background image

STAR WARS                                                                                            lata 

Michael Reaves Darth Maul - łowca z mroku                             

- 32 

Terry Brooks Część I. Mroczne widmo - 

- 32 

Greg Bear Planeta życia  

- 29 

R.A. Salvatore Część II. Atak klonów  

- 21,5 

A.C. Crispin Rajska pułapka  

- 10...0 

A.C. Crispin Gambit Hunów  

- 10...0 

A.C. Crispin Świt Rebelii  

- 10...0 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów  

- 4 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona  

- 3 

L. Neil Smith Lando Carlfssian i Gwiazdogrota Thon Boka  

- 3 

Brian Daley Przygody Hana Solo  

- 2 

George Lucas Nowa nadzieja  

Kevin Andersen Opowieści z kantyny Mos

 

Eisley  

0...3 

Peter Schweighofer (red.) Opowieści z Imperium  

0...3 

Peter Schweighofer, Craig Carey (red.) Opowieści z Nowej Republiki  

0...3 

Alan Dean Foster Spotkanie na Mimban  

Donald F. Glut Imperium kontratakuje  

Kevin Andersen Opowieści łowców nagród  

Steve Perry Cienie Imperium  

3, 5 

K.W. Jeter Mandaloriańska zbroja  

K.W. Jeter Spisek Xizora  

K.W. Jeter Polowanie na łowcę  

James Kahan Powrót Jedi 

Kathy Tyers Pakt na Bakurze  

Michael Stackpole X-wingi. Eskadra Łotrów  

6,5...7 

Dave Wolverton Ślub księżniczki Lei  

Timothy Zahn Dziedzic Imperium 

Timothy Zahn Ciemna Strona Mocy  

Timothy Zahn Ostatni rozkaz  

Kevin J. Anderson W poszukiwaniu Jedi  

11 

Kevin J. Anderson Liczeń Ciemnej Strony  

11 

Kevin J. Anderson Władcy Mocy  

11 

background image

Michael Stackpole Ja, Jedi 

11 

Barbara Hambly Dzieci Jedi  

12 

Kevin J. Anderson Miecz Ciemności  

12 

Barbara Hambly Planeta zmierzchu  

13 

Vonda N. Mclntyre Kryształowa Gwiazda  

14 

Michael P. Kube-McDowell Przed burzą  

16 

Michael P. Kube-McDowell Tarcza kłamstw  

16 

Michael P. Kube-McDowell Próba tyrana  

17 

Kristine Kathryn Rusch Nowa Rebelia  

17 

Roger MacBride Allen Zasadzka na Korelii  

18 

Roger MacBride Allen Napaść na Selonif  

18 

Roger MacBride Allen Zwycięstwo na Centerpoint  

18 

Timothy Zahn Widmo przeszłości  

19 

Timothy Zahn Wizja przyszłości  

19 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Spadkobiercy Mocy  

23 

Kevin J. Andersen, R. Moesta Akademia Ciemnej Strony  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Zagubieni  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Miecze świetlne  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Najciemniejszy rycerz  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Oblężenie Akademii Jedi  

23 

 

NOWA ERA JEDI 

R.A. Salvatore Wektor pierwszy  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja  

25 

James Luceno Agenci chaosu I: Próba bohatera  

25 

James Luceno Agenci chaosu II: Zmierzch Jedi  

25 

Troy Denning Gwiazda po gwieździe  

25 

Kathy Tyers Punkt równowagi  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II

:

 Odrodzenie  

26 

 

 

background image

ALBUMY, ENCYKLOPEDIE, PRZEWODNIKI 

Jonathan Bresman Gwiezdne Wojny: Część I. Mroczne widmo - album 

Lauren  Bouzereau,  Jody  Duncan  Gwiezdne  Wojny:  Część  I.  Mroczne  widmo  - jak 

powstawał film 

Pod redakcją Deborah Cali Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje - album 

Pod redakcją Carol Titelman Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja - album 

Lawrence Kasdan, George Lucas Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi - album 

Bill Slavicsek Gwiezdne Wojny - przewodnik encyklopedyczny 

Bill Smith Ilustrowany przewodnik po broniach i technice Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po chronologii Gwiezdnych Wojen 

Daniel Wallace Ilustrowany przewodnik po planetach i księżycach 

Gwiezdnych Wojen 

Andy Mangels Ilustrowany przewodnik po postaciach Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po robotach i androidach Gwiezdnych Wojen 

Bill  Smith  Ilustrowany  przewodnik  po  statkach,  okrętach  i  pojazdach Gwiezdnych 

Wojen 

Kevin J. Anderson Ilustrowany wszechświat Gwiezdnych Wojen 

Ann  Margaret  Lewis  Ilustrowany  przewodnik  po  rasach  obcych  istot  wszechświata 

Gwiezdnych Wojen 

Mark Cotta Vaz Gwiezdne Wojny: Cześć II. Atak klonów - album 

background image

KEVIN J. ANDERSON 

REBECCA MOESTA 

 

 

 

NAJCIEMNIEJSZY 

RYCERZ 

(Przełożył Andrzej Syrzycki) 

background image

44 lata przed Nową nadzieją 

UCZEŃ JEDI 

33 lata przed Nową nadzieją 

Maska kłamstw 

Darth Maul: łowca z mroku 

32 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część I Mroczne widmo 

29 lat przed Nową nadzieją 

Planeta życia 

Nadciągająca burza 

22 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część II. Atak klonów 

20 lat przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny Część III 

10-8 lat przed Nową nadzieją 

TRYLOGIA HANA SOLO 

Rajska pułapka 

Gambit Huttów 

Świt Rebelii 

5-2 lata przed Nową nadzieją 

PRZYGODY LANDA CALRISSIANA 

Lando Calrissian i Myśloharfa Sharów 

Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona 

Lando Calrissian i Gwiazdogrota Thon Boka 

PRZYGODY HANA SOLO 

Han Solo na Krańcu Gwiazd 

Zemsta Hana Solo 

background image

Han Solo i utracona fortuna 

Rok 0 Gwiezdne Wojny, 

Część IV. Nowa nadzieja 

Gwiezdne Wojny 

Część IV. Nowa nadzieja 

0-3 lata po Nowej nadziei 

Opowieść z kantyny Mos Eisley 

Spotkanie na Mimban 

3 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część V. Imperium kontratakuje 

Opowieści łowców nagród 

3,5 roku po Nowej nadziei 

Cienie Imperium 

4 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część VI. Powrót Jedi 

Pakt na Bakurze 

Opowieści z pałacu Hutta Jabby 

WOJNY ŁOWCÓW NAGRÓD 

Mandaloriańska zbroja 

Spisek Xizora 

Polowanie na łowcę 

6,5-7,5 roku po Nowej nadziei 

X-WINGI 

Eskadra Łotrów 

Ryzyko Wedge'a 

Pułapka z Krytos 

Wojna o Bactę 

background image

Eskadra Widm 

Żelazna Pięść 

Dowódca Solo 

8 lat po Nowej nadziei 

Ślub księżniczki Leii 

9 lat po Nowej nadziei 

X-WINGI: Zemsta Isard 

TRYLOGIA THRAWNA 

Dziedzic Imperium Ciemna Strona Mocy 

Ostatni rozkaz 

11 lat po Nowej nadziei 

Ja, Jedi 

TRYLOGIA AKADEMIA JEDI 

W poszukiwaniu Jedi 

Uczeń Ciemnej Strony 

Władcy Mocy 

12-13 lat po Nowej nadziei 

Dzieci Jedi 

Miecz Ciemności 

Planeta zmierzchu 

X-WINGI: 

Gwiezdne myśliwce z Adumara 

14 lat po Nowej nadziei 

Kryształowa Gwiazda 

16-17 lat po Nowej nadziei 

Trylogia KRYZYS CZARNEJ FLOTY 

Przed burzą 

Tarcza kłamstw 

Próba tyrana 

background image

17 lat po Nowej nadziei 

Nowa Rebelia 

18 lat po Nowej nadziei 

TRYLOGIA KORELIAŃSKA 

Zasadzka na Korelii 

Napaść na Selonii 

Zwycięstwo na Centerpoint 

19 lat po Nowej nadziei 

Duologia RĘKA THRAWNA 

Widmo przeszłości 

Wizja przyszłości 

22 lata po Nowej nadziei 

NAJMŁODSI RYCERZE JEDI 

Złota kula 

Świat Lyric 

Obietnice 

Wyprawa Anakina 

Forteca Vadera 

Ostrze Kenobiego 

23-24 lata po Nowej nadziei 

MŁODZI RYCERZE JEDI 

Spadkobiercy Mocy 

Akademia Ciemnej Strony 

Zagubieni 

Miecze świetlne 

Najciemniejszy rycerz 

Oblężenie Akademii Jedi 

Okruchy Alderaana 

Sojusz Różnorodności 

background image

Mania wielkości 

Nagroda Jedi 

Zaraza Imperatora 

Powrotna Ord Mantell 

Tarapaty w Mieście w Chmurach 

Kryzys w Crystal Reef 

25-30 lat po Nowej nadziei 

NOWA ERA JEDI 

Wektor pierwszy 

Mroczny przypływ I: Szturm 

Mroczny przypływ II: Inwazja 

Agenci chaosu I: Próba bohatera 

Agenci chaosu II: Porażka Jedi 

Punkt równowagi 

Ostrze zwycięstwa I: Podbój 

Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie 

Gwiazda po gwieździe 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Ogromne  drzewa  Massassów,  które  piętrzyły  się  nad  porastającą  Yavin  Cztery  gęstą 

dżunglą,  były  co  prawda  mniejsze  niż  gigantyczne  wroszyry  porastające  rodzimą  planetę 

Wookiego, ale Lowbacca uważał, że muszą mu wystarczyć. Zwłaszcza kiedy pragnął być sam 

i przebywać w miejscu, w którym mógłby zebrać myśli. 

Na  porośniętym  bujną  roślinnością  czwartym  księżycu  zapadał  zmierzch,  nadający 

wszystkim  barwom  intensywniejszy  odcień.  Lowie  wspinał  się  po  grubych  konarach 

najwyższego  drzewa  rosnącego  w  sąsiedztwie  wielkiej  świątyni,  która  była  siedzibą 

kierowanej  przez  Luke’a  Skywalkera  akademii  Jedi.  Świadomy,  iż  każdy  ruch  zwiększa 

odległość dzielącą go od ziemi, młody Wookie chwytał gałęzie pazurami i korzystając z siły 

mięśni długich rąk, przenosił ciężar chudego ciała z niższego poziomu na wyższy. Wydawało 

mu się, że jeżeli nie przestanie się wspinać, będzie mógł sięgnąć gwiazd... i znajdzie się bliżej 

domu. 

Przystanąwszy na chwilę, by odpocząć, wyciągnął rękę i pochwycił kosmaty zielony 

pęd dzikiej winorośli. Szarpnął, pragnąc się upewnić, czy utrzyma ciężar jego ciała, po czym 

posłużył się nim, żeby wspiąć się jeszcze wyżej. Musiał znaleźć się na samym wierzchołku. 

Tylko szczyt ogromnego drzewa wydawał się najodpowiedniejszym miejscem. 

Najodpowiedniejszym miejscem, aby w samotności oddawać się medytacjom. 

Upłynęło  wiele  czasu,  odkąd  przebywał  na  rodzimej  planecie,  Kashyyyku.  Prawdę 

mówiąc,  nie  widział  nikogo  z  najbliższej  rodziny od  czasu,  kiedy  odleciał  na  Yavin  Cztery, 

żeby  szkolić  się  na  rycerza  Jedi.  Podobnie  jak  siostra  i  rodzice,  uwielbiał  zajmować  się 

komputerami, ale nade wszystko pragnął rozwijać szczególny i trudny do określenia talent - 

umiejętność posługiwania się Mocą - którego nie wykazywał nikt inny spośród jego bliskich 

krewnych i przodków. 

Kiedy  Lowie,  niepewny  i  osamotniony,  przyleciał,  żeby  uczyć  się  w  akademii  Jedi, 

jego  wuj  Chewbacca  podarował  mu  gwiezdnego  skoczka  typu  T-23,  by  siostrzeniec  mógł 

latać  nad  dżunglę  na  dalekie  wyprawy.  Młody  Wookie  często  zabierał  na  nie  swoich 

przyjaciół:  Jainę,  Jacena  i  Tenel  Ka,  wojowniczkę  z  Dathomiry.  Czasami  jednak  pragnął 

spędzać  czas  z  daleka  od  innych  i  wówczas  wyprawiał  się  sam.  Czuł,  że  właśnie  teraz 

nadeszła taka chwila. 

Bardzo tęsknił za rodziną, a szczególnie za młodszą siostrą Sirrakuk. Zwłaszcza teraz, 

kiedy szybko zbliżała się bardzo trudna chwila w jej życiu... 

background image

Ciężko  westchnąwszy,  wyciągnął  długą  rękę,  żeby  wspiąć  się  jeszcze  wyżej,  w 

pobliże  miejsca,  gdzie  gęstwina  splątanych  gałęzi  służyła  jakimś  stworzeniom  za  gniazdo. 

Spłoszył  stado  skrzeczących  i  żarłocznych  drzewnych  gryzoni  zwanych  stintarilami. 

Zwierzęta żywiły się zazwyczaj wszystkim, co spotkały na swojej drodze i co się poruszało. 

Kiedy jednak Lowbacca ostrzegł je najgroźniejszym spośród wszystkich charakterystycznych 

dla  Wookiech  ryków,  stintarile  w  popłochu  rozbiegły  się  we  wszystkie  strony,  unosząc 

chmury kurzu i strącając mnóstwo zeschłych gałązek i liści. 

W  końcu  Lowbacca  wysunął  głowę  ponad  ostatnią  warstwę  liści  baldachimu,  na 

których  malowały  się  wszystkie  barwy  nadciągającego  zmierzchu.  Oparł  szerokie  płaskie 

stopy na grubym konarze i stał, zachwycony widokiem ciągnącym się po horyzont. Spoglądał 

na  bezkresną  dżunglę  otaczającą  go  niczym  ocean  zieleni  i  ruiny  prastarych  świątyń, 

wystające  tu  i  ówdzie  nad  powierzchnię.  Zbliżający  się  wieczór  drażnił  jego  nozdrza 

woniami, pośród których dominował zapach budzących się do życia nocnych kwiatów, jakich 

wiele  zdobiło  pędy  wijących  się  między  liśćmi  długich  winorośli.  Czuł  chłodną  wilgoć 

promieniującą od drzew Massassów i unoszącą się nad baldachimem liści w postaci delikatnej 

mgiełki, podobnej do powietrza wydychanego przez uśpioną dżunglę. 

Nisko nad horyzontem wisiała miedzianobrązowa tarcza gazowego giganta, Yavina - 

olbrzymiej kuli wirujących gazów, w tej chwili mającej barwę dogasających węgli. W pobliżu 

pomarańczowej  planety  krążyła  niewidoczna  dla  Wookiego  orbitalna  stacja  wydobywcza 

Landa  Calrissiana.  Ciemnoskóry  mężczyzna,  zapuszczając  się  w  sąsiedztwo  jądra  gazowej 

kuli, zajmował się chwytaniem drogocennych klejnotów corusca. 

Lowie odwrócił spojrzenie od zachodzącej planety i skierował je w przeciwną stronę, 

gdzie  horyzont  przybierał  ciemniejszą  barwę,  a  granat  nocnego  nieba  zdążyły  ozdobić 

rozsypane niczym pył iskierki gwiazd. 

Poszukał  wygodniejszego  miejsca,  w  którym  mógłby  się  oprzeć o  jakąś  rozłożystą 

gałąź drzewa Massassów. Stał nieruchomo, głęboko oddychając, napawał się widokiem drzew 

ciągnących się bez końca... i rozmyślał o Kaskyyyku. 

Powinien być spokojny, ale nie umiał przestać martwić się o siostrę. Nie mógł uczynić 

nic,  by  jej  pomóc,  a  poza  tym  to  ona  musiała  dokonać  wyboru  -  i  ponieść  wszystkie 

konsekwencje.  Mimo  to  Lowie  doskonale  znał  niebezpieczeństwa,  jakie  mogły  czyhać  na 

Sirrakuk  na  najniższych  poziomach  tropikalnych  lasów  porastających  powierzchnię  planety 

Wookiech. 

Drugimi  silnymi  palcami  musnął  perłowe  nitki  pasa,  splecionego  z  włókien,  które 

wykradł  z  bezlitosnych  szczęk  krwiożerczej  rośliny  zwanej  syreniowcem.  Odcięcie  włókien 

background image

ze środka kwiatu było bardzo trudną próbą, ale przeszedł ją zwycięsko. I to sam. 

Czując, że powietrze się ochładza, Lowie usiadł na gałęzi. Napływające ze wszystkich 

stron dżungli dźwięki stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze. Do życia budziły się nocne 

owady i drapieżniki szukające nowych ofiar. 

Zawieszony u pasa na biodrze miniaturowy android-tłumacz, Em Teedee, pozostawał 

niemy. Lowie wyłączył urządzenie, aby syntetyzowany piskliwy głosik nie przeszkadzał mu 

w rozmyślaniach. Niepomny na upływ czasu, siedział na samym wierzchołku gigantycznego 

drzewa.  Wiedział,  że  nie  zdąży  wrócić  do  akademii  Jedi,  żeby  spożyć  kolację,  ale  nie 

przejmował się tym ani trochę. 

Miał na głowie inne, ważniejsze sprawy. 

 

Kiedy  Jaina  Solo  skończyła  jeść  posiłek,  większość  pozostałych  uczniów  Jedi 

kształcących  się  w  wielkiej  świątyni  zdążyła  opuścić  przestronną  salę  pełniącą  funkcję 

jadalni. Zaabsorbowana własnymi myślami, dziewczyna pochłaniała ostatnie kęsy prażonych 

krabich  orzechów  i  solonych  owoców  boffa,  raz  po  raz  zbierając  sos  kawałkiem  świeżego 

chleba. 

Brat  bliźniak,  Jacen,  siedzący  obok  niej  przy  stole,  także  zjadł  dopiero  mniej  więcej 

połowę porcji. Wyglądało na to, że nic nie wie, iż po jego policzku powoli spływaj ą krople 

zielonkawego  syropu.  Chłopiec  paplał  jak  najęty,  co  chwilę  mrugając  powiekami 

bursztynowych oczu o odcieniu brandy i przeczesując palcami rozwichrzone włosy. 

- I w końcu udało mi się pochwycić tę żądlącą jaszczurkę w hangarze, w samym kącie 

lądowiska  -  mówił.  -  Przez  kilka  ostatnich  tygodni  przekonywałem  ją,  by  nie  obawiała  się 

wyjść z kryjówki. Może teraz dysponować całą nową klatką, którą dla mnie zbudowałaś, ale 

nie mam pojęcia, czym się żywi. 

Chłopiec przerwał na chwilę, tylko po to, żeby włożyć do ust kawałek jedzenia. 

Jaina kiwnęła głową, chociaż słuchała tylko jednym uchem. Niepokoiła się, dlaczego 

Lowbacca  nie  przyszedł  na  kolację.  Młody  Wookie  wyglądał  ostatnio  na  zatroskanego, 

zamkniętego w sobie i unikającego kontaktów nawet z przyjaciółmi. 

- Nie mówiąc już o tym, że wkrótce wylęgnie się kilka poczwarek z kokonów, które 

sporządziłem dla żukociem! - paplał podniecony Jacen. - Zamierzam większość wypuścić na 

wolność,  ale  dwie  zatrzymam  jako  okazy  doświadczalne.  Chcę  przekonać  się,  czy  będą  się 

rozmnażały  w  niewoli.  No  i  powinnaś  obejrzeć  te  naprawdę  fascynujące  błękitne  grzyby, 

które znalazłem nad rzeką w szczelinie między dwoma kamieniami. 

Przełknął  jeszcze  trochę  soku,  po  czym  uniósł  rękę  i  wyciągnął  w  górę  palce,  jakby 

background image

nagle o czymś sobie przypomniał. 

-  Ach,  tak,  właśnie  miałem  cię  o  to  zapytać.  Czy  mogłabyś  obejrzeć  klatkę 

kryształowego  węża?  Sądzę,  że  stworzenie  szykuje  dla  mnie  jakąś  niespodziankę.  Może 

nawet stara się znów umknąć z klatki? Sama wiesz, ile zamieszania może to wywołać. 

Jaina nie mogła powstrzymać krótkiego chichotu. Przypomniała sobie piekło, jakie się 

rozpętało,  kiedy  prawie  niewidzialny  wąż  umknął  z  niewoli.  Gad  ukąsił  wówczas 

zarozumiałego ucznia, Raynara, który pod wpływem tego ukąszenia natychmiast zasnął. Nie 

wszystkie kryształowe węże sprawiały jednak chłopcu kłopot. Inne takie stworzenie pomogło 

odwrócić  uwagę  Qorla,  zagubionego  pilota  imperialnego  myśliwca  typu  TIE,  kiedy 

mężczyzna  zamierzał  zaatakować  akademię  Jedi.  Nieco  wcześniej  bliźnięta  spotkały Qorla, 

który  po  wypadku,  jakiemu  uległa  jego  maszyna,  żył  jak  dobrowolny  pustelnik  głęboko  w 

ostępach dżungli porastającej Yavin Cztery. 

Jaina miała nadzieję, że stary pilot Imperium zachowa pamięć o pomocy, jakiej starali 

się  mu  udzielić.  Qorl  jednak  nie  okazał  się  ich  sprzymierzeńcem.  Rygorystyczne  szkolenie, 

jakiemu został poddany, kiedy kształcił się w imperialnej akademii, w końcu wzięło górę, a 

nawet okazało się bardziej zakorzenione, niż ktokolwiek mógł sądzić. Pilot powrócił w rejony 

wciąż  jeszcze  opanowane  przez  Imperium,  a  później  związał  swój  los  z  Akademią  Ciemnej 

Strony. 

Przenosząc  spojrzenie  na  brata,  dziewczyna  kiwnęła  głową.  W  końcu  ocknęła  się  z 

zadumy. 

- Dobrze - odparła. - Mogę rzucić okiem na klatkę twojego węża. 

Nagle  usłyszała  piskliwy  metaliczny  głosik  miniaturowego  androida.  Raptownie 

odwróciła głowę. 

-  Panie  Lowbacco,  muszę  nalegać,  żeby  odżywiał  się  pan  w  sposób  bardziej 

urozmaicony - mówił Em Teedee. - Znam normy żywieniowe obowiązujące dla istot pańskiej 

rasy,  i  wiem,  że  to,  co  pan  spożywa,  nie  wystarczy,  aby  dostarczyć  dorosłemu  Wookiemu 

odpowiedniej  energii...  chociaż  z  drugiej  strony  muszę  przyznać,  że  ostatnio,  zamiast 

oddawać  się  ćwiczeniom  fizycznym,  jest  pan  trochę  przygnębiony.  Pańska  dieta  powinna 

uwzględniać  przede  wszystkim  duże  ilości  czerwonego  mięsa,  które  zawiera  o  wiele  więcej 

protein niż te świeże owoce i warzywa, które ma pan w tej chwili na talerzu. 

Lowbacca, niosący tacę z pożywieniem, odpowiedział krótkim i mało przekonującym 

warknięciem.  Nie  rozglądał  się  po  wielkiej  stołówce,  żeby  wypatrzyć  przyjaciół  pośród 

innych uczniów Jedi. Usiadł przy pierwszym lepszym wolnym stole w samym kącie sali, po 

czym oparł się plecami o kamienną ścianę. 

background image

- Lowie!  -  Jaina  wstała  i  pospieszyła  w  stronę  porośniętego  długą  rudobrązową 

sierścią Wookiego. - Martwiliśmy się o ciebie. Dlaczego nie przysiadłeś się do naszego stołu? 

Lowbacca  warknął  w  odpowiedzi  coś  tak  krótkiego,  że  Em  Teedee  nawet  nie  zadał 

sobie trudu, by to przetłumaczyć. 

Jaina  odsunęła  drewniane  krzesło  i  usiadła  okrakiem  naprzeciwko  przyjaciela. 

Wsunęła  za  ucho  niesforny  kosmyk  długich  brązowych  włosów  i  nie  ukrywając  niepokoju, 

spojrzała na zmierzwioną sierść na głowie Lowiego. Młody Wookie spuścił złociste oczy, po 

czym zaczął się przyglądać owocom i zieleninie, leżącym na jego talerzu. 

- Lowie,  proszę.,  powiedz  nam,  czy  stało  cię  coś  złego?  -  zapytała  Jaina.  -  Możesz 

zwierzyć  się  nam  ze  wszystkich  zmartwień.  Jesteśmy  przecież  przyjaciółmi,  nie  pamiętasz? 

Przyjaciele pomagają sobie w potrzebie. 

Zanim Lowbacca miał czas się odezwać, rozległ się piskliwy głos małego androida. 

-  Nie  odpowie,  pani  Jaino  -  stwierdził  Em  Teedee.  -  Nawet  ja  nie  mogę  uzyskać  od 

niego  odpowiedzi.  Obawiam,  się.,  że  nigdy  nie  zrozumiem  zachowania  Wookiech.  Czy 

wszystkie żywe stworzenia miewają takie trudne do przewidzenia nastroje? 

Jacen także usiadł przy stole obok siostry. 

-  Hej,  może  Lowie  po  prostu  chce,  żeby  wszyscy  zostawili  go  w  spokoju?  - 

zasugerował. 

Młody  Wookie  zaryczał  i,  przygnębiony,  zaczął  kiwać  głową.  Jaina  westchnęła, 

stopniowo  uzmysławiając  sobie,  iż  może  rzeczywiście  stanie  się  najlepiej,  jeżeli  uszanuje 

życzenie  przyjaciela  i  pozwoli,  żeby  sam  rozwiązywał  własne  problemy.  Mimo  wszystko, 

Lowie  dobrze  wiedział,  że  zawsze  może  porozmawiać  z  Jaina  albo  Jacenem,  kiedykolwiek 

będzie miał ochotę. Rozumiała, że na razie tego nie pragnie. 

-  W  porządku  -  powiedziała,  chociaż  wyraz  głębokiego  niepokoju  nie  zniknął  z  jej 

twarzy.  -  Pamiętaj,  że  zawsze  możesz  liczyć  na  nas,  ilekroć  zechcesz,  żebyśmy  służyli  ci 

pomocą albo radą. 

Lowie  kiwnął  głową,  a  później  wyciągnął  kosmatą  rękę  i  położył  na  dłoni 

dziewczyny. Niemal cała dłoń Jainy zniknęła, zamknięta w uścisku wielkiej łapy Wookiego. 

Korzystając z tego, że ich ręce się zetknęły, siostra Jacena posłużyła się Mocą., licząc na to, 

że  zdoła  odgadnąć  przyczynę  dziwnego  zachowania  przyjaciela,  ale  wyczuła  tylko  uczucia 

przyjaźni i sympatii. 

Wstała i gestem zachęciła brata bliźniaka, żeby udał się w jej ślady. 

- Chodźmy, Jacenie - powiedziała. - Zerkniemy na tę klatkę z kryształowym wężem. 

 

background image

Blask  zapalonych  kling  świetlnych  mieczy  rozjaśniał  mroki  nocy,  ukazując  prastare 

kamienne mury wielkiej świątyni. Wyciągnąwszy rękę, Tenel Ka ściskała sporządzoną z kła 

rankora  rękojeść  nowej  broni.  Przyglądała  się,  jak jaskrawoturkusowa  smuga  pulsuje,  prze-

filtrowana przez skupiający kryształ - drogocenny tęczowy klejnot z Gallinore - który kiedyś 

ozdabiał jej królewski diadem. 

Młoda  wojowniczka  stała  na  wykładanym  kamiennymi  płytami  dziedzińcu  świątyni 

mającej kształt zigguratu. Był to nowy plac ćwiczeń, oczyszczony z chwastów i roślinności, 

dosłownie wydarty wszechobecnej, zachłannej dżungli. Pracowici uczniowie Jedi oczyścili i 

wypolerowali  kamienie,  zamierzając  wykonywać  tu  ćwiczenia.  Do  jednego  z  nich  właśnie 

przygotowywała się dziewczyna. 

Tenel Ka spoglądała w dziwne, perłowe oczy istoty, czasami przenosząc spojrzenie na 

elfią  sylwetkę  i  długie,  cienkie  jak  pajęczyna,  srebrzystosiwe  włosy  swojej  przeciwniczki... 

Tionny,  instruktorki  i  historyczki  Jedi,  która  często  pomagała  mistrzowi  Skywalkerowi.  Jak 

przystało  na  rycerza  Jedi,  kobieta  władała  mieczem  z  dużą  precyzją  i  wprawą,  reagując  na 

każdy ruch świetlistej klingi broni dziewczyny. 

Podczas  wcześniejszych  ćwiczeń,  prowadzonych  także  na  terenie  akademii  Luke’a 

Skywalkera,  niedbale  skonstruowany  miecz  świetlny  Tenel  Ka  eksplodował,  a  ostrze  broni 

Jacena, z którym się pojedynkowała, odcięło jej lewą rękę. Teraz dziewczyna żyła i walczyła, 

posługując  się  tylko  jedną  ręką.  Władała  jednak  jarzącą  się  energetyczną  klingą  bardzo 

pewnie i sprawnie. 

I  chociaż  najzdolniejsi  biotechnicy  zaproponowali,  że  wykonają najlepszą  zastępczą 

protezę,  jaką można  było  sporządzić  w  całej  gromadzie  gwiezdnej  Hapes,  dzielna 

wojowniczka odrzuciła ich propozycję. Była dumna, że może być sobą... polegać na własnych 

umiejętnościach,  sile  fizycznej  i  mądrości.  Nie  chciała  korzystać  z  pomocy  sztucznej 

biomechanicznej kończyny. Zamiast tego zmieniła tylko środki, za pomocą których dążyła do 

osiągania  wyznaczonych  celów.  Postanowiła,  że  będzie  tak  samo  silna  i  sprawna  jak 

poprzednio. 

A  kiedy  Tenel  Ka  postanawiała,  że  coś  zrobi, zazwyczaj  nie  spoczywała,  dopóki  nie 

dopięła celu. 

Jaskrawe  światła,  płonące  na  obrzeżach  urządzonego  przed  wielką  świątynią 

lądowiska,  oświetlały  dżunglę,  przyciągając  zarówno  tysiące  nocnych  owadów,  jak  i 

uskrzydlonych drapieżników, dla których były pożywieniem. Wyłożony kamiennymi płytami 

dziedziniec był jednak rozjaśniony tylko blaskiem krzyżujących się kling świetlnych mieczy, 

rozpraszającymi ciemności różnobarwną poświatą. 

background image

Tionna sparowała jeszcze jeden cios, zadany przez młodą wojowniczkę. 

- Bardzo dobrze, Tenel Ka - odezwała się instruktorka. - Uczysz się zwracać uwagę na 

precyzję,  a  nie  na  brutalną  siłę.  Coraz  lepiej  przeczuwasz  moje  ruchy  i  reagujesz  na  nie, 

posługując się Mocą. 

Tenel  Ka  kiwnęła  głową,  aż  zatańczyły  jej  złocistorude  warkoczyki.  Wplecione  weń 

paciorki  zagrzechotały  i  zabrzęczały.  Dziewczyna  dawała  z  siebie  wszystko,  dobrze  znając 

umiejętności  i  opanowanie  instruktorki,  która  od  ponad  dziesięciu  lat  kształciła  się  w 

akademii Jedi. 

Z  wielkiej  świątyni  wyłoniło  się  kilkoro  innych  uczniów,  pragnących  przyjrzeć  się 

pojedynkowi.  Teraz,  kiedy  Nowa  Republika  była  świadoma  coraz  większego 

niebezpieczeństwa  zagrażającego  jej  ze  strony  Drugiego  Imperium  i  Akademii  Ciemnej 

Strony, wszyscy kandydaci mistrza Skywalkera również zwiększyli tempo własnych ćwiczeń. 

Od ponad tysięcy pokoleń rycerze Jedi, posługując się siłami jasności, strzegli ładu i prawa w 

całej galaktyce. Luke Skywalker zamierzał kontynuować tę tradycję. 

Nieoczekiwanie Tionna wykonała świetlnym mieczem tak płynny i spokojny gest, że 

Tenel Ka tylko z trudem zdążyła odpowiedzieć na pchnięcie. Nie wyczuła, że srebrzystowłosa 

istota  zamierza  przystąpić  do  ataku,  i  nagły  ruch  Tionny  zupełnie  ją  zaskoczył.  Ostrza  obu 

mieczy  spotkały  się  i  zaskwierczały...  ale  po  krótkiej  chwili  instruktorka  Jedi  cofnęła 

świetlistą klingę. 

-  Stop  -  oznajmiła,  po  czym  wyłączyła  broń,  pozostawiając  zaskoczoną  młodą 

wojowniczkę z zapalonym mieczem w dłoni. 

Gestem  pokazała  nocne  niebo  i  gwiazdy  świecące  nad  Yavinem  Cztery.  Pozostali 

uczniowie, stojący na obrzeżach wykładanego kamiennymi płytami dziedzińca, także unieśli 

głowy i skierowali oczy w górę. Właśnie w tej chwili przez niewielkie, kolebkowo sklepione 

drzwi  znajdujące  się  w  bocznej  ścianie  ogromnej  świątyni  wyszli  Jacen  i  Jaina.  Bliźnięta 

również zamierzały przyglądać się ćwiczącej koleżance. Zamiast tego ujrzały smugę światła 

przecinającą mroczne niebo nad ich głowami niczym mały meteoryt. 

- Hej, to jakiś statek! - krzyknął chłopiec. 

-  Ale  nie  pierwszy  lepszy  -  dodała  jego  siostra.  -  Ten  poznałabym  na  krańcu 

wszechświata. 

- Hej, tata wcale nie uprzedzał nas o tym, że chce przylecieć! 

Po  kilku  chwilach  statek  znalazł  się  tak  nisko,  że  nocną  ciszę  rozdarł  ryk  silników 

napędu podświetlnego, po czym dał się słyszeć basowy pomruk uruchamianych repulsorów. Z 

głośnym  rykiem  spłaszczony  rozwidlony  owal  „Sokoła  Tysiąclecia”  osiadł  na  lądowisku 

background image

przed wielkim zigguratem. 

Nie  przestając  przekrzykiwać  się  nawzajem,  Jacen  i  Jaina  przebiegli  przez  plac 

ćwiczeń i skierowali się na lądowisko porośnięte krótko przyciętymi chwastami, by przywitać 

się z ojcem. W następnej chwili z kadłuba zmodyfikowanego lekkiego frachtowca wysunęła 

się  rampa,  po  której  zszedł  Han  Solo.  Ujrzawszy  biegnące  ku  niemu  podniecone  dzieci, 

zawadiacko się uśmiechnął. 

Kiedy na opuszczonej pochylni ukazała się sylwetka Chewbaccy, Tenel Ka usłyszała 

za  plecami  głośny  ryk,  niewątpliwie  oznaczający  powitanie.  Odwróciła  się  i  zobaczyła 

Lowbaccę,  który  stał  na  jednym  z  kamiennych  progów  piramidy  piętrzącej  się  obok  placu 

ćwiczeń.  Młody  Wookie  dał  susa  ze  skalnej  półki  i  skacząc  po  kamiennych  występach 

stromej  ściany  budowli,  znalazł  się  na  ziemi.  Ujrzawszy  siostrzeńca,  Chewbacca  także 

zaryczał w odpowiedzi. 

Lowie  był  ostatnio niezwykle  przygnębiony i wojowniczka z Dathomiry wyczuwała, 

że  w  umyśle  przyjaciela  kłębią  się  niespokojne  myśli.  Postanowiła  jednak,  że  uszanuje 

młodego Wookiego w ten sposób, że pozwoli, by sam rozwiązywał własne problemy... chyba 

że poprosi o pomoc. Kiedy jednak zauważyła wyraz twarzy Chewbaccy, a potem przeniosła 

spojrzenie na oblicze jego siostrzeńca, nie mogła nie zwrócić uwagi na dziwny i ciekawy fakt. 

Mimo  iż  bliźnięta  zostały  wyraźnie  zaskoczone  nieoczekiwanym  pojawieniem  się 

„Sokoła  Tysiąclecia”,  Lowbacca  doskonale  wiedział,  że  frachtowiec  wyląduje  na  Yavinie 

Cztery. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Jaina  uświadamiała  sobie,  że  szczerzy  zęby  jak  idiotka,  ale  nie  przestawała 

obejmować ojca. 

- Co tu robisz? - zapytała. - Nie wiedzieliśmy, że zamierzałeś przylecieć! 

Stojący obok niej Jacen niemal zapomniał o oddychaniu. Ze zdumieniem spoglądał na 

niezwykły strój ojca, pełen naszytych łat i kawałków futra. Musiał także zauważyć, że włosy 

Hana  zostały  niedawno  bardzo  krótko  i  nierówno  ostrzyżone,  co  nadawało  mu  wygląd 

prawdziwego zabijaki. 

-  Blasterowe  błyskawice,  tato!  -  wykrzyknął  w  końcu.  -  Dlaczego  jesteś  tak 

dziwacznie ubrany? 

Zanim  Han  miał  szansę  odpowiedzieć,  Jaina  rzuciła  okiem  na  frachtowiec.  Mimo 

panującego  półmroku  zauważyła,  że  niektóre  płyty  kadłuba  zostały  zastąpione 

anodyzowanymi  kawałkami  metalu,  na  dziobie  przymocowano  dodatkowe  pojemniki 

towarowe,  a  na  rufie  sterczała  jeszcze  jedna  antena  paraboliczna  nowego  komunikatora. 

Dziewczyna miała wrażenie, że ze zdumienia opada jej szczęka. 

-I co zrobiłeś z „Sokołem”? - zapytała, nie wierząc własnym oczom. - Wygląda tak... 

inaczej! 

-  Po  jednym  pytaniu  na  raz,  dzieciaki!  -  odparł  Han,  uśmiechając  się  i  unosząc  na 

wysokość  torsu  dłoń  z  wyciągniętymi  palcami,  jakby  chciał  odeprzeć  spodziewany  atak.  - 

Mieliśmy  kilka  problemów  z  planetami  znajdującymi  się  na  Odległych  Rubieżach,  a  zatem 

korzystając z oficjalnych uprawnień, przywódczyni Nowej Republiki... 

- To znaczy mama - wtrąciła Jaina. 

-  Zgadza  się.  -  Twarz  Hana  rozjaśniła  się  w  chłopięcym  uśmiechu.  -  Tak  czy  owak, 

Leia  poprosiła  mnie  i  Luke’a,  żebyśmy  wyruszyli  na  przeszpiegi.  Oświadczyła,  że jeżeli  się 

czymś  nie  zajmę,  zapewne  zbyt  szybko  się  zestarzeję.  A  poza  tym  chyba  sami  wiecie,  że 

odkąd  wasz  wuj  założył  akademię  Jedi,  ma  zwyczaj  od  czasu  do  czasu  opuszczać  Yavin 

Cztery, choćby  po  to,  żeby  upewnić  się,  że  nie  wychodzi  z  wprawy.  Mimo  to  doszliśmy  do 

wniosku, że nie powinniśmy za bardzo rzucać się w oczy, a zatem... 

- Zmieniłeś wygląd i swój, i „Sokoła Tysiąclecia” - dokończył Jacen. 

Tymczasem Jaina nie przestawała wpatrywać się w guzowate narośle szpecące kadłub 

lekkiego frachtowca. 

-  I  Luke’a.  - Han  Solo  ruchem  głowy  wskazał  wznoszącą  się  za  plecami  bliźniąt 

background image

wielką  świątynię,  z  której  właśnie  wychodził  ich  wuj,  odziany  w  pognieciony  brązowy 

lotniczy kombinezon. 

- Cześć, Hanie! - zawołał mistrz Skywalker. - Czy zabrałeś ze sobą te brakujące części 

do nowych generatorów siłowego pola, które mi obiecałeś? 

Otarł  usmarowaną  dłoń  o  klapę  kieszeni  i  tak  wybrudzonego  stroju.  Wyglądał 

zupełnie jak rozbitek, który właśnie stracił statek. 

- Jasne, stary! - odkrzyknął Han. - Leia wie, że Drugie Imperium sposobi się do walki, 

i  bardzo  się  martwi  o twoją  akademię Jedi.  Nalegała, żebyśmy  jak najszybciej zainstalowali 

nowe  generatory  pól  ochronnych  i  dostarczyli  im  tyle  energii,  żeby  mogły  powstrzymywać 

ataki wrogów. 

-  Nadal  uważam,  że  gdyby  zaatakowano  akademię,  moi  rycerze  Jedi  potrafią  ją 

obronić  -  odparł  Luke,  uśmiechając  się  do  uczniów  stojących  przed  świątynią.  -  Przywódcy 

Akademii Ciemnej Strony okazaliby się głupcami, gdyby zamierzali nas lekceważyć. 

Han wzruszył ramionami. 

-  Bez  względu  na  to,  co  uważasz,  Luke’u  -  odparł  -  spełnij  moją  prośbę,  gdyż  w 

przeciwnym razie Leia już nigdy nie zmruży oka. 

Śmiejąc się, mistrz Skywalker skinął na kilkoro młodych Jedi, by pomogli wynieść z 

ładowni „Sokoła” ciężkie pakunki zawierające części do generatorów. 

-  Poproszę  swoich  uczniów,  żeby  zainstalowali  je  w  tym  czasie,  kiedy  nas  tu  nie 

będzie - obiecał. 

Przebrany mistrz Jedi podszedł do obu Wookiech, zatopionych w poważnej rozmowie. 

Wyglądało na to, że żegna się z Chewbaccą. Jaina odniosła wrażenie, że słyszy, jak wuj mówi 

coś na temat tego, iż zostało niewiele czasu, ale zanim zdążyła zapytać, o co chodzi, uprzedził 

ją Jacen. 

- A co z Chewiem? - zapytał, zwracając się do ojca. - Czy tym razem nie będzie twoim 

drugim pilotem? 

Han Solo sprawiał wrażenie trochę zakłopotanego. 

- Jakoś będę musiał poradzić sobie bez niego - odparł. - On i Lowie muszą wrócić na 

Kashyyyk,  żeby  zająć  się  rozwiązaniem  poważnego  problemu...  określiłbym  go  mianem 

„rodzinnego”. 

-  Problemu  rodzinnego?  -  powtórzyła  zdumiona  dziewczyna.  - Czy  komuś  stało  się 

coś złego? 

- Nie-e, to coś jeszcze poważniejszego. Nigdy nie poznaliście siostry Lowiego, Sirry, 

prawda? - Han uniósł głowę i uczynił ruch, wskazując Chewbaccę, pogrążonego w rozmowie 

background image

z  siostrzeńcem.  -Przede  wszystkim  dajcie  im  trochę  czasu,  żeby  mogli  o  tym  porozmawiać. 

Mam przeczucie, że później Lowbacca sam powie, o co chodzi. A tymczasem mam dla was 

wiadomości od mamy i Anakina... jak również kilka niespodzianek, które zabrałem na pokład 

„Sokoła Tysiąclecia”. 

- Oho! - odezwała się Jaina. - Jeszcze więcej niespodzianek? 

Han zachichotał i objął jednym ramieniem córkę, a drugim syna. 

- Ta-a, prezenty dla was - odparł, beztrosko się uśmiechając. 

-  Hej,  to  mi  przypomina,  że  mam  dobry  dowcip  -  odezwał  się  Jacen.  -  Czy  chcecie 

posłuchać? - Zanim którekolwiek zdołało go od tego odwieść, zaczął mówić: - Zgadnijcie, co 

takiego  mają  Jawowie,  czego  nie  ma  żadne  inne  stworzenie  w  całej  galaktyce?  No  co, 

poddajecie się? - Uniósł brwi. - Małe Jawiątka! 

Nawet  ojciec  miał  trudności,  żeby  ułożyć  usta  w  nieszczerym  uśmiechu.  Jaina 

przyglądała się przez chwilę bratu, nic nie mówiąc, po czym odwróciła się w stronę ojca, aby 

podjąć rozmowę na poprzedni temat. 

- Wspominałeś coś o tym, że masz dla nas jakieś prezenty? - zapytała. 

- No cóż, zabrałem partnera dla hodowanej przez Jacena pieńkowej jaszczurki i trochę 

kwitnących gałązek rozgwiezdnika, które służą tym stworzeniom za pożywienie. Mam także 

zmodernizowany  mikromotywator,  ale  trzeba  przy  nim  jeszcze  trochę  pomajstrować.  Rzecz 

jasna, oboje będziecie musieli sami rozstrzygnąć, które dostanie jaki upominek. 

Jaina parsknęła pogardliwie. 

- To nie powinno zająć dużo czasu - oznajmiła. 

 

Tenel  Ka  siedziała  w  swojej  komnacie,  z  fascynacją  spoglądając  na  niewielki 

holograficzny  wizerunek  ciemnowłosego  Anakina  Solo  trzymającego  kilka  jaskrawo 

ubarwionych i splecionych włókien. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego młodszy brat bliźniąt 

miałby  przesyłać  wiadomość  właśnie  jej.  Przecież  widziała  chłopca  tylko  raz  w  życiu  i  to 

niedawno, podczas pobytu na Coruscant. 

-  Dobrze  wiem,  Tenel  Ka,  jak  bardzo  jesteś  samodzielna,  ale  mam  nadzieję,  że  nie 

weźmiesz  mi  za  złe  tego,  co  pragnę  ci  powiedzieć  -  słuchała  nagranego  głosu  Anakina.  - 

Kiedy  Jacen  i  Jaina  wspomnieli  o  trudnościach,  jakie  masz  z  zaplataniem  włosów  od  czasu 

wypadku,  postanowiłem,  że  pomogę  ci  uporać  się  z  tym  problemem.  Możliwe,  że  wielu 

spośród tych rzeczy domyśliłaś się sama - na holograficznej twarzy chłopca pojawił się nikły 

uśmiech -ale jeżeli nawet tak jest, rozwiązanie łamigłówki sprawiło mi prawdziwą radość. 

Bliźnięta  Solo,  które  wręczyły  Tenel  Ka  kasetę  po  drugiej  rozmowie  z  ojcem, 

background image

siedziały  teraz  na  kamiennej  podłodze  w  komnacie  młodej  wojowniczki.  Jaina  przewróciła 

oczami. 

- Cały braciszek - mruknęła. 

- To jest fakt - odezwała się Tenel Ka, po czym zwróciła uwagę ponownie na jarzący 

się wizerunek. 

Na  hologramie  chłopiec  trzymał  różnobarwną  plecionkę  jedną  ręką  i  przebierając 

palcami drugiej, starannie rozdzielał pojedyncze włókna. Dziewczyna podświadomie uniosła 

rękę do głowy i zaczęła rozczesywać palcami pasemka złocistorudych włosów. 

Starając  się  poruszać  palcami  wyjątkowo  precyzyjnie,  Anakin  przesuwał  dłoń  w  dół 

po pojedynczych włóknach. Zaplatał je, posługując się tylko jedną ręką. 

-  Widzisz,  to  się  da  zrobić,  jeżeli  tylko  spojrzeć  na  problem  z  innej  perspektywy  - 

ciągnął hologram. 

Sekwencja ruchów się powtórzyła, chociaż w zwolnionym tempie, a tymczasem głos 

Anakina nie przestawał mówić: 

-  Próbowałem  kilku  sposobów,  żeby  umieścić  pośród  splotów  jakąś  ozdobę,  i 

doszedłem  do  wniosku,  że  idzie  mi  najlepiej,  jeżeli  najpierw  przytrzymam  paciorek  czy 

piórko  wargami.  Dzięki  temu,  jeżeli  pragnę  coś  wpleść,  nie  muszę  odrywać  palców  od 

warkocza. 

- A. - Tenel Ka kiwnęła głową na znak, że uznaje logikę tego rozumowania. - Aha. 

Pragnąc  sama  spróbować,  zaczęła  przekładać  w  palcach  pasma  włosów.  Starała  się 

opanować opracowaną przez Anakina technikę zaplatania warkocza jedną ręką. 

Hologram  zamigotał  i  zmienił  się,  by  ukazać  inną  scenę.  Anakin  stał  teraz  obok 

grubego  warkocza  z  pasm  długich  lśniących  brązowych  włosów,  w  które  wpleciono 

kilkanaście  różnobarwnych  koralików  i  piór,  zdobiących  zazwyczaj  sploty  włosów 

wojowniczek  z  Dathomiry.  Chłopiec  sprawiał  wrażenie  zakłopotanego,  ale  zarazem 

zadowolonego. 

- Jak widzisz, mama pozwoliła mi wprawiać się na swoich włosach. 

Widoczna  na  miniaturowym  wizerunku  przywódczyni  Nowej  Republiki  odwróciła 

głowę  i  ciepło  się  uśmiechnęła,  po  czym  wykonała  wdzięczny  piruet,  żeby  wszyscy  mogli 

lepiej przyjrzeć się jej warkoczom. 

Kiedy holograficzne nagranie dobiegło końca, Tenel Ka, zastanawiając się nad nową 

techniką, z powagą kiwnęła głową. Pomyślała, że jeżeli trochę sama poćwiczy, z pewnością 

potrafi ją opanować. 

Od  strony  drzwi  komnaty  wojowniczki  dobiegło  nagle  głośne  pytające  warknięcie. 

background image

Dziewczyna  uniosła  głowę  i  spostrzegła  Lowbaccę  stojącego  pod  wieńczącym  wejście 

kamiennym hakiem. 

-  Wejdź,  przyjacielu  -  powiedziała,  wskazując  wolne  miejsce  obok  siebie  na 

kamiennej posadzce. - Jeżeli chcesz, usiądź z nami. 

- Lowie,  czy  wszystko  w  porządku?  -  odezwała  się  zatroskana  Jaina,  spoglądając  na 

kolegę. 

Chudy jak tyczka i porośnięty rudobrązową sierścią młody Wookie wolno podszedł do 

przyjaciół i usiadł na kamiennej posadzce między Tenel Ka a Jainą. Przez dłuższy czas żadne 

z  czworga  młodych  Jedi  się  nie  odzywało.  Później  Lowbacca  sięgnął  do  pasa  i  pstryknął 

niewielkim  przełącznikiem  umieszczonym  na  tylnej  powierzchni  obudowy  miniaturowego 

androida. 

-  Ach,  dziękuję  panie  Lowbacco  -  odezwał  się  natychmiast  Em  Teedee.  -  Czuję  się 

naprawdę wypoczęty, chociaż muszę oświadczyć, że mój cykl przerwy trwał o wiele dłużej, 

niż się spodziewałem. Och, niech pan spojrzy! Mamy towarzystwo! 

Lowbaccca  groźnie  zaryczał  i  krótko  szczeknął,  przerywając  potok  wymowy 

gadatliwego urządzenia. 

- Ależ oczywiście, panie Lowbacco - zapiszczał Em Teedee. - Z przyjemnością zajmę 

się  tłumaczeniem.  Przecież  wie  pan,  że  to  mój  najważniejszy  obowiązek.  Władam  płynnie 

ponad sześcioma językami. 

Lowbacca  był  tak  zamyślony,  że  nawet  nie  zbeształ  miniaturowego  androida-

tłumacza. Z początku powoli, często przerywając, zaczął mówić, a Em Teedee tłumaczył jego 

słowa: 

-  Pan  Lowbacca  doskonale  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że  okazywane  ostatnio 

...przygnębienie  nie  umknęło  uwagi  nikogo,  wywołując  całkiem  poważne  zaniepokojenie... 

Zaniepokojenie, które, pragnę dodać, także ja podzielałem. 

Jaina położyła dłoń na ramieniu Lowiego. 

-  No  cóż,  martwiliśmy  się  o  ciebie  -  oznajmiła.  -  Chcieliśmy,  żebyś  zwierzył  się  ze 

swoich kłopotów. 

Tenel  Ka  tylko  kiwnęła  głową  i  cierpliwie  czekała,  aż  młody  Wookie  podejmie 

opowieść. 

Lowbacca zgarbił się i ciągnął, od czasu do czasu przerywając, żeby Em Teedee miał 

czas przetłumaczyć: 

- Ostatnio wyniknął pewien problem rodzinny, który sprawił, że pan Lowbacca zaczął 

się poważnie martwić o bezpieczeństwo swojej siostry Sirrakuk. 

background image

Możliwe, że pamiętacie, iż pośród młodych Wookiech istnieje zwyczaj podejmowania 

się  bardzo  trudnego  i  niebezpiecznego  przedsięwzięcia,  samotnie  albo  z  pomocą  przyjaciół. 

Dzięki dopełnieniu tego rytuału młodzi mogą cieszyć się szacunkiem innych, co jest bardzo 

istotne zwłaszcza wówczas, kiedy mają obrać własną drogę życia. 

Pan Lowbacca postanowił, że dokona takiego odważnego czynu. Wiedział, że innym 

Wookiem  będzie  trudno  pogodzić  się  z  jego  decyzją  rozpoczęcia  nauki  w  akademii  Jedi 

zamiast oddawania się jakiemuś bardziej tradycyjnemu zajęciu. Był tak dumny z przymiotów 

własnego umysłu, że postanowił zdać się na swój spryt i przebiegłość. Nie mówiąc ani słowa 

nikomu  z  przyjaciół,  samotnie  zapuścił  się  na  najniższe  poziomy  gęstej  dżungli.  Osobiście 

ściął pęk błyszczących włókien ze środka niebezpiecznego kwiatu syreniowca. I chociaż pan 

Lowbacca powrócił cały i zdrowy z cennym trofeum, które pragnął zdobyć, przyznaje teraz, 

że ta samotna wyprawa była zbyt ryzykowna i niemądra. Obawia się o Sirrakuk, gdyż wie, że 

siostra jest o wiele bardziej impulsywna, porywcza i uparta niż on. 

Lowbacca  urwał,  po  czym  przesunął  palcami  po  błyszczących  włóknach  pasa 

okrywającego  jego  biodra.  Kunsztowne  sploty  kojarzyły  się  Tenel  Ka  z  wiadomością,  jaką 

otrzymała  od  Anakina,  który  pragnął  zapoznać  dziewczynę  z  techniką  zaplatania  warkoczy 

przy użyciu tylko jednej ręki. 

Jaina obdarzyła Wookiego wyrozumiałym spojrzeniem. 

- Ach, więc teraz się obawiasz, że Sirra może wyprawić się sama tylko dlatego, że ty 

tak postąpiłeś? 

Lowbacca  wbił  spojrzenie  w  kamienne  płyty.  Przez  chwilę  milczał,  a  potem  wydał 

serię  gardłowych  warknięć  i  pomruków.  Oparł  oba  łokcie  na  kosmatych  kolanach  i  ukrył 

głowę w dłoniach, po czym ciągnął: 

-  Obawiam  się,  że  sytuacja  wygląda  jeszcze  bardziej  poważnie,  a  pan  Lowbacca 

uważa,  że  to  on  ponosi  całą  odpowiedzialność  -  przetłumaczył  miniaturowy  android.  - 

Widzicie, od czasów dzieciństwa najlepszą przyjaciółką Sirry była Raabakyysh - albo Raaba, 

jak  zwracali  się  do  niej  członkowie  rodziny  pana  Lowbaccy  -  inteligentna,  stanowcza, 

urodziwa  i  uwielbiająca  przygody  koleżanka.  Prawdę  mówiąc,  pan  Lowbacca  zawsze  czuł, 

że...  No,  dalej!  -  ponaglił  Em  Teedee.  -  Co  pan  czuł?  Nie  może  pan  jak  gdyby  nigdy  nic 

milknąć, nie kończąc zdania. 

Lowie  cicho  jęknął  i  zaczął  znów  mówić. Ciemniejsza  sierść  nad  okiem  nastroszyła 

się, jakby młody Wookie zaczynał być wzruszony. 

- Mniej więcej przed miesiącem Raaba postanowiła udowodnić, że potrafi sama stawić 

czoło  niebezpieczeństwu.  Sirra  i  Raaba  zdecydowały,  że  jedna  będzie  towarzyszyła  drugiej, 

background image

ale w noc poprzedzającą tę, kiedy miały wyruszyć na wyprawę, Raaba, zapewne działając pod 

wpływem impulsu chwili, postanowiła pójść sama. 

Potajemnie wymknęła się w środku nocy, zostawiając siostrze pana Lowbaccy jedynie 

krótką wiadomość, co zamierza uczynić i dlaczego. Z jej treści wynikało, że Raaba liczyła, iż 

dorównując bratu przyjaciółki pod względem odwagi, wywrze na nim duże wrażenie. Miała 

nadzieję, że pewnego dnia, kiedy oboje dorosną, pan Lowbacca uzna ją za towarzyszkę życia 

godną rycerza Jedi. Niestety... 

Lowbacca ponownie zawiesił głos i zanim zaczął mówić dalej, głęboko westchnął. 

- Niestety... O rety! - ciągnął Em Teedee. - Obawiam się, że Raaba nigdy nie wróciła z 

wyprawy!  Kiedy  jej  rodzice  wyruszyli na  poszukiwania,  znaleźli  tylko  zakrwawiony  plecak 

córki. Nic więcej. Raaba zniknęła. 

Wyczuwając ból Lowbaccy, Tenel Ka popatrzyła na przyjaciela. 

- A - powiedziała. - To właśnie dlatego czujesz się taki przygnębiony. 

Lowie  zaczął  znów  mówić.  Tym  razem  można  było  odnieść  wrażenie,  że  dźwięki  z 

trudem przechodzą mu przez gardło. 

-  Od  chwili...  zniknięcia  Raaby,  Sirra  stawała  się  coraz  bardziej  nieostrożna,  jakby 

przestało  ją  obchodzić,  czy  będzie  żyła  dalej,  czy  umrze.  Odmówiła  wszystkim  innym 

przyjaciółkom,  które  chciały  wraz  z  nią  zdać  ten  egzamin  dojrzałości.  Twierdziła,  że  Raaba 

była jedyną koleżanką, której całkowicie ufała. Niedawno pan Lowbacca, doprowadzony do 

rozpaczy,  przesłał  siostrze  wiadomość,  pytając,  czy  pozwoliłaby,  aby  o  n  towarzyszył  jej 

zamiast  Raaby.  Pan  Chewbacca  właśnie  przekazał  mu  odpowiedź  Sirry...  - Em  Teedee  na 

chwilę umilkł. - Och, dzięki niech będą niebiosom... wyraziła zgodę! 

- Hej, to wspaniale! - odezwał się Jacen. W jego głosie zabrzmiała niekłamana ulga. 

- Doprawdy! - zawtórował mu miniaturowy android. 

Lowbacca jednak nie od razu odpowiedział. Wyglądało na to, że intensywnie wpatruje 

się w jakiś okruch leżący na kamiennej posadzce. 

- Jest jeszcze coś, co cię martwi, Lowie - domyśliła się Jaina. 

Tenel Ka spojrzała na kikut odciętej ręki, po czym obdarzyła Wookiego spojrzeniem, 

w którym kryło się zrozumienie. 

- Obawiasz się, że nie będziesz mógł pogodzić się ze stratą - powiedziała. - Ze stratą 

Raaby. 

-  Czy  o  to  chodzi,  Lowie?  -  zapytała  Jaina.  -  Obawiasz  się  bólu,  jaki  odczujesz, 

wracając  na  Kashyyyk,  ponieważ  nie  spotkasz  tam  swojej  przyjaciółki  Raaby?  A  poza  tym 

czujesz się odpowiedzialny za to, co się stało, ponieważ usiłowała powtórzyć twój wyczyn? 

background image

Lowie zaryczał w odpowiedzi, a Em Teedee przetłumaczył jego odpowiedź. 

-  Pan  Lowbacca  jest  także  zaniepokojony  faktem,  iż  ból,  jaki  odczuwa  po  stracie 

Raabakyysh, sprawi, że w krytycznym momencie może nie będzie mógł pomóc siostrze tak, 

jakby pragnął... Miał nadzieję, iż uda mu się namówić jedno z was, by zechciało towarzyszyć 

mu w wyprawie na rodzimą planetę. 

Tenel Ka odpowiedziała niemal natychmiast. 

- Po tym, jak uległam wypadkowi, służyłeś mi pomocą, kiedy cię potrzebowałam. Nie 

mogłabym nie zrobić teraz tego samego dla ciebie, przyjacielu. 

Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na dłoni Lowbaccy. 

- Hej, ja także polecę! - odezwał się Jacen, kładąc dłoń na dłoniach obojga przyjaciół. 

Jego siostra nie zwlekała z położeniem swojej dłoni. 

- A zatem polecimy wszyscy - oznajmiła. - Razem będziemy silniejsi. 

 

Lowbacca ociągał się, stojąc w pobliżu kadłuba przerobionego „Sokoła Tysiąclecia”. 

Czekał, aż bliźnięta pożegnają się z ojcem. 

Han Solo obdarzył dzieciaki przekornym uśmiechem. 

-  Ta-a,  chyba  miałem  coś  w  rodzaju  przeczucia,  że  wszyscy  zechcecie  towarzyszyć 

Lowiemu - powiedział. - Kiedy Chewie opowiedział mi, o co chodzi, uzgodniłem wszystko z 

waszą mamą. Będziecie miały dobrą okazję nauczyć się mówić językiem Wookiech, a także 

rozumieć, co oni mówią do was, dzieciaki. 

Właśnie  wówczas  z  hangaru  wyłonił  się  Luke  Skywalker,  ubrany  w  wymięty  i 

zniszczony  lotniczy  kombinezon.  Towarzyszył  mu  Chewbacca.  Lowie  wyczuwał  woń 

zastarzałych smarów i rozpuszczalników, plamiących tkaninę stroju mistrza Jedi. 

- Wszystko gotowe? - zapytał Skywalker. 

-  Już  bardziej  nie  będzie  -  odparł  Han,  ukazując  zęby  w  kolejnym  przekornym 

uśmiechu. - Czy ty i Chewie skończyliście przygotowywać do lotu „Ścigacz Cieni”? 

Luke odwrócił się w stronę starszego Wookiego, idącego u jego boku, i powiedział: 

- „Ścigacz” to dobry statek. Nie pozwól, żeby stała mu się jakaś krzywda. 

Chewbacca wzruszył ramionami i krótko szczeknął, obiecując spełnić jego prośbę. 

Han Solo klepnął go po plecach. 

- Bądźcie ostrożni - powiedział. - Powierzam ci dzieciaki. Uważaj na nie, zgoda? Do 

zobaczenia za kilka tygodni. 

Han  uściskał  Jacena  i  Jainę,  po  czym  odwrócił  się  i  wszedł  na  pokład  „Sokoła 

Tysiąclecia”. 

background image

Zanim  mistrz  Skywalker  także  zniknął  w  środku  frachtowca, obdarzył  pełnym 

zaufania spojrzeniem wszystkich czworo młodych rycerzy Jedi. 

-  Nie  zapominajcie,  że  razem  jesteście silniejsze -  powiedział. -  Niech Moc  będzie  z 

wami. 

Kiedy  odlatujący  „Sokół”  zamienił  się  w  niknący  punkcik  jarzący  się  bielą  silników 

napędu  podświetlnego,  Lowbacca  głęboko  westchnął  i  zaryczał  pytająco,  zwracając  się  do 

Jainy. 

Dziewczyna zachichotała. 

- Masz rację - odparła. - No, to na co jeszcze czekamy? 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Lśniący  kadłub  zaprojektowanego  w  jakiejś  imperialnej  stoczni  „Ścigacza  Cieni”, 

pokryty  jakby  naoliwionym  kwantowym  pancerzem,  połyskiwał  w  promieniach 

wschodzącego  słońca.  Siedzący  za  pulpitem  sterowniczym  Chewbacca  pilotował  mały 

wahadłowiec.  Ostrożnie  manewrując,  wylatywał  z  czeluści  hangaru  urządzonego  na 

najniższym poziomie wielkiej świątyni Massassów, mającej kształt zigguratu. 

Jacen  stał  obok  siostry  i  Tenel  Ka,  obserwując,  jak  zgrabny  statek  porusza  się, 

napędzany niesłyszalnymi silnikami. Kiedy pomyślał o przygnębieniu, jakie ostatnio dręczyło 

Lowiego,  był  rad,  że  mistrz  Skywalker  pozwolił  im  lecieć  właśnie  „Ścigaczem  Cieni”  - 

szybką  i  niemal  niezniszczalną  jednostką,  idealnie  nadającą  się  do  wykonywania  trudnych 

zadań. Był dumny, że Lowie poprosił ich, by towarzyszyli mu w wyprawie. Cieszył się, że on, 

siostra i Tenel Ka mogą pomóc przyjacielowi Wookiemu. 

Lowie stał w przeciwległym krańcu polany i ruchami porośniętych długą sierścią rąk 

wskazywał  wujowi  właściwy  kierunek.  Kiedy  „Ścigacz  Cieni”  znieruchomiał,  opuściła  się 

rampa  małego  statku.  Na  szczycie  ukazał  się  Chewbacca,  który  przeciągle  zaryczał, 

wymachując porośniętymi cynamonową sierścią, kosmatymi rękami. 

-  Pan  Chewbacca  serdecznie  zaprasza  wszystkich  na  pokład  -przetłumaczył  Em 

Teedee  nieco  drżącym  głosem,  w  miarę  jak  obijał  się  o  biodro  przy  każdym  długim  kroku 

Lowiego. 

Jacen  przerzucił  przez  ramię  pas  płóciennej  torby  z  różnymi  drobiazgami.  Odwrócił 

się, żeby sprawdzić, czy nie mógłby jakoś pomóc Tenel Ka, ale kiedy dostrzegł zdecydowanie 

malujące  się  na  twarzy  wojowniczki,  doszedł  do  wniosku,  że  będzie  lepiej,  jeżeli  o  nic  nie 

zapyta. 

Wszyscy  czworo  młodzi  Jedi  weszli  na  pokład „Ścigacza  Cieni”,  po  czym  odwrócili 

się, by pożegnać pozostałych uczniów i Tionnę, która także uniosła rękę w geście pożegnania. 

Jeszcze  zanim  śluza  statku  została  uszczelniona  przed  odlotem,  instruktorka  Jedi  zapędziła 

uczniów  do  codziennych  ćwiczeń,  dobrze  wiedząc,  że  Drugie  Imperium  czyniło 

przygotowania do walki z Nową Republiką. Młodzi rycerze Jedi nie mogli tracić ani chwili. 

Stopniowy  wzrost  przyspieszenia,  szybki,  ale  zarazem  bardzo  łagodny,  sprawił,  że 

statek wystartował, jakby naigrawał się z siły przyciągania. Zadań dziób i poszybował prosto 

w  przesłonięte  poranną  mgiełką  niebo,  pozostawiając  za  rufą  księżyc  porośnięty  dziewiczą 

dżunglą. 

background image

 

Kiedy  „Ścigacz  Cieni”  dokonał  skoku  w  nadprzestrzeń,  Jacen  nie  przestawał 

obserwować  Chewbaccy  i  Lowiego,  którzy  zajmowali  dwa  przednie  fotele,  ustawione  w 

wąskiej  sterowni.  Ich  rozmowa,  prowadzona  w  języku  Wookiech,  przypominała  mu  ryki  i 

wycia dwóch groźnych, skaczących sobie do oczu, bestii. Chociaż chłopiec potrafił zrozumieć 

zaledwie  kilka  słów,  wiedział,  że  obaj  Wookie  po  prostu  rozmawiają.  Em  Teedee  otrzymał 

polecenie,  by  nie  troszczył  się  o  tłumaczenie,  tak  więc  Chewie  i  Lowie  mogli  zamienić  ze 

sobą kilka zdań bez obawy, że ktokolwiek będzie im przeszkadzał. 

Widząc,  że  Jaina,  posługując  się  zestawem  uniwersalnych  narzędzi,  rozbiera 

miniaturowe mechaniczne urządzenie, jakie zabrała ze swojego warsztatu na Yavinie Cztery, 

Jacen  postanowił,  że  skorzysta  z  okazji,  by  rozweselić  wojowniczkę  z  Dathomiry.  Doszedł 

jednak  do  wniosku,  że  t  y  m  razem  nie  będzie  opowiadał  jej  żadnych  dowcipów,  a  zamiast 

tego  wyjaśni  burkliwej  dziewczynie,  dlaczego  niektóre  rzeczy  są  uważane  za  zabawne. 

Postara  się  wytłumaczyć,  dlaczego  powinna  się  śmiać  po  wysłuchaniu  jego  dowcipów...  no, 

przynajmniej  niektórych.  Jacen  zaczął  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem  dziewczyna  nie 

śmieje się dlatego, że po prostu ich nie rozumie. 

Niemożliwe, żeby wszystkie jego dowcipy były do niczego… 

Wyjaśnił  więc  Tenel  Ka,  dlaczego  absurdalne  odpowiedzi  na  niewinnie  brzmiące 

pytania  są  zazwyczaj  uważane  za  zabawne.  Pokazał,  jak  wyprawianie  nieoczekiwanych 

rzeczy z pożywieniem czy przedmiotami codziennego użytku może wywoływać uśmiech na 

twarzach widzów. 

Tenel  Ka  spoglądała  na  niego  poważnie,  poświęcając jemu  i  tylko  jemu  całą  uwagę. 

Ani razu wszakże nawet się nie uśmiechnęła. 

Jacen  westchnął,  po  czym  opowiedział  dziewczynie  kilka  najlepszych  dowcipów.  Po 

chwili opowiedział kilka najgorszych, by na ich przykładzie wyjaśnić różnicę między jednymi 

a drugimi. Tenel Ka wysłuchała cierpliwie, ale na jej twarzy nie ukazał się uśmiech. 

Zrozpaczony chłopiec zaczął się zastanawiać, czy nie powinien udać się do automatu 

przyrządzającego  posiłki,  by  poprosić  o  porcję  mrożonego  deneeliańskiego  musującego 

budyniu,  po  czym  na  niby  potknąć  się  w  ten  sposób,  by  potrawa  rozbryznęła  się  po  jego 

twarzy.  Doszedł  jednak  do  wniosku,  że  na  młodej  wojowniczce  nie  wywarłoby  żadnego 

wrażenia nawet najbardziej widowiskowe lądowanie na pośladkach. 

Kręcąc  głową  na  znak,  że  się  poddaje,  Jacen  postanowił  dać  dziewczynie  spokój. 

Powinien zająć się czymś innym, może mniej zniechęcającym. Jego nastrój uległ natychmiast 

poprawie,  kiedy  wytężając  wszystkie  zmysły  Jedi,  wykrył  coś  ciekawego  w  zakamarkach 

background image

części rufowej „Ścigacza Cieni”... nikły ślad, wskazujący na obecność jakiejś żywej istoty... 

ukrytego  w  przedziale  silnikowym  zwierzątka,  które  znalazło  się  poza  naturalnym 

środowiskiem.  Jacen  postanowił  wyruszyć  na  poszukiwania.  Pomyślał,  że  tak  czy  owak, 

chyba nikt oprócz niego nie zainteresuje się biedactwem. 

Minąwszy kajuty z pryczami do spania i przedziały, w których automaty przyrządzały 

posiłki,  dotarł  do  osłoniętego  i  izolowanego  przedziału  rufowego.  Słyszał  pulsujący  huk 

silników  poruszającego  się  w  nadprzestrzeni  „Ścigacza  Cieni”.  Popatrzył  na  płyty  czołowe 

skomplikowanych paneli, urządzenia kontrolno-pomiarowe i baterie dostarczające energii do 

systemów uzbrojenia, zasilane sprzężonym spinowo i obdarzonym ładunkiem gazem tibanna, 

a  także  generatory  ochronnych  pól  siłowych,  które  niczym  wymyślny  baldachim  otaczały 

lśniący  kadłub  statku.  Mimo  stłumionego  hałasu  i  drżenia  pracujących  pełną  mocą  silników 

nadal wyczuwał słabiutki sygnał świadczący o obecności jakiegoś stworzenia, wystraszonego 

i zagubionego. 

-  Nie  obawiaj  się  -  powiedział  na  głos,  równocześnie  wysyłając  myślowe  wici,  by 

przekazać  te  same  słowa  za  pośrednictwem  Mocy.  - Jestem  twoim  przyjacielem.  Mogę  ci 

pomóc. Musisz jednak się pokazać. Przekonasz się, że wszystko będzie dobrze. 

Pochyliwszy  się,  zniżył  głos  do  szeptu  i  zaczął  zaglądać  w  szczeliny  między 

urządzeniami kontrolnymi. Postanowił kierować się zmysłami. 

- Nie wyrządzę ci żadnej krzywdy - ciągnął. - Możesz mi zaufać. 

Dotknął samymi opuszkami palców zimnej metalowej płyty czołowej jakiegoś panelu, 

delikatnie muskając myślami obudowę generatora osłon przeciwjonowych. 

Wyczuwał,  że  właśnie  tam  ukryło  się  stworzenie.  Drżało  i  kurczyło  się  ze  strachu; 

zapewne czegoś strzegło. Niewielkiego gniazda? 

- To tylko ja - odezwał się znów chłopiec. - Nie bój się mnie. Uspokój się. Potrafię się 

tobą zaopiekować. 

Chcąc  uzyskać  dostęp  do  wnętrza  generatora,  pociągnął  za  uchwyty  mocujące 

metalową płytę. W środku, w przytulnym małym gniazdku sporządzonym z różnokolorowych 

odpadków i śmieci, kulił się puchaty ośmionogi gryzoń; podobne do małej myszy stworzenie 

porośnięte delikatną, długą jasnoszarą sierścią. Zwierzątko zwróciło na Jacena mikroskopijne 

czarne oczy, które w panującym półmroku zalśniły jak paciorki. Zaczęło poruszać wilgotnym 

nosem.  Jeżeli  sądzić  z  wyglądu  dwóch  długich  zębów  sterczących  z  przedniej  części 

pyszczka, nie wyglądało na mięsożerne. 

- Chodź do mnie - odezwał się Jacen. - To miejsce nie jest dla ciebie bezpieczne. 

Wyciągnął  rękę  i  łagodnie  wyciągnął  gryzonia  z  kryjówki.  Wszystkie  osiem  łapek 

background image

drżało  i  łaskotało  dłoń  chłopca.  Jacen  miał  wrażenie,  że  trzyma  tłuściutkiego  puszystego 

pająka, ale przyjaznego, nie zamierzającego go ukąsić. 

Pogłaskał zwierzątko po grzbiecie, po czym znów pochylił się i popatrzył na gniazdo. 

Przy  jego  budowie  stworzenie  ogryzało  kawałki  różnobarwnej  izolacji  z  kabli  zasilających 

generator.  Oprócz  tego  poszarpało  i  powyciągało  inne  przewody,  splatając  je  w  ten  sposób, 

żeby  w  miękkim  gniazdku,  wyściełanym  strzępkami tkanin  i  plastikowych  osłon,  mogły 

zmieścić się. cztery pulchniutkie kulki, bez wątpienia potomstwo samicy. 

- Och, jaki masz przytulny domek - odezwał się łagodnie chłopiec. - Chyba jednak nie 

powinnaś  była  budować  go  właśnie  z  takich  materiałów.  Wiesz,  nie  możemy  się  obyć  bez 

generatora osłon przeciwjonowych. To urządzenie chroni kadłub naszego statku. 

Nie  przestając  delikatnie  głaskać  grzbietu  stworzenia,  wyjął  gniazdko  w  taki  sposób, 

żeby  nie  wyrządzić  krzywdy  młodym,  po  czym  umieścił  w  nim  samicę,  która  natychmiast 

przytuliła się do czterech puchatych kulek. 

- Przeniosę cię teraz w bezpieczne miejsce - obiecał - ale najpierw muszę powiedzieć 

o wszystkim Jainie i Lowiemu, żeby mogli zająć się naprawami. 

Zaabsorbowany uspokajaniem nowego ulubieńca, Jacen powrócił do pomieszczeń na 

dziobie. Podszedł do siostry, która nadal majstrowała we wnętrzu niepojętego mechanicznego 

urządzenia. 

- Hej, posłuchaj, Jaino - zaczął. - Mam niepomyślne wieści. 

Dziewczyna  się  odwróciła,  nie  wypuszczając  z  dłoni  niewielkiego  klucza 

hydraulicznego. 

- Co się stało? 

Zanim  chłopiec  zdążył  odpowiedzieć,  cały  „Ścigacz  Cieni”  zakołysał  się  i  szarpnął, 

jakby  zderzył  się z  niewidoczną  przeszkodą.  Pokład  uciekł  spod  nóg  Jacena,  który  upadł  na 

kolana. Z trudem utrzymywał równowagę, starając się nie upuścić gniazda. 

Świetliste  różnobarwne  smugi,  oglądane  przez  iluminatory  podczas  lotu  w 

nadprzestrzeni,  zawirowały  we  wszystkie  strony  jakby  wszyscy  oglądali  je  po  zażyciu 

środków halucynogennych. Kiedy jakaś siła zatrzęsła „Ścigaczem Cieni” po raz drugi, Jacen 

upadł na plecy. Z najwyższym wysiłkiem udało mu się jednak utrzymać cenne gniazdko. 

- Uhm, to teraz nieważne - odparł. - Może poczekać na bardziej odpowiednią chwilę. 

 

Jaina  chwyciła  za  podłokietniki  fotela,  a  tymczasem  niewielki  statek  zataczał  się  i 

trząsł  jak  pijany.  Wszystkie  narzędzia  i  elektroniczny  zdalniak  skanujący,  który  właśnie 

dziewczyna skończyła naprawiać, wystrzeliły jak pociski, by roztrzaskać się o grodzie i opaść 

background image

na płyty pokładu w postaci bezużytecznych szczątków. 

Kiedy  „Ścigacz  Cieni”  na  chwilę  wyrównał  lot,  jej  brat  niepewnie  się  wyprostował, 

nie wypuszczając czegoś, co trzymał w dłoni. Jego włosy sprawiały wrażenie jeszcze bardziej 

rozwichrzonych  niż  zazwyczaj.  Przede  wszystkim  chłopiec  spojrzał,  czy  Tenel  Ka  nie  stało 

się nic złego. Młoda wojowniczka także wstała. Szeroko rozstawiła nogi, wparła je w pokład i 

starała  się  utrzymać  równowagę.  Tymczasem  „Ścigacz  Cieni”  znów  się  zatrząsł,  próbując 

przelecieć przez obszar objęty jakimiś zakłóceniami. 

- Co się dzieje? - zapytała. 

Siedzący  w  sterowni  Lowie  i  Chewbacca  zaczęli  ryczeć  do  siebie  i  ciągnąć  za 

dźwignie, żeby ustabilizować mały wahadłowiec. 

-  Burza  jonowa?  -  zakwilił  przerażony  Em  Teedee,  by  po  chwili  wydać  głośny 

elektroniczny jęk. - Czy jest pan tego absolutnie pewien? Jesteśmy zgubieni! 

Usta Jainy zacisnęły się w ponurą ciemną linię. 

-  Zgadza  się,  to  burza  jonowa  -  odezwała  się  dziewczyna.  - Zwyczajny  pech.  Nie 

mogliśmy  jej  przewidzieć.  Posługując  się  nawigacyjnym  komputerem,  wytyczyliśmy 

najkrótszy  szlak,  którym  można  było  dolecieć  na  Kashyyyk.  Pokładowe  atlasy  gwiezdne 

ukazują  tylko  ciągłe  zagrożenia,  w  rodzaju  gromad  gwiazd,  czarnych  dziur  i  gromadzących 

olbrzymią energię mgławic... Tymczasem burze jonowe pojawiają się i znikają, ale kiedy się 

przelatuje przez ich obszar, z pewnością wywołują drgania nadprzestrzeni. 

- Czy to coś poważnego? - zapytał Jacen. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. - 

Nie podoba mi się to. Jestem pełen najgorszych przeczuć. 

- Musimy spokojnie poczekać i przekonać się, co z tego wyniknie - odparła Jaina. 

Tenel  Ka  stała,  położywszy  dłoń  na  pasie  z  wieloma  kieszeniami.  Gdyby  miała 

walczyć  z  namacalnym  wrogiem,  mogłaby  posłużyć  się  sztyletami  do  rzucania,  świetlnym 

mieczem  czy  nawet  cienką  linką  zakończoną  rozkładaną  kotwiczką.  Żaden  z  tych 

przedmiotów nie nadawał się jednak, żeby wojowniczka mogła stawić czoło burzy jonowej. 

Tymczasem Chewbacca i Lowie przebierali włochatymi palcami po pulpitach konsolet 

sterowniczych,  chwytając  za  różne  dźwignie.  „Ścigacz  Cieni”  wyskoczył  jednak  z 

nadprzestrzeni i znalazł się na obrzeżach szalejącej jonowej nawałnicy. 

- Oho - odezwał się Jacen. - Zapomniałem wam powiedzieć, że nasz generator osłon 

przeciwjonowych mógł zostać trochę uszkodzony. 

Uniósł sporządzone z różnobarwnych strzępków materiałów izolacyjnych gniazdko, z 

którego zwisały kawałki kabli i przewody. 

Jaina  natychmiast  odwróciła  się  w  jego  stronę,  jeszcze  bardziej  zmartwiona  niż 

background image

kiedykolwiek. 

- O, nie! To mogłoby... 

W  miarę  jak  „Ścigacz  Cieni”  coraz  bardziej  pogrążał  się  w  groźną  burzę,  kadłub 

statku  zaczynały  otaczać  podobne  do  pajęczyn  krzaczaste  błyskawice  wyładowań 

elektrycznych.  W  ciemnościach  raz  po  raz  rozbłyskiwały  potężne  wyładowania.  Ogniste 

bryzgi  przecinały  wypełnione  rozżarzonymi  gazami  przestworza,  w  których  szalał 

niespodziewany  huragan  międzygwiezdnych  jonów.  Mały  wahadłowiec  podskakiwał  jak 

rozwścieczony banth, a jego pasażerowie obijali się o przepierzenia i grodzie. 

Jacen  oparł  się  ramieniem  o  kontrolny  rygiel.  Po  chwili  wpadła  na  niego  Tenel  Ka. 

Chłopiec  pochwycił  wojowniczkę  i  nie  wypuszczając  z  drugiej  dłoni  gniazda  z  nowym 

ulubieńcem, przytrzymał i siebie, i dziewczynę, by oboje nie upadli. Tymczasem Jaina, która 

usiłowała przedostać się do sterowni, rozpłaszczyła się na płytach pokładu. 

W tej samej chwili włączyły się rufowe silniki „Ścigacza Cieni”. Potężna siła napędu 

podświetlnego  pchnęła  statek  ku  przeciwległemu  krańcowi  przestrzeni,  rozdzieranej  przez 

szalejącą  jonową  burzę.  Siedzący  na  fotelu  pilota  Chewbacca  zaryczał  i  zaczął  chwytać 

dźwignie  sterownicze.  Pociągając  raz  jedną,  a  raz  drugą,  usiłował  utrzymać  statek  na 

poprzednim kursie, który pozwoliłby jak najszybciej opuścić niebezpieczny obszar. 

Lowie  głośno  zaryczał,  kiedy  dostrzegł,  jak  ogniste  palce  błękitnych  błyskawic 

przeskakują z jednego panelu kontrolnego na drugi, niszcząc kolejne podsystemy. 

Nagle zza rufowych grodzi, gdzie znajdowały się generatory osłon przeciwjonowych, 

dobiegł głośny skowyt oznaczający, że urządzenia są przeciążone. Po chwili rozległ się huk i 

generatory odmówiły posłuszeństwa. 

Za  dziobowym  iluminatorem  „Ścigacza  Cieni”  kłębiło  się  morze  różnobarwnych 

gazów.  Mały  wahadłowiec  leciał  dalej,  koziołkując  w  przestworzach,  kierując  się  jednak  ku 

obszarowi nie objętemu przez jonową burzę. W końcu opuścił niebezpieczną przestrzeń, ale 

Jaina wzdrygnęła się, kiedy pomyślała, jakie uszkodzenia musiały spowodować wyładowania 

jonowe. 

Jacen otrzepał się z kurzu i uśmiechnął się z przymusem. 

-  A  teraz...  -  zaczął.  -  Uhm...  Jak  mówiłem,  generator  osłon  przeciwjonowych  został 

uszkodzony...  -  Ponownie  uniósł  gniazdo  z  ośmionogim  gryzoniem,  który  skulił  się,  jakby 

świadom wszystkich kłopotów, jakie przysporzył załodze. - Znalazłem to gniazdo we wnętrzu 

urządzenia. Wyjąłem je, ale chciałbym, żeby któreś z was zajęło się naprawą uszkodzeń. 

-  Wygląda  na  to,  że  mamy  teraz  pod  dostatkiem  czasu  na  naprawy  -  odezwała  się 

Tenel Ka. - Potrafimy to zrobić, prawda? 

background image

Siedzący w sterowni Lowie i Chewie zaczęli się naradzać, raz po raz rycząc i warcząc. 

-  Och,  to  wspaniale!  -  odezwał  się  miniaturowy  android-tłumacz.  -  Pan  Lowbacca 

uważa,  że  mieliśmy  wielkie  szczęście.  Systemy  napędowe  oraz  urządzenia  uzdatniania 

powietrza  i  wody  zostały  tylko  lekko  uszkodzone  i  ich  naprawa  nie  powinna  okazać  się 

bardzo trudna. O rety, to naprawdę cudowna wiadomość! 

Em  Teedee  zamilkł.  Obaj  Wookie  przez  chwilę  rozmawiali  ze  sobą,  po  czym  głos 

zabrało znów srebrzyste urządzenie. 

-  Przepraszam,  ale  co  pan  powiedział,  panie  Lowbacco?  O  rety!  Wszystko  wskazuje 

na to, że nasz komputer nawigacyjny został całkowicie zniszczony. Wskutek tego straciliśmy 

wszelkie  współrzędne,  które  pozwoliłyby  nam  dolecieć  z  tego  miejsca  do  jakiegokolwiek 

innego. Nie do wiary! Jesteśmy... Zagubiliśmy się w przestworzach. 

Usłyszawszy  uwagę  androida-tłumacza,  Chewbacca  i  Lowie  w  tej  samej  chwili 

gniewnie zaryczeli i Em Teedee natychmiast umilkł. 

- No cóż, wydaje mi się, że jednak powinienem czerpać pociechę z faktu, iż panowie 

pokładają takie zaufanie w swoich umiejętnościach nawigacji - mruknął po chwili. 

Obaj Wookie zaczęli gorączkowo dyskutować, po czym nastąpiło wpisywanie danych 

do  pamięci  pulpitu  nawigacyjnego,  a  jeszcze  później  wzajemne  sprawdzanie,  czy  któryś  z 

Wookiech  nie  popełnił  omyłki.  Kiedy  pozostali  członkowie  załogi  uporali  się  z  mniej 

skomplikowanymi naprawami, „Ścigacz Cieni” wyruszył w dalszą podróż. 

Z  początku  Jaina  była  zaskoczona,  że  mały  statek  leci  znów  właściwym  kursem, 

potem  jednak  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma w  tym  nic  nadzwyczajnego.  Mimo  wszystko 

Kashyyyk  był  jedyną  planetą  zamieszkaną  przez  Wookiech,  a  Lowie  i  Chewbacca  bardzo 

tęsknili za rodzinnym światem. 

Dlaczego  więc  miała  się  dziwić,  że  obaj  zapamiętali  zestaw  współrzędnych,  dzięki 

którym mogli powrócić do domu? 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Zekk stał dumnie wyprostowany w zacisznej sali audiencyjnej, urządzonej na jednym 

z  poziomów  Akademii  Ciemnej  Strony.  Walczył  ze  sobą,  usiłując  ukryć  zdenerwowanie. 

Uniósłszy lekko głowę, czekał, kiedy otrzyma od dawna obiecaną nagrodę. Jego oczekiwanie 

wreszcie dobiegało końca. 

W  chłodnym  powietrzu  unosiła  się  ożywcza  woń  jakichś  olejów  czy  smarów.  Z 

metalowego  sufitu  padały  jaskrawe  smugi  światła,  co  zmuszało  młodzieńca  do  mrużenia 

szmaragdowozielonych  oczu.  Ich  tęczówki  były  otoczone  ciemniejszymi  pierścieniami, 

podobnymi  do  mrocznej  aureoli  otaczającej  jego  osobowość.  Zekk  potrząsnął  głową,  by 

odrzucić do tyłu zmierzwione ciemne włosy, o odcień jaśniejsze od głębokiej czerni. Ciągle 

mrugając,  spojrzał  na  lorda  Brakissa,  oświetlonego  jasnym  blaskiem  rzucanym  przez  panele 

jarzeniowe. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  był  odziany  w  fałdzisty  srebrzysty  płaszcz, 

uszyty  z  tkaniny,  która  sprawiała  wrażenie,  jakby  uprzędły  ją  jadowite  pająki.  Pod  jedną  ze 

ścian  sali  stała  Tamith  Kai,  nieprzejednana  przywódczyni  nowego  zakonu  Sióstr  Nocy.  Jak 

zwykle,  miała  na  sobie  połyskującą  czarną  pelerynę,  ozdobioną  spiczasto  zakończonymi 

naramiennikami.  Pod  bujną  grzywą  jej  hebanowoczarnych  włosów  płonęły  fioletowe  oczy. 

Obok  Tamith  Kai  czekały  dwie  inne  sławne  Siostry  Nocy:  urodziwa,  chociaż  niewysoka 

Garowyn i silnie umięśniona Vonnda Ra, ubrane w tuniki z opancerzonej jaszczurczej skóry i 

peleryny z czarnymi naramiennikami. Obie przyleciały z Dathomiry. Wszystkie trzy wiedźmy 

przywodziły Zekkowi na myśl wygłodniałe drapieżne ptaki. 

Obok kobiet stał na baczność posiwiały pilot myśliwca typu TIE, eskortowany przez 

grupę  najbardziej  obiecujących  przyszłych  szturmowców.  Jeden  z  najsilniejszych  spośród 

nich, zakuty jak wszyscy inni w biały pancerz, to Norys, były przywódca Zagubionych, który 

jeszcze  niedawno  wydawał  na  Coruscant  rozkazy  innym  członkom  gangu.  Podczas  gdy 

pozostali  kandydaci  na  szturmowców  stali  sztywno  wyprostowani,  z  bronią  na  ramionach, 

Norys  kręcił  się  i  poruszał,  zły  i  poirytowany,  iż  musi  brać  udział  w  ceremonii.  Mając 

świadomość,  że  wszystkie  jego  zmysły  wyostrzyło  podniecenie,  Zekk  słyszał,  jak  z  białego 

głośnika byłego przywódcy gangu wydobywają się ochrypłe ciche słowa: 

- Ten śmieciarz... Taki ma zawsze szczęście. 

Poruszając  się  cicho  i  dyskretnie,  pilot  Qorl  położył  na  ramieniu  Norysa  ciężką  i 

obdarzoną  wielką  siłą  protezę,  podobną  do  tych,  jakie  mają  androidy.  Ten  stanowczy, 

background image

niedwuznaczny gest miał uciszyć zawadiakę. Zekk wiedział, że sztuczna ręka Qorla jest tak 

ciężka, iż mogłaby strzaskać biały pancerz imperialnego żołnierza jak skorupkę jajka. Norys 

umilkł, ale każdym gestem dawał dowód, że jest rozdrażniony. 

Zekk  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Pragnął  napawać  się  chwilą  swojej  chwały  i 

uśmiechnął  się  na  myśl  o  tym,  jak  bardzo  zmienił  się  w  ciągu  zaledwie  kilku  miesięcy...  A 

teraz miał dostąpić najwyższego zaszczytu. 

Z okazji uroczystości wtajemniczenia i mianowania miał na sobie nowiutki skórzany 

mundur.  Ciężkie  okrągłe  ćwieki  zdobiły  usztywnione  paski  naramienników,  nadając  skórze 

wytrzymałość  pancerza.  Dłonie  młodzieńca  były  ukryte  w  grubych  czarnych  rękawicach, 

które przyjemnie skrzypiały, kiedy zginał i rozginał palce. 

Na  uśmiechniętej  i  gładkiej  jak  porcelana  twarzy  Brakissa  malowała  się  prawdziwa 

duma.  Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  wręczył  Zekkowi  upominek  -  fałdzistą  czarną 

pelerynę  obrzeżoną  ciemnoszkarłatnym  pasem,  którego  intensywny  odcień  przypominał 

barwę świeżej krwi. 

-  Młody  Zekku  -  zaczął  Brakiss.  -  Wręczam  ci  ten  dar  jako  symbol  znaczenia,  jakie 

masz dla Akademii Ciemnej Strony. Udowodniłeś, że jesteś pojętnym uczniem, dzięki czemu 

stanowisz  cenny  nabytek  dla  Drugiego  Imperium.  Nasze  starania  nie  przyniosłyby  takich 

rezultatów,  gdybyś  nie  zechciał  wziąć  udziału  w  naszej  walce.  Pojedynkując  się  z  Vilasem, 

drugim  wybitnym  kandydatem  Akademii  Ciemnej  Strony,  wykazałeś,  że  jesteś  naszym 

mistrzem, naszą nadzieją na przyszłość... naszym Najciemniejszym Rycerzem. 

Zekk zamrugał, usiłując powstrzymać kłujące łzy szczęścia i satysfakcji, napływające 

do  jego  oczu.  Tymczasem  Brakiss  rozpostarł  ciężką  tkaninę,  udrapował  na  watowanych 

ramionach  munduru  młodzieńca,  po  czym  zapiął  poły  peleryny  z  przodu  szyi  i  zatrzasnął 

zapinkę w kształcie drapieżnego srebrnego skarabeusza. 

Zekk obserwował Tamith Kai. Stała nieruchomo, przeniknięta śmiercionośną energią, 

podobna  do  przebiegłego  androida-mordercy.  Zauważył,  że  Siostra  Nocy  skrzywiła  się  na 

wzmiankę o Vilasie, który był przecież jej pupilem, jej kandydatem na przywódcę wszystkich 

Ciemnych  Jedi  kształcących  się  w  Akademii  Ciemnej  Strony.  Zekk  zdołał  jednak  pokonać 

gburowatego,  przesadnie  ufającego  we  własne  siły  młodego  mężczyznę  i  teraz  o  n  nosił 

czarną  pelerynę...  a  Was,  wystrzelony  w  przestworza  przez  otwór  do  usuwania  śmieci,  był 

właściwie tylko gwiezdnym pyłem. 

Brakiss  cofnął  się  i  opuścił  ręce,  po  czym  zaplótł  palce.  Srebrzyste  fałdy  jego  szaty 

skrywały nadgarstki i starannie wypielęgnowane dłonie. 

- Nadszedł  czas,  żebyś  wykonał  dla  nas  pierwsze  i  bardzo  ważne  zadanie,  Zekku  - 

background image

powiedział.  -  Aby  udowodnić,  co  jesteś  wart,  zostaniesz  mianowany  dowódcą  oddziału 

żołnierzy. 

Zekk poczuł, że serce w jego piersi skoczyło jak szalone. Nie sądził, że jeszcze tego 

samego dnia zniesie więcej zaszczytów. 

- Co... - zająknął się. - Co chcesz, żebym uczynił? 

-  W  ramach  ostatnich  przygotowań  do  ataku  na  umocnienia  twierdzy  Rebeliantów 

musimy  zdobyć  bardzo  ważne  elementy.  Będziesz  dowodził  oddziałami,  które  dokonaj  ą 

szturmu  na  zamieszkany  przez  Wookiech  świat,  Kashyyyk.  Właśnie  tam,  w  jednym  z 

zaawansowanych  pod  względem  technicznym  drzewnych  miast,  znajduje  się  fabryka 

najbardziej skomplikowanych urządzeń komputerowych instalowanych na pokładach statków 

naszych wrogów. 

Jeżeli  wyprawa  zakończy  się  powodzeniem,  zdobędziemy  komputerowe  moduły 

umożliwiające naprowadzanie na cel i systemy taktyczne, dzięki którym uzyskamy olbrzymią 

przewagę  i  odniesiemy  zwycięstwo.  Będziemy  mogli  posiać  zamęt  we  flotach  Rebeliantów, 

gdyż  wykorzystamy  ich  komputery  do  przekazywania  mylnych  sygnałów.  Możliwe,  że 

zastosujemy te urządzenia także do naśladowania tajnych kodów, przesyłanych przez okręty 

nieprzyjaciół.  Chcemy,  żeby  jednostki  wojenne  Drugiego  Imperium, wysyłając  sygnały 

identyfikujące je jako statki Rebeliantów, mogły bezpiecznie przelatywać przez przestworza, 

opanowane przez naszych wrogów. 

Z uwagi na niezwykłą doniosłość misji, zostaniesz mianowany dowódcą bardzo silnej 

grupy. Zezwalam także na użycie nowych maskujących hologramów, które opracowaliśmy z 

myślą  o  przenikaniu  między  nieprzyjaciół.  Wszystko  zależy  teraz  od  ciebie,  Zekku.  Czy 

czujesz się na siłach podjąć to wyzwanie? 

Chłopak entuzjastycznie pokiwał głową. 

- Tak! Tak, uczynię to dla ciebie, mistrzu Brakissie! 

Tamith Kai oderwała plecy od ściany i weszła w krąg jaskrawego światła padającego 

na  młodzieńca.  Zekk  obrócił  głowę  i  popatrzył  na  wysoką  złowieszczą  kobietę.  Wygięte  w 

dół  końce  szkarłatnofioletowych  warg  nadawały  jej  twarzy  wyraz  powagi.  Sprawiając 

wrażenie, iż wieści jego klęskę, Siostra Nocy oznajmiła: 

-  Nasz  plan  ma  jeszcze  jeden  aspekt,  o  którym  na  razie  nic  nie  wiesz.  Przejęliśmy 

sygnały,  z  których  wynika,  że  przysparzający  nam  tylu  kłopotów  smarkacze  Jedi  właśnie  w 

tej  chwili  lecą  z  wyprawą  na  Kashyyyk.  Kiedy  odlatywali  z  Yavina  Cztery,  przesłali 

wiadomość,  w  której  żegnali  się  z  matką.  Na  szczęście  Qorl  śledzi  wszystkie  sygnały 

wysyłane z okolic tego księżyca do stolicy Rebeliantów. 

background image

Spojrzała  na  podobne  do  szponów  paznokcie,  jakby  nagle  odkryła  w  nich  coś 

ciekawego. 

- Z początku planowaliśmy zaczekać jeszcze kilka tygodni, zanim rozpoczniemy atak 

-  ciągnęła  -  ale  teraz...  Chwila  nie  może  być  lepiej  wybrana.  -  W  jej  fioletowych  oczach 

błysnęły iskry radości. - Twoim drugim zadaniem będzie upewnienie się, że Jacen, Jaina i ich 

kłopotliwi  przyjaciele  zostaną  raz  na  zawsze... usunięci  z  drogi,  tak  żebyśmy  wyruszając  na 

podbój galaktyki, nie musieli się martwić o to, iż pokrzyżują nasze plany. 

Kiedy  młodzieniec  dowiedział  się,  na  czym  ma  polegać  drugie  zadanie,  przełknął 

kluchę,  jaka  utkwiła  w  gardle,  ale  nie  odpowiedział  ani  słowem.  Jacen,  a  zwłaszcza  jego 

siostra  Jaina,  od  najmłodszych  lat  byli  jego  najlepszymi  przyjaciółmi.  Ich  drogi  jednak  się 

rozeszły, kiedy bliźnięta odleciały, aby kształcić się w akademii Jedi. Pozostawiły Zekka na 

Coruscant,  żeby  wiódł,  tak  jak  dotąd,  niewesołe  życie.  Chłopak  nie  miał  żadnej  nadziei  na 

lepszą przyszłość, dopóki nie odnaleźli go przedstawiciele Akademii Ciemnej Strony. 

-  W  porządku  -  odparł  w  końcu  ochryple  i  ponuro.  Starał  się  powiedzieć  to  jak 

najgłośniej,  tak  by  nikt  się  nie  zorientował,  że może  mieć  jakieś  wątpliwości.  Dokonał 

przecież wyboru własnej drogi życia i teraz musiał podążać obranym szlakiem, bez względu 

na to, co podpowiadało mu sumienie. - W porządku - powtórzył. - Kiedy startujemy? 

- Jak najszybciej - odparła złowieszcza kobieta. 

 

Tamith  Kai  i  dwie  pozostałe  Siostry  Nocy  stały  na  płycie  wielkiego  lądowiska 

Akademii  Ciemnej  Strony,  zajęte  załadunkiem  statku,  którym  miały  polecieć  na  wyprawę. 

Sam  statek,  ozdobiony  neutralnymi  znakami,  był  niewielkim  towarowym  frachtowcem, 

skonfiskowanym  jakiemuś  zabłąkanemu  handlarzowi,  który  miał  nieszczęście  zapuścić  się 

zbyt  blisko  obszarów  tworzących  jądro  galaktyki.  Tamith  Kai  zastanawiała  się  leniwie,  czy 

właściciel statku nadal gnije, przetrzymywany w głębi jakiegoś imperialnego lochu... czy też 

może  szturmowcy  skrócili  jego  męczarnie.  Było  oczywiste,  że  Drugie  Imperium  nie  mogło 

uwolnić  człowieka,  który  poznał  systemy  gwiezdne  należące  do  jądra  galaktyki  i  mógł 

wyjawić prawdę o porwanym frachtowcu. 

Pilot  Qorl,  zamknięty  w  obserwacyjnej  bańce,  którą  umieszczono  nad  lądowiskiem, 

stał  obok  przełączników  aparatury  maskującej  Akademię  Ciemnej  Strony  i  nadzorował 

przygotowania  do  startu  wyprawy.  Stary  mężczyzna  nie  brał  w  niej  udziału,  ale  osobiście 

wybrał kilkanaście niedawno skonstruowanych imperialnych myśliwców i bombowców typu 

TIE, które zostały umieszczone w ładowniach frachtowca. 

-  Przekonamy  się,  czy  Brakiss  ma  rację,  obdarzając  takim  zaufaniem  swojego 

background image

młodego  ulubieńca  -  mruknęła  Tamith  Kai,  starając  się,  by  nikt  inny  nie  usłyszał  jej 

chrapliwego niskiego głosu. -Jeżeli chodzi o mnie, nadal mu nie ufam. Jak Norys nazywa tego 

chłopaka...  śmieciarzem?  Wyczuwam,  że  Zekk  jeszcze  całkiem  nie  przeszedł  na  ciemną 

stronę. 

Vonnda Ra zmarszczyła brwi, a na jej kanciastej twarzy odmalowało się zakłopotanie. 

- Przecież po tym wszystkim, czego dokonał... - zaczęła. - Spójrz tylko, jak przykłada 

się do nauki. Jak możesz podawać w wątpliwość jego umiejętności? 

-  Nie  wątpię  w  jego  umiejętności,  tylko  w  motywy  postępowania  -  odezwała  się 

Tamith Kai. - Nie miałam takich zastrzeżeń, jeżeli chodziło o lojalność Vilasa. 

Garowyn uznała za słuszne także włączyć się do rozmowy. 

-  To  możliwe,  Tamith  Kai  -  powiedziała.  -  Vilas  jednak  nie  żyje.  Zekk  okazał  się 

waleczniejszym wojownikiem. Może po prostu trudno ci pogodzić się z porażką. 

Oczy Tamith Kai zalśniły jak dwa jaskrawofioletowe słońca, gotowe w każdej chwili 

eksplodować. 

- Wcale nie jest mi trudno pogodzić się z porażką! - warknęła. 

- Jasne, że nie - odparła Garowyn, po czym odwróciła głowę, pragnąc ukryć ironiczny 

uśmiech. 

Rozwścieczona Tamith Kai zacisnęła pięści. 

-  Mam  wrażenie,  że  Zekk  nadal  żywi  jakieś  uczucia  względem  tych  nieznośnych 

bliźniąt Jedi. Nie może się powstrzymać, by nie darzyć ich przyjaźnią - rzekła Siostra Nocy, 

Powoli  zaczynała  się  uspokajać.  Jej  wargi,  ciemnowiśniowe  jak  przejrzały  owoc,  nawet 

rozciągnęły się w uśmiechu. - I właśnie dlatego postarałam się, żeby ta wyprawa była czymś 

więcej niż tylko zwykłym rabunkiem. Przekonajmy się, jak Zekk poradzi sobie z wykonaniem 

jeszcze jednego zadania. 

Vonnda  Ra  umieściła  wypełniony  bronią  okratowany  pojemnik  w  ładowni 

szturmowego  wahadłowca,  po  czym  wróciła,  żeby  zabrać  ciężkie  pasy  kryjące  osobiste 

generatory maskujących hologramów. 

-  Sądziłam,  że  komputerowe  systemy  taktyczne  i  moduły  umożliwiające 

naprowadzanie na cel są najważniejszym celem naszej wyprawy - stwierdziła. 

-  Możliwe,  że  dla  ciebie  i  dla  Drugiego  Imperium  -  odparła  Tamith  Kai,  niedbale 

kiwnąwszy głową. - Ale nie dla mnie. 

Garowyn skrzyżowała żylaste ręce na niepokaźnym torsie. 

-  Może  jesteś  oficjalną  przywódczynią,  Tamith  Kai  -  oświadczyła  -  aleja  także  chcę 

decydować  o  tym,  co  jest  najważniejsze  dla  mnie.  Pomogę  ci  podczas  tej  wyprawy,  ale 

background image

głównym  powodem,  dla  którego  lecę  z  wami,  jest  chęć  odzyskania  naszej...  skradzionej 

własności. 

-  Jakiej  skradzionej  własności?  -  zainteresowała  się  Vonnda  Ra,  nie  wypuszczając 

urządzeń kontrolnych i generatorów maskujących hologramów, ukrytych w ciężkich pasach, 

których końce zwisały po obu stronach jej wyciągniętych rąk. 

-  Naszego  najlepszego  statku  pokrytego  kwantowym  pancerzem,  dysponującego 

potężnym  uzbrojeniem  i  mającego  idealnie opływowe  kształty  -  odparła  Garowyn.  - 

„Ścigacza  Cieni”.  Ten  niewielki  wahadłowiec,  jedyna  radość  mojego  życia,  stanowił  szczyt 

osiągnięć imperialnych projektantów i inżynierów. Mimo to Luke Skywalker i ta zdrajczyni z 

Dathomiry  podstępnie  zamknęli  mnie  w  kapsule  ratunkowej  i  ukradli  statek!  Od  tamtego 

czasu korzysta z niego akademia Jedi. Niedawno jednak się dowiedziałam, że jakiś Wookie i 

smarkacze  Jedi  wyprawili  się  moim  statkiem  na  Kashyyyk.  Dopiero  teraz  mam  szansę 

odzyskania tego, co należało kiedyś do mnie. 

-  No  cóż,  jeżeli  naprawdę  uda  ci  się  odzyskać  „Ścigacz  Cieni”,  zostanie  więcej 

miejsca  dla  nas,  kiedy  będziemy  wracały  na  pokładzie  szturmowego  wahadłowca  -  odparła 

Vonnda Ra. 

Tamith  Kai  zmierzyła  niską,  brązowowłosą  Siostrę  Nocy  zimnym  spojrzeniem.  W 

końcu się uśmiechnęła, rym razem trochę cieplej i szczerzej. 

-  Widzę  z  tego,  że  wszystkie  mamy  do  załatwienia  własne  porachunki  -  rzekła.  - 

Miejmy nadzieję, że nasza wyprawa zakończy się powodzeniem. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

-  Ależ  oczywiście,  panie  Lowbacco.  Będę  szczęśliwy,  mogąc  służyć  panu  w  ten 

sposób - odezwał się Em Teedee, kiedy zbliżali się do Kashyyyku. - Obliczenie parametrów 

dalszej trajektorii lotu będzie dla mnie drobnostką. 

Lowie  zaakceptował  wyniki  obliczeń  przeprowadzonych  przez  małego  androida  i 

wprowadził  je  ręcznie,  posługując  się  panelem  sterowniczym  „Ścigacza  Cieni”.  Kiedy  w 

iluminatorze pojawiła się zielonobrązowa kula planety, siedzący obok niego wuj odetchnął z 

ulgą,  jakby  zawczasu  cieszył  się  na  wspomnienie  wszystkich  woni,  smaków  i  dźwięków 

rodzinnego świata. Mimo iż Lowie powracał z ciężkim sercem, także poczuł nagły przypływ 

podniecenia  i  radości.  Wiedział,  że  już  wkrótce  znajdzie  się  na  bezpiecznych,  spokojnych 

wierzchołkach drzew rosnących tylko na Kashyyyku. 

-  Doskonała  robota,  panowie  Lowbacco  i  Chewbacco!  -  zapiszczał  radośnie  Em 

Teedee. 

Lowie  burknął  coś  nieobowiązującego  w  odpowiedzi,  wciąż  jeszcze  oczarowany 

widokiem rodzinnej planety. Wyglądała zupełnie tak samo, jak tego dnia, kiedy ją opuszczał. 

Odlatywał  wówczas  na  pokładzie  „Sokoła  Tysiąclecia”  w  towarzystwie  Hana  Solo,  aby 

zostać uczniem akademii Jedi. Jak długo nie było go w domu? 

Zbyt  długo.  Lowie  poczuł,  że  pragnienie  ponownego  zobaczenia  się  z  rodzicami  i 

siostrą staje się trudne do zniesienia. Obaj Wookie posługiwali się dźwigniami sterowniczymi 

w  pośpiechu,  zrodzonym  z  radosnego  oczekiwania.  W  pewnej  chwili,  gdy  „Ścigacz  Cieni” 

obniżał lot, kierując się ku gęstemu  baldachimowi liści w dole, Chewbacca ze wzruszeniem 

wskazał urządzone na wierzchołkach drzew miasto, w którym dorastał on i matka Lowie-go. 

Lowbacca zastanawiał się, czy wuj, podróżując po całej galaktyce, także tęskni za domem tak, 

jak  czasem  jemu  zdarzało  się  tęsknić,  kiedy  przebywał  na  Yavinie  Cztery.  Nie  wątpił,  że 

pierwszego czy drugiego dnia po lądowaniu Chewbacca znajdzie jakoś czas, by polecieć do 

swojego miasta i odwiedzić resztę rodziny. 

Siedzący  za  nim  bliźnięta  i  Tenel  Ka  raz  po  raz  wykrzykiwały,  podziwiając  piękno 

Kaskyyyku i rozmiary drzew porastających planetę. 

-  Mimo  iż  już  tu  byłam,  zawsze  zapominam,  jakie  są  wielkie  - mruknęła  Jaina, 

przyciskając palce do transpastalowej szyby iluminatora. 

- Zdumiewające - przyznała Tenel Ka. - Ale gdzie znajdują się miasta? 

Chewbacca  obniżył  lot  lśniącego  statku  jeszcze  bardziej,  a  Lowie  wskazał  miejsce, 

background image

gdzie  w  grupach  rosnących  blisko  siebie  drzew  krzyżowały  się  wyższe  konary,  niemal 

przesłaniając widok niższych pięter. Spośród gęstwiny splątanych grubych gałęzi wystawały 

błyszczące wieże i platformy - ślady cywilizacji wykorzystującej wszystkie cechy naturalnego 

środowiska. 

- A - odezwała się dziewczyna, a w jej głosie dało się słyszeć zdumienie. - Aha. 

- Sprytne, hmmm? - zapytał Jacen, pochylając się w stronę wojowniczki. - Starają się, 

żeby przyroda i technika szły ręka w rękę. 

Lowie zaryczał, zgadzając się z opinią chłopca. 

-  Pan  Lowbacca  pragnie  zauważyć,  że  technika  i  przyroda  nie  muszą  kłócić  się  ze 

sobą-  przetłumaczył  Em  Teedee.  -  Połączenie  obu  może  być  przyjemniejsze  niż  wybieranie 

tylko jednego albo drugiego. 

Kiedy  Lowie  w  końcu  dostrzegł  rodzinne  miasto,  poczuł,  że  na  nowo  ogarnia  go 

zniecierpliwienie.  Robił  wszystko,  co  mógł,  by  nie  rozpiąć  sprzączek  ochronnej  sieci. 

Tymczasem  Chewbacca  pilotował  uszkodzony  wahadłowiec,  kierując  go  ku  właściwej 

platformie ładowniczej. 

W  tej  samej  sekundzie  kiedy  „Ścigacz  Cieni”  miękko  osiadł  na  płycie  lądowiska, 

Lowbacca  zeskoczył  z  fotela  drugiego  pilota  i  pospieszył  do  włazu  zamkniętej  śluzy.  Przez 

iluminator  sterowni  widział  czekających  na  platformie  pozostałych  członków  rodziny:  ojca 

Mahraccora, matkę Kallabow i młodszą siostrę Sirrakuk. 

Otworzył  właz  i  przez  ułamek  sekundy  stał  na  progu,  skąpany  promieniami  słońca. 

Wciągał  powietrze,  chłonąc  każdy  szczegół  i  napawając  się  widokiem  intensywnej  zieleni  i 

brązu  wierzchołków  gigantycznych  wroszyrów.  Później  zaryczał,  witając  swoich  bliskich, 

którzy odpowiedzieli podobnym przeciągłym rykiem. Rodzice sprawiali wrażenie zdrowych i 

szczęśliwych, może jedynie trochę zmęczonych. Ciepłe błękitne oczy matki, osadzone między 

kędziorami  kasztanowatej  sierści,  promieniowały  niekłamaną  dumą.  Ciemniejsze  pasmo 

zdobiące sierść ojca z upływem czasu ani trochę nie posiwiało. 

Jedynie  jego  siostra  wyglądała  inaczej  niż  zazwyczaj.  Była  wyższa,  szczuplejsza  i 

piękniejsza  niż  podlotek,  którego  pamiętał  z  czasów  kiedy  odlatywał,  ale  na  jej  twarzy 

malował  się  smutek  i  przygnębienie.  Sirra  ostrzygła  futro  w  niezwykły  sposób,  wycinając 

ozdobne  ścieżki,  które  przebiegały  przez  ramiona  i  głowę.  Kły  siostry  pozostały  jednak  tak 

samo  ostre  i  białe,  a  sierść  wokół  nosa  i  ust  starannie  uczesana  i  całkiem  długa.  Sirrakuk 

stanowczo wydoroślała. 

Jego  ojciec  uniósł  ręce  nad  głowę  i  przeciągle  zaryczał,  pozdrawiając  syna  po  raz 

drugi. Lowie także głośno ryknął i pobiegł, by przywitać się z najbliższymi. 

background image

 

Jacen,  siedząc  przy  ogromnym  stole,  po  raz  dziesiąty  żałował,  że  nie  rozumie  lepiej 

mowy  Wookiech.  Wciśnięty  pomiędzy  Lowiego  a  Sirrę,  od  czasu  do  czasu  spoglądał  na 

przeciwny  kraniec  stołu,  gdzie  po  obu  stronach  Chewbaccy  siedziały  Tenel  Ka  i  Jaina. 

Zastanawiał  się,  czy  słuchając  prowadzonej  podczas  obiadu  głośnej  i  niezrozumiałej 

rozmowy, obie dziewczyny czują się tak samo, jak on, zakłopotane. 

Jedynym  oświetleniem  był  ciepły  blask  rzucany  przez  przezroczyste  siatkowe  klatki, 

zawieszone  na  gałęziach  tworzących  sklepienie  jadalni  i  otoczone  rojami  mikroskopijnych 

świecących  owadów.  Nad  głowami  biesiadników  unosiła  się  woń  egzotycznych  przypraw 

zmieszana  z  aromatem  kadzideł,  wydostającym  się  przez  wycięte  otwory  okienne  i 

mieszająca  się  z  wilgotnym  powietrzem  nocy.  Intensywny  zapach  potraw,  które  rodzice 

Lowiego  przygotowali  na  powitanie  przyjaciół  syna,  pobudzał  gruczoły  ślinowe  wszystkich 

gości. 

Funkcję  stołu  pełniła  wielka  okrągła  drewniana  płyta  odcięta  z  pnia  gigantycznego 

wroszyra.  Hipnotyzujące  wzrok  koncentryczne kręgi  wskazywały,  ile  lat  liczyło  drzewo, 

zanim  posłużyło  do  budowy  stołu.  Wszystkie  krzesła  i  inne  meble  w  domu  Lowiego 

sprawiały zresztą wrażenie przesadnie dużych, przeznaczonych dla istot o wiele wyższych niż 

przeciętni ludzie. Jacen niespokojnie poruszył się na ustawionej obok stołu wysokiej ławie. 

W końcu zaświtała mu pewna myśl. 

-  Hej,  a  gdzie  jest  Em  Teedee?  -  zapytał.  -  Naprawdę  przydałaby  się  nam  teraz  jego 

umiejętność tłumaczenia. 

Jaina  zarumieniła  się,  by  po  chwili  ułożyć  usta  w  ten  sposób,  jakby  chciała 

powiedzieć: „o”. 

-  Ja...  hmmm...  -  zaczęła  się  jąkać.  -  Myślę,  że  to  moja  wina.  Pożyczyłam  go,  by 

podłączyć  do  urządzeń  diagnostycznych  „Ścigacza  Cieni”.  Chciałam,  żeby  powiedział  nam, 

jakie  części  zapasowe  musimy  zdobyć,  by  naprawić  nasz  wahadłowiec.  -  Dziewczyna 

przygryzła dolną wargę. - Nie pomyślałam o tym, że może byłoby uprzejmiej zaczekać z tym, 

aż skończymy rozmawiać z rodzicami Lowiego. 

Jacen wzruszył ramionami i zamknął oczy. Usiłował się skupić na wszystkim, co go 

otaczało,  mając  nadzieję,  że  może  zrozumie  znaczenie  chociaż  pojedynczych  wyrazów. 

Stwierdził jednak, że jeżeli aż pięcioro Wookiech naraz rozmawia, rycząc, warcząc, wyjąc i 

szczekając,  prawie  nie  sposób  zrozumieć  ani  słowa  z  ich  rozmowy.  Powoli  wypuścił 

powietrze i postarał się odprężyć. Zamierzał posłużyć się Mocą, żeby stwierdzić, czy może w 

ten sposób odgadnąć przynajmniej sens dyskusji. 

background image

Zza okien dobiegł go cichy szmer ciepłego popołudniowego deszczu zapuszczającego 

delikatne  palce  między  liście  majestatycznych  wroszyrów.  W  jadalni  wszakże  nadal 

krzyżowały się dźwięki podobne do odgłosów trwającej bitwy, choć od czasu do czasu także 

mieszające się z takimi, które chłopiec dobrze znał i nawet trochę rozumiał. Wyczuwał, że w 

tych słowach kryje się radość i oczekiwanie; nadzieja i troska. Poczuł... 

Poczuł  na  ramieniu  dotknięcie  włochatej  ręki.  Zaskoczony,  uniósł  głowę  i  zobaczył 

siostrę  Lowiego  wyciągającą  ku  niemu  talerz  z  porcją  smażonego  mięsa  i  świeżych  jarzyn. 

Widząc, że chłopiec spogląda na nią, Sirra wydała uprzejme, ale dziwaczne szczeknięcie. 

- Blasterowe błyskawice! - odezwał się szybko Jacen. - Bardzo przepraszam, ale czy 

to wszystko dla mnie? 

Rozbawiony Lowie sapnął, po czym zatoczył ręką zamaszysty łuk, chcąc pokazać, że 

wszyscy  inni  siedzący  przy  stole  zostali  już obsłużeni.  Na  talerzach,  ustawionych  przed 

każdym  Wookiem,  widniały  wielkie  porcje  świeżego  mięsa  i  stosy  surowych  jarzyn.  Jaina 

miała  na  talerzu  mniej  więcej  to  samo,  co  brat,  a  Tenel  Ka  podano  mieszaninę  jarzyn  i 

mięsiw, zarówno surowych, jak i gotowanych. Chłopiec z niejakim rozbawieniem stwierdził, 

że  apetyt  dziewczyny  pozwala  jej  spożywać  posiłki  charakterystyczne  dla  obu  tak  różnych 

światów:  prymitywnej  Dathomiry  i  wyrafinowanego  Hapes.  Kallabow  i  Mahraccor  musieli 

się  napracować,  pragnąc  zadowolić  kulinarne  gusty  wszystkich  gości.  Jacen  przyjął  talerz  z 

rąk Sirry, po czym podziękował. 

Kiedy  wszyscy  Wookie  umilkli  i  w  oczekiwaniu  popatrzyli  na  Lowbaccę,  ten 

wyciągnął  jedną  rękę  nad  swoim  talerzem  z  jedzeniem  i  wydał  półgłosem  kilka  krótkich 

jękliwych dźwięków. Jacen rozpoznał parę wygłaszanych w charakterze dziękczynienia słów 

okolicznościowej mowy Wookiech, które tak często słyszał z ust Lowbaccy. 

Następnie  Lowie  wstał,  uniósł  wysoko  ręce  i  odgiął  na  boki  dłonie  z  wyciągniętymi 

palcami, jakby chciał stworzyć ochronny liściasty baldachim nad głowami swoich bliskich i 

przyjaciół,  po  czym  powtórzył  to  samo  krótkie  przemówienie.  W  odpowiedzi  jego  matka 

wydała przeciągły żałosny skowyt. 

Po  chwili  jednak  i  Wookie,  i  ludzie  rzucili  się na  jedzenie,  jakby  nie  mieli  w  ustach 

przyzwoitego posiłku od co najmniej kilku tygodni. 

 

Następnego  dnia  Jaina  z  powątpiewaniem  spojrzała  na  długą  listę  części,  którą  Em 

Teedee  przepisał  do  jej  elektronicznego  notatnika,  i  mruknęła  coś  wymijająco.  W 

przestronnym pokoju młodego Wookiego, wydrążonym w części pnia ogromnego wroszyra, 

siedzieli  obok  niej  Jacen  i  Tenel  Ka.  Lowie  odłączył  przewody  od  diagnostycznego  panelu, 

background image

ukrył  je  znów  w  środku  obudowy  małego  androida,  po  czym  z  trzaskiem  zamknął  pokrywę 

kryjącą jego  wnętrze.  Tymczasem  Chewbacca  korzystając  z  faktu,  że  Jaina  i  Lowie 

współpracowali  ze  sobą,  by  ustalić  listę  uszkodzonych  podzespołów  „Ścigacza  Cieni”, 

wyprawił się na drugi kraniec planety. Zamierzał odwiedzić pozostałych członków rodziny, z 

którymi nie widział się od dłuższego czasu. 

Za otwartym oknem spadło kilka ostatnich kropli kolejnej przelotnej ulewy. Młodym 

rycerzom  Jedi  towarzyszyła  Sirra,  raz  po raz  przygładzając  sterczące  włosy  przystrzyżonej 

sierści.  Zapewne  siostra  Lowiego  nie  chciała  pozostawać  sama,  ale  siedziała,  właściwie  nie 

biorąc udziału w rozmowach. 

- Popatrz na to, Lowie - odezwała się Jaina, unosząc i obracając ekran notatnika. 

Młody  Wookie  zaczął  czytać  listę  zniszczonych  części,  a  kiedy  skończył,  zaryczał  i 

pogrążył się w zadumie. Jacen i Tenel Ka podeszli bliżej, aby także zapoznać się z wykazem. 

Chłopiec błysnął zębami, obdarzając siostrę figlarnym uśmiechem. 

- Aż trudno uwierzyć, żeby jedna malutka burza jonowa mogła wyrządzić tyle szkód, 

hmmm? 

Jaina spiorunowała go spojrzeniem. 

- Gdyby twój puszysty pieszczoch nie zżarł całej izolacji z przewodów... 

-  Hej,  to  niesprawiedliwe!  -  zawołał  urażony  Jacen.  - Nawet  o  nim  nie  wiedziałem, 

zanim wystartowaliśmy z Yavina Cztery. 

Chłopiec  wyjął  puchate  stworzenie  z  prowizorycznej  klatki,  którą  sporządził  dla 

samicy  i  jej  młodych.  Mały  ośmionogi  gryzoń  wydawał  się  bardzo  zadowolony  z  nowego 

gniazda. 

- Nie chciałaś wyrządzić żadnych szkód - powiedział. - Prawda, Jonko? 

Zbliżył  nastroszoną  puszystą  kulkę  do  twarzy  i  pieszczotliwie  pogładził  palcem 

grzbiet stworzenia. Samica cichutko zapiszczała. Chłopiec zamierzał uwolnić gryzonia, kiedy 

wszyscy wrócą na Yavin Cztery, ale na razie chciał troszczyć się o niego, jak umiał najlepiej. 

- To nie była wina Jacena - odezwała się łagodnie Tenel Ka. - A przypisywanie winy 

stworzeniu do niczego nas nie zaprowadzi. 

Jaina wzruszyła jednym ramieniem. 

-  Ta-a,  wiem  -  przyznała.  -  Przepraszam.  Tylko  nie  pozwólcie,  żeby  Chewie,  kiedy 

wróci wieczorem, zobaczył to paskudne małe zwierzę. 

Lowie zwrócił notatnik Jainie i okazując dużą pewność siebie, krótko warknął. 

-  Pan  Lowbacca  jest  niemal  pewien,  że  w  miejscowym  zakładzie  produkcyjnym 

zdobędziemy większość umieszczonych na liście podzespołów, albo przynajmniej zamówimy 

background image

wykonanie odpowiednich urządzeń zastępczych - przetłumaczył usłużnie Em Teedee. 

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nadzieja. 

- Chodzi ci o zakład produkcyjny, w którym pracują twoi rodzice? 

-  Blasterowe  błyskawice!  -  wybuchnął  nagle  Jacen.  -  Czy  jesteś  pewien?  Ten  wykaz 

zawiera przecież bardzo dużo pozycji. A co właściwie wytwarza się w tej fabryce? 

Lowie  wykonał  trudny  do  określenia  gest,  po  czym  ryknął  coś  w  odpowiedzi. 

Chłopiec mniej więcej przeczuwał, co odrzekł jego kosmaty przyjaciel. 

-  W  zakładzie,  w  którym  są  zatrudnieni  rodzice  pana  Lowbaccy,  jak  również 

większość  innych  mieszkańców  tego  drzewnego  miasta  -  zapiszczał  miniaturowy  android  - 

produkuje  się  różne  skomplikowane  podzespoły  komputerowe,  stosowane  w  transporcie  i 

telekomunikacji. 

Jaina nadstawiła uszu, oczyma wyobraźni widząc fabrykę wypełnioną egzotycznymi i 

niesamowicie złożonymi podzespołami i urządzeniami. 

-  Na  przykład  jakie?  -  zainteresował  się  Jacen,  umieszczając  Jonkę  z  powrotem  w 

prowizorycznej  klatce. Mały  gryzoń  natychmiast  sprawdził,  czy  potomstwu  nie  stało  się  nic 

złego, po czym zaczął myszkować po wymoszczonym gnieździe. 

Tym razem Lowie dość długo gestykulował i ryczał, wskutek czego tłumaczenie jego 

słów zajęło więcej czasu. 

- Między  innymi,  w  fabryce  są  wytwarzane  systemy  naprowadzania,  stosowane  w 

planetarnych  stacjach  kontroli  lotów  -  zaczął  mały  android.  -  Produkowane  są  także 

podsystemy  nawigacyjne  i  ich  moduły  rezerwowe,  a  także  systemy  taktyczne,  generatory 

kodów wysyłanych sygnałów, wielofazowe... 

- Hej, myślę, że mniej więcej rozumiem, o co chodzi - przerwał Jacen. - Dzięki, Em 

Teedee. 

Jaina  z  trudem  powstrzymała  się,  żeby  nie  zachichotać.  Jej  wiecznie  ciekawski 

braciszek otrzymał znacznie więcej informacji, niż pragnął. 

- Lowie, czy znasz jakiś sposób, żebyśmy mogli przelecieć „Ścigaczem Cieni” bliżej 

twojego  domu,  tak  by  naprawy  statku  zajęły  mniej  czasu?  -  zapytała.  -  Lądowisko  w 

hangarze,  gdzie  go  zostawiliśmy,  znajduje  się  przecież  na  drugim  krańcu  miasta.  Będziemy 

mieli kłopoty z naprawami, jeżeli wiesz, o co mi chodzi. 

Lowie pokręcił głową, ale po chwili zaryczał, widocznie pragnąc coś zaproponować. 

- Pan Lowbacca chciałby zauważyć... - zaczął tłumaczyć Em Teedee. 

- Ta-a, chyba wiem, o co mu chodzi - wpadła w słowo Jaina, z wysiłkiem starając się 

zrozumieć  chociaż  kilka  słów  spośród  tych,  które  wypowiedział  młody  Wookie.  -  Możemy 

background image

wyciągać uszkodzone moduły po jednym albo po dwa, przynosić do domu Lowiego i dopiero 

tu zajmować się naprawami. - Promiennie się uśmiechnęła. - To wspaniały pomysł. No, to na 

co jeszcze czekamy? 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Poranny  wietrzyk  rozwiewał  włosy  rudobrązowej  sierści  Lowiego,  który  stał  obok 

przyjaciół  na  platformie  obserwacyjnej,  umieszczonej  na  wierzchołku  najwyższego  drzewa. 

Gładka powierzchnia zajmowała całkiem sporo miejsca, a o tak wczesnej porze nie przebywał 

na  niej  nikt  oprócz  czworga  młodych  Jedi.  Wszyscy  uznali,  że  jest  idealnym  miejscem,  na 

którym mogliby rozprostować kości i wykonać na świeżym powietrzu kilka ćwiczeń. 

Powietrze  było  przesycone  intensywnymi  zapachami  kwitnących  wiosną  roślin, 

młodych liści i drewna, rozgrzanego przez promienie słońca. Na skraju platformy przycupnęła 

siostra  Lowiego,  Sirra.  Przyglądała  się,  jak  młodzi  Jedi  przystępują  do  wykonywania 

indywidualnych ćwiczeń gimnastycznych. 

Lowie  dokładał  starań,  żeby  nikt  nie  zauważył,  iż  dyskretnie  obserwuje  siostrę. 

Obawiał  się,  że  jeżeli  Sirra  zorientuje  się,  iż  poświęca  jej  dużo  uwagi,  może  poczuć  się 

rozdrażniona,  wskutek  czego  stanie  się  jeszcze  bardziej  uparta  niż  dotychczas.  O  wielu 

ważnych  problemach  w  ogóle  nie  mówili;  Lowie  był  jednak  pewien,  że  już  wkrótce  będzie 

musiał poruszyć je w rozmowie z Sirra. 

Skierował  złociste  oczy  na  środek  platformy  i  przez  chwilę  obserwował,  jak  Jacen 

wykonuje pompki, a Jaina ćwiczy przewroty. Tenel Ka, zwinniejsza niż kiedykolwiek, stanęła 

na  jednej  nodze,  a  potem  schyliła  się  i  wyprostowała  drugą  poziomo  w  tył,  pokazując,  jak 

wygląda jaskółka. Po chwili pochyliła się jeszcze bardziej i skierowała drugą nogę ku niebu. 

Lowie  oparł  dłonie  na  ciepłej  drewnianej  powierzchni  platformy,  a  potem  odbił  się  i 

stanął  na  rękach.  Kiedy  Jaina  minęła  go, wykonując  gwiazdy,  zaryzykował  i  po  raz  kolejny 

rzucił  okiem  na  Sirrę.  Od  czasu  kiedy  poprzedniego  dnia  przyleciał,  młodsza  siostra  prawie 

wcale się nie odzywała, chociaż instynktownie szukała jego towarzystwa. Lowie nie potrafił 

przestać się zastanawiać, o czym myśli Sirra. Czy może miała mu za złe to, że odziedziczył 

talent  Jedi,  podczas  gdy  ona  nie  wykazywała  takich  umiejętności?  Może  obwiniała  go  za 

śmierć Raaby? Albo obraziła się na przyjaciół, których zaprosił do domu? 

Oboje  różnili  się  od  siebie  tak  bardzo,  że  młody  Wookie  pomyślał,  czy  naprawdę 

kiedykolwiek  dobrze  się  rozumieli.  Lowie  był  zamyślony,  poważny  i  zamknięty  w  sobie,  a 

Sirra rozhukana, pewna siebie i nie ukrywająca własnych myśli. Lowbacca robił wszystko, by 

nie zwracać na siebie uwagi znajomych i nieznajomych, podczas gdy jego siostra uwielbiała 

zaskakiwać swoim wyglądem i zachowaniem. Z jakiegoż innego powodu wystrzygłaby sierść 

w okolicach kostek, kolan i nadgarstków w taki sposób, że utworzyły się niezwykłe wzory? 

background image

Sirra  i  Lowie  darzyli  się  zawsze  bezgranicznym  zaufaniem...  ale  czy  teraz  siostra 

nadał mu ufała? 

Tenel Ka, wykonując w powietrzu zgrabne salta, na chwilę przesłoniła pole widzenia 

młodego  Wookiego.  Lowie  poczuł,  że  traci  równowagę,  ale  szybko  ją  odzyskał,  po  czym 

zaczął uginać i prostować ręce. 

-  Hej,  Lowie!  -  usłyszał  nagle  za  plecami  okrzyk  Jacena.  - Czy  nie  zechciałbyś 

nauczyć mnie chociaż kilku słów swojej mowy? 

Młody Wookie zamruczał na znak zgody. 

- Pan Lowbacca mówi, że nie ma nic przeciwko temu, aby zostać pana nauczycielem - 

przetłumaczył miniaturowy android. 

Jaina zachichotała. 

- A to heca, Em Teedee - powiedziała. - Wydawało mi się, że Lowie powiedział tylko: 

„dobrze”. 

- No cóż, przypuszczam, że naprawdę tak może brzmieć inne tłumaczenie - odparł Em 

Teedee,  tym  razem  jakby  trochę  zirytowany.  -  Uważam  jednak,  że  wydaje  się  cokolwiek 

prozaiczne. 

Lowie  szczeknął,  zanosząc  się  od  śmiechu,  a  potem  znów  popatrzył  na  Sirrę,  żeby 

przekonać  się,  czy  przysłuchiwała  się  rozmowie.  W  tej  samej  chwili  siostra  odwzajemniła 

jego  spojrzenie,  po  czym  odwróciła  się  plecami  i  usiadła  na  samej  krawędzi  platformy.  Jej 

kołyszące  się  nogi  zwisały  nad  przepaścią  kończącą  się  baldachimem  liści.  Zaczęła 

wypatrywać  czegoś  na  niższych poziomach...  Zapewne  rozmyślała  o  niewidocznych 

głębinach, z których nie powróciła Raaba. 

- No cóż, panie Lowbacco - odezwał się Em Teedee, dla odmiany urażonym tonem. - 

Ponieważ  nauczył  pan  innych  swojej  mowy,  domyślam  się,  że  nie  zechce  pan  dłużej 

korzystać z moich usług. 

-  Oczywiście,  że  będziemy  ciebie  nadal  potrzebowali,  Em  Teedee  -  rzekła  Jaina.  - 

Nigdy nie zrozumiemy każdego słowa, które powie Lowbacca. 

Młody  Wookie,  okazując  roztargnienie,  burknął  coś  na  znak,  że  przyznaje  jej  rację. 

Nie  przestawał  spoglądać  na  zgarbioną  sylwetkę  Sirry.  Nagle  przyszło  mu  do  głowy,  że 

chociaż przyleciał do domu, żeby wesprzeć siostrę w trudnych chwilach, właściwie nie miał 

pojęcia, w jaki sposób to uczynić. Doskonale uświadamiał sobie, że sama jego obecność nie 

wystarczy. Chciałby chociaż spróbować porozmawiać z Sirrą, ale martwił się tym, co będzie, 

jeżeli  jego  siostra  boryka  się  z  problemami,  których  nie  potrafi  rozwiązać?  A  co,  jeżeli 

jednym  z  tych  problemów  jest  jej  brat,  który  dając  niebezpieczny  przykład,  niejako  zmusił 

background image

siostrę, by go naśladowała, mimo iż mogło to grozić śmiercią? 

Nadal  stojąc  na  rękach,  Lowie  przestał  się  skupiać  na  ćwiczeniu  i  nagle  stracił 

równowagę, tym razem z fatalnym rezultatem. Przez chwilę starał się ponownie stanąć prosto, 

niepewnie chwiejąc się w jedną i drugą stronę. Zdziwiony Em Teedee głośno zapiszczał. W 

tej samej chwili Lowie się przewrócił i z głuchym hukiem wylądował na pośladkach. 

Jaina natychmiast pospieszyła z pomocą, co wprawiło młodego  Wookiego w jeszcze 

większe zakłopotanie. 

- Czy nic ci się nie stało? - zapytała. 

Lowie  bardzo  chciałby,  żeby  koleżanka  nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  się  stało.  Na 

korzyść dziewczyny przemawiał jednak fakt, że kiedy się przekonała, iż Lowie nie jest ranny, 

natychmiast  wróciła  na  środek  platformy  i  zajęła  się  wykonywaniem  następnych  ćwiczeń. 

Starała  się  udawać,  że  nie  widzi,  jak  Lowie  wstaje  z  drewnianych  desek,  a  potem  otrzepuje 

sierść z kurzu. 

Młody  Wookie,  zawstydzony  własną  niezręcznością,  polecił androidowi-tłumaczowi, 

by wyłączył się na jeden okres odpoczynku. Przeszedł na skraj platformy i usiadł obok Sirry, 

po  czym  przełożył  nogi  przez  krawędź  i  pozwolił,  by zwisały  nad  przepaścią.  Ponieważ  nie 

wiedział,  od  czego  zacząć,  odczekał  chwilę,  licząc  na  to,  że  może  pogrążona  we  własnych 

myślach  siostra  odezwie się  pierwsza.  Obserwując  ją  kątem  oka,  ponownie  zaczął  się 

zastanawiać,  co  sprawiło,  że  oboje  tak  bardzo  różnili  się  od  siebie.  Nie  potrafił  zrozumieć, 

jakim cudem dwoje tak odmiennych dzieci mogło mieć tych samych rodziców. 

Lowie  wykazywał  duże  umiejętności,  jeżeli  chodziło  o  władanie  Mocą,  ale  Sirra  ani 

nie  miała  takiego  talentu,  ani  nie  zamierzała  zostać  rycerzem  Jedi.  Cichy,  pogrążony  w 

myślach  brat  był  zawsze  przeciwieństwem  ufnej  we  własne  siły  i  rozmownej  siostry... 

rozmownej  aż  do  niedawna,  kiedy  stała  się  skryta  i  zamknięta  w  sobie.  Poza  tym  Lowie 

potrafił całymi godzinami zgłębiać tajniki systemów komputerowych, a Sirra bardzo szybko 

traciła  zainteresowanie  tym,  co  robiła,  i  zajmowała  się  czymś  innym,  byle  tylko  zaspokoić 

żądzę  przygód  i  poznawania  świata.  Co  więcej,  Lowie  zawsze  chlubił  się  tym,  że  jest 

posłuszny.  Uważał,  że  łatwiej  mu  jest  robić  to,  czego  spodziewają  się  inni,  niż  tracić  czas  i 

energię na bezsensowne akty buntu, wymierzonego przeciwko starszym i przełożonym. 

Kiedy  uświadomił  sobie  ten  fakt,  zerknął  na  widoczne  w  różnych  miejscach  ciała 

siostry  pasma  krótko  przystrzyżonej  sierści.  O  ile  wiedział,  nikt  z  dorosłych  Wookiech, 

których znał, i tylko nieliczni młodzi strzygli sierść w podobnie fantazyjne wzory. Postanowił 

w  końcu  spytać  Sirrę  właśnie  o  to,  aby  zacząć  rozmowę.  Przełamując  wewnętrzny  opór, 

zapytał, czy takie wystrzyżenie sierści chłodzi ciało podczas upałów. 

background image

Sirra  wzruszyła  ramionami.  To  nie  był  powód,  dla  którego  ostrzygła  sierść  w  taki 

sposób. 

Czy była to oznaka żałoby? Po Raabie? 

Sirra prychnęła na samą myśl o tym, że może to być jedyny powód. 

Czyżby więc bunt? 

Sirra  przez  chwilę  zastanawiała  się  nad  pytaniem,  po  czym  niepewnie  westchnęła. 

Zapewne sama nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Uważała to za... pewien sposób okazania 

na zewnątrz tego, co czuła w środku, a czego inni nie widzieli: że była inna niż wszyscy. 

Lowie  wydał  gardłowy  pomruk,  zastanawiając  się  nad  tą  odpowiedzią.  Dotychczas 

uważał za oczywiste, że każdy Wookie różni się czymś od wszystkich pozostałych. 

Sirra pokręciła głową, po czym nagle zerwała się na równe nogi. Lowie natychmiast 

zauważył, że jest rozdrażniona. Zapewne nie zrozumiał, o co jej chodzi, gdyż okrążyła niemal 

pół  platformy,  zanim  gestem  dała  mu  znak,  by  za  nią  poszedł.  Musiał  niemal  biec,  by 

dotrzymać siostrze kroku. 

W  końcu  Sirra  ponownie  przemówiła,  mimo  iż  jej  głos  wyraźnie  załamywał  się  ze 

wzruszenia.  Pokazując  na  wystrzyżoną  sierść  na  przegubach  i  łokciach,  powiedziała,  że 

uczyniła to w tym celu, by pokazać wszystkim innym, iż nie jest taka jak oni. 

Myśląc, co odrzec, Lowie figlarnie przekrzywił głowę, ale Sirra jeszcze nie skończyła 

wyjaśniać, o co jej chodziło. Powiedziała, że nie dysponuje umiejętnościami Jedi, jak jej brat, 

i dlatego ich rodzice dawno postanowili, że będzie pracowała w fabryce, w której wytwarzano 

komputerowe  podzespoły.  Sirra  wszakże  nie  miała  ochoty  pracować  tak,  jak  wszyscy  inni. 

Nie  widziała  niczego  ciekawego  w  monotonnym  składaniu  komputerów,  a  poza  tym  nie 

cieszyła się opinią bardzo dobrej programistki. Uniosła rękę, zacisnęła palce w pięść i głośno 

ryknęła... Chciała, żeby w życiu spotkało ją coś bardziej podniecającego! 

Lowie  z  po  wagą  pokręcił  głową.  Wookie  potrafili  być  doskonałymi  inżynierami, 

naukowcami  i  pilotami  -  kimkolwiek  pragnęli.  Sukcesy  nie  przychodziły  jednak  bez  trudu. 

Lowbacca kiwnął głową w stronę przyjaciół, chcąc podkreślić, jak ciężko ćwiczą właśnie w 

tej chwili. Oboje Wookie przez chwilę szli w milczeniu obok siebie. 

Tymczasem Jacen, Jaina i Tenel Ka skończyli ćwiczenia i wychylili się przez krawędź 

platformy, by podziwiać piękno baldachimu liści. W pewnej chwili Jacen wyciągnął rękę. 

- Hej, Lowie, jak nazywają się te drzewa? - zapytał. 

Lowie szczeknął w odpowiedzi. Wroszyry. 

Kiedy idąc u boku siostry, minął grupę trojga Jedi, zapytał siostrę, co zamierza robić 

w życiu. Sirra jęknęła i niepewnie wzruszyła ramionami. 

background image

Lowie przez chwilę się zastanawiał, po czym zapytał, co chciałaby robić. 

Westchnęła  ciężko,  po  czym  rozłożyła  szeroko  ręce,  jakby  pragnęła  objąć  nimi  i 

bezkresny  las,  i  całe  niebo.  Uwielbiała  chodzić  na  wycieczki  i  wyprawy.  Pasjonowała  się 

poznawaniem  nowych  miejsc  i  zdobywaniem  wiedzy.  Cieszyła  się,  kiedy  mogła  czuć  się 

wolna, podobnie jak czuł się Lowie, gdy wyprawiał się w przestworza gwiezdnym skoczkiem. 

Co więcej, Sirra lubiła sama decydować o swoim losie. Nie znosiła, kiedy ktoś mówił jej, co i 

kiedy robić. 

Lowie zawył, wymieniając nazwy odległych miast Kashyyyku; przecież istnieją inne 

fabryki,  inne  zawody.  Sirra  machnęła  ręką,  jakby  odpędzając  samą  myśl  o  takich 

prozaicznych obowiązkach. Chciała robić w życiu coś ważnego, coś naprawdę niezwykłego. 

W  jej  głosie  zabrzmiała  nagle  uraza,  jaką  żywiła  jednak  wobec  brata  i  jego  przyjaciół  Jedi. 

Przed nimi wszystkimi otwierały się przecież ogromne możliwości. Sirra pragnęła mieć taką 

samą szansę. 

Posługując  się  Mocą,  bliźnięta  i  Tenel  Ka  zaczęli  po  kolei  wzbudzać  fale  na 

powierzchni  liściastego  baldachimu.  Wyglądało  to,  jakby  liście  były  muskane  podmuchem 

powietrza,  wywołanego  przez  ruch  skrzydeł  niewidzialnego  drapieżnika.  Sirra  burknęła  coś, 

wyraźnie  oburzona,  po  czym  wyciągnęła  rękę  i  pokazała  Lowiemu  młodych  Jedi,  którzy 

krzyżowali  i  splatali  gałęzie  drzew,  przyspieszając  ruch  biegnących  po  liściach  zmarszczek 

Mocy. 

Sirra była pewna, że nigdy nie marnowałaby talentu w taki sposób. Wiedziała, że już 

niedługo musi zmierzyć się z kwiatem syreniowca, aby udowodnić wszystkim, jak jest silna i 

odważna.  Oświadczyła,  że  wątpi,  aby  młodzi  rycerze  przeżyli  chociaż  pięć  minut, 

przebywając na najniższym poziomie dżungli. Upierała się, że władanie Mocą nie zapewni im 

bezpieczeństwa ani nie ocali życia, jeżeli będą wykorzystywali swoje umiejętności do takich 

igraszek. 

Lowie  obdarzył  siostrę  prowokującym  spojrzeniem,  po  czym  podjął  próbę 

wytłumaczenia  jej  trudnych  pojęć,  których  najwidoczniej  nie  rozumiała.  Oświadczył,  że 

przyjaciele  tylko  „doskonalą”  własne  umiejętności,  a  nauka  i  ćwiczenia  nigdy  nie  idą  na 

marne.  Zapewnił  siostrę,  że  Jaina,  Jacen  i  Tenal  Ka  są  o  wiele  silniejsi,  niż  można  byłoby 

sądzić po tym, co robią. 

Zbyła jego wyjaśnienia wzruszeniem ramion i ponownie ruszyła skrajem skąpanej w 

blasku  słońca  platformy.  Wyprowadzony  z  równowagi  Lowie  zapytał,  co  ma  zrobić,  aby 

pomóc jej uporać się z problemem. 

Na  twarzy  Sirry  odmalowało  się  prawdziwe  zdumienie:  nie  prosiła  o  pomoc  w 

background image

czymkolwiek! 

Tym  razem  Lowie  sprawiał  wrażenie  zaskoczonego.  Zapytał,  czy  widząc  siostrę 

cierpiącą albo zakłopotaną, nie mógł wyciągnąć wniosku, iż powinien jej pomóc? 

Sirra zmrużyła  oczy.  Wydała  całą serię  burkliwych  dźwięków,  pragnąc  przypomnieć 

bratu,  że  zaledwie  przed  kilkoma  minutami  upadł,  narażając  na  szwank  swoją...  swoją 

godność. 

Czy wówczas także pragnął, by ktoś inny pomagał mu uporać się. z problemem? 

Lowie pokręcił głową. Sirra uniosła brwi, pytając, czy teraz ją rozumie. 

Lowie  zrozumiał,  co  miała  na  myśli,  ale  uważał,  że  to  nie  to  samo.  On  przecież 

wiedział, że Sirra potrzebuje pomocy. 

Siostra  ponownie  usiadła  na  krawędzi  platformy,  po  czym  zapatrzyła  się  w  dół,  na 

sąsiednie  wroszyry.  Lowie  przykucnął  obok,  szczerze  zatroskany,  i  po  chwili  wyraz  twarzy 

Sirry  złagodniał.  Powiedziała,  że  nie  chce,  aby  brat  rozwiązywał  jej  problemy,  ale  to  nie 

oznaczało, iż nie pragnie, by jej pomógł. 

Lowie uzmysłowił sobie, że pomaga siostrze, po prostu będąc przy niej i słuchając. 

Położył  dłoń  na  ramieniu  Sirry,  a  ona  przysunęła  się  bliżej.  Wyglądało  na  to,  że  na 

razie obojgu to wystarcza. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Siedząc  na  niezwykłej  ruchomej  grzędzie,  Jaina  spoglądała  na  zaawansowane  pod 

względem  technicznym  drzewne  miasto.  Nie  mogła  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Kashyyyk 

przypomina organiczną wersję Coruscant. 

Dziewczyna  przebywała  na  wysokości  baldachimu  liści,  otoczona  budowlami 

zakładów  przemysłowych  i  domami  mieszkalnymi  Wookiech.  Widziała  wysmukłe  wieże, 

przez które uchodziły gazy przemysłowe, i krystaliczne okna, odbijające przysłonięte mgiełką 

szarobiałe niebo. Wierzchołki najwyższych drzew wznosiły się ponad baldachim liści niczym 

iglice  wysokościowców,  porośnięte  gąszczami  liści.  Widoczna  w  oddali  ogromna  kępa 

majestatycznej  roślinności  przypominała  wielką  wyspę  otoczoną  falującą  zielenią  koron 

sąsiednich  wroszyrów.  Wyglądała  jak  podobne  do  piramid  wieże  Pałacu  Imperialnego  na 

Coruscant. 

Jaina  poczuła  w  sercu  ukłucie  nostalgii.  Doszła  do  wniosku,  że  chciałaby  znów 

zobaczyć  się  z  matką.  Uświadomiła  sobie  jednak,  że  kiedy  ostatnio  ona  i  Jacen  wrócili  na 

planetę  będącą  stolicą  Nowej  Republiki,  stracili  przyjaciela,  Zekka,  który  został  porwany  i 

uprowadzony na pokład imperialnej stacji, Akademii Ciemnej Strony... 

Pośród  gęstwiny  liści  było  widać  skupiska  domów  Wookiech,  kryjących  na  ogół 

przytulne mieszkania. Budowle połączono z kompleksem zakładu produkcyjnego za pomocą 

sieci naturalnych dróg przebiegających przez wierzchołki drzew i przypominających szprychy 

ogromnego  koła.  Po  szerokich  drzewnych  drogach  człapały  sprowadzone  z  innego  świata 

banthy, od czasu do czasu ocierając bokami o wystające gałęzie drzew, porośnięte zielonymi 

liśćmi.  Powoli  pokonywały  odległości,  z  wysiłkiem  stąpając  po  potężnych  wygładzonych 

konarach,  które  rosły  na  wysokości  kilkuset  metrów  powyżej  zdradzieckich  i  nie 

uczęszczanych najniższych poziomów prastarego lasu. 

Czworo młodych przyjaciół i Sirra wyruszyli z domu Lowiego do kompleksu fabryki, 

gdzie wytwarzano komputerowe urządzenia. Zwierzę, na którego grzbiecie podróżowali, było 

na tyle silne i duże, że na wyściełanych siedzeniach przywiązanych do grzbietu mogli jechać 

wszyscy  pięcioro.  Skóra  bantha  wydzielała  intensywną  woń,  drażniąca  nozdrza  Jainy.  Przy 

każdym  kroku  zwierzęcia  dźwięczały  dzwonki  sporządzone  z  wypolerowanej  mosiężnej 

blachy i przyczepione do jaskrawoczerwonych taśm uprzęży. 

Jacen  od  czasu  do  czasu  poklepywał  ogromną  bestię  pociągową,  porośniętą  sztywną 

jak  druty  żółtobrunatną  sierścią.  Uważał,  że  przejażdżka  na  grzbiecie  bantha  jest  jak  dotąd 

background image

najciekawszą  częścią  wyprawy  do  fabryki.  Poganiacz,  podobny  do  myszy  Sullustanin  o 

połyskujących  w  promieniach  słońca  ogromnych  oczach,  przykucnął  między  dwoma 

prążkowanymi  wielkimi  rogami  zakręcającymi  się  wokół  łba  zwierzęcia.  Łagodna  bestia 

kroczyła drzewną drogą, nie zwracając uwagi na gęstwinę rosnących po obu stronach liści. 

- Banthy wyhodowano jako zwierzęta pociągowe wędrujące po pustyniach - odezwał 

się  piskliwym  tonem  Jacen.  -  Wygląda  jednak  na  to,  że  temu  gościowi  podoba  się  na 

Kashyyyku. 

To  prawda  -  pomyślała  Jaina.  Zwierzę  sprawiało  wrażenie  dobrze  odkarmionego  i 

zdrowego,  a  nawet  jakby  zadowolonego,  że  może  przewozić  podróżnych  z  dzielnic 

mieszkaniowych  do  głównego  kompleksu  zabudowań  fabryki.  Czasami  spotykali  innych 

Wookiech, którzy spiesząc do pracy, bez trudu pokonywali odległość, stawiając długie kroki. 

Na  wyściełanym  siodle  obok  Jacena  siedziała  Tenel  Ka.  Gotowa  na  wszystko, 

spoglądała przed siebie, ale z wyrazu jej twarzy nie można byłoby odgadnąć, o czym myśli. 

Lowie i Sirra jechali na wygodnych siedzeniach z tyłu, pogrążeni w beztroskiej rozmowie. 

Jaina  cieszyła  się  na  myśl  o  wyprawie  do  zakładu,  w  którym  produkowano 

komputerowe  urządzenia.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  obejrzy  cuda  techniki  i  zwiedzi 

zakład przemysłowy, jaki zbudowali Wookie na swoim niezwykłym świecie. Zapewne Lowie 

cieszyłby się podobnie jak ona, gdyby tak bardzo nie martwił się o siostrę. 

Banth znieruchomiał przed główną bramą i cierpliwie czekał, aż pasażerowie zejdą z 

jego  grzbietu.  Korzystając  ze  specjalnych  uchwytów  dla  rąk,  przymocowanych  z  boku 

wyściełanych  siedzeń,  wszyscy  zaczęli  się  zsuwać  po  owłosionych  bokach  zwierzęcia,  by 

zeskoczyć na sczepione ze sobą deski platformy. Ponieważ system transportu wykorzystujący 

banthy  został  pomyślany  w  ten  sposób,  aby  mogli  korzystać  z  niego  wysocy  Wookie, 

platforma  znajdowała  się  o  metr  niżej,  niż  Jaina  się  spodziewała.  Dziewczyna  zastanawiała 

się,  w  jaki  sposób  drobnokościsty  Sullustanin  wspina  się,  by  zająć  miejsce  między  rogami 

bestii. 

Lowie zapłacił poganiaczowi kilka żetonów kredytowych, po czym banth odwrócił się 

i  poczłapał  z  powrotem  po  oczyszczonej  z  roślinności  drzewnej  autostradzie.  Podążył  w 

kierunku kolejnej wysepki będącej dzielnicą mieszkaniową, by poszukać nowych pasażerów. 

Jaina  popatrzyła  na  wielopoziomowy  kompleks  budynków  przemysłowych.  Ujrzała 

platformy  i  poziomy  wznoszące  się  jedne  nad  drugimi,  sięgające  najwyższych  gałęzi. 

Podniecony Lowie zaryczał, wskazując pozostałym platformę znajdującą się nad nimi i za ich 

plecami.  Spoglądając  z  ukosa  i  z  dołu,  Jaina  nie  mogła  dostrzec  jej  powierzchni.  Po  chwili 

zauważyła  jednak,  jak  z  drażniącym  słuch  rykiem  doładowywanych  silników  napędu 

background image

podświetlnego oderwał się od niej mały statek. 

-  To  przecież  stary  myśliwiec  typu  Y  -  powiedziała,  natychmiast  rozpoznając  nieco 

przestarzałą konstrukcję kadłuba. 

Maszyny typu Y miały niewielką sterownię w kształcie zaokrąglonego ostrosłupa, po 

którego  bokach  umieszczano  dwa  długie  cylindryczne  pojemniki  z  silnikami.  Całość 

nadawała  myśliwcowi  charakterystyczny  kształt  litery,  od  której  brał  swoją  nazwę.  Statek, 

który oderwał się od platformy, został jednak odnowiony i zmodernizowany, a jego hałaśliwe 

silniki dysponowały teraz o wiele większą mocą. Kiedy włączyły się dopalacze, umieszczone 

za pojemnikami z silnikami, myśliwiec typu Y wzniósł się w niebo. 

Po  chwili  z  platformy  wystartował  drugi  identyczny  statek.  Przez  jakiś  czas,  kiedy 

pilot  orientował  go  w  położeniu,  wisiał  nieruchomo,  po  czym  poszybował  w  ślad  za 

poprzednim. Niedługo potem w powietrze wzniosła się trzecia i czwarta maszyna. 

Jaina spoglądała na nie, nie ukrywając podziwu. 

-  Zapewne  cała  eskadra  -  domyśliła  się,  po  czym  nagle  przypomniała  sobie  coś,  co 

kiedyś  usłyszała.  -  Jeżeli  mamy  walczyć  przeciwko  Drugiemu  Imperium,  Nowa  Republika 

będzie  potrzebowała  wszystkich  maszyn,  jakie  może  zmobilizować  do  walki.  Ponieważ  nie 

ma czasu na konstruowanie nowych myśliwców, najlepszym wyjściem jest modernizowanie 

starych, które po upadku Imperium zostały zabezpieczone w różnych hangarach. 

- Jak sądzisz, na czym polega ta modernizacja? - zainteresował się Jacen. 

-  No  cóż,  myśliwce  typu  Y  nie  były  wcale  złymi  maszynami  - odparła  dziewczyna, 

wzruszając  ramionami.  -  W  czasach  Rebelii  spisywały  się  doskonale,  ale  teraz,  kiedy 

dysponujemy nowymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi i technologiami, możemy udoskonalić 

silniki  w  taki  sposób,  by  zwiększyć  możliwości  nadprzestrzennych  powielaczy.  Ponieważ 

przebywamy  na  Kashyyyku,  idę  o  zakład,  że  maszyny  mają  instalowane  także  nowe 

komputery nawigacyjne, systemy taktyczne, moduły umożliwiające naprowadzanie na cel, a 

także komputerowe centralne jednostki sterujące. 

Lowie  i  Sirra  zaczęli  energicznie  kiwać  głowami,  by  potwierdzić,  że  Jaina  się  nie 

myli. Tymczasem dziewczyna spoglądała w górę i obserwowała, jak kolejne maszyny typu Y, 

jedna po drugiej, wzbijają się w niebo i dołączają do poprzednich. 

Sirra powiedziała coś jeszcze, co natychmiast przetłumaczył Em Teedee: 

-  Pani  Sirra  sugeruje,  żebyśmy  pozostali  tu  i  patrzyli,  ponieważ  piloci 

zmodernizowanych  myśliwców  bardzo  często  sprawdzają  nowe  systemy  swoich  maszyn. 

Zapewnia nas, że widok dosłownie zapiera dech w piersi. 

Lowie  zaryczał,  zgadzając  się  ze  zdaniem  młodszej  siostry.  Jaina  nie  potrzebowała 

background image

dalszej zachęty, aby śledzić powietrzne akrobacje. 

Kiedy w powietrze wzbiło się dwanaście maszyn, utworzyły koło i zaczęły krążyć nad 

kompleksem  zabudowań  fabryki.  Leciały  jeden  za  drugim,  tworząc  krąg  potężnych 

gwiezdnych  statków.  Ryk  silników  przypominał  grzmot  wyładowań  przenikających  przez 

górne  warstwy  atmosfery.  Po  chwili  piloci,  naśladując  manewr  wykonany  przez  dowódcę, 

obniżyli lot maszyn. Przelecieli nad głowami pięciorga przyjaciół z hukiem przypominającym 

trzaśniecie z bicza. 

Później  wszystkie  Y-skrzydłowce  utworzyły  figurę  w  kształcie  ósemki.  Leciały  tak 

blisko  siebie,  że  ich  kadłuby  niemal  się stykały.  Jednak  dzięki  nowym  systemom 

nawigacyjnym  i  silnikom  idealnie  sprawowały  się  w  szyku.  Jaina  poczuła,  że  ogarniają 

uniesienie. Zdumiona patrzyła, prawie zapominając o oddychaniu. 

Pomyślała,  że  gdyby  Qorl  i  inni  dostojnicy  Drugiego  Imperium  mogli  oglądać  ten 

wspaniały  pokaz,  zapewne  zastanowiliby  się  dwa  razy,  nim  zdecydowaliby  się  na 

zaatakowanie Nowej Republiki. 

W  jednej  z  konstrukcji  łączących  centralne  poziomy  kompleksu  przemysłowego  z 

platformą,  na  której  właśnie  stali,  rozsunęły  się  nagle  jakieś  drzwi.  Ukazał  się  w  nich 

wyjątkowo  wysoki  wrzecionowaty  android.  Sztywno  stawiał  nogi,  wyglądające  jak  cienkie 

rurki  wsporników,  i  wyciągał  długie  ręce  barwy  wypolerowanej  miedzi.  Automat 

wyposażono  w  kanciastą  głowę  o  zaokrąglonych  krawędziach,  przy  czym  czujniki optyczne 

rozmieszczono  na  wszystkich  czterech  płaszczyznach  bocznych.  Android  ostrożnie  stawiał 

okrągłe stopy i kroczył dumnie wyprostowany, z wdziękiem pająka starając się utrzymywać 

równowagę. 

-  Pozdrawiam  was,  czcigodni  goście  -  odezwało  się  urządzenie,  niepewnie  zginając 

nogi  w  przegubach.  -  Jestem  androidem-przewodnikiem  i  z  radością  oprowadzę  was  po 

fabryce.  Zostałem  poinstruowany,  by  pokazać  wam  wszystkie  pomieszczenia-prawdę 

mówiąc, jest to rozszerzony program zwiedzania, który prezentujemy tylko bardzo dostojnym 

gościom.  Będę  rozmawiał  z  wami  w  basicu,  chyba  że  wolicie,  abym  porozumiewał  się  w 

mowie Wookiech, Sullustan, Bothan czy jakimś innym języku. 

Jaina pokręciła głową. 

- Nie, basie w zupełności nam odpowiada, dziękujemy - oznajmiła. 

Android-przewodnik wykonał piruet, obracając się na jednej podobnej do pręta nodze. 

Jaina  domyślała  się,  że  konstruktorzy  urządzenia  postarali  się,  by  wysokość  automatu 

pozwalała mu bez trudu porozumiewać się z gośćmi zaliczającymi się do rasy Wookiech. 

Tymczasem android ruszył przodem, stąpając sztywno jak modliszka. 

background image

-  Widzieliście  już  nasz  poranny  pokaz  powietrznych  akrobacji  -  powiedział.  - 

Przejdźmy zatem do tego, co najciekawsze. 

 

Ponieważ  Jaina  uwielbiała  przyglądać  się  i  poznawać,  jak  działają  rozmaite 

mechanizmy,  interesowała  się  każdym  stanowiskiem montażowym.  W  powietrzu  czuć  było 

woń  różnych  smarów,  środków  do  zamrażania  i  substancji  przyspieszających  proces 

lutowania.  W  halach  montażowych  brzęczenie  i  mruczenie  automatów  nakładało  się  na 

wszechobecny  jednostajny  szum,  napływający  od  strony  tysięcy  skomplikowanych 

laboratoriów produkcyjnych. 

Jaina spojrzała w górę na sklepienie wysoko nad ich głowami. Dostrzegła osadzone w 

nim  panele  jarzeniowe,  zalewające  korytarze  nieustannym  mlecznym  blaskiem.  W 

regularnych  odstępach,  gdzie  korytarze  krzyżowały  się  ze  sobą,  mijała  umieszczone  w 

podłodze  zapadnie,  przez  które  można  się  było  przedostać  na  niższe  piętra  fabryki,  a  w 

przypadku zagrożenia nawet na najniższe poziomy dziewiczego lasu. 

Android-przewodnik  zaprowadził  gości  do  pomieszczenia  zajmowanego  przez 

ciągnące  się  od  podłogi  do  sufitu  przezroczyste  cylindry.  Ogromne  walce  przypominały 

kolumny  wypełnione  bąbelkującą  cieczą,  która  omywała  matryce  z  iskrzącymi  się 

przedmiotami, podobnymi do diamentów. 

-  A  tu  widzicie  zbiorniki,  w  których  hodujemy  kryształy  - odezwał  się  android, 

zwiększywszy natężenie głosu, aby goście mogli go usłyszeć mimo bulgotania cieczy i szumu 

wentylatorów  zapewniających  właściwy  obieg  powietrza.  -  Te  starannie  ukształtowane 

pojemniki  poddajemy  działaniu  impulsów  elektrycznych  o  ściśle  określonej  amplitudzie  i 

częstotliwości.  Impulsy  te,  przenikając  przez  roztwór  ożywczej  cieczy,  powodują  właściwe 

rozmieszczenie  molekuł  w  kryształach.  Proces  ten  powoduje  utworzenie  precyzyjnej  sieci 

krystalicznej o określonych kątach ścianek i ścieżkach obwodów elektronicznych. Wszystkie 

te  elementy  są  rozmieszczone  w  taki  sposób,  aby  mogły  powstać  słynne  w  całej  galaktyce 

rdzenie  pamięciowe  komputerów.  Jak  powiadamy,  budynek  jest  jedynie  tak  silny  jak  jego 

fundament, a te rdzenie krystaliczne stanowią najważniejszy fundament architektury naszych 

systemów komputerowych. 

Jacen przesunął czubkami palców po zaokrąglonej powierzchni zbiornika, starając się 

podążać za bąbelkami, unoszącymi się w górę jak paciorki. 

- Sprytne - powiedział. 

-  Proszę  nie  dotykać  ścianek  cylindra  -  odezwał  się  android.  - Słabe  wyładowania 

elektrostatyczne,  wywołane  istnieniem  ładunków  na  ubraniu  i  ciele,  mogłyby  zakłócić 

background image

zachodzący we wnętrzu proces krystalizacji. 

Chłopiec  natychmiast  cofnął  rękę  i,  speszony,  popatrzył  na  siostrę.  Jaina  jednak  nie 

skarciła go za to, co zrobił, bo sama chciała pójść w jego ślady. 

W następnym pomieszczeniu panowała wyjątkowo niska temperatura. Wokół framugi 

drzwi  kłębiły  się  obłoki  białej  pary,  a  w  powietrzu  unosiła  się  woń  rozpuszczalników 

służących  do  odtłuszczania  powierzchni.  Wewnątrz  hali  poruszały  się  ramiona  robotów 

zanurzających cienkie metaliczne płytki w pojemnikach wypełnionych tlenem - superchłodną 

cieczą zapobiegającą rozprzestrzenianiu się zanieczyszczeń po powierzchni. 

- Te płytki to delikatne obwody elektroniczne - oznajmił z dumą android-przewodnik. 

- Idealnie czyste kryształy, z których wykonujemy skomplikowane mapy pamięciowe. 

Jaina  głęboko  odetchnęła  lodowatym  powietrzem,  po  czym  zatrzepotała  powiekami. 

Nawet Lowie i Sirra, porośnięci długą sierścią, drżeli z zimna. Natomiast Tenel Ka, chociaż 

odziana tylko w kusą tunikę z gadziej skóry, nie reagowała na przejmujący chłód. 

- Fascynujące - powiedziała. 

Android-przewodnik  odwrócił  się  i  stąpając  jak  strach  na  wróble  na  długich  nogach, 

przeprowadził ich przez mroźne pomieszczenie. Następna hala, w której wrzała gorączkowa 

praca,  okazała  się  ogromną  montażownią.  W  pomieszczeniu  przebywało  wielu  Wookiech, 

odzianych  w  sporządzone  ze  splotów  cienkiego  drutu  siatkowe  kombinezony,  pod  którymi 

niemal  nie  było  widać  sierści  pracowników.  Także  dolne  połowy  kosmatych  twarzy 

Wookiech zakrywały białe płócienne maski. 

Niektórzy Wookie unieśli głowy i sapnięciami pozdrowili wchodzących gości. Kiedy 

Lowie  ujrzał  matkę  pracującą  na  jednym  ze  stanowisk  montażowych,  pomachał  jej  ręką. 

Kallabow  tylko  skinęła  głową  i  zamrugała  oczami  osadzonymi  głęboko  między  kędziorami 

sierści, po czym znów pochyliła się i wracając do pracy, skierowała spojrzenie na montowane 

podzespoły. 

-  W  ciągu  ostatnich  kilku  miesięcy  nasi  montażyści  pracują  o  wiele  dłużej  niż 

zazwyczaj  i  to  o  różnych  porach  dnia  i  nocy  - wyjaśnił  android-przewodnik.  -  Starając  się 

uporać  z  nawałem  pracy,  nie  szczędzą  sił,  by  przygotować  wszystko  do  odparcia  ataku  sił 

Drugiego  Imperium.  Ci  Wookie  instalują  gotowe  obwody,  a  siatkowe  kombinezony,  które 

widzicie na ich ciałach, pełnią funkcję ekranów elektrostatycznych. Nie pozwalają, żeby choć 

najmniejsze niepożądane cząstki uniosły się z ich sierści w powietrze. Ponieważ montowane 

podzespoły  są  wyjątkowo  skomplikowane,  jakiekolwiek  zanieczyszczenia  mogą  mieć 

katastrofalne skutki. 

- Mogę sobie to wyobrazić - odezwała się Jaina. 

background image

Technicy  pochylali  się  nad  laboratoryjnymi  stołami.  Posługując  się  delikatnymi 

pincetami  i  precyzyjnymi  szczypczykami,  sięgali  po  mikroskopijne  obwody,  odpowiednio 

wytrawione i wycięte z większych połyskujących płytek, które przed chwilą zostały poddane 

kriogenicznej kąpieli w poprzednim laboratorium. 

-  Te  podstawowe  podzespoły  znajdują  zastosowanie  w  wielu  różnych  systemach  i 

urządzeniach  -  ciągnął  android-przewodnik.  - Mimo  iż  specjalizujemy  się  w  wytwarzaniu 

systemów  taktycznych  i  centralnych  jednostek  naprowadzających,  a  także  komputerowych 

systemów  kontrolno-sterujących,  niektóre  nasze  podzespoły  bywają  używane  również  do 

budowy specjalizowanych androidów. Większość takich urządzeń jest jednak wytwarzana na 

zaawansowanych  pod  względem  technicznym  i  zautomatyzowanych  światach  w  rodzaju 

Mechisa Trzeciego. 

-  Ojej,  czy  on  powiedział:  androidów? -  zaćwierkał  Em  Teedee.  -  Czy  sądzi  pan,  że 

moje podzespoły mogły zostać wyprodukowane właśnie w tej fabryce? - dodał, zwracając się 

do Lowbaccy. 

Młody Wookie warknął coś w odpowiedzi, a Jaina kiwnęła głową. 

- Chewbacca pomagał ciebie składać, Em Teedee - powiedziała. - Podejrzewam, że z 

tego miejsca pochodzi bardzo dużo twoich podzespołów. 

-  O  rety,  chyba  nie  sądzi  pan,  że  użyli  części  wybrakowanych  albo  odrzuconych 

podczas kontroli parametrów, prawda? - zaniepokoił się miniaturowy android-tłumacz. Lowie 

zaczął  sapać  i  krztusić  się  ze  śmiechu,  aż  urażony  Em  Teedee  uznał  za  słuszne  zganić 

swojego właściciela. - Pytałem jak najpoważniej, panie Lowbacco. 

Mimo  iż  w  końcu  wyszli  z  wielkiej  montażowni,  srebrzysty  android  nie  przestał 

okazywać niezwykłej ciekawości. 

- Panie  Lowbacco,  czy  nie  zechciałby  pan  się  obrócić,  tak  bym  mógł  zobaczyć  całe 

pomieszczenie?  Jeżeli  w  tym  miejscu  przyszedłem  na  świat,  chciałbym  je  dokładnie 

obejrzeć... Jakie to fascynujące! 

Lowie  usłuchał  i  obrócił  się,  tak  by  czujniki  optyczne  miniaturowego  androida-

tłumacza mogły zarejestrować każdy szczegół. 

-  A  ja  sądziłem,  że  ta  wycieczka  będzie  nudna  -  odezwał  się  w  końcu  Em  Teedee.  - 

Tymczasem  to,  co  widzę,  jest  o  wiele  bardziej  podniecające  niż  wszystkie  niebezpieczne 

przygody, które pan tak uwielbia przeżywać. 

 

Kiedy  zwiedzanie  fabryki  dobiegło  końca,  długonogi  android  zaprowadził  gości  na 

położoną  najwyżej  na  terenie  całego  kompleksu  przemysłowego  platformę,  na  której 

background image

urządzono  wieżę  obserwacyjną  ze  stanowiskami  ośrodka  kontroli  lotów.  Ośrodek  zajmował 

pomieszczenie  wypełnione  komputerami  i  stacjami  roboczymi.  Niestety,  wszystkie 

urządzenia  zostały  umieszczone  tak  wysoko,  że  znajdowały  się  na  poziomie  oczu  Jainy. 

Dziewczyna musiałaby wspinać się na palce, gdyby chciała ich dosięgnąć. Przy stanowiskach 

stało  kilku  Wookiech,  raz  po  raz  kierujących  spojrzenia  w  górę,  na  pełniącą  funkcję  sufitu 

przezroczystą  kopułę.  Jej  konstrukcję  wzmocniono  krzyżującymi  się  dźwigarami  i 

wspornikami  tworzącymi  na  tle  zamglonego  nieba  równoboczne  trójkąty,  przez  które 

prześwitywały promienie słońca. 

-  Ponieważ  jesteśmy  także  ruchliwym  ośrodkiem  handlowym  - odezwał  się  android-

przewodnik - nasz kompleks jest odwiedzany przez mnóstwo gwiezdnych statków. Tu, z tego 

miejsca, możemy sprawdzać tożsamość każdego transportowca, a także upewniać się, że nie 

przylatują  do  nas  nieproszeni  goście.  Dysponujemy  również  orbitalną  siecią  satelitów 

zwiadowczych, -gotowych do obrony Kashyyyku na rozkaz, wysłany z tej kontrolnej wieży. 

Kontrolerzy  ruchu  tworzyli  zgrany  zespół.  Nie  rozstawali  się  z  osobistymi 

słuchawkami,  umieszczonymi  na  kudłatych  głowach,  i  mikrofonami,  przymocowanymi  w 

okolicach  krtani.  Mimo  pojawienia  się  grupy  nowych  gości,  ani  na  chwilę  nie  odwrócili 

uwagi od wykonywanej pracy. 

Zanim android-przewodnik zdążył ponownie zabrać głos, do pomieszczenia wkroczył 

Chewbacca  w  towarzystwie  Mahraccora,  ojca  Lowiego  i  Sirry.  Ujrzawszy  dzieci,  dorosły 

Wookie  pomachał  im  ręką.  Pasmo  ciemniejszej  sierści  na  jego  głowie  zaczynało  się  mniej 

więcej w tym samym miejscu, co nad okiem Lowiego. Chewbacca zaryczał na powitanie, po 

czym  wyciągnął  rękę,  w  której  trzymał  spory  zniekształcony  przedmiot  -  sczerniałe 

urządzenie, które kiedyś było lśniącym, starannie ukształtowanym kryształem. 

- To rdzeń pamięciowy „Ścigacza Cieni” - odezwała się Jaina. 

Chewie energicznie pokiwał głową i powiedział kilka chrapliwie brzmiących słów. 

-  Chewbacca  i  Mahraccor  mówią,  że  szukali  was,  dzieciaki  - rzekł  android-

przewodnik. 

-  Przepraszam  -  zapiszczał  Em  Teedee  -  ale  to  j  a  pełnię  tu  obowiązki  androida-

tłumacza.  Pan  Chewbacca,  kiedy  wrócił  po  złożeniu  miłej  wizyty  swojej  rodzinie, 

wymontował  uszkodzony  rdzeń  pamięciowy  centralnej  jednostki  komputera  „Ścigacza 

Cieni”.  Jak  widzicie,  porozumiał  się  z  panem  Mahraccorem  i  oboje  pomyślnie  zakończyli 

poszukiwanie odpowiednich części zastępczych, dzięki czemu statek jest znów gotów do lotu. 

Hurra! 

Chewie  wskazał  na  wypalone  ścieżki,  widoczne  na  powierzchniach  rdzenia 

background image

pamięciowego,  wyjętego  z  komputera  nawigacyjnego  niewielkiego  wahadłowca.  Ojciec 

Lowiego także powiedział kilka słów w mowie Wookiech. 

- Pan Mahraccor oznajmia, że to bardzo ciekawe nowoczesne rozwiązanie. Imperialna 

konfiguracja,  z  którą jeszcze  nigdy  się  nie  spotkał.  Na  szczęście  jest  przekonany,  że 

naprawienie  tego  urządzenia  tu,  w  zakładzie  produkcyjnym  na  Kashyyyku,  będzie  nie  tylko 

możliwe, ale nawet całkiem łatwe. 

Android-przewodnik zgiął w pasie długie, smukłe ciało. 

-  Mój  kolego,  całkiem  dobrze  potrafisz  tłumaczyć  mowę  Wookiech  -  oświadczył, 

zwracając  się  do  Em  Teedee.  -  Muszę  jednak  stwierdzić,  że  brak  ci  ogłady  i  nie  mógłbyś 

zostać prawdziwym androidem-przewodnikiem. Wygląda na to, że nie potrafisz formułować 

ciekawych  porównań,  które  mogą  być  łatwo  rozumiane  przez  ważnych  gości.  Na  przykład 

mogłeś  był  powiedzieć:  „Korzystając  z  urządzeń,  jakimi  dysponują  nasze  zakłady 

produkcyjne,  umieścimy  ten  uszkodzony  rdzeń  w  jednej  z  wanien,  w  których  kąpiemy 

kryształy,  by  usunąć  zanieczyszczenia  i  zwęglone  fragmenty  powierzchni.  Następnie 

posłużymy się centralnymi komputerami, by na nowo połączyć obwody elektroniczne i w ten 

sposób  odtworzyć  całą  mapę  skomplikowanych  połączeń.  Krótko  mówiąc,  wykąpiemy 

uszkodzony rdzeń komputerowy w czymś w rodzaju zbiornika bacta, dzięki czemu uleczymy 

jego dolegliwości”. 

Długie  przemówienie  androida-przewodnika  nie  wywarło  na  Em  Teedee  większego 

wrażenia. 

-  Oni  z  całą  pewnością  nie  muszą  wysłuchiwać  wszystkich  wyjaśnień  -  odparł 

miniaturowy android. - Rzecz jasna, j a nigdy nie pozwoliłbym sobie robić żadnych uwag na 

temat twojej pracy. A poza tym czekają na nas teraz ważniejsze sprawy. 

Android-przewodnik  nie  odpowiedział,  usłyszawszy  tę  zniewagę.  Niewątpliwie  jego 

starannie zaprojektowane oprogramowanie uwzględniało sytuacje, w których musiał wykazać 

się dużym taktem. 

- Dziękujemy, że zechciałeś oprowadzić nas po fabryce - odezwała się na pożegnanie 

Jaina. - Wycieczka była naprawdę bardzo ciekawa. 

Android-przewodnik  się  wyprostował,  a  czujniki  optyczne,  umieszczone  na 

wszystkich czterech ścianach bocznych kanciastej głowy, radośnie się rozjarzyły. 

- To najmilszy komplement, jaki mogłem usłyszeć, pani Jaino Solo - odpowiedział. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Brakiss  siedział  w  półmroku  prywatnego  gabinetu,  rozjaśnianego  jedynie  przez 

zarejestrowany blask gwiazd świecących w odległym zakątku galaktyki, i dumał nad planami, 

opracowanymi przez Drugie Imperium. 

Drogocenny czas uciekał, a naczelnik Akademii Ciemnej Strony tracił go, nie mogąc 

dokonać  wyboru.  Pochłonięty  myślami o  podbojach,  starał  się  przewidzieć  wszystkie 

sytuacje,  które  doprowadziłyby  do  całkowitego  zniszczenia  sił  Rebeliantów  i  pokonania 

byłego  nauczyciela,  Luke’a  Skywalkera.  Wyobrażanie  sobie  tej  chwili  koiło  jego  nerwy. 

Brakiss  oparł  łokcie  na  wypolerowanym  czarnym  blacie  wielkiego  biurka,  po  czym  złączył 

czubki palców i lekko się uśmiechnął. 

Nagle  jego  spokój  został  zakłócony  przez  niespodziewany  sygnał,  który  w  ciszy 

gabinetu  zabrzmiał  niczym  huk  gromu.  Zawodzenie  potężnej  syreny  alarmowej  nie 

przestawało  wznosić  się i  opadać.  Naczelnik  imperialnej  uczelni  musiał  uciec  się  do 

wszystkich możliwych technik Jedi, by zachować spokój. 

- Mówi Brakiss - warknął, włączywszy mikrofon wewnętrznego interkomu. 

- Tu Qorl - odparł chrapliwy głos. 

Na  płaskim  ekranie  urządzenia,  wbudowanym  w  biurko,  ukazała  się  twarz  starego 

pilota.  Mężczyzna  wydawał  się  wstrząśnięty  i  przerażony...  co  zdumiało  Brakissa  nawet 

jeszcze  bardziej  niż  sam  sygnał  alarmowy.  Qorl  zaliczał  się  przecież  do  najbardziej 

opanowanych oficerów pełniących służbę w Drugim Imperium. 

-  Panie  naczelniku,  właśnie  odebraliśmy  zakodowaną  wiadomość,  przesłaną 

bezpośrednio  do  Akademii  Ciemnej  Strony.  Posłużono  się  najbardziej  skomplikowanym 

kodem.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  to  wiadomość  niezwykłej  wagi.  Musi  pan  odebrać  ją 

sam i osobiście na nią odpowiedzieć. 

Brakiss zamrugał powiekami. 

- Czy wiadomo, przez kogo została nadana? - zapytał. 

Czuł,  że  w  jego  głowie wirują  setki  myśli.  Tamith  Kai  i  Zekk zdążyli wystartować i 

zapewne  lecieli  teraz  na  Kashyyyk,  ale  nawet  oni  nie  mogliby  przesłać  wiadomości  o  tak 

wysokim priorytecie. 

- Nie, panie naczelniku - odrzekł Qorl. - Sugerowałbym jednak, by nie zwlekał pan z 

jej odebraniem. 

-  Już  idę  -  rzucił  Brakiss,  po  czym  wyłączył  urządzenie.  Jednym  płynnym  ruchem 

background image

odsunął wygodny fotel i zerwał się na równe nogi. 

Podążył  zakręcającymi  korytarzami  o  metalowych  ścianach,  a  później  skorzystał  z 

automatycznej  windy,  aby  dotrzeć  do  wieży,  w  której  znajdował  się  ośrodek  łączności. 

Umieszczono w niej także urządzenie generujące siłowe pole, dzięki któremu mająca kształt 

naszpikowanego pierścienia akademia mogła być niewidoczna. 

Kiedy Brakiss wpadał do pomieszczenia, kilku strzegących go szturmowców przyjęło 

pozycję  zasadniczą.  Przy  odbiorniku  krzątał  się  już  Qorl,  przeglądając  komputerowe  dane  i 

rejestrując zakodowane informacje. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony spostrzegł, że stary 

pilot  posługuje  się  sprawną  prawą  ręką,  podczas  gdy  toporna  lewa,  będąca  kończyną 

androida, zwisa  bezwładnie  i  nieruchomo  wzdłuż  boku.  Qorl  zamrugał,  kiedy  ujrzał  mistrza 

Ciemnych Jedi. 

-  Przed  chwilą  zaczęli  przekazywać  wiadomość,  mistrzu  Brakissie  -  oznajmił.  - 

Wygląda na to, że się strasznie niecierpliwią. 

- W porządku, proszę uruchomić procedurę dekodowania sygnału - polecił Brakiss. 

Stanąwszy obok posiwiałego pilota, musiał przez chwilę pomyśleć, aby przypomnieć 

sobie właściwą kombinację cyfr i liter. Później wystukał sekwencję będącą osobistym kodem, 

który umożliwiał dostęp do urządzenia, i zarazem nakazującą komputerowi przystąpienie do 

dekodowania tak ważnego sygnału. 

Qorl podał Brakissowi komplet słuchawek połączonych z mikrofonem. 

-  Ta  wiadomość  jest  przeznaczona  tylko  dla  pana  -  oświadczył  zwięźle.  -  Proszę 

wysłuchać jej na tym kanale. 

Stary pilot pomógł Brakissowi założyć słuchawki i umocował mikrofon w ten sposób, 

żeby mistrz Jedi mógł udzielić odpowiedzi. 

Naczelnik  zaczął  się  wsłuchiwać  w  trzaski  zakłóceń  i  szumy,  a  tymczasem 

zakodowany sygnał był poddawany działaniu algorytmu deszyfrującego, by po chwili pojawić 

się w postaci zrozumiałej mowy. Brakissowi wydało się, że głos, który usłyszał - chrapliwy, 

ociekający jadem i niemal przypominający ryk - rozsadza mu bębenki w uszach. 

Poczuł,  że  jego  oczy  się  rozszerzają,  a  przerażenie  przeszywa  umysł  niczym  ostry 

kolec. Zanim zdobył się na odpowiedź, dwukrotnie chrząknął. 

- Tak, mój panie - wyjąkał w końcu. - Natychmiast się tym zajmę. 

Głęboko  odetchnął,  po  czym  zaczął  zbierać  siły  niezbędne  do  wypowiedzenia 

dalszych  słów,  ale  nadawca  wiadomości  przerwał  połączenie.  Brakiss  słyszał  znów  tylko 

trzaski i szumy. 

Stanął prosto i korzystając ze wszystkich umiejętności Jedi, powstrzymywał mięśnie, 

background image

by  nie  drżały.  Qorl  stał  w  milczeniu  obok  niego.  Ani  razu  nie  mrugnął,  a  na  jego 

pomarszczonej,  jakby  skórzanej,  twarzy  nie  malowały  się  żadne  uczucia.  Jedynie  lekka 

zmarszczka na czole starego pilota myśliwca typu TIE świadczyła o tym, że mężczyzna jest 

zaniepokojony. 

Spoglądając na wojskowego instruktora, Brakiss odezwał się cicho, chociaż wiedział, 

że słuchają go pilnie także szturmowcy strzegący wieży. 

- Imperator - oznajmił chrapliwie. - Imperator przylatuje do naszej akademii! 

 

Złowieszczy  transportowy  wahadłowiec  wyskoczył  z  nadprzestrzeni  w  pobliżu 

Akademii  Ciemnej  Strony.  Niewielki  statek,  niewątpliwie  zaprojektowany  w  jakiejś 

imperialnej stoczni, miał kadłub opancerzony matowymi, nieco zaśniedziałymi płytami i był 

osobistym  eskortowcem  samego  Imperatora.  Kształt  jednostki  przypominał  trochę 

trójskrzydłowe  promy  klasy  Lambda,  z  tym  że  statek  dysponował  wyjątkowo  silnym 

uzbrojeniem,  specjalnymi  czujnikami  i  ultrapotężnymi  silnikami  napędu  nadświetlnego. 

Mimo to  wszystkie  niezwykłe  modyfikacje,  których  dokonano  na  pokładzie  wahadłowca, 

były niczym w porównaniu ze znaczeniem osoby składającej wizytę w imperialnej akademii. 

Brakiss  czekał  na  skraju  lądowiska  w  hangarze,  walcząc  z  ogarniającym  go 

niepokojem.  Mimo  iż  nienagannie  służył  Drugiemu  Imperium,  nigdy  jeszcze  ani  razu  nie 

stanął  twarzą  w  twarz  z  wielkim  wodzem.  Przed  wielu  laty  Imperator  musiał  jakimś  cudem 

uniknąć  śmierci,  chociaż  mistrz  Ciemnych  Jedi  był  zawsze  pewien,  że  Palpatine  został 

zabity... i to nie raz, lecz kilka razy. Nie wiedział, jaką tajemnicę kryło życie wodza ani jakim 

sposobem  Imperator  został  wskrzeszony,  ale  nie  zastanawiał  się  nad  takimi  problemami. 

Liczyło się tylko to, że władza w Drugim Imperium należała do człowieka, który był do jej 

sprawowania najbardziej uprawniony. 

Rozległ się brzęczyk interkomu i rozległ się głos Qorla. 

-  Lordzie  Brakissie,  właśnie  z  nadprzestrzeni  wyłonił  się  osobisty  transportowiec 

Imperatora. Czekam na rozkazy. 

Naczelnik pochylił się w stronę zawieszonego na ścianie urządzenia. 

-  Bardzo  dobrze.  Proszę  wyłączyć  ochronne  pole  maskujące  Akademię  Ciemnej 

Strony i przekazać pozdrowienia Imperatorowi Palpatine’owi. Proszę powiedzieć, że jesteśmy 

zaszczyceni jego odwiedzinami. 

- Rozkaz, panie naczelniku - odparł Qorl, po czym przerwał połączenie. 

Otaczające  gwiezdną  stację  ochronne  pole  zaczęło  słabnąć  i  zanikło,  ale  Brakiss  nie 

odczuł żadnej różnicy, mimo iż posługiwał się Mocą. Stał na płycie opróżnionego lądowiska, 

background image

mając  za  plecami  oddział  szturmowców  pełniących  funkcję  straży  honorowej.  Nagle 

przezroczysta zasłona siłowego pola uniemożliwiającego ucieczkę atmosfery z wnętrza stacji 

zamigotała i zalśniła. 

Brakiss, który przez cały czas spoglądał na czerń przestworzy, zobaczył, że zbliża się 

budzący grozę wahadłowiec. Szturmowcy wyprężyli się jak wyciągnięte struny. Ich pancerze 

za-chrzęściły, a buty, nagle złączone, głośno trzasnęły. 

Tymczasem  transportowiec  Imperatora  kierował  się  sygnałami,  przekazywanymi 

przez  Qorla.  Trój  skrzydłowa  maszyna  przeleciała  przez  pole  chroniące  atmosferę,  które 

jeszcze  bardziej  zadrżało  i  zaiskrzyło,  kiedy  zetknęło  się  z  kadłubem  statku.  Imperialna 

jednostka znieruchomiała nad środkiem przestronnego lądowiska, po czym z wolna opadła i 

wylądowała na metalowej płycie. 

Brakiss z wysiłkiem przełknął ślinę. 

-  Proszę  włączyć  ochronne  pole  maskujące  -  rzucił  w  stronę  interkomu,  wydając 

rozkaz Qorlowi. - Nie musimy pokazywać się nikomu dłużej niż to konieczne. 

- Pole włączone, panie naczelniku - zameldował stary pilot myśliwca TIE. 

Szturmowcy  sprezentowali  broń  i  stali  w  idealnie  równym  szeregu.  Brakiss  postąpił 

kilka kroków ku wahadłowcowi, by powitać dostojnego gościa, ale stanął, kiedy zorientował 

się,  że  nic  się  nie  dzieje.  Z  wyjątkiem  kilku  skrzypnięć  i  stuków,  jakie  dobiegły  od  strony 

stygnących  silników,  transportowiec  Imperatora  pozostawał  nieruchomy  i  cichy.  Naczelnik 

Akademii  Ciemnej  Strony  nie  widział  także,  by  ktokolwiek  poruszał  się  w  środku  statku. 

Właz  wejściowy  pozostawał  zamknięty.  Rampa  się  nie  opuszczała.  Brakiss  czekał  na 

jakikolwiek znak, który powiedziałby mu, co robić. 

W  końcu  z  ogromnych  głośników  zainstalowanych  na  zewnątrz  wahadłowca 

zagrzmiał głos przypominający huk gromu: 

-  Uwaga,  cały  personel  Akademii  Ciemnej  Strony!  Wylądował  wasz  Imperator.  W 

ramach  środków  ostrożności  nalegamy  jednak,  żeby  wszyscy  natychmiast  opuścili  płytę. 

Imperator dysponuje oddziałem honorowym imperialnych strażników i w tej chwili nie życzy 

sobie spotykać się z innymi osobami. 

Usłyszane  oświadczenie  wprawiło  Brakissa  w  kompletne  osłupienie.  Imperator 

Palpatine składał wizytę w Akademii Ciemnej Strony... ale rezygnował z honorowej eskorty 

przygotowanej przez Brakissa. Czyżby wielki wódz Drugiego Imperium naprawdę chciał być 

sam w takiej chwili? 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  nagle  uzmysłowił  sobie,  że  zawahał  się  i  nie 

wykonał polecenia Palpatine’a. Wciąż jeszcze nie mogąc się otrząsnąć z przeżytego wstrząsu, 

background image

ale pragnąc nadrobić stracony czas, odwrócił się i szybko klasnął w dłonie. 

-  Słyszeliście  rozkaz!  Wszyscy:  w  tył  zwrot!  Opuścić  lądowisko!  Nasz  Imperator 

życzy sobie, żeby nikt mu nie przeszkadzał. 

Szturmowcy  się  odwrócili.  Łomocząc  butami  o  metalowe  płyty,  przemaszerowali 

przez pomieszczenie, kierując się ku najbliższym drzwiom wiodącym na korytarz. 

-  Panie  naczelniku  -  odezwał  się  nagle  jeden  ze  szturmowców,  który  wyłamał  się  z 

szyku  i  stanął  przed  Brakissem.  -  Nalegałem,  żeby  zostać  członkiem  osobistej  honorowej 

eskorty Imperatora. Chciałbym powitać go, kiedy będzie schodził z pokładu. 

Osłupiały  Brakiss  zamrugał,  nie  wierząc  własnym  uszom.  Popatrzył  na  numer 

służbowy  stojącego  przed  nim  żołnierza  i  rozpoznał  Norysa,  jednego  z  nowych  uczniów 

Qorla.  Stary  pilot  wspominał  kiedyś,  że  krzepki  młodzieniec  jest  niezwykle  ambitny  i 

kłótliwy, ale mimo to mistrz Ciemnych Jedi był zdumiony zuchwalstwem młodzieńca. 

- Wykonacie mój rozkaz, żołnierzu - warknął groźnie. - W Drugim Imperium nie ma 

miejsca  dla  tych,  którzy  nie  potrafią  zrozumieć,  co  to  dyscyplina.  -  Odetchnął  głęboko 

chłodnym powietrzem. - Jeżeli jeszcze raz zauważę, że ociągacie się z wykonaniem rozkazu, 

zostaniecie wystrzeleni ze śluzy w przestworza. Czy to jasne? 

Widząc,  że  Norys  odwrócił  się  i  ciężko  stąpając,  odszedł,  naczelnik  Akademii 

Ciemnej  Strony  obejrzał  się  przez  ramię  na  spoczywający  nieruchomo  imperialny 

wahadłowiec.  Pomyślał,  że  on  też  nie  może  zrozumieć,  dlaczego  Imperator  przyleciał  do 

uczelni,  jeżeli  nie  zamierzał  przywitać  się  z  personelem  albo  choćby  tylko  spotkać  się  z  jej 

naczelnikiem. 

Imperator był wszakże naczelnym wodzem i Brakiss nie mógł nawet marzyć o tym, by 

podawać w wątpliwość jego rozkazy. 

Widząc,  że  jest  ostatnią  osobą  opuszczającą  lądowisko,  odwrócił  się  gwałtownie,  aż 

zamigotała  i  zaszeleściła  jego  srebrzysta  szata.  Kiedy  znalazł  się  na  korytarzu,  wydał 

polecenie zamknięcia i uszczelnienia wszystkich drzwi wiodących do hangaru. 

Przystanął jednak i po chwili zastanawiania się, podjął decyzję. Był przecież dowódcą 

gwiezdnej stacji, a jako dowódca powinien wiedzieć, co dzieje się na jej pokładzie. Wykonał 

rozkaz Imperatora, ale musiał poznać przyczynę dziwnego postępowania. Podszedł do ekranu 

wideomonitora służącego do obserwowania płyty lądowiska i śledzenia procesów związanych 

z załadunkiem i wyładunkiem. 

Kiedy  z  lądowiska  zniknęli  ostatni  szturmowcy  i  przedstawiciele  Akademii  Ciemnej 

Strony, właz osobistego wahadłowca Imperatora w końcu się otworzył. Brakiss, spoglądając 

na  ekran  monitora,  z  podziwem  zauważył,  że  z  pokładu  zeszło  czterech  imperialnych 

background image

strażników,  odzianych  w  szkarłatne  płaszcze.  Budzących grozę  czerwonych  strażników 

zawsze  wybierano  spośród  najbardziej  bezwzględnych,  elitarnych  oddziałów  Palpatine’a,  a 

teraz  wodzowi  towarzyszyło  aż  czterech  takich  żołnierzy.  Gładkie  czerwone  pancerze  kryły 

ich  ciała  i  głowy,  przypominając  Brakissowi  wizerunki  widzianych  kiedyś  prastarych 

mandaloriańskich mundurów. 

Czterej  imperialni  strażnicy  stanęli  w  pewnej  odległości  od  statku  i  powiewając 

połami  szkarłatnych  płaszczy, jak  ogniste  duchy  zajęli  pozycje  obronne.  Przerażony  Brakiss 

poczuł,  że  po  jego  kręgosłupie  zaczynają  wędrować  lodowate  mrówki.  Usiłował  wyczuć 

esencję  ciemnej  strony  Mocy,  która  powinna  promieniować  z  wnętrza  transportowca 

wielkiego wodza. Nie wątpił, że imperator przebywa na pokładzie. 

Przez mikrofon końcówki interkomu, zawieszonej na ścianie lądowiska, usłyszał nagle 

stuk  uderzenia  czegoś  ciężkiego  o  metalową  płytę.  Ujrzał  dwie  pary  potężnych, 

przysadzistych  roboczych  androidów  dźwigających  olbrzymią,  ciężką  komorę  izolacyjną  i 

mozolnie schodzących po opuszczonej szerokiej rampie. Robocze automaty, składające się w 

zasadzie  tylko  z  mocarnych  rąk  i  nóg  osadzonych  w  krępym  tułowiu,  bez  szemrania  niosły 

pękatą skrzynię. 

Obchodziły  się  z  nią  bardzo  delikatnie,  poruszając  się  ostrożnie  i  powoli  mimo 

ogromnych  mocy  poruszających  ich  kończyny  hydraulicznych  siłowników.  Zniosły  wielki 

pojemnik  po  rampie  i  postawiły  na  płycie  lądowiska.  Na  czarnych  ścianach  bocznych 

izolacyjnej  komory,  pokrytych  guzami  wielkich  nitów,  błyskały  różnobarwne  lampki. 

Umieszczone  obok  nich  urządzenia  kontrolne  i  ekrany  monitorów  ukazywały  przebiegi 

umożliwiające  porozumiewanie  się  ze  światem  zewnętrznym  i  śledzenie  najważniejszych 

funkcji życiowych. 

Rozglądając  się  we  wszystkie  strony,  czterej  czerwoni  strażnicy  otoczyli  komorę. 

Sprawiali  wrażenie,  że  się  nią  opiekują,  ale  wyglądali  groźnie.  Polecili  androidom,  żeby 

niosły ogromną skrzynię, i zaczęli iść - dwóch przodem, a dwóch z tyłu - w głąb Akademii 

Ciemnej Strony. 

Brakiss  rzucił  się  do  drzwi,  by  otworzyć  je  przed  strażnikami,  ale  zanim  zdążył  ich 

dotknąć,  jakimś  cudem  zamknięte  i  uruchamiane  przez  komputer  skrzydła  rozsunęły  się  na 

boki.  Otworzyły  się  z  głośnym  trzaskiem,  szarpnięte  z  taką  siłą,  jakby  usłuchały  rozkazu 

wydanego za pomocą ciemnych mocy samego Imperatora. 

Czerwoni  strażnicy  ruszyli  dalej,  nadal  otaczając  czwórkę  roboczych  androidów.  Ze 

środka  ogromnej  skrzyni  nieustannie  wydobywały  się  różne  syki,  pomruki  i  piski,  jakby 

tysiące elektronicznych systemów czuwało nad prawidłowym przebiegiem funkcji życiowych 

background image

dostojnego użytkownika. 

Brakiss przystanął przed parą idących przodem imperialnych strażników. 

-  Witam  was  -  powiedział.  -  Nazywam  się  Brakiss  i  jestem  naczelnikiem  Akademii 

Ciemnej Strony. 

Dowódca odzianych na czerwono żołnierzy odwrócił głowę, ukrytą w opancerzonym 

hełmie.  Mistrz  Jedi  poczuł  zimne,  badawcze  spojrzenie  oczu  spoglądających  przez  wąską 

czarną prostokątną szczelinę. 

- Odejdź stąd - usłyszał. - Musimy zająć się ważną sprawą i życzymy sobie, żeby nam 

nie przeszkadzano. Możesz odprowadzić nas do komnat, ale później odejdziesz. 

Brakiss z najwyższym trudem powstrzymał się, by nie okazać rozczarowania. 

- Ale... - wyjąkał. - Jestem władcą Akademii Ciemnej Strony. 

- A Imperator jest władcą całej galaktyki - odparł dowódca czerwonych strażników. - 

Pragnie być sam. Radzimy, żebyś go nie irytował. 

Brakiss cofnął się o krok, po czym szybko zgiął się w głębokim ukłonie. 

-  Nie  zamierzam  sprzeciwiać  się  woli  Imperatora  -  oznajmił.  - Nie  chciałem  go 

irytować. Wybaczcie moje zuchwalstwo. 

Kiedy  wskazał  dostojnym  gościom  apartamenty,  które  dla  nich  przygotował  - 

najbardziej  przestronne  i  wytworne  spośród  wszystkich,  jakimi  dysponowała  jego  gwiezdna 

stacja - cała grupa wkroczyła do środka, zostawiając Brakissa na korytarzu. 

Mistrz  Ciemnych  Jedi  czuł  się  tak  poniżony,  zdeptany  i  zlekceważony,  jakby 

Imperator miał za nic całą jego pracę i wszystkie osiągnięcia. Nie wiedział, co o tym myśleć. 

Czemu miało to służyć? Zmarszczył brwi, próbując zebrać myśli. 

Pamiętał,  że  Imperator  zginął  po  raz  pierwszy  podczas  eksplozji  drugiej  Gwiazdy 

Śmierci. Po sześciu latach wskrzeszono go jednak w postaci całej serii klonów, które później 

także - jak słyszał - zostały unicestwione. 

Teraz,  obserwując  znikający  izolacyjny  pojemnik,  a  także  będąc  świadkiem 

tajemniczego  i  niezrozumiałego  zachowania  czterech imperialnych  strażników,  poczuł 

trwogę.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem  nie  wydarzyło  się  coś  złego.  Możliwe,  że 

Imperator ponownie zapadł na zdrowiu... 

Jeżeli  miałoby  to  okazać  się  prawdą,  Drugie  Imperium  znalazło  się  naprawdę  w 

poważnych tarapatach. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Zanim  Qorl  został  pilotem  myśliwca  typu  TIE,  przeszedł  szkolenie  w  imperialnej 

akademii,  gdzie  wpojono  mu,  komu  okazywać  lojalność,  czyje  wykonywać  rozkazy  i  jak 

wywiązywać  się  z  obowiązków.  Żadnych  pytań,  jedynie  ślepe  posłuszeństwo.  Jego  umysł 

zaprogramowano  w  taki  sposób,  aby  mężczyzna  stał  się  idealnym  wojownikiem,  niemalże 

automatem walczącym ku większej chwale Imperium. 

Dobrze  wiedział,  że  kamieniem  węgielnym  jego  szkolenia  była  zawsze  dyscyplina. 

Wiedział także coś innego: że stojący w tej chwili przed nim młodzieniec ani trochę nie był 

zdyscyplinowany. 

Zastanawiał  się,  czy  może  Brakiss  i  Tamith  Kai  nie  działali  zbyt  pospiesznie,  kiedy 

zgadzali  się,  żeby  Norys  i  jego  młodociani  złoczyńcy  z  Coruscant  odbyli  przeszkolenie  w 

Akademii  Ciemnej  Strony  i  zostali  pilotami  czy  szturmowcami.  To  prawda,  że  czekająca 

wszystkich  walka  o  to,  by  przywrócić  Drugiemu  Imperium  dawną  świetność  i  odzyskać 

utracone  terytoria  wymagały  posługiwania  się  ludźmi  o  rozmaitych  cechach  charakteru.  A 

jednak, mimo iż Qorlowi udało się przemienić pozostałych członków gangu Zagubionych w 

zdatnych  do  pełnienia  służby  żołnierzy  i  pilotów,  ten  młodociany  chuligan  przysparzał  mu 

samych kłopotów. 

Qorl podszedł do pulpitu kontrolnego umieszczonego w symulacyjnej sali treningowej 

i  zaprogramował  kilka  nowych  celów,  a  tymczasem  Norys  przeładowywał  swój  karabin 

blasterowy.  Stary  pilot  poprzysiągł  sobie,  że  będzie  szkolił  i  ćwiczył,  i  trenował  tego 

kandydata  dopóty,  dopóki  się  nie  przekona,  że  ambitny  zabijaka  rzeczywiście  czyni  jakieś 

postępy. 

- Nadal twierdzę, że powinieneś był pozwolić mi polecieć z Tamith Kai na tę wyprawę 

- burknął Norys, wymachując bronią, jakby dzięki temu czuł się bezpieczniejszy. - Mógłbym 

wówczas  ustrzelić  kilku  wrogów;  chociaż  trochę  przechylić  szale  walki  na  naszą  korzyść. 

Może także podpalić kilka wielkich drzew, pośród których podobno mieszkają Wookie. 

Qorl  szybko  określił  barwy  symulowanych  celów.  Wybrał  czarny,  pomarańczowy  i 

błękitny jako kolory Rebeliantów, a także biały dla szturmowców. 

-  To  mało  znacząca  wyprawa  -  odparł.  -  Zekk  ma  nauczyć  się,  jak  dowodzić 

żołnierzami. Nie było potrzeby, żeby leciało aż dwóch dowódców. 

Norys  wymierzył  do  błękitnego  celu,  ale  chybił.  Bardziej  lubił  wprawiać  się  w 

strzelaniu,  kiedy  symulowane  cele  poruszały  się  trochę  wolniej,  jak  na  przykład  mynocki. 

background image

Zabijanie ich sprawiało mu prawdziwą radość. 

- A zatem powinieneś był wysłać mnie zamiast niego, staruszku - powiedział Norys. - 

Już teraz jestem lepszym dowódcą, niż kiedykolwiek uda się być temu śmieciarzowi. 

Będzie z nim kłopot - pomyślał Qorl. - Poważny kłopot. 

- Dlaczego tak uważasz? - zapytał. 

-  Ponieważ  -  odparł  Norys,  mierząc  do  pomarańczowego  celu,  ale  strzał  okazał  się 

niecelny  -  żołnierze  tak  się  mnie  boją,  że  nigdy  nie  odważyliby  się  lekceważyć  moich 

rozkazów.  - Znów  strzelił  i  ponownie  chybił.  -  Czy  celownik  tego  blastera  jest  na  pewno 

dobrze ustawiony? 

-  Nie  skupiasz  się,  kiedy  mierzysz  do  celu  -  odparł  stary  pilot,  a  potem  postanowił 

skomentować ostatnią uwagę swojego podopiecznego. - Rzeczywiście, czasami można w ten 

sposób wymuszać posłuch u podwładnych - rzekł obojętnym tonem. - Musisz jednak jeszcze 

wiele się nauczyć. 

Norys zjeżył się i nie trafił po raz kolejny do celu. Zirytowany i rozgniewany, groźnie 

warknął i odwrócił się w stronę byłego pilota myśliwca typu TIE. 

- Na przykład czego, staruszku? 

Qorl nie przestraszył się ani nawet nie mrugnął. Radził sobie w życiu z trudniejszymi 

przeciwnikami  niż  ten  młodociany  zabijaka,  chociaż  zapewne  nie  zetknął  się  z  nikim,  kto 

byłby równie bezwzględny i małoduszny. 

-  Na  przykład  tego,  jak  skupiać  uwagę  na  broni  i  nie  przejmować się  niczym,  co 

przeszkadza  ci  w  celowaniu.  Mógłbyś  także  nauczyć  się,  jak  mierzyć  i  trafiać  do  celu  za 

każdym  razem,  a  nie  tylko  mówić  o  tym,  co  potrafisz -  dodał.  -  Jeżeli w  czasie  prawdziwej 

walki  będziesz  strzelał  równie  celnie,  jak  w  trakcie  dzisiejszych  ćwiczeń,  w  ciągu  zaledwie 

kilku sekund zostaniesz sam trafiony. 

- Naprawdę, staruszku? 

Wargi  Norysa  rozciągnęły  się  w  czymś  pośrednim  między  grymasem  a  uśmiechem. 

Młodzieniec  odwrócił  się  w  stronę  symulowanych  celów  i  nie  przestając  przyciskać  guzika 

spustowego, powoli zatoczył szeroki łuk lufą blasterowego karabinu. Kiedy skończył, każdy 

cel  został  przynajmniej  raz  trafiony.  Zupełne  jatki.  Norys  popatrzył  na  Qorla,  a  na  jego 

wargach pojawił się pełen zadowolenia uśmieszek. 

- Jak myślisz, staruszku, ile czasu muszę jeszcze wprawiać się w celowaniu? - zapytał. 

- Tyle, żebyś nie pozabijał własnych ludzi, którzy także wezmą udział w wyprawie - 

odparł stary pilot. 

Norys wzruszył ramionami. 

background image

-  Czasami  trzeba  poświęcić  to  i  owo,  jeżeli  zależy  nam  na  wykonaniu  zadania.  - 

Odwrócił głowę i popatrzył na cele. - Jeżeli chcesz znać moje zdanie, cena nie wydaje mi się 

zbyt wygórowana. 

Rzucił rozładowany karabin w stronę Qorla, który pochwycił go w locie, posłużywszy 

się zdrową ręką. 

Będzie z nim kłopot - pomyślał. - Poważny kłopot. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Gwiazdy  płonęły  wysoko  na  nocnym  niebie  podobne  do  miliardów  rozżarzonych  do 

białości węgli, błyszczących na powierzchni marmurowej czarnej płyty. Jacen, Jaina i Tenel 

Ka już dawno udali się na spoczynek, ale Lowie jakoś nie mógł zasnąć. Siedząc wygodnie jak 

na  grzędzie  w  rozwidleniu  potężnych  konarów  górnej  werandy,  wsłuchiwał  się  w  kipiące 

wokół  niego  dźwięki  latających  owadów  i  nocnych  stworzeń  przemykających  po  gałęziach. 

Od czasu do czasu wpatrywał się również w okno komnaty siostry. 

Sirra nadal się upierała, że pragnie powtórzyć wyczyn brata, który sam zmierzył się z 

kwiatem syreniowca. Lowie nie potrafił wyperswadować jej, żeby tego nie czyniła. Obawiał 

się,  że  Sirra  wymknie  się  cichaczem  i  nie  mówiąc  nikomu,  wyruszy  na  niebezpieczną 

wyprawę...  podobnie  jak  uczyniła  Raaba.  Na  razie  jednak  nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby 

siostra chciała zrobić coś tak nierozważnego. 

Ponieważ  wojskowi  przywódcy  Nowej  Republiki  polecili  przyspieszyć  tempo 

produkcji skomplikowanych elementów, rodzice Lowiego i Sirry dobrowolnie oświadczyli, że 

będą  pracowali  na  nocną  zmianę  w  zakładzie,  w  którym  wytwarzano  komputerowe 

podzespoły.  Kallabow  i  Mahraccor  byli  zatrudnieni  od  dawna  w  fabryce,  wykonując  może 

nieco monotonną, ale sprawiającą im dużo satysfakcji pracę, i nie mogli zrozumieć, dlaczego 

żadne z ich dzieci nie chciało podążyć w ich ślady. 

Zwłaszcza Sirra uwielbiała stawiać czoło niebezpieczeństwom i przeżywać przygody. 

Czasami  sama  stwarzała  kłopotliwe  sytuacje,  ilekroć  uznawała,  że  życie  staje  się  zbyt 

monotonne i nudne. 

Światło w jej oknie migotało jak ciepły ognik, od czasu do czasu przesłaniany przez 

ciemne  liście.  Za  oknami  siostry  i  na  różnych  platformach,  jakich  wiele  znajdowało  się  w 

dzielnicy  mieszkaniowej  Wookiech,  wisiały  małe  świecące  siatkowe  klatki  -  pojemniki 

wypełnione  wydzielającymi  słodką  woń  substancjami.  Okazywały  się  one  nieodpartymi 

przynętami,  wabiącymi  roje  mikroskopijnych  świecących  owadów  zwanych  fospchłami. 

Wywieszenie  klatki  za okno  sprawiało,  że  chmary  nieszkodliwych  fosforyzujących  owadów 

oblepiały  klatkę,  próbując  przedostać  się  do  środka.  Stanowiły  one  źródło  naturalnego, 

darmowego i nie zanieczyszczającego środowiska światła. 

Siedząc pod baldachimem świecących gwiazd, młody Wookie przyglądał się, jak cień 

Sirry  raz  po  raz  przesłania  oświetlone  okno.  Wyglądało  to,  jakby  zaniepokojona  siostra 

przechadzała się po komnacie, ale, prawdę mówiąc, od dłuższego czasu Lowie jej nie widział. 

background image

Pomyślał, że zapewne Sirra stara się zasnąć. 

Mimo iż miał niejasne przeczucie, że dzieje się coś złego, uwielbiał siedzieć wysoko 

nad ziemią i oddawać się rozmyślaniom w kojących ciemnościach nocy. Cieszył się, że może 

być  znów  w  domu  na  rodzimym  Kashyyyku.  Zaczerpnął  głęboki  haust  przesyconego  wonią 

drzew świeżego powietrza i zaczął ćwiczyć technikę relaksacyjną Jedi, stopniowo pozwalając 

odprężyć się mięśniom, napiętym jak postronki... 

…I  nagle  podskoczył  na  wysokość metra, kiedy  poczuł,  jak w  jego szyję wpijają się 

zimne  pazury.  Opadł  na  konar,  potknął  się,  ale  natychmiast  odwrócił,  co  było  jednym  z 

błyskawicznych odruchów, z których słynęli Wookie. 

Sirra,  zanosząc  się  bezgłośnym  śmiechem,  przeszła  przez  poręcz  i  zeskoczyła  na 

werandę, a później schowała pazury i pochwaliła brata za szybkość reakcji. Oświadczyła, że 

dopiero teraz jest przekonana, iż kiedy wyruszy na niebezpieczną wyprawę, będzie mógł jej w 

czymś  pomóc.  Lowie  zaryczał,  próbując  opanować  zwiększone  wydzielanie  adrenaliny. 

Zapytał  siostrę,  czy  jej  niespodziewana  napaść  miała  na  celu  jedynie  wypróbowanie 

szybkości jego odruchów. 

Sirra  spoważniała  i  spuściła  głowę.  Zamierzała  udowodnić  bratu,  że  gdyby  chciała, 

potrafi  wymknąć  się  z  pokoju,  nie  zauważona  przez  nikogo,  i  że  Lowie  nie  będzie  mógł 

uczynić nic, by jej w tym przeszkodzić. Później popatrzyła na brata i obiecała, że nie wyprawi 

się bez niego. 

Młody Wookie ponownie usiadł na poręczy i zapatrzył się w gwiazdy. Burknął coś na 

temat  tego,  że  czasami  siostra  ucieka  się  do  dziwacznych  metod,  pragnąc  podkreślić  wagę 

własnych argumentów. 

Sirra  zamruczała,  dziękując  za  wyszukany  komplement,  a  potem  usadowiła  się 

wygodnie u boku brata. 

Lowie  chrząknął,  gdyż  nie  był  pewien,  czyjego  uwaga  powinna  zostać  potraktowana 

jako  pochwała,  ale  sam  fakt,  że  Sirra  była  zadowolona,  przemawiał  do  niego  silniej  niż 

wszelkie  słowa.  Siostra  chlubiła  się  tym,  że  jest  inna,  podobnie  jak  ceniła  to  sobie  jej 

przyjaciółka, Raaba... 

Jakby  wyczuwając,  w  jakim  kierunku  biegną jego  myśli,  Sirra  zaczęła  rozmowę  na 

temat  Raaby.  Pamiętała,  że  porośnięta  ciemną  sierścią,  szczupła  koleżanka  także  uwielbiała 

spoglądać na gwiazdy. Nawet kiedy obie Wookie były jeszcze bardzo młode, wymykały się w 

nocy i potrafiły całymi godzinami wpatrywać się w niebo. 

Raaba  nie  powinna  była  zginąć,  warknął  Lowie.  Wyruszając  sama,  niepotrzebnie 

ryzykowała. 

background image

Sirra zaryczała, że Lowie podjął kiedyś takie samo ryzyko. 

Przyznał siostrze rację. Tak, rzeczywiście zachował się jak głupiec. 

Siostra  odpowiedziała  mu  szorstkim  tonem.  Czy  gdyby  miał  to  zrobić  jeszcze  raz, 

postąpiłby inaczej? Czy raczej wyprawiłby się z przyjacielem? 

Lowie  kiwnął  głową,  szybko  potakując.  Sirra  nie  odpowiedziała,  ale  nawet  w 

ciemnościach nocy młody Wookie zauważył, że jej sierść zjeżyła się na znak niedowierzania. 

Po dłuższej chwili jednak siostra westchnęła, a potem pokręciła głową. 

Po  kolejnej  chwili  milczenia  wyjawiła  bratu,  jak  bardzo  Raaba  go  podziwiała  i  jak 

pragnęła zawsze być taka odważna jak Lowie. 

Młody  Wookie  ponownie  spojrzał  w  niebo,  na  gwiazdy,  które  Raaba  tak  bardzo 

kochała. Pytająco zaryczał. Kiedy odlatywał z Kashyyyku, aby zacząć naukę w akademii Jedi, 

on  i  Raaba  byli  zbyt  młodzi,  żeby  chociaż  snuć  plany  o  wspólnym  spędzeniu  reszty  życia. 

Nadal  zresztą,  jeżeli  pragnął  zostać  rycerzem  Jedi,  czekało  go  mnóstwo  pracy...  A  Raaba 

miała własne plany. Sirra także. 

Głos  jego  siostry  nagle  się  załamał.  Sirra  wydała  żałosny  jęk,  a  po  nim  następny  i 

następny.  Po  jakimś  czasie  przyłączył  się  do niej  Lowie  i  oboje,  siedząc  pod  baldachimem 

świecących gwiazd, okazywali w ten sposób ból po utraconej przyjaciółce. 

 

Po  kilku  godzinach  Lowie  poczuł  się  odprężony  bardziej  nawet  niż  gdyby  całą  noc 

smacznie  przespał.  Doszedł  do  wniosku,  że  zawdzięcza  ten  stan  chwilom  spędzonym  w 

towarzystwie siostry. 

Jego rozmyślania przerwał chrapliwy głos Sirry, która zapytała o jego przyjaciół Jedi. 

Siostra chciałaby się dowiedzieć, czy gdyby zginął, także okazywaliby ból po nim, podobnie 

jak uczyniła to ona i Lowie po utracie Raaby. 

Młody Wookie z emfazą kiwnął głową, a Sirra oświadczyła, że brat ma szczęście, iż 

udało mu się znaleźć takich przyjaciół. 

Zachęcony  zachowaniem  siostry,  Lowie  poprosił,  żeby  powiedziała  coś  więcej  na 

temat planów, jakie snuła wspólnie z Raaba. 

Sirra nie odzywała się tak długo, iż zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem znów nie 

uraził jej albo nie rozdrapał jakiejś starej rany. W końcu siostra opowiedziała, jak ona i Raaba 

chciały  zostać  pilotami  i  galaktycznymi  podróżnikami.  Z  początku  zamierzały  pracować  na 

pokładach  gwiezdnych  frachtowców,  do  czasu,  aż  zarobią  dostatecznie  dużo  kredytów,  aby 

mogły  kupić  własny  statek.  Później  planowały  wyruszyć  nim  i  zająć  się  badaniem  różnych 

planet. W ten sposób mogłyby zostać bogatymi kupcami. Sirra sapnęła, wybuchając gorzkim 

background image

śmiechem:  Raabie  marzyło  się  nawet,  że  obie  mogłyby  się  wsławić  odkryciem  nowych 

gwiezdnych szlaków wiodących przez nadprzestrzeń. 

Lowie odniósł wrażenie, że sierść jeży mu się z przerażenia. Zwrócił uwagę, że takie 

zajęcie byłoby bardzo niebezpieczne. 

Sirra  z  przymusem  się  uśmiechnęła  i  zauważyła,  że  niebezpieczeństwa  nigdy  nie 

odstraszały  Raaby.  Rozłożyła  ręce,  po  czym  wyznała,  że  nie  zamierza  już  zostać 

międzygwiezdną  podróżniczką.  A  przynajmniej  nie  teraz,  gdy  przyjaciółka  zginęła.  Nie 

wiedziała wprawdzie, co pragnie robić, ale była pewna, że nie chce zostać na Kashyyyku. 

Na  chwilę  umilkła  i  wpatrzyła  się  w  gwiazdy.  Lowie  podążył  za  jej  spojrzeniem. 

Zastanawiał się, czy Sirra wyobraża sobie pośród gwiazd Raabę, badającą systemy gwiezdne i 

przeżywającą niezwykłe przygody, o których obie zawsze tak marzyły. 

Sirra westchnęła. Powiedziała, że strata przyjaciółki boleśnie ją dotknęła. 

Lowie  uzmysłowił  sobie,  jak  łatwo  było  traktować  przyjaciół  - i  rodzinę  - jak  coś 

oczywistego. Dotychczas nie wyobrażał sobie, że siostra może czuć się taka samotna. 

Okazując wahanie, Sirra zapytała, czy nie zechciałby spędzić z nią tego dnia, podczas 

gdy Chewbacca i Jaina będą nadal zajęci majstrowaniem we wnętrzu „Ścigacza Cieni”. 

Pamiętając  o  dręczącym  go  przeczuciu,  że  może  wydarzyć  się  coś  złego,  Lowie  z 

ochotą wyraził zgodę. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Promienie  słońca  rozpraszały  ostatnie  kłęby  porannej  mgły,  wciąż  jeszcze  wiszącej 

nad  wierzchołkami  gigantycznych  wroszyrów.  Mimo  to  czterech  silnie  umięśnionych 

Wookiech  bez  wahania  kierowało  się  w  stronę  wieży  kontrolnej  górującej  nad  kompleksem 

zabudowań ośrodka przemysłowego, w którym wytwarzano komputerowe podzespoły. 

Wyglądali  zupełnie  jak  inni  Wookie,  odziani  w  przepisowe  stroje,  jakie  nosili 

pracownicy  fabryki.  Wszyscy  byli  wysocy,  silnie  zbudowani  i  nie  mieli  broni,  którą  dałoby 

się  zauważyć.  Nowo  przybyli  wcisnęli  prawidłową  kombinację  klawiszy,  będącą  kodem 

umożliwiającym dostęp, i stanęli u stóp pilnie strzeżonej wieży wznoszącej się ponad innymi 

drzewnymi  platformami.  Przybywali  dokładnie  o  tej  porze,  kiedy  powinni  się  pojawić 

pracownicy ośrodka kontroli lotów, przychodzący na ranną zmianę. 

Kiedy  okazali  karty  identyfikacyjne  na  wartowni  kontrolnej  wieży,  musieli  przejść 

przez  elektrostatyczne  pole  usuwające  zanieczyszczenia  z  materiału  ich  kombinezonów. 

Sylwetki  wszystkich  czterech  Wookiech,  poddane  działaniu  niewidocznych  ładunków 

elektrycznych,  na  ułamek  sekundy  zamigotały,  ale  po  chwili  znów  przybrały  poprzednie 

kształty. 

Nikt niczego nie zauważył. 

Tymczasem  prawdziwi  pracownicy,  którzy  mieli  objąć  służbę  na  porannej  zmianie, 

leżeli ogłuszeni w niewielkim pomieszczeniu służbowym na jednej z niższych platform, gdzie 

znajdowały  się  magazyny.  Wookie  pełniący  służbę,  zmęczeni  po  wielogodzinnym 

nadzorowaniu  przylatujących  do  fabryki  i  opuszczających  jej teren  statków,  cieszyli  się,  że 

już wkrótce zakończą pracę i udadzą się do domów. Z radością podpisali niezbędne protokoły 

i  przekazali  kontrolę  nad  urządzeniami  zmiennikom,  którzy  burkliwie  przejęli  służbę, 

wydając kilka charakterystycznych dla mowy Wookiech warknięć i pomruków. 

Poprzednia załoga opuściła pomieszczenia kontrolnej wieży, pozostawiając wszystkie 

komputery,  zabezpieczenia,  blokady  i  systemy  orbitalnych  satelitów  obronnych  w  rękach 

nowo przybyłych pracowników. 

Jeden  z  obejmujących  służbę  Wookiech  zatrzasnął  drzwi  kontrolnej  wieży,  po  czym 

wyciągnął ukryty blaster i stopił aparaturę alarmową i urządzenia wykrywające pojawianie się 

nieproszonych  gości.  Trysnęły  fontanny  iskier,  buchnęły  kłęby  czarnego  dymu,  a  po 

pomieszczeniu rozbryznęły się krople metalu i plastiku. Następnie wszyscy czterej pstryknęli 

przełącznikami  u  pasów,  wyłączając  ukryte  w  nich  generatory  maskujących  hologramów. 

background image

Wizerunki  Wookiech  zadrżały  i  zniknęły,  ukazując  postacie  czworga  komandosów, 

przybyłych z Akademii Ciemnej Strony. 

-  Holograficzne  przebrania  działały  bez  zarzutu  -  odezwał  się  Zekk,  wygładzając 

zmarszczki  opancerzonego  skórzanego  munduru  i  poprawiając  przekrzywioną  pelerynę, 

ozdobioną szkarłatną lamówką. Był rad, że może być znów sobą. 

Stojący przy drzwiach wieży szturmowiec odwrócił się w jego stronę. 

-  Systemy  alarmowe  unieszkodliwione  -  zameldował.  -  Nie  będzie  z  nimi  żadnych 

problemów. 

Pozostałe  dwie  członkinie  grupy,  Siostry  Nocy:  Tamith  Kai  i  Vonnda  Ra,  stały, 

wpatrzone w ekrany monitorów skomplikowanych systemów komputerowych. Jeżeli chciały 

się posługiwać kontrolnymi dźwigniami, musiały wspinać się na palce, gdyż wszystkie panele 

umieszczono  na  wysokości  odpowiedniej  dla  Wookiech.  Vonnda  Ra  wyciągnęła  głowę  i 

pragnąc zapoznać się z systemami, przyglądała się odczytom na ekranach. 

Zamyślona  Tamith  Kai  także  spoglądała  na  urządzenia  umożliwiające  kierowanie 

ruchem statków. Z klaśnięciem złączyła palce dłoni, zakończone długimi paznokciami. 

-  Wszystko  musi  przebiegać  zgodnie  z  harmonogramem  -oznajmiła.  -  Jeżeli  tak  się 

stanie, możemy być pewni sukcesu. 

- Odniesiemy sukces - zapewnił ją Zekk. - Nie zawiodę zaufania, jakim obdarzył mnie 

mistrz Brakiss. 

Tymczasem  Vonnda  Ra,  która  zajęła  się  dwoma  kontrolnymi  panelami,  przyglądała 

się klawiaturom i urządzeniom diagnostycznym. Zadowolona, wyciągnęła z pokrowca u pasa 

osłonięte wibroostrze, a potem pstryknęła przełącznikiem, aby uruchomić urządzenie. Słysząc 

pomruk  włączonego  ostrza,  zanurkowała  pod  pulpity  konsolet,  po  czym  machnęła  nożem  w 

lewo  i  w  prawo,  żeby  przeciąć  kable  zasilające  oba  panele.  Strzeliły  snopy  oślepiających 

iskier, a po chwili z wnętrz urządzeń zaczęły się wydobywać smugi białawego dymu. 

Siostra Nocy cofnęła się i machnęła ręką, usiłując odpędzić kłęby gryzących oparów. 

Wyprostowała się, sprawiając wrażenie jeszcze bardziej zadowolonej niż poprzednio. 

-  Orbitalne  systemy  obronne  Kashyyyku  zostały  raz  na  zawsze  unieszkodliwione  - 

oświadczyła. 

Zekk  kiwnął  głową  w  stronę  zniszczonych  paneli  kontrolnych,  a  jego  zielone  oczy 

błyszczały. 

- Rzeczywiście wygląda na to, że już nigdy nie będą działały - przyznał. 

- Ty dowodzisz tą wyprawą, Zekku - przypomniała mu Tamith Kai, wkładając ręczny 

komunikator do gniazda w konsolecie urządzenia telekomunikacyjnego. - Czy nie sądzisz, że 

background image

najwyższy czas nadać wiadomość mającą zwabić tu smarkaczy Jedi, abyśmy mogli wreszcie z 

nimi się rozprawić? 

Siostra Nocy wyglądała na zadowoloną z siebie. 

Zekk  przełknął  ślinę,  czując,  że  w  jego  głowie  wirują  setki  myśli.  Wiedział,  że  ta 

chwila nadejdzie i że będzie zmuszony stawić czoło problemowi. 

- Czyżbym odnosiła wrażenie, że się wahasz? - warknęła Tamith Kai. 

- Nie - odparł młodzieniec. - Staram się tylko znaleźć najlepsze słowa, by powiedzieć 

to, co pragnę. Muszę ich zaciekawić, zaniepokoić... i przekonać. 

Stanął  przed  pulpitem  konsolety  telekomunikacyjnej  i  korzystając  z  klawiatury, 

wystukał  wiadomość  i  przekazał  do  urządzenia  tłumaczącego,  które  miało  zamienić  ją  na 

słowa  właściwego  dialektu  Wookiech,  a  później  przesłać  jako  informację  o  najwyższym 

priorytecie do miejsca, gdzie Jacen i Jaina spędzali czas z przyjaciółmi. 

Był  pewien,  że  jeżeli  użyje  odpowiednich  słów,  bliźnięta  pospieszą  do  kontrolnej 

wieży. 

Tymczasem  Jacen,  przebywający  wysoko  na  gałęziach  drzewa  w  domu  Wookiech, 

starał  się,  jak  mógł,  aby  dotrzymywać  kroku  przyjaciołom  w  zręcznościowej  grze 

komputerowej,  prowadzonej  w  bardzo  szybkim  tempie.  Mimo  to  pozostali  gracze  - Lowie, 

Sirra  i  Tenel  Ka  -  reagowali  o  wiele  szybciej  niż  on  na  zmiany  sytuacji  zachodzące  na 

holograficznej  planszy.  Jaina  wyszła  z  Chewbaccą,  by  jak  zwykle  naprawiać  uszkodzone 

podzespoły „Ścigacza Cieni”. 

Przyjaciele  siedzieli  po  czterech  stronach  kwadratowej  kontrolnej  płyty.  Każde 

trzymało  jedną  dłoń  na  niewielkiej  elastycznej  dźwigni  z  czujnikami,  za  pomocą  której 

zmieniali  położenie  miniaturowych  wizerunków  gwiezdnych  maszyn.  W  przestrzeni  ponad 

planszą  toczyła  się  walka,  będąca  odzwierciedleniem  bitwy,  która  zakończyła  się 

zniszczeniem pierwszej Gwiazdy Śmierci. 

Lowie  i  Sirra  kierowali  ruchami  szybkich  myśliwców  typu  X, podczas  gdy  Jacen  i 

Tenel  Ka  musieli  zadowolić  się  pilotowaniem  starszych  i  wolniejszych  maszyn  typu  Y, 

osłaniających  X-skrzydłowce.  Sterujący  grą  komputer  czynił,  co  było  w  jego  mocy,  by 

kierować ogniem laserowych działek symulowanych imperialnych myśliwców typu TIE, raz 

po  raz  atakujących  maszyny  Rebeliantów.  W  dodatku  od  czasu  do  czasu  w  przestworzach 

pojawiały  się  potężne  śmiercionośne  smugi  strzałów  turbolaserowych  dział,  umieszczonych 

na pokładzie Gwiazdy Śmierci. 

Jacen dobrze radził sobie z celowaniem i strzelaniem. Bliźnięta często posługiwały się 

poczwórnymi  sprzężonymi  działkami  „Sokoła  Tysiąclecia”,  by  polować  na  bryły  złomu 

background image

zaśmiecające  przestworza  wokół  Coruscant.  Lowbacca  i  jego  siostra  mieli  jednak  większą 

wprawę, jeżeli chodziło o branie udziału w skomplikowanych komputerowych grach, a Tenel 

Ka, jak przystało na młodą wojowniczkę z Dathomiry, słynęła z błyskawicznych odruchów. 

Jacen  przesunął  palcami  po  czujnikach  dźwigni,  zmieniając  kierunek  lotu  swojego 

myśliwca  typu  Y.  Mimo  to  imperialna  maszyna  typu  TIE  nie  przestawała  trzymać  się 

niebezpiecznie  blisko  ogona  jego  myśliwca,  gdzie  znajdowały  się  osłony  obu  silników. 

Chłopiec postanowił wprowadzić maszynę w lot nurkowy. 

- Hej, odczep się od mojego ogona! - krzyknął. 

Wskutek  najzwyklejszego  przypadku,  myśliwiec  typu  TIE  natknął  się  na  jedną  z 

turbolaserowych  błyskawic  wystrzelonych  z  pokładu  Gwiazdy  Śmierci,  dzięki  czemu  Jacen 

mógł przez chwilę odetchnąć. 

Starając  się  odwrócić  uwagę  pozostałych  graczy  od  zmiennego  szczęścia,  z  jakim 

toczył  symulowaną  bitwę,  chłopiec  uciekł  się  do  najbardziej  oczywistego  sposobu. 

Korzystając  z  wolnej  chwili  między  zwrotami,  nurkowaniem  i  strzelaniem,  postanowił 

opowiedzieć jakiś dowcip. 

- Hej, czy wiecie, jaki dźwięk wydają dwaj Whiphidzi, kiedy się całują? - zapytał. 

- Ani nie widziałam, ani nie słyszałam żadnego Whiphida - oznajmiła Tenel Ka. 

-  Pan  Lowbacca  stanowczo  oświadcza,  że  nawet  nie  chce  słyszeć  tego  dźwięku  - 

odezwał się Em Teedee. 

- Dajcie spokój! - żachnął się chłopiec. - To dowcip. Czy wiecie, jaki dźwięk wydają 

dwaj Whiphidzi, kiedy się całują? - Odczekał sekundę, po czym uniósł jedną brew. - Oj! 

Tenel  Ka  sprawiała  wrażenie  zakłopotanej.  Lowbacca  warknął,  ale  Sirra  zaskarbiła 

sobie  dozgonną  wdzięczność  Jacena,  głośno  sapiąc,  co  u  Wookiech  było  odpowiednikiem 

wybuchu śmiechu. Dopiero po dłuższej chwili zwiększyła prędkość swojego holograficznego 

X-skrzydłowca, tak że prześcignęła myśliwiec pilotowany przez Jacena. 

Chłopiec zauważył, że w stronę jego maszyny typu Y szybują cienkie zielone sztychy 

laserowych strzałów, ale w ostatniej chwili zmienił kierunek lotu i uniknął trafienia. Dostrzegł 

jednak, że zbliża się kolejna imperialna jednostka, która strzelając celnie raz po raz powoduje 

coraz  większe  uszkodzenia.  Nagle  miniaturowy  holograficzny  myśliwiec  typu  TIE  zamienił 

siew ognistą kulę, pełną rozprzestrzeniających się rozżarzonych szczątków. Jacen zorientował 

się,  że  tym  razem  uratowała  go  Tenel  Ka,  która  pospieszyła  z  odsieczą  jego  ostrzeliwanej 

maszynie. 

- Wyraźnie potrzebowałeś pomocy, Jacenie - powiedziała. 

- To prawda - przyznał chłopiec. - Dziękuję. 

background image

Oboje  lecieli  teraz  obok  siebie,  podążając  śladami  mknących  jak  błyskawice  X-

skrzydłowców, pilotowanych przez Lowiego i Sirrę. Ich maszyny zbliżały się do celu, którym 

był  niewielki  szyb  wentylacyjny,  jakby  czekający  na  przyjęcie  protonowych  torped.  Pociski 

powinny  rozerwać  na  kawałki  zbudowaną  przez  wielkiego  moffa  Tarkina  śmiercionośną 

bojową stację... 

W  pomieszczeniu  rozległ  się  nagle  melodyjny  kurant  komunikatora,  zwiastujący 

pojawienie się niezwykle ważnej wiadomości. Sirra wyciągnęła rękę i zatrzymała grę, dzięki 

czemu  nad symulacyjną  planszą  znieruchomiały  wszystkie  miniaturowe  wizerunki 

gwiezdnych  maszyn.  Lowie  pospieszył,  by  odebrać  pilną  informację.  Popatrzył  na  ekran 

komunikatora, na którym pojawiły się słowa sygnału, po czym zamrugał powiekami. 

Kiedy zaryczał na znak, że dzieje się coś złego, Jacen i Tenel Ka także pospieszyli w 

stronę odbiornika. 

-  Panie  Lowbacco,  co  się  stało?  -  odezwał  się  Em  Teedee.  - Proszę  pozwolić  mi 

zapoznać się z tą informacją. Jak mogę zająć się tłumaczeniem, skoro nawet nie daje pan mi 

jej przeczytać? 

Lowie  przycisnął  guzik.  Obwody  komunikatora  przetłumaczyły  wiadomość,  a  na 

ekranie pojawiły się słowa w basicu. 

-  To  tylko  część  -  stwierdził  Jacen  czując,  że  krew  w  jego  żyłach  przyjmuje 

temperaturę lodu. - Ktoś zakłócił nadawanie sygnału. 

- Wygląda na coś poważnego - zauważyła Tenel Ka. 

- Pilne... - zaczął czytać chłopiec. - Ranni w fabryce komputerowych podzespołów... 

potrzebujemy  pomocy...  przybywajcie  jak  najszybciej.  My...  -  Jacen  zmarszczył  brwi.  -  Ale 

kto ją wysłał? Kto może być nadawcą? 

- Została skierowana tu, do tego domu - oznajmiła Tenel Ka. - Ktoś chciał, żebyśmy 

właśnie myją odebrali. 

- Przecież tylko Jacen i Chewbacca wiedzieli, gdzie przebywamy - odparł Jacen. - A 

oni  udali  się,  by  naprawiać  „Ścigacz  Cieni”,  na  jedno  z  lądowisk,  a  nie  do  fabryki,  gdzie 

produkuje się komputerowe podzespoły. 

- Możliwe, że zmienili plany - zauważyła Tenel Ka. 

Sirra zawyła i niemal w tej samej chwili rozległ się przeciągły ryk Lowiego. 

-  O  rety  -  odezwał  się  piskliwie  miniaturowy  android-tłumacz.  -  W  fabryce 

przebywają przecież rodzice pana Lowbaccy i pani Sirry. 

- Nie wolno nam zlekceważyć tej wiadomości - oświadczyła Tenel Ka. - Musimy tam 

pójść i przekonać się, o co chodzi. To jest fakt. 

background image

- Masz rację - poparł ją Jacen. 

Lowie  wcisnął  kilka  guzików,  umieszczonych  na  panelu  kontrolnym  komunikatora. 

Powtórzył  tę  czynność  kilka  razy,  by  w  końcu,  dając  upust  frustracji,  uderzyć  pięścią  w 

obudowę urządzenia. 

- Pan Lowbacca oświadcza, że nie może wysłać odpowiedzi - odezwał się Em Teedee. 

-  Prawdopodobnie  uszkodzeniu  uległ odbiornik  znajdujący  się  na  terenie  fabryki.  Tamto 

urządzenie nie odbiera żadnych sygnałów przekazywanych z zewnątrz. 

Lowie  ryknął  do  siostry,  aby  wezwała  najszybszego  pociągowego  bantha,  jakiego 

znajdzie  w  okolicy,  a  sam  przypiął  do  pasa  rękojeść  świetlnego  miecza.  To  samo  uczynili 

Jacen i Tenel Ka, przygotowując się na najgorsze. Wszyscy wybiegli z pomieszczenia domu, 

urządzonego na wierzchołku ogromnego drzewa. 

W  odpowiedzi  na  gorączkowe  wezwanie  Sirry,  do  platformy  przyczłapał  kudłaty 

banth. Sullustański poganiacz, który przykucnął na szerokim karku bestii, sprawiał wrażenie 

znużonego  wielogodzinną  pracą.  Kiedy  jednak  oboje  Wookie,  obnażywszy  długie  kły, 

głośnym rykiem oświadczyli, że chodzi o ratowanie życia, podobna do wielkiej myszy istota 

natychmiast się ocknęła. Jacen wspiął się na siedzenie i wyciągnął rękę do Tenel Ka na znak, 

że chce jej pomóc. Wojowniczka zgodziła się bez wahania. Sirra i Lowie wskoczyli na grzbiet 

wielkiej bestii i banth ruszył w stronę fabryki. 

- To stworzenie może przecież iść szybciej! - krzyknął Jacen. - Kiedy przebywałem na 

Tatooine, widziałem, jak spłoszone banthy gnały na złamanie karków. 

Lowie  szczeknął,  wydając  polecenie  poganiaczowi.  Sullustanin  przynaglił 

wierzchowca do pośpiechu. Po chwili cała drzewna autostrada drżała, pobudzana rytmicznym 

łomotem kopyt zwierzęcia. 

 

Najeżone  lufami  śmiercionośnej  broni  satelity  obronne,  wiszące  wysoko  nad 

Kashyyykiem,  zaprojektowano  w  taki  sposób,  żeby  mogły  niszczyć  jednostki  atakujących 

wrogów. Kiedy jednak w przestworzach nad planetą pojawił się zamaskowany wahadłowiec, 

którego  załoga  otworzyła  wrota  hangaru,  by  uwolnić  eskadrę  myśliwców  typu  TIE,  satelity 

obrony orbitalnej pozostały ciche i nieruchome. 

Piloci  nieprzyjacielskich  maszyn  uzbroili  pokładowe  działka,  po  czym  włączyli 

bliźniacze silniki jonowe  i  utworzywszy  zwarty  szyk,  z  przejmującym  skowytem  skierowali 

się  ku  porośniętej  gęstą  dżunglą  powierzchni  planety.  W  pamięciach  komputerów  już 

zapisano szczegółowy plan całej akcji. Piloci imperialnych myśliwców chcieli z chirurgiczną 

precyzją wyrządzić jak najwięcej szkód w jak najkrótszym czasie. Zamierzali pochwycić łup, 

background image

a potem rozpłynąć się w przestworzach. 

Czujniki  satelitów  orbitalnej  obrony  Kashyyyku  zarejestrowały  fakt  pojawienia  się 

intruzów. Przekazały informację, po czym przygotowały się do odbioru sygnału, jaki powinny 

otrzymać  ze  znajdującej  się  na  terenie  zakładów  przemysłowych  kontrolnej  wieży.  Śledziły 

tory  lotu  nieprzyjacielskich  maszyn,  ale  nie  otrzymały  polecenia  przesłania  energii  do 

systemów  uzbrojenia  ani  rozkazu  otwarcia  ognia.  Planeta  zachowywała  milczenie.  Lufy 

działek obronnych satelitów nie obudziły się do życia. 

Mimo  iż  systemy  obronne  nie  powitały  ogniem  napastników,  czujniki  nadal 

gromadziły informacje o rozwoju sytuacji... na wszelki wypadek, gdyby ktoś na Kashyyyku 

przeżył po ataku imperialnych najeźdźców. 

 

Kiedy  zmęczony  banth  w  końcu  dotarł  przed  bramę  fabryki,  w  której  wytwarzano 

skomputeryzowane  urządzenia,  Lowie,  Sirra,  Tenel  Ka  i  Jacen  zeskoczyli  z  grzbietu  i 

pospieszyli w stronę wejścia. 

Wysoki,  wrzecionowaty  android-przewodnik  stał  nieruchomo,  jakby  przyklejony  do 

ściany.  Ujrzawszy  nieoczekiwanych  przybyszów,  odłączył  się  od  urządzenia  zasilającego  i 

pospieszył w stronę grupy nieznajomych. Przyjął postawę obronną, pamiętając o tym, że o tej 

porze nie spodziewał się żadnych gości. 

- Stać! - powiedział. 

- Gdzie zdarzył się ten wypadek? - zawołał Jacen. - Musimy dostać się do fabryki. 

- Przybywamy w odpowiedzi na wezwanie o ratunek - wyjaśniła Tenel Ka. 

Lowie  i  Sirra  zaczęli  ryczeć  jedno  przez  drugie,  licząc  na  to,  że  android-przewodnik 

szybciej zrozumie słowa wypowiadane w dialekcie Wookiech niż w basicu. 

- Nie przekazano mi informacji o żadnym wypadku - oświadczył automat. Jego długie 

ręce zwisały po bokach jak kołyszące się metalowe pręty. 

- Musiał się jakiś wydarzyć - upierał się Jacen. - Otrzymaliśmy wiadomość obdarzoną 

najwyższym priorytetem, by natychmiast przybyć do fabryki. 

- Sprawdzam - odezwał się android-przewodnik, po czym umieścił jeden z mających 

kształt  kołków  palec  w  gnieździe  najbliższego  terminala  komputerowego.  Na  chwilę 

znieruchomiał, a potem po jego ekranie przesunęły się błyskawicznie długie rzędy cyfr i liter. 

-  Czy  jesteście  pewni,  że  dysponujecie  właściwymi  współrzędnymi?  -  zapytał  w 

końcu. - Czy mogę zaproponować wam przejrzenie kilku broszur reklamowych? 

-  A.  Aha  -  odezwała  się  Tenel  Ka,  spoglądając  poważnie  na  Jacena.  -  Możliwe,  że 

zostaliśmy celowo oszukani. 

background image

-  Blasterowe  błyskawice!  -  odparł  chłopiec.  Słysząc  dobiegający  z  góry  dziwny 

dźwięk,  zrozpaczony  uniósł  rękę,  i  pokazał  na  niebo:  -  Wygląda  na  to,  że  ten  wypadek 

dopiero się wydarzy! 

Lowie przekrzywił głowę i obnażywszy długie kły, gniewnie zaryczał. 

Z  chmur  wyłoniła  się  pierwsza  grupa  imperialnych  maszyn  typu  TIE.  Ich  piloci 

kierowali się w stronę fabryki komputerowych podzespołów. Lufy nieprzyjacielskich działek 

plunęły laserowym ogniem, nie czekając, aż myśliwce znajdą się nad celem. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Jaina pomyślała, że prawdziwą przyjemność sprawia jej praca w towarzystwie kogoś, 

kto  podobnie  jak  ona  kochał  mechanizmy  i  urządzenia.  Wyglądało  na  to,  że  dziewczyna  i 

Chewbacca są jedynymi osobami pracującymi w przestronnym hangarze. 

Raz po raz przez otwarte wrota wpadały podmuchy chłodnego wiatru. Czując świeże 

powietrze  i  widząc  ocean  zielonych  liści,  dziewczyna  była  rada,  że  nie  zamknęła  drzwi. 

Przeznaczone  do  remontowania  większych  statków  pomieszczenie  zostało  zbudowane  na 

platformie w koronie jednego z najwyższych drzew, jakie wznosiły się ponad baldachim liści 

sąsiednich wroszyrów. Znajdowało się w dość dużej odległości i od dzielnicy mieszkaniowej 

Wookiech, i od fabryki, gdzie montowano komputerowe urządzenia. 

W ogromnym hangarze panowała na ogół cisza, jeżeli nie liczyć dźwięcznych stuków 

i  innych  odgłosów  wydawanych  przez  narzędzia,  jakimi  posługiwali  się  Jaina  i  Chewbacca, 

zajęci  naprawianiem  „Ścigacza  Cieni”.  Dziewczyna  była  tym  zachwycona.  Uważała,  że  nic 

tak  nie  koi  nerwów  jak  odprężająca  naprawa  jakiegoś  mechanizmu,  połączona  z 

dopasowywaniem różnych części, tak by stanowiły całość. 

Zwłaszcza że „Ścigacz Cieni” był nadal szczytem osiągnięć w swojej klasie. 

Kiedy Chewbacca, zajęty czymś pod kadłubem, ryknął i uniósł głowę, zwracając ją w 

stronę  opuszczonej  rampy,  Jaina  wygramoliła  się  spod  pulpitu  panelu  kontrolnego,  gdzie 

pracowała, i krzyknęła w odpowiedzi: 

- Niezupełnie zrozumiałam, o co ci chodziło, Chewie. Jakiego narzędzia potrzebujesz? 

Obok  krawędzi  metalowej  pochylni  pojawiła  się  wielka  kudłata  głowa  Wookiego  i 

Chewbacca pokazał, jaki przyrząd jest mu potrzebny. 

-  Prawie  skończyłam - oznajmiła dziewczyna, przenosząc pojemnik z  narzędziami w 

miejsce, do którego mógł dosięgnąć  Wookie. - Resztę zrobię, posługując się kieszonkowym 

zestawem uniwersalnym. 

Skończyła pracę, umocowała płytę czołową na poprzednim miejscu, a potem zeszła po 

rampie pod kadłub statku, gdzie Chewbacca czyścił lśniące podbrzusze wahadłowca z resztek 

smaru. Burknął coś, co zabrzmiało jak pytanie. 

- Zapewne pytałeś, czy nie jestem głodna? - odezwała się Jaina, starając się zrozumieć 

słowa  mowy  Wookiech.  Wyszczerzyła  zęby  w  szerokim  uśmiechu.  -  Jasne!  Naprawianie 

automatycznych urządzeń hamujących zawsze sprawia, że czuję niesamowity apetyt. 

Lowie ponownie warknął, a później rozłożył szeroko ręce i wzruszył ramionami. 

background image

- No, to na co jeszcze czekamy? - chichocząc, zinterpretowała jego słowa dziewczyna. 

- Sama nie mogłabym wyrazić tego dosadniej. - Po chwili usłyszała cichy pomruk, podobny 

do  oddalonego  huku  grzmotu,  i  ponownie  zachichotała.  -  Czy  to  twój  żołądek,  Chewie?  - 

zapytała. - Musisz być naprawdę bardzo głodny. 

Chewbacca  jednak  nagle  umilkł  i  przekrzywił  głowę,  jakby  nasłuchiwał.  Zmrużył 

błękitne  oczy.  Po  chwili  ten  sam  dźwięk  się  powtórzył,  ale  tym  razem  towarzyszyły  mu 

stłumione  odgłosy  wybuchów,  podobnych  do  trzasków  blasterowych  błyskawic  trafiających 

jakieś cele. Pojawiło się także basowe ni to brzęczenie, ni to zawodzenie, którego źródła Jaina 

nie potrafiła określić. 

- To chyba coś na zewnątrz hangaru - odezwała się niepewnie. - Nie mam pojęcia, co 

to może... 

Chewbacca uniósł rękę, nakazując jej, by zachowała ciszę. Po chwili krótko szczeknął 

i puścił się biegiem w stronę otwartych wrót hangaru. Jaina pobiegła za nim. Stanęli na progu 

i  spojrzeli  na  ocean  zielonych  liści  i  brązowych  gałęzi,  widoczny  nisko  w  dole  pod  wielką 

platformą.  Potężne  konary  utrzymywały  platformę  na  poziomie  o  wiele  wyższym  niż 

wierzchołki pobliskich drzew rosnących w gęstej dżungli. 

Spoglądając  w  zamglone  niebo,  Jaina  nie  miała  trudności  z  identyfikacją 

nakładających  się  na  siebie  dźwięków.  Słyszała  odgłosy  eksplozji,  huki  blasterowych 

wystrzałów i wyraźny skowyt silników gwiezdnych statków. 

-  Myśliwce  typu  TIE!  - wykrzyknęła.  -  Co  robią  tu  imperialne  maszyny?  I  do  czego 

strzelają? 

Zaniepokojona, popatrzyła na Chewbaccę. 

Wookie  wyciągnął  rękę  w  kierunku,  skąd  dobiegały  dźwięki.  Szczeknął  krótko, 

wyjaśniając, że chodzi o zakłady, w których są montowane komputerowe podzespoły. 

Jaina jęknęła. 

- To  musi  być  sprawka  Drugiego  Imperium.  Ale  nigdy  się  nie  spodziewaliśmy,  że 

zaatakują właśnie Kashyyyk! 

Rozgniewany Wookie przeciągle zaryczał. Tym razem Jaina natychmiast zrozumiała, 

co chciał powiedzieć. 

-  Wiem.  Musimy  tam  się  udać.  Spróbujmy  wezwać  pomoc.  Gdzie  znajduje  się 

najbliższy komunikator? 

Wookie  skoczył  do  panelu  urządzenia  zawieszonego  na  ścianie  obok  wrót  hangaru. 

Nacisnął  guzik  i  przeciągle  zaryczał,  ogłaszając  alarm.  Jaina  jednak  odwróciła  się  jak 

użądlona, kiedy usłyszała narastający jęk uruchamianych silników. 

background image

- A to co znowu? 

Jęk  wydobywał  się  z  kadłuba  „Ścigacza  Cieni”.  Chewbacca  i  Jaina  wymienili 

zaniepokojone  spojrzenia,  po  czym  puścili  się  biegiem  ku  smukłemu  wahadłowcowi,  który 

niedawno  naprawiali.  Przez  transpastalową  szybę  iluminatora  sterowni  Jaina  ujrzała 

niewysoką  kobietę  o  falujących  brązowych  włosach,  odzianą  w  błyszczący  strój  z  gadziej 

skóry. Siostrę Nocy. 

- Skąd ona się tam wzięła? - zawołała. - Hej, chyba chce porwać wahadłowiec! 

Silniki  „Ścigacza  Cieni”  napełniły  cały  hangar  dźwiękiem  podobnym  do  tego,  jaki 

wydają miliony fruwających owadów. Zawodzenie ucichło, po chwili znów zabrzmiało, ale w 

następnej sekundzie silniki zakrztusiły się i umilkły. Twarz siedzącej w sterowni Siostry Nocy 

wykrzywiła  się  z  wściekłości,  a  z  oczu  strzeliły  błyskawice.  Na  kremowobrązowej  skórze 

pojawiły się jaśniejsze cętki. 

Jaina spoglądała w górę, mniej więcej tak samo rozgniewana. 

- Musimy ją powstrzymać - oświadczyła. 

Chewbacca zanurkował pod kadłub statku, skąd po chwili dobiegło jego uspokajające 

warknięcie. 

- Jesteś pewien, że nie poleci? - zapytała Jaina. - Skąd to wiesz? 

Nie  przestając  grzebać  we  wnętrzu  otwartego  panelu  umożliwiającego  dostęp  do 

urządzeń  sterujących  pracą  silników,  Chewbacca  zaryczał  i  trącił  stopą  część  urządzenia, 

leżącą na posadzce hangaru. Jaina natychmiast rozpoznała główny motywator, który Wookie 

wyciągnął do naprawy. 

Bez tego urządzenia „Ścigacz Cieni” nie mógł wystartować ani tym bardziej polecieć. 

Przeraźliwy skowyt uruchamianych silników zabrzmiał ponownie. Chewbacca zawył. 

Rozległ  się  stłumiony  huk  i  silniki  zamilkły,  a  z  wnętrza  panelu  kryjącego  urządzenia 

sterujące ich pracą trysnęły iskry. Wookie wyskoczył spod kadłuba. 

W następnej chwili Jaina usłyszała pomruk opadającej rampy. Zanim jednak wbiegła 

na pokład, aby stawić czoło niedoszłej porywaczce, Siostra Nocy zeskoczyła na płytę hangaru 

i  zwróciła  się  w  stronę  dziewczyny  i  Chewbaccy.  Jaina  pomyślała,  że  rozpoznaje  w  rysach 

twarzy  kobiety  coś  znajomego:  jakieś  lodowate  piękno  zmieszane  z  niepohamowanym 

gniewem. 

Chewbacca wyzywająco zaryczał i natychmiast niewysoka wojowniczka odwróciła się 

w stronę Wookiego. Spojrzała na niego z groźnym błyskiem w oczach. 

-  Przybyłam  odzyskać  swoją  własność  -  oświadczyła.  -  Postąpisz  jak  głupiec,  jeżeli 

staniesz na mojej drodze. „Ścigacz Cieni” należy do mnie. 

background image

- A więc ty jesteś tą Siostrą Nocy, Garowyn - odezwała się Jaina. - Tenel Ka i wujek 

Luke opowiadali mi o tobie. 

Wiedźma z Dathomiry zwróciła oczy na Jainę, a na jej twarzy odmalował się niesmak, 

jakby kobieta połknęła nagle coś kwaśnego. 

- Dlaczego nie jesteś teraz w fabryce razem z przyjaciółmi, smarkulo Jedi? - warknęła. 

-  W  fabryce?  -  powtórzyła  dziewczyna,  niczego  nie  rozumiejąc.  -  Z  jakiego  powodu 

moi przyjaciele mieliby być teraz w fabryce? 

-  To  nieważne  -  odparła  Garowyn.  -  I  tak  nie  możecie  zrobić  nic,  by  im  pomóc.  - 

Uniosła  ręce  nad  głowę,  jakby  chciała  coś  rzucić,  chociaż  nie  trzymała  w  dłoniach  żadnego 

przedmiotu. -Zaraz skończę z wami tu i teraz. - Roześmiała się. - Nie macie żadnej szansy. 

Chewbacca  obnażył  długie  kły  i  naprężył  mięśnie,  jak  gdyby  przygotowywał  się  do 

skoku. 

Nagle Jaina, która dopiero teraz zrozumiała znaczenie poprzednich słów Siostry Nocy, 

krzyknęła: 

- Musimy pomóc naszym przyjaciołom, Chewie! Zostawmy jaw spokoju! 

Zanurkowała  pod  kadłub  „Ścigacza  Cieni”,  licząc,  że  zdoła  dotrzeć  do  drzwi  windy, 

którą mogli zjechać na dół, na główny poziom drzewnego miasta Wookiech. 

- Nawet nie myślcie o ucieczce! - krzyknęła wiedźma z Dathomiry. 

Jedna  z  ogromnych  drewnianych  skrzyń,  wypełniona  częściami  zamiennymi  do 

silników  gwiezdnych  statków,  uniosła  się  w  powietrze  i  poszybowała  w  stronę  Chewiego. 

Uderzyła  go  w  plecy,  wskutek  czego  rosły  Wookie  runął  na  kolana,  a  potem  z  głośnym 

jękiem, pełnym bólu i zdumienia, rozciągnął się na płytach posadzki. 

Garowyn stała obok opuszczonej rampy „Ścigacza Cieni”. Oparła dłonie na biodrach, 

okrytych  opancerzonymi  łuskami  stroju  z  gadziej  skóry.  W  mrocznych  głębinach  jej  oczu 

zaczynały  błyskać  ogniki,  podsycane  przez  ciemną  stronę.  Posługując  się  Mocą,  wiedźma 

szykowała  się  do  uniesienia  w  powietrze  następnych  ciężkich  przedmiotów,  złożonych  pod 

ścianami wielkiego hangaru. 

Jaina  krzyknęła,  kiedy  ujrzała,  że  druga  masywna  drewniana  skrzynia  unosi  się  i 

kieruje w okolice jej głowy. Odruchowo skorzystała z energii Mocy, by odepchnąć ją na bok. 

Przez głowę dziewczyny przemknęła niesamowita myśl, że podobne ćwiczenia wykonywała, 

kiedy była więziona na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Przeraziła się, kiedy ujrzała, że 

Siostra  Nocy  zaczyna  rzucać  w  nich  beczkami,  masywnymi  sworzniami,  młotkami, 

metalowymi  płytami  poszycia  kadłubów  gwiezdnych  maszyn,  hydraulicznymi  kluczami  i 

wszystkimi innymi ciężkimi przedmiotami, jakie znalazły się w zasięgu jej wzroku. Poczuła 

background image

jeszcze  większe  przerażenie,  kiedy  uświadomiła  sobie,  że  niewysoka  wiedźma  czyni  to 

wszystko bez widocznego wysiłku, nie poruszając żadnym mięśniem. 

Tymczasem Chewbacca, któremu udało się uwolnić spod szczątków ciężkiej skrzyni, 

usiłował  schronić  się  za  szkieletem  częściowo  rozmontowanego  kadłuba  gwiezdnego 

skoczka.  Ujrzawszy  to,  Garowyn  posłała  w  ślad  za  nim  następną  porcję  ciężkich  i  ostrych 

przedmiotów. 

Starając  się  zmieniać  tory  lotu  pocisków  szybujących  ku  niej  i  Chewbacce,  Jaina 

ukryła  się  za  jedną  ze  skrzyń,  po  czym  postanowiła  się  skupić.  Mimo  grożącego  jej 

niebezpieczeństwa,  usiłowała wysyłać  myślowe  palce  Mocy,  żeby  nawiązać  kontakt  z 

Jacenem, Tenel Ka i Lowbaccą. 

Z  pękniętego  pojemnika  wyciekało  zanieczyszczone  chłodziwo.  Po  chwili  na 

posadzce  hangaru  utworzyła  się  spora  kałuża,  a  w  powietrze  ulatywały  obłoki  cuchnących 

oparów.  Jaina  czuła  złość,  że  dotychczas  była  zdolna  jedynie  reagować  na  bieg  wydarzeń. 

Zbyt zajęta obroną przez atakami, nie miała czasu na ułożenie żadnego planu. 

Mimo iż Chewbacca nie dysponował umiejętnościami Jedi, nie zamierzał pozostawać 

nieruchomym celem. Wyciągnąwszy długie kosmate ręce, odskoczył od kadłuba gwiezdnego 

skoczka. Uniósł nad głowę ciężką drewnianą skrzynię i rzucił w ten sposób, żeby zderzyła się 

w  powietrzu  z  wypełnionym  płynnym  smarem  wiadrem,  ciśniętym  w  niego  przez  Siostrę 

Nocy. Opalizująca ciecz wylała się z kubła i rozprysnęła po płytach posadzki wokół Jainy i 

Garowyn.  Widząc  to,  Chewie  sięgnął  po  porzucony  pojemnik  z  narzędziami.  Kilkoma 

długimi susami pokonał odległość dzielącą go od „Ścigacza Cieni”, po czym ukrył się w jego 

cieniu. 

-  Powiedzcie,  co  zrobiliście  z  moim  statkiem  -  zaskrzeczała  Garowyn,  kierując 

strumień lecących pocisków w stronę Jainy. - W jaki sposób mogę go naprawić? 

Masywna  skrzynia,  dotychczas  służąca  dziewczynie  za  kryjówkę,  zaczynała 

trzeszczeć i pękać, bombardowana ciężkimi przedmiotami. Po chwili z grzechotem posypały 

się z niej we wszystkie strony zapasowe cyberbezpieczniki. Jaina poderwała się do biegu, by 

poszukać innego schronienia. 

Ciężko  dysząc  i  wykorzystując  techniki  Jedi,  zmieniła  tory  lotu  kilku  cięższych 

pocisków,  a  kilka  lżejszych  odrzuciła  na  bok.  Krople  potu  spływały  jej  z  czoła  do  oczu, 

utrudniając zdolność koncentracji. 

-  Został  uszkodzony...  podczas  burzy  jonowej  -  rzekła,  zachłystując  się  powietrzem. 

Otarła przedramieniem oczy, by móc lepiej widzieć. - Nigdy nie uda ci się go naprawić. 

- W takim razie do niczego nie jesteście mi potrzebni - warknęła wiedźma. - Zaraz się 

background image

z wami rozprawię. 

Wyciągnęła  przed  siebie  ręce,  a  między  jej  palcami  zaczęły  ze  skwierczeniem 

przelatywać  błękitne  błyskawice.  Jaina  rozpaczliwie  szukała  sposobu  odwrócenia  uwagi 

kobiety z Dathomiry. 

Nagle, jakby znikąd, w powietrzu pojawił się lecący w kierunku głowy Siostry Nocy 

miernik impedancji. Po chwili tym samym torem poszybował ciężki klucz hydrauliczny, a po 

nim cała garść ciężkich nitów i automatycznie zakleszczających się sworzni. Chewbacca nie 

musiał posługiwać się Mocą, żeby ciskać masywnymi przedmiotami. 

Tym razem Siostra Nocy uskoczyła w bok, by poszukać kryjówki. Zwróciła oczy na 

Wookiego i mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa, wypuściła w jego kierunku skwierczącą 

błękitną  błyskawicę.  Chewbacca,  stojący  dotychczas  obok  „Ścigacza  Cieni”,  zawył  i 

zanurkował, aby ukryć się za kadłubem. 

Odwrócenie  uwagi  wiedźmy  z  Dathomiry  nie  trwało  długo,  ale  Jainie  ten  czas 

wystarczył.  Dziewczyna  zamknęła  oczy  i  skupiając  energię  Mocy,  wysłała  ją  w  stronę 

Garowyn, by odepchnąć wiedźmę pod ścianę. 

Zdumiona  i  kompletnie  zaskoczona  Siostra  Nocy  poślizgnęła  się  w  kałuży  płynnego 

smaru.  Ujrzawszy  to,  Jaina  ponownie  posłużyła  się  Mocą,  by  pchnąć  silniej  i  skierować 

ślizgające się po posadzce ciało wiedźmy w stronę wrót hangaru. 

-  Poddaj  się,  Garowyn  -  powiedziała  chrapliwie,  ciężko  oddychając  ze  zmęczenia.  - 

Nigdy nie uda ci się porwać „Ścigacza Cieni”. 

- Jeszcze nie pokazałam wam, co potrafię! - odkrzyknęła w odpowiedzi Siostra Nocy. 

W  ostatniej  chwili  Garowyn  uczyniła  coś,  co  wprawiło  dziewczynę  w  zdumienie. 

Zamiast starać się zmienić kierunek, w jakim ślizgała się po posadzce ku otwartym wrotom, 

wiedźma z Dathomiry pchnęła swoje ciało jeszcze silniej w tę samą stronę. Chewbacca rzucił 

się, próbując ją powstrzymać, ale posadzka była zbyt śliska i Wookie nie mógł zdążyć. 

Kiedy Garowyn znalazła się na progu, wyciągnęła rękę, by uchwycić przymocowaną 

do  framugi  metalową  poręcz.  Nie  zwalniając,  wykorzystała  pęd,  jaki  nadała  swojemu  ciału. 

Wykonała  półobrót  w  powietrzu  i  wylądowała  na  tarasie,  jakim  była  obrzeżona  platforma 

hangaru. 

Przez  otwarte  wrota  ze  świstem  wpadł  podmuch  chłodnego  wiatru.  Rozrzucone  po 

posadzce  lżejsze  przedmioty  z  grzechotem  potoczyły  się  pod  ścianę,  a  inne  wypadły  ze 

szczelin  w  drewnianych  skrzyniach  i  spoczęły  obok.  Potykając  się  co  krok  na  śliskiej 

posadzce,  Jaina  pospieszyła  do  wrót,  przez  które  umknęła  Garowyn.  Zanim  jednak  zdążyła 

wyjść z hangaru, usłyszała odgłosy zapuszczanego silnika. 

background image

- Szybko, Chewie! - krzyknęła. - Musiała mieć ukryty w pobliżu powietrzny śmigacz! 

Jaina dotarła do wrót, potykając się, i chwyciła za metalową poręcz framugi, żeby nie 

spaść z tarasu w przepaść, na baldachim liści. 

Kiedy  dostrzegła  powietrzny  śmigacz,  poczuła  rozpacz.  Maszyna  oderwała  się  od 

tarasu  platformy,  przez  sekundę  wisiała  nieruchomo  w  powietrzu,  a  potem  obróciła,  by 

skierować  w  stronę  fabryki  komputerowych  podzespołów,  wciąż  jeszcze  atakowanej  przez 

oddziały Akademii Ciemnej Strony. 

Chewbacca  błyskawicznie  skoczył  na  poręcz  tarasu.  Ku  przerażeniu  Jainy,  Wookie 

zawył,  a  potem  odbił  się  od  poręczy  i  rzucił  w  przepaść,  w  stronę  terkoczącego  pojazdu 

Garowyn,  który  nie  zdążył  jeszcze  oddalić  się  od  platformy.  Rosły  Wookie  poszybował 

łagodnym hakiem, z cichym świstem przecinając powietrze... 

…i  zacisnął  palce  porośniętej  sierścią  silnej  ręki  na  masywnej  rurze  szkieletu 

konstrukcji śmigacza. 

Z  trudem  utrzymując  równowagę  na  tarasie  i  nie  wypuszczając  poręczy,  Jaina 

obserwowała,  jak  Chewie,  Siostra  Nocy  i  śmigacz,  wirując  w  powietrzu,  opadają  ku  morzu 

zielonych  liści.  Ścisnęła  silniej  poręcz  i  odruchowo  wyciągnęła  rękę,  by  pochwycić 

Chewbaccę, ale było za późno na wszelką pomoc. 

Kiedy  powietrzny  śmigacz  uderzył  o  koronę  jakiegoś  wystającego  drzewa,  Chewie 

puścił  rurę  i  natychmiast  odzyskał  równowagę.  Garowyn,  nadal  usmarowana  chłodzącą 

mazią,  także  zeskoczyła  i  pochwyciła  cieńszą  gałąź,  żeby  nie  spaść  jeszcze  niżej.  Chewie 

wdrapał się na solidniejszy konar i potrząsnął gałęzią, na której stała Siostra Nocy. Zaryczał, 

rzucając wyzwanie. 

Z usta Garowyn wydarł się chrapliwy śmiech, bardziej podobny do krakania, a twarz 

wiedźmy  rozjarzyła  się  triumfującym  uśmiechem.  Jaina  usłyszała  dobrze  jej  głos  nawet  z 

takiej dużej odległości. 

- A więc naprawdę chcesz zginąć, głupcze? - Siostra Nocy wyciągnęła ku Chewbaccę 

rękę.  Między  palcami  z  głośnym  skwierczeniem  przeskakiwały  błękitne  błyskawice.  - 

Zasługujesz na to po tym, co zrobiliście z moim statkiem! 

Wookie,  mimo  iż  bezbronny  wobec  wyładowania  ciemnej  strony  Mocy,  groźnie 

warknął. 

Zrozpaczona  Jaina  postanowiła  uciec  się  do  jedynej  sztuczki,  jaka  wpadła  jej  do 

głowy.  Zmrużyła  oczy i  skupiła  się,  po  czym uwolniła  część  własnej  energii  w  taki  sposób, 

aby  za  plecami  wiedźmy  pojawiła  się  silna  zmarszczka  Mocy.  Liście  gałęzi  drzewa  głośno 

zaszeleściły, jakby nagle smagnięte silnym podmuchem wiatru. 

background image

Siostra Nocy odwróciła się jak użądlona, gotowa stawić czoło atakującemu ją od tyłu 

przeciwnikowi. Odruchowo uniosła rękę na wysokość głowy, jakby chciała zasłonić się przed 

nieoczekiwaną napaścią, ale ten ruch sprawił, że poślizgnęła się na gałęzi. Upadła na plecy. 

Jaina  zachłysnęła  się  powietrzem,  widząc,  że  głowa  kobiety  ze  stłumionym  hukiem 

uderza  o  twarde  drewno.  Wiedźma  zaczęła  spadać,  koziołkując,  a  po  chwili  zniknęła  w 

gąszczu splątanych gałęzi i konarów. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Świdrujący uszy skowyt silników imperialnych myśliwców typu TIE, przecinających 

warstwy  atmosfery,  sprawił,  że  Jacena  ogarnęło  paniczne  przerażenie.  Chłopiec  wiedział 

wprawdzie,  że  zawodzenie  wydobywa  się  z  dysz  wylotowych  potężnych  bliźniaczych 

silników,  ale  był  pewien,  że  imperialni  projektanci  musieli  być  zachwyceni  tym  piekielnym 

jazgotem. 

Tymczasem  wszystkie  platformy  kompleksu  przemysłowego  rozbrzmiewały 

prawdziwą kakofonią sygnałów alarmowych. W powietrzu krzyżowały się warknięcia i wycia 

dyżurujących strażników, wzmocnione przez elektroniczne urządzenia i przekazywane przez 

głośniki.  Zatrudnieni  w  fabryce  pracownicy  biegali  we  wszystkie  strony,  uruchamiając 

systemy bezpieczeństwa albo ewakuując platformy. 

Nisko  nad  wierzchołkami  drzew  przelatywały  raz  po  raz  bombowce  typu  TIE, 

rzucając  protonowe  ładunki  wybuchowe,  które  wzniecały  pożary  całych  grup  splątanych 

gałęzi. Z płonących liści unosiły się kłęby ciemnoszarego dymu. 

-  Musimy  odeprzeć  atak  -  stwierdziła  Tenel  Ka,  rozglądając  się  w  poszukiwaniu 

odpowiedniej  broni.  Na  twarzy  wojowniczki  z  Dathomiry  malowała  się  nieugięta 

determinacja. 

Kiedy Sirra i Lowie ujrzeli zniszczenia domów i kompleksów fabryki, głośno zawyli, 

nie  kryjąc  gniewu.  Wrzecionowaty  android-przewodnik  odwrócił  kanciastą  głowę  w  ich 

stronę, zupełnie jakby zapomniał, iż każdą powierzchnię zdobiły optyczne czujniki. 

- Proszę zachować spokój i nie wpadać w panikę - odezwał się niepewnie. - Proszę się 

nie  obawiać.  To  z  pewnością  tylko  ćwiczenia.  Na  dzisiaj  nie  przewidziano  w  programie 

żadnych ataków. 

Em Teedee, jak zwykle zawieszony u pasa Lowiego, usłyszawszy tę uwagę, odezwał 

się piskliwie, a w jego głosie zabrzmiała nagana: 

- Ty niemądry androidzie-przewodniku, może wreszcie włączyłbyś czujniki optyczne! 

Czy nie widzisz, że sytuacja wymyka się spod kontroli? Pch! 

Prychnął  pogardliwie,  po  czym  wymruczał  jakąś  niepochlebną  uwagę  na  temat 

wątpliwej inteligencji automatów usługowych i rozrywkowych. 

W tym czasie android-przewodnik nie przestawał wypowiadać uspokajających uwag, 

chociaż można było się zorientować, że w jego myślach panuje kompletny zamęt. 

-  Przestworzy  wokół  Kashyyyku  strzeże  wiele  orbitalnych  satelitów.  Żaden  wrogi 

background image

statek  nie  zdoła  zaatakować  tej  fabryki.  Dysponujemy  zaawansowanymi  systemami 

obronnymi,  nie  wyłączając  dział,  rozmieszczonych  na  obrzeżach.  W  każdej  chwili  powinny 

otworzyć ogień do intruzów. 

- Działa na obrzeżach? - zainteresowała się Tenel Ka. W jej szarych jak granit oczach 

pojawiły  się  błyski,  kiedy  skierowała  je  na  androida.  -  Gdzie?  Może  będziemy  mogli 

wykorzystać je do obrony fabryki? 

Sirra zaryczała, machnięciem długiej kosmatej ręki dając znak, że wie, którędy iść, by 

je znaleźć. 

-  To  wspaniały  pomysł!  -  zauważył  Em  Teedee.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  zostaniemy 

rozerwani na kawałki, zanim wprowadzimy plan pani Tenel Ka w życie. O rety! 

- Jak powiedziałaby moja siostra - odezwał się Jacen - no, to na co jeszcze czekamy? 

Chłopiec przecisnął się obok androida-przewodnika i wszedł do fabryki. Tuż za nim to 

samo uczyniła Tenel Ka i oboje młodych Wookiech. 

Sirra poprowadziła wszystkich napowietrznym korytarzem, mimo iż wokół raz po raz 

rozlegały się huki wybuchów bomb i grzmoty laserowych błyskawic. Cała czwórka dotarła w 

końcu  do  rzędów  drugich  pnączy,  podobnych  do  lin,  które  umożliwiały  dostanie  się  na 

wyższe  poziomy.  Sirra  chwyciła  najbliższą  lianę,  umieściła  stopę  w  specjalnej  pętli  i 

szarpnęła. Uwolniony pęd winorośli pociągnął ją w górę, ku platformie znajdującej się nad jej 

głową.  Po  sekundzie  Lowie  poszedł  w  ślady  siostry.  Jacen  także  wsunął  stopę  w  pętlę,  po 

czym  popatrzył  pytająco  na  Tenel  Ka. Dziewczyna  jednak  owinęła  pnącze  wokół  ręki  i  bez 

trudu  uczyniła  to  samo.  Po  następnych  kilku  chwilach  wszyscy  znaleźli  się  na  wyższej 

platformie, wzniesionej na samym skraju kompleksu zabudowań. 

Ponieważ zareagowali najszybciej, dotarli do stanowisk ciężkiej artylerii wcześniej niż 

obrońcy  fabryki.  Jacen  dostrzegł  grupę  jonowych  dział,  obok  których  umieszczono  kuliste 

pojemniki  z  bateriami  zasilającymi.  Popatrzył  na  skierowane  ku  niebu  cienkie  lufy, 

przypominające  igły...  ale  jego  twarz  rozjaśniła  się  w  uśmiechu,  kiedy  zauważył  parę  może 

nieco  przestarzałych  poczwórnych  sprzężonych  działek,  takich  samych  jak  te,  które 

znajdowały się na pokładzie „Sokoła Tysiąclecia”. 

- Hej, skorzystajmy z tych - powiedział. Pospieszył do najbliższego stanowiska i rzucił 

okiem na kontrolny pulpit. - Są podłączone do zasilaczy i gotowe do akcji! 

Oboje  młodzi  Wookie  zaczęli  ryczeć,  wymieniając  między  sobą  jakieś  uwagi.  W 

pewnej chwili Em Teedee zawołał: 

- Panie Jacenie! Pan Lowbacca i pani Sirrakuk postanowili posłużyć się komputerami, 

aby ustalić, w którym punkcie obrony nieprzyjaciel wdarł się do fabryki. Możliwe, że dzięki 

background image

temu  uda  się  zapobiec  przenikaniu  następnych  eskadr  myśliwców  typu  TIE.  Och,  żywię 

nadzieję, że ich akcja zakończy się powodzeniem! 

-  Uczynią,  co  będą  mogli  -  rzekł  Jacen,  chwytając  dźwignię  spustową  poczwórnych 

działek. Opadł na ogromny fotel, ustawiony przed urządzeniem celowniczym. Miał wrażenie, 

że  mechanizm  przenika  drżenie  ogromnej  energii.  Ponieważ  przyciski  i  dźwignie 

umieszczono  w  dosyć  dużych  odległościach,  odpowiednich  dla  większych  ciał  Wookiech, 

chłopiec  musiał  zmienić  ustawienie  otoczonego  koncentrycznymi  kręgami  krzyża 

celowniczego. 

Tymczasem imperialne myśliwce nie przestawały przelatywać ze skowytem silników 

nad  ich  głowami.  Raz  po  raz  ostrzeliwały  dzielnice  mieszkaniowe  Wookiech,  ale  dziwnym 

trafem  pozostawiały  centralną  część  kompleksu  fabryki,  w  której  produkowano 

skomputeryzowane urządzenia, niemal w spokoju... chociaż ogarniętą całkowitym chaosem. 

Rzut  oka  w  lewo  uświadomił  Jacenowi,  że  także  Tenel  Ka  zajęła  miejsce  na 

ogromnym  fotelu  swojego  działka.  Uchwyciła  dźwignię  spustową  prawą  dłonią, 

błyskawicznie  zapoznała  się  z  mechanizmami  celowniczymi.  I  zaczęła  wypatrywać 

nieprzyjacielskich maszyn na pochmurnym niebie. 

Na  platformę  obronną  wpadło  nagle  trzech  wysokich  Wookiech,  którzy  natychmiast 

zajęli miejsca przy jonowych działach. Od czasu do czasu spoglądali na dwoje młodych istot 

ludzkich,  zapewne  zdumieni  nieoczekiwaną  odsieczą,  ale  nie  tracili  czasu  na  pytania  czy 

wyjaśnienia. Zamiast tego skupili uwagę na posyłaniu w niebo śmiercionośnych błyskawic. 

Jedna  ze  skwierczących  jaskrawożółtych  smug  poszybowała  w  kierunku  myśliwca 

typu TIE. Jego pilot wykonał jednak unik i błyskawica tylko musnęła boczny panel maszyny. 

Mimo to systemy napędowe imperialnego statku odmówiły posłuszeństwa i myśliwiec, mając 

unieruchomione  silniki,  zaczął  koziołkować.  Pilot  nie  potrafił  odzyskać  stateczności  i 

maszyna z głośnym, przeciągłym hukiem roztrzaskała się o konary drzew rosnących w dosyć 

dużej odległości od fabryki. 

Jacen zaczął naprowadzać kręgi celownicze na powoli lecący, widocznie przeciążony 

bombowiec  typu  TIE,  wyraźnie  kierujący  się  ku  dzielnicom  mieszkaniowym  Wookiech. 

Maszyna  zbliżała  się  i  przyspieszała;  zapewne  pilot  przygotowywał  się  do  zrzucenia 

śmiercionośnych ładunków wybuchowych. 

Chłopiec ścisnął dźwignię spustową i zgrzytnął zębami. 

- No, dalej, dalej... - mruknął. 

W  końcu,  kiedy  cel  został  namierzony,  krzyż  z  wizerunkiem  pochwyconego 

bombowca  typu  TIE,  otoczony  koncentrycznymi  kołami,  zaczął  pulsować  jaskrawym 

background image

blaskiem. 

Jacen przycisnął oba guziki spustowe naraz. Ze wszystkich czterech luf poszybowały 

w  niebo  błyskawice  laserowych  strzałów.  Oślepiające  smugi  trafiły  w  kadłub  imperialnego 

bombowca  na  chwilę  przedtem,  zanim  pilot  zwolnił  zaczepy  mocujące  protonowe  ładunki 

wybuchowe.  Zamiast  zniszczyć  drzewne  domostwa  setek  Wookiech,  maszyna  zamieniła  się 

w  oślepiającą  kulę  ognia  i  dymu,  coraz  bardziej  rozprzestrzeniającą  się  na  niebie.  Huk 

eksplozji  trwał  o  wiele  dłużej  niż  zazwyczaj,  wzmocniony  przez  odgłosy  wybuchów 

kolejnych bomb protonowych. 

- Trafiłem go! - wykrzyknął ucieszony Jacen. 

Tenel  Ka,  która  także  raz  po  raz  strzelała,  trafiła  aż  dwa  myśliwce  typu  TIE.  Obie 

maszyny Akademii Ciemnej Strony eksplodowały w locie. 

- Jeszcze dwie - powiedziała. 

Tymczasem na platformę wpadało coraz więcej Wookiech zajmujących wolne miejsca 

przy  jonowych  działach.  Jacen  od  czasu do  czasu  także  strzelał,  obracając  fotel  i  sprzężone 

działko,  by  móc  mierzyć  do  szybko  przelatujących  celów.  Zestrzelił  następną  imperialną 

maszynę. 

-  To  zupełnie  jak  strzelanie  do  brył  złomu  z  pokładowych  działek  „Sokoła 

Tysiąclecia” - stwierdził. - Tylko że tym razem trafienie do celu jest o wiele ważniejsze niż 

zwycięstwo we współzawodnictwie z Jainą. 

- To jest fakt - przyznała rzeczowo wojowniczka z Dathomiry. 

Z chmur wyłoniło się kolejne skrzydło myśliwców typu TIE. Jacen otworzył do nich 

ogień  trochę  na  oślep.  Tyle  imperialnych  celów  -  pomyślał  -  i  każdy  najeżony  lufami 

śmiercionośnej  broni...  Lufy  jego  sprzężonych  działek  pluły  strugami  energii,  ale  piloci 

nieprzyjacielskich maszyn robili uniki, dzięki czemu ani jedna nie została zestrzelona. 

- Och, blasterowe błyskawice! - krzyknął zawiedziony chłopiec. 

Pojawili  się  następni  obrońcy  fabryki,  zeskakując  z  pełniących funkcję  wind  pędów 

winorośli  i  rzucając  się w  stronę  stanowisk  ogniowych,  mimo  iż  teraz  było  więcej  chętnych 

do strzelania niż nie obsadzonych dział jonowych. Wzajemnie się przekrzykując, do Jacena i 

Tenel Ka podbiegli także Lowie i Sirra. Ich warknięcia i pomruki nakładały się na siebie, tak 

że Em Teedee miał kłopoty z nadążaniem tłumaczenia wszystkiego, co mówili. 

- Po kolei, bardzo proszę - odezwał się miniaturowy android. - Tak, teraz lepiej. Mniej 

więcej  wiem,  o  co  chodzi.  Pan  Lowbacca  i  pani  Sirrakuk  ustalili,  że  przełamanie  systemu 

obronnego nastąpiło tylko  w  jednym  miejscu,  to  znaczy  w wieży  kontroli lotów  znajdującej 

się na terenie tej fabryki. Jakimś cudem wszystkie urządzenia obronne zostały obezwładnione. 

background image

Chyba właśnie tam urządzono ośrodek kierowania atakiem. 

Lowie ryknął, zgłaszając jakąś propozycję. 

- O rety - odparł Em Teedee. - Pan Lowbacca sugeruje, że powinniśmy się tam udać, a 

strzelanie  pozostawić  obrońcom  fabryki,  którzy  są  do  tego  lepiej  przygotowani.  I  chociaż 

zgadzam  się,  że  bezpieczniej  byłoby  znaleźć  się  w  jakimś  pomieszczeniu,  sceptycznie 

zapatruję się na pomysł wpadania w sam środek trudnych do przewidzenia tarapatów. 

-  Dobry  pomysł,  Lowie -  odezwał  się  Jacen,  zupełnie  ignorując  ostrzeżenie 

miniaturowego androida. 

Ponownie wypuścił laserowe błyskawice z luf poczwórnych sprzężonych działek, tym 

razem jakby od niechcenia. Ze zdumieniem zauważył jednak, że oddany trochę na oślep strzał 

zniszczył  boczny  panel  kolejnego  myśliwca  typu  TIE,  wskutek  czego  imperialna  maszyna 

zaczęła koziołkować, po czym roztrzaskała się o konary wroszyrów. 

- Hej, trafiłem jeszcze jedną - powiedział. 

 

Zabarykadowany  w  środku  wieży  kontroli  lotów,  Zekk  przysłuchiwał  się,  jak 

rozwścieczeni Wookie dobijają się do zamkniętych opancerzonych drzwi wieży. Dobiegający 

zza  nich  syk,  tak  cichy,  że  trudno  słyszalny,  oznaczał,  że  szturmujący  obrońcy  zakładu 

przemysłowego, posługując się potężnym laserowym palnikiem, zamierzają wyciąć otwór w 

grubej płycie. Przeciwko nim obróciły się ich własne rozwiązania techniczne, gdyż obrońcy 

Kashyyyku  tak  zaprojektowali  ośrodek,  aby  był  niemożliwy  do  zdobycia.  Mimo  to  Wookie 

nie rezygnowali z powolnej, żmudnej pracy, centymetr po centymetrze pokonując opór drzwi 

wieży. 

Korzystając  z  monitorów  ukazujących  wszystko,  co  działo  się  na  korytarzu,  Zekk 

przyglądał się kudłatym stworzeniom. Jedno z nich, nagle rozwścieczone chyba bardziej niż 

pozostałe, znalazło ciężką metalową rurę i zaczęło raz po raz walić w pancerną płytę - rzecz 

jasna,  bez  rezultatu,  z  powodu  jej  grubości.  Mimo  to  Wookie  wydawał  się  zadowolony  z 

faktu, że miał na czym wyładować wściekłość. 

Tamith Kai skrzyżowała ręce na torsie, osłoniętym pancerzem z gadziej skóry. 

-  Ten  potworny  hałas  zaczyna  działać  mi  na  nerwy  -  oświadczyła,  a  później 

spiorunowała  spojrzeniem  szturmowca  strzegącego  drzwi  pomieszczenia.  Jej  fioletowe  oczy 

nagle  rozbłysły,  jakby  wpadła  na  jakiś  pomysł.  -  Dlaczego  nie  mielibyśmy  zwolnić 

mechanizmu  blokującego  drzwi  i  nie  pozwolić,  żeby  Wookie  wpadli  do  środka?  Można 

byłoby wówczas wystrzelać wszystkich, zanim zdążą ochłonąć z zaskoczenia i zorientują się, 

co się stało? 

background image

Vonnda Ra zachichotała. 

- Z prawdziwą przyjemnością zobaczę, jak na to zareagują - rzekła. 

Zanim  oburzony  Zekk  zdążył  zaprotestować,  że  to  on  dowodzi  całą  akcją, 

szturmowiec  przycisnął  guzik  i  usunął  blokadę  zamka  drzwi  wieży.  Ciężka  płyta 

niespodziewanie się odsunęła, wprawiając w osłupienie techników usiłujących wedrzeć się do 

środka. Pracownicy fabryki zawyli. 

Szturmowiec wymierzył blaster i w ciągu kilku sekund wszystkich uśmiercił, jednego 

po  drugim.  Przycisnął  kilka  klawiszy,  by  ponownie  zablokować  zamek.  Ciężka  płyta  się 

zasunęła, a ciała leżących Wookiech pozostały na korytarzu. 

- Nareszcie będziemy mieli ciszę i spokój - odezwała się Tamith Kai. 

Tymczasem  piloci  przelatujących  po  niebie  myśliwców  i  bombowców  typu  TIE  nie 

przerywali ataku. Raz po raz robili uniki, aby umknąć przed błyskawicami laserowego ognia 

wystrzeliwanego  z  luf  dział,  rozmieszczonych  na  obrzeżach  zakładu  przemysłowego.  Przez 

transpastalową  szybę  wzmocnionej  kopuły,  wieńczącej  wieżę  kontroli  lotów,  można  było 

obserwować  przebieg  walki.  Na  planecie  zdążyło  wylądować  kilka  nowych  oddziałów 

szturmowców z zadaniem osłaniania grupy atakującej fabrykę. 

Vonnda  Ra  pracowała  przy  jednym  z  komputerowych  terminali,  zajęta  śledzeniem 

obrazów,  przekazywanych  przez  kamery  rozmieszczone  w  różnych  punktach  zakładów.  W 

pewnej chwili wydała pełen zdumienia i triumfu okrzyk. 

-  Ach,  chyba  ich  znalazłam  -  powiedziała.  -  Tych  zbrodniarzy,  którzy  obsługiwali 

działa,  rozmieszczone  na  obrzeżach...  Idą  teraz  korytarzem.  Chyba  podążają...  Ach!  Kierują 

się  do  naszej  wieży.  Mania  wielkości.  To  może  się  okazać  nawet  całkiem  szczęśliwym 

zbiegiem okoliczności. 

- Kto idzie do wieży? - zapytał Zekk. 

-  Ależ  oczywiście,  że  ci  smarkacze  Jedi  -  odparła  cierpko  Siostra  Nocy.  -  Czyżbyś 

zapomniał o drugim ważnym celu naszej wyprawy? 

Zekk pomyślał o Jacenie, Jainie i ich przyjaciołach. 

- Nie, wcale nie zapomniałem - burknął. Mimo to nie chciał stawiać czoła bliźniętom 

tu, w obecności okrutnej i podstępnej Tamith Kai. Pomyślał, że to powinna być jego osobista 

sprawa;  konsekwencja  wyboru,  jakiego  dokonał  w  przeszłości.  -  Przechwycimy  ich  po 

drodze. Urządzimy zasadzkę. Czy możesz powiedzieć mi, gdzie znajdują się w tej chwili? 

- Bez problemu - oświadczyła Vonnda Ra. 

Wykorzystując do końca fakt, że został mianowany dowódcą wyprawy, Zekk obrócił 

się do podwładnych, po czym zaczął wydawać krótkie, zwięzłe rozkazy. 

background image

- Tamith Kai, zostaniesz w wieży i nadal będziesz czuwała nad bezpieczeństwem misji 

-zaczął. 

-Naszym 

najważniejszym 

zadaniem jest 

zdobycie 

skomputeryzowanych 

podzespołów,  na  których  tak  zależy  Drugiemu  Imperium.  Ty  -  kiwnął  głową  w  kierunku 

szturmowca - pozostaniesz także w wieży i będziesz pełnił funkcję strażnika. Vonnda Ra i ja 

rozprawimy się z młodymi rycerzami Jedi. 

Tamith  Kai  spojrzała  spode  łba.  Nie  nawykła,  by  ktokolwiek  jej  rozkazywał. 

Młodzieniec odwrócił się jednak ku niej, aż zawirowały poły jego czarnej peleryny. 

- Czy zastosowanie się do tego polecenia przekracza twoje możliwości, Tamith Kai? - 

zapytał. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  prychnęła  pogardliwie  Siostra  Nocy.  - A  twoje?  Upewnij  się 

tylko, żeby usunąć z drogi tych smarkaczy Jedi. 

Kiedy  szturmowiec  ponownie  usunął  blokadę  zamka  opancerzonych  drzwi  wieży, 

Vonnda Ra przekroczyła próg tuż za Zekkiem. Oboje wyszli na korytarz, nie przejmując się, 

że muszą przeskoczyć przez rozciągnięte na posadzce, nieruchome ciała zabitych techników. 

Podążyli na spotkanie z byłymi przyjaciółmi Najciemniejszego Rycerza. 

 

Jacen  spieszył  się,  jak  mógł,  idąc  ramię  w  ramię  obok  Lowie-go  i  Sirry.  W 

wewnętrznych  korytarzach  fabryki  unosiły  się  kłęby  gryzącego  dymu.  Panował  nieopisany 

harmider,  a  na  posadzce  walały  się  różne  śmieci.  Umieszczone  w  suficie  panele  jarzeniowe 

migotały,  raz  po  raz  to  rozjaśniając  się,  to  znów  gasnąc,  w  zależności  od  poboru  energii 

zużywanej przez obrońców do odparcia ataku. 

Jacen  i  Lowie  wyciągnęli  świetlne  miecze  i  trzymali  w  pogotowiu  ogniste  klingi, 

gotowi  do  akcji.  Teneł  Ka  podniosła  leżący  w  kącie  metalowy  pręt,  zapewne  część 

uszkodzonej  podczas  ataku  rury,  która  stanowiła  kiedyś  fragment  rurociągu  biegnącego  pod 

sufitem.  Podążała  za trójką  przyjaciół,  stanowiąc  coś  w rodzaju tylnej  straży.  Trzymała  pręt 

jak włócznię, licząc, że może dostrzeże jakiś cel, do którego będzie mogła rzucić. 

Kiedy Lowie i Sirra skręcili za róg korytarza, Jacen pomyślał, że chyba poznaje drogę 

wiodącą do wieży ośrodka kontroli lotów, którą niedawno przebyli w towarzystwie androida-

przewodnika.  Nagle  idący  przodem  Lowie  wydał  pełen  zaskoczenia  ryk.  Po  sekundzie  to 

samo uczyniła zaniepokojona Sirra. Tenel Ka uchwyciła mocniej długą metalową rurkę. 

-  Hej,  to  przecież  Zekk!  -  zawołał  Jacen.  Przystanął  tak  nagle,  że  omal  się  nie 

poślizgnął. 

Na  korytarzu  przed  nimi,  jakby  czekając  na  ich  przybycie,  stał  ciemnowłosy 

włóczęga,  który  przez  wiele  lat  był  przyjacielem  bliźniąt...  i  który  zabrał  ich  kiedyś  na 

background image

wyprawę  po  mrocznych  korytarzach  i  opustoszałych  pomieszczeniach  podziemi  Coruscant. 

Teraz  jednak  ten  niegdyś  obdarty  i  umorusany  chłopak  miał  na  sobie  drogocenny  skórzany 

pancerz, okryty czarną peleryną, obszytą szkarłatną lamówką... i trzymał rękojeść świetlnego 

miecza, z której wystawała świetlista purpurowa klinga. Wyglądał złowieszczo. 

Tenel Ka, dostrzegłszy Zekka, skierowała koniec metalowej włóczni w jego stronę. W 

nagłym  przebłysku  pamięć  Jacena  podsunęła  chłopcu  wspomnienie  pierwszego  spotkania 

wojowniczki  z  Zekkiem.  Kiedy  młodzieniec  zeskoczył,  zamierzając  sprawić  im 

niespodziankę,  Tenel  Ka  zdumiewająco  szybko  owinęła  jego  ciało  wytrzymałą  linką  i 

związała, zanim chłopak zdążył odskoczyć. 

Teraz jednak dziewczyna miała tylko jedną rękę. Nie zdecydowała się na odrzucenie 

długiego pręta i wyciągnięcie linki czy schwycenie rękojeści świetlnego miecza. 

W  pierwszej  chwili  na  twarzy  Zekka  pojawił  się  radosny  uśmiech,  później  jednak  w 

jego szeroko otwartych oczach odmalowało się zmieszanie. 

- Jacenie - odezwał się odziany na czarno młodzieniec. - Ja... 

Tenel  Ka  spiorunowała  spojrzeniem  Siostrę  Nocy,  a  później  odezwała  się  niskim 

tonem, w którym czaiła się ukryta groźba: 

-  Wiem,  jak  się  nazywasz,  Vonndo  Ra.  Widziałam,  jak  starałaś  się  zwieść 

wojowniczki  z  Dathomiry,  należące  do  klanu  kobiet  ze  Śpiewającej  Góry.  W  obozie, 

urządzonym  na  dnie  wielkiego  kanionu,  wybrałaś  mnie  jako  przyszłą  uczennicę  Akademii 

Ciemnej  Strony.  Ja  jednak  przechytrzyłam  cię  i  pokonałam,  by  uwolnić  przetrzymywanych 

tam przyjaciół. Teraz także cię pokonam. 

Silnie umięśniona wiedźma z Dathomiry wyciągnęła przed siebie ręce i zgięła palce w 

ten sposób, że upodobniły się do szponów. 

- Nie tym razem, smarkacze Jedi! - rzekła. - Z przyjemnością was unicestwię. 

Jacen  usłyszał,  jak  w  powietrzu  zaczyna  skwierczeć  energia  ciemnej  strony  Mocy. 

Uniósł rękojeść świetlnego miecza i przygotował się do obrony. Na końcach palców Vonndy 

Ra  pojawiły  się  migotliwe  jasnobłękitne  błyskawice,  które  po  kilku  chwilach  otoczyły  jej 

ciało, a nawet rozbłysnęły w głębi mrocznych oczu. 

Przygotowując się do rzucenia ognistych błyskawic, złowieszcza kobieta zgięła dłonie 

w przegubach... ale Zekk pchnął ją ramieniem w ten sposób, że zatoczyła się pod ścianę. Nie 

wyrządzając  nikomu  żadnej  krzywdy,  błyskawice  ciemnej  mocy  jak  cieniste  płomienie 

przeleciały obok głów przyjaciół, po czym wypaliły ciemne dziury w ścianie korytarza. 

Vonnda Ra spiorunowała spojrzeniem Zekka, który jednak warknął, zwracając się do 

wiedźmy: 

background image

- To ja mam się z nimi rozprawić! Ja tu rozkazuję! 

Nagle  z  przeciwległego  końca  korytarza  dobiegł  głośny  łomot ciężkich  butów.  Po 

chwili pojawił się tam oddział imperialnych szturmowców. Jacen uniósł głowę i popatrzył na 

nich, nie na żarty przerażony. Bez trudu się zorientował, że przybyły posiłki... tylu żołnierzy, 

że nie mógłby marzyć o walce z nimi świetlnym mieczem, nawet wówczas, gdyby na pomoc 

przyszli mu Lowbacca, Tenel Ka i Sirra. 

Domyślił  się,  że  szturmowcy  musieli  wylądować  na  jednej  z  wyższych  platform. 

Oznaczało  to,  że  Drugie  Imperium  stara  się  zdobyć  coś,  co  znajduje  się  na  terenie  ośrodka 

przemysłowego. Sądząc po ilości zawodzących sygnałów alarmowych i odgłosów eksplozji, 

siły imperialne musiały opanować większość platform fabryki. 

Zekk  czekał,  zapewne  sposobiąc  się  do  walki  z  uczniami  Jedi.  Wyglądało  na  to,  że 

wzbudza  w  sobie  gniew,  a  może  zbiera  się  na  odwagę.  Skarcona  Siostra  Nocy  stała 

nieruchomo, ale jej oczy pałały wściekłością i nienawiścią. Szturmowcy wymierzyli blastery. 

Jacena ogarnęła nagle absolutna pewność, że nigdy nie zwyciężą, jeżeli zdecydują się 

toczyć walkę w tym miejscu. Tenel Ka, nie wypuszczając metalowego pręta, wysunęła się na 

czoło całej grupy. 

- Musimy zawrócić - odezwała się półgłosem, spoglądając przez ramię na kolegę. 

- Doskonały pomysł - odparł równie cicho Jacen, także oglądając się za siebie. 

- A ty, dziewczyno, jesteś prawdziwą zakałą Dathomiry - wybuchnęła nagle Vonnda 

Ra.  W  tej  samej  chwili  Tenel  Ka  rzuciła  stalowy  pręt  w  stronę  Siostry  Nocy.  Metalowa 

włócznia  trafiła  wiedźmę,  która  pochwyciła  ją  w  locie,  ale  sama  zatoczyła  się  pod  ścianę 

korytarza.  Stojący  dotychczas  w  przeciwległym  krańcu  korytarza  szturmowcy  widząc,  że 

Lowie i Sirra uciekają, puścili się w pościg. 

- Za nimi! - zawołał Zekk, czyniąc gest dłonią, ukrytą wewnątrz czarnej rękawicy. 

Kiedy  biegnący  szturmowcy  znaleźli  się  za  plecami  młodzieńca,  Vonnda  Ra  rzuciła 

metalowy  pręt  na  posadzkę.  W  kilku  miejscach  był  wygięty  i  rozżarzony  do  czerwoności 

wskutek  zetknięcia  z  jej  palcami,  między  którymi  nie  przestawały  przelatywać  płomieniste 

błyskawice. 

Sirra przeciągle zawyła, zwracając się do brata. Oboje biegli korytarzem, od czasu do 

czasu oglądając się na podążających za nimi Tenel Ka i Jacena. 

-  Wyjście  awaryjne?  -  przetłumaczył  Em  Teedee.  -  Ucieczka?  Tak,  to  wspaniały 

pomysł! Powinniśmy uczynić wszystko, co możemy, aby uciec. 

Na  skrzyżowaniu  korytarzy  Sirra  stanęła  obok  kwadratowego  panelu,  wyraźnie 

oznaczonego  na  posadzce.  Wyciągnęła  długą  rękę  i  sięgnęła  po  niewielki  okrągły  uchwyt. 

background image

Pociągnęła  silnie  w  górę,  po  czym  odchyliła  klapę  będącą  drzwiami  awaryjnego  wyjścia. 

Zaryczała, gestem pokazując otwór. 

Nie  wahając  się  ani  chwili,  Lowie  skoczył,  by  pochwycić  gruby  pęd  winorośli, 

przymocowany  od  spodu  do  posadzki  korytarza.  Natychmiast  rozległo  się  żałosne  kwilenie 

androida-tłumacza. 

- Ale przecież ta droga prowadzi na najniższe poziomy dżungli! Panie Lowbacco, nie 

możemy tam schodzić! To zbyt niebezpieczne! 

Lowie groźnie warknął i nie przestał schodzić po linie. Tenel Ka poszła w jego ślady. 

Zeskoczyła  lekko  z  płyty  posadzki  i  zaczęła  się  zsuwać,  owinąwszy  linę  wokół  silnie 

umięśnionych  nóg  i  pomagając  sobie  jedną  ręką.  Wkrótce  zniknęła  w  ciemnościach 

panujących w głębinach dżungli. 

Jacen  obejrzał  się  przez  ramię,  w  samą  porę,  by  zobaczyć  Zekka  i  Vonndę  Ra, 

biegnących ku niemu na czele oddziału szturmowców. 

- Na najniższe poziomy, hmmm? - odezwał się, spoglądając na Sirrę. - Chyba będziesz 

miała  szansę  przeżycia  swojej  niebezpiecznej  przygody  o  wiele  wcześniej  niż  się 

spodziewałaś. 

Sirra ryknęła na znak, że przyznaje mu rację. 

Oboje zeskoczyli z posadzki i po chwili zniknęli, otoczeni gęstniejącym zielonkawym 

mrokiem niższych pięter dziewiczej dżungli. 

Przeciskając  się  między  splątanymi  konarami  i  gałęziami,  Jacen  spojrzał  w  górę.  W 

niknącym  kwadracie  blasku  dostrzegł  sylwetki  Zekka  i  Vonndy  Ra,  pochylonych  nad 

otworem i gorączkowo gestykulujących. Słyszał także ich głosy, choć stłumione i cichnące, w 

miarę jak zapuszczał się coraz niżej w dół gęstego lasu. 

- Musimy iść za nimi - odezwał się chłopak. 

-  Powinieneś  był  pozwolić,  żebym  wykończyła  smarkaczy,  kiedy  miałam  okazję  - 

warknęła Siostra Nocy. - Teraz przysporzą nam kłopotów. 

-  Nie  zapominaj,  że  j  a  dowodzę  wyprawą  -  odparł  ostro  Zekk.  -  Zrobimy  to  po 

mojemu. - Odwrócił się, żeby wydać rozkaz szturmowcom. - Schodzić po linie. Wszyscy. 

Zekk,  Vonnda  Ra  i  oddział  imperialnych  żołnierzy,  pragnąc  pochwycić  wymykającą 

się zdobycz, zapuścili się w głębiny mrocznej dżungli. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Brakiss  przechadzał  się  korytarzami  Akademii  Ciemnej  Strony  jak  generalny  wódz 

wojska,  dokonujący  inspekcji  oddziałów,  aby  upewnić  się,  że  są  gotowe  do  walki.  Niemal 

bezgłośnie stawiał stopy na metalowych płytach. Słyszał tylko cichy szelest własnej peleryny. 

Mimo iż został mianowany mistrzem nowej grupy Ciemnych Jedi, w jego umyśle kłębiły się 

same pytania i wątpliwości. 

Brakiss  sprawił,  że  przez  jego  umysł  przemknął  impuls  gniewu...  gniewu,  ostoi 

ciemnej  Mocy.  Powiedział  sobie  jednak,  że  nie  może  teraz  przestać  panować  nad  nerwami, 

gdyż jego wola mogłaby przez to ulec osłabieniu. Brakiss musiał być silny, zwłaszcza teraz. 

Dzięki  wytężonej  pracy  przekształcił  opancerzoną  gwiezdną  stację  w  placówkę,  w 

której mogli się szkolić przyszli Ciemni Jedi. Uczynił to ku większej chwale wielkiego wodza 

i  jego  Drugiego  Imperium.  Pragnął,  aby  w  galaktyce  zapanował  znów  porządek,  a  władzę 

przejął  panujący  jak  dobry  ojciec  Imperator.  Przez  wiele  lat  harował  w  pocie  czoła,  bardzo 

często ryzykując nawet życie... 

A teraz Imperator poniżył go i ośmieszył. 

Od  czasu  kiedy  w  hangarze  Akademii  Ciemnej  Strony  wylądował  tajny  imperialny 

transportowiec  i  czterej  odziani  na  czerwono  strażnicy  przenieśli  izolowaną  komorę 

Palpatine’a  do  specjalnej  komnaty,  mimo  wielu  próśb,  żeby  władca  zechciał  udzielić  mu 

audiencji, Brakiss ani nie widział Imperatora, ani z nim nie rozmawiał. A przecież naczelnik 

imperialnej placówki czuł się taki dumny i zaszczycony, kiedy dowiedział się, że sam wielki 

wódz złoży mu wizytę... 

Teraz  jednak  obecność  Palpatine’a  sprawiła,  że  w  myślach  mistrza  Ciemnych  Jedi 

panował kompletny chaos. 

Brakiss cicho jak duch spacerował pustymi korytarzami. Z powodu pory wypoczynku 

panele  jarzeniowe  nastawiono  na  najmniejszą  jasność.  Większość  uczniów  mistrza 

przebywała  we  własnych  pomieszczeniach,  zapewne  oddając  się  medytacjom  albo 

przygotowując do snu. Po korytarzach przechadzały się jedynie niewielkie grupy pełniących 

służbę szturmowców. 

Qorl  z  powodzeniem  przekształcał  w  sprawnych  żołnierzy  byłych  członków 

młodzieżowego gangu Zagubionych, którzy przylecieli z Coruscant. Pilot myśliwca typu TIE 

przywiązywał  szczególną  wagę  do  szkolenia  przywódcy  gangu,  Norysa.  Młodzieniec 

wykazywał duży talent w zakresie imperialnych technik wymuszania posłuszeństwa... ale był 

background image

tak  niezdyscyplinowany,  że  Brakiss  czasami  się  niepokoił.  Mimo  to  rzadko  który  kandydat 

pragnący zostać dobrym szturmowcem okazywał aż taki... entuzjazm. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony poczuł nagle przelotną chęć, by samemu włożyć 

pancerz  szturmowca,  tak  by  łomot  podkutych  butów  głośno  poniósł  się  po  wszystkich 

korytarzach  jego  gwiezdnej  stacji.  Niestety, takie  okazywanie  własnej  siły zostałoby  uznane 

za niegodne mistrza Ciemnych Jedi. 

Brakiss dysponował ogromną  władzą... a przynajmniej zawsze tak sądził, dopóki nie 

przyleciał  Imperator.  Naczelnik  pomyślał,  że  czerwoni  strażnicy  uważają  go  chyba  za 

najniższego stopniem służącego. Po tym wszystkim, co zrobił i wycierpiał dla dobra Drugiego 

Imperium, takie traktowanie jest po prostu niesprawiedliwe. 

Możliwe, że Imperator rzeczywiście zapadł na zdrowiu. Możliwe, że Drugie Imperium 

znalazło się w większym niebezpieczeństwie, niż Brakiss się obawiał. Mistrz Jedi doszedł do 

przekonania,  że  powinien  porozmawiać  na  ten  temat  z  samym  Palpatine’em,  by  przekonać 

się, jak naprawdę wygląda sytuacja. 

Okazał  niezwykłą  cierpliwość.  Starał  się,  jak  mógł,  pragnąc  pomóc.  Spełniał  każdą 

zachciankę Imperatora, o której informowali go ukrywający twarze czerwoni strażnicy. Teraz 

musiał jednak uzyskać odpowiedzi na kilka pytań. 

Głęboko odetchnął, aby móc się skuteczniej skupić. Pragnął zogniskować myśli w ten 

sposób,  by  pomogły  mu  podjąć  decyzję.  Kiedy  doszedł  do  wniosku,  że  nabrał 

wystarczającego  zaufania  do  własnych  możliwości,  odwrócił  się  i  ruszył  ku  odosobnionym 

komnatom, zamieszkanym przez Imperatora i jego złowieszczych opiekunów. 

Tym razem nie pozwoli, by ktokolwiek odprawił go z kwitkiem. 

 

Część  pomieszczeń,  przeznaczona  do  wyłącznej  dyspozycji  Imperatora,  sprawiała 

wrażenie  jeszcze  słabiej  oświetlonych  niż  reszta  Akademii  Ciemnej  Strony.  Światło, 

wydzielane przez panele jarzeniowe, musiało zostać jakoś spolaryzowane, ponieważ nabrało 

czerwonawej barwy, dzięki czemu wszystkie szczegóły stały się niemal niewidoczne. Także 

powietrze w sąsiedztwie komnat, zajmowanych przez Palpatine’a, wydawało się chłodniejsze 

niż gdzie indziej. 

Dwaj  czerwoni  imperialni  strażnicy  stali  na  skrzyżowaniu  korytarzy.  Kiedy  Brakiss 

podszedł do nich, okazało się, że górują nad nim wzrostem. Fałdy ich szkarłatnych płaszczy 

połyskiwały  w  czerwonawym  blasku  paneli  jarzeniowych  jak  naoliwione.  Strażnicy  byli 

uzbrojeni  w  paraliżujące  włócznie.  Złowieszczo  wyglądająca  broń  mogła  wprawdzie  służyć 

tylko jako ozdoba... ale Brakiss nie zamierzał ryzykować, aby sprawdzić słuszność tej teorii. 

background image

-  Wszelkim  intruzom  wstęp  wzbroniony  -  odezwał  się  surowo  jeden  z  czerwonych 

strażników. 

Mistrz Ciemnych Jedi stanął jak wryty. 

- Przypuszczam, że zostaliście źle poinformowani - oznajmił. - Nazywam się Brakiss i 

pełnię funkcję naczelnika Akademii Ciemnej Strony. 

-  Wiemy,  jak  się  nazywasz  i  kim  jesteś  -  odparł  strażnik.  -  Żaden  intruz  nie  może 

minąć tego posterunku. 

Brakiss  postąpił  jeden  śmiały  krok  dalej,  starając  się  nadać  swoim  słowom 

odpowiednią wagę. 

- Nie jestem intruzem -powiedział. - Ta stacja należy do mnie. Jeden strażnik pochylił 

paraliżującą włócznię w ten sposób, aby ostrze skierowało się w pierś Brakissa. 

- Ta stacja należy do Imperatora - oznajmił surowo. - Tylko on ma prawo uważać za 

swoją własność wszystko, co uzna za cenne dla Drugiego Imperium. 

Mistrz Ciemnych Jedi doszedł do wniosku, że dalsza dyskusja na ten temat do niczego 

nie doprowadzi. 

- Muszę porozmawiać z Imperatorem - powiedział. 

- To niemożliwe - odrzekł strażnik. 

- Nie ma rzeczy niemożliwych - nalegał naczelnik Akademii Ciemnej Strony. 

- Imperator nie życzy sobie widzieć się z nikim. 

- A zatem pozwólcie mi porozmawiać z nim przez interkom. Jestem pewien, że kiedy 

odbędziemy krótką rozmowę, Imperator zechce się ze mną zobaczyć. 

- Nasz władca nie ma ochoty odbywać żadnych krótkich rozmów - oświadczył dumnie 

strażnik. - Z tobą czy z jakąkolwiek inną osobą. 

Brakiss ujął się pod boki. 

-  Kiedy  Imperator  upoważnił  do  decydowania  o  tym,  czy  zechce  z  kimś  rozmawiać, 

czy nie zechce... - zawiesił głos i postarał się, żeby następne słowa zabrzmiały pogardliwie - 

własnych strażników? Jakim prawem przemawiasz w jego imieniu? Nie uznaję twojej władzy 

nad  sobą,  strażniku! Skąd  mam  wiedzieć, czy nie trzymacie go  jako zakładnika? Skąd mam 

wiedzieć, czy Imperator nie jest chory albo naszpikowany narkotykami? 

Skrzyżował ręce na torsie, osłoniętym srebrzystym płaszczem. 

-  Jedynie  Imperator  ma  prawo  wydawać  mi  rozkazy  -  ciągnął  z  dumą.  -  A  teraz 

pozwólcie  mi  z  nim  porozmawiać,  gdyż  w  przeciwnym  razie  wezwę  wszystkich  żołnierzy 

pełniących  służbę  na  pokładzie  tej  gwiezdnej  stacji  i  rozkażę  was  aresztować  pod  zarzutem 

buntu przeciwko Drugiemu Imperium. 

background image

Dwaj czerwoni strażnicy stali nieruchomo. 

- Grożenie nam jest głupotą - odezwali się obaj równocześnie. 

Brakiss jednak nie dawał za wygraną. 

- Głupotą jest lekceważenie tego, co powiedziałem - odparł. 

- Jak chcesz - odezwał się jeden ze strażników. 

Odwrócił  się  i  podszedł  do  zawieszonej  na  ścianie  korytarza czarnej  skrzynki 

interkomu.  Przycisnął  guzik  i  chociaż  Brakiss  nie  usłyszał,  by  z  głośnika  opancerzonego 

hełmu strażnika wydobyły się jakiekolwiek słowa, interkom natychmiast odezwał się głosem 

Imperatora, przypominającym syczenie całej gromady jadowitych węży. 

- Brakissie, mówi twój Imperator. Twoja bezczelność zaczyna mnie irytować. 

-  Pragnąłem  jedynie  porozmawiać  z  tobą,  mój  panie  -  odezwał  się  mistrz  Ciemnych 

Jedi, siłą woli opanowując drżenie głosu. - Odkąd przyleciałeś do Akademii Ciemnej Strony, 

nie  przemówiłeś  ani  do  jej  personelu,  ani  do  mnie.  Niepokoję  się,  czy  nie  stało  ci  się  nic 

złego. 

- Brakissie, chyba się zapominasz - odparł Palpatine. - Nie możesz zrobić niczego, by 

zatroszczyć się o mój los, czego ja nie uczyniłbym, dysponując po dziesięciokroć potężniejszą 

władzą. 

Urodziwy  mężczyzna  poczuł,  że  jego  gniew  z  wolna  mija,  ale  podjął  ostatnią  próbę 

ratowania swojej godności. 

-  Nie  zapominam  się,  mój  panie  -  odrzekł.  -  Zostałem  mianowany  naczelnikiem 

Akademii  Ciemnej  Strony.  Powierzono  mi  zadanie  stworzenia  nowej  armii  Ciemnych  Jedi, 

którzy służyliby tobie i twojemu Drugiemu Imperium. Moje miejsce jest u twojego boku. Nie 

powinienem być poniżany i traktowany jak nic nie znaczący biurokrata. 

Tym  razem  Palpatine  zwlekał  kilka  chwil  z  odpowiedzią,  ale  w  końcu  z  głośnika 

interkomu znów zabrzmiały jego oschłe słowa: 

-  Nie  zapominaj,  Brakissie,  że  kiedy  konstruowano  tę  stację,  wydałem  rozkaz 

rozmieszczenia w newralgicznych punktach potężnych ładunków wybuchowych. Chciałem w 

ten sposób się upewnić, że będziesz posłuszny mojej woli. W każdej chwili mogę zniszczyć 

akademię, choćby tylko dla kaprysu. Nie kuś mnie, Brakissie. 

- Nawet nie ośmieliłbym się o tym marzyć, mój panie - odparł mistrz Jedi, czując, że 

jego  niepokój  wzrasta  z  sekundy  na  sekundę.  -  Jeżeli  jednak  mam  stanowić  część  twojego 

planu podboju galaktyki, powinienem wiedzieć, co się dzieje. Powinienem być informowany. 

Powinienem  brać  udział  we  wszystkim,  ponieważ  tylko  ja  mogę  oddać  w  twoje  ręce  grupę 

dzielnych  wojowników,  których  będziesz  potrzebował,  by  pokonać  Rebeliantów  z  ich 

background image

prostackim zakonem nowych rycerzy Jedi. 

- Dowiesz się o moich planach, kiedy j a będę chciał, żebyś się dowiedział! - warknął 

Imperator.  -  Nie  potrzebuję  rady ani  twojej,  ani  kogokolwiek  innego.  Możliwe, że  muszę  ci 

przypomnieć, iż jesteś tylko nic nie znaczącym sługą. Nigdy więcej nie żądaj, że chcesz mnie 

zobaczyć. Ukażę ci się wówczas, kiedy uznam to za celowe. 

Rozległ  się  trzask  przypominający  dźwięk  łamanej  kości  i  interkom  umilkł.  Brakiss 

czuł  się  gorzej  niż  kiedykolwiek;  jeszcze  bardziej  sponiewierany,  jeszcze  bardziej 

zaniepokojony. 

Dwaj  imperialni  strażnicy  stanęli  nieruchomo  na  skrzyżowaniu  korytarzy.  Ponownie 

skierowali ostrza paraliżujących włóczni ku sufitowi. 

- A teraz odejdź - rozkazał jeden z nich. 

Nie  odzywając  się  ani  słowem,  Brakiss  odwrócił  się  na  pięcie.  Odszedł,  cicho 

stawiając stopy na metalowych płytach opustoszałego korytarza. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

W  pierwszej  chwili  Jaina  czuła  się  zbyt  odrętwiała,  by  się  poruszyć.  Stała  obok 

otwartych  wrót  hangaru  na  skraju  platformy,  umieszczonej  o  wiele  wyżej  niż  wierzchołki 

sąsiednich  wroszyrów.  Zafascynowana,  spoglądała  w  dół  na  miejsce,  gdzie  zniknęło  ciało 

Garowyn. Raz po raz odtwarzając w myślach przeżytą scenę, nadal nie mogła uwierzyć w to, 

co się wydarzyło. Wciąż widziała Siostrę Nocy spadającą, spadającą... spadającą. 

Tymczasem Chewbacca wyplątał powietrzny śmigacz z gąszczu liści, uruchomił silnik 

i  poszybował  w  górę,  ku  platformie.  Kiedy  znalazł  się  na  wysokości  hangaru,  zaryczał, 

pragnąc  podkreślić,  że  nie  ma  czasu  do  stracenia.  Gestem  kosmatej  ręki  wskazał  odległą 

fabrykę, skąd nadal dochodziły odgłosy eksplozji i błyski laserowych błyskawic. Nad fabryką 

i  ośrodkami  mieszkalnymi  Wookiech  krążyły  myśliwce  typu  TIE,  bezlitośnie  ostrzeliwując 

drzewne budowle całymi seriami oślepiających sztychów. 

Chewbacca gestem zachęcił dziewczynę, by usiadła za jego plecami. Jaina przełknęła 

ślinę.  Pomyślała,  że  chyba  Wookiemu  nie  chodziło  o  to,  aby  oboje  lecieli  na  siodełku  tego 

urządzenia? Już teraz, z trudem radząc sobie z ciężarem rosłego Wookiego, silnik niewielkiej 

maszyny krztusił się i prychał. 

Z drugiej strony, oboje odbyli długi spacer tego ranka, żeby dostać się na platformę z 

hangarem,  i  nie  dysponowali  żadnym  środkiem  transportu,  który  pomógłby  im  dotrzeć  do 

atakowanego  zakładu  przemysłowego...  a  musieli  spieszyć  Jacenowi,  Tenel  Ka,  Lowiemu  i 

jego siostrze na ratunek. Nie było czasu, aby wezwać bantha. Jaina miała nadzieję, że bratu i 

przyjaciołom nie przydarzyło się nic złego. 

Chewbacca  podleciał  jeszcze  bliżej  śmigaczem,  po  czym  unieruchomił  maszynę  w 

powietrzu  obok  skraju  platformy.  Gestem  przynaglił  Jainę.  Dziewczyna  postanowiła 

zrezygnować  z  zastrzeżeń,  jakie  dotąd  żywiła,  i  wgramoliła  się  na  siodełko  za  plecami 

Wookiego.  Stwierdziła,  że  miejsca  pozostało  niewiele,  a  ponieważ  wciąż  jeszcze  miała 

kombinezon  poplamiony  śliskim  smarem,  rozłożyła  ręce  jak  umiała  najszerzej  i  objęła 

potężny  włochaty  tors  Chewiego.  Zacisnęła  w  palcach  kosmyki  długiej  sierści,  żeby  nie 

ześlizgnąć się z siodełka. 

Powietrzny  śmigacz,  obciążony  dodatkowym  ciężarem,  natychmiast  zaczął  opadać. 

Chcąc  utrzymać  maszynę  w  powietrzu,  Chewbacca  zwiększył  prędkość  obrotową  silnika,  a 

potem oderwał śmigacz od platformy. Chociaż lecieli szybciej niż Jaina się spodziewała, ich 

pojazd powoli, ale nieubłaganie tracił wysokość. Wkrótce leciał tak nisko, że niemal muskał 

background image

wierzchołki  gigantycznych  wroszyrów.  Silnik  ciągle  krztusił  się  i  rzęził.  Dziewczyna  czuła, 

że  podeszwy  jej  butów  ocierają  się  o  najwyższe  gałęzie  porośnięte  zielonymi  liśćmi.  Pęd 

powietrza rozwiewał we wszystkie strony pasma jej długich włosów. 

Chcąc uniknąć zaczepienia o wystającą gałąź, Jaina raptownie uniosła nogę, ale omal 

nie  wywróciła  niewielkiego  śmigacza.  Chewbacca  jednak  w  porę  wyczuł  zmianę  położenia 

maszyny  w  powietrzu,  gdyż  natychmiast  przechylił  się  w  drugą  stronę,  by  zachować 

równowagę.  Dziewczyna  chwyciła  mocniej  kędziory  długiej  sierści  Wookiego  i  ostrożnie 

usiadła znów prosto za jego plecami. 

-  Czy  nie  możemy  lecieć  jeszcze  szybciej?  -  krzyknęła  do  porośniętego  długimi 

włosami ucha. 

Czuła  przyspieszone  bicie  serca,  ale  krople  potu,  które  pojawiły  się  na  jej  czole, 

wyparowały  w  zetknięciu  z  podmuchami  chłodnego  wiatru.  Wookie  zaryczał  coś  w 

odpowiedzi. Doskonale rozumiał niebezpieczeństwo zagrażające przyjaciołom. 

Kiedy  w  końcu  znaleźli  się  nad  kompleksem  zabudowań  fabryki,  ujrzeli  taki 

rozgardiasz, że w pierwszej chwili Jaina nie chciała uwierzyć własnym oczom. Z kilkunastu 

okien i świetlików zakładu produkcyjnego unosiły się w niebo kłęby szarobiałego dymu.  W 

wielu  miejscach  leżały  rozłupane  i  sczerniałe  gałęzie  wroszyrów,  spoczywające  niczym 

zabawki, porzucone przez rozkapryszonego giganta. Na pochmurnym  niebie nadal zataczały 

kręgi imperialne maszyny, ale z każdą chwilą ich liczba się zmniejszała. Znikały w chmurach; 

zapewne powracały na pokłady macierzystych statków. 

-  Czyżby  atak  miał  się ku  końcowi? - zapytała z niedowierzaniem Jaina. Chewbacca 

zawtórował jej głośnym rykiem, tak samo zaskoczony. 

Rosły  Wookie  miał  pewne  trudności  z  osadzeniem  przeciążonego  śmigacza  na 

platformie i kiedy w końcu wylądował, pasażerowie potoczyli się po płytach lądowiska. Nie 

zadając sobie trudu, by przekonać się, czy nie są ranni, oboje szybko wstali i pospieszyli do 

najbliższego wyjścia. Nie przestawali nawoływać Jacena, Lowiego, Tenel Ka i Sirry. 

W  pomieszczeniach  fabryki  panował  trudny  do  opisania  chaos.  Korytarzami  biegali 

we  wszystkie  strony  pracownicy,  wykrzykując  polecenia,  gasząc  pożary,  ustawiając 

wywrócone  stoły  laboratoryjne  i  drogocenne  urządzenia,  a  także  pomagając  rannym  albo 

uwięzionym kolegom. Nozdrza Jainy drażniła woń zwęglonego drewna, zmieszana z odorem 

tlącej  się  sierści  Wookiech.  Oczy  dziewczyny  łzawiły,  atakowane  przez  kłęby  dymu 

niosącego  woń  jakichś  chemicznych  odczynników.  Większość  pożarów  została  jednak 

ugaszona, a przez szeroko otwarte okna wpadały podmuchy ożywczego wiatru. 

Chewbacca zaryczał, po czym skoczył, aby przywitać się ze swoją siostrą, Kallabow, 

background image

matką  Lowiego  i  Sirry,  która  pochylona  nad  poszkodowaną  koleżanką,  opatrywała  jej  rany. 

Przebierając długimi delikatnymi palcami, strzygła sierść wokół krwawiącego rozcięcia, aby 

owinąć ranę bandażem, przesyconym substancją przyspieszającą krzepnięcie. 

Matka Lowiego uniosła głowę i zamrugała powiekami oślepionych oczu, osadzonych 

głęboko między kędziorami kasztanowatej sierści. Wdała się z Chewbacca w rozmowę, pełną 

krótkich, ale bardzo wymownych pomruków, warknięć i szczęknięć. Jaina zrozumiała jedynie 

niektóre  słowa,  ale  to  wystarczyło,  aby  się  dowiedzieć,  iż  rzeczywiście  podstępny  atak 

dobiegł  końca.  Imperialni  żołnierze,  którzy  spadli  jak  błyskawice,  wyrządzili  dużo  szkód  w 

dzielnicach  mieszkaniowych  Wookiech  i  zniszczyli  niektóre  znajdujące  się  na  obrzeżach 

budynki kompleksu przemysłowego. Wyglądało jednak na to, że głównym celem ataku było 

opanowanie 

magazynów 

gotowymi 

wyrobami, 

skąd 

porwali 

większość 

skomputeryzowanych podzespołów i urządzeń służących do kodowania sygnałów. 

Jaina  przypomniała  sobie  poprzednią  napaść  oddziałów  Qorla  na  „Diament”, 

krążownik zaopatrzeniowy Nowej Republiki. Były pilot myśliwca typu TIE porwał wówczas 

cały  transport  rdzeni  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  baterii  do  turbolaserów.  Z  całą 

pewnością  Drugie  Imperium  przygotowywało  się  do  ostatecznej  bitwy...  zapewne  pragnęło 

doprowadzić do niej jak najszybciej. 

Jaina kucnęła obok Kallabow. 

- Czy widziała pani Lowiego albo Sirrę? - zapytała. - Albo może Tenel Ka czy mojego 

brata Jacena? 

Matka  Lowiego  odpowiedziała,  wydając  całą  serię  zmartwionych  pomruków, 

warknięć  i  szczęknięć.  Rozłożyła  szeroko  ręce,  by  pokazać  panujący  wszędzie  bałagan,  po 

czym  poprosiła  dziewczynę,  by  odszukała  jej  dzieci.  Nieco  dalej  na  korytarzu  zajęczał  ktoś 

inny z personelu fabryki. Kallabow wstała i poczłapała do rannego, żeby pomóc mu wstać z 

posadzki. 

-  Musimy  ich  odnaleźć  -  odezwała  się  Jaina.  Chewbacca  za-ryczał,  energicznie 

kiwając głową. 

Zapuścił  się  w  głąb  zbombardowanej  fabryki.  Pomagał  rannym,  ilekroć  mógł,  za 

każdym razem wydając gardłowe pomruki, których znaczenia Jaina nie rozumiała. Ponieważ 

dziewczyna nie  miała  zwyczaju  stać  bezczynnie,  kiedy  mogła  się  na coś  przydać, pomagała 

opatrywać lżejsze rany albo gasić resztki pożarów. Od czasu do czasu posługiwała się Mocą, 

żeby  razem  z  silnie  umięśnionymi  pracownikami  fabryki  odsuwać  pod  ściany  szczątki 

zniszczonych urządzeń. Przy każdej okazji pytała o brata i przyjaciół, ale otrzymywała tylko 

przeczące albo wymijające odpowiedzi. 

background image

Czuła,  że  kakofonia  dźwięków  będących  mieszaniną  warknięć,  wycia  i  chrapliwych 

pomruków  z  każdą  chwilą  przybiera  na  sile.  Żałowała,  że  nie  może  skorzystać  z  usług  Em 

Teedee, który przetłumaczyłby wszystkie niuanse mowy Wookiech. Miała wrażenie, że w jej 

głowie  panuje  kompletny  zamęt.  Z  ulgą  zauważyła,  że  Chewbacca  przywołuj  e  j  ą  gestami 

jednej  ręki,  by  pomogła  mu  opatrywać  rany  pani  inżynier.  Kiedy  podeszła  bliżej,  Chewie 

zamruczał coś, pełen podniecenia. 

- Czego się dowiedziałeś? - zapytała dziewczyna. 

Ranna  pani  inżynier  odezwała  się  tak  cicho,  że  jej  głos  przypominał  mruczenie. 

Ponieważ  Jaina  niczego  nie  zrozumiała,  odwróciła  się  do  Chewbaccy,  by  poprosić  go  o 

tłumaczenie. Gdyby nie powaga sytuacji, mogłaby nawet uznać tę prośbę za zabawną. 

Chewie  zaczął  powtarzać  to,  co  powiedziała  ranna  pracownica,  na  tyle  powoli,  aby 

Jaina mogła go zrozumieć. Okazało się, że pani inżynier widziała dwoje młodych Wookiech 

biegnących  korytarzem w  towarzystwie  dwojga  młodych  istot  ludzkich.  Wkrótce  potem 

dostrzegła  grupę  imperialnych  szturmowców,  którzy  przebiegli  tym  samym  korytarzem. 

Dowodziło nimi dwoje ubranych na czarno ludzi. 

- Czy tam, dokąd się kierowali, jest może jakieś wyjście? - zapytała z nadzieją Jaina. - 

Czy mogli uciec z fabryki? 

Pani  inżynier  pokręciła  głową.  Niestety,  nie  było  żadnych  wyjść,  jedynie  awaryjne 

panele  w  posadzce,  umożliwiające  przedostanie  się  na  niższe  i  niebezpieczniejsze  poziomy 

dziewiczej dżungli. 

Wyjścia awaryjne. 

Chewie  skończył  opatrywać  rany  pani  inżynier  i  podziękował  jej  za  informację,  po 

czym puścił się korytarzem, który pokazała. W pewnej chwili biegnąca Jaina się poślizgnęła, 

ale  zdążyła  stanąć  przed  sczerniałym  i  nieregularnym  otworem  w  posadzce,  niewątpliwie 

wypalonym  przez  strzał  z  blastera.  Płyta  osłaniająca  kiedyś  kwadratowy  otwór  leżała, 

wyszarpnięta  z  zawiasów  i  porzucona  pod  ścianą  korytarza.  Chewbacca  musiał  pochwycić 

dziewczynę za ramię, by nie spadła w mroczną przepaść. Zaryczał, po czym zaczął pociągać 

nosem, pragnąc obwąchać osmalone metalowe krawędzie. 

Jaina kiwnęła głową. 

- Ta-a, ja też myślę, że to sprawka szturmowców - powiedziała. - Zapewne doszli do 

wniosku,  że  awaryjne  wyjście  musi  zostać  poszerzone,  i  postarali  się  dokonać  pewnych 

poprawek.  -  Usiłując  się  uspokoić,  zaczęła  powoli  wypuszczać  z  płuc  powietrze.  - Lowie 

powiedział  nam,  jak  niebezpieczne  są  najniższe  poziomy.  Widocznie  jednak  im  to  nie 

przeszkadzało. 

background image

Chewie  otworzył  awaryjną  skrytkę  w  ścianie.  Wyciągnął  dwa  plecaki,  wypełnione 

żywnością i najważniejszym ekwipunkiem, po czym podał jeden Jainie. Następnie, wydawszy 

ledwo słyszalny pomruk, wyciągnął długą rękę i pokazał otwór w posadzce. 

- Jasne, ja też tak uważam - odparła dziewczyna. - No, to na co jeszcze czekamy? 

Wychyliła się i przez chwilę spoglądała na atramentowe ciemności pod nogami. 

- To twoja dżungla - odezwała się w końcu. - Domyślam się, że będzie najlepiej, jeżeli 

zejdziesz pierwszy. 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Lowbacca  od  najmłodszych  lat  wiedział  o  niebezpieczeństwach,  związanych  z 

zapuszczaniem  się  w  zdradzieckie,  nie  ujarzmione  głębiny  dżungli  Kashyyyku.  Mroczne 

poziomy  bardzo  często  okazywały  się  śmiertelnymi  pułapkami...  nawet  dla  tych,  którzy 

wyprawiali się tam uzbrojeni po zęby i wyćwiczeni. 

Nikt  nie  zapuszczał  się  na  najniższe  poziomy,  jeżeli  nie  zmuszały  go  okoliczności... 

Młody  Wookie  wiedział  jednak,  że  teraz,  gdy  ścigali  ich  Zekk,  Vonnda  Ra  i  szturmowcy, 

mroczne głębiny dziewiczego lasu były jedyną szansą ocalenia. 

Kiedy  ostatnio  zostawił  za  sobą  bezpieczne  drzewne  miasto,  wzniesione  na 

wierzchołkach  gigantycznych  wroszyrów,  wyprawił  się  na  najniższe  piętra,  żeby  z  wnętrza 

kwiatu śmiercionośnego syreniowca zerwać pęk błyszczących włókien. Splótł z nich później 

cenny  pas,  osłaniający  teraz  jego  biodra.  Zawsze  uważał,  że  jest  wyjątkowo  odważny, 

ponieważ dokonał tej sztuki sam, nie prosząc o pomoc nikogo spośród przyjaciół. 

Koleżanka  jego  siostry  także  wyprawiła  się  sama...  zapewne  pragnęła  dorównać 

Lowiemu. Mimo iż taka odważna i zręczna, nigdy nie wróciła. Tym razem Lowie jednak nie 

był sam. Jeżeli w głębinach lasu czyhaj ą jakieś niebezpieczeństwa, on i jego przyjaciele będą 

walczyli ramię w ramię. 

Z góry i zza pleców dobiegał tupot ciężkich butów i trzask łamanych gałęzi. Zakuci w 

białe  pancerze  imperialni  szturmowcy  nadal  ścigali  uciekinierów.  Rozjaśniając  promieniami 

światła  prętów  jarzeniowych  ciemności  wilgotnych  poziomów,  pogrążonych  w  wiecznej 

nocy,  raz  po  raz  płoszyli  egzotyczne  stworzenia,  które nigdy  przedtem  nie  widziały 

słonecznego  blasku.  Od  czasu  do  czasu  rozlegały  się  także  odgłosy  blasterowych  strzałów, 

jakimi  żołnierze  próbowali  odstraszać  większe  zwierzęta.  Wilgotne  liście,  trafione 

laserowymi  błyskawicami,  przez  jakiś  czas  się  paliły,  wydzielając  strużki  gęstego  dymu,  po 

czym zwijały się i gasły. 

Lowie  i  Sirra  starali  się,  jak  mogli,  by  wskazywać  drogę  Jacenowi  i  Tenel  Ka. 

Wykorzystując  fakt,  że  świetnie  widzieli  w  ciemności,  wyszukiwali  potężne,  grube  konary 

odrastające  od  pni  prastarych  wroszyrów.  W  pewnej  chwili  zadyszany  Lowie  zacharczał, 

próbując dodać pozostałym odwagi. Jego przyjaciele podążali właściwie na oślep, nie kierując 

się  ku  określonemu  celowi.  Wiedzieli  jednak,  że  jeżeli  chcą  zgubić  prześladowców  w 

labiryncie najniższych poziomów lasu, nie mogą ani na chwilę przystanąć. 

Okrągłe,  żółte  czujniki  optyczne  Em  Teedee  jarzyły  się,  rozjaśniając  mroki  łagodną 

background image

poświatą.  Uciekinierzy  nie  mogli  pozwolić  sobie  na  lepsze  oświetlenie,  gdyż  wówczas 

ryzykowaliby, że zostaną zauważeni. 

-  Bardzo  proszę,  niech  pan  uważa  na  te  gałęzie,  panie  Lowbacco  -  odezwał  się 

miniaturowy android, kiedy jakaś gałąź zarysowała powierzchnię jego srebrzystej obudowy. - 

Nie chciałbym się odczepić od pasa i spaść z wysoka. O ile pan pamięta, już raz coś takiego 

mi się przydarzyło. Zapewniam pana, że to było przerażająco nieprzyjemne doświadczenie. 

Lowie jęknął, wspomniawszy niefortunną przygodę, którą przeżył na Yavinie Cztery. 

Zgubienie androida-tłumacza przysporzyło mu także innych kłopotów, ponieważ żaden uczeń 

ani  instruktor  akademii  Jedi  nie  mógł  zrozumieć  jego  ostrzeżenia,  że  Jacen  i  Jaina  zostali 

uwięzieni przez pilota myśliwca typu TIE, Qorla. 

Kiedy  przeskakujący  nad  głowami  zbiegów  szturmowcy  ponownie  zaczęli  strzelać  z 

blasterów,  ciemności  rozjaśniła  błyskawica,  która  spopieliła  następną  gromadę  liści.  Lowie 

odruchowo się skulił, a Sirra zeskoczyła na niższą gałąź, nie troszcząc się o sprawdzenie, czy 

zdoła  utrzymać  ciężar  jej  ciała.  Po  chwili  w  gąszcz  liści  poszybowały  następne  laserowe 

sztychy, które wznieciły niewielkie pożary i wzbiły kłęby gęstego dymu. 

- Hej, uważajcie! - krzyknął Jacen. 

Tenel Ka chwyciła jakąś gałąź i zeskoczyła na poziom, na którym stała Sirra. 

- Tędy - powiedziała. - Jest bezpiecznie. 

 

Lowie,  objąwszy  w  pasie  Jacena,  zeskoczył  tuż  za  nią,  po  czym  zaczął  biec  po 

porośniętej  wilgotnym  mchem  gałęzi.  Im  dalej  od  poziomów,  do  których  docierał  blask 

słońca,  tym  większym  zmianom  ulegał  krajobraz  lasu.  Wyglądało  na  to,  że  każde  piętro 

stanowi  odrębny  ekosystem,  charakteryzujący  się  czy  to  tworzącymi  platformy  gąszczami 

splecionych  winorośli,  czy  to  zrośniętych  gałęzi,  czy  wreszcie  skupiskami  zwierzęcych 

odchodów, w których pieniły się przeróżne grzyby, porosty i kwitnące rośliny. Słysząc hałas 

powodowany  przez  nieproszonych  gości,  do  ucieczki  rzucało  się  tysiące  owadów,  ptaków, 

gadów, płazów i gryzoni. 

Lowie  zaczął  sapać,  dając  znak  pozostałym,  żeby  podążali  jego  śladami.  Pewnie 

stawiając  płaskie  stopy,  raz  po  raz  marszczył  czarny  nos  i  wciągał  przesycone  odorem 

zgnilizny powietrze. W pewnej chwili pochwycił jednak elektryzujący aromat... aromat, który 

już kiedyś poczuł. Zapach, którego omal nie przypłacił życiem. 

W łagodnym blasku, rzucanym przez optyczne czujniki Em Teedee, dostrzegł szeroko 

rozwarte szczęki kwiatu syreniowca. Połyskujące żółte płatki, odrastające z krwistoczerwonej 

łodygi, przypominały żarłoczną paszczę, czekającą na ofiarę. Roślina jakimś cudem zapuściła 

background image

korzenie w szczelinie między zrośniętymi gałęziami i wegetowała, żywiąc się mieszkańcami 

tego  poziomu  dziewiczego  lasu.  Iskrzące  się  długie  włókna  tworzyły  wyrastający  pośrodku 

kielicha  pióropusz.  Płonący  kuszącym  blaskiem,  wespół  z  niebiańskim  aromatem,  kusił 

ofiary, by zechciały się zbliżyć. 

Podążająca  śladami  brata  Sirra  także  węszyła  i  również  zauważyła  śmiercionośną 

roślinę.  Cicho  zaryczała,  zapewne  rada,  że  jej  marzenia  wreszcie  będą  mogły  się  spełnić. 

Mimo to zjeżyła włosy wystrzyżonej w dziwaczne wzory sierści. Lowie jednak położył dłoń 

na  jej  ramieniu.  Pokręcił  głową,  a  potem  pochwycił  siostrę  za  rękę.  Doskonale  wiedział,  że 

Sirra wprost się pali, żeby jak najszybciej zdobyć bezcenne włókna i w ten sposób udowodnić 

sobie i wszystkim, jaka jest dorosła i odważna. 

Rozczarowana  Sirra  warknęła,  ale  świetnie  rozumiała,  co  w  tej  chwili  jest 

najważniejsze.  Ścigający  ich  szturmowcy,  skaczący  po  konarach  nad  ich  głowami,  znów 

strzelali, tym razem do jakiegoś dużego zwierzęcia, z trzaskiem łamanych gałęzi usiłującego 

ocalić życie. 

To  było  zbyt  niebezpieczne.  Imperialni  żołnierze  w  każdej  chwili  mogli  ich 

pochwycić. 

Sirra  wydała  pełen  rezygnacji  jęk,  po  czym  wysforowała  się  na  czoło  małej  grupy, 

pozwalając, żeby teraz Lowie wskazywał drogę przyjaciołom. 

 

Tenel  Ka  przeciskała  się  przez  plątaninę  wilgotnych,  porośniętych  mchem  i 

uginających  się  pod  ciężarem  jej  ciała  gałęzi,  od  czasu  do  czasu  pochylając  głowę,  by  nie 

zaczepić  zaplecionymi  złocistorudymi  warkoczami  o  ciernie  czy  konary.  Rozkoszowała  się 

swoją  zwinnością,  jakby  wykonywała  gimnastyczne  ćwiczenia,  dzięki  którym  jej  ciało  było 

zawsze  takie  gibkie  i  prężne.  Wolałaby  oczywiście,  aby  tym  ćwiczeniom  nie  towarzyszyła 

obawa  nagłej  śmierci  po  trafieniu  przez  blasterową  błyskawicę,  wystrzeloną  przez  jakiegoś 

szturmowca. 

Opancerzony  kostium  z jaszczurczej  skóry  zakrywał  jedynie  tors  dziewczyny, 

pozostawiając  obnażone  ręce  i  nogi,  narażone  na  zadrapania  i  ukąszenia  owadów.  Młoda 

wojowniczka z Dathomiry nie zamierzała jednak pozwolić, aby takie błahostki zaprzątały jej 

uwagę. 

Widząc,  że  przyjaciele  coraz  bardziej  zapuszczają  się  w  głębiny  dżungli,  Tenel  Ka 

starała się zachować równowagę, ale nie przestawała obserwować Jacena. Mimo iż chłopiec 

świetnie  potrafił  wyczuwać  obecność  dziwnych  stworzeń,  ustępował  dziewczynie  pod 

względem  sprawności  fizycznej  i  siły.  Teraz  jednak  wszyscy  uciekali,  by  ocalić  życie.  Byli 

background image

ścigani. Znajdowali się w środowisku, w którym ona czuła się jak w swoim żywiole. 

Tyle tylko, że w tej chwili Tenel Ka nie była łowczynią, ale łupem. 

Uświadamiając sobie, że niczego nie widzi, dziewczyna starała się wytężać wszystkie 

inne  zmysły.  Mogłaby  co  prawda  zapalić  miecz,  aby  oświetlić  drogę,  ale  nie  ośmielała  się 

wysunąć energetycznego ostrza, w obawie, że ujawniłaby w ten sposób, gdzie się znajduje. 

Zapuszczając  się  w  głębiny  dziewiczego  lasu,  na  coraz  niższe  konary,  wyczuwała 

niebezpieczeństwa,  coraz  bliższe,  coraz  groźniejsze.  Uzmysłowiła  sobie,  że  młodzi  Wookie 

także je wyczuwają. Lowie i Sirra poruszali się ostrożniej, i starali się trzymać blisko siebie. 

Korzystając z tego, iż dobrze widzą w ciemnościach, wskazywali drogę przyjaciołom. 

W  pobliżu  rozwidlenia  potężnych  konarów  oboje  Wookie  nagle  przystanęli. 

Zmęczeni, ciężko dyszeli, starając się złapać oddech. Zupełnie wyczerpany Jacen osunął się 

na  konar  obok  wojowniczki  z  Dathomiry.  Wszyscy  wiedzieli  jednak,  że  nie  mogą  za  długo 

odpoczywać. 

Przez cały czas krótkiej przerwy Tenel Ka ani na chwilę nie usiadła. Zmrużyła szare 

jak granit oczy i powoli się obracała, chcąc wyczuć, czy w ciemnościach coś się nie porusza 

albo czy w gąszczu otaczających ich drzew nie czai się jakiś drapieżnik. Jej zmysły Jedi nie 

wykryły  w  pobliżu  żadnych  groźnych  zwierząt.  Mimo  to  dziewczyna  poczuła  dziwne 

świerzbienie skóry, które z sekundy na sekundę stawało się coraz silniejsze. 

W  następnej  chwili  podobna  do  rzemienia  roślinna  macka  owinęła  się  wokół  bioder 

Tenel Ka i zacisnąwszy chwyt, szarpnęła. Ostre kolce przebiły pancerz z jaszczurczej skóry i 

boleśnie  wpiły  się  w  ciało.  Zaskoczona  wojowniczka  krzyknęła...  i  w  tej  samej  chwili  w 

powietrzu wokół nich zaroiło się od mackowatych pędów. 

Oboje Wookie zawyli i zaczęli się zmagać z pnączami. Jacen wrzasnął. Cierniste pędy 

poderwały w górę chłopca, rozpaczliwie wymachującego rękami i nogami. W mgnieniu oka 

Tenel  Ka  wyciągnęła  miecz  i  ignorując  niebezpieczeństwo,  że  w  ten  sposób  ujawni 

szturmowcom miejsce, gdzie się znajdują, wysunęła świetliste turkusowe ostrze. Machnąwszy 

w lewo i w prawo, odcięła zdradzieckie pędy, owinięte wokół jej ciała. 

Jacen ponownie krzyknął i odruchowo także sięgnął do rękojeści broni. Wymachując 

nad  głową  jasnozieloną  klingą,  odciął  podstępne  pnącze,  które  puściło  go,  wydawszy 

skwierczące  mlaśnięcie.  Powietrze  wypełniło  się  intensywnym  zapachem  gotowanego  soku 

roślinnego. 

Lowbacca zaryczał i również zapalił swoją broń. Machnął świetlistym ostrzem barwy 

roztopionego  brązu  w  prawo  i  w  lewo.  Zachłanne  pędy,  wijąc  się  i  skręcając,  natychmiast 

zwróciły się w jego stronę. Zapewne zamierzały unieść Wookiego na wyższy poziom, gdzie 

background image

pośrodku gąszczu macek widniał ciemny otwór. Wydobywały się z niego dźwięki podobne do 

zgrzytania,  jakie  wydają  odłamki  skał,  ocierające  się  o  siebie.  Mroczna  jama  przypominała 

żarłoczną  paszczę,  gotową  rozdrobnić  na  nadające  się  do  przełknięcia  i  strawienia  kawałki 

wszystko, cokolwiek do niej wpadnie. 

Dwa pędy smagnęły Sirrakuk i owinęły się wokół jej ramion. Młoda Wookie obnażyła 

długie  kły  i  napinając  mięśnie,  z  całej  siły  szarpnęła.  Oderwała  obie  macki  od  grubej 

środkowej łodygi drapieżnika. Roślina chyba nawet tego nie zauważyła. Jej mackowate pędy 

nadal smagały powietrze, poszukując żeru, a z otwartej paszczy nie przestało wydobywać się 

zgrzytanie i mlaskanie. 

Po  chwili  trzy  zapalone  ostrza  świetlnych  mieczy  odcięły  wszystkie  pędy. 

Pozostawało  tylko  kilkanaście  konwulsyjnie  drgających  kikutów,  odrastających  od  łodygi 

żarłocznej rośliny. 

-  Udało  się  nam!  -  wykrzyknął  uradowany  Em  Teedee.  -  Och,  to  naprawdę  coś 

wspaniałego! 

-  To  jest  fakt  -  przytaknęła  Tenel  Ka.  Przyjrzała  się  czerwonym  pręgom  i  wciąż 

jeszcze  broczącym  krwią  ranom,  jakie  odniosła  podczas  walki,  a  później  uniosła  głowę  i 

popatrzyła na wyższy poziom dżungli. - Blask naszych mieczy zwabił jednak nieprzyjaciół. 

Pozostali również unieśli głowy i podążyli za jej spojrzeniem. Na konarach, rosnących 

nad  głowami,  ujrzeli  cały  oddział  szturmowców,  ze  wszystkich  stron  otaczających  czworo 

uciekinierów. Imperialni żołnierze kierowali lufy blasterów w stronę Sirry i młodych rycerzy 

Jedi. 

 

Jacen  wyłączył  szmaragdową  klingę  i  kucnął  na  gałęzi.  Ciężko  oddychając,  omiótł 

spojrzeniem  krąg  szturmowców.  W  innych  okolicznościach  uznałby  głębiny  dżungli 

Kashyyyku  za  fascynujące;  tętniące  życiem  milionów  nieznanych  owadów,  drzew,  paproci, 

roślin,  kwiatów  i  jaszczurek.  Tak  bardzo  pragnąłby  wszystkie  poznać  i  zbadać;  większość 

okazów była mu zupełnie nie znana. Nawet teraz, mimo iż nad jego głową stał cały oddział 

podobnych  do  białych  zjaw  albo  posągów  szturmowców,  trzymających  odbezpieczone  i 

wymierzone blastery, Jacen wyczuwał wokół siebie obecność wielu ukrytych stworzeń. 

Zauważył,  że  na  uschniętym  konarze,  w  pobliżu  jednego  z  imperialnych  żołnierzy, 

znajduje  się  szerokie  wilgotne  pasmo  kory,  podobne  do  owiniętego  wokół  drzewa 

cętkowanego  jęzora.  Połyskujący  kawałek  kory  lekko  drżał,  jakby  w  j  ego  wnętrzu  trwała 

gorączkowa praca. 

Nagle  pośród  szturmowców  pojawiły  się  dwie  nowe  osoby,  odziane  w  czarne  szaty. 

background image

Złowieszczo wyglądająca Siostra Nocy, silnie umięśniona, krępa i niska Vonnda Ra, odziana 

w połyskujący pancerz z gadziej skóry, zeskoczyła z wyższego konara i stanęła obok Zekka. 

Młodzieniec miał na sobie obrzeżoną szkarłatną lamówką fałdzistą czarną pelerynę, której nie 

uszkodziła żadna gałąź ani żaden kolec, a starannie uczesane czarne włosy związał kawałkiem 

rzemyka  z  tyłu  głowy.  Szturmowcy  zapalili  pręty  jarzeniowe  i  skierowali  ich  promienie  na 

uciekinierów. 

-  Wpadliście  w  pułapkę,  smarkacze  Jedi  -  odezwała  się  Vonnda  Ra  z  pogardliwym 

uśmiechem. - Z prawdziwą przyjemnością będę się przyglądała, jak czołgacie się u naszych 

stóp, błagając o darowanie życia... Zapewniam jednak, że to wam nie pomoże. 

- Nie mamy zamiaru czołgać się ani błagać - odparła Tenel Ka. 

Siostra Nocy spiorunowała spojrzeniem młodą wojowniczkę z Dathomiry. 

Tymczasem  Jacen  skupił  uwagę  na  tajemniczym  szerokim  połyskującym  paśmie, 

owiniętym  wokół konara. Ciemny  przedmiot przypominał obręcz z wilgotnej skóry, a kiedy 

chłopiec  sięgnął  do  niego  myślowymi  palcami  Mocy,  wyczuł  słabe  impulsy  płynące  ze 

szczątkowego  mózgu, który właściwie zawierał tylko zbiór odruchów.  W tej chwili chłopcu 

nie zależało jednak na niczym innym. 

-  Przykro  mi,  że  tak  się  musiało  stać  -  odezwał  się  Zekk.  -  Muszę  okazywać  teraz 

posłuszeństwo  Drugiemu  Imperium,  a  wy  jesteście  moimi  nieprzejednanymi  wrogami.  Nie 

mogę dłużej tego ukrywać przed wami. To konsekwencja wyboru, którego kiedyś dokonałem. 

Słowom  tym  przeczył  jednak  wyraz  zakłopotania,  malujący  się  na  twarzy  Zekka. 

Spoglądając w jego zielone oczy, można było się zorientować, jak bardzo jest udręczony. 

Nagle  szturmowiec  stojący  na  uschniętym  konarze  przeszedł  w  bok,  by  mieć  lepsze 

pole ostrzału. 

Jacen pożerał go spojrzeniem. Jeszcze trochę dalej - myślał. - Jeszcze odrobinę dalej. 

Możliwe,  że  nawet  wysłał  tę  myśl,  posługując  się  Mocą,  gdyż  imperialny  żołnierz 

zrobił  krok  w  tę  samą  stronę.  Jego  ciężki  opancerzony  but  nadepnął  na  skraj  szerokiego 

wilgotnego jęzora. 

Mózg stworzenia zareagował natychmiast, wybierając jeden z odruchów. 

Za  plecami  szturmowca  pojawiło  się  pokryte  śluzem  cielsko  potwornej  bestii, 

podobnej do olbrzymiego wilgotnego ślimaka. Nagłe smagnięcie zrzuciło żołnierza z konara. 

Głośno  krzycząc  i  wymachując  rękami,  zakuty  w  biały  pancerz  szturmowiec  zniknął  w 

gęstwinie splątanych gałęzi. 

Tymczasem  gigantyczny  ślimak,  wydając  bulgoczące  dźwięki,  wspinał  się  coraz 

wyżej i wyżej. Miotając w prawo i w lewo pokrytym śluzem wilgotnym cielskiem, zrzucił z 

background image

gałęzi  następnych  dwóch  szturmowców.  Pozostali  żołnierze  wpadli  w  panikę.  Krzycząc  i 

strzelając do ogromnej bestii, uciekali, aby ratować życie. 

Jacen  czynił  wszystko,  co  mógł,  żeby  wysyłać  do  szczątkowego  mózgu  stworzenia 

informację identyfikującą szturmowców jako wrogów. Zarazem starał się wszczepić pewność, 

że  on  sam,  oboje  Wookie  i  Tenel  Ka  zaliczają  się  do  najlepszych  przyjaciół  bezmyślnego 

ślimaka. 

Szturmowcy  nie  przestawali  zasypywać  bestii  całymi  seriami  blasterowych  strzałów, 

ale ogniste błyskawice, nie robiąc stworzeniu żadnej krzywdy, zapewne tylko jeszcze bardziej 

je drażniły. Kiedy ogromny ślimak reagując na ból, wywołany trafieniami, zwijał się i skręcał, 

z  głośnym  trzaskiem  łamiąc  kolejne  gałęzie  i  konary,  odbite  od  cielska  potwora  promienie 

energii szybowały w mroki dżungli, spopielając gromady liści i pnączy. 

Zafascynowany  przebiegiem  walki  i  zamieszaniem,  jakie  wywołała  bestia,  Jacen stał 

jak sparaliżowany. Zekk i Vonnda Ra krzyczeli, wydając sprzeczne rozkazy. 

W  następnej  sekundzie  chłopiec  poczuł,  że  Tenel  Ka  uderzyła  go  barkiem  i 

odepchnęła  na  bok.  W  tej  samej  chwili  obok  głowy  chłopca  przemknęła  sycząca  laserowa 

błyskawica.  Dziewczyna,  owinąwszy  pęd  winorośli  wokół  ramienia  i  przedramienia,  objęła 

Jacena  w  pasie  i  pomogła  mu  zeskoczyć  na  niższy  poziom.  Puściła  się  biegiem,  podążając 

śladami obojga Wookiech, którzy także uciekali jak mogli najszybciej. 

Wykorzystując  fakt,  że  szturmowcy  byli  zajęci  własnymi  problemami,  uciekinierzy 

zapuszczali się coraz głębiej i głębiej ku najniższym poziomom dziewiczego lasu. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Ciemności były tak gęste, że Jaina mogła niemal ich dotknąć. Podążając za zwinnym 

Chewbaccą zdawała się bardziej na słuch niż jakikolwiek inny zmysł. Uświadomiła sobie, że 

coraz częściej polega na Mocy, pozwalając, by kierowała ruchami jej rąk i nóg. Powietrze w 

głębinach dżungli było trochę chłodniejsze niż bezpośrednio pod baldachimem liści w górze. 

W pewnej chwili Jaina się wzdrygnęła. Wątpiła jednak, czy uczyniła to wyłącznie z uwagi na 

obniżenie się temperatury. 

Obdarzony  doskonałym  wzrokiem,  pozwalającym  widzieć  w  ciemnościach,  Chewie 

bez  wahania  wybierał  drogę  w  labiryncie  krzyżujących  się  konarów.  Od  czasu  do  czasu 

krótkim  warknięciem  ostrzegał  dziewczynę  przed  kępami  śliskiego  wilgotnego  mchu  albo 

spróchniałymi  gałęziami.  Żadne  właściwie  nawet  nie  starało  się  zachowywać  cicho.  Oboje 

pragnęli tylko znaleźć przyjaciół, zanim będzie za późno. 

Stopniowo wzrok Jainy na tyle przyzwyczaił się do ciemności, że dziewczyna umiała 

odróżnić grube pnie ogromnych drzew, czarne na tle ciemnej szarości. Nie było to wiele, ale 

pomagało  wyszukiwać  drogę.  Nagle  Chewbaccą  zaczął  węszyć,  a  po  chwili  wydał  ciche 

triumfujące szczeknięcie. 

- Przechodzili tędy? - domyśliła się Jaina. 

Chewie  zawył  twierdząco.  W  powietrzu  wciąż  jeszcze  unosiły  się  ich  wonie.  Rosły 

Wookie  wyczuwał  obecność  czworga...  nie,  pięciorga  osób,  a  także  ledwo  uchwytną  woń 

naoliwionego  metalu.  Jaina  doszła  do  wniosku,  że  dziwny  zapach  zapewne  wydzielała 

obudowa  Em  Teedee.  W  krtani  Chewiego  wezbrał  stłumiony  ryk oznaczający,  że  Wookie 

wyczuwa  również  woń  plastali,  zwęglonego  drewna  i  zapach  pozostawionego  przez 

blasterowe  błyskawice  ozonu,  którym  często  jest  przesycone  powietrze  podczas  burzy  z 

piorunami. 

Jaina miała wrażenie, że jej serce na ułamek sekundy zamiera z przerażenia. 

- Z pewnością Siostry Nocy wezwały na pomoc grupę szturmowców - rzekła. 

Chewbaccą,  podążając  po  niedawno  pozostawionych  śladach,  zwiększył  tempo.  W 

pewnej chwili Jaina niewłaściwie oceniła odległość i omal nie runęła, przeskakując z jednej 

gałęzi na drugą. 

- Chewie, prawie nic nie widzę - powiedziała. 

Rosły  Wookie  ze  zrozumieniem  sapnął,  po  czym  znieruchomiał.  Sięgnął  do 

zawierającego awaryjny ekwipunek plecaka, wyjętego ze skrytki w ścianie korytarza fabryki. 

background image

Przez  chwilę  szperał  w  środku,  po  czym  wyciągnął  metalową  klatkę,  której  boki  osłonięto 

delikatną  siatką.  Jaina  rozpoznała  pułapkę  na  fospchły.  Chewie  złamał  pieczęć  na  jednym 

boku klatki. 

Po  kilkudziesięciu  sekundach  cała  powierzchnia  była  usiana  mikroskopijnymi 

świecącymi  owadami.  Z  każdą  chwilą  coraz  więcej  fospcheł  materializowało  się  dosłownie 

znikąd. Rosły Wookie umocował klatkę do sprzączki u pasa Jainy. „Latarka” kierowała teraz 

półokrąg różowawego blasku bezpośrednio pod nogi dziewczyny. W miarę jak Jaina skakała 

z gałęzi na gałąź, granica światła i cienia wyprawiała szalone harce niczym ogon komety. 

Nagle Chewie pokazał coś znajdującego się pod nogami Jainy. Dziewczyna spojrzała 

w  dół  i  dostrzegła  niedawno  złamaną  gałąź  i  osmalone  miejsce  na  pniu,  w  który  trafiła 

błyskawica laserowego światła. A zatem przechodziły tędy także Siostry Nocy ścigające małą 

grupkę uciekinierów. 

- Masz rację - powiedziała. - Ja także je czuję i to niedaleko. 

Wookie  pomógł  dziewczynie  przeskoczyć  dużą  odległość  między  dwoma  konarami, 

po czym oboje podjęli wędrówkę w głębiny dżungli. Jaina podążała za Chewbaccą, starając 

się uważnie wyszukiwać miejsca, na których mogłaby zacisnąć palce rąk albo postawić stopy. 

Cieszyła  się,  że  łagodny  blask  fospcheł  rozjaśnia  mroki  najbliższej  okolicy.  W  miarę  jak 

zapuszczali się na niższe poziomy, czuła jednak coraz większe przerażenie. Wydawało się jej, 

że ciężar dżungli nad głowami przytłacza ich niczym młyński kamień. 

Po  porośniętych  liśćmi  gałęziach  skakały  zajęte  ściganiem  zdobyczy  niewidoczne 

drapieżniki.  W  głębinach  nieprzeniknionego labiryntu  konarów  i  pnączy  raz  po  raz 

rozbrzmiewało  echo  skrzeczeń  i  jęków  ofiar,  tracących  życie  podczas  nie  kończącego  się 

polowania. Nieco mniejsze stworzenia piszczały, brzęczały, ćwierkały i szczebiotały. Żaden z 

tych dźwięków nie wydawał się przyjazny. 

Jaina  wiedziała,  że  jej  przyjaciele  są  walecznymi  wojownikami.  Pamiętała  jednak  o 

tym,  że  głębin  dżungli  rodzimego  Kashyyyku  obawiał  się  nawet  obdarzony  największą  siłą 

Lowie. Już sam ten fakt był powodem do niepokoju, zwłaszcza że młodzi rycerze Jedi musieli 

czuć  jeszcze  większy  respekt  przed  niebezpiecznymi  roślinami  i  śmiercionośnymi 

zwierzętami żyjącymi na najniższych poziomach dziewiczego lasu. 

Jaina miała przeczucie, że za chwilę może wydarzyć się coś złego. 

- Nie ma czasu do stracenia! - rzekła. 

Zwiększyła  tempo  marszu.  Chewbacca,  zapewne  wyczuwając  jej  niepokój,  również 

przyspieszył.  Jego  stopy  spoczywały  na  gałęziach  i  konarach  tylko  przez  krótką  chwilą, 

potrzebną do odbicia się i przeskoczenia na niższy poziom. 

background image

Z  głębin  dżungli  dobiegł  nagle  stłumiony  okrzyk,  który  z  pewnością  wydarł  się  z 

ludzkiego gardła. Na tle innych odgłosów, wydawanych przez żyjące w lesie dzikie zwierzęta, 

zabrzmiał  niemal  tak  samo  dziko  i  złowieszczo.  Kiedy  Jaina  na  sekundę  znieruchomiała  na 

gałęzi, aby popatrzyć w tamtą stronę, zauważyła błyski światła i usłyszała ciche skwierczenie 

blasterowych błyskawic. 

W  tej  samej  chwili  spróchniała  gałąź,  na  której  niebacznie  stanęła,  zatrzeszczała, 

grożąc  złamaniem.  W  pośpiechu,  z  jakim  dziewczyna  przeskakiwała  z  konaru  na  konar, 

zapomniała  upewnić  się,  czy  utrzyma  ciężar  jej  ciała.  Stojący  na  pobliskim  konarze 

Chewbacca natychmiast się odwrócił i wyciągnął rękę, aby pomóc Jainie przejść na grubszą 

gałąź,  odrastającą  nieco  niżej  od  pnia  potężnego  wroszyra.  Dziewczyna  zachwiała  się,  ale 

szybko odzyskała równowagę. 

Widocznie  jednak  cała  strona  drzewa  była  albo  spróchniała,  albo  stoczona  przez 

robaki, gdyż w następnej chwili pękł konar, na którym stał rosły Wookie. Rozległ się głośny 

trzask, po którym poskręcany i porośnięty guzami kikut złamał się pod ciężarem jego ciała. 

Jaina  stała  i  jak  zahipnotyzowana  patrzyła,  otworzywszy  usta  w  bezgłośnym  krzyku. 

Tymczasem Chewbacca spadał, z trzaskiem łamiąc w ciemnościach kolejne gałęzie. 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Wyczerpany  walką Zekk  stał  na  gałęzi,  nie  wypuszczając  z  palców  rękojeści 

świetlnego  miecza.  Z  trudem  oddychał,  raz  po  raz  chwytając  duszne,  zatęchłe  powietrze 

głębin lasu. 

Dymiące  szczątki  martwej  ślimakopodobnej  bestii,  pocięte  na  kawałki  laserowymi 

smugami,  leżały  porozrzucane  po  sąsiednich  gałęziach.  Z  pokrytego  lepką  mazią  ścierwa 

wciąż jeszcze wydobywały się bąble cuchnących gazów. Ze wszystkich stron dobiegał trzask 

płonących  niewielkich  ognisk,  wznieconych  przez  zabłąkane  blasterowe  błyskawice,  które 

zapalały  nieraz  całe  gęstwiny  liści.  Szturmowcy,  którzy  przeżyli  to  piekło,  krzyczeli  i 

wymachiwali  rękami.  Porozumiewając  się  przez  ukryte  w  opancerzonych  hełmach 

komunikatory, usiłowali ocenić własne straty. 

Drżąca  jak  liść  Vonnda  Ra  stała,  zacisnąwszy  zęby.  Na  jej  twarzy  malowało  się 

zmęczenie,  jakby  wściekłość,  którą  w  sobie  wzbudziła  do  walki  z  potwornym  ślimakiem, 

nadwątliła zasoby jej energii. Należąca do nowego zakonu Sióstr Nocy kobieta miała być w 

założeniu  odporna  na  niszczące  efekty  oddziaływania  ciemnej  strony Mocy,  ale  zacięty  bój, 

jaki  toczyła  z  pomocą Zekka  i  szturmowców,  zmagając  się  z  bezmyślną  bestią,  pokrył  jej 

twarz gęstą siecią zmarszczek. 

Zekk  oparł  się  bezwładnie  o  pień  potężnego  drzewa,  porośniętego  miękką  warstwą 

niebieskawego mchu, poplamionego teraz kroplami posoki martwej bestii. 

Spośród  wszystkich  szturmowców,  którzy  zapuścili  się  w  głąb  dżungli,  pozostało 

zaledwie  czterech.  Potwór  rozgniótł  pozostałych  albo  zrzucił  z  gałęzi  w  niezbadane  głębiny 

najniższych poziomów. Płaty cielska ogromnego ślimaka zwieszały się z grubych konarów, z 

których  ściekały  krople  śluzu  zmieszanego  z  posoką.  Niknęły  w  głębinach,  skąd  dobiegały 

pomruki i szelesty zachłannych wszystkożernych żuków i gryzoni. 

Nagle  Zekk  usłyszał  trzask  gałęzi,  dolatujący  z  góry,  z  wyższych  poziomów 

mrocznego  lasu.  W  tej  samej  chwili  poczuł,  że  przez  jego  umysł,  nawykły  do  posługiwania 

się  zmysłami  Jedi,  przemknęła  jakaś  zmarszczka  Mocy.  Uzmysłowił  sobie,  że  ich  śladami 

podążają dwie  inne  osoby.  Natychmiast  ustalił  tożsamość  jednej  z  nich.  Zaskoczony, 

zamrugał powiekami, a potem wysłał w górę, w ciemności gęstego lasu, skupioną przez Moc 

wiązkę myśli. 

- To Jaina Solo - powiedział, zwracając się do Siostry Nocy. - Nad naszymi głowami. 

Stara się nas dogonić. 

background image

Rozstawił  nogi  i  oparł  stopy  pewniej  na  powierzchni  konaru.  Nadeszła  chwila,  w 

której  powinien  dokonać  wyboru.  Czuł  jednak,  że  nie  potrafi.  Nie  przypuszczał,  że  jego 

zadanie okaże się takie trudne. 

Z  głębin  lasu  dobiegały  odgłosy  świadczące,  że  Jacen,  Lowbacca,  Sirra  i  Tenel  Ka 

wciąż  jeszcze  uciekają  przed  szturmowcami...  ale  Jaina,  absolutnie  nieświadoma 

niebezpieczeństwa,  kierowała  się  prosto  w  zastawioną  pułapkę.  Zekk  pomyślał,  że  chyba 

powinien osobiście stawić czoło byłej przyjaciółce. 

- Musimy się rozdzielić - oznajmił. - Ja zostanę tu sam i spróbuj ę po wstrzymać Jainę. 

Wszyscy inni będą nadal ścigali zbiegów. 

- Tak jest! - Spoglądając na labirynt gałęzi pod stopami, kipiąca gniewem Vonnda Ra 

zgrzytnęła zębami. - Postaram się, żeby zapłacili za to, co zrobili! 

Zagięła  palce  niczym  szpony  i  gestem  nakazała  szturmowcom,  by  podążali  za  nią. 

Wszyscy pięcioro rzucili się znów w pościg za Sirrą i trójką młodych Jedi. 

 

Jacen czynił wszystko, co mógł, by nie tracić przyjaciół z oczu. Mimo to na poziomie 

lasu,  gdzie  przebywał,  panowały  takie  ciemności,  że  chłopiec  miał  wrażenie,  iż  płynie  w 

oceanie  atramentowej  czerni.  Ze  zdziwieniem  stwierdził  jednak,  że  ciemności  w  głębinach 

dżungli  zaczynają  rzednąć.  Zauważył  błysk  niebieskawej  poświaty,  wydzielanej  przez 

fosforyzujące  organizmy.  Po  chwili  mógł  rozróżnić  świecące  owady,  rozkurczające  się  i 

kurczące  opalizujące  grzyby  i  porosty  wydzielające  zimne  światło,  które  rozjaśniało 

nieprzeniknione ciemności leśnych ostępów. 

Także  na  gałęziach  otaczających  go  drzew  chłopiec  widział  mrugające  świetliste 

punkciki.  Miał  wrażenie,  że  nie  znajduje  się  w  głębinach  dziewiczego  lasu,  ale  stoi  na 

równinie  i  wpatruje  się  w  rozgwieżdżone  nocne  niebo.  Lekko  trącił  ciepłą  rękę  Tenel  Ka, 

żeby  zwrócić  uwagę  dziewczyny.  Wydawało  mu  się,  że  mógłby  stać  i  spoglądać  na  to 

wszystko bez końca. Nigdy się nie spodziewał, że w głębi dżungli ujrzy coś tak pięknego. 

Kiedy  oboje  stali  jak  urzeczeni,  bez  słowa  wpatrując  się  w  mrugające  ogniki, 

ciemności  rozjaśniła  nagle  płonąca  oślepiającym  blaskiem  kula,  która  przemknęła  nad  ich 

głowami  niczym  ognisty  meteor.  Okazało  się, że  szturmowcy  wystrzelili  flarę,  która  powoli 

opadała pośród gąszczu drzew, posyłając we wszystkie strony ogniste bryzgi. 

Ognista  kula  trafiła  pień  drzewa  w  miejscu,  gdzie  odrastał  jakiś  konar.  Zagnieździła 

się tam i płonęła oślepiająco jasno niczym miniaturowe słońce, wśród fontanny iskier i syku. 

Rozjaśniając  nieprzeniknione  ciemności,  uwypuklała  czerń  miejsc  pozostających  w  cieniu  i 

sprawiała, że przesycone parą wodną powietrze zaczęło nagle pulsować jaskrawym blaskiem. 

background image

Jacen  z  przerażeniem  zauważył  czterech  szturmowców  stojących  na  tym  samym 

grubym  konarze.  Mimo  iż  świetlista  kula  raziła  także  ich  oczy,  imperialni  żołnierze 

wymierzyli blastery w zmęczonych uciekinierów. 

Tenel Ka odepchnęła Jacena na bok. 

-  Uciekaj!  -  krzyknęła,  po  czym  sama  zanurkowała  w  największy  gąszcz  splątanych 

gałęzi.  Jacen  skulił  się,  kiedy  blasterowa  błyskawica  odłupała  płonący  kawałek  kory  z  pnia 

drzewa tuż nad jego głową. 

Szelest liści rosnących na innej gałęzi uświadomił chłopcu, że Lowie i Sirra również 

czmychnęli.  Jacen  słyszał,  jak  trochę  dalej  porusza  się  ktoś  inny,  ale  dostrzegał  jedynie 

czterech  szturmowców.  Zastanawiał  się,  gdzie  może  teraz  podziewać  się  Zekk...  chociaż 

wątpił, czy były przyjaciel zechciałby okazać mu łaskę. 

-  Och,  blasterowe  błyskawice!  -  powiedział  do  siebie,  kiedy  kolejna  ognista  smuga 

przeleciała obok jego głowy. - Hej, z nimi nie ma żartów! - mruknął po chwili. 

W rzucanym przez płonącą flarę pulsującym blasku widział tylko tańczące świetliste 

kręgi.  Dopiero  po  jakimś  czasie  zauważył  ciemną  postać  wyskakującą  zza  pnia  drzewa  i 

zapalającą turkusowe ostrze... Tenel Ka, pewnie trzymając rękojeść świetlnego miecza, stała 

na gałęzi rosnącej pod konarem, na którym znajdowali się czterej szturmowcy! 

Imperialni żołnierze także j ą zauważy li. Zaskoczeni, krzyknęli i usiłowali zwrócić ku 

niej lufy blasterów... ale było za późno. 

Jednym  płynnym  ruchem  Tenel  Ka  odcięła  ostrzem  miecza  gruby  konar,  na  którym 

stali.  Kiedy  klinga  przechodziła  przez  prastare  drewno,  ze  sporządzonej  z  zęba  rankora 

rękojeści trysnęły fontanny błękitnych iskier. 

Młoda  wojowniczka  zanurkowała,  żeby  konar  jej  nie  zranił.  Ogromne  drzewo 

zatrzeszczało, pędy winorośli pękły i masywny konar runął pod ciężarem własnym i czwórki 

szturmowców.  Żołnierze  zaczęli  strzelać  na  oślep,  panicznie  krzycząc  do  mikrofonów 

komunikatorów. Po chwili odcięta gałąź runęła, a szturmowcy zsunęli się w przepaść. Zginęli, 

nie wypuszczając blasterów, wciąż jeszcze plujących strumieniami śmiercionośnego światła. 

Tymczasem  Tenel  Ka,  niezwykle  zadowolona  z  siebie,  wyłączyła  ostrze  świetlnego 

miecza, a później przypięła rękojeść do pasa. Jacen uniósł rękę w geście niemej pochwały. 

 

Nieco  niżej  Lowbacca  krył  się  obok  Sirry  pod  nawisem  skarłowaciałej  i  wygiętej  w 

łuk  gałęzi.  Młody  Wookie  obserwował,  jak  ciężki  konar,  na  którym  stało  czterech 

szturmowców, odrywa się od pnia drzewa i szybuje obok niego w mroczną przepaść. Kiedy 

zwrócił  nawykłe  do  patrzenia  w  ciemnościach  oczy  na  siostrę,  zauważył,  że  Sirra  węszy... 

background image

jakby na coś czekała. 

Wydało  mu  się,  że  jest bez  reszty  pochłonięta wciąganiem  powietrza  i  rozglądaniem 

się  po  okolicy.  Dopiero  po  jakimś  czasie  i  on  uchwycił  najsłabszy  ze  wszystkich 

charakterystycznych  zapachów...  przerażający,  drażniący  nozdrza  aromat  syreniowca, 

zapewne bardzo dużego, rosnącego na najniższym poziomie dżungli. 

Wydawszy  cichy  jęk,  zaczął  omiatać  złocistymi  oczami  ciemności  pod  stopami  i  po 

kilku sekundach dostrzegł monstrualnej wielkości kwiat rośliny, ukrytej w gąszczu krzaków 

rosnących  pod  najniższym  konarem  potężnego  wroszyra.  Połyskujące  żółte  płatki  były 

szeroko  rozchylone,  a  znajdujący  się  pośrodku  kielicha  krwistoczerwony  słupek  wydzielał 

zniewalający  aromat.  Sirra  zaczęła  zeskakiwać  z  konaru  na  konar,  aż  znalazła  się 

bezpośrednio nad krwiożerczą rośliną, zastanawiając się, w jaki sposób mogłaby bezpiecznie 

zerwać pęk błyszczących jedwabistych włókien. 

Nagle zmroków wyższych poziomów pojawiła się jak duch Siostra Nocy. Zeskoczyła 

z gałęzi, a potem wyciągnąwszy jak szpony palce, między którymi przeskakiwały błyskawice 

ciemnej  Mocy,  zderzyła  się  z  Lowiem.  Błękitne  wyładowania  elektryczne  poraziły  ciało 

młodego  Wookiego,  a  jego  rudobrązowa  sierść  zaczęła  dymić.  Lowbacca  głośno  zaryczał  i 

zatoczył się do tyłu, odrętwiały i zdezorientowany. 

Sirra  przyłączyła  się  do  walki  jednym  błyskawicznym  skokiem,  obnażyła  długie 

groźne kły, wyciągnęła długie ręce i odepchnęła Siostrę Nocy na bok. Zaskoczona Vonnda Ra 

odwróciła się i smagnęła młodą Wookie skwierczącą błyskawicą ciemnej złej energii. 

Sirra  zawyła  z  bólu  i  potknęła  się,  ale  szybko  odzyskała  równowagę.  Ugięła  silnie 

umięśnione  nogi  i  skoczyła,  zamierzając  zewrzeć  się  z  kobietą.  Obie  poślizgnęły  się  na 

porośniętej  miękkim  mchem,  wilgotnej  gałęzi  i,  nie  przestając  wymierzać  sobie  ciosów, 

zaczęły spadać w mroczną przepaść. 

Lowie,  który  zdążył  otrząsnąć  się  ze  wstrząsu,  natychmiast  skoczył,  by  ratować 

siostrę.  Wyciągnął  długą  rękę,  ale  zdołał  pochwycić  tylko  skraj  czarnej  peleryny  Siostry 

Nocy. Po chwili jednak wytrzymała gładka tkanina wyślizgnęła się z jego palców. 

Sirra i Vonnda Ra spadały. 

Zrozpaczony  Lowie  zawył,  widząc,  że  obie  złączone  w  uścisku  wojowniczki 

zmierzają prosto ku rozchylonym szczękom płatków syreniowca. 

Koziołkując  podczas  lotu  w  powietrzu,  Sirra  znalazła  się  nad  Siostrą  Nocy.  Obie 

wpadły  do  środka  kielicha  z  impetem  tak  silnym,  że  mógłby  wyprzeć  powietrze  z  płuc 

gundarka.  Kiedy  pośladki  Vonndy  Ra  zetknęły  się  z  wrażliwą  miękką  tkanką  dna  kielicha 

syreniowca,  Sirra  natychmiast  zerwała  się  na  równe  nogi,  ale  podobne  do  groźnych  szczęk 

background image

ogromne  wygłodniałe  płatki,  podrażnione  pojawieniem  się  niespodziewanego  żeru,  zaczęły 

się zamykać. 

Głośno  rycząc,  Lowie  zeskoczył  na  niższy  poziom.  Gorączkowo  zastanawiał  się,  co 

robić.  Usłyszał,  że  zeskakujący  z  jeszcze  wyższych  pięter  Jacen  i  Tenel  Ka  coś  do  niego 

wołają. 

Kiedy  śmiertelna  pułapka  zaczęła  się  zamykać,  wiedźma  z  Dathomiry  skręciła  się  z 

bólu. Lowie z przerażeniem zobaczył, że głowa jego siostry znika w kurczącym się otworze, 

jaki  jeszcze  pozostał  między  mięsistymi  płatkami.  Spomiędzy  krwiożerczych  szczęk 

wystawała teraz tylko jedna ręka, porośnięta ostrzyżoną w dziwaczne wzory sierścią. 

Lowie zeskoczył  na  ziemię  i  podbiegł  do  kwiatu  syreniowca.  Wysunąwszy  pazury, 

chwycił najbliższe płatki i pociągnął ku sobie, starając się dostać do wnętrza kwiatu. Roślina 

drgnęła, a później zaczęła jeszcze głębiej zapuszczać korzenie w gliniastą, śliską glebę. 

Młody  Wookie  nie  odważył  się  wyciągnąć  świetlnego  miecza,  by  posiekać 

syreniowiec na kawałki. Doskonale wiedział, że uśmierciłby wówczas siostrę równie pewnie, 

jakby  uczyniła  to  roślina.  Groźnie  rycząc,  nie  przestawał  szarpać  i  ciągnąć,  i  po  chwili 

mięsiste  płatki  lekko  się  rozchyliły.  Z  wnętrza  kwiatu  wydobyło  się  syczące  bulgotanie.  Z 

otworu pośrodku kielicha wciąż jeszcze wystawała ręka Sirry. Palce raz po raz rozwierały się 

i zaciskały, jakby siostra Wookiego cierpiała męczarnie. 

Kiedy Jacen pochwycił jakiś pęd winorośli i próbował się po nim ześlizgnąć, Tenel Ka 

zeskoczyła  na  ziemię  i  podbiegła  do  Wookiego.  Sięgnęła  do  kieszeni  u  pasa  i  wydobyła 

sztylet,  który  służył  zazwyczaj  do  rzucania.  Zaczęła  zadawać  ciosy,  raz  po  raz  zagłębiając 

ostrze w mięsistą tkankę. Płatki były jednak na tyle twarde i grube, że sztylet nie wyrządzał 

im żadnej krzywdy. 

Nagle wnętrze kielicha rozjaśniła błyskawica mrocznej energii, po której cała roślina 

konwulsyjnie  zadrżała.  Wszystkie  płatki  rozchyliły  się  jak  w  agonii.  Uwięziona  w  środku 

kwiatu  Vonnda  Ra  z  wysiłkiem  uklękła.  Zgrzytnęła  zębami,  a  z  jej  oczu  posypały  się  iskry 

energii  ciemnej  strony  Mocy.  Lowie  szybko  skorzystał  z  okazji  i  pochwycił  uniesioną  rękę 

siostry. Pociągnął ją ku sobie. 

Z wysiłkiem łapiąc powietrze, Sirra jak umiała najszybciej, przeciskała się pomiędzy 

śliskimi,  zdradzieckimi  płatkami.  Wyciągnęła  drugą  rękę,  którą  natychmiast  pochwyciła 

Tenel  Ka.  Tymczasem  szczęki  kielicha  syreniowca  zaczęły  się  znów  zamykać.  Aby 

spowolnić  ten  ruch,  Jacen  chwycił  skraj  jednego  śliskiego  płatka,  po  czym  mrucząc  kojące 

słowa, posłużył się jasną stroną Mocy i skierował je do rośliny. Lowie wparł stopy w gliniastą 

glebę  i  szarpnął  ze  wszystkich  sił.  Stopy  Sirry  ukazały  się  w  powietrzu  w  tej  samej  chwili 

background image

kiedy drapieżne płatki, nie wypuszczając uwięzionej Siostry Nocy, całkowicie się zamknęły. 

Zdradziecko  piękne,  mięsiste  żółte  płatki  zacisnęły  się  niczym  szczęki  imadła, 

miażdżąc  ofiarę.  Po  chwili  obły  kształt,  otulany coraz  silniej  zaciskającymi  się  płatkami,  po 

raz ostatni konwulsyjnie zadrżał, po czym na zawsze znieruchomiał. 

Lowie podtrzymywał Sirrę, dobrze wiedząc, że mogła odnieść poważne rany. Obawiał 

się  nawet,  czy  nie  będzie  zmuszony  jej  nieść,  kiedy  podejmie  wspinaczkę  na  wyższe 

poziomy.  Prawdziwy  ból  sprawiał  mu  widok  wypalonych  smug  na  sierści  siostry,  w 

miejscach,  w  których  trafiły  wypuszczone  przez  Vonndę  Ra  błyskawice  ciemnej  Mocy.  Ku 

swojemu  zaskoczeniu  przekonał  się  jednak,  że  Sirra  sprawia  wrażenie  szczęśliwej,  a  nawet 

zachwyconej.  W pewnej chwili otworzyła oczy i ryknęła na powitanie, jakby widziała brata 

po raz pierwszy w życiu. 

W  jej  oczach  pojawiły  się  figlarne  błyski.  Sirra  uniosła  rękę,  ukazując,  jaki  skarb 

trzyma  w  zaciśniętych  palcach.  Cierpiała  męczarnie,  zamknięta  we  wnętrzu  kwiatu 

syreniowca do czasu, aż płatki znów zaczęły się rozchylać. Mimo to udało się jej pochwycić 

uwięzioną ręką, a potem szarpnąć i wyrwać z dna kielicha grubą wiązkę cienkich jak pajęcze 

nici włókien. 

Sirra  triumfująco  zawyła  i  uniosła  jedwabiste  nitki  nad  głowę.  Lowie  głośno 

szczeknął,  przejęty  prawdziwą  dumą.  Objął  siostrę  i  klepnął  ją  po  plecach  z  taką  siłą,  że 

mógłby bez trudu roztrzaskać pancerz szturmowca. 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Jaina  przeskoczyła  na  bardziej  wytrzymały  konar  i  oparła  dłonie  o  pień  potężnego 

wroszyra,  by  zachować  równowagę.  Zaniepokojona,  pochyliła  się,  żeby  spojrzeć  w  dół,  w 

głębiny lasu, w których zniknął Chewbacca. 

- Chewie! - zawołała. 

Usłyszała, jak z ciemności niższych poziomów dolatuje pełen bólu jęk Wookiego. A 

zatem Chewie żył... Był przytomny, ale z pewnością ciężko ranny. 

Chwyciwszy  mocniej  korę  oplecionego  pędami  dzikiej  winorośli  potężnego  pnia, 

dziewczyna  wychyliła  się  jeszcze  bardziej,  by  skierować  jasnoróżowy  blask  kłębiących  się 

fospcheł na niższe piętra. Jednakże światło wydzielane przez mikroskopijne owady nie było 

bardzo intensywne i nie docierało tak daleko, aby mogła zorientować się, gdzie znajduje się 

jej przyjaciel. 

-  Chewie,  tu  jestem!  -  krzyknęła,  posługując  się  Mocą,  żeby  wzmocnić  siłę  głosu.  - 

Czy możesz się poruszać? Możesz wspiąć się do mnie? 

Usłyszała dobiegający z niższych poziomów trzask gałęzi i szelest poruszanych liści, a 

w chwilę później następny okrzyk pełen bólu. Przerażony Wookie stęknął, po czym zaryczał, 

mówiąc coś na temat złamanej nogi. 

Jego  słowa  odebrały  Jainie  nadzieję  tak  nagle  jak  lodowata  tropikalna  ulewa  gasi 

wątły  płomień  świecy.  Przerażona  wyprostowała  się  i  przytuliła  do  pnia  drzewa,  a  potem 

nawet przycisnęła twarz do chropowatej kory. 

Najniższe poziomy dżungli Kashyyyku były wystarczająco niebezpieczne dla zdrowej 

istoty  ludzkiej,  której  towarzyszył  dorosły  Wookie.  Jaina  nie  miała  pojęcia,  w  jaki  sposób 

mogłaby  sama  wydostać  się  z  dżungli,  a  co  dopiero  dokonać  tej  sztuki  w  towarzystwie 

rannego  przyjaciela,  którego  z  pewnością  musiałaby  przenosić  z  niższych  poziomów  na 

wyższe.  Gdyby  nawet  okazało  się  to  możliwe,  jak  mogłaby  później  pospieszyć  z  pomocą 

bratu i pozostałym młodym Jedi? 

W tej samej chwili uświadomiła sobie, że ranny Chewbacca może zwabić wygłodniałe 

drapieżniki, które licząc na łatwą zdobycz, rzucą się na niego... 

Dopiero  ta  myśl  wyrwała  dziewczynę  z  chwilowego  odrętwienia.  Musiała  zacząć 

myśleć, jak pomóc Chewiemu. Kształciła się przecież, by zostać rycerzem Jedi... Rozwiązanie 

tego  problemu  z  pewnością  nie  przekracza  granic  jej  możliwości,  ale  najpierw  powinna 

pomyśleć o rzeczach najważniejszych. Musiała jak najszybciej przedostać się na poziom, na 

background image

który  spadł  Chewbacca.  Zawstydziła  się  na  myśl  o  tym,  że  wpadając  w  panikę  straciła 

kilkanaście drogocennych sekund. 

- Chewie! - krzyknęła po raz drugi. - Odzywaj się, dopóki cię nie znajdę! 

Musiała  działać,  nie  tracąc  ani  chwili.  Rozejrzała  się  po  okolicy  w  poszukiwaniu 

wystarczająco  wytrzymałego  pędu  winorośli.  Szarpnęła  kilka  najbliższych,  po  czym 

zdecydowała się na jeden grubszy i bardziej szorstki niż pozostałe, który powinien utrzymać 

ciężar jej ciała. Zaczęła schodzić jak po linie, opierając czubki butów w szczelinach między 

płatami  kory  pnia  potężnego  drzewa.  Starała  się  omijać  kikuty  gałęzi,  złamanych  przez 

spadającego Wookiego. 

-  Już  idę!  -  zawołała.  Chciała  nie  tylko  uspokoić  przyjaciela,  ale  przede  wszystkim 

dodać sobie odwagi. 

Kiedy w końcu dotarła do rannego Chewiego, czuła, że bolą ją stopy i pieką palce rąk, 

a  wszystkie mięśnie  drżą  ze  zmęczenia.  Odpięła  od  pasa  klatkę  ze  świecącymi  fospchłami  i 

zbliżyła  do  Chewbaccy,  żeby  mu  się  lepiej  przyjrzeć.  Kiedy  poruszyła  klatką,  różowawy 

blask zatańczył na sąsiednich gałęziach. 

Pobieżne  oględziny  obrażeń,  jakie  odniósł  przyjaciel,  uzmysłowiły  dziewczynie,  że 

sytuacja wygląda niewesoło. Wprawdzie z zadrapaniami, skaleczeniami, otarciami skóry czy 

siniakami  można  było  uporać  się  dość  szybko,  ale  kość  jednej  nogi  została złamana.  Jaina 

zrozumiała, że Chewbacca nie będzie mógł wydostać się z głębin dżungli o własnych siłach. 

Wiedziała  też,  że  sama  sobie  nie  poradzi,  by  transportować  rannego  Wookiego 

kilkaset  metrów  w  górę  pod  baldachim  liści,  nawet  wówczas,  gdyby  posłużyła  się  Mocą. 

Wątpiła,  czy  potrafiłaby  dokazać  tej  sztuki  sama.  Czuła  się  wyczerpana,  a  przecież 

dotychczas tylko schodziła. 

A poza tym, brat i przyjaciele nadal czekali na jej pomoc. Jaina nie miała pojęcia, co 

może dla nich zrobić. 

Uświadomiła  sobie,  że  na  razie  musi  zrezygnować  z  szukania  pozostałych  młodych 

Jedi.  Przypuszczała,  że  Jacen,  Tenel  Ka  i  oboje  Wookie  wciąż  jeszcze  uciekają  przed 

imperialnymi  żołnierzami.  Jaina  nie  była  wytrawną  tropicielką  śladów  i  nie  miałaby 

najmniejszej szansy odnalezienia ich w głębinach dżungli. 

Przypomniała  sobie  jednak,  że  mogłaby  nawiązać  z  bratem  myślową  więź,  podobną 

do  tej,  jaka  łączyła  bliźniacze  rodzeństwo,  Leię  i  Luke’a.  Gdyby  zatem  wysłała  myślowe 

wołanie o ratunek, może Jacen mógłby j ą odnaleźć. 

Skupiła się, a potem wysłała wiązkę myśli: „Pomóż mi”. 

Po  chwili  otworzyła  oczy,  by  ponownie  przyjrzeć  się  złamanej  nodze  Chewbaccy. 

background image

Chociaż  odłamki  kości  nie  przebiły  skóry,  obrażenie  sprawiało  wrażenie  poważnego.  Jaina 

uniosła  pułapkę  na  fospchły  jak  mogła  najwyżej  i  zaczęła  się  rozglądać  w  poszukiwaniu 

czegoś dostatecznie wytrzymałego, co mogłoby posłużyć do sporządzenia łubków. 

Nagle  różowawy  blask  padł  na  parę  czarnych  butów.  W  tej  samej  chwili  w  ciszy 

rozległ się znajomy głos: 

- Wzywałaś pomocy? 

Zaskoczona  Jaina  zachwiała  się  i  omal  nie  spadła  z  konara.  Groźnie  warcząc, 

Chewbacca obnażył długie kły, mimo iż nie mógł poruszyć się ani tym bardziej zaatakować. 

- Zekku, co tutaj robisz? - odezwała się Jaina. 

Usiłując  zapanować  nad  zdumieniem,  dziewczyna  uniosła  źródło  naturalnego  blasku 

jeszcze  wyżej,  ale  odziana  w  czarny  skórzany  mundur  postać  cofnęła  się,  tak  aby  twarz 

pozostała w mroku. 

- Muszę załatwić tu, na Kashyyyku, bardzo ważną sprawę - odparł chłopak. 

- Zleconą przez Imperium? - zapytała Jaina, po czym ugryzła się w język prawie w tej 

samej chwili, kiedy skończyła mówić. Poczuła bolesny skurcz w sercu. - Zekku, jak mogłeś 

przyłączyć się do Akademii Ciemnej Strony? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi. 

Młodzieniec zignorował jej pytanie, a zamiast odpowiedzieć, zadał dwa swoje: 

-  A  co  ty  tutaj  robisz,  Jaino?  Dlaczego  nie  mogłaś  trzymać  się  od  tego  jak  najdalej? 

Nie chcę wyrządzić ci krzywdy. 

Chewbacca ostrzegawczo warknął, ale w następnej sekundzie syknął, kiedy poczuł ból 

w złamanej nodze. 

- A zatem nie rób mi krzywdy, Zekku - odparła rzeczowo Jaina. Ostrożne przesuwając 

stopy po powierzchni konara, postąpiła krok w stronę byłego przyjaciela. - Przecież w niczym 

ci nie zagrażam. Jestem twoją przyjaciółką. Obchodzi mnie, co się z tobą stanie. 

- Cofnij się i nie wchodź mi w drogę - warknął Zekk. - A jeżeli chodzi o pozostałych, 

jest za późno na wszelką pomoc. 

Jaina wzdrygnęła się i zamknęła oczy. Czyżby mogło to być prawdą? Czy naprawdę 

Zekk  zdążył  zabić  Jacena,  Lowiego,  Tenel  Ka...  a  nawet  niczego  nie  podejrzewającą  i 

nieświadomą Sirrę? 

Nie - pomyślała po chwili. - To nie może być prawdą. Wyczułaby, gdyby zginęli. A 

zatem jej brat i pozostali nadal żyli. Musieli żyć. Dziewczyna nie wierzyła, aby serce Zekka 

było  takie  skamieniałe  i  mroczne,  by  młodzieniec  mógł  zamordować  z  zimną  krwią  kogoś, 

kogo jeszcze niedawno nazywał swoim przyjacielem. 

Przypomniawszy  sobie,  jak  udało  się  jej  niegdyś  zakłócić  skupienie  Garowyn,  Jaina 

background image

postanowiła  uciec  się  do  tej  samej  sztuczki.  Posłużyła  się  Mocą,  by  zaszeleścić  liśćmi 

konarów  rosnących  wokół  głowy  młodzieńca.  Starała  się  wywołać  wrażenie,  że  przez 

nieruchome  gałęzie  najniższych  pięter  lasu,  podobne  do  prętów  przyprawiającej  o 

klaustrofobię klatki, przelatuje niespodziewany podmuch lodowatego wichru. 

Zekk  uniósł  głowę,  żeby  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Ruch  ten  sprawił,  że  na  chwilę 

błysnęły źrenice jego zielonych oczu. Uświadomienie sobie, co knuje Jaina, zajęło mu jednak 

tylko  krótką  chwilę.  Chłopak  wykrzywił  wargi  w  wymuszonym  uśmiechu,  a  potem  uczynił 

nieznaczny gest ręką. Natychmiast wiatr przybrał na sile. Gałęzie zaczęły z klekotem uderzać 

jedne  o  drugie,  a  powietrze  wypełniło  się  chmurą  liści  i  mniejszych  gałęzi,  zerwanych  siłą 

wiatru przypominającego małe tornado. 

Jaina  skuliła  się  i  zamknęła  oczy,  pragnąc  je  chronić.  Chewie  zawył,  ale  Zekk  nie 

zwracał na rannego Wookiego uwagi. 

-  Twój  podstęp  się  nie  udał,  Jaino  -  powiedział.  -  Nie  próbuj  oszukiwać  mnie  za 

pomocą jakichkolwiek sztuczek. 

Nagłe rozległ się basowy pomruk. W tej samej chwili Jaina mimo zaciśniętych powiek 

ujrzała  dziwną jasność.  Otworzyła  oczy  i  stwierdziła,  że  Zekk  trzyma  zapalony  miecz 

świetlny.  Dopiero  teraz  dostrzegła  twarz  młodzieńca,  oświetloną  pulsującym  szkarłatnym 

blaskiem. 

- Nie wyciągaj miecza, Jaino - ostrzegł chłopak. 

Dziewczyna pokręciła głową. 

- Nie wyciągnęłabym broni do walki z tobą, Zekku - oświadczyła. - I nie wierzę, żebyś 

mógł mnie zabić. 

Na twarzy młodzieńca odmalowała się burza sprzecznych uczuć. 

-  A  zatem  trzymaj  się  jak  najdalej  od  akademii  Jedi  -  odparł  chłopak.  -  Jeżeli 

kiedykolwiek  uda  ci  się  stąd  wydostać,  pod  żadnym  pozorem  tam  nie  wracaj.  Już  niedługo 

Drugie  Imperium  zaatakuje  Yavin  Cztery...  a  ja  wezmę  udział  w  tej  akcji  jako  lojalny 

żołnierz, wykonujący rozkazy mojego Imperatora. 

-  Twojego  Imperatora?  -  powtórzyła  zdumiona  Jaina.  -  Zekku,  chyba  nie  wiesz,  co 

mówisz! 

-  Przestań  traktować  mnie,  jakbym  był  nadal  niczego  nieświadomym  ulicznikiem!  - 

wybuchnął chłopak. - Nigdy nie doceniałaś moich umiejętności. Nie dałaś mi szansy, żebym 

został kimś w życiu. Lord Brakiss postępuje inaczej. To on uświadomił mi, do czego jestem 

zdolny. 

Przekrzywił głowę i spojrzał ku górze, tak jakby wśród nieprzeniknionych ciemności 

background image

mógł widzieć słoneczny blask panujący na najwyższych piętrach. 

-  Wysłałem  sygnał,  żeby  wezwać  szybki  statek  -  ciągnął.  - Jestem  pewien,  że  nasza 

wyprawa  zakończyła  się  całkowitym  sukcesem.  Najwyższy  czas  powrócić  do  Akademii 

Ciemnej Strony. 

Kiwnął  lekko  z  boku  na  bok  świetlistym  ostrzem  zapalonego  miecza,  jakby  pogroził 

palcem. 

-  Na  pamiątkę  przyjaźni,  jaka  nas  kiedyś  łączyła,  tym  razem  cię  oszczędzę,  Jaino  - 

powiedział.  -  Pamiętaj  jednak  nigdy  więcej  nie  wystawiać  mojej  lojalności  na  taką  ciężką 

próbę. 

Chrapliwie się roześmiał, a później smagnął świetlistą klingą gałąź nad głową. Rozciął 

cienkie gałązki i liście, które zawirowały w powietrzu niczym chmura. Spadły na Chewiego i 

Jainę,  wytrącając  jej  pułapkę  na  fosforyzujące  owady.  Dziewczyna  skuliła  się  i  odruchowo 

osłoniła głowę rękami. 

W następnej sekundzie Zekk zniknął, ale jego głuchy śmiech brzmiał w ciemnościach 

jeszcze przez dłuższą chwilę. 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Zdana ponownie na własne siły, Jaina wysłała kolejny myślowy krzyk, posługując się 

Mocą. Miała wrażenie, że ciemności z każdą chwilą gęstnieją, coraz bardziej ją przytłaczają. 

Drapieżniki,  czające  się  na  porośniętych  liśćmi  gałęziach,  ostrożnie  się  zbliżały.  Zwabione 

jękami Chewiego, wyczuwały łatwą zdobycz, bezbronną ofiarę. 

- Potrzebujemy pomocy! - zawołała Jaina. 

Jej słowa niemal natychmiast wsiąkły w ciemności bezlitosnej dżungli. 

Nagle  mroki  rozbłysnęły  tęczowym  blaskiem.  Dziewczyna  rozpoznała  błysk 

turkusowego  światła,  smugę  szmaragdowozielonego  i  błyskawicę  roztopionego  brązu. 

Świetliste ostrza rozcinały gęstwiny liści, jak maczety torując drogę właścicielom. Po chwili 

obok  Jainy  pojawili  się  Jacen,  Tenel  Ka  i  Lowie.  Pochód  młodych  rycerzy  Jedi  zamykała 

Sirrakuk,  uśmiechając  się  tak  szeroko,  że  jej  obnażone  kły  błyskały  w  blasku  tęczowego 

światła. 

Chewbacca  zaryczał  na  powitanie.  Oboje  młodzi  Wookie  pospieszyli  na  pomoc 

rannemu wujowi. 

- Hej, Jaino! - wykrzyknął Jacen. - Czy nic ci się nie stało? 

Dziewczyna otarła ślady łez z policzków.  Wciąż jeszcze nie mogła przyjść do siebie 

po przeżytym wstrząsie, wywołanym spotkaniem z byłym przyjacielem. 

-  Jakoś  daję  sobie  radę  -  odrzekła,  a  potem  głęboko  odetchnęła.  -  Zekk  był  tutaj  - 

oznajmiła.  -  Powiedział,  że  Drugie  Imperium  zamierza  zaatakować  akademię  Jedi,  a  on 

będzie walczył na czele oddziałów imperialnych żołnierzy. 

Lowie ryknął i na chwilę przestał zajmować się rannym Chewbacca. Tenel Ka uniosła 

wysoko rękę, nie wypuszczając sporządzonej z zęba rankora rękojeści zapalonego świetlnego 

miecza. 

- Nic z tego - powiedziała. - Będzie miał z nami do czynienia. 

Jaina wyciągnęła rękę i pokazała rannego Wookiego. 

-  Musimy  pomóc  Chewiemu  wydostać  się  stąd  -  rzekła.  - Chyba  ma  złamaną  nogę. 

Nic  groźnego,  czego  nie  mógłby  uleczyć  medyczny  android  i  kilka  godzin  spędzonych  w 

zbiorniku  bacta.  Jeżeli  jednak  szybko  nie  dotrzemy  na  najwyższy  poziom,  skończymy  jako 

danie obiadowe jakiejś bestii. 

Sirra  wyzywająco  ryknęła.  Teraz,  kiedy  zwyciężyła  w  walce  z  niebezpiecznym 

syreniowcem,  sprawiała  wrażenie,  że  mogłaby  sama  pokonać  gołymi  rękami  wszystkie 

background image

drapieżniki dżungli. 

Kiedy  rodzeństwo  Wookiech  ostrożnie  pomagało  wujowi  wstać,  Jacen  i  Jaina, 

posługując się Mocą, starali się jak mogli, by im ulżyć. Później Jaina zapaliła świetlny miecz i 

zaczęła przecierać szlak przy pomocy Sirry. 

Pomagając sobie nawzajem, wszyscy znaleźli się w końcu na poziomach, do których 

docierały promienie słonecznego światła. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

W  pustce  mrocznych  przestworzy  wisiał  poobijany  szturmowy  wahadłowiec.  Statek 

oczekiwał  zgody  na  lądowanie  i  wyłączenie  ochronnych  pól  kryjących  Akademię  Ciemnej 

Strony. W końcu najeżony lufami dział złowieszczy pierścień imperialnej uczelni ukazał się 

oczom Zekka na tyle długo, żeby Najciemniejszy Rycerz mógł wydać rozkaz kierowania się 

ku lądowisku. W miarę jak jego statek zbliżał się do otwartych wrót hangaru gwiezdnej stacji, 

Zekk  odczuwał  coraz  większy  niepokój.  Nie  był  pewien  przyjęcia,  jakie  zgotuje  mu  mistrz 

Brakiss. 

Tamith  Kai,  siedząca  obok  niego  na  stanowisku  dowodzenia,  zgrzytała  zębami  i 

kipiała  z  wściekłości,  ale  milczała,  zacisnąwszy  w  cienką  linię  szkarłatno wiśniowe  wargi. 

Zekk  nie  tylko  stracił  oddział  doborowych  szturmowców,  oddany  pod  jego  rozkazy,  ale 

doprowadził  do  śmierci  jej  dwóch  najlepszych  Sióstr  Nocy.  Tamith  Kai  przypuszczała,  że 

zarówno Vonnda Ra, jak Garowyn poniosły śmierć w głębinach dżungli Kashyyyku. 

Tamith Kai winiła właśnie Zekka za ich nieszczęście, podobnie jak za śmierć swojego 

pupila, Vilasa. Wiedźma z Dathomiry żywiła do niego urazę... chociaż oboje współpracowali, 

pragnąc  doprowadzić  do  ostatecznego  zwycięstwa  Drugiego  Imperium.  Zekk  uważał,  że 

wszystkie  dotychczas  poniesione  straty  powinny  być  traktowane  jak  ofiary;  jak  cena, 

zapłacona za odniesienie końcowego zwycięstwa. 

Tamith  Kai  nie  była  wszakże  zachwycona  sposobem,  w  jaki  radził  sobie  na 

Kashyyyku. Tak więc w czasie całej drogi powrotnej młodzieniec starał się przebywać sam, z 

dala od groźnej Siostry Nocy. 

Siedząc na fotelu dowódcy, przeleciał przez wrota hangaru mieszczącego lądowisko, 

ale większość czynności związanych z lądowaniem wykonywali inni imperialni piloci. Kiedy 

znaleźli  się  nad  płytą  lądowiska,  Zekk  ujrzał  jeszcze  jeden  opancerzony  wahadłowiec... 

otoczony  śmiercionośnymi  polami  siłowymi  imperialny  transportowiec.  Zaczął  się 

zastanawiać,  co  właściwie  wydarzyło  się  w  Akademii  Ciemnej  Strony  podczas  jego 

nieobecności. 

Jego  pokiereszowany  szturmowy  wahadłowiec,  kryjący  w  ładowniach  skrzynie  ze 

zrabowanymi  komputerowymi  podzespołami  i  urządzeniami,  osiadł  na  płycie  lądowiska  z 

dźwiękiem przypominającym westchnienie ulgi. 

- Wylądowaliśmy, lordzie Zekku - zameldował jeden z imperialnych pilotów. 

Oficer-taktyk  wyprawy  zaczął  przyglądać  się  wyświetlaczom  kontrolnych 

background image

wskaźników. 

- Ochronne pole, maskujące Akademię Ciemnej Strony, zostało ponownie włączone - 

powiedział. - Naszej stacji znów nie mogą wykryć żadne rebelianckie czujniki ani skanery. 

Kiedy włazy imperialnego statku się otworzyły, na płytę zaczęli schodzić członkowie 

załogi.  Z  wnętrza  Akademii  Ciemnej  Strony  wyszedł  oddział  szturmowców.  Żołnierze 

otoczyli rampę wahadłowca i przygotowali się do wyładowania cennego sprzętu, kiedy tylko 

Zekk otworzy luk ładowni. 

W  sterowni  obok  młodzieńca  stanęła  Tamith  Kai.  Szybkim  ruchem  ręki  poprawiła 

ozdobioną  spiczastymi  naramiennikami  pelerynę.  Z  trudem  usiłując  zapanować  nad 

wściekłością,  zacisnęła  pięści.  Płomienie,  strzelające  z  jej  fioletowych  oczu,  przypominały 

gotową do wybuchu, naelektryzowaną lawę. 

Zekk  przysłonił  powiekami  szmaragdowe  źrenice  otoczone  ciemniejszymi 

pierścieniami.  Pragnąc  skupić  myśli,  nabrał  głęboko  powietrza.  Pozwolił,  żeby  fala  gniewu 

zalała  jego  umysł  i  zmyła  wszystkie  zbędne  myśli.  W  tej  chwili  najbardziej  obawiał  się 

mistrza  Brakissa  i  tego,  co  się  wydarzy,  kiedy  stanie  przed  jego  obliczem.  Nauczyciel 

pokładał  w  nim  tak  wielką  nadzieję,  że  może  być  nawet  jeszcze  bardziej  zawiedziony  niż 

Tamith  Kai.  Obawa,  że  mistrz  Ciemnych  Jedi  będzie  rozczarowany,  sprawiała  Zekkowi 

większy ból niż wściekłość, tak często okazywana przez nieznośną Siostrę Nocy z Dathomiry. 

Młodzieniec  wygładził  fałdy  skórzanego  watowanego  munduru  i  poprawił  obszytą 

szkarłatną  lamówką  czarną  pelerynę.  Ruchem głowy  odrzucił  do  tyłu  długie  ciemne  włosy. 

Odwróciwszy  się  w  stronę  otwartego  włazu,  postarał  się  wyglądać  imponująco,  a  zarazem 

groźnie i złowieszczo. Nauczył się przyjmować taką postawę, obserwując zachowanie samej 

Tamith  Kai.  Rozbawiony,  pomyślał,  że  może  teraz  wykorzystać  przeciwko  wiedźmie  jej 

własne techniki i sposoby budzenia lęku i grozy. 

Usłyszał,  że  Siostra  Nocy  podąża  za  nim.  Zszedł  po  rampie,  unosząc  głowę  dumnie 

jak bohater. W głębi serca czuł jednak narastające przerażenie. 

Na  skraju  płyty  lądowiska  stał  posągowo  urodziwy  naczelnik  Akademii  Ciemnej 

Strony.  Kiedy  ujrzał  schodzącego  po  rampie  ucznia,  zbliżył  się  jakby  płynął  w  powietrzu, 

stawiając posuwiste, drobne kroki, a srebrzyste szary z szelestem płyną wokół jego sylwetki. 

Zekk  uniósł  głowę  jeszcze  wyżej  i  popatrzył  w  jasne,  pogodne  oczy  nauczyciela. 

Mistrz Brakiss złączył pałce uniesionych na wysokość torsu dłoni. 

-  Młody  Zekku,  mój  Najciemniejszy  Rycerzu  -  zaczął.  -  Właśnie  wróciłeś  ze  swojej 

pierwszej wyprawy. Czy misja zakończyła się powodzeniem? 

Zekk  przełknął  tkwiącą  w  przełyku  kluchę,  po  czym  postanowił,  że  będzie  grał  z 

background image

naczelnikiem Akademii Ciemnej Strony w otwarte karty. 

- Niestety, mistrzu Brakissie, nasza akcja nie potoczyła się tak gładko, jak planowano 

-  odparł.  -  Podczas  walk,  jakie  musieliśmy  toczyć  na  terenie  doskonale  strzeżonego 

kompleksu  zabudowań  przemysłowych  Kashyyyku,  straciliśmy  czternaście  myśliwców  i 

bombowców typu TIE, a także jedenastu żołnierzy piechoty lądowej . 

Czuję  się  w  obowiązku  zameldować,  że  z  wyprawy  nie  powróciły  także  dwie  nasze 

towarzyszki,  Siostry  Nocy.  Vonnda  Ra  zginęła  gdzieś  na  najniższych  poziomach  dżungli,  a 

Garowyn  została  najprawdopodobniej  zamordowana,  kiedy  starała  się  odzyskać  „Ścigacz 

Cieni”. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  milczał,  czekając,  co  jeszcze  powie  jego 

najlepszy uczeń. 

- A komputerowe urządzenia? - zapytał w końcu, kiedy cisza zaczęła się przeciągać. - 

Moduły naprowadzające na cel i systemy taktyczne? Czy udało ci się zdobyć te cenne skarby, 

których tak bardzo potrzebuje Drugie Imperium? 

Zekk zamrugał powiekami. 

- Tak jest, mistrzu Brakissie - oznajmił. - Wszystkie komputerowe podzespoły zostały 

złożone  w  ładowniach  wahadłowca.  Drugie  Imperium  może  zrobić  z  nich  użytek  w  każdej 

chwili. 

Naczelnik z klaśnięciem złączył palce dłoni. 

-  Doskonale!  A  zatem  twoja  wyprawa  zakończyła  się  sukcesem,  a  to  usprawiedliwia 

poniesione straty w ludziach i sprzęcie. Te wszystkie... niedogodności bledną w porównaniu z 

tym,  co  spodziewamy  się  osiągnąć  w  trakcie  walki.  Osiągnąłeś  najważniejszy  cel,  młody 

Zekku. 

Oczy Tamith Kai rozszerzyły się z wściekłości, a na bladej zazwyczaj twarzy kobiety 

pojawiły się krwistoczerwone cętki. 

-  Mistrzu  Brakissie!  -  syknęła  wiedźma  z  Dathomiry.  -  Zekk  twierdzi  również,  że 

wyeliminował  młodych  smarkaczy  Jedi.  Muszę  jednak  powiedzieć,  że  chociaż  Vonnda  Ra 

towarzyszyła  mu,  kiedy  wyruszał,  by  się  z  nimi  rozprawić,  Zekk  powrócił  sam... 

oświadczając, że zwyciężył. 

Młodzieniec stał prosto, nieporuszony. 

- Młodzi rycerze Jedi przestali stanowić jakikolwiek problem - oznajmił. - Daję na to 

swoje słowo. 

Było  widać,  że  Tamith  Kai  mu  nie  wierzy.  Brakiss  miał  jednak  inne  zdanie,  a  to 

przecież liczyło się najbardziej. 

background image

Zekk  nie  miał  pojęcia,  jak  długo  uda  mu  się  ukrywać  prawdę.  Wstąpił  na  służbę 

ciemnej  strony  Mocy...  ale  starał  się  chronić  przyjaciół.  Wcześniej  czy  później  Brakiss 

zorientuje  się,  co  zrobił  jego  ulubiony  uczeń...  a  wówczas  młodzieniec  stanie  przed 

koniecznością  dokonania  bardzo  trudnego  wyboru.  Mimo  to,  jak  zawsze,  nie  dokona  tego 

wyboru nikt inny oprócz niego... i nikt inny nie poniesie konsekwencji. 

-  Drugie  Imperium  gratuluje  ci  i  dziękuje  za  twoje  starania,  Zekku  -  odezwał  się 

Brakiss.  -  Historia  galaktyki  będzie  zawsze  wspominała  cię  jako  walecznego  wojownika, 

oddanego bez reszty naszej wielkiej sprawie. 

Zekk  przypuszczał,  że  powinien  być  zadowolony  z  siebie,  dumny...  ale  nie  potrafił 

wzbudzić  w  sercu  innych  uczuć  oprócz  przerażenia.  I  rozczarowania,  że  zawiódł  pokładane 

zaufanie. Przestał być pewien tego, dokąd zaprowadzą go podjęte w przeszłości decyzje. 

Jeden  ze  szturmowców  stojących  pośród  innych  w  szeregu  na  płycie  lądowiska 

poruszył  się  niespokojnie  i  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  W  okrytym  zbroją  żołnierzu  Zekk 

rozpoznał  krzepkiego Norysa.  W  pobliżu  osiłka  stał  pilot  Qorl,  groźnie  marszcząc  brwi  i  z 

dezaprobatą  spoglądając  na  zakutego  w  biały  pancerz  ucznia.  Były  przywódca  gangu 

Zagubionych  nie  przestał  chować  urazy  w  sercu,  wskutek  czego  stawał  się  coraz  bardziej 

zgryźliwy i niezdyscyplinowany. 

Nagle  powietrze  w  wielkim  hangarze  z  lądowiskiem  zamigotało  i  zalśniło. 

Młodzieniec  odwrócił  głowę  i  ujrzał,  że  pozostali  szturmowcy  się  cofają.  Stojący  przed 

Zekkiem  Brakiss  naprężył  mięśnie...  Wydawał  się  niemal  przerażony,  ale  kiedy  się 

zorientował, że w powietrzu pojawia się hologram, nie uczynił żadnego ruchu. 

Świetlisty  wizerunek  przedstawiał  okrytą  kapturem  głowę.  W  pokrytej  gęstą  siecią 

zmarszczek  twarzy,  z  której  emanowała  esencja  ciemnej  strony  Mocy,  płonęły  zapadnięte 

żółte  oczy.  Obraz  był  wyjątkowo  wyraźny  i  ostry,  jakby  został  nadany  z  bardzo  małej 

odległości. Doprawdy bardzo małej. 

- Moi wierni poddani, przebywający na terenie Akademii Ciemnej Strony! - zagrzmiał 

głos  Imperatora.  -  Bojownicy  Drugiego  Imperium!  Z  radością  dowiaduję  się,  że  wyprawa 

zakończyła  się  powodzeniem.  Dzięki  tej  i  kilku  poprzednim  akcjom,  a  także  dzięki 

zgromadzeniu  resztek,  jakie  pozostały  po  utraconej  świetności  mojego  Imperium, 

dysponujemy  w  tej  chwili  potęgą  umożliwiającą  przystąpienie  do  następnego etapu podboju 

galaktyki.  Nowe  rdzenie  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  baterie  do  turbolaserów  już 

zostały  zamontowane  na  pokładach  gwiezdnych  statków  wchodzących w  skład  naszej tajnej 

floty.  Wydałem  rozkazy,  żeby  bez  chwili  zwłoki  zainstalować  także  te  nowe  urządzenia 

komputerowe. Musimy zadać cios, zanim Rebelianci zbiorą siły. 

background image

Zekk miał wrażenie, że po jego plecach, okrytych watowanym pancerzem skórzanego 

munduru, wędrują lodowate mrówki. 

-  Naszym  następnym  zadaniem  będzie  wyeliminowanie  jedynych  sił,  jakie  mogą 

rzucić  do  walki  z  nami  Rebelianci  -  ciągnął  Imperator.  -  Brakissie,  obiecywałeś  mi  kiedyś 

niezwyciężoną armię Ciemnych rycerzy Jedi. Nadszedł czas, żebyś wywiązał się z obietnicy. 

Głównym  celem  naszej  akcji  będzie  zaatakowanie  akademii  Jedi,  kierowanej  przez 

Luke’a Skywalkera. Jego rycerze, posługujący się tylko jasną stroną Mocy, zostaną starci na 

pył. 

Rozkazuję,  żeby  wszyscy  wyruszyli  na  wyprawę.  Rozkazuję  przygotować  do  ataku 

Akademię Ciemnej Strony. Musimy natychmiast przelecieć gwiezdną stacją w pobliże Yavina 

Cztery.  Kiedy  wyeliminujemy  nowy  zakon  rycerzy  Jedi,  cała  galaktyka  stanie  przed  nami 

otworem. 

Młodzieniec  stał,  zbyt  przerażony,  by  poruszyć  się  albo  wymówić  słowo.  Zdumiony 

Brakiss wpatrywał się w gasnący wizerunek twarzy Imperatora Palpatinę’a. Kiedy hologram 

ostatecznie się rozpłynął, wszyscy szturmowcy ocknęli się jak za dotknięciem różdżki. 

Personel  Akademii  Ciemnej  Strony  zaczął  przygotowywać  gwiezdną  stację  do 

największej, ostatecznej bitwy. 

background image

ROZDZIAŁ 22 

 

Jaina  wiedziała,  że  mimo  zamieszania  i  zniszczeń,  jakie  wywołał  atak  oddziałów 

Akademii  Ciemnej  Strony  na  ośrodek  przemysłowy  Wookiech,  młodzi  Jedi  nie  mogą 

pozostać na Kashyyyku. Stawka w tej grze była po prostu o wiele za wysoka... a liczyła się 

dosłownie każda chwila. 

Ośrodek  dowodzenia  Nowej  Republiki  skierował  kilka  znajdujących  się  w  pobliżu 

gwiezdnych jednostek, żeby przebywający na ich pokładach inżynierowie i żołnierze pomogli 

w  usuwaniu  szkód  i  porządkowaniu  terenu  fabryki.  Dzięki  temu  Jaina,  Lowie  i  Chewbacca 

mogli  poświęcić  się  bez  reszty  naprawianiu  „Ścigacza  Cieni”.  Wprawdzie  Wookie  nadal 

lekko  utykał,  ale  kości  prawidłowo  się  zrosły,  a  Chewie  nie  zamierzał  dopuścić,  żeby  taka 

błaha dolegliwość przeszkodziła mu w pracy. 

Za  przegrodą  w  zastawionej  najrozmaitszymi  urządzeniami  maszynowni  statku 

pracowała  Jaina,  najmniejsza  spośród  trójki  istot  zajmujących  się  naprawami.  Wciśnięta  w 

najciemniejszy  kąt  pod  kontrolnymi  pulpitami,  podłączała  kable  dostarczające  energię  do 

urządzeń  i  usuwała  urządzenia  diagnostyczne.  Wszystkie  części  zamienne  zostały 

przygotowane jeszcze przed atakiem imperialnych żołnierzy na Kashyyyk, ale teraz powinny 

zostać umieszczone we wnętrzu lśniącego kadłuba. 

-  Włącz  zasilanie,  Lowie,  dopóki  jeszcze  siedzę  w  tym  kącie  -odezwała  się 

dziewczyna.  -  Każdy  obwód  uziemiłam  i  zaekranowałam,  ale  zanim  znajdziemy  się  w 

przestworzach, chciałabym się upewnić, że wszystko jest w porządku. 

Młody Wookie warknął i pstryknął przełącznikiem. Zaryczał na dowód, że urządzenia 

działają prawidłowo. Niemal w tej samej chwili to samo uczynił Chewbacca. 

Jaina westchnęła z prawdziwą ulgą. 

-  Cieszę  się,  że  statek  znów  funkcjonuje,  jak  powinien  -  rzekła.  -  Musimy  stąd 

odlecieć  i  powrócić  na  Yavin  Cztery,  zanim  zaatakuje  go  Akademia  Ciemnej  Strony.  - 

Przełknęła ślinę. - Przecież od bardzo dawna ćwiczymy, przygotowując się do walki. 

Lowie ryknął, zgadzając się z jej zdaniem, ale obaj Wookie i Sirra sprawiali wrażenie 

chyba  trochę  przygnębionych.  Sirra  wydała  kilka  krótkich  gardłowych  pomruków,  a  Em 

Teedee pospieszył z tłumaczeniem: 

- Pani Sirrakuk mówi, że zostanie tu, żeby pomóc swoim ziomkom uprzątać bałagan i 

usuwać zniszczenia, ale doskonale rozumie, że pan Lowbacca musi powrócić, aby walczyć u 

boku innych Jedi. Na Kashyyyku z pewnością nie zabraknie Wookiech chętnych do pracy, ale 

background image

rycerzy Jedi jest niewielu... a ona jest niezmiernie dumna z tego, że jej brat zalicza się do ich 

grona. 

Lowie burknął, dziękując siostrze za pochwałę. 

Miniaturowy android-tłumacz po chwili dodał, wyrażając swoje zdanie: 

- Przypuszczam, że pani Sirrakuk jest bardzo zadowolona z tego, iż ma takiego brata. 

Sirra poklepała Lowiego po kosmatym ramieniu, a potem z dumą przesunęła palcami 

po  połyskującym  pasie,  uplecionym  z  długich  włókien,  jakie  zerwała  z  wnętrza  kwiatu 

syreniowca.  Jaina  wiedziała,  że  dzięki  temu  przed  siostrą  Lowiego  otworzyło  się  wiele 

podniecających  możliwości...  co  prawda,  istniejących  i  przedtem,  ale  teraz  o  wiele 

łatwiejszych do wykorzystania. 

Jacen wbiegł po opuszczonej rampie „Ścigacza Cieni”. W ręku niósł niewielką klatkę 

z  Jonką  i  jej  maleństwami.  Cicho  mruczał,  wysyłając  do  mózgów  puchatych  gryzoni 

uspokajające myśli. 

Tuż za nim weszła Tenel Ka, odziana w świeżo wypolerowany pancerz z jaszczurczej 

skóry.  Wojowniczka  z  Dathomiry  sprawiała  wrażenie,  że  odzyskała  wiarę  we  własne  siły. 

Starannie zaplotła na nowo warkocze, posługując się jedną ręką i korzystając z techniki, którą 

opracował dla niej Anakin Solo. 

-  Jesteśmy  przygotowani  do  startu  -  oznajmiła.  -  I  jesteśmy  gotowi  walczyć  jak 

prawdziwi rycerze Jedi. 

Z gardła Lowiego wyrwał się entuzjastyczny ryk. Sirra objęła na pożegnanie najpierw 

brata, a później po kolei pozostałych młodych rycerzy. 

Chewbacca, lekko utykając, wszedł po rampie i usiadł w sterowni na fotelu pilota, po 

czym zapiął pasy ochronnej sieci. Lowie opadł na fotel stojący za fotelem wuja. Przyciskając 

różne  klawisze,  podniósł  rampę,  a  później  zajął  się  włączaniem  zasilania  rozmaitych 

podsystemów. Obaj Wookie zaczęli się porozumiewać krótkimi szczęknięciami, sprawdzając 

wszystkie urządzenia zgodnie z procedurą przedstartową. 

Sirrakuk  opuściła  wnętrze  połyskującego  wahadłowca  i  stanąwszy  na  lądowisku, 

obserwowała przygotowania do odlotu. Po kilku chwilach włączyły się silniki repulsorowe i 

„Ścigacz  Cieni”  uniósł  się  w  powietrze.  Jego  załoga  musiała  ostrzec  Luke’a  Skywalkera  i 

uczniów Jedi kształcących się w jego akademii. 

- Wysłaliśmy wiadomość na Yavin Cztery, ale teraz musimy sami lecieć - powiedziała 

Jaina  do  brata.  -  Wujek  Luke  i  tata  wrócili  już  z  tamtej  zwiadowczej  wyprawy,  lecz  naszej 

akademii grozi poważne niebezpieczeństwo. 

- Nie podoba mi się to wszystko - zgodził się z nią Jacen. 

background image

Nie  przestając  mruczeć  kojących  słów,  umieścił  niewielką  klatkę  z  gryzoniami  na 

kolanach  i  przyglądał  się,  jak  Tenel  Ka  zajmuje  sąsiedni  fotel.  Dziewczyna  także  pragnęła, 

aby  „Ścigacz  Cieni”  jak  najszybciej  wystartował.  Musnęła  pas  z  kieszeniami,  w  których 

ukrywała  różne  przedmioty  mogące  posłużyć  jako  broń.  Zapewne  już  myślała  o  czekającej 

walce. 

Chewbacca  krótko  zawył,  oznajmiając,  że  wkrótce  włączy  silniki  napędu 

nadświetlnego. Po kilku minutach imperialny wahadłowiec dokonał skoku w nadprzestrzeń. 

Pełną mocą silników skierował się ku Yavinowi Cztery. Wszyscy wiedzieli, że muszą 

się przygotować do najważniejszej walki w życiu. 

Muszą stawić czoło Akademii Ciemnej Strony. 

background image