background image

 

Szafiry dla narzeczonej 

Savannah 

Kasey Michaels 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Lorraine  Nealy  przyklejała  na  dokumentach  żółte,  papierowe 

strzałki. 

- Tutaj, tutaj i tutaj - mówiła, kładąc pojedyncze kartki na biurko. 

Strzałki,  które  wskazywały  szefowi  miejsce  do  podpisu,  były 

zbyteczne,  lecz  Harrison  Colton  nie  komentował  ich  obecności, 

posłusznie  podpisując  wszystkie  zaznaczone  miejsca.  Doskonale 

wiedział, że wystarczy najmniejsze niedopatrzenie, a Lorraine zacznie 

całą procedurę od początku. Dziś nie miał na to czasu. 

-  Lorraine  -  odezwał  się,  gdy  jego  osobista  asystentka 

(podkreślała, że nie jest sekretarka) zabrała już ostatni dokument - cóż 

ja bym bez ciebie począł? 

- Zmarniałby pan i umarł, panie Colton. Całe to miejsce zwaliłoby 

się  panu  na  głowę.  Nie  byłoby  to  przyjemne,  proszę  mi  wierzyć  - 

odparła bez zająknienia. 

Licząca pięćdziesiąt kilka lat Lorraine pracowała w Colton Media 

Holding  od  trzydziestu  lat  i  wmówiła  sobie,  że  bez  niej  firma  już 

dawno przestałaby istnieć. Była asystentką Franka Coltona, a gdy ten 

zdecydował się przekazać firmę młodszemu z synów, Lorraine zaczęła 

nią  zarządzać  „za  pośrednictwem"  Harrisona.  Tak  mówiła  każdemu, 

kto ją o to zapytał, i każdemu, kto nie pytał o nic. 

Harrison  uśmiechnął  się,  wstał  i  sięgnął  po  granatowy  płaszcz 

sportowy, który wisiał na oparciu krzesła. 

-  W  takim  razie  mogę  bezpiecznie  wyjść  wcześniej,  skoro  firma 

zostaje w tak dobrych rekach. Chyba że masz jeszcze coś do podpisu. 

background image

-  Nie,  wszystko  już  podpisane.  Kołnierzyk  się  panu  zagniótł  - 

dodała Lorraine, a Harrison szybko poprawił i kołnierzyk, i krawat. 

Harrison  miał  trzydzieści  jeden  lat i jeszcze  się  nie  przyzwyczaił 

do  panującego  w  firmie  zwyczaju  nienoszenia  oficjalnych  strojów  w 

piątki, choć bardzo chętnie przychylał się do pomysłu piątkowej pracy 

w domu. Dziś wpadł do biura tylko po to, by podpisać dokumenty, i w 

tej chwili był gotów rozpocząć weekend. 

Jeszcze  raz  poprawił  krawat,  przygładził  ręką  swe  czarne  jak 

smoła  włosy,  zanim  Lorraine  zdążyła  mu  powiedzieć,  że  po  umyciu 

ich pewnie nie uczesał, i wziął do ręki walizeczkę. 

- Więc wszystko załatwione, tak, Lorraine? - spytał, zmierzając w 

kierunku drzwi. 

-  Właściwie...  -  zaczęła,  a  on  przystanął  w  połowie  drogi  i 

odwrócił  do  niej  głowę.  -  Właściwie  to  nic.  Pozbędę  się  jej.  Proszę 

tylko wyjść bocznymi drzwiami. 

-  Jej?  -  W  zielonych  oczach  Harrisona  błysnęło  zaciekawienie.  - 

Jakiej jej? 

Lorraine przycisnęła dokumenty do swej płaskiej piersi i wzniosła 

wodniste oczy do nieba. 

-  No  tej,  co  siedzi  u  mnie  już  od  godziny  i  nie  rozumie,  że 

powinna sobie pójść. Tej jej. 

-  Nie  jest  umówiona?  Oczywiście,  przecież  z  nikim  się  nie 

umawiam na piątkowe popołudnia. I nie chce wyjść? Lorraine, chyba 

tracisz  ikrę.  Kiedy  ty  mówisz  „nie",  mężczyźni  kulą  się  ze  strachu. 

Przynajmniej ja się kulę. 

background image

- Powiedziałam jej, że może poczekać - odezwała się tak cicho, że 

Harrison automatycznie się do niej przybliżył. 

Powiedziałaś, 

że 

może 

poczekać? 

powtórzył 

niedowierzaniem.  -  Ty  przecież  nigdy  tak  nie  mówisz.  Nigdy...  A 

czego ta kobieta chce? Czy zbiera na bezdomne pudle i trafiła w twój 

czuły punkt? 

-  Bezdomne  pudle,  panie  Colton?  -  odrzekła  kwaśno.  -  Pudle  są 

cudowne i prawie zawsze znajdują sobie dom. 

-  A  tak,  owszem.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  U  ciebie.  Ile  ich 

masz ostatnio? Dziesięć? 

-  Sześć,  a  wszystkie  już  za  godzinę  będą  umierać  z  głodu,  więc 

jeśli  przestanie  pan  się  grzebać  i  wyjdzie  bocznymi  drzwiami,  to  ja 

wrócę do siebie i zgodnie z prawda powiem tej Hamilton, że pana już 

nie ma. 

- Co? Hamilton? - Harrison zablokował Lorraine drogę. - Annette 

Hamilton? To niemożliwe. Ona teraz nazywa się Annette O'Meara. 

Lorraine wyjęła z kieszeni karteczkę i spojrzała na nią. 

-  Nie  Annette.  To  Savannah  Hamilton.  Powiem  jej,  że  pan 

wyszedł. Czy mam ją umówić na przyszły miesiąc? 

Nie,  tego  by  nie  chciał.  Pragnął  zaś  z  całej  duszy,  by  Lorraine 

wysłała tę kobietę na Marsa, i to z całą rodziną. Tak, niech Savannah 

zabierze z sobą Sama i Annette i niech mu dadzą święty spokój. Trąc 

w zamyśleniu czoło, wrócił do biurka i postawił walizeczkę. 

- Czego ona chce? 

background image

- A czego one wszystkie chcą? Pracy. Ale powiedziałam, że się jej 

pozbędę. Powinnam była to zrobić godzinę temu. 

- Wiec dlaczego nie zrobiłaś?  

Lorraine wzruszyła ramionami. 

-  Chyba ma pan  rację.  Jest  w  niej coś  z  zabłąkanego  pieska albo 

zbitego szczeniaczka. Taka wystrojona, i nie ma gdzie pójść. I chyba 

była  bardzo  nieszczęśliwa  z  tego  powodu,  że  musiała  stanąć  przy 

moim biurku. Może ona nie szuka pracy, może szuka czegoś innego? 

Myślałam, że mi powie, o co jej chodzi, ale stwierdziła, że to sprawa 

osobista,  i  nic  więcej  nie  mogłam  z  niej  wycisnąć.  Nawet  moje 

domowe ciasteczka nie otworzyły jej ust. 

-  No,  no!  -  mruknął  Harrison,  odkładając  płaszcz  i  siadając  za 

biurkiem. - Jeśli nie poskutkowały nawet twoje ciasteczka, to sprawa 

jest  poważna  -  ciągnął  żartobliwym  tonem,  by  Lorraine  nie  zaczęła 

czegoś  podejrzewać.  -  Żadne  narzędzie  tortur  nie  jest  groźniejsze  od 

twoich ciasteczek. Dziwie się, że nie wezwałaś ochrony i nie kazałaś 

jej wyrzucić na zbity pysk. 

-  Ja  też  się  temu  dziwię  -  rzekła  asystentka,  kładąc  rękę  na 

klamce.  -  Domyślam  się,  że  teraz  mogę  już  odetchnąć,  bo  ja  pan 

przyjmie. Tak? 

-  Tak.  I  możesz  iść  do  domu,  kiedy  ją  wprowadzisz.  Nie  martw 

się, w dzieciństwie ja i Jason wzięliśmy ze trzy lekcje karate, więc nie 

sądzę, żeby ta kobieta była w stanie coś mi zrobić. 

-  Pana  ojciec  nigdy  tak  nie  żartował  -  zauważyła  Lorraine.  -  I 

nigdy by tak nie powiedział o moich ciasteczkach. 

background image

- To prawda. Ale ty mnie uwielbiasz. I nawet się o mnie martwisz, 

a  ja  pewnie  zwariowałem,  bo  mi  się  to  podoba  -  ciągnął  Harrison, 

zastanawiając się, czy woli jeszcze chwile porozmawiać z asystentką, 

czy  jak  najprędzej  zobaczyć  się  z  Savannah  Hamilton.  -  Daj  mi  pięć 

minut i wprowadź ją, dobrze? 

Potrzebował  czasu,  by  pomyśleć  o  Savannah, by  stopniała  złość, 

która  pojawiała  się  natychmiast,  ilekroć  usłyszał  nazwisko 

Hamiltonów.  Potrzebował  czasu,  by  uprzytomnić  sobie,  że  tamte 

wydarzenia rozegrały się sześć lat temu, że nie jest już łatwowiernym 

idiotą i że jest w stanie znieść wszystko, co Savannah mu powie, nie 

reagując wściekłością lub cierpieniem. Miał nadzieję, że rany zostały 

wyleczone. 

Sześć  lat.  Sześć  lat  to  szmat  czasu,  lecz  może  niewystarczająco 

długi,  ponieważ  nadal  wszystko  pamiętał  z  bolesną  jasnością.  Ależ 

wtedy  był  głupi  i  naiwny.  Właśnie  ukończył  studia  i  był  gotów  do 

zmierzenia  się  ze  światem,  lecz  na  swych  warunkach.  Odrzucił 

propozycję  ojca  i  nie  przyjął  pracy  w  jego  firmie,  lecz  postanowił 

zrobić karierę  sam,  bez  pomocy  rodziny.  Osiągnął  swój  cel,  i  przyjął 

posadę  w  holdingu  CMH  dopiero  wtedy,  gdy  już  udowodnił,  ile  jest 

wart.  Wszystko  mu  poszło  znakomicie,  z  wyjątkiem  tego  jednego 

niepowodzenia z Hamiltonami. 

Niepowodzenia  w  pracy  i  w  życiu  osobistym.  Oba  były  bolesne. 

Harrison  przyłożył  otwartą  dłoń  do  czoła  i  na  kilka  chwil  zatopił  się 

we  wspomnieniach.  Przystąpił  do  pracy  w  firmie  Sama  Hamiltona  z 

wielkimi nadziejami, a gdy poznał starszą córkę Sama, Annette, i się  

background image

w niej zakochał, pomyślał, że wiedzie mu się jak w bajce. I to pewnie 

powinno mu było posłużyć za pierwsze ostrzeżenie. 

Sam  powitał  go  jak  syna,  dał  mu  swe  błogosławieństwo  i  zaczął 

organizować  huczne  wesele.  Dotąd  wszystko  szło  jak  z  płatka. 

Harrison 

polubił 

sympatycznego 

Sama, 

pokochał 

piękną, 

ciemnowłosą  Annette,  i  wesoło  się  bawił  z  jej  poważną,  młodszą 

siostrą imieniem Savannah. 

Uśmiechnął  się  do  siebie,  wspominając  ją.  Miła  dziewczyna, 

naprawdę  bardzo  miła.  Taka  młodsza  siostra, której  nie  miał.  Trochę 

jej też współczuł. Była dzieckiem pozbawionym matki, a ojciec wcale 

nie  ukrywał,  że  Annette  ma  urodę,  a  Savannah  rozum  -  a  w  opinii 

Sama Hamiltona rozum u kobiety był tak niepotrzebny jak biustonosz 

w bikini. 

Ile lat miała wtedy Savannah? Siedemnaście? Tak, coś koło tego. 

Mieszkała  wtedy  w  szkole  z  internatem  i  Harrison  odwiedził  ją  tam 

kilka  razy,  ponieważ  tęskniła  za  domem  i  ponieważ  szkoła  leżała 

blisko  szosy  wiodącej  do  posiadłości  jego  rodziców  w  Prosperino  w 

Kalifornii.  A  więc  odwiedzał  ją,  przywoził  z  domu  rzeczy,  o  które 

prosiła,  i  kiedyś  nawet  pomógł  jej  w  przygotowaniu  jednej  ze 

szkolnych prac.  

Ciekaw był, jak owa praca została oceniona. Nie miał zamiaru ją 

o to pytać, bo ta sprawa należała już do przeszłości, podobnie jak do 

zamierzchłej przeszłości należały jego praca u Hamiltona i zaręczyny 

z Annette. 

background image

-  Drań  -  mruknął  Harrison,  myśląc  o  Samie  Hamiltonie,  który 

pewnego dnia zaprosił go do swego gabinetu na pogawędkę. 

Pogawędkę? Jasna cholera! Sam pchnął w kierunku siedzącego po 

drugiej  stronie  biurka  Harrisona  plik  papierów,  wyjaśniając,  że 

przygotował  projekt  umowy  przedmałżeńskiej,  która  przewiduje 

przekazanie  Samowi  udziałów  w  holdingu  Coltonów.  Przecież 

Harrison nie śmiałby poprosić ojca o coś takiego! 

Westchnął  i  potrząsnął  głową,  przypominając  sobie,  że  jak  burza 

wypadł  wówczas  z  gabinetu  Sama,  chwycił  Annette  za  rękę  i 

pociągnął  ją  na  dwór,  mówiąc,  że  chyba  mają  problem.  A  potem  ją 

zapytał,  czy  zgodzi  się  z  nim  uciec.  Mogliby  wskoczyć  do 

samochodu, dojechać wieczorem do Reno, a rano wziąć ślub. 

- Ależ ja byłem głupi! - mruknął do siebie, biorąc do ręki pióro i 

ciskając nim w drugi kąt pokoju. 

Annette  wcale  nie  miała  zamiaru  z  nim  uciekać.  W  istocie  nie 

miała  też  zamiaru  go  poślubić  przed  podpisaniem  umowy 

przedmałżeńskiej. Nawet nie udawała, że go kocha, nawet nie uznała 

za stosowne skłamać. Traktowała ich związek jako korzystny dla ojca 

pod względem finansowym, a dla siebie - towarzyskim. Zaś Harrison 

bez udziałów w holdingu ojca, bez intratnej tam pozycji - był dla nich 

po prostu bezużyteczny. 

O tak, pomyślał, niech no tu wejdzie któreś z Hamiltonów. Już ja 

mu  pokażę!  A  tymczasem  za  drzwiami  gabinetu  czekała  Savannah... 

Przecież  ona  nigdy  mu  niczego  nie  zrobiła,  prawda?  Była  wówczas 

background image

tak  samo  młoda  i  niewinna, jak  on był  łatwowierny.  To  nie  jej  wina, 

że miała ojca drania i pozbawioną serca, zachłanną siostrę.  

Harrison pochylił się nad biurkiem i nacisnął guzik. 

- Poproś ją, Lorraine, i możesz iść do domu. 

Wstał  i  wyszedł  zza  biurka,  mając  zamiar  spotkać  Savannah  na 

środku  gabinetu.  W  świetle  otwartych  drzwi  stanęła  Lorraine  i 

zaanonsowała gościa, po czym wycofała się ze słowami: 

-  To  ja  już  znikam.  I  niech  pan  nie  robi  nic,  czego  ja  bym  nie 

zrobiła. 

- Dzięki, Lorraine - odparł, zastanawiając się, ile by musiał liczyć 

sobie lat, ile mieć tytułów, ile razy się wykazać, aby Lorraine zaczęła 

traktować go jak dorosłego. Pewnie takiej chwili nie dożyje. 

A  potem  już  nie  miał  czasu  na  myślenie,  bo  w  progu  stanęła 

Savannah. Od tamtej pory nie urosła - liczyła sobie metr sześćdziesiąt 

pięć  wzrostu,  kilka  centymetrów  więcej  niż  Annette.  Miała  nadal 

jasnopopielate  włosy,  które  niegdyś  wiązała  w  koński  ogon,  a  teraz 

nosiła splecione we francuski warkocz. 

Nadal była szczupła, choć może miała nieco za szerokie ramiona. 

W  jej  błękitnych  niczym  kalifornijskie  niebo  oczach  malował  się  ten 

sam,  nieco  zdumiony  i  spłoszony  wyraz.  Patrzyła  na  niego  przez 

chwilę, po czym wbiła wzrok w dywan. 

Kremowa,  jasna  skóra.  Przypomniał  sobie,  że  napisała  pracę  na 

temat szkodliwego działania promieni słonecznych i otrzymała za nią 

wysoką  ocenę.  Zapewne  tę  pracę  także  zapamiętała,  bo  nie  dostrzegł 

background image

na  jej  twarzy  piegów  ani  innych  przebarwień.  Zauważył  jednak 

szminkę, róż na policzkach i cienie na powiekach. 

Wygląda dobrze, skonstatował, ale nie jak Savannah. Wygląda jak 

Savannah  usiłująca  upodobnić  się  do  Annette.  Poczuł,  że  ogarnia  go 

złość. 

- Dzień dobry, Savannah - zaczął, ponieważ milczała. - Co za miła 

niespodzianka. 

Podniosła  głowę,  spojrzała  na  niego  uważnie  i  uśmiechnęła  się  

nieśmiało. 

- Och, mocno w to wątpię, Harry - odezwała się tym swoim lekko 

przytłumionym  głosem,  który  zawsze  sprawiał  mu  przyjemność,  a 

potem  chyba  przypomniała  sobie,  że  przyszła  tu  załatwić  coś 

ważnego, bo jej uśmiech zniknął niczym słońce za chmurami. 

-  Harry  -  powtórzył.  -  Mój  Boże,  jak  długo  tego  nie  słyszałem. 

Jesteś jedyną osobą, która mnie tak nazywała. 

Zatrzymała  na  nim  wzrok  na  całe  trzy  sekundy  i  znowu  spuściła 

oczy.  Ponieważ  zmęczyła  go  niemożność  nawiązania  z  nią  kontaktu 

wzrokowego, wskazał jej fotel w części wypoczynkowej gabinetu. 

- Nie powinnam tak cię nazywać - powiedziała, wtykając torebkę 

między siebie a oparcie fotela. - Przepraszam. 

- Ależ nie przepraszaj. Bardzo mi się to podoba. Przynajmniej nikt 

nie jest rozczarowany, kiedy wchodzę do pokoju i okazuje się, że nie 

jestem Harrisonem Fordem. 

Usiadł w fotelu naprzeciwko, po drugiej stronie stolika, ponieważ 

odniósł  wrażenie,  że  gdyby  usiadł  bliżej  niej,  mogłaby  wyskoczyć  z 

background image

gabinetu  jak  oparzona  i  nigdy  by  się  nie  dowiedział,  co  ją  tu 

przywiodło. 

- Powiedz mi, co u ciebie. 

-  Właśnie  skończyłam  studia  -  odrzekła,  nerwowo  wykręcając 

palce. 

- Domyślam się, że z wyróżnieniem. Zawsze świetnie się uczyłaś. 

- Boże, ależ ona się denerwuje. Czy się go boi? 

Kiwneła głowa. 

-  A  co  u  ciebie,  Harry?  Czytałam,  że  ojciec  przekazał  ci 

kierowanie holdingiem. Twoja własna firma ma się dobrze, a teraz to? 

W  tym  artykule,  który  czytałam,  dziennikarz  nazwał  cię  magnatem 

finansowym i geniuszem. 

-  Nie  wierz  we  wszystko,  co  piszą  w  gazetach  -  powiedział, 

zmieniając  pozycję.  Z  żadnym  z  Hamiltonów  nie  miał  ochoty 

rozmawiać o finansach. - A co u twojej rodziny? 

Dostrzegł,  że  twarz  Savannah  zabarwia  się  delikatnym 

rumieńcem, znacznie bardziej naturalnym, niż wybrany przez nią róż. 

-  W  zeszłym  tygodniu  Annette  wniosła  sprawę  o  rozwód  - 

oznajmiła i wyraźnie czekała na jego reakcję. 

-  Tak?  -  mruknął  zdawkowo,  ze  zdumieniem  uświadamiając 

sobie, że nic go nie obchodzą poczynania Annette. - Szkoda. 

-  Myślę,  Harry,  że  ona  żałuje  -  dodała  Savannah,  a  Harrison 

przypomniał  sobie,  że  zawsze  próbowała  usprawiedliwić  siostrę.  - 

Wiem,  że  zerwała  zaręczyny  z  tobą,  bo  poznała  Roberta,  ale  wiem 

także,  że  prawie  od  samego  początku  zdawała  sobie  sprawę,  że 

background image

popełniła błąd. Robert O'Meara nie jest... No, powiedzmy, że niewiele 

ich łączy, jego i Annette. 

-  Robert  O'Meara  ma  pewnie  z  sześćdziesiąt  lat,  moja  droga. 

Jakim  cudem  Annette  mogła  się  spodziewać,  że  coś  ich  połączy? 

Przecież  on  jest  w  wieku  Sama.  -  Harrison  rozłożył  ręce  w  geście 

mającym oznaczać, że nie powinien był mówić tego, co powiedział, i 

że nie ma ochoty ciągnąć dalej tego wątku. 

Niemniej jedną sprawę musiał wyjaśnić. 

-  A  więc  tak  ci  to  wytłumaczyli?  Że  Annette  najpierw  poznała 

Roberta, a potem mnie rzuciła? Że oddała pierścionek, powiedziała, że 

jest jej przykro, ale lepiej żebym sobie poszedł? 

- A to nieprawda? - zapytała Savannah, otwierając szeroko oczy. - 

Zawsze sądziłam... 

-  Ależ  tak,  to  prawda  -  przerwał  jej.  -  Zachowałem  się  jak 

dżentelmen  i  zniknąłem.  Żałuję  tylko,  że  po  drodze  nie  wpadłem  do 

twojej  szkoły,  żeby  się  pożegnać.  A  tak  przy  okazji,  to  jak  oceniona 

została ta praca, która razem robiliśmy? 

- Na piątkę. Dziękuję ci. 

-  Przecież  wiele  nie  zrobiłem.  Podrzuciłem  ci  zaledwie  parę 

materiałów  -  zauważył  i  podszedł  do  barku,  by  nalać  sobie  i  jej  po 

szklance wody. Miał sucho w gardle i był właściwie zły na Savannah, 

że  swoim  przyjściem  wskrzesiła  dawno  pogrzebane  wspomnienia.  - 

Teraz mi powiedz, jak się miewa Sam. 

Zagryzła wargi i odwróciła głowę. Niedobrze... 

- Savannah, co z ojcem? Zachorował? 

background image

- Nie... - Pokręciła głową. 

- Ale coś nie tak?  

Znowu pokręciła głową. 

-  Savannah,  możemy  siedzieć  tu  cały  wieczór  i  grać  w 

dwadzieścia pytań, ale podejrzewam, że przyszłaś do mnie z powodu 

Sama. Więc porozmawiajmy o nim, dobrze? Przysłał cię? 

Gwałtownie podniosła głowę. 

-  Nie,  skąd!  On  nie  ma  pojęcia,  że  tu  jestem.  Nikt nie  wie,  że  tu 

przyjechałam.  I  chyba  ja  sama  nie  wiem,  ale  teraz  widzę,  że  to  był 

błąd.  -  Odstawiła  szklankę,  wzięła  torebkę  i  wstała.  -  Do  widzenia, 

Harry. Miło mi było cię widzieć... 

Zrobiła trzy kroki w kierunku drzwi, gdy się odezwał: 

- Siadaj, i to już. 

Posłusznie  wróciła  na  swoje  miejsce,  ale  na  niego  nie  spojrzała. 

Wyjęła  z  torebki  chusteczkę,  wytarła  oczy  i  nos,  a  gdy  to  zrobiła, 

Harrison pochylił się w jej stronę i zapytał: 

-  Albo  mi  powiesz,  co  cię  tu  sprowadza,  albo  nie  wezmę  cię  na 

pizzę... 

Była to aluzja do jego wizyt, kiedy to parę razy dzięki niemu nie 

musiała  jeść  w  szkolnej  stołówce.  Słysząc  to,  odetchnęła  głęboko  i 

przesłała mu blady uśmiech. 

- I nie będę mogła zamówić swojej pepperoni? 

-  Trafiłaś  w  dziesiątkę  -  odrzekł,  zastanawiając  się,  czy  ma  jej 

powiedzieć, że tusz jej się rozmazał i teraz  wygląda trochę jak blond 

szop.  Nie,  może  lepiej  nie  mówić,  że  rozpłynęły  się  jej  barwy 

background image

wojenne, bo ona i tak jest w marnym stanie. - A teraz powiesz mi, o 

co chodzi? Proszę... 

Przez  chwilę  bawiła  się  zamkiem  torebki,  zatrzaskując  go  i 

otwierając, po czym wstała i zaczęła przemierzać pokój. 

- Nie jest mi łatwo o tym mówić, Harry. 

-  Rozumiem.  -  Starał  się  mówić  neutralnym  tonem,  bo  poczuł 

szaleńczą chęć, by przytulić ją do siebie i obiecać, że wszystko będzie 

dobrze.  Wątpił  jednak,  by  pozwoliła  mu  się  zbliżyć  aż  tak  bardzo,  a 

poza  tym  lepiej  nie  ryzykować  bliskości  z  żadnym  z  Hamiltonów.  - 

Poczekam, aż będziesz gotowa, Savannah. I obiecuje ci nie przerywać. 

Zatrzymała się i spojrzała na niego z uśmiechem. 

- Och, możesz mi przerywać, kiedy tylko zechcesz. Myślę, że się  

nie powstrzymasz. - Wzięła swoją szklankę i wypiła wodę. - No więc 

tak - zaczęła, podejmując marsz. - Firma ojca ma kłopoty - oznajmiła, 

po czym szybko dodała: - Prawdziwe kłopoty. 

-  Bardzo  mi  przykro,  Savannah  -  skomentował,  w  myślach 

zacierając ręce.  

Miał  ochotę  dorwać  się  do  Internetu,  sprawdzić,  w  jakim  stanie 

jest  firma  Sama  i  zastanowić  się,  co  mógłby  zrobić,  by  pchnąć  ją  na 

krawędź przepaści. 

-  Ojciec  jest  bliski  bankructwa  -  ciągnęła,  biorąc  przycisk  do 

papieru  i  przekładając  go  z  ręki  do  ręki.  -  To  wina  Roberta, 

oczywiście. 

- Oczywiście - powtórzył. - W jakim sensie?  

Savannah odłożyła przycisk i wróciła na swój fotel. 

background image

-  No  cóż,  nie  znam  wszystkich  szczegółów,  ale  Annette  mówiła, 

że  Robert  obiecał  zainwestować  znaczną  sumę  w  firmę  ojca,  a  poza 

tym  dać  mu  prawo  do  akcji,  czy  coś  takiego,  w  jego  własnej  spółce. 

To miał być taki prezent ślubny. Dla niej. 

-  Ach,  tak  -  mruknął  Harrison,  z  trudem  ukrywając  gorycz.  - 

Rozumiem. A więc co się stało? 

-  Stało  się  to,  że  Robert  nie  wspomniał,  że  ma  zobowiązania 

wobec urzędu skarbowego. 

- Mówiąc krótko, stary poczciwy Robert był nie tylko bankrutem, 

ale i po uszy tkwił w długach. Czy tak? 

Savannah pokiwała głowa. 

-  Prawnicy  ojca  i  prawnicy  Roberta  tuszowali  to  wszystko  przez 

parę lat, ale teraz obie firmy mają naprawdę kłopoty. 

-  I dlatego  Annette wniosła sprawę o rozwód. Zawsze mówię, że 

nie ma to jak lojalna żona. 

-  Och  nie,  nie!  Annette  czuła  się  zobowiązana  dotrzymać 

przysięgi,  tak  mi  mówiła.  Ale  Robert...  No  cóż,  nie  był  jej  wierny. 

Tego mu nie może wybaczyć, i jej nie winię. 

Harrison  czuł  przemożną  chęć,  by  ją  zapytać,  czy  nie  ma  ochoty 

na następną szklankę wody, by łatwiej jej było przełknąć te wszystkie 

kłamstwa, jakimi siostra ją uraczyła. Przypomniał sobie jednak, że jest 

porządnym  facetem  i  nie  będzie  mówił  Savannah,  że  jej  ojciec  jest 

łobuzem, a siostrzyczka dziwką, która sprzedała się za pieniądze. Tyle 

że dziwki na ogół lepiej pilnują swoich interesów.  

Nagle go olśniło. 

background image

- Savannah, czy ty przypadkiem nie występujesz w roli adwokata 

Annette? 

- Adwokata? Dlaczego? 

- Nieważne - mruknął, mając nadzieję, że się myli i że Savannah 

nie  przyjechała  tu,  by  namówić  go  do  spotkania  z  Annette,  która  mu 

oczywiście  powie,  że  popełniła  błąd,  że  go  nadal  kocha i  że  chce  do 

niego  wrócić.  Do  niego  i  do  jego  pieniędzy.  Na  samą  myśl  o  tym 

robiło mu się niedobrze. Ze słów Savannah jednak wnosił, że ona nie 

ma  pojęcia,  dlaczego  zaręczyny  jej  siostry  zostały  zerwane.  -  Chyba 

trochę wariuję na stare lata. 

- Aha. - Ponieważ nadal nerwowo zacierała ręce, domyślił się, że 

to  nie  koniec  opowieści.  Mimo  że  nie  miał  ochoty  słuchać  dalszego 

ciągu, powiedział: 

- No dobrze, Savannah, mów. Chciałbym pomóc. Naprawdę. 

- Nie wiem, dlaczego myślałam, że to wszystko będzie łatwiejsze 

- mruknęła jakby do siebie, po czym podniosła wzrok na Harrisona. - 

No  cóż,  powiem  ci  to  szybko, bo  inaczej  stracę  odwagę.  Ojciec  wbił 

sobie do głowy, że mam poślubić Jamesa Vaughna. Znasz go? 

Na  jakiej  podstawie  założył,  że  Savannah  nie  jest  w  stanie 

powiedzieć mu niczego takiego, co jeszcze bardziej pogrąży Sama  w 

jego oczach? 

-  James  Vaughn?  -  powtórzył,  wyobrażając  sobie  tego 

hałaśliwego,  tłustego  typa  razem  z  Savannah.  Całowałby  ją,  dotykał, 

miażdżył  w uścisku. Ohyda. - Ten facet miał już chyba z sześć żon i 

gdybym był twoim ojcem, trzymałbym cię od niego jak najdalej. 

background image

-  Miał  pięć  żon  -  uściśliła  spokojnie  -  a  ojciec  jasno  mi 

zakomunikował,  że  James  uratuje  nas  od  finansowej  ruiny,  jeśli 

zgodzę się zostać jego żoną. Ojciec mówi, że moim obowiązkiem jest 

wyjść za mąż za kogoś bogatego. 

-  Twój  ojciec  powinien  się  za  to  smażyć  w  piekle  -  stwierdził, 

ponownie  kierując  się  do  barku,  tym  razem  po  odrobinę  szkockiej.  - 

Chyba tego nie zrobisz, prawda? 

- Nie chcę tego zrobić - odrzekła, odwracając się w jego stronę. - 

Dlatego tu przyjechałam. 

Patrzył  na  nią  przez  długą  chwilę,  potem  przeniósł  wzrok  na 

swoją szklankę i dolał sobie jeszcze odrobinę. 

-  Mów  dalej  -  poprosił,  odnosząc  nieprzyjemne  wrażenie,  że 

historia znowu się powtarza. 

-  Wiem,  że  proszę  cię  o  bardzo  wiele,  pewnie  nazbyt  wiele.  A 

może  byśmy  uznali  to  za  coś  w  rodzaju  pożyczki,  co?  Dostałbyś  w 

efekcie  część  firmy  ojca.  Wiadomo  mi,  że  James  ma  dostać 

czterdzieści  procent  udziałów,  kiedy...  jeśli  mnie  poślubi.  A  my  nie 

musielibyśmy brać ślubu. Nie byłoby to konieczne, prawda? 

Moglibyśmy  zawrzeć  układ...  Ty  pomożesz  ojcu,  a  on ci  zapisze 

część firmy. Wiem, że nadal przejmujesz firmy, Harry, oprócz tego, że 

kierujesz tym holdingiem. Czytałam o tym  w tym artykule, o którym 

ci mówiłam. Jeśli ktokolwiek jest w stanie wycisnąć coś z firmy ojca, 

to  właśnie  ty.  Pisali,  że  jesteś  magnatem  finansowym,  w  którego 

rękach wszystko zamienia się w złoto... 

background image

Urwała,  przestała  wykręcać  palce.  Spojrzała  na  Harrisona 

wzrokiem,  w  którym  odczytał  zarówno  determinację,  jak  i 

przerażenie.  W  jej  błękitnych  oczach  otoczonych  rozpływającym  się  

tuszem zalśniły łzy. 

-  Wiem,  że  nie  mam  prawa  cię  o  to  prosić.  Naprawdę  wiem,  ale 

nie mogę poślubić Vaughna. Nie mogę, Harry. 

- A więc odejdź od nich, Savannah - rzekł Harrison, zdając sobie 

sprawę,  że  zabrzmiało  to  okrutnie.  -  Jesteś  już  dorosłą  kobietą,  a  nie 

dzieckiem.  Zostaw  ich.  A  jeśli  przedtem  zechcesz  posłać  Sama  do 

diabła, to masz moje błogosławieństwo. 

-  Tego  też  nie  mogę  zrobić,  Harry  -  odrzekła,  biorąc  torebkę  i 

podnosząc  się  z  fotela.  -  W  zeszłym  tygodniu  powiedział  mi  coś,  o 

czym  nie  wiedziałam  i  czego  wolałabym  nigdy  nie  usłyszeć.  Mam 

wobec niego... dług. 

- Ty masz wobec niego dług? Jakim cudem? Za to, że posyłał cię 

do szkoły? Że dał ci dach nad głową? Przestań, Savannah. Rodzice nie 

mówią  swoim  dzieciom,  że  są  im  coś  winne.  Dobrzy  rodzice  tak  nie 

mówią. 

-  On  nie  jest  moim  ojcem  -  wyszeptała,  przymykając  oczy.  - 

Właśnie  tego  się  dowiedziałam,  Harry.  Tuż  przed  śmiercią  moja 

matka przyznała się do niewierności i powiedziała mu, że Annette jest 

jego  córką,  a  ja  nie.  Matka  umarła,  kiedy  miałam  pięć  lat.  Ojciec... 

Sam  cały  czas  o  tym  wiedział.  A  ja  zawsze  zastanawiałam  się, 

dlaczego  jesteśmy  z  Annette  niezbyt  do  siebie  podobne.  Teraz  już 

wiem. Teraz wiem mnóstwo rzeczy. 

background image

Harrison  poczuł  się  jak  człowiek,  który  otrzymał  silny  cios. 

Szybko  nalał  odrobinę  whisky  do  drugiej  szklanki  i  wcisnął  ją 

Savannah do ręki. 

- Dobrze się czujesz? - spytał, prowadząc ją z powrotem w stronę 

fotela. 

Pociągnęła łyk i skrzywiła się lekko. 

- Nie jestem pewna, Harry. Prawdę  mówiąc, jestem ciągle trochę 

oszołomiona. 

-  I  myślisz,  że  jesteś  Samowi  coś  winna.  Za  co  jesteś  mu 

cokolwiek winna? Za to, że naopowiadał ci tych bzdur? 

- Powiedział mi prawdę, Harry. Pokazał mi nawet list od mojego 

prawdziwego ojca, który znalazł wśród rzeczy matki. Był on oficerem 

sił  powietrznych  i  zginął  w  katastrofie  samolotu  przed  moim 

urodzeniem. W tym liście pisał, że za trzy tygodnie wróci z Hiszpanii 

do  domu  i  wtedy  uciekną  razem  z  moją  matką.  -  Upiła  następny  łyk 

szkockiej.  -  Jak  więc  widzisz,  to  wszystko  jest  całkiem  prawdziwe. 

Nie należę do rodziny Hamiltonów. 

- Jak się dobrze zastanowić, nie ma tego złego, co by na dobre nie 

wyszło  -  mruknął pod  nosem, po czym  natychmiast przywołał  się  do 

porządku. 

Nawet idiota widzi, że Savannah jest przybita. I tylko taki łajdak 

jak  Sam  Hamilton  mógł  ją  doprowadzić  do  takiego  stanu,  po  tylu 

latach ujawniając jej tak brzemienną w skutki tajemnicę. I tylko łajdak 

w  rodzaju  Sama  trzymałby  w  zanadrzu  ten  sekret  po  to,  by 

wykorzystać go w tak niecnym celu. 

background image

-  Czy  możesz  mi  pomóc,  Harry?  -  zapytała,  nie  mogąc  się  

doczekać  odpowiedzi.  -  Może  i  zwariowałam,  ale  wydaje  mi  się,  że 

jeśli pomogę ojcu uratować firmę, spłacę mu część długu za to, co mu 

zrobiła moja matka, za to, że go zraniła. Ale... ale nie mogę wyjść za 

mąż  za  Jamesa  Vaughna.  I  nie  podoba  mi  się,  że  ojciec  mnie  o  to 

poprosił,  nawet  jeśli  jestem  mu  coś  winna.  Słyszałam,  że  jeśli  ktoś 

przychodzi i inwestuje nowe pieniądze w firmę, i ją ratuje, to ten ktoś 

nazywany jest białym rycerzem. Podoba mi się to określenie... 

Zamilkła na moment, po czym obdarzyła go słabym uśmiechem.  

- Od zeszłego tygodnia ciągle o tym myślę i doszłam do wniosku, 

że jedynym białym rycerzem, którego znam, jesteś ty. 

-  Daj  mi  parę  minut  -  poprosił,  uświadamiając  sobie,  że  musi 

uporządkować myśli. 

Albowiem  właśnie  przypomniał  sobie,  że  sześć  lat  temu 

podejrzewał, iż Savannah jest w nim zadurzona. Jednak wcale mu nie 

przyszło do głowy, że mimo wszystko dostrzeże w nim bohatera. Cała 

ta sytuacja była dla niego ogromnie niezręczna. Było dla niego jasne, 

że  Savannah  nie  miała  pojęcia  o  tym,  iż  jej  siostra  -  teraz  już 

przyrodnia - odegrała aktywną rolę  w planach Sama, by  wydać córki 

za pieniądze.  

Savannah  była  święcie  przekonana,  że  Annette  po  prostu 

zakochała się w Robercie i dlatego rzuciła jego, Harrisona. A jednak, 

nie  mając  o  tym  wszystkim  bladego  pojęcia,  Savannah  przyszła  do 

niego, swego starego przyjaciela, byłego narzeczonego jej siostry - jej 

background image

białego  rycerza  -  by  prosić  go  o  pomoc  i  uratować  ojca  przed 

bankructwem.  

Historia zdecydowanie się powtarza... 

Wyjątek  stanowi  jedynie  to,  że  rękę  Savannah  zaproponowano 

Jamesowi  Vaughnowi,  a  nie  Harrisonowi,  ona  zaś  wspaniałomyślnie 

stwierdziła,  że  Harrison  nie  musi  się  z  nią  żenić.  Wystarczy,  że 

pomoże  Samowi,  człowiekowi,  któremu  chętnie  podałby  kotwicę, 

gdyby ten tonął. 

-  A  co  będzie,  jeśli  pomogę  Samowi?  -  zapytał  w  końcu.  -  Nie 

wyjdziesz za mąż za Vaughna, to już wiem. Ale co potem, Savannah? 

Co zrobisz? 

- Chodzi ci o to, co zrobię z moim... z Samem? O to pytasz? 

- Nie na próżno byłaś jedną z najlepszych studentek - zauważył. - 

No więc? Czy masz zamiar zostać z nim i czekać, aż znowu będziesz 

musiała wyciągać go z tarapatów? 

-  Znowu?  Tak  naprawdę  myślisz?  -  Potrząsnęła  głową.  -  Nie. 

Wydaje mi się, że kocham ojca, ale nie jestem ślepa na jego wady. Nie 

jestem  też  ślepa  na  wady  Annette,  choć  nie  chciałabym  o  niej  źle 

mówić, zwłaszcza przy tobie. Ale przez wiele lat byłam poza domem, 

i  już  wiem  dlaczego.  W  zeszłym  tygodniu  uzyskałam  odpowiedź  na 

wiele pytań.  

Ale  nie  mogę  tak  po  prostu  odejść,  Harry.  W  pewnym  sensie 

jestem mu coś winna. Co wcale nie oznacza, że nie wyprowadzę się z 

domu,  jeśli  znajdę  inny  sposób,  żeby  pomóc  Samowi.  Odejdę  jednak 

ze swojej własnej woli, i nie będę oglądała się za siebie. 

background image

Harrison pokiwał głową. 

-  Widzę,  że  wszystko  już  przemyślałaś,  prawda?  -  odezwał  się, 

wyciągając rękę i pomagając jej wstać. W jego głowie zaczynał rodzić 

się pewien pomysł, musiał tylko dać sobie trochę czasu, by dojrzał. - 

Jeszcze porozmawiamy, ale teraz chodźmy na pizzę. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Savannah  stała  przed  lustrem  w  małej  łazience  restauracji  Sal's 

Pizza,  zastanawiając  się,  dlaczego  Harry  nic  jej  nie  powiedział  o 

rozmazanym tuszu. Musiała przyznać, że wygląda dość upiornie. 

-  Wodoodporny  -  mruknęła,  gdy  zwilżyła  papierowy  ręcznik,  by 

usunąć czarne smugi spod oczu. - Co za oszuści! 

Kobieta w średnim wieku wyszła z toalety i Savannah usunęła się 

lekko na bok, by zrobić jej miejsce przy umywalce. 

- Dzięki - rzekła kobieta, namydlając dłonie. - Czy dobrze się pani 

czuje? 

Savannah  bezwiednie  postąpiła  krok  do  tyłu.  Czyżby  jej  stan 

widać było na twarzy? 

- Och, tak, dziękuję - odparła. - Dobrze. 

-  Myślałam,  że  pani  płakała  -  ciągnęła  kobieta.  -  Tusz  może  być 

odporny na wodę, odporny nawet na huragan, ale jeszcze nie miałam 

takiego, który byłby odporny na łzy. - Zakręciła kurek i wytarła dłonie 

w  papierowy  ręcznik,  który  podała  jej  Savannah.  -  Noszę  w  torebce 

buteleczkę 

olejku 

dziecięcego, 

razem 

całym 

gabinetem 

background image

kosmetycznym,  jak  mówi  mój  mąż.  Tylko  tym  olejkiem  można 

zetrzeć to mazidło. 

Zanim  Savannah  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  kobieta 

pogrzebała  w pokaźnych rozmiarów  torebce i  wyjęła buteleczkę oraz 

paczkę chusteczek. 

-  Proszę  bardzo  -  odezwała  się,  podając  Savannah  chusteczkę 

nasączoną  kilkoma  kroplami  olejku.  -  I  jeszcze  jedno  -  dodała, 

kierując się do drzwi. - On nie jest tego wart. Żaden nie jest tego wart, 

niech mi pani wierzy. 

Savannah  patrzyła  przez  chwilę  w  miejsce,  w  którym  zniknęła 

kobieta,  po  czym  odwróciła  się  z  powrotem  do  lustra  i  przetarła 

chusteczka lewe oko. Zabieg okazał się skuteczny, może aż nadto, bo 

chusteczka  wchłonęła  nie  tylko  tusz,  lecz  także  cień  do  powiek. 

Uznała, że nie pozostaje jej nic innego, jak oczyścić całe prawe oko. 

- Nie  wiem, dlaczego  wyglądam teraz jeszcze gorzej - mruknęła, 

patrząc na swe odbicie w lustrze. - A niech to! - dodała, odkręciła kran 

i sięgnęła po mydło. 

Gdy  po  raz  kolejny  spojrzała  w  lustro,  wycierając  twarz 

papierowym ręcznikiem, ujrzała w nim Savannah Hamilton taką, jaką 

znała przez całe życie. 

- Tymi rurami spłynęło  właśnie ponad sto dolarów - powiedziała 

głośno i zdała sobie sprawę, że wcale tego nie żałuje. 

A  taki  to  był  fajny  pomysł  -  wstąpić  do  domu  towarowego, 

poprosić  wizażystkę  z  działu  kosmetycznego  o  zrobienie  makijażu, a 

potem kupić kilka kosmetyków. Chciała podczas spotkania z Harrym 

background image

wyglądać  bardziej  profesjonalnie,  doskonale.  A  poza  tym,  szczerze 

powiedziawszy,  pragnęła  także  się  ukryć  za  fasadą  makijażu. 

Wydawało  jej  się,  że  nabierze  wtedy  większej  pewności  siebie.  A 

tymczasem wyglądała śmiesznie. 

Wcale nie oczekiwała, że Harry tylko na nią spojrzy i natychmiast 

straci  głowę,  a  gdy  się  odezwie,  to  tylko  po  to,  by  zaproponować  jej 

małżeństwo.  Nie,  czegoś  takiego  nie  spodziewała  się  nawet  w 

najśmielszych snach. Chyba że w tych najbardziej zwariowanych... 

- No dobra, pora wracać na ziemię - rzekła do siebie, szukając w 

torebce szminki, jedynego kosmetyku, jakiego używała. - On może ci 

pomoże, może nie, ale jeśli zaraz nie wrócisz do stolika, wyśle  ekipę 

ratowników. 

Poprawiła  włosy,  upchnęła  niesforny  kosmyk  za  uchem, 

wygładziła  swe  ulubione  beżowe  spodnie,  dobraną  kolorystycznie 

elegancką  bluzkę  i  kamizelkę,  a  gdy  usunęła  kawałek  mokrego 

papierowego  ręcznika  ze  złotego  łańcuszka  na  szyi,  uznała,  że  jest 

gotowa do wyjścia. 

Harry  siedział  przy  odrapanym  drewnianym  stoliku,  przy  oknie 

wychodzącym  na  pasaż  handlowy  odległy  o  trzy  przecznice  od 

siedziby  Colton  Media  Holding.  Przyszli  tu  na  piechotę.  Wiosenne 

słońce  przyjemnie  przygrzewało,  Savannah  zaś  pomyślała,  że  jeśli 

przez najbliższą godzinę posiedzi przy stoliku, to mimo swych bardzo 

wysokich  obcasów  zdoła  wrócić  do  firmy  na  piechotę,  nie 

wyrządzając przy tym stopom większej krzywdy. 

background image

Harry na jej widok wstał i usiadł z powrotem dopiero wtedy, gdy 

zajęła miejsce naprzeciwko. Przez chwilę patrzył na nią, po czym się  

uśmiechnął. 

-  No,  wreszcie  mam  przed  sobą  taką  Savannah,  jaką  znałem  i 

kochałem. Ze wszystkimi piegami. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  wyglądam  na  siedemnaście  lat?  - 

zapytała. - To przygnębiające. A już myślałam, że dorosłam. 

Na twarzy Harry'ego pojawił się wyraz zaskoczenia. 

-  Ależ  dorosłaś,  Savannah  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Z  całą 

pewnością.  Zamówiłem  dużą  pizzę,  w  połowie  margeritę,  w  połowie 

pepperoni. Może być? 

-  Może  być  -  odparła,  kiwając  głową  i  wyciągając  rękę  po 

szklankę  z  lemoniadą,  która  Harry  wcześniej  zamówił.  Gdy 

pociągnęła  przez  słomkę  pierwszy  łyk,  poczuła  się  znacznie  lepiej. 

Wreszcie język przestanie jej się przyklejać do podniebienia... 

Kiedy to właściwie zadurzyła się tak bezsensownie w Harrisonie? 

Czy  było  to  już  owego  pierwszego  dnia,  gdy  przyjechała  z  internatu 

do domu i ujrzała go przy basenie na tyłach domu? Stał i śmiał się z 

czegoś,  co  mówiła  do  niego  Annette.  Był  wysoki,  świetnie 

zbudowany... Z jego czarnych włosów spływała woda, a zielone oczy 

lśniły  ciepłem  i  łagodnością.  Uśmiechem  zaś...  uśmiechem  był  w 

stanie uwieść nawet anioła. 

Jej  przyjaciółka  Elizabeth,  która  przyjechała  tam  z  nią  na 

weekend,  stała  przez  chwilę  z  szeroko  otwartą  buzią,  po  czym 

oprzytomniała i żartobliwie rzekła: 

background image

-  Savannah,  jeśli  dobrze  to  rozegramy,  to  uda  nam  się  zamknąć 

twoją siostrę w łazience przy basenie, a jego będziemy miały tylko dla 

siebie. Co o tym sądzisz? 

Savannah  i  Elizabeth  były  w  rzeczywistości  dość  nieśmiałe,  lecz 

w wyobraźni prowadziły bardzo aktywne życie. Właśnie w wyobraźni 

Savannah oddała Harry'emu swe serce - na zawsze. 

Teraz  Savannah  uśmiechnęła  się  do  swych  wspomnień,  choć  w 

istocie  był  to  uśmiech  słodko-gorzki,  ponieważ  wieczorem  tego 

samego dnia Annette i Harry ogłosili swe zaręczyny. 

-  Uśmiechasz  się  -  odezwał  się  Harry,  przerywając  jej 

rozmyślania. - Przypomniało ci się coś zabawnego? 

- Co...? - zapytała spłoszona. - Och, nie, nic. Przypomniał mi się  

tylko ten dzień, kiedy cię poznałam. Wrzuciłeś mnie do basenu. 

-  Ale  najpierw  przez  dwadzieścia  minut  patrzyłem,  jak  się  

skradasz  -  przypomniał  jej.  -  I  tak  byłaś  już  mokra.  Była  z  tobą 

koleżanka,  prawda?  O  ile  pamiętam,  przez  całe  popołudnie 

próbowaliśmy się wzajemnie utopić. Jak ona się nazywała? 

-  Elizabeth  Mansfield.  Byłaby  zdumiona,  że  ją  pamiętasz.  W 

zeszłym  roku  tuż  po  studiach  wyszła  za  mąż,  ale  chyba  jej  się  nie 

układa.  No,  na  pewno  się  nie  układa,  bo  w  przeciwnym  razie 

pojechałabym  do  niej  się  wypłakać,  a  ty  nie  musiałbyś  tego 

wszystkiego wysłuchiwać. 

- Bardzo mi przykro z powodu twojej przyjaciółki, ale cieszę się, 

że  przyjechałaś  do  mnie.  Wspaniale  się  bawiliśmy  tego  dnia:  ty, 

Elizabeth i ja. Annette nie zaryzykowała wejścia do basenu - dodał w 

background image

zadumie.  -  Chyba  nie  chciała  zepsuć  sobie  fryzury,  bo  wcześniej 

wróciła  od  fryzjera.  Ale  wiesz,  jakoś  nie  przypominam  sobie,  żeby 

kiedykolwiek korzystała z tego basenu. 

- Ona nie umie pływać - wyjaśniła Savannah, a potem potrząsnęła 

głową.  -  Nie,  to  nieprawda.  Ona  umie  pływać,  ale  nie  lubi  moczyć 

włosów  czy  niszczyć  sobie  makijażu.  Zabawne.  Ja  wcale  nie 

potrzebuję aż basenu, żeby rozmazać sobie makijaż. 

- Cieszę się,  że już go nie masz - oznajmił Harry i usiadł prosto, 

bo  właśnie  kelnerka  przyniosła  dużą  metalową  tacę  z  pizzą,  dwa 

talerze i stos papierowych serwetek. 

-  Mówię  serio  -  dodał,  gdy  Savannah  z  powątpiewaniem  się  

skrzywiła.  -  Zawsze  byłem  zdania,  że  ta  prawdziwa  amerykańska 

dziewczyna, o której piszą wszystkie magazyny, to  właśnie ty. Jesteś 

bardzo naturalna. 

-  A  ja  zawsze  zastanawiałam  się,  dlaczego  nie  jestem  taka 

wymuskana  i  światowa  jak  moja  siostra  -  powiedziała,  zdejmując  z 

kawałka pizzy plasterek kiełbasy pepperoni i wkładając go do ust. - A 

teraz już wiem. W życiu aż roi się od niespodzianek, no nie, Harry? 

- Boli cię to, prawda? - Wyciągnął rękę i ścisnął jej dłoń. - Wcale 

się nie dziwię. Przeżyłaś straszny szok, i to właściwie niejeden. - Gdy 

oparł  się  o  krzesło,  zauważyła  mięsień  drgający  w  jego  twarzy.  - 

Chętnie bym przyłożył Samowi, tak żeby mnie dobrze popamiętał. 

Uśmiechnęła się do niego blado. 

-  A  więc  chyba  mam  odpowiedź  na  moje  pytanie,  prawda?  Nie 

zainwestujesz  w  firmę  ojca,  nie  wykupisz  go.  Właściwie  ani  cię  nie 

background image

winię,  ani  się  temu  specjalnie  nie  dziwię.  Domyślałam  się,  że  to 

posunięcie jest nieco ryzykowne... 

-  Jedz  pizzę  -  powiedział,  gdy  jego  telefon  komórkowy  zaczął 

dzwonić.  -  Czekam  na  sygnał  z  pewnego  źródła,  z  którym  się  

skontaktowałem. Odbiorę na zewnątrz, dobrze? 

Wstał,  przyłożył  do  ucha  słuchawkę,  i  zanim  odszedł,  Savannah 

usłyszała: 

- No to jak, masz? 

Ciekawe,  co  „ma"  owo  „źródło",  zastanawiała  się,  patrząc,  jak 

Harry chodzi po chodniku, na zmianę to mówiąc, to słuchając. W tej 

chwili  wyglądał  na  prawdziwego  przedstawiciela  wyższych  sfer. 

Garnitur szyty na miarę, szyte ręcznie buty, prosta sylwetka i władcze 

ruchy.  Tak,  w  tej  chwili  był  zdecydowanie  Harrisonem  Coltonem. 

Bardzo  się  różnił  od  Harry'ego  Coltona,  którego  niegdyś  znała,  z 

którym grała w badmintona i piłkę wodną, dzieliła się pizzą i któremu 

opowiadała swe niemądre, panieńskie sny. 

Wzięła  następny  kawałek  i  najpierw  jak  zwykle  wsunęła  do  ust 

krążki pepperoni, a potem jadła resztę, przez cały czas udając, że nie 

zwraca  uwagi  na  Harry'ego  prowadzącego  rozmowę  telefoniczną  za 

szybą. 

W  pewnej  chwili  przy  jej  stoliku  stanęła  ta  sama  kobieta,  która 

przyszła  jej  z  pomocą  w  łazience,  a  za  nią  przystanął  mężczyzna, 

zapewne  jej  mąż,  jedzący  ostatni  kawałek  pizzy.  Ruchem  głowy 

kobieta  wskazała  na  Harry'ego  spacerującego  po  ulicy,  mrugnęła  i 

powiedziała: 

background image

-  Przyznaje  się  do  błędu,  kochaniutka.  Ten  może  być  coś  wart. 

Życzę ci szczęścia. Chodź, Bill. Skończ wreszcie to jedzenie i chodź, 

bo się spóźnimy! 

Savannah uśmiechnęła się do Billa, który podniósł do góry wolną 

rękę i zaczął otwierać i zamykać wyprostowaną dłoń. 

-  Ta  kobieta  potrafi  zagadać  człowieka na  śmierć  -  zauważył,  po 

czym pospiesznie ruszył za żoną, która w ich stadle najwyraźniej grała 

pierwsze skrzypce. 

Savannah  roześmiała  się,  widząc,  jak  Bill  grzecznie  podąża 

śladem żony. Odprężyła się na chwilę, po czym znowu przypomniała 

sobie,  że  właśnie  teraz  Harry  wysłuchuje  informacji  mogących  mieć 

ważki  wpływ  na  jej  życie.  Udawała,  że  na  niego  nie  patrzy,  lecz 

zapuszczała żurawia w jego kierunku co kilka sekund. 

W  końcu  Harry  wyłączył  telefon  i  wrócił  do  restauracji.  Gdy 

usiadł na swoim miejscu, bez słowa sięgnął po kawałek pizzy i zaczął 

go szybko pochłaniać. 

-  No  i?  -  nie  wytrzymała  Savannah.  -  Co  ci  twój  informator 

powiedział?  To  pewnie  dotyczyło  ojca,  prawda?  Sprawdzałeś  go.  A 

może  nawet  sprawdzałeś  prawdziwość  moich  słów,  bo  przecież 

mogłam to wszystko wymyślić. 

Harry przełknął pizzę, popił lemoniadą. 

-  Wiedziałem,  że  niczego  nie  wymyśliłaś.  Znam  Sama  jak  zły 

szeląg i uwierzyłem w każde twoje słowo. Ta cała historia jest bardzo 

w jego stylu. A tak między nami wygląda mi na to, że Annette będzie 

miała okazję niedługo się uwolnić. Podobno jej mąż, już wkrótce były 

background image

mąż,  zostanie  w  przyszłym  tygodniu  oskarżony  o  oszustwa 

podatkowe. Cudowna jest ta rodzinka, której już nie masz, Savannah. 

Wprost cudowna. 

- I ty nie chcesz mieć z nią do czynienia - rzekła, kiwając głową. - 

Nie  mam  o  to  żalu.  To  był  niedobry  pomysł,  żeby  tu  przyjechać. 

Pewnie  jesteś  dalej  zły  na  Annette  za  zerwanie  zaręczyn,  powinnam 

wziąć to pod uwagę. Wiem, jak bardzo ją kochałeś. 

Po  twarzy  Harry'ego  przemknął  cień  i  Savannah  nagle  poczuła 

ogarniający ją lęk. 

- Przepraszam, Harry, nie powinnam była tego mówić.  

Odchylił się na krześle i spojrzał na nią ciepło. 

- Nie przejmuj się, Savannah. Było, minęło. Nie mogę Annette za 

nic  winić.  Kiedy  patrzę  na  to  wszystko  z  perspektywy  czasu,  kiedy 

biorę  pod  uwagę  wszystko,  co  teraz  wiem,  to  myślę,  że  Annette 

postąpiła słusznie. Między nami nigdy by się nie ułożyło. 

-  Jesteś  bardzo  szlachetny  -  stwierdziła,  przyglądając  mu  się  

uważnie. - I kłamiesz. Dlaczego kłamiesz, Harry? Czy coś przed tobą 

ukryłam? Dowiedziałeś się czegoś więcej niż usłyszałeś ode mnie? 

Harry  wyciągnął z portfela dwa banknoty, położył je na stoliku i 

wstał, wyciągając rękę do Savannah. 

-  Byłaś  taką  dobrą  studentką,  a  nie  wiesz,  że  powinnaś  w  tej 

chwili  kuć  do  egzaminu  na  temat  bieżących  wydarzeń,  zamiast 

martwic się wydarzeniami sprzed sześciu lat? 

-  Wydarzenia  bieżące  -  powtórzyła,  mrugając  powiekami.  -  To 

znaczy bankrutująca firma ojca, James Vaughn, no i to, co powinnam 

background image

w obu tych sprawach zrobić. Tak, chyba masz rację. Przepraszam, że 

tyle razy wplątałam w to Annette. 

-  I  znowu  to  robisz  -  zauważył,  gdy  skręcili  w  stronę  budynku 

mieszczącego holding. - Od tej pory za każde wymienienie jej imienia 

będziesz płaciła dziesięć centów. Myślisz, że byłbym bogaty, gdybym 

nie zarabiał dosłownie na wszystkim? 

-  Teraz  żartujesz  sobie  ze  mnie  -  powiedziała,  czując,  że  Harry 

obejmuje ją w talii.  

Było  bardzo  przyjemnie  poczuć  dotyk  jego  dłoni,  serdeczny  i 

przyjacielski, jakby  te  sześć  lat,  podczas  których  się  nie  widzieli,  nic 

dla niego nie znaczyło. 

- Ja? Żartuję? Wstydź się, Savannah. Czy ja kiedykolwiek sobie z 

ciebie żartowałem? 

Podniosła do góry głowę, by na niego spojrzeć, i wsunęła za ucho 

ciągle ten sam nieposłuszny kosmyk. 

-  No,  niech  pomyślę...  Zaraz,  zaraz,  gdzie  my  idziemy?  Czy  nie 

powinniśmy byli skręcić w lewo? 

- Owszem, gdybyśmy szli do biura, ale tam nie idziemy. 

- No to gdzie idziemy? Czy to ma jakiś związek z tym telefonem? 

Nie zabierając ręki z jej talii, Harry podprowadził ją do ławeczki 

w  malutkim  parku.  Savannah  usiadła,  zastanawiając  się,  dlaczego 

odnosi wrażenie, jakby wkrótce w jej życiu miał się dokonać następny 

wielki zwrot w ciągu tego tygodnia. 

background image

-  Harry?  Coś  zrobiłeś,  prawda?  Masz  taką  samą  minę jak  wtedy, 

kiedy  graliśmy  w  Monopol  i  zobaczyłeś,  że  ja  zaraz  wyląduję  w 

Atlantic City, a ty tam masz trzy swoje hotele. 

Uśmiechnął  się  i  wziął  do  ręki  platynowy  kosmyk,  który  znowu 

próbowała umieścić za uchem. 

- Zostaw, podoba mi się tak - powiedział. - No i chyba masz rację. 

Dziś  czuję  się  zupełnie  jak  tego  dnia,  kiedy  doprowadziłem  cię  do 

ruiny  w  Monopolu.  Wiesz,  czasem  dochodzi  we  mnie  do  głosu 

instynkt zabójcy. Mają go wszystkie rekiny tego świata, przynajmniej 

tak się mówi. 

- Och, wspaniale, a ja jestem na linii ognia, tak? 

-  Tylko  pośrednio  -  zapewnił  ją.  -  W  tej  właśnie  chwili  mam  na 

celowniku firmę Sama. Tak między nami, to straszny w niej bałagan. 

Od  dawna  zresztą.  Na  szczęście,  i  zapewne  tylko  przypadkiem,  Sam 

zdołał  nie  uzależnić  swojej  firmy  od  interesów  O'Meary,  toteż 

federalni  go  nie  ścigają.  Oczywiście,  jedynie  oni  go  nie  ścigają,  ale 

przecież nie można mieć wszystkiego. 

-  Wolałabym,  żebyś  się  tak  nie  uśmiechał,  kiedy  mi  to  mówisz  - 

odezwała się, zbyt późno zdając sobie sprawę, że Harry, którego znała 

sześć lat temu, i Harry siedzący teraz obok niej to dwaj zupełnie inni 

ludzie.  Zaczynała  również  nabierać  przekonania,  że  popełniła 

największy  błąd  swego  życia,  przyjeżdżając  do  tego  człowieka  po 

pomoc. 

- Przepraszam - mruknął, przybierając posępną minę. - Wiem, że 

to nie jest śmieszne. A właściwie to cholernie szkoda, bo firma Sama 

background image

Hamiltona  była  niegdyś  znakomita. Zbadałem  dokładnie  jej  sytuację, 

zanim  podjąłem  tam  pracę,  zanim  zdałem  sobie  sprawę,  że  Sam 

Hamilton ma wadę, która w świecie biznesu nazywa się śmiertelną. 

- Jaka to wada? 

- On jest pazerny, Savannah - oznajmił bez ogródek. - Miał fajny 

interes, niezły dochód, naprawdę bezpieczną przystań. Ale, jak zresztą 

wielu  innych,  przecenił  swoje  możliwości  w  okresie  boomu 

gospodarczego,  chciał  rozwinąć  się  zbyt  szybko,  no  i  liczył  na 

pieniądze,  których  nie  było  jeszcze  w  jego  kieszeni.  Pieniądze,  które 

miały być w kieszeniach innych. 

-  Na  przykład  Roberta  O'Meary  -  rzekła  Savannah,  której  się  

wydawało, że zaczyna coś rozumieć. - Prawda? 

-  Na  pewno  liczył  na  pieniądze  zięcia  -  odparł,  a  zaskoczona 

Savannah  ponownie  zauważyła  przemykający  po  jego  twarzy  cień.  - 

Ale to nadal niezła firma, sprzedająca niezły produkt, toteż wydaje mi 

się, że warto w nią zainwestować, warto ją mieć. 

- Mieć? - Wyprostowała się gwałtownie. - Przecież nie mówiłam, 

że  ojciec...  że  Sam  chce  sprzedać  firmę.  On  po  prostu  szuka 

poważnego inwestora. 

-  I  bogatego  męża  dla  kobiety,  którą  wychowywał  jak  swoją 

córkę. Pewnie czesne za twoją szkołę wliczał sobie w koszty. Sprzedał 

jedną  córkę,  zaczął  szantażować  drugą.  Taki  jest  nasz  Sam, 

prawdziwy  wielki  pan  -  ciągnął  Harry,  a  Savannah  odwróciła  wzrok, 

nie będąc w stanie patrzeć mu w oczy. - Pomyśl.  Z inwestora można 

pociągnąć raz, w sprzyjających układach ze dwa razy, ale bogaty zięć 

background image

to studnia bez dna, prawda? No dobrze, mąż  Annette okazał się dość 

suchą  studnią.  Ale  Vaughn  jest  finansowo  pewny,  nawet  jeśli  jest 

moralnym bankrutem. Sama to ostatnie nic nie obchodzi, muszę mu to 

przyznać.  On  wyznaje  zasadę,  że  jeśli  raz  się  nie  powiedzie,  należy 

próbować dalej. Aż do skutku. 

Savannah  wstała  i  patrząc  w  punkt  lekko  na  lewo  od  jego  ucha, 

powiedziała: 

-  Chciałabym  pójść  do  samochodu,  Harry.  Już  skończyliśmy, 

prawda? 

-  Niezupełnie.  -  Również  się  podniósł  i  podobnie  jak  przed 

chwilą,  objął  ją  w  talii,  kierując  się  w  stronę  ulicy.  -  Moi  prawnicy 

przygotowują  właśnie  dokumenty,  które  w  poniedziałek  rano  znajdą 

się  na  biurku  Sama.  Dokumenty  przedstawiające  mnie  w  roli  białego 

rycerza, który  wjeżdża do firmy Sama, tak jak chciałaś, i spłaca jego 

długi w zamian za udziały. Pięćdziesiąt jeden procent. 

- Pięćdziesiąt jeden procent? - Zatrzymała się gwałtownie i omal 

na  nią  nie  wpadł.  -  Sam  nigdy  się  nie  zgodzi  na  oddanie  ci 

kontrolnego pakietu akcji. 

-  Jestem  pewien,  że  się  zgodzi,  zwłaszcza  kiedy  wyślemy  mu 

telegram, że właśnie jedziemy wziąć ślub, skutecznie eliminując w ten 

sposób kandydaturę Jamesa Vaughna. A kiedy już się pobierzemy, to 

wóz albo przewóz, i Sam będzie o tym wiedział. Szczerze mówiąc, dla 

mnie jest bardzo ważne, żeby był tego świadomy. 

background image

- Ale... ale ty nie chcesz mnie poślubić. Przecież nie przyjechałam 

tu  po  to,  żeby  cię  błagać  o  małżeństwo  i  mnie  ratować.  Chciałam 

rycerza na białym koniu, ale nie narzeczonego. 

-  A  więc  mam  kazać  prawnikom  przerwać?  -  zapytał,  stając 

twarzą  do  niej  i  kładąc  jej  ręce  na  ramionach.  -  Mam  wycofać  moją 

propozycję?  Stać  i  patrzeć,  jak  ofiarnie  poślubiasz  Jamesa  Vaughna, 

bo  masz  jakieś  chore  przekonanie,  że  nie  wolno  ci  opuścić  Sama  i 

Annette bez  wielkiego pożegnalnego prezentu? Bez spłacenia swoich 

długów? 

-  Wiesz,  że  nie  chcę  wyjść  za  niego  -  odpowiedziała.  -  Ale  za 

ciebie? Czy to jest naprawdę konieczne? 

-  Chodzi  mi  o  to,  żeby  Sam  dostrzegł  światło,  żeby  sobie 

uświadomił, że James Vaughn nie jest w stanie zrobić dla niego tego 

co  ja.  Vaughn  nie  będzie  miał  żadnych  powodów,  żeby  pomóc 

Samowi, kiedy zabraknie głównej nagrody. 

- Czyli mnie? Harry, nie bądź śmieszny.  To nie ja, ale firma jest 

główną nagrodą. 

- Nigdy się nie doceniałaś, Savannah, i nie mam pojęcia dlaczego. 

Wydawałoby  się,  że  taka  mądra  dziewczyna  jak  ty  powinna  lepiej 

siebie widzieć. Trochę winię za to Sama, który powtarzał, że Annette 

ma urodę, a ty rozum, przy czym robił to w taki sposób, że wydawało 

się,  że  brakuje  ci  zarówno  jednego,  jak  i  drugiego.  Jesteś  bardzo 

ładna,  Savannah,  na  swój  sposób.  Uwierz  mi,  że  James  Vaughn 

wprost nie może się doczekać, żeby ujrzeć pewną śliczną dziewicę w 

swoim łóżku. 

background image

Utkwiła  wzrok  w  swych  nieco  przyciasnych  butach.  Słowa 

Harry'ego  wywołały  w  niej  zażenowanie,  lekko  ją  zraniły,  lecz 

jednocześnie czuła się w dziwny sposób cudownie. 

- Kto powiedział, że jestem dziewicą? 

Po raz pierwszy tego dnia usłyszała jego głośny śmiech, szczery i 

radosny. 

-  To  wcale  nie  jest  zabawne!  -  rzekła  ze  złością  i  pognała  przed 

siebie, nie zmieniając jednak kierunku. 

Dogonił ją i znowu objął w pasie, tak jakby był jej właścicielem, 

tak  jakby  miał  do  niej  prawo.  Tym  razem  nie  szarpnęła  się,  by  mu 

przypomnieć, że jednak nie ma do niej żadnych praw. 

-  Nie  chcesz  wiedzieć,  dokąd  idziemy?  -  zapytał,  gdy  skręcili  na 

najbliższym rogu. 

- Nic mnie to nie obchodzi - odparła, podnosząc do góry głowę i 

zastanawiając  się,  czy  nie  można  by  przejść  z  Prosperino  prosto  w 

świat zapomnienia, choćby i w tych okropnych butach. 

-  Ale  ja  mimo  wszystko  ci  powiem  -  oznajmił,  przystając  -  bo 

właśnie doszliśmy do celu. 

Podniosła  głowę  jeszcze  wyżej  i  stwierdziła,  że  stoją  na  wprost 

ratusza. 

- O mój Boże! - wyszeptała. 

Wziął  ją  za  rękę  i  wprowadził  do  wnętrza  chłodnego  budynku  o 

marmurowych  ścianach.  Zatrzymali  się  przy  tablicy  informacyjnej  i 

Harry oświadczył: 

- Urząd stanu cywilnego, drugie piętro. 

background image

-  Ty  idź,  a  ja  tam  poczekam  -  powiedziała,  odwracając  się  w 

kierunku wyjścia. 

-  Savannah!  -  zawołał  na  tyle  głośno,  że  kilka  osób  zwróciło  na 

nich uwagę. - Musisz za mnie wyjść. Pomyśl o dziecku! 

- No tak - rzekła starsza pani do swej siwowłosej koleżanki. - Tak 

jak  ci  właśnie  mówiłam,  Maude.  Ten  kraj  zdecydowanie  schodzi  na 

psy. 

Savannah poczuła, że płoną jej policzki. Zacisnęła dłonie w pięści 

i odwróciła się do Harry'ego, który stał przy windzie i przytrzymywał 

otwarte  drzwi  z  tak  niewinną  miną,  z  jaką  pojawił  się  niegdyś  w  jej 

szkole ze sfałszowaną kartką, w której ojciec prosił, by pozwolono jej 

wyjść z campusu w towarzystwie „mego  zaufanego przedstawiciela". 

Właśnie  wtedy  ów  zaufany  przedstawiciel  zabrał  ją  na  ich  pierwszą 

tajną wyprawę do pizzerii w mieście. 

Dziwne.  Dopiero  w  tej  chwili  Savannah  zdała  sobie  sprawę,  że 

mimo  swych  błazeńskich  manier  Harry  jest  znacznie  bardziej 

poważnym  człowiekiem  niż  sześć  lat  temu.  Nie  spędził  tego  okresu 

pod  szklanym  kloszem  -  już  prędzej  można  to  powiedzieć  o  niej  -  i 

zapewne dlatego się zmienił. Ciekawa była, w jakim stopniu jej siostra 

przyczyniła się do tych przemian. 

- Wsiada pani czy nie, młoda damo? - zapytał starszy pan stojący 

w głębi kabiny. - Jestem ławnikiem i właściwie nie spieszy mi się do 

sali sądowej, ale chyba nie powinienem się spóźniać. 

- Och, przepraszam - rzekła, patrząc ze złością na Harry'ego, który 

podniósł brwi do góry i patrzył na nią, szczerząc zęby.  

background image

Teraz  był  właśnie  taki,  jakim  go  zapamiętała  i  w  jakim  się  

zakochała z całą intensywnością siedemnastolatki. 

-  Przestań,  Savannah  -  odezwał  się  Harry,  na  szczęście  już 

spokojniej.  -  Chcesz  opuścić  dom,  ale  mówiłaś,  że  nie  masz  dokąd 

pójść. A  więc już masz. A poza tym  czy naprawdę chcesz zatrzymać 

nazwisko Hamilton? 

- Mogę poszukać pracy, a to nazwisko jeszcze mi nie zaszkodziło 

-  wyjaśniła,  próbując  zyskać  na  czasie  i  modląc  się  o  to,  by  jakiś 

łaskawy  bóg  podsunął  jej  do  głowy  właściwe  słowa,  podpowiedział, 

co ma robić. 

Nie, nie. Już nikt nie będzie jej mówił, co ma robić. Miała dosyć 

ludzi dyrygujących jej życiem. 

- Wiesz co? Chyba nie odpowiada mi bycie pionkiem. Ani Sama, 

ani  twoim.  Żegnaj,  Harry.  Dziękuję  za  wszystko,  ale  nie  -  rzekła 

dobitnie, po czym wybiegła z budynku. 

- Jeśli wolno mi coś powiedzieć - odezwał się pasażer windy - to 

pograłeś sprawę, młody człowieku. 

-  Jeszcze  nie  -  odparł  Harrison,  puszczając  drzwi.  -  Życzę 

przyjemnego dnia, i przepraszam za zatrzymanie windy. 

-  Och,  mam  nadzieję,  że  dziś  będziemy  mieli  jakiś  proces  o 

zabójstwo.  Lepsze  to  niż  siedzenie  w  domu,  oglądanie  telewizji  i 

wynoszenie  śmieci  na  rozkaz  żony.  Proszę  nie  iść  na  emeryturę, 

młody  człowieku.  To  piekło  za  życia,  a  kiedy  tylko  znajdziesz  coś 

ciekawszego do roboty, od razu wzywają cię do sadu. Los ławnika! 

background image

Harrison uśmiechnął się, podziękował mężczyźnie za dobrą radę i 

ruszył  w  pościg  za  Savannah,  która  nie  mogła  ujść  daleko  w  tych 

idiotycznie wysokich butach. Kiedy zobaczył ją na ulicy, przez chwilę 

patrzył  na  nią  z  przyjemnością.  Jej  biodra  kołysały  się  łagodnie,  gdy 

na zmianę to szła, to biegła w stronę swojego samochodu. 

Dogonił  ją  na  rogu,  ujął  pod  rękę  i  zaprowadził  w  plamę  cienia 

pod najbliższym budynkiem. 

-  Przepraszam  -  powiedział,  widząc,  że  jej  wielkie  oczy  lśnią 

nienaturalnie  z  powodu  wezbranych  łez.  -  Jestem  taki  sam  łobuz  jak 

Sam i jeśli chcesz mnie teraz kopnąć w łydkę i zostawić tu, pod tym 

domem, nie będę miał pretensji. Ale najpierw mnie wysłuchaj. Proszę. 

-  Nie  mamy  sobie  już  nic  do  powiedzenia,  Harry  -  oznajmiła.  -

Nic. 

- Mylisz się, Savannah. Jestem ci winien prawdę. Czy zechcesz jej 

wysłuchać, czy mnie kopniesz i znowu się rozstaniemy? 

Podniosła  głowę  i  zerknęła  na  niego  z  zaciekawieniem.  Ów 

nieposłuszny  kosmyk  włosów  ponownie  wysunął  się  zza  ucha,  a 

Harry  skonstatował,  że  ze  wzruszeniem  patrzy,  jak platynowe  pasmo 

kładzie się miękko na jej idealnie owalnym policzku i podwija lekko 

pod brodą. 

- Pięć minut, Harry. Daję ci pięć minut. 

- Wspaniale, ale nie tutaj. Wracajmy do biura. 

Posłusznie  ruszyła  z  nim,  lecz  odsunęła  się,  gdy  spróbował 

położyć  rękę  na  jej  talii.  Harrison  zorientował  się,  że  dawne  rany 

uczyniły go nieczułym na ciosy, jakie otrzymała niedawno Savannah, 

background image

i  dlatego  tak  bez  żenady  wystąpił  ze  swymi  dalekosiężnymi,  nie 

przemyślanymi planami. 

Swoim  kluczem  otworzył  zamknięte  drzwi  gmachu  i  weszli  do 

środka. W milczeniu wjechali windą na odpowiednie piętro, bez słowa 

przeszli  przez  korytarze  urzędników  średniego  szczebla,  aż  wreszcie 

dotarli do gabinetu naczelnego dyrektora. 

-  Witam  -  rzekła  radośnie  Lorraine,  usadowiona  za  biurkiem.  - 

Czekałam na was. 

-  Doprawdy?  -  mruknął  Harrison,  zastanawiając  się,  czy  jego 

asystentka  nie  ucieszyłaby  się  z  darmowego  biletu  do  dalekiej 

Mongolii. Biletu w jedną stronę, oczywiście. 

-  Doprawdy.  Zawsze  wracają  na  miejsce  zbrodni  -  oświadczyła, 

patrząc na Savannah. - Dobrze się pani czuje, kochanie? 

- Owszem, dziękuję - odparła Savannah, rzucając Harrisonowi tak 

chłodne  spojrzenie,  że  mogłoby  zapewne  zmrozić  piekło,  po  czym 

weszła do jego gabinetu. 

-  Przykładasz  czasem  ucho  do  dziurki  od  klucza?  -  zapytał 

Harrison, patrząc groźnie na Lorraine. 

-  Robiłam  to  w  czasach  pana  ojca,  ale  teraz  po  prostu  nie 

wyłączam interkomu, korzystając z tego, że się pan na tym nie zna. - 

Lorraine  wyprostowała  się,  oparła  ręce  o  blat  biurka.  -  Przecież  ta 

kobieta  mogłaby  być  terrorystką.  Chyba  nie  sądził  pan,  że  zostawię 

was  samych,  zwłaszcza  że  biuro  jest  puste  od  południa.  Chociaż 

spodziewałam się, że wróci pan tu, żeby mi o wszystkim opowiedzieć. 

Dlatego  szybko  schowałam  się  w  szafie,  kiedy  usłyszałam,  że 

background image

wychodzicie.  No  więc  ma  pan  zamiar  wykupić  firmę  i  uratować  tę 

biedną  dziewczynę?  Proszę  poczekać,  mam  ważniejsze  pytanie:  czy 

zamierza  pan  powiedzieć  jej,  co  naprawdę  wydarzyło  się  sześć  lat 

temu? 

-  A  skąd  ty  możesz  coś  o  tym  wiedzieć?  -  zapytał,  po  czym 

machnął ręką. - Jasne. Przecież ty wiesz wszystko, i dlatego nie mogę 

cię  wyrzucić.  Po  prostu  pójdziesz  wtedy  do  jakiejś  konkurencyjnej 

stacji i zaczniesz sypać pikantnymi szczegółami... 

Uśmiech Lorraine zamarł. 

- Nigdy bym... 

Harrison  szybko  podszedł  do  biurka  i  ucałował  chudy  policzek 

swej asystentki. 

-  Wiem,  Lorraine.  I  przepraszam,  ale  jestem  w  bardzo  trudnej 

sytuacji. 

-  Proszę  nie  skrzywdzić  tej  dziewczyny,  panie  Colton  -  rzekła 

Lorraine,  biorąc  do  ręki  torebkę  i  nieodłączny  kryminał  w  wydaniu 

kieszonkowym. - Jest w niej coś bardzo... kruchego. 

Harrison kiwnął głową, po czym ruszył prosto do biurka w swym 

gabinecie,  by  odłączyć  interkom.  Dziesięć  sekund  później  zamknęły 

się drzwi za opuszczającą biuro Lorraine. 

- To bardzo miła kobieta - zauważyła Savannah, odzywając się do 

niego po raz pierwszy od ponad dziesięciu minut. 

- Wszyscy tu się jej boją, ale nie wiem, co bym bez niej począł - 

odrzekł Harrison, nalewając do szklanek lemoniadę. - Dobrze - dodał, 

background image

wręczając jedną ze szklanek Savannah, a z drugą zajmując miejsce w 

fotelu, w którym poprzednio siedział. - Nadeszła godzina prawdy. 

- Całej prawdy? - spytała z pobladłą twarzą. 

-  Całej  -  przyznał.  -  W  tym  celu  musimy  się  cofnąć  w  czasie  o 

sześć lat, co dla mnie nie jest takie przyjemne. Inaczej jednak nie będę 

w  stanie  ci  wyjaśnić,  że  to  już  po  raz  drugi  Sam  próbuje  wybrnąć  z 

kłopotów na swój szczególny sposób. Cała różnica polega na tym, że 

w przeciwieństwie do ciebie Annette świadomie z nim konspirowała. 

- Nie rozumiem - przyznała Savannah ze zmarszczonym czołem. - 

Nie,  to  nieprawda.  Rozumiem.  Harry,  czy  chcesz  mi  powiedzieć,  że 

Annette miała wyjść za ciebie dlatego, żebyś uratował Sama z jakichś 

opresji?  To  chyba  absurd.  Przecież  pracowałeś  u  niego,  nie  miałeś 

żadnych pieniędzy. 

- Dalej, Savannah. Chyba dobrze rozumujesz... 

-  Nie  miałeś  pieniędzy  -  powtórzyła,  rozglądając  się  po  dość 

wytwornie urządzonym gabinecie. - Ty nie, ale twój ojciec miał. Więc 

o  to  chodziło?  Sam  chciał,  żeby  twój  ojciec  zainwestował  w  jego 

firmę? 

- Och, jeszcze lepiej. Chciał, żebyśmy inwestowali razem z nim, a 

poza tym zażądał części holdingu jako prezentu za to, że pozwala mi 

poślubić  jego  córkę.  Kiedy  kazałem  mu  iść  do  diabła,  Annette  mnie 

dobiła,  mówiąc,  że  jeśli  się  nie  zgodzę  na  propozycję  ojca,  ona  za 

mnie  nie  wyjdzie,  bo  przecież  przystała  na ten  ślub  tylko  dlatego,  że 

jestem bogaty, mogę pomóc ojcu i zapewnić jej taki poziom życia, na 

jaki sobie zasłużyła. 

background image

-  A  więc  to  ty  odwołałeś  ślub,  a  nie  Annette?  I  nie  miało  to  nic 

wspólnego z tym, że Annette zakochała się w Robercie? 

- Masz rację - pokiwał głową, wiedząc, że dzięki swej inteligencji 

Savannah  szybko  dopowie  sobie  resztę,  i  zapewne  mimo  wszystko 

kopnie go na koniec w łydkę. - A teraz pora na tę cześć, w której nie 

wyglądam już tak szlachetnie... 

-  Musiałeś  być  okropnie  zły.  I  czułeś  się  zraniony.  Kochałeś  ją, 

Harry. Wiem, że ją kochałeś. Jak ona mogła być taka okrutna? I taka 

głupia! Czy nie zdawała sobie sprawy,  że miała szczęście, skoro ty... 

Ach, dość na ten temat. 

Odstawiła  szklankę  na  stolik,  wstała  i  podeszła  do  okna 

wychodzącego na ulicę. 

- Sześć lat później przychodzę do ciebie, opowiadam ci podobną 

historyjkę,  tyle  że,  jak  sam  powiedziałeś,  nie  jestem  aktywną 

uczestniczką  tego  spisku.  Niemniej  rezultat  będzie  podobny,  chociaż 

zamienię Vaughna na ciebie. 

Odwróciła się do niego twarzą. 

-  Czy  to  nie  ironia  losu,  Harry?  Studiowałam  co  prawda 

środowisko,  ale  na  ironii  też  się  umiem  poznać.  No  cóż,  ojciec 

zostanie uratowany, a jeśli naprawdę chcesz się ze mną ożenić, będzie 

miał dostęp do studni bez dna. Tyle że nie będzie mógł z niej czerpać, 

prawda? Bo przecież chcesz zażądać pięćdziesięciu jeden procent. 

-  Masz  rację.  Chcę  mieć pakiet kontrolny  w  firmie  Sama,  on nie 

położy  łapy  na  holdingu,  a  ponieważ  będę  mężem  jego  ostatniego 

majątku  trwałego,  czyli  ciebie,  będzie  musiał  na  moją  propozycję 

background image

przystać. Chyba że  Annette zechce ponownie  zapolować na bogacza. 

Jak jej się układa z Jamesem? 

-  Skaczą  sobie  do  gardła  -  odparta  Savannah,  pocierając  w 

zamyśleniu  szyję.  -  To  byłby  dla  ciebie  znakomity  układ,  prawda, 

Harry?  Zemściłbyś  się  na  ojcu,  machnął  mną  przed  Annette,  i  tak 

dalej. Ale co ja z tego będę miała? 

-  Mnóstwo,  jeśli  choć  trochę  przypominasz  siostrę  -  rzekł 

Harrison,  dodając  szybko:  -  Jeśli  uważałaś,  że  ślub  dla  pieniędzy  to 

dobry pomysł. Zyskasz trochę mniej, jeśli po prostu szukasz sposobu 

na  uwolnienie  się  od  Sama  i  rozpoczęcie  nowego  życia.  Ale  nie 

pomogę Samowi, jeśli się z tobą nie ożenię. Miałbym wtedy na głowie 

firmę,  w  której  musiałbym  topić  wielkie  pieniądze,  żeby  postawić  ją 

na  nogi,  a  ty  dalej  byłabyś  wolna,  Sam  utrwalałby  w  tobie  poczucie 

winy  za  postępek  twojej  matki,  no  i  James  krążyłby  gdzieś  na 

horyzoncie. 

- Jak długo? 

- Jak długo będziemy mężem i żoną? O to pytasz? 

-  To  chyba  jedno  z  najbardziej  sensownych  pytań  do  tej  pory  - 

oznajmiła  Savannah,  podnosząc  głowę.  -  I  oczywiście,  będzie  to 

wyłącznie  małżeństwo  z  rozsądku  -  dodała.  -  Umowa  w  interesach. 

Nic poza tym. 

Harrison  zatrzymał  na  niej  wzrok,  dostrzegł  kruchość,  o  jakiej 

wspomniała Lorraine, i potaknął. 

-  Umowa  w  interesach.  Dobrze,  zgadzam  się.  Ustalimy  czas  jej 

trwania.  Co  byś  powiedziała  o  dwóch  latach?  Ja  będę  miał  swoją 

background image

zemstę, bo przecież kłamałbym, gdybym stwierdził, że idea zemsty do 

mnie  nie  przemawia,  a  ty  wyrwiesz  się  spod  tyranii  Sama.  A  po 

dwóch  latach  uzyskasz  wolność,  już  bez  Sama.  Zaryzykuje 

stwierdzenie, że wygramy oboje. 

-  Ja  miałabym  wygrać,  Harry?  To  dlaczego  nie  czuję  się  jak 

zwycięzca?  -  zapytała,  kierując  się  w  stronę  drzwi.  -  Chodź,  lepiej 

wracajmy do ratusza, zanim wszyscy wyjadą na weekend. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

W  sobotę  Harrison  przyszedł  do  biura,  by  przygotować  się  do 

tygodnia ciężkiej pracy, kiedy to Sam Hamilton odkryje - zapewne w 

poniedziałek po południu - że jego plany wzięły w łeb. 

Późnym  popołudniem  w  piątek  odesłał  Savannah  do  domu  jej 

„ojca",  nakazując,  by  nie  wspomniała  nikomu  słowem  o  ślubie 

cywilnym, który miał się odbyć w poniedziałek rano. Skłonił ją także 

do  obietnicy,  że  z  bagażami  przyjedzie  do  niego  w  niedzielę 

wieczorem, i z tego miejsca zaczną działać. 

Nie  miał  jednak  pojęcia,  na  czym  konkretnie  to  „działanie" 

miałoby  polegać,  choć  zaczął  sobie  zdawać  sprawę,  że  nie  bardzo 

podoba mu się idea małżeństwa jedynie na papierze. Wczoraj uznał to 

za  dobry  pomysł,  ponieważ  żądza  zemsty  przytłumiła  wyznawane 

przez niego zasady moralne, niemniej Lorraine miała rację. Savannah 

Hamilton  jest  krucha.  Krucha,  młoda,  śliczna  i  warta  grzechu. 

Początkowo tego nie zauważył, bo przez cały czas starał się  pamiętać, 

jak wyglądała sześć lat temu, a nie teraz. Teraz zaś była już dorosła... 

background image

Mógłby  jeszcze  odwołać  tę  ceremonię,  mógłby  wycofać  się  ze 

wszystkiego. Wykorzystywał Savannah, niewinną i niedoświadczoną,  

do odegrania się na Samie. 

Sam  Hamilton.  Łobuz  światowej  klasy.  Przeżytek  starych  złych 

czasów, w których córki traktowano jako towar. 

-  I  dlatego  właśnie  nie  mogę  tego  odwołać  -  rzekł  do  siebie, 

spacerując tam i z powrotem po dywanie. - Wyrobił w Savannah takie 

poczucie  winy  z  powodu  rzekomego  grzechu  jej  matki,  że  gotowa 

wydać się za tego obrzydliwego Vaughna w ciągu tygodnia. 

Poprzedniego  wieczoru,  gdy  siedział  u  siebie  w  domu,  popijając 

w  ciemnościach  szkocką,  na  samą  myśl  o  Jamesie  mającym  coś 

wspólnego  z  Savannah  zrobiło  mu  się  niedobrze.  Przez  cały  wieczór 

usiłował sobie wytłumaczyć, że troska o Savannah bierze się stąd, że 

Vaughn  jest  kobieciarzem,  że  taka  młoda  dziewczyna  będzie 

przytłoczona jego stylem życia.  

Znalazł  wiele  powodów,  z  których  nie  wolno  było  dopuścić  do 

tego, by Savannah poświęciła się i wzięła ślub z Vaughnem. Odpędzał 

jednak od siebie myśl, że robiło mu się niedobrze głównie dlatego, że 

wyobrażał sobie Vaughna dotykającego Savannah, podczas gdy to on 

sam, Harrison, pragnął ją dotykać, całować, rozbudzać. 

Zawsze ją lubił, od samego początku, od dnia, w którym ją po raz 

pierwszy  zobaczył,  kiedy  miał  dwadzieścia  pięć  lat,  a  ona 

siedemnaście.  Lubił  ją  niczym  siostrę,  podziwiał  jej  bystry  umysł, 

podobał  mu  się  jej  nieśmiały  uśmiech.  Przyjemność  sprawiał  mu  też 

background image

sposób, w jaki na niego patrzyła, kiedy wydawało jej się, że on nic nie 

widzi. Uwielbiał, gdy ją na czymś takim przyłapał. 

Ale to było sześć lat temu, gdy był młody i głupi i pochlebiało mu 

wyraźne zadurzenie młodej dziewczyny. Mógł się z tego wszystkiego 

śmiać, bo był zaręczony z jej siostrą, był zakochany w jej siostrze. A 

ona wcale nie była zakochana w nim. 

Podszedł  do  okna,  tego  samego,  przed  którym  wczoraj  stanęła 

Savannah,  i  przywołał  na  myśl  Annette,  czego  nie  robił  już  od 

dłuższego czasu. Była taka piękna!  Mleczna skóra, czarne jak węgiel 

włosy,  wielkie  fiołkowe  oczy.  Doskonała.  Może  zbyt  doskonała...  A 

może też oślepiła go jej uroda i nie dostrzegał niedoskonałości. 

Przecież nie chciała się niczym zająć, ograniczała się do tego, by 

siedzieć  i  wyglądać  pięknie.  Nigdy  nie  weszła  do  basenu,  nigdy  nie 

zagrała  w  słońcu  w  badmintona,  dawała  się  zapraszać  tylko  do 

najlepszych restauracji, i zawsze, zawsze odpychała go, gdy próbował 

posunąć się do czegoś więcej niż pocałunek. 

W jego wyobraźni jawiła się niczym delikatna księżniczka z bajki, 

i  tak  też  ją  traktował.  Teraz  zdawał  sobie  sprawę,  że  idealizował 

Annette, że to tylko jej olśniewająca uroda skłoniła go do przypisania 

jej takich atrybutów jak dobroć i kochające serce.  

A  to  właśnie  Savannah  była  dobra  i  kochająca.  Cieszyła  się  

życiem, potrafiła godzinami siedzieć na podłodze i grać w planszowe 

gry,  nie  obrażała  się,  gdy  ktoś  próbował  podtopić  ją  w  basenie. 

Savannah  była  prawdziwa,  Annette  była  nierealna.  Lecz  wtedy 

Savannah miała zaledwie siedemnaście lat. 

background image

- Teraz jest już znacznie starsza - przypomniał sobie, gdy zamykał 

żaluzje,  by  odciąć  się  od  ostrego  popołudniowego  słońca,  by  odciąć 

się od myśli, które niewiele miały wspólnego ze zjawiskiem zwanym 

małżeństwem  z  rozsądku.  Małżeństwem  bez  miłości.  Małżeństwem 

bez  skonsumowania.  Małżeństwem  pomyślanym  wyłącznie  jako 

zemsta. 

-  No  tak  -  mruknął,  kierując  się  do  telefonu.  -  Nie  mogę  tego 

zrobić. Nie mogę tego zrobić Savannah. I sobie też; żadnemu z nas nie 

przyniesie to nic dobrego. 

Zanim  jednak  zdążył  podnieść  słuchawkę,  zadzwonił  telefon 

podłączony do jego prywatnej linii i Harrison mruknął pod nosem coś 

niecenzuralnego. 

- Słucham, Colton - mruknął nieuprzejmie, zastanawiając się, kto 

z  grupki  niewielu  osób  mających  jego  prywatny  numer  zadał  sobie 

trud szukania go w biurze w sobotnie popołudnie. 

- Mówi Colton - odezwał się śpiewny głos po drugiej stronie linii. 

- Na litość boską, Harrison, nie warcz tak na mnie. 

- Babcia - rzekł półgłosem, opadając na krzesło i uśmiechając się 

niemrawo. - Jak tam twój artretyzm? 

- Dobija się do drzwi, ale go nie wpuszczam. Dzięki za troskę. 

Harrison uśmiechnął się, słysząc odpowiedź babki. Ilekroć pytano 

ja  o  zdrowie,  zawsze  odpowiadała  w  inny,  lecz  zawsze  zabawny 

sposób. 

-  To  dobrze.  O  co  tym  razem  chodzi?  Kiedy  poprzednio 

dzwoniłaś pod ten numer, pytałaś, czy mam w puszce księcia Alberta, 

background image

i  kazałaś  mi  go  wypuścić.  Czy  nigdy  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że 

kobiety w pewnym wieku nie powinny robić dowcipów przez telefon? 

Zwłaszcza jeśli ten telefon jest po drugiej stronie Atlantyku. 

-  Ostatnio  nie  -  odrzekła  Sybil  Colton  dźwięcznym  głosem, 

którego nie zniekształciły tysiące mil dzielące Kalifornię od Paryża. - 

A od kiedy to jestem kobietą w pewnym wieku? - zapytała, a Harrison 

usłyszał,  jak  wydmuchuje  dym.  Wyobraził  ją  sobie  na  wyłożonej 

poduchami kanapie, trzymającą papierosa wetkniętego w cygarniczkę 

z kości słoniowej, a obok na stoliku szklankę z martini. - Jestem stara, 

Harrison. To jedno z pewnością można o mnie powiedzieć. 

Zerknął na zegar stojący na biurku. 

-  Z  pewnością  już  dawno  powinnaś  się  położyć  -  ciągnął 

beztrosko, myśląc sobie, że na tym świecie niewiele jest przyjemności 

większych niż rozmowa telefoniczna z mieszkającą w Paryżu babką. - 

Stracisz urodę, jeśli nie będziesz się wysypiać. 

- Już niedługo zacznę się wysypiać za wszystkie czasy, Harrison - 

odparowała.  -  A  teraz  nie  mogę  spać.  Coś  mi  chodzi  po  głowie,  i 

chciałam  z  tobą  o  tym  porozmawiać.  Twój  brat  reaguje  tylko  wtedy, 

kiedy ktoś zacznie narzekać na woreczek żółciowy albo inne okropne 

choróbska  fascynujące  dziś  lekarzy,  a  Frank  i  Shirley  są  nadal  na 

wakacjach.  Nie  znam  nikogo,  kto  by  odpoczywał  tyle  co  mój  Frank. 

Czy  on  wykorzystuje  twoje  dobre  serce,  Harrison?  Czy  przez  niego 

nie znajdziesz się wcześniej w grobie? 

- Słucham cię, babciu - wtrącił, zachodząc w głowę, co też może 

oznaczać  ta  radosna  paplanina.  -  Czy  coś  się  stało?  Czy  chciałaś  z 

background image

kimś  dzisiaj  porozmawiać?  A  dlaczego  najpierw  wspomniałaś  o 

Jasonie?  Źle  się  czujesz?  Chyba  nie  poszłaś  na  tańce  i  nie  złamałaś 

nogi w biodrze? 

- Kochanie, do kogo ty mówisz? Chyba do jakiejś starowinki, bo 

na  pewno  nie  do  mnie  -  obruszyła  się  Sybil  i  zaciągnęła  swym 

nieodłącznym  papierosem.  Zgadzała  się,  że  jest  to  nałóg 

niebezpieczny, lecz gdy ktoś namawiał ją, by go rzuciła, stwierdzała, 

że w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat wielu zagrożeń spodziewać się  

już  nie  może.  -  Czy  nie  wolno  mi  po  prostu  zadzwonić  do  mojego 

wnuka i spytać, co u niego? Czy to zbrodnia? 

- Dzwonisz, bo chcesz wiedzieć, co u mnie - powtórzył Harrison, 

podnosząc  przycisk  do  papieru,  który  wczoraj  wzięła  do  ręki 

Savannah,  i  zaczął  obracać  go  w  dłoni.  -  Dobrze,  moja  droga.  Kim 

pani jest i co pani zrobiła z moją babcią? 

Zduszony śmiech Sybil poprawił mu nastrój. 

-  No  dobrze,  niech  ci  będzie.  Może  i  miałam  powód,  żeby 

zadzwonić, ale to nie znaczy, że nie mogę spytać, co u ciebie. No więc 

co?  Masz  ostatnio  jakieś  towarzystwo?  Uwodzisz  piękne  kobiety? 

Wiesz,  Frank  i  Shirley  nie  mogą  doczekać  się  wnuków.  Mógłbyś 

przynajmniej ich zadowolić. 

- A więc w istocie chciałabyś mi powiedzieć, żebym znalazł sobie 

jakąś miłą kobietę, ożenił się i ustatkował. Babciu, czy jesteś pewna, 

że nie zwariowałaś? 

- Zwariowałam? Ja? Harrison! Czyżbyś miał zamiar się żenić? O 

mój Boże, mam sensacyjną wiadomość! Prawda? Ha!  Frank dostanie 

background image

furii.  On,  taki  potentat  w  świecie  mediów,  nie  wytropił  pierwszy 

hiobowej wieści, a uprzedziła go w tym stara baba mieszkająca gdzieś 

na  antypodach!  Kim  ona  jest,  Harrison?  Chyba  nie  wybrałeś  sobie 

jakiejś  anorektycznej  modelki,  które  wy,  bogaci,  uważacie  za  takie 

atrakcyjne. 

-  Uspokój  się,  proszę  -  powiedział,  żałując  w  duchu,  że  zdradził 

się przed babką, która gotowa była zadzwonić do jego rodziców, brata 

oraz  wszystkich  najbliższych  krewnych  z  informacja,  że  mały 

Harrison dał się w końcu usidlić, i dobrze, bo to już najwyższa pora. - 

Ja  tylko  myślę  o  tym,  czyby  się  nie  ożenić.  To  wszystko.  Ja  się  

zastanawiam. 

Po drugiej stronie zapadło milczenie, po czym Sybil odezwała się 

przytłumionym głosem: 

- Nie chcesz rozgłosu, prawda? Dalej mam ochotę powyrywać tej 

dziewczynie  włosy  z  głowy.  Jej  i  temu  jej  tatusiowi.  Przysięgam  ci, 

Harrison,  że  jeśli  nie  usłyszę  więcej  nazwiska  Hamiltonów,  to  umrę 

szczęśliwa.  Chyba  że  chcesz  mi  powiedzieć,  że  Sama  Hamiltona  i  tę 

jego małą poszukiwaczkę złota spotkała wreszcie zasłużona kara. 

Ta  rozmowa  przybiera  niedobry  obrót,  pomyślał  Harrison  i  ze 

słuchawką wetkniętą między ramię a głowę sięgnął do małej lodówki 

ukrytej  pod  wydłużonym  blatem  biurka,  by  wyjąć  butelkę  wody. 

Ciekawe,  jak  babka  zareaguje,  jeśli  jej  powie,  że  wkrótce  znowu 

usłyszy  to  nazwisko,  bo  w  poniedziałek  po  południu  on 

prawdopodobnie będzie już mężem Savannah. 

background image

Postanowił jednak nie ryzykować. Babka jest zbyt inteligentna, by 

nie wyczuć pisma nosem. Zwłaszcza że jego rola w tej grze jest dosyć 

podejrzana. 

-  Babciu  -  odezwał  się,  uznawszy,  że  w  tej  sytuacji 

najbezpieczniej  będzie  skłamać  -  czekam  na  ważny  telefon  i  dlatego 

jestem  teraz  w  biurze,  a  nie  na  polu  golfowym.  Toteż,  mimo  że 

chętnie  wysłuchałbym  twojej  opowieści  o  tym,  ileż  to  jest  sposobów 

skręcenia  Sama  Hamiltona  w  paragraf,  to  jednak  bym  wolał  się 

szybko dowiedzieć, w jakiej sprawie dzwonisz. 

- Wycofujesz się, prawda? No cóż, niech ci będzie. Zwłaszcza że 

naprawdę muszę z tobą o czymś pogadać. Czy dostałeś zaproszenie od 

Meredith na sześćdziesiąte urodziny Joego? 

Harrison  szybko  przestawił  myśli  na inne  tory.  O  ile  jego  ojciec, 

Frank, był raczej miejskim chłopcem - jeśli Prosperino można nazwać 

miastem, bo przecież było znacznie mniejsze od Los Angeles czy San 

Francisco  -  o  tyle  jego  kuzyn  Joe  spędził  większość  życia  na 

znakomicie prosperującym ranczu pod miastem. 

Joe, który zaczynał od niczego, z czasem dorobił się tak wielkiego 

majątku,  że  zainwestował  w  górnictwo,  nabył  szyby  naftowe  i  spore 

przedsiębiorstwo  armatorskie  oraz  udziały  w  spółkach  wielu  innych 

branż.  Dla  Harrisona  Joe  Colton  stanowił  wzorzec  do  naśladowania. 

Harrison  często  jeździł  na  ranczo,  lubił  towarzystwo  Joego,  jego 

kuzynów,  pasierbów  oraz  dzieci  adoptowanych,  które  Meredith  i  Joe 

wychowywali z miłością.  

background image

Ranczo  Coltonów  było  niegdyś  bardzo  szczęśliwym  miejscem. 

Wszystko zmieniło się dziesięć lat temu, gdy Meredith wraz z Emily, 

jedną  z  ich  adoptowanych  córek,  omal  nie  zginęła  w  dziwnym 

wypadku  samochodowym.  Zachowała  życie,  lecz  zmieniła  się  tak 

bardzo,  iż  Harrison  z  trudem  ją  poznawał.  I,  sądząc  z  tonu,  z  jakim 

babka  wymówiła  imię  Meredith,  nie  był  w  swym  poglądzie 

odosobniony. 

- Harrison, jesteś tam? 

-  Słucham?  Och,  przepraszam,  babciu.  Tak,  tak,  dostałem 

zaproszenie. Zanosi się na niezłą imprezę. Przylatujesz? 

- Owszem, mam nadzieję. Ale chyba nie będę się dobrze bawić. 

-  Słyszę,  że  przemawia  przez  ciebie  wieczna  optymistka  - 

stwierdził,  wracając na  swe  miejsce  za  biurkiem.  -  O co  chodzi?  Nie 

masz  się  w  co  ubrać?  Trudno  w  to  uwierzyć,  bo  przecież  paryscy 

krawcy skaczą z radości, kiedy wpadasz obejrzeć ich nowe kolekcje. 

-  No  tak,  ale  wiesz,  co  mam  włożyć  na  to  przyjęcie?  Balową 

suknię.  Przyznaj,  że  to  zupełnie  do  Meredith  niepodobne.  Gala? 

Meredith  nie  znosiła  takiej  celebry,  tego  blichtru  i  przepychu.  Ona 

uwielbiała  swojskie  rodzinne  pikniki.  Nie  rozumiem,  skąd  pomysł 

tych  smokingów.  I  nie  pojmuję,  dlaczego  Joe  tak  potulnie  się  na  to 

zgadza. 

- To jego sześćdziesiąte urodziny - przypomniał Harrison. - Może 

zamarzyło mu się coś bardziej oficjalnego? 

background image

- Wykluczone, Harrison. To dziwne jak na Joego, i dziwne jak na 

Meredith.  Mówię  ci,  Harrison,  tam  dzieje  się  coś  podejrzanego,  i  to 

nie od wczoraj. Czuję to nawet z Paryża. 

Harrison ujął w palce czubek swego nosa. 

- No, babciu... 

-  Nie  mów  do  mnie  tym  tonem!  Pamiętasz,  jak  w  zeszłym  roku 

Meredith  potraktowała  mnie  jak  gościa?  Mnie!  Przecież  nigdy 

przedtem  nie  traktowała  mnie  jak  gościa,  i  to  nieproszonego!  No  i 

jeszcze ta Emily... 

-  Co  się  dzieje  z  Emily?  Przecież  wyzdrowiała?  -  zapytał, 

wyciągając  kartkę  z  faksu  i  stwierdzając,  że  jest  to  raport  na  temat 

sytuacji  finansowej  Sama  Hamiltona.  Nieźle,  same  długi.  Zapragnął 

nagle  skończyć  tę  rozmowę  i  przestudiować  ten  dokument  oraz 

wszystkie inne, które drukowała maszyna. 

-  Czyżby?  -  mruknęła  babka,  czekając,  aż  wnuk  zareaguje  na  jej 

tajemniczy, pełen wątpliwości ton. 

Postanowił,  że  jej  nie  rozczaruje,  zwłaszcza  że  doskonale 

wiedział, że babka i tak powie  wszystko, co ma do powiedzenia, bez 

względu na to, czy rozmówca ma ochotę jej słuchać, czy nie. 

- Dobrze, babciu, wal. Zamieniam się w słuch. 

-  No,  wreszcie!  Twój  ojciec  uważa,  że  tracę  dar  przekonywania. 

Ale na ciebie zawsze można liczyć. 

-  Ja  jestem  prawdziwym  dżentelmenem  -  mruknął  ironicznie, 

przeglądając nadchodzące wydruki.  

background image

No  tak,  firma  Sama  jest  na  krawędzi  bankructwa.  Jamesowi 

Vaughnowi  potrzebna  jest jak  dziura  w  moście.  Jasne,  facet  marzy  o 

Savannah,  a  nie  o  firmie.  A  ten  wstrętny  Sam  zachowuje  się  jak 

stręczyciel. 

Harrison rzucił wydruki na biurko i zaklął pod nosem. 

- Nigdy w to nie wątpiłam, kochanie - odrzekła Sybil i przystąpiła 

do  rzeczy.  -  Coś  ci  powiem.  Emily  straciła  przytomność  podczas 

wypadku,  lecz  kiedy  ją  odzyskała,  to  zobaczyła  dwie  pochylone  nad 

nią Meredith. Słyszysz, Harrison? Dwie! Tak Emily utrzymuje. 

-  Wiem,  babciu,  słyszałem.  -  Pokiwał  głowa.  -  Jedna  Meredith 

uśmiechała się łagodnie, druga była zła i podła. Ale Emily była wtedy 

dzieckiem,  straciła  świadomość  i  miała  wstrząs  mózgu.  Równie 

dobrze mogła widzieć sześć identycznych Meredith, różowego słonia i 

klowna w cylindrze. 

-  No  wiesz!  -  W  tonie  babki  zabrzmiała  irytacja.  -  Wobec  tego 

wyjaśnij mi, dlaczego Meredith to już nie ta sama Meredith. Wyjaśnij 

mi to, proszę! 

- Nie mogę ci tego wyjaśnić, babciu, bo to nieprawda. Zgoda, jest 

teraz trochę inna, jakby nieobecna, mniej związana z życiem rancza, i 

nie chce już adoptować dzieci. A czy nigdy nie przyszło ci do głowy, 

że ona obarcza się winą za ten  wypadek i chorobę Emily?  I  że może 

nie  chcieć  więcej  dzieci  właśnie  z  powodu  tego  poczucia  winy  oraz 

bólu, jaki czuła, kiedy Emily została ranna? Nie zapominaj, babciu, że 

syn  Meredith  i  Joego  wpadł  pod  samochód  i  zginął.  To  dużo 

nieszczęść, jak na jedną kobietę. 

background image

- Może... - odrzekła Sybil nieco łagodniejszym tonem. - Niemniej 

wydaje  mi  się,  że  tam  coś  się  dzieje  i  chciałabym,  żebyś  do  nich 

wpadł się rozejrzeć. 

- Nie mogę, babciu. Mam... Jestem w trakcie przejmowania firmy. 

Ojciec  wyjechał,  wiec  muszę  też  pilnować  CMH.  Przykro  mi,  ale 

naprawdę nie mogę. 

-  Chodzi  o  dziewczynę,  prawda?  -  zapytała,  a  Harrison 

gwałtownie  zamrugał  powiekami.  -  Dobra,  dobra,  mało  mówisz,  ale 

cię wyczułam. No cóż, nie zapominaj o sprawdzianie. 

- Sprawdzianie? Jakim? 

- Z naszyjnikiem. Jeszcze nigdy się nie pomylił - oznajmiła Sybil, 

a  Harrison  mógł  przysiąc,  że  usłyszawszy  jego  pytanie,  babka 

wzniosła  oczy  do  nieba.  -  A  teraz  muszę  już  kończyć,  bo  zaczynasz 

udawać  głupiego  i  nie  chcesz  mnie  słuchać.  Niedługo  zadzwonię  do 

twojego  brata,  Jasona,  jeśli  on  jeszcze  mnie  pamięta.  Ten  chłopak 

pracuje  za  ciężko,  i  ty  pewnie  też.  A  oprócz  tego  nie  rozumiem, 

dlaczego  pozwoliłam  ci  tak  długo  trzymać  mnie  na  linii.  Te  telefony 

kosztują fortunę. Dobranoc, mój drogi. 

W słuchawce rozległ się przerywany sygnał. 

-  Babcia  szaleje  -  mruknął  zadowolony  i  odłożył  słuchawkę,  po 

czym natychmiast sięgnął po wydruki. - Chętnie się z nią spotkam. 

Był  sobotni  wieczór  i  nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że  siedzi 

samotnie w pustym domu, ogląda mecz w telewizji, na stoliku ustawił 

puszkę  ze  sprite'em,  a  w  ręku  trzyma  naszyjnik  z  szafirów.  To 

wszystko przez babkę! 

background image

Tylko ona mogła przypomnieć mu o tym naszyjniku, i to w takiej 

chwili.  Znał  jego  historię,  słyszał  ją  w  swym  życiu  już  kilka  razy,  i 

zawsze  uważał  ją  za  fantastyczną,  niezmiernie  romantyczną  i 

właściwie  fajną.  W  tej  jednakże  chwili  spoglądał  na naszyjnik  z taką 

miną, jakby ten miał lada moment ożyć i go ugryźć. 

Klejnot  ten  został  podarowany  lordowi  Redbridge  przez  samą 

królową  Elżbietę  I.  Piękne  szafiry  osadzone  pośród  lśniących 

brylantów  były  przekazywane  najstarszemu  ze  spadkobierców 

każdego  pokolenia,  aż  znalazły  się  w  rekach  Williama  Coltona, 

trzeciego lorda Redbridge. 

William  był  bardzo  niespokojnym  duchem.  Wezwała  go 

powinność,  tak  jak  wzywała  wszystkich  Coltonów,  lecz  powinnością 

człowiek  się  w  nocy  nie  ogrzeje.  Niemniej,  ponieważ  wiedział,  że  w 

jakiś sposób musi zapełnić stosunkowo puste skrzynie Coltonów - co 

było  nieco  ironiczne,  zważywszy  na  to,  co  się  działo  -  został  on 

zaręczony  z  Katherine  Mansfield,  której  rodzina  nie  należała 

wprawdzie  do  wybitnych,  lecz  której  pieniądze  -  jak  kiedyś  ujęła  to 

Sybil Colton - dosłownie wypadały z tyłka. 

Harrison  pociągnął  z  puszki  długi  łyk,  niechętnie  myśląc  o 

podobieństwach  między  jego  przodkami  a  Samem  Hamiltonem.  Ale 

wtedy były inne czasy, inna epoka, inne zasady moralne, A poza tym 

William  Colton  wyszedł  w  końcu  ze  wszystkiego  obronną  ręką, 

chociaż... 

W  przeddzień  ślubu  Williama  i  Katherine  stary  dobry  Willie 

przyniósł  swej  narzeczonej  w  prezencie  ślubnym  ów  owiany  legendą 

background image

naszyjnik z szafirów i brylantów. Nikt nie miał pojęcia, dlaczego tak 

długo  z  tym  prezentem  zwlekał.  Być  może  to  legenda  związana  z 

naszyjnikiem  powstrzymywała  go  przed  włożeniem  go  na  szyję 

Katherine,  a  może  też  William  podejrzewał,  co  się  może  stać,  i  nie 

chciał  ryzykować,  by  jego  małżeństwo  z  rozsądku  nie  doszło  do 

skutku z powodu tych przeklętych kamieni.  

Reasumując,  o  ile  Harrison  dobrze  całą  tę  historię  pamiętał,  owe 

piękne  szafiry  stanowiły 

weryfikację  prawidłowego  doboru 

narzeczonej.  Jeśli  owa  drogocenna  kolia  znalazła  się  na  szyi 

niewłaściwej  kobiety,  kamienie  matowiały  i  ciemniały.  Te  same 

klejnoty  umieszczone  na  szyi  odpowiedniej  narzeczonej  zaczynały 

lśnić pełnym blaskiem. 

Harrison  powątpiewał  w  te  opowieści.  William  jednak  w  nie 

wierzył i, gdy Katherine wzięła kolię z jego rąk i zawiesiła ją na szyi, 

z  przerażeniem  patrzył,  jak  szafiry  brzydną  w  oczach,  tracą  blask  i 

życie.  Najwyraźniej  los  przemówił  poprzez  drogocenne  kamienie  i 

William  odwołał  ceremonię.  Albo  się  przestraszył,  albo  po  prostu 

szukał pretekstu, by się nie żenić. 

W  tamtych  czasach  była  to  rzecz  niesłychana,  ponieważ 

powszechnie uważano, że narzeczeni są parą jeszcze przed złożeniem 

przysięgi  małżeńskiej  w  kościele.  Prawo  ten  obyczaj  sankcjonowało. 

Za  porzucenie  narzeczonej  na  kilka  godzin  przed  ślubem  facet  mógł 

trafić  do  więzienia,  można  było  wytoczyć  mu  proces.  A  jeśli 

nieszczęsnym  zbiegiem  okoliczności  narzeczona  miała  braci,  zdrajca 

mógł być wyzwany na pojedynek i skończyć w ten sposób życie. 

background image

William  jakimś  cudem  zdołał  uniknąć  tych  pesymistycznych 

scenariuszy,  chociaż  między  obiema  rodzinami  doszło  do  takich 

animozji,  że  w  Anglii  nie  czuł  się  już  dobrze  -  zwłaszcza  że  znalazł 

prawdziwą miłość, a gdy na szyi swej wybranki zawiesił kolię, szafiry 

brylanty 

natychmiast 

zalśniły 

zamigotały, 

jakby 

na 

pobłogosławienie związku. 

Harrison  oglądał  jeszcze  przez  chwilę  mecz,  po  czym  zgasił 

telewizor.  Obraz  odpłynął,  a  Harrison  przypomniał  sobie  koniec  tej 

starej opowieści. Podobno William miał już po dziurki w nosie dobrej 

starej  Anglii,  a  także  waśni  z  Mansfieldami, toteż  wraz  z  narzeczoną 

wsiedli  na  okręt  płynący  do  Nowego  Świata,  i  w  ten  oto  sposób  ta 

gałąź  Coltonów  znalazła  się  w  Ameryce.  Z  czasem  William  i  jego 

potomkowie  dorobili  się  i  zaprzepaścili  kilka  fortun,  a  w  czasie 

jakiegoś kryzysu jeden z późniejszych Coltonów sprzedał naszyjnik. 

-  Ale  ojciec  cię  odnalazł,  prawda?  -  rzekł  Harrison,  podnosząc 

kolię do góry i przyglądając jej się uważnie.  

Jego  ojciec  Frank, który  zbił  majątek  na  holdingach  medialnych, 

usłyszał kiedyś o  wystawieniu naszyjnika na licytację, i wrócił z nim 

do  domu  szczęśliwy,  jakby  odzyskał  najcenniejszy  skarb.  Odnalazł 

go,  podzielił  na  dwa  mniejsze  i  dał  jeden  Jasonowi,  a  drugi 

Harrisonowi.  

-  I  tak  dostałem  cię  w  moje  ręce.  No,  no,  ale  mam  szczęście  - 

dokończył nieco ironicznie i wypił resztkę sprite'a. 

background image

Zadzwonił  telefon,  lecz  Harrison  się  nie  ruszył,  czekając,  aż 

włączy  się  automatyczna  sekretarka.  Gdy  jednak  usłyszał  znajomy 

głos, zerwał się na równe nogi. 

- Savannah - powiedział szybko - coś się stało? 

-  Nie,  nie,  wszystko  w  porządku.  -  Zamilkła  na  moment.  - 

Właściwie  czego  się  mogłam  spodziewać...  Sam  powiedział  Annette, 

że  nie  jest  moim  ojcem.  Obiecał  mi,  że  jej  nie  powie,  ale  nie 

dotrzymał  słowa.  Przyszła  do  mnie  dziś  wieczorem  do  pokoju,  żeby 

mi to powiedzieć. No i teraz ona też mi mówi, że moim obowiązkiem 

jest poślubić Jamesa. 

- I...? - zapytał, wyczuwając, że to nie wszystko.  

Prawdę rzekłszy, miał ochotę wskoczyć do samochodu i zabrać ją 

z tamtego domu, wywieźć jak najdalej od tamtych ludzi. 

- Nie miałam zamiaru niczego im mówić - odrzekła z wahaniem. - 

Wiem, że sobie tego nie życzyłeś, że miała to być niespodzianka... 

- Powiedziałaś jej - stwierdził, przymykając oczy. No cóż, czasem 

nawet najlepszy plan się nie powiedzie. - I co? 

-  Masz  rację,  powiedziałam  jej.  To  było  bardzo  głupie  z  mojej 

strony,  głupie  i  dziecinne.  A  co  potem?  Nie  przyjęła  tego  dobrze  - 

oznajmiła, a Harrison się uśmiechnął. Nie przypuszczał, że Savannah 

jest mistrzynią niedopowiedzeń. 

- To znaczy? 

-  Zaczęła  mówić  okropnie  brzydkie  rzeczy,  o  tobie,  o  mnie,  o 

matce. Moja  matka była  też  matka  Annette,  a  Annette  znała ją  lepiej 

niż  ja,  bo  matka  umarła,  kiedy  ja  miałam  zaledwie  pięć  lat.  Och, 

background image

Harry,  ona  nazwała  ją  dziwką,  a  mnie  niewdzięcznym  bękartem.  To 

okropne. 

- Nie wątpię. A Sam o tym wie? 

-  Jeszcze  nie.  Pojechał  z  Jamesem  na  weekend  do  Las  Vegas. 

Świętuje.  Wróci  dopiero  jutro  wieczorem.  Nie  wiem,  jak  się  z  nim 

skontaktować, bo nie mówił mi, gdzie się zatrzyma. 

Świętuje.  Świętuje  sprzedaż  córki,  którą  wychował  jak  swoje 

własne dziecko. Łajdak. 

-  Dobrze  -  odezwał  się,  chowając  naszyjnik  do  wyłożonej 

aksamitem  kasetki,  a  tę  wkładając  do  szuflady  i  natychmiast 

zapominając  o  całej  sprawie.  -  Poczekaj  na  mnie,  zaraz  po  ciebie 

przyjadę. 

- To nie jest konieczne, Harry.  

Hamowana dotąd wściekłość znalazła upust. 

-  Do  jasnej  cholery!  Czy  myślisz,  że  zostawię  cię  z  Annette? 

Chyba zwariowałaś! Poczekaj, a ja... 

- Harry, jestem przed twoim domem w samochodzie i rozmawiam 

przez telefon komórkowy - oznajmiła, przerywając mu. - Chciałam się  

tylko  upewnić,  czy  jesteś  w  domu  i  czy  nie  śpisz.  Nie  chciałam  o 

północy tak po prostu zadzwonić do twoich drzwi... 

- Już do ciebie idę! - zawołał, rzucił słuchawkę na stolik i wybiegł 

do  holu,  zapalając  po  drodze  światła.  Potem  otworzył  drzwi  i  w 

dwóch susach znalazł się na podjeździe. 

background image

W chwili, gdy wysiadła z samochodu, a on wziął ją w ramiona, by 

ją  pocieszyć,  zdał  sobie  sprawę  ze  swej  radości.  Cieszył  się,  że  ją 

widzi, że do niego przyjechała. 

Gdy poczuł, jak drży, przytulił ją mocniej i zaprowadził do domu. 

Powędrował  z  nią  prosto  do  swego  gabinetu,  który  znajdował  się  na 

tyłach  domu,  tam  kazał  jej  usiąść,  a  sam  poszedł  do  kuchni,  by 

nastawić  czajnik.  Gorąca  herbata.  Ją  to  właśnie  w  chwilach  stresu 

podawała jego matka, przysięgając, że nie ma nic lepszego niż gorąca, 

słodzona herbata, by ogrzać zmarznięte ciało i uspokoić nerwy. 

Niecierpliwie stał przy kuchence, czekając, aż woda się zagotuje. 

Potem  zaparzył  herbatę,  ustawił  na  tacy  dwie  filiżanki,  cukiernicę  i 

dzbanuszek  z  mlekiem.  Gdy  wszystko  było  gotowe,  wrócił  do 

gabinetu. 

Savannah stała przy kominku, odwrócona do niego plecami. 

- Chodź tutaj - odezwał się - i wypij. 

Miała na sobie stare dżinsy i czarny sweter. Rozpuszczone włosy 

lekko zasłaniały jej twarz. Gdy się w końcu do niego odwróciła, miała 

opuszczoną głowę i patrzyła gdzieś w bok. 

Wyglądała  na  zdenerwowaną.  Z  wahaniem  podeszła  do  kanapy 

obok  stolika,  na  którym  umieścił  tacę.  W  niczym  nie  przypominała 

dziewczyny z jego  wspomnień. Była jedynie podobna do tej kobiety, 

jaką  widział  wczoraj:  dorosła,  piękna  i  działająca  na  wszystkie  jego 

zmysły. 

-  Savannah?  -  odezwał  się  ponownie,  siadając  przy  niej  i 

marszcząc czoło, gdy się cofnęła, kiedy spróbował odsunąć jej włosy 

background image

z  twarzy.  -  Co  ci  jest?  Przecież  się  mnie  nie  boisz?  Gdyby  tak  było, 

nie przyjechałabyś tutaj. 

Przyłożyła rękę do policzka. 

-  Oczywiście,  że  nie  boję  się  ciebie,  Harry.  Po  prostu...  miałam 

mały wypadek. 

Harrison odwrócił ją twarzą do siebie i odsunął rękę. 

-  To  ona  ci  to  zrobiła?  -  zapytał  przez  zaciśnięte  zęby,  widząc 

siniec na policzku Savannah oraz malutkie rozcięcie w okolicach oka. 

Był  pewien,  że  to  sprawka  Annette,  a  właściwie  jej  upierścienionej 

dłoni. 

Savannah kiwnęła głową, po czym ponownie przycisnęła dłoń do 

policzka. 

-  Obrzuciła  mnie  też  paroma  wymyślnymi  słowami  -  oznajmiła, 

uśmiechając się do niego blado. - Aha, i pewnie jeszcze nie wiesz, że 

przez całe  życie dostawałam używane rzeczy? To, czego  Annette nie 

chciała już nosić? 

- Doprawdy? - zapytał, wsypując dwie łyżeczki cukru do filiżanki 

Savannah i usiłując nie wybuchnąć śmiechem. 

-  Tak  -  odparła,  przyjmując  od  niego  filiżankę.  -  Ale  zanim 

pomyślisz,  że  jestem  skończoną  idiotką,  to  powinieneś  chyba 

wiedzieć, że jej oddałam. Oddałam jej za  wszystko. Ma chyba nieźle 

podbite oko. 

Ujął  jej  prawą  dłoń,  gdy  odstawiła  filiżankę,  i  zauważył 

niewielkie zaczerwienienie na kostkach placów. 

- Jakie to było uczucie? Wspaniałe? 

background image

-  O  tak  -  odparła.  Teraz  śmiały  się  także  jej  oczy,  w  których  już 

nie było łez. - Wspaniałe i cudowne. 

I  wtedy  oboje  wybuchnęli  śmiechem.  Oparli  głowy  na 

poduszkach  kanapy,  popatrzyli  na  siebie  i  śmiali  się,  śmiali  jak 

szaleni. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Budziła  się  bardzo  powoli,  przeciągała  pod  prześcieradłami, 

przewracała  z  pleców  na  bok  -  aż  wreszcie  syknęła,  gdy  zabolał  ją 

uderzony przez siostrę policzek. Ponownie przewróciła się na plecy i 

mrugając powiekami, zaczęła przypominać sobie, jak się tu znalazła. 

Śmiała  się.  Śmiali  się  oboje  z  Harrisonem.  Głupio.  Pewnie 

odreagowywali  stres.  A  potem  nagle  zaczęła  płakać.  Miarka  się  

przebrała. Tego wszystkiego było już za wiele. Poruszała się  niczym 

we  śnie,  odkąd  jej  ojciec  -  nie,  nie  ojciec,  lecz  Sam  -  posadził  ją 

naprzeciwko siebie i powiedział o niewierności matki oraz o tym, jak 

to  się  poświęcił  i  wychował  ją  jak  swoją  własna  córkę.  Oznajmił  jej, 

że jest mu winna rekompensatę za kłamstwa matki i że nadeszła pora 

spłacić ten dług. 

Rozpłakała się wtedy, ale być może nie dość wylała wówczas łez i 

wiele  goryczy  jeszcze  w  jej  duszy  pozostało.  A  może  to  dopiero 

oświadczenie  Sama,  że  ma  poślubić  Jamesa  Vaughna  i  w  ten  sposób 

uratować firmę, sprawiło, że łzy jej obeschły, a zamiast tego jej ciało 

ogarnęła drętwota, która sparaliżowała ją na wiele dni. 

background image

Wtedy to Sam przychodził do niej dzień po dniu i przypominał, że 

czasu  pozostało  już  niewiele,  że  pora  podjąć  decyzję,  bo  jeśli  nie,  to 

wszyscy  skończą  na  ulicy,  firmę  trafi  szlag,  a  to,  co  on  w  takim 

mozole  budował  przez  tyle  lat,  zostanie  bezpowrotnie  stracone. 

Powtarzał,  że  liczy  na nią,  że  od niej  zależy  przyszłość  Annette.  I  że 

jest im to winna. Mój Boże, winna! 

Odrzuciła prześcieradła i wstała z łóżka, kierując się do przyległej 

do pokoju łazienki. Jest im winna? Kiedy to zaczęła kwestionować to 

stwierdzenie? Czy podczas ataków płaczu, kiedy przypominała sobie, 

że Sam zawsze traktował ją inaczej niż Annette? Przez wszystkie lata 

musiała  wysłuchiwać,  jaka  Annette  jest  piękna,  jakie  ma  maniery! 

Jakim  dobrym  i  posłusznym  była  dzieckiem,  jaką  kochającą  córką,  i 

jak to ojciec był u niej zawsze na pierwszym miejscu, nawet po ślubie. 

Savannah natomiast sprawiła mu ogromny zawód. Zawsze była z 

niej chłopczyca, łaziła po drzewach, miała pościerane kolana, zbierała 

owady  i  przynosiła  je  do  domu.  No  i  nie  była  ładna,  nawet  nie 

usiłowała  ładnie  wyglądać  ani  też  nie  pomagała  Annette  sprawować 

obowiązków pani domu, gdy ojciec wydawał służbową kolację.  

Co  prawda  później  nie  zapraszano  jej  na  te  kolacje,  bo  kiedyś 

stanęła w obronie środowiska w rozmowie z prezesem firmy, która z 

zapałem  godnym  lepszej  sprawy  wycinała  drzewa  na  północnym 

zachodzie kraju, w ogóle nie myśląc o przyszłych pokoleniach. 

-  Jesteś  za  bystra  i  za  bardzo  wygadana  -  powiedział  jej  Sam,  i 

zapewne miał rację, bo Savannah miała wtedy czternaście lat. 

background image

Po tym wydarzeniu wysłał ją do szkoły z internatem, i od tej pory 

przyjeżdżała do domu wyłącznie w weekendy lub na święta. Decyzję 

o  usunięciu  z  domu  Savannah  uznała  za  sygnał,  że  ojciec  nie  może 

znieść jej widoku. A kiedy odwiedzała dom, Annette albo jej w ogóle 

nie  zauważała,  albo  traktowała  ją  jak  brzydkie  kaczątko,  Sam  zaś 

prawie zawsze był nieobecny. 

Kiedy jednak Harrison pokazał się na scenie, Savannah miała już 

siedemnaście lat. Był dla niej miły, bawił się  z nią w basenie, mówił 

do niej i jej słuchał. Odwiedzał ją także w szkole, przywoził artykuły 

na  temat  środowiska  z  czasopism  drukowanych  przez  firmę  ojca, 

pomagał przy pisaniu niektórych prac, zabierał ją na pizzę. 

W  którym  to  momencie  tego  okropnego  tygodnia  Savannah 

przestała  myśleć  o  szokującym  oświadczeniu  Sama,  o  przyszłości, 

jaka dla niej zaplanował, a zaczęła myśleć o Harrym, o tym, jak się o 

nią  troszczy?  Czy  jednak  ma  to  znaczenie?  W  tej  chwili  ważne  jest 

jedynie  to,  że  pod  wpływem  impulsu  przyjechała  do  Harry'ego  i 

wkrótce ma zostać jego żoną. 

- Choć nic za tym nie przemawia - powiedziała sobie, gdy wyszła 

spod prysznica i owinęła się wielkim białym ręcznikiem kąpielowym, 

po  czym  mniejszym  zaczęła  wycierać  włosy.  -  Ale  teraz  i  tak 

wszystko  pewnie  zostanie  odwołane,  bo  musiałaś  się  wygadać  przed 

Annette. 

Na  myśl  o  siostrze  spojrzała  w  stronę  lustra, by  obejrzeć  ślad  po 

uderzeniu  na  policzku.  Zaczerwienie  już  zniknęło,  pozostało  jedynie 

niewielkie  obrzmienie.  Rozcięcie  koło  oka  było  za  to  widoczne 

background image

doskonale.  Jezu,  ależ  mi  przyłożyła,  pomyślała  Savannah,  choć  była 

pewna, że nie pozostała siostrze dłużna. 

Mogła  być  nawet  z  siebie  dumna,  że  wytrzymała  aż  taką  szarżę, 

chociaż lepiej byłoby się w ogóle nie wdawać w kłótnię. Lecz Annette 

przyszła do jej pokoju nie proszona, zaczepiała ją i drażniła, nic więc 

dziwnego,  że  odpowiedziała  jej  jedyną  bronią,  jaką  posiadała.  A  tą 

bronią był Harry... 

A  Harry  się  z  tego  wszystkiego  śmiał.  Och,  najpierw  się  

zdenerwował,  ale  potem  rozbawił  do  łez.  Oboje  się  śmiali  -  aż  do 

chwili,  gdy  Savannah  poczuła,  że  ogarnia  ją  bezbrzeżny  żal. 

Spoważniała,  Harry  chwycił  ją  w  objęcia,  i  wtedy  wybuchnęła 

głośnym,  rozpaczliwym  płaczem.  Płakała  z  żalu  za  matką,  za  ojcem, 

którego  nie  poznała,  za dzieciństwem,  które  przepadło  bezpowrotnie. 

To wszystko było takie straszne... 

Harry  trzymał  ją  w  objęciach,  usiłował  ją  pocieszyć,  aż  w  końcu 

zaniósł  ją  do  pokoju  gościnnego,  a  potem  przyniósł  jej  walizki  z 

samochodu  i  kazał  przebrać  się  w  piżamę.  Próbowała  nieśmiało 

protestować,  mówiąc,  że  pójdzie  do  hotelu,  nie  włożyła  w  to  jednak 

serca i Harry nie dał się przekonać. Położył otwartą walizkę na łóżku, 

pocałował  Savannah  w  policzek  i  kazał  się  dobrze  wyspać.  Obiecał 

jej, że rano wszystko będzie wyglądać lepiej. 

No  i  tak  to  się  potoczyło.  Spędziła  noc  pod  tym  samym  dachem 

co  Harry,  bezpowrotnie  rozłączona  z  rodziną,  nawet  jeśli  nie  była  to 

rodzina kochająca. 

background image

Nastał poranek, ona wypłakała się już i wyspała, i nadal nie miała 

zielonego pojęcia, co dalej. Świadoma była jedynie dwóch rzeczy. Po 

pierwsze, że jej młodzieńcze zauroczenie Harrym wraz z wiekiem nie 

minęło,  lecz  przeistoczyło  się  w  miłość,  a  po  drugie,  że  pod  żadnym 

pozorem nie wolno jej wyjść za niego za mąż. 

 

Harrison  podsmażał  właśnie  bekon,  gdy  z  łazienki  dla  gości 

dobiegł go szum prysznica. Świetnie, zdąży. Gdy Savannah wchodziła 

do kuchni, nakładał na talerze jajecznice. Miał nadzieję, że skoro mu 

tak sprawnie poszło przygotowanie śniadania, równie dobrze potoczy 

się  cały  dzien.  Tymczasem  jedno  spojrzenie  na  twarz  Savannah 

powiedziało mu, że jego optymizm może być nadmierny. 

- Dobrze spałaś? - zapytał, gdy Savannah podeszła do ekspresu i 

napełniła dwie filiżanki wspaniale pachnącą kawą, którą postawiła na 

stole. 

-  Tak,  dziękuję  -  odparła,  siadając  i  biorąc  do  ręki  widelec.  - 

Spałam naprawdę znakomicie. A ty? 

- Jak kamień - skłamał bez zająknienia. 

W  istocie  do  trzeciej  w  nocy  krążył  po  gabinecie,  zastanawiając 

się, czy będzie się smażył w piekle, jeśli ulegnie impulsowi i zastuka 

do  drzwi  Savannah,  by  ją  pocieszyć.  Więcej  niż  pocieszyć... 

Oczywiście,  nie  odważył  się  na  taki  krok.  Był  na  to  zbyt  dobrze 

wychowany,  a  poza  tym  wiedział,  że  gdyby  to  zrobił,  Savannah 

uznałaby go za jeszcze jednego człowieka, który ją wykorzystuje. 

background image

Poza  tym  istniał  następny  problem,  i  Harry  był  pewien,  że 

Savannah zacznie o nim mówić, zanim skończą śniadanie. Od szóstej 

rano  zachodził  w  głowę,  jak  obrócić  jej  wnioski  na  swoją  korzyść  i 

przekonać ją, że ich umowa małżeńska ma nadal sens. 

-  Świetnie  gotujesz  -  oświadczyła.  -  W  domu  nigdy  mnie  nie 

wpuszczano  do  kuchni,  ale  w  szkole  zapisałam  się  na  kurs 

gospodarstwa  domowego.  Myślałam,  że  będą  nas  uczyć  gotowania, 

ale  oni  uczyli  nas,  jak  poznać  się  na  profesjonalnym  cateringu. 

Prywatne szkoły są nieco zawieszone w próżni, nie sądzisz? Ale kiedy 

wynajmowałam  mieszkanie  podczas  studiów,  nauczyłam  się  robić  w 

kuchence  mikrofalowej  dość  podłą  pizzę.  Niemniej  -  oznajmiła, 

nabierając na widelec podsmażane ziemniaki, które o świcie ugotował 

- nigdy nie próbowałam zrobić czegoś takiego. 

-  Życie  kawalera,  Savannah  -  wyjaśnił,  kończąc  swoją  porcję  i 

zanosząc  talerz  do  zlewu.  -  Albo  polubisz  kolacje  z  mrożonych  dań, 

albo nauczysz się gotować. Ja wybrałem to drugie. Matka sugerowała 

mi zatrudnienie stałej gospodyni, ale rzadko jadam w domu więcej niż 

śniadanie, toteż się nie zdecydowałem. 

Czy to już koniec rozmowy o niczym? Był pewien, że tak. Teraz 

Savannah powie, że dziękuje za śniadanie, ale ze ślubu nici. 

-  Harry...  -  zaczęła,  odwracając  się  na  krześle,  by  na  niego 

spojrzeć. 

-  Czy  chcesz  usłyszeć  coś  zwariowanego?  -  przerwał  jej, 

chwytając się pierwszej myśli, która mu się nasunęła. 

background image

Spojrzała na niego z westchnieniem, po czym zaniosła swój talerz 

do zlewu. 

-  Dobrze,  Harry.  Powiedz  mi  coś  zwariowanego.  Sam  Pan  Bóg 

wie,  że  nie  słyszałam  niczego  zwariowanego  od  przynajmniej 

dziesięciu albo i dwunastu godzin. 

-  Umyjemy  je  później  -  powiedział,  zalewając  wodą  talerze,  po 

czym  zaprowadził  ją  do  gabinetu.  Tam  kazał  jej  poczekać,  a  sam 

wrócił do kuchni po następne dwie filiżanki kawy. - Otwórz szufladę, 

te  po  prawej  stronie  -  polecił,  gdy  znalazł  się  przy  niej.  -  Widzisz  to 

granatowe aksamitne pudełko? Wyjmij je i otwórz. 

Spojrzała na nie, po czym przeniosła wzrok na niego. 

-  Mam  je  otworzyć?  Dlaczego?  -  zapytała,  próbując  obrócić 

wszystko  w  żart,  który  chyba  jej  nie  wyszedł.  -  Czy  jest  pełne 

malutkich wybuchających papierowych węży? 

-  Mniej  więcej  -  odparł,  czując,  że  jej  komentarz  jest  zbyt  bliski 

prawdy. - Proszę, Savannah, otwórz. 

Gdy zastosowała się do jego polecenia, z jej ust wyrwał się cichy 

okrzyk. 

- Coś innego, prawda? 

-  Czy  one  są...  prawdziwe?  -  zapytała,  dotykając  palcem 

największego  kamienia  w  kolii  z  szafirów  i  brylantów.  -  Mój  Boże, 

Harry,  one  są  prawdziwe,  nie?  Co  ty  wyrabiasz,  dlaczego  trzymasz 

taka cenną rzecz w miejscu, gdzie każdy może ją znaleźć i ukraść? 

background image

- Masz zamiar to ukraść? - zażartował, po czym się roześmiał, gdy 

zrobiła  przestraszoną  minę.  -  No  więc  czy  chcesz  usłyszeć  coś 

szalonego? O tym naszyjniku. 

Usiadła wygodnie w fotelu, podwijając pod siebie nogi, i dała mu 

znak,  że  słucha.  Harrison  pomyślał,  że  nie  dopuścił  co  prawda  do 

tego,  by  odwołała  ślub,  lecz  pewnie  wykopał  pod  sobą  następny 

dołek. Kobiety nadające się na narzeczone Coltonów to nie jest temat, 

który należy poruszyć tego ranka. Lecz cóż, nie miał wyjścia. 

Opowiedział jej całą historię, a potem z zapartym tchem czekał na 

komentarz. 

- Czy Annette go mierzyła? Jak na niej wyglądał? Czy błyszczał? 

- dopytywała się, trzymając kasetkę na kolanach, lecz nie gładząc już 

palcami drogocennych kamieni. 

-  Annette?  Nie,  właściwie  to  zapomniałem  o  tym  naszyjniku. 

Dopiero  wczoraj  babka  mi  o  nim  przypomniała.  No  i  wyjąłem  go  z 

sejfu. - Gdy Savannah obrzuciła go przenikliwym wzrokiem, dodał: - 

No,  mało  brakowało,  a  bym  jej  powiedział,  że  bierzemy  ślub.  Ona 

jednak  i  tak  się  czegoś  domyśliła,  bo  inaczej  nie  mówiłaby  o 

naszyjniku.  Ale  moja  babka  jest  w  Paryżu.  Nie  siedziała  na  wprost 

mnie  i  nie  czyniła  żadnych  paskudnych  uwag.  Toteż  jeśli  martwisz 

się, że tajemnica się wydała... 

-  Sprawa  się  rypła,  kij  wsadzony  w  szprychy  -  przerwała  mu, 

nadając  całemu  temu  zdarzeniu  specyficzną  wymowę  poprzez  dobór 

słów. - Pozbawienie elementu niespodzianki. 

background image

-  No  właśnie  -  potaknął.  -  No  więc  jeśli  się  martwisz  o  coś 

takiego, to niepotrzebnie. Nic się nie zmieniło. 

-  Och,  nie,  Harry,  to  nieprawda  -  zaprotestowała,  zamykając 

kasetkę  i  odstawiając  ją  na  stolik.  -  Annette  nie  zachowa  tego  dla 

siebie.  Element  zaskoczenia  przepadł,  a  Sam  będzie  wiedział,  co 

zamierzasz,  zanim  twoi  ludzie  złoża  mu  ofertę.  Nie  chciałabym 

przytaczać  wielu  starych  przysłów,  ale  ostrzeżony  jest  lepiej 

uzbrojony, prawda? 

Dopił kawę i wstał. 

-  Mówię  ci,  że  to  nie  problem.  Moja  oferta  jest  nadal  aktualna, 

Sam nadal nie może mi odmówić. 

-  Harry,  siadaj.  Nie  mogę  patrzeć,  jak  krążysz,  a  chyba  zaraz 

zaczniesz to robić, prawda? 

Posłusznie  usiadł  i  zaczął  bębnić  dłonią  o  kolano.  Po  chwili 

uświadomił sobie, co robi, i jego ręka znieruchomiała. 

-  Kiedy  przyszłam  do  ciebie  w  piątek  do  biura,  byłam  w 

strasznym  stanie.  Wtedy  jeszcze  wierzyłam,  że  częściowo  jestem 

winna  Samowi  pomoc  za problem,  jaki  on  sam  stworzył.  Czułam  się  

zagubiona  i  skrzywdzona  -  nadal  czuję  się  skrzywdzona,  nie  mam 

zamiaru się wypierać - i zrzuciłam cały ciężar na twoje barki. 

-  Nie  narzekam  -  mruknął,  wiedząc,  że  wcale  sobie  tym 

stwierdzeniem nie pomaga. 

-  No  jasne,  że  nie,  ponieważ  Sam  i  Annette  próbowali  to  samo 

zrobić  z  tobą,  co  teraz  z  Jamesem  Vaughnem.  W  moim  położeniu 

dostrzegłeś  szansę,  żeby  się  zemścić.  Przejmiesz  kontrolę  nad  firmą 

background image

Sama i weźmiesz jedyną rzecz, jaka Samowi została: siłę przetargową. 

Czyli konkretnie mnie. Przynajmniej grasz w otwarte karty. Przejęcie 

firmy, małżeństwo, i tak dalej. Ale to już nie jest konieczne, Harry. 

-  Bo  ty  spaliłaś  mosty  -  skonstatował,  biorąc  filiżankę  i  ze 

zdziwieniem  stwierdzając,  że  jest  pusta.  -  Po  tej  wczorajszej 

awanturze  z  Annette  uznałaś,  że  ona  i  Sam  mogą  sami  albo  się  

ratować, albo zginąć, bo ty znikasz z pola walki. Było, minęło. Mam 

rację? 

Savannah dotknęła policzka. 

-  Można  by  powiedzieć,  że  Annette  wbiła  mi  do  głowy  rozum. 

Nic im nie jestem dłużna, Harry, co mnie sprowadza do sedna sprawy. 

Ty też nic mi nie jesteś winien. Możesz nadal się mścić, bo wiesz, że 

Sam  rozpaczliwie  poszukuje  inwestora.  Założywszy,  że  James 

Vaughn  się  wycofa,  kiedy  się  zorientują,  że  ta  niewdzięczna  mała 

Savannah wzięła nogi za pas i nie ma zamiaru wracać. 

Westchnęła, wstała i spojrzała na Harrisona. 

- No więc to tyle, prawda? Harry, bardzo ci dziękuję za wszystko, 

co zrobiłeś, za twoją propozycję. 

-  Ale  już  mnie  nie  potrzebujesz,  tak?  -  odparł,  również  się  

podnosząc.  -  A  co  z  naszym  zezwoleniem na  ślub?  -  dodał,  wiedząc, 

że brzmi to śmiesznie i modląc się, by nie zabrzmiało żałośnie. 

Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. 

- Myślę, że zawsze możesz oprawić je w ramkę... 

-  Bardzo  śmieszne,  Savannah  -  powiedział,  kładąc  ręce  na  jej 

ramionach. - Co z sobą zrobisz? 

background image

W jej pięknych niebieskich oczach pojawiły się łzy. 

-  Nie  wiem.  Mam  malutki  fundusz  powierniczy  od  matki,  na 

którym  Sam  nie  mógł  położyć  łapy.  Na  jakiś  czas  mi  to  starczy.  A 

poza tym jestem przecież wykształcona. Znajdę pracę. 

-  Do  tego  czasu  zostań  tutaj.  Proszę,  Savannah.  To  duży  dom. 

Poza  tym  nie  chcę,  żeby  Sam  gdzieś  cię  dopadł.  Przynajmniej  nie 

teraz. Wiesz, że mam trochę racji. 

Opuściła  na  moment  oczy,  potem  znów  je  na  niego  podniosła  i 

bez słowa kiwnęła głową. 

- Dobrze - powiedział, usiłując ukryć radość. - Załatwione. 

-  Tydzień  -  oznajmiła,  odstępując  krok  do  tyłu.  -  Najwyżej  dwa. 

To  ci  da  dość  czasu,  żeby  przemówić  Samowi  do  rozumu,  żeby  się  

zemścić. A ja w tym czasie znajdę pracę i mieszkanie. 

- Jak sobie życzysz  - przytaknął, mimo że snuł już zupełnie inne 

plany. 

 

W  czwartek  wieczorem  Savannah  weszła  do  kuchni,  rzuciła  na 

stół  swą  nową  teczkę  i  -  ponieważ  na  podjeździe  dojrzała  BMW 

Harrisona - zawołała śpiewnym głosem: 

- Kochaaanie, wróciiiłam! 

Kilka sekund później Harry wpadł do kuchni. Miał na sobie białą 

koszulkę do gry w golfa i spodnie khaki, w ręku trzymał gazetę. 

-  Jesteś  bardzo  zadowolona  -  powiedział,  wyjmując  z  lodówki 

dwie  puszki  z  lemoniadą.  -  Domyślam  się,  że  dziś  na  froncie  poszło 

lepiej niż wczoraj. 

background image

- Lepiej niż wczoraj, przedwczoraj, i przez cały poprzedni tydzień 

-  uściśliła,  wyjmując  puszkę  z  jego  dłoni,  otwierając  z  trzaskiem 

wieczko  i  upijając  długi  łyk.  -  W  tej  chwili  rozmawiasz  z  kobietą, 

która znalazła posadę. 

Czekała  na jego  reakcję,  nie  spuszczając  z  niego  oczu.  Zastygł  z 

ręką na wieczku puszki, a potem się uśmiechnął. Może zbyt radośnie? 

Czy też zbyt wiele się w tym śmiechu dopatrywała? 

-  Savannah,  wspaniale!  -  oświadczył,  odstawił  puszkę  i podszedł 

do  niej  z  szeroko  otwartymi  ramionami,  by  ją  uściskać.  -  To 

wspaniale! 

-  Też  tak  myślę  -  odparła,  najpierw  poprawiając  żakiet,  a  potem 

zdejmując go i wieszając na oparciu krzesła. - Wiesz, że dziś miałam 

drugą  rozmowę  u  Boggsa,  prawda?  I  muszę  ci  powiedzieć,  że  mnie 

tam uwielbiają. Szanują i uwielbiają. - Jej uśmiech objął całą twarz. - 

Zaczynam  za  dwa  tygodnie,  kiedy  otworzą  nowy  obiekt.  Startuję  od 

samego dołu, ale przede wszystkim mam etat! 

- Oto Savannah Hamilton staje do walki o słuszną sprawę na polu 

gospodarki  ściekami.  Jak  sądzisz,  czy  udźwigniesz  całą  romantyczną 

stronę tego przedsięwzięcia? 

-  Idiota  -  mruknęła,  żartobliwie  wymierzając  mu  cios  w  ramię.  - 

To jest ważna praca, ważna gałąź przemysłu. Doskonale zdajesz sobie 

z tego sprawę, chyba że chciałbyś usłyszeć ode mnie następny wykład 

na temat środowiska, deficytu czystej wody, i tak dalej. 

background image

-  Dziękuję,  nie  trzeba,  choć  jeśli  weźmiesz  mnie  na  męki,  to 

zamówię u ciebie artykuł na ten temat - odrzekł Harry i ucałował ją w 

policzek. 

Robił  to  często.  Lubił  ją też  dotykać,  choć nigdy  nie  przekraczał 

granic.  Od  niemal  dwóch  tygodni  mieszkali  razem  w  jednym  domu, 

jadali razem posiłki, oglądali na wideo filmy, grali w gry planszowe i 

przesiadywali do późna w gabinecie, spędzając czas na rozmowie. 

Czuła  się  z  Harrym  tak  dobrze  jak  nigdy  z  nikim  w  życiu.  A 

jednak co wieczór, gdy szli na górę położyć się spać, gdy stawali pod 

drzwiami  swych  sypialni,  gdy  Harry  całował  ją  na  dobranoc  i  potem 

każde  z  nich  wchodziło  do  innego  pokoju,  Savannah  czuła  się  

ogromnie nieszczęśliwa.  

Nieszczęśliwa. Niespełniona. Sfrustrowana. 

Czasami,  upewniwszy  się,  że  Harry  smacznie  śpi,  schodziła  na 

paluszkach  do  gabinetu,  wyjmowała  z  szuflady  naszyjnik  i  przez 

chwile  patrzyła  na  niego,  podziwiając  odbijające  się  w  szafirach  i 

brylantach  refleksy  światła.  Nigdy  nie  wyjęła  go  z  kasetki, nigdy  nie 

przymierzyła.  Zawsze  odczuwała  taką  pokusę,  lecz  obawiała  się  jej 

ulec.  Bała  się,  że  gdy  kolia  znajdzie  się  na  jej  szyi,  klejnoty  stracą 

blask.  

A teraz będzie musiała ten dom opuścić. 

- Harry, może pójdziemy to uczcić? Ja stawiam. 

- To jest twoja nowa praca, więc stawiam ja - oświadczył, kierując 

się  do  holu.  Po  czym  nagle  się  zatrzymał  i  odwrócił.  -  Byłbym 

zapomniał.  Dziś  rano  o  dziesiątej  podpisana  została  umowa. 

background image

Rozmawiasz teraz z nowym właścicielem większości akcji Hamilton, 

Incorporated. 

-  A  więc  to  tak  -  powiedziała,  czując  miękkość  w  kolanach  i 

opadając  na  krzesło.  W  ostatnich  dniach  wiele  rozmawiali,  nigdy 

jednak  nie  poruszyli  tematu  Sama,  Annette  czy  kwestii  przejęcia 

firmy. - Widziałeś się z nim? Pytał o mnie? 

Spojrzał na nią i powoli potrząsnął głową. 

- Przykro mi, ale nie. Nie pytał. 

-  Aha  -  mruknęła,  zastanawiając  się,  dlaczego  ją  to  tak  bardzo 

boli. Być może stare przyzwyczajenia tak łatwo nie mijają, a ona zbyt 

długo  starała  się  zadowolić  Sama,  zdobyć  jego  uwagę.  -  No  cóż, 

pewnie nie powinnam się tego spodziewać, prawda? On chyba nawet 

nie wie, że tu jestem. 

- Wie - oświadczył, po czym usiadł na krześle naprzeciwko niej i 

ujął ja za ręce. - Dobrze, wszystko ci powiem, ale musisz to odpuścić. 

Masz  nowe  życie,  nową  pracę,  i  cały  świat  stoi  przed  tobą  otworem, 

wiec przestań się już przejmować Samem. 

- Wiem - odrzekła, uścisnęła jego dłonie i odsunęła się od niego. - 

No to mów. 

-  Tak  wiele  do  powiedzenia  właściwie  nie  ma  -  zaczął,  sięgając 

znowu  po  puszkę.  -  Głównie  mówili  prawnicy,  potem  nastąpiło 

podpisanie dokumentów. Był taki jeden nieprzyjemny moment, wtedy 

kiedy  do  Sama  dotarło,  że  zrestrukturyzowana  firma  przyjmie  nazwę 

Colton-Hamilton,  Inc.  Nie  zachował  się  wtedy  ładnie,  ale  kiedy 

background image

sytuacja  jest  podbramkowa,  należy  wykorzystać  każda  szanse.  Ja  to 

zrobiłem. 

-  Nie  lubisz  go,  prawda?  Ile  czasu  ci  potrzeba,  żeby  go  wykupić 

całkowicie? Bo taki masz zamiar, prawda? Chcesz wyeliminować jego 

nazwisko z rynku? 

- Uważasz, że się mszczę? 

-  Pewnie  nie.  Uważam,  że  czekałeś  przez  sześć  długich  lat, 

czekałeś  na  stosowną  chwilę,  a  potem  przypuściłeś  na  niego  szturm. 

Sam i Annette cię skrzywdzili, a teraz ty wziąłeś za to odwet, choć nie 

zostawiłeś ich bez grosza. Chciałeś podeptać ich dumę, bo oni to samo 

zrobili z tobą. 

-  Mylisz  się  -  stwierdził,  patrząc  na  nią  z  napięciem.  -  Nie 

wykupiłem  Sama  z  powodu  tego  wydarzenia  sprzed  sześciu  lat. 

Oczywiście,  taki  był  mój  początkowy  zamysł,  nie  mam  zamiaru  cię 

okłamywać,  ale  nie  to  przesądziło.  Zrobiłem  to,  bo  przez  nich 

płakałaś.  Zrobiłem  to  za  twoje  dzieciństwo,  za  to,  jak  cię  traktowali, 

że chcieli cię zmusić do ślubu z Vaughnem. Zrobiłem to, bo oni na to 

zasługiwali. 

Savannah przyłożyła dłoń do ust i wolno pokręciła głową. 

-  Nie  -  wyszeptała  w  końcu,  opuszczając  rękę.  -  Nie,  Harry.  Jak 

możesz  tak  mówić?  Dla  mnie?  Ależ  ja  cię  wcale  o  to  nie  prosiłam. 

Choć może... może w głębi duszy chciałam ujrzeć Sama pokonanego. 

Nie, nie chcę już o tym mówić. 

Wstała z zamiarem opuszczenia kuchni, lecz zatrzymały ją słowa 

Sama. 

background image

-  Więc  nie  chcesz  wiedzieć,  co  Sam  o  tobie  powiedział,  i  co 

powiedziała Annette? Bo uczestniczyła w tym, wiesz. 

- Annette? - zdziwiła się, nieświadomie dotykając ręką policzka. - 

A cóż ona tam robiła? 

Harry wstał i z uśmiechem do niej podszedł. 

- Nie jestem pewien, i nie chcę wyjść na aroganta, ale wydaje mi 

się, że przyszła tam, żeby mnie uwieść. 

-  No  i?  -  zapytała,  cofając  się  o  krok  i  czując ból  przeszywający 

jej  ciało.  Annette  zawsze  zdobywała  wszystko,  co  chciała!  I  kiedyś 

zdobyła nawet Harry'ego... 

- Rzekłbym, że twoja siostra nie rozumie aluzji. Ale myślę, że  w 

końcu coś do niej dotrze. 

-  Co  jej  powiedziałeś?  -  zapytała  na  poły  z  lękiem,  na  poły 

zafascynowana, 

patrząc, 

jak 

rozbawiona 

twarz 

Harry'ego 

niespodziewanie poważnieje. 

- Powiedziałem jej - położył ręce na ramionach Savannah - że mi 

to pochlebia, ale jestem zainteresowany kimś innym. 

Zagryzła wargi, przymknęła powieki. 

- No cóż, to pewnie podziałało... 

- Chciała wiedzieć, kim. 

- O? - zapytała, przywołując na twarz blady uśmiech. - To mogło 

ją zainteresować. Powiedziałeś jej? 

-  Nie.  Najpierw  muszę  o  tym  powiedzieć  tej  kobiecie.  -  Głaskał 

delikatnie jej ramiona, patrzył jej wyczekująco w oczy. - Czy mam to 

zrobić? 

background image

-  Ja...  ja...  -  Zegar  stojący  w  gabinecie  wybił  szóstą  i  Savannah 

odstąpiła  krok  do  tyłu,  oddychając  z  ulgą.  -  Nie  dostaniemy  tej 

rezerwacji, jeśli zaraz nie zadzwonimy. Ty to zrób, a ja pójdę na górę 

się przebrać, dobrze? 

Harry oparł się ramieniem o lodówkę i kiwnął głową 

-  Nie  spiesz  się,  i  włóż  coś  niezobowiązującego.  Mam  ochotę 

zamówić pizzę, chyba że koniecznie chcesz wyjść... 

-  Nie,  nie.  To...  uhm,  dobrze.  Tylko  wezmę  prysznic  i...  Dobrze. 

Pizza może być. 

Gdy  dotarła  do  podestu  schodów,  przystanęła  i  oparłszy  się  o 

poręcz, zaczerpnęła głęboko powietrza. 

 

Zadziałał zbyt szybko. Posunął się za daleko. 

Dwa  tygodnie.  Savannah  mieszka  w  jego  domu  od  niespełna 

dwóch  tygodni,  podczas  których  odnowili  starą  przyjaźń,  wyznali 

sobie  wiele  rzeczy,  o  wielu  jednak  nawet  nie  wspomnieli.  Podczas 

tych dwóch tygodni także się przekonał, że jest Savannah zauroczony. 

Przekonał się także, że zauroczenie i miłość to dwie różne rzeczy. Bo 

teraz ją kochał, kochał całym sercem. 

Podczas  tych  dwóch  tygodni  załatwił  także  stare  porachunki  z 

Samem,  nie  z  powodu  swej  własnej  wewnętrznej  potrzeby,  lecz  z 

powodu  Savannah,  którą  Sam  zranił.  Harry  wiedział,  że  zniszczy 

każdego, kto kiedykolwiek skrzywdził tę kobietę. 

Teraz  jednak  przesadził.  Zagalopował  się.  Savannah  dopiero 

wynurzyła  się  z  kokonu,  dopiero  zaczęła  rozpościerać  skrzydła. 

background image

Wyrwała  się  z  naprawdę  chorego  domu  rodzinnego,  właśnie  dostała 

pierwszą  pracę,  i  cały  świat  stanął  przed  nią  otworem,  roztaczając 

wszelkie powaby życia. Czy naprawdę sądził, że ona zechce wyjść za 

niego za mąż, zamieszkać z nim w tym domu, kochać go?  

Wdzięczność. W jej uczuciach do niego dominuje wdzięczność, i 

tego należało się spodziewać. Wdzięczność i zapewne odrobina lęku, 

ponieważ  zademonstrował  jej,  że  jest  teraz  zupełnie  innym 

człowiekiem niż ów dawny Harry, który przed laty zaprzyjaźnił się z 

samotną  nastolatką.  Poznała  teraz  Harrisona  Coltona,  biznesmena. 

Czasami dosyć bezwzględnego. 

Z czasem Savannah zrozumie, że jeśli chodzi o firmę Sama, zrobił 

- bez względu na motywy - najlepszą rzecz, jaka mógł. Tysiąc pięćset 

osób zatrzyma pracę. Dzięki jego pieniądzom i umiejętnościom firma 

zacznie  się  rozwijać,  kwitnąć.  Ludzie,  z  którymi  pracował  sześć  lat 

temu, przyjaciele, których tam poznał, z radością przyszli na zebranie 

do stołówki i z entuzjazmem wysłuchali jego oświadczenia. 

A więc zrobił dobry uczynek. Działał w dobrej wierze, lecz także 

z  pobudek mniej  szlachetnych. Był  człowiekiem  interesu,  i  się  z  tym 

pogodził.  Nie  był  jednak  pewien,  czy  Savannah  się  z  tym  pogodzi. 

Miał nadzieję, że z czasem to nastąpi. 

Trochę  to  było  niegodziwe  z  jego  strony  mówić  Savannah  o 

Annette, lecz Savannah miała dobre serce, skłonne do wybaczania, i z 

jej  zachowania  wnosił,  że  Samowi  i  swej  przyrodniej  siostrze  nadal 

nieco współczuła. Wiedziała jednak, że próba nawiązania kontaktów z 

jednym bądź drugim byłaby błędem. Nikt nie próbuje oswajać rekina. 

background image

-  Co  wcale  nie  oznacza,  że  teraz  ty  masz  kierować  jej  życiem  - 

powiedział sobie Harrison. A zmierzając w kierunku holu, bo właśnie 

zadzwonił  dzwonek  u  drzwi,  dodał:  -  I  wcale  nie  chcesz  tego  robić. 

Chcesz być po prostu jego częścią. A więc nie spieprz tego! 

Dostawca  pizzy  opuścił  jego  dom  kilka  minut  później,  bardzo 

zadowolony  z  napiwku,  Harry  zaś  wrócił  do  gabinetu  i  położył 

pudełko  na  stoliku,  na  którym  już  wcześniej  ustawił  talerze  i  dwie 

miski wypełnione gotową mieszanką sałatkową.  

Udekorował stolik serwetkami, otworzył butelkę wina, które teraz 

oddychało,  w  zamrażarce  zaś  chłodziły  się  dwa  kieliszki.  Potem 

przeszedł się po pokoju, zgasił dwie lampki, które wcześniej włączył, 

i  zapalił  świece  ustawione  w  lichtarzach.  Wszystko  było  gotowe. 

Wcześniej  miał  dosyć  czasu,  by  pobiec  na  górę  i  spakować  walizkę, 

dosyć  czasu,  by  zarezerwować  dwa  miejsca  na  południowy  lot  do 

Reno. O wszystko zadbał, i teraz tylko czekał... 

A ten cholerny naszyjnik leżał zamknięty w szufladzie, skąd miał 

być  wyjęty  nie  wcześniej  niż  dziesięć  lat  po  ich  ślubie.  Zagrożenie 

było  tylko  jedno,  takie  mianowicie,  że  mógł  wyciągnąć  niewłaściwy 

wniosek - i że Savannah go lubi, jest mu wdzięczna, ale go nie kocha. 

Usłyszał jej kroki na schodach i ruszył w stronę holu na spotkanie, 

zdenerwowany niczym młody chłopak. 

 

ROZDZIAŁ PIATY 

Szła  przez  hol,  mając  wrażenie,  że  to  sen.  Piękny  sen,  cudowna 

baśń, w której wszystko prowadzi do szczęśliwego zakończenia. 

background image

Przed  chwilą  w  swoim  pokoju  rzuciła  walizkę  na  łóżko, 

błyskawicznie  wzięła  prysznic,  poświęciła  kilka  minut  na  wtarcie  w 

skórę  balsamu  nawilżającego,  po  czym  włożyła  na  siebie  różowe 

aksamitne szorty i odpowiednią górę. Włosy miała związane w koński 

ogon,  lekko  umalowane  usta,  lecz  poza  tym  twarz  nietkniętą 

makijażem.  Nos  jej  się  błyszczał,  stopy  były  bose.  Na  koniec 

spryskała dekolt perfumami o nazwie Obsession. Wcale nie czuła się  

jak niezdarna nastolatka. 

- Wyglądasz na zrelaksowaną - powiedział Harry, gdy usiadła na 

drugim końcu kanapy w granatowo-zieloną kratę. - Jesteś głodna? 

- Umieram z głodu - oznajmiła, po czym uniosła wieczko pudełka 

i ich oczom ukazała się duża pizza. W połowie margherita, w połowie 

pepperoni. - Czy nie popadamy w rutynę? - zapytała, podsuwając mu 

swój  talerz.  -  Czemu  nie  spróbujemy  z  pieczarkami,  bekonem  czy 

anchovies? 

- Nigdy w życiu. Jestem purystą w kwestii pizzy. Zaraz przyniosę 

kieliszki. 

Z  mocno  bijącym  sercem  patrzyła,  jak  Harry  idzie  w  kierunku 

kuchni,  a  potem  wraca,  niosąc  dwa  pokryte  szronem  kieliszki, 

uśmiechając się do niej w sposób, który sprawił, że szybko włożyła do 

ust kawałek pizzy, a potem zaczęła się zastanawiać, jak ma pogryźć i 

połknąć tak wielki kęs. 

-  Moja  babcia  znowu  dziś  dzwoniła  -  oznajmił,  napełniając 

kieliszki  winem.  -  Czasami  nie  odzywa  się  całymi  tygodniami,  ale 

background image

teraz coś ją opętało. Jestem pewien, że lada dzień zadzwoni do Jasona 

i przyprze go do ściany swoimi podejrzeniami. 

-  Podejrzeniami?  -  zapytała  szczęśliwa,  że  znalazł  się  temat  do 

rozmowy,  po  czym  uprzytomniła  sobie,  że  jeśli  babcia  dzwoniła 

ponownie  tylko  dlatego,  że  Harry  omal  się  nie  wygadał  na  temat 

swojego  planowanego  małżeństwa,  znacznie  chętniej  będzie 

rozmawiać  na  ten  temat  niż  pogody.  -  Czego  dotyczą  te  podejrzenia, 

Harry? 

-  To  długa  historia,  dotycząca  innej  gałęzi  rodziny  Coltonów  w 

Kalifornii. Rodziny mojego stryja. Czy jesteś pewna, że chciałabyś ją 

usłyszeć? 

-  Oczywiście  -  odparła,  czując  się  nieco  odprężona.  Nie  miała 

pojęcia,  czy  po  prostu  odsuwa  w  czasie  to,  co  jest  nieuniknione,  czy 

też żadne „nieuniknione" nie istnieje, bo po skończonym posiłku ona i 

Harry pójdą na górę do swych oddzielnych sypialni. 

- Czy ta historia ma coś wspólnego z naszyjnikiem? -Spojrzała na 

stolik  stojący  obok  obitego  granatowym  sztruksem  fotela.  -  Wiesz, 

chyba naprawdę powinieneś schować go w sejfie. A poza tym chętnie 

opowiedziałabym  tę  historię  Elizabeth,  Elizabeth  Mansfield, 

oczywiście.  Chociaż  nie  sądzę,  żeby  jej  przodkowie  byli  krewnymi 

tych  Mansfieldów,  z  którymi  twoi  przodkowie  toczyli  boje.  Proszę 

cię, usuń stąd ten naszyjnik. 

-  Skąd  wiesz,  że  nie  schowałem  go  z  powrotem  do  sejfu?  - 

zapytał,  po  czym  odstawił  talerz  z  pizzą,  podszedł  do  stolika  przy 

fotelu, wyjął z szuflady naszyjnik i położył go na stoliku, przy którym 

background image

jedli. Savannah tak przesunęła pudełko z pizzą, by jego odchylone do 

tyłu  wieko  przykryło  kasetkę  z  naszyjnikiem.  -  Ale  masz  rację. 

Schowam go po kolacji, dobrze? 

- A najpierw opowiesz mi historię o swych krewnych. Czytałam o 

Joe Coltonie, jego interesach, jego akcjach dobroczynnych, ale o nim 

samym wiem niewiele. Czy to o nim chcesz mi opowiadać? 

- Tak, o stryju Joe, choć na jego prośbę nie nazywałem go stryjem 

przez  całe  lata  -  wyjaśnił  Harry  z  uśmiechem,  ponownie  sięgając  po 

pizzę.  -  Poza  tym  zawsze  był  dla  mnie  bardziej  przyjacielem  niż 

stryjem. To wspaniały facet, Savannah. Naprawdę wspaniały. 

Zerknęła  na  wieko  opakowania  od  pizzy,  pamiętając,  co  się  pod 

nim kryje. 

-  Mówiłeś,  że  twój  brat  ma  podobny  naszyjnik,  bo  twój  ojciec 

kazał podzielić ten oryginalny. Czy Joe Colton też ma naszyjnik? 

-  Nie,  tylko  ja  i Jason. Mamy  szczęście.  A  wracając do babci, to 

wydzwania  dlatego,  że  Meredith,  żona  Joego,  ma  podobno  wydać 

szumne  przyjęcie  na  cześć  jego  sześćdziesiątych  urodzin.  Stroje 

wieczorowe, wielka orkiestra, wielka pompa. 

- Co jest w tym takiego podejrzanego? 

-  Nic,  jeśli  się  nie  jest  babcią.  Wydaje  mi  się,  że  ona  podziela 

uwielbienie Lorraine do powieści kryminalnych. A poza tym ma zbyt 

wiele  czasu.  Zaproponowałem  jej,  żeby  znalazła  sobie  kochanka,  a 

ona  kazała  mi  pilnować  swojego  własnego  nosa,  bo  skąd  wiem,  że 

kochanka nie ma. 

background image

-  To  niesamowite!  Bardzo  chciałabym  poznać  twoją  babcię.  A 

Lorraine bardzo polubiłam. 

- Tylko jej nigdy tego nie mów - poprosił z szerokim uśmiechem. 

-  Ona  lubi  myśleć,  że  ma  moc  napełniania  strachem  serc  zwykłych 

śmiertelników. Czasem tak bywa, fakt. A poza tym... 

- Właśnie, poza tym - wtrąciła, podsuwając mu pusty kieliszek. 

Pragnęła, by Harry mówił dalej, i czuła, że on też pragnie mówić. 

Oboje  najwyraźniej  się  czegoś  bali.  Zastanawiała  się  tylko,  czy  ona 

boi się tego samego co on, tego mianowicie, że będzie to ich ostatnia 

wspólna kolacja. 

- A poza tym - ciągnął Harry - już nie jeżdżę tak często na ranczo 

Coltonów.  Najpierw  przeszkodą  był  college,  potem  praca.  I  szczerze 

powiedziawszy,  kłębi  się  tam  tyle  dzieci  -  Joego  i  Meredith, 

adoptowanych  i  pasierbów  -  że  dla  mnie  to  za  dużo  hałasu  oraz 

szczęścia. 

- Pytali cię, dlaczego ty i Annette zerwaliście zaręczyny? - spytała 

Savannah. 

-  Tak.  A  potem,  ilekroć  tam  pojechałem,  sadzali  u  mojego  boku 

coraz to inną uśmiechniętą młodą damę. Toteż teraz dzwonię do nich, 

ale  tak  często  nie  jeżdżę.  I  zapewne  dlatego  nie  zauważam  tego,  co 

widzi  babcia.  Ale  ona  uwielbia  konspirację.  Ma  wszystkie  książki, 

jakie  napisano  na  temat  zabójstwa  Kennedy'ego,  Lincolna,  Martina 

Luthera  Kinga,  i  tak  dalej.  Pod  pewnymi  względami  nawet  się  z  nią 

zgadzam,  ale  nie  wydaje  mi  się,  żeby  na  ranczu Coltonów  działo  się 

coś tajemniczego. To niemożliwe. 

background image

Savannah odstawiła talerz, wytarła palce w serwetkę. 

- Wiesz, trochę za tobą nie nadążam...  

Harry uśmiechnął się. 

-  Babcia  ma  prawie  dziewięćdziesiąt  lat.  Pali,  pije,  czasem 

przeklina, ale umysł ma ostry jak brzytwa. Musisz ją szybko poznać. 

- Tylko w sprawie rancza Coltonów trochę dziwaczy?  

Poznać  ją?  Harry  chce,  żeby  poznała  jego  babcię?  Savannah 

poczuła słaby przypływ nadziei.  

Harry  przestał  się  uśmiechać  i  patrzył  na  nią  przez  chwilę  spod 

półprzymkniętych powiek. 

- Właśnie. Coś tu się nie zgadza, prawda? Jej rozumowanie w tym 

przypadku  jest  wyjątkowo  absurdalne.  Podobno  adoptowana  córka 

Joego,  Emily,  kiedy  odzyskała  przytomność  po  wypadku,  w  jakim 

uczestniczyła  z  Meredith  dziesięć  lat  temu,  powiedziała,  że  widziała 

dwie Meredith. Jedna była miła i uśmiechnięta, a druga zła i ponura. 

Savannah potarła dłońmi ramiona. 

- Dziwne. Ile lat miała wtedy Emily? 

-  Dziesięć,  może  dwanaście,  nie  jestem  pewien.  Bardzo  w  tym 

wypadku ucierpiała. Podobno do dziś nawiedzają ją koszmary senne. 

A  poza  tym  babcia utrzymuje,  że  od tamtego  czasu Meredith też  jest 

inna, i to wielkie przyjęcie stanowi dowód tej inności. 

- Dlaczego? 

-  Bo  Meredith  i  Joe,  mimo  swych  ogromnych  pieniędzy,  byli 

zawsze  wielkimi  domatorami.  Rzeczywiście,  o  ile  pamiętam, 

Meredith  wydawała  tylko  przyjęcia  ogrodowe,  z  barbecue,  pod 

background image

nogami  plątały  się  miliony  dzieci,  i  może  jeszcze  wszyscy  wspólnie 

śpiewali przy ognisku. A dziś babcia zadzwoniła, żeby przedstawić mi 

inny dowód. 

- Jaki? - spytała zaintrygowana. 

-  Zadzwoniła  do  Meredith,  żeby  osobiście  podziękować  jej  za 

zaproszenie, a Meredith nie zapytała o jej artretyzm. 

Savannah uniosła do góry brwi. 

-  No  cóż  -  powiedziała  -  to  chyba  przesądza  sprawę,  prawda? 

Meredith  na  pewno  uderzyła  się  w  głowę  w  tym  wypadku, 

spowodowanym  zapewne  przez  istoty  pozaziemskie,  których  w 

Kalifornii sporo, no i przeistoczyła się z miłej gospodyni domowej w 

potwora  wydającego  przyjęcia,  i  to  na  oczach  samej  Emily.  To  jest 

jedyne  wyjaśnienie.  Jestem  zdziwiona,  że  ani  ty,  ani  babcia  nie 

wpadliście na to. 

Harry zrobił minę. 

-  Widzę,  że  ciebie  i  babci  nie  można  będzie  zostawić  samych. 

Tylko  naprawdę  jest  nieco  dziwne,  że  Meredith  nie  zapytała  babci  o 

artretyzm. Fakt, że w  wieku niemal dziewięćdziesięciu lat babcia jest 

nadal tak energiczna jak nastolatka, stał się w naszej rodzinie czymś w 

rodzaju  żartu.  Jedyną  osobą, która nie  zaczyna  rozmowy  z  babcią  od 

pytania o artretyzm, jest Jason, ale to tylko dlatego, że jest lekarzem, a 

babcia  oznajmiła  całe  lata  temu,  że  żadnemu  lekarzowi  nigdy  nie 

odpowie na żadne pytanie związane z jej zdrowiem. 

background image

Savannah roześmiała się, potrząsnęła głową i  wysączyła wino do 

dna,  myśląc  sobie,  że  zapewne  wypiła  już  zbyt  wiele,  bo  poczuła  się 

wyjątkowo lekko i swobodnie. 

- A więc pojedziesz na to przyjęcie, prawda? 

- Tak, jeśli ty pojedziesz ze mną - odrzekł Harry, nogą odsuwając 

stolik od kanapy. - Powiedziałaś już, że chcesz poznać babcię. A poza 

tym  będą  tam  moi  rodzice, no  i  Jason,  jeśli  uda  się  wyciągnąć  go  ze 

szpitala. 

Savannah  zdała  sobie  sprawę,  że  nerwowo  wykręca  palce,  i 

natychmiast przestała to robić. 

-  Czy...  naprawdę  chciałbyś  się  pokazać  na  ranczu  z  następną 

panną Hamilton? Czy jednak nie... 

Szeroki uśmiech Harry'ego stanowił odpowiedź na to pytanie, i na 

wszystkie inne. Jego słowa zaś rozwiały jej wątpliwości do reszty. 

- O tym nie pomyślałem, lecz skoro już o tym wspomniałaś, to ci 

powiem, że o  wiele chętniej pokaże się tam z Savannah Colton niż z 

Savannah Hamilton. Ale tylko z tego powodu, że bardzo cię kocham i 

pragnę, żebyś mnie poślubiła. 

-  Kochasz  mnie?  -  zapytała  drżącym  głosem.  -  Czy  jesteś  tego 

pewien, Harry? 

Przysunął się do niej bliżej, ogrzewając ją swym ciepłem, czując, 

że się uspokaja pod wpływem jego łagodnego spojrzenia. 

-  Myślę,  że  zakochałem  się  w  tobie  tego  dnia,  kiedy  weszłaś  do 

mojego  biura.  I  jeśli  nie  byłem  tego  całkowicie  pewien  w  pierwszej 

chwili, to nabrałem tej pewności w pizzerii, kiedy wracałaś do stolika 

background image

po zmyciu makijażu. Savannah, jesteś najuczciwszą, najnaturalniejszą, 

najcudowniejszą  i  najmniej  egoistyczną  kobietą,  jaka  znam.  A  ten 

twój koński ogon jest seksowny jak wszyscy diabli. 

- Pewnie mówisz tak do wszystkich dziewczyn - mruknęła lekko 

oszołomiona. 

- Nie przerywaj, bo teraz chcę ci powiedzieć coś o sobie. - Położył 

rękę  na  jej  karku  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  -  Wydaje  mi  się,  że  w 

ciągu  tych dwóch  tygodni  zasłużyłem  sobie  na nagrodę,  bo  chciałem 

ci  dać  trochę  czasu.  Po  to,  żebyś  jakoś  uporała  się  z  tym,  co 

powiedział  ci  Sam,  żebyś  uświadomiła  sobie,  że  szukam  w  tobie 

czegoś  więcej  niż  tylko  jakiejś  śmiesznej  okazji  do  zemsty,  po  to, 

żebyś  się  nie  przestraszyła,  kiedy  ci  wyznam  moją  miłość.  Czy 

czekałem  wystarczająco  długo,  Savannah?  Czy  mi  wierzysz? 

Wierzysz w to, że cię kocham? 

-  Och,  tak,  Harry  -  odparła.  -  Muszę  ci  wierzyć,  bo  bardzo  cię 

kocham. Chyba zawsze cię kochałam. 

Wziął  ją  wtedy  w  ramiona i patrzył  na nią,  pożerał  ją  wzrokiem, 

czekając  bez  słów,  aż  Savannah  się  do  niego  uśmiechnie,  aż  i  ona 

wyciągnie do niego ramiona. Domyśliła się, o co mu chodzi, położyła 

ręce  na  jego  szyi  i  przyciągnęła  go  do  siebie  na  tyle  blisko,  by 

spotkały się ich usta.  

W  tej  chwili  nic ich  już  nie  dzieliło,  ani  przeszłość,  ani  Annette, 

ani  Sam,  ani  nawet  przyszłość.  Istniało  tylko  teraz,  ten  właśnie 

moment, i Savannah mu uległa. Harry zaś, podobnie jak dwa tygodnie 

background image

temu, wziął ją na ręce i zaniósł na piętro. Na górnym podeście jednak 

skierował się do swojej sypialni. 

Kalifornijskie  słońce  już  zaszło  i  sypialnia  tonęła  w  półmroku. 

Savannah  uznała,  że  łóżko  Harry'ego  jest  cudownie  miękkie, 

prześcieradła  chłodne  i  zapraszające,  a  jego  ciało  gorące.  Całował  ją 

najpierw  delikatnie,  potem  z  coraz  większą  namiętnością.  Potem 

trochę  się  z  nią  droczył,  a  później  znowu  zatracili  się  w  rozkoszy. 

Savannah nie pamiętała już, jak się tu znalazła, wiedziała jedynie, że 

Harry trzyma ją w ramionach, że ja kocha. 

Jego  dłonie  wydobywały  z  jej  ciała  dreszcze,  ożywiały  tajemne 

miejsca,  budziły  w  niej  kobietę,  kobietę  kochaną  przez  mężczyznę. 

Tuliła go do siebie, jej palce przesuwały się po jego plecach, całowała 

jego szyję, ramiona, wciągała go coraz głębiej w siebie. Ból nadszedł i 

minął tak szybko, że jej umysł ledwo go zarejestrował.  

Harry mnie kocha, śpiewała jej dusza, Harry mnie kocha... 

-  Otwórz  oczy  -  wyszeptał  do  jej  ucha,  ona  zaś  z  ogromnym 

wysiłkiem go usłuchała. 

Ujrzała nad sobą jego twarz i taki zachwyt w oczach, że odnalazła 

w sobie siłę, by odpowiedzieć mu tym samym, by otworzyć przed nim 

swoje serce i umysł, by mu się oddać, lecz także od niego czerpać. 

- Na zawsze - wyszeptała wprost w jego usta. - Na zawsze, Harry. 

-  Na  zawsze,  Savannah  -  obiecał,  po  czym  znowu  wniknął  w  jej 

usta,  wziął  w  posiadanie  jej  ciało.  Poruszając  się  zgodnym  rytmem, 

bez słów uczynili sobie obietnice, że będą się kochać wiecznie. 

background image

Harrison  powoli  opuszczał  krainę  snu.  Jego  wzrok  wyłowił  z 

półmroku  tarczę  stojącego  przy  łóżku  zegara  cyfrowego.  Nie  mógł 

uwierzyć,  że  jest  dopiero  ósma.  A  potem  nagle  oprzytomniał, 

dostrzegł  światło  dnia  przenikające  przez  zasłony,  i  uśmiechnął  się 

radośnie. Jest ósma, ale rano! No cóż, to wiele wyjaśnia. 

Poruszył  lekko  ramieniem  i  wyczuł  obok  siebie  ciepłe  ciało 

śpiącej  Savannah.  Przekręcił  na  bok  głowę,  ucałował  pasmo  jej 

popielatych  włosów,  złożył  pocałunek  na  czole.  Ona  jednak  tylko 

westchnęła, uśmiechnęła się przez sen i jeszcze mocniej zacisnęła rękę 

na jego talii. 

Ależ  on  ją  kocha!  Pół  nocy  przegadali,  drugie  pół  się  kochali. 

Tak,  wezmą  ślub.  Natychmiast.  Nie  miał  zamiaru  wykorzystywać 

owego „podejrzanego" zezwolenia na ślub, jakie załatwili, lecz polecą 

do Reno. Jego rodzina zapewne uprze się, by później wydać uroczyste 

przyjęcie,  może  nawet  powtórzyć  od  nowa  całą  ceremonię,  ale  jemu 

było to obojętne. Savannah też. Oni pragnęli wziąć ślub teraz. 

Harrison  zmarszczył  czoło,  bo  słowa  „ślub"  i  „Reno"  poruszyły 

coś w jego pamięci. Zaniepokoiła go również godzina na zegarze. Ach 

tak!  Zarezerwował dla nich bilety na samolot odlatujący  w południe! 

Jak mógł o tym zapomnieć? 

Powoli  wyzwolił  się  z  objęć  Savannah,  ucałował  delikatnie  jej 

lekko nabrzmiałe usta, po czym wziął z komody i garderoby ubranie i 

poszedł do łazienki. Spakował walizkę wczoraj wieczorem, a więc nie 

będzie się musiał z tym borykać, a jeśli Savannah zabraknie czasu na 

spakowanie  się,  kupi  jej  wszystko,  co  potrzebne,  w  Reno.  Kupi  jej 

background image

cały  świat,  jeśli  ona  sobie  tego  zażyczy.  Urok  tej  kobiety  polegał 

jednak na tym, że nie chciała całego świata. Wystarczał jej on, Harry. 

Kiedy  wziął  prysznic  i  ubrał  się,  podszedł  do  łóżka  i  dotknął 

palcem policzka swej kochanki. 

- Pani Colton, pora wstawać. 

Spojrzała na niego, położyła się na plecach i uśmiechnęła. 

- Pani Colton... Myślę, że mi się to podoba. 

-  To  dobrze,  bo  będę  tak  do  ciebie  mówił  przez  co  najmniej 

pięćdziesiąt  lat.  A  teraz  czy  chcesz  wziąć  prysznic  i  się  ubrać, 

żebyśmy mogli zdążyć na samolot i uprawomocnić nasz związek? 

-  Co?  Która  godzina?  -  spytała,  wzrokiem  szukając  zegara.  -  O 

Boże,  wpół  do  dziesiątej?  -  Pociągnęła  Harry'ego  na  łóżko  i 

wymierzyła  palec  w  jego  pierś.  -  Dlaczego  wcześniej  mnie  nie 

obudziłeś? Muszę wziąć prysznic, umyć włosy. I muszę się spakować! 

Harry, dlaczego pozwoliłeś mi tak długo spać! 

Oparł  głowę  o  jej  piersi  i  śmiał  się,  podczas  gdy  ona  okładała 

pięściami jego plecy, powtarzając, że nie ma nic tak przyzwoitego, w 

czym mogłaby wziąć ślub. 

-  Za  minutę  już  nie  będziesz  musiała  się  tym  martwić,  bo  jeśli 

będziesz  dalej  tak  się  miotać,  nie  wypuszczę  cię  z  tego  łóżka  przez 

następny tydzień. 

Podniósł  głowę  i  roześmiał  się,  widząc  jej  zszokowaną  minę, 

którą szybko zastąpił szeroki uśmiech. 

- Mówisz, że nie można mi się oprzeć? Bardzo mi się to podoba. 

background image

-  Nie  -  oznajmił  żartobliwie,  ściągając  z  niej  prześcieradło.  -  To 

nie  tobie  nie  można  się  oprzeć,  to  ja  jestem  nienasycony.  To  jakieś 

przekleństwo.  -  Ujął  w  dłoń  jej  pierś,  połaskotał  palcem  brodawkę.  - 

Ale  za  to  jestem  dzielny.  Nauczę  się  z  tym  żyć.  Chyba  że  masz  coś 

przeciwko temu? 

Jej odpowiedź była bardziej niż zadowalająca. 

Godzinę  później  Harry  znalazł  się  w  kuchni  i  zaczął  zmywać 

naczynia  po  wczorajszej  kolacji,  gdy  nagle  rozległ  się  dzwonek  u 

drzwi.  Z  uśmiechem  ruszył  przez  hol,  słysząc  dobiegający  go  z 

łazienki  na  górze  szum  prysznica.  Gdy  otworzył  drzwi,  na  piętrze 

zapadła cisza. 

-  Tak?  -  powiedział,  nie  patrząc  na  gościa,  ponieważ  myślami  i 

sercem był nadal w sypialni. 

- Dzień dobry, Harrison - rzekła Annette, wchodząc do holu, nim 

zdążył zatrzasnąć drzwi przed jej piękną, uśmiechniętą twarzą. 

Annette  była  niższa  niż  Savannah,  miała  bardziej  zaokrąglone 

kształty  i  należała  do  tych  kobiet,  które  ubierają  się  tylko  w  suknie  i 

wyglądają  w  nich  wspaniale.  Miała  buty  na  bardzo  wysokich 

obcasach, jej gęste czarne włosy były upięte w pozornie niedbały kok, 

makijaż był nieskazitelny, a w błękitnych oczach lśniły psotne ogniki. 

Kiedyś  samo  spojrzenie  na  nią  wystarczało,  by  cały  stopniał. 

Teraz pragnął jedynie wyrzucić ją stąd i zatrzasnąć drzwi. 

-  Chyba  mamy  jeszcze  coś  do  załatwienia  -  powiedziała, 

wchodząc  w  głąb  mieszkania  i  rozglądając  się.  Robi  wycenę, 

pomyślał  Harrison.  Nagle  obróciła  się  w  jego  stronę  i  spojrzała  na 

background image

niego przez zwężone oczy. - A może naprawdę myślisz, że ci wczoraj 

uwierzyłam?  Dałeś  mi  do  zrozumienia,  że  ciebie  i  moją  siostrę  coś 

łączy.  No  wiesz,  Harrison!  Jeśli  myślisz,  że  w  ten  sposób  wzbudzisz 

we mnie zazdrość, to mnie nie znasz. Savannah? W niej nic nie może 

cię pociągać. 

-  Wyjdź,  Annette  -  poprosił,  wskazując  otwarte  drzwi.  -  Proszę, 

wyjdź  i  odejdź  stąd  jak  najdalej.  Nie  chcę,  żeby  Savannah  cię 

widziała. 

Gdy kończył wypowiadać te słowa, uzmysłowił sobie, że popełnił 

błąd. 

-  Ona  tu  jest?  Tatuś  tak  mówił,  ale  mu  nie  wierzyłam.  Harrison, 

ale to jest chore! Nie mogłeś zdobyć mnie, więc z braku laku wziąłeś 

ją?  To  gorzej  niż  chore,  to  jest  żałosne!  Czy  ci  nie  wystarcza,  że  w 

inny sposób zraniłeś już ojca? Czy musiałeś mnie też przytrzeć nosa, 

idąc  do  łóżka  z  tą  chłopczycą?  Jesteś  mi  winien  przeprosiny, 

Harrison! 

Wpatrywał  się  w  nią  przez  krótką  chwilę,  nie  widząc  absolutnie 

żadnego  podobieństwa  do  Savannah.  Uświadomił  sobie  wtedy,  że 

uroda Annette jest tylko powierzchowna, podczas gdy Savannah ma w 

sobie także wewnętrzne piękno. 

-  Wiesz,  Annette  -  odezwał  się,  zmierzając  w  stronę  gabinetu, 

skąd  chciał  uprzątnąć  opakowanie  po  pizzy  i  kieliszki  -  masz  rację. 

Jestem  ci  coś  winien,  ale  nie  przeprosiny.  Winien  ci  jestem 

podziękowanie  za  to,  że  pokazałaś  mi,  sześć  lat  temu  i  teraz,  że 

dokonałem  słusznego  wyboru.  Nie  jesteś  dobrym  człowiekiem, 

background image

Annette.  Twój  ojciec  pewnie  się  do  tego  przyczynił  w  jakiś  sposób, 

ale teraz jesteś już dorosła i dość wredna. I to jest twoja wina. I twoja 

strata,  bo  twojej  siostrze  kiedyś  na  tobie  bardzo  zależało.  Drugi  raz 

tego błędu nie popełni, uwierz mi. 

-  Och,  aż  się  trzęsę,  Harry,  tak  mnie  przestraszyłeś  -  odrzekła 

sarkastycznie. Weszła za nim do gabinetu, rzuciła torebkę na kanapę, 

spojrzała  na  zastawiony  stolik.  -  A  co  to  jest,  Harrison?  Resztki 

uroczystej  kolacji  na cześć  wczorajszego  poniżenia  mojego  ojca,  czy 

też akcji uwodzenia? A może jedno i drugie? 

-  Chyba  mam  już  dosyć,  Annette  -  powiedział,  dochodząc  do 

wniosku,  że  jeszcze  chwila,  a  złapie  ją  za  łokieć  i  wyrzuci  na  ulicę. 

Nie  chciał,  by  Savannah  wiedziała,  że  jej  siostra  tu  przyszła,  nie 

chciał, by wysłuchiwała jej złośliwości. 

- Nie wyjdę, dopóki się nie zobaczę z moją siostrą - oświadczyła 

Annette,  siadając  na  kanapie,  zakładając  nogę  na  nogę  i  dając  do 

zrozumienia, że nie ruszy się z miejsca. - Musze cię przed nią ostrzec. 

Bo  ją  wykorzystujesz,  prawda?  Wyciągnąłeś  z  niej  wszystkie 

informacje  dotyczące  stanu  interesów  ojca,  a  potem  ukryłeś  ją  przed 

nami,  tak  żebyśmy  nie  mogli  z  nią  porozmawiać  i  niczego  jej 

wyjaśnić. 

-  Och,  sądzę,  że  wszystko  świetnie  jej  wyjaśniliście,  i  to  oboje  - 

odparł  Harrison,  zamykając  pudełko  po  pizzy  i  zabierając  je  do 

kuchni.  -  A  tak  przy  okazji,  które  to  było  oko,  lewe?  Widzę  jeszcze 

ślady. 

background image

Uśmiechnął  się  do  siebie  radośnie,  gdy  jeden  z  kieliszków 

roztrzaskał  się  za  nim  o  framugę  drzwi.  Wyrzucił  resztki  pizzy  do 

śmieci i stwierdził, że jeśli zastanie Annette jeszcze w gabinecie, zrobi 

z nią to samo. Przynajmniej w przenośni. 

Lecz  gdy  wrócił  do  gabinetu,  Annette  stała  przed  lustrem 

wiszącym  nad  kominkiem.  Wyłożona  granatowym  aksamitem 

kasetka,  ukryta  poprzednio  za  kartonem  z  pizzą,  leżała  otwarta  na 

stoliku, a szafiry Coltonów znalazły się na szyi Annette. 

Co gorsza, w drzwiach od strony holu stała Savannah i z pobladłą 

twarzą  wpatrywała  się  w  siostrę.  Podszedł  do  niej,  objął  ją  w  pasie  i 

przytulił. 

-  Wszystko  w  porządku,  Savannah.  Wezwałem  już  ekipę 

deratyzacyjną. Zaraz jej tu nie będzie. 

- No proszę, wszyscy są w komplecie - rzekła Annette, patrząc na 

nich  ze  złością.  -  Wiesz,  Harrison,  słyszałam  cię  i  uważam,  że  to 

wcale nie jest takie dowcipne. Oprócz tego - dodała, dotykając dłonią 

naszyjnika - myślę, że miałam po prostu szczęście. Te klejnoty nie są 

prawdziwe, co?  Dałeś jej sztuczne kamienie, uwiodłeś ją fałszywymi 

brylantami.  No  cóż,  to  jest  nawet  zabawne.  Całe  szczęście,  że 

wreszcie to odkryłam. 

Harrison  spojrzał  na  Annette.  Naszyjnik  z  szafirów  i  brylantów 

powinien  podkreślić  piękny  błękit  jej  oczu,  tymczasem  wielkie 

szafiry,  które  zawsze  lśniły  na  tle  aksamitu,  straciły  blask  i  stały  się 

niemal  czarne.  Cera  Annette,  zawsze  kremowobiała,  przybrała  teraz 

background image

ziemisty odcień, a puder maskujący siniec w okolicach oka nadał mu 

zielonkawą barwę. 

Annette odpięła naszyjnik, wzięła torebkę, po czym z pogardliwą 

miną  upuściła  kamienie  w  otwartą  dłoń  Harrisona  -  takim  gestem, 

jakim się wyrzuca śmieć. Potem zatrzymała się przy Savannah. 

- Pamiętaj, on był najpierw mój - podkreśliła. 

-  Nigdy  nie  był  twój  -  odrzekła  Savannah  spokojnym  głosem.  - 

Nikt  nigdy  do  nikogo  nie  należy  ani  nie  ma  wobec  nikogo  długów. 

Nikt  nikomu  nic  nie  jest  winien.  Dostajemy  od  innych  tyle,  ile  im 

dajemy.  Harry  dał  mi  swoją  miłość,  a  ja dałam  mu  swoją.  Z  własnej 

woli, bez żadnej presji, bez oczekiwania, że otrzymam coś w zamian. 

A  ty,  Annette?  Żal  mi  ciebie,  bo  czegoś  takiego  po  prostu  nie 

pojmujesz. I to się nigdy nie zmieni. 

Harrison przechylił głowę lekko na bok i uniósł do góry brwi, gdy 

Annette prychnęła z pogardą i stukając głośno obcasami o drewnianą 

podłogę,  opuściła  dom.  Savannah  wciągnęła  powietrze  głęboko  w 

płuca,  potem  powoli  je  wypuściła  i  pocałowała  Harrisona  prosto  w 

usta. 

- No, to było bardzo interesujące. Czy możemy już iść? - zapytała. 

Tym razem jej oczy lśniły radością, a nie łzami. 

-  Dobrze,  za  chwilę  -  odparł,  podnosząc  do  góry  naszyjnik. 

Promienie  słońca przenikające  przez  okna  za  jego  plecami  odbiły  się 

w kamieniach, zabłysły, zamrugały. - Chciałbym, żebyś to włożyła. 

Cofnęła się, nagle spłoszona. 

- Nie, Harry. Proszę, nie. Ta rzecz mnie przeraża. 

background image

-  Te  klejnoty  wyglądały  na  niej  okropnie,  prawda?  -  stwierdził, 

postępując w stronę Savannah, podczas gdy ona znowu się cofnęła. - I 

ona  też  wyglądała  w  nich  okropnie.  To  ciekawe,  nie  sądzisz?  Co  nie 

znaczy, że ja wierzę w tę starą legendę. A ty w nią wierzysz? 

- Harry, spóźnimy się na samolot - broniła się, wpatrzona w kolię 

przestraszonym wzrokiem. 

-  Boisz  się  -  oznajmił  z  wesołym  uśmiechem.  -  Boisz  się  tych 

kamieni. 

Zwilżyła  wargi,  spojrzała  na  naszyjnik,  potem  przeniosła  wzrok 

na Harry'ego, a potem znowu na szafiry. 

-  Kilka...  kilkakrotnie  schodziłam  na  dół,  kiedy  już  spałeś,  i 

patrzyłam  na  ten  klejnot.  Ale  nie  włożyłam  go  na  szyję.  -  Ponownie 

przeniosła wzrok na Harrisona. - Harry, a jeśli on będzie tak wyglądał 

na mnie jak na Annette? Co wtedy zrobimy? 

Harrison wzruszył ramionami. 

-  To  wtedy  go  zakopiemy  pod  krzakiem  róży,  dobrze?  - 

zasugerował, trzymając naszyjnik za dwa końce i zbliżając się do niej. 

- Ale wiesz co, kochanie? Wydaje mi się, że właśnie uwierzyłem w tę 

historię. I założę się, że ta kolia z dumą ułoży się na twojej szyi. 

-  Możesz  dużo  stracić,  Harry  -  ostrzegła  go,  a  potem  opuściła 

bezradnie  ramiona.  -  Och,  dobrze.  Tylko  Pan  Bóg  wie,  ile  się 

zastanawiałam nad tym naszyjnikiem. 

Odwróciła  się  do  niego  plecami  i  uniosła  włosy,  tak  by  mógł 

zawiesić szafirowo-brylantowy sznur na jej szyi. 

background image

Zawahał  się  jedynie  na  sekundę,  przestraszony  nagłą  myślą,  że 

być  może  popełnia  błąd,  bo  Savannah  najwyraźniej  zdawała  się 

wierzyć  w  tę  starą  opowieść  związaną  z  szafirami.  Potem  szybkim 

ruchem  zawiesił  naszyjnik,  zapiął  go  na  karku  i,  kładąc  dłonie  na 

ramionach  ukochanej,  skierował  ją  w  stronę  lustra  wiszącego  nad 

kominkiem. 

Nie  odważyła  się  unieść  powiek,  a  Harrison  uśmiechnął  się  do 

siebie, widząc w lustrze, jak Savannah zagryza dolną wargę, zbierając 

się na odwagę, by spojrzeć na swoje odbicie. 

- Jest piękny - oznajmił, ściskając ją za ramiona. - Przepiękny. 

Zwróciła  lekko  ku  niemu  głowę,  a  potem  otworzyła  oczy  i 

zerknęła z ukosa w zwierciadło.  

Widziała to samo co Harrison - odbicie ich obojga. Widziała jego 

dłonie  oparte  na  jej  ramionach,  miłość  w  jego  oczach.  Dostrzegła 

także, a może przede wszystkim, szafiry - ich barwa była tak czysta i 

głęboka,  że  refleksy  światła  niemal  tańczyły  i  skakały  z  radości. 

Musiała  też  dostrzec,  jak  pięknie  wygląda  ona  sama,  nawet  jeszcze 

piękniej  niż  szafiry,  które  tak  długo  czekały,  by  ponownie  zaświecić 

pełnym blaskiem. 

- Kocham cię, Savannah, i cieszę się, że wkrótce zostaniesz moją 

żoną - rzekł Harrison, odwracając ją przodem do siebie i mocno tuląc. 

-  Nie  potrzebowałem  tego  naszyjnika,  aby  wiedzieć,  że  trzymam  w 

ramionach  właściwą  narzeczoną  czy  też  że  jestem  najszczęśliwszym 

człowiekiem na świecie. 

background image

- Ale to nie boli, prawda? - spytała, śmiejąc się i obejmując go za 

szyję. - Och, Harry, jak ja cię kocham. 

Na  szczęście  do  Reno  był  jeszcze  jeden  lot,  popołudniowy.  Tym 

razem miejsca zarezerwowała im Lorraine...