background image

MARGIT SANDEMO

NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

Ze szwedzkiego przełożyła

ELŻBIETA PTASZYŃSKA - SADOWSKA

POL - NORDICA

Otwock

ROZDZIAŁ I

Odd Stein nigdy nie  mówił o Lindehede i o tym, co się  tam właściwie  wydarzyło przed jedenastoma laty. Gdy ktoś 

przez  przypadek  wspomniał  o  tym  miejscu  lub  spytał  o  nie  wprost,  jego  twarz  zasnuwał  cień,  a  on  sam  zupełnie  się 

zamykał.

Był z nim wówczas także Nils Wangen. On też wolał nie wypowiadać się na temat Lindehede, nawet w żartach. Gdy 

tylko zagadka z Lindehede stawała się przedmiotem rozmowy, po prostu się wyłączał.

Odd Stein niemało  widział w  swojej karierze. Ale każdy policjant wcześniej czy później natrafia  na  przypadek, po 

którym traci ochotę  do dalszej służby. Stein rozwikłał tajemnicę Lindehede, nie  odczuwał jednak z tego powodu ani dumy, 

ani zwykłej zawodowej satysfakcji.

Po prostu milczał i próbował ukryć jak najgłębiej wspomnienie o tej sprawie.

Było  późne  wiosenne  popołudnie  roku  1950, tajemnicze  i trochę  mroczne. Odd Stein  wracał właśnie  do Oslo  po 

wykonaniu zadania, które nadal zaprzątało jego myśli. Czuł się zmęczony. Dlatego nawet nie zauważył, że skręcił w drogę, 

której zawsze  konsekwentnie  unikał -  drogę  biegnącą  przez  Lindehede. Ostatni raz  był  tam przed  wojną, w  1939  roku. 

Kiedy z Nilsem Wangenem, roztrzęsieni, niemal w szoku, wyjeżdżali z tej miejscowości, obaj byli przekonani, że  ich noga 

już nigdy w niej nie postanie.

Stein  zastanawiał  się,  czy  nie  zawrócić.  Uznał  jednak,  że  szkoda  czasu,  a  poza  tym  jest  przecież  dorosłym 

mężczyzną i niemało widział w życiu. Zresztą może  byłoby dobrze  zobaczyć to miejsce  po latach i raz  na zawsze pozbyć 

się złych wspomnień?

Zacisnął zęby i jechał dalej.

Na  drodze  panował  niewielki  ruch.  Steinowi  jechało  się  dobrze.  Zawsze  uważał,  że  silnik  samochodu  najlepiej 

pracuje w chłodnym i czystym powietrzu wiosennego wieczoru.

To już chyba niedaleko...

Minął tablicę informacyjną: LINDEHEDE.

Ładna nazwa, pod którą kryło się przerażające miejsce.

Teraz niewielkie wzniesienie, jeszcze kawałek i...

Odd Stein znalazł się już na wierzchołku wzgórza i teraz jechał drogą w dół.

Nagle, zdziwiony, uniósł lekko brwi.

Pierwsze, co zobaczył, to duża, pustawa stacja benzynowa  upstrzona  kolorowymi podświetlanymi szyldami. Za  nią 

wyłaniały się szeregiem wysokie domy.

Czyżby zabłądził?

Musiał nabrać paliwa. Lekko przyhamował i zajechał przed jeden z dystrybutorów.

Wyszedłszy z  samochodu przeciągnął się, żeby rozprostować kości zesztywniałe po długiej podróży. Młody chłopak 

zaczął napełniać bak jego wozu,

- Czy tu nie leżało kiedyś chłopskie gospodarstwo? - spytał Stein.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia.

Jakiś tęgi starszy mężczyzna w luźnym ubraniu z wystającym pod szyją podkoszulkiem usłyszał pytanie i zbliżył się 

do samochodu.

-  Tak, chyba  ma  pan rację  -  powiedział niewyraźnie. -  Stację  pobudowano  niedawno, wcześniej było tu  podobno 

jakieś gospodarstwo.

- Dużo się zmieniło - przerwał mu Stein.

- Owszem. I to w szalonym tempie. Mamy tutaj teraz i przemysł.

Komisarz spojrzał na ulicę, która prowadziła przez gęsto zabudowaną miejscowość.

- Jeśli się nie mylę, tuż obok był też cmentarz i mały kościółek.

-  Zgadza  się. Ale  akurat  tędy  musiała  biec  droga, no  to  zbudowali  nowy  kościół  na  drugim  końcu  Lindehede. 

Naprawdę elegancki, sam beton, od góry do dołu.

- A cmentarz?

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.

- Zrównali go z ziemią. Groby chyba najpierw poprzenosili, tak myślę. Ale tamtego cmentarza dawno już nie ma!

Może to i lepiej, pomyślał Odd Stein.

- A majątek? - spytał, ogarniając wzrokiem dolinę i całkiem nową dzielnicę eleganckich domków jednorodzinnych.

- Jego też nie ma. Zdaje się, że z nim wiązała się jakaś podejrzana historia, ale nikt nic nie wie.

- Nikt - potwierdził krótko Stein.

To  właśnie  było najdziwniejsze:  prasa  nigdy się  nie  dowiedziała, co tak naprawdę  wydarzyło  się  w  Lindehede, bo 

całą sprawę okryła zmowa milczenia.

Chcąc lepiej widzieć, komisarz przymrużył oczy.

Poczuł się nieswojo, gdy w gęstniejącym mroku dostrzegł w oddali dwa, trzy wysokie cienie świerków.

Resztki tamtego żywopłotu...

- Był tam też chyba las - bąknął.

- Zgadza się! Wycięty, prawie co do jednego drzewa. Na jego miejscu stoi teraz duża fabryka, ale jest taka  niska, że 

stąd jej nie widać. A ten staw to znowu napełnili wodą. Ludzie mówią, że zawisł nad nim jakiś zły urok. Ale ja nie znam tej 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

1 / 32

background image

historii. Chyba nikt jej tak do końca nie zna.

Mógłbyś ją usłyszeć ode mnie, pomyślał Stein. Ale nikt mnie nie zmusi, żebym kiedykolwiek ją opowiedział.

Jak dużo zmieniła tu wojna! Wszystko, co się wtedy zdarzyło, należało już do minionej epoki. To jednak były inne 

czasy... I zupełnie inny świat.

Dziś  Lindehede  można  by  uznać za  symbol rozwoju. Zabudowania  pochodzące  sprzed wojny zostały zrównane  z 

ziemią. Wysokie,  kanciaste  betonowe  bloki  w  żaden  sposób  nie  przypominały  dawnego  idyllicznego  krajobrazu.  Wieś 

licząca od piętnastu do dwudziestu domów i gospodarstw, a także majątek, po prostu zniknęły. W ciągu zaledwie kilku lat.

Ładnie teraz tu nie było. Mimo to Odd Stein doznał wielkiej ulgi.

Zapłacił za benzynę i ruszył przez owo nowe, nieznane Lindehede.

Jak  się  okazało,  szosa  prowadziła  obok  trzech  świerków,  które  pozostały  po  dawnym  ciągnącym  się  kilometr 

żywopłocie. Wznoszące się ku niebu drzewa majaczyły niczym widma w wieczornym mroku.

Świerkowy żywopłot...

Stein poczuł ciarki na plecach, dodał gazu. Po chwili Lindehede ze swymi dawnymi strachami zostało już za nim.

Po  kilku  kilometrach  w  wozie  komisarza  zaczął  szwankować  zapłon.  Coś  złego  działo  się  ze  świecą.  Muszę 

wreszcie poważnie pomyśleć o wymianie tego samochodu, westchnął Stein.

Silnik dławił się  i parskał. Nie  daj  Bóg, gdyby  miało się  okazać, że  nie  da  się już  jechać  dalej. Gdzie  ja  w  ogóle 

jestem?

Właśnie  minął jakąś większą wieś. „Grand Hotel”, głosił szyld, a pod tą nieco napuszoną nazwą kryła się po prostu 

dwupiętrowa drewniana  buda. Wyglądała jednak dosyć czysto i schludnie, dlatego Stein zdecydował się w niej zatrzymać. 

Czuł  się  zmęczony  i  nie  miał ochoty  spieszyć  się  z  powrotem  do  Oslo, gdzie  czekało  go  przeprowadzenie  rutynowego 

dochodzenia w dość banalnej sprawie. Kierowniczkę jakiegoś domu starców podejrzewano o to, że pozbawia życia swoich 

uciążliwych  podopiecznych,  aby  zdobyć  ich  pieniądze  i  ująć  sobie  nieco  pracy.  Tego  rodzaju  oskarżenia  już  dawniej 

stawiano  wielu  kobietom  pełniącym  tę  funkcję.  Z  reguły  były  to  tylko  podyktowane  zawiścią  pomówienia,  oznaczały 

jednak ciągnące się w nieskończoność przesłuchania, a te nie bawiły Steina ani trochę.

Gdy otrzymał pokój, poprosił portiera o umówienie go z mechanikiem samochodowym. Potem uznał, że po trudach 

dnia należy mu się solidny odpoczynek.

Jednakże noc okazała się niespokojna dla Odda Steina. Gdy tak leżał pod spraną pościelą w „Grand Hotelu”, starając 

się zasnąć, powróciła cała historia z Lindehede. A kiedy wreszcie usnął nad ranem, prześladowała go także we śnie:  widział 

upiorne blade twarze, na których malowało się przerażenie, rozpacz albo złość.

Po owej nocy zrozumiał, że nie  uwolni się  od tej historii sprzed lat, jeśli nie  odtworzy jej od  początku do samego 

końca, nie pomijając najdrobniejszych szczegółów. Może w ten sposób wyrzuci ją z pamięci raz na zawsze.

Pozostało jeszcze do wyjaśnienia kilka detali, które zarówno Wangen, jak i on uważali za mało istotne dla  sprawy, i 

bynajmniej  się  nie  mylili.  Jednakże  w  ciągu  minionych  lat  Stein  często  o  nich  myślał.  Bo  choć  nie  miały  większego 

znaczenia dla  rozwiązania zagadki, sprawiły, że  nie potrafił zapomnieć ani Lindehede, ani przerażających wydarzeń, jakie 

się tam rozegrały.

Ta historia nie miała żadnych jasnych punktów.

No, może jeden. Ciągłe słowne utarczki Nilsa Wangena z Unni.

Jaki on był wtedy młody, ten Wangen! Po prostu młokos. A on sam? Może miał dwadzieścia pięć lat? Ale już zdążył 

wyrobić sobie nazwisko.

Uśmiechnął się nieznacznie. Unni... Niewątpliwie atrakcyjna dziewczyna! Na dodatek o tak ciętym języku, że nawet 

Nils Wangen musiał się poddać. Należy współczuć temu, kto dostał ją za żonę!

Dla Odda Steina cała ta historia rozpoczęła się od zniknięcia młodej dziewczyny Ingrid Andersen.

Odtwarzał teraz w myślach raport na jej temat sprzed jedenastu lat.

ROZDZIAŁ II

Ingrid Andersen zatrzymała się na skrzyżowaniu, wyraźnie niespokojna, niezdecydowana i bezradna. Wtedy właśnie 

zauważyła  ją  nadchodząca  polną  drogą  koleżanka,  która  później  złożyła  zeznania.  Ingrid  była  dwudziestojednoletnią 

blondynką  o  dosyć  bujnych  kształtach,  ubraną  bez  smaku  w  nieco  przyciasny  płaszcz  i  wypłowiały  żółty  beret.  Jej 

spojrzenie zawsze  zdradzało  niepewność. Jednakże  określony typ  mężczyzn prawdopodobnie uznałby ją  za  pociągającą  - 

ci, którzy mają słabość do dziewczyn głupiutkich i ładniutkich.

Ingrid  Andersen  stanęła  właśnie  przed  dylematem,  który  przerastał  możliwości  jej  ograniczonego  umysłu, 

opowiadała koleżanka. Aby zdążyć na  spotkanie z  Reidarem, powinna  była wybrać  drogę  na skróty przez las. A na  to nie 

miała ochoty.

Bo wtedy musiałaby przejść nad stawem.

Nad czarnym, bezdennym stawem, w  którym nikt nie miał odwagi się  kąpać. Odstraszały  od niego  nie  łodygi lilii 

wodnych oplątujące  nogi pływaków  i nie  odór zgnilizny. Odstraszało od niego to, że ciało żadnej z  osób, które  się w nim 

utopiły, nigdy nie zostało odnalezione.

A wielu było takich, co zniknęli w tej tajemniczej głębinie. Wyłącznie samotni pływacy. Ten staw to jedyne miejsce 

w Lindehede nadające się  do kąpieli, w  upalne letnie dni trudno było oprzeć się pokusie, by nie wskoczyć choć na  krótko 

do wody. Jedyne, co znajdowano po topielcach, to ich ubrania. Leżały na  mchu, starannie  złożone  albo po prostu rzucone 

bezładnie.

(Ale teraz była jesień, kto by tam miał ochotę się kąpać?)

Ostatni raz w ubiegłym roku  jakiś młody  chłopak.. Zarówno Ingrid, jak i jej przyjaciółka nie  mogły pojąć, że ktoś 

okazał  się  na  tyle  głupi,  by  się  kąpać  w  stawie,  którego  zła  sława  była  powszechnie  znana. Ale  wszyscy  chłopcy  są 

jednakowi. Zarozumialcy, zawsze chcą udowodnić, że niczego się nie boją.

Ingrid  przestępowała z  nogi na  nogę, nie  wiedząc, co  zrobić. Była  już spóźniona, a  Reidar  nie należał do tych, co 

czekają na dziewczynę. Wspaniale wyglądał w tej swojej czarnej skórzanej kurtce, a jakie miał oczy!

- Pomyśl, on się ze mną umówił. Może już  tam na mnie czeka!  - jęczała  Ingrid. - Za późno wyszłam! To wszystko 

przez mamę, musiałam jeszcze wyprowadzić krowy na pastwisko.

-  Przecież  on  ma  motocykl, mógłby  przyjechać  do  Lindehede  -  odparła  przyjaciółka  z  niemiłą  logiką, ale  Ingrid 

przeraziła się na samą myśl o tym.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

2 / 32

background image

- Reidar w tej naszej dziurze? On nie jest taki! On jest... on jest... po prostu cudowny!

Tak, tak. On rozkazywał, a dziewczyny robiły, co chciał.

- No to idź na skróty! - powiedziała koleżanka. - Chyba nie masz zamiaru się kąpać?

- Pewnie że nie, ale to jeziorko jest takie okropne.

- W takim razie zostaje ci dłuższa  droga  naokoło. Jak chcesz, pójdę  przez  las i powiem Reidarowi, że  niedługo się 

zjawisz.

Tego już  było za  wiele. Prawdopodobnie Ingrid pomyślała  to samo co  później policjanci:  że  przyjaciółka  również 

miała ochotę na cudownego Reidara.

- Nie, nie! - wykrzyknęła. - Już pójdę na skróty. Nie mogę pozwolić, by czekał!

Po czym westchnęła i pobiegła.

Jacyś starsi ludzie, którzy  wybrali się  zbierać  grzyby, widzieli Ingrid nieco dalej na  drodze prowadzącej przez las. 

Obejrzeli się nawet za  nią, kiedy mignęła  im między drzewami, a potem się  oddaliła. Przez  chwilę zastanawiali się  nawet, 

jak się nazywa, ale już po chwili, na widok kilku okazałych koźlarzy, zupełnie o niej zapomnieli.

Byli  ostatnimi,  którzy  widzieli  Ingrid  Andersen.  Ubranie  dziewczyny  znaleziono  na  brzegu  jeziorka.  Ona  sama 

przepadła bez śladu.

W komendzie policji w Oslo dzień zaczął się nerwowo.

-  Nie!  -  powiedział  stanowczo  Odd  Stein.  -  Nie  chcę  żadnych  kobiet  w  moim  wydziale,  nawet  bratanicy 

komendanta.

Właśnie  przejął  obowiązki  szefa  wydziału  kryminalnego  i  czuł  się  z  tego  bardzo  dumny.  Nie  bez  powodu:  był 

przecież jeszcze bardzo młody.

- Ale ta dziewczyna jest niczego sobie - przekomarzał się z nim Nils Wangen.

-  Nie  ma  żadnej pewności, że  mielibyśmy  z niej jakiś pożytek. Jeśli chce  odbyć  praktykę, to niech znajdzie  sobie 

jakieś  inne  miejsce.  Niech  wkłada  mandaty  za  wycieraczki  samochodów  albo  zajmie  się  alkoholiczkami.  U  nas,  w 

kryminalnym, nie ma nic do roboty.

- Ale ona już przeszła przez wszystkie  inne  wydziały - spokojnie zwrócił szefowi uwagę powolny Håkon Svendsen. 

- Został jej już tylko nasz. Chyba mierzy całkiem wysoko, a mówiąc precyzyjniej: to wujek komendant wiąże z nią ambitne 

plany: Ministerstwo Sprawiedliwości. Specjalistka do spraw policji.

Odd Stein popatrzył na swych podwładnych.

- Dziewczyna? W Ministerstwie Sprawiedliwości? - Westchnął. - Wobec tego ty, Nils, się nią zajmiesz. Z pewnością 

zrobisz  to chętnie. Albo nie, ona przypadnie tobie, Håkon. Jutro rano wyjeżdżam i zabieram ze sobą Nilsa. Wyjdzie mu na 

zdrowie,  jak  popracuje  trochę  w  terenie,  bo  niedługo  zamieni  się  nam  w  ducha  wiecznie  poszukującego  drobnych 

opryszków stołecznego półświatka.

W piwnych oczach Wangena pojawił się błysk ożywienia.

- Coś nowego?

-  Owszem,  bardzo  dziwna  historia. Młoda  dziewczyna  znika  bez  śladu  w  leśnym jeziorku.  I  nie  jest  bynajmniej 

pierwsza. W ciągu  ostatnich  trzech  lat to  już  piąta  ofiara, oczywiście  wcześniej  też  było  kilka. Ludzie  twierdzą, że  tym 

jeziorkiem  władają  jakieś  pozaziemskie  siły. Ale, jak wiecie, ja  nie  wierzę  w  takie  rzeczy.  Tak czy  inaczej, zostaliśmy 

wezwani przez  tamtejszego  komendanta. Trochę  się  wahałem, bo  to raczej nie  jest nic  dla  nas. Skoro jednak  w naszym 

wydziale ma się pojawić jakaś ambitna niewiasta, to wolę już trochę leśnej mistyki.

W tej samej chwili dał się słyszeć w korytarzu dźwięczny kobiecy głos.

-  Och, nie  -  wymamrotał  Odd  Stein, zdobył  się  wszakże  na  powściągliwy  uśmiech skierowany do  młodej  damy, 

która właśnie wparadowała do jego gabinetu.

Miała złociste loki opadające aż na ramiona i błękitne oczy, których żywy blask świadczył i o poczuciu humoru, i o 

inteligencji. Była wysoka i szczupła, ubrana ze smakiem w tweedowy kostium i białą bluzkę, sprawiała poza tym wrażenie 

osoby bardzo pewnej siebie.

-  A więc  to jest nasz  wielki  Stein  -  uśmiechnęła  się,  wyciągając  rękę. -  No, no, nikt  mi  nie  powiedział, że  poza 

wszystkim jest pan też przystojny. Czyli od tej pory będziemy pracować razem? Może być wesoło. Mam na imię Unni.

Odd Stein wyglądał tak, jakby połknął coś kwaśnego. Przecież dopiero niedawno objął stanowisko szefa wydziału, a 

na dodatek był niezwykle ambitny. Zupełnie nie wiedział, jak ma się zachować w tej nieoczekiwanej sytuacji.

-  Przede  wszystkim chciałbym  przedstawić  moich  współpracowników. To jest Håkon Svendsen, który  wprowadzi 

panią we wszystko, panno...

- Proszę mi mówić Unni! Wszyscy mnie tak nazywają.

- Hm. Właśnie miałem zamiar wyjść, jeśli więc pani pozwoli... Håkon, zajmiesz się...? Do widzenia, na razie!

Opuścił pospiesznie własny gabinet, czując się tak, jakby uciekał. Wychodząc, usłyszał jeszcze głos młodej damy:

- Co to za okropny zapach! To przez te nieopróżnione popielniczki. Jak tu się otwiera okna?

Stein i Nils Wangen wymienili wymowne spojrzenia, schodząc już po schodach.

Obaj  detektywi  stali  razem  z  komendantem  Bårdsenem  nad  leśnym  jeziorkiem,  które  wyglądało  wyjątkowo 

urokliwie i spokojnie w blasku wieczornego słońca, na wpół przysypane jesiennymi liśćmi o niepowtarzalnych barwach.

- Zarzucaliście sieć?

- Oczywiście - odpowiedział komendant. - Sprowadziliśmy też płetwonurka. Ale wszystko na nic, jak zwykle.

Odd  Stein spojrzał  na  tajemnicze  jeziorko. Pomiędzy dryfującymi  na  powierzchni  liśćmi  połyskiwały  czarne  oka 

wody. Jeziorko nie było duże, miało kształt nieregularnego owalu, w  najszerszym miejscu mogło liczyć  około dwudziestu 

pięciu metrów. Droga, na której stali mężczyźni, biegła zaledwie kilka metrów od brzegu. Po drugiej stronie leżał pas ziemi 

usiany porośniętymi mchem pieńkami po wyciętych drzewach, a tuż za nim wznosiła się ściana mieszanego lasu, w którym 

dominowały osiki, olchy i świerki.

- Jak wygląda dno?

- Jest bardzo muliste - odpowiedział komendant. - Jak w Loch Ness. Zaledwie kilka metrów pod powierzchnią woda 

przypomina szlam, jest czarna i nic przez nią nie widać. A dno to jedno wielkie błoto.

- I ludzie chcą się w czymś takim kąpać? - zdziwił się Nils Wangen.

- Teraz już nie - odparł komendant, wysoki i szczupły mężczyzna o smutnych oczach.

Odd Stein obejrzał się za siebie. Po drugiej stronie drogi biegł żywopłot.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

3 / 32

background image

Kiedyś  było  to  starannie  wypielęgnowane  zielone  ogrodzenie,  ale  z  czasem  drzewa  rozrosły  się  dziko, tworząc 

zwartą ścianę.

- Co znajduje się za tym zielonym monstrum? - zapytał Stein.

Bårdsen wzruszył ramionami.

-  Niewyobrażalnie  duża  posiadłość  pewnego  bogacza.  Do  samych  zabudowań  jest  jeszcze  kilkaset  albo  więcej 

metrów. Nazywamy to majątkiem. Ale  nie mam pojęcia, co kryje  się bezpośrednio za  tym żywopłotem. Pewnie  park albo 

pola, a może las.

- Czyli ta droga biegnie przez pustkowie? Żadnych domów w pobliżu?

- Żadnych.

Znowu odwrócili się w stronę jeziora.

- Czy istnieje lista osób, które tu utonęły?

- Ich nazwiska i daty wypadków mam w głowie.

Odd Stein wyjął kartkę i długopis, a Bårdsen zaczął dyktować.

- Kiedy się to naprawdę zaczęło, nie wiadomo. Pierwsza ofiara, jaką znamy, to Morten Haug. Utopił się na początku 

ubiegłego  wieku. Podobno był pijany i  po prostu  wpadł  do wody. Nigdy go  nie  odnaleziono. Potem  jakaś  dziewczyna  z 

własnej woli weszła  do jeziora  i zginęła. To było na początku  naszego stulecia. Nazywała się  Marit, nic  więcej o  niej nie 

wiemy. Później długo nic się nie działo. Dopiero trzy lata  temu utopiła się  kolejna ofiara. Miała na  imię Gunvor. Razem z 

przyjaciółką, z  którą  przyjechała  tu  na  wakacje, kąpały się  w  jeziorze. Ta  druga wróciła  na  rowerze  do  hotelu, a Gunvor 

zamierzała wkrótce do niej dołączyć. Chciała jeszcze  tylko trochę popływać, bo dzień był akurat bardzo gorący. Więcej jej 

nie widziano. Oczywiście przeszukaliśmy dno, ale bez efektu.

- Ale ona nie była ostatnia?

-  Nie, nie!  Następnego lata, czyli dwa  lata  temu, zrobiło  się  tak  źle,  że  nikt  nie  odważył się  nawet tędy  przejść. 

Uznano, że to jeziorko w jakiś mistyczny sposób oddziałuje na ludzi. Pierwsza była Kit Thomassen. Znaleziono jedynie jej 

ubranie na brzegu. A nie wspomniała nikomu nawet słowem, że będzie się kąpać! I tego samego lata...

- Czy to dzieje się tylko latem? - przerwał mu Nils Wangen, niewysoki i energiczny.

-  No tak, przecież  w  zimie  nikt  się  nie  kąpie. Poza tym droga, zasypana  śniegiem, jest nie  do  przebycia. No więc 

jeszcze w tym samym roku latem zniknęła kolejna wczasowiczka. W ten sam sposób.

- Młoda? - pytał dalej Stein.

-  Trzydziestoletnia  kobieta. Niedługo  potem  przechodził  tędy  pewien  młody  chłopak. Mówi,  że  nagle  poczuł  się 

jakoś  nieswojo  i  uciekł  stąd,  ile  sił  w  nogach.  Później  przez  długi  czas  nikt  nie  ośmielił  się  tu  nawet  zbliżyć,  aż  do 

ubiegłego roku, kiedy znowu utonął młody chłopak. To jeden z tych bohaterów, co to niczego się  nie boją. Przechwalał się 

na  lewo  i prawo, że  może  zupełnie  sam popływać w jeziorze. No i w tym roku Ingrid Andersen. Nawiasem mówiąc, jej 

Reidar ma alibi, możemy go więc wykluczyć z kręgu podejrzanych.

Odd Stein podsumował:

- Pierwszy:  Morten Haug, dziewiętnasty wiek, druga:  Marit na początku dwudziestego wieku, trzecia:  Gunvor trzy 

lata temu, czyli po mniej więcej trzydziestopięcioletniej przerwie, i czwarta: Kit Thomassen dwa lata temu.

- To miejscowa piękność - wtrącił komendant.

- W tym samym roku trzydziestoletnia kobieta. To już piąta. Czy ona też była ładna?

- Nie wiem, przyjechała tu tylko na wakacje, nigdy jej nie widziałem.

- I dalej: uwodziciel w zeszłym roku i jako siódma Ingrid Andersen w tym roku.

Stein zamknął swój notatnik.

- Ale  z  tym  młodym chłopcem, który  stąd  uciekł, chętnie  bym porozmawiał.  Jak  on się  nazywa  i  gdzie  mogę  go 

znaleźć?

- To Per Erik, uczeń, mieszka niedaleko stąd.

- Ile ma lat?

- Wtedy miał piętnaście, czyli teraz siedemnaście. Poza tym...

Odd Stein spojrzał pytająco na komendanta.

- Coś jeszcze?

- Nie, nie, nic takiego. To tylko plotka.

- Chciałbym ją usłyszeć.

- Mortena Hauga, tego pierwszego z utopionych, widziano potem w Ameryce.

Stein pokiwał głową.

- Bardzo prawdopodobne. Mam przeczucie, że... - przerwał. - Myślę, że o Mortenie Haugu możemy zapomnieć. Ale 

ta młoda dziewczyna, Marit... jej przypadek trochę mnie niepokoi. Czy jest pan pewien, że zniknęła zupełnie bez śladu?

- Tak. Pamiętam, że przeszukano wtedy bardzo gruntownie całe jezioro.

Stein  z  zadowoleniem  stwierdził,  że  komendant  jest  bardzo  inteligentny,  za  każdym  razem  bowiem  doskonale 

wyczuwał, do czego zmierza stołeczny detektyw.

- Myślę, że ją  też  możemy pominąć  -  powiedział. -  Mogło ją przecież  znieść  w podwodne zarośla  i dlatego jej nie 

znaleziono.  Albo  może  ówczesne  metody  przeszukiwania  dna  okazały  się  nieskuteczne  w  tym  jeziorze.  Myślę,  że 

powinniśmy się skoncentrować na pięciu ostatnich ofiarach. Proszę mi powiedzieć, czy w ciągu ostatnich lat był ktoś taki, 

kto się tu kąpał i nie utonął?

- O, tak, bo jeśli jest więcej osób, to wtedy nic  złego się  nie dzieje. Ale od czasu, kiedy Gunvor przepadła trzy lata 

temu bez wieści, nikt tu już nie wchodzi do wody. Zaczęto mówić, że to jezioro jest zaklęte.

Słońce chowało się za horyzontem. Stein, rozejrzawszy się dokoła, poczuł się trochę nieswojo.

Bårdsen spytał ostrożnie:

- Uważa pan, że to jest dosyć nowa sprawa?

-  Tak.  Zaczęło  się  od  Gunvor.  Trzy  lata  temu.  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  istnieje  jakiś  związek  między  tymi 

pięcioma ofiarami?

- Też się nad tym zastanawiałem i mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie ma żadnego. Niektóre pochodziły stąd, 

inne spędzały tu tylko wakacje. Większość nie znała się nawzajem.

-  Czyli mamy cztery  młode  kobiety i jednego młodego mężczyznę. No  i tego chłopca, który  uciekł. Zacznijmy od 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

4 / 32

background image

niego!

Per Erik był szczupłym chłopcem o jasnych włosach i oczach o jak gdyby nieobecnym spojrzeniu. Grzecznie zgodził 

się  pójść  razem  z  policjantami nad  jezioro, ale  czuł  się  tam  nie  najlepiej, co  wyraźnie  dało  się  zauważyć.  Oświadczył 

jednak, że absolutnie nie wierzy w działanie żadnych nadprzyrodzonych mocy.

-  Skoro  więc  jesteś  taki  sceptyczny  -  spytał  Stein  z  uśmiechem  -  to  dlaczego  wtedy  uciekałeś,  gdzie  cię  oczy 

poniosą?

Wysiedli z samochodu i szli drogą przez las.

Per Erik sprawiał wrażenie zakłopotanego.

- Przestraszyłem się - odparł.

- Czego?

- Nie wiem. Może jakiegoś odgłosu. Naprawdę nie wiem.

- Jakiego odgłosu?

Ale Per Erik pokręcił tylko głową. W lesie panował już gęsty mrok. Chłopak, który nie wierzył w nadnaturalne  siły, 

raz po raz rzucał za siebie lękliwe spojrzenia.

- Czy wiesz, co się mówi o tym jeziorze?

- Jasne.

Właśnie zatrzymali się na brzegu.

- To nam opowiedz - poprosił Odd Stein.

Widać  było,  że  wspomnienia  nie  są  miłe  dla  chłopca. Unikał patrzenia  na  wodę, tak  przerażająco  nieruchomą  w 

wieczornym mroku. Można  by pomyśleć, że to jakaś żywa istota, która  przyczajona czyha na  swoją ofiarę, przeszło przez 

myśl Steinowi.

Było to zaskakujące odczucie jak na mężczyznę tak rzeczowego i chłodnego jak Stein. Zauważył jednak, że zarówno 

Bårdsen, jak i Wangen mieli podobne doznania, nie mówiąc już o chłopcu.

- No więc, szedłem sobie drogą - zaczął Per Erik. - To było w samym środku dnia, padał deszcz...

- Jak byłeś ubrany? - wtrącił Stein.

Chłopiec zastanowił się przez moment.

- W kurtkę od deszczu z kapturem i w kalosze.

- I miałeś wtedy piętnaście lat - powiedział Stein jakby do siebie. - Mów dalej!

Nils Wangen zerknął na swojego szefa. O co może mu chodzić?

- Kiedy już prawie doszedłem do jeziora, poczułem, że ktoś mnie obserwuje.

- Tak jak teraz? - przerwał mu nieoczekiwanie Nils Wangen.

- Nie. Znacznie intensywniej.

- A czy nie uważasz, że mogło ci się tylko tak wydawać? - spytał Bårdsen.

- Tak, oczywiście - odpowiedział Per Erik, kręcąc się nerwowo. - Ale właśnie coś takiego poczułem.

- Czy uważałeś, że to jezioro na ciebie patrzy? - spytał Odd.

Chłopiec spojrzał na niego urażony, lecz detektyw był jak najbardziej poważny.

- Przecież jezioro nie może nikogo obserwować - wymamrotał pod nosem Per Erik trochę niepewnie. - Nie wiem, co 

to było, wiem tylko, że się potwornie bałem, mimo że znalazłem się tutaj w środku dnia.

- Wspomniałeś o jakimś odgłosie?

- No tak - odparł z lekkim wahaniem. - Ale nie potrafię go określić. Może to było coś w rodzaju szeptu.

- Pojawił się i zniknął po sekundzie?

-  Skąd, wręcz  przeciwnie! -  zaprotestował gwałtownie  chłopak. -  Słyszałem go cały czas, kiedy tu  przechodziłem. 

Jakby przybliżał się i oddalał.

- Jak głosy mówiące szeptem?

- Nie... raczej nie.

- Miałeś kurtkę z kapturem, może to on tak szeleścił - zauważył Nils Wangen.

-  Też  tak pomyślałem i zsunąłem  go z  głowy, żeby lepiej słyszeć. I  wtedy... tak, teraz  przypominam sobie, jak to 

brzmiało! A potem nagle ucichło. Rzuciłem się do ucieczki.

- Mówisz, że po zdjęciu kaptura słyszałeś ten odgłos wyraźniej. Opisz go! Przypominał szepty?

-  Nie. -  Per  Erik  był wyraźnie  poruszony, oczy  lśniły  mu  z  podniecenia. -  Sam  nie  wiem,  jak  mam  go  określić. 

Widział pan może kiedyś kota siedzącego na parapecie okna? Jak siedzi i patrzy sobie na małe ptaszki?

Stein zerknął na niego z niedowierzaniem.

- Nie masz chyba na myśli...? Oczywiście, że widziałem coś takiego.

- A widział pan, jak takiemu kotu ruszają  się  szczęki? Słyszał pan to charakterystyczne  zgrzytanie? To właśnie było 

coś takiego! Tylko o wiele głośniejsze.

Wangen  i  Stein  spojrzeli  na  siebie. Wangen  mimo  woli  odsunął  się  o  krok  od  jeziora, które  teraz  o  zmierzchu 

przypominało mu pokrytego śluzem potwora. Albo grób przykryty jesiennymi liśćmi.

Odd Stein w zamyśleniu przyglądał się chłopcu.

- Możesz wyświadczyć mi przysługę? Chciałbym, żebyś poszedł w tamto miejsce, gdzie zakręca droga. Czy ktoś ma 

może  kurtkę  od  deszczu?  Dziękuję, Bårdsen. Czy  ona  jest z  kapturem?  Nie? Szkoda, ale  możemy  go  sobie  wyobrazić. 

Włóż ją, chłopcze, na siebie, o, tak, to nic, że jest trochę za  długa. A teraz  ruszaj! Jak będziesz wracał, miń nas i idź dalej. 

Rób wszystko dokładnie tak, jak dwa lata temu!

Per Erik zawahał się  przez chwilę, ale  uznawszy widocznie, że trzech policjantów to wystarczająca  ochrona, oddalił 

się w kierunku zakrętu.

Zrobiło  się  już  tak  ciemno,  że  niełatwo  było  dostrzec  sylwetkę  chłopca. Mężczyźni  czuli  się  nieswojo. Wysoki 

żywopłot, który biegł wzdłuż  drogi począwszy od jeziora, dalej gubił się  w nieprzeniknionej głębi lasu. Po drugiej stronie 

jeziora las trwał w nieprzyjemnej ciszy i martwym bezruchu.

Trzej mężczyźni czekali w milczeniu, kiedy Per Erik zawróci i przejdzie obok nich.

-  Czy dostrzegacie  w  nim coś wyjątkowego? -  spytał Stein, nie  wiedząc  zupełnie, dlaczego  mówi przytłumionym 

głosem. - Może gdyby miał kaptur na głowie...

-  Nie -  odparł Bårdsen, przyjrzawszy się  uważniej chłopcu, który szedł im naprzeciw. -  Wygląda  jak każdy młody 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

5 / 32

background image

człowiek Nie różni się niczym specjalnym od dzisiejszych młodych ludzi.

-  Otóż  to!  -  powiedział Stein. -  Otóż  to!  Dwa  lata  temu  liczył sobie  lat piętnaście  i prawdopodobnie  był jeszcze 

smuklejszy. Ponieważ miał kaptur na  głowie, z  daleka można go  było  równie  dobrze wziąć  za  dziewczynę. Ale kiedy go 

zdjął, ten odrażający odgłos prawie natychmiast ucichł.

-  No  nie, teraz  to już  przesadzasz!  -  powiedział Wangen  z  przyganą  w  głosie. -  Twierdzisz, że  jezioro ma  oko  na 

dziewczyny? A ten drugi chłopak w zeszłym roku?

- Racja  - przyznał Stein. - To były tylko takie fantazje, próba znalezienia jakiegoś wspólnego motywu. Zapomnijmy 

o tym!

- Cała ta historia wydaje się właściwie nierealna - rzekł Wangen już bardziej pojednawczo. - Muszę przyznać, że nic 

z niej nie rozumiem.

Wszyscy czterej skierowali się z powrotem do głównej drogi i do samochodów. Zrobiło się już zbyt ciemno, by móc 

prowadzić dalsze dochodzenie.

- Uważam, że ten pański z pozoru niedorzeczny pomysł coś jednak w sobie ma - rzekł w pewnej chwili Bårdsen do 

Steina. -  Kilka  razy sam wybrałem się  tą  drogą, żeby  sprawdzić, czy  jezioro  rzeczywiście  w  jakiś  sposób przyciąga  do 

siebie ludzi. Nie spostrzegłem jednak niczego specjalnego. Czułem, rzecz jasna, słaby lęk przed tym miejscem, ale miał on 

źródło w mojej własnej wyobraźni.

-  Czyli już pan to zrobił -  odezwał  się  Stein z  uznaniem. - Bo  właśnie myślałem o tym, żeby się tędy przejść, ale 

pewnie  jesteśmy za  starzy  i  za  brzydcy dla  wielbiącego piękno  małego  leśnego  jeziorka. Gdybyśmy  jednak  mieli jakąś 

odważną dziewczynę...

-  Ty  chyba  całkiem oszalałeś -  jęknął Wangen. -  Domyślam  się, do czego zmierzasz. Pewnie  my  ukrylibyśmy  się 

gdzieś w zaroślach i patrzyli, co się stanie?

- No właśnie. Nils...!

Odd Stein zatrzymał się nagle.

-  Przecież  mamy  naszą  ambitną  koleżankę!  -  rzekł  z  błyskiem  przekory  w  oku.  -  Nieustraszoną  bratanicę 

komendanta. Jak to ona się nazywa?

- Unni?

- Unni, tak! Może poddamy ją próbie? Przekonamy się, ile odwagi i rozumu jest w tej ładnej osóbce tak spragnionej 

kariery!

-  No  dobrze, niech  będzie! Tylko musimy zapewnić  jej dobrą  ochronę, bo  w  razie  komplikacji wujek  komendant 

raczej nie byłby z nas zadowolony.

Była to decyzja, której mieli później gorzko żałować.

ROZDZIAŁ III

Odd  Stein  i Nils Wangen  wchodzili  właśnie  do  znanego im  tak  dobrze  wydziału  kryminalnego  komendy  głównej 

policji w Oslo, gdy do ich uszu dobiegły podniesione  głosy. Zazwyczaj tak łagodny Håkon Svendsen wyrzucał właśnie za 

drzwi dwóch młodych policjantów.

- Wynoście się! - wrzeszczał purpurowy na twarzy. - Weźcie się wreszcie za robotę, zamiast mi się tu obijać!

- Co tu się dzieje? - spytał spokojnie Stein.

- Och, przepraszam, nie miałem pana  na myśli - odpowiedział Svendsen, ocierając  rękawem pot z czoła. - Jakie to 

szczęście,  że  pan  wrócił.  Już  nie  daję  sobie  rady  z  tymi  pielgrzymkami,  nie  robię  nic  innego,  tylko  bez  przerwy  ich 

wyrzucam...

- Chwileczkę - chciał wiedzieć Stein - kogo pan wyrzuca i dlaczego?

Svendsen wskazał kciukiem przez ramię do tyłu i szepnął ochryple:

- To wszystko przez nią.

- Ach - powiedział tylko detektyw, co można było zinterpretować na wiele sposobów.

- Jak to dobrze, że wróciliście wreszcie z tej wycieczki - westchnął Håkon Svendsen.

-  Nie  jestem  pewien,  czy  to  rzeczywiście  była  wycieczka  -  odparł  gorzko  jego  przełożony.  -  Zajmie  się  pan 

wszystkimi  bieżącymi  sprawami,  a  my  za  to  uwolnimy  pana  od  kłopotu  i  tę  nieszczęsną  kusicielkę  zabierzemy  do 

Lindehede.

-  Jeszcze  tam  wracacie?  -  nie  potrafił ukryć  zawodu  Håkon.  -  A  tymczasem  na  biurku  wyrośnie  góra  papierów 

wyższa ode mnie. Wolałbym...

Nikt jednak nie słuchał jego narzekań.

- Wpadliśmy tylko po to, żeby zabrać kilka rzeczy potrzebnych do prowadzenia dochodzenia - oświadczył Odd Stein 

i wchodząc do następnego pokoju, zwrócił się do powierzonej jego opiece praktykantki: - Unni, na ile poważnie traktujesz 

swoje obowiązki?

Młoda dziewczyna podniosła się zza biurka.

- Na tyle poważnie, że w każdej chwili mogę rzucić to klejenie kopert - odparła, nie odrywając wzroku od blatu.

Stein zerknął nie bez sceptycyzmu na szczupłą sylwetkę i na długie, lakierowane paznokcie dziewczyny.

- Czy jesteś odważna? Tylko nie myl odwagi z tupetem.

-  Tyle  potrafię  zrozumieć. Umiem strzelać, ale  nie  robię  tego  z  zasady. Jeśli  chce pan poznać  raporty  z  przebiegu 

mojej wcześniejszej praktyki w policji, to można je znaleźć w wydziale głównym.

Przyjrzał jej się badawczo, po czym westchnął głęboko i nieoczekiwanie spytał:

- Czy chcesz być przynętą dla ludożerczego jeziorka w lesie?

W twarzy bratanicy komendanta nie drgnął ani jeden mięsień.

- Pewnie tak to nazywają miejscowi, a w rzeczywistości chodzi o coś zupełnie innego?

Kobiety nie powinny być takie inteligentne, pomyślał Stein.

- No właśnie - odrzekł krótko. - Nils Wangen i ja nie wierzymy w bajki.

- Ani ja - dodała. - Czy mogłabym poznać trochę szczegółów, zanim kupię tego kota w worku?

Nils  Wangen  wzdrygnął  się  na  dźwięk  słowa  „kot”.  W  kontekście  sprawy  Lindehede  brzmiało  ono  niezbyt 

przyjemnie.

W tym momencie  Stein  przyznał z  niechęcią, że  Unni zdobyła kolejny  punkt:  nie  powiedziała definitywnie „tak”, 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

6 / 32

background image

dopóki nie dowiedziała się, na co się godzi.

-  Szczegóły  poznasz  potem  -  rzucił,  a  przypomniawszy  sobie,  czego  wymaga  grzeczność,  spytał  z  wyszukaną 

uprzejmością: - Jak ci się tu podoba?

- Wszyscy chłopcy byli dla mnie naprawdę słodcy. Ostrzyli mi ołówki, załatwiali różne sprawy, a nawet zreperowali 

krzesło...

Stein wykrzyknął gwałtownie:

- Nasi chłopcy mają co innego do roboty niż temperowanie ołówków!

Nils Wangen uśmiechnął się do Unni krzywo i rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie za plecami szefa.

- Czy ty też wybierasz się nad to dziwaczne jezioro, mały przyjacielu? - zagadnęła.

Wangen, młodszy  i zaledwie  kilka  centymetrów  wyższy  od  bratanicy  komendanta,  nieco  zbyt gwałtownie  skinął 

głową.

- Wspaniale! Wobec tego będę się tam czuła zupełnie bezpieczna.

Trudno było nie zauważyć ironii w głosie dziewczyny.

Ach, więc to tak? pomyślał Nils Wangen. Chcesz wojny, to ją będziesz miała!

I od tej chwili nie ustawały utarczki między nimi.

Podczas  przerwy  obiadowej  Odd  Stein  zapoznał  Unni  ze  sprawą  Lindehede,  unikając  spojrzenia  krystalicznie 

czystych niebieskich oczu dziewczyny. Zupełnie  nie zwracał uwagi na przycinki i złośliwości, jakimi Wangen i Unni cały 

czas obdarowywali się nawzajem. Niech się bawią, pomyślał.

- Czyli ja przejdę się nad samym jeziorem, wsłuchując się, jak mnie przyzywa, podczas gdy ty będziesz leżał ukryty 

w lesie, gotów w każdej chwili mnie uratować.

- Żadne przyzywanie - sprostował Nils Wangen, który nie mógł oderwać wzroku od zjawiskowo pięknej dziewczyny 

- tylko wyczekujące, chciwe zgrzytanie zębami.

- Dzięki, widziałam już w swoim życiu sporo kotów spragnionych krwi - odparła sucho. - Również je słyszałam. Nie 

musisz się wysilać. Zgadzam się. To może być zabawne.

- Ale zdajesz sobie sprawę, że możesz sobie złamać paznokieć? - ostrzegł Wangen.

- Chyba żartujesz? To niemożliwe! Prędzej kark.

- To by było na razie wszystko - bąknął Stein. - O, idzie szeregowy Rosenlund.

-  Och, jaki on  jest słodki!  -  wyraziła  swój zachwyt Unni. -  Przesiedział przy moim biurku całe  dwa  dni. Czy  nie 

mógłby pojechać z nami jako moja podpora moralna?

Stein, westchnąwszy, podniósł się z krzesła.

- Wykluczone! Za godzinę bądźcie gotowi. Wyruszamy.

Komendant  Bårdsen  był  jedyną  osobą  w  Lindehede,  która  znała  powód  przyjazdu  ekipy  z  Oslo.  Im  mniej 

wtajemniczonych, tym lepiej. Ponieważ jednak musiał akurat wyjechać w teren w innej sprawie, wobec tego dzień później 

na skrzyżowaniu dróg pod Lindehede zatrzymali się tylko Stein, Wangen i Unni.

- Trochę wystraszona? - spytał Stein z wyczuwalną nadzieją w głosie.

- Nawet odrobinę! Nie wierzę w żadne widma ani duchy. Chociaż ubiegłej nocy śniło mi się, muszę przyznać, jakieś 

ohydne  małe  jeziorko,  które  kłapało  i  zgrzytało  w  sadystycznym pożądaniu i  chwytało dziewice, a  następnie  zjadało  je 

doszczętnie, nie pozostawiając żadnych śladów.

-  Milutka  wizja  -  przyznał  Wangen.  -  Czy  opowiedziałaś  ten  sen  Freudowi?  Nawiasem  mówiąc:  czy  ty  jesteś 

dziewicą?

Unni zaczerwieniła się.

- Trochę przesadziłeś -  rzuciła ostro. - Poza  tym przecież nie wszystkie były dziewicami. W każdym razie jedna to 

mężatka, a druga...

- Czy my przypadkiem nie  odbiegamy  od tematu? - przerwał im Odd Stein. -  Nils, dajcie spokój tej niedorzecznej 

gadaninie. Jesteście  przecież  w  pracy!  Posłuchaj,  Unni,  potrzebujemy  piętnastu  minut, żeby  dotrzeć  na  koniec  lasu  za 

jeziorkiem. Oczywiście, pójdziemy na skróty. A ty idź spokojnie  drogą przez las, dojdź do krzyżówki na  jego skraju i tam 

na nas poczekaj. Czy to jasne?

- Tak jest!

- I zwracaj uwagę na każdy najmniejszy szczegół! Każdy odgłos, każdy ruch i każde, jakby to powiedzieć, doznanie.

- Tak jest. Tylko miejcie pistolety w pogotowiu, chłopcy!  I przypadkiem nie  spudłujcie, kiedy to groźne jezioro się 

na mnie rzuci!

Żarty żartami, ale w tym lesie zniknęło przecież bez śladu pięcioro ludzi.

Stein i Wangen byli już  na miejscu, dobrze ukryci wśród drzew. Między liśćmi widzieli otwartą przestrzeń z małym 

oczkiem wodnym, na wpół ukrytą drogę, a w tle czarną ścianę świerków, tworzącą wysoki żywopłot.

Nie  musieli  długo  czekać  na  Unni,  która  niebawem  pokazała  się  na  drodze.  Zbliżała  się  do  skraju  lasu;  młoda 

kobieta wyglądała na całkowicie beztroską i zajętą własnymi myślami.

- Urocza dziewczyna - szepnął Wangen.

Odd nic nie powiedział.

Kiedy znalazła się przy jeziorku, jej sylwetka odcinała się wyraźnie na tle ciemnego żywopłotu.

Ani razu nawet nie spojrzała w ich stronę, zauważyli jednak, że zerknęła na jezioro, kiedy, nie zatrzymując się ani na 

sekundę, przeszła obok niego. Po chwili znowu zniknęła w lesie.

- Idziemy - powiedział cicho Stein. - Na krzyżówkę po drugiej stronie.

Przedzierali się  bezszelestnie  przez leśną  gęstwinę. Na  skrzyżowaniu czekała na  nich Unni. Znajdowali się teraz  na 

terenie  innej gminy, ale  nigdzie  nie  widzieli ani jednego domu. To  chyba  gdzieś niedaleko stąd  mieszka  Reidar, chłopak 

Ingrid Andersen.

- No i co? - odezwał się Stein.

- Nic! Odrażające miejsce, ale potwora ani widu, ani słychu.

Odd Stein zacisnął mocno szczęki.

-  Oczywiście,  można  założyć, że  ktoś  dla  zabawy  zostawia  swoje  ubranie  na  brzegu,  a  sam  znika, żeby  ludzie 

myśleli, że utonął. Mógłbym zrozumieć, gdyby zrobiła coś takiego jedna osoba, no, może dwie. Ale pięć? Poza  tym chyba 

żadna  z  nich  nie  miała  powodu,  by  zniknąć,  wyjechać  gdzieś  daleko.  Co  się  dzieje,  Unni?  -  zwrócił  się  do  swojej 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

7 / 32

background image

podopiecznej, widząc w jej oczach lekki niepokój.

- Powiedział pan, że mam mówić o wszystkim, również o odczuciach?

- Tak.

- Ale to jest głupie!

- Głupie czy nie, mów!

Ściągnęła brwi.

- Nie należę do strachliwych - zaczęła z lekkim ociąganiem - ale to było jakieś takie dziwne. - Minęła chwila, zanim 

zdołała znaleźć odpowiednie słowa. - Sama nie wiem... Poczułam ciarki na plecach i lodowate zimno. Miałam poczucie, że 

ktoś, albo coś, na mnie czyha. Nie, to właściwie śmieszne. Prawdopodobnie czułam po prostu waszą obecność.

- Czy mogłabyś zrobić to jeszcze raz? Pójść tą samą drogą, tylko w odwrotnym kierunku?

- Oczywiście.

- Chodzi nam o to, żebyśmy mogli podejść do całej tej sprawy w sposób trzeźwy i rzeczowy, eliminując ewentualny 

wpływ emocji i sugestii.

- Chyba  nie chce  pan powiedzieć, że wierzy  w te  bzdury  o hipnotycznym działaniu jeziorka? -  spytała Unni lekko 

rozbawiona. -  Że ludzie  wskakują  do niego, jakby w  dziwny sposób przyciągani. Jeśli o mnie  chodzi, jestem przekonana, 

że wszystkie rzekome ofiary żyją gdzieś sobie na jakiejś rajskiej wyspie daleko od północnych zimnych wiatrów i świetnie 

się mają. Albo może istnieje jakiś związek między nimi, prawdopodobnie mieli coś do ukrycia i zniknęli, zrzucając winę na 

niewielkie, Bogu ducha winne jeziorko.

- Czyli nie wierzysz w to, że oni nie żyją?

- Absolutnie.

Stein zawahał się przez chwilę.

- Tym razem Wangen  i ja nie  będziemy stać  tak blisko  jeziora. Mam ochotę zrobić  mały eksperyment. Chciałbym 

poznać twoje wrażenia bezpośrednio, czyli w tej samej chwili, kiedy ich doznajesz.

- Nie bardzo rozumiem.

- Nils, pokaż nam ten aparat, który dostaliśmy od znajomego angielskiego wynalazcy.

Wangen otworzył niewielką skrzyneczkę, która już od dawna wzbudzała ciekawość Unni.

- To jest mały nadajnik - wyjaśnił Stein, wysuwając antenę i wskazując na  kilka  przycisków. - Tak naprawdę to jest 

niezwykle nowoczesny nadajnik  szpiegowski. Istnienie  tego urządzenia  trzymane  jest w  tajemnicy, ale jego wynalazca to 

mój dobry przyjaciel i dlatego go  dostałem. W samochodzie  zaś mam odbiornik, ale  jest za duży, żeby go  nosić. My  nie 

możemy nadawać do ciebie, ty natomiast będziesz mogła wszystko nam relacjonować. Trzymaj aparat jak najbliżej ust, ale 

tak, żeby go nie było widać.

Unni wypróbowała kilka sposobów.

- Mogę iść z rękami skrzyżowanymi z przodu. Albo nieść go pod pachą.

- Nadajnik nie  ma  zbyt dużego zasięgu, dlatego postaram się  wjechać  samochodem do lasu tak blisko jeziorka, jak 

tylko się da - obiecał Stein.

- Ale jak będzie nam przekazywać  relację? - zastanawiał się Wangen. - Przecież nie będzie  szła i mówiła do siebie 

jak jakaś sklerotyczna staruszka!

To rzeczywiście był problem.

- Mogę śpiewać - oznajmiła nieoczekiwanie Unni. - Bez obawy, mam nie najgorszy głos, nie rozbolą was uszy.

- Tylko nie wrzeszcz! - ostrzegł ją Nils Wangen.

-  Będę  nucić  najcudowniejsze  pieśni  miłosne.  Jaka  jest twoja  ulubiona  melodia? „Jimmy  Sailor”? Nie, za  krótki 

tekst. Nie martwcie się, coś znajdę. Znowu pójdziecie na skróty?

- Tak. Potem wjedziemy samochodem do lasu i na ciebie poczekamy.

- Nils, kochanie, masz liść za uchem. Jak Carmen - powiedziała słodko Unni. - A we włosach pełno sosnowych igieł.

- To bardzo dobrze - odparł poważnie Wangen. - Zbieram je sobie do kąpieli.

- To ty się kąpiesz?

- Czasami na Boże Narodzenie, w zależności od tego, czy muszę czy nie.

-  Idziemy  -  przerwał  im  Odd  Stein.  -  Zanim  zaczniecie  naprawdę  obrażać  się  nawzajem.  Unni,  ruszysz  stąd 

dokładnie o jedenastej trzydzieści.

W chwilę później Wangen i Stein stali już przy samochodzie. Przejechali krótki odcinek drogi przez las, po czym się 

zatrzymali i włączyli odbiornik.

Najpierw, jak  zwykle  na  początku,  rozległy  się  trzaski  i  piski;  potem  odezwał  się  głos  Unni,  co  do  sekundy  o 

godzinie 11.30, i to na tyle wyraźnie, że mogli odróżnić słowa.

- Wchodzę do lasu. Przez trzy pierwsze minuty nie będę nadawać, bo w tej części lasu nie ma nic ciekawego.

Wangen pokiwał głową z uznaniem. Zmierzyła czas, idąc tamtędy pierwszy raz. Sprytna dziewczyna!

Wyłączyli więc odbiornik na dwie i pół minuty po czym uruchomili go znowu.

Po kilkunastu sekundach usłyszeli głos dziewczyny.

-  Zbliżam się  teraz  do  tego  miejsca  i zaraz  przejdę  do  śpiewu, jeśli nie  macie  nic  przeciwko temu. Postaram  się 

zachowywać poważnie.

I  zaczęła  śpiewać. Wybrała  melodię  starej  rosyjskiej  pieśni  ludowej  „Wołga,  Wołga”.  Czasami  nie  zgadzały  się 

wiersze, słowa były dzielone nie tak jak trzeba, ale solistka niewzruszenie śpiewała dalej.

- Wyszłam na wolną przestrzeń - nuciła. - I nie czuję zupełnie nic. Zatrzymam się nad jeziorem. Żeby się przekonać, 

czy doznam czegoś dziwnego. Myślę jednak, że to wszystko to czyste bzdury.

Na moment zapadła cisza. Po chwili Unni rozpoczęła następną zwrotkę.

- Muszę przyznać, że czuję się jakoś dziwnie. Stein, to jest coś niesamowitego, ale nie wiem, co tu się tak naprawdę 

dzieje. O mój Boże, słyszę ten dźwięk! Nie, to jest okropne!

Z trudem dopasowywała słowa do rytmu melodii. Mimo zakłóceń wyraźnie słyszeli przerażenie w jej głosie.

- Chyba lepiej stąd pójdę - śpiewała. - Idę brzegiem jeziora. Ale ten dźwięk jest naprawdę przerażający. Nie chcę już 

tu być. Muszę szybko się stąd wydostać, żeby to... to jest. Och!

Ten okrzyk nie należał już do piosenki. Stein i Wangen skamienieli.

- Pędź do niej tą drogą! - krzyknął Odd Stein. - Unni!

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

8 / 32

background image

Ona jednak nie mogła go oczywiście usłyszeć. Nils Wangen był już daleko.

Jej głos przeszedł teraz  w niewyraźny szept. Stein zrozumiał, że musiała  trzymać nadajnik tuż przy ustach. Już  nie 

śpiewała.

- Stein! Stein, słyszy mnie pan? - szeptała ogarnięta paniką. - To jakiś obłęd! Muszę stąd uciekać, i to szybko! To nie 

jezioro. To żywopłot!

ROZDZIAŁ IV

Dobry Boże, pomyślał Stein. Nie wiedział, czy powinien traktować  słowa dziewczyny poważnie  czy się  śmiać. W 

gruncie rzeczy to wszystko brzmiało dość  groteskowo - najpierw żywe jeziorko, a teraz z kolei żywy żywopłot. Ale cała ta 

okolica  miała  w  sobie  coś  nieopisanie  niesamowitego,  głos  Unni  zdradzał  bezgraniczny  strach,  a  pięć  osób  zniknęło 

bezpowrotnie i bez śladu. Chyba jednak trzeba podejść serio do tej sprawy.

Był pełen uznania dla  dziewczyny, która mimo wszystko na tyle zachowała przytomność umysłu, że nie pozbyła się 

nadajnika.

- Biegnę wzdłuż żywopłotu, a to jest cały czas za mną - dyszała przerażona. - Zupełnie jakby cały ten żywopłot żył i 

chciał mnie schwytać. Straszny, przerażający dźwięk.

Nagle  z  głośnika  doszedł jej stłumiony  krzyk. Odd Stein  zmusił się, by  zostać  przy odbiorniku. Miał  nadzieję, że 

Nils Wangen zaraz dotrze do Unni.

Znowu jej głos. Szeptała gorączkowo poprzez bezradne łkanie:

- Coś mnie ściga, nie wiem co. Na pomoc, ratunku!

Krzyk dziewczyny nagle zamarł jakby rozwiany przez wiatr.

Stein wyłączył odbiornik i puścił się pędem drogą  przez las. Biegł tak szybko jak nigdy dotąd, ale  droga wydawała 

się nieskończenie długa.

Po kilku metrach dostrzegł daleko  przed sobą  Nilsa, a już  po  chwili, ku  wielkiej uldze, także  Unni, która  wpadła 

prosto w ramiona swego przeciwnika. Gdy Odd Stein znalazł się przy obojgu, powiedział szybko:

- Chodźcie! Musimy tam pójść. Nie mamy ani sekundy do stracenia.

Po oczach Unni było widać, że nie chce spełnić tego polecenia.

- Przenigdy! Źle się czuję. Nie chcę tam wrócić.

- Baba! - prychnął Stein, co natychmiast wywołało pożądaną reakcję.

- W porządku - odparła wściekła. - Pójdę z wami.

Sinozielona ze strachu, dygotała na całym ciele, jakby jej było zimno.

- A nadajnik? Gdzie go masz? - spytał Stein.

-  Myślałam, że  to coś zaraz  mnie złapie - wyjaśniała, szczękając  zębami. - Rzuciłam go więc  daleko  przed siebie, 

żeby nie dostał się w niczyje ręce. Najpierw złożyłam antenę.

- To dlatego twój krzyk nagle zrobił się taki przytłumiony -  powiedział Stein. - Postąpiłaś bardzo  rozsądnie. Mam 

tylko nadzieję, że go teraz odnajdziemy.

Dość szybko dotarli do miejsca, w którym żywopłot biegł już poza linią lasu wzdłuż drogi.

- To tutaj! Tutaj coś nagle znalazło się za mną - wyjaśniła. - Coś, co dotknęło mojego ramienia.

- Tak blisko? - przerwał jej Stein. - Nie odwróciłaś się, żeby zobaczyć?

-  To  było  ponad  moje  siły  -  odparła  skruszona. -  Poza  tym nie  mogłam  sobie  pozwolić  na  stratę  choćby  ułamka 

sekundy.

- Słusznie. Czy to tutaj rzuciłaś nadajnik? Nils, przeszukaj te zarośla!

Wangen bez trudu znalazł urządzenie, po czym już we trójkę kontynuowali rozmowę przytłumionymi głosami.

Unni opowiadała:

- Odwróciłam się, kiedy jeszcze byłam parę metrów przed żywopłotem. Ale wtedy niczego nie zauważyłam.

- Niczego? Chcesz powiedzieć, że to coś zniknęło?

- Tak. Nils głośno krzyknął w lesie i pewnie właśnie wtedy uciekło.

- Gdzie? Gdzie tu można zniknąć?

- Nie wiem.

- Unni - spokojnie zwrócił się do dziewczyny Wangen - czy ty fantazjujesz?

- Skąd, daję słowo, że nie! - zapewniła.

- To jasne, że  nie zmyśla  -  rzekł Stein, który szedł już  wzdłuż  żywopłotu, chcąc  zbadać  go dokładnie. - Lepiej mi 

pomóżcie, zamiast stać w miejscu i mleć językami.

Przeszukali  żywopłot od  jednego  końca  do  drugiego, ale  nie  znaleźli  w  nim  nawet  najmniejszego otworu, przez 

który  można  by  się  prześlizgnąć.  Tuż  przy  ziemi  był  suchy  i  nieopisanie  szczelny.  Młode  nieduże  drzewka,  które 

próbowały przebić się do światła, umarły wskutek braku słońca.

- Opowiedz nam, co słyszałaś za sobą - zwrócił się Stein do Unni.

Dziewczyna nadal się trzęsła. Policjant widział, że jest już skrajnie wyczerpana, ale mimo to stara się udowodnić, że 

jest równie dobra jak każdy z nich.

- To było tak, jakby ten żywopłot nagle  ożył - zaczęła. - A właściwie to jakby  ktoś spadał z  gałęzi na  gałąź  w tym 

poplątanym ciemnym gąszczu i wiódł za mną swymi błyszczącymi, chciwymi oczami.

- Teraz to trochę przesadzasz! - stwierdził zimno Stein. - Przecież nie widziałaś tych oczu?

- Nie, nie widziałam - bąknęła potulnie.

Stein zerknął na nią i bez wahania zdecydował:

- Wynosimy się stąd. To miejsce wyraźnie  ci nie służy. I tak na razie  do niczego nie dojdziemy. Musimy spróbować 

rozgryźć to w inny sposób.

Doszli do samochodu, wyjechali  z lasu i wrócili do hotelu, w  którym się  zatrzymali, o ile  w ogóle  można  było to 

miejsce nazwać hotelem, raczej letnią kwaterą w chłopskim gospodarstwie. To właśnie ów budynek miał za parę lat ustąpić 

miejsca stacji benzynowej.

Gdy gospodyni podawała im obiad, Stein spytał ją od niechcenia:

- Kto jest właścicielem majątku?

- Majątku Lindehede? Tildemowie. Strasznie wytworni ludzie.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

9 / 32

background image

W jej głosie dało się wyczuć pewną powściągliwość, jakby miała na myśli to, że istnieją różne rodzaje wytworności.

- Tildemowie? - powtórzył z namysłem. - Nigdy nie słyszałem tego nazwiska.

- Ja  też  ich nie znam. Kupili tę posiadłość  pięć  lat temu, kiedy umarła stara panna Hahn. Nie zadają  się z  nikim ze 

wsi. Nawet nie wiadomo, skąd pochodzą. Ale są wytworni.

- Czy to duża rodzina?

Gospodyni obejrzała się za siebie, jakby obawiała się, że ktoś mógłby ją usłyszeć.

- Ludzie powiadają, że oni są przeklęci - wyszeptała.

- Jak to przeklęci?

-  No  nie  wiem. Tak  czy  siak, właściciele  majątku  to  Patrik i Marianne  Tildemowie. Ona  musiała  być  za  młodu 

bardzo piękna, tak mówią ci, którzy widzieli ją  z bliska. Mają dwoje dzieci, syn jest już  przystojnym mężczyzną, a  córka 

nie  skończyła  chyba  jeszcze  dwunastu lat. Mieszka  tu  też  ojciec  Patrika, nieprzyjemny stary diabeł, który  przesiaduje  w 

swoim pokoju i na wszystkich wrzeszczy. Poza tym jest też brat właściciela, ale jego nigdy nie widzieliśmy.

- Mają jakąś służbę?

- Tylko dwoje, Kraussa i jego żonę. Nikt tam nie chce być.

- Dlaczego?

Kobieta znowu zniżyła głos do szeptu.

- Ludzie  mówią, że nie podoba im się w tym domu. Wszystko jest takie tajemnicze, jakieś niesamowite. Na każdym 

kroku  nie  wolno  robić tego albo  tamtego, wejść  tam albo  siam. Właściciel to trudny do zniesienia  typ wojskowego, jego 

ojciec  jest okropny, a syn to obibok i, mówiąc szczerze, nie  przepuści żadnej dziewczynie. Naprawdę  żal mi tylko tej miłej 

pani  Tildem, nie  mówiąc  już  o jej małej córeczce Alice. Ostatnio  znowu  zamieścili ogłoszenie  w  gazecie, że  poszukują 

pomocy domowej, ale nikogo nie znajdą, mogę dać głowę.

- Mam znajomego, który... - zaczął ostrożnie  Stein. - Może  znalazłoby się tam jakieś zajęcie dla ogrodnika, nie  wie 

pani?

-  Chyba nie. Wszystkie  męskie roboty wykonuje  tam  Krauss. Tildem nie  wpuszcza  żadnego chłopa  za  bramę, ma 

ogromne owczarki, które pilnują majątku. To chyba zazdrość, wie pan!

Stein poprosił o lokalną gazetę i przejrzał ogłoszenia. Znalazł to, które go interesowało:

„Zatrudnię  godną  zaufania  kobietę  jako  pomoc  domową,  a  także  do  opieki  nad  moim  starym  ojcem.  Dobre 

wynagrodzenie. Tildem, majątek Lindehede”.

- Była tam pani kiedyś? - spytał Stein.

- Jeszcze za czasów starszej pani. Już  wtedy główny budynek przypominał zamek duchów, a  teraz wygląda pewnie 

jeszcze gorzej. Ci, co tam byli, mówią, że Tildemowie przenieśli się do jednego ze skrzydeł.

Gdy kobieta wróciła do swoich zajęć, na chwilę zapadła cisza.

- Domyślam się, jakie nowe zadanie mnie teraz czeka - zaczęła trochę agresywnie Unni.

-  Właśnie  się  zastanawiam  -  odpowiedział  jej  Stein.  -  Nie  jestem  przekonany,  czy  powinienem  narażać  młodą 

niedoświadczoną  dziewczynę.  Tylko  bez  protestów.  Doceniam  twoje  dobre  chęci  i gotowość  współpracy, ale  nie  masz 

jeszcze dość praktyki. Wiele bym dał, żebym ja sam mógł się tam znaleźć, jednakże...

- A czy ona nie mogłaby się tam zgłosić tylko jako kandydatka do pracy, a potem w razie  czego się nie zatrudnić? - 

zaproponował Wangen.

Stein skinął głową.

- To właśnie  chciałem powiedzieć. Nawet jeśli tylko się  zorientujemy, jak to  wszystko wygląda od środka  i co się 

tam dzieje, to i tak będzie dużo. Albo może uda ci się wymyślić jakiś sposób, żebyśmy mogli tam wejść. W tym czasie ja  z 

Nilsem spróbujemy znowu przypuścić atak na żywopłot. O zmroku, żeby przypadkiem nikt nam nie przeszkodził.

- Naprawdę zdobędziecie się na to? - spytała Unni, robiąc wielkie oczy ze zdziwienia.

- To, co czai się w tym żywopłocie, wszystko jedno co by to było, atakuje jedynie osoby samotne. I zawsze w biały 

dzień.

- Co to jest, pana zdaniem?

-  Ptaki  -  oświadczył  zdecydowanie  Stein.  - Albo  jeden  ptak. Tylko ptaki mogą  poruszać  się  w  ten  sposób  w  tak 

gęstym żywopłocie. A to, co otarło się o twoje ramię, to pewnie było ptasie skrzydło. Ptaki umieją też łatwo znikać.

Unni zastanowiła się przez chwilę. Nie wyglądała na przekonaną.

- A ci, co utonęli? Co się z nimi stało?

- Jeszcze nie wiem. Ale mam zamiar do tego dojść. No to co? Wolisz poczekać do jutra czy może...?

Wyraz twarzy Unni wystarczył za  odpowiedź. Poczekałaby nie  jeden dzień, ale najchętniej cały tydzień, wiedziała 

jednak, że musi działać jak najszybciej, tego od niej oczekiwano.

- Pójdę dzisiaj - oświadczyła zdecydowanie.

-  Ale  musisz  coś  ze  sobą  zrobić  -  stwierdził  Stein.  -  Nie  wyglądasz  na  zahukaną  służącą.  A  jak  przed  chwilą 

słyszeliśmy, syn Tildemów to typ kobieciarza. Musimy zredukować do minimum twoją atrakcyjność.

- To ja jestem atrakcyjna? - rzuciła kokieteryjnie.

- Najlepiej spytaj o to Nilsa - odparł sucho Stein. - No, to jak? Wchodzisz w to?

Spojrzała na niego, udając zagniewaną, ale po chwili się uśmiechnęła.

- Jak pan sobie życzy. To może być nawet zabawne.

Gdy  Nils Wangen, zrobiwszy rundkę  po wsi,  w godzinę  później  wszedł do  pokoju, zastał w  nim jedynie  Steina  i 

jakąś niezdarną  dziewczynę, która sprzątała  w pokoju. Miała  na  sobie  brzydką, za  dużą  sukienkę o staromodnym fasonie, 

włosy z  przedziałkiem z boku, spięte  spinką  na  wysokości jednego ucha, a drugie ucho schowane. Pończochy pościągały 

jej się w obwarzanki, stopami w ciężkich butach zamiatała do środka.

- Dzień dobry - powiedział Wangen. - Czy Unni już poszła?

Gdy dziewczyna wbiła w niego tępy wzrok, nagle ją rozpoznał i wybuchnął śmiechem.

- Świetnie, naprawdę wspaniale, Unni! - śmiał się rozbawiony. - Chyba  nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby się za 

tobą uganiać.

- Dowiedziałeś się czegoś ciekawego we wsi? - spytał Stein, wyraźnie dumny ze swojego dzieła.

-  Nie, wszyscy  robią  się  strasznie  tajemniczy  i  milczący, gdy tylko  pada  pytanie  o  majątek. Jedyną  osobą, która 

czasami bywa  we wsi, jest pani Krauss, ale ona  nigdy nie zniża  się  do tego, żeby rozmawiać  ze  zwykłymi śmiertelnikami. 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

10 / 32

background image

Czasami właściciel albo jego syn przemkną samochodem po drodze do Oslo. Pozostali pokazują się rzadko.

- A czy w majątku nie ma stajni, obory i podobnych rzeczy?

-  Owszem,  są. Pracuje  tam parę  osób,  ale  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  im wchodzić  na  główny  dziedziniec. 

Jedyną osobą, z jaką Tildemowie się kontaktują, jest Krauss.

- A może udało ci się dowiedzieć, co to znaczy, że oni są „przeklęci”?

Wangen prychnął zniecierpliwiony.

-  Takie  tam chłopskie  gadanie!  Istnieje  we  wsi  jakaś  sekta  religijna,  jej  członkowie  twierdzą, że  nad  majątkiem 

Lindehede wiszą ciągle ciemne chmury. To znak potępienia.

- Jest już popołudnie. Czy to nie za późno, żeby tam iść? - spytała Unni.

Stein spojrzał na zegarek.

- Nie, nie sądzę. Podwieziemy cię najbliżej jak się da, a potem już sama znajdziesz drogę.

Kilka  minut  później  samochód  stał  ukryty  za  gąszczem  krzewów  w  pobliżu  lipowej  alei,  która  prowadziła  do 

majątku. Dom nie był stąd widoczny, ponieważ od tej strony otaczał go niczym twierdzę nie do zdobycia wysoki mur.

Odd Stein udzielał Unni ostatnich instrukcji.

- Masz, weź  ze  sobą nadajnik i używaj go najczęściej jak się  da. Tylko dobrze go ukryj! Widziałem plan majątku i 

wiem, gdzie leży główny budynek. Wydaje mi się, że tutaj powinniśmy jeszcze bez kłopotu cię odbierać, może tylko trochę 

słabiej.  Połączymy  się  z  tobą, powiedzmy,  za  trzy  kwadranse, po  rozmowie  z  właścicielami. A  jeśli  już  w  tym  czasie 

stamtąd wyjdziesz, to tym lepiej. No, powodzenia!

Unni  próbowała  dojrzeć  w  twarzy  Steina  choćby  cień zwyczajnego ludzkiego  zainteresowania  i  niepokoju o  nią. 

Niestety, niczego takiego nie dostrzegła.

Patrzyli za  nią, gdy szła powoli długą aleją w kierunku bramy. Zatrzymała się przy niej i, zamieniwszy z  kimś kilka 

słów, została wpuszczona do środka.

Niedługo potem w aparacie odezwał się jej głos.

-  Jestem  w  środku!  Idę  teraz  sama  żwirową  alejką  przez  park.  Bramę  otworzył  mi  chyba  ten  Krauss.  Jeśli 

chcielibyście poznać  goryla  z wielkim brzuchem piwosza, to powinniście  go zobaczyć. Miał lubieżne  spojrzenie i patrzył 

na mnie podejrzliwie, ale chyba dosyć dobrze odegrałam swoją rolę nierozgarniętej wiejskiej gąski, bo mnie wpuścił. Teraz 

widzę  przed sobą dom. A właściwie domy: główny budynek i dwa  skrzydła. O Boże, może ja jednak zawrócę? Czegoś tak 

paskudnego jak ta  stara  ruina jeszcze nie  oglądałam. W martwych oknach wiszą jakieś strzępy firanek, a od ścian odpada 

tynk. Cała  ta  buda  jest szaroczarna. Weranda  niedługo  przestanie  istnieć. W oknach na  poddaszu  gnieżdżą  się  dziesiątki 

nietoperzy.

Im bardziej oddalała się od odbiornika, tym jej głos robił się coraz słabszy.

- Mam nadzieję, że będzie ją słychać ze środka - bąknął Odd Stein. - To strasznie irytujące, kiedy człowiek siedzi tu 

bezczynnie, a jakaś młoda dziewczyna wykonuje  za niego całą robotę! Muszę się tam jakoś dostać, Nils! Jeszcze nie wiem 

jak, ale muszę!

Zupełnie jakby usłyszała, co powiedział, rzekła:

- Myślę, że  powinniście być  ostrożni, bo Krauss jest uzbrojony. Ma duży sztucer myśliwski. Ratunku, słyszę  jakieś 

psy! Zawracam, Stein! Szczekają tak, jakby mnie chciały pożreć. Ale nigdzie ich nie widać. Tutaj stoją tylko trzy budynki, 

cała reszta  musi być gdzieś z  tyłu. Park jest stary i brzydki. Drzewa wyglądają  zupełnie  tak  jak w  ponurych  baśniach:  są 

sękate, mają  długie  ramiona  i  oczy, i  podobne  rzeczy. Krauss  powiedział, że  właściciele  mieszkają  w  prawym  skrzydle. 

Właśnie tam idę. Usłyszymy się za około pół godziny.

Stein wyłączył odbiornik i spojrzał na zegarek.

- To za mało czasu, żeby dojść do żywopłotu. Wobec tego poczekamy tutaj.

Siedzieli w samochodzie, rozmawiając  o wszystkim i o  niczym. Wangen  był niespokojny. Nigdy nie  lubił  takiego 

bezczynnego siedzenia i czekania nie wiadomo na co. Co parę minut włączał odbiornik.

- Nie podoba mi się ten więzienny mur - wyjaśnił, widząc karcące spojrzenie Steina.

Gdy minęło pół godziny, Odd Stein sam uruchomił aparat.

- Myślę, że rozmowa na pewno już się skończyła. I Unni idzie drogą przez park.

Ale w odbiorniku dał się słyszeć tylko jednostajny szum.

- Jeszcze nie włączyła nadajnika - powiedział z niepokojem Wangen.

Odd wyjrzał ostrożnie z samochodu. Aleja była pusta. Nie szła nią żadna smukła postać.

- Jakoś to długo trwa - westchnął pięć minut później, gdy odbiornik nadal milczał.

Po kolejnych dziesięciu minutach Nils Wangen spytał zdenerwowany:

- Co robimy? Przypuszczamy atak na tę twierdzę?

Ale Stein fuknął na niego.

- Cicho, coś słychać! Czyjś głos. Nadajnik jest włączony.

Obaj przyłożyli uszy do dużego, nieporęcznego urządzenia, które zajmowało pół tylnego siedzenia.

- Słyszysz? - wykrzyknął Stein. - To ona!

Z dużym trudem wyławiali z jednostajnego szumu strzępy wypowiadanych przez Unni słów.

- Możecie już, chłopcy, na  dobre wyłączyć odbiornik, bo będę musiała schować torebkę. Jestem teraz w niewielkim 

pomieszczeniu na górze we wschodnim skrzydle. Mam nadzieję, że mnie słyszycie?

Głos  zniknął na  kilka  sekund  w  intensywnym  szumie,  po  czym  powrócił,  ogłuszająco  silny,  aż  wreszcie  zamarł 

znowu.

-  Dostałam  pracę!  -  rozległo się  po chwili. - Wszyscy  tutaj są  tacy mili i naprawdę  mnie  potrzebują. Pani Tildem 

niezbędna  jest pomoc przy starym teściu, wobec tego wykorzystałam okazję  i zapewniłam panu, Stein, pobyt w majątku. 

Wspaniale, prawda? Powiedziałam, że chętnie przyjęłabym tę posadę, ale mam starego ojca, którego muszę  doglądać. Po 

krótkiej  dyskusji  w  gronie  rodzinnym  właściciele  przystali  na  to,  żebyś  ty,  stary,  kochany  ojczulku,  zamieszkał  w 

zachodnim skrzydle  i w  każdej chwili, w  razie  potrzeby, miał mnie  pod ręką. Lepsze już  takie  rozwiązanie, niż  gdybym 

musiała  wędrować  w  tę  i  z  powrotem  do domu. Chcą  po prostu, żebym  była  do dyspozycji o  każdej  porze  dnia  i  nocy. 

Proszę pamiętać, ma pan chorą nogę, prawie nie wstaje pan z łóżka i jest już sklerotycznym starcem.

Stein ciężko westchnął.

- Stary ojciec! Nie mogłaś powiedzieć: brat? No, już dobrze, dobrze. Nie najgorzej to wymyśliłaś.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

11 / 32

background image

- Dasz sobie radę - uśmiechnął się szyderczo Wangen. - A może by się jej udało przeszmuglować  także mnie? Psst, 

znowu ją słychać.

- ...niech pan pamięta, umówiłam się, że jeśli nie wrócę do domu dziś wieczorem, to pan przyjdzie jutro pod bramę o 

ósmej rano. Więcej  opowiem  jutro, bo teraz  muszę  już  zejść  na  dół i pomóc  pani. Chcę  jeszcze  tylko  dodać, że  Krauss 

patroluje  park co godzina  z  psami, a  na  noc  są  w ogóle  spuszczane. Ale  poza  tym wszyscy  sprawiają  nawet dosyć  miłe 

wrażenie. Właściciel Patrik  Tildem  to  przystojny mężczyzna po  pięćdziesiątce, a  syn jest po prostu cudowny. Nie  wiem, 

którego najpierw mam uwieść: jego czy ojca. Ale po tym, co pan ze mnie zrobił, nie mam chyba szansy u żadnego.

- Do rzeczy, dziewczyno - powiedział niecierpliwie Stein.

- Pani zaś to zwiędła piękność, z gatunku tych jasnowłosych aniołów, których  ciało szybko traci jędrność  i nabiera 

pulchnych kształtów. Córeczka Alice  jest naprawdę  słodka, jestem już  z nią  zaprzyjaźniona  i na  pewno uda  mi się  z  niej 

wyciągnąć  trochę  sekretów  na  temat  majątku.  Teścia  jeszcze  nie  widziałam.  Myślę,  że  na  ich  wszystkie  pytania 

odpowiedziałam tak, jak na  taką  nierozgarniętą  osobę, jaką tu gram, przystało. Cały czas staram się wyglądać  na  niezbyt 

inteligentną,  ale,  muszę  przyznać,  to  wcale  nie  jest  łatwe. Wie  pan  co, Stein,  zaczynam  przychylać  się  już  do  pańskiej 

teorii, że  w  tym żywopłocie  siedziały po prostu  ptaki, a ci, co przepadli bez  śladu, zniknęli całkiem dobrowolnie, udając 

tylko, że  się  potopili. Bo ci moi gospodarze  to naprawdę  bardzo spokojni, kulturalni  ludzie  na  poziomie. Trudno  się  im 

dziwić, że  pilnują  tej  swojej  posiadłości  przed  nieproszonymi  gośćmi.  Mieszkańcy  wioski  pod  żadnym  względem  nie 

dorastają  im  nawet  do  pięt. Wołają  mnie.  Zobaczymy  się  jutro!  Uważaj  na  siebie,  Nils!  Przez  kilka  dni  przynajmniej 

odpoczniesz od mojego towarzystwa.

Wangen uśmiechnął się i wyłączył odbiornik.

-  To  brzmi  obiecująco.  Mówiąc  szczerze,  wreszcie  odetchnąłem.  Bo  w  którymś  momencie  wyglądało  to  trochę 

niebezpiecznie.

- Owszem. To może rzucimy teraz okiem na żywopłot?

ROZDZIAŁ V

Dziesięć minut później stali w lesie, patrząc na znienawidzony żywopłot, który wznosił się  nad ich głowami niczym 

góra. Słońce już zachodziło, pozostawiając tylko cienie i lśniące w wieczornym świetle jeziorko. Zanosiło się na deszcz.

- Tak  naprawdę  to nie  wiemy, czy  ten niesamowity  dźwięk istnieje, możemy  polegać  jedynie  na  słowach innych  - 

odezwał się Stein. - Ale jeśli chcemy posunąć się do przodu, musimy w nie wierzyć.

Przez chwilę nic nie mówił, po czym mocno klasnął w ręce.

Nie zerwał się ani jeden ptak. Żywopłot stał czarny i niemy.

- Masz może w samochodzie siekierę i piłę? - spytał Wangen, wędrując wzdłuż gęsto rosnących świerków.

-  Chyba  mam. Muszę  powiedzieć, że  nie  jestem  zadowolony z  naszych dzisiejszych  dokonań. Zwróciłem tu  dziś 

uwagę na jedno miejsce...

Poszedł jeszcze kawałek dalej, aż znalazł się mniej więcej w połowie żywopłotu. Przykucnął.

- Przyjrzyj się: tutaj i pod żywopłotem - zwrócił się do Wangena. - Widzisz coś?

Nils Wangen też przykucnął.

- Trawa rośnie gorzej w tym miejscu. W środku też. Ziemia jest tu bardziej zbita.

- No właśnie. Jakby ktoś tędy chodził.

Badali  ziemię  w  całkowitym  milczeniu.  To  chyba  niemożliwe,  żeby  tędy  prowadziła  jakaś  ścieżka,  bo  drogę 

zagradzał niewielki uschnięty świerk.

Spojrzeli  na  siebie. Stein  wyciągnął  rękę  i ostrożnie  chwycił  cienki  pień.  Całe  drzewko  zatrzęsło  się  lekko  i  nie 

wiadomo skąd spadł na nich deszcz suchych igieł.

- No proszę! - powiedział Wangen. - Podnieś je!

Odd przechylił lekko świerk i po prostu wyjął go z ziemi. Pień był przepiłowany.

- Popatrz, popatrz! - upajał się swoim odkryciem.

Wreszcie oni też mogli przejść do działania, zamiast powierzać wszystko młodej, niedoświadczonej amatorce.

Odłożyli drzewko na bok, chowając  je  w żywopłocie. Ogromnie  przejęci wślizgnęli się  w  niewielki  otwór. Suche 

gałęzie  drapały  ich  po  plecach,  jakby  chciały  zaprotestować  przeciwko  temu  nieoczekiwanemu  wtargnięciu,  wreszcie 

jednak mogli się wyprostować. Zdziwieni rozejrzeli się wokoło.

Nadal  znajdowali się  w  środku żywopłotu. Domyślili  się  teraz, że  kiedyś, dawno  temu, musiał  on  tworzyć  aleję. 

Pomiędzy  szpalerami ogromnych  świerków  prawie  nie  było  widać  dawnej  drogi  dojazdowej. Ale  rzędy  środkowe  były 

znacznie rzadsze niż zewnętrzne, dlatego obaj mężczyźni bez trudu mogli się przez nie przedrzeć.

-  Już  teraz  rozumiem:  to  pewnie  tędy, wewnątrz  żywopłotu,  ktoś szedł  wtedy  trop  w  trop  za  Unni  i wszystkimi 

pozostałymi - powiedział Wangen. - A kiedy próbuje się biec między  gęsto rosnącymi drzewami, powstaje szelest i świst. 

Może to był ten dźwięk, który oni słyszeli?

Stein nie wyglądał na przekonanego.

- Pobiegnij kawałek!

Wangen ruszył przed siebie, a kiedy wrócił, obsypany suchymi igłami, Stein pokręcił głową.

- To był normalny  odgłos, jaki powstaje, kiedy ktoś przedziera  się przez gęsty las. Nic nadzwyczajnego. Poza tym 

kto by zdążył najpierw usunąć świerk, wyjrzeć, dotknąć ramion Unni - która była  dosyć daleko od tego miejsca -  a potem 

wejść  do środka i schować  się znowu? Nie, to się nie  trzyma  kupy. Wiesz co, przedostańmy się na  dziedziniec. Lepiej to 

zrobić teraz, kiedy  psy chodzą razem z Kraussem, niż w  nocy, gdy są  spuszczone i mogą  pojawić  się  nagle  w pierwszym 

lepszym miejscu.

Wypatrzyli przejście i tak oto znaleźli się na terenie majątku.

W ponurym świetle zmierzchu widzieli park, poszarzały ze starości, z drzewami o pniach tak potężnych, że żadnego 

z nich nie zdołaliby objąć nawet dwaj rośli mężczyźni. Tuż przed nimi teren lekko opadał, a po drugiej stronie wznosiło się 

zbocze zasłaniające wszystko, co mogło kryć się za nim.

- Nie zapominaj o Kraussie i psach - bąknął Wangen.

- Pamiętam. Nie wiemy, o której odbywa te swoje obchody. Musimy zachowywać się cicho i pilnie nasłuchiwać.

Zaczęli  schodzić  na  sam  dół  rozległego  zagłębienia,  które  swym  kształtem  przypominało  płaską  czarę.  Ziemię 

szczelnie  okrywała gruba  warstwa brązowych liści dębu, miedzianych jarzębiny, żółtych brzozy i mieniących się  różnymi 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

12 / 32

background image

kolorami liści klonu.

Z lekkim ociąganiem obejrzeli się za siebie. Znajdowali się już dosyć daleko od żywopłotu i raczej nie zdążyliby do 

niego dobiec, gdyby na wierzchołku wzniesienia pojawiły się psy.

- Zobacz! - szepnął Wangen. - Na tym dużym dębie jest ambonka. W razie czego tam uciekniemy.

Stein skinął głową. Wiedział, że dom leży gdzieś za wzgórzem, nie wiedział tylko, jak daleko.

Gdy podnosili i stawiali stopy, suche liście szeleściły rytmicznie.

- Wcale nie tak łatwo poruszać się tu po cichu - mruknął pod nosem Stein. - Ale teraz  doskonale rozumiem, co Unii 

miała na myśli, mówiąc o drzewach ze świata baśni.

Gdy dotarli na sam szczyt wzniesienia, przystanęli. Na wszelki wypadek woleli się ukryć za rozłożystym dębem.

W oddali, między drzewami, dostrzegli jakiś budynek. Nie  byli jednak w stanie stwierdzić, co się  w nim mieści. Z 

daleka odróżniali tylko zarys ścian.

-  Myślę,  że  nie  powinniśmy  podchodzić  jeszcze  bliżej  -  szepnął  Stein.  -  Musimy  mieć  możliwość  odwrotu. 

Przejdźmy trochę na prawo!

Przemykali  przez  park,  czujni  i  skupieni.  Po  chwili  u  stóp  wzniesienia  ujrzeli  czerwone  mury  i  czarne  dachy 

budynków gospodarczych. W tym samym momencie rozległo się głośne ujadanie psa. Zaraz potem odpowiedział mu drugi.

- Zaczął się obchód. Biegnijmy do żywopłotu - zdecydował Stein.

Pobiegli na  przełaj przez  park. Psy wprawdzie  umilkły, ale  przecież nie wiadomo, od której strony Krauss wyrusza 

na inspekcję. Słońce dawno już zaszło i o tej porze w ostatnich dniach października było prawie ciemno.

Akurat  gdy  znowu  rozległo  się  szczekanie  psów, tylko  już  znacznie  bliżej, Nils  potknął się  o  coś  ukrytego  pod 

warstwą liści. Znajdowali się akurat na niewielkim wzniesieniu i mogli dostrzec w oddali żywopłot.

- No, wstawaj, niedorajdo - uśmiechnął się Odd, podając koledze rękę.

- Poczekaj! - zatrzymał go Wangen. - Uwięzia mi w czymś stopa. No i przecież korzeń drzewa nie dzwoni.

Ujadanie  psów  nieco  się  oddaliło, jakby  znalazły  się  za  domem  albo  za  jakimś  innym  budynkiem.  Stein  ocenił 

odległość do żywopłotu.

-  Chyba  zdążymy  się  temu przyjrzeć  -  uznał. Zaczęli odgarniać  liście  rękami, cały czas pilnie  nasłuchując, gdzie 

mogą być psy. Bardzo szybko odkryli, co znajduje się pod liśćmi.

Wangen potknął się o żelazny okrągły uchwyt przytwierdzony do ciężkiej płyty.

Stein stuknął palcem o metal.

- Tu jest jakiś napis, ale ma już chyba tyle lat, że prawie go nie widać - powiedział.

Przyklękli na ziemi, próbując odczytać inskrypcję.

- To jakiś grób - stwierdził Nils.

- Chyba coś więcej. Duży grobowiec. Jest zadziwiająco stary. Pochodzi z  czasów przed Tildemami, a  nawet sprzed 

pani Hahn.

- Nie sposób odczytać nazwiska. Zobacz! Tu jest jakaś data. A tam jeszcze jedna.

Stein próbował odszyfrować napisy za pomocą dotyku.

- Chyba tysiąc siedemset osiemdziesiąty pierwszy. A ta... też tysiąc siedemset któryś.

- Myślisz, że możemy? Po dwustu latach zakłócać czyjś spokój?

- Możemy? Musimy! Nie zdążymy się obejrzeć, a zaraz dopadną nas psy!

Wspólnymi siłami unieśli ciężką kamienną płytę i bez większego trudu odsunęli ją na bok.

- Można by pomyśleć, że ktoś często tu zagląda! Tak łatwo nam poszło - dziwił się Stein, schodząc w dół po wąskich 

schodkach. - Uważaj, są zmurszałe.

W kilka sekund znaleźli się na dole w niskim pomieszczeniu przesyconym zgniłym zapachem ziemi i czymś jeszcze.

Stein pociągnął nosem.

- Dwustuletnich kości nie powinno być czuć - bąknął.

Nils zasunął płytę.

- Myślisz, że ktoś zauważy te odgarnięte liście? - spytał z obawą w głosie.

- Tylko wtedy, jeśli znajdzie się dokładnie w tym miejscu. Miejmy nadzieję, że psy nas nie wytropią.

Zamilkli. Stali cicho w ciemności i nasłuchiwali. Słyszeli szelest liści, ale nie bezpośrednio nad ich głowami.

-  Krauss z  psami  jest znacznie  dalej, tam gdzie  w  ogóle  nie  szliśmy  -  szepnął Odd. -  Mamy więcej szczęścia  niż 

rozumu.

Ponieważ  nie wiedzieli, czy przez szpary nie będzie widać  światła, woleli na razie  nie zapalać  latarek. Dawali sobie 

radę po  omacku. Stein wyczuł ściankę jakiejś skrzyni, wielkością  przypominającej trumnę, a  kiedy przesunął palce  dalej, 

znalazł jeszcze jedną. Słyszał, że Nils też próbuje rozpoznać dotykiem, co ma wokół siebie.

Nagle Wangen zamarł w całkowitym bezruchu. Mimo panujących ciemności Odd Stein od razu to wyczuł.

- Co się stało?

- Odd - lekko drżący głos młodego policjanta brzmiał złowróżbnie. - Odd, chyba nie jesteśmy tu sami!

- Co masz na myśli?

Głos Nilsa dochodził tuż znad posadzki.

- Tu coś jest. Natknąłem się na coś miękkiego. Coś... Zapal latarkę, Krauss z psami jest już chyba daleko.

Rozbłysło światło, odsłaniając na razie tylko ciemne ściany grobowca. Cztery kamienne skrzynie stały w ciemności, 

pokryte pleśnią i mchem.

A między nimi...

- Nils! - powiedział Stein, pomagając koledze wstać. - W tym grobowcu są pasażerowie na gapę!

Po chwili, która Nilsowi wydała się długą godziną, obaj mężczyźni stanęli wyprostowani w grobowcu. Wangen czuł, 

że robi mu się niedobrze.

- Dwie kobiety  - stwierdził krótko Stein. - Jedna  leży na  pewno dłużej, ale obie  są tutaj co najmniej od  dwóch lat. 

Starsza jest ubrana w kostium kąpielowy, a ta druga nie ma na sobie nic. Co ty o tym myślisz, Nils?

- Ta w kostiumie to pewnie ta Gunvor, która zniknęła trzy lata temu, bo ona rzeczywiście się kąpała.

- Słusznie. Ale druga... Zwłoki są w takim stanie, że nie potrafię o niej nic bliższego powiedzieć. Prawdopodobnie to 

jest ta miejscowa piękność, Kit Thomassen, albo tamta trzydziestoletnia wczasowiczka, która zniknęła zaraz po niej.

Wangen spojrzał na przerażające znalezisko.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

13 / 32

background image

- To są  dwie  z ofiar. A gdzie  trzy pozostałe? A co  z Unni, która  właśnie  teraz  jest wśród tych kulturalnych ludzi  z 

majątku Lindehede?

Odd Stein zagryzł wargi.

- Chodź, musimy się stąd wydostać, zanim Krauss rozpocznie kolejny obchód.

Wyszli z  grobowca, rozsypali liście  na  płycie, po czym bardzo szybko znaleźli  się  przy  żywopłocie  i przedarli  na 

drogę. Ścięty świerk wetknęli na dawne miejsce.

- Muszę się koniecznie umyć - powiedział Nils. - Może zaryzykujemy i zrobimy to w jeziorze?

Stein uśmiechnął się krzywo.

- No to zaryzykujmy!

Miło  było  poczuć  się  czystym po  nieoczekiwanej wizycie  w  grobowcu. Podczas  gdy Nils  tak  energicznie  płukał 

ręce, że aż  wkoło rozpryskiwała  się woda, jego szef  wycierał już  palce  chusteczką, błądząc gdzieś myślami ze  wzrokiem 

utkwionym w czarnym jak noc lesie.

- Trzy pozostałe...? Jeszcze jedna kobieta, uwodziciel i Ingrid Andersen, która zniknęła kilka dni temu. Co się z nimi 

mogło stać?

Nad majątkiem Lindehede zapadła noc. Zasłona ciężkich chmur rozchyliła się nieco, ukazując blady i chory księżyc, 

ogryziony  z  boku  i  pozbawiony  mocy.  Unni  ogarnęła  spojrzeniem  swój  niewielki  pokój.  Brązowe  tapety  ze  złotym 

wzorem, kącik do  mycia  z  porcelanowym dzbankiem, ciężkie  zasłony  i drzwi do  drugiego pokoju z  szybką  przesłoniętą 

firanką w kwiatki. Torebkę z nadajnikiem schowała bardzo głęboko w garderobie.

Lekko oszołomiona wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby, przymknęła oczy, pragnąc wreszcie zasnąć. 

Ale myśli nie dawały jej spokoju.

Ten młody  Hugo to  fantastyczny, superprzystojny chłopak, ale  prawdopodobnie  typ  uwodziciela, poza  tym chyba 

trochę lekkomyślny i nieco zwariowany. Wręcz pożerał ją wzrokiem. Unni z trudem znosiła to, że nie może pokazać mu się 

w  swym  normalnym  wcieleniu,  jako  osoba  elegancka  i  dowcipna.  Co  wcale  nie  znaczy,  że  chciałaby  go  zdobyć,  ale 

irytowało ją to, że musi odgrywać rolę jakiejś nierozgarniętej, niezdarnej gęsi!

Alice... Dwunastolatka, inteligentna  i ufna. Natychmiast przylgnęła do Unni, wszędzie za nią  chodziła, pomagała  w 

pracy i objaśniała.

Unni zrobiło się naprawdę  żal dziewczynki, gdy ta w którymś momencie wyznała jej z wyrazem oddania w oczach: 

„Tak się cieszę, że jesteś, Unni. Bo wiesz, w domu nikt nie ma dla mnie czasu. Tata jest taki surowy i wciąż zajęty, mama 

myśli tylko o swoim wyglądzie, a Hugo ciągle gdzieś jeździ samochodem. Jedynie wujek Sigurd jest naprawdę miły, ale on 

ma to swoje, no wiesz”.

Unni czuła się bardzo niezręcznie. Odkryła bowiem, że Alice  jest nieocenionym źródłem informacji, choć z  drugiej 

strony to nie w porządku wykorzystywać w ten sposób samotne i prostoduszne dziecko...

Ale ma przecież zadanie do wykonania. I to jest najważniejsze.

Przez chwilę  zatrzymała się myślami przy starym Tildemie, lecz  szybko je odegnała. Nie jest przecież pielęgniarką, 

a ten okropny staruch... Uff! Poza nim wszyscy okazali się cudowni. Zasnęła.

Firanka  w  oszklonych  drzwiach  lekko się  poruszyła. Ktoś odchylił ją  na  dwa  palce  i na  młodą śpiącą  dziewczynę 

spojrzało czyjeś oko. Przyglądało jej się  długo: jasnym włosom rozrzuconym na  poduszce, miękkim kształtom rysującym 

się  pod  kołdrą.  W  tym  oku  był  błysk,  który  powinien  być  obcy  każdemu  człowiekowi:  błysk  pogardy.  Uśmiech 

pozbawiony ciepła. Oczekiwanie czegoś złego.

Unni widziała  to oko w półśnie. Nie wiedziała, że nie śpi, była  przekonana, że widzi je w koszmarze, który właśnie 

ją nawiedził.

Mijały minuty, oko wreszcie zniknęło, oddaliły się przytłumione kroki.

Unni ocknęła się, wyrwana nagle ze snu przez jakiś dźwięk. Krzyk? A może trzaśniecie drzwi?

Spojrzała na zegarek. Dziesięć po dwunastej.

Na palcach podeszła  do okna. Wychodziło na  dziedziniec, czyli skrzydło zachodnie  miała dokładnie naprzeciwko, a 

starą, zrujnowaną główną część budynku w załomie na prawo.

Surowo zabroniono  jej tam chodzić, ponieważ  tamta część domu mogła  podobno w  każdej chwili się  zawalić. Ale 

właśnie  dostrzegła  teraz  jakieś  słabe  światło,  migotliwy  płomień  na  pierwszym piętrze. Po  chwili  zniknęło,  jakby  ktoś 

otworzył i zamknął drzwi.

Unni  nie  mogła  oprzeć  się  ciekawości. Odd Stein  prosił ją  wprawdzie, żeby  była  ostrożna  aż  do  przesady, ale  ta 

zagadka  wymagała wyjaśnienia. Poza  tym Stein chwilami bywał naprawdę  nudny. Obłędnie  przystojny, wysportowany, o 

rysach twarzy świadczących o charakterze i powadze, ale  mimo wszystko nudziarz. Wobec  tego będzie sam sobie winien, 

bo ona nie ma zamiaru być niewolniczo posłuszna mężczyźnie pozbawionemu wyobraźni.

Wiedziała,  że  w  majątku  Lindehede  jest  ktoś,  kogo  jeszcze  nie  spotkała.  Wujek  Sigurd,  brat  Patrika  Tildema. 

Czasami przemykał przez drzwi niczym cień, jakby nie chciał być widziany. Unni spojrzała w niebo...

W  pierwszej  chwili  sądziła,  że  nad  domem  zawisła  jakaś  ciemna  chmura.  Odkryła  jednak,  że  to  z  jednego  z 

kominów na  głównej części budynku, osmalonego i na  wpół zawalonego, unosi się  wąską smugą  dym. A więc  to były te 

ciemne chmury potępienia nad majątkiem Lindehede!

Któż to mógł kręcić się o dwunastej w nocy po pustym domu?

Unni podjęła decyzję.

Poddasze spowijały ciemności. Jakieś dziwne przedmioty czaiły się wszędzie wokół niczym cienie dawno zmarłych 

istot. Nie, nie, tylko nie to!  skarciła  się Unni. Lepiej nie puszczać  wodzy fantazji! W świetle  dnia te  wszystkie  dziwolągi 

okazałyby się pewnie zwykłymi rupieciami, jakie zwykle gromadzi się na poddaszu. Dotarła do schodów.

Miała nadzieję, że stopnie nie będą skrzypieć.

Unni  była  już  prawie  na  dole,  gdy  stanęła  jak  wryta.  Nad swoją  głową  usłyszała  szuranie  czyichś  nóg,  któremu 

towarzyszyło rytmiczne postukiwanie. Stuk - puk i krok, stuk - puk i krok...

Brzmiało to dość niesamowicie w tym cichym zazwyczaj skrzydle domu. Unni ruszyła znów przed siebie.

Bez trudu dotarła do drzwi od kuchni, bardzo, bardzo powoli nacisnęła klamkę, żeby przypadkiem nie zaskrzypiała. 

Drzwi były zamknięte na zasuwkę. Odsunęła ją i po cichu wyślizgnęła się na dwór.

Poczuła przeszywające zimno, miała na sobie tylko flanelową koszulę. Nie była przyzwyczajona do chodzenia boso, 

zwłaszcza po żwirze, dlatego wykrzywiała twarz w bolesnym grymasie, stąpając po alejce w stronę głównego budynku.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

14 / 32

background image

Nagle  przed  sobą w  ciemności usłyszała  przytłumione  warczenie. Zapomniawszy o  dojmującym bólu stóp, rzuciła 

się z  powrotem w stronę  kuchennych drzwi i zdążyła zamknąć je za sobą dosłownie  w tej samej chwili, gdy oparły się  na 

nich ciężkie łapy rozwścieczonego psa.

Przeszła szybko przez  kuchnię, czując, że  serce  wali jej jak młotem, i już  miała otworzyć kolejne  drzwi, gdy nagle 

usłyszała za nimi wzburzony głos.

- Co się dzieje z tymi psami?

Rozpoznała stanowczy głos Patrika Tildema.

Ojej, co ja teraz  zrobię? pomyślała zrozpaczona. Obok były jakieś drugie drzwi. Jeśli dobrze  pamiętała, prowadziły 

do piwnicy. Otworzyła  je  szybko i w  słabym świetle lampy zawieszonej nad  schodkami stanęła oko  w oko z  mężczyzną, 

którego dotąd nie widziała. Patrzył na nią zimnym wzrokiem zza błyszczących okularów. Znalazła się w pułapce.

ROZDZIAŁ VI

Następnego  ranka  Odd  Stein  przyczłapał  tuż  przed  ósmą  pod  bramę.  Uważał,  że  jest  nie  najgorzej 

ucharakteryzowany, choć  wiedział,  że  młodzi  ludzie  udający  starych  nie  są  w  stanie  pozbyć  się  jednego:  blasku  oczu. 

Ciemne  okulary  nie  stanowiły  dobrego  rozwiązania, wyglądałyby  nienaturalnie  i  mogły  wzbudzić  podejrzenia. Dlatego 

wkroplił  sobie  do  oczu  lekko  podrażniającą  spojówki  substancję  chemiczną,  wskutek  czego  cały  czas  łzawił  i  miał 

zaczerwienione powieki. Na wyrazistą tęczówkę nie mógł już nic poradzić, uważał jednak, że i tak nie jest źle.

Stein lubił grać  kogoś innego. Zaliczano go do mistrzów w tej dziedzinie. Bardzo się cieszył, kiedy udawało mu się 

wyprowadzić  w  pole  przyjaciół. Utwierdzało  go to  w  przekonaniu, że do perfekcji opanował  sztukę  mistyfikacji. W roli 

starego mężczyzny występował już kilkakrotnie, dlatego nieobce mu były odpowiednie gesty i ton. A tym razem odczuwał 

szczególne zadowolenie.

Udając trochę zdezorientowanego, pokuśtykał w stronę władczego wartownika, trzymającego za obrożę  psa. „Goryl 

o wielkim brzuchu piwosza”. Tak, to musi być Krauss!

- Unni - wymamrotał Stein bezradnie. - Moja córka... Czy ona jest tutaj? Miałem ją tu spotkać. O ósmej.

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł szorstko Krauss.

Nadzieja w oczach starca zgasła.

- Przyszła tu wczoraj - bełkotał jeszcze  bardziej niepewny. - Miałem ją dzisiaj spotkać. Mam dla  niej jedzenie. Ona 

tu jest, wiem na pewno.

Krauss pokręcił głową.

Odd Stein zaczął się naprawdę denerwować. Co się stało z Unni? Przed oczami miał znowu zwłoki dwóch kobiet w 

grobowcu. Koniecznie musi dostać się do środka!

- Proszę  o nią  spytać - nalegał uparcie. - Wiem, że ona  tu jest, bo wczoraj odprowadziłem ją aż do alei i widziałem, 

jak wchodziła za bramę. Szukała pracy. A później stąd nie wyszła. Niech pan o nią spyta!

Z  lekkim  ociąganiem,  nieco  zbity  z  tropu,  Krauss  poszedł  do  swojej  budki.  Nie  mógł  przecież  zaprzeczyć,  że 

wpuścił dziewczynę do środka, skoro ten staruch odprowadził ją aż do alei.

Odd  czuł głęboki niepokój. Co się  stało? Która  część  planu zawiodła? Czy Unni okazała się  nierozsądna? Została 

zdemaskowana? Przecież ona nic nie wie o znalezionych w grobowcu dwóch martwych kobietach!

Pilnował się, by  nie iść  zbyt blisko  Kraussa, który  mógłby  się zorientować, że  jest przebrany. Najchętniej udawał 

mężczyznę około sześćdziesiątki, bo to nie  było jeszcze takie trudne. Ponieważ jednak Unni powiedziała, że jej ojciec jest 

niedołężnym starcem,  musiał pójść  na  całość  i zrobić  z  siebie  prawdziwego  dziadka, co mogło  się  jednak  okazać  nieco 

ryzykowne.

Z parku wyłoniły się dwie osoby. Ku wielkiej uldze Odda, jedną z nich była Unni.

Szatańska  dziewczyna!  Już  nigdy  więcej  nie  weźmie  pod  swoje  skrzydła  żadnej  bratanicy  szefa!  Bez  przerwy 

bowiem umierał ze strachu o nią.

-  To  ona!  -  krzyknął  drżącym głosem starego  mężczyzny.  -  Wiedziałem, wiedziałem,  że  tu  jest. Unni!  Pomachał 

niezdarnie  w  jej stronę. Była  coraz  bliżej. Razem  z  nią  szła  kobieta  w  wieku Kraussa, wysoka  i gruba, o  potarganych, 

przysypanych siwizną włosach. To prawdopodobnie jego żona.

Unni zatrzymała się  na  ułamek  sekundy, oniemiała  ze  zdziwienia. Kto  to  jest? Czy to rzeczywiście  mógł być  Odd 

Stein? Chyba jednak tak, rozpoznawała zarys jego szczęki i ręce. Ale poza tym...

Siwa  peruka  stanowiła  świetne  dopełnienie  zgarbionej  sylwetki  mężczyzny, który, niepewnie  stojąc  na  drżących 

nogach,  na  wszelki  wypadek  opierał  się  jeszcze  na  lasce.  Nie  ogolony,  zmęczony,  wycieńczony  -  jak  on  zdołał  tego 

dokonać? Łzawiące oczy, siwe  krzaczaste brwi, na wpół otwarte usta ze źdźbłami tabaki między zębami. A ubranie! Lepiej 

nie mówić.

Ale najwspanialsze było zachowanie. Ruchy, spojrzenie, głos...

Doskonały! pomyślała Unni.

- Dzień dobry, ojcze - powiedziała głośno. - Dobrze, że przyszedłeś. Umówiłam się, że będziesz tu mieszkać.

- Nie musisz tak do mnie  krzyczeć - mruknął starzec. - Przecież słyszę nie najgorzej, dobrze o tym wiesz. Ciągle do 

mnie krzyczy  -  wyjaśnił Kraussom. - Wiesz, córeczko, dziś  w  nocy  znowu  przyszli do  nas żołnierze. Zaczynają  być  już 

trochę natrętni.

- Żołnierze? - spytał zaniepokojony Krauss.

Unni szybko wyjaśniła:

- Z czasów kryzysu unijnego w tysiąc dziewięćset piątym roku. Ojciec traci niekiedy orientację w czasie.

- Dostałem medal - chwalił się dumny Stein. - Dał mi go w ubiegłym tygodniu sam król Oskar. Chcesz zobaczyć?

- Zabierz go do domu i polecił Krauss, odwracając się do nich plecami.

W drodze przez park nie mieli szansy ze sobą porozmawiać, ponieważ cały czas pilnowała ich pani Krauss. Tak więc 

Stein  dalej  fantazjował  i  bełkotał  coś  o  wojnie  unijnej,  Unni  zaś  odpowiadała  ostrożnie. Stłumiła  w  sobie  przemożny 

impuls,  by spytać:  „Jak ci się  udało  tak  zakonserwować, tato?”  Nils Wangen  umie  żartować  z  samego  siebie, w  to  nie 

wątpiła, ale co do Steina nie  była  pewna. Wiedziała tylko  tyle, że  ogromnie  go podziwia i że  doznała  wielkiej ulgi, gdy 

wyrażono zgodę na jego obecność w majątku Lindehede.

Dopiero gdy  znaleźli się  w  prawie nie  umeblowanym pokoju  ziejącego  pustką zachodniego  skrzydła, pani Krauss 

wreszcie ich opuściła, wydając na odchodnym polecenie, by Unni za pół godziny zjawiła się w kuchni.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

15 / 32

background image

Policjant szepnął cicho:

- Sprawdź, czy nikt nas nie podsłuchuje!

Unni szybko zrobiła, co jej kazano, nie pomijając sąsiednich pomieszczeń.

- Nie ma nikogo - oznajmiła na koniec.

- W porządku. - Stein usiadł na łóżku, a jego podopieczna na jedynym w tym pokoju krześle Roześmiała się.

- Nigdy nie myślałam, że moja praca będzie polegać na sprawowaniu opieki nad dwoma starszymi panami naraz.

Odd Stein spojrzał na nią ponurym wzrokiem.

- Żebyś się tylko nie ważyła  próbować  mnie  pielęgnować, myć i temu podobne  rzeczy -  burknął. - Sam sobie  dam 

radę.

Unni na próżno starała się stłumić śmiech.

- No i jakie masz dla mnie nowiny? - spytał Stein.

-  Och! - wykrzyknęła  przerażona. -  Niewiele  brakowało, a  popełniłabym dzisiejszej  nocy  straszny błąd. I  zaczęła 

opowiadać o swojej nocnej eskapadzie.

-  I  tak  tam  stałam oko  w  oko  z  tajemniczym  wujkiem  Sigurdem,  podczas  gdy  właściciel  wracał  z  kuchni, a  na 

dworze szalał rozwścieczony pies.

Stein aż jęknął, słysząc o tak nierozważnym postępowaniu dziewczyny.

- I co zrobiłaś?

Twarz Unni okryła się rumieńcem.

-  Hm,  co  miałam  zrobić? Istniało  tylko  jedno  wyjście. Jąkając  się  wyjaśniłam,  że  właśnie  szukałam  ubikacji  na 

zewnątrz  i ten  okropny  pies  mnie  przestraszył. Właściciel oznajmił  krótko, że  na  drugim piętrze  znajduje  się  łazienka  z 

toaletą. „Och, nie, nigdy  nie  śmiałabym z  niej  korzystać!”, odparłam przerażona. Tildem, podobnie  jak  ja, był wyraźnie 

zażenowany  rozmową  na  ten  temat.  Nagle  za  jego  plecami  pojawiła  się  dziedziczka.  „Na  poddaszu  znajduje  się  sama 

ubikacja,  przecież  pokazałam  ci  ją  dzisiaj”.  „Ach”,  wykrzyknęłam,  udając  strasznie  zdziwioną.  „Nawet  do  niej  nie 

zajrzałam, bo myślałam, że to szafa na ubrania. Przepraszam!” Potem dygnęłam i pobiegłam na górę do swojego pokoju.

-  Sprytnie  z  tego  wybrnęłaś  -  przyznał  Stein. -  Ale  pamiętaj, że  nie  wolno  ci  się  wybierać  na  takie  wycieczki! 

Pozostaw je mnie!

- Tak jest, szefie - odparła pokornie. - Ale wie pan, co mi się wydaje? Wuj Sigurd przyszedł chyba wtedy z głównej 

części budynku. Jego piwnica i ta we wschodnim skrzydle są ze sobą połączone. Bo najpierw widziałam światło po prawej 

stronie, a później spotkałam Sigurda w drzwiach do piwnicy we wschodnim skrzydle.

- Muszę to sprawdzić - postanowił Stein. - A ty cały czas pozostawaj w kontakcie z Nilsem.

Oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

- Jak? To niemożliwe!

- Umówiliśmy się, że każdego dnia  o piątej po południu będziesz  wynosić śmieci. Pojemniki stoją  przy murze, tam 

gdzie  rośnie  taki  duży  dąb. Przerzucisz  mu  przez  mur  nasz  raport, a  on  odrzuci do ciebie  swój. Tylko nie  wolno  wam 

rozmawiać.

-  Rozumiem. To  się  może nawet udać, bo pani Krauss  spycha  teraz  całą  robotę  na  mnie. -  Unni przeciągnęła  się, 

pojękując. - Och, moje biedne plecy. Mam już pęcherze  na rękach, a za paznokciami brud. Najgorszy jest ten staruch. Czy 

ja jeszcze kiedyś będę wyglądać jak należy? Aha, mała Alice wypaplała mi coś ważnego. Powiedziała, że jej brat Hugo ma 

według  niej  wyjątkowo  zły  gust, jeśli  chodzi o  dziewczyny. Właściwie  każda  jest dla  niego  dobra. Wymieniła  nazwiska 

kilku jego  znajomych  z  Oslo, które  ona  uważała  za  strasznie  nudne.  Poza  tym wspomniała, że  jej  braciszek miewał też 

kontakty z dziewczynami ze wsi. Między innymi z niejaką Kit, bardzo ładną jej zdaniem. Czy jedna  z zaginionych kobiet 

tak się przypadkiem nie nazywała?

-  Kit Thomassen!  -  potwierdził  Odd  wyraźnie  zainteresowany.  -  To  ciekawe. Widzę,  że  muszę  ci  powiedzieć  o 

naszym odkryciu.

Po czym opisał jej, co udało im się znaleźć w parku. Unni, słysząc relację Steina, pobladła.

- Czyli jedna z nich to może być Kit Thomassen?

- Bez wątpienia. Musimy o tym wspomnieć Nilsowi w raporcie. On próbuje teraz nawiązać kontakt z komendantem 

Bårdsenem, który wyjechał prowadzić dochodzenie w innej sprawie. To pewnie będzie dla niego szok! No, ale teraz wracaj 

do kuchni. Od tej chwili twoim jedynym zadaniem jest przekazywanie  raportów Nilsowi i wydobywanie informacji od tej 

małej. Oczywiście dyskretnie. I żadnego węszenia na  własną rękę, pamiętaj! A kiedy będziesz szła  do mnie  z obiadem, to 

bądź tak miła i nie zapomnij włożyć mi dodatkowej porcji mięsa.

Unni uśmiechnęła się serdecznie.

- Jest pan głodny? Zaraz się tym zajmę.

Dzień  minął  bez  żadnych  niespodzianek.  Odd  Stein  siedział  spokojnie  w  swoim  pokoju.  Unni  przyniosła  mu 

jedzenie, nie miała jednak żadnych wiadomości do przekazania.

Po  południu  pani  Tildem  wezwała  dziewczynę  do  salonu.  Wschodnie  skrzydło  było  urządzone  z  prawdziwym 

smakiem. Żadnego pomieszania stylów:  jeśli w  pokoju stały rokokowe meble, to i cała reszta  była  także  w  tym stylu. W 

biedermeierowskim salonie obicia kanap i foteli wykonane zostały z niebieskiego jedwabiu w pasy, a na ścianach położono 

odpowiednie tapety.

Onieśmielona Unni dygnęła przed panią, która siedziała na sofie.

Marianne  Tildem  przyjrzała  się  uważnie  nowej  służącej.  Wiem, wiem, wyglądam  okropnie,  pomyślała  Unni.  W 

czepku nasuniętym na czoło, z obwarzankami na pończochach i w wykoślawionych do środka butach. Zaraz da mi lekcję.

Lecz pani Tildem nie uczyniła tego. W każdym razie nie w taki sposób, jakiego spodziewała się Unni.

- Nasuń czepek trochę bardziej na czoło! O tak. Poza tym masz za krótką spódnicę, musisz ją podłużyć.

A to ci dopiero, pomyślała Unni. Ona chce zrobić ze mnie jeszcze większą ofermę. Nie przeszkadzają jej nawet moje 

niewyczyszczone buty! Czyżby się, bała, że uwiodę jej syna?

Pani  okazała  się  osobą  nerwową. Ciągle  paliła  i mimo  używania  fifki  dwa  palce  prawej  ręki miała  brązowe. Jej 

niegdyś  lalkowato  ładna  twarz  była  teraz  zgorzkniała  i  pomarszczona.  Za  dużo  wina,  pomyślała  Unni,  patrząc  na 

spuchnięte  powieki Marianne Tildem. Mimo to w pani Tildem wyczuwało się  coś wzruszającego  i sympatycznego. Jakiś 

rodzaj bezradności, jakby przez całe życie znajdowała się na niewłaściwym miejscu.

- Zdaje się, że nie masz zbyt dużej wprawy w opiekowaniu się chorymi - powiedziała z wyrzutem, poprawiając jasne 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

16 / 32

background image

włosy ułożone w fale.

- Przeciwnie - zapewniła Unni. - Od wielu lat pielęgnuję ojca.

- Masz bardzo starego ojca.

Ratunku,  Stein  chyba  przesadził, pomyślała  Unni,  Na  dobrą  sprawę, z  takim  wyglądem  mógłby  równie  dobrze 

udawać jej dziadka.

-  Nie  był  już  młody, kiedy  przyszłam  na  świat  -  wyznała, nie  umiejąc  wymyślić  niczego mądrzejszego.  -  Jestem 

ostatnim dzieckiem. Moje rodzeństwo...

Pani Tildem ściągnęła usta, wskutek czego na jej twarzy ukazały się wszystkie tak starannie skrywane zmarszczki.

- Dobrze  wiesz, że długo się  zastanawialiśmy, czy cię przyjąć. Ale  pani Krauss brak czasu, by zajmować się  moim 

teściem, ja zaś mam naprawdę co innego do roboty.

Ciekawe co? pomyślała Unni. Po prostu ci się  nie chce! Ale  trudno mieć ci to za  złe. Bo ten twój teść to naprawdę 

odrażający typ!

W porządku,  myślała, człapiąc  na  górę  z  jedzeniem  na  tacy  dla  starego Tildema. W ostateczności mogę  się  nim 

zajmować, po to zostałam zatrudniona. Ale w rzeczywistości spada na  mnie jeszcze wiele innych obowiązków. Biegam jak 

nakręcona  od samego  rana  do wieczora, wyręczając  i  panią  Tildem,  i panią  Krauss. A na  dodatek  muszę  jeszcze  znosić 

wiele  upokorzeń ze  strony  mężczyzn z  tej rodziny.  Gdybym tak mogła  wyjawić  im, kim  naprawdę  jestem!  Chciałabym 

widzieć  wtedy  ich  miny!  Ale  nie  ma  obawy,  wytrzymam. Bo  nie  chcę  zobaczyć  pogardy  w  oczach  Steina. Już  ja  mu 

pokażę!

Zebrała się w garść i weszła do pokoju starego Tildema.

Siedział  pochylony  nad  szachownicą.  Przypominał  starą  ropuchę  i  roztaczał  wokół  nieprzyjemną  woń  potu 

zmieszaną z zapachem fajki.

- Przynoszę jedzenie - rzekła Unni.

-  Hm  -  mruknął. -  Jaką  to  znowu truciznę  mi dali?  Dobrze  wiedzą,  że  mój  żołądek  nie  znosi niczego  ostrego, i 

dlatego  przyprawiają  wszystko tak mocno. Ta suka  doskonale  wie, że  moja chora dwunastnica... Nie, nie  tam, tu jest mój 

stół! Co za głupia gęś! Dlaczego zawsze przysyłają mi takie nierozgarnięte niezguły!

Unni  zacisnęła  zęby  i wstrzymała  oddech, by  nie  czuć  nieprzyjemnego zapachu  starszego  pana, gdy  stawiała  mu 

jedzenie na wskazanym miejscu.

Gdy  tylko  znalazła  się  blisko  niego, od  razu poczuła  jego  rękę  sięgającą  pod  spódnicę. Na  szczęście  zdołała  się 

zręcznie wywinąć. Obrzydliwy staruch!

Sapnął lubieżnie, po czym uniósł pokrywkę z miski.

- Ryba! - syknął. - Przecież dostaję kolki od ryby, dobrze o tym wiedzą. Zabierz to z powrotem!

- Przykro mi - oznajmiła Unni. - Dziś nie ma nic innego do jedzenia.

Pozrzędził  jeszcze  chwilę,  ale  wreszcie  zabrał  się  do  jedzenia,  mlaszcząc  i  siorbiąc.  Zdaje  się,  że  apetyt  mu 

dopisywał.

Unni uporządkowała w tym czasie jego łóżko, schowała pisma pornograficzne pod poduszkę i otworzyła okno.

- Czy ty oszalałaś, dziewczyno, chcesz mnie zabić? Zamknij je natychmiast!

Jeśli chcesz żyć w tym zaduchu, proszę bardzo! Na zdrowie! pomyślała Unni.

- Powiedz no mi, czym dziś zajmuje się mój syn?

- Pan Patrik?

- No tak, a któż by inny?

Na przykład twój drugi syn Sigurd, pomyślała. Ale może on w ogóle się nie liczy?

- Chyba siedzi w gabinecie.

Starzec prychnął.

- To ci dopiero zajęcie! Myślałem, że... A, wszystko jedno! Fircyk z niego. Próbowałem zrobić  z  niego oficera, ale 

mi się nie udało. Żadnego autorytetu. Nawet kiedy wypina pierś jak kogut i ściąga surowo brwi. I jeszcze na dodatek wziął 

sobie za  żonę taką kurę. Ona  chce  się  mnie  pozbyć, dobrze wiem, ale już ja jej pokażę! Co to za przeklęta rodzina! Chora, 

po prostu chora! Jeden gorszy od drugiego. Pomóż mi się położyć!

Dźwignął  się  ciężko  z  krzesła  i  sięgnął  po  swoje  kule.  Unni  ujęła  go  pod  ręce,  pomagając  iść.  Kule  stukały 

rytmicznie o podłogę.

No jasne! przypomniała sobie nagle. To ich odgłos wtedy słyszałam, nie dochodził jednak z tego pokoju. Czyli to ty, 

staruszku, krążyłeś nocą po domu. Nie jesteś więc wcale taki niedołężny, jakiego udajesz.

- Trzymaj mnie jak należy - ofuknął ją. - Przecież nie mogę upaść.

Jesteś za tłusty i na  tym tylko polega twój problem, pomyślała Unni, pomagając staremu Tildemowi położyć  się do 

łóżka. Następnie wzięła tacę z opróżnionymi co do okruszyny talerzami i skierowała się do drzwi.

Po drodze usłyszała jeszcze ciche mamrotanie:

-  Myśleli,  że  mogą  od  tego  uciec.  Ale  od  czegoś  takiego  się  nie  ucieknie.  Zło  w  zatrutej  duszy  towarzyszy 

człowiekowi przez całe jego życie, gdziekolwiek by się znalazł.

Unni zwlekała  z wyjściem, lecz  starzec  powiedział już chyba wszystko, co leżało mu na sercu. Teraz mówił raczej 

do siebie niż do niej i prawie zasypiał.

Unni poczuła nagle, że  cała  trzęsie się ze  strachu. Zupełnie jakby dopiero teraz do niej dotarło, jak wielkie grozi jej 

niebezpieczeństwo. Uzmysłowiła sobie, że w tym cichym, tajemniczym Lindehede czai się coś naprawdę groźnego.

A  ona,  służąca  Unni,  powinna  być  bardzo  ostrożna,  by  nie  narazić  się  temu,  kto  zabił  dwie  młode  kobiety  i 

prawdopodobnie uśmiercił też trzy pozostałe ofiary.

ROZDZIAŁ VII

Unni szła po schodach na dół, gdy spotkała Alice, biedne, samotne dziecko.

- Cześć! - przywitała ją dziewczynka. - Pobawisz się ze mną?

- Nie mam teraz czasu - odparła Unni. - Pani Krauss na mnie czeka.

- Ta stara wiedźma? - Przecież to wariatka!

Unni wybuchła śmiechem.

- Gdzie ty się nauczyłaś takich słów?

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

17 / 32

background image

- Och, w naszym domu można dużo się nauczyć.

Tej sposobności Unni nie mogła nie wykorzystać.

-  Wiesz  co, na chwilkę  możemy  usiąść  na  schodach  i porozmawiać. Zobacz, mam kawałek sznurka. Jeśli chcesz, 

poukładamy z niego różne wzory.

Usiadła razem z Alice na schodkach i zaczęły tworzyć najrozmaitsze figurki.

- Czy wujek Sigurd zawsze mieszkał z wami? - spytała jakby od niechcenia.

- Nie. Przyjechał tutaj dwa lata temu. Z Australii.

- Czyli wcześniej nigdy go nie widziałaś?

- Nawet o nim nie słyszałam!

- Wygląda na miłego człowieka - skłamała Unni. - Od razu go polubiłam.

- Jest strasznie inteligentny. Prawie  geniusz. I na dodatek bardzo sympatyczny. Dał mi masę  prezentów. W zeszłym 

roku dostałam od niego rower.

- Jeździsz na nim do szkoły?

-  Nie, bo  teraz  mama uczy  mnie  w  domu. Uważa, że  nie  powinnam zadawać  się  z  dziećmi ze  wsi. Ale  wcześniej 

chodziłam do szkoły.

- Podobało ci się?

Alice wzruszyła ramionami.

-  Wszyscy  byli  okropnie  głupi.  Chociaż  paru  chłopców  mówiło,  że  jestem  niebrzydka.  Naprawdę,  powiedz?  - 

dopytywała się naiwnie.

-  Myślę,  że  kiedy  dorośniesz,  będziesz  bardzo  ładna  -  udzieliła  dyplomatycznej  odpowiedzi  Unni.  Dziewczynka 

bowiem  była  malutka  i  chuda  jak  patyk,  miała  ciągle  zmierzwione  włosy  i  nazbyt  duże  zęby  w  wąskiej  inteligentnej 

twarzyczce.

Gdy rozległ się gromki głos pani Krauss, Unni, pełna poczucia winy, zerwała się na równe nogi. Miała jeszcze tyle 

różnych pytań do Alice, wszystkie jednak musiały poczekać.

Odd Stein siedział ukryty za delikatnymi firankami, nie spuszczając z oka dziedzińca i domu, i straszliwie się nudził. 

Nic  się  nie  działo.  Widział  Kraussa  z  psami,  odbywającego  co  godzina  szybki  kontrolny  obchód.  Czasami  dozorca 

pracował też  na  klombach. Były  trochę  zaniedbane, ale  dość  ukwiecone jak  na  tę  porę roku. Nie  ulegało wątpliwości, że 

Tildemom przydałoby się  znacznie  więcej ludzi do  pracy w  majątku. Można było  odnieść  wrażenie, że  nie  mają  odwagi 

nikogo zatrudnić. Jedyne osoby, do których mieli zaufanie, to Kraussowie. Odd Stein pomyślał, że  spotkał w swoim życiu 

znacznie milszych służących.

Tak, ten dom chyba rzeczywiście krył w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Wiedziały o niej co najmniej dwie osoby, a 

może jeszcze więcej.

Widział,  jak  pan  domu  chodzi  marszowym  krokiem  po  dziedzińcu,  a  pani  krąży  bez  celu  po  skraju  parku, 

prawdopodobnie dla zaczerpnięcia świeżego powietrza. Ich córeczka  jeździła na rowerze, przewracała się i wstawała, poza 

tym skakała przez skakankę i chyba bardzo się nudziła.

Nie  ulegało  wątpliwości, że  nie  jest  to szczęśliwa  rodzina. Nad  wszystkimi jej członkami  ciążyło  bowiem  jakieś 

fatum.

Dwóch  osób  w  ogóle  jeszcze  nie  widział:  Hugona  i  wuja  Sigurda.  Ponieważ  nigdzie  nie  dało  się  dostrzec 

samochodu, Stein domyślił się, że młody Tildem pewnie pojechał polować na dziewczęta.

O  piątej zobaczył  Unni, która  szła  wyrzucić  śmieci. A pół godziny później z  piskiem opon nadjechało  przez  park 

sportowe  auto.  Jego  kierowca  zahamował  przed  główną  częścią  budynku  tak  gwałtownie,  że  spod  opon  posypały  się 

kamyki. Syn właściciela wyskoczył rześko na dziedziniec. Spadkobierca...

Odd  zdziwił  się trochę, że  Hugo  zatrzymał się  przed tą  starą, majestatyczną  budą. Młody Tildem wyjął z  tylnego 

siedzenia  jakiś  karton  i  mniejsze  pudełko, po  czym pobiegł ku  drzwiom  po bliskich  zawalenia  się  schodach.  Zapukał i 

czekał.

Nikt nie odpowiadał. Zapukał ponownie, tym razem mocniej.

Wreszcie  drzwi się  otworzyły  i czyjaś  ręka  sięgnęła  po  paczki. Hugo  najwyraźniej  musiał być  w  złym humorze, 

ponieważ postawił kartony na schodach i od razu pobiegł z powrotem do samochodu, by odprowadzić go na miejsce.

Steinowi bardzo to odpowiadało. Miał nadzieję, że zobaczy wreszcie, kto mieszka w tej części budynku.

W drzwiach  ukazał  się  starszy  siwowłosy  mężczyzna. Rozejrzał się  podejrzliwie  wokoło, zabrał  najpierw  jedną, 

potem drugą paczkę i zamknął znowu drzwi na klucz. Odd zdążył przez chwilę na niego popatrzeć.

Twarzy nie  rozpoznawał, ale  mimo to  uznał, że  tego człowieka  gdzieś  już  chyba  widział. Nikt  nie  potrafi tak  do 

końca zmienić swojej sylwetki czy chodu. Stein zacisnął zęby.

Przed jego oczami przesuwały się błyskawicznie  twarze wielu mężczyzn, tych, których pamiętał z aresztu w Oslo - 

hardych i zagubionych, agresywnych i niepewnych.

Znał tego człowieka. Tylko kto to był?

Odd Stein miał się teraz nad czym zastanawiać.

Do  salonu we  wschodnim skrzydle  wpadł jak  burza młody Hugo, nie  zwracając  uwagi na Unni, która siedziała  w 

kącie,  czyszcząc  srebro.  Podszedł  do  barku  i  nalał  sobie  dużego  drinka. W  tej  samej  chwili  wszedł  jego  ojciec  Patrik 

Tildem i spojrzał na syna niechętnie.

Uprzedzając atak, młody mężczyzna wybuchnął:

- Jak długo jeszcze  będzie tu mieszkał ten nasz odrażający wujek? Mam już  dość traktowania  mnie  jak chłopca  na 

posyłki!

Żaden z nich nie zwrócił uwagi na Unni. Starała się być niewidzialna i niesłyszalna w swoim kącie, z którego mogła 

obserwować  cały  salon. Tarła  i tarła  ciągle  ten  sam  widelec, nie  mając  odwagi  włożyć  go do szuflady  w  obawie  przed 

hałasem.

Patrik Tildem był mężczyzną w kwiecie  wieku, przystojnym, o  czarnych, mocno  zarysowanych brwiach i z  lekką 

siwizną  na  skroniach. Rzeczywiście  ciekawy typ, ale  tak jak powiedział senior  rodu, było w  nim coś  miękkiego i mało 

męskiego, mimo że zawsze starał się przybierać taki ton, jakby zwracał się do podwładnych mu żołnierzy.

- Przecież wiesz, że on dobrze za siebie płaci - odparł ojciec.

- Płaci? A za każdym razem, kiedy go widzisz, trzęsą ci się kolana! Czy ty boisz się własnego brata? A tak nawiasem 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

18 / 32

background image

mówiąc, czy on rzeczywiście jest twoim bratem? Trzeba przyznać, że pojawił się dosyć nieoczekiwanie.

-  To  już  nie  potrwa  długo  -  odpowiedział ojciec,  a  jego  stanowczy  ton  wydał się  trochę  nie  na  miejscu. -  Sigurd 

niedługo skończy swoją dysertację. Przecież przyjechał tutaj, żeby móc napisać ją w spokoju.

- Co za bzdury! Wolno mu tu mieszkać, ponieważ cię szantażuje. Grozi, że opowie o twojej...

- Szsz - syknął Patrik Tildem. - Nie wolno ci mówić w ten sposób do ojca! Skąd ty to...?

- Mam swoje źródła informacji - odparł hardo syn.

Unni usłyszała, że starszy pan kieruje się w stronę kąta, w którym siedziała. Uciekła więc czym prędzej, domyślając 

się, że gdyby została przyłapana na podsłuchiwaniu w tym domu, na pewno skończyłoby się to dla niej źle.

Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  wreszcie  porozmawia  ze  Steinem.  Ciągle  jednak  zlecano  jej  nowe  prace.  Gdy 

wreszcie uporała się ze wszystkimi i szła do siebie, w przedpokoju wpadła prosto na Hugo Tildema.

-  Proszę, proszę, kogo  my tu  spotykamy!  -  wykrzyknął. -  Nowa  panienka  dziadka!  Muszę  przyznać,  laleczko, że 

masz czym zaimponować. Masz, masz, choć starasz się to ukryć.

Mnie też się tak wydaje, pomyślała Unni.

Hugo Tildem przyglądał się jej taksującym wzrokiem. Nie zdążył się  jeszcze przebrać po powrocie do domu. Unni 

zastanawiała się, gdzie też mógł spędzić minioną  noc. Jego  włosy bowiem wyglądały tak, jakby trafił w nie  piorun, a  na 

ubraniu dostrzegła źdźbła siana. Mimo to sprawiał wrażenie niepokojąco czarującego z tymi diabelskimi ognikami i lekkim 

błyskiem szaleństwa w oczach.

Nim Unni zdążyła odpowiedzieć, nieoczekiwanie  znalazła się w jego ramionach i poczuła na swych ustach mocny i 

brutalny pocałunek, cuchnący starą whisky.

Gdy próbowała się bronić, odpychając się od natręta rękami, do przedpokoju wszedł Patrik Tildem, który widząc, co 

się dzieje, wrzasnął:

- Na co ty sobie, nicponiu, pozwalasz? Czy ty nie wiesz, kim jesteś?

Hugo puścił Unni tak gwałtownie, że aż zatoczyła się do tyłu.

Obok Patrika Tildema znalazła się też jego żona, która od razu powiedziała zjadliwie:

- Tym razem to rzeczywiście zaczął twój syn.

Pan domu odwrócił się do niej.

- Mój syn? A czy twoim synem on nie jest? Jeśli zrobi coś szalonego, to wtedy jest tylko mój. A skąd ty wiesz, kto 

zaczął?

Hugo zdążył już czmychnąć do swojego pokoju. Jego rodzice też wyszli, kłócąc się po drodze.

Unni  drżącymi rękami wygładziła  sukienkę.  Trudno  było  nie  zauważyć, że  Patrik  Tildem  wziął  syna  w  obronę. 

Czyżby nagle zaczął się go bać?

Co za tajemnicę starał się ukryć właściciel Lindehede?

Odd  Stein  czuł  się  zmęczony  czekaniem  i  bezczynnością.  Kiedy  zobaczył  na  dziedzińcu  małą  Alice, postanowił 

wykorzystać  tę  szansę.  Wiele  ryzykował,  dzieci  bowiem  bywają  często  znacznie  bystrzejsze  niż  dorośli,  ale  ponieważ 

zaczynało się już ściemniać, miał nadzieję, że dziewczynka nie odkryje jego charakteryzacji.

Poczłapał więc po schodach w dół i usiadł na dziedzińcu na ławce.

- Dzień dobry - zagadnął przyjaźnie. - Czy nie widziałaś może mojej córki? Unni?

Mała podeszła bliżej.

- Przed chwilą była w kuchni.

Uspokoiło  to  Steina,  który  chyba  nigdy  nie  denerwował  się  tak  jak  w  ostatnich  dniach,  kiedy  odpowiadał  za 

bezpieczeństwo  bratanicy  szefa. Zdawał sobie  oczywiście  sprawę  z  tego,  że  przesadza,  bo  bywał  przecież  w  znacznie 

większych opałach.

- Chyba musisz czuć się tutaj strasznie samotna - spróbował na początek.

Alice wzruszyła ramionami.

-  Och, to nie  jest takie straszne. Poza tym przyjeżdżają  do nas goście. Mojego tatę często odwiedza  dwóch, trzech 

przyjaciół, którzy ze mną rozmawiają i żartują. Tylko że jednego z nich to w ogóle nie rozumiem.

- A to dlaczego?

- Bo on mówi do mnie po niemiecku. Spotykają się tu we trzech i wołają „Sieg heil” czy coś w tym rodzaju.

Stein zmarszczył brwi. Był zaskoczony, choć  z  drugiej strony... W Niemczech  od kilku już  lat sprawowali władzę 

narodowi socjaliści, a i tu, w Norwegii, można było spotkać ludzi, którzy nie kryli sympatii dla niemieckiego nacjonalizmu. 

Widocznie Patrik Tildem też do nich należał.

- A co na to twoja mama? Czy podoba jej się, że oni mają tutaj takie spotkania?

- Ona tylko się  cieszy, bo jest pełna  podziwu dla wszystkiego, co tata  mówi i robi. Biedna mama, jest taka głupia. 

Kiedy  zostaje  sama, od  razu zaczyna  się żalić. Ale tych miłych panów to naprawdę  lubi, bo dwóch z  nich pomogło  nam 

kupić  ten  majątek. A wujek Sigurd  od razu dostanie  pracę  w  Niemczech, jak tylko skończy  tutaj tę  swoją  dysertację. U 

człowieka, który chyba  nazywa  się  Himmler. Zdaje  się, że  to ktoś  bardzo ważny. A ten  mój wujek Sigurd jest strasznie 

mądry. I dowcipny - paplała dziewczynka.

- To on też bywa na tych spotkaniach?

-  Czy  pan  oszalał?  On  wtedy  się  ukrywa, bo  tata  strasznie  się  boi,  że  jego  znajomi  dowiedzą  się, że  wujek  tu 

mieszka.

- Ty chyba bardzo dużo wiesz?

- Hm, bardzo lubię podsłuchiwać  - przyznała po cichu. - Kiedyś słyszałam, jak tata i wujek Sigurd się  kłócili. Tata 

był strasznie  zły i krzyczał na  wujka, że właściwie  to powinien  się stąd wynieść. Nie zrozumiałam, co  mówił  wujek, bo 

odpowiadał bardzo cicho, ale i tak ciarki przechodziły mi ze strachu po plecach.

Dziewczynka  miała  duże  zęby  i  nieco  sepleniła. Patrzyła  na  Steina  z  ogromną  ufnością.  Zawstydził  się,  kto  to 

słyszał, żeby wypytywać dziecko w ten sposób! Ale ta mała Alice okazała się nieoceniona. Nieoceniona!

Nagle obejrzała się za siebie.

-  O, idzie  Unni!  Cieszy się  pan, prawda? - wykrzyknęła  i pobiegła  przed siebie, podczas gdy Odd  Stein  z  trudem 

podniósł się z ławki, żeby wyjść naprzeciw swojej „córce”.

Myśli nie dawały mu spokoju, nadal nie mógł sobie przypomnieć, kto to jest ten wujek Sigurd.

- Wyglądasz na trochę rozstrojoną - zauważył Stein, gdy znaleźli się już w jego pokoju.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

19 / 32

background image

- Czy to takie  dziwne? - westchnęła  Unni. - Ciekawe, jakby się pan czuł, gdyby ktoś pana całował, a  pan miałby w 

jednej kieszeni fartucha raport Wangena, a w drugiej dwa skradzione befsztyki.

- Naprawdę nie zamierzam tego sprawdzać - odparł sucho Stein. - Młody Hugo?

- Tak. Przyjemność była wątpliwa.

- Widziałem, kiedy przyjechał do domu. Wyglądał, jakby go ktoś wyciągnął ze stogu siana.

- Uroki życia na wsi. Tu jest ta dodatkowa porcja mięsa, o którą pan prosił - oznajmiła, wyjmując z kieszeni fartucha 

jakieś zawiniątko w serwetce. - A tu raport Nilsa. Nawiasem mówiąc, wcale  bym się nie zdziwiła, gdyby za którymś razem 

udało mi się niechcący zwabić tym gwizdaniem łosia.

Stein, nie  zwlekając, zaczął  czytać  przytłumionym głosem:  -  „Zidentyfikowano  zwłoki. To  były  Kit Thomassen i 

Gunvor Tvedt”. Dokładnie tak jak myśleliśmy - pokiwał głową detektyw. - „Gunvor Tvedt została  zabita  strzałem między 

oczy, natomiast nie możemy ustalić  przyczyny śmierci Kit Thomassen. Lekarz sądowy ciągle  nad tym pracuje. Zgodnie  z 

twoją prośbą, posłałem po Håkona Svendsena, który uprzedzi też Karlsena i Rosenlunda...”

- Och, Rosenlund - zapiszczała Unni. - To ten słodki!

-  Nawet  go  nie  zobaczysz  -  odparł Stein  najbardziej  oschłym  na  świecie  tonem. -  Oni  są  tylko w  pogotowiu,  na 

wypadek gdyby komisarz potrzebował dodatkowego wsparcia.

Czytał  dalej:  -  „Gunvor  Tvedt  była  w  pierwszych  tygodniach  ciąży,  zdołaliśmy  też  ustalić,  że  utrzymywała 

znajomość z niejakim Tildemem w Oslo”. Aha - bąknął Odd Stein. - Czyli nasz młody Hugo był także i tam?

- W każdym razie to wyklucza z  kręgu podejrzanych wujka Sigurda Tildema  - stwierdziła Unni. -  Bo on przyjechał 

tutaj dwa lata temu. Z Australii.

- Kto tak powiedział?

- Alice, moje niezastąpione źródło informacji. Nigdy wcześniej o nim nie słyszała. Ale proszę mówić dalej!

Odd przez chwilę zatrzymał spojrzenie na Unni.

- Jak ty wyglądasz, coś ty z siebie zrobiła!

Unni wpadła w złość:

- A czyja  to wina? Nawiasem  mówiąc, to pan też  wcale  nie  wygląda  lepiej. Nigdy  w  życiu nie  spotkałam kogoś 

równie mało pociągającego!

Zacisnął usta, żeby nie powiedzieć nic niemiłego. Wreszcie wrócił do raportu.

-  „Chciałeś  trochę  informacji o  rodzinie  Tildemów.  Oto  co  udało  mi się  ustalić:  Ojciec, stary Tildem, cieszył  się 

niegdyś w  Tonsbergu  powszechnym szacunkiem. Syn Patrik, niedoszły kapitan, osiadł z  rodziną w  Kristiansand, ale  i tak 

żył z  pieniędzy ojca. Pięć  lat temu kupił Lindehede. Starsza pani, poprzednia  właścicielka majątku, była  prawdopodobnie 

spokrewniona z Tildemami, ale zdaje się, że  kupno Lindehede  służyło ucieczce  Patrika z Kristiansand. Przypuszczalnie po 

jakimś skandalu, nie  mogę jednak dojść, po jakim. Do transakcji doszło dzięki temu, że dwaj przyjaciele Tildema  zgodzili 

się być poręczycielami. To jakieś wpływowe  osobistości z  Oslo, jeden z  nich jest Niemcem, drugi germanofilem”. Oto i 

oni. Dziewczynka  miała  rację  -  mruknął pod nosem. -  „Sprowadzili starego  ojca  z  Tonsbergu, bo to prawdopodobnie  on 

trzyma  rodzinną  kasę.  Pani Marianne  Tildem  to  dawna  piękność,  poza  tym  mało  interesująca. Syn  Hugo  ma  na  policji 

rejestr  swoich  grzeszków,  zapłacił  mandaty  za  zbyt  szybką  jazdę  i  awantury  po  pijanemu;  prawdopodobnie  zostanie 

przyjęty  na  uniwersytet,  choć  nie  zrobił  wiele  w  tym  kierunku.  Córka  Alice  to  jeszcze  dziecko.  No  i  mamy  jeszcze 

szanownych  małżonków  Krauss. Sądząc  po  nazwisku,  w  ich  żyłach  płynie  krew  niemiecka,  a  na  nim  ciąży  wyrok  w 

zawieszeniu za dopuszczenie się przemocy i niezgodne z prawem użycie broni. <Wujek Sigurd> w ogóle nie istnieje. Stary 

Tildem miał  tylko  jednego syna, o dziecku spoza  małżeńskiego łoża  nic  nikomu  nie  wiadomo. Pozdrowienia  dla  twojej 

podopiecznej. Przekaż jej, że bez niej mamy tu zabójczy spokój. Nils”.

- Kolejny komplement - roześmiała się Unni, po czym przystąpiła do zdawania własnej relacji, i to tak szczegółowej, 

że Stein był bliski eksplozji. Nie pominęła żadnej najdrobniejszej myśli i doznania. Wreszcie zakończyła: - Nie wytrzymam 

już dłużej tego ohydnego papierosowego smrodu. Rozumiem, że teraz pan przejmuje pałeczkę? Na razie.

Gdy wyszła, Stein wycedził przez zęby parę nieprzyjemnych słów. Uchylił jednak trochę okno.

Wciągnął głęboko powietrze. Owszem, nareszcie przyszła  kolej  na niego, mógł  przystąpić  do  działania  po  długim 

dniu upokarzającej bezczynności.

Nadszedł wieczór. Unni padła na łóżko, śmiertelnie zmęczona po pracy, do której przecież nie nawykła. Miała prawo 

przypuszczać, że Odd Stein jest z niej zadowolony. Dobrze  jednak wiedziała, że prędzej doczeka  się od niego krytyki niż 

słów uznania.

Nagle wzdrygnęła się.

Firanka w drzwiach prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia jakby... Czy to możliwe, żeby się poruszyła?

W jej pokoju panowała całkowita ciemność. Tej nocy nie świecił księżyc.

Przerażona  Unni  dostrzegła  coś  w  przeszklonych  drzwiach.  Coś,  co  jej  się  śniło  poprzedniej  nocy. W wąskiej 

szparce między firankami pokazał się słaby promień światła, a w nim czyjeś błyszczące oko, tak złowrogie i przerażające, 

że  poczuła ciarki na plecach. Nie przyszło jej do głowy, żeby sprawdzić, co jest za tymi drzwiami, sądziła, że jest zupełnie 

sama na poddaszu. A jeśli da się je otworzyć od drugiej strony?

Unni próbowała opanować panikę, której powoli ulegała. Serce waliło jej jak młotem.

Firanki  znowu  znalazły  się  na  miejscu,  oko  zniknęło.  Unni  usiadła  na  łóżku,  na  zmianę  drżąc  i  sztywniejąc  ze 

strachu. Najważniejsze  to zachować spokój! Nogi opuścić  z łóżka, stanąć  na podłodze. Tam są drzwi, podejść do nich jak 

gdyby nigdy nic!

Odd Stein jest w  drugim skrzydle  domu. Zdążysz  tam dojść, nie ma  żadnego niebezpieczeństwa. Tylko przemknąć 

przez poddasze, tak żeby nikt nie usłyszał...

Kiedy otwierała  drzwi, klamka  lekko zaskrzypiała. Uderzył ją zimny powiew. Na  korytarzu było ciemno, z  małego 

okienka w szczycie domu sączyło się słabe światło. Widziała z daleka poręcz schodów. Za chwilę jej dotknie...

W tym momencie Unni stanęła jak wryta, wciągnęła głęboko powietrze i z przerażenia przestała oddychać.

W ciemności, jaka  zalewała  korytarz,  usłyszała  tuż  przed  sobą  dźwięki,  jakie  mógł  wydawać  tylko  przyczajony, 

gotowy do skoku kot.

ROZDZIAŁ VIII

Północ  zbliżała  się  wolno  i  z  ociąganiem. Odd  Stein  wstał  i  zszedł  na  dół. Następnie  otworzył  ostrożnie  drzwi 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

20 / 32

background image

wyjściowe, położył coś na  schodkach i poczekał, póki nie  usłyszał odgłosów, które chciał usłyszeć. Wówczas jeszcze  raz 

uchylił drzwi i znowu rzucił kawałek mięsa.

Postanowił odczekać pół godziny.

Był  trochę  niespokojny,  ponieważ  mniej  więcej  godzinę  wcześniej  do  jego  uszu  dobiegł  gdzieś  z  głębi  domu 

przytłumiony krzyk -  krzyk, który szybko  został zduszony. Musiał przyznać, że  wcale mu się  to nie podobało. Cały czas 

zdawał sobie  sprawę  z  ogromnej  odpowiedzialności  za  bratanicę  komendanta. A to  on przecież  wpadł  na  pomysł, żeby 

zabrać ją do Lindehede.

Ale ten krzyk mógł przecież oznaczać zupełnie co innego. Małżeńską kłótnię między Tildemami. Albo jakiś zły sen, 

który przyśnił się małej Alice.

Odd  Stein  był teraz  sobą, zmył charakteryzację  i założył własne  ubranie. Poczuł się  znacznie  lepiej, zwłaszcza  że 

wciąż miał w pamięci nieprzyjemny komentarz Unni.

Pół godziny minęło. Niby niewidzialny cień prześlizgnął się  przez  drzwi, ominął uśpione psy -  wiedział, że środek 

działa cztery godziny - i znalazł się przy głównej części budynku, starej ruinie, która straszyła niczym widmo.

W raporcie przekazanym Wangenowi ustalił porę spotkania  na wpół do trzeciej, miał więc  jeszcze  sporo czasu. Do 

tej pory jednak musiał niemało się dowiedzieć.

Ani on, ani Unni nie  zdołali jeszcze  ustalić, gdzie  śpią Krauss i jego żona, przypuszczali, że w domku przy bramie. 

A Krauss z pewnością nie miał nadludzkiej siły! Ponieważ od rana do wieczora był na nogach, wobec tego teraz, zgodnie z 

wszelkimi prawami natury, powinien spać, polegając całkowicie na czujności psów.

Tak więc  Odd Stein obawiał się spotkania nie  z nim, tylko z „wujkiem Sigurdem”. Zdaje się, że  to on w tym domu 

jest nocnym markiem, pomyślał.

Tak jak się spodziewał, główne wejście było zamknięte na klucz. Przeszedł więc naokoło domu i znalazł kilka wejść 

od tyłu, a zwłaszcza to, które interesowało go najbardziej: wejście do piwnicy.

Okazało się jednak tak solidnie zamknięte, że  Stein musiał się poddać. Drzwi do kuchni również były zaryglowane 

od wewnątrz, ale  drzwi wychodzące  na  ogród  - jak to często  bywa  w takich starych domach  - po  kilku  próbach dały się 

otworzyć.

Tak więc  w  kwadrans  potem  Odd Stein  uchylił je  nieco i znalazł  się  w  niewielkim korytarzyku przed salonem. I 

właśnie  tam  dostrzegł  światło  dochodzące  z  pomieszczenia  znajdującego  się  w  środku  domu,  z  pomieszczenia  nie 

mającego w ogóle okien.

Stein zakradł się bliżej. Nie było sposobu, żeby zajrzeć do środka, ale kiedy tak stał i zastanawiał się nad następnym 

krokiem, usłyszał nagle głosy dobiegające z wewnątrz.

Znalazłszy sobie dobrą  kryjówkę, wyjął z kieszeni mały aparat podsłuchowy. Przytwierdził go do ściany i przyłożył 

ucho.

Teraz słyszał głosy bardzo wyraźnie.

-  To  przecież  szaleństwo!  -  syknął  ktoś. -  Nie  mam  teraz  co  zrobić  z  tyloma,  niedługo  skończę  i wtedy  od  razu 

wyjeżdżam. Do Niemiec.

Steinowi  serce  podeszło  do  gardła.  Znał  ten  głos.  Teraz  już  wiedział,  kim  jest  wujek  Sigurd.  Poczuł,  jak  z 

przerażenia oblewa go zimny pot.

Doktor Hundt! Pozbawiony wszelkich skrupułów fanatyk, lekarz, dla którego ludzkie życie nic  nie  znaczy. Skazany 

za  bestialskie  zbrodnie, zbiegł i przez  długi czas nigdzie  się nie  pokazywał. Był tutaj? Czy  to przypadkiem nie dwa  lata 

temu zaginął po nim wszelki ślad? Chyba tak, i to by się zgadzało. Co on znowu kombinował? Czym się zajmował przez te 

dwa  lata  w Lindehede? Przecież  równie  dobrze mógł już  wcześniej wyjechać  do Niemiec  i pracować  tam dla  Himmlera, 

szefa policji niemieckiej, o którym wspomniała Alice. Czemu tego nie uczynił?

Drugi głos coś odpowiedział, dobiegał jednak z większej odległości, jakby osoba mówiąca znajdowała się w jakimś 

wykuszu. Stein nie zdołał usłyszeć niczego poza nieokreślonym bełkotem.

Następnie znowu rozległ się głos „wujka Sigurda”, tym razem przepełniony odrazą.

- Jesteś potworem! Nie możesz tego zrobić!

Stein  zadrżał. Jeśli  doktor  Hundt,  uważany  za  pozbawionego  wszelkich  uczuć,  nazywa  tego  drugiego  człowieka 

potworem, to kim on musi być? Jeszcze większym zwyrodnialcem?

I znowu niewyraźny bełkot, i odpowiedz Hundta:

-  Grozisz  mi? To niezbyt rozsądne  z  twojej strony!  No  dobrze, zrobię  z  tym porządek. Wracaj teraz  do siebie, nie 

chcę cię tu widzieć. Na  początku myślałem, że nasza  współpraca  będzie  przebiegać bez zakłóceń, ale zaczynasz  napawać 

mnie coraz większą odrazą. Znikaj stąd!

Jakieś drzwi otworzyły się i zamknęły. Stein zrozumiał, że Unni miała rację. Musiało istnieć ukryte przejście między 

piwnicami obu części domu, a zejście do niego znajdowało się chyba za tą ścianą, o którą się opierał.

Wewnątrz  zapadła  cisza.  Hundt  jednak  mógł  się  tam  nadal  znajdować.  Po  krótkim  namyśle  Stein  postanowił 

dokładniej przyjrzeć  się domowi. Odbezpieczył rewolwer, wiedział bowiem, że w  razie zagrożenia  doktor nie  zawaha  się 

przed  sięgnięciem  po  broń.  Na  szczęście  Stein  trafił  szybko  na  schody  prowadzące  na  piętro.  Stojąc  w  korytarzu  i 

przypominając  sobie  rozkład  całego  budynku, doszedł  do  wniosku, że  Hundt musi  zajmować  dwa  albo  trzy  pokoje  na 

parterze, łącznie z kuchnią.

Na  szczęście  stopnie  schodów  były  wyłożone  miękkim  chodnikiem,  dostał  się  więc  bezszelestnie  na  górę. 

Chodzenie po nieznanym mieszkaniu zawsze łączy się z pewnym ryzykiem, ponieważ nigdy nie da się przewidzieć, które z 

desek skrzypią. Na wszelki wypadek Stein wciągnął skarpetki na buty, po czym zapalił latarkę.

Wąski strumień światła padł na  opuszczone pomieszczenie, niemal całkowicie pozbawione  mebli. Prawdopodobnie 

Tildemowie  przenieśli  wszystkie  użyteczne  sprzęty do wschodniego  skrzydła. W jednym z  pokojów  policjant zauważył 

przeciekający sufit i zniszczoną przez kapiącą wodę podłogę.

Przechodził  z pokoju  do pokoju, potem w  ten  sam sposób sprawdził  poddasze. Było  duże  i nieprzyjemne, między 

belkami na suficie zwisały nietoperze.

Nic  szczególnego  nie  zauważył,  zszedł  więc  z  powrotem  niżej.  Przy  schodach  na  piętrze  nastąpiło  to, czego  się 

obawiał: zaskrzypiała jedna z desek podłogi.

Natychmiast odskoczył pod ścianę, przycupnął w jakimś niewielkim załomie i czekał. Ale nic się nie działo. Czyżby 

doktor Hundt ogłuchł?

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

21 / 32

background image

Albo może już go tutaj nie było?

Odd miał ochotę zobaczyć piwnicę. Wiedział jednak, że tędy nie dostanie się na dół.

Czy  ma  spróbować  wejść  do  pokoju  doktora?  Nie,  to  byłoby  zbyt  ryzykowne,  może  on  jednak  tam  jest, tylko 

położył się spać. A już na pewno usłyszałby otwieranie drzwi. Stein nie chciałby stanąć  jeszcze raz oko w oko z  doktorem 

Hundtem. Przede wszystkim pragnął się  dowiedzieć, co on tu robi i, co najważniejsze, kim jest jego współpracownik. Ta 

bestia, której bał się nawet on.

Odd Stein nie  miał wyjścia:  musiał przejść do wschodniego  skrzydła  i od tamtej strony dostać  się  do piwnicy pod 

najstarszą częścią domu. Spojrzał na zegarek. Ma jeszcze trochę czasu, psy powinny nadal spać.

Unni obiecała, że drzwi do kuchni zostawi otwarte. Nie  wiadomo jednak, czy już po  niej nie znalazła się  tam pani 

Krauss albo ktoś inny.

Stein z łatwością  wydostał się na  zewnątrz i trafił do drzwi kuchennych we wschodnim skrzydle. Tu natknął się  na 

pierwszą  przeszkodę. Drzwi  okazały się  zaryglowane  od wewnątrz. No  cóż, Unni zrobiła  na  pewno  co  mogła, to nie  jej 

wina. Zerknął na ogromne drzewa, wyższe od domu, i zastanowił się, czy nie udałoby mu się dostać do środka tą drogą, ale 

w chwili, gdy puścił uchwyt przy drzwiach, stwierdził, że chyba nie wszystko stracone.

Musiał  przyznać,  że  dziewczyna  jest  sprytna.  Zasuwka  bowiem,  choć  wyglądała  na  zamkniętą,  ledwie,  ledwie 

zachodziła na futrynę. Wystarczyło kilka razy porządnie szarpnąć drzwiami, by odskoczyła.

Znalazł  się  w  korytarzu  czarnym  jak  piekielne  czeluści.  Gdy  już  zamierzał  zapalić  latarkę,  usłyszał,  że  ktoś 

nadchodzi,  powłócząc  nogami. Stein  dopadł  ściany  i  po  omacku  znalazł  na  niej  jakiś  stary  płaszcz  przeciwdeszczowy. 

Schował się  pod nim, ale  niestety nie  zdążył już  poszukać sobie  jakiejś szparki, przez  którą  mógłby wyglądać, ponieważ 

nieoczekiwanie otworzyły się drzwi do kuchni. Na szczęście nie zapalono światła w korytarzu.

Ten ktoś, kto przyszedł, postękiwał ciężko i szedł niepewnie. Odd przypuszczał, że ów  niespodziewany gość  zaraz 

wyjdzie na dwór, ale on, o dziwo, otworzył drzwi do piwnicy. Wciąż postękując i pojękując, przestąpił próg i zamknął je za 

sobą. Ciężkie, powolne stąpanie rozlegało się teraz na dole.

A  więc  ta  droga  na  razie  była  odcięta.  Odd  chciał  jak  najszybciej  dotrzeć  do  Unni  i  wydać  jej  polecenia  by 

natychmiast, bez chwili zwłoki, wyniosła się z Lindehede. Bo z doktorem Hundtem to nie przelewki!

Znalazł tylne schody i bez kłopotu, mijając dwa piętra, dostał się na poddasze. Tu zapalił wreszcie latarkę  i odnalazł 

drzwi do pokoju Unni,

Wyszeptał jej imię. Nikt nie odpowiadał. Pewnie spała biedaczka po całym dniu męczącej krzątaniny.

Pukanie  do  drzwi  mogło  się  okazać  zbyt  ryzykowne.  Chwycił  zatem  za  klamkę,  mimo  że  był  przekonany,  iż 

dziewczyna zamknęła  się na  klucz. Jednakże ku jego wielkiemu zaskoczeniu drzwi się uchyliły. Co za bezmyślność z  jej 

strony!

Światło latarki  przesuwało  się  po  pokoju. Na  krześle  leżało ubranie  Unni, ale  łóżko  było  puste, i  wyglądało  tak, 

jakby opuszczono je w wielkim pośpiechu.

Odd Stein poczuł, że robi mu się zimno z przerażenia. Dokąd ona mogła...?

Uderzył się w czoło. Co za idiota z niego!

Myślał, że  to stary  Tildem błąka  się, postękując, po piwnicy. Przecież  Unni  opowiadała, że  stary  krąży nocami po 

całym domu. Lecz równie dobrze mógł to być doktor Hundt dźwigający na plecach Unni! Hundt czy Krauss?

„To przecież  szaleństwo!  Nie  mam teraz  co zrobić z tyloma”. „Co z  ciebie za  potwór”. „No  dobrze, zrobię z tym 

porządek”.

A wcześniej ten krzyk gdzieś w głębi domu... Czy to naprawdę Unni?

Odd ruszył przed siebie. Spieszył się tak bardzo, że zapomniał nawet wyłączyć latarkę.

Nagle stanął jak wryty niedaleko schodów. Poczuł ukłucie w sercu, ogarnął go nieopisany lęk.

Na podłodze dostrzegł niewielką plamę  krwi. Na górnym stopniu schodów leżał jakiś skrawek materiału. Odd Stein 

pochylił się i go podniósł. Był to trójkątny kawałek flaneli ze śmiesznej koszuli nocnej, którą specjalnie kupili dla Unni.

ROZDZIAŁ IX

Szybko otrząsnął się z szoku. Zerknąwszy na zegarek, stwierdził, że już pora udać się do parku, gdzie przy dziurze w 

żywopłocie umówiony  był z  Nilsem Wangenem. Zaczął się  jednak zastanawiać, czy nie  byłoby lepiej zejść  do  piwnicy i 

spróbować uratować Unni - jeśli jeszcze  nie jest za  późno. Głęboko zaniepokojony, skłaniał się ku tej drugiej możliwości, 

gdy nagle na jednym z niższych stopni zauważył jakiś przedmiot.

Wziął  go  do  ręki,  zastanawiając  się,  co  to  może  być,  obracał  ową  rzecz  na  wszystkie  strony,  badał  dotykiem  i 

węchem. Gdzie on widział coś takiego ostatnio? Gdzie to było?

Ależ  tak!  Przy drodze  w lesie, kiedy szukali tego nadajnika, który Unni cisnęła gdzieś w  zarośla. Zauważył wtedy 

taki sam błyszczący przedmiot na ziemi, wziął go jednak za zabawkę zgubioną przez jakieś dziecko.

Odd włożył ową zagadkową rzecz  do kieszeni i zdecydował:  nie powinien sam iść do piwnicy. Zwłaszcza  z czymś 

takim. Z drugiej strony jednak znalezienie tej dziwnej rzeczy obudziło w nim nadzieję, że Unni nic złego się nie stało.

Niedługo  potem był  już  przy  żywopłocie. Gwizdnął. W  odpowiedzi usłyszał  podobny  sygnał,  a  po  chwili przez 

otwór między świerkami do parku weszło trzech mężczyzn: Wangen, komendant i jeszcze jeden miejscowy policjant.

-  Z Oslo nikt nie  mógł przyjechać. Napad na  bank, podpalenie  i morderstwo to trochę  za  dużo  jak na  jeden dzień. 

Zjawią  się, jak tylko  będą  mogli. A  to  jest asystent komendanta,  Pedersen, niezwykle  dyskretny  człowiek  -  powiedział 

Wangen.

Stein skinął głową na powitanie.

- Pospieszmy się. Życie Unni jest w niebezpieczeństwie.

Gdy biegli przez  park, opowiedział im, co się stało. Weszli na dziedziniec, na którym psy nadal leżały jak martwe. 

Na horyzoncie pojawiła się słaba smuga światła zapowiadająca coraz bliższy świt.

- Komendant i Nils Wangen wejdą do głównej części budynku od  strony ogrodu -  szepnął Odd Stein. - A Pedersen 

pójdzie  ze  mną  przez  wschodnie  skrzydło  i  piwnice.  Poczekacie  chwilę  wewnątrz  domu, dopóki  się  nie  upewnicie, że 

jesteśmy już na dole. Czy na pewno wiecie, gdzie są drzwi do jego pokoju? Spróbujcie się tam przedostać. Trzymajcie broń 

w  pogotowiu. Jeśli  będzie  próbował  się  bronić,  musicie  go  od  razu  unieszkodliwić. Ale  chcę  go  dostać  żywego. Tylko 

miejcie się na baczności, ten człowiek byłby zdolny zabić własną matkę, gdyby tylko mu się to do czegoś przydało.

Rozstali  się.  Stein  i  jego  towarzysz  wkrótce  znaleźli  się  na  schodach  do  piwnicy  we  wschodnim  skrzydle,  a 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

22 / 32

background image

następnie  zeszli do korytarza, w którym znajdowało się wiele drzwi. Otwierali jedne  po drugich, dopóki nie znaleźli tego, 

czego szukali: długiego tunelu, którego koniec ginął gdzieś w ciemnościach.

Nie zwlekając, weszli do niego i w ten sposób znaleźli się pod starą główną częścią budynku.

Tu  i  ówdzie  widać  było  pozostałości  wiekowych  sklepień,  zmurszałe  drzwi  prowadziły  do  pustych  pomieszczeń 

przesyconych  stęchłym  zapachem  ziemi.  Natrafili  na  piwnicę,  w  której  kiedyś  przechowywano  wino,  dotarli  też  do 

schodów wiodących na górę do części mieszkalnej.

Nigdzie jednak nie zdołali dostrzec śladu Unni.

- Musi być wyżej - bąknął Odd. - Chodźmy.

Pokonali schody w kilku susach, starając się poruszać bezszelestnie.

Drzwi  nie  stawiały  oporu.  W pokoju, w  którym  Stein  nie  tak  dawno  słyszał  dwie  rozmawiające  osoby, spotkali 

pozostałych kolegów.

- Ani śladu - powiedział Nils Wangen.

- Chodźmy na piętro!

- Skoczę na dziedziniec i sprawdzę, czy nikt nie odjechał - zaproponował komendant.

-  Chwileczkę!  -  wykrzyknął Wangen. -  Kiedy  czekaliśmy  na  ciebie  przy  żywopłocie, słyszeliśmy  w  oddali  jakiś 

motocykl. Myślicie, że...?

- Nawet go widziałem -  potwierdził komendant Bårdsen. - Zjawiłem się trochę później. Kiedy wjeżdżałem do lasu, 

minął mnie na drodze.

- Myślicie, że był stąd? - spytał Odd.

- W każdym razie nadjechał od strony alei.

- Miał kosz z boku?

-  Nie,  to  zwykły  motocykl.  Było  prawie  ciemno,  ale  stałem  blisko  drogi  i  dlatego  bardzo  wyraźnie  widziałem 

mężczyznę, który go prowadził. Raczej nie wyglądał na młodego. I z całą pewnością był sam.

Odd zaczerpnął powietrza.

- Doktor Hundt! Tak, nie ulega wątpliwości. Szukajcie Unni! Szybko!

Stein i Wangen ruszyli przed siebie, komendant zaś wyjął telefon, obudził zaspaną telefonistkę i zadzwonił do swego 

kolegi w sąsiednim okręgu, by zablokowano wszystkie drogi.

Podczas  gdy  pozostali  policjanci  przeszukiwali  dom  od  strychu  po  piwnice,  Odd  penetrował  kryjówkę  doktora 

Hundta.  Jeszcze  nigdy  do  tej  pory  nie  czuł  tak  dojmującego  niepokoju. Było  to  doznanie  zupełnie  mu  nie  znane.  Nie 

potrafił go zrozumieć.

Wygląd pomieszczeń stanowiących siedzibę Hundta zdradzał, że zajmowała je osoba o niezwykłym zamiłowaniu do 

porządku.  Wszystko  było  starannie  poukładane.  Na  ogromnym  biurku  leżało  mnóstwo  notatek,  które  umiałby 

zinterpretować  tylko  lekarz  albo  naukowiec  znający  się  na  medycynie,  zwłaszcza  że  wiele  słów  zapisano  w  postaci 

niezrozumiałych skrótów. Odd Stein nie znalazł nic, co mogłoby mu pomóc rozwiązać zagadkę.

Prawdopodobnie  majątek Lindehede  służył Hundtowi jako kryjówka, ponieważ gdzie indziej grunt palił mu się  już 

pod nogami.

Milczący miejscowy policjant wrócił pierwszy. Zaraz po nim przyszli pozostali.

- Nic! Absolutnie nic!

Odd Stein wycedził coś przez zęby, po czym ruszył ku drzwiom.

-  W porządku!  Chodźcie  za  mną!  Przerwiemy  błogi  sen  rodzince  Tildem,  choć  to  przecież  środek  nocy.  Jeden 

ptaszek już wyfrunął, ale został jeszcze jeden, i to bardziej niebezpieczny niż sam doktor Hundt!

Wrócili do  wschodniego skrzydła, zmartwieni i zdenerwowani. Wszyscy mieli dziwne  uczucie, że  życie  Unni wisi 

na włosku i teraz liczy się każda minuta.

O ile jeszcze w ogóle nie jest za późno.

W szarym świetle  brzasku  Odd  Stein,  stojąc  przed  wystraszonymi  członkami  rodziny Tildemów, przemawiał  do 

nich, miotany wściekłością. Jego koledzy przeszukiwali tymczasem każdy milimetr wschodniego i zachodniego skrzydła i 

wszystkie  pozostałe  zabudowania  posiadłości, włącznie  z  grobowcem. Gdy  psy ocknęły  się  z  uśpienia, Krauss otrzymał 

polecenie zajęcia się nimi.

Gospodarz  był  ogromnie  wzburzony  wtargnięciem  policji  na  teren  prywatny, jego  niewysoka  i  okrągła  żona  co 

chwila wycierała nos chusteczką, Hugo zaś miał bladą twarz i podkrążone oczy. Obok nich siedział na krześle stary Tildem, 

nie  mogąc  powstrzymać  się  od zjadliwych  komentarzy  na  temat  policji. Jedyną  osobą, której chciano  zaoszczędzić  tego 

wszystkiego, była mała Alice. Dlatego jej nie obudzono.

-  Wiedziałem  od  początku,  że  z  tą  służącą  jest  coś  podejrzanego  -  prychnął  pan  domu.  -  I  pomyśleć,  że  miała 

czelność wkraść się tutaj, wykorzystując naszą życzliwość.

- Bratanica  samego szefa  policji!  - wykrzyknął Hugo, będący mimo woli pod wrażeniem. - Ale nie  myślicie  chyba, 

że coś jej zrobiliśmy? Bo i po co?

- Dlatego, że w grobowcu w parku leżały dwa trupy.

-  A gdzie  mają  leżeć, jeśli  nie  w  grobowcu?  -  powiedział  drwiąco  Hugo.  -  Nawiasem mówiąc, nigdy  o  tym  nie 

słyszałem.

Odd zacisnął zęby.

- W pobliżu żywopłotu zniknęły trzy pozostałe osoby, o tym na pewno musieliście słyszeć, mimo że żyjecie tu jakby 

odcięci  od  świata. A każda  z  tych  pięciu  zaginionych  albo  zabitych  osób  została  wystraszona  przez  określony  dźwięk. 

Odrażające zgrzytanie zębami jakby ogromnego kota.

Hugo wstał z miejsca.

-  Czego? Kota? -  powtórzył  ochrypłym głosem, próbując  się  roześmiać. -  Kota? Nie, tylko nie  to, to  niemożliwe, 

tylko nie to!

Pozostali patrzyli na niego ze zdumieniem.

- Muszę wyjść - bąknął i rzucił się w stronę drzwi, jakby chciał uciec przed czymś, czego nie byłby w stanie znieść.

- Zatrzymać go! - krzyknął Odd Stein.

Pedersen, który wracał właśnie do głównej części budynku, puścił się za nim pędem. Hugo zdążył jednak wybiec  na 

dziedziniec, wsiadł do samochodu i ruszył z piskiem opon, błyskawicznie znikając między drzewami parku.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

23 / 32

background image

Pedersen  chwycił  rower  małej  Alice  i  zaczął  pedałować  jak  szalony,  żeby  dopaść  młodego  dziedzica  przed 

zamkniętą bramą.

Nie musiał wcale jechać aż tak daleko, nagle bowiem wszyscy usłyszeli potężny huk i brzęk rozsypującego się szkła.

Zapadła przerażająca cisza.

Przez  okno  salonu  widać  było  samochód,  który  uderzył w  jeden  z  potężnych  dębów  rosnących  w  parku  i  teraz 

bardziej przypominał stos żelastwa niż pojazd.

Pedersen zeskoczył z roweru i podbiegł do auta. W tym czasie Odd dzwonił już po lekarza.

Dopiero po chwili zauważył, że Marianne Tildem leży nieprzytomna na podłodze. Prawdopodobnie zemdlała, zanim 

jeszcze Hugo uciekł.

Nadszedł dzień. W całym domu panowała cisza. Odd otrzymał właśnie wiadomość, że Hugo Tildem zmarł w drodze 

do szpitala.

Marianne  Tildem leżała  na  kanapie, a  jej mąż  siedział tuż  przy niej.  Pogrążeni w  smutku, zapomnieli o  swarach. 

Stary  Tildem poszedł na  górę  do  siebie, w  salonie  natomiast  pojawiła  się  Alice.  Usiadła  na  oparciu  kanapy,  postukując 

nerwowo o jej bok jedną nogą.

-  Biedna  mamusia  -  powiedziała, sepleniąc.  -  Czy  jest  ci smutno? Czy ta  okropna  Gunvor  znowu  zrobiła  jakieś 

głupstwo? A gdzie jest Hugo? On zawsze powtarza, że Gunvor...

- Idź do kuchni do pani Krauss, słyszysz, Alice! - powiedział Patrik Tildem.

Dziewczynka wyszła niechętnie z pokoju.

- Przykro mi, że muszę  naprzykrzać  się  państwu w takiej chwili - odezwał się  Odd ze  współczuciem -  ale chodzi o 

życie młodej dziewczyny. Gdzie ona może być ukryta, panie Tildem? Nie oskarżam o to pana, zrobił to z pewnością doktor 

Hundt. Ale ona musi tu gdzieś być.

Patrik Tildem przymknął oczy.

-  Nie  wiem, co  ten  szatan  tu  wyczyniał.  Zmuszono  mnie,  żebym  go  przetrzymał  w  Lindehede. Mogę  tylko  się 

domyślać, gdzie on mógł ukryć tę młodą dziewczynę.

- Zechce nam pan pokazać to miejsce? Proszę się pospieszyć!

Patrik Tildem, jeszcze  nim się  podniósł, poklepał żonę  po ręce, jakby  w  ten sposób  chciał ją  uspokoić. Następnie 

prowadząc wszystkich policjantów - oprócz Pedersena, który został na górze - zszedł do piwnicy pod starą częścią domu.

- Przysięgam, że nic nie wiedziałem o zwłokach tych dwóch osób w grobowcu - zapewniał. - Słyszałem oczywiście, 

że  kilkoro  młodych  ludzi  zniknęło  w  tym  bezdennym  jeziorze,  uważaliśmy  to  jednak  za  zwykłe  wiejskie  opowiastki 

pozbawione jakichkolwiek podstaw.

Odd zatrzymał się w tunelu.

- Teraz, kiedy nie ma tu pańskiej żony, może pan się chyba przyznać, że trzy lata temu Gunvor Tvedt zaszła w ciążę 

nie z pańskim synem, tylko z panem, prawda? Z panem!

Tildem obruszył się.

- Jak pan śmie?

- Owszem, śmiem - odparł krótko Odd. - Alice bąknęła coś, co dało nam wiele do myślenia, poza tym ustaliliśmy, że 

Gunvor Tvedt obracała się w Oslo w tych samych germanofilskich kręgach co pan i doktor Hundt. To właśnie dlatego rok 

po całej tej historii Hundt wymusił na panu, by mógł tu zamieszkać, nieprawdaż? Pańska żona jest bardzo zazdrosna, a  pan 

miał romans z Gunvor.

Tildem spuścił głowę.

-  To  prawda, wszystko było  mniej  więcej  tak, jak  pan  to  przedstawił. -  Wyprostował się  znowu.  - Ale  ja  jej  nie 

zabiłem. Nawet nie wiedziałem, że zginęła. Na dodatek w Lindehede!

- A te inne kobiety? Na przykład Kit Thomassen, znał pan ją?

- Skądże znowu!

- Mówi się, że Kit była przez jakiś czas przyjaciółką Hugona.

- Tak, Hugo chyba przyjechał tu z nią parę razy.

Odd spojrzał na Patrika Tildema w zamyśleniu.

-  Pana  syn  zareagował  bardzo  gwałtownie, gdy  wspomniałem  o  tym  dziwnym  zgrzytaniu  jakby  wielkiego  kota. 

Powiedział: „Nie, tylko nie to, to niemożliwe, tylko nie to”. Co pan o tym myśli?

- Nonsens! - oświadczył krótko Tildem.

- Koszula nocna Unni została rozerwana przez coś, co mogło być pazurem dzikiego zwierzęcia. Przeszukaliśmy całą 

posiadłość, ale nie znaleźliśmy najmniejszego nawet śladu kota. A może jest tu jednak jakiś kot?

- Ależ skąd! - gospodarz był bardzo wzburzony takim przypuszczeniem.

Ruszyli znowu naprzód.

- Powiedział pan, że pan wie, gdzie może być ukryta Unni.

-  Wiedzieć  nie  wiem. Ale  skoro  szukaliście  już  naprawdę  wszędzie... Kiedyś  w  Oslo  opowiedziałem  doktorowi 

Hundtowi  historię  tej  posiadłości.  Bardzo  go  zaciekawiła. A  gdy,  uciekając  się  do  szantażu,  wprowadził  się  już  tutaj, 

nalegał, żeby mógł zamieszkać w tej starej części budynku. Nikt poza Kraussem, który był jego człowiekiem, nie mógł tam 

wejść. Na  samym  początku  nocą  przyjeżdżały  tu  ogromne  ciężarówki  i  przywoziły  niewyobrażalne  ilości  mniejszych  i 

większych  skrzyń,  które  wszystkie  znikały  potem  we  wnętrzu  starej  części  domu.  Mieszkało  tam  z  Hundtem  kilku 

mężczyzn, ale oni po paru miesiącach opuścili ukradkiem posiadłość.

Odd pokiwał głową.

- Powiada pan: historia posiadłości?

Znaleźli się teraz w dużej piwnicy pod głównym budynkiem. Tildem przystanął.

-  W  pewnej  starej  książce  mowa  jest  o  tym,  że  Lindehede  zostało  zbudowane  na  miejscu  dawnej  magnackiej 

posiadłości, niemal średniowiecznego zamku. Jednakże wszystkie przekazy o nim zaginęły. Wieść  ludowa głosi, tak piszą 

autorzy  książki,  że  nadal można  tu  zobaczyć  sklepienia  starych więziennych  lochów. We  wsi jednak  nikt nie  słyszał  o 

żadnym zamku.

- To prawda, nigdy nie słyszałem o czymś takim - potwierdził Bårdsen.

Wszyscy jak na komendę podnieśli wzrok na kamienny sufit.

- Te mury pochodzą najwcześniej z siedemnastego wieku - ocenił Odd, który znał się na historii i architekturze. - Ale 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

24 / 32

background image

raczej z osiemnastego. A to przecież nie średniowiecze.

Zwrócił się do Tildema:

- A nic panu nie wiadomo o jakimś tajemnym przejściu albo czymś w tym rodzaju?

- Nigdy nie badałem tej starej ruiny.

- Obszedłem całą piwnicę - wtrącił Nils Wangen. - W zarysie dokładnie odpowiada budynkowi nad nią. Nie  ma  nic 

więcej poza tym, co tu widać.

- Krauss powinien się lepiej orientować - ostrożnie wtrącił komendant Bårdsen.

Gospodarz pokręcił głową.

-  Nie wydobędziemy  z niego ani słowa. Poza tym nie  chcę go  tu  oglądać. Na jego widok ciarki przechodzą  mi po 

plecach.

Odd pochylił się nad podłogą, po czym przykucnął i zaczął grzebać nożem w udeptanej ziemi.

- Popatrzcie - odezwał się po chwili. - Pod ziemią jest kamienny mur. Musimy poszukać jakiegoś zejścia!

Szukali  gorączkowo  przez  pół  godziny, ale  nie natrafili  na  nic  podejrzanego. Wreszcie  Odd  zaczął przyglądać  się 

dokładniej  wielkim beczkom po  winie, które  stały na  przymocowanych do  podłogi cokołach. Na  jednym  z  nich  znalazł 

jakieś ukryte  blokady. Gdy je zwolnił, beczka razem z cokołem dała  się bez  trudu podnieść do góry, odsłaniając kamienną 

klapę w posadzce.

Mimo  że  klapa  wyglądała  masywnie,  otworzyli  ją  z  łatwością.  Poczuli  dziwną  woń,  której  nie  potrafili 

zidentyfikować.

Kamienne schodki prowadziły na dół w ciemność. Nils Wangen znalazł kontakt i zapalił światło. Odd odbezpieczył 

pistolet.

- Doktor Hundt odjechał na  motocyklu - powiedział. - Krauss i jego żona  są na górze, podobnie jak reszta rodziny 

Tildemów. Ale gdzieś w domu znajduje się nadal ten ktoś nieznany.

Wangen dodał krótko:

- Bestia.

Zeszli  do  niewielkiego  pomieszczenia, które  musiało  być  bardzo  stare, ponieważ  ludzie  Hundta  wzmocnili  jego 

strop cementem i grubymi palami.

- Zapewniam pana, że nie miałem w ogóle pojęcia o tym pomieszczeniu - rzekł Tildem.

Przed nimi znajdowały się solidne żelazne drzwi zaryglowane drewnianą belką. Odd Stein usunął ją i pchnął drzwi.

Zapach, jaki buchnął z pomieszczenia, wprost zatrzymał mężczyzn w miejscu. To nie była woń ziemi, stęchlizny czy 

czegoś zgniłego - to zupełnie coś innego, nieoczekiwanego.

Intensywny odór karbolu, eteru i innych chemikaliów, czyli mówiąc krótko: szpital bez wentylacji.

- Światło! - poprosił Stein.

Znajdowali  się  w  ciemnej  i  wilgotnej  piwnicy,  w  której  ze  ścian  melancholijnie  ściekały  krople  wody. Żelazne 

uchwyty na ścianach ze zwisającymi łańcuchami zdradzały, że kiedyś mieścił się tu więzienny loch.

Bårdsen zadrżał.

- Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach jesteśmy trochę bardziej humanitarni dla naszych więźniów - bąknął. - 

Tu są jeszcze jedne drzwi.

Otworzyli  je.  Szpitalny  zapach  stał  się  wprost  nie  do  wytrzymania.  Gdy  rozbłysło  światło,  ujrzeli  doskonale 

wyposażone  nowoczesne  laboratorium o  ścianach,  suficie  i  podłodze  wyłożonych  kafelkami, ze  stołem  operacyjnym  z 

kompletnym wyposażeniem.

- Dysertacja doktora Hundta - odezwał się Wangen. - Ciekaw jestem, do czego mu to było.

- Przecież znasz chyba jego specjalność? - spytał Odd dziwnie ochrypłym głosem, jakby chciał stłumić emocje, jakie 

nim targały. -  Operacje  plastyczne. Zmienianie  wyglądu ściganych  przestępców. Został zaproszony  do  współpracy przez 

nowe niemieckie władze.

Przeszli do  następnego  pomieszczenia. Było niewielkie  i  -  w  odróżnieniu od  dużego  -  nie  całe  zostało  wyłożone 

kafelkami. Ściany pokrywała warstwa wilgoci.

Ale nie to odebrało wszystkim czterem mowę.

- Boże drogi! - szepnął po dłuższej chwili Tildem. - Coś takiego w moim domu...

Rzędem stały  trzy  łóżka, na  których  leżało troje  ludzi i patrzyło  na  nich otępiałym wzrokiem. Młoda  dziewczyna 

całą twarz miała owiniętą szerokim bandażem, twarze pozostałych były zdeformowane i pokryte bliznami.

- Jezus Maria, czy to możliwe! - wykrzyknął przerażony komendant Bårdsen. - Czy to może  być prawda? Co oni z 

tobą zrobili?

Chłopak, który musiał być kiedyś ładnym młodzieńcem, nie był w stanie się odezwać. Dostrzegli łzy w jego oczach.

Odd powiedział szybko:

- Ta dziewczyna z obandażowaną twarzą... Czy to może być Ingrid Andersen?

Komendant spojrzał na nią.

- Kolor włosów się zgadza. Oczu też. Tak, to ona.

- Wobec tego trzecia  osoba to pewnie ta trzydziestoletnia kobieta, która zniknęła  dwa lata temu. Chyba jest zupełnie 

odurzona lekarstwami. Ale gdzie jest Unni?

Nils Wangen powiedział z wyraźnym wysiłkiem:

- W laboratorium widziałem piec kremacyjny.

- Nie! - wykrzyknął Odd Stein i wypadł z pomieszczenia.

- Ciemne chmury nad majątkiem Lindehede - powiedział Bårdsen jakby do siebie. - Po spaleniu w takim urządzeniu 

niewiele zostaje z człowieka.

Znaleźli Unni w  laboratorium, przykrytą brezentową  płachtą. Leżała w  swej flanelowej koszuli w kwiatki, uśpiona 

jakimiś mocnymi środkami, ale żywa.

-  Dzięki  ci,  Boże!  -  szepnął  Odd  niemal  niesłyszalnie  i ostrożnie  obciągnął  flanelową  koszulę, która  zsunęła  się 

dziewczynie powyżej kolan.

ROZDZIAŁ X

Odd Stein chciał jak najszybciej przesłuchać  Kraussa i jego żonę, sądził, że w obronie doktora Hundta oboje gotowi 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

25 / 32

background image

będą  wydrapać mu  oczy albo  - najchętniej - sięgnąć  po broń. Kiedy jednak Odd wyszedł z  piwnicy  na  górę, usłyszał od 

Pedersena, że  szanowni  małżonkowie  Krauss  oddalili się  razem  z  psami. Pedersen  nie  mógł im przeszkodzić, ponieważ 

zgodnie z poleceniem pilnował pogrążonej w rozpaczy pani Tildem.

-  Szczury  opuszczają  tonący  statek!  Niech  się  pan  tym  specjalnie  nie  przejmuje  -  rzekł  Odd  do  Pedersena.  - 

Kraussom  nie  możemy  przedstawić  żadnych  bezpośrednich  zarzutów,  ale  oczywiście  nie  od  rzeczy  byłoby  z  nimi 

porozmawiać. Niech pan poprosi swojego szefa, żeby uprzedził kolegów w sąsiednich obwodach. Z takimi wielkimi psami 

niełatwo będzie się im ukryć.

Małomówny Pedersen odezwał się w zamyśleniu:

- Skąd doktor Hundt wiedział wczoraj w nocy, że musi uciekać?

Odd Stein zastanowił się przez moment:

- Chyba wpadł na to dzięki psom. Ponieważ jest nocnym markiem, pewnie zobaczył je uśpione. Domyślił się, co w 

trawie piszczy, i wziął nogi za pas. To jedyne wyjaśnienie.

Komendant i  jego  ludzie  zajęli się  ofiarami  doktora  Hundta. Zawieźli je  do  najbliższego  szpitala, gdzie  obiecano 

przeprowadzić  nowe operacje  plastyczne w  celu przywrócenia  nieszczęśnikom ich poprzedniego wyglądu. Jak  stwierdził 

ordynator, narkotyki nie  poczyniły w organizmach tych trojga  ludzi całkowitego spustoszenia, pewne wątpliwości istniały 

jedynie  co  do  kobiety,  która  przeleżała  w  laboratorium  dwa  lata.  Zwłaszcza  w  jej  przypadku  urazy  psychiczne  mogły 

okazać  się  poważniejsze  od  fizycznych.  Eksperymenty  przeprowadzane  przez  doktora  Hundta  były  przerażające  i  nie 

ograniczały się bynajmniej do twarzy ofiar. Zadanie  egzaminacyjne... Z pozostawionych przez Hundta papierów wynikało, 

że  miał się  wykazać  swoimi „osiągnięciami”  przed  wysoko  postawionymi zleceniodawcami z  rządzonych  przez  Hitlera 

Niemiec.  Do  czego  jednak  mogłyby  im  być  przydatne  tak  potworne  doświadczenia?  Komendant  nie  potrafił  tego 

zrozumieć.

Najmniej  ucierpiała  Ingrid Andersen. Ale  młody  chłopak, niegdyś  wielki  uwodziciel,  obudziwszy  się  na  chwilę  z 

półsnu, z rozpaczą spojrzał na komendanta i ordynatora.

- Nie denerwuj się - uspokoił go lekarz. - Będziesz znowu bardzo ładny.

- Dziękuję - wyszeptał chłopak. - Tylko proszę nikomu o tym nie mówić! Nikomu, a zwłaszcza rodzicom!

- Obiecujemy. Czy doktor Hundt robił to zupełnie sam? - spytał Bårdsen.

Młody mężczyzna już trochę się zmęczył.

-  Ktoś jeszcze  z  nim  był. Czytał temu  komuś  na  głos, opowiadał  o operacjach. Nie widzieliśmy  go nigdy, bo stał 

zawsze z tyłu. Śmiali się, rozmawiali...

Nie mógł już więcej mówić, po chwili zasnął.

Unni powoli uniosła powieki. Leżała na  łóżku Steina w zachodnim skrzydle domu. Patrzyła oszołomiona na niego i 

Nilsa  Wangena. W chłodnych  zazwyczaj oczach  Odda  dostrzegła  coś, czego do  tej  pory  nigdy nie  widziała:  prawdziwy 

strach!

Na prośbę policjantów opowiedziała, co ją spotkało: o oku za firanką i o tym, jak znalazła się na korytarzu.

- Widziałaś to zwierzę? Kota czy co to było?

-  Nie. Słyszałam  je  tylko  w  ciemności. To  był taki  sam  odgłos jak  wtedy przy  żywopłocie. Popędziłam więc  jak 

oszalała  w  stronę  schodów,  koszula  zahaczyła  o  poręcz,  szarpnęłam  ją,  po  chwili  poczułam  tępy  ból  pod  łopatką, 

krzyknęłam, nogi nie chciały mnie słuchać, a potem już nic nie pamiętam*

- Możemy zobaczyć? Pod łopatką, mówisz. No, nie bądź taka wstydliwa, myślałem, że jesteś bardziej wyzwolona.

Unni nie omieszkała odpowiedzieć na tę sympatyczną prowokację:

- Proszę trochę poczekać, a wkrótce się pan przekona.

Gdy się  odwrócili, zdjęła  koszulę  i szybko wślizgnęła się pod prześcieradło. Leżała  na brzuchu, odsłoniwszy tylko 

same ramiona. Ani milimetra więcej!

- Hm - mruknął Odd. - Niewielka, ale głęboka ranka, dosyć opuchnięta naokoło.

- Jak po ukłuciu grubej igły? - podsunął Nils.

- Albo tego - rzekł Stein, wyjmując  z  kieszeni metalową  lotkę, podobną  do rzucanych dla  zabawy przez chłopców. 

Ślad  na  skórze  przypominał  też  trochę  ukłucie  po  zastrzyku.  -  Czegoś  takiego  używa  się  również  w  ogrodach 

zoologicznych, żeby uśpić  dzikie  zwierzęta. Taki „zastrzyk” wystrzeliwany jest z  pistoletu. To całkiem nowe  urządzenie, 

jeszcze  dosyć  rzadko  spotykane.  Niewykluczone, że  doktor  Hundt je  stosował. Coś  w  tym  rodzaju  znalazłem też  przy 

żywopłocie.

- Czy właśnie to musnęło wtedy moje ramię? - spytała Unni.

- Na pewno! Tylko że wówczas chybiono.

- Myśli pan, że to sam doktor Hundt?

-  Nie, on  nie  oddalał  się  tak  bardzo  od domu. To  z  pewnością  jego pomocnik, to  twoje „złowrogie  oko”. Sadysta 

pierwszej  wody,  który  uwielbia  bawić  się  swoimi  ofiarami.  Wzbudzał  grozę  nawet  samego  niewzruszonego  doktora 

Hundta. Koniecznie musimy go znaleźć.

Odd  Stein  czuł  ze  zmęczenia  piasek  w  oczach. Ale  gdy  wchodził  do  salonu,  w  którym  znajdowali  się  państwo 

Tildem, mimo nieprzespanej nocy umysł miał świeży i jasny.

- Kapitanie Tildem, czy mogę porozmawiać z pana żoną w cztery oczy? - spytał.

Mężczyzna skinął głową i wchodząc do swojego gabinetu, rzucił:

- Proszę pamiętać, że moja żona jest bardzo osłabiona po przejściach minionej nocy.

-  Pani Tildem  - zaczął Odd, zwracając  się  do kobiety, która usiadła  teraz  na  kanapie. - Kochanek raczej  nie  byłby 

zdolny  strzelić  dziewczynie  prosto w  twarz. Ale  zazdrosna kobieta mogłaby to zrobić  bez skrupułów. Pani jest podobno 

bardzo zazdrosna, prawda? I kiedy młoda  dziewczyna, promieniejąca urodą i świeżością, trzy  lata temu  przyszła do  tego 

domu, żeby porozmawiać z panem Patrikiem, a zastawszy tylko panią, wyznała, że spodziewa się jego dziecka, wtedy runął 

cały świat. Czy tak?

Marianne Tildem siedziała z opuszczoną głową. Milczała.

- Śledziła ją pani i wiedziała, że kąpie się często ze swoją przyjaciółką w jeziorku. Przepiłowała więc pani niewielki 

świerk,  żeby  móc  obserwować  jeziorko.  Nieraz  opowiadano,  że  żadna  z  osób,  która  się  w  nim  utopiła,  nie  została 

znaleziona. I  pewnego  dnia  Gunvor  Tvedt,  której  pani  nienawidziła  z  całej  duszy,  została  nad  jeziorem  całkiem  sama. 

Wtedy przeczołgała  się  pani przez  żywopłot, strzeliła  jej między  oczy, ubranie  zostawiła  na  brzegu, a ją  samą  zaciągnęła 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

26 / 32

background image

między świerki. W czasie ulubionych spacerów po parku natrafiła pani kiedyś na zapomniany grobowiec i właśnie w nim ją 

pani ukryła. Czy mam rację?

Pani Tildem długo milczała. Wreszcie nagłym ruchem podniosła głowę.

- Tak, ma pan rację. Lecz ani przez sekundę nie żałuję tego, co zrobiłam. Ta dziwka ukradła mi męża. Może tylko od 

tamtej  pory  trochę  nieswojo  mi  było,  kiedy  chodziłam  po  parku.  Wciąż  pamiętałam  o  tym  grobie, który  jakby  mnie 

przyciągał. Ale nie dałam się. Najważniejsze, że Patrik był już tylko mój.

Odd czekał jeszcze, kobieta jednak nie zamierzała już nic więcej powiedzieć.

- A jak było z pozostałymi, pani Tildem? Z Kit Thomassen i resztą? Z tym młodym, ładnym chłopcem? Co panią  z 

nimi łączyło?

Marianne Tildem zaczęła drżeć.

- Przecież przyznałam się, że zabiłam. Jeszcze panu nie wystarczy?

- Nie wystarczy - odparł Odd surowo. - Jest jeszcze wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi Na przykład...

W tym momencie usta Marianne Tildem stały się zupełnie białe i kobieta opadła na kanapę.

- Jak się pani czuje?

- Wody - wyszeptała. - Czy mogę dostać trochę wody?

Nie było wątpliwości, że nie udaje.

Odd pospieszył do kuchni. Zastał w niej Alice, która siedziała nieszczęśliwa i zrezygnowana na krześle, wymachując 

nogami.

- Szklankę wody, szybko! - poprosił Odd.

Dziewczynka wyjęła szklankę z szafki.

-  Biedna  mama  -  szepnęła  przygnębiona.  -  Tak  mi  jej  żal!  Pan  chyba  rozumie,  jakie  to  trudne  być  najpierw 

najpiękniejszą  w całej  Norwegii, a  potem patrzeć  bezradnie, jak  ciało się  starzeje. Powiedziała  mi to pewnego  razu, gdy 

przyglądała  się  sobie  w lustrze. „Nienawidzę ich wszystkich”, rzekła. „One nie są nawet w połowie  tak ładne jak ja, tylko 

są  młode.  Na  dodatek  takie  pewne  siebie!  Ale  ja  znowu  będę  piękna  i  wtedy  one  zobaczą!”  Robiła  się  jednak  coraz 

brzydsza  i  dlatego  coraz  bardziej  nienawidziła  wszystkich  młodych  i  ładnych  kobiet. „Byłabym w  stanie  je  pozabijać”, 

mówiła. „I zrobię to! Pewnego pięknego dnia to zrobię!” Byłam wtedy jeszcze mała i niewiele z tego rozumiałam. Ale dziś 

już rozumiem. Panie komisarzu, niech pan nie zabiera mi mamusi, bardzo proszę, niech pan tego nie robi - chlipnęła.

Co miał odpowiedzieć na taką prośbę?

-  Idź  na  górę  do  swojego  pokoju  -  to  jedyne  słowa,  na  jakie  się  zdobył,  wychodząc  ze  szklanką  wody  w  ręce. 

Dziewczynka posłuchała go i poczłapała ku schodom.

Pani Tildem wypiła kilka łyków wody i dalej leżała na kanapie, zasłaniając sobie twarz ręką.

Odd Stein powiedział cicho:

- Doktor  Hundt wykrył pani tajemnicę, prawda? I zaszantażował także panią. Dlatego mógł tu zostać  i wykonywać 

to swoje nikczemne rzemiosło. A pani mu w tym pomagała.

Pokręciła niemo głową.

- Straszyła ich pani, bo to akurat lubi pani robić...

W słowach wypowiedzianych cicho przez panią Tildem nie było już żadnej nadziei:

- Wszystko mi jedno, co pan mówi. Nic mnie już nie obchodzi.

- Jak pani to robiła?

-  Inspektorze Stein, czy jak  się  tam pan nazywa. Dajmy już temu spokój. Proszę mnie zabrać  na  policję  czy gdzie 

pan chce i tam złożę pełne zeznanie. Tylko proszę mi jeszcze pozwolić pożegnać się z mężem.

Stein zawahał się przez chwilę.

- Nie mogę tego pani odmówić.

Usiadła  na  kanapie  wyprostowana,  zupełnie  jakby  zaakceptowała  już  swoją  sytuację.  Potem  zdecydowanym 

krokiem weszła do gabinetu męża - niewysoka czterdziestopięcioletnia blondynka, tu i tam zanadto zaokrąglona.

Odd czekał w salonie, i tak nie mogła mu uciec. Słyszał głosy obojga małżonków, ciche, ale mimo to wzburzone.

Potem rozległo się głośne, pełne przerażenia „Nie!” Tildema i padł strzał. Odd rzucił się ku drzwiom, ale w tej samej 

chwili pani Tildem wypadła z nich z pistoletem w dłoni i jak szalona pobiegła po schodach na piętro.

- Cała rodzina! - krzyczała, a po jej policzkach płynęły łzy. - Cała ta rodzina musi zostać wytępiona!

Odd w  jednej sekundzie  znalazł się na  schodach, jednakże  Marianne Tildem, pchana  rozpaczą, okazała  się  szybsza 

od niego. Przemknęło mu przez głowę, czy nie powinien strzelić, ale nagle w drzwiach pojawił się stary Tildem.

- Nie ośmielisz się zabić swojego własnego dziecka, ty potworze! - zawołał. - Jest bezpieczna w moim pokoju.

Pani  Tildem  zawahała  się  przez  sekundę.  Odd  był  już  przy  niej.  Wyciągnął  właśnie  rękę  po  pistolet,  gdy 

zdesperowana  kobieta  nieoczekiwanie  skierowała  broń ku sobie  i przycisnęła  spust. Stein nie mógł zrobić nic  więcej, jak 

tylko chwycić ją wpół, gdy upadała.

- Dlaczego pani to zrobiła? Dlaczego zabiła pani męża?

- Nikt inny już go nie dostanie - wyszeptała ostatkiem sił. - Teraz jest tylko mój. Na zawsze.

- A córka? Chyba nie chciała pani jej zastrzelić?

Głos Marianne Tildem stawał się coraz bardziej niewyraźny.

- Przecież nie mogę zostawić jej samej na tym świecie - wyszeptała jeszcze. - Powinna być...

Jej głowa opadła. Pani Tildem nie żyła.

- To jest właśnie najniebezpieczniejsze u samobójców: Zawsze próbują pociągnąć  za sobą  innych - powiedział stary 

Tildem.

- No, może nie zawsze. Ale przynajmniej udało się nam uratować dziewczynkę.

Spojrzeli  na  siebie  nawzajem  z  ogromnym  niepokojem.  No  bo  jak  teraz  uzyskają  odpowiedzi  na  wszystkie  te 

zagadki, których jeszcze nie zdołali rozwikłać?

Małżonkowie Tildem i ich syn zostali pochowani na niewielkim cmentarzu w drugim końcu Lindehede mniej więcej 

w tym samym czasie, co dwie ofiary Marianne Tildem: Gunvor Tvedt i Kit Thomassen. Nikt z zewnątrz się nie dowiedział, 

co tak naprawdę stało się z owymi dwiema kobietami. Rozpowszechniono wersję, że znaleziono je martwe w lesie i że ich 

morderca  - który też już nie  żył - był psychicznie chory. Pobyt trzech pozostałych osób w szpitalu trzymano w całkowitej 

tajemnicy. Zamierzano  ujawnić  całą  prawdę  dopiero  wtedy, gdy  po  przejściu  operacji pacjenci  będą  mogli  się  pokazać 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

27 / 32

background image

swoim rodzinom.

Starego Tildema  umieszczono  w domu starców, gdzie  niedługo potem zmarł, mała  Alice  zaś trafiła  do życzliwych 

ludzi, którzy obiecali uczynić wszystko, by dziewczynka jak najszybciej zapomniała tragiczne wydarzenia z Lindehede.

Unni została przewieziona do szpitala  w Oslo na  obserwację. Środek odurzający zastosowany przez doktora  Hundta 

nadal jeszcze działał:  dziewczyna  czuła  się  dziwnie i nieswojo, jak twierdziła. Być może  jej długi powrót do zdrowia miał 

swą przyczynę także w tym, że w szpitalu odwiedzał ją dzień w dzień młody Rosenlund.

Odd i Nils nigdy nie rozmawiali o Lindehede. Pewnego dnia jednak Stein spytał obojętnym tonem:

- A co tam z Unni?

Nils Wangen uśmiechnął się szeroko.

- Bardzo dobrze. Racja, przecież miałem cię pozdrowić. Byłem u niej tydzień temu. Zapomniałem.

-  To  do  ciebie  podobne. Tak  czy  inaczej  dziękuję. I  ja  powinienem ją  odwiedzić, ale  wciąż  mam tyle  spraw  na 

głowie...

Wangen uśmiechnął się jeszcze szerzej.

-  Powtórzę  ci,  co  powiedziała:  „Pozdrów  swojego  kolegę,  wielkiego  Steina.  Straszny  z  niego  uparciuch.  To  taki 

facet, który nie ma  odwagi otworzyć  ust jak się należy, tylko cedzi przez  zęby słowa wielkiej wagi. Ale  mimo to słodki z 

niego nudziarz. Uwielbiam go!”

- Co to ma, do diabła, znaczyć!  - wykrzyknął zdumiony Stein. - Jak mam to rozumieć? Jako komplement czy raczej 

jako zniewagę?

- Jak wolisz.

-  Właściwie  ta  Unni okazała  się  całkiem rozsądną  dziewczyną  -  przyznał Odd Stein  niechętnie. -  Kiedy  się  z  nią 

spotkasz,  przekaż  jej moje  życzenia  powodzenia  w  karierze.  Może  być  z  niej  w  przyszłości dobry policjant. Jeśli tylko 

chce, będzie tu na nią czekać miejsce, kiedy wyzdrowieje.

Jak na Odda Steina były to słowa niemal najwyższego uznania.

- Zdaje się, że jej karierę diabli wzięli - rzekł Nils.

- Dlaczego? Czy została tak poważnie skaleczona tą strzałką?

- Nie strzałką, tylko raczej strzałą Amora. Unni ma zamiar wyjść za mąż za naszego Rosenlunda o pięknych oczach i 

zrezygnować ze studiów kryminalistycznych na rzecz zmywania i pieluch.

Odd  poczuł się  bezradny. Nie  potrafił  pojąć, dlaczego, słysząc te  słowa, doznał bólu, tak  jakby zjadł jakąś palącą 

truciznę.

-  Poza  tym Rosenlund ma  nad  nami, starymi prykami, ogromną  przewagę:  Jest to porządny  mężczyzna, który  nie 

pali - oświadczył Wangen.

- Zrezygnować ze wszystkiego, do czego przywykłem, zanim ją poznałem? To idiotyczne! - mruknął Stein.

Nieoczekiwanie rzucił na stół pudełko zapałek i to samo zrobił z niezapalonym papierosem.

ROZDZIAŁ XI

Odd Stein obudził się nagle i usiadł na łóżku.

Gdzie on jest?

Słońce zaglądało do czystego, ale już trochę zniszczonego hotelowego pokoju.

Lindehede? Jest znowu w Lindehede? Czyżby jakiś koszmarny sen?

Nie! To przecież rok 1950, a on wraca właśnie do domu do Oslo z delegacji. Minęło już jedenaście lat od chwili, gdy 

razem z Nilsem wyjeżdżał z Lindehede  z niemiłym uczuciem, że coś nie  zostało dokończone. Mimo że Marianne Tildem 

przyznała się do winy, obaj zaliczyli sprawę Lindehede do nielicznych, których nie udało się im wyjaśnić do końca.

Siedział przez chwilę na łóżku, żeby pozbierać myśli. Spojrzał na zegarek. Niemożliwe! Już prawie południe.

W pokoju był telefon. Odd westchnął i zamówił rozmowę z komisariatem w Oslo. Spytał o Nilsa Wangena. Chwała 

Bogu, zastał go w biurze.

- Nils? Czy byłeś zadowolony z naszej roboty w Lindehede?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Pauza trwała dosyć długo, po czym nastąpiła krótka odpowiedź:

- Nie!

Odd Stein znowu westchnął.

- Wczoraj wieczorem przejeżdżałem tamtędy. Potem myślałem o tej sprawie przez  całą  noc. Będę  w Oslo za  dwie 

godziny. Możesz na mnie poczekać?

- Jasne - odparł Wangen z przekonaniem.

Nils Wangen przywitał Steina bez zbędnych słów.

- Wiesz co, chodźmy coś zjeść - zaproponował. - Lepiej się myśli, kiedy mózg ma trochę paliwa.

Po obiedzie Odd opowiedział o nowym i zupełnie nieznanym Lindehede. Następnie spytał:

- Powiedz mi, Nils, co najbardziej nie dawało ci spokoju w tej sprawie?

Wangen zawahał się przez moment.

-  Nie  wiem -  odparł z  ociąganiem. -  Coś bardzo  dziwnego, coś, co  powinniśmy  byli  zrobić. Ale  oczywiście  także 

pytania,  na  które  nie  znaleźliśmy  odpowiedzi.  Marianne  Tildem  odebrała  sobie  życie,  zanim  zdążyła  nam  wszystko 

wyjaśnić.

- No właśnie! Ciągle jeszcze pozostało tyle znaków zapytania.

- Jak choćby ten Per Erik. Dlaczego akurat jego oszczędzono? I skąd się brał ten niesamowity dźwięk?

- I  dlaczego Tildemowie wynieśli się z poprzedniego miejsca zamieszkania, z Kristiansand? Dlaczego młody Hugo 

Tildem zareagował aż tak gwałtownie, gdy tylko usłyszał o tym kocie?

- Po twoim telefonie w południe przez chwilę zająłem się tą sprawą. Okazuje się, że Krauss i jego żona wyjechali do 

Niemiec  i tam ślad po nich zaginął. Doktor  Hundt pojawiał się  to tu, to  tam w Europie i Norwegii w  równych odstępach 

czasu, ale ostatnia plotka głosi, że się kończy. Rak czy coś takiego. Mieszka gdzieś za granicą.

- Czyli jest tylko jedna osoba, która może nam udzielić odpowiedzi - stwierdził Odd, kiwając głową.

- Jest już dorosłą kobietą - dodał Nils. - Chyba nie przeżyje szoku na wspomnienie tej tragedii?

- Przekonamy się.

Wrócili do komisariatu i od razu przystąpili do żmudnego poszukiwania śladu Alice Tildem. W książce telefonicznej 

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

28 / 32

background image

jej nazwisko nie widniało.

Wreszcie, po  wielu  rozmowach  telefonicznych, dotarli do  tych  serdecznych  ludzi,  którzy  zajęli  się  dziewczynką 

przed laty. Mieszkali w Kongsbergu.

-  Alice  Tildem?  -  powtórzył  kobiecy  głos  w  słuchawce.  -  Oczywiście,  że  ją  pamiętam.  Takich  dzieci  się  nie 

zapomina... Przebywała  u  nas  tylko  pół roku... Nie, nie  udało  nam się  nawiązać  z  nią  kontaktu. Te  straszne  przeżycia 

spustoszyły jej psychikę... Owszem, gdzieś mam jej nowy adres.

- Biedna mała - bąknął Wangen, gdy Odd relacjonował mu potem rozmowę. - To musiał być dla niej straszny szok. 

Zwłaszcza śmierć matki.

Pod nowym numerem telefonu jakaś kobieta wyjaśniła powściągliwie, że Alice  Tildem przebywała u nich zaledwie 

kilka miesięcy.

I skończyło się podobnie jak w poprzedniej rodzinie. Odd, odkładając słuchawkę, myślał o czymś intensywnie.

- Dziesięć różnych domów w ciągu sześciu lat! Jak bardzo samotne musiało czuć się to dziecko!

Okazało się jednak, że i dla niej zaświeciło światełko. Alice Tildem zaczęła uczyć się w szkole wyższej i choć jej nie 

skończyła, chyba bardzo dobrze jej to zrobiło. Później zapisała się na kurs dla personelu medycznego i wytrwała do końca. 

Wyglądało na to, że odnalazła swoją drogę w życiu. I wtedy zmieniła nazwisko. Od tamtej pory nazywała się Solveig Dahl.

- Trudno jej się  dziwić  - westchnął Nils. - Prawdopodobnie pragnęła  uciec  w ten sposób od bolesnych wspomnień. 

A co mówią o niej ludzie?

-  Nic  -  odparł  Odd  Stein.  -  Udzielali  mi  tylko  krótkich  i  rzeczowych  wyjaśnień.  Zdaje  się,  że  Alice  zupełnie 

zamknęła  się  w  sobie i  nie  udało jej się  nawiązać żadnego kontaktu  z innymi. Szczególnie trudno było jej  wtedy, gdy  w 

rodzinie znajdowało się choćby jeszcze jedno dziecko.

- Może powinniśmy spytać o nią Unni. Możliwe, że coś o niej słyszała - zaproponował Nils.

Odd Stein zacisnął usta. Jego podwładny dodał szybko:

- Unni pracuje teraz w Sądzie Najwyższym.

- Co takiego? Myślałem, że...

- Nie, nie  wyszła  za mąż  za Rosenlunda. Bardzo szybko oboje  się przekonali, że Unni zanadto przewyższa  go pod 

względem intelektualnym. A taki brak równowagi zwykle szkodzi miłości. I dlatego Unni zaczęła wspinać się po stopniach 

kariery.

- Całkiem rozsądnie - bąknął Odd.

Na chwilę popadł w zadumę. Zamyślony, stukał palcami o blat biurka. Potem ocknął się i zajrzał do notesu.

- Ostatni adres Alice to jakiś szpital w pobliżu Oslo. Może się tam wybierzemy.

Przyjął ich dyrektor personalny.

- Nie, Solveig Dahl już u nas nie pracuje. Otrzymała lepszą posadę.

Wangen jęknął cicho. Czy ta ich wędrówka  nigdy  się  nie skończy? Można  było odnieść wrażenie, że Alice Tildem 

bawi się z nimi w ciuciubabkę.

- Czy była dobrą pielęgniarką? - spytał Odd Stein.

- Asystentką  - skorygował mężczyzna. Zawahał się. -  Raczej tak. Oczywiście zdarzały się  na  nią  i skargi, nie  była 

może wystarczająco uprzejma, ale nieprawdopodobnie zdolna. Mógłby z niej być całkiem dobry lekarz.

- Czy ma pan jej nowy adres?

- Gdzieś tu powinien być...

Zaczął szukać w swojej kartotece.

- Jest! Mam go. No więc, Solveig Dahl przeniosła się do... do Svaleby.

Odd i Nils popatrzyli na siebie, zaskoczeni. Wreszcie Stein zapytał zduszonym głosem:

- Domyślam się, że również tam znalazła sobie podobną pracę.

- Tak, zatrudniła się w jakimś domu opieki czy czymś podobnym.

- Dziękujemy - powiedział. - Dziękujemy za pomoc.

Już przy samochodzie rzekł:

- Muszę zadzwonić w kilka miejsc.

- Do kogo?

-  Do Kristiansand. Tildemowie  mieszkali tam przed przeniesieniem się  do Lindehede. I  do  jednej z tych rodzin, z 

którymi dzisiaj rozmawiałem. Do którejś z większą liczbą własnych dzieci.

- Musimy się pospieszyć. Niedługo zamykają wszystkie urzędy pocztowe.

Znaleźli budkę telefoniczną. Odd zaczął gorączkowo kartkować książkę telefoniczną.

- Naprawdę myślisz, że Unni wie coś nowego? Nie, to niemożliwe. Gdzie jest książka Kristiansand?

- Ale co nam szkodzi ją spytać - nie dawał za wygraną Nils. - Na pewno jeszcze jest w biurze.

- Naprawdę nie wiem... No dobrze, ale ty będziesz rozmawiać.

Odd Stein wszedł za Nilsem do budki. Zrobiło się w niej dosyć ciasno.

Unni była w biurze, Odd słyszał z daleka jej jasny głos. Stał bardzo blisko Nilsa i śledził przebieg rozmowy.

- Co za niespodzianka! Nils Wangen! Cześć! Kopę lat. Co u ciebie słychać?

- W porządku. A u ciebie?

- Też dobrze.

- Nie wyszłaś jeszcze za mąż?

- Nie, a ty się ożeniłeś?

- Na razie nie. Ale chyba już niedługo... Posłuchaj, Unni, czy wiesz może coś o...

Przerwała mu.

- A co słychać u twojego szanownego szefa Odda Steina? Ożenił się?

- Nie, on nie ma czasu na takie rzeczy. Całe życie poświęcił zwalczaniu przestępczości.

-  Daj już  spokój tym  bzdurom,  Nils  -  ofuknął  go  Odd. -  Dzień dobry,  Unni -  rzekł  do słuchawki  uprzejmie, ale 

oschle. - Chcielibyśmy spytać cię o kilka szczegółów związanych z Lindehede. Czy potem nigdy już nie słyszałaś o Alice 

Tildem?

- O tej małej dziewczynce? Nie, ale muszę przyznać, że to mnie interesuje. Tylko teraz mam niestety mnóstwo pracy. 

Może spotkamy się wieczorem?

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

29 / 32

background image

Jej głos był miękki i ciepły.

- Ale Nils chyba gdzieś dzisiaj wyjeżdża - powiedział Odd nie bez wahania.

-  Wobec  tego  niech  pan  przyjdzie  sam.  Najlepiej  do  mnie  do  domu,  adres  jest  w  książce  telefonicznej. 

Porozmawiamy sobie też o tym, jak minęły nam te lata.

- Dziękuję za zaproszenie. Postaram się przyjść. Ale to może być późno.

- Nie szkodzi. Jestem cały czas w domu. Serdecznie zapraszam, byłoby miło znowu pana zobaczyć.

- Mnie również - odparł krótko. Gwałtownym ruchem odłożył słuchawkę, a widząc szeroki uśmiech na twarzy Nilsa, 

spytał dosyć szorstkim tonem: - Nie zamówiłeś jeszcze Kristiansand?

Stein znał bardzo dobrze również tamtejszego komendanta.

-  Witam  cię,  witam.  Mówi  Odd  Stein.  Czy  mógłbyś  trochę  cofnąć  się  w  czasie?  Do  roku  tysiąc  dziewięćset 

trzydziestego  czwartego. Już  raz  cię pytałem, czy właśnie  w  tamtym roku  nie wydarzył się  u was jakiś  skandal, i  wtedy 

twoja odpowiedź brzmiała: nie. Pytam cię dzisiaj znowu o to samo. Ten skandal mógł dotyczyć dziecka, siedmiolatka?

Obaj stali nadal w budce  telefonicznej. Czekali w  napięciu, podczas gdy komendant z Kristiansand przeglądał stare 

kartoteki.

Po chwili ponownie usłyszeli jego głos.

- Trzydziesty czwarty? Widzę, że jest tu niemała porcyjka do przejrzenia. Zobaczmy, co tu mamy... Rabunek, pijacka 

burda, oszustwo, znowu rabunek. Jakaś awantura, znowu awantura, ludzie nie umieli żyć spokojnie.

Zamilkł.

- No, co tam? - dopytywał się Stein.

- Poczekaj, poczekaj! Chyba coś znalazłem. Ale rok wcześniej, w trzydziestym trzecim.

- To nie ma znaczenia!

-  Jak widzę, sprawa  została  umorzona. Zatuszowana. Mały  chłopiec  o mało  nie został zamordowany przez... Boże 

uchowaj! Przez zaledwie sześcioletnią dziewczynkę. Trzeba przyznać, to pomysłowe dziecko. Chłopiec został przywiązany 

do drzewa i tam poddano go torturom. Na szczęście odnaleziono go w porę. Jest tu jeszcze jakiś dopisek: „Inne dzieci z tej 

samej ulicy  mówią, że  dziewczynka  lubiła  je  straszyć  w  jakiś  wyjątkowo  niemiły  sposób”.  Jej  rodzice  zapłacili  jakieś 

bajońskie grzywny i wynieśli się z miasta.

- Nie poddano jej żadnym badaniom lekarskim?

-  Jest  tu  krótka  wzmianka  o  badaniu  psychiatrycznym. „Dziewczynka  pozostawała  pod  wpływem  negatywnego 

przeżycia,  jakie  wywołała  u  niej  wizyta  w  cyrku, kiedy  miała  cztery  lata. Była  świadkiem  ciężkiego  poranienia  tresera 

przez  tygrysa.  Wspomnienie  to  prawdopodobnie  na  długo  utrwaliło  się  w  jej  pamięci, należy  jednak  przypuszczać,  że 

solidaryzowała  się  nie  z  poszkodowanym, tylko  z  tygrysem. Poza  tym dziewczynka  sprawia  wrażenie  bardzo rozsądnej. 

Nie istnieje ryzyko powtórzenia incydentu”.

-  To tyle  -  powiedział  Odd, kończąc  rozmowę. -  Chciałbym  teraz  skontaktować  się  z  tą  wielodzietną  rodziną, u 

której mieszkała.

Kobieta  chętnie  odpowiadała  na  pytania.  Czy  można  powiedzieć,  że  jej  dzieci  zachowywały  się  z  rezerwą  w 

stosunku do Alice?

Tak, to prawda, potwierdziła kobieta. Nigdy nie  udało jej się ustalić, z  jakiego powodu, ale  wie, że  jedno z  dzieci 

nazwało Alice sadystką i odmówiło zabawy z nią. Nic więcej nie potrafiła powiedzieć, a dzieci akurat nie było w domu.

Stein zadzwonił następnie do komisariatu w Oslo i poprosił do telefonu Håkona Svendsena.

- Czy ta kierowniczka domu starców, na którą wpłynęło doniesienie to młoda osoba?

- Bardzo młoda. Nie ma dwudziestu pięciu lat.

Na twarzy Odda wyraźnie było widać napięcie.

W budce zrobiło się tak duszno, że wprost nie dawało się oddychać. Ale żaden z nich w ogóle o tym nie myślał.

- Powiedz mi, Håkon, czy w oskarżeniu mowa jest też o sadystycznym zachowaniu?

- Oczywiście. To jeden z głównych zarzutów. Najstarsi pacjenci, a zwłaszcza ci przykuci do łóżka, opowiadają jakieś 

nieprawdopodobne  historie. Mówią,  że  kierowniczka  straszyła  ich,  miaucząc  jak  kot. A  właściwie  nie  miaucząc, tylko 

skrzypiąc, chrzęszcząc, zgrzytając zębami czy coś w tym rodzaju. Coś zupełnie obłędnego, no wiesz, jacy są starzy ludzie, 

potrafią wymyślić niestworzone rzeczy. Przecież wielu ludzi zgrzyta zębami i nie ma w tym nic dziwnego.

- Ale raczej nie w ten sposób - bąknął Odd. - Czy ta kierowniczka nazywa się Solveig Dahl?

- Tak.

- Gdzie ona teraz jest?

-  Właśnie  była  tu  przed  chwilą.  Chodziło  o  wprowadzenie  jakichś  danych  do  protokołu.  Chyba  już  wyszła  z 

budynku,

- Zatrzymaj ją, Håkon! I to szybko!

Håkon Svendsen najwyraźniej się zawahał.

- Myślisz, że to ona... że ona jest winna? Tych wszystkich morderstw i tych sadystycznych zachowań?

- Nie mam najmniejszych wątpliwości. Zatrzymaj ją, Håkon, już jedziemy!

Biegli po schodach do swojego biura. Nad miastem zapadł zmrok, na ulicach zapaliły się latarnie.

- To dlatego Hugo  Tildem  doznał szoku, kiedy  usłyszał o  kocie  - powiedział Nils. -  Bo oczywiście  znał potworną 

skłonność swojej siostry do naśladowania kotów. Pamiętał też na pewno epizod z Kristiansand.

- A Marianne Tildem zemdlała, kiedy o tym usłyszała. Nikt jednak nie  przywiązywał do tego wagi, bo przecież parę 

minut wcześniej Hugo rozbił się o drzewo.

Z kierowniczką domu starców Solveig Dahl spotkali się w gabinecie Steina.

Mimo upływu jedenastu lat obaj policjanci nie mieli wątpliwości, że to Alice Tildem.

Wyrosła na całkiem ładną kobietę. Urody dodawały jej śnieżnobiałe mocne zęby i jasne włosy.

Tylko oczy wzbudzały przerażenie. Bił z nich dziwny blask, który w odróżnieniu od łobuzerskiego błysku w oczach 

jej brata emanował złem.

W pierwszej  chwili  spojrzenie  dawnej Alice  niczego  nie  zdradzało,  ale,  przyjrzawszy  się  im  bliżej,  nie  potrafiła 

ukryć, że gdzieś w zakamarkach pamięci odnalazła obraz Steina.

-  Widzę, że  sobie  nas  przypominasz  -  powiedział  zdecydowanie detektyw. - Wiemy już, że  to ty  byłaś asystentką 

doktora Hundta i że nawet jego przerażałaś. Może zechciałabyś nam teraz opowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

30 / 32

background image

Na twarzy Alice pojawił się drwiący uśmiech.

- Mamy niezbite dowody i takich świadków, że nie uda ci się uniknąć oskarżenia o popełnienie morderstwa w domu 

starców. Lepiej więc będzie, jeśli opowiesz wszystko od samego początku, od Lindehede.

- Czy taki superdetektyw jak pan nie potrafi dojść do tego sam? Musi pytać?

-  Nie, wcale  nie  muszę  tego  robić - odparł Odd. -  W parku na  wysokim dębie znajdowała  się  niewielka  ambonka. 

Przyjmijmy, że siedziałaś na niej akurat tego dnia, kiedy  twoja  matka  zabiła  swoją rywalkę, Gunvor Tvedt. Powściągałaś 

swoje skłonności przez dwa, trzy lata od czasu, gdy omal nie zabiłaś małego chłopca w Kristiansand. Morderstwo, którego 

byłaś świadkiem, rozbudziło  na nowo twoją chorą  wyobraźnię. Nie mogłaś zapomnieć  tego, co zobaczyłaś. W najbliższe 

wakacje twój brat przyjechał do domu z Kit Thomassen. Pewnie była dla ciebie niemiła, prawda?

W oczach Alice pojawił się lodowaty błysk.

-  Była  po  prostu  nie  do  wytrzymania. „Spływaj stąd, ty  smarkulo!”, mówiła. Ale  po  pewnym  czasie  zrozumiała 

chyba, że nie jestem wcale żadną smarkulą, o, nie!

- Jak to zrobiłaś?

Nie próbowała już zaprzeczać. Wyglądała raczej na zadowoloną z siebie.

-  Leżałam  na  czatach  ukryta  w  żywopłocie.  Wiedziałam,  że  będzie  tamtędy  przechodzić.  Przygotowałam  więc 

pułapkę  na  drodze.  Potknęła  się  i  upadła.  Wtedy  ja  wyczołgałam  się  z  zarośli,  zarzuciłam  jej  na  szyję  cienką  linkę, 

szarpnęłam i już. Bajecznie  proste!  A potem zrobiłam  tak  samo  jak mama:  wciągnęłam  ją  między  zarośla  żywopłotu  i 

ukryłam w grobowcu.

Odd pokiwał głową.

- Była w takim stanie, że nie mogliśmy ustalić przyczyny jej śmierci. A potem do majątku przyjechał doktor Hundt. 

Oboje  rodzice  ulegli  jego  szantażowi,  choć  jedno  nie  wiedziało  o  drugim.  Czy  to  znaczy,  że  to  ty  wyjawiłaś  temu 

niebezpiecznemu eksperymentatorowi makabryczną tajemnicę twojej matki?

Alice skinęła głową z wyraźną dumą.

-  Od  razu  przypadliśmy sobie  do  gustu. Doktor  Hundt  opowiadał mi tyle  cudownych  historii, że  i ja  nie  miałam 

przed nim sekretów. Pokazałam mu grobowiec. Spytał mnie, czy nie mam ochoty zarobić trochę pieniędzy - na rower i inne 

rzeczy, o których marzę. Mogliśmy  współpracować  tylko  w naszym  domu, bo on  nie  mógł  pokazywać  się  nigdzie  poza 

murami majątku. Potrzebował trzech młodych ludzi do swojego eksperymentu. Nie  musiałam ich wcale zabijać. Dostałam 

niewielką  strzelbę  ze strzałami. Ten otwór w żywopłocie, tuż  przy  jeziorze, w  którym  znikali ludzie, był, jego  zdaniem, 

wyśmienitym miejscem.

Alice Tildem opowiadała z ożywieniem.

- I w ten sposób miałaś możliwość się wykazać. Na początku tylko straszyłaś ofiary - wtrącił Odd.

- Przecież człowiek musi się jakoś zabawić - prychnęła. - Kiedy byłam mała, mieliśmy kota, który wydawał z siebie 

takie  śmieszne  dźwięki.  Umiałam  go  bardzo  dobrze  naśladować,  ćwiczyłam  to  tak  często,  że  doszłam  wreszcie  do 

absolutnej  perfekcji. Miauczałam i zgrzytałam zębami zupełnie  jak kot, tylko znacznie  głośniej. Mówię  wam, słysząc  to 

ludzie podskakiwali jak wystrzeleni z procy.

- Asystowałaś przy operacjach doktora Hundta?

- Przecież musiał mieć kogoś do pomocy. A ja byłam, według niego, bardzo dobra. To naprawdę wspaniały czas!

- Ale jednej z ofiar pozwoliłaś uciec. Mam na myśli Pera Erika. Dlaczego?

W oczach Alice pojawił się wyraz rozmarzenia.

-  Kiedy chodziłam  do  szkoły  we  wsi, Per  Erik  powiedział  mi  raz, że  będę  kiedyś  bardzo  ładna. I  miał  rację.  W 

pierwszej chwili go nie poznałam, bo był w płaszczu od deszczu.

Okazuje się, że i w tym monstrum drzemały jakieś uczucia!

-  Wiemy dzisiaj  aż  nadto  dobrze, dlaczego  Himmler i jego ludzie  byli zainteresowani tego rodzaju potworami jak 

doktor Hundt. Znalezienie trójki pacjentów dla doktora zajęło ci jednak sporo czasu.

-  Nie  chciał  ich  mieć  wszystkich  naraz.  Jego  eksperyment  był  tak  szeroko  zakrojony,  że  po  prostu  nie  mógłby 

pracować nad więcej niż jedną osobą w tym samym czasie.

- A jednak zaatakowałaś Unni.

Alice prychnęła znowu ze złością.

- Wyglądała na strasznie głupią. Miałam ochotę trochę ją podrażnić. Doktor Hundt zezłościł się wtedy na mnie.

- A potem pozwoliłaś, żeby matka wzięła na  siebie winę  za  wszystkie twoje  zbrodnie. Zastrzeliła  Gunvor Tvedt, to 

nie  ulega  wątpliwości. Ale  to  ty  nasunęłaś  mi  to  podejrzenie,  co  gorsza,  próbowałaś  mnie  przekonać,  że  matka  jest 

zazdrosna o wszystkich młodych ludzi. Kiedy oskarżono ją także  i o te zbrodnie, których  nie  popełniła, nie protestowała. 

Rozumiała bowiem, że to ty jesteś winna.

- Nie była zbyt mądra. Pamięta pan, chciała mnie zastrzelić!

-  Uważała, że  tak będzie  najlepiej, i dla ciebie, i dla  wszystkich  wkoło. No, myślę, że pora  sprowadzić kogoś, kto 

umieści cię w więzieniu.

Alice Tildem wzruszyła ramionami.

- Co za różnica. I tak zaraz z niego wyjdę.

- Nie sądzę.

- Zaskarżę wyrok.

-  Nic  ci  z  tego  nie  przyjdzie.  Ponieważ  twoja  sprawa  trafi  do  rąk  naszej  dawnej  wspólnej  znajomej  Unni. Ona 

pracuje teraz w Sądzie Najwyższym.

- Ona? Ta głupia gęś? - wybuchła Alice. - Nie wierzę!

- Możesz nie wierzyć.

Stein zadzwonił po sierżanta, który miał wyprowadzić podejrzaną.

Niemal  w  tym  samym  momencie  obaj  z  Wangenem  aż  podskoczyli. Alice  Tildem  wydała  z  siebie  przedziwny 

dźwięk, przypominający jakiś głęboki skowyt lub coś w tym rodzaju. Czegoś tak okropnego nigdy dotąd nie słyszeli.

Gdy  ujrzała  przerażoną  twarz  Nilsa  Wangena,  roześmiała  się  głośno,  Odd  Stein  zaś  odwrócił  się  do  niej  z 

uśmiechem pełnym pogardy.

- To przecież żałosne i całkiem niedorzeczne!

Alice Tildem wpadła we wściekłość. Gdy wyprowadzano ją z pokoju, wykrzykiwała pogróżki pod adresem Steina.

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

31 / 32

background image

- Myślisz, że ona kiedyś wyjdzie? - spytał Nils niemal z lękiem.

- Nieprędko.

- Czy ona jest chora umysłowo?

-  Nie, wręcz  przeciwnie. Umysł ma bardzo jasny. Ale  samouwielbienie, uczuciowy chłód, aspołeczne zachowania, 

wszystko to wskazuje na jedno: psychopatka o przestępczych skłonnościach. Mamy odpowiednie miejsce dla takich.

- Właściwie chyba ten epizod z tygrysem i treserem spowodował to wszystko?

-  Nie, on  jedynie  wyzwolił  zło,  jakie  w  niej  już  tkwiło. Przypomnij  sobie  słowa  psychiatry,  który  stwierdził, że 

współczuła tygrysowi, a nie rannemu człowiekowi.

Odd Stein, głęboko westchnąwszy, zamknął teczkę z aktami dotyczącymi sprawy Lindehede.

-  Nareszcie!  To  dlatego  ta  sprawa  ciągle  nas  męczyła  i  wydawała  się  nam  niezakończona.  Bo  czuliśmy 

podświadomie, że coś jeszcze pozostało do wyjaśnienia.

-  Trudno  uznać  jej  rozwiązanie  za  szczęśliwe,  ale  przynajmniej  nie  będą  nas  dręczyć  wyrzuty  sumienia.  Może 

zapalimy sobie z tej okazji? Na szczęście nie ma tu żadnej zrzędy, która zmuszałaby nas do otworzenia okna.

Odd popadł w zadumę.

- Czy ja wiem? Właśnie postanowiłem, że rzucam palenie.

- Co takiego?

Na  twarzy  Steina  pojawił  się  niezwykle  ciepły  uśmiech. Nils  nigdy  dotąd  nie  widział  takiego  wyrazu  twarzy  u 

swojego szefa.

-  Czy  mógłbyś  tu  zrobić  porządek, Nils? Bo ja  trochę  się  spieszę, wychodzę  dziś wieczorem. Chciałbym jeszcze 

wpaść do domu, żeby się przebrać. W coś eleganckiego!

MARGIT SANDEMO - NIEROZWIKŁANA ZAGADKA

32 / 32