background image

John Wyndham 

Poczwarki 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Chrysalids 

© The Estate of John Wyndham, 1955, Penguin Books Ltd, Harmondsworth, Mlddlesex, England 

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie. Kraków 1984 

ISBN 23-08-01272-8 

 

 

background image

1. 

 

Kiedy byłem całkiem mały, śniło mi się czasem pewne miasto - to było dziwne, ponieważ 

zaczęło  się  to,  zanim  jeszcze  dowiedziałem  się,  czym  jest  miasto.  Lecz  w  moich  myślach 

zjawiało  się  miasto,  skupione  nad  łukiem  wielkiej,  niebieskiej  zatoki.  Widziałem  ulice  i 

stojące wzdłuż nich domy, wybrzeże, a nawet statki w porcie; a przecież na jawie nigdy nie 

widziałem ani morza, ani statku... 

I  domy  były  zupełnie  niepodobne  do  tych,  które  znałem.  Ruch  na  ulicach  był  dziwny, 

wozy jeździły bez ciągnących je koni; a czasem na niebie pojawiały się jakieś istoty, lśniące 

istoty w kształcie ryb, które z pewnością nie były ptakami. 

Najczęściej widziałem to zadziwiające miejsce w świetle dnia, lecz czasem także w nocy, 

gdy światła kładły się wzdłuż brzegu jak pasma robaczków świętojańskich, a niektóre z nich 

wyglądały jak iskry unoszące się na wodzie lub w powietrzu. 

Było to piękne, urocze miejsce, i kiedyś, kiedy wciąż jeszcze byłem na tyle młody, że nie 

orientowałem się lepiej, spytałem moją najstarszą siostrę, Mary, gdzie to śliczne miasto może 

się znajdować. 

Potrząsnęła  głową  i  powiedziała  mi,  że  nie  ma  takiego  miejsca  -  nie  ma  go  teraz.  Ale 

przypuszczała,  że  mogłem  może  w  jakiś  sposób  śnić  o  dawnych  czasach.  Sny  są  czymś 

zabawnym  i  są  bardzo  rozmaite;  więc  mogło  się  zdarzyć,  że  to,  co  widziałem,  było 

fragmentem  świata,  jaki  istniał  niegdyś  -  osobliwego  świata,  w  którym  żyli  Starzy  Ludzie; 

zanim jeszcze Bóg zesłał Cierpienie. 

Lecz potem ostrzegła mnie bardzo poważnie, żebym o tym nikomu nie wspominał; o ile 

wiedziała, innym ludziom ani we śnie, ani na jawie takie obrazy nie przychodziły do głowy, 

więc wspominać im o tym byłoby niemądrze. 

Była  to  dobra  rada  i  na  szczęście  miałem  dość  rozsądku,  żeby  się  do  niej  zastosować. 

Ludzie w naszej okolicy patrzyli bardzo złym okiem na sprawy dziwne lub niezwykle, tak że 

nawet  fakt,  iż  byłem  leworęczny,  budził  lekką  dezaprobatę.  Tak  więc  ani  wówczas,  ani  w 

kilka  lat  później  nie  wspomniałem  o  tym  nikomu  -  szczerze  mówiąc,  prawie  o  tym 

zapomniałem, bo gdy stawałem się starszy, ten sen przychodził mniej często, a potem bardzo 

rzadko. 

Lecz rada ta utkwiła we mnie głęboko. Gdyby nie ona, wspomniałbym  może o dziwnej 

umowie,  jaką  miałem  z  moją  kuzynką  Rosalindą,  a  to  z  pewnością  sprowadziłoby  na  nas 

oboje bardzo poważne kłopoty  - gdyby ktoś przypadkiem mi uwierzył. Myślę, że ani ja, ani 

ona nie zwracaliśmy na to wówczas wiele uwagi: po prostu nawykliśmy do ostrożności. Ja z 

background image

pewnością nie czułem się nikim niezwykłym. Byłem normalnym małym chłopcem, rosnącym 

w normalny sposób i uważającym świat, który mnie otaczał, za coś naturalnego. To trwało aż 

do dnia, w którym poznałem Sophie. A nawet potem różnica nie ujawniła się natychmiast. To 

tylko  spóźniony  refleks  pozwala  mi  ustalić,  że  w  tym  dniu  zaczęły  kiełkować  we  mnie 

pierwsze małe wątpliwości. 

Tego dnia wyszedłem z domu sam, jak to często robiłem. Miałem wtedy, zdaje się, około 

dziesięciu lat. Moja druga siostra, Sarah, była o pięć lat starsza, a to znaczyło, że przeważnie 

bawiłem się sam. Poszedłem polną drogą na południe, wzdłuż granic kilku pól, aż doszedłem 

do wysokiego nasypu, a potem zrobiłem niezły kawałek drogi, aż na jego szczyt. 

Ten nasyp wcale mnie wtedy nie intrygował; był dla mnie o wiele za duży, żebym myślał 

o nim jako o czymś, co mogli zbudować ludzie, nigdy też nie przyszło mi do głowy, żeby go 

łączyć z tymi wspaniałymi dziełami Starych Ludzi, o których niekiedy słyszałem. Był to po 

prostu  nasyp  zataczający  szeroki  łuk,  a  potem  biegnący  prosto  jak  strzała  w  kierunku 

odległych wzgórz; był zwyczajnie częścią świata i nie budził większego zdziwienia niż rzeka, 

niebo czy same wzgórza. 

Często  wchodziłem  na  jego  szczyt,  lecz  rzadko  zapuszczałem  się  na  drugą  stronę.  Z 

jakichś  powodów  uważałem  tamtą  okolicę  za  obcą  -  nie  tyle  wrogą,  ile  znajdującą  się  poza 

moim  terenem.  Ale  odkryłem  tam  pewne  miejsce,  gdzie  deszcz,  spływając  wzdłuż  długiego 

zbocza,  wyżłobił  piaszczysty  żleb.  Jeśli  usiadło  się  u  jego  wejścia  i  dobrze  odepchnęło, 

można było z dużą szybkością zjechać w dół, a w końcu przelecieć kilka stóp w powietrzu i 

wylądować w miękkiej górze piasku na jego dnie. 

Byłem tam już wcześniej chyba z sześć razy i nigdy nie spotkałem nikogo, lecz teraz, gdy 

wspinałem  się  w  górę  po  trzecim  zjeździe  i  przygotowywałem  się  do  czwartego,  jakiś  głos 

powiedział: 

- Halo. 

Obejrzałem  się.  Z  początku  nie  umiałem  powiedzieć,  skąd  ten  głos  pochodzi,  potem 

przyciągnęło  mój  wzrok  kołysanie  się  szczytów  gałęzi  w  kępie  krzaków.  Gałęzie  rozsunęły 

się  i  wyjrzała  ku  mnie  jakaś  twarz.  Była  to  mała  twarz,  ogorzała  od  słońca  i  otoczona 

ciemnymi  lokami.  Miała  niby  poważny  wyraz,  ale  jej  oczy  błyszczały.  Przez  chwilę 

patrzyliśmy na siebie, potem odpowiedziałem: 

- Halo. 

Zawahała  się,  a  potem  szerzej  rozsunęła  gałęzie.  Zobaczyłem  dziewczynkę  trochę 

mniejszą ode mnie i może trochę młodszą. Była ubrana w czerwono-brązowe drelichy i żółtą 

koszulę. Na przodzie, na drelichu przyszyty był krzyż z ciemniejszego brązowego materiału. 

background image

Włosy  z  obu  stron  głowy  miała  związane  żółtymi  wstążkami.  Przez  kilka  sekund  stała 

spokojnie,  jakby  niepewna,  czy  ma  opuścić  bezpieczne  krzaki,  potem  ciekawość 

przezwyciężyła ostrożność i wyszła z nich. 

Gapiłem  się  na  nią,  ponieważ  była  zupełnie  obca.  Od  czasu  do  czasu  odbywały  się 

zebrania albo przyjęcia, które gromadziły wszystkie dzieci mieszkające o całe mile stąd, więc 

dziwnie było spotkać kogoś, kogo nigdy przedtem nie widziałem. 

- Jak ci na imię? - spytałem. 

- Sophie - odparła. - A tobie? 

- David - odpowiedziałem. - Gdzie mieszkasz? 

- Tam - powiedziała, machnąwszy niedbałe ręką w kierunku obcej okolicy poza nasypem. 

Odwróciła oczy ode mnie i spojrzała na piaszczystą rynnę, w której się ślizgałem. 

- Dobra zabawa? - spytała ze smutnym spojrzeniem. Zastanawiałem się przez chwilę, czy 

ją zaprosić, a potem 

powiedziałem: 

- Tak. Chodź, spróbuj. 

Ociągała się, znowu patrząc na mnie uważnie. Obserwowała mnie bardzo poważnie przez 

kilka  chwil,  a  potem,  zupełnie  nagle,  zdecydowała  się.  Wygramoliła  się  na  szczyt  nasypu, 

przede mną. 

Zjechała rynną, powiewając lokami i wstążkami. Gdy ja wylądowałem, straciła już swój 

poważny wygląd, a jej oczy tańczyły z podniecenia, 

- Jeszcze raz - powiedziała i zadyszana wspinała się na nasyp. 

Wypadek zdarzył się przy jej trzecim zjeździe. Usiadła i odepchnęła się tak jak przedtem. 

Patrzyłem, jak się ześlizguje i zatrzymuje w burzy piasku. Zrobiła jakoś tak, że wylądowała o 

kilka stóp na lewo od zwykłego miejsca. Przygotowałem się do zjazdu i czekałem, aż mi zrobi 

miejsce. Ale nie odeszła. 

- Usuń się - powiedziałam niecierpliwie. Spróbowała się poruszyć, a potem zawołała: 

- Nie mogę. To boli. 

W każdym razie zaryzykowałem, odepchnąłem się i wylądowałem tuż przy niej. 

- Co się stało? - spytałem. 

Miała skrzywioną twarz i łzy w oczach. 

- Noga mi utknęła - powiedziała. 

Lewą  nogę  miała  zasypaną.  Odgarnąłem  rękami  miękki  piasek.  Jej  trzewik  utknął  w 

wąskiej szczelinie między dwoma sterczącymi w górę kamieniami. Próbowałem go poruszyć, 

ale ani drgnął. 

background image

- Nie możesz go jakoś wykręcić? - spytałem. Spróbowała, dzielnie zaciskając wargi. 

- Nie da się. 

- Pomogę ci ciągnąć - zaproponowałem. - Nie, nie! - zaprotestowała. - To boli. 

Nie wiedziałem, co teraz robić. Całkiem, na pewno ją to bolało. Zastanawiałem się nad 

tym. 

- Najlepiej przetniemy sznurowadła, żebyś mogła wy- 

jąć stopę z trzewika. Nie mogę rozplatać węzełka - postanowiłem. 

- Nie! - zawołała z przerażeniem. - Nie, tego nie wolno. 

Była tak stanowcza, że poczułem się zakłopotany. Gdyby wyjęła stopę, moglibyśmy sam 

trzewik uwolnić spomiędzy kamieni,  ale skoro  nie chciała, nie wiedziałem,  co by ta można 

było zrobić. Leżała na piasku, a kolano jej uwięzionej nogi sterczało w powietrzu. 

-  O, jak boli! -  mówiła. Nie mogła już dłużej  powstrzymać łez. Spływały jej po twarzy. 

Ale nawet teraz nie krzyczała, wydawała słabe, dziecięce jęki. 

- Musisz wyjąć stopę - powiedziałem. 

- Nie - zaprotestowała znowu. - Nie, nie wolno mi. Nigdy. Nie wolno mi. 

Usiadłem  przy  niej,  nie  wiedząc,  co  począć.  Chwyciła  obiema  dłońmi  moją  rękę, 

ściskając ją, gdy płakała. Było jasne, że stopa boli ją coraz bardziej.Chyba po raz pierwszy w 

życiu znalazłem się w sytuacji, w której trzeba było podjąć decyzję. Podjąłem ją. 

- Nie ma rady. Musisz wyjąć stopę - powiedziałem. - Jeśli nie, to pewnie zostaniesz tutaj i 

umrzesz. 

Nie  od  razu,  ale  w  końcu  zgodziła  się.  Obserwowała  ranie  lękliwie,  gdy  przecinałem 

sznurowadło. Potem powiedziała: 

- Odejdź. Nie wolno ci patrzeć. 

Zawahałem  się,  lecz  dzieciństwo  to  okres  gęsto  najeżony  niepojętymi,  choć  ważnymi 

konwenansami,  odszedłem  więc  o  kilka  jardów  i  stanąłem  zwrócony  do  niej  plecami. 

Słyszałem, jak ciężko oddycha. Potem znów zapłakała. Odwróciłem się. 

-  Nie  potrafię  -  mówiła,  patrząc  na  mnie  ze  strachom  przez  łzy.  Ukląkłem  więc,  żeby 

zobaczyć, co się da zrobić. 

- Nie wolno ci o tym nigdy powiedzieć - mówiła. - Nigdy, nigdy! Przyrzekasz? 

Przyrzekłem. 

Była bardzo dzielna. Jęczała tylko po dziecięcemu. 

Kiedy udało mi się uwolnić stopę, wyglądała ona dziwnie; chcę przez to powiedzieć, że 

była cała skręcona i zapuchnięta - nie zauważyłem nawet wtedy, że miała więcej niż zwykłą 

ilość palców... 

background image

Udało  mi  się  wydobyć  trzewik  ze  szczeliny  i  podałem  go  jej.  Ale  okazało  się,  że  nie 

mogła go włożyć na spuchniętą stopę. Nie mogła też postawić nogi na ziemi. Pomyślałem, że 

mógłbym ją ponieść na plecach, ale była cięższa, niż przypuszczałem, i było jasne, że daleko 

tak nie zajdziemy. 

- Muszę iść przyprowadzić kogoś, żeby pomógł - powiedziałem. 

- Nie. Będę się czołgała - odrzekła. 

Szedłem  obok  niej,  niosłem  trzewik  i  czułem  się  bezużyteczny.  Ona  szła,  kulejąc, 

zdumiewająco  długi  kawałek  drogi,  ale  musiała  zrezygnować.  Spodnie  miała  przetarte  na 

kolanach,  a  same  kolana  były  otarte  i  krwawiły.  Nie  znałem  nigdy  ani  chłopca,  ani 

dziewczyny, nikogo, kto mógłby doprowadzić się do takiego stanu; trochę mnie to przerażało. 

Pomogłem jej stanąć na zdrowej nodze i podtrzymałem ją, gdy mi pokazała, gdzie znajduje 

się  jej  dom,  z  którego  komina  snuła  się  strużka  dymu.  Gdy  odwróciłem  się,  była  znów  na 

czworakach i zniknęła w krzakach. 

Odnalazłem dom bez większego trudu i trochę nerwowo zastukałem do drzwi. Otworzyła 

mi wysoka kobieta. Miała delikatną, ładną twarz o wielkich, jasnych oczach. Jej suknia była 

rdzawa i nieco krótsza od tych, które większość kobiet nosi w domu, lecz zwyczajowy krzyż, 

o  i  szyi  aż  do  lamówki  i  w  poprzek  piersi,  był  w  kolorze  zielonym,  który  harmonizował  z 

przepaską na jej głowie, 

-  Czy  pani  jest  matką  Sophie?  -  spytałem.  Spojrzała  na  rnnie  ostro  i  zmarszczyła  brwi. 

Odparła 

szorstko i niespokojnie: 

- O co chodzi? Powiedziałem jej. 

- O! - zawołała. - Jej stopa! 

Przez chwilę znów patrzyła na mnie twardym  wzrokiem,  potem oparła o ścianę miotłę, 

którą trzymała w ręku, i spytała energicznie: 

- Gdzie ona jest? 

Poprowadziłem ją drogą, którą przyszedłem. Na dźwięk jej głosu Sophie wyczołgała się z 

krzaków. 

Jej matka spojrzała na nieszczęsną, spuchniętą nogę i zakrwawione kolana. 

- O, moje biedne kochanie! - powiedziała, obejmując ją i całując. Potem dodała: 

- Czy on widział? 

-  Tak  -  odpowiedziała  Sophie.  -  Przykro  mi,  mamusiu.  Bardzo  się  starałam,  ale  nie 

umiałam zrobić tego sama, to tak bolało! 

Matka powoli skinęła głową. Westchnęła. 

background image

-  No  cóż,  teraz  nic  na  to  nie  można  poradzić.  Wstań.  Sophie  wspięła  się  jej  na  plecy  i 

wszyscy razem wróciliśmy do domu. 

Można umieć na pamięć przykazania i nakazy, których człowiek uczy się jako dziecko, 

lecz  niewiele  one  znaczą,  dopóki  nie  trafi  się  na  odpowiedni  przykład  -  a  nawet  wówczas 

trzeba ów przykład rozpoznać. 

Tak  więc  mogłem  cierpliwie  siedzieć  i  patrzeć,  jak  obmywa  się  chorą  stopę,  daje  się 

zimny okład i bandażuje się ją, i nie widzieć związku pomiędzy tym a twierdzeniem, którego 

słuchałem niemal każdej niedzieli w moim życiu: 

„I Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo Swoje. I Bóg postanowił, że człowiek 

powinien  mieć  jedno  ciało,  jedną  głowę,  dwie  ręce  i  dwie  nogi;  że  każde  ramię  winno  się 

łączyć w dwóch miejscach i kończyć jedną dłonią, że każda dłoń winna mieć pięć palców, że 

każdy palec winien mieć płaski paznokieć...” I tak dalej, aż: 

„T Bóg stworzył także kobietę na ten sam obraz, lecz z tymi różnicami, zgodnymi z jej 

naturą: jej głos winien być wyższy niż głos mężczyzny; nie powinna mieć brody; winna mieć 

dwoje piersi...” I jeszcze tak dalej. 

Znałem  to  wszystko,  słowo  w  słowo  -  a  przecież  widok  sześciu  palców  u  Sophie  nie 

poruszył  niczego  w  mej  pamięci.  Widziałem  tę  stopę  spoczywającą  na  kolanach  matki. 

Widziałem, jak matka przestaje na krótką chwilę na nią patrzeć, unosi ją, pochyla się, żeby ją 

łagodnie pocałować, a potem podnosi twarz ze Łzami w oczach. Było mi przykro z powodu 

jej strapienia i z powodu Sophie, i z powodu bolącej stopy - ale nic więcej. 

Gdy skończyło się bandażowanie, rozejrzałem się ciekawie po pokoju. Dom był o wiele 

mniejszy od mojego - była to w gruncie rzeczy chatka - ale podobał mi się bardziej. Czułem 

się  w  nim  dobrze.  I  chociaż  matka  Sophie  była  niespokojna  i  zmartwiona,  nie  dawała  mi 

odczuć,  że  w  żałosny  i  nieodpowiedzialny  sposób  zakłócam  ich  skądinąd  uporządkowane 

życie  -  jakie  większość  ludzi  prowadzi  w  domu.  I  pokój  także  wydawał  mi  się  lepszy, 

ponieważ na ścianach nie wisiały napisy dające ludziom napomnienia i wskazówki. Zamiast 

nich w pokoju wisiało kilka rysunków koni, które bardzo mi się podobały. 

Teraz Sophie, już zabandażowana i ze zmytymi śladami łez, pokuśtykała na jednej nodze 

do  krzesła  przy  stole.  Czując  się  już  całkiem  dobrze,  z  wyjątkiem  stopy,  spytała  mnie  z 

poważną gościnnością, czy lubię jajka. 

Potem  pani  Wender  powiedziała  mi,  żebym  poczekał,  podczas  gdy  zanosiła  Sophie  na 

górę.  Wróciła  po  kilku minutach  i  usiadła  przy  mnie.  Ujęła  moją  dłoń  w  swoje  ręce  i  przez 

kilka chwil patrzyła na mnie poważnie. Silnie odczuwałem jej niepokój, chociaż z początku 

nie  było  dla  mnie  całkiem  jasne,  czym  ona  się  tak  martwi.  Dziwiło  mnie  to,  ponieważ 

background image

przedtem  niczym  nie  dawała  mi  do  zrozumienia,  że  może  niepokoić  się  w  ten  sposób. 

Myślałem  o  niej,  próbując  zapewnić  ją  i  pokazać,  że  nie  powinienem  być  powodem  jej 

niepokoju,  lecz  ta  myśl  do  niej  nie  dotarła.  Wciąż  na  mnie  patrzyła,  a  oczy  jej  błyszczały 

zupełnie  tak  jak  oczy  Sophie,  gdy  usiłowała  nie  płakać.  Gdy  na  mnie  patrzyła,  jej  własne 

myśli były udręczone i bezkształtne. Próbowałem znowu myśleć za nią, lecz to wciąż do niej 

nie docierało. Potem powoli skinęła głową i przemówiła tymi słowy: 

-  Jesteś  dobrym  chłopcem,  David.  Byłeś  bardzo  miły  dla  Sophie.  Chcę  ci  za  to 

podziękować. 

Poczułem się nieswojo i spojrzałem na swoje buty. Nie mogłem sobie przypomnieć, żeby 

ktoś przedtem nazwał mnie dobrym chłopcem. Wobec takiego wydarzenia nie znajdywałem 

właściwej odpowiedzi. 

- Lubisz Sophie, prawda? - ciągnęła, wciąż na mnie patrząc. 

- Tak - odpowiedziałem. I dodałem; - Myślę też, że jest strasznie dzielna. To musiało ją 

bardzo boleć. 

- Czy ze względu na nią zachowasz tajemnicę - poważną tajemnicę? - spytała. 

- Tak - oczywiście - zgodziłem się, lecz trochę niepewnym tonem, bo nie zdawałem sobie 

sprawy, jaka miała być ta tajemnica. 

- Ty... ty widziałeś jej stopę? - powiedziała, wciąż patrząc mi w twarz. - Jej... palce? 

Skinąłem głową. 

- Tak - odparłem znowu. 

-  Więc  to  jest  tajemnica,  David.  Nikt  nie  może  o  tym  wiedzieć.  Z  wyjątkiem  jej  ojca  i 

mnie  jesteś  jedynym  człowiekiem,  który  o  tym  wie.  Nikt  inny  nie  może  o  tym  wiedzieć. 

Absolutnie nikt - nigdy. 

- Tak - zgodziłem się i znów poważnie skinąłem głową. 

Nastąpiła chwila milczenia - przynajmniej jej głos zamilkł, lecz myśli jej biegły dalej, tak 

jakby „nikt” i „nigdy” wywoływały smutne, nieszczęśliwe echa. Potem to się zmieniło i stała 

się  wewnętrznie  spięta,  zawzięta  i  pełna  obaw.  Nie  było  dobrze  podążać  za  jej 

rozumowaniem, usiłowałem więc niezręcznie podkreślić słowami, że naprawdę myślę tak, jak 

mówię. 

- Nigdy - w ogóle nikt - zapewniłem ją poważnie. 

- To jest bardzo, bardzo ważne - nalegała. - Jak mam ci to wyjaśnić? - Ale naprawdę nie 

potrzebowała  niczego  wyjaśniać.  Jej  naglące,  napięte  uczucie  ważności  tej  sprawy  było 

bardzo jasne. Słowa miały o wiele mniej siły. Mówiła; 

- Gdyby ktoś się o tym dowiedział, oni... oni byliby dla niej strasznie niedobrzy. Musimy 

background image

uważać, żeby to się nigdy nie zdarzyło. 

Uczucie niepokoju jak gdyby zmieniło się w cos twardego jak żelazny pręt. 

- Dlatego, że ma sześć palców? - spytałem. 

- Tak. O tym nikt oprócz nas nigdy nie może się dowiedzieć. To musi zostać między nami 

tajemnicą - powtórzyła, wbijając mi to do głowy. - Przyrzekasz, David? 

- Przyrzekani. Mogę przysiąc, jeśli pani chce -■ zaproponowałem. 

- Obietnica wystarczy - powiedziała. 

Była to tak poważna obietnica, że postanowiłem dotrzymać jej całkowicie - nawet wobec 

mojej  kuzynki  Rosalindy.  Choć  w  duszy  byłem  zaintrygowany  oczywistą  ważnością  tej 

obietnicy.  Wyglądało  na  to,  że  bardzo  mały  paluszek  może  wywołać  tak  wielki  niepokój. 

Lecz  często  bywało,  że  dużo  wielkich  niepokojów  wydawało  się  nieproporcjonalnymi  do 

przyczyn. Tak więc trzymałem się głównego punktu - potrzeby zachowania sekretu. 

Matka  Sophie  wciąż  na  mnie  patrzyła  ze  smutnym,  lecz  jakby  niewidzącym  wyrazem 

oczu,  aż zrobiło  mi  się nieprzyjemnie.  Zauważyła,  że  się  zaniepokoiłem,  i  uśmiechnęła  się. 

Był to miły uśmiech. 

- A więc w porządku - powiedziała. - Zachowamy tajemnicę i już nigdy nie będziemy o 

tym mówili? 

- Tak - zgodziłem się. 

Idąc ścieżką od drzwi odwróciłem się. 

-  Czy  mogę  niedługo  przyjść  i  znów  zobaczyć  Sophie?  Zawahała  się,  pomyślawszy 

chwilę nad tym pytaniem, a potem powiedziała: 

- Bardzo dobrze, ale tylko jeśli będziesz pewien, że nikt się o tym nie dowiedział. 

Dopiero  wtedy,  gdy  doszedłem  do  nasypu  i  jego  szczytem  ruszyłem  w  stronę  domu, 

monotonne niedzielne nakazy połączyły się z rzeczywistością. Uczyniły to z trzaskiem niemal 

dosłyszalnym. Definicja człowieka recytowała się sama w mej głowie:,;...i każda noga będzie 

dwukrotnie połączona i  będzie miała jedną stopę, a każda stopa pięć palców, a każdy palec 

będzie  się  kończył  płaskim  paznokciem...”  I  tak  dalej,  aż  w  końcu  każde  stworzenie 

wyglądające  jak  człowiek,  lecz  nie  ukształtowane  w  ten  sposób,  nie  jest  stworzeniem 

ludzkim.  Nie  jest  ani  mężczyzną,  ani  kobietą.  Jest  bluźnierstwem  przeciw  prawdziwemu 

obrazowi Boga i czymś znienawidzonym w obliczu Boga”. 

Nagle ogarnęło mnie przerażenie, a także znamienna ciekawość. Bluźnierstwo - jak dość 

często mi o tym mówiono - było rzeczą straszną. A przecież w Sophie nie było nic strasznego. 

Była  po  prostu  zwykłą  małą  dziewczynką  -  jeśli  nie  o  wiele  wrażliwszą  i  dzielniejszą  niż 

większość innych. A jednak, zgodnie z tą definicją... 

background image

Z pewnością musi być gdzieś jakiś błąd. Z pewnością to, że ma jeden malutki paluszek 

ekstra  -  no  dobrze  dwa,  malutkie  paluszki,  bo  jak  przypuszczałem,  że  jeden  jest  do  pary  na 

drugiej  stopie  -  z  pewnością  to  nie  wystarcza,  żeby  uczynić  ją  „znienawidzoną  w  obliczu 

Boga...” 

Bardzo zagadkowe są drogi tego świata... 

 

 

2. 

 

Dotarłem  do  domu  swoim  zwykłym  sposobem.  W  miejscu,  gdzie  las  pokrywał  stok 

nasypu, wszedłem na wąską, mało używaną ścieżkę. Od tej chwili byłem czujny i trzymałem 

dłoń na rękojeści noża. Powinienem się trzymać z dala od lasu, ponieważ zdarzało się czasem 

- choć bardzo rzadko - że wielkie stwory dochodziły aż do okolic cywilizowanych, takich jak 

Waknuk,  i  istniała  możliwość  natknięcia  się  na  jakiegoś  dzikiego  psa  lub  kota.  Ale  tak  jak 

zwykle,  jedynymi  stworami,  których  ruchy  słyszałem,  były  małe  zwierzątka,  pośpiesznie 

ustępujące z drogi. 

Mniej więcej po jakiejś mili doszedłem do ziemi uprawnej i ujrzałem dom za trzema lub 

czterema polami. Szedłem skrajom lasu, ostrożnie obserwując dom zza jego osłony, potem, w 

cieniu  żywopłotów  przebiegiem  wszystkie  pola  z  wyjątkiem  ostatniego  i  zatrzymałem  się, 

żeby  znów  zbadać  teren.  Nie  było  widać  nikogo,  tylko  stary  Jakub  z  wolna  zbierał  łopatą 

nawóz  na  podwórzu.  Gdy  bezpiecznie  odwrócił  się  plecami,  szybko  minąłem  kawałek 

otwartego pola, wślizgnąłem się przez okno i ostrożnie dostałem się do mojego pokoju. 

Niełatwo opisać nasz dom. Od kiedy mój dziadek, Elias Strorm, zbudował pierwszą jego 

część  ponad  pięćdziesiąt  lat  temu,  w  rozmaitych  czasach  powstały  nowe  pokoje  i 

przybudówki. Teraz dom rozrósł się z jednej strony w szopy, magazyny, stajnie i stodoły, a z 

drugiej  w  pralnie,  mleczarnie,  serownie,  izby  dla  robotników  i  tak  dalej;  aż  trzy  czwarte 

całości  objęły  wielki  dziedziniec  z  ubitej  ziemi,  leżący  na  zawietrznej  stronie  głównego 

domu; główną cechą dziedzińca był śmietnik. 

Podobnie  jak  wszystkie  domy  w  okolicy  zbudowany  był  z  masywnych,  surowo 

obrobionych  desek,  lecz  ponieważ  należał  do  domów  najstarszych,  większość  przestrzeni  w 

ścianach zewnętrznych wypełniały cegły i kamienie z ruin jakichś budynków Starych Ludzi, a 

tynkowanej plecionki - z prętów użyto tylko do ścian wewnętrznych, 

Mój  dziadek,  tak  jak  mi  go  przedstawiał  ojciec,  sprawiał  wrażenie  człowieka  pełnego 

nudnych,  monotonnych  cnót.  Dopiero  później  ułożyłem  sobie  jego  portret  bardziej 

background image

wiarygodny, choć mniej zaszczytny. 

Elias Strorm przybył ze Wschodu, gdzieś z pobliża morza. Dlaczego tu przybył, nie jest 

całkiem  jasne.  On  sam  utrzymywał,  że  to  bezbożne  obyczaje  Wschodu  kazały  mu  szukać 

mniej  przemądrzałych, lojalnie myślących stron; choć słyszałem, jak mówiono, że w końcu 

doszło  do  tego,  że  jego  strony  rodzinne  nie  mogły  znosić  go  dłużej.  Jakiekolwiek  były 

przyczyny,  doprowadziły  g’o  one  w  wieku  łat  czterdziestu  pięciu  do  „Waknuk  -  wówczas 

nierozwiniętego,  niemal  pogranicznego  kraju  -  wraz  z  całym  jego  ziemskim  dobrem, 

złożonym  na  sześciu  wozach.  Był  mężczyzną  silnym,  despotycznym  i  srogim  w  swojej 

prawości.  Jego  oczy  błyszczały  ewangelicznym  ogniem  pod  krzaczastymi  brwiami.  Często 

misi na ustach respekt przed Bogiem, a w sercu stale lęk przed szatanem i, zdaje się, trudno 

było powiedzieć, które z tych uczuć w nim przeważało. 

Wkrótce  potem,  jak  zaczął  budować  dom,  udał  się  w  podróż  i  przywiózł  sobie  z  niej 

narzeczoną.  Była  nieśmiała,  ładna  na  różowo-złoty  sposób  i  o  dwadzieścia  pięć  lat  młodsza 

od niego. Mówiono mi, że kiedy sądziła, iż nikt na nią nie patrzy, poruszała się jak śliczne 

źrebię; a kiedy czulą na sobie oko męża, bojaźliwie jak królik. 

Wszystkie  odpowiedzi  biedactwa  były  wymijające.  Nie  przekonała  się,  że  służba 

małżeńska  rodzi  miłość;  nie  umożliwiła  mężowi  odzyskania  jego  młodości  poprzez  swą 

własną; nie umiała też w zamian za to prowadzić domu jak doświadczona gospodyni. 

Elias  nie  był  człowiekiem,  który  na  te  braki  nie  zwracałby  uwagi.  W  krótkim  czasie 

opanował  jej  źrebięcość  napomnieniami,  różowość  i  złoto  zmącił  kazaniami  i  stworzył 

smutne, szare widmo żony, które zmarło, nie protestując, w rok po urodzeniu drugiego syna. 

Dziadek Elias nie miał ani przez chwilę wątpliwości co do tego, jaki powinien być jego 

dziedzic. Wiara mego ojca zrodziła się niemal w jego kościach, jego zasady były jego siłą, a 

umysły obydwóch były bogato naszpikowane przykładami z Biblii i z Żalów Nichoisona. W 

wierze ojciec i syn tworzyli jedność, różnica między nimi polegała tylko na podejściu do niej; 

w  oczach  mego  ojca  nie  pojawiał  się  ewangeliczny  błysk;  jego  wiara  była  bardziej 

legalistyczna. 

Joseph Strorm, mój ojciec, nie ożenił się aż do śmierci Eliasa, a gdy ten umarł, syn nie był 

człowiekiem,  który  powtórzyłby  błąd  swego  ojca.  Poglądy  mojej  matki  zgadzały  się  z  jego 

własnymi. Miała ona silne poczucie obowiązku i nigdy nie wątpiła, na czym on polega. 

Nasza  okolica,  a  w  konsekwencji  nasza  siedziba,  jako  pierwsza  tutaj,  nazywała  się 

Waknuk,  ponieważ  według  tradycji  tak  nazywało  się  to  miejsce  lub  jego  pobliże  dawno, 

dawno temu, w czasach Starych Ludzi. Tradycja jak zwykle była niepewna, lecz z pewnością 

istniały tutaj jakieś budowle, gdyż pozostały z nich resztki i fundamenty, dopóki ich nie użyto 

background image

do  budowy  nowych  domów.  Istniał  też  długi  nasyp,  biegnący  aż  do  wzgórza,  i  ogromne 

urwisko,  które  musieli  zrobić  Starzy  Ludzie,  gdy  na  swój  nadludzki  sposób  odcięli  połowę 

góry, żeby znaleźć coś, co ich interesowało, To miejsce można więc było nazwać Waknuk; w 

każdym  razie  nazwano  tak  tę  zdyscyplinowaną,  prawomyślną,  bogobojną  społeczność, 

składającą się z około setki rozproszonych, dużych i małych gospodarstw. 

Mój ojciec był tu człowiekiem o pewnym znaczeniu. Gdy w wieku lat szesnastu  po raz 

pierwszy  wystąpi!  publicznie,  czytając  którejś  niedzieli  przemówienie  w  kościele 

zbudowanym  przez  jego  ojca,  wciąż  jeszcze  było  w  okolicy  mniej  niż  sześćdziesiąt  rodzin. 

Lecz  gdy  kraj  nadawał  się  już  do  zagospodarowania  i  więcej  ludzi  przybyło,  żeby  się  tu 

osiedlić,  nie  zginął  wśród  nich.  Wciąż  jeszcze  był  największym  właścicielem  ziemskim, 

wciąż  często  miewał  niedzielne  kazania  i  dokładnie  wyjaśniał  panujące  w  niebie  prawa  i 

poglądy  na  rozmaitość  spraw  i  postępków,  a  w  oznaczone  dni  wymierzał  prawo  doczesne 

jako sędzia. Przez resztę czasu dbał o to, aby on sam i wszyscy ci, nad którymi miał władzę, 

dawali godny przykład okolicy. 

W domu, miejscowym zwyczajem, życie skupiało się w dużym pokoju,  który był także 

kuchnią. Tak jak cały dom, tak i ten pokój był największy i najlepszy w Waknuk. 

Wielki piec kuchenny był przedmiotem dumy; nie próżnej dumy, oczywiście; był bardziej 

dowodem  świadomości,  iż  z  szacunkiem  traktuje  się  wspaniale  dary,  które  daje  nam  Pan: 

doprawdy,  coś  w  rodzaju  testamentu.  Palenisko  tworzyły  masywne  bloki  kamienne.  Cały 

komin był zbudowany z cegieł i nigdy nie słyszano, żeby się zapalił. Przestrzeń wokół jego 

wylotu  pokrywały  dachówki  -  jedyne  w  całej  okolicy,  tak  że  i  strzecha  pokrywająca  resztę 

dachu nigdy się nie zapaliła. 

Matka  dbała  o  to,  aby  w  wielkim  pokoju  było  czysto  i  porządnie.  Posadzkę  stanowiły 

kawałki  cegieł  i  kamienia,  także  innego  tworzywa,  zręcznie  dopasowane.  Na  umeblowanie 

składały się wyszorowane do białości stoły i stoliki oraz kilka krzeseł, Ściany byty bielone. 

Wisiało  na  nich  kilka  błyszczących  rondli,  zbyt  wielkich,  by  się  zmieściły  w  kredensie. 

Najbardziej zbliżone do dekoracji byty liczne drewniane tabliczki z artystycznie wypalonymi 

na  nich  cytatami,  głównie  z  Żalów.  Na  tej  z  lewej  strony  kominka  wypisano: 

CZŁOWIEKIEM JEST TYLKO ISTOTA STWORZONA NA OBRAZ I PODOBIEŃSTWO 

BOGA.  Na  tej  po  prawej  stronie:  ZACHOWAJ  W  CZYSTOŚCI  SZCZEP  PANA.  Na 

przeciwległej  ścianie  dwie  inne  głosiły:  BŁOGOSŁAWIONA  JEST  NORMA  i  W 

CZYSTOŚCI  NASZE  ZBAWIENIE.  Największa  była  tablica,  zawieszona  na  ścianie 

naprzeciw  drzwi  wiodących  na  podwórze.  Przypominała  ona  każdemu,  kto  wchodził: 

STRZEŻ SIĘ ODMIEŃCA! 

background image

Częste powoływanie się na te teksty zaznajomiło mnie z ich słowami na długo przedtem, 

zanim  nauczyłem  się  czytać,  w  gruncie  rzeczy  nie  jestem  pewien,  czy  nie  one  dały  mi 

pierwsze  lekcje  czytania.  Znalem  je  na  pamięć,  podobnie  jak  inne,  w  różnych  miejscach 

domu,  które  głosiły  maksymy  takie,  jak:  NORMA  JEST  WOLĄ  BOGA,  lub:  TYLKO 

REPRODUKCJA  JEST  UŚWIĘCONĄ  PRODUKCJĄ,  albo:  DIABEŁ  JEST  OJCEM 

DEWIACJI. I rozmaite inne, mówiące o występkach i bluźnierstwach. 

Wiele  z  nich  wciąż  było  dla  mnie  niejasnych;  o  innych  nieco  się  dowiedziałem.  Na 

przykład  o  występkach.  A  to  dlatego,  że  pojawienie  się  występku  było  czasami  bardzo 

frapującym  zdarzeniem.  Zwykłe  pierwszą  oznaką,  że  coś  się  zdarzyło,  było  to,  że  ojciec 

przychodził do domu w złym 

humorze. Potem, wieczorem, zwoływał nas wszystkich łącznie z ludźmi pracującymi na 

farmie.  Klękaliśmy  wszyscy,  podczas  gdy  on  wyrażał  nasz  żal  i  prowadził  modły  o 

przebaczenie.  Nazajutrz  wszyscy  wstawaliśmy  przed  świtem  i  gromadziliśmy  się  na 

podwórzu.  Gdy  stonce  wzeszło,  śpiewaliśmy  hymn,  a  potem  ojciec  uroczyście  zabijał 

dwugłowe  cielę,  czworonożne  kurczę  lub  jakikolwiek  inny  rodzaj  występku,  który  się 

przydarzył. Czasami bywały to jeszcze o wiele dziwniejsze stworzenia... 

Występki nie ograniczały się do zwierząt domowych. Czasem były to jakieś próbki zboża 

czy  jarzyn,  które  ojciec  przynosił  i  z  gniewem  i  wstydem  rzucał  na  kamienny  stół.  Jeśli 

chodziło  o  kilka  grządek  jarzyn,  po  prostu  wyrywano  je  i  niszczono.  Lecz  jeśli  zepsuło  się 

całe pole, czekaliśmy na dobrą pogodę, a potem podpalaliśmy je i śpiewaliśmy hymny, gdy 

płonęło. Uważałem, że jest to bardzo piękny widok. 

To  dlatego  że  ojciec  był  człowiekiem  czujnym  i  pobożnym  i  miał  oko  wyczulone  na 

występek, miewaliśmy więcej ubojów i pożarów niż ktokolwiek inny; lecz wszystkie sugestie, 

że jesteśmy bardziej dotknięci występkami niż inni bolały go i gniewały. Podkreślał, że wcale 

sobie nie życzy wyrzucania pieniędzy. Gdyby nasi sąsiedzi byli równie sumienni jak my, nie 

wątpił,  że  ich  straty  znacznie  przewyższyłyby  nasze;  niestety  niektórzy  ludzie  mieli  zasady 

dość elastyczne. 

Tak więc bardzo wcześnie dowiedziałem  się, czym  były występki.  Były to istoty, które 

nie  wyglądały  odpowiednio,  to  znaczy  nie  wyglądały  tak  jak  ich  rodzice  lub  rośliny,  od 

których  pochodziły.  Zwykle  chodziło  tylko  o  małe  odchylenie,  lecz  bez  względu  na  to,  czy 

było  małe, czy duże, było występkiem, a jeśli  zdarzało  się między ludźmi, bluźnierstwem  - 

był  to  przynajmniej  termin  techniczny,  choć  zwykle  oba  te  rodzaje  nazywano  dewiacjami. 

Niemniej  kwestia  występku  nie  zawsze  była  tak  prosta,  jak  można  by  myśleć,  a  kiedy  nie 

zgadzano  się  co  do  niej,  można  było  wezwać  lokalnego  inspektora.  Jednakże  ojciec  rzadko 

background image

wzywał inspektora, wolał być zabezpieczony i likwidować wszystko, co budziło wątpliwości. 

Byli  ludzie,  którzy  nie  pochwalali  jego  drobiazgowości  twierdząc,  że  miejscowa  proporcja 

dewiacji,  która  przedstawiała  się  stale  coraz  korzystniej  i  sięgała  obecnie  połowy  stanu  z 

czasów  mego  dziadka”  byłaby  jeszcze  lepsza,  gdyby  nie  mój  ojciec.  Mimo  wszystko  okręg 

Waknuk słynął z czystości. 

Nasz  rejon  nie  był  już  rejonem  granicznym.  Ciężka  praca  i  poświęcenie  stworzyły 

równowagę  inwentarza  i  plonów,  których  mogły  nam  zazdrościć  nawet  niektóre  wspólnoty 

leżące na wschód od nas. Można było teraz wędrować jakieś trzydzieści mil na południe lub 

południowy  zachód,  zanim  dotarło  się  do  Dzikiego  Kraju  -  to  znaczy  do  tych  stron,  gdzie 

szansę  hodowli  wynosiły  mniej  niż  pięćdziesiąt  procent.  Potem  wszystko  rosło  bardziej 

kapryśnie  w  pasie,  który  w  pewnych  miejscach  był  szeroki  na  dziesięć,  a  w  innych  na 

dwadzieścia mil, aż docierało się do tajemniczych Rubieży, gdzie na niczym nie można było 

polegać i gdzie - aby zacytować mego ojca - „diabeł stąpa po swych rozległych włościach, a 

prawa Boże są wyśmiewane”. Mówiono, że rozległość kraju Rubieży jest również rozmaita, a 

poza nim leżą Kraje Zła, o których nikt już nic nie wiedział. Zazwyczaj każdy, kto udawał się 

do Krajów Zła, umierał tam, a ci nieliczni, którzy stamtąd wrócili, nie żyli długo. 

Ale  nie  Kraje  Zła,  tylko  Rubieże  sprawiały  nam  od  czasu  do  czasu  kłopoty.  Ludzie  z 

Rubieży  -  przynajmniej  nazywało  się  ich  ludźmi,  albowiem,  chociaż  naprawdę  ulegali 

dewiacjom,  wyglądali  często  zupełnie  tak  jak  ludzie,  jeśli  coś  nie  zanadto  było  z  nimi  w 

porządku  -  zatem  ci  ludzie,  żyjąc  w  swym  granicznym  kraju,  posiadali  bardzo  niewiele, 

wyprawiali się więc w strony cywilizowane, żeby rabować ziarno i bydło, odzież i narzędzia, 

a także broń, jeśli im się udało; czasami też uprowadzali dzieci. 

Sporadyczne małe wyprawy zdarzały się zwykle dwa lub trzy razy do roku i z reguły nikt 

nie  przywiązywał  do  nich  wielkiej  wagi  -  oczywiście  z  wyjątkiem  tych,  którzy  padali  ich 

ofiarami.  Lecz  ci  zwykle  mieli  dość  czasu,  by  uciec;  tracili  tylko  swoje  mienie.  Potem 

wszyscy składali się na niewielką zapomogę w naturze lub w pieniądzach, żeby pomóc im w 

osiedleniu się na nowo. Lecz z czasem, gdy granicę przesuwano, coraz więcej ludzi z Rubieży 

usiłowało żyć na mniejszym skrawku ziemi. Były lata, że cierpieli wielki głód i po pewnym 

czasie  nie  było  to  już  tylko  około  tuzina  najeźdźców  dokonujących  szybkiej  wyprawy,  a 

potem wracających do swego kraju; teraz przybywali wielkimi, zorganizowanymi bandami i 

wyrządzali mnóstwo szkód. 

W czasach dzieciństwa mojego ojca matki zwykły uspokajać i straszyć nieznośne dzieci, 

grożąc im: „Bądź grzeczny, bo zawołam do ciebie Starą Małgośkę z Rubieży. Ona ma czworo 

oczu, żeby na ciebie patrzeć, czworo uszu, żeby cię słuchać, i cztery ręce, żeby przetrzepać ci 

background image

nimi skórę. Więc uważaj”. Albo też inną złowieszczą postacią, którą można było zawołać, był 

Włochaty  Jaś  „...i  on  cię  zabierze  do  swojej  jaskini  na  Rubieżach,  gdzie  żyje  cała  jego 

rodzina.  Oni  wszyscy  są  także  włochaci  i  mają  długie  ogony,  i  na  każde  śniadanie  zjadają 

rano  małego  chłopca,  a  wieczorem  na  kolację  matą  dziewczynkę”.  Jednakże  w  naszych 

czasach  nie  tylko  małe  dzieci  żyły  w  nerwowej  świadomości  istnienia  tak  niedaleko  ludzi  z 

Rubieży. Ich egzystencja stała się niebezpiecznie dokuczliwa, a ich rozboje przyczyną wielu 

skarg, zanoszonych do rządu w Rigo. 

Mimo słuszności tych petycji, można ich było w ogóle nie wysyłać. Oczywiście, jeśli nikt 

nie mógł przewidzieć na przestrzeni pięciuset lub sześciuset mil, kiedy nastąpi następny atak, 

trudno było zadbać o udzielenie jakiejś praktycznej pomocy. Tym, co rząd rzeczywiście robił, 

było  wyrażanie  współczucia  w  słowach  dodających  otuchy  i  proponowanie  stworzenia 

lokalnej  milicji;  a  ponieważ  wszyscy  zdolni  do  noszenia  broni  mężczyźni  byli  już  z  natury 

rzeczy  członkami  czegoś  w  rodzaju  nieoficjalnej  milicji  od  czasów,  kiedy  byliśmy 

pograniczem propozycja ta równała się lekceważeniu sytuacji. 

O  tyle,  o  ile  dotyczyło  to  okręgu  Waknuk,  niebezpieczeństwo  ze  strony  Rubieży  było 

raczej  dokuczliwością  niż  zagrożeniem.  Najdalsza  wyprawa  nie  podeszła  bliżej  niż  na 

dziesięć  mil  od  Waknuk,  lecz  tu  i  ówdzie,  najwyraźniej  z  każdym  rokiem  częściej, 

powstawały sytuacje krytyczne, w których zwoływano ludzi i przerywano im pracę na farmie. 

Te przerwy były kosztowne i powodowały marnotrawstwo, a ponadto, jeśli awantura zdarzała 

się  blisko,  budziły  niepokój;  nikt  nie  mógł  być  pewien,  czy  kiedyś  najeźdźcy  nie  podejdą 

jeszcze bliżej. 

Przeważnie  jednak  wiedliśmy  wygodną,  ustabilizowaną,  pracowitą  egzystencję.  Nasze 

gospodarstwo  było  rozległe.  Ojciec  i  matka,  moje  dwie  siostry  i  Wuj  Axel  tworzyliśmy 

rodzinę,  lecz  były  także  dziewczyny  kuchenne  i  dziewczęta  od  krów,  z  których  liczne 

powychodziły  za  mąż  za  robotników  na  farmie,  więc  były  jeszcze  ich  dzieci  i  oczywiście 

mężowie,  tak  że  kiedy  wszyscy  zbieraliśmy  się  na  posiłki  po  zakończeniu  dziennej  pracy, 

było  nas  ponad!  dwadzieścia  osób,  a  gdy  zbieraliśmy  się  na  modlitwy,  jeszcze  więcej, 

ponieważ przychodzili mężczyźni z sąsiednich chat razem z żonami i dziećmi. 

Wuj  Axel  nie  był  prawdziwym  krewnym.  Ożenił  się  z  jedną  z  sióstr  mojej  matki, 

Elizabeth, Był wtedy żeglarzem, a ona pojechała z nim na „Wschód i zmarła w Figo, podczas 

gdy on był w podróży, z której wrócił kaleką. Był człowiekiem użytecznym we wszystkim, 

choć z powodu swej nogi poruszał się powoli, więc ojciec pozwolił mu żyć razem z nami; on 

był też moim najlepszym przyjacielem. 

Moja matka pochodziła z rodziny składającej się z pięciu dziewcząt i dwóch chłopców. 

background image

Cztery  dziewczęta  były  rodzonymi  siostrami;  najmłodsza  dziewczynka  i  dwaj  chłopcy  byli 

ich rodzeństwem przyrodnim, Hannah, najstarsza, została wypędzona przez męża i nikt o niej 

od tego czasu nie słyszał. Emily, moja matka, była następną z kolei. Potem była Harriet, która 

wyszła  za  mąż  za  wielkiego  farmera  z  Kantak,  prawie  piętnaście  mil  stąd.  Potem  Elisabeth 

która  poślubiła  Wuja  Axela.  Nie  wiem,  gdzie  mieszkali  moja  przyrodnia  ciotka  Lilian  i 

przyrodni wuj Thomas, lecz mój przyrodni Wuj Angus Mohon był właścicielem sąsiadującej 

z nimi farmy i na przestrzeni mili (lab nieco dłuższej) granice naszych posiadłości stykały się, 

co złościło mego ojca, który prawie w niczym nie zgadzał się z przyrodnim Wujem Angusem. 

Jego córka Rosalinda była oczywiście moja kuzynką. 

Jakkolwiek  Waknuk  było  największą  farmą  w  całym  okręgu,  większość  gospodarstw 

organizowano na tych samych zasadach i wszystkie z nich powiększały się, gdyż wzrastający 

wskaźnik  dobrobytu  był  do  tego  zachętą;  co  roku  wyrąb  drzewa  przysparzał  nowych  pól. 

Usuwano  lasy  i  odnogi  borów,  aż  okolica  zaczęła  wyglądać  tak,  jak  stare,  od  dawna 

uprawiane pola na Wschodzie. 

Mówiono, że teraz nawet ludzie z Rigo wiedzą, gdzie leży Waknuk, bez spoglądania na 

mapę. 

W  gruncie  rzeczy  żyłem  na  najlepiej  prosperującej  farmie  w  prosperującym  okręgu. 

Jednak mając lat dziesięć, nie bardzo zdawałem sobie z tego sprawę. Miałem wrażenie, że jest 

to  nieprzyjemne,  przemysłowe  miejsce,  gdzie  zawsze  jest  więcej  pracy  niż  ludzi,  chyba  że 

człowiek  zachowuje  się  ostrożnie,  toteż  tego  szczególnego  wieczora  udało  mi  się  nic  nie 

robić,  dopóki  znajome  dźwięki  nie  dary  mi  znać,  że  zbliża  się  już  pora  posiłku  i  że 

bezpiecznie mogę się pokazać. 

Próżnowałem, patrząc, jak wyprzęga się konie, i wyszedłem na podwórze. Teraz dzwon 

na szczycie dachu uderzył kilka razy. Otwarły się drzwi i ludzie wyszli na po dworze, kierując 

się w stronę kuchni. Poszedłem z nimi. Gdy wszedłem, powitały mnie słowa: STRZEŻ SIĘ 

ODMIEŃA, lecz było mi zanadto znane, żeby wzbudzić we mnie jakieś myśli. Tym, co w tej 

chwili interesowało mnie wyłącznie, był zapach jadła. 

 

 

3. 

 

Chodziłem  zobaczyć  się  z  Sophie  zwykle  raz  lub  dwa  razy  na  tydzień.  Nauka,  jaką 

pobieraliśmy  -  wyglądało  to  tak,  że  którakolwiek  z  grona  starszych  kobiet  uczyła  jakieś 

sześcioro  dzieci  czytać  i  pisać,  i  trochę  rachować  -  odbywała  się  rano.  W  czasie 

background image

południowego  posiłku  nie  było  trudno  wymknąć  się  wcześniej  od  stołu  i  zniknąć  do  czasu, 

dopóki wszyscy nie zaczęli sobie wyobrażać, że ktoś inny znalazł dla mnie jakieś zajęcie. 

Gdy  jej  kostka  wyzdrowiała  zupełnie,  Sophie  pokazywała  mi  ulubione  zakątki  swego 

terytorium. 

Któregoś dnia zabrałem ją na naszą stronę’ wielkiego nasypu, żeby jej pokazać maszynę 

parową.  W  obrębie  stu  mil  nie  było  innej  maszyny  i  byliśmy  z  niej  bardzo  dumni.  Corky, 

który jej pilnował, gdzieś odszedł, lecz drzwi w głębi szopy były otwarte i dolatywały stamtąd 

rytmiczne odgłosy: stękanie, zgrzyty, pykanie. Odważyliśmy się podejść do progu i zajrzeć w 

mrok  panujący  wewnątrz.  Było  czymś  fascynującym  obserwowanie,  jak  wielkie  belki 

poruszają  się  z  sapaniem  w  górę  i  w  dół,  podczas  gdy  w  cieniu  dachu  ogromna  belka 

poprzeczna kołysała się w przód i w tył, po każdym zakołysaniu zatrzymując się na chwilę, 

jakby nabierała energii do następnego wysiłku. Było to fascynujące, lecz - po pewnym czasie 

- monotonne. 

Dziesięć  minut  nam  wystarczyło  i  wycofaliśmy  się,  żeby  wspiąć  się  na  szczyt  sterty 

drewna  obok  szopy.  Usiedliśmy  tam,  a  cała  sterta  drżała  pod  nami,  gdy  maszyna  ciężko 

sapała. 

- Wuj Axel powiada, że Starzy Ludzie musieli mieć o wiele lepsze maszyny niż nasza  - 

powiedziałem jej. 

-  Ojciec  mówi,  że  gdyby  czwarta  część  tego,  co  opowiada  się  o  Starych  Ludziach,  była 

prawdą, to oni musieliby być magami, a nie prawdziwymi ludźmi - odparowała Sophie. 

- Ale oni byli cudowni - upierałem się. 

- On mówi, że zbyt cudowni, żeby to było prawdą - 

powiedziała. 

- Czy on nie sądzi, że potrafili latać, tak jak ludzie mówią? - spytałem. 

- Nie. To śmieszne. Gdyby oni umieli, my umielibyśmy także. 

-  Ale  oni  umieli  robić  mnóstwo  rzeczy,  które  my  uczymy  się  robić  od  początku  - 

zaprotestowałem. 

-  Ale  nie  latać  -  potrząsnęła  głową.  -  Albo  się  umie  łatać,  albo  się  nie  umie,  a  my  nie 

umiemy - powiedziała. 

Pomyślałem, żeby jej opowiedzieć o tym, jak śniło mi się miasto i latające nad nim istoty, 

ale  ostatecznie  sen  nie  dowodzi  niczego,  więc  dałem  spokój.  Teraz  zleźliśmy  w  dół, 

zostawiliśmy maszynę z jej sapaniem i zgrzytaniem i poszliśmy w stronę domu Sophie. 

John  Wender,  jej  ojciec,  wrócił  z  jednej  ze  swych  podróży  z  zewnętrznej  szopy,  gdzie 

rozciągał skóry na ramach, dobiegały uderzenia młotka, a całe miejsce zalatywało odorem tej 

background image

pracy.  Sophie  podbiegła  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Wyprostował  się,  przytulając  ją  do 

siebie jednym ramieniem. 

-  Halo,  kurczaczku  -  powiedział.  -  Ze  mną  przywitał  się  poważniej.  Mieliśmy  milczącą 

umowę, że postępujemy z sobą jak mężczyzna z mężczyzną. Zawsze tak było. Gdy zobaczył 

mnie po raz pierwszy, patrzył  na mnie w taki  sposób,  że mnie przestraszył, więc bałem się 

odezwać  w  jego  obecności.  Ale  stopniowo  to  się  zmieniło.  Zostaliśmy  przyjaciółmi. 

Pokazywał  mi  i  opowiadał  mnóstwo  interesujących  rzeczy  -  a  minio  to,  kiedy  czasem  na 

niego spojrzałem, widziałem, że patrzy na mnie z niepokojem. 

I  nic  dziwnego.  Dopiero  w  kilka  lat  później  potrafiłem  ocenić,  jak  bardzo  musiał  się 

zaniepokoić, kiedy wrócił do domu i dowiedział się, że Sophie zwichnęła nogę w kostce i że 

to właśnie David Strorm, akurat on, syn Josepha Strorma, widział jej stopę. Przy puszczam, że 

musiała go bardzo kusić myśl, iż tylko martwy chłopiec potrafi dotrzymać obietnicy... Może 

to pani Wender mnie uratowała. 

Ale sądzę, że uspokoiłby się, gdyby się dowiedział o incydencie w moim domu w jakiś 

miesiąc po tym, jak poznałem Sophie. 

Wbiłem sobie drzazgę w rękę, a kiedy ją wyjąłem, ranka bardzo krwawiła. Poszedłem z 

tym  do  kuchni,  ale  wszyscy  byli  zbyt  zajęci  kolacją,  żeby  się  mną  kłopotać,  więc  sam 

wyszukałem  sobie  jakąś  szmatkę  w  szufladzie.  Przez  kilka  minut  niezgrabnie  próbowałem 

zawiązać  rankę,  potem  zauważyła  to  matka.  Chrząknęła  z  dezaprobatą  i  kazała  „mi  obmyć 

rękę.  Potem  pięknie  zawiązała  szmatkę,  mrucząc,  że  oczywiście  musiało  mi  się  to  zdarzyć 

właśnie wtedy, gdy ona jest zajęta. Powiedziałem, że mi przykro, i dodałem: 

- Sam bym to świetnie zrobił, gdybym miał jeszcze jedną rękę. 

Musiałem podnieść głos, bo w całym pokoju zaległo milczenie, jakby uderzył piorun. 

Matka  zdrętwiała.  Spojrzałem  na  nagle  uciszony  pokój,  Na  Mary  stojącą  z  ciastem  w 

ręku,  na  dwóch  robotników  czekających  na  swoją  porcję,  na  ojca,  który  miał  właśnie  zająć 

miejsce  u  szczytu  stołu,  i  na  innych;  wszyscy  oni  wpatrywali  mą  we  mnie.  Zauważyłem 

wyraz  twarzy  ojca:  właśnie  zdumienie  przeradzało  się  w  gniew.  Przestraszony,  lecz  nic  nie 

pojmując, patrzyłem, jak zaciska wargi, wysuwa szczękę i ściąga brwi nad wciąż jeszcze nie 

dowierzającymi oczyma. Zapytał: 

- Coś ty powiedział, chłopcze? 

Znałem ten ton. W rozpaczliwym pośpiechu usiłowałem się domyślić, jakie przestępstwo 

popełniłem tym razem. Zająknąłem się i wydukałem: 

-  Ja...ja  po...powiedziałem,  że  byłbym  to  zrobił  sam.  W  jego  oczach  było  teraz  mniej 

niedowierzania, a więcej oskarżenia. 

background image

- I pragnąłeś mieć trzecią rękę! 

- Nie, ojcze. Powiedziałem tylko: gdybym miał jeszcze jedną rękę... 

- ...Umiałbyś sobie to zawiązać. Cóż to było, jeśli nie pragnienie? 

- Myślałem tylko: gdybym - protestowałem. Byłem przerażony i zanadto zmieszany, żeby 

wyjaśnić, iż przypadkowo tylko użyłem tego wyrażenia na określenie trudności, którą można 

było  określić  także  w  inny  sposób.  Zdałem  sobie  sprawę,  że  wszyscy  przestali  teraz 

wpatrywać się we runie i patrzą lękliwie na ojca. Wyglądał groźnie. 

- Ty - mój własny syn - wzywałeś diabła, żeby ci dał trzecią rękę! - oskarżał mnie. 

- Ależ nie. Ja tylko... 

-  Cicho bądź, chłopcze.  Słyszeli cię  wszyscy  w tym pokoju.  Na pewno postąpisz lepiej, 

jeśli nie będziesz kłamał. 

- Ale... 

- Wyrażałeś niezadowolenie z kształtu ciała, które dał ci Bóg - z kształtu stworzonego na 

Jego obraz. Tak czy nie? 

- Powiedziałem tylko, że gdybym... 

- Bluźniłeś, chłopcze. Szukałeś błędu w Normie. Wszyscy cię tu słyszeli. Co masz na to 

do powiedzenia? Wiesz, czym jest Norma? 

Przestałem  protestować.  Dobrze  wiedziałem,  że  ojciec  w  swym  obecnym  nastroju,  nie 

będzie próbował mnie zrozumieć. Mruknąłem jak papuga: 

- Norma jest obrazem Boga. 

-  Więc  wiesz,  a  jednak,  wiedząc  to,  świadomie  pragnąłeś  być  odmieńcem.  Jest  to  rzecz 

straszna,  jest  to  rzecz  oburzająca.  Ty,  mój  syn,  popełniasz  bluźnierstwo,  i  to  w  obecności 

swych rodziców! Swym najsurowszym głosem, jakim mówił z kazalnicy, dodał: 

- Czym jest odmieniec? 

- Stworzeniem przeklętym w obliczu Boga i ludzi - wymamrotałem. 

- I tym pragnąłeś być! Co masz do powiedzenia? 

Z  głęboko  ukrytą  w  sercu  pewnością,  że  cokolwiek  powiem,  nie  będzie  miało  żadnego 

znaczenia, miałem usta zaciśnięte, a oczy spuszczone. 

-  Na  kolana  -  rozkazał.  -  Klęknij  i  módl  się!  Wszyscy  inni  także  uklękli.  Ojciec  mówił 

podniesionym głosem: 

-  Panie,  zgrzeszyliśmy  zaniedbaniem.  Błagamy,  byś  nam  wybaczył,  że  nie  pouczyliśmy 

lepiej tego dziecka o Twych prawach... 

Modlitwa trwała czas dłuższy. Po „Amen” nastąpiła pauza, w końcu ojciec powiedział: 

-  Teraz  idź  do  swojego  pokoju  i  módl  się.  Módl  się,  nieszczęsny  chłopcze,  o 

background image

przebaczenie, na które nie zasługujesz, lecz które Bóg może ci zesłać w Swoim miłosierdziu. 

Przyjdę do ciebie później. 

W  nocy,  kiedy  udręka,  spowodowana  wizytą  ojca,  nieco  osłabia,  leżałem  bezsennie  i 

zastanawiałem się. Ani mi się śniło pragnąć trzeciej ręki. Lecz nawet gdybym jej pragnął?... - 

Jeśli czymś tak strasznym jest już sama myśl o posiadaniu trzech rąk, cóż by się stało, gdyby 

się je miało rzeczywiście - albo gdyby w jakiś inny sposób było się nie w porządku; gdyby się 

miało, na przykład, dodatkowy palec?... 

A kiedy w końcu usnąłem, miałem sen. 

Zebraliśmy się wszyscy na podwórzu, tak jak to zrobiliśmy przy ostatnim Oczyszczeniu. 

Wówczas małe bezwłose cielątko czekało tam, patrząc głupio przymrużonymi oczami na nóż 

w  ręku  mego  ojca:  tym  razem  była  to  mała  dziewczynka,  Sophie,  stojąca  boso  i  usiłująca 

bezskutecznie  ukryć  cały  długi  rząd  palców,  który  wszyscy  mogli  widzieć  na  każdej  z  jej 

stóp.  Wszyscy  staliśmy,  patrząc  na  nią  i  czekając.  Teraz  Sophie  zaczęła  biegać  od  jednej 

osoby do drugiej, błagając je o pomoc, lecz nikt się nie poruszył i wszystkie twarze były bez 

wyrazu.  Ojciec  zaczął  ku  niej  iść,  nóż  błyszczał  w  jego  raku.  Sophie  oszalała,  rzucała  się 

wśród nieruchomych ludzi, a łzy spływały jej po twarzy. Ojciec, surowy, nieubłagany, wciąż 

zbliżał  się  do  alej;  a  jednak  nikt  nie  poruszył  się,  żeby  jej  pomóc.  Ojciec  wciąż  się  zbliżał, 

rozłożywszy swoje długie ręce, żeby mu się nie wymknęła. 

Schwytał ją i zaciągnął z powrotem na środek podwórza. Rąbek słońca zaczął ukazywać 

się nad horyzontem i wszyscy zaczęli śpiewać hymn.. Ojciec trzymał Sophie jedną ręką, tak 

samo jak trzymał wyrywające się cielę. Drugą rękę wzniósł wysoko, a gdy ją opuścił, nóż  - 

błysnął  w  świetle  wschodzącego  słońca  dokładnie  tak,  jak  błysnął,  gdy  przecinał  gardło 

cielątku... 

Gdyby  John  i  Mary  Wender  byli  przy  mnie,  gdy  obudziłem  się  z  krzykiem,  a  potem 

leżałem w ciemności, usiłując przekonać się, że ów straszliwy obraz był tylko snem, to myślę, 

że ogromnie uspokoiliby się w duchu. 

 

4. 

 

Był to czas, gdy z okresu spokoju przechodziłem w okres, w którym wciąż coś się działo. 

Nie było po temu żadnego specjalnego powodu; to znaczy tylko niewiele spraw było z sobą 

wzajemnie związanych; wyglądało to raczej tak, jakby zaczął się jakiś cykl aktywny, tak jak 

mógłby się zmienić okres pogody. 

Przypuszczam, że pierwszym zdarzeniem było moje spotkanie się z Sophie; drugim było 

background image

to,  że Wuj  Axel  dowiedział się o mnie i o mojej  przyrodniej  kuzynce, Rosalindzie Morton. 

Przypadkiem nadszedł wtedy, kiedy z nią rozmawiałem - i miałem szczęście, że to był on, a 

nie kto inny. 

Instynkt samozachowawczy musiał sprawić, że zachowaliśmy to w tajemnicy, ponieważ 

nie mieliśmy specjalnego poczucia niebezpieczeństwa - ja miałem go rzeczywiście tak mało, 

że  gdy  Wuj  Axel  zastał  mnie  siedzącego  za  stogiem  i  najwyraźniej  mówiącego  do  siebie, 

prawie  nie  starałem  się  tego  ukryć.  Mógł  stać  minutę  albo  dłużej,  zanim  kącikiem  oka 

ujrzałem, ze ktoś tu jest, i obejrzałem się, żeby zobaczyć, kto to. 

Wuj Axeł byt wysokim mężczyzną, ani chudym, ani tęgim, lecz silnym i wyglądającym 

na zahartowanego. Kiedy obserwowałem go przy pracy, myślałem zwykle, że jego wyblakłe 

ręce i ramiona mają coś wspólnego z wygładzonymi trzonkami narzędzi, których używał. Stał 

na swój zwykły sposób, opierając się całym ciężarem na lasce, którą się posługiwał z powodu 

nogi,  źle  zestawionej  po  tym,  jak  ją  złamał  na  morzu.  Jego  krzaczaste  brwi,  lekko 

przyprószone  siwizną,  były  jakby  na  pół  ściągnięte,  lecz  rysy  brązowej  twarzy  miał  prawie 

rozbawione, gdy na mnie patrzył. 

-  No  cóż,  chłopcze  Davie?  z  kim  to  tak  zawzięcie  rozmawiasz?  Z  wróżkami,  gnomami 

czy tylko z królikami? - spytał. 

Potrząsnąłem tylko głową. Przykuśtykał bliżej i usiadł przy mnie, żując trawkę ze stogu. 

- Czujesz się samotny? - spytał, 

- Nie - odpowiedziałem. Znów się trochę zmarszczył. 

-  A  nie  byłoby  zabawniej,  gdybyś  porozmawiał  z  jakimiś  innymi  dziećmi?  - 

zaproponował. - Nie byłoby to bardziej interesujące niż to siedzenie i gadanie z samym sobą? 

Zawahałem się, lecz potem, ponieważ to był Wuj Axel i mój najlepszy przyjaciel wśród 

dorosłych, powiedziałem: 

- Właśnie to robiłem. 

- Co robiłeś? 

-  Rozmawiałem  z  innym  dzieckiem  -  powiedziałem.  Zmarszczył  brwi  i  ciągnął 

zaintrygowany: 

- Z kim? 

- Z Rosalindą - powiedziałem. Przerwał na chwilę, patrząc na mnie ostrzej. 

- Hm... nie widzę jej tutaj - zauważył. 

- O. tutaj jej nie ma. Ona jest w domu  -  a raczej blisko domu, w małej ukrytej altanie z 

drzew, którą jej bracia zbudowali w lasku. To jej ulubione miejsce - wyjaśniłem. 

Z początku nie mógł zrozumieć, co miałem na myśli Mówił dalej, jakby to była udawana 

background image

zabawa; jeszcze gdy przez pewien czas próbowałem mu to wytłumaczyć, siedział spokojnie, 

obserwując  moją  twarz,  gdy  mówiłem,  i  teras  bardzo  spoważniał.  Gdy  skończyłem,  przez 

parę minut nic nie mówił, a potem spytał: 

- To nie jest zabawa, to rzeczywiście prawda, co mi opowiadasz, chłopcze Davie? - I gdy 

mówił, patrzył na mnie bardzo stanowczo. 

- Tak, Wuju Axelu - oczywiście - zapewniłem go. 

- I nigdy o tym nikomu nie mówiłeś - w ogóle nikomu? 

- Nie. To jest tajemnica - powiedziałem i widać było,’ że poczuł ulgę.. 

Odrzucił resztę trawki i wyjął drugą ze stogu. Gdy w za- 

myśleniu odgryzł i wypluł kilka jej kawałków, spojrzał mi znowu w oczy. 

- Davie - powiedział. - Chcę, żebyś mi coś obiecał. 

- Tak, Wuju Axelu? 

-  To  mianowicie  -  mówił  bardzo  poważnie.  -  Chcę,  żebyś  to  zatrzymał  w  tajemnicy. 

Chcę, żebyś mi obiecał, że nigdy, nigdy nie powiesz nikomu tego, co mi właśnie powiedziałeś 

- nigdy. To bardzo ważne; później zrozumiesz lepiej, jak bardzo to jest ważne. Nie wolno ci 

nawet zrobić nic takiego, żeby ktoś mógł się tego domyślić. Obiecujesz mi to? 

Jego powaga zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nigdy nie widziałem, żeby mówił z taką 

mocą. Gdy, mu to obiecałem, uświadomiłem sobie, że przyrzekłem coś o wiele ważniejszego, 

niż mogłem zrozumieć. Patrzy! mi w oczy, gdy mówiłem, a potem skinął głową, zadowolony, 

że to zrozumiałem. Podaliśmy sobie ręce na zgodę. Potem powiedział: 

- Najlepiej byłoby, gdybyś w ogóle mógł o tym zapomnieć. 

Przemyślałem to, a potem potrząsnąłem głową. 

- Nie sądzę, żebym mógł, Wuju Axelu. Naprawdę nie. Chcę powiedzieć, że to po prostu 

tak jest. To byłaby tylko jakby próba zapomnienia... - urwałem, nie umiejąc wyrazić tego, co 

chciałem. 

- Może jakby próba zapomnienia tego, jak mówić, czy jak słyszeć? - podsunął mi. 

- Coś niby tak - tylko że inaczej - przyznałem. Skinął głową i znów się zamyślił. 

- Słyszysz te słowa w swojej głowie? - spytał. 

-  No,  niezupełnie  „słyszę”  i  niezupełnie  „widzę”  -  powiedziałem.  -  To  są...  no,  jakby 

kształty... a jeśli używa się słów, one stają się, wyraźniejsze, tak że łatwiej je zrozumieć. 

- Ale nie musisz używać słów - wyrażać ich głośno, tak jak to właśnie teraz robiłeś? 

- O, nie, to tylko czasem sprawia, że rozumie się jaśniej. 

- To także sprawia, że jest to o wiele bardziej niebezpieczne dla was obojga. Chcę, żebyś 

mi jeszcze coś obiecał - że nigdy więcej nie będziesz mówił głośno. 

background image

- Dobrze, Wuju Axelu - znów się zgodziłem. 

- Kiedy będziesz starszy, zrozumiesz, jakie to ważne - 

powiedział,  a  potem  nastawał,  żebym  te  sanie  obietnice  wziął  od  Rosalindy.  Nie 

powiedziałem mu nic o innych, bo już wydawał się tak zmartwiony, ale postanowiłem, że im 

także  każę  to  obiecać.  Na  koniec  znów  wyciągnął  rękę  i  raz  jeszcze  przysięgliśmy  sobie 

bardzo uroczyście tajemnicę. 

Tego samego wieczora przedstawiłem tę sprawę Rosalindzie i innym. Skrystalizowało to 

uczucie, które tkwiło w nas wszystkich. Nie sądzę, żeby było wśród nas choćby jedno, które 

kiedyś nie popełniło kilku gaf i nie ściągnęło na samego siebie czy na samą siebie dziwnego, 

podejrzliwego  spojrzenia.  Kilka  tych  spojrzeń  było  dla  każdego  z  nas  wystarczającym 

ostrzeżeniem;  to  te  spojrzenia,  niczego  nie  pojmujące,  lecz  dość  wyraźne  jako  oznaki 

dezaprobaty,  tuż  na  granicy  podejrzenia,  oszczędziły  nam  kłopotów.  Nie  mieliśmy  jakiejś 

przemyślanej, wspólnej polityki. Postępowaliśmy po prostu jak indywidualiści, którzy obrali 

tę  samą  drogę  samoobrony  i  tajemnego  postępowania.”  Lecz  teraz,  wskutek  pełnego 

niepokoju upierania się  Wuja Axela przy mojej  obietnicy, uczucie zagrożenia wzmogło  się. 

Wciąż  jeszcze  było  dla  nas  bezkształtne,  lecz  już  bardziej  realne.  Co  więcej,  próbując 

przekazać  im  powagę  Wuja  Axela,  musiałem  dotknąć  niepokoju,  który  odczuwali  wszyscy, 

gdyż nikt nie zaoponował. Wszyscy złożyli obietnicę z ochotą, nawet skwapliwie, jak gdyby 

to był ciężar, który z ulgą przyszło im z sobą podzielić. Było to nasze pierwsze działanie jako 

grupy;  to  zrobiło  z  nas  grupę  poprzez  formalne  uznanie  naszej  wzajemnej  wobec  siebie 

odpowiedzialności.  Zrobienie  pierwszego  kroku  w  zbiorowej  samoobronie  zmieniło  nasze 

życie,  choć  wtedy  mało  z  tego  rozumieliśmy.  Tym,  co  wtedy  wydawało  się  najważniejsze, 

było po prostu uczucie wspólnoty... 

Potem,  przewyższając  niemal  to  wydarzenie  osobiste,  nadeszło  inne,  o  znaczeniu 

ogólnym; wielka inwazja z Rubieży. 

Jak  zwykle  nie  było  żadnego  szczegółowego  planu,  jak  wobec  niej  postąpić.  Zrobiono 

tylko  tyle,  że  ustanowiono  główne  kwatery  w  rozmaitych  sektorach.  W  razie  alarmu 

obowiązkiem  wszystkich  zdolnych  do  służby  w  okręgu  było  zebrać  się  w  ich  miejscowych 

głównych kwaterach, gdy już zdecydowano się na akcję odpowiednią do miejsca i rozmiarów 

najazdu. Ta metoda okazała się dość dobra w przypadku małych wypraw, ale przemyślano ją 

tylko dla tego celu. W rezultacie, gdy ludzie z Rubieży znaleźli przywódców, którzy potrafili 

przedsięwziąć zorganizowaną inwazję, nie było odpowiednio opracowanego systemu obrony 

dla  jej  odparcia.  Mogli  posuwać  się  naprzód  szerokim  frontem,  niszcząc  tu  i  ówdzie  małe 

oddziały naszej milicji, plądrując, jak im się podobało, i nie napotykając żadnego poważnego 

background image

oporu, dopóki nie weszli w głąb cywilizowanych części kraju na dwadzieścia pięć lub więcej 

mil. 

W tym czasie nasze siły były już nieco lepiej zorganizowane, a sąsiednie okręgi połączyły 

się,  by  zahamować  dalszy  pochód  nieprzyjaciół  i  nękać  ich  skrzydła.  Nasi  ludzie  byli  też 

lepiej uzbrojeni. Bardzo wielu z nich miało strzelby, podczas gdy ludzie z Rubieży mieli tylko 

kilka tych, które ukradli, i  walczyli głównie łukami, nożami  i dzidami. Niemniej rozległość 

ich  agresji  utrudniała  ich  zwalczanie.  Ludzie  z  Rubieży  lepiej  też  czuli  się  w  lesie  i  lepiej 

umieli się ukrywać niż prawdziwe ludzkie istoty, tak że zanim udało nam się powstrzymać ich 

i zmusić do bitwy, posunęli się jeszcze o dalsze piętnaście mil. 

Dla  chłopca  było  to  bardzo  podniecające.  Gdy  ludzie  z  Rubieży  oddaleni  byli  nieco 

więcej  niż  o  siedem  mil,  nasz  dziedziniec  w  Waknuk  stał  się  jednym  z  punktów  zbornych. 

Ojciec,  któremu  we  wcześniejszej  kampanii  strzała  przeszyła  ramię,  pomagał  organizować 

szwadrony  z  nowych  ochotników.  Przez  kilka  dni  panował  wielki  rozgardiasz  i  ciągła 

krzątanina, gdy ludzi rejestrowano i dawano im odpowiednie przydziały; w końcu odjechali 

we wspaniałym, zdecydowanym nastroju, a kobiety z farmy powiewały im chusteczkami. 

Gdy wszyscy - i nasi robotnicy także - odjechali, przez jeden dzień dom wydawał się aż 

niesamowicie spokojny. Potem przybył pędem pojedynczy jeździec. Zatrzymał się tylko, żeby 

nam powiedzieć, iż odbyła się wielka bitwa i wielu ludzi z Rubieży wraz z niektórymi swymi 

przywódcami  dostało  się  do  niewoli,  a  inni  uciekli  w  pośpiechu  -  i  pogalopował  dalej  ze 

swymi dobrymi wieściami. 

Tego  samego  popołudnia  wjechała  na  dziedziniec  mała  grupa  jeźdźców,  wioząc 

pomiędzy sobą dwóch wziętych do niewoli przywódców” z Rubieży. 

Rzuciłem robotę i pobiegłem, żeby się przypatrzyć. Na pierwszy rzut oka trochę mnie to 

rozczarowało. Z opowieści o ludziach z Rubieży wyobrażałem sobie, że są to istoty o dwóch 

głowach  albo  całe  pokryte  sierścią,  albo  mające  po  trzy  pary  rąk  i  nóg.  Tymczasem  na 

pierwszy  rzut  oka  wyglądali  po  prostu  jak  dwaj  zwykli  brodaci  mężczyźni  -.choć  byli 

niezwykle brudni  i  odziani w łachmany. Jeden z nich był  niski, miał  jasne włosy z czubem, 

jakby  przystrzyżonym  nożem.  Lecz  gdy  spojrzałem  na  drugiego,”  doznałem  wstrząsu  i 

zaniemówiłem., gapiąc się na niego. Byłem tak wstrząśnięty, że po prostu wpatrywałem się w 

niego, bo gdyby ubrać go przyzwoicie i przystrzyc mu brodę, byłby żywym obrazem mego 

ojca... 

Gdy  tak  siedział  na  koniu,  rozglądając  się,  zauważył  mnie:  spojrzał  na  mnie  najpierw 

przypadkowo, przelotnie, potem odwrócił się i uważnie mi się przypatrywał. W jego oczach 

pojawił się dziwny wyraz, którego zupełnie nie rozumiałem... 

background image

Otworzył usta, jakby chciał przemówić, lecz w tej chwili z domu wyszli ludzie - a ojciec, 

wciąż z ręką na temblaku wśród nich - żeby zobaczyć, co się tutaj dzieje. 

Widziałem,  że  ojciec  zatrzymał  się  na  progu  i  spojrzał  na  grupę  jeźdźców,  potem  -  on 

także zauważył wśród nich tego człowieka. Przez moment wpatrywał się w niego, tak jak ja to 

robiłem - potem zbladł jak chusta i twarz pokryły mu szare plamy. 

Spojrzałem  szybko  na  tamtego  mężczyznę.  Siedział  na  koniu  absolutnie  niewzruszony. 

Wyraz  jego  twarzy  sprawił,  że  poczułem  nagły  ucisk  w  piersiach.  Nigdy  przedtem  nie 

widziałem  nagiej  nienawiści,  jej  głębokich  zmarszczek,  (migocących  oczu,  zębów 

wyglądających nagle jak zęby dzikiego zwierzęcia. Poczułem jakby uderzenie w twarz; było 

to straszne objawienie czegoś dotychczas nie znanego i wstrętnego; odcisnęło się to tak silnie 

w mym umyśle, że nigdy tego nie zapomniałem... 

Potem ojciec, wciąż wyglądający na chorego, wyciągnął zdrową rękę, żeby się oprzeć o 

framugę drzwi, i wszedł z powrotem do domu. 

Jeden z eskorty przeciął sznur, którym związane były ręce jeńców. Ten człowiek zsiadł z 

konia i wtedy spostrzegłem, co było z nim nie w porządku. Stojąc, był o jakieś osiemnaście 

cali wyższy niż wszyscy, lecz nie dlatego, że był wysokim mężczyzną. Gdyby jego nogi były 

w porządku, wtedy stojąc nie byłby wyższy od ojca, który liczył pięć stóp i dziesięć cali, lecz 

nogi miał osobliwe; były monstrualnie długie i cienkie, a ramiona miał także długie i cienkie. 

Wyglądał jak pół mężczyzna i pół pająk. 

Eskorta dała mu jedzenie i dzban piwa. Usiadł na ławie, a kościste kolana sterczały mu 

niemal  do  poziomu  ramion.  Rozglądał  się  po  podwórzu,  zwracając  uwagę  na  wszystko, 

podczas  gdy  żuł  chleb  z  serem.  Rozglądając  się,  znów  mnie  zauważył.  Kiwnął  na  mnie. 

Ociągałem  się,  udając,  że  tego  nie  widzę.  Kiwnął  znowu.  Poczułem  wstyd,  że  się  go  boję. 

Podszedłem  bliżej,  a  potem  jeszcze  trochę  bliżej>  lecz  -  jak  sądziłem  -  trzymając  się 

ostrożnie, poza zasięgiem tych pajęczych ramion. 

- Jak się nazywasz, chłopcze? - zapytał. 

-  David;-  odpowiedziałem,  -  David  Strorm.  Skinął  głową,  jakby  go  ta  odpowiedź 

zadowoliła. 

- Ten człowiek w drzwiach, z ręką na temblaku, to pewnie twój ojciec, Joseph Strorm? 

- Tak - powiedziałem. 

Znów skinął głową. Spojrzał na dom i budynki obejścia. 

- Więc to miejsce to pewnie Waknuk? - zapytał. 

- Tak - powiedziałem znowu. 

Nie wiem, czy pytałby dalej, bo w tej chwili ktoś mi powiedział, żebym stamtąd odszedł. 

background image

Potem  wszyscy  znów  dosiedli  koni  i  wkrótce  odjechali,  przy  czym  pajęczemu  mężczyźnie 

znów związano ręce. Patrzyłem,  jak odjeżdżają w kierunku Kantak, zadowolony, że już ich 

nie  ma,  Moje  pierwsze  spotkanie  z  kimś  z  Rubieży  nie  było  mimo  wszystko  podniecające, 

było niemiłym wstrząsem. 

Później dowiedziałem się, że obydwu jeńcom z Rubieży udało się uciec tej samej nocy. 

Nie przypominam sobie, kto mi o tym powiedział, lecz z całą pewnością nie był to mój ojciec. 

Nigdy nie słyszałem, żeby choć raz wspomniał ten dzień i nigdy nie miałem odwagi, żeby go 

o to spytać... 

Zdaje się, że potem, ledwie po inwazji życie unormowało się i ludzie wrócili, by podjąć 

pracę  na  farmie,  wybuchła  nowa  awantura  między  moim  ojcem  i  przyrodnim  Wujem 

Angusem Mortonem. 

Różnice  usposobień  i  poglądów  sprawiły,  że  już  od  lat,  z  przerwami,  wiedli  ze  sobą 

wojny. Słyszano, jak ojciec wyrażał swoje zdanie, oświadczając, że jeśli  Angus  w ogóle ma 

jakieś zasady, to są cne tak nieskończonej rozpiętości, że zagrażają uczciwości sąsiadów; na 

co Angus miał odpowiadać, że Joseph Strorm jest pedantem o kamiennej duszy i fanatykiem 

ponad  wszelką  rozsądną  miarą.  Toteż  nie  było  trudno  o  kłótnię,  a  ostatnia  wybuchła  w 

związku ze zdobyciem przez Angusa pary wielkich koni. 

Do  naszego  okręgu  dotarły  pogłoski  o  wielkich  koniach,  choć  żadnego  z  nich  tutaj  nie 

widziano. Ojca niepokoiło już to, co o nich słyszał, a fakt, że Angus był ich importerem, także 

nie był rekomendacją; toteż możliwe, że poszedł je obejrzeć z pewnym uprzedzeniem. 

Jego wątpliwości potwierdziły się od razu. Gdy tylko spojrzał na olbrzymie stworzenia, 

szerokie  w  łopatkach  na  dwadzieścia  sześć  dłoni,  już  wiedział,  że  są  one  nie  w  porządku. 

Odwrócił się od nich z obrzydzeniem i poszedł wprost do domu inspektora z żądaniem, żeby 

je zniszczyć jako występki. 

- Tym razem ty jesteś nie w porządku - wesoło powiedział mu inspektor, zadowolony, że 

choć  raz  stał  na  niezachwianej  pozycji.  -  One  są  zatwierdzone  przez  rząd,  więc  w  każdym 

razie nie podlegają mojej jurysdykcji. 

- Nie wierzę w to - odparł ojciec. -  Bóg nigdy nie stworzył koni tej wielkości. Rząd nie 

mógł ich zatwierdzić, 

-  Ale  zatwierdził  -  powiedział  inspektor.  -  Co  więcej  -  dodał  z  satysfakcją  -  Angus  mi 

mówił, że znając tak dobrze swych sąsiadów, wystarał się dla nich o rodowody koni. 

-  Rząd,  który  mógł  zatwierdzić  takie  stworzenia,  jest  skorumpowany  i  niemoralny  - 

oświadczył mój ojciec. 

- Być może - przyznał inspektor. - Ale zawsze to rząd. 

background image

Ojciec spojrzał na niego z wściekłością. 

- Łatwo zrozumieć, dlaczego niektórzy by je zatwierdzili - powiedział. - Jedna taka bestia 

może wykonać pracę dwóch, a - może trzech zwykłych koni - a zje mniej niż podwójną porcję 

jednego. Przynosi to dużą korzyść 

i  daje  poważny  bodziec,  żeby  je  zatwierdzić,  ale  to  nie  znaczy,  że  one  są  w  porządku. 

Powiadam, że taki koń nie jest stworzeniem Boga - a jeśli nie jest Jego stworzeniem, wtedy 

jest występkiem i jako taki winien być zniszczony. 

- Oficjalne zatwierdzenie poświadcza, że rasę tę wyprodukowano po prostu parząc konie 

według  wielkości,  w  normalny  sposób.  A  ja  w  każdym  razie  twierdzę,  że  ty  nie  potrafisz 

znaleźć  w  nich  żadnej  możliwej  do  zidentyfikowania  cechy,  która  byłaby  nie  w  porządku  - 

powiedział mu inspektor. 

-  Ktoś  mógłby  tak  powiedzieć,  gdy  widzi,  ile  korzyści  one  mogą  przynieść.  To  jest 

odpowiedź na ten sposób myślenia - odrzekł ojciec. 

Inspektor wzruszył ramionami. 

- Z tego nie wynika, że one są w porządku - upierał się ojciec. - Koń tej wielkości nie jest 

w porządku - ty wiesz to nieoficjalnie równie dobrze jak ja i tego nie da się ukryć. Jeśli raz 

zgodzimy  się  na  coś,  o  czym  wiemy,  że  jest  nie  w  porządku,  nie  wiadomo,  na  czym  się  to 

skończy. Bogobojna społeczność nie może się zaprzeć swej wiary tylko dlatego, że wywiera 

się na nią presję poprzez zatwierdzenie przez rząd. Wielu z nas tutaj wie, jak Bóg postanowił 

stworzyć te istoty, jeśli nawet rząd tego nie wie. 

Inspektor uśmiechnął się. 

- To tak jak z kotem Dakera? - rzucił. 

Ojciec znów wściekle na niego spojrzał. Sprawa kota Dakera wciąż go bolała. 

Mniej  więcej  rok  przedtem  dowiedział  się  przypadkiem,  że  żona  Bena  Dakera  hoduje 

kota bez ogona. Przeprowadził śledztwo, a kiedy zebrał dowody, że kot nie stracił po prostu w 

jakiś  sposób  ogona,  lecz  że  nigdy  go  nie  posiadał,  potępił  go  i  jako  sędzia  polecił 

inspektorowi, by wystosował nakaz unicestwienia kota jako występku. Inspektor niechętnie to 

zrobił,  przeciw  czemu  Dakerowie  natychmiast  wnieśli  apelację.  Takie  niezdecydowanie  w 

przypadku  oczywistym  urągało  zasadom  ojca,  toteż  osobiście  zajął  się  uśmierceniem  kota 

Dakerów,  gdy  sprawa  była  jeszcze  sub  judice.  Kiedy  później  nadeszło  zawiadomienie,  że 

istnieje  uznana  rasa  kotów  pozbawionych  ogona,  o  dobrze  poświadczonej  historii,  pozycja 

ojca stała się trudna i nieco zagrożona. Bardzo źle przyjęto fakt, że zdecydował się raczej na 

publiczne przeprosiny niż na rezygnację z urzędu sędziego. Odpowiedział ostro inspektorowi: 

- To jest o wiele ważniejsza sprawa. 

background image

-  Posłuchaj  -  cierpliwie  mówił  inspektor.  -  Ten  okaz  jest  zatwierdzony.  Ta  szczególna 

para ma zatwierdzającą sankcję. Jeśli to ci nie wystarcza, idź i sam je zastrzel  - a zobaczysz, 

co cię potem spotka. 

-  Twoim  moralnym  obowiązkiem  jest  wydać  zarządzenie  przeciwko  tym  tak  zwanym 

koniom - upierał się ojciec. 

Inspektor nagle zmęczył się tą sprawą. 

- Moim obowiązkiem jest ich obrona przed głupcami i bigotami - wypalił. 

Ojciec  ostatecznie  nie  uderzył  inspektora,  choć  był  chyba  tego  bliski.  Przez  kilka  dni 

szalał z wściekłości,  a następnej  niedzieli zostaliśmy poczęstowani  gorzkim przemówieniem 

na temat tolerowania odmieńców, którzy kalają czystość naszej społeczności. Nawoływał do 

powszechnego  bojkotu  właściciela  występków,  snuł  rozważania  o  niemoralności  ludzi  na 

wysokich  stanowiskach,  napomykał,  że  można  się  spodziewać,  iż  ktoś  tam  żywi  przyjazne 

uczucia  dla  odmieńców,  i  zakończył  perorą,  w  której  pewien  urzędnik  został  wychłostany 

jako pozbawiony zasad najemnik pozbawionych zasad panów i miejscowy przedstawiciel Sil 

Zła. 

Chociaż  inspektor  nie  miał  do  dyspozycji  kazalnicy,  żeby  móc  odpowiedzieć,  szeroko 

rozpowszechniły  się  niektóre  jego  ostre  uwagi  na  temat  prześladowania,  lekceważenia 

władzy, bigoterii, manii religijnej; prawa dotyczącego oszczerstw i możliwych konsekwencji 

bezpośredniej akcji opozycyjnej przeciw sankcjom rządu. 

Bardzo  prawdopodobne,  że  wzgląd  na  ten  ostatni  punkt  powstrzymał  ojca  przed  czymś 

więcej  niż  słowami.  Miał  już  mnóstwo  kłopotów  w  związku  z  kotem  Dakerów,  który  nie 

przedstawiał  żadnej  wartości;  lecz  wielkie  konie  były  kosztownymi  zwierzętami;  poza  tym 

Angus nie był człowiekiem, który zaniechałby wymierzenia ojcu wszelkiej możliwej kary... 

Tak więc owe w pewnym stopniu zawiedzione nadzieje uczyniły nasz dom miejscem, z 

którego dobrze było uciekać jak najczęściej. 

Teraz, gdy okolica znów się uspokoiła i nie było w niej niespodziewanych gości, rodzice 

Sophie  pozwolili  jej  znowu  wychodzić  na  spacery,  a  ja  wymykałem  się  do  niej,  gdy  tylko 

mogłem wyjść nie zauważony. 

Sophie nie mogła oczywiście chodzić do szkoły. Bardzo szybko poznano by się na niej, 

gdyby nawet miała fałszywe zaświadczenie. A jej rodzice, choć uczyli ją’czytać i pisać, nie 

mieli  żadnych  książek,  tak  że  nie  odnosiła  z  tej  nauki  dużo  korzyści.  Toteż  na  naszych 

wyprawach wiele rozmawialiśmy, a przynajmniej ja wiele mówiłem, usiłując opowiedzieć jej 

to wszystko, czego nauczyłem się z moich własnych książek. 

Mogłem  jej  opowiedzieć,  że  ten  świat  został  na  ogól  pomyślany  jako  coś  wielkiego  i 

background image

pięknego  i  prawdopodobnie  był  okrągły.  Jego  część  cywilizowana  -  wśród  której  Waknuk 

było tylko małym okręgiem - nazywała się Labrador. Sądzono, że tę nazwę nadali jej Starzy 

Ludzie,  choć  nie  było  to  całkiem  pewne.  Większość  Labradoru  otoczona  była  mnóstwem 

wody,  którą  nazywano  morzem;  było  ono  ważne  ze  względu  na  ryby.  Nikt  z  ludzi,  których 

znałem,  z  wyjątkiem  Wuja  Axela,  nigdy  nie  widział  tego  morza,  gdyż  znajdowało  się  ono 

bardzo  daleko,  lecz  jeśliby  się  poszło  jakieś  trzysta  mil  na  wschód,  północ  albo  północny 

zachód, doszłoby się do niego prędzej czy później. Ale w kierunku na południowy zachód i na 

południe nie było morza; tam doszłoby się do Rubieży, a potem do Złego Kraju, gdzie można 

było zginąć. 

Mówiono także, choć nikt nie był tego pewien, że w czasach Starych Ludzi Labrador był 

krajem zimnym, tak zimnym, że nie można było żyć w nim dłużej; toteż korzystano w nim 

tylko z lasów i budowano tajemnicze kopalnie. Ale to było dawno, dawno temu. Tysiąc lat? 

Dwa tysiące? A może jeszcze dawniej? Ludzie tak przypuszczali, lecz nikt tego naprawdę nie 

wiedział.  Nie  mówiło  się  o  tym,  ile  ludzkich  pokoleń  żyło  w  stanie  dzikim  pomiędzy 

zesłaniem Cierpienia i początkiem czasów historycznych. Z czasów dzikiego barbarzyństwa 

przetrwały  tylko  Zole  Nicholsona  i  tylko  dlatego,  że  -  prawdopodobnie  -  przeleżały  przez 

kilka stuleci, zabezpieczone w kamiennej skrzyni, zanim je odkryto. I tylko Biblia przetrwała 

z czasów samych Starych Ludzi. 

Z wyjątkiem tego, o czym mówiły te dwie księgi, przeszłość dalsza niż trzy historyczne 

stulecia ginęła w zapomnieniu. Z tej pustki wyłaniały się wątki legend, bardzo postrzępione w 

swej  wędrówce  przez  kolejno  po  sobie  następujące  umysły.  To  owa  długa  ustna  tradycja 

nadała nam nazwę Labrador, gdyż nie wymieniono jej ani w Biblii ani w Żalach; mogło też 

być prawdą to, co mówiono o zimnie, choć teraz mieliśmy tylko dwa zimne miesiące w roku - 

mogło to sprawić Cierpienie, Cierpienie mogło sprawić niemal wszystko... 

Przez długi czas dyskutowano nad tym, czy jakieś inne części świata poza Labradorem i 

wielką  wyspą  Newf  były  w  ogóle  zamieszkane.  Sądzono,  że  one  wszystkie  były  Złym 

Krajem, który przyjął na siebie cały ciężar Cierpienia, lecz odkryto, że w pewnych miejscach 

były  jakieś  przestrzenie  kraju  Rubieży.  Były  one  w  dużym  stopniu  dewiacyjne,  oczywiście 

całkiem  bezbożne  i  na  razie  nie  przygotowane  do  przyjęcia  cywilizacji,  lecz  jeśli  granice 

Złego Kraju cofnęłyby się tak, jak cofnęły się u nas, można by je może kiedyś skolonizować. 

Wszystko  razem  wziąwszy,  uważaliśmy,  że  niezbyt  wiełs  wiemy  o  świecie,  ale  był  to 

przynajmniej temat bardziej interesujący niż etyka, której pewien stary człowiek uczył naszą 

klasę w niedzielne popołudnia. Etyka to było to,  co się powinno lub czego nie powinno się 

robić. Wiele z tych rzeczy, których robić się nie powinno, zgadzało się z tym, co nam mówił 

background image

ojciec, lecz niektóre powody były odmienne, więc stwarzało to zamęt. 

Zgodnie  z  etyką  ludzkość  -  to  znaczy  my,  żyjący  w  cywilizowanych  częściach  kraju  - 

przechodziła  proces  powrotu  do  łaski;  dążyliśmy  ledwie  widocznym  i  trudnym  traktem, 

wiodącym  nas  ku  szczytom,  z  których  spadliśmy.  Prawdziwy  trakt  rozgałęział  się  w  wiele 

traktów  fałszywych,  które  czasem  wydawały  się  łatwiejsze  i  bardziej  atrakcyjne;  naprawdę 

jednak wszystkie one wiodły na brzeg przepaści, dalej zaś rozciągała się otchłań wieczności. 

Jeden  tylko  trakt  był  prawdziwy  i  postępując  nim  powinniśmy  z  pomocą  Boga  i  w  czasie, 

który On sam oznaczy, odzyskać wszystko, co utraciliśmy. Lecz trakt był tak słabo widoczny 

i tak najeżony podstępnymi pułapkami, że każdy krok należało stawiać ostrożnie i było rzeczą 

niebezpieczną, jeśli człowiek polegał na własnym osądzie. Tylko władza, kościelna i świecka, 

mogła osądzić, czy następny krok byt ponownym odkryciem, czy więc bezpiecznie było go 

uczynić, czy też był odchyleniem od rzeczywistego, ponownego wznoszenia się, a więc był 

grzeszny. 

Kara Cierpienia, która została zesłana na świat, musiała być odcierpiana, długa droga ku 

szczytom  z  wiarą  odtworzona  i  w  końcu,  jeśli  napotykane  na  niej  pokusy  zostaną  odparte, 

nastąpi nagroda przebaczenia, powrót Złotego Wieku. Takie kary bywały zsyłane przedtem: 

wygnanie  z  Raju,  potop,  zniszczenie  miast  na  Równinie,  niewola.  Cierpienie  było  jeszcze 

jedną  z  takich  kar,  ale  największą  ze  wszystkich:  gdy  nadeszło,  musiało  być  jakby 

połączeniem wszystkich tych klęsk. Dlaczego nadeszło, tego dotychczas nie ujawniono, lecz 

sądząc według precedensów, w owym czasie powszechnie panował okres bezbożnej buty. 

Większość licznych nakazów, argumentów i przykładów w etyce sprowadzała się dla nas 

do tego: obowiązkiem i celem człowieka na tym świecie jest nieustanna walka przeciwko złu, 

które  sprowadziło  na  świat  Cierpienie.  Ponad  wszystko  człowiek  musi  baczyć,  żeby  kształt 

ludzki  odpowiadał  wiernie  boskiemu  wzorcowi,  po  to  aby  pewnego  dnia  wolno  mu  było 

zasiąść na wyżynach, na których jako obraz Boga został umieszczony. 

Jednakże  o  tej  części  etyki  niewiele  mówiłem  Sophie.  Nie  dlatego,  jak  sądzę,  żebym 

kiedykolwiek myślał o niej jako o dewiacji, lecz trzeba było przyznać, że Sophie niezupełnie 

odpowiadała  owemu  prawdziwemu  obrazowi,  więc  unikanie  tego  tematu  wydawało  mi  się 

sprawą taktu. I było takie mnóstwo innych rzeczy, o których mogliśmy rozmawiać. 

5. 

 

Wydawało  się,  że  nikt  w  Waknuk  nie  troszczył  się  o  mnie,  jeśli  nie  nasuwałem  się  na 

oczy.  Tylko  wtedy,  gdy  i  włóczyłem  się  po  domu,  wynajdywano  dla  mnie  prace,  które 

należało wykonać. 

background image

Pora była piękna, słoneczna, a jednak nie brakło deszczu, tak że nawet farmerzy niewiele 

mieli  trosk  poza  szybkim  podjęciem  robót,  które  przerwała  inwazja.  Średnia  występków 

wśród  wiosennych  płodów  była  -  z  wyjątkiem  owiec  -  niezwykle  niska.  Zbiory  były  tak 

ortodoksyjne, że inspektor kazał spalić tylko jedno pole, należące do Angusa Mortona. Nawet 

wśród  roślin  było  mało  dewiacji;  solonaceae  jak  zwykle  obrodziły  najbujniej.  Ogółem 

wyglądało  na  to,  że  ten sezon  pobije  rekord  czystości,  a  skazań  było  tak  niewiele,  że  nawet 

ojciec był na tyle zadowolony, żeby ostrożnie oświadczyć w jednym ze swych kazań, iż - jak 

się zdaje - Waknuk w tym roku całkowicie oddaliło Siły Zła - i należy odprawić dziękczynne 

modły,  że  kara  za  import  wielkich  koni  dotknęła  tylko  samego  ich  właściciela,  a  nie  całą 

społeczność. 

Ponieważ wszyscy byli tak bardzo zajęci, mogłem oddalać się wcześniej i podczas tych 

długich  letnich  dni  Sophie  i  ja  odbywaliśmy  więcej  spacerów  niż  przedtem,  choć 

przedsiębraliśmy  nasze  wyprawy  ostrożnie  i  trzymaliśmy  si|  ścieżek  mało  uczęszczanych, 

żeby uniknąć ludzi. Sophie została wychowana w takiej bojaźliwości wobec obcych, że stała 

się  ona  u  niej  niemal  instynktowna.  Znikała  bezszelestnie,  zanim  jeszcze  ktoś  się  pojawił. 

Jedynym  dorosłym,  z  którym  się  zaprzyjaźniła,  był  Corky  doglądający  maszyny  parowej. 

Wszyscy inni byli niebezpieczni. 

Odkryliśmy  miejsce  w  górze  strumienia,  gdzie  brzegi  były  kamieniste.  Lubiłem 

zdejmować  buty,  podwijać  spodnie  i  taplać  się  w  wodzie,  badając  rozlewiska  i  głębsze 

miejsca. Sophie siadywała zwykle na jednym z wielkich, płaskich kamieni, który opadał ku 

wodzie,  i  obserwowała  mnie  ze  smutkiem.  Później  chodziliśmy  tam  uzbrojeni  w  dwie  pary 

małych sieci, które zrobiła pani Wender, i w dzban na to, co złowimy. Ja brodziłem w wodzie, 

łowiąc małe stworzonka podobne do krewetek, a Sophie próbowała je czerpać siecią, sięgając 

z  brzegu.  Nie  szło  jej  to  dobrze.  Po  pewnym  czasie  przestała  i  siedziała,  patrząc  na  mnie  z 

zazdrością. Potem, zdobywszy się na odwagę, ściągnęła bucik i z namysłem spojrzała na swą 

stopę.  Po  chwili  ściągnęła  drugi.  Podwinęła  bawełniane  spodnie  ponad  kolana  i  weszła  do 

strumienia.  Stała  przez  chwilę  namyślając  się,  patrzyła  przez  wodę  na  swoją  stopę  na 

zamulonych kamykach. Zawołałem do niej: 

- Chodź tutaj. Tutaj jest ich mnóstwo. Podeszła ku mnie, roześmiana i podniecona. 

Gdy już złowiliśmy dość, siedzieliśmy na płaskiej skale, susząc nogi w słońcu. 

- Nie są takie straszne, prawda? - mówiła, krytycznie patrząc na swoje stopy. 

-  Wcale  nie  są  straszne.  Moje  wyglądają  przy  nich  jak  słupy  -  powiedziałem  szczerze. 

Zrobiło jej to przyjemność. 

W  kilka  dni  później  poszliśmy  tam  znowu.  Podczas  łowienia  postawiliśmy  dzban  na 

background image

płaskim  kamieniu  obok  butów  i  pracowicie  przybiegaliśmy  co  pewien  czas  z  naszym 

połowem, nie zważając na nic, dopóki jakiś głos nie zawołał: 

- Halo, David! 

Spojrzałem w górę wiedząc o tym, że Sophie, zdrętwiała, stoi za mną. 

Chłopiec,  który  mnie  zawołał,  stał  na  brzegu  tuż  ponad  skałą,  na  której  leżały  nasze 

rzeczy. Znałem go. To był Alan, syn Johna Ervina, kowala, mniej  więcej o dwa łata starszy 

ode mnie. Nie straciłem głowy. 

- O, halo, Alan - powiedziałem niezachęcająco. Doszedłem, brodząc, do skały i wziąłem 

buciki Sophis. 

- Trzymaj! - zawołałem i rzuciłem jej. 

Złapała jeden, drugi wpadł do wody, ale go wyciągnęła. 

- Co robicie? - spytał Alan. 

Powiedziałem mu, że łowimy krewetki. Mówiąc to, nie 

dbale  gramoliłem  się  z  wody  na  skałę.  Nigdy,  nawet  w  najpomyślniejszej  chwili,  Alan 

wiele mnie nie obchodził, a teraz z pewnością nie był mile widziany. 

- One są niedobre. To o ryby wam chodzi - powiedział pogardliwie. 

Zwrócił uwagę na Sophie, która brodziła blisko brzegu, z butami w ręce, o kilka jardów 

dalej. 

- Co to za jedna? - spytał. 

Zwlekałem z odpowiedzią, wkładając buty. Sophie zniknęła w krzakach. 

-  Co  to  za  jedna?  -  powtórzył.  -  Czy  ona  nie  jest  czasem...  urwał  nagle.  Spojrzałem  na 

niego  i  zobaczyłem,  że  spuściwszy  oczy,  wpatruje  się  w  coś  poza  mną.  Odwróciłem  się 

szybko.  Na  płaskiej  skale  widniał  jeszcze  mokry  odcisk  stopy.  Sophie  postawiła  tam  jedną 

stopę,  gdy  się  nachyliła,  żeby  wrzucić  do  dzbana  to,  co  schwytała.  Ślad  był  jeszcze  dość 

świeży,  żeby  móc  wyraźnie  zobaczyć  odcisk  wszystkich  sześciu  palców.  Kopnąłem  dzban. 

Strumień  wody  i  miotających  się  w  nim  krewetek  spłynął  po  skale;  zmazując  odcisk,  ale 

wiedziałem, czując mdłości, że zło już się stało. 

- O! - powiedział Ałan, a w jego oczach pojawił się błysk, który mi się nie podobał. - Kto 

to jest? - zapytał znowu. 

- Moja przyjaciółka - powiedziałem. 

- Jak się nazywa? 

Na to nie dałem odpowiedzi. 

- Ha, i tak się wkrótce dowiem - powiedział, szczerząc zęby. 

- To nie twoja sprawa - powiedziałem. 

background image

Nie zwrócił na to uwagi. Odwrócił się i stał, patrząc wzdłuż brzegu w kierunku, w którym 

Sophie zniknęła w krzakach. 

Wskoczyłem na kamień i rzuciłem się na niego. Był większy ode mnie, ale zaskoczyłem 

go i upadliśmy razem w plątaninie rąk i nóg. Wszystkiego, co wiedziałem o walce, nauczyłem 

się tylko z kilku zaciętych bójek. Po prostu biłem z furią. Moim zamiarem było zyskać kilka 

minut, żeby Sophie zdążyła włożyć buciki i schować się; gdyby miała trochę czasu, nigdy by 

jej  nie  znalazł,  wiedziałem  o  tym  z  doświadczenia.  Potem  otrząsnął  się  z  pierwszego 

zaskoczenia i kilkoma ciosami dosięgnął mojej twarzy, co kazało mi zapomnieć o Sophie i bić 

się zawzięcie, już na swój własny rachunek. 

Tarzaliśmy się tam i z powrotem po skrawku darni. Wciąż biłem i walczyłem zaciekle, 

lecz teraz zaczęła dochodzić do głosu jego waga. Poczuł się pewniejszy, a ja traciłem otuchę. 

A  przecież  coś  zyskałem:  zatrzymałem  go,  żeby  zaraz  nie  pobiegł  za  Sophie.  Stopniowo 

zyskał przewagę, teraz siedział na mnie okrakiem i okładał mnie pięściami, a ja wiłem się z 

bólu.  Kopałem  i  miotałem  się,  ale  niewiele  mogłem  zdziałać  poza  unoszeniem  rąk,  żeby 

zakryć  twarz.  Potem,  nagle,  rozległ  się  bolesny  skowyt  i  ciosy  ustały.  Upadł  na  mnie. 

Zrzuciłem go i usiadłem: zobaczyłem Sophie, stojącą z wielkim, szorstkim kamieniem w ręce. 

- Uderzyłam go - powiedziała z dumą i jakby ze zdziwieniem. 

- Myślisz, że nie żyje? 

Uderzyła  go  mocno,  rzeczywiście,  Leżał  spokojnie,  z  pobladłą  twarzą,  a  po  policzku 

ciekła mu krew, lecz oddychał miarowo, więc z pewnością żył. 

- Ojej! - powiedziała Sophie, nagle ochłonąwszy i upuściła kamień. 

Spojrzeliśmy  na  Alana,  a  potem  na  siebie  nawzajem.  Myślę,  że  obydwoje  mieliśmy 

ochotę coś dla niego zrobić, ale baliśmy się. 

-  Nikt  nigdy nie może się dowiedzieć. Nikt!  -  powiedziała pani  Wender z taką mocą. A 

teraz ten chłopiec wiedział. To nas przerażało. 

Wstałem. Chwyciłem Sophie za rękę i pociągnąłem ją za sobą. 

- Chodź! - powiedziałem nagląco. 

John Wender słuchał uważnie i cierpliwie, gdy opowiadaliśmy mu o tym zajściu. 

- Jesteś pewien, że widział? Czy nie był po prostu ciekaw, dlatego że Sophie była obca? - 

spytał w końcu. 

Nie - powiedziałem. - Widział odcisk stopy; właśnie dlatego chciał ją złapać. 

Powoli skinął głową. 

- Rozumiem - powiedział, a ja zdziwiłem się, że powiedział to z takim spokojem. 

Patrzył  nam  poważnie  w  twarze.  Oczy  Sophie  rozszerzał  strach  połączony  z 

background image

podnieceniem. Moje musiały chyba mieć różową obwódkę, a pod nią brudne plamy. Odwrócił 

głowę i ze spokojem napotkał wzrok żony. 

- Obawiam się, że to się stało, kochanie - powiedział. - To jest to. 

- Och. Johnny - twarz pani Wender była blada i zrozpaczona. 

-  Przykro  mi,  Martie,  ale  to  jest  to,  ty  wiesz.  Wiedzieliśmy,  że  przyjdzie  to  prędzej  czy 

później.  Dzięki  Bogu,  że  stało  się  to,  kiedy  tu  jestem.  Jak  długo  potrwa,  zanim  będziesz 

gotowa? 

- Niedługo, Johnny. Wszystko mam prawie gotowe, zawsze. 

- Dobrze. Więc się tym zajmijmy. 

Wstał  i  podszedł  do  niej  naokoło  stołu.  Objął  ją,  pochylił  się  i  pocałował.  Miała  łzy  w 

oczach. 

-  Oh,  Johnny,  kochany.  Dlaczego  jesteś  dla  mnie  taki  miły,  kiedy  dałam  ci  tylko...  i 

zamknął jej usta długim pocałunkiem. 

Przez chwilę patrzyli sobie poważnie w oczy, potem bez słowa odwrócili się i spojrzeli na 

Sophie. 

Pani Wender stała się znowu sobą, jak zwykle. Podeszła energicznie do kredensu, wyjęła 

jakieś jedzenie i postawiła je na stole. 

- Umyjcie się najpierw, brudasy - powiedziała do nas. - A potem zjedzcie to. Do ostatniej 

kruszyny. 

Podczas mycia zadałem jej pytanie, które chciałem często postawić już wcześniej. 

-  Pani  Wender,  jeśli  to  idzie  tylko  o  palce  Sophie,  czy  nie  można  ich  było  uciąć,  kiedy 

była małym dzieckiem? Nie przypuszczam, żeby ją wtedy bardzo bolało i nikt nie musiałby o 

tym wiedzieć. 

-  Zostałyby  znaki,  David,  a  gdyby  ludzie  je  zobaczyli,  wiedzieliby,  dlaczego  one  są. 

Teraz pośpiesz się i zjedz kolację - powiedziała i szybko przeszła do drugiego pokoju. 

- Odjeżdżamy - wyznała mi teraz Sophie z ustami pełnymi ciasta. 

- Odjeżdżacie? - powtórzyłem tępo. 

Skinęła głową: 

-  Mamusia powiedziała, że będziemy musieli odjechać, jeśli  ktoś  się dowie. O mało nie 

odjechaliśmy już, kiedy tyś to Eobaezył. 

- Ale.” to znaczy... zaraz? I nigdy nie wrócicie? - pytałem z przerażeniem. 

- Tak, tak myślę. 

Byłem  głodny,  ale  nagle  straciłem  apetyt.  Siedziałem,  rozgrzebując  jedzenie  na  talerzu, 

Odgłosy pośpiesznej krzątaniny w całym domu nabrały złowieszczego znaczenia, Spojrzałem 

background image

poprzez stół na Sophie. W gardle miałem grudę, której nie mogłem przełknąć. 

- Dokąd? - spytałem zmartwiony. 

- Nie wiem... w każdym razie daleko - powiedziała. Siedzieliśmy dalej. Sophie paplała z 

pełnymi  ustami;  mnie  trudno  było  przełknąć  z  powodu  tej  grudy.  Nagle  wszystko  aż  po 

horyzont i jeszcze dalej stało się ponure. Wiedziałem, że nic już nigdy nie będzie tak samo. 

Pochłonęła mnie pustka tej przyszłości. Walczyłem z sobą, żeby powstrzymać łzy. 

Pani Wender przyniosła kilka tobołów i pakunków, Patrzyłem ponuro, jak ułożyła je przy 

drzwiach,  i  znów  wyszła.  Pan  Wender  przyszedł  z  podwórza  i  zabrał  kilka  z  nich.  Pani 

Wender zjawiła się znowu i zabrała z sobą Sophie do drugiego pokoju. Następnym razem pan 

Wender przyszedł po dalsze paczki, a ja wyszedłem z nim na podwórze. 

Dwa  konie,  Spot  i  Sandy,  stały  tam  cierpliwie,  mając  już  na  grzbiecie  część  tobołków. 

Byłem zdziwiony, że nie zauważyłem wozu, i powiedziałem to. 

John Wender potrząsnął głową. 

-  Z  wozem  musisz  się  trzymać  traktów;  juczne  konie  idą,  gdzie  ci  się  podoba  - 

powiedział. 

Patrzyłem, jak wiązał dalsze toboły, i zbierałem się na odwagę. 

- Proszę pana - powiedziałem - proszę... czy nie mógłbym także pojechać? 

Przerwał pracę i odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć. Patrzyliśmy na siebie  przez kilka 

chwil,  potem  z  wolna,  z  żalem  potrząsnął  głową.  Musiał  widzieć,  że  łzy  napłynęły  mi  do 

oczu, bo położył mi dłoń na ramieniu i nie cofał jej. 

- Wejdźmy do środka, David - powiedział, kierując mnie ku domowi. 

Pani  Wender  była  już  z  powrotem  w  głównym  pokoju,  stała  pośrodku  i  rozglądała  się, 

jakby sprawdzając, czy czegoś nie zapomniano, 

- On chce jechać z nami, Martie - powiedział pan Wender. 

Usiadła  na  stołku  i  wyciągnęła  do  mnie  ręce.  Podszedłem  do  niej,  niezdolny  wydobyć 

głosu. Patrząc ponad moją głową powiedziała: 

-  O,  Johnny.  Ten  straszny  ojciec!  Boję  się  o  niego.  Byłem  tak  blisko  niej,  że  mogłem 

czytać  jej  myśli.  Były  szybsze,  lecz  łatwiejsze  do  zrozumienia  niż  słowa.  Wiedziałem,  co 

czuła,  jak  prawdziwie  chciała,  żebym  jechał  z  nimi  i  jak  szybko,  bez  badania  powodów, 

zrozumiała,  że  nie  mogę  i  nie  wolno  mi  jechać  z  nimi.  Znałem  już  całą  odpowiedź,  zanim 

jeszcze John Wender ujął jej pierwsze zdanie w zwykłe słowa. 

- Wiem, Martie. Ale ja boję się o Sophie - i o ciebie. Gdyby nas złapali, oskarżyliby nas o 

porwanie dziecka, tak samo jak o ukrycie... 

- Jeśli złapią Sophie, nic mnie nie może spotkać gorszego, Johnny. 

background image

-  Ale  nie  tylko  o  to  idzie,  kochanie.  Gdy  się  uspokoją,  że  zniknęliśmy  z  tego  okręgu  i 

jesteśmy  już  pod  inną  władzą,  nie  będziemy  ich  wiele  obchodzić.  Ale  gdyby  Strorm  miał 

stracić chłopca, wtedy podniesie się krzyk na całe mile wokoło i wątpię, czy będziemy mogli 

się  im  wymknąć.  Wszędzie  będą  nas  szukać  ich  ludzie.  Nie  możemy  sobie  pozwolić  na 

zwiększenie ryzyka dla Sophie, prawda? 

Pani Wender milczała przez kilka chwil. Czułem, jak dopasowuje te powody do tego, co 

już powiedziała. Teraz objęła mnie silniej ramieniem. 

-  Dobrze  to  rozumiesz,  David,  prawda?  Gdybyś  pojechał  z  nami,  twój  ojciec 

rozgniewałby  się  tak  bardzo  że  mielibyśmy  o  wiele  mniej  szans  na  uratowanie  Sophie.  Ja 

chciałabym,  żebyś pojechał,  ale ze względu na Sophie nie możemy tego  zrobić. Proszę cię, 

David,  znieś  to  dzielnie.  Jesteś  jej  jedynym  przyjacielem  i  możesz  jej  pomóc  przez  to,  że 

będziesz dzielny. Będziesz, prawda? 

Te słowa były jakby niezręcznym powtórzeniem. Jej 

myśli  były  o  wiele  jaśniejsze  i  musiałem  już  wcześniej  pogodzić  się  z  nieodwracalną 

decyzją.  Nie  wierzyłem,  że  uda  mi  się  coś  powiedzieć.  Skinąłem  głową  w  milczeniu  i 

pozwoliłem jej przytulić mnie do siebie tak, jak tego nigdy nie robiła moja własna matka. 

Pakowanie  ukończono  niedługo  przed  zmierzchem.  Gdy  wszystko  było  gotowe,  pan 

Wender wziął mnie na bok. 

-  Davie  -  powiedział  jak  mężczyzna  do  mężczyzny  -  wiem,  jak  bardzo  lubisz  Sophie. 

Broniłeś jej jak bohater, ale teraz możesz zrobić jeszcze jedno, żeby jej pomóc. Zrobisz to? 

- Tak - odpowiedziałem. - A co, proszę pana? 

- To. Kiedy wyjedziemy, nie wracaj od razu do domu. Czy zostaniesz tutaj do jutra rana? 

To da nam więcej czasu, żebyśmy z nią odjechali bezpiecznie. Zrobisz to? 

-  Tak  -  odpowiedziałem  stanowczo.  Uścisnęliśmy  sobie  ręce.  To  sprawiło,  że  poczułem 

się silniejszy i bardziej odpowiedzialny - trochę tak, jak to było pierwszego dnia, gdy Sophie 

zwichnęła kostkę. 

Gdy wróciliśmy do nich, Sophie wyciągnęła rękę; coś w niej ukryła. 

- To dla ciebie, David - powiedziała dając mi to. 

Był to kręty lok brązowych włosów, związany kawałkiem żółtej wstążki. Wciąż jeszcze 

na  niego  patrzyłem,  gdy  zarzuciła  mi  ręce  na  szyję  i  pocałowała  mnie  z  większym 

zdecydowaniem niż namysłem. Jej ojciec podniósł ją i posadził wysoko na szczycie tobołów 

na objuczonym koniu. 

Pani Wender pochyliła się, żeby mnie także pocałować. 

- Żegnaj, David, kochanie. Dotknęła delikatnie palcem mojego posiniaczonego policzka. - 

background image

Nigdy nie zapomnimy - powiedziała, a oczy jej błyszczały. 

Ruszyli.  John  Wender  prowadził  konie,  strzelbę  miał  przewieszoną  przez  plecy,  a  lewą 

ręką podtrzymywał żoną. Na skraju lasu zatrzymali się i odwrócili, żeby pomachać mi ręką. 

Pomachałem  im  także.  Pojechali  dalej.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  widziałem,  była  ręka  Sophie, 

którą kiwała do mnie, gdy wchłaniał ich mrok pod koronami drzew. 

Gdy dotarłem do domu, słońce było wysoko na niebie, a ludzie Już od dawna pracowali w 

polu. Na podwórzu nie było nikogo, lecz kucyk inspektora stał uwiązany przy bramie, więc 

odgadłem, że ojciec jest w domu. 

Miałem  nadzieję,  że  nie  było  mnie  wystarczająco  długo.  Spędziłem  niedobrą  noc. 

Zacząłem ją ze zdecydowaną odwagą, lecz wbrew mym postanowieniom stopniała ona nieco, 

gdy zapadła ciemność.  Nigdy przedtem nie spędziłem  nocy  gdzie indziej,  tylko  w domu,  w 

swoim pokoju.  Tam  wszystko  było  swojskie,  a pusty dom  Wenderów zdawał  się być pełen 

dziwnych  odgłosów.  Znalazłem  kilka  świec  i  zaświeciłem  je,  a  kiedy  rozpaliłem  ogień  i 

dołożyłem trochę drzewa, to także trochę pomogło, żeby uczynić ten dom mniej samotnym, 

lecz tylko trochę. Dziwne odgłosy wciąż powtarzały się wewnątrz i na zewnątrz domu. 

Długo siedziałem  na stołku, przyciskając plecy  do ściany, tak żeby nic  nie mogło  mnie 

zaskoczyć.  Więcej  niż  raz  odbiegła  mnie  cała  odwaga.  Strasznie  chciałem  uciec.  Lubią 

myśleć,  że  zatrzymała  mnie  dana  obietnica  i  myśl  o  bezpieczeństwie  Sophie;  ale  pamiętam 

też, jaka ciemność panowała na zewnątrz i jak ta ciemność wydawała się nasycona mnóstwem 

niewytłumaczalnych głosów i ruchów. 

Noc roztaczała przede mną perspektywę strachów, lecz w rzeczywistości nic się nie stało. 

Odgłosy  podobne  do  szurania  nóg  nikogo  nie  sprowadziły,  stukanie  nie  było  wstępem  do 

niczego, zarówno jak odgłosy podobne do wleczenia czegoś;  nie dały się one wytłumaczyć, 

ale - na szczęście - nie dały się także zobaczyć i w końcu na przekór im wszystkim poczułem, 

że oczy mi się kleją, gdy tak kiwałem się na stołku. Zebrałem całą odwagę i ośmieliłem się, 

bardzo ostrożnie, przejść do łóżka. Przedarłem  się do niego i czując ulgę, znów przywarłem 

plecami do ściany. Przez pewien czas leżałem, obserwując świecę i niewyraźne cienie, które 

rzucała  po  kątach  pokoju,  zastanawiając  się,  co  zrobię,  kiedy  one  znikną,  aż  wreszcie, 

zupełnie nagle, zniknęły - i zaświeciło słońce... 

U  Wenderów  znalazłem  kawałek  chleba  na  śniadanie  ale  w  chwili  gdy  wróciłem  do 

domu,  znów  byłem  głodny.  Lecz  z  tym  mogłem  poczekać.  Przede  ‘wszystkim  chciałem 

dostać  się  do  swego  pokoju  po  kryjomu,  z  bardzo  nikłą  nadzieją,  że  moja  obecność  mogła 

pozostać  nie  zauważona,  tak  że  może  będę  mógł  udawać,  iż  po  prostu  zaspałem,  ale  nie 

miałem  szczęścia:  Mary  zauważyła  przez  okno  w  kuchni,  jak  przemykałem  się  przez 

background image

podwórze. Zawołała: 

-  Jesteś  nareszcie!  Wszyscy  cię  szukali.  Gdzie  byłeś?  -  A  potem,  nie  czekając  na 

odpowiedź, dodała: - Ojciec szaleje. Lepiej idź do niego, zanim będzie gorzej. 

Ojciec  i  inspektor  siedzieli  w  rzadko  używanym,  raczej  urzędowym  pokoju  od  frontu. 

Zdaje się, że przyszedłem w krytycznym momencie. Inspektor wyglądał prawie zwyczajnie, 

ale ojciec był wzburzony. 

- Chodź tu! - warknął, skoro tylko pojawiłem się w drzwiach. 

Ociągając się, podszedłem bliżej. 

- Gdzie byłeś? - zapytał. - Zniknąłeś na całą noc. Gdzie? 

Nie odpowiadałem. 

Zasypał  mnie  tuzinem  pytań,  wyglądając  z  każdą  chwilą  groźniej,  gdy  na  nie 

odpowiadałem. 

- Uważaj teraz. Ponure nastroje ci nie pomogą. Kim jest to dziecko  - to bluźnierstwo - z 

którym byłeś wczoraj? - krzyczał. 

Wciąż  nie  odpowiadałem.  Patrzył  na  mnie  z  wściekłością.  Nigdy  nie  widziałem  go  w 

większym gniewie. Słabo mi się zrobiło ze strachu. 

Wtedy wtrącił się inspektor. Powiedział do mnie spokojnym, zwykłym głosem: 

-  Wiesz,  David,  że  ukrywanie  bluźnierstwa  -  niedoniesienie  o  ludzkiej  dewiacji  -  jest 

sprawą  bardzo,  bardzo  poważną.  Ludzie  idą  za  to  do  więzienia.  Wszyscy  mają  obowiązek 

donieść mi o każdym rodzaju występku - nawet jeśli nie są go pewni - żebym mógł powziąć 

decyzję.  To  jest  zawsze  ważne,  a  szczególnie  ważne,  gdy  idzie  o  bluźnierstwo.  A  w  tym 

wypadku, zdaje się, nie  ma żadnej  wątpliwości,  chyba że  młody  Ervin  się pomylił.  Otóż on 

twierdzi, że to dziecko, z którym byłeś, ma sześć palców. Czy to prawda? 

- Nie - powiedziałem. 

- On kłamie - powiedział ojciec. 

-  Rozumiem  -  powiedział  inspektor  spokojnie.  -  No  cóż,  więc  jeśli  to  nieprawda,  to 

przecież nic nie szkodzi, jeśli się dowiemy, kto to jest - ciągnął tonem pełnym rozsądku. 

Na to nie odpowiedziałem. Tak wydawało mi się najbezpieczniej. Patrzyliśmy na siebie. 

- Z pewnością to rozumiesz? Jeśli to n i e p r a w d a...  - perswadował dalej, lecz ojciec 

mu przerwał: 

- Ja to załatwię. Chłopiec kłamie. - A do mnie powiedział: - Idź do swego pokoju. 

Zawahałem  się.  Wiedziałem  dobrze,  oo  to  znaczy,  ale  wiedziałem  także,  że  gdy  ojciec 

jest w takim nastroju, stanie się to bez względu na to, czy powiem, czy nie. Zacisnąłem zęby i 

odwróciłem się, żeby odejść. Ojciec poszedł za mną, a przechodząc obok stołu, wziął z niego 

background image

bicz. 

-  To  jest  mój  bicz  -  powiedział  krótko  inspektor.  Ojciec  jakby  go  nie  słyszał.  Inspektor 

wstał. 

- Powiedziałem, że to jest mój bicz - powtórzył twardym, złowieszczym tonem. 

Ojciec przystanął. Gniewnym ruchem rzucił bicz z powrotem na stół. Spojrzał wściekle 

na inspektora, potem odwrócił się i poszedł za mną. 

Nie wiem, gdzie była matka, pewnie bała się ojca. To Mary przyszła i pocieszała mnie po 

cichu, opatrując mi plecy. Gdy pomagała mi położyć się do łóżka, popłakała sobie trochę, a 

potem, posługując się łyżką, karmiła mnie bulionem. Robiłem, co mogłem, żeby wobec niej 

zachować się dzielnie, lecz kiedy poszła, zmoczyłem poduszkę łzami. Płakałem teraz nie tyle 

z  powodu  ran  fizycznych,  lecz  z  goryczy,  z  pogardy  dla  samego  siebie,  z  upokorzenia. 

Nieszczęśliwy i zbolały, ściskałem w ręku żółtą wstążkę i brązowy lok. 

- Nie mogłem tego wytrzymać, Sophie - szlochałem. - Nie mogłem tego wytrzymać. 

 

6. 

 

Wieczorem,  kiedy  trochę  się  uspokoiłem,  zorientowałem  się,  że  Rosalinda  próbuje  ze 

mną rozmawiać. Niektóre inne dzieci także pytały z niepokojem, co się stało. Opowiedziałem 

im o Sophie. Teraz to już nie było tajemnicą. Czułem, że były wstrząśnięte. Próbowałem im 

wyjaśnić, że osoba z dewiacją - w każdym razie z małą dewiacją - nie jest taką potwornością, 

o jakiej nam mówiono. W gruncie rzeczy niczym nie różni się od innych  - w każdym razie 

Sophie. 

Prawdę  powiedziawszy,  przyjęły  to  z  wielkimi  wątpliwościami.  Nauki  dawane  nam 

wszystkim nie pozwalały im w to uwierzyć, choć dobrze wiedziały, że to, o czym im mówię, 

musi być dla mnie prawdą. Nie można kłamać, kiedy rozmawia się za pośrednictwem myśli. 

Z  niewielkim  powodzeniem  borykały  się  z  nową  ideą,  że  dewiacja  nie  musi  być  zła  i 

odrażająca.  W  tych  okolicznościach  nie  bardzo  mogły  mnie  pocieszyć,  a  mnie  nie  było 

przykro, gdy jedno dziecko po drugim wyłączało się z rozmowy i wiedziałem, że zasypiały. 

Ja sam byłem wyczerpany, lecz sen długo nie przychodził. Leżałem, wyobrażając sobie, 

jak  Sophie  i  jej  rodzice  z  trudem  brną  na  południe,  w  kierunku  wątpliwie  bezpiecznych 

Rubieży, i żywiąc rozpaczliwą nadzieję, że powinni być już tak daleko, iż moja zdrada im nie 

zaszkodzi. 

A  kiedy  sen  nadszedł,  był  pełen  widziadeł.  Bezustannie  pojawiały  się  w  nim  twarze  i 

ludzie, a także obrazy. Raz jeszcze powtórzyła się scena, w której wszyscy staliśmy w koło na 

background image

podwórzu,  a  ojciec  niszczył  występek,  którym  była  Sophie,  i  zbudziłem  się,  słysząc  swój 

własny  krzyk  nakazujący  mu,  żeby  się  wstrzymał.  Bałem  się  zasnąć  znowu,  lecz  jednak 

zasnąłem i tym razem sen był całkiem inny. Śniło mi się znowu wielkie miasto nad morzem, 

ze swymi domami i ulicami, i z tymi stworami łatającymi po niebie. Od lat już mi się ono nie 

śniło, ale wyglądało zupełnie tak samo, i w jakiś dziwny sposób to mnie uspokoiło. 

Matka  zajrzała  do  mnie  rano,  lecz  potraktowała  mnie  obojętnie  i  nieprzychylnie. 

Troszczyła  się  o  mnie  tylko  Mary  i  ona  postanowiła,  że  dziś  nie  będę  wstawał.  Musiałem 

leżeć  na  brzuchu  i  nie  wiercić  się,  żeby  plecy  szybciej  się  wygoiły.  Przyjąłem  potulnie  to 

polecenie,  bo  tak  z  pewnością  było  mi  wygodniej.  Leżałem  więc  i  zastanawiałem  się,  jak 

powinienem  przygotować  się  do  ucieczki,  kiedy  już  wstanę  i  wszystko  się  ułoży. 

Postanowiłem,  że  lepiej  będzie  mieć  konia,  i  większą  część  przedpołudnia  spędziłem, 

obmyślając pian kradzieży konia i ucieczki do Rubieży. 

Inspektor  zajrzał  do  mnie  po  południu  i  przyniósł  torbę  maślanych  ciasteczek.  Przez 

chwilę myślałem, żeby może - przypadkowo, oczywiście - wydobyć z niego trochę prawdy o 

Rubieżach; ostatecznie można się było spodziewać, że jako ekspert w sprawach dewiacji wie 

o nich więcej niż inni. Ale po chwili namysłu zdecydowałem, że to by było niemądre. 

Współczuł mi i był dość uprzejmy, ale przyszedł urzędowo. Przyjaznym tonem zadawał 

mi pytania. Chrupiąc ciasteczko, spytał: 

- Jak długo znałeś to dziecko Wenderów - nawiasem mówiąc, jak ona ma na imię? 

Powiedziałem mu, teraz to już nic nie szkodziło. 

-  Od  jak  dawna  wiedziałeś,  że  Sophie  ma  dewiację?  Nie  sądziłem,  żeby  powiedzenie 

prawdy mogło jeszcze 

pogorszyć sprawę. 

- Od dość dawna - przyznałem. 

- To znaczy? 

-  Chyba  jakieś  sześć  miesięcy  -  powiedziałem.  Zmarszczył  brwi,  a  potem  spojrzał 

poważnie: 

-  „Wiesz, że to niedobrze  -  powiedział.  -  Nazywamy to  pomocą w ukrywaniu.  Musiałeś 

wiedzieć, że to źle, prawda? 

Spuściłem  oczy.  Wierciłem  się  niespokojnie  pod  jego  szczerym  spojrzeniem,  ale 

przestałem, bo zabolały mnie plecy. 

-  To  nie  wyglądało  tak  jak  te  rzeczy,  o  których  mówią  w  kościele  -  próbowałem  mu 

wyjaśnić. - Poza tym to były strasznie małe paluszki. 

Inspektor wziął jeszcze jedno ciasteczko i podsunął mi torbę. 

background image

„... a każda stopa będzie miała pięć palców” - zacytował. - Pamiętasz to? 

- Tak - przyznałem ze smutkiem. 

- No więc, każda część definicji jest równie ważna, jak jakakolwiek inna; i jeśli dziecko 

jej  nie  odpowiada,  wówczas  nie  jest  istotą  ludzką,  a  to  znaczy,  że  nie  ma  duszy.  Nie  jest 

obrazem  Boga, jest  Jego imitacją, a w imitacjach zawsze jest jakiś  błąd. Tylko  Bóg stwarza 

doskonałość, tak więc, chociaż dewiacje mogą pod wieloma względami wyglądać tak jak my, 

nie mogą być naprawdę istotami ludzkimi. Są czymś zupełnie innym. 

Pomyślałem nad tym. 

- Ale Sophie naprawdę nie jest inna - w żaden sposób - powiedziałem. 

-  Łatwiej  to  zrozumiesz,  kiedy  będziesz  starszy,  ale  znasz  definicję  i  musiałeś  sobie 

zdawać sprawę, że Sophie I ma dewiację. Czemu nie powiedziałeś o niej ojcu albo i mnie? 

Opowiedziałem mu o swoim śnie, w którym ojciec postąpił z Sophie tak, jak z którymś z 

występków  na  farmie.  Inspektor  patrzył  na  mnie  w  zamyśleniu  przez  kilka  chwil,  a  potem 

skinął głową: 

-  Rozumiem  -  powiedział.  -  Ale  z  bluźnierstwami  nie  postępuje  się  tak  samo  jak  z 

występkami. 

- Co się im robi? - spytałem. Pominął to pytanie. Ciągnął: 

-  Wiesz,  że  doprawdy  mam  obowiązek  włączyć  twoje  nazwisko  do  mego  raportu.  Ale 

ponieważ twój ojciec podjął już odpowiednią akcję, mogę je może przemilczeć. A jednak jest 

to  bardzo poważna sprawa. Diabeł  zsyła między nas dewiacje, żeby nas  osłabić i  pokusami 

odwieść od czystości. Czasem jest dość sprytny, żeby stworzyć imitację prawie doskonałą, tak 

że  musimy  stale  wypatrywać  błędu  który  popełnił,  choćby  małego,  a  gdy  go  spostrzeżemy, 

natychmiast o nim donieść. Będziesz o tym pamiętał na przyszłość, prawda? 

Unikałem jego wzroku. Inspektor był inspektorem 

i  ważną  osobą,  a  mimo  wszystko  nie  mogłem  uwierzyć,  że  to  diabeł  zesłał  Sophie. 

Trudno  mi  też  było  zrozumieć,  żeby  malutki  paluszek  na  każdej  stopie  mógł  mieć 

jakiekolwiek znaczenie. 

- Sophie jest moją przyjaciółką - powiedziałem. - Moją najlepszą przyjaciółką. 

Inspektor wciąż na mnie patrzył, a potem potrząsnął głową i westchnął. 

- Lojalność jest wielką cnotą, ale istnieje coś takiego jak lojalność w niesłusznej sprawie. 

Zrozumiesz kiedyś wagę większej lojalności. Czystość rasy... - urwał, gdy otwarły się drzwi. 

Wszedł ojciec. 

- Złapali ich. Całą trójkę - powiedział do inspektora i spojrzał na mnie z odrazą. 

Inspektor  natychmiast  wstał  i  wyszli  razem.  Wpatrywałem  się  w  zamknięte  drzwi.  Ból 

background image

samonagany przeniknął mnie tak, że cały się zatrząsłem. Słyszałem własne jęki i łzy spływały 

mi  po  policzkach.  Usiłowałem  je  powstrzymać,  ale  nie  mogłem.  Zapomniałem  o  bolących 

plecach.  Udręka  wieści,  którą  przyniósł  ojciec,  była  o  wiele  bardziej  bolesna.  Czułem  taki 

ucisk w piersiach, że się dusiłem. 

Teraz drzwi otwarły się znowu. Przycisnąłem twarz do ściany. Czyjeś kroki przemierzały 

pokój. Na mym ramieniu spoczęła czyjaś ręka. Inspektor powiedział: 

- To nie było to, przyjacielu. Ty nie masz z tym nic wspólnego. Złapał ich patrol, całkiem 

przypadkowo, o dwadzieścia mil stąd. 

W kilka dni później powiedziałem do Wuja Axela: 

- Mam zamiar stąd uciec. 

Przerwał pracę i w zamyśleniu patrzył na swą piłę. 

-  Nie  robiłbym  tego  -  odradził. Zazwyczaj  nie bardzo się to  udaje. Poza tym  -  dodał  po 

chwili - dokąd byś uciekał? 

- O to właśnie chciałem cię zapytać - wyjaśniłem. Potrząsnął głową. 

-  W  jakimkolwiek  okręgu  się  znajdziesz,  będą  chcieli  zobaczyć  twój  Certyfikat 

normalności - powiedział. - Potem już będą wiedzieli, kim jesteś i skąd przybyłeś. 

- Ale nie na Rubieżach - podsunąłem mu. Wytrzeszczył na mnie oczy. 

- Ależ, człowieku, nie chcesz chyba uciekać do Rubieży. Przecież oni tam nic nie mają  - 

nie mają nawet pożywienia. Większość z nich prawie umiera z głodu, dlatego właśnie robią te 

swoje wyprawy. Nie, tam starałbyś się tylko o to, żeby po prostu utrzymać się przy życiu, i 

będziesz miał szczęście, jeśli ci się to uda, 

- Ale muszą być jakieś inne miejsca - powiedziałem. 

-  Tylko  gdybyś  znalazł  statek,  który  by  cię  zabrał...  a  nawet  wtedy...  -  Znów  potrząsnął 

głową.  - Mówię ci  z doświadczenia, że jeśli  uciekasz skądś tylko  dlatego, że ci  się tam nie 

podoba, nie będzie ci się podobało także tam, dokąd uciekniesz. Otóż, jeśli tak bardzo chcesz 

dokądś uciekać, to co innego, ale dokąd byś chciał uciec? Wierz mi, tutaj jest znacznie lepiej 

niż  w  wielu  innych  miejscach.  Nie,  Davie,  jestem  temu  przeciwny.  Za  kilka  lat,  kiedy 

będziesz  mężczyzną  i  potrafisz  o  siebie  zadbać,  będzie  może  inaczej.  W  każdym  razie 

uważam,  że  lepiej  wytrzymać  do  tego  czasu;  o  wiele  lepiej,  niż  żeby  po  prostu  mieli  cię 

złapać i przyprowadzić z powrotem. 

W  tym  coś  było.  Zaczynałem  uczyć  się  znaczenia  słowa  „upokorzenie”  i  na  razie  nie 

chciałem  go  więcej.  Ale  z  tego,  co  mówił,  wynikało,  że  nawet  wtedy  niełatwo  będzie 

odpowiedzieć  na  pytanie,  dokąd  uciekać.  Zdawało  się,  że  pożądane  by  było  dowiedzieć  się 

tyle,  ile  można  -  przygotowawczo  -  o  świecie  istniejącym  poza  Labradorem.  Spytałem  go, 

background image

jaki on jest. 

- Bezbożny - powiedział. - Naprawdę bardzo bezbożny. 

Był  to  ten  rodzaj  nic  nie  mówiących  odpowiedzi,  jakie  dawał  mój  ojciec.  Byłem 

rozczarowany,  że  odpowiedział  mi  tak  Wuj  Axel,  i  powiedziałem  mu  to.  Uśmiechnął  się 

szeroko. 

- W porządku, chłopcze Davie, masz trochę słuszności. Jeśli nie będziesz paplał, to ci o 

nim trochę opowiem. 

- Chcesz powiedzieć, że to będzie sekret? - spytałem zaintrygowany. 

-  Niezupełnie  -  powiedział.  -  Ale  kiedy  ludzie  przywykli  wierzyć  w  coś  w  taki  a  taki 

sposób  i  kaznodzieje  chcą,  żeby  wierzyli,  że  to  sposób  słuszny,  wtedy,  podważając  ich 

poglądy,  zamiast  podziękowań  przysparzasz  sobie  kłopotów.  Żeglarze  w  Rigo  szybko  się  o 

tym przekonali, toteż przeważnie rozmawiają o tym tylko pomiędzy sobą. A jeśli reszta ludzi 

chce  wierzyć,  że  niemal  wszystko  poza  nami  jest  Złym  Krajem,  to  niech  sobie  wierzy;  nie 

zmienia to prawdy, a żeglarzy zostawia w spokoju. 

-  W  mojej  książce  jest  napisane,  że  wszystko  jest  Złym  Krajem  lub  złymi  Rubieżami  - 

powiedziałem. 

-  Istnieją inne książki,  w których pisze się inaczej,  ale nie zobaczysz ich wiele nawet  w 

Rigo, a cóż dopiero tutaj, w tych ostępach - odparł. Ale pamiętaj, nie trzeba też wierzyć temu, 

co mówi każdy żeglarz - i często nie jest się pewnym, czy kilku z nich mówi o tym samym 

miejscu nawet wtedy, kiedy sądzą, że tak. Ale jeśli zobaczyłeś niektóre z tych miejsc, wtedy 

zaczynasz  rozumieć,  że  świat  jest  o  wiele  dziwniejszy,  niż  to  się  zdaje  w  Waknuk.  Więc 

zatrzymasz to przy sobie? 

Zapewniłem go, że tak. 

- Dobrze. Więc to jest tak... - zaczął. 

Żeby dostać się do reszty świata (wyjaśniał „Wuj Axel), trzeba pożeglować z Rigo w dół 

rzeki, aż dopłynie się do morza. Mówią, że niedobrze jest żeglować wprost przed siebie, na 

wschód,  ponieważ  morze  albo  ciągnie  się  bez  końca,  albo  też  kończy  się  nagle  i  żeglarz 

znajduje się na jego krawędzi. Nikt tego nie wie na pewno. 

Jeśli się płynie na północ i trzyma się wciąż wybrzeży, także dalej, tam gdzie trzeba się 

skierować  na  zachód,  a  potem  na  południe,  wtedy  osiąga  się  drugą  stronę  Labradoru.  Albo 

jeśli  płynie  się  wprost  na  północ,  dopływa  się  do  stron  zimniejszych,  gdzie  znajduje  się 

mnóstwo wysp, ale żyją na nich tylko ptaki i morskie stwory. 

Mówią, że na północnym wschodzie istnieje wielki kraj, gdzie rośliny nie mają wielkich 

dewiacji,  a  zwierzęta  i  ludzie  nie  wyglądają  na  ofiary  dewiacji,  lecz  kobiety  są  tam  bardzo 

background image

wysokie i silne. To one mają całkowitą władzę w kraju i wykonują wszystkie prace. Swoich 

mężczyzn  trzymają  w  klatkach,  dopóki  nie  skończą  dwudziestego  czwartego  roku  życia,  a 

potem ich zjadają. Zjadają także żeglarzy z rozbitych okrętów. Ale ponieważ - zdaje się - nikt 

nigdy nie spotkał nikogo, kto by tam był i wrócił, trudno powiedzieć, skąd się o tym wie. A 

przecież tak jest - nikt też stamtąd nie wrócił, żeby temu zaprzeczyć. 

Jedyna droga, którą znam, prowadzi na południe - byłem na południu trzy razy. Żeby się 

tam  dostać  po  opuszczeniu  rzeki,  płynie  się  wzdłuż  brzegu  na  prawo.  Mniej  więcej  po 

kilkuset milach dopływa się do cieśniny Newf. Gdy cieśnina rozszerza się, należy trzymać się 

brzegu Newf aż do portu i płynąć do Lark po świeżą wodę - i po żywność, jeśli ludzie z Newf 

jej  dostarczą.  Potem  przez  pewien  czas  steruje  się  na  południowy  wschód,  a  potem  na 

południe i wzdłuż brzegów stałego lądu znów na prawo. Kiedy się tam dopływa, człowiek się 

orientuje, że jest to Kraj Zła albo przynajmniej bardzo złe Rubieże. Mnóstwo tam roślinności, 

lecz żeglując blisko brzegów widzi się, że prawie cała jest skażona dewiacją. Są tafflł także 

zwierzęta,  a  większość  z  nich  wygląda  tak,  że  bez  trudu  można  je  sklasyfikować  jako 

występki wszelkiego znanego rodzaju. 

Po  dniu  lub  dwóch  dniach  dalszej  żeglugi  wciąż  płynie  się  bez  żadnych  wątpliwości 

wzdłuż wybrzeży Złego Kraju. Wkrótce wpływasz do wielkiej zatoki i dopływasz tam, gdzie 

nie ma żadnych przepaści; wszystko to jest Zły Kraj. 

Gdy  żeglarze  po  raz  pierwszy  zobaczyli  te  strony,  byli  trochę  przerażeni.  Czuli,  że 

pozostawili za sobą wszelką czystość i żeglują wciąż dalej od Boga, tam gdzie On nie będzie 

mógł im pomóc. Wszyscy wiedzą, że jeśli wstępujesz do Złego Kraju, umierasz; i nikt się nie 

spodziewał, że zobaczą go tak z bliska. Ale najbardziej martwiło ich to - a martwiło to także 

ludzi, którym opowiadali o tym po powrocie - że widzieli, jak spokojnie istnieją tam rzeczy, 

które sprzeciwiają się naturalnym prawom Boga - zupełnie tak, jakby miały do tego prawo. 

Na  pierwszy  rzut  oka  musiał  to  być  też  widok  wstrząsający.  Można  było  zobaczyć 

ogromne  skrzywione  kłosy  zboża  wyższe  od  małych  drzewek;  wielkie  rosnące  na  skałach 

saprofity,  których  korzenie,  długie  na  sześć  stóp,  powiewały  na  wietrze  jak  pęki  włosów; 

gdzieniegdzie  są  tam  kolonie  grzybów,  które  na  pierwszy  rzut  oka  ‘bierze  się  za  ogromne 

głazy,  widzi  się  soczyste  owoce  podobne  do  beczek,  lecz  tak  wielkie  jak  małe  domy  i  o 

kolcach długich na dziesięć stóp.  Są tam rośliny, które rosną na szczytach skał i  opuszczają 

grube zielone pnącza na sto lub więcej stóp aż do morza, a człowiek zastanawia się, czy to 

jest  roślina  lądowa,  która  szuka  słonej  wody,  czy  też  roślina  morska,  która  w  jakiś  sposób 

wspięła się na brzeg. Są setki rodzajów dziwnych rzeczy, a wśród nich ledwie jedna normalna 

-  to  jakby  dżungla  dewiacji  ciągnąca  się  całymi  milami.  Zdaje  się,  że  nie  ma  tam  wielu 

background image

zwierząt,  lecz  czasem  dojrzy  się  jakieś,  choć  nigdy  nie  umiałoby  się  go  nazwać.  Jest  dość 

wiele  ptaków,  ale  przeważnie  morskich,  a  raz  czy  dwa  ludzie  widzieli  jakieś  wielkie  istoty 

latające  w  oddali,  zbyt  daleko,  żeby  zorientować  się  jakie,  z  wyjątkiem  tego,  że  ich  lot  nie 

sprawiał  wrażenia  lotu  ptaków.  To  niesamowita,  zła  kraina  i  wielu  ludzi,  którzy  ją  widzą, 

rozumie nagle, co mogłoby się dziać tutaj, gdyby nie było Praw Czystości i inspektorów. 

To jest złe - lecz nie najgorsze. 

Jeszcze  dalej  na  południe  zaczyna  się  odnajdywać  miejsca,  gdzie  rosną  tylko  rośliny 

pospolite,  w  dodatku  nędzne,  a  wkrótce,  dopływa  się  do  takich  odcinków  wybrzeży  i  kraju 

poza nimi, na jakieś dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści mil w głąb, gdzie nic nie rośnie - w 

ogóle nic. 

Cały  brzeg  morza  jest  pusty  -  czarny,  szorstki  i  pusty.  Kraj  poza  nim  wygląda  jak 

ogromna  pustynia  utworzona  z  węgla  drzewnego.  Tam,  gdzie  zdarzają  się  skały,  mają  one 

ostre krawędzie, niczym nie złagodzone. Nie ma tam w morzu ani ryb, ani wodorostów, ani 

nawet  szlamu  i  gdy  statek  tamtędy  żegluje,  odpadają  z  niego  skorupiaki  i  wszelkie 

obrzydliwości  i  jego  kadłub  się  oczyszcza.  Nie  widać  żadnych  ptaków.  W  ogóle  nic  się  nie 

rusza oprócz fal rozbijających się na czarnych plażach. 

Jest to przerażające miejsce. Kapitanowie ze strachu przed nim nakazują swym statkom 

odpływać stamtąd i żeglarze z ulgą odpływają. 

A przecież nie mogło tam być tak zawsze, ponieważ istniał pewien statek, którego kapitan 

był na tyle śmiały, że płynął blisko brzegu. Załoga mogła zobaczyć wielkie kamienne ruiny. 

Wszyscy zgadzali się co do tego, że wyglądały zbyt regularnie jak na zjawisko naturalnego 

pochodzenia, i sądzili, że mogły to być resztki miast Starych Ludzi. Ale nikt nie wie o nich 

nic  więcej.  Większość  załogi  tego  statku  zmarniała  i  zmarła,  a  reszta  nigdy  już  potem  nie 

przyszła do siebie, więc żaden inny statek nie zaryzykował zbliżenia się do tych wybrzeży. 

Przez setki mil brzegu ciągnie się Zły Kraj z miejscami martwej, czarnej ziemi; w gruncie 

rzeczy ciągnie się tale daleko, że pierwsze statki zrezygnowały i zawracały, ponieważ załogi 

sądziły, że nigdy nie dopłyną do miejsc, gdzie będzie można dostać wodę i żywność. Ludzie 

wracali i mówili, że prawdopodobnie ten kraj ciągnie się aż do krańców ziemi. 

Słysząc to kaznodzieje i duchowni byli zadowoleni, gdyż było to bardzo podobne do tego, 

czego nauczali, i na pewien czas pozbawiło ludzi zainteresowania odkryciami. 

Lecz  później  ciekawość  odżyła  i  lepiej  wyekwipowane  statki  znów  pożeglowały  na 

południe.  Obserwator  na  jednym  z  nich,  człowiek  nazwiskiem  Marther,  w  dzienniku,  który 

opublikował, napisał mniej więcej tak: 

„Zdaje się, że Czarne Wybrzeże leży na krańcach Złego 

background image

Kraju. Ponieważ wszelkie zbliżenie się do niego kończy się 

prawdopodobnie fatalnie, nic nie można o nim powiedzieć 

na pewno oprócz tego, że jest całkowicie jałowe, a w nie 

.. których rejonach lśni w nocy przyćmionym blaskiem.” 

Tych  spostrzeżeń  można  było  dokonać  na  odległość,  jednakże  nie  potwierdzają  one 

poglądu  prawego  skrzydła  Partii  Kościelnej,  że  mamy  tu  do  czynienia  z  wynikami  nie 

kontrolowanej dewiacji. Nie ma żadnego dowodu na to, że jest to rana na powierzchni ziemi, 

której  przeznaczeniem  jest  rozszerzyć  się  na  wszystkie  rejony  nieczyste.  W  istocie  rzeczy 

prawdopodobniejsze wydaje się coś przeciwnego. To znaczy, że dokładnie tak jak Dziki Kraj 

staje  się  możliwy  do  uprawy,  tak  -  zdaje  się  -  Czarne  Wybrzeże  zwęża  się  w  głębi  Złego 

Kraju. Z koniecznej odległości nie można przeprowadzić obserwacji szczegółowych, lecz te, 

których  dokonano,  wykazują  logicznie,  że  formy  życia,  jakkolwiek  w  najbardziej 

bluźnierczych kształtach, wdzierają się stale w tę przerażającą pustkę”. 

Była to jedna z części dziennika, która naraziła Marther a na poważne kłopoty ze strony 

ludzi  myślących  ortodoksyjnie,  ponieważ  dawała  do  zrozumienia,  że  dewiacje  dalekie  od 

tego, żeby mogły się stać przekleństwem, skłaniają się, jakkolwiek powoli, ku poprawie. Ten 

pogląd,  wraz  z  półtuzinem  innych  herezji,  zaprowadził  Marthera  przed  sąd  i  dał  początek 

agitacji za zakazem dalszych odkryć. 

Jednakże  wśród  całego  tego  zamieszania  powrócił  do  Rigo  statek  pod  nazwą  „Los 

Szczęścia”, który od dawna już uważano za stracony. Przybył sponiewierany i z uszczuploną 

załogą, żagle miał połatane, bezanmaszt otaklowany tymczasowo, cały był w podłej kondycji, 

lecz  triumfalnie  ogłaszał,  iż  miał  honor  jako  pierwszy  dotrzeć  do  krajów  poza  Czarnym 

Wybrzeżem.  Na  dowód  tego  przywiózł  wiele  różności,  wraz  z  ozdobami  ze  złota,  srebra  i 

miedzi  i  z  ładunkiem  korzeni.  Dowód  ten  musiano  przyjąć  do  wiadomości,  lecz  mnóstwo 

kłopotów  sprawiły  korzenie,  bo  nie  było  sposobu,  żeby  określić,  czy  są  one  produktem 

skażonym  dewiacją,  czy  czystym.  Skrupulatni  wierni  nie  chcieli  ich  używać  z  obawy,  że 

mogą  być  skażone,  inni  woleli  wierzyć,  że  należą  one  do  tego  rodzaju  korzeni,  o  których 

wspomina Biblia. Jakiekolwiek były, sprzedano je na tyle korzystnie, że teraz statki zaczęły w 

ich poszukiwaniu żeglować na południe. 

Tamtejsze krainy nie są cywilizowane. Mieszkańcy nie mają poczucia grzechu, toteż nie 

przeciwdziałają  dewiacjom,  a  tam,  gdzie  mają  to  poczucie,  tam  panuje  zamieszanie.  Ludzie 

tamtejsi nie wstydzą się odmieńców, zdaje się, że nie martwią ich dzieci, które okazują się nie 

w  porządku,  pod  warunkiem  że  są  zdatne  do  życia  i  dbania  o  siebie.  W  innych  znów 

miejscach spotyka się dewiacje, które są przekonane o swej  normalności.  Istnieje plemię, w 

background image

którym  zarówno  mężczyźni,  jak  i  kobiety  nie  mają  włosów  i  sądzą,  że  włosy  to  znak 

diabelski; istnieje też inne, o białych włosach, i różowych oczach. W pewnym kraju sądzą, że 

nie  jest  się  prawdziwym  człowiekiem,  jeśli  nie  ma  się  błon  między  palcami  rąk  i  nóg;  w 

innym żadnej kobiecie, która nie ma wielu piersi, nie pozwala się mieć dzieci. 

Napotyka  się  wyspy,  na  których  wszyscy  ludzie  są  tędzy,  i  inne,  na  których  są  chudzi; 

mówią nawet, że istnieją pewne wyspy, na których obie płci mogłyby uchodzić za prawdziwe 

obrazy boskie, gdyby jakaś dziwna dewiacja nie uczyniła ich zupełnie czarnymi - choć nawet 

w to łatwiej uwierzyć niż w taką rasę dewiacji, która ma tylko dwie stopy wysokości, posiada 

sierść i ogon i żyje na drzewach. 

Mimo wszystko jest tam dziwniej, niż można by uwierzyć; a skoro już się to zobaczyło, 

prawie wszystko wydaje się możliwe. 

W  tamtych  stronach  jest  też  dość  niebezpiecznie.  Ryby  i  inne  stworzenia  morskie  są 

większe i drapieżniejsze niż tutaj. A kiedy schodzi się na brzeg, nigdy się nie wie, jak zostanie 

się przyjętym przez miejscowe dewiacje. W niektórych miejscach są one przyjazne, w innych 

strzelają  do  człowieka  zatrutymi  strzałami.  Na  pewnej  wyspie  rzucają  bombami  z  pieprzu 

zawiniętego w liście, a gdy dostanie się on do oczu, wtedy nacierają włóczniami. Po prostu 

nigdy nic nie wiadomo. 

Czasem,  gdy  ci  ludzie  zachowują  się  przyjaźnie,  nie  rozumiesz  tego,  co  usiłują 

powiedzieć, a oni nie rozumieją ciebie; ale częściej, gdy się trochę wsłuchasz, przekonasz się, 

że mnóstwo ich słów jest podobnych do naszych, wymawiane są tylko inaczej. I dowiadujesz 

się  też  pewnych  osobliwych,  niepokojących  rzeczy.  Wszyscy  oni  mają  niemal  te  same 

legendy co my o Starych Ludziach - o tym, że umieli latać, że potrafili budować miasta, które 

pływały po morzu, że umieli rozmawiać z sobą na odległość kilkuset mil, i tak dalej. Ale co 

najsmutniejsze, większość z nich - bez względu na to, czy mają siedem palców, cztery ręce, 

sześcioro piersi lub włosy na całym ciele - wierzy, że to oni są prawdziwym wzorem Starych 

Ludzi, a wszystko inne jest dewiacją. 

Z  początku  wydaje  się  to  śmieszne,  lecz  kiedy  spotyka  się  coraz  więcej  plemion 

przekonanych  o  tym  tak  samo,  jak  my  jesteśmy  przekonani  -  no  cóż,  wtedy  zaczynasz  się 

trochę dziwić. Zaczynasz pytać sam siebie: no, dobrze, jakiż my mamy oczywisty dowód, że 

jesteśmy  prawdziwym  obrazem?  Orientujesz  się,  że  Biblia  nie  mówi  nic,  co  przeczyłoby 

temu, że ludzie tamtych czasów byli tacy jak my, lecz z drugiej strony nie podaje też żadnej 

definicji człowieka. Nie, ta definicja pochodzi z Żalów Nicholsona - a on przyznaje, że pisał 

je  w  kilka  pokoleń  po  zesłaniu  Cierpienia,  więc  zastanawiasz  się,  czy  on  wiedział,  że  jest 

prawdziwym obrazem, czy tylko myślał, że nim jest... 

background image

Wuj Axel miał o wiele więcej do powiedzenia o krajach Południa, niż mogę zapamiętać, i 

wszystko  to  było  na  swój  sposób  interesujące,  ale  nie  powiedział  mi  tego,  co  chciałem 

wiedzieć. W końcu spytałem go otwarcie: 

- Wuju Axelu, czy są tam jakieś miasta? 

- Miasta? - powtórzył. - No cóż, tu i ówdzie spotyka się coś w rodzaju miasta. Może tak 

dużego jak Kentak, ale inaczej zbudowanego. 

- Nie - powiedziałem. - Myślę o wielkich miastach. - Opisałem miasto z mego snu, ale nie 

mówiąc mu, że to był sen. 

Spojrzał na mnie dziwnie. 

- Nie, nigdy nie słyszałem o takim mieście - powiedział. 

- Może jest dalej? Dalej, niż dopłynąłeś? - pytałem. 

Potrząsnął głową. 

-  Nie  można  płynąć  dalej.  Morze  staje  się  pełne  wodorostów.  Masy  wodorostów  o 

łodygach jak liny. Statek nie może się przez nie przedrzeć, a jeśli już w ogóle się tam dotrze, 

jest dosyć kłopotów z wyplątaniem się z nich. 

- O! - powiedziałem. - Jesteś całkiem pewien, że nie ma tam miasta? 

- Na pewno - odparł. Słyszelibyśmy już o nim, gdyby było. 

Rozczarowałem  się.  Wyglądało  ria  to,  że  ucieczka  na  Południe,  nawet  gdybym  potrafił 

znaleźć statek, który by mnie zabrał, nie byłaby o wiele lepsza niż ucieczka do Rubieży. Przez 

pewien czas miałem trochę nadziei, lecz teraz musiałem wrócić do myśli, że miasto, o którym 

śniłem, musiało być jednak jednym z miast Starych Ludzi. 

Wuj  Axel  mówił  dalej  o  wątpliwościach,  jakie  wyniósł  ze  swej  podróży  na  temat 

prawdziwego obrazu. Rozwijał to dość szeroko,,a po chwili urwał, żeby spytać mnie wprost: 

- Rozumiesz, Davie, dlaczego ci to wszystko opowiadam, prawda? 

Nie  byłem  pewien,  czy  rozumiem.  Co  więcej,  niechętnie  widziałem  lukę  w  solidnej, 

swojskiej  ortodoksji,  której  mnie  nauczono.  Przypomniałem  sobie  zdanie,  które  słyszałem 

wiele razy: 

- Straciłeś wiarę? - spytałem. Wuj Axel parsknął i skrzywił się. 

-  Słowa  z  kazania!  -  powiedział  i  namyślał  się  przez  chwilę.  -  Mówię  ci  -  ciągnął  -  że 

mnóstwo ludzi, twierdząc, że coś jest takie, jakie jest, nie daje na to dowodu. Mówię ci, że 

nikt naprawdę nie wie, jaki jest prawdziwy obraz. Oni wszyscy myślą, że wiedzą, tak jak my 

myślimy,  że  wiemy,  ale  możemy  dowieść  tylko  tego,  że  Starzy  Ludzie  sami  mogli  nie  być 

prawdziwym obrazem. - Odwrócił się i znów patrzył na mnie długo i poważnie. 

-  Tak  więc  -  powiedział  -  jakże  ktokolwiek  może  być  pewien,  że  ta  „różnica”,  którą 

background image

odznaczasz  się  ty  i  Rosalinda,  nie  zbliża  cię  bardziej  do  prawdziwego  obrazu  niż  innych 

ludzi? Być może Starzy Ludzie byli tym obrazem; więe dobrze, opowiada się o nich między 

innymi, że potrafili rozmawiać z sobą na duże odległości. Otóż my tego nie potrafimy - ale ty 

i  Rosalinda  potraficie.  Pomyśl  tylko  nad  tym,  Davie.  Wy  dwoje  możecie  być  bliżsi 

prawdziwego obrazu niż my. 

Wahałem się może przez minutę, a potem zdecydowałem się. 

- Nie tylko Rosalinda i ja, Wuju Axelu - powiedziałem mu. - Są także inne dzieci. 

Był przerażony. Wytrzeszczył na mnie oczy. 

- Inne? - powtórzył. - Kim one są? Ile ich jest? Potrząsnąłem głową. 

-  Nie  wiem,  kina  są,  to  znaczy:  nie  znam  nazwisk.  Nazwiska  nie  przybierają  kształtów 

myśli, toteż nigdy nas nie obchodziły. Po prostu wie się, kto myśli, tak jak wie się, kto mówi. 

O tym, że Rosalinda jest Rosalinda, dowiedziałem się tylko przez przypadek. 

Wciąż patrzył na mnie poważnie, z niepokojem. 

- Ilu was jest? - powtórzył.. 

-  Ośmioro  -  powiedziałem.  -  Było  dziewięcioro,  lecz  jeden  z  nas  ucichł  jakiś  miesiąc 

temu. O to właśnie chciałem cię spytać, Wuju Axelu, czy myślisz, że ktoś się dowiedział?... 

On ucichł nagle. Zastanawialiśmy się, czy ktoś o tym wie... Widzisz, jeśli dowiedzieli się o 

nim... - pozwoliłem mu samemu wyciągnąć z tego wniosek. 

Teraz on potrząsnął głową. 

- Tego nie przypuszczam. Prawie na pewno usłyszelibyśmy o tym. Może wyjechał. Czy 

mieszkał gdzieś tu w pobliżu? 

-  Tak sądzę, dokładnie nie wiem  -  powiedziałem.  - Ale jestem  pewien, że powiedziałby 

nam, gdyby miał wyjechać. 

- Powiedziałby wam też, gdyby ktoś się dowiedział, prawda? - odparł. - To, że stało się to 

tak nagle, wygląda mi raczej na jakiś wypadek. Chciałbyś, żebym spróbował to wybadać? 

- Tak, proszę. Niektórych z nas to przestraszyło - wyjaśniłem. 

-  Bardzo dobrze  -  skinął  głową.  -  Zobaczę, czy  będę mógł.  To był  chłopiec, powiadasz. 

Prawdopodobnie niedaleko stąd. Jakiś miesiąc temu. Coś jeszcze? 

Powiedziałem  mu  to,  co  wiedziałem,  ale  było  tego  bardzo  niewiele.  Poczułem  ulgę,  że 

Wuj spróbuje zbadać, co się stało. Teraz, kiedy już minął miesiąc, a nikomu innemu z nas nie 

przytrafiło się nic podobnego, byliśmy mniej niespokojni niż dawniej, ale wciąż daleko nam 

było do zupełnego spokoju. 

Zanim rozstaliśmy się, wrócił do swej poprzedniej rady, żebym pamiętał, iż nikt nie może 

być pewien, jaki jest prawdziwy obraź. 

background image

Później zrozumiałem, dlaczego mi tak radził.” Zdałem sobie też sprawę, że niewiele go 

obchodziło, jaki był prawdziwy obraz. Nie umiem powiedzieć, czy to było mądrze, czy nie z 

jego  strony,  że  próbował  uprzedzić  zarówno  strach  jak  i  poczucie  niższości,  które  -  jak 

przewidywał  -  czeka nas, gdy  dowiemy się więcej  o sobie samych i  o naszej  inności.  Może 

byłoby  lepiej  na  razie  dać  temu  spokój  -  z  drugiej  strony  może  zmniejszyłoby  to  nieco 

rozpacz naszego ocknięcia się... 

W  każdym  razie  chwilowo  postanowiłem  nie  uciekać  z  domu.  Wyglądało  na  to,  że 

trudności praktyczne są ogromne. 

 

7. 

 

Przyjście  na  świat  mojej  siostry  Petry  stało  się  dla  mnie  prawdziwą,  a  dla  wszystkich 

innych rzekomą niespodzianką. 

W  ciągu  poprzednich  mniej  więcej  dwóch  tygodni  panował  w  domu  lekki,  trochę 

nieokreślony nastrój oczekiwania, lecz nie wspominano o nim i nie przyznawano się do niego. 

Co  do  mnie,  poczucie,  iż  trzyma  się  mnie  w  nieświadomości  czegoś,  co  ma  nastąpić, 

pozostało nie wyjaśnione aż do nocy, w której dziecko zapłakało. Był to płacz przenikliwy, co 

do  którego  nie  można  było  się  pomylić,  i  z  pewnością  rozlegający  się  w  domu,  w  którym 

jeszcze  dzień  przedtem  nie  było  żadnego  dziecka.  W  istocie  nikt  nie  śmiałby  wspomnieć  o 

całej sprawie, dopóki nie wezwie się inspektora, żeby wydał certyfikat zaświadczający, że to 

dziecko jest istotą ludzką, będącą prawdziwym obrazem Gdyby na nieszczęście okazało się, 

że  obraz  został  przez  nie  pogwałcony  i  wobec  tego  nie  można  wydać  certyfikatu,  wszyscy 

udawaliby dalej, że nic o tym nie wiedzą, i cały pożałowania godny incydent zostałby uznany 

za niebyły. 

Skoro tylko zrobiło się jasno, ojciec wysłał stajennego na koniu, żeby wezwał inspektora, 

a  oczekując  jego  przybycia,  wszyscy  domownicy  usiłowali  ukryć  swój  niepokój  udając,  że 

oto zaczynają po prostu jeszcze jeden zwykły dzień. 

To  udawanie  zmniejszyło  się  nieco,  gdy  czas  upływał,  bowiem  stajenny,  zamiast 

natychmiast przywieźć z sobą inspektora, jak tego należało się spodziewać, biorąc pod uwagę 

stanowisko  i  wpływy  mego  ojca,  wrócił  z  uprzejmym  zawiadomieniem,  że  inspektor  z 

pewnością uczyni wszystko, żeby znaleźć czas na złożenie nam wizyty w ciągu dnia. 

Nawet  cnotliwy  człowiek  postępuje  bardzo  niemądrze,  jeśli  kłóci  się  ze  swym 

miejscowym  inspektorem  i  publicznie  obrzuca  go  wyzwiskami.  Inspektor  ma  zbyt  wiele 

możliwości, żeby się odegrać. 

background image

Ojciec rozgniewał się bardzo, tym więcej że konwenanse nie pozwalały mu przyznać się, 

dlaczego  się  gniewa.  Ponadto  dobrze  wiedział,  że  inspektor  miał  zamiar  go  rozgniewać. 

Spędził przedpołudnie chodząc z kąta w kąt po domu i po podwórzu, tu i ówdzie wybuchając 

gniewem  z  powodu  jakiegoś  głupstwa,  tak  że  wszyscy  stąpali  na  palcach  i  pracowali 

naprawdę ciężko, żeby nie ściągać na siebie jego uwagi. 

Nie  ośmielano  się  ogłosić  narodzin,  dopóki  dziecko  nie  zostanie  urzędowo  zbadane  i 

przyjęte;  a  im  dłużej  odwlekano  formalne  ogłoszenie,  tym  więcej  powodów  zwłoki 

wynajdywał  złośliwy  czas.  Zdawało  się,  że  człowiek  cieszący  się  poważaniem  powinien 

otrzymać certyfikat najwcześniej jak to możliwe. A skoro nie wspominano i nie wymieniano 

słowa  „dziecko”,  wszyscy  musieliśmy  udawać,  że  matka  pozostaje  w  łóżku  z  powodu 

lekkiego przeziębienia czy innej niedyspozycji. 

Siostra  Mary  od  czasu  do  czasu  znikała  w  pobliżu  pokoju  matki,  a  przez  resztę  czasu 

usiłowała pokryć swój niepokój głośnym poganianiem folwarcznych dziewcząt. Ja czułem się 

zmuszony  być  gdzieś  blisko,  żeby  nie  przegapić  ogłoszenia,  gdy  ono  już  nadejdzie.  Ojciec 

wciąż się złościł. 

Napięcie  pogłębiało  się,  gdyż  wszyscy  wiedzieli,  że  przy  dwóch  ostatnich  podobnych 

okazjach  w  ogóle  nie  wydano  żadnego  certyfikatu.  Ojciec  musiał  dobrze  wiedzieć  -  a  bez 

wątpienia inspektor wiedział o tym także - że krążyło mnóstwo milczących pytań, czy ojciec - 

jak na to prawo zezwalało - oddali matkę, jeśli ten przypadek okaże się podobnie niefortunny. 

Tymczasem,  ponieważ  uganianie  się  za  inspektorem  byłoby  zarówno  niegrzeczne,  jak 

uchybiające własnej godności, nie można było zrobić nic innego, jak tylko znosić to napięcie 

najlepiej, jak umieliśmy. 

Dopiero  wczesnym  popołudniem  inspektor  przyczłapał  na  swoim  koniku,  Ojciec 

opanował się i wyszedł go przywitać; dusił go niemal wysiłek, żeby zachować się uprzejmie. 

Inspektor  nie  spieszył  się.  Leniwie  zsiadł  z  konia  i  poszedł  ku  domowi,  rozmawiając  o 

pogodzie. Ojciec, czerwony na twarzy, polecił Mary, żeby zaprowadziła go do pokoju matki. 

Potem nastąpiło najgorsze z wszystkiego - oczekiwanie. 

Mary mówiła później, że inspektor nieprawdopodobnie długo mruczał i burczał, badając 

dziecko  bardzo  szczegółowo.  Wreszcie  jednak  skończył;  twarz  miał  pozbawioną 

jakiegokolwiek wyrazu. W rzadko używanym pokoju usiadł przy stole i przez chwilę zrzędził, 

dobierając odpowiednie gęsie pióro. W końcu wyjął z torby formularz i powoli, z namysłem 

napisał,  iż  stwierdził  oficjalnie,  że  dziecko  jest  prawdziwą  żeńską  istotą  ludzką,  wolną  od 

wszelkiej możliwej  do wykrycia dewiacji. Przyglądał  się pismu przez chwilę w zamyśleniu, 

jak  gdyby nie był  z niego zupełnie zadowolony.  Jego ręka zawahała się,  zanim je wreszcie 

background image

opatrzył  datą  i  podpisał,  potem  ostrożnie  posypał  piaskiem  i  wciąż  jeszcze  jakby  trochę 

niepewnie  wręczył  je  doprowadzonemu  do  wściekłości  ojcu.  Nie  miał  oczywiście  żadnych 

istotnych  wątpliwości  ani  nie  mógł  wydać  innej  opinii;  ojciec  również  doskonale  o  tym 

wiedział. 

W końcu istnienie Petry zostało uznane Powiedziano mi oficjalnie, że mam nową siostrę, 

i  zaprowadzono  mnie,  żebym  ją  obejrzał,  leżącą  w  dziecinnym  łóżeczku  przy  łóżku  matki. 

Wydawała mi się taka różowa i  pomarszczona, że nie rozumiałem, w jaki  sposób  inspektor 

mógł być tak całkiem jej pewien. Jednakże nie miała niczego nie w porządku, a więc dostała 

swój  certyfikat.  Nikt  nie  mógł  winić  o  to  inspektora:  wyglądała  tak  normalnie,  jak  zawsze 

normalnie wygląda nowo narodzone dziecko... 

Podczas  gdy  oglądaliśmy  ją  kolejno,  ktoś  zaczął  uderzać  w  stajenny  dzwon  na  zwykły 

sposób.  Na  farmie  przerwano  pracę  i  wkrótce  zgromadziliśmy  się  wszyscy  w  kuchni  na 

dziękczynne modlitwy. 

W dwa, a może to było w trzy dni po narodzinach Petry, zdarzyło mi się poznać fragment 

rodzinnej historii, którego wolałbym był nie poznawać. 

Siedziałem  sobie  spokojnie  w  pokoju  sąsiadującym  z  sypialnią  rodziców,  gdzie  matka 

wciąż jeszcze leżała w łóżku. Przypadek sprawił, że stałem  się świadkiem  tragedii. Było  to 

ostatnie  miejsce,  w  którym  -  jak  się  zorientowałem  -  mogłem  ukryć  się  na  pewien  czas  po 

południowym posiłku, dopóki horyzont się nie oczyści i będę mógł wymknąć się tak, żebym 

nie  dostał  żadnego  zajęcia  na  popołudnie;  dotychczas  nikomu  nie  przyszło  na  myśl,  żeby 

mnie tam szukać. Musiało się tylko przeczekać tam przez jakieś pół godziny. Normalnie ten 

pokój  był bardzo odpowiedni do czekania, lecz  właśnie teraz trzeba było korzystać z niego 

ostrożnie, gdyż ściana z plecionki między pokojami trzeszczała i musiałem bardzo ostrożnie 

poruszać się na palcach, żeby mnie matka nie usłyszała. 

Tego  szczególnego  dnia  myślałem  właśnie,  że  odczekałem  już  dość  długo  na  to,  żeby 

ludzie znowu wrócili  do pracy,  gdy zajechała przed dom  dwukółka. Kiedy przejeżdżała pod 

oknem, zauważyłem, że lejce trzyma moja Ciotka Harriet. 

Widziałem ją tylko może osiem lub dziewięć razy, bo mieszkała o piętnaście mil od nas 

w  kierunku  Kentak,  lecz  podobało  mi  się  to,  co  o  niej  wiedziałem.  Była  o  jakieś  trzy  lata 

młodsza od mojej matki. Na pierwszy rzut oka były do siebie podobne, a przecież każdy rys 

Ciotki  Harriet  był  nieco  zmiękczony,  tak  że  jednak  różniły  się  od  siebie  wyglądem.  Często 

gdy  patrzyłem  na  nią,  czułem,  że  patrzę  na  matkę  taką,  jaka  mogłaby  być,  taką,  jaka  - 

myślałem  -  chciałbym,  żeby  była.  Łatwiej  było  z  nią  także  rozmawiać;  nie  miała  tego 

peszącego zwyczaju słuchania tylko po to, żeby móc zwracać komuś uwagę. 

background image

W  samych  pończochach  ostrożnie  przysunąłem  się  do  okna,  obserwowałem  ją,  jak 

przywiązuje konia, wyjmuje z wózka jakieś białe zawiniątko i niesie je do domu. Nie mogła 

spotkać nikogo, bo w kilka sekund później przeszła pod mymi drzwiami i szczęknęła klamka 

sąsiedniego pokoju. 

-  Cóż  to,  Harriet!  -  zawołała  matka  ze  zdumieniem  i  niezupełnie  z  aprobatą.  -  Tak 

wcześnie! Nie chcesz chyba powiedzieć, że wiozłaś to maleństwo przez całą drogę. 

- Wiem - odparła Ciotka Harriet, przyjmując naganę w tonie mojej matki - ale musiałam 

to zrobić, Emily. Musiałam. Dowiedziałam się, że twoje dziecko już się urodziło, więc... ach, 

to ona! Ach, jaka ona jest śliczna, Emiły. To śliczne dziecko. - Nastąpiła pauza. Teraz dodała: 

- I moja jest także śliczna, prawda? Czy to nie jest śliczne kochanie? 

Nastąpiła  pewna  ilość  wzajemnych  gratulacji,  które  zupełnie  mnie  nie  interesowały. 

Naprawdę  nie  przypuszczałem,  żeby  niemowlęta  zbytnio  się  różniły  jedno  od  drugiego. 

Matka powiedziała: 

- Cieszę się, moja droga. Henry musi być zachwycony. 

-  Oczywiście  -  odparła  Ciotka  Harriet,  ale  w  sposobie,  w  jaki  to  powiedziała,  było  coś 

osobliwego.  Nawet  ja  to  zauważyłem.  Spiesznie  mówiła  dalej:  -  Urodziła  się  tydzień  temu. 

Nie  wiedziałam,  co  robić.  Potem,  kiedy  się  dowiedziałam,  że  twoje  urodziło  się  trochę  za 

wcześnie i  że to  też dziewczynka, to  było  tak, jak gdyby  Bóg wysłuchał  mojej  modlitwy. - 

Urwała, a potem dodała niby niedbale, co jednak wcale niedbale nie zabrzmiało:  - Dostałaś 

dla niej certyfikat? 

-  Oczywiście  -  ton  matki  był  ostry,  zaczepny.  Wiedziałem,  jak  wygląda,  gdy  tak  mówi. 

Gdy znów przemówiła, w jej głosie brzmiał niepokój: 

- Harriet! - spytała ostro. - Czy chcesz mi powiedzieć, że ty nie dostałaś certyfikatu? 

Ciotka nie odpowiedziała, lecz zdawało mi się, że dosłyszałem stłumiony szloch. Matka 

powiedziała zimno, dobitnie: 

- Harriet, daj mi obejrzeć to dziecko - dokładnie. 

Przez  kilka  sekund  nie  słyszałem  nic,  Ciotka  załkała  kilka  razy.  Potem  powiedziała 

niepewnie: 

- Widzisz, to tylko taki drobiazg. To nic wielkiego. 

- Nic wielkiego! - zgrzytnęła zębami matka. - Masz czelność przynosić tego potwora do 

mego domu i mówić mi, że to nic wielkiego! - Potwora! - Ciotka Harriet krzyknęła, jakby ją 

uderzono. 

- Och, och, och! - Zaczęła cicho jęczeć. Po pewnym czasie matka powiedziała: 

- Nic dziwnego, że nie ośmieliłaś się wezwać inspektora. 

background image

Ciotka  Harriet  wciąż  płakała.  Matka  zaczekała,  aż  szlochanie  niemal  ustało,  potem 

powiedziała: 

- Chciałabym wiedzieć, po co tu przyszłaś, Harriet? Po co tu to przyniosłaś? 

Ciotka Harriet wytarła nos. Gdy zaczęła mówić, jej głos brzmiał tępo, monotonnie: 

- Kiedy się urodziła... kiedy ją zobaczyłam, chciałam się zabić. Wiedziałam, że nigdy jej 

nie  zatwierdzą,  chociaż  to  taki  drobiazg.  Ale  nie  zrobiłam  tego,  bo  myślałam,  że  może 

mogłabym ją w jakiś sposób uratować. Kocham ją. To śliczne dziecko - z tym wyjątkiem. Jest 

śliczna, prawda? 

Matka nic nie odpowiedziała. Ciotka Harriet ciągnęła: 

-  Nie  wiedziałam  jak,  ale  miałam  nadzieję.  Wiedziałam,  że  mogę  ją  zatrzymać  przez 

pewien  czas,  zanim  ją  zabiorą  -  oni  pozwalają  odczekać  miesiąc,  zanim  musi  się  ich 

zawiadomić. Postanowiłam, że zatrzymam ją przynajmniej tak długo. 

- A Henry? Co na to Henry? 

- On... on powiedział, że powinniśmy zawiadomić ich od razu. Ale ja mu nie pozwoliłam, 

nie mogłam, Emily. Nie mogłam. Boże drogi, nie po raz trzeci! Zatrzymałam ją i modliłam 

się,  modliłam  się  i  miałam  nadzieję.  A  potem,  kiedy  się  dowiedziałam,  że  twoje  dziecko 

urodziło się wcześniej, pomyślałam sobie, że to może Bóg wysłuchał moich modlitw. 

- Doprawdy, Harriet - zimno powiedziała matka - wątpię, żeby to miało z tym cokolwiek 

wspólnego. Nie wiem też - dodała z naciskiem - co masz na myśli. 

-  Pomyślałam  -  Ciotka  Harriet  mówiła  teraz  tonem  zniechęconym,  zmuszając  się  do 

wypowiadania  słów  -  pomyślałam,  że  gdybym  mogła  zostawić  u  ciebie  moje  dziecko,  a 

pożyczyć twoje... 

Matce zaparło dech z niedowierzania. Widocznie nie mogła znaleźć słów. 

-  Tylko  na  jeden  lub  dwa  dni;  tylko  na  tyle,  żebym  mogła  dostać  certyfikat  -  wytrwale 

mówiła Ciotka Harriet. - Jesteś moją siostrą, Emily... moją siostrą i jedyną osobą na świecie, 

która może mi pomóc zatrzymać moje dziecko. 

Znowu zaczęła płakać. Nastąpiła dłuższa pauza, potem rozległ się głos matki: 

- Nigdy w życiu nie słyszałam niczego tak oburzającego. Przychodzić tutaj i proponować, 

żebym  dała  się  wciągnąć  w  niemoralny,  kryminalny  spisek!...  Chyba  zwariowałaś,  Harriet. 

Przypuszczać,  że  mogłabym  ci  pożyczyć...  -  urwała  na  odgłos  ciężkich  kroków  ojca  w 

korytarzu. 

- Joseph! - zawołała do niego” gdy  wszedł.  - Wyrzuć ją. Powiedz jej, żeby opuściła ten 

dom i... zabrała z sobą to. 

- Ależ - powiedział ojciec oszołomiony - ależ to jest Harriet moja droga. 

background image

Matka  wyjaśniła  sytuację  szczegółowo.  Ciotka  Harriet  nie  odezwała  się  ani  razu.  Na 

koniec ojciec spytał z niedowierzaniem: 

-  Czy  to  prawda?  Czy  po  to  tutaj  przyjechałaś?  Powoli,  zmęczonym  głosem,  Ciotka 

Harriet mówiła: 

- To już trzeci raz. Znowu zabiorą mi dziecko, tak jak zabrali tamte. Nie wytrzymam tego 

- nie wytrzymam tego jeszcze raz. Myślę, że Henry mnie wyrzuci. Znajdzie sobie inną żonę, 

która będzie mogła dać  mu  odpowiednie dzieci.  Nic... nic na świecie mi  nie zostanie... nic. 

Przyszłam tutaj  z niewiarygodną nadzieją, że spotka mnie współczucie i  pomoc. Emily jest 

jedyną osobą, która może mi pomóc. Ja... teraz widzę, jaka głupia byłam, że w ogóle miałam 

nadzieję. 

Nikt nic na to nie powiedział. 

- Bardzo dobrze... rozumiem. Teraz pójdę - powiedziała obumierającym głosem. 

Ojciec  nie  był  człowiekiem,  którego  stosunek  do  tej  sprawy  można  by  było  podać  w 

wątpliwość: 

-  Nie  rozumiem,  jak  śmiałaś  przyjść  tutaj,  do  bogobojnego  domu,  z  taką  propozycją  - 

powiedział. - A jeszcze gorzej, że nie okazujesz ani odrobiny wstydu i wyrzutów sumienia. 

Gdy Ciotka Harriet odpowiedziała, jej głos brzmiał silniej: 

-  A  czemuż  miałabym  okazywać?  Nie  zrobiłam  nic,  czego  miałabym  się  wstydzić.  Nie 

jestem zawstydzona - jestem pobita. 

-  Nie  wstydzisz  się!  -  odpowiedział  ojciec  -  nie  wstydzisz  się,  że  próbowałaś  wciągnąć 

własną  siostrę  w  zbrodniczy  spisek!  -  Zaczerpnął  oddechu  i  zagrzmiał  w  kaznodziejskim 

stylu:  -  Napastują  nas  wrogowie  Boga.  Przez  nas  próbują  uderzyć  w  Niego.  Starają  się 

ustawicznie,  żeby  zniekształcić  prawdziwy  obraz:  poprzez  nasze  słabsze  naczynia  usiłują 

splugawić rasę. Zgrzeszyłaś, kobieto, zbadaj swe serce, a dowiesz się, że zgrzeszyłaś. Twój 

grzech osłabił naszą obronę i wróg uderzył przez ciebie. Nosisz na swej odzieży krzyż, żeby 

cię  chronił,  ale  nie  zawsze  nosiłaś  go  w  swym  sercu.  Nie  trwałaś  w  czujności  przed 

nieczystością.  Tak  więc  zdarzyła  się  dewiacja;  a  dewiacja,  każda  dewiacja  od  prawdziwego 

obrazu nie jest niczym innym jak bluźnierstwem. Urodziłaś plugastwo. 

- Jedno biedne, małe dziecko! 

-  Dziecko,  które  -  gdybyś  mogła  postąpić,  jak  chcesz  -  rosłoby,  aby  się  rozmnażać,  a 

rozmnażając  się,  szerzyłoby  plugastwo,  aż  wszędzie  wokół  nas  rozpleniliby  się  odmieńcy  i 

plugawcy. To właśnie stało się tam, gdzie wola i wiara osłabły; tutaj nigdy się to nie zdarzy. 

Nasi  przodkowie  byli  z  prawdziwego  pnia;  oni  przekazali  nam  zaufanie.  Czy  ma  ci  się 

pozwolić, żebyś zdradziła nas wszystkich? Żeby przez ciebie nasi przodkowie żyli na próżno? 

background image

Wstydź się, kobieto! A teraz idź! Odejdź do domu w pokorze, a nie trwaj w zaślepieniu. Zgłoś 

swoje  dziecko  zgodnie  z  prawem.  A  potem  odpraw  pokutę,  żeby  się  oczyścić.  I  I  módl  się. 

Musisz  wiele  się  modlić.  Nie  tylko  popełniłaś:  bluźnierstwo,  wydając  na  świat  fałszywy 

obraz,  lecz  w  swej;  arogancji  postąpiłaś  wbrew  prawu  i  zgrzeszyłaś  rozmyślnie.  Ja  jestem 

człowiekiem miłosiernym: nie oskarżę cię o to. Do ciebie będzie należało, żebyś zmazała to 

ze  swego  sumienia;  żebyś  padła  na  kolana  i  modliła  się  -  modliła  się  to,  aby  twój  grzech 

rozmyślny - tak jak inne twe grzechy - mógł zostać ci wybaczony. 

Usłyszałem  lekkie  kroki.  Dziecko  cichutko  zakwiliło,  gdy  Ciotka  Harriet  wzięła  je  na 

ręce. Podeszła ku drzwiom, ujęła klamkę, potem zatrzymała się. 

-  Będę  się  modliła  -  powiedziała.  -  Tak,  będę  się  modliła.  -  Urwała,  a  potem  ciągnęła 

głosem silnym i twardym: - Będę się modliła do Boga, żeby zesłał miłosierdzie na ten ohydny 

świat  i  współczucie  dla  słabych,  i  miłość  dla  nieszczęśliwych  i  godnych  pożałowania. 

Zapytam Go, czy rzeczywiście jest Jego wolą, żeby to dziecko cierpiało, ja jego dusza została 

potępiona przez małą skazę ciała... będę Go także prosiła, żeby złamał serca obłudników... 

Potem drzwi się zamknęły i słyszałem, jak powoli szła korytarzem. 

Ostrożnie wróciłem do okna i patrzyłem, jak wyszła i łagodnie złożyła białe zawiniątko 

na  wózku.  Przez  kilka  sekund  stała,  patrząc  na  nie,  potem  odwiązała  konia,  wspięła  się  na 

kozioł i wzięła zawiniątko na kolana, jedną ręką okrywając je płaszczem. 

Odwróciła się, a w moich myślach utrwalił się jej obraz. Dziecko złożone na ręku, na pół 

rozchylony  płaszcz,  ukazujący  górną  część  brązowego,  obszytego  wstążką  krzyża  na  jasnej 

sukni, i w twarzy, twardej jak granit, oczy, które - zdawało się - patrząc ku domowi nie widzą 

niczego... 

Potem potrząsnęła lejcami i odjechała. 

Za mną, w sąsiednim pokoju, mówił ojciec: 

-  I  jeszcze  herezja!  Na  prośbę  zamiany  można  było  przymknąć  oczy;  kobiety  miewają 

czasem  w  takich  wypadkach  dziwne  pomysły.  Byłem  gotów  patrzeć  na  to  przez  palce  pod 

warunkiem,  że  zgłosi  dziecko  Ale  z  herezją  to  inna  sprawa.  Ta  kobieta  jest  równie 

niebezpieczna,  jak  bezwstydna;  nigdy  bym  nie  uwierzył,  że  twoja  siostra  może  być  tak 

niegodziwa. Pomyśleć, że mogłabyś jej pomóc w przestępstwie, wiedząc, że ty sama musiałaś 

dwa  razy  odprawiać  pokutę!  I  jeszcze  wygłaszać  herezje  w  moim  domu!  Tego  nie  można 

puścić płazem 

-  Może  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  co  mówi  -  powiedziała  matka  niepewnym 

tonem. 

- Więc czas, żeby sobie zdała sprawę. Naszym obowiązkiem jest tego dopilnować. 

background image

Matka zaczęła coś mówić, lecz głos jej się załamał. Zaczęła płakać: nigdy przedtem nie 

słyszałem,  żeby  płakała,  W  dalszym  ciągu  rozlegał  się  głos  ojca,  wyjaśniającego  potrzebę 

czystości myśli tak samo jak serca i postępowania, i jej zupełnie szczególnego znaczenia dla 

kobiet. Wciąż jeszcze mówił, kiedy odszedłem stamtąd na palcach. 

Nie mogłem opanować uczucia wielkiej ciekawości, jaki to był ten „drobiazg”, wskutek 

którego  dziecko  było  nie  w  porządku.  Myślałem,  że  może  to  był  po  prostu  dodatkowy 

paluszek jak u Sophie. Ale nigdy nie dowiedziałem się, co to było. 

Kiedy nazajutrz powiedziano mi, że ciało mojej Ciotkij Harriet znaleziono w rzece, nikt 

nie wspomniał o dziecku.” 

 

8. 

 

W dniu, w którym nadeszła ta wiadomość, ojciec włączył imię Ciotki Harriet do naszych 

wieczornych  modlitw,  lecz  potem  już  nigdy  o  niej  nie  wspomniał.  Było  tak,  jak  gdyby 

wymazano  ją  z  pamięci  wszystkich,  tylko  nie  z  mojej.  W  niej  pozostała  bardzo  wyraźnie, 

przybierając  wtedy,  kiedy  ją  tylko  słyszałem,  kształt  wyprostowanej  postaci  o  twarzy 

pozbawionej nadziei i o głosie mówiącym dobitnie: „Nie jestem zawstydzona  - jestem tylko 

pobita”. A także taka, jaką widziałem ją po raz ostatni, patrzącą na nasz dom. 

Nikt  mi  nie  powiedział,  w  jaki  sposób  umarła,  lecz  coś  mi  mówiło,  że  nie  był  to 

przypadek.  Nie  rozumiałem  wiele  z  tego,  co  podsłuchałem,  a  przecież  było  to  najbardziej 

niepokojące  z  dotychczas  znanych  mi  zdarzeń  -  przeraziło  mnie  z  jakiegoś  niepojętego 

powodu  poczuciem  niepewności  o  wiele  większym,  niż  to,  którego  doznałem  w  przypadku 

Sophie, Przez kilka nocy śniła mi się Ciotka Harriet leżąca w wodzie, wciąż tuląca do siebie 

białe zawiniątko, podczas gdy woda zwijała jej włosy wokół bladej twarzy, a szeroko otwarte 

oczy nie widziały niczego. I byłem przerażony... 

Stało  się  to  po  prostu  dlatego,  że  dziecko  różniło  się  odrobinę  od  innych  dzieci.  Albo 

miało coś, albo brakowało mu czegoś, tak że niezupełnie zgadzało się z Definicją. Istniał ten 

„drobiazg”,  który  uczynił  je  kimś  nie  całkiem  w  porządku,  nie  całkiem  takim,  jak  inni 

ludzie... 

Mój ojciec nazwał je odmieńcem... Odmieniec!... Pomyślałem o niektórych wypalonych 

na tabliczkach tekstach. Przypomniałem sobie kazanie wędrownego kaznodziei; odrazę, jaka 

brzmiała w jego głosie, gdy grzmiał z kazalnicy: Przeklęty jest odmieniec! 

Przeklęty  jest  odmieniec...  Odmieniec,  wróg  nie  tylko  ludzkiej  rasy,  lecz  wszystkich 

gatunków,  które  Bóg  stworzył;  niosący  w  sobie  nasienie  diabła,  usiłujący  niezmordowanie, 

background image

wieczyście  się  urzeczywistnić  po  to,  by  zniszczyć  Boski  ład  i  zamienić  nasz  kraj,  twierdzę 

woli  Boga na ziemi,  w  sprośny  chaos podobny  do Rubieży;  usiłujący uczynić  go miejscem 

bez prawa, takim jak kraje Południa, o których mówił Wuj Axel, gdzie rośliny i zwierzęta, a 

także niemal ludzkie istoty rodziły jakieś dziwadła; gdzie prawdziwa rasa ustępowała miejsca 

trudnym  do  nazwania  stworzeniom,  gdzie  prosperowały  ohydne  kreatury,  a  duchy  zła 

przedrzeźniały Pana nieprzystojnymi kaprysami. 

Właśnie ta mała różnicą, ten „drobiazg” był pierwszym krokiem... 

Podczas tych nocy modliłem się bardzo poważnie. 

- O Boże - mówiłem - proszę, proszę Cię, Boże; pozwól, abym był jak reszta ludzi. Nie 

chcę  być  inny.  Spraw,  żebym,  kiedy  zbudzę  się  rano,  był  całkiem  podobny  do  wszystkich, 

proszę Cię, Boże, proszę! 

Lecz  rano,  kiedy  się  sprawdzałem,  zaraz  łączyłem  się  z  Rosalindą  albo  z  którymś  z 

innych i wiedziałem, że modlitwa niczego nie zmieniła. Musiałem wstać dokładnie taki sam, 

jaki  szedłem  do  łóżka  poprzedniego  wieczora,  i  musiałem  iść  do  wielkiej  kuchni  i  jeść 

śniadanie,  siedząc  twarzą  do  tablicy,  która  jakby  już  przestała  być  częścią  umeblowania  i 

wydawała  się  gapić  na  mnie  słowami:  PRZEKLĘTY  JEST  ODMIENIEC  W  OCZACH 

BOGA I LUDZI! 

I wciąż byłem bardzo przerażony. 

Po jakiejś piątej nocy, w której modlitwa nic dobrego nie przyniosła, Wuj Axel przyłapał 

mnie, gdy odchodziłem od stołu ze śniadaniem, i powiedział, żebym z nim poszedł i pomógł 

mu  naprawić  pług.  Kiedy  już  przepracowaliśmy  kilka  godzin,  zarządził  odpoczynek,  więc 

wyszliśmy z kuchni i usiedliśmy w słońcu, oparci plecami o ścianę. Dał mi kawał owsianego 

placka i chrupaliśmy go przez kilka minut. Potem powiedział: 

- No więc, Davie, miejmy to z głowy. 

- Ale co? - powiedziałem głupio. 

-  Cokolwiek,  co  sprawia,  że  wyglądasz,  jakbyś  był  chory  przez  ostatnie  kilka  dni  - 

powiedział. - Jakie masz zmartwienie? Czy ktoś się dowiedział? 

- Nie - odparłem. Zdaje się, że sprawiło mu to ulgę, 

- No więc, cóż to jest? 

Więc  opowiedziałem  mu  o  Ciotce  Harriet  i  o  dziecku.  Zanim  skończyłem,  mówiłem 

przez łzy - to była taka ulga, móc się z kimś tym podzielić. 

-  Ta  jej  twarz,  kiedy  odjeżdżała  -  mówiłem.  -  Nigdy  nie  widziałem,  żeby  ktoś  tak 

wyglądał. Wciąż jeszcze widzę ją w wodzie. 

Spojrzałem  na  niego,  kiedy  skończyłem.  Miał  twarz  równie  zawziętą  jak  zawsze,  z 

background image

opuszczonymi kącikami ust. 

- Więc to było to... - powiedział, kiwając głową. 

-  To  wszystko  dlatego,  że  dziecko  było  inne  -  powtórzyłem.  -  I  Sophie  też  była... 

Przedtem dobrze tego nie rozumiałem... Ja... ja się boję, Wuju Axelu. Co oni zrobią, kiedy się 

dowiedzą, że jestem inny?... 

Położył rękę na mym ramieniu. 

-  Nikt  nigdy o tym  się nie dowie  -  powiedział mi  raz jeszcze.  -  Nikt  oprócz mnie  -  a ja 

jestem pewny. 

Chyba nie uspokoiło mnie to tak jak wtedy, gdy powiedział to za pierwszym razem. 

- Był ten, który ucichł - przypomniałem mu. - Może dowiedzieli się o nim? 

Potrząsnął głową. 

-  Myślę,  ze  o  to  możesz  być  spokojny,  Davie.  Dowiedziałem  się,  że  w  tym  czasie,  o 

którym  mówiłeś,  jakiś  chłopiec  się  zabił.  Nazywał  się  Walter  Brent,  miał  około  dziewięciu 

lat. Kręcił się tam, gdzie ścinali drzewa i drzewo go przygniotło, biedny chłopak. 

- Gdzie? - spytałem. 

- Jakieś dziewięć czy dziesięć mil stąd, na farmie w pobliżu Chipping - powiedział. 

Zastanowiłem się nad tym. Kierunek Chipping na pewno się zgadzał i to był właśnie ten 

rodzaj wypadku, który wyjaśniałby nagłe i nie wyjaśnione przerwanie kontaktu... Bez żadnej 

urazy do nieznanego Waltera Brenta miałem nadzieję i sądziłem, że to było wyjaśnienie. 

Wuj Axel wrócił do poprzedniego tematu. 

- Nie ma żadnego powodu, żeby ktoś miał się o tym dowiedzieć. Tego wcale nie widać - 

mogą  dowiedzieć  się  tylko  wtedy,  kiedy  im  na  to  pozwolisz.  Staraj  się  uważać  na  siebie, 

Davie, a nigdy się nie dowiedzą. 

-  Co  oni  zrobili  Sophie?  -  spytałem  raz  jeszcze.  Ale  on  znowu  wykręcił  się  od 

odpowiedzi. Ciągnął: 

-  Pamiętaj,  co  ci  powiedziałem.  Oni  myślą,  że  są  prawdziwym  obrazem,  ale  nie  mogą 

wiedzieć tego na pewno. A gdyby nawet Starzy Ludzie byli tego samego rodu co ja i oni, to 

cóż z tego? O, wiem, że opowiada się mnóstwo o tym, jacy byli cudowni i jak cudowny był 

ich świat i że któregoś dnia będziemy mieli znowu to wszystko, co mieli oni. W tym, co się o 

nich opowiada, jest mnóstwo nonsensów, lecz jeśli nawet jest w tym też mnóstwo prawdy, po 

cóż mamy starać się tak usilnie o to, żeby pójść w ich ślady? Gdzie teraz są oni i ich cudowny 

świat? 

- „Bóg zesłał na nich Cierpienie” - zacytowałem. 

-  Zapewne,  zapewne.  Na  pewno  przejąłeś  się  kazaniami,  prawda?  Łatwo  to  jest 

background image

powiedzieć, ale nie tak łatwo zrozumieć, co to oznaczało, zwłaszcza jeśli widziało się trochę 

świata. Cierpienie - to były nie tylko burze, huragany, powodzie i pożary podobne do tych z 

Biblii. To było jakby wszystko to razem wzięte - i coś jeszcze o wiele gorszego na dodatek. 

Stworzyło to Czarne Wybrzeże i ruiny, które lśnią tam nocami, i Złe Kraje. Może wstępem do 

tego  była  Sodoma  i  Gomora,  tylko  było  to  coś  większego  -  ale  czego  nie  rozumiem,  to 

dziwnego wyglądu, jaki Cierpienie nadało temu, co po nich pozostało. 

- Z wyjątkiem Labradoru - powiedziałem. 

- Nie z wyjątkiem Labradoru, lecz w mniejszym stopniu Labradorowi i Newf niż innym 

miejscom - poprawił mnie. - Cóż to mogło być, ta straszliwa rzecz, która musiała się zdarzyć? 

I dlaczego? Mogę niemal zrozumieć, że Bóg, wpadłszy w gniew, mógł zniszczyć wszystko, 

co żyło i sam świat; lecz nie rozumiem tego chaosu, tego zamętu dewiacji - to nie ma sensu. 

Nie  pojmowałem,  co  mu  sprawiało  trudność.  Ostatecznie  Bóg,  będąc  wszechmocnym, 

mógł  zrobić  wszystko,  co  mu  się  podobało.  Próbowałem  to  wyjaśnić  Wujowi  Axelowi,  ale 

potrząsnął głową. 

-  Musimy  wierzyć,  że  Bóg  jest  rozsądny,  chłopcze  Davie.  Doprawdy,  bylibyśmy 

zgubieni,  gdybyśmy  w to  nie wierzyli. Ale cokolwiek stało  się tam  -  ruchem  ręki  objął cały 

horyzont - cokolwiek się tam stało, to nie było rozsądne - wcale nie. Było to coś kolosalnego, 

a przecież 

stojącego poniżej boskiej mądrości. Więc co to było? Co to mogło być? 

- Ale Cierpienie... - zacząłem. Wuj Axel poruszył się niecierpliwie, 

-  To  tylko  słowo  -  powiedział  -  zardzewiałe  zwierciadło,  które  nie  odbija  niczego. 

Kaznodziejom dobrze by zrobiło, gdyby przejrzeli się w nim sami. Nic by nie zrozumieli, ale 

mogliby  zacząć  myśleć.  Mogliby  zacząć  pytać  samych  siebie:  -  Cóż  my  robimy?  O  czym 

nauczamy  w  kazaniach?  Jacy  naprawdę  byli  Starzy  Ludzie?  Cóż  takiego  zrobili,  że 

sprowadzili tę straszliwą klęskę na siebie i na cały świat? A po chwili mogliby zacząć mówić: 

-  Czy  mamy  słuszność?  Cierpienie  sprawiło,  że  świat  stał  się  innym  miejscem,  czy  wobec 

tego  możemy  w  ogóle  mieć  nadzieję,  że  zbudujemy  na  nim  świat  taki,  jaki  utracili  Starzy 

Ludzie? Czy powinniśmy tego próbować? Co zyskamy przez to, że zbudujemy go znów tak 

dokładnie, że doprowadzi to do następnego Cierpienia? Bo to jasne, chłopcze, że jakkolwiek 

cudowni byli Starzy Ludzie, nie byli aż tak cudowni, żeby nie popełniali błędów  - a nikt nie 

wie i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, w czym byli mądrzy, a w czym pobłądzili. 

Wiele  z  tego,  co  mówił,  wymykało  się  memu  rozumowi,  ale  sądziłem,  że  rozumiem 

istotną treść. Powiedziałem: 

- Ale, wuju, jeśli nie będziemy próbowali być takimi jak Starzy Ludzie i nie będziemy się 

background image

starali odbudować tego, co zostało stracone, to co możemy zrobić? 

-  No  cóż,  możemy  być  sobą  i  budować  coś  dla  świata,  który  jest,  a  nie  dla  tego,  który 

przepadł - odparł. 

-  Zdaje  się,  że  nie  rozumiem  -  powiedziałem.  -  Myślisz,  żeby  nie  troszczyć  się  o 

prawdziwą linię i prawdziwy obraz? Nie przejmować się dewiacjami? 

-  Niezupełnie  tak  -  powiedział,  a  potem  spojrzał  na  mnie  z  ukosa.  -  Usłyszałeś  trochę 

herezji od Ciotki; no cóż, teraz usłyszysz ich nieco więcej od Wuja. Jak sądzisz, co sprawia, 

że człowiek jest człowiekiem? 

Zacząłem recytować definicję. Przerwał ind po pięciu słowach. 

- To nie to - powiedział. - Woskowa figura może mieć to wszystko i wciąż będzie tylko 

woskową figurą, prawda? 

- Przypuszczam, że tak. 

- No więc to, co sprawia, że człowiek jest człowiekiem, jest czymś w nim. 

- Dusza! - podsunąłem. 

- Nie - odrzekł. - Dusza to po prostu żetony, które zbierają kościoły, takiej samej wartości 

jak  gwoździe.  Nie,  tym,  co  sprawia,  że  człowiek  jest  człowiekiem,  jest  umysł;  to  nie  jest 

rzecz, to jest jakość, a umysły nie są tej samej wartości: są lepsze lub gorsze, a im są lepsze, 

tym więcej znaczą. Rozumiesz, dokąd zmierzamy? 

- Nie - przyznałem. 

-  Idzie  o  to,  Davie.  Uważam,  że  duchowni  mają  mniej  lub  więcej  słuszności  co  do 

większości dewiacji - tylko nie co do ich powodów, które podają. Powiedzmy, że pozwoliliby 

dewiacjom żyć tak jak nam, cóż by z tego przyszło dobrego? Czy tuzin rąk i nóg albo dwie 

głowy, albo oczy jak reflektory dodają komuś tego, co sprawia, że jest się człowiekiem? Nie. 

Człowiek otrzymuje swój kształt fizyczny - jak oni mówią, prawdziwy obraz - zanim jeszcze 

w  ogóle  wie,  że  jest  człowiekiem.  To,  co  staje  się  potem  wewnątrz  niego,  czyni  go  istotą 

ludzką.  Odkrywa,  że  posiada  coś,  czego  nie  ma  żadna  inna  istota:  umysł.  To  stawia  go  na 

innym poziomie. Tak jak wiele zwierząt jest fizycznie prawie na tyle dobry, na ile trzeba; ale 

ma tę nową jakość, umysł, choć tylko we wczesnych stadiach rozwoju - i rozwija go. Jest to 

jedyna rzecz, którą może z pożytkiem rozwijać - to jego jedyna droga: rozwijać nowe jakości 

umysłu.  -  Wuj  Axel  urwał  w  zamyśleniu.  -  Na  moim  drugim  statku  był  lekarz,  który  tak 

mówił, a im więcej nad tym myślałem, tym bardziej sądziłem, że to ma sens. Teraz, tak jak ja 

to rozumiem, w taki czy inny sposób ty i Rosalinda, i inni posiadacie nową jakość umysłu. 

Prosić  Boga,  żeby  ją  wam  odebrał,  to  tak,  jakby  Go  prosić,  żeby  was  oślepił  lub  uczynił 

głuchymi.  Wiem,  Davie,  czego  się  boisz,  ale  strach  nie  jest  żadnym  wyjściem.  Nie  ma 

background image

łatwego wyjścia. Musisz się z tym pogodzić. Musisz spojrzeć na to jasno i zastanowić się  - 

skoro już taki jesteś - nad tym, jak najlepiej możesz to wykorzystać, a jednak zapewnić sobie 

bezpieczeństwo? 

Oczywiście,  za  pierwszym  razem  nie  zrozumiałem  go  całkiem  jasno.  Część  z  tego,  co 

mówił,  utkwiła  mi  w  głowie,  resztę  zrekonstruowałem,  na  pół  pamiętając  późniejsze 

rozmowy.  Lepiej  zacząłem  to  rozumieć  później,  zwłaszcza  po  tym,  jak  Michael  zaczął 

chodzić do szkoły. 

Tego wieczora opowiedziałem innym o Walterze. Zasmucił nas jego wypadek, niemniej 

wszystkim przyniosła ulgę wiadomość: to chyba wypadek. Dokonałem osobliwego odkrycia, 

prawdopodobnie był on kimś w rodzaju dalekiego krewnego: nazwisko mojej babki brzmiało 

Brent. 

Po tym wydarzeniu zdawało się nam, że będzie mądrzej, gdy poznamy nawzajem swoje 

nazwiska, po to żeby uniknąć na przyszłość takiej niepewności. 

Było nas teraz wszystkich ośmioro - no tak, gdy to mówię, to chcę powiedzieć, że było 

ośmioro  dzieci,  które  mogły  rozmawiać  z  sobą  za  pośrednictwem  ukształtowanych  myśli; 

było kilkoro innych, które czasem wysyłały sygnały, lecz tak słabe i ograniczone, że te dzieci 

się  nie  liczyły.  Były  podobne  do  kogoś,  kto  nie  jest  całkiem  ślepy,  lecz  potrafi  widzieć 

zaledwie nieco więcej niż tyle, żeby odróżnić noc od dnia. Przypadkowe kształty myśli, które 

odbieraliśmy od nich, były mimowolne i zbyt zamazane i niewyraźne, żeby miały jakiś sens. 

Sześcioro innych to byli: Michael, który mieszkał około trzech mil stąd na północ, Sally i 

Katherine, których domy  znajdowały się na sąsiednich farmach, oddalonych o dwie mile, a 

więc  za  granicą  przyległego  okręgu;  Mark,  około  dziewięciu  mil  na  północny  zachód,  oraz 

Annę  i  Rachel,  dwie  siostry  mieszkające  na  wielkiej  farmie,  zaledwie  o  półtorej  mili  na 

zachód.  Annę,  mająca  wtedy  nieco  ponad  trzynaście  lat,  była  najstarsza;  Walter  Brent  był 

najmłodszy, miał sześć miesięcy. 

Wiedza  o  tym,  kto  był  kim,  była  naszym  drugim  stadium  w  zdobywaniu  zaufania.  W 

pewnym  stopniu  powiększyła  ona  pocieszające  uczucie  wzajemnej  pomocy.  Stopniowo 

zorientowałem  się,  że  teksty  i  ostrzeżenia  na  ścianach  przeciw  odmieńcom  mniej  dobitnie 

rzucały mi się w oczy.  Wyblakły i  raz jeszcze stopiły się z ogólnym  wyglądem  pokoju.  Nie 

znaczyło to, że pamięć o Ciotce Harriet i o Sophie osłabła; lecz raczej, że nie myślałem o nich 

z  takim  przerażeniem  i  tak  często.  Pomogło  mi  w  tym  także  wiele  innych  spraw,  o  których 

trzeba było myśleć. 

Nasza nauka, jak już mówiłem, była pobieżna; przeważnie było to pisanie, czytanie kilku 

prostych książek oraz Biblii i Żalów, które wcale nie były tak proste i łatwe do zrozumienia, i 

background image

niewiele  elementarnych  rachunków.  Nieduże  to  było  wykształcenie.  Z  pewnością  było  ono 

zbyt  małe,  żeby  zadowalało  rodziców  Michaela,  toteż  posłali  go  do  szkoły  w  Kentak.  Tam 

zaczął uczyć się mnóstwa rzeczy, o których naszym starym damom nigdy się nie śniło. Chciał 

naturalnie, żeby reszta z nas także je poznała. Z początku nie tłumaczył się całkiem jasno, a 

także  odległość  większa  niż  ta,  do  której  byliśmy  przyzwyczajeni,  sprawiała  nam  wiele 

trudności. Lecz teraz, po kilku tygodniach praktyka, łączność stała się o wiele wyraźniejsza i 

lepsza, więc Michael mógł przekazywać nam prawie wszystko, czego się sam uczył - a nawet 

pewne  rzeczy,  które  sam  niezbyt  dobrze  rozumiał,  wyjaśniały  się,  gdy  przemy  śleliśmy  je 

wszyscy,  tak  więc  my  także  mogliśmy  mu  trochę  pomagać.  I  było  nam  przyjemnie,  że 

Michael prawie zawsze był pierwszy w klasie. 

Uczenie się i to, że wiedzieliśmy więcej, sprawiało nam wielką satysfakcję, pomagało też 

w  wyjaśnianiu  wielu  spraw  zagadkowych,  a  ja  zacząłem  znacznie  lepiej  rozumieć  wiele  z 

tego,  o  czym  mówił  mi  Wuj  Axel;  niemniej  przynosiło  nam  to  także  pierwszy  posmak 

komplikacji,  od  których  nigdy  nie  mogliśmy  się  „uwolnić.  Bardzo  szybko  stało  się  nam 

trudno  ciągle  pamiętać  o  tym,  ile  powinniśmy  wiedzieć.  Wiele  powściągliwości  wymagało 

milczenie  w  obliczu  jakichś  zwykłych  błędów,  cierpliwe  słuchanie  głupich  argumentów, 

opartych  na  niewłaściwym  rozumowaniu,  wykonywanie  pracy  W  zwykły  sposób,  chociaż 

wiedziało się, że istnieje lepszy... 

Oczywiście,  zdarzały  się  złe  chwile;  nieostrożna  uwaga,  która  powodowała,  że  ktoś 

unosił  brwi,  nuta  zniecierpliwienia  w  głosie  wobec  tych,  których  powinno  się  poważać, 

niebaczna  sugestia;  lecz  tych  potknięć  było  niewiele,  gdyż  wszystkim  z  nas  uczucie 

niebezpieczeństwa było teraz bliższe. I jakoś dzięki ostrożności, szczęściu i szybkiej naprawie 

pomyłek, udało  się nam  uniknąć bezpośrednich podejrzeń i  żyć naszym  podwójnym  życiem 

przez następne sześć lat, bez poczucia, że ryzyko staje się poważne. 

W  gruncie  rzeczy  aż  do  dnia,  kiedy  odkryliśmy,  że  z  naszej  ósemki  nagle  zrobiła  się 

dziewiątka. 

 

9. 

 

Zabawna  sprawa  zdarzyła  się  z  moją  małą  siostrą,  Petrą.  Wydawała  się  taka  normalna. 

Nigdy nie podejrzewaliśmy... nikt z nas. Była szczęśliwym dzieckiem, ładnym od maleńkości, 

ze  swymi  gęstymi,  złotymi  lokami.  Widzę  ją  jeszcze  jako  jaskrawo  ubrane  maleństwo, 

ustawicznie  biegające  tu  i  tam  niepewnym  krokiem,  tulące  straszliwie  zezowatą  lalkę,  którą 

kochała  bezkrytyczną  miłością.  Sama  jak  zabawka,  skłonna  jak  każde  dziecko  do  nabijania 

background image

sobie  guzów,  do  łez,  chichotu,  chwil  powagi  i  bardzo  słodkiej  ufności.  Kochałem  ją  - 

wszyscy,  nawet  ojciec  -  starali  się  ją  zepsuć  ze  wzruszającym  brakiem  powodzenia.  Nie 

przyszła  mi  do  głowy  nawet  przelotna  myśl  o  jej  odmienności,  dopóki  nagle  się  to  nie 

zdarzyło. 

Byliśmy  przy  żniwach.  Na  dwunastu  akrach  pracowało  sześciu  mężczyzn  koszących 

zboże.  Oddałem  właśnie  swoją  kosę  innemu  i  dla  chwili  wytchnienia  pomagałem  przy 

ustawianiu  snopków,  gdy  nagle,  bez  jakiegokolwiek  ostrzeżenia,  coś  uderzyło  mnie...  nigdy 

nie doznałem czegoś podobnego. W jednej chwili z zadowoleniem, bez pośpiechu wiązałem i 

ustawiałem  snopy;  w  następnej  stało  się  w  mojej  głowie  coś,  co  jakby  uderzyło  mnie 

fizycznie. Bardzo możliwe, że rzeczywiście zachwiałem się pod tym ciosem. Potem przyszedł 

ból  i  czyjeś  wezwanie  ciągnące  mnie  jak  haczyk  na  ryby,  który  utkwił  w  mózgu.  Nie  było 

żadnej  wątpliwości  -  w  każdym  razie  w  oszołomieniu  kilku  pierwszych  chwil  -  czy 

powinienem  poddać  się,  czy  nie;  posłuchałem  tego  wezwania  w  tym  oszołomieniu. 

Upuściłem  snop,  który  trzymałem,  i  popędziłem  przez  pole  mijając  zamazane,  zdumione 

twarze.  Wciąż  biegłem,  nie  wiedziałem  dlaczego,  wiedziałem  tylko,  że  to  jest  pilne;  przez 

połowę dwunastu akrów, przez dróżkę, przez płot, przez pochyłość Wschodniego Pastwiska 

w stronę rzeki... 

Pędząc ukośnie przez pochyłość, widziałem pole biegnące ku dalekiemu brzegowi rzeki, 

jedno z pól Angusa Mortona, przecięte ścieżką prowadzącą ku kładce, a na ścieżce Rosalindę 

pędzącą jak wiatr. 

Wciąż biegłem w dół, ku brzegowi, mimo kładki, w dół rzeki, ku głębszym rozlewiskom. 

Bez  wahania  biegłem  wprost  ku  brzegowi  drugiego  rozlewiska  i  nie  zatrzymując  się, 

wskoczyłem do wody.  Znalazłem się całkiem  blisko Petry. Tkwiła w  głębokiej  wodzie przy 

stromym  brzegu  i  trzymała  się  małego  krzewu.  Krzew  był  zgięty,  nachylony  i  lada  moment 

wyrwałaby  go  z  korzeniami.  Po  kilku  ruchach  byłem  na  tyle  blisko,  żeby  ją  móc  ująć  pod 

ramiona. 

Przymus nagle odpłynął i zanikł. Zaciągnąłem ją w miejsce, z którego łatwiej było wyjść 

na  brzeg.  Gdy  poczułem  dno  i  mogłem  stanąć,  zobaczyłem  przestraszoną  twarz  Rosalindy, 

niespokojnie patrzącą na mnie ponad krzakami. 

- Kto to jest? - spytała prawdziwymi słowami i drżącym głosem. Położyła sobie dłoń na 

czole. - Kto potrafił to zrobić? 

Powiedziałem jej. 

- P e t r a? - powtórzyła, wytrzeszczając oczy z niedowierzaniem. 

Zaniosłem moją małą siostrę na brzeg i położyłem na trawie. Była wyczerpana i na pół 

background image

tylko przytomna, ale nie wyglądało na to, że stało się jej coś poważnego. 

Rosalinda podeszła i uklękła na trawie po jej drugiej stronie. Patrzyliśmy na ociekającą 

wodą  sukienkę  i  na  pociemniałe,  splątane  loki.  Potem  poprzez  Petrę  spojrzeliśmy  na  siebie 

nawzajem. 

- Nie wiedziałem o tym - powiedziałem. - Nie miałem pojęcia, że ona jest jedną z nas. 

Rosalinda  przyłożyła  ręce  do  twarzy,  koniuszkami  palców  dotykając  skroni.  Lekko 

potrząsnęła głową i spojrzała na mnie z niepokojem w oczach. 

- Nie - odparła. - Ona jest do nas podobna, ale nie jest jedną z nas. Nikt z nas nie umiałby 

tak rozkazać. Ona jest kimś o wiele większym niż my. 

Potem  nadbiegli  inni  ludzie;  ktoś,  kto  był  ze  mną  na  dwunastu  akrach,  ktoś  z  drugiej 

strony; dziwili się, co wyrwało Rosalindę z domu z takim pośpiechem, jakby biegła 

do pożaru. Podniosłem Petrę, żeby zanieść ją do domu. Jeden z mężczyzn z pola spojrzał 

na mnie zaintrygowany. 

- Ale skąd ty wiedziałeś? - spytał. - Ja nic nie słyszałem. 

Rosalinda zwróciła się ku niemu ze zdziwieniem pełnym niedowierzania. 

- Jak to! Przecież tak krzyczała! Chyba każdy, kto nie jest głuchy, musiał słyszeć ją aż w 

Kentak! 

Mężczyzna  potrząsnął  głową,  nadal  w  to  wątpiąc,  lecz  fakt,  że  oboje  wyraźnie 

słyszeliśmy  krzyk,  był  potwierdzeniem  wystarczającym,  żeby  zostawić  ich  wszystkich  w 

niepewności. 

Ja nic nie powiedziałem. Byłem zajęty próbą odsuwania podnieconych pytań od innych z 

naszej  grupy; mówiłem  im, żeby poczekali,  aż ja czy Rosalinda będziemy sami i  będziemy 

mogli porozmawiać z nimd bez wzbudzania podejrzeń. 

Tej nocy, po raz pierwszy od lat, miałem dobrze niegdyś znany sen, tylko że tym razem, 

gdy  nóż  zalśnił  w  wysoko  wzniesionej  dłoni  mego  ojca,  dewiacją,  miotającą  się  pod  jego 

lewym  ramieniem  nie  było  cielątko,  nie  była  nią  też  Sophie;  była  nią  Petra.  Zbudziłem  się 

spocony z przerażenia... 

Nazajutrz próbowałem wysłać do Petry ukształtowane myśli. Sądziłem, że to ważne, żeby 

jak  najprędzej  się  dowiedziała,  iż  nie  wolno  jej  się  zdradzić.  Bardzo  się  starałem,  ale  nie 

mogłem  nawiązać  z  nią  kontaktu.  Inni  próbowali  także,  po  kolei,  lecz  nie  było  odpowiedzi. 

Zastanawiałem się, czy  powinienem  spróbować  ostrzec ją zwykłymi słowami, ale Rosalinda 

sprzeciwiała się temu. 

-  To  musiała  wywołać  panika  -  powiedziała.  -  Jeśli  teraz  o  tym  nie  mówi, 

prawdopodobnie nie wie nawet, co się stało, więc mówiąc jej o tym w ogóle można by łatwo 

background image

narazić się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Pamiętaj, że skończyła dopiero sześć lat. Nie 

przypuszczam,  żeby  obciążenie  jej  tą  wiadomością  było  słuszne  i  bezpieczne,  dopóki  nie 

będzie to potrzebne. 

Wszyscy  zgodzili  się  z  poglądem  Rosalindy.  Wiedzieliśmy,  że  nie  jest  łatwo  wciąż 

uważać na każde swoje słowo, nawet jeśli praktykowało się to od łat. Postanowiliśmy odłożyć 

powiedzenie o tym Petrze, dopóki przy jakiejś okazji nie będzie to potrzebne, albo dopóki nie 

będzie na tyle duża, że dokładniej zrozumie, przed czym ją ostrzegamy; tymczasem będziemy 

niekiedy próbować, czy uda nam się nawiązać z nią kontakt; jeśli nie, powinno się pozostawić 

tę sprawę tak, jak wygląda teraz. 

Nie widzieliśmy więc powodu, żeby wszystko nie zostało tak, jak było najlepiej dla nas 

wszystkich;  rzeczywiście  nie  było  innej  możliwości.  Gdybyśmy  nie  trwali  w  ukryciu, 

bylibyśmy skończeni. 

W  ostatnich  kilku  latach  nauczyliśmy  się  trochę  więcej,  o  ludziach  wokół  nas  i  o  ich 

uczuciach. To, co pięć czy sześć lat temu wydawało się czymś w rodzaju trochę niepokojącej 

zabawy, stało się czymś groźniejszym, gdy dowiedzieliśmy się o tym więcej. W zasadzie nic 

się nie zmieniło. Jeśli mieliśmy przeżyć, wciąż musieliśmy skupić całą uwagę na tym, żeby 

swoje prawdziwe „ja” zachować w ukryciu; musieliśmy chodzić, rozmawiać i żyć tak, żeby 

nie  różnić  się  od  innych  ludzi.  Posiadaliśmy  pewien  dar,  pewien  zmysł,  który,  jak  gorzko 

skarżył  się  Michael,  powinien  by  być  błogosławieństwem,  a  był  tylko  czymś  niewiele 

lepszym od przekleństwa. Najgłupsza norma była szczęśliwsza; ktoś, kto jej odpowiadał, czuł, 

że gdzieś przynależy. My nie, a ponieważ nie przynależeliśmy, nie dysponowaliśmy żadnymi 

pozytywami  -  byliśmy  skazani  na  negatywy,  na  nieujawnianie  samych  siebie,  na 

nierozmawianie  wtedy,  kiedy  mieliśmy  na  to  ochotę,  na  niestosowanie  tego,  o  czym 

wiedzieliśmy,  że  warto  by  to  stosować,  na  to,  żeby  się  o  nas  nie  dowiedziano  -  na  życie  w 

ciągłym  oszustwie,  ukryciu  i  kłamstwie.  Perspektywa  tych  ciągłych  negatywów 

rozciągających się przed nami drażniła Michaela bardziej niż resztę nas. Wyobraźnia ponosiła 

go dalej, dając mu  wyraźniejszą wizję tego, co miały znaczyć te frustracje, lecz propozycja 

innego wyboru niż nasz nie była lepsza. Co do mnie, silne trzymanie się negatywów po to, 

żeby  przeżyć,  wystarczyło  w  zupełności,  żeby  mnie  zająć,  zaledwie  zaczynałem  dopiero 

odczuwać pustkę, jaka pozostała tam, gdzie pozytywów zabrakło. Gdy dorastałem, zaczynało 

się zaostrzać przede wszystkim moje zrozumienie niebezpieczeństwa. 

Utwierdziło  się  ono  pewnego  letniego  popołudnia,  na  rok  przedtem,  zanim  odkryliśmy 

Petrę. 

Był to zły okres. Straciliśmy trzy pola, a Angus Morton także. Wszystkich razem pól w 

background image

okręgu spalono trzydzieści pięć. Procent dewiacji wśród wiosennego przychówku inwentarza 

-  nie  tylko  wśród  naszego,  lecz  w  ogóle,  a  szczególnie  wśród  bydła  -  był  najwyższy  od 

dwudziestu  pięciu  lat.  Zdawało  się,  że  więcej  drapieżników  rozmaitej  wielkości  wychodziło 

nocą  z  lasów  na  żer  niż  kiedykolwiek  przedtem.  Co  tydzień  ktoś  stawał  przed  sądem, 

oskarżony  o  usiłowanie  ukrycia  dewiacyjnych  zbiorów  lub  o  ubój  i  konsumpcję  nie 

zgłoszonych  występków  z  inwentarza,  a  na  domiar  wszystkiego  zdarzyły  się  nie  mniej  niż 

trzy alarmy w związku z łupieżczymi najazdami z Rubieży. I właśnie wtedy, gdy po ostatnim 

z  nich  ludzie  wrócili  do  swych  zajęć,  natknąłem  się  przypadkowo  na  starego  Jakuba,  który 

mruczał coś do siebie, przewracając widłami nawóz na podwórzu. 

- O co idzie? - spytałem przystając przy nim. 

Wetknął widły w nawóz i oparł się jedną ręką na trzonku. Był starym człowiekiem, który 

przewracał  widłami  nawóz,  od  kiedy  sięgałem  pamięcią,  nie  mogłem  sobie  wyobrazić,  że 

kiedykolwiek był czy mógł być kimkolwiek innym. Odwrócił ku mnie pomarszczoną twarz, 

całą  niemal  ukrytą  wśród  białego  zarostu  i  bokobrodów,  które  zawsze  przywodziły  mi  na 

myśl Eliasza. 

- O fasolę - powiedział. - Teraz moja przeklęta fasola jest nie w porządku. Najpierw moje 

ziemniaki,  potem  moje  pomidory,  potem  moja  sałata,  teraz  moja  przeklęta  fasola.  Nie 

pamiętam  takiego  roku.  Zdarzało  się  tak  z  innymi  warzywami,  ale  kto  kiedy  słyszał,  żeby 

fasola się zepsuła? 

- Jesteś pewny? - spytałem. 

-  Na  pewno.  Oczywiście,  że  jestem.  Myślisz,  że  w  moim  wieku  nie  wiem,  jak  powinna 

wyglądać fasola? 

Patrzył na mnie spośród białej szczeciny. 

- To rzeczywiście zły rok - przytaknąłem. 

- Zły - powtórzył. - To ruina. Całe tygodnie pracy poszły z dymem, świnie, owce i krowy 

żarły  dobre  żarcie  tylko  po  to,  żeby  urodzić  obrzydlistwa.  Ludzie  uciekają  i  trzeba  być  w 

pogotowiu,  tak  że  nie  można  robić  własnej  roboty,  tylko  pilnować  ich  pracy.  Nawet  mój 

własny  ogródek  jest  zepsuty  jak  diabli.  Zły!  Masz  rację.  A  gorszy  jeszcze  przyjdzie, 

powiadam. - Potrząsnął głową. - Tak, gorszy przyjdzie - powtórzył z ponurą satysfakcją. 

- Dlaczego? - zapytałem. 

-  To  sąd  -  odparł.  -  I  oni  na  to  zasługują.  Żadnej  moralności,  żadnych  zasad.  Spójrz  na 

młodego Teda Norbeta - dostaje maleńką grzywnę za ukrycie dziesięciu sztuk przychówku i 

zjedzenie  wszystkich  z  wyjątkiem  dwóch,  zanim  to  wykryto.  Wystarczy,  żeby  jego  ojciec 

przewrócił się w grobie. No, jeśli on by zrobił coś takiego - nigdy nie zrobił, uważasz - lecz 

background image

gdyby  to  zrobił,  wiesz,  co  by  za  to  dostał?  -  Potrząsnąłem  głową.  -  Byłby  publicznie 

zawstydzony  w  niedzielę,  skazany  na  tydzień  pokuty,  a  w  dodatku  na  ofiarę  każdego 

dziesiątego  zwierzęcia  z  całego  inwentarza  -  powiedział  dobitnie.  -  Więc  wtedy  nie” 

znalazłbyś  wielu  ludzi,  którzy  robili  takie  rzeczy  -  ale  teraz?  -  Cóż  im  zależy  na  małej 

grzywnie?  -  splunął  z  obrzydzeniem  na  kupkę  gnoju.  -  I  wszędzie  naokoło  jest  to  samo. 

Rozprzężenie, rozwiązłość, nikt nie troszczy się o nic, tylko o piękne słówka. W dzisiejszych 

czasach  widzisz  to  wszędzie.  Ale  z  Boga  kpić  nie  wolno.  Oni  znów  na  nas  ściągają 

Cierpienie:  taki  rok  jak  ten  to  początek.  Cieszę  się,  że  jestem  stary  i  pewnie  nie  zobaczę 

upadku tego wszystkiego. Ale on nadchodzi, wspomnisz moje słowa. 

-  Te  przepisy  rządowe,  które  ułożyły  biadolące  gaduły  na  Wschodzie,  ludzie  o  słabych 

sercach  i  słabym  rozumie!  Oto,  w  czym  kłopot.  A  także  mnóstwo  ckliwych  polityków  i 

duchownych,  którzy  powinni  wiedzieć  lepiej;  ludzie,  którzy  nigdy  nie  żyli  w  niepewnym 

kraju, nic o nim nie wiedzą, bardzo prawdopodobne, że nigdy w życiu nie widzieli odmieńca, 

a teraz siedzą tam i  rok  po roku uszczuplają prawa Boga myśląc, że oni wiedzą lepiej.  Nic 

dziwnego,  że  mamy  taki  rok  jak  ten,  zesłany  jako  ostrzeżenie,  ale  czy  oni  zrozumieją  to 

ostrzeżenie i czy je przyjmą? - znowu splunął. 

- Cóż oni myślą, że w jaki sposób Południowy Zachód stał się krajem cywilizowanym i 

bezpiecznym dla ludzi Boga? Cóż oni myślą, w jaki sposób utrzymano w ryzach odmieńców i 

ustalono wzorce czystości? Nie stało się to dzięki drobnym grzywnom, które można płacić raz 

na  tydzień  i  nawet  tego  nie  zauważyć.  Stało  się  to  dzięki  przestrzeganiu  prawa  i  karaniu 

wszystkich, którzy je naruszali, w taki sposób, żeby poczuli, że zostali ukarani. 

- Kiedy mój ojciec był młodym człowiekiem, kobieta, która urodziła dziecko nie będące 

prawdziwym  obrazem,  była  za  to  wychłostana.  Jeśli  zdarzyło  się  to  za  trzecim  razem, 

odbierano  jej  Certyfikat,  była  wyjęta  spod  prawa  i  sprzedawana.  To  sprawiało,  że  była 

ostrożna  zarówno  w  przestrzeganiu  czystości,  jak  i  w  swych  modlitwach.  Mój  ojciec 

opowiadał, że przez to było o wiele mniej kłopotów z odmieńcami, a jeśli się zdarzali, palono 

ich, tak jak inne dewiacje. 

- Palono! - krzyknąłem. Spojrzał na mnie. 

- Czyż nie w ten sposób oczyszcza się dewiacje? - zapytał z mocą. 

- Tak - przyznałem. - Zboża i bydło, ale... 

-  Inny  rodzaj  jest  najgorszy  -  warknął.  -  To  diabeł  przedrzeźniający  prawdziwy  obraz. 

Oczywiście, powinno się je palić, tak jak to robiono. Ale cóż się stało? Te mięczaki w Rigo, 

które  nigdy  nie  miały  z  nimi  do  czynienia,  powiedziały:  „Chociaż  to  nie  są  ludzkie  istoty, 

przecież I wyglądają jak ludzie, dlatego eksterminacja wygląda jak morderstwo czy egzekucja 

background image

i niepokoi ludzkie umysły”. A więc, ponieważ mdłe umysły nie miały dość zdecydowania i 

wiary, powstały nowe prawa o nibyludzkich dewiacjach. Nie wolno ich oczyszczać, musi się 

pozwolić im żyć I lub umrzeć śmiercią naturalną. Należy je wyjąć spod prawa i wysiedlić do 

Rubieży albo - jeśli idzie o dzieci - po prostu zostawić je na łasce losu - i to uważa się za coś 

bardziej miłosiernego. Rząd ma przynajmniej na tyle rozsądku, że rozumie, iż nie wolno im 

pozwolić się rozmnażać  i  pilnuje tego  -  chociaż  mógłbym się założyć, że istnieje też partia 

temu przeciwna. I co się dzieje? Mamy więcej mieszkańców Rubieży, a to znaczy, że mamy 

więcej  -  i  większych  -  najazdów  i  tracimy  czas  i  pieniądze  na  ich  powstrzymywanie  - 

wszystko  tracimy  z  powodu  ckliwego  wykrętu  od  głównej  zasady.  Cóż  to  znaczy,  że  się 

mówi: „Przeklęty jest odmieniec”, skoro traktuje się go jak współbrata? 

- Ale odmieniec nie jest odpowiedzialny za to... - zacząłem. 

- Nie jest odpowiedzialny! - zadrwił stary człowiek. - Czy tygrys jest odpowiedzialny za 

to,  że  jest  tygrysem?  A  przecież  go  się  zabija.  Nie  można  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  się 

wszystko zachwiało. Żale zalecają utrzymywać ród Pana w czystości przez ogień, lecz teraz 

to już nie odpowiada przeklętemu rządowi. 

-  Gdzie  te  dawne  czasy,  kiedy  mąż  miał  wypełniać  swą  powinność  i  utrzymywać  dom 

swój w czystości! Kierujemy się teraz wprost ku następnej porcji Cierpienia. - Mruczał dalej, 

wyglądając jak starożytny i gniewny prorok zagłady. 

-  Wszystkie  te  ukrywania  -  a  będą  się  ich  dopuszczać  znowu,  skoro  nie  dostali 

odpowiedniej lekcji; te kobiety, które rodzą bluźnierstwa, a potem po prostu idą do kościoła, 

mówią,  że  żałują  i  że  spróbują  nie  robić  tego  po  raz  drugi;  wciąż  się  tu  wałęsające  wielkie 

konie  Angusa  Mortona  „oficjalnie  zatwierdzone”,  kpina  z  Praw  Czystości;  przeklęty 

inspektor, który chce tylko utrzymać się na posadzie i nie urazić tych w Rigo... a potem ludzie 

dziwią się, że mamy złe lata... - Wciąż gderał i spluwał z obrzydzeniem, jadowicie purytańśki 

staruch... 

Spytałem Wuja Axela, czy dużo jest ludzi, którzy naprawdę czują w ten sposób, w jaki 

mówił stary Jakub. Podrapał się w zamyśleniu po policzku. 

- Dosyć dużo wśród starych. Oni wciąż czują, że to sprawa osobistej odpowiedzialności - 

tak  jak  było,  zanim  nastali  inspektorzy.  Trochę  ludzi  w  średnim  wieku  też  jest  takich,  ale 

większość z nich chętnie zostawiłaby wszystko, jak jest. Nie są tak przywiązani do form jak 

ich ojcowie. Twierdzą, że nie ma wielkiego znaczenia, jak się postępuje, dopóki odmieńcy się 

nie rozmnażają i wszystko idzie dobrze - ale dać im kilka lat tak niedobrych jak teraz, a nie 

jestem pewien, czy przyjęliby to spokojnie. 

- A dlaczego procent dewiacji w niektórych latach jest tak wysoki? - spytałem. 

background image

Potrząsnął głową. 

- Nie wiem. Mówią, że to ma coś wspólnego z pogodą. Przy ostrej zimie i zawieruchach z 

południowego zachodu procent dewiacji wzrasta - nie w następnym roku, ale w kolejnym po 

następnym.  Mówią,  że  to  pochodzi  z  Krajów  Zła.  Nikt  nie  wie  co,  ale  zdaje  się,  że  mają 

słuszność. Starzy ludzie patrzą na to jak na ostrzeżenie, po prostu przypomnienie o Cierpieniu 

zesłane po to, by utrzymać nas na prostej drodze, i ci przejmują się tym najwięcej. Następny 

rok  ma  być  także  zły.  Więc  ludzie  chętniej  ich  posłuchają.  Będą  zawzięcie  szukać  kozłów 

ofiarnych - zakończył rzucając mi długie, zatroskane spojrzenie. 

Pojąłem  tę  aluzję  i  przekazałem  ją  innym.  Prawie  na  pewno  ten  rok  był  równie  zły  jak 

poprzedni  i  istniała tendencja do szukania kozłów ofiarnych. Opinia publiczna o ukrywaniu 

dewiacji była tego roku wyraźnie mniej tolerancyjna niż ubiegłego łata, co zwiększało nasz 

niepokój, który i tak odczuwaliśmy po odkryciu Petry. 

Przez jakiś tydzień po wypadku w rzece nasłuchiwaliśmy ze szczególną uwagą wszelkich 

podejrzliwych  o  nim  wzmianek.  Ale  nie  usłyszeliśmy  żadnej.  Widocznie  przyjęto  do 

wiadomości,  że  Rosalinda  i  ja  z  różnych  stron  usłyszeliśmy  przypadkiem  wołanie  o  pomoc, 

które w każdym razie odległość musiała przytłumić. Mogliśmy znowu się odprężyć - ale nie 

na długo. Minął zaledwie miesiąc, gdy znów powstało nowe źródło złych przeczuć. 

Annę oświadczyła, że ma zamiar wyjść za mąż.. 

 

 

10. 

 

Gdy Anne nam o tym powiedziała, brzmiał cień wyzwania. 

Z  początku  nie  wzięliśmy  tego  zbyt  serio.  Trudno  nam  było  uwierzyć  i  nie  chcieliśmy 

uwierzyć, że mówi poważnie. Po pierwsze, przyszłym mężem był Alan Ervin, ten sam Alan z 

którym  biłem  się  na  brzegu  strumienia  i  który  do  niósł  o  Sophie.  Rodzice  Annę  prowadzili 

dobrą farmę, niewiele mniejszą niż sam Waknuk; Alan był synem kowala, w przyszłości miał 

sam  z  kolei  zostać  kowalem.  Miał  po  temu  odpowiednie  warunki  fizyczne,  był  wysoki  i 

zdrowy, ale to było prawie wszystko. Z całą pewnością rodzice Annę mieli co do niej bardziej 

ambitne plany; nie spodziewaliśmy się więc, żeby coś z tego wyszło. 

Myliliśmy się. Annę w jakiś sposób pogodziła rodziców z tą myślą i zaręczyny formalnie 

uznano.  Wtedy  przeraziliśmy  się.  Zostaliśmy  nagle  zmuszeni  do  rozważenia  niektórych 

związanych z tym spraw i choć byliśmy tacy młodzi, wiedzieliśmy o nich dosyć, żeby ogarnął 

nas niepokój. To Michael pierwszy powiedział o tym Annę. 

background image

- Nie możesz, Annę. Nie wolno ci tego zrobić dla twego własnego dobra - mówił jej. - To 

tak, jakbyś na całe życie związała się z kaleką. Pomyśl, Annę, naprawdę pomyśl, co to może 

znaczyć. 

Odpowiedziała mu z gniewem: 

-  Nie  jestem  głupia.  Oczywiście  myślałam  nad  tym.  Myślałam  więcej  niż  wy.  Jestem 

kobietą  -  mam  prawo  wyjść  za  mąż  i  mieć  dzieci.  Was,  chłopców,  jest  trzech,  a  nas, 

dziewcząt, pięć. Chcesz mi powiedzieć, że dwie z nas nigdy nie mogą wyjść za mąż? Nigdy 

nie mieć własnego życia ani własnego domu? Jeśli nie, to dwie z nas muszą poślubić normy. 

Kocham  Alana  i  mam  zamiar  wyjść  za  niego.  Powinniśeie  być  mi  wdzięczni.  To  uprości 

wszystko dla reszty z was. 

-  Tak  nie  będzie  -  przedkładał  Michael.  -  Niemożliwe,  żebyśmy  byli  tylko  my  sami. 

Muszą istnieć inni, tacy jak my - gdzieś poza naszym zasięgiem. Jeśli trochę poczekamy... 

-  Dlaczego  miałabym  czekać?  To  się  może  rozciągnąć  na  lata  albo  na  zawsze.  Ja  mam 

Alana, a ty chcesz, żebym traciła całe lata czekając na kogoś, kto może nie przyjść nigdy albo 

kogo mogę nie znosić, kiedy przyjdzie. Chcesz, żebym zerwała z Alanem i zaryzykowała, że 

zostanę  pozbawiona  wszystkiego?  No,  więc  nie  mam  tego  zamiaru.  Nie  prosiłam  się  o  to, 

żeby  być  taka,  jak  my  jesteśmy,  ale  mam  takie  samo  prawo  jak  każdy  inny,  żeby  wziąć  z 

życia to, co mogę. Nie pójdzie mi to łatwo; ale czy myślisz, że łatwiej mi będzie żyć tak jak 

teraz, rok po roku? To nie może być łatwe dla nikogo z nas, ale nie stanie się łatwiejsze przez 

to, że dwie z nas stracą wszelką nadzieję na miłość i przywiązanie. Trzy z nas mogą wyjść za 

mąż  za  trzech  z  was.  A  co  stanie  się  wtedy  z  pozostałymi  dwiema  -  z  tymi  dwiema,  które 

zostaną  na  lodzie?  Nie  będą  w  żadnej  grupie.  Chcesz  powiedzieć,  że  one  powinny 

zrezygnować z wszystkiego? 

To ty nad tym nie myślałeś, Michael  - ani nikt z was. Ja wiem, co mam zamiar zrobić; 

reszta z was nie wie, jakie ma zamiary, ponieważ nikt z was - z wyjątkiem Davida i Rosalindy 

- nie jest zakochany, więc nikt z was się z tym nie zetknął. 

Jeśli o to  idzie, było to  częściowo prawdą  - lecz jeśli  nie zetknęliśmy  się z wszystkimi 

problemami,  zanim  one  powstały,  byliśmy  wszyscy  świadomi  tych,  które  stale  nam 

towarzyszyły, a z nich najważniejsza była konieczność udawania, duszenia się przez cały czas 

w  jakimś  półżyciu  z  naszymi  rodzinami.  Tym  jedynym,  czego  oczekiwaliśmy  najbardziej, 

było  uwolnienie  się  któregoś  dnia  od  tego  ciężaru,  i  choć  mieliśmy  mało  pomysłów,  jak  to 

osiągnąć,  wszyscy  zdawaliśmy  sobie  sprawę,  że  małżeństwo  z  normą  stanie  się  w  bardzo 

krótkim  czasie  nie  do  zniesienia.  Nasza  sytuacja  w  naszych  obecnych  domach  była 

wystarczająco zła; przymus  intymnego życia z kimś, kto nie posługuje się ukształtowanymi 

background image

myślami - będzie czymś niemożliwym. 

Po pierwsze, każde z nas będzie wciąż jeszcze miało więcej wspólnego z resztą i będzie 

jej  bliższe  niż  normie,  którą  on  czy  ona  poślubili.  Nie  będzie  to  nic  innego  jak  tylko 

symulowanie małżeństwa, w którym dwoje małżonków „dzieli coś więcej niż obcy język, i to 

coś jedno z nich musi stale ukrywać przed drugim. To będzie nieszczęście: ustawiczny brak 

zaufania  i  poczucie  niepewności;  perspektywa  strzeżenia  się  przez  całe  życie  przed 

potknięciem, a wiedzieliśmy już dość dobrze, że przypadkowe potknięcia są nieuniknione. 

Inni ludzie są tak mgliści, tak na pół dostrzegalni w porównaniu z tymi, których się zna 

poprzez  ich  ukształtowane  myśli;  i  nie  przypuszczam,  żeby  „normalni”,  którzy  nigdy  nie 

dzielą z nikim swych myśli, mogli zrozumieć, w jakim stopniu każde z nas jest o wiele więcej 

częścią  drugiego.  Jakież  pojęcie  mogą  oni  mieć  o  „myśleniu  razem”,  tak  że  dwa  umysły 

zdolne  są  zrobić,  to,  czego  jeden  nie  potrafi?  I  my  nie  musimy  grzęznąć  wśród  niedostatku 

słów;  trudno  nam  jest  sfałszować  lub  udać  jakąś  myśl,  nawet  jeśli  tego  chcemy;  z  drugiej 

strony jest prawie niemożliwe, żebyśmy nie zrozumieli się nawzajem. Czym więc może być 

dla nas bliskie związanie się z na pół niemą „normą”, która w najlepszym razie nie umie nic 

więcej, niż sprytnie odgadywać uczucia lub myśli innej osoby? Niczym innym jak ustawiczną 

niedolą  i  frustracją,  po  której  wcześniej  czy  później  nastąpi  fatalne  potknięcie  się;  albo 

piętrzeniem się drobnych potknięć, stopniowo budzących podejrzenie... 

Annę  rozumiała  to  równie  dobrze  jak  reszta  z  nas,  ale  teraz  udawała,  że  to  lekceważy. 

Zaczęła  buntować  się  przeciw  swej  odmienności,  odmawiając  odpowiadania  nam,  choć  nie 

umieliśmy powiedzieć, czy zupełnie wyłączyła swój  umysł,  czy  wysłuchiwała nas  dalej, nie 

biorąc  tylko  udziału  w  wymianie  myśli.  Podejrzewaliśmy  to  pierwsze  jako  coś,  co  bardziej 

leżało  w jej  charakterze, lecz że nie byliśmy tego pewni, nie mogliśmy  nawet  między  sobą 

podyskutować  nad  tym,  jak  wobec  tego  powinniśmy  postąpić,  jeśli  w  ogóle  jakoś  postąpić 

należało.  Może  nie  było  żadnego  sposobu.  Ja  nie  widziałem  żadnego.  Rosalinda  także  nie 

wiedziała, co począć. 

Rosalinda  wyrosła  teraz  na  wysoką,  smukłą  kobietę.  Była  ładna,  nie  można  było  oczu 

oderwać od jej twarzy; nosiła się też i poruszała w sposób atrakcyjny. Kilku młodych ludzi 

czuło  tę  atrakcyjność  i  kręciło  się  koło  niej.  Była  dla  nich  grzeczna,  ale  nic  ponadto.  Była 

mądra,  stanowcza,  niezależna.  Może  ich  onieśmielała,  bo  wkrótce  skierowali  swoje 

zainteresowania gdzie indziej. Nie związałaby się z żadnym z nich. Bardzo prawdopodobne, 

że  właśnie  dlatego  była  bardziej  od  nas  wszystkich  wstrząśnięta  tym,  co  zamierzała  zrobić 

Anne. 

Spotykaliśmy się zwykle dyskretnie i nie tak często, żeby to było niebezpieczne. Sądzę, 

background image

że  z  wyjątkiem  reszty  naszej  grupy  nikt  nawet  nie  podejrzewał,  że  jest  coś  między  nami. 

Podczas  tych  spotkań  musieliśmy  kochać  się  dorywczo  i  nieszczęśliwie,  i  przygnębieni, 

zastanawialiśmy się, czy kiedykolwiek nadejdzie czas, że nie będziemy musieli się ukrywać. 

A  sprawa  Annę  w  jakiś  sposób  jeszcze  bardziej  nas  unieszczęśliwiła.  Małżeństwo  z  normą, 

nawet z najmilszą i najlepszą z norm, było dla nas obojga czymś nie do pomyślenia. 

Poza  naszą  grupą  jedyną  osobą,  do  której  mogłem  zwrócić  się  po  radę,  był  Wuj  Axel. 

Wiedział tak jak wszyscy o zbliżającym się ślubie, lecz to, że Annę jest jedną z nas, było dla 

niego nowiną, którą przyjął ponuro. Przemyślał sobie sprawę, a potem pokiwał głową. 

- Nie, to się nie uda, Davie. Co do tego macie słuszność. Myślałem sobie przez ostatnie 

pięć czy sześć lat, że to nie może się udać - ale miałem po prostu nadzieję, że nigdy do tego 

nie dojdzie. Sądzę, że wszyscy już czujecie się przyciśnięci do muru, bo nie mówiłbyś mi  o 

tym teraz? Przytaknąłem mu. 

-  Nie chciała nas  słuchać  -  powiedziałem.  - A teraz posunęła się jeszcze  dalej. W ogóle 

nam  nie  daje  odpowiedzi.  Mówi,  że  z  tym  koniec.  Nigdy  nie  chciała  różnić  się  od  ludzi 

normalnych,  a  teraz  chce  być  do  nich  tak  podobna,  jak  tylko  potrafi.  To  była  pierwsza 

prawdziwa  kłótnia,  jaką  mieliśmy  kiedykolwiek.  Koniec  końców  powiedziała  nam,  że 

nienawidzi  nas  wszystkich  i  nawet  samej  myśli  o  nas  -  przynajmniej  to  usiłowała  nam 

wmówić,  ale  naprawdę  tak  nie  jest.  Naprawdę  to  ona  tak  bardzo  chce  tego  Alana,  że 

postanowiła  nie  dopuścić,  żeby  cokolwiek  przeszkodziło  jej  w jego  zdobyciu.  Ja...  ja  nigdy 

nie  przypuszczałem,  że  ktoś  może  tak  bardzo  chcieć  kogoś  innego  jak  ona.  Jest  na  tym 

punkcie tak zawzięta i zaślepiona, że po prostu nic jej nie obchodzi, co może stać się później. 

Nie wiem, co moglibyśmy tu zrobić. 

-  Nie  sądzisz,  że  może  ona  potrafi  żyć  jak  norma  -  odciąć  się  od  wszystkiego?  Czy  to 

byłoby takie trudne? - spytał Wuj Axel. 

- Oczywiście myśleliśmy o tym  - powiedziałem. - Ona potrafi odmawiać odpowiadania. 

Robi to teraz tak jak ktoś, kto nie chce rozmawiać - ale żeby z tym żyć... To tak jakby uczynić 

ślub  milczenia  na  resztę  życia.  Chcę  powiedzieć,  że  ona  nie  może  po  prostu  zapomnieć  o 

sobie  i  stać  się  normą.  Nie  wierzymy,  żeby  to  było  możliwe.  Michael  jej  powiedział,  że  to 

byłoby tak, jakby się udawało, że ma się tylko jedną rękę, ponieważ ten ktoś, za kogo chce się 

wyjść za mąż, ma tylko jedną rękę. Nic dobrego by z tego nie wyszło - i nie można by tego 

wytrzymać. 

Wuj Axel na chwilę zamyślił się głęboko. 

- Jesteście przekonani, że ona szaleje za tym Alanem; to znaczy: zupełnie straciła głowę? 

- spytał. 

background image

-  W  ogóle  nie  jest  sobą.  Nie  myśli  już  rozsądnie  -  powiedziałem.  -  Jeszcze  zanim 

przestała nam odpowiadać, jej ukształtowane myśli były z tego powodu bardzo dziwaczne. 

Wuj Axel znów potrząsnął głową z dezaprobatą. 

- Kobiety lubią myśleć, że są zakochane, kiedy chcą wyjść za mąż; czują, że jest to jakby 

usprawiedliwienie, które podtrzymuje poczucie ich własnej godności - zauważył. - Nic w tym 

złego;  większości  z  nich  potrzeba  wszystkich  tych  złudzeń,  które  zresztą  zachowują.  Ale 

kobieta,  która  rzeczywiście  jest  zakochana,  to  zupełnie  inne  sprawa.  Żyje  w  świecie,  w 

którym, wszystkie dawne proporcje uległy zmianie. Jest zaślepiona, wpatrzona w jeden cel, w 

innych sprawach nie można na niej polegać. Tej jednej lojalności poświęci wszystko, z sobą 

samą  włącznie.  Dla  niej  to  całkiem  logiczne;  wszystkim  innym  wydaje  się  niezupełnie 

rozsądne; a społecznie jest to niebezpieczne. A jeśli do tego dochodzi jeszcze poczucie winy, 

które  należy  przezwyciężyć  i  być  może  odpokutować,  wtedy  dla  kogoś  jest  to  z  całą 

pewnością niebezpieczne... - urwał i na chwilę pogrążył się w milczeniu. Potem dodał: 

-  To  jest  zbyt  niebezpieczne,  Davie.  Wyrzuty  sumienia...  zaparcie  się  siebie... 

samopoświęcenie... żądza oczyszczenia się - wszystko to ją nęka. Poczucie ciężaru, potrzeba 

pomocy, żeby móc z kimś ten ciężar podzielić... Wcześniej czy później, obawiam się, Davie, 

wcześniej czy później... 

Ja też tak myślałem. 

- Ale co my możemy zrobić? - powtórzyłem z przygnębieniem. 

Spojrzał na mnie stanowczym, poważnym wzrokiem. 

- Co macie prawo zrobić? Jedno z was weszło na drogę, która zagraża życiu całej ósemki. 

Może nie całkiem świadomie, ale nie mniej poważnie. Jeśli ona nawet ma zamiar być wobec 

was  lojalna,  świadomie  ryzykuje  życie  was  wszystkich  dla  swych  własnych  celów  - 

wystarczy,  że  powie  kilka  słów  przez  sen.  Czy  ona  ma  moralne  prawo  stworzenia  stałej 

groźby, wiszącej nad siedmioma głowami tylko dlatego, że chce żyć z tym człowiekiem? 

Zawahałem się.. 

- No cóż, jeśli tak to ujmujesz... - zacząłem. 

- Tak, tak to ujmuję. Czy ona ma to prawo? 

-  Zrobiliśmy  wszystko,  co  mogliśmy,  żeby  jej  to  wyperswadować  -  odpowiedziałem 

wymijająco. 

-  I  nie  powiodło  wam  się.  Więc  co  teraz?  Czy  chcecie  po  prostu  usiąść  sobie  pod  tym 

mieczem, nie znając dnia, kiedy może spaść wam na głowy i zabić wszystkich? 

- Nie wiem - to było wszystko, co mogłem mu powiedzieć. 

-  Posłuchaj  -  rzekł  Wuj  Axel.  -  Znałem  kiedyś  człowieka,  który  był  jednym  z  załogi  w 

background image

dryfującej łodzi, po pożarze statku. Mieli mało żywności i bardzo mało wody. Jeden z nich pił 

wodę  morską  i  oszalał.  Usiłował  zniszczyć  łódź,  żeby  zatonęli  wszyscy  razem.  Był 

zagrożeniem dla wszystkich. W końcu musieli wyrzucić go za burtę, wskutek czego pozostali 

trzej mieli akurat tyle żywności i wody, żeby wytrwać, dopóki nie dobili do lądu. Gdyby tego 

nie zrobili, on i tak by umarł, a najprawdopodobniej wszyscy inni także. 

Potrząsnąłem głową. 

- Nie - powiedziałem stanowczo. - Nie moglibyśmy tego zrobić. 

Wciąż patrzył na mnie poważnie. 

- Ten świat nie jest miły dla nikogo - a zwłaszcza dla tych, którzy różnią się od innych - 

powiedział. - Może i tak nie należycie do tych, co przeżyją. 

-  Niezupełnie  o  to  idzie  -  powiedziałem.  -  Gdyby  tym  kimś,  o  kim  mówisz,  był  Alan,  i 

gdyby wyrzucenie go za burtę nam pomogło - zrobilibyśmy to. Ale ty masz na myśli Annę - a 

my nie możemy tego zrobić nie dlatego, że to dziewczyna, z każdym z nas byłoby to samo; po 

prostu nie moglibyśmy tego zrobić. Jesteśmy z sobą wszyscy zbyt ściśle związani. Ja jestem 

bliższy jej i  innym  niż swoim  własnym siostrom. To trudno  wyjaśnić...  - urwałem,  usiłując 

znaleźć sposób wytłumaczenia mu, czym jesteśmy dla siebie nawzajem. Zdawało się, że nie 

można jasno wyrazić tego słowami. Mogłem tylko powiedzieć mu niezbyt dokładnie: 

-  To  nie  byłoby  zwykłe  morderstwo,  Wuju  Axelu.  Byłoby  to  coś  gorszego,  coś  jakby 

pogwałcenie na zawsze jakiejś cząstki nas samych... Nie moglibyśmy tego zrobić, 

- Alternatywą jest miecz nad waszymi głowami - powiedział. 

-  Wiem  -  zgodziłem  się  z  bólem.  -  Ale  to  nie  jest  wyjście.  Miecz  w  nas  samych  byłby 

gorszy. 

Nie  mogłem  nawet  przedyskutować  tej  sprawy  z  innymi  z  obawy,  że  Annę  mogłaby 

pochwycić  nasze  myśli;  ale  wiedziałem  z  całą  pewnością,  jakie  byłoby  ich  zdanie. 

Wiedziałem,  że  Wuj  Axel  zaproponował  jedyne  praktyczne  rozwiązanie;  wiedziałem  także, 

że jego nierealność oznaczała uznanie faktu, że nic tu zrobić nie można. 

Annę nie przekazywała teraz w ogóle nic, nie chwytaliśmy ani śladu jej myśli, ale wciąż 

nie  byliśmy  pewni,  czy  ma  na  tyle  siły  woli,  żeby  nie  przyjmować  naszych.  Od  jej  siostry 

Rachel dowiedzieliśmy się, że słucha tylko słów i że robi, co może, aby udawać przed sobą, iż 

jest pod każdym względem normą, lecz to nie mogło wzbudzić w nas tyle zaufania, żebyśmy 

nasze myśli wymieniali swobodnie. 

I  w następnych tygodniach Annę zachowywała się tak samo,  tak iż można było  niemal 

uwierzyć, że udało się jej wyrzec swej odmienności i stać się normą. Dzień jej ślubu zbliżał 

się bez żadnych zakłóceń, a ona i  Alan przeprowadzili  się do domu,  który  ofiarował  im jej 

background image

ojciec na skraju swej własnej ziemi. Tu i ówdzie słyszało się uwagi, że postępuje niemądrze, 

wychodząc za mąż nie w swojej sferze, ale zresztą niewiele o tym mówiono. 

Podczas  następnych  kilku  miesięcy  ledwie  słyszeliśmy  o  niej.  Nie  przyjmowała  wizyt 

swej  siostry,  jakby  zależało  jej  na  tym,  żeby  zniknął  nawet  ten  ostatni  łącznik  z  nami. 

Mogliśmy tylko mieć nadzieję, że powodzi się jej lepiej i że jest szczęśliwsza, niż sądziliśmy. 

Jedną z konsekwencji tej  sytuacji  w odniesieniu  do Rosalindy i  do mnie  było  dokładne 

rozważenie  naszych  własnych  kłopotów.  Żadne  z  nas  nie  pamiętało,  kiedy  zorientowaliśmy 

się, że pragniemy się pobrać. Była to jedna z tych spraw, które wydawały się ustalone, w tak 

zupełnej zgodzie z prawem natury i z naszymi własnymi pragnieniami, że czuliśmy się tak, 

jakbyśmy  zawsze  o  tym  wiedzieli.  Ta  perspektywa  ubarwiała  nasze  myśli,  zanim  jeszcze 

przyznaliśmy się do tego sami przed sobą. Dla mnie było nie do pomyślenia, żeby mogło być 

inaczej, bo jeśli dwoje ludzi dorasta myśląc razem tak ściśle, jak myśleliśmy my, i kiedy ci 

ludzie  zbliżają  się  do  siebie  jeszcze  bardziej  przez  świadomość  wrogości,  jaka  ich  otacza, 

czują się sobie nawzajem potrzebni, zanim jeszcze zorientują się, że się kochają. 

Ale  gdy  już  wiedzą,  że się  kochają,  wtedy  dowiadują  się  także,  że  istnieją  dziedziny,  w 

których  wcale  nie  różnią  się  od  norm...  Spotykają  się  też  z  tymi  samymi  przeszkodami,  z 

jakimi spotykają się normy... 

Nienawiść  dzieląca  nasze  rodziny,  która  po  raz  pierwszy  ujawniła  się  w  związku  ze 

sprawą wielkich koni, teraz trwała już od lat. Mój ojciec i mój przyrodni Wuj Angus, ojciec 

Rosalindy, zaczęli regularną wojnę podjazdową. W swych wysiłkach wzajemnego szkodzenia 

sobie każdy z nich utrzymywał strażników, którzy sokolim okiem obserwowali pola drugiego, 

by  wykryć  najmniejszą  dewiację  czy  występek,  i  od  pewnego  czasu  obydwaj  byli  znani  z 

tego,  że  nagradzali  informatora,  który  przynosił  wiadomość  o  jakichś  odchyleniach  na 

terytorium drugiego. 

Mój  ojciec,  zdecydowany  zachować  w  większym  stopniu  rzetelność  niż  Angus,  poniósł 

znaczne ofiary osobiste. Na przykład, mimo że bardzo lubił pomidory, zarzucił w ogóle całą 

niepewną uprawę rodziny  solonaceae;  kupowaliśmy teraz pomidory i  ziemniaki. Na czarnej 

liście znalazły się także inne gatunki roślin jako niepewne, a sprawiające kłopoty i kosztowne, 

i choć ten stan rzeczy przyczynił się do wysokich procentów normalności na obu farmach, nie 

polepszył w niczym stosunków sąsiedzkich. 

Było  całkiem  jasne,  że  każda  ze  stron  będzie  absolutnie  przeciwna  połączeniu  się  obu 

rodzin. 

Dla obojga z nas sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Matka Rosalindy próbowała już 

czegoś  w  rodzaju  swatów;  a  zauważyłem  też,  że  moja  matka  patrzy  na  kilka  dziewcząt 

background image

badawczym, choć - jak dotychczas - niezadowolonym okiem. 

Byliśmy pewni, że - w tej chwili - żadna ze stron nie ma pojęcia o jakimś związku między 

nami.  Pomiędzy  Strormami  i  Mortomami  istniały  jedynie  naprężone  stosunki,  a  jedynym 

miejscem, w którym można było ich spotkać pod jednym dachem, był kościół. Rosalinda i ja 

spotykaliśmy się rzadko i dyskretnie. 

Na razie panował impas i wyglądało na to, że będzie trwał bez końca, jeśli nie zrobimy 

czegoś,  co  wyjaśni  sytuację.  Istniał  pewien  sposób  i  skorzystalibyśmy  z  niego,  gdybyśmy 

mogli  być  pewni,  że  gniew  Angusa  objawi  się  w  formie  wymuszenia  ślubu  pod  groźbą 

strzelby, ale wcale nie byliśmy tego pewni. Niechęć Angusa do wszystkich Strormów była tak 

wielka, że - jak sądziliśmy - istniało duże prawdopodobieństwo, iż mógłby użyć strzelby w 

innym celu. Co więcej, byliśmy pewni, że gdyby nawet przemocą uratowano honor, to potem 

obydwoje musielibyśmy odejść od swych rodzin. 

Dyskutowaliśmy  i  rozważaliśmy  szczegółowo  jakieś  pokojowe  rozwiązanie  naszego 

dylematu,  lecz  nawet  po  sześciu  miesiącach,  jakie  upłynęły  od  ślubu  Annę,  nie  zbliżyliśmy 

się do żadnego rozwiązania. Co do reszty członków naszej grupy, wiedzieliśmy, że po tych 

sześciu  miesiącach  ich  strach  z  początku  silny,  teraz  osłabł.  Nie  znaczy  to,  że  uspokoiliśmy 

się  całkiem;  nigdy  nie  byliśmy  spokojni,  od  kiedy  odkryliśmy  naszą  odmienność,  ale 

musieliśmy  przyzwyczaić  się  do  życia  w  pewnym  zagrożeniu,  a  gdy  kryzys  spowodowany 

sprawą Annę minął, przyzwyczailiśmy się do życia w nieco większym stopniu zagrożenia. 

Potem którejś niedzieli o zmroku znaleziono Alana martwego, z szyją przeszytą strzałą, 

na polnej ścieżce, wiodącej do jego domu. 

Pierwsze wieści otrzymaliśmy od Rachel i nasłuchiwaliśmy niecierpliwie, gdy próbowała 

nawiązać  kontakt  ze  swą  siostrą.  Zdobywała  się  na  wszelką  możliwą  koncentrację,  ale  bez 

skutku.  Umysł  Annę  pozostał  przed  nami  zamknięty  tak  szczelnie,  jak  przez  ostatnie  osiem 

miesięcy. Nawet w rozpaczy niczego nie przekazywała. 

-  Pójdę się z nią zobaczyć  -  powiedziała nam  Rachel.  Potem zgłosiła się znowu, bardzo 

niespokojna. 

- Nie chce mnie widzieć. Nie chce mnie wpuścić do domu. Wpuściła sąsiadkę, ale mnie 

nie. Krzyczała, żebym sobie poszła. 

- Pewnie myśli, że zrobił to ktoś z nas - zabrzmiała odpowiedź Michaela. - Czy ktoś z was 

to zrobił albo wie coś o tym? 

Jedno po drugim napływały nasze kategoryczne zaprzeczenia. 

- Musimy coś zrobić, żeby przestała tak myśleć - postanowił Micłiael. - Nie wolno jej w 

dalszym ciągu w to wierzyć. Spróbujmy się do niej przedrzeć. 

background image

Próbowaliśmy wszyscy. Nie było żadnej odpowiedzi. 

-  Niedobrze  -  stwierdził  Michael.  -  Musisz  jej  w  jakiś  sposób  przesłać  kartkę,  Rachel  - 

dodał. - Napisz tak ostrożnie, żeby zrozumiała, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego, ale tak, 

żeby nikt inny nic z tego nie zrozumiał. 

- Bardzo dobrze, spróbuję - zgodziła się niepewnie Rachel. 

Minęła jeszcze godzina, zanim znów odebraliśmy od niej wiadomość. 

-  Nie  jest  dobrze.  Dałam  kartkę  kobiecie,  która  tam  jest,  i  czekałam.  A  potem  kobieta 

wróciła i powiedziała, że Annę podarła kartkę nie czytając jej. Teraz jest tam matka i próbuje 

ją namówić, żeby wróciła do domu. 

Michael zwlekał z odpowiedzią. Potem poradził nam: 

-  Najlepiej  przygotujmy  się.  Przygotujcie  się  wszyscy,  żeby  wziąć  nogi  za  pas,  jeśli 

będzie  potrzeba,  ale  nie  wzbudzajcie  żadnych  podejrzeń.  Rachel,  próbuj  dowiadywać  się 

dalej, jak tylko będziesz mogła, i daj nam zaraz znać, gdyby coś zaszło. 

Nie  wiedziałem,  jak  zachować  się  najlepiej.  Petra  była  już  w  łóżku  i  nie  mogłem  jej 

zbudzić, żeby tego nie zauważono. Poza tym nie byłem pewien, czy to konieczne. Jej nawet 

Annę  z  pewnością  nie  mogła  podejrzewać  o  to,  żeby  miała  coś  wspólnego  z  zabójstwem 

Alana. Tylko potencjalnie można było uważać ją za jedną z nas, więc nie przedsiębrałem nic 

poza  naszkicowaniem  sobie  w  myśli  jakiegoś  ogólnego  planu  i  wierzyłem,  że  będę  na  tyle 

ostrożny, żeby nam obojgu nic się nie stało. 

Dom ułożył się do snu, zanim Rachel zgłosiła się ponownie. 

-  Idziemy  do  domu,  matka  i  ja  -  powiedziała.  -  Annę  wyrzuciła  wszystkich  i  teraz  jest 

sama.  Matka  chciała  zostać,  ale  Annę  nie  panuje  nad  sobą,  zachowuje  się  jak  Msteryczka. 

Wyrzuciła wszystkich. Bali się, że będzie się zachowywać jeszcze gorzej, gdyby się upierali, 

że  zostaną.  Powiedziała  matce,  że  wie,  kto  jest  odpowiedzialny  za  śmierć  Alana,  ale  nie 

wymieniła żadnego nazwiska. 

- Przypuszczam, że nie myśli o nas? W końcu jest przecież możliwe, że Alan wdał się w 

jakąś tam swoją bójkę, o której nic nie wiemy - poddał Michael. 

Rachel bardzo w to wątpiła. 

- Gdyby tylko o to chodziło, z pewnością dałaby mi znać. Nie krzyczałaby, żebym sobie 

poszła - mówiła. - Pójdę tam wcześnie rano i dowiem się, czy teraz zmieniła zdanie. 

Na  razie  musieliśmy  się  tym  zadowolić.  Mogliśmy  trochę  odetchnąć  przynajmniej  na 

kilka godzin. 

Rachel  opowiedziała nam  później, co zdarzyło  się nazajutrz rano. Wstała w godzinę po 

świcie i poszła przez pola do domu Annę. Gdy tam doszła, wahała się przez chwilę, nie mając 

background image

ochoty  narazić  się  -  co  było  możliwe  -  na  te  same  krzyki  odrazy,  z  którymi  spotkała  się 

poprzedniego ranka. Jednakże nie było sensu tam stać i po prostu patrzeć na dom; zebrała się 

więc  na  odwagę  i  uniosła  kołatkę.  Wewnątrz  rozległ  się  jej  stuk  i  Rachel  czekała.  Bez 

rezultatu. 

Zastukała znowu, bardziej stanowczo. Wciąż nikt nie odpowiadał. 

Rachel  przestraszyła  się.  Energicznie  stukała  kołatką  i  nasłuchiwała.  Potem  z  wolna  i 

lękliwie puściła kołatkę i poszła do domu sąsiadki, która była z Annę poprzedniego dnia. 

P.olanem  wyjętym  ze  sterty  drewna  wybiły  okno  i  wślizgnęły  się  do  środka.  Znalazły 

Annę na górze, w sypialni, wiszącą na belce u sufitu. 

Odcięły ją i ułożyły na łóżku. Ratunek był już spóźniony o kilka godzin. Sąsiadka nakryła 

ją prześcieradłem, 

Dla  Rachel  wszystko  to  było  nierealne.  Była  oszołomiona.  Sąsiadka  ujęła  Rachel  za 

ramię,  żeby  ją  wyprowadzić.  Gdy  wychodziły,  zauważyła  na  stole  zwiniętą  kartkę  papieru. 

Wzięła ją. 

- To będzie do ciebie albo do rodziców - powiedziała, podając ją Rachel. 

Rachel spojrzała na świstek tępo, czytając napis na zewnątrz. 

- Ale to nie jest... - zaczęła automatycznie. 

Potem ocknęła się i  udała, że czyta uważniej, bo zorientowała się, że tamta kobieta nie 

umie czytać. 

-  O,  tak...  tak,  dam  im  to  -  powiedziała  i  ukryła  pod  sukienką  na  piersiach  kartkę  nie 

zaadresowaną ani do niej, ani do rodziców, lecz do inspektora. 

Mąż sąsiadki odwiózł ją do domu. Zawiadomiła rodziców. Potem sama w swoim pokoju, 

tym samym, który dzieliła z nią Annę, zanim wyszła za mąż, przeczytała list. 

Był to donos na nas wszystkich, z samą Rachel włącznie, a nawet na Petrę. Oskarżał nas 

wszystkich  razem  o  planowanie  morderstwa  Alana,  a  jedno  z  nas,  nie  wymienione  po 

nazwisku, o jego dokonanie. 

Rachel przeczytała kartkę dwukrotnie, a potem troskli wie ją spaliła. 

Po kilku dniach napięcie wśród nas osłabło. Samobójstwo Annę było tragedią, lecz nikt w 

nim  nie  widział  nic  tajemniczego.  Młoda  żona,  będąca  w  ciąży  z  pierwszym  dziec  kiem, 

popadła  w  rozstrój  z  powodu  szoku,  jakim  stała  się  dla  niej  utrata  męża  w  takich 

okolicznościach; było to godne pożałowania, ale zrozumiałe. 

Lecz śmierć Alana, która pozostała nie wyjaśniona, 

była tajemnicą zarówno dla nas, jak dla wszystkich innych. Dochodzenie wykryło kilka 

osób, które miały z nim na pieńku, lecz żadna z nich nie miała wystarczającego motywu do 

background image

pepełnienia  morderstwa,  nie  było  też  podejrzanego,  który  nie  mógłby  znaleźć  dla  siebie 

przekonywającego alibi na czas, w którym Alan został zabity. 

Stary  Wiliam  Tay  przyznał,  że  strzała  jest  jedną  ze  strzał  jego  roboty,  lecz  jego  roboty 

była większość strzał w okręgu. Nie była to strzała używana w zawodach lub w jakikolwiek 

inny  sposób  dająca  się  zidentyfikować;  była  to  po  prostu  zwykła  strzała  do  codziennych 

polowań,  taka  jakich  tuziny  można  było  znaleźć  w  każdym  domu.  Oczywiście  ludzie 

plotkowali i gubili się w domysłach. Ktoś puścił pogłoskę, że Annę była mniej zacną żoną, 

niż przypuszczano, że zdawało się, iż w ostatnich kilku tygodniach boi się męża. Ku wielkiej 

rozpaczy jej rodziców pogłoska urosła w plotkę, że Annę sama wystrzeliła tę strzałę, a potem 

popełniła  samobójstwo  czy  to  z  powodu  wyrzutów  sumienia,  czy  z  obawy,  że  jej  czyn 

wyjdzie na jaw. Lecz i ta plotka ucichła. Po kilku tygodniach zaczęto mówić o czym innym. 

Tajemnica pozostała nie wyjaśniona - mógł to nawet być nieszczęśliwy wypadek, do którego 

sprawca nie ośmielił się przyznać... 

Mieliśmy  uszy  otwarte  na  każdą  wzmiankę,  plotkę  czy  przypuszczenie,  które  mogłoby 

skierować  uwagę  na  nas,  lecz  nic  takiego  nie  zaszło,  a  gdy  minęło  zainteresowanie  całą 

sprawą, mogliśmy odetchnąć. 

Lecz chociaż byliśmy mniej niespokojni niż kiedykolwiek od niemal roku, pozostał w nas 

jednak  efekt  tego  niepokoju,  jakieś  niedobre  przeczucie  połączone  z  wyostrzoną 

świadomością  naszej  odmienności  i  faktu,  że  bezpieczeństwo  nas  wszystkich  leży  w  ręku 

każdego z nas. 

Żałowaliśmy Annę, lecz smutek przytępiała myśl, że naprawdę straciliśmy ją już dawniej; 

i chyba tylko Michael nie dzielił naszego spokoju. Powiedział: 

- Jedno z nas okazało się nie dość silne... 

 

 

11. 

 

Wiosenne  inspekcje  tego  roku  wypadły  pomyślnie.  W  całym  okręgu  tylko  dwa  pola 

znalazły się na pierwszej liście do oczyszczenia, a żadne z nich nie należało do mego ojca ani 

do  mego  przybranego  Wuja  Angusa.  Dwa  poprzednie  lata  były  tak  złe,  że  ludzie,  którzy  w 

pierwszym  roku  wahali  się,  czy  pozbyć  się  bydła  mającego  skłonność  do  produkowania 

dewiacyjnego  potomstwa,  w  następnym  roku  zabili  je,  co  w  rezultacie  dało  też  w  tej 

dziedzinie  wysoki  procent  normalności.  Co  więcej,  utrzymywała  się  pocieszająca  tendencja. 

Dodało to ludziom serca, stali się bardzie; po sąsiedzku uczynni i weselsi. Pod koniec maja 

background image

robiono  mnóstwo  zakładów,  że  ilość  dewiacji  będzie  rekordowo  nis  ka.  Nawet  stary  Jakub 

musiał przyznać, że gniew boski trwał na ‘razie w stanie zawieszenia. Miłosierny jest Pan  - 

mówił z odcieniem dezaprobaty. - „Daje im ostatnią szansę. Miejmy nadzieję, że się poprawią 

albo w następnym roku z nami wszystkimi będzie źle. A skoro o to idzie wciąż jeszcze wiele 

może się zepsuć w tym roku”. 

Jednakże  nie  było  oznak  pogorszenia.  Późniejsze  warzywa  wykazywały  niemal  równie 

wysoki  stopień  ortodoksji  jak  zbiory  zbóż.  Wyglądało  na  to,  że  i  pogoda  sprzy  ja  dobrym 

żniwom,  a  inspektor  spędzał  tak  wiele  czasu  siedząc  spokojnie  w  swym  biurze,  że  stał  się 

niemal popularny. 

Zdawało się, że dla nas, tak jak dla wszystkich, lato będzie spokojne, choć pracowite, i 

prawdopodobnie byłoby takie, gdyby nie Petra. 

Któregoś dnia z początkiem czerwca, pragnąc zapewne przeżyć jakąś przygodę, zrobiła 

dwie rzeczy, o których wiedziała, że są zakazane. Po pierwsze, mimo że była sama, wyjechała 

na  swoim  koniku  za  obręb  naszych  ziem,  po  drugie  nie  wystarczyła  jej  jazda  po  otwartym 

terenie, lecz zapuściła się odkrywczo w głąb lasu. 

Jak już mówiłem, las wokół Waknuk uważano za dość bezpieczny, ale nie można było na 

tym  polegać.  Drapieżniki  rzadko  atakowały,  jeśli  się  ich  nie  zaczepiało;  wolały  uciekać. 

Mimo  to  niemądrze  było  zapuszczać  się  w las  bez żadnej  broni,  bo  w  niektórych  miejscach 

większe  zwierzęta  mogły  wędrować  leśnymi  przesmykami,  które  wysuwały  się  z  Rubieży, 

niemal wprost przez Dziki Kraj, a potem przekradać się z jednego leśnego traktu ma drugi. 

Krzyk Petry dotarł do nas równie nagle i nieoczekiwanie jak poprzednim razem. Choć nie 

było  w  nim  tej  gwałtownej,  pełnej  przymusu  paniki,  jak  ostatnim  razem,  był  przenikliwy; 

stopień wyczerpania i lęku wystarczał, by wzbudzić najwyższy niepokój u strony odbierającej 

go.  Co  więcej,  dziecko  wcale  nad  nim  nie  panowało.  Emanowało  po  prostu  wstrząs,  który 

zamazywał wszystko jakby bezkształtną plamą. 

Próbowałem  zawiadomić  innych,  że  ja  pobiegnę  na  pomoc,  ale  nie  mogłem  nawiązać 

kontaktu nawet z Rosalindą. Takie zamazanie trudno opisać: to jakby coś, co sprawia, że nic 

nie  słychać  pośród  wielkiego  hałasu  lub  nic  nie  widać  we  mgle.  Co  gorsze,  ten  krzyk  nie 

dawał ani obrazu grozy, ani nawet aluzji do jej powodów: był - ta próba wyjaśnienia czegoś w 

innych terminach skazana jest na niepowodzenie, lecz można by powiedzieć, że był  - jakby 

bezsłownym  krzykiem  protestu.  Samym  tylko  odbiciem  uczucia:  bez  myśli,  bez  kontroli; 

wątpiłem  nawet,  czy  Petra  w  ogóle  wie,  że  go  wydaje.  Był  instynktowny...  mogłem  tylko 

powiedzieć, że był rozpaczliwym sygnałem, dobiegającym z dość daleka... 

Wybiegłem  z  kuźni,  w  której  pracowałem,  chwyciłem  strzelbę  -  zawsze  wisiała  za 

background image

drzwiami  domu,  naładowana  i  podsypana  prochem  na  wszelki  wypadek.  W  kilka  minut 

osiodłałem  konia i  wyjechałem. Oprócz jakości  krzyku pewny był  tylko  kierunek, z którego 

dobiegał.  Skoro  już  znalazłem  się  na  zielonej  alei,  uderzyłem  konia  piętami  i  puściłem  się 

galopem w stronę Zachodniego Lasu. 

Gdyby Petra choć na kilka minut przestała nadawać swój zagłuszający wszystko krzyk - 

na tyle, żeby nasza grupa mogła nawiązać z sobą kontakt - konsekwencje 

byłyby  zupełnie  inne,  a  mogłoby  nie  być  ich  wcale.  Lec?  nie  zrobiła  tego.  Krzyczała 

wciąż, zagłuszając wszystko, i można było tylko pędzić do źródła tych krzyków możliwie jak 

najprędzej. 

Część drogi była zła. Raz się przewróciłem i straciłem dużo czasu na złapanie konia. Ale 

już  w  lesie  grunt  był  twardszy,  bo  trakt  utrzymywano  w  porządku  i  dość  dobrze 

wykorzystywano,  żeby  zapewnić  znaczny  ruch.  Trzymałem  się  go,  póki  nie  zorientowałem 

się, że pojechałem za daleko. Las był zbyt gęsty, żeby dotrzeć do Petry w linii prostej, więc 

musiałem zawrócić i szukać innej drogi we właściwym kierunku. Co do samego kierunku nie 

było wątpliwości. Petra ani na chwilę nie przestawała krzyczeć. W.końcu znalazłem ścieżkę, 

wąską  i  beznadziejnie  krętą  pod  zwisającymi  gałęźmi,  pod  którymi  musiałem  się  schylić, 

podczas gdy koń torował sobie drogę wiodącą w kierunku właściwym. W końcu teren stał się 

bardziej otwarty i mogłem jechać, jak chciałem. O ćwierć mili dalej przecisnąłem się przez 

nową gęstwinę i znalazłem się na odkrytej polanie. 

Z początku nie zobaczyłem Petry. Moją uwagę przyciągnął jej konik. Leżał po przeciwnej 

stronie  polany  z  rozszarpanym  gardłem.  Nad  nim,  rwąc  mięso  z  jego  kłębów  z  takim 

zapamiętaniem, że nie słyszała, jak nadszedłem, pochylała się najbardziej dewiacyjna bestia, 

jaką kiedykolwiek widziałem. 

Zwierzę  było  czerwonawobrązowe,  popstrzone  żółtymi  i  ciemniejszymi  brązowymi 

cętkami. Olbrzymie, podobne do poduszek łapy bestii były pokryte miotłami sierści, a teraz 

poplamione krwią, i miały długie, zakrzywione pazury. Futrem obrośnięty był także ogon, w 

taki sposób, że wyglądał jak olbrzymi pióropusz. Pysk miała okrągły, a oczy niby z żółtego 

szkła,  uszy  szeroko  rozstawione  i  obwisłe,  nos  prawie  retrousse.  Dwa  wielkie  siekacze 

sterczały w dół ponad dolną szczęką i nimi, właśnie oraz pazurami bestia rozdzierała konika. 

Zacząłem zdejmować strzelbę z pleców. Ten ruch zwrócił uwagę bestii. Odwróciła głowę 

i nie ruszając się, przycupnęła, wpatrując się we mnie; pysk miała utapłany we krwi. Uniosła 

ogon i machała nim łagodnie. Odciągnąłem kurek i właśnie unosiłem strzelbę, gdy w gardło 

bestii  ugodziła  strzała.  Zwierzę  podskoczyło,  skręcając  się  w  powietszu  i  opadło  na  cztery 

łapy, wciąż na mnie patrząc żółtymi, błyszczącymi oczami. Mój konik przeraził się i zaczął 

background image

się  cofać,  a  strzelba  wypaliła  w  powietrze,  lecz  zanim  bestia  zdołała  skoczyć,  dosięgły  jej 

dwie  inne  strzały:  jedna  w  zad,  a  druga  w  głowę.  Przez  chwilę  stała  bez  ruchu,  potem 

przewróciła się. 

Z mojej prawej strony wjechała na polanę Rosalinda, wciąż jeszcze z łukiem w ręku. Z 

drugiej strony pojawił się Michael ze świeżą strzałą już na cięciwie, ze wzrokiem utkwionym 

w bestię, pragnąc upewnić się, że nie żyje. I chociaż byliśmy tak blisko siebie, znajdowaliśmy 

się też blisko Petry, która wciąż nas wzywała. 

- Gdzie ona jest? - spytała Rosalinda słowami. 

Rozejrzeliśmy  się  wokoło  i  wtedy  spostrzegliśmy  maleńką  postać  o  dwanaście  stóp  w 

górze,  na  młodym  drzewie.  Siedziała  w  rozwidleniu  gałęzi  i  obejmowała  pień  obydwoma 

ramionkami. Rosalinda podjechała pod drzewo i powiedziała jej, że może już zejść, że jest już 

bezpieczna.  Petra  wciąż  tuliła  się  do  drzewa,  jakby  nie  mogła  go  puścić  ani  się  poruszyć. 

Zszedłem z konia, wspiąłem się na drzewo i  pomogłem jej zsunąć się,  zanim Rosalinda jej 

ode  mnie  nie  odebrała.  Rosałinda  posadziła  Petrę  przed  sobą  na  siodle  i  próbowała  ją 

uspokoić, lecz Petra patrzyła w dół, na swego zabitego konika. Jej rozpacz była chyba jeszcze 

większa. 

- Musimy z tym skończyć - powiedziałem do Rosalindy. - Ona sprowadzi tu wszystkich 

innych. 

Michaeł, upewniwszy się, że bestia jest martwa, zbliżył się do nas. Zmartwiony patrzył na 

Petrę. 

-  Ona nie ma pojęcia, że to  robi. Nie myśli o tym; to  jest  wyraz samego uczucia; jakby 

wrzask  podszyty  strachem.  Lepiej  byłoby,  gdyby  krzyczała  głośno.  Zabierzmy  ją  gdzieś, 

gdzie nie będzie widziała komika. 

Odjechaliśmy nieco, poza zasłonę z krzaków. Michael mówił do niej łagodnie, próbował 

ją uspokoić. Zdawało się, że go nie rozumie, a jej rozpaczliwy wzór myślowy nie osłabł. 

-  Może  spróbujemy  wszyscy  razem,  równocześnie,  przekazać  jej  wzór  myślowy?  - 

zaproponowałem. – Uspokajająco-odprężający? Gotowi? 

Próbowaliśmy przez całe piętnaście sekund. Nastąpiła 

tylko chwilowa przerwa w rozpaczy Petry, później to uczucie ogarnęło ją i nas znowu. 

- Niedobrze - rzekła Rosalinda i dała spokój. 

Nasza trójka bezradnie patrzyła na Petrę. Jej wzór myślowy nieco się zmienił. Natężenie 

przestrachu  ustąpiło,  lecz  oszołomienie  i  rozpacz  wciąż  trwały  z  przerażającą  silą.  Zaczęła 

płakać. Rosalinda otoczyła ją ramieniem i przytuliła. 

- Niech się wypłacze. To jej przyniesie ulgę - powiedział Michael. 

background image

Kiedy czekaliśmy, aż się uspokoi, zdarzyło się to, czego się obawiałem. Spośród drzew 

wyjechała  Rachel;  w  chwilą  później  z  innej  strony  pojawił  się  jakiś  chłopiec.  Nigdy 

dotychczas go nie widziałem, ale wiedziałem, że to musi być Mark. 

Nigdy  przedtem  nie  spotkaliśmy  się  jako  grupa.  Była  to  jedna  z  sytuacji,  które 

uważaliśmy  za  niebezpieczne.  Pozostałe  dwie  dziewczyny  niemal  na  pewno  były  jeszcze 

gdzieś w drodze, żeby dołączyć do zgromadzenia, do którego, jak postanowiliśmy, nigdy nie 

wolno było dopuścić. 

Pośpiesznie  wytłumaczyliśmy  słowami,  co  zaszło.  Ponaglaliśmy  ich,  żeby  odeszli  i 

rozeszli  się  tak  szybko,  jak  to  możliwe,  żeby  nie  zobaczono  ich  razem.  Michaela  także. 

Rosalinda i ja zostaniemy z Petrą i zrobimy wszystko, żeby ją uspokoić. 

Cała  trójka  przyjęła  to  bez  dyskusji.  W  chwilę  późnię]  opuścili  nas,  rozjeżdżając  się  w 

różnych kierunkach. 

Próbowaliśmy pocieszyć i utulić Petrę z niewielkim skutkiem, 

W jakieś dziesięć minut później dwie dziewczyny, Sally i Katherine, przyjechały, torując 

sobie  drogę  przez  krzaki.  One  także  były  konno,  z  napiętymi  łukami  w  rękach.  Mieliśmy 

nadzieję,  że  ktoś  z  poprzedniej  trójki  spotka  je  i  zawróci,  ale  najwyraźniej  nadjechały  inną 

drogą. 

Zbliżyły  się,  z  niedowierzaniem  wpatrując  się  w  Petrę.  Wyjaśniliśmy  im  wszystko  i 

poleciliśmy odjechać. Już miały to zrobić i właśnie wsiadały na konie, gdy spomiędzy drzew 

wynurzył się na polanę jakiś wielki mężczyzna na gniadej klaczy. 

Ściągnął cugle i siedział w siodle patrząc na nas. 

- Co się tu dzieje? - spytał podejrzliwym tonem. 

Nie znałem go i  mało mnie obchodziło jego spojrzenie. Spytałem  go o to,  o co zwykle 

pyta  się  obcych.  Niecierpliwie  wyciągnął  swą  kartę  tożsamości  z  pieczątką  na  rok  bieżący. 

Zostało ustalone, że nikt z nas nie jest wyjęty spod prawa. 

- Go to wszystko znaczy? - powtórzył. 

Kusiło mnie, by powiedzieć mu, żeby pilnował własnych cholernych spraw, ale uznałem, 

że  w  tych  okolicznościach  taktowniej  będzie  mówić  pojednawczo.  Wyjaśniłem,  że  konik 

mojej siostry został zaatakowany i że przybyliśmy w odpowiedzi na jej krzyki o pomoc. Nie 

bardzo chciał to przyjąć za dobrą monetę. Spojrzał na mnie uważnie, a potem zwrócił się do 

Sally i Katherine. 

- Możliwe. Ale co was dwie sprowadziło z takim pośpiechem? - spytał. 

- Naturalnie przyjechałyśmy, gdy usłyszałyśmy krzyk dziecka - odparła Sally. 

- Jechałem tuż za wami i nic nie słyszałem  - rzekł. Sally i Katherine spojrzały po sobie. 

background image

Sally wzruszyła ramionami. 

- My słyszałyśmy - odparła krótko. Zdawało mi się, że czas, żebym się wtrącił. 

-  Myślałem,  że  wszyscy  usłyszą  na  całe  mile  wokół  -  powiedziałem.  -  Konik  kwiczał 

także, małe, biedne zwierzątko. 

Zaprowadziłem go poza kępę krzaków i pokazałem mu zmasakrowanego konika i martwą 

bestię. Zdziwił się, jakby nie spodziewał się tego dowodu, ale niezupełnie go to zadowoliło. 

Zażądał pokazania mu kart Rosalindy i Petry. 

- Co to wszystko zna znaczyć? - spytałem ja z kolei. 

- Nie wiecie, że z Rubieży wysłano szpiegów? - spytał. 

- Nie wiedziałem - odparłem. - A zresztą, czy my wyglądamy jak ci z Rubieży?. 

Pominął to pytanie. 

- No więc, wysłali. Jest instrukcja, żeby na nich uważać. Zanosi się na kłopoty i im dalej 

będziecie  się  trzymać  od  lasu,  tym  mniej  prawdopodobne,  że  się  na  nie  narazicie,  zanim 

dotkną nas wszystkich. 

Wciąż jeszcze nie był zadowolony. Odwrócił się i znów spojrzał na konika, a potem na 

Sally. 

- Powiedziałbym, że minęło już chyba z pół godziny, od kiedy ten konik mógł kwiczeć. 

Jak udało się wam obu trafić do tego miejsca? 

Sally nieco szerzej otwarła oczy. 

-  Ależ kwik dochodził z tej  strony, a potem, kiedy zbliżyłyśmy się, usłyszałyśmy  krzyk 

tej dziewczynki - odparła po prostu. 

-  I  bardzo  dobrze,  żeście  tu  nadjechały  -  wtrącałem.  -  Uratowałybyście  jej  życie, 

gdybyśmy przypadkiem  nie byli trochę bliżej.  Teraz już po wszystkim  i  na szczęście nic jej 

się nie stało. Ale okropnie się przestraszyła i najlepiej zabiorę ją do domu. Dziękuję wam obu, 

że chciałyście pomóc. 

Przyjęły  to  odpowiednio.  Pogratulowały  nam  uratowania  Petry,  wyraziły  nadzieję,  że 

szok  wkrótce  jej  minie,  i  odjechały.  Mężczyzna  zwlekał,  zdawało  się,  że  wciąż  jest 

niezadowolony  i  trochę  zaintrygowany.  Ale  do  niczego  nie  mógł  się  przyczepić.  Na  razie 

obrzucił  naszą  trójkę  długim,  badawczym  spojrzeniem,  sprawiając  wrażenie,  jakby  jeszcze 

chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie. W końcu powtórzył ostrzeżenie, żeby trzymać się z 

daleka od lasu, a potem odjechał w ślad za tamtymi dwiema. Patrzyliśmy, jak znika pośród 

drzew. 

- Kto to jest? - niespokojnie spytała Rosalinda. 

Mogłem jej tylko powiedzieć, że na jego karcie figurowało nazwisko Jerane Skinner, ale 

background image

nic więcej. Był dla mnie obcy, a nasze nazwiska też chyba niewiele mu mówiły. Zapytałbym 

Sally,  ale  Petra  wciąż  jeszcze  stawiała  między  nami  barierę.  Wywoływało  to  dziwne, 

stłumione  uczucie  odcięcia  od  reszty  i  sprawiało,  że  zdumiewała  mnie  potęga  celu,  który 

umożliwił Annę całkowite zerwanie z nami w tamtych miesiącach. 

Rosalinda,  wciąż  obejmując  Petrę  prawym  ramieniem,  ruszyła  stępa  ku  domowi. 

Zabrałem siodło i uzdę martwego konika, wyjąłem strzały z ciała bestii i podążyłem za nimi. 

Kiedy  przywiozłem  Petrę,  położono  ją  do  łóżka.  Późno  po  południu  i  wcześnie 

wieczorem  zakłócała  jeszcze  od  czasu  do  czasu  nasz  kontakt;  dokuczało  nam  to  prawie  do 

dziesiątej, potem zakłócenia nagle zmniejszyły się i ustąpiły. 

- Dzięki Bogu, w końcu usnęła - porozumieliśmy się między sobą. 

- Kim jest ten Skinner? - Rosalinda i ja pytaliśmy niespokojnie i równocześnie. 

Sally odpowiedziała: 

- On jest tutaj dość nowy. Mój ojciec go zna. On ma farmę na skraju lasu, blisko miejsca, 

w którym byliście. To tylko niedobry przypadek, że nas zobaczył i oczywiście zdziwił się, po 

co galopowałyśmy wśród drzew. 

-  Wyglądał  jak  ktoś  bardzo  podejrzliwy.  Dlaczego?  -  pytała  Rosalinda.  -  Czy  może  wie 

coś o ukształtowanych myślach? Nie przypuszczałam, żeby ktoś z nich wiedział. 

- On sam nie może ich nadawać ani przyjmować. Energicznie próbowałam go sprawdzić - 

odpowiedziała jej Sally. 

Nadpłynął wyraźny wzór od Michaela pytającego, co to wszystko znaczy. Wyjaśniliśmy 

mu. Odpowiedział: 

- Niektórzy z nich rzeczywiście myślą, że coś w tyrn rodzaju jest możliwe - lecz tylko coś 

prymitywnego - jakieś emocjonalne przenoszenie doznań umysłowych. Nazywają to telepatią 

-  przynajmniej  ci,  którzy  w  to  wierzą.  Większość  z  nich  wątpi,  żeby  coś  takiego  w  ogóle 

istniało. 

- Czy oni sądzą, że to coś dewiacyjnego, oni to znaczy ci, którzy wierzą, że to istnieje? - 

spytałem. 

-  Trudno  powiedzieć.  Nie  wiem,  czy  w  ogóle  zastanawiano  się  kiedyś  nad  tą  sprawą.  Z 

akademickiego punktu  widzenia rzecz w tym,  że jeśli  Bóg może czytać ludzkie myśli, jego 

prawdziwy obraz powinien także móc to  robić. Można by twierdzić, że jest to  umiejętność, 

którą ludzie utracili czasowo wskutek kary jako części Cierpienia. Ale ja sam nie chciałbym 

zasłaniać się tym argumentem przed sądem. 

- Ten człowiek sprawiał wrażenie, jakby węszył pismo nosem - powiedziała Rosalinda. - 

Czy kto inny interesował się tą sprawą? 

background image

Na to wszyscy odpowiedzieli jej: 

- Nie! 

-  Dobrze  -  odparła.  -  Ale  musimy  uważać,  żeby  to  się  nie  powtórzyło.  David  będzie 

musiał  wyjaśnić  to  Petrze  słowami  i  spróbować  nauczyć  ją  jakiejś  samokontroli.  Jeśli 

zdarzyłby  się  jeszcze  taki  rozpaczliwy  krzyk  z  jej  strony,  musicie  go  w  każdym  razie 

zignorować,  nie  odpowiadać.  Zostawcie  to  po  prostu  Davidowi  i  mnie.  Jeśli  będzie  to  tak 

naglące,  jak  było  za  pierwszym  razem,  ktokolwiek  dopadnie  jej  pierwszy,  będzie  musiał  w 

jakiś sposób pozbawić ją przytomności, a w chwili, gdy ponaglenie ustanie, musicie wracać i 

udawać, że nic się nie stało. Musimy być pewni, że nie damy się znowu ściągnąć razem jako 

grupa.  Bardzo łatwo może nam  nie poszczęścić  się jak dzisiaj.  Czy wszyscy  to  rozumieją i 

zgadzają się? 

Odzywały się ich potakiwania, po czym na razie inni wycofali się, zostawiając Rosalindę 

i mnie, żebyśmy podyskutowali o tym, jak najlepiej powinienem postąpić z Petrą. 

Nazajutrz  zbudziłem  się  wcześnie  i  pierwszą  rzeczą,  którą  sobie  uświadomiłem,  była 

ponowna  rozpacz  Petry.  Była  teraz  jednak  inna;  przestrach  ustąpił  zupełnie,  ale  zastąpił  go 

lament nad zabitym konikiem. Lecz i on nie miał tego natężenia co wczoraj. 

Spróbowałem  nawiązać  z  nią  kontakt,  a  chociaż  tego  nie  zrozumiała,  w  jej  lamencie 

nastąpiła  dostrzegalna  i  przerwa  i  kilkusekundowy  ślad  zainteresowania.  Wyskoczyłem  z 

łóżka i poszedłem do jej pokoju. Ucieszyła się, że ma towarzystwo; gdy rozmawialiśmy, jej 

myślowy wzór rozpaczy zniknął. Zanim wyszedłem, obiecałem jej, że po południu zabiorę ją 

na ryby. 

Wcale niełatwo wyjaśnić słowami, jak można tworzyć zrozumiałe ukształtowane myśli. 

My  wszyscy  za  pierwszym  razem  doszliśmy  do  tego  sami;  zaczynało  się  od  bardzo 

nieporadnego  jąkania,  potem  szło  znacznie  sprawniej,  gdy  poznaliśmy  się  nawzajem  i 

zaczęliśmy  uczyć  się  poprzez  praktykę.  Z  Petrą  było  inaczej.  Mając  sześć  i  pół  roku, 

posiadała już siłę projekcji innej klasy niż my i wszystko przewyższającą - lecz nie zdawała 

sobie z tego sprawy, toteż nie miała nad nią żadnej kontroli. Robiłem, co mogłem, żeby jej to 

wyjaśnić, lecz nawet teraz, gdy miała prawie osiem lat, konieczność wyrażenia tego słowami, 

tak żeby to było dość proste, sprawiała mi trudność. Próbowałem jej to tłumaczyć przez jakąś 

godzinę, podczas gdy siedzieliśmy nad brzegiem rzeki, obserwując pływaki naszych wędek, a 

wciąż nie zaszedłem daleko, a ona była już zbyt znudzona, żeby zrozumieć, co do niej mówią. 

Potrzebny był chyba jakiś inny sposób. 

- Zabawmy się w coś - zaproponowałem. - Zamknij oczy. Zaciśnij je mocno i udawaj, że 

patrzysz w głęboką, głęboką studnię. Nie widzisz nic, tylko jest ciemno. 

background image

Prawda? 

- Tak - odparła z silnie zaciśniętymi powiekami. 

- Dobrze, Teraz nie myśl o niczym, tylko o tym, te jest ciemno i jak bardzo głęboko jest 

dno. Myśl tylko o tym, ale patrz w ciemność. Rozumiesz to? 

- Tak - odparła znowu. 

- Teraz uważaj - powiedziałem. 

Wymyśliłem sobie dla niej królika i pomyślałem, żeby poruszył nosem. Zachichotała. No, 

to  jedno  było  dobre:  to  mnie  przynajmniej  upewniło,  że  umie  odbierać.  Zlikwidowałem 

królika  i  pomyślałem  lalkę,  potem  jakieś  kurczątko,  potem  konia  i  wóz.  Po  kilku  minutach 

otwarła oczy i spojrzała oszołomiona.. 

- Gdzie to wszystko jest? - spytała rozglądając się. 

- Nigdzie. To były tylko takie rzeczy pomyślane - powiedziałem. - To zabawa. A teraz ja 

zamknę oczy. Obydwoje będziemy patrzeć w studnię i nie myśleć o niczym, tylko o tym, jak 

tam  ciemno.  Teraz  twoja  kolej,  pomyśl  jakiś  obraz  na  dnie  studni,  tak  żebym  go  mógł 

zobaczyć. 

Sumiennie grałem swoją rolą i najwrażliwiej otwarłem swój unrysł na jej myśli. To był 

błąd.  Nastąpił  wybuch  i  błysk,  a  ogólne  wrażenie  odniosłem  takie,  jakby  uderzył  we  mnie 

piorun.  Zachwiałem  się  w  umysłowym  oszołomieniu,  nie  mając  pojęcia,  jaki  obraz  nadała. 

Włączyli się inni, energicznie protestując. Wyjaśniłem im, co się stało. 

- No dobrze, ale, na miłość boską, bądź ostrożny i nie pozwól jej tego powtórzyć. O mały 

włos nie uderzyłem sis siekierą w nogę - nadszedł bolesny sygnał od Michaela. 

- Sparzyłam się w rękę czajnikiem - od Katherine, 

- Ucisz ją. Uspokój ją jakoś - poleciła Rosalinda. 

-  Nie  jest  podniecona.  Jest  zupełnie  spokojna.  Zdaje  się,  że  to  jest  po  prostu  jej  sposób 

kontaktowania - powiedziałem im, 

-  Może,  ale  ja  tego  sposobu  nie  mogę  wytrzymać  -  odparł  Michael.  -  Ona  go  musi 

złagodzić. 

- Wiem, robię, co mogę. Może macie jakieś pomysły, jak z tym postąpić? - spytałem. 

- No cóż, następnym razem ostrzeż nas, zanim ona spróbuje coś nadać  - powiedziała mi 

Rosalinda. 

Opamiętałem się i znów wróciłem do Petry. 

- Robisz to zbyt ostro - powiedziałem. - Tym razem zrób mały obraz myślowy, naprawdę 

mały i daleki, w miękkich, łagodnych kolorach. Rób to pomału i łagodnie, jakbyś go przędła z 

pajęczyny. 

background image

Petra skinęła główką i znów zamknęła oczy. 

-  Uwaga  - ostrzegłem innych i  czekałem pragnąc, żeby to  było  coś  takiego, przed czym 

można by się zasłonić. 

Tym  razem  była  to  tylko  mała  eksplozja.  Obraz  był  oślepiający,  lecz  udało  mi  się 

uchwycić jego kształt. 

- Ryba - powiedziałem. - Ryba z obwisłym ogonem. Petra zachichotała z radości. 

-  Z  pewnością  ryba  -  nadszedł  sygnał  od  Michaela.  -  Świetnie  ci  idzie.  Teraz  tylko 

powinieneś  się  postarać,  żeby  ona  ograniczyła  się  do  jednego  procentu  tej  siły,  jaką 

zademonstrowała ostatnim razem, zanim wypali nam mózgi. 

- Teraz pokazuj ty mnie - zażądała Petra i lekcja toczyła się dalej. 

Następnego popołudnia mieliśmy drugą. Było to zajęcie dość gwałtowne i wyczerpujące, 

osiągnęliśmy  jednak  pewien  postęp.  Petra  zaczynała  pojmować  ideę  tworzenia 

ukształtowanych myśli - na swój dziecinny sposób, bo tylko tego można było się spodziewać 

-  lecz  mimo  zakłóceń  często  rozpoznawalnych.  Największy  kłopot  sprawiało  wciąż  jeszcze 

icłi  osłabienie;  gdy  wpadła  w  podniecenie,  było  się  niemal  oszołomionym  od  wstrząsów. 

Reszta  z  nas  skarżyła  się,  że  nie  może  nic  robić,  gdy  my  się  uczymy;  było  to  tak,  jakby 

próbowało  się  ignorować  nagłe  uderzenie  młota  w  głowie.  Pod  koniec  lekcji  powiedziałem 

Petrze: 

- Teraz powiem Rosalindzie, żeby ci nadała obrazek myślowy. Zamknij tylko oczy tak jak 

przedtem. 

- Gdzie jest Rosalinda? - spytała, rozglądając się. 

-  Nie  ma  jej  tutaj,  ale  przy  obrazkach  myślowych  to  nie  ma  znaczenia.  No,  popatrz  w 

ciemność i nie myśl o niczym. 

„A  wy  inni  -  dodałem  w  myśli  na  użytek  reszty  -  po  prostu  wyłączcie  się,  dobrze? 

Oczyśćcie pole dla Rosalindy i nie przerywajcie. Zaczynaj, Rosalindo, mocno i jasno.” 

Siedzieliśmy w milczeniu, gotowi do odbioru. 

Rosalinda  nadała  staw  otoczony  trzciną.  Umieściła  w  nim  kilka  kaczek,  przyjaźnie, 

zabawnie wyglądających kaczuszek rozmaitego koloru. Pływały tak, jakby tańczyły w jakimś 

balecie,  a  tylko  jedna,  niezgrabna,  ale  bardzo  się  starająca  kaczuszka  zawsze  trochę  się 

spóźniała i myliła rytm. Petra była zachwycona. Chichotała z radości. Potem nagle wyraziła 

swój zachwyt; siła tego  wyrazu zmazała wszystko i  znów nas oszołomiła. Było  to  męczące 

dla wszystkich, lecz jej postępy były zachęcające. 

Na czwartej lekcji nauczyła się sztuki czytania myśli bez zamykania oczu, co było dużym 

krokiem  naprzód.  Pod  koniec  tygodnia  dokonaliśmy  prawdziwych  postępów.  Jej 

background image

ukształtowane  myśli  były  jeszcze  surowe  i  chwiejne,  lecz  praktyka  je  ulepszała;  jej  odbiór 

prostych form był dobry, choć jak dotąd niewiele potrafiła pochwycić z naszych wzajemnych 

przekazów. 

-  Za  trudno  mi  widzieć  wszystko  od  razu  i  za  szybko  to  idzie  -  mówiła.  -  Potrafię 

powiedzieć,  czy  to  nadajesz  ty,  czy  Rosalinda,  czy  Mdchael,  czy  Sally,  ale  to  idzie  tak 

szybko, że mi się plącze. Chociaż tamci inni są jeszcze bardziej pogmatwani. 

- Jacy inni? Katherine i Mark? - spytałem. 

- O, nie. Ich odróżniam. To jeszcze jacyś inni. Jacyś inni z daleka - odparła niecierpliwie. 

Postanowiłem przyjąć to spokojnie. 

- Nie przypuszczam, żebym ich znał. Kim oni są? 

-  Nie  wiem  -  powiedziała.  -  Nie  słyszysz  ich?  Są  tam,  ale  bardzo,  bardzo  daleko  - 

wskazała na południowy zachód. 

Zastanowiłem się nad tym przez chwilę. 

- Są tam teraz? - spytałem, 

- Tak, ale źle ich odbieram - odparła. 

Wysiliłem się, jak mogłem, żeby coś wykryć, ale mi się nie udało. 

- Może byś spróbowała przekazać mi to, co ty od nich odbierasz? - zaproponowałem. 

Spróbowała. Coś tam było, i to takiej jakości, jakiej 

żadne  z  nas  nie  miało.  Ale  nie  dało  się  tego  pojąć  i  było  to  bardzo  zamazane  -  może 

dlatego, pomyślałem, że Petra próbowała przekazać coś, czego sama nie rozumiała. Nic z tego 

nie  potrafiłem  wywnioskować  i  wezwałem  Rosalindę,  ale  jej  też  nie  powiodło  się  lepiej. 

Petrze  wyraźnie  przychodziło  to  z  wysiłkiem,  więc  po  kilku  minutach  postanowiliśmy  dać 

temu na razie spokój. 

Pomimo  stałej  u  Petry  skłonności  do  ześlizgiwania  się  w  coś,  co  -  w  przełożeniu  na 

dźwięki  -  można  było  nazwać  ogłuszającym  wrzaskiem,  wszyscy  odczuwaliśmy  zasłużoną 

dumę z jej postępów. Było w tym także pewne podniecenie - tak, jakbyśmy odkrywali kogoś 

nieznanego,  o  kim  wiedzieliśmy,  że  przeznaczeniem  jego  jest  zostać  wielkim  śpiewakiem; 

tylko że było to coś o wiele ważniejszego... 

- To będzie coś naprawdę bardzo interesującego - mówił Michael - pod warunkiem że ona 

nas wszystkich nie wykończy, zanim nie uzyska nad tym kontroli. 

Przy  kolacji,  w  jakieś  dziesięć  dni  po  stracie  konika  Petry,  Wuj  Axel  poprosił  mnie, 

żebym  poszedł  i  pomógł  mu  przy  naprawie  koła,  dopóki  jeszcze  jest  jasno.  Prośba  niby 

przypadkowa, lecz coś w jego oczach sprawiło, że zgodziłem się bez wahania. Wyszedłem z 

nim  i  poszliśmy  za  stóg  siana,  gdzie  nie  można  nas  było  podglądnąć  ani  podsłuchać.  Wuj 

background image

wziął trawkę w zęby i spojrzał na mnie poważnie. 

- Byłeś nieostrożny, chłopcze Davie?  - spytał. Istnieje mnóstwo okoliczności, w których 

można być 

nieostrożnym, ale w ten sposób pytał mnie tylko o jedną. 

- Nie sądzę - odpowiedziałem. 

- A może ktoś z innych? - pytał. Znów powiedziałem, że nie sądzę. 

- Hm - chrząknął. - Więc powiedz mi, dlaczego Joe Darley się o ciebie wypytywał? Masz 

pojęcie dlaczego? 

Nie miałem pojęcia i powiedziałem mu to. Potrząsnął głową. 

- Nie podoba mi się to, chłopcze. 

- Tylko o mnie czy także o innych? - spytałem. 

- O ciebie... i o Rosałindę Morton. 

-  O -  powiedziałem  z niepokojem.  -  Chociaż, jeśli  to  tylko  Joe Darley...  Może słyszał  o 

nas jakieś plotki i chce zrobić z tego mały skandal? 

- Może być - zgodził się Wuj Axel, ale z rezerwą. - Z drugiej strony Joe to facet, którym 

posługiwał się dawniej inspektor, jeśli chciał zdobyć po cichu jakieś informacje. Nie podoba 

mi się to. 

Tym  się  także  nie  przejąłem.  On  do  nikogo  z  nas  nie  zbliżył  się  bezpośrednio,  a  nie 

wyobrażałem  sobie,  gdzie  indziej  mógłby  zdobyć  jakąś  obciążającą  nas  informację. 

Podkreśliłem, że nie mógł  nam przyczepić niczego,  co podpadałoby pod kategorię dewiacji 

wciągniętych na listę. 

Wuj Axel potrząsnął głową. 

-  Te listy są otwarte, nie zamknięte -  powiedział.  -  Nie można wciągnąć  na listy  całych 

milionów odchyleń, jakie mogą się zdarzyć - tylko te najczęstsze. Nowe przypadki, jeśli się 

pojawią, należy poddać próbom. Do obowiązków inspektora należy być czujnym i wszczynać 

śledztwo, jeśli otrzymana informacja zdaje się go wymagać. 

Myśleliśmy o tym, co może się stać - powiedziałem mu. - Jeśli zajdą jakieś wątpliwości, 

oni  nie  będą  pewni,  czego  szukają.  Będziemy  tylko  musieli  okazać  zdumienie,  tak  jak 

okazałaby je norma. Jeśli Joe czy ktokolwiek ma coś przeciwko nam, może to być tylko jakieś 

podejrzenie, nie żaden dowód. 

Nie wydawało się, żeby był tego pewny. 

-  Jest  Rachel  -  powiedział.  -  Była  bardzo  przygnębiona  samobójstwem  siostry.  Czy 

myślisz, że ona?... 

- Nie - powiedziałem z przekonaniem.  - Pomijając już fakt, że nie mogłaby tego zrobić, 

background image

nie  mieszając  w  to  samej  siebie,  musielibyśmy  wiedzieć,  gdyby  cokolwiek  przed  nami 

ukrywała. 

- No cóż, ale jest mała Petra - powiedział. Wytrzeszczyłem na niego oczy. 

- Skąd wiesz o Petrze? - spytałem. - Nigdy ci nie mówiłem. 

Skinął głową z zadowoleniem. 

- Ale jest. Tak przypuszczałem. 

- Skąd się dowiedziałeś? - powtórzyłem niespokojnie, zastanawiając się, kto jeszcze mógł 

wpaść na podobny pomysł. - Czy ona ci mówiła? 

-  O nie, po prostu  do tego doszedłem.  - Urwał,  a potem dodał:  -  Pośrednio  przez Annę. 

Mówiłem,  ci,  jak  to  źle,  że  pozwoliliście  jej  wyjść  za  mąż  za  tego  chłopaka.  To  był  typ 

kobiety,  która  nie  będzie  zadowolona,  dopóki  nie  zrobi  się  niewolnicą  i  podnóżkiem 

mężczyzny - nie odda się zupełnie pod jego władzę. Ona taka była. 

-  Ale  ty...  ale  ty  nie  chcesz  powiedzieć,  że  ona  powiedziała  Alanowi  o  soibie?  - 

zaprotestowałem. 

- Powiedziała - skinął głową. - Zrobiła jeszcze więcej. Powiedziała mu o was wszystkich. 

Gapiłem się na niego z niedowierzaniem. 

- Nie możesz być tego pewien, Wuju Axelu! 

- Jestem pewien, chłopcze Davie. Może nie miała takiego zamiaru. Może powiedziała mu 

tylko  o sobie, będąc dziewczyną, która nie potrafi zachować tajemnicy  w łóżku.  I może on 

musiał wydusić z niej nazwiska was wszystkich, ale znał je na pewno. Znał je. 

-  Ale  nawet  jeśli  je  znał,  skąd  ty  o  tym  wiedziałeś?  ->  spytałem  ze  wzrastającym 

niepokojem. 

Mówił, przywołując wspomnienia: 

-  W  swoim  czasie  na  wybrzeżu  w  Rigo  była  tawerna.  Prowadził  ją  facet  nazwiskiem 

Grouth, z wielkim zyskiem. Miał personel złożony z trzech dziewcząt i dwóch chłopców. I ci 

ludzie robili wszystko, co im kazał - dokładnie - to, co im kazał. Gdyby chciał powiedzieć to, 

oo wiedział, jeden z chłopców zostałby powieszony za bunt na morzu, a dwie dziewczęta za 

morderstwo.  Nie  wiem,  co  zrobiła  reszta,  ale  traktował  ich  wszystkich  bardzo  ostro.  Miał 

najlepsze  pole  do  szantażu,  jakie  można  sobie  wyobrazić.  Jeśli  chłopcy  dostawali  jakieś 

napiwki,  on  je  zabierał.  Pilnował,  żeby  dziewczęta  były  miłe  dla  marynarzy,  którzy  tam 

przychodzili, i wszystko, co od nich dostawały, zabierał także. Obserwowałem sposób, w jaki 

je traktował i wyraz jego twarzy, kiedy na nie patrzył: rozkoszował się tym, że trzyma je w 

garści i wie o tym, a one także wiedzą. Wystarczyło, że zmarszczył brwi, a one tańczyły, jak 

im zagrał. 

background image

Wuj Axel urwał w zamyśleniu. 

- Nigdy byś nie pomyślał, że taki właśnie wyraz na 

ludzkiej twarzy można zauważyć akurat w kościele w Waknuk, prawda? Zrobiło mi się 

trochę  dziwnie,  kiedy  go  zobaczyłem.  Ale  zobaczyłem  go.  Na  twarzy  Alana,  kiedy  patrzył 

najpierw  na  Rosalindę,  potem  na  Rachel,  potem  na  ciebie,  potem  na  małą  Petrę.  Nie 

interesował się nikim innym. Tylko waszą czwórką. 

- Mogłeś się pomylić... to tylko taki wyraz... - zacząłem. 

-  Nie  taki  wyraz.  O  nie,  znałem  ten  wyraz  twarzy,  przypomniał  mi  zaraz  tę  knajpę  w 

Rigo. Poza tym, gdybym się mylił, skąd bym się dowiedział o Petrze? 

- I co zrobiłeś? 

- Wróciłem do domu i pomyślałem, trochę o Groutsie, jak wygodne wiódł sobie życie, a 

także o paru innych rzeczach. Potem nałożyłem nową cięciwę na mój łuk. 

- Więc to byłeś ty! - krzyknąłem. 

-  Tylko  to  można  było  zrobić,  Davie.  Wiedziałem  oczywiście,  że  Annę  pomyśli,  iż 

zrobiło to jedno z was. Ale nie mogła zadenuncjować was bez doniesienia na samą siebie i na 

swoją siostrę. To było ryzyko, ale musiałem je podjąć. 

-  To  z  pewnością  było  ryzyko  -  i  o  mało  co  wszystko  nie  wyszło  na  jaw  -  odparłem  i 

opowiedziałem mu o liście, który Annę zostawiła dla inspektora. 

Potrząsnął głową. 

-  Nie  przypuszczałem,  że  posunie  się  aż  tak  daleko,  biedna  dziewczyna  -  powiedział.  - 

Wszystko jedno, trzeba to było zrobić, i to szybko. Alan nie był głupcem. Dopilnowałby tego, 

żeby  on  był  bezpieczny.  Zanim  naprawdę  dobrałby  się  do  was,  złożyłby  gdzieś  pisemne 

zeznanie, które należałoby otworzyć w wypadku jego śmierci, i postarałby się o to, żebyście 

wy także o tym wiedzieli. Byłaby to dla was wszystkich dość paskudna sytuacja. 

Im bardziej nad tym myślałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak bardzo mogłaby 

być paskudna. 

- Ty sam podjąłeś dla nas wielkie ryzyko, Wuju Axelu - powiedziałem. 

Wzruszył ramionami. 

- Bardzo małe ryzyko dla mnie, wobec bardzo wielkiego dla was - powiedział. 

Teraz wróciliśmy do sprawy, od której zaczęliśmy. 

- Ale te wypytywania nie mogą mieć nic wspólnego z Alanem. To było już wiele tygodni 

temu - zauważyłem. 

-  Co  więcej,  to  nie  są  te  informacje,  którymi  Alan  podzieliłby  się  z  kimkolwiek,  gdyby 

chciał na tym skorzystać - zgodził się Wuj Axel. - Jedno jest pewne - ciągnął. - Oni niewiele 

background image

wiedzą,  bo  rozpoczęliby  już  śledztwo,  a  zanim  jakieś  zaczną,  muszą  być  cholernie  pewni 

siebie.  Inspektor  nie  wdawałby  się  w  niepewną  grę  z  twoim  ojcem,  gdyby  nie  był  pewny 

swego - ani zresztą z Angusem Mortonem, jeśli o to idzie. Ale to wciąż jeszcze nic nam nie 

mówi o tym, w czym rzecz. 

Znów wróciłem  do myśli,  że musi to  mieć coś  wspólnego ze sprawą  konika Petry. Wuj 

Axel wiedział oczywiście o jego śmierci, ale nic więcej. Bo trzeba by było opowiedzieć mu o 

samej Petrze, a mieliśmy między sobą milczące porozumienie, że im mniej on o nas wie, tym 

mniej  będzie  miał  do  ukrywania  w  przypadku  jakichś  kłopotów.  Jednakże  teraz,  skoro  już 

wiedział  o  Petrze,  opisałem  mu  ten  wypadek  dokładniej.  Nie  wydawał  się  nam 

prawdopodobnym  źródłem  plotek,  lecz  w  braku  innego  źródła  Wuj  zapamiętał  sobie 

nazwisko tamtego mężczyzny. 

- Jerome Skinner - powtórzył z niewielką nadzieją. - Doskonale, zobaczę, czy będę mógł 

się czegoś o nim dowiedzieć. 

Naradzaliśmy się wszyscy tej nocy, ale bezskutecznie. Michael powiedział: 

- No cóż, jeśli ty i Rosalinda jesteście zupełnie przekonani, że nie ma żadnego powodu do 

podejrzeń  w  waszym  okręgu,  to  nie  sądzę,  żeby  ślad  mógł  prowadzić  do  kogoi  kolwiek 

innego  poza  tym  człowiekiem  w  lesie.  -  Użył  tu  raczej  ukształtowanej  myśli,  a  nie  zadawał 

sobie trudu z literowaniem nazwiska „Jerome Skinner”. - Jeśli to on jest źródłem niepokojów, 

musiał  przedstawić  swoje  podejrzenia  inspektorowi  w  tym  okręgu,  a  ten  przekaże  je  jako 

normalny  raport inspektorowi u was.  To znaczy, że zastanawia się nad tym już kilka osób  i 

tutaj  będą  się  dopytywać  o  Sally  i  Katherine.  Diabli  nadali,  wszyscy  są  teraz  bardziej 

podejrzliwi  niż  zwykle  z  powodu  tych  plotek  o  wielkim  najeździe  z  Rubieży.  Zobaczę,  czy 

będę mógł dowiedzieć się czegoś jutro i dam wam znać. 

- Ale co marny robić, żeby było najlepiej? - spytała Rosalinda. 

-  Na  razie  nic  -  polecił  Michael.  -  Jeśli  mamy  słuszność  co  do  źródła  plotek,  wtedy 

jesteście podzieleni na dwie grupy: Sally i Katherine są w jednej, ty, David i Petra w drugiej, 

a nasza pozostała trójka w ogóle nie jest w to wplątana. Nie róbcie nic nadzwyczajnego, bo 

dopiero  wzbudzicie  podejrzenia.  Jeśli  dojdzie  do  śledztwa,  powinniśmy  umieć  wyłgać  się, 

postępując normalnie, tak jak postanowiliśmy. Ale Petra jest słabym punktem; jest za młoda, 

żeby to zrozumieć. Jeśli zabiorą się do niej, wezmą ją na swoje sztuczki i przyłapią, może się 

to dla nas wszystkich skończyć sterylizacją i Rubieżami... 

- To czyni z niej postać kluczową. Nie wolno im jej dostać w swoje ręce. Możliwe, że nie 

ciąży na niej żadne podejrzenie - ale była tam, więc nie wykluczone, że i ją będą podejrzewać. 

Jeśli  okaże  się,  że  się  nią  interesują,  lepiej  będzie  zapobiec  dalszym  stratom  i  uciec  z  nią  - 

background image

jeśli zabiorą się do niej, wydobędą z niej w ten czy inny sposób wszystko. 

- Bardzo możliwe, że wszystko ucichnie, ale gdyby sprawa wyglądała źle, David będzie 

musiał przejąć odpowiedzialność. Twoim zadaniem, David, będzie nie dopuścić, żeby wzięto 

ją na przesłuchanie - za żadną cenę. Gdybyś miał zabić kogoś, żeby temu zapobiec, będziesz 

musiał  to zrobić. Oni, jeśli  tylko  znajdą usprawiedliwienie, nie pomyślą  dwa razy nad tym, 

czy  nas  zabić.  Pamiętaj:  jeśli  w  ogóle  się  ruszą,  to  po  to,  żeby  nas  zlikwidować  -  jeśli  nie 

szybkim sposobem, to powolnym. 

Jeśli  dojdzie  do  najgorszego  i  nie  potrafisz  uratować  Petry,  lepiej  będzie  ją  zabić,  niż 

pozwolić,  żeby  poddano  ją  sterylizacji  i  wygnano  do  RLibieży  -  będzie  to  znacznie 

miłosierniej dla dziecka. Rozumiesz? Czy reszta z was się zgadza? 

Napływały ich zgody. 

Gdy  pomyślałem  o  małej  Petrze,  okaleczonej  i  porzuconej  nago  w  kraju  Rubieży,  żeby 

zginęła albo przeżyła tylko przez przypadek, zgodziłem się ja także. 

-  Doskonale  -  ciągnął  Michael.  -  A  teraz,  po  prostu  żeby  się  zabezpieczyć,  najlepiej 

będzie,  jeśli  wasza  czwórka  i  Petra  przygotuje  się  do  ucieczki  w  odpowiednim  momencie, 

kiedy to będzie konieczna. 

Zaczął to wyjaśniać bardziej szczegółowo.’. 

Trudno powiedzieć, jak inaczej moglibyśmy postąpić. Jakieś otwarte posunięcie któregoś 

z nas mogło od razu ściągnąć kłopoty na resztą. Nasz pech polegał na tym, że informacje o 

śledztwie otrzymaliśmy wtedy, kiedy je otrzymaliśmy, a nie o dwa lub trzy dni wcześniej. 

 

 

12. 

 

Cała  ta  dyskusja  i  rada  Michaela  sprawiły,  że  groźba  wykrycia  nas  wydała  się  bardziej 

realna  i  bliska  niż  wcześniej  tego  wieczora,  kiedy  rozmawiałem  z  Wujem  Axelem.  W  jakiś 

sposób  dyskusja  przekonała  mnie,  że  któregoś  dnia  możemy  stanąć  twarzą  w  twarz  z 

rzeczywistością -  z trwogą, która nie wybuchnie, żeby się potem uciszyć, pozostawiając nas 

takimi,  jakimi  byliśmy  przedtem.  Wiedziałem,  że  Michael  w  ciągu  mniej  więcej  ostatniego 

roku  był  coraz  bardziej  niespokojny,  jak  gdyby  czuł,  że  czas  nam  ucieka,  a  teraz  ja  także 

doznałem tego uczucia. Posunąłem się nawet tak daleko, że tego wieczora, zanim położyłem 

się do łóżka, poczyniłem pewne przygotowania, położyłem sobie pod ręką łuk i kilka tuzinów 

strzał i znalazłem torbę, do której włożyłem parę bochenków chleba i ser. I postanowiłem, że 

nazajutrz  spakuję  jakieś  ubrania  i  buty  i  inne  rzeczy,  które  mogą  się  przydać,  i  ukryję  je  w 

background image

jakimś  suchym,  odpowiednim  miejscu  poza  domem.  Będą  też  potrzebne  jakieś  ubranka  dla 

Petry i kilka koców, i coś, w czym można by trzymać wodę do picia, nie wolno też zapomnieć 

o hubce i krzesiwie... 

Wciąż jeszcze układałem w myśli listę potrzebnego ekwipunku, gdy zasnąłem... 

Nie  minęły  chyba  trzy  godziny,  gdy  obudził  mnie  szczęk  klamki  u  drzwi.  Nie  było 

księżyca,  lecz  gwiazdy  świeciły  dostatecznie  jasno,  żeby  ukazać  w  drzwiach  drobną  postać 

ubraną w nocną koszulę. 

- David - powiedziała. - Rosalinda... 

Ale nie potrzebowała mi nic mówić. Rosalinda już się pośpiesznie włączyła. 

- David - mówiła - musimy uciekać natychmiast, najszybciej, jak możesz. Zabrali Sally i 

Katherine... 

Michael wdarł się w jej opowieść: 

-  Pośpieszcie  się  oboje,  póki  czas.  To  było  rozmyślne  zaskoczenie.  Jeśli  dużo  się  o  nas 

dowiedzą, spróbują zaraz posłać oddział także do ciebie, zanim będzie można cię ostrzec. U 

Sally  i  Katherine  byli  niemal  równocześnie,  jakieś  dziesięć  minut  temu.  Ruszajcie  się, 

szybko! 

- Spotkamy się poniżej młyna. Spieszcie się! - dodała Rosalinda. 

Powiedziałem Petrze słowami: 

- Ubierz się jak najszybciej. Narzuć coś na siebie. I sprawuj się bardzo cicho. 

Najprawdopodobniej nie rozumiała ukształtowanych myśli szczegółowo, ale pojęła, że to 

pilne. Skinęła tylko głową i wyślizgnęła się z powrotem na ciemny korytarz. 

Narzuciłem ubranie i zwinąłem, koce z łóżka. Szukałem po omacku, póki nie znalazłem 

łuku, strzał i torby z jedzeniem, i ruszyłem ku drzwiom. 

Petra  była  już  prawie  ubrana.  Zgarnąłem  jakąś  odzież  z  jej  komody  i  zawinąłem  ją  w 

koce. 

- Nie wkładaj jeszcze butów - szepnąłem. - Nieś je w ręce i idź na palcach jak kot. 

Na podwórzu odłożyłem tobół i torbę i oboje włożyliśmy buty. Petra zaczęła coś mówić, 

lecz  położyłem  palec  na  ustach  i  przekazałem  jej  ukształtowaną  myśl  o  Shebie,  czarnej 

klaczy. Skinęła  głową i  na palcach przeszliśmy  przez podwórze. Właśnie otworzyłem  drzwi 

stajni, kiedy usłyszałem daleki odgłos, więc zatrzymałem się, żeby posłuchać. 

- Konie - szepnęła Petra. 

To były konie. Kilka par kopyt i cichy brzęk wędzideł. 

Nie było czasu, żeby szukać siodła i uzdy dla Sheby. Wyprowadziliśmy ją na postronku i 

wsiedliśmy na nią po pniaku. Z tym wszystkim, co miałem przy sobie, nie było przede mną 

background image

miejsca dla Petry. Usadowiła się za mną i objęła mnie w pasie. 

Po cichu wyślizgnęliśmy się z podwórza na jego odległym krańcu i ruszyliśmy ścieżką ku 

brzegowi rzeki, podczas gdy stuk kopyt na górnym trakcie zbliżał się ku domowi. 

- Wyjechałaś? - spytałem Rosalindę i dałem jej znać, co się działo z nami. 

-  Wyjechałam  dziesięć  minut  temu.  Miałam  wszystka  przygotowane  -  powiedziała  z 

wyrzutem.  -  Wszyscy  z  największym  wysiłkiem  próbowaliśmy  się  z  wami  porozumieć,  To 

szczęście, że Petra przypadkiem się obudziła. 

Petra ukształtowała własną myśl i przerwała nam z podnieceniem, żeby się dowiedzieć, 

co się stało. Było to niby fontanna iskier. 

-  Łagodniej,  kochanie.  O  wiele  łagodniej  -  zaprotestowała  Rosalinda,  -  Wszystko  ci 

wkrótce opowiemy. - Urwała na chwilę, żeby minęło oślepienie. 

- Sally? - Katherine? - dowiadywała się. Odpowiedziały razem. 

- Zabrano nas do inspektora. Jesteśmy zupełnie niewinne i zaskoczone. Czy tak najlepiej? 

Michael i Rosalinda zgodzili się, że tak. 

-  Myślimy  -  ciągnęła  Sally  -  że  powinnyśmy  zamknąć  przed  wami  nasze  myśli.  Będzie 

nam  łatwiej  postępować  tak,  jakbyśmy  były  normalne,  jeśli  naprawdę  nie  będziemy 

wiedziały, co się dzieje. Więc niech nikt z was nie próbuje się z nami kontaktować. 

-  Bardzo  dobrze  -  zgodziła  się  Rosalinda.  -  Ale  nasze  myśli  będą  dla  was  otwarte.  - 

Skierowała je teraz ku mnie: - Przyjeżdżaj, David. - Na farmie zaświeciły się teraz światła. 

-  W  porządku.  Przyjeżdżamy  -  powiedziałem.  -  W  każdym  razie  w  tych  ciemnościach 

trochę potrwa, zanim się zorientują, którędy pojechaliśmy. 

- Po cieple w stajni zorientują się, że nie ujechaliście daleko - zwróciła mi uwagę. 

Spojrzałem za siebie. Na górze, w domu, dostrzegłem światło w oknie i latarnię kołyszącą 

się  w  czyjejś  ręce.  Słabo  dobiegł  do  nas  głos  wołającego  mężczyzny.  Dotarliśmy  teraz  do 

brzegu rzeki i bezpiecznie można było zmusić Shebę do kłusa. Jechaliśmy tak przez pół mili, 

dopóki  nie  dotarliśmy  do  brodu,  a  potem  przez  następne  ćwierć  mili  aż  do  młyna.  Mądrze 

było  przeprowadzić  klacz  tamtędy,  na  wypadek  gdyby  ktoś  się  obudził.  Za  murem 

słyszeliśmy  psa  na  łańcuchu,  ale  nie  zaszczekał.  Doszło  teraz  do  mnie  dobiegające  skądś, 

niedaleko przed nami, uczucie ulgi Rosalindy. 

Znów  ruszyliśmy  kłusem  i  po  kilku  chwilach  zauważyłem  jakieś  poruszenie  pod 

drzewami  przy  drodze.  Zwróciłem  klacz  w  tamtą  stronę  i  odnalazłem  czekającą  na  nas 

Rosalindę - i nie tylko Rosalindę, lecz także parę wielkich koni jej ojca. Potężne stworzenia 

górowały nad nami, obydwa niosły na grzbietach wielkie kosze. Rosalinda stała w jednym z 

koszy, obok niej leżał łuk przygotowany do strzału. 

background image

Podjechałem do niej blisko, a ona wychyliła się, żeby zobaczyć, co przywiozłem. 

- Daj mi koce - powiedziała, sięgając po nie. - Co jest w tej torbie? 

Powiedziałem jej. 

- Mówisz, że to wszystko, co przywiozłeś? - spytała z dezaprobatą. 

- Trochę się śpieszyłem - odparłem. 

Złożyła  koce,  żeby  wyścielić  nimi  siodło  między  koszami.  Podniosłem  Petrę,  żeby 

Rosalinda  mogła  ją  wziąć  na  ręce.  Dźwignięta  przez  nas  oboje,  wygramoliła  się  w  górę  i 

usadowiła na kocach. 

- Lepiej trzymajmy się razem - powiedziała Rosalinda. - Zostawiłam dla ciebie miejsce w 

drugim koszu. Możesz stamtąd strzelać lewą ręką. - Rzuciła mi coś w rodzaju miniaturowej 

sznurowej drabinki, tak że ta zwisła z lewego boku wielkiego konia. 

Zsunąłem się z grzbietu Shefoy, zwróciłem ją głową ku domowi i dałem klapsa w bok, 

żeby  ruszyła, a potem niezgrabnie wgramoliłem  się do drugiego kosza. W tej samej chwili, 

kiedy wyjąłem nogę ze strzemienia, Rosalinda podciągnęła je w górę i uwiązała. Potrząsnęła 

lejcami  i  zanim  jeszcze  usadowiłem  się  w  koszu,  ruszyliśmy,  prowadząc  za  sobą  drugiego 

wielkiego konia na postronku. 

Kłusowaliśmy przez chwilę, potem zjechaliśmy z drogi i jechaliśmy korytem strumienia. 

Tam, gdzie wpadł doń drugi, skręciliśmy w mniejsze koryto. Opuściliśmy je i przejechaliśmy 

przez bagnistą ziemię do następnego strumienia. Trzymaliśmy się jego koryta przez jakieś pół 

mili lub trochę więcej, a potem wyjechaliśmy na inny odcinek wyboistego, błotnistego gruntu, 

który wkrótce stwardniał, 

aż  wreszcie  kopyta  koni  zadźwięczały  na  kamieniach.  Zwolniliśmy  znowu,  gdy  konie 

szły  krętą  drogą  pośród  skał.  Zrozumiałem,  że  Rosalinda  troskliwie  stara  się  ukryć  nasze 

ślady. Musiałem nieświadomie przekazać jej tę myśl, bo wtrąciła się trochę chłodno: 

- Szkoda, żeś ty trochę więcej nie myślał, a trochę mniej spał. 

-  Zrobiłem  początek  -  zaprotestowałem.  -  Miałem  zamiar  dokończyć  wszystkich 

przygotowań dzisiaj. Nie przypuszczałem, że to wszystko jest tak pilne. 

- I wobec tego, kiedy próbowałam się nad tym z tobą naradzić, spałeś jak suseł. Ja razem 

z matką spędziłam dwie bite godziny, pakując te kosze i siodłając konie na wszelki wypadek, 

gdy ty w najlepsze poszedłeś sobie spać. 

- Z matką? - spytałem przerażony. - To ona wie? 

- Chyba na pół wie, teraz od pewnego czasu coś odgadła. Nie wiem, ile odgadła, nigdy o 

tym  nie  mówiła.  Myślę,  że  czuła,  iż  dopóty,  dopóki  nie  musiała  przyznawać  się  do  tego 

słowami, wszystko może się ułożyć. Kiedy powiedziałam jej dziś wieczór, że myślę, iż będę 

background image

musiała wyjechać, rozpłakała się - ale w gruncie rzeczy nie była zaskoczona; nie próbowała 

dyskutować  ani  mi  tego  odradzać.  Miałam  takie  uczucie,  że  postanowiła  już  sobie  w  głębi 

duszy, iż kiedyś, kiedy nadejdzie ten czas, będzie musiała mi pomóc - i zrobiła to. 

Pomyślałem nad tym. Nie mogłem sobie wyobrazić, żeby moja własna matka zrobiła coś 

takiego  dla  Petry.  A  przecież  płakała  potem,  jak  odesłano  Ciotkę  Harriet.  A  Ciotka  Harriet 

była  więcej  niż  gotowa  złamać  prawa  czystości.  Tak  samo  matka  Sophie.  To  dziwne,  jak 

wiele  było  matek,  które  przymykały  oko  na  sprawy  w  rzeczywistości  nie  naruszające 

Definicji  prawdziwego  obrazu  -  a  może  na  sprawy,  które  ją  naruszały,  jeśli  można  było 

wyprowadzić  w  pole  inspektora...  Zastanawiałem  się  także,  czy  moja  matka  -  potajemnie  - 

cieszy się, czy smuci tym, że wywiozłem Petrę... 

Jechaliśmy  dziwną  trasą,  którą  Rosalinda  wybrała,  żeby  uniknąć  traktu.  Było  tu  więcej 

miejsc  kamienistych  i  więcej  strumyków,  dopóki  w  końcu  nie  popędziliśmy  koni  stromym 

brzegiem w górę i w las. Wkrótce napotkaliśmy drogę biegnącą na południowy zachód. Nie 

chcieliśmy ryzykować 

zostawienia  na  niej  śladów  wielkich  koni,  więc  trzymaliśmy  się  równolegle  do  niej,  aż 

niebo zaczęło  szarzeć. Potem  wjechaliśmy  głębiej  w las, dopóki  nie znaleźliśmy polany, na 

której rosła trawa dla koni. Tam spętaliśmy je i pozwoliliśmy im się paść. 

Gdy przygotowaliśmy posiłek złożony z chleba i sera, Rosalinda powiedziała: 

- Ponieważ spałeś sobie wcześniej tak dobrze, to może ty będziesz miał pierwszą wartę. 

Ona i Petra ułożyły się wygodnie na kocach i wkrótce zasnęły. 

Siedziałem z napiętym łukiem na kolanach i z półtuzinem strzał, zatkniętych w ziemię tuż 

pod ręką. Nie było słychać nic, ćwierkały tylko  ptaki, od czasu do czasu przemknęło jakieś 

małe  zwierzę  i  ciągle  chrupały  trawę  wielkie  konie.  Słońce  podniosło  się  między  rzadsze 

gałęzie  i  grzało  coraz  silniej.  Od  czasu  do  czasu  wstawałem  i  po  cichu  obchodziłem  skraj 

polany, ze strzałą na napiętej cięciwie. Nie odkryłem niczego, ale pomagało mi to zachować 

czujność. Po kilku godzinach czuwania odezwał się Michael: 

- Gdzie texaz jesteście? - spytał. Wyjaśniłem mu to tak, jak umiałem. 

- Dokąd zmierzacie? - chciał wiedzieć. 

-  Na  południowy  zachód  -  powiedziałem.  -  Postanowiliśmy  wędrować  w  nocy,  a 

odpoczywać w dzień. 

Zgodził się na to, ale: 

- Paskudne jest to, że wobec obawy przed napadem z Rubieży, kręci się tam wiele patroli. 

Nie wiem, czy Rosalinda dobrze zrobiła, że wzięła te wielkie konie  - jeśli je tylko zobaczą, 

wiadomość o tym rozejdzie się błyskawicznie, wystarczy nawet ślad kopyt. 

background image

- Zwykłe konie są od nich szybsze - przyznałem. - Ale nie mogą się z nimi równać, jeśli 

idzie o ich wytrzymałość. 

- Możecie jej potrzebować. Szczerze mówiąc, David, będziecie potrzebować także sprytu. 

Strasznie  tu  dużo  o  to  hałasu.  Musieli  dowiedzieć  się  o  was  o  wiele  więcej,  niż 

przypuszczaliśmy, chociaż nie doszli jeszcze ani do Marka, ani do Rachei, ani do mnie, Ale 

bardzo się z tego powodu wściekają. Mają zamiar wysłać za wami całe oddziały. 

Wpadłem  na  pomysł,  żeby  do  jednego  z  nich  zgłosić  się  na  ochotnika.  Chcę  im 

zameldować, że widziano was, jak jechaliście na południowy wschód. Jak was tam nie znajdą, 

wtedy Mark skieruje innych, żeby was szukali na północnym zachodzie. 

- Jeśli ktoś was zobaczy, nie pozwólcie mu za żadną cenę oddalić się z tą wiadomością. 

Ale nie strzelajcie. Wydano rożka?, żeby nie używać strzelb bez koniecznej potrzeby ani jako 

sygnałów - w sprawie każdego wystrzału będzie przeprowadzane śledztwo. 

- W porządku. Nie mamy strzelby - powiedziałem mu. 

- Tym lepiej. Mogłaby wam przyjść pokusa, żeby jej użyć - ale oni myślą, że macie. 

Rozmyślnie  postanowiłem  nie  brać  strzelby,  częściowo  z  powodu  huku,  aie  głównie 

dlatego,  że  powoli  się  ją  ładuje,  jest  ciężka  do  noszenia  i  bezużyteczna,  kiedy  zabraknie 

prochu.  Strzały  nie  mają  tego  zasięgu,  ale  nie  sprawiają  hałasu  i  można  ich  wypuścić  tuzin 

albo i więcej, podczas gdy przeciwnik ładuje ponownie strzelbę. 

Włączył się Mark: 

-  Słyszałem  was.  Jak  tylko  będzie  to  potrzebne,  rozpuszczę  pogłoskę,  że  uciekliście  na 

północny zachód. 

- Dobrze. Ale nie rób tego, dopóki ci nie powiem. 

- Przypuszczam, że Rosalinda teraz śpi? Powiedz jej, żeby skontaktowała się ze mną, jak 

się obudzi, dobrze? 

Powiedziałem,  że  to  zrobię,  i  wszyscy  przestaliśmy  nadawać.  Trzymałem  wartę  przez 

dalsze kilka godzin, a potem obudziłem Rosalindę. Petra nie obudziła się. Położyłem się obok 

niej i usnąłem w ciągu kilku minut. 

Może spałem lekko, a może był to po prostu zbieg okoliczności, że obudziłem się wtedy, 

gdy mogłem jeszcze przejąć przerażoną myśl Rosalindy: 

-  Zabiłam  go,  Michael.  Jest  zupełnie  martwy...  -  potem  opadła  w  paniczne,  chaotyczne 

obrazy myślowe. 

Włączy! się Michael, stanowczy i uspokajający ją: 

-  Nie  bój  się,  Rosalindo.  Musiałaś  to  zrobić.  To  jest  wojna  pomiędzy  ich  i  naszym 

rodzajem. Nie my ją zaczęliśmy - mamy takie samo prawo do życia jak oni. Nie wolno ci się 

background image

bać, Rosalindo, kochanie; musiałaś to zrobić. 

- Co się stało? - spytałem, siadając. 

Nie zwróciła na mnie uwagi albo była zbyt zajęta, żeby mnie zauważyć. 

Rozejrzałem  się  po  polanie.  Petra  leżała  przy  mnie,  wciąż  jeszcze  śpiąc,  wielkie  konie 

spokojnie skubały trawę. Michael włączył się znowu: 

- Ukryj go, Rosalindo. Spróbuj znaleźć jakieś zagłębienie i przykryj go stosem liści. 

Pauza. Potem Rosalinda, opanowawszy już panikę, ale w głębokiej rozpaczy, przytaknęła 

mu. 

Wstałem, wziąłem łuk i przeszedłem przez polanę w kierunku, w którym wiedziałem, że 

ją znajdę. Kiedy  doszedłem do krawędzi  drzew,  przyszło  mi do  głowy, że zostawiam Petrę 

bez opieki, więc nie szedłem dalej. 

Teraz  Rosalinda  pojawiła  się  wśród  krzewów.  Szła  powoli,  a  idąc,  wycierała  strzałę 

garścią liści. 

- Co się stało? - powtórzyłem. 

Ale  zdawało  się,  że  znów  straciła  kontrolę  nad  swymi  ukształtowanymi  myślami,  były 

pogmatwane i zniekształcone emocjami. Kiedy się zbliżyła, użyła zamiast nich słów: 

- To był mężczyzna. Znalazł ślad koni. Widziałam, że idzie za nim. Michael powiedział... 

Och, nie chciałam tego, David, ale co mogłam zrobić innego?... 

Oczy miała pełne łez. Objąłem ją i dałem jej się wypłakać na mym ramieniu. Nie bardzo 

mogłem,  ją  pocieszyć.  Mogłem  tylko  zapewnić  tak  jak  Michael,  że  to,  co  zrobiła,  było 

absolutnie konieczne. 

Po krótkiej  chwili powoli  poszliśmy z powrotem. Rosalinda usiadła obok wciąż śpiącej 

Petry. Przyszło mi do głowy, żeby ją spytać: 

- A co z jego koniem, Rosalindo? Uciekł? Potrząsnęła głową. 

-  Nie  wiem.  Przypuszczam,  że  musiał  mieć  konia,  ale  kiedy  go  zobaczyłam,  szedł  po 

naszych śladach pieszo. 

Pomyślałem, że lepiej będzie wrócić naszym szlakiem i sprawdzić, czy zostawił gdzieś w 

pobliżu  spętanego  konia.  Przeszedłem  jakieś  pół  mili,  ale  nie  znalazłem  żadnego  konia  ani 

żadnego  świeżego  śladu  kopyt  poza  tymi,  które  należały  do  naszych  wielkich  koni.  Kiedy 

wróciłem, Petra już się obudziła i paplała z Rosalinda. 

Mijał dzień. Nic więcej nie nadeszło do nas od Michaela ani od innych. Pomimo tego, oo 

zaszło,  wydawało  się,  że  lepiej  będzie  zostać  tutaj”  gdzie  byliśmy,  niż  ruszać  dalej  przy 

dziennym świetle, ryzykując, że zostaniemy spostrzeżeni. Więc czekaliśmy. 

Potem, po południu, nagle coś nadeszło. 

background image

Nie  była  to  ukształtowana  myśl;  nie  miało  to  realnego  kształtu;  było  samą  rozpaczą, 

czymś  niby  krzykiem  w  agonii.  Petra  zaczęła  ciężko  oddychać  i  z  płaczem  rzuciła  się  w 

ramiona  Rosalindy.  Uderzenie  było  tak  ostre,  aż  zabolało.  Rosalinda  i  ja  spojrzeliśmy  na 

siebie szeroko otwartymi oczami. Ręce mi drżały. A przecież wstrząs był tak bezkształtny, że 

nie potrafiliśmy powiedzieć, od kogo pochodził. 

Potem nastąpiła gmatwanina bólu i wstydu, przezwyciężona beznadziejnym strapieniem, 

a  pośród  niej  charakterystyczne  mignięcia  kształtów,  o  których  wiedzieliśmy,  że  bez 

wątpienia należą do Katherine. Rosalinda wzięła mnie za rękę i ścisnęła ją mocno. Znosiliśmy 

to, aż ostrość zamazała się i napięcie osłabło. 

Teraz włączyła się Sally, z przerwami, na falach miłości i współczucia dla Katherine, a 

potem z niepokojem do reszty z nas. 

-  Złamali  Katherine.  Złamali  ją...  Och,  Katherine,  kochanie...  nie  wolno  wam  jej  winić, 

nikomu, z was. Proszę, proszę, nie wińcie jej. Oni ją torturują. Na jej miejscu mogłoby być 

każde  z  nas.  Ona  jest  teraz  całkiem  nieprzytomna.  Nie  słyszy  nas...  Och,  Katherine, 

kochanie... - Jej myśli rozpłynęły się w bezkształtnej rozpaczy. 

Potem  był  Michael,  z  początku  niepewny,  lecz  później  umacniający  się  w  kształcie  tak 

surowym, w jakim zawsze go odbierałem: 

- To jest wojna. Kiedyś zabiję ich za to, co zrobili Katherine. 

Potem przez jakąś godzinę albo dłużej nie było nic. Raczej bez przekonania robiliśmy, co 

można, żeby uspokoić Petrę. Niewiele rozumiała z tego, co  się między nami wydarzyło, ale 

pojęła intensywność wydarzenia, a to wystarczyło, żeby ją przestraszyć. 

Potem znów nadeszła Sally; tępo, z przygnębieniem, zmuszając się do tego, włączyła się: 

- Katherine wyznała wszystko; przyznała się. Ja to potwierdziłam. Też w końcu zmusiliby 

mnie  do  tego.  Ja...  -  zawahała  się  z  niezdecydowaniem.  -  Nie  wytrzymałabym  tego. 

Rozpalonego żelaza... za nic, kiedy ona im powiedziała. Nie mogłabym... Wybaczcie mi, wy 

wszyscy... Wybaczcie nam obu... Wyłączyła się znowu. 

Włączył się Michael, niepewnie, również zaniepokojony. 

-  Sally,  kochanie,  oczywiście  nie  winimy  cię  za  to...  żadnej  z  was.  Rozumiemy  to.  Ale 

musimy wiedzieć, co im powiedziałyście. Ile oni wiedzą? 

- O ukształtowanych myślach - i o Davidzie i Rosalindzie. Co do nich byli niemal pewni, 

ale chcieli, żeby to potwierdzić. 

- O Petrze też? 

-  Tak...  och,  och,  och...  Nastąpiła  bezkształtna  fala  wyrzutów  sumienia.  -  Musiałyśmy  - 

biedna,  mała  Petra  -  ale  oni  wiedzieli  o  niej,  naprawdę.  Był  to  jedyny  powód,  dla  którego 

background image

David i Rosalinda ją ze sobą zabrali. Żadne kłamstwo by tego nie osłoniło 

- O kimś jeszcze? 

- Nie. Powiedziałyśmy im, że nie ma nikogo więcej. Myślę, że uwierzyli. Wciąż jeszcze 

zadają  pytania.  Usiłują  się  więcej  o  tym  dowiedzieć.  Chcą  wiedzieć,  jak  produkujemy 

ukształtowane myśli i jaki jest ich zasięg. Ja im mówię kłamstwa. Mówię, że nie więcej niż 

pięć mil i udaję, że nawet na tę odległość wcale nie jest łatwo je zrozumieć... 

Katherine jest  na pół  przytomna.  Ona nie może  do was nadawać. Ale oni  ciągle zadają 

nam  obu  pytania,  wciąż  i  wciąż...  Gdybyście  wiedzieli,  co  oni  jej  zrobili...  Och,  Katherine, 

kochanie... Jej stopy, Michael, och, jej biedne, biedne stopy... 

Wzory myślowe Sally zamgliły się przerażeniem, a potem zanikły. 

Nikt by się nie włączył. Sądzę, że wszyscy byliśmy zbyt głęboko dotknięci i wstrząśnięci. 

Słów trzeba dobierać, a potem je interpretować, lecz ukształtowane myśli czuje się głęboko w 

duszy.. 

Słońce stało nisko i zaczęliśmy się pakować, gdy Michael znów nawiązał z nami kontakt. 

- Posłuchajcie - powiedział. - Oni to biorą naprawdę bardzo poważnie. Są nami okropnie 

przestraszeni. Zwykle, jeśli dewiacja usuwa się z okręgu, pozwalają jej odejść. Nikt nie może 

nigdzie  się  osiedlić  bez  dowodu  identyczności  albo  bez  bardzo  dokładnego  badania  przez 

miejscowego  inspektora,  toteż  tak  czy  inaczej  musi  skończyć  na  Rubieżach.  Ale  ich 

wzburzyło  przede  wszystkim  to,  że  po  nas  nic  nie  widać.  Żyliśmy  pośród  nich  prawie 

dwadzieścia  lat,  a  oni  niczego  nie  podejrzewali.  Wszędzie  moglibyśmy  uchodzić  za 

normalnych.  Więc  ogłoszono  proklamację,  opisującą  waszą  trójkę  i  oficjalnie  klasyfikującą 

was  jako  dewiacje.  To  znaczy,  że  nie  jesteście  istotami  ludzkimi  i  wobec  tego  nie  możecie 

korzystać  z  żadnych  praw  i  ochrony  społeczeństwa  ludzkiego.  Każdy,  kto  w  jakiś  sposób 

wam pomaga, popełnia przestępstwo kryminalne; i każdy, kto zataja wiadomości o was, także 

podlega karze. 

W  rezultacie  tego  wszystkiego  jesteście  wyjęci  spod  prawa.  Każdy,  kto  was  zobaczy, 

może  was  bezkarnie  zastrzelić.  Jeśli  doniesie  o  waszej  śmierci  i  wiadomość  zostanie 

potwierdzona,  otrzyma  niewielką  nagrodę;  ale  o  wiele  większą  nagrodę  otrzyma  ten,  kto 

dostarczy was żyjących. 

Nastąpiła pauza, podczas której staraliśmy się to pojąć. 

- Nie rozumiem - powiedziała Rosalinda. - A jeśli przyrzekniemy odejść i nie wrócić?... 

-  Oni  się  nas  boją.  Chcą  was  złapać  i  dowiedzieć  się  o  nas  czegoś  więcej  -  dlatego 

wyznaczono tę dużą nagrodę. To nie jest tylko kwestia prawdziwego obrazu  - choć oni to w 

ten  sposób  przedstawiają.  Ale  rozumieją,  że  moglibyśmy  być  dla  nich  prawdziwym 

background image

niebezpieczeństwem.  Wyobraźcie  sobie,  że  gdybyśmy  byli  o  wiele  liczniejsi,  niż  jesteśmy, 

zdolni  do  wspólnego  myślenia,  robienia  planów  i  koordynowania  ich  bez  całej  tej  ish 

maszynerii  słów  i  poleceń,  moglibyśmy  ich  zawsze  przechytrzyć.  Ta  myśl  jest  im  bardzo 

niemiła,  toteż  należy  nas  zniszczyć,  zanim  będzie  nas  więcej.  Uważają  to  za  sprawę  o 

życiowym znaczeniu i - wiecie - może mają słuszność. 

- Czy oni chcą zabić Sally i Katherine? 

Było to nieostrożne pytanie, które wymknęło się Rosalindżie. Czekaliśmy na odpowiedź 

od jednej z dwóch dziewcząt. Nie było żadnej. Nie umieliśmy powiedzieć, co to znaczy; one 

mogły po prostu  znów zamknąć swoje myśli, mogły spać z wyczerpania albo  może już nie 

żyły... Michael tak nie myślał. 

-  Nie  ma  do  tego  specjalnego  powodu,  skoro  mają  je  bezpiecznie  w  swoich  rękach; 

bardzo prawdopodobne, że wzbudziłoby to wiele złej krwi. Oświadczyć, że nowo narodzone 

dziecko  nie  jest  istotą  ludzką  z  powodu  defektów  fizycznych,  to  inna  sprawa;  lecz  ta  jest 

znacznie  delikatniejsza.  Ludziom,  którzy  znali  Sally  i  Katherine  od  lat,  w  ogóle  nie  będzie 

łatwo zaakceptować werdykt o ich nieludzkości. Gdyby je zabito, mnóstwo ludzi poczułoby 

się niewyraźnie i straciło zaufanie do władz - to tak, jakby prawo miało działać wstecz. 

- Ale nas można zabić z całym spokojem? - zauważyła Rosalinda z goryczą. 

- Was jeszcze nie złapano i nie znajdujecie się wśród ludzi, którzy was znają. Dla obcych 

nie jesteście po prostu ludźmi. 

Niewiele można było odpowiedzieć. Michael spytał: - Jak wędrujecie dziś wieczór? 

- Wciąż na południowy zachód - powiedziałem mu. - Myśleliśmy, że spróbujemy znaleźć 

sobie  jakieś  miejsce,  żeby  się  zatrzymać  w  Dzikim  Kraju,  ale  teraz,  kiedy  każdemu 

myśliwemu wolno nas zastrzelić, sądzę, że będziemy musieli udać się do Rubieży. 

- Tak będzie najlepiej. Jeśli potraficie się tam ukryć przez pewien czas, zobaczymy, czy 

uda nam się upozorować waszą śmierć. Pomyślę nad jakimś sposobem. Jutro będę w oddziale 

poszukiwawczym,  który  wyrusza  na  południowy  wschód.  Dam  wam  znać,  co  będą  robić. 

Tymczasem jeśli kogoś spotkacie, w każdym razie strzelajcie pierwsi. 

Z tym wyłączyliśmy się. Rosalinda skończyła pakowanie i ułożyliśmy rzeczy tak, żeby w 

koszach  było  wygodniej  niż  poprzedniej  nocy.  Potem  wspięliśmy  się  do  nich,  ja  znowu  do 

lewego,  a  Petra  z  Rosalinda  tym  razem  obie  w  koszu  po  mojej  prawej  ręce.  Rosalinda 

pochyliła się, żeby uderzyć w ogromny koński bok i raz jeszcze ciężko ruszyliśmy naprzód. 

Petra, która podczas pakowania zachowywała się niezwykle cicho, teraz wybuchła płaczem i 

emanowała rozpacz. 

Nie chciała - mówiła przez łzy pociągając nosem - jechać do Rubieży. Srodze martwiły ją 

background image

myśli  o  Starej  Małgośce  i  Włochatym  Jasiu  z  jego  całą  rodziną  i  a  innych  wstrętnych 

postaciach, które - jak tym straszono dzieci - ukrywają się w tych okolicach. 

Byłoby  nam  łatwiej  ją  uspokoić,  gdyby  w  nas  samych  nie  tkwiły  resztki  dziecięcych 

lęków  lub  gdybyśmy  mogli  przeciwstawić  chorobliwej  reputacji  tego  rejonu  jakiś  zdrowy 

pogląd na niego. Lecz w tej sytuacji my, podobnie jak większość ludzi, wiedzieliśmy o nim 

zbyt mało rzeczy przekonywających i musieliśmy znosić rozpacz Petry. Trzeba przyznać, że 

była  ona  mniej  intensywna  niż  przy  poprzednich  okazjach,  a  doświadczenie  pozwoliło  nam 

teraz lepiej jej przeciwdziałać, niemniej efekt był męczący. Minęło  całe pół godziny, zanim 

Rosalindzie  udało  się  załagodzić  ów  zagmatwany  zgiełk  jej  myśli.  Gdy  to  zrobiła,  inni 

włączyli się z niepokojem; zirytowany Michael zapytał: 

- Co to było tym razem? Wyjaśniliśmy mu. 

Michael  przestał  się  irytować  i  zwrócił  uwagę  na  samą  Petrę.  W  powolnych,  jasnych 

obrazach  myślowych  zaczął  jej  opowiadać,  że  Rubieże  nie  są  wcale  miejscem,  w  którym 

mieszkają  jakieś  straszydła,  jak  to  ludzie  opowiadają.  Że  większość  mieszkających  tam 

mężczyzn i kobiet to po prostu ludzie pechowi i nieszczęśliwi. Zabrano i;?h z domów, często 

gdy  byli  jeszcze  małymi  dziećmi,  albo  niektórzy  z  nich,  gdy  byli  starsi,  musieli  z  domów 

uciekać  tylko  dlatego,  że  nie  wyglądali  tak  jak  inni  ludzie  i  musieli  żyć  na  Rubieżach, 

ponieważ  nigdzie  indziej  nie  pozostawiono  by  ich  w  spokoju.  Niektórzy  z  nich  wyglądali 

rzeczywiście  bardzo  dziwnie  i  zabawnie,  ale  nic  nie  mogli  na  to  poradzić.  Można  się  tym 

martwić, ale nie trzeba się tego bać. Gdyby nam przydarzyło się mieć jakieś dodatkowe palce 

albo uszy, odesłano by nas na Rubieże, chociaż bylibyśmy przecież w duszy dokładnie takimi 

samymi  ludźmi,  jakimi  jesteśmy  teraz.  W  gruncie  rzeczy  to,  jak  ludzie  wyglądają,  ma 

niewielkie znaczenie, wkrótce można się do tego przyzwyczaić i... 

Lecz mniej więcej w tym miejscu Petra mu przerwała: 

- Kto to jest ta druga? - powiedziała. 

- Jaka druga? Co masz na myśli? - spytał. 

- Ta druga osoba, która nadaje obrazy myślowe zupełnie pomieszane z twoimi - odparła. 

Nastąpiła  pauza.  Ja  całkiem  otwarłem  swój  umysł,  lecz  w  ogóle  nie  mogłem  wykryć 

żadnych ukształtowanych myśli. Potem: 

- Niczego nie łapię - nadeszło od Michaela, od Marka i od Rachel. - To musi być... 

Nastąpił  gwałtowny,  silny  znak  od  Petry.  Gdyby  to  były  słowa,  mogłoby  to  znaczyć 

niecierpliwe: „Zamknijcie się!” Uciszyliśmy się i czekaliśmy. 

Zerknąłem  na  drugi  kosz.  Rosalinda  objęła  Petrę  ramieniem  i  patrzyła  na  nią  uważnie. 

Sama Petra miała oczy zamknięte, jak gdyby całą uwagę skupiła na nasłuchiwaniu. Teraz się 

background image

nieco odprężyła, 

- Co to jest? - spytała ją Rosalinda. 

Petra otwarła oczy. Jej odpowiedź była zagadkowa i ukształtowana niezupełnie jasno. 

- Ktoś mi zadawał pytania. Myślę, że ten ktoś, ta ona, jest daleko, bardzo, bardzo daleko 

stąd. Mówi, że przedtem przejęła moje przerażone myśli. Chce wiedzieć, kto ja jestem i gdzie 

jestem. Mam jej powiedzieć. 

Zastanowiliśmy  się  przez  chwilę.  Potem  Michael  zapytał  z  pewnym  podnieceniem,  czy 

się zgadzamy. Zgodziliśmy się. 

- Dobrze, Petra. Nadawaj i powiedz jej - przytaknął. 

- Będę musiała to zrobić bardzo głośno. Ona jest tak bardzo daleko - ostrzegła nas Petra. 

Tak też zrobiła. Gdyby nadawała tak silnie, kiedy nasze mózgi były otwarte, poraniłaby 

je.  Ja  zamknąłem  swój  umysł  -  i  starałem  się  skoncentrować  uwagę  na  drodze  przed  nami. 

Trochę to pomogło, ale w żadnym wypadku nie była to pełna obrona. Kształty  były proste, 

jak tego można było oczekiwać po wieku Petry, lecz jednak atakowały mnie z gwałtownością 

i blaskiem, które mnie oślepiały i ogłuszały. 

Gdy to ustało, nadszedł ekwiwalent słowa: „Uff!” ze strony Michaela, lecz szybko po nim 

nastąpił  ekwiwalent:  „Zamknij  się!”  ze  strony  Petry.  Pauza,  a  potem  jeszcze  jedno  krótkie, 

oślepiające interludium. Gdy to ucichło: 

- Gdzie ona jest?- spytał Michael 

- Tam - odpowiedziała mu Petra. 

- Na miłość boską... 

- Ona pokazuje na południowy zachód - wyjaśniłem. 

- Zapytałaś ją o nazwę tego miejsca, kochanie? - pytała Rosalinda. 

-  Tak,  ale  to  nic  nie  znaczy,  tylko  że  ono  jest  w  dwóch  częściach  i  -  jest  tam  mnóstwo 

wody  -  odparła  Petra  słowami  i  niejasno.  -  Ona  także  nie  wie,  gdzie  ja  jestem,  Rosalinda 

zaproponowała: 

- Powiedz jej, żeby to przesylabizowała kształtami liter. 

- Ale ja nie znam liter - płaczliwie zaprotestowała Petra. 

- O, kochanie, to przykre - przyznała Rosalinda. - Ale w końcu my je możemy przesłać. 

Ja będę ci podawała kształt litery po literze, a ty jej to przekażesz. Co o tym myślisz? 

Petra niepewnie zgodziła się spróbować. 

- Dobrze - powiedziała Rosalinda. - Uwaga, wszyscy! Zaczynamy. 

Zobrazowała  „L”.  Petra  przekazała  je  z  druzgocącą  siłą,  Potem  Rosalinda  nadała  „A”  i 

tak dałej, aż ukończyła całe słowo. Petra powiedziała nam: 

background image

-  Ona  rozumie,  ale  nie  wie,  gdzie  jest  Labrador.  Powiada,  że  Spróbuje  się  dowiedzieć. 

Chce nam przesłać swoje kształty liter, ale powiedziałam, że to się na nic nie przyda. 

-  Ależ  przyda  się,  kochanie.  Ty  odbierzesz  je  od  niej,  a  potem  przekażesz  nam  -  tylko 

łagodnie, żebyśmy mogli odczytać. 

Teraz otrzymaliśmy pierwszą literę. Było to „Z”, Poczuliśmy się rozczarowani.. 

- Gdzież to jest, u licha? - zapytali wszyscy od razu, 

- Ona to odebrała tyłem do przodu. To musi być „S” - zdecydował Michael, 

- To nie jest „S”, to jest „Z” - upierała się Petra ze łzami. 

- Mniejsza o to. Nadawaj dalej - powiedziała jej Rosalinda. 

Zbudowało się całe słowo. 

- Dobrze, inne litery się zgadzają - przyznał Michael. - Sealand - to musi być... 

- Nie „S”, tylko „Z” - powtórzyła Petra z uporem 

- Ale, kochanie, „Z” nic nie znaczy, a Sealand to właśnie kraj otoczony morzem. 

- Jeśli się to na coś przyda - powiedziałem niepewnie - to zgodnie z tym, co mówił mój 

Wuj Axel, tam jest więcej morza, niż ktoś mógłby sobie wyobrazić. 

W  tej  chwili  wszystko  zostało  zamazane  pełną  oburzenia  rozmową  Petry  z  nieznajomą. 

Zakończyła ją, żeby obwieścić z triumfem: 

- To jest „Z”. Ona mówi, że to się różni od „S”, to daje taki dźwięk, jaki wydają pszczoły. 

-  W  porządku  -  odpowiedział  Michael  uspokajająco  -  ale  zapytaj  jej,  czy  jest  tam  dużo 

morza. 

Petra wkrótce odparła: 

- Tak. Kraj składa się z dwóch części i wszędzie dookoła jest, mnóstwo morza. Stamtąd, 

gdzie ona jest, można widzieć słońce oświetlające całe mile i wszystko jest niebieskie... 

- W środku nocy? - powiedział Michael. - Ona jest szalona. 

- Ale tam, gdzie ona jest, nie ma nocy. Ona mi to pokazała - powiedziała Petra. - To jest 

miejsce z ogromnym mnóstwem domów, innych niż w Waknuk i o wiele, o wiele większych. 

I  drogami jeżdżą tam zabawne  wozy bez koni.  I są tam takie  rzeczy  w  powietrzu, z takimi 

świszczącymi rzeczami na szczycie... 

Wstrząsające  było  rozpoznanie  obrazu  z  dziecięcych  snów,  o  którym  niemal 

zapomniałem. Wtrąciłem się, powtarzając to jaśniej, niż Petra pokazała: 

- Rzeczy w kształcie ryb, całkiem białe i lśniące. 

- Tak, takie - zgodziła się Petra. 

-  W  tym  wszystkim  jest  coś  bardzo  dziwnego  -  wtrącił  się  Michael.  -  David,  skąd  ty,  u 

licha, wiedziałeś...? 

background image

Przerwałem mu: 

-  Niech  Petra  odbierze  teraz  wszystko,  co  może  -  zaproponowałem.  -  Potem  to 

przemyślimy. 

Więc  znowu  zrobiliśmy,  co  było  w  naszej  mocy,  żeby  wznieść  barierę  między  nami  i 

wyraźnie jednostronną wymianą myśli, którą Petra prowadziła w podnieconym fortisimo. 

Posuwaliśmy  się  z  wolna  przez  las.  Staraliśmy  się  bardzo  nie  zostawiać  śladów  na 

ścieżkach  i  drogach,  więc  jazda  była  trudna.  Musieliśmy  nie  tylko  trzymać  łuki  gotowe  do 

strzału,  lecz  także  uważać,  żeby  nie  wyślizgnęły  nam  się  z  rąk,  i  nisko  pochylać  się  pod 

zwisającymi  gałęziami.  Ryzyko  spotkania  ludzi  było  niewielkie,  ale  była  możliwość 

natknięcia się na jakąś polującą bestię. Na szczęście, kiedy się jakąś słyszało, nieodmiennie 

starała się pośpiesznie zejść nam z drogi. Być może cielska wielkich koni były odstraszające; 

jeśli  tak,  była  to  przynajmniej  jedyna  korzyść  wynikająca  z  pozostawiania  przez  nas 

wyraźnych śladów. 

W tych stronach letnie noce nie są długie. Posuwaliśmy się z trudem  aż do pierwszych 

oznak świtu, a potem znaleźliśmy inną polanę dla wypoczynku. Zbyt wielkie ryzyko wiązało 

się z rozsiodłaniem koni; ciężkie juczne siodła i kosze trzeba byłoby wciągać za pomocą liny 

przerzuconej  przez  jakiś  konar,  a  to  pozbawiłoby  nas  możliwości  szybkiej  ucieczki. 

Musieliśmy po prostu spętać konie tak jak dnia poprzedniego. 

Podczas gdy jedliśmy nasze zapasy, rozmawiałem z Petrą o rzeczach, które pokazała jej 

nowa przyjaciółka. Im więcej mi opowiadała, tym bardziej czułem się podniecony. Wszystko 

niemal  zgadzało  się  ze  snami,  które  miewałem  jako  mały  chłopiec.  Była  to  jakby  nagła 

inspiracja  świadomości,  że  to  miejsce  musi  istnieć  naprawdę;  że  nie  śniłem  tylko  o  życiu 

Starych Ludzi, lecz że to wszystko naprawdę istnie je teraz gdzieś w świecie. Jednakże Petra 

była  zmęczona,  toteż  nie  wypytywałem  jej  tyle,  ile  bym  pragnął,  lecz  pozwoliłem  jej  i 

Rosalindzie ułożyć się do snu. 

Tuż po wschodzie słońca włączył się Michael, trochę po denerwowany. 

-  Znaleźli  wasz  ślad,  David.  To  ten  człowiek,  którego  zastrzeliła  Rosalinda;  znalazł  go 

jego pies,  a oni  poszli po śladach wielkich koni. Nasz oddział zawraca teraz na południowy 

zachód, żeby się przyłączyć do polowania. Lepiej ruszajcie dalej. Gdzie teraz jesteście? 

Mogłem mu tylko powiedzieć, że wyliczyliśmy sobie, iż powinniśmy być teraz o jakieś 

kilka mil od Dzikiego Kraju: 

- Więc jedźcie szybko - powiedział. - Im dłużej zwlekacie, tym więcej będą mieli czasu, 

żeby wysłać oddział, który odetnie wam drogę. 

Była  to  dobra  rada.  Zbudziłem  Rosalindę  i  wyjaśniłem  jej  sytuację.  Dziesięć  minut 

background image

później byliśmy już znowu w drodze, przy czym Petra wciąż jeszcze była bardziej niż na pół 

śpiąca.  Ponieważ  szybkość  była  teraz  ważniejsza  od  ukrywania  się,  ruszyliśmy  pierwszym 

napotkanym traktem wiodącym na południe i zmusiliśmy konie do ociężałego kłusa. 

Droga  wiła  się  nieco,  zgodnie  z  ukształtowaniem  kraju,  ale  ogólny  kierunek  był 

właściwy.  Jechaliśmy  nią  przez  całe  dziesięć  mil  bez  jakichkolwiek  przeszkód,  lecz  potem, 

gdy minęliśmy zakręt, znaleźliśmy się twarzą w twarz z jeźdźcem pędzącym ku nam kłusem; 

był zaledwie pięćdziesiąt jardów przed nami. 

 

 

13. 

 

Ten  człowiek  nie  mógł  mieć  ani  przez  chwilę  wątpliwości,  kim  jesteśmy,  bo  gdy  tylko 

nas ujrzał, ściągnął uzdę i zerwał łuk z ramienia. Zanim założył grot na cięciwę, strzeliliśmy 

do niego. 

Wielki koń poruszył się niepewnie i oboje spudłowaliśmy. On strzelał lepiej. Jego strzała 

minęła  nas,  drasnąwszy  głowę  naszego  konia.  Ja  znów  spudłowałem,  lecz  drugi  strzał 

Rosalindy  trafił  jego  konia  w  pierś.  Wierzgnął,  niemal  wysadzając  jeźdźca  z  siodła,  potem 

zawrócił i Wyrwał się przodem przed nami. Posłałem za nim następną strzałę i trafiłem go w 

zad. Skoczył w bok, strącając jeźdźca w krzaki, potem popędził traktem tak szybko, jak tylko 

mógł. 

Minęliśmy zrzuconego jeźdźca bez zatrzymywania się. Skulił się na boku, gdy ogromne 

kopyta tupotały obok, o kilka stóp od jego głowy. Potem odwróciliśmy się i zobaczyliśmy, że 

usiadł,  badając  swe  potłuczenia.  Najmniej  zadowalającym  skutkiem  incydentu  był  fakt,  że 

teraz ranny koń, pozbawiony jeźdźca, wywoływał alarm przed nami. 

Kilka  mil  dalej  obszar  lasu  nagle  się  kończył  i  znaleźliśmy  się  u  wejścia  do  wąskiej, 

uprawnej doliny. Zanim w odległym jej krańcu znów zaczynały się drzewa, rozciągał się na 

mniej  więcej  półtorej  mili  otwarty  teren.  Jego  większość  stanowiły  pastwiska,  na  których 

owce i bydło pasły się za ogrodzeniami i płotami z drewnianych pali, Jedno z kilku ornych 

pól rozciągało się tuż po naszej lewej stronie. Młode zboże na nim wyglądało na owies, lecz 

było tak bardzo dotknięte dewiacją, że u nas dawno już zostałoby spalone. 

Ten widok podniósł nas na duchu, bo mógł oznaczać tylko to, że dotarliśmy już niemal do 

Dzikiego Kraju, gdzie można było nie utrzymywać zbiorów w czystości. 

Droga  wiodła  łagodnie  w  dół  ku  farmie,  która  była  czymś  odrobinę  lepszym  niż 

zbiorowisko  szop  i  szałasów.  Pośród  nich,  na  otwartej  przestrzeni  służącej  za  dziedziniec, 

background image

spostrzegliśmy cztery lub pięć kobiet i kilku mężczyzn zgromadzonych wokół konia. Oglądali 

go  badawczo,  a  my  nie  mieliśmy  wątpliwości,  czyj  to  był  koń.  Najwidoczniej  dopiero  co 

przybył,  a oni jeszcze o nim dyskutowali. Postanowiliśmy raczej jechać naprzód, niż dać im 

czas na uzbrojenie się i ruszenie za nami w pościg. 

Byli tak zajęci oglądaniem konia, że przejechaliśmy połowę odległości od drzew, zanim 

ktokolwiek  z  nich  nas  zauważył.  Nigdy  przedtem  nie  widzieli  wielkiego  konia,  a  widok  aż 

dwóch  pędzących  na  nich  w  cwał  z  grzmiącym  hukiem  kopyt  sprawił,  że  na  chwilę 

znieruchomieli  ze  zdumienia.  Koń  pośród  nich  zmienił  tę  dramatyczną  sytuację:  kwiknął, 

zarżał i skoczył, roztrącając ich. 

Nie było po co strzelać. Cała grupa uciekła, szukając schronienia w rozmaitych drzwiach 

i przewaliliśmy się przez ich dziedziniec bez przeszkód. 

Trakt skręcał w lewo, lecz Rosalinda poprowadziła wielkiego konia wprost przed siebie, 

ku  następnemu  obszarowi  lasu.  Ogrodzenia  przelatywały  obok  nas  jak  gałęzie,  a  my  wciąż 

jechaliśmy niezdarnym cwałem przez pola, zostawiając za sobą szlak połamanych płotów. 

Na krawędzi drzew obejrzałem się za siebie. Ludzie na farmie wynurzyli się z ukrycia i 

stali gestykulując i gapiąc się na nas. 

Trzy albo cztery mile dalej wyjechaliśmy na teren bardziej otwarty, lecz niepodobny do 

żadnego,  jaki  widzieliśmy  przedtem.  Był  usiany  krzewami,  zaroślami  i  kępami  gąszczu. 

Większość  traw  była  szorstka  i  szerokoliściasta.,  w  niektórych  miejscach  trawa  wyglądała 

monstrualnie, rosła olbrzymimi kępami, z których jej łodygi o ostrych krawędziach wyrastały 

na osiem lub dziesięć stóp w górę. 

Przez  dalszych  kilka  godzin  jechaliśmy  wśród  tych  kęp,  kierując  się  ogólnie  na 

południowy zachód. Potem wjechaliśmy w zagajnik  dziwnych, lecz dość dużych drzew. To 

miejsce  dawało  dobrą  osłonę,  a  wewnątrz  było  kilka  otwartych  polan  i  rosła  na  nich 

zwyklejsza  trawa,  wyglądająca  na  odpowiednią  na  paszę.  Postanowiliśmy  trochę  tutaj 

odpocząć i wyspać się. 

Spętałem  konie,  podczas  gdy  Rosalinda  rozwijała  koce  i  teraz  jedliśmy  łapczywie. 

Panował miły spokój, dopóki Petra nie nawiązała jednego ze swych oślepiających kontaktów 

tak gwałtownie, że ugryzłem się w język. 

Rosalinda zmrużyła oczy i dotknęła ręką głowy. 

- Na miłość boską, dziecko! - zaprotestowała. 

- Przepraszam, zapomniałam - powiedziała Petra niedbale. 

Przez jakąś minutę siedziała z lekko pochyloną głową, potem powiedziała: 

- Ona chce rozmawiać z kimś z was. Mówi, żebyście oboje próbowali jej słuchać, a ona 

background image

będzie myśleć jak najgłośniej. 

- Dobrze - zgodziliśmy się. - Ale ty bądź spokojna, bo nas oślepisz. 

Próbowałem, jak” mogłem najusilniej, natężając swą wrażliwość do ostatecznych granic - 

ale nie było nic, tylko jakby lśnienie ciepłej mgły. 

Odprężyliśmy się znowu. 

- Niedobrze - powiedziałem. - Będziesz musiała jej wyjaśnić, że nie możemy nawiązać z 

nią kontaktu, Petro. Uwaga, wszyscy. 

Zrobiliśmy  wszystko,  co  możliwe,  żeby  stłumić  wymianę  myśli,  która  miała  nastąpić. 

Potem  Petra  zmniejszyła  siłę  swych  myśli  poniżej  oślepiającego  poziomu  i  zaczęła 

przekazywać  nam  to,  co  odbierała.  Te  myśli  musiały  być  bardzo  proste  w  formie,  tak  aby 

mogła je kopiować, nawet jeśli ich nie rozumiała; w konsekwencji docierały do nas jako coś 

w rodzaju dziecinnej rozmowy i z wieloma powtórzeniami, żeby nie było wątpliwości, że je 

pojęliśmy. Trudno opisać słowami sposób, w jaki te myśli do nas dochodziły, lecz ważne było 

ogólne wrażenie i to, że docierały do nas dość jasno. 

Pilny nacisk położono na ważność - ważność nie nas, lecz Petry. Ją należało chronić za 

wszelką  cenę.  Było  rzeczą  niesłychaną,  by  można  osiągnąć  tę  siłę  projekcji,  jaką  ona 

posiadała,  bez  specjalnego  treningu  -  była  odkryciem  najwyższej  wagi.  Pomoc  była  już  w 

drodze, lecz dopóki jej nie otrzymamy, musimy grać na zwlokę i myśleć o bezpieczeństwie - 

wyglądało na to, że o bezpieczeństwie Petry, nie o naszym - za wszelką cenę. 

Było  mnóstwo  innych  spraw  mniej  jasnych,  zmieszanych  z  tymi,  lecz  na  pewno  nie 

myliliśmy się co do głównego punktu. 

- Dotarło to do was? - spytałem innych, gdy nadawanie się skończyło. 

Dotarło.  Michael  odpowiedział.-  Trudno  się  w  tym  połapać.  Nie  ulega  wątpliwości,  że 

siła projekcji Petry jest nadzwyczajna, w każdym razie w porównaniu z naszą, lecz zdajei się - 

o ile udało mi się zrozumieć - że tamta osoba jest szczególnie zdziwiona, iż znalazła ją wśród 

ludzi prymitywnych, zwróciliście na to uwagę? Wyglądało niemal na to, że ma na myśli nas. 

- Tak - potwierdziła Rosalinda. - Nie ma co do tego ani cienia wątpliwości. 

- W tym musi być jakieś nieporozumienie - włączyłem się. - Być może Petra wywołała u 

niej  wrażenie,  że  jesteśmy  ludźmi  z  Rubieży.  Co  do...  -  Nagle  wymazało  mnie  na  chwilę 

oburzone zaprzeczenie Petry. Zrobiłem, co mogłem, żeby je zignorować, i ciągnąłem: - Co do 

pomocy, to  musi być także nieporozumienie. Ona jest gdzieś na południowym  zachodzie, a 

wszyscy  wiedzą,  że  w  tej  stronie  ciągną  się  całe  mile  Złego  Kraju.  Nawet  jeśli  się  gdzieś 

kończą, a ona jest po drugiej stronie, to jakże może nam pomóc? 

Rosałinda nie chciała dyskutować na ten temat. 

background image

- Zaczekajmy, to się dowiemy - powiedziała. - Teraz po prostu chcę tylko spać. 

Ja  czułem  się  tak  samo,  a  ponieważ  Petra  większość  czasu  przespała  w  koszu, 

powiedzieliśmy  jej,  żeby  bardzo  uważała  na  to,  co  się  dzieje,  i  zbudziła  nas,  skoro  tylko 

usłyszy  lub  zobaczy  coś  podejrzanego.  Oboje  -  Rosalinda  i  ja  -  usnęliśmy,  jeszcze  niemal 

zanim położyliśmy się. 

Petra  obudziła  mnie  potrząsaniem  za  ramię  i  zauważyłem,  że  słońce  chyli  się  już  ku 

zachodowi 

- Michael - wyjaśniła. Oprzytomniałem, żeby się z nim skontaktować. 

-  Oni  znów  odnaleźli  wasz  ślad.  Mała  farma  na  krańcach  Dzikiego  Kraju. 

Przegalopowaliście przed nią. Pamiętasz? 

Pamiętałem. Michael ciągnął: 

- Oddział skupia się tam teraz. Zaczną iść po waszych śladach, jak tylko zrobi się jasno. 

Lepiej  ruszajcie  szybko.  Nie  wiem,  jak  jest  przed  wami,  ale  mogą  tam  być  jacyś  ludzie 

przedzierający się z zachodu, małymi grupami, żeby wam odciąć drogę. Jeśli są, założę się, że 

w  nocy  będą  się  trzymali  w  małych  grupach.  Nie  mogą  ryzykować  rozstawienia  kordonu 

pojedynczych  strażników,  ponieważ  wiadomo,  że  grasują  tam  ludzie  z  Rubieży.  Więc  przy 

odrobinie szczęścia możecie się między tymi grupami prześlizgnąć. 

- W porządku - zgodziłem się ze znużeniem. - Potem przypomniało mi się pytanie, które 

chciałem zadać przedtem: 

- Co się stało z Sally i Katherine? 

- Nie wiem. Nie odpowiadają. Teraz odległość od nich już się zwiększyła. Czy ktoś wie? 

Włączyła się Rachel, słabo odbierana z powodu odległości. 

-  Katherine była nieprzytomna. Od tego czasu  nie nadeszło  nic zrozumiałego. Mark i  ja 

obawiamy się... - zanikła, jakby mgliście zastanawiając się, czy ciągnąć dalej. 

- No, no? - powiedział Michael. 

- No cóż, Katherine była nieprzytomna tak długo, że myśleliśmy, iż może... nie żyje. 

- A Sally? 

Tym razem odpowiedziała jeszcze niechętnie j: 

-  Sądzimy... obawiamy się, że coś  dziwnego musiało  się stać z jej głową... Nadeszło  od 

niej tylko kilka pogmatwanych myśli... - zanikła, wielce nieszczęśliwa. 

Nastąpiła pauza, po której Michael zaczął nadawać twarde, szorstkie kształty: 

- Rozumiesz, co to znaczy, David? Oni się nas boją. Są gotowi nas złamać, żeby więcej 

się o nas dowiedzieć - kiedy już nas złapią. Nie wolno ci pozwolić, żeby dostali Rosalindę czy 

Petrę  -  o  wiele  lepiej,  żebyś  sam  je  zabił,  niż  żeby  je  to  nieszczęście  miało  spotkać. 

background image

Rozumiesz? 

Spojrzałem  na  Rosalindę,  leżącą  obok  mnie  we  śnie.  Czerwień  zachodzącego  słońca 

lśniła na jej włosach i pomyślałem o tym, jak niepokoiliśmy się o Katherane. Wzdrygnąłem 

się na myśl, że ona i Petra mogłyby tak cierpieć. 

- Tak - odpowiedziałem jemu i innym. - Tak, rozumiem. 

Czułem przez chwilę, że mi współczuli i dodawali odwagi, potem nie było nic. 

Petrą  patrzyła  na  mniej  bardziej  zaciekawiona  niż  przestraszona.  Zapytała  poważnie, 

słowami: 

- Dlaczego oni mówili, że musisz zabić Rosalindę i mnie? 

Wziąłem się w garść. 

-  To  tylko  na  wypadek,  gdyby  nas  złapali  -  powiedziałem,  usiłując  mówić  tak,  jakby  to 

było rozsądne i zwykłe postępowanie w takich okolicznościach. Pomyślała nad tym głęboko, 

a potem: 

- Dlaczego? - spytała. 

-  No  cóż  -  próbowałem  -.widzisz,  my  jesteśmy  od  nich  inni,  ponieważ  oni  nie  potrafią 

tworzyć ukształtowanych myśli, a kiedy ludzie są inni, zwykli ludzie się ich boją... 

- Dlaczego mieliby się nas bać? Nie robimy im nic złego - przerwała. 

-  Chyba  nie  wiem,  dlaczego  -  odparłem.  -  Ale  boją  się.  To  jest  sprawa  uczucia,  nie 

rozsądku.  A  im  bardziej  oni  są  głupi,  tym  bardziej  sądzą,  że  wszyscy  powinni  być  tacy  jak 

inni ludzie. I kiedy już się boją, stają się okrutni i chcą męczyć tych, którzy są odmienni... 

- Dlaczego? - wypytywała Petra. 

- Po prostu chcą. I męczyliby nas bardzo, gdjrby im się udało nas złapać. 

- Nie rozumiem, dlaczego - upierała się Petra. 

- I tak już - jest. To skomplikowane i „raczej groźne. Zrozumiesz to lepiej, gdy będziesz 

starsza.  Ale  rzecz  w  tym,  że  nie  chcemy,  żeby  męczyli  ciebie  i  Rosalindę.  Pamiętasz,  jak 

oblałaś sobie stopę wrzątkiem? No więc to byłoby dużo gorsze. Znacznie lepiej być martwym 

- to tak, jakby sią spało tak głęboko, że w ogóle nie można być zranionym. 

Spojrzałem  cna  Rosalindę,  na  lekkie  unoszenie  się  i  opadanie  jej  piersi  we  śnie.  Na  jej 

policzku leżał zabłąkany kosmyk włosów, łagodnie go odsunąłem” nie budząc jej. 

Teraz Petra zaczęła: 

- David, kiedy zabijesz mnie i Rosalindę... Otoczyłem ją ramieniem: 

-  Cicho,  kochana.  To  się  nie  stanie,  ponieważ  nie  pozwolimy  im  się  złapać.  Teraz 

obudźmy  Rosalindę,  ale  nie  mówmy  jej  o  tym.  Mogłaby  się  zmartwić,  więc  lepiej 

zachowajmy to w tajemnicy, dobrze? 

background image

- Dobrze - zgodziła się Petra. 

Petra lekko pociągnęła Rosalindę za włosy. 

Postanowiliśmy  znowu  coś  zjeść,  a  potem  ruszyć,  gdy  nieco  się  ściemni,  żeby  można 

orientować  się  według  gwiazd.  Petra  była  niezwykle  milcząca  podczas  posiłku.  Z  początku 

sądziłem,  że  rozmyśla  o’  naszej  ostatniej  rozmowie,  ale  okazało  się,  że  się  myliłem;  po 

pewnym czasie otrząsnęła się z zamyślenia i powiedziała swobodnie: 

- Sealand musi być zabawnym krajem. Tam wszyscy robią obrazy myślowe - no, prawie 

wszyscy - i nikt nikogo za to nie chce męczyć. 

-  O,  rozmawialiście,  kiedy  ja  spałam,  prawda?  -  zauważyła  Rosalinda.  -  Muszę 

powiedzieć, że to dla nas o wiele wygodniejsze. 

Petra pominęła to milczeniem. Ciągnęła: 

- Chociaż nie wszyscy robią to bardzo dobrze. Większość z nich raczej tak jak ty i David 

-  powiedziała  uprzejmie.  -  Ale  ona  robi  to  o  wiele  lepiej  niż  większość  z  nich  i  ma  dwoje 

dzieci, i sądzi, że one też będą to dobrze robiły, tylko są jeszcze za małe. Ale nie przypuszcza, 

żeby to robiły tak dobrze jak ja. Ona mówi, że ja mogę nadawać silniejsze obrazy myślowe 

niż w ogóle ktokolwiek - zakończyła, zadowolona z siebie. 

- Ani trochę mnie to nie dziwi - powiedziała Rosalinda. - Ale teraz powinnaś się nauczyć 

robić dobre obrazy myślowe zamiast po prostu głośnych - dodała, osadzając ją. 

Petra wcale się nie zmieszała: 

- Ona mówi, że ja będę jeszcze lepsza, jeśli nad tym popracuję, a potem, kiedy dorosnę, 

muszę mieć dzieci, które także będą umiały robić silne obrazy myślowe. 

- Och, musisz, rzeczywiście? - powiedziała Rosalinda. - Dlaczego? Ja mam wrażenie, że 

jak dotąd, obrazy myślowe przynoszą nam, przeważnie same kłopoty. 

- Nie w Sealand - potrząsnęła głową Petra. - Ona 

mówi, że tam wszyscy chcą je tworzyć, a ludzie, którzy tego nie potrafią, ciężko pracują 

nad tym, żeby się nauczyć. Zamyśliliśmy się nad tym. Przypomniałem sobie opowieści Wuja 

Axela  o  krajach  poza  Czarnym  Wybrzeżem,  gdzie  dewiacje  sądzą,  że  one  są  prawdziwym 

obrazem, a wszyscy inni - mutantami. 

- Ona mówi - rozwodziła się Petra - że ludzie, którzy potrafią mówić tylko słowami, coś 

przez to tracą. Mówi, że powinniśmy ich żałować, bo chociaż się zestarzeją, nigdy nie będą 

rozumieć lepiej drugiego człowieka. Będą musieli być zawsze pojedynczo, a nigdy wspólnie 

myślącymi. 

- Nie powiem, żebym ich w tej chwili bardzo żałował - zauważyłem. 

- Ale ona mówi, że powinniśmy, ponieważ oni muszą żyć bardzo nudnym, głupim życiem 

background image

w  porównaniu  z  ludźmi,  którzy  umieją  robić  obrazy  myślowe  -  powiedziała  Petra  nieco 

sentencjonalnie. 

Pozwoliliśmy  jej  paplać.  Trudno  było  dopatrzyć  się  sensu  w  wielu  rzeczach,  o  których 

mówiła, może też nie odebrała ich prawidłowo, w każdym razie jasno wynikało z tego jedno: 

że  owi  mieszkańcy  Sealand,  kimkolwiek  i  gdziekolwiek  byli,  mieli  o  sobie  wysokie 

wyobrażenie.  Zaczęło  się  nam  wydawać  więcej  niż  prawdopodobne,  że  Rosalinda  miała 

słuszność, kiedy określenie „prymitywni” odniosła do zwyczajnych ludzi z Labradoru. 

W  jasnym  świetle  gwiazd  wyruszyliśmy  znowu,  wciąż  drogą  wijącą  się  wśród  kęp  i 

gęstwin  w  kierunku  południowo-zachodnim.  Licząc  się  z  ostrzeżeniem  Michaela, 

podróżowaliśmy  jak  najciszej,  mając  oczy  i  uszy  szeroko  otwarte  na  każdą  oznakę,  że  nas 

odkryto.  Przez  kilka  mil  nie  było  słychać  nic  prócz  miarowego,  stłumionego  stuku  kopyt 

wielkich koni, lekkiego trzeszczenia popręgów i koszy i od czasu do czasu szelestu, z jakim 

jakieś małe zwierzę uciekało nam z drogi. 

Po  trzech  godzinach,  a  może  nieco  później,  zaczęliśmy  niejasno  dostrzegać  przed  sobą 

linię  głębszej  ciemności,  a  teraz  krawędź  lasu  okrzepła,  wynurzając  się  przed  nami  niby 

czarna ściana. 

Nie można było ocenić w mroku, jak gęsty jest ten las, Zdawało się, że najlepiej będzie 

jechać  prosto,  dopóki  do  niego  nie  dotrzemy,  a  potem,  jeśli  okaże  się  trudno  dostępny, 

posuwać się jego skrajem, aż znajdzie się odpowiednie miejsce, żeby wjechać w głąb. 

Ruszyliśmy  i  ujechaliśmy  jakieś  sto  jardów,  gdy  bez  żadnego  ostrzeżenia  rozległ  się  z 

tyłu wystrzał ze strzelby i koło nas zaświstała kula. 

Obydwa  konie,  przerażone,  spłoszyły  się.  O  mały  włosi  nie  wypadłem  z  kosza. Stające 

dęba konie rzuciły się w - przeciwne strony i powróz pomiędzy nimi pękł z trzaskiem. Drugi 

koń wyrwał się wprost w stronę lasu, potem rozmyślił się i rzucił się w lewo. Nasz popędził 

za nim. Nic nie można było  zrobić, tylko  mocno trzymać się w koszu, gdy  galopowaliśmy, 

zasypywani grudami ziemi i kamieni spod kopyt konia pędzącego przed nami. 

Gdzieś poza nami rozległ się znowu wystrzał i popędziliśmy jeszcze szybciej... 

Przez  dłuższą  chwilę  pędziliśmy  ciężkim  galopem,  od  którego  drżała  ziemia.  Potem 

zauważyliśmy błysk przed nami i trochę na lewo. Na odgłos strzału nasz koń skoczył krótkim 

skokiem w bok, skręcił w prawo i popędził w las. Skuliliśmy się jeszcze bardziej w koszach, 

gdy z trzaskiem przejeżdżaliśmy wśród drzew. 

Tylko  dzięki  szczęściu  wjechaliśmy  w  las  w  miejscu,  w  którym  wielkie  pnie  stały  w 

pewnej, odległości od siebie, ale i tak była to koszmarna jazda; gałęzie uderzały i szurały po 

koszach.  Wielki  koń  po  prostu  parł  naprzód,  unikając  większych  drzew,  przedzierając  się 

background image

między pozostałymi, torując sobie drogę samym swym ciężarem, podczas gdy gałęzie i młode 

drzewka trzeszczały i łamały się pod jego naporem. 

Wreszcie musiał zwolnić, lecz panika, z jaką pragnął uciec przed strzałami, zmniejszyła 

się bardzo niewiele. Rękami, nogami i całym ciałem musiałem bronić się przed tym, żebym w 

tym  koszu  nie  został  połamany  w  kawałki,  i  ledwie  ośmielałem  się  unieść  głowę  i  choć 

szybko spojrzeć, co się dzieje, w obawie, żeby jakaś gałąź nie strąciła mi głowy z karku, 

Nie  umiałem  powiedzieć,  czy  nas  ścigano,  ale  wydawało  się  to  niemożliwe.  Pod 

drzewami nie tylko było ciemniej, lecz koń zwykłej wielkości najprawdopodobniej rozdarłby 

sobie brzuch, gdyby spróbował przedrzeć się przez połamane pniaki, sterczące poza nami jak 

palisada. 

Koń  zaczął  się  uspokajać.  Jego  bieg  stał  się  mniej  gwałtowny,  zaczął  teraz  wybierać 

drogę, zamiast ją sobie torować. Drzewa po lewej przerzedzały się. Rosalinda, wychyliwszy 

się z kosza, znów ujęła cugle i skierowała zwierzę w tamtą stronę. Wyjechaliśmy ukośnie na 

wąską, otwartą przestrzeń, gdzie znów ujrzeliśmy gwiazdy nad głową. W tym bladym świetle 

nie  sposób  było  ocenić,  czy  był  to  sztuczny  trakt,  czy  naturalny  rozstęp  między  drzewami 

lasu.  Zatrzymaliśmy  się  na  chwilę  zastanawiając  się,  czy  zaryzykować  tę  drogę,  potem 

zdecydowaliśmy, że łatwiejsza jazda zrównoważyłaby możliwość łatwiejszego pościgu, więc 

skierowaliśmy  się  tyrn  traktem  na  południe.  Trzask  gałęzi  z  jednej  strony  kazał  nam  się 

odwrócić z łukami gotowymi do strzału, lecz był to tylko drugi wielki koń, Nadbiegł kłusem z 

cienia, rżąc z radości, i stanął za nami tak, jakbyśmy wciąż jeszcze trzymali go na powrozie. 

Kraj był teraz bardziej pofałdowany. Trakt wił się, wiodąc nas wokół odkrywek skalnych 

i  ukośnie  stokami  wąwozów,  gdzie  przekraczaliśmy  małe  strumienie.  Czasem  zdarzały  się 

otwarte  przestrzenie,  gdzie  indziej  korony  drzew  łączyły  się  nad  naszymi  głowami. 

Posuwaliśmy się oczywiście powoli. 

Sądziliśmy, że teraz już naprawdę musimy być na Rubieżach. Trudno było powiedzieć, 

czy pościg będzie trwał  dalej, czy nie. Kiedy spróbowaliśmy naradzić się z Michaelem, nie 

było odpowiedzi, więc przypuszczaliśmy, że zasnął. Nasuwało się kłopotliwe pytanie, czy nie 

nadszedł może czas, że powinniśmy pozbyć się osławionych wielkich koni - może puścić je 

traktem,  gdy  my  tymczasem  pomaszerowalibyśmy  pieszo  w  przeciwnym  kierunku.  Trudno 

było podjąć decyzję bez dalszych informacji. Głupio byłoby pozbywać się zwierząt, jeśli nie 

bylibyśmy  pewni,  że  pościg  za  nami  zaryzykuje  drogę  przez  Rubieże;  ale  gdyby  to  zrobił, 

szybko  by  nas  dopadł,  posuwając  się  za  dnia  o  wiele  szybciej  niż  my  teraz.  Co  więcej, 

byliśmy zmęczeni i perspektywa podróżowania pieszo wcale nie była atrakcyjna. Raz jeszcze, 

bez powodzenia, próbowaliśmy nawiązać kontakt z Michaelem. W chwilę później odebrano 

background image

nam możliwość wyboru. 

Znajdowaliśmy  się  w  miejscu,  w  którym  korony  drzew  łączyły  się  nad  nami,  tworząc 

ciemny tunel; koń szedł nim powoli i ostrożnie. Nagle coś spadło na mnie, przygniatając mnie 

w koszu. Zaskoczony, nie miałem możliwości użycia łuku. Ciężar zaparł mi oddech, w głowie 

trysnął mi strumień iskier - i to był koniec. 

 

 

14. 

 

Przychodziłem do siebie powoli, przez długi czas trwałem w półświadomości. 

Wołała mnie Rosalinda; prawdziwa Rosalinda, ta którą była wewnątrz i która ukazywała 

się zbyt rzadko. Inna, ta praktyczna, ta mądra, była jej własną przekonywającą kreacją, nie nią 

samą.  Widziałem,  jak  ją  stwarzała,  gdy  była  jeszcze  wrażliwym,  lękliwym,  a  przecież 

stanowczym  dzieckiem.  Instynktownie,  może  wcześniej  niż  reszta  z  nas,  nabierała 

świadomości, że żyje we wrogim świecie, i rozmyślnie przygotowywała się, żeby mu stawić 

czoło.  Tę  zbroję  nakładała  na  siebie  powoli,  płyta  po  płycie.  Widziałem,  jak  szuka  broni  i 

uczy  się  z  nią  obchodzić,  obserwowałem,  jak  konstruuje  swój  charakter  tak  gruntownie  i 

objawia go tak konsekwentnie, że chwilami oszukiwała tym prawie samą siebie. 

Kochałem  tę  dziewczynę,  którą  się  widziało.  Kochałem  jej  wysoką,  smukłą  postać,  jej 

sposób trzymania szyi, jej małe, spiczaste piersi, jej długie, smukłe nogi i sposób, w jaki się 

poruszała,  i  pewność  jej  rąk,  i  jej  usta,  kiedy  się  uśmiechała.  Kochałem  jej  brązowozłote 

włosy, które czuło się w ręce niby ciężki jedwab, jej gładkie jak atłas ramiona, jej aksamitne 

policzki; i ciepło jej ciała, i zapach jej oddechu. 

Wszystko to łatwo było kochać - zbyt łatwo: każdy musiał to kochać. 

Ale  trzeba  było  tego  bronić:  skorupą  niezależności  i  obojętności,  aurą  praktyczności, 

zdecydowanej  odpowiedzialności,  spokojnego  zainteresowania,  rezerwą  w  sposobie 

zachowania  się.  Te  cechy  nie  chciały  nikogo  przyciągać,  a  czasem  mogły  być  przykre;  lecz 

kto widział, jak i dlaczego powstały, mógł je podziwiać, choćby tylko jako triumf sztuki nad 

naturą. 

Lecz  teraz  wołała  mnie  ta  prawdziwa  Rosałinda:  łagodna,  niepocieszona,  z  odrzuconą 

wszelką zbroją, z obnażonym sercem. 

I znów nie były to żadne słowa. 

Słowa  istnieją  po  to,  aby  użyte  przez  poetę,  osiągnęły  jednobarwny  obraz  cielesnej 

miłości - poza tym niezręcznie zawodzą. 

background image

Moja miłość popłynęła ku niej - jej wróciła do mnie. Moja - głaskała i uspokajała, jej - 

pieściła.  Odległość  -  i  różnica  -  między  nami  zmalała  i  znikła.  Żadne  z  nas  już  nie istniało 

osobno;  od  pewnego  czasu  byliśmy  we  dwoje  jedną  istotą.  Była  to  ucieczka  od  samotnej 

komórki; zwięzła symbioza, której udziałem był cały świat... 

Nikt inny nie znał ukrytej Rosalindy; nawet Michael i reszta widywali ją tylko przelotnie. 

Nie  wiedzieli  o  tym,  jakim  kosztem  powstała  jawna  Rosalinda.  Nikt  z  nich  nie  znał  mojej 

kochanej, wrażliwej Rosalindy, pragnącej ucieczki, łagodności i miłości; obawiającej się teraz 

tego,  co  zbudowała  dla  swej  własnej  ochrony,  a  przecież  jeszcze  bardziej  obawiającej  się 

stanąć bez niej twarzą w twarz z życiem. 

Trwałość  jest  niczym.  Może  tylko  przez  krótką  chwilę  byliśmy  znowu  razem.  Waga 

chwili zamyka się w jej istnieniu; a ono nie ma wymiarów. 

Potem rozstaliśmy się i zacząłem uświadamiać sobie rzeczy ziemskie; bladoszare niebo, 

szczególną niewygodę i - teraz - Michaela dopytującego się z niepokojem, co mi się stało. 

Z pewnym wysiłkiem odzyskałem zmysły. 

- Nie wiem - coś mnie uderzyło - powiedziałem mu. - Ale myślę, że teraz już wszystko w 

porządku - boli mnie tylko głowa i jest mi piekielnie niewygodnie. 

Dopiero kiedy mu odpowiedziałem, poczułem, dlaczego jest rni tak niewygodnie: wciąż 

jeszcze byłem w koszu, lecz jakby w nim skręcony, a sam kosz był w ciągłym ruchu. 

Michael uznał to za zbyt skąpą informację. Zwrócił się do Rosalindy. 

- Skoczyli na nas ze zwisających gałęzi. Było ich czterech czy pięciu. Jeden z nich spadł 

wprost na Davida - wyjaśniła. 

- Oni? 

- Ludzie z Rubieży - odparła. 

Odetchnąłem. Pomyślałem sobie, że moglibyśmy byli zostać otoczeni przez innych. Już 

chciałem zapytać, co się stało, gdy Michael powiedział: 

- Czy to do was strzelano wczoraj wieczorem? Przyznałem, że strzelano do nas, ale zdaje 

się, że mogła być też jakaś inna strzelanina. 

-:  Nie,  tylko  jedna  -  odparł  rozczarowany.  -  Miałem  nadzieję,  że  popełnili  błąd  i  poszli 

fałszywym  szlakiem.  Zwołano  nas  wszystkich  razem.  Oni  sądzą,  że  posuwanie  się  dalej  w 

głąb  Rubieży  małymi  grupami  jest  ryzykowne.  Mają  się  żebrać,  żeby  wyruszyć  za  jakieś 

cztery  godziny  od  teraz.  Sądzę,  że  około  setki  ludzi.  Postanowili,  że  jeśli  spotkamy  jakichś 

ludzi z Rubieży i damy irn tęgie lanie, może nam to w każdym razie oszczędzić kłopotów na 

przyszłość.  Pozbądźcie  się  lepiej  tych  wielkich  koni  -  dopóki  je  macie,  nigdy  nie  ukryjecie 

swych śladów. 

background image

-  Trochę  spóźniona  rada  -  powiedziała  mu  Rosalinda.  -  Ja  jestem  w  koszu  pierwszego 

konia związane mam kciuki, a David jest w drugim. 

- Gdzie jest Petra? - spytał Michael z niepokojem. 

- Och, ona miewa się całkiem dobrze. Jest w drugim koszu drugiego konia i zaprzyjaźnia 

się ze strażnikiem. 

- Co się właściwie stało? - wypytywał Michael. 

-  No  cóż,  najpierw  na  nas  spadli,  a  potem  o  wiele  więcej  ich  wyszło  zza  drzew  i 

zatrzymali konie. Zsadzili nas i znieśli Davida. Potem, kiedy rozmawiali i trochę dyskutowali, 

postanowili  się  nas  pozbyć.  Więc  znów  załadowali  nas  do  koszy,  tak  jak  teraz,  posadzili 

jednego człowieka na każdym koniu i posłali nas dalej - tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. 

- To znaczy dalej w głąb Rubieży?  

- Tak 

-  Cóż,  to  przynajmniej  najlepszy  kierunek  -  zauważył  Michael.  -  Jak  się  z  wami 

obchodzą? Grożą wam? 

- Och, nie. Pilnują po prostu, żebyśmy nie uciekli. Zdaje się, że mają jakieś pojęcie o tym, 

kim jesteśmy, ale nie są całkiem pewni, co z nami zrobić. Trochę nad tym dyskutowali, ale 

myślę,  że  naprawdę  to  znacznie  więcej  interesowały  ich  wielkie  konie.  Zdaje  się,  że  ten 

człowiek  na  moim  koniu  jest  zupełnie  nieszkodliwy.  Rozmawia  z  Petrą  dziwnie  poważnie. 

Nie jestem pewna, czy nie jest trochę głupkowaty. 

- Możesz się dowiedzieć, co oni mają zamiar z wami zrobić? 

- Pytałam, ale sądzę, że on nie wie. Powiedziano mu po prostu, żeby nas dokądś zawiózł. 

- No cóż - zdawało się, że Michael nagle nie wiedział, co począć. - No cóż, możemy tylko 

czekać  i  patrzeć,  co  z  tego  wyniknie,  ale  nie  zaszkodzi,  jak  im  powiecie,  że  jedziemy  za 

wami. 

Na tym na razie poprzestał. 

Szamotałem się i wierciłem. Z pewnym trudem udało mi się podnieść na nogi i stanąć w 

chwiejącym się koszu. Człowiek w drugim koszu spojrzał na mnie całkiem przyjaźnie. 

- Prrr! - zawołał do wielkiego konia i ściągnął cugle. Zdjął z ramienia skórzaną butelkę i 

pokołysał  ją  w  moją  stronę  na  rzemieniu.  Odkorkowałem  ją,  napiłem  się  z  wdzięcznością i 

odesłałem mu ją z powrotem. Pojechaliśmy dalej. 

Mogłem  teraz  obejrzeć  okolicę.  Był  to  kraj  pofałdowany,  już  nie  gęsto  zalesiony,  choć 

zadrzewiony dobrze, a pierwszy rzut oka upewnił mnie nawet, że mój ojciec miał słuszność, 

gdy  mówił,  że  normalność  jest  w  tych  stronach  wykpiona.  Trudno  mi  było  zidentyfikować 

jakieś drzewo z całą pewnością. Zdarzały się znane pnie, podtrzymujące fałszywą koronę, a 

background image

znane typy gałęzi wyrastały z fałszywego rodzaju kory i obrastały fałszywymi liśćmi. Przez 

chwilę widok po lewej przesłonił fantastycznie spleciony płot z pni jeżyny o kolcach wielkich 

jak  łopaty.  W  innym  miejscu  kawał  gruntu  wyglądał  jak  wyschnięte  koryto  rzeki  pełne 

wielkich  głazów,  lecz  głazy  okazały  się  kulistymi  zespołami  grzybów,  rosnącymi  tuż  obok 

siebie. Były też drzewa o pniach zbyt miękkich, żeby mogły stać pionowo, więc tworząc pętlę 

opadały  w  dół  i  rosły,  leżąc  na  ziemi.  Tu  i  ówdzie  były  kępy  drzew  miniaturowych, 

pokurczonych, zwęźlonych i wyglądających na wiekowe. 

Zerknąłem ukradkiem na człowieka w drugim koszu. Nie wydawało się, żeby było z nim 

coś nie w porządku poza tym, że był strasznie brudny, podobnie jak jego złachnianiona odzież 

i pomięty kapelusz, Zauważył, że na niego patrzę. 

- Nigdy przedtem nie byłeś na Rubieżach, chłopcze? - spytał. 

- Nie - odpowiedziałem. - Wszędzie jest tak jak tutaj? 

Wyszczerzył zęby i potrząsnął głową. 

- Żadna część kraju nie jest podobna do innej. To dlatego Rubieże są Rubieżami, prawie 

nic tu jeszcze nie rośnie typowo. 

- Jeszcze? - powtórzyłem. 

- Oczywiście. Ale z czasem to się ustali. Dziki Kraj był kiedyś Rubieżami, ale teraz jest 

bardziej ustabilizowany; prawdopodobnie tam, skąd przychodzisz, był kiedyś Dziki Kraj; lecz 

teraz już się tam bardziej ustabilizowali. Myślę, że jest to zabawa Pana Boga w cierpliwość, 

ale On z pewnością ma na to czas. 

-  Boga?  -  spytałem  z  powątpiewaniem.  -  Zawsze  nas  uczono,  że  na  Rubieżach  panuje 

diabeł. 

Potrząsnął - głową. 

- Tak wam tam mówią, ale to nie jest tak, chłopcze. To w waszych stronach diabeł grasuje 

i rozgląda się za zdobyczą. Oni tam są aroganccy. Prawdziwy obraz, i tak dalej... Chcą być 

tacy jak Starzy Ludzie. Cierpienie niczego ich nie nauczyło... 

-  Starzy  Ludzie  także  myśleli,  że  oni  są  najlepsi.  Mieli  ideały,  a  jakże,  po  prostu 

wiedzieli, jak należy rządzić światem. Myśleli tylko o tym, żeby go wygodnie urządzić i tak 

utrzymać;  wtedy  wszystkim  będzie  znakomicie,  ponieważ  ich  pomysły  są  o  wiele  bardziej 

cywilizowane niż pomysły Boga. 

Potrząsnął głową. 

-  To  się  nie  udało,  chłopcze.  Nie  mogło  się  udać.  Nie  byli  -  tak  jak  to  sobie  myśleli  - 

ostatnim  słowem  Boga;  Bóg nigdy nie ma ostatniego słowa.  Gdyby je miał,  byłby martwy. 

Ale on nie jest martwy. On zmienia się i rośnie tak jak wszystko, co żyje. Tak więc kiedy oni 

background image

wysilali się jak mogli, żeby wszystko uładzić na wieczność, tak jak ją sobie wyobrażali, On 

zesłał na nich Cierpienie, żeby to wszystko wysadzić w powietrze i przypomnieć im, że życie 

to zmiana. 

-  On  widział,  że  sprawy,  źle  się  układają,  więc  trochę  zamieszał,  żeby  zobaczyć,  czy 

następnym razem nie będzie lepiej. 

Zamilkł na chwilę, żeby o tym pomyśleć, i ciągnął: 

- Może zamieszał za mało. Zdaje się, że w niektórych miejscach  - zaczyna się dziać tak 

samo.  Na  przykład  tam,  skąd  ty  przyszedłeś.  Tam  ludzie  postępują  wciąż  tak  samo,  wciąż 

myślą, że oni są ostatnim słowem, wciąż cholernie próbują zostać takimi, jakimi są i utrzymać 

ten  sam  stan  rzeczy,  który  ostatnio  spowodował  Cierpienie.  Pewnego  dnia  Bóg  poczuje  się 

zmęczony tym, że niczego się nie nauczyli, i znów pokaże im kilka sztuczek. 

-  Och  -  powiedziałem  wymijająco,  lecz  śmiało.  Czułem,  że  to  dziwne,  jak  wielu  łudzi 

zdaje się mieć całkiem pewne, choć sprzeczne informacje na temat poglądów Boga. 

Ten człowiek nie był - zdaje się - zupełnie pewien, że mnie przekonał. Pomachał ręką nad 

dewiacyjnym  krajobrazem  wokół  nas  i  nagle  zauważyłem  jego  własną  ułomność:  u  prawej 

ręki brakowało mu trzech pierwszych palców. 

-  Kiedyś  -  oświadczył  -  coś  sprawi,  że  to  wszystko  się  ustabilizuje.  To  będzie  nowe,  a 

nowe  rodzaje  roślin  -  to  nowe  stworzenia.  Cierpienie  było:  wstrząsem,  który  miał  dać  nam 

nowy początek. 

-  Ale  tam,  gdzie  potrafią  wychować  prawdziwy  inwentarz,  niszczą  dewiacje  - 

zauważyłem. 

-  Próbują,  sądzą,  że  to  zrobią  -  zgodził  się.  -  Są  głupio  zdecydowani,  żeby  utrzymać 

standardy Starych Ludzi - ale czy to robią? Czy to potrafią? Skąd oni wiedzą, że ich zbiory, 

ich owce i ich jarzyny są dokładnie takie same? Czy nie ma tam dyskusji? I czy nie okazuje 

się prawie zawsze, że w końcu akceptuje się większy plon? Czy nie krzyżuje się bydła, żeby 

było  wytrzymalsze,  a  mleko,  a  mięso?  Pewnie,  mogą  się  pozbyć  oczywistych  dewiacji,  ale 

czy możecie być pewni, że Starzy Ludzie rozpoznaliby w ogóle te nowe plony? Ja w żadnym 

wypadku  nie  jestem  pewien.  Widzisz,  nie  możecie  położyć  temu  końca.  Możecie  temu 

przeszkadzać albo możecie to przyśpieszać i paczyć bez końca, ale jakoś wciąż się to zdarza. 

Spojrzyj tylko na te konie. 

- Są zatwierdzone przez rząd. 

- No właśnie, to mam na myśli - powiedział. 

-  Ale  skoro  to  i  tak  się  dzieje,  nie  rozumiem,  dlaczego  musiało  nastąpić  Cierpienie  - 

zaprotestowałem. 

background image

- Dla innych form to trwa, ale nie dla człowieka - powiedział. - Nie dla takich gatunków 

jak Starzy Ludzie i wasi ludzie, jeśli mogą sobie dać z tym radę. Oni niszczą wszelką zmianę; 

zamykają do niej drogę i utrzymują określony typ, ponieważ są na tyle aroganccy, by sądzić, 

że sami są najlepsi. Myślą, że oni i tylko oni są prawdziwym obrazem; bardzo dobrze, więc z 

tego  wynika,  że  jeśli  obraz  jest  prawdziwy,  oni  sami  muszą  być  Bogiem,  a  będąc  Bogiem 

sądzą,  że  są  uprawnieni  do  dekretowania:  „dotąd,  a  nie  dalej”.  To  jest  ich  wielki  grzech: 

usiłują zdusić życie w życiu. 

Ostatnie  kilka  zdań  wydawało  się  raczej  nie  łączyć  z  resztą,  a  to  sprawiło,  że 

podejrzewałem, iż spotkałem się raz jeszcze z jakimś nowym rodzajem wiary. Postanowiłem 

sprowadzić  rozmowę  do  spraw  bardziej  praktycznych,  pytając,  dlaczego  zostaliśmy 

uwięzieni. 

Zdaje się, że nie wiedział tego na pewno, zapewnił mnie tylko, że zawsze się tak dzieje, 

kiedy spotka się obcego, który wszedł na terytorium Rubieży. 

Przemyślałem to sobie, a potem nawiązałem znowu kontakt z Michaelem. 

- Co proponujesz, żeby im powiedzieć? - spytałem. - Wyobrażam sobie, że będzie jakieś 

przesłuchanie. Gdy zobaczą, że jesteśmy fizycznie normalni, będziemy musieli podać powód 

naszej ucieczki. 

-  Najlepiej  powiedzieć  im  prawdę,  tylko  ją  pomniejszyć.  Postąp  dokładnie  tak,  jak 

postąpiły Katherine i Sally, Powiedz im tyle, żeby im to wytłumaczyć - zaproponował; 

-  Bardzo  dobrze  -  zgodziłem  się.  -  Rozumiesz  to,  Petro? Powiesz  im tylko,  że  potrafisz 

wymieniać obrazy myślowe z Rosalindą i ze mną. Nie mów nic o Michaelu ani o ludziach z 

Sealand. 

-  Ludzie  z  Sealand  idą  nam  na  pomoc.  Teraz  już  nie  są  tak  daleko,  jak  byli  -  odparła 

pewna siebie. 

Michael przyjął to z niedowierzaniem. 

- Wszystko to bardzo pięknie - jeśli będą mogli. Ale nie wspominaj o nich. 

- Dobrze - zgodziła się Petra, 

Zastanowiliśmy się, czy powiedzieć naszym dwom strażnikom o zamierzonym pościgu, i 

zdecydowaliśmy, że to nie zaszkodzi. 

Człowiek w drugim koszu nie zdziwił się tą wiadomością. 

-  Dobrze.  To  nam  odpowiada  -  powiedział.  Ale  nie  wdawał  się  w  dalsze  wyjaśnienia  i 

miarowo człapaliśmy dalej. 

Petra zaczęła rozmawiać ze swą daleką przyjaciółką i nie ulegało wątpliwości, że dystans 

między nimi  się zmniejszył.  Petra nie musiała używać tak wstrząsającej  siły, żeby się z nią 

background image

skontaktować, i ja po raz pierwszy potrafiłem - bardzo się wysilając - pochwycić fragmenty 

tej wymiany myśli. Rosalindą pochwyciła je także. Zadała jej pytanie z całą siłą, na jaką ją 

było  stać.  Nieznajoma  wzmocniła  swą  projekcję  i  dała  się  rozumieć  jasno,  zadowolona  z 

nawiązanego kontaktu i pragnąca dowiedzieć się więcej, niż umiała jej powiedzieć Petra. 

Rosalindą  wyjaśniła  jej  to,  co  mogła,  z  naszej  obecnej  sytuacji  i  powiedziała,  że  nie 

wydaje się, żeby nam groziło natychmiastowe niebezpieczeństwo. Tamta powiedziała: 

- Bądźcie ostrożni. Zgadzajcie się ze wszystkim, co wam powiedzą, i grajcie na zwłokę. 

Kładźcie  nacisk  na  niebezpieczeństwo,  jakie  wam  grozi  od  waszych  własnych  rodaków. 

Trudno nam coś radzić, nie znając tego plemienia. Niektóre dewiacyjne plemiona nie znoszą 

normalności. Nie zaszkodzi trochę przesadzić w opowiadaniu o tym, jak bardzo różnicie się 

wewnętrznie od waszych, rodaków. Naprawdę ważna jest ta mała dziewczynka. Zapewnijcie 

jej bezpieczeństwo za wszelką cenę. Nigdy przedtem nie spotkaliśmy takiej siły projekcji u 

kogoś tak młodego. Jak ona ma na imię? 

Rosalindą przesylabizowała jej kształtami liter. Potem spytała: 

- Ale kim wy jesteście? Co to jest Sealand? 

-  My  jesteśmy  Nowymi  Ludźmi  -  nowym  rodzajem  ludzi.  Ludzi,  którzy  umieją  myśleć 

razem. Jesteśmy ludźmi, którzy chcą zbudować nowy rodzaj świata - różniącego się od świata 

Starych Ludzi i od świata dzikich. 

-  Może jesteście tym  rodzajem ludzi,  którego pragnął  Bóg?  -  spytałem  czując, że, znów 

jestem na znajomym gruncie. 

-  Nic  o  tym  nie  wiem.  Któż  to  wie?  Ale  wierzymy,  że  potrafimy  stworzyć  lepszy  świat 

niż ten, który stworzyli  Starzy  Ludzie. Oni byli  tylko  pomysłowymi półludźmi, nieco tylko 

lepszymi  niż  dzicy;  żyli  w  izolacji  od  siebie  nawzajem,  łączyły  ich  tylko  niezdarne  słowa. 

Często  izolowali  się  jeszcze  bardziej  wskutek  odmiennych  języków  i  odmiennych  wierzeń. 

Niektórzy  z  nich  potrafili  myśleć  indywidualnie,  ale  ci  musieli  pozostać  indywidualistami. 

Potrafili  czasem  dzielić  z  sobą  uczucia,  ale  nie  potrafili  zbiorowo  myśleć.  Dopóki  żyli  w 

warunkach  prymitywnych,  dawali  sobie  z  tym  radę,  tak  jak  to  umieją  zwierzęta,  ale  im 

bardziej  skomplikowanym  uczynili  swój  świat,  tym  mniej  umieli  sobie  z  nirn  radzić.  Nie 

umieli zdobyć się na jednomyślność. Nauczyli się twórczo pracować w małych zespołach; w 

dużych  umieli  tylko  niszczyć.  Mieli  zachłanne  aspiracje,  a  potem  nie  chcieli  ponosić 

odpowiedzialności za to, co stworzyli. Tworzyli olbrzymie probienry, a potem chowali głowę 

w  piasek  leniwej  wiary.  Widzicie,  nie  było  pomiędzy  nimi  prawdziwej  komunikatywności, 

nie  było  porozumienia.  W  najlepszych  przypadkach  potrafili  być  wyższym  rodzajem 

zwierząt, lecz niczym więcej. 

background image

Nigdy nie mogliby odnieść sukcesu. Gdyby nie ściągnęli na siebie Cierpienia, które ich 

zupełnie zniszczyło, żyliby w zwierzęcej beztrosce, dopóki nie doprowadziliby samych siebie 

do ubóstwa i nędzy, a ostatecznie do umierania z głodu i do barbarzyństwa. Tak czy inaczej 

ich los był przesądzony, ponieważ byli ludźmi złego gatunku. 

Znów przyszło mi do głowy, że ci mieszkańcy Sealand mieli o sobie wysokie mniemanie. 

Komuś  wychowanemu  tak  jak  ja  trudno  było  pogodzić  się  z  tym  brakiem  szacunku  dla 

Starych Ludzi. Gdy wciąż jeszcze zmagałem się z tą myślą, Rosalinda spytała: 

- Ale wy? Skąd wy pochodzicie? - 

-  Nasi  przodkowie  mieli  to  szczęście,  że  żyli  na  wyspie,  a  raczej  na  dwóch  wyspach  - 

nieco od siebie oddzielonych, A nawet tam nie uniknęli Cierpienia i jego skutków, choć były 

one  tu  bardziej  gwałtowne  niż  w  większości  innych  miejsc  -  i  niemal  powrócili  do  stanu 

barbarzyństwa.  Lecz  potem  zdobyli  się  jakoś  na  pewien  wysiłek  ludzie,  którzy  umieli 

wspólnie  myśleć.  Po  pewnym  czasie  ci,  którzy  umieli  robić  to  najlepiej,  znaleźli  innych, 

którzy umieli to w mniejszym stopniu, i nauczyli ich rozwijać tę zdolność. Dla ludzi, którzy 

potrafili dzielić z sobą myśli, było rzeczą naturalną zawieranie między sobą małżeństw, tak że 

wysiłek ten się pomnażał. 

Później  zaczęli  odkrywać  też  w  innych  miejscach  tych,  którzy  potrafili  przesyłać 

ukształtowane myśli. To wtedy zaczęli rozumieć, jacy są szczęśliwi; dowiedzieli się, że nawet 

tam,  gdzie  dewiacje  fizyczne  są  lekceważone,  ludzie,  którzy  umieją  myśleć  razem,  bywają 

zwykle prześladowani. 

Przez  długi  czas  nie  można  było  nic  pomóc  temu  samemu  rodzajowi  ludzi  w  innych 

miejscach - chociaż niektórzy usiłowali żeglować do Sealand na łodziach i niekiedy im się to 

udawało. Lecz później, gdy znów mieliśmy maszyny, mogliśmy przenieść niektórych z nich 

w bezpieczne strony. Teraz usiłujemy to robić, ilekroć nawiążemy kontakt - lecz; nigdy dotąd 

nie nawiązaliśmy kontaktu na tak daleki dystans. Wciąż jeszcze z dużym wysiłkiem łączę się 

z wami. To pójdzie łatwiej, ale teraz muszę przestać. Uważajcie na tę małą dziewczynkę. Ona 

jest nadzwyczajna i ogromnie ważna. Chrońcie ją za wszelką cenę. 

Wzory myślowe zanikły, na razie nic nie zostawiając. Potem włączyła się Petra. Chociaż 

z całej reszty mogła czegoś nie zrozumieć, ostatnie zdanie zrozumiała znakomicie. 

- To ja - obwieściła z satysfakcją i z całkiem niepotrzebnym wigorem. 

Doznaliśmy wstrząsu, ale przyszliśmy do siebie: 

- Strzeż się, wstrętne, zadowolone z siebie dziecko. Nie spotkaliśmy jeszcze Włochatego 

Jasia - powiedziała Rosalinda, co podziałało na Petrę uspokajająco. - Michael - dodała - czy to 

wszystko dotarło także do ciebie? 

background image

-  Tak  -  odparł  Michael  z  pewną  rezerwą,  -  Pomyślałem  sobie,  że  to  protekcjonalne. 

Brzmiało tak, jakby miała pogadankę dla dzieci. A także wciąż jeszcze diabelnie z daleka. Nie 

rozumiem, jak oni mogą w ogóle szybko przyjść z pomocą, My teraz; ruszamy za wami już za 

kilka minut. 

Wielkie  konie  człapały  miarowo  dalej.  Krajobraz  był  w  dalszym  ciągu  niepokojący  i 

przerażający dla kogoś, kogo wychowano w szacunku dla właściwych kształtów. 

Z pewnością niektóre rzeczy były tak fantastyczne jak’ te porosty na południu, o których 

opowiadał  Wuj  Axel,  z  drugiej  strony  nic  właściwie  nie  było  mile  swojskie  czy,  nawet 

ortodoksyjne. Było tu tyle zamętu, że chyba nie miało już znaczenia, czy jakieś poszczególne 

drzewo jest anormalne, czy tylko skrzyżowane z innym, lecz wydostanie się spomiędzy drzew 

na  otwartą  przestrzeń  sprawiało  pewną  ulgę,  choć  nawet  tam  krzewy  nie  były  jednorodne  i 

łatwe do zidentyfikowania, a trawa także była dość dziwna. 

Zatrzymaliśmy  się  tylko  raz,  żeby  coś  zjeść  i  wypić,  i  za  niecałe  pół  godziny  byliśmy 

znowu  w  drodze.  Mniej  więcej  w  dwie  godziny  później,  po  kilku  innych  miejscach 

zalesionych,  dotarliśmy;  do  średniej  wielkości  rzeki.  Z  naszej  strony  grunt  opadał  stromym 

brzegiem ku wodzie; po drugiej ciągnęło się pasmo niskich, czerwonawych skał. 

Skierowaliśmy się w dół strumienia, jadąc górą, wzdłuż brzegu. Jakieś ćwierć mili dalej, 

w  miejscu  oznaczonym  ogromnie  dewiacyjnym  drzewem  w  kształcie  wielkiej  drewnianej 

gruszki,  której  wszystkie  gałęzie  tworzyły  kępę  na  jej  wierzchołku,  strumyk  zawracał, 

wcinając się w brzeg i umożliwiając koniom zjechanie w dół. Przeprawiliśmy się brodem na 

ukos, kierując się ku wyłomowi w przeciwległych skałach. Gdy dotarliśmy do niego, wyłom 

okazał się nieco większą; szczeliną, w niektórych miejscach tak wąską, że kosze ocierały się o 

obydwie jej ściany, i z trudem mogliśmy się przez nią przecisnąć. Jechaliśmy tak przez dobre 

sto jardów, zanim droga się rozszerzyła i zaczęła się wznosić do normalnego poziomu. 

Gdy  boczne  ściany  szczeliny  obniżyły  się  do  wysokości  zwykłych  brzegów,  ujrzeliśmy 

tam  siedmiu  lub  ośmiu  ludzi  z  łukami  w  rękach.  Gapili  się  z  niedowierzaniem  na  wielkie 

konie i wyglądali tak, jakby mieli ochotę uciec. Zatrzymaliśmy się przed nimi. 

Człowiek w drugim koszu skinął ku mnie głową. 

- Złaź, chłopcze - powiedział. 

Petra  i  Rosalinda  ześlizgiwały  się  już  z  pierwszego  wielkiego  konia.  Gdy  stanąłem  na 

ziemi,  przewodnik uderzył konie i  obydwa ciężko ruszyły naprzód. Petra nerwowo ściskała 

mi  rękę,  lecz  na  razie  wszyscy  ubrani  „w  łachmany  i  rozczochrani  łucznicy  wciąż  jeszcze 

bardziej interesował się końmi niż nami. 

W całej tej grupie nie było nic budzącego bezpośrednio lęk. Jedna z rąk trzymających łuk 

background image

miała  sześć  palców;  pewien  człowiek  miał  głowę  podobną  do  wypolerowanego  brązowego 

jajka, na niej i na twarzy nie miał włosów; inny miał niezwykle wielkie stopy i ręce; lecz jeśli 

cokolwiek było nie w porządku z resztą ciała, skrywały to łachmany. 

Rosalinda  i  ja  poczuliśmy  ulgę,  że  nie  zetknęliśmy  się  z  czymś  groteskowym,  czego 

niemal  oczekiwaliśmy.  Także  Petrę  podniósł  na  duchu  fakt,  że  żaden  z  tych  ludzi  nie 

odpowiadał  tradycyjnemu  opisowi  Włochatego  Jasia.  Teraz,  gdy  spostrzegli,  że  koni  nie 

widać już na trakcie, który ginął wśród drzew, zwrócili uwagę na nas. Dwóch z nich kazało 

nam iść za sobą, reszta pozostała na miejscu. 

Często  używana  ścieżka  wiodła  w  dół  przez  las  na  przestrzeni  kilkuset  jardów,  potem 

wychodziła  na  otwarty  teren.  Po  prawej  znowu  ciągnęła  się  ściana  czerwonawych  skał,  nie 

wyższych  niż  na  czterdzieści  stóp.  Wyglądała  na  odwrotną  stronę  grzbietu  obrzeżającego 

rzekę,  a  cała  jej  powierzchnia  była  usiana  licznymi  otworami  i  drabinami  prymitywnie 

skleconymi z gałęzi wiodącymi do wyższych otworów. 

Ziemia przed nią była pokryta nędznymi chatami i namiotami. Wśród nich płonęło kilka 

ognisk,  na  których  coś  gotowano.  Kilku  mężczyzn  w  łachmanach  i  bardziej  niechlujnie 

wyglądających kobiet krzątało się wokół bez specjalnej energii. 

Szliśmy krętą drogą wśród tych szop i śmietnisk, aż doszliśmy do największego namiotu. 

Wyglądał jak pokrycie kopki siana - może to był łup z jakiejś wyprawy - przy czym pokrycie 

umocowano na ramie z przyciętych tyczek. Gdy weszliśmy, spojrzała na nas postać siedząca 

na stołku tuż przy  wejściu.  Na widok jej twarzy  ogarnął  mnie na chwilę paniczny lęk  - tak 

była podobna do twarzy mojego ojca. Potem rozpoznałem tego mężczyznę  - był to ten sam 

„człowiek-pająk”,  którego  widziałem  jako  jeńca  w  Waknuk  przed  siedmioma  czy  ośmioma 

laty. 

Dwaj ludzie, którzy naszą trójkę przyprowadzili, popchnęli nas naprzód w jego kierunku. 

Obejrzał  sobie  tę  trójkę.  Wędrował  wzrokiem  po  smukłej  postaci  Rosalindy  w  sposób,  na 

który nie zwróciłem uwagi - a ona także nie. 

Potem obserwował mnie uważniej i skinął głową, jakby z czegoś zadowolony. 

- Przypominasz mnie sobie? - spytał. 

- Tak - powiedziałem. 

Odwrócił  wzrok  od  mej  twarzy.  Patrzył  na  zbiorowisko  chat  i  szałasów,  potem  znów 

spojrzał na mnie. 

- Nie przypomina to Waknuk - powiedział. 

- Nie przypomina - zgodziłem się. Zamilkł na dłuższą chwilę, zamyślił się. Potem: 

- Wiesz, kto ja jestem? - spytał. 

background image

- Przypuszczam, że tak. Sądzę, że się domyśliłem - odparłem. 

Podniósł brwi pytająco. 

-  Mój  ojciec  miał  starszego  brata  -  rzekłem.  -  Uważano  go  za  normalnego,  dopóki  nie 

doszedł do trzeciego czy czwartego roku życia. Potem odebrano mu certyfikat i wygnano go. 

Powoli skinął głową. 

-  Ale  to  niecała  prawda  -  powiedział.  -  Jego  matka  go  kochała.  Lubiła  go  także  jego 

niańka.  Więc  kiedy  przyszli,  żeby  go  zabrać,  jego  już  nie  było  -  ale  oni  oczywiście 

przemilczeli  to.  Przemilczeli  całą  sprawę;  udawali,  jakby  się  nigdy  nic  nie  stało.  -  Urwał 

znowu i zamyślił się. Teraz dodał: 

-  Najstarszy  syn.  Dziedzic.  Waknuk  powinno  być  moje.  I  byłoby  -  gdyby  nie  to  - 

wyciągnął swoje długie ramię i patrzył na nie przez chwilę. Potem je opuścił i znów spojrzał 

na mnie. 

- Czy wiesz, jaik długie powinno być ludzkie ramię? 

- Nie - przyznałem. 

-  Ja też nie. Ale wie ktoś  w Rigo, jakiś  ekspert  od prawdziwego obrazu. Tak więc  - nie 

mam Waknuk i muszę tu żyć jak dzikus wśród dzikusów. Jesteś najstarszym synem? 

- Jedynym synem - powiedziałem. - Był młodszy, ale... 

- Nie dostał certyfikatu, co? Kiwnąłem głową. 

- A więc ty także straciłeś Waknuk! 

Ten aspekt sprawy nigdy mnie nie martwił. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek spodziewał 

się  naprawdę  odziedziczyć  Waknuk.  Tam  zawsze  czułem  się  niepewnie  -  oczekiwałem, 

miałem niemal pewność, że któregoś dnia zostanę zdemaskowany. Zbyt długo żyłem w tym 

oczekiwaniu,  żeby  czuć  urazę, która jego napawała  goryczą. Teraz, kiedy  to  minęło,  byłem 

zadowolony, że odszedłem bezpiecznie i tak powiedziałem. Nie spodobało my się to. Spojrzał 

na mnie z namysłem. 

- Więc nie masz odwagi, żeby walczyć o to, co ci się 

prawnie należy? 

- Jeśli wam się to prawnie należy, nie może należeć się prawnie mnie - zauważyłem. - Dla 

mnie było ważne, że miałem więcej niż dość życia w ukryciu. 

- My wszyscy tutaj żyjemy w ukryciu - powiedział. 

-  Możliwe  -  odparłem.  -  Ale  możecie  być  sobą.  Nie  musicie  żyć  w  zakłamaniu.  Nie 

musicie uważać na siebie w każdej chwili i dwa razy pomyśleć, zanim otworzycie usta. 

Powoli skinął głową. 

-  Słyszeliśmy  o  was.  Mamy  swoje  sposoby  -  powiedział.  -  Ale  nie  rozumiem,  dlaczego 

background image

tak pilnie was szukają. 

- Sądzimy - wyjaśniłem - że sprawiamy im więcej kłopotu niż zwykłe dewiacje, ponieważ 

nie można nas zidentyfikować. Wyobrażam sobie, że oni podejrzewają, iż jest nas znacznie 

więcej, niż nas zdemaskowano, i chcą nas złapać, żeby zmusić do mówienia. 

- To więcej niż słuszny powód, żeby się nie dać złapać - powiedział. 

Uświadomiłem  sobie,  że  włączył  się  Michaeł  i  że  Rosalinda  mu  odpowiada,  ale  nie 

mogłem brać udziału w dwóch rozmowach równocześnie, więc zostawiłem to jej. 

- Więc oni jadą za wami wprost na Rubieże? Ilu ich jest? - spytał. 

- Nie jestem pewien - odparłem, zastanawiając się, co odpowiedzieć, żeby przyniosło to 

nam najwięcej korzyści. 

- Z tego, co słyszałem, powinieneś mieć sposób, żeby się dowiedzieć - rzekł. 

Zastanawiałem  się,  ile  on  o  nas  wie  i  czy  wie  także  o  Michaelu,  ale  to  wydawało  się 

nieprawdopodobne. Zmrużywszy nieco oczy, ciągnął: 

- Lepiej nie rób z nas głupców, chłopcze. Oni jadą za wami i wobec tego sprawiliście nam 

sobą kłopot. Czemu mielibyśmy troszczyć się o to, co się z wami stanie? Całkiem łatwo jest’ 

zostawić któreś z was tam, gdzie was znajdą. 

Petra zrozumiała, co to znaczy, i wpadła w panikę. 

- Więcej niż stu ludzi - odpowiedziałem. Patrzył na nią przez chwilę w zamyśleniu. 

- A więc ktoś z waszych jest z nimi - domyślałem się, że będzie - zauważył i znów skinął 

głową. - Stu ludzi to bardzo wielu jak na to, żeby złapać was troje. Zbyt wielu... Rozumiem... 

- znów zwrócił się do mnie. - Musiano tam ostatnio plotkować o kłopotach z Rubieżami? 

- Tak - przyznałem. Wyszczerzył zęby. 

- Więc to nam odpowiada. Po raz pierwszy to oni postanowili przejąć inicjatywę i napaść 

na nas - a także złapać was, oczywiście. Będą iść naturalnie waszym śladem. Jak daleko już 

doszli? 

Naradziłem, się z Michaelem i dowiedziałem się, że główny oddział ma jeszcze kilka mil, 

zanim połączy się z tymi, którzy do nas strzelali i spłoszyli wielkie kanie. Trudność polegała 

na tym, żeby w sposób zrozumiały przekazać tę pozycję człowiekowi przede mną. Ocenił to i 

nie wydawał się specjalnie zaniepokojony. 

- Czy twój ojciec jest z nimi? - spytał. 

To było  pytanie, którego nie chciałem  przedtem zadawać Michaelowi.  Nie zadałem mu 

go i teraz. Po prostu zamilkłem na chwilę, a potem powiedziałem: 

- Nie. 

Kątem  oka  zauważyłem,  że  Petra  już  chciała  coś  powiedzieć,  lecz  Rosalinda 

background image

błyskawicznie jej przerwała. 

-  Szkoda  -  powiedział  człowiek-pająk.  -  Już  od  dłuższego  czasu  miałem  nadzieję,  że 

kiedyś spotkam się z twoim ojcem jak równy z równym. Z tego, co słyszałem, powinien bym 

myśleć, że tam jest. Widać nie jest takim bojowym orędownikiem prawdziwego obrazu, jak o 

nim mówią. - Wciąż patrzył na mnie upartym, przenikliwym wzrokiem. Czułem - niby uścisk 

ręki - współczucie i zrozumienie ze strony Rosalindy, że nie chciałem zadać Michaelowi tego 

pytania. 

Potem, całkiem nagle, ten człowiek przestał zwracać na 

mnie uwagę i zajął się Rosalinda. Odpowiedziała mu spojrzeniem. Stała z miną sczerą i 

ufną,  wpatrując  się  w  niego  przez  długie  sekundy  zrównoważonym  i  chłodnym  wzrokiem. 

Potem  nagle,  ku  mojemu  zdumieniu,  załamała  się.  Opuściła  oczy.  Zarumieniła  się.  On 

uśmiechnął się lekko. 

Ale  mylił  się.  Nie  było  to  poddanie  się  zdobywcy,  silniejszemu  charakterowi.  Było  to 

obrzydzenie,  przerażenie,  które  przełamało  jej  zewnętrzną  obronę.  Z  jej  myśli  przejąłem 

spojrzenie  na  niego,  ohydnie  wyolbrzymione.  Lęki,  które  tak  dobrze  skrywała,  teraz 

wybuchły; była przerażona; nie jak kobieta zmuszona do uległości przez mężczyznę, lecz jak 

dziecko  przerażone  przez  potwora.  Także  i  Petra  przejęła  mimo  woli  ten  kształt  myślowy  i 

wstrząsnął nią tak, że krzyknęła. 

Rzuciłem  się  na  tego  człowieka,  przewracając  stołek  i  zadając  mu  potężny  cios.  Dwaj 

ludzie  za  mną  skoczyli  na  mnie,  lecz  zanim  mnie  odciągnęli,  zdążyłem  zadać  potworowi 

przynajmniej jedno solidne uderzenie. 

Człowiek-pająk  usiadł  i  potarł  sobie  szczękę.  Wyszczerzył  na  mnie  zęby,  lecz  nie  z 

rozbawieniem. 

-  Przynosi  ci  to  chlubę  -  przyznał  -  ale  niewiele  więcej.  Podniósł  się  na  swych 

powojowatych  nogach.  -  Niezbyt  dobrze  przyjrzałeś  się  tu  kobietom,  prawda,  chłopcze? 

Spojrzyj na nie, jak wyjdziesz. Może trochę więcej zrozumiesz. Poza tym ta tutaj może mieć 

dzieci.  Od  dawna  marzyłem  o  dzieciach  -  nawet  gdyby  miały  przypadkiem  przejąć  coś  po 

ojcu. - Znów krótko się uśmiechnął, a potem zmarszczył na mnie brwi. - Lepiej przyjmij to w 

ten sposób, chłopcze. Bądź rozsądny. Drugi raz nie dam ci szansy. Odwrócił wzrok ode mnie 

i spojrzał na ludzi, którzy 

mnie trzymali. 

-  Wyrzucić  go  -  powiedział.  -  A  jeśli  nie  zrozumie,  że  to  znaczy,  żeby  tu  nie  wracał, 

zastrzelcie go. 

Dwaj  z  nich  szarpnęli  mnie  i  wyprowadzili.  Na  skraju  polany  jeden  z  nich  kopniakiem 

background image

rzucił mnie na ścieżkę. 

- Idź dalej - powiedział. 

Wstałem i odwróciłem się, lecz jeden z nich trzymał napięty łuk z wycelowaną we mnie 

strzałą.  Potrząsnął  głową,  żeby  mnie  popędzić.  Zrobiłem,  co  kazał  -  przeszedłem  kilka 

jardów, dopóki nie zasłoniły mnie drzewa, potem zawróciłem pod ich osłoną. 

Tego  właśnie  oczekiwali.  Ale  nie  zastrzelili  mnie.  Po  prostu  mnie  pobili  i  porzucili  w 

lesie. Pamiętam, że - leciałem w powietrzu, ale nie pamiętam, jak wylądowałem... 

 

 

15. 

 

Ciągnięto  mnie.  Czułem  czyjeś  ręce  pod  ramionami.  Małe  gałązki  odchylały  się  i  biły 

mnie po twarzy. Jakiś głos za mną szepnął: 

- Chwileczkę. Zaraz oprzytomnieję - odparłem szeptem. 

Ciągnięcie ustało. Leżałem, zbierając przez chwilę siły, a potem odwróciłem się. Kobieta, 

młoda kobieta, patrząc na mnie, przykucnęła na piętach. 

Słońce stało teraz nisko i pod drzewami panował mrok. Nie widziałem jej dobrze. Z obu 

stron  opalonej  twarzy  zwisały  ciemne  włosy,  a  ciemne  oczy  błyszczały,  obserwując  mnie 

powTażnie. Stanik jej sukni był nieopisanego brązowego koloru, postrzępiony i poplamiony. 

Nie miała rękawów, lecz co uderzyło mnie najbardziej, nie nosiła krzyża. Nigdy przedtem nie 

spotkałem  kobiety,  która  nie  nosiłaby  na  sukni  ochronnego  krzyża.  Wyglądało  to  dziwnie, 

prawie nieprzyzwoicie. Patrzyliśmy na siebie przez kilka sekund. 

- Nie poznajesz mnie, David - powiedziała ze smutkiem. 

Dotychczas  jej  nie  poznawałem.  Ale  sposób,  w  jaki  wymówiła  „David”,  powiedział  mi 

nagle, kim jest. 

- Sophie! - powiedziałem. - Och, Sophie!... Uśmiechnęła się. 

- Kochany David - powiedziała. - Bardzo cię pobili. David? 

Spróbowałem  poruszyć  rękami  i  nogami.  Były  sztywne  i  w  kilku  miejscach  bolały 

podobnie  jak  całe  ciało  i  głowa.  Czułem  trochę  zakrzepłej  krwi  na  lewym  policzku,  ale  nie 

miałem chyba nic złamanego. Zacząłem wstawać, ale ona wyciągnęła rękę i położyła mi ją na 

ramieniu. 

- Nie, jeszcze nie. Zaczekaj trochę, aż się ściemni. - Wciąż na mnie patrzyła. - Widziałam, 

jak was przyprowadzili. Ciebie i tę małą dziewczynkę, i jeszcze jedną dziewczynę - kim ona 

jest, David? 

background image

To ocuciło mnie całkiem, wstrząsnąłem się. Gorączkowo szukałem Rosalindy i Petry i nie 

mogłem się z nimi skontaktować. Michael wyczuł moją panikę i włączył się uspokajająco. A 

także z ulgą. 

- Dzięki Bogu. Strasznie martwiliśmy się o ciebie. Nie przejmuj się, obie są zmęczone i 

wyczerpane; śpią. 

- Czy Rosalinda?... 

- Z nią wszystko w porządku. Mówię ci. Co się z tobą działo? 

Opowiedziałem  mu.  Cała  wymiana  myśli  trwała  tylko  kilka  sekund,  lecz  wystarczająco 

długo, żeby Sophie patrzyła na mnie z zaciekawieniem. 

- Kim ona jest, David? - powtórzyła. 

Wyjaśniłem,  że Rosalinda jest moją kuzynką. Obserwowała mnie, kiedy to  mówiłem,  a 

potem z wolna skinęła głową. 

- On jej pragnie, prawda? - spytała. 

- Tak powiedział - przyznałem ponuro. 

- Ona będzie mogła dać mu dzieci? - nastawała. 

- Go ty chcesz ze mną zrobić? - spytałem. 

- Więc ty ją kochasz? - ciągnęła. 

Znów  to  słowo...  Kiedy  umysły  nauczyły  się  łączyć  z  sobą,  kiedy  żadna  myśl  nie  jest 

całkowicie własna, a każda bierze zbyt wiele od drugiej, żeby być kiedykolwiek samą; kiedy 

osiągnęło się to, że patrzy się wspólnym okiem, kocha wspólnym sercem, cieszy się tą samą 

radością;  kiedy  mogą  być  chwile  identyczności,  której  nic  nie  rozdziela  prócz  ciał, 

pragnących  się  nawzajem...  jeśli  to  jest  to,  gdzież  jest  to  słowo?  Istnieje  tylko  jego 

niedoskonałość. 

- Kochamy się nawzajem - odpowiedziałem. 

Sophie  skinęła  głową.  Wzięła  kilka  gałązek  i  patrzyła  na  nie,  łamiąc  je  brązowymi 

palcami. Powiedziała: 

- On odjechał - tam, gdzie walczą. Ona jest teraz bezpieczna. 

- Śpi - powiedziałem. - One śpią. Znów na mnie spojrzała, zaintrygowana. 

- Skąd wiesz? 

Opowiedziałem jej krótko, jak najprościej. Słuchając, dalej łamała gałązki. Potem skinęła 

głową. 

-  Przypominam  sobie.  Matka  mi  mówiła,  że  było  coś  takiego...  coś  takiego,  że  czasem 

wydawało się, jakbyś rozumiał ją, zanim jeszcze coś powiedziała. Czy to było to? 

-  Tak  myślę.  Myślę,  że  twoja  matka  posiadała  tę  zdolność  w  pewnym  stopniu,  nie 

background image

wiedząc, że ją posiada - odparłem. 

- To musi być cudowne - powiedziała na pół zadumana. - To tak, jakbyś miał wewnątrz 

więcej oczu. 

-  Coś  w  tym  rodzaju  -  przyznałem.  -  Trudno  to  wyjaśnić.  Ale  to  nie  zawsze  jest  takie 

cudowne. Czasem może sprawiać ból. 

-  Każdy  rodzaj  dewiacji  sprawia  ból  -  zawsze  -  odparła.  Wciąż  siedziała  na  piętach, 

patrząc nie widzącym wzrokiem na własne ręce, złożone na podołku. 

- Gdyby ona dała mu dzieci, on by mnie już nie chciał - powiedziała w końcu. 

Było jeszcze dość jasno, żeby dostrzec blask na jej policzkach. 

- Sophie, kochanie - powiedziałem - czy ty go kochasz, tego człowieka-pająka? 

- O, nie nazywaj go tak - proszę - nikt z nas nie może nic poradzić na to, jak wygląda. On 

ma na imię Gordon. Jest dla mnie miły, David. Lubi mnie. Musiałbyś mieć tak mało jak ja, 

żeby wiedzieć, ile to znaczy. Nigdy nie znałeś samotności. Nie możesz zrozumieć straszliwej 

pustki, jaka nas tu otacza. Z radością dałabym  mu dzieci, gdybym mogła... Ja  - och, czemu 

oni nam to robią? Czemu mnie nie zabili? Byłoby to lepsze niż to... 

Usiadła bezszelestnie. Łzy ukazały się spod zamkniętych powiek i płynęły jej po twarzy. 

Wziąłem jej rękę w swoje dłonie. 

Pamiętałem  ten  widok.  Ręka  mężczyzny  połączona  z  ręką  kobiety,  malutka  postać  na 

jucznym  koniu,  kiwająca  do  mnie  ręką,  gdy  znikali  pośród  drzew.  Sam  byłem  opuszczony, 

czułem jeszcze wilgoć pocałunku na policzku, w ręce trzymałem lok włosów, związany żółtą 

wstążką. Spojrzałem teraz na nią z bólem serca. 

- Sophie - powiedziałem; - Sophie, kochana. To się nie stanie. Rozumiesz, to nie może się 

stać. Rosalinda nigdy na to nie pozwoli. Wiem o tym. 

Znów otwarła oczy i spojrzała na mnie przez łzy. 

- Nie możesz wiedzieć czegoś takiego o drugiej osobie. Możesz tylko próbować... 

-  Nie,  Sophie.  Ja  wiem.  Ty  i  ja  moglibyśmy  tylko  bardzo  mało  wiedzieć  o  sobie 

nawzajem.  Ale  z  Rosalinda  jest  inaczej  -  ona  jest  częścią  tego,  co  się  nazywa  wspólnym 

myśleniem. 

Patrzyła na mnie z powątpiewaniem. 

- Czy to rzeczywiście prawda? Nie rozumiem... 

- Jakże mogłabyś rozumieć? Ale to jest prawda. Czułem to, oo ona czuje do tego pają... 

do tego człowieka. 

Wciąż na mnie patrzyła z pewnym niepokojem. 

- Ale ty nie wiesz, co ja myślę? - spytała trochę lękliwie. 

background image

-  Nie  więcej,  niż  ty  wiesz,  co  ja  myślę  -  zapewniłem  ją  -  -  To  coś  więcej,  niż  gdybyś 

mogła po prostu  wypowiedzieć swoje własne myśli, gdybyś chciała  -  i  nie wypowiadać ich, 

gdybyś chciała zachować je dla siebie. 

Trudniej  jeszcze  było  wytłumaczyć  to  jej  niż  Wujowi  Axelowi,  ale  wciąż  usiłowałem 

uprościć to słowami, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że zrobiło się już ciemno i że mówię do 

kogoś, kogo ledwie widzę. Urwałem. 

- Czy teraz jest już dość ciemno? 

- Tak. Będzie bezpieczniej, jeśli pójdziemy ostrożnie - powiedziała. - Możesz chodzić bez 

trudu? To niedaleko. 

Wstałem  czując,  że  jestem  sztywny  i  pokaleczony,  ale  nic  więcej.  Zdawało  się,  że  ona 

lepiej niż ja widzi w ciemności, wzięła moją rękę, żeby mnie poprowadzić. Trzymaliśmy się 

drzew,  lecz  widziałem  ognisko  płonące  po  lewej  stronie  i  zdawałem  sobie  sprawę,  że 

okrążamy  obozowisko.  Szliśmy  tak,  dopóki  nie  dotarliśmy  do  niskiej  skały,  zamykającej 

przestrzeń  od  północnego  zachodu,  a  potem  w  jej  cieniu  jeszcze  jakieś pięćdziesiąt  jardów. 

Tam  zatrzymała  się  i  położyła  moją  rękę  na  jednej  z  szorstkich  drabin,  które  widziałem 

przystawione do skały. 

-  Idź  za  mną  -  szepnęła  i  nagle  pomknęła  w  górę.  Wspinałem  się  teraz  ostrożnie  aż  do 

szczytu drabiny, 

gdzie odpocząłem przy skalnym występie. Sophie wyciągnęła rękę i pomogła mi wejść. 

- Usiądź - powiedziała. 

Jaśniejszy otwór, przez który wszedłem, znikł. Sophie krzątała się szukając czegoś. Teraz 

rozbłysły  iskry,  gdy  używała  krzemienia  i  stali.  Krzesała  iskry,  dopóki  nie  udało  się  jej 

zapalić  dwóch  świec.  Były  krótkie,  grube,  przydymione  od  ognia  i  wstrętnie  cuchnęły,  ale 

umożliwiały mi rozejrzenie się po otoczeniu. 

Była to jaskinia, mająca około piętnastu stóp głębokości i dziewięć szerokości, wykuta w 

piaskowej skale. Wejście zamknięte było zawieszoną nad nim zasłoną ze skóry. W środku, w 

odległym  kącie,  z  pęknięcia  w  pułapie  kapała  woda,  kropla  co  sekundę.  Padała  do 

drewnianego wiadra, a z przepełnionego naczynia ściekała wyżłobionym rowkiem przez całą 

długość  jaskini  do  wyjścia.  W  innym  odległym  kącie  leżał  materac  z  małych  gałązek, 

przykryty skórami i postrzępionym kocem. Było tam kilka misek i przedmiotów codziennego 

użytku.  Poczerniałe  palenisko  przy  wejściu  miało  przebity  pomysłowy  otwór, 

odprowadzający dym na zewnątrz. Z nisz w ścianach wystawały rękojeści kilku noży i innych 

narzędzi.  W  pobliżu  materaca  z  gałązek  leżała  włócznia,  łuk  i  skórzany  kołczan  z  jakimś 

tuzinem strzał. 

background image

Pomyślałem o kuchni w domu Wenderów. O czystym, jasnym pokoju, który wydawał mi 

się tak przyjazny, ponieważ nie miał na ścianach żadnych napisów. Świece migotały, dymiły 

tłusto aż pod pułap i cuchnęły. 

Sophie  zanurzyła  miskę  w  wiadrze,  w  jednej  z  nisz  wyszperała  dość  czysty  kawałek 

szmaty  i  przyszła  z  tym  do  mnie.  Obmyła  mi  twarz  i  włosy  z  krwi  i  zbadała  przyczynę 

krwawienia. 

- To tylko skaleczenie. Niegłębokie - powiedziała uspokajająco. 

Wymyłem ręce w misce. Sophie wylała wodę do rowka, wytarła miskę i odłożyła ją. 

- Jesteś głodny, David? - spytała. 

- Bardzo - odpowiedziałem. - Przez cały dzień nic nie jadłem, tyle co na jednym krótkim 

postoju. 

- Zostań tu. To nie potrwa długo - pouczyła mnie i wyślizgnęła się pod skórzaną zasłoną. 

Siedziałem, patrząc na cienie tańczące na skalnych ścianach i przysłuchując się kapaniu 

wody.  I  powiedziałem  sobie,  że  bardzo  prawdopodobne,  iż  na  Rubieżach  to  jest  luksusem. 

„Musiałbyś mieć tak mało jak ja” - powiedziała Sophie, choć nie myślała przy tym o rzeczach 

materialnych. Żeby uciec od samotności i nędzy, poszukałem towarzystwa Michaela. 

-. Gdzie jesteście? Co się działo? - spytałem go. 

-  Obozowaliśmy  całą  noc  -  odpowiedział.  -  Zbyt  niebezpiecznie  jechać  po  ciemku.  - 

Usiłował  zarysować  mi  obraz  miejsca,  tak  jak  je  widział  tuż  przed  zachodem  słońca,  ale 

wzdłuż naszej drogi mógł być tuzin takich miejsc. - Przez cały dzień jechaliśmy powoli, ale 

męcząco. Ci ludzie z Rubieży znają swoje lasy. Spodziewaliśmy się gdzieś po drodze jakiejś 

prawdziwej  zasadzki,  ale  oni  nas  przez  cały  czas  nękają  i  niepokoją.  Straciliśmy  trzech 

zabitych, nadto mamy siedmiu rannych - tylko dwóch z nich ciężko. 

- Wciąż posuwacie się naprzód? 

- Tak. Panuje przekonanie, że skoro teraz mamy tu od razu duże siły, to jest sposobność 

dać ludziom z Rubieży tak po nosie, żeby ich to na pewien czas powstrzymało od najazdów. 

Poza tym oni strasznie chcą was złapać. Chodzą pogłoski, że jest nas kilka tuzinów, a może 

więcej  rozproszonych wokół  Waknuk i  w okolicznych okręgach,  więc musi  się was złapać, 

żebyście  zidentyfikowali  te  osoby.  -  Urwał  na  chwilę,  a  potem  ciągnął  dalej  w  przykrym, 

ponurym nastroju. 

-  W  gruncie  rzeczy,  David,  obawiam  się  -  bardzo  się  obawiam  -  że  jest  już  tylko  jedna 

osoba. 

- Jedna? 

- Rachel połączyła się ze mną, bardzo słabo, tuż na granicy jej możliwości. Powiada, że 

background image

coś się stało z Markiem. 

- Złapali go? 

-  Nie.  Ona  sądzi,  że  nie.  Gdyby  tak  było,  dałby  jej  znać.  On  po  prostu  zamilkł.  Już  od 

dwudziestu czterech godzin nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości. 

-  Może  jakiś  wypadek?  Przypomnij  sobie  Waltera  Brenta  -  tego  chłopca,  którego 

przywaliło drzewo. On tak samo zamilkł. 

- To możliwe, Rachel po prostu nie wie. Jest przerażona; zostaje teraz całkiem sama. Była 

u kresu swych możliwości kontaktu, ja prawie też. Jeszcze dwie lub trzy mile i nie będziemy 

się mogli połączyć. 

- Dziwne, że nie słyszałem przynajmniej ciebie z tej strony - powiedziałem mu. 

- Pewnie dlatego, że byłeś nieprzytomny - odparł. 

- No cóż, gdy Petra się zbudzi, będzie mogła nawiązać kontakt z Rachel - przypomniałem 

mu. - Zdaje się, że dla niej nie istnieją żadne ograniczenia odległości. 

- Tak, oczywiście. Zapomniałem o tym - przyznał. - To jej może pomóc. 

W  kilka  chwil  potem  pod  zasłoną  pojawiła  się  ręka,  przepychająca  przez  wejście 

drewnianą miskę. Potem wgramoliła się Sophie i podała mi ją. Przycięła obrzydliwe świece, 

potem  przykucnęła  na  skórze  jakiegoś  nie  dającego  się  nazwać  zwierzęcia,  podczas  gdy  ja 

jadłem drewnianą łyżką. Dziwna potrawa: zdaje się, że składała się z kilku rodzajów mięsa 

pokrajanego  w  kostki  i  z  pokruszonego  twardego  chleba,  lecz  była  wcale  niezła  i  bardzo 

pożądana. Jadłem ją ze smakiem niemal do ostatniego kęsa,  - gdy nagle zostałem porażony, 

tak że całą łyżkę wylałem sobie na koszulę. Petra się obudziła. 

Odpowiedziałem natychmiast. Petra przerzuciła się od razu z rozpaczy w euforię. Było to 

chwalebne, lecz prawie tak samo bolesne. Widocznie zbudziła Rosalindę, bo pochwyciłem jej 

wzór  myślowy  pośród  chaotycznych  pytań  Michaela,  co,  u  diabła,  się  stało?  I  przyjaciółka 

Petry z Sealand protestowała z niepokojem. 

Teraz  Petra  opanowała  się  i  zamieszanie  ustało.  Czuło  się,  że  wszyscy  inni  rozmówcy 

ostrożnie się odprężyli. 

- Czy ona jest teraz bezpieczna? Co ‘miały znaczyć te wszystkie grzmoty i krzyki! - pytał 

Michael. 

Petra mówiła, opanowując się z widocznym wysiłkiem: 

- Myślałyśmy, że David nie żyje. Myślałyśmy, że go zabili. 

Teraz  zacząłem  chwytać  myśli  Rosalindy,  z  ich  wiru  powstawały  dające  się  zrozumieć 

kształty.  Czułem  się  upokorzony,  onieśmielony,  szczęśliwy  i  zrozpaczony  równocześnie. 

Choć  próbowałem,  nie  umiałem  za  nic  myśleć  jaśniej,  odpowiadając  jej.  Wreszcie  Michael 

background image

położył temu kres. 

- Dla osób trzecich to jest prawie nieprzyzwoite - zauważył. Kiedy już oderwiecie się od 

siebie, musimy porozmawiać o innych sprawach. - Urwał. - A teraz - ciągnął dalej - jakie jest 

położenie? 

Wyjaśniliśmy mu. Rosalinda i Petra były jeszcze w tym namiocie, w którym widziałem je 

po raz ostatni. Człowiek-pająk odjechał, zostawiając im jako strażnika tęgiego mężczyznę o 

różowych oczach i białych włosach. Ja tłumaczyłem swoją sytuację. 

-  Bardzo dobrze  -  odparł Michael.  - Mówisz,  że ten człowiek-pająk ma, zdaje się, jakąś 

władzę i że pojechał na miejsce walk. Wiesz może, czy on sam chce włączyć się do walki, 

czy  wydaje  po  prostu  dyspozycje  taktyczne?  Widzisz,  w  tym  ostatnim  wypadku  mógłby  w 

każdej chwili wrócić. 

- Nie mam pojęcia - powiedziałem. 

Rosalinda włączyła się nagle, a jak ją znałam, była bliska histerii. 

- Ja się go boję. On jest zupełnie inny. Nie taki jak my. W ogóle nie tego samego rodzaju. 

To byłoby straszne - zwierzęce. Nie mogłabym, nigdy... Jeśli spróbuje mnie wziąć, zabiję się. 

Na to Michael oblał ją zimną wodą. 

- Nie zrobisz nic tak strasznie głupiego. Jeśli będzie trzeba, zabijesz człowieka-pająka. - Z 

uczuciem, że definitywnie załatwił tę sprawę, zainteresował się czym innym. Z całego swego 

dystansu skierował pytanie do przyjaciółki Petry. 

-  Ty  wciąż  jeszcze  myślisz,  że  możesz  do  nas  dotrzeć?  Odpowiedź  nadeszła,  wciąż 

jeszcze z daleka, lecz wyraźna, i teraz nadana bez wysiłku: 

- Tak. 

- Kiedy? - spytał Michael. 

Przed odpowiedzią nastąpiła teraz pauza jakby dla konsultacji. Potem: 

-  Nie  później  niż  za  szesnaście  godzin  od  teraz  -  odparła  jakby  poufnie.  Sceptycyzm 

Michaeła zmalał. Po raz pierwszy sam uwierzył w możliwość jej pomocy, 

-  Więc  pytanie  polega  nSt  tym,  czy  wasza  trójka  wytrzyma  bezpiecznie  tak  długo  - 

powiedział w zamyśleniu. 

- Zaczekaj chwilkę. Tylko chwileczkę - powiedziałem mu. 

Spojrzałem  na  Sophie.  Dymiące  świece  dawały  dość  światła,  żeby  móc  dostrzec,  iż 

intensywnie i z lekkim niepokojem obserwowała moją twarz. 

- „Rozmawiałeś” z tą dziewczyną? - spytała. 

- Iz moją siostrą. Teraz się zbudziły  - odparłem. - Są w tym namiocie i pilnuje ich jakiś 

albinos. To dziwne. 

background image

- Dziwne? - spytała. 

- Cóż, można by przypuszczać, że będzie ich pilnowała jakaś kobieta... 

- To są Rubieże - przypomniała mi z goryczą. 

- To... och, rozumiem - powiedziałem z zakłopotaniem. - Cóż, rzecz w tym: czy myślisz, 

że jest jakaś możliwość wydostania ich stamtąd, zanim on wróci? Zdaje mi się, że teraz byłby 

na to czas. Bo kiedy on wróci... - wzdrygnąłem się, patrząc jej w oczy. 

Odwróciła głowę i przez kilka chwil wpatrywała się w świece. Potem skinęła głową. 

- Tak. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich... dla nas wszystkich z wyjątkiem jego... - 

dodała, na pół ze smutkiem. - Tak, myślę, że to da się zrobić. 

- Zaraz? 

Znów skinęła głową. Wziąłem włócznię, która leżała przy posłaniu i zważyłem ją w ręku. 

Była trochę za lekka, ale dobrze wyważona. Sophie spojrzała na nią i potrząsnęła głową. 

- Ty musisz tu zostać, David - powiedziała. 

- Ale... - zacząłem. 

- Nie. Gdyby cię zobaczono, podniesiono by alarm. Jeżeli ja pójdę do tego namiotu, nikt 

nie zwróci na mnie uwagi, nawet jeśli mnie zobaczą. 

To było rozsądne. Położyłem włócznię, choć z ociąganiem. 

- Ale czy potrafisz?... 

- Tak - odparła zdecydowanie. 

Wstała i podeszła do jednej z nisz. Wyciągnęła z niej nóż. Szerokie ostrze było czyste i 

błyszczące.  Prawdopodobnie  ten  nóż  należał  kiedyś  do  kuchni  jakiejś  napadniętej  farmy. 

Wcisnęła go za pasek spódnicy, tak że wystawała tylko ciemna rękojeść. Potem odwróciła się 

i patrzyła na mnie przez długą chwilę. 

- David - zaczęła wyczekująco. 

- Tak? - spytałem. 

Zmieniła zdanie. Powiedziała innym, tonem: 

-  Powiesz im, żeby nie  narobiły hałasu? Cokolwiek się stanie, niech ani  pisną! Powiedz 

im, żeby szły za mną i narzuciły na siebie coś ciemnego. Będziesz mógł im to wszystko jasno 

wytłumaczyć? 

- Tak - powiedziałem. - Ale chciałbym, żebyś mi pozwoliła... 

Potrząsnęła głową i przerwała mi. 

- Nie, David. Zwiększyłoby to tylko ryzyko. Nie znasz tego miejsca. 

Zgasiła świece i odczepiła zasłonę. Przez chwilę widziałem jej sylwetkę na tle bledszego 

mroku wejścia, potem znikła. 

background image

Przekazałem  jej  instrukcje  Rosalindzie  i  z  naciskiem  wytłumaczyliśmy  Petrze 

konieczność  zachowania  ciszy.  Potem  nie  miałem  nic  do  roboty,  tylko  czekać  i  wsłuchiwać 

się w miarowe kap-kap-kap w ciemności. 

Niedługo potrafiłem tak siedzieć spokojnie. Podszedłem do wyjścia i wysunąłem głowę 

w” noc. Kilka ognisk żarzyło się wśród szałasów, poruszali się także ludzie, bo żar od czasu 

do czasu przygasał, gdy przed nim przechodzili. Rozlegał się szmer głosów, lekki zmieszany 

odgłos  poruszeń,  gdzieś  niedaleko  nocny  ptak  odezwał  się  szorstkim  głosem,  gdzieś  dalej 

rozległ się krzyk jakiegoś zwierzęcia. I nic więcej. 

Czekaliśmy wszyscy. Mały, bezkształtny znak podniecenia napłynął na chwilę od Petry. 

Nikt go nie skomentował. 

Potem  uspokajający  kształt  myślowy  od  Rosalindy:  „Wszystko  w  porządku”,  lecz  z 

jakimś dużym wstrząsem. Mądrzej chyba było nie odwracać teraz jej uwagi pytaniem o jego 

powód. 

Nasłuchiwałem.  Nie  podniesiono  żadnego  alarmu,  nie  zaszła  żadna  zmiana  w  ogólnym 

szumie.  Zdawało  się,  że  upłynęło  wiele  czasu,  dopóki  nie  usłyszałem  chrzęstu  żwiru  pod 

czyimiś nogami, tuż pode mną. Słupy drabiny drapały lekko po skalnej ścianie, gdy spoczął 

na nich ciężar. Usunąłem się w głąb jaskini, schodząc z drogi. Rosalinda zapytała milcząco, 

trochę niepewnie: 

- Wszystko dobrze? Jesteś tu, David? 

- Tak. Wchodźcie - powiedziałem im. 

Pojawiła  się  jedna  postać,  mgliście  zarysowując  się  w  wejściu.  Potem  druga  mniejsza, 

potem trzecia. Wejście zostało zasłonięte. Teraz znowu rozbłysły świece. 

Rosalinda  i  Petra  patrzyły  przerażone  i  zafascynowane,  jak  Sophie  zaczerpnęła  miską 

wody z wiadra, żeby obmyć krew ze swych rąk i z noża. 

 

 

16. 

 

Dwie  dziewczyny  obserwowały  się  nawzajem  ciekawie  i  ostrożnie.  Wzrok  Sophie 

wędrował po Rosalindzie, po jej brązowej wełnianej sukience z naszytym brązowym krzyżem 

i  zatrzymał  się  na  chwilę  na  jej  skórzanych  bucikach.  Potem  spojrzała  na  swoje  własne 

mokasyny,  i  na  swą  krótką,  postrzępioną  spódnicę.  W  trakcie  tej  inspekcji  zauważyła  na 

staniku  nowe  plamy,  których  przed  godziną  jeszcze  nie  miała.  Bez  żadnego  skrępowania 

zdjęła stanik i zaczęła przepierać go w zimnej wodzie. Do Rosalindy powiedziała: 

background image

- Musisz pozbyć się tego krzyża. Ona także - dodała, patrząc na Petrę. - To was odróżnia. 

My,  kobiety  z  Rubieży,  nie  uważamy,  żeby  się  nam  dobrze  przysłużył.  Mężczyźni  także  go 

nie lubią. Masz - wyjęła z niszy mały nóż o wąskim ostrzu i podała go jej. 

Rosalinda wzięła go z wahaniem. Spojrzała nań, a potem na krzyż, który nosiła na każdej 

sukience, jaką miała kiedykolwiek. Sophie obserwowała ją: 

- Ja też kiedyś nosiłam krzyż - powiedziała. - Mnie także nie pomógł. 

Rosalinda spojrzała na mnie, wciąż z pewnym wahaniem. Kiwnąłem głową. 

-  W  tych  stronach  niezbyt  lubią,  jak  ktoś  upiera  się  przy  prawdziwym  obrazie.  Bardzo 

możliwe, że to niebezpieczne - spojrzałem na Sophie. 

- Tak - powiedziała. - To jest nie tylko odznaka; to wyzwanie. 

Rosalinda wzięła nóż i zaczęła, na pół niechętnie, odpruwać krzyż. Spytałem Sophie: 

- Co teraz? Czy nie powinni byśmy spróbować uciec tak daleko, jak nam się uda, zanim 

zrobi się jasno? 

Sophie, wciąż mocząc w wodzie swój stanik, potrząsnęła głową. 

-  Nie.  Oni  każdej  chwili  mogą  go  znaleźć.  Gdy  to  zrobią,  zaczną  się  poszukiwania. 

Potnyślą, że wyście go zabili, a potem całą trójką uciekliście do lasu. Nigdy nie przyjdzie im 

do głowy, żeby was szukać tutaj, bo skąd? Ale przetrząsną za wami całą okolicę. 

- Myślisz, żebyśmy tu zostali? - spytałem. Przytaknęła., 

- Przez dwa, może trzy dni. Potem, kiedy przestaną szukać, wyprowadzę was. 

Rosalinda spojrzała w zamyśleniu znad swej roboty. 

-  Dlaczego  robisz  dla  nas  to  wszystko?  -  spytała.  Wyjaśniłem  jej  całą  sprawę  Sophie  i 

człowieka-pająka 

dużo  szybciej,  niż  mógłbym  to  był  zrobić  słowami.  Zdaje  się,  że  jej  to  całkiem  nie 

wystarczyło. Wciąż patrzyły na siebie z Sophie uparcie, w migotliwym świetle. 

Sophie z pluskiem upuściła stanik do wody. Wyprostowała się z wolna. Nachyliła się ku 

Rosalindzie, pukla czarnych włosów opadały jej na nagie piersi, oczy zwęziły się. 

- Idź do diabła - powiedziała ze złością. - Daj mi spokój, idź do diabła... 

Rosalinda  sprężyła  się,  gotowa  do  każdego  ruchu.  Ja  przesunąłem  się  tak,  żeby  móc 

skoczyć pomiędzy nie, jeśli zajdzie potrzeba. Ta scena trwała przez długie sekundy. Sophie, 

zaniedbana,  na  pół  naga  w  swej  wystrzępionej  spódnicy,  w  niebezpiecznej  postawie; 

Rosalinda  w  swej  brązowej  sukience,  z  odprutym  i  zwisającym  lewym  ramieniem  krzyża,  z 

brunatnymi włosami lśniącymi w świetle świec, z uniesioną w górę piękną twarzą i czujnymi 

oczami. Kryzys minął, ustąpiło napięcie. Gwałtowność w oczach Sophie zamarła, lecz ona się 

nie poruszyła. Skrzywiła nieco usta i zadrżała. Szorstko i gorzko: 

background image

-  Idź do diabła - powtórzyła. -  Idź, śmiej się ze mnie, niech Bóg przeklnie twoją piękną 

twarz. Śmiej się ze mnie, ponieważ ja jego pragnę, ja. - Zaśmiała się dziwnym, krztuszącym 

się śmiechem. - I po co to wszystko? O Boże, po co to wszystko? Gdyby on cię nie kochał, 

czy byłabym dobra dla niego - taka, jaka jestem? 

Przycisnęła ręce do twarzy i stała przez chwilę, drżąc cała, potem odwróciła się i rzuciła 

na posłanie z gałęzi. 

Wpatrywaliśmy  się  w  zacieniony  kąt.  Jeden  mokasyn  spadł  jej  z  nogi.  Dostrzegłem 

brązową,  brudną  skórę  jej  stopy  i  rząd  sześciu  palców.  Odwróciłem  się  do  Rosalindy.  Jej 

wzrok,  pełen  skruchy  i  przerażony,  spotkał  się  z  moim.  Instynktownie  chciała  wstać. 

Potrząsnąłem głową i z wahaniem usiadła z powrotem. 

W  jaskini  słychać  było  tylko  beznadziejny,  niepohamowany  szloch  i  kap-kap-kap 

ściekającej wody. 

Petra  spojrzała  na  nas,  potem  na  postać  na  posłaniu,  potem  znów  na  nas,  jakby  z 

oczekiwaniem. Gdy żadne z nas się nie poruszyło, uznała widać, że inicjatywa należy do niej. 

Podeszła  do  posłania  i  uklękła  obok  niego  z  niepokojem.  Niepewnie  położyła  dłoń  na 

ciemnych włosach. 

- Nie płacz - powiedziała. - Proszę; nie płacz. Szloch załamał się w sposób budzący lęk. 

Nastąpiła 

chwila  ciszy,  potem  brązowe  ramię  otoczyło  ramiona  Petry.  Teraz  płacz  brzmiał  nieco 

mniej  rozpaczliwie...  nie  rozrywał  już  serca,  lecz  pozostawiał  je  zranione  i  obolałe... 

Zbudziłem  się  niechętnie,  zesztywniały  i  zmarznięty  od  spania  na  twardej  skale.  Prawie 

natychmiast włączył się Michael: 

- Masz zamiar spać przez cały dzień? 

Spojrzałem  w  górę  i  ujrzałem,  że  przez  szparę  za  skórzaną  zasłoną  wpada  światło 

dzienne. 

- Która godzina? - spytałem. 

- Zdaje się, że około ósmej. Już od trzech godzin jest jasno i stoczyliśmy już bitwę. 

- Co się stało? - spytałem. 

-  Przeczuliśmy  zasadzkę,  więc  posłaliśmy  oddział  oskrzydlający.  On  się  zderzył  z  ich 

rezerwą,  która  czekała,  żeby  wystąpić  po  zasadzce.  Oni  widocznie  myśleli,  że  to  nasza 

główna  siła;  w  każdym  razie  pobiliśmy  ich  kosztem  dwóch  czy  trzech  rannych  po  naszej 

stronie. 

- Tak, że teraz się zbliżacie? 

- Tak. Przypuszczam, że oni gdzieś się gromadzą, ale teraz się ulotnili. Nie napotykamy 

background image

w ogóle żadnego oporu. 

Tego w żadnym wypadku nie można było sobie życzyć. Wyjaśniłem naszą sytuację i to, 

że z pewnością nie moglibyśmy wyjść z jaskini za dnia nie zauważeni. Z drugiej strony, jeśli 

tu zostaniemy, a obóz zostanie zdobyty, to niewątpliwie go przeszukają i znajdą nas. 

- A co z tymi przyjaciółmi Petry z Sealand? - spytał Michael. - Czy myślisz, że naprawdę 

możemy na nich liczyć? 

Na to włączyła się sama przyjaciółka Petry nieco chłodno: 

- Możecie na nas liczyć. 

- Czy wasza ocena czasu się nie zmieniła? Nie jesteście opóźnieni? - pytał Michael. 

- zapewniła nas. - Od teraz za mniej więcej osiem i pół godziny. - Potem jej lekka irytacja 

minęła, myśli zabarwił odcień niemal lęku: 

- To jest rzeczywiście straszny kraj. Widzieliśmy już przedtem Zły Kraj, ale nikt z nas nie 

mógł  sobie  nawet  wyobrazić  czegoś  równie  przerażającego  jak  to.  Są  przestrzenie  ciągnące 

się  całymi  milami,  gdzie  ziemia  wygląda  jak  stopione  czarne  szkło;  nie  ma  nic,  nic,  tylko 

szkło,  jak  zamarznięty  ocean  atramentu...  potem  pasy  Złego  Kraju...  potem  znowu  pustynia 

czarnego  szkła.  To  się  ciągnie  i  ciągnie...  Co  oni  tutaj  zrobili?  Co  oni  mogli  zrobić,  żeby 

stworzyć takie straszne - miejsce?... Nic dziwnego, że nikt z nas nigdy przedtem nie odbywał 

tej  podróży.  To  tak,  jakby  się  jechało  na  skraj  świata,  do  przedsionka  piekła...  to  musi  być 

całkiem  beznadziejne,  to  wygnanie  z  życia  na  zawsze...  Ale  dlaczego?  -  dlaczego?  - 

dlaczego?...  Wiemy,  to  była  potęga  bogów  w  rękach  dzieci;  ale  czy  to  były  szalone  dzieci, 

wszystkie całkiem szalone?... Góry są z popiołów, a równiny z czarnego szkła - jeszcze teraz, 

po tylu wiekach... To jest takie ponure, ponure... potworne szaleństwo... Strasznie pomyśleć, 

że  cała  rasa  ludzka  mogła  oszaleć...  Gdybyśmy  nie  wiedzieli,  że  jesteście  po  tamtej  stronie 

tych okropności, zawrócilibyśmy i uciekli... 

Petra  przerwała  jej,  zamazując  nagle  wszystko  rozpaczliwym  włączeniem  się.  Nie 

wiedzieliśmy,  że  się  obudziła  Nie  wiem,  co  zrozumiała  z  tego  wszystkiego,  ale  wyraźnie 

pochwyciła  myśl  o  zawróceniu.  Włączyłem  się,  żeby  ją  uspokoić,  teraz  także  kobieta  z 

Sealand mogła włączyć się znowu, uspokoić ją także. Przerażenie minęło i Petra przyszła do 

siebie. 

Włączył się Michael, pytając: 

- David, co z Rachel? 

Przypomniałem sobie jego niepokój z poprzedniej nocy; 

-  Petro,  kochanie  -  powiedziałem.  -.  Jesteśmy  teraz  za  daleko,  żeby  ktokolwiek  z  nas 

mógł nawiązać kontakt z Rachel. Mogłabyś się jej o coś spytać? 

background image

Petra przytaknęła. 

-  Chcemy  wiedzieć,  czy  dowiedziała  się  czegoś  o  Marku  od  czasu,  kiedy  rozmawiała  z 

Michaelem. 

Petra zadała to pytanie. Potem potrząsnęła głową. 

-  Nie  -  odparła.  -  Niczego  się  nie  dowiedziała.  Myślę,  że  bardzo  się  martwi.  Chce 

wiedzieć, jak się czuje Michael. 

- Powiedz jej, że czuje się całkiem dobrze - wszyscy czujemy się dobrze. Powiedz jej, że 

ją kochamy, że strasznie się martwimy, że jest sama, ale musi być dzielna - i ostrożna. Musi 

się starać o to, żeby nikt się nie zorientował, że ona się martwi. 

-  Ona  rozumie.  Mówi,  że  spróbuje  -  doniosła  Petra.  Namyślała  się  przez  chwilę.  Potem 

powiedziała do mnie słowami: 

- Rachel się boi. Płacze wewnętrznie. Chce być z Michaełem. 

- Powiedziała ci ta? - spytałem. Petra potrząsnęła głową. 

- Nie, to była jakby uboczna myśl, ale zobaczyłam ją. 

-  Lepiej  nic  o  tym  nie  mówmy  -  postanowiłem.  -  To  nie  nasza  sprawa.  Czyjeś  uboczne 

myśli nie są przeznaczone dla innych ludzi, więc musimy udawać, że nie zauważyliśmy ich. 

- Dobrze - spokojnie zgodziła się Petra. 

Miałem nadzieję, że tak było dobrze. Kiedy to przemyślałem, nie byłem całkiem pewien, 

czy  bardzo  mi  zależy  na  wykrywaniu  „ubocznych  myśli”,  zostawiało  to  pewien  niepokój, 

kazało myśleć o przyszłości... 

Sophie obudziła się kilka minut później. Była chyba spokojna, znowu aktywna, jak gdyby 

burza  ostatniej  nocy  sama  minęła.  Odesłała  nas  w  głąb  jaskini  i  odczepiła  zasłonę,  żeby 

wpuścić światło dzienne. Teraz rozpaliła ogień 

na palenisku. Większość dymu uleciała wejściem do jaskini, reszta dawała przynajmniej 

tę korzyść, że zasłaniała wnętrze przed wszelką obserwacją z zewnątrz. Z dwóch czy trzech 

torb  zaczerpnęła  coś  łyżką  i  wrzuciła  do  żelaznego  garnka,  dodała  trochę  wody  i  postawiła 

garnek na ogniu. 

- Uważaj na to - powiedziała do Rosalindy i zniknęła na zewnętrznej drabinie. 

Jakieś  dwadzieścia  minut  później  zjawiła  się  znowu.  Rzuciła  na  próg  kilka  krążków 

twardego chleba i wślizgnęła się do środka. Podeszła do garnka, zamieszała jego zawartość i 

powąchała ją. 

- Żadnych kłopotów? - spytałem. 

- Nie w związku z nami - odparła. - Znaleźli go. Myślą, że to ty zrobiłeś. Dziś wcześnie 

rano odbyło się coś w rodzaju poszukiwań. Byłyby dokładniejsze, gdyby ‘było więcej łudzi. 

background image

Ale  oni  mają  teraz  inne  zmartwienia.  Ludzie,  którzy  poszli  walczyć,  wracają  po  dwóch,  po 

trzech. Wiesz, co się stało? 

Powiedziałem jej o nieudanej zasadzce i w związku z tym o ustaniu oporu. 

- Jak daleko teraz podeszli? - chciała wiedzieć. Spytałem o to Michaeła. 

- Jesteśmy już po raz pierwszy poza lasem, w Dzikim Kraju - powiedział. 

Przekazałem to Sophie. Skinęła głową. 

- Trzy godziny, a może trochę mniej, do brzegów rzeki - powiedziała. 

Nałożyła z garnka do misek coś w rodzaju owsianki. Smakowało to lepiej, niż wyglądało. 

Chleb był mniej smaczny. Sophie rozbiła jego krążek kamieniem, trzeba było chleb zanurzyć 

w  wodzie,  zanim  można  go  było  jeść.  Petra  mruczała,  że  jedzenie  nie  jest  takie,  jakie 

mieliśmy w domu. To jej coś przypomniało. Bez żadnego wstępu nadała pytanie: 

- Michael, czy ojciec jest z wami? 

Zaskoczyło go to. Schwytałem jego „tak”, zanim zdążył się powstrzymać. 

Spojrzałem na Petrę, mając nadzieję, że nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia tego faktu. 

Na szczęście tak było. Rosalinda opuściła swą miskę i wpatrywała się w nią w milczeniu. 

Podejrzenie  dziwnie  mało  izolowało  od  wstrząsu,  jakim  była  świadomość  tego. 

Przypomniałem sobie głos ojca, doktrynerska, bezlitosny. Znałem twardy wyraz jego twarzy, 

jakbym go widział, gdy mówił: 

„Dziecko...  dziecko,  które...  rosłoby,  aby  się  rozmnażać,  a  rozmnażając  się,  szerzyłoby 

plugastwo, aż - wszędzie wokół nas rozpleniliby się odmieńcy i plugawcy. To właśnie stało 

się tam, gdzie wiara i wola osłabły; tutaj nigdy to się nie zdarzy”. 

A potem Ciotka Harriet: 

„Będę się modliła do Boga, żeby zesłał miłosierdzie na ten ohydny świat...” 

Biedna Ciotka Harriet, której modlitwy były równie daremne jak jej nadzieje! 

Świat, w którym człowiek mógł dojść do tego, żeby tak na samego siebie polować! Jaki 

gatunek człowieka? 

Rosalinda  położyła  mi  rękę  na  ramieniu.  Sophie  podniosła  oczy.  Gdy  zobaczyła  moją 

twarz, doznała wstrząsu. 

- Go się stało? 

Rosalinda  jej  powiedziała.  Jej  oczy  rozszerzyły  się  z  przerażenia.  Przeniosła  wzrok  ze 

mnie na Petrę, potem powoli, osłupiała, znów spojrzała na mnie. Otwarła usta, jakby chciała 

coś  powiedzieć,  lecz  spuściła}  oczy;  nie  wypowiedziała  swych  myśli.  Spojrzałem  także  na 

Petrę; potem na Sophie, na łachmany, jakie nosiła, na jaskinię, w której siedzieliśmy... 

-  „Czystość...”  -  powiedziałem.  -  „Wola  Pana.  Czcij  ojca  swego...”  I  ja  ‘mu  mam 

background image

przebaczyć?... Może go zabić? 

Odpowiedź mnie przeraziła. Nie wiedziałem, że przesłałem tę myśl aż na taką odległość. 

- Zostaw go w spokoju - nadszedł wyraźny, surowy wzór myślowy od kobiety z Sealand. 

-  Twoją  sprawą  jest  przetrwać.  Ani  jego  gatunek,  ani  sposób  jego  myślenia  nie  przetrwa 

długo. Oni są koroną stworzenia, ich ambicje są zaspokojone - nie mają już dokąd dążyć. Ale 

życie to zmiana, tym różni się od skał, zmiana jest istotą jego natury. Kimże więc byli ostatni 

panowie stworzenia, o którym sądzili, że nie ulegnie, zmianie? 

Kształt  życia  przeciwstawia  się  ewolucji,  gdy  życie  jest  zagrożone,  jeśli  jej  nie 

zaadaptuje, zginie. Idea skończonego człowieka jest zupełną marnością; skończony obraz jest 

świętokradczym mitem. 

Starzy Ludzie ściągnęli na siebie Cierpienie, a ono starło ich na proch. Twój ojciec i jego 

gatunek  jest  częścią  tego  prochu.  Ci  ludzie  należą  już  do  historii,  nie  zdając  sobie  z  tego 

sprawy.  Oni  są  jeszcze  przekonani,  że  ostatecznego  kształtu  trzeba  bronić;  wkrótce  osiągną 

stabilizację, o jaką walczą - w jedynej formie, jaka jest im dana - znajdą swoje miejsce wśród 

skamielin. 

Jej  wzory  myślowe  stały  się  teraz  mniej  szorstkie  i  stanowcze.  Złagodziło  je 

delikatniejsze ich ukształtowanie, a mimo to była chyba w nastroju proroczego wyrokowania, 

bo ciągnęła: 

-  Dobrze  jest  przy  matczynej  piersi,  ale  musi  przyjść  odłączenie  od  niej.  Osiągnięcie 

niezależności,  zerwanie  więzów  jest,  w  najlepszym  razie,  przykre  dla  obu  stron,  ale 

konieczne, choćby nawet każda strona tego żałowała i opierała się drugiej. Pępowina została 

już przecięta na drugim końcu, nastąpi tylko szamotanie się, jeśli nie przetniesz jej także na 

swoim. 

Bez względu na to, czy szorstka nietolerancja i gorzka prostolinijność są bronią używaną 

przeciw lękowi i rozczarowaniu czy też są uroczystym strojem sadysty, osłaniają one wroga 

siły  życiowej.  Pomost  między  różnicą  gatunków  można  przerzucić  tylko  przez 

samopoświęcenie  się;  samopoświęcenie  się  wroga  nie  stwarza  dla  was  żadnego  pomostu. 

Więc  następuje  zerwanie  więzów.  My  mamy  do  zdobycia  nowy  świat;  oni  mają  tylko 

straconą sprawę. 

Urwała, pozostawiając mnie w niejakim oszołomieniu. Także Rosalinda wyglądała, jakby 

wciąż jeszcze przeżywała te słowa. Petra była chyba znudzona. 

Sophie obserwowała nas z zaciekawieniem. Powiedziała: 

-  Na  kimś  z  zewnątrz  wywieracie  przykre  wrażenie.  Czy  jest  coś,  o  czym  mogłabym 

wiedzieć? 

background image

- No cóż - zacząłem i urwałem, nie wiedząc, jak jej to wyjaśnić. 

- Zdaje się, że ona mówiła, iż nie powinniśmy się martwić ojcem, bo on nic nie rozumie - 

zauważyła Petra. Było to chyba dość słuszne podsumowanie. 

- Ona? - spytała Sophie. 

- Och, jedna przyjaciółka Petry - powiedziałem wymijająco. 

Sophie  siedziała  blisko  wejścia,  my  wszyscy  trochę  w  głębi,  żeby  nas  nie  widziano  z 

zewnątrz. Teraz Sophie spojrzała w dół. 

-  Właśnie  wróciło  już  wielu  mężczyzn,  myślę,  że  większość.  Niektórzy  zebrali  się  przy 

namiocie Gordona, inni tam idą. On musiał już też wrócić. 

Kończąc jeść patrzyła dalej. Potem odstawiła miskę. 

- Spróbuję się czegoś dowiedzieć - powiedziała i znikła na drabinie. 

Nie  było  jej  przez  całą  godzinę.  Kilka  razy  zaryzykowałem  szybkie  spojrzenie  na 

zewnątrz  i  zobaczyłem  człowieka-pająka  przed  jego  namiotem.  Zdaje  się,  że  dzielił  swych 

ludzi na oddziały i dawał im instrukcje, rysując coś na gołej ziemi. 

- Co się dzieje? - spytałem Sophie, gdy wróciła. - Jaki jest plan? 

Wahała się, patrząc na mnie niepewnie. 

-  Na  miłość  boską  -  powiedziałem.  -  Przecież  chcemy,  żeby  twoi  ludzie  zwyciężyli, 

prawda? Ale nie chcę, żeby Michael został ranny, jeśli mogę mu pomóc. 

- Mamy zamiar wciągnąć ich w zasadzkę na tym brzegu rzeki - odparła, 

- Pozwolicie im się przeprawić? 

- Na tamtym brzegu nie ma miejsca na zajęcie stanowisk - wyjaśniła. 

Zaproponowałem Michaelowi, żeby na brzegu rzeki trzymał się z tyłu, a jeśli nie będzie 

mógł  tego  zrobić,  żeby  podczas  przeprawy  spadł  z  konia  i  dał  się  unieść  prądowi  w  dół. 

Powiedział,  że  będzie  pamiętał  o  mojej  propozycji,  ale  spróbuje  wymyślić  jakiś  mniej 

niewygodny sposób pozostania w tyle. 

Kilka minut później jakiś głos zawołał Sophie z dołu po imieniu. Szepnęła: 

- Odsuńcie się. To on. - I szybko zbiegła z drabiny. Potem nic się nie działo przez więcej 

niż godzinę, gdy 

znów włączyła się kobieta z Sealand. 

-  Proszę,  odpowiedzcie  mi.  Potrzeba  nam  teraz  oznaczenia  waszej  dokładnej  pozycji. 

Przesyłajcie nam tylko dane. 

Petra odpowiedziała energicznie, jakby ostatnio czuła się trochę wyłączona z akcji. 

- Dosyć - odpowiedziała jej kobieta z Sealand. - Zaczekajcie chwilkę. - Teraz dodała: - To 

lepiej, niż sądziliśmy. Możemy być o godzinę wcześniej. 

background image

Minęło jeszcze pół gadziny. Kilka razy udało mi się na krótko wyjrzeć na zewnątrz. Obóz 

wyglądał teraz na całkiem opuszczony. Pośród szałasów nie było widać nikogo oprócz kilku 

starszych kobiet. 

- Wadzimy rzekę - doniósł Michael. 

Upłynąło piętnaście do dwudziestu minut. Potem znów Michael: 

-  Sfuszerowali  to,  głupcy.  Spostrzegliśmy  kilku  z  nich,  jak  się  ruszali  na  szczycie  skał. 

Zresztą - nie ma to wielkiego znaczenia - ten wyłom zbyt dobrze nadaje się na pułapkę. Teraz 

mamy naradę wojenną. 

Widocznie narada była krótka. Za mniej niż dziesięć minut Michael odezwał się znowu: 

-  Plan:  wycofujemy  się,  żeby  się  natychmiast  ukryć  naprzeciw  wyłomu.  Ale  przed 

wyłomem  zostawiamy  pół  tuzina  ludzi,  którzy  będą  maszerowali  tam  i  z  powrotem,  aby 

sprawić  wrażenie,  że  jest  ich  więcej,  a  także  małe  ogniska,  by  myśleli,  żeśmy  się  tu 

zatrzymali. Reszta dzieli się, żeby obejść skały i dokonać dwóch przepraw: w dole i w górze 

rzeki.  Wtedy  mamy  ich  w  kleszczach  za  wyłomem.  Lepiej  ich  o  tym  poinformuj,  jeśli 

możesz. 

Obóz  znajdował  się  niedaleko  za  nadbrzeżnymi  skałami.  Było  prawdopodobne,  że 

możemy zostać złapani w kleszcze. Ponieważ było tu tak mało ludzi i, o ile widziałem, same 

tylko kobiety, bardzo możliwe, że moglibyśmy bezpiecznie przedostać się do lasu... ale może 

naprowadziłoby nas to wprost na jeden z zamykających się - wokół naszej grupki oddziałów? 

Znów  wyjrzałem  na  zewnątrz,  badając  teren,  i  pierwszą  rzeczą,  jaką  zauważyłem,  było 

kilkanaście  kobiet,  teraz  uzbrojonych  w  łuki  i  wtykających  w  ziemię  strzały,  żeby  były  pod 

ręką. Zmieniłem zdanie na temat przedostania się przez obóz. 

- Poinformuj ich - powiedział Michael. I owszem, był to dobry pomysł. Ale jak? Gdybym 

nawet  zaryzykował  zostawienie  Rosalindy  i  Petry  samych,  miałbym  bardzo  mało  szans 

przekazania tych informacji. Po pierwsze człowiek-pająk wydał rozkaz, żeby mnie zastrzelić. 

Co więcej, widać było wyraźnie, nawet na odległość, że nie jestem człowiekiem z Rubieży, 

co w tych okolicznościach dawało świetny powód, żeby szybko do mnie strzelać. 

Bardzo  pragnąłem,  żeby  Sapnie  wróciła;  pragnąłem  tego  jeszcze  mniej  więcej  przez 

godzinę. 

-  Przeszliśmy  przez  rzekę  w  dolnym  biegu  poniżej  was..  Żadnego  oporu  -  powiedział 

Michael. 

Czekaliśmy dalej. 

Nagle gdzieś w lesie, po lewej, rozległ się strzał ze strzelby. Potem rozległy się jeszcze 

trzy lub cztery strzały, zapadła cisza i znów strzelono dwa razy. 

background image

Kilka  minut  później  wielu  ludzi,  obszarpanych  mężczyzn,  a  wśród  nich  także  wiele 

kobiet,  wynurzyło  się  z  lasu,  opuszczając  miejsce  ich  zamierzonej  zasadzki  i  biegnąc  w” 

stronę,  skąd  rozległy  się  strzały.  Była  to  nieszczęśliwa,  nędzna  gromada,  w  niej  kilku 

wyraźnych  dewiantów,  lecz  większość  wyglądała  po  prostu  jak  wraki  normalnych  ludzkich 

istot.  Dostrzegłem u nich zaledwie trzy lub cztery  strzelby.  Reszta miała  łuki, a wielu  także 

krótkie  włócznie,  niesione  w  pochwach  na  plecach.  Człowiek-pająk  wyróżniał  się  między 

nimi,  wyższy  niż  inni,  a  tuż  za  nim zobaczyłem  Sophie  z  łukiem  w  ręku. Jakkolwiek  mogli 

być przedtem zorganizowani, teraz wyraźnie byli w rozsypce. 

- Co się stało? - spytałem Michaela. - Czy to wasi ludzie strzelali? 

-  Nie.  To  był  inny  oddział.  Oni  próbują  odciąć  drogę  ludziom  z  Rubieży,  tak  żebyśmy 

mogli nadejść z przeciwnej strony i zajść ich od tyłu. 

- Udało im się to - powiedziałem mu. 

Z  tej  samej  strony  co  przedtem  rozległo  się  jeszcze  więcej  strzałów.  Wybuchł  wrzask i 

krzyki.  Kilka  zabłąkanych  strzał  spadło  w  lewym  końcu  polany.  Jacyś  ludzie,  cofając  się, 

wybiegli z lasu. 

Nagle zadano nam mocne, wyraźne pytanie: 

- Jesteście jeszcze bezpieczni? 

Wszyscy troje leżeliśmy teraz na ziemi w przedniej części jaskini. Widzieliśmy to, co się 

dzieje, i było dość 

małe  prawdopodobieństwo,  żeby  ktoś  zobaczył  nasze  głowy,  a  gdyby  nawet,  żeby  się 

nimi zajął. To, co się działo, było jasne nawet dla Petry. Pośpiesznie, w podnieceniu błysnęły 

jej myśli. 

- Spokojnie, dziecko, spokojnie! Przybywamy! - napomniała ją kobieta z Sealand. 

Więcej  jeszcze  strzał  spadło  w  lewym  końcu  polany  i  jeszcze  więcej  obsaarpanych 

postaci zjawiło się w gwałtownym odwrocie. Uciekali pochyleni, szukając schronienia wśród 

namiotów  i  szałasów.  Nadbiegło  ich  jeszcze  więcej,  a  za  nimi  z  lasu  wciąż  padały  strzały. 

Ludzie z Rubieży kulili się za swoimi  nędznymi osłonami, wyskakując spoza nich od czasu 

do czasu, żeby oddać szybki strzał w kierunku postaci ledwie widocznych pośród drzew. 

Niespodziewanie spadła ulewa strzał z drugiego końca polany. Obszarpani ludzie, wzięci 

we dwa ognie, wpadli w panikę. Większość z nich zerwała się i pobiegła szukać schronienia 

w jaskiniach. Gotów byłem odepchnąć drabinę, gdyby ktoś próbował wślizgnąć się do naszej. 

Pojawiło  się  teraz  pół  tuzina  jeźdźców,  którzy  wyjechali  spomiędzy  drzew  po  prawej. 

Spostrzegłem  człowieka-pająka.  Stał  przy  swoim  (namiocie  z  łukiem  w  ręku,  obserwując 

jeźdźców. Przy nim Sophie: szarpała go za obdartą kurtkę namawiając, żeby uciekał w stronę 

background image

jaskiń. Odsunął ją swą długą ręką do tyłu, nie spuszczając oczu z pojawiających się jeźdźców. 

Prawą rękę z powrotem położył na cięciwie, trzymając łuk na pół napięty. Wzrokiem wciąż 

szukał kogoś wśród jeźdźców. 

Nagle wyprostował się. Łuk mignął jak błyskawica, naciągnięty do końca. Zadźwięczała 

cięciwa. Strzała trafiła mego ojca w pierś, po lewej stronie. Szarpnął się i padł do tyłu, na zad 

Sheby.  Potem  zsunął  się  na  bok  i  upadł  na  ziemię,  z  prawą  nogą  wciąż  uwięzioną  w 

strzemieniu. 

Człowiek-pająk  rzucił  łuk  i  odwrócił  się.  Zagarnął  Sophie  długimi  ramionami  i  zaczął 

uciekać.  Na  pająkowatych  nogach  przebiegł  może  najwyżej,  trzy  ogromne  kroki,  gdy  kilka 

strzał trafiło go równocześnie w plecy i w bok; upadł. 

Sophie  zerwała  się  na  nogi,  uciekała  sama.  Jedna  ze  strzał  przebiła  jej  ramię,  lecz  ona 

biegła  z  nią  dalej.  Potem  druga  ugodzili  ją  z  tyłu  w  szyję.  Upadła  w  pół  kroku,  jej  ciało 

osunęło się w pył... 

Petra tego nie zauważyła. Rozglądała się wokoło w oszołomieniu. 

- Co to jest? - spytała. - Co znaczy ten dziwny hałas? 

Włączyła się kobieta z Sealand, spokojna, wzbudzająca zaufanie. 

- Nie bójcie się. Przybywamy. Wszystko w porządku. Zostańcie tam, gdzie jesteście. 

Teraz i ja usłyszałem ten hałas. Dziwny, huczący dźwięk, nasilający się stopniowo. Nie 

można go było umiejscowić; zdawało się, że wypełnia wszystko, pochodząc znikąd. 

Wciąż  więcej  ludzi  wynurzało  się’  z  lasu  na  polanę,  większość  z  nich  była  konno. 

Rozpoznawałem wielu z nich, tych których znałem od dziecka, a którzy teraz połączyli się po 

to, żeby na nas zapolować. Większość ludzi z Rubieży schroniła się w jaskiniach i strzelała z 

nich nieco mniej skutecznie. 

Nagle jeden z jeźdźców krzyknął i wskazał na niebo. 

Ja też spojrzałem w górę. Niebo nie było już puste. Wisiała nad nami jak gdyby ławica 

mgły, lecz przecinana szybkimi, opalizującymi błyskami. Nad nią, jakby za zasłoną, mogłem 

dostrzec  jeden  z  tych  dziwnych  aparatów  w  kształcie  ryby,  o  których  -  zawieszonych  na 

niebie  -  Śniłem  w  dzieciństwie.  Mgła  sprawiała,  że  szczegóły  były  niewyraźne,  lecz 

widziałem  właśnie  to,  co  zapamiętałem:  biały,  błyszczący  kształt,  a  nad  nim  coś  na  pół 

widocznego, obracającego się z hukiem. Gdy aparat  zniżał  się ku nam,  stawał  się  większy i 

głośniejszy. 

Gdy  znów  spojrzałem  w  dół,  spostrzegłem  kilka  lśniących  nitek,  podobnych  do 

pajęczyny, snujących się przed wejściem do jaskini. Było ich potem coraz więcej; wijąc się w 

powietrzu w świetle dnia, wydawały migocące błyski. 

background image

Strzelanina ustała. Na całej polanie najeźdźcy opuścili łuki i strzelby i gapili się w górę. Z 

niedowierzaniem  wytrzeszczali  oczy,  a  potem  ci  z  lewej  strony  z  krzykiem  przerażenia 

zerwali się na nogi i rzucili się do ucieczki. Po prawej stronie konie stawały dęba ze strachu, 

rżały  i  jęły  rozbiegać  się  we  wszystkich  kierunkach.  W  ciągu  kilku  sekund  cała  polana 

pogrążyła  się  w  chaosie.  Uciekający  ludzie  wpadali  na  siebie  nawzajem,  konie  w  panice 

tratowały liche szałasy i potykały się o liny podtrzymujące namioty, zrzucając jeźdźców na 

złamanie karku. Odszukałem Michaela. 

- Tutaj - powiedziałem. - Tędy. Chodź tędy. 

- Idę - odpowiedział. 

Spostrzegłem  go  potem,  jak  właśnie  stawał  na  nogi  obok  leżącego  konia,  gwałtownie 

wierzgającego. Spojrzał w stronę naszej jaskini, ujrzał nas i pomachał nam ręką. Odwrócił się, 

żeby spojrzeć na machinę, unoszącą się w powietrzu. Wciąż jeszcze łagodnie opadała, była 

teraz o jakieś kilkaset stóp nad nami. Pod nią dziwaczna mgła wirowała wielkimi kręgami. I - 

Idę - powtórzył Michael. 

Zwrócił  się  ku  nam  i  zaczął  iść.  Potem  przystanął  i  dotknął  czegoś  na  swym  ramieniu. 

Ręka mu znieruchomiała. 

- To dziwne - powiedział nam. - To jest jak pajęczyna, ale lepkie. Nie mogę ruszyć ręką. - 

Nagle myśli jego ogarnęła panika. - To się przylepiło. Nie mogę tego ruszyć! 

Włączyła się kobieta z Sealand, udzielając rzeczowej wskazówki. 

-  Nie walcz z tym.  Wyczerpiesz się. Połóż się na ziemi, jeśli możesz. Zachowaj  spokój. 

Nie ruszaj się. Po prostu czekaj. Leż spokojnie na ziemi, tak żeby to cię nie owinęło całego. 

Zobaczyłem, że Michael słucha instrukcji, choć myśli jego wcale nie były pełne zaufania. 

Nagle zdałem sobie sprawę, że na całej polanie ludzie drapali się, próbując zerwać z siebie 

coś,  lecz  tam,  gdzie  ich  ręce  tego  dotknęły,  przylepiały  się.  Walczyli  z  tym  jak  muchy  w 

syropie, a przez cały ten czas spływało na nich więcej niteczek. Większość ludzi walczyła z 

nimi przez kilka sekund, a potem próbowała uciekać i szukać schronienia wśród drzew. Robili 

około trzech kroków, zanim nie posklejały się im nogi, potem padali na ziemię. Nitki, które 

już tam leżały, oplatały ich w dalszym ciągu. Gdy z nimi walczyli, coraz więcej nitek opadało 

na  nich  lekko,  aż  wreszcie  nie  mogli  już  walczyć  z  nimi  dłużej.  Koniom  nie  było  lepiej. 

Dostrzegłem  jednego  ukrytego  w  małym  krzaku.  Gdy  ru  szył  naprzód,  wyrwał  krzak  z 

korzeniami. Krzak odwinął się i dotknął jego tylnej nogi. Koń padł i leżał wierzgając... przez 

chwilę. 

Opadająca nić przylgnęła do mojej ręki. Powiedziałeś Rosalindzie i Petrze, żeby cofnęły 

się w głąb jaskini. Patrzyłem na nitkę i nie śmiałem dotknąć jej drugą ręką. Powoli i ostrożnie 

background image

próbowałem zdrapać to coś z ręki, pocierając nią o skałę. Nie byłem dość ostrożny. Ten rud 

przyciągnął  tę  i  inne  nitki  i  ręka  przykleiła  mi  się  do  skały  -  Już  są!  -  zawołała  Petra 

równocześnie myślami i słowami. 

Uniosłem oczy i zobaczyłem lśniący biały kształt, podobny do ryby, osiadający pośrodku 

polany. Jego lądowa nie skręciło unoszące się w powietrzu włókna w chmura wokół aparatu i 

strumień  powietrza  odrzuciło  na  zewnątrz.  Zauważyłem  kilka  nitek  przed  wejściem  do 

jaskini,  wahających  się,  falujących,  a  potem  wpływających  dc  środka.  Bezwiednie 

zamknąłem  oczy.  Lekka  pajęczyna  dotknęła  mej  twarzy.  Gdy  znów  spróbowałem  otworzyć 

oczy, zorientowałem się, że nie potrafię. 

 

 

17. 

 

Potrzeba wiele stanowczości, żeby leżeć zupełnie spokojnie, gdy czuje się coraz więcej 

lepkich  niteczek  opadających  pierzastym,  łaskocącym  dotykiem  na  twarz  i  ręce;  a  więcej 

jeszcze,  kiedy  się  czuje,  że  te,  które  opadły  najpierw,  uciskają  skórę  jak  silne  sznurki  i 

łagodnie ją naciągają. 

Złapałem  Michaela  na  tym,  że  zastanawiał  się  z  pewną  obawą,  czy  nie  była  to  jakaś 

sztuczka  i  czy  nie  lepiej  by  mu  było  pozbyć  się  tego,  gdyby  próbował  ucieczki.  Zanim 

zdążyłem  odpowiedzieć,  włączyła  się  kobieta  z  Sealand,  uspokajając  nas  znowu,  mówiła, 

żebyśmy  zachowywali  się  spokojnie  i  uzbroi]i  się  w  cierpliwość.  Rosalinda  z  naciskiem 

przekazała to Petrze., 

- Ciebie też to dosięgło? - spytałem ją. 

— Tak  -  powiedziała.  -  Wiatr  wiejący  od  machiny  wmiótł  to  wprost  do  jaskini  Petro, 

kochanie, słyszałaś co ona powiedziała. Musisz starać się zachowywać spokojnie. 

Warkot  i  furkot,  który  dominował  nad  wszystkim,  zmniejszył  się,  gdy  machina 

wylądowała. Teraz ustał. Następująca po nim cisza była wstrząsem. Rozległo się kilka na pół 

stłumionych  okrzyków  i  zduszonych  dźwięków  ale  nic  więcej.  Zrozumiałem  tego  powody. 

Nitki opadły na moje usta. Nie mógłbym ich otworzyć, gdybym chciał wydać okrzyk. 

Wydawało  się,  że  czekanie  nigdy  się  nie  skończy.  Skóra  mi  cierpła  pod  dotknięciem 

nitek, a ściągnięta, zaczynała boleć. 

Kobieta z Sealand spytała: 

— 

Michael? Licz żeby mi wskazać do ciebie drogę. 

Michael  zaczął  liczyć  kształtami  cyfr.  Liczył  miarowo,  dopóki  jedynka  i  dwójka  jego 

background image

dwunastki  nie  zamazała  się,  nie  rozpłynęła  we  wzorze  ulgi  i  wdzięczności,  W  milczeniu, 

które teraz zapadło, usłyszałem, jak mówi słowami: 

- Oni są w tej jaskini, w tej tutaj. 

Usłyszałem  skrzyp  drabiny,  zgrzytanie  jej  słupów  o  ścianę,  a  teraz  lekki  syk.  Wilgoć 

skropiła  moją  twarz  i  ręce  i  skóra  zaczęła  odzyskiwać  sprężystość.  Znów  spróbowałem 

otworzyć  oczy;  z  oporem,  lecz  powoli  ustąpiły.  Gdy  je  otwarłem,  czułem  lepkość  wokół 

powiek. 

Tuż przede mną na wyższych szczeblach drabiny, nachylając się do środka, stała postać 

całkowicie  ukryta  w  lśniącym,  białym  stroju.  W  powietrzu  wciąż  jeszcze  przepływały 

włókna, lecz gdy opadały na kaptur lub na ramiona białego stroju, nie kleiły się. Ześlizgiwały 

się i łagodnie opadały w dół. Nie widziałem właścicielki stroju, lecz jej oczy patrzyły na mnie 

przez  małe,  przezroczyste  okienka.  W  ręce  ubranej  w  białą  rękawiczkę  trzymała  metalową 

butelkę, z której z sykiem wydobywała się delikatna, rozpylona ciecz. 

- Odwróć się - nadeszła do mnie myśl tej kobiety. Odwróciłem się, a ona rozpyliła ciecz 

po  moim  ubraniu,  od  góry  do  dołu.  Potem  wspięła  się  po  dwóch  czy  trzech  ostatnich 

szczeblach,  przekroczyła  mnie  w  miejscu,  w  którym  leżałem,  i  skierowała  się  w  stronę 

Rosalindy i Petry w głębi jaskini, rozpylając ciecz po drodze. U wejścia ukazała się głowa i 

ramiona  Michaela.  On  także  był  opryskany  cieczą,  a  kilka  zabłąkanych  nitek,  które  na  nim 

spoczęły, błyszczało przez chwilę, zanim zeń opadło. Usiadłem i spojrzałem mu przez ramię. 

Biała machina spoczywała pośrodku polany. Przyrząd na jej szczycie przestał się obracać 

i  teraz,  kiedy  można  go  było  obserwować,  wyglądał  na  coś  w  rodzaju  stożkowatej  spirali, 

zmontowanej z wielu rozstawionych segmentów z jakiegoś niemal przezroczystego materiału. 

Z boku kadłuba w kształcie ryby znajdowały się oszklone okna, a drzwi były otwarte. 

Sama  polana  wyglądała  teraz  tak,  jakby  jakaś  fantastyczna  ilość  pająków  osnuła  ją  z 

wszystkich  sił  pajęczyną.  Była  zasnuta  nitkami, które  wydawały  się  teraz  bardziej  białe  niż 

błyszczące; trzeba było kilku chwil, żeby uczuć, że coś jest z nimi nie w porządku; zanim się 

pojęło,  że  nie  unoszą  się  już  teraz  w  powietrzu  tak  jak  nici  pajęcze.  I  nie  tylko  one,  lecz 

wszystko trwało w bezruchu, było spetryfikowane. 

Kształty  wielu  ludzi  i  koni  rozproszone  były  wśród  szałasów.  Były  równie  nieruchome 

jak wszystko inne. 

Nagle z prawej strony dobiegł ostry trzask. Spojrzałem tam w samą porę, żeby spostrzec, 

iż  młode  drzewo  ułamało  się  u  swej  podstawy  i  padło  na  ziemię.  Potem  kątem  oka 

zobaczyłem  inną  rzecz  -  powoli  nachylający  się  krzew.  Gdy  nań  patrzyłem,  jego  korzenie 

wyrwały się z gruntu. Jeszcze jeden krzak się poruszył. Jakiś szałas załamał się sam z siebie i 

background image

zawalił, a inny... Było to niesamowite i przerażające... 

W  głębi  jaskini  Rosalinda  odetchnęła  z  ulgą.  Wstałem  i  podszedłem  do  niej,  Michael 

szedł za mną. Petra oświadczyła tonem ściszonym, jakby wymówki: 

- To było bardzo straszne. 

Jej  oczy  spoczęły  z  wyrzutem  i  z  ciekawością  na  biało  ubranej  postaci.  Kobieta  po  raz 

ostatni jeszcze kilkakrotnie rozpyliła dokładnie wokoło ową ciecz, potem zdjęła rękawiczki i 

zsunęła kaptur. Przyglądała się nam, i my, mówiąc szczerze, gapiliśmy się na nią. 

Miała  duże  oczy  o  tęczówkach  bardziej  brązowych  niż  zielonych,  ocienione  długimi 

rzęsami  koloru  ciemnego  złota.  Nos  miała  prosty,  a  nozdrza  wykrojone  z  doskonałością 

rzeźby.  Usta miała może nieco za szerokie;  podbródek zaokrąglony, lecz nie miękki.  Włosy 

miała  nieco  ciemniejsze  niż  Rosalinda  i  krótkie,  co  było  dziwne  u  kobiety.  Były  przycięte 

niemal na wysokości podbródka. 

Lecz bardziej niż cokolwiek zdumiewała nas świetlistość jej twarzy. Nie była to bladość, 

była to po prostu jasność, niby świeżej śmietany, a jej policzki wyglądały jakby przyprószone 

różowymi płatkami. Nie było niemal żadnej zmarszczki na tej gładkości, była całkiem świeża 

i  doskonała,  jak  gdyby  nigdy  nie  tknął  jej  wiatr  ani  deszcz.  Trudno  nam  było  uwierzyć,  że 

jakakolwiek  rzeczywista,  żyjąca  istota  może  tak  wyglądać,  może  być  tak  nietknięta,  tak 

nieskazitelna. 

Bo nie była to dziewczyna w swym pierwszym rozkwicie, była to niewątpliwie kobieta - 

może trzydziestoletnia, trudno to było powiedzieć. Była pewna siebie z tym 

spokojnym przeświadczeniem, przy którym pewność siebie Rosalindy wyglądała niemal’ 

na pyszałkowatość. 

Obejrzała nas sobie, a potem skupiła uwagę na Petrze. Uśmiechnęła się do niej; błysnęły 

jej białe, piękne zęby. 

Nastąpił niezmiernie skomplikowany wzór myślowy, obejmujący uczucie przyjemności, 

satysfakcji, osiągnięcia celu, ulgi, aprobaty i, co najbardziej mnie zdziwiło, odrobiny czegoś 

bardzo  podobnego  do  strachu.  Subtelność  tego  połączenia  przekraczała  pojęcie  Petry,  lecz 

tyle  z  niego  do  niej  dotarło,  że  przez  kilka  sekund  mogła  patrzeć  kobiecie  w  twarz  z 

niezwykłą  powagą,  szeroko  otwartymi  oczami;  jakby  w  jakiś  sposób  wiedziała,  nie 

rozumiejąc ani jak, ani dlaczego, że jest to jedna z zasadniczych chwil w jej życiu. 

Potem, po kilku sekundach, odprężyła się, uśmiechnęła i zachichotała. Widocznie coś się 

pomiędzy nimi nawiązało, lecz było to tej jaikości lub na tym poziomie, że w ogóle do mnie 

nie  dotarło.  Pochwyciłem  spojrzenie  Rosalindy,  lecz  ona  tylko  potrząsnęła  głową  i 

obserwowała je. 

background image

Kobieta z Sealand pochyliła się i podniosła Petrę. Popatrzyły sobie z bliska w oczy. Petra 

podniosła  rękę  i  badawczo  dotknęła  twarzy  kobiety,  jakby  chcąc  się  upewnić,  czy  jest 

prawdziwa. Kobieta z Sealand roześmiała się, pocałowała Petrę i  znów ją posadziła. Powoli 

potrząsnęła głową, jakby jeszcze nie całkiem w to wierzyła. 

-  Warto  było  -  powiedziała  słowami,  lecz  słowami  tak  dziwnie  wymawianymi,  że  z 

początku ledwie je rozumiałem. - Tak, na pewno było warto! 

Znów ześlizgnęła się w kształty myślowe, dużo łatwiejsze do zrozumienia niż jej słowa. 

-  Niełatwo  było  dostać  pozwolenie  na  ten  przyjazd.  Taka  ogromna  odległość;  z  górą 

dwukrotnie  większa  niż  ta,  którą  ktokolwiek  z  nas  dotychczas  przebył.  Bardzo  kosztowne 

było wysłanie statku; oni nie chcieli uwierzyć, że będzie warto. Ale będzie... - spojrzała znów 

ze zdumieniem na Petrę. - W jej wieku i bez szkolenia... a przecież potrafi objąć myślą pół 

świata!  -  Raz  jeszcze  potrząsnęła  głową,  jakby  wciąż  nie  mogła  w  to  całkiem  uwierzyć. 

Potem  zwróciła  się  do  mnie.  -  Ona  musi  się  jeszcze  wiele  uczyć,  lecz  my  jej  damy 

najlepszych nauczycieli, a potem, kiedyś, ona będzie ich uczyła. 

Usiadła na posłaniu Sophie, składającym się ze skór 

i  gałązek.  Na  tle  odrzuconego  białego  kaptura  jej  piękna  głowa  wyglądała  jakby  w 

aureoli. W zamyśleniu obserwowała każde z nas po kolei i wydawała się zadowolona. Skinęła 

głową. 

- Pomagając sobie nawzajem, wy także przebyliście już długą drogę, ale przekonacie się, 

że możemy was nauczyć jeszcze o wiele więcej. - Wzięła Petrę za rękę. - No cóż, jeżeli nie 

macie żadnych rzeczy do zabrania i nie ma żadnych przeszkód, moglibyśmy wystartować od 

razu. 

- Do Waknuk? - spytał Michael. 

Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie; kobieta zatrzymała się wstając, i spojrzała na 

niego pytająco. 

- Tam jeszcze jest Rachel - wyjaśnił. Kobieta z Sealand zamyśliła się. 

- Nie jestem pewna... zaczekaj chwilę - powiedziała. Nagle skontaktowała się z kimś na 

pokładzie machiny 

stojącej  na  zewnątrz,  z  taką  szybkością  i  na  takim  poziomie,  że  prawie  nic  z  tego  nie 

zrozumiałem. Teraz z żalem potrząsnęła głową. 

- Tego się obawiałam - powiedziała. - Przykro mi, ale nie możemy jej zabrać. 

- To nie potrwa długo. To niedaleko - dla waszej latającej machiny... - nastawał Michael. 

Znów potrząsnęła głową. 

- Przykro mi - powiedziała raz jeszcze. - Oczywiście, zabralibyśmy ją, gdybyśmy mogli, 

background image

ale  są  przeszkody  techniczne.  Widzicie,  podróż  była  dłuższa,  niż  przewidywaliśmy. 

Napotkaliśmy  tak  straszne  tereny,  że  nie  mieliśmy  odwagi  nad  nimi  przelatywać,  nawet  na 

dużej wysokości; musieliśmy okrążać je z daleka. A także z powodu tego, co działo się tutaj, 

musieliśmy  lecieć  szybciej,  niż  mieliśmy  zamiar.  -  Urwała,  zastanawiając  się,  czy  ma 

wyjaśnić  coś,  czego  nie  zrozumieją  może  ludzie  tak  prymitywni  jak  my.  -  Maszyna  - 

powiedziała  nam  -  potrzebuje  paliwa.  Im  więcej  ciężaru  musi  unieść,  im  szybciej  leci,  tym 

więcej  paliwa  zużywa,  a  teraz  mamy  go  już  tylko  tyle,  żeby  wrócić,  jeśli  będziemy  lecieć 

ostrożnie. Gdybyśmy mieli lecieć do Waknuk i tam lądować, i jeszcze raz startować; i wziąć 

czworo z was oprócz Petry, zużylibyśmy całe paliwo, za-.nim moglibyśmy wrócić do domu. 

To znaczy, że wpadlibyśmy do morza i utonęlibyśmy. Was troje możemy stąd jeszcze zabrać 

bezpiecznie; czworga, z dodatkowym lądowaniem, już nie możemy. 

Nastąpiła pauza, podczas której ocenialiśmy sytuację. Ona przedstawiła nam ją dość jasno 

i usiadła, nieruchoma postać w lśniącym, białym stroju, podciągnąwszy kolana i otoczywszy 

je rękami, czekając ze współczuciem i cierpliwie, żebyśmy pogodzili się z tymi faktami. 

W  trakcie  tej  pauzy  uświadomiliśmy  sobie  niesamowitość  otaczającego  nas  milczenia. 

Teraz nie było słychać żadnego dźwięku. Wszystko trwało w bezruchu. Nie szeleściły nawet 

liście na drzewach. Wstrząśniętej nagłym zrozumieniem Rosalindzie wyrwało się pytanie: 

- Ale oni nie są... oni wszyscy nie są... umarli? Nie zrozumiałam, myślałam... 

-  Tak  -  kobieta  z  Sealand  odpowiedziała  jej  z  prostotą.  -  Oni  wszyscy  są  martwi. 

Plastikowe nitki kurczą się, gdy wysychają. Człowiek, który z nimi walczy i zaplątuje się w 

nie. Wkrótce traci przytomność. To bardziej humanitarne niż wasze strzały i włócznie. 

Rosalinda zadrżała. Być może ja także. W tym było coś obezwładniającego, coś zupełnie 

różnego  od  fatalnego  wyniku  walki  wręcz  lub  od  nieszczęśliwego  toku  zwykłej  bitwy. 

Zaskoczyła nas też kobieta z Sealand, gdyż w myślach jej nie dostrzegliśmy nieczułości, ale 

też  żadnego  specjalnego  przejęcia  się;  tylko  lekki  niesmak,  jak  wobec  nieuniknionej,  lecz 

niewątpliwej konieczności. Pojęła teraz nasze zmieszanie i potrząsnęła głową z wyrzutem. 

- Zabijanie jakiejkolwiek istoty nie należy do przyjemności - przyznała. - Ale udawanie, 

że można bez tego żyć, jest samookłamywaniem się. Musi się mieć mięso na talerzu, musi się 

zabronić kwitnąć jarzynom,  kiełkować ziarnu;  nawet  cykl życia mikrobów musi się dla nas 

poświęcić,  żeby  utrzymać  nasz  własny  cykl.  Nie  jest  to  niczym  haniebnym  ani 

wstrząsającym;  jest  to  po  prostu  cząstka  wielkiego,  obracającego  się  koła  gospodarki 

naturalnej. To  zupełnie tak samo jak my tymi sposobami musimy utrzymywać się przy życiu, 

musimy zachować nasz gatunek w walce przeciw innym gatunkom, które chcą go zniszczyć - 

albo też stracić wiarę w siebie. 

background image

Nieszczęśliwi ludzie z Rubieży byli skazani  nie z własnej winy na życie w brudzie i  w 

nędzy - nie było dla nich żadnej przyszłości. A co do tych, którzy ich na to skazali - cóż, to 

także tak wygląda. Wiecie, że istnieli przedtem panowie życia. Słyszeliście kiedyś o wielkich 

jaszczurach? Kiedy nadszedł czas, że trzeba było je zastąpić, musiały przeminąć. 

Nadejdzie kiedyś dzień, że my sami będziemy musieli ustąpić miejsca czemuś innemu. Z 

całą  pewnością  będziemy  walczyć  przeciw  nieuniknionemu,  tak  jak  te tutaj  pozostałości  po 

Starych  Ludziach.  Będziemy  ze  wszystkich  sił  próbować  zetrzeć  na  proch  to,  co  z  niego 

powstaje,  bo  zdrada  wobec  własnego  gatunku  zawsze  wydaje  się  zbrodnią.  Zmusimy  nowe, 

żeby się nowym okazało, a kiedy się okaże, miniemy. Tak jak ci tutaj, w ten sam sposób. 

Ze  względu  na  lojalność  wobec  własnego  rodzaju  oni  nie  mogą  tolerować  nas;  ze 

względu na lojalność wobec naszego rodzaju my nie możemy tolerować trudności, które oni 

nam stwarzają. 

Jeśli ten proces wami wstrząsa, to dlatego, że nie potrafiliście stanąć z boku, i wiedząc, 

kim  jesteście,  dostrzec  tego,  co  może  oznaczać  różnica  rodzaju.  Wasze  myśli  są  zmącone 

waszymi  powiązaniami  i  waszym  wychowaniem;  wciąż  jeszcze  na  pół  myślicie,  że  oni 

reprezentują  ten  sam  rodzaj  co  wy.  Dlatego  jesteście  wstrząśnięci.  I  dlatego  oni  was 

zaskoczyli,  bo  oni  nie  mają  wątpliwości.  Oni  są  czujni,  są  zbiorowo  świadomi 

niebezpieczeństwa  zagrażającego  ich  rodzajowi.  Wiedzą  całkiem  dokładnie,  że  jeśli  mają 

przeżyć,  muszą  bronić  tego  rodzaju  nie  tylko  przed  pogorszeniem  się,  lecz  także  przed 

poważniejszą nawet groźbą wyższej jego odmiany. 

Bo my jesteśmy wyższą odmianą, a przecież dopiero zaczynamy. My potrafimy myśleć 

razem  i  rozumieć  się  nawzajem  tak,  jak  oni  nigdy  nie  potrafili;  zaczynamy  rozumieć,  jak 

należy się zbierać i stosować złożony zespół myśli do rozwiązania problemu - i dokąd to nas 

może kiedyś zaprowadzić? My nie jesteśmy zamknięci w indywidualnych klatkach, z których 

możemy  porozumiewać  się  tylko  za  pomocą  niewystarczających  słów.  Rozumiejąc  się 

nawzajem,  nie  potrzebujemy  praw  zagrażających  formom  życia,  jak  gdyby  były  one  tak  do 

siebie  podobne  jak  cegły;  nigdy  nie  moglibyśmy  popełnić  tej  potworności,  żeby  sobie 

wyobrazić,  iż  mielibyśmy  zmuszać  samych  siebie  do  identyczności  i  wzajemnego  do  siebie 

podobieństwa jak bite monety; nie usiłujemy mechanicznie wbić się w geometryczne wzory 

społeczne  czy  polityczne;  nie  jesteśmy  dogmatykami  pouczającymi  Boga,  jak  powinien 

rządzić światem. 

Istotną jakością życia jest samo życie; istotną jakością samego życia jest zmiana; zmiana 

to ewolucja; i my jesteśmy jej częścią. 

Statyczność, wróg zmiany, jest wrogiem życia i dlatego jest też naszym nieprzejednanym 

background image

wrogiem.  Jeśli  wciąż  jeszcze  czujecie  się  wstrząśnięci  albo  jeśli  macie  wątpliwości, 

zastanówcie  się  tylko  nad  pewnymi  rzeczami,  jakie  robią  ci  ludzie,  którzy  nauczyli  was, 

żebyście  myśleli  o  nich  jak  o  swych  przyjaciołach.  Niewiele  wiem  o  waszym  życiu,  ale 

wszędzie tam, gdzie zbiór starych  gatunków stara się zachować istnienie, jego  wzór prawie 

się  nie  zmienia.  I  zastanówcie  się  także  nad  tym,  co  oni  mieli  zamiar  zrobić  z  wami  i 

dlaczego... 

Tak jak przedtem uważałem, że jej retoryczny styl jest nieco przytłaczający, lecz na ogół 

mogłem  śledzić  jej  sposób  myślenia.  Nie  miałem  tej  siły  odbicia,  która  pozwoliłaby  mi 

myśleć o sobie jako o innym gatunku - ani nie jestem pewien, czy mam ją już teraz. W mojej 

opinii wciąż jeszcze nie jesteśmy niczym więcej niż nieszczęśliwymi, drobnymi odmieńcami; 

lecz potrafiłem spojrzeć wstecz i  zastanowić się nad tym,  dlaczego zostaliśmy zmuszeni  do 

ucieczki. 

Spojrzałem  na  Petrę.  Siedziała,  dość  wyraźnie  znudzona  całą  tą  apologią,  patrząc  na 

piękną twarz kobiety z Sealand z jakimś smutnym zdziwieniem. Szereg wspomnień odbił się 

w moich oczach; twarz Ciotki Harriet w wodzie, jej włosy łagodnie unoszone prądem; biedna 

Anna, bezsilna postać, zwisająca u belki; Sally, załamująca ręce z niepokoju o Katherine i ze 

strachu  o  siebie  samą;  Sophie,  zamieniona  w  dzikuskę,  osuwająca  się  w  kurz  ze  strzałą  w 

szyi... 

Każdy z tych obrazów mógł być obrazem przyszłości Petry... 

Przysunąłem  się  do  niej  i  otoczyłem  ją  ramieniem.  Podczas  całego  wykładu  kobiety  z 

Sealand  Michael  wyglądał  na  zewnątrz  przez  wejście,  obserwując  niemal  pożądliwie 

machinę,  która  czekała  na  polanie.  Patrzył  na  nią  jeszcze  przez  kilka  minut  potem,  jak  się 

zatrzymała,  wreszcie  westchnął  i  odwrócił  się.  Przez  kilka  chwil  wpatrywał  się  w  skałę  u 

swoich stóp. Teraz podniósł oczy. 

- Petro - spytał. - Myślisz, że mogłabyś dla mnie połączyć się z Rachel? 

Petra na swój potężny sposób, nadała pytanie. 

- Tak, Jest tam. Chce wiedzieć, co się dzieje - powiedziała mu. 

- Powiedz jej najpierw, że cokolwiek mogłaby usłyszeć, jesteśmy żywi i wszystko jest w 

porządku. 

- Tak - odparła teraz Petra. - Ona to rozumie. 

-  Teraz  chcę,  żebyś  powiedziała  jej  to  -  ciągnął  Mi-chael  ostrożnie.  -  Ona  musi 

zachowywać  się  dzielnie  -  i  bardzo  czujnie  -  a  niedługo,  może  za  trzy  lufc  cztery  dni,  ja 

przyjadę i zabiorę ją stamtąd. Powiesz jej to? 

Petra zrelacjonowała to  energicznie, lecz, bardzo dokładnie, a potem siedziała, czekając 

background image

na odpowiedź. Stopniowo lekko marszczyła brwi. 

-  O,  kochanie  -  powiedziała  z  lekkim  oburzeniem.  -  Ona  jest  zupełnie  odurzona  i  znów 

płacze. Zdaje się, że ta dziewczyna bardzo lubi płakać, prawda? Nie rozumiem dlaczego. Jej 

uboczne  myśli  wcale  nie  są  teraz  smutne;  to  wygląda  na  płacz  ze  szczęścia.  Czy  to  nie 

śmieszne? 

Wszyscy patrzyliśmy na Michaela nie robiąc żadnych uwag. 

- No cóż - powiedział tonem obrony - wy dwoje jesteście wyjęci spod prawa, więc żadne 

z was nie może wrócić. 

- Ale Michael... - zaczęła Rosalinda. 

-  Ona  jest  całkiem  sama  -  powiedział  Michael.  -  Czy  zostawiłabyś  samego  Davida  albo 

czy David zostawiłby ciebie? 

Na to nie było odpowiedzi. 

- Powiedziałeś: zabiorę ją stamtąd - zauważyła Rosalinda. 

-  Właśnie  nad  tym  myślałem.  Moglibyśmy  zostać  w  Waknuk  przez  pewien  czas, 

oczekując  dnia,  kiedy  my,  a  może  nasze  dzieci  zostaną  zdemaskowane...  To  nie  wygląda 

dobrze... 

Albo  moglibyśmy  przyjść  na  Rubieże  -  rozejrzał  się  po  jaskini  i  spojrzał  na  polanę  z 

obrzydzeniem. - To też nie wygląda dobrze. 

- Rachel zasługuje na zabranie jej tak samo jak wszyscy z nas. A więc w porządku: jeśli 

machina nie może jej zabrać, ktoś będzie musiał ją przyprowadzić. 

Kobieta  z  Sealaind  pochyliła  się  do  przodu,  patrząc  na  niego.  W  jej  oczach  widać  było 

współczucie i podziw, ale łagodnie potrząsnęła głową. 

-  To  bardzo  daleka  droga,  a  pomiędzy  nami  jest  przerażający,  nieprzebyty  kraj  - 

przypomniała mu. 

- Wiem o tym - przyznał. - Ale ziemia jest okrągła, więc musi istnieć inna droga, żeby się 

do was dostać. 

- To będzie trudne - i na pewno niebezpieczne - ostrzegła go. 

- Nie bardziej niebezpieczne niż pozostanie w Waknuk. Poza tym, jak moglibyśmy zostać 

tam teraz, gdy wiemy, że istnieje gdzieś miejsce dla ludzi takich jak my, że mamy dokąd iść? 

-  Wiedza  o  tym  -  oto  co  sprawia  różnicę.  Wiedza  o  tym,  że  nie  jesteśmy  po  prostu 

niewydarzonymi  potworkami  -  kilkorgiem  przerażonych  odmieńców,  mających  nadzieję 

uratować  własną  skórę.  To  jest  różnica:  próbować  tylko  utrzymać  się  przy  życiu  albo  mieć 

coś, dla czego warto żyć. 

Kobieta z Sealand myślała przez chwilę, potem podniosła oczy, żeby znów spotkać się z 

background image

jego spojrzeniem. 

-  Gdy  przybędziecie  do  nas,  Michael  -  powiedziała  -  możesz  być  całkiem  pewien,  że 

zajmiecie wśród nas swoje miejsce. 

Drzwiczki zatrzasnęły się głucho. Machina zaczęła wirować i wzniecać pełen kurzu wiatr 

na  polanie.  Widzieliśmy,  przez  okna  Michaela,  jak  osłaniał  się  przed  nim;  jego  odzież 

powiewała.  Nawet  dewiacyjne  drzewa  „wokół  polany  kołysały  się  w  swych  pajęczych 

całunach. 

Podłoga pod nami nachyliła się. Po lekkim przechyle ziemia zaczęła uciekać w dół, a my 

coraz szybciej unosiliśmy się ku wieczornemu niebu. Wkrótce wyrównaliśmy lot, kierując się 

na południowy zachód, 

Petra była podniecona i trochę zbyt gwałtowna. 

- To ogromnie cudowne - oświadczyła. - Widzę na całe mile wokoło. Och, Michael, jakiś 

ty stąd mały i zabawny. 

Samotna, miniaturowa postać na polanie machała ku nam ręką. 

-  Właśnie  teraz  -  nadeszła  do  nas  myśl  Michaela  -  wydaję  się  sobie  tutaj  trochę  mały  i 

zabawny, Petro, kochanie. Ale to minie. Podążymy za wami. 

To  było  dokładnie  to,  co  widziałem  w  moich  snach.  Słońce,  jaśniejsze  niż  to,  jakie 

kiedykolwiek oglądało Waknuk, lśniło nad rozległą niebieską zatoką, której przybrzeżne fale, 

białe  u  szczytów,  pełzały  z  wolna  ku  plaży.  Małe  łodzie,  niektóre  o  kolorowych  żaglach,  a 

niektóre w ogóle bez żagli, wpływały do portu pełnego już statków. Skupione wzdłuż brzegu i 

zwężające  się,  w  miarę  jak  rozciągało  się  ku  wzgórzom,  leżało  miasto  ze  swymi  białymi 

domami  wśród  zielonych  parków  i  ogrodów.  Mogłem  nawet  rozróżnić  małe  wehikuły, 

prześlizgujące się szerokimi ulicami, wzdłuż których zasadzono drzewa. Nieco w głębi, obok 

kwadratu  zieleni,  z  wieży  błyskało  jasne  światło  i  machina  w  kształcie  ryby  spływała  ku 

ziemi. 

Było  mi  to  tak  znane,  że  prawie  się  przestraszyłem.  Przez  krótką  chwilę  wyobraziłem 

sobie, że obudzę się i znajdę się z powrotem w swoim łóżku w Waknuk. Żeby upewnić się, że 

to jawa, wziąłem Rosalindę za rękę. 

- To istnieje rzeczywiście, prawda? Ty także to widzisz? - spytałem. 

-  To  jest  piękne,  David...  Nigdy  nie  myślałam,  że  może  być  coś  tak  pięknego...  A  jest 

jeszcze coś innego, o czym nigdy mi nie mówiłeś. 

- Co? - spytałem. 

-  Słuchaj!...  Czujesz  to?  Otwórz  szerzej  swój  umysł...  Petro,  kochanie,  gdybyś  mogła 

przestać paplać na kilka minut... 

background image

Zrobiłem  tak,  jak  mi  powiedziała.  Uświadomiłem  sobie,  że  inżynier  w  naszej  machinie 

komunikuje  się  z  kimś  w  dole,  lecz  poza  tym,  jakby  w  tle,  było  coś  nie  znanego  mi,  ©oś 

nowego.  Jeśli  idzie  o  dźwięk,  przypominało  to  brzęczenie  w  pszczelim  ulu,  jeśli  idzie  o 

światło - wszystko zalewający blask. 

- Co to jest? - spytałem, zaskoczony. 

- Nie zgadujesz, David? To ludzie. Mnóstwo, całe mnóstwo ludzi naszego rodzaju. 

Zrozumiałem, że musi mieć słuszność i przysłuchiwałem się temu przez chwilę, dopóki 

podniecenie Petry nie zapanowało mocniej nad nią - i musiałem sam się przed nim chronić. 

Byliśmy już teraz nad lądem i patrzyliśmy, jak miasto się ku nam przybliża. 

- Zaczynam w końcu wierzyć, że to jest rzeczywistość - powiedziałem Rosalindzie. - W 

tamtych czasach nigdy nie było cię ze mną. 

Odwróciła  ku  mnie  głowę.  Jej  twarz  ukazywała,  prawdziwą  Rosalindę,  uśmiechniętą,  o 

błyszczących oczach. Jej  zbroja opadła. Pozwoliła mi zajrzeć pod nią. Była jak otwierający 

się kwiat... 

- Tym razem, David... - zaczęła. 

Potem coś zamazało jej myśl. Poczuliśmy się jak uderzeni obuchem i chwyciliśmy się za 

głowy. Nawet podłoga pod nami trochę zadrgała. Ze wszystkich stron napłynęły niespokojne 

protesty. 

- O, przepraszam - usprawiedliwiała się Petra wobec załogi statku i ogólnie wobec miasta. 

- ale to jest strasznie podniecające. 

- Tym razem, kochanie, wybaczymy ci - powiedziała Rosalinda. - Bo rzeczywiście.