background image

 

KASEY MICHAELS 

Samotny wilk 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Tego dnia w San Francisco nic nie szło po jej myśli. Nowy system 

telefoniczny,  który  -  zdaniem  szefa  agencji  -  wszystkim  miał ułatwić 

życie,  nie  tylko  go  nie  ułatwiał,  ale  sam  koszmarnie  szwankował. 

Sophie  Colton  dwukrotnie  straciła  z  trudem  uzyskane  połączenia  z 

klientem z Tokio, a co za tym idzie, przypuszczalnie straciła również 

klienta. 

Dziecięcy  gwiazdor  filmowy,  z  którym  podpisała  kontrakt  na 

reklamę  o  ogólnokrajowym  zasięgu,  postanowił  akurat  w  tym 

tygodniu rozpocząć mutację. Z dnia na dzień jego czysty, krystaliczny 

głosik  zamienił  się  w  piskliwy  skrzek.  Należało  od  nowa  przystąpić 

do szukania aktora. 

Jakby tego było mało, w drodze na spotkanie z klientem poleciało 

jej  oczko  w  rajstopach,  potem  złapał  ją  deszcz,  o  którym 

meteorolodzy  zapomnieli  wspomnieć,  a  wieczorem  pokłóciła  się  w 

restauracji  ze  swoim  narzeczonym  od  czterech  miesięcy,  Chetem 

Wallace'em.  W  porządku,  może  nie  była  to  kłótnia,  może  było  to 

nieporozumienie. Kłótnia to za mocne słowo. Nigdy się z Chetem nie 

kłócili.  Zazwyczaj  Chet  mówił,  a  ona  słuchała.  Czasem  zastanawiała 

się, po jakie licho w ogóle to robi. 

Chet  chciał,  by  zrezygnowali  z  intratnych  posad  w  agencji 

reklamowej  i  założyli  własną  firmę.  Sophie  nie  była  pewna,  czy  to 

dobry pomysł. Lubiła swoją pracę, ciężko harowała, zanim otrzymała 

obecne  stanowisko,  a  w  dzisiejszym  bezlitosnym  świecie,  w  którym 

panuje tak ostra konkurencja, tworzenie nowej agencji, a jednocześnie 

background image

budowanie  nowej  rodziny...  hm,  po  prostu  bała  się,  że  nie  podołają. 

Przynajmniej  tak  to  sobie  tłumaczyła,  kiedy  zezłościwszy  się  na 

Cheta,  zostawiła  go  w  restauracji,  żeby  dokończył  deser  i  zapłacił  za 

kolację, a sama mszyła na piechotę do domu. 

Najbardziej chyba zirytowała ją postawa narzeczonego, to, że nie 

wybiegł za nią z restauracji, lecz został przy stoliku, popijając kawę i 

jedząc  krem  czekoladowy.  Zgoda,  mieszkała  tylko  cztery  przecznice 

dalej,  ale  naprawdę  mógł  się  zachować  inaczej.  Nie  musiał  mówić: 

„Dobrze, kochanie, idź do domu. Postaraj się ochłonąć. Spotkamy się 

u  ciebie  za  pół  godziny".  Nienawidziła,  kiedy  był  taki  cholernie 

rozsądny. A on, psiakrew, dobrze o tym wiedział. 

Mniej  więcej  w  połowie  drogi  stanęła  na  moment  przy 

krawężniku.  W  lewo  odchodził  wąski,  ponury  zaułek.  Wzdychając 

głośno, Sophie podniosła głowę, po czym  odgarnęła za ucho kosmyk 

ciemnoblond włosów. Zacisnąwszy powieki, westchnęła po raz drugi, 

następnie ruszyła przed siebie. Zanim jednak dziesięciocentymetrowy 

obcas zetknął się z asfaltem, poczuła mocne szarpnięcie; ktoś wciągał 

ją w zaułek. 

- Puść mnie! - krzyknęła, usiłując się oswobodzić.  

Nic  więcej  nie  zdołała  powiedzieć.  Napastnik  pchnął  ją  z  całej 

siły  na  wilgotny,  ceglany  mur.  Zrobiło  się  jej  ciemno  przed  oczami. 

Miała  wrażenie,  że  to  sen,  jakaś  koszmarna  surrealistyczna  fantazja, 

która  nie  ma  nic  wspólnego  z  rzeczywistością.  Niestety,  wszystko 

działo  się  naprawdę.  Starając  się  wyrównać  oddech,  nie  stracić 

background image

przytomności  i  opanować  strach,  który  dławił  ją  za  krtań,  poczuła 

przytknięte do szyi ostrze noża. 

-  Stój,  suko!  Jak  tylko  się  ruszysz,  poderżnę  ci  gardło!  Jasne? 

Jasne? 

Bojąc  się,  że  napastnik  spełni  groźbę,  nie  mogła  skinąć  głową. 

Więc w odpowiedzi zamrugała powiekami. Tak, jasne. 

- Dobra, w porządku, dobra. 

Mężczyzna  był  wyraźnie  poruszony.  Może  znajdował  się  pod 

wpływem  narkotyków?  Nie  umiała  poznać,  Widziała  jedynie,  że  jest 

w stanie najwyższego podniecenia. Mógł ją zabić w każdej sekundzie, 

choćby  posłusznie  spełniała  wszystkie  jego  rozkazy.  Powoli  cofnął 

ostrze. W następnej chwili leżała na brzuchu na twardym podjeździe, 

zaciskając zęby z bólu. 

Zamknąwszy oczy, przełknęła ślinę. 

- Czego... czego ode mnie chcesz? -  spytała w końcu. Nie mogła 

się  ruszyć;  napastnik  przygniatał  ją  kolanem  do  ziemi.  -  W  kieszeni 

płaszcza  mam  portfel,  a  w  nim  pieniądze  i  karty  płatnicze.  Jeżeli  się 

odsuniesz, sięgnę... 

- Głucha jesteś, ty durna suko? Co? - warknął jej nad uchem. Tak 

bardzo  śmierdziało  mu  z  ust,  że  wzdrygnęła  się  z  obrzydzeniem.  - 

Mówiłem,  że  jak  się  ruszysz,  poderżnę  ci  gardło.  Tak  trudno  to 

zrozumieć? 

Nim  zdołała  odpowiedzieć,  zaczął  przesuwać  ręce  po  jej  ciele. 

Cienki  płaszcz,  który  miała  na  sobie,  niewiele  ją  chronił.  Opierając 

ciężar ciała na kolanie, którym przyciskał ofiarę do ziemi, mężczyzna 

background image

niezdarnie usiłował obrócić ją do siebie. Potem na zmianę to ugniatał, 

to szczypał jej piersi, wreszcie mocno wbił zęby w jej ramię. Wariat. 

Szaleniec.  Sophie  uświadomiła  sobie,  że  facetowi  nie  zależy  na 

pieniądzach.  Może  weźmie  portfel,  kiedy  już  ją  zabije,  ale  na  razie 

chodzi mu o coś całkiem innego. O nią. Chce sprawić jej ból. 

Choć od głównej ulicy dzieliło ją zaledwie siedem, osiem metrów, 

była  bezradna.  W  prawej  ręce  napastnik  trzymał  nóż.  Gdyby 

krzyknęła  czy  próbowała  się  wyrwać,  nie  zawahałby  się  go  użyć. 

Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  tak  czy  tak  zginie.  Facet  nie  panuje 

nad sobą. Diabli wiedzą, co mu za chwilę strzeli do łba.  

Ogarnęła ją wściekłość. Nie, nie będzie biernie czekać na śmierć! 

Nie  umrze  bez  walki!  Teraz  była  elegancką  kobietą  mieszkającą  w 

mieście, ale przecież dorastała na ranczo, biegała po lasach, łaziła po 

drzewach,  staczała  walki  ze  starszymi  braćmi,  czasem  na  niby,  dla 

zabawy, a czasem na serio. 

Bracia.  Boże.  Michael  już  nie  żyje.  Jego  śmierć  zniszczyła 

rodziców,  zniszczyła  całą  rodzinę.  Jeżeli  ona  też  zginie...  Nie!  Nie 

może do tego dopuścić! Musi się bronić! Mamusiu, tatusiu, nie umrę! 

Nie  pozwolę,  żeby  jakiś  naćpany  bydlak  mnie  zabił!  Nie  myśląc  o 

przeraźliwym  bólu  w  prawym  kolanie,  które  strzaskała  sobie, 

upadając  na  twardy  żwir,  o  ostrzu  noża,  które  przylegało  do  jej 

policzka,  i  o  wstrętnej,  brudnej  łapie,  która  wcisnęła  się  jej  pod 

bluzkę, Sophie przystąpiła do obrony. 

Oparłszy  się  na  łokciach,  wierzgnęła  kolanami  niczym  dziki 

mustang  usiłujący  zrzucić  z  grzbietu  jeźdźca.  Strach  dodał  jej  sił. 

background image

Największą  rolę  odegrał  jednak  element  zaskoczenia.  Niczego  nie 

spodziewający się napastnik stracił równowagę i przechylił się na bok. 

Jeszcze jedno wierzgnięcie i była wolna. Cofała się na czworakach w 

stronę ulicy, usiłując zwiększyć dystans między sobą a bandytą. 

-  Na  pomoc!  -  krzyknęła  na  całe  gardło.  -  Tu,  w  zaułku!  Na 

pomoc! Błagam! 

Nie  przestając  się  wydzierać,  zacisnęła  ręce  na  wielkim 

plastikowym koszu na śmieci i z trudem dźwignęła się na nogi. Prawa 

noga  właściwie  nie  nadawała  się  użytku.  Nie  zwracając na to  uwagi, 

Sophie  chwyciła  pokrywkę  i  cisnęła  nią  w  napastnika,  po  czym 

zanurzyła  ręce  w  otwartym  koszu  i  wyciągnęła  pierwszą  z  brzegu 

„broń" - był nią odcięty czubek ananasa. 

Rany  boskie!  Tym  ma  się  bronić?  No  ale  zaułek  leżał  na  tyłach 

ekskluzywnych  lokali,  do  których  wchodziło  się  od  strony  głównej 

ulicy,  więc  na  co  liczyła?  Że  w  koszu  znajdzie  nabity  rewolwer? 

Rzucała 

mężczyznę 

czym 

się 

dało: 

ananasem, 

pustą 

półkilogramową 

puszką 

po 

sosie 

pomidorowym, 

zgniłymi 

warzywami. Nie przestawała krzyczeć.  

Po chwili poślizgnęła się i upadając, przewróciła kilka mniejszych 

metalowych  koszy.  Narobiła  mnóstwo  hałasu, a  przy  okazji  sama  się 

ubrudziła - jako ofiara była coraz mniej atrakcyjna. 

- Jestem w zaułku! Pomocy! Ratunku! 

Przeklinając  siarczyście  pod  nosem,  napastnik  schylił  się,  by  nie 

dostać  w  głowę  zwiędłą  kapustą,  po  czym  odwrócił  się  i  uciekł. 

background image

Sekundę  później  dwóch  porządnie  ubranych  mężczyzn  usłyszało 

krzyk Sophie i przybiegło jej na ratunek. 

-  Dzięki  Bogu  -  szepnęła,  opierając  się  o  jednego  ze  swych 

wybawców,  podczas  gdy  drugi  wrócił  pędem  na  ulicę,  by  wezwać 

karetkę i zawiadomić policję. 

Prawe  kolano  tak  bardzo  ją  bolało,  że  o  niczym  innym  nie 

myślała. Nie wiedziała, że napastnik rozciął jej policzek od brody po 

ucho  ani  że  straciła  mnóstwo  krwi.  Nic  nie  wiedziała,  bo  po  chwili 

popadła w stan błogiej nieświadomości. 

 

Tej  nocy  w  Jackson  w  stanie  Missisipi  Louise  Smith  poderwała 

się  na  łóżku.  Oczy  miała  szeroko  otwarte  z  przerażenia,  ciało  zlane 

potem. Coś jest nie tak. Czuła to. Po chwili spuściła nogi na podłogę. 

Wstawszy, podeszła do kontaktu w ścianie, włączyła światło, po czym 

oparła dłonie o blat komody i popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. 

Zobaczyła  kobietę,  która  nie  wyglądała  na  pięćdziesiąt  dwa  lata. 

Jedynie duże piwne oczy zdradzały bezmiar cierpienia, jakie przeżyła. 

Przeczesawszy  ręką  falujące,  ciemnoblond  włosy,  niemal  całkiem 

pozbawione  siwizny,  wzięła  kilka  głębokich  oddechów,  starając  się 

uwolnić od paniki, która ściskała ją za serce. Widzisz? Nikogo nie ma. 

Jesteś sama. Nikt ci nie wyrządzi krzywdy. Nikt nic nie wie. Nawet ty.  

Miała  sen.  Często  jej  się  coś  śniło.  Zawsze  były  to  dziwne, 

skomplikowane  sny.  Niektóre  zaczynały  się  dobrze,  niewinnie,  ale 

wszystkie  kończyły  się  źle.  Pytania  pozostawały  bez  odpowiedzi, 

problemy  bez  rozwiązania.  Tym  razem  było  inaczej.  Nie  pamiętała 

background image

snu,  pamiętała  jedynie  strach  oraz  pewność,  że  ktoś  potrzebuje  jej 

pomocy. Ktoś... Dziecko. Dziewczynka, która wołała do niej „mamo". 

Gdzie ona jest? Gdzie? 

Louise wyszła z sypialni i podreptała boso do kuchni po szklankę 

wody. Wiedziała, że dziś już nie zaśnie. 

 

Joe  Colton  wypadł  z  windy,  zanim  jeszcze  drzwi  się  do  końca 

otworzyły,  i  pognał  w  stronę  dyżurki  pielęgniarek.  Towarzystwa 

dotrzymywał  mu  jego  przybrany  syn,  River  James.  Pół  godziny  po 

tym, jak policja zadzwoniła na ranczo w Prosperino, aby zawiadomić 

rodzinę  o  wypadku  Sophie,  obaj  byli  w  samolocie  i  lecieli  do  San 

Francisco. Dotarli na miejsce tuż przed świtem. 

-  Moja  córka,  Sophie  Colton...  -  powiedział  Joe  do  pielęgniarki, 

która  siedziała przy  biurku,  zajęta piłowaniem  paznokci.  -  W  którym 

leży pokoju? 

Młoda kobieta popatrzyła na niego tępym wzrokiem. 

-  Colton?  Chyba  nie  mamy  nikogo  o  takim  nazwisku.  - 

Obróciwszy się na krześle, spojrzała pytająco na koleżankę po fachu, 

która  właśnie  weszła  do  dyżurki.  -  Mary,  czy  mamy  pacjentkę  o 

nazwisku Colton? 

Nowa podeszła do Joego. 

- Czy mogę wiedzieć, kim pan jest? 

- Jej ojcem, do diabła! - ryknął Joe, który w wieku sześćdziesięciu 

lat  był  przystojnym,  postawnym  mężczyzną  o  lekko  szpakowatych 

background image

włosach.  Teraz,  wściekły  i  podminowany,  bardziej  przypominał 

rozjuszonego byka niż kochającego tatusia. 

River  zdjął  z  głowy  sfatygowany  kapelusz  kowbojski,  po  czym, 

zaciskając  rękę  na  ramieniu  swego  przybranego  ojca,  uśmiechnął  się 

czarująco do pielęgniarek. 

-  Senator  Colton  jest  trochę  zdenerwowany,  proszę  pani  - 

oznajmił, kładąc nacisk na słowo „senator", mimo iż urzędu senatora 

Joe nie piastował od lat. - Wczoraj wieczorem napadnięto jego córkę. 

Sophie Colton. 

Może  zadziałała  magia  godności  senatora,  a  może  przyjazny 

uśmiech Rivera, w każdym razie pielęgniarka o imieniu Mary wyszła 

z dyżurki, informując mężczyzn, że zaprowadzi ich na miejsce. 

-  Bardzo  pana  przepraszam,  panie  senatorze  -  tłumaczyła,  idąc 

korytarzem  -  ale  w  wypadku  brutalnej  napaści  zawsze  staramy  się 

zachować  ostrożność.  Pańską  córkę  przywieziono  z  sali  operacyjnej 

trochę  ponad  godzinę  temu,  pewnie  jeszcze  śpi.  Czy  poinformowano 

pana o ranach, jakie odniosła? 

- Boże, Boże... 

Joe  przyłożył  rękę  do  ust,  jakby  chciał  powstrzymać  jęk,  i 

odwrócił  się  od  pielęgniarki.  Niepokój  o  Sophie,  męczący  nocny  lot 

oraz  gniew  na  Meredith,  matkę  Sophie,  która  nie  widziała 

najmniejszego  powodu,  aby  towarzyszyć  mężowi  do  San  Francisco  - 

wszystko to odcisnęło na nim piętno. 

- Owszem, poinformowano - rzekł River, wyręczając tego silnego 

mężczyznę,  który  jedno  dziecko  już  pochował  -  ale  gdyby  siostra 

background image

mogła  jeszcze  raz  nam  opowiedzieć,  czego  możemy  się  spodziewać, 

bylibyśmy wdzięczni. 

Oczywiście  River  nie  potrafił  wczuć  się  w  położenie  Joego,  ale 

domyślał się, co ten przeżywa, odkąd odebrał telefon z policji w San 

Francisco.  Na  pewno  przypomniał  mu  się  telefon  sprzed  wielu  lat  z 

wiadomością o wypadku, jakiemu uległ Michael. Teraz strach o córkę 

mroził mu krew w żyłach. 

Z  kolei  on,  River,  bardziej  odczuwał  wściekłość  niż  lęk.  Lęk  i 

przerażenie znikły, kiedy po telefonie od policji zadzwonił do szpitala, 

gdzie  uzyskał  wyczerpujące  wiadomości  o  stanie  zdrowia  Sophie: 

okazało się, że odniosła wiele ran, ale na szczęście nie zagrażały one 

jej życiu.  

Podczas  gdy  Joe  Colton  zajął  jeden  z  tylnych  foteli  małego 

odrzutowca,  modląc  się  o  córkę,  River  siedział  za  sterami,  marząc  o 

tym,  aby  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  San  Francisco  i  dać  w  zęby 

Chetowi  Wallace'owi.  Potem  podnieść  go  z  ziemi  i  znów  mu 

przyłożyć. I jeszcze raz. 

Po chwili Joe wziął się w garść i skinął do pielęgniarki głową. 

-  Pańska  córka,  senatorze,  miała  lekkie  wstrząśnienie  mózgu  - 

oznajmiła siostra Mary, zatrzymując się przed pokojem numer 305. - 

Mówię o tym dlatego, że po przebudzeniu może być nieco zagubiona. 

Na twarzy i ciele ma mnóstwo otarć i sińców. Rzecz jasna, wszystkie 

rany  zostały  dokładnie  oczyszczone.  Ma  również  kilka  głębszych 

zadrapań  na...  na  piersiach,  które  mogą  ją  trochę  pobolewać.  Na 

background image

wszelki  wypadek  doktor  zaordynował  kurację  antybiotykową.  Nigdy 

dość ostrożności, gdy w grę wchodzą ugryzienia. 

Ugryzienia?  To  znaczy,  że  ten  drań  ją  pogryzł?  Tego  River 

wcześniej  nie  wiedział.  Joe  pewnie  też,  bo  z  jego  gardła  dobył  się 

stłumiony jęk. River zacisnął dłoń w pięści. 

-  Ortopedzi  naprawili  pannie  Colton  kolano  -  kontynuowała 

pielęgniarka. - Miała uszkodzoną łękotkę przyśrodkową. Zdarza się to 

dość  często.  Niestety,  później  pacjenci  muszą  nosić  specjalną  szynę, 

przez pięć lub sześć tygodni poruszać się o kulach, a potem czeka ich 

jeszcze  intensywna  rehabilitacja.  -  Siostra  Mary  westchnęła  ciężko.  - 

Doktor Hardy, szef oddziału chirurgii plastycznej, osobiście zszył ranę 

ciętą  na  twarzy  pańskiej  córki.  Pacjentka  będzie  potrzebowała  paru 

dalszych  poprawek  chirurgicznych,  ale  dopiero  w  przyszłości,  kiedy 

wszystko  się  zagoi.  To  cud,  że  ostrze  nie  przecięło  jakiejś  większej 

żyły  czy  nerwu  policzkowego.  Zszycie  rany,  mimo  że  nie  była 

strasznie głęboka, wymagało ponad stu szwów. 

- O Boże! - szepnął Joe. - Moja kochana córeczka. Moja śliczna, 

kochana córeczka. 

River  tak  mocno  zaciskał  zęby,  że  rozbolała  go  szczęka.  Sophie. 

Piękna Sophie, wciągnięta w ślepą uliczkę. Posiniaczona, poharatana, 

pocięta  nożem,  o  mało  nie  zabita.  Bez  powodu.  Tylko  dlatego,  że 

znalazła  się  w  niewłaściwym  miejscu  o  niewłaściwej  porze  i  jakiś 

naćpany idiota postanowił się zabawić. Nie znała swojego napastnika, 

niczym mu się nie naraziła. Teraz musi cierpieć. 

background image

-  Dziękujemy,  siostro  -  rzekł  River  do  pielęgniarki,  która  stała  z 

ręką na klamce do pokoju Sophie. - Dalej już sobie sami poradzimy. 

-  Oczywiście.  -  Mary  skinęła  ze  zrozumieniem  głową,  po  czym 

wróciła do dyżurki. 

- Gotów? - spytał River, patrząc na ojca. 

-  Nie  -  odparł  Joe  tak  cicho,  że  niemal  nie  było  go  słychać.  - 

Rodzic  nigdy  nie  jest  gotów  do  spotkania  ze  swoim  dzieckiem  w 

szpitalu. - Wciągnął głęboko powietrze. - Ale trudno. Chodźmy. 

River  pchnął  drzwi,  przepuścił  Joego  przodem,  po  czym  sam 

wszedł  do  środka.  Nic  chciał  widzieć  Sophi  w  takim  stanie  - 

poharatanej  i  bezradnej.  Zawsze  tryskała  energią.  Odkąd  pojawił  się 

na ranczu, nie odstępowała go na krok; nim się spostrzegł, wdarła się 

w jego serce.  

Dzieląca  ich  różnica  czterech  lat  wydawała  się  ogromna,  kiedy 

byli młodsi. Bo cóż mogli mieć wspólnego zamknięty w sobie, młody 

buntownik  i  chuda  nastolatka  z  aparatem  korekcyjnym  na  zębach, 

strupami  na  kolanach  i  kucykami  na  głowie?  Chuda  nastolatka 

patrzyła  w  niego  jak  w  obrazek.  Swoim  zachowaniem  doprowadzała 

go  do  białej  gorączki.  Złościł  się  na  nią,  wściekał.  Ale  ona  nie 

zniechęcała się. I wreszcie pokochał tę smarkulę. 

A  potem  smarkula  dorosła.  Z  chudej  nastolatki  w  kucykach 

przeistoczyła  się  w  ponętną  młodą  kobietę.  Ubłagała  go,  aby 

towarzyszył  jej  na  balu  maturalnym.  Tańczyli,  rozmawiali  o  jej 

planach na przyszłość: nazajutrz miała wyjechać do Dallas, aby przed 

background image

rozpoczęciem  studiów  przez  kilka  miesięcy  popracować  w  należącej 

do rodziny stacji radiowej. 

W  trakcie  tańca  pocałowała  go,  a  on  odwzajemnił  pocałunek. 

Potem znów się całowali. Trzymał ją w objęciach, gryząc się w język, 

by  nie  zawołać:  Nie,  Sophie!  Nie  wyjeżdżaj!  Zostań  ze  mną!  Kochaj 

mnie! 

Przybrany  syn  Joego  Coltona  uważał,  że  nie  w  ten  sposób 

powinien  się  odwdzięczyć  człowiekowi,  który  przyjął  go  pod  swój 

dach. Sophie Colton zasługuje na kogoś lepszego. Dlatego ją odtrącił, 

pozbył się jej ze swych ramion i ze swojego życia. Był brutalny. On, 

półkrwi  Indianin,  dziecko  pijaka,  powiedział  ślicznej  Sophie,  żeby 

zmądrzała,  żeby  trzeźwym  okiem  spojrzała  na  otaczającą  ją 

rzeczywistość. 

Od  prawie  dziesięciu  lat  widywali  się  sporadycznie,  na  zjazdach 

rodzinnych, na które przybywały tłumy gości. Witali się na odległość, 

czasem do siebie uśmiechali. Zwykle jedno krążyło na jednym końcu 

sali, drugie na drugim; od tamtego wieczoru, gdy tańczyli przytuleni, 

ani razu nie byli sami.  

Teraz  też  nie  byli  sami.  Joe  stał  przy  łóżku,  ściskając  bezwładną 

dłoń córki. Łzy lały mu się strumieniami. 

- Nic jej nie będzie, Joe. Zobaczysz, wkrótce Sophie wyzdrowieje 

- powiedział River, usiłując pocieszyć ojca. 

Ale  jemu  też  serce  wyło  z  bólu,  gdy  patrzył  na  widoczne  pod 

bandażami  rany  i  siniaki.  Sophie  wyglądała  tak,  jakby  wlókł  ją  po 

background image

ziemi  uciekający  w  popłochu  koń;  skórę  miała  zdartą  do  krwi, 

miejscami była opuchnięta, fioletowosina. 

Największy  opatrunek  miała  na  lewym  policzku.  Na  tym 

rozciętym, który wymagał założenia ponad stu szwów. O roztrzaskane 

kolano  River  się  nie  martwił.  Gotów  był  nosić  Sophie  na  rękach, 

dopóki  noga  się  jej  nie  zagoi.  Wiedział,  że  sińce  i  zadrapania  znikną 

bez śladu. Ale co z twarzą? 

Sophie  nie  była  próżna,  nie  spędzała  godzin  przed  lustrem,  ale 

miała  zaledwie  dwadzieścia  siedem  lat.  Jak  zareaguje  na  widok 

szramy  na  policzku?  Na  widok  blizny,  która  codziennie  będzie  jej 

przypominała  o  koszmarze?  Napastnik  zranił  ją  nie  tylko  fizycznie, 

lecz także psychicznie. Okaleczył w sposób niewidoczny na pierwszy 

rzut  oka.  Zniszczył  jej  pewność  siebie,  pozbawił  odwagi;  odtąd,  idąc 

ulicą, zwłaszcza wieczorem, zawsze będzie czuła strach. 

River  przeczesał  ręką  włosy,  potarł  kark.  Łzy  wezbrały  mu  pod 

powiekami.  Sophie  poruszyła  się  nieznacznie  i  jęknęła  cicho. 

Próbowała otworzyć oczy. Po chwili udało jej się. Ale potem znów je 

zamknęła. 

- Zostawię was samych, Joe - szepnął River, kierując się do drzwi. 

- Porozmawiaj z nią, a ja wezwę pielęgniarkę. 

Wyszedłszy  na  korytarz,  zamknął  za  sobą  drzwi  i  oparł  się  o 

ścianę.  Prawą  rękę  wsunął  do  kieszeni  dżinsów,  w  lewej  trzymał 

kapelusz,  którym  raz  po  raz  uderzał  się  o  udo.  W  dżinsowych 

spodniach,  dżinsowej  kurtce,  w  kowbojskich  butach  i  kowbojskim 

kapeluszu wyglądał jak kowboj. I nim był. Był kowbojem zrodzonym 

background image

z  matki  Indianki  i  białego  mężczyzny.  Po  matce  odziedziczył  gęste 

kruczoczarne  włosy,  po  ojcu  zielone  oczy  oraz  gwałtowny 

temperament.  

Wysoki,  szczupły,  doskonale  umięśniony,  ciężko  doświadczony 

przez  życie,  w  końcu  trafił  pod  opiekuńcze  skrzydła  Coltonów.  Joe  i 

Meredith Coltonowie przyjęli go pod swój dach i traktowali jak syna. 

Dzięki  nim  się  zmienił,  uwierzył,  że  czeka  go  lepszy  los.  Wcześniej 

był jak samotny wilk. Potem, gdy Sophie zniknęła z jego życia, znów 

zamknął  się  w  sobie  i  zaczął  chodzić  własnymi  ścieżkami.  Nie 

potrzebował  Sophie  ani  nikogo  innego.  Był  samowystarczalny. 

Przynajmniej tak sobie wmawiał. 

Okłamywał się. Już dawno River James nie czuł się tak bezsilny i 

przybity.  Bezsilności  jednak  towarzyszyła  wściekłość.  Wybuchowy 

temperament  był  największym  problemem  młodego  Rivera,  kiedy 

jako nastolatek zamieszkał na ranczu Coltonów. Z czasem nauczył się 

panować nad emocjami; właściwie tylko Sophie potrafiła go wytrącić 

z równowagi. 

Złościł się na nią, kiedy łaziła za nim krok w krok. Był zły, kiedy 

zaczęła  się  przeistaczać  w  śliczną  młodą  kobietę.  Był  zły,  kiedy 

przestał  myśleć  o  niej  jak  o  siostrze.  Był  zły,  kiedy  ją  pocałował  i 

kiedy  okazało  się,  że  jej  pragnie.  Był  zły,  kiedy  wybrała  jedyne 

słuszne  rozwiązanie  i  wyjechała  do  Dallas.  I  zły,  że  nie  wróciła  do 

domu. 

Najbardziej  zezłościła  go,  kiedy  przywiozła  z  sobą  na  ranczo 

Cheta  Wallace'a,  szczerzącego  zęby  kretyna  w  trzyczęściowym 

background image

garniturze,  i  oznajmiła,  że  wkrótce  zostanie  jego  żoną.  Swoimi 

zaręczynami dała Riverowi jasno do zrozumienia, że woli mężczyznę, 

który jest jego całkowitym przeciwieństwem. 

Teraz  był  na  nią  zły  za  to,  że  leży  w  szpitalu,  taka  biedna,  taka 

krucha  i  mimo  sińców  taka  piękna.  Za  to,  że  na  jej  widok  znów 

obudziły  się  w  nim  dawne  uczucia.  Kochał  ją.  Kochał  przed  laty, 

kochał teraz. I wiedział, że nigdy nie przestanie. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Joe Colton pochylił się nad łóżkiem. 

- Sophie? - Uścisnął dłoń córki. - Kwiatuszku, to ja. Tata. 

Sophie drgnęła, po czym skrzywiła się z bólu. 

- Tatuś? - spytała, otwierając oczy. 

Joe  skinął  głową.  Nie  mógł  wydobyć  głosu.  Córka  od  lat  nie 

nazywała go „tatusiem". Czasem mówiła „ojcze", najczęściej „tato", a 

kiedy  była  w  żartobliwym  nastroju,  zwracała  się  do  niego  per 

„senatorze".  Bardzo  ją  kochał.  Kiedy  zobaczył  jej  smutne  oczy  i 

spuchniętą  wargę,  która  leciutko  drżała,  zrozumiał,  że  zrobiłby 

wszystko, aby tylko zmniejszyć jej cierpienie. 

-  Och,  tatusiu,  to...  było  straszne  -  powiedziała,  zaciskając 

powieki. - Ale walczyłam. Broniłam się. Nie mogłam... Michael... nie 

mogłam pozwolić, aby ciebie i mamę spotkała kolejna tragedia. 

-  Ciii,  maleńka.  -  Delikatnie  pogłaskał  ją  po  włosach.  -  Już 

dobrze. Nic nie mów. Musisz teraz dużo odpoczywać. 

background image

Kiedy do pokoju weszła wezwana przez Rivera siostra Mary, Joe 

cofnął  się  od  łóżka.  Pielęgniarka  sprawdziła  pacjentce  tętno, 

poprawiła kroplówkę. 

- Zasnęła? - spytał River. 

-  Chyba  tak  -  odparł  Joe.  -  Słuchaj,  chłopcze.  To  była  długa, 

męcząca  noc,  a  wiem,  że  musisz  wrócić  dziś na  ranczo.  Po  południu 

przyjeżdża nowy ogier, prawda? Więc nie przejmuj się mną i ruszaj w 

drogę. Ja wynajmę pokój w hotelu i zostanę tak długo, póki nie będę 

mógł zabrać Sophie do domu. 

- W porządku. - River też wolałby zostać dłużej, ale domyślił się, 

że Joe pragnie pobyć z córką sam na sam. - A co z Meredith? Myślisz, 

że będzie chciała tu przylecieć? 

Starszy mężczyzna przycisnął palce do oczu i potrząsnął głową. 

- Nie wiem. Później do niej zadzwonię. Na razie chcę posiedzieć 

przy łóżku Sophie. 

-  Oczywiście.  -  River  poklepał  ojca  po  ramieniu.  -  Zejdę  na  dół, 

podzwonię  po  hotelach  i  zamówię  dla  ciebie  pokój.  Odezwij  się 

później, dobrze? Chciałbym... wszyscy chcielibyśmy wiedzieć, jak się 

Sophie czuje. 

Joe nie odpowiedział. Gdy tylko Mary wyszła z pokoju, ponownie 

skierował się do łóżka, ciągnąc za sobą składane metalowe krzesełko, 

które  postawił  u  wezgłowia.  Nie  zamierzał  się  stąd  ruszać,  dopóki 

córka nie wydobrzeje. 

River  bez  słowa  zamknął  za  sobą  drzwi  i  skręcił  w  stronę  wind. 

Nie,  nie  czuł  się  odtrącony.  Należał  do  rodziny;  Coltonowie  zawsze 

background image

traktowali go jak syna. Miał jednak świadomość, że krew jest gęstsza 

od  wody,  a  Joego  i  Sophie  łączą  więzy  krwi.  Rozumiał  to  i  potrafił 

uszanować. 

Drzwi  windy  rozsunęły  się  z  cichym  sykiem  i  ze  środka  wyłonił 

się  Chet  Wallace,  świeży  i  wypoczęty,  jakby  nie  miał  żadnych  trosk 

na  świecie.  Włosy  miał  uczesane,  policzki  ogolone,  krawat  starannie 

dobrany do koszuli i garnituru. Wyglądał tak, jakby szedł na spotkanie 

z  ważnym  klientem,  a  nie  z  wizytą  do  ciężko  pobitej  narzeczonej. 

Mijając Rivera, nawet nie skinął mu głową. 

-  Wallace!  -  warknął  River;  obróciwszy  się,  chwycił  Cheta  za 

łokieć. - Gdzieś ty był? Na porannej naradzie u swojego krawca? 

-  Słucham?  -  Narzeczony  Sophie  usiłował  strącić  rękę,  która  go 

przytrzymywała.  Bezskutecznie.  -  Czy  my  się  znamy...?  Ach,  już 

wiem! Widzieliśmy się w Hacienda del Alegria, prawda? Pracujesz na 

ranczu  Coltonów!  Tak,  tak,  przypominam  sobie  twoją  twarz.  Czy  to 

znaczy,  że  senator  z  żoną  już  dotarli?  Ja  po  wczorajszej  przygodzie 

wróciłem  do  domu  i  walnąłem  się  spać,  a  rano  wykąpałem  się, 

przebrałem... 

- Właśnie widzę. - River cofnął rękę. - Senator jest teraz u Sophie 

- dodał, ruchem głowy wskazując Wallace'owi poczekalnię dla gości. 

- Przejdźmy tam i porozmawiajmy. 

-  Wolałbym  porozmawiać  z  senatorem  -  oznajmił  Chet,  ale 

widząc,  jak  River  mruży  oczy  i  mierzy  go  lodowatym  wzrokiem, 

posłusznie ruszył we wskazanym kierunku. - Słuchaj, ty... 

background image

-  Nie,  Wallace,  to  ty  słuchaj!  -  przerwał  mu  River,  świadom,  że 

utrzymanie  nerwów  na  wodzy  będzie  wymagało  od  niego  nie  lada 

wysiłku.  To  ten  sukinsyn  po  „wczorajszej  przygodzie"  poszedł  do 

domu?  Bo  był  zmęczony?  Bo  musiał  się  przespać,  wykąpać  i 

przebrać?  Co  za  kreatura!  -  Nazywam  się  River  James  i  jestem 

przybranym  synem  Joego  i  Meredith.  Nie  muszę  się  ci  z  niczego 

tłumaczyć,  ale  mam  jedno  pytanie:  Dlaczego  pozwoliłeś  Sophie 

wracać  samej  po  nocy  do  domu?  A  może  policja  coś  przekręciła? 

Może jednak jej towarzyszyłeś? 

Chet  popatrzył  w  milczeniu  na  Rivera,  po  czym  pociągnął 

wystające  spod  marynarki  mankiety  koszuli.  Podobnie  jak  River  był 

wysoki,  ale  na  tym  kończyły  się  ich  podobieństwa.  Miał  urodę 

ładnego, zadbanego chłoptasia, który chodzi do ekskluzywnej siłowni 

i ćwiczy w dresie od znanego projektanta.  

Gest  z  poprawieniem  mankietów  miał  świadczyć  o  tym,  że  on, 

Chet  Wallace,  jest  człowiekiem  sukcesu,  a  człowiek  sukcesu  w 

garniturze za sześćset dolarów nie daje się zastraszyć. Nie daje? No to 

zobaczymy,  pomyślał  River,  nie  odrywając  oczu  od  twarzy  rywala. 

Miał ochotę chwycić go za klapy marynarki i przyłożyć mu w zęby. 

Chet  pierwszy  odwrócił  wzrok.  Sztuczna  opalenizna  na  jego 

policzkach  przybrała  odcień  różu.  Wolno  cofnął  się  o  krok,  jakby 

uświadomił  sobie,  że  River  James  jest  jak  dzikie  zwierzę  szukające 

ofiary. W odruchu samoobrony przystąpił do ataku. 

-  Słuchaj...  James,  powiadasz?  Tak?  Więc  słuchaj,  Jamesie. 

Wszystko wyjaśniłem policji. Byliśmy wczoraj z Sophie na kolacji. W 

background image

pewnym momencie ona postanowiła wrócić do domu. Dom od lokalu 

dzielą  zaledwie  cztery  przecznice.  Nie  miała  daleko.  Ja  zapłaciłem 

rachunek  i  wyszedłem  chwilę  później.  Zobaczyłem  stojącą nieopodal 

karetkę i wozy policyjne. Ruszyłem w ich stronę, żeby sprawdzić, co 

się 

dzieje. 

Zobaczyłem 

nieprzytomną 

Sophie. 

To 

ja 

ją 

zidentyfikowałem. 

- No brawo, możesz być z siebie dumny. Ale wyjaśnij mi, proszę, 

dlaczego  Sophie  sama  opuściła  restaurację?  Pokłóciliście  się? 

Sprzeczka zakochanych? 

Chet  podniósł  rękę  do  krawata  i  nerwowo  poprawił  węzeł  pod 

szyją. 

- Tak, doszło między nami do małego nieporozumienia - przyznał. 

- Ale to nie twój interes. 

-  Nie  rozumiesz,  Wallace.  Mnie  nie  interesuje,  jak  się  kłócicie: 

ładnie  czy  brzydko,  cicho  czy  głośno.  Interesuje  mnie,  dlaczego 

pozwoliłeś Sophie wracać samej do domu. 

Chet pokręcił z oburzeniem głową. 

-  Sugerujesz,  że  to  moja  wina?  Że  to  przeze  mnie  została 

napadnięta?  O nie!  Wypraszam  sobie!  To  Sophie  uznała,  że  nie  chce 

dłużej siedzieć ze mną w restauracji. To Sophie postanowiła... No co? 

Co ci się znów nie podoba? 

Spoglądając  w  podłogę,  River  potarł  skroń  i  roześmiał  się  pod 

nosem. Nie do wiary! A wydawało mu się, że zdoła odbyć tę rozmowę 

na  spokojnie,  nie  tracąc  nerwów.  Jednakże  z  takim  kretynem,  do 

którego nic nie trafia, nie sposób spokojnie rozmawiać. 

background image

- Pytasz, Wallace, co mi się nie podoba? 

River  opuścił  rękę  i  zmierzył  narzeczonego  Sophie  gniewnym 

wzrokiem.  A  potem,  zapominając  o  tym,  że  nie  jest  na  Dzikim 

Zachodzie  i  że  w  cywilizowanym  świecie  inaczej  załatwia  się 

porachunki,  zwinął  dłoń  w  pięść  i huknął  Cheta  prosto  między  oczy. 

Ten stracił równowagę i po chwili znalazł się na podłodze, trzymając 

się za krwawiący nos. 

River skinął satysfakcją głową. 

- Teraz, Wallace, wszystko mi się już podoba. 

Naciągnąwszy na czoło kapelusz, skierował się do  windy. Wcale 

nie rozpierała go radość, ale na pewno czuł się lepiej niż przed chwilą. 

Znacznie lepiej. 

 

Cały  kolejny  tydzień  Joe  Colton  spędził  w  szpitalu  przy  łóżku 

córki. Nie ucierpiały na tym liczne firmy, którymi zarządzał, głównie 

dlatego,  że  od  pewnego  czasu  i  tak  coraz  mniej  się  nimi  zajmował. 

Stopniowo  wycofywał  się  z  życia  zawodowego,  odsuwał  od  rodziny. 

Był  osowiały,  na  nic  nie  miał  ochoty.  Dopiero  wypadek  Sophie 

podziałał na niego  jak kubeł  zimnej wody.  Świadomość,  że  omal  nie 

zginęła, otrzeźwiła go, sprawiła, że postanowił się  zmienić, naprawić 

wszystko, zanim będzie za późno. 

Zastanawiał  się,  kiedy  życie  straciło  dla  niego  sens?  Kiedy 

zaczęło  się  tak  źle  dziać?  Westchnął  głośno.  Wiedział  kiedy.  Od 

śmierci  Michaela.  Przypomniał  sobie  pierwsze  słowa,  jakie  Sophie 

background image

wypowiedziała  po  obudzeniu.  Ktoś  obcy  mógłby  pomyśleć,  że  na 

skutek wstrząsu mózgu chora plecie coś bez sensu.  

Ale Joe natychmiast zorientował się, co córka chce powiedzieć, i 

aż przeszły go ciarki. Walcząc z napastnikiem, biedna Sophie myślała 

o Michaelu. O ojcu i matce. O tym, że rodzina nie przetrzyma kolejnej 

tragedii.  W  pewnym  sensie  Michael  uratował  Sophie  życie.  Tak 

należy patrzeć na to, co się stało. 

Joe  zdawał  sobie  jednak  sprawę,  że  to  nie  wystarczy,  że  musi 

dokonać  pełniejszej,  bardziej  rzetelnej  analizy.  Siedząc  przy  łóżku 

śpiącej  córki  i  ściskając  ją  za  rękę,  zrozumiał,  jak  strasznemu 

rozluźnieniu  uległy  więzy  rodzinne  Coltonów.  Od  kilku  lat  Sophie 

coraz  rzadziej  pojawiała  się  w  domu.  Zresztą  nie  tylko  ona.  Inne 

dzieci  też  przyjeżdżały  na  ranczo  od  wielkiego  święta.  Unikały 

rodziny, która właściwie rodziną już nie była. 

A przynajmniej nie była taka jak dawniej. Nie taka, jaką tworzyli 

przed  laty.  Kiedyś  on  z  Meredith  i  piątką  własnych  pociech,  do 

których  po  śmierci  Michaela  dołączyła  siódemka  przybranych 

dzieciaków, stanowili jedność, silną, zwartą grupę, gotową skoczyć za 

sobą w ogień. Kiedy to się zmieniło? Czy wszystko zaczęło się psuć z 

chwilą śmierci Michaela? 

Możliwe.  Joe  wrócił  myślami  do  przeszłości.  Mieli  z  Meredith 

pięcioro  cudownych  dzieci.  Najpierw  urodził  się  Rand.  Dwa  lata 

później  bliźniaki,  Drake  i  Michael.  Potem  Sophie.  Ostatnia  przyszła 

na świat Amber. Wiedli szczęśliwe życie. Niczego im nie brakowało. 

Joe  dorobił  się  sporego  majątku  na  ropie  i  gazie;  część  pieniędzy 

background image

zainwestował  w  stację  radiową  i  telewizyjną,  część  w  akcje 

wysokodochodowych spółek handlowych.  

Któregoś  dnia  Meredith  przekonała  go,  że  nie  warto  poświęcać: 

życia wyłącznie na pracę - czas najwyższy zrobić coś dla innych. Joe 

wystartował  więc  w  wyborach  do  senatu  i  przez  kilka  lat 

reprezentował  w  senacie  Kalifornię.  Byli  tacy  szczęśliwi.  Los  im 

nieustannie sprzyjał.  

Ale  niestety  wszystko,  co  dobre,  się  kiedyś  kończy.  Bliźniacy 

Michael i Drake  wyciągnęli rowery.  Chcieli pojeździć przed domem. 

Michaela  potrącił  pirat  drogowy.  Jedenastoletni  chłopiec  zmarł  na 

miejscu,  podczas  gdy  jego  ojciec  przebywał  w  Waszyngtonie.  A 

powinien  być  z  rodziną!  Powinien  czuwać  nad  bezpieczeństwem 

swoich dzieci! 

Z kieszeni na piersi Joe wyjął chustkę i przetarł czoło. Ciało miał 

rozgrzane,  mięśnie  napięte,  głowę  nabitą  wspomnieniami,  z  których 

część  była  przyjemna,  część  ponura.  Po  śmierci  syna  zrezygnował  z 

funkcji senatora, wrócił na ranczo i zachował się jak skończony idiota. 

Nie  dostrzegał  smutku  Meredith.  Nie  widział  rozpaczy  Dra,  który 

stracił  brata  bliźniaka,  ani  cierpienia  reszty  dzieci.  Myślał  tylko  o 

własnym bólu i własnym poczuciu winy.  

Kiedy Meredith powiedziała, że chętnie znów  zaszłaby  w ciążę - 

nie, nie chciała zastąpić Michaela, po prostu miała nadzieję, że nowe 

maleństwo pomoże im zaleczyć rany - wtedy spadło na Joego kolejne 

nieszczęście.  Okazało  się,  że  jest  bezpłodny.  Zdumiał  się:  jak  to 

możliwe?  Ale  była  to  prawda.  Zaraził  się  świnką  od  któregoś  z 

background image

maluchów  na  Hopechest  Ranch,  gdzie  mieścił  się  dom  dla 

osieroconych  dzieci.  Często  zaglądał  tam  z  Meredith.  No  i  teraz  nie 

mógł dać żonie dziecka. 

Czy  Meredith  poczuła  się  zawiedziona?  Czy  miała  do  niego 

pretensje?  Czy  wtedy  zaczęła  się  od  niego  oddalać?  Absolutnie  nie. 

Była  cudowna.  Kiedy  on  użalał  się  nad  sobą,  ona  starała  się  go 

wspierać i podtrzymywać na duchu. To Meredith uzmysłowiła mu, że 

jest  mnóstwo  dzieciaków,  które  potrzebują  domu  i  rodziny. 

Dzieciaków,  którym  oni  mogą  pomóc  i  które  im  mogą  przynieść 

ukojenie. 

Joe  uśmiechnął  się  do  swych  wspomnień.  Pamiętał,  jak  ochoczo 

Meredith  przyjmowała  pod  ich  wspólny  dach  kolejne  pokrzywdzone 

przez  los  sieroty,  dzieci  trudne,  często  zbuntowane.  Pamiętał,  jak 

obdarowywała  je  uczuciem  -  najpierw  Chance'a,  potem  Trippa, 

Rebekę,  Wyatta.  Po  nich  pojawili  się  Blake,  River  i  Emily.  A  na 

końcu  Joe  junior,  niemowlę,  które  dosłownie  zostawiono  im  na 

wycieraczce pod drzwiami. 

Emily.  Na  myśl  o  dawnych  czasach,  o  żonie  i  dzieciach,  Joe 

powoli  odzyskiwał  spokój  ducha, teraz  jednak ponownie  ogarnęła  go 

rozpacz.  Dziewięć  lat  temu  życie,  jakie  zbudowali  z  Meredith  po 

stracie  ukochanego  syna  -  na  pewno  nie  lepsze,  ale  inne,  dające  im 

obojgu mnóstwo radości i satysfakcji - znów legło w gruzach. Nic nie 

zapowiadało nieszczęścia.  

Wszystko  toczyło  się  swoim  normalnym  rytmem.  Pół  roku  po 

tym, jak Joe junior zawitał w ich domu, Meredith postanowiła zawieźć 

background image

jedenastoletnią Emily do miasta, żeby dziewczynka mogła odwiedzić 

swoją  biologiczną  babcię.  Tak,  tego  dnia  zgasło  światło  w  życiu 

Joego.  W  życiu  całej  rodziny.  Nastał  ponury  mrok.  Po  drodze 

wydarzył  się  niegroźny  wypadek  samochodowy,  choć  jeśli  chodzi  o 

wypadki,  na  ogół  wszystkie  są  groźne.  Rzadko  jest  tak,  aby  nikt  nie 

odniósł obrażeń. 

W  tym  konkretnym  wypadku  zginęła  Meredith.  Nie,  nie  umarła; 

ale  uderzenie  w  głowę  sprawiło,  że  zmieniła  się  nie  do  poznania. 

Czuła,  troskliwa  Meredith  zniknęła  na  zawsze;  jej  miejsce  zajęła 

zimna, obca kobieta. Mała Emily na swój dziecięcy sposób wyjaśniła 

wszystkim, że „dobrą mamusię" zastąpiła „zła mamusia". 

Tak  naprawdę  nie  wiadomo,  co  się  stało.  Nawet  lekarze  nie 

potrafili  zrozumieć,  dlaczego  z  pozoru  niegroźna  stłuczka  tak 

radykalnie  wpłynęła  na  zmianę  osobowości  Meredith.  Zresztą  trudno 

to nazwać zmianą. To była całkowita transformacja. Kochającą matkę 

i  żonę  zastąpiła  bezduszna,  pazerna  egoistka.  Oziębła,  okrutna 

kobieta,  która  darzyła  miłością  tylko  Joego  juniora;  resztę  dzieci 

traktowała  jak powietrze,  natomiast do  biednej  Emily  po  prostu  ziała 

nienawiścią.  

Kobieta,  która  rok  po  wypadku  zaszła  w  ciążę  i  miała  czelność 

twierdzić, że Joe jest ojcem dziecka. Mimo że od wielu miesięcy żyli 

w separacji, Joe w końcu zmiękł: pozwolił Meredith wrócić do domu i 

nawet uznał Teddy'ego  za swego syna. Ale już nic nie było takie jak 

dawniej. I nigdy nie będzie. 

- Tato? 

background image

Joe  pochylił  się  nad  Sophie,  która  wpatrywała  się  w  niego 

ślicznymi piwnymi oczami. Identyczne oczy miała Meredith. 

- Co, maleńka? 

Teraz,  gdy  już  zdrowiała,  zauważył,  że  przestała  zwracać  się  do 

niego  „tatusiu".  Ale  nie  szkodzi.  Wciąż  była  jego  ukochaną  maleńką 

córeczką. 

- Czy mama dzwoniła? Przyjedzie? 

Joego serce zakłuło. 

- Nie, kwiatuszku. Musi zostać w domu. Nie może zostawić Joego 

i Teddy'ego bez opieki. 

- Aha. - Na twarzy Sophie pojawił się wyraz rozczarowania. - Ale 

wkrótce przyjedzie, prawda, tato? Minął już tydzień... 

- Ciii, maleńka. Nie przemęczaj się.  - Delikatnie pogłaskał córkę 

po  głowie.  -  Musisz  dużo  spać  i  wypoczywać.  Niedługo 

wyzdrowiejesz i pojedziemy razem na ranczo. Dobrze? 

-  Mama  w  ogóle  nie  zamierza  mnie  odwiedzić...  -  Popatrzyła  na 

ojca z wyrzutem w oczach. - Prawda, tato? 

-  Kochanie,  wiesz,  jaka  jest  mamusia.  Nie  lubi  rozstawać  się  z 

Teddym nawet na kilka godzin... 

Sophie podniosła rękę, oczami dając ojcu znać, aby nie próbował 

matki usprawiedliwiać. 

-  Teddy,  tato,  ma  osiem  lat.  Nie  wymaga  nieustannej  opieki. 

Gdyby mama chciała, śmiało mogłaby go zostawić na dzień lub dwa. 

Ktoś  by  się  nim  zajął.  W  końcu  na  farmie  mieszka  pełno  osób... 

Zresztą  nieważne.  Dlaczego  cokolwiek  miałoby  się  nagle  zmienić? 

background image

Boże, tato. Czasem mam taką straszną ochotę zadzwonić do mamy, do 

dawnej  mamy,  i  poskarżyć  się  jej  na  tę  dziwną  osobę,  która  żyje  z 

tobą pod jednym dachem i nazywa mnie swoją córką.  

Joe  nie  wiedział,  jak  zareagować  na  te  smutne  słowa.  Z  opresji 

wybawił  go  doktor  Hardy,  który  przyszedł  usunąć  Sophie  szwy  z 

twarzy. 

-  Dzień  dobry  państwu.  -  Przystojny  lekarz  w  zielonym  fartuchu 

chirurgicznym  wzbudzał  szacunek.  -  No,  Sophie.  Dziś  ostatnia 

odsłona. Jesteś gotowa? 

Sophie ścisnęła rękę ojca. 

- Chyba tak - odparła cicho. 

-  To  dobrze.  -  Od  pielęgniarki,  która  chwilę  po  nim  weszła  do 

pokoju, wziął opakowanie zawierające parę sterylnych rękawiczek, po 

czym ponownie utkwił  wzrok w Sophie. - Pamiętaj, proszę, że to, co 

teraz  zobaczysz,  jest  jeszcze  dalekie  od  efektu  końcowego.  Wciąż 

będziesz  opuchnięta  i  posiniaczona.  Cięcie  nadal  będzie  bardzo 

wyraźne.  Czeka  nas  sporo  pracy,  zanim  wszystko  się  ładnie  zagoi. 

Mniej  więcej  za  pół  roku  umówimy  się  na  kolejną  wizytę  i  wtedy 

pokażę  ci,  co  potrafię.  Bo  nie  wiem,  czy  wiesz,  ale  jestem 

czarodziejem. Prawda, Alice? - zwrócił się do pielęgniarki. - Czary to 

moja specjalność. 

Alice  podniosła  oczy  do  nieba,  po  czym  uśmiechnęła  się 

promiennie; najwyraźniej doktor Hardy cieszył się ogromną sympatią 

personelu. 

background image

- Nie znam się na czarach, ale wiem, że panna Colton nie musi się 

niczego obawiać. Ta blizna już teraz jest prawie niewidoczna. 

-  Dziękuję,  Alice.  W  tym  tygodniu  możesz  liczyć  na  drobną 

premię.  -  Mrugnąwszy  porozumiewawczo  do  Sophie,  lekarz  pochylił 

się  nad  łóżkiem.  -  Nie  bój  się,  kochanie  -  powiedział,  widząc,  że 

Sophie  wciska  głowę  w  poduszkę.  -  To  nie  będzie  bolało.  Najpierw 

Alice  delikatnie  usunie  ci  bandaże,  a  potem  ja  przystąpię  do 

wyciągania szwów.  Kiedy skończę, będziesz mogła  wrócić do domu, 

wprawdzie  o  kulach  i  z  nogą  w  szynie,  ale  z  czasem  i  tego  się 

pozbędziesz. To co, Sophie? Zaczynamy? 

-  Tato.  -  Z  całej  siły  ścisnęła  ojca  za  rękę.  -  Obiecałeś  przynieść 

mi lusterko... 

Joe skinął w milczeniu głową. Nie był w stanie wydobyć z siebie 

głosu. Bał się tego, jak córka zareaguje na widok blizny szpecącej jej 

twarz.  Jeden  jedyny  raz,  kiedy  pozwoliła,  żeby  Chet  odwiedził  ją  w 

szpitalu,  trzymała  głowę  odwróconą  w  drugą  stronę.  Nawet  nie 

zauważyła  plastra  na  jego  nosie.  Zanim  Chet  wyszedł,  wymusiła  na 

nim  obietnicę,  że  więcej  nie  będzie  jej  odwiedzał.  Poczeka,  aż  ona 

pierwsza się z nim skontaktuje. 

Joe  nie  był  pewien,  z  czego  to  wynika.  Czy  miała  pretensje  do 

narzeczonego  i  w  głębi  duszy  winiła  go  za  to,  co  się  stało,  czy  też 

obawiała  się,  że  widok  jej poharatanej  twarzy  wywoła  w  nim  odruch 

obrzydzenia. Tak czy owak, Joe wiedział swoje: mężczyzna, który nie 

odwiedza ciężko pobitej narzeczonej, bo ona zabrania mu przychodzić 

do szpitala... Po prostu ktoś taki nie zasługuje na Sophie! 

background image

Wrócił  myślami  do  rzeczywistości,  do  niedużego  pokoju  o 

białych  ścianach,  i  ze  zdumieniem  spostrzegł  odłożone  na  bok 

bandaże,  które  wcześniej  zakrywały  ranę  na  policzku  Sophie.  Nie 

widział  twarzy  córki;  zasłaniał  ją  doktor  Hardy,  który  stał  pochylony 

nad łóżkiem, ze skupieniem usuwając szwy. 

Po  chwili  było  po  wszystkim.  Lekarz  wyprostował  się,  a  Sophie 

drżącym ze zdenerwowania głosem poprosiła o lusterko. 

- Później, maleńka - powiedział Joe. Może... 

Ale  lekarz  nie  dał  mu  dokończyć.  Wziął  lusterko  od  Alice  i 

wręczył pacjentce. 

- Tylko się nie przyzwyczajaj do swojego wyglądu, Sophie. Moim 

zdaniem,  już  teraz  wyglądasz  nieźle,  ale  to  się  jeszcze  zmieni.  Jesteś 

młoda,  cieszysz  się  doskonałym  zdrowiem,  blizna  z  dnia  na  dzień 

będzie stawała się coraz mniejsza, aż niemal całkiem zniknie. 

Trzymając  przed  sobą  lusterko,  Sophie  uniosła  rękę  do  twarzy. 

Powiodła  wolno  palcem  wzdłuż  jaskrawoczerwonej  szramy,  która 

ciągnęła się od ucha do góry, przez policzek, potem skręcała w dół, aż 

do brody. 

-  Ale  zygzak  -  szepnęła,  odkładając  lusterko.  -  Zostanie  mi  na 

twarzy  wielkie  S.  S  jak  Sophie.  S  jak  Szpetna  - dodała, przygryzając 

wargę. 

Zanim  Joe  zdążył  zareagować,  doktor  Hardy  ujął  dłoń  swojej 

pacjentki. 

-  Sophie,  popatrz  na  mnie.  -  Tym  razem  w  jego  głosie  nie  było 

śladu humoru. - Spójrz mi w  oczy i  posłuchaj uważnie. To jest tylko 

background image

blizna. Blizna, która z czasem zblednie i o której wkrótce zapomnisz. 

Nie wolno ci się z nią identyfikować. Ona nie jest częścią ciebie. Jeśli 

to  S  cokolwiek  symbolizuje,  to  raczej  twoją  niezwykłą  Siłę  i 

Samodzielność. Rozumiesz? 

Sophie skinęła głową. Po chwili doktor Hardy wraz z siostrą Alice 

opuścili pokój. 

-  Kochanie?  Pan  doktor  ma  rację  -  oznajmił  cicho  Joe.  -  Jesteś 

silna.  Wyjdziesz  z  tego  bez  szwanku.  Wynająłem  ci  do  pomocy 

pielęgniarkę. Będzie z tobą przez pięć tygodni, a kiedy lekarze usuną 

ci szynę, zabiorę cię z powrotem na ranczo. Za sześć miesięcy od dziś, 

kiedy  doktor  Hardy  dokona  swoich  czarodziejskich  sztuczek,  nie 

zostanie  ci  najmniejszy  ślad  po  bliźnie.  Będzie  tak,  jakby  napaść 

nigdy się nie zdarzyła. 

- Ale zdarzyła się, tato. - Po twarzy Sophie popłynęła wielka łza. - 

Co noc, kiedy zamykam oczy, przeżywam wszystko na nowo. A teraz, 

gdy  nie  mam  już  bandaży,  ta  paskudna  szrama  będzie  mi 

przypominała  o  tamtym  koszmarze.  -  Z  serdecznego  palca  lewej  ręki 

ściągnęła  pierścionek  z  pięknym  dużym  brylantem.  -  Weź  to  - 

poprosiła,  wciskając  ojcu  swój  pierścionek  zaręczynowy.  -  Powiedz 

Chetowi, że odezwę się do niego nie wcześniej niż za pół roku. 

-  Och,  nie,  kochanie.  Nie  rób  tego  -  sprzeciwił  się  Joe,  choć  w 

głębi duszy odetchnął z ulgą. - Chet na pewno zacznie dobijać się do 

twoich drzwi. Przecież nie pozwoli ci cierpieć w samotności. 

-  Tak  jak  dobijał  się  przez  cały  ten  tydzień,  prawda?  -  Sophie 

uśmiechnęła się smutno. - Nie, tato. To nie ma sensu. Chcę wrócić do 

background image

własnego  mieszkania,  poczekać  tam  do  czasu,  aż  lekarze  zdejmą  mi 

szynę, a potem przyjechać do ciebie na ranczo. Mogę? 

- Czy możesz? Co za pytanie! - Joe pochwycił córkę w ramiona. - 

O niczym bardziej nie marzę. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Dom.  Jeszcze  nigdy  nie  czuła  się  tak  szczęśliwa  na  jego  widok. 

Siedziała  obok  ojca  na  przednim  siedzeniu.  Prywatna  droga  ciągnęła 

się  wzdłuż  różnych  zabudowań  gospodarczych  i  kończyła  dużym 

kolistym  podjazdem,  przy  którym  stała  Hacienda  del  Alegria  -  Dom 

Radości. 

Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie rozmowy z Riverem; 

kiedyś,  przed  wieloma  laty,  opowiedział  jej  o  innym  Domu  Radości 

gdzieś  w  Newadzie,  który  w  latach  swojej  świetności uchodził  za  raj 

dla poszukiwaczy przygód i rozkoszy. Sophie oburzyła się; oznajmiła 

stanowczym tonem, że rodzice na pewno nie mieli o tym pojęcia.  

Dziesięć  minut  później  opowiedziała  o  wszystkim  Randowi, 

swemu  najstarszemu  bratu,  chichocząc  do  rozpuku,  gdy  ten 

wybałuszył  oczy,  zdumiony  informacjami,  jakie  posiada  jego  mała 

siostrzyczka.  Riverowi  nie  uszło  to  na  sucho;  miał  dużo 

nieprzyjemności.  I  słusznie,  pomyślała  Sophie,  której  Rand  zrobił 

długi  wykład  na  temat  tego,  o  czym  panienka  z  dobrego  domu  nie 

powinna mówić. Nigdy i pod żadnym pozorem. 

Podniosła  rękę,  zasłaniając  oczy  przed  jaskrawym  blaskiem 

opadającego  za  horyzont  słońca.  Samochód  wjechał  na  kolisty 

background image

podjazd przed domem. Od czasu jej ostatniej wizyty na ranczu nic się 

nie  zmieniło.  Hacienda  del  Alegria  wciąż  porażała  swym  pięknem  i 

doskonałością.  Wschodzące  słońce  oświetlało  ją  od  frontu, 

zachodzące  -  od  tyłu.  Właśnie  tam  fale  Pacyfiku  rozbijały  się  o 

położone w dole skały. 

Główna  część  domu  składała  się  z  parteru  i  piętra;  po  obu  jego 

stronach  znajdowały  się  parterowe  skrzydła.  Ze  wszystkich  okien 

rozciągały  się  wspaniałe  widoki:  na  ocean,  na  ukwiecony  ogród,  na 

porośnięty drzewami trawnik, na dziedziniec, basen i fontannę. 

Na  przestrzeni  lat  mnóstwo  osób  przewinęło  się  przez  tę 

rezydencję.  Joe  i  Meredith  zajmowali  kilka  pokoi  w  południowym 

skrzydle;  tam  też  mieściły  się  sypialnie  ich  córek.  W  skrzydle 

północnym  zamieszkiwali  chłopcy,  to  znaczy  bracia  Sophie,  Rand  i 

Drake,  oraz  jej  przybrane  rodzeństwo.  Dawniej  dom  tętnił  życiem. 

Zawsze było w nim gwarno i wesoło. Ale to się skończyło. 

-  Na  szczęście  nie  musisz  wspinać  się  nigdzie  po  schodach  - 

powiedział  Joe,  zatrzymując  samochód  i  gasząc  silnik.  -  Wprawdzie 

szynę  już  ci  zdjęto,  ale  z  laską  też  łatwiej  chodzić  po  równym.  Aha, 

maleńka, nie gniewaj się na braci, jeśli będą za tobą wołać kuternoga 

czy jakoś tak. Chłopcy często nie potrafią wyrażać swoich uczuć, ale 

oni bardzo cię kochają i strasznie się o ciebie martwili. 

Sophie zrobiła wielkie oczy. 

-  Och,  senatorze,  senatorze,  nie  przestajesz  mnie  zadziwiać  - 

rzekła  ze  śmiechem.  -  Wciąż  traktujesz  nas  jak  dzieci.  Nie 

zauważyłeś, że myśmy wszyscy dawno dorośli? 

background image

- Dla mnie zawsze pozostaniecie dziećmi. 

Joe  wyciągnął rękę, chcąc dać córce prztyczka w nos. Odwróciła 

głowę, po czym przysunęła dłoń do blizny na lewym policzku. 

- Maleńka... 

- Nie, tato. - W jej głosie słychać było napięcie. 

Przez  ostatnie  trzydzieści  kilometrów  wierciła  się  nerwowo  na 

siedzeniu. Bała się powrotu na ranczo, tego, jak ją rodzina powita i jak 

zareaguje na widok jej pociętej twarzy.  

- Chodźmy do środka, dobrze? 

Zostawiwszy  walizkę  w  bagażniku,  Joe  obszedł  pośpiesznie 

maskę  i  otworzył  drzwiczki  od  strony  pasażera.  Pomógł  Sophie 

wysiąść,  po  czym  wolno  ruszyli  przed  siebie.  Na  werandzie  przed 

domem  stała  gosposia  Inez  Ramirez;  na  jej  szerokiej,  sympatycznej 

twarzy gościł wielki, przyjazny uśmiech. 

- Witamy w domu, panno Sophie. 

Gosposia  rozpostarła  ramiona  i  niemal  zmiażdżyła  Sophie  w 

uścisku.  Po  chwili  Sophie  przeszła  do  ogromnego,  urządzonego  ze 

smakiem salonu, w którym zwykle zbierała się rodzina. Był pusty. 

- Tato? 

Popatrzyła niepewnie na ojca, który ruchem głowy wskazał drzwi 

balkonowe  prowadzące  na  wewnętrzny  dziedziniec.  Obejrzawszy  się 

za siebie, Sophie zobaczyła swoją matkę. Meredith Colton opalała się 

nad  basenem,  ubrana  w  obcisły  staniczek  i  krótką  wzorzystą 

spódniczkę; ciemne okulary przeciwsłoneczne zasłaniały jej oczy. 

background image

-  Pójdę  po  nią  -  powiedział  Joe,  ale  Sophie  powstrzymała  ojca  i 

sama skierowała  się  ku drzwiom.  -  Kochanie, mama nie  wiedziała,  o 

której przyjedziemy! - zawołał za córką. 

Przeklinając  pod  nosem,  odwrócił  się  tyłem  do  wyciągniętej  na 

leżaku  żony.  Nie  chciał  obserwować  przykrej  sceny,  do  której  -  jak 

podejrzewał - musi dojść. 

Sophie,  kuśtykając,  zeszła  po  schodkach  i  minęła  fontannę.  Nie 

zwracała uwagi na urokliwy dziedziniec pełen kwiatów i krzewów, na 

śpiew ptaków, na cudowny zapach pąków. Wpatrywała się w matkę, z 

którą rozmawiała tylko raz w trakcie ostatnich sześciu tygodni i która 

nie miała ani czasu, ani ochoty, aby odwiedzić ją w San Francisco. 

Przystanąwszy  obok  leżaka,  w  milczeniu  spoglądała  na  kobietę, 

która nauczyła ją wiązać sznurowadła; która śmiała się wesoło, kiedy 

ona, 

Sophie, 

przymierzała 

specjalnie 

usztywniony 

stanik 

przeznaczony dla dziewcząt uprawiających sporty; i która upięła córce 

włosy  w  fantazyjny kok, kiedy ta wybierała się na bal maturalny. Na 

kobietę,  która  całowała  jej  skaleczenia,  mówiąc,  że  od  pocałunków 

rany  szybciej  się  goją;  która  na  święto  Halloween  uszyła  jej  strój 

księżniczki Lei z „Gwiezdnych wojen" i która ocierała córce łzy, gdy 

ta  szlochała,  niepocieszona,  że  River  James  jest  takim  podłym, 

wstrętnym chłopaczyskiem. 

Kim  jesteś?  -  spytała  w  duchu  Sophie,  nie  odrywając  oczu  od 

wysmarowanej kremem kobiety o czerwonych paznokciach i idealnie 

przystrzyżonej fryzurze. Na stoliku obok stała szklanka z martini. Kim 

background image

jesteś?  -  powtórzyła.  Bo  na  pewno  nie  moją  matką.  Nie  możesz  nią 

być. Ona była zupełnie inna. 

- Dzień dobry, mamo - powiedziała na głos, gdy Meredith Colton 

nie zareagowała na jej obecność. - Wróciłam do domu. 

Meredith  podsunęła  okulary  wyżej,  nad  czoło,  po  czym  spuściła 

nogi  na  ziemię  i  wstała.  Oczy  miała  identyczne  jak  córka:  duże, 

piwne. 

- Istotnie - rzekła, mierząc Sophie wzrokiem. Po chwili wskazała 

na laskę, którą ta się podpierała. - Długo będziesz tego używała? Nie 

mogłaś znaleźć jakiejś ładniejszej? Ta jest strasznie... toporna. 

- Tak, mamo, ja też się cieszę, że w końcu cię widzę. 

Sophie  usiadła  na  sąsiednim  leżaku.  Nie  miała  siły  robić  dobrej 

miny  do  złej  gry.  Pochyliła  głowę,  tak  by  włosy  zasłaniały  jej  lewy 

policzek. 

- Och, nie bądź dzieckiem! - fuknęła Meredith. Wyciągnęła się z 

powrotem  na  leżaku  i  sięgnęła  po  martini.  -  Czyżbyś  zapomniała,  że 

masz  dwadzieścia  siedem  lat?  Byłaś  dostatecznie  dorosła,  żeby 

wyjechać  do  San  Francisco  i  rozpocząć  samodzielne  życie.  Chciałaś 

być wolna, niezależna, chciałaś decydować o własnym losie. Okazuje 

się  jednak,  że  ta  niezależność  jest  na  pokaz.  Wystarczy,  że  jakiś 

bandzior staje ci na drodze, a ty wpadasz w panikę, wołasz na pomoc 

swojego kochanego tatusia i traktujesz go jak niańkę. 

Sophie,  zszokowana  słowami  matki,  podniosła  głowę.  Nagle  z 

przerażeniem  spostrzegła,  jak  ta  wytrzeszcza  oczy.  Czym  prędzej 

background image

przytknęła  rękę  do  rozciętego  policzka,  ale  było  za  późno.  Matka 

zdążyła przyjrzeć się bliźnie. 

-  Nie  jest  najgorzej?  Blizna  ładnie  się  zrasta?  -  Matka  skrzywiła 

się z niesmakiem. - Boże, twój ojciec chyba zwariował! Gdzie on ma 

oczy?  Moje  biedne  dziecko.  Jak  ty  sobie  poradzisz  w  życiu,  tak 

strasznie  oszpecona?  Ojciec  wspomniał,  że  zerwałaś  z  Chetem.  To 

niezbyt  rozsądne  posunięcie,  bo  z  tak  szkaradną  twarzą  niełatwo  ci 

będzie  znaleźć  męża.  Uważam,  że  powinnaś  czym  prędzej...  Co 

robisz?  Przecież  mówię  do  ciebie!  Jak  śmiesz  odchodzić?  Jestem 

twoją matką! Należy mi się szacunek! 

Ale Sophie nie słuchała. Poderwawszy się  z leżaka, kuśtykała do 

domu, zastanawiając się, co też jej strzeliło do głowy, aby przyjeżdżać 

na  ranczo.  Ktoś  kiedyś  powiedział,  że  udane  powroty  w  rodzinne 

strony  są  niemożliwe.  Przekonała  się  o  tym  na  własnej  skórze. 

Hacienda del Alegria. Dom Radości? Nie. Wiedziała, że radości tu już 

nie zazna. 

River  udał  się  do  stajni.  Chwilę  wcześniej  widział  jadący  drogą 

samochód,  a  w  nim  siedzącą  obok  Joego  Sophie  Colton.  A  zatem 

wróciła  -  podleczona,  lecz  jeszcze  nie  całkiem  zdrowa.  Wróciła,  aby 

na ranczu, w ciszy i spokoju, wylizać się z ran, bardziej psychicznych 

niż fizycznych. Na serdecznym palcu jej lewej ręki już nie połyskiwał 

wspaniały brylant. 

Zerwane zaręczymy cieszyły go, ale oczywiście nie zamierzał nic 

w  tej  sprawie  czynić.  Zresztą  może  to  było  chwilowe  zerwanie,  nie 

przemyślana  decyzja  podjęta  pod  wpływem  strachu  i  szoku.  Joe 

background image

mówił mu, jak bardzo Sophie jest przewrażliwiona na punkcie blizny: 

nie  dostrzega,  że  z  każdym  dniem  szrama  staje  się  coraz  mniej 

widoczna.  

Gdyby nikt się nie krzywił, nie wspominał o szramie na policzku, 

przypuszczalnie  przestałaby  się  jej  wstydzić.  Zaczęłaby  myśleć  o 

przyszłości, o dniu, w którym doktor Hardy zlikwiduje wszelkie ślady 

przypominające jej o tamtym koszmarnym wydarzeniu. Tym bardziej, 

że  kolano  miała  już  całkiem  sprawne.  Niby  trochę  jeszcze  kuśtykała, 

ale nie musiała chodzić o kulach; wystarczyła zwykła laska. 

W  San  Francisco  od  samego  początku  była  poddawana 

rehabilitacji. Teraz po zdjęciu szyny musiała kontynuować ćwiczenia, 

aby odbudować mięśnie, które zanikły  z braku ruchu. Najważniejsze, 

powtarzał  w  duchu  River,  że  Sophie  żyje.  Że  wraca  do  zdrowia.  Z 

każdym  dniem  będzie  się  czuła  coraz  lepiej.  Rodzina  się  nią 

zaopiekuję.  Zrobi  wszystko,  aby  niczego  jej  nie  brakowało.  Wkrótce 

znów będzie taka jak dawniej: ufna, wesoła, roześmiana. 

Wynajdował  sobie  najróżniejsze  zajęcia,  żeby  jak  najdłużej  nie 

opuszczać  stajni.  Nie  chciał  iść  do  domu.  Bał  się.  Korciło  go,  aby 

zjeść  kolację  z  pracownikami  zamiast  z  rodziną.  Nikt  by  się  nie 

zdziwił, bo często tak robił. 

-  Tchórz  -  mruknął  pod  nosem,  odwieszając  na  miejsce  uzdę.  - 

Czego się, stary, obawiasz? Że nakrzyczy na ciebie? - Pokręcił głową i 

westchnął głośno. - Czy że cię nie zauważy? 

Tak,  właśnie  tego.  Że  Sophie  nie  zwróci  na  niego  uwagi,  albo 

jeszcze  gorzej:  że  potraktuje  go  tak  samo  jak  swoje  rodzeństwo.  Że 

background image

będzie  miła,  uprzejma,  szczęśliwa,  że  go  widzi,  ale  nic  poza  tym.  A 

przecież  tak  wiele  ich  łączyło.  Byli  sobie  tacy  bliscy.  Przed  laty  nie 

poradziłby sobie bez niej. Nie przetrwałby. Doskonale zdawał sobie z 

tego sprawę. 

Przybył  na  ranczo  jako  zbuntowany  nastolatek;  jednego  dnia  był 

porywczy,  zapalczywy,  innego  smutny  i  przygnębiony.  Nienawiść, 

złość,  rozpacz  -  popadał  z  jednego  stanu  w  drugi.  Wściekał  się  na 

każdego,  kto  próbował  wyciągnąć  do  niego  rękę.  Dopiero  wiele  lat 

później zrozumiał, że kierował nim strach. Otaczał się murem; nikogo 

do siebie nie dopuszczał z obawy, że znów zostanie porzucony. 

Z  dzieciństwa  pamiętał  miłość  matki  oraz  jawną  niechęć  ojca. 

Matka opuściła go, kiedy miał sześć lat; zmarła podczas porodu. Jego 

małą siostrzyczką, Cheyenne, zaopiekowała się mieszkająca na terenie 

rezerwatu  babka.  W  rezerwacie  pozostał  również  starszy  brat  i 

obrońca Rivera, Rafe, z którym ojciec nie potrafił sobie radzić. Ale z 

Riverem  potrafił.  Sześcioletniego  chłopca  można  było  zagonić  do 

pracy,  można  było  mu  rozkazywać.  Rafe  natomiast  buntował  się, 

odszczekiwał, więc ojciec porzucił go jak psa. 

Z chwilą, gdy matka umarła, a Rafe'a i Cheyenne ojciec oddał do 

rezerwatu, w życiu Rivera zgasło światło. Nikt go nie kochał. Śmiech 

matki  zastąpiły  klapsy  wymierzane  przez  pijanego  ojca.  Do  szkoły 

River chodził wtedy, gdy ojciec spał pijany na kanapie i nie mógł go 

powstrzymać.  W  tejże  szkole,  kiedy  miał  dziewięć  lat,  jeden  z 

nauczycieli  zauważył  sińce  znaczące  jego  chude  ciało.  Pozbawiono 

ojca praw rodzicielskich i odebrano mu syna.  

background image

River  trafił  do  Hopechest  Ranch,  wielkiego  domu  na  wielkim 

ranczu,  gdzie  sieroty  i  dzieci  z  rozbitych  rodzin  znajdowały 

bezpieczną  przystań.  Nie  cierpiał  tego  miejsca.  Nienawidził,  kiedy 

okazywano  mu  dobroć,  kiedy  troszczono  się  o  niego,  kiedy 

zapewniano  go,  że  niczego  nie  musi  się  lękać.  Co  oni  wiedzieli,  ci 

jego szlachetni wybawcy i dobroczyńcy? Był sam; nie miał nikogo na 

całym  świecie.  Mama  nie  żyła,  dziadkowie  mieszkający  na  terenie 

rezerwatu  nie  chcieli  go  do  siebie  przyjąć,  ojciec  większość  czasu 

leżał nieprzytomny. 

Chłopiec  najchętniej  przebywał  wśród  koni.  Na  pomysł 

wykorzystania  koni  do  pomocy  nieszczęśliwym  dzieciom  wpadł  Joe 

Colton.  Uważał,  że  opiekując  się  zwierzętami,  dzieci  uczą  się 

odpowiedzialności,  a  także  mają  na  kogo  przelać  uczucia.  Tak  to  się 

zaczęło.  Poznali  się  w  stajni:  River  James,  zbuntowany  nastolatek 

będący  półkrwi  Indianinem,  oraz  senator  Joseph  Colton,  człowiek 

bogaty, uparty, pomijający milczeniem okazywaną mu wrogość, który 

w  końcu  przełamał  nieufność  chłopaka  i  zaproponował  mu  pokój  w 

swoim domu. 

Oboje, i Joe, i Meredith, starali się jak mogli. Podobnie jak reszta 

Coltonów.  Ale  River  trzymał  się  na  uboczu; nie  reagował  na  wyrazy 

sympatii,  chadzał  własnymi  drogami,  opuszczał  lekcje  w  szkole,  a 

większość  czasu  spędzał  w  stajni.  Mieszkańcy  Hacienda  del  Alegria 

nie  żyli  z  pracy  na  roli,  ale  Joe  Colton  hodował  konie  i  to  Riverowi 

wystarczało do szczęścia. 

background image

Największy problem miał z Sophie Colton. Smarkula uczepiła się 

go jak rzep psiego ogona; wszędzie za nim łaziła. Robił, co mógł, by 

się jej pozbyć; chował się przed nią, ignorował ją, wyzywał. Dawał jej 

do  zrozumienia,  że  nie  życzy  sobie  jej  towarzystwa.  Nie  odnosiło  to 

żadnego skutku.  

W  owym  czasie  Sophie  była  niezbyt  atrakcyjną  dziewczynką. 

Chuda  jak  patyk,  ze  srebrnym  aparatem  na  zębach,  uczesana  w 

kucyki. W dodatku wszystko ją interesowało.  Do szału doprowadzała 

go  swoimi  pytaniami:  Kiedy?  Dlaczego?  Jak  to  zrobiłeś?  Mogę  się 

teraz przejechać, co? Miał ochotę ją udusić. Denerwował go jej upór i 

nieustępliwość. 

Ale  w  końcu  zrozumiał,  że  Sophie  jest  wyjątkowa.  Wszyscy 

Coltonowie  byli  wyjątkowymi  ludźmi,  lecz  Sophie  odstawała  od 

rodziny.  Dotychczas  nie  spotkał  nikogo  o  tak  wielkim  i  pojemnym 

sercu.  Nie  zważając  na  jego  fochy,  gniew  czy  pretensje,  cierpliwie 

drążyła  tunel  w  murze,  którym  się  osaczał.  Kiedy  wreszcie  się 

przebiła, zostali przyjaciółmi. Więcej, stali się nierozłączni. 

A  potem  ta  głupia  smarkula  weszła  w  okres  dojrzewania  i 

wszystko  musiała  zepsuć!  Zaczęła  patrzeć  na  niego  nie  jak  na 

przyjaciela, lecz jak na chłopaka. Wmówiła sobie, że jest jej pierwszą 

miłością.  Nie  było  mu  łatwo,  zwłaszcza  że  w  nim  też  kiełkowało 

uczucie; pragnął tulić Sophie do siebie, wraz z nią poznawać rozkosze 

miłości.  Postąpił  jak  kretyn,  kiedy  zgodził  się  towarzyszyć  jej  na  bal 

maturalny; jak kretyn do potęgi, kiedy ją pocałował. 

background image

Po  maturze  Sophie  wyjechała.  Pamiętał  jej  wielkie  piwne  oczy, 

które wypełniły się łzami, kiedy powiedział jej, żeby dorosła i dała mu 

święty spokój. Powinien był wtedy spakować manatki, pożegnać się z 

Coltonami  i  też  opuścić  ranczo.  Był  już  pełnoletni.  Nic  go  nie 

trzymało  w  Hacienda  del  Alegria;  mógł  decydować  o  swoim  losie. 

Ale  wtedy  wydarzyła  się  ta  sprawa  z  Meredith,  a  niedługo  później 

małżonkowie  postanowili  żyć  w  separacji.  Joe  popadł  w  depresję, 

która trwała już ponad dziewięć lat. 

River  nie  mógł  porzucić  człowieka,  któremu  tak  wiele 

zawdzięczał.  Został  więc  i  zajął  się  rozbudowywaniem  stadniny. 

Wieść  szybko  się  rozniosła.  Słysząc  o  jego  zdolnościach,  farmerzy  z 

odległych  stron,  z  Kolorado,  z  Teksasu,  oferowali  mu  pracę.  Nie  był 

zainteresowany.  

Mieszkał z Joem i czekał na powrót Sophie, choć dobrze wiedział, 

że dziewczyna nie wróci w rodzinne strony. Po pierwsze, miała w San 

Francisco  świetną  pracę.  Po  drugie,  na  jej  palcu  połyskiwał 

pierścionek  zaręczynowy.  Po  trzecie,  nie  kusiła  jej  duszna,  ponura 

atmosfera, jaka panowała w domu, w którym przeżyła najszczęśliwsze 

lata swojego życia. 

- River? Jesteś tu? 

Wyłonił się z siodłami i ruszył w stronę ojca, który stał na środku 

stajni, przybity i jakiś zagubiony. 

-  Senatorze?  Czy  wszystko  w  porządku?  Widziałem,  jak 

podjeżdżacie z Sophie pod dom... 

background image

Z  niedużej  lodówki  wydobył  dwie  puszki  napoju  gazowanego. 

Wręczywszy jedną Joemu, skinął na drzwi. Na lewo od  wyjścia stała 

wąska drewniana ławka, na której usiedli. 

- Joe? Mówiłeś, że Sophie czuje się dobrze. Że... 

Joe machnął ręką. 

-  Nie,  nie  w  tym  problem.  Sophie  rzeczywiście  szybko  wraca do 

zdrowia. Lekarze pieją z zachwytu, wszyscy co do jednego. Cieszą się 

też,  że  trzy  razy  w  tygodniu  będziesz  ją  woził  do  Prosperino  na 

fizykoterapię. Więc... 

-  Chodzi  o  Meredith,  tak?  -  spytał  River.  -  Powiedz.  Co  znów 

zrobiła? 

Nie  mogąc  usiedzieć  w  miejscu,  Joe  wstał  i  zaczął  wydeptywać 

ścieżkę przed ławką. 

-  Nic  -  odparł.  -  Dosłownie  nic,  czym  sprawiła  Sophie  ogromną 

przykrość.  A  kiedy  w  końcu  zareagowała  na  jej  powrót,  sprawiła  jej 

jeszcze  większą  przykrość.  Teraz  biedna  Sophie  siedzi  w  swoim 

pokoju, wypłakując oczy. 

- Sophie płacze? Dlaczego? 

River zgniótł puszkę, zapominając o tym, że nie jest jeszcze pusta, 

po czym cisnął ją do stojącego nieopodal kosza. Joe ponownie usiadł, 

zgarbił ramiona, zacisnął ręce. 

-  Meredith  nie  wypatrywała  naszego  powrotu;  nawet  nie 

pofatygowała  się  do  pokoju,  kiedy  przyjechaliśmy.  Gdy  Sophie 

wyszła na patio, żeby przywitać się z matką, Inez powiedziała mi, że 

zawiadomiła  Meredith  o  naszym  przybyciu.  Meredith  nie  raczyła 

background image

podnieść  się  z  leżaka.  Na  dzień  dobry  poinformowała  córkę,  że  ma 

ohydną  laskę  i  paskudną  bliznę  na  twarzy.  Potem  dodała,  że...  że 

zachowała się głupio, zrywając zaręczyny z Chetem. Bo z taką twarzą 

na pewno nie znajdzie sobie męża. 

River  zaklął  pod nosem,  po  czym  westchnął  głęboko.  To  było  w 

stylu  Meredith.  Zawsze  mówiła  to,  co  jej  ślina  przyniosła  na  język. 

Nikim  się  nie  przejmowała.  Myślała  wyłącznie  o  sobie,  o  Joem 

juniorze  i  o  Teddym.  Reszta  rodziny  służyła  temu,  by  miała  na  kim 

ostrzyć pazury. 

- I co teraz? 

Joe Colton wzruszył ramionami. 

-  Nie  wiem,  synu.  Sophie  i  tak  była  przeczulona  na  punkcie  tej 

blizny. Miałem nadzieję, że tu zapomni o koszmarze, który przeżyła, i 

odzyska  spokój.  Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  Meredith...  że  jej 

własna  matka...  Szlag  by  to  trafił.  Powiedz,  River,  co  się  z  nami 

dzieje?  Kiedyś  byliśmy  tacy  szczęśliwi.  Dlaczego  los  się  od  nas 

odwrócił? 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Sophie  uciekła  od  matki  i  pobiegła,  a  raczej  pokuśtykała,  do 

swojego  dawnego  pokoju.  Tam  rzuciła  się  na  łóżko  i  wybuchnęła 

płaczem.  Gwałtowny  szloch  wstrząsał  jej  ciałem.  Ostatni  raz  wylała 

tyle  łez  jakieś  dziesięć  lat  temu.  A  dokładnie  tego  wieczoru,  kiedy 

River ją odtrącił. 

background image

Nie  potrafiła  zrozumieć  zachowania  matki.  Zimna,  nieczuła 

postawa Meredith zabolała ją bardziej niż rany, które napastnik zadał 

jej  nożem.  Tym  razem  Sophie  załamała  się.  Wcześniej  robiła  dobrą 

minę  do  złej  gry.  Odkąd  przestała  dostawać  środki  znieczulające  i 

miała  nad  sobą  większą  kontrolę,  starała  się  nie  okazywać  słabości. 

Nie  chciała,  aby  ojciec  widział,  jak  bardzo  się  boi,  jaka  czuje  się 

brudna i upodlona. 

Próbowała  ojca  chronić.  Wiedziała,  w  jak  kiepskim  stanie 

psychicznym  znajduje  się  Joe.  Siedząc przy  jej  łóżku  i  słuchając,  jak 

ona,  Sophie,  odpowiada  na  szczegółowe  pytania  policji,  stale  czynił 

sobie  wyrzuty,  że  swojej  ukochanej  córce  nie  zdołał  zapewnić 

bezpieczeństwa.  Przez  dwa  tygodnie  nie  odstępował  jej  na  krok. 

Pierwszy  tydzień  spędził  z  nią  w  szpitalu,  drugi  w  jej  małym 

mieszkanku.  Skakał  wokół  niej,  spełniał  wszystkie  jej  życzenia, 

sprzątał,  gotował,  troszczył  się  o  nią,  słowem  był  najwspanialszym 

ojcem, a zarazem najczulszą matką. 

W  San  Francisco  Sophie  dzielnie  się  trzymała.  Nie  zalała  się 

łzami  nawet  wtedy,  gdy  uzmysłowiła  sobie,  że  Chet  poważnie 

potraktował  to,  co  powiedziała,  mianowicie,  aby  nie  pokazywał  się 

przez  pół  roku.  I  faktycznie,  ani  razu  nie  zadzwonił,  ani  razu  nie 

zastukał do drzwi, żądając, by go wpuściła. Owszem, przysłał kartkę z 

życzeniami  powrotu  do  zdrowia;  do  kartki  dołączył  list,  w  którym 

napisał, że ją kocha i czeka, aż „odzyska rozum". 

Zabolały  ją  te  słowa.  Aż  odzyska  rozum?  Czyli  co?  Czy  Chet 

uważa,  że  go  postradała?  Czy  naprawdę  nic  nie  rozumie?  Czy  nikt 

background image

niczego  nie  zrozumiał?  Straciła  znacznie  więcej.  Odwagę.  Pewność 

siebie.  

Kiedy  ojciec  wszedł  do  pokoju  i  zagarnął  ją  w  ramiona, 

powiedziała  mu,  co  mówiła  Meredith.  Niepotrzebnie.  Powinna  była 

zachować  to  dla  siebie;  ojciec  miał  dość  własnych  zmartwień.  Ale 

słowa  matki  tak  bardzo  nią  wstrząsnęły,  że  nie  potrafiła  przejść  nad 

nimi  do  porządku  dziennego.  Rodzona  matka  patrzyła  na  nią  ze 

wstrętem!  W  córce  widziała  tylko  szpetną  kreaturę,  człowieka 

przegranego, bez szans. 

-  Posłuchaj,  maleńka.  -  W  głosie  ojca  pobrzmiewał  smutek.  - 

Mama  jest  chora  od  czasu  tamtego  wypadku.  Coś  się  wtedy  musiało 

stać.  Coś  dziwnego,  co  ją  zupełnie  odmieniło.  Staraj  się  pamiętać  ją 

taką, jaką była dawniej, dobrze? Ona nas kiedyś bardzo kochała. 

Po tych słowach Sophie wzięła się w garść. Nie mogła znieść tonu 

porażki  w  głosie  ojca,  tonu  głębokiego  smutku,  który  niszczył  go  od 

dziewięciu lat. Przytuliwszy się do Joego, pocałowała go w policzek i 

obiecała  pozbyć  się  złych  wspomnień,  a  pamiętać  tylko  najlepsze. 

Potem długo rozmawiali na temat ćwiczeń i fizykoterapii, którą miała 

rozpocząć  za  kilka  dni  w  Prosperino,  a  także  o  czekającej  ją  za  pięć 

miesięcy operacji, która zlikwiduje pozostałości blizny. Sophie kiwała 

głową,  potakiwała,  zapewniała  ojca,  że  czuje  się  doskonale;  tak, 

ćwiczenia pomogą, a blizna całkiem zniknie.  

Potem  Joe  wstał  z  łóżka  i  powłócząc  nogami,  ruszył  do  drzwi. 

Obserwując  tego  wielkiego,  silnego  mężczyznę,  który  coraz  bardziej 

pogrążał się w rozpaczy, Sophie zawstydziła się swojej powziętej pod 

background image

wpływem  impulsu  decyzji,  aby  wrócić  do  San  Francisco.  Jakżeby 

mogła opuścić ojca? Jak mogła przez tyle czasu żyć własnym życiem, 

z dala od bliskich? Co ją powstrzymywało przed powrotem do domu? 

Czyżby  niechęć  do  Meredith?  Niewykluczone.  Wiedziała  jednak,  że 

jest również inny powód.  

River. 

Szedł  teraz  w  jej  stronę,  trzymając  ręce  w  kieszeniach  spodni,  z 

nisko pochyloną głową, z twarzą przysłoniętą beżowym kapeluszem, z 

którym  rzadko  się  rozstawał.  Czubkiem  kowbojskiego  buta  kopnął 

leżący na drodze kamyk. Był jak samotny wilk, który wyrusza nocą na 

łowy.  

Przyglądając mu się, Sophie czuła dziwny ucisk w żołądku. River 

nie  widzi  jej,  to  dobrze.  Nie  spuszczała  z  niego  oczu.  Był  wysoki, 

umięśniony, szeroki w ramionach, szczupły w biodrach, długonogi, w 

jasnych  dżinsach. Ruchy  miał  sprężyste,  pełne  zwierzęcego  wdzięku. 

Gdy  była  nastolatką,  zachwycały  ją  jego  włosy,  długie  do  ramion, 

proste,  czarne  jak  noc,  śniada  twarz  o  nieco  posępnym  spojrzeniu, 

lśniące  zielone  oczy  oraz  tajemnicze  bruzdy,  które  przecinały  mu 

policzki,  kiedy  się  uśmiechał.  Choć  musiała  przyznać,  że  uśmiech 

rzadko gościł na jego ustach. 

W  owym  czasie  River  ciągle  pojawiał  się  w  jej  snach. 

Nieokiełznany  egzotyczny  buntownik  zrodzony  z  matki  Indianki  i 

ojca  pijaka,  który  -  na  szczęście  bezskutecznie  -  próbował  go  sobie 

podporządkować  i  zniszczyć.  Dzikus,  samotnik.  Jedyny  człowiek  na 

ranczu,  który  nie  pokochał  jej  od  pierwszego  wejrzenia,  który  nie 

background image

uważał,  że  ona  jest  pępkiem  świata,  i  który  nie  zamierzał  stawać  na 

głowie, by tylko sprawić jej przyjemność. 

Sophie,  która  uwielbiała  słońce,  jasność  i  pogodę,  była 

zafascynowana  jego  mroczną  tajemniczością.  River  rozmawiał  z 

końmi; szeptał do nich czule, a one go słuchały. Zawsze miał własne 

zdanie,  przy  którym  twardo  obstawał;  jako  jedyny  spośród  całej 

rodziny  potrafił  sprzeciwić  się  Joemu.  Nie  bał  się  nikogo  i  niczego. 

Był wspaniały - dziki i nieustraszony.  

Wtedy,  przed  laty,  dałaby  wszystko  za  jeden  jego  uśmiech,  za 

słowo  pochwały,  za  to,  by  River  ją  dostrzegł,  by  z  nią  porozmawiał, 

by  się  przed  nią  nie  zamykał.  Tak,  Sophie  wiedziała,  że  nie  tylko 

dziwne przeobrażenie, jakiemu podczas jej pobytu na studiach uległa 

Meredith,  oraz  wiążące  się  z  tym  zmiany  w  życiu  całej  rodziny 

powstrzymywały  ją  przed  powrotem  na  ranczo.  Prawdopodobnie 

najważniejszy wpływ na jej decyzję o wyjeździe z domu i pozostaniu 

w San Francisco miało to, że River ją odtrącił. 

We  wszystkim,  co  robiła  od  tamtego  wieczoru,  przyświecał  jej 

jeden  cel:  zemścić  się  na  Riverze,  sprawić  mu  ból.  Dlatego  wybrała 

taką,  a  nie  inną  karierę.  I  dlatego  przyjęła  oświadczyny  Cheta 

Wallace'a,  który  stanowił  całkowite  przeciwieństwo  Rivera  Jamesa. 

River i Chet różnili się nie tylko charakterem, ale nawet strojem. Chet 

nosił  eleganckie  trzyczęściowe  garnitury,  koszule,  krawaty;  zupełnie 

nie wyobrażała go sobie w dżinsach, skórzanej kurtce i nasuniętym na 

czoło starym kapeluszu. 

background image

River  okazał  się  człowiekiem  silnym  psychicznie.  Pozostając  na 

ranczu, przeżył wiele szczęśliwych chwil. Udało mu się wyzwolić od 

ponurej  przeszłości.  Nigdy  nie  krył,  że  pragnie  odwdzięczyć  się 

Coltonom  za  ich  dobroć,  za  to,  że  przyjęli  go  pod  swoje  opiekuńcze 

skrzydła i wyprowadzili na ludzi. 

Nagle  uniósł  głowę  i  zauważył  Sophie  siedzącą  na  ławce. 

Zaskoczony,  na  moment  przystanął,  po  czym  uśmiechając  się, 

swobodnym,  leniwym  krokiem  podszedł  bliżej.  Przesunęła  się  w 

lewo,  robiąc  mu  miejsce  po prawej  stronie, tak by  nie  widział  blizny 

na  jej  lewym  policzku.  Oczywiście  w  panującym  na  zewnątrz 

półmroku  niczego  nie  zdołałby  dojrzeć,  ale  czuła  się  lepiej,  wiedząc, 

że blizna jest poza zasięgiem jego wzroku. 

- Witaj w domu, Sophie - powiedział, siadając. 

Głos  miał  niski  i  niezwykle  kojący.  Właśnie  takim  głosem, 

cichym  i  spokojnym,  przemawiał  do  wystraszonych  koni.  I  takim 

przed  laty  opowiadał  jej  wspaniałe  historie  o  Indianach  i  życiu,  jakie 

wiedli, zanim na zamieszkanych przez nich ziemiach pojawili się biali 

ludzie. 

Odpowiedziała mu skinieniem głowy. Nie była w stanie wydobyć 

z  siebie  słowa.  W  ustach  jej  zaschło.  Raptem  w  nozdrza  uderzył  ją 

zapach  mydła,  zapach  kremu  do  golenia  i  jeszcze  czegoś,  czego  nie 

potrafiła rozpoznać. 

- Wszyscy czekali na ciebie z kolacją - oznajmił. 

Oparł się o ścianę stajni i wyciągnął przed siebie nogi. 

background image

- Uprzedziłam ojca, że nie przyjdę - wyjaśniła. - I prosiłam  Inez, 

żeby  zostawiła  mi  coś  na  później  w  lodówce.  Na  wypadek,  gdybym 

poczuła  się  głodna.  Powiedz,  Riv,  dlaczego  mnie  wtedy  odtrąciłeś? 

Dlaczego kazałeś mi wyjechać? 

Dopiero  gdy  wypowiedziała  te  słowa,  przeraziła  się,  ale  było  już 

za  późno.  Boże,  co  też  jej  strzeliło  do  głowy?  Chyba  zwariowała! 

Dlaczego nie ugryzła się w język? 

Nie  oburzył  się  ani  nie  zdziwił.  Popatrzył  na  nią  tak,  jakby  od 

dawna spodziewał się tego pytania, jakby czekał na nie od dziesięciu 

lat. 

- Bo nadszedł odpowiedni czas - odparł. Zdjął kapelusz i położył 

go obok na ławce. - Nadszedł czas, abyś dorosła, abyś poznała świat, 

abyś  przekonała  się,  jaka  naprawdę  jest  Sophie  Colton  i  co  chce  w 

życiu osiągnąć. - Przyjrzał się jej w ciemnościach. - I co? Udało ci się 

poznać siebie? Poznać i polubić? 

- Wiesz, to dość skomplikowane - przyznała. -  Lubiłam się, póki 

ziałam nienawiścią do ciebie. 

Roześmiał się cicho. 

- Cała Sophie! Zawsze chciałaś być górą. 

- To prawda. Pamiętasz? Pragnęłam zawojować cały świat. 

-  Zawojować?  Raczej  chciałaś  rządzić  światem  -  poprawił  ją 

River.  -  Na  brak  ambicji  nie  mogłaś  narzekać.  Chciałaś  rządzić 

światem,  odbyć  podróż  na  Marsa,  wynaleźć  lekarstwo  na  raka, 

opracować  recepturę  kremu,  który  skutecznie  likwidowałby  trądzik, 

background image

no  i  oczywiście  otrzymać  nagrodę  Pulitzera.  Tak,  tak,  pamiętam. 

Miałaś wspaniałe, dalekosiężne marzenia. 

- Byłam dzieckiem. Cóż mogłam wiedzieć o życiu? 

- Właśnie w tym problem, niewiele. A ja uważałem, że powinnaś 

je  poznać,  zanim  podejmiesz  jakiekolwiek  decyzje.  Że  powinnaś  dać 

sobie szansę i odkryć, jaki jest prawdziwy świat. 

Pociągnęła nosem. 

- I odkryłam, River. Pisałam łzawe, sentymentalne teksty dla firm 

ubezpieczeniowych, które  nie  chcą klientom  wypłacać  odszkodowań, 

wymyślałam reklamy zachwalające właściwości cudownych kremów, 

które  wcale  trądziku  nie  leczą.  Codziennie  odkrywałam  prawdziwy 

świat.  Codziennie  przekonywałam  się,  jaki  jest  wielki  i  okrutny.  - 

Głos  się  jej  załamał.  -  Byłam  przerażona,  Riv.  Przerażona  i 

nieszczęśliwa. 

- Więc wróciłaś do domu i upajasz się szczęściem? 

Wbiła w niego gniewny wzrok. 

- Cholera jasna, River! Jakim prawem... 

Jakim  prawem  ją  denerwował?  Miał  ku  temu  wyjątkowy  dryg! 

River  wyciągnął  rękę  z  kieszeni  i  leniwym  gestem  podrapał  się  po 

brodzie. 

-  Nie  tak  to  sobie  wyobrażałaś,  prawda,  mała?  Joe  mówił  mi,  co 

się  stało.  O  tym,  jak  cię  powitała  Meredith.  To  do  niej  bardzo 

podobne. 

- Nie zamierzam się tym przejmować - oznajmiła Sophie, z całej 

siły  starając  się  w  to  uwierzyć  i  zignorować  ból,  który  wciąż  ściskał 

background image

jej  serce.  -  Tata  twierdzi,  że  mama  jest  chora.  Pewnie  ma  rację.  Ten 

wypadek  sprzed  lat  bardzo  ją  zmienił.  Musiała  uderzyć  się  w  głowę, 

doznać  wstrząsu  mózgu...  A  może...  może  przechodzi  akurat  taki 

okres.  No  wiesz,  niektóre  kobiety  w  czasie  menopauzy  miewają 

zmienne  nastroje,  stają  się  kłótliwe,  przestają  liczyć  się  z  mężem, 

dziećmi... 

-  Czyżbyś  pisała  w  tej  swojej  firmie  reklamę  zachęcającą 

czterdziesto- i pięćdziesięcioletnie kobiety do stosowania hormonalnej 

terapii  zastępczej?  -  spytał,  uśmiechając  się  szeroko.  -  Przyznaj  się, 

Sophie,  chyba  nie  wierzysz  w  te  wszystkie  slogany  reklamowe? 

Oczywiście miło by było, gdyby tak łatwo dawało się rozwiązać różne 

problemy.  Masz  łupież?  Umyj  głowę  szamponem  X.  Chcesz,  aby  na 

świecie zapanował pokój? Głosuj na partię Y. Powiedz, czy kampanie 

polityczne  też  obmyślasz?  Piękne  hasła,  obietnice  wyborcze... 

Ciekawe,  czy  to  wymaga  specjalnych  talentów,  czy  ja  bym  też  tak 

potrafił? 

Zacisnęła dłonie w pięści. 

- Jeśli skończyłeś wyśmiewać się z tego, czym się zajmuję... 

-  Wcale  nie  skończyłem!  Mam  jeszcze  mnóstwo  uwag,  ale 

zachowam  je  na  kiedy  indziej.  Na  razie  dopiąłem  swego.  Chciałem, 

żebyś  odwróciła  się  do  mnie  przodem  i  przestała  ukrywać  bliznę.  I 

udało mi się. 

Podniosła rękę do policzka i szybko pochyliła głowę. 

background image

-  Lubisz  takie  nieuczciwe  zagrywki,  prawda,  Riv?  -  spytała, 

próbując  przełknąć  łzy.  -  Nie...  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  mój 

wybór pracy w agencji reklamowej tak bardzo cię rozczarował. 

- Bo spodziewałem się czegoś innego. Miałaś odbyć staż w stacji 

radiowej  Joego  w  Teksasie,  potem  rozpocząć  studia  dziennikarskie. 

Sądziłem,  że  po  dyplomie  zatrudnisz  się  w  telewizji  albo  zostaniesz 

reporterem i będziesz pisać do jednej z należących do Coltonów gazet. 

Że  pójdziesz  w  ślady  swojego  ojca,  jednego  z  niewielu  ludzi,  którzy 

pełniąc  urząd  publiczny,  naprawdę  starali  się  pomóc  potrzebującym. 

Nagle  jednak  okazało  się,  że  wymyślasz  reklamę  pasty,  która  usuwa 

kamień nazębny, zarabiasz krocie, a dawne ideały i marzenia poszły w 

odstawkę. Sprzedałaś się, mała. 

-  Nic  nie  rozumiesz!  -  zdenerwowała  się  Sophie,  znów 

zapominając  o  bliźnie  na  policzku.  -  To  były  marzenia  młodej, 

naiwnej dziewczyny. Marzenia, a nie konkretne plany! 

- A więc znajdujesz przyjemność w tym, co robisz? 

- Oczywiście, że tak!  - Chwyciła laskę i poderwała się z  ławki. - 

Uwielbiam moją pracę! 

- To dziwne, bo Rand mówił mi coś całkiem innego. 

Ponownie usiadła. 

- Rand? Nie rozumiem. 

-  Naprawdę?  Oj,  Sophie,  Sophie,  nigdy  mnie  dotąd  nie 

okłamywałaś. 

Przygryzła dolną wargę. 

- A co ci Rand powiedział? 

background image

- Że zadzwoniłaś do niego wkrótce po zaręczynach z Wallace'em. 

Skarżyłaś  się,  że  Wallace  chce,  abyście  odeszli  z  agencji  i  założyli 

własną. Nie byłaś z tego powodu najszczęśliwsza, częściowo dlatego, 

że do nowej agencji Wallace miał wnieść doświadczenie, ty natomiast 

kapitał. A częściowo dlatego,  że już  wcześniej myślałaś o  wycofaniu 

się z tego interesu... 

-  Po  to,  żeby  wrócić  na  ranczo  i  zasiąść  do  pisania  książki  - 

dokończyła  za  niego  Sophie,  zła,  że  brat  ujawnił  Riverowi  jej 

najskrytsze marzenia. 

-  Serio?  Chcesz  napisać  książkę?  O  tym  akurat  Rand  mi  nie 

wspomniał. 

- O niczym nie powinien był mówić - warknęła Sophie. Psiakość, 

sama się wygadała! - Radziłam się go jako prawnika, a nie jako brata. 

-  Nie  miej  do  niego  żalu.  Gdyby  mi  na  tobie  nie  zależało,  Rand 

trzymałby język za zębami. 

- Gdyby ci na mnie nie zależało? Nie gmatwaj wszystkiego, Riv. - 

W jej głosie pobrzmiewała gorycz. - Gdyby ci na mnie zależało, nigdy 

byś nie pozwolił, abym... Do diabła! 

- Wracamy do punktu wyjścia, tak? - spytał cicho River, głaszcząc 

Sophie lekko po dłoni. 

- No  właśnie. Wyjechałam, bo mnie odtrąciłeś. Teraz  wróciłam i 

co robię? Znów ci się narzucam. Minęło dziesięć lat, a ja niczego się, 

cholera, nie nauczyłam. 

Przez dłuższą chwilę milczał. Sophie powoli zaczęła się odprężać. 

Przypomniały  się  jej  dawne  czasy:  często  siadywali  obok  siebie  bez 

background image

słowa,  wpatrując  się  w  rozgwieżdżone  niebo.  Czuła  się  wtedy  taka 

szczęśliwa. 

- Meredith wygaduje bzdury - odezwał się w końcu, przerywając 

ciszę.  -  Jesteś  piękna,  Soph.  Byłaś  piękna  w  szpitalu,  mimo  bandażu 

na  pół  twarzy,  mimo  sińców  i  zadrapań.  I  jesteś  piękna  teraz.  Jesteś 

najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. 

Zacisnęła  powieki.  Przez  kilka  sekund  w  skupieniu  usiłowała 

przetrawić jego słowa. 

- Widziałeś mnie? - spytała cicho. - Kiedy leżałam w szpitalu? 

-  Owszem.  Godzinę  po  tym,  jak  otrzymaliśmy  od  policji 

wiadomość  o  napaści,  byliśmy  z  senatorem  w  drodze  do  San 

Francisco.  Joe  prosił,  żebym  prowadził  samolot.  Sam  był  za  bardzo 

zdenerwowany.  Więc  tak,  widziałem  cię,  zanim  jeszcze  odzyskałaś 

przytomność, a potem z  wściekłości, że pozwolił ci samej wracać po 

ciemku do domu, rozkwasiłem twojemu chłoptasiowi nos. Nie mówił 

ci o tym? 

- Nie... nie pamiętam - rzekła. 

Wtedy, w szpitalu, była tak przejęta własnym wyglądem i tak zła 

na Cheta, że nie zwróciła uwagi na jego nos. Pamiętała jedynie, że był 

jak  zwykle  elegancko  ubrany,  koszulę  miał  świeżo  wyprasowaną, 

krawat idealnie dobrany. Hm, plaster na nosie? Może rzeczywiście. 

- Uderzyłeś Cheta? Naprawdę huknąłeś go pięścią w twarz? 

-  Wiem,  wiem.  -  River  potrząsnął  głową.  -  Człowiek  dorosły  tak 

nie  postępuje.  Ale  po  prostu  musiałem  się  na  kimś  wyładować,  a  on 

akurat nawinął się pod rękę. 

background image

-  To  nie  była  wina  Cheta  -  zaoponowała  Sophie,  ale  nagle 

pomyślała  sobie,  że  może  w  głębi  duszy  faktycznie  obarcza  go  winą 

za to, co się stało. Może dlatego nie chciała się z nim widzieć i może 

dlatego  on  nie  próbował  jej  więcej  odwiedzać.  -  To  ja  postanowiłam 

wyjść z restauracji. 

- Ale to on cię puścił. 

- Owszem, puścił. Lecz nie on pierwszy pozwolił mi odejść. Nie 

mówmy o tym, dobrze? - Potarła dłońmi ramiona. Albo wieczór zrobił 

się  chłodniejszy  i  zaczęła  marznąć,  albo  wspomnienia  przejęły  ją 

dreszczem.  -  Chcę  jak  najszybciej  zapomnieć  o  tamtym  koszmarnym 

wieczorze. 

- W porządku. - River podniósł się, włożył kapelusz z powrotem 

na  głowę,  po  czym  wyciągnął  do  Sophia  rękę.  -  Przejdźmy  się  - 

zaproponował. - Chętnie usłyszę coś o tej książce, którą masz zamiar 

napisać. 

-  Może  kiedy  indziej  -  rzekła,  przyjmując  jego  pomoc  przy 

wstawaniu  z  ławki.  -  Na  razie  to  nic  konkretnego.  Wolałabym  o  niej 

jeszcze nie opowiadać. 

- Dawniej o wszystkim mi mówiłaś, nawet o sprawach, o których 

żaden nastoletni chłopak nie ma ochoty słuchać. Pamiętasz, jaka byłaś 

dumna ze swojego pierwszego stanika? Jak strasznie chciałaś się nim 

pochwalić?  Myślałem,  że  będę  musiał  wdrapać  się  na  drzewo,  żeby 

uciec przed pokazem. 

Roześmiała się wesoło. 

background image

- Tak, byłam potwornie namolna! Chodziłam za tobą jak cielę za 

krową. Ale nie obawiaj się, wydoroślałam. Nie będę ci się narzucać. 

River  ujął  ją  delikatnie  za  brodę  i  zmusił,  by  popatrzyła  mu  w 

oczy. 

-  Szkoda.  Lubiłem  mojego  cielaczka.  I  bardzo  się  za  nim 

stęskniłem.  A  ty  faktycznie  wydoroślałaś.  Z  chudzielca  w  kucykach 

przeistoczyłaś się w piękną młodą kobietę. 

Odwróciła głowę, tak by nie widział blizny, po czym cofnęła się o 

krok. 

- Przestań, Riv - poprosiła błagalnym tonem. - Nie okłamuj mnie. 

Zawsze dotąd byłeś ze mną szczery... 

Chwycił ją za ramiona. 

- Sophie, o czym ty, do diabła, mówisz? 

- Jak to o czym? O mojej twarzy! Nie jestem tą samą osobą, którą 

znałeś  przed  laty,  Riv.  Nie  jestem  tym  durnym  podlotkiem,  który 

wodził  za tobą rozmiłowanym  wzrokiem. Nie jestem zaradną kobietą 

interesów ani ukochaną córką Meredith Colton. Zmieniłam się. Sama 

nie  wiem,  kim  jestem,  ale  na  pewno  nie  jestem  piękna.  Boję  się 

własnego cienia, Riv. Z wszystkiego, w co kiedykolwiek wierzyłam i 

czego pragnęłam, odarto mnie w tamtym mrocznym zaułku. 

-  Och,  Sophie.  -  Mimo  jej  protestów  przytulił  ją  do  siebie.  -  Nie 

mów tak. Nie wolno się poddawać. Nie można pozwolić, żeby łajdacy 

mieli nad nami władzę. 

 

 

background image

- Meredith? Czy mogę wejść? 

Joe  Colton  stał  w  drzwiach  sypialni  żony.  Przesadnie  kobiecy 

sposób  urządzenia  wnętrza  nieustannie  go  zadziwiał.  Stylowe  białe 

mebelki,  koronki,  falbanki,  mnóstwo  dekoracji  i  bibelotów.  Dawna 

Meredith kazałaby to wszystko wyrzucić. 

Ale dawna Meredith dzieliła z nim życie i łoże. Zawsze zasypiała 

w jego ramionach, w pokoju, który w niczym nie przypominał obecnej 

sypialni.  Przed  laty  wspólnie  się  kupowało  meble.  Najbardziej 

odpowiadał  im  styl  kolonialny.  Uwielbiali  leżące  na  podłodze 

wspaniałe  dywany  wyplatane  przez  amerykańskich  Indian.  Każda 

najdrobniejsza rzecz przywodziła na myśl wspomnienia; kojarzyła się 

z  daleką  podróżą,  z  ładnym  widokiem,  z  sympatyczną  osobą,  ze 

śmieszną sytuacją. 

Teraz Joe sypiał w pokoju na końcu holu i za każdym razem pytał 

o pozwolenie, kiedy chciał wejść do sypialni żony. 

-  Joe!  Jak  to  miło,  że  do  mnie  zajrzałeś!  -  zawołała  Meredith, 

ruszając mu naprzeciw. Szczupła, zgrabna, długonoga, miała na sobie 

biały jedwabny szlafrok. - Właśnie o tobie myślałam. 

Nie wróżyło to nic dobrego. 

- Naprawdę, kochanie? 

-  Tak,  naprawdę!  -  warknęła,  po  czym  uśmiechnęła  się.  Widać 

było,  że  z  całej  siły  próbuje  zapanować  nad  irytacją.  -  Jeśli  chcesz 

wiedzieć,  to  myślałam  o  przyjęciu,  które  szykuję  z  okazji  twoich 

sześćdziesiątych  urodzin.  Zobaczysz,  będzie  to  wydarzenie,  które 

wszystkim na długo pozostanie w pamięci. 

background image

-  Co  roku  wydajemy  przyjęcie,  które  na  długo  pozostaje 

wszystkim w pamięci. 

Meredith wzniosła oczy do nieba. 

-  Zawsze  dotąd  był  prosiak  z  rusztu,  plastikowe  sztućce  i 

papierowe talerze. Tym razem będzie inaczej. Sześćdziesiąte urodziny 

senatora  Joego  Coltona  uczcimy  hucznie,  lecz  elegancko.  -  Z 

sekretarzyka  o  gładkim  marmurowym  blacie  wyjęła  kilka  arkuszy 

papieru  ozdobionych  fantazyjnym  monogramem.  -  Spójrz  na  listę 

gości.  Członkowie  kongresu,  dawni  i  obecni,  gubernator  Kalifornii, 

przedstawiciele  świata  biznesu,  znane  osobistości  z  kręgów 

filmowych,  słowem  sama  śmietanka.  Oczywiście  stroje  wieczorowe. 

Ty  wystąpisz  w  smokingu,  a  ja  w  nowej  sukni  od  Versacego  i  w 

nowej fryzurze. Frank od miesięcy prosi, abym pozwoliła mu... 

-  Czyś  ty  oszalała?  -  wymknęło  się  Joemu,  zanim  zdołał  ugryźć 

się w język. 

Meredith zacisnęła gniewnie usta. 

- Nie mów tak! Nigdy tak do mnie nie mów! Jestem matką twoich 

dzieci. Czyżbyś zapomniał? 

-  Owszem,  jesteś  matką  moich  dzieci  -  przyznał  Joe.  Na  myśl  o 

małym  Teddym  przeszył  go  ból.  Meredith  postąpiła  okrutnie,  dając 

synowi  imię  po  ojcu  Joego,  po  człowieku,  którego  Joe  najchętniej 

wymazałby ze swojej pamięci. - Ale również i nie moich. 

Meredith  wyrzuciła  ramiona  do  góry,  po  czym  usiadła  na 

taborecie przed toaletką. 

background image

-  Musisz  do  jego  wracać?  Popełniłam  jeden  mały  błąd.  Czy  na 

zawsze  mam  być  z  tego  powodu  przeklęta?  Uważasz,  że  jesteś  bez 

winy? Nie dotknąłeś mnie ani razu od czasu... 

-  A  pragniesz  być  dotykana?  Powiedz,  Meredith.  Chcesz,  żebym 

cię pieścił, dotykał? 

Był  wściekły  na  siebie  za  to,  że  wciąż  kocha  tę  kobietę.  Choć 

przez  ostatnie  dziesięć  lat  niewiele  zaznał  radości,  cieszył  się,  że 

przynajmniej zostały mu szczęśliwe wspomnienia. Były coraz bardziej 

zakurzone, ale gdy czuł się źle, potrafił czerpać z nich otuchę. 

-  Zobacz,  co  dostałam  od  Joego  juniora  -  powiedziała  Meredith, 

zmieniając  temat.  -  Sam  to  zrobił.  -  Podniosła  z  toaletki  niepozorne 

gliniane  naczynie  pomalowane  w  żółte  stokrotki.  -  Oczywiście  nie 

będę tego tu trzymać... 

Joe przeczesał palcami swoje szpakowate włosy. 

- Bardzo ładny wazonik. Słuchaj, jeśli chodzi o to przyjęcie... 

Odstawiwszy wazonik, Meredith odwróciła głowę w stronę męża. 

-  O  nic  się  nie  martw.  Przyjęcie  będzie  wspaniałe.  Naturalnie 

pojawią  się  na  nim  dziennikarze  nie  tylko  z  naszych  gazet,  ale  też  z 

konkurencyjnych 

pism. 

Wszystko 

dokładnie 

zaplanowałam. 

Zaprosiłam  nawet  tę  straszną  Sybil.  Nie  cierpię  jej,  ale  informacja  o 

tym,  że  niektórzy  goście  przybyli  z  Paryża,  na  pewno  wywrze 

odpowiednie wrażenie. 

- Tak bardzo zależy ci na tym przyjęciu? - spytał Joe. 

background image

Od  wielu  lat  był  zbyt  przybity  i  zmęczony,  aby  sprzeciwić  się 

żonie.  Nie  tylko  nie  potrafił postawić  na  swoim,  ale  nawet  nie  umiał 

zmusić jej do wysłuchania jego racji. 

-  Tak,  Joe,  zależy  mi.  -  Oczy  lśniły  jej  lodowatym  blaskiem,  w 

głosie  wyczuwało  się  chłód.  -  Zjadą  się  wszystkie  nasze  pociechy. 

Zobaczysz,  to  będą  niezapomniane  urodziny.  -  Wstała  od  toaletki  i 

podszedłszy  do  męża,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  -  Nawet  sobie  nie 

wyobrażasz, kochanie, co dla ciebie zaplanowałam. 

Miał  wrażenie,  że  tkwi  obok  sopla  lodu.  Kiedy  nadstawiła  twarz 

do pocałunku, posłusznie cmoknął ją w policzek, po czym uwolnił się 

z jej objęć. 

-  Wiem,  że  jest  późno  -  rzekł,  cofając  się  parę  kroków  -  ale 

chciałem z tobą porozmawiać o Sophie. 

- O Sophie? - zdziwiła się. - Bidula jedna! 

-  Sophie  nie  jest  żadną  bidulą!  To  nasza  córka,  Meredith.  Jak 

mogłaś jej powiedzieć, że  została oszpecona? Że z taką twarzą nigdy 

nie znajdzie męża? 

Meredith ponownie spojrzała w sufit. 

-  Przecież  nie  powiedziałam  nic,  czego  by  sama  nie  wiedziała. 

Dlaczego  się  mnie  czepiasz?  Nie  pomyślałeś  o  tym,  że  muszę 

wyjaśnić Joemu juniorowi i Teddy'emu, co się stało? I to tak, żeby ich 

nie  wystraszyć?  Wyobrażasz  sobie,  jaki  to  dla  nich  będzie  szok? 

Odejdź, Joe. Jestem zmęczona. 

- Trzymaj się od Sophie z daleka, Meredith. Jeśli nie potrafisz jej 

wesprzeć, to przynajmniej jej nie dobijaj. 

background image

Wzruszywszy  ramionami, Meredith  skierowała  się  do  garderoby. 

Joe  bez  słowa  opuścił  sypialnię  żony.  Kiedyś  był  najszczęśliwszym 

człowiekiem  na  ziemi;  teraz  prawie  nie  mógł  uwierzyć,  że  w  tym 

pokoju  poczęte  zostały  wszystkie  jego  dzieci;  że  w  tym  pokoju 

przeżył tyle cudownych chwil. 

Mógł wystąpić o rozwód; myślał o tym, kiedy Meredith pojawiła 

się  w  ciąży  i  w  dodatku  twierdziła,  że  to  jego  dziecko.  Ale  to  by 

niczego  nie  rozwiązało.  Była  jego  żoną;  kobietą,  którą  kochał  przed 

laty,  i  którą  nadal  kochał.  Wiedział,  że  wypadek  ją  zmienił,  że  jest 

chora, niezrównoważona psychicznie. Najgorsze było jednak to, że nie 

chciała  przyjąć  niczyjej  pomocy.  Co  miał  robić?  Siłą  zmusić  ją  do 

leczenia? Oddać do domu wariatów? 

Pokręcił  głową.  Nie,  to  nie  wchodzi  w  rachubę.  Załamałaby  się. 

Lepiej  zostawić  sprawy  swojemu  biegowi.  Kiedyś  na  pewno 

wydobrzeje. Może obecność Sophie wpłynie na poprawę jej zdrowia? 

Tak,  niech  szykuje  przyjęcie  urodzinowe,  niech  ustala  listę  gości, 

niech obmyśla menu. 

A  jeżeli  to  nie  poskutkuje?  -  zapytał  sam  siebie.  Jeżeli  przyjęcie 

urodzinowe  niczego  nie  zmieni?  Jeżeli  potem  będzie  tak  samo  jak 

teraz?  Albo  jeszcze  gorzej?  Jak  długo  jesteś  gotów  znosić  jej 

zachowanie?  Kiedy  wreszcie  uznasz,  że  miarka  się  przebrała?  I  co 

wtedy zrobisz? 

-  Zrobię,  co  będę  musiał  -  odparł  głośno.  Głos  wyraźnie  mu 

zadrżał. -  Ale błagam, jeszcze nie teraz. To moja żona. Matka moich 

background image

dzieci.  Nie  mogę  się  poddać.  Może  kiedyś  wyzdrowieje?  Nie  chcę 

tracić nadziei. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Nie  wiedział,  co  robić  z  rękami.  Trzymał  Sophie  w  ramionach, 

pozwalając się jej wypłakać. Od czasu do czasu głaskał ją po głowie, 

poklepywał  lekko po plecach. Laska upadła na ziemię, Sophie oparła 

się o Rivera całym ciałem. Rozdzierający szloch, który nią wstrząsał, 

powoli ustępował. Po chwili już tylko pociągała nosem. River szeptał 

jej  do  ucha  jakieś  słowa  otuchy,  śmieszne  i  banalne,  których  nie 

słyszała, a których on sam pewnie rano by się wstydził. 

Kiedy  ostatni  raz  wypłakiwała  mu  się  w  ramionach?  Nawet  nie 

musiał  wysilać  pamięci.  Sophie  nie  lubiła  się  nad  sobą  roztkliwiać. 

Rzadko  to  robiła.  Była  najdzielniejszą  osóbką  na  świecie.  Ilekroć 

miała kłopoty czy coś jej doskwierało, zaciskała mocno zęby i starała 

się nie okazywać smutku. 

A  ostatni  raz  -  ba!  jedyny  raz  -  kiedy  wypłakiwała  mu  się  w 

ramionach, to było w wieczór jej balu maturalnego. Na własny bal nie 

poszedł,  bo  i  po  co?  W  szkole  z  nikim  się  nie  przyjaźnił,  od 

wszystkich  trzymał  się  na  dystans,  balami  się  nie  interesował.  Na 

rozdanie  świadectw  maturalnych  też  by  nie  poszedł,  gdyby  nie  Joe  i 

Meredith,  którzy  bardzo  chcieli  uczestniczyć  w  tak  ważnym 

wydarzeniu z życia ich przybranego syna. 

Co  innego  Sophie.  Sophie  zależało  na  balu,  a  on  zgodził  się  jej 

towarzyszyć. Wystroił się w jakiś idiotyczny smoking, włosy związał 

background image

w  kucyk  i  zgodnie  ze  zwyczajem  kupił  swojej  partnerce  piękną 

orchideę,  która  miała  zdobić  jej  nadgarstek.  Był  nieszczęśliwy. 

Narzekał  w  duchu...  Narzekał,  dopóki  w  salonie  nie  pojawiła  się 

Sophie. Zobaczył jej lśniące oczy, złociste włosy upięte w fantazyjny 

kok,  gładkie  ramiona,  ciało  opięte  prostą,  białą  suknią  podkreślającą 

krągłości,  o  których  tak  usilnie  starał  się  zapomnieć.  Zobaczył  -  i 

nagle bardzo zapragnął iść na bal. 

- Zaopiekujesz się nią, prawda, synu? - powiedział Joe. 

Była  to  prośba,  a  zarazem  rozkaz.  River  przyrzekł,  że  nie  spuści 

Sophie  z  oka,  i  dotrzymał  słowa.  Ale  sytuacja  go  przerosła.  Sophie 

sama  była  sobie  winna.  Z  podlotka,  który  łaził  za  nim  krok  w  krok, 

przeistoczyła się w piękną kusicielkę. Nęciły go jej loczki wdzięcznie 

opadające  na  kark,  nęcił  dekolt  i  ukryte  pod  suknią  piersi,  nęcił 

upajający  zapach  perfum,  który  budził  w  nim  instynkty  dalekie  od 

opiekuńczych, Nęciły oczy i powabny uśmiech. 

Tańczyli przytuleni; on obejmował ją w pasie, ona opierała głowę 

na  jego  ramieniu.  Większość  czasu  spoglądała  na  niego  ufnie. 

Niekiedy  zalotnie.  Przywarł  ustami  do  jej  warg.  Czy  mógł  jej  nie 

pocałować?  Czy  mógł  pozwolić,  aby  rano  wyjechała,  najpierw  do 

pracy  w  Teksasie,  a  stamtąd  prosto  na  studia,  i  choć  raz  jej  nie 

pocałować? 

Rozpłakała się. Błagała go, aby sprzeciwił się jej wyjazdowi, aby 

kazał  jej  zostać,  aby  powiedział  jej,  że  kocha  ją  tak  mocno,  jak  ona 

kochała  jego.  Boże!  Pamiętał  tamten  wieczór.  Gotów  był  spełnić 

każde jej życzenie, powiedzieć wszystko, co tylko chciała usłyszeć. 

background image

A teraz? Co pragnęła usłyszeć? Że ją kocha? Że nigdy nie przestał 

jej  kochać?  Bał  się,  że  mu  nie  uwierzy.  Tamtej  nocy,  gdy  wracała 

sama  z  restauracji,  napastnik  nie  tylko  poharatał  jej  twarz,  ale 

pozbawił ją pewności siebie. Odniosła rany zarówno na ciele, jak i na 

duszy.  Odwracała  wzrok,  starała  się  zasłaniać  włosami  policzek. 

Czuła  się  brzydka,  słaba,  przegrana.  Gdyby  powiedział,  że  ją  kocha, 

znienawidziłaby go. I wcale by się jej nie dziwił. 

- Przepraszam. - Schyliwszy się, Sophie podniosła z ziemi  laskę, 

po  czym  wzięła  od  Rivera  złożoną  niebiesko-białą  chusteczkę  i 

wytarła oczy i nos. - Wiesz, rzadko się mazgaję. Właściwie nigdy tego 

nie robię, a dziś... sama nie wiem... beczę od rana. 

- Nie sposób wszystkiego w sobie tłumić, Sophie. Czasem trzeba 

rozładować emocje - powiedział, starając się ją pocieszyć. 

Popatrzyła mu w oczy. 

- Dlaczego, Riv? Powiedz, dlaczego? 

Pokręcił bezradnie głową. 

-  Bo  trzeba  -  odparł.  -  Bo  nie  można  żyć  w  stanie  ciągłego 

napięcia.  Zostałaś  napadnięta  i  pobita.  Leżałaś  w  szpitalu,  potem 

zerwałaś zaręczyny... 

Pomachała ręką, jakby nie chciała tego słuchać. 

-  Nie,  Riv.  To  wszystko  wiem.  Nie  pytam,  co  się  stało.  Pytam, 

dlaczego  to  się  stało.  Dlaczego  akurat  mnie  się  przydarzyła  taka 

przygoda. 

Tego pytania się nie spodziewał. 

- A dlaczego miała ci się nie przydarzyć? - spytał. 

background image

W dzieciństwie zaznał tyle smutku i cierpienia, że żadna podłość 

już go nie dziwiła. Wiedział, że życie rzadko toczy się tak sielankowo 

jak w serialach telewizyjnych. 

- Myślisz, że nieszczęścia tylko innym się przytrafiają? Że ciebie 

powinny  omijać  szerokim  łukiem?  Niby  dlaczego?  Nie  ma 

szczepionek przeciwko  złu.  Gdyby były, pół świata ustawiłoby się  w 

kolejce do lekarza. 

Sophie  zmarszczyła  czoło,  jakby  dumała  nad  jego  słowami,  po 

czym westchnęła głośno. 

-  Jak  ty  to  robisz,  Riv?  Potrafisz  wszystko  tak  prosto 

wytłumaczyć.  A  ja?  Wyszłam  na  płaczliwą,  użalającą  się  nad  sobą 

idiotkę. Biedna mała Sophie... 

-  Nie  jesteś  żadną  idiotką  -  powiedział,  ściskając  ją  mocno  za 

ramię. - Zostałaś napadnięta i poturbowana. Na razie nie wolno ci się 

przemęczać.  Musisz  przede  wszystkim  odpocząć,  odzyskać  zdrowie, 

zregenerować  siły.  Zobaczysz,  nim  się  spostrzeżesz,  znów  będziesz 

gotowa stawić światu czoła. 

-  Oj,  nie  wiem.  Chyba  uszła  ze  mnie  cała  wola  walki.  Czuję  się 

taka bezużyteczna, taka... brzydka, nieatrakcyjna. Nawet moja własna 

matka twierdzi, że… 

-  Do  diabła,  Sophie!  -  zezłościł  się  River.  Wiedział,  że  musi 

wyrwać ją z marazmu i rozpaczy. - Czy pragnąłbym cię, gdybyś była 

brzydka i nieatrakcyjna? 

Zacisnął ręce na jej ramionach, żeby przypadkiem mu nie uciekła, 

po  czym  przywarł  ustami  do  jej  ust.  Opierała  się,  ale  tylko  przez 

background image

sekundę.  Potem  laska  upadła  z  hukiem  na  ziemię.  River  całował  ją 

namiętnie,  jakby  z  furią,  z  pożądaniem,  które  tłumił  od  lat,  z  żarem, 

który rozpalał całe jego ciało.  

Niech  inni  ją  pocieszają.  Niech  ojciec  dodaje  jej  otuchy,  niech 

lekarze  zapewniają,  że  blizna  zniknie.  On  chciał,  by  zapomniała  o 

tym,  co  widzi,  gdy  patrzy  do  lustra,  a  także  o  tym,  co  usłyszała  od 

matki.  W  jeden  sposób  mógł  to  osiągnąć:  pokazując,  jak  bardzo  jej 

pragnie. Udowadniając, że w jego oczach jest najponętniejszą kobietą 

na świecie. 

Nie  starał  się  być  delikatny.  Instynktownie  wyczuwał,  że  Sophie 

chce być traktowana normalnie, jak kobieta z krwi i kości, jak kobieta 

wzbudzająca pożądanie. Każdy kolejny pocałunek był coraz dłuższy i 

gorętszy.  Riverowi  huczało  w  uszach,  kręciło  się  w  głowie.  Nie 

liczyły się ani lata rozłąki, ani dzieląca ich przepaść. Liczyli się tylko 

oni.  

Nie odrywając warg od jej szyi, schylił się i wziął Sophie na ręce, 

po czym  wszedł do pogrążonej w półmroku stajni. Minął prychające; 

cicho  konie,  a  po  chwili  dotarł  do  boksu  wyłożonego  świeżym 

pachnącym sianem. Właśnie tu, za dzień lub dwa, jedna z najlepszych 

w stadninie klaczy miała się oźrebić. Położył Sophie na łożu z siana, 

sam uklęknął obok. 

Wyciągnęła  do  niego  ramiona.  Oczy  miała  zamknięte,  oddech 

szybki  i  urywany.  Zaczął  obsypywać  jej  twarz  pocałunkami.  Nie 

chciał  sobie  ani  jej  dać  czasu  do  namysłu.  A  nuż  by  się  opamiętali, 

uznali, że to, co robią, nie ma sensu? 

background image

A przecież to miało sens. Tak długo oboje powstrzymywali żądzę, 

oszukiwali  się,  starali  żyć  z  dala  od  siebie.  Ściągali  ubranie,  każde  z 

siebie  i  z  drugiego.  Spieszyli  się,  dyszeli,  jęczeli  cicho.  Nie  mogli 

doczekać się chwili, na którą tyle lat czekali. Pieścili się, całowali, nie 

mieli  żadnych  zahamowań.  Trawiła  ich  żądza,  jakiej nigdy  dotąd  nie 

zaznali. Dzika, zmysłowa, nieokiełznana. 

Nagle River coś sobie przypomniał i znieruchomiał. 

- Psiakrew! - syknął prosto do ucha Sophie. - Niech to szlag trafi! 

Sophie  wciąż  go  pieściła,  poznawała  różne  zakamarki jego  ciała. 

Dopiero  po  chwili  zorientowała  się,  że  River  zesztywniał,  że  powoli 

zaczął się odsuwać. 

- O co chodzi? - spytała, siadając w ciemnościach i wyciągając do 

niego ręce. - Co się stało? 

Potarł dłońmi brodę. 

- Nie jestem... no wiesz, przygotowany. 

Nastała cisza. Zdziwiony brakiem reakcji, River usiłował dojrzeć 

wyraz twarzy Sophie, ale było za ciemno.  

Wtem ciszę przerwał jej uradowany głos. 

- Och, Riv! To wspaniale! 

Wytrzeszczył oczy. 

- Wspaniale? Nie rozumiem. Dlaczego... 

Ukląkłszy, przytuliła policzek do jego pleców. 

- No, pomyśl tylko. Jak bym się czuła, gdybyś wszędzie chodził z 

kieszenią pełną prezerwatyw? Byłoby to bardzo podejrzane. 

Pokręcił głową. 

background image

-  Jesteś  wyjątkowa,  Sophie.  Nie  wyobrażam  sobie,  aby 

jakakolwiek inna kobieta zareagowała tak jak ty. Ale nie powinienem 

był cię tu przyprowadzać... 

Usiadłszy prosto, uderzyła go lekko w plecy. 

- Nie? A to dlaczego, Riv? Bo ja jestem ukochaną, rozpieszczoną 

córunią Joego, a ty wziętą z przytułku półsierotą? O to ci chodzi? Jeśli 

tak, to słyszałam tę śpiewkę dziesiątki razy i już mi bokiem wychodzi. 

- Nigdy nie mówiłem... - zaczął. 

- Nie, nie mówiłeś - przerwała mu w pół słowa, po czym obróciła 

go twarzą do siebie. - Ale ja zawsze wiedziałam. Zawsze. Mogłeś się 

ze  mną  przespać  wiele  lat  temu,  mogłeś  być  moim  pierwszym 

chłopakiem.  Pierwszym  i  jedynym.  Teraz,  jak  para  nastolatków, 

leżymy na sianie, a ty znów wymyślasz powód, dlaczego nie możemy 

się kochać.  

Nie przyszło ci do głowy,  że może tak naprawdę nigdy mnie nie 

pragnąłeś?  Że  byłam  tym  zakazanym  owocem,  o  którym  się  marzy, 

ale  którego  wcale  nie  chce  się  skosztować?  Owszem,  wyjechałam  z 

domu,  uciekłam,  ale  to  ty  się  ukrywałeś.  Cały  czas  się  przede  mną 

chowałeś, a teraz po prostu zrobiło ci się mnie żal. Ale wiesz co? Nie 

chcę twojego współczucia, nie chcę twojej litości i nie chcę ciebie! 

Sięgnęła  za  siebie  po  stanik  i  bluzkę.  Z  jej  gardła  wyrwał  się 

zduszony  szloch.  River  wyciągnął  ręce,  jakby  czegoś  szukał. 

Odpowiedzi, sensu, logiki, czegokolwiek. 

- Ja cię nie żałuję, Soph - oznajmił wreszcie. - Ja cię pragnę. Do 

bólu. 

background image

-  Tak?  Dziwnie  to  okazujesz,  Riv,  bo  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie 

czułam się mniej pożądana. 

Albo  słowa,  albo  ton,  jakim  je  wypowiedziała,  nieoczekiwanie 

dodały  mu  motywacji.  Chwycił  Sophie  za  ramiona,  zanim  zdążyła 

włożyć stanik. 

- Pragnę cię, Sophie. Pragnę z całego serca! 

- Więc udowodnij mi to, Riv. Masz okazję. Zapomnij o wszelkich 

uwarunkowaniach, o konsekwencjach, o tym, co powinieneś, a czego 

nie  powinieneś  robić.  -  Przysunęła  się  bliżej  i  przywarła  do  niego 

ustami. - Zatrać się ze mną w rozkoszy. Kochaj mnie. Nie pozwól mi 

odejść. 

Zwolnił uścisk na jej ramionach i porwał ją w objęcia. Po chwili 

opadli z powrotem na pachnące siano. 

 

W  Jackson  w  stanie  Missisipi  doktor  Martha  Wilkes  oparła  się 

wygodnie w fotelu i wyjrzawszy przez okno, przez chwilę wpatrywała 

się  w  ładne,  schludne  domki  ciągnące  się  wzdłuż  ładnej,  schludnej 

ulicy. 

Nie powinna tu być, a może raczej nie powinna występować tu w 

roli psychologa specjalizującego się w zaburzeniach pamięci. Powinna 

siedzieć  teraz  w  swoim  bezosobowym  gabinecie  w  centrum  miasta; 

tam przyjmowała pacjentów, tam starała się przebić przez mur, jakim 

się  zazwyczaj  otaczali,  tam  próbowała  skłonić  ich  do  rozmowy, 

delikatnie  poprowadzić  we  właściwym  kierunku,  przedrzeć  się  przez 

background image

nagromadzony  bagaż  doświadczeń  życiowych  i  dotrzeć  do  sedna 

problemu - do prawdy. 

Siedziała jednak nie w gabinecie, lecz  w salonie swego domu. O 

siódmej rano, ubrana starannie, choć z pewnością nie wyjściowo, piła 

pierwszą  filiżankę  kawy  i  obserwowała  Louise  Smith,  która  chodziła 

tam i z powrotem po tureckim dywanie. 

Louise  była  atrakcyjną  kobietą  o  twarzy,  na  której  nie  odciskały 

się  gnębiące  ją  od  dawna  problemy.  To,  że  takowe  w  ogóle  miała, 

można było dostrzec jedynie w jej dużych, piwnych oczach. Czasem z 

tymi problemami nie umiała sobie poradzić. Tak jak dziś rano, kiedy 

zadzwoniła  do  doktor  Wilkes,  błagając  ją  o  natychmiastowe 

spotkanie. 

-  Martho,  ktoś  mnie  potrzebuje  -  oznajmiła,  zwracając  się  do 

lekarki. - Czuję to. Wiem, że gdzieś komuś jestem bardzo potrzebna. 

Martha  Wilkes  westchnęła  głośno.  Nie  powinna  tego  robić.  To 

znaczy  wzdychać. Nie w obecności pacjenta. Z drugiej strony  Louise 

nie  była  zwykłą  pacjentką;  była  przyjaciółką.  W  ciągu  tych 

wszystkich lat ich wzajemne relacje przekształciły się w coś znacznie 

głębszego. Znajomość, która z początku rozwijała się na płaszczyźnie 

zawodowej, przeniosła się z czasem na płaszczyznę osobistą. 

Tak  też  być  nie  powinno.  Lekarka  wiedziała,  że  popełniła  błąd. 

Przekroczyła  pewną  dozwoloną  granicę,  zaczęła  za  bardzo 

przejmować  się  problemami  Louise.  Może  wreszcie  nadszedł  dzień, 

aby  wycofać  się  z  roli  przyjaciółki,  wcielić  ponownie  w  rolę 

psychologa i odtąd sumiennie przestrzegać reguł gry. 

background image

- Usiądź, Louise - powiedziała, wskazując nieduży fotel stojący w 

drugim końcu salonu. 

Louise  przeczesała  ręką  swoje  krótko  obcięte,  ciemnoblond 

włosy,  po  czym  wygładziła  bawełnianą  sukienkę  opinającą  szczupłe 

ciało.  Ani  z  twarzy,  ani  z  figury  nie  wyglądała  na  kobietę 

pięćdziesięciodwuletnią. 

- Zacznijmy od początku, dobrze? - Lekarka sięgnęła po teczkę z 

notatkami, które znała niemal na pamięć. - Chciałabym podsumować 

to, co wiemy. 

Louise skinęła głową. 

-  Oczywiście.  Jeśli  sądzisz,  że  to  pomoże.  -  Siedziała  sztywno 

wyprostowana,  z  dłońmi  spoczywającymi  na  kolanach,  z  nogami 

skrzyżowanymi  w  kostkach.  Dama  w  każdym  calu.  -  Jeszcze  raz 

bardzo  przepraszam  za to  moje  najście,  ale  od kilku  dni  miewam  tak 

niepokojące sny... 

- Wiem, już mi o tym wspominałaś. - Lekarka położyła teczkę na 

biurku  i  zajrzała  do  notatek.  -  No  dobrze.  Urodziłaś  się  w  Kalifornii 

pięćdziesiąt dwa lata temu jako Patricia Portman. 

- Chyba tak. Przynajmniej tak mi się wydaje. To dziwne, prawda? 

Że przez te wszystkie lata nie dotarłyśmy do mojego aktu urodzenia? 

- Wcale nie dziwne, Louise. Raczej irytujące. Nie pamiętasz? Nie 

zgodziłaś  się,  kiedy  chciałam  zebrać  o  tobie  więcej  informacji. 

Pozwoliłaś  mi  jedynie  zapoznać  się z  dokumentacją  medyczną,  którą 

otrzymałaś przy wypisie z St. James Clinic. 

- Przy obu wypisach - poprawiła ją Louise. 

background image

Tak,  Louise  Smith  faktycznie  dwa  razy  przebywała  w  St.  James. 

Kiedyś  ni  stąd,  ni  zowąd  przybyła  do  Jackson,  potem  znikła  bez 

słowa,  aby  po  paru  latach  znów  się  niespodziewanie  pojawić.  Każdy 

jej przyjazd poprzedzał pobyt w klinice St. James w Kalifornii.  

Doktor  Wilkes  dość  dobrze  znała  ostatnie  trzydzieści  lat  życia 

swojej  pacjentki,  ale  nic  nie  wiedziała  o  okresie  jej  dzieciństwa  i 

wczesnej młodości ani o latach, jakie spędziła w więzieniu. Louise nie 

chciała, by lekarka zgłębiała tamten okres jej życia, przeszłość, której 

nie pamiętała. 

-  Dlaczego,  Louise?  Dlaczego  się  upierasz?  Dlaczego  nie 

pozwalasz  mi  spróbować?  Może  udałoby  nam  się  odnaleźć  twoich 

rodziców,  rodzeństwo,  krewnych?  Kogoś,  kto  pomógłby  nam 

zrozumieć... 

Louise uniosła brodę. 

-  Kogoś,  kto  by  nam  pomógł?  Dobre  sobie!  Oglądałaś  moją 

dokumentację medyczną. W zakładzie dla obłąkanych tkwiłam całymi 

latami.  Ani  razu  nikt  mnie  nie  odwiedził,  ani  razu  nikt  o  mnie  nie 

pytał,  nie  dostałam  ani  jednego  listu.  Jeżeli  kiedykolwiek  miałam 

krewnych, to albo nie żyją, albo wykreślili mnie ze swojego życia. Są 

przekonani, że zabiłam Ellisa Mayfaira. 

Doktor Wilkes potarła palcem nasadę nosa. 

-  Bo  zabiłaś  go,  Louise.  Trafiłaś  do  więzienia  właśnie  za  to. 

Potem  ze  względu  na  twój  stan  psychiczny  przeniesiono  cię  do  St. 

James.  Po  kilku  latach  uznano,  że  jesteś  zdrowa  i  zwolniono  cię  do 

domu.  Przyjechałaś  do  Jackson.  Parę  lat  później  wróciłaś  do  St. 

background image

James,  ranna,  półprzytomna,  całkiem  zdezorientowana.  Jak  tam 

dotarłaś, do dziś pozostaje zagadką. 

Louise zamknęła oczy i potrząsnęła głową.  

- Nie, to nie tak było. Popełniono błąd. Ja nikogo nie zabiłam. Nie 

znałam żadnego Ellisa Mayfaira. 

Lekarka  zadumała  się.  Czy  powinna  naciskać  na  Louise?  I  jak 

mocno,  żeby  jej  nie  przestraszyć,  żeby  nie  wtrącić  jej  z  powrotem  w 

ciemną otchłań, której się tak bardzo bała, odkąd dziewięć lat temu po 

raz drugi wypuszczono ją z St. James i odkąd pięć lat temu trafiła do 

niej na leczenie. 

-  Louise,  posłuchaj.  Z  Ellisem  Mayfairem  zaszłaś  w  ciążę. 

Rozwiązanie  nastąpiło  w  przydrożnym  motelu.  Kiedy  spałaś 

zmęczona połogiem, Ellis ukradł ci dziecko. Sprzedał je, może udusił 

i  porzucił.  Nigdy  nie  poznamy  prawdy.  Kiedy  obudziłaś  się  i 

zobaczyłaś,  że  dziecka  nie  ma,  a  Ellis  siedzi  obok  jak  gdyby  nigdy 

nic, wpadłaś w szał i zabiłaś go. 

Louise zwiesiła nisko głowę, twarz zakryła rękami. 

-  O  Boże.  Boże,  pomóż  mi!  Moje  biedne  maleństwo.  Nie 

pamiętam. Nie pamiętam... 

Zaciskając  usta,  doktor  Wilkes  rozejrzała  się  po  salonie. 

Zatrzymała 

wzrok 

na 

drewnianej 

afrykańskiej 

rzeźbie 

przedstawiającej  matkę  z  niemowlęciem  przy  piersi.  Sama  nie  miała 

dzieci, macierzyństwo nigdy jej nie kusiło, ale widziała wyraz miłości 

na  twarzy  afrykańskiej  kobiety,  a  w  głosie  Louise  słyszała  rozpacz 

matki, którą pozbawiono dziecka. 

background image

-  Kiedy  zadzwoniłaś,  Louise,  wspomniałaś  o  jakimś  dziecku.  Że 

cię potrzebuje. 

Z  kieszeni  na  piersi  Louise  wyciągnęła  śnieżnobiałą  chusteczkę 

do  nosa  i  delikatnie  wytarła  oczy.  Lekarka  uśmiechnęła  się 

nieznacznie.  Tak,  Louise  Smith  jest  damą  w  każdym  calu.  Zawsze 

elegancka, zadbana, poruszała się z wdziękiem, nigdy się nie garbiła. 

Doktor  Wilkes  zwracała  uwagę  na  takie  rzeczy.  Wiedziała,  że 

elegancję i kulturę można odziedziczyć w genach, jak również nabyć.  

Czego  najlepszym  przykładem  była  ona  sama.  W  jej  wypadku 

elegancja  stanowiła  jakby  pewien  pancerz,  osłonę.  Niełatwo  bowiem 

kobiecie  odnosić  sukcesy  w  dziedzinie  psychologii,  a  tym  bardziej 

kobiecie czarnoskórej. 

Na  swój  sposób  czuła  pokrewieństwo  duchowe  z  Louise  Smith; 

mimo że się różniły i pochodziły z dwóch różnych światów, to jednak 

miały  sporo  wspólnych  cech.  Louise  ciągle  szukała  pomocy,  toczyła 

walkę  z  samą  sobą;  starała  się  odnaleźć  i  zrozumieć.  Z  kolei  ona, 

Martha Wilkes, po wielu trudach znalazła dla siebie miejsce w życiu, i 

strzegła tego miejsca jak oka w głowie.  

Obie  żyły  w  niepewności  i  bardziej  lub  mniej  skrywanym  lęku. 

Obie  miały  wiele  do  stracenia  i  obie  usiłowały  chronić  to,  co  już 

zdobyły. Obu nieustannie towarzyszył strach. 

- Louise... - Lekarka popatrzyła na swą pacjentkę. - Czy mówiłam 

ci już, jak bardzo cię podziwiam? 

Louise złożyła chusteczkę i schowała ją z powrotem do kieszeni. 

- Ty? Mnie? - zdumiała się. - Jak można podziwiać zabójczynię? 

background image

-  Odbyłaś  karę.  Częściowo  w  więzieniu,  częściowo  w  zakładzie 

dla obłąkanych. Po kolejnym pobycie w klinice St. James wróciłaś do 

Jackson, sama, wystraszona, zagubiona. Postanowiłaś zacząć życie od 

nowa,  podjęłaś  pracę,  zdobyłaś  szacunek  ludzi,  zajmujesz 

odpowiedzialne  stanowisko  na  uniwersytecie,  masz  własny  dom. 

Odniosłaś sukces. Myślę, że wiele osób tak uważa i ci zazdrości. 

-  Nie  wiedzą,  jakie  śnią  mi  się  po  nocach  koszmary.  -  Louise 

zacisnęła  dłonie  w  pięści.  -  Martho,  całym  ciałem,  wszystkimi 

zmysłami  czuję...  nie  wiem,  jak  to  określić...  przeraźliwe  wołanie  o 

pomoc. Ktoś mnie potrzebuje, on... 

-  On?  Sądziłam,  że  przyszłaś  do  mnie,  aby  porozmawiać  o 

dziecku? Mówiłaś, że urodziłaś dziewczynkę. Córkę. 

- Tak, to na pewno była córka. Ale było też więcej dzieci. Może... 

może 

pracowałam 

przed 

laty 

jako 

nauczycielka? 

Albo 

przedszkolanka?  Bo  skąd  się  wziął  ten  tłumek  maluchów?  Dlaczego 

czuję, że jestem potrzebna tak wielu dzieciom? 

-  Bo  w  głębi  duszy  wciąż  cierpisz.  Gromadką  dzieci  usiłujesz 

sobie  wynagrodzić  stratę  zarówno  maleństwa,  którego  pozbawił  cię 

Mayfair, jak i tych wszystkich synów i córek, których nie zdołałaś już 

urodzić. Byłabyś  wspaniałą matką, Louise. Tęsknisz za potomstwem, 

którego  nie  masz  i  którego  nie  możesz  tulić  do  piersi.  Tęsknisz  tak 

bardzo, że stale o nim śnisz. 

- A mężczyzna, Martho? Bo śni mi się również mężczyzna. Pielę 

w  ogródku  grządki,  słuchając  szemrzącej  nieopodal  fontanny.  Słońce 

przygrzewa,  woda  cichutko  pluszcze,  w  powietrzu  unosi  się  zapach 

background image

morza.  Nagle  słyszę  kroki.  Odwracam  się,  przysłaniając  oczy  przed 

blaskiem promieni. Za mną stoi mężczyzna, silny, wysoki. Ale słońce 

mnie  oślepia  i  nie  widzę  jego  twarzy.  Nie  potrafię  go  rozpoznać. 

Mężczyzna przygląda mi się w milczeniu, po czym odchodzi. Wołam 

do  niego.  Poczekaj!  Błagam,  nie  odchodź!  -  Przycisnęła  rękę  do  ust, 

jakby  chciała  powstrzymać  krzyk.  -  A  potem  się  budzę.  Nie  ma 

ogrodu,  nie  ma  mężczyzny.  Serce  wali  mi  młotem.  Moje  biedne 

zbolałe serce... 

Lekarka  wstała,  nalała  z  dzbanka  dwie  szklanki  wody,  jedną 

podała Louise, drugą zatrzymała dla siebie. 

-  Hipnoza,  Louise.  Nie  wiem,  dlaczego  od  lat  tak  uparcie  się  jej 

sprzeciwiasz,  ale  powoli  kończą  się  nam  opcje.  Zrozum,  chciałabym 

się  przekonać,  kto  jeszcze  w  tobie  mieszka.  Bo  to,  że  ktoś  mieszka, 

nie  ulega  najmniejszej  wątpliwości.  Obie  doskonale  zdajemy  sobie  z 

tego  sprawę.  Zmieniłaś  imię  i  nazwisko,  lecz  wciąż  jesteś  Patrycją 

Portman.  Louise  Smith  musi  poznać  Patrycję,  stawić  jej  czoło,  a 

potem  się  od  niej  oswobodzić,  bo  inaczej  nigdy  nie  będzie  wolna. 

Zmiana  nazwiska  nie  wystarczy.  Zresztą  może  poza  Patrycją  tkwi  w 

tobie więcej osobowości? 

Louise  odstawiła  szklankę  i  poderwawszy  się  z  fotela,  znów 

zaczęła krążyć po pokoju. 

-  Nie  wierzę.  Naprawdę  nie  wierzę,  że  cierpię  na  rozszczepienie 

osobowości,  że  jest  we  mnie  kilka  różnych  istot,  które  kolejno  się 

ujawniają. 

background image

-  Posłuchaj,  Louise.  -  Lekarka  westchnęła.  -  Twierdzisz,  że  nie 

zabiłaś  Ellisa  Mayfaira.  Przysięgasz,  że  nie  jesteś  zdolna  skrzywdzić 

muchy, a jednak z akt sądowych, które przesłano do kliniki St. James i 

z którymi miałam okazję się zapoznać, wynika coś całkiem innego. To 

twoje  odciski  palców  znaleziono  na  lampie,  którą  Mayfair  dostał  w 

głowę,  oraz  na  nożycach,  które  tkwiły  w  jego  klatce  piersiowej.  A 

kiedy zgarnęła cię policja, krew Mayfaira znaczyła twoje dłonie. 

- Nie, nie moje. To nie byłam ja. 

-  W  takim  razie  kto,  Louise?  Kto  jeszcze  w  tobie  tkwi?  Kto  ci 

wyrządził  taką  krzywdę?  Przez  kogo  siedziałaś  w  więzieniu,  przez 

kogo  trafiłaś  do  domu  wariatów,  i  to  nie  raz,  ale  dwa  razy? 

Przyjechałaś  do  Jackson,  a  potem  nagle  znikłaś.  Gdzie  się 

podziewałaś  w  tym  czasie?  Skąd  się  wzięłaś  w  Kalifornii?  Dlaczego 

znów wylądowałaś w St. James? Odpowiedz mi na te pytania, Louise. 

Nie ukrywaj niczego przede mną. 

Louise usiadła z powrotem w fotelu. 

-  Ale ja nic nie wiem. Nie  wiem nawet, kim jestem. Wiem tylko 

to,  co  ty  mi  mówisz.  A  także  to,  co  wyczytałam  ze  swoich  akt 

więziennych  i  z  historii  choroby.  Jeśli  tkwi  we  mnie  okrutna 

morderczyni, nie chcę, żeby wydostała się na zewnątrz. Nie pozwolę, 

aby jakaś zła, bezduszna istota stała się częścią mojej teraźniejszości i 

przyszłości. Przykro mi, Martho. Nie zgadzam się. Nie chcę hipnozy, 

nie chcę odkrywania mrocznych tajemnic. 

-  Bez  tego  nie  uzyskasz  żadnych  odpowiedzi.  -  Lekarka 

westchnęła zrezygnowana. - Te koszmary, które budzą cię po nocy, i 

background image

dotkliwe bóle głowy, które nie pozwalają ci normalnie funkcjonować, 

same  nie  miną.  A  z  tego,  co  mówisz,  wynika,  że  pojawiają  się  coraz 

częściej i są coraz ostrzejsze. Trzeba temu zaradzić, Louise. Owszem, 

hipnoza jest dość drastycznym środkiem, ale chyba mi ufasz? Wiesz, 

że nigdy bym cię nie skrzywdziła. 

Louise  utkwiła  wzrok  w  Marcie  Wilkes,  która  była  zarówno  jej 

lekarzem, jak i przyjaciółką. 

-  Och,  dlaczego  ta  druga  część  mnie  nie  może  być  wspaniałą, 

serdeczną kobietą? Wtedy chętnie bym ją poznała. 

-  Wystarczy,  że  ty  taka  jesteś,  Louise.  Wspaniała  i  serdeczna.  - 

Lekarka  położyła  dłoń  na  ramieniu  swej  pacjentki.  -  Pokonałaś  w 

sobie tę nieszczęśliwą, zagubioną istotę, która usiłowała cię zniszczyć. 

Tak, pokonałaś ją. Jesteś już całkiem zdrowa. Ale dopóki nie zdołasz 

stawić  czoła  przeszłości,  dopóki  się  z  nią  nie  zmierzysz,  koszmary 

będą  wracać.  Proszę  cię,  rozważ  możliwość  poddania  się  hipnozie. 

Przemyśl to sobie, dobrze? 

Czubkiem języka Louise zwilżyła wargi. 

- Dobrze. Przemyślę. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Obudziła się z błogim uśmiechem na twarzy, po czym naciągnęła 

kołdrę  na  nos,  usiłując  z  powrotem  zasnąć.  Miała  fantastyczny  sen. 

Śniło  jej  się,  że  jest  piękna,  kochana,  pociągająca,  a  obok  niej  leży 

River, cudowny, wspaniały River, którego kochała jako dziewczyna i 

kocha jako kobieta. 

background image

Trzymał ją w ramionach, pieścił, całował. Potem wspólnie odbyli 

podróż  do  krainy  szczęścia  i  rozkoszy,  zwiedzali  różne  zakątki, 

doliny,  pagórki i  wzniesienia, aż  wreszcie  dotarli  na  szczyt.  A  wtedy 

nastąpiła  eksplozja,  jakiej  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  doświadczyła. 

Zadrżała  ziemia,  zadrżały  zmysły.  To  było  jak  olśnienie,  jak  lot  na 

księżyc.  Marzyła  o  tym,  by  sen  trwał  wiecznie,  by  samotny  wilk 

codziennie ją odwiedzał, codziennie się z nią kochał... 

Wtem  otworzyła  oczy  i  usiadłszy  na  łóżku,  przeczesała  ręką 

włosy. To wcale nie był sen. Naprawdę kochała się z Riverem. 

-  Boże,  co  ja  najlepszego  zrobiłam?  -  jęknęła,  opadając  z 

powrotem na poduszkę. - Riv, cośmy, u diabła, zrobili? 

Przycisnęła  ręce  do  piersi,  jakby  chciała  powstrzymać  łomot 

serca.  Usiłowała  się  skupić,  podejść  racjonalnie  do  irracjonalnej 

sytuacji. Jak to się stało? Jak do tego doszło?  

Wiedziała, że wina leży po jej stronie. Sprowokowała Rivera. 

-  Ależ  ze  mnie  kretynka  -  skarciła  się  ochrypłym  szeptem.  -  O 

czym ja myślałam? 

W  tym  tkwił  cały  problem.  W  ogóle  nie  myślała;  nie  chciała 

myśleć. Przeżyła brutalną napaść, została pobita, zraniona fizycznie i 

emocjonalnie.  Miała  ohydną  szramę  na  policzku  i  chciała  znów  się 

czuć  atrakcyjna.  Chciała,  aby  ktoś  ją  obejmował,  mówił,  że  jest 

piękna;  słowem,  pragnęła  choć  przez  chwilę  zapomnieć  o  strachu  i 

cieszyć się życiem. 

Tłumaczyła  sobie,  że  poszła  na  spacer  do  stajni,  żeby  uciec  od 

rodziny  i  w  samotności  popatrzeć  na  konie.  Okłamywała  się.  Poszła 

background image

do stajni, by odszukać Rivera, poskarżyć mu się na los, opowiedzieć o 

swych  lękach,  wyładować  frustrację  i  gniew.  Dawniej  zawsze  tak 

robiła: biegła do niego, mówiła, co jej dolega i czekała, aż on zaradzi 

jej smutkom. Posłużyła się nim. Tak, tuliła się do niego, prowokowała 

go, kupiła, przywoływała wspomnienia, a wszystko po to, aby osuszył 

jej łzy, zaleczył jej ból, pomógł zapomnieć o przeżytym koszmarze. 

Jakże musi ją za to dziś nienawidzić! Jaki musi mieć do niej żal. 

Sama się dziś nie lubiła. 

-  Coraz  częściej  ci  się  to  zdarza.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Od 

dłuższego czasu jesteś swoim najgorszym  wrogiem, prawda, Sophie? 

Oj, biedna, głupia Sophie! 

Pukanie  do  drzwi  przerwało  jej  monolog.  Podskoczywszy  na 

łóżku, obejrzała się przez ramię. Nagle ogarnęła ją panika. Boże, kto 

to może być? River? Meredith? Nie chciała rozmawiać ani z jednym, 

ani z drugim. 

- Kto tam?! - zawołała. 

Drzwi  uchyliły  się,  a  po  chwili  do  pokoju  wsunęła  się 

kasztanoworuda głowa Emily Blair Colton. 

-  Mogę  wejść?  Nie  chciałam  cię  wcześniej  budzić,  ale  zbliża  się 

już dwunasta, więc... 

- Późno wczoraj wróciłam - wyjaśniła Sophie, patrząc, jak siostra 

wchodzi do pokoju i zamyka za sobą drzwi. 

Emily była od niej osiem lat młodsza. Joe i Meredith Coltonowie 

zaadoptowali ją, zanim skończyła rok. Urocza dziewczynka o rudych 

lokach  i  uśmiechniętej  buzi  z  miejsca  podbiła  serce  rodziny.  To 

background image

właśnie ona w wieku jedenastu lat jechała z Meredith, gdy nastąpił ten 

wypadek  samochodowy.  I  ona  najbardziej  w  nim ucierpiała.  Nie  tyle 

fizycznie, bo rany, jakie odniosła, nie były groźne, lecz psychicznie.  

Tamtego  dnia  na  szosie  wydarzyło  się  coś,  co  miało  ogromny 

wpływ  zarówno na matkę, jak i na córkę. Coś, co z biegiem tygodni, 

miesięcy  i  lat  zmieniło  życie  wszystkich  Coltonów.  Meredith 

przeistoczyła  się  w  dziwną,  ponurą,  zamkniętą  w  sobie  kobietę. 

Hacienda  del  Alegria,  wbrew  swej  nazwie,  nie  była  już  domem 

radości. Życie na ranczu straciło urok. 

Od  czasu  wypadku  minęła  kupa  lat.  Emily  dorosła,  jej  gęste, 

ognistorude loki przybrały ciemniejszy, kasztanowy odcień, ale wciąż 

miała wielkie niebieskie oczy, sympatyczną buzię i urocze dołeczki w 

policzkach. 

- Wiem - rzekła, siadając w nogach łóżka. - Dwukrotnie do ciebie 

pukałam  i  dwukrotnie  odpowiedziała  mi  cisza.  Szkoda,  że  nie 

przyszłaś na kolację. Wszystkim nam cię brakowało. 

-  Wszystkim?  To  chyba  przejęzyczenie,  prawda,  Em?  Bo  jakoś 

nie wierzę, żeby wszyscy się za mną stęsknili. 

- Masz na myśli mamę, co? 

Emily zwiesiła nisko głowę. 

-  Brawo.  Przeszła  pani  zwycięsko  pierwszy  etap  i  dotarła  do 

półfinału.  A  teraz  czy  chciałaby  pani  zobaczyć,  co  znajduje  się  za 

bramką numer dwa? - zapytała Sophie. 

Specjalnie  uniosła  twarz  i  odgarnęła  włosy  za  ucho,  aby  Emily 

widziała  jej  lewy  policzek.  Po  wypadku  Emily  szybko  dorosła,  ale 

background image

wciąż  była  młoda,  miała  zaledwie  dziewiętnaście  lat,  i  nigdy  nie 

owijała prawdy w bawełnę. 

- O rany! Ale cię poharatał! 

Sophie  pozwoliła  włosom  opaść  z  powrotem  na  policzek. 

Żałowała, że nie są dłuższe, do ramion; wtedy mogłaby nimi zasłonić 

pół twarzy. 

- Tak, Em. Poharatał mnie. 

- Ojej, Sophie, przepraszam - stropiła się siostra. - Nie chciałam, 

żeby to tak zabrzmiało. Ta blizna wcale nie jest... no wiesz, tak bardzo 

widoczna.  A  kiedy  poddasz  się  operacji  plastycznej,  pewnie  całkiem 

zniknie.  Po  prostu  nie  spodziewałam  się,  że  będzie  taka  długa. 

Cholera,  ten  łajdak  mógł  cię  zabić.  Wyobrażam  sobie,  jaka  musiałaś 

być przerażona. 

-  Prawdę  mówiąc,  byłam  zbyt  wściekła,  żeby  się  bać.  Dopiero 

później,  kiedy  już  nic  mi  nie  groziło,  ogarnął  mnie  potworny  strach. 

Długo nie byłam w stanie się pozbierać. 

- Wcale się nie dziwię... - Emily westchnęła głośno. - Słyszałam, 

że  zerwałaś  zaręczyny  i  że  wzięłaś  paromiesięczny  urlop. 

Przynajmniej tyle dobrego z tego wyszło. 

Sophie uśmiechnęła się smutno. 

- Cieszysz się, że zerwałam z Chetem? 

Emily  zawsze  była  jedną  z  najbardziej  prawdomównych  osób, 

jakie  Sophie  znała.  Teraz  też  nie  uciekła  się  do  kłamstwa  czy 

wykrętów i nie próbowała zmienić tematu. 

background image

-  Bardzo  -  przyznała.  -  Z  Riverem  znacznie  lepiej  do  siebie 

pasujecie. Wszyscy to wiedzą. 

No 

tak,  pomyślała 

Sophie. 

Emily 

nie 

przestała 

być 

prawdomówna, ale zaskoczyła ją treścią swojej wypowiedzi. 

- Pasujemy? Z Riverem? - zdumiała się. - I wszyscy to wiedzą? 

-  No  jasne.  -  Emily  skinęła  energicznie  głową.  -  Żebyś  widziała, 

jak on przeżywał  wiadomość o  waszych zaręczynach! Ogłosiliście to 

podczas  świąt  Bożego  Narodzenia.  Po  waszym  wyjeździe  River 

chodził jak struty. Raz czy drugi wyjechał na tydzień w góry, nikomu 

nie mówiąc, dokąd się wybiera, kiedy wróci i czy w ogóle wróci. Inez 

zdradziła mi, że tak samo się zachowywał, kiedy wyjechałaś na studia. 

Że  warczał  na  wszystkich,  a  kiedy  ktoś  go  pytał,  co  mu  jest, 

odpowiadał: „Nie twój zasrany interes!" 

Sophie usiadła po turecku i zacisnęła dłonie na kostkach. 

-  River  nie  znosi  przegrywać  -  stwierdziła.  -  Sprawiało  mu 

przyjemność,  kiedy  wpatrywałam  się  w  niego  jak  w  obrazek  i 

wszędzie za nim łaziłam. Łechtało to jego próżność, ale naprawdę nie 

miało nic wspólnego z miłością. 

-  Skoro  tak  mówisz...  -  Emily  wzruszyła  ramionami,  po  czym 

zmieniła  temat.  -  Słyszałaś  o  przyjęciu,  jakie  mama  postanowiła 

wydać  z  okazji  sześćdziesiątych  urodzin  ojca?  Tata  chodzi 

nieszczęśliwy,  kwęka,  narzeka,  że  w  smokingu  zamierzał  wystąpić 

dopiero na ślubie któregoś ze swoich dzieci, na pewno nie wcześniej, 

ale  mama  jest  w  swoim  żywiole.  Ustala  menu,  wymyśla  dekoracje, 

zamawia kwiaty, zespoły muzyczne, no i w ogóle. 

background image

-  Biedny  tata.  Ciekawe,  jak  dał  się  przekonać  do  tego  pomysłu? 

Nie, nie mów. Już wiem! Pewnie uznał, że łatwiej ulec, niż walczyć. 

- On ulega od prawie dziesięciu lat. 

- Swojej żonie, a naszej mamie - oznajmiła cicho Sophie. - Dobra 

mamusia kontra niedobra mamusia, prawda, wróbelku? 

- Jeśli chodzi o ścisłość, to dobra kontra zła. Wiesz, żałuję, że to 

wtedy  powiedziałam,  ale  miałam  jedenaście  lat.  Kiedy  otworzyłam 

oczy  i  zobaczyłam  dwie  mamy...  po  prostu  zbzikowałam.  Nie 

chciałam, żeby wchodziła do mnie do pokoju, żeby mnie dotykała. W 

środku  nocy  budziłam  się  z  krzykiem.  Masz  rację,  dawniej  mama 

nazywała  mnie  swoim  wróbelkiem,  ale  wróbelek  przemienił  się  w 

rozhisteryzowaną  hienę.  Dalej  miewam  koszmarne  sny.  Teraz  nawet 

częściej niż od razu po wypadku. I ona o tym wie. 

-  Dalej,  Em?  Moja  ty  bidulko.  -  Sophie  przysunęła  się  bliżej 

siostry  i  położyła  rękę  na  jej  ramieniu.  -  Mimo  wszystko  mama  nie 

powinna była się od ciebie odwracać. Ani wtedy, ani teraz. To nie ty 

ją  odepchnęłaś.  Sama  się  odsunęła,  od  nas  wszystkich.  Kiedy 

przyjechałam do domu po pierwszym semestrze, miałam wrażenie, że 

pomyliłam  adres.  Ojciec  snuł  się  z  kąta  w  kąt,  tak  jak  po  śmierci 

Michaela.  Matka  gdzieś  ganiała,  coś  załatwiała,  szalała  po  sklepach, 

wydawała  przyjęcia.  Reszta  domowników  niby  zachowywała  się  tak 

jak  dawniej,  ale  jakoś  nikt  się  nie  cieszył,  nikt  do  niczego  nie  miał 

zapału.  Zrozumiałam,  ile  mama dla nas  znaczy  dopiero  wtedy,  kiedy 

nas opuściła. 

background image

-  To  prawda  -  przytaknęła  Emily,  po  czym  otrząsnęła  się  z 

ponurych wspomnień. - Ale nie po to przyszłam, że mi się zebrało na 

wspominki.  Przyszłam,  bo  Inez  przygotowuje  na  patio  zimny  bufet  i 

oczekuje  wszystkich  za...  -  spojrzała  na  zegarek  -  mniej  więcej  za 

kwadrans.  Więc  wyskakuj  z  łóżka  i  ubieraj  się,  bo  jeśli  się  nie 

pojawisz,  możesz  być  pewna,  że  zaciągniemy  cię  siłą.  A  jest  nas 

całkiem dużo... 

- No dobra, przekonałaś mnie - powiedziała ze śmiechem Sophie. 

Lekko  kuśtykając,  podeszła  do  komody,  skąd  wydobyła  czystą 

bieliznę. - Kto będzie na lunchu? 

Emily podniosła rękę i zaczęła wyliczać, zginając palce. 

-  Po  pierwsze  Drake,  który  korzysta  z  okazji, kiedy  jest  w  domu 

na  przepustce,  żeby  poflirtować  z  córką  Inez,  Maya.  Myśli,  że  nikt 

niczego nie widzi, ale Inez nie jest ślepa. I wcale jej się to nie podoba, 

nie dlatego, żeby miała coś przeciwko Drake'owi; po prostu wolałaby 

zięcia urzędnika czy farmera, a nie komandosa. Po drugie Rand, który 

przybył  z  teczką  wypchaną  dokumentami,  żeby  tata  je  podpisał.  Po 

trzecie... nie, Amber wybyła z samego rana do Hopechest Ranch. 

Kiedyś  matka  tam  pomagała,  a  teraz  zajęta  jest  wydawaniem 

pieniędzy  taty,  więc  Amber  czasem  ją  zastępuje.  Z  kolei  River 

pojechał o świcie obejrzeć nową klacz. Więc... Aha, jest jeszcze Liza. 

Postanowiła  nas  odwiedzić  przed  wyruszeniem  w  kolejną  trasę,  na 

którą  wcale  nie  ma  ochoty.  Ale  jak  się  ma  taki  głos  jak  ona,  byłoby 

grzechem  śpiewać  jedynie  pod  prysznicem.  Po  południu  wybieramy 

background image

się do Prosperino do fryzjera. Może chcesz z nami pojechać? Pewnie 

udałoby się ciebie też ostrzyc. 

-  Dzięki,  Em,  ale  zapuszczam  włosy.  -  Wyjęła  z  szafy  zieloną 

spódnicę  i bluzkę.  - Czyli  wcale  nie  ma nas tak dużo.  Powiedz:  Liza 

sama przyjechała, czy ze stryjem Grahamem i ciotką Cynthią? 

- Widać, że rzadko bywasz w domu, Soph. Stryj Graham i ciocia 

Cynthia  omijają  się  szerokim  łukiem.  I  o  ile  przedtem  oboje 

ignorowali  Lizę  i  Jacksona,  teraz  jest  odwrotnie,  przynajmniej  w 

wypadku  Lizy.  To  ona  unika  ich  jak  zarazy.  Od  matki  trzyma  się  z 

daleka, bo ta koniecznie chce zarządzać jej karierą. Od ojca, bo... nie 

wiem,  wydaje  mi  się,  że  ma  do  niego  jakieś  pretensje.  Jakby  się  na 

nim  zawiodła.  Oczywiście  to  są  moje  przypuszczenia,  bo  nie 

rozmawiałyśmy na ten temat. 

-  Stryj  nigdy  nie  był  przystępnym,  otwartym  człowiekiem.  A 

szkoda. Nie dość, że nasza rodzina się rozpada, to jeszcze stryjostwo... 

No trudno. Dobrze, że ty i Liza możecie na siebie liczyć. 

-  Oj,  dobrze.  -  Emily  zeskoczyła  z  łóżka  i  cmoknęła  siostrę  w 

policzek.  -  Ona  jest  dla  mnie  jak  starsza  siostra,  o  której  zawsze 

marzyłam. 

- Och, ty potworze! - Sophie pacnęła siostrę bluzką, którą wyjęła 

z szafy. - A ja to co? Naturalnie, że starałam się ciebie ignorować, bo 

któraż  starsza  siostra  lubi,  jak  jakaś  smarkula  wszędzie  za  nią  łazi? 

Ale  myślisz,  że  zapomniałam,  jak  podkradałaś  mi  kosmetyki?  Albo 

jak  czytałaś  mój  pamiętnik?  Któregoś  dnia  zdradziłaś  Riverowi,  że 

chyba z pięćdziesiąt razy napisałam „Pani Sophie James". 

background image

Emily  wybuchnęła  dźwięcznym  śmiechem,  po  czym  przyłożyła 

rękę do ucha i zaczęła udawać, że intensywnie nasłuchuje. 

-  Słyszałaś?  To  Inez.  Burczy  pod  nosem,  że  nie  gotuje  z  nudów 

ani dla przyjemności, tylko po to, żebyśmy mieli co jeść. Lecę, a ty się 

szykuj. 

- Zaraz będę gotowa. 

Sophie  skierowała  się  do  łazienki.  Wszedłszy  do  kabiny 

prysznicowej,  odkręciła  kran,  po  czym  odchyliła  w  bok  głowę,  aby 

gorący  strumień  nie  uderzał  jej  w  twarz.  Zamknęła  oczy.  Woda 

omywała  jej  ciało,  które  parę  godzin  temu  River  dotykał,  pieścił, 

całował. Czuła się rześka, rozbudzona, a zarazem martwa. Sięgnęła po 

gąbkę.  Namydliwszy  ją,  zaczęła  się  myć;  robiła  to  szybko, 

mechanicznie,  próbując  zapomnieć  o  Riverze,  o  tym,  że  zostawił  na 

niej swe piętno, że zmienił ją na zawsze. 

 

Pociągnął lekko za wodze i skierował konia wąską ścieżką w dół 

aż  do  samej  plaży.  Tam  zeskoczył  na  ziemię  i  wsunął  wodze  pod 

kamień, żeby koń nigdzie nie powędrował. Następnie ruszył w stronę 

fal,  które  od  początku  świata  rozbijały  się  w  tym  miejscu  o 

przybrzeżne skały, tworząc nad nimi białą kurtynę mgły. 

Usiadł na dużym głazie, który upatrzył sobie przed wieloma laty, 

jeszcze  jako  nastolatek.  Lubił  tu  przychodzić,  kiedy  miał  jakiś 

problem  albo  przeżywał  rozterki.  Zwrócony  tyłem  do  brzegu,  z  ręką 

wspartą  na  kolanie,  spoglądał  w  bezkres  wody,  jakby  szukał  w  niej 

odpowiedzi. 

background image

Każdego dnia ocean zmieniał się. Raz potrafił być szary, groźny, 

wzburzony,  o  potężnych,  zwieńczonych  grzywą  falach,  które  z  furią 

uderzały  o  brzeg.  Innym  razem  -  spokojny,  łagodny,  kojący.  Ale 

niezależnie  od  pogody,  niezależnie  od  pory  roku,  zawsze  był.  Był, 

szumiał, pienił się, falował, posłuszny jedynie fazom księżyca. 

River  podniósł  głowę  i  popatrzył  na  niebo,  błękitne,  niemal 

bezchmurne,  z  wielką  pomarańczową  kulą  leniwie  opadającą  nad 

horyzontem.  Minęła  czwarta  po  południu;  dzień  powoli  dobiegał 

końca.  Zawsze  przychodził  tu  sam,  nigdy  nikogo  z  sobą  nie 

przyprowadzał. Nawet Sophie, a zwłaszcza Sophie.  

Skaliste  nabrzeże  było  jego  bezpieczną  przystanią.  Przed  laty 

tylko  tu  mógł  się  skryć  przed  nieustającym  szczebiotem  upartej 

nastolatki,  która  stopniowo  zaczęła  się  przeobrażać  w  atrakcyjną 

kobietę. Tylko tu mógł w samotności rozmyślać o tej śmiesznej małej 

istotce,  która  wodziła  za  nim  rozmarzonym  wzrokiem,  i  o  miłości, 

jaką ją darzył, z początku niewinnej, braterskiej, potem coraz bardziej 

gorącej. 

W powietrzu krążyły mewy, głośnym piskiem wyśmiewając się z 

niego.  Bezpieczna  przystań?  Dobre  sobie!  Bezpieczeństwo  to  spokój 

wewnętrzny.  A  tego  mu  brakowało.  Kochał  Sophie  Colton.  Kochał, 

ubóstwiał, uwielbiał. Pragnął jej, potrzebował bardziej niż powietrza, 

bardziej  niż  jedzenia.  Kochał  od  dawna  i  od  dawna  nie  przyjmował 

tego  faktu  do  świadomości,  ale  dłużej  nie  mógł  chować  głowy  w 

piasek. 

Wczoraj kochali się. Spędzili razem namiętną noc. 

background image

- Za nami szalona noc - powiedział cicho, jakby chciał poskarżyć 

się  falom.  -  A  przed  nami?  Nic.  Widziałeś  wczoraj  twarz  Sophie, 

kiedy  opuszczała  stajnię.  Jej  zaciśnięte  usta,  przestraszony  wzrok. 

Podpierając  się  laską,  wyszła  na  dwór;  nawet  nie  spojrzała  za  siebie. 

A ty co? Powiedziałeś cokolwiek? Próbowałeś ją zatrzymać? Nie. Nie 

ma co, stary. Pięknie się spisałeś. 

 

Zmęczona drogą, jaką musiała pokonać od szosy, Sophie stała na 

szczycie  skalistego  wzgórza  i  wsparta  na  lasce  spoglądała  w  dół  na 

ocean. Nie powinna prowadzić samochodu; prawe kolano nie było na 

tyle sprawne, by mogła swobodnie naciskać na hamulec i pedał gazu. 

Pomagając sobie lewą nogą, o mało nie spowodowała wypadku. 

Ale  musiała  przyjechać  i  się  przekonać.  Tak,  miała  rację.  River 

siedział  na  głazie,  tuż  nad  wodą,  szukając  odpowiedzi  na  pytania, 

których  nie  potrafił  zadać  na  głos.  Zwrócony  tyłem  do  świata, 

wpatrzony nieruchomo przed siebie, wyglądał jak żywa rzeźba. 

Sophie  doskonale  znała  to  miejsce,  wielokrotnie  śledziła  Rivera, 

gdy  przychodził  tu  przed  laty,  nigdy  jednak  nie  schodziła  za  nim  na 

dół  i  nie  zakłócała  mu  spokoju.  Właściwie  sama  nie  wiedziała 

dlaczego,  bo  odkąd  przybył  na  ranczo,  towarzyszyła  mu  zawsze  i 

wszędzie,  czy  tego  chciał,  czy  nie.  Ale  to  miejsce  na  skałach  było 

szczególne; tu pozwalała Riverowi cieszyć się samotnością. 

O  czym  teraz  dumał?  Jakie  pytania  zadawał  sobie,  słońcu  i 

wodzie?  Czy  chciał  porzucić  ranczo,  wyjechać,  aby  być  od  niej  jak 

background image

najdalej? Czy żałował tego, co się wczoraj wydarzyło? Czy winił sam 

siebie? A może uważa, że to ona jest winna? 

Podczas  lunchu  ojciec  poinformował  ją,  że  załatwił  jej 

fizykoterapię trzy razy w tygodniu w Prosperino i że na zajęcia będzie 

ją  woził  River.  Pierwsze  miały  się  odbyć  już  nazajutrz.  Sprzeciwiła 

się. Oznajmiła, że nikt jej nie musi wozić; potrafi sama zawieźć się na 

miejsce i wrócić. Jej protesty na nic się nie zdały. 

Czy  dlatego  wkrótce  po  lunchu  usiadła  za  kierownicą?  Nie. 

Gdyby chciała udowodnić, że prowadzenie samochodu nie sprawia jej 

trudności,  pojechałaby  gdziekolwiek,  a  tymczasem  wybrała  się  nad 

skaliste  wybrzeże,  przeczuwając,  że właśnie  tu  znajdzie pogrążonego 

w myślach Rivera. 

-  Nie  zostawiaj  rancza,  Riv  -  szepnęła  do  niego,  wiedząc,  że  jej 

nie  usłyszy.  -  Chciałam  wyjechać,  uciec,  ale  nie  mogę.  Tym  razem 

muszę  zostać.  Ze  względu  na  matkę,  na  ojca,  na  Emily.  I  na  nas, 

nawet  jeśli  mnie  nie  chcesz,  jeśli  żałujesz  wczorajszej  nocy.  Muszę 

zostać  i  ty  też.  Musimy  się  przekonać,  co  dalej.  Co  z  nami  będzie? 

Czy mamy jakąś szansę? 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Rand  Colton  chwycił  nieduży  plik  dokumentów,  postukał  nim  o 

stół, aby wyrównać brzegi, po czym schował do teczki. 

-  No  dobra,  to  by  było  wszystko.  Nie  wiem,  jak  mogłem  o  nich 

wczoraj  zapomnieć.  Swoją  drogą,  przerażające  są  te  ilości  papieru, 

jakie  zużywamy.  Zauważyłeś,  tato?  Niby  żyjemy  w  epoce 

background image

komputerów,  a  czasem  mam  wrażenie,  że  ta  cała  elektronika  służy 

temu, by można było więcej i szybciej drukować... Tato? Tato, dobrze 

się czujesz? 

Joe  Colton  podniósł  głowę  i  popatrzył  na  swojego  najstarszego 

syna. 

-  Co?  A  tak,  tak.  Dobrze...  Powiedz  mi,  Rand,  wiedziałeś,  że 

Drake spotyka się z Maya? Inez jest dość zaniepokojona. 

- Drake i Maya? Naprawdę? 

-  Naprawdę.  Teoretycznie  nikt  o  niczym  nie  wie,  a  praktycznie 

wszyscy wiedzą, lecz nic nie mówią. 

-  Typowe.  To  jak  z  krostą  na  nosie.  Wszyscy  ją  widzą,  lecz  nikt 

jej  nie  komentuje.  -  Rand  zamknął  teczkę,  po  czym  postawił  ją  na 

podłodze obok krzesła. - Ale w czym problem? Sądziłem, że Inez lubi 

mojego młodszego braciszka. 

Joe pociągnął łyk zimnej lemoniady. 

- Owszem, lubi. Marco też go lubi, ale oboje martwią się o córkę. 

Chcą  jej  oszczędzić  cierpień.  Bądź  co  bądź,  komandos  nie  siedzi  za 

biurkiem  od  dziewiątej  do  piątej.  Wykonuje  znacznie  bardziej 

niebezpieczną pracę niż na przykład lekarz czy prawnik. 

-  No,  bez  przesady.  -  Rand  pokazał  w  uśmiechu  zęby.  -  Na 

prawnika czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Może się dźgnąć w palec 

długopisem, ubrudzić atramentem... 

Joe pokręcił z rozbawieniem głową. 

-  Dobra,  dobra.  Ale  mówiąc  poważnie,  myślisz,  że  powinienem 

porozmawiać z Drakiem? 

background image

-  A  co  mama  uwa...  Zresztą  mniejsza  z  tym.  Czy  powinieneś 

porozmawiać  z  Drakiem?  Chyba  nie,  tato.  Drake  i  Maya  są  dorośli  i 

mogą  robić,  co  im  się  żywnie  podoba.  Nie  muszą  nikogo  pytać  o 

zgodę. 

Joe odstawił szklankę na stół, po czym odchylił się w krześle. 

- Ja też tak sądzę. A teraz druga sprawa. Rozmawiałeś z Sophie? 

-  Tak.  Wczoraj  na  lunchu  -  odparł  Rand.  -  I  muszę  przyznać,  że 

trochę  mnie  wystraszyła.  Nie  przywykłem  widzieć  jej  bez  uśmiechu. 

Ale ona wydobrzeje, prawda, tato? 

- Podobno czas leczy wszystkie rany. 

Rand skinął głową. 

-  Podobno.  Aha,  dostałem  dziś  rano  raport  policji  na  temat  tego 

napastnika.  Pomyślałem  sobie,  że  wspomnę  ci  o  tym,  zanim 

cokolwiek  powiem  Sophie.  Otóż  rysopis  się  zgadza,  właściwie 

wszystko  się  zgadza,  oprócz  jednej  rzeczy.  Facet  nie  żyje. 

Przedawkował  narkotyki.  Znaleziono  go  kilka  przecznic  od  miejsca, 

gdzie  napadnięto  Sophie,  ale  policja  nie  od  razu  skojarzyła  jedno  z 

drugim. 

-  Psiakrew.  -  Joe  zmarszczył  czoło.  -  Prawdę  mówiąc,  nie  wiem, 

czy  to  dobrze,  czy  źle.  Może  Sophie  wolałaby,  żeby  stanął  przed 

sądem... 

- Wątpię, tato. Chyba tak jest najlepiej. Sophie szybciej zapomni o 

tym  paskudnym  wydarzeniu  i  z  trochę  mniejszym  lękiem  będzie 

patrzeć  w przyszłość.  A skoro mowa o jej przyszłości, jak się miewa 

River? Sądzisz, że tym razem im się uda? 

background image

-  Mam  nadzieję,  synu.  Poprosiłem  go,  aby  trzy  razy  w  tygodniu 

woził  ją  na  fizykoterapię  do  Prosperino.  Nie  odmówił.  Właśnie  teraz 

tam są. Jeżeli to nie przyniesie efektu, może zaniknę ich na kilka dni 

w  jednym  pokoju  i  nie  otworzę  drzwi,  dopóki  nie  uświadomią  sobie 

tego,  co  my  wszyscy  wiemy  od  dawna.  Chryste!  Jak  mogła  przyjąć 

oświadczyny takiego bubka jak Chet Wallace? Ale coś mi się wydaje, 

że  straciła  do  niego  serce  na  długo  przed...  przed  tym  zajściem  w 

alejce. 

-  Jestem  o  tym  absolutnie  przekonany  -  rzekł  Rand,  lecz  nie 

wyjaśnił, skąd to wie. - No dobrze. - Wstał od stołu. - Zajrzę jeszcze 

do  mamy.  Nie  pojawiła  się  wczoraj  na  lunchu,  a  ponieważ  wkrótce 

czeka mnie wyjazd... Pójdę się pożegnać. 

Joe również wstał od stołu. 

-  Idź,  idź,  mama  na  pewno  się  ucieszy.  Ostatnio  całymi  dniami 

planuje moje przyjęcie urodzinowe. 

-  Zapowiada  się  huczne  wydarzenie.  A  ty  nie  bardzo  za  czymś 

takim przepadasz, co? 

- To prawda, ale skoro mama jest szczęśliwa... 

 

W  innej  części  domu  Meredith  Colton  zamknęła  okno  i  z 

uśmiechem na twarzy podeszła do toaletki. Wszystko toczy się po jej 

myśli.  Przyjęcie  zostało  dokładnie  zaplanowane.  Joe  jest  zbyt  stary  i 

zbyt  zmęczony,  aby  się  jej  sprzeciwić  w  jakiejkolwiek  sprawie. 

Przynajmniej dotąd się nie sprzeciwiał. 

background image

Jednakże  ostatnio  coraz  mniej  chętnie  dawał  się  wodzić  za  nos. 

Od  czasu  napadu  na  Sophie  zaczął  przejawiać  niezadowolenie,  tak 

jakby ból córki uświadomił mu, że on też cierpi i pragnie zmienić coś 

w  swoim  życiu.  Meredith  poczuła  lekki  strach.  A  nuż  zechce  się  jej 

pozbyć? Każe jej się wynieść z domu tak jak wtedy, gdy powiedziała 

mu o Teddym? 

Tamtego wieczoru, kiedy stwierdził, że ona jest matką jego dzieci, 

z których nie wszystkie on spłodził, zachował się dość paskudnie. Ale 

kiedy  oznajmił,  że  oszalała...  Nie,  tego  było  już  za  wiele!  Jakim 

prawem kwestionował jej poczytalność? O ile wcześniej miała jeszcze 

pewne wahania, to teraz znikły. Podjęła decyzję. Musi chronić siebie i 

synów. 

Nagle pomyślała sobie, że coś z najnowszej kolekcji Donny Karan 

świetnie się nada na strój żałobny dla zrozpaczonej wdowy. 

 

-  Wciąż  nie  rozumiem,  dlaczego  musiało  wypaść  na  ciebie  - 

rzekła  Sophie,  opierając  się  o  drzwi  samochodu,  którym  River  wiózł 

ją do Prosperino. 

- Nie wiem, może dlatego, że mnie lubisz? 

Odwróciwszy  głowę,  wbiła  w  niego  gniewne  spojrzenie.  Były  to 

pierwsze słowa, jakie usłyszała z jego ust, odkąd rozstali się w stajni. 

Specjalnie  chciał  ją  zdenerwować  i  wiedział,  jak  najlepiej  osiągnąć 

cel. 

- Psiakrew, nie to miałam na myśli. 

background image

-  Wiem,  Soph,  ale  kiedyś  musimy  o  tym  pogadać.  Chyba  że 

chcesz, abym nabawił się amnezji i wyrzucił wszystko z pamięci? 

- To nie byłoby głupie - burknęła, osuwając się niżej na siedzeniu. 

Piękny krajobraz, który mijali po drodze, nie wzbudzał jej zachwytu. - 

Popracuj  nad  tym,  nad  tą  amnezją,  bo  to,  co  się  stało,  więcej  się  nie 

powtórzy. 

-  Och,  mowy  nie  ma!  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  złożyłem  ślub 

czystości,  więc  byłbym  wdzięczny,  gdybyś  przestała  się  wiercić  na 

siedzeniu. Wyglądasz zbyt seksownie. 

Sophie otworzyła szeroko oczy. 

-  Ja?  Seksownie?  Ubrana  w  dres?  Wiesz,  Riv,  zaczynam 

podejrzewać,  że  masz  jakieś  zaburzenia  wzrokowe,  które  zakłócają 

twoją zdolność oceny. Może powinieneś się leczyć. 

- Może powinienem cię wziąć przez kolano i spuścić ci lanie, tak 

jak wtedy, gdy miałaś piętnaście lat i przyłapałem cię na szperaniu w 

moich rzeczach. 

Uśmiechnęła się pod nosem. 

-  Po  pierwsze,  nie  szperałam.  Chciałam  sprawdzić,  jaki  nosisz 

rozmiar  koszuli,  żebym  mogła  kupić  ci  nową  na  urodziny.  A  po 

drugie, lanie wcale nie bolało. 

Szczerząc zęby, zerknął na nią spod oka. 

- Musiało boleć. Miałaś taki chudy tyłeczek. Nie to co teraz. 

-  Insynuujesz,  że  teraz  jestem  przy  kości?  Tak?  To  kup  sobie 

okulary. Mojej figurze niczego nie można... Zresztą mniejsza o to! Nie 

mam ochoty na dyskusję. 

background image

Pokręcił z rozbawieniem głową. Resztę drogi odbyli w milczeniu. 

Parę minut później dojechali na miejsce. 

- Ile czasu, Sophie? - spytał, gasząc silnik. 

- Ile czasu potrwają zajęcia? Pewnie około godziny. 

- W porządku, ale nie o to pytałem.  Ile musi minąć czasu, zanim 

będzie wiadomo? 

Zniżyła wzrok i przygryzła wargę. 

-  Bo  ja  wiem?  Jakieś  dwa  tygodnie.  Chociaż...  Robiliśmy  kiedyś 

reklamę  jednego  z  tych  nowych  testów  ciążowych.  Podobno  już  w 

pierwszych  dniach  sprawdzają  się  w  dziewięćdziesięciu  pięciu 

procentach. - Podniosła oczy i popatrzyła mu prosto w twarz. - Ale nie 

obawiaj się. Na pewno nie jestem w ciąży. 

Pchnęła  drzwi  i  czym  prędzej  skierowała  się  do  budynku,  w 

którym mieścił się ośrodek rehabilitacji. Na pewno nie jestem w ciąży. 

Tak powiedziała. Czy brzmiała dość przekonująco? Czy uwierzył jej? 

Skoro dopiero za dwa tygodnie ma być cokolwiek wiadomo, oznacza 

to,  że  kiedy  się  kochali,  Sophie  znajdowała  się  w  samym  środku 

cyklu, w fazie owulacyjnej. A właśnie wtedy najłatwiej o ciążę. 

Gdyby sypiała z Chetem, stosowałaby pigułkę antykoncepcyjną i 

teraz  nic by  jej  nie  groziło.  W  sumie  jej  życie  erotyczne  było  bardzo 

ubogie. Swoich kochanków mogłaby policzyć na palcach jednej ręki. 

W  czasie  studiów  przespała  się  z  chłopakiem,  z  którym  straciła 

dziewictwo. Potem, trzy lata temu, przeżyła trwający tydzień romans z 

facetem,  którego  uśmiech  przywodził  jej  na  myśl  Rivera.  Chet  nie 

nalegał na seks. Wystarczały mu pocałunki i pieszczoty. Trochę ją to 

background image

dziwiło,  ale  nie  protestowała.  Prawdę  mówiąc,  była  całkiem  z  tego 

zadowolona.  

Przedwczoraj  zaś  zachowała  się  w  sposób  wyjątkowo 

nieodpowiedzialny.  Kochała  się  w  środku  cyklu,  nie  używając 

żadnego  zabezpieczenia,  z  mężczyzną,  który  siłą  zaciągnie  ją  do 

ołtarza,  jeżeli  okaże  się,  że  zaszła  w  ciążę.  Nic  go  nie  powstrzyma, 

żadne prośby czy argumenty. 

Przystanąwszy  przy  dużych  szklanych  drzwiach,  obejrzała  się 

przez  ramię.  Zobaczyła,  jak:  River  wyjeżdża  z  parkingu.  Obiecał 

załatwić  dla  Inez  parę  sprawunków,  potem  wrócić  pod  ośrodek  i 

czekać,  aż  Sophie  skończy  zajęcia.  Westchnęła  głośno.  Dlaczego 

życie jest tak skomplikowane? 

Starając  się  nie  myśleć  o  Riverze,  pchnęła  drzwi,  weszła  do 

środka, a po godzinie wyszła bez laski, zmęczona, obolała, ze stosem 

instrukcji  tłumaczących,  jakie  ćwiczenia  powinna  wykonywać 

samodzielnie w domu. Kolano miała zdrowe; już w San Francisco jej 

to powiedziano. Ale ponieważ tyle czasu chodziła z nogą w szynie, a 

potem  podpierała  się  laską,  mięśnie  miała  w  zaniku.  Nadeszła  pora, 

aby je wzmocnić. 

W  sali  ćwiczeń  poddano  ją  torturom.  Najpierw  spacer  po 

automatycznej  bieżni,  po  nim  pięć  minut  na  steperze,  następnie  pół 

godziny  na  macie  z  rehabilitantem  Johnem,  który  wyczyniał 

najróżniejsze  rzeczy  z  jej  nogą:  pchał  ją,  ciągał,  wykręcał,  podnosił, 

przyciskał do klatki piersiowej, aż Sophie ociekała potem. 

background image

Była  skonana,  ledwo  mogła  ustać.  Wszystkie  mięśnie  ją  bolały. 

Marzyła  o tym, aby  wsiąść do samochodu, wrócić na ranczo i zrobić 

sobie kąpiel. Ale Rivera nie było widać. 

-  Psiakrew,  Riv.  Mówiłam,  że  to  potrwa  godzinę.  Tak  trudno  ci 

spojrzeć na zegarek? 

Rozglądała  się  w  prawo  i  w  lewo,  obserwując  samochody 

wjeżdżające  na  parking.  Dla  wygody  klientów  niezmotoryzowanych 

korzystających z komunikacji miejskiej ośrodek rehabilitacji przylegał 

do  dużego  centrum  handlowego,  pod  którym  stawały  autobusy. 

Niestety,  żaden  nie  kursował  w  stronę  rancza.  Zresztą,  pomyślała,  to 

by było idiotyczne, gdyby jeździły tam, gdzie prawie nikt nie mieszka. 

Nagle  uświadomiła  sobie  coś  znacznie  bardziej  idiotycznego, 

mianowicie, że tak mocno naciska plecami ścianę, jakby chciała się w 

nią wtopić, a na spacerujących ludzi patrzy podejrzliwie, jakby każdy 

był potencjalnym Kubą Rozpruwaczem. 

- To głupie - szepnęła, zbierając się na odwagę, żeby przejść parę 

kroków. 

I  nagle  podskoczyła  przerażona,  kiedy  obok  przebiegło  trzech 

chudych,  wysokich  nastolatków  ubranych  w  obszerne  koszule  i 

dżinsy,  które  prawdopodobnie  były  szyte  z  myślą  o  klownach 

cyrkowych.  Jeden  z  nich,  krostowaty  młodzian  z  rzadką,  żałośnie 

wyglądającą bródką, obejrzał się przez ramię i mrugnął do Sophie. 

- Niezła cizia. 

Przygryzła wargę, żeby powstrzymać krzyk. Miała ochotę wrócić 

pędem  do  ośrodka  i  błagać  o  pomoc.  Pot  spływał  jej  strugami  po 

background image

plecach,  ręce  miała  wilgotne,  serce  waliło  młotem,  łzy  piekły  w 

oczach. 

Była  zaskoczona  swoją  reakcją.  Owszem,  po  raz  pierwszy  od 

czasu  napaści  znajdowała  się  sama,  bez  opieki,  w  miejscu 

publicznym,  ale  to  jeszcze  nie  powód,  żeby  na  niewinną  zaczepkę 

reagować  takim  zdenerwowaniem.  Istna  paranoja!  W  końcu  jest 

środek dnia, trzecia po południu, wokół kręci się mnóstwo ludzi. Nic 

jej  nie  grozi.  Zacisnęła  zęby.  Nie,  nigdzie  nie  będzie  uciekać  z 

krzykiem.  

Podejmując  świadomą  decyzję,  odsunęła  się  od  ściany  i  wolnym 

krokiem  przeszła  w  poprzek  szerokiego  chodnika  do  słupa  przy 

krawężniku. Korciło ją, by uchwycić się go z całej siły; powstrzymała 

ten  odruch  i  jedynie  oparła  się  o  niego  ramieniem.  Stała  tak, 

obserwując  matki  z  dziećmi,  młodzież,  starców,  którzy  znikali  w 

odległym  o  jakieś  siedemdziesiąt  metrów  wejściu  do  centrum 

handlowego. Nic jej nie grozi. Ci ludzie zajęci są własnymi sprawami. 

Kiedy jednak poczuła czyjąś ciepłą dłoń na ramieniu, podskoczyła 

z krzykiem. 

-  Spokojnie,  Soph  -  powiedział  River,  tuląc  ją  do  siebie.  -  Nie 

chciałem cię wystraszyć. 

Oswobodziła  się  z  jego  objęć  i  zacisnąwszy  dłonie  w  pięść, 

uderzyła go w klatkę piersiową. 

-  Nigdy  więcej  się  tak  nie  skradaj!  Gdzie  byłeś?  Stoję  tu  co 

najmniej od godziny! 

Spojrzał na zegarek. 

background image

-  Siedem  minut,  panno  Colton.  Tyle  się  spóźniłem.  I  najmocniej 

panią  przepraszam.  -  Podsunął  wyżej  kapelusz  i  wbił  w  nią  swoje 

zielone  oczy.  -  Sophie,  co  się  stało?  Cała  się  trzęsiesz.  Jesteś  blada, 

przerażona... Dlaczego? Czy... 

-  Nic  się  nie  stało.  Wszystko  w  porządku  -  odparła,  szukając  na 

parkingu  samochodu  z  napisem  Hacienda  del  Alegria  na  drzwiach. 

Spostrzegłszy  go, ruszyła  w jego kierunku. - Zapomnij, co widziałeś, 

dobrze? 

-  Nie,  niedobrze  -  rzekł,  kiedy  zajęli  miejsca  na  przednim 

siedzeniu.  -  Soph,  o  mało  nie  zemdlałaś  z  przerażenia.  Dlaczego? 

Przecież musiałaś już wcześniej wychodzić z domu. W San Francisco 

też jeździłaś na fizykoterapię... 

Nagle  łzy  podeszły  jej  do  oczu.  Przez  chwilę  walczyła  z  pasem 

bezpieczeństwa, którego nie była w stanie zapiąć. 

-  Owszem,  ale  nie  jeździłam  sama.  Tata  wynajął  pielęgniarkę. 

Towarzyszyła mi w dzień i w nocy. 

- Pielęgniarkę? Czy raczej kobietę ochroniarza? 

No, wreszcie! Zapięła się. 

-  Pielęgniarkę  -  odparła,  wpatrując  się  prosto  przed  siebie.  - 

Przestań wiercić mi dziurę w brzuchu. 

-  Nie  wiercę.  Po  prostu  zaskoczyła  mnie  twoja  reakcja.  Przyznaj 

się,  Sophie.  Boisz  się,  prawda?  Boisz  się  powrotu  do  normalnego 

życia.  Czy  Joe  o  tym  wie?  Może  warto,  żebyś  z  kimś  o  tym 

porozmawiała? 

background image

Posłała mu mordercze spojrzenie. Każdy inny zrozumiałby, że nie 

ma ochoty ciągnąć dalej tematu, ale nie River. Kiedy nie chciał czegoś 

zauważyć, potrafił być wyjątkowo mało spostrzegawczy. 

-  Nie  ma  takiej  potrzeby  -  oznajmiła.  -  A  teraz  bądź  łaskaw 

włączyć silnik i ruszajmy w drogę powrotną. 

- Tak, panno Colton. Twe życzenie jest mym rozkazem. 

Posłusznie  przekręcił  kluczyk  w  stacyjce,  wycofał  się  na 

wstecznym  biegu,  po  czym  włączył  się  w  ruch.  Sophie  nastawiła 

radio;  kręciła  gałką,  szukając  muzyki,  która  wypełniłaby  ciszę  w 

samochodzie i uniemożliwiła prowadzenie rozmowy. 

-  I  przestań  nazywać  mnie  panną  Colton  -  powiedziała  po  kilku 

minutach,  bo  nawet  stare  przeboje  nie  potrafiły  zagłuszyć  głosu 

Rivera, który wciąż rozbrzmiewał w jej głowie. - Irytuje mnie to. 

- Dobrze, panno... Oj, pardon! - Wyszczerzył w uśmiechu zęby. - 

Wiesz, mam problem. Nie bardzo się orientuję, jakie łączą nas relacje. 

Nie  jestem  już  twoim  starszym  bratem  ani  obiektem  twoich 

dziewczęcych  westchnień.  Jako  twój  kierowca  też  nie  za  bardzo  ci 

odpowiadam.  Więc  co  nam  zostaje,  Sophie?  Poza  czekaniem  i 

liczeniem dni? 

-  Nie  wiem  -  odparła,  zbyt  przygnębiona,  aby  dłużej  czynić  mu 

wyrzuty. - Naprawdę nie wiem. A ty masz jakiś pomysł? 

Ruchem głowy wskazał za siebie, na tylne siedzenie. 

- Spóźniłem się, bo nie mogłem zdecydować, który jest najlepszy. 

W końcu kupiłem wszystkie, jakie stały na półce. 

background image

Sophie  zatrzymała  wzrok  na  białej  plastikowej  torbie  z  nazwą 

apteki wydrukowaną dużymi czerwonymi literami. 

- O czym ty... Cholera jasna! Nie wierzę! 

-  A  co?  Wolałabyś  sama  wybrać  się  na  zakupy  i  sama  dokonać 

wyboru? To nie takie proste, jakby się wydawało. W dodatku kasjerka 

zachowywała się tak, jakby miała dwanaście lat. Chichotała, rumieniła 

się... 

Sophie zacisnęła dłonie na skroniach. 

- Przeholowałeś, Riv. Kochaliśmy się tylko jeden raz. Żeby zajść 

w  ciążę,  trzeba  się  trochę  bardziej  postarać.  Zresztą  ty  niczemu  nie 

jesteś winien. Do jasnej cholery, to ja cię sprowokowałam, zmusiłam 

do... 

-  O  tak  -  przerwał  jej.  -  Zmusiłaś.  Przyłożyłaś  mi  pistolet  do 

skroni. 

Słyszała  drwinę  w  jego  głosie,  ale  również  ostrzeżenie;  powoli 

zaczynał tracić cierpliwość. 

-  Nie  wiem,  czy  zdajesz  sobie  z  tego  sprawę,  Soph  ale  często 

przeklinasz.  A  może  w  świecie  reklamy  cholera,  psiakrew  i  tym 

podobne słówka mają jakiś głębszy sens, którego ja nie pojmuję? 

-  Nie.  Cholera  to  cholera  i  już!  Kiedy  rozmawiam  z  tobą,  po 

prostu  ciśnie  mi  się  na  język.  -  Ponownie  rzuciła  okiem  na  torbę  z 

apteki. - Psiakrew! 

- Psiakrew to, cholera tamto. Tak, Sophie? 

Zjechawszy  na  lewy  pas,  wyprzedził  otwartą  ciężarówkę 

wypełnioną trzodą chlewną. 

background image

-  Żałuję  tamtego  wieczoru,  Riv.  Naprawdę  żałuję  -  powiedziała 

cicho Sophie, wykręcając nerwowo palce u rąk. 

- A ja nie. - Zbliżając się do niewielkiego wzniesienia, za którym 

znajdował się zakręt prowadzący na ranczo, River zdjął nogę z pedału 

gazu. - I mam nadzieję, że zaszłaś w ciążę, bo bardzo chciałbym się z 

tobą ożenić. 

- Wiesz co? - Odwróciła głowę i zamknęła oczy. - Idź do diabła i 

daj mi święty spokój. 

 

Siedziała na leżaku, na patio przy basenie, z zimnym kompresem 

na  prawym  kolanie,  obserwując,  jak  zapada  mrok  i  na  niebie 

pojawiają się gwiazdy. Żadne hałasy nie zakłócały ciszy. Pogrążona w 

zadumie, nie zdawała sobie sprawy, że z oczu płyną jej łzy. 

Małżeństwo  z  Riverem?  Co  za  bezczelny  typ!  Jak  śmiał  jej  coś 

takiego  proponować?  Najbardziej  bała  się  litości  i  współczucia. 

Sądziła,  że  to  najgorsze,  co  ją  może  spotkać  ze  strony  Rivera.  Ale 

myliła się. Oświadczyny, jakie usłyszała w samochodzie, były o wiele 

gorsze. Chciał się z nią ożenić - chciał? dobre sobie! - bo spędzili noc 

na sianie i podejrzewał, że zaszła w ciążę. 

Był  człowiekiem  honoru.  Zawsze  należycie  wypełniał  swe 

obowiązki.  Psiakrew!  Ani  słowem  nie  wspomniał  o  miłości.  Zresztą 

może to i lepiej, bo i tak by mu nie uwierzyła. Przynajmniej zachował 

odrobinę  rozsądku.  Korciło  ją,  och,  jak  strasznie  korciło,  by  przyjąć 

jego propozycję. Przymknąć oczy na ponurą rzeczywistość, starać się 

nie myśleć o tym, że jest obiektem współczucia. 

background image

Dwukrotnie  się  jej  oświadczano.  Najpierw  Chet,  którego  kusiły 

pieniądze  jej  rodziny,  a  teraz  River,  któremu  było  jej  żal  -  kulawej, 

oszpeconej, może ciężarnej. 

- No i co ja biedna mam zrobić? - szepnęła pod nosem, unosząc z 

kolana worek z topniejącym lodem. 

- Sophie? Mówiłaś coś? Mogę się do ciebie przysiąść? 

- Rebeka? - Sophie zsunęła nogi z leżaka i wstała, rozpościerając 

ramiona. - Jak miło cię widzieć! 

Rebeka  Powell  była  jednym  z  wielu  skrzywdzonych  przez  los 

dzieci,  które  Coltonowie  wzięli  pod  swoje  skrzydła.  Mimo  że 

skończyła  już  trzydzieści  trzy  lata  i  od  dawna  żyła  na  własnym 

garnuszku,  wciąż  mieszkała  blisko  swych  przybranych  rodziców. 

Pracowała  w  szkole,  zajmując  się  głównie  dziećmi  z  dysleksją. 

Wysoka,  szczupła,  o  figurze  baletnicy,  miała  niebieskoszare  oczy,  z 

których  biła  sama  dobroć,  oraz  długie  kasztanowe  włosy,  które 

czasem  zaplatała  w  warkocz,  a  czasem  upinała  w  kok.  Jeśli  wierzyć 

plotkom, była najstarszą dziewicą w całej Kalifornii. 

Siostry  uściskały  się  serdecznie,  po  czym  usiadły  na  leżakach. 

Przez chwilę trzymały się za ręce, przyglądając się sobie w milczeniu. 

-  I  co?  -  spytała  Sophie,  uśmiechając  się  przyjaźnie.  -  Trochę  tu 

ciemno, ale co sądzisz? 

-  Co  sądzę?  Że  jestem  od  ciebie  o  sześć  lat  starsza.  Czy  wciąż 

będziesz się ze mną tak radośnie witać, kiedy posiwieję? A może moja 

siwizna wpłynie na twój stosunek do mnie? 

background image

-  Kochana  jesteś,  Rebeko.  -  Sophie  wyraźnie  się  odprężyła.  - 

Powinnam  przestać  testować  ludzi,  ale  nie  mogę  się  powstrzymać. 

Mam  wewnętrzną  potrzebę  sprawdzenia,  jak  ktoś  zareaguje  na  moją 

bliznę.  Bez  tego  nie  potrafię  się  zrelaksować.  Ale  ciebie  mogłam 

właściwie być pewna. 

-  To  prawda.  Wiesz...  mam  żal  do  samej  siebie.  Powinnam  była 

wcześniej się zorientować, że możesz potrzebować pomocy. Chciałam 

cię za to przeprosić. 

Sophie zmarszczyła z namysłem czoło. 

- Na miłość boską, Rebeko, o czym ty mówisz? 

Rebeka wzruszyła ramionami. 

- Zamierzałam wpaść dopiero jutro, żeby cię powitać. Chciałam ci 

dać  parę  dni  na  aklimatyzację.  Wiedziałam,  że  i  tak  będzie  tu  kupa 

ludzi, więc po co robić jeszcze większe zamieszanie? 

- Ale? 

- Ale w porze lunchu zajrzał do mnie River. Zdradził mi, że chyba 

masz pewien problem... 

Sophie przycisnęła ręce do skroni, jakby chciała zdusić w zarodku 

ból. 

- Nie miał prawa! 

- Powiedz, Sophie, Potrafisz wyjść pomiędzy ludzi? Nie oglądasz 

się  przez  ramię?  Nie  zastanawiasz  się,  kto  ma  nóż  albo  inną  broń  i 

chce  cię  zaatakować?  Nie  odczuwasz  strachu?  Nie  boisz  się  obcych? 

Potrafisz im ufać? Wierzysz, że ludzie w  gruncie rzeczy są dobrzy, a 

tylko nieliczni źli? 

background image

Wierzchem dłoni Sophie przetarła zwilgotniałe oczy. 

- Ty  wiesz, jak to jest, prawda, Rebeko? - Westchnęła głęboko. - 

Też przez to przechodziłaś. 

-  Tak,  dokładnie  wiem,  co  czujesz.  Rany  szybko  się  goją,  ale 

blizny  pozostają.  Mimo  pomocy  najlepszych  lekarzy,  do  jakich 

posyłali  mnie  Joe  i  Meredith,  wciąż  nie  jestem  całkiem  wyleczona. 

Oczywiście  nie  ma  porównania  z  tym,  co  było.  W  najśmielszych 

marzeniach nie sądziłam, że będę potrafiła tak dobrze  funkcjonować. 

Wychodzę  z  domu,  pracuję,  nie  przeraża  mnie  zimny,  okrutny  świat, 

który czasem nawet wydaje mi się ciepły i przyjazny. 

Uwierz mi, kochanie, nie można całe życie podskakiwać nerwowo 

ani  bać  się  własnego  cienia.  Trzeba  pokonać  swoje  lęki;  musisz 

chodzić  z  dumnie  uniesioną  głową  i  nie  pozwolić,  aby  jakiś  naćpany 

kretyn rządził twoim zachowaniem. 

Sophie przyznała siostrze rację. 

-  Właśnie  to  mi  najbardziej  przeszkadza.  Że  jakiś  bezduszny  typ 

ograbił  mnie  z  pewności  siebie,  zmienił  mój  sposób  patrzenia  na 

świat. Nikt nie powinien mieć nad nami takiej władzy. Nikt! 

-  Jesteś  wściekła?  To  dobrze.  Najgorsza  jest  apatia, bezradność i 

bezsilność.  Musisz  wściekać  się,  złościć,  krzyczeć,  walczyć.  Musisz 

odzyskać  swoje  poczucie  wartości,  swoją  niezależność.  Masz  prawo 

chodzić  po  ulicy  bez  strachu,  żyć  godnie  bez  towarzyszącego  ci  na 

każdym  kroku  niepokoju.  Nie  pozwól,  żeby  jeden  człowiek  swoim 

głupim  brutalnym  czynem  pozbawił  cię  swobody  i  wolności. 

Owszem,  musisz  być  bardziej  ostrożna,  ale  nie  możesz  żyć  w 

background image

ustawicznym  stresie.  Wypłacz  się,  wykrzycz,  a  potem  staraj  się  o 

wszystkim zapomnieć. 

-  On  nie  żyje,  wiesz?  -  Sophie  pociągnęła  nosem,  po  czym 

ponownie  wytarła  oczy.  -  Dziś  po  kolacji  tata  mi  o  tym  powiedział. 

Mniej  więcej  tydzień  po  napaści  na  mnie  zmarł  na  skutek 

przedawkowania narkotyków. Policja nie od razu skojarzyła, że to ten 

sam  człowiek.  Jego  już  nie  ma,  Rebeko.  Już  więcej  nie  może  mnie 

skrzywdzić. 

Rebeka pochyliła się do przodu i uścisnęła Sophie za rękę. Nagle 

za ich plecami rozległ się głos: 

- O, tu jesteście! 

Odwróciwszy  się,  siostry  ujrzały  dwie  zbliżające  się  postaci: 

Emily  oraz  Lizę,  która  niosła  plastikową  torbę  z  miejscowej 

wypożyczalni wideo. 

-  Szukamy  towarzystwa  osób,  które  potrafią  się  mazgaić  - 

oznajmiła córka stryja Grahama. - Wypożyczyłyśmy trzy łzawe filmy, 

w nagrodę dano nam darmowy popcorn... To co? Macie ochotę? 

Rebeka  popatrzyła  na  Sophie,  która  po  chwili  wahania  skinęła 

głową. 

- Czemu nie? - powiedziała, wstając z leżaka. - W końcu płacz to 

coś, co mi lekarz zaordynował. Prawda, Rebeko? 

- Zgadza się - przyznała Rebeka. 

Ruszyły do domu, gotowe spędzić cały  wieczór i pół nocy przed 

telewizorem,  oglądając  filmy,  rozmawiając,  zalewając  się  łzami  i 

może od czasu do czasu śmiejąc się do rozpuku. 

background image

Tak jak kazał lekarz. A raczej lekarka. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Grubym  flamastrem  River  wykreślił  kolejny  dzień  w  kalendarzu 

wiszącym  na  ścianie  w  stajni,  tuż  przy  wejściu  do  pomieszczenia,  w 

którym  urządził  sobie  gabinet.  Dziesięć  dni.  To  było  dziesięć 

najdłuższych dni i najbardziej samotnych nocy, jakie w życiu spędził. 

Każdego wieczoru widywał Sophie podczas kolacji, ale rozmowa 

w  cztery  oczy  przy  stole  pełnym  Coltonów  była  czymś  równie  mało 

wykonalnym  jak  plucie  pod  wiatr  w  czasie  wichury.  W  dodatku 

Sophie  pojawiała  się  jako  jedna  z  ostatnich,  zawsze  po  gongu,  a  gdy 

tylko  kończył  się  posiłek,  natychmiast  udawała  się  do  swojego 

pokoju.  Nie,  bynajmniej  nie  przesiadywała  godzinami  w  samotności, 

nie zamieniała się  w odludka. Przeciwnie, całymi dniami przebywała 

poza  domem.  Czasem  wpadała  po  nią  Rebeka  i  jechały  razem  do 

Hopechest  Ranch,  czasem  Amber  lub  Emily  wiozły  ją  do  Prosperino 

na zakupy, do biblioteki, na fizykoterapię. 

Od  Rivera  odseparowała  się.  Wyrzuciła  go  ze  swojego  życia. 

Traktowała  uprzejmie,  lecz  chłodno,  jak  kogoś  obcego.  Wiedział, 

dlaczego to robi. Nie wiedział jedynie, dlaczego on jej na to pozwala. 

 

Sophie wyszła na dwór i stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem 

matki  w  dresie,  który  zawsze  wkładała  do  prac  ogrodowych.  Matka 

klęczała,  wyrywając  z  ziemi  chwasty.  Właśnie  taką  matkę  Sophie 

pamiętała z dawnych lat: kobietę uwielbiającą dotykać rękami żyznej 

background image

gleby,  która  odgarnia  z  oczu  niesforny  kosmyk  włosów  i  nie 

przejmuje  się  tym,  że  przy  okazji  brudzi  sobie  twarz.  Kobietę,  która 

śpiewa  kwiatom  i  przemawia  do  nich  równie  czule,  jak  do  swoich 

dzieci. 

Sophie  zadumała  się.  Kiedy  to  ostatni  raz  widziała  matkę 

usuwającą  martwe  gałązki  z  krzemów  oraz  sadzącą  nowe  odmiany 

kwiatów, które zamawiała z katalogów poświęconych ogrodnictwu? Z 

katalogów,  które  docierały  na  ranczo  z  taką  regularnością,  że  kiedyś 

Joe spytał żonę, czy zamierza wytapetować nimi cały dom. Lata temu. 

Tak, całe lata temu. 

Nie  chcąc  przeszkadzać,  Sophie  stała  bez  ruchu,  patrząc,  jak 

Meredith pochyla się nad jedną z miedzianych tabliczek, które tkwiły 

w  ziemi  przed  każdym  krzakiem,  drzewem  i  kwiatem.  Sama  wpadła 

na  pomysł  tych  tabliczek.  Miała  nadzieję,  że  dzięki  nim  wszystkie 

dzieci  nauczą  się  rozpoznawać  rośliny,  a  przynajmniej  jedno  lub 

dwoje  z  nich  autentycznie  pokocha  ogrodnictwo.  Tak  jak  ona,  która 

godzinami  mogła  nie  wychodzić  z  ogrodu.  Troskliwie  pielęgnowała 

swoje  róże  herbaciane,  których  miała  kilka  odmian,  begonie, 

niebieską lobelię, zawciąg nadmorski, goździki, petunię. 

Najbardziej  zaskoczyło  rodzinę]  kiedy  po  wypadku  zupełnie 

straciła zainteresowanie ogrodem; zachowywała się tak, jakby kwiaty 

i rośliny, które wcześniej otaczała taką troską, nigdy nie miały dla niej 

żadnego  znaczenia.  Podobnie  straciła  zainteresowanie  mężem, 

dziećmi, które wydała na świat, oraz tymi, które wraz z Joem przyjęli 

pod swój dach, zapewniając im miłość i opiekę. 

background image

O  ile  Sophie  się  orientowała,  dla  Meredith  liczyła  się  tylko 

dwójka: Joe junior, niemowlę, które podrzucono pod drzwi Coltonów 

jakieś  pół  roku  przed  wypadkiem,  oraz  Teddy,  który  urodził  się  rok 

później.  Reszta  dzieci  przestała  dla  niej  istnieć,  pozbyła  się  ich  ze 

swoich myśli i swojego serca; traktowała je jak powietrze. Jedynie do 

Emily odnosiła się inaczej: ziała do niej nienawiścią. Może dlatego, że 

winiła  ją  za  wypadek?  Może  uważała,  że  gdyby  nie  Emily,  która 

chciała  odwiedzić  mieszkającą  w  Prosperino  babkę,  nie  doszłoby  do 

zderzenia? 

To  wszystko  nie  miało  sensu.  Ostatnie  dziewięć  lat  nie  miało 

sensu. Nie mogąc znieść zmian, jakie nastały w domu, Sophie uciekła: 

wyjechała  na  studia,  podczas  przerw  semestralnych  odwiedzała 

przyjaciół, a na ranczo wracała jedynie na święta Bożego Narodzenia. 

Ten  zwyczaj  kontynuowała  również  i  po  studiach,  kiedy  znalazła 

pracę w San Francisco. Nie chciała widywać Rivera, który przed laty 

ją odtrącił, ani narażać się na obojętność matki, która, nie odwiedzając 

córki w szpitalu, jeszcze raz udowodniła jej, jak mało dla niej znaczy. 

Mimo  to  Sophie  kochała  matkę.  Jakżeby  mogła  jej  nie  kochać? 

Teraz  patrząc,  jak  Meredith  ubrana  w  stare  ciuchy  pieli  grządki,  nie 

bacząc  na  to,  że  zniszczy  sobie  manicure,  poczuła  w  sercu  dziwny 

ucisk. 

- Cześć, mamo - powiedziała, podchodząc bliżej. 

Meredith,  która  klęczała  przy  miedzianej  tabliczce  wetkniętej  w 

ziemię  przed  krzewem  oleandrowym,  właśnie  wyciągała  rękę,  by 

obciąć sekatorem gałązkę. 

background image

-  Co...  co?  -  Podskoczyła  nerwowo,  upuszczając  sekator,  i  wbiła 

w  córkę  rozgniewany  wzrok.  -  To  ty?  Jakim  prawem  mnie 

nachodzisz? Jakim prawem się zakradasz? 

-  Ja...  wcale  się  nie  zakradam,  mamo  -  rzekła  Sophie.  Czuła  się 

tak, jakby gradowe chmury przysłoniły słońce. - Przepraszam, jeśli cię 

przestraszyłam. 

- Powinnaś była zatrzymać laskę - warknęła Meredith i otrzepując 

ręce, dźwignęła się z ziemi. - Przynajmniej wtedy człowiek słyszał to 

twoje  stuk-stuk-stuk.  No  dobrze,  czego  chcesz?  Bo  chyba  nie 

przyszłaś po to, żeby napędzić mi stracha? A może się mylę, co? 

Miłe wspomnienia prysły jak bańka mydlana. 

-  Nie,  mamo,  nie  przyszłam,  żeby  napędzić  ci  stracha. 

Pomyślałam, że mogłabym ci pomóc. Dzięki tobie potrafię odróżniać 

kwiaty od chwastów... 

Meredith  rzuciła  okiem  na  stos  wyrwanych  z  korzeniami  roślin 

leżących obok na kamiennej posadzce. 

-  A, o to ci chodzi? Już skończyłam. - Schyliwszy się, podniosła 

kilka gałązek, które obcięła z krzewu oleandrowego, i wepchnęła je do 

kieszeni  spodni.  -  Co  za  brudna,  nieprzyjemna  robota.  Muszę  się 

wykąpać. 

Nawet  nie  racząc  skinąć  na  pożegnanie  głową,  ruszyła  w  stronę 

drzwi balkonowych, prowadzących do sypialni. 

Sophie  uklękła,  by  zebrać  pozostawione  przez  matkę  chwasty,  i 

nagle  zastygła  bez  ruchu.  Na  stosie  zwiędłych  roślin  ujrzała  dwie 

petunie,  jedną  begonię,  dwa...  tak,  była  pewna,  że  to  zawciągi. 

background image

Meredith  wcale  nie  wyrywała  chwastów;  wyrywała  młode  rośliny, 

kwiaty  o  nie  rozwiniętych  pąkach.  Dlaczego?  Po  co  robiła  coś 

takiego?  Zachowywała  się  tak,  jakby  nie  rozróżniała  kwiatów  od 

chwastów, jakby rwała z ziemi co popadnie, chcąc, by inni sądzili, że 

ciężko pracuje. 

Nie.  To  jakiś  absurd,  pomyślała  Sophie,  spoglądając  na  krzew 

oleandrowy.  Meredith  ucięła  kilka  kwiatów,  lecz  zostawiła  je  na 

stosie, a gałązkę oleandra wzięła ze sobą. Nie miało to najmniejszego 

sensu. 

- Sophie? 

Podniosła  się  z  klęczek  i  spojrzała  na  matkę,  która  wróciła  do 

ogrodu. 

- Słucham, mamo? Właśnie... chciałam wyrzucić te... chwasty. 

Meredith machnęła lekceważąco ręką. 

-  Zostaw.  Nie  warto.  To  brudna  i  nudna  robota.  Zresztą  mamy 

ogrodnika; nie po to mu płacimy, żeby snuł się z kąta w kąt. 

Czyżby matka miała na myśli Marca?  Inez i Marco pracowali na 

ranczu od niepamiętnych czasów; wszyscy bardziej traktowali ich jak 

członków rodziny niż jak służących. Sophie pamiętała, jak przed laty 

Meredith ciągle przekomarzała się z Markiem, do kogo tak naprawdę 

należy  ogród:  do  niej  czy  do  niego.  Marco  kochał  kwiaty,  rośliny, 

uwielbiał sadzić, pielić, przycinać, podlewać. 

Wracając  ze  szkoły,  dzieci  często  widywały  dwie  pochylone 

sylwetki pracujące obok siebie. Sophie nie mogła uwierzyć, że matka 

background image

tak  chłodnym,  lekceważącym  tonem  mówi  o  kimś,  kogo  kiedyś 

darzyła autentyczną sympatią. 

-  Ojej.  -  Meredith  przyjrzała  się  swoim  dłoniom.  -  Zobacz, 

zniszczyłam sobie paznokcie! Ale nie szkodzi; właśnie jadę do miasta, 

więc  wstąpię  do  kosmetyczki  i  zrobię  sobie  nowe  tipsy.  Przed 

wyjazdem  chciałam  ci  jednak  przekazać  pewną  miłą  wiadomość. 

Może wreszcie na twym ponurym obliczu zagości uśmiech. 

Sophie oblizała spierzchnięte wargi. 

- Jaką wiadomość, mamo? 

Twarz Meredith dosłownie pojaśniała radością. 

-  Zrobiłam  coś,  co  powinnam  była  zrobić  na  samym  początku, 

zaraz  po  twoim  powrocie.  Zadzwoniłam  do  Cheta  Wallace'a  i 

zaprosiłam  go  do  nas  na  weekend.  Oczywiście,  jeśli  zechce,  może 

zostać  dłużej.  Przyjedzie  tuż  przed  kolacją,  więc  proponuję,  abyś... 

zajęła  się  sobą.  Wykąp  się,  wyperfumuj,  włóż  coś  ładnego,  no  i 

koniecznie przypudruj bliznę, żeby jak najmniej rzucała się w oczy. 

Sophie  dosłownie  oniemiała  ze  zdziwienia.  Zanim  przełknęła 

ślinę  i  zdołała  na  tyle  wziąć  się  w  garść,  aby  jakoś  zareagować, 

Meredith odwróciła się na pięcie i ponownie skierowała ku drzwiom. 

- O Boże - szepnęła Sophie. 

Chwiejnym  krokiem  podeszła  do  stojącego  nieopodal  krzesła  i 

usiadła.  Chet?  Zaproszony  na  weekend?  I  przyjedzie  już  dziś?  Nie 

miała  ochoty  się  z  nim  widzieć.  I  nie  chciała,  żeby  River  go  tu 

widział. 

River!  

background image

Skoczyła na nogi, zapominając o wyrwanych roślinach, i szybkim 

krokiem ruszyła w stronę stajni. 

 

Wylądowawszy na ziemi, River podparł się na łokciu i popatrzył 

gniewnie  na  deresza.  Koń  stał  dwa  metry  dalej,  ze  zwisającymi 

wodzami  i  miną  równie  niewinną  jak  u  sześciotygodniowego  kotka. 

Po  chwili  wyszczerzył  wielkie  żółte  zębiska,  jakby  się  uśmiechał,  i 

podnosząc łeb, zarżał głośno. 

-  Co,  durna  szkapo?  Myślisz,  że  udał  ci  się  ten  kawał?  -  spytał 

River.  Wstał  z  ziemi  i  starym  kowbojskim  kapeluszem  otrzepał  kurz 

ze spodni. - Po prostu nie wiesz, kto tu rządzi. 

-  A  właśnie,  że  wie!  -  zawołał  Drake  Colton,  który  obserwował 

całe  zajście  z  górnej  żerdzi  ogrodzenia.  -  I  coś  ci  zdradzę,  Riv.  Tym 

kimś nie jesteś ty! 

- Mądrala! -  Z trudem tłumiąc wesołość, River zerknął na swego 

brata komandosa, który był w domu na przepustce. - Co ty tu robisz? 

Nie  powinieneś  być  w  szkole?  Uczyć  się  czytania,  pisania  i  dobrych 

manier? 

Drake,  który  miał  identyczny  uśmiech  jak  Sophie,  parsknął 

śmiechem. 

-  Mówiłem  ci,  Riv,  że  potrafię  gołymi  rękami  na  szesnaście 

sposobów uśmiercić wroga? 

-  Też  mi  coś!  A  potrafisz  jednocześnie  skakać  na  jednej  nodze  i 

żuć gumę? 

background image

- Za dużo wymagasz! -  oburzył się  Drake. - Ja umiem łatwiejsze 

rzeczy,  jak  przedzieranie  się  przez  parną  dżunglę  albo  podkładanie 

pod wodą ładunków wybuchowych. 

-  W  porządku.  -  Wolnym  krokiem  River  zbliżał  się  do  deresza, 

który  udając,  że  tego  nie  widzi,  cofał  się,  gotów  w  każdej  chwili 

rzucić się do ucieczki. - A teraz zamknij się i podziwiaj mistrza. 

- Klękam u twych stóp, mistrzu, i czekam na cuda, których masz 

zamiar  dokonać.  Ale...  może  lepiej,  żebym  przyniósł  ci  maść  na 

potłuczenia? 

Ignorując  przytyk,  River  wyciągnął  rękę  do  konia.  Przemawiał 

cichym,  kojącym  tonem,  w  narzeczu  swojej  babki  Indianki,  mówiąc 

mu,  jakim  jest  wspaniałym  zwierzęciem,  pięknym,  dumnym  i 

odważnym, i jak bardzo on, prosty, skromny człowiek, marzy o tym, 

by  móc  go  dosiąść.  Gnaliby  razem  po  lasach  i  polach,  jeździec  i 

rumak,  wolni,  swobodni,  szczęśliwi;  ścigaliby  się  z  wiatrem,  wokół 

panowałaby cisza, przerywana jedynie rytmicznym tętentem kopyt. 

Nie  chodziło  o  słowa,  bo  przecież  deresz  nie  rozumiał  ludzkiej 

mowy.  Chodziło  o  brzmienie  głosu,  o  intonację,  o  wyraz  oczu,  o 

stanowczy, a zarazem delikatny dotyk dłoni na kłębie i szyi. Chodziło 

o intuicyjną więź Rivera ze wszystkimi stworzeniami, więź, którą koń 

wyczuwał.  Zwierzę  wiedziało,  że  nie  ma  powodu  do  strachu;  że  ten 

człowiek nie wyrządzi mu krzywdy. 

Nie przerywając monologu, River odpiął popręg i pozwolił, żeby 

siodło  zsunęło  się  na  ziemię.  Następnie  wyjął  koniowi  z  pyska 

wędzidło i zdjął uzdę. 

background image

-  To  nam  do  niczego  niepotrzebne,  prawda,  mój  śliczny? 

Poradzimy sobie bez tego, zgoda? Tylko ty i ja. 

Od  strony  odgrodzenia,  na  którym  siedział  Drake,  dobiegł  jakiś 

szmer.  Zerknąwszy  przez  ramię,  River  ujrzał  Sophie,  która  stała  na 

dolnej  żerdzi,  rękami  przytrzymując  się  górnej.  Nie  odzywała  się, 

wiedziała  bowiem,  że  kiedy  River  próbuje  uspokoić  narowistego 

konia,  nie  wolno  mu  przeszkadzać.  Po  chwili  oderwał  od  niej 

spojrzenie;  bał  się,  że  straci  koncentrację,  a  tym  samym  zburzy 

porozumienie, jakie powoli nawiązywał z dereszem. 

-  Nie  zwracaj,  mój  drogi,  uwagi  na  tę  piękną  kobietę  przy 

ogrodzeniu.  Ona  nic  ci  nie  zrobi,  obiecuję  -  powiedział  do  konia, 

gładząc  go  po  szorstkiej  grzywie.  -  Widzisz?  Zdjąłem  ci  siodło, 

zdjąłem  uprząż.  Przejedziemy  się,  co?  Tylko  ty  i  ja.  Zrobimy  sobie 

małą rundkę tu po zagrodzie. Dobrze? Oczywiście jeśli pozwolisz mi 

się dosiąść. Pozwolisz, co, maleńki? Zaufasz mi? 

Wziął  głęboki  oddech,  po  czym  wolno  wypuścił  powietrze. 

Chwycił  się  grzywy  i  mocno  odbił  od  ziemi;  w  następnej  sekundzie 

siedział  na  końskim  grzbiecie.  Tylko  on  i  koń.  Żadnej  uprzęży, 

żadnego  siodła  czy  wędzidła.  Jeśli  deresz  wytnie  ten  sam  numer  co 

poprzednim razem, on, River, znów wyląduje na ziemi. 

Przez chwilę siedział sztywno, czekając na decyzję konia: czy go 

zaakceptuje,  czy  jednak  zrzuci.  Potem,  nie  zdejmując  ręki  z  grzywy, 

wolno  pochylił  się  do  przodu;  zbliżywszy  usta  do  końskiego  ucha, 

kontynuował  swój  monolog.  Chwalił  deresza,  mówił  mu,  że  jest 

najwspanialszym  koniem  na  świecie  i  na  pewno  nic  złego  go  nie 

background image

spotka,  a  jednocześnie  lekko  naciskał  kolanami  jego  boki.  Zwierzę, 

które  parę  minut  temu  skakało  i  kopało,  teraz  chodziło  wkoło  po 

zagrodzie,  spokojnie,  ostrożnie,  jakby  wiozło  na  grzbiecie  cenny 

ładunek.  

Objechawszy  zagrodę  trzy  razy,  River  zeskoczył  na  ziemię. 

Powierzył  konia  swojemu  pomocnikowi,  który  nałożył  zwierzęciu 

kantar i odprowadził go do stajni. 

- Zawsze lubiłeś się popisywać, no nie, stary? - powiedział Drake, 

kiedy River podszedł do ogrodzenia. - Gratulacje. Jesteś mistrzem. 

River zignorował słowa brata; wpatrywał się w Sophie. Ponieważ 

komandosami nie zostają ludzie mało rozgarnięci, Drake natychmiast 

się  zorientował,  że  powinien  zostawić  ich  samych.  Mówiąc,  że  ma 

jakąś  pilną  robotę  do  wykonania  w  domu,  zeskoczył  na  ziemię  i 

szybko się oddalił. 

-  Dawno  cię  nie  widziałam  w  tej  roli  -  oznajmiła  Sophie,  kiedy 

River  przeszedł  przez  ogrodzenie  i  usiadł  naprzeciwko  niej.  -  Byłeś 

świetny. 

-  Byłem  głupi.  Powinienem  najpierw  zdobyć  jego  zaufanie,  a 

dopiero  potem  pakować  mu  do  pyska  wędzidło.  Ale  teraz  już 

wszystko w porządku. Myślę, że właściciel będzie zadowolony, kiedy 

go odbierze. 

Sophie uniosła brwi. 

- To on nie jest nasz? 

-  Nie.  Należy  do  ranczera  mieszkającego  za  Prosperino,  któremu 

wyświadczam  przysługę.  Coś  mi  się  zdaje,  że  poprzedni  właściciel 

background image

nadużywał  szpicruty  i  miał  zbyt  nerwowe  ruchy.  Kiedy  Erik  kupił 

konia,  zresztą  za  bezcen,  niby  był  już  ujeżdżony,  ale  tylko  w  teorii. 

Teraz,  kiedy  zwierzę  mi  zaufało,  muszę  je  przekonać,  aby  zaufało 

również  Erikowi.  Erik  na  pewno  będzie  zadowolony.  To  świetny 

ogier. 

- Jesteś niesamowity, Riv. - Sophie zeszła z  ogrodzenia i ruszyła 

przed siebie. - Nie wiem, jak to robisz, że tak łatwo dogadujesz się z 

końmi. Masz jakiś wyjątkowy dar. 

- Sophie... - Przyjrzał się jej uważnie. - Co się dzieje? Dlaczego tu 

przyszłaś?  Oczywiście  czuję  się  zaszczycony,  ale  w  ostatnim  czasie 

unikałaś mnie jak zarazy. Starałem się dostosować do twoich życzeń, 

nie narzucać ci swojego towarzystwa, lecz nie wiem, jak długo jeszcze 

wytrzymam. A więc? Czy... 

Pochyliła nisko głowę. 

- Na razie nic nie wiem - burknęła, po czym wzdrygnęła się, jakby 

nagle  przejął  ją  chłód.  -  Boże,  Riv,  dziwisz  się,  że  trzymam  się  od 

ciebie na dystans? Tymi pytaniami doprowadzasz mnie do szału. Czy 

już  wiesz?  A  kiedy  będziesz  wiedziała?  Cholera  jasna,  to  nie  twoja 

zakichana sprawa! 

-  Aha!  Znów  przeklinasz.  Upodobałaś  sobie  pewne  słówka, 

cholerę,  do  licha  i  tym  podobne.  Ale  wracając  do  meritum... 

Naprawdę  uważasz,  że  to  nie  moja  zakichana  sprawa?  Sama  jedna 

wszystkiego dokonałaś? Nie sądzę, Sophie. Ale  wiesz co?  To nie ma 

najmniejszego  znaczenia.  Pragnę  cię.  A  ty  pragniesz  mnie.  To  jasne 

jak słońce. 

background image

Sophie przystanęła i popatrzyła mu w oczy. 

- No proszę, co za skromność! Skąd wiesz, że cię pragnę? Kto ci 

to powiedział? 

Zsunął niżej kapelusz. 

-  Kto?  Nikt.  Ale  powiedz  mi  jedno.  Gdybym  wziął  cię  teraz  w 

ramiona,  zaczął  pieścić,  całować,  co  byś  zrobiła?  Wymierzyła  mi 

policzek? Czy przytuliła się i zaczęła odwzajemniać pieszczoty, jęcząc 

cichutko z rozkoszy tak jak wtedy, kiedy... 

Nie dokończył. Ręka Sophie wylądowała na jego lewym policzku. 

River  cofnął  się  o  krok  i  przyłożywszy  dłoń  do  piekącej  twarzy, 

uśmiechnął się niemrawo. 

- Nie ma to jak odrobina bólu - rzekł, obserwując, jak Sophie kipi 

ze  złości.  -  No  dobrze,  więc  powiesz  mi,  co  cię  tu  sprowadza?  Czy 

chcesz mnie jeszcze raz uderzyć? 

Oblała  się  rumieńcem,  po  czym  nagle  zbladła,  jakby  cała  krew 

odpłynęła  jej  z  twarzy.  River  przeraził  się,  pewien,  że  Sophie  zaraz 

zemdleje. Nie zemdlała, ale jej słowa sprawiły, że znieruchomiał. 

-  Chodzi  o  Cheta.  Mama  zaprosiła  go  na  weekend.  Przyjedzie 

dziś, pewnie przed kolacją. 

Tym  razem  to  on  zaklął  siarczyście,  po  czym  wbił  w  Sophie 

wzrok. 

- Meredith zaprosiła Cheta? Nie pytając cię o zgodę? Dlaczego? 

Sophie wzruszyła ramionami. 

background image

- A dlaczego robi różne inne rzeczy, z nikim się nie konsultując? 

Gdybyśmy  wiedzieli,  co  nią  kieruje,  byłoby  nam  wszystkim  łatwiej 

żyć. 

 

Meredith pochyliła się nad pokrytym kafelkami blatem w łazience 

i  wlała  do  marmurowego  moździerza  kilka  kropli  ciepłej  wody;  po 

chwili  podniosła  biały  ceramiczny  tłuczek  i  ponownie  zaczęła 

rozcierać  liście,  starając  się  zrobić  z  nich  miazgę.  Chodziło  jej  o  to, 

aby  roślina  puściła  trujący  sok.  Moczyła  kwiaty  w  gorącej  wodzie, 

cięła  liście  na  drobne  kawałeczki,  tak  by  można  było  posypać  nimi 

sałatkę  lub  inne  danie.  Zastanawiała  się,  czy  ich  nie  zasuszyć,  bo 

wtedy zapach szybciej by wywietrzał. 

Spojrzała w dół na zieloną maź i skrzywiła się. Nie, to się nigdy 

nie uda, pomyślała. W żaden sposób nie zdoła ukryć mazi w jedzeniu 

ani dodać do napoju, tak by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Klnąc w 

żywy kamień, chwyciła moździerz i tłuczek, po czym z furią cisnęła je 

w  ścianę.  Nieduże  marmurowe  naczynie  spadło  na  podłogę,  pękając 

na pół, a zmiażdżone liście zostawiły na ścianie długie zielone smugi. 

- No trudno, zostało jeszcze trochę czasu - pocieszyła się. 

Bałaganem  się  nie  przejęła.  Każe  wszystko  posprzątać  jednej  z 

tych ponurych bab, które Joe Colton zatrudnia do robienia porządków; 

zawsze posłusznie wykonywały swe obowiązki i na szczęście nigdy o 

nic  nie  pytały.  Zabrała  z  łazienki  książkę,  którą  skrzętnie  przed 

wszystkimi ukrywała. Idąc, powoli kartkowała strony. Była to piękna 

background image

książka,  bardzo  przydatna,  zawierająca  alfabetyczny  wykaz  różnych 

trucizn. 

W  przylegającym  do  sypialni  saloniku  Meredith  usiadła  na 

szezlongu,  podniosła  ze  stolika  szklankę  z  Martini  i  uśmiechnęła  się 

na  widok  kremowych  kopert  z  karteczkami,  potwierdzającymi 

przyjęcie  przez  nadawcę  zaproszenia  na  przyjęcie  z  okazji 

sześćdziesiątych urodzin Joego Coltona. 

-  Hmm...  -  Meredith  ponownie  zaczęła  studiować  księgę.  -  A 

może by tak grzybki? 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

W  ciągu  ostatnich  dziesięciu  dni  nigdy  nie  było  wiadomo,  czy 

River  przyjdzie  na  kolację  czy  nie,  tego  wieczoru  jednak  zjawił  się 

punktualnie.  Ubrany  w  kowbojskie  buty,  świeżo  wyprane  dżinsy, 

zapinaną  na  metalowe  zatrzaski  białą  koszulę  z  długimi  rękawami  i 

starą  skórzaną  kamizelkę,  stał  w  niedbałej  pozie  przed  kominkiem, 

opierając się ręką o umieszczoną nad nim półkę. 

Kapelusz  powiesił  na  wieszaku  w  korytarzu.  W  piątkowe 

wieczory  u  Coltonów  zazwyczaj  zbierało  się  przy  stole  więcej  osób 

niż  w  pozostałe  dni  tygodnia.  W  innych  domach  taka  liczba 

biesiadników  zdarzała  się  podczas  proszonych  kolacji.  Tu  goście 

często  wpadali  bez  zapowiedzi.  Przybyła  Rebeka,  a  także  młodszy 

brat Joego Graham z żoną Cynthią i córką Lizą.  

Jackson  Colton,  starszy  brat  Lizy,  nie  pojawił  się,  ale  tego 

właściwie  należało  się  spodziewać.  Jackson  wiele  czasu  spędzał  z 

background image

ojcem w firmie prawniczej, z którą Colton Enterprises było związane, 

i to mu w zupełności wystarczało. Amber, najmłodsza pociecha Joego 

i  Meredith,  wyjechała  na  weekend  z  przyjaciółmi,  za  to  Emmett 

Fallon,  przyjaciel  Joego  z  czasów  wojska,  a  obecnie  jedna  z 

najważniejszych postaci w Colton Enterprises, wpadł na drinka razem 

ze swoją czwartą żoną Doris. River nigdy za Emmettem nie przepadał, 

nie  umiał  jednak  powiedzieć  dlaczego.  Z  początku  mu  to 

przeszkadzało, potem uznał, że może go nie lubić i już - nie musi mieć 

powodu.  

Emmett  z  Grahamem  stali  przy  barku,  nalewając  sobie  drinki. 

Rozmawiali  z  ożywieniem,  jakby  dawno  się  nie  widzieli,  a  przecież 

codziennie  spotykali  się  w  pracy.  Jedno  ich  różniło:  o  ile  Graham  na 

siłę  chciał  pozostać  blondynem,  w  czym  niewątpliwie  pomocna  mu 

była farba do włosów, o tyle Emmett, starszy od niego o ładnych kilka 

lat, dumnie obnosił siwą czuprynę, choć wcale nie było mu w niej do 

twarzy. 

Obaj  mieli  około  metr  siedemdziesiąt  pięć  wzrostu  i  byli 

szczupłej,  drobnej  budowy  -  w  przeciwieństwie  do  Joego,  który 

wchodząc do pokoju, zdawał się natychmiast wypełniać go swą osobą. 

Obserwując  mężczyzn  przy  barze,  jeszcze  jedno  rzucało  się  w  oczy: 

Graham Colton bez przerwy się uśmiechał, Emmett zaś wyglądał tak, 

jakby  mu  matka  umarła.  Gdyby  pracowali  w  cyrku,  Graham  byłby 

wesołym  klownem  robiącym  wszystkim  kawały,  a  Emmett  klownem 

smutnym i zafrasowanym. 

background image

River zdziwił się, widząc ich pogrążonych w rozmowie, albowiem 

było  powszechnie  wiadomo,  że  obaj  od  dawna  rywalizują  ze  sobą  o 

względy  Joego.  W  swym  dążeniu  do  tego,  by  być  prawą  ręką  szefa, 

nie  pamiętali  o  tym,  by  ukryć  niechęć,  jaką  obaj  do  niego  czuli. 

Nienawidzili go za to, że odniósł sukces; że powiodło mu się w życiu. 

Rzecz jasna, Joe nie miał o tym zielonego pojęcia.  

River  też  nie  miał  stuprocentowej  pewności,  ale  domyślał  się 

prawdy;  niemal  widział,  jak  emanuje  z  nich  zazdrość  i  wrogość. 

Zawsze z uwagą obserwował ich poczynania, zastanawiając się, kiedy 

Joe  przejrzy  na  oczy  i  zobaczy,  że  ceną,  jaką  przyszło  mu  płacić  za 

sukces,  jest  utrata  przyjaźni  dwóch  osób,  starego  kumpla  i  jedynego 

brata.  Jego  dobroć  i  szczodrość,  to,  że  wciągnął  ich  do  interesu  i 

powierzył 

odpowiedzialne 

zadania, 

sprawiły, 

że 

zamiast 

wdzięczności,  obaj  mężczyźni  odczuwali  wobec  niego  zazdrość.  A 

mimo to cały czas mu się podlizywali. 

Rivera  bardziej  niepokoiłaby  sytuacja,  gdyby  Graham  i  Emmett 

darzyli się choć odrobiną sympatii; wówczas mogliby połączyć siły i 

narobić Joemu wielu kłopotów. Oni jednak ziali nienawiścią nie tylko 

do  Joego,  ale  i  do  siebie;  nie  byli  w  stanie  zaufać  jeden drugiemu,  a 

bez  wzajemnego  zaufania  zniszczenie  wspólnego  wroga  nie 

zakończyłoby się powodzeniem.  

Na  wszelki  wypadek  River  nie  spuszczał  ich  z  oczu.  Gdyby 

wystąpili  przeciwko  Joemu,  gotów  byłby  powybijać  im  zęby. 

Uśmiechnął  się,  bo  nagle  Graham  powiedział  coś  podniesionym 

głosem, a Emmett spłonął rumieńcem. Znów się kłócili; byli jak dwa 

background image

starzejące  się  koguty,  które  nie  mogą  przebywać  w  jednym 

pomieszczeniu dłużej niż pięć minut, bo zaraz zaczynają się dziobać. 

Kiedy  Sophie  weszła  do  salonu,  River  z  miejsca  stracił 

zainteresowanie  swarliwą  parą  przy  barze.  Sophie  miała  na  sobie 

różową  bluzkę  z  dekoltem  w  serek,  sięgającą  do  ziemi  kwiecistą 

spódnicę oraz buty na płaskim obcasie; z powodu chorego kolana nie 

mogła  nosić  szpilek.  Na  szyi  połyskiwał  jej  gruby  złoty  łańcuch. 

Widać  było,  że  nie  najlepiej  czuje  się  w  tym  stroju.  Smutna, 

przeraźliwie  blada,  o  mocno  zaciśniętych  ustach,  wyglądała  jak 

uczennica wezwana na rozmowę do dyrektora. 

Riverowi  zrobiło  się  jej  żal.  Podejrzewał,  że  prędzej  by  się 

ucieszyła  z  muchy  w  zupie  niż  z  zaproszenia,  które  Meredith 

wystosowała do Cheta. Podszedł do niej. 

- Masz wystraszoną minę - powiedział z uśmiechem, choć marzył 

o tym, aby pochwycić ją w ramiona i szepnąć, by się nie bała, bo on ją 

ochroni. 

- Zostaw mnie - syknęła. 

-  Naprawdę?  Wolisz  stać  sama,  wykręcać  ręce  i  czekać,  aż 

rozlegnie  się  dzwonek  do  drzwi?  Jak  dasz  mi  dolara,  powiem 

Chetowi, że przeniosłaś się na stałe do Australii. 

Wbiła w niego gniewne spojrzenie. 

- Skąd wiesz, że nie marzę o tym, by się z nim zobaczyć? 

Podrapał się za uchem. 

background image

-  Istotnie.  W  takim  razie  zmykam.  Zajmę  z  powrotem  miejsce 

przy  kominku.  Stamtąd  jest  najlepszy  widok  na  wszystko,  co  się 

dzieje w salonie. 

- Nienawidzę cię! Jesteś wstrętny! Co mi odbiło, żeby mówić ci o 

wizycie  Cheta?  -  spytała  przez  zęby,  po  chwili  jednak  spokorniała.  - 

Jeśli odejdziesz, jeśli zostawisz mnie z nim sam na sam, nigdy ci tego 

nie wybaczę. 

Roześmiał się cicho. 

-  Wiesz,  Soph,  potrafię  dogadać  się  z  końmi.  Potrafię  z  niemal 

każdym  zwierzęciem,  choć  wolałbym  nie  próbować  z  rozjuszonym 

niedźwiedziem.  Ale,  jak  Boga  kocham,  chyba  nigdy  nie  zrozumiem 

kobiet.  Jeśli  zostanę,  to  źle,  jeśli  odejdę,  to  jeszcze  gorzej.  Więc  co 

mam robić? 

- Nic - burknęła. 

Nagle,  słysząc  dzwonek,  z  całej  siły  chwyciła  Rivera  za  ramię. 

Inez  swoim  zwyczajem  wyłoniła  się  jak  spod  ziemi  i  skierowała  ku 

drzwiom. 

-  Nie  ruszaj  się  -  szepnęła  nerwowo  Sophie.  -  Stój  przy  mnie... 

Ale grzecznie; masz nie bić Cheta. 

- A mogę podciąć mu nogę? 

- Nie, nie możesz! 

Wtem  do  salonu  weszła  Meredith  wystrojona  w  szmaragdową 

suknię  z  jedwabiu;  zostawiając  za  sobą  intensywny  zapach  drogich 

perfum,  bez  słowa  minęła  córkę  i  przybranego  syna.  Sophie 

westchnęła ciężko. 

background image

- I dokąd ona tak frunie? 

- Przypuszczam, że powitać swojego gościa - odparł River. 

W  tej  samej  sekundzie  w  drzwiach  salonu  pojawił  się  Chet 

Wallace, który wyglądał jak z reklamy. Meredith wyciągnęła ramiona, 

uścisnęła go, po czym cmoknęła w oba policzki. 

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  matka  nie  myje  uszu  -  zażartował  River.  - 

Wita  się  z  Chetem  jak  z  najukochańszym  zięciem.  Nie  wie,  że 

zerwałaś zaręczyny? A może to ja czegoś nie wiem? 

Sophie posłała mu lodowate spojrzenie. 

-  Nie  utrudniaj  mi  tego,  Riv.  O  Boże,  idzie  w  naszą  stronę. 

Zachowuj się, błagam! 

Nie  było  to  łatwe,  ale  River  spełnił  prośbę  Sophie.  Nie  zostawił 

jej  samej,  nie  przyłożył  Chetowi,  ale  grzecznie  stanął  z  boku, 

pozwalając,  aby 

wyelegantowany  goguś  w  trzyczęściowym 

garniturze, o zębach bielszych niż dziewiczy śnieg i fryzurze prosto od 

fryzjera, wziął Sophie w ramiona i pocałował ją w czoło. 

- Witaj, kochanie. 

Nie  opuszczając  ręki,  cofnął  się  pół  kroku  i  z  zaciekawieniem 

wbił  wzrok  w  jej  twarz.  Widząc  jego  litościwe  spojrzenie,  Riverowi 

przemknęło przez myśl, że zaraz Sophie go wyręczy i sama wymierzy 

Chetowi cios między oczy. 

- Powiedz, jak się czujesz? 

River  pokręcił  z  niedowierzaniem  głową.  Co  za  idiotyczne 

pytanie! Ślepy jest? Czuje się spięta i niezadowolona z jego wizyty, ot 

co! Trzeba być zadufanym kretynem, żeby tego nie widzieć. 

background image

- Dobrze, Chet - odparła Sophie. 

Słysząc to, River jęknął w duchu. 

- Doskonale wyglądasz - dodała cicho. 

-  Doskonale?  -  Meredith  stała  obok,  obejmując  Cheta  w  pasie.  - 

Nie  wiem,  jak  to  robisz,  mój  drogi,  ale  za  każdym  razem,  kiedy  tu 

przyjeżdżasz, jesteś jeszcze bardziej przystojny. Sophie to prawdziwa 

szczęściara. 

- Dziękuję, pani Colton. - Chet uśmiechnął się z zadowoleniem. 

Nie  peszyła  go  ani  wylewność  i  komplementy  Meredith,  ani 

zachowanie Sophie, która zapewne bardziej by się ucieszyła na widok 

śmierdzącej ryby niż byłego narzeczonego. 

River postanowił się zabawić. 

-  Wallace!  -  zawołał,  podchodząc  pół  kroku  bliżej  i  tak 

energicznie  wyciągając  na  powitanie  rękę,  że  Chet  odskoczył,  jakby 

przypomniał  sobie  ich  ostatnie  spotkanie  na  szpitalnym  korytarzu.  - 

To  miło,  że  zdołałeś  się  oderwać  od  tych  swoich  reklam  i  nas 

odwiedziłeś. Nie pożałujesz, to będzie wspaniały weekend. Mamy już 

wszystko  dokładnie  zaplanowane.  Jeździsz  konno,  prawda?  Akurat 

parę dni temu znajomy zostawił pod moją opieką wspaniałego ogiera. 

Rumak w sam raz dla ciebie. To co? Będziesz gotów jutro o szóstej? 

Sophie i ja zawsze wyruszamy na przejażdżkę skoro świt. 

-  Na  przejażdżkę?  Ale  ja...  -  Chet  usiłował  oswobodzić  rękę,  ale 

River wciąż nią potrząsał. - Ja nie jeżdżę konno. 

-  Serio?  Och,  jaka  szkoda!  Liczyłem  na  to,  że  zobaczę,  jak 

galopujesz na dereszu... 

background image

Puścił  dłoń  Cheta,  który  -  ku  jego  zaskoczeniu  -  nawet 

najmniejszym  grymasem  nie  zdradził,  że  żelazny  uścisk  sprawia  mu 

ból.  Sam  z  trudem  powstrzymał  śmiech,  kiedy  poczuł,  jak  Sophie 

kopie go w łydkę. 

Do salonu wkroczył Joe Colton, który po krótkiej chwili wahania 

skierował  kroki  w  stronę  narzeczonego  córki.  Przyglądając  mu  się, 

River  pomyślał  sobie,  że  po  raz  pierwszy  w  życiu  Joe  wygląda  i 

zachowuje  się  jak  robot;  sztuczny  uśmiech  i  fałszywa  radość 

pobrzmiewająca  w  jego  głosie  („Co  za  miła  niespodzianka,  Chet! 

Dawno cię nie widziałem.") zupełnie do niego nie pasowały. 

Najwyraźniej pomysł zaproszenia Cheta nie wyszedł od Joego, co 

wcale  Rivera  nie  zdziwiło.  Meredith  zaś  nie  wtajemniczyła  męża  w 

swoje  plany;  w  dodatku  cieszyła  się  nie  tylko  z  obecności  Cheta,  ale 

również z zakłopotania malującego się na twarzy córki. 

- Właśnie chciałam zaproponować, żeby Sophie z Chetem przeszli 

się po ogrodzie, zanim usiądziemy do kolacji. - Meredith uśmiechnęła 

się do męża. - Myślę że mają sobie wiele do powiedzenia. 

-  Tak  sądzisz?  -  Joe  zmierzył  żonę  chłodnym  spojrzeniem,  po 

czym  pocałował  Sophie  w  policzek.  -  Jak  się  czujesz,  aniołku? 

Sprawiasz  wrażenie  trochę  zmęczonej.  Była  dziś  na  fizykoterapii, 

prawda?  Nie  dają  tam  człowiekowi  chwili  wytchnienia  Może 

powinnaś  odpocząć,  nie  nadwerężać  kolana?  Oprzyj  się  o  mnie, 

odprowadzę cię do kanapy. 

background image

Było  to  sprytne  posunięcie;  Chet  nie  mógł  nalegać  na  spacer  po 

ogrodzie.  Kiedy  Joe  z  córką  poszli  na  drugi  koniec  pokoju,  River 

wyszczerzył w uśmiechu zęby. 

-  Meredith?  -  zwrócił  się  do  swej  przybranej  matki.  -  A  może, 

zanim  się  ściemni,  sama  byś  pokazała  Chetowi  ogród?  - 

zaproponował. 

Oczy Meredith zwęziły się w szparki. 

-  Obawiam  się,  że  to  niemożliwe  -  odparła.  -  Muszę  sprawdzić, 

czy  Teddy  i  Joe  junior  leżą  już  w  łóżkach.  -  Na  jej  policzkach 

zakwitły  dwa  rumieńce.  Nie  ulegało  wątpliwości,  kto  zwyciężył  w 

tym pojedynku. - Przepraszam was na moment. - Odwróciwszy się na 

pięcie, ruszyła w stronę drzwi. 

-  No  cóż,  zostaliśmy  sami  -  oznajmił  wesoło  River.  -  Hm, 

mógłbym  cię  przedstawić  wszystkim  gościom  i  domownikom...  ale 

pewnie  poznałeś  ich  podczas  swojej  poprzedniej  wizyty  na  Boże 

Narodzenie,  więc  mam  inny  pomysł.  Może  byśmy  udali  się  na  mały 

spacerek i trochę lepiej się poznali? 

- Po co? - sprzeciwił się Chet. - To, co o tobie wiem, w zupełności 

mi wystarcza. 

Ale River nie słuchał. Chwyciwszy Cheta za łokieć, prowadził go 

w kierunku tarasu, za którym rozciągał się ogród. 

-  Czy  to  naprawdę  konieczne?  -  oburzył  się  były  narzeczony 

Sophie,  ale  głos  mu  zaskrzeczał.  Pytanie,  które  miało  zabrzmieć 

groźnie,  zabrzmiało  płaczliwie.  -  Po  tym  incydencie  w  szpitalu 

powinienem był cię oskarżyć o napaść. 

background image

-  Dobra,  dobra.  -  River  otworzył  drzwi  balkonowe  i  „pomógł" 

Chetowi  wyjść  na  zewnątrz.  -  No,  ruszaj,  Wallace.  Na koniec  tarasu, 

za fontannę. Tak, żeby nikt nas nie widział. 

Chet  posłusznie  wykonał  polecenie.  Albo  nie  miał  w  zwyczaju 

awanturować  się  w  miejscach  publicznych,  albo  najzwyczajniej  w 

świecie  nie  miał  ikry.  River  nie  zastanawiał  się,  która  z  tych  dwóch 

możliwości jest prawdziwa; ważne było to, że Chet nie stawia oporu.  

Zatrzymawszy  się  za  fontanną,  Chet  obrócił  się  twarzą  do 

swojego adwersarza. 

- Słuchaj, kolego. Wiem, że mnie nie lubisz. Dość jasno dałeś mi 

to  do  zrozumienia.  Ale  Sophie  mnie  kocha,  a  ja  kocham  ją  i  twoja 

niechęć niczego  nie  zmieni.  Przyjechałem  tu na  zaproszenie  Sophie  i 

nie wyjadę, dopóki ona tego nie zażąda. 

River  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  Cheta  w  milczeniu;  mierzył 

go od stóp do głów, jakby chciał przejrzeć na wylot. 

-  Na  zaproszenie  Sophie,  powiadasz?  To  znaczy,  że  ona  cię 

zaprosiła? - spytał w końcu. 

Chet pierwszy przerwał kontakt wzrokowy. 

- Tak. Wprawdzie nie bezpośrednio, ale... Pani Colton zapewniła 

mnie,  że  Sophie  czuje  się  nieszczęśliwa,  że  bardzo  za  mną  tęskni  i 

pragnie mojej obecności. 

River roześmiał się pod nosem i pokręcił głową. 

-  Ależ  z  ciebie  grzeczny  chłoptaś,  Wallace.  Sophie  mówi,  że  nie 

chce cię widzieć, więc nie pokazujesz się jej na oczy. Potem mamuśka 

zaprasza cię na ranczo, a ty przybiegasz, merdając ogonkiem niczym 

background image

dobrze  wytresowany  piesek.  Muszę  przyznać,  że  całkiem  nieźle  leży 

na tobie garnitur, zważywszy, że brak ci kręgosłupa. 

Ku  zaskoczeniu  Rivera  Chet  postąpił  krok  do  przodu,  zaciskając 

dłonie w pięści. 

- Wiesz, co ci powiem, James? Zaczynasz mnie nudzić. - Poruszył 

ramionami,  jakby  chciał  rozluźnić  spięte  mięśnie.  -  Raz  przywaliłeś 

mi  w  nos,  ale  drugi  raz  tego  nie  zrobisz.  Uprzedzam  cię,  że  w 

college'u  ćwiczyłem  boks.  Oczywiście  nie  zamierzam  wdawać  się  z 

tobą w bójkę, bo przemoc niczego nie rozwiązuje. Przyjechałem tu, bo 

kocham Sophie. A ty, kolego, idź do diabła. 

Powiedziawszy  to,  skierował  się  w  stronę  otwartych  drzwi 

balkonowych. River odprowadził go wzrokiem. 

-  No  proszę  -  mruknął  na  głos,  kiedy  Chet  znikł  w  salonie.  -  Już 

myślałem, że Sophie straciła gust. Jednak facet ma trochę ikry. Wiele 

mu to nie pomoże, ale przynajmniej udowodnił, że stać go na bunt. 

Zdejmował  koszulę  w  swym  pokoju  nad  stajnią,  kiedy  drzwi 

otworzyły się z hukiem. 

- Jak mogłeś? - spytała Sophie; weszła do pokoju, zatrzaskując za 

sobą drzwi. - Do jasnej cholery, River James! Jak mogłeś? 

- Dobry  wieczór, złotko. Nie za późno  wypuściłaś się na spacer? 

Czy  Chet  poszedł  już  spać?  Pewnie  biedaka  zmęczyła  długa  jazda 

samochodem? 

Dokończył rozpinać guziki, po czym ściągnąwszy koszulę, cisnął 

ją na stojące obok krzesło.  

Sophie zignorowała pytania; nie przyszła na pogaduszki. 

background image

- Nie miałeś prawa, River! Żadnego prawa! 

-  W  porządku,  Soph.  Skoro  tak  twierdzisz  -  rzekł  spokojnie. 

Przysunął  rękę  do  klamerki  paska,  po  czym  uznał,  że  lepiej  się 

wstrzymać.  -  Ale  żeby  nie  było  żadnych  wątpliwości,  może  byś  mi 

wyjaśniła, co dokładnie masz na myśli. 

Podeszła bliżej i dźgnęła go palcem w klatkę piersiową. Jej duże 

brązowe  oczy  o  ciepłym  zazwyczaj  spojrzeniu  i  przepastnej  głębi 

zwęziły się w szparki. 

-  Do  diabła,  River!  Dobrze  wiesz,  o  co  mi  chodzi!  Wyganiasz 

Cheta  na  taras,  grozisz  mu,  zachowujesz  się  jak  nieokrzesany 

wieśniak...  Boże!  -  Pokręciwszy  z  irytacją  głową,  opuściła  rękę 

wzdłuż ciała. - Psiakrew, włóż koszulę! 

River  wybrał  kompromis.  Sięgnął  po  zawieszoną  na  oparciu 

krzesła czarną skórzaną kamizelkę. 

-  Lepiej?  -  spytał,  po  czym  zdławił  uśmiech  na  widok  Sophie, 

która odwróciła wzrok. - Co, tak też niedobrze? 

Wbiła w niego gniewne spojrzenie. 

-  Jesteś  nieznośny,  wiesz?  Och,  przestań!  Nie  rób  miny 

niewiniątka! Ty to uwielbiasz, prawda? Zawsze wiesz, co powiedzieć 

i jak się zachować, żeby mnie zdenerwować. 

-  Mylisz  się.  Gdybym  wiedział,  że  kamizelka  wywrze  na  tobie 

takie wrażenie, częściej bym ją wkładał. Podoba ci się czarna skóra na 

gołym torsie, co? 

Jego słowa podziałały na nią jak płachta na byka. 

background image

-  Nienawidzę  cię,  kiedy  to  robisz!  Od  pierwszej  chwili,  odkąd 

tylko  przybyłeś  na  ranczo,  drażnisz  się  ze  mną,  wyśmiewasz  mnie, 

doprowadzasz do białej gorączki. Zawsze tak było! Traktowałeś mnie 

jak śmiecia, odpędzałeś od siebie, a ponieważ byłam uparta, w końcu 

uznałeś, że nie masz wyjścia i musisz mnie tolerować. A teraz... teraz 

zachowujesz się tak, jakbym była twoją własnością. 

Uśmiech znikł z jego twarzy. 

-  To  nieprawda,  Soph,  i  dobrze  o  tym  wiesz.  To  ty  mnie 

doprowadzałaś do gorączki. Łaziłaś za mną krok w krok, ignorowałaś 

moje  protesty,  nie  pozwalałaś  mi  być  zamkniętym  w  sobie, 

obrażonym  na  świat  buntownikiem.  Koniecznie  chciałaś  udowodnić, 

że komuś na mnie zależy... 

-  No  tak.  -  Na  moment  zamilkła.  -  To  było  dawno  temu.  - 

Potrząsnęła  głową.  -  Stare  dzieje.  Teraz  wszystko  się  zmieniło.  Nie 

jestem  już  dzieckiem  i  nie  życzę  sobie,  abyś  wtrącał  się  do  moich 

spraw.  Nie  musisz  przybiegać  mi  na  ratunek,  wybawiać  mnie  od 

Cheta ani od nikogo. Rozumiesz? 

-  Tak,  złotko,  rozumiem  -  powiedział  cicho  River,  patrząc  w 

pustkę, bo Sophie odwróciła się i wyszła. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Wsunęła  ręce  pod  czarną  skórzaną  kamizelkę,  po  czym  zaczęła 

pieścić  palcami  goły  tors.  Ciało  miał  ciepłe,  mięśnie  mu  drżały. 

Zbliżyła  wargi  do  jego  piersi,  koniuszkiem  języka  polizała  skórę, 

następnie  przytuliwszy  się  mocno,  przesunęła  dłoń  niżej.  Po  chwili 

background image

zatrzymała  się  na  srebrnej  klamerce  u  paska.  Ciągle  natykała  się  na 

jakieś  przeszkody.  Mrucząc  cicho,  trochę  niezdarnie  zaczęła  ją 

rozpinać. Szło jej opornie.  Frustracji towarzyszyła jednak narastająca 

namiętność. Pieszczoty, pocałunki... 

I nagle ciszę rozdarł przeraźliwy terkot. 

Sophie otworzyła oczy i poderwała się na łóżku. Serce waliło jej 

młotem,  w  gardle  miała  sucho,  nie  była  w  stanie  przełknąć  śliny. 

Rozejrzała  się  po  pokoju.  Dostrzegłszy  budzik,  czym  prędzej 

zacisnęła na nim rękę. Dopiero gdy udało się jej przerwać natarczywe 

brzęczenie, opadła z powrotem na poduszkę. 

-  Cholera  -  szepnęła.  Przyłożywszy  do  czoła  drżącą  dłoń, 

wpatrywała się w sufit pocięty promieniami słońca, które wpadały do 

środka przez drewniane okiennice. - Cholera, cholera, cholera! 

Zawsze  w  weekendy,  kiedy  jej  pomocnica  Nora  Hickman  miała 

wolne,  Inez  -  zamiast  każdemu  oddzielnie  podawać  śniadanie  - 

przygotowywała  szwedzki  stół,  by  wszyscy  sami  mogli  się  obsłużyć. 

Gdy Sophie weszła do jadalni, pierwszą osobą, jaką ujrzała, był Chet. 

Miał  na  talerzu  trzy  cienkie  plastry  melona  oraz  dwie  wielkie 

truskawki  i  właśnie  nalewał  sobie  jogurt  do  miseczki.  Bułka 

posmarowana  niemal  przezroczystą  warstwą  serka  o  obniżonej 

zawartości tłuszczu stanowiła dopełnienie jego śniadania. 

- Dzień dobry, kochanie - rzekł, jakby wszystko między nimi było 

po staremu. 

-  Dzień  dobry,  Chet  -  odparła.  Nałożyła  na  talerz  kilka  plastrów 

wędliny,  dwie  duże  łyżki  jajecznicy,  sporą  porcję  frytek.  Nie  tylko 

background image

Chet  potrafi  się  zdrowo  odżywiać,  pomyślała,  dorzucając  sobie 

kawałek melona. - Mam nadzieję, że dobrze spałeś. 

Chet postawił talerz na stole, po czym odsunął krzesło, czekając, 

aż Sophie usiądzie. 

-  Prawdę  mówiąc,  nie  bardzo  -  odparł.  -  Strasznie  tu  cicho.  Nikt 

nie  krzyczy  po  nocy,  nie  trąbi.  Następnym  razem  będę  musiał 

przywieźć z sobą nagrany na taśmę hałas uliczny. 

Uśmiechnęła  się,  tak  jak  tego  po  niej  oczekiwał,  i  sięgnęła  po 

dzbanek świeżo zaparzonej kawy. 

-  Jak  zjemy,  może  byśmy  wybrali  się  na  przejażdżkę,  co? 

Chciałabym z tobą porozmawiać. 

Zacisnął rękę na jej dłoni. 

-  Ja  z  tobą  również,  kochanie.  Zresztą  mam  coś,  co  należy  do 

ciebie. 

Zastanawiała  się,  jak  zareagować,  wiedziała  bowiem,  że  Chet 

pragnie ponownie wsunąć jej na palec pierścionek zaręczynowy, ale w 

tym momencie do jadalni wszedł Joe. Uśmiechając się do ojca, Sophie 

nadstawiła policzek do pocałunku. 

-  Piękny  dzionek  -  oznajmił  Joe,  po  czym  na  widok  Inez,  która 

wyrosła  jak  spod  ziemi  i  zaczęła  mu  nakładać  jedzenie  na  talerz, 

pokręcił  z  rezygnacją  głową.  -  Ależ,  Inez,  wcale  nie  zamierzałem 

oszukiwać. 

Gosposia uniosła pokrywkę znad niedużej srebrnej miski, z której 

wyjęła  dwa  pozbawione  cholesterolu  jajka,  obok  położyła  trzy 

background image

plasterki  mające  imitować  bekon  oraz  dwa  kawałki  pszennej  bułki 

posmarowanej masłem dietetycznym. 

- A kto tam pana wie - rzekła. - Jak pan skończy, proszę krzyknąć, 

to  przyniosę  z  kuchni  owsiankę.  Aha,  kawa  bezkofeinowa  jest,  jak 

zawsze, w żółtym dzbanku. 

Joe  popatrzył  żałośnie  na  talerz,  po  czym  przeniósł  wzrok  na 

córkę. 

-  Ta  kobieta  dobija  mnie  swoją  dobrocią  -  stwierdził,  dziurawiąc 

widelcem  nienaturalnie  jaskrawe  żółtko.  -  Cały  tydzień  marzę  o 

niedzieli.  Tylko  w  niedzielę  wolno  mi  jeść  to,  na  co  mam  ochotę: 

prawdziwe jedzenie. 

- Niech pan spróbuje polubić jogurt - powiedział Chet. Sophie aż 

się wzdrygnęła, słysząc jego lekko protekcjonalny ton. - Jest zdrowy, 

ma mnóstwo wartości odżywczych, a w dodatku świetnie robi na linię. 

Odkąd  go  spożywam,  cholesterol  mam  w  normie.  Wynik  oscyluje  w 

granicach  od  stu  osiemdziesięciu  czterech,  do  stu  osiemdziesięciu 

sześciu. 

-  Przypnij  se  do  klapy  medal  -  mruknął  pod  nosem  Joe,  kiedy 

Chet, przeprosiwszy  swoich  współbiesiadników,  wstał  od  stołu,  żeby 

przynieść z kuchni kolejnego melona. - Wprost nie mogę uwierzyć, że 

go tu zaprosiłaś - dodał szeptem, patrząc z wyrzutem na córkę. 

Sophie pochyliła się w stronę ojca. 

-  Wcale  nie  zaprosiłam.  Chet,  tatusiu,  przyjechał  na  zaproszenie 

mamy.  Uprzedziła  mnie  o  jego  wizycie  zbyt  późno,  abym  mogła 

cokolwiek odkręcić. 

background image

- Meredith zaprosiła Cheta? - Joe zmarszczył gniewnie czoło. - Po 

jakie licho? 

- O to musisz spytać ją - rzekła Sophie, przesuwając jajecznicę z 

jednego końca talerza na drugi. - Nie wiem, co mam robić, tatku. 

Joe przyjrzał się jej uważnie. 

-  Nie  rozumiem,  aniołku.  Zależy  ci  na  Checie?  Chcesz  do  niego 

wrócić? 

Potrząsnęła przecząco głową, a kiedy z kuchni wyłonił się Chet z 

talerzem  pełnym  soczystych  kawałków  żółtego  melona,  ponownie 

skupiła się na jedzeniu. 

-  Pańska  gosposia  to  prawdziwy  skarb,  panie  Colton  -  oznajmił 

gość,  zajmując  miejsce  przy  stole.  -  W  dodatku  bardzo  się  o  pana 

troszczy. Sophie, kochanie, ty też powinnaś bardziej uważać na to, co 

jesz. Lepiej późno niż wcale. Naprawdę warto zdrowo się odżywiać. 

Sophie ugryzła się  w język. Tylko po to, aby  zobaczyć, jak Chet 

zareaguje,  miała  ochotę  powiedzieć  mu,  że  od  jutra  zaczyna  palić. 

Zastanawiała  się,  czy  zawsze  był  takim  nudziarzem,  czy  może  wina 

leży po jej stronie. Może czuje do niego tak silną niechęć, że wszystko 

ją w nim drażni. 

Przyglądała  się,  jak  nożem  i  widelcem  starannie  kroi  melona  na 

małe cząstki. Miał na sobie typowy strój weekendowy: jedwabny golf 

oraz  bawełniane  spodnie  z  eleganckim  paskiem  od  Gucciego.  Był 

wysokim, szczupłym mężczyzną, może niezbyt umięśnionym, ale bez 

grama  zbędnego  tłuszczu.  Buty  mu  lśniły,  jakby  ciągle  je  pastował, 

włosy nigdy nie sterczały. Na lewym nadgarstku nosił złoty zegarek z 

background image

czarną  tarczą  i  brylantem  w  miejscu  godziny  dwunastej.  Paznokcie 

miał  krótkie,  lekko  zaokrąglone,  o  połyskującej  płytce,  twarz  świeżo 

ogoloną; zawsze pachniał wodą kolońską Aramis. 

Usiłowała  sobie  wyobrazić,  jak  by  wyglądał  w  starych 

kowbojskich butach, w spranych dżinsach z paskiem Levi Straussa i w 

czarnej  skórzanej  kamizelce  zarzuconej  niedbale  na  nagi  tors.  Nie. 

Zupełnie nie ten styl. Chet nie był stworzony do dżinsów i skórzanych 

kamizelek,  chyba  żeby  szedł  na  bal  przebierańców.  W  dżinsach  i 

skórze czułby się nieswojo i wyglądałby jak w kostiumie.  

W przeciwieństwie do Rivera, który tak ubrany sprawiał wrażenie 

człowieka zadowolonego, pewnego siebie, wiedzącego, czego chce od 

życia  i  jak  osiągnąć  upragniony  cel.  Zamknęła  oczy  i  ujrzała  przed 

sobą  Rivera.  W  kamizelce,  dżinsach,  kowbojskich  butach.  Długie 

czarne włosy wystawały mu spod kapelusza, kciuki wsunął w szlufki. 

Po jego twarzy błąkał się ciepły, wabiący uśmiech. 

- Sophie? Sophie, słuchasz, co do ciebie mówię? 

-  Co  takiego?  -  Ocknęła  się.  Uświadomiła  sobie,  że  była  tysiące 

mil  od  śniadaniowego  stołu  i  marzyła  o  rzeczach,  o  jakich  nie  miała 

prawa marzyć. - Przepraszam, Chet. Zdaje się, że jeszcze nie do końca 

się obudziłam. 

Co  po  części  było  prawdą.  Bo  myśli,  jakim  się  oddawała, 

stanowiły  kontynuację  snu,  który  śnił  jej  się  nad  ranem  i  z  którego  - 

niestety! - wyrwał ją głośny terkot budzika. 

- Nie gniewam się, najmilsza. 

background image

Sophie przygryzła  wargę,  żeby  nie  parsknąć  śmiechem, kiedy  po 

słowach Cheta  Joe  burknął coś pod nosem  i  szurając krzesłem,  wstał 

od  stołu.  Powłócząc  nogami,  udał  się  do  kuchni,  by  zamienić  pusty 

talerz na miskę owsianki. 

-  Może  byśmy  pojechali  do  Prosperino,  co,  kochanie?  -  ciągnął 

Chet.  -  Połazilibyśmy  po  sklepach,  potem  wstąpili  gdzieś  na  lunch? 

Co ty na to? 

Pomyślała sobie, że wolałaby całe popołudnie patrzeć, jak mucha 

lata,  obijając  się  o  szybę,  ale  skinęła  głową  i  odparła,  że  dobrze, 

chętnie.  Nie  miała  najmniejszej  ochoty  na  towarzystwo  Cheta,  ale 

wiedziała,  że  czeka  ich  poważna  rozmowa.  Pocieszała  się,  że 

przynajmniej  w  Prosperino  nie  będą  sami  i  kiedy  podczas  lunchu 

powie  Chetowi,  że  nie  chce  go  więcej  widzieć,  nie  urządzi  jej 

awantury. Nie należał do ludzi, którzy  w miejscach publicznych dają 

upust emocjom. 

 

Louise  Smith  przysiadła  na  piętach,  z  przyjemnością  oglądając 

swój  najnowszy  nabytek:  hortensję  o  niezwykłych  błękitnych 

kwiatach. Uwielbiała zieleń. Niemal cały teren za domem przemieniła 

w  ogród.  Z  początku  nie  wiedziała,  jakim  roślinom  najlepiej  służy 

duszny,  gorący  klimat  Missisipi,  ale  zupełnie  się  tym  nie 

przejmowała.  Zaglądała  do  fachowej  literatury,  zamawiała  katalogi, 

wypożyczała  książki  z  miejscowej  biblioteki,  aż  zdobyła  potrzebną 

wiedzę,  W  zeszłym  roku  zebrała  się  nawet  na  odwagę  i  zapisała  do 

lokalnego klubu ogrodniczego. 

background image

Podniósłszy  się  z  klęczek,  czarną  od  ziemi  ręką  odgarnęła  z 

twarzy  kosmyk  włosów,  przy  okazji  brudząc  sobie  policzek.  Przez 

chwilę  rozglądała  się  z  satysfakcją  po  swoim  królestwie,  wreszcie 

zatrzymała  wzrok  na  dużym  pudle  ustawionym  na  środku 

murowanego patio, które sama zbudowała rok temu. 

-  Boże,  po  co  mi  to  było?  -  spytała,  obchodząc  pudło  ze 

wszystkich  stron.  -  Wiesz,  Wróbelku,  tym  razem  chyba  jednak 

przedobrzyłam -  zwróciła się do perskiej kotki, która wygrzewała się 

w słońcu na białym krześle. 

Kocica uniosła łebek, zaćwierkała  w  odpowiedzi, po czym  grubą 

futrzaną  łapką  zaczęła  myć  pyszczek.  Louise  często  prowadziła  z 

Wróbelkiem  rozmowy;  kotka,  zamiast  miauczeć  jak  jej  pobratymcy, 

wydawała  z  siebie  dźwięki  bardziej  przypominające  szczebiot  czy 

ćwierkanie.  Stąd  jej nietypowe  imię  -  Wróbelek.  Przynajmniej  tak  to 

tłumaczyła  Louise,  kiedy  ktoś  o  nie  pytał.  Prawda  zaś  była  taka,  że 

imię Wróbelek po prostu przyśniło się jej którejś nocy. Z oczywistych 

powodów wolała o tym nikomu nie mówić. 

O  swoim  życiu  też  wolała  za  dużo  nie  opowiadać,  zresztą 

niewiele  o  nim  wiedziała.  Sięgała  pamięcią  zaledwie  dziewięć  lat 

wstecz;  z  wcześniejszego  okresu  nic  nie  pamiętała,  ale  może  to  i 

lepiej,  jeśli  sądzić  po  dokumentach  z  więzienia  oraz  zapiskach 

lekarzy. 

- No dobra, bierzemy się do roboty - oznajmiła na głos. 

Grubym śrubokrętem rozerwała taśmę, którą oklejone było pudło. 

Potem,  czując,  jak  słońce  piecze  ją  w  kark,  zaczęła  odciągać  na  bok 

background image

tekturowe  wieczko.  Po  chwili  jej  oczom  ukazała  się  fontanna,  którą 

zamówiła  w  lokalnym  sklepie  ogrodniczym.  Teraz  należało  ją  tylko 

złożyć.  W  tym  celu  musiała  przeczytać  napisane  hieroglifami 

instrukcje  i  stosując  się  do  nich,  wykonać  z  sześć  tysięcy  prostych 

czynności, napełnić urządzenie wodą i podłączyć do prądu. 

-  Jak  się  z  tym  uporam,  będę  miała  fach  w  ręku.  W  następnej 

kolejności zbuduję prom kosmiczny - mruknęła pod nosem, kartkując 

opasłą księgę pełną instrukcji. 

- Puk, puk! Jest tam kto? 

Louise  zerknęła  przez  ramię  i  uśmiechnęła  się  na  widok  doktor 

Marthy Wilkes, która stała na chodniku, trzymając przed sobą nieduży 

kosz piknikowy. 

-  Co  za  miła  niespodzianka!  Zapraszam!  Może  zdołasz  mi 

pomóc... 

Doktor  Wilkes  weszła  do  ogrodu,  zamknęła  za  sobą  furtkę,  po 

czym postawiła kosz na niskim stoliku. Ubrana była w beżowe szorty 

i  bluzkę  w  tygrysie  cętki;  włosy  miała  schowane  pod 

jaskrawopomarańczową chustką. 

-  O  rany!  To  ta  fontanna?  -  spytała,  okrążając  pudło.  - 

Pomyślałam sobie, że wpadnę do ciebie, może się na coś przydam, w 

końcu  co  dwie  głowy,  to  nie  jedna,  ale  widzę,  że  przydałoby  się 

znacznie  więcej  głów.  Mam  nadzieję,  że  dobra  jesteś  w 

rozwiązywaniu układanek? 

-  Powinnam  była  zamówić  dostawę  z  montażem,  prawda?  - 

Louise spojrzała w niebo. - Ale ja uwielbiam wyzwania! 

background image

-  Naprawdę?  -  Lekarka  uśmiechnęła  się  ciepło  do  swojej 

przyjaciółki, a zarazem pacjentki. - Ja też. To co? Spróbujemy? 

 

River  patrzył,  jak  Erik  Tapler,  szczerząc  z  zadowoleniem  zęby, 

jeździ na dereszu wokół zagrody. Po trzech godzinach przełamywania 

wzajemnej nieufności koń i jeździec wreszcie zdołali się zaprzyjaźnić. 

Cieszyło Rivera, że miał w tym swój udział. Zresztą wolał przyglądać 

się,  jak  między  człowiekiem  a  zwierzęciem  stopniowo  nawiązuje  się 

nić  porozumienia,  niż  chodzić  niespokojnie  po  stajni  i  mrucząc  z 

wściekłości,  czekać,  aż  na  drodze  prowadzącej  do  domu  pojawi  się 

lśniące BMW Cheta Wallace'a. 

- Wprost nie do wiary - rzekł Erik. Zsiadłszy z konia, poklepał go 

po szyi. - Nigdy nie sądziłem, że... Po prostu jesteś cudotwórcą, River. 

Ile ci jestem winien? 

River  zeskoczył  z  ogrodzenia  i  pogłaskał  deresza  po  pysku. 

Zwierzę miało sierść miękką jak aksamit. 

- Jedna usługa rozpłodowa i będziemy kwita. 

- Jedna usługa, powiadasz? Dla ciebie czy Coltona? - spytał Erik. 

Zdjąwszy  siodło,  podał  je  jednemu  ze  stajennych,  po  czym 

skierował deresza w stronę stojącej za bramą przyczepy. 

-  Dla  mnie  -  odparł  River,  odprowadzając  przyjaciela.  -  Skąd 

wiedziałeś? 

- Doszły mnie słuchy, że Joe Colton podarował ci kawałek ziemi. 

Podobno  chcesz  zajmować  się  nie  tylko  jego  hodowlą  koni,  ale 

założyć własną stadninę. Zgadza się? 

background image

-  Nie  całkiem.  -  Zdumiało  Rivera,  jak  szybko  rozchodzą  się 

plotki.  -  Nie  dostałem  ziemi  od  Joego.  Kupiłem  ją.  Buduję  na  niej 

dom,  a  w  przyszłości  rzeczywiście  chcę  założyć  stadninę.  Na  razie 

jestem  zadłużony  po  uszy,  ale  Joe  wie,  że  spłacę  wszystko  co  do 

grosza. 

-  To  się  rozumie...  Cholera,  Riv!  Kierowanie  wielką  stadniną 

Coltona, tworzenie własnej... Będziesz zapracowanym człowiekiem. 

-  To  prawda  -  przyznał  River,  spoglądając  na  pustą  szosę.  -  Ale 

czas  najwyższy,  żebym  zaczął  rozkręcać  jakiś  interes.  Trudno  żyć 

wśród Coltonów i nie brać z nich przykładu. 

Koń  bez  protestu  dał  się  wprowadzić  do  przyczepy.  Widząc  to, 

Erik pokręcił z niedowierzaniem głową. 

-  Niesamowite.  Żeby  go  przywieźć  do  ciebie,  pięciu  ludzi 

porządnie  się  zmachało.  Mówię  ci, Riv,  z  twoim  talentem  do koni  w 

ciągu  tygodnia  zostaniesz  milionerem.  -  Wyciągnął  na  pożegnanie 

dłoń.  -  Trzymaj  się,  stary.  Nawet  nie  muszę  życzyć  ci  szczęścia. 

Wiem, że ci się uda. 

- Dzięki. 

River  stał  na  środku  żwirowej  drogi,  patrząc,  jak  samochód  z 

przyczepą  maleje  w  oddali.  Po  chwili,  wzdychając  głęboko,  ruszył  z 

powrotem do stajni, pewien, że BMW zajedzie pod dom nie wcześniej 

niż  kilka  godzin  po  zachodzie  słońca.  W  interesach  istotnie  nie 

potrzebował  szczęścia,  wystarczyła  praca  i  wiedza.  Ale  w  życiu 

osobistym...  Nie  miałby  nic  przeciwko  temu,  by  los  się  do  niego 

uśmiechnął. 

background image

Chet potrafił być całkiem miłym i zabawnym kompanem. Sophie 

uświadomiła  to  sobie  ze  zdumieniem,  kiedy  spacerowali  po 

Prosperino,  od  czasu  do  czasu  zaglądając  do  sklepów,  jedząc  lody 

albo  siedząc  na  ławce  w  parku  i  obserwując  toczące  się  przed  nimi 

życie.  Był  inteligentnym  człowiekiem,  obdarzonym  poczuciem 

humoru,  w  dodatku  znał  dziesiątki,  ba,  setki  śmiesznych  anegdot  o 

ludziach, głównie swoich klientach, i świecie. 

Z drugiej strony na tym polegała jego praca; osoby zajmujące się 

reklamą  muszą  umieć  zaskarbić  sobie  sympatię  innych,  inaczej  nie 

sprzedadzą produktu. Chet najwyraźniej potrafił ładnie zaprezentować 

nie  tylko  reklamowany  towar,  ale  również  samego  siebie.  Dawniej 

Sophie  dawała  się  nabrać na  jego  urok,  teraz  jednak  wiedziała,  że  to 

wszystko jest szalenie powierzchowne. Owszem, Chet był przystojny, 

miał  nienaganne  maniery,  ubierał  się  elegancko,  znał  mnóstwo 

ciekawostek,  sypał  anegdotami,  szczerzył  zęby  w  powabnym 

uśmiechu.  

Gdyby  chciała  sprzedać  pastę  do  zębów,  bez  wahania 

zatrudniłaby  Cheta,  by  zaplanował  całą  kampanię  reklamową.  Z 

czystym  sumieniem  powierzyłaby  mu  swój  produkt.  Ale  siebie  nie 

chciała  mu  powierzać.  Nie  chciała  wychodzić  za  niego  za  mąż. 

Powinna  była  wcześniej  przejrzeć  na  oczy,  ale  wcześniej  była  ślepa. 

Chet  zdołał  umiejętnie  zareklamować  jej  samego  siebie  oraz  ich 

wspólną przyszłość.  

Oczywiście  nie  wziął  pod  uwagę  jej  zdania  ani  pragnień,  po 

prostu przedstawił jej gotowy, pięknie opakowany produkt. Uczynił to 

background image

tak zręcznie, że nawet nie wiedziała, iż pod opakowaniem niewiele się 

kryje. Teraz, gdy siedzieli przy stoliku w małej restauracji pogrążonej 

w romantycznym półmroku, znów to robił. Sprzedawał siebie. 

-  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  Soph,  jak  bardzo  mi  przykro,  że 

tamtego wieczoru nie odprowadziłem cię do domu. Że pozwoliłem ci 

samej  wyjść  z  restauracji.  -  Zacisnął  rękę  na  jej  dłoni.  -  Codziennie 

gnębią mnie wyrzuty sumienia. 

- To nie była twoja wina, Chet - oznajmiła, z ulgą zabierając dłoń, 

kiedy  do  stolika  podszedł  kelner  z  sałatką  krewetkową  dla  Cheta  i 

zupą dla niej. - Pokłóciliśmy się. Byłam zła, więc wybiegłam na dwór. 

Nie zwracałam uwagi na otoczenie. Sama jestem sobie winna. Proszę 

cię, nie mówmy już o tym. 

Chet nie dawał za wygraną. 

-  Ale  chciałbym  ci  to  jakoś  wynagrodzić.  -  Wsunął  rękę  do 

kieszeni  spodni,  skąd  wyciągnął  złożoną  kartkę  papieru.  -  Zobacz  - 

powiedział, prostując ją. - Obmyśliłem nowe logo. 

Sophie zmrużyła lekko oczy. 

- Nowe logo? - zdziwiła się. - Jakie? Po co? 

-  Każda  firma  ma  własne  logo  -  wyjaśnił.  -  Zastanawiałem  się, 

jakie  by  najlepiej  pasowało  do  naszej  agencji.  Uznałem,  że  z 

rynkowego  punktu  widzenia  dobrze  by  było,  abyś  zachowała  swoje 

panieńskie  nazwisko.  Ludzie  je  kojarzą.  Dla  nich  Colton  oznacza 

wiarygodność,  zaufanie,  niezawodność.  Więc  zamiast  „Wallace  i 

Wallace"  proponuję  nadać  spółce  nazwę  „Colton  i  Wallace".  Czyli 

background image

C&W.  Zobacz.  -  Wygładził  kartkę  papieru.  -  Widzisz,  jak  ładnie 

splotłem z sobą litery? Podoba ci się? Co? 

Sophie odniosła wrażenie, że świat wiruje jej przed oczami. 

-  Chet...  -  Szukała  słów,  by  powiedzieć  Chetowi  to,  co  musiała, 

jednocześnie nie sprawiając mu bólu. - Chet... z tego nic nie będzie. 

Zmarszczywszy czoło, obrócił kartkę w swoją stronę. 

-  Naprawdę?  Nie  podoba  ci  się  nowoczesne  liternictwo?  W 

porządku, możemy zrobić coś w stylu bardziej tradycyjnym. 

-  Nie,  Chet.  Nie  w  tym  problem.  -  Odsunęła  na  bok  nietknięty 

talerz  zupy.  -  Mnie  to już  nie  interesuje.  Wycofuję  się.  Właśnie  to  ci 

usiłowałam  powiedzieć  tamtego  wieczoru.  Tyle  że  wtedy  miałam 

jeszcze  wątpliwości,  a  teraz  nie  mam  żadnych.  Te  kilka  tygodni 

przerwy  pozwoliły  mi  wszystko  dokładnie  przemyśleć.  Nie  chcę 

dłużej  zajmować  się  reklamą.  Nie  to  chcę  w  życiu  robić.  Chybabym 

już nie potrafiła wrócić do tamtego świata. 

- Dobrze. Rozumiem, kochanie. - Na jego twarzy odmalowało się 

zaskoczenie, zatroskanie, a także współczucie. Wziął głęboki oddech, 

po  czym  westchnął  głośno.  -  Chodzi  o  bliznę,  prawda?  Muszę 

przyznać,  że  jest  dość  paskudna.  Ale  przecież  możemy  się  jakoś 

umówić, podzielić obowiązkami. Ja mogę spotykać się z klientami, a 

ty...  Właściwie  to  dobry  pomysł.  Dopóki  nie  zrobisz  sobie  operacji 

plastycznej  albo  nie  nauczysz  się  tuszować  szramy  odpowiednimi 

kosmetykami, lepiej aby rozmowy z klientami były na mojej głowie. 

Sophie  oparła  się  o  łokciami  o  stół.  Nie  odezwała  się.  Jej 

milczenie  w  niczym  jednak  nie  przeszkodziło  Chetowi,  który 

background image

ponownie  sięgnął  do  kieszeni  i  wyciągnął  małe  pudełeczko  obite 

czarnym aksamitem. Sophie z miejsca je rozpoznała. 

- Chet... nie - powiedziała cicho, lecz stanowczo. 

Zrozumiał.  Wreszcie  zrozumiał,  że  Sophie  wcale  nie  zależy  na 

tym,  aby  wszystko  wróciło  do  poprzedniego  stanu.  Nie  ucieszyła  się 

ani  na  myśl  o  wspólnej  agencji,  ani  na  widok  pierścionka 

zaręczynowego. 

-  Sophie?  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie.  -  Co  ci  jest?  Twoja  mama 

mówiła... 

-  No  właśnie.  Moja  mama.  -  Sophie  pokręciła  smutno  głową.  - 

Zdradź mi, Chet, co dokładnie powiedziała moja mama? 

 

Doktor  Wilkes  siedziała  wygodnie  rozparta  w  fotelu,  patrząc  z 

uśmiechem, jak Louise wkłada wtyczkę do kontaktu, po czym wciska 

przycisk. 

- Brawo! Pięknie! W dodatku zajęło nam to zaledwie... - spojrzała 

na zegarek - pół roku. 

Louise podniosła się z kolan i przycisnąwszy ręce do kręgosłupa, 

przeciągnęła się. 

-  Faktycznie,  trochę  nam  to  zajęło  -  przyznała.  -  Ale  wygląda 

ładnie, prawda? 

Lekarka skinęła głową. 

- Wygląda wspaniale. I cudownie szumi. 

background image

Louise  wpatrywała  się  w  fontannę  bez  słowa.  Stała  jak 

zahipnotyzowana,  w  dziwnej,  nienaturalnej  pozie;  twarz  miała 

trupiobladą, warga jej drżała. 

-  Louise,  co  ci  jest?  -  Martha  Wilkes  wstała  z  fotela  i  objęła 

ramieniem przyjaciółkę. - Źle się czujesz? 

- Ja... ja... - Louise potrząsnęła głową, jakby usiłowała wyrwać się 

z  transu,  po  czym  przycisnęła  rękę  do  ust.  Wciągnęła  głęboko 

powietrze i zamrugała kilka razy, starając się powstrzymać łzy. - Nie 

wiem.  Po  raz  pierwszy  słyszę  ten  szmer,  a  mam  wrażenie,  jakby  mi 

stale  towarzyszył.  -  Przytknęła  ręce  do  uszu.  -  Martho,  wyłącz  to! 

Błagam! Wyłącz fontannę! 

Lekarka  wyjęła  sznur  z  kontaktu,  po  czym  szybko  wróciła  do 

swojej  pacjentki.  Zacisnąwszy  ręce  na  dłoniach  Louise  -  ze 

zdumieniem  stwierdziła,  że  są  lodowate  - delikatnie  odciągnęła je  od 

jej uszu. 

- Louise, spójrz na mnie - poprosiła. - Powiedz mi, co pamiętasz. 

Powiedz, co czujesz. 

Louise  zwilżyła  spierzchnięte  wargi  i  wolno  potrząsnęła  głową. 

Wprawdzie patrzyła na lekarkę, ale myślami była daleko. 

-  Pamiętam  kwiaty.  Mnóstwo  kwiatów.  I  zapach  oceanu.  A  nad 

głową  bezkres  nieba.  Gdzieniegdzie  kilka  pierzastych  chmurek. 

Widzisz mnie? Co? Bo ja tam jestem. Klęczę na trawie i wtykam coś 

w  ziemię.  Patyk  czy  pręcik.  Tak,  mały  metalowy  pręt  zakończony 

tabliczką,  na  której  widnieje  jakiś  napis.  -  Na  moment  zacisnęła 

powieki. - Oleander. To oleander. Nerium oleander. Ma piękne liście. 

background image

To  roślina  zimozielona  o  wspaniałych  kwiatach.  Bywają  czerwone, 

białe.  Ja  najbardziej  lubię  różowe,  ale  nie  pozwalam  dzieciom  się do 

nich  zbliżać.  Oleander  zawiera  trującą  substancję.  Wszędzie.  W 

liściach, w kwiatach, nawet w  łodygach. - Uśmiechnęła się; jej twarz 

promieniała szczęściem i miłością. - Ale, jak mu powiedziałam, dzieci 

nie są takie głupie, żeby żuć gałęzie oleandra. 

Doktor  Martha  Wilkes  przełknęła  łzy.  Nagle  spostrzegła,  jak  z 

twarzy Louise odpływa krew, a z oczu wyziera strach. 

- Kochanie? Co ci jest? 

- Nie wiem. Boję się - odparła szeptem Louise i zacisnęła mocno 

powieki.  -  Boże!  Martho,  ja  chyba  wariuję!  Pogrążam  się  w 

szaleństwie! 

-  Nie  wariujesz,  Louise  -  zapewniła  ją  lekarka.  -  Wierz  mi,  nie 

wariujesz. 

- Więc co się ze mną dzieje? Co się dzieje z moją głową? 

Martha  Wilkes  podprowadziła  Louise  do  fotela.  Ta  usiadła 

posłusznie; była całkiem bezwolna, jak lalka, z którą wszystko można 

zrobić. 

-  Nie  jestem  pewna  -  oznajmiła  cicho  lekarka  -  ale  wkrótce  się 

dowiemy. Obiecuję ci to. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Sophie  stała  na  podjeździe  przed  domem,  patrząc,  jak  światła 

BMW  znikają  w  ciemnościach.  To  był  długi,  męczący  dzień.  Może 

powinna  była  się  uprzeć,  aby  Chet  przenocował  na  ranczu  i  dopiero 

background image

nazajutrz wrócił do San Francisco, ale prawdę mówiąc, ucieszyła się, 

kiedy  stwierdził,  że  to  nie  ma  sensu:  jeżeli  poczuje  się  senny, 

zatrzyma się po drodze w jakimś motelu. Wierzyła, że tak zrobi. Chet 

nie  lubił  ryzyka;  zawsze  troszczył  się  o  bezpieczeństwo,  zwłaszcza 

swoje. 

-  No  tak,  jego  poziom  cholesterolu  oscyluje  w  granicach  stu 

osiemdziesięciu czterech, stu osiemdziesięciu sześciu - powiedziała do 

siebie,  uśmiechając  się  na  wspomnienie  rozmowy,  jaką  Chet  z  Joem 

odbyli przy śniadaniu. 

Uśmiech  znikł  z  jej  twarzy,  kiedy  wolnym  krokiem  ruszyła  z 

powrotem  do  domu.  Czy  matka  położyła  się  już  spać?  Co  robić? 

Czekać  z  rozmową  do  rana?  Jeśli  tak  postąpi,  czy  zdoła  w  nocy 

zmrużyć oko? Nie. Będzie rozmyślała, wierciła się z boku na bok... 

Zebrawszy  się  na  odwagę,  skręciła  w  stronę  matczynej  sypialni. 

Nie  była  pewna,  czy  cieszyć  się,  czy  smucić,  kiedy  w  szparze  pod 

drzwiami  ujrzała  światło.  Zastukała  cicho,  po  czym  pchnęła  drzwi  i 

weszła do środka. Łóżko było posłane, róg kołdry odrzucony na bok, 

ale nikt pod nią nie leżał.  

Sophie zerknęła w kierunku przyległego do sypialni saloniku. 

- Mamo? Mamusiu? Jesteś tam? 

Dziwne.  Gdzie  się  podziewała,  skoro  nie  leżała  w  łóżku  ani  nie 

siedziała  na  szezlongu  w  saloniku?  Sophie  popatrzyła  w  bok;  drzwi 

łazienki były uchylone, ale  wewnątrz nie paliło się światło. Postąpiła 

parę kroków w głąb sypialni. 

- Mamo... To ja, Sophie. 

background image

Nagle  stanęła  jak  wryta;  z  sąsiedniego  pomieszczenia  dobiegł  ją 

cichy,  płaczliwy  jęk.  Wcześniej  rzuciła  jedynie  okiem  na  szybę  w 

drzwiach  oddzielających  salonik  od  sypialni;  teraz  podeszła  bliżej  i 

nacisnęła klamkę. 

- Mamo? - powtórzyła. 

Weszła  niepewnie  do  pokoju,  który  wyglądał  tak,  jakby  był 

żywcem  przeniesiony  z  miesięcznika  poświęconego  domom  i 

ogrodom, po czym włączyła stojącą nieopodal drzwi lampę. 

- Mamo! 

Meredith  siedziała  skulona  w  kącie  za  drzwiami,  obejmując 

ramionami  kolana.  Na  widok  córki  uniosła  ręce  do  oczu  i  ponownie 

zaskomlała. 

Sophie, ogarnięta trwogą, kucnęła obok matki. 

-  O  Boże,  mamo!  Co  się  stało?  Jesteś  chora?  Źle  się  czujesz? 

Upadłaś? 

-  Odejdź.  Zostaw  mnie  -  załkała  Meredith,  zakrywając  dłońmi 

twarz. - Nienawidzisz mnie. Wiem, że mnie nienawidzisz. Odejdź. 

Sophie  pokręciła  bezradnie  głową;  nie  miała  pojęcia,  co 

powiedzieć ani co zrobić. Matka, jej matka, siedzi po ciemku w kącie 

jak przerażone dziecko? To do niej zupełnie nie pasuje. 

-  Ależ  mamo,  co  za  bzdury  wygadujesz!  Wcale  cię  nie 

nienawidzę. Poczekaj, pójdę po tatę. 

Usiłowała  wstać,  ale  Meredith  z  całej  siły  zacisnęła  rękę  na  jej 

nadgarstku. 

background image

-  Nie!  Nie  odchodź,  Sophie.  Nie  zostawiaj  mnie  samej!  Boże, 

dlaczego  nic  mi  się  nie  udaje?  Czemu  wszystko  partaczę?  Z  myślą  o 

tobie  sprowadziłam  Cheta,  a  ty  go  zaraz  odprawiłaś.  Tak,  Sophie. 

Rozmawiałam  z  nim.  I  wiesz,  co  mi  powiedział?  Żebym  pilnowała 

własnego  nosa.  On  też  mnie  nienawidzi.  Wszyscy  mnie  nienawidzą. 

Nic  mi  nigdy  nie  wychodzi,  więc  nie  dziw  się,  że  siedzę  tu  w 

ciemnościach i płaczę! O Boże, Boże! 

Sophie  nie  mogła  ochłonąć  ze  zdumienia.  Rozpacz  matki 

wydawała się jej niewspółmierna do sytuacji. 

- Ciii, mamusiu. Nie przejmuj się mną i Chetem. Już od jakiegoś 

czasu coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy. Oboje czuliśmy, że nic 

z  tego  nie  będzie.  Ale  mimo  zerwanych  zaręczyn  pozostaliśmy  w 

przyjaźni.  Chet  zakłada  nową  agencję,  a  ja  będę  jego  cichym 

wspólnikiem.  Na  pewno  odniesie  sukces,  bo  jest  świetnym 

fachowcem. - Na moment zamilkła. - Jak widzisz, naprawdę nie masz 

powodu do zmartwień. 

Meredith zmrużyła oczy. Z jej spojrzenia wyzierała wściekłość. 

-  Przyznaj  się!  Wziął  od  ciebie  pieniądze?  Cholera,  oni  wszyscy 

są  tacy!  Wszyscy  są  tacy  sami!  Tylko  by  wyciągali  łapy  i  brali.  Daj, 

daj,  daj!  To  moje,  to  też,  tamto  również!  Zabrali  mi  Jewel,  mój 

maleńki skarb. Zabrali moje życie. Wszystko zabrali... 

Urwała  i  wolno  dźwignęła  się  z  podłogi.  Wtem,  przydeptując 

swój  długi  jedwabny  kaftan,  omal  się  nie  przewróciła.  Odzyskawszy 

równowagę, odepchnęła na bok córkę i skierowała się do łazienki. 

background image

Sophie  pobiegła  za  matką.  Stojąc  w  drzwiach,  patrzyła,  jak  ta 

wyciąga  szufladę,  z  której  wyjmuje  małą  plastikową  buteleczkę. 

Przechyliła  buteleczkę  nad  rozwartą  dłonią.  Ze  środka  wypadły  dwie 

niebieskie tabletki, które szybko wrzuciła sobie do ust i przełknęła bez 

popijania  czymkolwiek.  Po  chwili,  oparłszy  się  o  blat  szafki, 

uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. 

- No, tak jest znacznie lepiej. 

Sophie podeszła bliżej i nadstawiła rękę. 

-  Mamo,  pokaż  mi  tę  buteleczkę.  Co  to  za  lekarstwo?  Kto  ci  je 

przepisał? 

Meredith  przeniosła  spojrzenie  na  córkę.  Jej  nastrój  wyraźnie 

uległ zmianie. 

- Lekarz, u którego się leczę w Prosperino. Twierdzi, że te tabletki 

mi pomogą. Po prostu od czasu... od czasu wypadku system nerwowy 

mam  trochę  rozchwiany.  No  bo  wiesz,  najpierw  wypadek,  potem 

separacja  z  twoim  ojcem,  potem  urodzenie  dziecka,  a  od  paru  lat 

menopauza.  Nie  jest  mi  łatwo,  Sophie.  Ani  mnie,  ani  wam.  To  był 

trudny  okres  dla  nas  wszystkich,  dla  Joego,  dla  ciebie,  dla  twoich 

braci i sióstr. Tak mi przykro, kochanie. Tak bardzo mi przykro. 

- Wiem, mamusiu - rzekła kojącym tonem Sophie. - Wiem. 

Współczuła  matce,  bo  widziała  jej  cierpienie,  a  jednocześnie 

przepełniała  ją  radość,  że  matka  wreszcie  postanowiła  się  otworzyć, 

nie tłumić bólu i złości. 

-  Już  całkiem  dobrze  sobie  radziłam,  dopóki  ciebie  nie 

napadnięto. Wtedy znów straciłam grunt pod nogami. Dlatego cię nie 

background image

odwiedziłam,  wiesz?  Nie  przyjechałam  do  San  Francisco,  bo  sama 

czułam się paskudnie. Rozumiesz, prawda, kochanie? Więc nie mów o 

tym,  że  płakałam,  twojemu  ojcu,  dobrze?  Zwłaszcza  że  teraz,  kiedy 

wróciłaś  do  domu,  mój  stan  znacznie  się  poprawił.  Joe...  Po  co  go 

niepokoić?  Biedak  od  tak  dawna  cierpi  na  depresję.  Niech  to  będzie 

nasza mała tajemnica, dobrze? Obiecaj mi, Sophie. Proszę cię. 

- Mamo... 

- Naprawdę. Czuję się już świetnie. - Faktycznie, po niedawnych 

łzach  nie  było  śladu.  -  Chcę  urządzić  przyjęcie,  Sophie.  Wielkie, 

wspaniałe przyjęcie z okazji sześćdziesiątych urodzin twojego ojca. A 

potem popłyniemy w rejs. Och, tylko nikomu ani słowa na ten temat! 

To ma być niespodzianka, mój prezent urodzinowy dla Joego. Lekarz 

uważa, że taki rejs obojgu nam wyjdzie na korzyść. - Wzięła głęboki 

oddech,  po  czym  wolno  wypuściła  z  płuc  powietrze.  -  Więc  proszę 

cię,  kochanie,  nie  wspominaj  ojcu  o...  no  wiesz  o  czym.  Naprawdę 

czuję  się  dobrze,  coraz  lepiej.  A  dzisiaj...  to  był  po  prostu  chwilowy 

kryzys. 

Pochyliwszy  się,  pocałowała  córkę  w  policzek  i  przytuliła  do 

siebie. 

- Moja kochana córeczka. Przepraszam cię, żabko. Nie powinnam 

była na ciebie krzyczeć. Wybaczysz mamusi? 

Nawet  nie  pamiętała,  kiedy  ostatni  raz  matka  ją  do  siebie  tuliła. 

Musiało  to  być  bardzo  dawno  temu.  Sophie  oparła  głowę  na 

matczynym  ramieniu.  Gotowa  była  puścić  w  niepamięć  wszystkie 

background image

ostre  słowa  i  nieprzyjemne  incydenty,  byleby  tylko  matka  czasem  ją 

objęła, pogładziła czule po twarzy i włosach - byleby ją kochała.  

Przez  chwilę  stała  tak,  łkając  cichutko  i  wdychając  zapach 

matczynych perfum. 

-  Dobrze,  mamo  -  rzekła  wreszcie.  -  To  będzie  nasza  tajemnica. 

Nic ojcu nie powiem. 

 

Zauważywszy  postać  rysującą  się  na  tle  ciemnego  nieba,  River 

poderwał  się  na  nogi.  Kiedy  godzinę  temu  zobaczył,  jak  sportowe 

BMW Cheta opuszcza ranczo, usiadł na ławce przed stajnią i zapatrzył 

przed  siebie  z  szerokim  uśmiechem  na  twarzy.  Życie  wydawało  mu 

się piękne. Może jest podły, ciesząc się z niespodziewanie wczesnego 

wyjazdu  Cheta,  ale  co  tam!  Nie  zamierza  przejmować  się  jakimś 

bubkiem. 

Nagle,  trochę  poniewczasie,  zaczął  się  zastanawiać,  jak  Sophie 

zareagowała  na  wyjazd  Cheta.  Czy  poczuła  ulgę?  Radość?  Wyrzuty 

sumienia?  Mimo  ciemności  z  daleka  rozpoznał  jej  lekko  utykającą 

sylwetkę. Czekał, aż podejdzie bliżej. 

-  Tu  jestem.  -  Wyszedł  z  cienia  i  stanął  w  żółtawym  świetle 

lampy.  -  Nie  musiałaś  wędrować  taki  kawał  po  ciemku.  Mogłaś 

zadzwonić. Natychmiast bym... Hej, co do licha...? 

Pokonawszy  ostatnie  metry  biegiem,  Sophie  rzuciła  mu  się  w 

ramiona. 

Przywarła 

ciałem 

do 

jego 

ciała 

wybuchnęła 

niepohamowanym płaczem. 

background image

-  Soph,  słoneczko,  uspokój  się  -  powiedział,  tuląc  ją  do  piersi. 

Delikatnie pocierał jej kark. Szloch, który nią wstrząsał, rozdzierał mu 

serce. - Co się stało? Czy ten drań wyrządził ci jakąś przykrość? 

Na  myśl  o  tym  chwycił  ją  za  ramiona  i  odsunął  od  siebie,  aby 

spojrzeć jej w oczy. 

- Sophie, na miłość boską! Odpowiedz mi! Co on ci zrobił? 

Potrząsnęła  gwałtownie  głową,  po  czym  znów  do  niego 

przywarła. 

- Obejmij mnie, Riv. Mocno. 

Spełnił  jej  życzenie.  Zresztą  niewiele  więcej  mógł  zrobić,  niż 

czekać, aż burza minie. Kiedy wreszcie Sophie zaczęła się uspokajać, 

wydobył  z  kieszeni  złożoną  chusteczkę  w  niebiesko-białe  paski. 

Sophie przyjęła ją z wdzięcznością; wytarła oczy, wydmuchała nos. 

-  Możesz  ją  sobie  zatrzymać  -  powiedział,  siląc  się  na  żart,  aby 

choć trochę rozładować napięcie. - Właściwie, jak tak ciągle będziesz 

beczeć, kupię ci z pół tony chustek pod choinkę. 

Roześmiała  się  zawstydzona,  po  czym  pogładziła  Rivera  po 

policzku. 

-  Przepraszam,  Riv.  Boże,  faktycznie  muszę  wziąć  się  w  garść. 

Nie  mogę  tak  ciągle  wypłakiwać  ci  się  na  ramieniu.  Ale...  miałam 

naprawdę ciężki dzień. 

- Z powodu Wallace'a? 

Popatrzyła  na  niego  zdziwiona,  jakby  pierwszy  raz  w  życiu 

słyszała to nazwisko. 

background image

-  Cheta?  Och,  nie.  Chet  niczym  mi  się  nie  naraził.  Całkiem 

szczęśliwy wyjechał z moimi pieniędzmi. 

Odchyliwszy  rondo  kapelusza,  River  wbił  w  Sophie  karcące 

spojrzenie. 

-  Z  twoimi  pieniędzmi?  Co,  musiałaś  mu  zapłacić,  żeby  się  od 

ciebie odczepił? 

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 

- Nie, głuptasie. Po prostu zrozumiał, że  większy pożytek będzie 

miał  ze  mnie  jako  partnerki  w  interesach  niż  partnerki  w  życiu. 

Obiecałam zostać jego cichym wspólnikiem, co mnie samej też bardzo 

odpowiada.  Znając  Cheta,  pewnie  już  obmyśla  strategię  działania 

firmy,  oblicza  w  głowie  straty  i  zyski,  projektuje  logo,  wizytówki, 

hasła... 

- Logo? Hasła? Rany boskie, dziewczyno, o czym ty mówisz? 

Uśmiech  znikł  z  jej  twarzy;  zadrżała,  jakby  przeniknął  ją 

podmuch lodowatego wiatru. 

- Możemy porozmawiać? - spytała po chwili. - Proszę cię... 

W  jej  lśniących  od  łez,  piwnych  oczach  dojrzał  błagalny  wyraz. 

Skierował  się  do  ławki  pod  ścianą,  ale  po  chwili  zmienił  zdanie. 

Wziąwszy  Sophie  za  rękę,  ruszył  w  stronę  zewnętrznych  schodów 

prowadzących do niedużego mieszkanka, które zajmował nad stajnią. 

Wolał  mieszkać  tu,  w  pobliżu koni, niż  w  rezydencji  z  rodziną.  Tam 

jego pokój stał pusty. 

background image

Kiedy Sophie siedziała wygodnie na kanapie, nalał sobie szklankę 

piwa,  a jej  kieliszek  białego  wina.  Pociągnęła  kilka drobnych  łyków, 

po czym odstawiła kieliszek na stół. 

- Dzięki. To mi było potrzebne. 

Usiadł obok na kanapie. 

- Wiem - oznajmił. - Tylko wciąż nie wiem dlaczego. 

Wzięła  głęboki  oddech  i  zaczęła  mówić.  Nie  przerywał  jej; 

siedział bez ruchu, nie spuszczając z niej wzroku. 

-  Powinnaś  była  zawierzyć  swoim  instynktom  i  wezwać  ojca  - 

rzekł,  kiedy  skończyła.  Oczy  ponownie  zaszły  jej  łzami.  -  Trzeba  go 

zawiadomić, Soph. My się na tym nie znamy, a ta sprawa dotyczy nie 

tylko matki, ale również jego. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie, Riv. Obiecałam mamie. Przyrzekłam jej, że to będzie nasza 

tajemnica. 

- A potem przybiegłaś tu i mnie ją zdradziłaś... 

Piwo miało nieprzyjemną goryczkę. Odeszła mu ochota na drugą 

butelkę. 

-  Istotnie - przyznała zdziwiona. - Ale dałam słowo. Teraz ciebie 

ono też obowiązuje. Nie powiesz nic ojcu, prawda? 

Uważał, że Sophie źle postępuje, ale obiecał. 

- Dobrze, nie powiem. Zresztą myślę, że on  wie. O lekach, które 

Meredith bierze, o jej dziwnym zachowaniu... 

Sophie przygryzła dolną wargę. 

background image

- Chyba masz rację. Mama... to nie jest normalne. Ona naprawdę 

ma poważne problemy. Te zmiany nastrojów, w jednej chwili radość, 

potem smutek, a zaraz wściekłość. Była jak kameleon, który na moich 

oczach  zmieniał  barwę.  Kocha  tatę,  jestem  tego  pewna,  ale  czasem 

mam wrażenie, że  go nienawidzi. Że nas wszystkich nienawidzi. I że 

odczuwa strach, przed nim, przed nami.  

Że  przeszkadzamy  jej,  zagracamy  jej  życie,  stawiamy  żądania, 

którym  nie  jest  w  stanie  sprostać. Marzy  o  spokoju,  o  tym,  żeby  być 

sama,  tylko  z  Joe  juniorem  i  Teddym.  My  się  dla  niej  nie  liczymy. 

Wprawdzie zamierza urządzić dla ojca wielkie przyjęcie urodzinowe, 

ale moim zdaniem robi to wyłącznie z poczucia obowiązku. 

River uniósł pytająco brwi. 

-  Tak  sądzisz?  Chyba  się  mylisz,  Soph.  Meredith  uwielbia 

przyjęcia,  im  większe  i  bardziej  wystawne,  tym  jest  szczęśliwsza. 

Przecież sama wiesz. 

Sophie pociągnęła kolejny łyk wina. 

- Fakt. Całkiem sporo ich wydała w ciągu ostatnich paru lat. A ja 

na żadnym dobrze się nie bawiłam. 

-  Może  ty  nie,  ale  ona  tak.  Ma  gruby  zeszyt,  do  którego  wkleja 

wszystkie  zdjęcia  i  artykuły,  jakie  ukazują  się  na  temat  Coltonów  w 

miejscowej  prasie.  Zostawiła  go  kiedyś  na  wierzchu,  więc  zajrzałem. 

Każdą  wzmiankę  o  sobie  podkreśla  kolorowym  flamastrem,  przy 

swoich zdjęciach rysuje serduszka lub gwiazdki... 

-  Nie  miałam  o  tym  pojęcia  -  powiedziała  cicho  Sophie.  -  To 

chore,  nie?  No,  może  nie  chore,  ale  na  pewno  świadczy  o  jakiejś 

background image

niedojrzałości  psychicznej.  Psiakość,  River,  dlaczego  ona  się  tak 

zachowuje? Kiedy otworzyła się przede mną, kiedy przytuliła mnie do 

piersi... Boże, nawet nie wiesz, jak cudownie się poczułam. Ale teraz, 

kiedy  jestem  z  dala  od  niej,  ciągle  myślę  o  tym,  co  widziałam.  Ta 

rozpacz, potem strach, na końcu radość. 

River wyjął jej z ręki kieliszek i postawił na stole. 

-  Sophie,  zakończmy  na  dziś  ten  temat.  Tylko  się  niepotrzebnie 

denerwujesz... 

-  Dziwi  cię  to?  -  spytała  gniewnie.  Poderwawszy  się  z  kanapy, 

zaczęła przemierzać pokój. - Ty byś się nie denerwował? Moja matka 

wariuje,  mój  ojciec  chodzi  z  taką  miną,  jakby  stracił  ostatniego 

przyjaciela.  Nic  go  nie  cieszy,  nic  nie  interesuje.  Nawet  praca.  Rand 

mówił  mi,  że  Peter  McGrath  i  kuzyn  Jackson  prowadzą  cały  interes. 

W dodatku muszą nieustannie mieć na oku stryja Grahama i Emmetta 

Fallona,  którzy  okradliby  ojca  do  nitki,  gdyby  tylko  mogli.  Cholera, 

jego  własny brat i najlepszy przyjaciel!  Podli niewdzięcznicy! Są jak 

sępy, tylko czyhają na jego potknięcie. 

- Wszyscy mamy ich na oku, Sophie. Nie obawiaj się, nie zrobią 

Joemu krzywdy. 

-  Może,  ale  nie  o  to  chodzi.  Po  prostu  nie  powinno  tak  być. 

Kiedyś  tworzyliśmy  rodzinę,  a teraz?  Amber  stara  się  jak najrzadziej 

bywać w domu, Emily wciąż wini się za tamten wypadek, od którego 

wszystko  zaczęło  się  psuć.  Drake  jest  mniej  spięty...  to  jego  słowa... 

umieszczając ładunek wybuchowy na dnie wraku, niż siedząc z nami 

przy stole.  

background image

Nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  spotkaliśmy  się  wszyscy  bez 

okazji, po prostu dla przyjemności bycia z sobą. Rand, Drake, Amber, 

Chance,  Tripp,  Rebeka,  Emily,  Wyatt,  Blake.  Dawniej  stale 

wpadaliśmy  do  domu,  teraz  jesteśmy  rozrzuceni  po  całym  kraju. 

Owszem, dorośliśmy, rozpoczęliśmy samodzielne życie, ale nie w tym 

problem.  Tu  nas  nic  nie  trzyma.  Nie  cieszy  nas  dom,  rodzina. 

Dlaczego, Riv? Co się stało? Jak możemy temu zaradzić? 

-  W  tym  cały  kłopot,  Sophie.  Nie  możemy.  Joe  ciągle  powtarza, 

że  życie  nie  składa  się  z  samych  przyjemności.  To  prawda,  ale  nie 

może  się  składać  jedynie  z  cierpienia  i  bólu.  Musimy  uzbroić  się  w 

cierpliwość,  dopóki  ojciec  sam  nie  przejrzy  na  oczy.  Dopóki  nie 

zrozumie, że kobieta, którą pokochał i poślubił, znikła bezpowrotnie, 

a jej miejsce zajęła osoba, której nikt z nas nie potrafi nawet polubić. 

Sophie stanęła w pół kroku. 

- To okrutne, co mówisz, Riv. - Pokręciła głową. - Ona naprawdę 

nie  miała  łatwego  życia.  Całymi  latami  sama  musiała  się  nami 

zajmować.  Tata  był  w  Waszyngtonie,  a  ona  z  nami  tu,  na  ranczu. 

Śmierć  Michaela  zupełnie  ją  dobiła.  A  potem  ten  wypadek,  kiedy 

jechała  z  Emily  do  miasta.  I  separacja  z  ojcem  parę  miesięcy  przed 

narodzinami Teddy'ego. Tego było dla niej za wiele. 

- Więc nie powiesz ojcu o dzisiejszym incydencie? - spytał River. 

Obszedł  stół  i  położył  ręce  na  jej  ramionach.  -  Sądzisz,  że 

wyświadczysz  mamie  przysługę,  jeśli  zachowasz  wszystko  w 

tajemnicy? 

background image

-  Nie  wiem,  Riv.  Nie  mam  zielonego  pojęcia  -  rzekła  Sophie, 

przyciskając policzek do jego piersi. - Wiem tylko jedno: że nie chcę 

wracać dziś do domu. Do tej wielkiej, ponurej chałupy. 

- Nie musisz - szepnął jej do ucha. - Możesz zostać. Tu, ze mną. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Nie powinni, och, nie powinni, ale z drugiej strony... Poczuła, jak 

River  bierze  ją  na  ręce.  Nie  zaprotestowała.  Trudno  protestować, 

kiedy usta przywierają do ust, kiedy dłonie są splecione, a ciała ciasno 

do siebie przylegają. Powoli, delikatnie ułożył ją na miękkiej narzucie 

zakrywającej łóżko. Z całej siły trzymała go za szyję; ani na moment 

nie chciała go puścić. 

To  nie  była  miłość.  To  była  potrzeba  ukojenia  nerwów, 

złagodzenia  napięcia;  szalona  ucieczka  przed  stresem,  cudowne 

uśmierzenie  bólu  psychicznego.  Sophie  pragnęła  być  dotykana, 

tulona;  chciała  czuć  się  atrakcyjna  i  pociągająca,  chciała,  aby  znikły 

wszystkie  dręczące  ją  koszmary.  O  tym  marzyła,  tego  potrzebowała. 

A  River  odgadywał  jej  pragnienia,  chronił  ją  swym  dotykiem,  leczył 

pocałunkiem, pobudzał do życia. 

Przepełniała ją  żądza,  wielka,  nieokiełznana, jakiej  jeszcze  nigdy 

dotąd  nie  doświadczyła.  Po  chwili  ubranie  leżało  na  podłodze,  tu  i 

ówdzie podarte, ale to nie miało znaczenia. Ubranie stanowiło barierę, 

przeszkodę  w  dążeniu  do  celu.  Gdyby  od  niej  zależało,  przez 

następnych  pięćdziesiąt  lat  oboje  żyliby  nago.  No,  może  nie 

background image

pięćdziesiąt,  ale  na  pewno  nago,  na  pewno  spleceni  w  miłosnym 

uścisku. 

Jęknęła  niezadowolona,  kiedy  River  oderwał  usta  od  jej  ust,  ale 

potem  znów  westchnęła  błogo.  Nie  odszedł  daleko,  nie  zostawił  jej 

samej. Pieścił ją, całował... 

- Och, tak, cudownie, tak... - szeptała. 

Powieki  miała  zaciśnięte,  jakby  bała  się,  że  z  chwilą  otwarcia 

oczu  ten  piękny  sen  się  skończy  i  do  jej  świadomości  ponownie 

wtargnie  brutalna  rzeczywistość.  Była  uległa,  gotowa  spełnić  każde 

jego  życzenie,  byleby  tylko  nie  przerywał.  Byleby  tylko  ją  całował, 

pieścił,  kochał.  Powoli  pogrążała  się  w  innym  świecie.  Świecie 

zmysłów i fantazji. 

Spraw,  abym  zapomniała,  błagała  w  myślach  Rivera.  Spraw, 

abym nie odczuwała bólu i więcej się już nie bała. Pomóż mi, River. 

Pomóż mi zapomnieć. Kochaj mnie. Kochaj z całych sił. 

 

Obudziwszy się, jęknął z bólu. Czuł się tak, jakby spędził tydzień 

w siodle: był  obolały,  zmęczony, ale nieludzko szczęśliwy. Pamiętał, 

że  zasypiając,  trzymał  Sophie  w  ramionach.  Jej  ciało  emanowało 

żarem.  Wciąż  ją  obejmował,  jedną  ręką  w  pasie,  drugą  wokół  szyi. 

Przesunął  się  nieznacznie  i  zanurzył  twarz  w  jej  gęstych  lśniących 

włosach.  Pachniała  bosko,  polnymi  kwiatami.  Była  jak  nimfa  leśna, 

jak bogini. Kochała się namiętnie, radośnie, bez zahamowań. 

Ale i bez słowa o miłości. 

background image

Wysunął  ramię  spod  jej  głowy,  niepewny,  co  dalej  z  tego 

wyniknie. Podejrzewał, że nic. Że wczorajszy wieczór i noc o niczym 

nie  świadczyły.  A  raczej  świadczyły  o  jednym:  że  on  i  Sophie  są 

dwojgiem  ludzi  z  krwi  i  kości,  którzy  postanowili  zaspokoić  swoje 

żądze. To wszystko. Niestety obawiał się, że kiedy Sophie się obudzi, 

kiedy  zetrze  z  oczu  pajęczynę  snu  i  uświadomi  sobie,  co  zrobiła, 

znienawidzi go. Dlaczego? 

Bo  cierpiała.  Bo  szukała  u  niego  pociechy  i  ukojenia,  a  on 

wykorzystał  jej  ból,  jej  kruchość  i  słabość.  Zamiast  ją  przytulić, 

zamiast  wysłuchać  i  porozmawiać,  zaciągnął  ją  do  łóżka.  Wybuch 

namiętności  zaskoczył  ich  oboje.  Kiedy  uzmysłowiła  sobie,  co  się 

stało, była przerażona. Próbowała wstać, ponownie od niego uciec, ale 

jej nie pozwolił. Już raz go zostawiła. Nie chciał, by znów wyjechała, 

znikła z jego życia. 

Zaczął  ją  uspokajać.  Gładził  ją  po  włosach,  szeptał  cicho,  czule. 

Postępował  jak  z  rannym,  spanikowanym  zwierzątkiem.  Stopniowo 

przełamywał  jej  strach,  pokonywał  nieufność.  Potem  znów  się 

kochali, niespiesznie, delikatnie. Wreszcie zasnęła w jego ramionach; 

znalazła  w  nich  nie  tylko  radość  i  spełnienie,  lecz  i  azyl,  poczucie 

bezpieczeństwa.  

Podejrzewał  jednak,  że  rano  na  jego  widok  wpadnie  w  złość, 

znielubi  go  za  to,  że  widział  ją  bezbronną,  załamaną.  Przyszła  do 

niego,  szukając  pomocy.  Miała  nadzieję,  że  jej  pomoże,  że  rozwiąże 

jej problemy, a on... 

background image

Nieprawda.  Wiedziała,  że  nie  będzie  w  stanie  im  zaradzić.  Nie 

miał  czarodziejskiej  różdżki,  którą  mógłby  pomachać  i  zamienić 

Meredith w osobę, jaką była przed laty. Nie znał magicznych zaklęć, 

które  przywróciłyby  radość  miejscu  zwanemu  Domem  Radości.  Nie 

posiadał  zdolności  gojenia  ran,  odpędzania  smutków  i  koszmarów 

nocnych,  wskazywania  drogi,  którą  należy  podążać,  aby  nad  głową 

nieustannie świeciło słońce. 

Wsparty  na  łokciu,  odgarnął  jej  z  policzka  kosmyk  włosów,  tym 

samym  odsłaniając  bliznę,  która  dla  niego  nic  nie  znaczyła,  a  ją  tak 

dręczyła. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek nadejdzie taki dzień, gdy 

Sophie zrozumie, że ważniejsze jest piękno wewnętrzne. Dopiero gdy 

sama  przestanie  ukrywać  bliznę,  inni  przestaną  ją  zauważać. 

Niepotrzebnie  starała  się  ją  przysłaniać  włosami  albo  przechylać  w 

bok głowę, kiedy z kimś rozmawiała. 

Nie  mógł  jej  powiedzieć,  że  jest  najwspanialszą  kobietą  na 

świecie  i  że  kocha  ją  do  szaleństwa.  Nie  uwierzyłaby.  Zresztą 

dlaczego  miałaby  mu  wierzyć?  Czy  próbował  ją  zatrzymać,  kiedy 

postanowiła  opuścić  ranczo?  Czy  wyjechał  za  nią  do  miasta?  Czy 

powiedział  choć  jedno  słowo,  kiedy  pojawiła  się  na  święta  Bożego 

Narodzenia z pierścionkiem zaręczynowym na palcu? 

Nie, nie i jeszcze raz nie. Pozwolił jej zniknąć ze swojego  życia, 

ponieważ nie miał jej nic do zaofiarowania. Nic prócz swej miłości i 

marzeń.  Wychowany  w  domu  dziecka,  bez  grosza  przy  duszy,  był 

zbyt  dumny,  by  prosić  o  rękę  córkę  ludzi,  którzy  go  zaadoptowali, 

dziewczynę przyzwyczajoną do luksusu.  

background image

Przez  lata  walczył  z  kompleksami,  z  koszmarami,  które 

prześladowały  go  zwłaszcza  po  nocach.  Z  poczuciem  obcości, 

odrzucenia  przez  tych,  których  kochał,  ze  świadomością  tego,  że 

nikomu  nie  jest  potrzebny.  Przetrwał  dzięki  złości,  która  pchała  go 

naprzód,  dawała  siłę  do  działania,  nie  pozwalała  się  załamać.  Tłumił 

w  sobie  uczucie  do  Sophie.  Był  pół-Indianinem,  przybranym  synem 

Joego  i  Meredith  Coltonów,  którym  zawdzięczał  wszystko.  Miał  im 

się odwdzięczyć, uwodząc ich córkę? 

Sophie od początku nie dawała mu spokoju. Najpierw  zadręczała 

go swoją szczenięcą miłością, potem kusiła swym pięknem - pięknem 

ciała i duszy, bo wyrosła na jedną z najszlachetniejszych i najbardziej 

urodziwych  istot,  jakie  kiedykolwiek  zdarzyło  mu  się  spotkać. 

Poświęcił  się.  Wymagało  to  od  niego  ogromnego  wysiłku,  ale 

odepchnął  ją  od  siebie.  Zmusił  ją,  aby  wyjechała  z  rancza,  podjęła 

studia,  rozpoczęła  samodzielne  życie.  Nigdy  jednak  nie  przyszło  mu 

do  głowy,  że  kiedyś  Sophie  wróci  do  domu,  zaręczona  z  innym 

mężczyzną.  

Właśnie  wtedy  udał  się  do  Joego  z  książeczką czekową  w  ręku  i 

poprosił,  by  ten  sprzedał  mu  dwadzieścia  hektarów  ziemi.  Wyjaśnił, 

że chciałby się trochę uniezależnić, zbudować dom i założyć stadninę. 

Potrzebował  coś,  co  mógłby  zaofiarować  Sophie,  ale  tego  już  nie 

tłumaczył  Joemu.  Wiedział,  że  musi  dorosnąć,  z  beztroskiego, 

miotanego  furią  chłopca  przeobrazić  się  w  odpowiedzialnego 

mężczyznę,  który  ukochanej  kobiecie  zawsze  będzie  umiał  zapewnić 

dobrobyt i bezpieczeństwo. 

background image

Uśmiechając  się  pod  nosem,  pogładził  ją  po  szczupłym,  gołym 

ramieniu.  Ciekawe,  jak  by  zareagowała,  gdyby  pokazał  jej  swoje 

królestwo:  żyzną  ziemię,  dom,  który  jest  w  trakcie  budowy,  stajnie, 

które są już gotowe i tylko czekają, aby wprowadził do nich konie. Na 

pewno  byłaby  z  niego  dumna.  Cieszyłaby  się  jego  szczęściem.  Czy 

uwierzyłaby  jednak,  że  zrobił  wszystko  z  myślą  o  niej?  Że  kiedy 

zamyka  wieczorem  oczy,  widzi  ją  w  ich  wspólnym  domu?  Czasem 

dosiadają koni i jadą razem na przejażdżkę po okolicy. Kiedy indziej 

Sophie  buja  się  na  huśtawce,  która  wkrótce  zawiśnie  na  werandzie, 

albo z błogim wyrazem twarzy spogląda na dziecko, które za parę lat 

na pewno spłodzą. 

Oszołomiony,  pokręcił  głową  i  zarechotał  cicho.  Akurat!  Takim 

optymistą  to  on  nie  był.  Żeby  w  coś  wierzyć,  trzeba  mieć  ku  temu 

najmniejsze choćby podstawy, a Sophie nie miała żadnych. Nigdy się 

nie zdradził ze swoimi uczuciami. Bardzo umiejętnie je skrywał i teraz 

to się na nim mściło. 

Poruszyła  się,  przeciągnęła  sennie,  po  czym  otworzyła  oczy. 

Nagle rozwarła je z przerażeniem i zesztywniała. 

-  O  Boże  -  jęknęła,  chowając  twarz  w  poduszkę.  -  Sophie,  ty 

głupia  kretynko!  Jeden  raz  ci  nie  wystarczyło?  Nie  mogłaś  się 

powstrzymać? 

Najwyraźniej  nie  zauważyła  Rivera;  sądziła,  że  jest  sama  w 

pokoju. 

- Dzień dobry, słonko. 

Kolejny jęk. Wcisnęła twarz jeszcze głębiej w poduszkę. 

background image

- Dobrze spałaś? 

- Idź do diabła - mruknęła, zakrywając poduszką głowę. Po chwili 

wierzgnęła  nogą,  żeby  odsunąć  od  siebie  nogi  Rivera.  Lewą  piętą 

musnęła jego prawą łydkę. - Odejdź. Zostaw mnie samą. 

River  przybrał  marsową  minę.  Kiedy  indziej  Sophie  parsknęłaby 

śmiechem,  bo  mina  była  zabawna,  ale  teraz  nie  miała  ochoty  do 

śmiechu. 

- Wiedziałem - rzekł smętnie. Usiadłszy na brzegu łóżka, sięgnął 

po  leżące  na  podłodze  dżinsy.  -  Wyrzuty  sumienia,  prawda?  Nie 

będziesz  mogła  spojrzeć  sobie  w  oczy?  Boże,  Sophie,  mogłem  się 

tego  spodziewać.  Gdybyś  zareagowała  inaczej,  chyba  poczułbym  się 

urażony. 

Spod poduszki dobiegł go jej przytłumiony głos: 

- Guzik mnie obchodzi, jak się czujesz. Po prostu wyjdź i zamknij 

za sobą drzwi. 

-  Dobrze.  Zaparzyć  ci  kawy?  A  może  zrobić  jajecznicę  na 

bekonie? 

- Nie! Spadaj! 

-  W  porządku.  W  takim  razie  zajrzę  do  stajni. Może  wybiorę  się 

na przejażdżkę? 

- Doskonały pomysł! - warknęła przez ramię. 

Podszedł  do  drzwi,  otworzył  je,  zamknął,  ale  pozostał  w  środku. 

Wstrzymał oddech. Po chwili Sophie zerwała się z łóżka, owijając się 

prześcieradłem.  Skierowała  się  w  stronę  łazienki  i  nagle 

background image

znieruchomiała.  Powoli  odwróciła  się  i  wbiła  w  Rivera  gniewne 

spojrzenie. 

- Jesteś podły! 

-  A  ty  jesteś  piękna  -  odparł.  -  Ciepła,  rozkosznie  potargana, 

zaróżowiona od snu. Nie miałabyś przypadkiem ochoty...? 

- Zgadłeś. Nie miałabym - rzekła, uśmiechając się wbrew sobie. 

Podniosła  rękę  do  twarzy  i  raptem  uśmiech  zgasł.  Bez  słowa 

znikła  w  łazience.  Odgłos  przekręcanego  w  zamku  klucza  zabrzmiał 

jak wystrzał z pistoletu. 

 

-  Nie  znalazł  się  nikt  chętny?  -  spytał  River,  otwierając  drzwi 

samochodu. 

Sophie minęła go z wysoko uniesioną głową i usiadła na miejscu 

dla pasażera. 

- Niestety - mruknęła pod nosem. Nie patrzyła na niego; patrzyła 

prosto przed siebie. - Chociaż wszystkich błagałam. 

Zatrzasnął  drzwi  i  zajął  miejsce  za  kierownicą.  Było 

poniedziałkowe  popołudnie.  Sophie  od  samego  rana  szukała  kogoś, 

kto by ją zawiózł do Prosperino na zajęcia z fizykoterapii. Nie mogła 

uwierzyć,  że  wszyscy  są  tak  strasznie  zapracowani.  Każdy  podawał 

dziesiątki  powodów,  dlaczego  nie  może  poświęcić  jej  dwóch  godzin 

czasu. 

-  Wiem,  że  woziłam  cię  przez  cały  poprzedni  tydzień  - 

powiedziała Emily i wymachując kluczykami, skierowała się do drzwi 

frontowych.  -  Ale  teraz  naprawdę  muszę  wstąpić  do  Hopechest. 

background image

Obiecałam pomóc  Rebece.  Zresztą  wydawało  mi  się,  że  River  jedzie 

do miasta...? 

Z kolei Amber siedziała przy toaletce w sypialni, z powtykanymi 

we włosy kawałkami folii. 

-  Przykro  mi,  siostrzyczko  -  rzekła  wzruszając  ramionami  -  ale 

próbuję zrobić sobie pasemka. Sama rozumiesz, że w takim stanie nie 

mogę  się  nikomu  pokazać  na  oczy.  Wyszłoby  na  jaw,  że  moje  jasne 

jak len włosy mają ten naturalnie złocisty odcień dzięki pomocy farby. 

Zresztą sądziłam, że River ma cię podrzucić? 

Następnie  Sophie  udała  się  do  ojca.  Joe,  który  od  dawna  nie 

interesował  się  swoimi  sprawami  zawodowymi,  przeprosił  ją, 

tłumacząc,  że  musi  czekać  na  bardzo  ważny  telefon  z  zagranicy. 

Kiedy jednak dodał: „Myślałem, że River obiecał cię zawieźć", coś ją 

tknęło. Rodzina się zmówiła. To spisek! 

Zacisnęła  z  wściekłością  zęby.  Trudno.  Nie  zamierzała  się 

skarżyć. W ogóle nie zamierzała się odzywać do Rivera. Nawet gdyby 

zajęła się ogniem, a on byłby jedynym człowiekiem z wiadrem wody 

w  promieniu  dwudziestu  kilometrów,  nie  poprosiłaby  go  o  pomoc. 

Wsiadła  do  samochodu  z  twardym  postanowieniem,  że  drogę  do 

Prosperino  odbędą  w  milczeniu.  I  milczała...  przez  cały  kwadrans. 

Dłużej nie wytrzymała. 

-  Przyznaj  się,  to  twoja  sprawka!  Kazałeś  wszystkim  wynaleźć 

sobie jakieś zajęcia, abyś sam mógł  mnie odwieźć do miasta - rzekła 

oskarżycielskim  tonem,  spoglądając  na  niego  ze  złością.  -  Zgadłam, 

prawda? 

background image

Uniósł brew i poruszał nią zabawnie. 

-  Jest  pani  wyjątkowo  domyślna,  panno  Sophie.  A  ja  wyjątkowo 

prawdomówny. Nie uznaję kłamstw ani obłudy... 

- Bardzo ci się to chwali, ale mam nadzieję, że oprócz mówienia 

prawdy  potrafisz  również  uszanować  czyjeś  życzenia.  A  ja nie  życzę 

sobie  być  przez  ciebie  wożona.  Wolałabym  chodzić  na  fizykoterapię 

pieszo, niż jeździć z tobą samochodem. 

-  Gdybyś,  kochanie,  umiała  pokonywać  takie  odległości  pieszo,  

fizykoterapia  nie  byłaby  ci  do  niczego  potrzebna  -  zauważył  River. 

Zwolniwszy,  zjechał  na  pobocze.  -  Jeżeli  jednak  masz  ochotę 

spróbować swoich sił... 

-  Nie  waż  się  stawać!  -  krzyknęła,  po  czym  oparła  głowę  o 

zagłówek.  -  W  porządku,  poddaję  się.  Po  jaką  cholerę  mam  z  tobą 

walczyć? To bez sensu. Tym bardziej, że grasz nie fair. 

-  Gram  tak,  żeby  wygrać  -  oznajmił,  skręcając  z  powrotem  na 

asfalt. - Ty natomiast w ogóle nie grasz. 

- Życie to nie gra. 

-  Masz  rację,  kochanie  -  przyznał,  wjeżdżając  na  parking  przed 

ośrodkiem,  do  którego  Sophie  uczęszczała  na  ćwiczenia.  -  I  oboje 

doskonale zdajemy sobie z tego sprawę.  Ale  życie jest po to, aby się 

nim cieszyć. Od życia nie powinno się uciekać. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała wbrew sobie. 

- To, że się go boisz, że go unikasz. Z powodu blizny chowasz się 

przed ludźmi. Ten bandyta nie tylko pokiereszował cię fizycznie, ale i 

psychicznie.  Nikomu  nie  ufasz.  Odczuwasz  lęk  przed  każdym,  i 

background image

obcym,  i  rodziną,  kto  próbuje  się  do  ciebie  zbliżyć.  Postanowiłaś 

zachować  incydent  z  Meredith  w  tajemnicy  przed  ojcem  nie  dlatego, 

że ona cię o to prosiła, ale dlatego, że lękasz się spojrzeć prawdzie w 

oczy,  a  prawda  jest  taka,  że  Meredith  pogrąża  się  w  szaleństwie.  I 

jeszcze  jedno,  Sophie.  My.  Ty  i  ja.  Coś  nas  łączy,  ale  ty  chowasz 

głowę w piasek. Kiedyś jednak zrozumiesz, że ucieczka nie ma sensu. 

No, wysiadaj. Idź na zajęcia. Wrócę po ciebie za godzinę. 

Przełykając łzy, które podchodziły jej do oczu i przesłaniały mgłą 

wzrok, pociągnęła za klamkę. 

-  Kiepski  z  ciebie  psycholog,  wiesz,  River?  Ale  zamiast 

analizować innych, lepiej byś pomógł samemu sobie. 

Pchnęła drzwi, ale powstrzymał ją, zanim zdołała wysiąść. 

-  Poczekaj!  Nie  można  powiedzieć  czegoś  takiego  jak  ty  przed 

chwilą, a potem  wysiąść jak  gdyby  nigdy  nic.  Uważasz,  że  nie  radzę 

sobie ze swoim życiem? 

Przyjrzała  mu  się  bacznie,  po  czym  wyszczerzyła  zęby  w 

drwiącym uśmiechu. 

- A ty uważasz, że sobie radzisz? 

- Sophie... 

-  No  dobrze.  Jesteś  jak  samotny  wilk.  Zresztą  tak  cię  często  w 

myślach nazywałam,  wiesz?  Samotnym  wilkiem.  Powiedz  mi,  River, 

kiedy ostatni raz dopuściłeś kogoś do siebie? Pomijając swoją siostrę 

Cheyenne.  No,  kiedy?  Mówisz,  że  ja  nikomu  nie  ufam.  Mylisz  się, 

Riv,  to  ty  nikomu  nie  ufasz.  Wierzysz,  że  prędzej  czy  później  każdy 

cię opuści.  

background image

A  kiedy  tak  się  nie  dzieje,  sam  wszystkich  od  siebie  odpychasz. 

Twoja  matka  umarła;  poczułeś  się  opuszczony.  Babka  zabrała  do 

siebie  Rafe'a  i  Cheyenne.  Ty  zostałeś  z  ojcem.  Ojciec  cię  bił. 

Odebrano  mu  ciebie.  Trafiłeś  do  domu  dziecka.  Nigdy  po  ciebie  nie 

przyszedł,  nie  próbował  naprawić  wyrządzonej  ci  krzywdy.  Pewnie 

skakał do góry z radości, że pozbył się kłopotu. Prawda? Tak to sobie 

wyobrażałeś? 

- Sophie, nie rób tego... 

-  Chcesz,  żebym  przestała?  A  dlaczego?  Ty  możesz  mi  mówić, 

jakie mam problemy i skąd one wynikają, a ja nie mogę zrewanżować 

ci  się  tym  samym?  Kiedy  przybyłeś  na  ranczo,  byłeś  spiętym, 

zbuntowanym,  łatwo  wpadającym  w  złość  młodzieńcem.  Wszyscy 

chodzili  wokół  ciebie  na  palcach,  żeby  tylko  cię  nie  rozdrażnić. 

Biedny  River.  Trzeba  na  niego  chuchać  i dmuchać.  Biedny  chłopiec. 

Bądźcie  dla  niego  mili.  Lubiłam  cię,  próbowałam  się  do  ciebie 

zbliżyć, a ty mnie w końcu odtrąciłeś. 

-  Musiałem.  Żebyś  mogła  studiować,  poznawać  życie,  zdobywać 

doświadczenie. Miałaś mnóstwo marzeń... 

-  A  ty  nie?  Nigdy  nie  marzyłeś  o  mnie?  Nigdy  mnie  nie 

pragnąłeś? 

- Pragnąłem. Dobrze o tym wiesz. I nadal pragnę. 

Obruszyła się. 

- Siebie możesz okłamywać, Riv, ale nie mnie. Byłeś zamkniętym 

w  sobie  nastoletnim  buntownikiem; wyrosłeś  na  zimnego  twardziela, 

który umiejętnie skrywa emocje. Od najmłodszych lat pilnowałeś, aby 

background image

nikt się do ciebie nie zbliżył. Tak było dawniej i tak jest dziś, tyle że 

dawniej  robiłeś  to  w  sposób  jawny,  a  dziś  w  sposób  zawoalowany. 

Masz  trzydzieści  jeden  lat,  Riv.  Kiedy  wreszcie  zrozumiesz,  że  są 

ludzie,  którzy  cię  kochają  i  nie  zamierzają  cię  porzucić?  I  kiedy 

wreszcie przestaniesz się mnie bać? Tylko mi nie mów o miłości, Riv. 

Nie kochasz mnie. Nikogo nie kochasz. Jest to uczucie całkowicie ci 

obce. 

River  cofnął  dłoń,  którą  zaciskał  na  jej  ramieniu.  Przez  długą 

chwilę  Sophie  przyglądała  mu  się  w  milczeniu.  W  jego  twarzy 

malował się ból, którego ona była sprawcą. 

-  Nie  wracaj  po  mnie.  Jestem  już  dużą  dziewczynką.  Potrafię 

wezwać taksówkę - powiedziała. 

Biorąc głęboki oddech, wysiadła pośpiesznie i zatrzasnęła za sobą 

drzwi. 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

-  Dziękuję,  Inez  -  rzuciła  przez  ramię  Meredith,  kiedy  gosposia 

była już prawie za drzwiami. 

Jakoś ciągle zapominała o zwrotach grzecznościowych, takich jak 

„proszę" i „dziękuję". Bądź co bądź Inez Ramirez wykonywała swoje 

obowiązki.  To,  co  do  niej  należało  i  za  co  pobierała  pensję. 

Ramirezowie mieszkali na ranczu Coltonów; chodzili syci, mieli dach 

nad  głową  oraz  pracę,  o  jakiej  inni  mogą  tylko  marzyć.  Ale 

oczywiście  to  im  nie  wystarczało.  Ich  ambicje  sięgały  dalej.  Jedna  z 

background image

córek  Inez,  Maya,  upodobała  sobie  Drake'a;  pewnie  liczyła,  że 

przypadnie jej w udziale cześć rodzinnej fortuny. 

- Po moim trupie - poprzysięgła Meredith, sięgając po stos listów, 

jakie  Inez  przyniosła  jej  do  salonu.  -  Nie  dość,  że  ten  mieszaniec 

ugania się  za  Sophie?  Takie  są  skutki, kiedy  do  domu  sprowadza  się 

bezpańskie  kundle.  Ty  stary  głupcze!  -  zwróciła  się  do  nieobecnego 

męża. - Masz dwóch synów godnych fortuny Coltonów. Tylko dwóch. 

Ale ty tego nie widzisz! Jesteś stary, głupi i ślepy! 

Wzięła  głęboki  oddech,  starając  się  uspokoić.  Po  co  psuć  sobie 

nerwy?  Powtarzała  w  duchu,  że  niedługo  wszystko  się  zmieni.  Na 

lepsze.  Przejrzała  korespondencję.  Dwa  tygodnie  temu  rozesłała 

zaproszenia  na  przyjęcie  urodzinowe  Joego.  Teraz  nadchodziły 

odpowiedzi. Z uśmiechem na twarzy popatrzyła na adresy nadawców, 

po czym zaczęła kolejno rozrywać koperty. Same potwierdzenia. Tak 

jak przypuszczała, nie było ani jednej odmowy. 

No  proszę,  jakie  znakomitości!  Senator  Howard,  kongresman 

Blakely,  wdowa  po  Reginaldzie  Walkerze  III  należąca  do 

najwyższych  sfer  w  San  Francisco.  Nagle  Meredith  skrzywiła  się  na 

widok  francuskiego  znaczka;  oho,  więc  wścibska  cioteczka  Sybil 

zamierza zaszczycić bratanka swoją obecnością? No trudno; Meredith 

za  nią  nie  przepadała,  ale  przynajmniej  będzie  mogła  pochwalić  się 

gościem z dalekiego Paryża.  

Zostały jeszcze trzy tygodnie. Trzy tygodnie, a potem już nic nie 

będzie takie samo. Sięgnęła po resztę korespondencji. Boże! Niewiele 

brakowało,  aby  przeoczyła  najważniejszy  list  ze  wszystkich,  list  w 

background image

białej kopercie, bez adresu zwrotnego, za to z wielkim stemplem: „Do 

rąk  własnych"!  Miała  ochotę  jak  najszybciej  rozerwać  kopertę; 

powściągając  odruch,  ostrożnie  przecięła  ją  srebrnym  nożykiem  i 

wyjęła złożoną wpół kartkę. 

- „Droga pani Colton..." 

Droga?  Meredith  prychnęła  pogardliwie.  Co  za  poufałość! 

Powinno raczej widnieć: Szanowna pani Colton. 

Droga pani Colton,  

z  przykrością  muszą  panią  zawiadomić,  że  trop,  którym 

podążałem  w  zeszłym  miesiącu,  niestety,  okazał  się  fałszywy.  Wbrew 

naszym oczekiwaniom, ani tu, ani w Newadzie nie udało mi się trafić 

na ślad pani Patrycji Portman.  

„Patty Portmann" teoretycznie pasuje do opisu. Jest białą kobietą 

rasy  kaukaskiej,  o  brązowych  oczach,  ciemnoblond  włosach, 

średniego  wzrostu  i  średniej  budowy.  Ma  pięćdziesiąt  dwa  lata. 

Jednakże  od  urodzenia  mieszka  w  Las  Vegas,  a  jej  panieńskie 

nazwisko  brzmi  Schlenker.  Potwierdzili  to  ku  mojej  satysfakcji  jej 

krewni oraz sąsiedzi.  

To  już  piąty  trop,  który  zaprowadził  nas  donikąd.  Po  raz  piąty 

nasze  nadzieje  spełzły  na  niczym.  Nie  śmiem  sugerować  dalszych 

poszukiwań.  Wiem,  jakie  są  kosztowne,  a  przecież  gwarancji,  że 

odnajdziemy pani siostrą, nie ma żadnych. 

- Zaraz dojedziemy do „Ale..." - mruknęła pod nosem Meredith i 

faktycznie, nie pomyliła się. 

background image

Ale,  gdyby  pani  się  zgodziła,  chciałbym  sprawdzić  ostatni  trop, 

jaki  nam  pozostał.  Mam  na  myśli  ten  adres  w  Missisipi,  który 

przekazała  mi  pani  przed  miesiącem.  Oczywiście  decyzja  należy  do 

pani.  W  każdym  razie  stawka  byłaby  taka  sama  jak  dotąd. 

Siedemdziesiąt  dolarów  za  godzinę,  do  tego  bilety  lotnicze  oraz 

pokrycie kosztów utrzymania na miejscu. 

Wypisała  w  myślach  kolejny  czek  na  sumę  pięciocyfrową, 

zastanawiając  się,  ile  ich  jeszcze  zdoła  wypisać,  zanim  Joe 

zainteresuje się raptownie malejącym stanem jej konta. Całymi latami 

tkwił pogrążony w apatii, na nic nie zwracając uwagi.  

Ale  ostatnio  jakby  się  otrząsnął;  powoli  wychodził  z 

przygnębienia  i  przejawiał  coraz  większe  zaciekawienie  światem.  To 

było  niebezpieczne.  Bardzo  niebezpieczne.  Dlatego,  niechętnie  i  z 

dużym  ociąganiem,  zdradziła  detektywowi  adres  w  Missisipi.  Co 

innego  odnaleźć  siostrę,  a  co  innego  zdemaskować  samą  siebie. 

Wolałaby,  żeby  detektyw  sam  odkrył  adres  w  Missisipi.  Wtedy 

przynajmniej mogłaby do końca udawać niewiniątko. 

Tak  czy  inaczej,  był  to  jeszcze  jeden  powód,  dlaczego 

postanowiła urządzić Joemu wspaniałe, huczne przyjęcie urodzinowe. 

Męczyło ją bowiem ciągle napięcie, poczucie zagrożenia, strach przed 

ujawnieniem prawdy.  

Wróciła do lektury listu. 

Jeśli  chodzi  o  tę  drugą  sprawę,  z  przykrością  muszę  donieść,  że 

nie  mam  najlepszych  informacji.  Owszem,  w  tygodniu,  który  panią 

interesuje, oddano  niemowlę  do  adopcji.  Ale  nie  jedno,  lecz  troje.  W 

background image

sumie  w  promieniu  mniej  więcej  stu  pięćdziesięciu  kilometrów,  czyli 

na wskazanym  przez  panią obszarze,  adoptowano trzy dziewczynki  w 

wieku od kilku dni do dwóch miesięcy. 

Z  kolei  w  ciągu  dwóch  miesięcy  od  daty,  którą  pani  podała,  i  w 

promieniu trzystu kilometrów od miejsca zdarzenia do adopcji lub do 

rodzin  zastępczych  -  trafiło  piętnaście  niemowląt  płci  żeńskiej  rasy 

kaukaskiej.  Sprawdziłem  też  wszystkie  zgony  dziewczynek  rasy 

kaukaskiej,  jakie  odnotowano  w  tym  czasie.  Nie  było  wśród  nich 

dziecka,  którego  pani  szuka.  Obawiam  się,  że  to  jedyna  dobra 

wiadomość, jaką mogę pani przekazać. 

Czas  jest  naszym  wrogiem.  Docieranie  do  informacji  sprzed 

ponad  trzydziestu  lat  nie  należy  do  łatwych  zadań  a  sprawę 

dodatkowo  komplikuje  fakt,  że  wiele  dokumentów  adopcyjnych 

pozostaje  utajnionych.  Wprawdzie  pojawiły  się  nowe  regulacje 

prawne,  ale  adopcyjni  rodzice  i  adoptowane  dzieci  nadal  mają 

ostateczny głos: ujawnienie adopcji zależy wyłącznie od ich zgody. 

Wiem, że pragnie pani, abym kontynuował poszukiwania. Tak jak 

dotąd, raz w miesiącu - częściej, jeśli zajdzie potrzeba - będę przysyłał 

pani sprawozdanie. Załączam rachunek za dotychczasowe usługi. 

Meredith  spojrzała  na  rachunek,  po  czym  zmięła  go  w  dłoni  i 

cisnęła przez pokój. 

-  Idiota! Zajmuje się tym od roku!  Sami idioci! Boże, iluż to ich 

musiałam  wywalić!  Własnego  nosa  nie  umieliby  znaleźć,  nawet 

gdyby im z niego ciekło! 

background image

Zesztywniała  i  zniechęcona,  dźwignęła  się  wolno  z  fotela.  Musi 

odnaleźć  Patsy!  Musi  odnaleźć  Jewel!  Najpierw  jednak  musi  pozbyć 

się  Joego  Coltona  i  jego  stada  zawszonych  kundli.  Nie  może  mieć 

związanych rąk. 

Podniosła  z  podłogi  pomięty  rachunek  i  rozprostowała  go. 

Detektyw  otrzyma  należne  pieniądze.  Tak,  zapłaci  mu.  Uczyni 

wszystko,  absolutnie  wszystko,  żeby  odnaleźć  Jewel.  Żeby  odnaleźć 

Jewel i zniszczyć Patsy. Żeby wreszcie nie wisiał nad nią żaden topór. 

Bądź  co  bądź,  to  ona  jest  Meredith  Colton.  Tylko  ona,  nikt  inny. 

Wszyscy to wiedzą. 

Błogi  uśmiech  zagościł  na  jej  ustach,  kiedy  weszła  do  łazienki  i 

wyjęła z szafki małą brązową buteleczkę. Nie może odstawić tabletek; 

musi  je  łykać,  przynajmniej  na  razie,  żeby  się  nie  denerwować  i 

niczym nie zdradzić, potem wrzuci je do muszli klozetowej. Tam było 

ich miejsce - leków i tego konowała, który tak chętnie je przepisywał. 

Wcale nie była szalona. Była najzdrowszą na umyśle  osobą, jaką 

znała.  To  świat  oszalał,  nie  ona.  Jak  można  mścić  się  na  kobiecie, 

która  zabiła  wrednego  sukinsyna?  Jak  można  karać  matkę  za  to,  że 

chciała  się  dowiedzieć,  gdzie  ten  okrutny  padalec  ukrył  jej  nowo 

narodzone  dziecko?  Jak  można  zamknąć  ją  na  wiele  lat  za  kratkami, 

twierdząc,  że  jest  chora  i  potrzebuje  pomocy?  Pomocy?  Owszem, 

potrzebowała  pomocy.  Ale  nie  takiej,  o  jakiej  myśleli  szarlatani  w 

białych fartuchach! 

Wróciwszy  do  salonu,  wyciągnęła  z  kieszeni  niewielki  kluczyk  i 

otworzyła szufladę biurka. Wyjęła z niej małą, złożoną kartkę papieru 

background image

z  nazwiskiem  oraz  numerem  telefonu  nędznego  hoteliku.  Zdobycie 

tych  informacji  drogo  ją  kosztowało.  Musiała  pojechać  do  dzielnicy 

slumsów  w  Los  Angeles.  Tam  wskazano  jej  kogoś,  kto  -  jeśli  tylko 

zajdzie  taka  potrzeba  -  skontaktuje  ją  z  człowiekiem,  który  za 

odpowiednim  wynagrodzeniem,  nie  zadając  żadnych  pytań,  zrobi 

wszystko, o co się go poprosi. 

Meredith  potarła  ręką  skroń.  Czy  zdobędzie  się  na  odwagę?  Na 

tak  ryzykowny  krok?  Ale  czy  ma  inne  wyjście?  Może  wreszcie 

nadszedł  czas,  aby  wezwać  na  pomoc  fachowca,  który  w 

przeciwieństwie  do  prywatnych  detektywów  będzie  się  kierował 

jedynie  względami  materialnymi,  nie  zaś  względami  moralno-

etycznymi?  Miała  nazwisko  jednego  człowieka,  bez  trudu  może 

otrzymać nazwisko drugiego.  

Wystarczy  zebrać  się  na  odwagę,  stanąć  twarzą  w  twarz  z 

potencjalnym  mordercą.  W  porządku.  Po  przyjęciu  urodzinowym. 

Zgłosi  się  do  faceta,  kiedy  wszyscy  domownicy  będą  pogrążeni  w 

szoku  i  żałobie.  Po  co  dwukrotnie  narażać  ich  na  cierpienie?  Po  co 

mają  osuszać  łzy,  a  potem  zaczynać  szloch  od  nowa?  Lepiej  raz,  a 

dobrze.  Najpierw  Joe,  parę  dni  później  Emily.  Dwa  trupy,  dwa 

pogrzeby. 

Emily.  Płaczliwa,  zadająca  zbyt  wiele  pytań,  powtarzająca  w 

kółko:  „Widziałam  dwie  mamusie".  Szlag  by  ją  trafił!  Tak.  Kolejno, 

jedno po drugim, pozbędzie się wrogów.  

background image

-  Sroczka  kaszkę  warzyła.  Temu  dała  miseczkę,  temu  dała 

łyżeczkę,  temu  Coltonowi  łeb  urwała  i  frrr  odleciała.  Potem  wróciła, 

kolejnego Coltona się pozbyła... 

Roześmiała się wesoło, po czym przycisnęła ręce do ust, żeby nikt 

jej  nie  usłyszał.  Musi  być  ostrożna.  Bardzo  ostrożna.  Wkrótce 

wytrzebi  to  całe  tałatajstwo.  Zostanie  tylko  dwóch  Coltonów.  Jej 

synowie.  Oraz...  jeśli  tylko  ten  cholerny  detektyw  weźmie  się  do 

roboty - Jewel. 

 

- Wyglądasz tak, jakbyś przed chwilą zsiadł z konia po trwającym 

tydzień  galopie  -  powiedział  Joe  Colton,  wchodząc  do  małego 

mieszkanka nad stajnią. 

River  mruknął  coś  pod  nosem,  po  czym  podniósł  do  ust  butelkę 

piwa i pociągnął łyk. Joe zestawił na podłogę dwie butelki, które jego 

przybrany syn zdążył opróżnić. 

- Nie sądzisz, że masz już dość? 

River popatrzył na ojca spode łba. 

-  Co,  Kemo  Sabe?  Ognista  woda  białego  człowieka  niedobra dla 

jego  czerwonoskórych  braci?  -  spytał.  Słysząc  własny  sarkastyczny 

ton, wzdrygnął się z niesmakiem. - Przepraszam, Joe. To było całkiem 

nie na miejscu. 

-  Masz  rację.  Nie  wiem  tylko,  komu  chciałeś  naubliżać:  sobie, 

mnie  czy  Indianom?  -  Starszy  mężczyzna  usiadł  na  fotelu  na  wprost 

kanapy. - Chcesz o tym pogadać? 

background image

-  Nieszczególnie.  -  River  uśmiechnął  się  speszony.  -  Przyjechała 

już? Czy może postanowiła uciec z powrotem do San Francisco, żeby 

być jak najdalej ode mnie? 

-  Przyjechała.  Jakieś  dwie  godziny  temu.  Spytałem,  dlaczego 

wraca  sama  taksówką,  a  ona  na  to,  że  wolałaby  przez  całą  drogę 

skakać na jednej nodze, niż wsiąść z tobą do samochodu. Domyślam 

się, że mieliście drobną sprzeczkę? 

-  Sprzeczkę?  Myśmy  stoczyli  wojnę.  Atomową.  Nie  widziałeś 

dymu w kształcie grzyba unoszącego się w powietrzu? 

- Bardzo ją kochasz, prawda? 

River potarł ręką brodę. 

- Owszem, bardzo. Ale to beznadziejna sprawa. 

Wzdychając ciężko, Joe splótł dłonie na kolanach. 

- Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Meredith. - Pokręcił 

z niedowierzaniem głową. - Boże, to było tyle  lat temu, a czasem mi 

się  wydaje,  jakby  minęło  zaledwie  parę  miesięcy.  Opowiadałem  ci  o 

naszym pierwszym spotkaniu? 

Owszem,  River  znał  tę  historię,  ale  postanowił  skłamać.  Niech 

staruszek  opowie  ją  jeszcze  raz,  pomyślał;  niech  sobie  przypomni 

dobre stare dzieje. 

-  Nie  -  odparł.  -  I  chętnie  usłyszę.  Najpierw  jednak  zaparzę  nam 

kawy. 

Kiedy  wrócił  po  kilku  minutach,  Joe  siedział  zasępiony,  z  nisko 

zwieszoną głową. 

background image

- Trzymaj. Czarna, a ponieważ Inez nie widzi, wrzuciłem ci dwie 

kostki prawdziwego cukru. 

Joe przyjął z wdzięcznością filiżankę. 

-  Co  ja  się  mam  z  tą  kobietą!  Myślałby  kto,  że  dociągam  do 

dziewięćdziesiątki. Jeszcze co najmniej przez dziesięć lat mogłaby mi 

pozwolić jeść słodko, smacznie i tłusto. 

-  Całe  szczęście,  że  Inez  się  o  ciebie  troszczy.  Twoje  ostatnie 

wyniki  badań  bardzo  nas  wszystkich  zaniepokoiły.  Zbyt  wysoki 

poziom cholesterolu, nadwaga, zmęczenie i ospałość... 

-  Daruj  sobie  tę  wyliczankę  -  oznajmił  gniewnie  Joe,  po  chwili 

jednak  spokorniał.  -  Zapomniałeś  o  chronicznym  przygnębieniu. 

Psiakość, każdy na moim miejscu byłby przygnębiony. Meredith... 

-  No  właśnie  -  przerwał  mu  River.  -  Miałeś  mi  opowiedzieć,  jak 

się poznaliście. 

Joe potrząsnął głową. 

-  Brawo,  River.  Dobry  w  tym  jesteś,  wiesz?  Aż  dziw,  że 

rozmawiając z Sophie, nie umiesz zapobiec wybuchom atomowym. 

-  Niestety,  takich  zdolności  nie  mam.  -  River  uśmiechnął  się 

cierpko.  -  Ale  może  od  ciebie  się  czegoś  nauczę?  No,  mów.  Jak 

zdobyłeś  serce  pięknej  nieznajomej?  Nie  bardzo  do  siebie 

pasowaliście.  Ty,  wielkie  niezdarne  chłopisko  i  ona,  śliczna,  dobrze 

wychowana młoda dama... 

Joe wypił łyk kawy, po czym odstawił filiżankę na stół. 

-  Rzeczywiście  była  śliczna  i  dobrze  wychowana.  No  i 

zdecydowanie  była  damą.  -  Popatrzył  na  Rivera,  który  zajął  swoje 

background image

poprzednie  miejsce  na  kanapie.  -  Samochód  odmówił  jej 

posłuszeństwa.  Jechaliśmy  z  Grahamem  na  jakieś  przyjęcie 

organizowane przez naszą firmę. Tuż za Sacramento zobaczyliśmy na 

poboczu  auto  z  uniesioną  maską.  Zdaje  się,  że  stare,  zniszczone 

chevy.  

Meredith  stała  obok, bezradna,  z  zagubionym  wyrazem  twarzy.  I 

piękna.  Boże,  ależ  ona  była  piękna!  W  tamtych  czasach  dziewczyny 

nosiły  mini.  Ona  też.  Miała  na  sobie  krótką  niebieską  spódniczkę  w 

jakieś  wzory,  chyba  kwiaty,  ale  nie  pamiętam,  bo  głównie 

wpatrywałem się w jej nogi. Długie, zgrabne, opalone. O mało zębów 

sobie  nie  wybiłem,  usiłując  pierwszy  do  niej  dotrzeć,  ale  Graham 

mnie przegonił. 

- No tak, twój brat zawsze był od ciebie mniejszy, więc pewnie i 

zwinniejszy - powiedział River. 

Starszy  mężczyzna  umilkł  zamyślony.  Na  moment  wrócił 

pamięcią  do  tamtego  dnia,  gdy  po  raz  pierwszy  ujrzał  Meredith. 

Przypuszczalnie  na  jej  widok  zaparło  mu  dech,  tak  jak  wiele  lat 

później  na  widok  Sophie  zaparło  dech  Riverowi.  To  niesamowite, 

przemknęło Riverowi przez myśl, ale już wtedy  wiedział, od samego 

początku  wiedział.  No  cóż,  może  wystarczy  jeden  rzut  oka  na  taką 

kobietę  jak  Meredith  lub  Sophie,  aby  mężczyzna  zakochał  się  na 

śmierć i życie. 

-  To  prawda,  mój  mały  braciszek  jest  nie  tylko  bardziej  zwinny, 

ale  i  znacznie  sprytniejszy  ode  mnie  -  podjął  po  chwili  Joe.  -  Zanim 

się  połapałem,  co  i  jak,  stałem  pochylony  nad  silnikiem,  a  ten 

background image

skurczybyk notował sobie jej numer telefonu. Umówili się na wieczór. 

Dasz wiarę? 

-  O,  psiakość!  -  River  doskonale  znał  całą  historię,  ale  zawsze 

słuchał jej z przyjemnością. - I co? Rozkwasiłeś mu nos? 

-  Nie,  chociaż  miałem  wielką  ochotę.  Do  dziś  pamiętam  wyraz 

zaskoczenia  na  twarzy  Meredith,  kiedy  Graham  poprosił  ją  o  numer 

telefonu. Patrzyła na mnie wyraźnie zawiedziona, jakby wolała, abym 

to ja był na miejscu Grahama. Na szczęście mój braciszek nawalił...  

Joe pociągnął kolejny łyk kawy, aby zwilżyć spierzchnięte wargi.  

- Poprosił o numer Meredith odruchowo, kierując się instynktem. 

Taki  już  był:  pies  na  baby.  Koło  pięknej  dziewczyny  nie  potrafił 

przejść obojętnie. W każdym razie umówił się z nią na wieczór, mimo 

że o szóstej miał spotkanie z jakąś sekretarką, prawdziwą seksbombą, 

to  jego  słowa,  którą  poznał  podczas  swojej  poprzedniej  bytności  w 

Sacramento.  No  więc  pobiegł  na  randkę  z  sekretarką,  mówiąc  mi,  że 

wróci  przed  dziewiątą,  kiedy  to  miał  się  spotkać  z  Meredith  w  holu 

naszego hotelu. 

- Taki był z niego lowelas? - spytał żartem River. 

- Czy lowelas to nie wiem, ale lekkoduch to na pewno. W owym 

czasie  słabo  go  znałem.  Kiedy  nasi  rodzice  umarli,  Grahamem 

zaopiekowali  się  dziadek  z  babcią,  a  mną  McGrathowie,  kolega  z 

wojska  mojego  ojca  i  jego  żona.  Nasze  ścieżki  zeszły  się  ponownie 

zaledwie  kilka  miesięcy  wcześniej,  kiedy  zaproponowałem  bratu 

udział w moim biznesie. 

background image

River  pokiwał  w  milczeniu  głową.  Wiedział,  że  dziadkowie 

odwrócili  się  od  Joego.  Wierzyli,  że  pijaństwo  zięcia  przyczyniło  się 

do  wypadku  samochodowego,  w  którym  zginął  nie  tylko  on,  ale 

również ich ukochana córka. 

Ponieważ Joe przypominał z wyglądu ojca, nie chcieli przyjąć go 

pod  swój  dach.  Chętnie  natomiast  zaopiekowali  się  jego  młodszym 

bratem, Grahamem, który szczupłą budowę, kolor oczu, włosów i rysy 

twarzy  odziedziczył  po  matce.  Graham  wychowywał  się  w  luksusie. 

Kiedy  dziadkowie  popadli  w  niedostatek,  przypomniał  sobie,  że  ma 

starszego brata, któremu całkiem nieźle się powodzi. 

River  uwielbiał  Joego;  oboje  byli  dziećmi  niechcianymi  i 

odrzuconymi.  Joe  opowiedział  mu  o  sobie,  kiedy  River  mieszkał  w 

sierocińcu na ranczu w Hopechest. Swoją opowieścią zdobył zaufanie 

chłopca,  a  więzi,  jaka  się  między  nimi  wytworzyła,  nic  nie  mogło 

zerwać.  Z  kolei  za  Grahamem  River  nie  przepadał.  Uważał,  że  facet 

jest  przebiegłym  obibokiem,  sprytnym  oportunistą,  którego  zżera 

zazdrość. 

Dokończywszy kawę, Joe kontynuował opowieść. 

-  Nadeszła  dziewiąta.  Graham  się  nie  pojawił.  Kwadrans  po 

dziewiątej  Meredith  zadzwoniła  na  górę,  żeby  spytać,  co  się  dzieje. 

Postanowiłem skorzystać z okazji. Zostawiwszy Grahamowi kartkę w 

recepcji,  zaprosiłem  Meredith  na  kolację.  -  Zamknął  oczy, 

uśmiechając  się  błogo.  -  Rozmawialiśmy  przez  wiele  godzin.  O  jej 

zamiarze podjęcia studiów, o tym, że chce zostać nauczycielką, o tym, 

jak  kocha  dzieci.  Siedziałem  zasłuchany,  ale  pewnie  słyszałem  co 

background image

trzecie słowo. Fascynował mnie jej uśmiech, taki szczery i promienny, 

jej wielkie brązowe oczy... 

- Wiem - wtrącił River. - Sophie ma identyczne. Wszystko w nich 

widać, radość, marzenia... 

- Kiedy wreszcie zjawił się Graham, przepraszając za spóźnienie, 

Meredith  i  ja  zdążyliśmy  się  już  umówić  na  następny  dzień.  Z 

początku  byłem  kłębkiem  nerwów.  Miałem  dwadzieścia  siedem  lat  i 

nigdy  dotąd  nie  zabiegałem  o  żadną  kobietę.  Ale  Meredith  potrafiła 

zadawać  pytania  i  potrafiła  słuchać.  Nim  się  spostrzegłem, 

opowiedziałem  jej  o  sobie,  o  mojej  rodzinie,  o  planach  i  dążeniach. 

Kiedy tamtego pierwszego wieczoru dołączył do nas Graham, byliśmy 

tak  pochłonięci  sobą,  że  prawie  w  ogóle  nie  zwracaliśmy  na  niego 

uwagi.  Obraził  się  na  nas,  potem  jednak  mu  przeszło  i  rok  później 

został świadkiem na naszym ślubie. 

River oparł łokcie na kolanach. 

-  Zastanawiałeś  się  kiedykolwiek,  jak  by  się  potoczyły  wasze 

losy,  gdyby  Graham  przybył  punktualnie  na  randkę?  Myślisz,  że  on 

się nad tym zastanawia? 

Joe potrząsnął przecząco głową. 

-  Wątpię.  Czasem  sobie  żartuje,  że  złamaliśmy  mu  serce.  Kiedy 

indziej  mi  wytyka,  że  dopiero  kiedy  poznałem  Meredith,  zacząłem 

odnosić sukcesy w interesach, więc gdyby to on ją poślubił, może on, 

nie ja, byłby teraz właścicielem Colton Enterprises. Ale to tylko żarty. 

Przecież nie mówi tego serio. 

background image

- Oczywiście, że nie - poparł go River, po czym zmienił temat. - 

Powiedz mi, Joe, jak udało ci się przekonać Meredith, że ją kochasz? 

- Hm... - Starszy mężczyzna potarł z namysłem kark. - Nie mam 

pojęcia.  Po  prostu  od  początku  coś  między  nami  zaskoczyło.  Co  nie 

znaczy,  że  się  nie  kłóciliśmy.  Zdarzały  nam  się  sprzeczki  i 

nieporozumienia,  ale  zawsze  wiedzieliśmy,  że  możemy  na  sobie 

polegać.  Że  bez  względu  na  to,  co  się  stanie,  nasza  miłość  przetrwa. 

Staram się o tym pamiętać, Riv. Powtarzam sobie, że nie wolno mi się 

poddać. 

Po wyjściu Joego River sprzątnął ze stolika puste butelki po piwie 

oraz  filiżanki  po  kawie  i  ruszył  do  łazienki.  Zamierzał  wejść  pod 

prysznic,  odkręcić  potężny  strumień  gorącej  wody,  spłukać  z  siebie 

brud, oczyścić głowę z ponurych myśli.  

Rozebrał  się  do  slipek,  kiedy  nagle  coś  spostrzegł.  Znikła  biała 

plastikowa  torebka  z  testami  ciążowymi,  które  kupił  w  aptece  i  za 

które Sophie go ofukała, mówiąc, żeby się nie wtrącał. Był pewien, że 

położył torebkę na półce. Zerknął do szafki pod umywalką, potem do 

szafki  na  ręczniki.  Przeszukał  całe  mieszkanie;  sprawdził  szafki 

kuchenne,  nawet  zajrzał  do  pojemnika  na  śmieci,  który  stał  na  dole 

przy schodach. Torebki nigdzie nie było. Wyparowała. 

Wczoraj rano, kiedy Sophie wyrzuciła go z jego  własnego łóżka, 

na pewno korzystała z łazienki. Czyżby to ona wzięła torebkę? Po co, 

skoro  wcześniej  jej  nie  chciała?  Zamknąwszy  oczy,  potarł  ręką  kark. 

Czy  to  dobry  znak,  czy  zły?  Jeżeli  okaże  się,  że  Sophie  nie  jest  w 

ciąży,  czy  łatwiej  mu  będzie  ją  przekonać  o  swojej  miłości?  Jeśli 

background image

jednak  okaże  się,  że  jest  w  ciąży,  wtedy...  wtedy  nigdy  mu  nie 

uwierzy, że ją kocha i pragnie poślubić. 

- Z seksem nie ma żartów - mruknął pod nosem, ściągając slipki. 

Po chwili puścił strumień wody. - Trzeba się zabezpieczać. A w ciążę 

zachodzić w sposób świadomy. 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Sophie wędrowała ścieżką w stronę stajni, powtarzając w myślach 

wszystkie powody, dlaczego Rivera Jamesa należałoby przywiązać do 

słupa  i  porządnie  wychłostać.  Po  pierwsze,  sześć  dni  temu  wrócił  na 

ranczo,  zostawiając  ją  samą  w  Prosperino.  Owszem,  sama  kazała  mu 

wracać, ale przecież mógł zlekceważyć jej polecenie. 

Po drugie, nie odzywał się do niej, odkąd niepotrzebnie nagadała 

mu  do  słuchu.  Może  część  jej  pretensji  i  zarzutów  była  słuszna,  ale 

oboje dobrze wiedzieli, że chodzi o coś całkiem innego, że przystąpiła 

do ataku po to, aby sprawić mu ból.  

Po  trzecie,  i  to  ją  najbardziej  złościło,  nie  pozwolił,  by  go 

przeprosiła.  We  wtorek  rano  wyjechał  na  jakiś  pokaz  ujeżdżania  i 

wrócił  dopiero  w  czwartek  wieczorem.  W  czwartek  wystroiła  się  na 

kolację. Czekała z niecierpliwością, a on się nie pojawił. Ani razu nie 

zajrzał do domu, odkąd wrócił z pokazu.  

Co  za  bezczelny  typ!  Wcale  nie  chciała  iść  do  niego  do  stajni. 

Zmusił ją. Wiedział, że będzie miała wyrzuty sumienia i w końcu nie 

wytrzyma. Po czwarte... nie mogła sobie przypomnieć. Ale musiał być 

background image

czwarty  powód.  I  dziewiąty,  dwunasty  oraz  czterdziesty  siódmy. 

Miała dziesiątki powodów, żeby być na niego wściekła. 

I setki powodów, żeby być zła na siebie. Wolała jednak o nich nie 

myśleć. Gdyby zaczęła się zastanawiać, straciłaby odwagę i zawróciła 

pędem  do  domu,  a  tam  zamknęła  się  w  sypialni,  przykryła  głowę 

poduszką i głośno rozpłakała. 

- Cześć, Drake - powiedziała do brata, który maszerował ścieżką 

w przeciwną stronę niż ona. - Byłeś w stajni? Jest tam River? 

Drake pokręcił głową. 

- Nie, Soph. Chyba wybrał się do domu. 

-  Tam  go  na  pewno  nie  ma  -  oznajmiła  stanowczo.  -  Właśnie 

stamtąd idę... 

- Tak? No i co? Jak ci się podoba? Trochę mniejsza wersja naszej 

hacjendy,  nie?  Ale  tak  to  River  zaplanował.  Skromną  jednopiętrową 

budowlę,  do  której  kiedyś  w  przyszłości  będzie  można  dobudować 

skrzydła. 

Sophie wybałuszyła oczy. 

- Na miłość boską, o czym ty mówisz? - spytała zdziwiona. 

- O domu Rivera - odparł Drake. Nagle uświadomiwszy sobie, że 

Sophie  nie  ma  o  niczym  pojęcia,  uśmiechnął  się  łobuzersko.  -  Mój 

Boże, ty nic nie wiesz! 

Pokręciła przecząco głową; nie była w stanie wydobyć głosu. 

- Ciekawe, dlaczego słowem się nie... Zresztą to nie moja sprawa, 

no nie? Ależ z niego tajemniczy gość... 

background image

Po  chwili  opowiedział  siostrze  o  ziemi,  którą  River  kupił  od 

Joego,  o  domu,  jaki  budował,  o  stajni,  która  była  już  skończona,  o 

hodowli koni, jaką zamierzał założyć za miesiąc lub dwa. 

- Naprawdę nic ci o tym nie wspomniał? 

-  Nic  a  nic.  -  Sophie  przełknęła  łzy.  -  Może  to  miała  być 

niespodzianka?  Diabli  wiedzą.  Ale  dzięki  za  informacje,  Drake. 

Nienawidzę niespodzianek. 

Minęła brata, kierując się w stronę stajni. 

-  Dokąd  to,  Soph?!  -  zawołał  za  nią.  -  Przecież  mówiłem,  że 

Rivera tam nie ma. 

- Na przejażdżkę - odparła, w tym momencie podejmując decyzję. 

- Mój terapeuta powiedział, że mogę, więc... - Wzruszyła ramionami. 

- Jesteś pewna? 

- Jasne. - Pomachawszy bratu na pożegnanie, ruszyła przed siebie. 

- Absolutnie pewna. 

Po  czwarte:  nie  musiała  wynajdywać  kolejnych  powodów.  Krew 

ją zalewała na samą myśl o Riverze Jamesie!  

 

Chociaż siedziała w ulubionym fotelu, sprawiała wrażenie, jakby 

znajdowała  się  nad  krawędzią  przepaści.  Stopami  wpijała  się  w 

ziemię, kolana miała złączone, ręce  zaciśnięte na oparciu. Oddychała 

szybko i nerwowo. 

-  Louise,  uspokój  się  -  powiedziała  doktor  Wilkes,  siadając  na 

składanym krzesełku naprzeciwko swojej pacjentki. - Nie poddam cię 

zbyt głębokiej hipnozie. Obiecuję. 

background image

- Wiem. -  Louise popatrzyła smętnie na fontannę. - A jeśli nagle 

obudzi  się  moja  wredna  połowa?  A  jeśli  nie  będzie  chciała  z 

powrotem zniknąć? 

Doktor  Martha  Wilkes  pokiwała  głową,  jakby  spodziewała  się 

takiego pytania, po czym starannie dobierając słowa, odparła: 

-  Zrozum,  kochanie,  wcale  nie  jesteśmy  pewne,  czy  cierpisz  na 

rozszczepienie  osobowości.  Niektóre  objawy  się  zgadzają,  ale  nie 

wszystkie.  Stąd pomysł  poddania cię  hipnozie.  Może  po  prostu  masz 

amnezję?  Zdarza  się,  że  podczas  wypadku  albo  jakiegoś 

traumatycznego przeżycia człowiek traci pamięć. 

- Już to mówiłaś. Ale... amnezja? Zawsze sądziłam, że to coś, co 

przytrafia się bohaterom filmów i książek. 

-  Zgadzam  się,  że  jest  to  rzadka  dolegliwość,  równie  rzadka  jak 

rozszczepienie osobowości, ale nikt jej sobie nie wyssał z palca. Ona 

naprawdę  istnieje.  Posłuchaj,  Louise.  Od  lat  staram  się  ci  pomóc, 

zyskać  twoje  zaufanie.  Próbowałyśmy  już  wszystkiego.  Owszem, 

czynimy postępy, ale w sumie niewielkie. Bo z jednej strony szukasz 

u mnie pomocy, a z drugiej wzbraniasz się, kiedy chcę ci ją ofiarować. 

Znalazłyśmy  się  w  impasie i  sama  o tym  wiesz.  Pozostała  nam  tylko 

hipnoza.  Zanim  do  niej  przystąpimy,  muszę  zadać  ci  jedno  pytanie. 

Czy ufasz mi, Louise? 

Koniuszkiem języka Louise oblizała wargi. 

-  Przecież  wiesz,  że  tak.  -  Na  jej  ustach  pojawił  się  wymuszony 

uśmiech.  -  No  dobrze,  spróbujmy.  Włącz  fontannę.  Od  tygodnia  nie 

mam odwagi się do niej zbliżyć... 

background image

Martha Wilkes wcisnęła przycisk, starając się zachować neutralny 

wyraz  twarzy,  kiedy  Louise  zesztywniała  na  widok  i  dźwięk 

spływającej kaskadą wody. 

-  W  porządku,  kochanie.  Spójrz  na  wodę.  Słyszysz  jej  kojący 

szum? Prawda, jak ładnie szemrze? 

-  Tak.  Bardzo  ładnie  -  przyznała  Louise,  rozluźniając  ręce 

zaciśnięte na poręczy fotela. Po chwili położyła je na kolanach. 

-  No  właśnie  -  ciągnęła  lekarka.  -  Ładnie  i  kojąco.  Stajesz  się 

coraz bardziej odprężona. Czujesz, jak napięcie cię opuszcza. Znikają 

wszystkie  twoje  troski  i  zmartwienia.  Odpływają  daleko.  Słyszysz 

tylko cichutki szum. Łagodny jak plusk deszczu w wiosenny poranek, 

kiedy  leżysz  senna  w  łóżku.  Czy  jesteś  senna,  Louise?  Powieki  ci 

opadają,  są  takie  ciężkie.  Zamknij  oczy,  Louise.  O  tak,  dobrze. 

Zamknij  oczy  i  wsłuchuj  się  w  szum  wody.  W  szum  wody  i  w  mój 

głos. Niczego więcej nie słyszysz. Tylko woda i mój głos... 

Louise zamrugała powiekami i posłusznie zamknęła oczy. Doktor 

Martha  Wilkes  również.  Na  moment  przyłożyła  palce  do  powiek, 

usiłując  się  skupić,  zebrać  myśli.  Od  tygodnia  ćwiczyła  z  Louise 

techniki relaksacyjne, więc nawet się nie zdziwiła, że tak łatwo udało 

się jej wprowadzić ją w trans. 

-  No  dobrze,  Louise  -  podjęła  po  chwili  monolog.  -  A  teraz 

cofniemy  się.  Do  tamtego  ogrodu  i  tamtej  fontanny.  Widzisz  je? 

Tamten ogród i fontannę? 

Louise skinęła głową. 

- Tak - odparła szeptem. - Widzę. 

background image

- Jesteś tam, Louise? Czy jesteś w tamtym ogrodzie? Czy widzisz 

samą siebie? 

- Tak. 

-  Doskonale.  Powiedz  mi:  co  robisz,  Louise?  Co  robisz  w  tym 

ogrodzie? 

- Śpiewam. - Wargi jej zadrżały. - Obie śpiewamy. - Oczy wciąż 

miała zamknięte, lecz szeroki uśmiech opromieniał jej twarz. - „Stary 

niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi..." 

- Ślicznie, Louise. A kto obok ciebie stoi? Jakieś dziecko? 

Louise zmarszczyła czoło i jeszcze mocniej zacisnęła powieki. 

- Tak. Dziewczynka. Ojej, jaka podobna do mnie... - Głos się jej 

załamał,  a  na  twarzy  pojawił  się  wyraz  bezbrzeżnego  smutku.  - 

Wygląda zupełnie jak ja. 

-  Ale  nie  jest  tobą,  prawda,  Louise?  Jest  małą  dziewczynką.  Jak 

ma na imię? Możesz ją spytać? 

Louise przechyliła głowę na bok, jakby się w coś wsłuchiwała. 

- Nie słyszę, co mówi... Ona wciąż śpiewa: „My się go boimy, na 

palcach  chodzimy.  Jak  się  zbudzi,  to  nas  zje!  Jak  się  zbudzi,  to  nas 

zje!" Obie strasznie chichoczemy... 

Przez  kilka  sekund  lekarka  w  milczeniu  obserwowała  błogi 

uśmiech rozjaśniający oblicze pacjentki. 

-  Louise,  czy  dziewczynka  już  skończyła?  Czy  skończyła 

śpiewać? 

-  Powiedz,  maleńka,  jak  ci  na  imię?  -  spytała  Louise,  zwracając 

się  do  dziecka,  które  widziała  oczami  wyobraźni.  -  Dlaczego  jesteś 

background image

taka  podobna  do  mnie?  Dlaczego  wspólnie  śpiewamy  piosenkę  o 

starym niedźwiedziu? 

Pacjentka  przejęła  inicjatywę;  sama  zadawała  pytania.  Martha 

Wilkes wstrzymała oddech. Nie chciała jej przeszkadzać, wiedząc, że 

to może wszystko zepsuć. Czekała. 

Louise ponownie skinęła głową. 

- Jakie ładne imię. Moja babcia miała identyczne. 

Doktor Wilkes uniosła brwi. No proszę! Louise poznała nie tylko 

imię  dziecka,  ale  skojarzyła  je  z  imieniem  swojej  babki.  To  spory 

postęp. Można bezpiecznie zlecić jej kolejne zadanie. 

- Louise, czy mogłabyś spytać dziewczynkę, kim jest? Co robi w 

ogrodzie? Dlaczego razem śpiewacie? 

Louise zesztywniała, a lekarka natychmiast zrozumiała swój błąd. 

Za  szybko!  Zbyt  wiele  chciała  osiągnąć  naraz.  Dlaczego  się  tak 

niecierpliwiła? 

-  Nie,  Louise!  Lepiej  nie.  O  nic  nie  pytaj.  Po  prostu  bądź  w 

ogrodzie, śpiewaj z dziewczynką. Dobrze? Wróć do ogrodu, ciesz się 

słońcem... 

Louise otworzyła oczy. Wyzierał z nich strach. 

- Co się stało? Gdzie się podziała dziewczynka? Co ty tu robisz? 

To nie twój ogród! To mój ogród. Idź sobie! Nie chcę, żebyś tu była. 

-  Louise!  -  oznajmiła  głośno  lekarka,  usiłując  zapanować  nad 

pacjentką. - Pora wrócić. Pora opuścić ogród. 

-  Mama  mówiła,  żebym  z  nikim  o  tobie  nie  rozmawiała  - 

kontynuowała  Louise,  zagubiona  we  własnym  świecie.  -  Mówiła,  że 

background image

jesteś chora, że nie możemy się z tobą widzieć. Że najlepiej, byśmy o 

tobie  zapomnieli.  Nie  chciałam,  ale  wytłumaczono  mi,  że  tak  trzeba. 

Że takie jest twoje życzenie. Zamierzałam mu powiedzieć, lecz jakoś 

nigdy nie było okazji. A teraz jest już za późno. Nie żyjesz. Mam list z 

tego  zakładu,  do  którego  cię  wysłano.  Tak  w  nim  napisali.  I  tak  mi 

powiedzieli.  Że  nie  żyjesz.  Boże,  dlaczego  jesteśmy  jak  dwie  krople 

wody?  Nienawidzę  naszego  podobieństwa!  Odezwij  się,  Patsy.  Nie 

stój jak niemowa. Powiedz, Patsy, co robisz w moim ogrodzie?! 

-  Louise!  Louise!  -  Martha  Wilkes  wyłączyła  fontannę.  - 

Wystarczy!  Skup  się!  Słyszysz  tylko  mój  głos.  Powoli  zaczynasz  się 

budzić, wracać do rzeczywistości... 

Lekarka  zapanowała  nad  sytuacją.  Przemawiając  kojąco  do 

pacjentki,  mówiąc  jej,  by  się  odprężyła,  obiecując,  że  kiedy  się 

obudzi,  będzie  się  czuła  spokojna  i  wypoczęta,  ostrożnie 

wyprowadziła ją z transu. Odetchnęła z ulgą, kiedy  Louise otworzyła 

oczy i spytała: 

- Co się stało? Powiedziałam coś? 

-  Niewiele  -  odparła  Martha  Wilkes,  uznając,  że  kiedy  indziej 

omówi  z  pacjentką  to,  co  wydarzyło  się  podczas  hipnozy.  -  Byłaś  w 

ogrodzie.  Nie  możemy  się  spieszyć,  Louise.  Musimy  posuwać  się 

wolno, krok po kroku. 

Skinąwszy ze zrozumieniem głową, Louise podniosła się z fotela i 

podeszła do stołu, na którym stał dzban lemoniady. 

background image

-  Louise, jak miała na imię twoja babka? - Z tonu lekarki można 

by  sądzić,  że  pyta  o  pogodę:  czy  do  wieczora  się  przejaśni,  czy 

bardziej zachmurzy? 

Louise przechyliła dzban nad szklanką. 

- Moja babka? Sophie. Dlaczego pytasz? 

- Bez powodu - odparła Martha. 

Czekała. 

Długo  nie  musiała  czekać.  Louise  poderwała  głowę.  Szklanka 

przewróciła  się;  lemoniada  wylała  się  na  stół,  zaczęła  skapywać  na 

ziemię.  

Louise wbiła oczy w lekarkę. 

-  Martho!  Skąd  ja  to  wiem?  Wcześniej  tego  nie  pamiętałam.  Nic 

nie byłam w stanie powiedzieć o mojej rodzinie.  

Doktor Wilkes wzruszyła ramionami. 

-  Zdarza  się,  że  czasem  po  sesji  człowiek  nagle  sobie  coś 

przypomina.  Jakiś  nieistotny  szczegół.  Pomyślałam,  że  warto 

spróbować. Ale nie przejmuj się. Potrzebujesz pomocy? 

Pomocy?  Louise zmarszczyła czoło,  po czym  widząc skierowane 

na stół spojrzenie, opuściła wzrok. 

- Ojej! Nawet nie zauważyłam! Przyniosę papierowe ręczniki. 

Martha  Wilkes  pokiwała  głową.  Sama  nie  ruszyła  się  z  miejsca. 

Usiłowała  przetrawić  to,  co  usłyszała.  Sophie.  Dziewczynka  w 

ogrodzie  miała  na  imię  Sophie.  A  nazwisko?  Po  raz  kolejny 

przewinęła  się  też  postać  jakiegoś  mężczyzny.  „Zamierzałam  mu 

background image

powiedzieć".  Mężczyzny,  który  musiał  wiele  dla  Louise  znaczyć, 

który odegrał dużą rolę w jej życiu. Kim był? 

No  i  najważniejsza  rzecz:  skąd  się  Patsy  wzięła  w  ogrodzie?  W 

dodatku  -  jeśli  ona,  Martha,  dobrze  zinterpretowała  słowa  Louise  - 

dorosła  Patsy.  Patsy  -  tak  miała  na  imię  Louise.  Patsy  to  Louise. 

Dorosła  Patsy,  kobieta  bliźniaczo  podobna  do  Louise,  to  właśnie 

Louise.  Tyle  że  nie  powinna  przebywać  w  ogrodzie.  Według  Louise, 

Patsy umarła. Stwierdziła wręcz, że dostała list - skąd? z St. James? - 

w  którym  informowano  ją  o  śmierci  Patsy.  Ale  czy  na  pewno  o 

śmierci  czy  może  o  odejściu?  Co  takiego  Louise  otrzymała? 

Świadectwo zdrowia czy akt zgonu? 

Lekarka wsparła brodę na łokciu i pogrążyła się w zadumie. Kogo 

Louise  zobaczyła  w  ogrodzie?  Siebie?  Tę  drugą,  okrutną  Louise,  o 

której starała się zapomnieć? Czy to była amnezja czy rozszczepienie 

osobowości?  Doktor  Wilkes  bardziej  była  skłonna  przychylić  się  do 

amnezji,  ale  nie  miała  stuprocentowej  pewności.  Tak  czy  inaczej  coś 

wreszcie  drgnęło.  Wkrótce  poznają  odpowiedź.  Bez  względu  na  to, 

kogo lub co Louise ujrzała, powoli zbliżały się do kresu.  

Po  latach  terapii  koniec  był  w  zasięgu  wzroku.  Dawno  temu 

Martha Wilkes obiecała zarówno sobie, jak i Louise, że nie podda się, 

dopóki nie rozwikła wszystkich wątpliwości. 

 

River  chodził  od  jednego  pokoju  do  drugiego,  nie  dowierzając 

własnym  oczom.  Postęp  był  niesamowity.  Nie  zaglądał  tu  od  dwóch 

tygodni,  bo  nie  wiedział,  co  go  czeka.  Sophie  dawała  mu  nieźle  w 

background image

kość. Nie potrafił podjąć decyzji, czy powiedzieć jej o domu, czy nie. 

Czy wiadomość ją uraduje, czy doprowadzi do jeszcze większej furii. 

Źle  to  sobie  wszystko  wykalkulował.  Dlaczego  tak  długo 

zwlekał?  Gdyby  w  zeszłym  roku  pogadał  z  Joem,  poprosił  go  o 

pożyczkę,  po  czym  zakręcił  się  wokół  Sophie,  może  byliby  już 

małżeństwem?  Może  nawet  jakieś  maleństwo  byłoby  w  drodze? 

Zamiast  tego  Sophie  zaręczyła  się  z  Chetem,  została  napadnięta  w 

ciemnej alejce i o mało nie straciła życia. Zaręczyny zerwała. Potem w 

jego,  Rivera,  ramionach  szukała  pocieszenia.  Niewykluczone,  że  po 

rozkoszach  wspólnie  spędzonej  nocy  zaszła  w  ciążę.  I  teraz  go 

nienawidzi. 

Pokonując  po  dwa  stopnie  naraz,  zmierzał  ku  małżeńskiej 

sypialni.  Małżeńskiej?  W  każdym  razie  sypialni,  w  dodatku 

największej z trzech, jakie znajdowały się na piętrze, a do tego jedynej 

z  własną  łazienką.  Wannę  i  prysznic  wstawiono  przed  paroma 

tygodniami,  teraz  jednak  wszystko  już  było  gotowe:  białe  kafelki, 

biała  terakota,  dwie  sąsiadujące  ze  sobą  umywalki  połączone 

jasnozielonym  blatem,  białe  szafki,  błyszczące  mosiężne  krany. 

Wszystko nowe, lśniące, czekające na użytkowników. 

Wyglądało to nieźle, lepiej niż się spodziewał. Z początku nie był 

pewien  ręcznie  malowanych  kafelków  nad  wanną,  które  miały  się 

układać  w  bukiet  polnych  kwiatów,  ale  glazurnik  go  przekonał. 

Kobiety to uwielbiają, powtarzał.  

Oczami  wyobraźni  River  zobaczył  Sophie kąpiącą  się  w  owalnej 

wannie. Zanurzona w pianie, opowiada mu coś ze śmiechem, podczas 

background image

gdy on stoi przed lustrem, goląc całodzienny zarost. Miała tak miękką, 

tak delikatną skórę, że nie chciał jej podrapać. 

Potrząsnął głową, usiłując wyrwać się z zadumy. Po chwili wrócił 

na dół. W przyszłym tygodniu ściany zostaną pomalowane, drewniane 

podłogi polakierowane. Kuchnia jest już gotowa. No, prawie. Jeszcze 

nie dotarł zamówiony przed tygodniem piec.  

Wkrótce mógłby się wyprowadzić ze swojego małego mieszkanka 

nad  stajnią  i  tu  zamieszkać.  Zwiększyłby  odległość  między  sobą  a 

Sophie  o  jakieś  trzy,  cztery  kilometry;  już  by  nie  przylatywała  do 

niego  w  środku nocy,  żeby  zrobić  mu  awanturę,  wypłakać  mu  się  na 

ramieniu, ogrzać jego puste łóżko lub uradować jego stęsknione serce. 

- Podoba mi się. 

Podskoczył  gwałtownie,  upuszczając  klucz,  który  wyjmował  z 

zamka. 

- Sophie? 

Odwrócił  się.  Stała  w  cieniu,  na  szerokiej  werandzie,  wsparta  o 

jeden z filarów podtrzymujących dach. 

- Skąd... Jakim cudem...? 

-  Wystarczyło  zapytać - odparła. - Wbrew temu, co sądzisz, żyją 

na  tym  świecie  otwarci,  prawdomówni  ludzie,  którzy  nie  czynią  ze 

wszystkiego tajemnicy. 

-  Już  wiem!  Drake!  Cholera,  jak  na  faceta,  który  uczestniczy  w 

tajnych  misjach  i  zna  sprawy,  o  jakich  reszta  społeczeństwa  nie  jest 

informowana, twój kochany braciszek ma wyjątkowo długi język. 

Sophie spoważniała. 

background image

-  Masz  szczęście,  że  po  drodze  złość  ze  mnie  wyparowała. 

Dlaczego  nic  mi  nie  powiedziałeś,  że  budujesz  dom?  W  ogóle  nie 

zamierzałeś? 

W milczeniu schylił się po klucz i otworzył drzwi. 

- Oprowadzić cię? 

-  Pewnie.  Stajnię  już  obejrzałam.  Zresztą  w  jednym  z  boksów 

zostawiłam konia. Nie jest tak duża jak ta na ranczu, ale w zupełności 

wystarczy. Całkiem mi się podoba. 

- To miło. 

Miał wrażenie, że rozmawiają z sobą jak para znajomych, których 

niewiele łączy - uprzejmie, lecz chłodno i obojętnie. A przecież... 

-  Przyjechałaś  konno?  -  zdumiał  się  nagle.  -  Kto  ci  pozwolił 

dosiadać konia? 

Minąwszy go, weszła do środka. 

-  Mój  terapeuta.  Po  środowych  zajęciach.  O  czym  byś  wiedział, 

gdybyś  pojawił  się  na  lunchu  czy  kolacji.  Prawdopodobnie  za  dwa 

tygodnie  w  ogóle  pożegnam  się  z  ośrodkiem.  Mamy  w  domu 

automatyczną  bieżnię,  mogę  dalej  sama  ćwiczyć.  Żeby  to  uczcić,  w 

czwartek  Inez  upiekła  moje  ulubione  ciasto bananowe.  Ale  tego  dnia 

też nie raczyłeś pojawić się na kolacji. 

-  To  już  wszystkie  pretensje  czy  jeszcze  masz  jakieś?  -  spytał 

River,  wędrując  za  Sophie  od  salonu  przez  jadalnię  do  dużej  kuchni 

urządzonej  w  stylu  rustykalnym.  -  Przepraszam,  że  ominęły  mnie 

twoje sukcesy. 

background image

-  W  porządku  -  mruknęła  Sophie  i  wyjrzała  przez  okno  nad 

zlewem.  -  W  moim  mieszkaniu  w  San  Francisco  też  mam  okno  nad 

zlewem,  tyle  że  z  widokiem  na  mur.  Wścieka  mnie  to,  ilekroć  myję 

naczynia.  Hm,  ładna  podłoga.  -  Potarła  o  nią  czubkiem  buta.  - 

Prawdziwa cegła? 

-  Niezupełnie.  Jest  to  coś,  nazwy  nie  pamiętam,  co  z  wyglądu 

przypomina cegłę, ale jest od niej bardziej trwałe, bardziej odporne na 

zarysowania  i  łatwiejsze  do  utrzymania  w  czystości.  Co  stanowi 

niewątpliwą  zaletę,  zważywszy  na  ilości  brudu,  jakie  zawsze  wnoszę 

na butach. Żadne wycieraczki nie pomagają. 

-  No  tak,  a  prawdziwy  kowboj  w  skarpetach  czy  kapciach  nie 

chodzi.  -  Przesunęła  palcem  po  kranie,  po  blacie,  po  drzwiach 

lodówki.  Kiedy  wreszcie  zabrakło  powierzchni  do  dotykania, 

odwróciła się i oparła plecami o szafkę. Spojrzała na Rivera, po czym 

zwilżyła wargi i wbiła wzrok w podłogę. - A co jest na górze? 

- Ty, Sophie - odparł cicho. - Tylko ty. Szkoda że jedynie w mojej 

wyobraźni. 

Zamknęła oczy i westchnęła głęboko. 

- No tak. Górę zwiedzę innym razem. Obiecałam Rebece i Emily, 

że...  że  wybiorę  się  z  nimi  do  kina.  Więc…  sam  rozumiesz.  - 

Uśmiechnęła się promiennie, ale nie był to naturalny uśmiech. 

Kiedy postąpiła krok naprzód, River ujął ją za łokieć. 

-  Powinniśmy  porozmawiać,  Soph.  Nie  możemy  tkwić  w  takim 

zawieszeniu. 

Pochyliła głowę; unikała jego spojrzenia. 

background image

- Tak. Ale najpierw chcę wiedzieć, na czym stoję. 

- Robiłaś sobie test? 

-  Nie,  nie  robiłam  żadnych  testów!  -  Spojrzała  w  sufit.  -  Tylko 

dlatego, że okres mi się... 

- Że okres ci się spóźnia? To chciałaś powiedzieć? 

Szarpnęła rękę, oswobadzając się z jego uścisku. 

-  Takie  opóźnienie  o  niczym  nie  świadczy!  Napadnięto  mnie, 

przeżyłam silny  wstrząs psychiczny. W ciągu ostatnich kilku tygodni 

w moim życiu zaszły ogromne zmiany. Zerwane zaręczyny, tamta noc 

z tobą, incydent z mamą... W stresowych sytuacjach trudno wymagać, 

aby organizm funkcjonował sprawnie. 

Starał się zachować rozsądek. 

- To prawda, ale równie dobrze możesz być w ciąży. 

- Nie, nie mogę! 

-  Możesz,  Sophie.  Nie  zaprzeczaj,  tylko  zrób  sobie  test.  Wtedy 

będziemy mieli jasność... 

Zarumieniła się po czubki uszu. 

- Jaką jasność, Riv? O jakiej jasności mówisz? Gdyby faktycznie 

okazało się, że jestem w ciąży, skąd mogłabym wiedzieć, czy ty... Czy 

naprawdę... Do diabła z tym wszystkim! Zostaw mnie, River! Daj mi 

święty spokój! 

-  Wyjdź  za  mnie,  Sophie.  Nie  odmawiaj.  Wyjdź  za  mnie.  Proszę 

cię. Nie rób żadnych testów. Co ma być, to będzie. Razem będziemy 

czekać, razem się niecierpliwić, cieszyć lub smucić... 

Potrząsnęła głową i cofnęła się o krok. 

background image

- Nie mogę, Riv. Nie mogę. 

Odwróciła się, a on pozwolił jej odejść. Znów pozwolił jej odejść. 

Ale wiedział, że nie będzie to długie rozstanie; wkrótce ją zdobędzie. 

Tak, tym razem wszystko rozegra inaczej. 

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Obserwując  przygotowania  czynione  w  Hacienda  del  Alegria, 

ktoś  mógłby  pomyśleć,  że  rodzina  Coltonów  szykuje  się  do  wesela. 

Cały jeden pokój na parterze przeznaczony był na upominki. Wzdłuż 

ścian  stały  stoły,  na  których  układano  nadchodzące  od  paru  dni 

prezenty. 

Nie były to jednak prezenty, jakie zwykle otrzymują nowożeńcy - 

tostery,  czajniki,  noże  elektryczne.  Nie,  wśród  wyeksponowanych  na 

stole  podarków  znajdowały  się  rzeczy  odpowiednie  dla  senatora 

Josepha  Coltona:  srebrna  taca,  zegar  z  wahadłem,  elegancki  zestaw 

składający  się  ze  złotego  pióra  i  pozłacanego  ołówka.  Przechodząc 

obok  przykrytych  obrusami  stołów,  Sophie  rzuciła  okiem  na  srebrną 

łyżkę  do  butów  z  wygrawerowanym  monogramem  solenizanta. 

Pokręciła z niedowierzaniem głową. Ależ ludzie miewają pomysły!  

Siodło,  które  dostarczono  wczoraj  od  pracowników  należącej  do 

Coltonów  stacji  radiowo-telewizyjnej  w  Teksasie,  sprawiło  Joemu 

ogromną  przyjemność.  „Z  życzeniami,  by  pan  przecierał  coraz  to 

nowsze  szlaki"  widniał  napis  na  doczepionej  do  siodła  białej 

karteczce.  Sophie  uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  ojca,  który 

przeczytał  kartkę,  po  czym  odłożył  ją  na  bok  z  udanym  oburzeniem 

background image

„Boże kochany, co oni myślą? Ja wcale nie przechodzę na emeryturę! 

Po  prostu  kończę  sześćdziesiąt  lat.  Co  bynajmniej  nie  napawa  mnie 

radością". 

Sophie przejęła na siebie obowiązek rozpakowywania upominków 

i  ustawiania  ich  tak,  by  jak  najpiękniej  się  prezentowały.  W 

specjalnym  zeszyciku  starannie  zapisywała,  kto  co  przysłał,  aby  po 

przyjęciu  ojciec  mógł  wysłać  listy  z  podziękowaniami.  Bawiło  ją  to 

zajęcie.  Pochłonięta  upominkami,  fizykoterapią, na którą  trzy  razy  w 

tygodniu jeździła do Prosperino, i ćwiczeniami, które sumiennie, rano 

i wieczorem, wykonywała w domu, nie miała czasu biegać do stajni. 

River nie narzucał się jej i była mu za to wdzięczna. Nie narzucał 

się,  ale  i  nie  pozwalał  o  sobie  zapomnieć.  Codziennie  przysyłał  jej 

jakiś  drobiazg.  A  to  bukiet  kwiatów  związanych  ładną  niebieską 

wstążką,  a  to  pachnące  mydełka  w  małym  wiklinowym  koszyczku. 

Raz  była  to  książka  o  kulturze  Indian  zamieszkujących  kontynent 

amerykański,  innym  razem  lizak  zapakowany  do  brązowej  torby  z 

nazwą sklepu mieszczącego się między ranczem a Prosperino, sklepu, 

do którego jeździli całymi latami właśnie po te lizaki. 

Prezenciki  zawsze  znajdowała  w  swoim  pokoju  na  łóżku. 

Usiłowała  przyłapać Rivera  na  tym,  jak  je  wnosi,  ale  ani  razu  się  jej 

nie udało; widocznie robił to o różnych porach dnia. Może czekał, aż 

ona zmięknie i przyjdzie do niego? Chociaż nie. Raczej podejrzewała, 

że sam do niej przyjdzie. W swoim czasie, gdy uzna, że jest gotów. 

Nie  była  pewna,  jak  zareaguje,  zwłaszcza  odkąd  wiedziała. 

Tamtego dnia, kiedy poprosił ją o rękę, zrobiła wreszcie test ciążowy. 

background image

Następnego  dnia  zrobiła  drugi.  Potem  trzeci  i  czwarty.  I  tak 

codziennie, dopóki wszystkich nie zużyła. 

Podeszła  do  stołu  przy  drzwiach,  na  którym  stały  dostarczone 

rano i wciąż nie rozpakowane przesyłki. Jedna z nich - przekonała się, 

biorąc  ją  do  ręki  i  lekko  potrząsając  -  była  w  wielu  drobnych 

kawałkach. Ją pierwszą Sophie rozpakowała. I rzeczywiście. Z trudem 

domyśliła  się,  że  potłuczone  szkło  tworzyło  kiedyś  kryształową 

karafkę.  W  jednym  kawałku  przetrwał  tylko  korek.  Wsunęła  pudło 

pod stół i zasłoniła obrusem. Później się tym zajmie. 

Otworzyła następne cztery pakunki. Z pierwszego wyjęła kolejną 

srebrną  tacę;  z  drugiego  oprawione  i  podpisane  zdjęcie  Joego 

Montany,  który  należał  do  ulubionych  sportowców  jej  ojca;  z 

trzeciego  ładny  komplet  kieliszków  do  wina  o  różnokolorowych 

nóżkach  i podstawkach;  z  czwartego  zaś  złoty  zegarek  kieszonkowy, 

który  miał  taką  masę  tarcz  i  wskazówek,  że  oprócz  faz  księżyca 

zapewne pokazywał również czas na Marsie. 

Cztery 

wspaniałe, 

starannie 

dobrane 

prezenty. 

Sophie 

uśmiechnęła  się.  Jej  ojciec  był  powszechnie  lubianym  i  szanowanym 

człowiekiem.  Może  te  materialne  oznaki  sympatii  od  przyjaciół  i 

współpracowników 

zdołają 

choćby 

minimalnym 

stopniu 

wynagrodzić  mu  smutki  i  kłopoty,  jakie  towarzyszą  mu  na  co  dzień. 

Szósty  pakunek  był  mały,  lecz  stosunkowo  ciężki.  Na  widok 

znajomego charakteru pisma Sophie nie potrafiła ukryć zdziwienia. 

- Chet przysłał ojcu prezent? 

background image

Z  wahaniem  otworzyła  pudełko.  Jej  oczom  ukazał  się  szklany 

przycisk  z  zatopioną  w  środku  złotą  dwudziestodolarową  monetą 

wybitą w roku narodzin Joego. Ładne i pomysłowe, pomyślała, lecz w 

stylu  Cheta:  na  pokaz.  Na  dnie  pudełka  leżała  kartka:  „Sto  lat, 

senatorze!  Żałuję,  że  nie  mogę  osobiście  złożyć  panu  życzeń,  ale 

jestem  pewien,  że  pańskie  przyjęcie  urodzinowe  okaże  się 

wydarzeniem  roku!"  Podpisał  kartkę  imieniem  i  nazwiskiem.  Wyżej 

widniała nazwa firmy: Wallace Enterprises. 

- Jeszcze nie wysechł atrament na czeku, który mu wystawiłam - 

mruknęła  Sophie,  ustawiając  przycisk  na  jednym  z  udekorowanych 

stołów - a on już kupuje prezenty na koszt firmy. 

Skarciła się w myślach za swoją podejrzliwość. Ale w głębi duszy 

wiedziała, że ma rację. Chet jak kot zawsze spadał na cztery łapy. 

Skończywszy układać prezenty,  wsunęła pudła jedno w drugie, a 

wstążki  i  opakowania  wepchnęła  do  plastikowej  torby.  Teraz  należy 

wziąć wszystko pod pachę i zanieść do pojemników na śmieci. Potem 

może się skupić na codziennej porcji ćwiczeń. 

Ponieważ  najkrótsza  trasa  wiodła  przez  patio,  Sophie  skierowała 

się  w stronę drzwi balkonowych. Wyszedłszy na zewnątrz, postawiła 

pudła  na  ziemi  i  obróciła  się,  aby  zamknąć  za  sobą  balkon.  Nagle 

usłyszała głosy.  Ktoś  wszedł do pokoju, który przed chwilą opuściła. 

Pokój  należał  do  najbardziej  nasłonecznionych  w  całym  domu.  Żeby 

się  za  bardzo  nie  nagrzewał,  Meredith  zarządziła,  aby  w  oknach 

zawieszono  żaluzje.  Żaluzje  były  zaciągnięte,  toteż  Sophie  nic  nie 

widziała. I nikt jej nie widział. 

background image

To dobrze. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać, a już zwłaszcza 

z  matką.  Zmienne  nastroje  matki,  która  w  ciągu  dosłownie  paru 

sekund  z  euforii  potrafiła  popaść  w  skrajną  rozpacz,  działały  na  nią 

przygnębiająco.  Zamierzała  zamknąć  cicho  drzwi,  tak  by  nikt  się  nie 

zorientował,  że  za  nimi  stoi,  i  wycofać  się  pośpiesznie  na  taras,  ale 

nagle, słysząc głos stryja Grahama, zamarła z ręką na klamce. 

-  Zrozum,  jeżeli  prawda  kiedykolwiek  wyjdzie  na  jaw,  on  nas 

zabije. Dobrze o tym wiesz. 

-  Co  mam  zrobić?  Rozciąć  sobie  żyłę  i  własną  krwią  podpisać 

oświadczenie?  -  spytała  gniewnie  Meredith.  -  Mówię  ci,  że  Joe 

niczego się nie dowie. Przynajmniej nie ode mnie. To ty nie potrafisz 

trzymać języka za zębami. 

-  W  porządku,  może  faktycznie  za  bardzo  się  denerwuję.  Ale 

znów zaczął przychodzić do firmy, przejawiać zainteresowanie pracą. 

Wolę,  jak  tkwi  pogrążony  w  apatii.  Wtedy  robię,  co  chcę,  a  on  do 

niczego się nie wtrąca. 

- Za brak apatii możesz  winić jego ukochaną córunię - oznajmiła 

Meredith, podchodząc do okna. 

Z obawy, by matka jej nie zobaczyła, Sophie szybko cofnęła się w 

kąt. 

-  Uparła  się,  żeby  wracać  do  domu  sama  na  piechotę.  Nic 

dziwnego, że ją napadnięto. A w Joego wstąpiła furia. Jeździł do San 

Francisco, nie odstępował Sophie na krok, jakby jego obecność mogła 

cokolwiek zmienić. Po prostu otrząsnął się z letargu. I teraz znów go 

wszystko interesuje. Dzieci, praca... 

background image

-  No  właśnie.  Jest  zupełnie  innym  człowiekiem.  Nie  byłem 

pewien,  co  spowodowało  tę  zmianę,  ale  twoje  wyjaśnienie  brzmi 

sensownie.  Po  śmierci  Michaela  Joe  oszalał  z  rozpaczy.  Winił  się  za 

śmierć  syna,  wycofał  z  interesów,  popadł  w  przygnębienie.  To  były 

najszczęśliwsze  lata  mojego  życia.  Problemy  Sophie  sprawiły,  że 

jakoś  się  ocknął,  nabrał  chęci  do  działania.  Wcale  mi  się  to  nie 

podoba. Nie chcę, żeby patrzył mi przez ramię, kontrolował wszystkie 

moje  poczynania.  Ale  nie  tego  się  boję.  Przeraża  mnie  myśl,  co 

będzie, jeżeli kiedykolwiek odkryje... 

-  Boże,  Graham,  przestań  krakać!  -  przerwała  mu  Meredith  i 

westchnęła  głośno.  -  W  drodze  do  Prosperino  stoi  przy  szosie 

podwójna  tablica  reklamowa.  Wielka,  oświetlona,  doskonale 

widoczna.  Skoro  cię  język  świerzbi,  wynajmij  ją  sobie,  po  jednej 

stronie  daj  napis  „Ja  to  zrobiłem!",  a  po  drugiej  wyjaśnienie,  co 

dokładnie zrobiłeś. Niech się świat dowie. 

- Już dobrze, nie złość się na mnie. - Na moment Graham Colton 

zamilkł.  -  Zmieńmy  temat,  co?  -  Po  paru  sekundach  ponownie  się 

odezwał:  -  Tylko  spójrz  na  te  stoły!  Aż  się  uginają!  Psiakrew,  każdy 

chce  być  najlepszy,  ofiarować  najpiękniejszy  prezent.  Co  za  lizusy! 

No  cóż,  będę  musiał  wydać  fortunę,  żeby  przebić  jego  kochanych 

przyjaciół. 

-  Oj,  Graham,  ależ  ty  jesteś  naiwny!  Joego  tak  łatwo  można 

zadowolić.  -  Głos  Meredith  ociekał  sarkazmem.  -  Po  prostu  prześlij 

czek do Hopechest Ranch. Znasz swojego brata. Wiesz, jak przejmuje 

background image

się losem tych wszystkich bękartów i wykolejeńców.  Wzruszy się do 

łez. 

-  Świetny  pomysł  -  ucieszył  się  Graham.  -  W  dodatku  suma  nie 

gra  roli,  prawda?  Bo  tego  typu  instytucje  nie  udzielają  informacji  o 

wsparciu, jakie otrzymują od prywatnych ludzi? 

Meredith parsknęła śmiechem. 

- Nie byłabym tego taka pewna, mój drogi. Raczej nastaw się na 

pięć  tysięcy  minimum.  Aha,  i  spóźniasz  się  z  czekiem  dla  mnie. 

Człowiek,  który  boi  się  wykrycia,  powinien  punktualnie  opłacać 

swoje rachunki. 

Głosy  oddalały  się,  stawały  coraz  bardziej  ciche.  Kiedy  Sophie 

wychyliła  głowę  zza  drzwi  i  zerknęła  do  pokoju,  zobaczyła,  jak  jej 

stryj wręcza matce podłużny kawałek papieru. 

-  Słyszałeś  to  stare  powiedzenie,  Graham?  -  spytała  Meredith, 

chowając  czek  do  kieszeni.  -  Tajemnica  znana  dwóm  osobom  jest 

bezpieczna tylko wtedy, gdy jedna z tych osób nie żyje. 

- Myślałem o tym, ale postanowiłem cię nie ukatrupiać. 

Meredith  odrzuciła  głowę  do  tyłu  i  ryknęła  histerycznym 

śmiechem. 

-  Oj,  Graham,  Graham.  Nie  miałbyś  odwagi.  Tobie  zawsze 

brakowało jaj. 

Po chwili wyszli do holu, zamykając za sobą drzwi.  

Sophie  wróciła  do  pokoju i  usiadła  na  najbliższym  krześle.  Nogi 

miała jak z waty. Potrząsnęła głową. Ta  wstrętna, chciwa, przebiegła 

kobieta  jest  jej  matką?  A  towarzyszący  jej  mężczyzna  stryjem 

background image

Grahamem?  O  co  chodziło?  O  czym  rozmawiali?  Jakąż  to  mają 

tajemnicę? Za co stryj płacił matce? Co, do diabła, się dzieje? 

Nerwowo  zastanawiała  się,  co  zrobić.  Pójść  do  ojca?  Nie,  bez 

sensu.  Najwyżej  mogłaby  mu  powtórzyć  to,  co  słyszała.  A  rozmowa 

matki  ze  stryjem  nie  trzymała  się  kupy.  Pójść  do  Rivera?  Też  bez 

sensu.  Po  pierwsze,  River  i  tak  nie  przepada  za  Grahamem,  a  po 

drugie,  nie  chciała  mu  znów  opowiadać  o  dziwnym  zachowaniu 

matki.  A  zatem?  Ma  puścić  wszystko  w  niepamięć?  Udawać,  że  nic 

się nie stało? 

-  Nie.  Tak  też  niedobrze  -  szepnęła,  podnosząc  się  z  krzesła. 

Wyszła na zewnątrz, gdzie zostawiła puste opakowania po prezentach. 

Podniósłszy  je,  skierowała  się  do  pojemników  na  śmieci.  -  Po 

przyjęciu.  To  tylko  kilka  dni.  Po  przyjęciu  naradzę  się  z  Riverem, 

może  z  Randem  i  Drakiem.  Porozmawiamy  z  ojcem;  może  zdołamy 

go  przekonać,  że  mama  musi  się  leczyć.  Że  potrzebuje  fachowej 

pomocy... 

 

River  siedział  na  ławce  przed  stajnią,  wpatrzony  w  swoje  ręce. 

Był  tak  skoncentrowany  na  tym,  co  robił,  że  nie  słyszał  zbliżających 

się kroków. Podniósł głowę dopiero, kiedy Rand się odezwał. 

- To łabędź? Rzeźbisz łabędzia? - spytał najstarszy syn Coltonów, 

wskazując  na  kostkę  mydła,  którą  River  strugał  nożem.  - 

Niesamowite. Masz talent, braciszku. 

- Dzięki. 

background image

River  ostrożnie  przeciągnął  nożem  po  delikatnie  wygiętej  szyi 

ptaka,  po  czym  odłożył  kostkę  na  bok.  Wolał  nie  ryzykować.  Szyja 

była  najtrudniejszym  elementem,  wymagała  maksimum  skupienia. 

Miał  nadzieję,  że  Rand  nie  wpadł  na  dłuższą  pogawędkę,  chciał 

bowiem  skończyć  rzeźbę  przed  kolacją  i  zostawić  ją  Sophie  na 

poduszce. 

- Często ostatnio bywasz w domu. Od poprzedniej wizyty minęło 

zaledwie parę tygodni... 

-  Wiem,  niby  siedzibę  mam  w  Waszyngtonie,  ale  większość 

interesów  załatwiam  w  Kalifornii.  Najpierw  pomagałem  ojcu,  potem 

dostałem  zlecenie  od  klienta  z  Los  Angeles.  Ledwo  skończyłem, 

wezwał  mnie  drugi  klient  z  Sacramento.  Wczoraj  ze  wszystkim  się 

uporałem  i  od  dziś  jestem  wolnym  człowiekiem.  Uznałem,  że  nie 

warto  tracić  czasu  na  przelot  do  Waszyngtonu,  skoro  urodziny  ojca 

obchodzimy  hucznie  już  za  parę  dni.  A  co  u  ciebie?  Jak  posuwa  się 

budowa? 

-  Świetnie.  -  River  wstał.  Zamknąwszy  scyzoryk,  schował  go  do 

kieszeni dżinsów. - Wybierasz się na przejażdżkę? 

Pytanie  było  o  tyle  uzasadnione,  że  Rand  miał  na  sobie  sprane 

dżinsy, flanelową koszulę i znoszone buty kowbojskie. 

-  A  co?  Bo  jestem  odpowiednio  ubrany?  -  Randa  ogarnęła 

wesołość.  -  Nie,  stary.  Sprzątałem  biuro,  które  wynajmuję  w 

Prosperino,  a  potem  pomyślałem,  że  nie  ma  sensu  się  przebierać, 

skoro  wybieram  się  na  ranczo.  Niby  korzystam  z  usług 

profesjonalnych sprzątaczek, ale mówię ci, nic tak nie zbiera kurzu jak 

background image

książki prawnicze. A panie sprzątaczki myją podłogi, lecz książek nie 

ruszają. 

River wyszczerzył w uśmiechu zęby. 

- Dobrze nas wychowano, no nie, Rand? Żeby sprzątać po sobie i 

nie wymagać od innych czegoś, co sami możemy zrobić. 

- To prawda. - Rand wzruszył ramionami. 

Był silnym, dobrze zbudowanym mężczyzną liczącym ponad metr 

osiemdziesiąt pięć wzrostu, o czarnych włosach i niebieskich oczach, 

bardzo  podobnym  do  Joego  sprzed  trzydziestu  lat.  Może  właśnie  to 

podobieństwo  sprawiło,  że  River  czuł  do  niego  instynktowną 

sympatię. Cieszył się, że są nie tylko braćmi, ale i przyjaciółmi. 

- Chociaż szkoda - dodał po chwili Rand. - Z tym niewymaganiem 

od innych... 

- Tak? - River skierował się w stronę niewielkiej lodówki stojącej 

tuż za drzwiami stajni. - Chciałeś wymóc coś na mnie? 

-  Owszem.  -  Rand  uśmiechnął  się  lekko  zażenowany.  -  Żebyś 

powiedział  Sophie,  że  ją  kochasz.  Ten  łabądek jest dla  niej, prawda? 

A  wcześniej  były  kwiatki,  książka,  lizak.  Inez,  stary,  nie  potrafi 

trzymać  języka  za  zębami.  Zwierza  się  córce,  Maya  zwierza  się 

Drake'owi  i  sam  rozumiesz...  Mamy  w  tym  domu  doskonały  system 

wczesnego ostrzegania. Wieści wędrują z prędkością światła. Gdybym 

poleciał  teraz  do  Waszyngtonu,  pewnie  zastałbym  stos  faksów  od 

Drake'a. To co, powiesz Sophie? 

-  Że  ją  kocham?  -  River  wyjął  z  lodówki  dwie  butelki  wody 

mineralnej.  Jedną  podał  swemu  przybranemu  bratu,  drugą  zatrzymał 

background image

dla  siebie.  -  Ona  wie,  ale  mi  nie  wierzy.  Chcę  jej  dać  czas,  żeby 

oswoiła się z tą myślą. Przez całe lata odtrącałem ją od siebie. O mało 

jej nie straciłem, kiedy zaręczyła się z Chetem. 

-  Nie  straciłeś.  Ona  go  nigdy  nie  kochała.  Wiem,  co  mówię,  bo 

specjalnie  przyleciała  do  Waszyngtonu,  żeby  ze  mną  pogadać.  Z 

Chetem  to  był  układ  czysto  zawodowy.  Może  poprzez  zaręczyny 

chciała ci coś przekazać, zmusić cię, abyś wreszcie przejrzał na oczy. 

Nie  wiem.  Podejrzewam,  że  Sophie  też  nie  do  końca  to  wie.  W 

każdym razie gotowa była zerwać z Chetem, rzucić pracę w agencji i 

wrócić do domu. Oczywiście fakt, że ty tu mieszkasz, miał niewielkie 

znaczenie.  Może  w  dziewięćdziesięciu  dziewięciu  procentach 

wpływał na jej decyzję. 

River potarł ręką szyję, po czym pchnął kapelusz głębiej na oczy. 

- Tak myślisz? 

-  Nie  myślę,  lecz  wiem  -  odparł  ze  śmiechem  Rand.  -  Hej,  ty 

jesteś  River  czy  jego  sobowtór?  Bo  River,  z  którym  się 

wychowywałem,  już  dawno  przemówiłby  Sophie  do  rozumu. 

Zabrałby ją na spacer i tak długo tłumaczył, że powinni być razem, aż 

by  mu  przyznała  rację.  A  ty  jej  rzeźbisz  łabędzie?  Trzeba  być 

brutalem, nie romantykiem. 

-  Największy  playboy  na  świecie  udziela  mi  rad?  Dzięki, 

przyjacielu. Nie potrzebuję pomocy. 

Rand uniósł ręce w geście rezygnacji. 

background image

-  W  porządku,  stary,  przepraszam.  Ale  nie  mogłem  się 

powstrzymać.  To  moja  siostra.  Muszę  dokuczać  jej  absztyfikantom. 

To mój braterski obowiązek. 

- Daj spokój, twoja uparta siostra świetnie sobie radzi bez ciebie. 

Ale  wkrótce  ulegnie  mojemu  czarowi.  Nawet  powiem  ci,  kiedy  to 

nastąpi. Zanim wzniesiemy kieliszki, aby życzyć Joemu sto lat, będzie 

po wszystkim. Do tego czasu zgodzi się zostać moją żoną. 

- Świetnie. Wasze zdrowie. - Rand podniósł butelkę do ust, zanim 

jednak pociągnął łyk, kątem oka spostrzegł skręcające w podjazd auto. 

- Co on tu robi? 

River spojrzał na samochód, po czym przeniósł wzrok na Randa, 

który stał blady jak trup, zaciskając gniewnie usta. 

-  Emmett  Fallon?  Nie  mam  pojęcia.  Może  przyjechał  omówić  z 

Joem jakieś sprawy zawodowe? A co? 

-  Nic.  Wiesz,  niby  nie  mam  powodu,  żeby  mu  nie  ufać.  Na 

żadnych kłamstwach czy oszustwach go nie przyłapałem, a jednak nie 

lubię tego faceta. Im dłużej go znam i im częściej widuję, tym mniej 

mu ufam. Zazdrości ojcu, uważa, że powinien mieć większy udział w 

zyskach.  Jest  niesamowicie  pazerny.  Gdyby  mógł,  obdarłby  ojca  ze 

skóry. 

-  Czyli  Emmett nie  należy  do  twoich  faworytów...  -  Wiedząc,  że 

Rand zamierza wyjechać tuż po przyjęciu urodzinowym Joego, River 

postanowił nie tracić czasu. 

background image

-  Nie,  ani  ten  stary  podrywacz,  ani  jego  żonka.  Jak  ona  ma  na 

imię?  Jeannie?  Nie.  Sarah?  Nie.  Beth  Ann?  Nie.  Już  wiem!  Doris! 

Chyba Doris, prawda? 

-  O  to  chodzi?  Że  ty  uwodzisz,  ale  się  nie  żenisz,  a  on  poślubia 

każdą kobietę, z którą idzie do łóżka? - River przytknął do ust butelkę 

i  pociągnął  łyk  wody.  -  Nie  wierzę.  Musiał  ci  się  jeszcze  czymś 

narazić. 

-  Niczym  konkretnym,  stary.  Ale  znam  się  na  ludziach.  Emmett 

Fallon  podlizuje  się  ojcu,  prawi  mu  komplementy,  udaje  lojalnego 

przyjaciela  i  współpracownika,  a  w  głębi  duszy  zieje  do  niego 

nienawiścią. Podobnie jak stryj Graham. W dzieciństwie ojciec przez 

pewien  czas  mieszkał  w  Waszyngtonie.  Postanowiłem  zabawić  się  w 

detektywa.  Rozmawiałem  z  różnymi  ludźmi,  zadawałem  pytania. 

Dowiedziałem  się  co  nieco  o  jego  rodzicach  i  naszym  kochanym 

Grahamku. 

-  Serio?  -  River  usiadł  z  powrotem  na  ławce  i  nadstawił  uszu. 

Ciekaw  był  wszystkiego,  co  Rand  ma  do  powiedzenia  zarówno  na 

temat Fallona, jak i Grahama Coltona. 

- Tak, serio - odparł z uśmiechem Rand. - To co, mówić dalej? 

- Jak chcesz. - River wzruszył ramionami. 

-  Dobra,  ale  nie  będę  się  wdawał  w  szczegóły.  Ojciec  Joego, 

Teddy  Colton,  był  prawnikiem  w  Waszyngtonie.  Wcale  nie 

najlepszym,  ale  uwielbiał  życie  towarzyskie,  więc  miał  mnóstwo 

przyjaciół.  Ożenił  się  z  kobietą  o  imieniu  Kay,  która  pochodziła  z 

rodziny bogatej, choć stojącej znacznie niżej  w hierarchii społecznej. 

background image

To dziadkowi nie przeszkadzało. Chciał mieć pieniądze, żeby móc żyć 

tak, jak - jego zdaniem - na to zasługiwał. 

- Każdy by tak chciał. 

-  No  pewnie.  W  każdym  razie  Teddy'emu  i  Kay  urodził  się  syn 

Joe, a pięć lat później drugi syn Graham. Powinni byli poprzestać na 

jednym,  ale...  Któregoś  dnia  Teddy,  który  lubił  sobie  wypić,  zabrał 

Kay,  która  również  lubiła  wypić,  na  przyjęcie.  W  drodze  powrotnej 

rozbili  się  na  drzewie.  Osieroceni  chłopcy  trafili  do  domu  swoich 

bogatych  dziadków,  rodziców  zmarłej  mamusi.  Ale  dziadkowie  nie 

chcieli,  żeby  Joe  z  nimi  mieszkał,  bo  z  wyglądu  za  bardzo 

przypominał  im  zięcia,  który  po  pijanemu  wjechał  na  drzewo  i  zabił 

ich córkę. Więc zostawili sobie młodszego Grahama, a Joego odesłali 

do Kalifornii. Do kumpla Teddy'ego z wojska, Jacka McGratha. 

River uniósł rękę, przerywając Randowi monolog. 

-  Tę  część  historii  znam.  Joe  poczuł  się  odrzucony,  lecz  pobyt  u 

McGrathów  okazał  się  najlepszą  rzeczą,  jaka  go  w  życiu  spotkała. 

Jack i Maureen przyjęli go pod swój dach i otoczyli opieką, mimo że 

mieli  gromadkę  własnych  dzieci,  a  do  bogatych  nie  należeli.  Dzięki 

nim  wyrósł  na  porządnego  człowieka.  A  ja  dzięki  nim  trafiłem  do 

waszej  rodziny.  Bo  Joe  postanowił  odwdzięczyć  się  za  ich  dobroć, 

ofiarując dom innym sierotom. Nie znam jednak historii Grahama. 

Rand wypił do końca wodę, zgniótł butelkę i cisnął do kosza. 

-  Biedny  Graham.  I  biedni  jego  dziadkowie.  Wzięli  nie  tego 

wnuka, co trzeba. Graham był rzeczywiście podobny do ich córki, ale 

charakterek  miał  swojego  ojca.  To  po  pierwsze,  a po  drugie, po paru 

background image

latach  staruszkowie  stracili  majątek,  zostali  bez  grosza.  Co  wtedy 

zrobił ich kochany wnuk? Porzucił ich. Przypomniał sobie o starszym 

bracie, z którym  wcześniej nie utrzymywał kontaktu, a który  właśnie 

zaczął świetnie prosperować. 

- I Joe przyjął go z otwartymi ramionami - dokończył River. - W 

myśl zasady: co moje, to i twoje. Zgadłem? 

- Zgadłeś. - Rand wykrzywił się z niesmakiem. - Podobnie sprawa 

wygląda  z  Emmettem  Fallonem.  Kiedyś  przed  laty  współpracowali 

przy  wydobywaniu  ropy.  Teraz  Emmett  uważa,  że  należy  mu  się 

udział  we  wszystkich  spółkach  wchodzących  w  skład  Colton 

Enterprises.  W  kopalniach,  w  mediach,  we  wszystkim.  Nasz  ojciec 

Riv, ma jedną podstawową wadę. Jest zbyt porządnym, zbyt dobrym i 

stanowczo zbyt ufnym człowiekiem. 

- Staram się mieć go na oku - powiedział River, również rzucając 

pustą  butelkę  do  kosza  na  śmieci.  -  Wszyscy  tu  pilnujemy,  aby  nie 

stała mu się żadna krzywda. 

-  Wiem,  przyjacielu.  -  Rand  objął  brata  ramieniem  i  uściskał 

serdecznie.  -  Dlatego  chciałem  z  tobą  pogadać  i  dlatego  trzymam 

kciuki,  aby  Sophie  przyjęła  twoje  oświadczyny.  Nie  poddawaj  się, 

słyszysz? 

- Nie mam zamiaru - odparł River, siadając z powrotem na ławce. 

Po  chwili  podniósł  łabędzia,  który  wymagał  kilku  drobnych 

poprawek.  Rand  pożegnał  się,  mówiąc,  że  musi  zajrzeć  do  Joego, 

sprawdzić,  czy  Emmett  przypadkiem  nie  usiłuje  czegoś  od  niego 

wyłudzić.  River  skinął  głową:  tak,  ostrożność  nie  zawadzi.  Wyjął  z 

background image

kieszeni scyzoryk, wyciągnął ostrze i zaczął skrobać cienkie mydlane 

wiórki. Wiedział, że  łabędź będzie piękny, że  Sophie ucieszy się, tak 

jak z innych podarków. 

A  potem,  już  niedługo,  nadejdzie  wielki  dzień.  Dzień,  w  którym 

zjadą  się  goście  zaproszeni  na  przyjęcie  z  okazji  sześćdziesiątych 

urodzin  Joego.  Dzień,  w  którym  on  i  Sophie  rozpoczną  nowe 

szczęśliwe życie. Dzień, który na zawsze pozostanie w ich pamięci. 

 

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Od  rana  świeciło  słońce,  więc  wszyscy  odetchnęli  z  ulgą,  choć 

prawdę  mówiąc,  nikomu  nawet  nie  przyszło  do  głowy,  że  w  dniu 

urodzin  Joego  Coltona  mógłby  padać  deszcz.  Po  pierwsze,  w 

Kalifornii w ogóle rzadko pada, a po drugie, było nie do pomyślenia, 

żeby przyjęcie odbywało się w strugach deszczu! 

Inez  i  jej  pomocnica  Nora  Hickman  pracowały  bez  chwili 

wytchnienia.  Owszem,  przyrządzały  posiłki  dla  domowników,  ale  od 

kilku dni przeganiały z kuchni każdego, kto odważył się tam zajrzeć. 

Na dziecińcu i w ogrodzie ustawiono trzy  wielkie namioty. Fontanna 

lśniła,  migotały  zawieszone  na  drzewach  światełka,  w  powietrzu 

unosił  się  zapach  kwiatów.  W  ogromnym  salonie  wzniesiono 

specjalne  podwyższenie  dla  orkiestry;  drugie  podwyższenie  -  dla 

drugiej  orkiestry  oraz  dla  mówców,  którzy  będą  chcieli  wygłosić 

przemówienie do jubilata - zbudowano na dziedzińcu. 

Poprzedniego  dnia  przyleciała  z  Paryża  ciotka  Joego,  cudownie 

ekscentryczna,  osiemdziesięcioośmioletnia  Sybil,  która  natychmiast 

background image

zażądała, aby  w całym domu rozstawiono popielniczki. Albo  rodzina 

pozwoli jej palić, albo wsiada w następny samolot i wraca do Francji. 

-  Gdyby  nie  seks  i  papierosy,  nie  miałabym  w  życiu  żadnych 

przyjemności  -  oznajmiła  staruszka,  mrugając  porozumiewawczo  do 

Sophie. 

Sophie  znalazła  kilka  popielniczek.  Potem  odszukała  ogrodnika 

Marca i poprosiła go, żeby do  wszystkich pokoi dostarczył  wazony z 

kwiatami; Meredith bowiem  zarządziła,  by  kwiaty  stały  wyłącznie  w 

jej  pokoju.  W  końcu  ustaliła  z  Inez,  aby  przygotowano  poczęstunek 

dla  dziennikarzy  i  fotografików  obsługujących  przyjęcie  -  pamiętała 

ze  wstydem,  że  poprzednim  razem  Meredith  po  macoszemu 

potraktowała przedstawicieli mediów. 

Wreszcie wszystko było gotowe. Inez upiekła gigantyczny tort na 

trzysta osób, ludzie z firmy cateringowej krążyli po domu i ogrodzie, 

rozstawiając  stoły  i  krzesła.  Solenizant  narzekał,  że  musi  włożyć 

smoking,  a  żona  solenizanta  od  trzech  godzin  siedziała  zamknięta  w 

swoim pokoju z fryzjerem oraz przywiezioną przez niego wizażystką. 

Jeszcze  dwie  godziny  i  zjadą  się  wszyscy  zaproszeni  goście.  Po 

sześciu  lub  siedmiu  godzinach  zaczną  się  żegnać  i  rozjeżdżać  do 

domów.  Tyle  pracy,  tyle  przygotowań,  kilka  godzin  zabawy,  a 

potem... 

No  właśnie,  co  potem?  Rand  wróci  do  Waszyngtonu,  Drake 

wyjedzie  gdzieś  z  jakąś  tajemniczą  misją.  Amber  już  ogłosiła,  że 

nazajutrz  rano  wybiera  się  z  przyjaciółmi  w  tygodniową  podróż. 

Emily oczywiście zostanie, Rebeka będzie od czasu do czasu wpadać 

background image

z  wizytą.  A  przybrane  rodzeństwo?  Chance,  który  zajmował  się 

sprzedażą  sprzętu  rolniczego,  znów  ruszy  w  objazd  stanu.  Tripp, 

wzięty pediatra, podejmie na nowo praktykę. Wyatt razem z Randem 

poleci  do  Waszyngtonu  -  obaj  pracowali  w  tej  samej  firmie 

prawniczej.  A  syn  Emmetta,  Blake  Fallon,  który  przed  wieloma  laty 

uciekł  z  domu  i  zamieszkał  na  ranczu  Coltonów,  pewnie  będzie 

zaglądał  raz  na  tydzień,  nie  częściej,  bo  prowadzenie  sierocińca  w 

Hopechest wypełniało mu każdą wolną chwilę. 

Czyli  poza  rodzicami  i  Emily  w  Hacienda  del  Alegria  zostanie 

tylko  River  James.  Może  wkrótce  przeprowadzi  się  do  własnego 

domu,  ale  ten  dom  znajdował  się  zaledwie  o  rzut  kamieniem  od 

siedziby  Coltonów  i  od  niej,  Sophie,  która  też  nigdzie  nie  wyjeżdża. 

Chociaż... mogłaby skorzystać z zaproszenia ciotki Sybil i przez kilka 

miesięcy  pomieszkać  w  Paryżu.  Była  to  kusząca  propozycja. 

Zamierzała napisać książkę poświęconą Hopechest; może we Francji, 

z dala od rodziny, łatwiej byłoby jej zacząć? 

Ciekawe,  jak  by  się  River  zachował?  Czy  próbowałby  ją 

powstrzymać?  Czy  prosiłby,  by  została?  Przedtem  nigdy  nie 

protestował, gdy znikała z jego życia. 

-  Kwiaty,  Sophie  -  rzekła  Maya  Ramirez,  wchodząc  do  pokoju. 

Była prawie niewidoczna za ogromnym bukietem składającym się co 

najmniej z trzech tuzinów długich czerwonych róż. 

- O rany! - zawołała Sophie, biorąc od Mayi ciężki wazon. - Jakie 

piękne! Twój ojciec je wyhodował? 

W ciemnych oczach Mayi rozbłysły wesołe iskierki. 

background image

- Bez przesady. Tata zna się na kwiatach, ale aż tak dobry to nie 

jest.  Poza  tym,  gdyby  wyhodował  tak  wspaniałe  róże,  nikomu  nie 

pozwoliłby ich ściąć. Gdzieś tu jest karteczka... - Wskazała małą białą 

kopertę  ukrytą  między  pąkami.  -  Muszę  lecieć.  Mama  przeżywa 

załamanie  nerwowe,  co  znaczy,  że  wszystko  jest  zapięte  na  ostatni 

guzik i nie ma czym się zająć. Nie zapomnij, Soph, że o szóstej, zanim 

przybędzie  reszta  gości,  przewidziana  jest  uroczysta  kolacja  dla 

najbliższych.  Przyjechał  już  senator  Howard;  razem  z  jubilatem 

właśnie napoczęli pudełko cygar od kongresmana Blakely'ego. Mama 

oczywiście narzeka, że zasmrodzą cały dom... 

Sophie  postawiła  wazon  na  toaletce  i  sięgnęła  po  biały  kartonik. 

Na  kopercie  widniało  tylko  jej  imię;  w  środku  na  podłużnym 

kartoniku  niewiele  więcej:  „Pytałaś,  co  jest  na  górze.  Przyjdź  i 

zobacz". 

-  Dziś?  -  spytała  na  głos.  -  Krąży  jak  widmo,  zasypując  mnie 

prezentami, i nagle wyskakuje z zaproszeniem? 

Kąciki  warg  jej  zadrżały,  po  chwili  rozciągnęła  usta  w  szerokim 

uśmiechu. Czemu nie? Zdąży obrócić. Kolano miała na tyle sprawne, 

że  mogła  normalnie  prowadzić  samochód.  Prysznic  już  wzięła,  musi 

się tylko ubrać. Inez nie potrzebuje jej pomocy. Hmm. Korciło ją... 

- Szlag by cię trafił, River! 

Wciągnęła  przez  głowę  prostą  czarną  sukienkę,  po  czym 

poprawiła ręką fryzurę, usiłując nadać jej poprzedni kształt. Następnie 

pociągnęła usta szminką i krytycznym okiem przyjrzała się bliźnie na 

lewym policzku. Należy ją starannie przypudrować... 

background image

- E tam! - mruknęła, uśmiechając się do swojego odbicia. - Kto by 

się  przejmował?  Nie  ja!  -  I  rzeczywiście;  było  jej  zupełnie  wszystko 

jedno, czy blizna jest widoczna czy nie. - Jak się komuś nie podoba, to 

niech nie patrzy. 

-  Sophie!  -  zawołała  Emily,  zauważywszy,  jak  siostra  biegnie 

przez  salon.  -  Ciocia  Sybil  mówi,  że  brakuje  na  zewnątrz 

popielniczek. Co mam zrobić? 

- Powiedz, żeby zaczęła żuć tytoń! Wtedy wystarczy splunąć byle 

gdzie!  -  rzuciła  przez  ramię  Sophie.  Z  haczyka  przy  drzwiach 

chwyciła kluczyki samochodowe. 

- Splunąć...? Ależ... 

Emily obejrzała się za siebie, lecz Sophie już nie było. Wytężyła 

słuch.  Przez  moment  słyszała  odgłos  kroków  na  żwirowym 

podjeździe, a potem charakterystyczny pisk opon. 

 

-  Stoimy  w  miejscu,  prawda,  Martho?  -  spytała  Louise  Smith.  - 

Wiemy,  że  moja  babka  miała  na  imię  Sophie.  Wiemy,  że  widziałam 

siebie  w  ogrodzie.  A  właściwie,  że  widziałam  dwie  Louise.  Od 

pewnego  czasu  nie  posunęłyśmy  się  naprzód...  Dlaczego  chcesz 

zrezygnować z hipnozy? 

Martha  Wilkes  odłożyła  notes,  w  którym  zapisywała  swoje 

spostrzeżenia, i popatrzyła Louise prosto w oczy. 

-  Dobrze  wiesz  dlaczego  -  odparła.  -  Z  powodu  bólów  głowy. 

Tych strasznych migren, na które cierpisz. 

- Bóle głowy dawniej też miewałam. 

background image

- Codziennie? Chyba nie. Posłuchaj, Louise. Dobrze, że internista 

przepisał  ci  coś,  co  skutkuje,  ale  to  są  bardzo  silne  leki.  Nie  chcę, 

żebyś  się  nimi  truła.  Jesteś  coraz  chudsza,  śnią  ci  się  w  nocy 

koszmary. To naprawdę nie ma sensu. Hipnoza za bardzo cię stresuje. 

Jako  psycholog  i  jako  twoja  przyjaciółka  uważam,  że  trzeba 

przystopować. Przynajmniej dopóki migreny nie ustaną. 

Louise z trudem powstrzymała łzy. 

- Tak bardzo chciałam znów zobaczyć tę dziewczynkę, ale Patsy... 

ona  mnie  odpycha,  przysłania  mi  obraz.  To  dziwne  uczucie.  Mam 

wrażenie,  jakbym  siedziała  w  kinie  i  oglądała  siebie  na  ekranie. 

Jakbym  jednocześnie  była  aktorem  i  widzem.  -  Potrząsnęła  głową.  - 

Boże, jak strasznie tęsknię za tą małą. 

 

Z  okna  sypialni  River  dojrzał  nadjeżdżający  samochód.  Wolnym 

krokiem ruszył na dół po schodach, wmawiając sobie, że wcale się nie 

denerwuje,  że  serce  mu  nie  łomocze,  a  pot  nie  spływa  po  plecach. 

Podniósł rękę do czarnej jedwabnej muszki, z którą męczył się przez 

dwadzieścia minut, zanim udało mu się ją prosto zawiązać.  

Ostatni raz występował w smokingu, kiedy towarzyszył Sophie na 

balu  maturalnym.  W  pożyczonym  smokingu,  pożyczonej  krawatce 

pod  szyją  i  pożyczonych  skórzanych  butach,  które  skrzypiały  przy 

każdym kroku.  

Teraz  był  właścicielem  smokingu,  właścicielem  czarnych 

onyksowych spinek i właścicielem lśniących skórzanych butów, które 

-  zważywszy  na  cenę  -  nie  miały  prawa  skrzypieć.  Całkiem 

background image

nieskromnie uważał, że śnieżnobiała koszula niezgorzej się prezentuje 

na  tle  jego  opalonej  skóry.  Przez  moment  wahał  się,  co  zrobić  z 

włosami; po namyśle związał je cienkim czarnym rzemykiem.  

Choć  elegancko  ubrany,  w  niczym  nie  przypominał  Cheta 

Wallace'a. Zresztą, ku jego zdziwieniu, strój wcale mu tak bardzo nie 

przeszkadzał;  zresztą  trudno,  aby  codziennie,  niezależnie  od  okazji, 

paradował w spranych dżinsach i zakurzonych kowbojskich butach. 

Usłyszał,  jak  samochód  zatrzymuje  się  przed  domem. 

Policzywszy  w  myślach  do  dziesięciu,  otworzył  drzwi,  akurat  gdy 

Sophie zbliżała się do werandy. 

-  Wyglądasz  przepięknie  -  rzekł,  patrząc,  jak  ostrożnie  podciąga 

suknię, aby jej nie przydeptać. 

-  Wyglądam  tak,  jakbym  wystroiła  się  w  dwie  minuty.  I  mniej 

więcej tyle mi to zajęło. - Podniosła wzrok; na jej twarzy pojawił się 

wyraz  oszołomienia.  -  Boże...  -  szepnęła.  -  Nie  wierzę...  nie  wierzę 

własnym oczom. 

- Co? Aż tak źle? 

Potrząsnęła głową, po czym z trudem przełknęła ślinę. 

- Przeciwnie, wyglądasz bosko, jakbyś miał zamiar zdeprawować 

połowę  żeńskiej  populacji.  -  Uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Wiesz, 

najbardziej  podobał  mi  się  łabędź.  Może  dlatego,  że  sam  go 

wyrzeźbiłeś. 

Wyciągnął do niej rękę. 

- Chodź, Sophie. Chodź ze mną na górę. 

background image

-  Bałam  się,  że  nigdy  mnie  nie  zaprosisz  -  powiedziała  cicho  i 

mijając go, weszła do środka. 

 

Meredith przekręciła głowę  w  lewo,  w prawo, potem  w lusterku, 

które  Frank  trzymał,  obejrzała  misternie  upięty  kok  pełen 

fantazyjnych pukli i loków. 

-  Idealnie.  Po  prostu  idealnie,  Frank  -  pochwaliła  mistrza 

grzebienia. - Jesteś geniuszem. 

-  Nie  bez  znaczenia  jest  osoba,  którą  czeszę  -  rzekł  fryzjer, 

chowając lusterko do bocznej kieszeni płóciennej torby. - O loki może 

się  pani  nie  martwić.  Ten  lakier  jest  świetny.  Mocno  trzyma,  ale  nie 

skleja  włosów.  Zresztą  zostawię  go  pani.  -  Postawił  pojemnik  na 

toaletce. - Przekona się pani, jakie to cudo. 

- Dziękuję, Frank. 

Meredith wstała z fotela i zsunęła jedwabną pelerynę w lamparcie 

wzory, którą Frank na czas pracy okrył jej ramiona. Pod spodem miała 

na  sobie  różową  suknię  w  jaskrawozielone  pasy  sięgającą  ziemi, 

rozciętą  od  dołu  do  połowy  uda,  a  od  góry  niemal  po  pępek.  Długie 

rękawy jakby jeszcze bardziej podkreślały głębokość dekoltu. 

Podniosła z toaletki złoty naszyjnik wysadzany brylantami, który 

Joe podarował żonie z okazji dwudziestej rocznicy ślubu, i bez słowa 

podała  go  Frankowi,  nastawiając  szyję.  Następnie  wsunęła  do  uszu 

jednokaratowe brylantowe kolczyki. 

- Jak wyglądam? - Obróciła się wokół własnej osi. 

background image

Frank  pociągnął  długi,  luźno  skręcony  lok  opadający  wzdłuż  jej 

policzka. 

- Jak marzenie. Nic dodać, nic ująć. 

-  A  ja  bym  dodała.  Po  kolejnym  karaciku!  -  oznajmiła  ze 

śmiechem  Meredith,  po  czym  wyjęła  z  szuflady  kilka  studolarowych 

banknotów. Ocierając się o Franka, wsunęła mu pieniądze do kieszeni 

koszuli.  -  A  teraz  zmykaj. Muszę  wypić kilka  martini, bo inaczej nie 

wysiedzę przy stole. 

Tak  jak  tego  po  nim  oczekiwano,  Frank  błysnął  zębami  w 

uśmiechu  i  zaczął  pośpiesznie  zbierać  grzebienie.  Po  chwili, 

skinąwszy  głową  na  wizażystkę,  która  nie  mając  nic  do  roboty, 

piłowała sobie paznokcie, ruszył w stronę drzwi. 

Meredith została sama. Nareszcie! Ponownie wyciągnęła szufladę. 

Tym  razem  wydobyła  cienką  szklaną  fiolkę.  W  środku  był 

przezroczysty płyn. 

-  Cholerna  sukienka  -  mruknęła,  poklepując  się  po  biodrach.  - 

Gdzie ja, do diabła, mam to wsadzić? - Popatrzyła na swoje odbicie w 

lustrze. - Nie tam, gdzie zazwyczaj chowa się drobiazgi, bo tego, w co 

się je chowa, nie mam na sobie. 

Marzyła o drinku, ale wiedziała, że najpierw - na trzeźwo! - musi 

rozwiązać problem fiolki. 

-  Do  torebki?  Bez  sensu  -  ciągnęła  monolog.  -  We  własnym 

domu, na własnym przyjęciu, gospodyni nie chadza z torebką w ręku. 

Zostawić  w szufladzie?  Zbyt ryzykowne. Mogę nie mieć czasu, żeby 

zajrzeć tu przed toastem. Psiakość! 

background image

Nagle  utkwiła  spojrzenie  w  pojemniku  z  lakierem  do  włosów. 

Hm, może się uda! Frank powiedział, że nic nie zburzy jej fryzury, ani 

prawdziwych loków, ani tych doczepionych. Usiadłszy przed lustrem, 

sięgnęła  po  leżące  na  toaletce  spinki.  Uniosła  skręcony  kosmyk, 

owinęła  nim  fiolkę,  po  czym  zabezpieczyła  ją  trzema  prawie 

niewidocznymi spinkami. 

Ponownie  spojrzała  na  swoje  odbicie  w  lustrze.  Doskonale,  ale 

ostrożności nigdy nie za  wiele. Na  wszelki wypadek spryskała włosy 

lakierem, odczekała chwilę i potrząsnęła głową. 

- Masz rację, Frank. Ten lakier rzeczywiście jest świetny. 

 

-  Naprawdę  sam  to  wszystko  zrobiłeś?  -  spytała  Sophie, 

rozglądając się dookoła. 

Leżała na środku ogromnego łóżka. River leżał obok, wsparty na 

łokciu, i też rozglądał się po pokoju. Drewniane podłogi, seledynowa 

tapeta  na  ścianach,  w  oknach  białe  muślinowe  zasłony.  No  i  meble: 

dziewiętnastowieczna toaletka z drewna wiśniowego, którą wypatrzył 

w  Prosperino,  komoda,  którą  sam  zbudował,  sekretarzyk  z 

miedzianymi  okuciami,  który  -  jak  podejrzewał  -  przypadnie  Sophie 

do gustu, i oczywiście wielkie małżeńskie łoże z białą narzutą w polne 

kwiaty. 

- Podoba ci się? 

-  Co,  takie  ohydztwo?  -  spytała,  trącając  go  żartobliwie  w  bok.  - 

Nie  bądź  śmieszny!  Jestem  oczarowana.  A  nie  przyszło  ci  do  głowy, 

background image

że tylko dlatego się  z tobą kochałam? Bo tak bardzo zachwycił mnie 

ten pokój? 

-  E  tam!  Nie  dałabyś  się  przekupić.  -  Pogładził  ją  czule  po 

ramieniu. - Zresztą przyjechałaś tu nie z powodu pokoju, ale dlatego, 

że wzruszył cię łabądek. 

-  To  prawda.  -  Przekręciwszy  się  na  bok,  ujęła  go  za  rękę.  - 

Powiedz: kochasz mnie? 

- Kochasz mnie? - powtórzył i bojąc się, że go zaatakuje, szybko 

przygniótł  ją  swoim  ciałem.  -  Kochasz  mnie,  a  ja  kocham  ciebie.  I 

będę kochał przez następny milion lat. 

Pogłaskała go po policzku. 

- Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Tyle straconego czasu... 

-  Przez  ciebie,  złotko.  -  Pocałował  ją  w  czubek  nosa.  -  Bo  ja 

jestem... jak to powiedziałaś? Najwspanialszy? 

-  Och,  bez  przesady.  Tak  mi  się  tylko  wypsnęło.  -  Uśmiechnęła 

się.  -  Ale  wiem,  do  czego  zmierzasz.  Chcesz,  żebyśmy  przeszłość 

puścili w niepamięć i skoncentrowali się na przyszłości. Zgadłam? 

-  Nie  chcę  nic  puszczać  w  niepamięć,  Sophie  -  szepnął.  - 

Oczywiście,  że  wolę  pamiętać  rzeczy  dobre  niż  złe,  ale  wszystko 

złożyło się na to, że jesteśmy tu teraz razem. I radości, i smutki. 

- Jesteś niesamowity, wiesz? 

- Znów ci się wypsnęło? 

Parsknęła śmiechem; po chwili spoważniała. 

- Nie spytasz, River? 

- O co? - Delikatnie kąsał ją w szyję. 

background image

Zamknęła oczy, rozkoszując się dotykiem jego warg. 

- O test. Czy sobie zrobiłam. Nie jesteś ciekaw? 

-  Nie.  -  Podniósł  głowę.  -  A  wiesz  dlaczego?  Bo  wynik  nie  ma 

znaczenia.  Kocham  cię  i  pragnę  cię  poślubić.  Jutro,  dziś,  jak 

najszybciej.  Dziecko  nie  wpłynie  na  moją  decyzję.  Liczysz  się  tylko 

ty. 

-  Och, Riv.  -  Zamrugała  oczami,  usiłując pozbyć  się  łez.  -  Ja też 

cię kocham. I dlatego ci powiem. Zrobiłam test i wyszło, że... 

Przyłożył palec do jej ust. 

- Później - szepnął. 

Dopiero  kiedy  skinęła  głową,  cofnął  dłoń,  a  na  miejsce  palca 

przytknął  wargi.  Nie  dotarli  na  zaplanowaną  przed  przyjęciem 

uroczystą  kolację  dla  rodziny.  Najpierw  znów  się  kochali,  potem 

przez kwadrans chodzili na czworakach, szukając onyksowych spinek 

do mankietów. 

-  Spóźniliście  się  -  powiedział  Rand,  kiedy  w  końcu  dojrzał 

Rivera  przy  barze  w  ogrodzie.  -  Założyłem  się  z  Drakiem  o  pięć 

dolców, że ogłosicie dziś z Sophie swoje zaręczyny. I co, wygram? 

-  Trzeba  było  założyć  się  o  dziesięć  -  odparł  River,  uśmiechając 

się od ucha do ucha. 

W  jednej  ręce  trzymał  szklankę  piwa,  w  drugiej  szklankę 

oranżady  -  nie  liczył,  że  w  barze  znajdzie  mleko.  Zresztą  Sophie 

nikomu nie chciała na razie mówić o ciąży. Obiecał jej, że zachowa tę 

radosną  nowinę  w  tajemnicy,  podejrzewał  jednak,  że  długo  nie 

background image

podoła,  bo  rozpierało  go  szczęście.  On,  którego  wszyscy  uważali  za 

samotnika, przestanie nim być. Wkrótce będzie miał rodzinę... 

- Poczekamy, aż skończą się toasty i dopiero wtedy ogłosimy, że 

zamierzamy się pobrać. 

-  Świetnie,  stary.  -  Rand  silnie  klepnął  Rivera  w  plecy.  - 

Wiedziałem, że można na ciebie liczyć. Gratulacje. 

Sophie  stała  koło  syna  Grahama,  Jacksona,  i  obserwowała 

krzątaninę  przed  ustawioną  w  ogrodzie  sceną.  Gwiazdy  lśniły  na 

niebie,  powietrze  pachniało  kwiatami,  a  po  dziedzińcu  krążyli 

elegancko ubrani goście. 

- W tym jaskrawym stroju wyróżnia się pośród tłumu, prawda? - 

Jackson wskazał kieliszkiem w stronę Meredith. 

- Zdecydowanie - przyznała Sophie. 

Nagle  zauważyła,  jak  matka  nerwowym  ruchem  podnosi  rękę  do 

czoła i przygładza loki. Czyżby rozbolała ją głowa? Może powinna do 

niej podejść, spytać, czy  wszystko w porządku? Ale zanim wykonała 

krok, zobaczyła przy swoim boku Cheyenne James. 

-  Mój  braciszek  wygląda  dziś  wyjątkowo  urodziwie  -  oznajmiła 

Cheyenne, mrugając do Jacksona. - I promienieje radością. Trochę jak 

Sophie. Nie sądzisz, Jackson? 

Jackson zmarszczył zdezorientowany czoło. 

- Czyżby mnie coś ominęło? - spytał. 

Obie  kobiety  wybuchnęły  śmiechem.  Po  chwili  dołączył  do  nich 

River. 

background image

-  Cześć,  siostrzyczko  -  powiedział,  cmokając  Cheyenne  w 

policzek. - Co was tak cieszy? 

- Ty - odparła Cheyenne. -  I niech ci się nie zdaje, że coś przede 

mną ukryjesz, bo czytam w twoich myślach. - Przeniosła spojrzenie na 

Jacksona. - Kotku, może byśmy się czegoś napili, co? O, jest Rebeka! 

Muszę  z  nią  pogadać.  Jackson,  bądź  tak  miły  i  skombinuj  mi  coś 

zimnego. Będę tam, z Rebeką. 

-  Dlaczego  pozwalam,  żeby  one  wodziły  mnie  za  nos?  -  spytał 

Jackson, 

odprowadzając 

Cheyenne 

wzrokiem. 

Jej 

długie, 

kruczoczarne  włosy  kołysały  się  zmysłowo  przy  każdym  kroku.  - 

Sympatyczna  dziewczyna.  Dlaczego  nikt  mi  jej  wcześniej  nie 

przedstawił? 

- Dlatego, że pracujesz dwadzieścia sześć godzin na dobę, dbając 

o interesy Coltonów - odparła Sophie. - A Cheyenne potrafi czytać w 

myślach, prawda, Riv? 

- Prawda. Ma duże zdolności telepatyczne. 

Jackson obejrzał się przez ramię, ale Cheyenne zniknęła w tłumie. 

- Jeśli jest, jak twierdzicie, będzie wiedziała, że poszedłem spełnić 

jej  życzenie.  Chyba  lepiej,  żebym  skorzystał  z  barku  w  gabinecie 

Joego?  Bo  tu  w  ogrodzie  trudno  będzie  dopchać  się  do  lady,  a  zaraz 

zaczną się przemówienia... 

River wziął Sophie za rękę i podeszli bliżej sceny. 

- Twoja mama wygląda rewelacyjnie. 

Sophie wspięła się na palce, usiłując dojrzeć matkę, ale ni stąd, ni 

zowąd widok zasłonił jej Emmett Fallon. 

background image

-  Przepraszam,  nie  zauważyłem  cię,  Soph.  Muszę  napełnić 

kieliszek. Zaraz zaczną się toasty... 

Oddalił  się  pośpiesznie  w  stronę  drzwi,  za  którymi  zniknął 

Jackson. 

- Kretyn - mruknął pod nosem River. - Jak się czujesz, mamuśku? 

-  Dobrze  -  odparła  Sophie.  -  Ale  jak  jeszcze  raz  nazwiesz  mnie 

mamuśką, to pożałujesz. - Cmoknęła go w policzek. - Boże, istny dom 

wariatów.  Mama  zaprosiła...  Spójrz,  Riv!  Tata  wchodzi  na  scenę. 

Razem z mamą. Myślisz, że będzie przemawiał? 

- Chyba tak. Meredith trzyma dwa kieliszki szampana. Podejdźmy 

bliżej. 

Meredith, 

oświetlona 

blaskiem 

reflektorów, 

wyglądała 

przepięknie.  W  pewnej  chwili  podała  mężowi  kieliszek  złocistego 

płynu, potem podniosła rękę do włosów i przygładziła je, uśmiechając 

się promiennie. 

- Czekamy, solenizancie! - zawołał ktoś z tłumu. 

Wszyscy zaczęli klaskać. 

- Starczy, kochani, starczy - uciszył zebranych Joe. 

Sophie  słuchała  ojca  ze  wzruszeniem.  A  to  zażartował,  a  to 

zadrwił  z  samego  siebie,  to  znów  mówił  poważnie.  Na  koniec 

podziękował gościom za przybycie. 

-  Kto  wie,  może  w  tej  sytuacji  dożyję  sześćdziesiątych  piątych 

urodzin? 

- Sto sześćdziesiątych piątych! 

Sophie odwróciła się. Rand puścił do niej oko. 

background image

- Słyszysz, tato? Sto sześćdziesiątych piątych! 

Joe wybuchnął śmiechem i wzniósł toast. 

- W porządku. Niech i tak będzie. 

Sophie  przysunęła  szklankę  do  ust  i  popatrzyła  na  Rivera,  kiedy 

nagle  powietrzem  wstrząsnął  huk.  Odruchowo  spojrzała  na  scenę  i 

zobaczyła,  jak  Joe  osuwa  się  na  ziemię,  jedną  ręką  obejmując 

Meredith. 

- Tato! - wrzasnęła Sophie i trzymając Rivera za rękę, przeciskała 

się przez zdezorientowany tłum. - Tatusiu! 

 

W  małej,  ciemnej  sypialni  w  Missisipi  Louise  Smith  poderwała 

się  na  łóżku,  przycisnęła  ręce  do  policzków  i  zaczęła  rozdzierająco 

krzyczeć. 

Jej krzyk niósł się echem po całym domu.