

- Problemy w Himalajach są zupełnie inne niż te w Alpach, Greul. W tych ostatnich 

musisz być wyjątkowo sprawny psychicznie przez najwyżej kilka dni. Himalaje wymagają 

dużo więcej od wspinacza. Ten rodzaj napięcia trzeba znosić przez tygodnie, może nawet 

przez miesiące, nim zdołasz podjąć ostateczną próbę dotarcia na szczyt. 

I często zdarza się, że wspinacze są  już wypaleni, przez to co przeszli wcześniej, 

mając  przed  sobą  jeszcze  ten  ostateczny  atak;  zawodzą  i  płacą  wysoką  cenę  za  swoją 

porażkę. Myślisz o naszej ulubionej niemieckiej górze?

6

 

- Nanga Parbat? 

- Tak. 

-  Ona  zebrała  obfite  żniwo  wśród  naszych  kolegów,  pułkowniku  -  powiedział 

łagodnie  Greul  -  Merkl  i  Wilo  Welzenbach  w  trzydziestym  czwartym.  W  trzydziestym 

siódmym zginęło tam siedmiu naszych najlepszych himalaistów. 

Jego głos stwardniał. 

-  Ale  ktoś  musi  zapłacić  krwią  za  porażkę.  Nowe  Niemcy  nie  tolerują  porażek. 

Może być tylko zwycięstwo albo śmierć! 

- Może być? - dociekał Stürmer. 

Popatrzył w górę na gasnące gwiazdy. Świeciły od niepamiętnych czasów, na długo 

nim się urodził i będą świecić równie długo po jego śmierci. Pozostaną niewzruszone bez 

względu  na  to,  czy  ludzie  umrą  w  nowym  dniu  czy  też  on  przetrwa  to  wszystko,  by 

przeprowadzić  ostatnią  próbę  sił  na  wielkiej  górze  w  odległych  Himalajach.  Zwycięstwo 

albo śmierć! Jakie to ma znaczenie w wielkim planie wszechświata? 

                                                

6

  Nanga  Parbat  w  Kaszmirze,  o  wysokości  ponad  8000  metrów  była  domeną  niemieckich 

himalaistów i w 1935 roku zdobył ją ostatecznie Herman Buhl. 

background image

W  sąsiednim  wykopie,  Jap  i  Byk  Jo  rozmawiali  po  cichu,  a  ich  pistolety 

maszynowe były oparte o ziemną ścianę. 

- Jak to się stało, że dołączyłeś do nas, Jo? - dopytywał się Jap, przeżuwając powoli 

kawałek ukradzionego Włochom salami. 

- Jestem ochotnikiem. 

- Jedynym miejscem, z którego mógłbyś przyjść do na nas na ochotnika to burdel w 

Monachium, gdzie byłeś wykidajłą. 

-  To  prawda, ty  suchotniczy  wypierdku  -  zgodził  się  ponuro  Jo.  Prawie  tak  było, 

byłem na kawie w Schwabing. 

- To znaczy byłeś nawalony jak stodoła w żniwa! 

-  No,  zaraz  nawalony.  Naprzeciwko  mnie  Prusak.  Patrzę,  a  on  zerka  na  mnie. 

Podkładka pod kufel leci w powietrzu. Prusak bierze wykałaczkę i wsadza ją do swojego 

pyska. Przystojny syn mojej mamy chwycił za słoik z musztardą i wali nią w ucho gościa. 

Potem  butelka  piwa  rozbija  się  na  głowie  Prusaka  i  ni  z  tego,  ni  z  owego  pojawiają  się 

kłopoty i zaraz za nimi policja... 

Ale Jap nigdy więcej nie miał okazji usłyszeć jak jego kompana wcielono na siłę do 

armii, bo w tym samym momencie ciszę poranną przerwało mlaśnięcie wystrzału i skowyt 

lecącego przez szarawe niebo pierwszego brytyjskiego granatu moździerzowego. 

- Poczta nadchodzi! - wrzasnął Jap. 

- Już idziemy - warknął Jo, chwytając w garść pistolet maszynowy. 

Chwilę  później  na  pozycje  niemieckie  spadła  kaskada  brytyjskich  granatów  i 

pocisków artyleryjskich. 

- Pierwszy pluton gotowy do walki, sir! 

- Drugi pluton gotowy do walki, sir! 

- Trzeci pluton... 

Przez  całą  linię  pozycji  przeleciały  szorstkie  okrzyki  i  odpowiedzi  na  nie,  aż  do 

miejsca,  gdzie  siedział  O’Kane  przy  skrzeczącej  radiostacji,  zawieszonej  na  plecach 

radiotelegrafisty. 

O’Kane popatrzył na zegarek na ręce. Za pięć minut wyruszają. Wokół niego ponad 

setka ludzi, która ocalała z kompanii B formowała się do ataku. To byli starzy wyjadacze, 

zdawali  się  nie  zwracać  uwagi  na  chaotyczną  wrzawę,  jaką  wszczęły  moździerze 

wspierające  kompanię  ani  narastający  huk  wybuchów,  które  rozrywały  skały  ponad  ich 

głowami.  Zamiast  tego  zajmowali  się  całkiem  prozaicznymi  sprawami,  jak  mocniejsze 

background image

zawiązanie  sznurówek,  sprawdzanie  plecaków,  sikanie  na  wypaloną  trawę.  Rytmu  ich 

działań zupełnie nie zakłócała zaczynająca się bitwa. 

O’Kane  skinął  głową  z  aprobatą.  Kiedy  w  perspektywie  pojawi  się  bitwa,  ich 

irlandzka krew uczyni z nich najlepszych wojowników na świecie. Sięgnął po mikrofon  i 

nacisnął na przycisk „nadawanie”: 

- Halo Promyk Słońca... Halo. Tu Dwójka. Halo Promyk Słońca... 

-  Tu Promyk Słońca  -  dobiegł głośno  i czysto głos pułkownika  Frencha.  -  Co  jest 

Dwójka? 

- Jesteśmy gotowi, Promyk Słońca. 

- Doskonale, Dwójka... Jedynka i Trójka... - pułkownik miał na myśli kompanie A i 

C z  ich  batalionu  -  też zajmijcie pozycje. Dajcie  pięć więcej, a potem ruszajcie w drogę, 

Dwójka. 

-  Zrozumiałem,  Promyk  Słońca.  Dać  pięć  więcej,  a  potem  ruszać.  Koniec 

nadawania. 

- Powodzenia, Dwójka. 

-  Dziękuję,  sir  -  powiedział  z  wypiekami  na  twarzy  O’Kane,  szybko  zorientował 

się, że popełnił gafę z tym „sir”! 

Z drugiej strony sieci, pułkownik French zaśmiał się z sympatią. 

- Wiem, wiem, Dwójka. Jestem pewien, że chłopcy z drugiej strony - miał na myśli 

wroga - znają nasze sygnały i wezwania od przynajmniej trzech lat. Koniec nadawania! 

Kiedy  niebo  zaczęło  się  delikatnie  różowić  o  świcie,  kapitan  O’Kane  jeszcze  raz 

przejrzał plan ataku Strzelców Irlandzkich. 

Kompania  B  miała  uderzyć  frontalnie  na  niemieckie  pozycje.  Pięć  minut  później 

kompania A miała zaatakować na lewej flance, a kompania C na prawej. Plan polegał na 

tym, aby  jego kompania ściągnęła  na siebie ogień wroga. Kompanie  A  i C  miały w tym 

czasie  jednym  skokiem  dopaść  zaskoczonego  wroga.  O’Kane  przygryzł  mocniej  dolną 

wargę.  Kompania  B  znowu  dostała  najgorszą  robotę,  ale  Paddy

7

  zdawali  się  tym  nie 

przejmować. Ci zawsze mieli ochotę do walki. 

Popatrzył  na  błyszczące  wskazówki  zegarka.  Już  prawie  nadszedł  czas,  aby 

wyruszyć. Powyżej, kontrolowany huragan ognia moździerzy powoli zamierał. Atak miał 

się  zacząć  minutę  przed  przerwaniem  ostrzału,  aby  dopaść  Szwabów  z  głowami  nisko 

schowanymi przed odłamkami. 

                                                

7

 Popularne określenie Irlandczyków używane przez Anglików. 

background image

- Cztery... trzy - odliczał głośno minuty. 

Potem trzy razy przenikliwie odezwał się jego gwizdek. 

- Kompania B, naprzód! - krzyknął przekrzykując łoskot wybuchających granatów 

moździerzowych. - Szybko. Chłopcy! 

-  Achtung.  Angole  idą!  -  krzyknął  ktoś  ostrzegawczo,  gdy  kończyła  się  brytyjska 

nawała ogniowa. 

-  Zajmować  stanowiska  gdziekolwiek!  -  darł  się  pułkownik  Stürmer.  -  Już 

nadchodzą! 

Dzika  szamotanina  -  chwila  paniki,  nim  wycelowali  broń  -  wszędzie  na  szczycie 

wybuchają  granaty  Anglików,  gdy  z  wyciem  i  wrzaskiem  wspinali  się  po  zniszczonym 

przez ostrzał stoku, z bagnetami na lufach karabinów. Byk Jo miał swoją chwilę. Gdy dym 

eksplozji opadł trochę, znalazł cel, którego szukał; Anglika z trzema paskami sierżanta na 

rękawie munduru koloru khaki. Przyłożył delikatnie palec do spustu schmeissera, a potem 

nacisnął go delikatnie. Pistolet maszynowy syknął zjadliwie. 

Jo  dostrzegł  odpadające,  wyrwane  kawałki  mięsa  z  ciała  Anglika.  Coś,  co 

przypominało  linię  krwawych  dziurek  na  guziki,  pojawiło  się  na  jego  koszuli.  Jednak 

żołnierz nadal szedł naprzód. 

-  Boże  w  niebiosach!  -  zamruczał  zdziwiony  Meier.  -  Czy  ty  nigdy  się  nie 

przewrócisz, ty skurczybyku! 

Posłał  resztę  pocisków  z  magazynka  w  postać  znajdującą  się  ledwie  dwadzieścia 

metrów od niego. Trafiany kilkukrotnie brytyjski sierżant zniknął w obłoku rozpryskiwanej 

krwi i kawałków ciała. 

Teraz  Brytyjczycy  padali  na  całej  linii  natarcia.  Poranne  powietrze  wypełniły 

mrożące  krew  w  żyłach  okrzyki  bólu  wzywające  sanitariuszy  i  noszowych.  Jednak  nie 

rezygnowali  z  prób  ataku.  Znaleźli  się  ledwie  kilkanaście  metrów  od  pozycji  strzelców 

górskich. Niesiony żądzą krwi Byk Jo, wyskoczył ze swego dołka strzeleckiego i stojąc na 

jego  przedpiersiu,  całkowicie  wystawiony  na  widok  wroga,  posyłał  seria  za  serią  w 

kierunku  nacierających  wrogów,  zataczając  łuki  pistoletem  maszynowym,  jak  kosiarz  na 

polu pszenicy. Kosił wszystko z bezmyślnym okrucieństwem. 

W chwili gdy już wydawało się, że Irlandczycy dopadną pozycji niemieckich, ich 

atak  załamał  się.  Z  tą  samą  szybkością,  z  jaką  nacierali,  zawrócili  i  zaczęli  zbiegać  po 

stoku zaścielonym ciałami ich zabitych i rannych towarzyszy. 

Ale dla niemieckich strzelców nie było chwili wytchnienia. Gdy atak kompanii B 

background image

załamywał się, na skrzydła pozycji niemieckich uderzyły kompanie A i C. 

Pułkownik  Stürmer  reagował  instynktownie.  Zgięty  wpół,  odepchnął:  martwego 

celowniczego od MG42, którego stanowisko znajdowało się tuż obok niego. Nie zważając, 

że lufa karabinu maszynowego parzy go w dłonie, odmontował ją i założył nową, a chwilę 

później  zarzucił  na  szyję  dwie  taśmy  amunicyjne.  Tak  wyposażony,  z  karabinem 

maszynowym pod pachą, pognał w stronę mocno zagrożonej prawej flanki. 

Pierwsi Anglicy już wdzierali się na niemieckie pozycje. Na linii całego pierścienia 

obrony, toczyły  się walki wręcz. Jeśli  jakiś człowiek padał  na ziemię,  nie było dla niego 

litości. Zwycięzca dziko deptał powalonego nabijanymi ćwiekami podeszwami butów. 

Stürmer widział, że jego ludzie poradzą sobie  z wrogami, którzy już wdarli się na 

ich pozycje. Bardziej  martwili  go ci  Anglicy, którzy  szli za plecami  pierwszej  fali  ataku. 

Kolbą  MG42  utorował  sobie  drogę  przez  gromady  walczących  z  furią  ludzi  i  dopadł  do 

zagłębienia terenu, z którego widać było całe zbocze góry. Druga fala piechoty angielskiej 

już  nadchodziła,  wykrzykując  bojowe  hasła,  czując,  że  brak  wystrzałów  karabinowych 

oznacza, iż ich rodacy doszli do linii pozycji niemieckich. 

Pułkownik  przycisnął  kolbę  karabinu  do  ramienia.  Poprawił  taśmę  nabojową  i 

odciągnął  palec  sprężyny  spustowej.  Zaraz  potem  z  lufy  wyleciała  pierwsza  seria 

niosących śmierć pocisków. Ulewa kul spadła na nacierających Brytyjczyków. 

Ci  zatrzymali  się,  jakby  wpadli  na  murowaną  ścianę.  Ci,  co  przeżyli  pierwszą 

nawałę  ognia,  stali  ogłupiali,  jakby  nie  wiedzieli,  co  dalej  czynić.  Stürmer  założył  nową 

taśmę do podajnika i ponownie nacisnął spust. Kolejna lawina pocisków smugowych, które 

leciały lekko zakrzywionym szlakiem uderzyła w ludzi, powalając ich na ziemię jak letnia 

burza snopki zboża. 

Brytyjczycy nie byli w stanie dłużej wytrzymać takiego ostrzału. Gdy tylko zielona 

raca wystrzelona przez majora Greula wzbiła się z sykiem w powietrze, co oznaczało, że 

jego ludzie odparli atak na lewej flance, załamali się kompletnie. Grupkami wycofywali się 

w dół stoku, a potem po prostu uciekali. 

Stürmer  zataczając  się,  stanął  wyprostowany  nad  karabinem  maszynowym.  Teraz 

dopiero poczuł swąd spalonego ciała. Na gorącym jeszcze zamku broni pozostały kawałki 

skóry z jego palców. 

Ale  nie  było  czasu,  aby  martwić  się  o takie  drobiazgi.  Gdy  ostatni  z  atakujących 

Brytyjczyków zniknął za głazami, ich moździerze od razu wznowiły ostrzał. 

Weterani  z  oddziału  szturmowego  Edelweiss,  zahartowani  na  wielu  frontach,  od 

Narwiku na północy po Kaukaz na południe, wiedzieli, czego się spodziewać. 

background image

Jeszcze raz paraliż spadł na pozycje. Strzelanina ustała. Strzelcy górscy ze strachem 

przywarli  do  ścian  wykopów,  z  głowami  wciśniętymi  w  spocone  plecy  sąsiadów.  Ryk 

stawał  się  coraz  głośniejszy.  Pokonywał  inne  odgłosy  i  samotnie  wznosił  się  ku  niebu. 

Jeden  wielki  wstrząs  poruszył  ziemią,  gdy  setka  granatów  moździerzowych  uderzyła  w 

podstawę szczytu. 

Piekło rozwarło swoje bramy. Purpurowe płomienie wdarły się w szarość poranka. 

Rozpalone  do  czerwoności,  ostre  jak  brzytwa  odłamki  granatów  ze  świstem  przecinały 

powietrze. Deszcz gleby i kamieni spadał na ziemię, a przy kolejnym wybuchu unosił się 

ku górze. Nagle poranek ożył we wrzasku rannych i okaleczonych ludzi. 

Stürmer jęknął tylko z żałości i zaryzykował spojrzenie w górę. 

- Gdzie są ci spadochroniarze? - spytał głośno. - No, gdzie? 

Ale  poranne  niebo,  krwistoczerwone  z  powodu  wybuchających  pocisków, 

pozostawało puste i czyste. 

background image

Rozdział 2 

-  Leros, panie  baronie!  -  krzyknął  pilot z kokpitu trzysilnikowego transportowego 

Junkersa. 

Baron  von  Waldstein,  dowódca  4.  batalionu  spadochronowego  -  „Zielonych 

diabłów”, przepychał  się  między  siedzącymi w  napięciu spadochroniarzami. Popatrzył  w 

dół  ponad  ramieniem  pilota,  na  niewielką  brązową  smugę  lądu,  osadzoną  w  głębokiej 

zieleni porannego morza. 

- Mocno górzysta! - stwierdził. 

-  Zdecydowanie  tak,  panie  baronie  -  zgodził  się  pilot,  wesoły  porucznik.  - 

Lądowanie na takiej paskudnej górze, może oznaczać dziurę w tyłku i straszny ból. 

Von Waldstein wyciągnął szyję i pokręcił głową. Przez błyszczącą szybę zrobioną 

z  pleksiglasu,  mógł  dojrzeć  resztę  lecących  przestarzałych  junkersów,  zwanych 

pieszczotliwie „Ciotka Jus”. 

Samoloty tworzyły w powietrzu zgrabną formację, zbliżoną w kształcie do litery V, 

tak  w  pionie  jak  i  w  poziomie,  co  pozwalało  osłaniać  sąsiednie  maszyny  przed  atakiem 

myśliwców wroga. 

Potem  skierował  swoją  uwagę  na  szczyty  grzbietu  górskiego  Rachi,  nad  którymi 

jego pięciuset ludzi miało skakać z samolotów. 

A  to  wyglądało  na  niezbyt  łatwe  zadanie.  Już  sam  skok  w  górzystym  terenie  był 

trudny,  ale  na  tak  małej  wysepce  jak  Leros,  jego  Zielone  Diabły  mogły  być  łatwo 

zmiecione do morza, jak to miało miejsce z brytyjskimi spadochroniarzami na Sycylii. 

- Jaka jest prędkość wiatru, poruczniku? 

- Musi wynosić jakieś trzydzieści węzłów, panie baronie. 

- Będziemy się dobrze bawić przy tak silnym wietrze - powiedział von Waldstein. - 

To da moim chłopcom trochę do myślenia, więc nie będą się nudzić opadając na ziemię. W 

porządku, poruczniku, możemy jakoś poradzić sobie z tym problem. Czy  to nie zabawne 

mieć kogoś do zrzucenia na spadochronie w taki poranek? Zdecydowanie nie! 

Baron  von  Waldstein  cofnął  się  w  głąb  kadłuba.  Skinął  głową  na  sierżanta 

pełniącego funkcję dyspozytora, który wyglądał blado i był tak samo zatrwożony jak reszta 

spadochroniarzy. Podoficer ustawił się  blisko otwartych drzwi, a wiatr szarpał  jego  luźny 

background image

mundur  spadochroniarza.  Mógłby  być  pierwszy  w  pierwszej  serii  skoków.  Jak  to  lubił 

mówić do oficerów w kasynie:  „Facet lubi być pierwszy, prawda? To trzeba go trzymać, 

aby nie mieszał się z pospólstwem” 

Junkersy  przelatywały  właśnie  nad  wybrzeżem.  Artyleria  przeciwlotnicza  zaczęła 

strzelać chaotycznie. Kłęby białawego dymu pokazały się na niebie, a podmuch powietrza 

po wybuchach kołysał samolotami. Baron nawet nie zwracał na to uwagi. Spojrzenie miał 

wbite  w  grzbiet  Rachi.  Za  jego  plecami  spadochroniarze  dla  dodania  sobie  otuchy  nucili 

piosenkę: 

Kiedy Niemcom coś zagraża, tylko jeden sposób dla nas jest 

Walczyć i zwyciężyć, wiedząc z nami idzie śmierć 

Z naszych samolotów bracie miły tylko jeden skok jest! 

Do  ziemi  było  tylko  czterysta  pięćdziesiąt  metrów.  Pilot  szybko  obniżył  tor  lotu 

junkersa.  Na  wysokości  stu  pięćdziesięciu  metrów  wyrównał  lot  i  mogli  skakać.  Było 

cholernie  nisko  jak  na skok. Skok z tej wysokości  niósł ze  sobą  możliwość uszkodzenia 

kręgosłupa i połamania rąk i nóg. Jednak dawało to większą szansę, że wiatr ich nie zwieje 

na pełne morze, skróci się czas opadania, co utrudni Brytyjczykom „trafienie ich w dyszę”, 

jak zielone berety nazywały ranę, której najbardziej się obawiali - postrzał w podbrzusze, 

gdy człowiek znajdował się jeszcze w powietrzu. 

- Gotów! - krzyknął von Waldstein. 

Byli już prawie nad strefą zrzutów. 

- Minuta do skoku! 

Skoncentrował się i jeszcze raz sprawdził ekwipunek. 

Naprzeciw  niego  zaczęło  mrugać  gwałtownie  zielone  światełko.  Znaleźli  się 

dokładnie nad strefą lądowania. 

Baron  nawet  nie  czekał  na  rozkaz  do  skoku.  Wziął  głęboki  wdech  i  rzucił  się  w 

przestrzeń.  Waga  jego  plecaka  i  ekwipunku  bojowego  wydawała  się  go  wyrwać  z 

samolotu.  Leciał  ku  ziemi  w  zawrotnym  tempie.  Trzask!  Linka  wyzwalacza  szczęknęła. 

Otworzyła się nad nim wielka jedwabna czasza. 

Wypowiedział zwyczajową modlitwę dziękczynną i zaczął walczyć z wiatrem, nie 

zwracając uwagi na pociski, które przecinały tor jego lotu jak gromada wściekłych pszczół. 

Ku  swemu  przerażeniu  zauważył,  że  wiatr  spychał  go  w  stronę  morza.  I  nie  był 

jedynym, którego to spotkało. Wszędzie wokół niego Zielone Diabły walczyły zawzięcie w 

background image

plątaninie linek z podmuchami powietrza. Błyszczące refleksami światła morze było coraz 

bliżej. Widział już wyraźnie białą linię bałwanów morskich, zbliżającą się od lewej strony. 

Wtedy  wszystko  się  skończyło.  Był  blisko  ziemi.  Spadochron  szybko  tracił 

powietrze  i  opadał  dużo  szybciej.  Niewielkie  figurki  biegły  w  jego  stronę  po  stromym 

stoku. Nie wiedział, czy to byli jego ludzie czy też Brytyjczycy. Nie troszczył się o to w tej 

chwili. Ważniejsze było, aby nie połamał nóg. 

Naprężył się. Instynktownie ugiął kolana, by lepiej zamortyzować skok, gdy zbliżał 

się do kępy sosen. 

Uderzył w nią z prędkością 50 kilometrów na godzinę. Gałęzie rozcinały mu twarz, 

a  w  nozdrza  uderzył  intensywny  zapach  olejków  eterycznych,  tak  charakterystyczny  dla 

sosen. Odgięta gałąź kolejny raz uderzyła go w twarz. Momentalnie zrobiło mu się ciemno 

przed oczami. Doszedł do siebie, gdy już butami miał dotknąć ziemi. Impet uderzenia był 

tak  duży,  że  poczuł  jak  żołądek  podchodzi  mu  do  gardła.  Miał  jeszcze  na  tyle  siły,  aby 

rozpiąć  klamrę  w  pasie,  która  przytrzymywała  spadochron.  Ten  odleciał  kawałek  przy 

kolejnym podmuchu wiatru, pozostawiając go na ziemi, gwałtownie łapiącego powietrze w 

płuca. 

Z  daleka  dochodził  słaby  odgłos  strzałów.  Wiedział,  że  nie  mógł  ryzykować, 

ponieważ mogły pochodzić ze strony Anglików. Stanął niezdarnie na nogach i rozejrzał się 

dookoła.  Nikogo  nie  było  w  polu  widzenia.  Ściągnął  z  pleców  pistolet  maszynowy, 

wyciągnął  z  kieszeni  monokl  i  wsadził  go  w  oczodół.  Poczuł  się  pewniej,  ale  paskudnie 

kulał.  Teraz  baron  von  Waldstein  mógł  ruszyć  na  poszukiwanie  swoich  Zielonych 

Diabłów... 

- To niemożliwe! - wybuchnął pułkownik Tilney w swej ufortyfikowanej kwaterze, 

kiedy goniec przyniósł wiadomość, że niemieccy spadochroniarze wylądowali na grzbiecie 

Rachi. 

-  Ale  tam  są,  sir  -  zaprotestował  goniec.  -  Sam  ich  widziałem.  Są  ich  tam  setki. 

Pełno tych gnojków idzie tu prosto na drinka. 

Tilney  dość  szybko  się  pozbierał.  Nie  miał  żadnych  rezerw,  które  nie  byłyby 

zaangażowane w obronę, więc w końcu musiał zebrać improwizowany oddział złożony z 

kucharzy, pisarzy, ordynansów i kierowców, aby okrążyć Niemców. 

Mieli łatwe zadanie. To była regularna rzeźnia. Mieszana grupa sztabowców i ludzi 

ze  służb  tyłowych  dopadła  niemieckich  spadochroniarzy  na  drzewach,  zaplątanych  w 

linkach  nośnych  spadochronów  albo  brodzących  w  wodzie  do  pasa,  obciążonych  ponad 

background image

miarę nasiąkniętym wodą ekwipunkiem. 

Wielu z nich zwisało martwych na uprzężach, a czasze ich spadochronów unosiły 

się  i  opadały  na  zmiennym  wietrze  jak  wielkie  miechy  kowalskie.  Tylko  gdzieniegdzie 

leżał  porzucony  kombinezon  skoczka,  jak  powłoka  jakiegoś  dziwnego  insekta,  co 

wskazywało, że jego właściciel zdołał uciec. 

Do  dziesiątej  rano  tego  ranka  von  Waldstein  zdołał  zebrać  jakąś  setkę  swoich 

Zielonych Diabłów. Przez chwilę zalegali w polu kukurydzy na skraju grzbietu wzniesień, 

który był ich celem. W końcu baron wpadł w desperację. 

-  Nie zostaliśmy wysłani  na  Leros, aby  leżeć w polu kukurydzy  i wystawiać tyłki 

na  egejskie  słońce!  -  krzyknął,  poderwał  się  na  nogi,  pociągając  za  sobą  garść  co 

odważniejszych  swoich  ludzi  i  ruszył  biegiem  w  kierunku  Brytyjczyków,  strzelając  z 

pistoletu  maszynowego,  przyciśniętego  do  biodra.  Ten  z  pozoru  samobójczy  atak  okazał 

się dla jego wroga niespodzianką. Przypadkowa zbieranina kucharzy i pisarzy oddała pole 

walki. W jednej chwili wpadli między nich niemieccy spadochroniarze i gnając jak szaleni 

w górę stoku, pozostawili jedynie z tuzin ludzi rannych i zabitych. 

To  działo  się  jakieś  pół  godziny  wcześniej.  Teraz  ci,  co  przeżyli  -  może  jakichś 

osiemdziesięciu  ludzi,  maszerowali  miarowym  krokiem  ku  ich  celowi  i  słychać  było 

jedynie ich chrapliwe oddechy, i dalekie wznowione dudnienie artylerii na górze Clidi, po 

prawej stronie. Pomimo katastrofalnego lądowania, Zielone Diabły niemal zdołały odciąć 

północną część wyspy od centrum. Teraz siły  morskie generała Muellera  mogły  lądować 

na brzegu! 

background image

Rozdział 3 

Pułkownik Maurice French był bardzo rozzłoszczony. 

- Tilney! - warczał jak wściekły pies. - Zrobili dokładnie to, co mówiłem, że zrobią, 

czyli zrzucili spadochroniarzy! Teraz trzymają nas za gardło! 

-  Co  masz  na  myśli?  -  wydzierał  się  Tilney  tak  samo  rozsierdzony  jak  jego 

rozmówca. 

-  No,  popatrz  tylko  na  sytuację.  Spadochroniarze  wcisnęli  się  w  pas  biegnący  w 

poprzek wyspy. Wiem, że niewielkie oddziały Jellicoe sprawiają im kłopoty. Ale nie da się 

ukryć faktu, że Szwaby trzymają się w różnych miejscach i nasi ludzie na północy zostali 

odcięci. Nie trzeba będzie długo czekać, aż Niemcy wysadzą desant od morza. 

-  W  porządku,  Maurice  -  powiedział  Tilney,  unosząc  dłoń  na  znak  pokoju.  - 

Przyznaję, miałeś rację. Ale to już historia. Problem polega na tym, co mamy teraz zrobić? 

-  Natychmiastowy  kontratak,  i  to  kilka  -  odpowiedział  pułkownik  French  bez 

najmniejszego wahania, chociaż wiedział, że jego Irlandczycy są już bardzo wyczerpani. 

- W dwóch miejscach. Na górze Clidi. 

- Ale musiałeś stamtąd wycofać swoich ludzi, gdy podeszli spadochroniarze. 

- Zgoda, Tilney. To będzie robota dla „Buffsów”

8

 pułkownika Igguldena. Zaatakują 

od północy.  Wiem,  że pójdą do ataku po złej stronie góry, ale  jeśli Szwaby potrafiły się 

tamtędy wspiąć, to nasi ludzie też chyba potrafią? 

-  Nie  wiem  nic  o  tym.  Ale  muszę  porozmawiać  przez  telefon  z  Igguldenem,  bo 

inaczej wykończą nas. A teraz, gdzie są te inne miejsca, które chciałeś zaatakować? 

- Tilney, nie muszę ci chyba przypominać, że jedną z najważniejszych zasad, jakie 

uczą  w  Kolegium  Sztabowym,  to  nie  pozwolić  rozmienić  swoich  sił  na  drobne,  czyli 

rozproszyć ich. W tym momencie życiowo ważne jest, abyśmy skoncentrowali nasze siły i 

byli gotowi dokopać im, jak tylko rozpoczną desant morski. 

- Zgadzam się. Co więc proponujesz, Maurice? 

-  Natychmiastowy  atak  moich  fizylierów  na  spadochroniarzy  siedzących  na 

grzbiecie  Rachi.  Przebicie  się  przez  nich  i  połączenie  z  „Buffsami”,  a  potem 

                                                

8

 Bawoły - batalion z Royal East Kent Regiment 

background image

przygotowanie ataku siłami dwóch batalionów. 

Pułkownik  Tilney  nigdy  nie  dostał  szansy,  aby  wypowiedzieć  się  na  temat  tego 

planu, gdyż na biurku odezwał się dzwonek telefonu. Złapał za słuchawkę i rzucił krótko: 

- Tilney! 

Pułkownik French niecierpliwie czekał na koniec rozmowy, gdyż widział, że twarz 

jego dotychczasowego rozmówcy robi się coraz bardziej blada i blada. 

-  Co się dzieje?  -  spytał zaniepokojony, gdy Tilney odłożył  słuchawkę  na  widełki 

aparatu. 

- Za późno, Maurice. 

- Za późno na co, człowieku? 

Tilney oblizał zeschnięte usta i popatrzył na Frencha, z nadzieją, że gdzieś umknie 

wzrokiem. 

- Szwaby rozpoczęły desant w zatoce Parteni, na terytorium Buffa. 

-  A  niech  to  piekło  pochłonie  -  pułkownik  French  uderzył  pięścią  w  blat  biurka, 

gestem człowieka, który musi znosić wszystko ponad swoje siły. 

Gdy  tylko  bystrooki  Jap  dojrzał  trzy  zielone  flary,  które  wskazywały,  że 

spadochroniarze  znaleźli  się  na  grzbiecie  Rachi,  naprzeciw  ich  pozycji,  a  misja 

alpejczyków została zakończona, major Greul, krzyknął niecierpliwie: 

- Pułkowniku Stürmer! 

Stürmer,  wyraźnie  zmęczony,  choć  na  twarzy  błąkał  mu  się  nieśmiały  uśmiech, 

odwrócił się w kierunku źródła głosu. 

- Co jest, Greul? 

Major wskazał ręką na lewo. 

-  Nowe  oddziały  -  powiedział  -  i  jeszcze  więcej  nadchodzi  z  drugiej  flanki. 

Wygląda na jakieś dwie kompanie, w sumie będzie pewnie z pięciuset ludzi. 

- No, tak - powiedział przygnębiony Stürmer - za dużo, abyśmy im wszystkim dali 

radę, szczególnie, że będą ich osłaniać te transportery opancerzone, uzbrojone w BREN-y. 

Niby  cieniutki  pancerz,  ale  gdy  nie  mamy  broni  przeciwpancernej,  to  te  pudła  wjadą 

czołowym  stokiem.  A  poza  tym  nie  chcę  tracić  kolejnych  ludzi  na  Clidi.  Działa  są 

zakleszczone i teraz już nic nie warte. 

-  Zgadzam  się.  Musimy  tylko  dołączyć  do  spadochroniarzy.  Ale  jak  to  mamy 

zrobić, pułkowniku? 

-  Musimy  trzymać  Angoli  na  bezpieczny  dystans  aż  do  zmroku,  a  potem  zmykać 

background image

stąd. 

- Ale jak? 

- Pokażę ci! - zawołał Stürmer. 

Skoczył  naprzód  i  rzucił  się  do  dołka  strzeleckiego  obok  lekko  rannego  Strzelca 

wyborowego. 

- Daj mi swój karabin - rozkazał. 

Szybko poprawił celownik optyczny, a potem wygodnie oparł kolbę broni na dołku 

w barku. 

Na  okrągłej  siatce  podziałki  celownika  pokazała  się  młoda  twarz.  Poniżej  na 

ramionach widać  było trzy gwiazdki kapitana piechoty  brytyjskiej.  Stürmer  mówił  sobie, 

że  w  tak  mocno  zhierarchizowanym  społeczeństwie  jak  brytyjskie,  ludzie  czują  się 

bezradni, gdy zabraknie kogoś do wydawania rozkazów. Powoli zrobił wydech i pociągnął 

za spust. Kolba karabinu kopnęła w naprężony bark. 

Przez dłuższą chwilę młody kapitan stał bez ruchu na ścieżce, podczas gdy za nim 

maszerowała  kolumna  ludzi  w  mundurach  khaki.  W  obiektywie  celownika  jego  twarz 

wyglądała  teraz  na  zaszokowaną  i  zdeformowaną.  Nagle  zgiął  się  wpół  i  przewrócił 

bezładnie na ziemię. 

Podoficer o grubo ciosanej twarzy, który stał obok niego, popatrzył na leżącego ze 

zdziwieniem i zaraz potem Stürmer ponownie nacisnął spust karabinu. 

Gdy podoficer już otwierał usta, aby wydać jakiś rozkaz, kula trafiła go w brzuch, 

zwalając na ziemię. Szereg ludzi za nim zatrzymał się gwałtownie. 

Stürmer, któremu własne dzieło zupełnie się nie podobało, opuścił lufę karabinu. 

-  W  ten  sposób  trzymajcie  ich  na  dystans  i  uważajcie  na  te  cholerne  transportery 

opancerzone. 

Nagle  szybka  seria  pocisków  wystrzelonych  z  broni  maszynowej  przeleciała  z 

jękiem nad stanowiskiem strzeleckim odbijając się od głazów i kilka razy rykoszetując. 

- W porządku, wszędzie w pogotowiu! - zawołał Greul, gdy niewielka grupka ludzi 

osłaniana  przez  transporter  wyposażony  w  BREN-a,  próbowała  przedrzeć  się  na  lewą 

stronę, aby dostać się do następnego skrawka terenu na zniszczonym walką stoku. 

Wzdłuż całego kręgu obrony niemieckiej wybuchła strzelanina. Druga bitwa o górę 

Clidi zaczęła się! 

Byk  Jo  popatrzył  na  ciało  z  którego  wypłynęły  jelita,  niczym  niekończąca  się 

kolorowa taśma. 

- Boże, on nie odejdzie z tego świata od razu. Biedny sukinsyn! 

background image

Jap, zajęty siodłaniem mułów, które miały nieść na grzbietach rannych ludzi z ich 

oddziału, mruknął tylko: 

- Chodź tutaj i mi pomóż. 

- A co się dzieje? - spytał Jo i momentalnie rzucił się na ziemię, gdy angielska kula 

rozbiła  na  drzazgi  deskę  z  szopy,  w  której  znajdowały  się  muły.  -  Myślałem,  że  jesteś 

zawodowym mulnikiem. 

Za  trzydzieści  minut  mieli  być  gotowi  do  ewakuacji  ze  szczytu  góry  i  Jap  chciał 

mieć muły, najbardziej uparte stworzenia wszech czasów, gotowe do transportu rannych. 

- A teraz to, co chcę, żebyś zrobił. Muszę założyć uprząż na to paskudne bydlę w 

ciągu  minuty,  a  ty  wiesz  co  ono  robi?  Ten  zwierzak,  a  to  jest  kawał  cholery,  nadyma 

brzuch.  Gdy  już  założę  mu  uprząż,  wypuszcza  powietrze  i  ona  zsuwa  mu  się  luźno  pod 

brzuch. I muszę całą robotę zaczynać od nowa. 

Jo wydął wargi w geście podziwu dla sprytu zwierzęcia. 

- Przebiegła bestia, no nie? 

-  A  więc  czego  od  ciebie  chcę?  Chcę,  gdy  tylko  założę  uprząż,  a  on  zacznie 

stosować te swoje sztuczki, żebyś kopnął go prosto w zad swoim wielkim buciorem. To go 

powinno zaskoczyć i wypuści powietrze z brzucha. 

- A co, jeśli odda mi kopniaka? - spytał Jo, obawiając się o swoje zdrowie. 

-  To  będziesz  miał  pecha.  Wtedy  już  nie  będziesz  więcej  majstrował  przy 

panienkach w domu publicznym w dniu wypłaty żołdu. 

Jap  naciągnął uprząż  na opornego muła  i wtedy  Jo dał  mu potężnego kopniaka z 

zad. Zwierzak zaryczał żałośnie, ale wypuścił powietrze. Reszta roboty Japa przebiegła już 

bez kłopotów. Szybko, z wprawą zawodowca zakładał uprzęże na muły stojące w szeregu. 

Byk Jo asystował mu, kopiąc czworonogi, gdy tylko stawały się uparte. Wreszcie było po 

wszystkim. 

-  W  porządku,  Jo,  biegnij  kłusem  do  pułkownika  i  powiedz  mu,  że  możemy 

sprowadzać rannych. 

Pułkownik  Stürmer  wystrzelił  w  powietrze  ostatnią  flarę.  Zielona  raca  z  sykiem 

poszybowała w powietrze i pokryła twarze zebranych w kręgu obronnym ludzi chorobliwą 

bladością.  Szybko  odpowiedzieli  na  sygnał.  Otworzyli  ogień,  ze  wszystkiego,  co  mogło 

strzelać  i  wściekła  ulewa  pocisków  pomknęła  w  ciemność,  w  stronę,  gdzie  Brytyjczycy 

mozolnie  wspinali  się  na  stromy  stok.  Stürmer  uniósł  dłoń.  Ludzie  zamarli  w  napięciu. 

Żołnierze prowadzący muły z rannymi, kładli uspokajająco dłonie na nozdrzach zwierząt. 

background image

-  W  porządku  kapralu,  wyruszajcie.  Dajemy  wam  dokładnie  pięć  minut,  a  potem 

zaczynamy odwracać ich uwagę. 

- Dobrze, panie pułkowniku - odparł Jap i odwrócił się na pięcie. - Jazda, chłopaki, 

ruszamy z miejsca. 

Jeden  za  drugim,  gdy  przygasała  flara  na  niebie,  pewnie  stąpające  po  górzystym 

terenie muły zaczęły schodzić w dół, coraz dalej od pozycji obronnych. 

Stürmer  skinął  ręką  na  majora  Greula  i  Jo  tworzących  grupę  dowodzenia,  która 

miała  iść  na  czele  i  podszedł  do  skraju  linii  obrony.  Podniósł  karabin  i  najgłośniej  jak 

umiał zawołał: 

- Grupa szturmowa Edelweiss, za mną. 

Rzucił  się  naprzód,  reszta  strzelców  pozostających  jeszcze  na  pozycjach,  ruszyła 

jego śladem, strzelając w biegu. W chaosie, który zapanował, żołnierze angielscy nie byli 

w stanie rozpoznać, kto był wrogiem, a kto przyjacielem. Nie strzelali, dopóki nie było już 

na to za późno. Strzelcy alpejscy wpadli między nich, młócąc i waląc kolbami po głowach 

skulonych  Anglików czy też kłując  ich  bez  litości  bagnetami.  W  minutę otworzyli drogę 

odwrotu  przez  brytyjskie  pozycje,  odrzucając  wrogów  na  bok,  co  pozwoliło  przejść  w 

miarę swobodnie karawanie mułów. 

Pięć minut później znikli na dobre, opuszczając szczyt góry Clidi, pozostawiając na 

nim jednie ciała zabitych. 

background image

Rozdział 4 

To była dziwna noc, pełna alarmów i podchodów. Ze wszystkich stron dochodziły 

odgłosy  wymiany  ognia.  Od  morza  również  dolatywał  zgiełk  bitwy,  a  po  niebie 

przelatywały niezidentyfikowane samoloty. Dwa razy natknęli się na brytyjskie posterunki 

i  musieli  pokonywać  ich  opór,  aby  przedzierać  się  dalej.  Jednak  nigdzie  nie  było  nawet 

śladu pobytu Zielonych Diabłów. 

Godziny  mijały  w  łamiącym  nerwy  i  charakter  koszmarze  nocy,  gdy  powoli  szli 

niepewnym krokiem po stromych stokach. Co  jakiś czas przewracali  się w ciemności  na 

wystających głazach i pokrytych rumoszem zboczach. 

Jednak po kolejnym półgodzinnym marszu do oddziału alpejczyków uśmiechnął się 

los.  O  trzeciej  nad  ranem,  gdy  włazili  rzędem  na  zdradziecki  stok,  doleciało  do  nich 

podwójne rechotanie, sygnał spadochroniarzy - na to pułkownik Stürmer czekał całą noc. 

Naciśnięta  przez  niego  blaszka  wydała  odgłos  podobny  do  rechotu  żaby. 

Odpowiedział mu podobny sygnał i ktoś ostrożnie zapytał z ciemności: 

- Alpejczycy z Edelweiss? 

- Tak, to my, wy z czwartego spadochronowego? 

- Tak, cieszymy się, że nareszcie widzimy naszych górali! 

- No, no, jak to miło zobaczyć was, Bawarczyków, pułkowniku Stürmer - stwierdził 

baron von Waldstein, z niezwykłym jak na niego ożywieniem, gdy pochylili się nad mapą 

rozłożoną w punkcie dowodzenia i oświetloną wątłym płomieniem świecy. 

-  Ale  ja  bardziej  się  ciszę,  że  was  widzę,  majorze  -  powiedział  jednym  tchem 

Stürmer.  -  Już  zaczynałem  myśleć,  że  maszeruję  na  kolanach,  a  nie  na  stopach.  Byliśmy 

bliscy załamania. 

- Znam to uczucie, mój drogi pułkowniku  - zaśmiał się sympatycznie major. - Ale 

czy możemy od razu przejść do oceny sytuacji? 

- Oczywiście, ale niech pan się nie spodziewa, że od razu zacznę jasno myśleć. To 

był dla nas piekielny dzień. 

-  Mój  drogi  pułkowniku  -  odparł  spokojnie  baron  -  to  jest  właśnie  piekło  wojny. 

Nie jestem w stanie jasno myśleć od czasu ataku na Eben-Emael w 1940 roku. Ale to nie 

background image

ma znaczenia. Wprowadzę pana w sytuację. 

- Bardzo proszę. 

-  Generał  Mueller  już  rozpoczął  desant  swoich  oddziałów  w  zatoce  Parteni,  na 

północy  i  w  zatoce  Pandeli  na  południu,  na  drugim  końcu  Leros.  Nim  padła  nam 

radiostacja,  dotarła  do  nas  informacja  ze  sztabu  generała,  że  lądowanie  na  południu 

odbywa się z wielkimi kłopotami. Brytyjczycy przeprowadzili cholernie silny kontratak i 

jest bardzo prawdopodobne, że nasi ludzie zostali wyparci z powrotem do morza. 

Stürmer wyraźnie zasępił się. 

- A lądowanie w Pandeli? 

-  Wygląda  na  to,  że  zdołali  tam  dostać  się  na  ląd  i  utworzyć  przyczółek.  Tak 

przynajmniej było jeszcze dzisiaj o trzeciej nad ranem. 

Stürmer  spojrzał kątem oka na  mapę. Jego cień wydawał  się tańczyć  na ścianie w 

migającym świetle płomienia świecy. 

- To oznacza - stwierdził po kilku chwilach rozważań - że gdy Brytyjczycy zdadzą 

sobie  sprawę,  że  my  już  nie  utrzymujemy  góry  Clidi,  to  będą  mieli  swobodę  w 

zaatakowaniu od północy grzbietu Rachi. Nic ich tam nie będzie wiązało. 

-  Dokładnie.  Oceniamy,  że  przeciwko  sobie  mamy  zgrupowany  batalion,  który 

może  zaatakować  nad  ranem  w  kierunku  południowym  od  góry  Meraviglia  i  te  dwie 

kompanie, o których już pan wspomniał, pułkowniku oraz być może do tego trzeba jeszcze 

dodać  ludzi,  którzy  są  wolni,  po  odparciu  naszego  desantu  na  północy.  Innymi  słowy, 

mamy ich z tyłu i z przodu. A to zdecydowanie nieprzyjemne, prawda? 

Baron von Waldstein pokazał jeden ze swoich działających na nerwy uśmiechów, 

jednak  pułkownik  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Wiedział  jedynie,  że  baron  wyglądał  jak 

uosobienie  typowego,  pruskiego,  arystokratycznego  oficera,  z  cofniętym  podbródkiem  i 

dobrze  było  go  mieć  przy  swoim  boku  w  tak  szczególnej  sytuacji.  Wydawało  się,  że 

niczego się nie obawiał. 

Stürmer  rozmyślał  chwilę  czy  dwie.  Gdzieś  w  oddali  znowu  odezwały  się  działa. 

Wkrótce  przyjdzie  świt  i  po  brytyjskiej  stronie,  zmęczeni,  zestresowani  i  przepracowani 

oficerowie zaczną planować kolejne ruchy na śmiertelnej szachownicy wojny. 

-  Powiedział  pan,  baronie,  że  lądowanie  z  zatoce  Pandeli  powiodło  się?  -  spytał 

nagle Stürmer. 

- Do trzeciej nad ranem, tak. 

Pułkownik ponownie skupił się nad mapą. 

-  Są  dwie  rzeczy,  które  teraz  możemy  zrobić.  Jedna  z  nich  to  siedzieć  tutaj  na 

background image

wygodnych  pozycjach  obronnych,  hodując  odciski  na  plecach  i  siedzeniach,  i  czekać  na 

atak  Brytyjczyków,  podczas  gdy  nasi  towarzysze  broni  bez  pośpiechu  przeprowadzają 

desant w zatoce Pandeli. 

- Taki był pierwotny plan generała Muellera, pułkowniku. Mieliśmy za zadanie nie 

dopuścić  do  połączenia  sił  brytyjskich,  dopóki  na  Leros  nie  znajdzie  się  odpowiednia 

liczba naszych oddziałów do przeprowadzenia ataku na górę Meraviglia. 

- Ale z całym szacunkiem, Mueller jest jedynie szarakiem z piechoty, podczas gdy 

wy  jesteście  spadochroniarzami,  a  moi  ludzie  wyszkolonymi  strzelcami  alpejskimi  - 

Stürmer zmusił się do uśmiechu. - My nie działamy jak zwykła piechota. 

- Nie, ale jeśli nie podporządkujemy się rozkazom, mamy szansę wylądować przed 

sądem wojennym, pod warunkiem, że pożyjemy na tyle długo. Co dalej? 

-  Przeprowadzenie  z  dwóch  stron  ataku  na  siedzibę  ich  dowództwa  na  wzgórzu 

Meraviglia. Od strony zatoki Pandeli uderzą oddziały desantu morskiego, a my z drugiej. 

- Och, mój Boże, pułkowniku, to czyste szaleństwo! - zawołał baron von Waldstein, 

ale na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. 

-  Po co kłopotać się  stratą czasu we wnętrzu wyspy. Idźmy od razu po głowę, do 

ich sztabu. Kiedy go zniszczymy, Anglicy zaczną się pakować do wyjazdu. Widziałem to 

już wiele razy w przeszłości. 

-  Wierzę  panu,  pułkowniku.  Ale  mam  nadzieję,  że  wyłoży  pan  jasno  i  dobitnie 

swoją teorię oficerowi, który będzie przewodniczył składowi sędziowskiemu. No dobrze, 

kiedy wyruszamy? 

- O świcie, panie baronie. A zrobimy to tak... 

Szybko pochylił się nad mapą i zaczął wyjaśniać... 

background image

Rozdział 5 

- W imię błogosławionego świętego Patryka! - fizylier, który pełnił wartę, aż jąkał 

się  z  zaskoczenia,  widząc  cywilną  karawanę  mułów,  która  nagle  ukazała  się  w  wylocie 

jednego z licznych wąwozów wychodzących z grzbietu. 

- Zatrzymać się. Kto idzie? 

Jeden  z  cywilów,  pomarszczony  niski  człowiek,  z  czymś  w  rodzaju  turbanu  na 

głowie,  otulony  kocem,  spod  którego  wystawała  podarta  koszula  koloru  khaki,  w  stylu 

popularnym  wśród  mieszkańców  wyspy,  szarpnął  za  wędzidła  pierwszego  muła  trochę 

zbyt brutalnie i zmusił kolumnę zwierząt do zatrzymania się. 

- Stamtąd idziecie? - spytał Irlandczyk, wskazując lufą karabinu na szczyt grzbietu. 

Mały  człowieczek  wzruszył  ramionami,  jakby  nie  zrozumiał  pytania.  Dwaj  jego 

towarzysze,  niezgrabny  olbrzym  i  drugi,  mniejszy  trochę,  o  końskiej  twarzy  -  zrobili  to 

samo. 

Milate anglika? - spytał wartownik. 

Mały  mężczyzna  ponownie  wzruszył  ramionami,  gdy  Grek  z  końską  twarzą 

mruknął: 

Ochi. 

- Niech mnie kule biją - zaklął Irlandczyk. - Jeśli wy nie mówicie po angielsku... - 

przerwał szybko. - Hej, ale co macie w tych sakwach? 

Wsadził  lufę  karabinu  pod  pokrywę  kosza,  który  zwisał  z  grzbietu  pierwszego 

muła. 

- Gorzałka? - oblizał spierzchnięte usta, aby pokazać, jak bardzo jest spragniony  - 

Ouzo...  krasi...  birra?  -  spojrzał  na  nich  wyczekująco,  gdyż  wyczerpał  już  zapas  znanych 

mu greckich słów. 

Facet  o  końskiej  twarzy  machnął  brudnym  paluchem  w  poprzek  twarzy,  co  dla 

Greków oznaczało nie. 

- Ochi... milo... achaldi... rodakino...

9

 

- Cholerne brudasy! - wartownik wahał się chyba przez minutę. 

                                                

9

 Nie, jabłka, gruszki brzoskwinie. 

background image

Ci  cywile  wyglądali  raczej  na  nieszkodliwych,  nawet  jeśli  nadchodzili  od  strony 

niemieckich  pozycji.  I  tak  samo  było,  gdy  jego  batalion  był  w  Afryce;  tubylcy  zawsze 

wędrowali  wokół  pola  walki,  nie  zwracając  uwagi  na  gówno  latające  w  powietrzu  i 

rozglądali się jedynie za czymś, co można było zrabować bądź wyżebrać. 

- W porządku - powiedział - idźcie własną drogą. 

Efcharisto - powiedział ten o końskiej twarzy. - Moulari!

10

 

Grzmotnął  w  zad  prowadzonego  przez  siebie  muła,  zmuszając  go  do  marszu. 

Powoli  mała  kawalkada  zwierząt  przeszła  przez  linię  pozycji,  kierując  się  ewidentnie  ku 

stokom góry Meraviglia. Po chwili zniknęła za następnym zakrętem ścieżki, pozostawiając 

parujące jeszcze odchody zwierząt, tuż przy stanowisku strzeleckim wartownika. 

Baron von Waldstein zsunął z głowy turban zrobiony ze szmat i ciężko odetchnął. 

-  Korzyści  z  klasycznego  wykształcenia,  kapralu  -  zachichotał  -  trzy  miesiące  na 

Krecie w czterdziestym pierwszym i naprawa połamanych nóg. 

- Nie wiedziałem o tym, panie majorze - powiedział Jap, wiodąc karawanę ścieżką, 

która  prowadziła  przez  usłaną  głazami  dolinę  i  cieszył  się  porannym  powietrzem 

pachnącym  ziołami.  -  Mało  nie  narobiłem  w  portki,  wtedy  gdy  Anglik  chciał  zajrzeć  do 

naszych juków. 

-  No,  wy  chłopcy  -  powiedział  baron,  sięgając  po  monokl,  dzięki  czemu  od  razu 

lepiej mu się myślało - lepiej weźcie się za wojaczkę. 

Ponownie trzepnął dłonią muła w szeroki zad i szybciej ruszył w drogę. 

- Wio, ty brudna bestio! 

Tak rozpoczęła się druga faza operacji „Koń Trojański”. 

Przez lekko przesłoniętą lornetkę, aby nie odbijała w soczewkach promieni słońca, 

pułkownik  Stürmer  obserwował  powolny  przemarsz  grupy  barona  przez  pozycje 

brytyjskie. Potem obrócił się i zlustrował cały teren przed sobą. 

Po  prawej  stronie,  dosyć  daleko  znajdowało  się  Leros.  Mógł  rozróżnić  białe  i 

niebieskie  domy  małego  miasteczka,  pobłyskujące  dachami  w  promieniach  słońca  oraz 

zakrzywioną klingę tureckiego wybrzeża, leżącą jeszcze dalej. 

To był widok zapierający dech w piersiach - majestatyczne piękno greckiej wyspy 

o poranku, z powietrzem przepełnionym zapachem dzikiej mięty, kapryfolium i sosen - ale 

                                                

10

 Dziękujemy, mule! 

background image

to  wszystko  omamiło  pułkownika  tylko  na  chwilę.  Znowu  musiał  skoncentrować  się  na 

swoim zadaniu. 

Kierował  lornetkę  w  lewo,  dopóki  jego  wzrok  nie  spoczął  na  reszcie  centrum 

obrony  brytyjskiej  -  góra  Meraviglia.  Brytyjczycy,  jak  zawsze  lenie,  jeśli  chodziło  o 

kopanie okopów, stworzyli jedynie płytkie dziury w ziemi i stanowiska dział, dzięki czemu 

ich pozycje było wyraźnie widać. Ale nawet jeśli były płytkie, to z pewnością liczne. 

Potem  powoli  badał  stok  góry  naznaczony  kraterami  po  wybuchach  niemieckich 

bomb  jak  ospą.  Dowództwo  mieściło  się  zapewne  w  schronie  z  długim  dachem  i 

bezprzewodowymi  antenami,  błyszczącymi  w  słońcu.  Wokół  schronu  widać  było  okopy 

dla  piechoty.  Musiał  się  tam  w  takim  razie  znajdować  pluton  ochrony  sztabu.  Przebiegł 

wzrokiem  po  rzędzie  przeciwlotniczych  karabinów  maszynowych  i  okopanej 

dwudziestofuntowej  armacie  i  zatrzymał  się  dopiero  na  stanowiskach  37-milimetrowych 

działkach Bofors. 

Ich lufy skierowane były w górę, w oczekiwaniu następnego niemieckiego nalotu i 

Stürmer  widział,  jak  maleńkie  postacie  trudziły  się  przy  nich,  układając  kolejne  warstwy 

worków  z  piaskiem,  aby  zastąpić  te,  które  zostały  zniszczone  podczas  nocnego 

bombardowania. Było  ich cztery,  idealnie ustawione z  niemieckiego punktu widzenia,  na 

niewielkim wzniesieniu, w linii równoległej do schronu brytyjskiego dowództwa. 

Pułkownik opuścił lornetkę. Znał działka Bofors. Neutralni Szwedzi, chcąc zarobić 

na wojnie, pozwolili  produkować je na swojej licencji tak Brytyjczykom, jak i Niemcom. 

Ale  podczas  gdy  Brytyjczycy  używali  tej  broni  o  wysokiej  szybkostrzelności  do  walki  z 

celami  powietrznymi,  to  niemiecka  armia  odkryła,  że  działka  te  są  bardzo  skuteczne 

przeciwko  piechocie,  jeśli  żadna  inna  broń  nie  była  dostępna.  Co  jakiś  czas  artyleria 

przeciwlotnicza  Luftwaffe  używała  swoich  wielkich  armat,  aby  wspomagać  piechotę  w 

walce z mającymi ogromną przewagę liczebną Rosjanami. 

Jeśli zdobyliby te działka, mogliby ich użyć do  wysłania do piekła Brytyjczyków, 

którzy  obecnie  byli  zajęci  przygotowaniem  ataku  na  dużą  skalę  na  grzbiet  Rachi,  leżący 

poniżej. Mogliby też użyć tego miejsca jako odskoczni do końcowego ataku. Jednak trzeba 

było najpierw zdobyć te tak skuteczne armatki przeciwlotnicze. 

Stanął  na  nogach  i  pobiegł  szybko  do  pozycji  swoich  ludzi,  gdzie  już  czekał  na 

niego zniecierpliwiony major Greul. 

- No i jak, panie pułkowniku? 

- Przeszli przez pozycje brytyjskie. 

- Dzięki Bogu! - Greul odetchnął z wyraźną ulgą. 

background image

-  My  i  spadochroniarze  mamy  około  dwudziestu  rannych,  którzy  nadal  mogą 

posługiwać się bronią. 

-  Tak,  ale  to  za  mało,  aby  przekonać  Anglików,  że  nadal  wszystkimi  siłami 

bronimy się na grzbiecie. 

- Już się o to zatroszczyłem - odpowiedział Greul z dumą. 

- Jak? 

-  Ściągnąłem  trochę  zapasowych  ubrań  i  koców,  i  kazałem  spadochroniarzom 

oddać ich hełmy. 

- Ale po co, majorze? 

-  Chcę  z  nich  zrobić  manekiny,  panie  pułkowniku  -  wyjaśnił  Greul,  oczywiście 

dumny z siebie i własnej pomysłowości. - Potem umieścimy je przy co drugim stanowisku 

strzeleckim.  Z  tak  dużej  odległości  Anglicy  się  na  tym  nie  poznają.  A  przecież  wszyscy 

wiemy, że Anglicy nie mają chęci do walki na krótki dystans. 

-  Znakomicie,  Greul,  świetny  pomysł!  To  ich  powinno  wprowadzić  w  błąd  - 

przynajmniej na chwilę. Jak dużo czasu ci to zajmie? 

Greul  wskazał  na  klęczących  spadochroniarzy  i  strzelców  alpejskich,  którzy 

wypychali zrolowane koce i zapasowe mundury trawą i gałęziami. 

- Może jeszcze jakieś piętnaście minut. Najdalej pół godziny, panie pułkowniku. 

Stürmer  dokonał  szybkich  obliczeń.  Do  tego  czasu  „Koń  Trojański”  (tak  baron 

osobiście nazwał to małe oszustwo) znajdzie się obok stanowisk działek Bofors, zakładając 

oczywiście,  że  tamta  trójka  nie  zostanie  zatrzymana  i  rozpoznana  przez  nadgorliwych 

brytyjskich strażników. 

-  W  porządku,  majorze.  Pospiesz  ludzi  jak  tylko  potrafisz.  Chcę,  aby  ci,  co 

pozostaną na pozycjach wyjściowych, zaczęli małą dywersję, jak tylko skończą tę robotę. 

Potem musimy zobaczyć, czy zdołamy zejść niżej i wesprzeć barona. 

Stürmer spojrzał na ścianę skalną, po której musieli schodzić chcąc wydostać się z 

grzbietu, niezauważeni przez Anglików, zajmujących pozycje poniżej. 

- To nie będzie łatwe, bo musimy zabrać z nami spadochroniarzy. Spodziewam się 

jednak, że przy ich wyszkoleniu nie mają lęku wysokości. 

-  Już  o  tym  pomyślałem  panie  pułkowniku.  Przydzieliłem  jednego  naszego 

chłopaka  do  każdego  spadochroniarza.  Będą  im  pomagać  na  trudniejszych  etapach 

wspinaczki. Sądzę, że dzięki temu nie będzie problemów. 

- Nie będzie? - Stürmer poczuł jak narasta w nim złość. 

Jeszcze w życiu nie brał udziału w operacji, która by stwarzała więcej problemów. 

background image

Próbowali oszukać silnego liczebnie przeciwnika, że wszystkimi siłami bronią zdobytych 

pozycji,  podczas  gdy  naprawdę  miała  to  robić  jedynie  garstka  rannych.  Jakby  tego  było 

mało, musiał poprowadzić grupę nowicjuszy w skomplikowanej wspinaczce, z nadzieją, że 

zdołają pokonać pionową ścianę skalną. A do tego jedynie trzech ludzi miało zapewnić, że 

nie powita ich lawina pocisków z działek Bofors. 

Jednak zamiast krzyczeć, zadowolił się uspokajającym komentarzem: 

- W porządku, majorze, niech pan działa dalej. 

Operacja „Koń Trojański” wchodziła w trzecią fazę. 

background image

Rozdział 6 

- A teraz chcę, aby wszyscy spadochroniarze uważnie wysłuchali tego, co mam do 

powiedzenia - pułkownik Stürmer zaczął swoją przemowę powoli, akcentując każde słowo, 

widząc obawę na twardych twarzach żołnierzy, gdy patrzyli na ścianę skalną o wysokości 

osiemdziesięciu metrów. - Tu nie ma się czego obawiać, poza sobą samym. Będziecie się 

wspinać po linie, którą wybrałem osobiście i którą własnymi rękami umocuję na szczycie 

tej skały. Przed każdym z was będzie to robił wyszkolony alpinista, a drugi będzie szedł za 

wami. Strach może was paraliżować, ale jeśli już was dopadnie - tak samo jak waszą siłę - 

będziecie zgubieni. Kluczem do sukcesu we wspinaczce jest szybkość. 

Poczekał chwilę, aż jego słowa dotrą do świadomości ludzi i w tym samym czasie 

spoglądał poważnym spojrzeniem na nieco pobladłe twarze żołnierzy. 

- A teraz, czy są jakieś pytania? 

Jeden ze spadochroniarzy, podoficer, spytał zachrypniętym głosem: 

-  Tak,  panie  pułkowniku.  Czy  uważa  pan,  że  mógłbym  się  w  tej  chwili,  od  razu, 

przenieść do służb kwatermistrzowskich zamiast wspinać się jak pająk? 

Jego  śmiałe  pytanie  złamało  ogólnie  panujące  napięcie.  Ludzie  ze  śmiechem 

zaczęli  podchodzić  do  podstawy  skały.  Za  ich  plecami  ranni  już  zajmowali  wyznaczone 

pozycje i przygotowywali broń do otwarcia ognia. 

Chwilę  później  oddali  pierwszą  chaotyczną  salwę.  Pułkownik  rozpoczął  samotną 

wspinaczkę. Przez pierś przewiesił wcześniej gruby zwój liny. 

Pierwsze dwadzieścia metrów nie sprawiło kłopotów, ale potem szczęście zaczęło 

go  opuszczać.  Trudno  było  mu  znaleźć  występy,  czy  szczeliny  i  w  kilku  przypadkach 

musiał uciekać się do stosowania chwytu szczypcowego, trzymając się kciukiem i palcem 

wskazującym  niewielkich  załomów.  W  pewnym  momencie,  gdy  wisiał  jedynie  na  dłoni 

zwiniętej w pięść wciśniętą w jakąś dziurę - dzięki czemu działała ona jak klin - jego stopa 

zakleszczyła się w szczelinie. Przeklinając, z mięśniami piekącymi z bólu, które w każdej 

chwili  mogły  odmówić  posłuszeństwa,  wolną  ręką  usiłował  wbić  w  ścianę  hak.  W  tym 

czasie cały czas zwisał na obolałej pięści. 

Ale napierał dalej, wiedząc, że czas jest podstawą działania i starał się nie zważać 

na piekielny ból, aby tylko poruszać się do góry. Stosował wszelkie znane mu techniki, by 

background image

tylko  zwiększyć  tempo  wspinaczki.  W  pewnej  chwili  musiał  zupełnie  się  zatrzymać. 

Ostatnie  dziesięć  metrów  wspinaczki  oznaczało  pokonanie  mocno  wystającego  nawisu 

skalnego. 

- Cholera! - sapnął gniewnie, oblizując pot, który mu ściekał po twarzy. 

Takie  wystające  stopnie  stanowiły  sporą  trudność  nawet  w  najlepszych  jego 

czasach,  a  teraz  napotkał  coś  takiego  w  tak  trudnej  sytuacji!  W  tej  chwili  mógł  tylko 

szukać  dobrych  uchwytów,  które  pozwoliły  mu  walczyć  z  grawitacją,  podczas  gdy  jego 

ciało  musiało  być  niepewnie  rozciągnięte  na  skale  odchylonej  w  górę  od  poziomu  o 

czterdzieści  pięć  stopni.  Nie  lubił  tego  uczucia,  miał  wrażenie,  że  jest  jak  ślimak,  który 

wybrał się na przechadzkę po suficie. 

W ponurym  nastroju ruszył pod górę i prawą ręką wymacał uchwyt kieszeniowy, 

starając  się  wciskać  kolana  w  skałę.  Przełknął  ślinę,  gdy  lewą  ręką  wymacał  uchwyt 

dzbanowy  i  stwierdził,  że  do  pokonania  ma  odległość  około  metra.  Teraz  wspierając  się 

prawą ręką  i kolanem, wisiał  kilkadziesiąt  metrów nad ziemią, odchylony od ściany  pod 

nieprawdopodobnym kątem. 

Już  prawie  miał  chwyt  dzbanowy,  gdy  nadeszła  katastrofa.  Ześlizgnęło  mu  się 

prawe kolano. W mgnieniu oka jego ciało wygięło się w wywołujący zawrót głowy łuk, a 

trzymał  się  skały  jedynie  prawą  ręką.  Lecz  tak  czy  inaczej,  trzymał  się  nadal.  Tylko 

nieznośny ból, który przeszywał jego ramię i bark, kazał mu walczyć dalej. Zdusił okrzyk 

bólu i podjął dalszą walkę. 

Zebrał resztki sił, naprężył mięśnie brzucha i dolnej części pleców, po czym mocno 

odchylił się do przodu. Buty znowu zachrzęściły o powierzchnię skały. Lewą ręką jednak 

nie zdołał odnaleźć chwytu. Chwilę później znowu zwisał w powietrzu i widział kątem oka 

pełne napięcia, pobladłe twarze ludzi, którzy zebrani poniżej obserwowali jego zmagania. 

Łkając,  aby  złapać  oddech,  z  mięśniami  prawej  ręki,  palącymi  z  bólu,  Stürmer 

podjął  jeszcze  jedną  próbę.  Nie  mógł  tak  dłużej  wisieć.  Teraz!  Drapał  lewą  ręką 

poszarpaną krawędź skały. 

Próbował ją uchwycić jakimś rozpaczliwym ruchem. Ostra krawędź cięła mu palce 

i natychmiast pokazała się krew. 

Stürmer  starał  się uspokoić. Powstrzymał  kołysanie  ciała. Spróbował kontrolować 

bicie serca  i wziął kilka głębszych oddechów. Teraz albo nigdy.  Jeśli tego nie zrobi tym 

razem,  będzie  musiał  się  puścić.  Mięśnie  jego  prawej  ręki  wytrzymają  takie  nieznośne 

naprężenie jeszcze jedynie przez kilka sekund. 

Nagle pułkownik jakby oderwał się od rzeczywistości i uspokoił. Zawsze wiedział, 

background image

że zginie gdzieś w górach. Od czasu, gdy podjął wyzwanie „niemieckiej góry” w dalekich 

Himalajach, czuł, że mógłby zginąć na Nanga Parbat. Teraz miał wrażenie, że koniec może 

go  spotkać  na  tej  nieoznaczonej  płycie  skalnej,  która  nawet  nie  zasłużyła  na  nadanie  jej 

nazwy. 

- W porządku - pomyślał - teraz albo nigdy! 

Jeszcze raz zebrał siły i przyciągnął się do skały. Wreszcie jego palce namacały i 

chwyciły ostrogę skalną. 

- Trzymaj ją! Tym razem trzymaj! - krzyczała cała jego świadomość. 

Pięć minut późnej przerzucał swoje ciało ponad górnym brzegiem półki skalnej. A 

kilka  sekund  później  rozłożył  się  na  wątłej  trawie  i  chwytał  ustami  wielkie  hausty 

powietrza. 

-  Hej,  wieśniacy  co  tu  robicie?  -  spytał  spocony  artylerzysta,  patrząc  ponad 

workiem, napełnianym przez niego piaskiem, na dziwną karawanę i jeszcze dziwniejszych 

ludzi, którzy ją prowadzili. - Nie wiecie, że jest wojna? 

Potrząsnął  głową,  próbując  wskazać  na  rozbłyski  wystrzałów,  pojawiające  się  od 

strony grzbietu Rachi. 

-  Nie  mówi  angielski  -  zaryzykował  baron,  mówiąc  dialektem,  który  jak  miał 

nadzieję, przypomina nieco angielsko-grecki. - Ty lubisz woda ognista? 

Artylerzysta od razu się wyprostował. 

- Coś ty powiedział? 

Baron  pospiesznie  podniósł  wieko  kosza  i  wyciągnął  butelkę  wódki,  jaką  dostał 

każdy  ze  spadochroniarzy,  nim  ruszyli  do  walki.  Jego  Zielone  Diabły  złowrogo 

zaszemrały, gdy zapytał, czy ktoś z nich nie ma pełnej flaszki do przekazania trójce jego 

ludzi. Teraz trzymał ją przed oczami Anglika. 

- Brandy - powiedział - niemiecka brandy! 

- A skąd ją masz? - spytał podejrzliwie artylerzysta. 

- Tam - baron wskazał na grzbiet. - Dużo zabitych Niemców. 

- O, niech to kura podziobie, kurka! - krzyknął żołnierz. - Wy, wieśniaki, jesteście 

jak hieny. Obrabujecie nawet umarłych. 

Ale nadal w jego oczach paliła się żądza wypicia trunku. 

- Co za to chcecie? 

- Ty masz puszkę mięsa? - spytał baron. 

background image

-  Chrzanić!  Całe  sterty.  Kate  Karney

11

  dobrze  żywi  swoich  rozrabiaków.  Ile 

chcecie? 

Baron uniósł jeden palec do góry. 

- Ena - powiedział, potem chwilę się zastanowił i wyprostował drugi palec. - Dio

- Dwie! Dajcie spokój - powiedział pogardliwie żołnierz. 

- Za dwie to musiałbyś jeszcze dołożyć swoją starą. Jedna! 

Baron, wczuwając się w swoją rolę, splunął prostacko w pył koło butów Anglika i 

powiedział: 

- Dobra, jedna puszka wołowina. Ty przyniesiesz? 

- Tak, przyniosę. A teraz poczekajcie tutaj. Jeśli macie więcej flaszek na sprzedaż, 

moi kumple chętnie je kupią. Po tej cholernej ostatniej nocy, warto się napić. 

Wojak  rzucił  szuflę  i  zapominając  o  pracy,  którą  miał  wykonywać,  pobiegł  w 

kierunku niewielkiej drewnianej szopy stojącej w centrum obozowiska. Oczywiście był to 

podręczny magazyn zapasów jego baterii. 

- Szybko! - szepnął baron, zadowolony z przeprowadzonej transakcji. 

Podczas  gdy  baron  w  roli  wędrownego  greckiego  handlarza  szczerzył  zęby  do 

odchodzącego  Anglika,  Byk  Jo  i  Jap  zabrali  się  do  pracy.  Zasłonięci  przed  spojrzeniami 

Brytyjczyków cielskami mułów, zaczęli wyciągać ładunki wybuchowe z juków i nastawiać 

ich  zapalniki  na  dziesięciominutowe  opóźnienie.  W  ciągu  kilku  sekund  mieli  gotowych 

dziesięć  takich  półkilogramowych  bomb.  Szybko  porozrzucali  je  po  stosach  amunicji, 

ułożonych  pięćdziesiąt  metrów  od  dział,  już  gotowych  do  dalszej  walki.  Przy  odrobinie 

szczęścia pociski wybuchną i skutecznie odwrócą uwagę, bez uszkadzania samych dział. 

Na  dalsze  dywagacje  nie  było  już  czasu;  rozochoceni  brytyjscy  kanonierzy  już 

wylewali się strumieniem, trzymając w rękach puszki z konserwową wołowiną. 

- Zaprowadźcie nas tam, wieśniacy!... Gdzie jest tyle tego cudownego picia? 

Spocony  lekko  ze  strachu  baron  rozdawał  dookoła  metalowe,  płaskie  buteleczki. 

Operacja „Koń Trojański” wchodziła w decydującą fazę. 

                                                

11

 Znana irlandzka gospoda, istniejąca od ponad dwustu lat. 

background image

Rozdział 7 

W  końcu  ładunek  wybuchowy  eksplodował,  Jo  nacisnął  spust  pistoletu 

maszynowego. Dwaj brytyjscy artylerzyści zatrzymali się w biegu i padli na ziemię wśród 

śmiertelnych drgawek. Cześć z nich starała się ujść przed zagładą i wpadał prosto pod kule 

trzech Niemców, który siedzieli skuleni w rowie za armatami baterii. 

Ostatnie pociski eksplodowały w płomieniach i huku. Kawałki sprzętu bojowego i 

resztki  ludzkich  ciał  fruwały  prawie  pod  szkarłatne  niebo.  Potem  nagle  hałas  ustał  i  Jo 

patrzył na Japa oszołomiony i ogłuszony bliskością wybuchów. 

Baron  zdjął  palec  ze  spustu  pistoletu  maszynowego.  Szaleńczy  terkot  wreszcie 

ustał.  Nagła  cisza,  przerywana  jedynie  trzaskiem  płomieni,  stawała  się  przytłaczająca; 

nawet bardziej niż hałas, który panował wcześniej. Wtedy baron von Waldstein wcisnął w 

oczodół swój ulubiony monokl i zawołał: 

- Chodźcie, sprawdzimy tych z armatami! 

Nie  trzeba  było  ich  do  tego  specjalnie  zachęcać.  W  całej  fortecy  sztabowej 

panowało  ogromne  zamieszanie;  przenikliwie  odzywały  się  gwizdki,  oficerowie  i 

podoficerowie  wykrzykiwali  komendy,  odpalano  ryczące  silniki  motocykli.  Trzech  ludzi 

biegło  przez  ogień,  przeskakując  ponad  straszliwie  okaleczonymi  ciałami  brytyjskich 

kanonierów, odpychali płonące  szczątki,  byle tylko dostać się do wykopanych  stanowisk 

artyleryjskich. 

Pierwsze działko było tak mocno uszkodzone, że nie nadawało się do użytku. Stos 

eksplodujących pocisków znajdował się zbyt blisko jego lufy, która teraz była powyginana 

w chińskie „s”. Ale dwie dalsze armatki zdawały się być nietknięte, pomimo że powłoka 

farby ochronnej na ich lufach była złuszczona od żaru i pełna popękanych bąbli. 

- Ty nas będziesz osłaniał, Jap - rozkazał baron. - A  my spróbujemy przygotować 

przynajmniej  jedną  z  nich  nim  nadejdzie  reszta  naszych  ludzi.  Powinni  być  tutaj  za 

dziesięć minut. 

Usadowili  się  na  podwójnych  siodełkach  działka  przeciwlotniczego  i  zaczęli 

gorączkowo  kręcić  mosiężnymi  korbkami,  aby  przesunąć  lufę  w  kierunku  umocnionego 

stanowiska dowodzenia Brytyjczyków, skąd odezwały  się chaotycznie pierwsze karabiny 

maszynowe, posyłając kilka serii w ich kierunku. 

background image

Gdy  Jap  odpowiadał  im  seria  za  serią  ze  swego  pistoletu  maszynowego,  pierwsi 

spadochroniarze i strzelcy górscy zbiegali w dół stoku do stanowisk ogniowych baterii. 

-  Lecą  zręcznie  jak  sowie  gówno  -  pomyślał.  -  Stara  niezawodna  gwardia  z 

Edelweiss! 

Tego popołudnia irlandzcy fizylierzy pułkownika Frencha musieli zmienić pozycje 

o  sto osiemdziesiąt  stopni  na  stokach  grzbietu  Rachi  i  zaatakować  Niemców,  którzy  tak 

nagle pojawili się na ich tyłach. Ale nie zaszli za daleko. 

Niemieckie  messerschmitty  i  stukasy  wezwane  przez  radio,  atakowały  ich  bez 

przerwy. Samoloty otwierały ogień z karabinów maszynowych i działek, gdy znajdowały 

się na wysokości koron drzew. W końcu sfrustrowany pułkownik French zmuszony został 

od odwołania ataku  i rozkazał plutonowi  moździerzy, aby zmiękczył obronę  mieszanego 

oddziału  spadochroniarzy  i  alpejczyków,  wiedząc,  że  skalisty  teren  nie  pozwala  tworzyć 

głębszych wykopów i ostrzał w tej sytuacji jest groźniejszy niż normalnie. 

Teraz French z gołą głową i krwią skapującą z głębokiej rany na czole siedział za 

dużym głazem i wzywał przez radio pułkownika Tilneya. 

- Słuchaj, Tilney. Chcę aby cała artyleria, którą dysponujesz, po zmroku otworzyła 

ogień i raz na zawsze uwolniła nas od tych cholernych Szwabów. Musisz mnie wesprzeć 

wszystkim co masz. Daj im dobrze popalić przez piętnaście minut, a potem my ruszamy! 

-  Ale,  Maurice!  Niemcy  lądują  z  poważnymi  siłami  w  Zatoce  Pandeli!  Już  do  tej 

pory  zdobyli  samo  Leros  i  dalej  posuwają  się  w  głąb  lądu.  Muszę  też  myśleć  jak  ich 

zatrzymać. 

- Tilney - French już krzyczał ze złością w głosie. 

-  Czy  muszę  się  powtarzać?  Koncentracja  jest  wszystkim,  co  możemy  im 

przeciwstawić. Najpierw  musimy pozbyć  się tego wrzodu na naszych tyłach. Z Buffsem, 

który  naciera  na  grzbiet,  możemy  przeprowadzić  na  pełną  skalę  atak  na  Niemców 

lądujących w Zatoce Pandeli. Koncentracja sił, Tilney, koncentracja! 

-  Łatwiej  powiedzieć  niż  zrobić,  Maurice  -  głos  pułkownika  stał  się  metaliczny  i 

pomimo  zniekształceń  w  przekazie,  też  było  czuć  w  nim  irytację.  -  A  co  ze  Szkopami 

wychodzącymi  z  morza  i  tymi  twoimi  tam  na  dole,  którzy  już  stukają  w  nas  ze 

zdobycznych  boforsów.  Czy  to  nie  jest  jednak  ogród  z  krwawymi  różami,  jak  ci  się 

wydaje? 

Pracujący obok Frencha sanitariusz zabierał się za kolejnego rannego z długiej linii 

leżących ofiar. Pułkownik westchnął wstrząśnięty. To był młody Charley O’Kane; z jego 

background image

roztrzaskanego ramienia krew tryskała jak z szeroko otwartego kranu. Tilney usłyszał jego 

westchnienie. 

- Co tam się u ciebie dzieje? 

- Nic... to tylko ranni. 

- Jest tak źle? - głos Tilneya wyraźnie złagodniał. 

-  Całkiem,  w przybliżeniu  moje kompanie  mają  połowę  ludzi.  Ale  nadal  możemy 

sobie poradzić ze Szwabami tam na dole, jeśli tylko dasz mi wsparcie ogniowe. 

- W porządku! O zmierzchu, jak się umówiliśmy  - konsultował się z adiutantem.  - 

Dokładnie o osiemnastej. Ale nie mogę ci dać wsparcia więcej jak przez pięć minut. Nie 

śmiałbym zdjąć ostrzału  moich dwudziestopięciofiintówek z Niemców po drugiej  stronie 

umocnień  sztabowych  na  dłużej  niż  powiedziałem.  Mogliby  wtedy  wpaść  na  pomysł 

przeprowadzenia nocnego ataku. Sam rozumiesz. 

- Rozumiem, Tilney - zazgrzytał zębami French. 

Sanitariusz  obok  niego  zaczął  przecinać  rozerwane  ciało  na  ramieniu  O’Kane  ze 

straszliwym,  wywołującym  mdłości  dźwiękiem,  a  młody  kapitan  próbował  zdusić  jęki; 

brakowało już środków przeciwbólowych! 

- Pięć minut wystarczy moim ludziom. Dziękuję. 

- Niech ci szczęście sprzyja. Maurice... 

-  W  porządku,  chłopcy,  podrywać  się  na  nogi!  -  rozkazał  French,  gdy  zagrzmiały 

armaty i pociski o wadze dwudziestu pięciu funtów zaczęły spadać na stanowiska baterii 

boforsów. 

Dokoła niego reszta tych, którzy przeżyli z oddziału Royal Irish Fusiliers, stawała 

skulona,  z  bagnetami  matowo  pobłyskującymi  srebrem  w  świetle  ginącego  zmierzchu. 

French kiwnął głową w cichej aprobacie. Jego Paddies go na pewno nie zawiodą. 

Spojrzał  na  fosforyzujące  wskazówki  zegarka.  Jeszcze  cztery  minuty  do  końca 

nawały  ogniowej.  Da  jeszcze  armatom  dwie  minuty...  Potem  im  będzie  potrzeba 

dziewięćdziesiąt  sekund,  aby  przebiec  prawie  dwieście  metrów,  jakie  dzieliło  ich  od 

pozycji niemieckich. Był gotów zaryzykować życie kilku ludzi wykonując sprint, którego 

musieli się podjąć, jeśli chcą dopaść wroga nim zamilkną armaty. 

- Przygotować się! - wydzierał się, chcąc przekrzyczeć huk armat. 

Mocniej  zacisnął  mokrą  od  potu  dłoń  na  kolbie  rewolweru.  Boforsy,  które 

ostrzeliwały fortecę sztabową, zamilkły na chwilę. Najpewniej ich obsługa leżała na ziemi, 

z  powodu  ostrzału  artylerii  brytyjskiej.  To  był  dobry  znak.  French  uniósł  rewolwer  do 

background image

góry. 

- Fizylierzy! - krzyknął! - Biegiem, naprzód! 

Ponad  czterystu  ludzi,  którzy  zostali  jeszcze  z  1.  batalionu  rozpoczęło  niezdarny 

bieg,  potykając  się  w  ciemnościach  o  ciała  towarzyszy,  którzy  zginęli  w  poprzednich 

walkach. Jednak utrzymywali z determinacją szyk z nastawionymi przed siebie bagnetami, 

gotowi na nadchodzące starcie. 

Siedemdziesiąt  metrów...  pięćdziesiąt  metrów...  czterdzieści...  French  zaczął 

wierzyć, że pokonają dystans, nim skończy się nawała ogniowa. A potem jego Irlandczycy 

zajmą się Niemcami. To będzie masakra. Trzydzieści metrów... 

- Podeszli już dosyć blisko! - krzyknął pułkownik Stürmer, gdy kończył się ostrzał i 

ostanie odłamki z  jękiem odbijały się od pobliskich skał. Uniósł karabinek do ramienia  i 

starając się  nie zwracać uwagi  na szaleństwo wybuchów ponad  jego głową, wziął  na cel 

poszarpaną linię żołnierzy wroga, którzy mozolnie zbliżali się po zboczu. 

- Ognia! 

Linia  niemieckich  pozycji  bojowych  ożyła  rozbłyskiem  z  luf,  nim  jeszcze 

skończyła  się  nawała  ogniowa  Brytyjczyków.  Można  było  z  tej  odległości  strzelać  na 

ślepo.  To  nie  była  wojna,  to  była  masakra!  Nie  można  było  nie  trafić.  Pierwsza  fala 

Irlandczyków  została  dosłownie  zmieciona  z  powierzchni  ziemi,  jakby  niewidzialny 

kosiarz  zaczął  ścinać  zboże.  Jednak  druga  fala  nadal  wdzierała  się  na  stok.  Odrzucając 

przypływ  odrazy,  która  zaczęła  ogarniać  pułkownika,  ponownie  wycelował  karabinek  i 

pociągnął za spust. 

Fizylierzy  zostali  rozproszeni  w  małe  grupki,  lecz  nadal  chwiejnym  krokiem 

próbowali jak ślepcy przedostać się przez chaos dymu i hałasu, by spotkać jedynie śmierć. 

Jeden z Irlandczyków, wiejski chłopak z rumianą twarzą, próbował wdrapać się na 

głaz,  który  wyznaczał  narożnik  niemieckiego  obwodu  obronnego.  Przez  ramię  miał 

przerzucony  pasek  torby  pełnej  granatów.  Pociski  przeciwnika  zrzuciły  go  na  dół,  tuż 

przed tym, jak dostał się na szczyt. Kolejny fizylier chwycił jego torbę i chciał powtórzyć 

jego  manewr.  Jednak  seria  pocisków  z  pistoletu  maszynowego  przerwała  jego  wysiłki. 

Pułkownik  French,  który  zgubił  gdzieś  rewolwer,  podniósł  torbę  z  ziemi.  Nawet  nie 

patrząc na to, co zostało z jego batalionu, krzyknął jak szaleniec: 

- Za mną, Irlandczycy! 

Wbiegł na skałkę. Pocisk uderzył go w ramię. Lekko się zachwiał, ale nie zrobiło to 

na nim wrażenia. Za nim grupka tych co przeżyli, wspinała się jego śladem. Jakby szukali 

razem z nim śmierci. 

background image

French  dostał  się  na  szczyt  głazu.  Sięgnął  ręką  do  wnętrza  torby.  Kolejna  kula 

trafiła go, tym razem w podbrzusze. Jęknął przeszyty nieznośnym bólem i opadł na kolana. 

W  jego  kierunku  poleciała  seria  pocisków  świetlnych.  Wyciągnął  granat.  Zdrętwiałymi 

palcami,  sztywnymi  jak  grabie,  chwycił  za  zapinkę  zapalnika.  Wydawało  mu  się,  że 

nieskończenie długo wyciągał ją z uchwytu. Coś uderzyło go potężnie w ramię. Nie przejął 

się tym. Całą uwagę skupił na metalowym pierścieniu. 

- Do ataku, Irlandczycy... 

Gdy właśnie zdołał  wyciągnąć zawleczkę, seria pocisków z MG43 zrzuciła go ze 

szczytu skałki. Umarł nim spadł na ziemię, na której było już pełno ciał jego „Paddies”. 

Tak  zginął  pułkownik  Maurice  French,  a  jego  1.  batalion  Royal  Irish  Fusiliers 

przestał istnieć. 

-  Wstrzymać  ogień!  Wstrzymać  ogień!  -  nawoływał  gorączkowo  pułkownik 

Stürmer. 

Ze  zgrabiałych  rąk  upuścił  na  ziemię  karabin  z  gorącą  lufą  i  patrzył  jak 

zahipnotyzowany  na garstkę żołnierzy  wroga, którzy przetrwali tę rzeźnię.  Wszyscy  byli 

ranni, kuśtykali wykrzywieni bólem lub zataczali się w ciszy jak lunatycy, gdy schodzili po 

stoku, na którym zostało tak wielu ich towarzyszy broni. 

-  Już  tu  nie  wrócą  -  stwierdził  Greul,  kucając  obok  Stürmera  w  jego  dołku 

strzeleckim  i  nawet  na  jego  zuchwałej  twarzy  pojawił  się  cień  podziwu  dla  pokonanych 

przeciwników. 

background image

Rozdział 8 

Przez  całą  noc,  gdy  pociski  z  boforsów  zasypywały  fortecę  sztabową,  generał 

Mueller  kontynuował  atak  na  Leros.  O  świcie  Luftwaffe  nadleciała  z  pełną  mocą,  aby 

skończyć  z  resztką  brytyjskich  dział  przeciwlotniczych.  Bomby  i  odłamki  niszczyły  je 

jedno za drugim. Teraz samoloty z czarnymi krzyżami panowały na niebie. 

Zrozpaczony Tilney prosił swoje dowództwo o wsparcie marynarki wojennej. Trzy 

niszczyciele  brytyjskie  nawet  wpłynęły  do  zatoki  Alinda.  Ale  bez  przerwy  atakowane 

przez samoloty Luftwaffe, nie były w stanie prowadzić dokładnego ostrzału i ich pociski 

nie  spadły  na  pozycje  niemieckie,  lecz  na  ludzi  Buffsa,  którzy  usiłowali  dostać  się  na 

grzbiet  Rachi.  W  końcu  niszczyciele,  nękane  bez  przerwy  przez  stukasy,  wycofały  się  z 

licznymi uszkodzeniami i rannymi marynarzami. 

Generał Mueller zaczął wysadzać na ląd coraz więcej i więcej oddziałów, i obecnie 

desant  przebiegał  prawie  bez  oporu.  Do  wieczora  15  listopada  Niemcy  mieli  na  wyspie 

dwa razy więcej ludzi, niż Tilney. 

Nowy  plan  brytyjskiego  pułkownika  zakładał  zatrzymanie  Niemców  w  pasie 

nadbrzeżnym ciągnącym  się wokół Zatoki  Alinda, po czym zepchnięcie  ich do morza za 

pomocą  frontalnego  kontrataku.  Ale  teraz,  jak  przybywał  jeden  za  drugim  alarmujący 

meldunek  na  temat  sił  niemieckiego  desantu,  Tilney  zdał  sobie  sprawę,  że  ma  za  mało 

ludzi do przeprowadzenia takiej akcji. 

Dowództwo naczelne przysłało mu radiogram, że powinien wycofać oddziały drogą 

morską z północy na południe. Jednak nie było żadnych łodzi, dowódca Buffsów już nie 

żył,  a  większość  dowódców  ich  kompanii  była  ranna;  młodzi  oficerowie,  którzy  przejęli 

dowodzenie ledwie dawali sobie radę z sytuacją. 

Zaczęła  się  załamywać  komunikacja  między  brytyjskimi  oddziałami.  Podobnie 

działo  się  z  łącznością  radiową  z  Buffsami.  Jednym  sposobem  utrzymywania  z  nimi 

kontaktu  było  korzystanie  z  pieszych  gońców,  ale  nie  było  wcale  chętnych  do 

podejmowania takich samobójczych misji. Brytyjczycy byli więc siłą rzeczy spychani do 

odizolowanych punktów obrony, mocno naciskani przez triumfujących Niemców. 

Pomimo  powagi  sytuacji,  determinacja  pułkownika  Tilneya,  aby  walczyć  do 

ostatniego człowieka, pozostała niezachwiana. Straty wśród ludzi z fortecy sztabowej były 

background image

stosunkowo  niewielkie,  jego  baterie  dział  dwudziestopięciofuntowych  nadal  mogły 

strzelać,  mając  ogromne  zapasy  amunicji,  a  w  kwestii  piechoty,  to  posiadał  on  nadal 

najbardziej  niezachwiany  i  doświadczony  oddział  na  wyspie  -  oddział  piechoty  morskiej 

Jellicoe.  Gdy  straszliwy  15  listopada  zbliżał  się  do  końca,  Tilney  zwrócił  się  do 

zgromadzonych oficerów: 

-  Panowie  nie  wolno  rozmawiać  o  poddaniu.  Mamy  tu  dobrą  pozycję  obronną. 

Wytrzymamy tutaj, dopóki dżentelmeni z kwatery głównej dojdą do wniosku, że trzeba nas 

ratować - zawahał się na ułamek sekundy - albo będziemy walczyć do samego końca. Czy 

to jest całkowicie jasne? 

-  Tak  jest!  -  odkrzyknęli  ochoczo oficerowie,  nim  opuścili  miejsce  narady  i  udali 

się na swoje stanowiska wśród huku wystrzałów brytyjskich haubic. 

Pułkownik  Stürmer  przyłożył  dłonie  do  ucha  barona  i  krzyknął  w  nie,  chcąc 

przedrzeć się przez huk dział brytyjskich. 

- Mam już tego dosyć! Anglicy są tam dobrze okopani i mają masę amunicji, więc 

chłopcy  Muellera  nie  mogą  im  mocno  zaszkodzić.  Nie  robią  żadnych  postępów.  Jak  tak 

dalej pójdzie, to ci cholerni Brytyjczycy będą się trzymać aż do końca wojny. 

Stürmer kiwnął potakująco głową. 

- Widzi pan tę wystającą skałę ponad antenami radiowymi ich bunkra, baronie? 

- Tak. 

- Gdybyśmy mieli kilku zdecydowanych na wszystko ludzi, mogliby łatwo znaleźć 

się na szczycie tego schronu. Kilka granatów i droga stoi przed nami otworem. To mógłby 

okazać się najszybszy i najtańszy sposób, aby zakończyć tę całą nudną zabawę. 

-  Kilku  zdeterminowanych  facetów,  powiadasz?  -  baron  von  Waldstein 

zainteresował się tym pomysłem. - Mówisz tak, jakby to było łatwe, cholernie łatwe. Ale 

zapominasz, że tam się aż roi od Angoli i jest ich tam tyle, ile pcheł na grzbietach naszych 

mułów. Niech cię dopadną, jak będziesz zwisał na linie - mogę sobie wyobrazić, jak twoi 

zdeterminowani ludzie szybko zaczną śpiewać jak kastraci. 

- Liczę na ciemność i ogólne zamieszanie, jeśli dacie nam osłonę ogniową. 

Baron spojrzał na bryłę schronu i wysoką ścianę skalną wznoszącą się ponad nim, i 

szybko zdał  sobie sprawę ze skali  niebezpieczeństwa, gdy  nagły rozbłysk ognia oświetlił 

teren. 

- Myślisz, że mam jeszcze ochotę na kolejny taki taniec. Mam już dosyć w głowie 

tych wysokości. 

background image

Stürmer poklepał go pocieszająco po ramieniu. 

-  Nie,  baronie.  Tego  od  pana  nie  wymagam.  Pan  by  przejął  tylko  dowodzenie 

baterią naszych boforsów. Wezmę ze sobą tylko kilku wyszkolonych ludzi. 

Wstał z ziemi, z gotową już decyzją, po czym przyłożył dłonie do ust: 

- Major Greul, sierżant Meier i kapral Madad, proszę tutaj, szybko do mnie! 

Była  już  pierwsza  w  nocy  16  listopada  1943  roku.  Brytyjskie 

dwudzistopięciofuntówki  rozlokowane  wokół  umocnionej  kwatery  sztabu  nadal  dudniły 

broniąc  pozycji,  ale  ich  ostrzał  trochę  zelżał.  Jednak  pomimo  zmęczenia  atakujących  i 

obrońców,  w  powietrzu  krzyżowały  się  kolorowe  sznury  pocisków  wystrzeliwanych  z 

karabinów  maszynowych,  a  niebo  co  chwila  rozjaśniały  kolejne  race  sygnalizacyjne. 

Pułkownikowi Stürmerowi wydawało się, że nikt na wyspie nie śpi, gdy z trzema ludźmi 

ostrożnie przekradał  się przez zasieki,  i że  ciemność pełna  była  napięcia  i wyczekiwania 

ludzi, którzy  liczyli, że oddziały przeciwnika popełnią  jakiś  błąd. Poczuł  jak przez plecy 

przeleciał dreszcz strachu i wzdrygnął się. 

- Coś złego? - dopytywał się Jo. 

- Nie, tylko trzymaj ślepia otwarte, Meier. Wydaje się, że Angole są wszędzie. 

- To chyba nie dziwne, panie pułkowniku, skoro jesteśmy prawie w samym środku 

ich obozowiska - chwycił za ramię dowódcy i wskazał na ciemne kontury dział. 

- Nie byłoby zbyt zdrowo iść dalej w ich kierunku. 

Najciszej  jak  tylko  mogli  cofnęli  się  kilka  kroków  i  skręcili  trochę  w  prawo. 

Anglicy  jeszcze  ich  nie dostrzegli.  W pewnej chwili patrol  brytyjski przeszedł od nich  w 

odległości zaledwie kilku metrów i wtedy musieli wciskać swoje ciała w kamienny mur, a 

serca dudniły im tak głośno, że wrogowie mogli prawie je dosłyszeć. 

Raz o mało nie wpadli na wysunięty posterunek. W ostatnim momencie ostrzegł ich 

suchotniczy  kaszel  żołnierza  palącego  papierosy  i  pomarańczowy  ognik  żaru,  który 

chłopak starał się ukryć w rękawie kurtki munduru. To uratowało im życie. Greul wysunął 

się do przodu i podbiegł  skulony  kilka kroków. Strażnik  nigdy  się  nie dowiedział, czym 

dostał  w  głowę.  Major  chwycił  go  i  odwlókł  do  tyłu,  ciągnąc  go  za  pasek  hełmu.  Greul 

wcisnął mu kolano w kręgosłup i mocno szarpnął za głowę. Pasek coraz mocniej wciskał 

się  w  gardło  ofiary.  Szarpanina  trwała  kilka  sekund.  Wreszcie  Greul  poczuł  się 

zadowolony i rozluźnił uchwyt. 

- Załatwione - szepnął przez ramię, gdy wypuszczał bezwładne ciało ofiary z rąk. - 

Chodźcie, jest czysto. 

background image

Tak dotarli do punktu docelowego ponad stanowiskiem dowodzenia. 

-  Trzydzieści  metrów,  albo  może  trochę  więcej  -  szepnął  Stürmer.  -  Co  o  tym 

sądzisz, Greul? 

- Będzie coś koło tego. 

Potem w ciszy dwóch znakomitych alpinistów patrzyło w dół z nawisu, oceniając - 

mimo słabego światła jakie panowało w nocy - czekające ich trudności. W tym czasie Jap i 

Byk  Jo  czekali  na  ich  werdykt  jak  pacjenci  na  wynik  konsylium  lekarskiego  -  życie  czy 

śmierć. 

- Coś dla cudotwórcy - ocenił Stürmer tylko trochę żartując. 

-  Bardzo  sroga  ocena.  Zgadzam  się  -  powiedział  śmiertelnie  poważnie  Greul.  - 

Ciężka trasa, potrzeba lekkich butów, siły i dużo umiejętności. Czasami niemal niemożliwe 

przy  złych  warunkach  pogodowych  -  dodał,  jakby  cytował  podręcznik  do  wspinaczki 

wysokogórskiej. 

Stürmer od razu wtrącił się: 

- Przy tym zejściu są tylko dwa poważne problemy. Jeden, to że tak naprawdę nie 

będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy. Drugi... 

-  Jeśli  Angole  zobaczą  nas,  nim  zejdziemy  na  dół  -  wtrącił  się  obcesowo  Jap  -  to 

będziemy mieli pięknie pozamiatane koło tyłków. 

- Tu się nie mylisz, Madad. Nie potrzeba chyba więcej powodów, aby schodzić tak 

szybko jak to możliwe i jak najciszej - Stürmer ściągnął linę przewieszoną przez piersi. 

-  Przewiążemy  was  liną,  a  potem  zejdziecie  na  bosaka.  Bez  butów  będziecie 

schodzić  ciszej  i  łatwiej  wam  będzie  znaleźć  szczeliny  w  skale.  To  jedyny  skuteczny 

sposób, aby w ciemności znaleźć oparcie dla nóg na takiej ścianie. 

- Ale głębokie szambo - zaklął Byk Jo, rozwiązując sznurowadła w butach. - Co to 

za życie? To co? Mam teraz walczyć na tej wojnie jak biedna baletnica? 

background image

Rozdział 9 

Czekając,  Stürmer  czuł  mrowienie  w  naprężonych  mięśniach.  Musiał  się  znowu 

wziąć w garść. Strach paraliżował w nim podniecenie. W ciemnościach nie byli w stanie 

znaleźć  odpowiedniej  ostrogi  skalnej,  aby  zaczepić  linę.  To  będzie  ogromny  wysiłek 

fizyczny. Ale to był jedyny sposób. 

-  Panie  pułkowniku,  czy  nie  uważa  pan,  że  to  ja  powinienem  trzymać  linę 

asekuracyjną? - To Meier zgłaszał własny pomysł. - Zawsze mówili, że jestem zbudowany 

i stoję jak murowana chałupa. 

-  Masz  rację  Meier  -  powiedział  Stürmer.  -  Ty  masz  swoją  siłę,  ale  ja  mam 

umiejętności. Ja zejdę na dół bez pomocy liny, a ty nie. A jako ostatni nie będziesz miał 

asekuracji. 

To  załatwiało  sprawę.  Podstawą  tego  sposobu  schodzenia  była  pętla,  którą 

zakładano na solidnym szpicu skalnym, co działało jak kotwica i pozwalało wspinaczowi 

ślizgać się na podwójnej linie i kontrolować szybkość za pomocą tarcia. Był to sprytny, ale 

i niebezpieczny sposób poruszania się na ścianach skalnych  - Stürmer przypomniał sobie 

tuziny zawodowych wspinaczy, którzy zginęli w czasie takiego zjazdu na linie. Jednak tym 

razem  prędkość  była  podstawą  działania  i  pułkownik  zdecydował  się  na  podjęcie 

rozsądnego ryzyka, aby jego niewielki zespół dostał się na dach bunkra dowództwa. 

Meier  wychylił  się  poza  krawędź  ściany  skalnej.  Pułkownik  Stürmer  szeroko 

rozstawił nogi i naprężył mięśnie. 

- W porządku, panie pułkowniku - wysapał sierżant - jestem poza. 

Naprężona lina zadrżała. Spory ciężar Meiera został przez nią przeniesiony na barki 

oficera  z  siłą,  która  omal  nie  ściągnęła  go  ze  skalnej  półki,  ale  mimo  tego,  nie  zawołał 

nikogo na pomoc. Jego  ludzie  mieli  i tak dość do roboty,  nim przygotują  się do zejścia. 

Usłyszał  metaliczne  kliknięcie  i  bolesne  sapnięcie  Meiera,  gdy  ten  uderzał  stopami 

obciągniętymi jedynie skarpetami w powierzchnię skały, by po chwili odbić się od niej do 

kolejnego skoku. 

Kliknięcie  i  sapnięcie;  i  tak  kilka  razy,  i  będzie  na  dole.  Stürmer  trzymał  linę  z 

ponurą  zawziętością.  Jego  oddech  zmieniał  się  w  rzężenie,  a  ciało  zaczął  pokrywać  pot, 

mimo nocnego chłodu. Nagle naprężenie liny wyraźnie się zmniejszyło. 

background image

- Dzięki Bogu - wyszeptał do siebie pułkownik i odprężył się, potrząsając rękami, 

aby przywrócić w nich krążenie krwi. 

Teraz  do  przodu  wystąpił  Greul.  Wokół  szyi  zawiesił  buty,  związane  razem 

sznurówkami. 

- Jestem gotów, panie pułkowniku. Jest pan pewien. Że... 

- Nawet o tym nie myśl - mruknął Stürmer przez zaciśnięte zęby. 

Greul  sprawdził  pętlę  asekuracyjną  i  bez  dalszego  słowa  zsunął  się  poza  półkę 

skalną. 

Wydawało mu się, że wieki zsuwał się po stromej ścianie skalnej, a  Stürmerowi z 

kolei  wydawało  się,  że  już  dłużej  nie  wytrzyma  obciążenia,  jakie  musiały  znosić  jego 

plecy. Już  był  bliski poddania  się, gdy  lina pozbawiona obciążenia,  lekko odskoczyła do 

góry. Greul również był na ziemi. 

Stürmer pochylił się osłabiony w kierunku wyraźnie zaniepokojonego Japa. Oficer 

nadal wyglądał na oszołomionego, oddychał nieregularnie i widać było wyraźnie, jak drżą 

mu ręce. 

-  Panie  pułkowniku,  niech  pan  z  tego  zrezygnuje.  Niech  pan  pozwoli,  abym  ja 

schodził jako ostatni bez liny asekuracyjnej. Wydaje mi się, że dam radę zjechać sam. 

Stürmer tępo potrząsnął głową. 

- Nie... nie jesteś na tyle doświadczony... ruszaj... teraz! 

Ostatnie  słowa  wydusił  przez  zęby  z  rytmicznym  sykiem.  W  jaki  sposób  zdołał 

utrzymać  linę  z  małym  kapralem,  pułkownik  nigdy  nie  zdołał  sobie  odpowiedzieć  na  to 

pytanie.  Z  twarzą  bladą  jak  popiół,  rozbieganymi  chaotycznie  oczami,  wydętymi 

policzkami jak balony zaporowe, oficer modlił się i modlił, aby tylko nie wypuścić liny. I 

gdy Jap wreszcie się z niej uwolnił, skacząc w dół ostatnie kilka metrów, wiedział, że jego 

dowódca jest już u kresu sił. Stürmer opadał na kolana na skalisty grunt, ze zwisającymi 

bezwładnie rękami i spuszczoną głową, jakby się o coś błagalnie modlił, nie zważając na 

czas i miejsce. 

Po pewnym czasie zdołał się pozbierać i zaczął powolne schodzenie do podstawy 

skały.  W  zupełnej  ciemności  i  przy  jego  wyczerpaniu  zdawało  się  to  samobójstwem, 

koszmarem nocnym. Później, gdy ujrzał pozornie czysty uskok, zadrżał i powiedział sobie, 

że tylko wariat ośmieliłby się stawić czoła takiej ścianie po nocy. Ale walczył przy zejściu, 

wisząc  nieraz  na  samych  opuszkach  palców,  z  pokrwawionymi  palcami  u  stóp,  którymi 

wyszukiwał najmniejszego punktu podparcia. 

I wtedy w tej wieczności nocy odezwał się Greul miękkim głosem: 

background image

-  Jest  pan  tylko  pięć  metrów  od  ziemi,  panie  pułkowniku.  Niech  pan  skacze, 

złapiemy pana. 

Z  odgłosem  błogosławionej  ulgi,  pułkownik  puścił  się  skały  i  poleciał  w  dół  z 

zamkniętymi oczami, jakby chciał odejść na dobre z tego świata pełnego bólu. 

Spadł prosto w szeroko rozstawione ramiona Byka Jo. 

Znajdowali  się  na  stercie  ubitej  ziemi,  którą  tworzyło  coś  co  było  pozostałością 

ściany  osłonowej  bunkra.  Samo  stanowisko  dowodzenia  zdawało  się  być  nietknięte. 

Stürmer  szybko  ocenił  ich  pozycję,  gdy  przysłuchiwali  się  przytłumionym  dźwiękom, 

które  dochodziły  z  pomieszczenia  poniżej.  Brytyjscy  sztabowcy,  nieświadomi  ich 

obecności, pracowali pod ich stopami. 

- Co teraz robimy, panie pułkowniku? - spytał Greul nieco ponaglająco. - Jasne jest, 

że nie wykopiemy tunelu. 

Wskazał palcem na grubą warstwę ziemi. 

- Nie. 

- To, co? Wejdziemy przez drzwi frontowe? - spytał głupkowato Byk Jo. 

- Właśnie tak, ale nie dokładnie przez te drzwi. 

- Co pan ma na myśli? - spytał szeptem major Greul. 

-  No,  cóż.  Wszyscy  znamy  te  szopy  sztabowe.  Budują  je  dla  zaspokojenia 

najprostszych  wymagań.  W  okresie  zastoju  w  walkach,  aby  dać  ludziom  trochę  zajęcia, 

zaczyna się nowe roboty ziemne i w końcu powstaje pod ziemią cały labirynt króliczych 

nor. Tak więc, jeśli nie możemy skorzystać z głównego wejścia, na pewno istnieje jakieś 

boczne. Musi takie być. 

- I powiem wam, gdzie można je znaleźć - powiedział Jap. - Zawsze jakiś pisarczyk 

z  delikatnymi  rączkami  skraca  sobie  tamtędy  drogę,  gdy  nie  chce  naokoło  latać  przez 

główne  wejście  do  sraczyka.  A  przecież  wiemy,  gdzie  są  ich  latryny,  panie  pułkowniku. 

Zakładam się, że szybko znajdziemy boczne wejście. 

Jap miał rację. Cichy trzask zapalnego żółtego światełka, które rozjaśniło ciemność 

przy  bocznej  ścianie  schronu,  pokazało  samotnego  strażnika,  który  pilnował  niewielkich 

drzwi. 

Stürmer  ruszył  odważnie  w  kierunku  żołnierza,  pogwizdując  jedyną  znaną  mu 

brytyjską  melodię  -  It’s  a  long  way  to  Tipperary  -  i  grzebał  przy  mundurze,  jakby  go 

zapinał po wyjściu z latryny. 

- Ucisz się - syknął wartownik. - Nie wiesz do cholery... 

- Uważaj na lewo! - krzyknął niespodziewanie Stürmer. 

background image

Wartownik dał się nabrać na starą sztuczkę. Zaalarmowany, szybko obrócił się we 

wskazanym  kierunku.  Tymczasem  z  ciemności  po  prawej  stronie  wyłonił  się  Byk  Jo. 

Potężnym  uderzeniem  pięści  w  nasadę  karku,  tuż  pod  hełmem,  powalił  na  ziemię 

Brytyjczyka. Ten nawet nie wydał dźwięku, padając na ziemię. Sierżant odciągnął na bok 

bezwładne ciało. Jeszcze dalej  w cień przenieśli  je  major Greul  i  Jap. Droga do schronu 

stała otworem. 

Tunel przed nimi, wycięty w nagiej skale, z wyciosaną w gruncie klatką schodową 

-  był  pusty  i  oświetlony  jedynie  światłem  nagich  żarówek,  podwieszonych  pod  sufitem. 

Jednak w tej pustce tunelu było coś groźnego.  Stürmer nadal wierzył w ich szansę lecz z 

trudem  walczył  z  pragnieniem,  aby  odwrócić  się  i  uciec.  Zamiast  tego  mocniej  zacisnął 

dłonie na pistolecie maszynowym i zrobił krok do przodu, pociągając za sobą resztę ludzi. 

W  lewej  ścianie  skalnej  znajdowało  się  wejście,  zasłonięte  zawieszonym  kocem. 

Stürmer  szybko  skinął  głową  w  kierunku  Greula.  Ten  błyskawicznie  odsunął  zasłonę  na 

bok, a pułkownik wskoczył do środka z gotowym do strzału schmeisserem. 

Jednak  ludzie,  którzy  znajdowali  się  w  środku,  nie  stanowili  dla  napastników 

żadnego  zagrożenia.  Byli  martwi.  Leżeli  w  równych  rzędach,  sztywni,  nieruchomi, 

patrzący w sufit. Jakby zmarli gdzieś na jakiejś defiladzie, a nie na polu walki. 

- Muszą gdzieś mieć porządną kostnicę, prawda? - wyszeptał obojętnie Greul. 

Przecisnęli  się  bardziej  na  lewo.  Z  następnej  sali  dochodziło  donośne  chrapanie 

rannych,  nadal  oszołomionych  środkami  przeciwbólowymi.  Skinieniem  ręki  Stürmer 

pokazał, że powinni kierować się bardziej na prawo, oceniając, że dowódca Anglików nie 

chciał mieć pokoju operacyjnego, zaraz obok punktu opatrunkowego i kostnicy. 

Ruszyli korytarzem w kierunku kolejnego wejścia zasłoniętego kocem. Dochodził 

zza  niego  stłumiony  hałas  rozmowy.  Ponownie  Stürmer  ustawił  się  tak,  aby  móc  łatwo 

strzelać i pokazał majorowi, aby przygotował się od odsłonięcia kurtyny. 

- Teraz! - rzucił krótko i wskoczył do środka z pistoletem maszynowym, gotowym 

do strzału. 

Oficer,  straszy  człowiek  o  siwych  włosach,  padł  na  kolana,  gdy  na  jego  piersi 

pojawił  się  równiutki  rząd  czerwonych  dziur  po  kulach.  Drugiego  oficera  siła  uderzenia 

pocisków odrzuciła na skalną ścianę, na której jego pokryte krwią dłonie zostawiły ciemną 

smugę. Trzeci z nich dostał postrzał prosto w twarz i pocisk kalibru 9 mm zamienił ją z tej 

odległości w krwawą  miazgę. Nagle wszystko zamieniło  się w paniczny  chaos:  rozkazy, 

komendy, krzyki wściekłości i strachu, i huk wystrzałów. 

Po  korytarzu  biegło  kilku  Brytyjczyków  ubranych  jedynie  w  bieliznę.  Greul 

background image

powalił  ich  na  ziemię  jedną  długą  serią.  Coraz  więcej  ludzi,  zatrzymując  się  w  poślizgu 

padało  na  ziemię,  gdy  dostali  się  pod  lufę  schmeisserów.  Nagle  coś  z  ogromną  siłą 

uderzyło w rękę Stürmera. Aż jęknął z bólu i pistolet maszynowy wypadł z pozbawionych 

czucia  dłoni.  Jakaś  postać  w  mundurze  khaki  przeskoczyła  ponad  ciałem  zabitego 

siwowłosego oficera. Anglik trzymał w dłoni wielki rewolwer przywiązany do szyi  białą 

linką zabezpieczającą. Uniósł go do oka. Z tej odległości nie mógł chybić. Stürmer widział 

każdy  szczegół  jego  purpurowej,  gniewnej  twarzy,  łącznie  z  wągrami  wokół  oczu,  gdy 

zaczął naciskać na spust. 

Pułkownik rzucił się do przodu jak wystrzelony w katapulty. Całym ciężarem ciała 

zwalił  się  na  Anglika.  Z  całej  siły  walnął  go  w  splot  słoneczny.  Rewolwer  Anglika 

podskoczył  w  górę.  Pocisk  uderzył  w  sufit,  nie  czyniąc  żadnej  szkody  i  oficer  padł  na 

ziemię. 

Chwilę  potem  toczyli  się  obaj  po  zapylonej  podłodze,  zwarci  w  walce  o 

przetrwanie, próbując dostać rękami do gardła przeciwnika, podczas gdy reszta oficerów 

sztabowych i ordynansów, niemal bez strachu poświęcając swoje życie, przełamywała opór 

Niemców.  I  wtedy  ciężka  kolba,  okuta  mosiądzem  uderzyła  w  tył  głowy  pułkownika 

Stürmera  i  nim  ciemna  fala  niemocy  ogarnęła  go,  zdał  sobie  sprawę,  że  chcieli  dokonać 

niemożliwego. Przegrali. Byli w rękach Brytyjczyków. 

background image

Rozdział 10 

Stürmer  odzyskał  przytomność  i  otworzył  oczy,  słysząc  pierwsze  słowa 

wypowiedziane po angielsku. 

-  Ależ,  mój  Boże,  pułkowniku  Tilney,  to  jest  prawdziwy  pułkownik.  Muszą  być 

bardzo pewni siebie, skoro na takie samobójcze misje wysyłają takich oficerów. 

Stürmer  poruszył  głową  i  jęknął.  Fala  piekącego  bólu  przewaliła  się  przez  jego 

czaszkę i zaraz zamknął oczy, gdyż mówiący te słowa oficer pochylił się nad nim. 

- Mówisz po angielsku? - spytał natarczywie. 

-  Gdzie  moi  ludzie?  -  Stürmer  zadał  szorstko  swoje  pytanie,  otwierając  ponownie 

oczy, by spojrzeć na nieznane twarze, które go otaczały. 

- Są naszymi jeńcami. Z nimi wszystko w porządku - powiedział nieznajomy oficer 

tonem pełnym wyższości. 

Stürmer od razu założył, że to oficer wywiadu. 

- Dziękuję - powiedział. - Czy mogę się napić trochę wody? 

Młody  oficer  z  nieogoloną  twarzą  i  zakrwawionym  bandażem  owiniętym  wokół 

głowy, podniósł dzbanek z wodą  i  nalał  ją do obtłuczonego z emalii  metalowego kubka, 

który podał jeńcowi. 

Stürmer zyskiwał na czasie. Pierwsze uwagi zgromadzonych oficerów nasunęły mu 

pewien  pomysł.  Fakt,  że  w  taką  akcję  zaangażowany  był  pułkownik,  ukazywała  im 

naocznie, że niemieckie dowództwo było zupełnie przekonane, że Brytyjczycy byli prawie 

pokonani,  dlatego  pozwoliło  sobie  na  tak  samobójczą  misję,  aby  tylko  przyspieszyć 

nieuniknioną klęskę wrogów. 

Ludzie stojący wokół niego wyglądali, jakby byli u kresu wytrzymałości. Potrzeba 

było  tylko  odpowiedniego  zwrotu  czy  nawet  słowa,  aby  pokazać  im  wyraźną  granicę 

między ponowną nadzieją a czarną desperacją. Stürmer wypił wodę z kubka i oddając go 

adiutantowi,  stwierdził,  ze  byłby  w  stanie  przeciągnąć  tych  trzech  oficerów  przez  tę 

granicę. 

Rozmawiali do późnej nocy. Stürmer nigdy nie zdawał sobie sprawy, ile zapamiętał 

z  lekcji  angielskiego  w  szkole  i  wypraw  do  Indii.  Pracował  bez  ustanku  nad  trzema 

angielskimi  oficerami,  wmawiając  im  wierutne  kłamstwa  na  temat  wielkości  sił 

background image

niemieckich  na  wyspie  i  nędznym  stanie  rozproszonych  i  odizolowanych  oddziałów 

brytyjskich Tilneya. 

Przez pierwsze godziny brytyjski dowódca odrzucał wszelkie argumenty, mrucząc 

pod  nosem  „bzdury”  i  „zupełnie  niemożliwe”.  Jednak  Stürmer  nadal  pracował  nad  nim, 

wiedząc, że Tilney w któryś momencie musi się złamać. 

Około piątej nad ranem nowa grupa rannych została przeprowadzona obok pokoju 

sztabowego. 

-  Budzą  współczucie  swoim  cierpieniem,  panie  pułkowniku  -  powiedział 

niechlujnie ubrany lekarz jakby od niechcenia. 

Tilney  rozpoznał  jednego  ze  swych  dowódców  kompanii  -  z  jego  prawej  nogi 

ciekła struga krwi, całe udo miał poszarpane odłamkami pocisku. 

- Mój Boże - szepnął, wstrząśnięty tym wszystkim - urządzili nam rzeźnię! 

Stürmer  już  wiedział,  że  brytyjski  pułkownik  zaczął  go  słuchać.  Tilney  był  zbyt 

delikatny psychicznie  jak  na dowódcę, a to fatalna słabość dla żołnierza. Sam też  nieraz 

odczuł taką słabość i stąd znał ją dobrze; w bitwie ktoś musi zamknąć oczy na cierpienia 

innych, jeśli chce uniknąć sparaliżowania umysłu przez współczucie. 

-  Pułkowniku  -  krzyknął  ponaglająco  -  dlaczego  ciągniemy  dalej  tę  krwawą 

zabawę?  Dzielnie  walczyłeś  z  przeciwnościami  losu.  Do  tej  pory  zrobiłeś  wszystko,  co 

było w twojej mocy. Ale jeśli będziesz kontynuować...  - machnął wymownie ręką, jakby 

chciał pokazać, że dżentelmenowi nie trzeba więcej mówić. 

- Co pan ma na myśli - spytał Brytyjczyk ostro. 

-  Jeśli  będzie pan kontynuował walkę to rezultat i tak pozostanie ten  sam. To  my 

wygramy.  Ale  pan  poświęci  swoich  ludzi  na  darmo.  Skazuje  pan  ich  na  niepotrzebną 

śmierć. Będą pana potem nazywać rzeźnikiem z góry Meraviglia - dalej Stürmer nie chciał 

mówić, czekając aż jego słowa zrobią wrażenie na brytyjskim oficerze. 

Poszarzała  twarz  Tilneya  pokazywała,  jak  walczą  w  nim  w  tej  chwili  emocje; 

troska o ludzi, urażona duma, przygnębienie, nadzieja na cud i świadomość, że cała jego 

kariera wojskowa  legnie w gruzach,  jeśli podda się wrogowi.  A to był rok zwycięstw na 

Środkowym  Wschodzie.  Premier  Churchill  może  być  bezlitosny  dla  dowódców,  którzy 

zawiedliby  w  1943  roku,  szczególnie  jeśli  wziąć  pod  uwagę,  że  poddanie  Leros  będzie 

oznaczać koniec nadziei na przeciągnięcie Turcji na stronę aliantów. 

Nagle  zwiesił  ramiona,  jakby  nie  był  w  stanie  dalej  dźwigać  tego  nadmiaru 

odpowiedzialności. 

- W porządku, wygrał pan - powiedział słabym głosem. 

background image

-  Ależ,  panie  pułkowniku  -  zaprotestował  jego  adiutant,  jednak  oficer  wywiadu 

uciszył go jednym znaczącym spojrzeniem. - Co chce pan, abym zrobił? 

Zdawało się, że pułkownikowi sporo czasu zajęło przygotowanie odpowiedzi na to 

pytanie.  Ale  gdy  już  zaczął  mówić,  jego  słowa  były  suche,  precyzyjne  i  kompletnie 

pozbawione emocji. 

-  Niech  pan  skontaktuje  się  z  generałem  Muellerem.  Proszę  mu  powiedzieć,  że 

przygotowuje się do negocjacji w sprawie poddania Leros... 

Poniżej  trwały  niekończące  się  negocjacje  w  spawie  kapitulacji  brytyjskiego 

garnizonu.  Ale  pułkownik  Stürmer  już  się  nimi  nie  interesował;  czuł  się  wypalony  z 

wszelkich  emocji  i  nieskończenie  wyczerpany.  Siedział  na  dachu  bunkra,  w  którym 

przebiegały  rokowania,  nie  zwracał  uwagi  nawet  na  własnych  ludzi  i  spadochroniarzy, 

którzy przechodzili przez pozycje brytyjskie i nadal traktowali uzbrojonych przeciwników 

z należytym szacunkiem. 

Stürmer miał przed oczami jedynie scenerię śmierci i zniszczenia, która ciągnęła się 

tak daleko, jak mógł sięgnąć wzrokiem. Rozerwane na kawałki, czarne od dymu, spalone 

ciężarówki,  zniszczony  transporter  opancerzony,  karabiny  z  lufami  wbitymi  w  ziemię,  z 

zawieszonymi na ich kolbach hełmami - oznaczenia miejsca pochówku zabitych żołnierzy, 

i  wszystko  splatane  zwojami  drutu  kolczastego  na  których  wisiały  ciała  ofiar  nocnych 

walk, jak kłęby podartych szmat. 

-  Stürmer  -  głos  generała  Muellera  wyrwał  go  z  zadumy  Pułkownik  niechętnie 

stanął  na  nogach  i  ze  znużeniem  spojrzał  na  twarz  generała,  którego  oczy  jaśniały 

triumfem. 

-  Oni  się poddają,  Stürmer!  -  krzyczał rozradowany.  - Leros  jest  nasze  i to dzięki 

tobie i twoim ludziom. Czy rozumiesz to pułkowniku? Leros jest znowu niemieckie! 

- Tak, rozumiem, generale. 

Nie salutując nawet na pożegnanie Stürmer zaczął schodzić chwiejnym krokiem po 

stromym nasypie ściany schronu jak pijany. To był już koniec. 

background image

Envoi 

Sznur  ociężałych  ludzi  w  mundurach  khaki  schodził  pylistą  drogą  w  kierunku 

czekających na nich łodzi. Przygnębieni brytyjscy jeńcy wojenni mieli być przewiezieni z 

Leros do kontynentalnej Grecji i resztę wojny spędzić za drutami kolczastymi. Prawie pięć 

tysięcy  oficerów  i  żołnierzy  stało  się  ofiarami  złego  planowania,  nadmiernej  pewności 

siebie i nieudanych kombinacji politycznych. 

Baron  von  Waldstein,  bez  wyraźniejszych  śladów  emocji  na  twarzy,  prychnął 

nosem,  czując  smród,  jaki  się  roznosił,  gdy  powłócząc  nogami  weszli  do  nadbrzeżnej 

tawerny. Uniósł kieliszek z lodowato zimnym ouzo i wypił szybko jego zawartość. 

Pułkownik  Stürmer  oparł  się  plecami  o  ścianę  gospody.  Tak  naprawdę  traktował 

pokonanych ludzi nie jak wrogów tylko jak żywe istoty, tak jak on sam, skazanych przez 

gorzki los. Potem spytał łagodnym tonem: 

- Co się dzieje, majorze? Nie znosi pan smrodu? 

Baron wzruszył ramionami. 

-  Jest  trochę  za  mocny,  pułkowniku.  Ale  brytyjscy  chłopcy  nie  mieli  czasu  na 

kąpiel przez kilka ostatnich dni, jak przypuszczam. 

- Lepiej niech zacznie się pan do niego przyzwyczajać, baronie - powiedział powoli 

Stürmer.  -  To  zapach  porażki.  My  też  będziemy  tak  pachnieć  w  nadchodzących 

miesiącach. 

Baron  von  Waldstein,  którego  prawa  ręka  powieszona  była  na  temblaku,  a  twarz 

pokazywała  zmęczenie  napięciem  nerwowym  ostatnich  dni,  spojrzał  na  wysokiego 

rozmówcę. 

- Coś nie tak, Stürmer? 

-  Nie  za  dobrze.  Mueller  powiedział  mi  niedawno,  że  alianci  przedarli  się  przez 

góry. 

- We Włoszech? 

-  Tak  -  odpowiedział  Stürmer  głuchym  głosem,  a  jego  myśli  już  wybiegały  ku 

nowym problemom. 

- Zaryzykuję stwierdzenie, że was tam wysyłają - powiedział ostrożnie baron. - Do 

miejsca zwanego Cassino. Monte Cassino. 

background image

-  Tak. Naturalnie  jest to kluczowa pozycja dla całego włoskiego frontu  - oznajmił 

Stürmer, wypił ostatni kieliszek ouzo i szykował się do wyjścia. Major Greul już dawał mu 

sygnały z pokładu ścigacza kapitana Doerra. - Dlaczego pan pyta, baronie? 

Baron von Waldstein uśmiechnął się lekko. 

- Dostałem dziś rano telegram od generała Studenta. Ja i moi ludzie mamy się udać 

do Grecji po uzupełnienia i wzmocnienia, a potem mają nas wysłać do Włoch. A żeby być 

dokładnym na Monte Cassino. 

- I tam się pewnie znowu spotkamy - wyciągnął lewą rękę na pożegnanie. 

- Lewa idzie od serca, majorze. 

Ostatnie słowa wypowiedział bardzo ciepłym tonem. 

- Tak mówią - baron uścisnął mocno dłoń Stürmera. 

- Tak, jeszcze się spotkamy. Do widzenia, pułkowniku. 

- Do widzenia, panie baronie. 

Bez dalszych słów pułkownik  Stürmer odwrócił  się na pięcie  i celowo sztywnym 

krokiem ruszył w kierunku łodzi. 

- W porządku, Doerr - powiedział wkraczając na jej pokład. - Odpływamy. 

Kapitan  szybko  wydał  niezbędne  rozkazy.  Zahuczały  potężne  silniki  diesla. 

Zostawiając za sobą długą, białą smugę spienionej wody, ścigacz wypłynął z małej zatoki. 

Sierżant  Meier,  obwieszony  zrabowanymi  brytyjskimi  aparatami  fotograficznymi, 

pospiesznie chwycił  się relingu, aby utrzymać równowagę. Przytknął  butelkę z angielską 

whisky do ust, ale jego twarz nagle zrobiła się sino-zielona. Szybko połknął olbrzymi łyk 

trunku, którego część wylała się na jego nieogolony policzek. 

- Jap - jęknął - czuję, że za chwilę będę rzygać! 

Jap chwycił zręcznie butelkę, nim rozbiła się o kołyszący się pokład. 

-  Duma  Korpusu  Alpejskiego,  jesteście  załatwieni!  -  powiedział  z  pogardliwą 

drwiną,  gdy  ścigacz  torpedowy  wyrwał  się  na  otwarte  morze  i  gdy  jego  żołądek  zaczął 

groźnie burczeć. 

Mały  kapral  wziął  spory  łyk  zrabowanej  whisky  i  przygotowywał  się  na  długą 

podróż, która go czekała. 

Niewielka wyspa za  jego plecami,  na której  było tyle śmierci  i  przerażenia przez 

ostatnie  dni,  zaczęła  się  robić  jeszcze  mniejsza.  Pułkownik  Stürmer,  który  stał  obok 

kapitana  Doerra,  czuł  jak  słona  bryza  owiewa  mu  twarz.  Nie  patrzył  za  siebie.  Chciał 

zapomnieć  o  Leros  i  o  tym,  co  się  na  niej  działo.  Chciał  zebrać  myśli  wokół  odległych 

Himalajów, ich błyszczących bielą wyzywających szczytów, które pragnął zdobyć. 

background image

Gdy  wreszcie  Leros  zniknęła  za  horyzontem,  Stürmer  popatrzył  na  błyszczącą 

powierzchnię  otwartego  morza,  jakby  już  widział,  co  go  czeka  w  odległej,  tajemniczej 

przyszłości - jeszcze więcej śmierci i zniszczenia. 

Grupa Szturmowa Edelweiss ponownie wyruszała na wojnę!