background image

Marie Ferrarella CZY TO TY, WALENTYNKO?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Chcę, żebyś była mną.
T.J. z osłupieniem spojrzała na leżącą na widełkach słuchawkę.
Telefon na biurku zadzwonił już trzeci raz, kiedy Theresa Jean Cohran zdała sobie wreszcie z tego sprawę.  

Zagłębiona w arkuszach kalkulacyjnych wyświetlanych na ekranie komputera, po omacku wyciągnęła rękę 
po   słuchawkę,   lecz   niechcący  nacisnęła   guzik   uruchamiający   tryb   głośnego   mówienia   i   wtedy   właśnie 
usłyszała te zdumiewające słowa.

- Słucham? - wymamrotała po chwili.
- Chcę... - po drugiej stronie ktoś najwyraźniej się zawahał. - To ty, T.J.? - W pełnym słońca gabinecie T.J.  

rozległ się głos jej kuzynki, Theresy Joan Cohran.

T.J. z niepokojem spojrzała na telefon. Dlaczego Theresa do niej dzwoni? Dlaczego po prostu nie wpadła 

bez pukania, jak to miała w zwyczaju?

Theresie chyba jeszcze nigdy nie przyszło do głowy, że mogłaby zapukać. Jako prezes C&C Advertising 

przywykła do tego, że może swobodnie wchodzić do wszystkich pomieszczeń znajdujących się na trzech  
piętrach należących do jej agencji - może z wyjątkiem męskiej toalety. Chociaż i to mogło z czasem ulec  
zmianie.

Nawet gdyby jednak Theresa nie była szefową stworzonej przez swego dziadka i rozwiniętej przez ojca 

czołowej na rynku agencji reklamowej, i tak nie cofnęłaby się przed wtargnięciem na teren kuzynki. Robiła  
to przecież od dzieciństwa i było to dla niej równie naturalne, co oddychanie.

Theresa Jean, podobnie jak kuzynka nazwana tak na cześć babki ze strony ojca, sięgnęła więc z rezygnacją  

po słuchawkę. Choć w pomieszczeniu nie brakowało światła - promienie słońca wpadały bowiem obficie  
przez dwa znajdujące się za nią okna - to zrobiło jej się nagle zimno i ponuro. Poczuła się, jak gdyby 
przeżywała deja vu.

Zbyt dobrze znała ton, którym posłużyła się teraz kuzynka. Theresa czegoś chciała. Przysługi. Maleńkiej, 

drobniutkiej przysługi. Dobrze znała te jej prośby!

Dwie „maleńkie przysługi” zawsze pociągały za sobą bynajmniej nie „maleńkie” konsekwencje, były jak 

ten drobny kamyk, który puszczony w dół po zboczu, pociąga za sobą lawinę i wraz z wielkimi głazami  
zagarnia wszystko, co stanęło na drodze. Kiedy obie były dziewczynkami, niektóre z tych przysług miały 
wprawdzie dość dziwaczny charakter, lecz ich spełnienie nie było aż tak trudne. Te ostatnie jednak stawały 
się znacznie mniej wygodne, dotyczyły bowiem głównie pracy - z reguły takiej czy innej sprawy, którą  
należało dyplomatycznie załatwić po przejściu przez firmę Huraganu Theresa (takim przezwiskiem ochrzcili  
szefową starsi pracownicy firmy).

Nawiasem mówiąc, T.J. podejrzewała, że Theresa domyśla się, jak nazywają ją podwładni - i uważa to za 

komplement!

Jeśli chodzi o wiek, dzieliło je dziewięć miesięcy.  T.J. była starsza, ale to Theresa zwracała na siebie  

większą uwagę. Jako młoda i urodziwa szefowa wielkiej agencji skupiała na sobie zainteresowanie mediów.  
W   kolorowych   magazynach   można   było   znaleźć   jej   zdjęcia   z   coraz   to   nowymi   i   coraz   bardziej 
interesującymi kawalerami, udzielała wywiadów, obdarzała uśmiechami fotoreporterów. W istocie jednak to 
T.J. była szarą eminencją firmy, to ona była owym mózgiem, siłą sprawczą, dzięki której mogli zawierać  
nowe kontrakty i odnawiać stare.

Taka   rola   bardzo   jej   zresztą   odpowiadała.   Wolała   pozostawać   w   cieniu,   by   robić   to,   co   uważała   za 

naprawdę   wartościowe   i   twórcze   -   obliczać,   planować,   podejmować   decyzje.   I   tak   T.J.   uwielbiała  
wykonywać   mrówczą   pracę   w   zaciszu   swego   gabinetu,   a   Theresa   zbierać   pochwały  w   blasku   fleszy  i 
jupiterów. Dobrze im się razem pracowało.

Teraz   T.J.   nacisnęła   dwa   przyciski   na   klawiaturze   komputera,   by   zachować   plik,   po   czym   usiadła 

wygodniej na krześle i odetchnęła głęboko. Miała przeczucie, że ta rozmowa potrwa dłużej niż chwilę.

-   Czemu   zawdzięczam   tę   przyjemność?   -   Zerknęła   na   zegarek.   Dochodziła   dziewiąta.   Ciekawe,   czy 

Theresa jest jeszcze w domu? Nie po raz pierwszy spóźniłaby się do pracy.

Po   drugiej   stronie   usłyszała   dramatyczne   westchnienie.   Nikt   inny   nie   umiał   wzdychać   równie 

dramatycznie, jak Theresa Joan Cohran. Wyglądało na to, że sprawa jest szczególnie poważna.

- Posłuchaj, T.J., potrzebuję twojej pomocy. T.J. odchyliła się na krześle.
- Chodzi o jakąś kampanię reklamową, jakiś pomysł, czy może o to, że... - zawiesiła głos, licząc na to, że  

kuzynka dopowie resztę.

- Chodzi o to, że chcę, żebyś była mną.

1

background image

T.J. uniosła brwi. Nie takiego dopowiedzenia się spodziewała.
- Ale... w jakim sensie?
Theresa zdawała się nie słyszeć. Ten zwyczaj opanowała do perfekcji - nie słyszała niczego, co nie miało  

związku z tym, co aktualnie zaprzątało jej myśli. Zachowywała się tak, jakby wszystkie jej pomysły, nawet 
najbardziej idiotyczne i zwariowane, powinny być dla każdego jasne.

- Doskonale się nadajesz, T. J.! Zobaczysz, wszystko się uda! Zgódź się od razu i będzie po sprawie.  

Zgadzasz się, prawda? To super, naprawdę super!

Hm, nie na darmo nazywają ją Huraganem Theresa, pomyślała T.J. W przeciwieństwie do kuzynki, ona  

lubiła   jednak   zastanowić   się   wcześniej   przed   podjęciem   każdej   decyzji,   a   przede   wszystkim   -   lubiła 
wiedzieć, o co chodzi.

- Chyba czegoś nie dosłyszałam, Thereso - odezwała się łagodnym tonem, niczym pielęgniarka do pacjenta  

w zakładzie dla psychicznie chorych. - Przed czwartym  kubkiem kawy trochę za wolno myślę.  Możesz 
dodać coś jeszcze?

Po drugiej stronie zapadła długa cisza, jak gdyby Theresa szukała właściwych słów. T.J. miała czas, by 

zastanowić się, o co też może chodzić tym razem. Czy może powinna w zastępstwie kuzynki poprowadzić 
jakieś superważne zebranie albo prezentację? Nie, znając Theresę aż za dobrze, domyślała się, że w grę  
wchodzi coś bardziej niekonwencjonalnego - jakiś pagórek, z którego koniecznie trzeba zjechać na nartach, 
albo mężczyzna, który dramatycznie potrzebuje jej towarzystwa w odludnym domku w górach. Tak czy  
inaczej Theresa zaczęła coś, co ona będzie musiała dokończyć. Oczyścić pole, pozałatwiać sprawy, wyjść na 
prostą.   Theresa   posiadała   bowiem  niezwykłą   zdolność   prowadzenia   interesów  i   jednocześnie   radosnego 
używania życia - oczywiście, bynajmniej nie w tym samym miejscu.

Cóż, taki już był wdzięk jej kochanej kuzyneczki. Theresa miała swoje wady, poza wszystkim była jednak 

wspaniała, piękna, czarująca i bogata, toteż wszyscy jej wybaczali; wszyscy łącznie z T.J., może z tą jedynie  
różnicą, że ów podziw i dobroduszność były wynikiem szczerej miłości i troski, jaką T.J. obdarzała Theresę.

Uśmiechnęła się do siebie. Dobre sobie! Gdyby Theresa dowiedziała się, że jej kuzynka poczuwa się do 

opieki nad nią, roześmiałaby się pewnie ze zdumieniem.

- No dobrze, powiedz wreszcie, dlaczego miałabym być tobą, skoro sama możesz udawać siebie o wiele 

lepiej? - zagadnęła T.J., by jak najszybciej poznać rozwiązanie tej zagadki.

- No właśnie. Problem w tym, że nie mogę. Jestem w szpitalu.
- W szpitalu! - wykrzyknęła T.J. - Thereso, nic ci nie jest? - Zaczęła machać bosą stopą w poszukiwaniu 

butów. Zupełnie jakby miała za chwilę pobiec do szpitala, by na własne oczy przekonać się, co się stało. -  
Który to szpital? Zaraz tam będę.

Jej   głowę   przebiegły   czarne   myśli.   Wypadek...   Za   szybko   prowadziła...   Theresa   zawsze   za   szybko 

prowadziła. Dlaczego nigdy nie posłuchała i...

- Nie, nie rób tego! - Kuzynka domyśliła się widocznie, że jeśli nie zaoponuje, T.J. pojawi się w szpitalnej  

sali w ciągu kilku minut. - Ze mną wszystko w porządku. Naprawdę. Niestety,  z samochodem gorzej -  
dodała ponuro. - Do kasacji. A to był taki piękny odcień niebieskiego...

T.J. przejechała dłonią po czole. Jeśli kuzynka  rozpacza nad utratą samochodu, to chyba  rzeczywiście 

jeszcze nie umiera. Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. Musiała się uspokoić. A nade  
wszystko zdobyć nieco więcej informacji.

- Miałaś wypadek?
- Ale to nie była moja wina - Theresa natychmiast zaczęła się usprawiedliwiać. - To tamten przejechał na  

czerwonym świetle.

- W porządku, wierzę. Jesteś pewna, że nic ci nie jest?
- Jasne, że jestem pewna. Tylko ci lekarze... Wiesz, jacy oni są. Zawsze robią trudności. - No tak, T.J.  

mogła sobie wyobrazić, jakie jest samopoczucie Theresy.  Nie nawykła do słuchania cudzych poleceń, a 
musiała pewnie poddać się serii badań, zanim nie orzeczone zostanie, że jest cała i zdrowa. - Chcą mnie  
zatrzymać na obserwacji. Niech ich... Dobrze chociaż, że jest wśród nich jeden taki, któremu z radością  
dałabym się przebadać, zwłaszcza po kolacji przy świecach...

T.J. odetchnęła z ulgą, słysząc te słowa. Była bardziej niż pewna, nawet bez badań, że jej kuzynka ma się 

dobrze.

- Thereso, zbaczasz z tematu - upomniała ją.
- Jak zwykle masz rację. Posłuchaj więc: krótko mówiąc, chodzi o to, żebyś była mną w towarzystwie  

Christophera MacAffee.

- Christophera MacAffee, tego od MacAffee Toys?
- Zgadza się.
Kopia   prezentacji   przygotowanej   dla   tego   właśnie   człowieka   znajdowała   się   na   niebieskiej   dyskietce 

2

background image

leżącej  na  biurku T.J.  Sporządziła  ją  ubiegłego  wieczoru.  Christopher  MacAffee  był  świeżo  wybranym 
prezesem MacAffee Toys. Przejął to stanowisko po niedomagającym ojcu. MacAffee Toys było zaś liczącą 
sobie 120 lat fabryką zabawek, która od dziesięcioleci przynosiła znaczne dochody.

Fakty te jednak w żaden sposób nie dawały odpowiedzi na kłębiące się w głowie T.J. pytania.
- Dalej nie wiem, o co ci chodzi - przyznała.
- Christopher MacAffee ma odwiedzić mnie dzisiejszego popołudnia, aby sfinalizować umowę. Ma kilka 

pytań odnośnie prezentacji. Wiesz, o co chodzi, pracowałaś przecież nad tą kampanią - przypomniała jej  
Theresa.

Było to zgodne z prawdą, T.J. odwaliła kawał solidnej roboty.
- No i?
- Przecież wiesz, jaki z niego sztywniak.
Prawdę   mówiąc,   T.J.   nie   miała   pojęcia,   czy   wspomniany   mężczyzna   jest   sztywniakiem,   czy   duszą  

towarzystwa. Kontaktowała się tylko z jego asystentem, i to wyłącznie przez telefon, a poza tym nie było w 
jej zwyczaju formułować prywatne oceny na temat swych klientów.

- Jest uparty, kompletnie niereformowalny - tłumaczyła tymczasem Theresa - twierdzi, że ma swoje zasady 

i nalega na spotkanie z prezesem, to znaczy ze mną.

T.J. ogarnęły dziwne przeczucia. Zaczynała rozumieć, czego pragnie jej kuzynka.
- Więc chcesz, żebym cię zastąpiła. I to całkowicie. Nie tylko cię reprezentowała, ale po prostu była tobą.  

Zamieniła się na ten czas w prezesa C&C Advertising, prowadziła negocjacje i podejmowała za ciebie  
decyzje.

- Musisz.
- Theresa, jedyne co muszę, to wychowywać Megan, płacić podatki i umrzeć.
Z irytacją zaczęła kreślić coś na leżącej na biurku kartce papieru. Nie miała najmniejszego zamiaru robić w  

konia prezesa wielkiej firmy, o której względy ubiegała się agencja.

-   T.J.,   wiem,   o   co   chodzi.   Nie   masz   w   ogóle   wiary   w   siebie.   Posłuchaj   mnie.   Jesteś   solidną   i 

odpowiedzialną osobą, więc jeśli powiesz mu, że ty to ja, nie ma powodów, żeby ci nie uwierzył. - Theresa 
umilkła na moment, po czym  dodała pośpiesznie: - Gdybyś  zrobiła coś z włosami, no wiesz, nie tylko 
przyczesała je jak zwykle palcami... no i może założyła coś odpowiedniego, dobrze by ci poszło, wiesz 
przecież... - Nie po raz pierwszy przebierałyby się za siebie, choć od ostatniego razu minęły lata. - Jesteśmy  
bardzo do siebie podobne, no, może ja mam tylko nieco bardziej subtelne rysy.

No tak. Ta ostatnia uwaga była w stylu Theresy. Nie to, żeby kuzynka miała coś złego na myśli, żeby 

chciała   zrobić   T.J.   przykrość...   Nie,   cały  urok  tej   przebojowej   dziewczyny   polegał   właśnie   na   tym,   że  
Theresa była zawsze do bólu szczera. Co w sercu - to na języku. W tym zresztą przypadku miała akurat 
rację:   jeszcze   w   dzieciństwie   były   niemal   identyczne,   dopiero   potem   Theresa   poświęciła   się   starannej 
pielęgnacji tego, czym tak hojnie obdarzyła ją natura, podczas gdy T.J. machnęła na to ręką i skoncentrowała 
się na studiach i spełnianiu marzeń i aspiracji swego tatusia.

Była jego ukochaną córeczką, a skoro tak, to próżność w ogóle nie wchodziła w rachubę. Shawn Cohran 

był tak skromny,  wielkoduszny i pobożny, że ktoś, kto nie znał go lepiej, mógłby go uznać za dewota.  
Rodzinną firmę opuścił stosunkowo szybko, po czym przekazał pałeczkę młodszemu bratu, a sam poświęcił 
się pracy społecznej. Pomagał ubogim, chorym, więc wiadomo - grosza z tego nie było. Od tej pory to matka  
T.J. utrzymywała rodzinę.

Tak zatem odpowiedzialność i ciężka praca były częścią życia T.J., odkąd tylko pamiętała. Beztroskie 

zabawy, flirty, ćwiczenie wdzięku i kokieterii - nie miała na to wszystko czasu. Podobnie jak na cierpliwe 
siedzenie przed lustrem i udoskonalanie tego, co i tak było doskonałe. Tym zajmowała się Theresa.

Ich życiowe  drogi były różne, choć splatały się ze sobą. Obie pracowały w tej samej  firmie. Theresa  

odziedziczyła ją po ojcu, podobnie jak tę rzadką umiejętność dobierania i zarządzania grupą znakomitych 
pracowników. T.J. natomiast (właśnie jeden z owych pracowników) trafiła tu po studiach na Harvardzie, 
które   zawdzięczała   ojcu   Theresy,   Philipowi,   który   wcześnie   dostrzegł   zdolności   T.J.   i   postanowił   je 
rozwijać. Wbrew protestom szwagierki i bratanicy wysłał dziewczynę na tę drogą uczelnię, gdyż rodzice T.J. 
nie byliby w stanie pokryć kosztów nauki.

To, że po zrobieniu dyplomu T.J. rozpoczęła pracę w rodzinnej firmie, było wyrazem wdzięczności wobec 

Philipa. Chciała okazać mu swą lojalność, no i nadal się rozwijać, bo praca w C&C Advertising dawała ku  
temu wspaniałe możliwości. Pracowała więc tu od siedmiu lat i uwielbiała swą pracę nie mniej  niż jej 
kuzynka. Ale teraz Theresa prosiła o coś, co znacznie wykraczało poza ustalone obowiązki. Poza tym T.J. 
miała niedobre przeczucia.

- Dam ci dobrą radę - oznajmiła. - Wolałabym, żebyś to ty udawała siebie. W końcu jesteś w tym o wiele 

lepsza. Masz doświadczenie...

3

background image

- O rany, dziewczyno. Ty nie doceniasz siebie! - upierała, się Theresa. - Pamiętasz liceum?
Po plecach T.J. przebiegł zimny dreszcz.
- Kiedy zdawałam za ciebie egzamin?
- No właśnie! Ocaliłaś mi wtedy skórę. Tylko dlatego, że ich nie przyłapano. Gdyby jednak tak się stało...
- Obie mogłyśmy z tego powodu położyć głowy pod topór - przypomniała Theresie.
To rzeczywiście było szaleństwo. Dzień przed terminem
Theresa przyszła do niej cała we łzach, oczywiście zupełnie nie przygotowana do egzaminu, który T.J.  

zdała miesiąc wcześniej. Gdyby Theresa go oblała, ściągnęłaby na siebie gniew ojca - a to byłoby gorsze niż 
apokalipsa. Cóż było robić? T.J. poszła na ten egzamin, udało jej się przechytrzyć całą komisję i na dodatek 
osiągnąć znakomity wynik. Szczęśliwy Philip Cohran nagrodził Theresę pięknym brylantem.

Był to pierwszy z serii brylantów, jakie miała jeszcze otrzymać.
Tym razem jednak istniało bardzo proste wyjście z sytuacji i T.J. zupełnie nie mogła zrozumieć, dlaczego 

Theresa o nim nie pomyślała.

- Posłuchaj, przecież nie zamierzasz robić z niego idioty, żeby pojechać sobie na narty - powiedziała. -  

Dlaczego po prostu nie powiedzieć mu  prawdy?  Powiemy,  że miałaś wypadek i że wbrew twojej woli  
zatrzymał cię w szpitalu pewien muskularny lekarz. Sądzę, że MacAffee to zrozumie. Możemy ustalić inny 
termin...

-   Nie   możemy   -   przerwała   jej   Theresa.   -   To   był   jedyny   termin,   jaki   pasował   nam   obojgu.   Jeśli   go  

zmienimy, on pójdzie do innej agencji, jestem pewna. Na przykład do Whitneya. - Był to ich największy 
konkurent na miejscowym rynku. - Stracimy takiego klienta! Przestań więc się krygować i zrób to jeszcze 
raz. MacAffee przyjeżdża tylko po to, żeby zerknąć na naszą firmę. Chce sobie wyrobić zdanie, rozumiesz? 
No a takiego nudnego faceta kobieta w twoim typie rajcuje z pewnością dużo bardziej niż ja.

Hm, znów ta szczerość.
T.J. spojrzała na nią kwaśno, a Theresa dodała szybko, jakby reflektując się, że mogła zranić kuzynkę:
- No wiesz, jesteś bardziej... serio.
- Chciałaś powiedzieć: sztywna - mruknęła, po czym poprawiła okulary i wbiła wzrok w komputer.
- To ty powiedziałaś, nie ja. Zapadła cisza.
- Nie. Wolałabym tego nie robić - stwierdziła wreszcie T.J.
Theresa ze zdumienia nie mogła wydobyć z siebie głosu przez dobre kilka sekund.
- Słucham? - wycedziła w końcu. - Dlaczego nie? Przecież to kwestia kilku godzin. Pokażesz mu dalszy  

ciąg tej kampanii, nad którą pracowałaś, pochodzicie trochę po biurze... Nie ma się czego bać. Naprawdę  
podobały mu się nasze propozycje.

„Nasze”! Dobre sobie! Za każdym razem padało owo „my”, choć przecież to ona sama, T.J., pracowała nad 

założeniami tej kampanii i to ona dostarczyła je do głównego biura MacAffee Toys w San Jose.

Westchnęła ciężko. Odwaliła kawał solidnej roboty. Głupio byłoby, gdyby poszła na mamę. A poza tym... 

czy naprawdę była tak naiwna, by wierzyć, że kiedykolwiek zdoła odmówić Theresie?

- Thereso, posłuchaj, ja...
- A więc załatwione. - Theresa usłyszała wahanie w głosie kuzynki i najwyraźniej uznała, że jej wątpliwość  

rozstrzygnąć  można  w jeden tylko  sposób. - Wiedziałam,  że  się  zgodzisz!  Dzięki! No dobra,  idę  teraz 
zobaczyć, czy uda mi się przekonać tego lekarza, aby umył mnie gąbką. Kapujesz, nie mogę się ruszać...

T.J. wzniosła oczy do nieba.
- Lekarze nie myją gąbką swoich pacjentów - wyjaśniła. - Od tego są pielęgniarki.
Śmiech po drugiej stronie słuchawki był głęboki, gardłowy i wyjątkowo zmysłowy.
- Zawsze musi być pierwszy raz. Okay. Zadzwoń do mnie później. Jestem w szpitalu Harrisa, pokój 312.  

Cześć. T.J. poczuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie.

- Zaraz! Czekaj! Kiedy on ma tu być?
To też było typowe. Nie dość, że Theresa podrzucała jej kukułcze jajo, to nie informowała o żadnych  

szczegółach, najwyraźniej przekonana, że T.J. i tak sobie poradzi.

- O jedenastej - rzuciła krótko kuzynka. - Przylatuje z San Jose liniami American Airways. Lot numer 17.  

Emmett wyjedzie po niego limuzyną. Byłoby dobrze, gdyby ś pojechała razem z nim.

- A jeszcze lepiej, gdybyś to ty pojechała zamiast mnie - odcięła się, lecz po drugiej stronie usłyszała już  

tylko urywany sygnał w słuchawce.

T.J. westchnęła. Jedenasta. Nie miała za dużo czasu. Mniej więcej minutę później do gabinetu weszła Heidi  

Wallace, asystentka Theresy. Na jej twarzy widniał pełen zrozumienia uśmiech. Powiesiła na oparciu krzesła 
czarne torbę na ubrania i powiedziała:

- Widzę, że nieźle się po tobie przejechała. T.J. zerknęła znacząco na nogi.
- A co, zostały ślady opon?

4

background image

- Jeszcze jak! - roześmiała się Heidi. T.J. niepewnie popatrzyła na asystentkę.
- Skąd wiedziałaś?
- Bo najpierw zadzwoniła do mnie. Emmett przyjedzie po ciebie o dziesiątej trzydzieści. Wygląda na to, że 

nawet nie liczyła się z możliwością odmowy.

Jasne, pomyślała T.J. Przecież nigdy dotąd jej nie odmówiłam.
- Wariatka. Mam nadzieję, że nie narobimy sobie kłopotów.
Opadła na krzesło i przyjrzała się swojemu odbiciu w szybie. Westchnęła głęboko i włożyła dłonie we  

włosy. Może rzeczywiście powinna je spiąć?

- Przecież się zgodziłaś. - Heidi wzruszyła ramionami. - Jeśli jednak masz zająć miejsce słynnej Theresy 

Cohran, powinnaś nieco zmodyfikować swój wygląd. - Skinęła głową w stronę torby. Wewnątrz znajdowała 
się jedna z garsonek szefowej oraz odpowiednio dobrane buty i torebka.

T.J. ominęła torbę wzrokiem. Nie musiała zgadywać, co znajdzie w środku. Z pewnością nie dżinsy i 

bawełnianą bluzę - jej ulubiony strój, który nie przeszkadzał Theresie, dopóki T.J. sumiennie wypełniała 
swoje obowiązki.

- Christopher MacAffee przyjeżdża tu po to, aby porozmawiać o interesach - odezwała się. - Nie sądzę, aby 

dbał o to, w co jestem ubrana. Ważne, żeby kampania się udała.

- Daj spokój. Wiesz przecież, co ona mi powiedziała. Mam cię przekonać, żebyś się przebrała. Proszę więc,  

wpraw mnie w dobry humor - i ją też. Szefowa C&C Advertising nie może wyglądać, jakby właśnie szła do 
pralni. - Podniosła torbę i położyła ją na biurku T.J.

T.J. nie odezwała się więcej. Wzięła ubrania i poszła do gabinetu Theresy, aby się przebrać.
Sama była ciekawa, jak bardzo źle jej pójdzie.

Emmett Mitchell, od trzydziestu lat szofer C&C Advertising, podniósł do góry dużą tablicę z nazwiskiem 

Christophera MacAffee i skierował ją w stronę tłumu pasażerów, którzy przylecieli lotem numer 17 z San  
Jose.

T.J. stała obok. Chwiała się na wysokich obcasach Theresy i przyglądała uważnie kolejnym wychodzącym  

podróżnym. Nigdy nie poznała Christophera MacAffee, wiedziała jednak, że jest wysoki, ma ciemne włosy i 
maniery godne hrabiego z epoki wiktoriańskiej.

W   drzwiach   pojawił   się   właśnie   jedenasty   już   chyba   wysoki   ciemnowłosy   mężczyzna.   Znów   pudło, 

pomyślała. Ten typ z pewnością przypadłby do gustu Theresie.

Mężczyzna   rozejrzał   się   wokół,   po   czym   skierował   kroki   w   ich   stronę.   T.   J.   poczuła,   że   jej   puls 

przyśpiesza. Tak, oczywiście, że idzie do nich!

Spokojnie, tylko spokojnie, próbowała się uspokoić. Wszyscy wychodzący z samolotu idą w ich stronę, bo 

stoją obok taśmociągu z bagażami.

T.J. zerknęła na stojącego obok szofera.
-   Widzisz   go   gdzieś,   Emmett?   -   zapytała.   Srebrnowłosy  mężczyzna,   który  woził   jeszcze   jej   dziadka, 

pokręcił powoli głową, i

- Chyba nie. - Niecierpliwym gestem podniósł wyżej tablicę. - Ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, 

kogo właściwie oczekujemy.

- No to jest nas dwoje - westchnęła. - Byłoby łatwiej, gdyby to jego ojciec nadal zarządzał firmą. Kiedyś 

widziałam jego fotografię w jakimś czasopiśmie - wysoki, szczupły, po sześćdziesiątce.

- O, to młody facet.
T.J. spojrzała na niego i z trudem ukryła uśmiech. W ciągu ostatnich piętnastu lat Emmett kilkakrotnie 

zmieniał   swój   wiek   w   danych   personalnych,   gdyż   bał   się   przymusowej   emerytury.   Nadal   zresztą 
systematycznie się odmładzał.

- Tak, zupełnie jak ty - zgodziła się i przeniosła spojrzenie na pasażerów z San Jose.
Przystojniak w garniturze od Armaniego znów szedł w ich kierunku. Podchwyciła jego spojrzenie i jej puls 

znowu przyspieszył. Czyżby to jednak on?

Uśmiechnął się do niej, pomachał dłonią i po chwili postawił obok T.J. swą walizkę.
- Mam wrażenie, że czeka pani na mnie - wskazał tablicę. Całe swoje życie! - miała ochotę wykrzyknąć,  

zdołała  się  jednak  powstrzymać.  To nie  może   być   on!  To  po  prostu  niemożliwe!   Taki  gość  reklamuje  
kosmetyki albo męską bieliznę, gra w filmach, pracuje w telewizji, ale z pewnością nie produkuje zabawek.

- Pan nie jest Christopherem MacAffee, tym od MacAffee Toys... Nie jest pan, prawda? - wyjąkała.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, a zimna poczekalnia lotniska zdała się nagle T.J. rajskim ogrodem.
- A niby dlaczego nie? - zapytał.
- Nie mam pojęcia.
Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.

5

background image

- Miło mi to słyszeć, ponieważ właśnie nim jestem. - Wyciągnął rękę. - Christopher MacAffee.
Przez chwilę patrzyła na niego wzrokiem, w którym przerażenie mieszało się z uwielbieniem, po czym  

wyciągnęła swoją. Uścisk dłoni Christophera był ciepły i stanowczy. T.J. poczuła dziwny skurcz w żołądku.

- A ja jestem...
- Theresą Cohran, prawda? - zakończył za nią MacAffee. - Wszędzie bym panią rozpoznał, choć muszę  

przyznać, że wygląda pani jeszcze lepiej niż na zdjęciach.

- Nie bez powodu - wymruczał do siebie Emmett, kiedy opuszczał tablicę.
T.J. zgromiła go wzrokiem. Skoro już rozpoczęli tę ryzykowną grę, nie wolno wzbudzać najmniejszych  

podejrzeń. Wiedziała, że Emmett nie najlepiej myśli o całej tej maskaradzie, lecz przecież zdobycie takiego  
klienta było ważniejsze niż obiekcje starego szofera.

- Dziękuję, panie MacAffee - powiedziała T.J. pewnym głosem. - Proszę iść za mną.
- Z ogromną przyjemnością. - Christopher nieznacznie pochylił głowę i nadstawił ramię. - Christopher, 

bardzo proszę. Niech mi pani mówi po imieniu.

- Z ogromną przyjemnością - odparła. O Boże, czy ona z nim flirtuje? Zachowuje się zupełnie jak Theresa. 

To pewnie z powodu tego stroju.

Roześmiał się głębokim, gardłowym śmiechem.
- Mieli rację - powiedział, wyciągając z kieszeni chusteczkę i ocierając nią czoło. - Rzeczywiście nie jesteś  

typową bizneswoman.

- Nie znasz mnie jeszcze - odparła i zaprezentowała seksowny, w swoim mniemaniu, uśmiech.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dłoń spoczywająca na poręczy schodów była gorąca i wilgotna i Christopher doskonale zdawał sobie z  

tego sprawę. Podobnie jak z faktu, że wszystko wiruje mu przed oczyma, a w głowie pulsuje narastający ból. 
Nie chciał poddać się słabości, która ogarnęła go już podczas lotu, a teraz zdawała się powracać. Po prostu 
nie miał czasu na chorobę.

Usiłował się skoncentrować i przypomnieć  sobie powód, dla którego znalazł się na tym  zatłoczonym,  

dusznym   lotnisku,   wciąż   jednak  czuł   się   fatalnie.   Miał   wrażenie,   że   jego  umysł   spowity  jest   mgłą.   W  
połowie drogi do wyjścia zatrzymał się gwałtownie i popatrzył na kobietę obok.

- Co się stało? - T.J. zwróciła na niego swe niebieskie oczy. Zastanawiała się, czy tylko jej się wydaje, czy 

też Christopher MacAffee rzeczywiście jest nieco blady.

- Zapomniałem. Przywiozłem ze sobą jeszcze jedną walizkę. Pewnie już jest na taśmociągu. - Tylko gdzie  

jest taśmociąg, pomyślał. Czuł się coraz bardziej zdezorientowany.

T.J. niechętnie wycofała się z nim do poczekalni. Wciąż trzymała go pod ramię, choć ogarniało ją coraz  

silniejsze wrażenie, że to ona go prowadzi i podtrzymuje.

-   Nie   miałam   pojęcia,   że   zostajesz   na   dłużej.   Do   diabła,   oczywiście   Theresa   znów   nie   raczyła 

poinformować jej o szczegółach. Ciekawe, jak długo zmuszona będzie bawić się w tę maskaradę.

Christopher zamrugał  powiekami, aby pozbyć  się mgły przed oczyma,  lecz te wciąż były załzawione. 

Nagle poczuł przeraźliwy ból w skroniach. Świetnie. Doskonały stan do prowadzenia interesów.

- Nie, nie zostaję. - Zrobił kilka kroków na sztywnych nogach, po czym usiadł na krześle koło taśmociągu, 

gdzie leżały bagaże z dwóch lotów, zaś ich właściciele tłumnie gromadzili się wokół urządzenia.

Wczoraj wyleciał z San Jose, aby spotkać się ze swoim ojcem. Starszy pan przechodził właśnie wyjątkowo  

intensywną grypę i podczas wizyty syna cierpiał na wysoką gorączkę. Christopher zaczynał właśnie nabierać 
nieprzyjemnej pewności, że ojciec obdarował go nie tylko dobrymi radami.

- Przywiozłem ze sobą kilka naszych najnowszych zabawek - odezwał się z bladym uśmiechem. - Dobrze 

by było, i gdyby osoba odpowiedzialna za projekt mogła się z nimi zapoznać, jeśli oczywiście podpiszemy 
umowę - dodał.

Hm, osoba odpowiedzialna za projekt. Przyznać się czy nie?
- To ja - T.J. pokiwała głową.
MacAffee zmarszczył brwi, co sprawiło mu więcej kłopotu, niż mógł przypuszczać.
- Ty? A więc jesteś bezpośrednio związana z tym projektem? - zapytał.
No tak. To była wpadka. Theresa nigdy osobiście nie zajmowała się projektami, ale on nie musiał o tym  

wiedzieć.

- Kiedy jakiś projekt rzeczywiście mnie interesuje... - zaczęła. - Właściwie to chyba nigdy nie wyrosłam z 

miłości do zabawek. To mi bardzo ułatwia zabawę z Megan.

- Megan? - zapytał odruchowo Christopher, zastanawiając się, czy jego bagaż nie został czasem zgubiony. 

Wszystkie walizki wyglądały bardzo podobnie, lecz żadna nie należała do niego. - Megan? - zapytał raz 

6

background image

jeszcze, gdy zorientował się, co może znaczyć zdanie, które usłyszał.

Imię  dziewczynki  sprawiło,  że  na  ustach T.J.  pojawił  się  uśmiech.   Jej  małżeństwo  było  jedną  wielką 

pomyłka, ale Megan okazała się wspaniałą nagrodą pocieszenia. Piętnaście kilo kłopotów, zwariowanych 
pomysłów, kłopotliwych pytań - no i radości.

- To moja córka - wyjaśniła z dumą.
- Masz córkę? - Christopher oderwał oczy od taśmociągu i popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Tak - odparła i wbiła wzrok w walizki. Zastanawiała się, czy przywiózł może ze sobą coś, co mogłoby  

spodobać się Megan. I dlaczego nie znalazł jeszcze swego bagażu.

Tymczasem Christopher pokręcił ze zdziwieniem głową. Zawsze lubił wiedzieć, z kim ma do czynienia, i 

wiedział   sporo   o   swych   partnerach.   A   jednak   w   żadnym   z   raportów   dotyczących   tej   kobiety  nie   było  
wzmianki o tym, że kiedykolwiek wyszła za mąż czy urodziła dziecko.

- Nie miałem pojęcia, że masz, córkę.
T.J. napotkała ostrzegawcze spojrzenie Emmetta. Zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko. Do diabła,  

musi natychmiast wziąć się w garść i być Theresa, a nie sobą. Theresa nie miała dzieci i nigdy nie wyszła za  
mąż.

Wbiła wzrok w taśmociąg, marząc o tym, by walizka zmaterializowała się jak najszybciej.
- Przepraszam, nie wyjaśniłam ci wszystkiego - odezwała się. - Kocham Megan tak bardzo, że czasem  

zapominam, że tak naprawdę nie jest moją córką. - Zamilkła i powiodła wzrokiem po twarzy obu mężczyzn.  
Wpatrywali się w nią z napięciem, Emmett dodatkowo z pewnym zaciekawieniem.

Z pewnością zastanawiał się, jak też T.J. wybrnie z tej niezręcznej sytuacji i co jeszcze wymyśli. - Megan 

to... to dwuletnia córeczka mojej kuzynki - dodała z czarującym uśmiechem. - T.J. wie, że mam bzika na 
punkcie małej, i pozwala mi wcielać się w jej mamę. Zabieram ją prawie na wszystkie weekendy.

Uff... Udało się? Chyba tak. Ludzie widzą to, co myślą, że widzą. A Christopher był przekonany, że ona 

jest Theresą. Musiała po prostu o tym pamiętać i nieustannie się pilnować, by nie palnąć jakiegoś głupstwa.

Znów się uśmiechnęła uwodzicielsko, tym samym uśmiechem, który tyle razy widziała na obliczu Theresy.
-   Czasem   naprawdę   czuję   się   tak,   jak  gdyby   była   moją   rodzoną   córką.   To  cudowny  dzieciak.   -   Pod  

wpływem nagłego impulsu dodała nagle: - A tak w ogóle to moja kuzynka wyjechała na narty.

- Na narty... - Christopher pokiwał głową. De czasu upłynęło od chwili, kiedy to on pozwolił sobie na  

wyjazd na narty? - Pewnie świetnie się bawi - powiedział.

Pokraczna jazda w kucki na dwóch cienkich deskach z pokrytego śniegiem wzgórza (a to właśnie wiązało 

się dla niej z hasłem „narty”) jakoś nie kojarzyła się T.J. z dobrą zabawą.

- Cóż, tak mówią - mruknęła. Christopher popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Tak mówią? - powtórzył. - Dziwne, chyba gdzieś czytałem, że jesteś zagorzałą miłośniczką nart.
No i masz, znowu! Kretynko, powiedziała sobie w duchu, musisz zapomnieć o sobie, o tym, co myślisz, co 

lubisz, a czego nie znosisz. Jesteś Theresą. Theresa uwielbia narty.

- Jestem - przytaknęła szybko i uśmiechnęła się promiennie. - Czasem tylko się przekomarzam.  Taka  

przekora...

Wyglądało na to, że Christopher kupił i to wyjaśnienie.
- Ty też jeździsz na nartach? - zapytała, aby przestać mówić o sobie (a właściwie o Theresie) i skierować 

rozmowę na bezpieczniejszy grunt.

- Taak... Jeździłem. - Na chwilę stanął mu przed oczyma pewien obraz z przeszłości - studia, ferie zimowe  

i  śnieg  tak  czysty,   że   aż   oślepiał.  -  Może  kiedyś  wyskoczymy  razem,   żeby pojeździć  sobie   w  Vail?  -  
zaproponował niespodziewanie.

Cóż to? Czyżby współczesny odpowiednik pytania: „Czy da się pani zaprosić na kolację?”.
- Może - przytaknęła i odwróciła oczy. Na taśmociągu pojawiła się właśnie duża, czarna walizka. T.J. 

miała nadzieję, że to ta, na którą czekają. - To twój bagaż?

-   Tak,   mój.   -   Sięgnął   po   walizkę,   lecz   w   tym   samym   momencie   przeszył   go   ostry   ból   w   żołądku. 

Znieruchomiał. Widząc jego wahanie, Emmett wyciągnął rękę po bagaż.

- Gładko poszło - nachylając się, mruknął do ucha T.J.
- Jak to miło, że ktoś tutaj dobrze się bawi - szepnęła.
- Fakt. Od lat nie miałem takiego ubawu.
Emmett rzeczywiście już kilka razy miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Lubił tę dziewczynę. Właściwie to 

wszyscy   w   C&C   Advertising   mieli   do   niej   słabość.   T.J.   nie   miała   w   sobie   ani   grama   pychy   czy 
pretensjonalności, Theresa natomiast - zawsze hołubiona, rozpieszczana i przyzwyczajana do wydawania  
rozkazów - zachowywała się, być  może nieświadomie, jak gdyby była stworzona z innej materii niż ci, 
którzy dla niej pracują. Między nią a pracownikami istniał wyraźny dystans, którego nie mieli w stosunku do 
T.J., choć przecież obie panie Cohran miały wspólnego dziadka.

7

background image

Tymczasem Christopher ruszył, aby odebrać walizkę od starszego pana. Szofer czy nie, nie było powodu, 

aby męczył się z jego bagażem.

Niestety, zawiodły go siły.
Pewnie dlatego, iż tego ranka nic nie jadł. Zazwyczaj nie był wybredny, pochłaniał wszystko, co wpadło 

mu w rękę. Tym razem jednak zrezygnował ze śniadania, zaś jedzenie w samolocie wydało mu się tak  
nieapetyczne, że na sam jego widok żołądek Christophera skręcił się i gwałtownie zaprotestował.

Zupełnie jak teraz.
T.J. spojrzała na niego z obawą. Był szary jak płótno. Jeszcze chwila i padnie u jej stóp nieprzytomny.
- Coś nie tak? - zapytała zaniepokojona.
Christopher pokręcił głową, choć w istocie w tej chwili wszystko było „nie tak”. Świat wokół zawirował 

nagle, a on osunął się i byłby upadł, gdyby T.J. w ostatniej chwili nie podtrzymała go ramieniem.

Z trudem przywołał na twarz coś w rodzaju przepraszającego uśmiechu.
- Nie jestem pewien... co się dzieje - wyszeptał. Po jego pięknym czole spłynęła kropelka potu.
- Emmett! - zawołała T.J. - Pomocy!
Przełożywszy walizę do drugiej ręki, szofer zatrzymał się i obejrzał. Widząc słaniającego się na nogach 

mężczyznę,   który   mógłby   przecież   ujeżdżać   dzikie   konie,   i   drobną,   kruchą   T.J.,   która   próbowała   go 
podtrzymać, natychmiast postawił bagaż i podbiegł w ich stronę.

- Co się stało?
- Nie  wiem.  -  Christopher  czuł  się  jak głupiec.  Było   mu  najzwyczajniej  w świecie  wstyd.   - Wata  w 

kolanach... Nagle zabrakło mi sił...

Zerknął na T.J., która wciąż go podtrzymywała. Przy innej okazji byłby zachwycony tak bliskim kontaktem 

z tak piękną kobietą. Nawet teraz delikatny zapach jej włosów przyprawiał go o zawrót głowy, co tylko  
utrudniało koncentrację. Ponownie spróbował się uśmiechnąć, lecz nie był pewien, czy mu się to udało.

- To pewnie z powodu tak miłego towarzystwa - powiedział i uśmiechnął się niczym Don Juan; w każdym  

razie   spróbował   tak   właśnie   się   uśmiechnąć,   choć   nie   opuszczało   go   niemiłe   wrażenie,   że   jeśli   tej  
dziewczynie szybciej bije serce, to prędzej ze strachu niż z podziwu dla jego osoby.

- Jasne, zawsze tak działam na mężczyzn - odparła T.J. Była w tym przesada, ale też i źdźbło prawdy.  

Ostatnim razem, kiedy ktoś powiedział, że przez nią zmiękły mu kolana, miał miejsce wtedy, gdy kopnęła  
tego kogoś w nogę. Zdarzyło się to tuż po jej ósmych urodzinach.

Dotknęła czoła Christophera. Było wilgotne i gorące.
- Jesteś cały rozpalony - stwierdziła coraz bardziej zaniepokojona jego stanem.
- Nie da się ukryć - wymamrotał i w tym samym momencie niepokój T.J. ulotnił się.
Oto konkretny uczciwy problem do rozwiązania. On jest chory, ona musi mu pomóc - jasne i proste. O  

wiele prostsze niż udawanie kogoś, kim się nie jest.

- Emmett, pomóż mi zapakować go do limuzyny - odezwała się stanowczo. Teraz była wreszcie w swoim 

żywiole. Z takimi sytuacjami wyjątkowymi umiała sobie radzić. - Chwileczkę - zatrzymała przechodzącego 
obok tragarza - proszę pomóc mi zanieść walizkę tego pana do samochodu. Mężczyzna posłusznie wziął  
bagaż   i   ruszył   za   nimi.   Kilka   minut   później   T.J.   zdołała   usadowić   Christophera   na   tylnym   siedzeniu 
samochodu, dała tragarzowi napiwek, po czym ponownie skupiła uwagę na swym podopiecznym, którego 
stan pogarszał się z minuty na minutę. Zanim jeszcze Emmett zapuścił silnik, szybko rozwiązała krawat pod 
szyją  Christophera i rozpięła guziki jego koszuli. Był  cały mokry od potu i - czego nie omieszkała nie 
zauważyć - miał zdumiewająco muskularny tors.

Christopher był ledwie świadomy dotykających go kobiecych palców. Coś jednak czuł, bowiem w pewnym 

momencie nakrył dłonią jej rękę i rozprostował palce T.J., mówiąc:

- Ależ panno Cohran, co pani robi, przecież dopiero się poznaliśmy...
- Żeby poluzować panu ten cholerny krawat - wystarczy. Jest pan chory, panie MacAffee.
A to ci odkrycie, pomyślał, a głośno powiedział:
- Piękna, a na dodatek spostrzegawcza i inteligentna. Czy można chcieć więcej?
- O, tak - mruknęła T.J. pod nosem. Emmett obejrzał się przez ramię. Wyjeżdżali właśnie na główną drogę  

i chciał wiedzieć, w jakim kierunku pojadą.

- Dokąd? - zapytał krótko.
T.J. nie usłyszała go. Myślała właśnie o tym, że Christopher MacAffee ma chyba najpiękniejsze rzęsy pod  

słońcem. Za takie rzęsy niejedna dałaby się poćwiartować.

- Pytałem: dokąd? - Emmett chrząkną! znacząco.
- Co... co takiego? - T.J. zarumieniła się gwałtownie.
- Dokąd mam jechać? - Ruchem głowy wskazał Christophera. - Chyba nie zamierzasz zawieźć go do biura  

w takim stanie? Nie przeżyje tego, biedactwo.

8

background image

- Fakt. - T.J. przygryzła wargę. Pochyliła się nad cierpiącym, poklepała go po obu policzkach, po czym 

spytała: - Chcesz jechać do szpitala?

Christopher otworzył  oczy.  Widział teraz nad sobą dwie Theresy i nie miał pojęcia, która z nich jest  

prawdziwa. Ostatecznie wybrał tę po lewej i do niej skierował swe słowa.

- Nie, tylko nie szpital... Na to samo choruje mój staruszek - wydusił z siebie. - Przejdzie... za dwadzieścia  

cztery godziny - dodał i zwalił głowę na ramię dziewczyny.

- Wyjątkowo punktualny wirus - mruknęła. - Cóż, wygląda na to, że powinniśmy znaleźć ci jakiś hotel. 

Kwalifikujesz się do łóżka.

- Życzę szczęścia - parsknął Emmett.
- Co masz na myśli? - zaatakowała go. Nie miała nastroju na takie słowne gierki
- Nie słyszałaś? Mamy w mieście kongres komputerowców. Tak wielki, że podzielili go na dwie części.  

Jedna w Centrum Kongresowym Anaheim, druga w Los Angeles. Całe miasto zalały hordy komputerowych  
debili ze wszystkich stanów i założę się, że w żadnym hotelu nie znajdziesz ani jednego miejsca.

- Super - parsknęła.
Spojrzała bezradnie na ofiarę dwudziestoczterogodzinnej grypy. Christopher wyglądał na nieprzytomnego. 

Leżał z zamkniętymi  oczami z głupkowatym uśmiechem na twarzy i dyszał ciężko z twarzą wtuloną w 
rękaw jej kostiumu.

Westchnęła ciężko. W zasadzie nie miała wyboru. Nie mogła przecież upchnąć go w jakimś hotelowym  

apartamencie, nawet gdyby taki znalazła, a potem spokojnie wrócić do domu. Ten człowiek był chory. Nie  
wolno było zostawić go samemu sobie.

- Zawieź go do mnie - zażądała.
Emmett uniósł wysoko brwi i popatrzył na nią podejrzliwie.
- Jesteś pewna? - zapytał.
- Tak. Jestem pewna - odparła z rezygnacją.

- Nie, dajcie spokój... Przecież sam mogę chodzić - zaprotestował Christopher, kiedy Emmnett objął go z  

jednej strony, a T.J. podtrzymywała z drugiej. - Nie... - wy stękał raz jeszcze i zawisł na nich bezwładnie,  
ogarnięty kolejnym atakiem nagłej słabości. Złapali go w ostatniej chwili.

- Może jutro - obiecała T.J. - Jutro pójdziesz sobie, gdzie tylko zechcesz.
Nawet będę na to nalegała, dodała w myślach.
- Miła z ciebie podpórka - usłyszała w odpowiedzi.
- Dziękuję, przytoczę te słowa w moim raporcie.
Popatrzył na nią z wysiłkiem. Czyżby znowu coś źle usłyszał? Nic dziwnego, skoro tak strasznie kręciło 

mu się w głowie.

- Czy szefowa firmy musi pisać raporty? Dla kogo? - zapytał.
- Czasem piszę je... z przyzwyczajenia. To dobra szkoła samodyscypliny.
- Dobry po... pomysł. Będę o tym pamiętał - wymamrotał Christopher.
Podniósł głowę i zmrużył oczy, starając się skupić spojrzenie na jednopiętrowym budynku, przed którym 

stanęli. Zastanawiał się, czy jest on realny, czy to tylko iluzja, tak jak dwie Theresy w limuzynie.

- Tu mieszkasz?  Nie tego oczekiwałem - powiedział. T.J.  pomyślała  o należącej do Theresy wielkiej  

dwupiętrowej rezydencji w Beverly Hills, która była równie przytulna, co muzeum. Czy Christopher widział 
gdzieś jej zdjęcie? Jasne, że mógł je widzieć. Zdaje się, że w zeszłym roku Theresa wpuściła tam ekipę  
telewizyjną.

- Tutaj. Lubię bezpretensjonalne domy - odparła sucho, mając nadzieję, że to zakończy dyskusję.
Jeżeli nawet Christopher zamierzał zrobić jakąś uwagę, to tego nie uczynił, nagle bowiem znów opadł z sił. 

Ujrzał jeszcze tylko,  jak kamienny trotuar skacze do góry i zaczyna  pędzić w jego kierunku, po czym  
instynktownie zamknął oczy i pochłonęły go ciemności.

T.J. widziała to troszkę inaczej. Omal nie runęła na ziemię, kiedy dziewięćdziesiąt kilogramów należących 

do Christophera MacAffee pociągnęło ją za sobą.

- Emmett! - zawołała przerażona.
- Mam! Mam go... - odkrzyknął dzielnie staruszek, choć jego kolana uginały się pod ciężarem właściciela  

MacAffee Toys. - Chyba zażądam za to podwyżki.

- Poprę twój wniosek - wysapała i niecierpliwie nacisnęła dzwonek domofonu. Miała nadzieję, że Cecilia  

nie zabrała Megan na popołudniowy spacer i że jest teraz w domu. - No już, Cecilio, otwieraj te drzwi -  
mruknęła, zła na Christophera, siebie i cały świat.

Chwilę   potem   gospodyni   otworzyła   drzwi,   a   jeszcze   chwilę   później   stanęła   na   progu   mieszkania, 

wychodząc   im   na   powitanie.   Niepokój   w   jej   oczach   ustąpił   najpierw   miejsca   zdumieniu,   następnie 

9

background image

rozbawieniu.

Olbrzymia, licząca sobie prawie dwa metry wzrostu kobieta uśmiechnęła się do T.J.
- Przywlokłaś sobie chłopa do domu - stwierdziła bez ogródek.
- Nie podniecaj się tak, Cecilio. Nie możemy go zatrzymać na zawsze. To tylko pożyczka od Theresy.
Ciemnoszare oczy zlustrowały uważnie ciało mężczyzny. Uśmiech Cecilii rozszerzył się.
- Doprawdy, podoba mi się gust tej damy. Tylko że coś on taki dziwnie blady. Co mu jest?
- Rozchorował się - wysapała T.J. Pot spływał jej po plecach. - Tędy, Emmett. Położymy go w moim  

pokoju.

- Wskażę drogę - podpowiedziała usłużnie Cecilia. T.J. i Emmett ponownie szarpnęli bezwładne ciało 

Christophera, gdy z pokoju obok wybiegła do nich mała dziewczynka. Loki w kolorze miodu przydawały 
dziecku wygląd cherubinka, lecz w oczach małej czaił się łobuzerski ognik. Megan z głośnym okrzykiem 
rzuciła się w stronę matki.

- Mama! Co mi przyniosłaś?
T.J.  natychmiast  oprzytomniała.  Dzisiaj  nie  mogły  pobawić  się  w „Łapaj  latającą  córkę”.  Ryzyko,   że 

Megan złapie tego cholernego wirusa, który zaatakował Christophera, było zbyt duże. i

- Cecilio, weź szybko Megan do pokoju gościnnego - zadysponowała. - Nie chcę, żeby się zaraziła.
Cecilia złapała małą za ubranko i pociągnęła w swoją stronę. Przytrzymanie wijącego się dzieciaka było 

nie lada wyczynem, w końcu jednak Cecilia zdołała przycisnąć Megan do biodra i wynieść w bezpieczne 
miejsce.

- Wcale ci się nie dziwię - rzuciła jeszcze przez ramię. - Też bym chciała zostać z takim sam na sam. T.J.  

nie była w nastroju do żartów.

- On jest chory, Cecilio, poważnie chory - wyjaśniła surowym tonem. - Poza tym to nasz klient. Bardzo  

ważny.

Cecilia jeszcze raz obrzuciła mężczyznę pełnym aprobaty spojrzeniem.
- W takim razie interes kwitnie - stwierdziła.
No nie! Ta kobieta była niemożliwa! Gorsza nawet niż matka T.J., przywiązana do form tradycjonalistka. 

Odkąd Cecilia została zatrudniona do pomocy przy Megan, myślała tylko o jednym: jak tu wyswatać swą 
chlebodawczynię. Tyle że T.J. nie miała najmniejszej ochoty na swaty. Chciała poświęcić się pracy, a wolny 
czas spędzać z Megan. To i tak aż za dużo szczęścia.

- Jedno trzeba na pewno mu przyznać: jest duży - zauważył Emmett, gdy ułożyli wreszcie ciężkiego jak  

kłoda Christophera na jej łóżku.

- Ciesz się, że sypialnia jest na parterze - odparła.
- No i co teraz z nim zrobisz?
Wzruszyła ramionami i przejechała palcami po potarganych włosach. Ten mężczyzna wyglądał zupełnie 

nie na miejscu - tu, w jej sypialni, na jej własnym łóżku.

Jak ziszczone marzenie? Nie. Byłoby tak, gdyby miała tego rodzaju marzenia. Ale nie miała. Małżeństwo z 

Peterem skutecznie ją z nich wyleczyło.

- Chyba go rozbiorę - odparła.
- Och, proszę, ja to zrobię! - zawołała Cecilia, która nieoczekiwanie pojawiła się na progu.
Tym razem T.J. musiała się uśmiechnąć.
- Nie, Cecilio. Umówmy się, że ty rozbierzesz następnego chorego faceta, którego tu przywlokę - obiecała. 

- Poza tym wystarczy, że jedna z nas narazi się na śmierć w męczarniach z powodu tego zabójczego wirusa.

Sięgnęła po marynarkę Christophera i zamarła. Wirus czy nie, pomysł z rozbieraniem wydał się jej nagle  

zbyt śmiały.

-  Ty  to  zrób.  -  Spojrzała  na   Emmetta.   -  Ty  go rozbierz,   a  ja   w  tym  czasie   pójdę   do sklepu  po sok  

pomarańczowy i aspirynę.

- Zamierzasz przepuścić taką okazję? - zapytała Cecilia z niedowierzaniem.
Cóż, ta kobieta z pewnością nie była uosobieniem skromności.
- Cecilio, mówiłam ci, że to klient. - T.J. zaczynała się niecierpliwić. - Co mi przypomina o jednym - nie  

nazywaj mnie przy nim T.J. Nigdy w życiu, jasne?

- Dlaczego? - zdumiała się Cecilia. - A niby jak mam cię nazywać?
- Theresa. Po prostu Theresa. To w końcu moje imię, prawda?
T.J.  ściągnęła  brwi.  Rzeczywiście  kiedy ś nazywano  ją  Theresa,  ale  bardzo  krótko -  do  dnia  urodzin 

kuzynki,   którą   Philip   Cohran,   wiedziony   jakąś   przedziwną   potrzebą   rywalizacji,   nazwał   identycznym 
imieniem. Od tej pory ona była T.J., a Theresa, córka Philipa, Theresa.

Cecilia podejrzliwie zmrużyła oczy.
- Myślałam, że nie znosisz, kiedy się tak do ciebie zwracam - powiedziała.

10

background image

T.J. wzruszyła ramionami
- No tak, ale on... - kiwnęła głową w stronę sypialni - on nie wie, że ja to ja.
Cecilia nie była pewna, czy właściwie rozumie słowa swojej pani. W tej chwili przyglądała się jednak, jak 

Emmett wyłuskuje Christophera z koszuli, odsłaniając jego doskonale umięśniony tors.

- To jak to w końcu jest? Zemdlał ci na ramieniu i nie wie, jak się nazywasz? - wróciła do przerwanego  

wątku. T.J. nie bardzo miała ochotę powtarzać jej całą historię.

- To dość skomplikowane - mruknęła. - Po prostu Theresa planowała się z nim spotkać, ale miała wypadek. 

Wszystko   w   porządku   -   uprzedziła   pytanie   -   poza   tym,   że   lekarze   chcą   ją   zatrzymać   w   szpitalu   na 
obserwacji. Ten facet jest prezesem MacAffee Toys. Chciał się osobiście widzieć z szefem, to znaczy z  
szefową. Czyli Theresa.

- Która jest w szpitalu - dodała Cecilia.
- Widzę, że zaczynasz rozumieć.
- Raczej zaczyna boleć mnie głowa - poskarżyła się gospodyni.
- Kiedy wrócę, weźmiesz sobie aspirynę.
- I ja też - wy stękał Emmett. - Potrzebna mi pomoc - dodał i spojrzał na nie żałośnie.
Cecilii nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
- Już, skarbie...
- Zaczekaj - T.J. położyła dłoń na ramieniu kobiety. - Chyba powinnaś bardziej uważać. To groźny wirus. 

Chodzi o Megan, pamiętasz?

Na szerokich ustach Cecilii pojawił się pobłażliwy uśmiech.
- Ja mam się bać jakiegoś przeziębionka? - I zwracając się do Emmetta, machnęła dłonią w kierunku  

sypialni. - Bądź moim gościem, skarbie.

T.J. opuściła bezradnie ręce.
Zapłacisz mi za to, Thereso! Zobaczysz!

ROZDZIAŁ TRZECI

Christopher MacAffee nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej stracił kontrolę nad sytuacją. Całe życie 

go tego uczono - że powinien kontrolować swoje uczucia, otoczenie, dosłownie wszystko. Jego ojciec był  
gorącym zwolennikiem surowej dyscypliny i skutecznie zaszczepił ją swemu dziecku; tym skuteczniej, że  
wychowywało się ono bez matki, która po rozwodzie opuściła ich dawno temu.

Przez   ten   czas   przez   ich   dom   przewinęły   się   zastępy   poważnych   niań,   które   przez   lata   wpajały 

Christopherowi, że człowiek, który nie panuje nad otoczeniem, przegrywa.

Jednak teraz, gdy Christopher otworzył oczy, wiedział aż za dobrze, że oto właśnie przestał panować nad  

sytuacją: nie wiedział, gdzie się znajduje i - co gorsza - gdzie się podziały jego spodnie.

Wsunął   ostrożnie   dłoń   pod   atłasowe   prześcieradło.   Nic.   Jego   nagość   okrywało   zaledwie   coś,   co 

przypominało damską koszulę nocną.

Natychmiast otrzeźwiał i rozejrzał się wokół siebie. Pokój. Sypialnia. Całkiem mu obca. Z pewnością nie  

był tu wcześniej, choć to akurat nie musiało dziwić, zważywszy, że wiele podróżował.

W pomieszczeniu, w którym się znalazł, znać było kobiecą rękę. W oknie wisiały pastelowe zasłonki z  

falbankami, zaś łóżko pokrywała miękka śnieżnobiała narzuta. Ogólnie - elegancko, ładnie i schludnie. Na 
podstawie powyższych obserwacji Christopher uznał, że znalazł się zapewne w pokoju hotelowym.

Nagle z pomieszczenia obok dobiegł go dziecięcy śmiech.
Hotel? Był raczej w czyimś domu.
Tylko w czyim?
Skupił się, by zebrać myśli. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, było to, że opierał się o czyjeś ramię.
Tak! Tej Cohran! Czyżby to zatem był  jej dom? Powoli wracały mu fragmenty wspomnień. Skromny  

jednopiętrowy dom. Długi spacer od drzwi do... No właśnie - dokąd?

Zacisnął dłonie na materacu i dźwignął się, by wstać. W tej samej chwili poczuł wściekły ból w czaszce i, 

zaskoczony, wydał z siebie głuchy jęk, po czym opadł z powrotem na posłanie.

Niemal natychmiast otworzyły się drzwi i do środka wsunęła głowę jakaś kobieta. Zaraz, zaraz... Czy to nie 

ta sama, którą spotkał na lotnisku?

Tak. Cohran. Theresa, poprawił się niemal  natychmiast. Przeszli przecież na „ty”,  to akurat pamiętał.  

Uśmiechnął się do niej z trudem, jednak to nie poprawiło jej humoru. Była wyraźnie zmartwiona i przejęta.

Tymczasem T.J. zastanawiała się, czy stan jej gościa czasem się nie pogorszył. Był blady, co na pierwszy  

rzut oka nie było aż tak widoczne z uwagi na jego ciemną karnację i ogólnie zdrowy wygląd. Zdradzały go 
jednak mętne, pełne bólu oczy i pot lśniący na smagłej twarzy.

11

background image

Może powinna jednak zawieźć go do szpitala? Przecież nadal nie było za późno. Był Emmett, który został i 

czekał na dyspozycje od pięciu już godzin, podczas których Christopher spał snem nieprzytomnego.

T.J. postawiła na stoliczku nocnym tacę z sokiem.
- Jak się czujesz? - zapytała.
Dennie, pomyślał, ale nie zamierzał jej tego mówić.
- Gdzie są moje spodnie? - zapytał tylko. W jego głosie słychać było niezadowolenie. Pomyślała, że może  

nie jest aż taki chory, jak jej się wydawało. Skoro ma siłę, by się gniewać...

- Tam. - Kiwnęła głową w stronę pełnej luster garderoby. - Pomyślałam, że bez nich będzie ci wygodniej.
- Tak, gdy będę brał prysznic - mruknął ponuro. Ciekawe, czy sama go rozebrała, czy też ktoś jej w tym  

pomógł.

- Jak sobie chcesz. - Wzruszyła ramionami, po czym przyniosła spodnie i położyła je w nogach łóżka.
Uśmiechnęła się do niego. Szczerze mówiąc, walczyła z chęcią roześmiania się w głos. Christopher nie  

wyglądał specjalnie męsko w ciemnoniebieskiej, powiewnej koszuli nocnej ozdobionej koronkami.

-   Proszę.   Teraz   będziesz   mógł   wymknąć   się   stąd,   kiedy   tylko   zechcesz,   chociaż   na   twoim   miejscu 

poczekałabym   z   tym.   -   Podeszła   do   niego   i   położyła   mu   rękę   na   czole.   To   potwierdziło   tylko   jej  
przypuszczenia. - Ciągle jesteś bardzo gorący, ale w końcu minęło tylko kilka godzin, a nie dwadzieścia  
cztery.

Może jego oczy wciąż były zamglone z powodu gorączki, ale na widok ich intensywnej zieleni T.J. i tak 

poczuła niepokój. Szybko odwróciła wzrok w inną stronę. Podniosła dzbanek, nalała soku do szklanki i 
podała ją Christopherowi.

- Przyniosłam sok pomarańczowy - powiedziała. - Musisz pić teraz dużo płynów.
Jej dotyk był taki łagodny i delikatny. Christopher spojrzał w oczy tej kobiety i ze zdumieniem ujrzał w  

nich autentyczną troskę.

A jednak nie można wierzyć we wszystko, co piszą gazety, pomyślał. Theresę Cohran przedstawiano w  

nich   jako   rozrywkową   kobietkę   o   nieokiełznanym   temperamencie,   która   specjalizuje   się   raczej   w 
wywoływaniu gorączki niż w jej zbijaniu.

Może po prostu umiała i jedno, i drugie.
- Kilka godzin? - Dopiero teraz dotarły do niego jej słowa.
- Pięć - skinęła głową - przez cały czas spałeś.
- Mam przecież powrotny lot do... - zaczął słabo.
- Już się tym zajęłam - przerwała. Wcześniej przeszukała kieszenie jego marynarki w poszukiwaniu biletu. 

- Zmieniłam ci rezerwację na niedzielę. - Teraz był piątek. Dwa dni powinny wystarczyć, by doszedł do 
siebie. A jeśli nie, ponownie zmienią termin. - Zadzwoniłam też do twojego asystenta i opowiedziałam mu, 
co się stało.

Cóż, Christopher mógł tylko słuchać, kiwać głową i pozwalać, aby sprawy toczyły się własnym trybem.
- Działasz bardzo sprawnie - mruknął.
- Staram się. A teraz wypij ten sok.
- Czy to twój dom? - Wziął od niej szklankę. Przytaknęła. Nie miał wcale ochoty na sok pomarańczowy,  

ale skoro zadała sobie tyle trudu, żeby zdobyć go dla niego, posłusznie wypił do dna. Coś w jej postawie 
podpowiedziało mu, że gdyby odmówił, z pewnością starałaby się go do tego przekonać, a póki co wolał nie  
tracić czasu i sił na długie debaty.

-   Dlaczego   mnie   tu   przywiozłaś?   -   zapytał.   Wzruszyła   niedbale   ramieniem   i   odparła   nagłą   chęć,   by 

odgarnąć lok z jego czoła. Wystarczy tego dotykania.

- Bo byłeś chory - wyjaśniła. - Porzucenie cię w przydrożnym rowie byłoby mniej eleganckie, nie sądzisz?
Skrzywił się lekko. Dowcipna. Dowcipne osoby zazwyczaj niezmiernie go irytowały. Tym razem jednak 

uznał, że uwaga ta jest znośna, poza tym konsekwentnie starał się unikać okazji do sporów.

- Dlaczego nie odwiozłaś mnie do hotelu?
- W mieście odbywa się wielki kongres komputerowy. Sądzę, że pozajmowane są nawet mysie dziury -  

wyjaśniła. - Poza tym porzucanie chorego osobnika w hotelu też nie wydaje mi się szczytem elegancji.

- Jasne, dzięki. Wiesz jednak, że może to zaszkodzić naszym interesom - zauważył.
Z doświadczenia wiedział, że ludzie nie robią niczego bezinteresownie. Dałby głowę, że tak też było w tym 

wypadku. On był klientem, który dawał szansę na intratny kontrakt, a ona starała się go kupić. Ale żeby w 
ten sposób?

T.J. odgadła, o czym pomyślał, i westchnęła w duchu. Facet był cynikiem. Przykre, że ktoś tak młody i 

przystojny ma takie ponure wyobrażenie o świecie. Przecież naprawdę chciała mu pomóc. Czy to jednak jej 
sprawa? Jej zadaniem było przekonać go, że ma do czynienia z Theresą, oraz sprawić, aby zaakceptował i 
podpisał   umowę.   To   wszystko.   Nie   musi   się   martwić   o   zbawienie   jego   duszy,   tylko   o   podpis   pod  

12

background image

dokumentem.

- Wiem - zgodziła się. - I nie tylko to może im zaszkodzić - dodała z uśmiechem podpatrzonym u Theresy.  

Seksownym i na tyle tajemniczym, aby zaintrygować każdego mężczyznę. O to chodzi! Kuzynka byłaby z 
niej dumna.

- Nie tylko to? - Ciemne brwi Christophera zmarszczyły się nad doskonale wykrojonym nosem.
- Dostaję bzika, gdy widzę pulsujące męskie skronie - wyjaśniła ze słodkim westchnieniem. - A twój puls 

galopował jak diabli.

Ostrożnie wyjęła szklankę z jego ręki, nachyliła się ku niemu i pieszczotliwym ruchem dłoni wygładziła 

białą narzutę. Na chwilę zajrzała mu w oczy i przytrzymała twarz na wysokości jego twarzy. Niestety, tym  
razem to jej puls przyśpieszył.

- No dobrze, porozmawiamy sobie później. Teraz odpoczywaj - powiedziała. - Musisz nabrać sił. Taki 

kontrakt to nie bułka z masłem.

Christopher   nie   wiedział,  co  o tym   wszystkim  myśleć.   Nie  mógł   pozostać  obojętny  wobec  seksapilu,  

jawnie prowokacyjnego zachowania, które pasowało zresztą do reputacji Theresy Cohran - choć już nie do  
tego końskiego ogona, który kołysał się z tyłu jej głowy. Przez sekundę czuł nieodparte pragnienie, aby  
ściągnąć gumkę krępującą niesforne loki, które zapamiętał z powitania na lotnisku, i patrzeć, jak kaskada 
włosów spływa na jej ramiona.

- Właściwie to już czuję się na siłach - oznajmił. Akurat, pomyślała T.J. Wystarczyło na niego spojrzeć, by 

zrozumieć, że to kłamstwo. Popchnęła go z powrotem na poduszki.

- Dobra, dobra. Pozwól, że to ja uznam, kiedy będziesz do tego gotów, dobrze? Poleź jeszcze. Dlaczego nie 

skorzystasz z okazji i sobie nie odpoczniesz?

Traktowała go protekcjonalnie i pobłażliwie, zupełnie jak małego chłopca. Właściwie powinien się jej  

przeciwstawić, ale rzeczywiście był tak słaby i zmęczony, że zrezygnował. W końcu nie zawali się chyba  
żaden boski plan, jeśli spotkanie odsunie się o kilka godzin.

Westchnął  i  ułożył   się  wygodniej  na  poduszkach,  a  T.J.,  zrozumiawszy,  że  zwyciężyła,  z  uśmiechem 

odeszła od łóżka w stronę drzwi. Powiódł okiem po jej zgrabnej sylwetce. Cholera, nie miał dotąd pojęcia, że 
w zwykłych dżinsach można wyglądać tak pociągająco.

- Theresa! - zawołał za nią.
Theresa? No tak. Była Theresa. T.J. uśmiechnęła się szerzej i odwróciła przez ramię w jego stronę.
- Tak?
- Do kogo to należy? - zapytał, wskazując palcem na ciemnoniebieską koszulę nocną, w którą był ubrany. 

Rozmiar był z pewnością o wiele za duży na Theresę, skoro on mieścił się w nim z powodzeniem.

T.J. roześmiała się.
- To koszula Cecilii, mojej gospodyni.
Christopher   spojrzał   na   nią   podejrzliwie.   On   sam   mierzył   metr   dziewięćdziesiąt.   Ta   gospodyni   to 

widocznie niezły kawał baby.

- Rozumiem. Myślałem, że to może raczej własność dawnego ukochanego - skomentował.
- Chyba będzie lepiej, jeśli nie powiem jej, że tak myślałeś.
- Może masz rację. Dzięki.
Zasnął, zanim zdążyła zamknąć za sobą drzwi.

Obudził go czyjś śmiech. Wsączył się w jego sen niczym płynny, złocisty miód i wywołał w nim potrzebę 

natychmiastowego przyłączenia się do tej radości.

Dziecięcy śmiech.
A może jednak nie.
Christopher otworzył oczy i ostrożnie uniósł głowę. Co za ulga! Wreszcie, po raz pierwszy od tej nagłej  

zapaści na lotnisku, nie miał wrażenia, że za chwilę spadnie na niego sufit. Uśmiechnął się z zadowoleniem.  
Wciąż czuł się niezbyt pewnie, ale teraz mógł przynajmniej spokojnie pomyśleć.

Znowu   usłyszał   śmiech.   A   właściwie   chichot.   Dziewczęcy   chichot.   Czy   ta   Cohran   nie   wspominała  

przypadkiem, że siostrzenica spędza z nią każdy weekend?

Boże, znowu dziecko, pomyślał z przygnębieniem. Nie chodziło o to, że nie lubił dzieci - po prostu nie  

umiał sobie z nimi radzić. Nie świadczyło to o nim najlepiej, zwłaszcza że to przecież dzieciom, a właściwie 
ukochanej   przez   nich  laleczce   o  zawadiackiej   twarzy,   nazwanej   Moppsie,   która   ponad  sześćdziesiąt   lat  
wcześniej trafiła do sklepów w całej Ameryce, rodzina MacAffeech zawdzięczała fortunę i sławę.

Mimo  to Christopher nigdy nie czuł się dobrze w towarzystwie  dzieci. Nawet wówczas gdy sam był  

jeszcze jednym z nich. I nie minęło to z wiekiem.

Dochodzący zza ściany śmiech był  jednak na tyle intrygujący,  że ciekawość zwyciężyła  i Christopher 

13

background image

sięgnął po swoje spodnie, by się ubrać. Ale jak tu się ubrać, skoro nie miał zielonego pojęcia, gdzie też  
podziała się jego koszula ani gdzie mógłby jej szukać?

Mrucząc pod nosem jakieś złe słowa, zaczął wpychać poły koszuli nocnej w spodnie. A było co wpychać.  

Gdy  skończył,   zerknął   w  dół.   Wyglądał,   jakby  miał   zamiar   przemycić   w  spodniach  zapasowe   koło  do 
ciężarówki.  Wyciągnąć   koszulę  na  wierzch?  No  nie,  będzie  jeszcze  gorzej.  Zrezygnowany  podszedł  do 
drzwi, otworzył  je i czekał chwilę, nasłuchując uważnie. Znów rozległ się chichot, któremu tym  razem 
towarzyszył głęboki śmiech, należący zapewne do Theresy.

Albo do tej zwalistej gospodyni, która jąknie dorabia sobie w weekendy na meczach rugby.
Tak czy owak, zamierzał sprawdzić to osobiście. Ruszył  długim przedpokojem,  wiedziony dziecięcym 

śmiechem   niczym   dźwiękiem  czarodziejskiego  fletu.   Pomyślał   z   zadowoleniem,   że   można   by  stworzyć 
całkiem udaną reklamę opartą na takim właśnie koncepcie.

Jeszcze większą przyjemność sprawił widok, który niespodziewanie stanął przed jego oczyma.
Theresa zrezygnowała z końskiego ogona, l
Z włosami odgarniętymi za ucho klęczała na podłodze obok prześlicznej dziewczynki, która wyglądała jak 

jej miniaturka.

Chichoty i radosne okrzyki wypełniały cały pokój. Na podłodze leżały porozrzucane niedbale zabawki.  

Theresa naśladowała właśnie głos komicznego lwa, którego trzymała w dłoni. Lew prowadził dyskusję z 
okrągłym pingwinem w koronie na głowie.

Nagle   Christopher   zorientował   się,   że   bawią   się   przywiezionymi   przez   niego   zabawkami.   Złość 

spowodowana   tym,   że   grzebała   w   jego   rzeczach,   ustąpiła   miejsca   przyjemności   oglądania   sceny 
rozgrywającej się przed jego oczyma.

Pomyślał, że skoro to działa na niego, zrobi też wrażenie na innych. Czując się niczym widz reklamówki, 

oparł się o drzwi i z ukontentowaniem przyglądał obu paniom.

T.J., odwrócona plecami do drzwi, nie dostrzegła go jeszcze. Nie spodziewała się zresztą, że mógłby wstać  

o   własnych   siłach.   Przespał   całą   noc.   Kilka   razy   wchodziła   do   jego   pokoju,   aby   sprawdzić,   czy   ma  
temperaturę, i odchodziła, przekonawszy się, że wciąż dręczy go gorączka. Nad ranem przypomniała sobie o 
zabawkach, na które natknęła się, szukając bezskutecznie piżamy w walizce Christophera, i postanowiła 
zrobić z nich użytek.

Teraz zgrabnie ruszyła ręką, a trzymany przez nią lew wykonał dziki skok.
- O rety, jak ja bym chciał znaleźć jakąś małą dziewczynkę, która pobawiłaby się ze mną i pomogła mi  

mówić. Mówienie to taka ciężka sprawa. - Lew odwrócił się w kierunku pingwina. - Czy pan wie, gdzie 
znajdę taką małą dziewczynkę, panie Pingwinie?

- Królu Pingwinie - poprawił go ten ostatni i uniósł po królewsku głowę. Następnie podrapał się po czole i 

potrząsnął głową. Oba zwierzątka ustawiły się przodem do Megan.

- A może ty wiesz, gdzie znajdziemy taką małą dziewczynkę? - zapytał pingwin.
Oczy Megan zalśniły z przejęcia. Wskazała palcem na siebie.
- To ja! - krzyknęła. - Ja, ja, ja! Pingwin pokiwał głową tak mocno, że korona zsunęła mu się na oczy.
- Ty? Czy to ty jesteś tą dziewczynką?
Megan   roześmiała   się,   po   czym   zmarszczyła   brązowe   brewki.   Położyła   obie   dłonie   na   pingwinie   i 

powiedziała poważnym tonem:

- Tak. Ja jestem dziewczynką, która pomoże wam mówić. T.J. ustawiła zabawki tak, aby mogły wymienić 

spojrzenia. Zwierzątka podskoczyły do góry, jakby zdumione tą rewelacją.

- O rety! Ona naprawdę jest tą małą dziewczynką - oznajmił lew takim tonem, jakim sir Izaak Newton  

mógł obwieścić prawo powszechnego ciążenia. Królowi Pingwinowi

najwyraźniej odebrało mowę. Megan natomiast z radością klasnęła w rączki.
- Pobawisz się ze mną? - zapytał lew.
- Nie, nie z nim, ze mną! - zaprotestował gwałtownie pingwin. - Mnie weź najpierw.
Megan   roześmiała   się   w   głos   i   wyciągnęła   rączki   w   stronę   maskotek,   by   przygarnąć   je   do   siebie. 

Zwierzątka rzuciły się na nią, przewróciły ją na plecy i natychmiast znalazły się na niej, powodując nową 
falę chichotów.

Christopher patrzył na to wszystko w milczeniu. Pomyślał, że gdyby istniał jakiś sposób na uchwycenie tej 

chwili, utrwalenie jej, zamknięcie w butelce, mógłby zrobić na tym fortunę.

Zabutelkowane szczęście.
Naraz Megan wycelowała pulchny paluszek w stronę drzwi.
- Pan - powiedziała wyraźnie.
T.J. obejrzała się za siebie i na widok Christophera wstrzymała oddech. Z perspektywy podłogi zdawał się 

14

background image

jeszcze wyższy niż w rzeczywistości. Zawstydzona,  szybko  wstała i schowała dłonie w tylne  kieszenie 
spodni. Dlaczego, do licha, nie zamknęła drzwi przed zabawą z Megan?

- Przepraszam - powiedziała. - Przeszkodziłyśmy ci? Scena, która się przed chwilą rozegrała, była tak 

rozbrajająca, iż Christopher zapomniał o swoich kłopotach w porozumiewaniu się z dziećmi. Nie odrywając  
oczu od dziewczynki, zrobił krok w jej kierunku. Mała naprawdę wyglądała jak kopia swojej ciotki, albo  
raczej tak, jak Theresa zapewne wyglądała w dzieciństwie,

- Chodzi ci o to, czy mnie obudziłyście? Fakt, wstałem, żeby zobaczyć, co się dzieje - odparł. - Ale gdy 

widzę, że źródłem tej radości są zabawki, które ze sobą przywiozłem...

- No tak... Hm, ta walizka... - T.J. zaczerwieniła się niczym dziecko przyłapane na wyjadaniu konfitur. Za  

chwilę pewnie zrobi jej awanturę. Nie wyglądał na kogoś, kto chętnie powierzy zawartość swego bagażu po 
raz pierwszy napotkanej osobie. Postanowiła być szczera. - Przepraszam. Szukałam po prostu czegoś, co 
byłoby bardziej odpowiednie niż jedwabna koszula Cecilii.

Christopher milczał. T.J. przygryzła wargę i spojrzała na córkę. Wiedziała, że stąpa po niepewnym gruncie, 

ale zaryzykowała.

- Megan uważa, że twoje zabawki są wspaniałe - zaczęła.
- Widzę. - Dziewczynka tuliła właśnie do siebie obie maskotki. - Chciałabyś, żeby były twoje, Megan?
Nie miał pojęcia, co skłoniło go do zaoferowania jej tych prototypów. Zupełnie to do niego nie pasowało.
Tymczasem Megan popatrzyła na niego śmiało i bez śladu wahania potrząsnęła energicznie głową. W jej 

oczach pojawił się błysk radości, a Christopher już zastanawiał się, czy uda mu się wykorzystać tę małą w  
którejś z reklam.

- W takim razie są twoje - powiedział.
T.J. popatrzyła na niego ze zdumieniem, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie miała zbyt wiele czasu na 

to,   aby,   dowiedzieć   się   wszystkiego   o  prezesie   MacAffee   Toys,   ale   Heidi   w  kilku  słowach  opisała   jej 
charakter tego człowieka. Z jej informacji wynikało, że był bardzo surowy, zasadniczy i skoncentrowany  
wyłącznie na interesach. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci i podobno niezbyt za nimi przepadał.

Może jednak ludzie się mylili.
T.J. położyła dłoń na jego ramieniu.
- To bardzo miło z twojej strony.
Christopher   spojrzał   w  jej   pełne   wdzięczności   oczy.   Było   w  nich  coś,   co  kazało  mu   się   natychmiast  

wycofać, przywrócić bezpieczny dystans. Przybrał więc surową minę, która chyba całkowicie go odmieniła, 
bo Theresa uciekła nagle wzrokiem w bok, najwyraźniej spłoszona.

- Drobiazg. Ich produkcja nie kosztuje tak wiele. Poza tym sądzę, że i tak chciałabyś je zatrzymać, jeżeli 

oczywiście nasza umowa dojdzie do skutku.

Jeżeli umowa dojdzie do skutku... No cóż, słowa te wystarczyły, by przestała myśleć z tkliwością o dobrym 

i hojnym panu MacAffee.

- Tak - odpowiedziała chłodno. - Rzeczywiście będziemy chcieli je zatrzymać. - Spojrzała na Megan, która 

tuliła   do   piersi   Króla   Pingwina.   Uśmiechnęła   się.   Dobry   uczynek,   to   dobry   uczynek,   niezależnie   od 
okoliczności i intencji, pomyślała i natychmiast dodała: - Mimo wszystko dziękuję, że pozwoliłeś Megan je 
przetestować.

- Ty to zrobiłaś, zanim zdążyłem się zgodzić. Och, tak. Oto twardy typ, który nigdy nie przyzna się do  

własnych   uczuć.   Znała   takich.   Nieuleczalnie   chorzy   i   całkowicie   niereformowalni.   Bali   się   ciepłych  
uśmiechów i czułych gestów, przekonani, że one zdradzą ich słabość. Christopher był taki sam - chciał, żeby 
przed jej oczami stał twardziel o nieskruszonym sercu, chory i słaby, ale groźny i samodzielny, zupełnie jak  
rozdrażniony ranny niedźwiedź, który na prawo i lewo rozdaje razy. Fakt, widziała w nim niedźwiedzia, ale 
był to niedźwiedź, dość przystojny, w koszuli nocnej Cecilii.

Nie mogła więc powstrzymać uśmiechu.
- Nie wiesz, jak przyjąć słowa wdzięczności, co? - zapytała. - Komplementy cię krępują...
- Czy tego nie zrobiłem? - przerwał jej.
Objęła go ramieniem, aby poprowadzić do łóżka.
- Jakoś nie zauważyłam. Może to z powodu grypy.  - Dotknęła jego czoła. - Poczekaj... Dziwne, jesteś 

zimny jak mrożona ryba.

- Czy to opinia na temat stanu zdrowia, czy może kolejny komplement?
- A co? Masz ochotę na jeszcze jeden? Poczekaj, najpierw musisz na niego zasłużyć.
Świetnie! Theresa z całą pewnością mogła coś takiego powiedzieć. Flirtowała przy każdej nadarzającej się 

okazji. Do licha, może rzeczywiście ona, T.J., nie jest w tym wcale taka zła?

-   Mówiono   mi,   że   nie   zabijesz   komplementów   -   Christopher   podjął   tę   grę   aluzji.   -   Szczególnie  

mężczyznom.

15

background image

- Owszem - odparła. - Ty też masz szansę. Ale jeszcze nie teraz. Musisz wrócić do łóżka. Zrobię ci rosół z  

kury. Chyba powinieneś coś zjeść.

Christopher wciąż się trząsł, więc łóżko wydało mu się w tej chwili niezwykle zachęcającym miejscem.  

Dopiero kiedy się w nim znalazł, dotarło do niego, co powiedziała Theresa, i spojrzał na nią osłupiały.

- Rosół z kury? Żartujesz, prawda? - zapytał. - Czy ja jestem w domu szefowej C&C Advertising, czy u 

baba pod pierzyną? T.J. uśmiechnęła się dwuznacznie.

- Nigdy nie żartuję, kiedy wpuszczam mężczyznę do swojej sypialni - odpowiedziała.
- I jest szansa, że w tym rosole znajdzie się kawałek kurczaka? - spytał ostrożnie.
- Oczywiście - obiecała i wyniknęła się na zewnątrz.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kiedy   pochyliła   się,   żeby   zabrać   tacę,   otoczył   go   ten   niezwykły   zapach,   który   spowijał   jej   włosy.  

Christopher miał ogromną ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć tych ciemnych loków, żeby sprawdzić, czy są 
tak miękkie, jak to sobie wyobrażał.

Zamiast tego zacisnął dłonie na prześcieradle.
- Cudowna... - westchnął z błogim wyrazem twarzy. - Zupa, oczywiście - dodał, gdy spojrzała na niego 

pytająco.

Rzeczywiście zupa była  wspaniała, podobnie jak towarzystwo Theresy,  która siedziała cały czas obok 

niego, gdy jadł, i opowiadała mu o rozmaitych sprawach; przeważnie błahostkach, które jednak w jej ustach  
stawały się nieoczekiwanie ważne. Naprawdę czuł się jak u babci pod pierzyną, jak u mamy na kolanach i  
jak na randce z narzeczoną jednocześnie; z narzeczoną, u mamy, u babci, których nigdy tak naprawdę nie  
miał. Cholera, jeszcze chwila, a pobeczy się jak sześciolatek. Co ta kobieta ma w sobie, że czuje się przy niej 
jak nigdy wcześniej?

Przez   głowę   T.J.   przebiegały   podobne   myśli.   Ten   mężczyzna   irytował   ją   nieco,   lecz   dużo   bardziej 

intrygował, przyciągał, no i wzbudzał w niej ten instynkt opieki, który, jak dotąd sądziła, była w stanie  
wyzwolić w niej tylko Megan. A mimo to nie mogła być z nim szczera. Kto by pomyślał, że ta maskarada  
będzie tak męcząca? I to z takiego powodu!

- Dziękuję za opiekę - powiedział.
- Staram się, jak mogę - odparła lekkim tonem i spojrzała mu w oczy.
Boże! Te ciemne, zielone oczy były skuteczniejsze niż klej Super Glue. Christopher wprost nie mógł  

oderwać od nich wzroku. Co jest? Może to ten wirus? Ale przecież już nie miał gorączki.

„Staram się, jak mogę...” Jasne, że się stara! Taki kontrakt, tyle kasy. Coś jednak - wątpił, czy to jego 

wrodzony talent do interesów, bo to nie miało nic wspólnego z interesami - podpowiadało mu, że Theresa  
mówiła szczerze. Że naprawdę troszczy się o niego, jak umie najlepiej, i to wcale nie dlatego, że on jest jej  
potencjalnym klientem.

Postanowił to sprawdzić.
- Wierzę, że mówisz szczerze - powiedział i obserwował ją uważnie, starając się odgadnąć jej prawdziwe 

intencje.

- A dlaczego nie miałabym mówić szczerze? - zapytała. Wzruszył ramionami, aż poruszyły się falbanki 

niebieskiej koszuli.

- Bo jestem dla ciebie obcy - odparł.
T.J. postawiła tacę na biurku i uśmiechnęła się do niego.
- Nieprawda. Jesteśmy potencjalnymi partnerami. Wiemy sporo o sobie, o swoich firmach. Twoi ludzie 

wiele razy rozmawiali z moim personelem. U progu dwudziestego pierwszego wieku związane ze sobą firmy 
można w zasadzie traktować jak rodzinę - zażartowała.

- Może. - Nie chciał, aby odchodziła. Zastanawiał się, cc powinien powiedzieć, aby zatrzymać ją jeszcze  

choć przez chwilę. - Jesteś zupełnie inna, niż oczekiwałem - wyznał  wreszcie i sam się zdziwił, że to 
powiedział.

- Tak? - Theresa wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że powinna uciec od tego tematu. Taka rozmowa 

mogłaby ją zdemaskować. Mimo to ciekawość zwyciężyła. - A czego oczekiwałeś?

Christopher pomyślał o artykule z magazynu „People”, który wręczył mu jego asystent tuż przed wejściem 

na pokład samolotu. Tekst, zatytułowany „Rozumna piękność”, poświęcony był, ma się rozumieć, Theresie 
Cohran. Przeczytał go, lecz nie dowiedział się zbyt wiele na temat tego, jaka Theresa jest naprawdę. Ot,  
kilka plotek, opinii, nic nie znaczących faktów. No i zdjęcia - te były chyba najciekawsze.

Niewiele myśląc, ujął teraz jej dłoń i splótł palce Theresy ze swoimi.
- Spodziewałem się kogoś mniej troskliwego - odparł.

16

background image

- Kogoś, kto nie ma pojęcia o gotowaniu. Ani o wychowywaniu dzieci.
- Zawsze do usług - oto moja dewiza. Delikatnie uwolniła dłoń z jego uścisku.
- Przyznaj się, byłaś skautem.
- Nie, skautką. - Kiedy uśmiechnęła się, w jej policzkach pokazały się urocze dołeczki. - Co ty sobie  

myślisz, nawet w Beverly Hills jest drużyna skautek.

Rzeczywiście, T.J. bawiła się w harcerstwo, w przeciwieństwie do Theresy, która uważała wyjazdy pod 

namiot, podchody i sprzedaż ciasteczek na cele dobroczynne za zajęcia poniżej swojej godności.

- Ano właśnie - ocknął się Christopher. - Czy jesteśmy właśnie w Beverly Hills? - zapytał. Dopiero teraz 

zdał sobie sprawę, że wciąż nie wie, gdzie go przywieziono.

- Hm, tam jest nasza agencja, a my znajdujemy się teraz niedaleko agencji - odpowiedziała i odwróciła  

wzrok. Czy mu się tylko zdawało, czy też ta odpowiedź brzmiała wymijająco? Uznał, że jest chyba nieco 
zbyt podejrzliwy i że może za bardzo przyzwyczaił się już do czytania między wierszami. Cóż, rzadko kiedy 
sprawy przedstawiały się jednak tak, jak inni je przedstawiali.

- Czy mogę służyć ci czymś jeszcze? - zapytała go Theresa.
Tak, sobą - miał ochotę odpowiedzieć. Cholera, ta Cohran rzeczywiście zalazła mu za skórę. Przez chwilę 

obawiał się nawet, że rzeczywiście tak powiedział, ale wyraz jej twarzy nie zmienił się, więc zapewne nic się 
nie stało.

Na razie. Bo jeśli nie stłumi w sobie tych uczuć, tych myśli, to źle skończy. Nie przybył tu przecież, by 

flirtować z tą kobietą, nawet jeśli jest piękna jak rajski ogród. Przyjechał, by zapoznać się z warunkami  
umowy - i albo się wycofać, albo podpisać ją, otwierając tym samym drogę do ścisłej współpracy.

Musiał   jednak   przyznać   przed   samym   sobą,   że   słowo   „ścisła   współpraca”   nabrało   dla   niego   nowych  

znaczeń.

- Czy mogę ci jeszcze jakoś pomóc? - zapytała znowu. Otrząsnął się.
- Chyba... tak - odparł. W pokoju nie było nawet telewizora. Nie miał nic do roboty poza gapieniem się w 

sufit. - Dostaję świra - wyznał szczerze. Był przyzwyczajony do działania, nie do leżenia w bezruchu.

- Bo zdrowiejesz - uśmiechnęła się do jego słów i własnych myśli. Zdecydowała się niemal natychmiast.  

Gdyby   zastanowiła   się   trochę   dłużej,   mogłaby   dojść   do   wniosku,   że   to   nie   najlepszy  pomyśl.   -   Może 
przenieść cię na sofę? - zaproponowała.

Słucham?
Możesz przyjść do nas, do pokoju gościnnego, i obejrzeć z nami kreskówki - wyjaśniła. Widziała, że nie 

był przesadnie uszczęśliwiony tą propozycją, ale skoro miała z nim spędzać czas, wolała skupić uwagę na  
czymś   innym   niż   jego  oczy.   Najlepiej   na   Megan.   -   Mam  na   wideo  ponad  dwadzieścia   cztery  godziny 
kreskówek, jeśli te w telewizji nie przypadną ci do gustu.

Co jest, u licha? Nawet jako dziecko nigdy nie oglądał nadawanych sobotnim rankiem kreskówek. Jego 

nianie  nie  pochwalały tej  „bezmyślnej  rozrywki”.   A  teraz  pomyślał  właśnie,  że  to  mogłoby być   nawet  
interesujące.

Kreskówki! Interesujące! O, zgrozo...
Coś jednak nie pasowało do tego obrazka.
- Trzymasz kasety z kreskówkami dla kogoś, kto z tobą nie mieszka?
Dossier,   które   otrzymał,   musiało   być   niekompletne.   Nie   było   tam   w   każdym   razie   nic   o   tym,   że   ta 

podziwiana przez wielki świat dama, stała bywalczyni przyjęć po obu stronach Atlantyku, ogląda kreskówki  
i nagrywa je dla swojej siostrzenicy. Że gotuje rosół z kury i tarza się po podłodze z rozbawioną dwulatką. A 
przecież widział to wszystko na własne oczy.

Widocznie jednak ta dama była niewiastą pełną niespodzianek. Wyjątkowo przyjemnych niespodzianek.
- Może to faktycznie dziwne.... - zaczęła tłumaczyć - ale Megan spędza tu bardzo dużo czasu. Rozumiesz, 

wciąż wysyłam T. J. w delegacje, więc muszę jej jakoś pomagać. Zwłaszcza że jest świetna w tym, co robi. -  
T.J. przełknęła nerwowo ślinę. Czy to coś złego, że powie kilka miłych słów na swój temat? Przecież nie 
kłamie. - To ona przygotowała kampanię dla MacAffee Toys - dodała.

-   Rozumiem   to   wszystko   -   pokiwał   głową   -   choć   muszę   przyznać,   że   wciąż   jestem   pod   wrażeniem.  

Chciałbym kiedyś poznać tę dziewczynę.

T.J. poczuła znajomy skurcz w żołądku.
-   Poznać?   Mówisz   o   T.J.?   Myślałam...   że   to   jednorazowa   wizyta.   Przyjeżdżasz,   żeby  sprawdzić,   czy 

oddziały są gotowe do bitwy, a potem...

- Tak właśnie zazwyczaj działam - przerwał jej. Dziwne, czyżby w jej głosie słychać było jakiś niepokój? 

To przecież profesjonalistka. - Nie jest to jednak jakaś fundamentalna zasada - dokończył. - Skoro, jak  
powiedziałaś, mamy szansę stać się niemal rodziną...

- Jasne, oczywiście.  - T.J.  znów przełknęła ślinę.  Sprawy się komplikowały;  tym  bardziej że  zamiast  

17

background image

przerazić się perspektywą ponownej wizyty Christophera MacAffee, ucieszyła się, słysząc jej zapowiedź. 
Czy ona całkiem zwariowała?! - Tak jak ci mówiłam, T.J. nie ma chwilowo w mieście - zaczęła tłumaczyć. -  
Jestem jednak pewna, że byłaby bardzo zadowolona, gdyby się dowiedziała, że chcesz ją poznać. - Zerknęła  
na trzymaną w rękach tacę. - To co? Może teraz posprzątam i przygotuję pokój gościnny?

- A czy nie powinniśmy raczej... - zaczął.
- Wziąć się do roboty? Bądź cierpliwy. Znów padniesz mi jak długi pod nogi. Obiecuję, że przez cały czas  

będę myślała o zawartości twojej walizki. A jeśli się znudzisz i wrócisz do sypialni, nikt nie będzie miał ci za 
złe.

Z tymi słowami opuściła pokój.
No i tyle  na temat  wolności wyboru,  pomyślał  kwaśno Christopher. Nie zdawał sobie sprawy,  że się 

uśmiecha, dopóki nie zobaczył swojego odbicia w lustrze.

T.J. westchnęła i postawiła tacę na kuchennym  stole. Odruchowo wypłukała talerz po zupie, po czym 

wsadziła go do zmywarki. Cecilia obserwowała ją w milczeniu. Nie bardzo wiedziała, co o tym wszystkim 
myśleć.

- Cóż, z pewnością nie wyglądasz jak kobieta, która trzyma w swoim łóżku piekielnie przystojnego faceta. 

T.J. czuła, że nadciąga straszliwy ból głowy.

- I w tym problem - odparła.
- Moja droga, nie słyszałam jeszcze, żeby taką sytuację ktoś nazywał problemem. - Pokiwała kciukiem w  

stronę   sypialni.   -   O   taki   „problem”   modli   się   większość   kobiet.   Czy  ty  aby  na   pewno   dobrze   mu   się 
przyjrzałaś? - Położyła rękę na piersi. - Mnie już na samą myśl o nim serce zaczyna gwałtowniej bić.

T.J. wybuchnęła śmiechem.
- Jest dla ciebie za niski, Cecilio. Mając metr dziewięćdziesiąt trzy, Cecilia musiała zaakceptować to, że  

większość mężczyzn jest dla niej za niska.

- Małe jest piękne - odparła jednak, nie zrażona. T.J. znów się roześmiała. Ciekawe, jak też Christopher 

zareagowałby na wieść, że jest piękny, bo mały.

- Cóż, chyba nie tym razem - westchnęła. Cecilia, słysząc smutek w słowach dziewczyny, położyła ręce na  

jej ramionach i obróciła ją do siebie.

- Zaczekaj, T.J. Co tak naprawdę się dzieje? - zapytała poważnie.
Przez chwilę T.J. nie wiedziała, od czego zacząć.
- On myśli, że jestem Theresą - wyjąkała wreszcie.
- To źle? Sądziłam, że na tym polega cała intryga. Przecież miał myśleć, że jesteś Theresą. Ale rozumiem...  

- pokiwała głową - ty nie chcesz, żeby on tak myślał, prawda?

T.J. bezradnie rozłożyła ręce. Intuicja Cecilii była bezbłędna.
- Nie lubię kłamać - powiedziała, a Cecilia uśmiechnęła się tylko, bo wiedziała dobrze, że przecież nie  

chodzi wyłącznie o to.

- To wszystko kwestia interpretacji - zauważyła. - Czasem małe kłamstewko może wiele pomóc.
- Małe kłamstewko? Ten facet myśli, że jestem prezeską C&C Advertising!
- No i co z tego? O co ci właściwie chodzi? Gdyby twój ojciec nie uciekł ze świata biznesu i nie zaszył się 

w jakiejś afrykańskiej dżungli, mogłabyś przecież nią być.

-   W   południowoamerykańskiej   dżungli   -   poprawiła   machinalnie   T.J.   i   poczuła   nagle   nieuzasadnione 

zniecierpliwienie. - A poza tym odpowiada mi moja pozycja w firmie. To nie w tym problem.

- Wiem, kochanie, że nie w tym.
- Wiesz? Dziwne, bo nawet ja tego nie wiem. Cecilia uśmiechnęła się niczym gracz, który zna odpowiedź 

na pytanie za milion dolarów.

- Podoba ci się, no nie? - Mrugnęła znacząco okiem. Była wreszcie szczęśliwa. Nareszcie ktoś zagiął parol  

na   tę   małą.   Do   tej   pory  rozpaczała,   że   T.J.   przeżyje   swoje   życie   w   samotności,   jak  dotychczas.   Niby 
otoczona ludźmi, a jednak samotna. Teraz pojawiła się szansa na inne rozwiązanie.

- To, czy mi się podoba, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia - T.J. próbowała zlekceważyć słowa 

Cecilii. - Nie znam go wystarczająco długo, żebym mogła mieć jakąś ugruntowaną opinię. Po prostu czuję  
się, jakbym spacerowała po kruchym lodzie.

Cecilia otoczyła T.J. długim ramieniem.
-   Dziecko,   przecież   ty   nie   stąpasz   po   cienkim   lodzie,   ale   biegniesz   po   nim.   To   jeszcze   bardziej 

niebezpieczne - oznajmiła z sadystyczną satysfakcją. - Czy on będzie jadł z nami kolację?

- Jeśli będzie się dobrze czuł. A co?
- Anie.
Wyraz   twarzy   gospodyni   był   idealnie   niewinny,   więc   T.J.   natychmiast   się   zaniepokoiła.   Miała   tylko 

nadzieję, że Cecilia nie zechce zabawiać się w swatkę. Boże, miała już dosyć tego wszystkiego. Im prędzej  

18

background image

Christopher MacAffee znajdzie się na pokładzie samolotu do San Jose, tym lepiej. Ale czy rzeczywiście?

- Jeśli chcesz na niego popatrzeć, przyjdź do salonu. Będziemy oglądać filmy na wideo.
- A ty jeśli chcesz, to pobiegnę do wypożyczalni i przyniosę wam „Dzikie, upojne noce” - zaofiarowała się  

Cecilia.

- Dziękuję. Mamy w programie co innego. „Pan Kaczor jedzie do miasta”. - To był ulubiony film Megan.
- „Pan Kaczor jedzie do miasta”? - powtórzyła powoli gospodyni. - Chcesz posadzić tego byczka obok 

siebie na sofie i oglądać z nim przygody Kaczora Donalda?

- Owszem. - T.J. nie miała najmniejszego zamiaru dyskutować na ten temat.
- Owszem, owszem... Okazja sama puka do drzwi, a ty nie zamierzasz ich otwierać, tak?
-   To   żadna   okazja,   Cecilio.   Uspokój   się.   Chcę   po   prostu   skończyć   z   ta   maskaradą.   Im   szybciej   on  

wyzdrowieje i wyjedzie do San Jose, tym szybciej ja wreszcie odetchnę.

- Słyszę cię, ale ci nie wierzę.
- Musisz uwierzyć, dopóki ja sama w to wierzę. Przeszukując szafkę z kasetami wideo, T.J. pomyślała, że  

chyba powoli przestaje jednak sobie wierzyć. W każdym razie nie ufała już sobie w stu procentach.

Po rozwodzie nie zaprzestała, wbrew wcześniejszym obawom, życia towarzyskiego. Często wychodziła z 

domu, zawsze z przyjaciółmi,  i cieszyły ją te wieczory,  spędzane w towarzystwie  życzliwych  jej ludzi.  
Wszystko to odbywało się wszakże w wyłącznie przyjacielskiej atmosferze, bo też i ona nie miała ochoty na 
romanse. Już nie. Była zbyt zajęta, poza tym istniały ważniejsze sprawy niż miłosne zawroty głowy. Na  
czele listy jej priorytetów znajdowała się, rzecz jasna, Megan.

A jednak Christopher MacAffee miał w sobie coś takiego, że tym razem nie przekonywało jej tego typu  

tłumaczenie. Na sam jego widok traciła pewność siebie, a jej wyobraźnię zaczynały ogarniać dziwne myśli.  
Mówiąc krótko, reagowała jak nastolatka, która po raz pierwszy w kimś się zadurzyła.

Musiała znaleźć jakiś sposób na to, aby położyć temu kres. Nawet gdyby chciała, żebyś coś między nimi  

zaszło - a oczywiście nie chciała - to on i tak brał ją za Theresę. Nie było sensu angażować się w jakikolwiek  
sposób w związek z człowiekiem, który myślał, że T.J. to nie T.J., a jej kuzynka.

Nie można budować na kłamstwie, a z pewnością nie mogła mu teraz powiedzieć, kim jest naprawdę. 

Gdyby to odkrył, zabrałby swoją umowę i urażoną dumę i poszedł szukać innej agencji.

Bo kto lubi, kiedy robi się z niego głupca? Najmniej mężczyzna z taką pozycją i takimi wpływami.
Najważniejszy jest interes firmy. Musi sobie to nieustannie powtarzać.
Westchnęła ciężko i wyjęła z szafki dwie kasety.
- Co będziemy oglądać?
Na dźwięk jego głosu podskoczyła przestraszona. Obie taśmy wylądowały na podłodze.
Christopher zdziwił się, widząc jej gwałtowną reakcję. Wyglądała niczym oszust podatkowy,  do domu 

którego wtargnął Urząd Skarbowy. Podszedł do niej i popatrzył jej w twarz.

- Hej, spokojnie, nie chciałem cię przestraszyć. Zdaje się, że miałem tu przyjść, prawda?
Rzeczywiście, przede wszystkim powinna być  spokojna. Zrobiła krok w jego stronę i uśmiechnęła się 

szeroko. Pokój gościnny skąpany był w słońcu i w tym świetle cera Christophera nabrała zdrowego odcienia.  
Wyglądał teraz bez porównania lepiej niż przed kilku godzinami. Jak tak dalej pójdzie, to jutro będzie już w  
drodze.

Tylko dlaczego ona nie była szczęśliwa z tego powodu? Owszem, czuła ulgę, ale nic poza tym.
- Nie  przestraszyłeś  mnie.   Po prostu byłam  zajęta.  -  Zauważyła,   że  założył  własną  koszulę,  w  której  

wyglądał znacznie ciekawiej niż w tej należącej do Cecilii. - Widzę, że znalazłeś swoje rzeczy - zagadnęła.

- Mhm. Chyba trochę lepiej na mnie leżą - zgodził się, po czym zerknął w stronę drzwi i zapytał szeptem: - 

Jak wysoka jest twoja gospodyni?

- Ma metr dziewięćdziesiąt trzy.
- To gosposia czy ochroniarz?
- Gosposia - odparła T.J. ze śmiechem. - Choć właściwie to raczej przyjaciółka.
Wetknęła kasety pod ramię i zabrała się do sprzątania niewielkiego stolika. Wraz z Megan przez wiele 

godzin układała tu puzzle i kolorowała obrazki i teraz nie było na nim ani kawałka wolnej przestrzeni.  
Christopher usiadł obok i zaczął machinalnie wkładać porozrzucane kredki do pudełka.

- Skąd ją wytrzasnęłaś? - zapytał.
- Była moją nauczycielką gimnastyki w liceum. Potem została trenerką żeńskiej drużyny baseballowej.
- Jasne. - Zamknął pudełko z kredkami. - A jak się stało, że z trenerki przeobraziła się w gosposię?
T.J. uśmiechnęła się. Jej stosunki z Cecilią zawsze układały się bardzo dobrze, nawet jeszcze w szkole.
-  Napisała  do  mnie  kartkę   na  Boże   Narodzenie.   Zrezygnowała  ze  sportu i  została  bez  miejsca,  które 

mogłaby nazwać domem. Cecilia nigdy nie uznawała własności prywatnej, nie była materialistką, niewolnicą 
przedmiotów. Mieszkała sobie w małej przyczepie, dopóki nie wykupiono ziemi, na której stała. Poprosiłam,  

19

background image

żeby zamieszkała ze mną, i wtedy...

Stop!
Co ona najlepszego wyprawia? Niedługo opowie mu całą historię swego życia, a wtedy nie będzie już miał  

wątpliwości,   kim   jest   naprawdę.   Mało   brakowało,   a   wyjawiłaby,   że   Cecilia   zjawiła   się   u   niej   tuż   po  
urodzeniu Megan i że pomagała dzielnie T.J. przy córeczce.

Znowu zrobiło jej się żal, że nie może być w obecności Christophera po prostu sobą. Powinien wiedzieć, że  

dzięki Cecilii jej życie było jako tako zorganizowane i że bez przyjaźni tej kobiety ona, T.J., nie poradziłaby 
sobie.

- Zresztą, to nieciekawa historia. - Machnęła ręką, po czym wyciągnęła dwie kasety w jego kierunku. - 

„Pan Kaczor jedzie do miasta” albo „Świerszcze w moim łóżku”. Wybieraj.

Christopher zerknął na nią, żeby upewnić się, czy mówi serio. Mówiła. Naprawdę zamierzała oglądać z 

nim kreskówki. Ktoś inny mógłby próbować zaimponować mu kolekcją najnowszych hitów, może pożyczyć  
z wideoteki coś prowokującego, a ona - „Pan Kaczor jedzie do miasta”. W sumie jednak podobało mu się, że 
ta dziewczyna jest sobą i niczego przed nim nie udaje. Widać nie musi. Jest wystarczająco pewna siebie i  
swej pozycji, aby spokojnie sobie na to pozwolić.

- A którą woli Megan? - zapytał. T.J. spojrzała na niego z aprobatą.
- „Pana Kaczora” - odparła. - Choć widziała go setki razy.
- Nieźle. - Gwizdnął ze zdumieniem.  On miał problemy z obejrzeniem jednego filmu do końca, a co  

dopiero dwa czy więcej razy. - I nie nudzi jej to?

- Ej, ty chyba produkujesz zabawki, no nie? Jak na osobę, która zarabia na dzieciach, niewiele o nich wiesz  

- odparła. - W psychologii nazywa się to chyba wzmocnieniem. Dobrze znane rzeczy zapewniają dziecku 
poczucie bezpieczeństwa. Wiem tylko, że Megan uwielbia oglądać filmy raz za razem, choć wie doskonale, 
co zdarzy się za chwilę. Nie potrzebuje niespodzianek.

Teraz on obrzucił ją pełnym aprobaty spojrzeniem. Najwyraźniej poświęciła sporo czasu na obserwację 

dziecka. Nie była matką Megan, a jednak zaangażowała dla niej tyle uczucia, czasu, tyle cierpliwości. Tego 
też nie uwzględniono w dostarczonych mu raportach.

-   Megan   ma   szczęście,   że   jesteś   jej   ciotką   -   powiedział.   -   To   wspaniała   dziewczynka.   -   Wzruszyła  

nonszalancko   ramionami.   -   Mam   nadzieję,   że   kiedyś   też   się   takiej   doczekam   -   dodała   z   nieznośnym  
poczuciem winy.

W tym samym momencie do pokoju wpadła Megan, zupełnie jakby słyszała, że mówi się o niej. Ścigała 

zawzięcie mechanicznego pudełka i śmiała się przy tym do rozpuku. Christopher spojrzał na Theresę. Na  
widok dzieciaka pojaśniała w jednej chwili niczym bożonarodzeniowe drzewko. Chyba rzeczywiście dorosła 
już do macierzyństwa.

A on? Czy jest gotów, by założyć rodzinę? Właściwie czemu nie? Jeśli tylko spotka odpowiednią kobietę...
- Oho, o wilku mowa. - T.J. wyciągnęła przed siebie kasetę z filmem. - Zobacz, co dla ciebie mam.
- Pan Kaczor! - wrzasnęła dziewczynka.
- Może ją włączysz i sobie pooglądamy? Megan wzięła od matki taśmę i pobiegała w stronę telewizora.
- Myślisz, że ona sobie z tym poradzi? - zapytał zaniepokojony Christopher.
T.J. uśmiechnęła się szeroko. Mała wyjęła taśmę z opakowania i sprawnie wsadziła ją do magnetowidu.
- Wie, jak się to obsługuje - szepnęła. - To znaczy wie, gdzie jest przycisk „start”. Wystarczy.
Przesunął się na sofie, aby zrobić jej miejsce obok siebie. Kiedy usiadła, znowu poczuł słodki zapach jej  

perfum.

- A więc Megan i ja mamy ze sobą coś wspólnego - odezwał się. - Gdybyś powiedziała, że ta mała umie 

nastawiać czasowe nagrywanie, wpadłbym w kompleksy. Miałaby nade mną przewagę.

Roześmiała się. To był ten sam śmiech, który słyszał przedtem, i takie samo wywarł na nim wrażenie. Kto  

wie, może nawet większe? Ogarnęło go dziwne, przyjemne  ciepło. Coraz bardziej czuł się niczym ryba  
złapana na haczyk. Nie mógł jednak nic zrobić, nic poradzić, musiał poddać się temu uczuciu.

Chyba już nie rozsiewam zarazków - powiedział cicho i dotknął palcem jej policzka. Znieruchomiała, a on 

spojrzał na nią, jakby chciał się usprawiedliwić. - Tylko tyle. To nie zaraźliwe.

T.J. wpatrywała  się  w niego jak zahipnotyzowana.  W  ciszy,  która zaległa w pokoju,  słyszała  jedynie  

gwałtowne bicie swego serca.

- Nie byłabym taka pewna - szepnęła niemal niedosłyszalnie.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Mógł powiedzieć, że nie wie, co tak na niego działa. Wciąż był nieco oszołomiony grypą. Zresztą oprócz  

niej istniało jeszcze kilka innych możliwych usprawiedliwień.

20

background image

Tyle że wszystkie były fałszywe.
Christopher   bowiem  doskonale   wiedział,   co  sprawia,   że   kręci   mu   się   w  głowie   -  ona.   Theresa,   z   jej  

dźwięcznym   śmiechem,   wewnętrznym   ciepłem   i   troskliwym   zachowaniem.   Nie   musiała   właściwie   nic  
mówić, wystarczyło spojrzeć, by przekonać się, że to ktoś wyjątkowy.

Nie miał wyjścia. Musiał ją pocałować.
Wydawało mu się teraz, że właśnie to było od początku jego przeznaczeniem; przeznaczeniem, któremu 

śmiało wyszedł na przeciw, bez zastanawiania się, co też mu, do cholery, odbiło. Wiedział tylko, że gdzieś 
od wieków było zapisane, że oto teraz, tutaj, on, Christopher MacAffee, prezes MacAffee Toys, pocałuje  
Theresę Cohran, szefową C&C Advertising.

Gdy tylko dotknął wargami jej ust, poczuł, że nie ma dla niego ratunku. Miał wrażenie, że wpadł w jakiś  

wir, z którego nigdy się już nie wydostanie.

I wcale nie był pewien, czy chce się wydostać.
W zgodzie z wyrobionym przez lata nawykiem, by wszędzie szukać prawidłowości i logicznych powiązań, 

rozpaczliwie usiłował znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie zaistniałej sytuacji. Logika jednak była w tym 
przypadku zawodna.

To tylko pocałunek, tłumaczył sobie. Nic więcej. A jednak coraz bardziej szumiało mu w głowie, coraz  

silniej ogarniało go pożądanie...

To tylko pocałunek.
Jeśli czuł się oszołomiony, jeśli miał zawroty głowy, gorączkę, dreszcze - to z powodu wirusa, grypy,  

cholera wie czego. Ale nie z powodu pocałunku.

Na pewno nie.
A właśnie, że tak.
Stłumił jęk i wdarł się głębiej w jej usta. Jeśli już tracić poczucie rzeczywistości, to nie samotnie.
Jednak T.J. zatraciła się w tym pocałunku dużo wcześniej. Chwyciła kurczowo jego ramiona i trzymała je 

tak, jakby od tego zależało całe jej życie. Jak gdyby obawiała się, że jeżeli go puści, to zginie, utonie. Albo 
eksploduje.

To nie miało prawa się wydarzyć, powtarzała rozpaczliwie w myślach. A jednak wydarzyło się i nie było  

już odwrotu. Kości zostały rzucone.

Oboje nie pamiętali, kiedy ostatnio owładnęły nimi podobne uczucia. Nie mogli pamiętać. Nigdy dotąd nie  

czuli tego, co dzisiaj.

Nagle do ich świadomości dotarł piskliwy dziecięcy głosik.
- Mama buzi.
Czyżby aż tak pochłonęła ich namiętność, że zapomnieli, że nie są sami? Niestety, tak właśnie się stało. 

Teraz zmuszeni byli sobie o tym przypomnieć.

Christopher oderwał usta od warg Theresy. Zamrugał powiekami, po czym popatrzył na maleńką osóbkę, 

która stalą obok nich i bezczelnie im się przyglądała.

- Czy ona nazwała cię mamą? - zapytał ze zdziwieniem. O, Boże. Teraz wszystko się wyda, przeraziła się 

T.J. Spokojnie, tylko spokojnie. Trzeba szybko coś wymyślić. Tylko co?

Zmusiła się do uśmiechu, po czym z czułością objęła dziewczynkę.
- Możliwe. - Popatrzyła na Christophera. - T.J. i ja jesteśmy do siebie bardzo podobne. Mała czasem się  

myli.

Wyjaśnienie to zostało przyjęte przez Christophera pełnym powątpiewania uniesieniem brwi.
- Bardziej prawdopodobne jednak - ciągnęła T.J. - że Megan chciała nam przekazać, że widziała już swoją 

mamę całującą się w ten sposób.

Co za szczęście, że Megan nie potrafiła jeszcze mówić pełnymi zdaniami!
- Nie, na pewno nie w taki. - Christopher pokręcił głową i odetchnął ciężko. Potrzebował chwili spokoju, 

by dojść do siebie i przemyśleć, co właściwie się stało. I co jeszcze może się stać. - Zaczynam rozumieć,  
dlaczego po obu stronach kontynentu mężczyźni ustawiają się w kolejce, aby bliżej cię poznać.

- No cóż - nonszalancki ton kosztował ją sporo wysiłku, ale jakoś się udało - jesteśmy dobrą firmą. Ale to 

prawda, że interesy pociągają ich w nie mniejszym stopniu co... co ja sama.

Znów w ostatniej chwili ugryzła się w język. Omal nie powiedziała „Theresa” zamiast „ja sama”. Nie  

przypuszczała, że aż tak trudno będzie jej wcielić się w rolę kuzynki. Były po prostu inne i nic na to nie  
mogła poradzić. Ona nigdy nie mogłaby wieść takiego życia, jakie wiodła Theresa. A Theresa z pewnością 
byłaby   nieszczęśliwa,   gdyby   musiała   zrezygnować   z   całonocnych   przyjęć,   spotkań   z   coraz   to   nowymi  
mężczyznami  i  nieustannych  wizyt  dziennikarzy  w  jej  gabinecie.   T.J.  miała  skromniejsze  wymagania   - 
pragnęła romantycznych kolacji we dwoje i miłości jednego człowieka, a nie uwielbienia całego szwadronu.

Dlatego właśnie tak bardzo cierpiała z powodu rozwodu. Kiedy wychodziła za Petera, myślała, że ich 

21

background image

małżeństwo będzie na wieki. Peter natomiast sądził widocznie, że śluby złożone przed ołtarzem obowiązują  
równo miesiąc, bo tyle właśnie czasu potrzebował, aby zainteresować się kimś innym i złamać przysięgę  
małżeńską.

- Naprawdę? - Christopher zmrużył oczy. - Dlaczego się na to zgadzasz?
- Bo jest mi wszystko jedno. - Tak zazwyczaj odpowiadała Theresa. - Po prostu chcę się dobrze bawić.
Z trudem jej to przeszło przez usta. Jeśli dalej ma być równie łatwo, potrzebne jej będzie jakieś wsparcie. I 

to natychmiast.

- Chodź tu, kurczaczku. - Popatrzyła na córeczkę i poklepała miejsce na sofie obok siebie. - Usiądź tutaj. -  

Umieściła dziecko pomiędzy nimi.

Może to i dobrze, pomyślał Christopher. Nie wierzył w udany mariaż interesów i przyjemności. Zapewne  

dlatego tak niewiele było w jego życiu tych ostatnich. Minione kilka lat wypełnione było wyłącznie pracą. 
Teraz jednak, kiedy patrzył na Theresę, zastanawiał się, czy nie nadszedł czas, by wreszcie to zmienić.

Tymczasem Megan usiadła wygodnie na sofie, po czym obdarzyła go oszałamiającym uśmiechem, tak 

bardzo podobnym do uśmiechu ciotki. Królewskim gestem wyciągnęła paluszek w stronę ekranu, domagając  
się, aby i on zaczął oglądać film.

- Pani kaczor - obwieściła głośno.
- Pan kaczor - poprawił machinalnie. Megan energicznie pokręciła głową, aż brązowe loki opadły jej na  

twarz.

- Pani Kaczor - powtórzyła.
Christopher roześmiał się w duchu i zrezygnował z kolejnych prób poprawiania tego uparciucha. Usiadł 

wygodniej i skupił się na śledzeniu przygód Pana Kaczora.

Ku swojemu zdumieniu spostrzegł, że film go wciągnął. Czyżby kreskówki to było właśnie coś dla niego? 

W każdym razie ta nawet mu się podobała.

Gdy   na   ekranie   pojawiły   się   napisy   końcowe,   spojrzał   na   zegarek.   Półtorej   godziny!   Minęło   całe  

dziewięćdziesiąt   minut!   On,   Christopher   MacAffee,   oglądał   przez   półtorej   godziny   film   o   Kaczorze 
Donaldzie i nawet nie zauważył upływu czasu!

- I co o tym myślisz? - zapytała T.J., wyłączając magnetowid. Napisy końcowe nagle zniknęły, zastąpiła je  

powtórka nadawanego w latach sześćdziesiątych czarno-białego serialu telewizyjnego. Opowiadał o dwóch 
kuzynkach, które były do siebie tak podobne, że brano je za bliźniaczki. T.J. szybko wyłączyła telewizor.

- Cóż, to właściwie taki moralitet w kaczej skórze. Rozbawiło ją to sformułowanie.
- Moralitet... Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zaszczepić w dziecku podstawowe zasady moralne, prawda?
- Nie zamierzam temu przeczyć.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Megan włożyła kasetę do pudełka, a potem zaczęła bawić się 

porzuconym wcześniej zamkiem z klocków. Christopher uśmiechał się, patrząc to na dziecko, to na nią, a 
T.J. siedziała z podkulonymi rogami i zastanawiała się, co dalej począć z tą przedziwnie rozwijającą się 
znajomością.

Wreszcie postanowiła, że nadszedł czas, aby porozmawiać o interesach. To z pewnością otrzeźwi ją na 

dobre.

- Podoba mi się, że MacAffee Toys nie zalewa rynku tymi okropnymi figurkami wojowników z krwawych  

gier komputerowych - odezwała się pierwsza. - One mają zły wpływ na dzieci.

- Gdybym  zrobił coś takiego, kilka pokoleń moich przodków kręciłoby się w grobach jak wrzeciono -  

odpowiedział z uśmiechem. - Mam swoje zasady.

T.J. oparła głowę na łokciu i przyjrzała mu się uważnie.
- Nie wydajesz mi się typem mężczyzny, który tak bardzo przejmowałby się opinią duchów.
Fakt. Wyglądał jej raczej na człowieka, który zawsze robi to, na co ma ochotę. To, że bliska mu była  

tradycja oraz zasady moralne, okazało się niespodzianką. Miłą niespodzianką.

- Nie, jeśli sam nie podzielam ich poglądów - odpowiedział.
- Miłe zabawki dla miłych dzieci. - To motto widniało na każdym opakowaniu firmy MacAffee Toys. T.J. 

uśmiechnęła się łagodnie. - To chyba nieco zbyt staroświeckie jak na nasze szalone lata dziewięćdziesiąte. 
Choć z drugiej strony, są rzeczy, które nigdy się nie starzeją...

- Chcesz mi się podlizać?
- Nie, mówię prawdę.
Spojrzał w jej oczy - ogromne, głębokie, wspaniałe. Można się było w nich zatracić.
- Wiem. Dlatego zdecydowałem się na ciebie. To znaczy, na twoją agencję - poprawił się, żeby rozwiać 

ewentualne wątpliwości. Chyba jednak nie do końca mu się to udało.

Rozmawiali o interesach, ale nie tylko interesy były ważne w tej rozmowie. Ona również musiała o tym  

wiedzieć.

22

background image

- Pochlebiasz mi - powiedziała. - Czy aby nie na wyrost? Mówisz to, nie przyjrzawszy się nawet temu, co 

wymyśliłam na temat dalszego ciągu kampanii?

Przed   przylotem   tutaj   Christopher   przejrzał   wszystkie   wstępne   szkice   i   nie   miał   co   do   nich   żadnych  

zastrzeżeń. Zmierzały dokładnie w tym kierunku, który i on uznał za najwłaściwszy.

- Dalszy ciąg? To już chyba tylko przysłowiowy lukier na torcie, prawda? - Pomyślał, że jeśli nie wstanie z  

tej sofy, znów ją pocałuje. Wstał. - Naprawdę, chciałbym już zabrać się do pracy.

T.J. kiwnęła głową. Czuła ulgę, że nie próbował jej znów pocałować, ale jednocześnie była rozczarowana.
- Jak chcesz. - Przygryzła wargę. - Jesteś pewien, że dasz radę? Starczy ci sił?
Uśmiech, jakim jej odpowiedział, przyprawił ją o rumieńce. Zdaje się, że ten mężczyzna przed chwilą  

udowodnił, iż jest zdrów i w pełni sił. Na szczęście Christopher oszczędził jej aluzji co do ich szalonego  
pocałunku.

- Po obejrzeniu w całości dzieła pod tytułem „Pan Kaczor jedzie do miasta” jestem gotowy na wszystko -  

powiedział taktownie.

- Więc chodźmy. - T.J. wstała, wskazując mu drzwi pokoju. - Cecilio! - zawołała i po chwili w salonie 

pojawiła się gosposia.

Christopher przyjrzał się jej uważnie i doszedł do wniosku, że Cecilia kiedyś musiała być ładna. Więcej -  

oszałamiająco   piękna.   Nadal   zresztą   była   wyjątkowo   atrakcyjną   kobietą.   Od  razu   pomyślał   o  Lesterze, 
szoferze swojego ojca, który, odkąd umarła jego żona, stracił ochotę do życia. Gosposia Theresy była tak  
bardzo podobna do Edith... Czy nie powinien spróbować poznać poczciwego Lestera z Cecilią?

Ta myśl go zdumiała. Do diabła, co też mu przyszło do głowy? Nigdy dotąd nie usiłował nikogo swatać.  

To pewnie atmosfera tego domu tak go odmieniła, że zaczął myśleć o miłości i rodzinnym szczęściu. A  
mówiąc krótko i szczerze: odmieniła go ONA - Theresa Cohran.

- Wołałaś mnie? - zapytała Cecilia.
- Tak, czy mogłabyś przez jakiś czas zająć się Megan? Bawi się w salonie, ale nie wiadomo, co jej może  

strzelić do głowy. Ja i pan MacAffee mamy pewne interesy do załatwienia.

- Tak, wiem. - Cecilia zniżyła głos. - Widziałam wstępne pertraktacje, kiedy przechodziłam korytarzem.  

Proszę wybaczyć - zwróciła się w stronę Christophera i skromnie spuściła oczy - drzwi były otwarte...

T.J. oblała się rumieńcem, ale nie skomentowała tej wypowiedzi. Jakikolwiek komentarz pogorszyłby tylko 

sytuację. Zerknęła na Christophera. W przeciwieństwie do niej był rozbawiony słowami gosposi.

- Proszę tędy, panie MacAffee - mruknęła ponuro i poprowadziła go do swego gabinetu.

Gabinet okazał się niewielkim pomieszczeniem wychodzącym na zachód. Christopher od razu zauważył  

kilka rysunków przedstawiających Megan. Przy jednej ze ścian stał regał, ale pomieszczenie zdominowane 
było przez olbrzymie biurko.

Chociaż znajdował się na nim komputer, na oko najnowszej generacji, widać było, że nie jest zbyt często 

używany. Theresa najwyraźniej wolała ręczne szkice i notatki. Spodobało mu się to. On sam cenił sobie  
tradycję   i   był   zagorzałym   przeciwnikiem   standaryzacji   i   unifikacji.   Takie   też   były   zabawki,   które 
produkowała jego firma: miały swój charakter i odróżniały się od masowych - głównie zresztą chińskich -  
wyrobów.   Chyba   właśnie   dlatego   nie   zginęli   jeszcze   na   tym   trudnym   rynku.   Skoncentrowali   się   na 
potrzebach tych klientów, którym nie odpowiadała taśmowa produkcja i komiksowy styl; którzy z nostalgią 
wspominali zabawki ze swego dzieciństwa i podobne chcieli kupować swym pociechom.

Theresa posadziła go przy biurku, a sama rozpoczęła zaimprowizowaną naprędce prezentację. Robiła to  

wspaniale. Kiedy mówiła, używała nie tylko ust, ale całego ciała. Gestów dłoni, min, wyrazu oczu. Można  
by rzec, że była istną symfonią ruchu. Christopher pomyślał, że chciałby mieć całoroczny bilet wstępu na jej  
koncerty.

Mógł sobie tylko pogratulować, że znalazł właściwą osobę do przeprowadzenia jego kampanii.
A może i nie tylko do tego?
Nie od rzeczy będzie to zbadać, pomyślał w tej samej chwili, w której T.J. skończyła i zmarszczyła brwi w  

oczekiwaniu na jego reakcję.

- Nic nie mówisz - westchnęła zniechęcona, gdy nie odezwał się ani słowem.
Nie mówił, bo odebrało mu mowę. Był nią absolutnie zafascynowany.
- To dlatego, że ty wciąż mówisz - uświadomił jej. T.J. zebrała swoje materiały. Włożyła w nie wiele serca,  

rysowała do późnej nocy i teraz oczekiwała jakiegoś komentarza.

- Właśnie skończyłam.
- Wobec tego jestem pod wrażeniem - odparł i pokiwał z zadowoleniem głową.
T.J. spojrzała na niego podejrzliwie. To byłoby zbyt łatwe i zbyt piękne. Słyszała przecież nie raz, że 

bardzo trudno przekonać do czegoś Christophera MacAffee. Może robi sobie po prostu z niej żarty? Pewnie  

23

background image

nie pierwszy raz w swej karierze zamierza ośmieszyć potencjalnego partnera...

- I wciąż chcesz podpisać z nami umowę? - zapytała. Teraz on popatrzył na nią ze zdziwieniem. Czemu jest 

taka niepewna? Przecież nazywano ją Huragan Theresa, wiedział o tym. Opinia o niej głosiła, że zawsze jest  
pewna swego i nigdy nie dopuszcza do siebie nawet myśli, że jej prezentacja mogłaby być odrzucona. Cóż,  
jak   dotąd   niewiele   faktów   i   opinii   zawartych   w   dostarczonym   mu   raporcie   zgadzało   się   ze   stanem 
faktycznym.   Prawdę   mówiąc,   jedynie   to,   że   Theresa   była   bez   wątpienia   profesjonalistką   i   doskonale 
wiedziała, czego potrzeba jego firmie.

- Podpiszę - potwierdził spokojnie. - Teraz jeszcze chętniej. T.J. wypuściła z ulgą powietrze. Udało się!  

Cały ten szalony plan się powiódł! Theresa będzie szczęśliwa. Odkąd wygasła umowa agencji z inną firmą.  
Pandom Ads, niezwykle zależało jej na kontrakcie z MacAffee Toys.

- Co za ulga - westchnęła z uśmiechem.
- Nie miałem pojęcia, że tak ci na tym zależy. - Wstał i podszedł do niej. - Myślałem, że zdobywanie  

nowych klientów to już dla ciebie rutyna.

- To nigdy nie jest rutyna  - odparła szybko. Może za szybko? Theresa rzeczywiście zachowywała  się  

zawsze tak, jak gdyby na niczym jej nie zależało, no, może z wyjątkiem poderwania jakiegoś kolejnego 
przystojniaka.

Jemu jednak najwyraźniej spodobała mu się ta odpowiedź.
- I może właśnie dlatego MacAffee Toys chce z tobą współpracować - oznajmił. - Zachowujesz się tak, jak 

gdyby ci bardzo na nas zależało. To budzi moje zaufanie. Poza tym jesteś naprawdę niezwykle przekonująca,  
no i świetnie wyczuwasz nasze intencje. A przede wszystkim jesteś superkreatywna, umiesz połączyć pracę i 
zabawę.

Ho, ho, czy nie za dużo tych komplementów? T.J. podejrzewała, że ta łatwość w chwaleniu nie wynika  

jedynie z oceny jej zawodowych kompetencji. No tak. Na pewno nie. Gdyby tak było, nie podchodziłby 
teraz do niej bliżej z taką miną. Jeszcze bliżej... Zdecydowanie za blisko, by mogła czuć się swobodnie.

- Do tego znajdujesz jeszcze czas dla siostrzenicy... Co się dzieje? Czyżby jemu chodziło po głowie to 

samo, co jej? Ten pocałunek sprzed godziny, to, jak zareagowali na niego oboje... Może dlatego właśnie  
wspomniał, że umie łączyć pracę i zabawę. Zresztą, nic dziwnego. W końcu Theresa cieszyła się reputacją 
rasowej podrywaczki.

- Chyba nigdy dotąd nie spotkałem nikogo równie spokojnego... - Nadal wpatrywał się w nią podejrzanie 

łagodnym wzrokiem.

T.J. odwzajemniła spojrzenie i westchnęła ciężko. Nagle ogarnęło ją poczucie winy.
- Może teraz też nie - wymamrotała.
- Co takiego?
Do diabła, musiała przestać obarczać się winą za zaistniałą sytuację. Nie miała powodu czuć się winna. To  

w końcu tylko interesy.

- Nic, nic. - Znów odetchnęła głęboko. - T.J. będzie bardzo zadowolona, że doceniłeś jej pracę.
- To rysunki T. J.? - Christopher miał wrażenie, że każdy z nich został stworzony przez nią samą.
- Owszem. Ja tylko prowadzę prezentacje.
-   Ale   bardzo   przekonująco   -   powtórzył.   -   Można   by  pomyśleć,   że   wszystkie   te   pomysły   są   twojego 

autorstwa.

Teraz już otwarcie ją admirował. Jego oczy nie kryły podziwu, fascynacji  i - o, zgrozo! - pożądania.  

Jeszcze gorsze było jednak to, że bardzo jej te spojrzenia się podobały. A najgorsze - że Christopher myślał, 
iż patrzy na Theresę.

Cofnęła się niezdarnie o krok i potknęła o biurko.
- Powiem jej, że ci się podobały, kiedy tylko wróci. - Miała wyschnięte usta. Odwróciła się i zaczęła  

porządkować uporządkowane już wcześniej dokumenty.

Tymczasem Christopher był już pewien, że cały ten raport na temat Theresy Cohran był stekiem bzdur.  

Naprawdę była  inna - delikatniejsza, bardziej nieśmiała, z pewnością dużo bardziej w jego typie. A na 
dodatek z pełnym zaufaniem mógł powierzyć jej kampanię swojej firmy. Zadowolony z pomyślnego obrotu 
spraw zapragnął to uczcić. Z nią.

-   Chciałbym   zabrać   cię   dzisiaj   na   kolację   -   powiedział.   T.J.   przeraziła   się,   słysząc   tę   propozycję. 

Romantyczny stolik dla dwojga, przytłumione światła, może muzyka... W takich okolicznościach nie dałaby 
chyba sobie rady.

- To niepotrzebne - odparła. Złapał ją za ramię.
- Ale ja proszę. Nalegam. - Otworzyła usta, aby zaprotestować, lecz Christopher był szybszy. - Musimy 

przecież zacieśnić nasze relacje.

Jakby te relacje i tak nie były już zbyt poufałe, pomyślała gorzko T.J.

24

background image

- Jesteś pewien, że tego chcesz? - zapytała. - Czy nie lepiej, żebyś zebrał siły przed jutrzejszym lotem? - 

Cholera, tak naprawdę wcale nie chciała, żeby leciał. - Wczoraj byłeś naprawdę chory.

Gdyby Christopher wiedział o niej tyle, co na początku, pomyślałby, że Theresa zwyczajnie usiłuje się  

wymówić.   Wiedział   jednak,   że   jest   inaczej.   Instynkt   podpowiadał   mu,   że   ta   kobieta   nie   kłamie   i   nie  
wykorzystuje ludzi. Teraz też po prostu troszczy się o niego.

Do licha, naprawdę mu się podobała. Chyba nawet bardziej, niż powinna.
- To była tylko grypa. Czuję się już normalnie - odparł. Mało tego, czuł się tak, jak gdyby nigdy w życiu  

nie był chory! - Nie przyjmuję wymówek. Musisz się zgodzić.

Uśmiechnęła się do niego, chociaż czuła coraz silniejszy skurcz w żołądku.
- A więc się zgadzam.
Choć nie powinnam, dodała w myślach.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

- To naprawdę nie było konieczne. - T.J. spojrzała z zakłopotaniem na siedzącego po drugiej stronie stolika  

Christophera.

Niekonieczne,   ale   przyjemne.   Oczywiście   -   była   stremowana,   ale   jednocześnie   mile   podekscytowana. 

Powtarzała sobie, że to tylko jeden wieczór, że musiała się zgodzić na wspólne wyjście, że skoro on już i tak  
uwierzył, że T.J. jest Theresą, to nie stanie się nic strasznego. Wino, które wypiła do posiłku, dodatkowo 
zagłuszyło wyrzuty sumienia.

-  A   ja   myślę,   że   było   konieczne   -  odparł   Christopher.   Widać   było,   że   on  też   dobrze   się   bawi   w  jej 

towarzystwie.

- Naprawdę? - T.J. oparła podbródek na dłoni. Miała wrażenie, że wino coraz mocniej szumi jej w głowie.
- Naprawdę. - Chciał odwdzięczyć się za wspaniałą opiekę i spędzić z nią jeszcze trochę czasu. Rozejrzał  

się po restauracji. Była porządnie zatłoczona, mieli dużo szczęścia, że znaleźli wolny stolik. - Nie sądziłem 
tylko, że dasz się namówić na stek.

Fakt, prawdziwa Theresa odmówiłaby. Nie zjadłaby stęka, chyba że nazywałby się filet mignon i kosztował 

trzydzieści dolarów za porcję. T.J. miała jednak nieco mniej wyrafinowany gust.

- Widzę, że masz mnóstwo ustalonych opinii na mój temat - powiedziała z zalotnym uśmiechem.
- Tylko trochę.
T.J. nadziała na widelec ostatni z pieczonych ziemniaków.
- Odrobiłeś pracę domową?
Nie dziwiło jej, że starał się zebrać przed przyjazdem jak najwięcej informacji na jej temat. Ciekawe, co by 

powiedział, gdyby dowiedział się, że wcale nie siedzi naprzeciwko bohaterki swojego raportu? Przez chwilę  
kusiło   ją   nawet,   aby   wyznać   mu   prawdę,   chociażby   po   to,   by   zobaczyć   jego   reakcję.   Wtedy   jednak 
musiałaby   ostatecznie   zrezygnować   z   całej   tej   maskarady,   a   to   oznaczałoby,   że   zapewne   straciłby  tak  
wyraźne zainteresowanie jej osobą, nie wspominając już o konsekwencjach takiego postępowania dla C&C 
Advertising.

Tak jak teraz było więc lepiej. Dużo bezpieczniej.
I o wiele bardziej ekscytująco.
Christopher podniósł do góry obie ręce.
- W porządku, przyłapałaś mnie. Sprawdziłem cię. Lubię wiedzieć zawczasu, z kim mam do czynienia. -  

Uważnie obserwował jej twarz, jakby z obawą, czy nie poczuje się urażona przeprowadzonym śledztwem.  
Ale nie. Nie była na niego zła. Prawdę mówiąc, spodziewał się tego. Theresa Cohran była ponad takie głupie 
urazy i uprzedzenia. - A ty nie lubisz?

- I tak, i nie - odparła wymijająco.
Nagle pomyślała o ich pocałunku. Właściwie to nie był ich pocałunek. Christopher tak naprawdę pocałował 

Theresę.

Poczuła nagłe ukłucie w sercu. Domyślała się, że to wino jest odpowiedzialne za owo niespodziewane 

uczucie zazdrości, ale wcale nie czuła się przez to mniej zraniona.

- Czasem lubię niespodzianki - dodała głębokim, aksamitnym głosem.
-   Ja   nie   lubiłem.   Do   dzisiaj.   -   W   jego   oku   pojawił   się   nagły  błysk,   kąciki   ust   uniosły  się   do   góry.  

Wyjątkowo dobrze mu się z nią rozmawiało. Kiedy tu przyjeżdżał, w ogóle się tego nie spodziewał. - Ty na 
przykład okazałaś się całkiem przyjemną niespodzianką.

W tym momencie Theresa roześmiałaby się zapewne kusząco. T.J. nie pozwalało na to poczucie winy. Nie 

mogła go przecież oszukiwać w nieskończoność.

- Może wyciągasz zbyt pochopne wnioski - powiedziała, jakby chciała go ostrzec.

25

background image

Ale on utwierdził się tylko w przekonaniu, że jego partnerka, nie dość że piękna, to jeszcze jest skromna.
- Nie sądzę - odparł. - Jestem dobrym obserwatorem. Pochylił się w jej stronę i dolał wina do kieliszka. 

Butelka była  już pusta, pomyślał więc, że zamówi  jeszcze jedną. Po chwili jednak zrezygnował. Wolał  
zachować pełną przytomność umysłu. Przeczucie podpowiadało mu, że ten wieczór nie skończy się tak 
szybko.

- Pozwól, że ci przypomnę, iż większość czasu przeznaczonego na obserwację spędziłeś pod kołdrą w  

stanie śpiączki - przekomarzała się Theresa.

- Niektóre rzeczy po prostu się wie. Wy, kobiety, nie doceniacie czegoś takiego, jak męska intuicja. - 

Pochylił  się ku niej i przykrył  dłonią jej drobną dłoń. Dziwne, pomyślał,  w tym  hałaśliwym,  jaskrawo 
oświetlonym miejscu czuł się o wiele intymniej niż w romantycznych, słabo oświetlonych restauracjach, do 
których prowadzał wcześniej swoje partnerki. - Cieszę się, że nasza współpraca dobrze się ułoży. Myślę, że  
twoja agencja może zrobić wiele dla mojej firmy - dodał, żeby nie odgadła jego, wcale nie związanych z 
kontraktem, myśli.

Uniosła kieliszek do góry.
- Co do tego nie mam wątpliwości. Mamy masę pomysłów...
Przebiegł   spojrzeniem   po   jej   prostej   czarnej   sukni,   którą   nosiła   z   gracją   księżniczki   przyodzianej   w 

aksamity.

- Ja też mam mnóstwo pomysłów... - Nie mógł sobie odmówić tej dwuznaczności.
T.J. przebiegł po plecach dreszcz na te słowa. Szybko wychyliła wielki łyk wina. Wiedziała, co miał na 

myśli. Może dlatego, że sama o tym myślała.

Christopher odchylił się nieco do tyłu.
- Nie masz pojęcia, jaka to ulga rozmawiać z kimś takim, jak ty - zaczął. - Nareszcie mogę się odprężyć i 

nie myśleć, czy przypadkiem nie jesteś tu ze mną dlatego, że interesuje cię wyłącznie MacAffee Toys, a  
nie...

- A nie ty sam? - podpowiedziała.
Boże, jeśli było tak, jak mówił, to wszystkie kobiety w jego życiu musiały być ślepe! Przecież ten facet był 

wspaniały. Gdyby to ona go spotkała, oczywiście jako T.J., a nie Theresa, z pewnością nie myślałaby o jego 
bankowych   rachunkach,   a   o  nim  samym.   Kto  wie,   może   nawet   zastanowiłaby  się,   czy  nie   skończyć   z 
wiecznym rozpamiętywaniem swojej małżeńskiej porażki i nie spróbować jeszcze raz?

Sęk w tym, że nie spotkała go jako T.J. Dla niego była Theresa i tak musiało pozostać.
Christopher spojrzał na nią z zakłopotaniem.
- Właściwie to nie chciałem, żeby zabrzmiało to w ten sposób. Nie zawsze potrafię właściwie dobrać  

słowa.

- Bez przesady. Dobrze sobie radzisz. - Może nawet zbyt dobrze, dodała w duchu.
Christopher pokręcił w zamyśleniu kieliszkiem.
- Byłabyś zdumiona, gdybyś wiedziała, jak wiele kobiet kieruje się wyłącznie pragmatyzmem w relacjach 

męsko-damskich - powiedział. - Wprawdzie przez ostatnie lata nie miałem zbyt wiele czasu na spotkania z 
kobietami, ale...

T.J. dojrzała smutny błysk w jego oku i natychmiast podpowiedziała:
- Ale ta, dla której znalazłeś czas, cię zawiodła? No nie, brakuje jeszcze, żeby zaczęli się sobie zwierzać!  

To naprawdę nie musiało być  częścią roli, jaką miała do odegrania. Sama jednak pamiętała ból, jaki ją 
ogarnął po odejściu Petera, i nie mogła nie współczuć mężczyźnie, który siedział z nią w tej chwili przy  
jednym stoliku w niedrogiej restauracji.

- Można tak powiedzieć. - Christopher dopił wino, po czym postawił kieliszek na stole. - Dostałem nieźle 

w kość.

Czuł się trochę głupio, ale co tam. Był wobec niej bezwstydnie szczery, bardziej niż wobec wszystkich, 

których znał przez całe życie. Dziwne, ta kobieta, którą po raz pierwszy ujrzał niespełna czterdzieści osiem  
godzin wcześniej, była mu bliższa niż najlepsi przyjaciele. W jej oczach było tyle zrozumienia, że nie mógł  
nie powiedzieć jej reszty.

- Poleciała na moje nazwisko i konto bankowe. Na rodzinne koneksje... - Zerknął na nią uważnie. - Hej,  

czy ciebie też to czasem nie spotkało?

T.J.   nie   miała   pojęcia,   co   odpowiedzieć.   Akurat   teraz   nie   mogła   przecież   być   z   nim   szczera   (jeśli  

kiedykolwiek   w   ogóle   była!).   Pomyślała   o   Theresie.   O   pełnym   splendoru   życiu,   jakie   prowadziła,   o  
wszystkich mężczyznach, którzy kręcili się wokół niej. W porównaniu z kuzynką czuła się jak brzydkie  
kaczątko, choć przecież w gruncie rzeczy były do siebie tak bardzo podobne. Wyglądały identycznie, ale to 
właśnie umiłowanie życia Theresy, jej energia, temperament czyniły ją piękną. Czasami T.J. zazdrościła 
kuzynce tej umiejętności korzystania z uroków życia bez oglądania się na resztę.

26

background image

Ale za to ona miała Megan. I swoją ukochaną pracę.
Czy to mało?
Wystarczy aż nadto, powtórzyła z uporem.
Zrobiła minę konspiratorki i przysunęła się bliżej Christophera.
- Czy mnie to kiedyś spotkało? - szepnęła. - Wciąż mnie to spotyka.
- Więc mamy ze sobą wiele wspólnego. - Spojrzał na nią. Chyba nie była co do tego przekonana. - Oboje 

prowadzimy rodzinny interes - zaczął wyliczać - oboje jesteśmy jedynakami, oboje musimy umieć oddzielać 
ziarna od plew...

I na szczęście oboje jesteśmy wolni, dodał w duchu.
- Tyle że ty wciąż zajmujesz się interesami, a ja nie - dopowiedziała z uśmiechem.
Aha, i jeszcze coś, nie jestem tą osobą, za którą mnie bierzesz.
- Może nie powinienem. - Christopher nagle poczuł się gotów, by zmienić całe swoje życie. - To znaczy,  

może nie powinienem zajmować się wciąż interesami. Przecież nie muszę. - Wzruszył ramionami. - A już na  
pewno nie wtedy, gdy jestem w towarzystwie tak wspaniałej osoby.

. Kompletnie już trzeźwa T.J. wbiła wzrok w talerz i zaczęła prosić Boga, by w cudowny sposób zabrał ją z  

tego miejsca. Facet w niej się zadurzył! W jawny sposób robi jej propozycje! Wciąż nie bardzo mogła w to  
uwierzyć, ale tak właśnie było. Tylko co powie, kiedy odkryje, że otwierał swoje serce przed oszustką? 
Zrobiło jej się go żal. A jeszcze bardziej żal siebie.

Musi   zmienić   temat,   klimat,   charakter   tej   rozmowy.   Desperacko   chwyciła   się   pierwszej   myśli,   jaka 

przyszła jej do głowy.

-  A  propos  odpowiednich osób - zastanawiałam się właśnie nad czymś. Za niecałe dwa tygodnie mamy  

Dzień świętego Walentego.

- Wiem o tym  -  odparł rozmarzony.  Hm,  chyba  nie  najlepiej trafiła.  Opuściła wzrok. Nic  z tego nie 

wyjdzie, jeśli będzie wpatrywać się w te jego piękne oczy.

- Jeśli się pośpieszymy - zaczęła szybko tłumaczyć - zdążymy przygotować kampanię telewizyjną na kilka 

dni przed...

- Walentynkową kampanię dla MacAffee Toys? - przerwał jej. Najwyraźniej go to rozbawiło. - Zabawki 

dla maluchów nie kojarzą się raczej z walentynkami.

- Zabawki nie, ale maskotki tak. - Wspaniały pomysł już kiełkował w jej głowie. Nie istniały przecież 

żadne reklamy zachęcające do kupna walentynkowych maskotek dla ukochanej osoby. Tego dnia królowały 
czerwone róże i czekoladki.

-   Ostatniego   wieczoru   przeglądałam   wasz   katalog.   Macie   kilka   zabawek   idealnie   nadających   się   na  

prezenty, które mężczyźni wręczyliby kobietom swego życia. Na przykład ten wasz biały miś - ciągnęła,  
coraz bardziej rozentuzjazmowana.

- Ten, który mówi: „Kocham cię”, kiedy się go naciśnie.
- Wyciągnęła z torebki długopis i nabazgrała coś na serwetce, po czym obróciła ją w stronę Christophera. -  

To   doskonałe.   Moglibyśmy   dać   tekst:   „Nie   możesz   znaleźć   właściwych   słów?   Na   walentynki   wyślij  
posłańca”. I pokazać tego misia.

Roześmiał się, ubawiony tym pomysłem.
- Wierz mi, kobiety uwielbiają maskotki - przekonywała. Christopher znów spojrzał na nią z zachwytem i  

pokręcił z niedowierzaniem głową. Czy on spotkał bizneswoman, czy anioła?

- Byłem pewien, że ty wolałabyś biżuterię - powiedział nieśmiało.
Miał   rację.   Znowu   wpadka.   Theresa   podziwiała   przecież   wszystko,   co   błyszczało   i   mierzone   było   w  

karatach. To tylko T.J. miała tę śmieszną słabość do pluszowych przytulanek.

- Lubię i jedno, i drugie. Miś mógłby trzymać pudełko z brylantowym pierścionkiem. Przywiązałoby sieje 

na wstążce i powiesiło na szyi. - Pośpiesznie narysowała na serwetce figurkę kobiety z misiem, która ściska  
z wdzięczności ukochanego mężczyznę. - Co o tym sądzisz?

- Podoba mi się. Tylko tak dalej.
- Nie ma sprawy. - Rozpromieniła się zadowolona, po czym przypomniała sobie nagle, że nie załatwili 

przecież jeszcze żadnych formalności. - Ale... Czy nie sądzisz, że najpierw powinniśmy podpisać umowę?

Christopher niedbale wzruszył ramionami.
- To zwykła formalność, załatwimy to do końca tygodnia - powiedział. - Moi prawnicy już przygotowują 

jej projekt.

T.J. odchyliła się do tyłu i popatrzyła na niego uważnie.
- Widzę, że byłeś pewien, że nawiążemy współpracę. Doświadczenie nauczyło go ostrożnie odpowiadać na 

tego rodzaju pytania.

-   Niezupełnie.   Chciałem   się   najpierw   przekonać,   jacy   naprawdę   jesteście.   Nie   bardzo   wierzę   we 

27

background image

współpracę z firmami, których prezesi nie angażują się w pracę, jej jakość, lecz tylko i wyłącznie gonią na  
zyskiem. Ty mnie po prostu podbiłaś. - Wyciągnął dłoń, aby przypieczętować umowę.

Gdy ich ręce zetknęły się, T.J. owładnęło poczucie satysfakcji. Satysfakcji połączonej z oczekiwaniem. Na  

co?

Christopher nie zamierzał zbyt prędko przerwać uścisku. Trzymał długo jej dłoń w swojej i rozkoszował 

się uczuciem, które nie miało nic wspólnego z umową, która wkrótce połączy dwie firmy. Czuł raczej to, co 
czuje mężczyzna w towarzystwie pięknej kobiety.

Wreszcie puścił jej rękę i podniósł kieliszek. Została w nim tylko kropelka na dnie, ale uznał, że wystarczy 

to do spełnienia toastu.

-   Za   długi   i   pomyślny   związek   -   powiedział.   T.J.   stuknęła   lekko   pustym   kieliszkiem   o   kieliszek  

Christophera. Miała nadzieję, iż to, że spełniają toast z pustych naczyń, nie wróży źle ich współpracy.

- Za przyszłość - powiedziała. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, że zrobiliśmy cię w konia, dodała 

w myślach.

- Theresa? Co się dzieje? Wydajesz się zdenerwowana - zauważył. - Czy to przeze mnie? Kto wie, kto  

wie...

- Nie, denerwuję się ze swojego powodu - odparła, uznając, że może odrobina uczciwości z jej strony nieco 

go zastopuje.

- Dlaczego?
- Ponieważ myślę o tym, o czym nie powinnam myśleć. Nie odrywał od niej wzroku. Widocznie rozumiał  

jej słowa tak, jak chciał rozumieć.

- O czym? - zapytał, patrząc intensywnie w jej twarz.
- O łączeniu przyjemności i interesów - wypaliła.
- Zabawne, też o tym myślałem - szepnął.
Och, jak łatwo byłoby pozwolić sprawom toczyć się własnym trybem... Ale to byłoby kolejne kłamstwo.  

Najgorsze ze wszystkich.

T.J. przywołała się do porządku.
- My nie możemy - stwierdziła kategorycznie.
-   Niby  dlaczego   nie?   -   zdumiał   się.   Chyba   nie   spodziewał   się   takiej   reakcji.   Nic   dziwnego,   po   tym  

wszystkim... - Czasami niektórym ludziom się udaje.

T.J. pomyślała o wszelkich konsekwencjach, jakie niechybnie nastąpiłyby, gdyby wdali się w romans.
- Ale nie tym razem, nie nam - powiedziała. O dziwo, Christophera nie zniechęciła i nie zirytowała jej  

odmowa. Ta dama była o wiele bardziej skomplikowana niż myślał. Zalotna i zdystansowana, kusząca i 
nieśmiała. Stanowiła pudełko pełne niespodzianek, a każda z nich była przyjemniejsza od poprzedniej.

- Nigdy nie wiadomo, dopóki się nie spróbuje - nalegał. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć.
-   Nie   chciałabym,   żebyś   myślał,   że   uwodzę   cię,   bo   zależy   mi   na   twojej   firmie.   Już   dość   miałeś 

rozczarowań...   -   wyznała,   patrząc   mu   prosto   w   oczy.   Para,   która   ich   mijała,   przeniosła   spojrzenie   z  
Christophera na T.J. i z dezaprobatą potrząsnęła głowami. - Widzisz, ci na pewno tak o mnie pomyśleli. Że 
zachłanna panienka składa biznesmenowi nieprzyzwoite propozycje.

- To zabawne, bo jest odwrotnie. To ja składam propozycję. A ponieważ zawarliśmy już naszą umowę, 

wszystko, co wydarzy się między nami, nie będzie miało związku z pieniędzmi, kontraktami i zyskiem.  
Będzie czyste i bezinteresowne.

Popatrzył na pusty talerz i pusty kieliszek. Nagle zdał sobie jasno sprawę, czego pragnie na deser. Bardzo  

rzadko był równie mocno pewien czegoś, co nie miało związku z zarabianiem i inwestowaniem. Tym razem  
nie miał żadnych wątpliwości.

- Gotowa do wyjścia? - zapytał.
- Tak.
T.J.   wiedziała,   że   odpowiedziała   nieco   za   szybko   i   że   Christopher   mógł   niewłaściwie   zrozumieć   jej 

odpowiedź. Chciała po prostu wydostać się już stąd i wrócić do domu, gdzie czekały na nią Megan, Cecilia 
oraz zimny prysznic. Wejdzie pod niego i nie będzie wychodzić przez dobre kilka godzin!

Podniosła  torebkę   i  wstała.   Christopher   otoczył  ją  ramieniem  i  poprowadził   do wyjścia.  Na   zewnątrz 

spostrzegł, że kobieta drży. Na pewno nie z powodu tremy, uśmiechnął się w duchu. Theresa Cohran nie 
miała prawa drżeć z wrażenia w obecności mężczyzny. Może to chłodne powietrze? Ale przecież nie było  
zimno, wręcz przeciwnie, noc była ciepła i pogodna, zupełnie jak jego nastrój.

Kiedy szli w stronę jej samochodu, przyszedł mu do głowy inny powód, dla którego mogła drżeć.
- Thereso, powiedz szczerze, czy ty się dobrze czujesz? Chyba się ode mnie nie zaraziłaś, prawda?
- Nie. - Mogłaby się posłużyć i taką wymówką, ale nie miała już sił na kolejną komedię. Gdy doszli do  

samochodu, spojrzała mu prosto w oczy i oznajmiła: - Nie powinniśmy tego dłużej ciągnąć.

28

background image

Tak trudno było jej to powiedzieć. A jednak tak było najlepiej dla nich obojga.
Christopher stracił pewność siebie. Czyżby błędnie zinterpretował jej sygnały? To niemożliwe, zbyt dobrze 

znał się na ludziach. Uporczywie wpatrywał się w jej twarz w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, wreszcie 
zapytał:

- Dlaczego?
Theresa na pewno wymyśliłaby coś, zasypała go dziesiątkami wyjaśnień. T.J. mogła jedynie wyszeptać  

prawdę.

- Bo... bo za bardzo tego pragnę.
Zabawne,   jak  kilka   prostych   słów   może   odmienić   czyjeś   życie.   Christopher   nigdy  nie   był   przesadnie 

wylewny, nie ujawniał swoich uczuć. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Nie zważając na to, że znajdują 
się w publicznym miejscu, gdzie przechodzi mnóstwo ludzi, przygarnął ją do siebie i głęboko wciągnął 
przesycone zapachem jej włosów powietrze.

- Rozumiem - szepnął.
Popatrzyła na niego niepewnie. Powinna uciec. Nie narażać na niebezpieczeństwo siebie, firmy, no i jego - 

Christophera. A jednak stała tu i pragnęła, żeby dotykał jej ramienia. Żeby wdychał zapach jej włosów. Żeby 
pragnął jej i... żeby się z nią kochał.

Czy ona zwariowała!
- Naprawdę? - zapytała. Skinął głową.
- Boisz się poddać swoim emocjom - powiedział. - Zawsze musisz wszystko kontrolować, prawda?
Mój Boże, jak bardzo się mylił. Otworzyła usta, aby zaprotestować, ale położył palec na jej wargach.
- Wiem - zapewnił ją. - Sam jestem taki. Ale teraz żadne z nas nie musi sprawować kontroli nad tym  

drugim. Nie o to chodzi. Możemy być po prostu dwójką ludzi, którzy cieszą się sobą wzajemnie. To nie  
rywalizacja...

W   jego   ustach   brzmiało   to   tak   prosto.   Gdyby   poznała   go   jako   T.J.,   nie   jako   Theresa,   być   może  

rzeczywiście takie by było. Przez chwilę biła się z myślami. Walczyły w niej poczucie winy i pożądanie.  
Ostatecznie zwyciężyło poczucie winy.

T.J. miała jednak niepokojące przeczucie, że to zwycięstwo niekoniecznie jest trwałe.
Co gorsza, wcale nie chciała, żeby tak było.
- Nie chciałam niczego takiego powiedzieć...
- No widzisz? Myślimy w ten sam sposób. Im dłużej z tobą rozmawiam, tym bardziej wydaje mi się, że 

jesteśmy do siebie podobni.

- Niewiarygodne, prawda? - Roześmiała się, ale ten śmiech zabrzmiał w jej uszach dość ponuro,
- Tak, to dobre słowo dla tej sytuacji.
Pochylił głowę i serce T.J. na moment zamarło. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale uczucia zwyciężyły.  

Nie czekając, aż Christopher zrobi pierwszy krok, wspięła się na palce i zanurzyła dłonie w jego włosach. 
Jakaś potężna, nie znana T.J. siła, kazała przycisnąć jej wargi do jego ust.

I wtedy to poczuła. Nie myślała już o niczym, zniknęła gdzieś wina i wyrzuty sumienia. Ręce Christophera 

spoczęły na jej ramionach, usłyszała jego zduszony jęk i ogarnęło ją nagłe uczucie radości, gdy odpowiedział 
na pocałunek i po chwili go pogłębił.

Stali tak, spleceni ze sobą jak dwójka zadurzonych w sobie nastolatków, i nie mogli oderwać się od siebie.
T.J. zrobiła to pierwsza.
- Chyba powinniśmy już wracać, prawda?
- Nie jestem pewien, czy trafię - odpowiedział. - W takim stanie...
Otworzyła drzwi od strony kierowcy i usiadła.
- W porządku - powiedziała. - Ja będę prowadzić, wiem jak stąd najprędzej wrócić.
Przynajmniej mam taką nadzieję, dodała w myślach.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Christopher zawsze był ostrożny w relacjach z kobietami. Tak właśnie wychował go ojciec i dlatego też  

sądził, że zawsze będzie zachowywał się w ten sposób.

Teraz jednak nie żywił wobec Theresy żadnych podejrzeń. Czuł się tak, jakby w jednej chwili pozbył się  

rezerwy  i   uprzedzeń,   narosłych   przez   lata,   kiedy  to   nie   miał   szczęścia   w   kontaktach   męsko-damskich. 
Ogarnęła go dziwna pewność, że nie potrzebuje już ochrony.

Siedząca obok niego w samochodzie kobieta całkowicie zawładnęła jego myślami. Miała wszystko, czego 

poszukiwał w istotach płci żeńskiej: była inteligentna, wesoła, intrygująca i troskliwa. Na dodatek seksowna 
i obdarzona niezwykłym talentem do interesów. Czego jeszcze mógłby pragnąć mężczyzna?

29

background image

Tylko jednego - posiąść ją na własność. Stworzyć z nią trwały, szczęśliwy związek. Tego właśnie pragnął 

on, Christopher MacAffee.

Gdyby przyjrzeć się wszystkiemu z należytym dystansem, pomyślał, to ta niezbyt elegancka restauracja  

specjalizująca się w stekach nie była najszczęśliwszym miejscem na zakochanie się. A jednak tak się stało.  
Zakochał się... To musiała być miłość, skoro nigdy jeszcze nie doświadczył podobnego uczucia.

Chciał wziąć ją w ramiona i tańczyć z nią na brzegu Thamizy. Zabrać ją do Paryża, żeby sączyć wino w  

cieniu Wieży Eiffla. Na Tahiti, żeby kochać się na plaży. Czuł się silny, dziki, wyzwolony... To musiała być  
miłość. Nic innego. Albo miłość, albo całkowite szaleństwo.

Z kolei T.J. czuła się zniewolona. Pozbawiona swobody z powodu tej idiotycznej sytuacji, w jakiej oboje 

się znaleźli. Gdyby nie trzymała kierownicy, zapewne ogryzałaby teraz nerwowo paznokcie - coś, czego  
Theresa z pewnością nigdy by nie zrobiła. Kuzynka zawsze panowała nad swoimi nerwami. Niestety, ona, 
T.J., wprost przeciwnie.

Czy  jednak  Theresa   miała   kiedykolwiek   jakiś  powód,   by  się   denerwować?   Przywykła   do   nieustannej 

adoracji. I do tego, że gdy pojawia się jakiś problem, zawsze jest pod ręką jej kuzynka, która bez mrugnięcia  
okiem zajmie się wszystkim w razie czego.

T.J. zacisnęła szczęki. A może ona miała już dosyć bycia tą, na której w każdej sytuacji można polegać. 

Zawsze spokojną, odpowiedzialną, zawsze w cieniu Theresy. Może i ona chciała choć raz poczuć się szalona 
i beztroska.

Zerknęła na Christophera i dostrzegła, że wpatruje się w nią z podziwem. Poczuła rozlewające się po jej  

ciele ciepło i uśmiechnęła się do niego szeroko.

Proszę uprzejmie - skoro on uważa, że ona jest Theresa, to nią będzie. Przez cały czas. A jutro, kiedy 

Christopher odleci na zawsze, znów zamieni się w nudną, bezpieczną i równie seksowną, co stary kapeć T.J.

Poruszyła się na fotelu. Pas wpijał się w jej ramię, mimowolnie przypominając, że powinna pamiętać o  

swoim bezpieczeństwie. Dosyć, zirytowała się. Nie może być całe życie taka ostrożna. Ten jeden jedyny raz  
trzeba złapać byka za rogi. Przecież i tak nikt się nigdy nie dowie...

Ogarnęła ją olbrzymia pokusa. Czy chciałby tego, gdyby mu pozwoliła? Uśmiechnęła się lekko, a krew 

zaczęła szybciej krążyć w jej żyłach. Pożądanie wygrywało bitwę ze zdrowym rozsądkiem.

Wprowadziwszy samochód na podjazd, zaciągnęła ręczny hamulec i spojrzała mu w twarz.
- Coś taki milczący? - Nie odzywał się prawie, odkąd odjechali spod restauracji. - Czy powiedziałam coś,  

co tak bardzo dato ci do myślenia?

- Wszystko, co mówisz, daje do myślenia - uśmiechnął się. - Ale tak naprawdę, to zastanawiałem się, jak 

zabawnie potrafią układać się ludzkie losy - dodał.

Miał oczywiście rację. Gdyby tak nie było, nie siedzieliby tutaj, pod jej domem. Pan Bóg w niebie musiał 

mieć niezły ubaw, patrząc na nich z wysokości.

- Czy wiesz, że omal nie zrezygnowałem ze spotkania z tobą? - odezwał się Christopher, gdy wysiedli.
Nie bardzo rozumiała. Wiedziała, że miał w zwyczaju sam podejmować ważne decyzje dotyczące jego  

firmy, podobnie jak jego ojciec.

- Przecież zawsze... - zaczęła.
- Tak, to prawda - przerwał jej i wzruszył ramionami.
- Ja „zawsze”, mój ojciec też „zawsze”... Święte, niezmienne reguły. Tacy jesteśmy, takie mamy zwyczaje. 

Ale życie jest zbyt skomplikowane i krótkie na takie luksusy, jak spotkanie dwojga ludzi przed podpisaniem 
umowy. Poza tym oboje wiemy, że umowę można zerwać, jeśli któreś z nas jest niezadowolone, niezależnie 
od tego, jak wielkie to rodzi komplikacje. - Pokręcił głową. Wciąż nie mógł uwierzyć, że omal nie popełnił  
fatalnego błędu, nie zmarnował życiowej szansy.

- Myślałem o wprowadzeniu nowych zasad - wyjaśnił. -
Chciałem zdać się na moich pracowników i im zlecać takie zadania, jak ocena ludzi, z którymi zamierzam 

współpracować.

T.J. podeszła do drzwi i wyciągnęła z torebki klucze. Wyjął je z jej ręki i sam otworzył. Przepuścił ją  

przodem, po czym oddał pęk kluczy. Dotknięcie jego dłoni sprawiło, że zadrżała.

Pokój gościnny był nieoświetlony, tylko w przedpokoju paliła się mała lampka. Cecilia i Megan poszły już 

dawno spać.

A więc teraz jest z nim sama. Zupełnie sama.
- Cieszę się, że jednak zdecydowałem się przyjechać - odezwał się Christopher. - Moi współpracownicy 

posiadali całkowicie błędne informacje na twój temat.

T.J.   przekrzywiła   lekko   głowę,   tak   jak   miała   to   w   zwyczaju   Theresa,   kiedy   flirtowała.   Poczuła 

nieprzyjemny ucisk w żołądku. Cóż, zdaje się, że przedobrzyła. Za dobrze udawała Theresę, a teraz... No  
właśnie, co teraz?

30

background image

- Niby dlaczego błędne? - zapytała prowokująco. Delikatnie przesunął wierzchem dłoni po jej gęstych  

włosach. Nie układała ich, zwisały luźno, niczym ocean ciemnych loków, który aż prosił się o to, aby się w 
nim zanurzyć.

- Pozwolili mi uwierzyć, że jesteś próżną i płytką flirciarą, która pozostawia prowadzenie firmy bardzo  

zdolnym współpracownikom i stąd bierze się ten jej sukces.

- Ale ja...
- Nie jestem taka - dokończył za nią. - Wiem. Przekonałem się już o tym i wierz mi, znam twoją prawdziwą 

wartość. Dziennikarze to idioci... Moi pracownicy również. - Odsunął się nieco i popatrzył na nią uważnie w 
świetle   księżyca   sączącym   się   z   francuskiego   okna.   -   Nie   jesteś   próżna,   chociaż   masz   ku   temu   wiele  
powodów. Z całą pewnością nie jesteś też płytka. A skoro sama pracowałaś nad tą wspaniałą prezentacją, to  
widać nie masz mniej talentów od swoich współpracowników.

- To T.J.... - Jedynie tyle zdołała wyszeptać. Christopher uśmiechnął się tylko. Na dodatek była lojalna.
Dlaczego jednak, do licha, nie chce być chwalona za swoje własne projekty?
- Wiesz co? Zdaje mi się, że ta T.J. to tylko zasłona dymna - stwierdził.
- Nie, wcale nie. Ona...
-   Daj   spokój.   -   Najwyraźniej   zamierzała   upierać   się,   że   pracę   wykonała   jej   kuzynka.   Może   nawet  

uwierzyłby   w   to,   gdyby   nie   widział   w   restauracji   pośpiesznie   wykonanego   szkicu.   Położył   ręce   na   jej 
ramionach i powtórzył: - Daj spokój. Ten szkic, który zrobiłaś w restauracji... Pamiętasz? Rysowała go ta  
sama osoba, która przygotowała szkice do kampanii. Nie upieraj się już. Mnie nie oszukasz.

T.J. nerwowo przełknęła ślinę.
- Rysujemy w bardzo podobnym stylu... - zaczęła.
-   Sama   widzisz,   Thereso   -   przerwał   jej.   -   Gdybyś   była   próżna   albo   płytka,   cieszyłabyś   się   teraz   i 

przypisywała sobie cudze zasługi. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Pod wrażeniem tej prezentacji - spojrzał 
jej głęboko w oczy - i twoim.

Puls T.J. przyśpieszył, poczuła, że uginają się pod nią kolana. Pragnęła tego, pragnęła rozpaczliwie, a  

jednak wciąż wydawało się jej to nieuczciwe. Przecież on myślał... on myślał...

Christopher pochylił się i przycisnął wargi do jej ust. Do diabła z tym, co myślał! Zacisnęła dłonie na jego 

mocnych ramionach i poddała się namiętności. Nie zastanawiała się teraz nad tym, jak bardzo skomplikuje to 
później życie Theresie. Nie była w stanie wybiec myślami tak daleko naprzód, co więcej, nie była nawet w  
stanie trzeźwo rozumować. Skoro naraziła się już na tak niezręczną sytuację, to postanowiła mieć chociaż z  
tego jakieś korzyści. Theresie na pewno nie przeszkadzałoby, że on jutro wyjeżdża. A więc będzie Theresą.  
Tylko ten jeden raz, tylko dzisiaj nareszcie zobaczy, co to znaczy żyć jak Theresa Cohran.

Czuła się cudownie lekka, wyzwolona. Gdyby jej nie obejmował, z pewnością wzbiłaby się w powietrze.

Christopher widział pożądanie w jej oczach, ale chciał być pewien, że ta kobieta naprawdę pragnie tego, co  

on.

-   Może   znajdziemy   bardziej   intymne   miejsce?   -   Ujął   ją   za   rękę,   czekając   na   sprzeciw   i   modląc   się 

jednocześnie, aby nie nastąpił. - Ten niewielki pokoik, w którym leżałem... Idealnie by się nadawał.

T.J. mogła jedynie skinąć głową. Nawet nie wiedziała, czy uśmiechnęła się w odpowiedzi. Pomyślała, że 

całe jej dało się śmieje. Była teraz jednym wielkim uśmiechem, esencją szczęścia.

Poprowadził   ją   przez   korytarz   do  sypialni.   Jej   sypialni.   Po  chwili   zamknęły  się   za   nimi   drzwi   i   T.J. 

odwróciła się, aby spojrzeć mu w oczy. Czekała...

Theresa by nie czekała. Działałaby.
Przełknęła ślinę i palcami, które przestały już drżeć, powoli rozwiązała mu krawat.
Christopher nigdy wcześnie nie był równie zamroczony i równie spięty. Nie myślał o tym, co się dzieje. 

Mógł tylko pozwolić, aby wszystko potoczyło się swoim torem, dać się porwać i czekać, aż to niesłychane  
napięcie znajdzie wreszcie ujście.

Jednak nie mógł dłużej czekać. Chciał, by nastąpiło to szybciej. I by oboje na zawsze zapamiętali tę noc, by 

Theresa zapomniała o wszystkich mężczyznach, których poznała przed nim i żeby nie chciała już nikogo 
innego.

Przejął inicjatywę, jednak po nasyceniu pierwszego porywu, pierwszej ciekawości, postanowił, że będzie  

kochał się z nią powoli, tak by mogła rozkoszować się każdą chwilą. I żeby po tym, co przeżyje, nie przyszło  
jej do głowy szukać innych. By na zawsze wybrała jego, tak jak on wybrał już ją.

I chyba mu się udało, bowiem T.J. czuła się tak, jakby doznała boskiej iluminacji. Spodziewała się, że 

miłość z Christopherem będzie niezwykła, akt ten był jednak tak cudowny, tak powolny, liryczny i delikatny, 
że niemal odchodziła od zmysłów. Nigdy przedtem nie zaznała tak słodkich mąk. Pragnęła zaspokojenia i  
jednocześnie nie chciała, aby nadeszło zbyt  prędko. Jeszcze nie. Chciała, aby to rozkoszne oczekiwanie  

31

background image

trwało wiecznie i nigdy się nie kończyło.

Nie   miała   pojęcia,   że   może   być   zdolna   do   takich   przeżyć.   Wydobył   z   niej   to,   o   co   nigdy   się   nie  

podejrzewała. A gdy było już po wszystkim, otoczył ramionami i przytulił czule do siebie, tak jakby było to  
zupełnie naturalne, jakby od zawsze był jej kochankiem.

A właściwie kochankiem Theresy, przypomniała sobie.
W tej chwili jednak nie miało to znaczenia. Tej nocy to ona była Theresą. Jej serce przepełniało szczęście i 

ona pragnęła, aby to uczucie nigdy jej nie opuściło.

Chciała powiedzieć mu, że po raz pierwszy jest jej tak dobrze, że nigdy dotąd nie reagowała tak namiętnie. 

Nawet z Peterem. Nie mogła mu jednak tego powiedzieć. Nie mogła powiedzieć, że nigdy dotąd nie kochała  
się z mężczyzną, którego ledwo znała, bo wzbudziłaby w nim niebezpieczne podejrzenia. Wszak Theresa 
miała wielu mężczyzn, i on o tym wiedział. Gdyby zaczęła powtarzać tę litanię zachwytów, wyśmiałby ją, 
albo pomyślałby, że kłamie.

Co za ironia losu. Nie może powiedzieć swemu kochankowi, że jest z nim szczęśliwa!
Coś jednak musiała powiedzieć. Chciała, aby zrozumiał, jak bardzo był dla niej wyjątkowy.
- Nigdy dotąd tego nie robiłam - wyznała nagle. Christopher oparł się na łokciu i uniósł pytająco brew.
- Nigdy nie kochałam się z klientem - wyjaśniła. Nie wiedział, czy może  jej wierzyć,  jednak bardzo 

pragnął, by słowa Theresy były prawdziwe.

- Wobec tego jestem pierwszy - stwierdził, po czym uniósł głowę i dotknął ustami jej ust. Reakcja była  

natychmiastowa.

Ogień wybuchł ze zdwojoną silą.
T.J. obudził dzwonek telefonu. Natrętny hałas wdarł się w jej sny, które zniknęły niczym bańki mydlane 

rozbite o twardą ścianę.

Uchyliła powieki i ujrzała, że pokój zalewa światło dzienne. Nadszedł ranek. Zastanawiała się, czemu tak 

szybko.

Hałas nie ustawał. Telefon - musiała odebrać telefon.
Kiedy sięgała po słuchawkę, zorientowała się, że nie jest sama. Że obok niej leży ciepłe dało. Nagie i 

ciepłe. Męskie dało...

Christopher.
Ubiegła noc.
Ranek.
O, Boże!
T.J. natychmiast się rozbudziła. Podniosła słuchawkę, sprawdzając jednocześnie, czy mężczyzna nadal śpi.
- T.J.? - usłyszała podniecony głos Theresy.  Christopher poruszył  się. Najwyraźniej dzwonek telefonu  

zbudził również jego. T.J. odsunęła się nieco i przykryła prześcieradłem.

- Tak? - szepnęła.
- T.J., to ja, Theresa. - Tym razem w głosie kuzynki słychać było zdziwienie. - Jestem już w domu. Od  

rana. Tamten lekarz, pamiętasz, osobiście mnie zbadał - pochwaliła się i roześmiała tak dobrze znanym T.J. 
śmiechem. - Spotykam się z nim dzisiaj wieczorem. No, gadaj. Jak ci poszło w piątek?

- Dobrze - odpowiedziała lakonicznie. Miała nadzieję, że Theresa zrozumie aluzję i zakończy rozmowę.
Nie miała jednak szczęścia. Rozbudziła tylko ciekawość kuzynki.
- Co to znaczy „dobrze”? I dlaczego szepczesz? Czy coś poszło nie tak?
-   Nie,   w   porządku.   Później   ci   wyjaśnię   -   szepnęła   T.J.   nieco   zirytowana.   Theresa   otrzymywała   tyle 

telefonów nie w porę, że chyba  mogła się domyślić, że osoba po drugiej stronie kabla chce zakończyć  
rozmowę.

Nagle   poczuła   palce   Christophera   na   swoim   nagim   ramieniu   i   omal   nie   jęknęła   z   przerażenia   i...   z  

rozkoszy.

- Opowiedz mi. - Wyglądało na to, że Theresa ma ochotę na pogawędkę. Cholera, świetna pora! - Czy 

MacAfee’emu spodobała się prezentacja?

Rzeczony MacAffee właśnie zabawiał się jej biustem. T.J. wstrzymała oddech.
- Tak mi się zdaje...
- Czy wszystko w porządku? - zaniepokoiła się nagle Theresa. - Masz dziwny głos.
- Nie, nie... Nic mi nie jest. Zadzwonię do ciebie później, The... T. J. - poprawiła się w ostatniej chwili.
- T.J.? - usłyszała jeszcze zdumiony głos kuzynki, po czym odłożyła słuchawkę.
Zaraz potem Christopher przekręcił ją gwałtownie na plecy i zajrzał w jej twarz z promiennym uśmiechem.
- To była T.J. - wyjaśniła.
- Tak myślałem - odparł, pieszcząc jej szyję. Uwielbiał, kiedy się tak pod nim poruszała. Czuł, że krew 

znów napływa mu do lędźwi. - Musi być bardzo czymś przejęta, skoro dzwoni w niedzielę - zauważył.

32

background image

T.J. przełknęła nerwowo ślinę.
- Nie znasz wszystkich faktów. - Próbowała zebrać w sobie siły. Z pewnością będą jej wkrótce potrzebne. - 

Czego sobie życzysz na śniadanie?

Uniósł głowę i popatrzył na nią z błyskiem w oku.
- Ciebie - mruknął.
Znowu to poczuła - szczęście rozlało się po jej ciele niczym złocisty miód. T.J. owinęła ramiona wokół  

jego szyi i przyciągnęła go do siebie.

- Nadciąga pierwsza porcja - szepnęła.

- Naprawdę już najwyższy czas, żebyście zjedli śniadanie. - Rozbawiona Cecilia zerknęła na Christophera. 

- Oho, widzę, że wróciły panu siły.

Nie   starała   się   wcale   ukryć   wiele   sugerującego  uśmieszku,   kiedy  stawiała   przed  nimi   talerz   grzanek. 

Uśmiechnęła się do Christophera, po czym zerknęła na T.J.

-  Zabieram  Megan  do  parku,   na   wypadek,   gdybyście   zamierzali   kontynuować   te   poufne   negocjacje   - 

poinformowała pracodawczynię.

- Skąd pani  wie?  - spytał  z  ciekawością.  W  ogóle  nie  hałasowali,  a kiedy  wrócili,  było   już  przecież  

stosunkowo późno. Był przekonany, Theresa zresztą też, że gospodyni śpi.

- Cecilia lubi myśleć, że wie wszystko. Czasem nawet udaje jej się zgadnąć. - T.J. wymownie popatrzyła na 

Cecilię. - Ale nie tym razem. Nie będzie już negocjacji - poinformowała Cecilię, jednak unikała patrzenia jej 
w oczy. Wolała nie widzieć tego sceptycznego uśmieszku. - Załatwiliśmy już nasze sprawy, ku obopólnej  
satysfakcji. - Nie zwracając uwagi na śmiech Cecilii, popatrzyła na Christophera. - O której Emmett ma cię  
odwieźć na lotnisko?

-   Nie   wspominałem   ci   jeszcze?   -   Uśmiechnął   się   do  niej.   Doskonale   wiedział,   że   nie.   To  miała   być  

niespodzianka, dopiero co wpadł na ten pomysł. Poczynił odpowiednie przygotowania, podczas gdy ona 
brała prysznic w łazience. - Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni.

ROZDZIAŁ ÓSMY

T.J. wpatrywała się w milczeniu w mężczyznę siedzącego po przeciwnej stronie stołu. Mężczyznę, który 

sprawił, że jej ciało poznało, czym jest rozkosz. Mężczyznę, który miał wyjechać, zanim zdołałby odkryć, że  
kochał się z niewłaściwą kobietą.

Musiała dwukrotnie odchrząknąć, zanim zdołała wydobyć z siebie głos.
- Słucham? - zapytała.
Christopher liczył na nieco bardziej radosną reakcję.
- Postanowiłem zostać tu jeszcze przez kilka dni - powtórzył.
Żeby być z tobą, od razu dodał w myślach. Był bliski powiedzenia tych słów na głos, ale powstrzymał się. 

Jeszcze nie. Nie może jej do siebie zrazić. Musi dać jej czas.

- Ale dlaczego...? - wyjąkała.
Hm, naprawdę myślał, że choć trochę się ucieszy. Ona jednak patrzyła na niego tak, jak gdyby oznajmił jej,  

że wynajął w nocy jej mieszkanie Armii Zbawienia.

- No... - zająknął się. - Chciałbym odwiedzić twoje biuro. Popracować nad tą walentynkową promocją...
Był  to zaledwie   ułamek  prawdy.   Najważniejsze   bowiem  było   to,  że   tego  ranka  uświadomił  sobie,   że 

pragnie na zawsze stać się częścią jej życia. Czuł podniecenie, radość płynącą z tego nowego, nie znanego 
dotąd uczucia. Podobnie muszą się czuć dzieci wypatrujące Świąt Bożego Narodzenia. Czekał na coś, nie  
wiedział na co, lecz przekonany był, że niespodzianki, które jeszcze go spotkają, będą tylko przyjemne.

Theresa Cohran była kobietą stworzoną dla niego. Był tego pewien. Mimo to nie mógł zupełnie wyzbyć się 

ostrożności. To nie leżało w jego naturze. Będzie musiał spędzić z nią jeszcze trochę czasu, zanim pozna 
ostateczną prawdę na temat ich ewentualnego związku. Nie był też ani tak naiwny, ani zarozumiały, aby 
sądzić, że ta cudowna kobieta po prostu rzuci mu się w ramiona. Nawet po upojnej nocy miłosnej. W jej 
życiu byli przecież także inni, choć z reguły jedynie przelotnie. Zresztą, zapewne nadal są. On, Christopher, 
chciał doprowadzić do sytuacji, w której Theresa Cohran sama zapragnie stworzyć prawdziwy dom, a to 
zajmie z pewnością trochę czasu. Kilka dni - to minimum.

- Do biura? - powtórzyła  tępo, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Ogłupienie powoli ustępowało 

miejsca panice. - Ale... myślałam, że musisz wracać.

Zerknęła na Cecilię, błagając ją wzrokiem o pomoc. Niestety - wyraz oczu gosposi wyjaśnił jej, że nie ma 

na   co   liczyć.   Cecilia   była   wręcz   rozbawiona   nieoczekiwanym   obrotem   spraw.   Ale   przecież   Cecilia 
usiłowałaby wyswatać ją nawet z listonoszem, gdyby tylko po dostarczeniu poczty zechciał zostać odrobinę 

33

background image

dłużej.

Czując się niczym pierwszy oficer na tonącym „Titanicu”, T.J. znowu spojrzała na Christophera. Może 

tylko żartował?

- Fakt, muszę wracać - powiedział. Już miała odetchnąć z ulgą, kiedy usłyszała: - Kiedy jednak brałaś 

prysznic, zadzwoniłem do Abramsa - ciągnął. Abrams był wiceprezesem w jego firmie, T.J. rozmawiała z 
nim kiedyś przez telefon.

- Powiedziałem mu, że będę parę dni później, gdyż mamy świetny plan nowej kampanii.
Ciekawe, co to dla niego znaczy „parę dni”, zastanawiała się T.J., usiłując zebrać niespokojne myśli.
Kiedy wpatrywała się w pustą kartkę papieru lub w ekran komputera, obmyślając strategię dla jakiejś  

firmy,   pomysły   pojawiały   się   jak   na   zawołanie.   Teraz   zaś,   kiedy   naprawdę   musiała   coś   wymyślić, 
wyobraźnia ją zawodziła. Jedyna wymówka, która jej przyszła do głowy, była wyjątkowo nieprzekonująca.

- Właściwie to zazwyczaj nikt nie zagląda nam przez ramię, gdy pracujemy...
Christopher żachnął się. Ze zdumieniem spostrzegł, że po raz kolejny Theresa zachowuje się bojaźliwie. 

Ale może był po prostu przewrażliwiony. Nic dziwnego - jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji:  
na każdym kroku starać się, by jej nie urazić, nie zniechęcić, nie przestraszyć.

Podniósł do ust tost i zaczął go pałaszować z apetytem głodomora.
- Obiecuję, że nie będę się wtrącał - przyrzekł. No nic, trudno, pomyślała T.J. Zdaje się, że on naprawdę 

zostaje i nie ma  na to rady.  Będzie musiała się z tym  jakoś pogodzić. Jeżeli wszystko miało się udać,  
należało teraz wykonać kilka taktycznych posunięć.

- W porządku, pozwól więc, że ja wykonam kilka telefonów - powiedziała.
Złapał ją za przegub, zanim zdążyła wstać.
-   Poczekaj,   przecież   jest   niedziela   -   zaprotestował.   Nawet   on   nie   pracował   w   niedzielę.   Zazwyczaj.  

Delikatnie uwolniła przegub z uścisku.

- Twój wiceprezes to nie jedyna osoba, do której można dzwonić w niedzielę. - Starała się, aby jej głos 

brzmiał swobodnie, zwyczajnie. Nie było to proste ze względu na ściśnięte gardło. - Proszę. - Podsunęła mu 
swój talerzyk z nie tkniętym tostem. - Zjedz to. Ja prawie nie jem rano.

Kolejne kłamstwo. T.J. zawsze budziła się głodna i pochłaniała olbrzymie śniadania. Jednak tego ranka nie 

byłaby w stanie przełknąć ani kęsa.

Pozostawiwszy Christophera w kuchni, poszła prosto do gabinetu. Po drodze spotkała Cecilię i Megan, 

które szykowały się właśnie do wyjścia. T.J. gorąco uściskała córeczkę, gdy zaś za małą  i gospodynią 
zamknęły się drzwi, odetchnęła z ulgą. Jedno zmartwienie mniej, przynajmniej na jakiś czas.

A setki zmartwień wciąż przed nią.
Kiedy wybierała znajomy numer, jej dłonie drżały. Dlaczego wszystko, w co zamieszana była Theresa,  

zawsze było takie pogmatwane?

Po czterech dzwonkach włączyła się automatyczna sekretarka. T.J. słuchała niskiego, zmysłowego głosu 

kuzynki, który przepraszał dzwoniących za jej nieobecność.

- No, proszę. Proszę, Theresa, odezwij się. Wiem, że tam jesteś. Odbierz ten cholerny telefon!
Kiedy   T.J.   miała   już   zrezygnować   i   zostawić   wiadomość,   usłyszała   po   drugiej   stronie   cichy   trzask  

podnoszonej słuchawki.

- Wiedziałam, że coś jest nie tak. - Theresa nie zadała sobie nawet trudu, żeby się z nią przywitać. - 

Straciłyśmy go, tak? Przejrzał cię i domyślił się, że nie jesteś mną. Boże drogi, gdybyś nie była taką głupią  
gęsią.

T.J. powstrzymała  się od komentarza. Nie miała  zbyt  wiele czasu. Christopher w każdej chwili mógł 

zacząć jej szukać.

- Thereso, czy mogłabyś jutro nie przychodzić do biura? - zapytała wprost.
- Dlaczego? - Kuzynka była mocno zaskoczona. T.J. westchnęła głęboko i oparła się o krzesło.
- Bo będzie tam on, Christopher - wyjaśniła. - Chce się rozejrzeć, zobaczyć, gdzie pracuję... To znaczy,  

gdzie ty pracujesz.

- Christopher?
T.J. niecierpliwie zabębniła palcami  o blat biurka. Czyżby Theresa nie odrobiła lekcji i nie wiedziała 

nawet, jak ich klient ma na imię?

- Christopher MacAffee - wyjaśniła cierpliwie. - Postanowił zostać tu przez kilka dni i zobaczyć,  jak  

pracujemy.

- Po co? Przecież mówiłaś, że podobała mu się nasza prezentacja.
- Owszem, podobała się. Może nawet za bardzo. T.J. przejechała dłonią po włosach. Jak zwykle tylko ona 

jest przerażona, tylko ona martwi się o los famy, tylko ona wykonuje czarną robotę. Czy Theresa nie zdaje  
sobie sprawy, że ta cala gra jest jak zabawa zapałkami w stogu siana? Jeden moment, a katastrofa gotowa. 

34

background image

Szlag trafi agencję. I nie tylko agencję.

Nagle w jej głowie zaświtał pewien pomysł. Tak! To była jedyna szansa!
- Posłuchaj, nie mam teraz czasu, aby mówić ci o szczegółach - oznajmiła. I wcale bym nie chciała, dodała  

w myślach. - Po prostu nie przychodź tam jutro i już, zgoda? Zaufaj mi, tak będzie lepiej. Albo nie, poczekaj, 
musisz przyjść - zreflektowała się w ostatniej chwili. - Musisz przyjść i powiedzieć wszystkim, że będę cię  
udawać. A przynajmniej kierownictwu. Boże, Theresa, to się tak potwornie pokomplikowało. Nawet nie  
wiesz...

- Okay. Damy sobie radę. - Theresa jak zawsze była niewzruszona - Wiesz, że całkowicie w ciebie wierzę.
- Tylko, że ja kłamię. Ciągle kłamię. To straszne. Po drugiej stronie słuchawki rozległ się protekcjonalny  

śmiech.

- Początki zawsze są trudne, T.J. Kiedy się rozkręcisz, pójdzie ci lepiej.
- Skoro tak twierdzisz... Aha, jeszcze coś. Zaczynamy kampanię walentynkową dla MacAffee Toys.
- Teraz, w te walentynki?
- Tak. - T.J. poczuła uzasadnioną satysfakcję.
- Do diabła, jesteś naprawdę szybka. - Tym razem w głosie Theresy słychać było szczery podziw.
Bardziej niż myślisz, droga kuzynko, bardziej niż myślisz, dodała w myślach T.J.
- Naprawdę muszę już kończyć. - Wstała od biurka. - Zostawiłam Christophera w kuchni, boję się, że 

zacznie się zastanawiać, co się ze mną stało.

- W kuchni? - powtórzyła Theresa. - A co MacAffee robi w twoim domu?
- To bardzo długa historia. Wszystko zaczęło się od wirusa.
- Komputerowego?
- Ludzkiego. Trzymaj się.
T.J.   odłożyła   słuchawkę   i   z   satysfakcją   popatrzyła   na   telefon.   Celowo   zostawiła   Theresę   w   stanie 

niepewności.  Musiała  przyznać,  że  choćby dla  tej jednej  chwili warto było  podjąć się  tej przebieranki. 
Zresztą, może tak naprawdę od dawna chciała zmienić skórę, może pragnęła tego, lecz nie chciała przed sobą 
się przyznać? No bo niby dlaczego teraz czuła się tak dobrze?

Wróciła   do   kuchni,   gdzie   Christopher   kończył   właśnie   swoje   śniadanie.   Co   za   fantastyczny   facet, 

pomyślała nie pierwszy raz na jego widok. Gdyby Theresa zdawała sobie sprawę, jak wygląda jej nudny 
podobno   klient,   zrobiłaby   wszystko,   aby   dotrzeć   na   lotnisko,   nawet   jeśli   musiałaby   zostać   tam 
przetransportowana wraz ze szpitalnym łóżkiem.

- Tęskniłem za tobą - szepnął, po czym owinął ramię wokół jej talii i przyciągnął ją do siebie.
Kiedy ją całował, poczuła na jego wargach smak miodu. A może to on sam tak smakował. Tak czy inaczej,  

miło byłoby do tego przywyknąć, mieć to na codzień. Niestety, nigdy nie będzie miała takiej szansy.

- Powiedz, jak długo Cecilia spaceruje z Megan po parku?
- Naprawdę nie wiem - odparła. - Około dwóch godzin. Może trochę dłużej.
- To dobrze, mamy trochę czasu - stwierdził zadowolony. Nagle zrobiło jej się gorąco. Czyżby wciąż miał  

ochotę na to, o czym ona nie mogła przestać myśleć?

- Trochę czasu? - powtórzyła.
- Po południu zamierzam przenieść się do hotelu. - Chciał, aby mieli jakieś swoje miejsce, gdzie nie 

musieliby przejmować się gospodynią i dziewczynką. - Po prostu nie wypada, żebym tu dłużej mieszkał. Nie 
chcę narażać na szwank twojej reputacji.

Tak, ten człowiek rzeczywiście był niezwykły.  Oto pierwszy mężczyzna, który przejmuje się reputacją 

Theresy. Przecież nawet sama Theresa miała ją w nosie. Plotki spływały po niej jak woda po gęsi.

- To bardzo szlachetne - pochwaliła go.
- Jednak zanim się stąd wyniosę - przycisnął usta do jej szyi, aż westchnęła z rozkoszy - pomyślałem, że 

moglibyśmy, hm, wrócić na chwilę na znajomy grunt. Spojrzał na nią tak, że niemal się rozpłynęła. Kiedy 
później ją całował, na przemian przeklinała i błogosławiła Theresę. Gdyby nie kuzynka, nigdy nie dane  
byłoby jej zakosztować raju.

I gdyby nie ona, nie musiałaby go teraz tracić.

T.J. czuła się niczym saper na polu minowym.  Rozluźniała się tylko wtedy, gdy zamykały się za nimi  

drzwi i zostawali sam na sam. Wtedy musiała uważać tylko na siebie, nie zaś na wszystkich innych, którzy 
mogliby przypadkowo nazwać ją prawdziwym imieniem lub popełnić jakąś inną pomyłkę. Zdemaskować ją i 
przerwać tym samym ten cudowny sen...

Podczas tych kilku dni, poświęconych na zapoznanie Christophera z działalnością agencji, była chodzącym 

kłębkiem nerwów. Ubrana w stroje, które Theresa przesłała jej przez swoją pokojówkę, T.J. starała się jak 
najlepiej   odegrać   rolę   szefowej.   Tak   dobrze   zresztą   wcieliła   się   w   tę   postać,   że   pracownicy   z   trudem 

35

background image

odróżniali ją od pierwowzoru. T.J. podsłuchała nawet, jak Heidi mówiła jednej z sekretarek, że T.J. wygląda  
bardziej na Theresę niż sama Theresa. „Tylko zachowuje się inaczej - dodała. - Bardziej dyplomatycznie, i 
odważniej w interesach...”

Pod   koniec   trzeciego   dnia   T.J.   zaczęła   wreszcie   nieco   się   odprężać.   Może   wszystko   będzie   dobrze,  

pocieszała samą siebie, przynajmniej jeśli chodzi o firmę. Bo reszta to już zupełnie inny problem, o którym  
na razie nie powinna myśleć. Na szczęście udawało się jej jakoś panować nad sytuacją.

Jednak kiedy zostawała sam na sam z Christopherem, w jego apartamencie hotelowym, nie mogła myśleć o 

niczym.

Nie chciała myśleć, pragnęła jedynie czuć. Zatrzymać w pamięci każde zmysłowe doznanie, każdą chwilę, 

a potem wspominać ją przez całe życie.

Noce, które spędzali ze sobą, były cudowne. I nie chodziło tylko o sam akt miłosny, choć i on był za  

każdym   razem   coraz   intensywniejszy   i   coraz   wspanialszy.   W   ich   związku   równie   mocno   liczyły   się 
drobiazgi - stanie na balkonie hotelowego pokoju i wpatrywanie się w niebo, w gwiazdy, które zdawały się  
być   na   wyciągnięcie   ręki,   picie   szampana   z   tego  samego   kieliszka   ze   wzrokiem   utkwionym   w   oczach  
partnera, silny uścisk i czułe słowa po zaspokojeniu pragnienia...

Drobiazgi, a tak bardzo znaczące.
T. J. była beznadziejnie zakochana w tym  mężczyźnie  i nic na to nie mogła poradzić. Mogła jedynie  

cieszyć się tymi krótkimi chwilami, które podarował jej los. Z biegiem dni coraz częściej zaczynała mieć  
jednak wrażenie, że cała ta historia wcale nie skończy się w chwili, gdy on wsiądzie do samolotu i wróci do  
San Jose.

Oczywiście nie chciała, żeby tak skończyło się to wszystko. Tylko jak niby mogłaby do tego nie dopuścić? 

Poprosić   go,   by  jeszcze   kiedyś   odwiedził   C&C   Advertising?   Za   którymś   razem   z   pewnością   poznałby 
prawdę; kłamstwa nie da się ciągnąć w nieskończoność. A gdyby dowiedział się, że go oszukała - co wtedy?  
Wybaczyłby wszystko?

Nie. Na pewno nie.
Już nigdy by jej nie zaufał.
Na myśl o tym odczuwała bolesny ucisk w sercu, nawet wtedy, gdy leżała u jego boku w hotelowym łożu.
Christopher przyciągnął ją do siebie i delikatnie pocałował w czoło. Dla niego też wszystko, co wspólnie  

przeżywali,   było   zupełnie   niezwykłe.   Chyba   po  raz   pierwszy  w   życiu   czuł,   że   naprawdę   żyje.   Był   jej  
wdzięczny za to, że otworzyła mu oczy.  W pracy była  niczym  wulkan, w łóżku jeszcze gorętsza. Miał 
cholerne szczęście, że na nią trafił. Usłyszał, że westchnęła głęboko.

- Dam pensa za twoje myśli. Zdradź je... Nie miała na to najmniejszego zamiaru. Zmusiła się do uśmiechu.
- Tylko pensa? - zapytała. - Czy tak właśnie zrobiłeś majątek? Źle opłacając ludzi? Christopher roześmiał 

się.

- Majątek powstał na długo przed moim przyjściem na świat. Ja tylko, jak to się mówi, pchnąłem firmę w 

dwudziesty wiek.

Odsunęła kosmyk włosów, który wpadał mu do oka. Starała się nie myśleć o tym, jak bardzo będzie jej go 

brakowało.

- Chyba będziesz musiał jeszcze popracować - powiedziała. - Wkraczamy już w dwudziesty pierwszy.
- Nie ma pośpiechu. Poza tym wtedy na czele firmy będzie stał już inny MacAffee, więc to nie moje  

zmartwienie. Ja muszę przejmować się tym, co dzieje się obecnie. - Spojrzał na nią. - I tobą.

Patrzył na nią z takim uwielbieniem, a ona jeszcze bardziej czuła się małą, wstrętną oszustką. Znów ją 

dotknął. Zamknęła oczy. Tak, najlepiej uciec w rozkosz, zapomnieć się i o niczym nie myśleć. Zagłuszyć to 
poczucie winy...

- Zawsze jesteś taki przejęty pracą? - zażartowała.
-   Już   nie.   Nie   wiedziałem,   co   tracę.   Jego   pocałunki   stały   się   gorętsze,   odchyliła   głowę   do   tyłu,   a 

Christopher...

A Christopher oparł się nagle na łokciu i powiedział:
- Jutro muszę wyjechać.
Hm, wcześniej na to właśnie liczyła. Teraz czuła się tak, jakby za chwilę miało nastąpić trzęsienie ziemi.
- Jutro? - zapytała ze smutkiem.
- Muszę - skinął głową. - Wszyscy w firmie uważają, że zwariowałem. Nigdy dotąd nie brałem wolnego.
- Nigdy?
Pokręcił głową i przytulił się do niej
-   Nie   na   dłużej   niż   dzień   czy   dwa.   Ta   robota   naprawdę   mnie   rajcuje,   w   pewien   sposób   określa.   A 

właściwie: określała - dodał ze smutnym uśmiechem. - To już przeszłość. Cholera, wcześniej nie miałem 
pojęcia, jak przyjemnie jest powiedzieć sobie „olej to” - i olać. Ech... - westchnął żałośnie i machnął ręką, 

36

background image

jakby wzruszenie odjęło mu mowę.

T.J. pokiwała tylko głową. Atmosfera jak na stypie, pomyślała. Jeszcze chwila, a oboje zaczną ronić łzy.
- Pojedź ze mną - zaproponował nieoczekiwanie, chwytając jej dłoń. - Polećmy do San Jose. Odwdzięczę 

ci się i pokażę swoją firmę.

Kusiła   ją   ta   propozycja.   Kusiło  ją,   aby  jeszcze   trochę   przedłużyć   tę   maskaradę.   Czy  nie   może   sobie 

pozwolić na rewizytę? A potem on na rewizytę rewizyty, a potem ona...

Nie, to idiotyzm.
Z ogromnym żalem potrząsnęła głową.
- Nie mogę - powiedziała. - W poniedziałek zaczynamy twoją kampanię, zapomniałeś?
Trudno byłoby zapomnieć. Cały personel porzucił bieżące zajęcia, aby zająć się tym nagłym zleceniem.  

Telewizyjny spot, wykupienie dobrego czasu antenowego w dzień, kiedy wszystkie terminy były od dawna 
sprzedane, skoordynowanie reklamy prasowej i telewizyjnej - wszystko to pochłonęło ich bez reszty, a efekt  
był   taki,   że   dostali   jednak   trzydzieści   sekund   przed   popularnym   serialem   i   zmontowali   prześmieszny,  
wzruszający filmik, który nie zrobiłby wrażenia chyba tylko na kimś, kto zamiast serca miał kamień. Miś nie 
był tani, ale T.J. była pewna, że dzięki tej reklamie sprzeda się świetnie.

To   będzie   mój   pożegnalny   prezent   dla   Christophera,   pomyślała   ze   smutkiem.   Taki   podarunek   na 

walentynki...

- Kampania? Przecież nie musisz być na miejscu. No tak. Uparł się. To było ponad jej siły. Za chwilę 

powiozą ją do domu wariatów. Czy można nie zwariować, kiedy trzeba się bać słów, które budzą tak wielką 
radość w sercu?

- Owszem, muszę. To o wiele bardziej skomplikowane, niż sądzisz.
- Nie możesz tego przekazać T.J.? - zasugerował. - Podobno jest taka zdolna... A propos, ciągle jeszcze jej 

nie poznałem.

Rzeczywiście, za każdym razem, kiedy miało to nastąpić, T.J. Cohran w tajemniczy sposób znikała.
- Przez cały tydzień była bardzo zajęta.
Christopher wzruszył ramionami. Właściwie to nie był specjalnie zainteresowany T.J. Dla niego istniała 

jedynie   Theresa.   Tamtą   chciał   poznać   wyłącznie   dlatego,   że   była   spokrewniona   z   Theresa,   a   Theresa 
zdawała się mieć o niej bardzo dobre zdanie.

- Nie ma sprawy - machnął dłonią - będzie na to czas. Może tu wrócę... - T.J. serce podeszło do gardła. -  

Bo jesteś pewna, że nie dasz się przekonać do tego wyjazdu, tak?

- Jestem pewna. - Nie mogła mu tego zrobić. Rozczarowany Christopher westchnął żałośnie. Zaraz jednak 

uśmiechnął się do niej.

- Musimy więc jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał, prawda?
Uśmiechnęła się smutno. Wyciągnęła do niego ramiona i w tym samym  momencie poczuła ukłucie w  

sercu. Patrzył na nią tak umie, z taką miłością, powiedział jej tyle o sobie, a ona...

Nie. Nie może tego dłużej ciągnąć. Ten ciężar ją zabije.
- Christopher, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła. Nie podobał mu się wyraz jej oczu. Na pewno zaraz mu 

powie,   że   to   koniec.   Nie   chciał   tego   słuchać.   Nie   chciał   żadnego   końca.   Zamierzał   zrobić   absolutnie 
wszystko, co w jego mocy, aby uratować tę znajomość.

- Ciii... - Pocałował ją w jedną skroń, potem w drugą. - Nie chcę rozmawiać o interesach.
- To nie ma nic wspólnego z interesami - powiedziała przez ściśnięte gardło.
Nie słuchał. Całował ją, nie patrząc na to, że łzy napływają jej do oczu. Łzy radości, łzy smutku...
To już ostatni raz, obiecała sobie, ostatni raz, kiedy pozwoli mu kochać się z kimś, kim nie była.
Ostatni raz.
Popchnęła go na plecy. Christopher jęknął zdumiony. Zawsze to on przejmował inicjatywę, choć przecież i 

ona nie była nigdy bierna. Teraz jednak przycisnęła go z jakąś dziwną desperacją do łóżka i zaspokoiła w  
sposób,  o  jakim  wcześniej  mógł  tylko   marzyć.   Poczuł  się  słaby  jak mały kociak.  Nigdy  wcześniej  nie  
przyszłoby mu do głowy, że taki stan będzie mu odpowiadał.

Po raz kolejny przekonał się, że wcześniej w ogóle nie miał o niczym pojęcia.
- Gdzie... - wydyszał, gdy było już po wszystkim - gdzie nauczyłaś się tego wszystkiego? - Nienawidził 

mężczyzny, który pierwszy zażądał od niej takiej rozkoszy.

- To instynkt - wyszeptała w jego ucho. - Czysty instynkt.
Nie mogłaby mu sprawić cenniejszego prezentu.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Christopher MacAffee na lotnisku czuł się niemal jak w domu. Przez całe życie przylatywał gdzieś lub 

37

background image

skądś wylatywał - do internatu, potem na wakacje do domu, w interesach, na święta... Wszystkie te lotniska  
zlały się w jego pamięci i nie byłby chyba w stanie przypomnieć sobie żadnego z osobna.

Wiedział jednak, że to jedno zapamięta. Zapamięta to beznadziejnie ponure pożegnanie. Zapamięta do  

śmierci.

Ostatni raz popatrzył na smutną twarz Theresy.
Głośniki zaczęły wzywać pasażerów jego lotu.
Nie chciał wyjeżdżać.
Zajrzał jej w oczy, a potem oparł głowę na czole Theresy i westchnął ciężko.
- Wiesz, złapałem się na myśli, że chciałbym spóźnić się na ten samolot. Co się, do jasnej cholery, stało z 

tymi słynnymi korkami w Los Angeles? Wszyscy na nie narzekacie, a kiedy człowiek naprawdę na nie liczy, 
nie ma ich. Po prostu nie ma...

Theresa miała podobne pragnienia. Niestety, droga na lotnisko tego akurat dnia była całkowicie przejezdna. 

Zupełnie   jak   gdyby   ktoś  złośliwie   pousuwał   z   niej   wszystkie   zbędne   pojazdy.   A  ona   z   taką   czułością  
patrzyłaby   dzisiaj   na   zepsutą   ciężarówkę,   blokującą   środkowy  pas;   albo  na   niegroźną   kolizję,   policję   i 
półkilometrowy zator; nawet na robotników, malujących w godzinach szczytu pasy na drodze.

- Rzeczywiście - przytaknęła. - Droga była pusta. Może to cud? A może znak, że naprawdę musisz już 

wracać.

Wiedziała, że widzi go być może po raz ostatni w życiu, a jednak nie mogła się zdobyć na szczerość. Bo  

tak naprawdę chciała powiedzieć co innego: „Nie chcę, Christopher, żebyś wyjeżdżał. Nie chcę, żeby to się  
skończyło. A najbardziej na świecie nie chcę, żebyś kiedykolwiek odkrył, że cię okłamałam”.

Ale przecież kiedyś i tak odkryje. A wtedy...
T.J. nie powiedziała mu tego, co powinna, lecz on i tak zrozumiał najważniejsze - ta wspaniała kobieta nie  

chciała, aby wyjechał.

Powinni coś z tym zrobić. Ale co?
Objął jej twarz dłońmi. Nie miał pomysłu, jak wybrnąć z tej niezwykłej sytuacji, nie zamierzał jednak 

rezygnować z tego, co właśnie odnalazł. Obiecał sobie solennie, że ich rozstanie nie będzie ostateczne.

Stewardesa z obsługi naziemnej uśmiechnęła się do niego, zapraszając na pokład samolotu. Był ostatnim 

pasażerem, który jeszcze się tam nie znalazł. Theresa zarzuciła ręce na jego szyję i pocałowała go po raz  
ostatni.

- Jeśli się nie pośpieszysz, przegapisz swój lot. Pocałował ją mocno, jak ktoś, kto wyjeżdża na bardzo 

długo, a nie tylko na tydzień, jak to przed chwilą postanowił.

- Proszę pana? - usłyszał przynaglający głos stewardesy.
- Kiedy tylko podpiszemy wstępne umowy, przyślę któregoś z naszych ludzi - obiecał i zaczął iść w stronę  

prowadzącego do samolotu rękawa.

T.J. patrzyła, jak odległość pomiędzy nimi zwiększa się, a smutek w jej sercu rósł wprost proporcjonalnie  

do dystansu.

- Będę czekała! - odkrzyknęła.
Już miał zniknąć jej z oczu, kiedy odwrócił się i wyminął podążającą za nim krok w krok, zniecierpliwioną 

stewardesę.

- Proszę pana... - upomniała go.
- Jeszcze sekundę - poprosił, nawet na nią nie patrząc. Jego wzrok utkwiony był  bowiem w tę, która 

odmieniła jego świat. - Jeszcze sekundę...

- Ale lot...
Podbiegł w stronę T.J. Miał czas tylko na przelotny pocałunek. Nie wypadało przetrzymywać czekających 

w samolocie ludzi. Uścisnął ją, a potem wypuścił z objęć i zawołał, śpiesząc do samolotu:

- Walentynki!
T.J. nie zrozumiała. Czy miał na myśli kampanię?
- Wrócę na walentynki! - zawołał, widząc jej zdezorientowaną minę. - Czekaj na mnie! - I z tymi słowami 

zniknął z jej oczu. I, niestety, z jej życia.

- Żegnaj - wyszeptała T.J.
Stała jakiś czas nieruchomo, rozpamiętując wszystko, co stało się w ciągu kilku ostatnich dni. Czuła ulgę - 

minęło już niebezpieczeństwo zdemaskowania. Ale też jeszcze większy smutek - nie zobaczy go więcej. 
Najchętniej zwinęłaby się w kłębek i usnęła. Albo umarła.

Powiedział, że wróci na walentynki, przypomniała sobie. Zawsze marzyła o jakimś cudownym zdarzeniu, 

które odmieniłoby jej los właśnie w tym dniu. Theresa co rok była zarzucana walentynkowymi bukietami,  
prezentami, propozycjami spotkań. T.J. nie dostała nigdy choćby jednej kartki. Nawet od Petera. Gdy go 
poznała,   było   już   po   walentynkach,   a   za   rok   byli   już   małżeństwem   i   uznał   najwyraźniej,   że   Dzień  

38

background image

Zakochanych ich nie dotyczy.

Czy w tym roku będzie inaczej? Co znaczy ta zapowiedź powrotu? Czy czeka ją romans z Christopherem 

MacAffee? Nie, zorientowałby się, że go oszukiwała. Prędzej czy później prawda wyszłaby na jaw. Jak 
długo towarzyszyłoby jej szczęście? Jak długo mogłaby kontynuować tę maskaradę?

A jednak nie mogła odmówić sobie marzeń. Kiedy jechała po ruchomych schodach, puściła wodze fantazji: 

oto Christopher i ona w wytwornej, drogiej restauracji świętują pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Otaczają ich 
dzieci i wnuki. Razem kroją półtorametrowy tort z maleńkimi figurkami panny młodej i pana młodego na  
szczycie...

„Kochanie, muszę ci coś powiedzieć - wyszeptałaby mu do ucha. - Tak naprawdę jestem kuzynką Theresy. 

A   Megan   to   moja   córka...”   Co   by   wtedy   zrobił   Christopher?   Odłożył   nóż   i   opuścił   restaurację.   Tak. 
Restaurację i jej życie.

Oto znalazła się w pułapce. Mogła jedynie myśleć, jak przedłużyć ich szczęście, ale nie jak zatrzymać je na  

zawsze.

Bo   przecież   nawet   gdyby   chciała   mu   o   wszystkim   powiedzieć,   nie   znalazłaby   właściwych   słów.   Na 

szczęście może nie będzie musiała...

Opuściła salę odlotów i rozejrzała się w poszukiwaniu Emmetta i czarnej limuzyny. Na pewno teraz, kiedy 

Christopher   znajdzie   się   z   powrotem   w   San   Jose,   interesy   tak   go   pochłoną,   że   zapomni   o   obietnicy, 
pomyślała. Mężczyźni nie traktują poważnie takich przelotnych związków.

Zamrugała oczami, żeby powstrzymać łzy, i ruszyła w stronę samochodu. Na jej widok Emmett schował  

gazetę. Jeden rzut oka na twarz dziewczyny powiedział mu, że nie jest z nią najlepiej.

- Wyglądasz na przybitą. - Otworzył tylne drzwi. - Czyżby w ostatniej chwili domyślił się wszystkiego? 

T.J. pokręciła głową.

- Masz coś przeciwko temu, żebym pojechała z przodu, razem z tobą? Przyda mi się towarzystwo.
Szofer bez słowa podał jej chusteczkę. Przyjęła ją i otarła łzy z policzków.
- Jasne, że nie. - Emmett otworzył drzwi po stronie pasażera i chwilę później z wprawą włączył się do  

ruchu. - To jak? Umowa zerwana? - zagadnął.

- Nie, z firmą wszystko w porządku. - Przynajmniej Theresa będzie szczęśliwa. - W przeciwieństwie do  

mnie.

Emmett bez słowa sięgnął dłonią w kierunku radia. Kręcił gałką, dopóki nie znalazł tego, czego szukał - 

stacji nadającej stare przeboje.

T.J. spojrzała na niego ze zdumieniem.  Emmett  gorąco nienawidził rock and rolla. Słuchał wyłącznie  

muzyki klasycznej. Wiedział jednak, że ona za nimi przepada.

- Dzięki.
- Nie ma o czym mówić - skinął głową. T.J. usiadła wygodnie i spróbowała uporządkować myśli. Niestety, 

na to było jeszcze za wcześnie.

- Mają rację - stwierdziła po chwili.
- Kto?
- Ci, co mówią, że gdy raz zaczniemy oszukiwać, to nie możemy przestać. Oplatamy wszystko pajęczyną  

kłamstwa, aż w końcu sami nie możemy się w niej ruszyć.

- Nie wiem, jak ci pomóc - odparł Emmett. - Nie mam takich doświadczeń.
- I chwała Bogu! Nawet nie wiesz, jakim jesteś szczęściarzem.
Limuzyna zatrzymała się na światłach, a wtedy szofer spojrzał na nią i powiedział:
- Czy ja wiem? Czasami przydałaby się odrobina komplikacji - uśmiechnął się. - Nie przejmuj się, T.J. Z 

kłopotami bywa czasem tak, że same się rozwiązują. Poczekaj trochę.

Nie tym razem, pomyślała i w milczeniu skinęła głową. Nie było sensu o tym dyskutować. Co się stało, to 

się nie odstanie.

Godzinę później wysiadła z windy w biurze C&C Advertising, a pierwszą osobą, którą spotkała, była  

Theresa.

Kuzynka ubrana była w stylu sportowym,  tak bardzo lubianym przez T.J. Włosy ściągnęła do tyłu, na 

nogach miała dżinsy, zamiast kostiumu czy marynarki - luźny sweter. Od kilku dni, kiedy przychodziła do  
pracy, ubierała się właśnie tak, żeby nie wzbudzać ewentualnych podejrzeń dyrektora MacAffee Toys. Całe 
szczęście ani razu na niego nie wpadła, uważała jednak, że na wszelki wypadek powinna pozostać w skórze 
kuzynki, dopóki MacAffee nie wsiądzie do samolotu i nie odleci na północ.

Teraz spojrzała z niepokojem, czy zza pleców T.J. nie wyłoni się jakaś męska sylwetka. Na szczęście 

winda była pusta. Zwróciła pełen nadziei wzrok ku kuzynce i zapytała:

- I co, pozbyłyśmy się go?

39

background image

T.J. skinęła głową i ruszyła korytarzem w stronę swojego gabinetu.
- Dzięki Bogu! - Theresa ściągnęła z włosów spinkę i wręczyła ją T.J. Jej ciemne loki rozsypały się na  

ramiona. - Nie wiem, czy dłużej bym to zniosła. - Przeczesała palcami włosy i skręciła w kierunku własnego 
pokoju, gdzie czekały na nią ulubione ubrania. - Nie wiem, jak możesz nosić coś takiego. - Wzięła między 
palce brzeg swetra.

- To wygodne - odparła w zamyśleniu T.J. Bez zastanowienia ściągnęła włosy do tyłu i spięła je spinką.
- Dla mnie  obrzydliwe  - oświadczyła  Theresa. Przystanęła  i popatrzyła  z uwagą na T.J. Kuzynka  nie 

wyglądała na osobę, która właśnie dokonała niezwykle udanej transakcji. - Dobrze się czujesz? Coś nie w 
porządku z umową?

Umowa!   Dla   Theresy  tylko   to   się   liczy.   Udane   kontrakty,   nowi   klienci,   wielkie   budżety....   Tak,   tak, 

MacAffee Toys jest bogatą firmą. Muszą o tym pamiętać...

- Z umową wszystko w porządku - odparła. - Christopher wyśle resztę papierów przez kuriera, gdy tylko  

zostaną podpisane.

- Dobra robota. - Theresa uściskała kuzynkę, lecz ta nie odwzajemniła uścisku. Odwróciła się tylko i poszła 

do siebie. Theresa podążyła za nią.

- Coś jest nie tak - stwierdziła z naciskiem. - Co? T.J. zacisnęła powieki, żeby powstrzymać łzy.
- A co ma być nie tak? - powiedziała przez ściśnięte z żalu gardło. - Mamy tę umowę. To wyjątkowo  

bogata   firma.   Zrobiliśmy   im   świetną   reklamę   dla   telewizji,   szef   jest   czarujący...   Wszystko   układa   się  
cudownie.

Ten sarkazm nie pasował do T.J. Theresa była naprawdę przejęta. Jednak kiedy dotknęła ramienia kuzynki,  

T.J. strząsnęła jej dłoń.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zmienię strój i wezmę się do roboty, dobrze? - zapytała, nie patrząc jej 

w oczy.

Theresa wiedziała, że nic nie wskóra. Postanowiła ustąpić. W przeciwieństwie do niej, T.J. nie lubiła  

rozmawiać o swoich problemach. Niechętnie posłuchała kuzynki i cofnęła się w stronę drzwi.

- Może później pójdziemy razem na obiad?
- Dobrze - mruknęła do siebie T.J., kiedy usłyszała odgłos zamykanych drzwi. - Może być obiad, co tylko 

zechcesz...

Christopher czuł się niczym zadurzony nastolatek, ale pomyślał, że należy mu się to uczucie. I co z tego, że 

ma już te swoje trzydzieści trzy lata?

Zakochany... Ten rozdział życia całkowicie go ominął. Szybko złapał taksówkę stojącą przy krawężniku 

naprzeciwko lotniska, po czym wrzucił walizkę na tylne siedzenie.

- 11737 Wilshire - rzucił do taksówkarza.
Ruszyli. Christopher wyjrzał przez okno. Bardzo chciał być już na miejscu. Ujrzeć zaskoczenie w oczach 

Theresy, kiedy wkroczy do jej gabinetu.

Tak, pomyślał, zachowuję się zupełnie jak zwariowany nastolatek, który dla swej dziewczyny gotów jest  

przepłynąć wzburzoną rzekę. Tyle że wtedy, gdy nim był, w jego życiu nie pojawiła się żadna dziewczyna,  
która byłaby tego warta. Potem zaś pochłonęły go interesy, budowanie swojej pozycji w firmie; zbyt był  
przejęty tym, że pewnego dnia odpowiedzialność za firmę spadnie na jego barki, by zaprzątać sobie głowę 
miłostkami. Jako kolejny z rodu MacAffeech nie mógł rozczarować poprzednich pokoleń.

Za nimi  rozległ się dźwięk klaksonu. Taksówkarz wymamrotał coś w obcym  języku,  z pewnością nic 

pochlebnego, jednak Christopher ledwie go usłyszał. Jego umysł zaprzątnięty był czym innym.

Chciał poślubić tę kobietę.
Znał siebie wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że ta decyzja nie jest pochopna. Podobało mu się w niej 

wszystko. Zabawiając się w adwokata diabła, usiłował wynajdywać wszelkie jej możliwe wady, coś, do  
czego mógłby się przyczepić - i nie znalazł niczego takiego. Próbował usilnie przez cały tydzień - bez  
rezultatu. Sądził, że jeśli nie będzie jej widział przez parę dni, rozpalone uczucia nieco ostygną - wybuchnęły 
jeszcze gorętszym płomieniem.

Przez cały czas, który spędził z dala od Theresy, nie mógł przestać o niej myśleć. Nawet podczas ważnych  

spotkań przed jego oczyma  pojawiały się wspomnienia chwil, które spędzili razem.  Doszło do tego, że 
podwładni   zaczęli   dostrzegać  jego roztargnienie  i  plotkować  na  ten temat.   Zdaje   się,   że  uznali  dziwne 
zachowanie szefa za objaw niedawno przebytej choroby.

Cóż, jeśli rzeczywiście był chory, to miał tylko nadzieję, że nigdy nie wyzdrowieje.
Teraz spojrzał na kopertę leżącą obok niego na popękanym plastikowym siedzeniu. Poprzedniego dnia 

nagły impuls kazał mu załatwić sobie bilet i osobiście zawieźć dokumenty do C&C Advertising. Tym razem 
ani   kurier,   ani   poczta   na   nim   nie   zarobią.   Nigdy   nie   robił   niczego   pod   wpływem   impulsu,   ale   teraz 

40

background image

potrzebował jakiegoś pretekstu, aby się z nią zobaczyć.

Po prostu musiał to zrobić.
Jak dziecko, pomyślał o sobie z uśmiechem.
Wokół rozległo się więcej klaksonów. Christopher wychylił się przez okno. Czuł, że jego zniecierpliwienie 

wzrasta.

- Czy nie możemy jechać trochę szybciej? - zapytał. Taksówkarz prychnął tylko i machnął ręką, pokazując 

otaczające ich samochody.

- Moglibyśmy, gdyby te rupiecie poruszały się do przodu,
a jak pan zauważył, nie robią tego. - Jego czarne brwi ściągnęły się nad błyszczącymi ciemnymi oczyma. -  

Spokojnie, proszę pana. Robię, co mogę. Ten gość z Wilshire na pewno panu nie ucieknie.

- Nie wiadomo. Zmarnowałem już trzydzieści trzy lata - powiedział. - I nie chcę tracić więcej ani chwili.
Kierowca wzruszył  tylko ramionami. Turyści. Wszyscy są tacy sami. Mają źle w głowach i wciąż się 

gdzieś śpieszą.

Nareszcie! Christopher patrzył na światełka podświetlające kolejne cyferki na ścianie windy i zastanawiał 

się   nad   swoim   zachowaniem   -   tak   bardzo   do   niego   nie   pasowało.   W   innych   okolicznościach   kazałby 
swojemu asystentowi skontaktować się z asystentką Theresy i ustalić termin spotkania. Tak było jednak, 
zanim ją poznał. Teraz nie mógł się doczekać chwili, w której ją zobaczy, dotknie jej twarzy, przytuli do 
siebie...

Boże, tak bardzo za nią tęsknił!
Wyskoczył na korytarz na siódmym piętrze i popędził wprost do jej gabinetu.
Na  jego widok krótkowzroczne  oczy  Heidi  zrobiły  się  okrągłe  niczym   literka  „O”.  Środkowe   „O”  w 

rozpaczliwym haśle „S.O.S.”

- Niech pan poczeka! - Zerwała się na równe nogi. - Nie może pan tam wejść! Jest zebranie, prezentacja...
- W porządku, posłucham.  Nie będę przeszkadzał. Dopóki nie skończy,  nie odezwę  się ani słowem - 

obiecał, mijając biurko Heidi. Zanim zdążyła się zorientować, zapukał, a potem natychmiast otworzył drzwi 
do gabinetu Theresy Cohran, po czym wszedł do środka.

Odwrócona   w   stronę   okna   Theresa   usłyszała   trzask   zamykanych   drzwi.   Dziwne,   zazwyczaj   Heidi  

informowała  ją  o  mających   się   pojawić  gościach  brzęczykiem.   Zdumiona,   odwróciła  się,   aby  zobaczyć 
intruza.

Hm, nieźle. Wyjątkowo przystojny. No, no... Świetnie. I to akurat w Dzień Zakochanych.
- Zadzwonię później. - Nie spuszczając oczu z nieznajomego, Theresa odłożyła słuchawkę. Na jej ustach 

pojawił się szeroki, zachęcający uśmiech.

Tymczasem szeroki uśmiech na twarzy Christophera nieco zbladł. Zaczynał mieć dziwne wrażenie, że...
- Theresa?
- Tak...
A więc ma nad nią przewagę, pomyślała. Zna jej imię. To jednak wkrótce ulegnie zmianie. Jeszcze przed  

upływem wieczoru ona przejmie pałeczkę. Tylko kto to jest? Posłaniec niebios?

Christopher potrząsnął głową.
- Nie - powiedział zdecydowanie. Coś tu nie pasowało. Było w niej coś takiego...
- Słucham? - Zatrzepotała powiekami.
- Nie jesteś nią. - Przysunął się bliżej i przyjrzał się jej uważnie. - To znaczy Theresą. Nie jesteś Theresą.
Co znowu? Czyżby postradał zmysły? Heidi wpuściła tu jej wariata?
- Oczywiście, że jestem - roześmiała się, a w jej oku pojawił się uwodzicielski błysk.
Jednak   Christopher   zamiast   odwzajemnić   ten   bajeczny   uśmiech,   skrzywił   się,   jakby   polizał   cytrynę. 

Wszystko było nie tak. Jej śmiech był inny - ani aksamitny, ani melodyjny. Kiedy się uśmiechała, nie było 
dołeczka w jej policzku...

Czyżby ją źle zapamiętał? Albo może coś sobie uroił w tej swojej chorej głowie? Nie, to niemożliwe. Nie 

mógł przecież uroić sobie koloru jej oczu. Te, w które teraz patrzył, były wyraziste, krystalicznie niebieskie, 
nie iskrzyły się rozmaitymi odcieniami błękitu jak tamte.

Kompletnie zdezorientowany, przejechał dłonią po włosach, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim 

kobiety.

Może to halucynacje?
- Theresa Cohran? - powtórzył głucho. Do licha, przecież kochał się z tą kobietą, znał każdy fragment jej 

ciała. Dlaczego więc teraz czuł się tak, jak gdyby spoglądał w twarz nieznajomej?

Theresa wyszła zza biurka i zbliżyła się do niego niczym myśliwy podchodzący ofiarę.
- Tak, jestem Theresa Cohran, kochanie - odparła. - W życiu nie byłam bardziej Theresą Cohran niż w tej 

41

background image

chwili.

W tym samym momencie otworzyły się drzwi i stanęła w nich... Nie, nie Heidi, lecz T.J., która ukończyła  

właśnie  kilka   wstępnych   szkiców  do kolejnego  etapu kampanii  MacAffee   Toys,   i  chciała,  aby  Theresa 
rzuciła na nie okiem.

- Zobacz, Thereso, mam już... - zamarła - Christopher... - wyszeptała tak cicho, że chyba nikt tego nie  

słyszał.

Popatrzył  na nią, a na jego twarzy pojawił się cień wątpliwości, który chwilę później ustąpił miejsca 

błyskowi zrozumienia.

Nie!
Nie w ten sposób!
Jeśli ma poznać prawdę, to nie w takich okolicznościach!
Zmieszana, nieszczęśliwa, całkiem zagubiona i przybita, T.J. postanowiła grać swoją rolę do końca. Czy 

miała jakieś inne wyjście?

- Och, witam pana, panie MacAffee - uśmiechnęła się dzielnie. - Theresa wiele mi o panu opowiadała. To  

zaszczyt móc w końcu pana poznać. - Zrobiła krok do przodu i podała mu dłoń.

Christopher czuł się tak, jak gdyby znalazł się w gabinecie krzywych luster w wesołym miasteczku. Po 

drobnych poprawkach i Theresa, i ta druga kobieta byłyby do siebie podobne jak jednojajowe bliźniaczki.

Tak, gdyby ta druga rozpuściła włosy...
No i ten znajomy wyraz oczu...
Ujął dłoń, którą do niego wyciągnęła. Przytrzymał ją chwilę dłużej. Przytrzymał i przyjrzał się jej uważnie.
Zobaczył dołeczek w policzku i wszystko zrozumiał.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Theresa?
Chociaż już wiedział, wciąż nie mógł uwierzyć.  Nie chciał wierzyć,  że kobieta, dla której kompletnie 

stracił głowę, z jakiegoś powodu z premedytacją go oszukiwała. Gdyby to była prawda, znaczyłoby to, że  
dał z siebie zrobić największego idiotę, o jakim słyszał świat.

Theresa z kolei czuła się tak, jak gdyby znalazła się na filmie kryminalnym ze skomplikowaną intrygą, 

gdzie główni bohaterowie mówią do siebie po japońsku.

- Zaraz, zaraz. Już panu tłumaczyłam, to ja jestem Theresa - powiedziała zniecierpliwiona.
- To prawda - odezwała się cicho T.J. - Ja nazywam się T.J.
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego oczy wydawały się takie ciemne, takie niedostępne. Wiedziała  

już, że wszystkiego się domyślił. Nie było sensu dłużej udawać.

- Thereso, chciałabym ci przedstawić pana Christophera MacAffee.
- Dobry Boże...
Christopher nie wiedział, co powiedzieć. Trudno było wymyślić coś rozsądnego w tej sytuacji.
Co się tu, u diabła, działo? Dlaczego Theresa, to znaczy T.J., czy jak jej tam w końcu... dlaczego kłamała,  

podając się za kogoś, kim nie była? Po co? To nie miało żadnego sensu.

Wszystko, co rozumiał, to to, że go oszukała. A to bolało. Bolało jak cholera, bo przecież wierzył jej bez 

żadnych ograniczeń.

- Mogłabyś zostawić nas na minutę, Thereso? - poprosiła... no właśnie, która? T.J. czy Theresa? A może  

obie jeszcze inaczej się nazywają?

- Zaczekaj, sama mogę to wszystko wyjaśnić - odezwała się ta druga i położyła swoją zadbana dłoń o 

różowych paznokciach na jego ramieniu.

Christopher stanowczo odsunął jej rękę.
- Nie sądzę, żeby trzeba było coś wyjaśniać. Wszystko jest oczywiste.
Nie, nic nie jest oczywiste, pomyślała ze złością T.J. Niezależnie od tego, jak okropne rzeczy sobie teraz 

myślał, musiała go jakoś przekonać, że jest w błędzie. Że nikt nie zamierzał zrobić nic złego. Nie mogła  
znieść tego, że stał tu i patrzył na nią tak, jakby była zupełnie obcym człowiekiem. Jakby nigdy się nie  
poznali. Jakby wyrządziła mu jakąś straszną krzywdę.

- Thereso, proszę - odezwała się znów do kuzynki. Theresa wreszcie zrozumiała, że nie ona jest główną  

bohaterką wydarzeń.

- Oczywiście, już idę. Jeśli będziecie mnie potrzebowali, będę obok - powiedziała, wycofując się do drzwi.
Zostali   sami.   Christopher   odczekał  chwilę,  by  wrócić   do równowagi   i  znów móc  panować   nad sobą. 

Wściekłość,   którą   właśnie   musiał   okiełznać,   była   dla   niego   zupełnie   nowym,   nie   znanym   uczuciem. 
Podobnie jak wcześniej miłość. Dziwne, że oba te uczucia wywołała jedna osoba.

42

background image

- Macie bardzo interesujące metody prowadzenia interesów.
Jego głos był zimny, bezosobowy. Patrzył na T.J. złym wzrokiem. Chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł 

jej w gardle.

- Czy ty i twoja kuzynka sypiacie ze wszystkimi rokującymi nadzieję klientami?
Wzdrygnęła się, jakby wymierzył jej policzek.
- To nie fair! - krzyknęła. Nie mogła uwierzyć, że powiedział coś takiego. Oczekiwała wyrzutów, ale z  

pewnością nie okrucieństwa. - Próbowałam ci powiedzieć, ale nie słuchałeś...

- Nie fair? - W jego oczach błysnęła furia. - I kto to mówi! Wykorzystałaś mnie, Thereso... T.J... Zresztą,  

cholera  wie,   jak  masz  naprawdę  na   imię.  Zrobiłaś  ze   mnie  idiotę.   Brawo!  Naiwniak ze   mnie  i  jełopa,  
prawda?   Myślałem,   że   ty  jesteś   inna,   ale   widać   wszystkie   jesteście   takie   same.   Nie   powinienem   mieć 
złudzeń.

T.J. uniosła głowę. Wiedziała, z jakimi kobietami wcześniej się zadawał, ale raniły ją tak mocne słowa.
- Nie wrzucaj wszystkich do jednego worka.
- A niby dlaczego? - wrzasnął, zanim zdołał się opanować. Stop, spokojnie, nie tak ostro. Nie będzie 

przecież ośmieszać się jeszcze bardziej, - Wyjaśnij mi więc łaskawie, co takiego sprawia, że jesteś inna niż 
reszta? - zapytał głosem łagodnym aż do bólu.

- Ja... przecież...
Nie miał zamiaru wysłuchiwać jej pokrętnych tłumaczeń. Doskonale wiedział, jaka potrafi być twórcza i 

pomysłowa.

- Powiedz, spałaś ze mną czy nie?
- Tak, ale...
- Podpisaliśmy umowę czy nie? - ciągnął, nie zważając na protesty.
Boże, to nie tak, myślała T.J. z rozpaczą. Przecież nie o to chodzi. Christopher odwracał kota ogonem. To,  

co sugerował, nie było prawdą.

- Tak, ale...
- Więc niby dlaczego miałabyś być inna? - warknął. Dla niego wszystko było jasne i zrozumiałe.
- Bo ja... Ja nigdy nie robię takich rzeczy - powiedziała słabym głosem. - Nie sprzedaję swego ciała dla  

interesów.

- Och, doprawdy?  - Chciał jej wierzyć,  ale absolutnie nie mógł.  Jego śmiech był  szorstki, okrutny.  - 

Wybacz, trochę inaczej to widzę. Nie zapominaj, że też przy tym byłem.

T.J. zacisnęła dłonie w pięści. Miała ochotę go uderzyć. Walić z całej siły w jego pierś, żeby rozwalić ten 

mur i dotrzeć do wnętrza.

- Dobrze. Nie obchodzi mnie, co myślisz. - Uniosła dumnie podbródek. - Po prostu wiem, co jest prawdą.  

Kropka.

Odwrócił się do niej plecami. Złapała go za ramię i szarpnęła.
- Spałam z tobą nie dla umowy i nie dla żadnych innych interesów - wycedziła. - Czysto i bezinteresownie.  

Myślałam, że między nami coś... coś się wydarzyło. - Na litość boską, przecież on też musiał zdawać sobie z 
tego sprawę!

- Co? Magia? - zapytał szyderczo. Nie mogła tego dłużej znieść. Wyśmiewał się z niej, a dla T.J. to 

naprawdę było ważne, najważniejsze na świecie.

- Niech będzie magia. Nie mam pojęcia, magia, czary... Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. - Cofnęła się 

i zaczęła chodzić wzdłuż gabinetu. - Nigdy wcześniej to mi się nie zdarzyło. Nie całowałam się tak od razu 
na pierwszej randce...

Poczuła, że w oczach ma łzy, i odetchnęła głęboko, mając nadzieję, że w jakiś sposób je powstrzyma. Nie 

chciała, aby

Christopher widział ją płaczącą. Na pewno natychmiast oskarżyłby ją o szantaż.
Przełknęła ślinę i popatrzyła na niego z żalem w oczach. Przypomniała sobie wszystko, co między nimi się 

wydarzyło. Zwłaszcza ten cudowny moment, w którym pomyślała, że być może on ją kocha.

- Cóż, miałam wrażenie, że mnie potrzebujesz...
- A więc kiedy poszłaś ze mną do łóżka, kierowało tobą współczucie. O, święta i szlachetna... Zignorowała  

ironię w jego głosie.

- Ja też ciebie potrzebowałam.  Możesz mi  wierzyć  albo nie, ale jedynym  mężczyzną oprócz ciebie, z  

którym wcześniej spałam, był ojciec Megan.

Megan. Uśmiechnął się pod nosem. A więc skłamała także i w tej kwestii. Ile jeszcze kłamstw wyjdzie na 

jaw?

- Nie jest twoją siostrzenicą?
- Nie, to moja córka.

43

background image

Może gdyby w odpowiednim czasie zastanowił się nad tym, sam doszedłby do tego wniosku. Jednak nie 

myślał i nie zastanawiał się wtedy. Nie był w stanie myśleć. Ta kobieta od samego początku zdawała się 
wypełniać cały jego umysł, niczym jakiś złośliwy wirus.

Trudno. Przeżył grypę, więc i to przetrzyma.
- Co jeszcze nie było prawdą?
- Nic.
Nie wierzył jej. Widziała to w jego oczach.
Niby dlaczego miałby jej wierzyć?
A niby dlaczego nie?
- Wszystko inne było prawdą. Wszystko, co opowiadałam ci o firmie. - Zrobiła krok w jego stronę. - I  

wszystko, co zaszło między nami.

Przynajmniej w to musi uwierzyć. Nie zniosłaby, gdyby i tutaj chciał dopatrzeć się oszustwa.
Christopher spojrzał na nią z rezerwą. Naprawdę chciał, żeby choć to było prawdą. Przez chwilę walczył z 

pokusą, aby wziąć dziewczynę w ramiona.

Nie, nie po tym wszystkim.
Ma z siebie zrobić jeszcze większego głupca?
Odwrócił oczy.
- Wybacz, ale patrzę teraz na wszystko przez pryzmat twoich kłamstw. - Pomyślał, że musi się stąd jak 

najszybciej wydostać, i ruszył w stronę drzwi.

T.J. stanęła mu na drodze.
- Posłuchaj, chciałeś osobiście zobaczyć się z Theresą, nalegałeś na to. Powiedziano nam, że w twojej  

firmie panują takie zwyczaje. Theresa nie mogła się z tobą spotkać, a naprawdę bardzo zależało jej na tej 
umowie...

- Najwyraźniej.
- Potem był wypadek samochodowy...
-   Proszę   cię,   skończmy   już.   -   Czy   naprawdę   uważała,   że   jest   do   tego   stopnia   naiwny?   Wypadek  

samochodowy. Nie stać jej na coś bardziej oryginalnego? Cóż, widać nie jest tak pomysłowa, jak sądził.

- Ale ja mówię prawdę - upierała się T.J.
Wyciągnął rękę w stronę drzwi, lecz przytrzymała ją, a potem stanęła bliżej i położyła swą dłoń na jego 

torsie. Kompletnie zaskoczony, dał się odepchnąć do tyłu.

- To był drobny wypadek - mówiła dalej - nic poważnego, ale sanitariusze zabrali ją do szpitala, a lekarz 

nalegał, żeby została na obserwacji. Została, lecz ty byłeś już w drodze. Bała się, że pomyślisz, że cię 
lekceważy. I że pójdziesz do innej agencji.

- Dlaczego więc, do jasnej cholery, nie powiedziałaś mi po prostu, że zdarzył się wypadek? Kto ja jestem? 

Cesarz Bokassa? Rozkazałbym spalić was żywcem albo poćwiartować?

- Theresa ma opinię osoby beztroskiej - T.J. westchnęła ciężko. Pewnie, że lepiej było od razu powiedzieć 

prawdę. Kto jednak mógł wiedzieć, jaki naprawdę jest Christopher MacAffee? - Bała się, że pomyślisz: „To  
typowe”, i zabierzesz swoje zlecenie.

Milczał. Tracę go, pomyślała T.J. z rozpaczą. Mój Boże, naprawdę go tracę.
- Prosiła mnie, żebym ją zastąpiła... - dodała i rozłożyła bezradnie ramiona.
Christopher zamyślił się. Fakt, pewnie uznałby, że C&C Advertising ma jego firmę za nie wartych uwagi 

prowincjuszy.  Niewykluczone, że nie uwierzyłby w wypadek i uznał go za banalną wymówkę.  I może  
miałby rację? Bo niby dlaczego to, co mówiła teraz, nie miałoby być kolejnym kłamstwem? Kto raz się  
sparzył, nie tak łatwo sięgnie po gorące.

- No dobrze, Thereso. I tak już po wszystkim, więc możemy pozwolić sobie na szczerość. Powiedz, czy 

obie wymyśliłyście tę historyjkę?

T.J. ogarnęło zniechęcenie. To chyba naprawdę koniec, pomyślała.
- Nie wymyśliłyśmy - odparła obojętnym już tonem. - Jak chcesz, możesz sprawdzić w szpitalu Harrisa. 

Gdybyś   nie   zachorował,   odwiedziłbyś   firmę,   tego   samego   dnia   podjął   decyzję   i   odleciał   wieczorem.  
Rozchorowałeś się i dlatego zdarzyło się to wszystko. Więcej nie mam do dodania... - Jaki był sens go  
przekonywać, skoro nic do niego nie docierało? - Możesz sobie myśleć, co chcesz, ale ja powiedziałam d 
prawdę.

- Prawdę - powtórzył. - To dla ciebie nowe doświadczenie?
T.   J.   wbiła   paznokcie   w   miękką   skórę   na   dłoniach.   Jak  mogła   oddać   swoje   serce   mężczyźnie,   który 

najwyraźniej pozbawiony był uczuć? Nie, nie będzie płakać. Nie da mu tej satysfakcji.

Lekceważąco wzruszyła ramionami.
- Sam sobie odpowiedz. Ja wiem, co mówię. Aha, jest jeszcze coś...

44

background image

- Co?
Chciała mu powiedzieć, że go kocha, ale właściwie po co? Znów by jej nie uwierzył, a na dodatek obraził i 

wyśmiał. Czy sama ma sypać sól na swoje rany? Najlepiej będzie, jeśli on nigdy nie dowie się o jej uczuciu.

- To, że naprawdę jesteśmy najlepszą agencją do tego rodzaju roboty. - Przypomniała sobie właśnie wyniki  

sprzedaży walentynkowych  misiów. - Efekt kampanii piorunujący.  Sprzedaż idzie nadzwyczajnie. Miśki  
znikają z półek.

Christopher   wiedział   o   tym.   Jego   pracownicy   dostarczyli   mu   tę   informację,   zanim   wyleciał   do   Los 

Angeles. Była to jedna z radości, którą zamierzał się z nią podzielić. Były też inne - znacznie większe - ale to  
w tej chwili nie miało już żadnego znaczenia. I tak dobrze, że odkrył wszystko, zanim zdołał zrobić z siebie 
kompletnego głupca.

- No widzisz, zrobiliśmy świetny interes, prawda? I tylko interes, nic więcej...
T.J. uniosła brodę do góry.
- Pracują dla nas świetni fachowcy.
- Wiem. I tak podpisałbym z wami tę umowę. Nie musiałaś iść ze mną do łóżka.
- Nie - zgodziła się. - Nie musiałam.
Czy rzeczywiście był taki ślepy, że niczego nie zauważył, nie wyczuł? Przecież zadurzyła się w nim już  

wtedy, gdy dostrzegła, jak zbliża się w jej kierunku? Sądził, że ma do czynienia z Theresą, ale powinien był  
wiedzieć, jaka jest naprawdę. Skoro się z nią kochał, powinien był się domyślić.

Ale się nie domyślił.
T.J. zacisnęła usta.
- Potraktuj to jako prezent od firmy. - Skrzyżowała ramiona i popatrzyła gdzieś nad jego głową. Ohydna 

złośliwość. Co za licho podpowiada jej takie zdania? - A teraz wybacz, jest jeszcze parę niewinnych dusz,  
które muszę sprowadzić na złą drogę.

Wbił w nią wściekłe spojrzenie. Jakim prawem ta jędza pozwalała sobie na sarkazm?
- W porządku, dość tego. - Po chwili namysłu rzucił na biurko Theresy wypchaną kopertę. - Tu macie 

wszystkie dokumenty.

Koperta stuknęła głucho o blat, następnie osunęła się na podłogę. T.J. nawet nie spojrzała w jej kierunku.
- Więc nie rezygnujesz z naszych usług?
- Jasne, że nie. Jak sama  zauważyłaś,  miśki  znikają z półek. Pracują tu sami  fachowcy,  prezenty dla 

klientów   macie   ekstra.   Musiałbym   być   idiotą,   żeby   rezygnować   z   takiego   interesu.   -   Uśmiechnął   się 
złośliwie i wyszedł z gabinetu, trzaskając drzwiami.

T.J. stała nieruchomo, bezmyślnie wpatrzona w drzwi. Poruszyła się dopiero, gdy do środka wśliznęła się 

Theresa. Podniosła kopertę i położyła ją na biurku. Powoli podeszła do kuzynki.

- Wszystko w porządku? - zapytała cicho. T.J. otarła łzy wierzchem dłoni.
- Jasne. Nic mi nie jest. Zupełnie nic. - Jej głos drżał niebezpiecznie, ale starała się panować nad sobą. - Po 

prostu tak dobrze udawałam ciebie, że poszłam z nim do łóżka.

Nie miała pojęcia, dlaczego to powiedziała. Zresztą Theresa i tak najprawdopodobniej wszystko słyszała. 

Pewnie słyszało ich rozmowę całe Los Angeles.

Na ustach Theresy pojawił się łagodny uśmiech.
- I podobało ci się? - zapytała cicho. T.J. zamknęła oczy.
- Tak. Nawet bardzo.
Theresie ścisnęło się serce. Rzadko okazywała  współczucie, ale w tej chwili nawet kamień  zmiękłby,  

widząc jej kuzynkę. Delikatnie odgarnęła kosmyk włosów z czoła T.J.

- I choć tak się wzbraniałaś, to lepiej bawiłaś się podczas tygodnia z nim, niż podczas tygodnia, który 

właśnie minął? - powiedziała.

- To nie jest zabawne, Thereso. - T.J. popatrzyła ostro na kuzynkę.
- Wiem, że nie. Pobiegnę za nim i spróbuję mu wszystko wyjaśnić, chcesz?
Nie miała pojęcia, co niby mogłaby powiedzieć, ale była pewna, że zdoła coś wymyślić.
Jednak T.J. pokręciła tylko głową.
- Nawet nie próbuj - westchnęła. - Tego po prostu nie da się naprawić.
- Kiedy chcę, potrafię być bardzo przekonująca. T.J. doskonale wiedziała, co to znaczy. Tego jej jeszcze 

brakowało - żeby Theresa „przekonała” Christophera.

- Nic nie wskórasz. Theresa uniosła ręce do góry.
- Dobra, nie będę się wtrącała, słowo. - Opuściła ręce i przybrała poważny wyraz twarzy. - Po prostu 

chciałabym jeszcze zobaczyć uśmiech na twojej buźce.

- Zobaczysz - obiecała T.J. - Za jakiś czas. Chyba jednak nieprędko.
- Może gdyby...

45

background image

Tym razem to T.J. położyła dłoń na ramieniu Theresy.
- Nie, Thereso. Jeśli wróci, to dlatego że sam będzie tego chciał. - Rozluźniła uścisk. - Powiedziałam mu  

prawdę. To powinno wystarczyć.

Theresa popatrzyła na nią sceptycznie.
- Oddajmy  mu  jednak  sprawiedliwość  -  powiedziała.  - Niby skąd miał   wiedzieć,  która  „prawda”  jest 

prawdziwa? Przecież ty rzeczywiście mu nakłamałaś.

No nie! Czyżby Theresa stanęła po jego stronie? Właśnie ona?
- Ty mnie o to prosiłaś!
- Ale jego w ogóle to nie obchodzi. - Theresa wiedziała co nieco na temat urażonego męskiego ego. -  

Wystarczy, że go oszukałaś, niezależnie z czyjej inspiracji, a teraz boi się zaufać ci ponownie. Zapewne  
wciąż się obawia, że go okłamujesz.

I co z tego, że brzmiało to wszystko tak rozsądnie? T.J. nie chciała wcale logicznego wytłumaczenia.  

Pragnęła Christophera - aby ufał jej bezgranicznie bez względu na okoliczności.

- Powinien znać różnicę - powiedziała.
- Niby dlaczego?
- Bo zakochani ludzie znają - mruknęła. - Wyczuwają takie niuanse...
Theresa ujęła kuzynkę pod brodę i popatrzyła jej w oczy. Miłość. Nie miała pojęcia, że sprawy zaszły tak 

daleko. Była

pewna, że w grę wchodzi wyłącznie pożądanie. Hm, to tylko pogarszało sprawę.
- Aż tak źle? - spytała cicho.
T.J. szarpnęła głową do tyłu, po czym wydała z siebie przeciągłe westchnienie.
- Tak, aż tak źle - potwierdziła.
Theresa pokiwała głową i opadła na krzesło.
- Gdybym miała pojęcie, że to się wydarzy, nigdy nie poprosiłabym cię, żebyś zajęła moje miejsce.
- A to dlaczego? - T.J. popatrzyła na nią ze złością. - Bo jest przystojny i sama miałabyś na niego ochotę?
Była do tego przyzwyczajona. Nie raz już zdarzyło się, że na mężczyznę, który zaczynał podobać się T.J., 

Theresa natychmiast zastawiała przynętę, po czym oczywiście go uwodziła.

Theresa nie zareagowała jednak na to oskarżenie.
- Nie, ponieważ jesteś nieszczęśliwa, a ja nie chcę, żebyś była - odparła łagodnie.
- Mówisz serio, prawda? - T.J. nie bardzo chciała w to uwierzyć, Nie, żeby kuzynka celowo starała się 

sprawić jej przykrość; Theresa po prostu nie przejmowała się nigdy nikim oprócz siebie samej.

- Tak,  serio.  Możecie mnie  wszyscy uważać za wiedźmę,  ale ty jesteś moją  kuzynką  i naprawdę  cię 

kocham. - Objęła T.J. ramieniem. - Nie chcę, żebyś cierpiała z jakiegokolwiek powodu.

- Dziękuję. - Cóż, dobre i to.
- Jesteś pewna, że nic nie mogę zrobić?
- Nie, nikt nic nie może zrobić. Nie teraz.
- Chcesz wrócić do domu?  Troszeczkę odpocząć? A może  wziąć gorącą kąpiel? Albo jeszcze lepiej -  

przykleić do ściany jego fotografię i rzucać w nią strzałkami...

T.J. roześmiała się przez łzy. Oto sposoby Theresy na radzenie sobie z przeciwnościami losu. Niestety, jej  

by nie pomogły. Poza tym nie miała nawet żadnej jego fotografii. Pozostały po nim tylko wspomnienia. 
Bolesne wspomnienia...

- Nie, wolę popracować. - Popatrzyła na szkice, które położyła na biurku Theresy. - Popatrz. - Rozłożyła je  

przed kuzynką. - Co o nich sądzisz?

Theresa popatrzyła na nią sceptycznie.
- Naprawdę chcesz teraz o tym rozmawiać?
- Tak, teraz. Proszę.
- Dobrze. - Theresa pochyliła głowę nad rysunkami.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

To był jeden z najdłuższych dni w jej życiu. I to wcale nie z powodu liczby godzin, które T.J. spędziła w  

biurze. W sumie  nie pracowała dłużej niż zwykle  - od ósmej  do piątej. Jednak w taki dzień, w Dzień 
świętego Walentego, czas płynie dwa razy wolniej. Zwłaszcza gdy spędza się go samotnie.

Tak, wyjątkowo paskudny dzień.
Gdziekolwiek się nie obróciła, wszędzie widziała Christophera. Nie mogła  uwolnić się od natrętnych, 

bolesnych myśli, przykrych wspomnień, rozpamiętywania raz po raz poszczególnych zdań, które padły w  
trakcie tej rozmowy, która zniszczyła wszystko.

46

background image

A miał   to być  taki  cudowny dzień...  Czekała  na  niego  z  utęsknieniem.   Pamiętała   jego  złożoną  przed 

odlotem obietnicę i choć starała się podchodzić do niej sceptycznie, to w głębi duszy spodziewała się, że  
dzisiaj go zobaczy. Przyleci z San Jose, zabierze ją wieczorem na romantyczną kolację. Może nawet ofiaruje  
walentynkową pocztówkę? Cokolwiek, jakiś drobiazg, który ona zatrzyma na zawsze...

Nic z tego. Nie zobaczą się nigdy więcej.
Trudno. Do diabła z nim. Do diabła ze wszystkimi.
Przez cały dzień miała ochotę urwać się z pracy, lecz akurat dzisiaj okazało się to niemożliwe. Musiała 

zostać do końca, żeby dopracować szczegóły jakiegoś nowego projektu, który zleciła jej Theresa.

Theresa za to przez cały dzień przyjmowała kolejne bukiety wspaniałych kwiatów i drogich prezentów.
To  nieważne,   powtarzała   sobie.   Jej   nie   były   potrzebne   ani   kwiaty,   ani   prezenty.   Jutro   będzie   już   po  

wszystkim - skończy się ten idiotyczny dzień, a życie potoczy się dalej. Będzie tak jak dotychczas. Czy było  
jej źle? Czy nie miała Megan?

Miała. I mimo to czuła się teraz samotna. Samotna nie do zniesienia.
Po co w ogóle tu przyjeżdżał? Po co opuszczał to swoje San Jose? Ech, Boże, Boże...
Musi wziąć się w garść. Przestać o nim myśleć. Teraz, natychmiast, w tej chwili.
Chlipnęła po raz ostatni, wytarła chusteczką nos i nacisnęła guzik windy, tak mocno, jakby to był nos  

Christophera. Po chwili rozległ się cichy dzwonek i srebrne drzwi otworzyły się bezszelestnie. T.J. zrobiła  
energiczny krok do przodu i jęknęła w tej samej chwili.

Kolejny bukiet. Kolejny dowód uwielbienia dla Theresy. Olbrzymi bukiet czerwonych róż, tak wielki, że 

zasłaniał gońca, który go przytargał. Zza skropionych wodą kwiatów widać było tylko jego jasnoniebieskie 
dżinsy.

- Drugie drzwi od końca - T.J. poinstruowała machinalnie.
- Dzięki - usłyszała zza róż.
Wyminęli się z trudem, co nie było łatwe, zważywszy na ilość róż, po czym ona znalazła się wreszcie w 

windzie, zaś posłaniec na korytarzu.

Odetchnęła głęboko i nacisnęła guzik z napisem „parter”. Drzwi windy zamknęły się, a ona ujrzała jeszcze,  

jak goniec usiłuje wystawić nos spoza róż, stawiać kroki i jednocześnie nie przewrócić się wraz z wazonem.

Nie do wiary. Skąd Theresa zna tylu wolnych mężczyzn?
T.J. stłumiła w sobie złość (a może też zazdrość?). Nie miała powodu, by złościć się na Theresę. Cóż ona 

biedna mogła poradzić na to, że mężczyźni lgną do niej niczym pszczoły do miodu. Pszczoły? Już raczej  
niedźwiedzie. Łakome słodkości misie.

Na myśl o niedźwiedziach natychmiast stanął jej przed oczyma Christopher. Walentynkowe miśki.
Nie, powiedziała w duchu. Przecież sobie obiecała. Nigdy więcej Christophera. Nigdy. Nawet w myślach.
Zeszła na parking, wsiadła do samochodu i z furią zatrzasnęła drzwi. Irytowało ją, że w żaden sposób nie  

może pozbyć się tego dręczącego przykrego uczucia: oto kolejne walentynki, które spędza sama.

Przekręciła kluczyk w stacyjce i jednocześnie włączyła radio.
- A  teraz  coś dla  was,  drodzy  zakochani.  Słodki  Elvis  zaśpiewa  wam  „Love  Me  Tender”.  Buziaka  -  

oznajmił prezenter, kiedy wyjeżdżała na ulicę.

T.J. nie wyłączyła radia.

Całą drogę do domu  przejechała niczym  automat.  Nawet pod przysięgą  nie umiałaby powiedzieć, jak 

dostała się pod swój adres. Kiedy wreszcie znalazła się na podjeździe, otworzyła pilotem drzwi garażu.

Może   tym   razem  rzeczywiście   skorzysta   z   rady  Theresy.   Najpierw  położy  Megan  do  łóżka,   a   potem  

zanurzy się w aromatycznej,  gorącej kąpieli. Tak, zrobi to. I będzie to wyjątkowo gorąca i wyjątkowo 
aromatyczna kąpiel. Przy odrobinie szczęścia może wyparują resztki wspomnień o pewnym mieszkańcu San 
Jose, któremu zdarzyło się kiedyś odwiedzić Los Angeles. I jej biuro. I dom. I serce...

Wyszła z samochodu i wtedy ujrzała coś, co ją zaintrygowało. Obeszła auto i znieruchomiała ze zdumienia.
Róże!
Dziesiątki, setki róż!
W garażu i na schodkach prowadzących do domu leżały świeże różowe pączki, układając się w kolorową, 

różaną ścieżkę. T.J. poszła ich śladem i odkryła, że ścieżka prowadzi do frontowych drzwi.

Czyżby to Megan sprawiła jej taką niespodziankę? Ale przecież w ogródku nie było róż, a poza tym pąki 

rzeczywiście ułożono tak, że prowadziły z garażu do domu. Megan nie dałaby rady zrobić tego wszystkiego.

Więc kto? Może ktoś ma  takie dziwne, perwersyjne  poczucie humoru? Zrobił jej nadzieję, by później 

wyśmiać. Theresa? Niewykluczone. Dlaczego bowiem nalegała, aby T.J. została w biurze do piątej, choć 
zazwyczaj, jeśli kuzynka tylko napomknęła o wcześniejszym wyjściu, to Theresa niemal siłą wypychała ją 
na ulicę.

47

background image

Ostrożnie otworzyła drzwi. Wszystkie światła były wygaszone, chociaż nie powinny być o tak wczesnej 

porze. Jedynie z pokoju gościnnego sączyła się wątła smużka. A może to napad?

T.J. przygryzła wargę. To zaczynało być naprawdę dziwne.
Zrobiła krok do przodu. Nikt jej nie witał.
- Cecilia? Megan? Wróciłam do domu. - Umilkła na chwilę. - Gdzie jesteście?
Cisza.
T.J.   wystraszyła   się.   Z   wrażenia   wypuściła   z   rąk   torebkę,   a   kiedy   pochyliła   się,   żeby   ją   podnieść,  

zobaczyła, że na podłodze też jest pełno róż. I że też tworzą ścieżkę.

Czując przyśpieszone bicie serca, ruszyła tym śladem. Prowadził od pokoju gościnnego do jadalni, gdzie  

urywał się nagle przy stole.

Ale   ten   stół   wcale   nie   wyglądał   jak   jej   stół.   Nakryty   był   przepięknym,   koronkowym   obrusem   i  

przygotowany  jak  do romantycznej  kolacji  dla  dwojga.   Ową  smużkę   światła,  którą   widziała  wcześniej, 
rzucały dwie świece osadzone w wysokich świecznikach.

W powietrzu unosił się aromat  jagód. Na samym  środku stołu, pomiędzy świecami,  leżał mały,  biały 

niedźwiadek. Do jego łapek przywiązane było wstążką niewielkie pudełeczko.

Mimo woli uśmiechnęła się do siebie.
Zupełnie jak w reklamie. A więc to żart. Głupi żart.
T.J. ujęła się pod boki.
- W porządku, Thereso, to wcale nie jest zabawne! - zawołała podniesionym  głosem.  - Chyba  trochę 

przesadziłaś. Bawisz się moim kosztem? Wystarczy. - Rozejrzała się po pustym wnętrzu. Nagle ogarnął ją 
niepokój. Czy aby na pewno zrobiła to Theresa? - No dobrze, bardzo śmieszne. Cha, cha, cha... Słyszysz, jak  
się śmieję? Wychodź już, no wychodź. Zabawa skończona. Możesz iść do domu.

Jednak wciąż odpowiadała jej cisza.
-   Dobra   -   krzyknęła.   -   Biorę   do   ręki   miśka.   Co   mi   powie,   jak   go   nacisnę?   „Dupa”?   A   może:   „Czy 

wypełniłaś już swój formularz podatkowy? Szczęśliwych walentynek życzy Urząd Skarbowy”...

T.J. wzięła maskotkę i ścisnęła ją tak, jak robiła to kobieta w telewizyjnej reklamie.
- Włącz przycisk - usłyszała.
- Aha. Więc to bardziej skomplikowane. Tak to sobie wymyśliłaś. Dobrze się bawisz? Uważaj, włączam.
Odwróciła misia i znalazła na jego plecach niewielki przełącznik. Po przestawieniu dźwigienki usłyszała 

trzask, a następnie głos.

Męski głos.
Głos Christophera.
Upuściła misia na podłogę, ale ten nie przestał mówić.
- Wybacz mi. Byłem idiotą...
Szybko podniosła zabawkę, po czym rozejrzała się wokół.
- Christopher? - zawołała. Jej serce zaczęło walić jak oszalałe. Czyżby tu był? Czyżby wrócił, żeby się z 

nią zobaczyć? Dlaczego? Po co? Przecież...

- Tutaj.
Odwróciła się na pięcie.
Stał w drzwiach, tuż za nią. Jak to możliwe? Przecież jeszcze chwilę temu nie było go tam. Ponownie  

upuściła misia i rzuciła się Christopherowi w ramiona.

On zaś poczuł się tak, jakby odzyskał przytomność po ataku serca. Boże drogi, nie sądził, że znowu będzie  

taki szczęśliwy. Bał się, że już na to za późno. Ale na szczęście zdążył. Tulił ją w ramionach, a więc nie było  
za późno.

Opuścił głowę i pocałował ją z miłością. Znowu czuł, że żyje. Naprawdę żyje. Bez niej tylko odmierzał  

czas, zaliczał kolejne dni. Nie wiedział o tym, dopóki nie pojawiła się w jego życiu. A potem ponownie z 
niego zniknęła.

- Poczekaj... poczekaj chwilę - wydyszała mu do ucha T.J. Nie wypuszczając jego dłoni, popchnęła go 

lekko do tyłu i spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu odpowiedzi. - Co się tu dzieje?

- Dotrzymałem obietnicy i oto jestem na naszej walentynkowej randce.
- Na randce? Zdaje się, że byłeś zdecydowany opuścić mnie na zawsze. Co się takiego wydarzyło?
- Miałem czas przemyśleć wszystko i odzyskać rozum. Nie robiłem nic innego, tylko myślałem. O tobie. - 

Znów przytulił do siebie T.J. Nie chciał już nigdy wypuszczać jej z ramion. - Chciałem zapomnieć, ale wciąż  
byłaś przy mnie, w każdym moim śnie, na każdym zebraniu, które bezskutecznie usiłowałem poprowadzić...  
Prześladowałaś mnie, czułem się jak opętany. Wściekałem się na siebie, robiłem sobie wyrzuty, ale to było 
silniejsze ode mnie. Ojciec zawsze żądał, żebym próbował stawić czoło temu, przed czym staram się uciec. 
To była akurat rozsądna rada. No więc wróciłem.

48

background image

- Żeby stawić czoło, tak? - Czuła zawód. Myślała już, że choć raz w swoim życiu w walentynki usłyszy o 

miłości. - Więc to tylko przedstawienie?

- Nie, to nie przedstawienie. Wszystko przemyślałem.
Przerwał na moment,  żeby zastanowić się, czy może  jej o wszystkim opowiedzieć. Pewnie, że może, 

odpowiedział sobie od razu. Przecież nie powinno między nimi być więcej sekretów.

Jednak jeśli jej powie, będzie wiedziała, że nie wierzył w jej historię, dopóki nie potwierdziły jej fakty.
Mimo wszystko postanowił zaryzykować.
- Zadzwoniłem do szpitala.
- Do szpitala? Skinął głową.
- Niejaka Theresa Cohran została przyjęta na oddział w noc poprzedzającą mój przylot do Los Angeles - 

wyrecytował.

- Dlaczego miałabym kłamać w tej akurat sprawie?
- Bo skłamałaś, że jesteś kimś, kim nie byłaś - odparł. No tak. Teraz wszystko zacznie się od nowa.
- Mówiłam ci, miałam powody, żeby tak postąpić - powiedziała znużona.
Christopher jednak nie chciał znowu się kłócić.
- Wiem, miałaś powody. Z waszego punktu widzenia byłem kimś, z kim trudno normalnie się dogadać. -  

Uśmiechnął   się   na   myśl   o   ich   wspólnych,   namiętnych   nocach.   -   Ale,   jeśli   pamiętasz,   dogadaliśmy   się 
znakomicie.

- Fakt, szybko znaleźliśmy wspólny język - ona też uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Więc może powinniśmy spróbować jeszcze raz? I to możliwie jak najprędzej - zaproponował.
T.J.  poczuła  przyjemny  dreszcz  na  plecach.  Przełknęła  ślinę.  Podświadomie   czuła,  że  Christopher  nie 

proponuje jej układu typu: „zróbmy to po raz ostatni, skoro oboje tak tego chcemy, a potem - do widzenia”.

- Teraz? A co z Cecilią i Megan? - zapytała.
- Są u Theresy.
Hm, a więc przezornie zajął się wszystkim.
- Poprosiłem ją, żeby przez jakiś czas zatrzymała je u siebie - dodał szybko i uśmiechnął się do niej. - Może 

nawet przez całą noc.

- Theresa? To ona wie o wszystkim?
-   Tak.   -   Kiedy   się   z   nią   skontaktował,   bardzo   chętnie   zgodziła   się   mu   pomóc.   To   właśnie   ona 

zaproponowała, żeby Megan i Cecilia przenocowały u niej.

- I nic mi nie powiedziała? - zdumiała się T.J. Theresa nie potrafiła dotrzymywać sekretów.
- Prosiłem ją, żeby tego nie robiła, a ona obiecała, że nie zrobi. Może znów bała się, że zerwę umowę?  

Zresztą, teraz to bez znaczenia. Dostałaś moje kwiaty?

Roześmiała się.
- Przecież są rozrzucone po całym domu.
- Nie chodzi mi o te. Mam na myśli  róże, które wysłałem do biura. Posłaniec miał je przynieść, gdy  

będziesz wychodziła. Trzy tuziny najdłuższych róż.

T.J. przypomniała sobie olbrzymi bukiet, z którym minęła się w windzie, i jęknęła - z żalu i z radości. Te  

róże były dla niej! Pierwsze kwiaty, jakie dostała na walentynki!

- Posłałam je Theresie - przyznała skruszona.
- Nie chciałaś ich? Nie podobały się? - spytał zaniepokojony.
- Nie, to znaczy chciałam, ale nie wiedziałam, że są dla mnie. Byłam pewna, że wysłano je Theresie. Przez  

cały dzień dostawała prezenty. - Bezradnie wzruszyła ramionami. - Przykro mi.

- Nawet bardziej, niż możesz przypuszczać, dodała w myślach.
- Uznałam po prostu, że to któryś z jej wielbicieli. Christopher ucałował jej zasmucone czoło.
- Wcale nie - szepnął. - To prezent od jednego z twoich wielbicieli.
- Od mojego jedynego wielbiciela - poprawiła go. - Żadnej liczby mnogiej. A co, masz zamiar nim zostać?  

Uśmiechnął się i popatrzył na nią z czułością.

- Oczywiście - odparł. Na wieki wieków, dopowiedział w duchu. Trzymał ją przy sobie, patrzył w jej twarz 

i czuł się szczęśliwy. - Jakie masz plany na wieczór w Dniu Zakochanych?

Roześmiała się.
- Jak to? Spędzam go tutaj, z tobą - odrzekła nieco zdezorientowana.
- Miałem na myśli walentynki 2010.
- Co takiego?
Christopher wypuścił ją z objęć. Podszedł do miejsca, w którym upuściła miśka, i podniósł maskotkę.
- Nie wysłuchałaś całej informacji.
T.J. wzięła niedźwiadka na ręce.

49

background image

- To on ma jeszcze coś do powiedzenia?
- Ma jeszcze coś do ofiarowania. - Wskazał pudełeczko w łapkach miśka, a wtedy T.J. ujęła je w dłonie i 

zaczęła rozplątywać czerwoną wstążkę.

- Jak zdołałeś sprawić, żeby mówił twoim głosem? - zapytała. Jej palce drżały, miał olbrzymią ochotę jej  

pomóc, schował jednak ręce do kieszeni.

-   Poprosiłem   specjalistów,   żeby   w   jego   brzuchu   umieścili   miniaturowy   magnetofon   -   wyjaśnił.   - 

Pomyślałem, że zwykłe „kocham cię” może nie zadziałać.

W końcu udało jej się rozwiązać wstążkę. Posadziła misia na stole, wzięła głęboki oddech i otworzyła  

pudełeczko.

Boże drogi, przecież nie może się teraz rozpłakać.
- To pierścionek - wyszeptała z niedowierzaniem.
- Wiem. Sam go wybrałem.
T.J. podniosła oczy na Christophera.
- Dla mnie?
Niedbale wzruszył ramionami. Za chwilę się przekona, czy po raz kolejny zrobił z siebie durnia.
- Na miśka jest za duży.
- Ale... to pierścionek zaręczynowy. Wciąż nie wyjęła go z pudełka. Dlaczego nie wyjęła? Czy zamierzała 

mu go zwrócić?

-   Mhm.   Kiedy   ludzie   chcą   się   zaręczyć,   zazwyczaj   dają   sobie   takie   właśnie   pierścionki   -   wyjaśnił  

rzeczowo. - To znaczy, mężczyźni dają kobietom... Słyszałaś o tym, nie?

- Boże, teraz dopiero czuł się skończonym  bałwanem.  Czy musi  tak mleć  ozorem bez ładu i składu?  

Wstrzymał oddech.

- To znaczy - postanowił iść na całość - przyjmij go, jeśli chcesz zaręczyć się z takim idiotą, jak ja.
- Nie chcę. - T.J. popatrzyła na niego poważnie. - Chcę się zaręczyć z tobą.
Co za ulga! Natychmiast wyjął pierścionek z pudełka i wsunął go na palec T.J. Ponownie ją przytulił.
A więc wszystko będzie dobrze? Wciąż nie mógł w to uwierzyć.
- Wiesz, powinienem był zaufać swojej intuicji od razu, kiedy cię zobaczyłem - powiedział.
- To znaczy?
- To znaczy,  że od razu wiedziałem,  że jesteś kobietą, której szukałem przez całe życie. Inteligentną,  

dowcipną, czułą. I bardzo całuśną. Od początku nie miałem szans. To przerażające...

- Co jest przerażające?
- Potęga miłości. Szczęście. - Popatrzył jej prosto w oczy. - To, jak bardzo jesteśmy bezbronni, kiedy ten 

cwany aniołek wyceluje nam strzałą w tyłek... to znaczy... w serce.

T.J. zarzuciła mu ramiona na szyję.
- Czy chcesz już zawsze chodzić ze strzałą w... sercu?
- Będę uwielbiał to uczucie. - Delikatnie musnął jej wargi. - I ciebie.
- Dobrze wiedzieć. Nie mam ochoty na nieodwzajemnioną miłość.
Chciał to usłyszeć. Musiał to usłyszeć.
- Więc ty... Ty mnie kochasz?
- Jasne, że cię kocham. Wydaje ci się, że przyjęłabym takiego miśka od byle kogo?
- Pewnie, że nie. Znam cię przecież. W takim razie... Szczęśliwych walentynek, kochana!
- Kochana... Powiedz to jeszcze, ale inaczej - szepnęła, kiedy zniżał głowę, aby ją pocałować.
- Co mam powiedzieć? - odchylił się.
- Moje imię. - Właściwie nigdy, z wyjątkiem jednego razu, nie nazwał jej po imieniu. - Powiedz moje imię.
- Kochana T.J. - wyszeptał.
Do licha, nie wyglądała na T.J. Kobiety, które kazały nazywać się inicjałami, zazwyczaj były chłodne, do  

bólu   odpowiedzialne   i   zupełnie   bez   polotu.   Nie   były   ciepłymi,   kochającymi   kobietami,   jak   ona.   Nie 
wiedziały, jak rozpływać się w ramionach ukochanego mężczyzny.

- Wiesz, chyba wolę jednak mówić do ciebie po prostu „kochanie”. Przecież cię kocham. Kocham jak 

wariat. Szczęśliwych walentynek, kochanie...

Serce niemal bolało ją ze szczęścia. Ten straszny dzień zakończył się tak wspaniale.
Zakończył?
O, nie, to dopiero był początek szczęścia!
- Szczęśliwych walentynek - odpowiedziała i rzeczywiście były to wyjątkowo, hm, szczęśliwe walentynki.
Pluszowy miś na stole mógłby mieć na ten temat niejedno do powiedzenia.

50


Document Outline