Marie Ferrarella CZY TO TY, WALENTYNKO?
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Chcę, Ŝebyś była mną.
T.J. z osłupieniem spojrzała na leŜącą na widełkach słuchawkę.
Telefon na biurku zadzwonił juŜ trzeci raz, kiedy Theresa Jean Cohran zdała sobie wreszcie
z tego sprawę. Zagłębiona w arkuszach kalkulacyjnych wyświetlanych na ekranie komputera,
po omacku wyciągnęła rękę po słuchawkę, lecz niechcący nacisnęła guzik uruchamiający
tryb głośnego mówienia i wtedy właśnie usłyszała te zdumiewające słowa.
- Słucham? - wymamrotała po chwili.
- Chcę... - po drugiej stronie ktoś najwyraźniej się zawahał. - To ty, T.J.? - W pełnym
słońca gabinecie T.J. rozległ się głos jej kuzynki, Theresy Joan Cohran.
T.J. z niepokojem spojrzała na telefon. Dlaczego Theresa do niej dzwoni? Dlaczego po
prostu nie wpadła bez pukania, jak to miała w zwyczaju?
Theresie chyba jeszcze nigdy nie przyszło do głowy, Ŝe mogłaby zapukać. Jako prezes C&C
Advertising przywykła do tego, Ŝe moŜe swobodnie wchodzić do wszystkich pomieszczeń
znajdujących się na trzech piętrach naleŜących do jej agencji - moŜe z wyjątkiem męskiej
toalety. ChociaŜ i to mogło z czasem ulec zmianie.
Nawet gdyby jednak Theresa nie była szefową stworzonej przez swego dziadka i
rozwiniętej przez ojca czołowej na rynku agencji reklamowej, i tak nie cofnęłaby się przed
wtargnięciem na teren kuzynki. Robiła to przecieŜ od dzieciństwa i było to dla niej równie
naturalne, co oddychanie.
Theresa Jean, podobnie jak kuzynka nazwana tak na cześć babki ze strony ojca, sięgnęła
więc z rezygnacją po słuchawkę. Choć w pomieszczeniu nie brakowało światła - promienie
słońca wpadały bowiem obficie przez dwa znajdujące się za nią okna - to zrobiło jej się nagle
zimno i ponuro. Poczuła się, jak gdyby przeŜywała deja vu.
Zbyt dobrze znała ton, którym posłuŜyła się teraz kuzynka. Theresa czegoś chciała.
Przysługi. Maleńkiej, drobniutkiej przysługi. Dobrze znała te jej prośby!
Dwie „maleńkie przysługi” zawsze pociągały za sobą bynajmniej nie „maleńkie”
konsekwencje, były jak ten drobny kamyk, który puszczony w dół po zboczu, pociąga za sobą
lawinę i wraz z wielkimi głazami zagarnia wszystko, co stanęło na drodze. Kiedy obie były
dziewczynkami, niektóre z tych przysług miały wprawdzie dość dziwaczny charakter, lecz
ich spełnienie nie było aŜ tak trudne. Te ostatnie jednak stawały się znacznie mniej wygodne,
dotyczyły bowiem głównie pracy - z reguły takiej czy innej sprawy, którą naleŜało
dyplomatycznie załatwić po przejściu przez firmę Huraganu Theresa (takim przezwiskiem
ochrzcili szefową starsi pracownicy firmy).
Nawiasem mówiąc, T.J. podejrzewała, Ŝe Theresa domyśla się, jak nazywają ją podwładni -
i uwaŜa to za komplement!
Jeśli chodzi o wiek, dzieliło je dziewięć miesięcy. T.J. była starsza, ale to Theresa zwracała
na siebie większą uwagę. Jako młoda i urodziwa szefowa wielkiej agencji skupiała na sobie
zainteresowanie mediów. W kolorowych magazynach moŜna było znaleźć jej zdjęcia z coraz
to nowymi i coraz bardziej interesującymi kawalerami, udzielała wywiadów, obdarzała
uśmiechami fotoreporterów. W istocie jednak to T.J. była szarą eminencją firmy, to ona była
owym mózgiem, siłą sprawczą, dzięki której mogli zawierać nowe kontrakty i odnawiać
stare.
Taka rola bardzo jej zresztą odpowiadała. Wolała pozostawać w cieniu, by robić to, co
uwaŜała za naprawdę wartościowe i twórcze - obliczać, planować, podejmować decyzje. I tak
T.J. uwielbiała wykonywać mrówczą pracę w zaciszu swego gabinetu, a Theresa zbierać
pochwały w blasku fleszy i jupiterów. Dobrze im się razem pracowało.
Teraz T.J. nacisnęła dwa przyciski na klawiaturze komputera, by zachować plik, po czym
usiadła wygodniej na krześle i odetchnęła głęboko. Miała przeczucie, Ŝe ta rozmowa potrwa
dłuŜej niŜ chwilę.
- Czemu zawdzięczam tę przyjemność? - Zerknęła na zegarek. Dochodziła dziewiąta.
Ciekawe, czy Theresa jest jeszcze w domu? Nie po raz pierwszy spóźniłaby się do pracy.
Po drugiej stronie usłyszała dramatyczne westchnienie. Nikt inny nie umiał wzdychać
równie dramatycznie, jak Theresa Joan Cohran. Wyglądało na to, Ŝe sprawa jest szczególnie
powaŜna.
- Posłuchaj, T.J., potrzebuję twojej pomocy. T.J. odchyliła się na krześle.
- Chodzi o jakąś kampanię reklamową, jakiś pomysł, czy moŜe o to, Ŝe... - zawiesiła głos,
licząc na to, Ŝe kuzynka dopowie resztę.
- Chodzi o to, Ŝe chcę, Ŝebyś była mną.
T.J. uniosła brwi. Nie takiego dopowiedzenia się spodziewała.
- Ale... w jakim sensie?
Theresa zdawała się nie słyszeć. Ten zwyczaj opanowała do perfekcji - nie słyszała
niczego, co nie miało związku z tym, co aktualnie zaprzątało jej myśli. Zachowywała się tak,
jakby wszystkie jej pomysły, nawet najbardziej idiotyczne i zwariowane, powinny być dla
kaŜdego jasne.
- Doskonale się nadajesz, T. J.! Zobaczysz, wszystko się uda! Zgódź się od razu i będzie po
sprawie. Zgadzasz się, prawda? To super, naprawdę super!
Hm, nie na darmo nazywają ją Huraganem Theresa, pomyślała T.J. W przeciwieństwie do
kuzynki, ona lubiła jednak zastanowić się wcześniej przed podjęciem kaŜdej decyzji, a
przede wszystkim - lubiła wiedzieć, o co chodzi.
- Chyba czegoś nie dosłyszałam, Thereso - odezwała się łagodnym tonem, niczym
pielęgniarka do pacjenta w zakładzie dla psychicznie chorych. - Przed czwartym kubkiem
kawy trochę za wolno myślę. MoŜesz dodać coś jeszcze?
Po drugiej stronie zapadła długa cisza, jak gdyby Theresa szukała właściwych słów. T.J.
miała czas, by zastanowić się, o co teŜ moŜe chodzić tym razem. Czy moŜe powinna w
zastępstwie kuzynki poprowadzić jakieś superwaŜne zebranie albo prezentację? Nie, znając
Theresę aŜ za dobrze, domyślała się, Ŝe w grę wchodzi coś bardziej niekonwencjonalnego -
jakiś pagórek, z którego koniecznie trzeba zjechać na nartach, albo męŜczyzna, który
dramatycznie potrzebuje jej towarzystwa w odludnym domku w górach. Tak czy inaczej
Theresa zaczęła coś, co ona będzie musiała dokończyć. Oczyścić pole, pozałatwiać sprawy,
wyjść na prostą. Theresa posiadała bowiem niezwykłą zdolność prowadzenia interesów i
jednocześnie radosnego uŜywania Ŝycia - oczywiście, bynajmniej nie w tym samym miejscu.
CóŜ, taki juŜ był wdzięk jej kochanej kuzyneczki. Theresa miała swoje wady, poza
wszystkim była jednak wspaniała, piękna, czarująca i bogata, toteŜ wszyscy jej wybaczali;
wszyscy łącznie z T.J., moŜe z tą jedynie róŜnicą, Ŝe ów podziw i dobroduszność były
wynikiem szczerej miłości i troski, jaką T.J. obdarzała Theresę.
Uśmiechnęła się do siebie. Dobre sobie! Gdyby Theresa dowiedziała się, Ŝe jej kuzynka
poczuwa się do opieki nad nią, roześmiałaby się pewnie ze zdumieniem.
- No dobrze, powiedz wreszcie, dlaczego miałabym być tobą, skoro sama moŜesz udawać
siebie o wiele lepiej? - zagadnęła T.J., by jak najszybciej poznać rozwiązanie tej zagadki.
- No właśnie. Problem w tym, Ŝe nie mogę. Jestem w szpitalu.
- W szpitalu! - wykrzyknęła T.J. - Thereso, nic ci nie jest? - Zaczęła machać bosą stopą w
poszukiwaniu butów. Zupełnie jakby miała za chwilę pobiec do szpitala, by na własne oczy
przekonać się, co się stało. - Który to szpital? Zaraz tam będę.
Jej głowę przebiegły czarne myśli. Wypadek... Za szybko prowadziła... Theresa zawsze za
szybko prowadziła. Dlaczego nigdy nie posłuchała i...
- Nie, nie rób tego! - Kuzynka domyśliła się widocznie, Ŝe jeśli nie zaoponuje, T.J. pojawi
się w szpitalnej sali w ciągu kilku minut. - Ze mną wszystko w porządku. Naprawdę.
Niestety, z samochodem gorzej - dodała ponuro. - Do kasacji. A to był taki piękny odcień
niebieskiego...
T.J. przejechała dłonią po czole. Jeśli kuzynka rozpacza nad utratą samochodu, to chyba
rzeczywiście jeszcze nie umiera. Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze.
Musiała się uspokoić. A nade wszystko zdobyć nieco więcej informacji.
- Miałaś wypadek?
- Ale to nie była moja wina - Theresa natychmiast zaczęła się usprawiedliwiać. - To tamten
przejechał na czerwonym świetle.
- W porządku, wierzę. Jesteś pewna, Ŝe nic ci nie jest?
- Jasne, Ŝe jestem pewna. Tylko ci lekarze... Wiesz, jacy oni są. Zawsze robią trudności. -
No tak, T.J. mogła sobie wyobrazić, jakie jest samopoczucie Theresy. Nie nawykła do
słuchania cudzych poleceń, a musiała pewnie poddać się serii badań, zanim nie orzeczone
zostanie, Ŝe jest cała i zdrowa. - Chcą mnie zatrzymać na obserwacji. Niech ich... Dobrze
chociaŜ, Ŝe jest wśród nich jeden taki, któremu z radością dałabym się przebadać, zwłaszcza
po kolacji przy świecach...
T.J. odetchnęła z ulgą, słysząc te słowa. Była bardziej niŜ pewna, nawet bez badań, Ŝe jej
kuzynka ma się dobrze.
- Thereso, zbaczasz z tematu - upomniała ją.
- Jak zwykle masz rację. Posłuchaj więc: krótko mówiąc, chodzi o to, Ŝebyś była mną w
towarzystwie Christophera MacAffee.
- Christophera MacAffee, tego od MacAffee Toys?
- Zgadza się.
Kopia prezentacji przygotowanej dla tego właśnie człowieka znajdowała się na niebieskiej
dyskietce leŜącej na biurku T.J. Sporządziła ją ubiegłego wieczoru. Christopher MacAffee
był świeŜo wybranym prezesem MacAffee Toys. Przejął to stanowisko po niedomagającym
ojcu. MacAffee Toys było zaś liczącą sobie 120 lat fabryką zabawek, która od dziesięcioleci
przynosiła znaczne dochody.
Fakty te jednak w Ŝaden sposób nie dawały odpowiedzi na kłębiące się w głowie T.J.
pytania.
- Dalej nie wiem, o co ci chodzi - przyznała.
- Christopher MacAffee ma odwiedzić mnie dzisiejszego popołudnia, aby sfinalizować
umowę. Ma kilka pytań odnośnie prezentacji. Wiesz, o co chodzi, pracowałaś przecieŜ nad tą
kampanią - przypomniała jej Theresa.
Było to zgodne z prawdą, T.J. odwaliła kawał solidnej roboty.
- No i?
- PrzecieŜ wiesz, jaki z niego sztywniak.
Prawdę mówiąc, T.J. nie miała pojęcia, czy wspomniany męŜczyzna jest sztywniakiem, czy
duszą towarzystwa. Kontaktowała się tylko z jego asystentem, i to wyłącznie przez telefon, a
poza tym nie było w jej zwyczaju formułować prywatne oceny na temat swych klientów.
- Jest uparty, kompletnie niereformowalny - tłumaczyła tymczasem Theresa - twierdzi, Ŝe
ma swoje zasady i nalega na spotkanie z prezesem, to znaczy ze mną.
T.J. ogarnęły dziwne przeczucia. Zaczynała rozumieć, czego pragnie jej kuzynka.
- Więc chcesz, Ŝebym cię zastąpiła. I to całkowicie. Nie tylko cię reprezentowała, ale po
prostu była tobą. Zamieniła się na ten czas w prezesa C&C Advertising, prowadziła
negocjacje i podejmowała za ciebie decyzje.
- Musisz.
- Theresa, jedyne co muszę, to wychowywać Megan, płacić podatki i umrzeć.
Z irytacją zaczęła kreślić coś na leŜącej na biurku kartce papieru. Nie miała najmniejszego
zamiaru robić w konia prezesa wielkiej firmy, o której względy ubiegała się agencja.
- T.J., wiem, o co chodzi. Nie masz w ogóle wiary w siebie. Posłuchaj mnie. Jesteś solidną i
odpowiedzialną osobą, więc jeśli powiesz mu, Ŝe ty to ja, nie ma powodów, Ŝeby ci nie
uwierzył. - Theresa umilkła na moment, po czym dodała pośpiesznie: - Gdybyś zrobiła coś z
włosami, no wiesz, nie tylko przyczesała je jak zwykle palcami... no i moŜe załoŜyła coś
odpowiedniego, dobrze by ci poszło, wiesz przecieŜ... - Nie po raz pierwszy przebierałyby się
za siebie, choć od ostatniego razu minęły lata. - Jesteśmy bardzo do siebie podobne, no, moŜe
ja mam tylko nieco bardziej subtelne rysy.
No tak. Ta ostatnia uwaga była w stylu Theresy. Nie to, Ŝeby kuzynka miała coś złego na
myśli, Ŝeby chciała zrobić T.J. przykrość... Nie, cały urok tej przebojowej dziewczyny
polegał właśnie na tym, Ŝe Theresa była zawsze do bólu szczera. Co w sercu - to na języku.
W tym zresztą przypadku miała akurat rację: jeszcze w dzieciństwie były niemal identyczne,
dopiero potem Theresa poświęciła się starannej pielęgnacji tego, czym tak hojnie obdarzyła
ją natura, podczas gdy T.J. machnęła na to ręką i skoncentrowała się na studiach i spełnianiu
marzeń i aspiracji swego tatusia.
Była jego ukochaną córeczką, a skoro tak, to próŜność w ogóle nie wchodziła w rachubę.
Shawn Cohran był tak skromny, wielkoduszny i poboŜny, Ŝe ktoś, kto nie znał go lepiej,
mógłby go uznać za dewota. Rodzinną firmę opuścił stosunkowo szybko, po czym przekazał
pałeczkę młodszemu bratu, a sam poświęcił się pracy społecznej. Pomagał ubogim, chorym,
więc wiadomo - grosza z tego nie było. Od tej pory to matka T.J. utrzymywała rodzinę.
Tak zatem odpowiedzialność i cięŜka praca były częścią Ŝycia T.J., odkąd tylko pamiętała.
Beztroskie zabawy, flirty, ćwiczenie wdzięku i kokieterii - nie miała na to wszystko czasu.
Podobnie jak na cierpliwe siedzenie przed lustrem i udoskonalanie tego, co i tak było
doskonałe. Tym zajmowała się Theresa.
Ich Ŝyciowe drogi były róŜne, choć splatały się ze sobą. Obie pracowały w tej samej firmie.
Theresa odziedziczyła ją po ojcu, podobnie jak tę rzadką umiejętność dobierania i
zarządzania grupą znakomitych pracowników. T.J. natomiast (właśnie jeden z owych
pracowników) trafiła tu po studiach na Harvardzie, które zawdzięczała ojcu Theresy,
Philipowi, który wcześnie dostrzegł zdolności T.J. i postanowił je rozwijać. Wbrew
protestom szwagierki i bratanicy wysłał dziewczynę na tę drogą uczelnię, gdyŜ rodzice T.J.
nie byliby w stanie pokryć kosztów nauki.
To, Ŝe po zrobieniu dyplomu T.J. rozpoczęła pracę w rodzinnej firmie, było wyrazem
wdzięczności wobec Philipa. Chciała okazać mu swą lojalność, no i nadal się rozwijać, bo
praca w C&C Advertising dawała ku temu wspaniałe moŜliwości. Pracowała więc tu od
siedmiu lat i uwielbiała swą pracę nie mniej niŜ jej kuzynka. Ale teraz Theresa prosiła o coś,
co znacznie wykraczało poza ustalone obowiązki. Poza tym T.J. miała niedobre przeczucia.
- Dam ci dobrą radę - oznajmiła. - Wolałabym, Ŝebyś to ty udawała siebie. W końcu jesteś
w tym o wiele lepsza. Masz doświadczenie...
- O rany, dziewczyno. Ty nie doceniasz siebie! - upierała, się Theresa. - Pamiętasz liceum?
Po plecach T.J. przebiegł zimny dreszcz.
- Kiedy zdawałam za ciebie egzamin?
- No właśnie! Ocaliłaś mi wtedy skórę. Tylko dlatego, Ŝe ich nie przyłapano. Gdyby jednak
tak się stało...
- Obie mogłyśmy z tego powodu połoŜyć głowy pod topór - przypomniała Theresie.
To rzeczywiście było szaleństwo. Dzień przed terminem
Theresa przyszła do niej cała we łzach, oczywiście zupełnie nie przygotowana do
egzaminu, który T.J. zdała miesiąc wcześniej. Gdyby Theresa go oblała, ściągnęłaby na
siebie gniew ojca - a to byłoby gorsze niŜ apokalipsa. CóŜ było robić? T.J. poszła na ten
egzamin, udało jej się przechytrzyć całą komisję i na dodatek osiągnąć znakomity wynik.
Szczęśliwy Philip Cohran nagrodził Theresę pięknym brylantem.
Był to pierwszy z serii brylantów, jakie miała jeszcze otrzymać.
Tym razem jednak istniało bardzo proste wyjście z sytuacji i T.J. zupełnie nie mogła
zrozumieć, dlaczego Theresa o nim nie pomyślała.
- Posłuchaj, przecieŜ nie zamierzasz robić z niego idioty, Ŝeby pojechać sobie na narty -
powiedziała. - Dlaczego po prostu nie powiedzieć mu prawdy? Powiemy, Ŝe miałaś wypadek
i Ŝe wbrew twojej woli zatrzymał cię w szpitalu pewien muskularny lekarz. Sądzę, Ŝe
MacAffee to zrozumie. MoŜemy ustalić inny termin...
- Nie moŜemy - przerwała jej Theresa. - To był jedyny termin, jaki pasował nam obojgu.
Jeśli go zmienimy, on pójdzie do innej agencji, jestem pewna. Na przykład do Whitneya. -
Był to ich największy konkurent na miejscowym rynku. - Stracimy takiego klienta! Przestań
więc się krygować i zrób to jeszcze raz. MacAffee przyjeŜdŜa tylko po to, Ŝeby zerknąć na
naszą firmę. Chce sobie wyrobić zdanie, rozumiesz? No a takiego nudnego faceta kobieta w
twoim typie rajcuje z pewnością duŜo bardziej niŜ ja.
Hm, znów ta szczerość.
T.J. spojrzała na nią kwaśno, a Theresa dodała szybko, jakby reflektując się, Ŝe mogła
zranić kuzynkę:
- No wiesz, jesteś bardziej... serio.
- Chciałaś powiedzieć: sztywna - mruknęła, po czym poprawiła okulary i wbiła wzrok w
komputer.
- To ty powiedziałaś, nie ja. Zapadła cisza.
- Nie. Wolałabym tego nie robić - stwierdziła wreszcie T.J.
Theresa ze zdumienia nie mogła wydobyć z siebie głosu przez dobre kilka sekund.
- Słucham? - wycedziła w końcu. - Dlaczego nie? PrzecieŜ to kwestia kilku godzin.
PokaŜesz mu dalszy ciąg tej kampanii, nad którą pracowałaś, pochodzicie trochę po biurze...
Nie ma się czego bać. Naprawdę podobały mu się nasze propozycje.
„Nasze”! Dobre sobie! Za kaŜdym razem padało owo „my”, choć przecieŜ to ona sama,
T.J., pracowała nad załoŜeniami tej kampanii i to ona dostarczyła je do głównego biura
MacAffee Toys w San Jose.
Westchnęła cięŜko. Odwaliła kawał solidnej roboty. Głupio byłoby, gdyby poszła na mamę.
A poza tym... czy naprawdę była tak naiwna, by wierzyć, Ŝe kiedykolwiek zdoła odmówić
Theresie?
- Thereso, posłuchaj, ja...
- A więc załatwione. - Theresa usłyszała wahanie w głosie kuzynki i najwyraźniej uznała,
Ŝ
e jej wątpliwość rozstrzygnąć moŜna w jeden tylko sposób. - Wiedziałam, Ŝe się zgodzisz!
Dzięki! No dobra, idę teraz zobaczyć, czy uda mi się przekonać tego lekarza, aby umył mnie
gąbką. Kapujesz, nie mogę się ruszać...
T.J. wzniosła oczy do nieba.
- Lekarze nie myją gąbką swoich pacjentów - wyjaśniła. - Od tego są pielęgniarki.
Ś
miech po drugiej stronie słuchawki był głęboki, gardłowy i wyjątkowo zmysłowy.
- Zawsze musi być pierwszy raz. Okay. Zadzwoń do mnie później. Jestem w szpitalu
Harrisa, pokój 312. Cześć. T.J. poczuła, Ŝe zaczyna jej się kręcić w głowie.
- Zaraz! Czekaj! Kiedy on ma tu być?
To teŜ było typowe. Nie dość, Ŝe Theresa podrzucała jej kukułcze jajo, to nie informowała
o Ŝadnych szczegółach, najwyraźniej przekonana, Ŝe T.J. i tak sobie poradzi.
- O jedenastej - rzuciła krótko kuzynka. - Przylatuje z San Jose liniami American Airways.
Lot numer 17. Emmett wyjedzie po niego limuzyną. Byłoby dobrze, gdyby ś pojechała razem
z nim.
- A jeszcze lepiej, gdybyś to ty pojechała zamiast mnie - odcięła się, lecz po drugiej stronie
usłyszała juŜ tylko urywany sygnał w słuchawce.
T.J. westchnęła. Jedenasta. Nie miała za duŜo czasu. Mniej więcej minutę później do
gabinetu weszła Heidi Wallace, asystentka Theresy. Na jej twarzy widniał pełen zrozumienia
uśmiech. Powiesiła na oparciu krzesła czarne torbę na ubrania i powiedziała:
- Widzę, Ŝe nieźle się po tobie przejechała. T.J. zerknęła znacząco na nogi.
- A co, zostały ślady opon?
- Jeszcze jak! - roześmiała się Heidi. T.J. niepewnie popatrzyła na asystentkę.
- Skąd wiedziałaś?
- Bo najpierw zadzwoniła do mnie. Emmett przyjedzie po ciebie o dziesiątej trzydzieści.
Wygląda na to, Ŝe nawet nie liczyła się z moŜliwością odmowy.
Jasne, pomyślała T.J. PrzecieŜ nigdy dotąd jej nie odmówiłam.
- Wariatka. Mam nadzieję, Ŝe nie narobimy sobie kłopotów.
Opadła na krzesło i przyjrzała się swojemu odbiciu w szybie. Westchnęła głęboko i włoŜyła
dłonie we włosy. MoŜe rzeczywiście powinna je spiąć?
- PrzecieŜ się zgodziłaś. - Heidi wzruszyła ramionami. - Jeśli jednak masz zająć miejsce
słynnej Theresy Cohran, powinnaś nieco zmodyfikować swój wygląd. - Skinęła głową w
stronę torby. Wewnątrz znajdowała się jedna z garsonek szefowej oraz odpowiednio dobrane
buty i torebka.
T.J. ominęła torbę wzrokiem. Nie musiała zgadywać, co znajdzie w środku. Z pewnością
nie dŜinsy i bawełnianą bluzę - jej ulubiony strój, który nie przeszkadzał Theresie, dopóki
T.J. sumiennie wypełniała swoje obowiązki.
- Christopher MacAffee przyjeŜdŜa tu po to, aby porozmawiać o interesach - odezwała się. -
Nie sądzę, aby dbał o to, w co jestem ubrana. WaŜne, Ŝeby kampania się udała.
- Daj spokój. Wiesz przecieŜ, co ona mi powiedziała. Mam cię przekonać, Ŝebyś się
przebrała. Proszę więc, wpraw mnie w dobry humor - i ją teŜ. Szefowa C&C Advertising nie
moŜe wyglądać, jakby właśnie szła do pralni. - Podniosła torbę i połoŜyła ją na biurku T.J.
T.J. nie odezwała się więcej. Wzięła ubrania i poszła do gabinetu Theresy, aby się przebrać.
Sama była ciekawa, jak bardzo źle jej pójdzie.
Emmett Mitchell, od trzydziestu lat szofer C&C Advertising, podniósł do góry duŜą tablicę
z nazwiskiem Christophera MacAffee i skierował ją w stronę tłumu pasaŜerów, którzy
przylecieli lotem numer 17 z San Jose.
T.J. stała obok. Chwiała się na wysokich obcasach Theresy i przyglądała uwaŜnie kolejnym
wychodzącym podróŜnym. Nigdy nie poznała Christophera MacAffee, wiedziała jednak, Ŝe
jest wysoki, ma ciemne włosy i maniery godne hrabiego z epoki wiktoriańskiej.
W drzwiach pojawił się właśnie jedenasty juŜ chyba wysoki ciemnowłosy męŜczyzna.
Znów pudło, pomyślała. Ten typ z pewnością przypadłby do gustu Theresie.
MęŜczyzna rozejrzał się wokół, po czym skierował kroki w ich stronę. T. J. poczuła, Ŝe jej
puls przyśpiesza. Tak, oczywiście, Ŝe idzie do nich!
Spokojnie, tylko spokojnie, próbowała się uspokoić. Wszyscy wychodzący z samolotu idą
w ich stronę, bo stoją obok taśmociągu z bagaŜami.
T.J. zerknęła na stojącego obok szofera.
- Widzisz go gdzieś, Emmett? - zapytała. Srebrnowłosy męŜczyzna, który woził jeszcze jej
dziadka, pokręcił powoli głową, i
- Chyba nie. - Niecierpliwym gestem podniósł wyŜej tablicę. - Ale szczerze mówiąc, nie
mam pojęcia, kogo właściwie oczekujemy.
- No to jest nas dwoje - westchnęła. - Byłoby łatwiej, gdyby to jego ojciec nadal zarządzał
firmą. Kiedyś widziałam jego fotografię w jakimś czasopiśmie - wysoki, szczupły, po
sześćdziesiątce.
- O, to młody facet.
T.J. spojrzała na niego i z trudem ukryła uśmiech. W ciągu ostatnich piętnastu lat Emmett
kilkakrotnie zmieniał swój wiek w danych personalnych, gdyŜ bał się przymusowej
emerytury. Nadal zresztą systematycznie się odmładzał.
- Tak, zupełnie jak ty - zgodziła się i przeniosła spojrzenie na pasaŜerów z San Jose.
Przystojniak w garniturze od Armaniego znów szedł w ich kierunku. Podchwyciła jego
spojrzenie i jej puls znowu przyspieszył. CzyŜby to jednak on?
Uśmiechnął się do niej, pomachał dłonią i po chwili postawił obok T.J. swą walizkę.
- Mam wraŜenie, Ŝe czeka pani na mnie - wskazał tablicę. Całe swoje Ŝycie! - miała ochotę
wykrzyknąć, zdołała się jednak powstrzymać. To nie moŜe być on! To po prostu niemoŜliwe!
Taki gość reklamuje kosmetyki albo męską bieliznę, gra w filmach, pracuje w telewizji, ale z
pewnością nie produkuje zabawek.
- Pan nie jest Christopherem MacAffee, tym od MacAffee Toys... Nie jest pan, prawda? -
wyjąkała.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, a zimna poczekalnia lotniska zdała się nagle T.J. rajskim
ogrodem.
- A niby dlaczego nie? - zapytał.
- Nie mam pojęcia.
Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
- Miło mi to słyszeć, poniewaŜ właśnie nim jestem. - Wyciągnął rękę. - Christopher
MacAffee.
Przez chwilę patrzyła na niego wzrokiem, w którym przeraŜenie mieszało się z
uwielbieniem, po czym wyciągnęła swoją. Uścisk dłoni Christophera był ciepły i stanowczy.
T.J. poczuła dziwny skurcz w Ŝołądku.
- A ja jestem...
- Theresą Cohran, prawda? - zakończył za nią MacAffee. - Wszędzie bym panią rozpoznał,
choć muszę przyznać, Ŝe wygląda pani jeszcze lepiej niŜ na zdjęciach.
- Nie bez powodu - wymruczał do siebie Emmett, kiedy opuszczał tablicę.
T.J. zgromiła go wzrokiem. Skoro juŜ rozpoczęli tę ryzykowną grę, nie wolno wzbudzać
najmniejszych podejrzeń. Wiedziała, Ŝe Emmett nie najlepiej myśli o całej tej maskaradzie,
lecz przecieŜ zdobycie takiego klienta było waŜniejsze niŜ obiekcje starego szofera.
- Dziękuję, panie MacAffee - powiedziała T.J. pewnym głosem. - Proszę iść za mną.
- Z ogromną przyjemnością. - Christopher nieznacznie pochylił głowę i nadstawił ramię. -
Christopher, bardzo proszę. Niech mi pani mówi po imieniu.
- Z ogromną przyjemnością - odparła. O BoŜe, czy ona z nim flirtuje? Zachowuje się
zupełnie jak Theresa. To pewnie z powodu tego stroju.
Roześmiał się głębokim, gardłowym śmiechem.
- Mieli rację - powiedział, wyciągając z kieszeni chusteczkę i ocierając nią czoło. -
Rzeczywiście nie jesteś typową bizneswoman.
- Nie znasz mnie jeszcze - odparła i zaprezentowała seksowny, w swoim mniemaniu,
uśmiech.
ROZDZIAŁ DRUGI
Dłoń spoczywająca na poręczy schodów była gorąca i wilgotna i Christopher doskonale
zdawał sobie z tego sprawę. Podobnie jak z faktu, Ŝe wszystko wiruje mu przed oczyma, a w
głowie pulsuje narastający ból. Nie chciał poddać się słabości, która ogarnęła go juŜ podczas
lotu, a teraz zdawała się powracać. Po prostu nie miał czasu na chorobę.
Usiłował się skoncentrować i przypomnieć sobie powód, dla którego znalazł się na tym
zatłoczonym, dusznym lotnisku, wciąŜ jednak czuł się fatalnie. Miał wraŜenie, Ŝe jego umysł
spowity jest mgłą. W połowie drogi do wyjścia zatrzymał się gwałtownie i popatrzył na
kobietę obok.
- Co się stało? - T.J. zwróciła na niego swe niebieskie oczy. Zastanawiała się, czy tylko jej
się wydaje, czy teŜ Christopher MacAffee rzeczywiście jest nieco blady.
- Zapomniałem. Przywiozłem ze sobą jeszcze jedną walizkę. Pewnie juŜ jest na taśmociągu.
- Tylko gdzie jest taśmociąg, pomyślał. Czuł się coraz bardziej zdezorientowany.
T.J. niechętnie wycofała się z nim do poczekalni. WciąŜ trzymała go pod ramię, choć
ogarniało ją coraz silniejsze wraŜenie, Ŝe to ona go prowadzi i podtrzymuje.
- Nie miałam pojęcia, Ŝe zostajesz na dłuŜej. Do diabła, oczywiście Theresa znów nie
raczyła poinformować jej o szczegółach. Ciekawe, jak długo zmuszona będzie bawić się w tę
maskaradę.
Christopher zamrugał powiekami, aby pozbyć się mgły przed oczyma, lecz te wciąŜ były
załzawione. Nagle poczuł przeraźliwy ból w skroniach. Świetnie. Doskonały stan do
prowadzenia interesów.
- Nie, nie zostaję. - Zrobił kilka kroków na sztywnych nogach, po czym usiadł na krześle
koło taśmociągu, gdzie leŜały bagaŜe z dwóch lotów, zaś ich właściciele tłumnie gromadzili
się wokół urządzenia.
Wczoraj wyleciał z San Jose, aby spotkać się ze swoim ojcem. Starszy pan przechodził
właśnie wyjątkowo intensywną grypę i podczas wizyty syna cierpiał na wysoką gorączkę.
Christopher zaczynał właśnie nabierać nieprzyjemnej pewności, Ŝe ojciec obdarował go nie
tylko dobrymi radami.
- Przywiozłem ze sobą kilka naszych najnowszych zabawek - odezwał się z bladym
uśmiechem. - Dobrze by było, i gdyby osoba odpowiedzialna za projekt mogła się z nimi
zapoznać, jeśli oczywiście podpiszemy umowę - dodał.
Hm, osoba odpowiedzialna za projekt. Przyznać się czy nie?
- To ja - T.J. pokiwała głową.
MacAffee zmarszczył brwi, co sprawiło mu więcej kłopotu, niŜ mógł przypuszczać.
- Ty? A więc jesteś bezpośrednio związana z tym projektem? - zapytał.
No tak. To była wpadka. Theresa nigdy osobiście nie zajmowała się projektami, ale on nie
musiał o tym wiedzieć.
- Kiedy jakiś projekt rzeczywiście mnie interesuje... - zaczęła. - Właściwie to chyba nigdy
nie wyrosłam z miłości do zabawek. To mi bardzo ułatwia zabawę z Megan.
- Megan? - zapytał odruchowo Christopher, zastanawiając się, czy jego bagaŜ nie został
czasem zgubiony. Wszystkie walizki wyglądały bardzo podobnie, lecz Ŝadna nie naleŜała do
niego. - Megan? - zapytał raz jeszcze, gdy zorientował się, co moŜe znaczyć zdanie, które
usłyszał.
Imię dziewczynki sprawiło, Ŝe na ustach T.J. pojawił się uśmiech. Jej małŜeństwo było
jedną wielką pomyłka, ale Megan okazała się wspaniałą nagrodą pocieszenia. Piętnaście kilo
kłopotów, zwariowanych pomysłów, kłopotliwych pytań - no i radości.
- To moja córka - wyjaśniła z dumą.
- Masz córkę? - Christopher oderwał oczy od taśmociągu i popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Tak - odparła i wbiła wzrok w walizki. Zastanawiała się, czy przywiózł moŜe ze sobą coś,
co mogłoby spodobać się Megan. I dlaczego nie znalazł jeszcze swego bagaŜu.
Tymczasem Christopher pokręcił ze zdziwieniem głową. Zawsze lubił wiedzieć, z kim ma
do czynienia, i wiedział sporo o swych partnerach. A jednak w Ŝadnym z raportów
dotyczących tej kobiety nie było wzmianki o tym, Ŝe kiedykolwiek wyszła za mąŜ czy
urodziła dziecko.
- Nie miałem pojęcia, Ŝe masz, córkę.
T.J. napotkała ostrzegawcze spojrzenie Emmetta. Zdała sobie sprawę, Ŝe posunęła się za
daleko. Do diabła, musi natychmiast wziąć się w garść i być Theresa, a nie sobą. Theresa nie
miała dzieci i nigdy nie wyszła za mąŜ.
Wbiła wzrok w taśmociąg, marząc o tym, by walizka zmaterializowała się jak najszybciej.
- Przepraszam, nie wyjaśniłam ci wszystkiego - odezwała się. - Kocham Megan tak bardzo,
Ŝ
e czasem zapominam, Ŝe tak naprawdę nie jest moją córką. - Zamilkła i powiodła wzrokiem
po twarzy obu męŜczyzn. Wpatrywali się w nią z napięciem, Emmett dodatkowo z pewnym
zaciekawieniem.
Z pewnością zastanawiał się, jak teŜ T.J. wybrnie z tej niezręcznej sytuacji i co jeszcze
wymyśli. - Megan to... to dwuletnia córeczka mojej kuzynki - dodała z czarującym
uśmiechem. - T.J. wie, Ŝe mam bzika na punkcie małej, i pozwala mi wcielać się w jej mamę.
Zabieram ją prawie na wszystkie weekendy.
Uff... Udało się? Chyba tak. Ludzie widzą to, co myślą, Ŝe widzą. A Christopher był
przekonany, Ŝe ona jest Theresą. Musiała po prostu o tym pamiętać i nieustannie się
pilnować, by nie palnąć jakiegoś głupstwa.
Znów się uśmiechnęła uwodzicielsko, tym samym uśmiechem, który tyle razy widziała na
obliczu Theresy.
- Czasem naprawdę czuję się tak, jak gdyby była moją rodzoną córką. To cudowny
dzieciak. - Pod wpływem nagłego impulsu dodała nagle: - A tak w ogóle to moja kuzynka
wyjechała na narty.
- Na narty... - Christopher pokiwał głową. De czasu upłynęło od chwili, kiedy to on
pozwolił sobie na wyjazd na narty? - Pewnie świetnie się bawi - powiedział.
Pokraczna jazda w kucki na dwóch cienkich deskach z pokrytego śniegiem wzgórza (a to
właśnie wiązało się dla niej z hasłem „narty”) jakoś nie kojarzyła się T.J. z dobrą zabawą.
- CóŜ, tak mówią - mruknęła. Christopher popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Tak mówią? - powtórzył. - Dziwne, chyba gdzieś czytałem, Ŝe jesteś zagorzałą
miłośniczką nart.
No i masz, znowu! Kretynko, powiedziała sobie w duchu, musisz zapomnieć o sobie, o tym,
co myślisz, co lubisz, a czego nie znosisz. Jesteś Theresą. Theresa uwielbia narty.
- Jestem - przytaknęła szybko i uśmiechnęła się promiennie. - Czasem tylko się
przekomarzam. Taka przekora...
Wyglądało na to, Ŝe Christopher kupił i to wyjaśnienie.
- Ty teŜ jeździsz na nartach? - zapytała, aby przestać mówić o sobie (a właściwie o
Theresie) i skierować rozmowę na bezpieczniejszy grunt.
- Taak... Jeździłem. - Na chwilę stanął mu przed oczyma pewien obraz z przeszłości -
studia, ferie zimowe i śnieg tak czysty, Ŝe aŜ oślepiał. - MoŜe kiedyś wyskoczymy razem,
Ŝ
eby pojeździć sobie w Vail? - zaproponował niespodziewanie.
CóŜ to? CzyŜby współczesny odpowiednik pytania: „Czy da się pani zaprosić na kolację?”.
- MoŜe - przytaknęła i odwróciła oczy. Na taśmociągu pojawiła się właśnie duŜa, czarna
walizka. T.J. miała nadzieję, Ŝe to ta, na którą czekają. - To twój bagaŜ?
- Tak, mój. - Sięgnął po walizkę, lecz w tym samym momencie przeszył go ostry ból w
Ŝ
ołądku. Znieruchomiał. Widząc jego wahanie, Emmett wyciągnął rękę po bagaŜ.
- Gładko poszło - nachylając się, mruknął do ucha T.J.
- Jak to miło, Ŝe ktoś tutaj dobrze się bawi - szepnęła.
- Fakt. Od lat nie miałem takiego ubawu.
Emmett rzeczywiście juŜ kilka razy miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Lubił tę
dziewczynę. Właściwie to wszyscy w C&C Advertising mieli do niej słabość. T.J. nie miała
w sobie ani grama pychy czy pretensjonalności, Theresa natomiast - zawsze hołubiona,
rozpieszczana i przyzwyczajana do wydawania rozkazów - zachowywała się, być moŜe
nieświadomie, jak gdyby była stworzona z innej materii niŜ ci, którzy dla niej pracują.
Między nią a pracownikami istniał wyraźny dystans, którego nie mieli w stosunku do T.J.,
choć przecieŜ obie panie Cohran miały wspólnego dziadka.
Tymczasem Christopher ruszył, aby odebrać walizkę od starszego pana. Szofer czy nie, nie
było powodu, aby męczył się z jego bagaŜem.
Niestety, zawiodły go siły.
Pewnie dlatego, iŜ tego ranka nic nie jadł. Zazwyczaj nie był wybredny, pochłaniał
wszystko, co wpadło mu w rękę. Tym razem jednak zrezygnował ze śniadania, zaś jedzenie w
samolocie wydało mu się tak nieapetyczne, Ŝe na sam jego widok Ŝołądek Christophera
skręcił się i gwałtownie zaprotestował.
Zupełnie jak teraz.
T.J. spojrzała na niego z obawą. Był szary jak płótno. Jeszcze chwila i padnie u jej stóp
nieprzytomny.
- Coś nie tak? - zapytała zaniepokojona.
Christopher pokręcił głową, choć w istocie w tej chwili wszystko było „nie tak”. Świat
wokół zawirował nagle, a on osunął się i byłby upadł, gdyby T.J. w ostatniej chwili nie
podtrzymała go ramieniem.
Z trudem przywołał na twarz coś w rodzaju przepraszającego uśmiechu.
- Nie jestem pewien... co się dzieje - wyszeptał. Po jego pięknym czole spłynęła kropelka
potu.
- Emmett! - zawołała T.J. - Pomocy!
PrzełoŜywszy walizę do drugiej ręki, szofer zatrzymał się i obejrzał. Widząc słaniającego
się na nogach męŜczyznę, który mógłby przecieŜ ujeŜdŜać dzikie konie, i drobną, kruchą T.J.,
która próbowała go podtrzymać, natychmiast postawił bagaŜ i podbiegł w ich stronę.
- Co się stało?
- Nie wiem. - Christopher czuł się jak głupiec. Było mu najzwyczajniej w świecie wstyd. -
Wata w kolanach... Nagle zabrakło mi sił...
Zerknął na T.J., która wciąŜ go podtrzymywała. Przy innej okazji byłby zachwycony tak
bliskim kontaktem z tak piękną kobietą. Nawet teraz delikatny zapach jej włosów
przyprawiał go o zawrót głowy, co tylko utrudniało koncentrację. Ponownie spróbował się
uśmiechnąć, lecz nie był pewien, czy mu się to udało.
- To pewnie z powodu tak miłego towarzystwa - powiedział i uśmiechnął się niczym Don
Juan; w kaŜdym razie spróbował tak właśnie się uśmiechnąć, choć nie opuszczało go niemiłe
wraŜenie, Ŝe jeśli tej dziewczynie szybciej bije serce, to prędzej ze strachu niŜ z podziwu dla
jego osoby.
- Jasne, zawsze tak działam na męŜczyzn - odparła T.J. Była w tym przesada, ale teŜ i
ź
dźbło prawdy. Ostatnim razem, kiedy ktoś powiedział, Ŝe przez nią zmiękły mu kolana, miał
miejsce wtedy, gdy kopnęła tego kogoś w nogę. Zdarzyło się to tuŜ po jej ósmych
urodzinach.
Dotknęła czoła Christophera. Było wilgotne i gorące.
- Jesteś cały rozpalony - stwierdziła coraz bardziej zaniepokojona jego stanem.
- Nie da się ukryć - wymamrotał i w tym samym momencie niepokój T.J. ulotnił się.
Oto konkretny uczciwy problem do rozwiązania. On jest chory, ona musi mu pomóc - jasne
i proste. O wiele prostsze niŜ udawanie kogoś, kim się nie jest.
- Emmett, pomóŜ mi zapakować go do limuzyny - odezwała się stanowczo. Teraz była
wreszcie w swoim Ŝywiole. Z takimi sytuacjami wyjątkowymi umiała sobie radzić. -
Chwileczkę - zatrzymała przechodzącego obok tragarza - proszę pomóc mi zanieść walizkę
tego pana do samochodu. MęŜczyzna posłusznie wziął bagaŜ i ruszył za nimi. Kilka minut
później T.J. zdołała usadowić Christophera na tylnym siedzeniu samochodu, dała tragarzowi
napiwek, po czym ponownie skupiła uwagę na swym podopiecznym, którego stan pogarszał
się z minuty na minutę. Zanim jeszcze Emmett zapuścił silnik, szybko rozwiązała krawat pod
szyją Christophera i rozpięła guziki jego koszuli. Był cały mokry od potu i - czego nie
omieszkała nie zauwaŜyć - miał zdumiewająco muskularny tors.
Christopher był ledwie świadomy dotykających go kobiecych palców. Coś jednak czuł,
bowiem w pewnym momencie nakrył dłonią jej rękę i rozprostował palce T.J., mówiąc:
- AleŜ panno Cohran, co pani robi, przecieŜ dopiero się poznaliśmy...
- śeby poluzować panu ten cholerny krawat - wystarczy. Jest pan chory, panie MacAffee.
A to ci odkrycie, pomyślał, a głośno powiedział:
- Piękna, a na dodatek spostrzegawcza i inteligentna. Czy moŜna chcieć więcej?
- O, tak - mruknęła T.J. pod nosem. Emmett obejrzał się przez ramię. WyjeŜdŜali właśnie na
główną drogę i chciał wiedzieć, w jakim kierunku pojadą.
- Dokąd? - zapytał krótko.
T.J. nie usłyszała go. Myślała właśnie o tym, Ŝe Christopher MacAffee ma chyba
najpiękniejsze rzęsy pod słońcem. Za takie rzęsy niejedna dałaby się poćwiartować.
- Pytałem: dokąd? - Emmett chrząkną! znacząco.
- Co... co takiego? - T.J. zarumieniła się gwałtownie.
- Dokąd mam jechać? - Ruchem głowy wskazał Christophera. - Chyba nie zamierzasz
zawieźć go do biura w takim stanie? Nie przeŜyje tego, biedactwo.
- Fakt. - T.J. przygryzła wargę. Pochyliła się nad cierpiącym, poklepała go po obu
policzkach, po czym spytała: - Chcesz jechać do szpitala?
Christopher otworzył oczy. Widział teraz nad sobą dwie Theresy i nie miał pojęcia, która z
nich jest prawdziwa. Ostatecznie wybrał tę po lewej i do niej skierował swe słowa.
- Nie, tylko nie szpital... Na to samo choruje mój staruszek - wydusił z siebie. - Przejdzie...
za dwadzieścia cztery godziny - dodał i zwalił głowę na ramię dziewczyny.
- Wyjątkowo punktualny wirus - mruknęła. - CóŜ, wygląda na to, Ŝe powinniśmy znaleźć ci
jakiś hotel. Kwalifikujesz się do łóŜka.
- śyczę szczęścia - parsknął Emmett.
- Co masz na myśli? - zaatakowała go. Nie miała nastroju na takie słowne gierki
- Nie słyszałaś? Mamy w mieście kongres komputerowców. Tak wielki, Ŝe podzielili go na
dwie części. Jedna w Centrum Kongresowym Anaheim, druga w Los Angeles. Całe miasto
zalały hordy komputerowych debili ze wszystkich stanów i załoŜę się, Ŝe w Ŝadnym hotelu
nie znajdziesz ani jednego miejsca.
- Super - parsknęła.
Spojrzała bezradnie na ofiarę dwudziestoczterogodzinnej grypy. Christopher wyglądał na
nieprzytomnego. LeŜał z zamkniętymi oczami z głupkowatym uśmiechem na twarzy i dyszał
cięŜko z twarzą wtuloną w rękaw jej kostiumu.
Westchnęła cięŜko. W zasadzie nie miała wyboru. Nie mogła przecieŜ upchnąć go w jakimś
hotelowym apartamencie, nawet gdyby taki znalazła, a potem spokojnie wrócić do domu. Ten
człowiek był chory. Nie wolno było zostawić go samemu sobie.
- Zawieź go do mnie - zaŜądała.
Emmett uniósł wysoko brwi i popatrzył na nią podejrzliwie.
- Jesteś pewna? - zapytał.
- Tak. Jestem pewna - odparła z rezygnacją.
- Nie, dajcie spokój... PrzecieŜ sam mogę chodzić - zaprotestował Christopher, kiedy
Emmnett objął go z jednej strony, a T.J. podtrzymywała z drugiej. - Nie... - wy stękał raz
jeszcze i zawisł na nich bezwładnie, ogarnięty kolejnym atakiem nagłej słabości. Złapali go
w ostatniej chwili.
- MoŜe jutro - obiecała T.J. - Jutro pójdziesz sobie, gdzie tylko zechcesz.
Nawet będę na to nalegała, dodała w myślach.
- Miła z ciebie podpórka - usłyszała w odpowiedzi.
- Dziękuję, przytoczę te słowa w moim raporcie.
Popatrzył na nią z wysiłkiem. CzyŜby znowu coś źle usłyszał? Nic dziwnego, skoro tak
strasznie kręciło mu się w głowie.
- Czy szefowa firmy musi pisać raporty? Dla kogo? - zapytał.
- Czasem piszę je... z przyzwyczajenia. To dobra szkoła samodyscypliny.
- Dobry po... pomysł. Będę o tym pamiętał - wymamrotał Christopher.
Podniósł głowę i zmruŜył oczy, starając się skupić spojrzenie na jednopiętrowym budynku,
przed którym stanęli. Zastanawiał się, czy jest on realny, czy to tylko iluzja, tak jak dwie
Theresy w limuzynie.
- Tu mieszkasz? Nie tego oczekiwałem - powiedział. T.J. pomyślała o naleŜącej do Theresy
wielkiej dwupiętrowej rezydencji w Beverly Hills, która była równie przytulna, co muzeum.
Czy Christopher widział gdzieś jej zdjęcie? Jasne, Ŝe mógł je widzieć. Zdaje się, Ŝe w
zeszłym roku Theresa wpuściła tam ekipę telewizyjną.
- Tutaj. Lubię bezpretensjonalne domy - odparła sucho, mając nadzieję, Ŝe to zakończy
dyskusję.
JeŜeli nawet Christopher zamierzał zrobić jakąś uwagę, to tego nie uczynił, nagle bowiem
znów opadł z sił. Ujrzał jeszcze tylko, jak kamienny trotuar skacze do góry i zaczyna pędzić
w jego kierunku, po czym instynktownie zamknął oczy i pochłonęły go ciemności.
T.J. widziała to troszkę inaczej. Omal nie runęła na ziemię, kiedy dziewięćdziesiąt
kilogramów naleŜących do Christophera MacAffee pociągnęło ją za sobą.
- Emmett! - zawołała przeraŜona.
- Mam! Mam go... - odkrzyknął dzielnie staruszek, choć jego kolana uginały się pod
cięŜarem właściciela MacAffee Toys. - Chyba zaŜądam za to podwyŜki.
- Poprę twój wniosek - wysapała i niecierpliwie nacisnęła dzwonek domofonu. Miała
nadzieję, Ŝe Cecilia nie zabrała Megan na popołudniowy spacer i Ŝe jest teraz w domu. - No
juŜ, Cecilio, otwieraj te drzwi - mruknęła, zła na Christophera, siebie i cały świat.
Chwilę potem gospodyni otworzyła drzwi, a jeszcze chwilę później stanęła na progu
mieszkania, wychodząc im na powitanie. Niepokój w jej oczach ustąpił najpierw miejsca
zdumieniu, następnie rozbawieniu.
Olbrzymia, licząca sobie prawie dwa metry wzrostu kobieta uśmiechnęła się do T.J.
- Przywlokłaś sobie chłopa do domu - stwierdziła bez ogródek.
- Nie podniecaj się tak, Cecilio. Nie moŜemy go zatrzymać na zawsze. To tylko poŜyczka
od Theresy.
Ciemnoszare oczy zlustrowały uwaŜnie ciało męŜczyzny. Uśmiech Cecilii rozszerzył się.
- Doprawdy, podoba mi się gust tej damy. Tylko Ŝe coś on taki dziwnie blady. Co mu jest?
- Rozchorował się - wysapała T.J. Pot spływał jej po plecach. - Tędy, Emmett. PołoŜymy go
w moim pokoju.
- WskaŜę drogę - podpowiedziała usłuŜnie Cecilia. T.J. i Emmett ponownie szarpnęli
bezwładne ciało Christophera, gdy z pokoju obok wybiegła do nich mała dziewczynka. Loki
w kolorze miodu przydawały dziecku wygląd cherubinka, lecz w oczach małej czaił się
łobuzerski ognik. Megan z głośnym okrzykiem rzuciła się w stronę matki.
- Mama! Co mi przyniosłaś?
T.J. natychmiast oprzytomniała. Dzisiaj nie mogły pobawić się w „Łapaj latającą córkę”.
Ryzyko, Ŝe Megan złapie tego cholernego wirusa, który zaatakował Christophera, było zbyt
duŜe. i
- Cecilio, weź szybko Megan do pokoju gościnnego - zadysponowała. - Nie chcę, Ŝeby się
zaraziła.
Cecilia złapała małą za ubranko i pociągnęła w swoją stronę. Przytrzymanie wijącego się
dzieciaka było nie lada wyczynem, w końcu jednak Cecilia zdołała przycisnąć Megan do
biodra i wynieść w bezpieczne miejsce.
- Wcale ci się nie dziwię - rzuciła jeszcze przez ramię. - TeŜ bym chciała zostać z takim sam
na sam. T.J. nie była w nastroju do Ŝartów.
- On jest chory, Cecilio, powaŜnie chory - wyjaśniła surowym tonem. - Poza tym to nasz
klient. Bardzo waŜny.
Cecilia jeszcze raz obrzuciła męŜczyznę pełnym aprobaty spojrzeniem.
- W takim razie interes kwitnie - stwierdziła.
No nie! Ta kobieta była niemoŜliwa! Gorsza nawet niŜ matka T.J., przywiązana do form
tradycjonalistka. Odkąd Cecilia została zatrudniona do pomocy przy Megan, myślała tylko o
jednym: jak tu wyswatać swą chlebodawczynię. Tyle Ŝe T.J. nie miała najmniejszej ochoty
na swaty. Chciała poświęcić się pracy, a wolny czas spędzać z Megan. To i tak aŜ za duŜo
szczęścia.
- Jedno trzeba na pewno mu przyznać: jest duŜy - zauwaŜył Emmett, gdy ułoŜyli wreszcie
cięŜkiego jak kłoda Christophera na jej łóŜku.
- Ciesz się, Ŝe sypialnia jest na parterze - odparła.
- No i co teraz z nim zrobisz?
Wzruszyła ramionami i przejechała palcami po potarganych włosach. Ten męŜczyzna
wyglądał zupełnie nie na miejscu - tu, w jej sypialni, na jej własnym łóŜku.
Jak ziszczone marzenie? Nie. Byłoby tak, gdyby miała tego rodzaju marzenia. Ale nie
miała. MałŜeństwo z Peterem skutecznie ją z nich wyleczyło.
- Chyba go rozbiorę - odparła.
- Och, proszę, ja to zrobię! - zawołała Cecilia, która nieoczekiwanie pojawiła się na progu.
Tym razem T.J. musiała się uśmiechnąć.
- Nie, Cecilio. Umówmy się, Ŝe ty rozbierzesz następnego chorego faceta, którego tu
przywlokę - obiecała. - Poza tym wystarczy, Ŝe jedna z nas narazi się na śmierć w
męczarniach z powodu tego zabójczego wirusa.
Sięgnęła po marynarkę Christophera i zamarła. Wirus czy nie, pomysł z rozbieraniem wydał
się jej nagle zbyt śmiały.
- Ty to zrób. - Spojrzała na Emmetta. - Ty go rozbierz, a ja w tym czasie pójdę do sklepu po
sok pomarańczowy i aspirynę.
- Zamierzasz przepuścić taką okazję? - zapytała Cecilia z niedowierzaniem.
CóŜ, ta kobieta z pewnością nie była uosobieniem skromności.
- Cecilio, mówiłam ci, Ŝe to klient. - T.J. zaczynała się niecierpliwić. - Co mi przypomina o
jednym - nie nazywaj mnie przy nim T.J. Nigdy w Ŝyciu, jasne?
- Dlaczego? - zdumiała się Cecilia. - A niby jak mam cię nazywać?
- Theresa. Po prostu Theresa. To w końcu moje imię, prawda?
T.J. ściągnęła brwi. Rzeczywiście kiedy ś nazywano ją Theresa, ale bardzo krótko - do dnia
urodzin kuzynki, którą Philip Cohran, wiedziony jakąś przedziwną potrzebą rywalizacji,
nazwał identycznym imieniem. Od tej pory ona była T.J., a Theresa, córka Philipa, Theresa.
Cecilia podejrzliwie zmruŜyła oczy.
- Myślałam, Ŝe nie znosisz, kiedy się tak do ciebie zwracam - powiedziała.
T.J. wzruszyła ramionami
- No tak, ale on... - kiwnęła głową w stronę sypialni - on nie wie, Ŝe ja to ja.
Cecilia nie była pewna, czy właściwie rozumie słowa swojej pani. W tej chwili przyglądała
się jednak, jak Emmett wyłuskuje Christophera z koszuli, odsłaniając jego doskonale
umięśniony tors.
- To jak to w końcu jest? Zemdlał ci na ramieniu i nie wie, jak się nazywasz? - wróciła do
przerwanego wątku. T.J. nie bardzo miała ochotę powtarzać jej całą historię.
- To dość skomplikowane - mruknęła. - Po prostu Theresa planowała się z nim spotkać, ale
miała wypadek. Wszystko w porządku - uprzedziła pytanie - poza tym, Ŝe lekarze chcą ją
zatrzymać w szpitalu na obserwacji. Ten facet jest prezesem MacAffee Toys. Chciał się
osobiście widzieć z szefem, to znaczy z szefową. Czyli Theresa.
- Która jest w szpitalu - dodała Cecilia.
- Widzę, Ŝe zaczynasz rozumieć.
- Raczej zaczyna boleć mnie głowa - poskarŜyła się gospodyni.
- Kiedy wrócę, weźmiesz sobie aspirynę.
- I ja teŜ - wy stękał Emmett. - Potrzebna mi pomoc - dodał i spojrzał na nie Ŝałośnie.
Cecilii nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
- JuŜ, skarbie...
- Zaczekaj - T.J. połoŜyła dłoń na ramieniu kobiety. - Chyba powinnaś bardziej uwaŜać. To
groźny wirus. Chodzi o Megan, pamiętasz?
Na szerokich ustach Cecilii pojawił się pobłaŜliwy uśmiech.
- Ja mam się bać jakiegoś przeziębionka? - I zwracając się do Emmetta, machnęła dłonią w
kierunku sypialni. - Bądź moim gościem, skarbie.
T.J. opuściła bezradnie ręce.
Zapłacisz mi za to, Thereso! Zobaczysz!
ROZDZIAŁ TRZECI
Christopher MacAffee nie pamiętał, Ŝeby kiedykolwiek wcześniej stracił kontrolę nad
sytuacją. Całe Ŝycie go tego uczono - Ŝe powinien kontrolować swoje uczucia, otoczenie,
dosłownie wszystko. Jego ojciec był gorącym zwolennikiem surowej dyscypliny i skutecznie
zaszczepił ją swemu dziecku; tym skuteczniej, Ŝe wychowywało się ono bez matki, która po
rozwodzie opuściła ich dawno temu.
Przez ten czas przez ich dom przewinęły się zastępy powaŜnych niań, które przez lata
wpajały Christopherowi, Ŝe człowiek, który nie panuje nad otoczeniem, przegrywa.
Jednak teraz, gdy Christopher otworzył oczy, wiedział aŜ za dobrze, Ŝe oto właśnie przestał
panować nad sytuacją: nie wiedział, gdzie się znajduje i - co gorsza - gdzie się podziały jego
spodnie.
Wsunął ostroŜnie dłoń pod atłasowe prześcieradło. Nic. Jego nagość okrywało zaledwie
coś, co przypominało damską koszulę nocną.
Natychmiast otrzeźwiał i rozejrzał się wokół siebie. Pokój. Sypialnia. Całkiem mu obca. Z
pewnością nie był tu wcześniej, choć to akurat nie musiało dziwić, zwaŜywszy, Ŝe wiele
podróŜował.
W pomieszczeniu, w którym się znalazł, znać było kobiecą rękę. W oknie wisiały pastelowe
zasłonki z falbankami, zaś łóŜko pokrywała miękka śnieŜnobiała narzuta. Ogólnie -
elegancko, ładnie i schludnie. Na podstawie powyŜszych obserwacji Christopher uznał, Ŝe
znalazł się zapewne w pokoju hotelowym.
Nagle z pomieszczenia obok dobiegł go dziecięcy śmiech.
Hotel? Był raczej w czyimś domu.
Tylko w czyim?
Skupił się, by zebrać myśli. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, było to, Ŝe opierał się o czyjeś
ramię.
Tak! Tej Cohran! CzyŜby to zatem był jej dom? Powoli wracały mu fragmenty wspomnień.
Skromny jednopiętrowy dom. Długi spacer od drzwi do... No właśnie - dokąd?
Zacisnął dłonie na materacu i dźwignął się, by wstać. W tej samej chwili poczuł wściekły
ból w czaszce i, zaskoczony, wydał z siebie głuchy jęk, po czym opadł z powrotem na
posłanie.
Niemal natychmiast otworzyły się drzwi i do środka wsunęła głowę jakaś kobieta. Zaraz,
zaraz... Czy to nie ta sama, którą spotkał na lotnisku?
Tak. Cohran. Theresa, poprawił się niemal natychmiast. Przeszli przecieŜ na „ty”, to akurat
pamiętał. Uśmiechnął się do niej z trudem, jednak to nie poprawiło jej humoru. Była
wyraźnie zmartwiona i przejęta.
Tymczasem T.J. zastanawiała się, czy stan jej gościa czasem się nie pogorszył. Był blady,
co na pierwszy rzut oka nie było aŜ tak widoczne z uwagi na jego ciemną karnację i ogólnie
zdrowy wygląd. Zdradzały go jednak mętne, pełne bólu oczy i pot lśniący na smagłej twarzy.
MoŜe powinna jednak zawieźć go do szpitala? PrzecieŜ nadal nie było za późno. Był
Emmett, który został i czekał na dyspozycje od pięciu juŜ godzin, podczas których
Christopher spał snem nieprzytomnego.
T.J. postawiła na stoliczku nocnym tacę z sokiem.
- Jak się czujesz? - zapytała.
Dennie, pomyślał, ale nie zamierzał jej tego mówić.
- Gdzie są moje spodnie? - zapytał tylko. W jego głosie słychać było niezadowolenie.
Pomyślała, Ŝe moŜe nie jest aŜ taki chory, jak jej się wydawało. Skoro ma siłę, by się
gniewać...
- Tam. - Kiwnęła głową w stronę pełnej luster garderoby. - Pomyślałam, Ŝe bez nich będzie
ci wygodniej.
- Tak, gdy będę brał prysznic - mruknął ponuro. Ciekawe, czy sama go rozebrała, czy teŜ
ktoś jej w tym pomógł.
- Jak sobie chcesz. - Wzruszyła ramionami, po czym przyniosła spodnie i połoŜyła je w
nogach łóŜka.
Uśmiechnęła się do niego. Szczerze mówiąc, walczyła z chęcią roześmiania się w głos.
Christopher nie wyglądał specjalnie męsko w ciemnoniebieskiej, powiewnej koszuli nocnej
ozdobionej koronkami.
- Proszę. Teraz będziesz mógł wymknąć się stąd, kiedy tylko zechcesz, chociaŜ na twoim
miejscu poczekałabym z tym. - Podeszła do niego i połoŜyła mu rękę na czole. To
potwierdziło tylko jej przypuszczenia. - Ciągle jesteś bardzo gorący, ale w końcu minęło
tylko kilka godzin, a nie dwadzieścia cztery.
MoŜe jego oczy wciąŜ były zamglone z powodu gorączki, ale na widok ich intensywnej
zieleni T.J. i tak poczuła niepokój. Szybko odwróciła wzrok w inną stronę. Podniosła
dzbanek, nalała soku do szklanki i podała ją Christopherowi.
- Przyniosłam sok pomarańczowy - powiedziała. - Musisz pić teraz duŜo płynów.
Jej dotyk był taki łagodny i delikatny. Christopher spojrzał w oczy tej kobiety i ze
zdumieniem ujrzał w nich autentyczną troskę.
A jednak nie moŜna wierzyć we wszystko, co piszą gazety, pomyślał. Theresę Cohran
przedstawiano w nich jako rozrywkową kobietkę o nieokiełznanym temperamencie, która
specjalizuje się raczej w wywoływaniu gorączki niŜ w jej zbijaniu.
MoŜe po prostu umiała i jedno, i drugie.
- Kilka godzin? - Dopiero teraz dotarły do niego jej słowa.
- Pięć - skinęła głową - przez cały czas spałeś.
- Mam przecieŜ powrotny lot do... - zaczął słabo.
- JuŜ się tym zajęłam - przerwała. Wcześniej przeszukała kieszenie jego marynarki w
poszukiwaniu biletu. - Zmieniłam ci rezerwację na niedzielę. - Teraz był piątek. Dwa dni
powinny wystarczyć, by doszedł do siebie. A jeśli nie, ponownie zmienią termin. -
Zadzwoniłam teŜ do twojego asystenta i opowiedziałam mu, co się stało.
CóŜ, Christopher mógł tylko słuchać, kiwać głową i pozwalać, aby sprawy toczyły się
własnym trybem.
- Działasz bardzo sprawnie - mruknął.
- Staram się. A teraz wypij ten sok.
- Czy to twój dom? - Wziął od niej szklankę. Przytaknęła. Nie miał wcale ochoty na sok
pomarańczowy, ale skoro zadała sobie tyle trudu, Ŝeby zdobyć go dla niego, posłusznie wypił
do dna. Coś w jej postawie podpowiedziało mu, Ŝe gdyby odmówił, z pewnością starałaby się
go do tego przekonać, a póki co wolał nie tracić czasu i sił na długie debaty.
- Dlaczego mnie tu przywiozłaś? - zapytał. Wzruszyła niedbale ramieniem i odparła nagłą
chęć, by odgarnąć lok z jego czoła. Wystarczy tego dotykania.
- Bo byłeś chory - wyjaśniła. - Porzucenie cię w przydroŜnym rowie byłoby mniej
eleganckie, nie sądzisz?
Skrzywił się lekko. Dowcipna. Dowcipne osoby zazwyczaj niezmiernie go irytowały. Tym
razem jednak uznał, Ŝe uwaga ta jest znośna, poza tym konsekwentnie starał się unikać okazji
do sporów.
- Dlaczego nie odwiozłaś mnie do hotelu?
- W mieście odbywa się wielki kongres komputerowy. Sądzę, Ŝe pozajmowane są nawet
mysie dziury - wyjaśniła. - Poza tym porzucanie chorego osobnika w hotelu teŜ nie wydaje
mi się szczytem elegancji.
- Jasne, dzięki. Wiesz jednak, Ŝe moŜe to zaszkodzić naszym interesom - zauwaŜył.
Z doświadczenia wiedział, Ŝe ludzie nie robią niczego bezinteresownie. Dałby głowę, Ŝe tak
teŜ było w tym wypadku. On był klientem, który dawał szansę na intratny kontrakt, a ona
starała się go kupić. Ale Ŝeby w ten sposób?
T.J. odgadła, o czym pomyślał, i westchnęła w duchu. Facet był cynikiem. Przykre, Ŝe ktoś
tak młody i przystojny ma takie ponure wyobraŜenie o świecie. PrzecieŜ naprawdę chciała
mu pomóc. Czy to jednak jej sprawa? Jej zadaniem było przekonać go, Ŝe ma do czynienia z
Theresą, oraz sprawić, aby zaakceptował i podpisał umowę. To wszystko. Nie musi się
martwić o zbawienie jego duszy, tylko o podpis pod dokumentem.
- Wiem - zgodziła się. - I nie tylko to moŜe im zaszkodzić - dodała z uśmiechem
podpatrzonym u Theresy. Seksownym i na tyle tajemniczym, aby zaintrygować kaŜdego
męŜczyznę. O to chodzi! Kuzynka byłaby z niej dumna.
- Nie tylko to? - Ciemne brwi Christophera zmarszczyły się nad doskonale wykrojonym
nosem.
- Dostaję bzika, gdy widzę pulsujące męskie skronie - wyjaśniła ze słodkim westchnieniem.
- A twój puls galopował jak diabli.
OstroŜnie wyjęła szklankę z jego ręki, nachyliła się ku niemu i pieszczotliwym ruchem
dłoni wygładziła białą narzutę. Na chwilę zajrzała mu w oczy i przytrzymała twarz na
wysokości jego twarzy. Niestety, tym razem to jej puls przyśpieszył.
- No dobrze, porozmawiamy sobie później. Teraz odpoczywaj - powiedziała. - Musisz
nabrać sił. Taki kontrakt to nie bułka z masłem.
Christopher nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie mógł pozostać obojętny wobec
seksapilu, jawnie prowokacyjnego zachowania, które pasowało zresztą do reputacji Theresy
Cohran - choć juŜ nie do tego końskiego ogona, który kołysał się z tyłu jej głowy. Przez
sekundę czuł nieodparte pragnienie, aby ściągnąć gumkę krępującą niesforne loki, które
zapamiętał z powitania na lotnisku, i patrzeć, jak kaskada włosów spływa na jej ramiona.
- Właściwie to juŜ czuję się na siłach - oznajmił. Akurat, pomyślała T.J. Wystarczyło na
niego spojrzeć, by zrozumieć, Ŝe to kłamstwo. Popchnęła go z powrotem na poduszki.
- Dobra, dobra. Pozwól, Ŝe to ja uznam, kiedy będziesz do tego gotów, dobrze? Poleź
jeszcze. Dlaczego nie skorzystasz z okazji i sobie nie odpoczniesz?
Traktowała go protekcjonalnie i pobłaŜliwie, zupełnie jak małego chłopca. Właściwie
powinien się jej przeciwstawić, ale rzeczywiście był tak słaby i zmęczony, Ŝe zrezygnował.
W końcu nie zawali się chyba Ŝaden boski plan, jeśli spotkanie odsunie się o kilka godzin.
Westchnął i ułoŜył się wygodniej na poduszkach, a T.J., zrozumiawszy, Ŝe zwycięŜyła, z
uśmiechem odeszła od łóŜka w stronę drzwi. Powiódł okiem po jej zgrabnej sylwetce.
Cholera, nie miał dotąd pojęcia, Ŝe w zwykłych dŜinsach moŜna wyglądać tak pociągająco.
- Theresa! - zawołał za nią.
Theresa? No tak. Była Theresa. T.J. uśmiechnęła się szerzej i odwróciła przez ramię w jego
stronę.
- Tak?
- Do kogo to naleŜy? - zapytał, wskazując palcem na ciemnoniebieską koszulę nocną, w
którą był ubrany. Rozmiar był z pewnością o wiele za duŜy na Theresę, skoro on mieścił się
w nim z powodzeniem.
T.J. roześmiała się.
- To koszula Cecilii, mojej gospodyni.
Christopher spojrzał na nią podejrzliwie. On sam mierzył metr dziewięćdziesiąt. Ta
gospodyni to widocznie niezły kawał baby.
- Rozumiem. Myślałem, Ŝe to moŜe raczej własność dawnego ukochanego - skomentował.
- Chyba będzie lepiej, jeśli nie powiem jej, Ŝe tak myślałeś.
- MoŜe masz rację. Dzięki.
Zasnął, zanim zdąŜyła zamknąć za sobą drzwi.
Obudził go czyjś śmiech. Wsączył się w jego sen niczym płynny, złocisty miód i wywołał w
nim potrzebę natychmiastowego przyłączenia się do tej radości.
Dziecięcy śmiech.
A moŜe jednak nie.
Christopher otworzył oczy i ostroŜnie uniósł głowę. Co za ulga! Wreszcie, po raz pierwszy
od tej nagłej zapaści na lotnisku, nie miał wraŜenia, Ŝe za chwilę spadnie na niego sufit.
Uśmiechnął się z zadowoleniem. WciąŜ czuł się niezbyt pewnie, ale teraz mógł przynajmniej
spokojnie pomyśleć.
Znowu usłyszał śmiech. A właściwie chichot. Dziewczęcy chichot. Czy ta Cohran nie
wspominała przypadkiem, Ŝe siostrzenica spędza z nią kaŜdy weekend?
BoŜe, znowu dziecko, pomyślał z przygnębieniem. Nie chodziło o to, Ŝe nie lubił dzieci - po
prostu nie umiał sobie z nimi radzić. Nie świadczyło to o nim najlepiej, zwłaszcza Ŝe to
przecieŜ dzieciom, a właściwie ukochanej przez nich laleczce o zawadiackiej twarzy,
nazwanej Moppsie, która ponad sześćdziesiąt lat wcześniej trafiła do sklepów w całej
Ameryce, rodzina MacAffeech zawdzięczała fortunę i sławę.
Mimo to Christopher nigdy nie czuł się dobrze w towarzystwie dzieci. Nawet wówczas gdy
sam był jeszcze jednym z nich. I nie minęło to z wiekiem.
Dochodzący zza ściany śmiech był jednak na tyle intrygujący, Ŝe ciekawość zwycięŜyła i
Christopher sięgnął po swoje spodnie, by się ubrać. Ale jak tu się ubrać, skoro nie miał
zielonego pojęcia, gdzie teŜ podziała się jego koszula ani gdzie mógłby jej szukać?
Mrucząc pod nosem jakieś złe słowa, zaczął wpychać poły koszuli nocnej w spodnie. A
było co wpychać. Gdy skończył, zerknął w dół. Wyglądał, jakby miał zamiar przemycić w
spodniach zapasowe koło do cięŜarówki. Wyciągnąć koszulę na wierzch? No nie, będzie
jeszcze gorzej. Zrezygnowany podszedł do drzwi, otworzył je i czekał chwilę, nasłuchując
uwaŜnie. Znów rozległ się chichot, któremu tym razem towarzyszył głęboki śmiech, naleŜący
zapewne do Theresy.
Albo do tej zwalistej gospodyni, która jąknie dorabia sobie w weekendy na meczach rugby.
Tak czy owak, zamierzał sprawdzić to osobiście. Ruszył długim przedpokojem, wiedziony
dziecięcym śmiechem niczym dźwiękiem czarodziejskiego fletu. Pomyślał z zadowoleniem,
Ŝ
e moŜna by stworzyć całkiem udaną reklamę opartą na takim właśnie koncepcie.
Jeszcze większą przyjemność sprawił widok, który niespodziewanie stanął przed jego
oczyma.
Theresa zrezygnowała z końskiego ogona, l
Z włosami odgarniętymi za ucho klęczała na podłodze obok prześlicznej dziewczynki, która
wyglądała jak jej miniaturka.
Chichoty i radosne okrzyki wypełniały cały pokój. Na podłodze leŜały porozrzucane
niedbale zabawki. Theresa naśladowała właśnie głos komicznego lwa, którego trzymała w
dłoni. Lew prowadził dyskusję z okrągłym pingwinem w koronie na głowie.
Nagle Christopher zorientował się, Ŝe bawią się przywiezionymi przez niego zabawkami.
Złość spowodowana tym, Ŝe grzebała w jego rzeczach, ustąpiła miejsca przyjemności
oglądania sceny rozgrywającej się przed jego oczyma.
Pomyślał, Ŝe skoro to działa na niego, zrobi teŜ wraŜenie na innych. Czując się niczym widz
reklamówki, oparł się o drzwi i z ukontentowaniem przyglądał obu paniom.
T.J., odwrócona plecami do drzwi, nie dostrzegła go jeszcze. Nie spodziewała się zresztą,
Ŝ
e mógłby wstać o własnych siłach. Przespał całą noc. Kilka razy wchodziła do jego pokoju,
aby sprawdzić, czy ma temperaturę, i odchodziła, przekonawszy się, Ŝe wciąŜ dręczy go
gorączka. Nad ranem przypomniała sobie o zabawkach, na które natknęła się, szukając
bezskutecznie piŜamy w walizce Christophera, i postanowiła zrobić z nich uŜytek.
Teraz zgrabnie ruszyła ręką, a trzymany przez nią lew wykonał dziki skok.
- O rety, jak ja bym chciał znaleźć jakąś małą dziewczynkę, która pobawiłaby się ze mną i
pomogła mi mówić. Mówienie to taka cięŜka sprawa. - Lew odwrócił się w kierunku
pingwina. - Czy pan wie, gdzie znajdę taką małą dziewczynkę, panie Pingwinie?
- Królu Pingwinie - poprawił go ten ostatni i uniósł po królewsku głowę. Następnie
podrapał się po czole i potrząsnął głową. Oba zwierzątka ustawiły się przodem do Megan.
- A moŜe ty wiesz, gdzie znajdziemy taką małą dziewczynkę? - zapytał pingwin.
Oczy Megan zalśniły z przejęcia. Wskazała palcem na siebie.
- To ja! - krzyknęła. - Ja, ja, ja! Pingwin pokiwał głową tak mocno, Ŝe korona zsunęła mu
się na oczy.
- Ty? Czy to ty jesteś tą dziewczynką?
Megan roześmiała się, po czym zmarszczyła brązowe brewki. PołoŜyła obie dłonie na
pingwinie i powiedziała powaŜnym tonem:
- Tak. Ja jestem dziewczynką, która pomoŜe wam mówić. T.J. ustawiła zabawki tak, aby
mogły wymienić spojrzenia. Zwierzątka podskoczyły do góry, jakby zdumione tą rewelacją.
- O rety! Ona naprawdę jest tą małą dziewczynką - oznajmił lew takim tonem, jakim sir
Izaak Newton mógł obwieścić prawo powszechnego ciąŜenia. Królowi Pingwinowi
najwyraźniej odebrało mowę. Megan natomiast z radością klasnęła w rączki.
- Pobawisz się ze mną? - zapytał lew.
- Nie, nie z nim, ze mną! - zaprotestował gwałtownie pingwin. - Mnie weź najpierw.
Megan roześmiała się w głos i wyciągnęła rączki w stronę maskotek, by przygarnąć je do
siebie. Zwierzątka rzuciły się na nią, przewróciły ją na plecy i natychmiast znalazły się na
niej, powodując nową falę chichotów.
Christopher patrzył na to wszystko w milczeniu. Pomyślał, Ŝe gdyby istniał jakiś sposób na
uchwycenie tej chwili, utrwalenie jej, zamknięcie w butelce, mógłby zrobić na tym fortunę.
Zabutelkowane szczęście.
Naraz Megan wycelowała pulchny paluszek w stronę drzwi.
- Pan - powiedziała wyraźnie.
T.J. obejrzała się za siebie i na widok Christophera wstrzymała oddech. Z perspektywy
podłogi zdawał się jeszcze wyŜszy niŜ w rzeczywistości. Zawstydzona, szybko wstała i
schowała dłonie w tylne kieszenie spodni. Dlaczego, do licha, nie zamknęła drzwi przed
zabawą z Megan?
- Przepraszam - powiedziała. - Przeszkodziłyśmy ci? Scena, która się przed chwilą
rozegrała, była tak rozbrajająca, iŜ Christopher zapomniał o swoich kłopotach w
porozumiewaniu się z dziećmi. Nie odrywając oczu od dziewczynki, zrobił krok w jej
kierunku. Mała naprawdę wyglądała jak kopia swojej ciotki, albo raczej tak, jak Theresa
zapewne wyglądała w dzieciństwie,
- Chodzi ci o to, czy mnie obudziłyście? Fakt, wstałem, Ŝeby zobaczyć, co się dzieje -
odparł. - Ale gdy widzę, Ŝe źródłem tej radości są zabawki, które ze sobą przywiozłem...
- No tak... Hm, ta walizka... - T.J. zaczerwieniła się niczym dziecko przyłapane na
wyjadaniu konfitur. Za chwilę pewnie zrobi jej awanturę. Nie wyglądał na kogoś, kto chętnie
powierzy zawartość swego bagaŜu po raz pierwszy napotkanej osobie. Postanowiła być
szczera. - Przepraszam. Szukałam po prostu czegoś, co byłoby bardziej odpowiednie niŜ
jedwabna koszula Cecilii.
Christopher milczał. T.J. przygryzła wargę i spojrzała na córkę. Wiedziała, Ŝe stąpa po
niepewnym gruncie, ale zaryzykowała.
- Megan uwaŜa, Ŝe twoje zabawki są wspaniałe - zaczęła.
- Widzę. - Dziewczynka tuliła właśnie do siebie obie maskotki. - Chciałabyś, Ŝeby były
twoje, Megan?
Nie miał pojęcia, co skłoniło go do zaoferowania jej tych prototypów. Zupełnie to do niego
nie pasowało.
Tymczasem Megan popatrzyła na niego śmiało i bez śladu wahania potrząsnęła energicznie
głową. W jej oczach pojawił się błysk radości, a Christopher juŜ zastanawiał się, czy uda mu
się wykorzystać tę małą w którejś z reklam.
- W takim razie są twoje - powiedział.
T.J. popatrzyła na niego ze zdumieniem, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie miała zbyt
wiele czasu na to, aby, dowiedzieć się wszystkiego o prezesie MacAffee Toys, ale Heidi w
kilku słowach opisała jej charakter tego człowieka. Z jej informacji wynikało, Ŝe był bardzo
surowy, zasadniczy i skoncentrowany wyłącznie na interesach. Nigdy się nie oŜenił, nie miał
dzieci i podobno niezbyt za nimi przepadał.
MoŜe jednak ludzie się mylili.
T.J. połoŜyła dłoń na jego ramieniu.
- To bardzo miło z twojej strony.
Christopher spojrzał w jej pełne wdzięczności oczy. Było w nich coś, co kazało mu się
natychmiast wycofać, przywrócić bezpieczny dystans. Przybrał więc surową minę, która
chyba całkowicie go odmieniła, bo Theresa uciekła nagle wzrokiem w bok, najwyraźniej
spłoszona.
- Drobiazg. Ich produkcja nie kosztuje tak wiele. Poza tym sądzę, Ŝe i tak chciałabyś je
zatrzymać, jeŜeli oczywiście nasza umowa dojdzie do skutku.
JeŜeli umowa dojdzie do skutku... No cóŜ, słowa te wystarczyły, by przestała myśleć z
tkliwością o dobrym i hojnym panu MacAffee.
- Tak - odpowiedziała chłodno. - Rzeczywiście będziemy chcieli je zatrzymać. - Spojrzała
na Megan, która tuliła do piersi Króla Pingwina. Uśmiechnęła się. Dobry uczynek, to dobry
uczynek, niezaleŜnie od okoliczności i intencji, pomyślała i natychmiast dodała: - Mimo
wszystko dziękuję, Ŝe pozwoliłeś Megan je przetestować.
- Ty to zrobiłaś, zanim zdąŜyłem się zgodzić. Och, tak. Oto twardy typ, który nigdy nie
przyzna się do własnych uczuć. Znała takich. Nieuleczalnie chorzy i całkowicie
niereformowalni. Bali się ciepłych uśmiechów i czułych gestów, przekonani, Ŝe one zdradzą
ich słabość. Christopher był taki sam - chciał, Ŝeby przed jej oczami stał twardziel o
nieskruszonym sercu, chory i słaby, ale groźny i samodzielny, zupełnie jak rozdraŜniony
ranny niedźwiedź, który na prawo i lewo rozdaje razy. Fakt, widziała w nim niedźwiedzia,
ale był to niedźwiedź, dość przystojny, w koszuli nocnej Cecilii.
Nie mogła więc powstrzymać uśmiechu.
- Nie wiesz, jak przyjąć słowa wdzięczności, co? - zapytała. - Komplementy cię krępują...
- Czy tego nie zrobiłem? - przerwał jej.
Objęła go ramieniem, aby poprowadzić do łóŜka.
- Jakoś nie zauwaŜyłam. MoŜe to z powodu grypy. - Dotknęła jego czoła. - Poczekaj...
Dziwne, jesteś zimny jak mroŜona ryba.
- Czy to opinia na temat stanu zdrowia, czy moŜe kolejny komplement?
- A co? Masz ochotę na jeszcze jeden? Poczekaj, najpierw musisz na niego zasłuŜyć.
Ś
wietnie! Theresa z całą pewnością mogła coś takiego powiedzieć. Flirtowała przy kaŜdej
nadarzającej się okazji. Do licha, moŜe rzeczywiście ona, T.J., nie jest w tym wcale taka zła?
- Mówiono mi, Ŝe nie zabijesz komplementów - Christopher podjął tę grę aluzji. -
Szczególnie męŜczyznom.
- Owszem - odparła. - Ty teŜ masz szansę. Ale jeszcze nie teraz. Musisz wrócić do łóŜka.
Zrobię ci rosół z kury. Chyba powinieneś coś zjeść.
Christopher wciąŜ się trząsł, więc łóŜko wydało mu się w tej chwili niezwykle
zachęcającym miejscem. Dopiero kiedy się w nim znalazł, dotarło do niego, co powiedziała
Theresa, i spojrzał na nią osłupiały.
- Rosół z kury? śartujesz, prawda? - zapytał. - Czy ja jestem w domu szefowej C&C
Advertising, czy u baba pod pierzyną? T.J. uśmiechnęła się dwuznacznie.
- Nigdy nie Ŝartuję, kiedy wpuszczam męŜczyznę do swojej sypialni - odpowiedziała.
- I jest szansa, Ŝe w tym rosole znajdzie się kawałek kurczaka? - spytał ostroŜnie.
- Oczywiście - obiecała i wyniknęła się na zewnątrz.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Kiedy pochyliła się, Ŝeby zabrać tacę, otoczył go ten niezwykły zapach, który spowijał jej
włosy. Christopher miał ogromną ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć tych ciemnych loków,
Ŝ
eby sprawdzić, czy są tak miękkie, jak to sobie wyobraŜał.
Zamiast tego zacisnął dłonie na prześcieradle.
- Cudowna... - westchnął z błogim wyrazem twarzy. - Zupa, oczywiście - dodał, gdy
spojrzała na niego pytająco.
Rzeczywiście zupa była wspaniała, podobnie jak towarzystwo Theresy, która siedziała cały
czas obok niego, gdy jadł, i opowiadała mu o rozmaitych sprawach; przewaŜnie błahostkach,
które jednak w jej ustach stawały się nieoczekiwanie waŜne. Naprawdę czuł się jak u babci
pod pierzyną, jak u mamy na kolanach i jak na randce z narzeczoną jednocześnie; z
narzeczoną, u mamy, u babci, których nigdy tak naprawdę nie miał. Cholera, jeszcze chwila,
a pobeczy się jak sześciolatek. Co ta kobieta ma w sobie, Ŝe czuje się przy niej jak nigdy
wcześniej?
Przez głowę T.J. przebiegały podobne myśli. Ten męŜczyzna irytował ją nieco, lecz duŜo
bardziej intrygował, przyciągał, no i wzbudzał w niej ten instynkt opieki, który, jak dotąd
sądziła, była w stanie wyzwolić w niej tylko Megan. A mimo to nie mogła być z nim szczera.
Kto by pomyślał, Ŝe ta maskarada będzie tak męcząca? I to z takiego powodu!
- Dziękuję za opiekę - powiedział.
- Staram się, jak mogę - odparła lekkim tonem i spojrzała mu w oczy.
BoŜe! Te ciemne, zielone oczy były skuteczniejsze niŜ klej Super Glue. Christopher wprost
nie mógł oderwać od nich wzroku. Co jest? MoŜe to ten wirus? Ale przecieŜ juŜ nie miał
gorączki.
„Staram się, jak mogę...” Jasne, Ŝe się stara! Taki kontrakt, tyle kasy. Coś jednak - wątpił,
czy to jego wrodzony talent do interesów, bo to nie miało nic wspólnego z interesami -
podpowiadało mu, Ŝe Theresa mówiła szczerze. śe naprawdę troszczy się o niego, jak umie
najlepiej, i to wcale nie dlatego, Ŝe on jest jej potencjalnym klientem.
Postanowił to sprawdzić.
- Wierzę, Ŝe mówisz szczerze - powiedział i obserwował ją uwaŜnie, starając się odgadnąć
jej prawdziwe intencje.
- A dlaczego nie miałabym mówić szczerze? - zapytała. Wzruszył ramionami, aŜ poruszyły
się falbanki niebieskiej koszuli.
- Bo jestem dla ciebie obcy - odparł.
T.J. postawiła tacę na biurku i uśmiechnęła się do niego.
- Nieprawda. Jesteśmy potencjalnymi partnerami. Wiemy sporo o sobie, o swoich firmach.
Twoi ludzie wiele razy rozmawiali z moim personelem. U progu dwudziestego pierwszego
wieku związane ze sobą firmy moŜna w zasadzie traktować jak rodzinę - zaŜartowała.
- MoŜe. - Nie chciał, aby odchodziła. Zastanawiał się, cc powinien powiedzieć, aby
zatrzymać ją jeszcze choć przez chwilę. - Jesteś zupełnie inna, niŜ oczekiwałem - wyznał
wreszcie i sam się zdziwił, Ŝe to powiedział.
- Tak? - Theresa wzięła głęboki oddech. Wiedziała, Ŝe powinna uciec od tego tematu. Taka
rozmowa mogłaby ją zdemaskować. Mimo to ciekawość zwycięŜyła. - A czego oczekiwałeś?
Christopher pomyślał o artykule z magazynu „People”, który wręczył mu jego asystent tuŜ
przed wejściem na pokład samolotu. Tekst, zatytułowany „Rozumna piękność”, poświęcony
był, ma się rozumieć, Theresie Cohran. Przeczytał go, lecz nie dowiedział się zbyt wiele na
temat tego, jaka Theresa jest naprawdę. Ot, kilka plotek, opinii, nic nie znaczących faktów.
No i zdjęcia - te były chyba najciekawsze.
Niewiele myśląc, ujął teraz jej dłoń i splótł palce Theresy ze swoimi.
- Spodziewałem się kogoś mniej troskliwego - odparł.
- Kogoś, kto nie ma pojęcia o gotowaniu. Ani o wychowywaniu dzieci.
- Zawsze do usług - oto moja dewiza. Delikatnie uwolniła dłoń z jego uścisku.
- Przyznaj się, byłaś skautem.
- Nie, skautką. - Kiedy uśmiechnęła się, w jej policzkach pokazały się urocze dołeczki. - Co
ty sobie myślisz, nawet w Beverly Hills jest druŜyna skautek.
Rzeczywiście, T.J. bawiła się w harcerstwo, w przeciwieństwie do Theresy, która uwaŜała
wyjazdy pod namiot, podchody i sprzedaŜ ciasteczek na cele dobroczynne za zajęcia poniŜej
swojej godności.
- Ano właśnie - ocknął się Christopher. - Czy jesteśmy właśnie w Beverly Hills? - zapytał.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, Ŝe wciąŜ nie wie, gdzie go przywieziono.
- Hm, tam jest nasza agencja, a my znajdujemy się teraz niedaleko agencji - odpowiedziała i
odwróciła wzrok. Czy mu się tylko zdawało, czy teŜ ta odpowiedź brzmiała wymijająco?
Uznał, Ŝe jest chyba nieco zbyt podejrzliwy i Ŝe moŜe za bardzo przyzwyczaił się juŜ do
czytania między wierszami. CóŜ, rzadko kiedy sprawy przedstawiały się jednak tak, jak inni
je przedstawiali.
- Czy mogę słuŜyć ci czymś jeszcze? - zapytała go Theresa.
Tak, sobą - miał ochotę odpowiedzieć. Cholera, ta Cohran rzeczywiście zalazła mu za
skórę. Przez chwilę obawiał się nawet, Ŝe rzeczywiście tak powiedział, ale wyraz jej twarzy
nie zmienił się, więc zapewne nic się nie stało.
Na razie. Bo jeśli nie stłumi w sobie tych uczuć, tych myśli, to źle skończy. Nie przybył tu
przecieŜ, by flirtować z tą kobietą, nawet jeśli jest piękna jak rajski ogród. Przyjechał, by
zapoznać się z warunkami umowy - i albo się wycofać, albo podpisać ją, otwierając tym
samym drogę do ścisłej współpracy.
Musiał jednak przyznać przed samym sobą, Ŝe słowo „ścisła współpraca” nabrało dla niego
nowych znaczeń.
- Czy mogę ci jeszcze jakoś pomóc? - zapytała znowu. Otrząsnął się.
- Chyba... tak - odparł. W pokoju nie było nawet telewizora. Nie miał nic do roboty poza
gapieniem się w sufit. - Dostaję świra - wyznał szczerze. Był przyzwyczajony do działania,
nie do leŜenia w bezruchu.
- Bo zdrowiejesz - uśmiechnęła się do jego słów i własnych myśli. Zdecydowała się niemal
natychmiast. Gdyby zastanowiła się trochę dłuŜej, mogłaby dojść do wniosku, Ŝe to nie
najlepszy pomyśl. - MoŜe przenieść cię na sofę? - zaproponowała.
Słucham?
MoŜesz przyjść do nas, do pokoju gościnnego, i obejrzeć z nami kreskówki - wyjaśniła.
Widziała, Ŝe nie był przesadnie uszczęśliwiony tą propozycją, ale skoro miała z nim spędzać
czas, wolała skupić uwagę na czymś innym niŜ jego oczy. Najlepiej na Megan. - Mam na
wideo ponad dwadzieścia cztery godziny kreskówek, jeśli te w telewizji nie przypadną ci do
gustu.
Co jest, u licha? Nawet jako dziecko nigdy nie oglądał nadawanych sobotnim rankiem
kreskówek. Jego nianie nie pochwalały tej „bezmyślnej rozrywki”. A teraz pomyślał właśnie,
Ŝ
e to mogłoby być nawet interesujące.
Kreskówki! Interesujące! O, zgrozo...
Coś jednak nie pasowało do tego obrazka.
- Trzymasz kasety z kreskówkami dla kogoś, kto z tobą nie mieszka?
Dossier, które otrzymał, musiało być niekompletne. Nie było tam w kaŜdym razie nic o tym,
Ŝ
e ta podziwiana przez wielki świat dama, stała bywalczyni przyjęć po obu stronach
Atlantyku, ogląda kreskówki i nagrywa je dla swojej siostrzenicy. śe gotuje rosół z kury i
tarza się po podłodze z rozbawioną dwulatką. A przecieŜ widział to wszystko na własne oczy.
Widocznie jednak ta dama była niewiastą pełną niespodzianek. Wyjątkowo przyjemnych
niespodzianek.
- MoŜe to faktycznie dziwne.... - zaczęła tłumaczyć - ale Megan spędza tu bardzo duŜo
czasu. Rozumiesz, wciąŜ wysyłam T. J. w delegacje, więc muszę jej jakoś pomagać.
Zwłaszcza Ŝe jest świetna w tym, co robi. - T.J. przełknęła nerwowo ślinę. Czy to coś złego,
Ŝ
e powie kilka miłych słów na swój temat? PrzecieŜ nie kłamie. - To ona przygotowała
kampanię dla MacAffee Toys - dodała.
- Rozumiem to wszystko - pokiwał głową - choć muszę przyznać, Ŝe wciąŜ jestem pod
wraŜeniem. Chciałbym kiedyś poznać tę dziewczynę.
T.J. poczuła znajomy skurcz w Ŝołądku.
- Poznać? Mówisz o T.J.? Myślałam... Ŝe to jednorazowa wizyta. PrzyjeŜdŜasz, Ŝeby
sprawdzić, czy oddziały są gotowe do bitwy, a potem...
- Tak właśnie zazwyczaj działam - przerwał jej. Dziwne, czyŜby w jej głosie słychać było
jakiś niepokój? To przecieŜ profesjonalistka. - Nie jest to jednak jakaś fundamentalna zasada
- dokończył. - Skoro, jak powiedziałaś, mamy szansę stać się niemal rodziną...
- Jasne, oczywiście. - T.J. znów przełknęła ślinę. Sprawy się komplikowały; tym bardziej Ŝe
zamiast przerazić się perspektywą ponownej wizyty Christophera MacAffee, ucieszyła się,
słysząc jej zapowiedź. Czy ona całkiem zwariowała?! - Tak jak ci mówiłam, T.J. nie ma
chwilowo w mieście - zaczęła tłumaczyć. - Jestem jednak pewna, Ŝe byłaby bardzo
zadowolona, gdyby się dowiedziała, Ŝe chcesz ją poznać. - Zerknęła na trzymaną w rękach
tacę. - To co? MoŜe teraz posprzątam i przygotuję pokój gościnny?
- A czy nie powinniśmy raczej... - zaczął.
- Wziąć się do roboty? Bądź cierpliwy. Znów padniesz mi jak długi pod nogi. Obiecuję, Ŝe
przez cały czas będę myślała o zawartości twojej walizki. A jeśli się znudzisz i wrócisz do
sypialni, nikt nie będzie miał ci za złe.
Z tymi słowami opuściła pokój.
No i tyle na temat wolności wyboru, pomyślał kwaśno Christopher. Nie zdawał sobie
sprawy, Ŝe się uśmiecha, dopóki nie zobaczył swojego odbicia w lustrze.
T.J. westchnęła i postawiła tacę na kuchennym stole. Odruchowo wypłukała talerz po
zupie, po czym wsadziła go do zmywarki. Cecilia obserwowała ją w milczeniu. Nie bardzo
wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
- CóŜ, z pewnością nie wyglądasz jak kobieta, która trzyma w swoim łóŜku piekielnie
przystojnego faceta. T.J. czuła, Ŝe nadciąga straszliwy ból głowy.
- I w tym problem - odparła.
- Moja droga, nie słyszałam jeszcze, Ŝeby taką sytuację ktoś nazywał problemem. -
Pokiwała kciukiem w stronę sypialni. - O taki „problem” modli się większość kobiet. Czy ty
aby na pewno dobrze mu się przyjrzałaś? - PołoŜyła rękę na piersi. - Mnie juŜ na samą myśl o
nim serce zaczyna gwałtowniej bić.
T.J. wybuchnęła śmiechem.
- Jest dla ciebie za niski, Cecilio. Mając metr dziewięćdziesiąt trzy, Cecilia musiała
zaakceptować to, Ŝe większość męŜczyzn jest dla niej za niska.
- Małe jest piękne - odparła jednak, nie zraŜona. T.J. znów się roześmiała. Ciekawe, jak teŜ
Christopher zareagowałby na wieść, Ŝe jest piękny, bo mały.
- CóŜ, chyba nie tym razem - westchnęła. Cecilia, słysząc smutek w słowach dziewczyny,
połoŜyła ręce na jej ramionach i obróciła ją do siebie.
- Zaczekaj, T.J. Co tak naprawdę się dzieje? - zapytała powaŜnie.
Przez chwilę T.J. nie wiedziała, od czego zacząć.
- On myśli, Ŝe jestem Theresą - wyjąkała wreszcie.
- To źle? Sądziłam, Ŝe na tym polega cała intryga. PrzecieŜ miał myśleć, Ŝe jesteś Theresą.
Ale rozumiem... - pokiwała głową - ty nie chcesz, Ŝeby on tak myślał, prawda?
T.J. bezradnie rozłoŜyła ręce. Intuicja Cecilii była bezbłędna.
- Nie lubię kłamać - powiedziała, a Cecilia uśmiechnęła się tylko, bo wiedziała dobrze, Ŝe
przecieŜ nie chodzi wyłącznie o to.
- To wszystko kwestia interpretacji - zauwaŜyła. - Czasem małe kłamstewko moŜe wiele
pomóc.
- Małe kłamstewko? Ten facet myśli, Ŝe jestem prezeską C&C Advertising!
- No i co z tego? O co ci właściwie chodzi? Gdyby twój ojciec nie uciekł ze świata biznesu
i nie zaszył się w jakiejś afrykańskiej dŜungli, mogłabyś przecieŜ nią być.
- W południowoamerykańskiej dŜungli - poprawiła machinalnie T.J. i poczuła nagle
nieuzasadnione zniecierpliwienie. - A poza tym odpowiada mi moja pozycja w firmie. To nie
w tym problem.
- Wiem, kochanie, Ŝe nie w tym.
- Wiesz? Dziwne, bo nawet ja tego nie wiem. Cecilia uśmiechnęła się niczym gracz, który
zna odpowiedź na pytanie za milion dolarów.
- Podoba ci się, no nie? - Mrugnęła znacząco okiem. Była wreszcie szczęśliwa. Nareszcie
ktoś zagiął parol na tę małą. Do tej pory rozpaczała, Ŝe T.J. przeŜyje swoje Ŝycie w
samotności, jak dotychczas. Niby otoczona ludźmi, a jednak samotna. Teraz pojawiła się
szansa na inne rozwiązanie.
- To, czy mi się podoba, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia - T.J. próbowała
zlekcewaŜyć słowa Cecilii. - Nie znam go wystarczająco długo, Ŝebym mogła mieć jakąś
ugruntowaną opinię. Po prostu czuję się, jakbym spacerowała po kruchym lodzie.
Cecilia otoczyła T.J. długim ramieniem.
- Dziecko, przecieŜ ty nie stąpasz po cienkim lodzie, ale biegniesz po nim. To jeszcze
bardziej niebezpieczne - oznajmiła z sadystyczną satysfakcją. - Czy on będzie jadł z nami
kolację?
- Jeśli będzie się dobrze czuł. A co?
- Anie.
Wyraz twarzy gospodyni był idealnie niewinny, więc T.J. natychmiast się zaniepokoiła.
Miała tylko nadzieję, Ŝe Cecilia nie zechce zabawiać się w swatkę. BoŜe, miała juŜ dosyć
tego wszystkiego. Im prędzej Christopher MacAffee znajdzie się na pokładzie samolotu do
San Jose, tym lepiej. Ale czy rzeczywiście?
- Jeśli chcesz na niego popatrzeć, przyjdź do salonu. Będziemy oglądać filmy na wideo.
- A ty jeśli chcesz, to pobiegnę do wypoŜyczalni i przyniosę wam „Dzikie, upojne noce” -
zaofiarowała się Cecilia.
- Dziękuję. Mamy w programie co innego. „Pan Kaczor jedzie do miasta”. - To był
ulubiony film Megan.
- „Pan Kaczor jedzie do miasta”? - powtórzyła powoli gospodyni. - Chcesz posadzić tego
byczka obok siebie na sofie i oglądać z nim przygody Kaczora Donalda?
- Owszem. - T.J. nie miała najmniejszego zamiaru dyskutować na ten temat.
- Owszem, owszem... Okazja sama puka do drzwi, a ty nie zamierzasz ich otwierać, tak?
- To Ŝadna okazja, Cecilio. Uspokój się. Chcę po prostu skończyć z ta maskaradą. Im
szybciej on wyzdrowieje i wyjedzie do San Jose, tym szybciej ja wreszcie odetchnę.
- Słyszę cię, ale ci nie wierzę.
- Musisz uwierzyć, dopóki ja sama w to wierzę. Przeszukując szafkę z kasetami wideo, T.J.
pomyślała, Ŝe chyba powoli przestaje jednak sobie wierzyć. W kaŜdym razie nie ufała juŜ
sobie w stu procentach.
Po rozwodzie nie zaprzestała, wbrew wcześniejszym obawom, Ŝycia towarzyskiego. Często
wychodziła z domu, zawsze z przyjaciółmi, i cieszyły ją te wieczory, spędzane w
towarzystwie Ŝyczliwych jej ludzi. Wszystko to odbywało się wszakŜe w wyłącznie
przyjacielskiej atmosferze, bo teŜ i ona nie miała ochoty na romanse. JuŜ nie. Była zbyt
zajęta, poza tym istniały waŜniejsze sprawy niŜ miłosne zawroty głowy. Na czele listy jej
priorytetów znajdowała się, rzecz jasna, Megan.
A jednak Christopher MacAffee miał w sobie coś takiego, Ŝe tym razem nie przekonywało
jej tego typu tłumaczenie. Na sam jego widok traciła pewność siebie, a jej wyobraźnię
zaczynały ogarniać dziwne myśli. Mówiąc krótko, reagowała jak nastolatka, która po raz
pierwszy w kimś się zadurzyła.
Musiała znaleźć jakiś sposób na to, aby połoŜyć temu kres. Nawet gdyby chciała, Ŝebyś coś
między nimi zaszło - a oczywiście nie chciała - to on i tak brał ją za Theresę. Nie było sensu
angaŜować się w jakikolwiek sposób w związek z człowiekiem, który myślał, Ŝe T.J. to nie
T.J., a jej kuzynka.
Nie moŜna budować na kłamstwie, a z pewnością nie mogła mu teraz powiedzieć, kim jest
naprawdę. Gdyby to odkrył, zabrałby swoją umowę i uraŜoną dumę i poszedł szukać innej
agencji.
Bo kto lubi, kiedy robi się z niego głupca? Najmniej męŜczyzna z taką pozycją i takimi
wpływami.
NajwaŜniejszy jest interes firmy. Musi sobie to nieustannie powtarzać.
Westchnęła cięŜko i wyjęła z szafki dwie kasety.
- Co będziemy oglądać?
Na dźwięk jego głosu podskoczyła przestraszona. Obie taśmy wylądowały na podłodze.
Christopher zdziwił się, widząc jej gwałtowną reakcję. Wyglądała niczym oszust
podatkowy, do domu którego wtargnął Urząd Skarbowy. Podszedł do niej i popatrzył jej w
twarz.
- Hej, spokojnie, nie chciałem cię przestraszyć. Zdaje się, Ŝe miałem tu przyjść, prawda?
Rzeczywiście, przede wszystkim powinna być spokojna. Zrobiła krok w jego stronę i
uśmiechnęła się szeroko. Pokój gościnny skąpany był w słońcu i w tym świetle cera
Christophera nabrała zdrowego odcienia. Wyglądał teraz bez porównania lepiej niŜ przed
kilku godzinami. Jak tak dalej pójdzie, to jutro będzie juŜ w drodze.
Tylko dlaczego ona nie była szczęśliwa z tego powodu? Owszem, czuła ulgę, ale nic poza
tym.
- Nie przestraszyłeś mnie. Po prostu byłam zajęta. - ZauwaŜyła, Ŝe załoŜył własną koszulę,
w której wyglądał znacznie ciekawiej niŜ w tej naleŜącej do Cecilii. - Widzę, Ŝe znalazłeś
swoje rzeczy - zagadnęła.
- Mhm. Chyba trochę lepiej na mnie leŜą - zgodził się, po czym zerknął w stronę drzwi i
zapytał szeptem: - Jak wysoka jest twoja gospodyni?
- Ma metr dziewięćdziesiąt trzy.
- To gosposia czy ochroniarz?
- Gosposia - odparła T.J. ze śmiechem. - Choć właściwie to raczej przyjaciółka.
Wetknęła kasety pod ramię i zabrała się do sprzątania niewielkiego stolika. Wraz z Megan
przez wiele godzin układała tu puzzle i kolorowała obrazki i teraz nie było na nim ani
kawałka wolnej przestrzeni. Christopher usiadł obok i zaczął machinalnie wkładać
porozrzucane kredki do pudełka.
- Skąd ją wytrzasnęłaś? - zapytał.
- Była moją nauczycielką gimnastyki w liceum. Potem została trenerką Ŝeńskiej druŜyny
baseballowej.
- Jasne. - Zamknął pudełko z kredkami. - A jak się stało, Ŝe z trenerki przeobraziła się w
gosposię?
T.J. uśmiechnęła się. Jej stosunki z Cecilią zawsze układały się bardzo dobrze, nawet
jeszcze w szkole.
- Napisała do mnie kartkę na BoŜe Narodzenie. Zrezygnowała ze sportu i została bez
miejsca, które mogłaby nazwać domem. Cecilia nigdy nie uznawała własności prywatnej, nie
była materialistką, niewolnicą przedmiotów. Mieszkała sobie w małej przyczepie, dopóki nie
wykupiono ziemi, na której stała. Poprosiłam, Ŝeby zamieszkała ze mną, i wtedy...
Stop!
Co ona najlepszego wyprawia? Niedługo opowie mu całą historię swego Ŝycia, a wtedy nie
będzie juŜ miał wątpliwości, kim jest naprawdę. Mało brakowało, a wyjawiłaby, Ŝe Cecilia
zjawiła się u niej tuŜ po urodzeniu Megan i Ŝe pomagała dzielnie T.J. przy córeczce.
Znowu zrobiło jej się Ŝal, Ŝe nie moŜe być w obecności Christophera po prostu sobą.
Powinien wiedzieć, Ŝe dzięki Cecilii jej Ŝycie było jako tako zorganizowane i Ŝe bez
przyjaźni tej kobiety ona, T.J., nie poradziłaby sobie.
- Zresztą, to nieciekawa historia. - Machnęła ręką, po czym wyciągnęła dwie kasety w jego
kierunku. - „Pan Kaczor jedzie do miasta” albo „Świerszcze w moim łóŜku”. Wybieraj.
Christopher zerknął na nią, Ŝeby upewnić się, czy mówi serio. Mówiła. Naprawdę
zamierzała oglądać z nim kreskówki. Ktoś inny mógłby próbować zaimponować mu kolekcją
najnowszych hitów, moŜe poŜyczyć z wideoteki coś prowokującego, a ona - „Pan Kaczor
jedzie do miasta”. W sumie jednak podobało mu się, Ŝe ta dziewczyna jest sobą i niczego
przed nim nie udaje. Widać nie musi. Jest wystarczająco pewna siebie i swej pozycji, aby
spokojnie sobie na to pozwolić.
- A którą woli Megan? - zapytał. T.J. spojrzała na niego z aprobatą.
- „Pana Kaczora” - odparła. - Choć widziała go setki razy.
- Nieźle. - Gwizdnął ze zdumieniem. On miał problemy z obejrzeniem jednego filmu do
końca, a co dopiero dwa czy więcej razy. - I nie nudzi jej to?
- Ej, ty chyba produkujesz zabawki, no nie? Jak na osobę, która zarabia na dzieciach,
niewiele o nich wiesz - odparła. - W psychologii nazywa się to chyba wzmocnieniem. Dobrze
znane rzeczy zapewniają dziecku poczucie bezpieczeństwa. Wiem tylko, Ŝe Megan uwielbia
oglądać filmy raz za razem, choć wie doskonale, co zdarzy się za chwilę. Nie potrzebuje
niespodzianek.
Teraz on obrzucił ją pełnym aprobaty spojrzeniem. Najwyraźniej poświęciła sporo czasu na
obserwację dziecka. Nie była matką Megan, a jednak zaangaŜowała dla niej tyle uczucia,
czasu, tyle cierpliwości. Tego teŜ nie uwzględniono w dostarczonych mu raportach.
- Megan ma szczęście, Ŝe jesteś jej ciotką - powiedział. - To wspaniała dziewczynka. -
Wzruszyła nonszalancko ramionami. - Mam nadzieję, Ŝe kiedyś teŜ się takiej doczekam -
dodała z nieznośnym poczuciem winy.
W tym samym momencie do pokoju wpadła Megan, zupełnie jakby słyszała, Ŝe mówi się o
niej. Ścigała zawzięcie mechanicznego pudełka i śmiała się przy tym do rozpuku. Christopher
spojrzał na Theresę. Na widok dzieciaka pojaśniała w jednej chwili niczym
boŜonarodzeniowe drzewko. Chyba rzeczywiście dorosła juŜ do macierzyństwa.
A on? Czy jest gotów, by załoŜyć rodzinę? Właściwie czemu nie? Jeśli tylko spotka
odpowiednią kobietę...
- Oho, o wilku mowa. - T.J. wyciągnęła przed siebie kasetę z filmem. - Zobacz, co dla
ciebie mam.
- Pan Kaczor! - wrzasnęła dziewczynka.
- MoŜe ją włączysz i sobie pooglądamy? Megan wzięła od matki taśmę i pobiegała w stronę
telewizora.
- Myślisz, Ŝe ona sobie z tym poradzi? - zapytał zaniepokojony Christopher.
T.J. uśmiechnęła się szeroko. Mała wyjęła taśmę z opakowania i sprawnie wsadziła ją do
magnetowidu.
- Wie, jak się to obsługuje - szepnęła. - To znaczy wie, gdzie jest przycisk „start”.
Wystarczy.
Przesunął się na sofie, aby zrobić jej miejsce obok siebie. Kiedy usiadła, znowu poczuł
słodki zapach jej perfum.
- A więc Megan i ja mamy ze sobą coś wspólnego - odezwał się. - Gdybyś powiedziała, Ŝe
ta mała umie nastawiać czasowe nagrywanie, wpadłbym w kompleksy. Miałaby nade mną
przewagę.
Roześmiała się. To był ten sam śmiech, który słyszał przedtem, i takie samo wywarł na nim
wraŜenie. Kto wie, moŜe nawet większe? Ogarnęło go dziwne, przyjemne ciepło. Coraz
bardziej czuł się niczym ryba złapana na haczyk. Nie mógł jednak nic zrobić, nic poradzić,
musiał poddać się temu uczuciu.
Chyba juŜ nie rozsiewam zarazków - powiedział cicho i dotknął palcem jej policzka.
Znieruchomiała, a on spojrzał na nią, jakby chciał się usprawiedliwić. - Tylko tyle. To nie
zaraźliwe.
T.J. wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. W ciszy, która zaległa w pokoju,
słyszała jedynie gwałtowne bicie swego serca.
- Nie byłabym taka pewna - szepnęła niemal niedosłyszalnie.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Mógł powiedzieć, Ŝe nie wie, co tak na niego działa. WciąŜ był nieco oszołomiony grypą.
Zresztą oprócz niej istniało jeszcze kilka innych moŜliwych usprawiedliwień.
Tyle Ŝe wszystkie były fałszywe.
Christopher bowiem doskonale wiedział, co sprawia, Ŝe kręci mu się w głowie - ona.
Theresa, z jej dźwięcznym śmiechem, wewnętrznym ciepłem i troskliwym zachowaniem. Nie
musiała właściwie nic mówić, wystarczyło spojrzeć, by przekonać się, Ŝe to ktoś wyjątkowy.
Nie miał wyjścia. Musiał ją pocałować.
Wydawało mu się teraz, Ŝe właśnie to było od początku jego przeznaczeniem;
przeznaczeniem, któremu śmiało wyszedł na przeciw, bez zastanawiania się, co teŜ mu, do
cholery, odbiło. Wiedział tylko, Ŝe gdzieś od wieków było zapisane, Ŝe oto teraz, tutaj, on,
Christopher MacAffee, prezes MacAffee Toys, pocałuje Theresę Cohran, szefową C&C
Advertising.
Gdy tylko dotknął wargami jej ust, poczuł, Ŝe nie ma dla niego ratunku. Miał wraŜenie, Ŝe
wpadł w jakiś wir, z którego nigdy się juŜ nie wydostanie.
I wcale nie był pewien, czy chce się wydostać.
W zgodzie z wyrobionym przez lata nawykiem, by wszędzie szukać prawidłowości i
logicznych powiązań, rozpaczliwie usiłował znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie
zaistniałej sytuacji. Logika jednak była w tym przypadku zawodna.
To tylko pocałunek, tłumaczył sobie. Nic więcej. A jednak coraz bardziej szumiało mu w
głowie, coraz silniej ogarniało go poŜądanie...
To tylko pocałunek.
Jeśli czuł się oszołomiony, jeśli miał zawroty głowy, gorączkę, dreszcze - to z powodu
wirusa, grypy, cholera wie czego. Ale nie z powodu pocałunku.
Na pewno nie.
A właśnie, Ŝe tak.
Stłumił jęk i wdarł się głębiej w jej usta. Jeśli juŜ tracić poczucie rzeczywistości, to nie
samotnie.
Jednak T.J. zatraciła się w tym pocałunku duŜo wcześniej. Chwyciła kurczowo jego
ramiona i trzymała je tak, jakby od tego zaleŜało całe jej Ŝycie. Jak gdyby obawiała się, Ŝe
jeŜeli go puści, to zginie, utonie. Albo eksploduje.
To nie miało prawa się wydarzyć, powtarzała rozpaczliwie w myślach. A jednak wydarzyło
się i nie było juŜ odwrotu. Kości zostały rzucone.
Oboje nie pamiętali, kiedy ostatnio owładnęły nimi podobne uczucia. Nie mogli pamiętać.
Nigdy dotąd nie czuli tego, co dzisiaj.
Nagle do ich świadomości dotarł piskliwy dziecięcy głosik.
- Mama buzi.
CzyŜby aŜ tak pochłonęła ich namiętność, Ŝe zapomnieli, Ŝe nie są sami? Niestety, tak
właśnie się stało. Teraz zmuszeni byli sobie o tym przypomnieć.
Christopher oderwał usta od warg Theresy. Zamrugał powiekami, po czym popatrzył na
maleńką osóbkę, która stalą obok nich i bezczelnie im się przyglądała.
- Czy ona nazwała cię mamą? - zapytał ze zdziwieniem. O, BoŜe. Teraz wszystko się wyda,
przeraziła się T.J. Spokojnie, tylko spokojnie. Trzeba szybko coś wymyślić. Tylko co?
Zmusiła się do uśmiechu, po czym z czułością objęła dziewczynkę.
- MoŜliwe. - Popatrzyła na Christophera. - T.J. i ja jesteśmy do siebie bardzo podobne.
Mała czasem się myli.
Wyjaśnienie to zostało przyjęte przez Christophera pełnym powątpiewania uniesieniem
brwi.
- Bardziej prawdopodobne jednak - ciągnęła T.J. - Ŝe Megan chciała nam przekazać, Ŝe
widziała juŜ swoją mamę całującą się w ten sposób.
Co za szczęście, Ŝe Megan nie potrafiła jeszcze mówić pełnymi zdaniami!
- Nie, na pewno nie w taki. - Christopher pokręcił głową i odetchnął cięŜko. Potrzebował
chwili spokoju, by dojść do siebie i przemyśleć, co właściwie się stało. I co jeszcze moŜe się
stać. - Zaczynam rozumieć, dlaczego po obu stronach kontynentu męŜczyźni ustawiają się w
kolejce, aby bliŜej cię poznać.
- No cóŜ - nonszalancki ton kosztował ją sporo wysiłku, ale jakoś się udało - jesteśmy dobrą
firmą. Ale to prawda, Ŝe interesy pociągają ich w nie mniejszym stopniu co... co ja sama.
Znów w ostatniej chwili ugryzła się w język. Omal nie powiedziała „Theresa” zamiast „ja
sama”. Nie przypuszczała, Ŝe aŜ tak trudno będzie jej wcielić się w rolę kuzynki. Były po
prostu inne i nic na to nie mogła poradzić. Ona nigdy nie mogłaby wieść takiego Ŝycia, jakie
wiodła Theresa. A Theresa z pewnością byłaby nieszczęśliwa, gdyby musiała zrezygnować z
całonocnych przyjęć, spotkań z coraz to nowymi męŜczyznami i nieustannych wizyt
dziennikarzy w jej gabinecie. T.J. miała skromniejsze wymagania - pragnęła romantycznych
kolacji we dwoje i miłości jednego człowieka, a nie uwielbienia całego szwadronu.
Dlatego właśnie tak bardzo cierpiała z powodu rozwodu. Kiedy wychodziła za Petera,
myślała, Ŝe ich małŜeństwo będzie na wieki. Peter natomiast sądził widocznie, Ŝe śluby
złoŜone przed ołtarzem obowiązują równo miesiąc, bo tyle właśnie czasu potrzebował, aby
zainteresować się kimś innym i złamać przysięgę małŜeńską.
- Naprawdę? - Christopher zmruŜył oczy. - Dlaczego się na to zgadzasz?
- Bo jest mi wszystko jedno. - Tak zazwyczaj odpowiadała Theresa. - Po prostu chcę się
dobrze bawić.
Z trudem jej to przeszło przez usta. Jeśli dalej ma być równie łatwo, potrzebne jej będzie
jakieś wsparcie. I to natychmiast.
- Chodź tu, kurczaczku. - Popatrzyła na córeczkę i poklepała miejsce na sofie obok siebie. -
Usiądź tutaj. - Umieściła dziecko pomiędzy nimi.
MoŜe to i dobrze, pomyślał Christopher. Nie wierzył w udany mariaŜ interesów i
przyjemności. Zapewne dlatego tak niewiele było w jego Ŝyciu tych ostatnich. Minione kilka
lat wypełnione było wyłącznie pracą. Teraz jednak, kiedy patrzył na Theresę, zastanawiał się,
czy nie nadszedł czas, by wreszcie to zmienić.
Tymczasem Megan usiadła wygodnie na sofie, po czym obdarzyła go oszałamiającym
uśmiechem, tak bardzo podobnym do uśmiechu ciotki. Królewskim gestem wyciągnęła
paluszek w stronę ekranu, domagając się, aby i on zaczął oglądać film.
- Pani kaczor - obwieściła głośno.
- Pan kaczor - poprawił machinalnie. Megan energicznie pokręciła głową, aŜ brązowe loki
opadły jej na twarz.
- Pani Kaczor - powtórzyła.
Christopher roześmiał się w duchu i zrezygnował z kolejnych prób poprawiania tego
uparciucha. Usiadł wygodniej i skupił się na śledzeniu przygód Pana Kaczora.
Ku swojemu zdumieniu spostrzegł, Ŝe film go wciągnął. CzyŜby kreskówki to było właśnie
coś dla niego? W kaŜdym razie ta nawet mu się podobała.
Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, spojrzał na zegarek. Półtorej godziny! Minęło
całe dziewięćdziesiąt minut! On, Christopher MacAffee, oglądał przez półtorej godziny film
o Kaczorze Donaldzie i nawet nie zauwaŜył upływu czasu!
- I co o tym myślisz? - zapytała T.J., wyłączając magnetowid. Napisy końcowe nagle
zniknęły, zastąpiła je powtórka nadawanego w latach sześćdziesiątych czarno-białego serialu
telewizyjnego. Opowiadał o dwóch kuzynkach, które były do siebie tak podobne, Ŝe brano je
za bliźniaczki. T.J. szybko wyłączyła telewizor.
- CóŜ, to właściwie taki moralitet w kaczej skórze. Rozbawiło ją to sformułowanie.
- Moralitet... Nigdy nie jest za wcześnie, Ŝeby zaszczepić w dziecku podstawowe zasady
moralne, prawda?
- Nie zamierzam temu przeczyć.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Megan włoŜyła kasetę do pudełka, a potem zaczęła
bawić się porzuconym wcześniej zamkiem z klocków. Christopher uśmiechał się, patrząc to
na dziecko, to na nią, a T.J. siedziała z podkulonymi rogami i zastanawiała się, co dalej
począć z tą przedziwnie rozwijającą się znajomością.
Wreszcie postanowiła, Ŝe nadszedł czas, aby porozmawiać o interesach. To z pewnością
otrzeźwi ją na dobre.
- Podoba mi się, Ŝe MacAffee Toys nie zalewa rynku tymi okropnymi figurkami
wojowników z krwawych gier komputerowych - odezwała się pierwsza. - One mają zły
wpływ na dzieci.
- Gdybym zrobił coś takiego, kilka pokoleń moich przodków kręciłoby się w grobach jak
wrzeciono - odpowiedział z uśmiechem. - Mam swoje zasady.
T.J. oparła głowę na łokciu i przyjrzała mu się uwaŜnie.
- Nie wydajesz mi się typem męŜczyzny, który tak bardzo przejmowałby się opinią duchów.
Fakt. Wyglądał jej raczej na człowieka, który zawsze robi to, na co ma ochotę. To, Ŝe bliska
mu była tradycja oraz zasady moralne, okazało się niespodzianką. Miłą niespodzianką.
- Nie, jeśli sam nie podzielam ich poglądów - odpowiedział.
- Miłe zabawki dla miłych dzieci. - To motto widniało na kaŜdym opakowaniu firmy
MacAffee Toys. T.J. uśmiechnęła się łagodnie. - To chyba nieco zbyt staroświeckie jak na
nasze szalone lata dziewięćdziesiąte. Choć z drugiej strony, są rzeczy, które nigdy się nie
starzeją...
- Chcesz mi się podlizać?
- Nie, mówię prawdę.
Spojrzał w jej oczy - ogromne, głębokie, wspaniałe. MoŜna się było w nich zatracić.
- Wiem. Dlatego zdecydowałem się na ciebie. To znaczy, na twoją agencję - poprawił się,
Ŝ
eby rozwiać ewentualne wątpliwości. Chyba jednak nie do końca mu się to udało.
Rozmawiali o interesach, ale nie tylko interesy były waŜne w tej rozmowie. Ona równieŜ
musiała o tym wiedzieć.
- Pochlebiasz mi - powiedziała. - Czy aby nie na wyrost? Mówisz to, nie przyjrzawszy się
nawet temu, co wymyśliłam na temat dalszego ciągu kampanii?
Przed przylotem tutaj Christopher przejrzał wszystkie wstępne szkice i nie miał co do nich
Ŝ
adnych zastrzeŜeń. Zmierzały dokładnie w tym kierunku, który i on uznał za najwłaściwszy.
- Dalszy ciąg? To juŜ chyba tylko przysłowiowy lukier na torcie, prawda? - Pomyślał, Ŝe
jeśli nie wstanie z tej sofy, znów ją pocałuje. Wstał. - Naprawdę, chciałbym juŜ zabrać się do
pracy.
T.J. kiwnęła głową. Czuła ulgę, Ŝe nie próbował jej znów pocałować, ale jednocześnie była
rozczarowana.
- Jak chcesz. - Przygryzła wargę. - Jesteś pewien, Ŝe dasz radę? Starczy ci sił?
Uśmiech, jakim jej odpowiedział, przyprawił ją o rumieńce. Zdaje się, Ŝe ten męŜczyzna
przed chwilą udowodnił, iŜ jest zdrów i w pełni sił. Na szczęście Christopher oszczędził jej
aluzji co do ich szalonego pocałunku.
- Po obejrzeniu w całości dzieła pod tytułem „Pan Kaczor jedzie do miasta” jestem gotowy
na wszystko - powiedział taktownie.
- Więc chodźmy. - T.J. wstała, wskazując mu drzwi pokoju. - Cecilio! - zawołała i po chwili
w salonie pojawiła się gosposia.
Christopher przyjrzał się jej uwaŜnie i doszedł do wniosku, Ŝe Cecilia kiedyś musiała być
ładna. Więcej - oszałamiająco piękna. Nadal zresztą była wyjątkowo atrakcyjną kobietą. Od
razu pomyślał o Lesterze, szoferze swojego ojca, który, odkąd umarła jego Ŝona, stracił
ochotę do Ŝycia. Gosposia Theresy była tak bardzo podobna do Edith... Czy nie powinien
spróbować poznać poczciwego Lestera z Cecilią?
Ta myśl go zdumiała. Do diabła, co teŜ mu przyszło do głowy? Nigdy dotąd nie usiłował
nikogo swatać. To pewnie atmosfera tego domu tak go odmieniła, Ŝe zaczął myśleć o miłości
i rodzinnym szczęściu. A mówiąc krótko i szczerze: odmieniła go ONA - Theresa Cohran.
- Wołałaś mnie? - zapytała Cecilia.
- Tak, czy mogłabyś przez jakiś czas zająć się Megan? Bawi się w salonie, ale nie wiadomo,
co jej moŜe strzelić do głowy. Ja i pan MacAffee mamy pewne interesy do załatwienia.
- Tak, wiem. - Cecilia zniŜyła głos. - Widziałam wstępne pertraktacje, kiedy przechodziłam
korytarzem. Proszę wybaczyć - zwróciła się w stronę Christophera i skromnie spuściła oczy -
drzwi były otwarte...
T.J. oblała się rumieńcem, ale nie skomentowała tej wypowiedzi. Jakikolwiek komentarz
pogorszyłby tylko sytuację. Zerknęła na Christophera. W przeciwieństwie do niej był
rozbawiony słowami gosposi.
- Proszę tędy, panie MacAffee - mruknęła ponuro i poprowadziła go do swego gabinetu.
Gabinet okazał się niewielkim pomieszczeniem wychodzącym na zachód. Christopher od
razu zauwaŜył kilka rysunków przedstawiających Megan. Przy jednej ze ścian stał regał, ale
pomieszczenie zdominowane było przez olbrzymie biurko.
ChociaŜ znajdował się na nim komputer, na oko najnowszej generacji, widać było, Ŝe nie
jest zbyt często uŜywany. Theresa najwyraźniej wolała ręczne szkice i notatki. Spodobało mu
się to. On sam cenił sobie tradycję i był zagorzałym przeciwnikiem standaryzacji i unifikacji.
Takie teŜ były zabawki, które produkowała jego firma: miały swój charakter i odróŜniały się
od masowych - głównie zresztą chińskich - wyrobów. Chyba właśnie dlatego nie zginęli
jeszcze na tym trudnym rynku. Skoncentrowali się na potrzebach tych klientów, którym nie
odpowiadała taśmowa produkcja i komiksowy styl; którzy z nostalgią wspominali zabawki ze
swego dzieciństwa i podobne chcieli kupować swym pociechom.
Theresa posadziła go przy biurku, a sama rozpoczęła zaimprowizowaną naprędce
prezentację. Robiła to wspaniale. Kiedy mówiła, uŜywała nie tylko ust, ale całego ciała.
Gestów dłoni, min, wyrazu oczu. MoŜna by rzec, Ŝe była istną symfonią ruchu. Christopher
pomyślał, Ŝe chciałby mieć całoroczny bilet wstępu na jej koncerty.
Mógł sobie tylko pogratulować, Ŝe znalazł właściwą osobę do przeprowadzenia jego
kampanii.
A moŜe i nie tylko do tego?
Nie od rzeczy będzie to zbadać, pomyślał w tej samej chwili, w której T.J. skończyła i
zmarszczyła brwi w oczekiwaniu na jego reakcję.
- Nic nie mówisz - westchnęła zniechęcona, gdy nie odezwał się ani słowem.
Nie mówił, bo odebrało mu mowę. Był nią absolutnie zafascynowany.
- To dlatego, Ŝe ty wciąŜ mówisz - uświadomił jej. T.J. zebrała swoje materiały. WłoŜyła w
nie wiele serca, rysowała do późnej nocy i teraz oczekiwała jakiegoś komentarza.
- Właśnie skończyłam.
- Wobec tego jestem pod wraŜeniem - odparł i pokiwał z zadowoleniem głową.
T.J. spojrzała na niego podejrzliwie. To byłoby zbyt łatwe i zbyt piękne. Słyszała przecieŜ
nie raz, Ŝe bardzo trudno przekonać do czegoś Christophera MacAffee. MoŜe robi sobie po
prostu z niej Ŝarty? Pewnie nie pierwszy raz w swej karierze zamierza ośmieszyć
potencjalnego partnera...
- I wciąŜ chcesz podpisać z nami umowę? - zapytała. Teraz on popatrzył na nią ze
zdziwieniem. Czemu jest taka niepewna? PrzecieŜ nazywano ją Huragan Theresa, wiedział o
tym. Opinia o niej głosiła, Ŝe zawsze jest pewna swego i nigdy nie dopuszcza do siebie nawet
myśli, Ŝe jej prezentacja mogłaby być odrzucona. CóŜ, jak dotąd niewiele faktów i opinii
zawartych w dostarczonym mu raporcie zgadzało się ze stanem faktycznym. Prawdę mówiąc,
jedynie to, Ŝe Theresa była bez wątpienia profesjonalistką i doskonale wiedziała, czego
potrzeba jego firmie.
- Podpiszę - potwierdził spokojnie. - Teraz jeszcze chętniej. T.J. wypuściła z ulgą
powietrze. Udało się! Cały ten szalony plan się powiódł! Theresa będzie szczęśliwa. Odkąd
wygasła umowa agencji z inną firmą. Pandom Ads, niezwykle zaleŜało jej na kontrakcie z
MacAffee Toys.
- Co za ulga - westchnęła z uśmiechem.
- Nie miałem pojęcia, Ŝe tak ci na tym zaleŜy. - Wstał i podszedł do niej. - Myślałem, Ŝe
zdobywanie nowych klientów to juŜ dla ciebie rutyna.
- To nigdy nie jest rutyna - odparła szybko. MoŜe za szybko? Theresa rzeczywiście
zachowywała się zawsze tak, jak gdyby na niczym jej nie zaleŜało, no, moŜe z wyjątkiem
poderwania jakiegoś kolejnego przystojniaka.
Jemu jednak najwyraźniej spodobała mu się ta odpowiedź.
- I moŜe właśnie dlatego MacAffee Toys chce z tobą współpracować - oznajmił. -
Zachowujesz się tak, jak gdyby ci bardzo na nas zaleŜało. To budzi moje zaufanie. Poza tym
jesteś naprawdę niezwykle przekonująca, no i świetnie wyczuwasz nasze intencje. A przede
wszystkim jesteś superkreatywna, umiesz połączyć pracę i zabawę.
Ho, ho, czy nie za duŜo tych komplementów? T.J. podejrzewała, Ŝe ta łatwość w chwaleniu
nie wynika jedynie z oceny jej zawodowych kompetencji. No tak. Na pewno nie. Gdyby tak
było, nie podchodziłby teraz do niej bliŜej z taką miną. Jeszcze bliŜej... Zdecydowanie za
blisko, by mogła czuć się swobodnie.
- Do tego znajdujesz jeszcze czas dla siostrzenicy... Co się dzieje? CzyŜby jemu chodziło po
głowie to samo, co jej? Ten pocałunek sprzed godziny, to, jak zareagowali na niego oboje...
MoŜe dlatego właśnie wspomniał, Ŝe umie łączyć pracę i zabawę. Zresztą, nic dziwnego. W
końcu Theresa cieszyła się reputacją rasowej podrywaczki.
- Chyba nigdy dotąd nie spotkałem nikogo równie spokojnego... - Nadal wpatrywał się w
nią podejrzanie łagodnym wzrokiem.
T.J. odwzajemniła spojrzenie i westchnęła cięŜko. Nagle ogarnęło ją poczucie winy.
- MoŜe teraz teŜ nie - wymamrotała.
- Co takiego?
Do diabła, musiała przestać obarczać się winą za zaistniałą sytuację. Nie miała powodu
czuć się winna. To w końcu tylko interesy.
- Nic, nic. - Znów odetchnęła głęboko. - T.J. będzie bardzo zadowolona, Ŝe doceniłeś jej
pracę.
- To rysunki T. J.? - Christopher miał wraŜenie, Ŝe kaŜdy z nich został stworzony przez nią
samą.
- Owszem. Ja tylko prowadzę prezentacje.
- Ale bardzo przekonująco - powtórzył. - MoŜna by pomyśleć, Ŝe wszystkie te pomysły są
twojego autorstwa.
Teraz juŜ otwarcie ją admirował. Jego oczy nie kryły podziwu, fascynacji i - o, zgrozo! -
poŜądania. Jeszcze gorsze było jednak to, Ŝe bardzo jej te spojrzenia się podobały. A
najgorsze - Ŝe Christopher myślał, iŜ patrzy na Theresę.
Cofnęła się niezdarnie o krok i potknęła o biurko.
- Powiem jej, Ŝe ci się podobały, kiedy tylko wróci. - Miała wyschnięte usta. Odwróciła się
i zaczęła porządkować uporządkowane juŜ wcześniej dokumenty.
Tymczasem Christopher był juŜ pewien, Ŝe cały ten raport na temat Theresy Cohran był
stekiem bzdur. Naprawdę była inna - delikatniejsza, bardziej nieśmiała, z pewnością duŜo
bardziej w jego typie. A na dodatek z pełnym zaufaniem mógł powierzyć jej kampanię swojej
firmy. Zadowolony z pomyślnego obrotu spraw zapragnął to uczcić. Z nią.
- Chciałbym zabrać cię dzisiaj na kolację - powiedział. T.J. przeraziła się, słysząc tę
propozycję. Romantyczny stolik dla dwojga, przytłumione światła, moŜe muzyka... W takich
okolicznościach nie dałaby chyba sobie rady.
- To niepotrzebne - odparła. Złapał ją za ramię.
- Ale ja proszę. Nalegam. - Otworzyła usta, aby zaprotestować, lecz Christopher był
szybszy. - Musimy przecieŜ zacieśnić nasze relacje.
Jakby te relacje i tak nie były juŜ zbyt poufałe, pomyślała gorzko T.J.
- Jesteś pewien, Ŝe tego chcesz? - zapytała. - Czy nie lepiej, Ŝebyś zebrał siły przed
jutrzejszym lotem? - Cholera, tak naprawdę wcale nie chciała, Ŝeby leciał. - Wczoraj byłeś
naprawdę chory.
Gdyby Christopher wiedział o niej tyle, co na początku, pomyślałby, Ŝe Theresa zwyczajnie
usiłuje się wymówić. Wiedział jednak, Ŝe jest inaczej. Instynkt podpowiadał mu, Ŝe ta
kobieta nie kłamie i nie wykorzystuje ludzi. Teraz teŜ po prostu troszczy się o niego.
Do licha, naprawdę mu się podobała. Chyba nawet bardziej, niŜ powinna.
- To była tylko grypa. Czuję się juŜ normalnie - odparł. Mało tego, czuł się tak, jak gdyby
nigdy w Ŝyciu nie był chory! - Nie przyjmuję wymówek. Musisz się zgodzić.
Uśmiechnęła się do niego, chociaŜ czuła coraz silniejszy skurcz w Ŝołądku.
- A więc się zgadzam.
Choć nie powinnam, dodała w myślach.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
- To naprawdę nie było konieczne. - T.J. spojrzała z zakłopotaniem na siedzącego po
drugiej stronie stolika Christophera.
Niekonieczne, ale przyjemne. Oczywiście - była stremowana, ale jednocześnie mile
podekscytowana. Powtarzała sobie, Ŝe to tylko jeden wieczór, Ŝe musiała się zgodzić na
wspólne wyjście, Ŝe skoro on juŜ i tak uwierzył, Ŝe T.J. jest Theresą, to nie stanie się nic
strasznego. Wino, które wypiła do posiłku, dodatkowo zagłuszyło wyrzuty sumienia.
- A ja myślę, Ŝe było konieczne - odparł Christopher. Widać było, Ŝe on teŜ dobrze się bawi
w jej towarzystwie.
- Naprawdę? - T.J. oparła podbródek na dłoni. Miała wraŜenie, Ŝe wino coraz mocniej
szumi jej w głowie.
- Naprawdę. - Chciał odwdzięczyć się za wspaniałą opiekę i spędzić z nią jeszcze trochę
czasu. Rozejrzał się po restauracji. Była porządnie zatłoczona, mieli duŜo szczęścia, Ŝe
znaleźli wolny stolik. - Nie sądziłem tylko, Ŝe dasz się namówić na stek.
Fakt, prawdziwa Theresa odmówiłaby. Nie zjadłaby stęka, chyba Ŝe nazywałby się filet
mignon i kosztował trzydzieści dolarów za porcję. T.J. miała jednak nieco mniej
wyrafinowany gust.
- Widzę, Ŝe masz mnóstwo ustalonych opinii na mój temat - powiedziała z zalotnym
uśmiechem.
- Tylko trochę.
T.J. nadziała na widelec ostatni z pieczonych ziemniaków.
- Odrobiłeś pracę domową?
Nie dziwiło jej, Ŝe starał się zebrać przed przyjazdem jak najwięcej informacji na jej temat.
Ciekawe, co by powiedział, gdyby dowiedział się, Ŝe wcale nie siedzi naprzeciwko bohaterki
swojego raportu? Przez chwilę kusiło ją nawet, aby wyznać mu prawdę, chociaŜby po to, by
zobaczyć jego reakcję. Wtedy jednak musiałaby ostatecznie zrezygnować z całej tej
maskarady, a to oznaczałoby, Ŝe zapewne straciłby tak wyraźne zainteresowanie jej osobą,
nie wspominając juŜ o konsekwencjach takiego postępowania dla C&C Advertising.
Tak jak teraz było więc lepiej. DuŜo bezpieczniej.
I o wiele bardziej ekscytująco.
Christopher podniósł do góry obie ręce.
- W porządku, przyłapałaś mnie. Sprawdziłem cię. Lubię wiedzieć zawczasu, z kim mam do
czynienia. - UwaŜnie obserwował jej twarz, jakby z obawą, czy nie poczuje się uraŜona
przeprowadzonym śledztwem. Ale nie. Nie była na niego zła. Prawdę mówiąc, spodziewał
się tego. Theresa Cohran była ponad takie głupie urazy i uprzedzenia. - A ty nie lubisz?
- I tak, i nie - odparła wymijająco.
Nagle pomyślała o ich pocałunku. Właściwie to nie był ich pocałunek. Christopher tak
naprawdę pocałował Theresę.
Poczuła nagłe ukłucie w sercu. Domyślała się, Ŝe to wino jest odpowiedzialne za owo
niespodziewane uczucie zazdrości, ale wcale nie czuła się przez to mniej zraniona.
- Czasem lubię niespodzianki - dodała głębokim, aksamitnym głosem.
- Ja nie lubiłem. Do dzisiaj. - W jego oku pojawił się nagły błysk, kąciki ust uniosły się do
góry. Wyjątkowo dobrze mu się z nią rozmawiało. Kiedy tu przyjeŜdŜał, w ogóle się tego nie
spodziewał. - Ty na przykład okazałaś się całkiem przyjemną niespodzianką.
W tym momencie Theresa roześmiałaby się zapewne kusząco. T.J. nie pozwalało na to
poczucie winy. Nie mogła go przecieŜ oszukiwać w nieskończoność.
- MoŜe wyciągasz zbyt pochopne wnioski - powiedziała, jakby chciała go ostrzec.
Ale on utwierdził się tylko w przekonaniu, Ŝe jego partnerka, nie dość Ŝe piękna, to jeszcze
jest skromna.
- Nie sądzę - odparł. - Jestem dobrym obserwatorem. Pochylił się w jej stronę i dolał wina
do kieliszka. Butelka była juŜ pusta, pomyślał więc, Ŝe zamówi jeszcze jedną. Po chwili
jednak zrezygnował. Wolał zachować pełną przytomność umysłu. Przeczucie podpowiadało
mu, Ŝe ten wieczór nie skończy się tak szybko.
- Pozwól, Ŝe ci przypomnę, iŜ większość czasu przeznaczonego na obserwację spędziłeś
pod kołdrą w stanie śpiączki - przekomarzała się Theresa.
- Niektóre rzeczy po prostu się wie. Wy, kobiety, nie doceniacie czegoś takiego, jak męska
intuicja. - Pochylił się ku niej i przykrył dłonią jej drobną dłoń. Dziwne, pomyślał, w tym
hałaśliwym, jaskrawo oświetlonym miejscu czuł się o wiele intymniej niŜ w romantycznych,
słabo oświetlonych restauracjach, do których prowadzał wcześniej swoje partnerki. - Cieszę
się, Ŝe nasza współpraca dobrze się ułoŜy. Myślę, Ŝe twoja agencja moŜe zrobić wiele dla
mojej firmy - dodał, Ŝeby nie odgadła jego, wcale nie związanych z kontraktem, myśli.
Uniosła kieliszek do góry.
- Co do tego nie mam wątpliwości. Mamy masę pomysłów...
Przebiegł spojrzeniem po jej prostej czarnej sukni, którą nosiła z gracją księŜniczki
przyodzianej w aksamity.
- Ja teŜ mam mnóstwo pomysłów... - Nie mógł sobie odmówić tej dwuznaczności.
T.J. przebiegł po plecach dreszcz na te słowa. Szybko wychyliła wielki łyk wina.
Wiedziała, co miał na myśli. MoŜe dlatego, Ŝe sama o tym myślała.
Christopher odchylił się nieco do tyłu.
- Nie masz pojęcia, jaka to ulga rozmawiać z kimś takim, jak ty - zaczął. - Nareszcie mogę
się odpręŜyć i nie myśleć, czy przypadkiem nie jesteś tu ze mną dlatego, Ŝe interesuje cię
wyłącznie MacAffee Toys, a nie...
- A nie ty sam? - podpowiedziała.
BoŜe, jeśli było tak, jak mówił, to wszystkie kobiety w jego Ŝyciu musiały być ślepe!
PrzecieŜ ten facet był wspaniały. Gdyby to ona go spotkała, oczywiście jako T.J., a nie
Theresa, z pewnością nie myślałaby o jego bankowych rachunkach, a o nim samym. Kto wie,
moŜe nawet zastanowiłaby się, czy nie skończyć z wiecznym rozpamiętywaniem swojej
małŜeńskiej poraŜki i nie spróbować jeszcze raz?
Sęk w tym, Ŝe nie spotkała go jako T.J. Dla niego była Theresa i tak musiało pozostać.
Christopher spojrzał na nią z zakłopotaniem.
- Właściwie to nie chciałem, Ŝeby zabrzmiało to w ten sposób. Nie zawsze potrafię
właściwie dobrać słowa.
- Bez przesady. Dobrze sobie radzisz. - MoŜe nawet zbyt dobrze, dodała w duchu.
Christopher pokręcił w zamyśleniu kieliszkiem.
- Byłabyś zdumiona, gdybyś wiedziała, jak wiele kobiet kieruje się wyłącznie
pragmatyzmem w relacjach męsko-damskich - powiedział. - Wprawdzie przez ostatnie lata
nie miałem zbyt wiele czasu na spotkania z kobietami, ale...
T.J. dojrzała smutny błysk w jego oku i natychmiast podpowiedziała:
- Ale ta, dla której znalazłeś czas, cię zawiodła? No nie, brakuje jeszcze, Ŝeby zaczęli się
sobie zwierzać! To naprawdę nie musiało być częścią roli, jaką miała do odegrania. Sama
jednak pamiętała ból, jaki ją ogarnął po odejściu Petera, i nie mogła nie współczuć
męŜczyźnie, który siedział z nią w tej chwili przy jednym stoliku w niedrogiej restauracji.
- MoŜna tak powiedzieć. - Christopher dopił wino, po czym postawił kieliszek na stole. -
Dostałem nieźle w kość.
Czuł się trochę głupio, ale co tam. Był wobec niej bezwstydnie szczery, bardziej niŜ wobec
wszystkich, których znał przez całe Ŝycie. Dziwne, ta kobieta, którą po raz pierwszy ujrzał
niespełna czterdzieści osiem godzin wcześniej, była mu bliŜsza niŜ najlepsi przyjaciele. W jej
oczach było tyle zrozumienia, Ŝe nie mógł nie powiedzieć jej reszty.
- Poleciała na moje nazwisko i konto bankowe. Na rodzinne koneksje... - Zerknął na nią
uwaŜnie. - Hej, czy ciebie teŜ to czasem nie spotkało?
T.J. nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Akurat teraz nie mogła przecieŜ być z nim szczera
(jeśli kiedykolwiek w ogóle była!). Pomyślała o Theresie. O pełnym splendoru Ŝyciu, jakie
prowadziła, o wszystkich męŜczyznach, którzy kręcili się wokół niej. W porównaniu z
kuzynką czuła się jak brzydkie kaczątko, choć przecieŜ w gruncie rzeczy były do siebie tak
bardzo podobne. Wyglądały identycznie, ale to właśnie umiłowanie Ŝycia Theresy, jej
energia, temperament czyniły ją piękną. Czasami T.J. zazdrościła kuzynce tej umiejętności
korzystania z uroków Ŝycia bez oglądania się na resztę.
Ale za to ona miała Megan. I swoją ukochaną pracę.
Czy to mało?
Wystarczy aŜ nadto, powtórzyła z uporem.
Zrobiła minę konspiratorki i przysunęła się bliŜej Christophera.
- Czy mnie to kiedyś spotkało? - szepnęła. - WciąŜ mnie to spotyka.
- Więc mamy ze sobą wiele wspólnego. - Spojrzał na nią. Chyba nie była co do tego
przekonana. - Oboje prowadzimy rodzinny interes - zaczął wyliczać - oboje jesteśmy
jedynakami, oboje musimy umieć oddzielać ziarna od plew...
I na szczęście oboje jesteśmy wolni, dodał w duchu.
- Tyle Ŝe ty wciąŜ zajmujesz się interesami, a ja nie - dopowiedziała z uśmiechem.
Aha, i jeszcze coś, nie jestem tą osobą, za którą mnie bierzesz.
- MoŜe nie powinienem. - Christopher nagle poczuł się gotów, by zmienić całe swoje Ŝycie.
- To znaczy, moŜe nie powinienem zajmować się wciąŜ interesami. PrzecieŜ nie muszę. -
Wzruszył ramionami. - A juŜ na pewno nie wtedy, gdy jestem w towarzystwie tak wspaniałej
osoby.
. Kompletnie juŜ trzeźwa T.J. wbiła wzrok w talerz i zaczęła prosić Boga, by w cudowny
sposób zabrał ją z tego miejsca. Facet w niej się zadurzył! W jawny sposób robi jej
propozycje! WciąŜ nie bardzo mogła w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Tylko co powie,
kiedy odkryje, Ŝe otwierał swoje serce przed oszustką? Zrobiło jej się go Ŝal. A jeszcze
bardziej Ŝal siebie.
Musi zmienić temat, klimat, charakter tej rozmowy. Desperacko chwyciła się pierwszej
myśli, jaka przyszła jej do głowy.
- A propos odpowiednich osób - zastanawiałam się właśnie nad czymś. Za niecałe dwa
tygodnie mamy Dzień świętego Walentego.
- Wiem o tym - odparł rozmarzony. Hm, chyba nie najlepiej trafiła. Opuściła wzrok. Nic z
tego nie wyjdzie, jeśli będzie wpatrywać się w te jego piękne oczy.
- Jeśli się pośpieszymy - zaczęła szybko tłumaczyć - zdąŜymy przygotować kampanię
telewizyjną na kilka dni przed...
- Walentynkową kampanię dla MacAffee Toys? - przerwał jej. Najwyraźniej go to
rozbawiło. - Zabawki dla maluchów nie kojarzą się raczej z walentynkami.
- Zabawki nie, ale maskotki tak. - Wspaniały pomysł juŜ kiełkował w jej głowie. Nie
istniały przecieŜ Ŝadne reklamy zachęcające do kupna walentynkowych maskotek dla
ukochanej osoby. Tego dnia królowały czerwone róŜe i czekoladki.
- Ostatniego wieczoru przeglądałam wasz katalog. Macie kilka zabawek idealnie
nadających się na prezenty, które męŜczyźni wręczyliby kobietom swego Ŝycia. Na przykład
ten wasz biały miś - ciągnęła, coraz bardziej rozentuzjazmowana.
- Ten, który mówi: „Kocham cię”, kiedy się go naciśnie.
- Wyciągnęła z torebki długopis i nabazgrała coś na serwetce, po czym obróciła ją w stronę
Christophera. - To doskonałe. Moglibyśmy dać tekst: „Nie moŜesz znaleźć właściwych słów?
Na walentynki wyślij posłańca”. I pokazać tego misia.
Roześmiał się, ubawiony tym pomysłem.
- Wierz mi, kobiety uwielbiają maskotki - przekonywała. Christopher znów spojrzał na nią
z zachwytem i pokręcił z niedowierzaniem głową. Czy on spotkał bizneswoman, czy anioła?
- Byłem pewien, Ŝe ty wolałabyś biŜuterię - powiedział nieśmiało.
Miał rację. Znowu wpadka. Theresa podziwiała przecieŜ wszystko, co błyszczało i
mierzone było w karatach. To tylko T.J. miała tę śmieszną słabość do pluszowych
przytulanek.
- Lubię i jedno, i drugie. Miś mógłby trzymać pudełko z brylantowym pierścionkiem.
Przywiązałoby sieje na wstąŜce i powiesiło na szyi. - Pośpiesznie narysowała na serwetce
figurkę kobiety z misiem, która ściska z wdzięczności ukochanego męŜczyznę. - Co o tym
sądzisz?
- Podoba mi się. Tylko tak dalej.
- Nie ma sprawy. - Rozpromieniła się zadowolona, po czym przypomniała sobie nagle, Ŝe
nie załatwili przecieŜ jeszcze Ŝadnych formalności. - Ale... Czy nie sądzisz, Ŝe najpierw
powinniśmy podpisać umowę?
Christopher niedbale wzruszył ramionami.
- To zwykła formalność, załatwimy to do końca tygodnia - powiedział. - Moi prawnicy juŜ
przygotowują jej projekt.
T.J. odchyliła się do tyłu i popatrzyła na niego uwaŜnie.
- Widzę, Ŝe byłeś pewien, Ŝe nawiąŜemy współpracę. Doświadczenie nauczyło go ostroŜnie
odpowiadać na tego rodzaju pytania.
- Niezupełnie. Chciałem się najpierw przekonać, jacy naprawdę jesteście. Nie bardzo
wierzę we współpracę z firmami, których prezesi nie angaŜują się w pracę, jej jakość, lecz
tylko i wyłącznie gonią na zyskiem. Ty mnie po prostu podbiłaś. - Wyciągnął dłoń, aby
przypieczętować umowę.
Gdy ich ręce zetknęły się, T.J. owładnęło poczucie satysfakcji. Satysfakcji połączonej z
oczekiwaniem. Na co?
Christopher nie zamierzał zbyt prędko przerwać uścisku. Trzymał długo jej dłoń w swojej i
rozkoszował się uczuciem, które nie miało nic wspólnego z umową, która wkrótce połączy
dwie firmy. Czuł raczej to, co czuje męŜczyzna w towarzystwie pięknej kobiety.
Wreszcie puścił jej rękę i podniósł kieliszek. Została w nim tylko kropelka na dnie, ale
uznał, Ŝe wystarczy to do spełnienia toastu.
- Za długi i pomyślny związek - powiedział. T.J. stuknęła lekko pustym kieliszkiem o
kieliszek Christophera. Miała nadzieję, iŜ to, Ŝe spełniają toast z pustych naczyń, nie wróŜy
ź
le ich współpracy.
- Za przyszłość - powiedziała. I mam nadzieję, Ŝe nigdy się nie dowiesz, Ŝe zrobiliśmy cię w
konia, dodała w myślach.
- Theresa? Co się dzieje? Wydajesz się zdenerwowana - zauwaŜył. - Czy to przeze mnie?
Kto wie, kto wie...
- Nie, denerwuję się ze swojego powodu - odparła, uznając, Ŝe moŜe odrobina uczciwości z
jej strony nieco go zastopuje.
- Dlaczego?
- PoniewaŜ myślę o tym, o czym nie powinnam myśleć. Nie odrywał od niej wzroku.
Widocznie rozumiał jej słowa tak, jak chciał rozumieć.
- O czym? - zapytał, patrząc intensywnie w jej twarz.
- O łączeniu przyjemności i interesów - wypaliła.
- Zabawne, teŜ o tym myślałem - szepnął.
Och, jak łatwo byłoby pozwolić sprawom toczyć się własnym trybem... Ale to byłoby
kolejne kłamstwo. Najgorsze ze wszystkich.
T.J. przywołała się do porządku.
- My nie moŜemy - stwierdziła kategorycznie.
- Niby dlaczego nie? - zdumiał się. Chyba nie spodziewał się takiej reakcji. Nic dziwnego,
po tym wszystkim... - Czasami niektórym ludziom się udaje.
T.J. pomyślała o wszelkich konsekwencjach, jakie niechybnie nastąpiłyby, gdyby wdali się
w romans.
- Ale nie tym razem, nie nam - powiedziała. O dziwo, Christophera nie zniechęciła i nie
zirytowała jej odmowa. Ta dama była o wiele bardziej skomplikowana niŜ myślał. Zalotna i
zdystansowana, kusząca i nieśmiała. Stanowiła pudełko pełne niespodzianek, a kaŜda z nich
była przyjemniejsza od poprzedniej.
- Nigdy nie wiadomo, dopóki się nie spróbuje - nalegał. Nie miała pojęcia, co
odpowiedzieć.
- Nie chciałabym, Ŝebyś myślał, Ŝe uwodzę cię, bo zaleŜy mi na twojej firmie. JuŜ dość
miałeś rozczarowań... - wyznała, patrząc mu prosto w oczy. Para, która ich mijała, przeniosła
spojrzenie z Christophera na T.J. i z dezaprobatą potrząsnęła głowami. - Widzisz, ci na
pewno tak o mnie pomyśleli. śe zachłanna panienka składa biznesmenowi nieprzyzwoite
propozycje.
- To zabawne, bo jest odwrotnie. To ja składam propozycję. A poniewaŜ zawarliśmy juŜ
naszą umowę, wszystko, co wydarzy się między nami, nie będzie miało związku z
pieniędzmi, kontraktami i zyskiem. Będzie czyste i bezinteresowne.
Popatrzył na pusty talerz i pusty kieliszek. Nagle zdał sobie jasno sprawę, czego pragnie na
deser. Bardzo rzadko był równie mocno pewien czegoś, co nie miało związku z zarabianiem i
inwestowaniem. Tym razem nie miał Ŝadnych wątpliwości.
- Gotowa do wyjścia? - zapytał.
- Tak.
T.J. wiedziała, Ŝe odpowiedziała nieco za szybko i Ŝe Christopher mógł niewłaściwie
zrozumieć jej odpowiedź. Chciała po prostu wydostać się juŜ stąd i wrócić do domu, gdzie
czekały na nią Megan, Cecilia oraz zimny prysznic. Wejdzie pod niego i nie będzie
wychodzić przez dobre kilka godzin!
Podniosła torebkę i wstała. Christopher otoczył ją ramieniem i poprowadził do wyjścia. Na
zewnątrz spostrzegł, Ŝe kobieta drŜy. Na pewno nie z powodu tremy, uśmiechnął się w
duchu. Theresa Cohran nie miała prawa drŜeć z wraŜenia w obecności męŜczyzny. MoŜe to
chłodne powietrze? Ale przecieŜ nie było zimno, wręcz przeciwnie, noc była ciepła i
pogodna, zupełnie jak jego nastrój.
Kiedy szli w stronę jej samochodu, przyszedł mu do głowy inny powód, dla którego mogła
drŜeć.
- Thereso, powiedz szczerze, czy ty się dobrze czujesz? Chyba się ode mnie nie zaraziłaś,
prawda?
- Nie. - Mogłaby się posłuŜyć i taką wymówką, ale nie miała juŜ sił na kolejną komedię.
Gdy doszli do samochodu, spojrzała mu prosto w oczy i oznajmiła: - Nie powinniśmy tego
dłuŜej ciągnąć.
Tak trudno było jej to powiedzieć. A jednak tak było najlepiej dla nich obojga.
Christopher stracił pewność siebie. CzyŜby błędnie zinterpretował jej sygnały? To
niemoŜliwe, zbyt dobrze znał się na ludziach. Uporczywie wpatrywał się w jej twarz w
poszukiwaniu jakiejś wskazówki, wreszcie zapytał:
- Dlaczego?
Theresa na pewno wymyśliłaby coś, zasypała go dziesiątkami wyjaśnień. T.J. mogła
jedynie wyszeptać prawdę.
- Bo... bo za bardzo tego pragnę.
Zabawne, jak kilka prostych słów moŜe odmienić czyjeś Ŝycie. Christopher nigdy nie był
przesadnie wylewny, nie ujawniał swoich uczuć. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Nie
zwaŜając na to, Ŝe znajdują się w publicznym miejscu, gdzie przechodzi mnóstwo ludzi,
przygarnął ją do siebie i głęboko wciągnął przesycone zapachem jej włosów powietrze.
- Rozumiem - szepnął.
Popatrzyła na niego niepewnie. Powinna uciec. Nie naraŜać na niebezpieczeństwo siebie,
firmy, no i jego - Christophera. A jednak stała tu i pragnęła, Ŝeby dotykał jej ramienia. śeby
wdychał zapach jej włosów. śeby pragnął jej i... Ŝeby się z nią kochał.
Czy ona zwariowała!
- Naprawdę? - zapytała. Skinął głową.
- Boisz się poddać swoim emocjom - powiedział. - Zawsze musisz wszystko kontrolować,
prawda?
Mój BoŜe, jak bardzo się mylił. Otworzyła usta, aby zaprotestować, ale połoŜył palec na jej
wargach.
- Wiem - zapewnił ją. - Sam jestem taki. Ale teraz Ŝadne z nas nie musi sprawować kontroli
nad tym drugim. Nie o to chodzi. MoŜemy być po prostu dwójką ludzi, którzy cieszą się sobą
wzajemnie. To nie rywalizacja...
W jego ustach brzmiało to tak prosto. Gdyby poznała go jako T.J., nie jako Theresa, być
moŜe rzeczywiście takie by było. Przez chwilę biła się z myślami. Walczyły w niej poczucie
winy i poŜądanie. Ostatecznie zwycięŜyło poczucie winy.
T.J. miała jednak niepokojące przeczucie, Ŝe to zwycięstwo niekoniecznie jest trwałe.
Co gorsza, wcale nie chciała, Ŝeby tak było.
- Nie chciałam niczego takiego powiedzieć...
- No widzisz? Myślimy w ten sam sposób. Im dłuŜej z tobą rozmawiam, tym bardziej
wydaje mi się, Ŝe jesteśmy do siebie podobni.
- Niewiarygodne, prawda? - Roześmiała się, ale ten śmiech zabrzmiał w jej uszach dość
ponuro,
- Tak, to dobre słowo dla tej sytuacji.
Pochylił głowę i serce T.J. na moment zamarło. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale uczucia
zwycięŜyły. Nie czekając, aŜ Christopher zrobi pierwszy krok, wspięła się na palce i
zanurzyła dłonie w jego włosach. Jakaś potęŜna, nie znana T.J. siła, kazała przycisnąć jej
wargi do jego ust.
I wtedy to poczuła. Nie myślała juŜ o niczym, zniknęła gdzieś wina i wyrzuty sumienia.
Ręce Christophera spoczęły na jej ramionach, usłyszała jego zduszony jęk i ogarnęło ją nagłe
uczucie radości, gdy odpowiedział na pocałunek i po chwili go pogłębił.
Stali tak, spleceni ze sobą jak dwójka zadurzonych w sobie nastolatków, i nie mogli
oderwać się od siebie.
T.J. zrobiła to pierwsza.
- Chyba powinniśmy juŜ wracać, prawda?
- Nie jestem pewien, czy trafię - odpowiedział. - W takim stanie...
Otworzyła drzwi od strony kierowcy i usiadła.
- W porządku - powiedziała. - Ja będę prowadzić, wiem jak stąd najprędzej wrócić.
Przynajmniej mam taką nadzieję, dodała w myślach.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Christopher zawsze był ostroŜny w relacjach z kobietami. Tak właśnie wychował go ojciec
i dlatego teŜ sądził, Ŝe zawsze będzie zachowywał się w ten sposób.
Teraz jednak nie Ŝywił wobec Theresy Ŝadnych podejrzeń. Czuł się tak, jakby w jednej
chwili pozbył się rezerwy i uprzedzeń, narosłych przez lata, kiedy to nie miał szczęścia w
kontaktach męsko-damskich. Ogarnęła go dziwna pewność, Ŝe nie potrzebuje juŜ ochrony.
Siedząca obok niego w samochodzie kobieta całkowicie zawładnęła jego myślami. Miała
wszystko, czego poszukiwał w istotach płci Ŝeńskiej: była inteligentna, wesoła, intrygująca i
troskliwa. Na dodatek seksowna i obdarzona niezwykłym talentem do interesów. Czego
jeszcze mógłby pragnąć męŜczyzna?
Tylko jednego - posiąść ją na własność. Stworzyć z nią trwały, szczęśliwy związek. Tego
właśnie pragnął on, Christopher MacAffee.
Gdyby przyjrzeć się wszystkiemu z naleŜytym dystansem, pomyślał, to ta niezbyt elegancka
restauracja specjalizująca się w stekach nie była najszczęśliwszym miejscem na zakochanie
się. A jednak tak się stało. Zakochał się... To musiała być miłość, skoro nigdy jeszcze nie
doświadczył podobnego uczucia.
Chciał wziąć ją w ramiona i tańczyć z nią na brzegu Thamizy. Zabrać ją do ParyŜa, Ŝeby
sączyć wino w cieniu WieŜy Eiffla. Na Tahiti, Ŝeby kochać się na plaŜy. Czuł się silny, dziki,
wyzwolony... To musiała być miłość. Nic innego. Albo miłość, albo całkowite szaleństwo.
Z kolei T.J. czuła się zniewolona. Pozbawiona swobody z powodu tej idiotycznej sytuacji,
w jakiej oboje się znaleźli. Gdyby nie trzymała kierownicy, zapewne ogryzałaby teraz
nerwowo paznokcie - coś, czego Theresa z pewnością nigdy by nie zrobiła. Kuzynka zawsze
panowała nad swoimi nerwami. Niestety, ona, T.J., wprost przeciwnie.
Czy jednak Theresa miała kiedykolwiek jakiś powód, by się denerwować? Przywykła do
nieustannej adoracji. I do tego, Ŝe gdy pojawia się jakiś problem, zawsze jest pod ręką jej
kuzynka, która bez mrugnięcia okiem zajmie się wszystkim w razie czego.
T.J. zacisnęła szczęki. A moŜe ona miała juŜ dosyć bycia tą, na której w kaŜdej sytuacji
moŜna polegać. Zawsze spokojną, odpowiedzialną, zawsze w cieniu Theresy. MoŜe i ona
chciała choć raz poczuć się szalona i beztroska.
Zerknęła na Christophera i dostrzegła, Ŝe wpatruje się w nią z podziwem. Poczuła
rozlewające się po jej ciele ciepło i uśmiechnęła się do niego szeroko.
Proszę uprzejmie - skoro on uwaŜa, Ŝe ona jest Theresa, to nią będzie. Przez cały czas. A
jutro, kiedy Christopher odleci na zawsze, znów zamieni się w nudną, bezpieczną i równie
seksowną, co stary kapeć T.J.
Poruszyła się na fotelu. Pas wpijał się w jej ramię, mimowolnie przypominając, Ŝe powinna
pamiętać o swoim bezpieczeństwie. Dosyć, zirytowała się. Nie moŜe być całe Ŝycie taka
ostroŜna. Ten jeden jedyny raz trzeba złapać byka za rogi. PrzecieŜ i tak nikt się nigdy nie
dowie...
Ogarnęła ją olbrzymia pokusa. Czy chciałby tego, gdyby mu pozwoliła? Uśmiechnęła się
lekko, a krew zaczęła szybciej krąŜyć w jej Ŝyłach. PoŜądanie wygrywało bitwę ze zdrowym
rozsądkiem.
Wprowadziwszy samochód na podjazd, zaciągnęła ręczny hamulec i spojrzała mu w twarz.
- Coś taki milczący? - Nie odzywał się prawie, odkąd odjechali spod restauracji. - Czy
powiedziałam coś, co tak bardzo dato ci do myślenia?
- Wszystko, co mówisz, daje do myślenia - uśmiechnął się. - Ale tak naprawdę, to
zastanawiałem się, jak zabawnie potrafią układać się ludzkie losy - dodał.
Miał oczywiście rację. Gdyby tak nie było, nie siedzieliby tutaj, pod jej domem. Pan Bóg w
niebie musiał mieć niezły ubaw, patrząc na nich z wysokości.
- Czy wiesz, Ŝe omal nie zrezygnowałem ze spotkania z tobą? - odezwał się Christopher,
gdy wysiedli.
Nie bardzo rozumiała. Wiedziała, Ŝe miał w zwyczaju sam podejmować waŜne decyzje
dotyczące jego firmy, podobnie jak jego ojciec.
- PrzecieŜ zawsze... - zaczęła.
- Tak, to prawda - przerwał jej i wzruszył ramionami.
- Ja „zawsze”, mój ojciec teŜ „zawsze”... Święte, niezmienne reguły. Tacy jesteśmy, takie
mamy zwyczaje. Ale Ŝycie jest zbyt skomplikowane i krótkie na takie luksusy, jak spotkanie
dwojga ludzi przed podpisaniem umowy. Poza tym oboje wiemy, Ŝe umowę moŜna zerwać,
jeśli któreś z nas jest niezadowolone, niezaleŜnie od tego, jak wielkie to rodzi komplikacje. -
Pokręcił głową. WciąŜ nie mógł uwierzyć, Ŝe omal nie popełnił fatalnego błędu, nie
zmarnował Ŝyciowej szansy.
- Myślałem o wprowadzeniu nowych zasad - wyjaśnił. -
Chciałem zdać się na moich pracowników i im zlecać takie zadania, jak ocena ludzi, z
którymi zamierzam współpracować.
T.J. podeszła do drzwi i wyciągnęła z torebki klucze. Wyjął je z jej ręki i sam otworzył.
Przepuścił ją przodem, po czym oddał pęk kluczy. Dotknięcie jego dłoni sprawiło, Ŝe
zadrŜała.
Pokój gościnny był nieoświetlony, tylko w przedpokoju paliła się mała lampka. Cecilia i
Megan poszły juŜ dawno spać.
A więc teraz jest z nim sama. Zupełnie sama.
- Cieszę się, Ŝe jednak zdecydowałem się przyjechać - odezwał się Christopher. - Moi
współpracownicy posiadali całkowicie błędne informacje na twój temat.
T.J. przekrzywiła lekko głowę, tak jak miała to w zwyczaju Theresa, kiedy flirtowała.
Poczuła nieprzyjemny ucisk w Ŝołądku. CóŜ, zdaje się, Ŝe przedobrzyła. Za dobrze udawała
Theresę, a teraz... No właśnie, co teraz?
- Niby dlaczego błędne? - zapytała prowokująco. Delikatnie przesunął wierzchem dłoni po
jej gęstych włosach. Nie układała ich, zwisały luźno, niczym ocean ciemnych loków, który aŜ
prosił się o to, aby się w nim zanurzyć.
- Pozwolili mi uwierzyć, Ŝe jesteś próŜną i płytką flirciarą, która pozostawia prowadzenie
firmy bardzo zdolnym współpracownikom i stąd bierze się ten jej sukces.
- Ale ja...
- Nie jestem taka - dokończył za nią. - Wiem. Przekonałem się juŜ o tym i wierz mi, znam
twoją prawdziwą wartość. Dziennikarze to idioci... Moi pracownicy równieŜ. - Odsunął się
nieco i popatrzył na nią uwaŜnie w świetle księŜyca sączącym się z francuskiego okna. - Nie
jesteś próŜna, chociaŜ masz ku temu wiele powodów. Z całą pewnością nie jesteś teŜ płytka.
A skoro sama pracowałaś nad tą wspaniałą prezentacją, to widać nie masz mniej talentów od
swoich współpracowników.
- To T.J.... - Jedynie tyle zdołała wyszeptać. Christopher uśmiechnął się tylko. Na dodatek
była lojalna.
Dlaczego jednak, do licha, nie chce być chwalona za swoje własne projekty?
- Wiesz co? Zdaje mi się, Ŝe ta T.J. to tylko zasłona dymna - stwierdził.
- Nie, wcale nie. Ona...
- Daj spokój. - Najwyraźniej zamierzała upierać się, Ŝe pracę wykonała jej kuzynka. MoŜe
nawet uwierzyłby w to, gdyby nie widział w restauracji pośpiesznie wykonanego szkicu.
PołoŜył ręce na jej ramionach i powtórzył: - Daj spokój. Ten szkic, który zrobiłaś w
restauracji... Pamiętasz? Rysowała go ta sama osoba, która przygotowała szkice do kampanii.
Nie upieraj się juŜ. Mnie nie oszukasz.
T.J. nerwowo przełknęła ślinę.
- Rysujemy w bardzo podobnym stylu... - zaczęła.
- Sama widzisz, Thereso - przerwał jej. - Gdybyś była próŜna albo płytka, cieszyłabyś się
teraz i przypisywała sobie cudze zasługi. Jestem naprawdę pod wraŜeniem. Pod wraŜeniem
tej prezentacji - spojrzał jej głęboko w oczy - i twoim.
Puls T.J. przyśpieszył, poczuła, Ŝe uginają się pod nią kolana. Pragnęła tego, pragnęła
rozpaczliwie, a jednak wciąŜ wydawało się jej to nieuczciwe. PrzecieŜ on myślał... on
myślał...
Christopher pochylił się i przycisnął wargi do jej ust. Do diabła z tym, co myślał! Zacisnęła
dłonie na jego mocnych ramionach i poddała się namiętności. Nie zastanawiała się teraz nad
tym, jak bardzo skomplikuje to później Ŝycie Theresie. Nie była w stanie wybiec myślami tak
daleko naprzód, co więcej, nie była nawet w stanie trzeźwo rozumować. Skoro naraziła się
juŜ na tak niezręczną sytuację, to postanowiła mieć chociaŜ z tego jakieś korzyści. Theresie
na pewno nie przeszkadzałoby, Ŝe on jutro wyjeŜdŜa. A więc będzie Theresą. Tylko ten jeden
raz, tylko dzisiaj nareszcie zobaczy, co to znaczy Ŝyć jak Theresa Cohran.
Czuła się cudownie lekka, wyzwolona. Gdyby jej nie obejmował, z pewnością wzbiłaby się
w powietrze.
Christopher widział poŜądanie w jej oczach, ale chciał być pewien, Ŝe ta kobieta naprawdę
pragnie tego, co on.
- MoŜe znajdziemy bardziej intymne miejsce? - Ujął ją za rękę, czekając na sprzeciw i
modląc się jednocześnie, aby nie nastąpił. - Ten niewielki pokoik, w którym leŜałem...
Idealnie by się nadawał.
T.J. mogła jedynie skinąć głową. Nawet nie wiedziała, czy uśmiechnęła się w odpowiedzi.
Pomyślała, Ŝe całe jej dało się śmieje. Była teraz jednym wielkim uśmiechem, esencją
szczęścia.
Poprowadził ją przez korytarz do sypialni. Jej sypialni. Po chwili zamknęły się za nimi
drzwi i T.J. odwróciła się, aby spojrzeć mu w oczy. Czekała...
Theresa by nie czekała. Działałaby.
Przełknęła ślinę i palcami, które przestały juŜ drŜeć, powoli rozwiązała mu krawat.
Christopher nigdy wcześnie nie był równie zamroczony i równie spięty. Nie myślał o tym,
co się dzieje. Mógł tylko pozwolić, aby wszystko potoczyło się swoim torem, dać się porwać
i czekać, aŜ to niesłychane napięcie znajdzie wreszcie ujście.
Jednak nie mógł dłuŜej czekać. Chciał, by nastąpiło to szybciej. I by oboje na zawsze
zapamiętali tę noc, by Theresa zapomniała o wszystkich męŜczyznach, których poznała przed
nim i Ŝeby nie chciała juŜ nikogo innego.
Przejął inicjatywę, jednak po nasyceniu pierwszego porywu, pierwszej ciekawości,
postanowił, Ŝe będzie kochał się z nią powoli, tak by mogła rozkoszować się kaŜdą chwilą. I
Ŝ
eby po tym, co przeŜyje, nie przyszło jej do głowy szukać innych. By na zawsze wybrała
jego, tak jak on wybrał juŜ ją.
I chyba mu się udało, bowiem T.J. czuła się tak, jakby doznała boskiej iluminacji.
Spodziewała się, Ŝe miłość z Christopherem będzie niezwykła, akt ten był jednak tak
cudowny, tak powolny, liryczny i delikatny, Ŝe niemal odchodziła od zmysłów. Nigdy
przedtem nie zaznała tak słodkich mąk. Pragnęła zaspokojenia i jednocześnie nie chciała, aby
nadeszło zbyt prędko. Jeszcze nie. Chciała, aby to rozkoszne oczekiwanie trwało wiecznie i
nigdy się nie kończyło.
Nie miała pojęcia, Ŝe moŜe być zdolna do takich przeŜyć. Wydobył z niej to, o co nigdy się
nie podejrzewała. A gdy było juŜ po wszystkim, otoczył ramionami i przytulił czule do
siebie, tak jakby było to zupełnie naturalne, jakby od zawsze był jej kochankiem.
A właściwie kochankiem Theresy, przypomniała sobie.
W tej chwili jednak nie miało to znaczenia. Tej nocy to ona była Theresą. Jej serce
przepełniało szczęście i ona pragnęła, aby to uczucie nigdy jej nie opuściło.
Chciała powiedzieć mu, Ŝe po raz pierwszy jest jej tak dobrze, Ŝe nigdy dotąd nie reagowała
tak namiętnie. Nawet z Peterem. Nie mogła mu jednak tego powiedzieć. Nie mogła
powiedzieć, Ŝe nigdy dotąd nie kochała się z męŜczyzną, którego ledwo znała, bo
wzbudziłaby w nim niebezpieczne podejrzenia. Wszak Theresa miała wielu męŜczyzn, i on o
tym wiedział. Gdyby zaczęła powtarzać tę litanię zachwytów, wyśmiałby ją, albo
pomyślałby, Ŝe kłamie.
Co za ironia losu. Nie moŜe powiedzieć swemu kochankowi, Ŝe jest z nim szczęśliwa!
Coś jednak musiała powiedzieć. Chciała, aby zrozumiał, jak bardzo był dla niej wyjątkowy.
- Nigdy dotąd tego nie robiłam - wyznała nagle. Christopher oparł się na łokciu i uniósł
pytająco brew.
- Nigdy nie kochałam się z klientem - wyjaśniła. Nie wiedział, czy moŜe jej wierzyć, jednak
bardzo pragnął, by słowa Theresy były prawdziwe.
- Wobec tego jestem pierwszy - stwierdził, po czym uniósł głowę i dotknął ustami jej ust.
Reakcja była natychmiastowa.
Ogień wybuchł ze zdwojoną silą.
T.J. obudził dzwonek telefonu. Natrętny hałas wdarł się w jej sny, które zniknęły niczym
bańki mydlane rozbite o twardą ścianę.
Uchyliła powieki i ujrzała, Ŝe pokój zalewa światło dzienne. Nadszedł ranek. Zastanawiała
się, czemu tak szybko.
Hałas nie ustawał. Telefon - musiała odebrać telefon.
Kiedy sięgała po słuchawkę, zorientowała się, Ŝe nie jest sama. śe obok niej leŜy ciepłe
dało. Nagie i ciepłe. Męskie dało...
Christopher.
Ubiegła noc.
Ranek.
O, BoŜe!
T.J. natychmiast się rozbudziła. Podniosła słuchawkę, sprawdzając jednocześnie, czy
męŜczyzna nadal śpi.
- T.J.? - usłyszała podniecony głos Theresy. Christopher poruszył się. Najwyraźniej
dzwonek telefonu zbudził równieŜ jego. T.J. odsunęła się nieco i przykryła prześcieradłem.
- Tak? - szepnęła.
- T.J., to ja, Theresa. - Tym razem w głosie kuzynki słychać było zdziwienie. - Jestem juŜ w
domu. Od rana. Tamten lekarz, pamiętasz, osobiście mnie zbadał - pochwaliła się i
roześmiała tak dobrze znanym T.J. śmiechem. - Spotykam się z nim dzisiaj wieczorem. No,
gadaj. Jak ci poszło w piątek?
- Dobrze - odpowiedziała lakonicznie. Miała nadzieję, Ŝe Theresa zrozumie aluzję i
zakończy rozmowę.
Nie miała jednak szczęścia. Rozbudziła tylko ciekawość kuzynki.
- Co to znaczy „dobrze”? I dlaczego szepczesz? Czy coś poszło nie tak?
- Nie, w porządku. Później ci wyjaśnię - szepnęła T.J. nieco zirytowana. Theresa
otrzymywała tyle telefonów nie w porę, Ŝe chyba mogła się domyślić, Ŝe osoba po drugiej
stronie kabla chce zakończyć rozmowę.
Nagle poczuła palce Christophera na swoim nagim ramieniu i omal nie jęknęła z
przeraŜenia i... z rozkoszy.
- Opowiedz mi. - Wyglądało na to, Ŝe Theresa ma ochotę na pogawędkę. Cholera, świetna
pora! - Czy MacAfee’emu spodobała się prezentacja?
Rzeczony MacAffee właśnie zabawiał się jej biustem. T.J. wstrzymała oddech.
- Tak mi się zdaje...
- Czy wszystko w porządku? - zaniepokoiła się nagle Theresa. - Masz dziwny głos.
- Nie, nie... Nic mi nie jest. Zadzwonię do ciebie później, The... T. J. - poprawiła się w
ostatniej chwili.
- T.J.? - usłyszała jeszcze zdumiony głos kuzynki, po czym odłoŜyła słuchawkę.
Zaraz potem Christopher przekręcił ją gwałtownie na plecy i zajrzał w jej twarz z
promiennym uśmiechem.
- To była T.J. - wyjaśniła.
- Tak myślałem - odparł, pieszcząc jej szyję. Uwielbiał, kiedy się tak pod nim poruszała.
Czuł, Ŝe krew znów napływa mu do lędźwi. - Musi być bardzo czymś przejęta, skoro dzwoni
w niedzielę - zauwaŜył.
T.J. przełknęła nerwowo ślinę.
- Nie znasz wszystkich faktów. - Próbowała zebrać w sobie siły. Z pewnością będą jej
wkrótce potrzebne. - Czego sobie Ŝyczysz na śniadanie?
Uniósł głowę i popatrzył na nią z błyskiem w oku.
- Ciebie - mruknął.
Znowu to poczuła - szczęście rozlało się po jej ciele niczym złocisty miód. T.J. owinęła
ramiona wokół jego szyi i przyciągnęła go do siebie.
- Nadciąga pierwsza porcja - szepnęła.
- Naprawdę juŜ najwyŜszy czas, Ŝebyście zjedli śniadanie. - Rozbawiona Cecilia zerknęła
na Christophera. - Oho, widzę, Ŝe wróciły panu siły.
Nie starała się wcale ukryć wiele sugerującego uśmieszku, kiedy stawiała przed nimi talerz
grzanek. Uśmiechnęła się do Christophera, po czym zerknęła na T.J.
- Zabieram Megan do parku, na wypadek, gdybyście zamierzali kontynuować te poufne
negocjacje - poinformowała pracodawczynię.
- Skąd pani wie? - spytał z ciekawością. W ogóle nie hałasowali, a kiedy wrócili, było juŜ
przecieŜ stosunkowo późno. Był przekonany, Theresa zresztą teŜ, Ŝe gospodyni śpi.
- Cecilia lubi myśleć, Ŝe wie wszystko. Czasem nawet udaje jej się zgadnąć. - T.J.
wymownie popatrzyła na Cecilię. - Ale nie tym razem. Nie będzie juŜ negocjacji -
poinformowała Cecilię, jednak unikała patrzenia jej w oczy. Wolała nie widzieć tego
sceptycznego uśmieszku. - Załatwiliśmy juŜ nasze sprawy, ku obopólnej satysfakcji. - Nie
zwracając uwagi na śmiech Cecilii, popatrzyła na Christophera. - O której Emmett ma cię
odwieźć na lotnisko?
- Nie wspominałem ci jeszcze? - Uśmiechnął się do niej. Doskonale wiedział, Ŝe nie. To
miała być niespodzianka, dopiero co wpadł na ten pomysł. Poczynił odpowiednie
przygotowania, podczas gdy ona brała prysznic w łazience. - Postanowiłem zostać tu jeszcze
przez kilka dni.
ROZDZIAŁ ÓSMY
T.J. wpatrywała się w milczeniu w męŜczyznę siedzącego po przeciwnej stronie stołu.
MęŜczyznę, który sprawił, Ŝe jej ciało poznało, czym jest rozkosz. MęŜczyznę, który miał
wyjechać, zanim zdołałby odkryć, Ŝe kochał się z niewłaściwą kobietą.
Musiała dwukrotnie odchrząknąć, zanim zdołała wydobyć z siebie głos.
- Słucham? - zapytała.
Christopher liczył na nieco bardziej radosną reakcję.
- Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni - powtórzył.
ś
eby być z tobą, od razu dodał w myślach. Był bliski powiedzenia tych słów na głos, ale
powstrzymał się. Jeszcze nie. Nie moŜe jej do siebie zrazić. Musi dać jej czas.
- Ale dlaczego...? - wyjąkała.
Hm, naprawdę myślał, Ŝe choć trochę się ucieszy. Ona jednak patrzyła na niego tak, jak
gdyby oznajmił jej, Ŝe wynajął w nocy jej mieszkanie Armii Zbawienia.
- No... - zająknął się. - Chciałbym odwiedzić twoje biuro. Popracować nad tą walentynkową
promocją...
Był to zaledwie ułamek prawdy. NajwaŜniejsze bowiem było to, Ŝe tego ranka uświadomił
sobie, Ŝe pragnie na zawsze stać się częścią jej Ŝycia. Czuł podniecenie, radość płynącą z
tego nowego, nie znanego dotąd uczucia. Podobnie muszą się czuć dzieci wypatrujące Świąt
BoŜego Narodzenia. Czekał na coś, nie wiedział na co, lecz przekonany był, Ŝe
niespodzianki, które jeszcze go spotkają, będą tylko przyjemne.
Theresa Cohran była kobietą stworzoną dla niego. Był tego pewien. Mimo to nie mógł
zupełnie wyzbyć się ostroŜności. To nie leŜało w jego naturze. Będzie musiał spędzić z nią
jeszcze trochę czasu, zanim pozna ostateczną prawdę na temat ich ewentualnego związku.
Nie był teŜ ani tak naiwny, ani zarozumiały, aby sądzić, Ŝe ta cudowna kobieta po prostu
rzuci mu się w ramiona. Nawet po upojnej nocy miłosnej. W jej Ŝyciu byli przecieŜ takŜe
inni, choć z reguły jedynie przelotnie. Zresztą, zapewne nadal są. On, Christopher, chciał
doprowadzić do sytuacji, w której Theresa Cohran sama zapragnie stworzyć prawdziwy dom,
a to zajmie z pewnością trochę czasu. Kilka dni - to minimum.
- Do biura? - powtórzyła tępo, wciąŜ nie spuszczając z niego wzroku. Ogłupienie powoli
ustępowało miejsca panice. - Ale... myślałam, Ŝe musisz wracać.
Zerknęła na Cecilię, błagając ją wzrokiem o pomoc. Niestety - wyraz oczu gosposi wyjaśnił
jej, Ŝe nie ma na co liczyć. Cecilia była wręcz rozbawiona nieoczekiwanym obrotem spraw.
Ale przecieŜ Cecilia usiłowałaby wyswatać ją nawet z listonoszem, gdyby tylko po
dostarczeniu poczty zechciał zostać odrobinę dłuŜej.
Czując się niczym pierwszy oficer na tonącym „Titanicu”, T.J. znowu spojrzała na
Christophera. MoŜe tylko Ŝartował?
- Fakt, muszę wracać - powiedział. JuŜ miała odetchnąć z ulgą, kiedy usłyszała: - Kiedy
jednak brałaś prysznic, zadzwoniłem do Abramsa - ciągnął. Abrams był wiceprezesem w jego
firmie, T.J. rozmawiała z nim kiedyś przez telefon.
- Powiedziałem mu, Ŝe będę parę dni później, gdyŜ mamy świetny plan nowej kampanii.
Ciekawe, co to dla niego znaczy „parę dni”, zastanawiała się T.J., usiłując zebrać
niespokojne myśli.
Kiedy wpatrywała się w pustą kartkę papieru lub w ekran komputera, obmyślając strategię
dla jakiejś firmy, pomysły pojawiały się jak na zawołanie. Teraz zaś, kiedy naprawdę musiała
coś wymyślić, wyobraźnia ją zawodziła. Jedyna wymówka, która jej przyszła do głowy, była
wyjątkowo nieprzekonująca.
- Właściwie to zazwyczaj nikt nie zagląda nam przez ramię, gdy pracujemy...
Christopher Ŝachnął się. Ze zdumieniem spostrzegł, Ŝe po raz kolejny Theresa zachowuje
się bojaźliwie. Ale moŜe był po prostu przewraŜliwiony. Nic dziwnego - jeszcze nigdy nie
znalazł się w podobnej sytuacji: na kaŜdym kroku starać się, by jej nie urazić, nie zniechęcić,
nie przestraszyć.
Podniósł do ust tost i zaczął go pałaszować z apetytem głodomora.
- Obiecuję, Ŝe nie będę się wtrącał - przyrzekł. No nic, trudno, pomyślała T.J. Zdaje się, Ŝe
on naprawdę zostaje i nie ma na to rady. Będzie musiała się z tym jakoś pogodzić. JeŜeli
wszystko miało się udać, naleŜało teraz wykonać kilka taktycznych posunięć.
- W porządku, pozwól więc, Ŝe ja wykonam kilka telefonów - powiedziała.
Złapał ją za przegub, zanim zdąŜyła wstać.
- Poczekaj, przecieŜ jest niedziela - zaprotestował. Nawet on nie pracował w niedzielę.
Zazwyczaj. Delikatnie uwolniła przegub z uścisku.
- Twój wiceprezes to nie jedyna osoba, do której moŜna dzwonić w niedzielę. - Starała się,
aby jej głos brzmiał swobodnie, zwyczajnie. Nie było to proste ze względu na ściśnięte
gardło. - Proszę. - Podsunęła mu swój talerzyk z nie tkniętym tostem. - Zjedz to. Ja prawie
nie jem rano.
Kolejne kłamstwo. T.J. zawsze budziła się głodna i pochłaniała olbrzymie śniadania.
Jednak tego ranka nie byłaby w stanie przełknąć ani kęsa.
Pozostawiwszy Christophera w kuchni, poszła prosto do gabinetu. Po drodze spotkała
Cecilię i Megan, które szykowały się właśnie do wyjścia. T.J. gorąco uściskała córeczkę, gdy
zaś za małą i gospodynią zamknęły się drzwi, odetchnęła z ulgą. Jedno zmartwienie mniej,
przynajmniej na jakiś czas.
A setki zmartwień wciąŜ przed nią.
Kiedy wybierała znajomy numer, jej dłonie drŜały. Dlaczego wszystko, w co zamieszana
była Theresa, zawsze było takie pogmatwane?
Po czterech dzwonkach włączyła się automatyczna sekretarka. T.J. słuchała niskiego,
zmysłowego głosu kuzynki, który przepraszał dzwoniących za jej nieobecność.
- No, proszę. Proszę, Theresa, odezwij się. Wiem, Ŝe tam jesteś. Odbierz ten cholerny
telefon!
Kiedy T.J. miała juŜ zrezygnować i zostawić wiadomość, usłyszała po drugiej stronie cichy
trzask podnoszonej słuchawki.
- Wiedziałam, Ŝe coś jest nie tak. - Theresa nie zadała sobie nawet trudu, Ŝeby się z nią
przywitać. - Straciłyśmy go, tak? Przejrzał cię i domyślił się, Ŝe nie jesteś mną. BoŜe drogi,
gdybyś nie była taką głupią gęsią.
T.J. powstrzymała się od komentarza. Nie miała zbyt wiele czasu. Christopher w kaŜdej
chwili mógł zacząć jej szukać.
- Thereso, czy mogłabyś jutro nie przychodzić do biura? - zapytała wprost.
- Dlaczego? - Kuzynka była mocno zaskoczona. T.J. westchnęła głęboko i oparła się o
krzesło.
- Bo będzie tam on, Christopher - wyjaśniła. - Chce się rozejrzeć, zobaczyć, gdzie pracuję...
To znaczy, gdzie ty pracujesz.
- Christopher?
T.J. niecierpliwie zabębniła palcami o blat biurka. CzyŜby Theresa nie odrobiła lekcji i nie
wiedziała nawet, jak ich klient ma na imię?
- Christopher MacAffee - wyjaśniła cierpliwie. - Postanowił zostać tu przez kilka dni i
zobaczyć, jak pracujemy.
- Po co? PrzecieŜ mówiłaś, Ŝe podobała mu się nasza prezentacja.
- Owszem, podobała się. MoŜe nawet za bardzo. T.J. przejechała dłonią po włosach. Jak
zwykle tylko ona jest przeraŜona, tylko ona martwi się o los famy, tylko ona wykonuje czarną
robotę. Czy Theresa nie zdaje sobie sprawy, Ŝe ta cala gra jest jak zabawa zapałkami w stogu
siana? Jeden moment, a katastrofa gotowa. Szlag trafi agencję. I nie tylko agencję.
Nagle w jej głowie zaświtał pewien pomysł. Tak! To była jedyna szansa!
- Posłuchaj, nie mam teraz czasu, aby mówić ci o szczegółach - oznajmiła. I wcale bym nie
chciała, dodała w myślach. - Po prostu nie przychodź tam jutro i juŜ, zgoda? Zaufaj mi, tak
będzie lepiej. Albo nie, poczekaj, musisz przyjść - zreflektowała się w ostatniej chwili. -
Musisz przyjść i powiedzieć wszystkim, Ŝe będę cię udawać. A przynajmniej kierownictwu.
BoŜe, Theresa, to się tak potwornie pokomplikowało. Nawet nie wiesz...
- Okay. Damy sobie radę. - Theresa jak zawsze była niewzruszona - Wiesz, Ŝe całkowicie w
ciebie wierzę.
- Tylko, Ŝe ja kłamię. Ciągle kłamię. To straszne. Po drugiej stronie słuchawki rozległ się
protekcjonalny śmiech.
- Początki zawsze są trudne, T.J. Kiedy się rozkręcisz, pójdzie ci lepiej.
- Skoro tak twierdzisz... Aha, jeszcze coś. Zaczynamy kampanię walentynkową dla
MacAffee Toys.
- Teraz, w te walentynki?
- Tak. - T.J. poczuła uzasadnioną satysfakcję.
- Do diabła, jesteś naprawdę szybka. - Tym razem w głosie Theresy słychać było szczery
podziw.
Bardziej niŜ myślisz, droga kuzynko, bardziej niŜ myślisz, dodała w myślach T.J.
- Naprawdę muszę juŜ kończyć. - Wstała od biurka. - Zostawiłam Christophera w kuchni,
boję się, Ŝe zacznie się zastanawiać, co się ze mną stało.
- W kuchni? - powtórzyła Theresa. - A co MacAffee robi w twoim domu?
- To bardzo długa historia. Wszystko zaczęło się od wirusa.
- Komputerowego?
- Ludzkiego. Trzymaj się.
T.J. odłoŜyła słuchawkę i z satysfakcją popatrzyła na telefon. Celowo zostawiła Theresę w
stanie niepewności. Musiała przyznać, Ŝe choćby dla tej jednej chwili warto było podjąć się
tej przebieranki. Zresztą, moŜe tak naprawdę od dawna chciała zmienić skórę, moŜe pragnęła
tego, lecz nie chciała przed sobą się przyznać? No bo niby dlaczego teraz czuła się tak
dobrze?
Wróciła do kuchni, gdzie Christopher kończył właśnie swoje śniadanie. Co za fantastyczny
facet, pomyślała nie pierwszy raz na jego widok. Gdyby Theresa zdawała sobie sprawę, jak
wygląda jej nudny podobno klient, zrobiłaby wszystko, aby dotrzeć na lotnisko, nawet jeśli
musiałaby zostać tam przetransportowana wraz ze szpitalnym łóŜkiem.
- Tęskniłem za tobą - szepnął, po czym owinął ramię wokół jej talii i przyciągnął ją do
siebie.
Kiedy ją całował, poczuła na jego wargach smak miodu. A moŜe to on sam tak smakował.
Tak czy inaczej, miło byłoby do tego przywyknąć, mieć to na codzień. Niestety, nigdy nie
będzie miała takiej szansy.
- Powiedz, jak długo Cecilia spaceruje z Megan po parku?
- Naprawdę nie wiem - odparła. - Około dwóch godzin. MoŜe trochę dłuŜej.
- To dobrze, mamy trochę czasu - stwierdził zadowolony. Nagle zrobiło jej się gorąco.
CzyŜby wciąŜ miał ochotę na to, o czym ona nie mogła przestać myśleć?
- Trochę czasu? - powtórzyła.
- Po południu zamierzam przenieść się do hotelu. - Chciał, aby mieli jakieś swoje miejsce,
gdzie nie musieliby przejmować się gospodynią i dziewczynką. - Po prostu nie wypada,
Ŝ
ebym tu dłuŜej mieszkał. Nie chcę naraŜać na szwank twojej reputacji.
Tak, ten człowiek rzeczywiście był niezwykły. Oto pierwszy męŜczyzna, który przejmuje
się reputacją Theresy. PrzecieŜ nawet sama Theresa miała ją w nosie. Plotki spływały po niej
jak woda po gęsi.
- To bardzo szlachetne - pochwaliła go.
- Jednak zanim się stąd wyniosę - przycisnął usta do jej szyi, aŜ westchnęła z rozkoszy -
pomyślałem, Ŝe moglibyśmy, hm, wrócić na chwilę na znajomy grunt. Spojrzał na nią tak, Ŝe
niemal się rozpłynęła. Kiedy później ją całował, na przemian przeklinała i błogosławiła
Theresę. Gdyby nie kuzynka, nigdy nie dane byłoby jej zakosztować raju.
I gdyby nie ona, nie musiałaby go teraz tracić.
T.J. czuła się niczym saper na polu minowym. Rozluźniała się tylko wtedy, gdy zamykały
się za nimi drzwi i zostawali sam na sam. Wtedy musiała uwaŜać tylko na siebie, nie zaś na
wszystkich innych, którzy mogliby przypadkowo nazwać ją prawdziwym imieniem lub
popełnić jakąś inną pomyłkę. Zdemaskować ją i przerwać tym samym ten cudowny sen...
Podczas tych kilku dni, poświęconych na zapoznanie Christophera z działalnością agencji,
była chodzącym kłębkiem nerwów. Ubrana w stroje, które Theresa przesłała jej przez swoją
pokojówkę, T.J. starała się jak najlepiej odegrać rolę szefowej. Tak dobrze zresztą wcieliła
się w tę postać, Ŝe pracownicy z trudem odróŜniali ją od pierwowzoru. T.J. podsłuchała
nawet, jak Heidi mówiła jednej z sekretarek, Ŝe T.J. wygląda bardziej na Theresę niŜ sama
Theresa. „Tylko zachowuje się inaczej - dodała. - Bardziej dyplomatycznie, i odwaŜniej w
interesach...”
Pod koniec trzeciego dnia T.J. zaczęła wreszcie nieco się odpręŜać. MoŜe wszystko będzie
dobrze, pocieszała samą siebie, przynajmniej jeśli chodzi o firmę. Bo reszta to juŜ zupełnie
inny problem, o którym na razie nie powinna myśleć. Na szczęście udawało się jej jakoś
panować nad sytuacją.
Jednak kiedy zostawała sam na sam z Christopherem, w jego apartamencie hotelowym, nie
mogła myśleć o niczym.
Nie chciała myśleć, pragnęła jedynie czuć. Zatrzymać w pamięci kaŜde zmysłowe doznanie,
kaŜdą chwilę, a potem wspominać ją przez całe Ŝycie.
Noce, które spędzali ze sobą, były cudowne. I nie chodziło tylko o sam akt miłosny, choć i
on był za kaŜdym razem coraz intensywniejszy i coraz wspanialszy. W ich związku równie
mocno liczyły się drobiazgi - stanie na balkonie hotelowego pokoju i wpatrywanie się w
niebo, w gwiazdy, które zdawały się być na wyciągnięcie ręki, picie szampana z tego samego
kieliszka ze wzrokiem utkwionym w oczach partnera, silny uścisk i czułe słowa po
zaspokojeniu pragnienia...
Drobiazgi, a tak bardzo znaczące.
T. J. była beznadziejnie zakochana w tym męŜczyźnie i nic na to nie mogła poradzić. Mogła
jedynie cieszyć się tymi krótkimi chwilami, które podarował jej los. Z biegiem dni coraz
częściej zaczynała mieć jednak wraŜenie, Ŝe cała ta historia wcale nie skończy się w chwili,
gdy on wsiądzie do samolotu i wróci do San Jose.
Oczywiście nie chciała, Ŝeby tak skończyło się to wszystko. Tylko jak niby mogłaby do
tego nie dopuścić? Poprosić go, by jeszcze kiedyś odwiedził C&C Advertising? Za którymś
razem z pewnością poznałby prawdę; kłamstwa nie da się ciągnąć w nieskończoność. A
gdyby dowiedział się, Ŝe go oszukała - co wtedy? Wybaczyłby wszystko?
Nie. Na pewno nie.
JuŜ nigdy by jej nie zaufał.
Na myśl o tym odczuwała bolesny ucisk w sercu, nawet wtedy, gdy leŜała u jego boku w
hotelowym łoŜu.
Christopher przyciągnął ją do siebie i delikatnie pocałował w czoło. Dla niego teŜ
wszystko, co wspólnie przeŜywali, było zupełnie niezwykłe. Chyba po raz pierwszy w Ŝyciu
czuł, Ŝe naprawdę Ŝyje. Był jej wdzięczny za to, Ŝe otworzyła mu oczy. W pracy była niczym
wulkan, w łóŜku jeszcze gorętsza. Miał cholerne szczęście, Ŝe na nią trafił. Usłyszał, Ŝe
westchnęła głęboko.
- Dam pensa za twoje myśli. Zdradź je... Nie miała na to najmniejszego zamiaru. Zmusiła
się do uśmiechu.
- Tylko pensa? - zapytała. - Czy tak właśnie zrobiłeś majątek? Źle opłacając ludzi?
Christopher roześmiał się.
- Majątek powstał na długo przed moim przyjściem na świat. Ja tylko, jak to się mówi,
pchnąłem firmę w dwudziesty wiek.
Odsunęła kosmyk włosów, który wpadał mu do oka. Starała się nie myśleć o tym, jak
bardzo będzie jej go brakowało.
- Chyba będziesz musiał jeszcze popracować - powiedziała. - Wkraczamy juŜ w dwudziesty
pierwszy.
- Nie ma pośpiechu. Poza tym wtedy na czele firmy będzie stał juŜ inny MacAffee, więc to
nie moje zmartwienie. Ja muszę przejmować się tym, co dzieje się obecnie. - Spojrzał na nią.
- I tobą.
Patrzył na nią z takim uwielbieniem, a ona jeszcze bardziej czuła się małą, wstrętną
oszustką. Znów ją dotknął. Zamknęła oczy. Tak, najlepiej uciec w rozkosz, zapomnieć się i o
niczym nie myśleć. Zagłuszyć to poczucie winy...
- Zawsze jesteś taki przejęty pracą? - zaŜartowała.
- JuŜ nie. Nie wiedziałem, co tracę. Jego pocałunki stały się gorętsze, odchyliła głowę do
tyłu, a Christopher...
A Christopher oparł się nagle na łokciu i powiedział:
- Jutro muszę wyjechać.
Hm, wcześniej na to właśnie liczyła. Teraz czuła się tak, jakby za chwilę miało nastąpić
trzęsienie ziemi.
- Jutro? - zapytała ze smutkiem.
- Muszę - skinął głową. - Wszyscy w firmie uwaŜają, Ŝe zwariowałem. Nigdy dotąd nie
brałem wolnego.
- Nigdy?
Pokręcił głową i przytulił się do niej
- Nie na dłuŜej niŜ dzień czy dwa. Ta robota naprawdę mnie rajcuje, w pewien sposób
określa. A właściwie: określała - dodał ze smutnym uśmiechem. - To juŜ przeszłość. Cholera,
wcześniej nie miałem pojęcia, jak przyjemnie jest powiedzieć sobie „olej to” - i olać. Ech... -
westchnął Ŝałośnie i machnął ręką, jakby wzruszenie odjęło mu mowę.
T.J. pokiwała tylko głową. Atmosfera jak na stypie, pomyślała. Jeszcze chwila, a oboje
zaczną ronić łzy.
- Pojedź ze mną - zaproponował nieoczekiwanie, chwytając jej dłoń. - Polećmy do San
Jose. Odwdzięczę ci się i pokaŜę swoją firmę.
Kusiła ją ta propozycja. Kusiło ją, aby jeszcze trochę przedłuŜyć tę maskaradę. Czy nie
moŜe sobie pozwolić na rewizytę? A potem on na rewizytę rewizyty, a potem ona...
Nie, to idiotyzm.
Z ogromnym Ŝalem potrząsnęła głową.
- Nie mogę - powiedziała. - W poniedziałek zaczynamy twoją kampanię, zapomniałeś?
Trudno byłoby zapomnieć. Cały personel porzucił bieŜące zajęcia, aby zająć się tym
nagłym zleceniem. Telewizyjny spot, wykupienie dobrego czasu antenowego w dzień, kiedy
wszystkie terminy były od dawna sprzedane, skoordynowanie reklamy prasowej i
telewizyjnej - wszystko to pochłonęło ich bez reszty, a efekt był taki, Ŝe dostali jednak
trzydzieści sekund przed popularnym serialem i zmontowali prześmieszny, wzruszający
filmik, który nie zrobiłby wraŜenia chyba tylko na kimś, kto zamiast serca miał kamień. Miś
nie był tani, ale T.J. była pewna, Ŝe dzięki tej reklamie sprzeda się świetnie.
To będzie mój poŜegnalny prezent dla Christophera, pomyślała ze smutkiem. Taki
podarunek na walentynki...
- Kampania? PrzecieŜ nie musisz być na miejscu. No tak. Uparł się. To było ponad jej siły.
Za chwilę powiozą ją do domu wariatów. Czy moŜna nie zwariować, kiedy trzeba się bać
słów, które budzą tak wielką radość w sercu?
- Owszem, muszę. To o wiele bardziej skomplikowane, niŜ sądzisz.
- Nie moŜesz tego przekazać T.J.? - zasugerował. - Podobno jest taka zdolna... A propos,
ciągle jeszcze jej nie poznałem.
Rzeczywiście, za kaŜdym razem, kiedy miało to nastąpić, T.J. Cohran w tajemniczy sposób
znikała.
- Przez cały tydzień była bardzo zajęta.
Christopher wzruszył ramionami. Właściwie to nie był specjalnie zainteresowany T.J. Dla
niego istniała jedynie Theresa. Tamtą chciał poznać wyłącznie dlatego, Ŝe była spokrewniona
z Theresa, a Theresa zdawała się mieć o niej bardzo dobre zdanie.
- Nie ma sprawy - machnął dłonią - będzie na to czas. MoŜe tu wrócę... - T.J. serce podeszło
do gardła. - Bo jesteś pewna, Ŝe nie dasz się przekonać do tego wyjazdu, tak?
- Jestem pewna. - Nie mogła mu tego zrobić. Rozczarowany Christopher westchnął
Ŝ
ałośnie. Zaraz jednak uśmiechnął się do niej.
- Musimy więc jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał, prawda?
Uśmiechnęła się smutno. Wyciągnęła do niego ramiona i w tym samym momencie poczuła
ukłucie w sercu. Patrzył na nią tak umie, z taką miłością, powiedział jej tyle o sobie, a ona...
Nie. Nie moŜe tego dłuŜej ciągnąć. Ten cięŜar ją zabije.
- Christopher, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła. Nie podobał mu się wyraz jej oczu. Na
pewno zaraz mu powie, Ŝe to koniec. Nie chciał tego słuchać. Nie chciał Ŝadnego końca.
Zamierzał zrobić absolutnie wszystko, co w jego mocy, aby uratować tę znajomość.
- Ciii... - Pocałował ją w jedną skroń, potem w drugą. - Nie chcę rozmawiać o interesach.
- To nie ma nic wspólnego z interesami - powiedziała przez ściśnięte gardło.
Nie słuchał. Całował ją, nie patrząc na to, Ŝe łzy napływają jej do oczu. Łzy radości, łzy
smutku...
To juŜ ostatni raz, obiecała sobie, ostatni raz, kiedy pozwoli mu kochać się z kimś, kim nie
była.
Ostatni raz.
Popchnęła go na plecy. Christopher jęknął zdumiony. Zawsze to on przejmował inicjatywę,
choć przecieŜ i ona nie była nigdy bierna. Teraz jednak przycisnęła go z jakąś dziwną
desperacją do łóŜka i zaspokoiła w sposób, o jakim wcześniej mógł tylko marzyć. Poczuł się
słaby jak mały kociak. Nigdy wcześniej nie przyszłoby mu do głowy, Ŝe taki stan będzie mu
odpowiadał.
Po raz kolejny przekonał się, Ŝe wcześniej w ogóle nie miał o niczym pojęcia.
- Gdzie... - wydyszał, gdy było juŜ po wszystkim - gdzie nauczyłaś się tego wszystkiego? -
Nienawidził męŜczyzny, który pierwszy zaŜądał od niej takiej rozkoszy.
- To instynkt - wyszeptała w jego ucho. - Czysty instynkt.
Nie mogłaby mu sprawić cenniejszego prezentu.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Christopher MacAffee na lotnisku czuł się niemal jak w domu. Przez całe Ŝycie przylatywał
gdzieś lub skądś wylatywał - do internatu, potem na wakacje do domu, w interesach, na
ś
więta... Wszystkie te lotniska zlały się w jego pamięci i nie byłby chyba w stanie
przypomnieć sobie Ŝadnego z osobna.
Wiedział jednak, Ŝe to jedno zapamięta. Zapamięta to beznadziejnie ponure poŜegnanie.
Zapamięta do śmierci.
Ostatni raz popatrzył na smutną twarz Theresy.
Głośniki zaczęły wzywać pasaŜerów jego lotu.
Nie chciał wyjeŜdŜać.
Zajrzał jej w oczy, a potem oparł głowę na czole Theresy i westchnął cięŜko.
- Wiesz, złapałem się na myśli, Ŝe chciałbym spóźnić się na ten samolot. Co się, do jasnej
cholery, stało z tymi słynnymi korkami w Los Angeles? Wszyscy na nie narzekacie, a kiedy
człowiek naprawdę na nie liczy, nie ma ich. Po prostu nie ma...
Theresa miała podobne pragnienia. Niestety, droga na lotnisko tego akurat dnia była
całkowicie przejezdna. Zupełnie jak gdyby ktoś złośliwie pousuwał z niej wszystkie zbędne
pojazdy. A ona z taką czułością patrzyłaby dzisiaj na zepsutą cięŜarówkę, blokującą
ś
rodkowy pas; albo na niegroźną kolizję, policję i półkilometrowy zator; nawet na
robotników, malujących w godzinach szczytu pasy na drodze.
- Rzeczywiście - przytaknęła. - Droga była pusta. MoŜe to cud? A moŜe znak, Ŝe naprawdę
musisz juŜ wracać.
Wiedziała, Ŝe widzi go być moŜe po raz ostatni w Ŝyciu, a jednak nie mogła się zdobyć na
szczerość. Bo tak naprawdę chciała powiedzieć co innego: „Nie chcę, Christopher, Ŝebyś
wyjeŜdŜał. Nie chcę, Ŝeby to się skończyło. A najbardziej na świecie nie chcę, Ŝebyś
kiedykolwiek odkrył, Ŝe cię okłamałam”.
Ale przecieŜ kiedyś i tak odkryje. A wtedy...
T.J. nie powiedziała mu tego, co powinna, lecz on i tak zrozumiał najwaŜniejsze - ta
wspaniała kobieta nie chciała, aby wyjechał.
Powinni coś z tym zrobić. Ale co?
Objął jej twarz dłońmi. Nie miał pomysłu, jak wybrnąć z tej niezwykłej sytuacji, nie
zamierzał jednak rezygnować z tego, co właśnie odnalazł. Obiecał sobie solennie, Ŝe ich
rozstanie nie będzie ostateczne.
Stewardesa z obsługi naziemnej uśmiechnęła się do niego, zapraszając na pokład samolotu.
Był ostatnim pasaŜerem, który jeszcze się tam nie znalazł. Theresa zarzuciła ręce na jego
szyję i pocałowała go po raz ostatni.
- Jeśli się nie pośpieszysz, przegapisz swój lot. Pocałował ją mocno, jak ktoś, kto wyjeŜdŜa
na bardzo długo, a nie tylko na tydzień, jak to przed chwilą postanowił.
- Proszę pana? - usłyszał przynaglający głos stewardesy.
- Kiedy tylko podpiszemy wstępne umowy, przyślę któregoś z naszych ludzi - obiecał i
zaczął iść w stronę prowadzącego do samolotu rękawa.
T.J. patrzyła, jak odległość pomiędzy nimi zwiększa się, a smutek w jej sercu rósł wprost
proporcjonalnie do dystansu.
- Będę czekała! - odkrzyknęła.
JuŜ miał zniknąć jej z oczu, kiedy odwrócił się i wyminął podąŜającą za nim krok w krok,
zniecierpliwioną stewardesę.
- Proszę pana... - upomniała go.
- Jeszcze sekundę - poprosił, nawet na nią nie patrząc. Jego wzrok utkwiony był bowiem w
tę, która odmieniła jego świat. - Jeszcze sekundę...
- Ale lot...
Podbiegł w stronę T.J. Miał czas tylko na przelotny pocałunek. Nie wypadało
przetrzymywać czekających w samolocie ludzi. Uścisnął ją, a potem wypuścił z objęć i
zawołał, śpiesząc do samolotu:
- Walentynki!
T.J. nie zrozumiała. Czy miał na myśli kampanię?
- Wrócę na walentynki! - zawołał, widząc jej zdezorientowaną minę. - Czekaj na mnie! - I z
tymi słowami zniknął z jej oczu. I, niestety, z jej Ŝycia.
- śegnaj - wyszeptała T.J.
Stała jakiś czas nieruchomo, rozpamiętując wszystko, co stało się w ciągu kilku ostatnich
dni. Czuła ulgę - minęło juŜ niebezpieczeństwo zdemaskowania. Ale teŜ jeszcze większy
smutek - nie zobaczy go więcej. Najchętniej zwinęłaby się w kłębek i usnęła. Albo umarła.
Powiedział, Ŝe wróci na walentynki, przypomniała sobie. Zawsze marzyła o jakimś
cudownym zdarzeniu, które odmieniłoby jej los właśnie w tym dniu. Theresa co rok była
zarzucana walentynkowymi bukietami, prezentami, propozycjami spotkań. T.J. nie dostała
nigdy choćby jednej kartki. Nawet od Petera. Gdy go poznała, było juŜ po walentynkach, a za
rok byli juŜ małŜeństwem i uznał najwyraźniej, Ŝe Dzień Zakochanych ich nie dotyczy.
Czy w tym roku będzie inaczej? Co znaczy ta zapowiedź powrotu? Czy czeka ją romans z
Christopherem MacAffee? Nie, zorientowałby się, Ŝe go oszukiwała. Prędzej czy później
prawda wyszłaby na jaw. Jak długo towarzyszyłoby jej szczęście? Jak długo mogłaby
kontynuować tę maskaradę?
A jednak nie mogła odmówić sobie marzeń. Kiedy jechała po ruchomych schodach, puściła
wodze fantazji: oto Christopher i ona w wytwornej, drogiej restauracji świętują pięćdziesiątą
rocznicę ślubu. Otaczają ich dzieci i wnuki. Razem kroją półtorametrowy tort z maleńkimi
figurkami panny młodej i pana młodego na szczycie...
„Kochanie, muszę ci coś powiedzieć - wyszeptałaby mu do ucha. - Tak naprawdę jestem
kuzynką Theresy. A Megan to moja córka...” Co by wtedy zrobił Christopher? OdłoŜył nóŜ i
opuścił restaurację. Tak. Restaurację i jej Ŝycie.
Oto znalazła się w pułapce. Mogła jedynie myśleć, jak przedłuŜyć ich szczęście, ale nie jak
zatrzymać je na zawsze.
Bo przecieŜ nawet gdyby chciała mu o wszystkim powiedzieć, nie znalazłaby właściwych
słów. Na szczęście moŜe nie będzie musiała...
Opuściła salę odlotów i rozejrzała się w poszukiwaniu Emmetta i czarnej limuzyny. Na
pewno teraz, kiedy Christopher znajdzie się z powrotem w San Jose, interesy tak go
pochłoną, Ŝe zapomni o obietnicy, pomyślała. MęŜczyźni nie traktują powaŜnie takich
przelotnych związków.
Zamrugała oczami, Ŝeby powstrzymać łzy, i ruszyła w stronę samochodu. Na jej widok
Emmett schował gazetę. Jeden rzut oka na twarz dziewczyny powiedział mu, Ŝe nie jest z nią
najlepiej.
- Wyglądasz na przybitą. - Otworzył tylne drzwi. - CzyŜby w ostatniej chwili domyślił się
wszystkiego? T.J. pokręciła głową.
- Masz coś przeciwko temu, Ŝebym pojechała z przodu, razem z tobą? Przyda mi się
towarzystwo.
Szofer bez słowa podał jej chusteczkę. Przyjęła ją i otarła łzy z policzków.
- Jasne, Ŝe nie. - Emmett otworzył drzwi po stronie pasaŜera i chwilę później z wprawą
włączył się do ruchu. - To jak? Umowa zerwana? - zagadnął.
- Nie, z firmą wszystko w porządku. - Przynajmniej Theresa będzie szczęśliwa. - W
przeciwieństwie do mnie.
Emmett bez słowa sięgnął dłonią w kierunku radia. Kręcił gałką, dopóki nie znalazł tego,
czego szukał - stacji nadającej stare przeboje.
T.J. spojrzała na niego ze zdumieniem. Emmett gorąco nienawidził rock and rolla. Słuchał
wyłącznie muzyki klasycznej. Wiedział jednak, Ŝe ona za nimi przepada.
- Dzięki.
- Nie ma o czym mówić - skinął głową. T.J. usiadła wygodnie i spróbowała uporządkować
myśli. Niestety, na to było jeszcze za wcześnie.
- Mają rację - stwierdziła po chwili.
- Kto?
- Ci, co mówią, Ŝe gdy raz zaczniemy oszukiwać, to nie moŜemy przestać. Oplatamy
wszystko pajęczyną kłamstwa, aŜ w końcu sami nie moŜemy się w niej ruszyć.
- Nie wiem, jak ci pomóc - odparł Emmett. - Nie mam takich doświadczeń.
- I chwała Bogu! Nawet nie wiesz, jakim jesteś szczęściarzem.
Limuzyna zatrzymała się na światłach, a wtedy szofer spojrzał na nią i powiedział:
- Czy ja wiem? Czasami przydałaby się odrobina komplikacji - uśmiechnął się. - Nie
przejmuj się, T.J. Z kłopotami bywa czasem tak, Ŝe same się rozwiązują. Poczekaj trochę.
Nie tym razem, pomyślała i w milczeniu skinęła głową. Nie było sensu o tym dyskutować.
Co się stało, to się nie odstanie.
Godzinę później wysiadła z windy w biurze C&C Advertising, a pierwszą osobą, którą
spotkała, była Theresa.
Kuzynka ubrana była w stylu sportowym, tak bardzo lubianym przez T.J. Włosy ściągnęła
do tyłu, na nogach miała dŜinsy, zamiast kostiumu czy marynarki - luźny sweter. Od kilku
dni, kiedy przychodziła do pracy, ubierała się właśnie tak, Ŝeby nie wzbudzać ewentualnych
podejrzeń dyrektora MacAffee Toys. Całe szczęście ani razu na niego nie wpadła, uwaŜała
jednak, Ŝe na wszelki wypadek powinna pozostać w skórze kuzynki, dopóki MacAffee nie
wsiądzie do samolotu i nie odleci na północ.
Teraz spojrzała z niepokojem, czy zza pleców T.J. nie wyłoni się jakaś męska sylwetka. Na
szczęście winda była pusta. Zwróciła pełen nadziei wzrok ku kuzynce i zapytała:
- I co, pozbyłyśmy się go?
T.J. skinęła głową i ruszyła korytarzem w stronę swojego gabinetu.
- Dzięki Bogu! - Theresa ściągnęła z włosów spinkę i wręczyła ją T.J. Jej ciemne loki
rozsypały się na ramiona. - Nie wiem, czy dłuŜej bym to zniosła. - Przeczesała palcami włosy
i skręciła w kierunku własnego pokoju, gdzie czekały na nią ulubione ubrania. - Nie wiem,
jak moŜesz nosić coś takiego. - Wzięła między palce brzeg swetra.
- To wygodne - odparła w zamyśleniu T.J. Bez zastanowienia ściągnęła włosy do tyłu i
spięła je spinką.
- Dla mnie obrzydliwe - oświadczyła Theresa. Przystanęła i popatrzyła z uwagą na T.J.
Kuzynka nie wyglądała na osobę, która właśnie dokonała niezwykle udanej transakcji. -
Dobrze się czujesz? Coś nie w porządku z umową?
Umowa! Dla Theresy tylko to się liczy. Udane kontrakty, nowi klienci, wielkie budŜety....
Tak, tak, MacAffee Toys jest bogatą firmą. Muszą o tym pamiętać...
- Z umową wszystko w porządku - odparła. - Christopher wyśle resztę papierów przez
kuriera, gdy tylko zostaną podpisane.
- Dobra robota. - Theresa uściskała kuzynkę, lecz ta nie odwzajemniła uścisku. Odwróciła
się tylko i poszła do siebie. Theresa podąŜyła za nią.
- Coś jest nie tak - stwierdziła z naciskiem. - Co? T.J. zacisnęła powieki, Ŝeby powstrzymać
łzy.
- A co ma być nie tak? - powiedziała przez ściśnięte z Ŝalu gardło. - Mamy tę umowę. To
wyjątkowo bogata firma. Zrobiliśmy im świetną reklamę dla telewizji, szef jest czarujący...
Wszystko układa się cudownie.
Ten sarkazm nie pasował do T.J. Theresa była naprawdę przejęta. Jednak kiedy dotknęła
ramienia kuzynki, T.J. strząsnęła jej dłoń.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zmienię strój i wezmę się do roboty, dobrze? -
zapytała, nie patrząc jej w oczy.
Theresa wiedziała, Ŝe nic nie wskóra. Postanowiła ustąpić. W przeciwieństwie do niej, T.J.
nie lubiła rozmawiać o swoich problemach. Niechętnie posłuchała kuzynki i cofnęła się w
stronę drzwi.
- MoŜe później pójdziemy razem na obiad?
- Dobrze - mruknęła do siebie T.J., kiedy usłyszała odgłos zamykanych drzwi. - MoŜe być
obiad, co tylko zechcesz...
Christopher czuł się niczym zadurzony nastolatek, ale pomyślał, Ŝe naleŜy mu się to
uczucie. I co z tego, Ŝe ma juŜ te swoje trzydzieści trzy lata?
Zakochany... Ten rozdział Ŝycia całkowicie go ominął. Szybko złapał taksówkę stojącą przy
krawęŜniku naprzeciwko lotniska, po czym wrzucił walizkę na tylne siedzenie.
- 11737 Wilshire - rzucił do taksówkarza.
Ruszyli. Christopher wyjrzał przez okno. Bardzo chciał być juŜ na miejscu. Ujrzeć
zaskoczenie w oczach Theresy, kiedy wkroczy do jej gabinetu.
Tak, pomyślał, zachowuję się zupełnie jak zwariowany nastolatek, który dla swej
dziewczyny gotów jest przepłynąć wzburzoną rzekę. Tyle Ŝe wtedy, gdy nim był, w jego
Ŝ
yciu nie pojawiła się Ŝadna dziewczyna, która byłaby tego warta. Potem zaś pochłonęły go
interesy, budowanie swojej pozycji w firmie; zbyt był przejęty tym, Ŝe pewnego dnia
odpowiedzialność za firmę spadnie na jego barki, by zaprzątać sobie głowę miłostkami. Jako
kolejny z rodu MacAffeech nie mógł rozczarować poprzednich pokoleń.
Za nimi rozległ się dźwięk klaksonu. Taksówkarz wymamrotał coś w obcym języku, z
pewnością nic pochlebnego, jednak Christopher ledwie go usłyszał. Jego umysł zaprzątnięty
był czym innym.
Chciał poślubić tę kobietę.
Znał siebie wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, Ŝe ta decyzja nie jest pochopna. Podobało
mu się w niej wszystko. Zabawiając się w adwokata diabła, usiłował wynajdywać wszelkie
jej moŜliwe wady, coś, do czego mógłby się przyczepić - i nie znalazł niczego takiego.
Próbował usilnie przez cały tydzień - bez rezultatu. Sądził, Ŝe jeśli nie będzie jej widział
przez parę dni, rozpalone uczucia nieco ostygną - wybuchnęły jeszcze gorętszym
płomieniem.
Przez cały czas, który spędził z dala od Theresy, nie mógł przestać o niej myśleć. Nawet
podczas waŜnych spotkań przed jego oczyma pojawiały się wspomnienia chwil, które
spędzili razem. Doszło do tego, Ŝe podwładni zaczęli dostrzegać jego roztargnienie i
plotkować na ten temat. Zdaje się, Ŝe uznali dziwne zachowanie szefa za objaw niedawno
przebytej choroby.
CóŜ, jeśli rzeczywiście był chory, to miał tylko nadzieję, Ŝe nigdy nie wyzdrowieje.
Teraz spojrzał na kopertę leŜącą obok niego na popękanym plastikowym siedzeniu.
Poprzedniego dnia nagły impuls kazał mu załatwić sobie bilet i osobiście zawieźć dokumenty
do C&C Advertising. Tym razem ani kurier, ani poczta na nim nie zarobią. Nigdy nie robił
niczego pod wpływem impulsu, ale teraz potrzebował jakiegoś pretekstu, aby się z nią
zobaczyć.
Po prostu musiał to zrobić.
Jak dziecko, pomyślał o sobie z uśmiechem.
Wokół rozległo się więcej klaksonów. Christopher wychylił się przez okno. Czuł, Ŝe jego
zniecierpliwienie wzrasta.
- Czy nie moŜemy jechać trochę szybciej? - zapytał. Taksówkarz prychnął tylko i machnął
ręką, pokazując otaczające ich samochody.
- Moglibyśmy, gdyby te rupiecie poruszały się do przodu,
a jak pan zauwaŜył, nie robią tego. - Jego czarne brwi ściągnęły się nad błyszczącymi
ciemnymi oczyma. - Spokojnie, proszę pana. Robię, co mogę. Ten gość z Wilshire na pewno
panu nie ucieknie.
- Nie wiadomo. Zmarnowałem juŜ trzydzieści trzy lata - powiedział. - I nie chcę tracić
więcej ani chwili.
Kierowca wzruszył tylko ramionami. Turyści. Wszyscy są tacy sami. Mają źle w głowach i
wciąŜ się gdzieś śpieszą.
Nareszcie! Christopher patrzył na światełka podświetlające kolejne cyferki na ścianie
windy i zastanawiał się nad swoim zachowaniem - tak bardzo do niego nie pasowało. W
innych okolicznościach kazałby swojemu asystentowi skontaktować się z asystentką Theresy
i ustalić termin spotkania. Tak było jednak, zanim ją poznał. Teraz nie mógł się doczekać
chwili, w której ją zobaczy, dotknie jej twarzy, przytuli do siebie...
BoŜe, tak bardzo za nią tęsknił!
Wyskoczył na korytarz na siódmym piętrze i popędził wprost do jej gabinetu.
Na jego widok krótkowzroczne oczy Heidi zrobiły się okrągłe niczym literka „O”.
Ś
rodkowe „O” w rozpaczliwym haśle „S.O.S.”
- Niech pan poczeka! - Zerwała się na równe nogi. - Nie moŜe pan tam wejść! Jest zebranie,
prezentacja...
- W porządku, posłucham. Nie będę przeszkadzał. Dopóki nie skończy, nie odezwę się ani
słowem - obiecał, mijając biurko Heidi. Zanim zdąŜyła się zorientować, zapukał, a potem
natychmiast otworzył drzwi do gabinetu Theresy Cohran, po czym wszedł do środka.
Odwrócona w stronę okna Theresa usłyszała trzask zamykanych drzwi. Dziwne, zazwyczaj
Heidi informowała ją o mających się pojawić gościach brzęczykiem. Zdumiona, odwróciła
się, aby zobaczyć intruza.
Hm, nieźle. Wyjątkowo przystojny. No, no... Świetnie. I to akurat w Dzień Zakochanych.
- Zadzwonię później. - Nie spuszczając oczu z nieznajomego, Theresa odłoŜyła słuchawkę.
Na jej ustach pojawił się szeroki, zachęcający uśmiech.
Tymczasem szeroki uśmiech na twarzy Christophera nieco zbladł. Zaczynał mieć dziwne
wraŜenie, Ŝe...
- Theresa?
- Tak...
A więc ma nad nią przewagę, pomyślała. Zna jej imię. To jednak wkrótce ulegnie zmianie.
Jeszcze przed upływem wieczoru ona przejmie pałeczkę. Tylko kto to jest? Posłaniec
niebios?
Christopher potrząsnął głową.
- Nie - powiedział zdecydowanie. Coś tu nie pasowało. Było w niej coś takiego...
- Słucham? - Zatrzepotała powiekami.
- Nie jesteś nią. - Przysunął się bliŜej i przyjrzał się jej uwaŜnie. - To znaczy Theresą. Nie
jesteś Theresą.
Co znowu? CzyŜby postradał zmysły? Heidi wpuściła tu jej wariata?
- Oczywiście, Ŝe jestem - roześmiała się, a w jej oku pojawił się uwodzicielski błysk.
Jednak Christopher zamiast odwzajemnić ten bajeczny uśmiech, skrzywił się, jakby polizał
cytrynę. Wszystko było nie tak. Jej śmiech był inny - ani aksamitny, ani melodyjny. Kiedy się
uśmiechała, nie było dołeczka w jej policzku...
CzyŜby ją źle zapamiętał? Albo moŜe coś sobie uroił w tej swojej chorej głowie? Nie, to
niemoŜliwe. Nie mógł przecieŜ uroić sobie koloru jej oczu. Te, w które teraz patrzył, były
wyraziste, krystalicznie niebieskie, nie iskrzyły się rozmaitymi odcieniami błękitu jak tamte.
Kompletnie zdezorientowany, przejechał dłonią po włosach, nie odrywając wzroku od
stojącej przed nim kobiety.
MoŜe to halucynacje?
- Theresa Cohran? - powtórzył głucho. Do licha, przecieŜ kochał się z tą kobietą, znał kaŜdy
fragment jej ciała. Dlaczego więc teraz czuł się tak, jak gdyby spoglądał w twarz
nieznajomej?
Theresa wyszła zza biurka i zbliŜyła się do niego niczym myśliwy podchodzący ofiarę.
- Tak, jestem Theresa Cohran, kochanie - odparła. - W Ŝyciu nie byłam bardziej Theresą
Cohran niŜ w tej chwili.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi i stanęła w nich... Nie, nie Heidi, lecz T.J.,
która ukończyła właśnie kilka wstępnych szkiców do kolejnego etapu kampanii MacAffee
Toys, i chciała, aby Theresa rzuciła na nie okiem.
- Zobacz, Thereso, mam juŜ... - zamarła - Christopher... - wyszeptała tak cicho, Ŝe chyba
nikt tego nie słyszał.
Popatrzył na nią, a na jego twarzy pojawił się cień wątpliwości, który chwilę później ustąpił
miejsca błyskowi zrozumienia.
Nie!
Nie w ten sposób!
Jeśli ma poznać prawdę, to nie w takich okolicznościach!
Zmieszana, nieszczęśliwa, całkiem zagubiona i przybita, T.J. postanowiła grać swoją rolę
do końca. Czy miała jakieś inne wyjście?
- Och, witam pana, panie MacAffee - uśmiechnęła się dzielnie. - Theresa wiele mi o panu
opowiadała. To zaszczyt móc w końcu pana poznać. - Zrobiła krok do przodu i podała mu
dłoń.
Christopher czuł się tak, jak gdyby znalazł się w gabinecie krzywych luster w wesołym
miasteczku. Po drobnych poprawkach i Theresa, i ta druga kobieta byłyby do siebie podobne
jak jednojajowe bliźniaczki.
Tak, gdyby ta druga rozpuściła włosy...
No i ten znajomy wyraz oczu...
Ujął dłoń, którą do niego wyciągnęła. Przytrzymał ją chwilę dłuŜej. Przytrzymał i przyjrzał
się jej uwaŜnie.
Zobaczył dołeczek w policzku i wszystko zrozumiał.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
- Theresa?
ChociaŜ juŜ wiedział, wciąŜ nie mógł uwierzyć. Nie chciał wierzyć, Ŝe kobieta, dla której
kompletnie stracił głowę, z jakiegoś powodu z premedytacją go oszukiwała. Gdyby to była
prawda, znaczyłoby to, Ŝe dał z siebie zrobić największego idiotę, o jakim słyszał świat.
Theresa z kolei czuła się tak, jak gdyby znalazła się na filmie kryminalnym ze
skomplikowaną intrygą, gdzie główni bohaterowie mówią do siebie po japońsku.
- Zaraz, zaraz. JuŜ panu tłumaczyłam, to ja jestem Theresa - powiedziała zniecierpliwiona.
- To prawda - odezwała się cicho T.J. - Ja nazywam się T.J.
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego oczy wydawały się takie ciemne, takie
niedostępne. Wiedziała juŜ, Ŝe wszystkiego się domyślił. Nie było sensu dłuŜej udawać.
- Thereso, chciałabym ci przedstawić pana Christophera MacAffee.
- Dobry BoŜe...
Christopher nie wiedział, co powiedzieć. Trudno było wymyślić coś rozsądnego w tej
sytuacji.
Co się tu, u diabła, działo? Dlaczego Theresa, to znaczy T.J., czy jak jej tam w końcu...
dlaczego kłamała, podając się za kogoś, kim nie była? Po co? To nie miało Ŝadnego sensu.
Wszystko, co rozumiał, to to, Ŝe go oszukała. A to bolało. Bolało jak cholera, bo przecieŜ
wierzył jej bez Ŝadnych ograniczeń.
- Mogłabyś zostawić nas na minutę, Thereso? - poprosiła... no właśnie, która? T.J. czy
Theresa? A moŜe obie jeszcze inaczej się nazywają?
- Zaczekaj, sama mogę to wszystko wyjaśnić - odezwała się ta druga i połoŜyła swoją
zadbana dłoń o róŜowych paznokciach na jego ramieniu.
Christopher stanowczo odsunął jej rękę.
- Nie sądzę, Ŝeby trzeba było coś wyjaśniać. Wszystko jest oczywiste.
Nie, nic nie jest oczywiste, pomyślała ze złością T.J. NiezaleŜnie od tego, jak okropne
rzeczy sobie teraz myślał, musiała go jakoś przekonać, Ŝe jest w błędzie. śe nikt nie
zamierzał zrobić nic złego. Nie mogła znieść tego, Ŝe stał tu i patrzył na nią tak, jakby była
zupełnie obcym człowiekiem. Jakby nigdy się nie poznali. Jakby wyrządziła mu jakąś
straszną krzywdę.
- Thereso, proszę - odezwała się znów do kuzynki. Theresa wreszcie zrozumiała, Ŝe nie ona
jest główną bohaterką wydarzeń.
- Oczywiście, juŜ idę. Jeśli będziecie mnie potrzebowali, będę obok - powiedziała,
wycofując się do drzwi.
Zostali sami. Christopher odczekał chwilę, by wrócić do równowagi i znów móc panować
nad sobą. Wściekłość, którą właśnie musiał okiełznać, była dla niego zupełnie nowym, nie
znanym uczuciem. Podobnie jak wcześniej miłość. Dziwne, Ŝe oba te uczucia wywołała
jedna osoba.
- Macie bardzo interesujące metody prowadzenia interesów.
Jego głos był zimny, bezosobowy. Patrzył na T.J. złym wzrokiem. Chciała coś powiedzieć,
ale głos uwiązł jej w gardle.
- Czy ty i twoja kuzynka sypiacie ze wszystkimi rokującymi nadzieję klientami?
Wzdrygnęła się, jakby wymierzył jej policzek.
- To nie fair! - krzyknęła. Nie mogła uwierzyć, Ŝe powiedział coś takiego. Oczekiwała
wyrzutów, ale z pewnością nie okrucieństwa. - Próbowałam ci powiedzieć, ale nie
słuchałeś...
- Nie fair? - W jego oczach błysnęła furia. - I kto to mówi! Wykorzystałaś mnie, Thereso...
T.J... Zresztą, cholera wie, jak masz naprawdę na imię. Zrobiłaś ze mnie idiotę. Brawo!
Naiwniak ze mnie i jełopa, prawda? Myślałem, Ŝe ty jesteś inna, ale widać wszystkie
jesteście takie same. Nie powinienem mieć złudzeń.
T.J. uniosła głowę. Wiedziała, z jakimi kobietami wcześniej się zadawał, ale raniły ją tak
mocne słowa.
- Nie wrzucaj wszystkich do jednego worka.
- A niby dlaczego? - wrzasnął, zanim zdołał się opanować. Stop, spokojnie, nie tak ostro.
Nie będzie przecieŜ ośmieszać się jeszcze bardziej, - Wyjaśnij mi więc łaskawie, co takiego
sprawia, Ŝe jesteś inna niŜ reszta? - zapytał głosem łagodnym aŜ do bólu.
- Ja... przecieŜ...
Nie miał zamiaru wysłuchiwać jej pokrętnych tłumaczeń. Doskonale wiedział, jaka potrafi
być twórcza i pomysłowa.
- Powiedz, spałaś ze mną czy nie?
- Tak, ale...
- Podpisaliśmy umowę czy nie? - ciągnął, nie zwaŜając na protesty.
BoŜe, to nie tak, myślała T.J. z rozpaczą. PrzecieŜ nie o to chodzi. Christopher odwracał
kota ogonem. To, co sugerował, nie było prawdą.
- Tak, ale...
- Więc niby dlaczego miałabyś być inna? - warknął. Dla niego wszystko było jasne i
zrozumiałe.
- Bo ja... Ja nigdy nie robię takich rzeczy - powiedziała słabym głosem. - Nie sprzedaję
swego ciała dla interesów.
- Och, doprawdy? - Chciał jej wierzyć, ale absolutnie nie mógł. Jego śmiech był szorstki,
okrutny. - Wybacz, trochę inaczej to widzę. Nie zapominaj, Ŝe teŜ przy tym byłem.
T.J. zacisnęła dłonie w pięści. Miała ochotę go uderzyć. Walić z całej siły w jego pierś,
Ŝ
eby rozwalić ten mur i dotrzeć do wnętrza.
- Dobrze. Nie obchodzi mnie, co myślisz. - Uniosła dumnie podbródek. - Po prostu wiem,
co jest prawdą. Kropka.
Odwrócił się do niej plecami. Złapała go za ramię i szarpnęła.
- Spałam z tobą nie dla umowy i nie dla Ŝadnych innych interesów - wycedziła. - Czysto i
bezinteresownie. Myślałam, Ŝe między nami coś... coś się wydarzyło. - Na litość boską,
przecieŜ on teŜ musiał zdawać sobie z tego sprawę!
- Co? Magia? - zapytał szyderczo. Nie mogła tego dłuŜej znieść. Wyśmiewał się z niej, a
dla T.J. to naprawdę było waŜne, najwaŜniejsze na świecie.
- Niech będzie magia. Nie mam pojęcia, magia, czary... Sama nie wiem, co we mnie
wstąpiło. - Cofnęła się i zaczęła chodzić wzdłuŜ gabinetu. - Nigdy wcześniej to mi się nie
zdarzyło. Nie całowałam się tak od razu na pierwszej randce...
Poczuła, Ŝe w oczach ma łzy, i odetchnęła głęboko, mając nadzieję, Ŝe w jakiś sposób je
powstrzyma. Nie chciała, aby
Christopher widział ją płaczącą. Na pewno natychmiast oskarŜyłby ją o szantaŜ.
Przełknęła ślinę i popatrzyła na niego z Ŝalem w oczach. Przypomniała sobie wszystko, co
między nimi się wydarzyło. Zwłaszcza ten cudowny moment, w którym pomyślała, Ŝe być
moŜe on ją kocha.
- CóŜ, miałam wraŜenie, Ŝe mnie potrzebujesz...
- A więc kiedy poszłaś ze mną do łóŜka, kierowało tobą współczucie. O, święta i
szlachetna... Zignorowała ironię w jego głosie.
- Ja teŜ ciebie potrzebowałam. MoŜesz mi wierzyć albo nie, ale jedynym męŜczyzną oprócz
ciebie, z którym wcześniej spałam, był ojciec Megan.
Megan. Uśmiechnął się pod nosem. A więc skłamała takŜe i w tej kwestii. Ile jeszcze
kłamstw wyjdzie na jaw?
- Nie jest twoją siostrzenicą?
- Nie, to moja córka.
MoŜe gdyby w odpowiednim czasie zastanowił się nad tym, sam doszedłby do tego
wniosku. Jednak nie myślał i nie zastanawiał się wtedy. Nie był w stanie myśleć. Ta kobieta
od samego początku zdawała się wypełniać cały jego umysł, niczym jakiś złośliwy wirus.
Trudno. PrzeŜył grypę, więc i to przetrzyma.
- Co jeszcze nie było prawdą?
- Nic.
Nie wierzył jej. Widziała to w jego oczach.
Niby dlaczego miałby jej wierzyć?
A niby dlaczego nie?
- Wszystko inne było prawdą. Wszystko, co opowiadałam ci o firmie. - Zrobiła krok w jego
stronę. - I wszystko, co zaszło między nami.
Przynajmniej w to musi uwierzyć. Nie zniosłaby, gdyby i tutaj chciał dopatrzeć się
oszustwa.
Christopher spojrzał na nią z rezerwą. Naprawdę chciał, Ŝeby choć to było prawdą. Przez
chwilę walczył z pokusą, aby wziąć dziewczynę w ramiona.
Nie, nie po tym wszystkim.
Ma z siebie zrobić jeszcze większego głupca?
Odwrócił oczy.
- Wybacz, ale patrzę teraz na wszystko przez pryzmat twoich kłamstw. - Pomyślał, Ŝe musi
się stąd jak najszybciej wydostać, i ruszył w stronę drzwi.
T.J. stanęła mu na drodze.
- Posłuchaj, chciałeś osobiście zobaczyć się z Theresą, nalegałeś na to. Powiedziano nam,
Ŝ
e w twojej firmie panują takie zwyczaje. Theresa nie mogła się z tobą spotkać, a naprawdę
bardzo zaleŜało jej na tej umowie...
- Najwyraźniej.
- Potem był wypadek samochodowy...
- Proszę cię, skończmy juŜ. - Czy naprawdę uwaŜała, Ŝe jest do tego stopnia naiwny?
Wypadek samochodowy. Nie stać jej na coś bardziej oryginalnego? CóŜ, widać nie jest tak
pomysłowa, jak sądził.
- Ale ja mówię prawdę - upierała się T.J.
Wyciągnął rękę w stronę drzwi, lecz przytrzymała ją, a potem stanęła bliŜej i połoŜyła swą
dłoń na jego torsie. Kompletnie zaskoczony, dał się odepchnąć do tyłu.
- To był drobny wypadek - mówiła dalej - nic powaŜnego, ale sanitariusze zabrali ją do
szpitala, a lekarz nalegał, Ŝeby została na obserwacji. Została, lecz ty byłeś juŜ w drodze.
Bała się, Ŝe pomyślisz, Ŝe cię lekcewaŜy. I Ŝe pójdziesz do innej agencji.
- Dlaczego więc, do jasnej cholery, nie powiedziałaś mi po prostu, Ŝe zdarzył się wypadek?
Kto ja jestem? Cesarz Bokassa? Rozkazałbym spalić was Ŝywcem albo poćwiartować?
- Theresa ma opinię osoby beztroskiej - T.J. westchnęła cięŜko. Pewnie, Ŝe lepiej było od
razu powiedzieć prawdę. Kto jednak mógł wiedzieć, jaki naprawdę jest Christopher
MacAffee? - Bała się, Ŝe pomyślisz: „To typowe”, i zabierzesz swoje zlecenie.
Milczał. Tracę go, pomyślała T.J. z rozpaczą. Mój BoŜe, naprawdę go tracę.
- Prosiła mnie, Ŝebym ją zastąpiła... - dodała i rozłoŜyła bezradnie ramiona.
Christopher zamyślił się. Fakt, pewnie uznałby, Ŝe C&C Advertising ma jego firmę za nie
wartych uwagi prowincjuszy. Niewykluczone, Ŝe nie uwierzyłby w wypadek i uznał go za
banalną wymówkę. I moŜe miałby rację? Bo niby dlaczego to, co mówiła teraz, nie miałoby
być kolejnym kłamstwem? Kto raz się sparzył, nie tak łatwo sięgnie po gorące.
- No dobrze, Thereso. I tak juŜ po wszystkim, więc moŜemy pozwolić sobie na szczerość.
Powiedz, czy obie wymyśliłyście tę historyjkę?
T.J. ogarnęło zniechęcenie. To chyba naprawdę koniec, pomyślała.
- Nie wymyśliłyśmy - odparła obojętnym juŜ tonem. - Jak chcesz, moŜesz sprawdzić w
szpitalu Harrisa. Gdybyś nie zachorował, odwiedziłbyś firmę, tego samego dnia podjął
decyzję i odleciał wieczorem. Rozchorowałeś się i dlatego zdarzyło się to wszystko. Więcej
nie mam do dodania... - Jaki był sens go przekonywać, skoro nic do niego nie docierało? -
MoŜesz sobie myśleć, co chcesz, ale ja powiedziałam d prawdę.
- Prawdę - powtórzył. - To dla ciebie nowe doświadczenie?
T. J. wbiła paznokcie w miękką skórę na dłoniach. Jak mogła oddać swoje serce
męŜczyźnie, który najwyraźniej pozbawiony był uczuć? Nie, nie będzie płakać. Nie da mu tej
satysfakcji.
LekcewaŜąco wzruszyła ramionami.
- Sam sobie odpowiedz. Ja wiem, co mówię. Aha, jest jeszcze coś...
- Co?
Chciała mu powiedzieć, Ŝe go kocha, ale właściwie po co? Znów by jej nie uwierzył, a na
dodatek obraził i wyśmiał. Czy sama ma sypać sól na swoje rany? Najlepiej będzie, jeśli on
nigdy nie dowie się o jej uczuciu.
- To, Ŝe naprawdę jesteśmy najlepszą agencją do tego rodzaju roboty. - Przypomniała sobie
właśnie wyniki sprzedaŜy walentynkowych misiów. - Efekt kampanii piorunujący. SprzedaŜ
idzie nadzwyczajnie. Miśki znikają z półek.
Christopher wiedział o tym. Jego pracownicy dostarczyli mu tę informację, zanim wyleciał
do Los Angeles. Była to jedna z radości, którą zamierzał się z nią podzielić. Były teŜ inne -
znacznie większe - ale to w tej chwili nie miało juŜ Ŝadnego znaczenia. I tak dobrze, Ŝe
odkrył wszystko, zanim zdołał zrobić z siebie kompletnego głupca.
- No widzisz, zrobiliśmy świetny interes, prawda? I tylko interes, nic więcej...
T.J. uniosła brodę do góry.
- Pracują dla nas świetni fachowcy.
- Wiem. I tak podpisałbym z wami tę umowę. Nie musiałaś iść ze mną do łóŜka.
- Nie - zgodziła się. - Nie musiałam.
Czy rzeczywiście był taki ślepy, Ŝe niczego nie zauwaŜył, nie wyczuł? PrzecieŜ zadurzyła
się w nim juŜ wtedy, gdy dostrzegła, jak zbliŜa się w jej kierunku? Sądził, Ŝe ma do czynienia
z Theresą, ale powinien był wiedzieć, jaka jest naprawdę. Skoro się z nią kochał, powinien
był się domyślić.
Ale się nie domyślił.
T.J. zacisnęła usta.
- Potraktuj to jako prezent od firmy. - SkrzyŜowała ramiona i popatrzyła gdzieś nad jego
głową. Ohydna złośliwość. Co za licho podpowiada jej takie zdania? - A teraz wybacz, jest
jeszcze parę niewinnych dusz, które muszę sprowadzić na złą drogę.
Wbił w nią wściekłe spojrzenie. Jakim prawem ta jędza pozwalała sobie na sarkazm?
- W porządku, dość tego. - Po chwili namysłu rzucił na biurko Theresy wypchaną kopertę. -
Tu macie wszystkie dokumenty.
Koperta stuknęła głucho o blat, następnie osunęła się na podłogę. T.J. nawet nie spojrzała w
jej kierunku.
- Więc nie rezygnujesz z naszych usług?
- Jasne, Ŝe nie. Jak sama zauwaŜyłaś, miśki znikają z półek. Pracują tu sami fachowcy,
prezenty dla klientów macie ekstra. Musiałbym być idiotą, Ŝeby rezygnować z takiego
interesu. - Uśmiechnął się złośliwie i wyszedł z gabinetu, trzaskając drzwiami.
T.J. stała nieruchomo, bezmyślnie wpatrzona w drzwi. Poruszyła się dopiero, gdy do środka
wśliznęła się Theresa. Podniosła kopertę i połoŜyła ją na biurku. Powoli podeszła do kuzynki.
- Wszystko w porządku? - zapytała cicho. T.J. otarła łzy wierzchem dłoni.
- Jasne. Nic mi nie jest. Zupełnie nic. - Jej głos drŜał niebezpiecznie, ale starała się
panować nad sobą. - Po prostu tak dobrze udawałam ciebie, Ŝe poszłam z nim do łóŜka.
Nie miała pojęcia, dlaczego to powiedziała. Zresztą Theresa i tak najprawdopodobniej
wszystko słyszała. Pewnie słyszało ich rozmowę całe Los Angeles.
Na ustach Theresy pojawił się łagodny uśmiech.
- I podobało ci się? - zapytała cicho. T.J. zamknęła oczy.
- Tak. Nawet bardzo.
Theresie ścisnęło się serce. Rzadko okazywała współczucie, ale w tej chwili nawet kamień
zmiękłby, widząc jej kuzynkę. Delikatnie odgarnęła kosmyk włosów z czoła T.J.
- I choć tak się wzbraniałaś, to lepiej bawiłaś się podczas tygodnia z nim, niŜ podczas
tygodnia, który właśnie minął? - powiedziała.
- To nie jest zabawne, Thereso. - T.J. popatrzyła ostro na kuzynkę.
- Wiem, Ŝe nie. Pobiegnę za nim i spróbuję mu wszystko wyjaśnić, chcesz?
Nie miała pojęcia, co niby mogłaby powiedzieć, ale była pewna, Ŝe zdoła coś wymyślić.
Jednak T.J. pokręciła tylko głową.
- Nawet nie próbuj - westchnęła. - Tego po prostu nie da się naprawić.
- Kiedy chcę, potrafię być bardzo przekonująca. T.J. doskonale wiedziała, co to znaczy.
Tego jej jeszcze brakowało - Ŝeby Theresa „przekonała” Christophera.
- Nic nie wskórasz. Theresa uniosła ręce do góry.
- Dobra, nie będę się wtrącała, słowo. - Opuściła ręce i przybrała powaŜny wyraz twarzy. -
Po prostu chciałabym jeszcze zobaczyć uśmiech na twojej buźce.
- Zobaczysz - obiecała T.J. - Za jakiś czas. Chyba jednak nieprędko.
- MoŜe gdyby...
Tym razem to T.J. połoŜyła dłoń na ramieniu Theresy.
- Nie, Thereso. Jeśli wróci, to dlatego Ŝe sam będzie tego chciał. - Rozluźniła uścisk. -
Powiedziałam mu prawdę. To powinno wystarczyć.
Theresa popatrzyła na nią sceptycznie.
- Oddajmy mu jednak sprawiedliwość - powiedziała. - Niby skąd miał wiedzieć, która
„prawda” jest prawdziwa? PrzecieŜ ty rzeczywiście mu nakłamałaś.
No nie! CzyŜby Theresa stanęła po jego stronie? Właśnie ona?
- Ty mnie o to prosiłaś!
- Ale jego w ogóle to nie obchodzi. - Theresa wiedziała co nieco na temat uraŜonego
męskiego ego. - Wystarczy, Ŝe go oszukałaś, niezaleŜnie z czyjej inspiracji, a teraz boi się
zaufać ci ponownie. Zapewne wciąŜ się obawia, Ŝe go okłamujesz.
I co z tego, Ŝe brzmiało to wszystko tak rozsądnie? T.J. nie chciała wcale logicznego
wytłumaczenia. Pragnęła Christophera - aby ufał jej bezgranicznie bez względu na
okoliczności.
- Powinien znać róŜnicę - powiedziała.
- Niby dlaczego?
- Bo zakochani ludzie znają - mruknęła. - Wyczuwają takie niuanse...
Theresa ujęła kuzynkę pod brodę i popatrzyła jej w oczy. Miłość. Nie miała pojęcia, Ŝe
sprawy zaszły tak daleko. Była
pewna, Ŝe w grę wchodzi wyłącznie poŜądanie. Hm, to tylko pogarszało sprawę.
- AŜ tak źle? - spytała cicho.
T.J. szarpnęła głową do tyłu, po czym wydała z siebie przeciągłe westchnienie.
- Tak, aŜ tak źle - potwierdziła.
Theresa pokiwała głową i opadła na krzesło.
- Gdybym miała pojęcie, Ŝe to się wydarzy, nigdy nie poprosiłabym cię, Ŝebyś zajęła moje
miejsce.
- A to dlaczego? - T.J. popatrzyła na nią ze złością. - Bo jest przystojny i sama miałabyś na
niego ochotę?
Była do tego przyzwyczajona. Nie raz juŜ zdarzyło się, Ŝe na męŜczyznę, który zaczynał
podobać się T.J., Theresa natychmiast zastawiała przynętę, po czym oczywiście go uwodziła.
Theresa nie zareagowała jednak na to oskarŜenie.
- Nie, poniewaŜ jesteś nieszczęśliwa, a ja nie chcę, Ŝebyś była - odparła łagodnie.
- Mówisz serio, prawda? - T.J. nie bardzo chciała w to uwierzyć, Nie, Ŝeby kuzynka celowo
starała się sprawić jej przykrość; Theresa po prostu nie przejmowała się nigdy nikim oprócz
siebie samej.
- Tak, serio. MoŜecie mnie wszyscy uwaŜać za wiedźmę, ale ty jesteś moją kuzynką i
naprawdę cię kocham. - Objęła T.J. ramieniem. - Nie chcę, Ŝebyś cierpiała z jakiegokolwiek
powodu.
- Dziękuję. - CóŜ, dobre i to.
- Jesteś pewna, Ŝe nic nie mogę zrobić?
- Nie, nikt nic nie moŜe zrobić. Nie teraz.
- Chcesz wrócić do domu? Troszeczkę odpocząć? A moŜe wziąć gorącą kąpiel? Albo
jeszcze lepiej - przykleić do ściany jego fotografię i rzucać w nią strzałkami...
T.J. roześmiała się przez łzy. Oto sposoby Theresy na radzenie sobie z przeciwnościami
losu. Niestety, jej by nie pomogły. Poza tym nie miała nawet Ŝadnej jego fotografii.
Pozostały po nim tylko wspomnienia. Bolesne wspomnienia...
- Nie, wolę popracować. - Popatrzyła na szkice, które połoŜyła na biurku Theresy. -
Popatrz. - RozłoŜyła je przed kuzynką. - Co o nich sądzisz?
Theresa popatrzyła na nią sceptycznie.
- Naprawdę chcesz teraz o tym rozmawiać?
- Tak, teraz. Proszę.
- Dobrze. - Theresa pochyliła głowę nad rysunkami.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
To był jeden z najdłuŜszych dni w jej Ŝyciu. I to wcale nie z powodu liczby godzin, które
T.J. spędziła w biurze. W sumie nie pracowała dłuŜej niŜ zwykle - od ósmej do piątej. Jednak
w taki dzień, w Dzień świętego Walentego, czas płynie dwa razy wolniej. Zwłaszcza gdy
spędza się go samotnie.
Tak, wyjątkowo paskudny dzień.
Gdziekolwiek się nie obróciła, wszędzie widziała Christophera. Nie mogła uwolnić się od
natrętnych, bolesnych myśli, przykrych wspomnień, rozpamiętywania raz po raz
poszczególnych zdań, które padły w trakcie tej rozmowy, która zniszczyła wszystko.
A miał to być taki cudowny dzień... Czekała na niego z utęsknieniem. Pamiętała jego
złoŜoną przed odlotem obietnicę i choć starała się podchodzić do niej sceptycznie, to w głębi
duszy spodziewała się, Ŝe dzisiaj go zobaczy. Przyleci z San Jose, zabierze ją wieczorem na
romantyczną kolację. MoŜe nawet ofiaruje walentynkową pocztówkę? Cokolwiek, jakiś
drobiazg, który ona zatrzyma na zawsze...
Nic z tego. Nie zobaczą się nigdy więcej.
Trudno. Do diabła z nim. Do diabła ze wszystkimi.
Przez cały dzień miała ochotę urwać się z pracy, lecz akurat dzisiaj okazało się to
niemoŜliwe. Musiała zostać do końca, Ŝeby dopracować szczegóły jakiegoś nowego projektu,
który zleciła jej Theresa.
Theresa za to przez cały dzień przyjmowała kolejne bukiety wspaniałych kwiatów i drogich
prezentów.
To niewaŜne, powtarzała sobie. Jej nie były potrzebne ani kwiaty, ani prezenty. Jutro
będzie juŜ po wszystkim - skończy się ten idiotyczny dzień, a Ŝycie potoczy się dalej. Będzie
tak jak dotychczas. Czy było jej źle? Czy nie miała Megan?
Miała. I mimo to czuła się teraz samotna. Samotna nie do zniesienia.
Po co w ogóle tu przyjeŜdŜał? Po co opuszczał to swoje San Jose? Ech, BoŜe, BoŜe...
Musi wziąć się w garść. Przestać o nim myśleć. Teraz, natychmiast, w tej chwili.
Chlipnęła po raz ostatni, wytarła chusteczką nos i nacisnęła guzik windy, tak mocno, jakby
to był nos Christophera. Po chwili rozległ się cichy dzwonek i srebrne drzwi otworzyły się
bezszelestnie. T.J. zrobiła energiczny krok do przodu i jęknęła w tej samej chwili.
Kolejny bukiet. Kolejny dowód uwielbienia dla Theresy. Olbrzymi bukiet czerwonych róŜ,
tak wielki, Ŝe zasłaniał gońca, który go przytargał. Zza skropionych wodą kwiatów widać
było tylko jego jasnoniebieskie dŜinsy.
- Drugie drzwi od końca - T.J. poinstruowała machinalnie.
- Dzięki - usłyszała zza róŜ.
Wyminęli się z trudem, co nie było łatwe, zwaŜywszy na ilość róŜ, po czym ona znalazła się
wreszcie w windzie, zaś posłaniec na korytarzu.
Odetchnęła głęboko i nacisnęła guzik z napisem „parter”. Drzwi windy zamknęły się, a ona
ujrzała jeszcze, jak goniec usiłuje wystawić nos spoza róŜ, stawiać kroki i jednocześnie nie
przewrócić się wraz z wazonem.
Nie do wiary. Skąd Theresa zna tylu wolnych męŜczyzn?
T.J. stłumiła w sobie złość (a moŜe teŜ zazdrość?). Nie miała powodu, by złościć się na
Theresę. CóŜ ona biedna mogła poradzić na to, Ŝe męŜczyźni lgną do niej niczym pszczoły do
miodu. Pszczoły? JuŜ raczej niedźwiedzie. Łakome słodkości misie.
Na myśl o niedźwiedziach natychmiast stanął jej przed oczyma Christopher. Walentynkowe
miśki.
Nie, powiedziała w duchu. PrzecieŜ sobie obiecała. Nigdy więcej Christophera. Nigdy.
Nawet w myślach.
Zeszła na parking, wsiadła do samochodu i z furią zatrzasnęła drzwi. Irytowało ją, Ŝe w
Ŝ
aden sposób nie moŜe pozbyć się tego dręczącego przykrego uczucia: oto kolejne
walentynki, które spędza sama.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i jednocześnie włączyła radio.
- A teraz coś dla was, drodzy zakochani. Słodki Elvis zaśpiewa wam „Love Me Tender”.
Buziaka - oznajmił prezenter, kiedy wyjeŜdŜała na ulicę.
T.J. nie wyłączyła radia.
Całą drogę do domu przejechała niczym automat. Nawet pod przysięgą nie umiałaby
powiedzieć, jak dostała się pod swój adres. Kiedy wreszcie znalazła się na podjeździe,
otworzyła pilotem drzwi garaŜu.
MoŜe tym razem rzeczywiście skorzysta z rady Theresy. Najpierw połoŜy Megan do łóŜka,
a potem zanurzy się w aromatycznej, gorącej kąpieli. Tak, zrobi to. I będzie to wyjątkowo
gorąca i wyjątkowo aromatyczna kąpiel. Przy odrobinie szczęścia moŜe wyparują resztki
wspomnień o pewnym mieszkańcu San Jose, któremu zdarzyło się kiedyś odwiedzić Los
Angeles. I jej biuro. I dom. I serce...
Wyszła z samochodu i wtedy ujrzała coś, co ją zaintrygowało. Obeszła auto i
znieruchomiała ze zdumienia.
RóŜe!
Dziesiątki, setki róŜ!
W garaŜu i na schodkach prowadzących do domu leŜały świeŜe róŜowe pączki, układając
się w kolorową, róŜaną ścieŜkę. T.J. poszła ich śladem i odkryła, Ŝe ścieŜka prowadzi do
frontowych drzwi.
CzyŜby to Megan sprawiła jej taką niespodziankę? Ale przecieŜ w ogródku nie było róŜ, a
poza tym pąki rzeczywiście ułoŜono tak, Ŝe prowadziły z garaŜu do domu. Megan nie dałaby
rady zrobić tego wszystkiego.
Więc kto? MoŜe ktoś ma takie dziwne, perwersyjne poczucie humoru? Zrobił jej nadzieję,
by później wyśmiać. Theresa? Niewykluczone. Dlaczego bowiem nalegała, aby T.J. została
w biurze do piątej, choć zazwyczaj, jeśli kuzynka tylko napomknęła o wcześniejszym
wyjściu, to Theresa niemal siłą wypychała ją na ulicę.
OstroŜnie otworzyła drzwi. Wszystkie światła były wygaszone, chociaŜ nie powinny być o
tak wczesnej porze. Jedynie z pokoju gościnnego sączyła się wątła smuŜka. A moŜe to
napad?
T.J. przygryzła wargę. To zaczynało być naprawdę dziwne.
Zrobiła krok do przodu. Nikt jej nie witał.
- Cecilia? Megan? Wróciłam do domu. - Umilkła na chwilę. - Gdzie jesteście?
Cisza.
T.J. wystraszyła się. Z wraŜenia wypuściła z rąk torebkę, a kiedy pochyliła się, Ŝeby ją
podnieść, zobaczyła, Ŝe na podłodze teŜ jest pełno róŜ. I Ŝe teŜ tworzą ścieŜkę.
Czując przyśpieszone bicie serca, ruszyła tym śladem. Prowadził od pokoju gościnnego do
jadalni, gdzie urywał się nagle przy stole.
Ale ten stół wcale nie wyglądał jak jej stół. Nakryty był przepięknym, koronkowym
obrusem i przygotowany jak do romantycznej kolacji dla dwojga. Ową smuŜkę światła, którą
widziała wcześniej, rzucały dwie świece osadzone w wysokich świecznikach.
W powietrzu unosił się aromat jagód. Na samym środku stołu, pomiędzy świecami, leŜał
mały, biały niedźwiadek. Do jego łapek przywiązane było wstąŜką niewielkie pudełeczko.
Mimo woli uśmiechnęła się do siebie.
Zupełnie jak w reklamie. A więc to Ŝart. Głupi Ŝart.
T.J. ujęła się pod boki.
- W porządku, Thereso, to wcale nie jest zabawne! - zawołała podniesionym głosem. -
Chyba trochę przesadziłaś. Bawisz się moim kosztem? Wystarczy. - Rozejrzała się po pustym
wnętrzu. Nagle ogarnął ją niepokój. Czy aby na pewno zrobiła to Theresa? - No dobrze,
bardzo śmieszne. Cha, cha, cha... Słyszysz, jak się śmieję? Wychodź juŜ, no wychodź.
Zabawa skończona. MoŜesz iść do domu.
Jednak wciąŜ odpowiadała jej cisza.
- Dobra - krzyknęła. - Biorę do ręki miśka. Co mi powie, jak go nacisnę? „Dupa”? A moŜe:
„Czy wypełniłaś juŜ swój formularz podatkowy? Szczęśliwych walentynek Ŝyczy Urząd
Skarbowy”...
T.J. wzięła maskotkę i ścisnęła ją tak, jak robiła to kobieta w telewizyjnej reklamie.
- Włącz przycisk - usłyszała.
- Aha. Więc to bardziej skomplikowane. Tak to sobie wymyśliłaś. Dobrze się bawisz?
UwaŜaj, włączam.
Odwróciła misia i znalazła na jego plecach niewielki przełącznik. Po przestawieniu
dźwigienki usłyszała trzask, a następnie głos.
Męski głos.
Głos Christophera.
Upuściła misia na podłogę, ale ten nie przestał mówić.
- Wybacz mi. Byłem idiotą...
Szybko podniosła zabawkę, po czym rozejrzała się wokół.
- Christopher? - zawołała. Jej serce zaczęło walić jak oszalałe. CzyŜby tu był? CzyŜby
wrócił, Ŝeby się z nią zobaczyć? Dlaczego? Po co? PrzecieŜ...
- Tutaj.
Odwróciła się na pięcie.
Stał w drzwiach, tuŜ za nią. Jak to moŜliwe? PrzecieŜ jeszcze chwilę temu nie było go tam.
Ponownie upuściła misia i rzuciła się Christopherowi w ramiona.
On zaś poczuł się tak, jakby odzyskał przytomność po ataku serca. BoŜe drogi, nie sądził,
Ŝ
e znowu będzie taki szczęśliwy. Bał się, Ŝe juŜ na to za późno. Ale na szczęście zdąŜył. Tulił
ją w ramionach, a więc nie było za późno.
Opuścił głowę i pocałował ją z miłością. Znowu czuł, Ŝe Ŝyje. Naprawdę Ŝyje. Bez niej
tylko odmierzał czas, zaliczał kolejne dni. Nie wiedział o tym, dopóki nie pojawiła się w jego
Ŝ
yciu. A potem ponownie z niego zniknęła.
- Poczekaj... poczekaj chwilę - wydyszała mu do ucha T.J. Nie wypuszczając jego dłoni,
popchnęła go lekko do tyłu i spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu odpowiedzi. - Co się tu
dzieje?
- Dotrzymałem obietnicy i oto jestem na naszej walentynkowej randce.
- Na randce? Zdaje się, Ŝe byłeś zdecydowany opuścić mnie na zawsze. Co się takiego
wydarzyło?
- Miałem czas przemyśleć wszystko i odzyskać rozum. Nie robiłem nic innego, tylko
myślałem. O tobie. - Znów przytulił do siebie T.J. Nie chciał juŜ nigdy wypuszczać jej z
ramion. - Chciałem zapomnieć, ale wciąŜ byłaś przy mnie, w kaŜdym moim śnie, na kaŜdym
zebraniu, które bezskutecznie usiłowałem poprowadzić... Prześladowałaś mnie, czułem się
jak opętany. Wściekałem się na siebie, robiłem sobie wyrzuty, ale to było silniejsze ode
mnie. Ojciec zawsze Ŝądał, Ŝebym próbował stawić czoło temu, przed czym staram się uciec.
To była akurat rozsądna rada. No więc wróciłem.
- śeby stawić czoło, tak? - Czuła zawód. Myślała juŜ, Ŝe choć raz w swoim Ŝyciu w
walentynki usłyszy o miłości. - Więc to tylko przedstawienie?
- Nie, to nie przedstawienie. Wszystko przemyślałem.
Przerwał na moment, Ŝeby zastanowić się, czy moŜe jej o wszystkim opowiedzieć. Pewnie,
Ŝ
e moŜe, odpowiedział sobie od razu. PrzecieŜ nie powinno między nimi być więcej
sekretów.
Jednak jeśli jej powie, będzie wiedziała, Ŝe nie wierzył w jej historię, dopóki nie
potwierdziły jej fakty.
Mimo wszystko postanowił zaryzykować.
- Zadzwoniłem do szpitala.
- Do szpitala? Skinął głową.
- Niejaka Theresa Cohran została przyjęta na oddział w noc poprzedzającą mój przylot do
Los Angeles - wyrecytował.
- Dlaczego miałabym kłamać w tej akurat sprawie?
- Bo skłamałaś, Ŝe jesteś kimś, kim nie byłaś - odparł. No tak. Teraz wszystko zacznie się
od nowa.
- Mówiłam ci, miałam powody, Ŝeby tak postąpić - powiedziała znuŜona.
Christopher jednak nie chciał znowu się kłócić.
- Wiem, miałaś powody. Z waszego punktu widzenia byłem kimś, z kim trudno normalnie
się dogadać. - Uśmiechnął się na myśl o ich wspólnych, namiętnych nocach. - Ale, jeśli
pamiętasz, dogadaliśmy się znakomicie.
- Fakt, szybko znaleźliśmy wspólny język - ona teŜ uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Więc moŜe powinniśmy spróbować jeszcze raz? I to moŜliwie jak najprędzej -
zaproponował.
T.J. poczuła przyjemny dreszcz na plecach. Przełknęła ślinę. Podświadomie czuła, Ŝe
Christopher nie proponuje jej układu typu: „zróbmy to po raz ostatni, skoro oboje tak tego
chcemy, a potem - do widzenia”.
- Teraz? A co z Cecilią i Megan? - zapytała.
- Są u Theresy.
Hm, a więc przezornie zajął się wszystkim.
- Poprosiłem ją, Ŝeby przez jakiś czas zatrzymała je u siebie - dodał szybko i uśmiechnął się
do niej. - MoŜe nawet przez całą noc.
- Theresa? To ona wie o wszystkim?
- Tak. - Kiedy się z nią skontaktował, bardzo chętnie zgodziła się mu pomóc. To właśnie
ona zaproponowała, Ŝeby Megan i Cecilia przenocowały u niej.
- I nic mi nie powiedziała? - zdumiała się T.J. Theresa nie potrafiła dotrzymywać sekretów.
- Prosiłem ją, Ŝeby tego nie robiła, a ona obiecała, Ŝe nie zrobi. MoŜe znów bała się, Ŝe
zerwę umowę? Zresztą, teraz to bez znaczenia. Dostałaś moje kwiaty?
Roześmiała się.
- PrzecieŜ są rozrzucone po całym domu.
- Nie chodzi mi o te. Mam na myśli róŜe, które wysłałem do biura. Posłaniec miał je
przynieść, gdy będziesz wychodziła. Trzy tuziny najdłuŜszych róŜ.
T.J. przypomniała sobie olbrzymi bukiet, z którym minęła się w windzie, i jęknęła - z Ŝalu i
z radości. Te róŜe były dla niej! Pierwsze kwiaty, jakie dostała na walentynki!
- Posłałam je Theresie - przyznała skruszona.
- Nie chciałaś ich? Nie podobały się? - spytał zaniepokojony.
- Nie, to znaczy chciałam, ale nie wiedziałam, Ŝe są dla mnie. Byłam pewna, Ŝe wysłano je
Theresie. Przez cały dzień dostawała prezenty. - Bezradnie wzruszyła ramionami. - Przykro
mi.
- Nawet bardziej, niŜ moŜesz przypuszczać, dodała w myślach.
- Uznałam po prostu, Ŝe to któryś z jej wielbicieli. Christopher ucałował jej zasmucone
czoło.
- Wcale nie - szepnął. - To prezent od jednego z twoich wielbicieli.
- Od mojego jedynego wielbiciela - poprawiła go. - śadnej liczby mnogiej. A co, masz
zamiar nim zostać? Uśmiechnął się i popatrzył na nią z czułością.
- Oczywiście - odparł. Na wieki wieków, dopowiedział w duchu. Trzymał ją przy sobie,
patrzył w jej twarz i czuł się szczęśliwy. - Jakie masz plany na wieczór w Dniu
Zakochanych?
Roześmiała się.
- Jak to? Spędzam go tutaj, z tobą - odrzekła nieco zdezorientowana.
- Miałem na myśli walentynki 2010.
- Co takiego?
Christopher wypuścił ją z objęć. Podszedł do miejsca, w którym upuściła miśka, i podniósł
maskotkę.
- Nie wysłuchałaś całej informacji.
T.J. wzięła niedźwiadka na ręce.
- To on ma jeszcze coś do powiedzenia?
- Ma jeszcze coś do ofiarowania. - Wskazał pudełeczko w łapkach miśka, a wtedy T.J. ujęła
je w dłonie i zaczęła rozplątywać czerwoną wstąŜkę.
- Jak zdołałeś sprawić, Ŝeby mówił twoim głosem? - zapytała. Jej palce drŜały, miał
olbrzymią ochotę jej pomóc, schował jednak ręce do kieszeni.
- Poprosiłem specjalistów, Ŝeby w jego brzuchu umieścili miniaturowy magnetofon -
wyjaśnił. - Pomyślałem, Ŝe zwykłe „kocham cię” moŜe nie zadziałać.
W końcu udało jej się rozwiązać wstąŜkę. Posadziła misia na stole, wzięła głęboki oddech i
otworzyła pudełeczko.
BoŜe drogi, przecieŜ nie moŜe się teraz rozpłakać.
- To pierścionek - wyszeptała z niedowierzaniem.
- Wiem. Sam go wybrałem.
T.J. podniosła oczy na Christophera.
- Dla mnie?
Niedbale wzruszył ramionami. Za chwilę się przekona, czy po raz kolejny zrobił z siebie
durnia.
- Na miśka jest za duŜy.
- Ale... to pierścionek zaręczynowy. WciąŜ nie wyjęła go z pudełka. Dlaczego nie wyjęła?
Czy zamierzała mu go zwrócić?
- Mhm. Kiedy ludzie chcą się zaręczyć, zazwyczaj dają sobie takie właśnie pierścionki -
wyjaśnił rzeczowo. - To znaczy, męŜczyźni dają kobietom... Słyszałaś o tym, nie?
- BoŜe, teraz dopiero czuł się skończonym bałwanem. Czy musi tak mleć ozorem bez ładu i
składu? Wstrzymał oddech.
- To znaczy - postanowił iść na całość - przyjmij go, jeśli chcesz zaręczyć się z takim idiotą,
jak ja.
- Nie chcę. - T.J. popatrzyła na niego powaŜnie. - Chcę się zaręczyć z tobą.
Co za ulga! Natychmiast wyjął pierścionek z pudełka i wsunął go na palec T.J. Ponownie ją
przytulił.
A więc wszystko będzie dobrze? WciąŜ nie mógł w to uwierzyć.
- Wiesz, powinienem był zaufać swojej intuicji od razu, kiedy cię zobaczyłem - powiedział.
- To znaczy?
- To znaczy, Ŝe od razu wiedziałem, Ŝe jesteś kobietą, której szukałem przez całe Ŝycie.
Inteligentną, dowcipną, czułą. I bardzo całuśną. Od początku nie miałem szans. To
przeraŜające...
- Co jest przeraŜające?
- Potęga miłości. Szczęście. - Popatrzył jej prosto w oczy. - To, jak bardzo jesteśmy
bezbronni, kiedy ten cwany aniołek wyceluje nam strzałą w tyłek... to znaczy... w serce.
T.J. zarzuciła mu ramiona na szyję.
- Czy chcesz juŜ zawsze chodzić ze strzałą w... sercu?
- Będę uwielbiał to uczucie. - Delikatnie musnął jej wargi. - I ciebie.
- Dobrze wiedzieć. Nie mam ochoty na nieodwzajemnioną miłość.
Chciał to usłyszeć. Musiał to usłyszeć.
- Więc ty... Ty mnie kochasz?
- Jasne, Ŝe cię kocham. Wydaje ci się, Ŝe przyjęłabym takiego miśka od byle kogo?
- Pewnie, Ŝe nie. Znam cię przecieŜ. W takim razie... Szczęśliwych walentynek, kochana!
- Kochana... Powiedz to jeszcze, ale inaczej - szepnęła, kiedy zniŜał głowę, aby ją
pocałować.
- Co mam powiedzieć? - odchylił się.
- Moje imię. - Właściwie nigdy, z wyjątkiem jednego razu, nie nazwał jej po imieniu. -
Powiedz moje imię.
- Kochana T.J. - wyszeptał.
Do licha, nie wyglądała na T.J. Kobiety, które kazały nazywać się inicjałami, zazwyczaj
były chłodne, do bólu odpowiedzialne i zupełnie bez polotu. Nie były ciepłymi, kochającymi
kobietami, jak ona. Nie wiedziały, jak rozpływać się w ramionach ukochanego męŜczyzny.
- Wiesz, chyba wolę jednak mówić do ciebie po prostu „kochanie”. PrzecieŜ cię kocham.
Kocham jak wariat. Szczęśliwych walentynek, kochanie...
Serce niemal bolało ją ze szczęścia. Ten straszny dzień zakończył się tak wspaniale.
Zakończył?
O, nie, to dopiero był początek szczęścia!
- Szczęśliwych walentynek - odpowiedziała i rzeczywiście były to wyjątkowo, hm,
szczęśliwe walentynki.
Pluszowy miś na stole mógłby mieć na ten temat niejedno do powiedzenia.