background image

 

Marie Ferrarella CZY TO TY, WALENTYNKO? 

 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Chcę, żebyś była mną. 
T.J. z osłupieniem spojrzała na leżącą na widełkach słuchawkę. 
Telefon na biurku zadzwonił już trzeci raz, kiedy Theresa Jean Cohran zdała sobie wreszcie z tego sprawę. 

Zagłębiona w arkuszach  kalkulacyjnych  wyświetlanych  na  ekranie  komputera, po omacku  wyciągnęła rękę 
po  słuchawkę,  lecz  niechcący  nacisnęła  guzik  uruchamiający  tryb  głośnego  mówienia  i  wtedy  właśnie 
usłyszała te zdumiewające słowa. 

- Słucham? - wymamrotała po chwili. 
- Chcę... - po drugiej stronie ktoś najwyraźniej się zawahał. - To ty, T.J.? - W pełnym słońca gabinecie T.J. 

rozległ się głos jej kuzynki, Theresy Joan Cohran. 

T.J. z niepokojem spojrzała na telefon. Dlaczego Theresa do niej dzwoni? Dlaczego po prostu nie wpadła 

bez pukania, jak to miała w zwyczaju? 

Theresie chyba jeszcze nigdy nie przyszło do głowy, że mogłaby zapukać. Jako prezes C&C Advertising 

przywykła  do  tego,  że  może  swobodnie  wchodzić  do  wszystkich  pomieszczeń  znajdujących  się  na  trzech 
piętrach  należących  do  jej agencji  -  może z  wyjątkiem  męskiej toalety. Chociaż i to  mogło z czasem ulec 
zmianie. 

Nawet  gdyby  jednak  Theresa  nie  była  szefową  stworzonej  przez  swego  dziadka  i  rozwiniętej  przez  ojca 

czołowej na rynku agencji reklamowej, i tak nie cofnęłaby się przed wtargnięciem na teren kuzynki. Robiła 
to przecież od dzieciństwa i było to dla niej równie naturalne, co oddychanie. 

Theresa Jean, podobnie jak kuzynka nazwana tak na cześć babki ze strony ojca, sięgnęła więc z rezygnacją 

po  słuchawkę.  Choć  w  pomieszczeniu  nie  brakowało  światła  -  promienie  słońca  wpadały  bowiem  obficie 
przez  dwa  znajdujące  się  za  nią  okna  -  to  zrobiło  jej  się  nagle  zimno  i  ponuro.  Poczuła  się,  jak  gdyby 
przeżywała deja vu

Zbyt dobrze znała ton, którym posłużyła się teraz kuzynka. Theresa czegoś chciała. Przysługi. Maleńkiej, 

drobniutkiej przysługi. Dobrze znała te jej prośby! 

Dwie „maleńkie przysługi” zawsze pociągały za sobą bynajmniej nie „maleńkie” konsekwencje, były jak 

ten  drobny  kamyk,  który  puszczony  w  dół  po  zboczu,  pociąga  za  sobą  lawinę  i  wraz  z  wielkimi  głazami 
zagarnia  wszystko,  co  stanęło  na  drodze.  Kiedy  obie  były  dziewczynkami,  niektóre  z  tych  przysług  miały 
wprawdzie dość dziwaczny charakter, lecz ich spełnienie nie było aż tak trudne. Te ostatnie jednak stawały 
się  znacznie  mniej  wygodne,  dotyczyły  bowiem  głównie  pracy  -  z  reguły  takiej  czy  innej  sprawy,  którą 
należało dyplomatycznie załatwić po przejściu przez firmę Huraganu Theresa (takim przezwiskiem ochrzcili 
szefową starsi pracownicy firmy). 

Nawiasem mówiąc, T.J. podejrzewała, że Theresa domyśla się, jak nazywają ją podwładni  - i uważa to za 

komplement! 

Jeśli  chodzi  o  wiek,  dzieliło  je  dziewięć  miesięcy.  T.J.  była  starsza,  ale  to  Theresa  zwracała  na  siebie 

większą uwagę. Jako młoda i urodziwa szefowa wielkiej agencji skupiała na sobie zainteresowanie mediów. 
W  kolorowych  magazynach  można  było  znaleźć  jej  zdjęcia  z  coraz  to  nowymi  i  coraz  bardziej 
interesującymi kawalerami, udzielała wywiadów, obdarzała uśmiechami fotoreporterów. W istocie jednak to 
T.J.  była  szarą  eminencją  firmy,  to  ona  była  owym  mózgiem,  siłą  sprawczą,  dzięki  której  mogli  zawierać 
nowe kontrakty i odnawiać stare. 

Taka  rola  bardzo  jej  zresztą  odpowiadała.  Wolała  pozostawać  w  cieniu,  by  robić  to,  co  uważała  za 

naprawdę  wartościowe  i  twórcze  -  obliczać,  planować,  podejmować  decyzje.  I  tak  T.J.  uwielbiała 
wykonywać  mrówczą  pracę  w  zaciszu  swego  gabinetu,  a  Theresa  zbierać  pochwały  w  blasku  fleszy  i 
jupiterów. Dobrze im się razem pracowało. 

Teraz  T.J.  nacisnęła  dwa  przyciski  na  klawiaturze  komputera,  by  zachować  plik,  po  czym  usiadła 

wygodniej na krześle i odetchnęła głęboko. Miała przeczucie, że ta rozmowa potrwa dłużej niż chwilę. 

-  Czemu  zawdzięczam  tę  przyjemność?  -  Zerknęła  na  zegarek.  Dochodziła  dziewiąta.  Ciekawe,  czy 

Theresa jest jeszcze w domu? Nie po raz pierwszy spóźniłaby się do pracy. 

Po  drugiej  stronie  usłyszała  dramatyczne  westchnienie.  Nikt  inny  nie  umiał  wzdychać  równie 

dramatycznie, jak Theresa Joan Cohran. Wyglądało na to, że sprawa jest szczególnie poważna. 

- Posłuchaj, T.J., potrzebuję twojej pomocy. T.J. odchyliła się na krześle. 
- Chodzi o jakąś kampanię reklamową, jakiś pomysł, czy może o to, że...  - zawiesiła głos, licząc na to, że 

kuzynka dopowie resztę. 

- Chodzi o to, że chcę, żebyś była mną. 

background image

 

T.J. uniosła brwi. Nie takiego dopowiedzenia się spodziewała. 
- Ale... w jakim sensie? 
Theresa zdawała się nie słyszeć. Ten zwyczaj opanowała do perfekcji - nie słyszała niczego, co nie miało 

związku z tym, co aktualnie zaprzątało jej myśli. Zachowywała się tak, jakby wszystkie  jej pomysły, nawet 
najbardziej idiotyczne i zwariowane, powinny być dla każdego jasne. 

-  Doskonale  się  nadajesz,  T.  J.!  Zobaczysz,  wszystko  się  uda!  Zgódź  się  od  razu  i  będzie  po  sprawie. 

Zgadzasz się, prawda? To super, naprawdę super! 

Hm,  nie  na  darmo  nazywają  ją  Huraganem  Theresa,  pomyślała  T.J.  W  przeciwieństwie  do  kuzynki,  ona 

lubiła  jednak  zastanowić  się  wcześniej  przed  podjęciem  każdej  decyzji,  a  przede  wszystkim  -  lubiła 
wiedzieć, o co chodzi. 

- Chyba czegoś nie dosłyszałam, Thereso - odezwała się łagodnym tonem, niczym pielęgniarka do pacjenta 

w  zakładzie  dla  psychicznie  chorych.  -  Przed  czwartym  kubkiem  kawy  trochę  za  wolno  myślę.  Możesz 
dodać coś jeszcze? 

Po  drugiej  stronie  zapadła  długa  cisza,  jak  gdyby  Theresa  szukała  właściwych  słów.  T.J.  miała  czas,  by 

zastanowić się, o co też może chodzić tym razem. Czy może powinna w zastępstwie kuzynki poprowadzić 
jakieś  superważne  zebranie  albo  prezentację?  Nie,  znając  Theresę  aż  za  dobrze,  domyślała  się,  że  w  grę 
wchodzi coś bardziej niekonwencjonalnego - jakiś pagórek, z którego koniecznie trzeba zjechać na nartach, 
albo  mężczyzna,  który  dramatycznie  potrzebuje  jej  towarzystwa  w  odludnym  domku  w  górach.  Tak  czy 
inaczej Theresa zaczęła coś, co ona będzie musiała dokończyć. Oczyścić pole, pozałatwiać sprawy, wyjść na 
prostą.  Theresa  posiadała  bowiem  niezwykłą  zdolność  prowadzenia  interesów  i  jednocześnie  radosnego 
używania życia - oczywiście, bynajmniej nie w tym samym miejscu. 

Cóż, taki już był wdzięk jej kochanej kuzyneczki. Theresa miała swoje wady, poza wszystkim była jednak 

wspaniała, piękna, czarująca i bogata, toteż wszyscy jej wybaczali; wszyscy łącznie z T.J., może z tą jedynie 
różnicą, że ów podziw i dobroduszność były wynikiem szczerej miłości i troski, jaką T.J. obdarzała Theresę. 

Uśmiechnęła się  do siebie. Dobre sobie! Gdyby Theresa  dowiedziała się, że  jej  kuzynka poczuwa się  do 

opieki nad nią, roześmiałaby się pewnie ze zdumieniem. 

-  No  dobrze,  powiedz  wreszcie,  dlaczego  miałabym  być  tobą,  skoro  sama  możesz  udawać  siebie  o  wiele 

lepiej? - zagadnęła T.J., by jak najszybciej poznać rozwiązanie tej zagadki. 

- No właśnie. Problem w tym, że nie mogę. Jestem w szpitalu. 
- W szpitalu!  -  wykrzyknęła T.J. - Thereso, nic ci  nie  jest?  - Zaczęła  machać bosą stopą w poszukiwaniu 

butów. Zupełnie jakby miała za chwilę pobiec do szpitala, by na własne oczy przekonać się, co się stało.  - 
Który to szpital? Zaraz tam będę. 

Jej  głowę  przebiegły  czarne  myśli.  Wypadek...  Za  szybko  prowadziła...  Theresa  zawsze  za  szybko 

prowadziła. Dlaczego nigdy nie posłuchała i... 

- Nie, nie rób tego! - Kuzynka domyśliła się widocznie, że jeśli nie zaoponuje, T.J. pojawi się w szpitalnej 

sali  w  ciągu  kilku  minut.  -  Ze  mną  wszystko  w  porządku.  Naprawdę.  Niestety,  z  samochodem  gorzej  - 
dodała ponuro. - Do kasacji. A to był taki piękny odcień niebieskiego... 

T.J.  przejechała  dłonią  po  czole.  Jeśli  kuzynka  rozpacza  nad  utratą  samochodu,  to  chyba  rzeczywiście 

jeszcze  nie  umiera.  Wzięła  głęboki  oddech  i  powoli  wypuściła  powietrze.  Musiała  się  uspokoić.  A  nade 
wszystko zdobyć nieco więcej informacji. 

- Miałaś wypadek? 
- Ale to nie była moja wina - Theresa natychmiast zaczęła się usprawiedliwiać. - To tamten przejechał na 

czerwonym świetle. 

- W porządku, wierzę. Jesteś pewna, że nic ci nie jest? 
-  Jasne,  że  jestem  pewna.  Tylko  ci  lekarze...  Wiesz,  jacy  oni  są.  Zawsze  robią  trudności.  -  No  tak,  T.J. 

mogła  sobie  wyobrazić,  jakie  jest  samopoczucie  Theresy.  Nie  nawykła  do  słuchania  cudzych  poleceń,  a 
musiała  pewnie  poddać  się  serii  badań,  zanim  nie  orzeczone  zostanie,  że  jest  cała  i  zdrowa.  -  Chcą  mnie 
zatrzymać  na  obserwacji.  Niech  ich...  Dobrze  chociaż,  że  jest  wśród  nich  jeden  taki,  któremu  z  radością 
dałabym się przebadać, zwłaszcza po kolacji przy świecach... 

T.J. odetchnęła z ulgą, słysząc te słowa. Była bardziej niż pewna, nawet bez badań, że jej  kuzynka ma się 

dobrze. 

- Thereso, zbaczasz z tematu - upomniała ją. 
-  Jak  zwykle  masz  rację.  Posłuchaj  więc:  krótko  mówiąc,  chodzi  o  to,  żebyś  była  mną  w  towarzystwie 

Christophera MacAffee. 

- Christophera MacAffee, tego od MacAffee Toys? 
- Zgadza się. 
Kopia  prezentacji  przygotowanej  dla  tego  właśnie  człowieka  znajdowała  się  na  niebieskiej  dyskietce 

background image

 

leżącej  na  biurku  T.J.  Sporządziła  ją  ubiegłego  wieczoru.  Christopher  MacAffee  był  świeżo  wybranym 
prezesem MacAffee Toys. Przejął to stanowisko po niedomagającym ojcu. MacAffee Toys było zaś liczącą 
sobie 120 lat fabryką zabawek, która od dziesięcioleci przynosiła znaczne dochody. 

Fakty te jednak w żaden sposób nie dawały odpowiedzi na kłębiące się w głowie T.J. pytania. 
- Dalej nie wiem, o co ci chodzi - przyznała. 
- Christopher MacAffee  ma  odwiedzić  mnie  dzisiejszego popołudnia, aby sfinalizować umowę. Ma kilka 

pytań  odnośnie  prezentacji.  Wiesz,  o  co  chodzi,  pracowałaś  przecież  nad  tą  kampanią  -  przypomniała  jej 
Theresa. 

Było to zgodne z prawdą, T.J. odwaliła kawał solidnej roboty. 
- No i? 
- Przecież wiesz, jaki z niego sztywniak. 
Prawdę  mówiąc,  T.J.  nie  miała  pojęcia,  czy  wspomniany  mężczyzna  jest  sztywniakiem,  czy  duszą 

towarzystwa. Kontaktowała się tylko z jego asystentem, i to wyłącznie przez telefon, a poza tym nie było w 
jej zwyczaju formułować prywatne oceny na temat swych klientów. 

- Jest uparty, kompletnie niereformowalny - tłumaczyła tymczasem Theresa - twierdzi, że ma swoje zasady 

i nalega na spotkanie z prezesem, to znaczy ze mną. 

T.J. ogarnęły dziwne przeczucia. Zaczynała rozumieć, czego pragnie jej kuzynka. 
- Więc chcesz, żebym cię zastąpiła. I to całkowicie. Nie tylko cię reprezentowała, ale po prostu była tobą. 

Zamieniła  się  na  ten  czas  w  prezesa  C&C  Advertising,  prowadziła  negocjacje  i  podejmowała  za  ciebie 
decyzje. 

- Musisz. 
- Theresa, jedyne co muszę, to wychowywać Megan, płacić podatki i umrzeć. 
Z irytacją zaczęła kreślić coś na leżącej na biurku kartce papieru. Nie miała najmniejszego zamiaru robić w 

konia prezesa wielkiej firmy, o której względy ubiegała się agencja. 

-  T.J.,  wiem,  o  co  chodzi.  Nie  masz  w  ogóle  wiary  w  siebie.  Posłuchaj  mnie.  Jesteś  solidną  i 

odpowiedzialną osobą, więc jeśli powiesz mu, że ty to ja, nie ma powodów, żeby ci nie uwierzył. - Theresa 
umilkła  na  moment,  po  czym  dodała  pośpiesznie:  -  Gdybyś  zrobiła  coś  z  włosami,  no  wiesz,  nie  tylko 
przyczesała  je  jak  zwykle  palcami...  no  i  może  założyła  coś  odpowiedniego,  dobrze  by  ci  poszło,  wiesz 
przecież... - Nie po raz pierwszy przebierałyby się za siebie, choć od ostatniego razu minęły lata. - Jesteśmy 
bardzo do siebie podobne, no, może ja mam tylko nieco bardziej subtelne rysy. 

No  tak.  Ta  ostatnia  uwaga  była  w  stylu  Theresy.  Nie  to,  żeby  kuzynka  miała  coś  złego  na  myśli,  żeby 

chciała  zrobić  T.J.  przykrość...  Nie,  cały  urok  tej  przebojowej  dziewczyny  polegał  właśnie  na  tym,  że 
Theresa  była  zawsze  do  bólu  szczera.  Co  w  sercu  -  to  na  języku.  W  tym  zresztą  przypadku  miała  akurat 
rację:  jeszcze  w  dzieciństwie  były  niemal  identyczne,  dopiero  potem  Theresa  poświęciła  się  starannej 
pielęgnacji tego, czym tak hojnie obdarzyła ją natura, podczas gdy T.J. machnęła na to ręką i skoncentrowała 
się na studiach i spełnianiu marzeń i aspiracji swego tatusia. 

Była jego ukochaną córeczką, a skoro tak, to próżność w ogóle nie wchodziła w rachubę. Shawn Cohran 

był  tak  skromny,  wielkoduszny  i  pobożny,  że  ktoś,  kto  nie  znał  go  lepiej,  mógłby  go  uznać  za  dewota. 
Rodzinną firmę opuścił stosunkowo szybko, po czym przekazał pałeczkę młodszemu bratu, a sam poświęcił 
się pracy społecznej. Pomagał ubogim, chorym, więc wiadomo - grosza z tego nie było. Od tej pory to matka 
T.J. utrzymywała rodzinę. 

Tak  zatem  odpowiedzialność  i  ciężka  praca  były  częścią  życia  T.J.,  odkąd  tylko  pamiętała.  Beztroskie 

zabawy, flirty, ćwiczenie wdzięku i kokieterii - nie miała na to wszystko czasu. Podobnie jak na cierpliwe 
siedzenie przed lustrem i udoskonalanie tego, co i tak było doskonałe. Tym zajmowała się Theresa. 

Ich  życiowe  drogi  były  różne,  choć  splatały  się  ze  sobą.  Obie  pracowały  w  tej  samej  firmie.  Theresa 

odziedziczyła  ją  po  ojcu,  podobnie  jak  tę  rzadką  umiejętność  dobierania  i  zarządzania  grupą  znakomitych 
pracowników.  T.J.  natomiast  (właśnie  jeden  z  owych  pracowników)  trafiła  tu  po  studiach  na  Harvardzie, 
które  zawdzięczała  ojcu  Theresy,  Philipowi,  który  wcześnie  dostrzegł  zdolności  T.J.  i  postanowił  je 
rozwijać. Wbrew protestom szwagierki i bratanicy wysłał dziewczynę na tę drogą uczelnię, gdyż rodzice T.J. 
nie byliby w stanie pokryć kosztów nauki. 

To, że po zrobieniu dyplomu T.J. rozpoczęła pracę w rodzinnej firmie, było wyrazem wdzięczności wobec 

Philipa. Chciała okazać mu swą lojalność, no i nadal się rozwijać, bo praca w C&C Advertising dawała ku 
temu  wspaniałe  możliwości.  Pracowała  więc  tu  od  siedmiu  lat  i  uwielbiała  swą  pracę  nie  mniej  niż  jej 
kuzynka.  Ale  teraz  Theresa  prosiła  o  coś,  co  znacznie  wykraczało  poza  ustalone  obowiązki.  Poza  tym  T.J. 
miała niedobre przeczucia. 

- Dam ci dobrą radę - oznajmiła. - Wolałabym, żebyś to ty udawała siebie. W końcu jesteś w tym o wiele 

lepsza. Masz doświadczenie... 

background image

 

- O rany, dziewczyno. Ty nie doceniasz siebie! - upierała, się Theresa. - Pamiętasz liceum? 
Po plecach T.J. przebiegł zimny dreszcz. 
- Kiedy zdawałam za ciebie egzamin? 
- No właśnie! Ocaliłaś mi wtedy skórę. Tylko dlatego, że ich nie przyłapano. Gdyby jednak tak się stało... 
- Obie mogłyśmy z tego powodu położyć głowy pod topór - przypomniała Theresie. 
To rzeczywiście było szaleństwo. Dzień przed terminem 
Theresa  przyszła  do  niej  cała  we  łzach,  oczywiście  zupełnie  nie  przygotowana  do  egzaminu,  który  T.J. 

zdała miesiąc wcześniej. Gdyby Theresa go oblała, ściągnęłaby na siebie gniew ojca - a to byłoby gorsze niż 
apokalipsa. Cóż było robić? T.J. poszła na ten egzamin, udało jej się przechytrzyć całą komisję i na dodatek 
osiągnąć znakomity wynik. Szczęśliwy Philip Cohran nagrodził Theresę pięknym brylantem. 

Był to pierwszy z serii brylantów, jakie miała jeszcze otrzymać. 
Tym razem jednak istniało bardzo proste wyjście z sytuacji i T.J. zupełnie nie mogła zrozumieć, dlaczego 

Theresa o nim nie pomyślała. 

-  Posłuchaj,  przecież  nie  zamierzasz  robić  z  niego  idioty,  żeby  pojechać  sobie  na  narty  -  powiedziała.  - 

Dlaczego  po  prostu  nie  powiedzieć  mu  prawdy?  Powiemy,  że  miałaś  wypadek  i  że  wbrew  twojej  woli 
zatrzymał cię w szpitalu pewien muskularny lekarz. Sądzę, że MacAffee to zrozumie. Możemy ustalić inny 
termin... 

-  Nie  możemy  -  przerwała  jej  Theresa.  -  To  był  jedyny  termin,  jaki  pasował  nam  obojgu.  Jeśli  go 

zmienimy,  on  pójdzie  do  innej  agencji,  jestem  pewna.  Na  przykład  do  Whitneya.  -  Był  to  ich  największy 
konkurent  na  miejscowym  rynku.  -  Stracimy  takiego  klienta!  Przestań  więc  się  krygować  i  zrób  to  jeszcze 
raz. MacAffee przyjeżdża tylko po to, żeby zerknąć na naszą firmę. Chce sobie wyrobić zdanie, rozumiesz? 
No a takiego nudnego faceta kobieta w twoim typie rajcuje z pewnością dużo bardziej niż ja. 

Hm, znów ta szczerość. 
T.J. spojrzała na nią kwaśno, a Theresa dodała szybko, jakby reflektując się, że mogła zranić kuzynkę: 
- No wiesz, jesteś bardziej... serio. 
- Chciałaś powiedzieć: sztywna - mruknęła, po czym poprawiła okulary i wbiła wzrok w komputer. 
- To ty powiedziałaś, nie ja. Zapadła cisza. 
- Nie. Wolałabym tego nie robić - stwierdziła wreszcie T.J. 
Theresa ze zdumienia nie mogła wydobyć z siebie głosu przez dobre kilka sekund. 
-  Słucham?  -  wycedziła  w  końcu.  -  Dlaczego  nie?  Przecież  to  kwestia  kilku  godzin.  Pokażesz  mu  dalszy 

ciąg  tej  kampanii,  nad  którą  pracowałaś,  pochodzicie  trochę  po  biurze...  Nie  ma  się  czego  bać.  Naprawdę 
podobały mu się nasze propozycje. 

„Nasze”! Dobre sobie! Za każdym razem padało owo „my”, choć przecież to ona sama, T.J., pracowała nad 

założeniami tej kampanii i to ona dostarczyła je do głównego biura MacAffee Toys w San Jose. 

Westchnęła ciężko. Odwaliła kawał solidnej roboty. Głupio byłoby, gdyby poszła na mamę. A poza tym... 

czy naprawdę była tak naiwna, by wierzyć, że kiedykolwiek zdoła odmówić Theresie? 

- Thereso, posłuchaj, ja... 
- A więc załatwione. - Theresa usłyszała wahanie w głosie kuzynki i najwyraźniej uznała, że jej wątpliwość 

rozstrzygnąć  można  w  jeden  tylko  sposób.  -  Wiedziałam,  że  się  zgodzisz!  Dzięki!  No  dobra,  idę  teraz 
zobaczyć, czy uda mi się przekonać tego lekarza, aby umył mnie gąbką. Kapujesz, nie mogę się ruszać... 

T.J. wzniosła oczy do nieba. 
- Lekarze nie myją gąbką swoich pacjentów - wyjaśniła. - Od tego są pielęgniarki. 
Śmiech po drugiej stronie słuchawki był głęboki, gardłowy i wyjątkowo zmysłowy. 
- Zawsze  musi być pierwszy raz. Okay. Zadzwoń  do  mnie później. Jestem  w szpitalu Harrisa, pokój 312. 

Cześć. T.J. poczuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie. 

- Zaraz! Czekaj! Kiedy on ma tu być? 
To  też  było  typowe.  Nie  dość,  że  Theresa  podrzucała  jej  kukułcze  jajo,  to  nie  informowała  o  żadnych 

szczegółach, najwyraźniej przekonana, że T.J. i tak sobie poradzi. 

- O jedenastej - rzuciła krótko kuzynka. - Przylatuje z San Jose liniami American Airways. Lot numer 17. 

Emmett wyjedzie po niego limuzyną. Byłoby dobrze, gdyby ś pojechała razem z nim. 

- A jeszcze lepiej, gdybyś to ty pojechała zamiast mnie  -  odcięła się, lecz po  drugiej stronie usłyszała już 

tylko urywany sygnał w słuchawce. 

T.J. westchnęła. Jedenasta. Nie miała za dużo czasu. Mniej więcej minutę później do gabinetu weszła Heidi 

Wallace, asystentka Theresy. Na jej twarzy widniał pełen zrozumienia uśmiech. Powiesiła na oparciu krzesła 
czarne torbę na ubrania i powiedziała: 

- Widzę, że nieźle się po tobie przejechała. T.J. zerknęła znacząco na nogi. 
- A co, zostały ślady opon? 

background image

 

- Jeszcze jak! - roześmiała się Heidi. T.J. niepewnie popatrzyła na asystentkę. 
- Skąd wiedziałaś? 
- Bo najpierw zadzwoniła do mnie. Emmett przyjedzie po ciebie o dziesiątej trzydzieści. Wygląda na to, że 

nawet nie liczyła się z możliwością odmowy. 

Jasne, pomyślała T.J. Przecież nigdy dotąd jej nie odmówiłam. 
- Wariatka. Mam nadzieję, że nie narobimy sobie kłopotów. 
Opadła  na  krzesło  i  przyjrzała  się  swojemu  odbiciu  w  szybie.  Westchnęła  głęboko  i  włożyła  dłonie  we 

włosy. Może rzeczywiście powinna je spiąć? 

- Przecież się zgodziłaś. - Heidi  wzruszyła ramionami.  - Jeśli  jednak  masz zająć  miejsce słynnej Theresy 

Cohran, powinnaś nieco zmodyfikować swój wygląd. - Skinęła głową w stronę torby. Wewnątrz znajdowała 
się jedna z garsonek szefowej oraz odpowiednio dobrane buty i torebka. 

T.J.  ominęła  torbę  wzrokiem.  Nie  musiała  zgadywać,  co  znajdzie  w  środku.  Z  pewnością  nie  dżinsy  i 

bawełnianą  bluzę  -  jej  ulubiony  strój,  który  nie  przeszkadzał  Theresie,  dopóki  T.J.  sumiennie  wypełniała 
swoje obowiązki. 

- Christopher MacAffee przyjeżdża tu po to, aby porozmawiać o interesach - odezwała się. - Nie sądzę, aby 

dbał o to, w co jestem ubrana. Ważne, żeby kampania się udała. 

- Daj spokój. Wiesz przecież, co ona mi powiedziała. Mam cię przekonać, żebyś się przebrała. Proszę więc, 

wpraw mnie w dobry humor - i ją też. Szefowa C&C Advertising nie może wyglądać, jakby właśnie szła do 
pralni. - Podniosła torbę i położyła ją na biurku T.J. 

T.J. nie odezwała się więcej. Wzięła ubrania i poszła do gabinetu Theresy, aby się przebrać. 
Sama była ciekawa, jak bardzo źle jej pójdzie. 
 
Emmett Mitchell, od trzydziestu lat szofer C&C Advertising, podniósł do góry dużą tablicę z nazwiskiem 

Christophera  MacAffee  i  skierował  ją  w  stronę  tłumu  pasażerów,  którzy  przylecieli  lotem  numer  17  z  San 
Jose. 

T.J. stała obok. Chwiała się na wysokich obcasach Theresy i przyglądała uważnie kolejnym wychodzącym 

podróżnym. Nigdy nie poznała Christophera MacAffee, wiedziała jednak, że jest wysoki, ma ciemne włosy i 
maniery godne hrabiego z epoki wiktoriańskiej. 

W  drzwiach  pojawił  się  właśnie  jedenasty  już  chyba  wysoki  ciemnowłosy  mężczyzna.  Znów  pudło, 

pomyślała. Ten typ z pewnością przypadłby do gustu Theresie. 

Mężczyzna  rozejrzał  się  wokół,  po  czym  skierował  kroki  w  ich  stronę.  T.  J.  poczuła,  że  jej  puls 

przyśpiesza. Tak, oczywiście, że idzie do nich! 

Spokojnie, tylko spokojnie, próbowała się uspokoić. Wszyscy wychodzący z samolotu idą w ich stronę, bo 

stoją obok taśmociągu z bagażami. 

T.J. zerknęła na stojącego obok szofera. 
-  Widzisz  go  gdzieś,  Emmett?  -  zapytała.  Srebrnowłosy  mężczyzna,  który  woził  jeszcze  jej  dziadka, 

pokręcił powoli głową, i 

-  Chyba  nie.  -  Niecierpliwym  gestem  podniósł  wyżej  tablicę.  -  Ale  szczerze  mówiąc,  nie  mam  pojęcia, 

kogo właściwie oczekujemy. 

- No to  jest nas dwoje -  westchnęła. - Byłoby łatwiej, gdyby to jego  ojciec nadal zarządzał firmą. Kiedyś 

widziałam jego fotografię w jakimś czasopiśmie - wysoki, szczupły, po sześćdziesiątce. 

- O, to młody facet. 
T.J.  spojrzała  na  niego  i  z  trudem  ukryła  uśmiech.  W  ciągu  ostatnich  piętnastu  lat  Emmett  kilkakrotnie 

zmieniał  swój  wiek  w  danych  personalnych,  gdyż  bał  się  przymusowej  emerytury.  Nadal  zresztą 
systematycznie się odmładzał. 

- Tak, zupełnie jak ty - zgodziła się i przeniosła spojrzenie na pasażerów z San Jose. 
Przystojniak w garniturze od Armaniego znów szedł w ich kierunku. Podchwyciła jego spojrzenie i jej puls 

znowu przyspieszył. Czyżby to jednak on? 

Uśmiechnął się do niej, pomachał dłonią i po chwili postawił obok T.J. swą walizkę. 
- Mam  wrażenie, że czeka pani  na  mnie  -  wskazał tablicę. Całe swoje życie!  -  miała  ochotę  wykrzyknąć, 

zdołała  się  jednak  powstrzymać.  To  nie  może  być  on!  To  po  prostu  niemożliwe!  Taki  gość  reklamuje 
kosmetyki albo męską bieliznę, gra w filmach, pracuje w telewizji, ale z pewnością nie produkuje zabawek. 

- Pan nie jest Christopherem MacAffee, tym od MacAffee Toys... Nie jest pan, prawda? - wyjąkała. 
Uśmiechnął się w odpowiedzi, a zimna poczekalnia lotniska zdała się nagle T.J. rajskim ogrodem. 
- A niby dlaczego nie? - zapytał. 
- Nie mam pojęcia. 
Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. 

background image

 

- Miło mi to słyszeć, ponieważ właśnie nim jestem. - Wyciągnął rękę. - Christopher MacAffee. 
Przez  chwilę  patrzyła  na  niego  wzrokiem,  w  którym  przerażenie  mieszało  się  z  uwielbieniem,  po  czym 

wyciągnęła swoją. Uścisk dłoni Christophera był ciepły i stanowczy. T.J. poczuła dziwny skurcz w żołądku. 

- A ja jestem... 
-  Theresą  Cohran,  prawda?  -  zakończył  za  nią  MacAffee.  -  Wszędzie  bym  panią  rozpoznał,  choć  muszę 

przyznać, że wygląda pani jeszcze lepiej niż na zdjęciach. 

- Nie bez powodu - wymruczał do siebie Emmett, kiedy opuszczał tablicę. 
T.J.  zgromiła  go  wzrokiem.  Skoro  już  rozpoczęli  tę  ryzykowną  grę,  nie  wolno  wzbudzać  najmniejszych 

podejrzeń. Wiedziała, że Emmett nie najlepiej myśli o całej tej maskaradzie, lecz przecież zdobycie takiego 
klienta było ważniejsze niż obiekcje starego szofera. 

- Dziękuję, panie MacAffee - powiedziała T.J. pewnym głosem. - Proszę iść za mną. 
-  Z  ogromną  przyjemnością.  -  Christopher  nieznacznie  pochylił  głowę  i  nadstawił  ramię.  -  Christopher, 

bardzo proszę. Niech mi pani mówi po imieniu. 

- Z ogromną przyjemnością - odparła. O Boże, czy ona z nim flirtuje? Zachowuje się zupełnie jak Theresa. 

To pewnie z powodu tego stroju. 

Roześmiał się głębokim, gardłowym śmiechem. 
- Mieli rację - powiedział, wyciągając z kieszeni chusteczkę i ocierając nią czoło. - Rzeczywiście nie jesteś 

typową bizneswoman. 

- Nie znasz mnie jeszcze - odparła i zaprezentowała seksowny, w swoim mniemaniu, uśmiech. 

 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dłoń  spoczywająca  na  poręczy  schodów  była  gorąca  i  wilgotna  i  Christopher  doskonale  zdawał  sobie  z 

tego sprawę. Podobnie jak z faktu, że wszystko wiruje mu przed oczyma, a w głowie pulsuje narastający ból. 
Nie chciał poddać się słabości, która ogarnęła go już podczas lotu, a teraz zdawała się powracać. Po prostu 
nie miał czasu na chorobę. 

Usiłował  się  skoncentrować  i  przypomnieć  sobie  powód,  dla  którego  znalazł  się  na  tym  zatłoczonym, 

dusznym  lotnisku,  wciąż  jednak  czuł  się  fatalnie.  Miał  wrażenie,  że  jego  umysł  spowity  jest  mgłą.  W 
połowie drogi do wyjścia zatrzymał się gwałtownie i popatrzył na kobietę obok. 

- Co się stało? - T.J. zwróciła na niego swe niebieskie oczy. Zastanawiała się, czy tylko jej się wydaje, czy 

też Christopher MacAffee rzeczywiście jest nieco blady. 

- Zapomniałem. Przywiozłem ze sobą jeszcze jedną walizkę. Pewnie już jest na taśmociągu. - Tylko gdzie 

jest taśmociąg, pomyślał. Czuł się coraz bardziej zdezorientowany. 

T.J. niechętnie  wycofała się  z  nim  do poczekalni. Wciąż trzymała go pod ramię, choć  ogarniało ją coraz 

silniejsze wrażenie, że to ona go prowadzi i podtrzymuje. 

-  Nie  miałam  pojęcia,  że  zostajesz  na  dłużej.  Do  diabła,  oczywiście  Theresa  znów  nie  raczyła 

poinformować jej o szczegółach. Ciekawe, jak długo zmuszona będzie bawić się w tę maskaradę. 

Christopher  zamrugał  powiekami,  aby  pozbyć  się  mgły  przed  oczyma,  lecz  te  wciąż  były  załzawione. 

Nagle poczuł przeraźliwy ból w skroniach. Świetnie. Doskonały stan do prowadzenia interesów. 

- Nie, nie zostaję. - Zrobił kilka kroków na sztywnych nogach, po czym usiadł na krześle koło taśmociągu, 

gdzie leżały bagaże z dwóch lotów, zaś ich właściciele tłumnie gromadzili się wokół urządzenia. 

Wczoraj wyleciał z San Jose, aby spotkać się ze swoim ojcem. Starszy pan przechodził właśnie wyjątkowo 

intensywną grypę i podczas wizyty syna cierpiał na wysoką gorączkę. Christopher zaczynał właśnie nabierać 
nieprzyjemnej pewności, że ojciec obdarował go nie tylko dobrymi radami. 

- Przywiozłem ze sobą kilka naszych najnowszych zabawek - odezwał się z bladym uśmiechem. - Dobrze 

by było, i gdyby osoba odpowiedzialna za projekt mogła się z nimi zapoznać, jeśli oczywiście podpiszemy 
umowę - dodał. 

Hm, osoba odpowiedzialna za projekt. Przyznać się czy nie? 
- To ja - T.J. pokiwała głową. 
MacAffee zmarszczył brwi, co sprawiło mu więcej kłopotu, niż mógł przypuszczać. 
- Ty? A więc jesteś bezpośrednio związana z tym projektem? - zapytał. 
No tak. To była wpadka. Theresa nigdy osobiście nie zajmowała się projektami, ale on nie musiał o tym 

wiedzieć. 

- Kiedy jakiś projekt rzeczywiście mnie interesuje... - zaczęła. - Właściwie to chyba nigdy nie wyrosłam z 

miłości do zabawek. To mi bardzo ułatwia zabawę z Megan. 

- Megan? - zapytał odruchowo Christopher, zastanawiając się, czy jego bagaż nie został czasem zgubiony. 

Wszystkie  walizki  wyglądały  bardzo  podobnie,  lecz  żadna  nie  należała  do  niego.  -  Megan?  -  zapytał  raz 

background image

 

jeszcze, gdy zorientował się, co może znaczyć zdanie, które usłyszał. 

Imię  dziewczynki  sprawiło,  że  na  ustach  T.J.  pojawił  się  uśmiech.  Jej  małżeństwo  było  jedną  wielką 

pomyłka,  ale  Megan  okazała  się  wspaniałą  nagrodą  pocieszenia.  Piętnaście  kilo  kłopotów,  zwariowanych 
pomysłów, kłopotliwych pytań - no i radości. 

- To moja córka - wyjaśniła z dumą. 
- Masz córkę? - Christopher oderwał oczy od taśmociągu i popatrzył na nią ze zdumieniem. 
- Tak -  odparła i  wbiła  wzrok  w  walizki. Zastanawiała się, czy przywiózł  może  ze sobą coś, co  mogłoby 

spodobać się Megan. I dlaczego nie znalazł jeszcze swego bagażu. 

Tymczasem Christopher pokręcił ze zdziwieniem głową. Zawsze lubił wiedzieć, z kim ma do czynienia, i 

wiedział  sporo  o  swych  partnerach.  A  jednak  w  żadnym  z  raportów  dotyczących  tej  kobiety  nie  było 
wzmianki o tym, że kiedykolwiek wyszła za mąż czy urodziła dziecko. 

- Nie miałem pojęcia, że masz, córkę. 
T.J. napotkała ostrzegawcze spojrzenie Emmetta. Zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko. Do diabła, 

musi natychmiast wziąć się w garść i być Theresa, a nie sobą. Theresa nie miała dzieci i nigdy nie wyszła za 
mąż. 

Wbiła wzrok w taśmociąg, marząc o tym, by walizka zmaterializowała się jak najszybciej. 
-  Przepraszam,  nie  wyjaśniłam  ci  wszystkiego  -  odezwała  się.  -  Kocham  Megan  tak  bardzo,  że  czasem 

zapominam, że tak naprawdę nie jest moją córką. - Zamilkła i powiodła wzrokiem po twarzy obu mężczyzn. 
Wpatrywali się w nią z napięciem, Emmett dodatkowo z pewnym zaciekawieniem. 

Z pewnością zastanawiał się, jak też T.J. wybrnie z tej niezręcznej sytuacji i co jeszcze wymyśli.  - Megan 

to... to dwuletnia córeczka  mojej  kuzynki  -  dodała  z  czarującym uśmiechem. - T.J. wie,  że  mam bzika  na 
punkcie małej, i pozwala mi wcielać się w jej mamę. Zabieram ją prawie na wszystkie weekendy. 

Uff... Udało się? Chyba tak. Ludzie widzą to, co myślą, że widzą. A Christopher był przekonany, że ona 

jest Theresą. Musiała po prostu o tym pamiętać i nieustannie się pilnować, by nie palnąć jakiegoś głupstwa. 

Znów się uśmiechnęła uwodzicielsko, tym samym uśmiechem, który tyle razy widziała na obliczu Theresy. 
-  Czasem  naprawdę  czuję  się  tak,  jak  gdyby  była  moją  rodzoną  córką.  To  cudowny  dzieciak.  -  Pod 

wpływem nagłego impulsu dodała nagle: - A tak w ogóle to moja kuzynka wyjechała na narty. 

-  Na  narty...  -  Christopher  pokiwał  głową.  De  czasu  upłynęło  od  chwili,  kiedy  to  on  pozwolił  sobie  na 

wyjazd na narty? - Pewnie świetnie się bawi - powiedział. 

Pokraczna jazda w kucki na dwóch cienkich deskach z pokrytego śniegiem wzgórza (a to właśnie wiązało 

się dla niej z hasłem „narty”) jakoś nie kojarzyła się T.J. z dobrą zabawą. 

- Cóż, tak mówią - mruknęła. Christopher popatrzył na nią ze zdumieniem. 
- Tak mówią? - powtórzył. - Dziwne, chyba gdzieś czytałem, że jesteś zagorzałą miłośniczką nart. 
No i masz, znowu! Kretynko, powiedziała sobie w duchu, musisz zapomnieć o sobie, o tym, co myślisz, co 

lubisz, a czego nie znosisz. Jesteś Theresą. Theresa uwielbia narty. 

-  Jestem  -  przytaknęła  szybko  i  uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Czasem  tylko  się  przekomarzam.  Taka 

przekora... 

Wyglądało na to, że Christopher kupił i to wyjaśnienie. 
- Ty też jeździsz na nartach? - zapytała, aby przestać mówić o sobie (a właściwie o Theresie) i skierować 

rozmowę na bezpieczniejszy grunt. 

- Taak... Jeździłem. - Na chwilę stanął mu przed oczyma pewien obraz z przeszłości - studia, ferie zimowe 

i  śnieg  tak  czysty,  że  aż  oślepiał.  -  Może  kiedyś  wyskoczymy  razem,  żeby  pojeździć  sobie  w  Vail?  - 
zaproponował niespodziewanie. 

Cóż to? Czyżby współczesny odpowiednik pytania: „Czy da się pani zaprosić na kolację?”. 
-  Może  -  przytaknęła  i  odwróciła  oczy.  Na  taśmociągu  pojawiła  się  właśnie  duża,  czarna  walizka.  T.J. 

miała nadzieję, że to ta, na którą czekają. - To twój bagaż? 

-  Tak,  mój.  -  Sięgnął  po  walizkę,  lecz  w  tym  samym  momencie  przeszył  go  ostry  ból  w  żołądku. 

Znieruchomiał. Widząc jego wahanie, Emmett wyciągnął rękę po bagaż. 

- Gładko poszło - nachylając się, mruknął do ucha T.J. 
- Jak to miło, że ktoś tutaj dobrze się bawi - szepnęła. 
- Fakt. Od lat nie miałem takiego ubawu. 
Emmett rzeczywiście już kilka razy miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Lubił tę dziewczynę. Właściwie to 

wszyscy  w  C&C  Advertising  mieli  do  niej  słabość.  T.J.  nie  miała  w  sobie  ani  grama  pychy  czy 
pretensjonalności,  Theresa  natomiast  -  zawsze  hołubiona,  rozpieszczana  i  przyzwyczajana  do  wydawania 
rozkazów  -  zachowywała  się,  być  może  nieświadomie,  jak  gdyby  była  stworzona  z  innej  materii  niż  ci, 
którzy dla niej pracują. Między nią a pracownikami istniał wyraźny dystans, którego nie mieli w stosunku do 
T.J., choć przecież obie panie Cohran miały wspólnego dziadka. 

background image

 

Tymczasem Christopher ruszył, aby odebrać walizkę od starszego pana. Szofer czy nie, nie było powodu, 

aby męczył się z jego bagażem. 

Niestety, zawiodły go siły. 
Pewnie dlatego, iż tego ranka nic nie jadł. Zazwyczaj nie był wybredny, pochłaniał wszystko, co wpadło 

mu  w  rękę.  Tym  razem  jednak  zrezygnował  ze  śniadania,  zaś  jedzenie  w  samolocie  wydało  mu  się  tak 
nieapetyczne, że na sam jego widok żołądek Christophera skręcił się i gwałtownie zaprotestował. 

Zupełnie jak teraz. 
T.J. spojrzała na niego z obawą. Był szary jak płótno. Jeszcze chwila i padnie u jej stóp nieprzytomny. 
- Coś nie tak? - zapytała zaniepokojona. 
Christopher pokręcił głową, choć w istocie w tej chwili wszystko było „nie tak”. Świat wokół zawirował 

nagle, a on osunął się i byłby upadł, gdyby T.J. w ostatniej chwili nie podtrzymała go ramieniem. 

Z trudem przywołał na twarz coś w rodzaju przepraszającego uśmiechu. 
- Nie jestem pewien... co się dzieje - wyszeptał. Po jego pięknym czole spłynęła kropelka potu. 
- Emmett! - zawołała T.J. - Pomocy! 
Przełożywszy  walizę  do  drugiej  ręki,  szofer  zatrzymał  się  i  obejrzał.  Widząc  słaniającego  się  na  nogach 

mężczyznę,  który  mógłby  przecież  ujeżdżać  dzikie  konie,  i  drobną,  kruchą  T.J.,  która  próbowała  go 
podtrzymać, natychmiast postawił bagaż i podbiegł w ich stronę. 

- Co się stało? 
-  Nie  wiem.  -  Christopher  czuł  się  jak  głupiec.  Było  mu  najzwyczajniej  w  świecie  wstyd.  -  Wata  w 

kolanach... Nagle zabrakło mi sił... 

Zerknął  na  T.J.,  która  wciąż  go  podtrzymywała.  Przy  innej  okazji  byłby  zachwycony  tak  bliskim 

kontaktem z tak piękną kobietą. Nawet teraz delikatny zapach jej włosów przyprawiał go o zawrót głowy, co 
tylko  utrudniało  koncentrację.  Ponownie  spróbował  się  uśmiechnąć,  lecz  nie  był  pewien,  czy  mu  się  to 
udało. 

- To pewnie z powodu tak miłego towarzystwa - powiedział i uśmiechnął się niczym Don Juan; w każdym 

razie  spróbował  tak  właśnie  się  uśmiechnąć,  choć  nie  opuszczało  go  niemiłe  wrażenie,  że  jeśli  tej 
dziewczynie szybciej bije serce, to prędzej ze strachu niż z podziwu dla jego osoby. 

-  Jasne,  zawsze  tak  działam  na  mężczyzn  -  odparła  T.J.  Była  w  tym  przesada,  ale  też  i  źdźbło  prawdy. 

Ostatnim razem, kiedy ktoś powiedział, że przez nią zmiękły mu kolana, miał miejsce wtedy, gdy kopnęła 
tego kogoś w nogę. Zdarzyło się to tuż po jej ósmych urodzinach. 

Dotknęła czoła Christophera. Było wilgotne i gorące. 
- Jesteś cały rozpalony - stwierdziła coraz bardziej zaniepokojona jego stanem. 
- Nie da się ukryć - wymamrotał i w tym samym momencie niepokój T.J. ulotnił się. 
Oto  konkretny  uczciwy  problem  do  rozwiązania.  On  jest  chory,  ona  musi  mu  pomóc  -  jasne  i  proste.  O 

wiele prostsze niż udawanie kogoś, kim się nie jest. 

- Emmett, pomóż mi zapakować go do limuzyny - odezwała się stanowczo. Teraz była wreszcie w swoim 

żywiole. Z takimi sytuacjami wyjątkowymi umiała sobie radzić. - Chwileczkę - zatrzymała przechodzącego 
obok  tragarza  -  proszę  pomóc  mi  zanieść  walizkę  tego  pana  do  samochodu.  Mężczyzna  posłusznie  wziął 
bagaż  i  ruszył  za  nimi.  Kilka  minut  później  T.J.  zdołała  usadowić  Christophera  na  tylnym  siedzeniu 
samochodu, dała tragarzowi  napiwek, po  czym ponownie skupiła uwagę  na swym podopiecznym,  którego 
stan pogarszał się z minuty na minutę. Zanim jeszcze Emmett zapuścił silnik, szybko rozwiązała krawat pod 
szyją  Christophera  i  rozpięła  guziki  jego  koszuli.  Był  cały  mokry  od  potu  i  -  czego  nie  omieszkała  nie 
zauważyć - miał zdumiewająco muskularny tors. 

Christopher był ledwie świadomy dotykających go kobiecych palców. Coś jednak czuł, bowiem w pewnym 

momencie nakrył dłonią jej rękę i rozprostował palce T.J., mówiąc: 

- Ależ panno Cohran, co pani robi, przecież dopiero się poznaliśmy... 
- Żeby poluzować panu ten cholerny krawat - wystarczy. Jest pan chory, panie MacAffee. 
A to ci odkrycie, pomyślał, a głośno powiedział: 
- Piękna, a na dodatek spostrzegawcza i inteligentna. Czy można chcieć więcej? 
- O, tak - mruknęła T.J. pod nosem. Emmett obejrzał się przez ramię. Wyjeżdżali właśnie na główną drogę 

i chciał wiedzieć, w jakim kierunku pojadą. 

- Dokąd? - zapytał krótko. 
T.J. nie usłyszała go. Myślała właśnie o tym, że Christopher MacAffee ma chyba najpiękniejsze rzęsy pod 

słońcem. Za takie rzęsy niejedna dałaby się poćwiartować. 

- Pytałem: dokąd? - Emmett chrząkną! znacząco. 
- Co... co takiego? - T.J. zarumieniła się gwałtownie. 
- Dokąd mam jechać? - Ruchem głowy wskazał Christophera. - Chyba nie zamierzasz zawieźć go do biura 

background image

 

w takim stanie? Nie przeżyje tego, biedactwo. 

-  Fakt.  -  T.J.  przygryzła  wargę.  Pochyliła  się  nad  cierpiącym,  poklepała  go  po  obu  policzkach,  po  czym 

spytała: - Chcesz jechać do szpitala? 

Christopher  otworzył  oczy.  Widział  teraz  nad  sobą  dwie  Theresy  i  nie  miał  pojęcia,  która  z  nich  jest 

prawdziwa. Ostatecznie wybrał tę po lewej i do niej skierował swe słowa. 

- Nie, tylko nie szpital... Na to samo choruje mój staruszek - wydusił z siebie. - Przejdzie... za dwadzieścia 

cztery godziny - dodał i zwalił głowę na ramię dziewczyny. 

-  Wyjątkowo  punktualny  wirus  -  mruknęła.  -  Cóż,  wygląda  na  to,  że  powinniśmy  znaleźć  ci  jakiś  hotel. 

Kwalifikujesz się do łóżka. 

- Życzę szczęścia - parsknął Emmett. 
- Co masz na myśli? - zaatakowała go. Nie miała nastroju na takie słowne gierki 
-  Nie  słyszałaś?  Mamy  w  mieście  kongres  komputerowców.  Tak  wielki,  że  podzielili  go  na  dwie  części. 

Jedna w Centrum Kongresowym Anaheim, druga w Los Angeles. Całe miasto zalały hordy komputerowych 
debili ze wszystkich stanów i założę się, że w żadnym hotelu nie znajdziesz ani jednego miejsca. 

- Super - parsknęła. 
Spojrzała bezradnie na ofiarę dwudziestoczterogodzinnej grypy. Christopher wyglądał na nieprzytomnego. 

Leżał  z  zamkniętymi  oczami  z  głupkowatym  uśmiechem  na  twarzy  i  dyszał  ciężko  z  twarzą  wtuloną  w 
rękaw jej kostiumu. 

Westchnęła  ciężko.  W  zasadzie  nie  miała  wyboru.  Nie  mogła  przecież  upchnąć  go  w  jakimś  hotelowym 

apartamencie, nawet gdyby taki znalazła, a potem spokojnie wrócić do domu. Ten człowiek był chory. Nie 
wolno było zostawić go samemu sobie. 

- Zawieź go do mnie - zażądała. 
Emmett uniósł wysoko brwi i popatrzył na nią podejrzliwie. 
- Jesteś pewna? - zapytał. 
- Tak. Jestem pewna - odparła z rezygnacją. 
 
- Nie, dajcie spokój... Przecież sam  mogę chodzić  - zaprotestował Christopher, kiedy Emmnett objął go z 

jednej strony, a T.J. podtrzymywała z  drugiej.  - Nie... -  wy stękał raz jeszcze  i  zawisł  na  nich bezwładnie, 
ogarnięty kolejnym atakiem nagłej słabości. Złapali go w ostatniej chwili. 

- Może jutro - obiecała T.J. - Jutro pójdziesz sobie, gdzie tylko zechcesz. 
Nawet będę na to nalegała, dodała w myślach. 
- Miła z ciebie podpórka - usłyszała w odpowiedzi. 
- Dziękuję, przytoczę te słowa w moim raporcie. 
Popatrzył na nią z wysiłkiem. Czyżby znowu coś źle  usłyszał? Nic dziwnego, skoro tak strasznie  kręciło 

mu się w głowie. 

- Czy szefowa firmy musi pisać raporty? Dla kogo? - zapytał. 
- Czasem piszę je... z przyzwyczajenia. To dobra szkoła samodyscypliny. 
- Dobry po... pomysł. Będę o tym pamiętał - wymamrotał Christopher. 
Podniósł głowę i zmrużył oczy, starając się skupić spojrzenie na jednopiętrowym budynku, przed którym 

stanęli. Zastanawiał się, czy jest on realny, czy to tylko iluzja, tak jak dwie Theresy w limuzynie. 

-  Tu  mieszkasz?  Nie  tego  oczekiwałem  -  powiedział.  T.J.  pomyślała  o  należącej  do  Theresy  wielkiej 

dwupiętrowej rezydencji w Beverly Hills, która była równie przytulna, co muzeum. Czy Christopher widział 
gdzieś  jej  zdjęcie?  Jasne,  że  mógł  je  widzieć.  Zdaje  się,  że  w  zeszłym  roku  Theresa  wpuściła  tam  ekipę 
telewizyjną. 

- Tutaj. Lubię bezpretensjonalne domy - odparła sucho, mając nadzieję, że to zakończy dyskusję. 
Jeżeli nawet Christopher zamierzał zrobić jakąś uwagę, to tego nie uczynił, nagle bowiem znów opadł z sił. 

Ujrzał  jeszcze  tylko,  jak  kamienny  trotuar  skacze  do  góry  i  zaczyna  pędzić  w  jego  kierunku,  po  czym 
instynktownie zamknął oczy i pochłonęły go ciemności. 

T.J. widziała to troszkę inaczej. Omal nie runęła na ziemię, kiedy dziewięćdziesiąt kilogramów należących 

do Christophera MacAffee pociągnęło ją za sobą. 

- Emmett! - zawołała przerażona. 
- Mam! Mam go... - odkrzyknął dzielnie staruszek, choć jego kolana uginały się pod ciężarem właściciela 

MacAffee Toys. - Chyba zażądam za to podwyżki. 

- Poprę twój  wniosek -  wysapała i niecierpliwie nacisnęła dzwonek  domofonu. Miała nadzieję, że Cecilia 

nie  zabrała  Megan  na  popołudniowy  spacer  i  że  jest  teraz  w  domu.  -  No  już,  Cecilio,  otwieraj  te  drzwi  - 
mruknęła, zła na Christophera, siebie i cały świat. 

Chwilę  potem  gospodyni  otworzyła  drzwi,  a  jeszcze  chwilę  później  stanęła  na  progu  mieszkania, 

background image

 

10 

wychodząc  im  na  powitanie.  Niepokój  w  jej  oczach  ustąpił  najpierw  miejsca  zdumieniu,  następnie 
rozbawieniu. 

Olbrzymia, licząca sobie prawie dwa metry wzrostu kobieta uśmiechnęła się do T.J. 
- Przywlokłaś sobie chłopa do domu - stwierdziła bez ogródek. 
- Nie podniecaj się tak, Cecilio. Nie możemy go zatrzymać na zawsze. To tylko pożyczka od Theresy. 
Ciemnoszare oczy zlustrowały uważnie ciało mężczyzny. Uśmiech Cecilii rozszerzył się. 
- Doprawdy, podoba mi się gust tej damy. Tylko że coś on taki dziwnie blady. Co mu jest? 
-  Rozchorował  się  -  wysapała  T.J.  Pot  spływał  jej  po  plecach.  -  Tędy,  Emmett.  Położymy  go  w  moim 

pokoju. 

-  Wskażę  drogę  -  podpowiedziała  usłużnie  Cecilia.  T.J.  i  Emmett  ponownie  szarpnęli  bezwładne  ciało 

Christophera, gdy z pokoju  obok  wybiegła  do  nich  mała dziewczynka. Loki  w  kolorze  miodu przydawały 
dziecku  wygląd  cherubinka,  lecz  w  oczach  małej  czaił  się  łobuzerski  ognik.  Megan  z  głośnym  okrzykiem 
rzuciła się w stronę matki. 

- Mama! Co mi przyniosłaś? 
T.J.  natychmiast  oprzytomniała.  Dzisiaj  nie  mogły  pobawić  się  w  „Łapaj  latającą  córkę”.  Ryzyko,  że 

Megan złapie tego cholernego wirusa, który zaatakował Christophera, było zbyt duże. i 

- Cecilio, weź szybko Megan do pokoju gościnnego - zadysponowała. - Nie chcę, żeby się zaraziła. 
Cecilia złapała małą za ubranko i pociągnęła w swoją stronę. Przytrzymanie  wijącego się  dzieciaka było 

nie  lada  wyczynem,  w  końcu  jednak  Cecilia  zdołała przycisnąć  Megan  do  biodra  i  wynieść  w  bezpieczne 
miejsce. 

- Wcale ci się nie dziwię - rzuciła jeszcze przez ramię. - Też bym chciała zostać z takim sam na sam. T.J. 

nie była w nastroju do żartów. 

-  On  jest  chory,  Cecilio,  poważnie  chory  -  wyjaśniła  surowym  tonem.  -  Poza  tym  to  nasz  klient.  Bardzo 

ważny. 

Cecilia jeszcze raz obrzuciła mężczyznę pełnym aprobaty spojrzeniem. 
- W takim razie interes kwitnie - stwierdziła. 
No nie! Ta kobieta była niemożliwa! Gorsza nawet niż matka T.J., przywiązana do form tradycjonalistka. 

Odkąd Cecilia została zatrudniona do pomocy przy  Megan,  myślała tylko  o  jednym:  jak tu  wyswatać swą 
chlebodawczynię. Tyle że T.J. nie miała najmniejszej ochoty na swaty. Chciała poświęcić się pracy, a wolny 
czas spędzać z Megan. To i tak aż za dużo szczęścia. 

-  Jedno  trzeba  na  pewno  mu  przyznać:  jest  duży  -  zauważył  Emmett,  gdy  ułożyli  wreszcie  ciężkiego  jak 

kłoda Christophera na jej łóżku. 

- Ciesz się, że sypialnia jest na parterze - odparła. 
- No i co teraz z nim zrobisz? 
Wzruszyła  ramionami  i  przejechała  palcami  po  potarganych  włosach.  Ten  mężczyzna  wyglądał  zupełnie 

nie na miejscu - tu, w jej sypialni, na jej własnym łóżku. 

Jak ziszczone marzenie? Nie. Byłoby tak, gdyby miała tego rodzaju marzenia. Ale nie miała. Małżeństwo z 

Peterem skutecznie ją z nich wyleczyło. 

- Chyba go rozbiorę - odparła. 
- Och, proszę, ja to zrobię! - zawołała Cecilia, która nieoczekiwanie pojawiła się na progu. 
Tym razem T.J. musiała się uśmiechnąć. 
- Nie, Cecilio. Umówmy się, że ty rozbierzesz następnego chorego faceta, którego tu przywlokę - obiecała. 

- Poza tym wystarczy, że jedna z nas narazi się na śmierć w męczarniach z powodu tego zabójczego wirusa. 

Sięgnęła po marynarkę Christophera i zamarła. Wirus czy nie, pomysł z rozbieraniem wydał się jej nagle 

zbyt śmiały. 

-  Ty  to  zrób.  -  Spojrzała  na  Emmetta.  -  Ty  go  rozbierz,  a  ja  w  tym  czasie  pójdę  do  sklepu  po  sok 

pomarańczowy i aspirynę. 

- Zamierzasz przepuścić taką okazję? - zapytała Cecilia z niedowierzaniem. 
Cóż, ta kobieta z pewnością nie była uosobieniem skromności. 
- Cecilio, mówiłam ci, że to klient. - T.J. zaczynała się niecierpliwić. - Co mi przypomina o jednym - nie 

nazywaj mnie przy nim T.J. Nigdy w życiu, jasne? 

- Dlaczego? - zdumiała się Cecilia. - A niby jak mam cię nazywać? 
- Theresa. Po prostu Theresa. To w końcu moje imię, prawda? 
T.J.  ściągnęła  brwi.  Rzeczywiście  kiedy  ś  nazywano  ją  Theresa,  ale  bardzo  krótko  -  do  dnia  urodzin 

kuzynki,  którą  Philip  Cohran,  wiedziony  jakąś  przedziwną  potrzebą  rywalizacji,  nazwał  identycznym 
imieniem. Od tej pory ona była T.J., a Theresa, córka Philipa, Theresa. 

Cecilia podejrzliwie zmrużyła oczy. 

background image

 

11 

- Myślałam, że nie znosisz, kiedy się tak do ciebie zwracam - powiedziała. 
T.J. wzruszyła ramionami 
- No tak, ale on... - kiwnęła głową w stronę sypialni - on nie wie, że ja to ja. 
Cecilia nie była pewna, czy właściwie rozumie słowa swojej pani. W tej chwili przyglądała się jednak, jak 

Emmett wyłuskuje Christophera z koszuli, odsłaniając jego doskonale umięśniony tors. 

-  To  jak  to  w  końcu  jest?  Zemdlał  ci  na  ramieniu  i  nie  wie,  jak  się  nazywasz?  -  wróciła  do  przerwanego 

wątku. T.J. nie bardzo miała ochotę powtarzać jej całą historię. 

- To dość skomplikowane - mruknęła. - Po prostu Theresa planowała się z nim spotkać, ale miała wypadek. 

Wszystko  w  porządku  -  uprzedziła  pytanie  -  poza  tym,  że  lekarze  chcą  ją  zatrzymać  w  szpitalu  na 
obserwacji.  Ten  facet  jest  prezesem  MacAffee  Toys.  Chciał  się  osobiście  widzieć  z  szefem,  to  znaczy  z 
szefową. Czyli Theresa. 

- Która jest w szpitalu - dodała Cecilia. 
- Widzę, że zaczynasz rozumieć. 
- Raczej zaczyna boleć mnie głowa - poskarżyła się gospodyni. 
- Kiedy wrócę, weźmiesz sobie aspirynę. 
- I ja też - wy stękał Emmett. - Potrzebna mi pomoc - dodał i spojrzał na nie żałośnie. 
Cecilii nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. 
- Już, skarbie... 
- Zaczekaj - T.J. położyła dłoń na ramieniu kobiety. - Chyba powinnaś bardziej uważać. To groźny wirus. 

Chodzi o Megan, pamiętasz? 

Na szerokich ustach Cecilii pojawił się pobłażliwy uśmiech. 
-  Ja  mam  się  bać  jakiegoś  przeziębionka?  -  I  zwracając  się  do  Emmetta,  machnęła  dłonią  w  kierunku 

sypialni. - Bądź moim gościem, skarbie. 

T.J. opuściła bezradnie ręce. 
Zapłacisz mi za to, Thereso! Zobaczysz! 

 
 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Christopher MacAffee nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej stracił kontrolę nad sytuacją. Całe życie 

go  tego  uczono  -  że  powinien  kontrolować  swoje  uczucia,  otoczenie,  dosłownie  wszystko.  Jego  ojciec  był 
gorącym  zwolennikiem  surowej  dyscypliny  i  skutecznie  zaszczepił  ją  swemu  dziecku;  tym  skuteczniej,  że 
wychowywało się ono bez matki, która po rozwodzie opuściła ich dawno temu. 

Przez  ten  czas  przez  ich  dom  przewinęły  się  zastępy  poważnych  niań,  które  przez  lata  wpajały 

Christopherowi, że człowiek, który nie panuje nad otoczeniem, przegrywa. 

Jednak teraz, gdy Christopher otworzył oczy, wiedział aż za dobrze, że oto właśnie przestał panować nad 

sytuacją: nie wiedział, gdzie się znajduje i - co gorsza - gdzie się podziały jego spodnie. 

Wsunął  ostrożnie  dłoń  pod  atłasowe  prześcieradło.  Nic.  Jego  nagość  okrywało  zaledwie  coś,  co 

przypominało damską koszulę nocną. 

Natychmiast otrzeźwiał i rozejrzał się wokół siebie. Pokój. Sypialnia. Całkiem mu obca. Z pewnością nie 

był tu wcześniej, choć to akurat nie musiało dziwić, zważywszy, że wiele podróżował. 

W  pomieszczeniu,  w  którym  się  znalazł,  znać  było  kobiecą  rękę.  W  oknie  wisiały  pastelowe  zasłonki  z 

falbankami, zaś łóżko pokrywała miękka śnieżnobiała narzuta. Ogólnie  - elegancko, ładnie i schludnie. Na 
podstawie powyższych obserwacji Christopher uznał, że znalazł się zapewne w pokoju hotelowym. 

Nagle z pomieszczenia obok dobiegł go dziecięcy śmiech. 
Hotel? Był raczej w czyimś domu. 
Tylko w czyim? 
Skupił się, by zebrać myśli. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, było to, że opierał się o czyjeś ramię. 
Tak!  Tej  Cohran!  Czyżby  to  zatem  był  jej  dom?  Powoli  wracały  mu  fragmenty  wspomnień.  Skromny 

jednopiętrowy dom. Długi spacer od drzwi do... No właśnie - dokąd? 

Zacisnął dłonie na materacu i dźwignął się, by wstać. W tej samej chwili poczuł wściekły ból w czaszce i, 

zaskoczony, wydał z siebie głuchy jęk, po czym opadł z powrotem na posłanie. 

Niemal natychmiast otworzyły się drzwi i do środka wsunęła głowę jakaś kobieta. Zaraz, zaraz... Czy to nie 

ta sama, którą spotkał na lotnisku? 

Tak.  Cohran.  Theresa,  poprawił  się  niemal  natychmiast.  Przeszli  przecież  na  „ty”,  to  akurat  pamiętał. 

Uśmiechnął się do niej z trudem, jednak to nie poprawiło jej humoru. Była wyraźnie zmartwiona i przejęta. 

Tymczasem T.J. zastanawiała się, czy stan jej gościa czasem się nie pogorszył. Był blady, co na pierwszy 

rzut oka nie było aż tak widoczne z uwagi na jego ciemną karnację i ogólnie zdrowy wygląd. Zdradzały go 

background image

 

12 

jednak mętne, pełne bólu oczy i pot lśniący na smagłej twarzy. 

Może powinna jednak zawieźć go do szpitala? Przecież nadal nie było za późno. Był Emmett, który został i 

czekał na dyspozycje od pięciu już godzin, podczas których Christopher spał snem nieprzytomnego. 

T.J. postawiła na stoliczku nocnym tacę z sokiem. 
- Jak się czujesz? - zapytała. 
Dennie, pomyślał, ale nie zamierzał jej tego mówić. 
- Gdzie są moje spodnie? - zapytał tylko. W jego głosie słychać było niezadowolenie. Pomyślała, że może 

nie jest aż taki chory, jak jej się wydawało. Skoro ma siłę, by się gniewać... 

- Tam. - Kiwnęła głową w stronę pełnej luster garderoby. - Pomyślałam, że bez nich będzie ci wygodniej. 
- Tak, gdy będę brał prysznic  -  mruknął ponuro. Ciekawe, czy sama go rozebrała, czy też  ktoś  jej  w tym 

pomógł. 

- Jak sobie chcesz. - Wzruszyła ramionami, po czym przyniosła spodnie i położyła je w nogach łóżka. 
Uśmiechnęła  się  do  niego.  Szczerze  mówiąc,  walczyła  z  chęcią  roześmiania  się  w  głos.  Christopher  nie 

wyglądał specjalnie męsko w ciemnoniebieskiej, powiewnej koszuli nocnej ozdobionej koronkami. 

-  Proszę.  Teraz  będziesz  mógł  wymknąć  się  stąd,  kiedy  tylko  zechcesz,  chociaż  na  twoim  miejscu 

poczekałabym  z  tym.  -  Podeszła  do  niego  i  położyła  mu  rękę  na  czole.  To  potwierdziło  tylko  jej 
przypuszczenia.  -  Ciągle  jesteś  bardzo  gorący,  ale  w  końcu  minęło  tylko  kilka  godzin,  a  nie  dwadzieścia 
cztery. 

Może jego oczy wciąż były zamglone z powodu gorączki, ale na widok ich intensywnej zieleni T.J. i tak 

poczuła  niepokój.  Szybko  odwróciła  wzrok  w  inną  stronę.  Podniosła  dzbanek,  nalała  soku  do  szklanki  i 
podała ją Christopherowi. 

- Przyniosłam sok pomarańczowy - powiedziała. - Musisz pić teraz dużo płynów. 
Jej  dotyk był taki  łagodny i  delikatny. Christopher spojrzał w  oczy tej  kobiety i  ze zdumieniem ujrzał  w 

nich autentyczną troskę. 

A  jednak  nie  można  wierzyć  we  wszystko,  co  piszą  gazety,  pomyślał.  Theresę  Cohran  przedstawiano  w 

nich  jako  rozrywkową  kobietkę  o  nieokiełznanym  temperamencie,  która  specjalizuje  się  raczej  w 
wywoływaniu gorączki niż w jej zbijaniu. 

Może po prostu umiała i jedno, i drugie. 
- Kilka godzin? - Dopiero teraz dotarły do niego jej słowa. 
- Pięć - skinęła głową - przez cały czas spałeś. 
- Mam przecież powrotny lot do... - zaczął słabo. 
- Już się tym zajęłam - przerwała. Wcześniej przeszukała kieszenie jego marynarki w poszukiwaniu biletu. 

-  Zmieniłam  ci  rezerwację  na  niedzielę.  -  Teraz  był  piątek.  Dwa  dni  powinny  wystarczyć,  by  doszedł  do 
siebie. A jeśli nie, ponownie zmienią termin. - Zadzwoniłam też do twojego asystenta i opowiedziałam mu, 
co się stało. 

Cóż, Christopher mógł tylko słuchać, kiwać głową i pozwalać, aby sprawy toczyły się własnym trybem. 
- Działasz bardzo sprawnie - mruknął. 
- Staram się. A teraz wypij ten sok. 
- Czy to twój  dom?  - Wziął  od  niej szklankę. Przytaknęła. Nie  miał  wcale  ochoty  na sok pomarańczowy, 

ale  skoro  zadała  sobie  tyle  trudu,  żeby  zdobyć  go  dla  niego,  posłusznie  wypił  do  dna.  Coś  w  jej  postawie 
podpowiedziało mu, że gdyby odmówił, z pewnością starałaby się go do tego przekonać, a póki co wolał nie 
tracić czasu i sił na długie debaty. 

-  Dlaczego  mnie  tu  przywiozłaś?  -  zapytał.  Wzruszyła  niedbale  ramieniem  i  odparła  nagłą  chęć,  by 

odgarnąć lok z jego czoła. Wystarczy tego dotykania. 

- Bo byłeś chory - wyjaśniła. - Porzucenie cię w przydrożnym rowie byłoby mniej eleganckie, nie sądzisz? 
Skrzywił się  lekko. Dowcipna. Dowcipne  osoby zazwyczaj niezmiernie  go  irytowały. Tym razem  jednak 

uznał, że uwaga ta jest znośna, poza tym konsekwentnie starał się unikać okazji do sporów. 

- Dlaczego nie odwiozłaś mnie do hotelu? 
-  W  mieście  odbywa  się  wielki  kongres  komputerowy.  Sądzę,  że  pozajmowane  są  nawet  mysie  dziury  - 

wyjaśniła. - Poza tym porzucanie chorego osobnika w hotelu też nie wydaje mi się szczytem elegancji. 

- Jasne, dzięki. Wiesz jednak, że może to zaszkodzić naszym interesom - zauważył. 
Z doświadczenia wiedział, że ludzie nie robią niczego bezinteresownie. Dałby głowę, że tak też było w tym 

wypadku. On był klientem, który dawał szansę na intratny kontrakt, a ona starała się go kupić. Ale żeby  w 
ten sposób? 

T.J. odgadła, o czym pomyślał,  i  westchnęła  w  duchu. Facet był cynikiem. Przykre, że  ktoś tak  młody  i 

przystojny ma takie ponure wyobrażenie o świecie. Przecież naprawdę chciała mu pomóc. Czy to jednak jej 
sprawa? Jej zadaniem było przekonać go, że ma do czynienia z Theresą, oraz sprawić, aby zaakceptował  i 

background image

 

13 

podpisał  umowę.  To  wszystko.  Nie  musi  się  martwić  o  zbawienie  jego  duszy,  tylko  o  podpis  pod 
dokumentem. 

- Wiem - zgodziła się. - I nie tylko to może im zaszkodzić - dodała z uśmiechem podpatrzonym u Theresy. 

Seksownym  i  na tyle tajemniczym, aby zaintrygować  każdego  mężczyznę. O to chodzi! Kuzynka byłaby  z 
niej dumna. 

- Nie tylko to? - Ciemne brwi Christophera zmarszczyły się nad doskonale wykrojonym nosem. 
- Dostaję bzika, gdy widzę pulsujące męskie skronie  - wyjaśniła ze słodkim westchnieniem. - A twój puls 

galopował jak diabli. 

Ostrożnie  wyjęła szklankę  z jego ręki,  nachyliła się  ku niemu  i pieszczotliwym ruchem  dłoni  wygładziła 

białą narzutę. Na chwilę zajrzała mu w oczy i przytrzymała twarz na wysokości jego twarzy. Niestety, tym 
razem to jej puls przyśpieszył. 

-  No  dobrze,  porozmawiamy  sobie  później.  Teraz  odpoczywaj  -  powiedziała.  -  Musisz  nabrać  sił.  Taki 

kontrakt to nie bułka z masłem. 

Christopher  nie  wiedział,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  Nie  mógł  pozostać  obojętny  wobec  seksapilu, 

jawnie prowokacyjnego  zachowania, które pasowało zresztą do reputacji Theresy Cohran  - choć już  nie  do 
tego  końskiego  ogona,  który  kołysał  się  z  tyłu  jej  głowy.  Przez  sekundę  czuł  nieodparte  pragnienie,  aby 
ściągnąć  gumkę  krępującą  niesforne  loki,  które  zapamiętał  z  powitania  na  lotnisku,  i  patrzeć,  jak  kaskada 
włosów spływa na jej ramiona. 

- Właściwie to już czuję się na siłach - oznajmił. Akurat, pomyślała T.J. Wystarczyło na niego spojrzeć, by 

zrozumieć, że to kłamstwo. Popchnęła go z powrotem na poduszki. 

- Dobra, dobra. Pozwól, że to ja uznam, kiedy będziesz do tego gotów, dobrze? Poleź jeszcze. Dlaczego nie 

skorzystasz z okazji i sobie nie odpoczniesz? 

Traktowała  go  protekcjonalnie  i  pobłażliwie,  zupełnie  jak  małego  chłopca.  Właściwie  powinien  się  jej 

przeciwstawić, ale rzeczywiście był tak słaby i zmęczony, że  zrezygnował. W  końcu  nie  zawali się  chyba 
żaden boski plan, jeśli spotkanie odsunie się o kilka godzin. 

Westchnął  i  ułożył  się  wygodniej  na  poduszkach,  a  T.J.,  zrozumiawszy,  że  zwyciężyła,  z  uśmiechem 

odeszła od łóżka w stronę drzwi. Powiódł okiem po jej zgrabnej sylwetce. Cholera, nie miał dotąd pojęcia, 
że w zwykłych dżinsach można wyglądać tak pociągająco. 

- Theresa! - zawołał za nią. 
Theresa? No tak. Była Theresa. T.J. uśmiechnęła się szerzej i odwróciła przez ramię w jego stronę. 
- Tak? 
- Do kogo to należy? - zapytał, wskazując palcem na ciemnoniebieską koszulę nocną, w którą był ubrany. 

Rozmiar był z pewnością o wiele za duży na Theresę, skoro on mieścił się w nim z powodzeniem. 

T.J. roześmiała się. 
- To koszula Cecilii, mojej gospodyni. 
Christopher  spojrzał  na  nią  podejrzliwie.  On  sam  mierzył  metr  dziewięćdziesiąt.  Ta  gospodyni  to 

widocznie niezły kawał baby. 

- Rozumiem. Myślałem, że to może raczej własność dawnego ukochanego - skomentował. 
- Chyba będzie lepiej, jeśli nie powiem jej, że tak myślałeś. 
- Może masz rację. Dzięki. 
Zasnął, zanim zdążyła zamknąć za sobą drzwi. 
 
Obudził go czyjś śmiech. Wsączył się w jego sen niczym płynny, złocisty miód i wywołał w nim potrzebę 

natychmiastowego przyłączenia się do tej radości. 

Dziecięcy śmiech. 
A może jednak nie. 
Christopher otworzył  oczy i  ostrożnie uniósł  głowę.  Co za ulga! Wreszcie, po raz pierwszy od tej  nagłej 

zapaści na lotnisku, nie miał wrażenia, że za chwilę spadnie na niego sufit. Uśmiechnął się z zadowoleniem. 
Wciąż czuł się niezbyt pewnie, ale teraz mógł przynajmniej spokojnie pomyśleć. 

Znowu  usłyszał  śmiech.  A  właściwie  chichot.  Dziewczęcy  chichot.  Czy  ta  Cohran  nie  wspominała 

przypadkiem, że siostrzenica spędza z nią każdy weekend? 

Boże,  znowu  dziecko,  pomyślał  z  przygnębieniem.  Nie  chodziło  o  to,  że  nie  lubił  dzieci  -  po  prostu  nie 

umiał sobie z nimi radzić. Nie świadczyło to o nim najlepiej, zwłaszcza że to przecież dzieciom, a właściwie 
ukochanej  przez  nich  laleczce  o  zawadiackiej  twarzy,  nazwanej  Moppsie,  która  ponad  sześćdziesiąt  lat 
wcześniej trafiła do sklepów w całej Ameryce, rodzina MacAffeech zawdzięczała fortunę i sławę. 

Mimo  to  Christopher  nigdy  nie  czuł  się  dobrze  w  towarzystwie  dzieci.  Nawet  wówczas  gdy  sam  był 

jeszcze jednym z nich. I nie minęło to z wiekiem. 

background image

 

14 

Dochodzący  zza  ściany  śmiech  był  jednak  na  tyle  intrygujący,  że  ciekawość  zwyciężyła  i  Christopher 

sięgnął  po  swoje  spodnie,  by  się  ubrać.  Ale  jak  tu  się  ubrać,  skoro  nie  miał  zielonego  pojęcia,  gdzie  też 
podziała się jego koszula ani gdzie mógłby jej szukać? 

Mrucząc pod nosem jakieś złe słowa, zaczął wpychać poły koszuli nocnej w spodnie. A było co wpychać. 

Gdy  skończył,  zerknął  w  dół.  Wyglądał,  jakby  miał  zamiar  przemycić  w  spodniach  zapasowe  koło  do 
ciężarówki.  Wyciągnąć  koszulę  na  wierzch?  No  nie,  będzie  jeszcze  gorzej.  Zrezygnowany  podszedł  do 
drzwi,  otworzył  je  i  czekał  chwilę,  nasłuchując  uważnie.  Znów  rozległ  się  chichot,  któremu  tym  razem 
towarzyszył głęboki śmiech, należący zapewne do Theresy. 

Albo do tej zwalistej gospodyni, która jąknie dorabia sobie w weekendy na meczach rugby. 
Tak  czy  owak,  zamierzał  sprawdzić  to  osobiście.  Ruszył  długim  przedpokojem,  wiedziony  dziecięcym 

śmiechem  niczym  dźwiękiem  czarodziejskiego  fletu.  Pomyślał  z  zadowoleniem,  że  można  by  stworzyć 
całkiem udaną reklamę opartą na takim właśnie koncepcie. 

Jeszcze większą przyjemność sprawił widok, który niespodziewanie stanął przed jego oczyma. 
Theresa zrezygnowała z końskiego ogona, l 
Z włosami odgarniętymi za ucho klęczała na podłodze obok prześlicznej dziewczynki, która wyglądała jak 

jej miniaturka. 

Chichoty  i  radosne  okrzyki  wypełniały  cały  pokój.  Na  podłodze  leżały  porozrzucane  niedbale  zabawki. 

Theresa  naśladowała  właśnie  głos  komicznego  lwa,  którego  trzymała  w  dłoni.  Lew  prowadził  dyskusję  z 
okrągłym pingwinem w koronie na głowie. 

Nagle  Christopher  zorientował  się,  że  bawią  się  przywiezionymi  przez  niego  zabawkami.  Złość 

spowodowana  tym,  że  grzebała  w  jego  rzeczach,  ustąpiła  miejsca  przyjemności  oglądania  sceny 
rozgrywającej się przed jego oczyma. 

Pomyślał, że skoro to działa na niego, zrobi też wrażenie na innych. Czując się niczym widz reklamówki, 

oparł się o drzwi i z ukontentowaniem przyglądał obu paniom. 

 
T.J., odwrócona plecami do drzwi, nie dostrzegła go jeszcze. Nie spodziewała się zresztą, że mógłby wstać 

o  własnych  siłach.  Przespał  całą  noc.  Kilka  razy  wchodziła  do  jego  pokoju,  aby  sprawdzić,  czy  ma 
temperaturę, i odchodziła, przekonawszy się, że wciąż dręczy go gorączka. Nad ranem przypomniała sobie o 
zabawkach,  na  które  natknęła  się,  szukając  bezskutecznie  piżamy  w  walizce  Christophera,  i  postanowiła 
zrobić z nich użytek. 

Teraz zgrabnie ruszyła ręką, a trzymany przez nią lew wykonał dziki skok. 
-  O  rety,  jak  ja  bym  chciał  znaleźć  jakąś  małą  dziewczynkę,  która  pobawiłaby  się  ze  mną  i  pomogła  mi 

mówić.  Mówienie  to  taka  ciężka  sprawa.  -  Lew  odwrócił  się  w  kierunku  pingwina.  -  Czy  pan  wie,  gdzie 
znajdę taką małą dziewczynkę, panie Pingwinie? 

- Królu Pingwinie - poprawił go ten ostatni i uniósł po królewsku głowę. Następnie podrapał się po czole i 

potrząsnął głową. Oba zwierzątka ustawiły się przodem do Megan. 

- A może ty wiesz, gdzie znajdziemy taką małą dziewczynkę? - zapytał pingwin. 
Oczy Megan zalśniły z przejęcia. Wskazała palcem na siebie. 
- To ja! - krzyknęła. - Ja, ja, ja! Pingwin pokiwał głową tak mocno, że korona zsunęła mu się na oczy. 
- Ty? Czy to ty jesteś tą dziewczynką? 
Megan  roześmiała  się,  po  czym  zmarszczyła  brązowe  brewki.  Położyła  obie  dłonie  na  pingwinie  i 

powiedziała poważnym tonem: 

- Tak. Ja jestem dziewczynką, która pomoże wam mówić. T.J. ustawiła zabawki tak, aby mogły wymienić 

spojrzenia. Zwierzątka podskoczyły do góry, jakby zdumione tą rewelacją. 

-  O  rety!  Ona  naprawdę  jest  tą  małą  dziewczynką  -  oznajmił  lew  takim  tonem,  jakim  sir  Izaak  Newton 

mógł obwieścić prawo powszechnego ciążenia. Królowi Pingwinowi 

najwyraźniej odebrało mowę. Megan natomiast z radością klasnęła w rączki. 
- Pobawisz się ze mną? - zapytał lew. 
- Nie, nie z nim, ze mną! - zaprotestował gwałtownie pingwin. - Mnie weź najpierw. 
Megan  roześmiała  się  w  głos  i  wyciągnęła  rączki  w  stronę  maskotek,  by  przygarnąć  je  do  siebie. 

Zwierzątka rzuciły się  na nią, przewróciły ją  na plecy i  natychmiast znalazły się na  niej, powodując  nową 
falę chichotów. 

Christopher patrzył na to wszystko w milczeniu. Pomyślał, że gdyby istniał jakiś sposób na uchwycenie tej 

chwili, utrwalenie jej, zamknięcie w butelce, mógłby zrobić na tym fortunę. 

Zabutelkowane szczęście. 
Naraz Megan wycelowała pulchny paluszek w stronę drzwi. 
- Pan - powiedziała wyraźnie. 

background image

 

15 

T.J. obejrzała się za siebie i na widok Christophera wstrzymała oddech. Z perspektywy podłogi zdawał się 

jeszcze  wyższy  niż  w  rzeczywistości.  Zawstydzona,  szybko  wstała  i  schowała  dłonie  w  tylne  kieszenie 
spodni. Dlaczego, do licha, nie zamknęła drzwi przed zabawą z Megan? 

-  Przepraszam  -  powiedziała.  -  Przeszkodziłyśmy  ci?  Scena,  która  się  przed  chwilą  rozegrała,  była  tak 

rozbrajająca, iż Christopher zapomniał o swoich kłopotach w porozumiewaniu się z dziećmi. Nie odrywając 
oczu  od  dziewczynki,  zrobił  krok  w  jej  kierunku.  Mała  naprawdę  wyglądała  jak  kopia  swojej  ciotki,  albo 
raczej tak, jak Theresa zapewne wyglądała w dzieciństwie, 

-  Chodzi  ci  o  to,  czy  mnie  obudziłyście?  Fakt,  wstałem,  żeby  zobaczyć,  co  się  dzieje  -  odparł.  -  Ale  gdy 

widzę, że źródłem tej radości są zabawki, które ze sobą przywiozłem... 

- No tak... Hm, ta walizka... - T.J. zaczerwieniła się niczym dziecko przyłapane na wyjadaniu konfitur. Za 

chwilę pewnie zrobi jej awanturę. Nie wyglądał na kogoś, kto chętnie powierzy zawartość swego bagażu po 
raz  pierwszy  napotkanej  osobie.  Postanowiła  być  szczera.  -  Przepraszam.  Szukałam  po  prostu  czegoś,  co 
byłoby bardziej odpowiednie niż jedwabna koszula Cecilii. 

Christopher milczał. T.J. przygryzła wargę i spojrzała na córkę. Wiedziała, że stąpa po niepewnym gruncie, 

ale zaryzykowała. 

- Megan uważa, że twoje zabawki są wspaniałe - zaczęła. 
- Widzę. - Dziewczynka tuliła właśnie do siebie obie maskotki. - Chciałabyś, żeby były twoje, Megan? 
Nie miał pojęcia, co skłoniło go do zaoferowania jej tych prototypów. Zupełnie to do niego nie pasowało. 
Tymczasem Megan popatrzyła na niego śmiało i bez śladu wahania potrząsnęła energicznie głową. W jej 

oczach pojawił się błysk radości, a Christopher już zastanawiał się, czy uda mu się wykorzystać tę małą w 
którejś z reklam. 

- W takim razie są twoje - powiedział. 
T.J. popatrzyła na niego ze zdumieniem, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie miała zbyt wiele czasu na 

to,  aby,  dowiedzieć  się  wszystkiego  o  prezesie  MacAffee  Toys,  ale  Heidi  w  kilku  słowach  opisała  jej 
charakter  tego  człowieka.  Z  jej  informacji  wynikało,  że  był  bardzo  surowy,  zasadniczy  i  skoncentrowany 
wyłącznie na interesach. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci i podobno niezbyt za nimi przepadał. 

Może jednak ludzie się mylili. 
T.J. położyła dłoń na jego ramieniu. 
- To bardzo miło z twojej strony. 
Christopher  spojrzał  w  jej  pełne  wdzięczności  oczy.  Było  w  nich  coś,  co  kazało  mu  się  natychmiast 

wycofać, przywrócić bezpieczny dystans. Przybrał więc surową minę, która chyba całkowicie go odmieniła, 
bo Theresa uciekła nagle wzrokiem w bok, najwyraźniej spłoszona. 

- Drobiazg. Ich produkcja  nie  kosztuje tak  wiele. Poza tym sądzę, że  i tak chciałabyś  je zatrzymać, jeżeli 

oczywiście nasza umowa dojdzie do skutku. 

Jeżeli umowa dojdzie do skutku... No cóż, słowa te wystarczyły, by przestała myśleć z tkliwością o dobrym 

i hojnym panu MacAffee. 

- Tak - odpowiedziała chłodno. - Rzeczywiście będziemy chcieli je zatrzymać. - Spojrzała na Megan, która 

tuliła  do  piersi  Króla  Pingwina.  Uśmiechnęła  się.  Dobry  uczynek,  to  dobry  uczynek,  niezależnie  od 
okoliczności i intencji, pomyślała i natychmiast dodała: - Mimo wszystko dziękuję, że pozwoliłeś Megan je 
przetestować. 

-  Ty  to  zrobiłaś,  zanim  zdążyłem  się  zgodzić.  Och,  tak.  Oto  twardy  typ,  który  nigdy  nie  przyzna  się  do 

własnych  uczuć.  Znała  takich.  Nieuleczalnie  chorzy  i  całkowicie  niereformowalni.  Bali  się  ciepłych 
uśmiechów i czułych gestów, przekonani, że one zdradzą ich słabość. Christopher był taki sam - chciał, żeby 
przed jej oczami stał twardziel o nieskruszonym sercu, chory i słaby, ale groźny i samodzielny, zupełnie jak 
rozdrażniony ranny niedźwiedź, który na prawo i lewo rozdaje razy. Fakt, widziała w nim niedźwiedzia, ale 
był to niedźwiedź, dość przystojny, w koszuli nocnej Cecilii. 

Nie mogła więc powstrzymać uśmiechu. 
- Nie wiesz, jak przyjąć słowa wdzięczności, co? - zapytała. - Komplementy cię krępują... 
- Czy tego nie zrobiłem? - przerwał jej. 
Objęła go ramieniem, aby poprowadzić do łóżka. 
-  Jakoś  nie  zauważyłam.  Może  to  z  powodu  grypy.  -  Dotknęła  jego  czoła.  -  Poczekaj...  Dziwne,  jesteś 

zimny jak mrożona ryba. 

- Czy to opinia na temat stanu zdrowia, czy może kolejny komplement? 
- A co? Masz ochotę na jeszcze jeden? Poczekaj, najpierw musisz na niego zasłużyć. 
Świetnie! Theresa z całą pewnością mogła coś takiego powiedzieć. Flirtowała przy każdej nadarzającej się 

okazji. Do licha, może rzeczywiście ona, T.J., nie jest w tym wcale taka zła? 

-  Mówiono  mi,  że  nie  zabijesz  komplementów  -  Christopher  podjął  tę  grę  aluzji.  -  Szczególnie 

background image

 

16 

mężczyznom. 

- Owszem - odparła. - Ty też masz szansę. Ale jeszcze nie teraz. Musisz wrócić do łóżka. Zrobię ci rosół z 

kury. Chyba powinieneś coś zjeść. 

Christopher  wciąż  się  trząsł,  więc  łóżko  wydało  mu  się  w  tej  chwili  niezwykle  zachęcającym  miejscem. 

Dopiero kiedy się w nim znalazł, dotarło do niego, co powiedziała Theresa, i spojrzał na nią osłupiały. 

-  Rosół  z  kury?  Żartujesz,  prawda?  -  zapytał.  -  Czy  ja  jestem  w  domu  szefowej  C&C  Advertising,  czy  u 

baba pod pierzyną? T.J. uśmiechnęła się dwuznacznie. 

- Nigdy nie żartuję, kiedy wpuszczam mężczyznę do swojej sypialni - odpowiedziała. 
- I jest szansa, że w tym rosole znajdzie się kawałek kurczaka? - spytał ostrożnie. 
- Oczywiście - obiecała i wyniknęła się na zewnątrz. 

 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kiedy  pochyliła  się,  żeby  zabrać  tacę,  otoczył  go  ten  niezwykły  zapach,  który  spowijał  jej  włosy. 

Christopher  miał  ogromną ochotę  wyciągnąć rękę  i dotknąć tych ciemnych  loków, żeby sprawdzić, czy są 
tak miękkie, jak to sobie wyobrażał. 

Zamiast tego zacisnął dłonie na prześcieradle. 
-  Cudowna...  -  westchnął  z  błogim  wyrazem  twarzy.  -  Zupa,  oczywiście  -  dodał,  gdy  spojrzała  na  niego 

pytająco. 

Rzeczywiście  zupa  była  wspaniała,  podobnie  jak  towarzystwo  Theresy,  która  siedziała  cały  czas  obok 

niego, gdy jadł, i opowiadała mu o rozmaitych sprawach; przeważnie błahostkach, które jednak w jej ustach 
stawały się  nieoczekiwanie  ważne. Naprawdę czuł się jak u babci pod pierzyną, jak u  mamy  na kolanach  i 
jak  na randce z  narzeczoną jednocześnie; z  narzeczoną, u mamy, u babci, których  nigdy tak  naprawdę  nie 
miał. Cholera, jeszcze chwila, a pobeczy się jak sześciolatek. Co ta kobieta ma w sobie, że czuje się przy niej 
jak nigdy wcześniej? 

Przez  głowę  T.J.  przebiegały  podobne  myśli.  Ten  mężczyzna  irytował  ją  nieco,  lecz  dużo  bardziej 

intrygował,  przyciągał,  no  i  wzbudzał  w  niej  ten  instynkt  opieki,  który,  jak  dotąd  sądziła,  była  w  stanie 
wyzwolić w niej tylko Megan. A mimo to nie mogła być z nim szczera. Kto by pomyślał, że ta maskarada 
będzie tak męcząca? I to z takiego powodu! 

- Dziękuję za opiekę - powiedział. 
- Staram się, jak mogę - odparła lekkim tonem i spojrzała mu w oczy. 
Boże!  Te  ciemne,  zielone  oczy  były  skuteczniejsze  niż  klej  Super  Glue.  Christopher  wprost  nie  mógł 

oderwać od nich wzroku. Co jest? Może to ten wirus? Ale przecież już nie miał gorączki. 

„Staram  się,  jak  mogę...”  Jasne,  że  się  stara!  Taki  kontrakt,  tyle  kasy.  Coś  jednak  -  wątpił,  czy  to  jego 

wrodzony talent do interesów, bo to nie miało nic wspólnego z interesami  - podpowiadało mu, że Theresa 
mówiła szczerze. Że naprawdę troszczy się o niego, jak umie najlepiej, i to wcale nie dlatego, że on jest jej 
potencjalnym klientem. 

Postanowił to sprawdzić. 
- Wierzę, że  mówisz szczerze - powiedział i  obserwował ją uważnie, starając się  odgadnąć jej prawdziwe 

intencje. 

-  A  dlaczego  nie  miałabym  mówić  szczerze?  -  zapytała.  Wzruszył  ramionami,  aż  poruszyły  się  falbanki 

niebieskiej koszuli. 

- Bo jestem dla ciebie obcy - odparł. 
T.J. postawiła tacę na biurku i uśmiechnęła się do niego. 
-  Nieprawda.  Jesteśmy  potencjalnymi  partnerami.  Wiemy  sporo  o  sobie,  o  swoich  firmach.  Twoi  ludzie 

wiele razy rozmawiali z moim personelem. U progu dwudziestego pierwszego wieku związane ze sobą firmy 
można w zasadzie traktować jak rodzinę - zażartowała. 

- Może. - Nie chciał, aby  odchodziła. Zastanawiał się, cc powinien powiedzieć, aby zatrzymać ją  jeszcze 

choć  przez  chwilę.  -  Jesteś  zupełnie  inna,  niż  oczekiwałem  -  wyznał  wreszcie  i  sam  się  zdziwił,  że  to 
powiedział. 

-  Tak?  -  Theresa  wzięła  głęboki  oddech.  Wiedziała,  że  powinna  uciec  od  tego  tematu.  Taka  rozmowa 

mogłaby ją zdemaskować. Mimo to ciekawość zwyciężyła. - A czego oczekiwałeś? 

Christopher pomyślał o artykule z magazynu „People”, który wręczył mu jego asystent tuż przed wejściem 

na pokład samolotu. Tekst, zatytułowany „Rozumna piękność”, poświęcony był, ma się rozumieć, Theresie 
Cohran.  Przeczytał  go,  lecz  nie  dowiedział  się  zbyt  wiele  na  temat  tego,  jaka  Theresa  jest  naprawdę.  Ot, 
kilka plotek, opinii, nic nie znaczących faktów. No i zdjęcia - te były chyba najciekawsze. 

Niewiele myśląc, ujął teraz jej dłoń i splótł palce Theresy ze swoimi. 

background image

 

17 

- Spodziewałem się kogoś mniej troskliwego - odparł. 
- Kogoś, kto nie ma pojęcia o gotowaniu. Ani o wychowywaniu dzieci. 
- Zawsze do usług - oto moja dewiza. Delikatnie uwolniła dłoń z jego uścisku. 
- Przyznaj się, byłaś skautem. 
-  Nie,  skautką.  -  Kiedy  uśmiechnęła  się,  w  jej  policzkach  pokazały  się  urocze  dołeczki.  -  Co  ty  sobie 

myślisz, nawet w Beverly Hills jest drużyna skautek. 

Rzeczywiście,  T.J.  bawiła  się  w  harcerstwo,  w  przeciwieństwie  do  Theresy,  która  uważała  wyjazdy  pod 

namiot, podchody i sprzedaż ciasteczek na cele dobroczynne za zajęcia poniżej swojej godności. 

- Ano  właśnie  - ocknął się Christopher.  - Czy jesteśmy  właśnie  w  Beverly Hills?  - zapytał. Dopiero teraz 

zdał sobie sprawę, że wciąż nie wie, gdzie go przywieziono. 

-  Hm,  tam  jest  nasza  agencja,  a  my  znajdujemy  się  teraz  niedaleko  agencji  -  odpowiedziała  i  odwróciła 

wzrok. Czy  mu się tylko zdawało, czy też ta odpowiedź brzmiała  wymijająco?  Uznał, że  jest chyba  nieco 
zbyt podejrzliwy i że może za bardzo przyzwyczaił się już do czytania między wierszami. Cóż, rzadko kiedy 
sprawy przedstawiały się jednak tak, jak inni je przedstawiali. 

- Czy mogę służyć ci czymś jeszcze? - zapytała go Theresa. 
Tak, sobą - miał ochotę odpowiedzieć. Cholera, ta Cohran rzeczywiście zalazła mu za skórę. Przez chwilę 

obawiał się nawet, że rzeczywiście tak powiedział, ale wyraz jej twarzy nie zmienił się, więc zapewne nic się 
nie stało. 

Na razie. Bo  jeśli  nie stłumi  w sobie tych uczuć, tych myśli, to źle skończy. Nie przybył tu przecież, by 

flirtować  z  tą  kobietą,  nawet  jeśli  jest  piękna  jak  rajski  ogród.  Przyjechał,  by  zapoznać  się  z  warunkami 
umowy - i albo się wycofać, albo podpisać ją, otwierając tym samym drogę do ścisłej współpracy. 

Musiał  jednak  przyznać  przed  samym  sobą,  że  słowo  „ścisła  współpraca”  nabrało  dla  niego  nowych 

znaczeń. 

- Czy mogę ci jeszcze jakoś pomóc? - zapytała znowu. Otrząsnął się. 
- Chyba... tak - odparł. W pokoju nie było nawet telewizora. Nie miał nic do roboty poza gapieniem się w 

sufit. - Dostaję świra - wyznał szczerze. Był przyzwyczajony do działania, nie do leżenia w bezruchu. 

- Bo  zdrowiejesz - uśmiechnęła się  do  jego słów  i  własnych  myśli. Zdecydowała się  niemal  natychmiast. 

Gdyby  zastanowiła  się  trochę  dłużej,  mogłaby  dojść  do  wniosku,  że  to  nie  najlepszy  pomyśl.  -  Może 
przenieść cię na sofę? - zaproponowała. 

Słucham? 
Możesz przyjść do nas, do pokoju gościnnego, i obejrzeć z nami kreskówki  - wyjaśniła. Widziała, że nie 

był przesadnie uszczęśliwiony tą propozycją, ale skoro  miała z nim spędzać czas, wolała skupić uwagę  na 
czymś  innym  niż  jego  oczy.  Najlepiej  na  Megan.  -  Mam  na  wideo  ponad  dwadzieścia  cztery  godziny 
kreskówek, jeśli te w telewizji nie przypadną ci do gustu. 

Co  jest,  u  licha?  Nawet  jako  dziecko  nigdy  nie  oglądał  nadawanych  sobotnim  rankiem  kreskówek.  Jego 

nianie  nie  pochwalały  tej  „bezmyślnej  rozrywki”.  A  teraz  pomyślał  właśnie,  że  to  mogłoby  być  nawet 
interesujące. 

Kreskówki! Interesujące! O, zgrozo... 
Coś jednak nie pasowało do tego obrazka. 
- Trzymasz kasety z kreskówkami dla kogoś, kto z tobą nie mieszka? 
Dossier,  które  otrzymał,  musiało  być  niekompletne.  Nie  było  tam  w  każdym  razie  nic  o  tym,  że  ta 

podziwiana przez wielki świat dama, stała bywalczyni przyjęć po obu stronach Atlantyku, ogląda kreskówki 
i nagrywa je dla swojej siostrzenicy. Że gotuje rosół z kury i tarza się po podłodze z rozbawioną dwulatką. A 
przecież widział to wszystko na własne oczy. 

Widocznie jednak ta dama była niewiastą pełną niespodzianek. Wyjątkowo przyjemnych niespodzianek. 
- Może to faktycznie dziwne.... - zaczęła tłumaczyć - ale Megan spędza tu bardzo dużo czasu. Rozumiesz, 

wciąż wysyłam T. J. w delegacje, więc muszę jej jakoś pomagać. Zwłaszcza że jest świetna w tym, co robi. - 
T.J. przełknęła  nerwowo ślinę. Czy to coś  złego, że powie  kilka  miłych słów  na swój temat? Przecież  nie 
kłamie. - To ona przygotowała kampanię dla MacAffee Toys - dodała. 

-  Rozumiem  to  wszystko  -  pokiwał  głową  -  choć  muszę  przyznać,  że  wciąż  jestem  pod  wrażeniem. 

Chciałbym kiedyś poznać tę dziewczynę. 

T.J. poczuła znajomy skurcz w żołądku. 
-  Poznać?  Mówisz  o  T.J.?  Myślałam...  że  to  jednorazowa  wizyta.  Przyjeżdżasz,  żeby  sprawdzić,  czy 

oddziały są gotowe do bitwy, a potem... 

- Tak właśnie zazwyczaj działam - przerwał jej. Dziwne, czyżby w jej głosie słychać było jakiś niepokój? 

To  przecież  profesjonalistka.  -  Nie  jest  to  jednak  jakaś  fundamentalna  zasada  -  dokończył.  -  Skoro,  jak 
powiedziałaś, mamy szansę stać się niemal rodziną... 

background image

 

18 

-  Jasne,  oczywiście.  -  T.J.  znów  przełknęła  ślinę.  Sprawy  się  komplikowały;  tym  bardziej  że  zamiast 

przerazić  się  perspektywą  ponownej  wizyty  Christophera  MacAffee,  ucieszyła  się,  słysząc  jej  zapowiedź. 
Czy ona całkiem zwariowała?! - Tak jak ci mówiłam, T.J. nie ma chwilowo w mieście - zaczęła tłumaczyć. - 
Jestem jednak pewna, że byłaby bardzo zadowolona, gdyby się dowiedziała, że chcesz ją poznać. - Zerknęła 
na trzymaną w rękach tacę. - To co? Może teraz posprzątam i przygotuję pokój gościnny? 

- A czy nie powinniśmy raczej... - zaczął. 
- Wziąć się do roboty? Bądź cierpliwy. Znów padniesz mi jak długi pod nogi. Obiecuję, że przez cały czas 

będę myślała o zawartości twojej walizki. A jeśli się znudzisz i wrócisz do sypialni, nikt nie będzie miał ci 
za złe. 

Z tymi słowami opuściła pokój. 
No  i  tyle  na  temat  wolności  wyboru,  pomyślał  kwaśno  Christopher.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  się 

uśmiecha, dopóki nie zobaczył swojego odbicia w lustrze. 

T.J.  westchnęła  i  postawiła  tacę  na  kuchennym  stole.  Odruchowo  wypłukała  talerz  po  zupie,  po  czym 

wsadziła go do zmywarki. Cecilia obserwowała ją w milczeniu. Nie bardzo wiedziała, co o tym wszystkim 
myśleć. 

- Cóż, z pewnością nie wyglądasz jak kobieta, która trzyma w swoim łóżku piekielnie przystojnego faceta. 

T.J. czuła, że nadciąga straszliwy ból głowy. 

- I w tym problem - odparła. 
- Moja droga, nie słyszałam jeszcze, żeby taką sytuację ktoś nazywał problemem.  - Pokiwała kciukiem w 

stronę  sypialni.  -  O  taki  „problem”  modli  się  większość  kobiet.  Czy  ty  aby  na  pewno  dobrze  mu  się 
przyjrzałaś? - Położyła rękę na piersi. - Mnie już na samą myśl o nim serce zaczyna gwałtowniej bić. 

T.J. wybuchnęła śmiechem. 
-  Jest  dla  ciebie  za  niski,  Cecilio.  Mając  metr  dziewięćdziesiąt  trzy,  Cecilia  musiała  zaakceptować  to,  że 

większość mężczyzn jest dla niej za niska. 

-  Małe  jest  piękne  -  odparła  jednak,  nie  zrażona.  T.J. znów  się  roześmiała.  Ciekawe,  jak  też  Christopher 

zareagowałby na wieść, że jest piękny, bo mały. 

- Cóż, chyba nie tym razem - westchnęła. Cecilia, słysząc smutek w słowach dziewczyny, położyła ręce na 

jej ramionach i obróciła ją do siebie. 

- Zaczekaj, T.J. Co tak naprawdę się dzieje? - zapytała poważnie. 
Przez chwilę T.J. nie wiedziała, od czego zacząć. 
- On myśli, że jestem Theresą - wyjąkała wreszcie. 
- To źle? Sądziłam, że na tym polega cała intryga. Przecież miał myśleć, że jesteś Theresą. Ale rozumiem... 

- pokiwała głową - ty nie chcesz, żeby on tak myślał, prawda? 

T.J. bezradnie rozłożyła ręce. Intuicja Cecilii była bezbłędna. 
-  Nie  lubię  kłamać  -  powiedziała,  a  Cecilia  uśmiechnęła  się  tylko,  bo  wiedziała  dobrze,  że  przecież  nie 

chodzi wyłącznie o to. 

- To wszystko kwestia interpretacji - zauważyła. - Czasem małe kłamstewko może wiele pomóc. 
- Małe kłamstewko? Ten facet myśli, że jestem prezeską C&C Advertising! 
- No i co z tego? O co ci właściwie chodzi? Gdyby twój ojciec nie uciekł ze świata biznesu i nie zaszył się 

w jakiejś afrykańskiej dżungli, mogłabyś przecież nią być. 

-  W  południowoamerykańskiej  dżungli  -  poprawiła  machinalnie  T.J.  i  poczuła  nagle  nieuzasadnione 

zniecierpliwienie. - A poza tym odpowiada mi moja pozycja w firmie. To nie w tym problem. 

- Wiem, kochanie, że nie w tym. 
- Wiesz? Dziwne, bo nawet ja tego nie wiem. Cecilia  uśmiechnęła się niczym gracz, który zna odpowiedź 

na pytanie za milion dolarów. 

- Podoba ci się, no nie? - Mrugnęła znacząco okiem. Była wreszcie szczęśliwa. Nareszcie ktoś zagiął parol 

na  tę  małą.  Do  tej  pory  rozpaczała,  że  T.J.  przeżyje  swoje  życie  w  samotności,  jak  dotychczas.  Niby 
otoczona ludźmi, a jednak samotna. Teraz pojawiła się szansa na inne rozwiązanie. 

-  To,  czy  mi  się  podoba,  czy  nie,  nie  ma  najmniejszego  znaczenia  -  T.J.  próbowała  zlekceważyć  słowa 

Cecilii. - Nie  znam  go  wystarczająco  długo,  żebym  mogła  mieć  jakąś ugruntowaną  opinię. Po prostu czuję 
się, jakbym spacerowała po kruchym lodzie. 

Cecilia otoczyła T.J. długim ramieniem. 
-  Dziecko,  przecież  ty  nie  stąpasz  po  cienkim  lodzie,  ale  biegniesz  po  nim.  To  jeszcze  bardziej 

niebezpieczne - oznajmiła z sadystyczną satysfakcją. - Czy on będzie jadł z nami kolację? 

- Jeśli będzie się dobrze czuł. A co? 
- Anie. 
Wyraz  twarzy  gospodyni  był  idealnie  niewinny,  więc  T.J.  natychmiast  się  zaniepokoiła.  Miała  tylko 

background image

 

19 

nadzieję, że Cecilia nie zechce zabawiać się w swatkę. Boże, miała już dosyć tego wszystkiego. Im prędzej 
Christopher MacAffee znajdzie się na pokładzie samolotu do San Jose, tym lepiej. Ale czy rzeczywiście? 

- Jeśli chcesz na niego popatrzeć, przyjdź do salonu. Będziemy oglądać filmy na wideo. 
- A ty jeśli chcesz, to pobiegnę do wypożyczalni i przyniosę wam „Dzikie, upojne noce” - zaofiarowała się 

Cecilia. 

- Dziękuję. Mamy w programie co innego. „Pan Kaczor jedzie do miasta”. - To był ulubiony film Megan. 
-  „Pan  Kaczor  jedzie  do  miasta”?  -  powtórzyła  powoli  gospodyni.  -  Chcesz  posadzić  tego  byczka  obok 

siebie na sofie i oglądać z nim przygody Kaczora Donalda? 

- Owszem. - T.J. nie miała najmniejszego zamiaru dyskutować na ten temat. 
- Owszem, owszem... Okazja sama puka do drzwi, a ty nie zamierzasz ich otwierać, tak? 
-  To  żadna  okazja,  Cecilio.  Uspokój  się.  Chcę  po  prostu  skończyć  z  ta  maskaradą.  Im  szybciej  on 

wyzdrowieje i wyjedzie do San Jose, tym szybciej ja wreszcie odetchnę. 

- Słyszę cię, ale ci nie wierzę. 
- Musisz uwierzyć, dopóki ja sama w to wierzę. Przeszukując szafkę z kasetami wideo, T.J. pomyślała, że 

chyba powoli przestaje jednak sobie wierzyć. W każdym razie nie ufała już sobie w stu procentach. 

Po rozwodzie nie zaprzestała, wbrew wcześniejszym obawom, życia towarzyskiego. Często wychodziła z 

domu,  zawsze  z  przyjaciółmi,  i  cieszyły  ją  te  wieczory,  spędzane  w  towarzystwie  życzliwych  jej  ludzi. 
Wszystko to odbywało się wszakże w wyłącznie przyjacielskiej atmosferze, bo też i ona nie miała ochoty na 
romanse.  Już  nie.  Była  zbyt  zajęta,  poza  tym  istniały  ważniejsze  sprawy  niż  miłosne  zawroty  głowy.  Na 
czele listy jej priorytetów znajdowała się, rzecz jasna, Megan. 

A  jednak Christopher MacAffee  miał  w sobie  coś takiego, że tym razem  nie przekonywało jej tego typu 

tłumaczenie. Na sam jego widok traciła pewność siebie, a jej wyobraźnię zaczynały ogarniać dziwne myśli. 
Mówiąc krótko, reagowała jak nastolatka, która po raz pierwszy w kimś się zadurzyła. 

Musiała znaleźć jakiś sposób na to, aby położyć temu kres. Nawet gdyby chciała, żebyś coś między nimi 

zaszło - a oczywiście nie chciała - to on i tak brał ją za Theresę. Nie było sensu angażować się w jakikolwiek 
sposób w związek z człowiekiem, który myślał, że T.J. to nie T.J., a jej kuzynka. 

Nie  można  budować  na  kłamstwie,  a  z  pewnością  nie  mogła  mu  teraz  powiedzieć,  kim  jest  naprawdę. 

Gdyby to odkrył, zabrałby swoją umowę i urażoną dumę i poszedł szukać innej agencji. 

Bo kto lubi, kiedy robi się z niego głupca? Najmniej mężczyzna z taką pozycją i takimi wpływami. 
Najważniejszy jest interes firmy. Musi sobie to nieustannie powtarzać. 
Westchnęła ciężko i wyjęła z szafki dwie kasety. 
- Co będziemy oglądać? 
Na dźwięk jego głosu podskoczyła przestraszona. Obie taśmy wylądowały na podłodze. 
Christopher  zdziwił  się,  widząc  jej  gwałtowną  reakcję.  Wyglądała  niczym  oszust  podatkowy,  do  domu 

którego wtargnął Urząd Skarbowy. Podszedł do niej i popatrzył jej w twarz. 

- Hej, spokojnie, nie chciałem cię przestraszyć. Zdaje się, że miałem tu przyjść, prawda? 
Rzeczywiście,  przede  wszystkim  powinna  być  spokojna.  Zrobiła  krok  w  jego  stronę  i  uśmiechnęła  się 

szeroko. Pokój gościnny skąpany był w słońcu i w tym świetle cera Christophera nabrała zdrowego odcienia. 
Wyglądał teraz bez porównania lepiej niż przed kilku godzinami. Jak tak dalej pójdzie, to jutro będzie już w 
drodze. 

Tylko dlaczego ona nie była szczęśliwa z tego powodu? Owszem, czuła ulgę, ale nic poza tym. 
-  Nie  przestraszyłeś  mnie.  Po  prostu  byłam  zajęta.  -  Zauważyła,  że  założył  własną  koszulę,  w  której 

wyglądał znacznie ciekawiej niż w tej należącej do Cecilii. - Widzę, że znalazłeś swoje rzeczy - zagadnęła. 

- Mhm. Chyba trochę lepiej na mnie leżą - zgodził się, po czym zerknął w stronę drzwi i zapytał szeptem: - 

Jak wysoka jest twoja gospodyni? 

- Ma metr dziewięćdziesiąt trzy. 
- To gosposia czy ochroniarz? 
- Gosposia - odparła T.J. ze śmiechem. - Choć właściwie to raczej przyjaciółka. 
Wetknęła  kasety  pod  ramię  i  zabrała  się  do  sprzątania  niewielkiego  stolika.  Wraz  z  Megan  przez  wiele 

godzin  układała  tu  puzzle  i  kolorowała  obrazki  i  teraz  nie  było  na  nim  ani  kawałka  wolnej  przestrzeni. 
Christopher usiadł obok i zaczął machinalnie wkładać porozrzucane kredki do pudełka. 

- Skąd ją wytrzasnęłaś? - zapytał. 
- Była moją nauczycielką gimnastyki w liceum. Potem została trenerką żeńskiej drużyny baseballowej. 
- Jasne. - Zamknął pudełko z kredkami. - A jak się stało, że z trenerki przeobraziła się w gosposię? 
T.J. uśmiechnęła się. Jej stosunki z Cecilią zawsze układały się bardzo dobrze, nawet jeszcze w szkole. 
-  Napisała  do  mnie  kartkę  na  Boże  Narodzenie.  Zrezygnowała  ze  sportu  i  została  bez  miejsca,  które 

mogłaby  nazwać  domem.  Cecilia  nigdy  nie  uznawała  własności  prywatnej,  nie  była  materialistką, 

background image

 

20 

niewolnicą przedmiotów. Mieszkała sobie w małej przyczepie, dopóki nie wykupiono ziemi, na której stała. 
Poprosiłam, żeby zamieszkała ze mną, i wtedy... 

Stop! 
Co ona najlepszego wyprawia? Niedługo opowie mu całą historię swego życia, a wtedy nie będzie już miał 

wątpliwości,  kim  jest  naprawdę.  Mało  brakowało,  a  wyjawiłaby,  że  Cecilia  zjawiła  się  u  niej  tuż  po 
urodzeniu Megan i że pomagała dzielnie T.J. przy córeczce. 

Znowu zrobiło jej się żal, że nie może być w obecności Christophera po prostu sobą. Powinien wiedzieć, że 

dzięki Cecilii jej życie było jako tako zorganizowane i że bez przyjaźni tej kobiety ona, T.J., nie poradziłaby 
sobie. 

-  Zresztą,  to  nieciekawa  historia.  -  Machnęła  ręką,  po  czym  wyciągnęła  dwie  kasety  w  jego  kierunku.  - 

„Pan Kaczor jedzie do miasta” albo „Świerszcze w moim łóżku”. Wybieraj. 

Christopher  zerknął  na  nią,  żeby  upewnić  się,  czy  mówi  serio.  Mówiła.  Naprawdę  zamierzała  oglądać  z 

nim kreskówki. Ktoś inny mógłby próbować zaimponować mu kolekcją najnowszych hitów, może pożyczyć 
z wideoteki coś prowokującego, a ona - „Pan Kaczor jedzie do miasta”. W sumie jednak podobało mu się, że 
ta dziewczyna jest sobą i niczego przed nim  nie udaje. Widać nie  musi. Jest wystarczająco pewna siebie  i 
swej pozycji, aby spokojnie sobie na to pozwolić. 

- A którą woli Megan? - zapytał. T.J. spojrzała na niego z aprobatą. 
- „Pana Kaczora” - odparła. - Choć widziała go setki razy. 
-  Nieźle.  -  Gwizdnął  ze  zdumieniem.  On  miał  problemy  z  obejrzeniem  jednego  filmu  do  końca,  a  co 

dopiero dwa czy więcej razy. - I nie nudzi jej to? 

- Ej, ty chyba produkujesz zabawki, no nie? Jak na osobę, która zarabia na dzieciach, niewiele o nich wiesz 

-  odparła.  -  W  psychologii  nazywa  się  to  chyba  wzmocnieniem.  Dobrze  znane  rzeczy  zapewniają  dziecku 
poczucie bezpieczeństwa. Wiem tylko, że Megan uwielbia oglądać filmy raz za razem, choć wie doskonale, 
co zdarzy się za chwilę. Nie potrzebuje niespodzianek. 

Teraz  on  obrzucił  ją  pełnym  aprobaty  spojrzeniem.  Najwyraźniej  poświęciła  sporo  czasu  na  obserwację 

dziecka. Nie była matką Megan, a jednak zaangażowała dla niej tyle uczucia, czasu, tyle cierpliwości. Tego 
też nie uwzględniono w dostarczonych mu raportach. 

-  Megan  ma  szczęście,  że  jesteś  jej  ciotką  -  powiedział.  -  To  wspaniała  dziewczynka.  -  Wzruszyła 

nonszalancko  ramionami.  -  Mam  nadzieję,  że  kiedyś  też  się  takiej  doczekam  -  dodała  z  nieznośnym 
poczuciem winy. 

W tym samym momencie do pokoju wpadła Megan, zupełnie jakby słyszała, że mówi się o niej. Ścigała 

zawzięcie  mechanicznego  pudełka  i  śmiała  się  przy  tym  do  rozpuku.  Christopher  spojrzał  na  Theresę.  Na 
widok dzieciaka pojaśniała w jednej chwili niczym bożonarodzeniowe drzewko. Chyba rzeczywiście dorosła 
już do macierzyństwa. 

A on? Czy jest gotów, by założyć rodzinę? Właściwie czemu nie? Jeśli tylko spotka odpowiednią kobietę... 
- Oho, o wilku mowa. - T.J. wyciągnęła przed siebie kasetę z filmem. - Zobacz, co dla ciebie mam. 
- Pan Kaczor! - wrzasnęła dziewczynka. 
- Może ją włączysz i sobie pooglądamy? Megan wzięła od matki taśmę i pobiegała w stronę telewizora. 
- Myślisz, że ona sobie z tym poradzi? - zapytał zaniepokojony Christopher. 
T.J. uśmiechnęła się szeroko. Mała wyjęła taśmę z opakowania i sprawnie wsadziła ją do magnetowidu. 
- Wie, jak się to obsługuje - szepnęła. - To znaczy wie, gdzie jest przycisk „start”. Wystarczy. 
Przesunął się na sofie, aby zrobić jej miejsce obok siebie. Kiedy usiadła, znowu poczuł słodki zapach jej 

perfum. 

- A  więc Megan  i ja  mamy ze sobą coś  wspólnego  -  odezwał się. - Gdybyś powiedziała, że ta mała umie 

nastawiać czasowe nagrywanie, wpadłbym w kompleksy. Miałaby nade mną przewagę. 

Roześmiała się. To był ten sam śmiech, który słyszał przedtem, i takie samo wywarł na nim wrażenie. Kto 

wie,  może  nawet  większe?  Ogarnęło  go  dziwne,  przyjemne  ciepło.  Coraz  bardziej  czuł  się  niczym  ryba 
złapana na haczyk. Nie mógł jednak nic zrobić, nic poradzić, musiał poddać się temu uczuciu. 

Chyba już nie rozsiewam zarazków - powiedział cicho i dotknął palcem jej policzka. Znieruchomiała, a on 

spojrzał na nią, jakby chciał się usprawiedliwić. - Tylko tyle. To nie zaraźliwe. 

T.J.  wpatrywała  się  w  niego  jak  zahipnotyzowana.  W  ciszy,  która  zaległa  w  pokoju,  słyszała  jedynie 

gwałtowne bicie swego serca. 

- Nie byłabym taka pewna - szepnęła niemal niedosłyszalnie. 

 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Mógł powiedzieć, że nie wie, co tak na niego działa. Wciąż był nieco oszołomiony grypą. Zresztą oprócz 

background image

 

21 

niej istniało jeszcze kilka innych możliwych usprawiedliwień. 

Tyle że wszystkie były fałszywe. 
Christopher  bowiem  doskonale  wiedział,  co  sprawia,  że  kręci  mu  się  w  głowie  -  ona.  Theresa,  z  jej 

dźwięcznym  śmiechem,  wewnętrznym  ciepłem  i  troskliwym  zachowaniem.  Nie  musiała  właściwie  nic 
mówić, wystarczyło spojrzeć, by przekonać się, że to ktoś wyjątkowy. 

Nie miał wyjścia. Musiał ją pocałować. 
Wydawało  mu się teraz, że  właśnie to było  od początku  jego przeznaczeniem; przeznaczeniem,  któremu 

śmiało wyszedł na przeciw, bez zastanawiania się, co też mu, do cholery, odbiło. Wiedział tylko, że gdzieś 
od  wieków  było  zapisane,  że  oto  teraz,  tutaj,  on,  Christopher  MacAffee,  prezes  MacAffee  Toys,  pocałuje 
Theresę Cohran, szefową C&C Advertising. 

Gdy tylko dotknął wargami jej ust, poczuł, że nie ma dla niego ratunku. Miał wrażenie, że wpadł w jakiś 

wir, z którego nigdy się już nie wydostanie. 

I wcale nie był pewien, czy chce się wydostać. 
W zgodzie z wyrobionym przez lata nawykiem, by wszędzie szukać prawidłowości i logicznych powiązań, 

rozpaczliwie usiłował znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie zaistniałej sytuacji. Logika jednak była w tym 
przypadku zawodna. 

To  tylko  pocałunek,  tłumaczył  sobie.  Nic  więcej.  A  jednak  coraz  bardziej  szumiało  mu  w  głowie,  coraz 

silniej ogarniało go pożądanie... 

To tylko pocałunek. 
Jeśli  czuł  się  oszołomiony,  jeśli  miał  zawroty  głowy,  gorączkę,  dreszcze  -  to  z  powodu  wirusa,  grypy, 

cholera wie czego. Ale nie z powodu pocałunku. 

Na pewno nie. 
A właśnie, że tak. 
Stłumił jęk i wdarł się głębiej w jej usta. Jeśli już tracić poczucie rzeczywistości, to nie samotnie. 
Jednak T.J. zatraciła się w tym pocałunku dużo wcześniej. Chwyciła kurczowo jego ramiona i trzymała je 

tak, jakby od tego zależało całe jej życie. Jak gdyby obawiała się, że jeżeli go puści, to zginie, utonie. Albo 
eksploduje. 

To nie miało prawa się wydarzyć, powtarzała rozpaczliwie w myślach. A jednak wydarzyło się i nie było 

już odwrotu. Kości zostały rzucone. 

Oboje nie pamiętali, kiedy ostatnio owładnęły nimi podobne uczucia. Nie mogli pamiętać. Nigdy dotąd nie 

czuli tego, co dzisiaj. 

Nagle do ich świadomości dotarł piskliwy dziecięcy głosik. 
- Mama buzi. 
Czyżby aż tak pochłonęła  ich  namiętność, że zapomnieli, że  nie są sami? Niestety, tak właśnie się stało. 

Teraz zmuszeni byli sobie o tym przypomnieć. 

Christopher oderwał usta od warg Theresy. Zamrugał powiekami, po czym popatrzył na maleńką osóbkę, 

która stalą obok nich i bezczelnie im się przyglądała. 

- Czy ona nazwała cię mamą? - zapytał ze zdziwieniem. O, Boże. Teraz wszystko się wyda, przeraziła się 

T.J. Spokojnie, tylko spokojnie. Trzeba szybko coś wymyślić. Tylko co? 

Zmusiła się do uśmiechu, po czym z czułością objęła dziewczynkę. 
-  Możliwe.  -  Popatrzyła  na  Christophera.  - T.J.  i  ja  jesteśmy  do  siebie  bardzo  podobne.  Mała  czasem  się 

myli. 

Wyjaśnienie to zostało przyjęte przez Christophera pełnym powątpiewania uniesieniem brwi. 
- Bardziej prawdopodobne jednak - ciągnęła T.J. - że Megan chciała nam przekazać, że widziała już swoją 

mamę całującą się w ten sposób. 

Co za szczęście, że Megan nie potrafiła jeszcze mówić pełnymi zdaniami! 
- Nie, na pewno  nie  w taki. - Christopher pokręcił głową i odetchnął ciężko. Potrzebował chwili spokoju, 

by  dojść  do siebie  i przemyśleć, co  właściwie się stało. I co  jeszcze  może się stać.  - Zaczynam rozumieć, 
dlaczego po obu stronach kontynentu mężczyźni ustawiają się w kolejce, aby bliżej cię poznać. 

- No cóż - nonszalancki ton kosztował ją sporo wysiłku, ale jakoś się udało - jesteśmy dobrą firmą. Ale to 

prawda, że interesy pociągają ich w nie mniejszym stopniu co... co ja sama. 

Znów  w  ostatniej  chwili  ugryzła  się  w  język.  Omal  nie  powiedziała  „Theresa”  zamiast  „ja  sama”.  Nie 

przypuszczała,  że  aż  tak  trudno  będzie  jej  wcielić  się  w  rolę  kuzynki.  Były  po  prostu  inne  i  nic  na  to  nie 
mogła poradzić. Ona nigdy nie mogłaby wieść takiego życia, jakie wiodła Theresa. A Theresa z pewnością 
byłaby  nieszczęśliwa,  gdyby  musiała  zrezygnować  z  całonocnych  przyjęć,  spotkań  z  coraz  to  nowymi 
mężczyznami  i  nieustannych  wizyt  dziennikarzy  w  jej  gabinecie.  T.J.  miała  skromniejsze  wymagania  - 
pragnęła romantycznych kolacji we dwoje i miłości jednego człowieka, a nie uwielbienia całego szwadronu. 

background image

 

22 

Dlatego  właśnie  tak  bardzo  cierpiała  z  powodu  rozwodu.  Kiedy  wychodziła  za  Petera,  myślała,  że  ich 

małżeństwo będzie na wieki. Peter natomiast sądził widocznie, że śluby złożone przed ołtarzem obowiązują 
równo  miesiąc,  bo  tyle  właśnie  czasu  potrzebował,  aby  zainteresować  się  kimś  innym  i  złamać  przysięgę 
małżeńską. 

- Naprawdę? - Christopher zmrużył oczy. - Dlaczego się na to zgadzasz? 
- Bo jest mi wszystko jedno. - Tak zazwyczaj odpowiadała Theresa. - Po prostu chcę się dobrze bawić. 
Z trudem jej to przeszło przez usta. Jeśli dalej ma być równie łatwo, potrzebne jej będzie jakieś wsparcie. I 

to natychmiast. 

- Chodź tu, kurczaczku. - Popatrzyła na córeczkę i poklepała miejsce na sofie obok siebie. - Usiądź tutaj. - 

Umieściła dziecko pomiędzy nimi. 

Może to i dobrze, pomyślał Christopher. Nie wierzył w udany mariaż interesów i przyjemności. Zapewne 

dlatego tak niewiele było w jego życiu tych ostatnich. Minione kilka lat wypełnione było wyłącznie pracą. 
Teraz jednak, kiedy patrzył na Theresę, zastanawiał się, czy nie nadszedł czas, by wreszcie to zmienić. 

Tymczasem  Megan  usiadła  wygodnie  na  sofie,  po  czym  obdarzyła  go  oszałamiającym  uśmiechem,  tak 

bardzo podobnym do uśmiechu ciotki. Królewskim gestem wyciągnęła paluszek w stronę ekranu, domagając 
się, aby i on zaczął oglądać film. 

- Pani kaczor - obwieściła głośno. 
-  Pan  kaczor  -  poprawił  machinalnie.  Megan  energicznie  pokręciła  głową,  aż  brązowe  loki  opadły  jej  na 

twarz. 

- Pani Kaczor - powtórzyła. 
Christopher  roześmiał  się  w  duchu  i  zrezygnował  z  kolejnych  prób  poprawiania  tego  uparciucha.  Usiadł 

wygodniej i skupił się na śledzeniu przygód Pana Kaczora. 

Ku swojemu zdumieniu spostrzegł, że film go wciągnął. Czyżby kreskówki to było właśnie coś dla niego? 

W każdym razie ta nawet mu się podobała. 

Gdy  na  ekranie  pojawiły  się  napisy  końcowe,  spojrzał  na  zegarek.  Półtorej  godziny!  Minęło  całe 

dziewięćdziesiąt  minut!  On,  Christopher  MacAffee,  oglądał  przez  półtorej  godziny  film  o  Kaczorze 
Donaldzie i nawet nie zauważył upływu czasu! 

- I co o tym myślisz? - zapytała T.J., wyłączając magnetowid. Napisy końcowe nagle zniknęły, zastąpiła je 

powtórka nadawanego w latach sześćdziesiątych czarno-białego serialu telewizyjnego. Opowiadał o dwóch 
kuzynkach, które były do siebie tak podobne, że brano je za bliźniaczki. T.J. szybko wyłączyła telewizor. 

- Cóż, to właściwie taki moralitet w kaczej skórze. Rozbawiło ją to sformułowanie. 
- Moralitet... Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zaszczepić w dziecku podstawowe zasady moralne, prawda? 
- Nie zamierzam temu przeczyć. 
Przez  chwilę  panowała  niezręczna  cisza.  Megan  włożyła  kasetę  do  pudełka,  a  potem  zaczęła  bawić  się 

porzuconym  wcześniej zamkiem  z  klocków. Christopher uśmiechał się, patrząc to na  dziecko, to  na nią, a 
T.J.  siedziała  z  podkulonymi  rogami  i  zastanawiała  się,  co  dalej  począć  z  tą  przedziwnie  rozwijającą  się 
znajomością. 

Wreszcie  postanowiła,  że  nadszedł  czas,  aby  porozmawiać  o  interesach.  To  z  pewnością  otrzeźwi  ją  na 

dobre. 

- Podoba mi się, że MacAffee Toys nie zalewa rynku tymi okropnymi figurkami wojowników z krwawych 

gier komputerowych - odezwała się pierwsza. - One mają zły wpływ na dzieci. 

-  Gdybym  zrobił  coś  takiego,  kilka  pokoleń  moich  przodków  kręciłoby  się  w  grobach  jak  wrzeciono  - 

odpowiedział z uśmiechem. - Mam swoje zasady. 

T.J. oparła głowę na łokciu i przyjrzała mu się uważnie. 
- Nie wydajesz mi się typem mężczyzny, który tak bardzo przejmowałby się opinią duchów. 
Fakt.  Wyglądał  jej  raczej  na  człowieka,  który  zawsze  robi  to,  na  co  ma  ochotę.  To,  że  bliska  mu  była 

tradycja oraz zasady moralne, okazało się niespodzianką. Miłą niespodzianką. 

- Nie, jeśli sam nie podzielam ich poglądów - odpowiedział. 
- Miłe zabawki dla miłych dzieci. - To motto widniało na każdym opakowaniu firmy MacAffee Toys. T.J. 

uśmiechnęła się łagodnie. - To chyba nieco zbyt staroświeckie jak na nasze szalone lata dziewięćdziesiąte. 
Choć z drugiej strony, są rzeczy, które nigdy się nie starzeją... 

- Chcesz mi się podlizać? 
- Nie, mówię prawdę. 
Spojrzał w jej oczy - ogromne, głębokie, wspaniałe. Można się było w nich zatracić. 
-  Wiem.  Dlatego  zdecydowałem  się  na  ciebie.  To  znaczy,  na  twoją  agencję  -  poprawił  się,  żeby  rozwiać 

ewentualne wątpliwości. Chyba jednak nie do końca mu się to udało. 

Rozmawiali  o  interesach, ale nie tylko  interesy były  ważne  w tej rozmowie. Ona również  musiała o tym 

background image

 

23 

wiedzieć. 

- Pochlebiasz mi - powiedziała. - Czy aby nie na wyrost? Mówisz to, nie przyjrzawszy się nawet temu, co 

wymyśliłam na temat dalszego ciągu kampanii? 

Przed  przylotem  tutaj  Christopher  przejrzał  wszystkie  wstępne  szkice  i  nie  miał  co  do  nich  żadnych 

zastrzeżeń. Zmierzały dokładnie w tym kierunku, który i on uznał za najwłaściwszy. 

- Dalszy ciąg? To już chyba tylko przysłowiowy lukier na torcie, prawda? - Pomyślał, że jeśli nie wstanie z 

tej sofy, znów ją pocałuje. Wstał. - Naprawdę, chciałbym już zabrać się do pracy. 

T.J. kiwnęła głową. Czuła ulgę, że nie próbował jej znów pocałować, ale jednocześnie była rozczarowana. 
- Jak chcesz. - Przygryzła wargę. - Jesteś pewien, że dasz radę? Starczy ci sił? 
Uśmiech,  jakim  jej  odpowiedział,  przyprawił  ją  o  rumieńce.  Zdaje  się,  że  ten  mężczyzna  przed  chwilą 

udowodnił,  iż  jest  zdrów  i  w  pełni  sił.  Na  szczęście  Christopher  oszczędził  jej  aluzji  co  do  ich  szalonego 
pocałunku. 

- Po obejrzeniu w całości dzieła pod tytułem „Pan Kaczor jedzie do miasta” jestem gotowy na wszystko  - 

powiedział taktownie. 

-  Więc  chodźmy.  -  T.J.  wstała,  wskazując  mu  drzwi  pokoju.  -  Cecilio!  -  zawołała  i  po  chwili  w  salonie 

pojawiła się gosposia. 

Christopher przyjrzał się jej uważnie i doszedł do wniosku, że Cecilia kiedyś musiała być ładna. Więcej - 

oszałamiająco  piękna.  Nadal  zresztą  była  wyjątkowo  atrakcyjną  kobietą.  Od  razu  pomyślał  o  Lesterze, 
szoferze  swojego  ojca,  który,  odkąd  umarła  jego  żona,  stracił  ochotę  do  życia.  Gosposia  Theresy  była  tak 
bardzo podobna do Edith... Czy nie powinien spróbować poznać poczciwego Lestera z Cecilią? 

Ta myśl go zdumiała. Do diabła, co też mu przyszło do głowy? Nigdy dotąd nie usiłował nikogo swatać. 

To  pewnie  atmosfera  tego  domu  tak  go  odmieniła,  że  zaczął  myśleć  o  miłości  i  rodzinnym  szczęściu.  A 
mówiąc krótko i szczerze: odmieniła go ONA - Theresa Cohran. 

- Wołałaś mnie? - zapytała Cecilia. 
- Tak, czy  mogłabyś przez jakiś czas zająć się Megan? Bawi się  w salonie, ale nie  wiadomo, co jej  może 

strzelić do głowy. Ja i pan MacAffee mamy pewne interesy do załatwienia. 

-  Tak,  wiem.  -  Cecilia  zniżyła  głos.  -  Widziałam  wstępne  pertraktacje,  kiedy  przechodziłam  korytarzem. 

Proszę wybaczyć - zwróciła się w stronę Christophera i skromnie spuściła oczy - drzwi były otwarte... 

T.J.  oblała  się  rumieńcem,  ale  nie  skomentowała  tej  wypowiedzi.  Jakikolwiek  komentarz  pogorszyłby 

tylko sytuację. Zerknęła na Christophera. W przeciwieństwie do niej był rozbawiony słowami gosposi. 

- Proszę tędy, panie MacAffee - mruknęła ponuro i poprowadziła go do swego gabinetu. 
 
Gabinet  okazał  się  niewielkim  pomieszczeniem  wychodzącym  na  zachód.  Christopher  od  razu  zauważył 

kilka rysunków przedstawiających Megan. Przy jednej ze ścian stał regał, ale pomieszczenie zdominowane 
było przez olbrzymie biurko. 

Chociaż znajdował się na nim komputer, na oko najnowszej generacji, widać było, że nie jest zbyt często 

używany.  Theresa  najwyraźniej  wolała  ręczne  szkice  i  notatki.  Spodobało  mu  się  to.  On  sam  cenił  sobie 
tradycję  i  był  zagorzałym  przeciwnikiem  standaryzacji  i  unifikacji.  Takie  też  były  zabawki,  które 
produkowała jego firma: miały swój charakter i odróżniały się od masowych  - głównie zresztą chińskich  - 
wyrobów.  Chyba  właśnie  dlatego  nie  zginęli  jeszcze  na  tym  trudnym  rynku.  Skoncentrowali  się  na 
potrzebach tych klientów, którym nie odpowiadała taśmowa produkcja i komiksowy styl; którzy z nostalgią 
wspominali zabawki ze swego dzieciństwa i podobne chcieli kupować swym pociechom. 

Theresa  posadziła  go  przy  biurku,  a  sama  rozpoczęła  zaimprowizowaną  naprędce  prezentację.  Robiła  to 

wspaniale. Kiedy mówiła, używała nie tylko ust, ale całego ciała. Gestów dłoni, min, wyrazu oczu. Można 
by rzec, że była istną symfonią ruchu. Christopher pomyślał, że chciałby mieć całoroczny bilet wstępu na jej 
koncerty. 

Mógł sobie tylko pogratulować, że znalazł właściwą osobę do przeprowadzenia jego kampanii. 
A może i nie tylko do tego? 
Nie od rzeczy będzie to zbadać, pomyślał w tej samej chwili, w której T.J. skończyła i zmarszczyła brwi w 

oczekiwaniu na jego reakcję. 

- Nic nie mówisz - westchnęła zniechęcona, gdy nie odezwał się ani słowem. 
Nie mówił, bo odebrało mu mowę. Był nią absolutnie zafascynowany. 
- To dlatego, że ty wciąż mówisz - uświadomił jej. T.J. zebrała swoje materiały. Włożyła w nie wiele serca, 

rysowała do późnej nocy i teraz oczekiwała jakiegoś komentarza. 

- Właśnie skończyłam. 
- Wobec tego jestem pod wrażeniem - odparł i pokiwał z zadowoleniem głową. 
T.J.  spojrzała  na  niego  podejrzliwie.  To  byłoby  zbyt  łatwe  i  zbyt  piękne.  Słyszała  przecież  nie  raz,  że 

background image

 

24 

bardzo trudno przekonać do czegoś Christophera MacAffee. Może robi sobie po prostu z niej żarty? Pewnie 
nie pierwszy raz w swej karierze zamierza ośmieszyć potencjalnego partnera... 

-  I  wciąż  chcesz  podpisać  z  nami  umowę?  -  zapytała.  Teraz  on  popatrzył  na  nią  ze  zdziwieniem.  Czemu 

jest taka niepewna? Przecież nazywano ją Huragan Theresa, wiedział o tym. Opinia o niej głosiła, że zawsze 
jest pewna swego i nigdy nie dopuszcza do siebie nawet myśli, że jej prezentacja mogłaby być odrzucona. 
Cóż,  jak  dotąd  niewiele  faktów  i  opinii  zawartych  w  dostarczonym  mu  raporcie  zgadzało  się  ze  stanem 
faktycznym.  Prawdę  mówiąc,  jedynie  to,  że  Theresa  była  bez  wątpienia  profesjonalistką  i  doskonale 
wiedziała, czego potrzeba jego firmie. 

-  Podpiszę  -  potwierdził  spokojnie.  -  Teraz  jeszcze  chętniej.  T.J.  wypuściła  z  ulgą  powietrze.  Udało  się! 

Cały ten szalony plan się powiódł! Theresa będzie szczęśliwa. Odkąd wygasła umowa agencji z inną firmą. 
Pandom Ads, niezwykle zależało jej na kontrakcie z MacAffee Toys. 

- Co za ulga - westchnęła z uśmiechem. 
-  Nie  miałem  pojęcia,  że  tak  ci  na  tym  zależy.  -  Wstał  i  podszedł  do  niej.  -  Myślałem,  że  zdobywanie 

nowych klientów to już dla ciebie rutyna. 

-  To  nigdy  nie  jest  rutyna  -  odparła  szybko.  Może  za  szybko?  Theresa  rzeczywiście  zachowywała  się 

zawsze  tak,  jak  gdyby  na  niczym  jej  nie  zależało,  no,  może  z  wyjątkiem  poderwania  jakiegoś  kolejnego 
przystojniaka. 

Jemu jednak najwyraźniej spodobała mu się ta odpowiedź. 
- I może właśnie dlatego MacAffee Toys chce z tobą współpracować - oznajmił. - Zachowujesz się tak, jak 

gdyby ci bardzo na nas zależało. To budzi moje zaufanie. Poza tym jesteś naprawdę niezwykle przekonująca, 
no i świetnie wyczuwasz nasze intencje. A przede wszystkim jesteś superkreatywna, umiesz połączyć pracę i 
zabawę. 

Ho,  ho,  czy  nie  za  dużo  tych  komplementów?  T.J.  podejrzewała,  że  ta  łatwość  w  chwaleniu  nie  wynika 

jedynie  z  oceny  jej  zawodowych  kompetencji.  No  tak.  Na  pewno  nie.  Gdyby  tak  było,  nie  podchodziłby 
teraz do niej bliżej z taką miną. Jeszcze bliżej... Zdecydowanie za blisko, by mogła czuć się swobodnie. 

-  Do  tego  znajdujesz  jeszcze  czas  dla  siostrzenicy...  Co  się  dzieje?  Czyżby  jemu  chodziło  po  głowie  to 

samo,  co  jej?  Ten  pocałunek  sprzed  godziny,  to,  jak  zareagowali  na  niego  oboje...  Może  dlatego  właśnie 
wspomniał, że umie łączyć pracę i zabawę. Zresztą, nic dziwnego. W końcu Theresa cieszyła się reputacją 
rasowej podrywaczki. 

- Chyba nigdy dotąd nie spotkałem  nikogo równie spokojnego...  - Nadal wpatrywał się  w  nią podejrzanie 

łagodnym wzrokiem. 

T.J. odwzajemniła spojrzenie i westchnęła ciężko. Nagle ogarnęło ją poczucie winy. 
- Może teraz też nie - wymamrotała. 
- Co takiego? 
Do diabła, musiała przestać obarczać się winą za zaistniałą sytuację. Nie miała powodu czuć się winna. To 

w końcu tylko interesy. 

- Nic, nic. - Znów odetchnęła głęboko. - T.J. będzie bardzo zadowolona, że doceniłeś jej pracę. 
- To rysunki T. J.? - Christopher miał wrażenie, że każdy z nich został stworzony przez nią samą. 
- Owszem. Ja tylko prowadzę prezentacje. 
-  Ale  bardzo  przekonująco  -  powtórzył.  -  Można  by  pomyśleć,  że  wszystkie  te  pomysły  są  twojego 

autorstwa. 

Teraz  już  otwarcie  ją  admirował.  Jego  oczy  nie  kryły  podziwu,  fascynacji  i  -  o,  zgrozo!  -  pożądania. 

Jeszcze gorsze było jednak to, że bardzo jej te spojrzenia się podobały. A najgorsze - że Christopher myślał, 
iż patrzy na Theresę. 

Cofnęła się niezdarnie o krok i potknęła o biurko. 
-  Powiem  jej,  że  ci  się  podobały,  kiedy  tylko  wróci.  -  Miała  wyschnięte  usta.  Odwróciła  się  i  zaczęła 

porządkować uporządkowane już wcześniej dokumenty. 

Tymczasem  Christopher  był  już  pewien,  że  cały  ten  raport  na  temat  Theresy  Cohran  był  stekiem  bzdur. 

Naprawdę  była  inna  -  delikatniejsza,  bardziej  nieśmiała,  z  pewnością  dużo  bardziej  w  jego  typie.  A  na 
dodatek z pełnym zaufaniem mógł powierzyć jej kampanię swojej firmy. Zadowolony z pomyślnego obrotu 
spraw zapragnął to uczcić. Z nią. 

-  Chciałbym  zabrać  cię  dzisiaj  na  kolację  -  powiedział.  T.J.  przeraziła  się,  słysząc  tę  propozycję. 

Romantyczny stolik dla dwojga, przytłumione światła, może muzyka... W takich okolicznościach nie dałaby 
chyba sobie rady. 

- To niepotrzebne - odparła. Złapał ją za ramię. 
-  Ale  ja  proszę.  Nalegam.  -  Otworzyła  usta,  aby  zaprotestować,  lecz  Christopher  był  szybszy.  -  Musimy 

przecież zacieśnić nasze relacje. 

background image

 

25 

Jakby te relacje i tak nie były już zbyt poufałe, pomyślała gorzko T.J. 
- Jesteś pewien, że tego  chcesz?  -  zapytała. - Czy  nie  lepiej, żebyś zebrał siły przed  jutrzejszym  lotem?  - 

Cholera, tak naprawdę wcale nie chciała, żeby leciał. - Wczoraj byłeś naprawdę chory. 

Gdyby  Christopher  wiedział  o  niej  tyle,  co  na  początku,  pomyślałby,  że  Theresa  zwyczajnie  usiłuje  się 

wymówić.  Wiedział  jednak,  że  jest  inaczej.  Instynkt  podpowiadał  mu,  że  ta  kobieta  nie  kłamie  i  nie 
wykorzystuje ludzi. Teraz też po prostu troszczy się o niego. 

Do licha, naprawdę mu się podobała. Chyba nawet bardziej, niż powinna. 
- To była tylko grypa. Czuję się już normalnie - odparł. Mało tego, czuł się tak, jak gdyby nigdy w życiu 

nie był chory! - Nie przyjmuję wymówek. Musisz się zgodzić. 

Uśmiechnęła się do niego, chociaż czuła coraz silniejszy skurcz w żołądku. 
- A więc się zgadzam. 
Choć nie powinnam, dodała w myślach. 

 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- To naprawdę nie było konieczne. - T.J. spojrzała z zakłopotaniem na siedzącego po drugiej stronie stolika 

Christophera. 

Niekonieczne,  ale  przyjemne.  Oczywiście  -  była  stremowana,  ale  jednocześnie  mile  podekscytowana. 

Powtarzała sobie, że to tylko jeden wieczór, że musiała się zgodzić na wspólne wyjście, że skoro on już i tak 
uwierzył,  że  T.J.  jest  Theresą,  to  nie  stanie  się  nic  strasznego.  Wino,  które  wypiła  do  posiłku,  dodatkowo 
zagłuszyło wyrzuty sumienia. 

-  A  ja  myślę,  że  było  konieczne  -  odparł  Christopher.  Widać  było,  że  on  też  dobrze  się  bawi  w  jej 

towarzystwie. 

- Naprawdę? - T.J. oparła podbródek na dłoni. Miała wrażenie, że wino coraz mocniej szumi jej w głowie. 
- Naprawdę. - Chciał odwdzięczyć się za wspaniałą opiekę i spędzić z nią jeszcze trochę czasu. Rozejrzał 

się po restauracji. Była porządnie zatłoczona, mieli dużo szczęścia, że znaleźli wolny stolik. - Nie sądziłem 
tylko, że dasz się namówić na stek. 

Fakt, prawdziwa Theresa odmówiłaby. Nie zjadłaby stęka, chyba że nazywałby się filet mignon i kosztował 

trzydzieści dolarów za porcję. T.J. miała jednak nieco mniej wyrafinowany gust. 

- Widzę, że masz mnóstwo ustalonych opinii na mój temat - powiedziała z zalotnym uśmiechem. 
- Tylko trochę. 
T.J. nadziała na widelec ostatni z pieczonych ziemniaków. 
- Odrobiłeś pracę domową? 
Nie dziwiło jej, że starał się zebrać przed przyjazdem jak najwięcej informacji na jej temat. Ciekawe, co by 

powiedział, gdyby dowiedział się, że wcale nie siedzi naprzeciwko bohaterki swojego raportu? Przez chwilę 
kusiło  ją  nawet,  aby  wyznać  mu  prawdę,  chociażby  po  to,  by  zobaczyć  jego  reakcję.  Wtedy  jednak 
musiałaby  ostatecznie  zrezygnować  z  całej  tej  maskarady,  a  to  oznaczałoby,  że  zapewne  straciłby  tak 
wyraźne zainteresowanie jej osobą, nie wspominając już o konsekwencjach takiego postępowania dla C&C 
Advertising. 

Tak jak teraz było więc lepiej. Dużo bezpieczniej. 
I o wiele bardziej ekscytująco. 
Christopher podniósł do góry obie ręce. 
- W porządku, przyłapałaś mnie. Sprawdziłem cię. Lubię  wiedzieć  zawczasu, z kim  mam  do czynienia.  - 

Uważnie obserwował jej twarz, jakby z obawą, czy nie poczuje się urażona przeprowadzonym śledztwem. 
Ale nie. Nie była na niego zła. Prawdę mówiąc, spodziewał się tego. Theresa Cohran była ponad takie głupie 
urazy i uprzedzenia. - A ty nie lubisz? 

- I tak, i nie - odparła wymijająco. 
Nagle  pomyślała  o  ich  pocałunku.  Właściwie  to  nie  był  ich  pocałunek.  Christopher  tak  naprawdę 

pocałował Theresę. 

Poczuła  nagłe  ukłucie  w  sercu.  Domyślała  się,  że  to  wino  jest  odpowiedzialne  za  owo  niespodziewane 

uczucie zazdrości, ale wcale nie czuła się przez to mniej zraniona. 

- Czasem lubię niespodzianki - dodała głębokim, aksamitnym głosem. 
-  Ja  nie  lubiłem.  Do  dzisiaj.  -  W  jego  oku  pojawił  się  nagły  błysk,  kąciki  ust  uniosły  się  do  góry. 

Wyjątkowo dobrze mu się z nią rozmawiało. Kiedy tu przyjeżdżał, w ogóle się tego nie spodziewał. - Ty na 
przykład okazałaś się całkiem przyjemną niespodzianką. 

W tym momencie Theresa roześmiałaby się zapewne kusząco. T.J. nie pozwalało na to poczucie winy. Nie 

mogła go przecież oszukiwać w nieskończoność. 

background image

 

26 

- Może wyciągasz zbyt pochopne wnioski - powiedziała, jakby chciała go ostrzec. 
Ale on utwierdził się tylko w przekonaniu, że jego partnerka, nie dość że piękna, to jeszcze jest skromna. 
-  Nie  sądzę  -  odparł.  -  Jestem  dobrym  obserwatorem.  Pochylił  się  w  jej  stronę  i  dolał  wina  do  kieliszka. 

Butelka  była  już  pusta,  pomyślał  więc,  że  zamówi  jeszcze  jedną.  Po  chwili  jednak  zrezygnował.  Wolał 
zachować  pełną  przytomność  umysłu.  Przeczucie  podpowiadało  mu,  że  ten  wieczór  nie  skończy  się  tak 
szybko. 

-  Pozwól,  że  ci  przypomnę,  iż  większość  czasu  przeznaczonego  na  obserwację  spędziłeś  pod  kołdrą  w 

stanie śpiączki - przekomarzała się Theresa. 

-  Niektóre  rzeczy  po  prostu  się  wie.  Wy,  kobiety,  nie  doceniacie  czegoś  takiego,  jak  męska  intuicja.  - 

Pochylił  się  ku  niej  i  przykrył  dłonią  jej  drobną  dłoń.  Dziwne,  pomyślał,  w  tym  hałaśliwym,  jaskrawo 
oświetlonym miejscu czuł się o wiele intymniej niż w romantycznych, słabo oświetlonych restauracjach, do 
których prowadzał wcześniej swoje partnerki. - Cieszę się, że nasza współpraca dobrze się ułoży. Myślę, że 
twoja  agencja  może  zrobić  wiele  dla  mojej  firmy  -  dodał,  żeby  nie  odgadła  jego,  wcale  nie  związanych  z 
kontraktem, myśli. 

Uniosła kieliszek do góry. 
- Co do tego nie mam wątpliwości. Mamy masę pomysłów... 
Przebiegł  spojrzeniem  po  jej  prostej  czarnej  sukni,  którą  nosiła  z  gracją  księżniczki  przyodzianej  w 

aksamity. 

- Ja też mam mnóstwo pomysłów... - Nie mógł sobie odmówić tej dwuznaczności. 
T.J. przebiegł po plecach  dreszcz  na te słowa. Szybko  wychyliła  wielki  łyk  wina. Wiedziała, co  miał na 

myśli. Może dlatego, że sama o tym myślała. 

Christopher odchylił się nieco do tyłu. 
- Nie masz pojęcia, jaka to ulga rozmawiać z kimś takim, jak ty - zaczął. - Nareszcie mogę się odprężyć i 

nie  myśleć,  czy  przypadkiem  nie  jesteś  tu  ze  mną  dlatego,  że  interesuje  cię  wyłącznie  MacAffee  Toys,  a 
nie... 

- A nie ty sam? - podpowiedziała. 
Boże, jeśli było tak, jak mówił, to wszystkie kobiety w jego życiu musiały być ślepe! Przecież ten facet był 

wspaniały. Gdyby to ona go spotkała, oczywiście jako T.J., a nie Theresa, z pewnością nie myślałaby o jego 
bankowych  rachunkach,  a  o  nim  samym.  Kto  wie,  może  nawet  zastanowiłaby  się,  czy  nie  skończyć  z 
wiecznym rozpamiętywaniem swojej małżeńskiej porażki i nie spróbować jeszcze raz? 

Sęk w tym, że nie spotkała go jako T.J. Dla niego była Theresa i tak musiało pozostać. 
Christopher spojrzał na nią z zakłopotaniem. 
-  Właściwie  to  nie  chciałem,  żeby  zabrzmiało  to  w  ten  sposób.  Nie  zawsze  potrafię  właściwie  dobrać 

słowa. 

- Bez przesady. Dobrze sobie radzisz. - Może nawet zbyt dobrze, dodała w duchu. 
Christopher pokręcił w zamyśleniu kieliszkiem. 
- Byłabyś zdumiona, gdybyś wiedziała, jak wiele kobiet kieruje się wyłącznie pragmatyzmem w relacjach 

męsko-damskich - powiedział. - Wprawdzie przez ostatnie lata nie miałem zbyt wiele czasu na spotkania z 
kobietami, ale... 

T.J. dojrzała smutny błysk w jego oku i natychmiast podpowiedziała: 
- Ale ta, dla której znalazłeś czas, cię zawiodła? No nie, brakuje jeszcze, żeby zaczęli się sobie zwierzać! 

To  naprawdę  nie  musiało  być  częścią  roli,  jaką  miała  do  odegrania.  Sama  jednak  pamiętała  ból,  jaki  ją 
ogarnął  po  odejściu  Petera,  i  nie  mogła  nie  współczuć  mężczyźnie,  który  siedział  z  nią  w  tej  chwili  przy 
jednym stoliku w niedrogiej restauracji. 

- Można tak powiedzieć. - Christopher dopił wino, po czym postawił kieliszek na stole.  - Dostałem nieźle 

w kość. 

Czuł  się  trochę  głupio,  ale  co  tam.  Był  wobec  niej  bezwstydnie  szczery,  bardziej  niż  wobec  wszystkich, 

których znał przez całe życie. Dziwne, ta kobieta, którą po raz pierwszy ujrzał niespełna czterdzieści osiem 
godzin wcześniej, była mu bliższa niż najlepsi przyjaciele. W jej oczach było tyle  zrozumienia, że nie mógł 
nie powiedzieć jej reszty. 

-  Poleciała  na  moje  nazwisko  i  konto  bankowe.  Na  rodzinne  koneksje...  -  Zerknął  na  nią  uważnie.  -  Hej, 

czy ciebie też to czasem nie spotkało? 

T.J.  nie  miała  pojęcia,  co  odpowiedzieć.  Akurat  teraz  nie  mogła  przecież  być  z  nim  szczera  (jeśli 

kiedykolwiek  w  ogóle  była!).  Pomyślała  o  Theresie.  O  pełnym  splendoru  życiu,  jakie  prowadziła,  o 
wszystkich  mężczyznach,  którzy  kręcili  się  wokół  niej.  W  porównaniu  z  kuzynką  czuła  się  jak  brzydkie 
kaczątko, choć przecież w gruncie rzeczy były do siebie tak bardzo podobne. Wyglądały identycznie, ale to 
właśnie  umiłowanie  życia  Theresy,  jej  energia,  temperament  czyniły  ją  piękną.  Czasami  T.J.  zazdrościła 

background image

 

27 

kuzynce tej umiejętności korzystania z uroków życia bez oglądania się na resztę. 

Ale za to ona miała Megan. I swoją ukochaną pracę. 
Czy to mało? 
Wystarczy aż nadto, powtórzyła z uporem. 
Zrobiła minę konspiratorki i przysunęła się bliżej Christophera. 
- Czy mnie to kiedyś spotkało? - szepnęła. - Wciąż mnie to spotyka. 
- Więc mamy ze sobą wiele wspólnego. - Spojrzał na nią. Chyba nie była co do tego przekonana.  - Oboje 

prowadzimy rodzinny interes - zaczął wyliczać - oboje jesteśmy jedynakami, oboje musimy umieć oddzielać 
ziarna od plew... 

I na szczęście oboje jesteśmy wolni, dodał w duchu. 
- Tyle że ty wciąż zajmujesz się interesami, a ja nie - dopowiedziała z uśmiechem. 
Aha, i jeszcze coś, nie jestem tą osobą, za którą mnie bierzesz. 
- Może  nie powinienem. - Christopher nagle poczuł się  gotów, by zmienić całe swoje życie.  - To znaczy, 

może nie powinienem zajmować się wciąż interesami. Przecież nie muszę. - Wzruszył ramionami. - A już na 
pewno nie wtedy, gdy jestem w towarzystwie tak wspaniałej osoby. 

. Kompletnie już trzeźwa T.J. wbiła wzrok w talerz i zaczęła prosić Boga, by w cudowny sposób zabrał ją z 

tego miejsca. Facet w niej się zadurzył! W jawny sposób robi jej propozycje! Wciąż nie bardzo mogła w to 
uwierzyć,  ale  tak  właśnie  było.  Tylko  co  powie,  kiedy  odkryje,  że  otwierał  swoje  serce  przed  oszustką? 
Zrobiło jej się go żal. A jeszcze bardziej żal siebie. 

Musi  zmienić  temat,  klimat,  charakter  tej  rozmowy.  Desperacko  chwyciła  się  pierwszej  myśli,  jaka 

przyszła jej do głowy. 

-  A  propos  odpowiednich  osób  -  zastanawiałam  się  właśnie  nad  czymś.  Za  niecałe  dwa  tygodnie  mamy 

Dzień świętego Walentego. 

-  Wiem  o  tym  -  odparł  rozmarzony.  Hm,  chyba  nie  najlepiej  trafiła.  Opuściła  wzrok.  Nic  z  tego  nie 

wyjdzie, jeśli będzie wpatrywać się w te jego piękne oczy. 

- Jeśli się pośpieszymy - zaczęła szybko tłumaczyć - zdążymy przygotować kampanię telewizyjną na kilka 

dni przed... 

-  Walentynkową  kampanię  dla  MacAffee  Toys?  -  przerwał  jej.  Najwyraźniej  go  to  rozbawiło.  -  Zabawki 

dla maluchów nie kojarzą się raczej z walentynkami. 

-  Zabawki  nie,  ale  maskotki  tak.  -  Wspaniały  pomysł  już  kiełkował  w  jej  głowie.  Nie  istniały  przecież 

żadne reklamy zachęcające do kupna walentynkowych maskotek dla ukochanej osoby. Tego dnia królowały 
czerwone róże i czekoladki. 

-  Ostatniego  wieczoru  przeglądałam  wasz  katalog.  Macie  kilka  zabawek  idealnie  nadających  się  na 

prezenty,  które  mężczyźni  wręczyliby  kobietom  swego  życia.  Na  przykład  ten  wasz  biały  miś  -  ciągnęła, 
coraz bardziej rozentuzjazmowana. 

- Ten, który mówi: „Kocham cię”, kiedy się go naciśnie. 
- Wyciągnęła z torebki długopis i nabazgrała coś na serwetce, po czym obróciła ją w stronę Christophera. - 

To  doskonałe.  Moglibyśmy  dać  tekst:  „Nie  możesz  znaleźć  właściwych  słów?  Na  walentynki  wyślij 
posłańca”. I pokazać tego misia. 

Roześmiał się, ubawiony tym pomysłem. 
- Wierz mi, kobiety uwielbiają maskotki - przekonywała. Christopher znów spojrzał na nią z zachwytem i 

pokręcił z niedowierzaniem głową. Czy on spotkał bizneswoman, czy anioła? 

- Byłem pewien, że ty wolałabyś biżuterię - powiedział nieśmiało. 
Miał  rację.  Znowu  wpadka.  Theresa  podziwiała  przecież  wszystko,  co  błyszczało  i  mierzone  było  w 

karatach. To tylko T.J. miała tę śmieszną słabość do pluszowych przytulanek. 

- Lubię i jedno, i drugie. Miś mógłby trzymać pudełko z brylantowym pierścionkiem. Przywiązałoby sieje 

na wstążce i powiesiło na szyi. - Pośpiesznie narysowała na serwetce figurkę kobiety z misiem, która ściska 
z wdzięczności ukochanego mężczyznę. - Co o tym sądzisz? 

- Podoba mi się. Tylko tak dalej. 
-  Nie  ma  sprawy.  -  Rozpromieniła  się  zadowolona,  po  czym  przypomniała  sobie  nagle,  że  nie  załatwili 

przecież jeszcze żadnych formalności. - Ale... Czy nie sądzisz, że najpierw powinniśmy podpisać umowę? 

Christopher niedbale wzruszył ramionami. 
- To zwykła formalność, załatwimy to  do końca tygodnia  - powiedział. - Moi prawnicy  już przygotowują 

jej projekt. 

T.J. odchyliła się do tyłu i popatrzyła na niego uważnie. 
- Widzę, że byłeś pewien, że nawiążemy współpracę. Doświadczenie nauczyło go ostrożnie odpowiadać na 

tego rodzaju pytania. 

background image

 

28 

-  Niezupełnie.  Chciałem  się  najpierw  przekonać,  jacy  naprawdę  jesteście.  Nie  bardzo  wierzę  we 

współpracę z firmami, których prezesi nie angażują się w pracę, jej jakość, lecz tylko i wyłącznie gonią na 
zyskiem. Ty mnie po prostu podbiłaś. - Wyciągnął dłoń, aby przypieczętować umowę. 

Gdy ich ręce zetknęły się, T.J. owładnęło poczucie satysfakcji. Satysfakcji połączonej z oczekiwaniem. Na 

co? 

Christopher nie zamierzał zbyt prędko przerwać uścisku. Trzymał  długo  jej dłoń  w swojej i rozkoszował 

się uczuciem, które nie miało nic wspólnego z umową, która wkrótce połączy dwie firmy. Czuł raczej to, co 
czuje mężczyzna w towarzystwie pięknej kobiety. 

Wreszcie puścił jej rękę i podniósł kieliszek. Została w nim tylko kropelka na dnie, ale uznał, że wystarczy 

to do spełnienia toastu. 

-  Za  długi  i  pomyślny  związek  -  powiedział.  T.J.  stuknęła  lekko  pustym  kieliszkiem  o  kieliszek 

Christophera. Miała nadzieję, iż to, że spełniają toast z pustych naczyń, nie wróży źle ich współpracy. 

- Za przyszłość - powiedziała. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, że zrobiliśmy cię w konia, dodała 

w myślach. 

-  Theresa?  Co  się  dzieje?  Wydajesz  się  zdenerwowana  -  zauważył.  -  Czy  to  przeze  mnie?  Kto  wie,  kto 

wie... 

- Nie, denerwuję się ze swojego powodu - odparła, uznając, że może odrobina uczciwości z jej strony nieco 

go zastopuje. 

- Dlaczego? 
- Ponieważ myślę o tym, o czym nie powinnam myśleć. Nie odrywał od niej wzroku. Widocznie rozumiał 

jej słowa tak, jak chciał rozumieć. 

- O czym? - zapytał, patrząc intensywnie w jej twarz. 
- O łączeniu przyjemności i interesów - wypaliła. 
- Zabawne, też o tym myślałem - szepnął. 
Och, jak łatwo byłoby pozwolić sprawom toczyć się własnym trybem... Ale to byłoby kolejne kłamstwo. 

Najgorsze ze wszystkich. 

T.J. przywołała się do porządku. 
- My nie możemy - stwierdziła kategorycznie. 
-  Niby  dlaczego  nie?  -  zdumiał  się.  Chyba  nie  spodziewał  się  takiej  reakcji.  Nic  dziwnego,  po  tym 

wszystkim... - Czasami niektórym ludziom się udaje. 

T.J. pomyślała o wszelkich konsekwencjach, jakie niechybnie nastąpiłyby, gdyby wdali się w romans. 
-  Ale  nie  tym  razem,  nie  nam  -  powiedziała.  O  dziwo,  Christophera  nie  zniechęciła  i  nie  zirytowała  jej 

odmowa.  Ta  dama  była  o  wiele  bardziej  skomplikowana  niż  myślał.  Zalotna  i  zdystansowana,  kusząca  i 
nieśmiała. Stanowiła pudełko pełne niespodzianek, a każda z nich była przyjemniejsza od poprzedniej. 

- Nigdy nie wiadomo, dopóki się nie spróbuje - nalegał. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. 
-  Nie  chciałabym,  żebyś  myślał,  że  uwodzę  cię,  bo  zależy  mi  na  twojej  firmie.  Już  dość  miałeś 

rozczarowań...  -  wyznała,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  Para,  która  ich  mijała,  przeniosła  spojrzenie  z 
Christophera na T.J. i z dezaprobatą potrząsnęła głowami. - Widzisz, ci na pewno tak o mnie pomyśleli. Że 
zachłanna panienka składa biznesmenowi nieprzyzwoite propozycje. 

-  To  zabawne,  bo  jest  odwrotnie.  To  ja  składam  propozycję.  A  ponieważ  zawarliśmy  już  naszą  umowę, 

wszystko,  co  wydarzy  się  między  nami,  nie  będzie  miało  związku  z  pieniędzmi,  kontraktami  i  zyskiem. 
Będzie czyste i bezinteresowne. 

Popatrzył na pusty talerz i pusty kieliszek. Nagle zdał sobie jasno sprawę, czego pragnie na deser. Bardzo 

rzadko był równie mocno pewien czegoś, co nie miało związku z zarabianiem i inwestowaniem. Tym razem 
nie miał żadnych wątpliwości. 

- Gotowa do wyjścia? - zapytał. 
- Tak. 
T.J.  wiedziała,  że  odpowiedziała  nieco  za  szybko  i  że  Christopher  mógł  niewłaściwie  zrozumieć  jej 

odpowiedź. Chciała po prostu wydostać się już stąd i wrócić do domu, gdzie czekały na nią Megan, Cecilia 
oraz zimny prysznic. Wejdzie pod niego i nie będzie wychodzić przez dobre kilka godzin! 

Podniosła  torebkę  i  wstała.  Christopher  otoczył  ją  ramieniem  i  poprowadził  do  wyjścia.  Na  zewnątrz 

spostrzegł,  że  kobieta  drży.  Na  pewno  nie  z  powodu  tremy,  uśmiechnął  się  w  duchu.  Theresa  Cohran  nie 
miała prawa drżeć z wrażenia w obecności mężczyzny. Może to chłodne powietrze? Ale przecież nie było 
zimno, wręcz przeciwnie, noc była ciepła i pogodna, zupełnie jak jego nastrój. 

Kiedy szli w stronę jej samochodu, przyszedł mu do głowy inny powód, dla którego mogła drżeć. 
- Thereso, powiedz szczerze, czy ty się dobrze czujesz? Chyba się ode mnie nie zaraziłaś, prawda? 
-  Nie.  -  Mogłaby  się  posłużyć  i  taką  wymówką,  ale  nie  miała  już  sił  na  kolejną  komedię.  Gdy  doszli  do 

background image

 

29 

samochodu, spojrzała mu prosto w oczy i oznajmiła: - Nie powinniśmy tego dłużej ciągnąć. 

Tak trudno było jej to powiedzieć. A jednak tak było najlepiej dla nich obojga. 
Christopher stracił pewność siebie. Czyżby błędnie zinterpretował jej sygnały? To niemożliwe, zbyt dobrze 

znał  się  na  ludziach.  Uporczywie  wpatrywał  się  w  jej  twarz  w  poszukiwaniu  jakiejś  wskazówki,  wreszcie 
zapytał: 

- Dlaczego? 
Theresa  na  pewno  wymyśliłaby  coś,  zasypała  go  dziesiątkami  wyjaśnień.  T.J.  mogła  jedynie  wyszeptać 

prawdę. 

- Bo... bo za bardzo tego pragnę. 
Zabawne,  jak  kilka  prostych  słów  może  odmienić  czyjeś  życie.  Christopher  nigdy  nie  był  przesadnie 

wylewny, nie ujawniał swoich uczuć. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Nie zważając na to, że znajdują 
się  w  publicznym  miejscu,  gdzie  przechodzi  mnóstwo  ludzi,  przygarnął  ją  do  siebie  i  głęboko  wciągnął 
przesycone zapachem jej włosów powietrze. 

- Rozumiem - szepnął. 
Popatrzyła na niego niepewnie. Powinna uciec. Nie narażać na niebezpieczeństwo siebie, firmy, no i jego - 

Christophera. A jednak stała tu i pragnęła, żeby dotykał jej ramienia. Żeby wdychał zapach jej włosów. Żeby 
pragnął jej i... żeby się z nią kochał. 

Czy ona zwariowała! 
- Naprawdę? - zapytała. Skinął głową. 
- Boisz się poddać swoim emocjom - powiedział. - Zawsze musisz wszystko kontrolować, prawda? 
Mój Boże, jak bardzo się mylił. Otworzyła usta, aby zaprotestować, ale położył palec na jej wargach. 
-  Wiem  -  zapewnił  ją.  -  Sam  jestem  taki.  Ale  teraz  żadne  z  nas  nie  musi  sprawować  kontroli  nad  tym 

drugim.  Nie  o  to  chodzi.  Możemy  być  po  prostu  dwójką  ludzi,  którzy  cieszą  się  sobą  wzajemnie.  To  nie 
rywalizacja... 

W  jego  ustach  brzmiało  to  tak  prosto.  Gdyby  poznała  go  jako  T.J.,  nie  jako  Theresa,  być  może 

rzeczywiście  takie  by  było.  Przez  chwilę  biła  się  z  myślami.  Walczyły  w  niej  poczucie  winy  i  pożądanie. 
Ostatecznie zwyciężyło poczucie winy. 

T.J. miała jednak niepokojące przeczucie, że to zwycięstwo niekoniecznie jest trwałe. 
Co gorsza, wcale nie chciała, żeby tak było. 
- Nie chciałam niczego takiego powiedzieć... 
-  No  widzisz?  Myślimy  w  ten  sam  sposób.  Im  dłużej  z  tobą  rozmawiam,  tym  bardziej  wydaje  mi  się,  że 

jesteśmy do siebie podobni. 

- Niewiarygodne, prawda? - Roześmiała się, ale ten śmiech zabrzmiał w jej uszach dość ponuro, 
- Tak, to dobre słowo dla tej sytuacji. 
Pochylił głowę  i serce T.J. na moment zamarło. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale uczucia zwyciężyły. 

Nie czekając, aż Christopher zrobi pierwszy krok,  wspięła się na palce i zanurzyła dłonie  w  jego włosach. 
Jakaś potężna, nie znana T.J. siła, kazała przycisnąć jej wargi do jego ust. 

I wtedy to poczuła. Nie myślała już o niczym, zniknęła gdzieś wina i wyrzuty sumienia. Ręce Christophera 

spoczęły  na  jej  ramionach,  usłyszała  jego  zduszony  jęk  i  ogarnęło  ją  nagłe  uczucie  radości,  gdy 
odpowiedział na pocałunek i po chwili go pogłębił. 

Stali tak, spleceni ze sobą jak dwójka zadurzonych w sobie nastolatków, i nie mogli oderwać się od siebie. 
T.J. zrobiła to pierwsza. 
- Chyba powinniśmy już wracać, prawda? 
- Nie jestem pewien, czy trafię - odpowiedział. - W takim stanie... 
Otworzyła drzwi od strony kierowcy i usiadła. 
- W porządku - powiedziała. - Ja będę prowadzić, wiem jak stąd najprędzej wrócić. 
Przynajmniej mam taką nadzieję, dodała w myślach. 

 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Christopher zawsze był  ostrożny  w relacjach  z  kobietami. Tak właśnie  wychował  go  ojciec  i  dlatego też 

sądził, że zawsze będzie zachowywał się w ten sposób. 

Teraz jednak  nie żywił  wobec Theresy żadnych podejrzeń. Czuł się tak, jakby  w jednej  chwili pozbył się 

rezerwy  i  uprzedzeń,  narosłych  przez  lata,  kiedy  to  nie  miał  szczęścia  w  kontaktach  męsko-damskich. 
Ogarnęła go dziwna pewność, że nie potrzebuje już ochrony. 

Siedząca obok niego w samochodzie kobieta całkowicie zawładnęła jego myślami. Miała wszystko, czego 

poszukiwał w istotach płci żeńskiej: była inteligentna, wesoła, intrygująca i troskliwa. Na dodatek seksowna 

background image

 

30 

i obdarzona niezwykłym talentem do interesów. Czego jeszcze mógłby pragnąć mężczyzna? 

Tylko jednego - posiąść ją na własność. Stworzyć z nią trwały, szczęśliwy związek. Tego właśnie pragnął 

on, Christopher MacAffee. 

Gdyby  przyjrzeć  się  wszystkiemu  z  należytym  dystansem,  pomyślał,  to  ta  niezbyt  elegancka  restauracja 

specjalizująca się w stekach nie była najszczęśliwszym miejscem na zakochanie się. A jednak tak się stało. 
Zakochał się... To musiała być miłość, skoro nigdy jeszcze nie doświadczył podobnego uczucia. 

Chciał wziąć ją w ramiona i tańczyć z nią na brzegu Thamizy. Zabrać ją do Paryża, żeby sączyć wino w 

cieniu Wieży Eiffla. Na Tahiti, żeby kochać się na plaży. Czuł się silny, dziki, wyzwolony... To musiała być 
miłość. Nic innego. Albo miłość, albo całkowite szaleństwo. 

Z kolei T.J. czuła się zniewolona. Pozbawiona swobody z powodu tej idiotycznej sytuacji, w jakiej oboje 

się  znaleźli.  Gdyby  nie  trzymała  kierownicy,  zapewne  ogryzałaby  teraz  nerwowo  paznokcie  -  coś,  czego 
Theresa z pewnością nigdy by nie zrobiła. Kuzynka zawsze panowała nad swoimi nerwami.  Niestety, ona, 
T.J., wprost przeciwnie. 

Czy  jednak  Theresa  miała  kiedykolwiek  jakiś  powód,  by  się  denerwować?  Przywykła  do  nieustannej 

adoracji. I do tego, że gdy pojawia się jakiś problem, zawsze jest pod ręką jej kuzynka, która bez mrugnięcia 
okiem zajmie się wszystkim w razie czego. 

T.J. zacisnęła szczęki. A  może  ona  miała już dosyć bycia tą, na której  w każdej sytuacji  można polegać. 

Zawsze spokojną, odpowiedzialną, zawsze w cieniu Theresy. Może i ona chciała choć raz poczuć się szalona 
i beztroska. 

Zerknęła  na  Christophera  i  dostrzegła,  że  wpatruje  się  w  nią  z  podziwem.  Poczuła  rozlewające  się  po  jej 

ciele ciepło i uśmiechnęła się do niego szeroko. 

Proszę  uprzejmie  -  skoro  on  uważa,  że  ona  jest  Theresa,  to  nią  będzie.  Przez  cały  czas.  A  jutro,  kiedy 

Christopher odleci na zawsze, znów zamieni się w nudną, bezpieczną i równie seksowną, co stary kapeć T.J. 

Poruszyła  się  na  fotelu.  Pas  wpijał  się  w  jej  ramię,  mimowolnie  przypominając,  że  powinna  pamiętać  o 

swoim bezpieczeństwie. Dosyć, zirytowała się. Nie może być całe życie taka ostrożna. Ten jeden jedyny raz 
trzeba złapać byka za rogi. Przecież i tak nikt się nigdy nie dowie... 

Ogarnęła  ją  olbrzymia  pokusa.  Czy  chciałby  tego,  gdyby  mu  pozwoliła?  Uśmiechnęła  się  lekko,  a  krew 

zaczęła szybciej krążyć w jej żyłach. Pożądanie wygrywało bitwę ze zdrowym rozsądkiem. 

Wprowadziwszy samochód na podjazd, zaciągnęła ręczny hamulec i spojrzała mu w twarz. 
- Coś taki milczący? - Nie odzywał się prawie, odkąd odjechali spod restauracji. - Czy powiedziałam coś, 

co tak bardzo dato ci do myślenia? 

- Wszystko, co  mówisz, daje  do  myślenia  - uśmiechnął się. - Ale tak naprawdę, to zastanawiałem się,  jak 

zabawnie potrafią układać się ludzkie losy - dodał. 

Miał oczywiście rację. Gdyby tak nie było, nie siedzieliby tutaj, pod jej domem. Pan Bóg w niebie musiał 

mieć niezły ubaw, patrząc na nich z wysokości. 

- Czy wiesz, że omal nie zrezygnowałem ze spotkania z tobą? - odezwał się Christopher, gdy wysiedli. 
Nie  bardzo  rozumiała.  Wiedziała,  że  miał  w  zwyczaju  sam  podejmować  ważne  decyzje  dotyczące  jego 

firmy, podobnie jak jego ojciec. 

- Przecież zawsze... - zaczęła. 
- Tak, to prawda - przerwał jej i wzruszył ramionami. 
- Ja „zawsze”, mój ojciec też „zawsze”... Święte, niezmienne reguły. Tacy jesteśmy, takie mamy zwyczaje. 

Ale życie jest zbyt skomplikowane i krótkie na takie luksusy, jak spotkanie dwojga ludzi przed podpisaniem 
umowy. Poza tym oboje wiemy, że umowę można zerwać, jeśli któreś z nas jest niezadowolone, niezależnie 
od tego, jak wielkie to rodzi komplikacje. - Pokręcił głową. Wciąż nie mógł uwierzyć, że omal nie popełnił 
fatalnego błędu, nie zmarnował życiowej szansy. 

- Myślałem o wprowadzeniu nowych zasad - wyjaśnił. - 
Chciałem zdać się na moich pracowników i im zlecać takie zadania, jak ocena ludzi, z którymi zamierzam 

współpracować. 

T.J.  podeszła  do  drzwi  i  wyciągnęła  z  torebki  klucze.  Wyjął  je  z  jej  ręki  i  sam  otworzył.  Przepuścił  ją 

przodem, po czym oddał pęk kluczy. Dotknięcie jego dłoni sprawiło, że zadrżała. 

Pokój gościnny był nieoświetlony, tylko w przedpokoju paliła się mała lampka. Cecilia i Megan poszły już 

dawno spać. 

A więc teraz jest z nim sama. Zupełnie sama. 
-  Cieszę  się,  że  jednak  zdecydowałem  się  przyjechać  -  odezwał  się  Christopher.  -  Moi  współpracownicy 

posiadali całkowicie błędne informacje na twój temat. 

T.J.  przekrzywiła  lekko  głowę,  tak  jak  miała  to  w  zwyczaju  Theresa,  kiedy  flirtowała.  Poczuła 

nieprzyjemny  ucisk  w  żołądku.  Cóż,  zdaje  się,  że  przedobrzyła.  Za  dobrze  udawała  Theresę,  a  teraz...  No 

background image

 

31 

właśnie, co teraz? 

-  Niby  dlaczego  błędne?  -  zapytała  prowokująco.  Delikatnie  przesunął  wierzchem  dłoni  po  jej  gęstych 

włosach. Nie układała ich, zwisały luźno, niczym ocean ciemnych loków, który aż prosił się o to, aby się w 
nim zanurzyć. 

-  Pozwolili  mi  uwierzyć,  że  jesteś  próżną  i  płytką  flirciarą,  która  pozostawia  prowadzenie  firmy  bardzo 

zdolnym współpracownikom i stąd bierze się ten jej sukces. 

- Ale ja... 
- Nie jestem taka - dokończył za nią. - Wiem. Przekonałem się już o tym i wierz mi, znam twoją prawdziwą 

wartość. Dziennikarze to idioci... Moi pracownicy również. - Odsunął się nieco i popatrzył na nią uważnie w 
świetle  księżyca  sączącym  się  z  francuskiego  okna.  -  Nie  jesteś  próżna,  chociaż  masz  ku  temu  wiele 
powodów. Z całą pewnością nie jesteś też płytka. A skoro sama pracowałaś nad tą wspaniałą prezentacją, to 
widać nie masz mniej talentów od swoich współpracowników. 

- To T.J.... - Jedynie tyle zdołała wyszeptać. Christopher uśmiechnął się tylko. Na dodatek była lojalna. 
Dlaczego jednak, do licha, nie chce być chwalona za swoje własne projekty? 
- Wiesz co? Zdaje mi się, że ta T.J. to tylko zasłona dymna - stwierdził. 
- Nie, wcale nie. Ona... 
-  Daj  spokój.  -  Najwyraźniej  zamierzała  upierać  się,  że  pracę  wykonała  jej  kuzynka.  Może  nawet 

uwierzyłby  w  to,  gdyby  nie  widział  w  restauracji  pośpiesznie  wykonanego  szkicu.  Położył  ręce  na  jej 
ramionach i powtórzył:  - Daj spokój. Ten szkic,  który zrobiłaś  w restauracji... Pamiętasz? Rysowała  go ta 
sama osoba, która przygotowała szkice do kampanii. Nie upieraj się już. Mnie nie oszukasz. 

T.J. nerwowo przełknęła ślinę. 
- Rysujemy w bardzo podobnym stylu... - zaczęła. 
-  Sama  widzisz,  Thereso  -  przerwał  jej.  -  Gdybyś  była  próżna  albo  płytka,  cieszyłabyś  się  teraz  i 

przypisywała sobie cudze zasługi. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Pod wrażeniem tej prezentacji - spojrzał 
jej głęboko w oczy - i twoim. 

Puls  T.J.  przyśpieszył,  poczuła,  że  uginają  się  pod  nią  kolana.  Pragnęła  tego,  pragnęła  rozpaczliwie,  a 

jednak wciąż wydawało się jej to nieuczciwe. Przecież on myślał... on myślał... 

Christopher pochylił się i przycisnął wargi do jej ust. Do diabła z tym, co myślał! Zacisnęła dłonie na jego 

mocnych ramionach i poddała się namiętności. Nie zastanawiała się teraz nad tym, jak bardzo skomplikuje 
to później życie Theresie. Nie była w stanie wybiec myślami tak daleko naprzód, co więcej, nie była nawet 
w stanie trzeźwo rozumować. Skoro naraziła się już na tak niezręczną sytuację, to postanowiła mieć chociaż 
z tego jakieś korzyści. Theresie na pewno nie przeszkadzałoby, że on jutro wyjeżdża. A więc będzie Theresą. 
Tylko ten jeden raz, tylko dzisiaj nareszcie zobaczy, co to znaczy żyć jak Theresa Cohran. 

Czuła się cudownie lekka, wyzwolona. Gdyby jej nie obejmował, z pewnością wzbiłaby się w powietrze. 
 
Christopher widział pożądanie w jej oczach, ale chciał być pewien, że ta kobieta naprawdę pragnie tego, co 

on. 

-  Może  znajdziemy  bardziej  intymne  miejsce?  -  Ujął  ją  za  rękę,  czekając  na  sprzeciw  i  modląc  się 

jednocześnie, aby nie nastąpił. - Ten niewielki pokoik, w którym leżałem... Idealnie by się nadawał. 

T.J. mogła jedynie skinąć głową. Nawet nie wiedziała, czy uśmiechnęła się w odpowiedzi. Pomyślała, że 

całe jej dało się śmieje. Była teraz jednym wielkim uśmiechem, esencją szczęścia. 

Poprowadził  ją  przez  korytarz  do  sypialni.  Jej  sypialni.  Po  chwili  zamknęły  się  za  nimi  drzwi  i  T.J. 

odwróciła się, aby spojrzeć mu w oczy. Czekała... 

Theresa by nie czekała. Działałaby. 
Przełknęła ślinę i palcami, które przestały już drżeć, powoli rozwiązała mu krawat. 
Christopher nigdy wcześnie  nie był równie zamroczony i równie spięty. Nie  myślał  o tym, co się  dzieje. 

Mógł tylko pozwolić, aby wszystko potoczyło się swoim torem, dać się porwać i czekać, aż to niesłychane 
napięcie znajdzie wreszcie ujście. 

Jednak nie mógł dłużej czekać. Chciał, by nastąpiło to szybciej. I by oboje na zawsze zapamiętali tę noc, 

by Theresa zapomniała o wszystkich mężczyznach, których poznała przed nim i żeby nie chciała już nikogo 
innego. 

Przejął  inicjatywę,  jednak po nasyceniu pierwszego porywu, pierwszej ciekawości, postanowił, że będzie 

kochał się z nią powoli, tak by mogła rozkoszować się każdą chwilą. I żeby po tym, co przeżyje, nie przyszło 
jej do głowy szukać innych. By na zawsze wybrała jego, tak jak on wybrał już ją. 

I  chyba  mu  się  udało,  bowiem  T.J.  czuła  się  tak,  jakby  doznała  boskiej  iluminacji.  Spodziewała  się,  że 

miłość  z  Christopherem  będzie  niezwykła,  akt  ten  był  jednak  tak  cudowny,  tak  powolny,  liryczny  i 
delikatny,  że  niemal  odchodziła  od  zmysłów.  Nigdy  przedtem  nie  zaznała  tak  słodkich  mąk.  Pragnęła 

background image

 

32 

zaspokojenia  i  jednocześnie  nie  chciała,  aby  nadeszło  zbyt  prędko.  Jeszcze  nie.  Chciała,  aby  to  rozkoszne 
oczekiwanie trwało wiecznie i nigdy się nie kończyło. 

Nie  miała  pojęcia,  że  może  być  zdolna  do  takich  przeżyć.  Wydobył  z  niej  to,  o  co  nigdy  się  nie 

podejrzewała. A gdy było już po wszystkim, otoczył ramionami i przytulił czule do siebie, tak jakby było to 
zupełnie naturalne, jakby od zawsze był jej kochankiem. 

A właściwie kochankiem Theresy, przypomniała sobie. 
W tej chwili jednak nie miało to znaczenia. Tej nocy to ona była Theresą. Jej serce przepełniało szczęście i 

ona pragnęła, aby to uczucie nigdy jej nie opuściło. 

Chciała powiedzieć mu, że po raz pierwszy jest jej tak dobrze, że nigdy dotąd nie reagowała tak namiętnie. 

Nawet z Peterem. Nie mogła mu jednak tego powiedzieć. Nie mogła powiedzieć, że nigdy dotąd nie kochała 
się  z  mężczyzną,  którego  ledwo  znała,  bo  wzbudziłaby  w  nim  niebezpieczne  podejrzenia.  Wszak  Theresa 
miała wielu mężczyzn, i on o tym wiedział. Gdyby zaczęła powtarzać tę litanię zachwytów, wyśmiałby ją, 
albo pomyślałby, że kłamie. 

Co za ironia losu. Nie może powiedzieć swemu kochankowi, że jest z nim szczęśliwa! 
Coś jednak musiała powiedzieć. Chciała, aby zrozumiał, jak bardzo był dla niej wyjątkowy. 
- Nigdy dotąd tego nie robiłam - wyznała nagle. Christopher oparł się na łokciu i uniósł pytająco brew. 
-  Nigdy  nie  kochałam  się  z  klientem  -  wyjaśniła.  Nie  wiedział,  czy  może  jej  wierzyć,  jednak  bardzo 

pragnął, by słowa Theresy były prawdziwe. 

-  Wobec  tego  jestem  pierwszy  -  stwierdził,  po  czym  uniósł  głowę  i  dotknął  ustami  jej  ust.  Reakcja  była 

natychmiastowa. 

Ogień wybuchł ze zdwojoną silą. 
T.J. obudził dzwonek telefonu. Natrętny hałas wdarł się  w jej sny, które zniknęły niczym bańki  mydlane 

rozbite o twardą ścianę. 

Uchyliła powieki i ujrzała, że pokój zalewa światło dzienne. Nadszedł ranek. Zastanawiała się, czemu tak 

szybko. 

Hałas nie ustawał. Telefon - musiała odebrać telefon. 
Kiedy  sięgała  po  słuchawkę,  zorientowała  się,  że  nie  jest  sama.  Że  obok  niej  leży  ciepłe  dało.  Nagie  i 

ciepłe. Męskie dało... 

Christopher. 
Ubiegła noc. 
Ranek. 
O, Boże! 
T.J. natychmiast się rozbudziła. Podniosła słuchawkę, sprawdzając jednocześnie, czy mężczyzna nadal śpi. 
-  T.J.?  -  usłyszała  podniecony  głos  Theresy.  Christopher  poruszył  się.  Najwyraźniej  dzwonek  telefonu 

zbudził również jego. T.J. odsunęła się nieco i przykryła prześcieradłem. 

- Tak? - szepnęła. 
-  T.J.,  to  ja,  Theresa.  -  Tym  razem  w  głosie  kuzynki  słychać  było  zdziwienie.  -  Jestem  już  w  domu.  Od 

rana. Tamten lekarz, pamiętasz, osobiście mnie zbadał - pochwaliła się i roześmiała tak dobrze znanym T.J. 
śmiechem. - Spotykam się z nim dzisiaj wieczorem. No, gadaj. Jak ci poszło w piątek? 

- Dobrze - odpowiedziała lakonicznie. Miała nadzieję, że Theresa zrozumie aluzję i zakończy rozmowę. 
Nie miała jednak szczęścia. Rozbudziła tylko ciekawość kuzynki. 
- Co to znaczy „dobrze”? I dlaczego szepczesz? Czy coś poszło nie tak? 
-  Nie,  w  porządku.  Później  ci  wyjaśnię  -  szepnęła  T.J.  nieco  zirytowana.  Theresa  otrzymywała  tyle 

telefonów  nie  w  porę,  że  chyba  mogła  się  domyślić,  że  osoba  po  drugiej  stronie  kabla  chce  zakończyć 
rozmowę. 

Nagle  poczuła  palce  Christophera  na  swoim  nagim  ramieniu  i  omal  nie  jęknęła  z  przerażenia  i...  z 

rozkoszy. 

-  Opowiedz  mi.  -  Wyglądało  na  to,  że  Theresa  ma  ochotę  na  pogawędkę.  Cholera,  świetna  pora!  -  Czy 

MacAfee’emu spodobała się prezentacja? 

Rzeczony MacAffee właśnie zabawiał się jej biustem. T.J. wstrzymała oddech. 
- Tak mi się zdaje... 
- Czy wszystko w porządku? - zaniepokoiła się nagle Theresa. - Masz dziwny głos. 
- Nie, nie... Nic mi nie jest. Zadzwonię do ciebie później, The... T. J. - poprawiła się w ostatniej chwili. 
- T.J.? - usłyszała jeszcze zdumiony głos kuzynki, po czym odłożyła słuchawkę. 
Zaraz potem Christopher przekręcił ją gwałtownie na plecy i zajrzał w jej twarz z promiennym uśmiechem. 
- To była T.J. - wyjaśniła. 
-  Tak  myślałem  -  odparł,  pieszcząc  jej  szyję.  Uwielbiał,  kiedy  się  tak  pod  nim  poruszała.  Czuł,  że  krew 

background image

 

33 

znów napływa mu do lędźwi. - Musi być bardzo czymś przejęta, skoro dzwoni w niedzielę - zauważył. 

T.J. przełknęła nerwowo ślinę. 
- Nie znasz wszystkich faktów. - Próbowała zebrać w sobie siły. Z pewnością będą jej wkrótce potrzebne. - 

Czego sobie życzysz na śniadanie? 

Uniósł głowę i popatrzył na nią z błyskiem w oku. 
- Ciebie - mruknął. 
Znowu  to  poczuła  -  szczęście  rozlało  się  po  jej  ciele  niczym  złocisty  miód.  T.J.  owinęła  ramiona  wokół 

jego szyi i przyciągnęła go do siebie. 

- Nadciąga pierwsza porcja - szepnęła. 
 
- Naprawdę już najwyższy czas, żebyście zjedli śniadanie. - Rozbawiona Cecilia zerknęła na Christophera. 

- Oho, widzę, że wróciły panu siły. 

Nie  starała  się  wcale  ukryć  wiele  sugerującego  uśmieszku,  kiedy  stawiała  przed  nimi  talerz  grzanek. 

Uśmiechnęła się do Christophera, po czym zerknęła na T.J. 

-  Zabieram  Megan  do  parku,  na  wypadek,  gdybyście  zamierzali  kontynuować  te  poufne  negocjacje  - 

poinformowała pracodawczynię. 

-  Skąd  pani  wie?  -  spytał  z  ciekawością.  W  ogóle  nie  hałasowali,  a  kiedy  wrócili,  było  już  przecież 

stosunkowo późno. Był przekonany, Theresa zresztą też, że gospodyni śpi. 

- Cecilia lubi  myśleć, że  wie  wszystko. Czasem  nawet udaje  jej się  zgadnąć.  - T.J. wymownie popatrzyła 

na Cecilię. - Ale nie tym razem. Nie będzie już negocjacji - poinformowała Cecilię, jednak unikała patrzenia 
jej w oczy. Wolała nie widzieć tego sceptycznego uśmieszku. - Załatwiliśmy już nasze sprawy, ku obopólnej 
satysfakcji. - Nie zwracając uwagi na śmiech Cecilii, popatrzyła na Christophera.  - O której Emmett ma cię 
odwieźć na lotnisko? 

-  Nie  wspominałem  ci  jeszcze?  -  Uśmiechnął  się  do  niej.  Doskonale  wiedział,  że  nie.  To  miała  być 

niespodzianka,  dopiero  co  wpadł  na  ten  pomysł.  Poczynił  odpowiednie  przygotowania,  podczas  gdy  ona 
brała prysznic w łazience. - Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni. 

 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

T.J. wpatrywała się w  milczeniu w  mężczyznę siedzącego po przeciwnej stronie stołu. Mężczyznę, który 

sprawił, że jej ciało poznało, czym jest rozkosz. Mężczyznę, który miał wyjechać, zanim zdołałby odkryć, że 
kochał się z niewłaściwą kobietą. 

Musiała dwukrotnie odchrząknąć, zanim zdołała wydobyć z siebie głos. 
- Słucham? - zapytała. 
Christopher liczył na nieco bardziej radosną reakcję. 
- Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni - powtórzył. 
Żeby być z tobą, od razu dodał w myślach. Był bliski powiedzenia tych słów na głos, ale powstrzymał się. 

Jeszcze nie. Nie może jej do siebie zrazić. Musi dać jej czas. 

- Ale dlaczego...? - wyjąkała. 
Hm, naprawdę myślał, że choć trochę się ucieszy. Ona jednak patrzyła na niego tak, jak gdyby oznajmił jej, 

że wynajął w nocy jej mieszkanie Armii Zbawienia. 

- No... - zająknął się. - Chciałbym odwiedzić twoje biuro. Popracować nad tą walentynkową promocją... 
Był  to  zaledwie  ułamek  prawdy.  Najważniejsze  bowiem  było  to,  że  tego  ranka  uświadomił  sobie,  że 

pragnie na zawsze stać się częścią jej życia. Czuł podniecenie, radość płynącą z tego nowego, nie znanego 
dotąd uczucia. Podobnie  muszą się czuć  dzieci  wypatrujące Świąt Bożego Narodzenia. Czekał  na coś, nie 
wiedział na co, lecz przekonany był, że niespodzianki, które jeszcze go spotkają, będą tylko przyjemne. 

Theresa Cohran była kobietą stworzoną dla niego. Był tego pewien. Mimo to nie mógł zupełnie wyzbyć się 

ostrożności.  To  nie  leżało  w  jego  naturze.  Będzie  musiał  spędzić  z  nią  jeszcze  trochę  czasu,  zanim  pozna 
ostateczną  prawdę  na  temat  ich  ewentualnego  związku.  Nie  był  też  ani  tak  naiwny,  ani  zarozumiały,  aby 
sądzić,  że  ta  cudowna  kobieta  po  prostu  rzuci  mu  się  w  ramiona.  Nawet  po  upojnej  nocy  miłosnej.  W  jej 
życiu byli przecież także inni, choć z reguły jedynie przelotnie. Zresztą, zapewne nadal są. On, Christopher, 
chciał  doprowadzić  do  sytuacji,  w  której  Theresa  Cohran  sama  zapragnie  stworzyć  prawdziwy  dom,  a  to 
zajmie z pewnością trochę czasu. Kilka dni - to minimum. 

-  Do  biura?  -  powtórzyła  tępo,  wciąż  nie  spuszczając  z  niego  wzroku.  Ogłupienie  powoli  ustępowało 

miejsca panice. - Ale... myślałam, że musisz wracać. 

Zerknęła na Cecilię, błagając ją wzrokiem o pomoc. Niestety - wyraz oczu gosposi wyjaśnił jej, że nie ma 

na  co  liczyć.  Cecilia  była  wręcz  rozbawiona  nieoczekiwanym  obrotem  spraw.  Ale  przecież  Cecilia 

background image

 

34 

usiłowałaby wyswatać ją nawet z listonoszem, gdyby tylko po dostarczeniu poczty zechciał zostać odrobinę 
dłużej. 

Czując  się  niczym  pierwszy  oficer  na  tonącym  „Titanicu”,  T.J.  znowu  spojrzała  na  Christophera.  Może 

tylko żartował? 

-  Fakt,  muszę  wracać  -  powiedział.  Już  miała  odetchnąć  z  ulgą,  kiedy  usłyszała:  -  Kiedy  jednak  brałaś 

prysznic, zadzwoniłem  do  Abramsa  - ciągnął. Abrams był  wiceprezesem  w  jego firmie, T.J. rozmawiała  z 
nim kiedyś przez telefon. 

- Powiedziałem mu, że będę parę dni później, gdyż mamy świetny plan nowej kampanii. 
Ciekawe, co to dla niego znaczy „parę dni”, zastanawiała się T.J., usiłując zebrać niespokojne myśli. 
Kiedy  wpatrywała  się  w  pustą  kartkę  papieru  lub  w  ekran  komputera,  obmyślając  strategię  dla  jakiejś 

firmy,  pomysły  pojawiały  się  jak  na  zawołanie.  Teraz  zaś,  kiedy  naprawdę  musiała  coś  wymyślić, 
wyobraźnia ją zawodziła. Jedyna wymówka, która jej przyszła do głowy, była wyjątkowo nieprzekonująca. 

- Właściwie to zazwyczaj nikt nie zagląda nam przez ramię, gdy pracujemy... 
Christopher żachnął się. Ze  zdumieniem spostrzegł, że po raz kolejny Theresa zachowuje się bojaźliwie. 

Ale może był po prostu przewrażliwiony. Nic dziwnego - jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji: 
na każdym kroku starać się, by jej nie urazić, nie zniechęcić, nie przestraszyć. 

Podniósł do ust tost i zaczął go pałaszować z apetytem głodomora. 
- Obiecuję,  że  nie będę się  wtrącał  - przyrzekł. No  nic, trudno, pomyślała T.J. Zdaje się, że on naprawdę 

zostaje  i  nie  ma  na  to  rady.  Będzie  musiała  się  z  tym  jakoś  pogodzić.  Jeżeli  wszystko  miało  się  udać, 
należało teraz wykonać kilka taktycznych posunięć. 

- W porządku, pozwól więc, że ja wykonam kilka telefonów - powiedziała. 
Złapał ją za przegub, zanim zdążyła wstać. 
-  Poczekaj,  przecież  jest  niedziela  -  zaprotestował.  Nawet  on  nie  pracował  w  niedzielę.  Zazwyczaj. 

Delikatnie uwolniła przegub z uścisku. 

-  Twój  wiceprezes  to  nie  jedyna  osoba,  do  której  można  dzwonić  w  niedzielę.  -  Starała  się,  aby  jej  głos 

brzmiał swobodnie, zwyczajnie. Nie było to proste ze względu na ściśnięte gardło. - Proszę. - Podsunęła mu 
swój talerzyk z nie tkniętym tostem. - Zjedz to. Ja prawie nie jem rano. 

Kolejne kłamstwo. T.J. zawsze budziła się głodna i pochłaniała olbrzymie śniadania. Jednak tego ranka nie 

byłaby w stanie przełknąć ani kęsa. 

Pozostawiwszy  Christophera  w  kuchni,  poszła  prosto  do  gabinetu.  Po  drodze  spotkała  Cecilię  i  Megan, 

które  szykowały  się  właśnie  do  wyjścia.  T.J.  gorąco  uściskała  córeczkę,  gdy  zaś  za  małą  i  gospodynią 
zamknęły się drzwi, odetchnęła z ulgą. Jedno zmartwienie mniej, przynajmniej na jakiś czas. 

A setki zmartwień wciąż przed nią. 
Kiedy  wybierała  znajomy  numer,  jej  dłonie  drżały.  Dlaczego  wszystko,  w  co  zamieszana  była  Theresa, 

zawsze było takie pogmatwane? 

Po  czterech  dzwonkach  włączyła  się  automatyczna  sekretarka. T.J.  słuchała  niskiego,  zmysłowego  głosu 

kuzynki, który przepraszał dzwoniących za jej nieobecność. 

- No, proszę. Proszę, Theresa, odezwij się. Wiem, że tam jesteś. Odbierz ten cholerny telefon! 
Kiedy  T.J.  miała  już  zrezygnować  i  zostawić  wiadomość,  usłyszała  po  drugiej  stronie  cichy  trzask 

podnoszonej słuchawki. 

-  Wiedziałam,  że  coś  jest  nie  tak.  -  Theresa  nie  zadała  sobie  nawet  trudu,  żeby  się  z  nią  przywitać.  - 

Straciłyśmy go, tak? Przejrzał cię i domyślił się, że nie jesteś mną. Boże drogi, gdybyś nie była taką głupią 
gęsią. 

T.J.  powstrzymała  się  od  komentarza.  Nie  miała  zbyt  wiele  czasu.  Christopher  w  każdej  chwili  mógł 

zacząć jej szukać. 

- Thereso, czy mogłabyś jutro nie przychodzić do biura? - zapytała wprost. 
- Dlaczego? - Kuzynka była mocno zaskoczona. T.J. westchnęła głęboko i oparła się o krzesło. 
-  Bo  będzie  tam  on,  Christopher  -  wyjaśniła.  -  Chce  się  rozejrzeć,  zobaczyć,  gdzie  pracuję...  To  znaczy, 

gdzie ty pracujesz. 

- Christopher? 
T.J.  niecierpliwie  zabębniła  palcami  o  blat  biurka.  Czyżby  Theresa  nie  odrobiła  lekcji  i  nie  wiedziała 

nawet, jak ich klient ma na imię? 

-  Christopher  MacAffee  -  wyjaśniła  cierpliwie.  -  Postanowił  zostać  tu  przez  kilka  dni  i  zobaczyć,  jak 

pracujemy. 

- Po co? Przecież mówiłaś, że podobała mu się nasza prezentacja. 
- Owszem, podobała się. Może nawet za bardzo. T.J. przejechała dłonią po włosach. Jak zwykle tylko ona 

jest przerażona, tylko ona martwi się o los famy, tylko ona wykonuje czarną robotę. Czy Theresa nie zdaje 

background image

 

35 

sobie sprawy, że ta cala gra jest jak zabawa zapałkami w stogu siana? Jeden moment, a katastrofa gotowa. 
Szlag trafi agencję. I nie tylko agencję. 

Nagle w jej głowie zaświtał pewien pomysł. Tak! To była jedyna szansa! 
- Posłuchaj, nie mam teraz czasu, aby mówić ci o szczegółach - oznajmiła. I wcale bym nie chciała, dodała 

w  myślach.  -  Po  prostu  nie  przychodź  tam  jutro  i  już,  zgoda?  Zaufaj  mi,  tak  będzie  lepiej.  Albo  nie, 
poczekaj, musisz przyjść - zreflektowała się w ostatniej chwili. - Musisz przyjść i powiedzieć wszystkim, że 
będę  cię  udawać.  A  przynajmniej  kierownictwu.  Boże,  Theresa,  to  się  tak  potwornie  pokomplikowało. 
Nawet nie wiesz... 

- Okay. Damy sobie radę. - Theresa jak zawsze była niewzruszona - Wiesz, że całkowicie w ciebie wierzę. 
- Tylko, że ja kłamię. Ciągle  kłamię. To straszne. Po  drugiej stronie słuchawki rozległ się protekcjonalny 

śmiech. 

- Początki zawsze są trudne, T.J. Kiedy się rozkręcisz, pójdzie ci lepiej. 
- Skoro tak twierdzisz... Aha, jeszcze coś. Zaczynamy kampanię walentynkową dla MacAffee Toys. 
- Teraz, w te walentynki? 
- Tak. - T.J. poczuła uzasadnioną satysfakcję. 
- Do diabła, jesteś naprawdę szybka. - Tym razem w głosie Theresy słychać było szczery podziw. 
Bardziej niż myślisz, droga kuzynko, bardziej niż myślisz, dodała w myślach T.J. 
-  Naprawdę  muszę  już  kończyć.  -  Wstała  od  biurka.  -  Zostawiłam  Christophera  w  kuchni,  boję  się,  że 

zacznie się zastanawiać, co się ze mną stało. 

- W kuchni? - powtórzyła Theresa. - A co MacAffee robi w twoim domu? 
- To bardzo długa historia. Wszystko zaczęło się od wirusa. 
- Komputerowego? 
- Ludzkiego. Trzymaj się. 
T.J.  odłożyła  słuchawkę  i  z  satysfakcją  popatrzyła  na  telefon.  Celowo  zostawiła  Theresę  w  stanie 

niepewności.  Musiała  przyznać,  że  choćby  dla  tej  jednej  chwili  warto  było  podjąć  się  tej  przebieranki. 
Zresztą,  może  tak  naprawdę  od  dawna  chciała  zmienić  skórę,  może  pragnęła  tego,  lecz  nie  chciała  przed 
sobą się przyznać? No bo niby dlaczego teraz czuła się tak dobrze? 

Wróciła  do  kuchni,  gdzie  Christopher  kończył  właśnie  swoje  śniadanie.  Co  za  fantastyczny  facet, 

pomyślała  nie  pierwszy  raz  na  jego  widok.  Gdyby  Theresa  zdawała  sobie  sprawę,  jak  wygląda  jej  nudny 
podobno  klient,  zrobiłaby  wszystko,  aby  dotrzeć  na  lotnisko,  nawet  jeśli  musiałaby  zostać  tam 
przetransportowana wraz ze szpitalnym łóżkiem. 

- Tęskniłem za tobą - szepnął, po czym owinął ramię wokół jej talii i przyciągnął ją do siebie. 
Kiedy ją całował, poczuła na jego wargach smak miodu. A może to on sam tak smakował. Tak czy inaczej, 

miło byłoby do tego przywyknąć, mieć to na codzień. Niestety, nigdy nie będzie miała takiej szansy. 

- Powiedz, jak długo Cecilia spaceruje z Megan po parku? 
- Naprawdę nie wiem - odparła. - Około dwóch godzin. Może trochę dłużej. 
- To dobrze, mamy trochę czasu - stwierdził zadowolony. Nagle zrobiło jej się gorąco. Czyżby wciąż miał 

ochotę na to, o czym ona nie mogła przestać myśleć? 

- Trochę czasu? - powtórzyła. 
-  Po  południu  zamierzam  przenieść  się  do  hotelu.  -  Chciał,  aby  mieli  jakieś  swoje  miejsce,  gdzie  nie 

musieliby przejmować się gospodynią i dziewczynką. - Po prostu nie wypada, żebym tu dłużej mieszkał. Nie 
chcę narażać na szwank twojej reputacji. 

Tak,  ten  człowiek  rzeczywiście  był  niezwykły.  Oto  pierwszy  mężczyzna,  który  przejmuje  się  reputacją 

Theresy. Przecież nawet sama Theresa miała ją w nosie. Plotki spływały po niej jak woda po gęsi. 

- To bardzo szlachetne - pochwaliła go. 
- Jednak  zanim się stąd  wyniosę - przycisnął usta do jej szyi, aż westchnęła z rozkoszy  - pomyślałem, że 

moglibyśmy, hm, wrócić na chwilę na znajomy grunt. Spojrzał na nią tak, że niemal się rozpłynęła. Kiedy 
później  ją  całował,  na  przemian  przeklinała  i  błogosławiła  Theresę.  Gdyby  nie  kuzynka,  nigdy  nie  dane 
byłoby jej zakosztować raju. 

I gdyby nie ona, nie musiałaby go teraz tracić. 
 
T.J.  czuła  się  niczym  saper  na  polu  minowym.  Rozluźniała  się  tylko  wtedy,  gdy  zamykały  się  za  nimi 

drzwi i zostawali sam na sam. Wtedy musiała uważać tylko na siebie, nie zaś na wszystkich innych, którzy 
mogliby przypadkowo nazwać ją prawdziwym imieniem lub popełnić jakąś inną pomyłkę. Zdemaskować ją i 
przerwać tym samym ten cudowny sen... 

Podczas tych kilku dni, poświęconych na zapoznanie Christophera z działalnością agencji, była chodzącym 

kłębkiem nerwów. Ubrana w stroje, które Theresa przesłała jej przez swoją pokojówkę, T.J. starała się jak 

background image

 

36 

najlepiej  odegrać  rolę  szefowej.  Tak  dobrze  zresztą  wcieliła  się  w  tę  postać,  że  pracownicy  z  trudem 
odróżniali ją od pierwowzoru. T.J. podsłuchała nawet, jak Heidi mówiła jednej z sekretarek, że T.J. wygląda 
bardziej na Theresę niż sama Theresa. „Tylko zachowuje się inaczej  - dodała. - Bardziej dyplomatycznie, i 
odważniej w interesach...” 

Pod  koniec  trzeciego  dnia  T.J.  zaczęła  wreszcie  nieco  się  odprężać.  Może  wszystko  będzie  dobrze, 

pocieszała samą siebie, przynajmniej jeśli chodzi o firmę. Bo reszta to już zupełnie inny problem, o którym 
na razie nie powinna myśleć. Na szczęście udawało się jej jakoś panować nad sytuacją. 

Jednak kiedy zostawała sam na sam z Christopherem, w jego apartamencie hotelowym, nie mogła myśleć o 

niczym. 

Nie chciała myśleć, pragnęła jedynie czuć. Zatrzymać w pamięci każde zmysłowe doznanie, każdą chwilę, 

a potem wspominać ją przez całe życie. 

Noce,  które  spędzali  ze  sobą,  były  cudowne.  I  nie  chodziło  tylko  o  sam  akt  miłosny,  choć  i  on  był  za 

każdym  razem  coraz  intensywniejszy  i  coraz  wspanialszy.  W  ich  związku  równie  mocno  liczyły  się 
drobiazgi - stanie na balkonie hotelowego pokoju i wpatrywanie się w niebo, w gwiazdy, które zdawały się 
być  na  wyciągnięcie  ręki,  picie  szampana  z  tego  samego  kieliszka  ze  wzrokiem  utkwionym  w  oczach 
partnera, silny uścisk i czułe słowa po zaspokojeniu pragnienia... 

Drobiazgi, a tak bardzo znaczące. 
T.  J.  była  beznadziejnie  zakochana  w  tym  mężczyźnie  i  nic  na  to  nie  mogła  poradzić.  Mogła  jedynie 

cieszyć  się  tymi  krótkimi  chwilami,  które  podarował  jej  los.  Z  biegiem  dni  coraz  częściej  zaczynała  mieć 
jednak wrażenie, że cała ta historia wcale nie skończy się w chwili, gdy on wsiądzie do samolotu i wróci do 
San Jose. 

Oczywiście nie chciała, żeby tak skończyło się to wszystko. Tylko jak niby mogłaby do tego nie dopuścić? 

Poprosić  go,  by  jeszcze  kiedyś  odwiedził  C&C  Advertising?  Za  którymś  razem  z  pewnością  poznałby 
prawdę; kłamstwa nie da się ciągnąć w nieskończoność. A gdyby dowiedział się, że go oszukała - co wtedy? 
Wybaczyłby wszystko? 

Nie. Na pewno nie. 
Już nigdy by jej nie zaufał. 
Na myśl o tym odczuwała bolesny ucisk w sercu, nawet wtedy, gdy leżała u jego boku w hotelowym łożu. 
Christopher przyciągnął ją do siebie i delikatnie pocałował w czoło. Dla niego też wszystko, co wspólnie 

przeżywali,  było  zupełnie  niezwykłe.  Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  czuł,  że  naprawdę  żyje.  Był  jej 
wdzięczny  za  to,  że  otworzyła  mu  oczy.  W  pracy  była  niczym  wulkan,  w  łóżku  jeszcze  gorętsza.  Miał 
cholerne szczęście, że na nią trafił. Usłyszał, że westchnęła głęboko. 

- Dam pensa za twoje myśli. Zdradź je... Nie miała na to najmniejszego zamiaru. Zmusiła się do uśmiechu. 
- Tylko pensa? - zapytała. - Czy tak właśnie zrobiłeś majątek? Źle opłacając ludzi? Christopher roześmiał 

się. 

- Majątek powstał na długo przed moim przyjściem na świat. Ja tylko, jak to się mówi, pchnąłem firmę w 

dwudziesty wiek. 

Odsunęła kosmyk włosów, który wpadał mu do oka. Starała się nie myśleć o tym, jak bardzo będzie jej go 

brakowało. 

- Chyba będziesz musiał jeszcze popracować - powiedziała. - Wkraczamy już w dwudziesty pierwszy. 
-  Nie  ma  pośpiechu.  Poza  tym  wtedy  na  czele  firmy  będzie  stał  już  inny  MacAffee,  więc  to  nie  moje 

zmartwienie. Ja muszę przejmować się tym, co dzieje się obecnie. - Spojrzał na nią. - I tobą. 

Patrzył  na  nią  z  takim  uwielbieniem,  a  ona  jeszcze  bardziej  czuła  się  małą,  wstrętną  oszustką.  Znów  ją 

dotknął. Zamknęła oczy. Tak, najlepiej uciec w rozkosz, zapomnieć się i o niczym nie myśleć. Zagłuszyć to 
poczucie winy... 

- Zawsze jesteś taki przejęty pracą? - zażartowała. 
-  Już  nie.  Nie  wiedziałem,  co  tracę.  Jego  pocałunki  stały  się  gorętsze,  odchyliła  głowę  do  tyłu,  a 

Christopher... 

A Christopher oparł się nagle na łokciu i powiedział: 
- Jutro muszę wyjechać. 
Hm, wcześniej na to właśnie liczyła. Teraz czuła się tak, jakby za chwilę miało nastąpić trzęsienie ziemi. 
- Jutro? - zapytała ze smutkiem. 
- Muszę - skinął głową. - Wszyscy w firmie uważają, że zwariowałem. Nigdy dotąd nie brałem wolnego. 
- Nigdy? 
Pokręcił głową i przytulił się do niej 
-  Nie  na  dłużej  niż  dzień  czy  dwa.  Ta  robota  naprawdę  mnie  rajcuje,  w  pewien  sposób  określa.  A 

właściwie:  określała  -  dodał  ze  smutnym  uśmiechem.  -  To  już  przeszłość.  Cholera,  wcześniej  nie  miałem 

background image

 

37 

pojęcia, jak przyjemnie jest powiedzieć sobie „olej to” - i olać. Ech... - westchnął żałośnie i machnął ręką, 
jakby wzruszenie odjęło mu mowę. 

T.J. pokiwała tylko głową. Atmosfera jak na stypie, pomyślała. Jeszcze chwila, a oboje zaczną ronić łzy. 
- Pojedź ze mną - zaproponował nieoczekiwanie, chwytając jej dłoń. - Polećmy do San Jose. Odwdzięczę 

ci się i pokażę swoją firmę. 

Kusiła  ją  ta  propozycja.  Kusiło  ją,  aby  jeszcze  trochę  przedłużyć  tę  maskaradę.  Czy  nie  może  sobie 

pozwolić na rewizytę? A potem on na rewizytę rewizyty, a potem ona... 

Nie, to idiotyzm. 
Z ogromnym żalem potrząsnęła głową. 
- Nie mogę - powiedziała. - W poniedziałek zaczynamy twoją kampanię, zapomniałeś? 
Trudno  byłoby  zapomnieć.  Cały  personel  porzucił  bieżące  zajęcia,  aby  zająć  się  tym  nagłym  zleceniem. 

Telewizyjny spot, wykupienie dobrego czasu antenowego w dzień, kiedy wszystkie terminy były od dawna 
sprzedane, skoordynowanie reklamy prasowej i telewizyjnej - wszystko to pochłonęło ich bez reszty, a efekt 
był  taki,  że  dostali  jednak  trzydzieści  sekund  przed  popularnym  serialem  i  zmontowali  prześmieszny, 
wzruszający filmik, który nie zrobiłby wrażenia chyba tylko na kimś, kto zamiast serca miał kamień. Miś nie 
był tani, ale T.J. była pewna, że dzięki tej reklamie sprzeda się świetnie. 

To  będzie  mój  pożegnalny  prezent  dla  Christophera,  pomyślała  ze  smutkiem.  Taki  podarunek  na 

walentynki... 

-  Kampania?  Przecież  nie  musisz  być  na  miejscu.  No  tak.  Uparł  się.  To  było  ponad  jej  siły.  Za  chwilę 

powiozą ją do domu wariatów. Czy można nie zwariować, kiedy trzeba się bać słów, które budzą tak wielką 
radość w sercu? 

- Owszem, muszę. To o wiele bardziej skomplikowane, niż sądzisz. 
- Nie możesz tego przekazać T.J.? - zasugerował. - Podobno jest taka zdolna... A propos, ciągle jeszcze jej 

nie poznałem. 

Rzeczywiście, za każdym razem, kiedy miało to nastąpić, T.J. Cohran w tajemniczy sposób znikała. 
- Przez cały tydzień była bardzo zajęta. 
Christopher  wzruszył  ramionami.  Właściwie  to  nie  był  specjalnie  zainteresowany  T.J.  Dla  niego  istniała 

jedynie  Theresa.  Tamtą  chciał  poznać  wyłącznie  dlatego,  że  była  spokrewniona  z  Theresa,  a  Theresa 
zdawała się mieć o niej bardzo dobre zdanie. 

- Nie ma sprawy - machnął dłonią - będzie na to czas. Może tu wrócę... - T.J. serce podeszło do gardła. - 

Bo jesteś pewna, że nie dasz się przekonać do tego wyjazdu, tak? 

- Jestem pewna. - Nie mogła mu tego zrobić. Rozczarowany Christopher westchnął żałośnie. Zaraz jednak 

uśmiechnął się do niej. 

- Musimy więc jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał, prawda? 
Uśmiechnęła  się  smutno.  Wyciągnęła  do  niego  ramiona  i  w  tym  samym  momencie  poczuła  ukłucie  w 

sercu. Patrzył na nią tak umie, z taką miłością, powiedział jej tyle o sobie, a ona... 

Nie. Nie może tego dłużej ciągnąć. Ten ciężar ją zabije. 
- Christopher, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła. Nie podobał mu się wyraz jej oczu. Na pewno zaraz mu 

powie,  że  to  koniec.  Nie  chciał  tego  słuchać.  Nie  chciał  żadnego  końca.  Zamierzał  zrobić  absolutnie 
wszystko, co w jego mocy, aby uratować tę znajomość. 

- Ciii... - Pocałował ją w jedną skroń, potem w drugą. - Nie chcę rozmawiać o interesach. 
- To nie ma nic wspólnego z interesami - powiedziała przez ściśnięte gardło. 
Nie słuchał. Całował ją, nie patrząc na to, że łzy napływają jej do oczu. Łzy radości, łzy smutku... 
To już ostatni raz, obiecała sobie, ostatni raz, kiedy pozwoli mu kochać się z kimś, kim nie była. 
Ostatni raz. 
Popchnęła go na plecy. Christopher jęknął zdumiony. Zawsze to on przejmował inicjatywę, choć przecież i 

ona nie była nigdy bierna. Teraz jednak przycisnęła go z jakąś dziwną desperacją do  łóżka i zaspokoiła  w 
sposób,  o  jakim  wcześniej  mógł  tylko  marzyć.  Poczuł  się  słaby  jak  mały  kociak.  Nigdy  wcześniej  nie 
przyszłoby mu do głowy, że taki stan będzie mu odpowiadał. 

Po raz kolejny przekonał się, że wcześniej w ogóle nie miał o niczym pojęcia. 
-  Gdzie...  -  wydyszał,  gdy  było  już  po  wszystkim  -  gdzie  nauczyłaś  się  tego  wszystkiego?  -  Nienawidził 

mężczyzny, który pierwszy zażądał od niej takiej rozkoszy. 

- To instynkt - wyszeptała w jego ucho. - Czysty instynkt. 
Nie mogłaby mu sprawić cenniejszego prezentu. 

 
 

background image

 

38 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Christopher  MacAffee  na  lotnisku  czuł  się  niemal  jak  w  domu.  Przez  całe  życie  przylatywał  gdzieś  lub 

skądś wylatywał - do internatu, potem na wakacje do domu, w interesach, na święta... Wszystkie te lotniska 
zlały się w jego pamięci i nie byłby chyba w stanie przypomnieć sobie żadnego z osobna. 

Wiedział  jednak,  że  to  jedno  zapamięta.  Zapamięta  to  beznadziejnie  ponure  pożegnanie.  Zapamięta  do 

śmierci. 

Ostatni raz popatrzył na smutną twarz Theresy. 
Głośniki zaczęły wzywać pasażerów jego lotu. 
Nie chciał wyjeżdżać. 
Zajrzał jej w oczy, a potem oparł głowę na czole Theresy i westchnął ciężko. 
- Wiesz, złapałem się na myśli, że chciałbym spóźnić się na ten samolot. Co się, do jasnej cholery, stało z 

tymi słynnymi korkami w Los Angeles? Wszyscy na nie narzekacie, a kiedy człowiek naprawdę na nie liczy, 
nie ma ich. Po prostu nie ma... 

Theresa  miała  podobne  pragnienia.  Niestety,  droga  na  lotnisko  tego  akurat  dnia  była  całkowicie 

przejezdna.  Zupełnie  jak  gdyby  ktoś  złośliwie  pousuwał  z  niej  wszystkie  zbędne  pojazdy.  A  ona  z  taką 
czułością  patrzyłaby  dzisiaj  na  zepsutą  ciężarówkę,  blokującą  środkowy  pas;  albo  na  niegroźną  kolizję, 
policję i półkilometrowy zator; nawet na robotników, malujących w godzinach szczytu pasy na drodze. 

-  Rzeczywiście  -  przytaknęła.  -  Droga  była  pusta.  Może  to  cud?  A  może  znak,  że  naprawdę  musisz  już 

wracać. 

Wiedziała, że widzi go być może po raz ostatni w życiu, a jednak nie mogła się zdobyć na szczerość. Bo 

tak naprawdę chciała powiedzieć co innego: „Nie chcę, Christopher, żebyś wyjeżdżał. Nie chcę, żeby to się 
skończyło. A najbardziej na świecie nie chcę, żebyś kiedykolwiek odkrył, że cię okłamałam”. 

Ale przecież kiedyś i tak odkryje. A wtedy... 
T.J. nie powiedziała mu tego, co powinna, lecz on i tak zrozumiał najważniejsze - ta wspaniała kobieta nie 

chciała, aby wyjechał. 

Powinni coś z tym zrobić. Ale co? 
Objął  jej  twarz  dłońmi.  Nie  miał  pomysłu,  jak  wybrnąć  z  tej  niezwykłej  sytuacji,  nie  zamierzał  jednak 

rezygnować z tego, co właśnie odnalazł. Obiecał sobie solennie, że ich rozstanie nie będzie ostateczne. 

Stewardesa z obsługi  naziemnej uśmiechnęła się  do niego, zapraszając na pokład samolotu. Był  ostatnim 

pasażerem,  który  jeszcze  się  tam  nie  znalazł.  Theresa  zarzuciła  ręce  na  jego  szyję  i  pocałowała  go  po  raz 
ostatni. 

-  Jeśli  się  nie  pośpieszysz,  przegapisz  swój  lot.  Pocałował  ją  mocno,  jak  ktoś,  kto  wyjeżdża  na  bardzo 

długo, a nie tylko na tydzień, jak to przed chwilą postanowił. 

- Proszę pana? - usłyszał przynaglający głos stewardesy. 
- Kiedy tylko podpiszemy wstępne umowy, przyślę któregoś z naszych ludzi - obiecał i zaczął iść w stronę 

prowadzącego do samolotu rękawa. 

T.J. patrzyła, jak odległość pomiędzy nimi zwiększa się, a smutek w jej sercu rósł wprost proporcjonalnie 

do dystansu. 

- Będę czekała! - odkrzyknęła. 
Już miał zniknąć jej z oczu, kiedy odwrócił się i wyminął podążającą za nim krok w krok, zniecierpliwioną 

stewardesę. 

- Proszę pana... - upomniała go. 
-  Jeszcze  sekundę  -  poprosił,  nawet  na  nią  nie  patrząc.  Jego  wzrok  utkwiony  był  bowiem  w  tę,  która 

odmieniła jego świat. - Jeszcze sekundę... 

- Ale lot... 
Podbiegł w stronę T.J. Miał czas tylko na przelotny pocałunek. Nie wypadało przetrzymywać czekających 

w samolocie ludzi. Uścisnął ją, a potem wypuścił z objęć i zawołał, śpiesząc do samolotu: 

- Walentynki! 
T.J. nie zrozumiała. Czy miał na myśli kampanię? 
- Wrócę na walentynki! - zawołał, widząc jej zdezorientowaną minę. - Czekaj na mnie! - I z tymi słowami 

zniknął z jej oczu. I, niestety, z jej życia. 

- Żegnaj - wyszeptała T.J. 
Stała jakiś czas nieruchomo, rozpamiętując wszystko, co stało się w ciągu kilku ostatnich dni. Czuła ulgę - 

minęło  już  niebezpieczeństwo  zdemaskowania.  Ale  też  jeszcze  większy  smutek  -  nie  zobaczy  go  więcej. 
Najchętniej zwinęłaby się w kłębek i usnęła. Albo umarła. 

Powiedział, że wróci na walentynki, przypomniała sobie. Zawsze marzyła o jakimś cudownym zdarzeniu, 

które  odmieniłoby jej los  właśnie  w tym  dniu. Theresa co rok była zarzucana walentynkowymi bukietami, 

background image

 

39 

prezentami,  propozycjami  spotkań.  T.J.  nie  dostała  nigdy  choćby  jednej  kartki.  Nawet  od  Petera.  Gdy  go 
poznała,  było  już  po  walentynkach,  a  za  rok  byli  już  małżeństwem  i  uznał  najwyraźniej,  że  Dzień 
Zakochanych ich nie dotyczy. 

Czy w tym roku będzie inaczej? Co znaczy ta zapowiedź powrotu? Czy czeka ją romans z Christopherem 

MacAffee?  Nie,  zorientowałby  się,  że  go  oszukiwała.  Prędzej  czy  później  prawda  wyszłaby  na  jaw.  Jak 
długo towarzyszyłoby jej szczęście? Jak długo mogłaby kontynuować tę maskaradę? 

A jednak nie mogła odmówić sobie marzeń. Kiedy jechała po ruchomych schodach, puściła wodze fantazji: 

oto  Christopher  i  ona  w  wytwornej,  drogiej  restauracji  świętują  pięćdziesiątą  rocznicę  ślubu.  Otaczają  ich 
dzieci  i  wnuki. Razem  kroją półtorametrowy tort z  maleńkimi  figurkami panny  młodej i pana  młodego na 
szczycie... 

„Kochanie, muszę ci coś powiedzieć - wyszeptałaby mu do ucha. - Tak naprawdę jestem kuzynką Theresy. 

A  Megan  to  moja  córka...”  Co  by  wtedy  zrobił  Christopher?  Odłożył  nóż  i  opuścił  restaurację.  Tak. 
Restaurację i jej życie. 

Oto znalazła się w pułapce. Mogła jedynie myśleć, jak przedłużyć ich szczęście, ale nie jak zatrzymać je na 

zawsze. 

Bo  przecież  nawet  gdyby  chciała  mu  o  wszystkim  powiedzieć,  nie  znalazłaby  właściwych  słów.  Na 

szczęście może nie będzie musiała... 

Opuściła salę odlotów i rozejrzała się w poszukiwaniu Emmetta i czarnej limuzyny. Na pewno teraz, kiedy 

Christopher  znajdzie  się  z  powrotem  w  San  Jose,  interesy  tak  go  pochłoną,  że  zapomni  o  obietnicy, 
pomyślała. Mężczyźni nie traktują poważnie takich przelotnych związków. 

Zamrugała oczami, żeby powstrzymać łzy, i ruszyła w stronę samochodu. Na jej widok Emmett schował 

gazetę. Jeden rzut oka na twarz dziewczyny powiedział mu, że nie jest z nią najlepiej. 

-  Wyglądasz  na  przybitą.  -  Otworzył  tylne  drzwi.  -  Czyżby  w  ostatniej  chwili  domyślił  się  wszystkiego? 

T.J. pokręciła głową. 

- Masz coś przeciwko temu, żebym pojechała z przodu, razem z tobą? Przyda mi się towarzystwo. 
Szofer bez słowa podał jej chusteczkę. Przyjęła ją i otarła łzy z policzków. 
-  Jasne,  że  nie.  -  Emmett  otworzył  drzwi  po  stronie  pasażera  i  chwilę  później  z  wprawą  włączył  się  do 

ruchu. - To jak? Umowa zerwana? - zagadnął. 

-  Nie,  z  firmą  wszystko  w  porządku.  -  Przynajmniej  Theresa  będzie  szczęśliwa.  -  W  przeciwieństwie  do 

mnie. 

Emmett  bez  słowa  sięgnął  dłonią  w  kierunku  radia.  Kręcił  gałką,  dopóki  nie  znalazł  tego,  czego  szukał  - 

stacji nadającej stare przeboje. 

T.J.  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  Emmett  gorąco  nienawidził  rock  and  rolla.  Słuchał  wyłącznie 

muzyki klasycznej. Wiedział jednak, że ona za nimi przepada. 

- Dzięki. 
- Nie ma o czym mówić - skinął głową. T.J. usiadła wygodnie i spróbowała uporządkować myśli. Niestety, 

na to było jeszcze za wcześnie. 

- Mają rację - stwierdziła po chwili. 
- Kto? 
- Ci, co mówią, że gdy raz zaczniemy oszukiwać, to nie możemy przestać. Oplatamy wszystko pajęczyną 

kłamstwa, aż w końcu sami nie możemy się w niej ruszyć. 

- Nie wiem, jak ci pomóc - odparł Emmett. - Nie mam takich doświadczeń. 
- I chwała Bogu! Nawet nie wiesz, jakim jesteś szczęściarzem. 
Limuzyna zatrzymała się na światłach, a wtedy szofer spojrzał na nią i powiedział: 
- Czy ja wiem? Czasami przydałaby się  odrobina komplikacji  - uśmiechnął się. - Nie przejmuj się, T.J. Z 

kłopotami bywa czasem tak, że same się rozwiązują. Poczekaj trochę. 

Nie tym razem, pomyślała i w milczeniu skinęła głową. Nie było sensu o tym dyskutować. Co się stało, to 

się nie odstanie. 

 
Godzinę  później  wysiadła  z  windy  w  biurze  C&C  Advertising,  a  pierwszą  osobą,  którą  spotkała,  była 

Theresa. 

Kuzynka  ubrana  była  w  stylu  sportowym,  tak  bardzo  lubianym  przez  T.J.  Włosy  ściągnęła  do  tyłu,  na 

nogach miała dżinsy, zamiast kostiumu czy marynarki - luźny sweter. Od kilku dni, kiedy przychodziła do 
pracy, ubierała się właśnie tak, żeby nie wzbudzać ewentualnych podejrzeń  dyrektora MacAffee Toys. Całe 
szczęście ani razu na niego nie wpadła, uważała jednak, że na wszelki wypadek powinna pozostać w skórze 
kuzynki, dopóki MacAffee nie wsiądzie do samolotu i nie odleci na północ. 

Teraz  spojrzała  z  niepokojem,  czy  zza  pleców  T.J.  nie  wyłoni  się  jakaś  męska  sylwetka.  Na  szczęście 

background image

 

40 

winda była pusta. Zwróciła pełen nadziei wzrok ku kuzynce i zapytała: 

- I co, pozbyłyśmy się go? 
T.J. skinęła głową i ruszyła korytarzem w stronę swojego gabinetu. 
-  Dzięki  Bogu!  -  Theresa  ściągnęła  z  włosów  spinkę  i  wręczyła  ją  T.J.  Jej  ciemne  loki  rozsypały  się  na 

ramiona. - Nie wiem, czy dłużej bym to zniosła. - Przeczesała palcami włosy i skręciła w kierunku własnego 
pokoju, gdzie czekały na nią ulubione ubrania. - Nie wiem, jak możesz nosić coś takiego. - Wzięła między 
palce brzeg swetra. 

- To wygodne - odparła w zamyśleniu T.J. Bez zastanowienia ściągnęła włosy do tyłu i spięła je spinką. 
-  Dla  mnie  obrzydliwe  -  oświadczyła  Theresa.  Przystanęła  i  popatrzyła  z  uwagą  na  T.J.  Kuzynka  nie 

wyglądała na osobę, która właśnie  dokonała niezwykle udanej transakcji.  - Dobrze się  czujesz? Coś nie  w 
porządku z umową? 

Umowa!  Dla  Theresy  tylko  to  się  liczy.  Udane  kontrakty,  nowi  klienci,  wielkie  budżety....  Tak,  tak, 

MacAffee Toys jest bogatą firmą. Muszą o tym pamiętać... 

- Z umową wszystko  w porządku  -  odparła. - Christopher  wyśle resztę papierów przez  kuriera, gdy tylko 

zostaną podpisane. 

- Dobra robota. - Theresa uściskała kuzynkę, lecz ta nie odwzajemniła uścisku. Odwróciła się tylko i poszła 

do siebie. Theresa podążyła za nią. 

- Coś jest nie tak - stwierdziła z naciskiem. - Co? T.J. zacisnęła powieki, żeby powstrzymać łzy. 
-  A  co  ma  być  nie  tak?  -  powiedziała  przez  ściśnięte  z  żalu  gardło.  -  Mamy  tę  umowę.  To  wyjątkowo 

bogata  firma.  Zrobiliśmy  im  świetną  reklamę  dla  telewizji,  szef  jest  czarujący...  Wszystko  układa  się 
cudownie. 

Ten sarkazm nie pasował do T.J. Theresa była naprawdę przejęta. Jednak kiedy dotknęła ramienia kuzynki, 

T.J. strząsnęła jej dłoń. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zmienię strój i wezmę się do roboty, dobrze? - zapytała, nie patrząc jej 

w oczy. 

Theresa  wiedziała,  że  nic  nie  wskóra.  Postanowiła  ustąpić.  W  przeciwieństwie  do  niej,  T.J.  nie  lubiła 

rozmawiać o swoich problemach. Niechętnie posłuchała kuzynki i cofnęła się w stronę drzwi. 

- Może później pójdziemy razem na obiad? 
- Dobrze - mruknęła do siebie T.J., kiedy usłyszała odgłos zamykanych drzwi. - Może być obiad, co tylko 

zechcesz... 

 
Christopher czuł się niczym zadurzony nastolatek, ale pomyślał, że należy mu się to uczucie. I co z tego, że 

ma już te swoje trzydzieści trzy lata? 

Zakochany... Ten rozdział  życia całkowicie  go  ominął. Szybko złapał taksówkę stojącą przy  krawężniku 

naprzeciwko lotniska, po czym wrzucił walizkę na tylne siedzenie. 

- 11737 Wilshire - rzucił do taksówkarza. 
Ruszyli. Christopher wyjrzał przez okno. Bardzo chciał być już na miejscu. Ujrzeć zaskoczenie w oczach 

Theresy, kiedy wkroczy do jej gabinetu. 

Tak, pomyślał, zachowuję się zupełnie  jak zwariowany nastolatek, który dla swej dziewczyny  gotów  jest 

przepłynąć wzburzoną rzekę. Tyle że wtedy, gdy nim był, w jego życiu nie pojawiła się żadna dziewczyna, 
która  byłaby  tego  warta.  Potem  zaś  pochłonęły  go  interesy,  budowanie  swojej  pozycji  w  firmie;  zbyt  był 
przejęty tym, że pewnego dnia odpowiedzialność za firmę spadnie na jego barki, by zaprzątać sobie głowę 
miłostkami. Jako kolejny z rodu MacAffeech nie mógł rozczarować poprzednich pokoleń. 

Za  nimi  rozległ  się  dźwięk  klaksonu.  Taksówkarz  wymamrotał  coś  w  obcym  języku,  z  pewnością  nic 

pochlebnego, jednak Christopher ledwie go usłyszał. Jego umysł zaprzątnięty był czym innym. 

Chciał poślubić tę kobietę. 
Znał siebie wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że ta decyzja nie jest pochopna. Podobało mu się w niej 

wszystko.  Zabawiając  się  w  adwokata  diabła,  usiłował  wynajdywać  wszelkie  jej  możliwe  wady,  coś,  do 
czego  mógłby  się  przyczepić  -  i  nie  znalazł  niczego  takiego.  Próbował  usilnie  przez  cały  tydzień  -  bez 
rezultatu. Sądził, że jeśli nie będzie jej widział przez parę dni, rozpalone uczucia nieco ostygną - wybuchnęły 
jeszcze gorętszym płomieniem. 

Przez cały czas, który spędził z dala od Theresy, nie mógł przestać o niej myśleć. Nawet podczas ważnych 

spotkań  przed  jego  oczyma  pojawiały  się  wspomnienia  chwil,  które  spędzili  razem.  Doszło  do  tego,  że 
podwładni  zaczęli  dostrzegać  jego  roztargnienie  i  plotkować  na  ten  temat.  Zdaje  się,  że  uznali  dziwne 
zachowanie szefa za objaw niedawno przebytej choroby. 

Cóż, jeśli rzeczywiście był chory, to miał tylko nadzieję, że nigdy nie wyzdrowieje. 
Teraz  spojrzał  na  kopertę  leżącą  obok  niego  na  popękanym  plastikowym  siedzeniu.  Poprzedniego  dnia 

background image

 

41 

nagły impuls kazał mu załatwić sobie bilet i osobiście zawieźć dokumenty do C&C Advertising. Tym razem 
ani  kurier,  ani  poczta  na  nim  nie  zarobią.  Nigdy  nie  robił  niczego  pod  wpływem  impulsu,  ale  teraz 
potrzebował jakiegoś pretekstu, aby się z nią zobaczyć. 

Po prostu musiał to zrobić. 
Jak dziecko, pomyślał o sobie z uśmiechem. 
Wokół rozległo się więcej klaksonów. Christopher wychylił się przez okno. Czuł, że jego zniecierpliwienie 

wzrasta. 

- Czy nie możemy jechać trochę szybciej? - zapytał. Taksówkarz prychnął tylko i machnął ręką, pokazując 

otaczające ich samochody. 

- Moglibyśmy, gdyby te rupiecie poruszały się do przodu, 
a jak pan zauważył, nie robią tego. - Jego czarne brwi ściągnęły się nad błyszczącymi ciemnymi oczyma. - 

Spokojnie, proszę pana. Robię, co mogę. Ten gość z Wilshire na pewno panu nie ucieknie. 

- Nie wiadomo. Zmarnowałem już trzydzieści trzy lata - powiedział. - I nie chcę tracić więcej ani chwili. 
Kierowca  wzruszył  tylko  ramionami.  Turyści.  Wszyscy  są  tacy  sami.  Mają  źle  w  głowach  i  wciąż  się 

gdzieś śpieszą. 

 
Nareszcie! Christopher patrzył na światełka podświetlające kolejne cyferki na ścianie windy i zastanawiał 

się  nad  swoim  zachowaniem  -  tak  bardzo  do  niego  nie  pasowało.  W  innych  okolicznościach  kazałby 
swojemu  asystentowi  skontaktować  się  z  asystentką  Theresy  i  ustalić  termin  spotkania.  Tak  było  jednak, 
zanim  ją  poznał.  Teraz  nie  mógł  się  doczekać  chwili,  w  której  ją  zobaczy,  dotknie  jej  twarzy,  przytuli  do 
siebie... 

Boże, tak bardzo za nią tęsknił! 
Wyskoczył na korytarz na siódmym piętrze i popędził wprost do jej gabinetu. 
Na  jego  widok  krótkowzroczne  oczy  Heidi  zrobiły  się  okrągłe  niczym  literka  „O”.  Środkowe  „O”  w 

rozpaczliwym haśle „S.O.S.” 

- Niech pan poczeka! - Zerwała się na równe nogi. - Nie może pan tam wejść! Jest zebranie, prezentacja... 
-  W  porządku,  posłucham.  Nie  będę  przeszkadzał.  Dopóki  nie  skończy,  nie  odezwę  się  ani  słowem  - 

obiecał, mijając biurko Heidi. Zanim zdążyła się zorientować, zapukał, a potem natychmiast otworzył drzwi 
do gabinetu Theresy Cohran, po czym wszedł do środka. 

Odwrócona  w  stronę  okna  Theresa  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi.  Dziwne,  zazwyczaj  Heidi 

informowała  ją  o  mających  się  pojawić  gościach  brzęczykiem.  Zdumiona,  odwróciła  się,  aby  zobaczyć 
intruza. 

Hm, nieźle. Wyjątkowo przystojny. No, no... Świetnie. I to akurat w Dzień Zakochanych. 
- Zadzwonię później. - Nie spuszczając  oczu z  nieznajomego, Theresa odłożyła słuchawkę. Na jej ustach 

pojawił się szeroki, zachęcający uśmiech. 

Tymczasem szeroki uśmiech na twarzy Christophera nieco zbladł. Zaczynał mieć dziwne wrażenie, że... 
- Theresa? 
- Tak... 
A więc ma nad nią przewagę, pomyślała. Zna jej imię. To jednak wkrótce ulegnie zmianie. Jeszcze przed 

upływem wieczoru ona przejmie pałeczkę. Tylko kto to jest? Posłaniec niebios? 

Christopher potrząsnął głową. 
- Nie - powiedział zdecydowanie. Coś tu nie pasowało. Było w niej coś takiego... 
- Słucham? - Zatrzepotała powiekami. 
- Nie jesteś nią. - Przysunął się bliżej i przyjrzał się jej uważnie. - To znaczy Theresą. Nie jesteś Theresą. 
Co znowu? Czyżby postradał zmysły? Heidi wpuściła tu jej wariata? 
- Oczywiście, że jestem - roześmiała się, a w jej oku pojawił się uwodzicielski błysk. 
Jednak  Christopher  zamiast  odwzajemnić  ten  bajeczny  uśmiech,  skrzywił  się,  jakby  polizał  cytrynę. 

Wszystko było nie tak. Jej śmiech był inny - ani aksamitny, ani melodyjny. Kiedy się uśmiechała, nie było 
dołeczka w jej policzku... 

Czyżby ją źle zapamiętał? Albo może coś sobie uroił w tej swojej chorej głowie? Nie, to niemożliwe. Nie 

mógł przecież uroić sobie koloru jej oczu. Te, w które teraz patrzył, były wyraziste, krystalicznie niebieskie, 
nie iskrzyły się rozmaitymi odcieniami błękitu jak tamte. 

Kompletnie zdezorientowany, przejechał dłonią po włosach, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim 

kobiety. 

Może to halucynacje? 
- Theresa Cohran? - powtórzył głucho. Do licha, przecież kochał się z tą kobietą, znał każdy fragment jej 

ciała. Dlaczego więc teraz czuł się tak, jak gdyby spoglądał w twarz nieznajomej? 

background image

 

42 

Theresa wyszła zza biurka i zbliżyła się do niego niczym myśliwy podchodzący ofiarę. 
- Tak, jestem Theresa Cohran, kochanie - odparła. - W życiu nie byłam bardziej Theresą Cohran niż w tej 

chwili. 

W tym samym momencie otworzyły się drzwi i stanęła w nich... Nie, nie Heidi, lecz T.J., która ukończyła 

właśnie  kilka  wstępnych  szkiców  do  kolejnego  etapu  kampanii  MacAffee  Toys,  i  chciała,  aby  Theresa 
rzuciła na nie okiem. 

-  Zobacz,  Thereso,  mam  już...  -  zamarła  -  Christopher...  -  wyszeptała  tak  cicho,  że  chyba  nikt  tego  nie 

słyszał. 

Popatrzył  na  nią,  a  na  jego  twarzy  pojawił  się  cień  wątpliwości,  który  chwilę  później  ustąpił  miejsca 

błyskowi zrozumienia. 

Nie! 
Nie w ten sposób! 
Jeśli ma poznać prawdę, to nie w takich okolicznościach! 
Zmieszana, nieszczęśliwa, całkiem  zagubiona i przybita, T.J. postanowiła  grać swoją rolę  do  końca. Czy 

miała jakieś inne wyjście? 

- Och, witam pana, panie MacAffee - uśmiechnęła się dzielnie. - Theresa wiele mi o panu opowiadała. To 

zaszczyt móc w końcu pana poznać. - Zrobiła krok do przodu i podała mu dłoń. 

Christopher  czuł  się  tak,  jak  gdyby  znalazł  się  w  gabinecie  krzywych  luster  w  wesołym  miasteczku.  Po 

drobnych poprawkach i Theresa, i ta druga kobieta byłyby do siebie podobne jak jednojajowe bliźniaczki. 

Tak, gdyby ta druga rozpuściła włosy... 
No i ten znajomy wyraz oczu... 
Ujął dłoń, którą do niego wyciągnęła. Przytrzymał ją chwilę dłużej. Przytrzymał i przyjrzał się jej uważnie. 
Zobaczył dołeczek w policzku i wszystko zrozumiał. 

 
 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Theresa? 
Chociaż  już  wiedział,  wciąż  nie  mógł  uwierzyć.  Nie  chciał  wierzyć,  że  kobieta,  dla  której  kompletnie 

stracił  głowę, z  jakiegoś powodu z premedytacją go  oszukiwała. Gdyby to była prawda, znaczyłoby to, że 
dał z siebie zrobić największego idiotę, o jakim słyszał świat. 

Theresa  z  kolei  czuła  się  tak,  jak  gdyby  znalazła  się  na  filmie  kryminalnym  ze  skomplikowaną  intrygą, 

gdzie główni bohaterowie mówią do siebie po japońsku. 

- Zaraz, zaraz. Już panu tłumaczyłam, to ja jestem Theresa - powiedziała zniecierpliwiona. 
- To prawda - odezwała się cicho T.J. - Ja nazywam się T.J. 
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego oczy wydawały się takie ciemne, takie niedostępne. Wiedziała 

już, że wszystkiego się domyślił. Nie było sensu dłużej udawać. 

- Thereso, chciałabym ci przedstawić pana Christophera MacAffee. 
- Dobry Boże... 
Christopher nie wiedział, co powiedzieć. Trudno było wymyślić coś rozsądnego w tej sytuacji. 
Co się tu, u diabła, działo? Dlaczego Theresa, to znaczy T.J., czy jak jej tam w końcu... dlaczego kłamała, 

podając się za kogoś, kim nie była? Po co? To nie miało żadnego sensu. 

Wszystko, co rozumiał, to to, że go oszukała. A to bolało. Bolało jak cholera, bo przecież wierzył jej bez 

żadnych ograniczeń. 

- Mogłabyś  zostawić  nas na  minutę, Thereso?  - poprosiła... no  właśnie,  która? T.J. czy Theresa?  A  może 

obie jeszcze inaczej się nazywają? 

-  Zaczekaj,  sama  mogę  to  wszystko  wyjaśnić  -  odezwała  się  ta  druga  i  położyła  swoją  zadbana  dłoń  o 

różowych paznokciach na jego ramieniu. 

Christopher stanowczo odsunął jej rękę. 
- Nie sądzę, żeby trzeba było coś wyjaśniać. Wszystko jest oczywiste. 
Nie, nic nie jest oczywiste, pomyślała ze złością T.J. Niezależnie od tego, jak okropne rzeczy sobie teraz 

myślał,  musiała  go  jakoś  przekonać,  że  jest  w  błędzie.  Że  nikt  nie  zamierzał  zrobić  nic  złego.  Nie  mogła 
znieść  tego,  że  stał  tu  i  patrzył  na  nią  tak,  jakby  była  zupełnie  obcym  człowiekiem.  Jakby  nigdy  się  nie 
poznali. Jakby wyrządziła mu jakąś straszną krzywdę. 

-  Thereso,  proszę  -  odezwała  się  znów  do  kuzynki.  Theresa  wreszcie  zrozumiała,  że  nie  ona  jest  główną 

bohaterką wydarzeń. 

- Oczywiście, już idę. Jeśli będziecie mnie potrzebowali, będę obok - powiedziała, wycofując się do drzwi. 
Zostali  sami.  Christopher  odczekał  chwilę,  by  wrócić  do  równowagi  i  znów  móc  panować  nad  sobą. 

background image

 

43 

Wściekłość,  którą  właśnie  musiał  okiełznać,  była  dla  niego  zupełnie  nowym,  nie  znanym  uczuciem. 
Podobnie jak wcześniej miłość. Dziwne, że oba te uczucia wywołała jedna osoba. 

- Macie bardzo interesujące metody prowadzenia interesów. 
Jego głos był zimny, bezosobowy. Patrzył na T.J. złym wzrokiem. Chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł 

jej w gardle. 

- Czy ty i twoja kuzynka sypiacie ze wszystkimi rokującymi nadzieję klientami? 
Wzdrygnęła się, jakby wymierzył jej policzek. 
-  To  nie  fair!  -  krzyknęła.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  powiedział  coś  takiego.  Oczekiwała  wyrzutów,  ale  z 

pewnością nie okrucieństwa. - Próbowałam ci powiedzieć, ale nie słuchałeś... 

- Nie fair? - W jego oczach błysnęła furia. - I kto to mówi! Wykorzystałaś mnie, Thereso... T.J... Zresztą, 

cholera  wie,  jak  masz  naprawdę  na  imię.  Zrobiłaś  ze  mnie  idiotę.  Brawo!  Naiwniak  ze  mnie  i  jełopa, 
prawda?  Myślałem,  że  ty  jesteś  inna,  ale  widać  wszystkie  jesteście  takie  same.  Nie  powinienem  mieć 
złudzeń. 

T.J. uniosła głowę. Wiedziała, z jakimi kobietami wcześniej się zadawał, ale raniły ją tak mocne słowa. 
- Nie wrzucaj wszystkich do jednego worka. 
-  A  niby  dlaczego?  -  wrzasnął,  zanim  zdołał  się  opanować.  Stop,  spokojnie,  nie  tak  ostro.  Nie  będzie 

przecież ośmieszać się jeszcze bardziej, - Wyjaśnij mi więc łaskawie, co takiego sprawia, że jesteś inna niż 
reszta? - zapytał głosem łagodnym aż do bólu. 

- Ja... przecież... 
Nie  miał  zamiaru wysłuchiwać jej pokrętnych tłumaczeń. Doskonale  wiedział, jaka potrafi być twórcza i 

pomysłowa. 

- Powiedz, spałaś ze mną czy nie? 
- Tak, ale... 
- Podpisaliśmy umowę czy nie? - ciągnął, nie zważając na protesty. 
Boże, to nie tak, myślała T.J. z rozpaczą. Przecież nie o to chodzi. Christopher odwracał kota ogonem. To, 

co sugerował, nie było prawdą. 

- Tak, ale... 
- Więc niby dlaczego miałabyś być inna? - warknął. Dla niego wszystko było jasne i zrozumiałe. 
-  Bo  ja...  Ja  nigdy  nie  robię  takich  rzeczy  -  powiedziała  słabym  głosem.  -  Nie  sprzedaję  swego  ciała  dla 

interesów. 

-  Och,  doprawdy?  -  Chciał  jej  wierzyć,  ale  absolutnie  nie  mógł.  Jego  śmiech  był  szorstki,  okrutny.  - 

Wybacz, trochę inaczej to widzę. Nie zapominaj, że też przy tym byłem. 

T.J. zacisnęła dłonie w pięści. Miała ochotę go uderzyć. Walić z całej siły w jego pierś, żeby rozwalić ten 

mur i dotrzeć do wnętrza. 

- Dobrze. Nie obchodzi mnie, co myślisz. - Uniosła dumnie podbródek. - Po prostu wiem, co jest prawdą. 

Kropka. 

Odwrócił się do niej plecami. Złapała go za ramię i szarpnęła. 
- Spałam z tobą nie dla umowy i nie dla żadnych innych interesów - wycedziła. - Czysto i bezinteresownie. 

Myślałam, że między nami coś... coś się wydarzyło. - Na litość boską, przecież on też musiał zdawać sobie z 
tego sprawę! 

-  Co?  Magia?  -  zapytał  szyderczo.  Nie  mogła  tego  dłużej  znieść.  Wyśmiewał  się  z  niej,  a  dla  T.J.  to 

naprawdę było ważne, najważniejsze na świecie. 

- Niech będzie magia. Nie mam pojęcia, magia, czary... Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. - Cofnęła się 

i zaczęła chodzić wzdłuż gabinetu. - Nigdy wcześniej to mi się nie zdarzyło. Nie całowałam się tak od razu 
na pierwszej randce... 

Poczuła, że w oczach ma łzy, i odetchnęła głęboko, mając nadzieję, że w jakiś sposób je powstrzyma. Nie 

chciała, aby 

Christopher widział ją płaczącą. Na pewno natychmiast oskarżyłby ją o szantaż. 
Przełknęła ślinę i popatrzyła na niego z żalem w oczach. Przypomniała sobie wszystko, co między nimi się 

wydarzyło. Zwłaszcza ten cudowny moment, w którym pomyślała, że być może on ją kocha. 

- Cóż, miałam wrażenie, że mnie potrzebujesz... 
- A więc kiedy poszłaś ze mną do łóżka, kierowało tobą współczucie. O, święta i szlachetna... Zignorowała 

ironię w jego głosie. 

-  Ja  też  ciebie  potrzebowałam.  Możesz  mi  wierzyć  albo  nie,  ale  jedynym  mężczyzną  oprócz  ciebie,  z 

którym wcześniej spałam, był ojciec Megan. 

Megan. Uśmiechnął się pod nosem. A więc skłamała także i w tej kwestii. Ile jeszcze kłamstw wyjdzie na 

jaw? 

background image

 

44 

- Nie jest twoją siostrzenicą? 
- Nie, to moja córka. 
Może gdyby w odpowiednim czasie zastanowił się nad tym, sam doszedłby do tego wniosku. Jednak nie 

myślał  i  nie  zastanawiał  się  wtedy.  Nie  był  w  stanie  myśleć.  Ta  kobieta  od  samego  początku  zdawała  się 
wypełniać cały jego umysł, niczym jakiś złośliwy wirus. 

Trudno. Przeżył grypę, więc i to przetrzyma. 
- Co jeszcze nie było prawdą? 
- Nic. 
Nie wierzył jej. Widziała to w jego oczach. 
Niby dlaczego miałby jej wierzyć? 
A niby dlaczego nie? 
-  Wszystko  inne  było  prawdą.  Wszystko,  co  opowiadałam  ci  o  firmie.  -  Zrobiła  krok  w  jego  stronę.  -  I 

wszystko, co zaszło między nami. 

Przynajmniej w to musi uwierzyć. Nie zniosłaby, gdyby i tutaj chciał dopatrzeć się oszustwa. 
Christopher spojrzał na nią z rezerwą. Naprawdę chciał, żeby choć to było prawdą. Przez chwilę walczył z 

pokusą, aby wziąć dziewczynę w ramiona. 

Nie, nie po tym wszystkim. 
Ma z siebie zrobić jeszcze większego głupca? 
Odwrócił oczy. 
-  Wybacz,  ale  patrzę  teraz  na  wszystko  przez  pryzmat  twoich  kłamstw.  -  Pomyślał,  że  musi  się  stąd  jak 

najszybciej wydostać, i ruszył w stronę drzwi. 

T.J. stanęła mu na drodze. 
-  Posłuchaj,  chciałeś  osobiście  zobaczyć  się  z  Theresą,  nalegałeś  na  to.  Powiedziano  nam,  że  w  twojej 

firmie panują takie zwyczaje. Theresa nie  mogła się  z tobą spotkać, a naprawdę bardzo zależało  jej  na tej 
umowie... 

- Najwyraźniej. 
- Potem był wypadek samochodowy... 
-  Proszę  cię,  skończmy  już.  -  Czy  naprawdę  uważała,  że  jest  do  tego  stopnia  naiwny?  Wypadek 

samochodowy. Nie stać jej na coś bardziej oryginalnego? Cóż, widać nie jest tak pomysłowa, jak sądził. 

- Ale ja mówię prawdę - upierała się T.J. 
Wyciągnął rękę  w stronę  drzwi, lecz przytrzymała ją, a potem stanęła bliżej  i położyła swą dłoń  na jego 

torsie. Kompletnie zaskoczony, dał się odepchnąć do tyłu. 

- To był  drobny  wypadek -  mówiła dalej  - nic poważnego, ale sanitariusze zabrali ją do szpitala, a lekarz 

nalegał,  żeby  została  na  obserwacji.  Została,  lecz  ty  byłeś  już  w  drodze.  Bała  się,  że  pomyślisz,  że  cię 
lekceważy. I że pójdziesz do innej agencji. 

- Dlaczego więc, do jasnej cholery, nie powiedziałaś mi po prostu, że zdarzył się wypadek? Kto ja jestem? 

Cesarz Bokassa? Rozkazałbym spalić was żywcem albo poćwiartować? 

- Theresa ma opinię osoby beztroskiej - T.J. westchnęła ciężko. Pewnie, że lepiej było od razu powiedzieć 

prawdę. Kto jednak mógł wiedzieć, jaki naprawdę jest Christopher MacAffee? - Bała się, że pomyślisz: „To 
typowe”, i zabierzesz swoje zlecenie. 

Milczał. Tracę go, pomyślała T.J. z rozpaczą. Mój Boże, naprawdę go tracę. 
- Prosiła mnie, żebym ją zastąpiła... - dodała i rozłożyła bezradnie ramiona. 
Christopher zamyślił się. Fakt, pewnie uznałby, że C&C Advertising ma jego firmę za nie wartych uwagi 

prowincjuszy.  Niewykluczone,  że  nie  uwierzyłby  w  wypadek  i  uznał  go  za  banalną  wymówkę.  I  może 
miałby  rację?  Bo  niby  dlaczego  to,  co  mówiła  teraz,  nie  miałoby  być  kolejnym  kłamstwem?  Kto  raz  się 
sparzył, nie tak łatwo sięgnie po gorące. 

-  No  dobrze,  Thereso.  I  tak  już  po  wszystkim,  więc  możemy  pozwolić  sobie  na  szczerość.  Powiedz,  czy 

obie wymyśliłyście tę historyjkę? 

T.J. ogarnęło zniechęcenie. To chyba naprawdę koniec, pomyślała. 
-  Nie  wymyśliłyśmy  -  odparła  obojętnym  już  tonem.  -  Jak  chcesz,  możesz  sprawdzić  w  szpitalu  Harrisa. 

Gdybyś  nie  zachorował,  odwiedziłbyś  firmę,  tego  samego  dnia  podjął  decyzję  i  odleciał  wieczorem. 
Rozchorowałeś  się  i  dlatego  zdarzyło  się  to  wszystko.  Więcej  nie  mam  do  dodania...  -  Jaki  był  sens  go 
przekonywać, skoro  nic  do  niego  nie  docierało?  - Możesz sobie  myśleć, co chcesz, ale  ja powiedziałam  d 
prawdę. 

- Prawdę - powtórzył. - To dla ciebie nowe doświadczenie? 
T.  J.  wbiła  paznokcie  w  miękką  skórę  na  dłoniach.  Jak  mogła  oddać  swoje  serce  mężczyźnie,  który 

najwyraźniej pozbawiony był uczuć? Nie, nie będzie płakać. Nie da mu tej satysfakcji. 

background image

 

45 

Lekceważąco wzruszyła ramionami. 
- Sam sobie odpowiedz. Ja wiem, co mówię. Aha, jest jeszcze coś... 
- Co? 
Chciała mu powiedzieć, że go kocha, ale właściwie po co? Znów by jej nie uwierzył, a na dodatek obraził i 

wyśmiał. Czy sama ma sypać sól na swoje rany? Najlepiej będzie, jeśli on nigdy nie dowie się o jej uczuciu. 

- To, że naprawdę jesteśmy najlepszą agencją do tego rodzaju roboty. - Przypomniała sobie właśnie wyniki 

sprzedaży  walentynkowych  misiów.  -  Efekt  kampanii  piorunujący.  Sprzedaż  idzie  nadzwyczajnie.  Miśki 
znikają z półek. 

Christopher  wiedział  o  tym.  Jego  pracownicy  dostarczyli  mu  tę  informację,  zanim  wyleciał  do  Los 

Angeles. Była to jedna z radości, którą zamierzał się z nią podzielić. Były też inne - znacznie większe - ale to 
w tej chwili nie miało już żadnego znaczenia. I tak dobrze, że odkrył wszystko, zanim zdołał zrobić z siebie 
kompletnego głupca. 

- No widzisz, zrobiliśmy świetny interes, prawda? I tylko interes, nic więcej... 
T.J. uniosła brodę do góry. 
- Pracują dla nas świetni fachowcy. 
- Wiem. I tak podpisałbym z wami tę umowę. Nie musiałaś iść ze mną do łóżka. 
- Nie - zgodziła się. - Nie musiałam. 
Czy rzeczywiście był taki ślepy, że  niczego  nie zauważył,  nie  wyczuł? Przecież zadurzyła się  w  nim  już 

wtedy, gdy dostrzegła, jak zbliża się w jej kierunku? Sądził, że ma do czynienia z Theresą, ale powinien był 
wiedzieć, jaka jest naprawdę. Skoro się z nią kochał, powinien był się domyślić. 

Ale się nie domyślił. 
T.J. zacisnęła usta. 
- Potraktuj to  jako prezent od firmy.  - Skrzyżowała ramiona  i popatrzyła  gdzieś  nad  jego  głową. Ohydna 

złośliwość. Co za licho podpowiada jej takie zdania?  - A teraz wybacz, jest jeszcze parę niewinnych dusz, 
które muszę sprowadzić na złą drogę. 

Wbił w nią wściekłe spojrzenie. Jakim prawem ta jędza pozwalała sobie na sarkazm? 
-  W  porządku,  dość  tego.  -  Po  chwili  namysłu  rzucił  na  biurko  Theresy  wypchaną  kopertę.  -  Tu  macie 

wszystkie dokumenty. 

Koperta stuknęła głucho o blat, następnie osunęła się na podłogę. T.J. nawet nie spojrzała w jej kierunku. 
- Więc nie rezygnujesz z naszych usług? 
-  Jasne,  że  nie.  Jak  sama  zauważyłaś,  miśki  znikają  z  półek.  Pracują  tu  sami  fachowcy,  prezenty  dla 

klientów  macie  ekstra.  Musiałbym  być  idiotą,  żeby  rezygnować  z  takiego  interesu.  -  Uśmiechnął  się 
złośliwie i wyszedł z gabinetu, trzaskając drzwiami. 

T.J. stała nieruchomo, bezmyślnie wpatrzona w drzwi. Poruszyła się dopiero, gdy do środka wśliznęła się 

Theresa. Podniosła kopertę i położyła ją na biurku. Powoli podeszła do kuzynki. 

- Wszystko w porządku? - zapytała cicho. T.J. otarła łzy wierzchem dłoni. 
- Jasne. Nic mi nie jest. Zupełnie nic. - Jej głos drżał niebezpiecznie, ale starała się panować nad sobą. - Po 

prostu tak dobrze udawałam ciebie, że poszłam z nim do łóżka. 

Nie miała pojęcia, dlaczego to powiedziała. Zresztą Theresa i tak najprawdopodobniej wszystko słyszała. 

Pewnie słyszało ich rozmowę całe Los Angeles. 

Na ustach Theresy pojawił się łagodny uśmiech. 
- I podobało ci się? - zapytała cicho. T.J. zamknęła oczy. 
- Tak. Nawet bardzo. 
Theresie  ścisnęło  się  serce.  Rzadko  okazywała  współczucie,  ale  w  tej  chwili  nawet  kamień  zmiękłby, 

widząc jej kuzynkę. Delikatnie odgarnęła kosmyk włosów z czoła T.J. 

-  I  choć  tak  się  wzbraniałaś,  to  lepiej  bawiłaś  się  podczas  tygodnia  z  nim,  niż  podczas  tygodnia,  który 

właśnie minął? - powiedziała. 

- To nie jest zabawne, Thereso. - T.J. popatrzyła ostro na kuzynkę. 
- Wiem, że nie. Pobiegnę za nim i spróbuję mu wszystko wyjaśnić, chcesz? 
Nie miała pojęcia, co niby mogłaby powiedzieć, ale była pewna, że zdoła coś wymyślić. 
Jednak T.J. pokręciła tylko głową. 
- Nawet nie próbuj - westchnęła. - Tego po prostu nie da się naprawić. 
-  Kiedy  chcę,  potrafię  być  bardzo  przekonująca. T.J. doskonale  wiedziała,  co  to  znaczy.  Tego  jej  jeszcze 

brakowało - żeby Theresa „przekonała” Christophera. 

- Nic nie wskórasz. Theresa uniosła ręce do góry. 
-  Dobra,  nie  będę  się  wtrącała,  słowo.  -  Opuściła  ręce  i  przybrała  poważny  wyraz  twarzy.  -  Po  prostu 

chciałabym jeszcze zobaczyć uśmiech na twojej buźce. 

background image

 

46 

- Zobaczysz - obiecała T.J. - Za jakiś czas. Chyba jednak nieprędko. 
- Może gdyby... 
Tym razem to T.J. położyła dłoń na ramieniu Theresy. 
- Nie, Thereso. Jeśli wróci, to dlatego że sam będzie tego chciał.  - Rozluźniła uścisk. - Powiedziałam  mu 

prawdę. To powinno wystarczyć. 

Theresa popatrzyła na nią sceptycznie. 
-  Oddajmy  mu  jednak  sprawiedliwość  -  powiedziała.  -  Niby  skąd  miał  wiedzieć,  która  „prawda”  jest 

prawdziwa? Przecież ty rzeczywiście mu nakłamałaś. 

No nie! Czyżby Theresa stanęła po jego stronie? Właśnie ona? 
- Ty mnie o to prosiłaś! 
-  Ale  jego  w  ogóle  to  nie  obchodzi.  -  Theresa  wiedziała  co  nieco  na  temat  urażonego  męskiego  ego.  - 

Wystarczy,  że  go  oszukałaś,  niezależnie  z  czyjej  inspiracji,  a  teraz  boi  się  zaufać  ci  ponownie.  Zapewne 
wciąż się obawia, że go okłamujesz. 

I  co  z  tego,  że  brzmiało  to  wszystko  tak  rozsądnie?  T.J.  nie  chciała  wcale  logicznego  wytłumaczenia. 

Pragnęła Christophera - aby ufał jej bezgranicznie bez względu na okoliczności. 

- Powinien znać różnicę - powiedziała. 
- Niby dlaczego? 
- Bo zakochani ludzie znają - mruknęła. - Wyczuwają takie niuanse... 
Theresa ujęła kuzynkę pod brodę i popatrzyła jej w oczy. Miłość. Nie miała pojęcia, że sprawy zaszły tak 

daleko. Była 

pewna, że w grę wchodzi wyłącznie pożądanie. Hm, to tylko pogarszało sprawę. 
- Aż tak źle? - spytała cicho. 
T.J. szarpnęła głową do tyłu, po czym wydała z siebie przeciągłe westchnienie. 
- Tak, aż tak źle - potwierdziła. 
Theresa pokiwała głową i opadła na krzesło. 
- Gdybym miała pojęcie, że to się wydarzy, nigdy nie poprosiłabym cię, żebyś zajęła moje miejsce. 
- A to dlaczego? - T.J. popatrzyła na nią ze złością. - Bo jest przystojny i sama miałabyś na niego ochotę? 
Była do tego przyzwyczajona. Nie raz już zdarzyło się, że na mężczyznę, który zaczynał podobać się T.J., 

Theresa natychmiast zastawiała przynętę, po czym oczywiście go uwodziła. 

Theresa nie zareagowała jednak na to oskarżenie. 
- Nie, ponieważ jesteś nieszczęśliwa, a ja nie chcę, żebyś była - odparła łagodnie. 
-  Mówisz  serio,  prawda?  -  T.J.  nie  bardzo  chciała  w  to  uwierzyć,  Nie,  żeby  kuzynka  celowo  starała  się 

sprawić jej przykrość; Theresa po prostu nie przejmowała się nigdy nikim oprócz siebie samej. 

-  Tak,  serio.  Możecie  mnie  wszyscy  uważać  za  wiedźmę,  ale  ty  jesteś  moją  kuzynką  i  naprawdę  cię 

kocham. - Objęła T.J. ramieniem. - Nie chcę, żebyś cierpiała z jakiegokolwiek powodu. 

- Dziękuję. - Cóż, dobre i to. 
- Jesteś pewna, że nic nie mogę zrobić? 
- Nie, nikt nic nie może zrobić. Nie teraz. 
-  Chcesz  wrócić  do  domu?  Troszeczkę  odpocząć?  A  może  wziąć  gorącą  kąpiel?  Albo  jeszcze  lepiej  - 

przykleić do ściany jego fotografię i rzucać w nią strzałkami... 

T.J. roześmiała się przez łzy. Oto sposoby Theresy na radzenie sobie z przeciwnościami losu. Niestety, jej 

by  nie  pomogły.  Poza  tym  nie  miała  nawet  żadnej  jego  fotografii.  Pozostały  po  nim  tylko  wspomnienia. 
Bolesne wspomnienia... 

- Nie, wolę popracować. - Popatrzyła na szkice, które położyła na biurku Theresy. - Popatrz. - Rozłożyła je 

przed kuzynką. - Co o nich sądzisz? 

Theresa popatrzyła na nią sceptycznie. 
- Naprawdę chcesz teraz o tym rozmawiać? 
- Tak, teraz. Proszę. 
- Dobrze. - Theresa pochyliła głowę nad rysunkami. 

 
 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

To był jeden z najdłuższych dni w jej życiu. I to wcale nie z powodu liczby godzin, które T.J. spędziła w 

biurze.  W  sumie  nie  pracowała  dłużej  niż  zwykle  -  od  ósmej  do  piątej.  Jednak  w  taki  dzień,  w  Dzień 
świętego Walentego, czas płynie dwa razy wolniej. Zwłaszcza gdy spędza się go samotnie. 

Tak, wyjątkowo paskudny dzień. 
Gdziekolwiek  się  nie  obróciła,  wszędzie  widziała  Christophera.  Nie  mogła  uwolnić  się  od  natrętnych, 

background image

 

47 

bolesnych  myśli,  przykrych  wspomnień,  rozpamiętywania  raz  po  raz  poszczególnych  zdań,  które  padły  w 
trakcie tej rozmowy, która zniszczyła wszystko. 

A  miał  to  być  taki  cudowny  dzień...  Czekała  na  niego  z  utęsknieniem.  Pamiętała  jego  złożoną  przed 

odlotem  obietnicę  i  choć  starała się  podchodzić  do  niej  sceptycznie,  to  w  głębi  duszy  spodziewała  się,  że 
dzisiaj go zobaczy. Przyleci z San Jose, zabierze ją wieczorem na romantyczną kolację. Może nawet ofiaruje 
walentynkową pocztówkę? Cokolwiek, jakiś drobiazg, który ona zatrzyma na zawsze... 

Nic z tego. Nie zobaczą się nigdy więcej. 
Trudno. Do diabła z nim. Do diabła ze wszystkimi. 
Przez  cały  dzień  miała  ochotę  urwać  się  z  pracy,  lecz  akurat  dzisiaj  okazało  się  to  niemożliwe.  Musiała 

zostać do końca, żeby dopracować szczegóły jakiegoś nowego projektu, który zleciła jej Theresa. 

Theresa za to przez cały dzień przyjmowała kolejne bukiety wspaniałych kwiatów i drogich prezentów. 
To  nieważne,  powtarzała  sobie.  Jej  nie  były  potrzebne  ani  kwiaty,  ani  prezenty.  Jutro  będzie  już  po 

wszystkim - skończy się ten idiotyczny dzień, a życie potoczy się dalej. Będzie tak jak dotychczas. Czy było 
jej źle? Czy nie miała Megan? 

Miała. I mimo to czuła się teraz samotna. Samotna nie do zniesienia. 
Po co w ogóle tu przyjeżdżał? Po co opuszczał to swoje San Jose? Ech, Boże, Boże... 
Musi wziąć się w garść. Przestać o nim myśleć. Teraz, natychmiast, w tej chwili. 
Chlipnęła  po  raz  ostatni,  wytarła  chusteczką  nos  i  nacisnęła  guzik  windy,  tak  mocno,  jakby  to  był  nos 

Christophera. Po chwili rozległ się cichy dzwonek i srebrne drzwi otworzyły się bezszelestnie. T.J. zrobiła 
energiczny krok do przodu i jęknęła w tej samej chwili. 

Kolejny bukiet. Kolejny dowód uwielbienia dla Theresy. Olbrzymi bukiet czerwonych róż, tak wielki, że 

zasłaniał gońca, który go przytargał. Zza skropionych wodą kwiatów widać było tylko jego jasnoniebieskie 
dżinsy. 

- Drugie drzwi od końca - T.J. poinstruowała machinalnie. 
- Dzięki - usłyszała zza róż. 
Wyminęli się z trudem, co nie było łatwe, zważywszy na ilość róż, po czym ona znalazła się wreszcie w 

windzie, zaś posłaniec na korytarzu. 

Odetchnęła głęboko i nacisnęła guzik z napisem „parter”. Drzwi windy zamknęły się, a ona ujrzała jeszcze, 

jak goniec usiłuje wystawić nos spoza róż, stawiać kroki i jednocześnie nie przewrócić się wraz z wazonem. 

Nie do wiary. Skąd Theresa zna tylu wolnych mężczyzn? 
T.J. stłumiła w sobie złość (a może też zazdrość?). Nie miała powodu, by złościć się na Theresę. Cóż ona 

biedna  mogła  poradzić  na  to,  że  mężczyźni  lgną  do  niej  niczym  pszczoły  do  miodu.  Pszczoły?  Już  raczej 
niedźwiedzie. Łakome słodkości misie. 

Na myśl o niedźwiedziach natychmiast stanął jej przed oczyma Christopher. Walentynkowe miśki. 
Nie, powiedziała w duchu. Przecież sobie obiecała. Nigdy więcej Christophera. Nigdy. Nawet w myślach. 
Zeszła na parking, wsiadła do samochodu i z furią zatrzasnęła drzwi. Irytowało ją, że w żaden sposób nie 

może pozbyć się tego dręczącego przykrego uczucia: oto kolejne walentynki, które spędza sama. 

Przekręciła kluczyk w stacyjce i jednocześnie włączyła radio. 
-  A  teraz  coś  dla  was,  drodzy  zakochani.  Słodki  Elvis  zaśpiewa  wam  „Love  Me  Tender”.  Buziaka  - 

oznajmił prezenter, kiedy wyjeżdżała na ulicę. 

T.J. nie wyłączyła radia. 
 
Całą  drogę  do  domu  przejechała  niczym  automat.  Nawet  pod  przysięgą  nie  umiałaby  powiedzieć,  jak 

dostała się pod swój adres. Kiedy wreszcie znalazła się na podjeździe, otworzyła pilotem drzwi garażu. 

Może  tym  razem  rzeczywiście  skorzysta  z  rady  Theresy.  Najpierw  położy  Megan  do  łóżka,  a  potem 

zanurzy  się  w  aromatycznej,  gorącej  kąpieli.  Tak,  zrobi  to.  I  będzie  to  wyjątkowo  gorąca  i  wyjątkowo 
aromatyczna kąpiel. Przy odrobinie szczęścia może wyparują resztki wspomnień o pewnym mieszkańcu San 
Jose, któremu zdarzyło się kiedyś odwiedzić Los Angeles. I jej biuro. I dom. I serce... 

Wyszła z samochodu i wtedy ujrzała coś, co ją zaintrygowało. Obeszła auto i znieruchomiała ze zdumienia. 
Róże! 
Dziesiątki, setki róż! 
W garażu i na schodkach prowadzących do domu leżały świeże różowe pączki, układając się w kolorową, 

różaną ścieżkę. T.J. poszła ich śladem i odkryła, że ścieżka prowadzi do frontowych drzwi. 

Czyżby to Megan sprawiła jej taką niespodziankę? Ale przecież w ogródku nie było róż, a poza tym pąki 

rzeczywiście ułożono tak, że prowadziły z garażu do domu. Megan nie dałaby rady zrobić tego wszystkiego. 

Więc  kto?  Może  ktoś  ma  takie  dziwne,  perwersyjne  poczucie  humoru?  Zrobił  jej  nadzieję,  by  później 

wyśmiać.  Theresa?  Niewykluczone.  Dlaczego  bowiem  nalegała,  aby  T.J.  została  w  biurze  do  piątej,  choć 

background image

 

48 

zazwyczaj, jeśli kuzynka tylko napomknęła o wcześniejszym wyjściu, to Theresa niemal siłą wypychała  ją 
na ulicę. 

Ostrożnie otworzyła  drzwi. Wszystkie światła były  wygaszone,  chociaż  nie powinny być  o tak  wczesnej 

porze. Jedynie z pokoju gościnnego sączyła się wątła smużka. A może to napad? 

T.J. przygryzła wargę. To zaczynało być naprawdę dziwne. 
Zrobiła krok do przodu. Nikt jej nie witał. 
- Cecilia? Megan? Wróciłam do domu. - Umilkła na chwilę. - Gdzie jesteście? 
Cisza. 
T.J.  wystraszyła  się.  Z  wrażenia  wypuściła  z  rąk  torebkę,  a  kiedy  pochyliła  się,  żeby  ją  podnieść, 

zobaczyła, że na podłodze też jest pełno róż. I że też tworzą ścieżkę. 

Czując przyśpieszone bicie serca, ruszyła tym śladem. Prowadził  od pokoju gościnnego do jadalni, gdzie 

urywał się nagle przy stole. 

Ale  ten  stół  wcale  nie  wyglądał  jak  jej  stół.  Nakryty  był  przepięknym,  koronkowym  obrusem  i 

przygotowany  jak  do  romantycznej  kolacji  dla  dwojga.  Ową  smużkę  światła,  którą  widziała  wcześniej, 
rzucały dwie świece osadzone w wysokich świecznikach. 

W  powietrzu  unosił  się  aromat  jagód.  Na  samym  środku  stołu,  pomiędzy  świecami,  leżał  mały,  biały 

niedźwiadek. Do jego łapek przywiązane było wstążką niewielkie pudełeczko. 

Mimo woli uśmiechnęła się do siebie. 
Zupełnie jak w reklamie. A więc to żart. Głupi żart. 
T.J. ujęła się pod boki. 
-  W  porządku,  Thereso,  to  wcale  nie  jest  zabawne!  -  zawołała  podniesionym  głosem.  -  Chyba  trochę 

przesadziłaś. Bawisz się moim kosztem? Wystarczy. - Rozejrzała się po pustym wnętrzu. Nagle ogarnął ją 
niepokój. Czy aby na pewno zrobiła to Theresa? - No dobrze, bardzo śmieszne. Cha, cha, cha... Słyszysz, jak 
się śmieję? Wychodź już, no wychodź. Zabawa skończona. Możesz iść do domu. 

Jednak wciąż odpowiadała jej cisza. 
-  Dobra  -  krzyknęła.  -  Biorę  do  ręki  miśka.  Co  mi  powie,  jak  go  nacisnę?  „Dupa”?  A  może:  „Czy 

wypełniłaś już swój formularz podatkowy? Szczęśliwych walentynek życzy Urząd Skarbowy”... 

T.J. wzięła maskotkę i ścisnęła ją tak, jak robiła to kobieta w telewizyjnej reklamie. 
- Włącz przycisk - usłyszała. 
- Aha. Więc to bardziej skomplikowane. Tak to sobie wymyśliłaś. Dobrze się bawisz? Uważaj, włączam. 
Odwróciła  misia i  znalazła na jego plecach  niewielki  przełącznik. Po przestawieniu dźwigienki usłyszała 

trzask, a następnie głos. 

Męski głos. 
Głos Christophera. 
Upuściła misia na podłogę, ale ten nie przestał mówić. 
- Wybacz mi. Byłem idiotą... 
Szybko podniosła zabawkę, po czym rozejrzała się wokół. 
- Christopher?  - zawołała. Jej serce zaczęło  walić  jak  oszalałe. Czyżby tu był? Czyżby  wrócił, żeby się z 

nią zobaczyć? Dlaczego? Po co? Przecież... 

- Tutaj. 
Odwróciła się na pięcie. 
Stał  w  drzwiach,  tuż  za  nią.  Jak  to  możliwe?  Przecież  jeszcze  chwilę  temu  nie  było  go  tam.  Ponownie 

upuściła misia i rzuciła się Christopherowi w ramiona. 

On zaś poczuł się tak, jakby odzyskał przytomność po ataku serca. Boże drogi, nie sądził, że znowu będzie 

taki szczęśliwy. Bał się, że już na to za późno. Ale na szczęście zdążył. Tulił ją w ramionach, a więc nie było 
za późno. 

Opuścił  głowę  i pocałował  ją z  miłością. Znowu  czuł, że żyje. Naprawdę żyje. Bez  niej tylko  odmierzał 

czas, zaliczał kolejne  dni. Nie  wiedział  o tym,  dopóki nie pojawiła się  w  jego życiu. A potem ponownie  z 
niego zniknęła. 

-  Poczekaj...  poczekaj  chwilę  -  wydyszała  mu  do  ucha  T.J.  Nie  wypuszczając  jego  dłoni,  popchnęła  go 

lekko do tyłu i spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu odpowiedzi. - Co się tu dzieje? 

- Dotrzymałem obietnicy i oto jestem na naszej walentynkowej randce. 
- Na randce? Zdaje się, że byłeś zdecydowany opuścić mnie na zawsze. Co się takiego wydarzyło? 
- Miałem czas przemyśleć wszystko i odzyskać rozum. Nie robiłem nic innego, tylko myślałem. O tobie. - 

Znów przytulił do siebie T.J. Nie chciał już nigdy wypuszczać jej z ramion. - Chciałem zapomnieć, ale wciąż 
byłaś przy mnie, w każdym moim śnie, na każdym zebraniu, które bezskutecznie usiłowałem poprowadzić... 
Prześladowałaś mnie, czułem się jak opętany. Wściekałem się na siebie, robiłem sobie wyrzuty, ale to było 

background image

 

49 

silniejsze ode mnie. Ojciec zawsze żądał, żebym próbował stawić czoło temu, przed czym staram się uciec. 
To była akurat rozsądna rada. No więc wróciłem. 

- Żeby stawić czoło, tak? - Czuła zawód. Myślała już, że choć raz w swoim życiu w walentynki usłyszy o 

miłości. - Więc to tylko przedstawienie? 

- Nie, to nie przedstawienie. Wszystko przemyślałem. 
Przerwał  na  moment,  żeby  zastanowić  się,  czy  może  jej  o  wszystkim  opowiedzieć.  Pewnie,  że  może, 

odpowiedział sobie od razu. Przecież nie powinno między nimi być więcej sekretów. 

Jednak jeśli jej powie, będzie wiedziała, że nie wierzył w jej historię, dopóki nie potwierdziły jej fakty. 
Mimo wszystko postanowił zaryzykować. 
- Zadzwoniłem do szpitala. 
- Do szpitala? Skinął głową. 
- Niejaka Theresa Cohran została przyjęta  na oddział  w  noc poprzedzającą  mój przylot do Los  Angeles  - 

wyrecytował. 

- Dlaczego miałabym kłamać w tej akurat sprawie? 
- Bo skłamałaś, że jesteś kimś, kim nie byłaś - odparł. No tak. Teraz wszystko zacznie się od nowa. 
- Mówiłam ci, miałam powody, żeby tak postąpić - powiedziała znużona. 
Christopher jednak nie chciał znowu się kłócić. 
- Wiem,  miałaś powody. Z waszego punktu  widzenia byłem  kimś, z kim trudno  normalnie się  dogadać.  - 

Uśmiechnął  się  na  myśl  o  ich  wspólnych,  namiętnych  nocach.  -  Ale,  jeśli  pamiętasz,  dogadaliśmy  się 
znakomicie. 

- Fakt, szybko znaleźliśmy wspólny język - ona też uśmiechnęła się do swoich myśli. 
- Więc może powinniśmy spróbować jeszcze raz? I to możliwie jak najprędzej - zaproponował. 
T.J.  poczuła  przyjemny  dreszcz  na  plecach.  Przełknęła  ślinę.  Podświadomie  czuła,  że  Christopher  nie 

proponuje jej układu typu: „zróbmy to po raz ostatni, skoro oboje tak tego chcemy, a potem - do widzenia”. 

- Teraz? A co z Cecilią i Megan? - zapytała. 
- Są u Theresy. 
Hm, a więc przezornie zajął się wszystkim. 
-  Poprosiłem  ją,  żeby  przez  jakiś  czas  zatrzymała  je  u  siebie  -  dodał  szybko  i  uśmiechnął  się  do  niej.  - 

Może nawet przez całą noc. 

- Theresa? To ona wie o wszystkim? 
-  Tak.  -  Kiedy  się  z  nią  skontaktował,  bardzo  chętnie  zgodziła  się  mu  pomóc.  To  właśnie  ona 

zaproponowała, żeby Megan i Cecilia przenocowały u niej. 

- I nic mi nie powiedziała? - zdumiała się T.J. Theresa nie potrafiła dotrzymywać sekretów. 
-  Prosiłem  ją,  żeby  tego  nie  robiła,  a  ona  obiecała,  że  nie  zrobi.  Może  znów  bała  się,  że  zerwę  umowę? 

Zresztą, teraz to bez znaczenia. Dostałaś moje kwiaty? 

Roześmiała się. 
- Przecież są rozrzucone po całym domu. 
-  Nie  chodzi  mi  o  te.  Mam  na  myśli  róże,  które  wysłałem  do  biura.  Posłaniec  miał  je  przynieść,  gdy 

będziesz wychodziła. Trzy tuziny najdłuższych róż. 

T.J. przypomniała sobie olbrzymi bukiet, z którym minęła się w windzie, i jęknęła - z żalu i z radości. Te 

róże były dla niej! Pierwsze kwiaty, jakie dostała na walentynki! 

- Posłałam je Theresie - przyznała skruszona. 
- Nie chciałaś ich? Nie podobały się? - spytał zaniepokojony. 
- Nie, to znaczy chciałam, ale nie wiedziałam, że są dla mnie. Byłam pewna, że wysłano je Theresie. Przez 

cały dzień dostawała prezenty. - Bezradnie wzruszyła ramionami. - Przykro mi. 

- Nawet bardziej, niż możesz przypuszczać, dodała w myślach. 
- Uznałam po prostu, że to któryś z jej wielbicieli. Christopher ucałował jej zasmucone czoło. 
- Wcale nie - szepnął. - To prezent od jednego z twoich wielbicieli. 
- Od mojego jedynego wielbiciela - poprawiła go. - Żadnej liczby mnogiej. A co, masz zamiar nim zostać? 

Uśmiechnął się i popatrzył na nią z czułością. 

- Oczywiście - odparł. Na wieki wieków, dopowiedział w duchu. Trzymał ją przy sobie, patrzył w jej twarz 

i czuł się szczęśliwy. - Jakie masz plany na wieczór w Dniu Zakochanych? 

Roześmiała się. 
- Jak to? Spędzam go tutaj, z tobą - odrzekła nieco zdezorientowana. 
- Miałem na myśli walentynki 2010. 
- Co takiego? 
Christopher wypuścił ją z objęć. Podszedł do miejsca, w którym upuściła miśka, i podniósł maskotkę. 

background image

 

50 

- Nie wysłuchałaś całej informacji. 
T.J. wzięła niedźwiadka na ręce. 
- To on ma jeszcze coś do powiedzenia? 
- Ma jeszcze coś do ofiarowania. - Wskazał pudełeczko w łapkach miśka, a wtedy T.J. ujęła je w dłonie i 

zaczęła rozplątywać czerwoną wstążkę. 

- Jak zdołałeś sprawić, żeby  mówił twoim  głosem?  - zapytała. Jej palce  drżały,  miał  olbrzymią ochotę jej 

pomóc, schował jednak ręce do kieszeni. 

-  Poprosiłem  specjalistów,  żeby  w  jego  brzuchu  umieścili  miniaturowy  magnetofon  -  wyjaśnił.  - 

Pomyślałem, że zwykłe „kocham cię” może nie zadziałać. 

W  końcu  udało  jej  się  rozwiązać  wstążkę.  Posadziła  misia  na  stole,  wzięła  głęboki  oddech  i  otworzyła 

pudełeczko. 

Boże drogi, przecież nie może się teraz rozpłakać. 
- To pierścionek - wyszeptała z niedowierzaniem. 
- Wiem. Sam go wybrałem. 
T.J. podniosła oczy na Christophera. 
- Dla mnie? 
Niedbale wzruszył ramionami. Za chwilę się przekona, czy po raz kolejny zrobił z siebie durnia. 
- Na miśka jest za duży. 
- Ale... to pierścionek zaręczynowy. Wciąż nie wyjęła go z pudełka. Dlaczego nie wyjęła? Czy zamierzała 

mu go zwrócić? 

-  Mhm.  Kiedy  ludzie  chcą  się  zaręczyć,  zazwyczaj  dają  sobie  takie  właśnie  pierścionki  -  wyjaśnił 

rzeczowo. - To znaczy, mężczyźni dają kobietom... Słyszałaś o tym, nie? 

-  Boże,  teraz  dopiero  czuł  się  skończonym  bałwanem.  Czy  musi  tak  mleć  ozorem  bez  ładu  i  składu? 

Wstrzymał oddech. 

- To znaczy - postanowił iść na całość - przyjmij go, jeśli chcesz zaręczyć się z takim idiotą, jak ja. 
- Nie chcę. - T.J. popatrzyła na niego poważnie. - Chcę się zaręczyć z tobą. 
Co za ulga! Natychmiast wyjął pierścionek z pudełka i wsunął go na palec T.J. Ponownie ją przytulił. 
A więc wszystko będzie dobrze? Wciąż nie mógł w to uwierzyć. 
- Wiesz, powinienem był zaufać swojej intuicji od razu, kiedy cię zobaczyłem - powiedział. 
- To znaczy? 
-  To  znaczy,  że  od  razu  wiedziałem,  że  jesteś  kobietą,  której  szukałem  przez  całe  życie.  Inteligentną, 

dowcipną, czułą. I bardzo całuśną. Od początku nie miałem szans. To przerażające... 

- Co jest przerażające? 
- Potęga  miłości. Szczęście.  - Popatrzył jej prosto  w oczy.  - To, jak bardzo jesteśmy bezbronni, kiedy ten 

cwany aniołek wyceluje nam strzałą w tyłek... to znaczy... w serce. 

T.J. zarzuciła mu ramiona na szyję. 
- Czy chcesz już zawsze chodzić ze strzałą w... sercu? 
- Będę uwielbiał to uczucie. - Delikatnie musnął jej wargi. - I ciebie. 
- Dobrze wiedzieć. Nie mam ochoty na nieodwzajemnioną miłość. 
Chciał to usłyszeć. Musiał to usłyszeć. 
- Więc ty... Ty mnie kochasz? 
- Jasne, że cię kocham. Wydaje ci się, że przyjęłabym takiego miśka od byle kogo? 
- Pewnie, że nie. Znam cię przecież. W takim razie... Szczęśliwych walentynek, kochana! 
- Kochana... Powiedz to jeszcze, ale inaczej - szepnęła, kiedy zniżał głowę, aby ją pocałować. 
- Co mam powiedzieć? - odchylił się. 
- Moje imię. - Właściwie nigdy, z wyjątkiem jednego razu, nie nazwał jej po imieniu. - Powiedz moje imię. 
- Kochana T.J. - wyszeptał. 
Do licha, nie wyglądała na T.J. Kobiety, które kazały nazywać się inicjałami, zazwyczaj były chłodne, do 

bólu  odpowiedzialne  i  zupełnie  bez  polotu.  Nie  były  ciepłymi,  kochającymi  kobietami,  jak  ona.  Nie 
wiedziały, jak rozpływać się w ramionach ukochanego mężczyzny. 

-  Wiesz,  chyba  wolę  jednak  mówić  do  ciebie  po  prostu  „kochanie”.  Przecież  cię  kocham.  Kocham  jak 

wariat. Szczęśliwych walentynek, kochanie... 

Serce niemal bolało ją ze szczęścia. Ten straszny dzień zakończył się tak wspaniale. 
Zakończył? 
O, nie, to dopiero był początek szczęścia! 
- Szczęśliwych walentynek - odpowiedziała i rzeczywiście były to wyjątkowo, hm, szczęśliwe walentynki. 
Pluszowy miś na stole mógłby mieć na ten temat niejedno do powiedzenia.