background image

John Wyndham 

Dziwne Historie 

Przekład Małgorzata Golewska - Stafiej i Leszek Stafiej 

Consider her ways and others (wybór) 

Copyright © John Wyndham 1956, 1961 

Sleepers of Mars (wybór) 

Copyright© 1938, 1931, 1933, 1934, 1933 

background image

DZIWNA HISTORIA 

 

 

Jednego  z  ostatnich  dni  grudnia  1958  roku  pan  Reginald  Aster  w  odpowiedzi  na 

zaproszenie przybył do biura prawnego “Cropthorne, Daggit and Howe” przy Bedford Rów, gdzie 

został  przyjęty  przez  niejakiego  pana  Frattona,  sympatycznego  młodzieńca,  który  mimo  że  miał 

zaledwie około trzydziestki, pełnił już funkcję dyrektora firmy po zgonie panów C., D. i H. 

Kiedy  zaś  ów  pan  Fratton  poinformował  go,  iż  na  mocy  testamentu  świętej  pamięci  sir 

Andrew  Vincella  stał  się  beneficjentem  spadku  sześciu  tysięcy  Akcji  Zwyczajnych  w 

przedsiębiorstwie British Vinvinyl Ltd, wydawało się, że - jak młody człowiek wyraził się potem w 

rozmowie z kolegą - pana Astera zatkało. 

Odpowiednia  klauzula  stwierdzała,  iż  zapisu  dokonano  “w  uznaniu  niezwykle  cennej 

przysługi, jaką spadkobierca niegdyś mi wyświadczył”. Testament nie precyzował charakteru owej 

przysługi,  a  wszelkie  dalsze  dociekania  na  ten  temat  przekraczały  zakres  obowiązków  pana 

Frattona, chociaż trzeba przyznać, że powściągał ciekawość z niemałym trudem. 

Nieoczekiwany  spadek,  przy  cenie  osiemdziesięciu  trzech  szylingów  i  sześciu  pensów  za 

akcję,  pojawił  się  w  niezwykle  stosownym  momencie  dla  interesów  pana  Astera;  sprzedaż 

nieznacznej  tylko  części  akcji  umożliwiła  mu  rozwiązanie  kilku  palących  problemów.  W  trakcie 

dopełniania  związanych  z  tym  formalności  obaj  panowie  spotkali  się  kilkakrotnie.  Po  pewnym 

czasie  doszło  do  tego,  że  pan  Fratton,  powodowany  niezaspokojoną  ciekawością,  znalazł  się 

znacznie  bliżej  granicy  zawodowej  dyskrecji,  niż  mu  się  to  zazwyczaj  zdarzało,  i  pozwolił sobie 

tytułem próby na rzucenie niezobowiązującej uwagi: 

- Pan niezbyt dobrze znał sir Vincella, prawda? 

Pan  Aster  gdyby  tylko  chciał,  mógłby  bez  trudu  odparować  taką  zaczepkę,  udzielając 

jakiejś wymijającej odpowiedzi. Nie uczynił tego jednak. Wręcz przeciwnie, spojrzał z namysłem 

na swego rozmówcę i powiedział: 

- Widziałem go raz w życiu. Nie dłużej niż półtorej godziny. 

-  Tak  też  przypuszczałem  -  wyznał  pan  Fratton,  dając  nieco  jawniejszy  wyraz  swemu 

zdziwieniu. - Czy było to mniej więcej w czerwcu ubiegłego roku? 

- Dokładnie dwudziestego piątego czerwca - sprecyzował pan Aster. 

- I nie spotkał go pan nigdy przedtem? 

- Nie. Ani przedtem, ani potem. 

Pan  Fratton  pokręcił  głową  na  znak,  że  nic  nie  pojmuje.  Po  chwili  milczenia  pan  Aster 

dodał: 

background image

- Widzi pan... jest coś dziwnego w całej tej sprawie. 

Pan Fratton kiwnął głową w milczeniu, pan Aster zaś ciągnął dalej: 

- Chciałbym... może ma pan jutro wolny wieczór? Zjedlibyśmy wspólnie kolację, co pan na 

to? 

Pan  Fratton  miał  wolny  wieczór.  Mężczyźni  zjedli  kolację  w  klubie,  po  czym  przeszli  do 

zacisznego salonu na kawę i cygaro. Po dłuższym namyśle pan Aster powiedział: 

-  Szczerze  mówiąc,  wolałbym,  żeby  ta  historia  z  Vincellem  była  nieco  jaśniejsza.  Nie 

bardzo  wiem...  Po  prostu  coś  mi  się  w  niej  nie  klei.  Zresztą  będzie  chyba  lepiej,  jeżeli  opowiem 

panu wszystko od początku. Otóż było tak: 

 

Wieczór  dwudziestego  piątego  czerwca  był  jednym  z  niewielu  ładnych  wieczorów  tego 

brzydkiego  lata.  Z  przyjemnością  wracałem  więc  do  domu  piechotą.  Nie  spieszyłem  się  wcale  i 

nawet zastanawiałem się, czyby nie wstąpić na małego drinka, kiedy nagle dostrzegłem starszego 

mężczyznę,  który  stał  na  chodniku  przy  Thanet  Street,  jedną  ręką  przytrzymując  się  barierki,  i 

rozglądał się wokół nieprzytomnym, szklistym wzrokiem. 

Jak panu wiadomo, w tej części Londynu roi się, zwłaszcza latem, od przybyszów z całego 

świata, którzy często miewają taki właśnie zagubiony wygląd. Ale ten starszy pan - miał dobrze po 

siedemdziesiątce  -  nie  był  turystą.  Z  pewnością  nim  nie  był.  Wyglądał  szykownie  -  takie 

spostrzeżenie  nasunęło  mi  się  na  jego  widok.  Miał  szpiczastą,  siwą,  starannie  przystrzyżoną 

bródkę, czarny pilśniowy porządnie wy-szczotkowany kapelusz, ciemny garnitur, świetnie skrojony 

i  w  doskonałym  gatunku,  drogie  buty  oraz  równie  drogi,  gustowny  jedwabny  krawat.  Takich 

dżentelmenów  spotyka  się  czasem  w  naszej  dzielnicy,  kiedy  zniesie  ich  z  codziennej  trasy.  W 

pojedynkę, szklistoocy, pokazują się w miejscach publicznych nader rzadko. Kilku przechodniów 

idących przede mną rzuciło mu krótkie spojrzenie, a oceniwszy stan, w jakim się znajdował, szło 

dalej.  Ja  natomiast  odniosłem  wrażenie,  że  człowiek  ten  wcale  nie  jest  podchmielony.  Wyglądał 

raczej na przestraszonego. Dlatego też zatrzymałem się przy nim. 

- Czy pan źle się czuje? - zapytałem. - Czy mam złapać taksówkę?   

Spojrzał  na  mnie.  Wzrok  miał  mętny,  ale  twarz  inteligentną,  nieco  ascetyczną;  białe, 

krzaczaste brwi czyniły ją jeszcze szczuplejszą. Wydało mi się, że nie od razu mnie dostrzegł. Na 

moje pytanie zareagował z opóźnieniem i wyraźnym wysiłkiem. 

- Nie - odparł niepewnie. - Nie, dziękuję. Nic... Nic mi nie jest.   

Widać  było,  że  nie  mówi  całej  prawdy,  ale  nie  dał  mi  jednoznacznie  do  zrozumienia,  że 

chce mnie odprawić. A skoro już go zaczepiłem, nie miałem zamiaru tak go zostawić. 

- Przeżył pan chyba jakiś szok? - powiedziałem.   

background image

Przeniósł wzrok na ulicę. Pokiwał głową, ale nic nie odrzekł. 

- Tu niedaleko jest szpital... - zacząłem, lecz nieznajomy zaprotestował ruchem głowy. 

- Nie, nie - zapewnił. - Zaraz mi przejdzie. 

Nadal  mnie  nie  odprawiał,  przeciwnie,  miałem  wrażenie,  iż  nie  chce,  żebym  się  oddalił. 

Rozglądał się wokół, potem skierował wzrok na siebie. Wtedy zamarł i zesztywniał: patrzył w dół 

na  swoje  ubranie  ze  zdumieniem,  które  musiało  być  szczere.  Puścił  barierkę  i  podniósł  rękę, 

wpatrując  się  w  rękaw  marynarki,  potem  jakby  zauważył  dłoń  -  kształtną,  wypielęgnowaną,  ale 

wyschniętą ze starości,  pomarszczoną w stawach, oplecioną wypukłymi żyłami. Na małym palcu 

tkwił złoty sygnet... 

Wie pan, czyta się nieraz o oczach wychodzących z orbit, lecz ja widziałem  to  naprawdę. 

Rzeczywiście  wyglądały  tak,  jakby  lada  moment  miały  wyskoczyć  z  czaszki.  Jego  wyciągnięta 

ręka zaczęła niepokojąco drżeć. Chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Przeraziłem 

się, że to zawał.     

- Niedaleko stąd jest szpital... - zacząłem znowu, lecz on ponownie zaprotestował. 

Nie  bardzo  wiedziałem,  co  robić.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  powinien  gdzieś  usiąść  albo 

może wypić kieliszek brandy. Kiedy mu to zaproponowałem, nie powiedział ani tak, ani nie, lecz 

ruszył za mną posłusznie przez ulicę do pobliskiego Wilburn Hotel. Zaprowadziłem go do stolika 

w kawiarni i zamówiłem dwie podwójne brandy. Gdy odwróciłem wzrok od kelnera, nieznajomy 

patrzył w głąb kawiarni z wyraźnym przerażeniem na twarzy. Spojrzałem w tym samym kierunku. 

Przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. 

Wpatrywał się w nie z napiętą uwagą. Zdjął kapelusz i położył go na krześle obok. Podniósł 

wciąż  drżącą  rękę  i  dotknął  najpierw  brody,  następnie  posrebrzonych  siwizną  włosów.  A  potem 

siedział już bez ruchu z oczyma utkwionymi w lustro. 

Poczułem ulgę, kiedy przyniesiono brandy. On najwyraźniej też. Dolał sobie trochę wody 

sodowej  i  wychylił  kieliszek  jednym  haustem.  Jego  dłoń  uspokoiła  się  nieco,  policzki  nabrały 

koloru, ale wciąż patrzył przed siebie. Nagle podniósł się zdecydowanym ruchem. 

- Przepraszam pana na moment - powiedział uprzejmie.   

Przeszedł  między  stolikami,  stanął  przed  lustrem  i  przez  pełne  dwie  minuty  studiował  z 

bliska swoje odbicie. Wrócił na miejsce. Chociaż jeszcze nie odzyskał pewności siebie, poruszał się 

nieco bardziej zdecydowanie. Przywołał kelnera i wskazał nasze puste kieliszki. Spojrzał na mnie 

jakoś dziwnie i oświadczył: 

- Winien panu jestem przeproszenie. Był pan dla mnie niezwykle uprzejmy. 

-  Ale  skądże!  -  zapewniłem.  -  Cieszę  się,  że  mogłem  panu  służyć  pomocą.  Wszystko 

wskazuje na to, że przeżył pan jakiś przykry wstrząs. 

background image

- Hm... Kilka wstrząsów naraz - przyznał, po czym dodał: - Ciekawe, że wyobrażenia senne 

tak dobrze potrafią naśladować rzeczywistość, kiedy damy im się zaskoczyć. 

Nie wydawało  mi się, by można było  udzielić na to  jakiejś  sensownej  odpowiedzi,  nawet 

więc nie próbowałem. 

- Z początku to bardzo denerwujące - uzupełnił ze sztucznym ożywieniem. 

- Cóż więc się panu przydarzyło? - zapytałem, nadal nie wiedząc, o co mu chodzi. 

-  To  moja  wina,  tylko  moja  wina...  Wszystko  przez  ten  pośpiech  -  wyjaśnił.  - 

Przechodziłem  właśnie  przez  ulicę  za  tramwajem,  gdy  nagle  dostrzegłem  drugi,  nadjeżdżający  z 

przeciwka. Był tuż-tuż. Musiał mnie potrącić. 

- Ach, tak! - odparłem. - No tak, rozumiem... Ale gdzie to się stało? 

- Tu obok, na Thanet Street - powiedział. 

- Ale... ale nie widać, żeby był pan ranny - zauważyłem. 

- No właśnie - przyznał z zakłopotaniem. - Wygląda na to, że nie jestem ranny. 

Nie  był  ranny  ani  posiniaczony,  a  jego  ubranie,  jak  już  wspomniałem,  prezentowało  się 

nienagannie. Poza tym... poza tym szyny na Thanet Street zerwano chyba ćwierć wieku temu. Nie 

byłem  pewien,  czy  powinienem  mu  o  tym  mówić.  Postanowiłem  odłożyć  to  na  później.  Kelner 

postawił  przed  nami  pełne  kieliszki.  Nieznajomy  sięgnął  do  kieszeni  kamizelki  i  zaraz  spuścił 

wzrok, skonsternowany. 

- Moja portmonetka! Mój zegarek! - wykrzyknął.   

Wręczyłem kelnerowi banknot funtowy, wydał mi resztę, a mój gość przyglądał się temu z 

uwagą. Kiedy kelner oddalił się, powiedziałem: 

-  Pan  wybaczy,  ale  mam  wrażenie,  że  w  następstwie  tego  wstrząsu  musiał  pan  doznać 

zaniku pamięci. Czy pan... czy pamięta pan, kim pan jest? 

Zmierzył  mnie  surowym  spojrzeniem  i  nie  wyjmując  palca  z  kieszeni  kamizelki  odparł  z 

nutą podejrzliwości w głosie: 

- Kim jestem? Oczywiście że pamiętam. Jestem Andrew Vincell. Mieszkam niedaleko stąd, 

przy Hart Street. 

Po chwili wahania sprostowałem: 

-  Kiedyś  była  tu  Hart  Street.  Ale  jej  nazwę  zmieniono,  o  ile  się  nie  mylę,  w  latach 

trzydziestych. W każdym razie jeszcze przed wojną. 

Wyraźnie stracił pewność siebie, której pozory starał się zachować, i przez moment siedział 

w  milczeniu.  Potem  pomacał  wewnętrzną  kieszeń  marynarki  i  wyciągnął  stamtąd  portfel  - 

wykonany z dobrze wyprawionej skóry, ze złotymi okuciami na rogach i z wyciśniętymi inicjałami 

background image

A. V. Przyjrzał mu się z ciekawością, położył na stole i otworzył. Z lewej przegródki wyjął banknot 

funtowy i zmarszczył brwi, potem zaś banknot pięciofuntowy, który zdziwił go jeszcze bardziej. 

Bez słowa ponownie sięgnął do kieszeni i wyjął podłużną książeczkę, stanowiącą zapewne 

komplet z portfelem. W jej lewym dolnym rogu również widniały litery A. V., natomiast w lewym 

górnym rogu był napis: “Notes. 1958”. Długo przyglądał się jej, zanim podniósł oczy na mnie. 

- Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt osiem? - zapytał niepewnie. 

- Tak - potwierdziłem. 

Po kolejnej długiej pauzie powiedział zupełnie jak dziecko: 

- Nic nie rozumiem. A gdzie moje życie? Co się stało z moim życiem?   

Jego  twarz  przybrała  teraz  żałosny,  ponury  wyraz.  Podsunąłem  mu  kieliszek.  Wypił  łyk 

brandy. Otworzył notes i zauważył zamieszczony na pierwszej stronie kalendarz. 

- O Boże! - wyszeptał. - To jest... to jest za bardzo prawdziwe. Co się ze mną stało? 

-  Częściowy  zanik  pamięci  w  następstwie  przeżytego  szoku  nie  jest  niczym  niezwykłym. 

Zazwyczaj po pewnym  czasie pamięć powraca. Może zajrzy pan tutaj...  - wskazałem portfel. - Z 

pewnością coś pan tu znajdzie i zaraz wszystko się panu przypomni. 

Najpierw zawahał się, potem jednak sięgnął do prawej przegródki portfela. Wyjął kolorową 

fotografię, niewątpliwie grupowe zdjęcie rodzinne. On sam stał w środku, o jakieś pięć czy sześć 

lat młodszy, w tweedowym garniturze, obok mężczyzny lat około czterdziestu pięciu o podobnych 

rysach.  Były  tam  także  dwie  nieco  młodsze  kobiety  oraz  czwórka  kilkunastoletnich  dzieci,  dwie 

dziewczynki  i  dwóch  chłopców.  W  głębi,  za  starannie  przystrzyżonym  trawnikiem,  widniał 

fragment fasady osiemnastowiecznego domu. 

-  Nie  sądzę,  by  musiał  się  pan  martwić  o  swoje  życie  -  zauważyłem.  -  Wygląda  na  to,  że 

wiedzie się panu całkiem dobrze.   

Następnie nieznajomy wyjął z portfela trzy karty wizytowe przedzielone cienką bibułką, na 

których  wytłoczone  było  tylko  nazwisko:  “Sir  Andrew  Vincell”,  bez  adresu,  oraz  kopertę 

zaadresowaną:  “Sir  Andrew  Vincell,  OBE,  British  Vinvinyl  Plastics  Ltd”,  gdzieś  we  wschodniej 

dzielnicy Londynu. 

Potrząsnął  głową,  pociągnął  łyk  brandy,  jeszcze  raz  spojrzał  na  kopertę  i  roześmiał  się 

sztucznie. Opanował się z wyraźnym wysiłkiem i orzekł stanowczym tonem: 

- To jest jakiś głupi sen. Jak się z tego obudzić?   

Zamknął oczy i wyrecytował z determinacją: 

-  Nazywam  się  Andrew  Vincell.  Mam  dwadzieścia  trzy  lata.  Mieszkam  przy  Hart  Street 

numer  czterdzieści  osiem.  Pracuję  jako  praktykant  w  firmie  dyplomowanych  księgowych 

Penberthy  and  Truli,  Bloomsbury  Square  numer  sto  dwa.  Jest  12  lipca  1906  roku.  Dziś  rano 

background image

zostałem  potrącony  przez  tramwaj  na  Thanet  Street.  Musiał  mnie  porządnie  stuknąć,  bo  mam 

halucynacje. Już! 

Otworzył  oczy  i  szczerze  się  zdziwił,  widząc  mnie  wciąż  przed  sobą.  Znów  spojrzał  na 

kopertę i jego twarz zapłonęła gniewem. 

- Sir Andrew Vincell! - krzyknął z oburzeniem. - Vinvinyl Plastics Limited! Co to, u diabła, 

ma znaczyć? 

-  Czy  nie  uważa  pan  -  podsunąłem  -  iż  należałoby  przyjąć,  że  jest  pan  członkiem  tego 

przedsiębiorstwa, a nawet, jak wiele na to wskazuje, jednym z jego dyrektorów? 

- Ale przecież już panu mówiłem... - urwał. - Co to jest ten plastik? - ciągnął dalej. - Mnie 

się to kojarzy tylko z plasteliną. A co ja mogę mieć wspólnego z plasteliną? 

Biłem się z myślami. Według wszelkiego prawdopodobieństwa wstrząs, czy cokolwiek to 

było, wymazał z jego pamięci jakieś pięćdziesiąt lat. Przyszło mi do głowy, że pobudzę, być może, 

jego pamięć, poruszając jakiś dobrze mu znany i ważny dla niego temat. Stuknąłem w blat stołu. 

- To na przykład jest plastik - stwierdziłem.   

Przyjrzał się blatowi, postukał weń paznokciami. 

- Dla mnie to nie jest żaden plastik. Przecież to jest twarde - powiedział. 

Spróbowałem wyjaśnić. 

-  Zanim  stwardniał,  był  plastyczny.  Istnieje  wiele  rodzajów  plastiku.  Ta  popielniczka, 

pokrycie  krzesła,  na  którym  pan  siedzi,  to  pióro,  okładka  mojej  książeczki  czekowej,  płaszcz 

przeciwdeszczowy  tamtej  kobiety,  jej  torebka,  rączka  parasolki  i  dziesiątki  innych  przedmiotów 

wokół nas. Nawet moja koszula jest utkana z plastiku. 

Przez  pewien  czas  siedział  w  milczeniu,  z  coraz  większym  zainteresowaniem  przenosząc 

wzrok kolejno na wymieniane przeze mnie przedmioty. Na koniec skierował spojrzenie na mnie; 

wyrażało silne skupienie. Lekko drżał mu głos, kiedy zapytał ponownie: 

- To naprawdę jest rok 1958? 

- Z całą pewnością - zapewniłem. - Jeżeli pan nie wierzy własnemu notesowi, to za barem 

wisi drugi kalendarz. 

- Nie ma koni - zamruczał do siebie  - i drzewa na placu są takie wysokie... Sen nigdy nie 

bywa tak konsekwentny, nie do tego stopnia... 

- Zamilkł na moment, po czym nagle wybuchnął: - Na Boga! Jeżeli to prawda... - Spojrzał 

na  mnie  z  błyskiem  podniecenia  w  oku.  -  Proszę  mi  opowiedzieć  o  tym  plastiku  -  zażądał 

niecierpliwie. 

background image

Nie jestem chemikiem i wiem o plastiku nie więcej niż każdy przeciętny człowiek. Skoro 

jednak  wyraźnie  zapalił  się  do  tematu,  a  jak  wspomniałem,  wydawało  mi  się,  że  znajomy  temat 

może ożywić jego pamięć, postanowiłem spróbować. Wskazując na popielniczkę, powiedziałem: 

-  Jeśli  się  nie  mylę,  to  jest  bakelit,  jeden  z  najwcześniejszych  plastików 

termoutwardzalnych. Opatentował go niejaki Baekeland, gdzieś w roku 1909. To ma jakiś związek 

z formaldehydem i fenolem. 

- Termoutwardzalny? Co to znaczy? - zapytał.   

Wytłumaczyłem,  jak  mogłem  najlepiej,  po  czym  przystąpiłem  do  dzielenia  się  z  nim 

strzępami  wiadomości,  jakie  posiadam  na  temat  łańcuchów  molekularnych,  polimeryzacji  i  tak 

dalej  oraz  niektórych  cech  i  zastosowań.  Wcale  nie  odniosłem  wrażenia,  że  wykładam  zawiłości 

chemii  własnej  babce:  mój  rozmówca  słuchał  w  skupieniu,  od  czasu  do  czasu  powtarzając  jakiś 

wyraz, jakby chciał go sobie wbić do głowy. Chociaż fakt, że zawisnął na moich ustach, dosyć mi 

nawet pochlebiał, bynajmniej nie sądziłem, że moje słowa w jakikolwiek sposób przyczyniły się do 

przywrócenia mu pamięci. 

Rozmawialiśmy - a właściwie ja mówiłem - blisko godzinę, a on przez cały czas siedział z 

mocno  splecionymi  dłońmi  słuchając  mnie  pilnie,  w  napięciu.  Potem  zauważyłem,  że  brandy 

przestała już działać, i mój rozmówca znowu popadł w stan przygnębienia. 

- Myślę, że będzie lepiej, jeśli odprowadzę pana do domu - zaproponowałem. - Czy pamięta 

pan swój adres? 

- Hart Street czterdzieści osiem - odparł. 

-  Nie,  mam  ma  myśli  pański  obecny  adres  -  skorygowałem.  Lecz  on  nie  słuchał.  Na  jego 

twarzy wciąż malowało się głębokie wewnętrzne skupienie. 

-  Żebym  tylko  zapamiętał...  żebym  zapamiętał,  kiedy  się  obudzę  -  wymamrotał  z 

desperacją, raczej do siebie niż do mnie, po czym znów podniósł na mnie wzrok. 

- Jak brzmi pańskie nazwisko? - zapytał. 

Przedstawiłem się.   

- To także postaram się zapamiętać - zapewnił z niezwykłą powagą. 

Pochyliłem  się  nad  stołem  i  otworzyłem  notes  na  pierwszej  stronie.  Widniało  tam  jego 

nazwisko i adres przy Upper Grosvenor Street. Złożyłem razem portfel i notes i wsunąłem mu do 

ręki. Wcisnął je automatycznie do kieszeni i siedział nieobecny, zapatrzony w przestrzeń, podczas 

gdy portier poszedł wezwać taksówkę. 

Drzwi eleganckiego mieszkania otworzyła nam kobieta w średnim wieku, przypuszczalnie 

gospodyni.  Poradziłem,  by  wezwała  lekarza  sir  Vincella,  i  zaczekałem  na  jego  przybycie,  żeby 

wyjaśnić    co zaszło. 

background image

Następnego  wieczora  zadzwoniłem,  by  dowiedzieć  się  o  zdrowie  chorego.  Jakiś  młodszy 

kobiecy  głos  poinformował  mnie,  że  po  zażyciu  środka  uspokajającego  sir  Vincell  spał  dobrze, 

obudził się nieco zmęczony, ale przyszedł już całkowicie do siebie i nie przejawia żadnych oznak 

zaniku  pamięci.  Doktor  nie  widział  powodów  do  niepokoju.  Podziękowała  mi  za  opiekę  i  za 

doprowadzenie go do domu. I na tym koniec. 

Właściwie zapomniałem o całym tym zdarzeniu aż do chwili, gdy w grudniu przeczytałem 

w gazecie o jego śmierci. 

 

Pan Fratton przez jakiś czas milczał, potem zaciągnął się głęboko dymem z cygara, wypił 

łyk kawy, wreszcie stwierdził niezbyt błyskotliwie: 

- Niezwykła sprawa. 

- Też tak sądziłem... i sądzę nadal - powiedział pan Aster. 

-  Widzi  pan  -  zaczął  pan  Fratton  -  rzeczywiście  wyświadczył  mu  pan  przysługę.  Ale,  pan 

wybaczy,  trudno  powiedzieć,  żeby  zasługiwała  ona  aż  na  sześć  tysięcy  akcji  wartych  po  funcie 

każda, przy cenie osiemdziesięciu trzech szylingów sześciu pensów za jedną. 

- To prawda - zgodził się pan Aster. 

-  A  co  dziwniejsze  -  dodał  pan  Fratton  -  spotkał  go  pan  latem  ubiegłego  roku.  Natomiast 

testament  zawierający  zapis  został  sporządzony  i  podpisany  siedem  lat  temu.  -  Pan  Fratton  z 

namysłem zaciągnął się cygarem. - I myślę, że nie będę zbyt niedyskretny, jeśli powiem również, iż 

zastąpił  on  testament  spisany  dwanaście  lat  wcześniej,  który  także  zawierał  rzeczoną  klauzulę.  - 

Pan Fratton przyglądał się swojemu rozmówcy w zadumie.   

-  Ja  już  dałem  sobie  z  tym  spokój  -  wyznał  pan  Aster  -  ale  jeżeli  zbiera  pan  kurioza,  to 

proszę także odnotować następujący fakt. - Wyjął z kieszeni marynarki portfel, a z niego wycinek 

gazety,  opatrzony  nagłówkiem:  “Zgony.  Sir  Andrew  Vincell,  Pionier  Plastiku”.  Odszukawszy 

właściwy fragment tekstu w połowie kolumny, odczytał go na głos: 

“Jest  rzeczą  znamienną,  że  w  młodości  sir  Andrew  Vincella  nic  nie  zapowiadało  jego 

późniejszych  zainteresowań.  Początkowo  pracował  jako  praktykant  w  firmie  dyplomowanych 

księgowych i dopiero w wieku dwudziestu trzech lat, latem 1906 roku, zupełnie niespodziewanie 

przerwał praktykę i poświęcił się chemii. Kilka lat później dokonał pierwszego ważnego odkrycia, 

kładąc podwaliny pod swe potężne przedsiębiorstwo”. 

-  Hm...  -  chrząknął  pan  Fratton  i  zmierzył  pana  Astera  badawczym  spój  rżeniem.  -  To 

właśnie w 1906 potrącił go tramwaj na Thanet Street. 

- Zgadza się. Sam mi powiedział - przyznał pan Aster. Pan Fratton pokręcił głową. 

- Dziwna historia. 

background image

- Owszem. Bardzo dziwna - zgodził się pan Aster. 

background image

CZWARTE TRAFIENIE 

 

 

- Dilys! Posłuchaj! Kiedy zakładam taśmę w odwrotną stronę, słychać, jak mówię od końca 

- stwierdził Stephen z wyraźna nutą zadowolenia w głosie. 

Dilys  odłożyła  książkę  i  podniosła  wzrok  na  męża.  Na  stole  przed  nim  stał  magnetofon, 

wzmacniacz i różne inne drobiazgi. Gęsta plątanina przewodów łączyła to wszystko z kontaktem w 

ścianie, potężnym głośnikiem i parą słuchawek, które Stephen miał na uszach. Pół podłogi zasłane 

było kłębami i skrawkami taśmy. 

-  Kolejny  sukces  nauki  -  podsumowała  chłodno.  -  Zdaje  się,  że  miałeś  tylko  zmontować 

kawałek  taśmy  z  przyjęcia  na  cześć  Myry.  Ona  z  pewnością  wolałaby  nagranie  we  właściwym 

porządku. 

- No tak, ale właśnie przyszło mi do głowy, że... 

-  I  zobacz,  jak  naśmieciłeś.  Zupełnie  jak  po  balu  sylwestrowym  z  serpentynami.  Co  to  w 

ogóle jest? 

Stephen rzucił okiem na ścinki i zwoje taśmy. 

-  A,  to  są  kawałki,  na  których  wszyscy  mówią  jednocześnie,  ta  historia,  którą  Charles 

wszystkich zanudzał, oraz kilka nierozważnych wypowiedzi i tym podobne. 

Dilys podniosła się i mierząc cały ten bałagan krytycznym spojrzeniem powiedziała: 

-  Chyba  to  przyjęcie  było  bardziej  nierozważne,  niż  nam  się  zdawało.  Posprzątaj  to,  a  ja 

nastawię herbatę. 

- Ale najpierw musisz tego wysłuchać - zaprotestował. Zatrzymała się przy drzwiach. 

-  Podaj  mi,  proszę,  przynajmniej  jeden  powód  -  powiedziała  -  dla  którego  miałabym 

wysłuchać, jak mówisz od końca. - I wyszła. 

Stephen  wcale  nie  zabrał  się  do  sprzątania.  Wcisnął  natomiast  klawisz  odtwarzania  i  z 

zaciekawieniem  wysłuchał  dziwacznego  bełkotu,  jakim  był  jego  głos  odtworzony  od  końca. 

Następnie przerwał, zdjął słuchawki i wysłuchał nagrania przez głośnik. Zauważył ze zdziwieniem, 

że  głos  zachował  brzmienie  europejskie,  choć  niezrozumiałe  dźwięki  trajkotały  z  zawrotną 

prędkością. Na próbę zmniejszył więc o połowę prędkość odtwarzania i zwiększył natężenie głosu. 

Głos,  niższy  teraz  o  oktawę,  cedził  głębokie,  ociężałe,  dziwne  sylaby  i  wywierał  doprawdy  duże 

wrażenie.  Stephen  pokiwał  głową,  po  czym  przechylił  ją  do  tyłu,  wsłuchując  się  w  dudniący 

grzmot, który przetaczał się przez pokój. 

Naraz  rozległ  się  syk,  przypominający  odgłos  lokomotywy  wypuszczającej  parę. 

Towarzyszył mu podmuch gorącego powietrza, jak z wnętrza hutniczego pieca... 

background image

Stephen  poderwał  się  zaskoczony  i  o  mało  nie  przewrócił  krzesła.  Kiedy  się  opanował, 

skoczył  do  przodu,  pospiesznie  wyłączając  klawisze  i  przykręcając  gałki.  Głos  przestał  płynąć. 

Stephen  z  niepokojem  lustrował  aparaturę,  wypatrując  iskrzenia  lub  dymu.  Ale  nic  takiego  nie 

dostrzegł  i  wydawał  właśnie  westchnienie  ulgi,  gdy  poczuł,  że  nie  jest  już  sam  w  pokoju. 

Gwałtownie rozejrzał się wokół. Na widok stojącej za nim nie dalej niż metr postaci otworzył usta 

ze zdziwienia. 

Mężczyzna  stał  wyprostowany,  z  rękami  przyciśniętymi  do  ciała.  Wysoki,  około  metra 

osiemdziesięciu  wzrostu,  wydawał  się  jeszcze  wyższy  z  powodu  nakrycia  głowy:  podłużnego 

cylindra  z  wąskim  rondem.  Niżej  widniał  wykrochmalony  kołnierzyk  z  odgiętymi  rogami, 

popielaty  jedwabny  fular,  długi,  ciemny  frak  z  jedwabnymi  klapami,  szare  spodnie  o  odcieniu 

lawendy,  spod  których  wystawały  czarne  lśniące  czubki  butów.  Stephen  musiał  odchylić  się 

głębiej, żeby dostrzec jego skrócony profil. Twarz nieznajomego była przyjemna, ogorzała, jakby 

opalona  śródziemnomorskim  słońcem.  Miał  duże  ciemne  oczy,  a  bujny  wąs  łączył  się  u  nasady 

szczęki z zadbanymi bokobrodami. Podbródek i dolna część policzków były starannie wygolone. 

Rysy twarzy przywodziły na myśl asyryjskie posągi. 

Mimo  całego  zaskoczenia  Stephen  odnotował,  że  chociaż,  zważywszy  okoliczności,  strój 

taki wydawał się niestosowny, niewątpliwie był najwyższej jakości, w swoim miejscu zaś i czasie 

mógł stanowić wzór elegancji. Patrzył więc nadal. 

Mężczyzna poruszył wargami. 

- Przybyłem - oświadczył uroczyście. 

-  Ee...  No,  tak  -  wyjąkał  Stephen.  -  Tak...  Widzę...  Ale,  szczerze  mówiąc,  nie  bardzo 

rozumiem... 

-  Pan  mnie  wzywał.  Przybyłem  więc  -  powtórzył  mężczyzna  tonem,  który  miał  wszystko 

wyjaśniać. 

Stephen zmarszczył brwi w przypływie zdumienia. 

- Ale ja nic nie mówiłem - zaprotestował. - Siedzę tutaj i... 

-  Nie  ma  powodu  do  obaw.  Jestem  pewien,  że  nie  będzie  pan  żałował  -  zapewnił 

mężczyzna. 

- Nie boję się. Jestem tylko zdumiony - wyjaśnił Stephen. - Nie rozumiem... 

-  Czyż  nie  skonstruował  pan  Żelaznego  Pentagramu?  -  w  podniosłym  tonie  pojawiła  się 

nuta  zniecierpliwienia.  Nie  poruszając  ręką,  mężczyzna  zwinął  trzy  palce  prawej  dłoni  tak,  że 

obciągnięty popielatą skórzaną rękawiczką palec wskazujący został skierowany w dół. - I czyż nie 

wypowiedział pan także Zaklęcia Mocy? - dodał. 

background image

Stephen  spojrzał  tam,  gdzie  wskazywał  palec.  Zauważył,  że  kilka  splątanych  odcinków 

taśmy rzeczywiście tworzyło  na podłodze jakąś figurę  geometryczną, która  mogłaby uchodzić za 

coś w rodzaju pięciokąta. Ale dlaczego żelazny?... Ależ tak, oczywiście, powłoka z tlenku żelaza! 

Tyle że w sensie dość umownym... 

Natomiast to “Zaklęcie Mocy”... No cóż, zakładając, że głos odtworzony od końca może w 

gruncie rzeczy wstrzelić się w każde zaklęcie... 

-  Obawiam  się  -  powiedział  Stephen  -  że  to  raczej  jakieś  nieporozumienie...  Jakiś  zbieg 

okoliczności... 

- Dość niezwykły zbieg okoliczności - zauważył sceptycznie nieznajomy. 

- Chyba właśnie na tym polegają zbiegi okoliczności - stwierdził Stephen. 

-  Nigdy  nie  słyszałem  o  takim  przypadku  -  powiedział  mężczyzna.  -  Ilekroć  ja  sam  lub 

któryś z moich przyjaciół jest w ten sposób wezwany, dzieje się to zawsze w konkretnej sprawie. I 

sprawa ta zostaje zawsze załatwiona. 

- Jaka sprawa? - zapytał Stephen. 

-  Mam  na  myśli  pańskie  konkretne  potrzeby,  które  potrafimy  zaspokoić.  Pan  zaś  znajduje 

się  w  posiadaniu  pewnego  przedmiotu,  który  chętnie  włączylibyśmy  do  naszych  zbiorów.  Rzecz 

sprowadza się    do uzgodnienia warunków. Następnie podpisuje się pakt, oczywiście własną krwią, 

i to wszystko. 

Dopiero słowo pakt pobudziło właściwe skojarzenia. Stephen przypomniał sobie, że pokój 

wypełnił się ledwo wyczuwalną wonią palonych węgli. 

-  Myślę,  że  zaczynam  rozumieć  -  powiedział.  -  To  ma  być  jakieś  nawiedzenie,  tak?  Czy 

chce pan powiedzieć, że jest pan...? 

Nieznajomy przerwał mu, marszcząc brwi. 

-  Nazywam  się  Batruel.  Jestem  jednym  z  wysłanników  mego  Pana.  Posiadam 

pełnomocnictwo  do  zawierania  paktów.  A  teraz  byłbym  zobowiązany,  gdyby  zechciał  mnie  pan 

uwolnić  z  tego  ciasnego  pentagramu,  którym  jestem  skrępowany,  byśmy  mogli  wygodnie 

przystąpić do uzgodnienia warunków paktu. 

Stephen przyglądał się mężczyźnie, po czym pokręcił głową i wybuchnął śmiechem.   

Źrenice przybysza rozszerzyły się. Wyglądał na zirytowanego. 

- Co to znaczy? Nie rozumiem. 

- Drogi panie - zaczął Stephen. - Przykro mi, że został pan tu ściągnięty przez przypadek. 

Ale  zapewniam  pana,  że  przybył  pan  do  miejsca,  które  zupełnie  nie  nadaje  się  do  ubijania 

jakichkolwiek interesów. 

Batruel przyglądał mu się z namysłem. Uniósł głowę i nieznacznie poruszył nozdrzami. 

background image

- Ciekawe - zdziwił się. - Wcale nie czuję zapachu świętości. 

-  Ależ  nie  -  zaprzeczył  Stephen.  -  Po  prostu  istnieje  już  spora  dokumentacja  na  temat 

pańskich kontraktów. Wynika z niej, że jedyną ich wspólną cechą jest to, iż druga strona zawsze z 

biegiem czasu źle na tym wychodzi. 

- No, bez przesady. Moja oferta jest niezwykle szeroka...   

Tym razem Stephen mu przerwał, kręcąc głową. 

- Może sobie pan oszczędzić trudu - poradził. - Mam na co dzień do czynienia z natrętnymi 

agentami przeróżnej maści. 

Batruel posłał mu ponure spojrzenie. 

-  Przywykłem  raczej  do  klientów  zdesperowanych  -  przyznał.  -  No,  cóż,  skoro  jest  pan 

pewien,  że  zaszło  nieporozumienie,  nie  pozostaje  mi  chyba  nic  innego,  jak  udać  się  w  drogę 

powrotną  i  złożyć  stosowne  wyjaśnienie.  G  ile  mi  wiadomo,  nigdy  przedtem  nic  takiego  się  nie 

zdarzyło. Chociaż, oczywiście, zgodnie z regułą prawdopodobieństwa, powinno się kiedyś zdarzyć. 

Po  prostu  tym  razem  nie  dopisało  mi  szczęście.  Żegnam  zatem...  Co  też  ja  mówię?!  Vale, 

przyjacielu. Jestem gotów! 

Przyjął na powrót sztywną postawę. Zamknął oczy i rysy jego twarzy zastygły. 

Nic nie nastąpiło. 

Batruel rozluźnił szczęki. 

- No, dalej. Niech pan mówi - wykrzyknął gniewnie.   

- Co mam mówić? - zapytał Stephen. 

- Drugie Zaklęcie Mocy, rzecz jasna. Odprawienie. 

-  Ale  ja  go  nie  znam.  Nic  nie  wiem  o  żadnych  zaklęciach  mocy  -  zaprotestował  Stephen. 

Batruel zmarszczył brwi. 

- Czy chce mi pan powiedzieć, że nie może mnie pan odprawić? - zapytał. 

- Jeżeli wymaga to jakiegoś zaklęcia, to z całą pewnością nie mogę - potwierdził Stephen. 

Na twarzy Batruela pojawił się wyraz konsternacji i przerażenia. 

-  Ależ  to  niesłychane!  Co  ja  mam  teraz  robić!?  Przecież  muszę  wrócić  z  podpisanym 

paktem lub Zaklęciem Odprawy! 

- Dobrze więc. Niech pan powie, jak brzmi to zaklęcie, a ja je wypowiem  - zaproponował 

Stephen. 

-  Ale  ja  go  nie  znam  -  powiedział  Batruel.  -  Nigdy  go  nie  słyszałem.  Wszystkim,  którzy 

mnie dotychczas wzywali, zależało na szybkim załatwieniu sprawy i podpisaniu paktu... - Urwał. - 

Naprawdę, byłoby znacznie prościej, gdyby zechciał pan siebie... Nie? To straszne! Doprawdy, nie 

mam pojęcia, co począć. 

background image

Od drzwi dobiegł szmer, po nim zaś stukanie czubkiem bucika: Dilys dawała w ten sposób 

znać, że niesie tacę. Stephen podszedł do drzwi i najpierw uchylił je ostrożnie. 

- Mamy gościa - ostrzegł. 

-  Ale  jakim  cudem?  -  zaczęła,  a  kiedy  otworzył  drzwi  szerzej,  o  mało  nie  upuściła  tacy. 

Stephen wziął od niej tacę i odstawił w bezpieczne miejsce, podczas gdy Dilys stała jak wryta. 

- Pozwól, kochanie, to jest pan Batruel. Moja żona - dokonał prezentacji. 

Batruel, nadal sztywny, mimo napięcia wyglądał teraz na zmieszanego. Zwrócił głowę w jej 

stronę i skłonił się nieznacznie.   

-  Jestem  oczarowany,  madame  -  wyznał.  -  Mam  nadzieję,  że  wybaczy  mi  pani  moje 

dziwaczne  zachowanie,  lecz  niestety  ruchy  mam  skrępowane.  Gdyby  małżonek  pani  zechciał 

wyświadczyć mi przysługę, przełamując ten zaklęty pięciobok... 

Dilys wciąż wpatrywała się w niego bez słowa, z podziwem szacując jego strój. 

- Przykro mi, ale nie wiem, o co chodzi. 

Stephen pospieszył z wyjaśnieniem. Starał się zrobić to najlepiej jak umiał. Kiedy skończył, 

Dilys powiedziała: 

-  Prawdę  mówiąc,  nie  mam  pojęcia...  Powinniśmy  chyba  znaleźć  jakieś  wyjście?  Ale  to 

okropnie  trudne.  Gdyby  pan  był,  na  przykład,  normalnym  przesiedleńcem...  -  Przyglądając  się 

Batruelowi, z namysłem dodała: - Słuchaj, Steve. Skoro rzeczywiście wytłumaczyłeś panu, że nie 

chcemy  niczego  podpisywać,  to  może  byś  go  już  uwolnił?  Zdaje  się,  że  jest  mu  tam  bardzo 

niewygodnie. 

- Dziękuję, madame. W istocie jest mi bardzo niewygodnie - potwierdził Batruel smętnie. 

Po chwili zastanowienia Stephen przyznał: 

-  Ponieważ  już  tu  się  znalazł,  a  my  wiemy,  o  co  chodzi,  to  być  może  nic  nie  ryzykuję.  - 

Pochylił się i odsunął zwój taśmy. 

Batruel wystąpił ze zburzonego w ten sposób pentagramu. Prawą ręką zdjął cylinder, lewą 

przyłożył do krawata. Zwracając się do Dilys wykonał głęboki ukłon z wyszukaną elegancją: stopy 

wyprostowane, lewa dłoń na nie istniejącej rękojeści szpady, cylinder przyciśnięty do serca. 

- Do usług, madame.   

Powtórzył to samo przed Stephenem. 

- Sługa uniżony, sir. 

Stephen  odpowiedział  podobnie,  w  dobrej  intencji,  lecz  natychmiast  zrozumiał,  że  wobec 

stylu gościa jego reakcja była niestosowna. Nastąpiło kłopotliwe milczenie. Przerwała je Dilys. 

- Wobec tego przyniosę jeszcze jedno nakrycie.   

Wyszła, wróciła i przejęła inicjatywę. 

background image

- Pan... Dawno pan nie był w Anglii, prawda? - zagaiła towarzysko.   

Batruel zareagował lekkim zdziwieniem. 

- Na jakiej podstawie pani tak sądzi, jeśli wolno spytać? 

- Och, po prostu... Tak tylko myślałam - tłumaczyła się Dilys niejasno. 

- Moja żona ma na myśli pański strój - wyjaśnił Stephen. 

- Ponadto, wybaczy pan, ale odnoszę wrażenie, że nieco pomieszał pan epoki. Na przykład 

styl pańskiego ukłonu poprzedza styl pańskiego ubioru o co najmniej dwa pokolenia. 

Batruel wydawał się zaskoczony. Przyjrzał się swemu ubraniu. 

-  Podczas  poprzedniej  wizyty  zwracałem  baczną  uwagę  na  modę  -  powiedział 

zawiedzionym tonem. 

-  Proszę  się  tym  nie  przejmować  -  pocieszyła  go  Dilys.  -  Nosi  pan  piękny  strój.  Co  za 

doskonały materiał! 

- Ale nie całkiem zgodny z obowiązującą modą, tak? - wtrącił Batruel ostro. 

- No, niezupełnie - przyznała Dilys. - Domyślam się, że nie zawsze jesteście na bieżąco w... 

To znaczy tam, skąd pan przybywa. 

- Tak, to prawda - stwierdził Batruel. - Prowadziliśmy ożywione interesy w tych okolicach 

do siedemnastego, osiemnastego wieku, ale od dziewiętnastego nie idzie nam najlepiej. Naturalnie, 

coś  tam  zawsze  jest,  lecz  obsadzenie  poszczególnych  regionów  to  kwestia  przypadku  i  tak  się 

składa,  że  byłem  tu  osobiście  tylko  raz  w  dziewiętnastym  stuleciu,  a  w  obecnym  jestem  po  raz 

pierwszy.  Mogą  więc  państwo  sobie  wyobrazić,  z  jaką  ogromną  przyjemnością  stawiłem  się  na 

wezwanie  pani  małżonka.  Mam  na  myśli  moje  nadzieje  na  zawarcie  obustronnie  korzystnej 

transakcji... 

- Nie mówmy już może o tym - przerwał mu Stephen. 

-  Ach,  tak.  Rzeczywiście.  Najmocniej  przepraszam.  Pan  rozumie,  stary  wierzchowiec 

poczuł zapach prochu. 

Zapadło milczenie. Dilys wciąż przyglądała się gościowi z uwagą. Dla każdego, kto znał ją 

równie dobrze jak jej mąż, byłoby oczywiste, że próbuje toczyć wewnętrzną walkę, w której górę 

bierze ciekawość. Wreszcie powiedziała: 

- Mam nadzieję, że pańskie misje w Anglii nie zawsze kończyły się niepowodzeniem, panie 

Batruel. 

- Ależ nie, skądże, szanowna pani. Zachowałem jak najmilsze wspomnienia ze wszystkich 

pobytów  w  państwa  ojczyźnie.  Pamiętam,  jak  nawiedzałem  pewnego  adepta  nauk,  gdzieś  w 

pobliżu Winchester. Było to  mniej więcej  w połowie szesnastego wieku. Zażyczył  sobie fortuny, 

tytułu  oraz  pięknej,  szlachetnie  urodzonej  małżonki.  Udało  nam  się  zdobyć  dla  niego  przyjemny 

background image

majątek nie opodal Dorchester. Sądzę, że jego potomkowie mieszkają tam do dziś. Następny był 

pewien  młodzieniec  na  początku  osiemnastego  stulecia,  który  pragnął  posiadać  dobry  dochód  i 

żonę z kręgów zbliżonych do dworu. Zaspokoiliśmy te ambicje i jego krew płynie teraz w różnych 

niespodziewanych  miejscach.  Wreszcie,  wkrótce  potem,  kolejny  młodzieniec,  raczej  niskiego 

stanu,  chciał  po  prostu  zostać  słynnym  mędrcem  i  dramatopisarzem.  Było  to  nieco  trudniejsze 

żądanie,  lecz  także  mu  sprostaliśmy.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  jego  nazwisko  pamiętano  do 

dzisiaj. Nazywał się... 

- To bardzo interesujące - wtrącił Stephen. - I korzystne dla potomnych, lecz co stało się z 

protagonistami? 

Batruel wzruszył ramionami. 

- No cóż, umowa jest umową. Podpisana zresztą dobrowolnie - rzekł z pewnym wyrzutem. - 

Chociaż ja sam ostatnio nie odwiedzałem tych stron - ciągnął dalej - z doniesień moich kolegów 

wynika,  że  wymogi  mogą  różnić  się  w  szczegółach,  lecz  w  zasadzie  wszystkie  pozostają  takie 

same. Nadal jest popyt na tytuły, zwłaszcza żon naszych klientów. Podobnie pożądane jest wejście 

do  towarzystwa,  obojętnie  jakiego.  A  także  wspaniałe  wiejskie  rezydencje  -  które,  rzecz  jasna, 

wyposażamy  we  wszystkie  nowoczesne  urządzenia  -  jak  również  pied-a-terre  na  Mayfair.  Tam, 

gdzie  przedtem  dostarczaliśmy  pełną  stajnię,  dziś  oferujemy  limuzynę  bent-rollsley  saloon  lub, 

powiedzmy, prywatny samolot - mówił z nutą rozmarzenia w głosie. 

Stephen uznał, że czas mu przerwać. 

-  Bent-rollsley?  Czyżby?  Następnym  razem  powinien  pan  pilniej  przestudiować  Biuletyn 

Badań Rynkowych. Tymczasem będę wdzięczny, jeśli zaprzestanie pan kuszenia mojej żony, bo to 

nie ona miałaby za to płacić. 

-  Owszem,  to  prawda  -  przyznał  Batruel.  -  Taki  już  jest  przywilej  kobiet.  Zawsze  za  coś 

płacą,  ale  im  więcej  mają,  tym  mniejsze  ponoszą  koszty.  Pańska  żona  wiodłaby  znacznie 

przyjemniejszy żywot, nie musiałaby wcale pracować, zatrudniałaby służbę... 

-  Niech  pan  natychmiast  przestanie!  -  zażądał  Stephen.  -  Powinien  się  pan  już  dawno 

zorientować, że to przestarzała metoda. Na takie numery nie damy się już nabrać. Straciły dla nas 

atrakcyjność. 

Batruel nie był przekonany. 

- Z lektury naszych biuletynów wynika, że światem nadal rządzi zło - zaoponował. 

- Nie przeczę, ale jego gorsza część nie stosuje tak staroświeckich pojęć. Obecnie przeważa 

dążenie do osiągnięcia jak największych korzyści minimalnym kosztem, a najlepiej bez ponoszenia 

żadnych kosztów. 

- To chyba nieetyczne - mruknął Batruel. - Jakieś zasady powinny obowiązywać. 

background image

-  Być  może,  ale  tak  nie  jest.  Poza  tym  łączą  nas  teraz  znacznie  ściślejsze  związki  i 

wzajemne  zależności.  Czy  sądzi  pan,  że  można  dziś,  na  przykład,  nabyć  ni  stąd,  ni  zowąd  tytuł 

własności  albo  wytłumaczyć  się  z  niespodziewanie  wysokich  dochodów  urzędom  podatkowym, 

czy wreszcie wybudować pałac bez zgody Urzędu Planowania Przestrzennego? Takie jest życie. 

- Nie wątpię, że są to wszystko sprawy do załatwienia - powiedział Batruel. 

-  Myli  się  pan.  Istnieje  jeden  jedyny  bezpieczny  sposób  szybkiego  wzbogacenia  się.  Jest 

to... Na Jowisza! - Urwał nagle i zamyślił się. 

Batruel zwrócił się do Dilys: 

- Szkoda, że pani małżonek jest tak niesprawiedliwy w stosunku do samego siebie. Widać, 

że posiada ogromny potencjał twórczy, który przy odrobinie kapitału mógłby wspaniale rozwinąć... 

A  świat  nadal  ma  wiele  do  zaoferowania  bogaczom  oraz,  oczywiście,  ich  żonom.  Na  przykład 

powszechny  szacunek,  władzę,  dalekomorskie  jachty...  Trudno  oprzeć  się  wrażeniu,  że  pani 

małżonek marnuje swoje talenty. 

Dilys spojrzała na pogrążonego w rozmyślaniach małżonka. 

- A więc pan również to dostrzega? Zawsze byłam przekonana, że nie potrafią go docenić w 

firmie. 

- Taak. Te biurowe rozgrywki - pospieszył z pomocą Batruel. - Mogą zaprzepaścić niejeden 

młody  talent.  Wystarczy  jednak  zdobyć  niezależność,  by  przy  pomocy  żony...  zdolnej  i  pięknej, 

jeśli wolno mi zauważyć, zniknęły powody, dla których miałby... 

Stephen otrząsnął się z zamyślenia. 

-  Podręcznik  kusiciela:  Rozdział  pierwszy  -  wtrącił  ironicznie.  -  Może  jednak  zechce  pan 

oderwać się od podręcznika i stawić czoło faktom. Jeżeli uda się panuje pojąć, jestem skłonny ubić 

z panem interes. 

Twarz Batruela pojaśniała. 

- Ach! - wykrzyknął. - Miałem nadzieję, że po dokładniejszym rozważeniu naszej oferty... 

Stephen znowu mu przerwał.   

- Przede wszystkim - zaczął - powinien pan pogodzić się z tym, że pańskie metody zupełnie 

do mnie nie przemawiają, toteż może pan darować sobie próby utworzenia grupy nacisku wraz z 

moją żoną, po drugie, to pan znalazł się w opałach, nie ja. Ciekawe, jak zamierza pan wrócić do... 

No, tam, skąd pan przybył, jeżeli nie udzielę panu pomocy? 

- Ja proponuję tylko, żeby pomógł pan sam sobie, a zarazem pomógł też mnie - zaznaczył 

Batruel. 

-  Co  znaczy,  że  dostrzega  pan  tylko  jedną  stronę  zagadnienia.  Otóż,  proszę  posłuchać.  Ja 

widzę  tu  trzy  możliwe  rozwiązania.  Po  pierwsze,  można  podjąć  próbę  odnalezienia  osoby,  która 

background image

nam powie, jak brzmi to Zaklęcie Mocy, niezbędne, by pana odesłać. Czy jednak wie pan, jak się 

za  to  zabrać?  Nie.  I  my  też  nie  wiemy.  Możliwość  druga:  mógłbym  zaprosić  tu  pastora,  żeby 

odprawił  egzorcyzmy.  Sądzę,  że  z  przyjemnością  podjąłby  się  takiego  zadania.  Być  może, 

doczekałby się nawet z biegiem czasu kanonizacji za skuteczne odparcie pokusy. 

Batruel zadrżał. 

-  Tylko  nie  to!  -  zaprotestował.  -  Jeden  z  moich  przyjaciół  doświadczył  egzorcyzmów  w 

piętnastym wieku. Przeżył okropne męki, po których do dziś nie odzyskał pełni sił i wiary w siebie. 

-  Świetnie  więc.  Pozostaje  zatem  możliwość  trzecia.  W  zamian  za  pewną  okrągłą  sumę, 

jednak bez żadnych zobowiązań, gotów jestem znaleźć osobę, która zechce zawrzeć z panem pakt. 

Po podpisaniu paktu będzie pan mógł wrócić z honorem i spełnioną misją. Co pan na to? 

-  Nic  z  tego  -  odparł  Batruel  pospiesznie.  -  Pan  próbuje  wymóc  dwa  ustępstwa  za  jedną 

cenę. Nasza księgowość nigdy nie zaakceptuje takiej operacji. 

- No tak. Nic dziwnego, że idzie wam coraz gorzej. Chociaż zajmujecie się tymi sprawami 

od tysiącleci, nie odeszliście ani na krok od pierwszego numeru hipoteki. I skłonni jesteście nawet 

pakować  w  to  własny  kapitał  zamiast  posłużyć  się  cudzym.  W  ten  sposób  nic  nie  zdziałacie.  Ja 

natomiast  mam  plan,  który  zapewnia  mi  pieniądze,  wam  daje  upragniony  pakt,  zaś  niezbędny 

kapitał ogranicza się do kilku szylingów wyłożonych z mojej kieszeni. 

- Nie bardzo rozumiem, jak to będzie możliwe - stwierdził Batruel z powątpiewaniem. 

-  Zapewniam  pana,  że  jest  to  możliwe.  Niewykluczone,  że  będzie  pan  musiał  pozostać  tu 

przez  kilka  tygodni,  ale  może  pan  zamieszkać  u nas,  w  pokoju  gościnnym.  Czy  gra  pan  w  piłkę 

nożną? 

- W piłkę nożną? - powtórzył Batruel niepewnie. - Chyba nie. A jak się w to gra? 

-  W  takim  razie  będzie  pan  musiał  zapoznać  się  z  grubsza  z  zasadami  i  taktyką  tej  gry. 

Przede wszystkim chodzi w niej o to, żeby dobrze kopać piłkę. Jeśli piłka nie wyląduje tam, gdzie 

zawodnik chciał, jego wysiłek idzie na marne, drużyna traci szansę i w końcu przegrywa. Czy pan 

to rozumie? 

- Chyba tak. 

- Wobec tego powinien pan także zrozumieć, że w krytycznym momencie nawet nieznaczne 

popchnięcie  piłki  we  właściwym  kierunku  wystarczy,  żeby  zyskać  wiele.  Niepotrzebne  są  żadne 

niesportowe  przepychanki,  żadne  kontuzje.  Można  zaaranżować  wynik  meczu,  nie  wzbudzając 

najmniejszych podejrzeń. Wystarczy tylko w stosownym czasie lekkie trącenie piłki przez jednego 

z  tych  chochlików,  których  używacie  do  wykonywania  zadań  praktycznych.  Coś  takiego  nie 

powinno panu sprawić trudności, prawda? 

background image

-  Tak,  prawda  -  zgodził  się  Batruel.  -  To  całkiem  proste.  Przyznam  jednak,  że  nie  bardzo 

pojmuję, po co miałbym... 

-  Kłopot  w  tym,  szanowny  panie,  że  jest  pan  beznadziejnie  oderwany  od  współczesności, 

mimo  wszystkich  tych  biuletynów  -  podsumował  Stephen.  -  Dilys,  gdzie  jest  ten  kupon 

totalizatora? 

Po  upływie  pół  godziny  Batruel  zaczął  dostrzegać  pewne  otwierające  się  przed  nim 

możliwości. 

-  No  tak,  rozumiem  -  powiedział.  -  Po  zapoznaniu  się  z  podstawowymi  zagadnieniami 

technicznymi łatwo będzie spowodować przegraną, remis lub nawet, w razie potrzeby, wygraną. 

-  O  to  właśnie  chodzi  -  pochwalił  go  Stephen.  -  Wypełniam  więc  kupon  i  stawiam  kilka 

szylingów,  żeby  lepiej  wyglądało.  Pan  załatwia  mecze,  a  ja  zgarniam  gładko  całą  pulę,  unikając 

kłopotliwych pytań fiskusa. 

- Istotnie, jest to dla pana korzystne - przyznał Batruel. - Ale skąd mam wziąć pakt, jeżeli 

pan nie... 

- Pakt to następny etap - wyjaśnił Stephen. - W zamian za wygraną zobowiązuję się znaleźć 

osobę,  która  podpisze  pakt  w  ciągu,  powiedzmy,  sześciu  miesięcy,  zgoda?  Czy  to  wystarczy? 

Doskonale. Spiszmy więc umowę. Dilys, bądź tak dobra i przynieś nam papier listowy i krew... No 

nie, co za głupiec ze mnie, krew przecież mamy... 

Pięć  tygodni  później  Stephen  wysiadał  ze  swojego  bentleya  przed  Hotelem  Northpark,  a 

chwilę potem na schodach pojawił się Batruel. Po kilku dniach postanowili nie zatrzymywać go u 

siebie,  okazało  się  bowiem,  że  jego  nieposkromione  kusicielstwo  zakłóca  spokój  domowego 

ogniska. Przeniósł się więc do hotelu, gdzie osiągał znacznie stosowniejsze wyniki i miał bardziej 

zróżnicowane możliwości. 

W drzwiach obrotowych ukazała się postać wcale nie przypominająca nieznajomego, który 

pojawił  się  kiedyś  w  salonie  Stephena.  Znikły  bokobrody,  zostały  jedynie  obfite  wąsy.  Miejsce 

fraka  zajął  starannie  skrojony  popielaty  garnitur.  Apaszkę  zastąpił  krawat  w  dyskretne  prążki. 

Zamiast  wysokiego  cylindra  Batruel  miał  na  głowie  filcowy  kapelusz.  W  rzeczy  samej  był  to 

wzorowo ubrany przystojny mężczyzna około czterdziestki z drugiej połowy dwudziestego wieku. 

- Wskakuj - zaprosił go Stephen. - Masz przy sobie formularz paktu? 

Batruel klepnął się po kieszeni marynarki. 

- Zawsze noszę go przy sobie. Nigdy nic nie wiadomo... - zapewnił, gdy samochód ruszył. 

Po  pierwszym  trafieniu  trójki  Stephen,  mimo  nadziei  na  anonimowość,  zyskał  spory 

rozgłos. Ukrycie uśmiechu fortuny wartości dwustu dwudziestu tysięcy funtów szterlingów okazało 

się  znacznie  trudniejsze,  niż  się  wydawało.  Na  szczęście  wykazali  z  Dilys  dość  przezorności,  by 

background image

następną  wygraną  -  tym  razem  w  wysokości  dwustu  dziesięciu  tysięcy  funtów  -  podjąć  nieco 

później.  Wypłacie  trzeciego  czeku,  opiewającego  na  sumę  dwustu  dwudziestu  pięciu  tysięcy 

funtów, towarzyszyło pewne wahanie, chociaż nie wykręty, bo do tych nie było żadnych podstaw, 

ponieważ trafienia widniały na papierze, czarno na białym. Musiano się jednak zaniepokoić, skoro 

wysłano  do  Stephena  przedstawicieli  przedsiębiorstwa.  Jeden  z  nich,  gorliwy  młodzieniec  w 

okularach,  perorował  dość  zapalczywie  o  regułach  przypadku,  a  następnie  przedstawił  cyfrę 

opatrzoną  zaskakującą  ilością  zer,  która,  jak  twierdził,  miała  ilustrować  stopień 

prawdopodobieństwa trzykrotnego trafienia trójki. 

Stephen  okazał  zainteresowanie.  Stwierdził,  że  jego  system  jest  chyba  lepszy,  niż  sądził, 

skoro zdołał pokonać tak astronomiczny stopień nieprawdopodobieństwa. 

Młodzieniec wyraził chęć zapoznania się z systemem. Stephen nie chciał jednak rozmawiać 

na  ten  temat,  chociaż  zaznaczył,  że  nie  wyklucza  możliwości  omówienia  pewnych  aspektów 

sprawy  z  dyrektorem  przedsiębiorstwa.  I  oto  właśnie  znajdowali  się  z  Batruelem  w  drodze  na 

spotkanie z Samem Gripshawem. 

Biurowiec totalizatora mieścił się przy jednej z tras wylotowych z miasta, nieco cofnięty i 

oddzielony od jezdni równo przystrzyżonym trawnikiem, ozdobionym klombami szałwi. Portier w 

liberii  zasalutował  Stephenowi,  kiedy  ten  parkował  bentleya  przy  podjeździe.  Zaraz  potem   

wprowadzono ich do przestronnego gabinetu, gdzie Sam Gripshaw podniósł się zza biurka na ich 

powitanie. Stephen uścisnął mu dłoń i przedstawił swego towarzysza. 

-  Pan  pozwoli,  mój  doradca,  pan  Batruel  -  wyjaśnił.  Sam  Gripshaw,  który  zrazu  rzucił 

Batruelowi pobieżne spojrzenie, teraz przyjrzał mu się uważnie i badawczo. A nawet przez moment 

jakby się zadumał. Potem zwrócił się do Stephena. 

-  Przede  wszystkim  pragnę  panu  pogratulować,  młodzieńcze.  Jest  pan  największym 

zwycięzcą totalizatora w całej historii naszego przedsiębiorstwa. Sześćset pięćdziesiąt pięć tysięcy 

funtów szterlingów! To piękna sumka. Niemniej jednak - pokręcił głową - to nie może trwać dalej, 

drogi panie. Po prostu nie może. 

- No, ja bym się spierał - odparł Stephen przyjaźnie, kiedy siadali. Sam Gripshaw ponownie 

potrząsnął głową. 

- Za pierwszym razem może to być uśmiech losu. Po raz drugi - niezwykłe szczęście. Trzy 

razy  -  zaczyna  już  jakoś  dziwnie  pachnieć,  czwarty  raz  wstrząsnąłby  całym  przedsiębiorstwem, 

piąty  całkowicie  by  je  rozłożył.  A  na  pustą  pulę  nikt  nie  postawi  nawet  pensa.  To  oczywiste. 

Powiada pan, że ma pan jakiś system. Czy tak? 

- Mamy system - sprostował Stephen. - Mój przyjaciel, pan Batruel... 

background image

-  Ach  tak,  pan  Batruel...  -  powtórzył  Sam  Gripshaw,  ponownie  posyłając  Batruelowi 

badawcze  spojrzenie.  -  Domyślam  się,  że  nie  byłby  pan  skłonny  podzielić  się  ze  mną  kilkoma 

uwagami na temat tego systemu. 

- Trudno się dziwić - zauważył Stephen. 

-  Tak,  naturalnie.  Ma  pan  rację  -  przyznał  Sam  Gripshaw.  -  Chociaż  w  zasadzie  mógłby 

pan, skoro nie sposób tak dalej... 

-  Ponieważ  w  przeciwnym  razie  zrujnowalibyśmy  wasz  interes,  27  prawda?  Na  tym  nam, 

rzecz  jasna,  nie  zależy.  I  dlatego  właśnie  tu  dziś  jesteśmy.  Pan  Batruel  ma  dla  pana  pewną 

propozycję. 

- Ach tak! Bardzo proszę. Co to za propozycja? Słucham - ożywił się Gripshaw. 

Batruel wstał z fotela. 

-  Panie  Gripshaw,  prowadzi  pan  tutaj  doskonałe  przedsiębiorstwo.  Szkoda,  gdyby  straciło 

społeczne  zaufanie.  Stratę  poniosłoby  zarówno  społeczeństwo,  jak  i  pan.  Nie  muszę  tego 

podkreślać,  ponieważ,  o  ile  wiem,  powstrzymał  się  pan  od  nadania  rozgłosu  trzeciemu  trafieniu 

mego przyjaciela, pana  Tramona. Pozwolę sobie zauważyć, że postąpił pan niezwykle rozsądnie, 

sir.  Mogłoby  to  bowiem  spowodować  pewne  objawy  zniechęcenia.  Jestem  w  tym  szczęśliwym 

położeniu, że mogę panu zaproponować środki, które mogłyby wyeliminować ryzyko powtórzenia 

się podobnej sytuacji. Nie będzie to kosztować pana ani pensa. Jednakże... - Przybrał ton kuszący z 

miną artysty sięgającego po ulubiony pędzel. Sam Gripshaw wysłuchał go cierpliwie do końca. 

- Jednakże, w zamian za to... taka mała formalność. Obiecuję panu, że ani obecny tutaj nasz 

przyjaciel, pan Stephen Tramon, ani nikt inny nie będzie już korzystał z mej dalszej pomocy, że się 

tak wyrażę, w prognozowaniu... W ten sposób minie stan zagrożenia i będzie pan mógł przystąpić 

bez przeszkód do dalszego prowadzenia przedsiębiorstwa tak, jak na to zasługuje. Wyjął z kieszeni 

formularz paktu i płynnym ruchem rozpostarł go na biurku. 

Sam  Gripshaw  sięgnął  po  formularz  i  przejrzał  warunki.  Po  czym,  ku  zaskoczeniu 

Stephena, kiwnął głową niemal bez wahania. 

- Wygląda mi to na uczciwy układ - stwierdził. - Zdaję sobie sprawę, że moje położenie nie 

pozwala mi stawiać warunków. W związku z tym - podpisuję. 

Batruel uśmiechnął się uszczęśliwiony. Zrobił krok do przodu i wyciągnął z kieszeni mały 

scyzoryk. 

Po  złożeniu  podpisu  Sam  Gripshaw  owinął  przedramię  czystą  chusteczką.  Batruel  wziął 

pakt  i  cofnął  się  o  krok,  machając  delikatnie  papierem  w  celu  wysuszenia  podpisu.  Następnie 

przyjrzał mu się raz jeszcze z nie ukrywanym zadowoleniem, złożył starannie na pół i schował do 

kieszeni. 

background image

Skłonił się obu mężczyznom. Był tak przejęty, że stracił znowu poczucie czasu  - wykonał 

elegancki, dziewiętnastowieczny ukłon. - Do usług, panowie. 

I zniknął, pozostawiając po sobie jedynie ledwo wyczuwalny zapach siarki. 

Sam Gripshaw przerwał milczenie dopiero po chwili. 

- No tak, pozbyliśmy się go... Teraz nie wróci, dopóki nie zostanie przez kogoś ponownie 

wezwany - stwierdził z satysfakcją. Zwrócił się do Stephena i przyjrzał mu się bacznie. - Powiodło 

się panu, co, młody człowieku? Trzeba przyznać. Za to, że sprzedał mu pan moją duszę, bierze pan 

do  kieszeni  ponad  pół  miliona  funtów.  To  się  nazywa  mieć  głowę  do  interesów.  Żałuję,  że  nie 

przytrafiło mi się coś takiego w młodości. 

-  Nie  wygląda  na  to,  żeby  się  pan  zbytnio  tym  wszystkim  przejął  -  zauważył  Stephen  z 

wyraźną nutą ulgi w głosie. 

- Nie. Nie przejąłem się - zgodził się Sam Gripshaw. - To raczej on powinien się martwić. 

Dziwi to pana, prawda? On sam i jemu podobni siedzą w tym interesie od tysięcy lat i nadal nie 

opracowali  żadnego  systemu.  Dzisiaj  wymagana  jest  przede  wszystkim  sprawna  organizacja... 

Trzeba mieć całe przedsiębiorstwo w małym palcu, żeby wiedzieć, na czym się stoi i co jest co. Oni 

są  zdecydowanie  zbyt  staromodni.  Najwyższy  czas,  żeby  zatrudnili  jakichś  fachowców  od 

zarządzania i efektywności. 

- To prawda, nie są zbyt operatywni  - potwierdził Stephen. - Z drugiej jednak strony, jego 

potrzeby są dość nietypowe. Zresztą, w końcu dostał, czego szukał. 

- Owszem. Radzę jednak poczekać do czasu, gdy zajrzy do swojej kartoteki - jeżeli w ogóle 

wiedzą tam, w dole, co to  jest. Jak się panu wydaje, skąd wziąłem  kapitał  na rozkręcenie całego 

interesu? 

background image

POPRAWKA W CZASIE 

 

 

Po osłoniętej od wiatru stronie domu było gorąco. Pani Dolderson, która siedziała na progu 

oszklonych  drzwi  na  taras,  przesunęła  fotel  do  tyłu,  by  ukryć  w  cieniu  głowę,  nie  pozbawiając 

reszty ciała słonecznego ciepła. Odchyliła głowę na poduszkę i zapatrzyła się przed siebie. 

W tym miejscu jakby zatrzymał się czas. 

Na  skraju  trawnika  rósł  jak  zawsze  stary  cedr.  Płasko  rozpostartymi  konarami  sięgał 

zapewne nieco dalej niż wówczas, gdy była dzieckiem, ale trudno to było zauważyć: wydawał jej 

się  wtedy  równie  ogromny  jak  teraz.  Dalej  żywopłot  -  jak  zawsze  równy  i  elegancki.  Po  obu 

stronach  furtki  prowadzącej  do  zagajnika  wciąż  rosły  dwa  bliżej  nie  określone  krzewy, 

wystrzyżone na kształt ptaków: Cocky i Olly. Jakie to cudowne, że nadal tam są, mimo że pióra w 

ogonie Olly’ego nieco rozczapierzyły się z upływem czasu. 

Kwietnik  po  lewej  stronie,  przed  kępą  krzewów,  jak  zwykle  olśniewał  kolorami,  może 

nawet  bardziej  niż  kiedyś.  Wydawało  się,  że  barwy  kwiatów  stały  się  jaskrawsze,  lecz  i  tak 

prezentowały  się  wspaniale.  Natomiast  w  zaroślach  za  żywopłotem  zaszła  pewna  zmiana: 

rozmnożyły się młode drzewka, zniknęły stare. Między gałęziami prześwitywał teraz różowy dach 

sąsiadów,  których  dawniej  nie  było.  Gdyby  nie  to,  można  by  właściwie  zapomnieć  na  chwilę  o 

minionych latach życia. 

Senne popołudnie: ptaki odpoczywają, pobzykują pszczoły, delikatnie szeleszczą liście, na 

pobliskim korcie rytmicznie odbijają się piłki, od czasu do czasu jakiś głos podaje wynik meczu. 

Mogło to być każde z wielu słonecznych popołudni w ciągu tych pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu 

lat. 

Pani  Dolderson  uśmiechnęła  się  do  tego  widoku:  kochała  go  będąc  małą  dziewczynką,  a 

teraz kochała go jeszcze bardziej. 

Tu,  w  tym  domu,  przyszła  na  świat,  tutaj  wyrosła,  tu  wydano  ją  za  mąż.  Tu  wróciła  po 

śmierci ojca, wychowała dwójkę dzieci, tu się zestarzała... Wkrótce po drugiej wojnie o mało go 

nie straciła. I jest tu nadal... 

Wszystko dzięki Haroldowi. Mądry chłopak i wspaniały syn... Kiedy stało się oczywiste, że 

nie będzie w stanie sama utrzymać domu, że trzeba go będzie sprzedać, właśnie Harold przekonał 

swoją firmę, by go wykupiła. Wyjaśnił przy tym matce, że nie interesuje ich dom, lecz parcela, jak 

każdego kupca. Wprawdzie sam budynek nie przedstawia już prawie żadnej wartości, ale jest dość 

korzystnie usytuowany. Warunkiem sprzedaży było przerobienie czterech południowych pokoi na 

samodzielne  mieszkanie,  które  miało  pozostawać  do  jej  dyspozycji  aż  do  śmierci.  Resztę  domu 

background image

przebudowano na internat dla około dwudziestu młodych pracowników laboratorium i biura, które 

wybudowano od północy, na miejscu dawnej stajni i części paddocku. Pani Dolderson wiedziała, że 

pewnego  dnia  stary  dom  zostanie  rozebrany,  ale  na  razie,  póki  żyje,  dom  i  ogród  od  strony 

południowej i zachodniej mają pozostać nietknięte. Harold zapewnił ją, że nikt ich nie ruszy przez 

co najmniej piętnaście, dwadzieścia lat - czyli znacznie dłużej, niż będzie to konieczne... 

Poza  tym,  rozmyślała  spokojnie,  odejdzie  bez  większego  żalu.  W  miarę  upływu  czasu 

człowiek  staje  się  niepotrzebny.  Teraz  zaś,  kiedy  musi  poruszać  się  w  fotelu  inwalidzkim,  jest 

ciężarem dla innych. Miała wrażenie, że nie należy już do tego świata, że jest tu obca. Tyle rzeczy 

się  zmieniło.  Najpierw  zaczęła  mieć  trudności  z  jego  zrozumieniem,  a  potem  życie  stało  się  tak 

skomplikowane,  że  przestała  podejmować  próby,  by  je  zrozumieć.  Nic  dziwnego,  pomyślała,  że 

ludzie  starzy  wykazują  taką  zaborczość  wobec  rzeczy;  trzymają  się  kurczowo  przedmiotów 

łączących ich ze światem, który potrafili pojąć... 

Harold to kochany chłopiec i ze względu na niego starała się nie popełniać głupstw. Często 

jednak okazywało się to trudne... Na przykład dzisiaj, podczas lunchu. Był taki podniecony jakimś 

eksperymentem,  który  mają  przeprowadzić  po  południu.  Nie  potrafił  się  powstrzymać,  by  o  tym 

bez  przerwy  nie  mówić,  chociaż  musiał  przecież  wiedzieć,  że  wszystko  to  jest  dla  niej  zupełnie 

niezrozumiałe.  O  ile  mogła  się  zorientować,  znowu  opowiadał  coś  o  wymiarach,  ale  tylko  mu 

potakiwała,  bynajmniej  nie  próbując  zgłębić  problemu.  Gdy  ostatnio  poruszył  ten  temat, 

napomknęła, że za czasów jej młodości istniały tylko trzy wymiary i że nie bardzo sobie wyobraża, 

aby  przy  całym  tym  postępie  można  było  do  tego  coś  jeszcze  dodać.  Tą  uwagą  sprowokowała 

wykład  na  temat  matematycznego  podejścia  do  świata,  które  umożliwia  dostrzeganie  całej  serii 

wymiarów.  Zdaje  się,  że  nawet  moment  istnienia  względem  czasu  stanowić  ma  pewien  rodzaj 

wymiaru. Z filozoficznego punktu widzenia, zaczął wyjaśniać - ...lecz pani Dolderson natychmiast 

się  zgubiła.  Wywołał  jej  tylko  zamęt  w  głowie.  Była  przekonana,  że  w  czasach  jej  młodości 

filozofia, matematyka i  metafizyka stanowiły  odrębne nauki.  Tymczasem  dzisiaj  zdają się one  w 

niepojęty sposób podążać tym samym torem. Słuchała więc tym razem w milczeniu, wydając tylko 

zachęcające  pomruki,  aż  w  końcu  Harold  uśmiechnął  się  posępnie  i  powiedział,  że  jest  bardzo 

kochana, wysłuchując go tak cierpliwie. Następnie wstał od stołu, podszedł do matki i kładąc rękę 

na  jej  dłoni  pocałował  ją  delikatnie  w  policzek,  a  ona  życzyła  mu  powodzenia  w  tajemniczym 

doświadczeniu. Potem weszła Jenny, żeby posprzątać ze stołu i przewieźć panią Dolderson bliżej 

okna... 

Rozleniwiające  poobiednie  słońce  wprawiło  ją  wkrótce  w  stan  pół  snu,  pół  jawy  i 

przeniosło pięćdziesiąt lat wstecz, kiedy to podobnego popołudnia, siedząc przy tym samym oknie 

background image

- oczywiście fotel inwalidzki był wtedy nie do pomyślenia - czekała na Artura... Z bijącym sercem 

czekała na Artura... który już nigdy się nie zjawił... 

Jakże  dziwnie  potoczyły  się  zdarzenia.  Gdyby  Artur  zjawił  się  owego  dnia,  prawie  na 

pewno  wyszłaby  za  niego.  Wówczas  Harold  i  Cynthia  nigdy  by  się  nie  urodzili.  Miałaby, 

oczywiście,  jakieś  dzieci,  ale  nie  byłby  to  Harold  ani  Cynthia...  Cóż  za  dziwna  przypadkowość 

rządzi  istnieniem...  Wystarczy,  że  kobieta  powie  “nie”  jednemu,  a  “tak”  innemu  mężczyźnie,  by 

powołać do życia potencjalnego mordercę... Jakimi głupcami są ci współcześni. Próbują wszystko 

uporządkować,  uczynić  życie  bezpiecznym,  a  przecież  za  nimi,  w  przeszłości  każdego  z  nich, 

ciągnie  się  usiany  przypadkami  łańcuch  kobiet,  które  kiedyś  powiedziały  “tak”  albo  “nie”,  w 

zależności od zwykłego kaprysu... 

Ciekawe, że właśnie teraz naszły ją wspomnienia o Arturze. Przez całe lata zupełnie o nim 

nie  myślała...    Była  wtedy  absolutnie  przekonana,  że  oświadczy  się  jej  owego  popołudnia.  Nie 

miała pojęcia o istnieniu jakiegoś Colina Doldersona. I gotowa była się zgodzić. O tak, z pewnością 

przyjęłaby te oświadczyny. 

Nie  było  żadnych  wyjaśnień.  Nigdy  się  nie  dowiedziała,  dlaczego  nie  zjawił  się  ani  tego 

dnia, ani nigdy potem. Nigdy do niej nie napisał. Mniej więcej po dwóch tygodniach nadszedł dość 

oschły list od jego matki, z którego wynikało, że Artur zachorował i lekarze zalecili mu wyjazd za 

granicę. Nic ponadto, aż do dnia, w którym natknęła się w jakiejś gazecie na jego nazwisko, ponad 

dwa lata później... 

Oczywiście czuła złość - dziewczyna ma przecież swoją godność - i przez jakiś czas było 

jej przykro. Skąd mogła wiedzieć, że w końcu wyjdzie jej to na dobre? Czy kochałaby jego dzieci 

tak samo? Czy byłyby równie dobre i mądre jak Harold i Cynthia? 

Co za nieskończona ilość możliwości... Wszystkie te geny i inne rzeczy, o których tyle się 

dzisiaj mówi... 

 

Ucichły  odgłosy  gry  w  tenisa.  Gracze  zapewne  odeszli  do  swoich  tajemniczych  zajęć. 

Pszczoły  wciąż  pracowicie  brzęczały  wśród  kwiatów.  Przyleciało  kilka  motyli;  poruszały  się  w 

powietrzu  po  dyletancku,  ociężale.  Drzewa  w  oddali  drżały  w  nasilającym  się  upale.  Senność 

popołudnia działała tak nieodparcie, że pani Dolderson w końcu jej się poddała. Oparła głowę na 

poduszkach,  nie  zwracając  właściwie  uwagi  na  ledwo  słyszalny  szum,  w  tonie  nieznacznie 

wyższym  niż  brzęczenie  pszczół,  który  wprawdzie  nasilał  się,  lecz  nie  był  na  tyle  głośny,  by 

wywołać jej niepokój. Powieki opadły jej same. 

Naraz, w odległości kilku metrów, lecz poza zasięgiem wzroku, pani Dolderson usłyszała 

kroki. Rozległy się tak nagle, jakby ktoś zszedł z trawnika na ścieżkę. Wówczas jednak widziałaby 

background image

kogoś  na  trawniku...  Jednocześnie  usłyszała  męski  głos,  brzmiący  pogodnie,  ale  niezbyt  głośno. 

Śpiew rozległ się równie nagle, właściwie w pół słowa: 

“...scy robią tak, robią tak...” 

Piosenka urwała się raptownie. Kroki także ucichły. 

Pani Dolderson miała teraz oczy otwarte, otwarte bardzo szeroko. Zacisnęła kościste pałce 

na poręczach fotela. Przypomniała sobie tę melodię. Co więcej, bez wątpienia znała także ten głos. 

Po tylu latach... Co za idiotyczny sen, oburzyła się w duchu... Wspominała go zaledwie na moment 

przed zamknięciem oczu...   

A  jednak  to  wcale  nie  przypominało  snu...  Wszystko  było  wyraźne,  czyste,  znajome  i 

logiczne... Pod palcami czuła przecież twardość poręczy fotela... 

Przyszło jej do głowy, że umarła. To mogłoby wyjaśniać, dlaczego ten stan nie przypominał 

zwyczajnego snu. Zapewne umarła cichą śmiercią, siedząc spokojnie w promieniach słońca. Doktor 

uprzedzał, że może się to zdarzyć całkiem niespodziewanie... I tak się właśnie stało! Przez krótką 

chwilę  doznała  uczucia  ulgi.  Nie  dlatego,  że  lękała  się  śmierci,  lecz  dlatego,  że  spodziewała  się 

cierpienia. A więc już po wszystkim, nic nie bolało. Po prostu zapada się w sen. Poczuła się nagle 

szczęśliwa, a nawet uradowana...Tylko dlaczego wciąż jest przykuta do tego fotela?... 

Zazgrzytał żwir pod stopami i rozległ się zdumiony głos: 

- A to ci heca! Cuda-niewidy! Co to się u licha wyprawia? 

Pani Dolderson zamarła w fotelu. Nie miała już żadnych wątpliwości, czyj to głos. 

Cisza. Stopy poruszyły się znowu, niezdecydowanie. Zabrzmiały kroki. Zbliżały się powoli, 

niepewnie.  W  polu  jej  widzenia  ukazał  się  młody  człowiek.  Och,  wyglądał  tak  młodo!  Poczuła 

lekki ucisk w sercu... 

Miał  na  sobie  blezer  w  prążki  i  białe  flanelowe  spodnie,  na  szyi  jedwabną  apaszkę,  a  na 

głowie  zsunięty  do  tyłu  słomkowy  kapelusz  z  kolorową  wstążką.  Ręce  trzymał  w  kieszeniach 

spodni, pod lewym ramieniem ściskał rakietę tenisową. 

Najpierw  ujrzała  profil,  niezbyt  korzystny,  ponieważ  na  twarzy  mężczyzny  malowało  się 

zdumienie: stał z otwartymi ustami wpatrując się w jeden z różowych dachów, prześwitujący przez 

gałęzie drzew. 

- Arturze - powiedziała pani Dolderson z cicha.   

Przestraszył się. Rakieta wyślizgnęła mu się spod ramienia i zadudniła na ścieżce. Próbował 

ją podnieść, zdjąć kapelusz i jednocześnie zapanować nad sobą: z niewielkim powodzeniem. Kiedy 

się wyprostował, twarz miał różową i wciąż zakłopotaną. 

Patrzył  na  staruszkę  siedzącą  w  fotelu,  okrytą  pledem,  na  jej  szczupłe,  delikatne  dłonie, 

palce  zaciśnięte  na  poręczach  fotela.  Sięgnął  spojrzeniem  poza  nią,  w  głąb  pokoju.  To,  co  tam 

background image

ujrzał,  wzmogło  jego  niepokój.  W  oczach  pojawił  się  lęk.  Skierował  wzrok  z  powrotem  na 

staruszkę. Przyglądała mu się z napiętą uwagą. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek ją spotkał. 

Nie miał pojęcia, kim była... Mimo to jej    spojrzenie wydało mu się znajome. 

Spuściła  wzrok  na  swoją  prawą  dłoń.  Przyglądała  się  jej  przez  chwilę,  jakby  nieco 

zdziwiona, po czym znowu zajrzała mu w oczy.   

- Nie poznajesz mnie, Arturze? - zapytała. 

W  jej  głosie  zabrzmiała  nuta  smutku,  w  której  wyczytał  zawód  i  wymówkę.  Za  wszelką 

cenę usiłował wziąć się w garść. 

- Oba... obawiam się, że nie - wyznał. - Proszę pani...ja... pani... - Zająknął się, ale ciągnął 

dalej, zdesperowany. - Zdaje mi się, że jest pani ciotką Thelmy... panny Kilder. 

Przez dłuższą chwilę patrzyła na niego z powagą. Nie zrozumiał jej spojrzenia, ale wkrótce 

pospieszyła z wyjaśnieniem: 

- Nie. Nie jestem ciotką Thelmy. 

Raz  jeszcze  powędrował  wzrokiem  w  głąb  pokoju.  Tym  razem  potrząsnął  głową  z 

niedowierzaniem. 

-  Wszystko  jest  jakieś  inne,  chociaż  niezupełnie  -  stwierdził  strapionym  tonem.  -  Nie 

wszedłem chyba do cudzego...? - przerwał i odwrócił się, aby ponownie zlustrować ogród. - Nie, z 

pewnością nie - upewnił się stanowczo. - Ale co... co się stało? 

Nie był już zdumiony - był wstrząśnięty. Znowu skierował na panią Dolderson przerażone 

spojrzenie. 

- Doprawdy... nie rozumiem... Skąd mnie pani zna? - dopytywał się.   

Zaniepokojona jego rosnącą rozpaczą odpowiedziała ostrożnie: 

- Poznaję cię, Arturze. Poznaliśmy się kiedyś. 

- Naprawdę? Niestety, nie przypominam sobie... Bardzo mi przykro. 

- Źle wyglądasz, Arturze. Przysuń sobie krzesło i usiądź tu na chwilę. 

- Dziękuję pani... pani...? 

- Dolderson - uzupełniła. 

-  Dziękuję,  pani  Dolderson  -  odparł  i  zmarszczył  czoło,  usiłując  przypomnieć  sobie 

nazwisko. 

Patrzyła,  jak  przysuwa  krzesło.  Znała  każdy  jego  gest,  każdy  szczegół  twarzy,  nawet  ten 

niesforny  kosmyk,  który  zawsze  opadał  mu  na  czoło,  kiedy  się  pochylał.  Usiadł  i  milczał  przez 

jakiś czas, spoglądając spod zmarszczonych brwi na ogród. 

Pani Dolderson również milczała. Była niewiele mniej zdziwiona niż on, chociaż tego nie 

okazywała. Przypuszczenie, że umarła, okazało się całkowicie niedorzeczne. Siedziała jak zwykle 

background image

w fotelu, wciąż bolał ją krzyż, nadal potrafiła ścisnąć poręcze i poczuć je pod palcami. Nie śniła 

jednak: wszystko było zbyt namacalne, zbyt materialne, znacznie    bardziej realne niż to, co jawi 

się w snach... I zbyt sensowne - gdyby ten młodzieniec nie był Arturem. 

A może to po prostu jakieś przywidzenie? Jakiś żart wyobraźni, która nadała twarz Artura 

innemu mężczyźnie? 

Zerknęła  na  niego.  Nie,  to  niemożliwe,  przecież  zareagował  na  imię  Artur.  To  bez 

wątpienia Artur... ma na sobie blezer Artura... Dzisiaj blezery mają zupełnie inny krój. Poza tym od 

lat nie widziała mężczyzny w słomkowym kapeluszu... 

Może więc duch?... Ależ nie... Był przecież całkiem materialny: kiedy siadał, zaskrzypiało 

krzesło,  i  ten  żwir,  który  chrzęścił  pod  jego  butami...  Zresztą,  kto  widział  ducha  pod  postacią 

bezgranicznie zdumionego młodzieńca, który w dodatku zaciął się przy goleniu...? 

Przerwał jej rozmyślania odwracając ku niej głowę. 

- Spodziewałem się zastać tu Thelmę - wyjaśnił. - Mówiła, że tu będzie. Czy może mi pani 

powiedzieć, gdzie ona jest? 

Mały,  przestraszony  chłopiec,  pomyślała.  Należało  go  pocieszyć,  zamiast  straszyć  dalej. 

Nie potrafiła jednak wymyślić niczego oprócz zapewnienia: 

- Thelma jest niedaleko. 

- Koniecznie muszę ją odnaleźć. Ona na pewno mi wytłumaczy, co się tu stało. 

Poruszył się, żeby wstać. 

Położyła mu dłoń na ramieniu, próbując go powstrzymać. 

- Zaczekaj - poprosiła. - Jak sądzisz, co mogło się wydarzyć? Co cię tak zaniepokoiło? 

- Wszystko. - Zatoczył ręką szeroki łuk, obejmując całą okolicę. - Wszystko się zmieniło... 

chociaż wygląda tak samo... Mam wrażenie, że dostałem lekkiego pomieszania zmysłów.   

Zmierzyła go poważnym spojrzeniem i pokręciła głową. 

- Chyba nie masz racji. Powiedz mi, proszę, co się tu zmieniło. 

-  Przyszedłem  zagrać  w  tenisa...  Chociaż  tak  naprawdę  chciałem  spotkać  się  z  Thelma  - 

poprawił się. - Wszystko było w porządku... jak zwykle. Wjechałem przez główną bramę, oparłem 

rower o duży świerk i ruszyłem ścieżką w kierunku domu. Kiedy jednak dotarłem do rogu domu, 

zaczęło się dziać coś dziwnego... 

- Co takiego? - zapytała pani Dolderson. - Co dziwnego się stało?    - No, prawie wszystko. 

Wydawało mi się, że drgnęło słońce. Drzewa zrobiły się nagle wyższe i inne niż przedtem. Kwiaty 

na tamtym klombie zmieniły kolor. Pnącze, które wcześniej zakrywało całą ścianę, jest o połowę 

niższe... Poza tym wygląda na jakiś inny gatunek. No i wreszcie tamte domy. Nigdy ich przedtem 

nie widziałem... Za krzakami rozciągało się zawsze puste pole. Nawet żwir na ścieżce jest bardziej 

background image

żółty, niż myślałem. I wreszcie pokój... Wprawdzie ten sam, bo znam to biurko, kominek... te dwa 

obrazy.  Ale  tapeta  jest  zupełnie  inna.  Nigdy  jej  tu  nie  było...  W  dodatku  wcale  nie  jest  nowa. 

Proszę mi powiedzieć, gdzie jest Thelma... Chcę, żeby mi to wyjaśniła... Ja chyba zwariowałem... 

Stanowczym gestem położyła rękę na jego dłoni. 

- Nie ma obawy - stwierdziła zdecydowanym tonem. - Jestem przekonana, że cokolwiek tu 

zaszło, jest pan przy zdrowych zmysłach. 

-  No  to  co  się...  -  zamilkł  gwałtownie  i  przechylił  głowę  nadstawiając  ucha.  Dźwięk,  w 

który się wsłuchiwał, przybierał na sile. - Co to jest? - zapytał z niepokojem. 

Pani Dolderson wzmocniła uścisk. 

- Wszystko w porządku - pocieszała go tak, jak uspokaja się dziecko. - Nie bój się, Arturze. 

Czuła,  jak  jego  mięśnie  tężeją  w  miarę  narastania  huku,  który  przetoczył  się  nad  ich 

głowami  na  wysokości  niespełna  trzystu  metrów.  Ryk  silników  pozostawił  za  sobą  rozedrgane 

powietrze, które dudniło jeszcze przez chwilę, aż ucichło na dobre. 

Artur  dostrzegł  oddalający  się  samolot.  Gdy  zwrócił  się  w  stronę  pani  Dolderson,  twarz 

miał bladą i przerażoną. Odezwał się nieswoim głosem. 

- Co... co to było? 

Odpowiedziała łagodnie, jakby chciała wymóc na nim spokój. 

- To tylko samolot, Arturze. Takie są straszne i hałaśliwe.   

Wpatrując się w miejsce, gdzie zniknął samolot, Artur potrząsnął głową. 

- Widziałem i słyszałem samolot. Wcale tak nie wygląda. Wydaje dźwięk przypominający 

motocykl,  tylko  głośniejszy.  A  to  było  coś  potwornego.  Nie  rozumiem...  nie  rozumiem,  co  się 

dzieje - powtarzał żałośnie. 

Pani Dolderson chciała jeszcze coś powiedzieć, ale powstrzymała się, przypominając sobie 

nagle,  jak  Harold  mówił  o  różnych  wymiarach,  o  ich  przemieszczeniach  na  inne  płaszczyzny,  o 

tym,  że  czas  to  jakby  jeszcze  jeden  wymiar...  Pod  wpływem  jakiegoś  przebłysku  intuicji 

zrozumiała...  Nie,  zrozumiała  to  słowo  zbyt  mocne...  Raczej  sobie    uświadomiła.  Ale  mimo  tej 

świadomości  czuła  się  zagubiona.  Zerknęła  ponownie  na  młodzieńca.  Był  nadal  spięty  i  lekko 

drżał. Zastanawiała się, czy rzeczywiście traci zmysły. Musi go wyrwać z tego stanu. Nie sposób 

przeprowadzić tego łagodnie. Ale jak wybrać najmniej brutalny sposób? 

- Posłuchaj, Arturze - zaczęła.   

Zwrócił na nią nieobecne spojrzenie.   

Rozmyślnie przybrała energiczny ton. 

- W szafce znajdziesz butelkę koniaku. Przynieś ją, proszę... I dwa kieliszki - zaordynowała. 

background image

Posłuchał i oddalił się krokiem lunatyka. Nalała mu jedną trzecią kieliszka, sobie zaś tylko 

odrobinę. 

-  Wypij  -  poleciła.  Artur  zawahał  się.  -  No,  śmiało.  Przeżyłeś  szok.  To  ci  dobrze  zrobi. 

Chciałabym z tobą pomówić, ale nie mogę, póki jesteś taki ogłupiały. 

Wypił, zakasłał i usiadł na krześle. 

- Do dna. - A kiedy opróżnił kieliszek, zapytała: - Lepiej?   

Skinął  głową  w  milczeniu.  Podjęła  już  decyzję  i  ostrożnie  nabrała  powietrza  w  płuca. 

Przybrała teraz łagodny ton. 

- Powiedz mi, Arturze, jaką mamy dzisiaj datę? 

- Dzisiaj? - zdziwił się. - Piątek, oczywiście. To znaczy, 27 czerwca. 

- Chodzi mi o rok, Arturze. Który rok?   

Spojrzał jej w oczy. 

- Ja naprawdę jeszcze nie zwariowałem, proszę pani. Chyba wiem, jak się nazywam i gdzie 

jestem... To raczej rzeczy zwariowały, nie ja. I mogę panią zapewnić, że... 

- Chcę, żebyś mi powiedział, który mamy rok, Arturze - zażądała, znowu apodyktycznie. 

Nie spuszczał z niej oka. 

- 1913, oczywiście - odparł. 

Pani  Dolderson  spuściła  wzrok  na  trawnik  i  kwiaty.  Pokiwała  głową.  Tak,  dokładnie  ten 

rok... To było w piątek. Ciekawe, że zapamiętała. Równie dobrze mógł to być 27 czerwca... Ale na 

pewno to właśnie w piątek, latem 1913 roku Artur nie zjawił się... Tak dawno, tak bardzo dawno 

temu... 

Z zamyślenia wyrwał ją jego głos, drżący z niepokoju.     

- Dlaczego... dlaczego pyta pani o... o rok? 

Brwi miał ściągnięte, oczy pełne lęku. Był bardzo młody. Serce pani Dolderson ścisnęło się 

z żalu. Znowu położyła swoją kruchą dłoń na jego silnej ręce. 

- Zaraz... Wydaje mi się, że wiem - wymamrotał. - To chyba... nie wiem, jak to możliwe... 

Ale  nie  pytałaby  pani,  gdyby...  Stąd  ta  niezwykłość,  prawda?  Bo  to  już  nie  jest  dziewięćset 

trzynasty...  Czy  o  to  chodzi?  -  Drzewa  takie  wysokie...  samolot...  -  zamilkł,  wpatrując  się  w  nią 

szeroko  otwartymi  oczyma.  -  Musi  mi  pani  powiedzieć...  Proszę,  bardzo  proszę...  Co  się  ze  mną 

stało? Gdzie ja jestem? Gdzie jest ten...? 

- Mój ty biedaku... - szepnęła pani Dolderson. 

- Błagam panią!... 

Za  oparciem  fotela  miała  “The  Times”  z  rozwiązaną  do  połowy  krzyżówką.  Sięgnęła  po 

gazetę niezbyt chętnie, złożyła ją i podała Arturowi. Artur wyciągnął drżącą rękę. 

background image

- Londyn, poniedziałek, l lipca - przeczytał, a potem dalej, szeptem pełnym niedowierzania: 

- 1963. 

Opuścił gazetę i posłał pani Dolderson błagalne spojrzenie. 

Powoli pokiwała głową. 

Siedząc bez słowa, wpatrywali się w siebie nawzajem. Stopniowo wyraz jego twarzy uległ 

zmianie. Ściągnął brwi, jakby pod wpływem nagłego bólu. Rozejrzał się nerwowo, wodząc wokół 

spłoszonym  wzrokiem,  jakby  szukał  ucieczki.  Wreszcie  zwrócił  się  ku  niej.  Zacisnął  na  moment 

powieki i zaraz je otworzył. Ujrzała w nich ból... i lęk. 

- Och, nie... nie! Nie! To nie pani... Pani nie może być przecież... Powiedziała pani, że... że 

nazywa  się  Dolderson,  prawda?...  Powiedziała  pani,  że  jest...  Pani  nie  jest...  nie  może  być... 

Thelmą? 

Nie odezwała się. Patrzyli na siebie. Wykrzywił twarz jak dziecko. 

- O Boże! - krzyknął i ukrył twarz w dłoniach. 

Pani Dolderson opuściła powieki. Kiedy je podniosła, znowu nad sobą panowała. Spojrzała 

ze  smutkiem  na  wstrząsane  łkaniem  ramiona.  Podniosła  ku  pochylonej  głowie  szczupłą, 

poznaczoną niebieskimi żyłkami dłoń i delikatnie pogładziła jasne włosy. 

Prawą  dłonią  odszukała  przycisk  dzwonka  na  stole.  Przycisnęła  mocno  i  nie  odrywała 

palca... 

Otworzyła oczy na odgłos krzątaniny. Mimo spuszczonych żaluzji do pokoju przedostawało 

się dość światła, by mogła rozpoznać Harolda, który stał przy jej łóżku. 

- Nie chciałem cię zbudzić, mamo - powiedział. 

-  Wcale  mnie  nie  zbudziłeś,  Haroldzie.  Miałam  sen,  ale  nie  spałam.  Usiądź  tu  przy  mnie, 

kochanie. Chcę ci coś powiedzieć. 

- Nie wolno ci się męczyć, mamo. Straciłaś na chwilę przytomność. 

- Chyba tak, ale wolę wiedzieć, niż gubić się w domysłach. To nie potrwa długo. 

- Dobrze więc. Słucham. - Przysunął krzesło do łóżka, usiadł i wziął ją za rękę. W mroku 

odszukała jego oczy. 

- To twoje dzieło, Haroldzie, prawda? Twój eksperyment sprowadził tutaj biednego Artura, 

tak? 

- To zupełny przypadek, mamo. 

- Opowiedz mi o tym. 

-  Przeprowadzaliśmy  próbę.  Tak  zwaną  próbę  wstępną.  Wiedzieliśmy,  że  teoretycznie 

istnieje  taka  ewentualność.  Dowiedliśmy,  że  gdyby  można  było...  Och,  to  tak  trudno  wyrazić 

słowami.  Gdyby  dało  się,  no...  wygiąć  wymiar,  zwinąć  go  jakby  z  powrotem,  to  dwa  punkty  w 

background image

normalnej  sytuacji  oddalone  od  siebie  muszą  się  zbiec...  Obawiam  się,  że  nie  wyrażam  się  zbyt 

jasno... 

- Nie szkodzi, synku. Mów dalej. 

-  No  więc,  kiedy  generator  zagięcia  pola  był  już  gotów,  nastawiliśmy  go  na  połączenie 

dwóch  punktów,  które  normalnie  dzieli  okres  pięćdziesięciu  lat.  Wyobraź  sobie  długi  pasek 

papieru, na którym zaznaczono dwa punkty, i te dwa punkty zostają nałożone na siebie. 

- Tak. I co dalej? 

- To był  przypadek. Mogliśmy wybrać okres  od dziesięciu  do stu lat; zdecydowaliśmy się 

na pięćdziesiąt.  Uzyskaliśmy zadziwiająco duże  zbliżenie, niezwykle duże. Skala błędu wynosiła 

cztery dni na pięćdziesiąt lat. To nas zdumiało. Musimy teraz znaleźć tylko źródło tego błędu, ale 

dam głowę, że... 

- Tak, mój drogi. Nie wątpię, że to było wspaniałe doświadczenie. Ale powiedz mi, co się 

stało? 

-  Ach,  przepraszam.  No  więc,  jak  już  mówiłem,  był  to  zupełny  przypadek.  Włączyliśmy 

aparaturę najwyżej na trzy do czterech minut... 

I  właśnie  wtedy  musiał  wtargnąć  w  pole  koincydencji  pasażer  na  gapę...  Szansa  jedna  na 

milion. Żałuję, że tak się stało, ale w żaden sposób nie mogliśmy przewidzieć...   

Odwróciła głowę na poduszce. 

- Tak. Tego nie można było przewidzieć - przyznała. - I co dalej? 

-  Właściwie  już  nic.  Nie  wiedzieliśmy  o  niczym,  dopóki  Jenny  nie  usłyszała  twojego 

dzwonka. Znalazła cię omdlałą i  tego jegomościa Artura, który był  zupełnie roztrzęsiony. Wtedy 

posłała po mnie. Jedna z dziewcząt pomogła przenieść cię na łóżko. Przyjechał doktor Sole, zbadał 

cię, a temu Arturowi zaaplikował coś na uspokojenie. Zasłużył sobie, biedak... Niezła przygoda dla 

kogoś,  kto  szykował  się  tylko  na  partię  tenisa  z  dziewczyną.  Kiedy  już  doszedł  do  siebie, 

powiedział nam, kim jest i skąd się wziął. A to ci prezent. Przypadkowy, żywy i niezbity dowód, i 

to za pierwszym podejściem. 

Jedynym  jego  życzeniem  było  wrócić  jak  najszybciej  tam,  skąd  przyszedł.  Bardzo  był 

nieszczęśliwy... Przykra sprawa. Doktor Sole od razu chciał mu dać jakiś środek nasenny, bo był na 

dobrej  drodze,  żeby  zupełnie  się  rozkleić,  i  w  dodatku  nic  nie  wskazywało  na  to,  że  będzie  w 

lepszej formie po przebudzeniu. Nie wiedzieliśmy zresztą, czy uda nam się odesłać go z powrotem. 

Transferencję  “do  przodu”  można  w  uproszczeniu  określić  jako  nieskończone  przyspieszenie 

progresji  naturalnej.  Natomiast  transferencja  “do  tyłu”  powoduje  mnóstwo  wielce  niepokojących 

implikacji. Doszło do ostrej wymiany zdań, ale na szczęście doktor Sole zażegnał spór. Stwierdził, 

że  jeżeli  istnieje  jakakolwiek  szansa,  to  ten  człowiek  ma  prawo  z  niej  skorzystać,  i  że  naszym 

background image

obowiązkiem jest dołożenie wszelkich starań, by odwrócić to, cośmy z nim zrobili. W przeciwnym 

razie na pewno będziemy musieli się przed kimś tłumaczyć, skąd wzięliśmy takiego czubka, i to 

sprzed pięćdziesięciu lat. Staraliśmy się wyjaśnić Arturowi, że nie mamy pewności, czy damy radę 

przeprowadzić to samo w przeciwnym kierunku, a poza tym, z powodu tego czterodniowego błędu, 

nawet  w  najlepszym  razie  operacja  będzie  niedokładna.  Wątpię,  żeby  to  pojął.  Biedak,  był 

naprawdę w opłakanym  stanie. Pragnął  tylko  mieć szansę, jakąkolwiek szansę na wydostanie się 

stąd. Tylko to miał w głowie. 

W końcu więc zdecydowaliśmy się zaryzykować. Przecież gdyby się nie udało... No cóż, on 

by się o tym nie dowiedział... Albo nic w ogóle by się nie stało. 

Generator  był  nadal  nastawiony  na  te  same  parametry.  Postawiliśmy    jednego  człowieka 

przy aparaturze i zaprowadziliśmy Artura z powrotem na ścieżkę. Kazaliśmy mu iść przed siebie, 

tak  jak  szedł  w  momencie,  gdy  to  się  stało.  Daliśmy  znak  do  rozpoczęcia  operacji.  Środek 

uspokajający i inne przeżycia sprawiły, że był nieźle oszołomiony, ale próbował wziąć się w garść. 

Ruszył  przed  siebie  niepewnym  krokiem.  Pedantyczny  umysł:  był  bliski  płaczu,  a  mimo  to 

drżącym głosem usiłował śpiewać: “Wszyscy robią tak, wszyscy...”. I wtedy zniknął... jakby zapadł 

się pod ziemię. - Harold zamilkł, po czym uzupełnił z żalem:  - Dowody, jakie mamy w ręce, nie 

wydają się zbyt przekonywające: rakieta tenisowa, prawie nie używana, ale stary model, i kapelusz 

słomkowy.   

Pani Dolderson leżała bez słowa, Harold więc znowu przerwał milczenie. 

- Zrobiliśmy co w naszej mocy, mamo. Mogliśmy tylko próbować. 

-  Ależ  tak,  mój  drogi.  I  to  wam  się  z  pewnością  udało.  To  nie  wasza  wina,  że  nie 

potrafiliście  naprawić  tego,  co  się  stało...  Zastanawiam  się  tylko,  co  by  się  stało,  gdybyście 

uruchomili tę waszą aparaturę kilka minut wcześniej... lub później. Ale nie sądzę, żeby coś takiego 

było możliwe... Gdyby bowiem... Nigdy nie przyszedłbyś na świat. 

Spojrzał na nią zaniepokojony. 

- Co chcesz przez to powiedzieć, mamo? 

-  Nic  ważnego,  synku.  Chyba  rzeczywiście,  jak  słusznie  powiedziałeś,  był  to  zupełny 

przypadek... Chociaż widząc, jak wiele ważnych spraw bywa dziełem przypadku, mam wrażenie, 

że jest to wszystko gdzieś zapisane... 

Harold patrzył na matkę, nie pojmując, o co jej chodzi. W końcu zapytał:   

- Ale na jakiej podstawie przypuszczasz, że wysłaliśmy go z powrotem? 

- Och, ja po prostu wiem, że się wam udało. Przede wszystkim doskonale pamiętam dzień, 

w  którym  przeczytałam  w  gazecie,  że  porucznik  Artur  Waring  Batley  został  odznaczony 

background image

medalem... To musiał być listopad dziewięćset trzynastego. A po drugie, właśnie dostałam list od 

twojej siostry. 

- Od Cynthii? A cóż ona ma z tym wspólnego? 

- Zamierza nas odwiedzić. Postanowiła ponownie wyjść za mąż i chciała przedstawić pana 

młodego... No, może nie tak bardzo młodego... 

- Doskonale, ale nie rozumiem... 

- Cynthia sądzi, że go polubisz. Jest fizykiem. 

- Ale... 

Pani Dolderson nie pozwoliła sobie przerwać. 

-  Jej  wybraniec  nosi  nazwisko  Batley.  Jest  synem  pewnego  pułkownika  Artura  Batleya  z 

Nairobi w Kenii. 

- Chcesz powiedzieć, że to syn tego...? 

-  Na  to  wygląda,  mój  drogi.  Trzeba  przyznać,  że  jeżeli  te  sprawy  są  rzeczywiście  gdzieś 

zapisane, to jest to zapis bardzo zagmatwany. Niezwykłe, prawda? 

background image

POSZUKIWANIE 

 

 

Zgrzyt  żwiru  pod  kołami  zatrzymującego  się  samochodu  sprawił,  że  doktor  Harshom 

spojrzał na zegarek. Zamknął notes, w którym coś pisał, włożył go do szuflady biurka i czekał. Po 

chwili Stephens otworzył drzwi, by zaanonsować gościa. 

- Pan Trafford, sir. 

Doktor  podniósł  się  z  krzesła  i  skierował  wzrok  na  młodego  człowieka,  który  wszedł  do 

pokoju.  Colin  Trafford  był  mężczyzną  o  przyjemnej  powierzchowności,  lat  około  trzydziestu,  o 

lekko  falujących,  ciemnych  włosach.  Gładko  ogolony,  miał  na  sobie  dobrze  skrojony  tweedowy 

garnitur i buty w odpowiednim kolorze. W jego dość sympatycznym wyglądzie nie było właściwie 

niczego szczególnego. Bez trudu można by spotkać w ciągu dnia trzydziestu do czterdziestu jemu 

podobnych.  Przyglądając  się  jednak  uważniej,  doktor  zauważył  pewne  oznaki  zmęczenia,  ślady 

niepokoju w wyrazie jego twarzy i wokół oczu, a także zacięte w uporze usta. 

Podali sobie dłonie. 

- Ma pan zapewne za sobą długą podróż - zagaił doktor. - Myślę, że chętnie się pan czegoś 

napije. Obiad będzie dopiero za pół godziny. 

Mężczyzna przyjął propozycję i usiadł. Po chwili odezwał się: 

- Jestem panu bardzo zobowiązany za zaproszenie, doktorze. 

-  Zrobiłem  to  nie  tylko  z  pobudek  altruistycznych  -  odparł  doktor.  -  Lepiej  się  rozmawia, 

niż koresponduje. Poza tym, jako człowiek dociekliwy, który niedawno przeszedł  na emeryturę i 

porzucił  niezwykle  monotonną  praktykę  na  prowincji,  ilekroć  trafię,  co  nie  zdarza  się  często,  na 

jakiś zagadkowy trop, powodowany ciekawością nie potrafię się odeń oderwać. - Doktor usiadł. 

- Zagadkowy trop? - powtórzył Trafford. 

  - Owszem, zagadkowy - przytaknął jego rozmówca. 

Młody człowiek sączył whisky. 

-  Moje  pytania  nie  wykraczają  poza  to,  czego  próbowałby  się  dowiedzieć  każdy...  każdy 

prawnik - zauważył. 

- Ale nie jest pan prawnikiem. 

- Nie - potwierdził Colin Trafford. - Nie jestem. 

- Ma pan jednak jakieś niezwykle istotne powody, aby prowadzić swoje  dochodzenie. Oto 

więc  zagadka.  Jaka  nagląca,  czy  też  raczej  nie  nagląca  potrzeba  skłania  pana  do  zbierania 

informacji  o  osobie,  której  istnienia  nie  jest  pan  właściwie  pewien...  i  o  której  nic  nie  wiedzą  w 

Somerset House? 

background image

Młody człowiek z coraz większą uwagą przyglądał się doktorowi, który mówił dalej: 

-  Skąd  o  tym  wiem?  Ponieważ  z  pewnością  zacząłby  pan  od  Somerset  House.  Gdyby 

znalazł  pan  tam  metrykę,  nie  poszedłby  pan  w  kierunku,  który  pan  obrał.  Tylko  człowiek 

wyjątkowo  zdecydowany  potrafi  wytrwać  w  poszukiwaniach  kogoś,  kto  oficjalnie  nie  istnieje. 

Powiedziałem więc sobie: jeżeli dotrze do mnie ten uparty wbrew rozsądkowi człowiek, postaram 

się rozwiązać zagadkę. 

Colin Trafford ściągnął brwi. 

- Czy mam rozumieć, że powiedział to pan przed otrzymaniem mojego listu? 

- Drogi panie, Harshom to niepospolite nazwisko... Stanowi dość osobliwe zniekształcenie 

słowa Harvesthome, jeżeli interesuje się pan takimi sprawami... i w rzeczy samej nigdy jeszcze nie 

słyszałem o Harshomie, który nie byłby z nami w sposób oczywisty spokrewniony. 

I  w  pewnym  stopniu  pozostajemy  ze  sobą  w  kontakcie.  Toteż  wydaje  mi  się  całkiem 

naturalne, iż wtargnięcie zupełnie nam obcego młodego człowieka, który uporczywie zwraca się do 

każdego  z  nas  z  pytaniami  dotyczącymi  nie  zidentyfikowanego  Harshoma,  rozbudziło  naszą 

ciekawość. Ponieważ wyglądało na to, że zajmuję odległe miejsce na pańskiej liście, postanowiłem 

sam trochę się rozejrzeć. Tak więc... 

- Dlaczego przypisuje pan sobie odległe miejsce na liście? - przerwał mu Trafford. 

-  Ponieważ  jest  pan  bez  wątpienia  człowiekiem  metodycznym.  W  tym  przypadku  przyjął 

pan  metodę  geograficzną.  Zaczynając  od  Harshomów  w  centrum  Londynu,  posuwał  się  pan  na 

zewnątrz,  aż  dotarł  pan  tutaj,  do  Herefordshire.  Pozostały  panu  tylko  dwie  rodziny    Harshomów 

mieszkające jeszcze dalej: Peter na półwyspie w  Konwalii  i  Harold, który mieszka pod Durham. 

Czy mam rację? 

- Tak - przytaknął niezbyt skwapliwie Colin Trafford.   

Doktor Harshom uśmiechnął się chytrze. 

- Tak sądziłem. Jest jeszcze... - zaczai, lecz młody człowiek znowu mu przerwał. 

- W odpowiedzi na mój list zaprosił mnie pan do siebie, pomijając jednak milczeniem moje 

pytanie - zauważył. 

-  To  prawda.  Ale  właśnie  na  nie  odpowiedziałem,  twierdząc,  że  osoba,  której  pan 

poszukuje, nie tylko nie istnieje, ale nigdy nie istniała. 

- Skoro jest pan tego absolutnie pewien, to dlaczego zostałem tu zaproszony? 

- Ponieważ... - doktor urwał na odgłos gongu. - A niech to, Philips daje nam tylko dziesięć 

minut na umycie się. Pozwoli pan, że pokażę panu teraz pokój, a porozmawiamy przy obiedzie. 

Niedługo potem, przy zupie, Harshom podjął przerwany wątek. 

background image

-  Pytał  pan,  dlaczego  go  tu  zaprosiłem.  Otóż  sądzę,  że  skoro  pańskim  zdaniem  ma  pan 

prawo interesować się moim hipotetycznym krewnym, to ja mam nie mniejsze prawo interesować 

się motywami, które rozbudziły pańską ciekawość. - Czy brzmi to przekonywająco? 

-  Niezbyt  -  oznajmił  Trafford  po  chwili  namysłu.  -  Przyznaję,  że  dociekanie  moich 

motywów  nie  byłoby  pozbawione  sensu,  gdyby  wiedział  pan  o  istnieniu  tej  osoby.  Ponieważ 

jednak zapewnia mnie pan, że ona nie istnieje, moje motywy stają się kwestią czysto akademicką. 

-  Szanowny  panie,  moja  ciekawość  jest  rzeczywiście  natury  akademickiej,  lecz  mimo 

wszystko istnieje. Może posuniemy się krok naprzód, jeśli przedstawię panu mój punkt widzenia na 

tę sprawę? 

Trafford zgodził się. Doktor zaczął swoją opowieść. 

- A zatem sytuacja wygląda tak: siedem czy osiem miesięcy temu pewien młody człowiek, 

dotąd  nikomu  z  nas  nie  znany,  zaczyna  nawiązywać  kontakty  z  moimi  krewnymi.  Powiada,  że 

chciałby  poznać  miejsce  pobytu  lub  otrzymać  jakiekolwiek  wskazówki  pomocne  w  ustaleniu 

miejsca pobytu damy o nazwisku Ottilie Harshom, która, jego zdaniem, przyszła na świat w roku 

1928, a może kilka lat wcześniej lub później... Mogła też, rzecz jasna, wychodząc za mąż, przybrać 

inne  nazwisko.  W  pierwszych  jego  listach  daje  się  odczuć  ton  pewnej  śmiałości,  która  sugeruje 

przekonanie,  iż  sprawa  da  się  z  łatwością  wyjaśnić.  Lecz  w  miarę  jak  kolejnym  Harshomom  nie 

udaje  się  zidentyfikować  przedmiotu  jego  poszukiwań,  listy  przyjmują  nieco  mniej  pewne  tony, 

choć nadal pozostają stanowcze. Tu i ówdzie dowiaduje się o młodych paniach Harshom, z których 

żadna nie nosiła imienia Ottilie, lecz mimo to szczegółowo o nie wypytuje. Czyżby oprócz innych 

danych  na  jej  temat  nie  był  także  pewien  jej  imienia?  Widocznie  jednak  żadna  z  tych  pań  nie 

odpowiada  jego  wymaganiom,  ponieważ  kontynuuje  swoje  poszukiwania.  W  obliczu 

jednoznacznego niepowodzenia uporczywość, z jaką postanawia nie pominąć żadnego Harshoma, 

zaczyna  graniczyć  z  absurdem.  Czy  mamy  do  czynienia  z  dziwakiem,  z  chorobliwą  obsesją? 

Istnieją  wszakże  dowody,  że  przynajmniej  do  wiosny  1953  roku  był  to  człowiek  całkowicie 

normalny. Jego pełne nazwisko brzmi Colin Wayland Trafford. Urodził się w roku 1921 w Solihull 

jako syn prawnika. W roku 1934 zaczai uczęszczać do Chartowe School. W 1939 wstąpił do armii, 

której szeregi opuścił w roku 1945 w stopniu kapitana. Studiował w Cambridge. W 1949 otrzymał 

dyplom z fizyki z dobrym wynikiem. W tym samym roku powierzono mu kierownicze stanowisko 

w firmie EPI - Electro-Physical Industries. W 1950 poślubił Delię Stevens. W 1951 owdowiał. Na 

początku  1953  doznał  obrażeń  w  wyniku  wypadku  podczas  doświadczeń  laboratoryjnych.  Pięć 

tygodni  przebywał  w  szpitalu  St.  Merryn.  Mniej  więcej  po  upływie  miesiąca  od  opuszczenia 

szpitala nawiązał korespondencję z rodziną Harshomów na temat Ottilie Harshom.   

Collin Trafford przerwał mu ozięble. 

background image

- Jest pan świetnie poinformowany.   

Doktor nieznacznie wzruszył ramionami. 

-  Posiada  pan  dość  wyczerpujące  informacje  o  rodzinie  Harshomów.  Dlaczego  więc  my 

mielibyśmy nie wiedzieć czegoś o panu? 

Colin milczał. Spuścił oczy, jakby wpatrywał się w obrus. Doktor podjął temat na nowo. 

-  A  więc,  jak  mówiłem...  Czyżby  cierpiał  na  jakąś  obsesję?  Od  marca  wszystko  zdaje  się 

wskazywać,  że  tak  właśnie  jest.  Nie  stwierdzono  wcześniej  żadnych  prób  odnalezienia  panny 

Ottilie  Harshom.  Doszedłszy  do  tego  punktu,  odniosłem  wrażenie,  że  natknąłem  się  na  zagadkę 

dziwniejszą, niż sądziłem. - Zamilkł na chwilę. - Chciałbym pana zapytać, czy kiedykolwiek przed 

styczniem tego roku słyszał pan o Ottilie Harshom?   

Młodzieniec zawahał się, po czym odparł niepewnie: 

-  Jak  można  odpowiedzieć  na  takie  pytanie?  Człowiek  spotyka  wszędzie  tysiące  nazwisk. 

Niektóre się pamięta, inne tkwią w podświadomości, a jeszcze innych nie zapamiętuje się wcale. 

Na to nie ma odpowiedzi.   

- Być może. Mamy tu jednak do czynienia z dziwną sytuacją, ponieważ wszystko wskazuje 

na to, że przed styczniem Ottilie Harshom nie figurowała na mapie pańskiej pamięci. Natomiast od 

marca  tego  roku,  choć  nadal  nie  istnieje  ona  obiektywnie,  zdaje  się  nad  pańską  pamięcią 

dominować.  Zadaję  sobie  zatem  pytanie,  co  zaszło  między  styczniem  i  marcem...  Zajmując  się 

medycyną,  posiadam  pewne  znajomości,  jestem  więc  w  stanie  dotrzeć  do  faktów  zewnętrznych. 

Pewnego dnia pod koniec stycznia został pan wraz z kilkoma innymi osobami zaproszony na pokaz 

doświadczenia przeprowadzanego w jednym z laboratoriów pańskiej firmy. Nie znam szczegółów, 

lecz wątpię, aby były dla mnie zrozumiałe, nawet gdybym je znał. Wyższe stopnie wtajemniczenia 

współczesnej fizyki otoczone są zbyt wyrafinowaną atmosferą. Domyślam się jednak, że podczas 

doświadczenia  coś  się  nie  udało.  Nastąpiła  eksplozja  czy  implozja  lub  też  sprowokowano  do 

szaleństwa  kilka  atomów.  W  każdym  razie  budynek  legł  w  gruzach.  Jedna  osoba  zginęła  na 

miejscu,  inna  niebawem  zmarła,  kilkanaście  odniosło  rany.  Pan  doznał  jedynie  lekkich  obrażeń: 

parę zadraśnięć i siniaków - słowem, nic poważnego. Stracił pan jednak przytomność. I to do tego 

stopnia, że... był pan nieprzytomny przez dwadzieścia cztery dni... Kiedy w końcu przyszedł pan do 

siebie, zaobserwowano u pana objawy głębokiej dezorientacji... Znacznie głębszej, niż można było 

oczekiwać  u  pacjenta  w  pańskim  wieku  i  o  pańskiej  budowie.  Wobec  tego  podano  panu  środki 

uspokajające.  Następnej  nocy  spał  pan  nerwowo,  wykazując  objawy  zaburzeń  psychicznych.  W 

szczególności  zaś  wzywał  pan  bez  przerwy  osobę  o  imieniu  Ottilie.  Personel  szpitala  zasięgał 

wiadomości ze wszelkich możliwych źródeł, lecz nikt z pańskich przyjaciół ani krewnych nie znał 

żadnej związanej z panem Ottilie. Zaczął pan wracać do zdrowia, ale nie ulegało wątpliwości, że 

background image

coś  pana  gnębi.  Odmówił  pan  wyjaśnień,  ale  zwrócił  się  pan  do  jednego  z  lekarzy,  by  polecił 

sekretarce  odszukanie  Ottilie  Harshom  w  jakiejś  książce  telefonicznej.  Kiedy  nie  przyniosło  to 

rezultatu, popadł pan w depresję. O ile mi wiadomo, nie wracał pan do tego tematu aż do chwili, 

kiedy  po    wypisaniu  ze  szpitala  rozpoczął  pan  poszukiwania  Ottilie  Harshom,  które  mimo 

zdecydowanie negatywnych wyników prowadzi pan nadal. Jaki stąd wniosek? - Doktor przerwał i 

rzucił gościowi spojrzenie, podnosząc lewą brew. 

-  Że  jest  pan  lepiej  poinformowany,  niż  sądziłem  -  odrzekł  Colin  bez  entuzjazmu.  -  Taki 

wywiad byłby uzasadniony, gdybym był pańskim pacjentem. Ponieważ nim nie jestem i nie mam 

najmniejszego zamiaru zasięgać u pana porad specjalistycznych, uważam to za wysoce nieetyczne 

natręctwo. 

Jeżeli  młody  człowiek  spodziewał  się,  że  gospodarz  zmiesza  się,  spotkało  go 

rozczarowanie. Doktor nie przestawał mu się przyglądać z chłodnym zainteresowaniem. 

-  Nie  jestem  całkowicie  przekonany,  czy  nie  powinien  pan  zostać  czyimś  pacjentem  - 

zauważył.  -  Pozwoli  pan  jednak,  że  wyjaśnię,  dlaczego  to  właśnie  ja,  a  nie  kto  inny  z  rodziny 

Harshomów  został  zmuszony  do  podjęcia  tego  dochodzenia.  Sądzi  pan  może,  że  są  mniej 

bezczelni.  Ostrzegam  wszakże  na  wstępie  przed  złudną  nadzieją.  Proszę  zrozumieć,  że  Ottilie 

Harshom,  której  pan  poszukuje,  nie  istnieje  i  nigdy  nie  istniała.  Jest  to  stwierdzenie  całkiem 

definitywne. 

Niemniej  jednak  istnieje  pewien  aspekt  tej  sprawy,  który  wielce  mnie  zaintrygował  i 

którego  nie  jestem  w  stanie  odrzucić  jako  przypadkowego  zbiegu  okoliczności.  Otóż  imię  i 

nazwisko Ottilie Harshom nie jest mi zupełnie obce. Nie... - podniósł dłoń w geście ostrzeżenia. - 

Powtarzam, żadnych nadziei. Nie ma żadnej Ottilie Harshom, chociaż była kiedyś... A właściwie 

były w przeszłości dwie Ottilie Harshom. 

Z twarzy Colina Trafforda zniknął wyraz niechęci.  Młody człowiek pochylił  się  lekko do 

przodu i wpatrywał w gospodarza z napięciem. 

- Ale, jak powiadam  - podkreślił doktor - było to dawno temu. Pierwszą z nich była moja 

babka. Urodziła się w 1832, poślubiła dziadka Harshoma w 1861 i zmarła w roku 1866. Drugą była 

moja siostra: przyszła na świat, niebożę, w 1884 i zmarła w 1890... 

Zamilkł na chwilę, a ponieważ Colin nie odzywał się, mówił dalej:   

- Tylko ja pozostałem z tej gałęzi, nic więc dziwnego, że inni Harshomowie nie pamiętali 

nawet  o  istnieniu  takiego  imienia  w  rodzinie.  Na  wieść  o  pańskich  poszukiwaniach  pomyślałem 

sobie: coś tu się nie zgadza. Ottilie nie należy wprawdzie do imion zbyt rzadkich, lecz trudno też 

zaliczyć  je  do  popularnych.  Natomiast  Harshom  jest  nazwiskiem  rzadko  spotykanym.  Szansę 

przypadkowego  połączenia  tych  dwóch  członów  musiałyby  wyrażać  się  liczbą  wręcz 

background image

astronomiczną.  Tak  ogromną,  że  nie  uwierzę,  aby  mógł  to  być  przypadek.  Musi  gdzieś  istnieć 

jakieś  ogniwo,  jakaś  przyczyna...  Postanowiłem  zatem  dowiedzieć  się,  w  jaki  sposób  ów  młody 

człowiek, Trafford, doszedł do tak nieprawdopodobnego połączenia imienia z nazwiskiem. I uległ, 

jak widać, obsesji. Może zechciałby pan mi pan pomóc w tej kwestii?   

Colin nadal wpatrywał się w doktora, lecz nie odpowiadał. 

- Nie? No cóż, trudno. Po zgromadzeniu wszystkich dostępnych danych musiałem dojść do 

następującego  wniosku:  w  wyniku  wypadku  doznał  pan  jakiegoś  traumatycznego  przeżycia  o 

znacznym natężeniu i niezwykłym charakterze. O jego natężeniu świadczy niezłomność pańskich 

zamiarów,  o  niezwykłym  zaś  charakterze  -  widoczny  stan  chaosu,  w  jakim  odzyskał  pan 

przytomność, a także po części upór, z jakim utrzymuje pan, że nic nie pamięta od wypadku aż do 

momentu  przebudzenia. Zakładając, że istotnie nic się wówczas nie wydarzyło,  dlaczego obudził 

się  pan  w  stanie  takiego  zagubienia?  Musiało  to  zostać  wywołane  jakimś  wspomnieniem.  Jeżeli 

miało  ono  coś  wspólnego  z  naturalnymi  wyobrażeniami  sennymi,  skąd  ta  odmowa  ich 

zrelacjonowania? Dlatego też musiało dojść do jakiegoś przeżycia o wielkim znaczeniu osobistym, 

gdzie  imię  i  nazwisko  Ottilie  Harshom  stanowiło  niezwykle  silny  element.  No  cóż,  czy  moje 

rozumowanie jest właściwe, a wniosek słuszny? 

Colin zamyślił się, lecz ponieważ milczał nadal, doktor dorzucił: 

-  Przecież  znajduje  się  pan  już  blisko  celu.  Na  liście  zostało  jeszcze  tylko  dwóch 

Harshomów, którzy - zapewniam pana - nic nowego nie wniosą. I co wówczas? 

Colin odezwał się przygnębionym głosem: 

- Ma pan chyba rację. Mimo to muszę się z nimi zobaczyć. Może coś z tego wyniknie, jakaś 

wskazówka...  Nie  mogę  pominąć  najmniejszej  szansy...  Miałem  niewielką  nadzieję  otrzymawszy 

pańskie zaproszenie. Wiedziałem, że ma pan rodzinę... 

-  Miałem  -  powiedział  doktor  cicho.  -  Mój  syn,  Malcolm,  zginął  podczas  wyścigów  w 

Brooklands w 1927. Był kawalerem. Córka wyszła za mąż, ale nie miała  dzieci. Zginęła podczas 

nalotu na Londyn w 1941... To tyle. - Pokiwał głową ze smutkiem. 

-  Przepraszam  -  powiedział  Colin.  Po  czym  dodał:  -  Czy  mógłbym  zobaczyć  zdjęcie 

pańskiej córki? 

- Ona nie należała do pokolenia, którego pan poszukuje. 

- Wiem. Ale... mimo wszystko... 

-  Proszę  bardzo...  Musimy  przejść  do  gabinetu.  Ale  nie  znam  jeszcze  pańskiego  zdania  o 

moim wywodzie. 

- Rozumuje pan właściwie. 

background image

- Nadal jednak nie ma pan ochoty o tym rozmawiać, prawda? A ja wręcz przeciwnie. Mogę 

nawet  posunąć  się  nieco  dalej.  Nie  sądzę,  by  pańskie  przeżycie  wywoływało  w  panu  poczucie 

wstydu  lub  wstrętu,  w  przeciwnym  bowiem  razie  usiłowałby  je  pan  w  jakiś  sposób  sublimować, 

czego  pan  wyraźnie  nie  czyni.  Jest  zatem  wielce  prawdopodobne,  iż  przyczyną  pańskiego 

milczenia  jest  strach.  Coś  sprawia,  że  boi  się  pan  mówić  o  tym  przeżyciu.  Ponieważ  jestem 

przekonany, iż nie lęka się pan konfrontacji z nim samym, pańskie obawy muszą dotyczyć skutków 

jego  ujawnienia.  Skutków,  które  mogą  dotyczyć  kogoś  lub,  co  bardziej  prawdopodobne,  właśnie 

pana... 

Colin  przez  jakiś  czas  przyglądał  się  doktorowi  obojętnie,  po  czym  rozluźnił  się  nieco  i 

oparł wygodnie w fotelu. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. 

- Pan potrafi dopiąć swego, prawda, doktorze? Wybaczy pan jednak uwagę, że zabiera się 

pan do tego z iście germańską bezwzględnością. A to takie proste. A mianowicie: jeżeli człowiek, 

ktokolwiek,  przeżył  coś,  co  nie  mieści  się  w  granicach  normalnych  doświadczeń,  wszyscy  będą 

skłonni uznać go za niezupełnie normalnego. Czyż nie mam racji? Toteż nie można oczekiwać, że 

człowiek ten zachowa się w konkretnej sytuacji tak, jak powinna zachować się osoba normalna. A 

jeśli jego reakcje mogą nie być normalne, to czy można mu zaufać? Oczywiście można, ale czy nie 

byłoby rozsądniej obarczyć odpowiedzialnością osobę, co do której nie ma żadnych wątpliwości? 

Lepiej  się  nie  narażać.  Więc  się  go  odsyła.  Wciąż  jednak  obserwuje  się  jego  trudne  do 

przewidzenia posunięcia. Nad głową tego człowieka powoli zbiera się ledwie dostrzegalna chmura 

wątpliwości.  Zbyt  słaba  i  nie  dość  istotna,  by  ją  rozwiać,  lecz  nieustannie  rzucająca  cień.  Moim 

zdaniem  nie  istnieje  nic  takiego  jak  człowiek  normalny,  ale  panuje  powszechne  przekonanie,  że 

powinien  istnieć.  W  każdej  organizacji  znane  jest  pojęcie  “człowieka  pożądanego”,  który  jest 

normalny z punktu widzenia jej potrzeb. Wszyscy członkowie takiej organizacji starają się mniej 

więcej  dopasować  do  takiego  wzorca,  czyli  wzorca  członka  organizacji.  A  każdy,  kto  tylko   

nieznacznie od niego odbiega, w życiu publicznym lub prywatnym, ryzykuje karierę. Powiada pan, 

że mogę obawiać się skutków: a ja twierdzę, że to bardzo proste. 

-  To  prawda  -  przyznał  doktor.  -  Ale  nie  starał  się  pan  ukryć  konsekwencji  przeżycia: 

poszukiwań Ottilie Harshom. 

-  Bo  nie  muszę.  Czy  jest  coś  bardziej  przekonywającego  niż  motyw  “chłopak  szuka 

dziewczyny”?  Wymyśliłem  tło,  które  całkowicie  wystarczało  ciekawskim  przyjaciołom,  a  nawet 

wielu Harshomom. 

- Nie wątpię. Nikt  bowiem  nie zauważył  “przypadkowości” połączenia imienia “Ottilie” z 

nazwiskiem “Harshom”. Nikt oprócz mnie. - Przerwał, czekając na reakcję Trafforda. Kiedy ten nie 

zareagował, doktor mówił dalej: 

background image

- Niech pan słucha, młody człowieku. Ta sprawa leży panu na sercu. Jesteśmy tu sami. Nie 

mam  żadnego  kontaktu  z  pańską  firmą.  Chociaż  mój  zawód  powinien  stanowić  dla  pana 

dostateczną  gwarancję  dyskrecji,  mogę,  jeżeli  pan  sobie  życzy,  podjąć  specjalne  zobowiązanie. 

Poczuje  się  pan  lepiej,  zrzucając  z  siebie  to  brzemię...  A  ja  chciałbym  dojść  do  samego  sedna 

sprawy... 

Ale Colin pokręcił głową. 

- Nic z tego. Nawet gdybym panu powiedział, pogrąży się pan jeszcze głębiej w tajemnicy, 

tak jak ja. 

-  Co  dwie  głowy,  to  nie  jedna.  Moglibyśmy  spróbować  -  odparł  doktor  i  zamilkł 

wyczekująco. 

Colin ponownie się zamyślił. Po chwili podniósł wzrok i spojrzał na doktora z powagą. 

-  Dobrze.  Niech  będzie.  Ja  już  próbowałem.  Teraz  pana  kolej.  Ale  przedtem  chciałbym 

zobaczyć zdjęcie pańskiej córki. Czy ma pan jakąś jej fotografię w wieku około dwudziestu pięciu 

lat? 

Wstali od stołu i udali się do gabinetu. Doktor wskazał Colinowi fotel, sam zaś podszedł do 

szafy  w  rogu  pokoju.  Wyjął  plik  kartonowych  zdjęć,  przejrzał  je,  wybrał  trzy,  przez  chwilę 

przyglądał się im w zamyśleniu, po czym podał je Colinowi. Podczas gdy Colin bacznie studiował 

fotografie, doktor nalał z karafki koniaku do kieliszków. 

W końcu Colin podniósł wzrok. 

- Nie - odezwał się. - Chociaż jest coś... - Zasłaniał dłonią    kolejne partie twarzy. - Jest coś 

w  oprawie  i  kształcie  jej  oczu...  ale  niezupełnie.  Może  brwi,  choć  trudno  powiedzieć  w  tym 

uczesaniu...  -  Przyglądał  się  zdjęciom  jeszcze  przez  moment,  po  czym  zwrócił  je  doktorowi.  - 

Dziękuję, że pozwolił mi pan je obejrzeć.   

Doktor wybrał jeszcze jedno zdjęcie i podał je Colinowi. 

- To Malcolm, mój syn. 

Na  zdjęciu  roześmiany  młody  człowiek  stał  przy  mocowanej  pasami  masce  samochodu 

najeżonego bogatym zestawem rur wydechowych. 

-  Uwielbiał  ten  samochód  -  odezwał  się  doktor.  -  Ale  okazał  się  za  szybki  na  stary  tor. 

Wyniosło go na bandę i uderzył w drzewo. 

Wyjął fotografię z ręki Colina i podał mu kieliszek koniaku.   

Colin  obracał  kieliszek  w  dłoniach.  Przez  chwilę  milczeli.  Colin  umoczył  wargi  i  zapalił 

papierosa. 

background image

- Dobrze więc - rzekł Colin. - Postaram się to panu wyjaśnić. Najpierw jednak opowiem, co 

mi się wydarzyło. I choć relacja może być subiektywna, mnie się to wydarzyło naprawdę. Później 

możemy rozmawiać o implikacjach i tym podobnych... Jeżeli pan zechce. 

-  Doskonale  -  zgodził  się  doktor.  -  Pozwoli  pan  jednak,  że  zapytam,  czy  zaczynamy  od 

chwili, gdy wydarzył się wypadek, czy też może coś istotnego zaszło wcześniej. 

- Nie - zaprzeczył Colin Trafford. - Wszystko zaczęło się wtedy. 

 

To był zwyczajny dzień. Wszystko i wszyscy zachowywali się zupełnie zwyczajnie, jedyną 

stosunkowo niezwykłą rzeczą miał być ten pokaz. Jego przedmiot nie jest dla mnie tajemnicą, lecz 

o  ile  się  orientuję,  nie  ma  większego  znaczenia.  Zebraliśmy  się  wokół  aparatury.  Deakin, 

odpowiedzialny  za  ten  eksperyment,  włączył  dźwignię.  Rozległ  się  szum,  a  następnie  jęk 

przypominający  odgłos  silnika  pracującego  na  wzrastających  obrotach.  Przybierając  na  sile,  jęk 

przeszedł w wycie. Raz czy dwa doznałem uczucia przeszywającego bólu, na granicy słyszalności, 

a  potem  nastąpiło  uczucie  ulgi,  ponieważ  wszystko  minęło  i  zdawało  się,  że  znów  zapanowała 

cisza. Przyglądałem się właśnie Deakinowi, który stał w gotowości nad wyłącznikami wpatrzony w 

przyrządy  pomiarowe,  i  w  chwili  gdy  odwracałem  głowę  w  kierunku  aparatury,  nastąpił  błysk... 

Nie słyszałem nic ani niczego nie poczułem. Dostrzegłem tylko ten oślepiający biały błysk... Potem 

zapanowała ciemność... Słyszałem nawoływania, krzyk jakiejś kobiety... krzyczała... krzyczała bez 

przerwy...   

Czułem, że  przygniata  mnie  jakiś  ogromny  ciężar.  Otworzyłem  oczy.  Ostry  ból  wdarł  się 

przez nie w głąb czaszki, ale próbowałem wydobyć się spod ciężaru, którym okazały się dwa czy 

trzy leżące na mnie ciała. Udało  mi się w końcu je zepchnąć i  usiadłem.  Zobaczyłem  kilka osób 

rozciągniętych  na  ziemi.  Niektórzy  podnosili  się  na  nogi.  Tuż  obok,  po  mojej  lewej  stronie, 

zauważyłem  duże  koło.  Spojrzałem  wyżej  i  spostrzegłem,  że  przymocowane  jest  do  autobusu  - 

autobusu,  który  z  miejsca,  gdzie  siedziałem,  zdawał  się  wznosić  jak  czerwony  wieżowiec,  w 

dodatku przechylony i gotów lada moment zwalić się na mnie. Podniosłem się więc czym prędzej. 

Zdążyłem  jeszcze  chwycić  młodą  kobietę,  która  leżała  na  moich  nogach,  i  przeciągnąć  ją  w 

bezpieczne miejsce. Miała trupio bladą twarz i była nieprzytomna. 

Rozejrzałem  się.  Nietrudno  było  się  domyślić,  co  zaszło.  Kierowca  autobusu,  jadąc 

zapewne  ze  sporą  prędkością,  stracił  z  jakiegoś  powodu  panowanie  nad  kierownicą,  przeciął 

zatłoczony  chodnik  i  wpadł  w  witrynę  sklepową.  Krzyk,  który  słyszałem,  wydobywał  się  z 

przedniej  części  górnego  pokładu  autobusu,  zgniecionej  na  fasadzie  budynku.  Wiele  osób  wciąż 

leżało  na  ziemi.  Jakaś  kobieta  poruszała  się  z  wysiłkiem,  jęczał  jakiś  mężczyzna,  inni  leżeli 

zupełnie  bez  ruchu.  Trzy  strugi  krwi  spływały  leniwie  zakosami  po  chodniku  wśród  kawałków 

background image

szkła. Zatrzymano ruch na ulicy i dojrzałem kilka hełmów policyjnych przedzierających się przez 

tłum w naszą stronę. 

Poruszyłem  na  próbę  rękami  i  nogami.  Pracowały  bez  zastrzeżeń  i  nie  sprawiały  bólu. 

Byłem  jednak  oszołomiony,  pękała  mi  głowa.  Pomacałem  ją  i  odkryłem  dość  bolesne  miejsce  z 

lewej strony potylicy, gdzie musiałem się uderzyć. 

Dotarli do nas policjanci. Jeden zajął się odsuwaniem gapiów, drugi oglądał spoczywające 

na ziemi  ofiary wypadku. Zjawił się też trzeci, który udał  się na piętro autobusu, skąd dochodził 

krzyk. 

Próbując  opanować  oszołomienie  spojrzałem  nieco  dalej.  Znajdowałem  się  na  Regent 

Street,  w  pobliżu  Piccadilly  Circus;  zniszczona  witryna  należała  do  sklepu  Austina  Reeda. 

Ponownie  podniosłem  wzrok  na  autobus.  Był  rzeczywiście  przechylony,  ale  nie  mógł  się 

przewrócić,  ponieważ  wbił  się  w  otwór  okienny  tak  głęboko,  że  tylko  metr  dzielił  budynek  od 

lśniących  złotych  liter  napisu  “General”  na  czerwonym  boku  pojazdu,    Wówczas  zdałem  sobie 

sprawę, że nic tu po mnie, że jeśli będę zwlekał, zostanę zmuszony do wystąpienia w roli świadka... 

Nie,  proszę  mnie  źle  nie  zrozumieć.  Nie  dlatego,  że  niechętnie  wystąpiłbym  w  roli  świadka  w 

normalnej  sytuacji,  gdyby  miało  to  komuś  pomóc,  ale  dlatego,  że  nagle  pojąłem  z  przerażającą 

jasnością, iż to  wcale  nie jest sytuacja normalna. Po pierwsze nie mam pojęcia o niczym  oprócz 

skutków,  po  drugie  zaś,  co  ja  tu  w  ogóle  robię?...  Przyglądałem  się  przecież  doświadczeniu  w 

Watford i naraz jestem tutaj. Jakim cudem znalazłem się na Regent Street?... 

Spokojnie  wmieszałem  się  w  tłum,  wydostałem  się  z  niego,  przez  labirynt  stojących 

pojazdów przedarłem się na drugą stronę ulicy i udałem się do Cafe Royal nieco dalej. 

Odniosłem wrażenie, że coś się zmieniło od czasu, kiedy byłem tam po raz ostatni, to jest 

kilka lat temu, lecz przede wszystkim chciałem znaleźć bar, co mi się bez trudu udało. 

- Podwójny koniak z wodą sodową - poprosiłem barmana. 

Podał mi kieliszek i przysunął syfon. Wyjąłem z kieszeni pieniądze: kilka pensów i trochę 

srebrnych monet. Sięgnąłem więc po portfel. 

- Pół korony - powiedział barman, jakby bronił się przed banknotem. 

Spojrzałem na niego zaskoczony. Skoro jednak sam wymienił sumę... Przesunąłem w jego 

stronę trzy szylingi. Wyglądał na zadowolonego. 

Dolałem  sobie  wody  sodowej  i  wychyliłem  upragniony  łyk  koniaku.  W  chwili  gdy 

odstawiałem kieliszek, dostrzegłem swoje odbicie w lustrze za barem... 

Nosiłem  kiedyś  wąsy.  Zapuściłem  je  w  wojsku,  ale  idąc  na  uniwersytet  w  Cambridge 

postanowiłem pozbyć się tego balastu. I oto miałem je przed sobą: może nieco skromniejsze, ale 

wskrzeszone.  Podniosłem  rękę  i  dotknąłem  ich.  To  nie  było  złudzenie.  Wąsy  były  prawdziwe. 

background image

Niemal w tej samej chwili zauważyłem też swój garnitur. Owszem, miałem kiedyś bardzo podobny 

wiele lat temu, nawet całkiem niezły, lecz to przecież nie to, co nosi się w EPI. 

Poczułem, że kręci mi się w głowie. Pociągnąłem kolejny łyk koniaku i lekko drżącą ręką 

zacząłem szukać papierosów. Paczka, którą wyciągnąłem z kieszeni, wyglądała obco. Czy słyszał 

pan kiedyś o papierosach mariner firmy Player? Nie? Ja też nie słyszałem, lecz wyjąłem jednego i 

zapaliłem  bardzo  niepewną  ręką.  Uczucie  oszołomienia  nie  przechodziło:  narastało,  i  to  w 

gwałtownym tempie.   

Włożyłem rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Portfela nie było. A powinien jednak 

być...  Może  zajął  się  nim  jakiś  koniunkturalista  z  zebranego  wokół  autobusu  tłumu  gapiów? 

Przeszukując pozostałe kieszenie znalazłem wieczne pióro, pęk kluczy, parę kwitów od Harrodsa, 

książeczkę czekową wydaną przez oddział Westminster Bank na Knightsbridge. Bank się zgadzał, 

ale dlaczego na Knightsbridge?... Mieszkam przecież w Hampstead. 

Próbując  zapanować  nad  sytuacją,  postanowiłem  dokonać  podsumowania  wydarzeń  do 

momentu,  gdy  otworzyłem  oczy  i  ujrzałem  nad  sobą  autobus.  Widziałem  go  bardzo  dokładnie. 

Wyraźnie pamiętałem, jak wpatruję się w czerwoną burtę z tym złotolśniącym napisem “General”... 

Tak,  złotolśniące  litery...  z  tym  że,  jak  panu  wiadomo,  napisu  “General”  nie  widuje  się  na 

londyńskich autobusach od roku 1933, kiedy to zastąpiono go napisem “London Transport”... 

Nieco już roztrzęsiony rozejrzałem się po barze za czymś, co mogłoby mnie jakoś uspokoić. 

Na  jednym  ze  stolików  zauważyłem  pozostawioną  przez  kogoś  gazetę.  Poszedłem  po  nią,  lecz 

zanim  spojrzałem  na  pierwszą  stronę,  usadowiłem  się  wygodnie  na  stołku  za  barem.  Wziąłem 

głęboki oddech i spuściłem wzrok na nagłówek. Tu doznałem uczucia konsternacji, ponieważ całą 

stronę  zajmowała  reklama.  Jednak  nieco  się  uspokoiłem,  znajdując  u  góry  napis:  Daily  Mail, 

Londyn,  środa,  27  stycznia,  1954.  Przynajmniej  data  się  zgadzała.  W  tym  właśnie  dniu  miał  się 

odbyć pokaz w laboratorium. 

Zajrzawszy  do  środka  przeczytałem:  “Niepokoje  w  Delhi.  W  dniu  dzisiejszym  doszło  w 

Indiach  do  najpoważniejszych  jak  dotąd  przejawów  niezadowolenia  społecznego.  Domagano  się 

natychmiastowego uwolnienia Nehru z więzienia. Życie w mieście zostało sparaliżowane od świtu 

do  późnych  godzin  wieczornych”.  Następnie  moją  uwagę  zwróciła  notatka  zamieszczona  w 

sąsiedniej  kolumnie:  “W  odpowiedzi  na  interpelacje  ze  strony  opozycji  premier  Butler  zapewnił 

Izbę, iż Rząd z całą powagą rozpatruje...” Zerknąłem niepewnie na datę u góry strony. Nie różniła 

się  od  daty  ze  strony  tytułowej:  27  stycznia,  1954.  Poniżej  widniało  jednak  zdjęcie  z  podpisem: 

“Amanda  Coward  na  scenie  Laughton  Theatre  jako  odtwórczyni  głównej  roli  we  wczorajszym 

przedstawieniu «The Lady Loves». Jest to ostatni musical ojca aktorki, Noela Cowarda. Spektakl 

background image

przygotowano  na  kilka  dni  przed  śmiercią  autora  w  sierpniu  bieżącego  roku.  W  przemówieniu 

wygłoszonym po premierze reżyser Ivor Novello złożył wzruszający hołd zmarłemu artyście”. 

Przeczytałem  to  jeszcze  raz,  dokładnie.  Podniosłem  głowę  i  powiodłem  wzrokiem  po 

obecnych  w  barze,  po  meblach,  spojrzałem  na  barmana,  na  butelki,  szukając  potwierdzenia. 

Wszystko jawiło się w przekonywająco prawdziwym kształcie. 

Odłożyłem gazetę i dopiłem koniak. Miałem ochotę na następny, lecz bez portfela byłoby 

niezręcznie,  gdyby  barman  zmienił zdanie  co  do  niskiej  ceny.  Spojrzałem  na  zegarek...  i  kolejna 

niespodzianka!  Bardzo  ładny  zegarek,  złoty,  na  pasku  z  krokodylej  skóry,  wskazywał  dwunastą 

trzydzieści.  Ale  widziałem  go  po  raz  pierwszy.  Odpiąłem  go  i  obejrzałem  kopertę.  Widniał  tam 

wygrawerowany  napis  sporej  wielkości:  “Od  O.  dla  C.  na  wieki.  10  X  50”.  Doznałem  lekkiego 

wstrząsu, ponieważ ożeniłem się wprawdzie w 1950, lecz nie w październiku i nie z osobą, której 

imię zaczynało się na O. Moja żona miała na imię Delia. Bezwiednie założyłem zegarek na rękę i 

wyszedłem z kawiarni. 

Chwila odpoczynku i koniak dobrze mi zrobiły. Znalazłszy się ponownie na Regent Street, 

czułem się mniej oszołomiony, lecz bardziej zdumiony, jeżeli nie jest to zbyt subtelne rozróżnienie. 

Ból  głowy  minął  prawie  bez  śladu,  byłem  więc  w  stanie  lepiej  przyjrzeć  się  temu,  co  działo  się 

wokół. 

Na pierwszy rzut oka Piccadilly Circus wyglądał jak zawsze. Mimo to odniosłem wrażenie, 

że coś jest nie tak. Po jakimś czasie zorientowałem się, że chodzi o ludzi i samochody. Zaskakująco 

wielu  przechodniów  płci  obojga  ubranych  było  niechlujnie,  a  kwiaciarki  pod  pomnikiem  Erosa 

przypominały  sterty  brudnych  szmat.  Najbardziej  zaskoczył  mnie  widok  kobiet,  które  nie 

wyglądały nędznie. Prawie wszystkie miały na głowach duże kapelusze w kształcie talerzy. Nosiły 

długie  suknie,  niemal  do  kostek,  wystające  spod  futer  jak  strój  wieczorowy  noszony  w  południc 

Buty o spiczastych noskach, przeładowane ozdobami, na cienkich jak szpilka obcasach, wyglądały 

wręcz obrzydliwie. Zapewne każda moda sprawiałaby odrażające wrażenie, gdyby natknąć się na 

nią niespodziewanie. Tak się jednak nigdy nie dzieje... W każdym razie nie działo się do tej pory... 

Gdyby nie ta data na gazecie, mógłbym się poczuć jak ponownie wyrwany ze snu Rip Van Winkle. 

Samochody też prezentowały się dość niezwykle: dziwnie wysokie, małe i pozbawione lśniących 

dodatków,  do  których  przywykliśmy.  Kiedy  zaś  przyjrzałem    się  im  dokładniej,  zauważyłem,  że 

nie ma wśród nich żadnej znanej mi marki, oprócz paru łatwych do rozpoznania rolls royce’ow. 

Stojąc rozglądałem się wokół z zaciekawieniem, gdy jakaś dama w talerzowatym kapeluszu 

i  mocno  wyliniałym  futrze  zagadnęła  mnie  dość  ponurym  głosem,  nazywając  kotkiem. 

Postanowiłem  czym  prędzej  wynieść  się  stamtąd  i  ruszyłem  w  kierunku  Piccadilly.  Po  drodze 

rzuciłem okiem na kościół św. Jamesa. Kiedy przechodziłem tamtędy ostatnio, mniej więcej dwa 

background image

tygodnie  temu,  był  obstawiony  rusztowaniami,  a  obok,  w  parku,  wisiały  odezwy  i  afisze 

nawołujące  do  ofiarowania  datków  na  odbudowę.  Teraz  rusztowania  i  apele  zniknęły,  a  kościół 

wyglądał  tak, jakby nigdy  nie został zbombardowany. Przeszedłem na drugą stronę ulicy. Efekty 

renowacji widziane z bliska wzbudziły we mnie jeszcze większy podziw. 

W  końcu  znalazłem  się  przed  witryną  księgarni  Hatcharda.  Przystanąłem,  żeby  obejrzeć 

książki.  Na  okładkach  widniały  nazwiska  znanych  mi  autorów:  Priestley,  C.  S.  Lewis,  Bertrand 

Russell, T. S. Eliot i paru innych. Natomiast większość tytułów była mi obca. W pewnej chwili mój 

wzrok padł na intensywnie różową okładkę: “U zarania życia” autorstwa Colina Trafforda. 

Wpatrywałem  się  w  ten  tytuł,  prawdopodobnie  z  otwartymi  ustami.  Widzi  pan,  ja 

rzeczywiście  miałem  kiedyś  tego  typu  ambicje.  Gdyby  nie  wojna,  prawdopodobnie  zrobiłbym 

dyplom  z  nauk  humanistycznych  i  próbowałbym  coś  napisać.  Tak  się  złożyło,  że  w  wojsku 

zaprzyjaźniłem  się z człowiekiem, który pchnął  mnie ku naukom  ścisłym,  później zaś pomógł  w 

otrzymaniu  pracy w EPI. Toteż upłynęło  dobrych parę minut,  zanim otrząsnąłem  się z wrażenia, 

jakie  wywarł  na  mnie  ten  przypadkowy  zbieg  okoliczności,  po  czym  powodowany  rosnącą 

ciekawością wszedłem do środka. 

Znalazłem tam kilka egzemplarzy książki rozłożonych na stole. Otworzyłem jeden z nich. 

Nazwisko widniało wyraźnie również na stronicy tytułowej, poniżej zaś, pod nagłówkiem “ książki 

tego samego autora”, wymieniono siedem innych tytułów. Nazwa wydawnictwa była mi nie znana, 

lecz na następnej stronie przeczytałem: “Wydanie pierwsze, styczeń 1954”. 

Obracałem książkę w rękach i o mało jej nie upuściłem, ujrzawszy na tylnej okładce zdjęcie 

autora: bez wątpienia moje. Z wąsami... Podłoga zakołysała się pod moimi stopami. 

Nagle usłyszałem za plecami czyjś głos. Wydał mi się znajomy. 

- Mam cię, Narcyzie! Promujemy własną książeczkę, co? No i jak leci? 

- Martin! - zawołałem. Ucieszyłem się ze spotkania jak nigdy. - To ty! Kopę lat! Kiedy to 

widzieliśmy się po raz ostatni? 

- O, co najmniej trzy dni temu, stary - odpowiedział, lekko zaskoczony. 

Trzy dni! Owszem, widywałem Martina Fallsa dość często w Cambridge, ale po ukończeniu 

studiów spotkałem go dwa razy, ostatnio przed dwoma laty. Nie zrażony, ciągnął dalej: 

- Masz trochę czasu? Może wrzucilibyśmy coś na ruszt? - zaproponował. 

Tu także coś się nie zgadzało.  Od lat nie słyszałem już o “wrzucaniu  na ruszt”. Mimo  to 

starałem się zareagować tak, jakby wszystko było w porządku. 

- Doskonale - powiedziałem. - Ale pod warunkiem, że stawiasz. Ukradli mi portfel. 

Cmoknął. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  nie  był  wypchany.  Może  więc  wpadniemy  do  klubu.  Tam  przyjmują 

czeki. 

Odłożyłem książkę, którą dotąd trzymałem w ręce, i wyszliśmy. 

-  Dziwna  sprawa  -  odezwał  się  Martin.  -  Dosłownie  parę  dni  temu  wpadłem  do 

Tommy’ego... Tommy’ego Westhouse’a. Strasznie napuszony. Kręcił się jak oszalały z tym swoim 

amerykańskim  agentem. Pamiętasz tę jego wyborną książeczkę “Kolczasta róża”? Spotkanie Ben 

Hura z Kleopatrą, do których dołącza markiz de Sade? Otóż zdaje się, że ten agent... - Martin plótł 

jak najęty, rzucał nazwiska, które nic mi nie mówiły, ale było ich dość, abyśmy minęli kilka ulic, 

docierając niemal na Pali Mali. Na koniec zapytał: 

- No a jak się sprzedaje twoje “U zarania”? Podobno nie nadążają z subskrypcją. Słyszałem, 

że pogrozili ci paluszkiem w “Lit. Sup”. Jeszcze nie miałem czasu przeczytać. Tyle mam spraw na 

głowie. 

Zdecydowałem się na wyjście najłatwiejsze: przyjąłem postawę dyplomatyczną. Wydało mi 

się to prostsze niż usiłowanie, żeby cokolwiek zrozumieć. Powiedziałem więc, że książka sprzedaje 

się zgodnie z oczekiwaniami. 

Dotarliśmy  wreszcie  do  klubu,  którym  okazał  się  “The  Savage”.  Nie    jestem  jego 

członkiem, lecz portier powitał mnie jak stałego bywalca, uprzejmie wymieniając moje nazwisko. 

- Najpierw skoczymy  do baru na jednego  -  zaproponował  Martin  -  a potem  pójdziemy do 

George’a i pogadamy o czeku. 

Miałem  poważne  wątpliwości,  ale  wszystko  poszło  gładko.  Podczas  obiadu  musiałem  się 

pilnować,  żeby  nie  wypaść  z  roli.  Napotkałem  te  same  trudności,  co  teraz.  Wprawdzie  w 

odwrotnym porządku, lecz zasada pozostaje ta sama: jeżeli sprawy wyglądają zbyt dziwnie, ludzie 

skłonni są raczej sądzić, że mają do czynienia z wariatem, niż spieszyć z pomocą. Dlatego należy 

zachować pozory. 

Obawiam się jednak, że nie wypadłem najlepiej. Kilka razy spotkałem jego zaniepokojone 

spojrzenie. W pewnej chwili zapytał wprost: 

- Słuchaj, stary, czy ty się naprawdę dobrze czujesz? 

Ale najgorszy moment nastąpił później, dopiero przy serach. Martin wyciągnął lewą rękę po 

łodygę selera i wtedy na jego małym palcu zauważyłem złoty sygnet. To mnie zupełnie wytrąciło z 

równowagi.  Bo, widzi pan, Martin nie ma małego palca u lewej ręki. Sąsiedniego też zresztą nie 

ma. Zostawił je gdzieś nad Renem w 1945... 

-  Jezus  Maria!  -  krzyknąłem.  Nie  wiem  dlaczego  to  właśnie  wstrząsnęło  mną  najbardziej. 

Podniósł na mnie wzrok. 

- Co ci jest, stary? Jesteś blady jak śmierć. 

background image

- Twoja ręka... - wyjąkałem. 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem, potem na mnie, jeszcze bardziej zdziwiony. 

- Wygląda całkiem normalnie - zauważył mrużąc lekko oczy. 

- Przecież straciłeś dwa palce... na wojnie - wybuchnąłem.   

Uniósł brwi, po czym ściągnął je, zaniepokojony. Na koniec odezwał się dobrodusznie: 

- Coś ci się chyba pomieszało, staruszku. Przecież wojna skończyła się, zanim przyszedłem 

na świat. 

To,  co  nastąpiło  potem,  pamiętam  dość  mgliście.  Kiedy  zaś  wszystko  nabrało  sensu, 

okazało się, że leżę w dużym fotelu, a Martin siedzi tuż obok. 

- I posłuchaj mojej rady, stary. Idź jeszcze dzisiaj do lekarza. Musiało cię to ruszyć bardziej, 

niż myślałem. Mózg ludzki to dziwna zabawka... Nigdy dość ostrożności. No, niestety, na mnie już 

czas. Jestem umówiony. Ale nie odkładaj tego na później. To ryzykowna    sprawa. Daj znać, jak i 

co. 

I zniknął. 

Usiadłem wygodniej w fotelu. Dziwna rzecz, ale czułem się znacznie lepiej niż przez cały 

czas od momentu, gdy otworzyłem oczy na chodniku przy Regent Street. Najprawdopodobniej ten 

silny wstrząs wytrącił mnie z oszołomienia i pobudził umysł do działania. Cieszyłem się, że Martin 

sobie poszedł i że mogę się zastanowić... 

Rozejrzałem  się  po  sali.  Jak  już  wspomniałem,  nie  jestem  członkiem  klubu  i  znałem  ten 

lokal zbyt słabo, żeby mieć pewność co do szczegółów. W każdym razie wystrój wnętrza, w tym 

dywan oraz niektóre kinkiety, różnił się trochę od tego, co widziałem tu ostatnio... 

W  pokoju  znajdowało  się  kilka  osób.  Dwie  rozmawiały  w  rogu,  trzy  drzemały,  ktoś  inny 

czytał  gazetę.  Nikt  nie  zwracał  na  mnie  uwagi.  Podszedłem  do  stolika  z  periodykami  i  wziąłem 

“New  Statesmana”  z  22  stycznia  1954  roku.  Artykuł  z  pierwszej  strony  nawoływał  do 

nacjonalizacji  transportu,  co  miało  być  pierwszym  krokiem  na  drodze  do  przekazania  środków 

produkcji  masom  i  w  ten  sposób  położenia  kresu  bezrobociu.  Z  tekstu  wiało  nostalgią. 

Przewracałem  kartki,  czytając  tytuły,  które  nic  mi  nie  mówiły  z  powodu  braku  kontekstu. 

Ucieszyłem się na widok kolumny Krytyka. Wśród absorbujących go aktualnie spraw były jakieś 

doświadczenia  prowadzone  w  Niemczech.  Wyrażał  opinię,  podzielaną  przez  szersze  grono 

wybitnych uczonych, iż wobec teoretycznej możliwości rozszczepienia jądra proponowane metody 

kontroli  tego  zjawiska  są  niewystarczające.  W  przypadku  reakcji  łańcuchowej  mogłoby  dojść  do 

katastrofy  na  skalę  kosmiczną.  Powołano  komisję  złożoną  ze  znanych  przedstawicieli  nauk 

humanistycznych  i  ścisłych,  aby  za  pośrednictwem  Ligi  Narodów  złożyła  w  imieniu  ludzkości 

protest na ręce rządu niemieckiego przeciwko nierozważnym badaniom... 

background image

Proszę, proszę...! 

Czując, że odzyskuję wiarę w samego siebie, usiadłem, żeby się zastanowić. 

Stopniowo zaczęło  mi  coś  świtać...  Nie  dotyczyło  to  ani  sposobu,  ani  przyczyny  tego,  co 

zaszło - nadal nie posiadam na ten temat żadnej konkretnej teorii. Chodziło raczej o to, co mogło 

się zdarzyć. 

Było  to  bardzo  niejasne  przeczucie,  wywołane  prawdopodobnie  myślą  o  przypadkowym 

neutronie, który, o ile wiedziałem, może w pewnej sytuacji zostać pochwycony przez atom uranu, 

chociaż w innej sytuacji wcale do tego nie dochodzi.   

W  ten  sposób  dochodzimy  oczywiście  do  Einsteina  i  teorii  względności,  która,  jak  panu 

wiadomo, stanowczo wyklucza możliwość określenia ruchu i konsekwentnie prowadzi do pojęcia 

czterowymiarowego continuum czasoprzestrzeni. Skoro zaś nie można określić parametrów ruchu 

tego continuum, to nie może istnieć żaden model ruchu ani nie można przewidzieć jego skutków. A 

jednak tam, gdzie czynniki są zbliżone, to znaczy zbudowane z podobnych atomów i pozostające 

mniej  więcej  w  tym  samym  stosunku  do  continuum,  można  spodziewać  się  zbliżonych  skutków. 

Rzecz jasna, nie będą one nigdy identyczne, gdyż wówczas określenie ruchu stałoby się możliwe. 

Mogą  natomiast  być  do  siebie  bardzo  podobne,  co  pozwalałoby  je  rozpatrywać  w  kategoriach 

szczególnej teorii względności Einsteina. Dawałyby się wówczas określić bliżej za pomocą zbioru 

pokrewnych  czynników.  Innymi  słowy,  mimo  że  ów  nieskończony  punkt,  jakim  jest  pewien 

moment  w roku 1954, musi pojawić się w continuum, to  istnieje on wyłącznie w odniesieniu do 

każdego  indywidualnego  obserwatora  i  zdaje  się  istnieć  w  podobny  sposób  w  odniesieniu  do 

pewnych  ścisłych  grup  obserwatorów.  Niemniej  jednak,  ponieważ  nie  ma  dwóch  identycznych 

obserwatorów,  każdy  postrzega  przeszłość,  teraźniejszość  i  przyszłość  inaczej,  niż  postrzegają  je 

inni. W rezultacie to, co postrzega obserwator, wynika wyłącznie z czynników stanowiących o jego 

stosunku do continuum i istnieje tylko dla niego.   

Tak  rozumując  doszedłem  do  wniosku,  że  zaszła  rzecz  następująca:  w  jakiś  niepojęty 

sposób  zostałem  przeniesiony  na  pozycję  innego  obserwatora,  którego  punkt  widzenia  był  w 

pewnym sensie zbliżony do mojego, lecz na tyle odmienny, że jego związki, a co za tym idzie, jego 

realia,  wymykały  się  mojemu  postrzeganiu.  Innymi  słowy,  żył  on  w  świecie  tylko  dla  niego 

realnym, podobnie jak ja żyłem w świecie realnym tylko dla mnie, aż do chwili, kiedy nastąpiła ta 

szczególna  transpozycja,  w  wyniku  której  znalazłem  się  na  miejscu  obserwatora  jego  świata, 

oczywiście z jego przeszłością i przyszłością, a nie świata, do którego przywykłem. 

Proszę pamiętać, że chociaż wydaje się to proste, nie doszedłem do tego od razu. Udało mi 

się natomiast drogą rozumowania zbliżyć na tyle do układu obserwator - istnienie, by stwierdzić, że 

cokolwiek  się  stało,  mój  umysł  pracuje  normalnie.  Kłopot  w  tym,  że  znajdował  się  w 

background image

niewłaściwym miejscu i odbierał sygnały przeznaczone nie dla mnie; niczym odbiornik podłączony 

do niewłaściwego obwodu. 

W gruncie rzeczy nie jest to powód do zadowolenia. Wręcz przeciwnie. Ale mimo wszystko 

lepsze to niż wadliwy odbiornik. Zrozumienie tego podniosło mnie nieco na duchu. 

Siedziałem  czas  jakiś  porządkując  myśli  i  zastanawiając  się,  co  robić,  dopóki  nie 

skończyłem paczki papierosów mariner. Wówczas poszedłem do telefonu. 

Najpierw wykręciłem  numer EPI. Cisza. Sprawdziłem  w książce telefonicznej.  Znalazłem 

tam zupełnie inny numer centrali. Wykręciłem go. 

-  Poproszę  wewnętrzny  sto  trzydzieści  trzy  -  powiedziałem  telefonistce,  a  po  chwili 

namysłu dodałem nazwę mojego działu. 

- Aha! Chodzi panu o wewnętrzny pięćdziesiąt dziewięć - poinformowała mnie. 

Ktoś podniósł słuchawkę. - Chciałbym rozmawiać z panem Colinem Traffordem. 

- Przykro mi, ale w naszym dziale nikt o takim nazwisku nie pracuje - odparł głos. 

Połączyłem się ponownie z centralą. Po dłuższym milczeniu telefonistka oświadczyła: 

- Niestety. Nie mam takiego nazwiska na liście naszych pracowników.   

Odwiesiłem  słuchawkę.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  nie  pracuję  w  EPI.  Wykręciłem 

więc numer mojego mieszkania w Hampstead. Nie czekałem długo. 

- Transcendentalne pasy i gorsety, słucham - odezwał się energiczny głos. Rozłączyłem się. 

Przyszło mi do głowy, że powinienem poszukać swojego nazwiska w książce telefonicznej. 

Znalazłem.  “Trafford  Colin  W.,    Hogarth  Court,  Duchess  Gardens,  S.W.7.  Sloane  67021”. 

Spróbowałem. Usłyszałem sygnał. Na drugim końcu nikt nie podnosił słuchawki. 

Wyszedłem  z  budki  i  zastanawiałem  się,  co  robić  dalej.  Ogarnęło  mnie  przykre  uczucie 

zagubienia,  jakbym  nagle  znalazł  się  w  obcym  mieście  nie  mając  nawet  pokoju  w  hotelu.  Co 

gorsza, miasto było mi obce tylko w drobnych szczegółach. 

Po dalszym namyśle doszedłem do wniosku, że najskuteczniejsze barwy ochronne zapewni 

mi postępowanie zgodne z tym, czego należało spodziewać się po tym Colinie Traffordzie. Skoro 

nie miał nic do roboty w EPI, to przynajmniej miał dom, gdzie mógł pójść... 

Hogarth  Court  -  przyjemny  budynek,  w  holu  puszysty  dywan,    podświetlony  bukiet 

kwiatów i tak dalej. Nie zauważyłem portiera, więc od razu skierowałem się  do windy. Dom nie 

wyglądał  z  zewnątrz  na  dostatecznie  duży,  by  pomieścić  pięćdziesiąt  cztery  apartamenty,  więc 

wcisnąłem piątkę, czyli piąte piętro, i rzeczywiście po wyjściu z windy stanąłem na wprost drzwi z 

numerem 54. Wyjąłem z kieszeni pęk kluczy, wybrałem taki, który mógłby się nadawać do zamka. 

Pasował. 

background image

Znalazłem  się  w  niewielkim  holu.  Nic  niezwykłego:  tapeta  w  drobny  wzorek,  brązowy 

dywan, stolik z telefonem i kwiatkami w wazonie, nad stolikiem lustro w złoconej ramie, krzesło, 

korytarzyk, mnóstwo drzwi. Zatrzymałem się. 

- Halo - powiedziałem na próbę. Po czym nieco głośniej: - Halo! Jest tam kto? 

Nie odpowiedział mi żaden dźwięk ani żaden głos. Zaniknąłem drzwi. Co teraz? Cholera, 

przecież byłem... jestem... Colinem Traffordem! Zdjąłem płaszcz. Gdzie go powiesić? Rozejrzałem 

się  dokładniej  i  odkryłem  szafę  na  ubrania.  Wisiało  tam  już  dużo  innych  płaszczy.  Męskich  i 

damskich. Były także damskie śniegowce... Postawiłem swoje obok. 

Chciałem zbadać topografię mieszkania i zobaczyć, jak wygląda ten mój dom... 

Nie  sądzę,  by  zainteresował  pana  rejestr  sprzętów.  Dość  że  było  to  całkiem  miłe 

mieszkanie.  Większe,  niż  to  sobie  wyobrażałem.  Właściwie  wyposażone  i  funkcjonalne;  bez 

ekstrawagancji, ale też bez zbytniej skromności. W dobrym guście. Chociaż nie moim. Zresztą co 

to jest gust? Albo wyczucie pewnego stylu, albo wyrafinowany wybór z tego, co modne. Czułem, 

że mam do czynienia z modnym wnętrzem, ale ta moda była obca i dlatego mi nie odpowiadała... 

Ciekawa była kuchnia: lodówka, brak zmywarki do naczyń, brak miksera, jednokomorowy 

zlewozmywak  bez  suszarki,  żadnych  laminatowych  blatów,  za  to  staroświecka  kuchenka 

elektryczna,  opakowanie  proszku  mydlanego  zamiast  syntetycznych  detergentów  i  dziwaczne 

oświetlenie na suficie - płaska lampa o powierzchni metra kwadratowego. 

W  przestronnym  salonie  stały  wygodne  fotele,  ale  nie  obrotowe.  Duży  radioodbiornik  z 

adapterem,  nieco  przeładowany  ozdobami,  bez  UKF.  Tutaj  także  światło  padało  z  oszklonych 

kasetonów  na  suficie  i  z  kubów  przypominających  szklane  pudełka  ustawione  na  cokołach.  Nie 

było telewizora. 

Obszedłem całe mieszkanie. Sypialnia bardzo kobieca, ale nie zagracona. Podwójne łóżko. 

Białe kafelki w łazience. Sypialnia gościnna z niewielkim dwuosobowym tapczanem.  I tak dalej. 

Najbardziej zainteresował mnie jednak pokój w końcu korytarza. Wyglądał jak gabinet. Jedną ze 

ścian  zajmował  regał  z  książkami.  Niektóre,  te  starsze,  znałem.  Pozostałych  nie.  Fotel  klubowy, 

krzesło.  Szerokie  biurko  z  blatem  obitym  skórą  stało  pod  oknem,  skąd  rozciągał  się  widok  na 

pozbawione  liści  drzewa  w  parku,  dachy  i  bezkres  nieba.  Na  biurku  maszyna  do  pisania  w 

pokrowcu, lampa biurowa, kilka tekturowych teczek z wystającymi kartkami papieru, pudełko na 

papierosy, metalowa popielniczka, opróżniona i umyta, a także fotografia w skórzanej ramce. 

Uważnie  przyjrzałem  się  fotografii.  Ujmujące  studium.  Mogła  mieć  dwadzieścia  cztery, 

dwadzieścia pięć lat. Inteligentna, pogodna twarz, kobieta, którą chce się poznać. Ale nie znałem 

nikogo takiego... 

background image

Z lewej strony biurka stała oszklona szafka, a na niej osiem książek. Reszta półek - pusta. 

Pierwsza książka od lewej  okazała się tą samą, jaką widziałem  rano w księgarni Hatcharda  - “U 

zarania  życia”.  Na  pozostałych  także  widniało  nazwisko  Colin  Trafford.  Usiadłem  w  fotelu  i 

przyglądałem się im przez jakiś czas. Po czym z dziwnym, schizofrenicznym uczuciem sięgnąłem 

po książkę i otworzyłem na pierwszej stronie. 

Upłynęło  chyba  niewiele  ponad  pół  godziny,  gdy  dobiegł  mnie  zgrzyt  klucza  w  zamku 

drzwi  wejściowych.  Odłożyłem  książkę  na  miejsce  i  zebrałem  myśli.  Postanowiłem  pokazać  się 

sam, zamiast czekać, aż zostanę odkryty. Otworzyłem drzwi. W końcu korytarza kobieta w długim 

płaszczu z szarego zamszu, spod którego wystawał rąbek tweedowej spódnicy, ustawiała paczki na 

stoliku.  Na  odgłos  otwieranych  drzwi  podniosła  głowę.  Stałem  oko  w  oko  z  oryginałem 

przedstawionym  na  fotografii,  lecz  w  nieco  odmiennym  nastroju.  Kiedy  zbliżałem  się  do  niej, 

dostrzegłem  na  jej  twarzy  zdziwienie  pomieszane  z  innymi  odczuciami,  których  nie  potrafiłem 

odczytać. W każdym razie na pewno nie miały wiele wspólnego z zachowaniem kochającej żony, 

która wita oddanego małżonka. 

- O! - powiedziała. - Jesteś już w domu? Co się stało? 

- Co się miało stać? - powtórzyłem, szukając punktu zaczepienia. 

- Wydawało mi się, że byłeś po południu umówiony na jakieś ważne spotkanie z Dickie w 

BBC - zauważyła nieco cierpkim tonem. 

- Ach, tak. Rzeczywiście. Tak, odwołał je - odparłem niezręcznie.   

Znieruchomiała i obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. Wydawało mi się trochę dziwne. 

Stałem patrząc na nią i nie wiedziałem, co począć. Żałowałem, że zamiast marnować czas nad “U 

zarania” nie ułożyłem sobie planu tego nieuniknionego spotkania. Nie zadałem sobie nawet trudu, 

by poznać jej imię. Stało się jasne, że już w chwili, gdy otworzyłem usta, popełniłem jakiś błąd. 

Poza  tym  było  w  niej  coś,  co  zupełnie  zbiło  mnie  z  tropu.  Doznałem  wstrząsu,  jakiego  nie 

pamiętam od lat. Na dodatek odczułem go dotkliwiej niż kiedyś... Człowiek w wieku trzydziestu 

trzech lat nie spodziewa się już takich doznań... Nie w ten sposób, już nie tak... Serce nie wzbiera 

uczuciem tak silnie, a świat nie rozjaśnia się i nie ożywa, jakby kobieta jednym gestem tchnęła weń 

życie... 

Staliśmy  naprzeciw  siebie:  ona  ze  ściągniętymi  brwiami  i  ja,  próbujący  zapanować  nad 

wezbraną falą niepokoju, uniesienia i zmieszania - oniemiały. 

Spuściła wzrok i zaczęła rozpinać płaszcz. Też wydawała się zmieszana. 

- Jeżeli... - zaczęła, ale w tej chwili zadzwonił telefon.   

Witając z ulgą ten przerywnik, podniosła słuchawkę. W ciszy holu usłyszałem kobiecy głos, 

który domagał się rozmowy z Colinem. 

background image

- Tak - odpowiedziała. - Jest tutaj. - Z wyrazem zdziwienia na twarzy podała mi słuchawkę. 

- Halo! Colin, słucham. 

- Słuchasz? - odpowiedział głos. - A to dlaczego, jeśli można spytać? 

- Hm... nie bardzo rozumiem... - zacząłem, ale przerwano mi gwałtownie. 

- Nie rozumiesz? Zmarnowałam już godzinę, czekając tu na ciebie, bo myślałam, że jeżeli 

nie możesz przyjść, to przynajmniej zdobędziesz się na to, żeby zadzwonić. A tu się okazuje, że po 

prostu siedzisz sobie w domu. To nie jest w porządku, Colin. 

- Ja, nie... Zaraz, kto mówi? - Tylko w ten sposób potrafiłem zagrać na zwłokę. Czułem, jak 

stojąca przy mnie młoda kobieta zamarła w trakcie zdejmowania płaszcza. 

-  Och,  na  miłość  boską!  -  ciągnął  rozdrażniony  głos.  -  Co  za  idiotyczne  żarty?  A  jak 

myślisz, kto? 

- Właśnie o to pytam - odparłem. 

- Nie wygłupiaj się, Colin. Jeżeli to dlatego, że stoi tam Ottilie - a założę się, że tak jest - to 

zachowujesz się po prostu jak dureń. Sama odebrała telefon, więc wie, że to ja. 

- To może ją o to zapytam - zaproponowałem. 

- Chyba jesteś zalany. Lepiej idź się wyspać - rzuciła oschle i na linii zapadła cisza. 

Odłożyłem  słuchawkę.  Młoda  kobieta  patrzyła  na  mnie  z  wyrazem  prawdziwego 

zdumienia. W ciszy korytarza musiała słyszeć rozmowę równie dobrze jak ja. Odwróciła się, zdjęła 

płaszcz i powiesiła na wieszaku w szafie. Robiła to bardzo starannie i powoli, po czym zwróciła się 

do mnie: 

-  Nie  rozumiem  -  stwierdziła.  -  Nie  jesteś  przecież  pijany,  prawda?  O  co  tu  chodzi?  Co 

takiego zrobiła nasza droga Dickie? 

- Dickie? - zdziwiłem się. Kobieta zmarszczyła czoło. 

-  Naprawdę,  Colin,  jeżeli  myślisz,  że  do  tej  pory  nie  potrafię  rozpoznać  Dickie  przez 

telefon... 

- Ach, tak! 

Wyjątkowa  gafa.  Rzeczywiście,  trudno  sobie  wyobrazić  pomyłkę  bardziej 

nieprawdopodobną  niż  pomylenie  płci  własnych  przyjaciół.  Jeżeli  nie  chcę,  żeby  pomyślała,  że 

zwariowałem do reszty, muszę podjąć jakieś kroki w celu wyjaśnienia sytuacji. 

- Posłuchaj, przejdźmy do salonu. Chcę ci coś powiedzieć - zaproponowałem. 

Przyglądała mi się w milczeniu. 

- Chyba będzie lepiej, jeżeli tego nie usłyszę, Colin. 

- Proszę - nalegałem. - To ważne. Naprawdę...   

Zawahała się i niechętnie przystała na moją propozycję. 

background image

- Dobrze, jeżeli musisz... 

Weszliśmy do pokoju. Włączyła grzejnik i usiadła. 

- Słucham. 

Usiadłem  w  fotelu  naprzeciw  niej  i  zastanawiałem  się,  jak  zacząć.  Nawet  gdybym  sam 

wiedział, co zaszło,  też byłoby mi trudno. Jak jej  przekazać, że chociaż postać należy do Colina 

Trafforda i że chociaż jestem Colinem Traffordem, to jednak nie jestem tym Colinem Traffordem. 

Nie tym, który pisze książki i jest jej mężem, ale czymś w rodzaju drugiego Colina Trafforda, który 

przybłąkał  się  z  innego  świata.  Musiałem  znaleźć  sposób,  który  nie  wywoła  natychmiastowej 

potrzeby wezwania psychiatry. Nie było to proste zadanie. 

- No, słucham - powtórzyła. 

- Trudno to wytłumaczyć - ociągałem się, ale w miarę szczerze.   

- Spodziewam się - odparła, bynajmniej mnie nie zachęcając, i dodała: - A może będzie ci 

łatwiej, jeżeli przestaniesz tak na mnie patrzeć? Trochę mnie to krępuje. 

- Stało się ze mną coś bardzo dziwnego - zacząłem. 

- O Boże, znowu? - żachnęła się. - Potrzebujesz mojego współczucia czy co? 

Zaskoczyła mnie, poczułem się nieswojo. 

- Chcesz powiedzieć, że jemu już się coś takiego zdarzyło? - zapytałem. 

Rzuciła mi uważne spojrzenie. 

- Jak to “jemu”? Kogo masz na myśli? Wydawało mi się, że rozmawiamy o tobie. Ostatnio 

chodziło o Dickie, przedtem o Frances, a jeszcze przedtem była Lucy... Teraz dajesz tak niezwykłą 

odprawę Dickie... Czy nie powinnam się zdziwić? 

Dość  szybko  dowiadywałem  się  różnych  rzeczy  o  swoim  alter  ego,  ale  zbaczaliśmy  z 

tematu. 

- Nie, nie rozumiesz. To coś zupełnie innego. 

-  Naturalnie,  że  nie  rozumiem.  Żony  nigdy  nie  rozumieją,  prawda?  I  za  każdym  razem 

chodzi o coś innego. Jeżeli to ma być ta ważna sprawa... - zaczęła podnosić się z fotela. 

- Proszę cię, nie... - powiedziałem błagalnie. 

Opanowała się i ponownie przyjrzała mi się z uwagą, marszcząc brwi. 

- Tak - zaczęła. - Chyba rzeczywiście nie rozumiem. A przynajmniej... przynajmniej mam 

nadzieję,  że  nie  rozumiem...  -  Nadal  wpatrywała  się  we  mnie,  jak  mi  się  wydawało,  z  coraz 

większym niepokojem. 

Prosząc  o  zrozumienie  trudno  trwać  na  płaszczyźnie  bezosobowej,  ale  gdy  nie  wiadomo, 

czy lepiej będzie powiedzieć “kochanie”, czy “moja droga”, lub też może wybrać wariant bardziej 

pieszczotliwy, czy użyć imienia, zdrobnienia czy przezwiska, wówczas droga do celu staje się nad 

background image

wyraz  ciernista.  W  dodatku  utrzymywał  się  między  nami  brak  porozumienia  na  właściwym 

poziomie świadomości. 

- Ottilie, kochanie - spróbowałem. Widocznie jednak nie była to przyjęta forma, ponieważ 

oczy o mało nie wyszły jej z orbit. Mimo to brnąłem dalej.  - Nie chodzi wcale o to, co masz na 

myśli...  Nic  podobnego.  Widzisz...  Rzecz  w  tym,  że  ja  w  pewnym  sensie,  nie  jestem  tą  samą 

osobą... 

Odezwała się opanowanym głosem:   

- O dziwo, obserwuję to już od pewnego czasu - stwierdziła. - I pozwól sobie przypomnieć, 

że już coś takiego mówiłeś, i to nieraz. Dobrze. Powiem to za ciebie: więc nie jesteś tym samym 

człowiekiem, za którego wychodziłam za mąż, i dlatego chciałbyś się rozwieść... A może boisz się, 

że mąż Dickie poda cię tym razem do sądu? O, Boże! Jak ja mam tego dosyć... 

- Nie, nie... - zaprotestowałem gorąco. - To zupełnie nie to. Proszę, wysłuchaj cierpliwie. To 

strasznie  trudno  wytłumaczyć.  -  Zamilkłem,  patrząc  na  nią.  Milczenie  wcale  nie  ułatwiło  mi 

zadania.  W  gruncie  rzeczy  nie  sprzyjało  procesowi  trzeźwego  rozumowania.  Siedziała  wpatrując 

się  we  mnie  spod  zmarszczonych  brwi,  ale  jej  twarz  wyrażała  teraz  raczej  niepewność  niż 

niezadowolenie. 

- Coś z tobą jest... - zaczęła. 

-  Właśnie  usiłuję  ci  o  tym  opowiedzieć  -  potwierdziłem,  lecz  wątpię,  by  mnie  słyszała. 

Otwierała oczy coraz szerzej, aż nagle odwróciła wzrok. 

-  Nie!  -  krzyknęła.  -  Och,  nie!  -  Była  bliska  płaczu.  Mocno  zacisnęła  dłonie  na  kolanach. 

Mówiła półszeptem. - Och, nie... Boże, proszę cię, nie!... Już nie... Czy mało wycierpiałam?... Nie 

chcę... nie chcę!... 

Zerwała się z miejsca i zanim zdążyłem podnieść się z fotela, wybiegła z pokoju... 

 

Colin  Trafford  przerwał,  zapalił  papierosa  i  zamyślił  się.  W  końcu  zebrał  myśli  i  podjął 

wątek. 

-  No  cóż.  Zdążył  się  pan  zorientować,  że  panieńskie  nazwisko  tamtej  pani  Trafford 

brzmiało Ottilie Harshom. Urodziła się w roku 1928 i wyszła za tamtego Colina Trafforda w roku 

1949. Jej ojciec zginął w katastrofie lotniczej w 1938. Nie pamiętam nawet, czy mi powiedziała, 

jak  miał  na  imię.  Tak  się  niefortunnie  złożyło...  jak  zresztą  wiele  innych  wydarzeń.  Gdybym 

przypuszczał, że znajdę się tu znowu, zwracałbym uwagę na wiele rzeczy. Ale nie podejrzewałem... 

Zaszło wprawdzie coś bardzo dziwnego, ale nie było powodu uważać, że może się to powtórzyć, i 

to  w  przeciwnym  kierunku.  Z  czystej  ciekawości  starałem  się  usilnie  dociec,  kiedy  nastąpił  ten 

rozłam. Moim zdaniem w pewnym punkcie, prawdopodobnie całkiem przypadkowo, zaszło coś o 

background image

kluczowym  znaczeniu,  albo  właśnie  nie  zaszło.  Określenie  tego  pozwoliłoby  mi  poznać  ten 

moment,  ten  atom  czasu,  rozbity  przez  przypadkowy  neutron  tak,  że  powstały  dwa  atomy  czasu, 

które  rozbiegły  się  ku  różnym  przyszłościom.  W  związku  z  tym  stopniowo  narastające  skutki 

sprawiłyby, że warunki na jednej płaszczyźnie rozwijałyby się odmiennie od warunków na drugiej. 

Być może zawsze tak się dzieje. Niewykluczone, że przypadek stale wywołuje dwa różne skutki, i 

w wymiarze, którego nie możemy postrzegać, istnieje nieskończona ilość płaszczyzn. Jedne są tak 

blisko naszej i uformowane tak niedawno, że różnią się jedynie drobnymi szczegółami, inne są zaś 

całkowicie odmienne. Płaszczyzny, na których jakiś nieszczęśliwy traf doprowadził do klęski, jaką 

poniósł  Aleksander  Wielki  z  rąk  Persów,  Scypion  z  rąk  Hannibala,  lub  zatrzymał  Cezara  przed 

Rubikonem.  Nieskończona  ilość  niezliczonych  płaszczyzn  przypadkiem  rozszczepianych  i 

przypadkiem  sczepionych  ponownie.  Kto  wie?  Dlaczego  nie,  skoro  wiemy  już  dzisiaj,  że 

wszechświat to dzieło przypadku. Nie udało mi się jednak ustalić tego momentu. Mam wrażenie, że 

nastąpiło  to  pod  koniec  roku  1926  lub  na  początku  1927.  Dokładne  ustalenie  daty  wymagałoby 

niedostępnych i niezliczonych danych na temat obu porównywanych płaszczyzn. Coś, co wówczas 

zaszło, albo do czego nie doszło, zapobiegło między innymi dojściu do władzy Hitlera, a co za tym 

idzie,  wybuchowi  drugiej  wojny  światowej.  W  konsekwencji  opóźnieniu  uległy  również  badania 

nad  rozszczepieniem  atomu  na  płaszczyźnie  naszej,  że  tak  się  wyrażę,  dychotomii.  Ta  kwestia 

jednak,  jak  już  powiedziałem,  wywołała  we  mnie  tylko  przelotną  ciekawość.  Moje  bezpośrednie 

zainteresowania dotyczyły spraw bardziej przyziemnych. A sprawą najważniejszą stała się Ottilie. 

Jak  panu  wiadomo,  byłem  kiedyś  żonaty.  I  kochałem  swoją  żonę.  Było  to  tak  zwane  udane 

małżeństwo i nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Nie chcę być nielojalny wobec Delii i nie 

sądzę, żeby była ze mną nieszczęśliwa. Ale cieszę się, że to się nie zdarzyło za jej życia. Nigdy nie 

przypuszczała,  ponieważ  ja  też  wówczas  o  tym  nie  wiedziałem,  że  ożeniłem  się  z  niewłaściwą 

kobietą.  I  mam  nadzieję,  że  nigdy  jej  to  nie  przyszło  do  głowy...  Natomiast  Ottilie  poślubiła 

niewłaściwego  mężczyznę...  Dokonaliśmy  wspólnie  tego  odkrycia.  A  może  należałoby  raczej 

powiedzieć, że jej mężem nie był mężczyzna, którego jej zdaniem poślubiła. Zakochała się w nim i 

on  bez  wątpienia  także  ją  kochał...  Przynajmniej  na  początku...  Ale  nim  minął  rok,  poczuła  się 

rozdarta między tym, co w nim kochała, i tym, czego nienawidziła... Jej Colin Trafford wyglądał 

tak samo jak ja... Włącznie z lewym kciukiem,  który po wkręceniu w elektryczny wentylator już 

nigdy nie był podobny do prawego... I rzeczywiście: do pewnego czasu, gdzieś do przełomu roku 

1926  i  1927,  był  mną.  Okazało  się,  że  łączyły  nas  pewne  charakterystyczne  przyzwyczajenia, 

podobny  głos...  chociaż  mieliśmy  odmienny  akcent  i  słownictwo,  co  odkryłem  słuchając  nagrań. 

Poza tym różniły nas drobiazgi, takie jak wąsy, uczesanie czy blizna na lewej skroni, która należała 

wyłącznie do niego. Mimo to w pewnym sensie ja byłem nim, a on mną. Mieliśmy tych samych 

background image

rodziców, te same geny, ten sam początek, a także - jeżeli nie mylę się co do momentu, w którym 

nastąpiło  rozdwojenie  -  te  same  wspomnienia  z  pierwszych  pięciu  lat.  Później  jednak  życie  na 

naszych  różnych  płaszczyznach  potoczyło  się  inaczej.  Środowisko,  czy  też  może  doświadczenia 

ujawniły w nim cechy, które, jak sądzę, tkwią uśpione we mnie... I prawdopodobnie vice versa.   

Nie uważa pan, że to całkiem sensowne założenie? Wkraczamy przecież w życie z pewnym 

szkieletem,  który  mimo  wspólnego  planu  ogólnego  zawiera  osobnicze  skłonności  i  różnice. 

Cokolwiek jednak zostanie wymodelowane na tym szkielecie w późniejszych okresach, składa się 

niemal wyłącznie z konsekwencji kontaktów i wpływów. Nie wiem, jakie one były w przypadku 

tamtego  Colina  Trafforda,  ale  efekty  okazały  się  dla  mnie  przykre...  Zupełnie  jakbym  raz  po  raz 

niespodziewanie łapał swoje odbicie w krzywych zwierciadłach. 

Wiele  mi  też  o  nim  powiedziały  pewne  wahania,  opory  i  oczekiwania  ze  strony  Ottilie. 

Ponadto w ciągu kilku następnych dni przeczytałem uważnie jego powieści. Lektura pierwszej była 

nawet  dość  przyjemna.  Lecz  w  miarę  jak  jego  styl  krzepł,  przestawały  mi  się  podobać. 

Powtarzające się coraz częściej brutalne opisy wynikały niewątpliwie ze względów komercyjnych, 

ale  było  w  tym  jednak  coś  więcej...  Przecież  czytelników  można  zdobywać  na  wiele  innych 

sposobów. Toteż z każdą kolejną książką coraz bardziej irytowało mnie moje nazwisko widniejące 

na okładce. 

Natknąłem się wreszcie na dzieło nie ukończone i myślę, że z pomocą jego notatek byłbym 

w  stanie  sporządzić  niezły  plagiat.  Wiedziałem  jednak,  że  tego  nie  zrobię.  Gdybym  miał 

kontynuować  jego  pisarską  karierę,  pisałbym  książki  we  własnym  stylu,  a  nie  jego.  W  każdym 

razie  nie  musiałem  martwić  się  o  środki  do  życia.  Biorąc  pod  uwagę  wojnę  i  różne  inne 

okoliczności,  stan  zaawansowania  fizyki  na  mojej  płaszczyźnie  wyprzedzał  ich  wiedzę  o  całe 

pokolenie. Nawet jeżeli znali już radar, stanowił on nadal czyjąś tajemnicę wojskową. Miałem dość 

wiedzy, by obwołano mnie geniuszem, i gdybym tylko zechciał, mógłbym zbić fortunę. 

Uśmiechnął się, potrząsnął głową i mówił dalej: 

-  Widzi  pan,  gdy  minął  szok  i  zrozumiałem,  co  zaszło,  przestałem  się  przejmować.  A 

ponieważ  poznałem  Ottilie,  nie  miałem  również  czego  żałować.  Jedyny  problem  polegał  na 

umiejętności  przystosowania  się.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  bardzo  pomocne  okazało  się 

przywoływanie  wspomnień  sprzed  wojny.  W  praktyce  jednak  pojawiły  się  znaczne  trudności. 

Znajomi, których nie poznawałem; przyjaciele, którzy wypadli mi z pamięci; ich nieznane dzieje, 

ich  żony  lub  mężowie,  których  znałem  (chociaż  niekoniecznie  tych  samych)  lub  nie  znałem 

zupełnie. Zdarzały mi się także nieprzyjemne sytuacje. Na przykład spotkanie z tęgim, pogodnym 

mężczyzną  w  barku  Hotelu  Hyde  Park.  Nie  znał  mnie,  lecz  ja  widziałem  go  ostatni  raz  w 

przydrożnym rowie: leżał tam martwy z głową przeszytą kulą snajpera. Widziałem też moją żonę, 

background image

Delię,  wychodzącą  w  radosnym  nastroju  z  restauracji  w  towarzystwie  wysokiego  mężczyzny  o 

wyglądzie prawnika. Poczułem się tak, jakbyśmy oboje byli duchami. Byłem jednak zadowolony, 

że na tej płaszczyźnie przeżyła rok 1951 w doskonałym zdrowiu. Ale najbardziej niezręczne były 

dość częste spotkania z ludźmi, których powinienem znać. Drugi Colin miał niezwykle rozległe i 

dziwne  znajomości.  Byłem  bliski  ogłoszenia  wszem  i  wobec,  że  zapadłem  na  zdrowiu  z 

przepracowania, co pozwoliłoby mi przez jakiś czas pozostawać na uboczu. 

Nigdy jednak nie przeszło mi przez myśl, że to, co brałem za niepowtarzalne przesunięcie 

płaszczyzn, może się powtórzyć, tym razem w przeciwnym kierunku... I cieszę się, że nie przyszło 

mi  to  do  głowy.  Taka  świadomość  zniszczyłaby  trzy  najpiękniejsze  tygodnie  mojego  życia. 

Trwałem w przekonaniu zgodnym z inskrypcją umieszczoną na kopercie zegarka: C. na wieki O. 

Usiłowałem  jej  wyjaśnić,  co  moim  zdaniem  zaszło.  Ale  wkrótce  zrezygnowałem,  widząc,  że  nie 

potrafi  tego  pojąć.  Jak  przypuszczam,  tłumaczyła  to  sobie  w  ten  sposób,  że  mniej  więcej  rok  po 

ślubie  zacząłem  tracić  zdrowie  na  skutek  przepracowania.  Teraz  zaś  mój  stan  uległ  poprawie, 

dzięki czemu znów jestem taki, jakim mnie wcześniej znała... Coś w tym stylu... W każdym razie 

nie interesowały jej zbytnio moje teorie na ten temat. Ważne były skutki...  I bardzo słusznie, dla 

mnie zresztą też. Cóż innego mogło mieć jakiekolwiek znaczenie? W moim przypadku nic. Czy to 

istotne, w jaki sposób znalazłem kobietę, której szukałem całe życie? Przepajało mnie IŁ szczęście, 

jakiego wcześniej nie byłem w stanie sobie wyobrazić... Nie potrafię nawet  wyrazić słowami, co 

czułem.  Ale  określenie  “świat  stanął  otworem”  nagle  nabrało  dla  mnie  absurdalnej  niemal 

dosłowności. Czułem, że wraca mi wiara w siebie, jakbym był lekko wstawiony. Mogłem podjąć 

się każdego zadania. Mając ją przy boku, mógłbym podbijać ten czy tamten, każdy świat... Myślę, 

że  i  ona  czuła  podobnie.  Jestem  przekonany,  że  tak  było.  Wymazała  z  pamięci  tamte  złe  lata.  Z 

każdym dniem odzyskiwała zaufanie... Gdybym wtedy wiedział... Ale skąd mogłem wiedzieć? Co 

mogłem uczynić? 

Znowu  zamilkł.  Siedział  zapatrzony  w  ogień  tak  długo,  że  doktor  musiał  poruszyć  się 

niespokojnie w fotelu, żeby przywołać jego uwagę, po czym zapytał: 

- Co się stało? 

Colin Trafford wciąż miał nieobecne spojrzenie. 

-  Co  się  stało?  -  powtórzył.  -  Gdybym  wiedział,  może  mógłbym...  Ale  nie  wiem...  Tu  nie 

sposób cokolwiek wiedzieć... To przecież też przypadek... Pewnego wieczoru zasnąłem przy boku 

Ottilie. A rano przebudziłem się na łóżku szpitalnym. Z powrotem tutaj... To wszystko. Po prostu 

przypadek... 

background image

Zamilkł ponownie na dłuższą chwilę. Doktor Harshom nie spiesząc się nabił fajkę i zapalał 

ją starannie, upewniając się, że pali się równo i dobrze ciągnie. Następnie rozparł się wygodnie w 

fotelu i rzekł rozmyślnie zasadniczym tonem: 

- Szkoda, że pan w to nie wierzy. Gdyby pan rzeczywiście wierzył w to, co pan mówi, nie 

przyszłoby  panu  do  głowy  rozpoczynanie  tych  poszukiwań.  Gdyby  się  pan  do  tego  przyznał, 

musiałby pan ich zaniechać. Nie, pan jest przekonany, że istnieją dwa modele, początkowo bardziej 

do siebie zbliżone, ale stopniowo, może nawet logicznie, różnicujące się, i że pan, pańska dusza, 

czy  jakkolwiek  to  nazwiemy,  stanowi  ów  anormalny,  przypadkowy  czynnik.  Proponuję  jednak, 

byśmy  nie  zagłębiali  się  teraz  w  filozoficzne  czy  metafizyczne  rozważania  na  temat  tego,  co 

określa  pan  mianem  dychotomii  -  to  może  poczekać.  Załóżmy,  że  uznając  znaczenie,  jakie 

przeżycia  te  mają  dla  pana,  zastrzegam  sobie  prawo  do  ich  oceny.  Uznaję  je  z  kilku  powodów  - 

jednym  z  nich  i,  jak  mówiłem,  wcale  nie  poślednim,  jest  minimalne  prawdopodobieństwo 

przypadkowego  wystąpienia  nazwiska  Harshom  w  połączeniu  z  imieniem  Ottilie.  Oczywiście, 

mógł  się  pan  natknąć  gdzieś  na  to  nazwisko  i  zakodować  je  sobie  w  podświadomości,  ale  i  tę   

możliwość  odrzucam  jako  zbyt  nieprawdopodobną.  A  zatem  wychodząc  z  tego  punktu,  mam 

wrażenie,  że  przyjął  pan  kilka  bezpodstawnych  założeń.  Na  przykład  to,  iż  skoro  jakaś  Ottilie 

Harshom istnieje na tamtej, jak pan powiada, płaszczyźnie, to musiała pojawić się także na tej. W 

pańskiej opowieści nie zauważyłem niczego, co mogłoby uzasadnić takie założenie. Przyznaję, że 

kobieta o takim imieniu mogła zaistnieć na naszej płaszczyźnie, ponieważ imię Ottilie występuje w 

mojej rodzinie. Niemniej jednak szansę na to, że nie istniała wcale, są znacznie większe - czyż nie 

wspominał pan sam o znajomych, którzy w innych okolicznościach mieli inne żony? Czy wobec 

tego nie należałoby przypuścić, że okoliczności, które doprowadziły do zaistnienia Ottilie Harshom 

tam, nie wystąpiły tutaj, wobec czego w ogóle nie mogła ona zaistnieć? Moim zdaniem tak właśnie 

się stało. 

Proszę mi wierzyć, że nie mam serca z kamienia. Doskonale rozumiem, co pan czuje, ale 

czy  nie  chodzi  tu  przypadkiem  o  stan  -  znany  nam  wszystkim  -  stan  pogoni  za  kobietą  idealną, 

która w rzeczy samej naprawdę nie istnieje? Trzeba bowiem pogodzić się z faktami: jeżeli istnieje 

lub  istniała,  wiedziałbym  o  tym,  zostałby  po  niej  jakiś  ślad  w  archiwach.  A  pańskie  rozległe 

poszukiwania ujawniłyby  jakieś dane.  Namawiam  pana, by się pan z tym  pogodził dla  własnego 

dobra. Tak wiele świadczy przeciw panu, że po prostu nie ma pan żadnych szans. 

-  Pozostaje  mi  przeświadczenie  o  własnej  słuszności  -  wtrącił  Colin.  -  Wiem,  że  jest 

sprzeczne z rozsądkiem, ale jednak je posiadam. 

-  Musi  się  pan  go  pozbyć.  Czy  nie  zdaje  pan  sobie  sprawy  z  niezliczonych  pokładów 

możliwości? Gdyby rzeczywiście istniała, mogłaby już być czyjąś żoną. 

background image

- Ale byłby to niewłaściwy mężczyzna - rzucił Colin pospiesznie. 

- Nawet to nie jest pewne. Pański odpowiednik różnił się przecież od pana. Poza tym gdyby 

Ottilie  istniała,  jej  odpowiedniczka  otrzymałaby  zupełnie  odmienne  wychowanie,  w  całkiem 

odmiennych  okolicznościach.  W  związku  z  tym  podobieństwo  byłoby  prawdopodobnie  bardzo 

powierzchowne.  Proszę  zauważyć,  iż  cała  historia  traci  spójność  przy  każdym  rozumowym 

podejściu.  -  Doktor  spojrzał  na  Colina  i  potrząsnął  głową.  -  Podświadomie  przyjął  pan  tezę,  iż 

nieprawdopodobna  przyczyna  może  zaowocować  prawdopodobnym  skutkiem.  Proszę  odrzucić  tę 

tezę. 

Colin uśmiechnął się. 

-  To  bardzo  newtonowskie  podejście,  doktorze.  Nie  ma  pan  jednak  racji.  Czynnik 

przypadku jest przypadkowy. A zatem szansa istnieje. 

- Jest pan niepoprawny, młody człowieku - oświadczył doktor. - Gdyby nie fakt, iż nie ma 

najmniejszego sensu życzyć powodzenia w sprawach niemożliwych, to powiedziałbym, że pańska 

nieustępliwość na to zasługuje. W obecnej sytuacji radziłbym wykorzystać ją do osiągnięcia tego, 

co osiągalne. 

Doktor przystąpił do zapalania wygasłej fajki. 

- Taka jest moja rada jako specjalisty - uzupełnił. - Ale jeżeli ma pan jeszcze trochę czasu, 

chętnie  usłyszę  coś  więcej.  Nie  będę  ukrywał,  że  nie  rozumiem  pańskiego  doświadczenia,  lecz 

przedstawione przez pana spekulacje na temat płaszczyzny tego, co być mogło, są fascynujące. To 

chyba nic dziwnego, że chciałoby się dowiedzieć, jak radził tam sobie pański duplikat, a jeśli nie, 

to jak poszło duplikatom innych osób. Na przykład nasz aktualny premier - czy oba jego wcielenia 

piastowały tę funkcję? A sir Winston? Może on tam wcale nie nazywa się sir Winston. Jak, u licha, 

poradził sobie bez drugiej wojny światowej, która umożliwiła rozkwit jego talentów? Albo nasza 

biedna Partia Pracy?... Ta sprawa wywołuje mnóstwo pytań... 

 

Następnego  dnia  po  śniadaniu  doktor  Harshom  podając  Colinowi  płaszcz  zatrzymał  go 

jeszcze w holu na parę słów. 

-  Rozmyślałem  nad  tą  sprawą  aż  do  rana  -  rzekł  z  przejęciem.  -  Niezależnie  od  jej  finału 

musi  pan  koniecznie  wszystko  opisać,  nie  pomijając  żadnego  szczegółu.  Można  to  zrobić 

anonimowo,  jeżeli  pan  woli,  ale  bezwzględnie  należy  to  uczynić.  Niewykluczone,  że  nie  panu 

jednemu to się przydarzyło i taki zapis może służyć potwierdzeniu przeżyć innej osoby lub dowieść 

słuszności  jakiejś  teorii.  Proszę  to  spisać  i  na  tym  poprzestać...  I  niech  pan  zapomni  o  swych 

pochopnych  założeniach  -  są  bezpodstawne,  i  to  z  wielu  powodów.  Ona  nie  istnieje.  Wszystkie 

Ottilie  Harshom,  które  żyły  na  tym  świecie,  dawno  już  umarły.  Niech  ten  miraż  zniknie. 

background image

Tymczasem  dziękuję  za  okazane  zaufanie.  Chociaż  jestem  dociekliwy,  potrafię  zachować 

dyskrecję. Gdybym mógł być jeszcze w czymś pomocny...   

Wkrótce potem doktor odprowadzał wzrokiem oddalający się samochód. Zanim samochód 

zniknął za rogiem, Colin pomachał ręką na pożegnanie. Doktor Harshom pokiwał głową. Wiedział, 

że mógłby sobie oszczędzić wysiłku, lecz czuł się w obowiązku zaapelować po raz ostatni. Wrócił 

do  domu  zafrasowany.  Bez  względu  na  to,  czy  ta  obsesja  wynika  z  urojenia  czy  czegoś  więcej, 

prędzej czy później ten młody człowiek doprowadzi się do obłędu. 

 

Minęło  kilka  tygodni.  Doktor  Harshom  nie  miał  w  tej  sprawie  żadnych  nowych  wieści. 

Przekonał się jedynie, iż Colin Trafford nie poszedł za jego radą. Zarówno bowiem Peter Harshom 

zamieszkały  w  Kornwalii,  jak  i  Harold  Harshom  z  Durham  zawiadomili  go,  iż  otrzymali  listy  z 

prośbą o informacje na temat panny Ottilie Harshom, która, o ile im wiadomo, nigdy nie istniała. 

Po  kilku  miesiącach  ciszy  nadeszła  pocztówka  z  Kanady  przedstawiająca  gmach  parlamentu  w 

Ottawie. Na odwrocie widniała informacja: “Odnalazłem ją. Może mi pan pogratulować. C.T.” 

Doktor  Harshom  wpatrywał  się  przez  chwilę  w  pocztówkę,  po  czym  uśmiechnął  się 

nieznacznie.  Był  zadowolony.  Nabrał  bowiem  sympatii  do  Colina  Trafforda.  To  zbyt  porządny 

młodzieniec, by miał zadręczyć się daremnym poszukiwaniem. Jeżeli jakaś rozsądna młoda dama 

istotnie  potrafiła  przekonać  go  -  w  co  raczej  trudno  uwierzyć  -  iż  jest  w  pewnym  sensie 

reinkarnacją  jego  ukochanej,  należy  życzyć  jej  szczęścia.  I  jemu  także.  Pojawia  się  szansa  na 

łagodne ustępowanie obsesji. Doktor chętnie zadośćuczyniłby prośbie o gratulacje, lecz na kartce 

nie było adresu zwrotnego. 

Parę  tygodni  później  nadeszła  kolejna  pocztówka  z  widokiem  placu  Świętego  Marka  w 

Wenecji.  Wiadomość  była  równie  zwięzła  jak  poprzednio.  Choć  tym  razem  poprzedzał  ją  adres 

hotelu. Colin pisał: “Miodowy miesiąc. Możemy pana odwiedzić?” 

Doktor Harshom zawahał się. Jako specjalista był raczej przeciwny takiej wizycie: czuł, że 

należy  unikać  sytuacji,  które  mogłyby  wywołać  u  młodego  człowieka  stan,  w  jakim  widział  go 

ostatnio. Z drugiej jednak strony, odmowa byłaby zarówno dziwna, jak nieuprzejma. Ostatecznie 

wysłał odpowiedź na pocztówce z widokiem katedry w Hereford:     

“Bardzo proszę. Kiedy?” 

Colin  Trafford  zjawił  się  u  doktora  dopiero  pod  koniec  sierpnia.  Zajechał  opalony  i  w 

znacznie lepszym stanie niż za pierwszym razem. Doktor Harshom odnotował to z zadowoleniem, 

lecz był zaskoczony widząc, że Colin przyjechał sam. 

- Wydawało mi się, że miał pan zamiar przedstawić mi pannę młodą - zdziwił się. 

background image

-  Owszem.  I  wcale  go  nie  zmieniłem  -  zapewnił  Colin.  -  Jest  w  hotelu.  Widzi  pan... 

chciałem najpierw zamienić z panem kilka słów. 

Doktor przyjrzał się Colinowi uważniej, nieco zatroskany. 

- Świetnie więc. Proszę do środka. Ale jeśli jest coś, o czym nie powinienem mówić, mógł 

pan uprzedzić mnie listownie. 

-  Ależ  nie.  Nie  o  to  chodzi.  Ona  wie  o  wszystkim.  Trudno  mi  powiedzieć,  do  jakiego 

stopnia  potrafi  to  pojąć,  ale  zna  fakty  i  bardzo  chciałaby  pana  poznać.  To  dosłownie  kwestia 

najwyżej dziesięciu minut. 

Doktor wprowadził gościa do gabinetu. Wskazał mu fotel, sam zaś usiadł za biurkiem. 

- Proszę opowiedzieć wszystko, co leży panu na sercu. 

Colin usiadł i oparł łokcie na kolanach, luźno spuszczając dłonie w dół. 

- Przede wszystkim, doktorze, pragnę panu podziękować. Nigdy nie będę w stanie należycie 

się  panu  odwdzięczyć.  Nigdy.  Gdyby  nie  pańskie  zaproszenie,  wątpię,  czybym  ją  kiedykolwiek 

znalazł. 

Doktor  Harshom  ściągnął  brwi.  Nie  był  pewien,  czy  jest  to  uzasadnione  podziękowanie. 

Osoba, którą Colin znalazł, posiadała bezsprzecznie wielkie umiejętności terapeutyczne, chociaż... 

-  O  ile  sobie  przypominam,  ograniczyłem  się  do  wysłuchania  i  udzielenia  porady,  która 

niezbyt przypadła panu do gustu... - zauważył. 

- Wówczas sądziłem podobnie - przyznał Colin. - Wyglądało na to, że zamknął pan przede 

mną wszystkie drzwi. Po dokładnym przemyśleniu dostrzegłem pewne wyjście, pewne drzwi, nie 

do końca zamknięte. 

- Nie przypominani sobie, bym pana do czegokolwiek zachęcał - podkreślił dr Harshom. 

-  Nie  przypuszczam,  by  pan  o  tym  pamiętał,  a  jednak  zachęcił  mnie  pan.  Wskazał  pan 

jeden,  bardzo  niepewny  kierunek...  Lecz  ja  postanowiłem  się  go  trzymać...  Niebawem  dowie  się 

pan, o co chodzi, jeśli zechce pan wysłuchać mnie jeszcze przez moment. Spostrzegłszy tę    szansę, 

zorientowałem się, iż wymaga ona tak wielu  zabiegów, że sam  nie dam  im rady, musiałem więc 

zatrudnić  zawodowców.  Spisali  się  chyba  całkiem  nieźle,  skoro  rozwiali  wszelkie  moje 

wątpliwości  co  do  tego,  czy  jest  to  kierunek  właściwy.  Ich  informacje  urywały  się  na  pokładzie 

statku  płynącego  do  Kanady.  Musiałem  zatem  wynająć  detektywów  po  tamtej  stronie  oceanu. 

Kanada  to  wielki  kraj;  przyjeżdża  tam  mnóstwo  ludzi.  Trzeba  było  włożyć  ogromną  pracę  i 

zaczynałem  już  wątpić,  kiedy  moi  wywiadowcy  trafili  wreszcie  na  pewien  ślad.  Po  tygodniu 

zawiadomili  mnie,  że  jest  sekretarką  w  biurze  prawniczym  w  Ottawie.  Zasugerowałem  wówczas 

swemu pracodawcy w EPI, że bezpłatny urlop zdrowotny wpłynie korzystnie na moją wydajność. 

background image

-  Chwileczkę  -  przerwał  mu  doktor.  -  Gdyby  mnie  pan  zapytał,  dowiedziałby  się  pan  od 

razu, że w Kanadzie nie ma żadnych Harshomów. Wiem o tym, ponieważ... 

-  Szczerze  mówiąc,  wcale  już  na  to  nie  liczyłem.  Nie  nazywa  się  Harshom...  lecz  Gale  - 

wyjaśnił Colin. 

-  Ach,  tak?  Podejrzewam  więc,  że  nie  ma  też  na  imię  Ottilie  -  zauważył  doktor  Harshom 

ponuro. 

- Nie. Na imię ma Belinda. 

Doktor  zamrugał  powiekami  i  już  otwierał  usta,  lecz  w  porę  się  rozmyślił.  Colin  mówił 

dalej: 

- Poleciałem więc do Kanady, by upewnić się na miejscu. Odbyłem najtrudniejszą podróż w 

życiu. Ale nie na darmo. Wystarczyło, że ujrzałem ją z daleka. Nigdy nie pomyliłbym jej z Ottilie, 

ale była do niej tak podobna, iż rozpoznałbym ją wśród tysięcy. Może gdyby nie włosy i sukienka... 

-  przerwał  i  zamyślił  się,  nieświadom  wyrazu,  jaki  malował  się  na  twarzy  doktora.  -  Zresztą 

mniejsza o to - podjął. - Wiedziałem, że to ona. Z trudem powstrzymywałem się, by nie paść jej od 

razu  w  ramiona,  zachowałem  jednak  dość  rozsądku,  żeby  się  opanować.  Potem  musiałem  tylko 

właściwie się przedstawić. Przecież to było... całkowicie nieuchronne, coś jak przeznaczenie. 

Ulegając ciekawości doktor zapytał: 

- To zrozumiałe, lecz niezbyt jasne. A co, na przykład, z jej mężem? 

- Jakim mężem? - Colin był przez moment wyraźnie spłoszony. 

- Przecież powiedział pan, że jej nazwisko brzmiało Gale -    zauważył doktor. 

- Owszem,  panna Belinda Gale.  Zdawało  mi się, że już o tym  mówiłem.  Tak, była kiedyś 

zaręczona,  ale  do  małżeństwa  nie  doszło.  Zapewniam  pana,  to  coś  w  rodzaju...  fatum,  tak  jak 

rozumieli je Grecy. 

- Ale jeżeli... - zaczął doktor, lecz powściągnął ciekawość, starając się jednocześnie stłumić 

wszelkie oznaki niedowierzania. 

- To, że mogłaby być mężatką, i tak nic by nie zmieniło - oświadczył Colin z przekonaniem. 

- Ponieważ byłby to niewłaściwy mężczyzna. 

Doktor powstrzymał się od komentarza. 

-  Ale  nie  istniały  żadne  komplikacje,  nie  było  żadnych  związków...  W  każdym  razie  nic 

poważnego. Mieszkała z matką i nieźle zarabiała. Matka zajmowała się domem, utrzymując się z 

renty  po  mężu,  który  służył  w  kanadyjskim  lotnictwie  wojskowym  i  został  zestrzelony  nad 

Berlinem.  Słowem,  żyło  im  się  całkiem  nieźle.  Może  pan  sobie  wyobrazić,  że  jako  zjawa  nie 

miałem zbyt wielu szans, by przypaść do gustu jej matce. Ponieważ jest to jednak kobieta rozsądna, 

background image

jako  ludzie  polubiliśmy  się  niebawem.  W  ten  sposób  zadanie  okazało  się  łatwiejsze,  niż  się 

spodziewałem. 

Dr Harshom skorzystał z pauzy. 

-  Naturalnie,  cieszę  się  wraz  z  panem,  ale  muszę  przyznać,  że  nie  bardzo  rozumiem, 

dlaczego zostawił pan małżonkę w hotelu. 

Colin zmarszczył czoło. 

- Myślałem... To znaczy ona myślała... Właściwie jeszcze nie doszedłem do sedna. To taka 

delikatna kwestia. 

- Ależ nie ma pośpiechu. Jestem już przecież na emeryturze - zachęcał doktor przyjaźnie. 

Colin zawahał się. 

- Dobrze więc. Będzie chyba uczciwie wobec pani Gale, jeżeli opowiem, jak to wyszło na 

jaw.  Otóż  widzi  pan,  wcale  nie  zamierzałem  wyjawiać  jej,  co  się  za  tym  kryje...  Mam  na  myśli 

Ottilie i powody, dla których znalazłem się w Ottawie... Zamierzałem odłożyć to na później. Był 

pan jedyną osobą, która o tym wiedziała, i wydawało mi się, że tak będzie lepiej... Nie chciałem, 

oczywiście, żeby pomyślały, że coś jest ze mną nie w porządku. Ale mi się to nie udało. Stało się to 

w przeddzień naszego ślubu. Belinda wyszła z domu, żeby załatwić jakieś ostatnie sprawunki, ja 

zaś zostałem u nich, by zabiegać o zaufanie przyszłej teściowej. O ile dobrze pamiętam, zacząłem 

od tego, że mam dobrą pracę w EPI. oraz widoki na awans, poza tym moja firma ma także oddziały 

w Kanadzie, więc jeżeli się okaże, że Ottilie nie zechce zamieszkać w Anglii, to... I w tym miejscu 

musiałem przerwać, ponieważ pani Gale wyprostowała się nagle i zamarła, wpatrując się we mnie z 

otwartymi ustami. Po chwili drżącym głosem zapytała: 

- Co ty powiedziałeś? 

Spostrzegłem swoją pomyłkę poniewczasie, więc poprawiłem się: 

- Mówiłem, że jeżeli Belinda nie zechce...   

Przerwała mi. 

- Nie powiedziałeś “Belinda”. Powiedziałeś “Ottilie”. 

- Ach, tak? No cóż, być może - przyznałem. - A więc, jeżeli się jej nie... 

- Dlaczego? - nalegała. - Dlaczego nazywasz ją Ottilie?   

Bardzo ją to poruszyło. Nie mogłem się dłużej wykręcać. 

- Tak ją nazywam w myślach - wyjaśniłem. 

- Ale dlaczego? Dlaczego nazywasz ją w myślach Ottilie? - upierała się. 

Przyjrzałem  się  jej  uważnie.  Zbladła,  widziałem  jej  drżącą  rękę.  Wyglądała  na 

przestraszoną i strapioną. Zrobiło mi się przykro i postanowiłem nie udawać. 

- Doprawdy, nie chciałem, żeby tak wyszło - zapewniłem ją.   

background image

Zajrzała mi w oczy, nieco już spokojniejsza. 

- Ale skoro tak wyszło, musisz mi odpowiedzieć. Co o nas wiesz? - zapytała. 

- Wiem tylko tyle, że gdyby sprawy potoczyły się... inaczej, to nie nazywałaby się Belinda 

Gale, lecz Ottilie Harshom - odparłem. 

Wpatrywała się we mnie długo i uparcie. Bladość nie ustępowała z jej twarzy. 

- Nie rozumiem  -  powiedziała niemal  szeptem.  - Nie mogłeś przecież wiedzieć. Najwyżej 

Harshom.  Mogłeś  się  jakoś  dowiedzieć  albo  odgadnąć.  A  może  ona  ci  powiedziała?  - 

Zaprzeczyłem. - To zresztą nieważne, mogłeś się tego dowiedzieć - ciągnęła. - Ale Ottilie...? Nie, o 

tym nie mogłeś wiedzieć... To właśnie imię, spośród tysięcy? Oprócz mnie nikt o tym nie wiedział. 

-  Potrząsnęła  głową.  -  Nie  mówiłam  o  tym  nawet  Reggiemu...  Kiedy  zapytał,  czy  możemy  ją 

nazwać  Belinda,  zgodziłam  się:  okazał  mi  tyle  dobroci.  Wcale  się  nie  domyślał,  że  zamierzałam 

dać jej na imię Ottilie. Nikt się nie domyślał. Nikomu nie mówiłam ani przedtem, ani potem. Skąd 

więc ty o tym wiesz? 

Ująłem ją za rękę, próbując uspokoić. 

- Nie ma powodu do niepokoju - zapewniłem. - Miałem taki sen, coś w rodzaju wizji... I po 

prostu wiem... 

Pokiwała głową. Po chwili milczenia zaczęła mówić cichym głosem: 

- Nikt oprócz mnie nie wiedział... To było latem dwudziestego siódmego roku. Pływaliśmy 

łodzią  po  rzece,  a  potem  ukryliśmy  się  pod  wierzbą.  Przemknęła  obok  nas  biała  motorówka. 

Dostrzegliśmy jej nazwę na rufie i  wtedy Malcolm  powiedział...  - Colin zauważył,  być może, że 

doktor Harshom drgnął nagle, bo powtórzył: - Malcolm powiedział: “Ottilie to ładne imię, prawda? 

Mój ojciec miał siostrę Ottilie, ale umarła jako dziecko. Jeżeli będę miał kiedyś córkę, chciałbym, 

żeby miała na imię Ottilie”. 

Colin Trafford urwał i spojrzał na doktora, zanim zaczął opowiadać dalej: 

- Po dłuższej chwili milczenia dodała: - Widzisz, on nigdy się o tym nie dowiedział. Biedny 

Malcolm!  Zginął,  zanim  ja  sama  dowiedziałam  się,  że  ona  już  istnieje...  Tak  bardzo  chciałam  ją 

nazwać  Ottilie  na  jego  cześć...  Byłby  taki  szczęśliwy...  Szkoda,  że  tego  nie  zrobiłam...  -  I 

rozpłakała się cicho. 

Doktor Harshom oparł rękę na biurku, zasłaniając dłonią oczy. Trwał  w  tej pozycji przez 

jakiś czas, aż w końcu wyjął chusteczkę i głośno wytarł nos. 

- Słyszałem, że była jakaś dziewczyna - powiedział. - Podjąłem nawet poszukiwania, ale mi 

powiedziano,  że  wkrótce  potem  wyszła  za  mąż.  Myślałem,  że...  Ale  dlaczego  się  ze  mną  nie 

skontaktowała? Przecież bym się nią zajął. 

background image

-  Nie  mogła  o  tym  wiedzieć.  Lubiła  Reggiego  Gale’a.  Był  w  niej  zakochany  i  chciał  dać 

dziecku własne nazwisko - odparł Colin. 

Spojrzał w stronę biurka, po czym podniósł się z fotela i podszedł do okna. Stał tam przez 

kilka  minut  odwrócony  plecami,  dopóki  nie  usłyszał  za  sobą  odgłosu  kroków.  Doktor  Harshom 

wyszedł zza biurka i skierował się do barku. 

- Napijmy się czegoś - zaproponował. - Wznieśmy toast za przywrócenia lądu i pogrążenie 

przypadku. 

- Z przyjemnością - oświadczył Colin. - Chciałbym jednak wypić również za potwierdzenie 

pańskiej teorii, doktorze. Przecież w końcu miał  pan rację: Ottilie Harshom nie istnieje... Już nie 

istnieje. Poza tym sądzę, że czas najwyższy, aby poznał pan swoją wnuczkę, panią Trafford. 

background image

WIBRATOR TRZECIEJ GENERACJI 

 

 

Diana French szła za umundurowanym pielęgniarzem przez dobrze utrzymany trawnik. Jej 

zachowanie  wyrażało  skwapliwość,  która  zmaga  się  z  niechęcią,  gotową  lada  moment  nakazać 

odwrót. Pielęgniarz zatrzymał się przy kępie krzewów. Wskazał ręką przed siebie. 

- Pan Hixton jest tam, proszę pani. 

Diana  zmobilizowała  wszystkie  siły  i  powolnym,  lecz  stanowczym  krokiem  ruszyła  w 

stronę  wyciągniętej  na  leżaku  postaci  w  szarym  garniturze.  Zauważyła,  że  mężczyzna  jest 

pogrążony  w  myślach:  siedział  z  bezwładnie  zwisającymi  rękami,  utkwiwszy  wzrok  w  rosnące 

przed nim drzewa. 

W nagłym przypływie strachu potknęła się. Może jest niebezpieczny? Powiedziano jej, że 

to  z  przepracowania,  a  przepracowanie  chyba  nie  czyni  z  ludzi  groźnych  wariatów.  Ponownie 

zebrała się w sobie. Nie ma obawy. W przeciwnym razie nie zezwolono by na spotkanie sam na 

sam. Szła teraz pewniejszym krokiem. Przystanęła dwa kroki za nim. 

- Dawid! 

Wymówiła jego imię prawie szeptem, lecz mężczyzna natychmiast zesztywniał i odwrócił 

głowę. 

- Diana! - krzyknął. 

Wstał  i  ruszył  ku  niej,  wyciągając  ręce.  Podeszła  bliżej  i  ujęła  jego  dłonie,  badawczo 

wpatrując  mu  się  w  twarz.  Nie  wiedziała,  czego  się  spodziewać.  Sądziła  tylko,  że  Dawid  będzie 

inny. Ale oprócz śladów troski i zmęczenia nie było widać żadnej zmiany. Spojrzała mu głęboko w 

oczy, usiłując dotrzeć do kryjących się w ich głębi myśli, by znaleźć potwierdzenie tego, co jej o 

nim mówiono.  Nie dostrzegła niczego    obcego,  niczego,  co mogłoby świadczyć o jakichkolwiek 

zaburzeniach. 

Rozluźniła napięte bezwiednie mięśnie. Podeszła jeszcze bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję. 

Chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Dała więc upust długo powstrzymywanym łzom. 

- Powiedzieli mi... - wyznała - ...powiedzieli mi, że... że... 

- Że zwariowałem?   

Przytaknęła. 

- O to im chodziło. Mówili, że miałeś załamanie... że załamałeś się z przepracowania. Jeden 

z  twoich  asystentów  zastał  cię  na  demolowaniu  pracowni  jakimś  wielkim  młotem  i  musieli... 

musieli cię tu wysłać. 

background image

-  Tak,  to  prawda...  Ale  to  wcale  nie  z  powodu  obłędu,  kochanie.  Doznałem  oślepiającego 

olśnienia. Zabrakło mi dosłownie minuty, żeby z tym skończyć. 

- Skończyć z czym? 

-  Z  wibratorem.  Rozwaliłbym  go  w  drobny  mak,  nie  pozostawiając  nikomu  najmniejszej 

nadziei  na  rekonstrukcję.  Alan  trochę  się  pospieszył,  chociaż  nie  mam  pretensji,  że  mnie 

powstrzymał. Nie wiedział, o co chodzi, a ja rzeczywiście musiałem wyglądać jak szaleniec. 

- Ale dlaczego? Dlaczego po tylu latach pracy chciałeś go zniszczyć? 

- Ponieważ nagle zdałem sobie sprawę, że jeżeli ja go nie zniszczę, to on zniszczy nas. 

- Mów jaśniej, Dawidzie. Nie rozumiem. Wiem, że wibrator był bronią, ale... 

-  Bronią,  kochanie?  Czy  można  nazwać  bronią  wulkan,  trzęsienie  ziemi  czy  tajfun?  Ten 

wibrator  był  czymś  więcej  niż  wszystkie  żywioły  razem  wzięte.  Posiadał  moc  wręcz 

niewyobrażalną. Oznaczał koniec wszystkiego, i to ja... ja wprowadziłem coś takiego na Ziemię po 

raz trzeci. 

Na  twarzy  Diany  pojawił  się  wyraz  niepokoju  i  zwątpienia.  Położyła  mu  dłoń  na  ręce  i 

zajrzała głęboko w oczy. 

-  Musisz  mi  to  dokładnie  wyjaśnić.  Myślę,  że  mi  się  to  od  ciebie  należy,  Dawidzie. 

Dlaczego zapragnąłeś nagle zniszczyć owoc wieloletniej pracy, wynalazek, dzięki któremu  stałeś 

się  jednym  z  czołowych  specjalistów  w  swojej  dziedzinie?  I  co  masz  na  myśli,  mówiąc  “po  raz 

trzeci”? 

Patrzył na nią w milczeniu. 

-  Dobrze,  powiem  ci.  Nie  mówiłem  jeszcze  o  tym  nikomu...  Potraktowano  by  to  jako 

kolejny dowód mojego “szaleństwa”.   

-  Było  to  dokładnie  tydzień  temu  -  zaczął  Dawid.  -  Stary  Fossdyke  wygłaszał  mowę 

dziękczynną pod adresem Ministerstwa Wojny. Zebranie miało wprawdzie charakter nieformalny, 

gdyż  za  stołem  zasiadała  tylko  nasza  siódemka,  ale  nie  zabrakło  w  nim  pewnych  akcentów 

oficjalnych. Fossdyke przemawiał pięknie, jak to  on potrafi, kiedy nagle uświadomiłem sobie, że 

gdzieś  to  już  słyszałem.  Miewasz  chyba  czasem  takie  uczucie,  że  coś  znasz,  chociaż  nie  wiesz 

skąd;  każdy  tego  doświadczył.  Staje  się  naraz  wobec  sytuacji  czy  w  scenerii,  którą  kiedyś,  w 

przeszłości,  już  raz  się  widziało.  Psychologowie  potrafią  to  oczywiście  wyjaśnić,  bo  oni  mają 

odpowiedź  na  wszystko.  Ale  to,  czego  wówczas  doznałem,  było  silniejsze  niż  kiedykolwiek 

przedtem. 

“To coś więcej niż po prostu broń - ciągnął Fossdyke. - Nie żadna adaptacja czy ulepszenie 

istniejących  metod.  To  prawdziwy  przełom.  Ziściło  się  marzenie  naukowców...  Mamy  promień 

śmierci.  -  Zawiesił  głos.  -  Poza  tym,  panowie  -  dodał  -  podobnie  jak  pojawienie  się  samolotu 

background image

przerastało  marzenia  o  maszynach  latających,  tak  wibrator  pana  Hixtona  przerasta  nasze 

oczekiwania.  Jeżeli  w  ogóle  zastanawialiśmy  się  nad  tym,  to  w  najśmielszych  wyobrażeniach 

widzieliśmy raczej coś na kształt ogromnego reflektora, który porusza się niszczycielskim łukiem 

niczym gigantyczny sierp. Co prawda wynalazek pana Hixtona rzeczywiście jest siłą, którą można 

kierować,  lecz  składa  się  na  nią  niewidzialny  strumień  wibracji,  który  zakłóca  uporządkowane 

wibracje materii i prowadzi do jej totalnej dezorganizacji. 

Możliwości  zastosowania  tego  wynalazku  są  bez  wątpienia  większe,  niż  potrafimy  sobie 

aktualnie  wyobrazić.  Mogę  panów  jednak  zapewnić,  że  to,  czego  dokonał  pan  Hixton,  nie  ma 

precedensu  w  całej  historii  ludzkich  dokonań.  Pan  Hixton  położył  kres  wojnom.  Taka  broń  po 

prostu wyklucza wszelkie wojny. Jej kolosalna siła wystawi na pośmiewisko wszystkie istniejące 

obecnie rodzaje broni. Od dziś żaden naród nie ośmieli się użyć przemocy...” 

Słyszałem, jak Fossdyke wciąż grzmi, ale jego głos zdawał się docierać do mnie z oddali. 

Powieki  zaczęły mi ciążyć  w niewytłumaczalny  sposób.  Nie była to  zwyczajna senność. Czułem 

ciężar, który je zamyka. Walczyłem z tym stanem, tak jak walczy się z narkozą - z równie nikłym 

rezultatem.     

Dudniący  głos  Fossdyke’a  oddalał  się  coraz  bardziej,  w  miarę  jak  opadały  mi  powieki. 

Kiedy oczy miałem już zamknięte na dobre, zorientowałem się, że jestem sam. Wszystkie dźwięki 

z zewnątrz ucichły. Czułem, że otacza mnie jedynie ciemna, milcząca próżnia, w którą zanurzam 

się coraz głębiej... 

Nie potrafię powiedzieć, jak długo to  trwało.  Nie mogłem zmierzyć upływu czasu. Wiem 

tylko,  że  ta  podróż  zakończyła  się  w  sposób  równie  niewyjaśniony,  jak  się  zaczęła.  Ponownie 

usłyszałem czyjś głos: 

“Tak więc nasz kraj uzyskał absolutną przewagę. Jak długo będziemy w posiadaniu broni, 

żadna rasa na Ziemi nie może stawić nam czoła”. 

Zaskoczony,  otworzyłem  oczy.  Głos  nie  należał  do  Fossdyke’a,  a  język,  którym  się 

posługiwał,  nie  był  językiem  angielskim.  Mimo  to  zrozumienie  go  nie  sprawiało  mi  kłopotu. 

Ujrzałem rozległą salę. Siedziałem w pierwszej z półkolistych ław, wśród stłoczonych mężczyzn i 

kobiet,  odzianych  w  lśniące  stroje  z  tkaniny  podobnej  do  jedwabiu.  Przed  nami,  na  fotelu  z 

wysokim oparciem przypominającym tron, siedział mówca. 

Moje  zdziwienie  trwało  zaledwie  kilka  chwil.  Obraz  Fossdyke’a  zaczął  usuwać  mi  się  z 

pamięci.  Nie  byłem  już  Dawidem  Hixtonem,  żyjącym  w  dwudziestym  wieku.  Nazywałem  się 

Kis-Tan  i  byłem  obywatelem  potężnego  Imperium  Lemurii.  Mówca,  wysoki  mężczyzna  o 

poważnym  obliczu,  którego  znałem  już  jako  Alhuiego,  Naczelnego  Doradcę  Imperium, 

kontynuował przemówienie: 

background image

“Lecz w swej obecnej postaci broń ta jest obosieczna. W związku z tym muszę przedstawić 

wam dwie propozycje. Po pierwsze, należy natychmiast zniszczyć wszystkie istniejące wibratory. 

Po  drugie,  należy  przyznać  Kis-Tanowi  fundusze  na  prowadzenie  dalszych  badań  w  celu 

opracowania nowego typu wibratora, mniej drastycznego w działaniu. Jeżeli badania się powiodą, 

nowe  urządzenia  nie  wyjdą  poza  granice  Lemurii  i  zostaną  użyte  wyłącznie  na  wypadek 

ostatecznego zagrożenia, i to z najwyższą rozwagą”. 

 

Na  sali,  gdzie  znajdowało  się  około  dwustu  osób,  rozległ  się  pomruk  niezadowolenia. 

Dzięki  wibratorowi  Lemuria,  dostatecznie  już  silna,  stała  się  niezwyciężona.  Próba  ograniczenia 

tego  rodzaju  broni  wydawała  się  większości  wyzwaniem  rzuconym  Słońcu.  Nie  wolno  odtrącać 

daru Ra dla wybranego ludu.   

Kilka  głosów  zwróciło  się  w  moim  kierunku.  Chcieli  sprawdzić,  jak  przyjmę  propozycję 

wymierzoną  przeciw  memu  wynalazkowi.  Dołożyłem  wszelkich  starań,  by  zachować 

nieprzenikniony  wyraz  twarzy.  Alhui  spoglądał  na  salę  ze  spokojem,  oceniając  nastrój  Rady.  W 

końcu jego wzrok spoczął na mnie. 

- Na początek wzywam do raportu Kis-Tana - oznajmił. Podniosłem się z miejsca, złożyłem 

ukłon przed wizerunkiem Słońca, który jaśniał na ścianie za jego plecami. 

- W obliczu Ra mówię tylko prawdę - powiedziałem. 

- Opowiedz nam - rozkazał Alhui - o próbie przeprowadzonej z twoim wibratorem. 

Stanąłem twarzą do Rady i powiedziałem: 

-  Podczas  budowy  pierwszego  wibratora  pracowałem  w  dużej  mierze  po  omacku. 

Wiedziałem, że posiada niezwykłą moc, lecz nie byłem w stanie jej zmierzyć. Jak pamiętacie, Rada 

ustaliła, że próba ma odbyć się poza granicami Imperium Lemurii. 

Zarówno  ja  sam,  jak  i  moi  współpracownicy  doskonale  rozumieliśmy  takie  środki 

ostrożności  i  przyjęliśmy  je  z  aprobatą.  Po  długiej  podróży  dotarliśmy  do  słabo  zaludnionych 

obszarów na południowym zachodzie, kilkanaście tysięcy mil stąd. Okolica nadawała się idealnie 

do  naszych  celów.  Nieliczna  populacja  reprezentowała  bardzo  prymitywny  typ  rasy  czarnej, 

podobnie  jak  fauna,  należąca  przeważnie  do  podgromady  torbaczy.  Uznaliśmy,  że  w  tym  rejonie 

ewentualne skutki uboczne eksperymentu nie będą miały większego znaczenia. Ustawiliśmy więc 

wibrator na rozległej równinie. 

Po  nałożeniu  odzieży  ochronnej  osobiście  włączyłem  maszynę.  Efekty  przerosły  nawet 

moje oczekiwania. Nie zaobserwowałem żadnej emanacji, żadnych promieni ani dźwięku: niczego, 

co  mogłoby  świadczyć  o  działaniu  wibracji,  zdolnej  zakłócić  rytm  drugiej  wibracji,  którą 

background image

nazywamy  “życiem”.  A  jednak  na  naszych  oczach  zaczęła  więdnąć  trawa,  liście,  a  nawet  same 

drzewa. Zwierzęta padały martwe tam, gdzie stały, ginęły wszystkie owady. 

Ogarnęło nas zdumienie... może nawet pewien lęk. Wkrótce jednak ponownie opanował nas 

entuzjazm  i  przystąpiliśmy  do  serii  prób  w  celu  ustalenia  zasięgu,  zdolności  manewru  i  innych 

danych.  Następnie  przenieśliśmy  się  na  nowe  tereny,  gdzie  odbyły  się  dalsze  próby.  oO  Kiedy 

skończyłem, Alhui zapytał: 

- Czy oglądałeś potem obszary doświadczalne? 

- Tak. 

- Opowiedz Radzie, jak wyglądają. 

- Są całkowicie jałowe. Pokrywa je martwy, pustynny piasek. Kiedy siadałem, podniósł się 

szmer, który Alhui niezwłocznie uciszył. 

- Wzywam Aphrusa, misjonarza Ra w krainie Aegiptu. 

 

Wstał wysoki mężczyzna z ogoloną głową, odziany w szatę przetykaną złotą nicią. Oddał 

cześć wizerunkowi Ra i przemówił mocnym, dźwięcznym głosem: 

-  W  Aegipcie,  gdzie  leczymy  lud  z  ciemnego  zabobonu  ukazując  mu  chwałę  Ra,  Pana 

Życia,  my,  kapłani  i  nawróceni,  narażeni  jesteśmy  na  wiele  niebezpieczeństw.  Na  wieść  o 

wibratorze zwróciliśmy się z prośbą o przekazanie nam jednego egzemplarza dla potrzeb ochrony 

własnej. Dokładaliśmy wszelkich starań, by utrzymać pokój, lecz musieliśmy być przygotowani na 

wypadek wojny. 

Nieuchronnie nadszedł dzień, w którym poganie podjęli próbę zakwestionowania mocy Ra. 

Od  zachodu  i  południa  ruszyły  na  nas  czarnoskóre  i  brązowoskóre  rzesze.  Wyprawiliśmy 

posłańców z ostrzeżeniem, że jesteśmy niezwyciężeni. Zostali zabici. Setki, tysiące pogan parły do 

przodu. Nie było innego wyjścia. Musieliśmy użyć wibratora. 

Z  chwilą  uruchomienia  maszyny  napastnicy  jak  jeden  mąż  padli  martwi.  Zarówno 

wojownicy,  jak  ich  wierzchowce.  Nastąpiło  stłumienie  wibracji,  którą  zwaliśmy  danym  od  Ra 

życiem. Obumarły także drzewa i kwiaty. Ziemię zasłały niezliczone ciała pogan. Ra, opanowany 

wielkim gniewem, poraził ich zwłoki, które uległy rozpadowi. 

Gniew  Ra  dosięgnął  także  jego  sług.  Znad  pól  uniosło  się  złe  powietrze  i  owiało  cały 

Aegipt. Wraz z nim nadciągnęła zaraza. Z każdych czterech mężczyzn trzech oddało ducha. Kiedy 

niebezpieczeństwo  minęło,  udaliśmy  się  na  pole  bitwy.  Rozciągała  się  tam  niegdyś  piękna  i 

urodzajna  kraina.  Tymczasem  oczom  naszym  ukazała  się  bezkresna  jałowa  pustynia,  spalona 

bezlitosnym wzrokiem Ra... 

Skończył i usiadł. Alhui przywołał spokojnym głosem następnego świadka. 

background image

- Yoshin ze Świątyni Wiedzy. 

Podniósł się przygarbiony brodaty starzec i przemówił ledwie słyszalnym głosem:   

- W naszej górskiej świątyni mogliśmy od wieków oddawać się zgłębianiu wiedzy. Rzadko 

nam przeszkadzano, ponieważ nie posiadamy rzeczy, które ceni większość ludzi. Jednakże ostatnio 

zakłócono  nasz  spokój.  Nie  zakłóciły  go  ludy  brązowoskórych  z  południowego  zachodu,  gdyż 

zadowalają się one przebywaniem za osłoną gór. Zagrożenie nadeszło od żółtej rasy skośnookich 

ze wschodu i północnego wschodu. 

Lemuria  wyposażyła  nas  w  wibratory.  Wielu  naszych  braci  powróciło  na  pewien  czas  do 

stanu  mniej  oświeconego.  Opanowani  żądzą  zemsty,  zepchnęli  napastników  daleko  na  północny 

wschód. Spuścizną ich szaleńczego zaślepienia stała się wielka pustynia za górami północnymi. 

Przywołano  następnego  świadka.  Miał  na  sobie  mundur  wojskowy,  a  jego  zeznania  były 

krótkie i zwięzłe. 

-  W  celu  zapewnienia  łączności  między  Lemuria  a  nową  kolonią  Atlantyką  przez  obszary 

zachodnie  otrzymałem  do  dyspozycji  jeden  wibrator.  W  wyniku  odpierania  powtarzających  się 

najazdów czerwonoskórych z północy powstało wiele pustyń. 

Usiadł.  Alhui  wzywał  jeszcze  wielu  kolejnych  świadków.  Doniesienia  o  małych  i  dużych 

pustyniach utworzonych przez moją maszynę ciągnęły się bez końca. W miarę wydłużania się tej 

litanii  nastrój  zebranych  ulegał  zmianie.  W  końcu  Alhui  zwolnił  ostatniego  świadka  i  ponownie 

zwrócił się do mnie. 

- Kis-Tanie, czy przystajesz na propozycję Rady? 

- Przystaję. 

-  Czy  zrobisz  wszystko,  co  w  twojej  mocy,  by  skonstruować  zmodyfikowaną  wersję 

wibratora? 

- Może się to okazać niemożliwe, lecz dołożę wszelkich starań. 

 

Tu  urwała  się  moja  wizja,  projekcja  pamięciowa  czy  też  inny  proces  psychologiczny, 

któremu uległem. Upłynęło parę miesięcy. Trudno stwierdzić, ile. W każdym razie znalazłem się 

na powrót w laboratorium w gronie współpracowników. 

Nastąpił okres wytężonej pracy, aż wreszcie uznaliśmy, że cel został osiągnięty. Ponieważ 

przeprowadzenie  otwartej  próby  nowej  wersji  maszyny  mogłoby  okazać  się  zbyt  niebezpieczne, 

zbudowaliśmy  dla  potrzeb  doświadczalnych  specjalną  komorę  z  kamiennych  płyt  wyłożonych 

materiałem  izolacyjnym.  Zachowując  wszelkie  środki  ostrożności  wprowadziliśmy  maszynę  do 

komory, w której umieściliśmy także kilka żywych okazów roślin i niewielkich zwierząt. 

background image

Włączyłem  dźwignię.  Zamierzaliśmy  przeprowadzić  jednominutową  próbę  działania 

wibracji. Katastrofa wydarzyła się zupełnie niespodziewanie, przed upływem trzydziestu sekund. 

Kamienna komora runęła. Ściany nie zawaliły się jednak, lecz rozsypały w pył. Zdążyłem 

jeszcze zauważyć, że maszyna nadal stoi, po czym porwała mnie jakaś tytaniczna siła. 

I znowu to uczucie, że spadam w bezczasową, milczącą, wirującą ciemność, aż do chwili, 

gdy  zorientowałem  się,  że  stoję  na  jakimś  twardym  podłożu.  Pojawiło  się  przede  mną  wysokie 

okno, przez które mogłem przyglądać się gorączkowej krzątaninie. 

W  dole,  tuż  pode  mną,  ciągnęły  się  szerokie,  zatłoczone  ulice.  Nieco  dalej  widniały 

nabrzeża portu. Mężczyźni uwijali się przy rozładunku statków. W głębi, po błękitnej powierzchni 

morza  sunęły,  jak  ogromne  motyle,  okręty  pod  purpurowymi  i  rdzawymi  żaglami.  Wpływały  do 

macierzystego  portu,  ciągnąc  za  sobą  wesołą  grzywę  spienionej  wody.  Moje  spojrzenie 

powędrowało ku jednemu z nich, który opłynął już cypel i mijał właśnie portowe pylony. 

Widziałem zamieszanie na pokładzie, spuszczanie jaskrawoczerwonych żagli z haftowanym 

złotą  nicią  symbolem  Ra.  Do  miasta  Zapetl,  największego  portu  Atlantydy,  płynęły  największe 

bogactwa  świata.  Wiedziałem,  że  nazywam  się  Xtan  i  jestem  ważną  osobistością,  czego  oznaką 

było  pierzaste  nakrycie  głowy,  które  trzymałem  teraz  w  zgięciu  lewego  łokcia.  Ciało  moje 

zakrywała do kolan połyskliwa, wyszywana tunika; z ramion spływał wspaniały płaszcz z piór. 

Za  moimi  plecami  stało  dwóch  milczących  strażników,  którzy  pilnowali  drzwi 

prowadzących do dalszych pomieszczeń. Stali nieruchomo jak posągi z drewna i złota: żaden ruch 

ani  żaden  odgłos  wojskowego  rynsztunku  nie  zdradzał,  że  są  ludźmi  z  krwi  i  kości.  Nawet  gdy 

drzwi  otwarły  się  szeroko  z  niespodziewanym  trzaskiem,  zaledwie  drgnęły  im  powieki.  Bez 

wahania przeszedłem przez pokój i przekroczyłem próg. Drzwi zasunęły się za mną. 

Jak na mój atlantydzki gust wnętrze pomieszczenia, w którym się znalazłem, miało surowy 

wygląd.  Stały  tam  wprawdzie  wygodne  fotele  i  kanapy,  lecz  pozbawione  wszelkich  zbędnych 

ozdób. Brakowało powszechnie cenionych obrazów z piór, nieodzownych w każdym liczącym się 

domostwie,  oświetlenie  zaś,  zamiast  stanowić  pretekst  do  orgii  złoceń,  zostało  starannie  ukryte. 

Skierowałem się w odległy róg pokoju i skłoniłem przed siedzącą w głębokim fotelu postacią.   

- Wzywałeś mnie, Zacto. Oto jestem. 

 

Zacta podniósł siwą głowę i spojrzał mi w oczy z niepokojem. Był bardzo stary, tak stary, 

że sam nie wiedział, ile ma lat. Nawet najstarsi nie pamiętali, żeby wyglądał inaczej, a wśród ludu 

uchodził  za  nieśmiertelnego.  Mądrość,  jaką  ten  fenomenalny  starzec  posiadł  w  czasie  swego 

długiego  żywota,  wyprowadziła  Atlantydę  z  niejednego  kryzysu,  aż  zaczęto  traktować  go  jak 

wyrocznię i półboga. Narastało przekonanie, że gdy Zacta umrze, nastąpi upadek państwa. 

background image

-  Tak,  Xtanie,  posłałem  po  ciebie  -  odezwał  się,  nie  odrywając  wzroku  od  mojej  twarzy. 

Podniósł  dłoń  i  zaczął  gładzić  brodę.  Trwało  to  tak  długo,  że  poczułem się  niepewnie.  W  końcu 

jednak przemówił. 

- Podobno eksperymentujesz z wibracjami, aby wynaleźć nową broń. Czy to prawda? 

- Tak, to prawda - przytaknąłem. - I odniosłem większy sukces, niż marzyłem. 

Zacta powoli pokiwał głową. 

- Zawsze się tego obawiałem. Ten rodzaj wibracji nie powinien zostać odkryty. 

- Ale przecież sam nauczałeś... 

-  Uczyłem  cię  poszukiwać  prawdy.  Nauka  jest  pewną  formą  prawdy.  Nie  mam  nic  do 

zarzucenia  twemu  wynalazkowi.  Żałuję  tylko,  że  go  publicznie  ogłosiłeś.  Istnieją  formy  wiedzy, 

których  rozpowszechnianie  jest  nierozsądne.  Ludzie  bowiem  jeszcze  do  nich  nie  dojrzeli.  Nie 

potrafią  zapanować  nad  sobą.  Jak  zatem  mogliby  zapanować  nad  potężną  bronią?  Twoją  wiedzę 

należy utrzymać w tajemnicy. Stanowi zagrożenie, a nie błogosławieństwo. 

- Ależ... 

Zacta podniósł dłoń. 

-  Musi  odejść  w  zapomnienie.  Głęboko  nad  tym  myślałem  i  wiem,  że  może  przynieść 

zagładę Atlantydzie... i całemu światu. 

Wezbrał we mnie gniew. Badania pochłonęły mnóstwo czasu i pieniędzy.    Mój wynalazek 

został  przyjęty  entuzjastycznie  przez  armię.  Jeśli  ten  zdziecinniały  starzec  zwróci  się  przeciwko 

mnie, cała praca pójdzie na marne. Zbyt dobrze znałem jego władzę i wpływy. W całej Atlantydzie 

nie było nikogo, kto mógłby mu się sprzeciwić. 

Było  dla  mnie  oczywiste,  że  starzec  nie  wie,  co  mówi.  Czyżby  nie  rozumiał,  że  mój 

wynalazek oznacza ziszczenie odwiecznych marzeń, że pozwoli wreszcie zawładnąć światem? 

Obserwował moje wzburzenie z rosnącym niezadowoleniem. 

- Nie jesteś zresztą pionierem - zauważył chłodno. - Tę broń znano już w Lemurii. 

- Nie interesuje mnie mitologia. 

- Lemuria to nie mit. Istniała jako potężne imperium, potężniejsze od dzisiejszej Atlantydy. 

Odkryto tam pewien rodzaj wibratora i choć dostrzegano związane z nim niebezpieczeństwo, to nie 

rozumiano  go  na  tyle,  aby  ten  wynalazek  całkowicie  wyeliminować.  Uczeni  przeprowadzali 

eksperymenty z nowym typem. Coś się nie udało i nastąpiła nieprzewidziana dezintegracja materii. 

Skorupa ziemska uległa osłabieniu do tego stopnia, że przedostały się przez nią ognie wulkanów. 

Ziemia  rozstąpiła  się,  cały  świat  zadrżał  w  posadach,  a  gdy  wreszcie  się  uspokoił,  Lemuria 

przestała istnieć. 

background image

-  Zwyczajna  legenda  -  odparłem.  -  Wyolbrzymiona  wersja  jakiejś  lokalnej  erupcji.  Dzieje 

potężnej Lemurii to bajka, dobra dla dzieci. 

Zacta wzruszył ramionami. 

- Wiara lub jej brak nie wpływa na prawdę. Jak powiadam, Lemuria uległa samozagładzie. 

Nie chcę, by mówiono, że podobnie zginęła Atlantyda. 

Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, rzucając wzajemne wyzwanie. 

- Musisz ujarzmić swą wiedzę - powtórzył. - Nie wolno budować wibratorów. 

Zaśmiałem się. 

- Masz przestarzałe informacje. Zbudowano już i ustawiono sześć wibratorów. 

Starzec  zatopił  się  głębiej  w  fotelu.  Wyglądał  jeszcze  starzej.  Jego  spojrzenie  wyrażało 

tragiczny smutek. Po chwili zapytał: 

- Gdzie je ustawiono? 

- Wzdłuż wybrzeża, na wschód od Azco - oznajmiłem. - Powstała linia obronna na wypadek 

inwazji spoza Maczug Herkulesa. Barbarzyńcy z Aegiptu i z wybrzeży burzą się. Zazdroszczą nam 

dostatku  i  wcześniej    czy  później  przypuszczą  atak.  Wibratory  uśmiercą  załogi  i  wioślarzy  ich 

okrętów, nie powodując rozlewu krwi wśród obywateli Atlantydy. Pomyśl o tym, Zacto. To broń 

doskonała. Czy teraz rozumiesz, czym są dla nas wibratory?   

Zacta cedził słowa: 

-  Doprawdy,  masz  ograniczoną  wyobraźnię.  Jak  długo  te  maszyny  pozostaną  bronią 

defensywną?  Ile  czasu  trzeba,  by  zostały  użyte  do  podboju  świata,  by  nieść  śmierć,  zniszczenie  i 

zostawiać  po  sobie  jałowe  pustynie?  Moja  odpowiedź  brzmi:  nie.  Wibratory  muszą  zostać 

zniszczone. 

- A ja twierdzę, że nie zostaną. 

 

Wpatrywaliśmy  się  w  siebie  w  napięciu.  Wzrok  Zacty  był  twardy  i  złowróżbny.  Płonął 

młodzieńczą  siłą  i  stanowczością.  Pojąłem,  że  jego  zdaniem  los  Atlantydy,  a  może  nawet  całej 

cywilizacji, zależy od naszej decyzji. Podzielałem to zdanie, ale z innego punktu widzenia. 

Jego  wątła  dłoń,  poznaczona  siecią  niebieskich  żył,  zaczęła  powoli  wędrować  w  bok. 

Byłem  jednak  młodszy  i  szybszy.  Mój  podręczny  strzałkomiot  wydał  ledwo  słyszalny  świst  i 

strzałkomiot  Zacty  zabrzęczał  na  podłodze.  Starzec  upadł  na  twarz  z  małą  pierzastą  strzałką  w 

sercu... 

Przez chwilę stałem bez ruchu, nie bardzo rozumiejąc, co się stało. Dopiero gdy spojrzałem 

na  skuloną  na  podłodze  postać,  dotarła  do  mnie  potworność  mego  czynu.  Zabiłem 

najpotężniejszego  mędrca  Atlantydy.  Byłem  jednak  tylko  narzędziem,  które  zadało  śmierć:  tak 

background image

naprawdę walka toczyła się przecież między Zactą i wibratorem. To wibrator wybrał go sobie na 

pierwszą  ofiarę.  Zacząłem  wówczas  myśleć  o  swojej  maszynie  jak  o  rozumnym  stworzeniu; 

walczyłem o uratowanie czegoś, co narodziło się w moim mózgu. 

Pospiesznie  rozejrzałem  się  po  pokoju.  Obyło  się  bez  hałasu,  który  mógłby  zaniepokoić 

czuwających za drzwiami strażników. Czy mogę zatem wyjść, podejmując ogromne ryzyko, skoro 

nie wiedziałem, jak Zacta odprawia zazwyczaj swych gości? 

Większe szansę dawało mi raczej okno, pod warunkiem, że nie zostanę zauważony z ulicy. 

Zadecydowałem,  że  będzie  to  droga  bezpieczniejsza  niż  próba  przejścia  obok  strażników. 

Pospiesznie  zrzuciłem  i  przytroczyłem  do  pasa  sandały,  po  czym,  myśląc  z  wdzięcznością,  że 

ascetyczne  upodobania  Zacty  nie  objęły  ornamentów  na  fasadzie  domu,  uchwyciłem  się 

kamiennych zawijasów wokół okna i rozpocząłem wspinaczkę. 

Na  szczęście  od  dachu  dzieliło  mnie  tylko  jedno  piętro.  Bo  choć  wśród  rzeźbień  nie 

brakowało  dogodnych  punktów  oparcia,  nie  byłem  najlepiej  przygotowany  do  tego  rodzaju 

wyczynów. Poza tym obawiałem się zawrotu głowy. Z uczuciem ulgi podciągnąłem się w końcu 

ponad zwieńczenie muru. Czas naglił. Lada moment ktoś mógł wejść do komnaty Zacty i odkryć 

ciało. 

W  największym  pośpiechu  włożyłem  sandały,  szukając  wzrokiem  drzwi  w  dachu. 

Znalazłem  je  bez  trudu,  a  ponieważ  sprzyjało  mi  szczęście,  drzwi  nie  były  zaryglowane.  Na 

szczycie  schodów  przybrałem  opanowany  wyraz  twarzy  i  zacząłem  schodzić  pełnym  godności 

krokiem. 

W  podwórzu  czekał  mój  wóz,  kołysząc  się  na  żyroskopach.  Nie  zatrzymywany  przez 

nikogo podszedłem do drzwi i sprawnie wsunąłem się za stery. Moja ręka, spoczywająca na drążku 

sterowniczym, drżała. Gdy rozwarły się wrota, pchnąłem maszynę naprzód. 

Jak  na  razie,  wszystko  szło  dobrze.  Ale  dokąd  mam  jechać?  Kiedy  odkryją  ciało  Zacty, 

będę miał przeciwko sobie całą ludność Atlantydy. Całą? Nie, zapewne zostanie przy mnie kilku 

asystentów.  Wibrator  był  dla  nich  wszystkim.  Oni  zrozumieją,  że  posłuszeństwo  przekreśliłoby 

nasz wieloletni dorobek. 

Tlantec,  szef  asystentów,  nadzorował  budowę  wibratorów  w  pobliżu  Azco.  Rzut  oka  na 

wskaźniki  wystarczył,  by  ocenić,  że  akumulatory  mam  prawie  naładowane.  Wóz  posiadał  dość 

energii, by dowieźć mnie do Azco. Skierowałem się ku wschodniej części Zapetl i ruszyłem całą 

parą. Mój żyrowóz dawał z siebie wszystko. 

Kilka  godzin  później  zatrzymałem  się  przy  wartowni  na  skałach  w  pobliżu  Azco.  Nad 

wartownią górował pylon numer jeden, podtrzymujący najpotężniejszy wibrator. Daleko na północ 

background image

widziałem  podobny,  chociaż  nieco  mniejszy  pylon,  drugie  ogniwo  łańcucha  obronnego  naszej 

konstrukcji. 

Nim zdążyłem wysiąść z wozu, drzwi wartowni otwarły się i stanął przede mną Tlantec ze 

strzałkomiotem w ręce. Wiedziałem, że wiadomość już do niego dotarła. 

- Zacta nie żyje - oświadczył. - Mówią, że go zabiłeś. 

Wyjaśniłem,  co  zaszło.  Słuchał  ze  zdumieniem  w  oczach.  Na  wieść  o  zaproponowanym 

przez Zactę zakazie produkcji wibratorów spojrzał na mnie z niedowierzaniem. 

- Ale dlaczego...? Dlaczego? 

Powtórzyłem słowa starca, a Tlantec ściągnął brwi. 

- Chyba oszalał. Rezygnować z najpotężniejszej broni wszechczasów z powodu jakichś tam 

bajek! 

-  Tak  to  wyglądało  -  zakończyłem.  -  Nic  nie  było  w  stanie  odwieść  go  od  powziętego 

postanowienia. Jeden z nich musiał zginąć: on albo wibrator. 

 

Zapadło  milczenie.  Czekałem  z  niepokojem  na  ostateczną  reakcję  Tlanteca.  Mój  los 

spoczywał teraz w jego rękach. Gdyby zdecydował się zastrzelić mnie na miejscu, zdobyłby sławę 

narodowego bohatera. Powoli  opuszczał  strzałkomiot,  wpatrując się weń półprzytomnie. Dopiero 

po chwili przemówił: 

-  Postąpiłeś  słusznie,  Xtanie  -  orzekł.  -  Chociaż  wolałbym,  żeby  znalazło  się  jakieś  inne 

wyjście. 

- Ja także... - zgodziłem się. - Sam jednak wiesz, jak potężną miał władzę. Nie było innego 

sposobu. 

Weszliśmy razem do wartowni. 

- I co teraz? - zapytał. 

-  Musimy  natychmiast  porozumieć  się  z  pozostałymi  pylonami.  W  razie  konieczności 

wibratory  same  będą  musiały  obronić  się  przed  zagładą.  Z  chwilą  gdy  rozejdzie  się  wieść,  że  tu 

jestem, bezzwłocznie przypuszczą na nas atak. 

Tlantec zbladł. 

- Chcesz powiedzieć, że musimy skierować je w stronę lądu...? 

Wymierzyć przeciwko swoim? 

- A jak inaczej można je uratować? 

Odszedł,  by  porozumieć  się  z  innymi  pylonami,  ja  zaś  rozglądałem  się  gorączkowo  za 

czymś do zjedzenia. Nieobecność Tlanteca trwała około pół godziny. Kiedy wrócił, na jego twarzy 

malowała się powaga. 

background image

- Pylony numer dwa, trzy i pięć zgodziły się pozostać z nami - donosił. - Natomiast cztery i 

sześć są przeciwko nam. Mówią, że jeżeli Zacta potępił wibratory, to należy je zniszczyć, i że oni 

pozostaną posłuszni jego woli. 

Myślałem gorączkowo. Jeśli pylony cztery i sześć rzeczywiście zwrócą się przeciw nam, to 

nadejdzie koniec. 

- Kombinezony ochronne! Szybko! - rzuciłem.   

Szamotałem  się  z  kombinezonem,  kiedy  Tlantec  podszedł  już  do  okna.  Przywołał  mnie  i 

wskazał w stronę miasta. Nawet z odległości pięciu kilometrów było widać wyraźnie, że dzieje się 

tam coś niezwykłego.   

Z  bram  miasta  wylewał  się  tłum  ludzi.  Widocznie  załoga  pylonu  numer  cztery  lub  sześć 

zawiadomiła  miasto  o  miejscu  mojego  pobytu  i  lud  ruszył,  by  pomścić  Zactę.  Rzuciłem  się  do 

przekaźnika i połączyłem z koszarami w Azco. 

- Tu Xtan! - wrzasnąłem. - Zatrzymajcie tych ludzi albo nie odpowiadam za skutki. 

Chwyciłem ogromne koło sterownicze pośrodku pokoju i zakręciłem nim. Olbrzymie ramię 

wibratora wysoko ponad nami obróciło się powoli w stronę miasta. Twarz Tlanteca pobladła. 

- To przecież tylko tłum... nie uzbrojony - zaprotestował. 

- Tłum jest w stanie zniszczyć wibrator. Trzeba ich powstrzymać. Włącz minimalną moc. 

Ociągając  się,  spełnił  polecenie.  Ludzie  znajdowali  się  na  razie  poza  naszym  zasięgiem. 

Przyglądaliśmy się im w napięciu. Zatrzymali się w odległości około trzech kilometrów. Idący na 

czele  pochodu  zachowywali  się  dziwnie:  zataczali  się  i  posuwali  do  przodu  dziwacznymi, 

kanciastymi ruchami. Z tej odległości wibracje działały zbyt słabo, by zabić, lecz wystarczyły, by 

zaburzyć motorykę. Ciżba, nie wiedząc, co się dzieje, napierała nadal: kilku przywódców upadło i 

pozostało na ziemi w bezruchu. 

Wówczas zamykający pochód zorientowali się nagle, co ich czeka. Zaczęli biegać tam i z 

powrotem  miotani  strachem,  po  czym  złamali  szyki  i  wycofali  się  w  nieładzie.  Rozległ  się 

natarczywy dzwonek przekaźnika. 

- Tu pylon numer dwa. Czyś ty oszalał, Xtan!? Co ty wyprawiasz? 

- Za wszelką cenę należy ocalić wibratory. 

- Zabiłeś już kilkunastu bezbronnych ludzi, Xtan  - zabrzmiała pełna goryczy odpowiedź.  - 

Nie przyłączamy się do masakry naszych rodaków. 

- Jeżeli podejdą bliżej, zniszczą nas - odparłem zrozpaczony.   

Usłyszałem drwiący głos. 

- Czy aby na pewno nie chodzi  ci tylko  o własną skórę? Zamordowałeś  Zactę. Pylon  dwa 

wycofuje się. Pozostałe też tak zrobią.   

background image

Przekaźnik zamilkł. Tlantec meldował od okna. 

- Wracają do miasta. 

W tej samej chwili rozległ się nad nami potężny łoskot, a zaraz potem usłyszeliśmy odgłos 

odległego  wybuchu.  Spojrzeliśmy  na  siebie.  Działa  z  Azco  otworzyły  ogień.  Był  tylko  jeden 

sposób, by je uciszyć. 

- Cała naprzód - rozkazałem. 

 

Tlantec nie ruszył się z miejsca. Przyglądał mi się z dziwną uwagą. 

- Zniszczymy całe Azco - zaprotestował znowu. 

- Musimy uciszyć te działa - nalegałem. 

-  Zginą  mieszkańcy  miasta  i  okolic  w  promieniu  wielu  mil.  Chyba  oszalałeś!  Pomyśl  o 

skutkach, człowieku! Cały kraj obróci się w ruinę. 

Wzruszyłem ramionami i podszedłem do tablicy kontrolnej. Jakie znaczenie ma życie kilku 

osób?  W  tym  momencie  żadna  cena  za  uratowanie  wibratora  nie  wydawała  mi  się  zbyt  wysoka. 

Lecz zanim dotknąłem dźwigni, Tlantec rzucił się na mnie. 

Siła  jego  ataku  powaliła  mnie  na  ziemię.  Nie  udało  mu  się  jednak  mnie  przytrzymać  z 

powodu obcisłego stroju, jaki miałem na sobie. Wywinąłem się i przewróciłem na bok. Ale zanim 

zdążyłem  się  podnieść,  znowu  mnie  przygniótł  i  walił  bezskutecznie  pięściami  w  gruby 

kombinezon.  Rozpaczliwie  sięgnąłem  ręką  po  strzałkomiot,  lecz  zaraz  przypomniałem  sobie,  że 

mam go pod kombinezonem. Uniosłem się, wykonałem obrót i wydostałem się spod przeciwnika. 

Dyszeliśmy  głośno  pod  ciężarem  kombinezonów.  Ubraną  w  rękawicę  dłonią  szukałem 

nieporadnie  jego  gardła.  Kiedy  je  znalazłem,  okazało  się,  że  nie  sposób  go  ścisnąć.  Natychmiast 

zmieniłem taktykę i zacząłem szarpać zapięcie jego kombinezonu. Wibrator wycelowany w miasto 

wciąż  pracował  na  minimalnych  obrotach,  lecz  tutaj,  bezpośrednio  pod  nim,  promieniowanie 

powinno być dostatecznie wysokie, by go załatwić... 

Tlantec przejrzał mój plan. Walczył z rosnącą zaciekłością, przerzucał mnie z boku na bok, 

usiłując  zepchnąć  z  siebie,  przez  co  moje  palce  raz  po  raz  ześlizgiwały  się  z  zapięcia.  W  końcu 

udało mi się włożyć palec w zawleczkę zamka, ale w tej samej chwili Tlantec zdobył się na ostatni 

wysiłek. Poderwał się i zrzucił mnie z siebie. Mój palec tkwił jednak “o nadal w kółku zamka, toteż 

przewracając  się  rozdarłem  mu  kombinezon.  Czułem  wstrząsające  jego  ciałem  konwulsje,  gdy 

wibrator dokonywał dzieła. Tlantec znieruchomiał. 

Podniosłem  się  osłabiony  i  zdyszany.  Usłyszałem  kolejny  huk  eksplozji.  Nie  wiedziałem, 

ile  strzałów  oddano  podczas  naszej  szamotaniny.  Dziwiłem  się,  że  jeszcze  nie  trafili.  Z  trudem, 

background image

chwiejnym  krokiem  przemierzyłem  pokój  i  pociągnąłem  dźwignię  do  oporu.  Pchnąłem  ją  z 

powrotem na miejsce dopiero po upływie minuty. Zbliżyłem się do okna. 

Widok,  jaki  ukazał  się  mym  oczom,  wywarł  nawet  na  mnie  wstrząsające  wrażenie.  Jak 

okiem  sięgnąć,  rozciągało  się  dzieło  zniszczenia.  Pod  wpływem  wibracji  zwiędła  trawa,  liście, 

krzewy, a kwiaty, które jeszcze kilka minut temu kołysały się dumnie, teraz leżały martwe. 

Spojrzałem na miasto. Ono także umarło. Na ulicach leżały zwłoki. Jedyny przejaw życia 

stanowił dym unoszący się znad porzuconych ognisk. Na drodze pod miastem ujrzałem kłębowisko 

ciał  mężczyzn  i  kobiet,  którzy  jeszcze  przed  chwilą  stanowili  biegnący  tłum.  Nikt  z  nich  nie 

pobiegnie  już  dalej.  W  porcie  okręty  gnały  przed  siebie  pod  pełnymi  żaglami,  taranując  się 

wzajemnie  lub  roztrzaskując  o  kamienne  nabrzeża.  Najważniejsze  jednak  dla  mnie  było  to,  że 

ucichły działa. Wibrator został uratowany. 

Wróciłem  do  tablicy  rozdzielczej  i  wyłączyłem  go.  Żadna  siła  rażenia  nie  była  już 

konieczna. W promieniu wielu kilometrów życie przestało istnieć. 

Wyszedłem ze sterowni i spojrzałem w górę na potężny wibrator. Moje prawe ramię samo 

uniosło się w salutującym geście. 

 

Nie  wiem  dokładnie,  ile  czasu  upłynęło,  ale  mniej  więcej  dwa  lub  trzy  dni  później 

zauważyłem, że coś porusza się w oddali. Patrząc przez lornetkę rozpoznałem maszerującą z głębi 

lądu kolumnę wojska. Nosili mundury nie znanej mi formacji. Co więcej, wyposażeni byli w nie 

znane mi maszyny. 

Szykowali  się  do  ataku.  Spodziewałem  się  tego.  Zniszczę  ich,  kiedy  podejdą  bliżej. 

Czekałem  niecierpliwie,  przepełniony  nie  tyle  chęcią  zabijania,  ile  raczej  wolą  potwierdzenia 

wyższości mego wibratora - “najpotężniejszej siły na świecie, tryumfu ludzkiego geniuszu”. 

- Pokonasz ich na piętnastym kilometrze - powiedziałem na głos. 

Dzieliło ich ode mnie jakieś dwadzieścia kilometrów, gdy wyczerpała się moja cierpliwość. 

Wyglądało na to, że wcale nie spieszą się z natarciem. Po raz kolejny położyłem dłoń na dźwigni.   

- Pokaż im, kto tu jest panem! - krzyknąłem i pociągnąłem drążek do dołu. 

Ledwie  spojrzałem  przez  lornetkę,  zaraz  wypadła  mi  z  rąk.  Kolumna  nie  zatrzymała  się. 

Wciąż kroczyli naprzód z niezmiennym uporem. Rzut oka na wskaźniki upewnił mnie, że maszyna 

pracuje prawidłowo. Co się dzieje? 

Dopiero  wtedy  zrozumiałem.  Nie  zidentyfikowane  mundury  były  kombinezonami 

ochronnymi. Widocznie dowódca jednego z sąsiednich pylonów wyjawił tajemnicę. Zastanawiałem 

się,  jak  długo  kombinezony  wytrzymają  pełną  moc  rażenia  wymierzonego  prosto  na  nich  z 

background image

wibratora.  Mnie  samemu  nic  nie  groziło,  ponieważ  znajdowałem  się  w  strefie  wibracji  odbitej. 

Pozostało mi jedynie utrzymać moc maszyny i czekać. 

Minęło  pół  godziny,  a  kolumna  nadal  posuwała  się  do  przodu.  Zacząłem  tracić  nadzieję. 

Można by pomyśleć, że wibrator przestał działać. Uśmiechnąłem się gorzko na myśl, że najdłuższy 

czas  ekspozycji,  na  jaki  odważyliśmy  się  podczas  prób  z  najmniejszym  wibratorem,  nie 

przekroczył dwóch minut. Obawialiśmy się czegoś nieokreślonego. I oto nagle to coś się pojawiło. 

W odległości około dziesięciu kilometrów powierzchnia ziemi zaczęła nagle pękać, tworząc 

rozchodzące się promieniście szczeliny. Ogromny okrąg rozsypał się w pył i obsunął  w rozległą, 

płytką  nieckę,  która  na  krótko  tylko  pozostała  płytka:  jej  dno  wciąż  rozsypywało  się  i  zapadało. 

Widziałem, jak ludzie zatrzymali się na jej przeciwległym skraju, po czym zawracali w popłochu 

tak szybko, jak pozwalały im na to ciężkie kombinezony. 

Gwałtowny  wstrząs  powalił  mnie  na  ziemię.  Pylon  zakołysał  się,  jęknął,  lecz  nie  upadł. 

Przeczołgałem się przez pokój i wyłączyłem wibrator, ale wiedziałem, że jest już za późno. Zacta 

nie mylił się. Mój wibrator był potężniejszy niż myślałem: nie tylko pozbawiał życia. Przedłużająca 

się ekspozycja potrafiła spowodować dezintegrację materii. 

Rozległe  nieckowate  zagłębienie  w  ziemi  zmieniło  się  teraz  w  przepastny  szyb. 

Następowało  przemieszczenie  wewnętrznych  naprężeń.  Kolejny  wstrząs  zakołysał  pokojem. 

Rzuciłem się do okna. Powierzchnia ziemi wybrzuszyła się i zarysowała gęstą siecią pęknięć. Boże, 

co  ja  zrobiłem?  Wywołałem  kataklizm,  który  wytrąci  świat  z  równowagi  i  zniszczy  całą   

Atlantydę! 

Jeszcze potężniejszy wstrząs kazał mi przytrzymać się framugi okna. Potężny łańcuch gór 

na północy zaczął się rozsuwać. Głęboka rozpadlina z sykiem wypełniła się wodą, która wzbijała 

się w górę potworną falą. Od strony lądu wystrzelił potężny słup płomieni i osmalił niebo. Przez 

rozerwaną ziemię przedarły się wewnętrzne ognie... 

 

Dawid Hixton przerwał swoją opowieść. Po chwili dodał: 

- I wtedy znowu dotarł do mnie głos starego Fossdyke’a. Perorował o “broni, która zapewni 

nam panowanie nad światem”. Nie mogłem tego wytrzymać. Zerwałem się z miejsca i wybiegłem z 

sali. Przez całą drogę do pracowni towarzyszyła mi jedna myśl: muszę zniszczyć wibrator... 

Kis-Tan użył go w Lemurii. I co się stało z Lemurią?  Xtan użył go w Atlantydzie. I gdzie 

jest  teraz  Atlantyda?  Nikt  już  nie  powie,  że  Hixton  zrobił  to  samo.  Rzuciłem  się  na  maszynę  z 

młotem, lecz usłyszał to Alan.. Zjawił się za wcześnie. Oni wciąż go mają. Za dziesięć lat, a może 

nawet  prędzej,  moje  nazwisko  będzie  wyklęte  przez  wszystkich...  Przez  wszystkich,  którzy 

przeżyją. 

background image

Diana dotknęła jego dłoni. 

-  Wcale  go  nie  mają,  kochanie.  Zostały  tylko  fragmenty  urządzenia.  Zniszczyłeś  jakiś 

istotny element... Nie wiem dokładnie co i oni też nie wiedzą. Nie potrafią go uruchomić. 

Dawid obrzucił ją nieprzytomnym spojrzeniem. 

- Jak to nie potrafią? 

- Są bezradni. Żaden z twoich asystentów nie posiada dostatecznej wiedzy, by im pomóc. 

Twarz Dawida pojaśniała i wykrzywiła się w uśmiechu. Po policzkach ciekły mu łzy. Śmiał 

się  coraz  głośniej,  jak  szaleniec.  Przerażona,  próbowała  go  uciszyć,  ale  śmiech  i  łkanie  nie 

ustawały.  Przez  trawnik  spieszyło  ku  nim  dwóch  pielęgniarzy.  Jeden  zajął  się  uspokajaniem 

Dawida, drugi odprowadził Dianę na stronę. 

- Widzi pani, za bardzo się wzburzył - rzucił oskarżycielskim tonem. 

- On wcale nie jest obłąkany - wyjaśniła Diana. - To nie jest żaden obłęd. 

Pielęgniarz wsłuchiwał się przez chwilę w histeryczny śmiech pacjenta. Pokiwał głową. 

-  Zależy  co  nazwiemy  obłędem  -  stwierdził.  z  jednego  toru  na  drugi.  Wówczas  znikło 

wrażenie, że jestem przedmiotem jakiejś walki. Przemieszczałam się teraz coraz szybciej, opadając 

niczym wędrujący meteoryt, który dostał się w końcu w pułapkę... 

background image

OBACZ DROGI JEJ... 

 

 

Nie  było  nic  poza  mną.  Zawieszona  w  bezczasowej,  bezwładnej  próżni,  ani  jasnej,  ani 

ciemnej, miałam poczucie całości, lecz nie kształtu; świadomość bez zmysłów, rozum bez pamięci. 

Zastanawiałam się, czy ta... ta nicość to moja dusza. Wydawało mi się, że zastanawiam się nad tym 

od zawsze i że tak będzie po wsze czasy... 

A jednak bezczasowość ustąpiła. Uświadomiłam sobie też istnienie jakiejś siły: że ulegam 

przemieszczeniu i że ustąpiło w związku z tym poczucie bezwymiarowości. Nic nie wskazywało na 

to, że się poruszam. Wiedziałam jedynie, że poddaję się przyciąganiu. Byłam szczęśliwa wiedząc, 

że jest coś lub ktoś, do kogo chciałam się zbliżyć. Nie pragnęłam niczego, tylko obrócić się jak igła 

kompasu i zapaść w próżnię... 

Czekało  mnie  wszakże  rozczarowanie.  Żadne  miękkie,  płynne  opadanie  nie  nastąpiło. 

Znalazłam się natomiast we władaniu innych sił. Coś ciągnęło mnie najpierw w jedną, potem zaś w 

przeciwną stronę. Nie miałam pojęcia, skąd o tym wiem. Nie istniał żaden zewnętrzny, stały punkt 

odniesienia czy orientacji. Mimo to czułam, że coś szarpie mną to w jedną, to w drugą stronę, jakby 

wbrew oporowi jakiegoś wewnętrznego żyroskopu. Zupełnie jakby najpierw oddziaływała na mnie 

przez chwilę jedna siła, potem słabła i traciła mnie na rzecz drugiej. Wtedy wydawało mi się, że 

osuwam się ku jakiemuś nieznanemu punktowi, żeby zatrzymać się tam i poddać zmianie kierunku. 

Unosiłam  się  w  ten  sposób  tam  i  z  powrotem  ze  stale  wzrastającym  poczuciem  świadomości. 

Przyszło mi do głowy, że walczą o mnie dwie rywalizujące siły: dobro i zło lub życie i śmierć... 

Przyciąganie w dwóch przeciwnych kierunkach przebiegało coraz    bardziej zdecydowanie, 

aż wreszcie zostałam niemal wyszarpnięta 

 

-  Wszystko  w  porządku  -  usłyszałam  głos.  -  Powrót  nieco  opóźniony  z  nie  wyjaśnionych 

powodów.  Trzeba  to  odnotować  w  karcie.  Który  to  raz?  Aha,  dopiero  czwarty.  Tak,  naturalnie, 

proszę zapisać. Odzyskuje przytomność. 

Był to głos kobiety. Mówiła z nie znanym mi akcentem. Powierzchnia, na której leżałam, 

drżała. Otworzyłam oczy, ujrzałam poruszający się nade mną sufit i zaraz je zamknęłam. Odezwał 

się inny głos, z taką samą obcą intonacją. 

- Proszę to wypić. 

Jakaś  ręka  uniosła  mi  głowę.  Przystawiono  mi  do  ust  filiżankę.  Wypiłam  miksturę  i 

opuściłam  głowę  na  poduszkę,  znowu  zamykając  oczy.  Zapadłam  w  krótką  drzemkę,  a  po 

przebudzeniu  poczułam się znacznie silniejsza. Przez pewien czas leżałam wpatrując się w sufit  i 

background image

na  pół  przytomnie  zastanawiałam  się,  gdzie  jestem.  Nie  przypominałam  sobie  żadnego 

różowokremowego sufitu. I wtedy doznałam nagle wstrząsu, jak pod wpływem silnego uderzenia. 

Z przerażeniem bowiem zorientowałam się, że nie tylko różowy sufit, lecz również wszystko inne 

było mi obce. Tam, gdzie powinny odezwać się jakieś wspomnienia, ziała teraz przepastna pustka. 

Nie miałam pojęcia, jak się nazywam i gdzie jestem: nie pamiętałam nic, co mogłoby wyjaśnić, w 

jaki sposób lub dlaczego znalazłam się w tym miejscu... Powodowana paniką chciałam usiąść, lecz 

jakaś ręka pchnęła mnie z powrotem na łóżko i ponownie przytknęła filiżankę do warg. 

- Teraz trzeba odpocząć - uspokoił mnie ten sam kobiecy głos.   

Chciałam  o  coś  zapytać,  ale  zawładnęło  mną  straszne  znużenie  i  wydało  mi  się  to  nagle 

niewarte zachodu. Przestałam się bać. Zapadłam w letarg. Teraz usiłowałam się domyślić, co mi się 

stało. Może miałam wypadek? Może są to skutki gwałtownego szoku? Nie wiadomo. Na razie nie 

ma  się  czym  przejmować.  Jestem  w  dobrych  rękach,  ktoś  się  mną  zajmuje.  Senność  zagłuszyła 

wszystkie pytania. 

Zdaje  się,  że  spałam.  Kilka  minut,  a  może  godzinę.  Gdy  znowu  otworzyłam  oczy,  byłam 

spokojniejsza, bardziej zdziwiona niż prze -    straszona. Leżałam tak przez pewien czas bez ruchu. 

Panowałam  teraz  nad  sobą  na  tyle,  by  pocieszać  się  myślą,  że  jeżeli  miałam  wypadek,  to 

przynajmniej nic mnie nie boli. 

Wkrótce  poczułam  przypływ  sił,  a  wraz  z  nimi  ciekawość.  Gdzie  jestem?  Odwróciłam 

głowę na poduszce, żeby rozejrzeć się wokół. 

Tuż obok stało urządzenie na kółkach, coś pośredniego między łóżkiem a stołem. Leżała na 

nim, śpiąc z otwartymi ustami, największa kobieta, jaką kiedykolwiek widziałam. Przyszło mi do 

głowy,  że  to  jakaś  specjalna  klatka  podtrzymująca  kołdrę  nadaje  jej  monumentalny  wygląd,  lecz 

oddech  kobiety  świadczył,  że  tak  nie  jest.  Przeniosłam  wzrok  dalej  i  zauważyłam  dwa  następne 

łóżka, na których spoczywały równie olbrzymie kobiety. 

Przyglądając  się  uważniej  leżącej  najbliżej,  stwierdziłam  ze  zdziwieniem,  że  jest  całkiem 

młoda.  Miała  nie  więcej  niż  dwadzieścia  dwa,  trzy  lata.  Jej  twarz  była  może  nieco  nalana,  ale  z 

pewnością nie otyła. W gruncie rzeczy wyglądała bardzo ładnie z młodzieńczymi rumieńcami na 

policzkach okolonych krótko przyciętymi, złotymi lokami. Ciekawe, co za schorzenie hormonalne 

spowodowało to zniekształcenie u osoby w tak młodym wieku? 

Minęło mniej więcej dziesięć minut, gdy usłyszałam odgłos zbliżających się energicznych 

kroków. Ktoś zapytał: 

- Jak się czujesz? 

Odwróciłam  głowę  i  moje  oczy  napotkały  niemal  na  tej  samej  wysokości  czyjąś  twarz. 

Sądziłam, że należy do dziecka, ale jej rysy, zwieńczone białym czepkiem, nie mogły liczyć sobie 

background image

mniej  niż  trzydzieści  lat.  Nie  czekając  na  odpowiedź,  kobieta  wsunęła  rękę  pod  kołdrę,  żeby 

zmierzyć mi puls. Widocznie był prawidłowy, bo pokiwała głową z zadowoleniem. 

- Teraz już wszystko będzie dobrze, Matko - zapewniła.   

Patrzyłam na nią tępym wzrokiem. 

-  Samochód  zajechał  pod  same  drzwi.  Czy  dasz  radę  przejść  sama  ten  kawałek?  - 

dopytywała się. 

- Jaki samochód? - spytałam zaskoczona. 

- Ten, który odwiezie cię do domu  - wyjaśniła z zawodową cierpliwością.  -  No, zbieramy 

się. - I ściągnęła ze mnie kołdrę. 

Podniosłam się i spojrzałam na siebie. Widok, jaki ujrzałam, wprawił    mnie w osłupienie. 

Podniosłam rękę. Wyglądała jak pulchny biały wałek tapicerski z idiotycznie małą dłonią na końcu. 

Usłyszałam jeszcze stłumiony okrzyk i zemdlałam... 

Gdy ponownie otworzyłam oczy, stała nade mną kobieta - normalnego wzrostu - w białym 

fartuchu,  ze  stetoskopem.  Kobieta  w  czepku,  o  której  wcześniej  myślałam,  że  jest  dzieckiem, 

sięgała jej nieco powyżej łokcia. 

- Nie rozumiem, pani doktor - mówiła. - Ni stąd, ni zowąd zaczęła krzyczeć i zemdlała. 

- Co to znaczy? Co się ze mną stało? Wiem, że tak nie wyglądam... Nie, nie - powtarzałam 

w kółko, słysząc swój własny płaczliwy głos. 

Lekarka nadal przyglądała mi się ze zdziwieniem. 

- O co jej chodzi? - zapytała. 

-  Nie  mam  pojęcia,  pani  doktor  -  odparła  ta  mała.  -  To  stało  się  tak  nagle,  jakby  doznała 

wstrząsu... Ale zupełnie nie widzę powodu. 

- No cóż, została zakwalifikowana i wypisana. Zresztą nie może tu zostać, bo ten pokój jest 

nam potrzebny - oświadczyła lekarka. - Dam jej coś na uspokojenie. 

- Ale co się stało? Kim jestem? To jakaś okropna pomyłka. Przecież ja tak nie wyglądam. 

P-proszę,  bardzo  proszę,  mi  p-powiedzieć...  -  zaczęłam  błagalnie,  lecz  zaraz  zgubiłam  wątek, 

jąkając się i plącząc. 

Lekarka starała się mnie pocieszyć. Delikatnie położyła dłoń na moim ramieniu. 

- Wszystko w porządku, Matko. Nie ma powodu do obaw. Proszę się tak nie przejmować. 

Niedługo zawieziemy cię do domu. 

Pojawiła  się  druga  asystentka  w  białym  czepku,  nie  wyższa  od  pierwszej.  Wkroczyła 

szybko do pokoju ze strzykawką, którą podała lekarce. 

background image

-  Nie!  -  zaprotestowałam.  -  Chcę  wiedzieć,  gdzie  jestem.  Kim  jestem?  Kim  wy  jesteście? 

Co się ze mną stało? - chciałam wytrącić jej strzykawkę z ręki, ale asystentki rzuciły się na moje 

ramię. Lekarka wbiła igłę. 

To  był  rzeczywiście  środek  uspokajający.  Nie  wywołał  snu,  lecz  apatię.  Dziwne  uczucie: 

wydawało  mi  się,  że  unoszę  się  kilka  metrów  nad  swoim  ciałem  i  obserwuję  je  z  nienaturalnym 

spokojem. Byłam w stanie lub czułam, że jestem w stanie ocenić wszystko z właściwą, rozumną 

jasnością... 

Widocznie cierpiałam na amnezję. Jakiś wstrząs sprawił, że “straciłam    pamięć”, jak to się 

mówi.  Zanikowi  uległ  tylko  niewielki  fragment  pamięci,  jedynie  ta  część,  która  dotyczy  mojej 

osoby:  kim  i  czym  jestem,  gdzie  mieszkam.  Natomiast  cały  mechanizm  sterujący  codziennym 

zachowaniem  zdawał  się  nietknięty.  Nie  zapomniałam,  jak  się  mówi  i  myśli,  posiadałam  umysł 

dostatecznie sprawny. 

Z drugiej jednak strony gnębiło mnie przeświadczenie, że wszystko wokół przedstawia się 

na  opak.  Wiedziałam,  że  nigdy  przedtem  tu  nie  byłam.  Wiedziałam,  że  jest  coś  dziwnego  w 

wyglądzie dwóch małych pielęgniarek. Przede wszystkim zaś wiedziałam z absolutną pewnością, 

że to  ogromne ciało spoczywające na łóżku nie należy do mnie. Nie mogłam sobie przypomnieć 

twarzy, którą powinnam zobaczyć w lustrze, nie wiedziałam nawet, czy ma być ciemna czy jasna, 

stara czy młoda, lecz nie miałam żadnych wątpliwości co do tego, że nigdy nie wieńczyła takich 

obfitych kształtów. 

W dodatku  te pozostałe  ogromne kobiety.  Było  oczywiście niemożliwe, byśmy wszystkie 

uległy jakimś zaburzeniom hormonalnym, bowiem nie byłoby wówczas mowy o wysyłaniu mnie 

“do domu”, cokolwiek miało to znaczyć... 

Analizowałam  swoje  położenie  w  sposób  całkiem  trzeźwy  i  rozsądny  -  zapewne  dzięki 

środkowi uspokajającemu - chociaż bez większego powodzenia, aż nagle sufit nade mną zaczął się 

przesuwać i pojęłam, że gdzieś mnie wiozą. Drzwi w końcu sali otwarły się i poczułam, że łóżko 

przechyla się nieznacznie pode mną przy zjeździe z rampy. 

U  stóp  pochylni  czekał  samochód  przypominający  karetkę  pogotowia.  Różowa  karoseria 

była  wypolerowana  do  połysku.  Z  zainteresowaniem  stwierdziłam,  że  biorę  udział  w  pewnych 

czynnościach rutynowych. Drużyna złożona z ośmiu małych sanitariuszek przeniosła mnie z łóżka 

na  resorowaną  leżankę  w  taki  sposób,  jakby  wykonywały  ćwiczenia  z  musztry.  Dwie  z  nich 

pozostały nieco dłużej, aby poprawić pościel i podłożyć mi pod głowę drugą poduszkę, po czym 

wysiadły, zamknęły drzwi i samochód ruszył. 

I właśnie od tej chwili - być może także z powodu środka uspokajającego - zaczęło we mnie 

narastać  poczucie  równowagi  i  przekonanie,  że  panuję  nad  sytuacją.  Niewykluczone,  że  tak  jak 

background image

podejrzewałam, wydarzył  się jakiś wypadek, a główną przyczyną mojego przerażenia jest błędne 

założenie,  że  znajduję  się  o  jeden  etap    dalej  niż  w  rzeczywistości.  Założyłam  bowiem,  że 

odzyskałam przytomność w tych dziwacznych okolicznościach, podczas gdy faktycznie wcale jej 

nie  odzyskałam.  Muszę  zatem  znajdować  się  nadal  w  stanie  zawieszenia,  bardzo  zbliżonym  do 

wstrząsu,  a  wszystko  to  jest  snem  lub  przywidzeniem.  Wkrótce  przebudzę  się  w  warunkach  co 

najmniej sensownych, jeżeli nie całkiem znajomych. 

Ciekawe  jednak,  dlaczego  ta  pocieszająca  i  uspokajająca  myśl  nie  przyszła  mi  do  głowy 

wcześniej.  Doszłam  do  wniosku,  że  właśnie  to  niepokojące  poczucie  drobiazgowo  dostrzeganej 

rzeczywistości wywołało we mnie histerię. Co za głupota, żeby nabrać się na Guliwera w krainie 

nieco przerośniętych Liliputów. Wprawdzie nie należy się zbytnio dziwić, skoro brakowało mi w 

tych snach sprecyzowanego poczucia tożsamości. Należało teraz poddać analizie to, co widziałam. 

Niewątpliwie roi się tam od symbolicznych treści, których wyjaśnienie w stosownym czasie może 

okazać się niezwykle interesujące. 

Ta konstatacja zupełnie zmieniła moje nastawienie, toteż zaczęłam rozglądać się dokoła z 

uwagą. Przede wszystkim zaskoczyła mnie mnogość bardzo wyraźnych szczegółów otoczenia. Nie 

miało  to  nic  wspólnego  z  właściwą  snom  wyrazistością  pierwszego  planu  wobec  mglistego  czy 

nawet  nieprawdopodobnego  tła.  Wszystko  działo  się  z  bardzo  przekonywającą,  trójwymiarową 

namacalnością. Również moje własne odczucia zdawały się całkowicie uzasadnione. Na przykład 

ten boleśnie autentyczny zastrzyk. Złudzenie realności tak mnie zafascynowało, że postanowiłam 

starannie rejestrować każdy detal. 

Wnętrze  furgonetki  czy  karetki,  czy  jakkolwiek  to  nazwać,  utrzymane  było,  podobnie  jak 

karoseria, w tonie perłoworóżowym, z wyjątkiem sufitu: szaroniebieskiego w srebrne gwiazdki. Na 

ściance przedniej wisiało kilka szafek z chromowanymi uchwytami. Moja leżanka, czy też nosze, 

stała  pod  ścianą  po  lewej  stronie.  Pod  przeciwległą  ścianą  znajdowały  się  dwa  raczej  niewielkie 

siedzenia  obite  lekko  lśniącą  tkaniną  w  kolorze  dobranym  do  wnętrza.  Dwa  podłużne  okna 

wypełniały resztę ściany po obu stronach. W obydwu wisiały firanki z delikatnej siatki, rozsunięte 

teraz i podwiązane różowymi, splecionymi w warkocz pętlami. Powyżej widniały zwinięte rolety. 

Wystarczyło odwrócić głowę na poduszce, by oglądać mijane krajobrazy. Niezbyt dokładnie, gdyż 

zawieszenie  samochodu  czy  też  może  nawierzchnia  drogi  pozostawiały  wiele  do  życzenia.  W 

każdym razie byłam zadowolona, że moja leżanka ma niezależne i miękkie sprężyny.   

Widok na zewnątrz nie był zbyt urozmaicony, z wyjątkiem barw. Wzdłuż drogi ciągnęły się 

budynki,  które  oddzielał  pas  starannie  przystrzyżonych  trawników  szerokości  mniej  więcej 

dwudziestu  metrów.  Wszystkie  domy  miały  trzy  piętra  i  około  pięćdziesięciu  metrów  długości. 

Kryte  dachówką  nieco  spłaszczone  dachy  mogły  świadczyć  o  wpływach  włoskich.  Budynki 

background image

zdawały się identyczne, różniły się tylko kolorem elewacji, kontrastującymi z nim ramami okien i 

drzwi  oraz  starannie  dobranymi  zasłonami,  jednakowymi  w  całym  domu.  W  oknach  nie 

dostrzegałam nikogo i wyglądało na to, że nie ma tam nikogo, oprócz pojawiających się tu i ówdzie 

kobiet w drelichach, które kosiły trawnik lub pielęgnowały kwietnik. 

Nieco dalej, około stu metrów od drogi, wznosiły się większe i wyższe budynki o wyglądzie 

bardziej  użytkowym.  Niektóre  z  nich  miały  wysokie  fabryczne  kominy.  Mogły  to  być  fabryki, 

chociaż z powodu odległości i usytuowania wyłącznie w przerwach pierwszego rzędu domów nie 

miałam co do tego pewności. 

Droga  była  kręta.  Najdłuższy  prosty  odcinek  ciągnął  się  najwyżej  sto  metrów.  Być  może 

budowano ją według jakiegoś wzoru, a nie w określonym kierunku. Ruch panował na niej niewielki 

i ograniczał się głównie do ciężarówek, dużych i małych, ale przeważnie dużych. Pomalowane były 

jednakowo, z kombinacją pięciu cyfr i liter identyfikacyjnych na bokach, poza tym niczym się nie 

wyróżniały. 

Monotonna  podróż  z  umiarkowaną  prędkością  trwała  około  dwudziestu  minut,  aż 

dotarłyśmy do miejsca, gdzie prowadzono roboty drogowe. Samochód zwolnił, robotnicy usunęli 

się  na  jedną  stronę.  Kiedy  jechał  wolno  po  zrytej  nawierzchni,  miałam  okazję  przyjrzeć  się 

robotnikom.  Były  to  wyłącznie  kobiety  i  dziewczęta  w  spodniach  przypominających  dżinsy,  w 

podkoszulkach  bez  rękawów  i  butach  roboczych.  Wszystkie  miały  włosy  krótko  obcięte,  kilka 

nosiło  czapki.  Były  wysokie,  szerokie  w  ramionach,  ogorzałe  i  silne.  Miały  męskie  bicepsy  i 

trzymały trzonki oskardów i łopat w twardych, mocnych dłoniach pracowników fizycznych. 

Patrzyły  z  niepokojem,  jak  samochód  wtacza  się  na  nierówny  odcinek  drogi.  Kiedy  się  z 

nimi zrównał, zaczęły się przepychać i zaglądać do środka, żeby mnie zobaczyć. 

Uśmiechały  się  szeroko,  odsłaniając  zdrowe  białe  zęby.  Wszystkie  miały  opalone  twarze. 

Podnosiły prawą rękę, dając mi jakieś znaki. Ich życzliwość była tak oczywista, że odpowiedziałam 

uśmiechem. Szły obok nas, dotrzymując kroku wolno jadącemu samochodowi, i patrzyły na mnie 

wyczekująco.  Ich  uśmiech  ustępował  miejsca  zdziwieniu.  Mówiły  coś,  lecz  nie  słyszałam  słów. 

Rozczarowanie malujące się na ich twarzach świadczyło o tym, że powinnam zareagować czymś 

więcej niż uśmiechem. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to podnieść prawą rękę i powtórzyć ich 

gest.  Osiągnęłam  sukces  połowiczny:  twarze  pojaśniały,  lecz  zdziwienie  pozostało.  Samochód 

wtoczył się na równą nawierzchnię i przyspieszył, pozostawiając je w tyle. Niewątpliwie kolejne 

symbole  - z marzeń sennych, to  jasne  -  ale z pewnością nie te typowe,  nie podręcznikowe. Co, u 

licha,  może  symbolizować  w  mojej  świadomości  grupa  przyjaźnie  nastawionych  Amazonek, 

wyposażonych w oskardy i łopaty zamiast łuków? Chyba jakieś niepowodzenie. Tłumione dążenie 

background image

do  dominacji?  Rozumując  w  ten  sposób,  nie  zaszłam  daleko.  Tymczasem  minęliśmy  ostatni 

budynek i wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń. 

Już  wcześniej zorientowałam  się  po  kwietnikach,  że  jest  wiosna.  Teraz widziałam  świeże 

pastwiska  i  schludne  pola  uprawne,  które  już  zaczynały  się  zielenić.  Nad  wypielęgnowanymi 

żywopłotami  unosiła  się  lekka,  zielonkawa  mgiełka,  a  na  niektórych  drzewach,  w  starannie 

prowadzonych  zagajnikach,  pojawiły  się  pojedyncze  listki.  Słońce  obejmowało  promienną 

życzliwością  cały  ten  pieczołowicie  skomponowany  krajobraz;  jedynie  pasące  się  gdzieniegdzie 

krowy  wprowadzały  pewien  element  artystycznego  nieładu.  Zabudowania  gospodarcze  stanowiły 

integralną  część  harmonijnego  porządku:  puste  kwadraty  zadbanych  domków,  z  jednej  strony  - 

niewielki  warzywnik,  z  drugiej  -  sad,  a  z  trzeciej  -  podwórze.  Przypominało  to  krainę  lalek,  lecz 

bardziej  uporządkowaną  i  zracjonalizowaną.  Nie  dostrzegłam  żadnych  samotnych  chat, 

przypadkowo  usytuowanych  komórek  czy  doklejonych  do  domów  przybudówek.  Jakie  wnioski 

wynikają  z  tej  wizji  niemal  chorobliwego  zamiłowania  do  porządku?  Że  jestem  osobą  bardziej 

niezdecydowaną  niż  sądziłam,  osobą,  która  podświadomie  tęskni  do  prostoty  i  poczucia 

bezpieczeństwa. No, no... 

Otwarta  ciężarówka,  która  jechała  chyba  przed  nami,  skręciła  w  drogę  wysadzaną 

wypielęgnowanym  żywopłotem  w  kierunku  jednej  z  farm.  W  ciężarówce  znajdowało  się  kilka 

młodych  kobiet,  wyposażonych  w  jakieś  narzędzia:  znowu  Amazonki.  Jedna  z  nich  odwróciła 

głowę    i skierowała na nas uwagę pozostałych. Podniosły ręce w tym samym geście co poprzednie 

i pomachały nam radośnie. Odwzajemniłam pozdrowienie. Pomyślałam, że to dziwne: Amazonki, 

symbol dominacji, oraz krajobraz symbolizujący bierne poczucie bezpieczeństwa. Te dwa elementy 

nie bardzo do siebie pasowały. 

Sunęliśmy dalej, z niezbyt ambitną prędkością, około trzydziestu na godzinę, mniej więcej 

od czterdziestu pięciu minut przez niemal jednakową okolicę. Teren wznosił się i opadał łagodnie, 

przypuszczalnie  aż  do  linii  niewysokich,  niebieskawych  wzgórz,  wiele  kilometrów  przed  nami. 

Mijaliśmy schludne zabudowania rozmieszczone z regularnością kamieni milowych, choć dwa razy 

gęściej. Od czasu do czasu spotykaliśmy pracujące na polach brygady, rzadziej pojedyncze osoby 

krzątające się na farmie czy podorywujące ciągnikiem pola. Wszystkie znajdowały się za daleko, 

by zauważyć jakieś szczegóły. Niebawem miała jednak nastąpić zmiana. 

Po  lewej  stronie  pojawiły  się  szeregi  drzew,  biegnące  pod  kątem  prostym  do  drogi  na 

odcinku blisko dwóch kilometrów. Początkowo myślałam, że to las, ale wkrótce zauważyłam, że 

drzewa rosną w jednakowych odstępach, a ich korony są przystrzyżone w taki sposób, że sprawiają 

wrażenie wysokiego płotu. 

background image

Szpaler  urywał  się  kilka  metrów  od  drogi,  po  czym  zakręcał.  Jechaliśmy  wzdłuż  niego 

prawie  kilometr,  aż  samochód  zwolnił,  skręcił  w  lewo  i  zatrzymał  się  przed  wysoką  bramą. 

Odezwał się klakson. 

Różowa farba na bogato zdobionej bramie kryła prawdopodobnie kute żelazo. Dostrzegłam 

nad  nią  obfite  stiuki  pomalowane  na  ten  sam  kolor.  Zastanawiająca  wydawała  mi  się  dominacja 

różu,  który  uważam  za  kolor  ckliwy.  Czyżby  chodziło  o  barwę  ciała?  Symbol  namiętnego 

pragnienia  ciała,  które  niedostatecznie  zaspokajam?  Na  pewno  nie.  Nie  różowy.  Zdecydowanie 

ognistoczerwony... Nie znam chyba nikogo, kto potrafiłby przejawiać żarliwość na różowo... 

Kiedy czekaliśmy na otwarcie bramy, z przerażającą jasnością zdałam sobie sprawę, że coś 

jest nie w porządku ze stojącym obok budynkiem. Parterowy różowy dom przylegał do bramy od 

lewej.  Miał  bladoniebieskie  drzwi  i  okna,  w  których  wisiały  białe  firanki.  Drzwi  otworzyły  się  i 

ukazała się w nich kobieta w średnim wieku, ubrana w białą bluzkę i białe spodnie. Miała odkrytą 

głowę  i  kilka  siwych  pasemek  w  krótkich,    ciemnych  włosach.  Na  mój  widok  podniosła  rękę  w 

tym  samym  geście  co  Amazonki,  chociaż  nieco  niedbale,  po  czym  podeszła  do  bramy,  by  ją 

otworzyć. Dopiero wtedy dostrzegłam jej niski wzrost - mierzyła nie więcej niż metr dwadzieścia. 

W ten sposób wyjaśniło się moje dziwne wrażenie na widok budynku: został wzniesiony wyłącznie 

na jej miarę... 

Samochód ruszył, a ja wpatrywałam się w nią uporczywie. O co chodzi? W mitologii roi się 

od  gnomów  i  ludzików,  które  nawiedzają  marzenia  senne  i  mają  zapewne  jakiś  ogólnie  przyjęty 

symboliczny sens, tylko nie mogłam sobie przypomnieć jaki. Tłumiona płodność? Czy może być 

coś  bardziej  subtelnego?  Odłożyłam  te  rozważania  na  później  i  ponownie  skupiłam  uwagę  na 

otoczeniu. 

Ruszyliśmy  z  wolna  pewnego  rodzaju  podjazdem.  Okolica  przypominała  coś  pomiędzy 

miejskim  parkiem  a  osiedlem  mieszkaniowym.  Szerokie  kobierce  nieskalanej  aksamitnej  zieleni, 

gdzieniegdzie  poprzetykane  kwietnikami,  delikatnymi  kępami  srebrnych  brzóz  i  większymi, 

pojedynczymi  drzewami.  Wśród  zieleni  stały  różowe  trzypiętrowe  domy,  pozornie  porozrzucane 

bez żadnego planu. 

Grupa  kobiet  podobnych  do  Amazonek,  w  podkoszulkach  i  spodniach  koloru  wyblakłej, 

rudawej  czerwieni  zajęta  była  urządzaniem  rabaty  w  pobliżu  podjazdu.  Musieliśmy  przystanąć, 

żeby  przepchnęły  na  trawnik  tarasujący  drogę  ręczny  wózek  załadowany  tulipanami.  Kiedy  je 

mijaliśmy, przekazały mi pozdrowienie i przyjazne uśmiechy. 

Chwilę później odniosłam wrażenie, że coś złego dzieje się z moimi oczami. Za jednym z 

domów pojawił się bowiem następny, tym  razem biały, a nie różowy, choć identyczny, z tym że 

pomniejszony o co najmniej jedną trzecią... 

background image

Zamrugałam  powiekami  i  przyjrzałam  się  jeszcze  uważniej,  ale  budynek  wcale  się  nie 

powiększał. 

Nieco  dalej  groteskowo  ogromna  kobieta  spowita  w  różowe  szaty  ciężkim  krokiem  szła 

wolno przez trawnik. Towarzyszące jej trzy małe kobiety w białych ubiorach wyglądały jak dzieci 

lub ożywione lalki: nieodparcie przywodziły na myśl holowniki kręcące się wokół liniowca. 

Poczułam,  że  się  gubię:  nagromadzenie  i  kombinacje  symboli  znacznie  przerastały  moje 

możliwości. 

Samochód skręcił w prawo i po chwili zatrzymaliśmy się przy schodach prowadzących do 

jednego  z  różowych  domków.  Był  normalnych  rozmiarów,  choć  nie  pozbawiony  pewnej 

niezwykłości,  ponieważ  schody    dzieliła  balustrada:  stopnie  po  lewej  stronie  były  zwyczajne, 

natomiast po prawej niższe i liczniejsze. 

Trzy sygnały klaksonu zaanonsowały nasz przyjazd. Po upływie nie więcej  niż dziesięciu 

sekund  w  drzwiach  pojawiło  się  kilka  małych  kobiet.  Zbiegły  po  stopniach  z  prawej  strony 

balustrady. Trzasnęły drzwiczki. Kobieta, która prowadziła samochód, wyszła im naprzeciw. Kiedy 

znalazła  się  w  zasięgu  mojego  wzroku,  zobaczyłam,  że  też  należy  do  tych  małych,  chociaż  nie 

nosiła białego stroju, lecz lśniącą różową liberię, idealnie dopasowaną kolorem do samochodu. 

Zanim  zbliżyły  się,  by  otworzyć  drzwi,  które  znajdowały  się  za  mną,  wymieniły  kilka 

uwag, po czym usłyszałam radosny głosik: 

- Witaj, Matko Orchis. Witamy w domu. 

Leżanka,  czy  nosze,  przesunęła  się  do  przodu  na  rolkach,  a  następnie  sanitariuszki 

wspólnymi siłami postawiły ją na trawie. Pochyliła się nade mną młoda kobieta w różowej bluzce, 

z plakietką na lewej piersi, przedstawiającą krzyż. W jej głosie zabrzmiała troska. 

- Czy możesz chodzić, Matko? 

Nie  była  to  chwila  sprzyjająca  dociekaniom  na  temat  formy  pytania.  Mogło  być 

zaadresowane wyłącznie do mnie. 

- Chodzić? - powtórzyłam. - Oczywiście, że mogę. - Usiadłam z pomocą czterech par rąk. 

Oczywiście  okazało  się  zbyt  optymistycznym  stwierdzeniem.  Mimo  troskliwej  pomocy, 

jakiej  mi  zewsząd  udzielano,  chodzenie  wymagało  wysiłku,  który  przyprawił  mnie  o  zadyszkę. 

Spojrzałam  w  dół,  na  monstrualne  ciało  falujące  pod  moimi  różowymi  szatami.  Poczułam 

przyprawiający  o  mdłości  przypływ  wstrętu.  Cokolwiek  kryło  się  pod  tą  dziwaczną  masą 

symboliki,  może  okazać  się  niesmacznym  objawieniem.  Spróbowałam  zrobić  krok.  Trudno, 

doprawdy,  nazwać  “chodzeniem”  sposób,  w  jaki  posuwałam  się  do  przodu.  Odczułam  to  jak 

powolne  przetaczanie  się  ociężałej  fali,  zresztą  musiało  to  tak  właśnie  wyglądać.  Kobiety,  które 

sięgały mi nieco powyżej pasa, dreptały wokół mnie niczym stado strwożonych kur. Postanowiłam 

background image

iść  dalej:  sunęłam  więc  falistym  ruchem,  najpierw  kilka  metrów  po  żwirze,  potem  zaś  z  uporem 

szłam ociężale lewą stroną schodów. 

Gdy dotarłam do szczytu, wszystkich ogarnęło uczucie ulgi i tryumfu. Zatrzymałyśmy się 

na moment, bym mogła złapać oddech, po czym weszłyśmy do budynku. Ujrzałam korytarz i troje, 

może czworo zamkniętych drzwi po obu stronach. Korytarz rozchodził się w głębi. Skręciłyśmy w 

lewo i tam, na końcu, po raz pierwszy od czasu, gdy uległam temu przywidzeniu, stanęłam twarzą 

w twarz z lustrem. 

Musiałam  zebrać  wszystkie  siły,  by  nie  wpaść  w  panikę  na  widok  tego,  co  zobaczyłam. 

Przez  kilka  sekund  walczyłam  z  dławiącą  mnie  histerią.  Patrzyłam    na  koszmarną  parodię: 

słoniowata  kobieca  postać,  wyolbrzymiona  różowymi  szatami.  Na  szczęście  zakrywały  wszystko 

oprócz  głowy  i  dłoni.  Ich  widok  wywoływał  wstrząs  innego  rodzaju,  ponieważ  dłonie,  gładkie, 

pulchne  i  całkiem  nieproporcjonalne,  wyglądały  przyjemnie,  głowa  zaś  i  twarz  młodo  i 

dziewczęco. 

Dziewczyna również była ładna, mogła mieć najwyżej dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat. 

Krótko  przycięte,  kręcone,  jasne  włosy  o  rudawym  odcieniu  otaczały  różowokremową  twarz  o 

delikatnych  i  naturalnie  czerwonych  ustach.  Patrzyła  na  mnie  i  na  wszystkie  nerwowo  skupione 

wokół mnie małe kobietki niebieskozielonymi oczami spod lekko łukowatych brwi. Subtelne rysy 

jak  z  Fragonurda,  osadzone  na  tak  potwornym  cielsku.  Równie  niedorzecznie  wyglądałby  kwiat 

frezji wyrastający z rzepy. 

Poruszyłam  wargami,  jej  wargi  zrobiły  to  samo;  zgięłam  rękę,  ona  też.  Kiedy  jednak 

opanowałam  w  końcu  wzbierającą  we  mnie  histerię,  dziewczyna  przestała  być  moim  odbiciem. 

Wcale  nie  była  do  mnie  podobna,  musiała  więc  być  jakąś  nieznajomą.  Przyglądałam  się  jej  ze 

zdziwieniem.  Strach  i  odraza  ustąpiły  miejsca  smutkowi  i  współczuciu.  Było  mi  jej  tak  żal,  że 

chciało mi się płakać. Rozpłakałam się. Jak przez mgłę dostrzegłam łzy wzbierające w jej oczach. 

Jedna ze stojących obok kobiet chwyciła moją dłoń. 

- Droga, kochana Matko Orchis, co się stało? - spytała z troską w głosie. 

Nie  mogłam  powiedzieć,  bo  sama  nie  bardzo  wiedziałam.  Kobieta  w  lustrze  potrząsnęła 

głową i łzy potoczyły się po jej policzkach. Poczułam, że gładzą mnie drobne dłonie. Ciche, kojące 

głosy  zachęcały,  bym  szła  dalej.  Otwarto  kolejne  drzwi  i  z  wielkimi  ceremoniami  wprowadzono 

mnie do pokoju. 

Znalazłyśmy  się  w  pomieszczeniu,  które  przypominało  skrzyżowanie  buduaru  z  pokojem 

szpitalnym. Charakter buduaru nadawała mu przewaga koloru różowego: różowy dywan, pościel, 

poduszki, abażury    i przejrzyste firanki. Motyw szpitalny stanowiło sześć tapczanów czy leżanek, 

z których jedna była wolna. 

background image

Pokój  był  dostatecznie  duży,  by  pomieścić  pod  ścianami  po  trzy  leżanki  z  komódką, 

krzesłem i stolikiem, nie sprawiając wrażenia ciasnoty. Pozostała na środku przestrzeń mieściła bez 

trudu kilka rozłożystych foteli i stół, na którym znajdowała się artystyczna kompozycja z kwiatów. 

Unosił  się  tam  przyjemny  zapach  i  przyciszone,  nastrojowe  dźwięki  kwartetu  smyczkowego.  Na 

pięciu posłaniach spoczywały znane mi już obfite kształty. Dwie kobiety wyprzedziły towarzyszącą 

mi grupę, by zsunąć różową atłasową kapę z szóstego łóżka. 

Głowy  na  wszystkich  pięciu  łóżkach  zwróciły  się  w  moją  stronę.  Trzy  uśmiechały  się  na 

powitanie, dwie przybrały mniej serdeczny wyraz. 

-  Witaj,  Orchis  -  odezwała  się  przyjaźnie  jedna  z  uśmiechniętych,  po  czym  dodała 

zatroskanym tonem: - Co się stało, kochanie? Czy spotkało cię coś nieprzyjemnego? 

Przyjrzałam  się  jej  dokładniej.  Miała  twarz  serdeczną,  pulchną  i  miłą,  otoczoną 

jasnobrązową  chmurą  włosów  rozsypanych  na  poduszce.  Wyglądała  na  dwadzieścia  trzy,  cztery 

lata,  chociaż  reszta  jej  postaci  wznosiła  się  na  posłaniu  niczym  ogromne  wzgórze  z  różowego 

atłasu.  Nie  zdobyłam  się  na  żadną  odpowiedź,  ale  zrobiłam  wszystko,  by  przechodząc  obok  niej 

odwzajemnić uśmiech. 

Moja  asysta  falowała  przy  pustym  łóżku.  Po  wielu  przygotowaniach  i  skomplikowanych 

manewrach liczne dłonie pomogły mi wspiąć się na posłanie i podłożyły mi poduszkę pod głowę. 

Wędrówka  z  samochodu  kosztowała  mnie  sporo  sił,  odpoczywałam  więc  z  uczuciem 

wdzięczności,  podczas  gdy  dwie  małe  kobietki  podciągały  i  układały  kołdrę,  a  trzecia  wyjęła 

chusteczkę i delikatnie wycierając mi policzki, mruczała pocieszająco: 

-  No  dobrze,  już  dobrze.  Jesteśmy  w  domu.  Zaraz  wszystko  będzie  dobrze.  Trzeba  tylko 

trochę odpocząć. Postaraj się zasnąć. 

- Co jej się stało? O co chodzi? - dopytywano się natarczywie z jednego z sąsiednich łóżek. 

- Czy coś się nie udało? 

Kobietka z chusteczką i krzyżem św. Andrzeja, która wydawała się odpowiedzialna za całą 

tę operację, gwałtownie odwróciła głowę. 

-  Nie  ma  żadnych  powodów  do  niepokoju,  Matko  Hazel.  Matka  Orchis  urodziła  czwórkę 

ślicznych  dzieci.  Prawda,  kochanie?  -  dodała,  zwracając  się  do  mnie.  -  Jest  trochę  zmęczona 

podróżą, to wszystko. 

- Aha - stwierdziła pytająca niezbyt uprzejmie i zamilkła.   

Krzątano  się  jeszcze  jakiś  czas,  po  czym  podano  mi  szklankę  napoju,  który  wyglądał  jak 

woda, lecz posiadał nadspodziewaną moc. Przy pierwszym łyku zakrztusiłam się, ale już po chwili 

poczułam  się  znacznie  lepiej.  Mój  orszak  ukończył  porządkowanie  i  drapowanie  i  oddalił  się, 

background image

pozostawiając  mnie  wygodnie  opartą  na  poduszkach.  Oczy  pięciu  olbrzymek  śledziły  mnie  z 

zaciekawieniem. 

Kłopotliwą ciszę przerwała dziewczyna, która powitała mnie przy wejściu. 

- Gdzie cię wysłały na wczasy, Orchis? 

- Wczasy? - powtórzyłam bezmyślnie. 

Teraz wszystkie wpatrywały się we mnie zdumione. 

- Nie wiem, o czym mówisz. Wciąż gapiły się głupkowato. 

-  Trudno  to  wprawdzie nazwać  wczasami  -  zauważyła  któraś,  widocznie  zaintrygowana.  - 

Ostatnio, na przykład, wysłały mnie nad morze i dały mi taki mały samochodzik, żebym mogła się 

swobodnie poruszać. Wszyscy okazywali nam wiele życzliwości. Było nas razem sześć Matek. No 

więc gdzie wypoczywałaś? Nad morzem czy w górach? 

Były okropnie wścibskie i czułam, że wcześniej czy później będę musiała coś powiedzieć. 

Chwilowo wybrałam wyjście najprostsze. 

- Nie pamiętam - odparłam. - Nic nie pamiętam. Zdaje się, że zupełnie straciłam pamięć. 

Ale ta odpowiedź również ich nie zadowoliła. 

-  No  tak!  -  odezwała  się  z  pewną  satysfakcją  ta,  do  której  zwracano  się  Hazel.  - 

Wiedziałam, że coś w tym jest. I pewno nawet nie pamiętasz, czy urodziłaś dzieci Pierwszej Klasy? 

- Nie wygłupiaj się, Hazel - wtrąciła się inna. - Muszą być Pierwszej Klasy. Inaczej Orchis 

nie wróciłaby tutaj... Przeklasyfikowałyby ją na Matkę Klasy Drugiej i wysłały do Whitewich. - A 

po chwili nieco serdeczniejszym tonem zwróciła się do mnie. - Kiedy to się stało, Orchis? 

- Nie... nie wiem  -  odpowiedziałam.  -  Nie pamiętam niczego, co zaszło,  zanim obudziłam 

się dziś rano w szpitalu. Mam zupełną pustkę w głowie. 

- W jakim znowu szpitalu? - rzuciła z pogardą Hazel. 

-  Chyba  ma  na  myśli  Ośrodek  -  zauważyła  któraś  z  Matek.  -  Ale  nie  chcesz  chyba 

powiedzieć, że nas też nie pamiętasz, Orchis?   

- Nie pamiętam - przyznałam. - Przykro mi, ale wszystko, co działo się, zanim odzyskałam 

przytomność w szpi... w Ośrodku, jest dla mnie czarną dziurą. 

- To dziwne - zauważyła Hazel niesympatycznie. - Czy one o tym wiedzą? 

Na szczęście któraś z kobiet mnie wyręczyła. 

- No jasne, że muszą wiedzieć. Prawdopodobnie są zdania, że pamięć nie ma nic wspólnego 

z rodzeniem dzieci Klasy Pierwszej, bo niby dlaczego miałaby mieć? Ale posłuchaj, Orchis... 

-  Może  damy  jej  trochę  odpocząć  -  przerwała  inna.  -  Nie  czuje  się  chyba  najlepiej  po 

Ośrodku, podróży i tym spacerze tutaj. Ja zresztą też nigdy się dobrze nie czuję. Nie przejmuj się 

background image

nimi,  droga  Orchis.  Prześpij  się  troszeczkę.  Kiedy  się  obudzisz,  wszystko  na  pewno  wróci  do 

normy. 

Z wdzięcznością przyjęłam jej propozycję. Cała sprawa była zbyt zagadkowa, żeby ją w tej 

chwili rozwikływać. Poza tym  byłam  naprawdę  zmęczona. Podziękowałam  za radę i  opadłam na 

poduszki.  Jeżeli  można  zamykać  oczy  w  sposób  ostentacyjny,  to  ja  tak  właśnie  zrobiłam.  A  co 

dziwniejsze, jeżeli w stanie przywidzenia czy sennych marzeń możliwy jest sen, to zasnęłam... 

Budząc  się,  zanim  jeszcze  otworzyłam  oczy,  miałam  nadzieję,  że  przywidzenie  zniknie. 

Niestety,  tak  się  nie  stało.  Jakaś  ręka  delikatnie  potrząsnęła  moim  ramieniem  i  pierwsze,  co 

ujrzałam, to była pochylona nade mną twarz małej przełożonej. 

Odezwała się z intonacją charakterystyczną dla wszystkich pielęgniarek. 

-  No  i  proszę,  Matko  Orchis.  Czy  nie  mówiłam?  Czujemy  się  znacznie  lepiej  po  tej  miłej 

drzemce, prawda? 

Za nią pojawiły się dwie małe sanitariuszki z tacą, którą ustawiły przede mną w wygodnej 

odległości.  Z przerażeniem  patrzyłam na jej zawartość.  Była to  bez wątpienia największa porcja, 

jaką  kiedykolwiek  postawiono  przed  jedną  osobą.  Zrobiło  mi  się  niedobrze...  ale  po  chwili 

poczułam  pewien  wewnętrzny  opór,  ponieważ  posiłek  nie  wywołał  sprzeciwu  mojej  powłoki 

cielesnej, która okazywała wielki apetyt i nie mogła doczekać się, kiedy zaczniemy. Podczas gdy 

moje  wnętrze  zdumiewało  się  z  bezpiecznego  dystansu,  reszta  ciała  zdążyła  pochłonąć  dwie  lub 

trzy ryby, całego kurczaka, parę plastrów wędliny, górę jarzyn, owoce ukryte pod grubą warstwą 

śmietany  i  ponad  litr  mleka,  i  to  bez    żadnego  uczucia  przesytu.  Spoglądając  od  czasu  do  czasu 

spod oka na pozostałe Matki, zauważyłam, że podobnie rozprawiały się z zawartością podobnych 

tac. 

Rzucały  mi  raz  po  raz  zaciekawione  spojrzenia,  ale  były  zbyt  zajęte,  żeby  podjąć 

przesłuchanie  właśnie  teraz.  Rozmyślałam,  jak  bronić  się  przed  ich  pytaniami,  i  przyszło  mi  do 

głowy, że gdybym miała jakąś książkę albo pismo, mogłabym, może niezbyt uprzejmie, zagłębić 

się w lekturze. 

Kiedy  ponownie  pojawiła  się  nasza  obsługa,  zapytałam  tę  ze  znaczkiem,  czy  mogłaby 

przynieść  mi  coś  do  czytania.  To  proste  życzenie  wywołało  niezwykłe  skutki.  Dwie  asystentki 

wynoszące  właśnie  moją  tacę  po  prostu  wypuściły  ją  z  rąk.  Ta,  która  stała  przy  moim  łóżku,  aż 

otworzyła  usta  ze  zdziwienia,  zanim  pozbierała  myśli.  Przyglądała  mi  się  najpierw  podejrzliwie, 

potem zaś z zatroskaniem. 

- Jeszcze niezupełnie doszłaś do siebie, prawda? - zasugerowała. 

- Ależ skąd - zaprotestowałam. - Czuję się świetnie.   

Mimo to wyraz troski nie zniknął z jej twarzy. 

background image

- Na twoim miejscu postarałabym się pospać jeszcze trochę - poradziła. 

- Aleja nie chcę. Chciałabym po prostu poczytać - upierałam się.   

Nieco zakłopotana pogładziła mnie po ramieniu. 

-  Zdaje  się,  że  jesteś  przemęczona,  Matko.  Proszę  się  nie  martwić,  to  na  pewno  wkrótce 

minie. 

- Co w tym złego, że chcę sobie poczytać? - dopytywałam się zniecierpliwiona. 

Posłała mi pełen wyższości uśmiech zawodowej pielęgniarki. 

- Dobrze, dobrze, moja droga. Proszę jeszcze spróbować odpocząć. Po co, na Boga, Matka 

miałaby czytać? 

Po  tych  słowach  wygładziła  mi  kołdrę  i  pospiesznie  wyszła  z  sali,  porzucając  mnie  na 

pastwę zaskoczonych spojrzeń moich pięciu towarzyszek. Hazel zaśmiała się pogardliwie, po czym 

przez następnych parę minut nie padł ani jeden głośny komentarz. 

 

Osiągnęłam  etap,  na  którym  długotrwałość  przywidzenia  zaczęła  osłabiać  moje  poczucie 

dystansu.  Czułam,  że  przypierana  do  muru  mogę  stracić  pewność  siebie  i  zwątpić  w  nierealność 

sytuacji.  Nie  podobała  mi  się  jej  spokojna  ciągłość.  Wolałabym  niekonsekwencję,    przesadę, 

gwałtowne skoki i bzdurne perspektywy  - wszelkie cechy właściwe marzeniom sennym. Zamiast 

tego  miałam  do  czynienia  z  ciągiem  oczywistych,  choć  niepokojąco  przekonywających  i 

logicznych nonsensów. I tak, na przykład, skutki następowały bezbłędnie po przyczynach. Miałam 

niemiłe wrażenie, iż gdyby sięgnąć odpowiednio głęboko, można by doszukać się także logicznych 

przyczyn  absurdów.  Panująca  tu  zbyt  wielka  spójność  zakłócała  spokój  umysłu  i  nawet  fakt,  że 

smakował  mi  posiłek,  który  spożywałam  w  pełni  władz  umysłowych  i  po  którym  poczułam  się 

lepiej, wzmacniał niebezpiecznie poczucie rzeczywistości. 

 

-  Czytać!  A  to  ci  dopiero!  -  Hazel  parsknęła  nagle  pogardliwym  śmiechem.  -  Może  też 

pisać, co? 

- A dlaczego nie? - odparowałam. 

Patrzyły  na  mnie  z  rosnącą  uwagą  i  wymieniły  znaczące  spojrzenia,  dwie  zaś  -  znaczące 

uśmiechy. 

- A co w tym złego, u licha? - dopytywałam się, rozdrażniona. - Czy nie powinnam umieć 

czytać i pisać? O co chodzi? 

Jedna z nich odezwała się łagodnie: 

-  Czy  nie  byłoby  lepiej,  Orchis,  gdybyś  poprosiła  o  widzenie  z  panią  doktor?  Niech  cię 

tylko zbada. 

background image

-  Nie  -  zaprzeczyłam  stanowczo.  -  Nic  mi  nie  jest.  Staram  się  tylko  zrozumieć.  Proszę  o 

książkę, a wy patrzycie na mnie jak na wariatkę. Dlaczego? 

Zapadło  niezręczne  milczenie,  które  ona  przerwała  po  chwili  pogodnie,  prawie  tymi 

samymi słowami, co mała opiekunka. 

-  Posłuchaj,  Orchis.  Spróbuj  wziąć  się  w  garść,  kochanie.  Na  co  może  przydać  się  Matce 

czytanie i pisanie? Czy to pomoże jej w rodzeniu lepszych dzieci? 

- Oprócz dzieci są jeszcze w życiu inne sprawy - ucięłam.   

Jeżeli przedtem były zaskoczone, to teraz wyglądały jak rażone piorunem. Nawet Hazel nie 

znalazła  stosownego  komentarza.  Ich  idiotyczne  osłupienie  wyprowadziło  mnie  z  równowagi. 

Poczułam  się  nagle  wyczerpana  całą  tą  bezsensowną  historią.  Chwilami  rzeczywiście 

zapominałam, że mam być bezstronnym obserwatorem    marzenia sennego. 

- Do jasnej cholery! - wybuchnęłam. - Co to za bzdury? Jaka Orchis? Matka Orchis!... Na 

miłość boską! Gdzie ja jestem? Czy to jakiś dom wariatów? 

Patrzyłam  na  nie  z  wściekłością  i  nienawiścią,  zastanawiając  się,  czy  przypadkiem  nie 

chodzi  tu  o  jakąś  złośliwą  zmowę  przeciw  mnie.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  byłam  całkowicie 

przekonana,  że  kimkolwiek  czy  czymkolwiek  jestem,  to  na  pewno  nie  jestem  żadną  matką. 

Powiedziałam to głośno, z naciskiem i jak na złość sobie samej... wybuchnęłam płaczem. 

Otarłam oczy rękawem, bo nie miałam niczego innego pod ręką, i zauważyłam, że patrzą na 

mnie ze szczerym współczuciem. Z wyjątkiem Hazel. 

- Mówiłam, że to jakaś dziwna sprawa - triumfowała. - Ona jest po prostu stuknięta. 

Ta, która od początku okazywała mi najwięcej zrozumienia, ponowiła wysiłki. 

-  Ależ  Orchis.  Przecież  to  oczywiste,  że  jesteś  Matką.  Matką  Pierwszej  Klasy  z  trzema 

zarejestrowanymi  porodami.  Dwanaścioro  ślicznych  i  zdrowych  dzieci  Klasy  Pierwszej.  Nie 

mogłaś chyba tego zapomnieć! 

Nie  wiem,  dlaczego  znowu  się  rozpłakałam.  Czułam,  że  coś  usiłuje  przebić  się  przez 

pustkę, jaką miałam w głowie. Nie miałam pojęcia co, ale wiedziałam, że jest mi z tego powodu 

bardzo źle. 

- Och, jakie to straszne, jakie okrutne! Dlaczego nie potrafię tego przerwać?! Dlaczego nie 

mija  i  nie  zostawi  mnie  w  spokoju?  -  żaliłam  się.  -  To  jakiś  potworny  żart,  którego  zupełnie  nie 

rozumiem.  Co  się  ze  mną  stało?  Nie  miewam  przecież  obsesji...  Ja  nie...  ja...  Niech  mi  ktoś 

pomoże! 

Zacisnęłam  powieki  i  wytężyłam  cały  umysł,  próbując  wymazać  i  przerwać  całe  to 

przywidzenie.  Gdy  otworzyłam  oczy,  napotkałam  wzrok  wszystkich  pięciu  Matek,  które  wciąż 

wpatrywały się we mnie głupkowato sponad obrzydliwych zwałów różowego atłasu. 

background image

Podniosłam  się  z  trudem  i  usiadłam.  Wciąż  czułam  na  sobie  ich  spojrzenia.  Chciałam 

spuścić stopy z łóżka, ale zaplątały się w atłasową kołdrę i nie byłam w stanie schylić się, żeby je 

uwolnić.  Prawdziwa,  rozpaczliwa  frustracja,  typowa  dla  marzeń  sennych.  Usłyszałam  swój 

błagalny głos: 

- Pomocy! Och, Donaldzie, kochany, proszę cię, pomóż mi...   

Nagle, zupełnie jakby słowo “Donald” poruszyło sprężynę, coś we mnie zaskoczyło. Jakby 

uchyliła się jakaś klapka, nie do końca, lecz na tyle szeroko, bym zorientowała się, kim jestem. I 

wtedy pojęłam, na czym polega to okrucieństwo. 

Spojrzałam  na  swoje  towarzyszki.  Wciąż  gapiły  się  na  mnie  z  wyrazem  zdziwienia  i 

niepokoju na twarzach. Zrezygnowałam z zamiaru ruszenia się i z powrotem opadłam na poduszki. 

- No, teraz już mnie nie oszukacie - oświadczyłam. - Już wiem, kim jestem. 

- Ależ Matko Orchis... - zaczęła któraś z nich. 

-  Przestań  -  ucięłam.  Przeszłam  niespodziewanie  od  rozczulania  się  nad  sobą  do 

masochistycznej  bezwzględności.  - Nie jestem  żadną Matką  -  ciągnęłam  szorstko.  - Jestem tylko 

kobietą, która przez pewien czas miała męża i nadzieję... ale tylko nadzieję... urodzić mu dzieci. 

Kiedy  skończyłam,  zapadła  cisza,  nieco  dziwna  cisza,  ponieważ  spodziewałam  się 

przynajmniej  szeptów.  Moja  wypowiedź  nie  wywarła  żadnego  wrażenia.  Z  ich  twarzy  nie 

wyczytałam zrozumienia: pozostały bez wyrazu, jak twarze lalek. 

Po  chwili  najsympatyczniejsza  z  nich  poczuła  się  w  obowiązku  przerwać  milczenie. 

Ściągając brwi zadała mi ostrożne pytanie: 

- A co to jest mąż? 

Wodziłam wzrokiem od jednej do drugiej. Nie dostrzegłam żadnych śladów przebiegłości, 

tylko  przejawy wysiłku umysłowego, jakie widuje się czasami w oczach dziecka. Znów wezbrała 

we  mnie  fala  histerii,  ale  się  opanowałam.  Dobrze  więc:  jeżeli  to  przywidzenie  nie  chce  mnie 

opuścić,  zagram  z  nim  w  jego  własną  grę  i  zobaczymy,  co  z  tego  wyniknie.  Z  niewzruszonym 

wyrazem twarzy przystąpiłam do wyjaśnienia, używając prostych słów: 

- Mąż to mężczyzna, którego kobieta wybiera, by... 

Sądząc  po  braku  ich  reakcji,  nie  wyrażałam  się  dość  jasno.  Mimo  to  pozwoliły  mi 

powiedzieć jeszcze trzy lub cztery zdania. Gdy zrobiłam pauzę, żeby wziąć oddech, ta sympatyczna 

wtrąciła pytanie, na które najwyraźniej nie znała odpowiedzi: 

- Ale co to jest mężczyzna? - zapytała nie kryjąc zmieszania. 

Po  moim  wyjaśnieniu  w  pokoju  zaległo  wymowne  milczenie.  Wydało  mi  się,  że 

postanowiły  odciąć  się  ode  mnie,  lecz  nie  miałam  zamiaru  tego  sprawdzać.  Byłam  zbyt  zajęta 

dalszym wyważaniem drzwi do mojej pamięci, które od pewnego punktu ani drgnęły. 

background image

Wiedziałam,  że  mam  na  imię  Jane.  Najpierw  nazywałam  się  Jane  Summers,  a  potem,  po 

Donaldzie, Jane Waterleigh. 

Miałam  dwadzieścia  cztery  lata,  kiedy  się  pobraliśmy,  i  zaledwie  dwadzieścia  pięć,  gdy 

zginął sześć miesięcy później. I na tym koniec. Niewykluczone, że wydarzyło się to wczoraj, lecz 

nie miałam pewności... 

Wszystko, co działo się przedtem, jawiło się z absolutną jasnością. Rodzice, koleżanki, dom 

rodzinny,  szkoła,  kursy,  praca  -  pod  nazwiskiem  panieńskim  w  Szpitalu  Wraychester. 

Przypomniałam sobie dzień, w którym pierwszy raz ujrzałam Donalda. Przywieziono go pewnego 

wieczoru do szpitala ze złamaną nogą. Pamiętam też, co nastąpiło potem... 

Teraz przypomniałam sobie nawet  twarz, którą powinnam  zobaczyć  w lustrze. W niczym 

nie  przypominała  tej,  jaką  widziałam  w  korytarzu.  Powinna  być  bardziej  owalna,  opalona,  usta 

wykrojone  delikatniej,  włosy  naturalnie  kręcone,  kasztanowe,  oczy  brązowe,  osadzone  szeroko, 

zazwyczaj bardzo poważne. 

Wiedziałam  także,  jak  powinna  wyglądać  reszta:  szczupła  sylwetka,  długie  nogi,  drobne, 

jędrne piersi - normalne, ładne ciało, w którym nie widziałam niczego nadzwyczajnego, dopóki za 

sprawą miłości Donalda nie stałam się z niego dumna... 

Spojrzałam  na  odrażającą  górę  różowego  atłasu  i  wstrząsnął  mną  dreszcz  obrzydzenia. 

Jednocześnie  wzbierało  we  mnie  oburzenie.  Zapragnęłam,  żeby  Donald  mnie  pocieszał,  pieścił, 

kochał, żeby zapewniał, że wszystko dobrze się skończy, że wcale nie wyglądam tak, jak się widzę, 

i że to naprawdę był sen. Ale zaraz ogarnęło mnie przerażenie na myśl, że mógłby zobaczyć mnie 

taką wstrętną i grubą. Potem przypomniałam sobie, że Donald nigdy mnie nie zobaczy... już nigdy 

więcej... i poczułam się nieszczęśliwa. Łzy znowu pociekły mi po policzkach. 

Pięć  kobiet  ciągle  patrzyło  na  mnie  w  zdumieniu  szeroko  otwartymi  oczami.  Po 

półgodzinnym milczeniu drzwi otworzyły się nagle i do pokoju weszła brygada małych kobietek w 

białych kostiumach. Zauważyłam, że Hazel spojrzała najpierw na mnie, potem na szefową grupy. 

Wydało mi się, że chce coś powiedzieć, ale się rozmyśliła.    Kobietki rozeszły się, stając naprzeciw 

siebie po dwie przy każdym łóżku. Odrzuciły kołdry, zakasały rękawy i przystąpiły do masażu. 

Początkowo  było  to  całkiem  przyjemne  i  kojące:  wystarczyło  leżeć  spokojnie  i  rozluźnić 

się. Po chwili jednak zaczęło mi się to nie podobać. W końcu masaż stał się zdecydowanie przykry. 

- Przestań! - zwróciłam się ostro do masażystki z prawej strony.   

Zawahała się, uśmiechnęła przyjaźnie, chociaż trochę niepewnie, i masowała dalej. 

- Powiedziałam, przestań - powtórzyłam, odpychając ją.   

Spojrzałam jej prosto w oczy. Wyrażały niepokój i urażoną dumę, chociaż na ustach nadal 

malował się profesjonalny uśmiech. 

background image

- Rozumiesz, co do ciebie mówię? - dodałam szorstko.   

Rzuciła niepewne spojrzenie swojej partnerce po przeciwnej stronie łóżka. 

- Ty też przestań - poleciłam drugiej. - Wystarczy. 

Nawet  nie  zmieniła  rytmu.  Ta  z  prawej  poszła  za  jej  przykładem  i  zaczęła  od  nowa. 

Podniosłam  rękę  i  pchnęłam  ją,  tym  razem  znacznie  mocniej.  Okazało  się,  że  w  tym  wałku 

tapicerskim, jakim była moja ręka, tkwiło więcej siły, niż sądziłam, bo moje pchnięcie wyrzuciło ją 

na środek pokoju. Potknęła się i upadła. 

Wszelki ruch w pokoju nagle zamarł. Wszystkie kobiety podniosły wzrok, najpierw na nią, 

potem  na  mnie.  Milczenie  trwało  jednak  krótko.  Niebawem  wszystkie  masażystki  powróciły  do 

swojej  pracy.  Podniosła  się  też  moja.  Płakała  i  wyglądała  na  przestraszoną,  ale  z  zaciśniętymi 

zębami ruszyła w moją stronę. 

-  Radzę  wam,  potworki,  trzymać  się  ode  mnie  z  daleka  -  ostrzegłam.  Podziałało. 

Zatrzymały się i żałośnie popatrzyły na siebie. Wtedy podeszła ta z odznaką. 

- O co chodzi, Matko Orchis? - zapytała.   

Powiedziałam, o co chodzi, a ona zdziwiła się. 

- Ależ tak właśnie ma być! - odezwała się z wyrzutem. 

-  Nie  ze  mną.  Nie  lubię  i  nie  życzę  sobie  tego  -  oświadczyłam.  Stała  bezradna  i 

zdezorientowana. Z drugiego końca pokoju usłyszałam głos Hazel: 

- Orchis zwariowała. Opowiada nam jakieś obrzydliwości. To kompletna wariatka. 

  Mała  kobietka  odwróciła  się  do  niej,  po  czym  skierowała  pytające  spojrzenie  na  jedną  z 

pozostałych  Matek.  Gdy  ta,  z  grymasem  obrzydzenia,  potwierdziła  skinieniem  głowy,  szefowa 

zwróciła spojrzenie na mnie. Przyglądała mi się badawczo. 

- Złożycie stosowny raport. A teraz odmaszerować! 

Przeszły przez pokój płacząc, jak dwie nieszczęśnice. Szefowa znowu spojrzała na mnie w 

zamyśleniu i ruszyła za nimi. 

Parę minut później pozostałe masażystki spakowały się i opuściły pokój. Zostałyśmy znowu 

same. Hazel przerwała milczenie. 

-  Postąpiłaś  bardzo  brzydko.  Przecież  te  biedactwa  robiły  tylko  to,  co  do  nich  należało  - 

zauważyła. 

- Być może, ale ja tego nie lubię - odpowiedziałam. 

- I dlatego załatwiasz im chłostę, tak? Chociaż pewnie znowu powiesz, że straciłaś pamięć i 

nie pamiętasz, że służka, która narazi się Matce, otrzymuje chłostę - dodała zjadliwie. 

- Chłostę? - powtórzyłam niepewnie. 

background image

-  Tak,  chłostę  -  przedrzeźniała  mnie.  -  Ale  ciebie  nie  interesuje,  co  się  z  nimi  dzieje.  Bez 

względu  na  to,  co  ci  się  przydarzyło,  kiedy  wyjechałaś,  rezultaty  są  paskudne.  Nigdy  cię  nie 

lubiłam, Orchis, chociaż inne zapewniały mnie, że nie mam racji. Teraz wiemy już wszystkie. 

Żadna z pozostałych kobiet nie odezwała się. Odniosłam wrażenie, że podzielają jej zdanie, 

ale oszczędzono mi potwierdzenia, ponieważ właśnie otwarły się drzwi. 

Wróciła przełożona w towarzystwie kilku małych siepaczek, tym razem  jednak nad grupą 

górowała wzrostem przystojna kobieta około trzydziestki. Przyniosło mi to ogromną ulgę. Nie była 

mała, nie była Amazonką ani  nie była wielka. Na tle swojej  świty być  może sprawiała wrażenie 

osoby  bardzo  wysokiej,  choć  oceniłam  jej  wzrost  na  jakieś  metr  sześćdziesiąt  pięć.  Normalna 

kobieta o przyjemnej powierzchowności, brązowych, krótko przyciętych włosach, ubrana w biały 

fartuch,  spod  którego  wystawała  czarna  plisowana  spódnica.  Przełożona  musiała  niemal  biegać 

truchtem, by nadążyć za jej długimi krokami, i coś opowiadała, z czego usłyszałam tylko o jakichś 

złudzeniach oraz urywek zdania: “...dopiero dzisiaj przyjechała z Ośrodka, pani doktor”. 

Niższe pielęgniarki zbiły się w ciasną grupkę, podczas gdy kobieta przystanęła przy moim 

łóżku i przyglądała mi się z pewną obawą. Włożyła mi termometr do ust i chwyciła za nadgarstek. 

Zaspokoiwszy ciekawość w obu kwestiach spytała:   

- Bóle głowy? Jakieś inne dolegliwości? 

- Nie - odparłam. 

Przyglądała mi się z uwagą. Odwzajemniłam spojrzenie. 

- Więc o co... - zaczęła. 

- Ona zwariowała - wtrąciła Hazel z drugiego końca pokoju. - Powiada, że straciła pamięć i 

nas nie pamięta. 

- Opowiada jakieś straszne obrzydliwości - dorzuciła druga. 

- Ma przywidzenia. Wydaje jej się, że potrafi czytać i pisać - uzupełniła Hazel. 

Lekarka uśmiechnęła się. 

- Czyżby? 

- Nie widzę powodu, dlaczego nie miałabym umieć. Można to całkiem łatwo udowodnić  - 

powiedziałam bezczelnie. 

Dała  się  na  chwilę  zaskoczyć.  Ale  zaraz  na  jej  twarzy  pojawił  się  ten  sam  wyrozumiały 

uśmieszek. 

- Świetnie - zgodziła się. 

Wyjęła z kieszeni notesik i podała mi wraz z ołówkiem. Poczułam się dziwnie, trzymając 

ołówek między palcami. Kiedy z niejakim oporem zajęły swoje miejsce, napisałam: 

“Wiem aż za dobrze, że mam przywidzenia. I że ty też jesteś przywidzeniem”. 

background image

Gdy oddawałam notes, Hazel zachichotała. 

Lekarka  nie  otworzyła  wprawdzie  ust  ze  zdziwienia,  ale  jej  uśmiech  zgasł  natychmiast. 

Patrzyła teraz na mnie z wielką powagą. Widząc jej reakcję, pozostałe kobiety zamilkły, jakbym 

wykonała jakąś zaskakującą magiczną sztuczkę. Lekarka zwróciła się do Hazel: 

- Co wam opowiadała? 

Hazel zawahała się, a potem wyrzuciła z siebie odpowiedź. 

-  Straszne  rzeczy.  O  dwupłciowych  istotach  ludzkich.  Jakbyśmy  były  po  prostu 

zwierzętami. Obrzydliwe! Po chwili namysłu lekarka zwróciła się do przełożonej: 

- Przenieście ją lepiej do ambulatorium. Tam ją zbadam. 

Po  jej  wyjściu  małe  rzuciły  się,  żeby  przyciągnąć  do  mojego  posłania  niskie  łóżko  na 

kółkach  z  rogu  pokoju.  Kilkanaście  rąk  pomagało  mi  się  na  nie  przemieścić,  po  czym  zostałam 

pospiesznie wywieziona. 

- A teraz do rzeczy - zaczęła lekarka ponurym tonem. - Kto ci naopowiadał o dwupłciowych 

istotach ludzkich? Chcę znać nazwisko. 

Byłyśmy same w niewielkim pomieszczeniu wyklejonym różową tapetą w złote groszki. Po 

przeniesieniu  mnie  z  wózka  na  leżankę  pomocnice  oddaliły  się.  Lekarka  siedziała  trzymając  na 

kolanach notes i ołówek. Zachowywała się jak wszechwiedzący inkwizytor. 

Nie byłam w zbyt miłym nastroju. Powiedziałam, żeby się nie wygłupiała. 

Zamurowało ją, poczerwieniała ze złości, ale zdołała się opanować. Pytała dalej: 

- Po opuszczeniu Kliniki przebywałaś na wczasach. Dokąd cię wysłano? 

-  Nie  wiem  -  odpowiedziałam.  -  Mogę  ci  powiedzieć  tylko  to,  co  im:  że  te  halucynacje, 

przywidzenia, czy Bóg wie co, zaczęły się w szpitalu, który nazywacie Ośrodkiem. 

Zaczęła tłumaczyć cierpliwie, lecz stanowczo: 

-  Posłuchaj,  Orchis.  Wyjeżdżając  stąd  sześć  tygodni  temu  byłaś  całkiem  normalna.  W 

Klinice urodziłaś dzieci w zwyczajny sposób. Ale potem ktoś musiał ci nagadać tych głupstw... i w 

dodatku  nauczył  cię  czytać  i  pisać.  Teraz  powiesz  mi,  kto  to  zrobił.  Ostrzegam,  że  mnie  nie 

nabierzesz  na  utratę  pamięci.  Jeżeli  spamiętałaś  te  obrzydliwości,  które  opowiadałaś  tamtym,  to 

powinnaś również przypomnieć sobie, skąd o nich wiesz. 

- Rany boskie! Mów wreszcie do rzeczy! - oburzyłam się.   

Znowu poczerwieniała. 

-  Mogę  bez  trudu  dowiedzieć  się  w  Klinice,  dokąd  cię  wysłano.  W  domu  wczasowym 

dowiem  się,  z  kim  przebywałaś.  Szkoda  mi  jednak  czasu  na  śledzenie  wszystkich  twoich 

kontaktów, więc proszę cię, nie utrudniaj mi pracy i sama wszystko teraz powiedz. Dobrze ci radzę. 

Bo wolałabym nie zmuszać cię do mówienia - zakończyła złowieszczo. 

background image

Pokręciłam głową. 

- Jesteś na złym tropie. Powtarzam, że całe to przywidzenie, włącznie z Orchis, zaczęło się 

w Ośrodku... Jak do tego doszło, nie mogę ci powiedzieć, bo sama nie wiem. A tego, co działo się z 

nią wcześniej, po prostu nie ma w mojej pamięci. 

Zmarszczyła brwi z wyraźnym niepokojem. 

- Jakie przywidzenie? - zapytała ostrożnie. 

-  Cała  ta  niesamowita  sytuacja...  włącznie  z  tobą.  -  Wykonałam  ręką  gest,  obejmujący 

wszystko.  -  To wstrętne, olbrzymie ciało,  te małe    opiekunki, wszystko  razem.  Oczywiście, musi 

to  być  jakaś  projekcja  podświadomości...  Niepokoi  mnie  stan  mojej  podświadomości,  bo  z 

pewnością nie chodzi tu o żaden zespół życzeniowy.   

Nie odrywała ode mnie wzroku, coraz bardziej zaniepokojona. 

- Kto ci naopowiadał o podświadomości i zespole życzeniowym? - spytała niepewnie. 

- Nie rozumiem, dlaczego miałabym być analfabetką w przywidzeniach - odparłam. 

- Ale Matki nic o tych rzeczach nie wiedzą. Nie muszą o tym wiedzieć. 

- Posłuchaj. Mówiłam już tym biednym poczwarom na tamtej sali i powtarzam raz jeszcze: 

nie  jestem  żadną  Matką.  Jestem  po  prostu  nieszczęsną  lekarką,  która  przeżywa  jakiś  koszmarny 

sen. 

- Lekarką? - powtórzyła pytająco. 

- Lekarzem medycyny. Jestem lekarką - poinformowałam. Nadal przyglądała mi się pilnie. 

Przesunęła niepewny wzrok po moim zwalistym cielsku. 

- Twierdzisz, że jesteś lekarką? - spytała zmienionym głosem. 

- W potocznym tego słowa znaczeniu... tak - zgodziłam się.   

Zaprotestowała, zdumiona i pełna oburzenia: 

-  Ależ  to  absolutna  bzdura!  Zostałaś  wychowana  i  przystosowana  do  roli  Matki.  Jesteś 

Matką. Spójrz na siebie! 

- Tak - zauważyłam z goryczą. - Wystarczy popatrzeć!   

Zapadło milczenie. 

- Obawiam się jednak - zauważyłam w końcu - że niezależnie od przywidzeń nie zajdziemy 

daleko,  jeżeli  będziemy  się  nawzajem  oskarżać  o  to,  że  mówimy  bzdury.  Lepiej  spróbuj  mi 

wyjaśnić, co to za miejsce i kim jestem, twoim zdaniem. Może obudzi to moją pamięć. 

Sprzeciwiła się stanowczo. 

- Może najpierw ty mi powiesz, co pamiętasz. Zorientuję się w ten sposób, co cię trapi. 

- Doskonale - zgodziłam się i zaczęłam opowieść, sięgając pamięcią, jak najdalej mogłam. 

To znaczy do momentu, kiedy samolot Donalda uległ katastrofie. 

background image

 

Okazałam naiwność, dając się tak nabrać. Nie miała, naturalnie, zamiaru nic mi mówić. Po 

wysłuchaniu mnie wyszła. Zostałam sama,    w stanie bezsilnej wściekłości. 

Czekałam do chwili, gdy w budynku zapanował spokój. Wyłączono muzykę. Jakaś kobietka 

z obsługi  zajrzała do pokoju,  by zapytać, czy  czegoś nie potrzebuję, po  czym  wszystkie odgłosy 

ustały.  Odczekałam  jeszcze  pół  godziny,  zanim  z  trudem  wstałam  z  łóżka...  Tym  razem  dzieląc 

wszystkie  ruchy na krótkie, łatwe etapy. Najwięcej  wysiłku kosztowało mnie podniesienie się na 

nogi z pozycji siedzącej. Udało mi się to jednak za cenę zadyszki. Podeszłam do drzwi. Nie były 

zamknięte. Uchyliłam je z lekka, nasłuchując. Ponieważ z korytarza nie  dochodził żaden odgłos, 

otworzyłam  drzwi  na  oścież  i  wyszłam,  żeby  dowiedzieć  się  o  tym  miejscu  wszystkiego,  co 

możliwe.  Drzwi  do  wszystkich  sąsiednich  pokoi  były  pozamykane.  Kiedy  przykładałam  do  nich 

ucho,  dochodziły  mnie  odgłosy  regularnych,  ciężkich  oddechów.  Oprócz  nich  żaden  odgłos  nie 

zakłócał  ciszy.  Idąc  przed  siebie,  musiałam  kilka  razy  skręcać,  aż  wreszcie  ujrzałam  przed  sobą 

drzwi  frontowe.  Nacisnęłam  klamkę.  Nie  były  zamknięte  na  zasuwę  ani  na  łańcuch.  Postałam 

chwilę nasłuchując, po czym otworzyłam drzwi i wyszłam na dwór. 

Przede mną rozciągał się ogród przypominający park, jasno oświetlony blaskiem księżyca. 

Za  drzwiami,  po  prawej  stronie,  lśniła  tafla  wody,  po  lewej  stał  dom,  podobny  do  tego,  który 

miałam za plecami. Wszystkie okna były ciemne. 

Zastanawiałam się, co dalej. Uwięziona w ogromnym cielsku, zupełnie w nim bezbronna, 

nie  mogłam  zdziałać  wiele,  ale  postanowiłam  iść  dalej  i  korzystając  z  nadarzającej  się  okazji 

dowiedzieć  się  jak  najwięcej.  Zbliżyłam  się  do  krawędzi  schodów,  którymi  wspinałam  się  po 

wyjściu z karetki, i zaczęłam schodzić, ostrożnie, stopień za stopniem, trzymając się poręczy. 

- Matko - usłyszałam ostry głos za plecami. - Co ty robisz?   

Odwróciłam się i ujrzałam jedną z małych kobietek w białym kostiumie, pobłyskującym w 

świetle  księżyca.  Była  sama.  Nie  odpowiedziałam,  lecz  zeszłam  stopień  niżej.  Chciało  mi  się 

płakać ze złości na to ciężkie, brzydkie ciało, które zmuszało mnie do przesadnej ostrożności. 

- Proszę wracać! Proszę natychmiast wracać! 

Nie słuchałam jej. Zbiegła za mną i chwyciła mnie za szatę. 

- Matko - odezwała się ponownie. - Musisz wracać. Przeziębisz się na dworze. 

Chciałam  zrobić  kolejny  krok,  lecz  ona  szarpnęła  materiał,  żeby  mnie    powstrzymać. 

Pochyliłam  się  do  przodu,  próbując  się  jej  oprzeć.  Rozległ  się  świst  rozdzieranej  tkaniny. 

Zachwiałam  się  i  straciłam  równowagę.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  zobaczyłam,  były  wybiegające  mi 

naprzeciw stopnie... 

 

background image

Otworzyłam oczy i zaraz usłyszałam jakiś głos. 

- Już lepiej. To był bardzo niegrzeczny wybryk, Matko Orchis. Na szczęście nie stało się nic 

poważniejszego. Co za niemądre zachowanie! Wstydzę się za ciebie, Matko, naprawdę się wstydzę. 

Bolała  mnie  głowa.  A  więc  cała  ta  idiotyczna  historia  trwa  nadal.  Daleka  byłam  od 

wyrzutów sumienia. Kazałam jej iść do diabła. Przez chwilę wytrzeszczała na mnie oczy, po czym 

przybrała  lodowaty  wyraz  twarzy.  W  milczeniu  przyłożyła  mi  do  czoła  kawałek  gazy  i  plaster  i 

pospiesznie wyszła. 

Musiałam przyznać jej rację, choć robiłam to niechętnie. Co, u licha, zamierzałam zrobić? I 

co  mogłam  zrobić,  obarczona  tą  wielką  masą  ciała?  Znowu  wezbrała  we  mnie  fala  nienawiści  i 

uczucie bezradności, które doprowadziły mnie niemal do łez. Zatęskniłam do własnego, szczupłego 

ciała,  które  było  mi  posłuszne  i  robiło  to,  co  kazałam.  Przypomniałam  sobie,  jak  pewnego  dnia 

Donald  wskazując  młode  drzewko,  kołysane  wiatrem,  przedstawił  mi  je  jako  moją  siostrę 

bliźniaczkę. Zaledwie dzień lub dwa dni temu... 

I oto nagle uczyniłam odkrycie, które kazało mi usiąść. Nie zapisane stronice mojej pamięci 

wypełniły  się  treścią.  Pamiętałam  już  wszystko...  Wysiłek  wywołał  gwałtowne  łomotanie  w 

skroniach,  więc  odprężyłam  się  i  położyłam  z  powrotem,  przypominając  sobie  po  kolei 

wydarzenia, aż do momentu, kiedy wyjęto igłę i zdezynfekowano moje ramię... 

Ale co było  potem? Spodziewałam się wprawdzie snów i  halucynacji, ale przecież nie aż 

tak wyraźnego poczucia rzeczywistości... Nie tego stanu, który był jak namacalny koszmar... 

Co oni ze mną zrobili, na miłość boską? 

 

Zdaje się, że znowu zapadłam w sen, bo kiedy otworzyłam oczy, za oknem było widno, a 

małe kobietki już czekały, by pomóc mi w porannej toalecie. 

Rozkładały  zręcznie  prześcieradła  kąpielowe  i  z  wielką  wprawą  obracały  mnie  podczas 

mycia  na  wszystkie  strony.  Znosiłam  ich  zabiegi  cierpliwie,  ponieważ  dzięki  nim  odzyskałam 

świeżość i z zadowoleniem odkryłam, że ból głowy znikł bez śladu. 

Gdy ablucje miały się już ku końcowi, rozległo się stanowcze pukanie do drzwi, po czym 

bez  zaproszenia  do  pokoju  wkroczyły  dwie  osoby  odziane  w  czarne  mundury  ze  srebrnymi 

guzikami.  Te  były  w  typie  Amazonek:  wysokie,  szerokie  w  ramionach,  dobrze  zbudowane, 

dorodne. Małe opiekunki wypuściły wszystko z rąk i z piskiem przerażenia zbiły się w gromadkę w 

rogu pokoju. 

Przybyłe  pozdrowiły  mnie  w  znany  już  sposób,  po  czym  jedna  z  nich  odezwała  się 

stanowczo, lecz z szacunkiem: 

- Czy ty jesteś Orchis? Matka Orchis? 

background image

- Tak mnie tu nazywają - odparłam. 

Dziewczyna zawahała się, a następnie oświadczyła tonem bliższym prośby niż rozkazu: 

- Mam rozkaz aresztować cię, Matko. Proszę udać się z nami. W rogu pokoju podniósł się 

pełen podniecenia świergot. Dziewczyna w mundurze uciszyła go jednym spojrzeniem. 

- Ubierzcie Matkę i spakujcie jej rzeczy - poleciła. 

Opiekunki  wyszły  z  kąta  z  ociąganiem,  rzucając  przybyłym  przestraszone,  przepraszające 

uśmiechy. Ta druga ponagliła je surowo i niezbyt życzliwie: 

- Bierzcie się szybko do roboty i bez gadania.   

Skoczyły jak poparzone. 

Byłam już prawie całkowicie spowita w różowe zwoje, gdy do pokoju wkroczyła lekarka. 

Na widok kobiet w mundurach zmarszczyła brwi. 

- Co to ma znaczyć? Co wy tu robicie?   

Ważniejsza pospieszyła z wyjaśnieniem. 

-  Jak  to  aresztować?!  -  krzyknęła  lekarka.  -  Chcecie  aresztować  Matkę?!  Nigdy  nie 

słyszałam czegoś równie bzdurnego! Ciekawe, pod jakim zarzutem? 

Dziewczyna w mundurze odpowiedziała z zakłopotaniem: 

- Pod zarzutem reakcjonizmu. 

Lekarka przeszyła ją ironicznym spojrzeniem. 

-  Matka-reakcjonistka!  Niesłychane!  I  co  jeszcze  wymyślicie?  Wynoście  się  stąd 

natychmiast, obydwie! 

- Ale my mamy rozkaz, pani doktor - zaprotestowała funkcjonariuszka.   

- Bzdura. Nie widzę żadnych podstaw. Słyszałyście kiedyś o aresztowaniu Matki? 

- Nie, pani doktor. 

- No właśnie. I nie będzie tu żadnych precedensów. A teraz proszę wyjść. 

Dziewczyna wahała się przez chwilę, zmieszana. Naraz coś przyszło jej do głowy. 

-  Czy  mogłabym  wobec  tego  prosić  o  podpisanie  odmowy  wydania  Matki...?  - 

zaproponowała. 

Po  wyjściu  umundurowanych  Amazonek,  zadowolonych  z  otrzymanego  zaświadczenia, 

lekarka obrzuciła małe opiekunki ponurym, karcącym spojrzeniem. 

- Zawsze musicie wszystko wypaplać, tak? Roznosicie plotki jak zarazę. Wyrządza to same 

szkody. Jeżeli jeszcze raz usłyszę coś na ten temat, będę wiedziała, czyja to sprawka. - Zwróciła się 

do  mnie:  -  A  ciebie,  Matko,  proszę,  byś  w  przyszłości  w  obecności  tych  małych  plotkarek 

ograniczyła  swe  wypowiedzi  do  niezbędnego  minimum.  Niedługo  tu  wrócę.  Chcę  zadać  ci  kilka 

pytań - dorzuciła i wyszła, pozostawiając za sobą posłuszne, pracowite milczenie. 

background image

 

Zjawiła  się  ponownie,  gdy  wynoszono  tacę,  na  której  otrzymałam  śniadanie  godne 

Pantagruela.  Tym  razem  przybyła  w  towarzystwie  czterech  kobiet,  wyglądających  równie 

normalnie  jak  ona.  Za  nimi  sunęła  grupa  małych  asystentek  z  krzesłami,  które  ustawiły  obok 

mojego  łóżka.  Po  wyjściu  obsługi  nowo  przybyłe  -  jedna  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku  co 

lekarka,  dwie  pod  pięćdziesiątkę,  a  najstarsza  około  sześćdziesiątki  -  ubrane  w  białe  fartuchy, 

zajęły miejsca i zaczęły mi się przyglądać, jakbym była eksponatem. 

-  A  zatem,  Matko  Orchis  -  zaczęła  lekarka  -  to  oczywiste,  że  zaszło  coś  bardzo 

niezwykłego. Chcemy, naturalnie, zrozumieć, co zaszło, oraz, jeśli to możliwe, z jakiego powodu. 

Proszę  nie  przejmować  się  tymi  policjantkami,  które  zjawiły  się  tu  dziś  rano.  Był  to  bardzo 

niestosowny  incydent.  Obecnie  odbędziemy  spotkanie,  naukowe  spotkanie,  którego  celem  jest 

ustalenie, co zaszło. 

-  Chyba  nikt  nie  pragnie  tego  zrozumieć  bardziej  niż  ja  -  odparłam.    Spojrzałam  na  nie, 

rozejrzałam  się  po  pokoju,  na  koniec  zaś  zatrzymałam  wzrok  na  swym  ogromnym,  rozłożystym 

cielsku.  -  Zdaję  sobie  sprawę,  że  musi  to  być  przywidzenie.  Niepokoi  mnie  jednak,  że  wbrew 

memu przeświadczeniu, iż w przywidzeniach brakuje zawsze przynajmniej jednego wymiaru, przez 

co  pewne  zmysły  pozbawione  są  poczucia  realności,  w  tym  wypadku  tak  nie  jest.  Posiadam 

bowiem  wszystkie  zmysły  i  mogę  nimi  władać.  Nie  ma  tu  rzeczy  niematerialnych:  jestem 

uwięziona w ciele namacalnym, w sposób aż nazbyt oczywisty. Wydaje mi się, że brakuje w tym 

wszystkim wyłącznie sensu - nawet sensu symbolicznego. 

Patrzyły  na  mnie  w  osłupieniu.  Lekarka  spojrzała  na  nie  tak,  jakby  chciała  powiedzieć: 

“Może teraz nareszcie mi uwierzycie”, a następnie zwróciła się do mnie: 

- Zacznijmy od paru pytań. 

-  Zanim  zaczną  panie  zadawać  mi  pytania  -  wtrąciłam  pospiesznie  -  muszę  coś  dodać  do 

tego, co powiedziałam wczoraj. Coś mi się przypomniało. 

-  Zapewne  na  skutek  upadku  -  zasugerowała  lekarka,  spoglądając  na  plaster.  -  Co  miałaś 

zamiar zrobić? 

Zignorowałam to pytanie. 

- Powiem raczej, co mi się przypomniało... Może się to okazać pomocne. Przynajmniej do 

pewnego stopnia. 

- Proszę bardzo - zgodziła się. - Twierdzisz, że byłaś... hm... zamężna i że twój... hm... mąż 

zginął wkrótce po ślubie. - Skierowała spojrzenie na swoje towarzyszki: pustka malująca się na ich 

twarzach zdawała mi się wymuszona. - Luka w pamięci obejmowała właśnie to, co nastąpiło potem 

- dodała. 

background image

- Tak - potwierdziłam. - Mój mąż był oblatywaczem. Wypadek zdarzył się sześć miesięcy 

po  ślubie.  Na  miesiąc  przed  wygaśnięciem  jego  kontraktu.  Przez  kilka  tygodni  przebywałam  u 

ciotki. Obawiam się, że nigdy nie będę w stanie przypomnieć sobie wszystkiego, co zaszło w tym 

okresie. Nie bardzo... nie zwracałam uwagi na to, co się wokół mnie dzieje. Pamiętam jednak, jak 

któregoś ranka przebudziłam się nagle i ujrzałam wszystko w innym świetle. Powiedziałam sobie 

wówczas, że nie mogę dłużej tak żyć. Wiedziałam, że muszę coś robić, coś, co mnie zaabsorbuje. 

Dr  Hellyer,  dyrektor  Szpitala  Wraychester,  gdzie  pracowałam  przed  ślubem,  chętnie  zgodził  się 

przyjąć  mnie  z  powrotem  do  pracy.  Wróciłam  więc  i  zajęłam  się  pracą,  żeby  nie  mieć  czasu  na 

rozmyślania. Od tamtej pory upłynęło jakieś osiem miesięcy. Pewnego dnia dr Hellyer opowiedział 

mi o pewnej substancji, którą wyodrębnił jego znajomy. Nie sądzę, by chodziło mu o zwerbowanie 

ochotników. Sama zaproponowałam, że wypróbuję jej działanie. Z jego relacji wynikało, że może 

ona  posiadać  bardzo  istotne  właściwości.  Dostrzegłam  w  tym  szansę  zrobienia  czegoś 

pożytecznego.  Prędzej  czy  później  ktoś  musiałby  to  wypróbować,  a  ponieważ  nie  byłam  niczym 

związana ani  nie przykładałam wagi  do ewentualnych konsekwencji, pomyślałam,  że się do tego 

nadaję. 

Lekarka przerwała mi. 

- Co to był za środek? 

- Chuinżuatyna - odparłam. - Czy zna go pani?   

Zaprzeczyła. Wówczas głos zabrała jedna z kobiet. 

- Wydaje mi się, że gdzieś o tym słyszałam. Na czym polega jego działanie? 

-  To  substancja  o  działaniu  narkotycznym.  W  naturalnej  postaci  znajduje  się  w  liściach 

pewnego drzewa, które rośnie głównie w Wenezueli. Zamieszkujący te tereny Indianie odkryli ten 

środek,  podobnie  jak  inne  ludy  chininę  i  meskalinę.  Stosują  go  jako  środek  odurzający  podczas 

obrzędów. Żując liście, mniej więcej ćwierć kilograma, stopniowo wprowadzają się w trans, który 

trwa  od  trzech  do  czterech  dni.  Są  w  tym  czasie  zupełnie  bezwolni  i  niezdolni  do  wykonywania 

najprostszych czynności, toteż inni członkowie plemienia muszą się nimi opiekować jak dziećmi. 

Opieka jest niezbędna, ponieważ Indianie wierzą, że chuinżuatyna uwalnia ducha, pozwalając mu 

na  wędrówkę  w  czasie  i  przestrzeni.  Zadanie  opiekuna  polega  na  tym,  by  uniemożliwić  innym 

błąkającym  się  duchom  wślizgnięcie  się  do  ciała  podopiecznego  pod  nieobecność  prawowitego 

właściciela. Po odzyskaniu przytomności Indianie utrzymują, że spotkały ich wspaniałe mistyczne 

przeżycia.  Środek  ten,  zdaje  się,  nie  wywołuje  szkodliwych  skutków  ubocznych  i  nie  powoduje 

uzależnienia.  Doznania  mistyczne  są  rzekomo  niezwykle  silne  i  głęboko  zapadają  w  pamięć. 

Znajomy  drą  Hellyera  sprawdził  działanie  chuinżuatyny  na  zwierzętach  i  ustalił  dawkowanie, 

tolerancję i tym podobne. Nie mógł jednak, z oczywistych powodów, ustalić prawdziwości relacji o 

background image

przeżyciach  mistycznych.  Wynikają  one  prawdopodobnie  z  działania  środka  na  system  nerwowy, 

lecz  stwierdzenie,    czy  działanie  to  wywołuje  uczucia  przyjemności,  ekstazy,  lęku,  strachu, 

przerażenia  czy  inne  doznania,  wymagało  udziału  królika  doświadczalnego  w  ludzkiej  postaci.  I 

taka właśnie miała być moja rola. 

Przerwałam.  Spojrzałam  na  ich  skupione,  zaciekawione  twarze  i  zwały  różowej  materii 

przed sobą. 

-  W  rzeczywistości  okazało  się,  że  działanie  chuinżuatyny  polega  na  kombinacji  absurdu, 

bezsensu i groteski. 

Miałam  przed  sobą  poważne  grono,  które  niełatwo  wywieść  w  pole.  Ich  zadaniem  było 

obalić tezę o anomalii - rzecz jasna, w miarę możliwości. 

-  Tak.  Rozumiem  -  odezwała  się  lekarka,  bardziej  po  to,  by  potwierdzić,  że  zachowuje 

rozsądek, niż mając coś konkretnego na myśli. Zerknęła na kartkę, gdzie robiła notatki. 

- Czy możesz określić datę przeprowadzenia eksperymentu? 

Podałam datę, a potem posypały się pytania bez końca... 

Odpowiedziałam na wszystkie, chociaż w miarę jak udzielałam wyjaśnień, moje słuchaczki 

traciły  pewność  siebie.  Niestety,  za  każdym  razem,  gdy  próbowałam  dowiedzieć  się  czegoś  od 

nich, unikały odpowiedzi albo odpowiadały zdawkowo, jakby chodziło o nieistotne dygresje. 

Przesłuchanie ciągnęło się bez przerwy, aż do chwili, gdy przyniesiono mój kolejny posiłek. 

Dopiero wtedy dały mi spokój i opuściły pomieszczenie. Obawiałam się, że wrócą, ale kiedy tak się 

nie stało, ucięłam sobie drzemkę. Wyrwało mnie z niej ponowne wtargnięcie stadka małych służek. 

Przyciągnęły ze sobą wózek, na którym  wywiozły mnie z budynku, lecz inną drogą niż ta, którą 

przybyłam.  Tym  razem  wjechałyśmy  na  rampę,  gdzie  czekała  inna  lub  ta  sama  różowa  karetka. 

Trzy opiekunki zostały ze mną wewnątrz samochodu. Przez całą drogę, czyli mniej więcej półtorej 

godziny, paplały chaotycznie i przeważnie niezrozumiale. 

Krajobraz  niewiele  się  różnił  od  tego,  co  już  widziałam.  Zaraz  za  bramą  pojawiły  się  te 

same schludne pola i jednakowe gospodarstwa. 

Od  czasu  do  czasu  mijałyśmy  niewielkie  skupiska  identycznych  bloków,  jadąc  tą  samą 

szosą o nie najlepszej nawierzchni. Widziałam grupy Amazonek, rzadziej pojedyncze osoby, zajęte 

pracą w polu. Na szosie panował niewielki ruch: ciężarówki, duże i małe, czasami autobusy, ale nie 

zauważyłam  prywatnych  samochodów.  Pomyślałam,  że  moje  przywidzenie  jest  bardzo 

konsekwentne w szczegółach. Na    przykład żadna grupa Amazonek nie zapomniała o przyjaznym, 

pełnym szacunku pozdrowieniu naszego różowego samochodu. 

Przejechałyśmy  jakieś  skrzyżowanie.  Spoglądając  z  wiaduktu,  pomyślałam,  że  to 

wyschnięty kanał, ale wśród traw i chwastów dostrzegłam dziwacznie pochylony ship. Wprawdzie 

background image

pozbawiony  był  większości  elementów,  ale  to,  co  pozostało,  wystarczyło,  by  domyślić  się,  że  to 

semafor. 

Przecięłyśmy  kolejne  skupisko  identycznych  bloków,  tylko  rozmiarami  przypominające 

miasto, a parę kilometrów dalej wjechałyśmy przez ozdobną bramę do jakiegoś parku. 

Posiadłość  nie  odbiegała  wyglądem  od  tej,  z  której  wyjechałam.  Utrzymana  była  z  taką 

samą  pieczołowitością:  aksamitne  trawniki,  jaskrawe  wiosenne  kwiaty  na  rabatach.  Różnica 

polegała głównie na braku bloków. Zamiast nich stały tam domy w rozmaitym stylu, przeważnie 

nieduże,  często  nie  większe  od  obszernej  chaty.  Nowe  miejsce  stonowało  zachowanie  moich 

towarzyszek: po raz pierwszy umilkły i rozglądały się dookoła z widocznym lękiem. 

Prowadząca  karetkę  spytała  o  drogę  Amazonkę  w  drelichach.  Po  udzieleniu  odpowiedzi 

Amazonka przesłała mi przez szybę pogodny, pełen szacunku uśmiech i niebawem zatrzymałyśmy 

się przed niewielkim dwupiętrowym neoklasycystycznym budynkiem. 

Nie  było  tu  łóżek  na  kółkach.  Moje  opiekunki  pomogły  mi  wysiąść,  a  następnie  w  szyku 

przypominającym forteczne przypory podtrzymywały mnie w drodze do wnętrza budynku. 

Tam z pewnym trudem przeciśnięto mnie przez drzwi po lewej stronie holu i znalazłam się 

w  pięknym,  gustownie  i  stylowo  urządzonym  pokoju.  Przy  kominku,  w  fotelu  z  wysokim 

oparciem,  siedziała  siwowłosa  kobieta  w  purpurowej  jedwabnej  sukni.  Jej  twarz  i  dłonie 

wskazywały na zaawansowany wiek, lecz spojrzenie miała bystre i pełne życia. 

- Witaj, moja droga - przemówiła pewnym, dźwięcznym głosem.   

Wskazała wzrokiem drugi fotel, jednak spojrzawszy na mnie ponownie, zmieniła zdanie. 

- Chyba będzie ci wygodniej na kanapie - zaproponowała.   

Mebel, prawdziwy zabytek epoki gregoriańskiej, oszacowałam z powątpiewaniem. 

- Czy wytrzyma? - spytałam. 

- O, raczej tak - odparła, lecz z mniejszym przekonaniem. 

Orszak usadowił mnie ostrożnie i pozostał obok w postawie wyrażającej zatroskanie. Kiedy 

stało się jasne, że nie grozi mi nic złego, mimo że mebel złowieszczo pode mną zaskrzypiał, starsza 

pani  odprawiła  opiekunki  i  zadzwoniła  srebrnym  dzwoneczkiem.  Weszła  drobna  postać  - 

pokojówka doskonała, nie więcej niż metrowego wzrostu. 

-  Podaj  nam,  proszę,  sherry,  Mildred  -  zaordynowała  gospodyni.  -  Napijesz  się  sherry, 

prawda? - dodała, zwracając się do mnie. 

-  T-tak,  bardzo  chętnie,  dziękuję  -  odpowiedziałam  nieśmiało,  a  po  chwili  zapytałam:  - 

Proszę mi wybaczyć, pani...? 

-  Och,  tak,  rzeczywiście,  powinnam  była  się  przedstawić.  Nazywam  się  Laura.  Po  prostu 

Laura. Ty, o ile wiem, masz na imię Orchis... Matka Orchis. 

background image

- Podobno - przyznałam z niezadowoleniem.   

Przyglądałyśmy  się  sobie  nawzajem.  Po  raz  pierwszy  odkąd  zaczęły  się  te  halucynacje, 

dostrzegłam w czyichś oczach współczucie czy nawet litość. Ponownie rozejrzałam się po wnętrzu, 

podziwiając doskonałą dbałość o szczegóły wystroju. 

-  To  znaczy...  To  znaczy,  że  nie  postradałam  zmysłów,  prawda?  -  spróbowałam  się 

upewnić. 

Zaprzeczyła powolnym ruchem głowy, lecz nim zdążyła odpowiedzieć, wróciła pokojówka 

z kryształową karafką i kieliszkami na srebrnej tacy. 

Podczas  napełniania  kieliszków  przez  starą  damę  zauważyłam,  że  przypatruje  się  nam 

uważnie,  przenosząc  wzrok  z  Mildred  na  mnie  i  odwrotnie,  jakby  nas  porównywała.  Jej  twarz 

przybrała dziwny, nieprzenikniony wyraz. 

- Czy to przypadkiem nie madera? - zapytałam.   

Zdziwiła się, uśmiechnęła i przytaknęła z uznaniem. 

-  Myślę,  że  to  jedno  pytanie  wystarczy,  by  stwierdzić,  że  cel  wizyty  został  osiągnięty  - 

powiedziała. 

Pokojówka wyszła, podniosłyśmy kieliszki. Laura umoczyła wargi i odstawiła kieliszek. 

- Mimo to - ciągnęła - będzie lepiej, jeżeli porozmawiamy jeszcze trochę na ten temat. Czy 

powiedziano ci, moja droga, dlaczego zostałaś przysłana do mnie? 

- Nie - zaprzeczyłam. 

-  Ponieważ  zajmuję  się  historią  -  oświadczyła.  -  Dostęp  do  historii  jest  przywilejem.  W 

naszych  czasach  przyznaje  się  go  tylko    nielicznym  -  i  to  raczej  niechętnie.  Na  szczęście  nadal 

istnieje  przekonanie,  że  nie  można  pozwolić,  aby  jakakolwiek  gałąź  wiedzy  uległa  całkowitemu 

zapomnieniu,  chociaż  zajmowanie  się  pewnymi  dyscyplinami  traktowane  jest  z  podejrzliwością 

właściwą  sprawom  politycznym.  -  Uśmiechnęła  się  pogardliwie.  -  Dlatego  wszelkie  weryfikacje 

wymagają zasięgnięcia opinii specjalisty. Czy otrzymałaś wynik diagnozy na piśmie? 

Ponownie zaprzeczyłam. 

-  Tak  też  myślałam.  To  typowe  dla  tej  profesji,  prawda?  No  dobrze,  powiem  ci,  co 

doniesiono  mi  przez  telefon  z  Domu  Matek,  żebyśmy  wiedziały,  do  czego  zmierzamy. 

Dowiedziałam  się,  że  przeprowadziło  z  tobą  wywiad  kilka  osobistości  ze  sfer  naukowych.  Twój 

przypadek  zainteresował  je,  zdziwił  oraz,  jak  podejrzewam,  także  zaniepokoił.  I  to  bardzo. 

Biedactwa.  Wszystkie  one  posiadają  zaledwie  minimum  wiedzy  historycznej.  Krótko  mówiąc, 

dwie  z  nich  uważają,  że  cierpisz  na  halucynacje  o  charakterze  schizofrenicznym,  natomiast  trzy 

pozostałe skłonne są przypuszczać, że stanowisz prawdziwy przypadek osobowości przeniesionej. 

To  bardzo  rzadkie  zjawisko.  Udokumentowano  dotąd  rzetelnie  trzy  takie  przypadki,  a  jeden  był 

background image

wątpliwy. Dwa przypisuje się działaniu środka o nazwie chuinżuatyna, a trzeci substancji o bardzo 

podobnych  właściwościach.  Idźmy  dalej:  trzy  lekarki  uznały  większość  twoich  wypowiedzi  za 

sensowne  i  rzeczywiście  wyczerpujące.  Co  znaczy,  że  nic  z  tego,  co  im  opowiedziałaś,  nie  jest 

sprzeczne  z  tym,  co  same  wiedzą.  Ponieważ  jednak  ich  wiedza  na  tematy  nie  związane 

bezpośrednio z zawodem jest bardzo ograniczona, uznały także znaczną część twoich wypowiedzi 

za  niewiarygodną  i  niesprawdzalną.  Dlatego  właśnie  zwrócono  się  do  mnie  z  prośbą  o  opinię, 

ponieważ posiadam większe możliwości weryfikacji. 

Przerwała i przyglądała mi się w zamyśleniu. 

- Wydaje mi się - dodała - że będzie to jedna z najbardziej niezwykłych i najciekawszych 

spraw, jakie przydarzyły się w moim dość długim życiu. Twój kieliszek jest pusty, moja droga. 

- Osobowość przeniesiona? - powtórzyłam z niedowierzaniem, podając jej swój kieliszek. - 

Chwileczkę, gdyby to rzeczywiście było możliwe... 

-  Nie  ma  co  do  tego  żadnych  wątpliwości.  Te  trzy  przypadki,  o  których  wspomniałam, 

zostały całkowicie uwiarygodnione. 

-  Być  może  chodzi  właśnie  o  to  -  przyznałam.  -  Z  jednego  punktu  widzenia  nie  jest  to 

wykluczone. Ale do pozostałych nie pasuje. Zbyt wiele w tym cech koszmaru. Wydaje mi się, że 

jesteś zupełnie normalna. Ale spójrz na mnie... I na tę służącą! Tkwi tu bezsprzecznie jakiś element 

przywidzenia.  Pozornie  siedzę  i  rozmawiam  z  tobą...  Ale  to  nie  może  być  prawda,  więc  gdzie 

jestem naprawdę? 

- Myślę, że lepiej niż ktokolwiek potrafię zrozumieć, jak nierzeczywista musi być dla ciebie 

ta  sytuacja.  Spędziłam  tyle  czasu  wśród  książek,  że  czasami  mnie  także  ten  świat  wydaje  się 

nierealny...  Jakbym  nie  należała  ani  do  niego,  ani  do  żadnego  innego.  No  a  teraz,  moja  droga, 

powiedz mi, kiedy się urodziłaś? 

Powiedziałam. Laura zamyśliła się. 

- Hm, Jerzy VI... Ale tej drugiej wielkiej wojny nie pamiętasz? 

- Nie, nie pamiętam. 

- A może pamiętasz koronację następnego władcy? Czyja to była koronacja? 

- Elżbiety... Elżbiety II. Matka pokazywała mi orszak królewski. 

- Czy pamiętasz coś więcej? 

- Niewiele... Tylko tyle, że padał deszcz. Prawie przez cały dzień.   

Po długiej wymianie pytań i odpowiedzi Laura uśmiechnęła się łagodnie. 

- Właściwie nie potrzebujemy chyba niczego więcej, żeby dowieść tego, o co nam chodzi. 

Słyszałam  już  o  tej  koronacji...  Z  drugiej  ręki.  Ta  scena  w  opactwie  musiała  być  wspaniała  - 

background image

zadumała się, westchnęła. - Masz niezwykłą cierpliwość. Teraz twoja kolej... Ale obawiam się, że 

usłyszysz kilka wstrząsających faktów. 

- Sądzę, że w ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin nieźle się uodporniłam... Lub może 

wydawało mi się, że minęło trzydzieści sześć godzin - odparłam. 

- Wątpię - posłała mi poważne spojrzenie. 

- Powiedz mi... Proszę, wytłumacz to wszystko... Jeżeli potrafisz. 

- Podaj mi swój kieliszek. Przejdę teraz do sedna sprawy.   

Napełniła kieliszki. 

- Powiedz, co cię tu najbardziej zaskoczyło?   

Zastanowiłam się. 

- Było tego mnóstwo... 

- A może to, że nie widziałaś żadnego mężczyzny? - zasugerowała.   

Sięgnęłam pamięcią wstecz. Przypomniałam sobie zdumienie jednej z Matek, która pytała: 

“Co to jest mężczyzna?”   

- Tak, rzeczywiście, to także zauważyłam - przyznałam. - Gdzie oni są? 

Pokiwała głową, patrząc mi w oczy. 

-  Nie  ma  ich,  moja  droga.  Już  ich  nie  ma.  Nie  ma  ani  jednego.  Patrzyłam  na  nią  w 

osłupieniu.  Na  jej  poważnej  twarzy  malowało  się  współczucie.  Ani  śladu  przebiegłości  czy 

podstępu. Znaczenie słów docierało do mnie z trudem. W końcu przemogłam się. 

-  Ależ...  ależ  to  niemożliwe!  Gdzieś  przecież  muszą  być  jacyś  mężczyźni...  Nie 

mogłybyście przecież... To znaczy jak? - Dalsze pytania uwięzły mi w gardle. 

Pokiwała głową. 

- Wiem, że musi ci się to wydawać niemożliwe, Jane... Czy mogę tak się do ciebie zwracać? 

Ale to prawda. Jestem już stara, mam prawie osiemdziesiąt lat i przez całe swoje długie życie nigdy 

nie widziałam mężczyzny... Widywałam ich tylko na starych obrazach i zdjęciach. Napij się sherry, 

moja droga. To ci dobrze zrobi - umilkła. - Zdaje się, że nie najlepiej to przyjęłaś. 

Poszłam za jej radą. Byłam tak oszołomiona, że nie potrafiłam się zdobyć na żadną reakcję. 

Mimo  wewnętrznego  buntu  nie  mogłam  jej  jednak  nie  wierzyć,  ponieważ  istotnie  nie  tylko  nie 

widziałam tu żadnych mężczyzn, ale nawet śladu istnienia mężczyzny. Przerwała milczenie, dając 

mi czas na zebranie myśli. 

- Do pewnego stopnia rozumiem,  co czujesz. Bo widzisz, Jane, ja nie musiałam uczyć się 

historii  wyłącznie  z  książek.  Jako  młoda  dziewczyna,  szesnaste-,  może  siedemnastoletnia,  często 

słuchałam opowieści mojej babki. Była wówczas w moim wieku, lecz doskonale pamiętała własną 

młodość.  Opowiadała  tak  obrazowo,  że  dosłownie  widziałam  miejsca,  o  których  mówiła... 

background image

Stanowiły jednak część świata tak odległego, że z trudem rozumiałam jej uczucia. Gdy wspomniała 

młodzieńca, z którym była zaręczona, po policzkach spływały jej łzy. Ale nawet wtedy... naturalnie 

nie  z  tęsknoty  za  nim,  lecz  za  światem,  który  znała  z  dzieciństwa.  Było  mi  jej  żal,  chociaż  nie 

wiedziałam, co czuje... Skąd miałam wiedzieć? Ale teraz, kiedy sama jestem stara, kiedy mam za 

sobą tyle lektur, trochę łatwiej mi ją zrozumieć. Mam takie wrażenie. - Patrzyła na mnie uważnie. - 

A ty, moja droga? Czy ty też miałaś kogoś poślubić?   

  - Poślubiłam... na krótko. 

Zamyśliła się. 

- To musi być bardzo dziwne uczucie, być czyjąś własnością - powiedziała. 

- Jak to “własnością”? - krzyknęłam zaskoczona. 

- To znaczy znaleźć się we władzy męża - wyjaśniła życzliwie.   

Zajrzałam jej w oczy. 

- Ależ to nie tak! Zupełnie nie tak - zaoponowałam. - To było... - umilkłam, bliska płaczu. 

Żeby zmienić temat, zadałam jej pytanie: 

- Ale co się stało? Na miłość boską, co się stało z mężczyznami? 

- Wymarli - odparła. - Zapadli na jakąś chorobę. Nikt nie potrafił im pomóc, więc pomarli. 

Odeszli wszyscy w ciągu jednego roku, poza nielicznymi wyjątkami. 

- Przecież... przecież to oznacza koniec, zupełny koniec. 

- Owszem. W dużej mierze tak właśnie się stało. Było bardzo ciężko. Zapanował straszliwy 

głód. Najbardziej ucierpiały oczywiście regiony przemysłowe. W krajach zacofanych oraz na wsi 

kobiety  uprawiały  ziemię.  Były  w  stanie  utrzymać  siebie  i  dzieci,  lecz  prawie  wszystkie  wielkie 

organizacje  uległy  rozpadowi.  Zamarła  komunikacja:  skończyła  się  benzyna,  nie  wydobywano 

węgla.  Sytuacja  przedstawiała  się  fatalnie,  bo  chociaż  kobiet  było  mnóstwo  -  zawsze  przecież 

przewyższały liczebnością mężczyzn  - to  dotychczas ich rola sprowadzała się do konsumpcji.  W 

chwili  kryzysu  okazało  się,  że  tylko  nieliczne  umiały  zająć  się  sprawami  istotnymi,  ponieważ 

wcześniej prawie wszystkie stanowiły własność mężczyzn, wiodąc życie maskotek i pasożytów. 

Chciałam zaprotestować, ale ruchem dłoni nakazała mi milczenie. 

- Nie były temu winne... W każdym razie nie wyłącznie one - uzupełniła. - Stały się częścią 

pewnego  procesu,  w  którym  wszystko  sprzymierzało  się  przeciw  ich  uwolnieniu.  Był  to  proces 

długi,  którego  początki  sięgają  jedenastego  wieku  i  wywodzą  się  z  południowej  Francji.  Tam 

właśnie powstała koncepcja romantyzmu,  jako  eleganckiego i  przyjemnego zajęcia dla wyższych 

sfer. W miarę upływu czasu przeniknęła ona w głąb większości warstw społecznych, ale dopiero 

pod  koniec  dziewiętnastego  wieku  ktoś  uświadomił  sobie  możliwość  jej  zastosowania  w  celach 

handlowych, co zaczęto wykorzystywać praktycznie na początku wieku dwudziestego. 

background image

Z początkiem dwudziestego wieku - ciągnęła - przed kobietami otworzyła się także szansa 

na  życie  pożyteczne,  twórcze  i  ciekawe.  Nie  odpowiadało  to  handlowcom:  woleli  kobietę  w  roli 

masowego  konsumenta,  a  nie  producenta...  Oczywiście,  z  wyjątkiem  poziomów  najniższych, 

rutynowych. Tak więc przyjęto koncepcję romantyczną jako oręż przeciwko dalszemu rozwojowi 

kobiet. Zastosowano ją do propagowania wzorców konsumpcyjnych, i to na szeroką skalę. 

Kobiety  ani  na  chwilę  nie  mogły  zapomnieć  o  swojej  płci  -  mówiła  dalej  -  ani  też 

konkurować na równych prawach z mężczyznami. Wszystko musiało posiadać “aspekt kobiecy”, w 

odróżnieniu  od  aspektu  męskiego,  co  wbijano  im  do  głowy  od  dzieciństwa.  Producentom  nie 

wypadało  już  rzucać  hasła  “powrót  do  kuchni”,  ale  były  inne  sposoby.  Można  było  przecież 

wymyślić  zawód  pod  nazwą  “gospodyni  domowa”.  Zaczęto  gloryfikować  kuchnię,  która  wciąż 

rosła w cenę, stając się obiektem pożądania. Udowodniono, że marzenie to jest osiągalne poprzez 

małżeństwo. I tak co tydzień ukazywały się setki tysięcy pism, których zadaniem było nieustanne i 

bezlitosne  kierowanie  uwagi  kobiety  na  możliwość  sprzedania  się  mężczyźnie  tylko  po  to,  by 

zdobywając  jakiś  niewielki,  całkowicie  nieekonomiczny  skrawek  ogniska  domowego,  mogła 

wydawać pieniądze. 

Postawa romantyczna rozprzestrzeniła się we wszystkich dziedzinach przemysłu  i  handlu. 

Artykuły  prasowe,  a  przede  wszystkim  reklamy,  epatowały  przepychem  i  świetnością. 

Romantyczność wycisnęła piętno na wszystkim, co kupić mogła kobieta, od bielizny po motocykle, 

od  “zdrowej”  żywności  po  piecyki  kuchenne,  od  dezodorantów  do  zagranicznych  podróży.  Aż 

wreszcie kobiety zostały tak otumanione, że wszystko przestało je cieszyć. 

Eter zaczął  teraz rozbrzmiewać sfrustrowanymi  jękami kobiet, bredzących o “poddaniu” i 

“oddaniu”, “wielbieniu” i byciu przedmiotem uwielbienia. Kino propagowało wśród przeważającej 

liczebnie żeńskiej publiczności przekonanie, że nic na świecie nie jest warte większego zachodu niż 

łzawa  bierność  w  mocnym  romantycznym  uścisku.  Presja  ta  nasiliła  się  do  tego  stopnia,  że 

większość  młodych  kobiet  poświęcała  cały  wolny  czas  romantycznym  marzeniom.  Aż  w  końcu 

uwierzyły, że najwyższa forma szczęścia, jakiej należy oczekiwać od życia, polega na tym, by stać 

się  własnością  mężczyzny,  osiąść  w  murowanym  domku  i  kupować  wszystko,  co  podsuną 

producenci. 

-  Ale  przecież...  -  próbowałam  zaprotestować,  lecz  Laura  rozkręciła  się  na  dobre  i  nic  nie 

mogło jej powstrzymać. 

-  Wywołało  to,  oczywiście,  liczne  społeczne  wypaczenia.  Wzrósł  wskaźnik  rozwodów, 

ponieważ  życie  codzienne  po  prostu  nie  było  w  stanie  dostarczyć  wielu  dziewczynom  stosownej 

dawki  romantycznego  czaru.  W  sumie  kobiety  przeżywały  znacznie  więcej  rozczarowań  i 

niezadowolenia  niż  kiedykolwiek  przedtem.  Cóż  więc  miała  począć  sumienna  idealistka  przejęta 

background image

tym żałosnym, upiększonym wzorcem, który niestrudzenie wpajała jej wszechwładna propaganda? 

Mogła  jedynie  wyrwać  się  z  nieudanego  związku  i  szukać  gdzie  indziej  ideału,  do  którego,  jak 

wierzyła, ma prawo. 

To  świadomie  prowokowane  niezadowolenie  wywołało  coś  w  rodzaju  powszechnej 

gonitwy  za  kusząco  wspaniałym,  lecz  wiecznie  umykającym  romantycznym  ideałem.  Być  może 

udało  się  go  osiągnąć  kilku  kobietom  wyjątkowym.  Lecz  cała  reszta  padła  ofiarą  okrutnego, 

zniewalającego mirażu, któremu na próżno poświęcały siebie i swoje pieniądze. 

Tym razem udało mi się jej przerwać. 

- Ale słuchaj, to wcale nie było tak. To, co mówisz, zawiera pewne elementy prawdy... ale 

jest  generalnie  bardzo  powierzchowne.  Wcale  nie  odczuwało  się  tego  tak,  jak  to  przedstawiasz. 

Byłam tam, więc wiem. 

Pokręciła głową z dezaprobatą. 

- Posiadasz zbyt krótką perspektywę, aby dokonać właściwej oceny. Z naszej perspektywy 

widać  wszystko  znacznie  lepiej.  Dlatego  postrzegamy  zjawisko  takim,  jakim  było  naprawdę.  A 

więc  obrzydliwym  i  bezdusznym  wykorzystaniem  większości  populacji,  której  nieszczęście 

polegało  na  posiadaniu  słabszej  woli.  Oczywiście  kobiety  bardziej  wykształcone  i  stanowcze 

zdołały  oprzeć  się  tej  tendencji,  ale  nierzadko  za  ogromną  cenę.  Opieranie  się  presji  wywieranej 

przez większość przeważnie pociąga za sobą pewne koszty. Dlatego nawet te kobiety nie zawsze 

potrafiły  oprzeć  się  wrażeniu,  że  nie  mają  racji  i  że  uczestniczki  tej  gonitwy  wychodzą  na  tym 

lepiej. 

Pogrzebano rozbudzone na początku stulecia wielkie nadzieje na emancypację kobiet. Siła 

nabywcza  przeszła  w  ręce  osób  niewykształconych  i  podatnych  na  sugestię.  Dążenie  do 

romantyczności  jest  w  zasadzie  dążeniem  egoistycznym,  a  jeżeli  pozwoli  mu  się  zdominować 

wszystkie  inne  dążenia,  niszczy  wszelkie  odruchy  społeczne.  I  tak,  każda  kobieta  oderwana  od 

reszty,  a  zarazem  popychana  do  rywalizacji  ze  wszystkimi  pozostałymi,  pozostawała  bezbronna. 

Wystawiana  na  zmasowane  działanie  zorganizowanej  sugestii,  które  kazało  jej  odbierać  brak 

pewnych dóbr lub urządzeń jako śmiertelne zagrożenie dla Romantyczności, wpadała w popłoch i 

łatwo poddawała się wyzyskowi. Potrafiła wierzyć tylko w to, co jej powiedziano. Trawiła czas na 

rozmyślaniach, czy postępuje zgodnie z wymogami Romantyzmu. Oto jak w sposób całkiem nowy 

i znacznie subtelniejszy została bardziej niż kiedykolwiek wykorzystana, uzależniona i pozbawiona 

twórczej inicjatywy. 

-  Po  raz  pierwszy  słyszę  tak  niezwykły  i  nie  przystający  do  rzeczywistości  opis  mojego 

świata  -  stwierdziłam.  -  Wygląda  to  jak  kopia,  w  której  zniekształcono  wszystkie  możliwe 

background image

proporcje. Jeżeli chodzi na przykład o brak twórczej inicjatywy, to chociaż rodziny były mniejsze, 

kobiety nadal rodziły dzieci. Następował ciągły wzrost demograficzny. 

Laura zatrzymała spojrzenie na mojej twarzy. 

-  Jesteś  niewątpliwie  doskonałym  produktem  ideologii  swojej  epoki  -  zauważyła.  - 

Dlaczego  uważasz  rodzenie  dzieci  za  coś  twórczego?  Czy  doniczkę  też  można  nazwać  twórczą, 

ponieważ kiełkują w niej nasiona? Jest to działanie całkowicie mechaniczne i jak każde tego typu 

działanie,  najłatwiej  przychodzi  osobnikom  najmniej  inteligentnym.  Co  innego  wychowanie 

dziecka,  uczenie,  stwarzanie  warunków  do  rozwoju  osobowości.  To  jest  faktycznie  twórcze.  Ale 

niestety, w czasach, o których mówimy, kobiety zostały skutecznie nakłonione do wychowywania 

swych córek na nieinteligentne konsumentki, takie jak ich matki. 

- Ale - zaczęłam bezradnie - ale ja doskonale znam te czasy. To przecież moja epoka. Twój 

obraz jest zniekształcony. 

-  Perspektywa  historyczna  z  pewnością  jest  prawdziwsza  -  oświadczyła  niewzruszonym 

tonem. - Jeżeli to, co nastąpiło, było nieuniknione, to nastąpiło w odpowiednim momencie. Sto czy 

nawet  pięćdziesiąt  lat  wcześniej  wszystko  skończyłoby  się  zagładą.  Pięćdziesiąt  lat  później 

prawdopodobnie  wszystkie  kobiety  przeszłyby  do  zajęć  domowych  i  postaw  konsumenckich.  Na 

szczęście  jednak  w  połowie  stulecia  niektóre  kobiety  wciąż  uprawiały  wolne  zawody.  Stanowiły 

też  większość  w  dziedzinie  medycyny,  to  znaczy  w  profesji  o  największym  znaczeniu  dla 

przetrwania. 

Nie  znam  się  na  medycynie,  więc  nie  przytoczę  dokładnie  kroków,  jakie  podjęły.  Wiem 

tylko, że zajęły się intensywnie badaniem problemów, które rozumiesz znacznie lepiej ode mnie. 

Każdy gatunek, nawet nasz, posiada ogromną wolę przetrwania i lekarze postarali się nadać 

wyraz tej woli. Mimo plagi głodu, mimo chaosu i wielu niedostatków dzieci ciągle przychodziły na 

świat.  Odbudowa  mogła  poczekać:  pierwszeństwo  należało  do  nowego  pokolenia,  które 

pomagałoby  w  odbudowie  i  odziedziczyłoby  jej  efekty.  Tak  więc  dzieci  rodziły  się  nadal: 

dziewczynki żyły, chłopcy umierali. Było to bardzo smutne, a w dodatku niepraktyczne, niebawem 

więc  rodziły  się  już  tylko  dziewczynki  i  powinnaś  bez  trudu  domyślić  się,  w  jaki  sposób  to 

osiągnięto. 

Podobno  nie  jest  to  wcale  tak  niezwykłe,  jak  się  powszechnie  wydaje.  Na  przykład 

szarańcza  potrafi  rodzić  samice  bez  pomocy  samca  ani  żadnej  innej.  Podobnie  mszyce  mogą 

rozmnażać się same i w odosobnieniu co najmniej przez osiem pokoleń, być może dłużej. Byłoby 

chyba nie najlepiej, gdybyśmy dysponując całą naszą wiedzą i aparaturą badawczą okazały się w 

tej dziedzinie gorsze od szarańczy i mszyc. 

background image

Umilkła,  czekając  na  moją  reakcję  z  figlarnym  uśmiechem.  Może  spodziewała  się 

zaskoczenia, szoku lub niedowierzania. Jeżeli tak, to sprawiłam jej zawód: odkąd fizyka atomowa 

pokazała, jak pod naciskiem  zespołu tęgich  głów padają wszelkie bariery, osiągnięcia techniczne 

przestały dziwić. Można pogodzić się z myślą, że prawie wszystko jest możliwe. Czy pożądane lub 

warte zachodu, to  zupełnie inna sprawa. Właśnie ta kwestia wydała mi  się szczególnie istotna  w 

związku z jej stwierdzeniem. 

- A co wy osiągnęłyście? 

- Przetrwanie - odparła po prostu. 

- Z materialistycznego punktu widzenia to prawda - przyznałam. - Ale jeżeli doszło do tego 

za cenę całej reszty, jeżeli trzeba było  poświęcić miłość, sztuki piękne, poezję, radość i  fizyczną 

przyjemność wyłącznie dla przedłużenia egzystencji, to cóż pozostało oprócz bezdusznej powłoki 

cielesnej? Jaki jest sens takiego przetrwania? 

-  Nie  wiem  jaki,  poza  tym,  że  przetrwanie  jest  pragnieniem  wspólnym  wszystkim 

gatunkom. Nie sądzę, by jego sens był wyraźniejszy w dwudziestym wieku niż obecnie. Jeśli zaś 

chodzi o resztę, to nie rozumiem, dlaczego uważasz, że przepadła? Czy Safona nie pisała poezji? 

Dziwi mnie twoje założenie, że istnienie duszy zależy od dwoistości płci. Zdaje się, że dość często 

utrzymywano, iż żyją one w stanie konfliktu, prawda? 

-  Jako  historyk,  studiujący  działania  mężczyzn  i  kobiet  oraz  ich  motywy,  mogłabyś 

traktować moje słowa nieco mniej dosłownie. 

Pokiwała głową patrząc na mnie z wyrzutem. 

- Jesteś naprawdę typowym produktem swoich czasów, kochanie. Wpajano ci wszędzie i na 

wszystkich  poziomach,  od  dzieł  Freuda  do  najgłupszych  pism  kobiecych,  że  światem  rządzi 

ucywilizowany seks,  w  postaci  miłości romantycznej.  I uwierzyłaś im. Ale świat  kręci  się nadal, 

także  dla  innych  istot...  Dla  owadów,  ryb,  ptaków,  zwierząt...  cóż  one  wiedzą  o  miłości 

romantycznej,  nawet  podczas  krótkich  sezonów  godowych?  Zostałaś  oszukana,  moja  droga. 

Pokierowano  twoimi  zainteresowaniami  tak,  by  stały  się  społecznie  użyteczne,  przynosiły  zysk 

gospodarczy i nie wyrządzały prawie żadnej szkody. 

Zaoponowałam gwałtownie. 

-  Nie  wierzę,  po  prostu  nie  wierzę.  Owszem,  wiesz  coś  niecoś  o  moim  świecie.  Ale  z 

zewnątrz. I nie rozumiesz go, ani nie czujesz. 

- Na tym właśnie polega twoje uwarunkowanie - odrzekła ze spokojem. 

Zirytowało mnie to uporczywie powtarzane określenie. 

- Załóżmy, że ci wierzę... powiedz w takim razie, jaka siła sprawia, że świat wciąż istnieje? 

background image

- To proste, moja droga. Siła woli. Posiadamy ją od niemowlęctwa do starości. Występuje 

zarówno  u  mężczyzn,  jak  u  kobiet.  Stanowi  siłę  bardziej  fundamentalną  i  pożądaną  niż  seks. 

Powiadam  ci,  wprowadzono  was  w  błąd...  wykorzystano  i  wypreparowano  dla  celów  czysto 

ekonomicznych. 

Po wybuchu epidemii po raz pierwszy w historii kobiety przestały być klasą wyzyskiwaną. 

Pozbawione władców płci męskiej, którzy wprowadzali zamęt i zaprzątali ich uwagę, spostrzegły, 

że  prawdziwy  potencjał  tkwi  w  kobiecości.  Rodzaj  męski  służył  wyłącznie  jednemu 

krótkotrwałemu, pożytecznemu celowi. Przez resztę życia mężczyzna był przykrym i kosztownym 

pasożytem. 

Po  uświadomieniu  sobie  tego  potencjału  lekarki  przystąpiły  do  jego  badania.  W  ciągu 

dwudziestu  lat  uzyskały  nad  nim  pełną  kontrolę.  Współpracowały  z  nielicznym  gronem  kobiet 

inżynierów,  architektów,  prawników,  administratorek,  nauczycielek  i  tak  dalej,  lecz  tylko  lekarki 

dysponowały kluczem do życia i śmierci. W ten sposób miały w ręce przyszłość i w miarę jak świat 

zaczął  się  odradzać,  utworzyły  wraz  z  kilkoma  innymi  zawodami  klasę  dominującą,  znaną  pod 

nazwą Doktoriatu. Doktoriat rządził, ustanawiał prawa i wprowadzał je w życie.     

Zrodziła się też, oczywiście, opozycja, bo trudno było od razu wymazać pamięć dawnych 

czasów  czy  skutki  dwudziestoletniego  bezprawia.  Władza  Doktoriatu  sięgała  jednak  wszędzie. 

Pragnąc mieć dziecko każda kobieta musiała prosić o zgodę, Doktoriat zaś dbał o to, by znalazła 

właściwe miejsce w społeczności. Bandy buntowniczek zaczęły topnieć, rozpadały się i stopniowo 

przywrócono porządek. 

Doktoriat  stanął  niebawem  wobec  lepiej  zorganizowanej  opozycji.  Powstała  partia,  która 

utrzymywała,  że  ustała  już  choroba,  która  powaliła  mężczyzn,  toteż  można  i  należy  przywrócić 

równowagę. Partię nazwano Reakcyjną i było z nią niemało kłopotu. 

Większość  członkiń  Rady  Doktoriatu  nadal  doskonale  pamiętała  system  wykorzystujący 

kobiece słabości, który stanowił po prostu kulminacyjny punkt w wielowiekowej historii wyzysku 

kobiet. Pamiętały niechęć, z jaką dopuszczano je do wybranego zawodu. Teraz władza należała do 

nich i nie miały zamiaru dzielić się nią z istotami, które, jak dowiedziono, są zbędne biologicznie i 

pod  każdym  innym  względem.  Jednogłośnie  wykluczono  możliwość  podjęcia  kroków 

prowadzących  do  zbiorowego  samobójstwa,  Reakcjonistki  zaś  napiętnowano  jako  organizację 

wywrotową i przestępczą. 

Był to jednak zaledwie środek łagodzący. Wkrótce okazało się, że uporano się z objawem, 

lekceważąc  przyczynę.  Rada  musiała  uznać,  że  ma  do  czynienia  ze  społeczeństwem 

niezrównoważonym, zdolnym do zachowania ciągłości, lecz strukturalnie stanowiącym pozostałość 

formy  minionej.  Nie  powinno  trwać  w  kształcie  tak  okaleczonym,  gdyż  niezadowolenie  będzie 

background image

stale wzrastać. Jeżeli władza miała okrzepnąć, należało znaleźć nową strukturę, przystosowaną do 

nowych okoliczności. 

W  trakcie  poszukiwania  właściwego  modelu  uwzględniono  naturalne  tendencje  kobiet 

słabiej  wykształconych  i  niewykształconych,  dotyczące  takich  aspektów,  jak  stosunek  do  zasad 

hierarchii czy skłonność do uznawania sztucznych wyróżnień. Przypominasz sobie zapewne, że w 

twoich czasach każda idiotka, której mąż otrzymał tytuł szlachecki lub zdobył powszechne uznanie, 

natychmiast stawała się godna większego szacunku i zazdrości ze strony innych kobiet, chociaż nie 

przestawała  być  idiotką.  Na  podobnej  zasadzie  każde  spotkanie  lub  stowarzyszenie  kobiet 

niepracujących  obsesyjnie,  nieuchronnie  zaplątywało  się  w  proces  tworzenia  i  utrwalania 

podziałów  towarzyskich,  co  wynika  z  faktu,  iż  kobiety  przywiązują  dużą  wagę  do  poczucia 

bezpieczeństwa.  Nie  mniej  istotna  jest  także  ich  gotowość  do  poświęceń  i  niewolnicza  wręcz   

sumienność w obrębie kanonów przewidzianych przez lokalne konwencje towarzyskie. Jesteśmy z 

natury bardzo posłusznymi stworzeniami. Większość z nas czuje się najszczęśliwsza, trzymając się 

zasad  ortodoksyjnych,  bez  względu  na  to,  jak  dziwne  mogą  się  one  wydawać  osobnikom  z 

zewnątrz. Trudność w rządzeniu kobietami leży głównie w ustaleniu wymaganych norm ortodoksji. 

Oczywiście,  żeby  system  taki  miał  szansę  powodzenia,  musiał  uwzględniać  również  inne 

cechy  charakterystyczne.  W  ramach  wzajemnego  oddziaływania  sił  obowiązywać  powinna 

równowaga  oraz  szacunek  dla  władzy.  Szczegółowe  określenie  takiej  organizacji  nie  było 

zadaniem łatwym. 

Rozpoczęto  zakrojone  na  szeroką  skalę  badania  formacji  i  porządków  społecznych,  lecz 

przez wiele lat odrzucano wszystkie wysuwane projekty jako nieodpowiednie, z różnych powodów. 

Ostateczna  forma  została  ponoć  zaczerpnięta  z Pisma  Świętego,  w  owych  czasach  księgi  jeszcze 

nie  zakazanej,  choć  będącej  źródłem  częstych  niepokojów.  Stosowny  werset  miał  rzekomo 

następujące brzmienie: “Idź do mrówki, leniwcze, obacz drogi jej”. 

Rada  była  zdania,  że  pouczenie  to  po  odpowiedniej  modyfikacji  może  doprowadzić  do 

pożądanego stanu rzeczy. 

Oparto się więc na systemie czteroklasowym i przystąpiono do stopniowego wprowadzania 

wyraźnych zróżnicowań, które stały się gwarancją stabilizacji. W ramach każdej klasy znalazło się 

dość miejsca dla aspiracji indywidualnych, lecz nie było mowy o przechodzeniu z jednej klasy do 

drugiej.  Mamy  więc  Doktoriat  -  wykształconą  klasę  rządzącą,  złożoną  w  połowie  z  lekarek, 

następnie  Klasę  Matek,  której  nazwa  mówi  sama  za  siebie,  liczną  Klasę  Służebnic,  której 

członkinie ze względów psychologicznych są niewielkiego wzrostu, oraz Klasę Robotnic o silnej 

budowie i silnych mięśniach, przeznaczoną do wykonywania cięższych prac fizycznych. Wszystkie 

trzy  klasy  niższe  uznają  władzę  Doktoriatu.  Obie  klasy  pracujące  odnoszą  się  z  szacunkiem  do 

background image

Matek. Służebnice przekonane są o wyższości swych prerogatyw nad zadaniami Robotnic, które z 

kolei traktują delikatność Służebnic z tkliwą pogardą. 

Sama  widzisz,  że  osiągnięto  równowagę,  i  chociaż  na  razie  funkcjonuje  ona  z  pewnymi 

oporami,  z  czasem  niewątpliwie  nastąpi  poprawa.  Jest,  na  przykład,  wielce  prawdopodobne,  że 

korzystne okaże się niebawem wprowadzenie podgrup w Klasie Służebnic. Słyszy się też opinie, że 

za słaba jest pozycja policji, gdyż niski stopień wykształcenia nie różni jej od Robotnic... 

W  miarę  jak  mnożyła  dalsze  szczegóły,  czułam  się  coraz  bardziej  przytłoczona 

potwornością całego procesu. 

- Mrówki! - przerwałam jej. - Mrowisko! Posłużyłyście się mrowiskiem jako modelem? 

Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu lub też faktem, że dopiero teraz pojęłam 

to, co tak długo mi tłumaczyła. 

-  Dlaczego  nie?  -  spytała.  -  To  niewątpliwie  jeden  z  najtrwalszych  wzorców  społecznych 

wykształconych przez naturę. Chociaż, rzecz oczywista, przy niezbędnej adaptacji... 

- Chcesz powiedzieć... chcesz mi powiedzieć, że tylko  Matki mają dzieci?  -  dopytywałam 

się. 

- Och, przedstawicielki Doktoriatu też, jeżeli zechcą - zapewniła mnie. 

- Ale... ale... 

- Rada zatwierdza proporcje - uzupełniła. - Lekarki w klinice poddają niemowlęta badaniom 

i  przydzielają  je  do  odpowiednich  klas.  Dalej  to  już  tylko  sprawa  specjalnej  diety,  kontroli 

gruczołów i odpowiedniego przyuczenia. 

- Ale po co? - zaprotestowałam ostro. - Jaki sens ma takie życie? 

- Pytasz o sens życia? Sama sobie na to odpowiedz - zaproponowała. 

- Przecież naszym przeznaczeniem jest kochać i być kochanym. Kochać dzieci, które mamy 

z tymi, których kochamy. 

-  Znowu  dopuszczasz  do  głosu  swoje  uwarunkowania:  wynosisz  na  piedestał  i 

uromantyczniasz prymitywną zwierzęcość. Musisz chyba przyznać, że jesteśmy czymś więcej niż 

tylko zwierzętami. 

- Oczywiście, przyznaję, ale... 

-  Miłość,  powiadasz?  Czy  można  mówić  o  miłości  między  matką  i  córką,  jeżeli  nie  ma 

mężczyzn,  którzy  wprowadzaliby  pojęcie  zazdrości?  Czy  znasz  uczucie  wyższe  niż  to,  jakim 

dziewczynka darzy swoje młodsze siostry? 

-  Nie  rozumiesz  -  zaoponowałam  znowu.  -  Jak  możesz  zrozumieć  miłość,  która  nadaje 

barwy całemu światu? Skupia się w sercu i stamtąd promieniuje, przepełniając całą osobowość, jak 

oddziałuje na to, czym jesteś, na wszystko, czego dotykasz, co słyszysz... Miłość potrafi śmiertelnie 

background image

ranić. Ja wiem, wiem o tym dobrze. Potrafi też rozgrzać    w żyłach krew... Przemienia śmietnisko 

w ogród, łachmany w brokat, słowo w muzykę. Dzięki miłości można ujrzeć cały wszechświat w 

oczach ukochanej osoby. Nie, ty tego nie rozumiesz... nie wiesz... nie potrafisz... Och, Donaldzie, 

kochany mój, jak mam jej przekazać coś, czego istnienia nawet się nie domyśla? 

Zapadło niezręczne milczenie. 

- Nic dziwnego - przerwała je Laura - że aby żyć w twoim społeczeństwie, musiałaś zostać 

wyposażona  w  tak  uwarunkowaną  reakcję.  Nie  możesz  jednak  oczekiwać,  że  zrezygnujemy  z 

wolności na rzecz powrotu do poddaństwa przez przywrócenie do życia naszych ciemięzców. 

-  Nigdy  tego  nie  pojmiesz.  Tylko  niemądrzy  mężczyźni  i  niemądre  kobiety  żyli  w  stanie 

ciągłej wojny. Większość z nas uzupełniała się wzajemnie. Stanowiliśmy tworzące jedność pary. 

Uśmiechnęła się. 

- Moja droga, albo jesteś zdumiewającą ofiarą dezinformacji na temat twoich czasów, albo 

głupota, o której mówisz, była niezwykle powszechna. Ani jako osoba prywatna, ani jako historyk 

nie  dopuszczam  nawet  myśli  o  przywróceniu  takiego  stanu  rzeczy.  Minął  etap  prymitywny  w 

naszym rozwoju, ustępując miejsca epoce cywilizowanej. Kobieta, będąc naczyniem życia, miała 

to  nieszczęście,  że  przez  pewien  czas  mężczyzna  był  jej  nieodzowny.  Teraz  jednak  już  go  nie 

potrzebuje.  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że  to  zbyteczne  i  niebezpieczne  obciążenie  należy 

zachować  tylko  przez  wzgląd  na  sentymentalizm?  Przyznaję,  że  utraciłyśmy  pewne  drobne 

wygody.  Zauważyłaś  zapewne,  że  mamy  nieco  mniej  wyobraźni  w  kwestiach  dotyczących 

mechaniki  i  dlatego  skłonne  jesteśmy  powielać  odziedziczone  wzorce.  Ale  niezbyt  się  tym 

przejmujemy.  Nasze  zainteresowania  nie  dotyczą  zjawisk  nieorganicznych,  lecz  tego,  co 

organiczne i rozumowe. Być może mężczyźni pokazaliby nam, jak podróżować dwa razy szybciej, 

jak dotrzeć na Księżyc lub  jak coraz szybciej zabijać coraz większe rzesze ludzi. Nie wydaje się 

jednak,  by  wiedza  tego  typu  była  właściwą  ceną  ponownego  zniewolenia.  Nie,  my  wolimy  nasz 

świat...  Wolimy  go  wszystkie,  z  wyjątkiem  kilku  Reakcjonistek.  Widziałaś  już  nasze  Służebne. 

Może  są  trochę  nieśmiałe,  ale  czy  wyglądają  na  wyzyskiwane  lub  nieszczęśliwe?  Czy  nie 

świergoczą  między  sobą  radośnie  i  żywo  jak  wróbelki?  A  Robotnice  -  te,  które  nazwałaś 

Amazonkami - czy nie wyglądają na silne, zdrowe i wesołe kobiety? 

- Ale pozbawiacie je wszystkiego... pozbawiacie je praw przyrodzonych. 

-  Daruj  sobie  frazesy,  moja  droga.  Czy  twój  system  społeczny  nie  odbierał  kobietom  ich 

“przyrodzonego prawa”, jeżeli nie wyjdą za mąż? Nie tylko im to mówiono, lecz wręcz wpajano. 

Tutaj  nasze  Służebne  i  Robotnice  nic  o  tym  nie  wiedzą  i  nie  dręczy  ich  poczucie 

niedowartościowania. Macierzyństwo jest funkcją Matek i tak też jest pojmowane. 

Protestowałam, kręcąc głową. 

background image

-  Mimo  wszystko  okradacie  je.  Kobieta  ma  prawo  do  miłości...  Pierwszy  raz  straciła 

cierpliwość i przerwała mi. 

-  Znowu  powtarzasz  hasła  propagandowe  twoich  czasów.  Moja  droga,  miłość,  o  której 

mówisz,  istniała  w  twoim  bezpiecznym  i  zamkniętym  zakątku  świata  na  zasadzie  łaskawego  i 

praktycznego konwenansu. Rzadko zdarzało ci się widzieć jej drugie oblicze, nie upiększone przez 

Romantyzm. Nigdy nie byłaś jawnie przedmiotem kupna i sprzedaży jak sztuka bydła. Nigdy nie 

musiałaś sprzedawać się pierwszemu lepszemu, by zdobyć środki na życie. Nigdy nie byłaś jedną z 

tych, które przez wieki krzyczały z bólu, cierpiały i  ginęły w miastach zdobywanych i łupionych 

przez najeźdźców. Nigdy nie wrzucono cię do lochu czy w płomienie, by ci tego oszczędzić. Nigdy 

nie  musiałaś  płonąć  na  stosie  obok  zwłok  swego  męża.  Nie  spędzałaś  całego  życia  uwięziona  w 

haremie, nie byłaś wśród wiezionych statkiem niewolników ani nie zawdzięczałaś życia kaprysowi 

swego pana i władcy... 

Tak  wygląda  to  drugie  oblicze...  odwieczne  oblicze.  Ono  już  się  nie  powtórzy.  Nigdy. 

Czyżbyś  miała  odwagę  proponować  przywrócenie  tego  wszystkiego,  przywrócenie  naszych 

cierpień? 

- Ale większość tych rzeczy należała do przeszłości - przekonywałam. - Świat wkroczył już 

na lepszą drogę. 

-  Doprawdy?  -  spytała  ironicznie.  -  Ciekawe,  czy  podobnie  myślały  mieszkanki 

podbijanego  Berlina.  Na  lepszą  drogę,  powiadasz?  A  może  świat  znalazł  się  raczej  na  granicy 

nowego barbarzyństwa? 

- Jeżeli pozbywacie się zła, odtrącając także dobro, to co zostaje? 

- Mnóstwo. Mężczyzna służył tylko jako środek do osiągania celu. Potrzebowałyśmy go, by 

móc rodzić dzieci. Cała zbędna reszta jego sił witalnych stała się przyczyną wszelkiego cierpienia 

na Ziemi. Bez mężczyzny jest nam o wiele lepiej. 

- Naprawdę więc uważasz, że ulepszyłyście naturę? - dopytywałam się. 

-  Phe!  -  parsknęła,  zniecierpliwiona  moim  powątpiewającym  tonem.  -  Cywilizacja  jest 

ulepszeniem  natury.  Wolałabyś  mieszkać  w  jaskini  i  grzebać  większość  dzieci,  które  zmarły  we 

wczesnym niemowlęctwie? 

- Są sprawy, fundamentalne sprawy... - zaczęłam, lecz Laura uciszyła mnie gestem. 

Za  oknem,  po  trawie  sunęły  długie  cienie.  W  wieczornej  ciszy  usłyszałam  dochodzący  z 

oddali chór kobiecych głosów. Przysłuchiwałyśmy się, aż pieśń ucichła. 

-  Piękne!  -  zachwyciła  się  Laura.  -  Nawet  anioły  nie  potrafiłyby  śpiewać  z  większą 

słodyczą. Wygląda na to, że są całkiem szczęśliwe, prawda? Nasze własne, śliczne dzieci. Są wśród 

nich moje dwie wnuczki. One są szczęśliwe i nie bez powodu. Nie  muszą dorastać w świecie, w 

background image

którym  trzeba  zawierzyć  dobrej  woli  mężczyzny  skłonnego  je  utrzymywać.  Nigdy  nie  doznają 

poniżenia  przed  panem  i  władcą;  nigdy  też  nie  staną  wobec  zagrożenia  gwałtem  i  mordem. 

Posłuchaj ich! 

Dziewczęta śpiewały następną pieśń. 

- Płaczesz? Dlaczego? - zapytała, gdy śpiew ucichł. 

-  Wiem,  że  to  głupie.  Bo  tak  naprawdę  nie  wierzę,  żeby  było  tu  tak,  jak  ci  się  wydaje. 

Płaczę więc chyba z żalu za tym, co utraciłybyście, gdyby to była prawda - odparłam. - Tam, pod 

drzewami, powinni siedzieć zakochani. Powinni trzymać się za ręce, słuchać tej pieśni i patrzyć na 

wschodzącą tarczę księżyca. Ale nie ma ich tam i nigdy już nie będzie. - Spojrzałam na nią. - Czy 

czytałaś kiedyś ten wiersz: “Ileż kwiatów pachnących zapłonie o brzasku! I nim je oko dojrzy, w 

skwarze dusznym zginą!”? Czy nie czujesz samotności waszego świata? Czy rzeczywiście tego nie 

rozumiesz? - dopytywałam się. 

-  Wiem,  że  nie  miałaś  okazji  przyjrzeć  się  nam  dokładnie,  ale  czy  nie  dostrzegasz  piękna 

świata, w którym kobiety nie muszą rywalizować o względy mężczyzn? - odparowała. 

Rozmawiałyśmy  jeszcze  jakiś  czas,  aż  zmierzch  ustąpił  przed  ciemnością  i  wśród  drzew 

zamigotały światła sąsiednich domów. 

Laura była bardzo oczytana. Dlatego niektóre okresy historyczne darzyła nawet sympatią. 

Nigdy  jednak  nie  osłabiało  to  jej  aprobaty  dla  własnych  czasów.  Nie  zauważała  ich  jałowości. 

Wytykała  mi  “uwarunkowania”,  z  powodu  których  rzekomo  nie  dostrzegałam  tego,  że  nadszedł 

wreszcie złoty wiek kobiety. 

-  Trzymasz  się  zbyt  wielu  mitów  -  zarzuciła  mi.  -  Mówisz  o  pełni  życia  i  przytaczasz 

przykład nieszczęśnicy, która trzyma się kurczowo swoich oków w jakiejś podmiejskiej willi. To 

ma  być  pełnia  życia?!  Kupcom  wygodniej  było  jednak  nakłonić  ją,  by  tak  sądziła.  Prawdziwa 

pełnia życia trwałaby nader krótko, obojętne w jakim społeczeństwie. 

I tak dalej... 

W  końcu  zjawiła  się  mała  pokojówka  i  oświadczyła,  że  opiekunki  czekają  na  moje 

polecenia. Przed wyjściem chciałam jeszcze coś wyjaśnić.   

- Powiedz mi, proszę, jak... jak do tego doszło? 

-  Czysty  przypadek,  kochanie.  Chociaż  był  on  konsekwencją  tamtych  czasów.  Badania 

naukowe doprowadziły do niespodziewanego, wtórnego odkrycia. 

- Ale w jaki sposób? 

- Dość dziwnie... można nawet powiedzieć, że w banalny sposób. Czy słyszałaś o człowieku 

nazwiskiem Perrigan? 

- Perrigan? - powtórzyłam. - Nie sądzę, chociaż nie jest to pospolite nazwisko. 

background image

- Stało się powszechnie  znane  - wyjaśniła.  -  Doktor Perrigan był biologiem,  zajmował  się 

przede wszystkim eksterminacją szczurów, zwłaszcza dokuczliwego szczura brunatnego. Dążył do 

wynalezienia choroby, która okazałaby  się zabójcza dla tego szkodnika.  Posłużył  się w tym  celu 

infekcją  wirusową,  często  śmiertelną  u  zajęcy,  a  właściwie  grupą  infekcji  wirusowych  o  dużej 

selektywności ze względu na silną mutacyjność. I rzeczywiście, istniało tak wiele szczepów, że gdy 

testowano ją na zającach w Australii, powiodła się dopiero szósta próba. Wszystkie wcześniejsze 

szczepy  ginęły  w  miarę  wzrostu  odporności  zajęcy.  Próby  prowadzono  także  w  innych  krajach, 

chociaż w zasadzie bez powodzenia, aż do chwili, gdy we Francji wyprodukowano szczep jeszcze 

skuteczniejszy, którego działaniu poddano całą populację zajęcy w Europie. 

Na  bazie  tych  wirusów  Perrigan  stosując  napromieniowanie  oraz  inne  metody  otrzymał 

nowe mutacje i ostatecznie udało mu się wyłonić odmianę, która atakowała szczury. To jednak mu 

nie  wystarczyło  i  kontynuował  badania,  aż  otrzymał  szczep  wyposażony  dziedzicznie  w  taką 

selektywność, że atakował wyłącznie szczury brunatne, i to z niezwykłą zaciekłością.   

W  ten  sposób  Perrigan  rozwiązał  ostatecznie  kwestię  uporczywego  szkodnika  i  obecnie 

brunatny szczur nie występuje nigdzie. Perrigan popełnił jednak jakiś błąd. Do dziś nie wiadomo, 

czy  ten  udany  wirus  mutował  ponownie,  czy  też  któryś  z  wcześniejszych  wirusów 

doświadczalnych  został  przypadkowo  uwolniony  przez  szczura  nosiciela,  zresztą  jest  to 

zagadnienie czysto  akademickie. Dość, że uaktywnił się szczep zdolny atakować istoty ludzkie, i 

zanim  go  wykryto,  zdążył  się  rozprzestrzenić.  Rozprzestrzeniał  się  przy  tym  w  zatrważającym 

tempie: zbyt szybko, aby można było podjąć jakiekolwiek środki zaradcze. 

Okazało  się,  że  większość  kobiet  jest  na  niego  odporna.  Z  około  dziesięciu  procent 

zaatakowanych  kobiet  ponad  osiemdziesiąt  procent  powróciło  do  zdrowia.  Natomiast  wśród 

mężczyzn  odporność  była  niemal  zerowa  i  odnotowano  jedynie  kilka  przypadków  częściowego 

wyzdrowienia.  Uratowano  niewielką  liczbę  mężczyzn  dzięki  zastosowaniu  niezwykłych  środków 

ostrożności,  ale  nie  można  ich  było  wiecznie  trzymać  w  zamknięciu,  więc  w  końcu  wirus,  który 

posiadał niespotykaną wprost zdolność przetrwania w utajeniu, dosięgną! ich także. 

Cisnęło mi się na usta mnóstwo specjalistycznych pytań, lecz Laura mnie uprzedziła. 

- Obawiam się, że nic więcej nie potrafię ci wyjaśnić. Być może nasze lekarki będą skłonne 

udzielić ci informacji, choć wątpię. 

Z trudem usiadłam na brzegu kanapy. 

-  Rozumiem  -  powiedziałam.  -  Po  prostu  przypadek.  Tak.  Trudno  sobie  wyobrazić,  żeby 

doszło do tego w jakikolwiek inny sposób. 

- Chyba że zechcemy w tym dostrzec palec boży - zastrzegła. 

- Czy to nie nazbyt bluźniercza interpretacja? 

background image

- Miałam na myśli Śmierć Pierworodnego - odrzekła w zadumie.   

Nie znalazłam na to gotowej odpowiedzi. Zadałam więc pytanie: 

-  Czy  z  całą  szczerością  możesz  powiedzieć,  że  twoje  życie  nigdy  nie  wydaje  ci  się 

koszmarnym snem? 

-  Nigdy!  -  zaprotestowała  stanowczo.  -  Kiedyś  był  to  rzeczywiście  zły  sen.  Ale  już  się 

skończył. Posłuchaj! 

Chóralny  śpiew  wzmocniony  akompaniamentem  orkiestry  płynął  teraz  znowu  z  głębi 

pogrążonego w ciemnościach ogrodu. Nie, nie brzmiało to ponuro: być może nawet dźwięczała tam 

nuta radości. Ale skąd miałyby wiedzieć, biedactwa, że... 

Zjawiły  się  moje  opiekunki  i  pomogły  mi  wstać.  Podziękowałam  Laurze  za  cierpliwość  i 

uprzejmość. Ona jednak potrząsnęła głową. 

-  Moja  droga,  to  ja  jestem  ci  winna  wdzięczność.  W  krótkim  czasie  dowiedziałam  się  od 

ciebie  więcej  na  temat  uwarunkowania  kobiet  w  społeczeństwie  mieszanym  niż  ze  wszystkich 

książek, jakie przeczytałam przez całe życie. Mam nadzieję, że lekarki znajdą jakiś sposób, abyś o 

tym zapomniała i mogła czuć się z nami szczęśliwa.   

Przystanęłam w progu i odwróciłam się z pomocą opiekunek. 

-  Wysuwasz  wiele  słusznych  argumentów,  Lauro.  Ale  mimo  to  jesteś...  jesteś  w  błędzie. 

Czy  nigdy  nie  czytałaś  o  zakochanych?  Czy  jako  dziewczyna  nigdy  nie  wzdychałaś  do  jakiegoś 

Romea, który powiedziałby: “Tam jest wschód, a Laura jest moim słońcem!”? 

-  Chyba  nie.  Chociaż  znam  ten  dramat.  Dość  ładna,  wyidealizowana  opowieść.  Ciekawa 

jestem,  ilu  Juliom  złamała  serce?  Ale  odpowiem  ci  pytaniem,  kochanie.  Czy  widziałaś  cykl 

obrazów Goi zatytułowany “Okropności wojny”? 

 

Różowy  samochód  nie  zawiózł  mnie  z  powrotem  do  “Domu”.  Dotarłyśmy  do  okazałego 

budynku,  który  przypominał  szpital,  gdzie  z  dużą  troskliwością  położono  mnie  do  łóżka  w 

jednoosobowym pokoju. Rano, po obfitym śniadaniu, odwiedziły mnie trzy nowe lekarki. Wizyta 

miała  charakter  bardziej  towarzyski  niż  zawodowy  i  zamieniła  się  w  półgodzinną  pogawędkę. 

Zostały zapewne dokładnie poinformowane o przebiegu mojej rozmowy z Laurą, bo nie wzbraniały 

się  od  odpowiedzi  na  pytania,  z  których  część  wydała  im  się  zabawna.  Ja  natomiast,  wręcz 

przeciwnie, daleka byłam od rozbawienia, gdyż w ich stwierdzeniach nie doczekałam się żadnych 

pocieszających  nieścisłości  -  to,  co  mówiły,  wydawało  się  niepokojąco  wykonalne,  przy 

odpowiednim  opanowaniu  techniki.  Pod  koniec  wizyty  ich  nastrój  uległ  zmianie.  Jedna  z  nich 

oświadczyła zasadniczym tonem: 

background image

-  Zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  postawiłaś  nas  w  trudnej  sytuacji.  Twoje  towarzyszki, 

Matki,  nie  są  oczywiście  podatne  na  ferment  reakcjonistyczny,  chociaż  dość  szybko  zdołałaś 

wywołać  w  nich  silne  uczucie  wstrętu  i  oburzenia.  Osoby  mniej  odporne  mogą  ulegać  twoim 

wpływom  znacznie  łatwiej.  Nie  chodzi  nawet  o  to,  co  powiesz.  Wystarczy  odmienność,  która 

przebija z twojej postawy. Nie ma na to rady i, szczerze mówiąc, nie wyobrażamy sobie, jak, będąc 

kobietą    wykształconą, mogłabyś przyjąć postawę pogodnej, beztroskiej i pełnej akceptacji, jakiej 

spodziewamy  się  od  Matek.  Twoja  frustracja  będzie  niebawem  trudna  do  zniesienia.  Ponadto 

uwarunkowania,  którym  podlegałaś  w  tamtym  systemie,  uniemożliwiają  ci  okazanie  naszej 

organizacji dobrej woli. 

Doceniłam  szczerość  tej  wypowiedzi:  była  to  obiektywna  ocena  sytuacji.  Co  więcej,  nie 

mogłam  jej  kwestionować.  Perspektywa  spędzenia  reszty  życia  w  różowej,  wonnej  tępocie, 

urozmaiconej  jedynie  produkcją  czworaczków  płci  żeńskiej  w  regularnych  odstępach  czasu,  z 

pewnością doprowadziłaby mnie w krótkim czasie do szaleństwa. 

-  Czy  wobec  tego  potraficie  przywrócić  temu  cielsku  normalny  kształt  i  wielkość?  - 

spytałam. 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

-  Raczej  nie...  Nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  podejmowano  takie  próby.  Ale  nawet  gdyby 

było  to  możliwe,  nie  mogłabyś  zasiadać  w  Doktoriacie.  Wzrosłoby  także  zagrożenie  twoim 

reakcjonizmem. 

To także byłam w stanie zrozumieć. 

-  Wobec  tego  co  dalej?  -  dopytywałam  się.  Zawahała  się,  zanim  odpowiedziała  cichym 

głosem: 

- Możemy ci jedynie zaproponować hipnozę w celu usunięcia pamięci. Gdy dotarło do mnie 

znaczenie  tych  słów,  ledwie  opanowałam  falę  histerii.  Wytłumaczyłam  sobie,  że  przecież 

rozmawiają  ze  mną  w  sposób  racjonalny.  Muszę  postarać  się  o  sensowną  reakcję.  Mimo  to 

upłynęło kilka minut, zanim się na nią zdobyłam. 

- Żądacie ode mnie samobójstwa. Cały mój umysł to pamięć: pamięć to ja. Jeżeli ją stracę, 

to tak, jakbym umarła, jakbyście mnie zabiły, to znaczy, moje ciało. 

Nie próbowały się spierać. 

Jedyne,  co  nadaje  wartość  memu  życiu,  to  świadomość  twojej  miłości, drogi,  najdroższy, 

kochany  Donaldzie.  Żyjesz  teraz  tylko  w  mojej  pamięci.  Jeżeli  ją  opuścisz,  umrzesz  raz  jeszcze, 

tym razem na zawsze. 

- Nie! - krzyknęłam. - Nie! Nie! 

 

background image

Odwiedzały  mnie  regularnie  Służebne,  uginając  się  pod  ciężarem  posiłków.  Zajęta  byłam 

własnymi myślami, choć nie było to najlepsze towarzystwo. - Prawdę powiedziawszy - stwierdziła 

jedna  z  lekarek  -  nie  widzimy  żadnego  innego  wyjścia.  Przez  wiele  lat  po  tym  wydarzeniu 

największym zmartwieniem były rosnące statystyki załamań psychicznych. Chociaż kobiety miały 

wówczas pełne ręce roboty, wiele z nich wciąż nie potrafiło się przystosować. Tobie nie możemy 

nawet zaproponować żadnej pracy. 

Odebrałam  to  jako  ostrzeżenie.  Jeżeli  ta  halucynacja,  która  zdawała  się  coraz  bardziej 

realna, nie zostanie wkrótce przerwana, znajdę się w pułapce. 

Przez  cały  dzień  i  noc  na  próżno  usiłowałam  odzyskać  utracony  obiektywizm.  Ta 

dialektyka przerastała mnie: moje zmysły zbyt świadomie odbierały zmysłowe bodźce otoczenia. 

Zbyt silna i przekonywająca była konsekwentna spójność otaczających mnie zjawisk. 

Po upływie doby ponowna wizyta tego samego tria dała mi do zrozumienia, że minął czas 

do namysłu. 

-  Mam  wrażenie  -  zaczęłam  -  że  lepiej  rozumiem  teraz  swoją  sytuację.  Proponujecie  mi 

bezbolesną niepamięć zamiast załamania, po którym i tak nastąpi niepamięć. I nie widzicie innego 

wyjścia. 

-  Tak  -  potwierdziła  jedna  z  nich,  a  pozostałe  zgodziły  się  w  milczeniu.  -  Ale  podczas 

hipnozy będziemy potrzebowały twojej współpracy. 

-  Wiem  o  tym  -  powiedziałam.  -  Rozumiem  też,  że  w  takim  układzie  uchylanie  się  od 

współpracy byłoby daremnym uporem. W związku z tym... tak, zamierzam współpracować... Ale 

pod jednym warunkiem. 

Spojrzały pytająco. 

-  Chciałabym,  żebyście  najpierw  wstrzyknęły  mi  chuinżuatynę  w  takim  samym  stężeniu, 

jakie  otrzymałam  przedtem.  Podam  wam  wielkość  dawki.  Jestem  przekonana,  że  niezależnie  od 

tego, czy jest to halucynacja, czy też jakiś inny, zbliżony do niej rodzaj projekcji, musi mieć coś 

wspólnego z tym  środkiem.  Nigdy przedtem nie zdarzyło  mi się nic, co  choćby w najmniejszym 

stopniu przypominało ten stan. Przyszło mi więc do głowy, że gdybym mogła odtworzyć sytuację... 

czy  może  tylko  uwierzyć,  że  ją  odtwarzam...  być  może  powstanie  jakaś  szansa.  Sama  nie  wiem. 

Może to zbyt naiwne?... Ale nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to nic nie powinno zmienić się na 

gorsze, prawda? Czy pozwolicie mi spróbować?... 

Zamyśliły się wszystkie trzy.   

- W zasadzie nie widzę przeszkód - powiedziała jedna. 

- Myślę, że nie powinno być trudności z uzyskaniem pozwolenia - uzupełniła druga. - Masz 

do tego prawo, lecz na twoim miejscu nie liczyłabym na to za bardzo. 

background image

Po  południu  przybyło  kilka  małych  służebnic,  które  zakrzątnęły  się  wokół  przygotowania 

mnie  i  pokoju  do  eksperymentu.  Na  koniec  zjawiła  się  jeszcze  jedna,  pchając  stolik  na  kółkach. 

Ledwie  ją  było  widać  spoza  butelek,  tacek  i  fiolek.  Ustawiła  stolik  przy  moim  łóżku.  Wkrótce 

przybyły  wszystkie  trzy  lekarki.  Jedna  z  małych  pielęgniarek  zajęła  się  podwijaniem  mojego 

rękawa.  Lekarka,  która  najczęściej  zabierała  głos,  posłała  mi  serdeczne,  lecz  pełne  powagi 

spojrzenie. 

- Zdajesz sobie sprawę, że to czysty hazard? - upewniła się. 

- Tak. Ale to moja jedyna szansa. Chcę z niej skorzystać.   

Pokiwała  głową,  wzięła  do  ręki  strzykawkę  i  napełniła  ją,  podczas  gdy  służebnica 

dezynfekowała moje ogromne ramię. Lekarka zbliżyła się do łóżka z wahaniem. 

- Proszę zaczynać - ponagliłam ją. - Dobrze pani wie, jaki los czeka mnie tutaj. 

Skinęła głową i wbiła igłę... 

 

Powyższą relację spisałam w określonym celu. Zamierzam zdeponować ją w banku, gdzie 

pozostanie do czasu, kiedy zajdzie potrzeba jej odczytania. 

Nie mówiłam o tym nikomu. Sprawozdanie na temat skutków działania chuinżuatyny, które 

sporządziłam  dla  drą  Hellyera,  było  fałszywe.  Opisałam  tam  swoje  wrażenia  jako  po  prostu 

unoszenie się w przestrzeni. W powyższych zapiskach zawarte są moje prawdziwe doznania. 

Ukrywałam je, ponieważ po odzyskaniu przytomności, kiedy przekonałam się, że znajduję 

się  znowu  we  własnym  ciele,  w  normalnym  świecie,  doznania  te  prześladowały  mnie  z  taką 

wyrazistością,  jakby  były  prawdziwe.  Szczegóły  jawiły  się  zbyt  jaskrawo,  zbyt  wyraźnie,  bym 

mogła usunąć je z pamięci. Prześladowały mnie jak przestroga czy pogróżka. Nie mogłam zaznać 

spokoju... 

Nie potrafiłam zebrać dość odwagi, by zwierzyć się drowi Hellyerowi, jak bardzo mnie to 

męczy... Obawiałam się, że zaleci mi leczenie. Inni moi znajomi, jeśli nie przejęliby się na tyle, by 

zalecić leczenie, z pewnością wyśmialiby mnie i nieźle by się ubawili moim kosztem, interpretując 

symbolikę. Zachowałam to więc dla siebie. 

Gdy  rozpatrywałam  szczegółowo  różne  fragmenty  tego  wydarzenia,  wzbierała  we  mnie 

złość na samą siebie. Dlaczego nie poprosiłam Laury o więcej faktów, takich jak daty i inne dane, 

które można sprawdzić. Gdyby stwierdziła, na przykład, że cała ta sprawa zaczęła się przed dwoma 

laty,  to  nie  byłoby  mowy  o  jakimkolwiek  poczuciu  zagrożenia.  Niestety,  tak  istotne  pytanie  nie 

przyszło mi do głowy. Przypomniałam sobie jednak pewną informację, którą mogłam sprawdzić. I 

sprawdziłam. Teraz żałuję, że to zrobiłam, ale wtedy czułam, że muszę. 

Oto czego się dowiedziałam: 

background image

Dr Perrigan żyje, jest biologiem, przeprowadza doświadczenia na zającach i szczurach... 

Jest dość znanym specjalistą w swojej dziedzinie. Publikował w wielu periodykach artykuły 

na  temat  walki  ze  szkodnikami.  Nie  jest  żadną  tajemnicą,  że  pracuje  nad  nowymi  szczepami 

myxomatozy,  które  mają  atakować  szczury.  Otrzymał  już  nawet  pewną  grupę  szczepów 

mucosimorbus,  chociaż  nie  udało  mu  się  dotychczas  wyprodukować  wirusa  na  tyle  stałego  lub 

selektywnego, by dał się zastosować w praktyce... 

Nigdy jednak o nim nie słyszałam, dopóki Laura z mojego “przywidzenia” nie wymieniła 

jego nazwiska... 

Dużo  o  tym  myślałam.  Do  jakiego  rodzaju  doświadczeń  należą  opisane  tu  zdarzenia? 

Gdyby  były  czymś  w  rodzaju  wizji  nieuniknionej  przyszłości,  nikt  nie  mógłby  przecież  temu 

zapobiec. Sądzę jednak, że takie wyjaśnienie jest bez sensu: przyszłość jest zdeterminowana tym, 

co  już  się  stało,  i  tym,  co  dzieje  się  aktualnie.  Musi  zatem  istnieć  mnóstwo  możliwych  wersji 

przyszłości,  z  których  każda  stanowi  prawdopodobną  konsekwencję  tego,  co  dzieje  się  teraz. 

Wydaje mi się, że pod wpływem chuinżuatyny ujrzałam jedną z takich wersji... 

Było to chyba ostrzeżenie przed tym, co może się wydarzyć, jeśli nie podejmie się działań 

zapobiegawczych. 

Wersja  ta  jest  tak  odrażająca,  tak  fałszywa,  tak  dalece  odbiega  od  normalnego  toku 

wydarzeń, że nie ostrzec, znaczyłoby uchylać się od obowiązku wobec ludzkości. 

W  związku  z  tym  zamierzam  na  własną  odpowiedzialność,  nikogo  nie  wtajemniczając, 

dołożyć  wszelkich  starań,  aby  to,  co  opisałam,  nie  doszło  do  skutku.  Gdyby  kogokolwiek 

oskarżono  o  współdziałanie      w  moim  zamierzeniu,  niniejszy  dokument  powinien  zostać 

przytoczony w jego obronie. W tym właśnie celu został spisany. 

Postanowiłam bowiem nie dopuścić do kontynuacji badań drą Perrigana. 

Podpisano: Jane Waterleigh 

 

Adwokat przyglądał się podpisowi kiwając głową. 

- A potem wsiadła w samochód i pojechała do Perrigana. Tragiczne rezultaty są nam znane 

- powiedział. 

- Podejrzewam, że starała się najpierw wytłumaczyć mu, że powinien zrezygnować z badań. 

Chociaż  nie  mogła  oczekiwać,  że  jej  się  powiedzie.  Trudno  sobie  przecież  wyobrazić,  żeby 

ktokolwiek zechciał zrezygnować z wieloletnich badań z powodu, który każdemu wydawałby się 

czymś w rodzaju cygańskiej wróżby. Nie ulega wątpliwości, że była przygotowana do podjęcia, w 

razie  konieczności,  działań  bezpośrednich.  Policja  ma  chyba  rację  podejrzewając,  iż  strzelała  do 

background image

niego  z  premedytacją.  Są  jednak  w  błędzie  twierdząc,  że  podpaliła  dom  w  celu  zatarcia  śladów 

zbrodni. Z oświadczenia wynika niezbicie, że chodziło jej wyłącznie o zniszczenie pracy Perrigana. 

Znowu pokiwał głową ze współczuciem. 

-  Biedaczka!  Z  ostatnich  dwóch  czy  trzech  stronic  wyraźnie  przebija  silne  poczucie 

obowiązku.  Bije  z  nich  ta  uproszczona  jasność,  która  powoduje  męczennikami  bez  względu  na 

konsekwencje. Nie wypiera się czynu. Ukrywa tylko przed policją jego motywy. 

Zamilkł, a po chwili dodał: 

- Na szczęście mamy ten dokument. Powinien przynajmniej uratować jej życie. Zdziwiłbym 

się, gdyby nie poskutkował argument niepoczytalności, której jest dowodem. - Postukał palcem w 

plik kartek. 

- Dobrze się złożyło, że zrezygnowała z zamiaru zdeponowania tego w banku. 

Na twarzy drą Hellyera malowało się zmęczenie i troska. 

-  Mam  ogromne  wyrzuty  sumienia  w  związku  z  tym  wydarzeniem  -  wyznał.  -  Przede 

wszystkim  nie  powinienem  był  dopuścić  do  próby  z  chuinżuatyną!  Wydawało  mi  się  jednak,  że 

otrząsnęła  się  już  z  załamania  po  stracie  męża.  Robiła  wszystko,  żeby  mieć  bez  przerwy  jakieś 

zajęcie,  i  zgłosiła  się  na  ochotnika.  Znał  ją  pan  na  tyle,  by  stwierdzić,  że  miała  bardzo 

zdecydowany  charakter.  Dostrzegła  szansę  wniesienia  pewnego  wkładu  do  wiedzy  medycznej,  i 

słusznie. Mogłem jednak być ostrożniejszy. Powinienem był zauważyć, że coś jest nie tak po tym 

doświadczeniu. Dlatego to na mnie ciąży odpowiedzialność za tę sprawę. 

-  Hm  -  adwokat  nie  był  przekonany  -  przyjmując  taką  linię  obrony,  nie  wypadnie  pan 

najlepiej w oczach kolegów po fachu, doktorze. 

- Być może.  Zajmę się tym w odpowiednim czasie. Teraz chodzi  o to,  że czuję się za nią 

odpowiedzialny, choćby z tego powodu, że jest członkiem mojego zespołu. Nie da się zaprzeczyć, 

iż gdybym nie przyjął propozycji jej udziału w doświadczeniu, nie doszłoby do tego wszystkiego. 

W związku z tym wydaje mi się, że powinniśmy raczej starać się udowodnić, że działała w stanie 

ograniczonej  poczytalności,  że  jej  władze  umysłowe  uległy  osłabieniu  pod  wpływem 

zaaplikowanego środka. Jeżeli sąd wyda takie orzeczenie, skierują ją do szpitala psychiatrycznego 

na obserwację połączoną z leczeniem, być może bardzo krótkim. 

-  Nie  wiem.  W  każdym  razie  możemy  przedstawić  tę  koncepcję  obrońcy  i  poprosić  o 

opinię. 

-  Moim  zdaniem  brzmi  to  dość  przekonywająco.  Osoba  taka  jak  Jane  nie  decyduje  się  na 

zabójstwo,  będąc  przy  zdrowych  zmysłach,  chyba  że  zostanie  przyparta  do  muru.  Wtedy  jednak 

działałaby  z  większą  przebiegłością.  Z  pewnością  nie  atakowałaby  kogoś  zupełnie  obcego. 

Chuinżuatyną  wywołała  zapewne  halucynacje  dostatecznie  silne,  by  doprowadzić  ją  do  stanu,  w 

background image

którym nie potrafiła odróżnić tego, co rzeczywiste, od tego, co przypuszczalne. Była przekonana, 

że przywidzenie jest rzeczywistością, i postąpiła zgodnie z takim przekonaniem. 

-  Owszem,  można  to  tak  ująć  -  przyznał  adwokat.  Znowu  spojrzał  na  plik  dokumentów.  - 

Cała  ta  opowieść  jest  w  gruncie  rzeczy  bez  sensu,  chociaż  sprawia  wrażenie  bardzo  sensownej. 

Ciekawe, czy... 

-  Zamyślił  się  na  chwilę,  po  czym  podjął  wątek.  -  Zastanawia  mnie  ta  teoria  o  zbędności 

osobników  płci  męskiej.  Wygląda  na  to,  że  wydawała  jej  się  bardziej  niepożądana  niż 

niewyobrażalna. Dla laika, który wierzy ślepo w naturalny porządek rzeczy, jest to nie do przyjęcia, 

ale  czy  nie  uważa  pan,  jako  naukowiec  związany  z  medycyną,  że  jest  to  właściwie  możliwe, 

przynajmniej teoretycznie? 

Dr Hellyer zmarszczył brwi w skupieniu.   

-  Tak.  Tę  kwestię  istotnie  powinno  się  częściej  brać  pod  uwagę.    -  Wykluczenie  takiej 

możliwości byłoby chyba twierdzeniem zbyt pochopnym. Z czysto teoretycznego punktu widzenia 

można  to  rozważać  na  dwa  lub  trzy  różne  sposoby.  Gdyby  zaistniała  jakaś  absolutnie  niezwykła 

sytuacja, wymagająca intensywnych badań na skalę zbliżoną do prac nad atomem... to kto wie? - 

Otrząsnął się z zamyślenia.   

Adwokat znowu pokiwał głową. 

-  To  właśnie  miałem  na  myśli  -  zauważył.  -  W  gruncie  rzeczy  nie  jest  to  w  sumie  aż  tak 

bardzo  nieprawdopodobne.  Moim  zdaniem  może  nawet  wywołać  lekki  niepokój.  Z  punktu 

widzenia obrony głębokie przekonanie Jane w zestawieniu z takim stopniem prawdopodobieństwa 

daje pewne szansę na powodzenie. Ale właśnie to prawdopodobieństwo nieco mnie peszy. 

Doktor rzucił mu baczne spojrzenie. 

-  No  wie  pan!  Co  pan  wygaduje?  Pan,  doświadczony  prawnik,  opowiada  się  za 

wizjonerstwem? Jeśli tak jest w istocie, to chyba będzie pan musiał wymyślić nową, własną wizję. 

Bo biedna Jane z pewnością udaremniła spełnienie się tej konkretnej wersji. Z Perriganem koniec. 

-  Cały  jego  dorobek  poszedł  z  dymem  -  odparł  adwokat,  kładąc  dłoń  na  dokumentach.  - 

Mimo  wszystko byłoby  lepiej,  gdyby Jane dowiedziała się o Perriganie  i  jego badaniach w jakiś 

inny  sposób.  O  ile  mi  wiadomo,  nie  było  możliwości,  żeby  Perrigan  znalazł  się  w  orbicie  jej 

zainteresowań, chyba że interesuje ją także weterynaria? 

- Z całą pewnością nie - zapewnił Hellyer. 

-  No  właśnie.  A  zatem  ten  aspekt  nie  przestaje  być  niepokojący.  Jest  jeszcze  drugi.  Uzna 

pan  zapewne,  że  zachowuję  się  nierozsądnie  i  oby  czas  pokazał,  że  słuszność  jest  po  pańskiej 

stronie,  lecz  muszę  przyznać,  że  czułbym  się  lepiej,  gdyby  Jane  przeprowadziła  nieco 

dokładniejsze śledztwo przed przystąpieniem do działania. 

background image

- Co ma pan na myśli...? - zaciekawił się dr Hellyer. 

- Otóż Jane nie wiedziała, że Perrigan ma syna. Który żyje. Zdaje się, że bardzo interesował 

się  badaniami  ojca  i  postanowił,  iż  jego  praca  nie  może  pójść  na  marne.  Oświadczył,  że  dołoży 

wszelkich starań, aby kontynuować badania na tych kilku okazach, które uratowano z płomieni... 

Jest to bez wątpienia godna pochwały synowska postawa. Niepokoi mnie tylko fakt, że on również 

jest  doktorem  nauk  przyrodniczych,  biochemikiem  i  -  co  całkiem  naturalne  -  nosi  nazwisko 

Perrigan... 

background image

CZŁOWIEK - MIESZKANIEC ZIEMI 

 

 

Rozdział I - OKAZY Z DOLINY DUR 

Największą  atrakcją  turystyczną  Takonu  była  w  owym  czasie  wystawa  odkryć  z  Doliny 

Dur.  W  specjalnie  do  tego  celu  wzniesionym  budynku  Takończycy  i  przyjezdni  z  innych  miast 

tłoczyli  się  w  korytarzach  i  zaglądali  do  zakratowanych  lub  oszklonych  gablot,  podziwiając  ich 

zawartość z lękiem, zaciekawieniem lub rozbawieniem - zależnie od usposobienia. 

Tłum  zwiedzających  składał  się  głównie  z  tych,  których  przyciąga  każde  niezwykłe 

wydarzenie, pod warunkiem że wstęp jest wolny lub za niską opłatą. Napawali się więc widokiem 

eksponatów,  gotowi  dziwić  się  i  zachwycać,  ale  niezbyt  głęboko,  ponieważ  przybyli  przede 

wszystkim, by się zabawić, toteż opierali się staraniom przewodników usiłujących obudzić w nich 

refleksyjną  ciekawość.  Nie  więcej  niż  dwie,  może  trzy  osoby  przyglądały  się  gablotom  z 

prawdziwym uznaniem. 

Nie  można  jednak  powiedzieć,  by  to  powierzchowne  nastawienie,  widoczne  u  dorosłych, 

występowało  również  u  dzieci,  które  przyprowadzano  codziennie,  całymi  klasami,  na  lekcję 

poglądową o prehistorycznych warunkach życia na planecie. Magon, nauczyciel biologii w jednej z 

najlepszych  szkół  w  Takonie,  z  trudem  poskramiał  swych  podopiecznych  w  oczekiwaniu  na 

przewodnika. Ustawił ich przy wejściu i próbując utrzymać w grupie, opowiadał o Dolinie Dur. 

-  Warunki  panujące  w  Dolinie  są  dziełem  całkowitego  przypadku.    Nie  odkryto  dotąd  na 

planecie  Wenus  podobnych  terenów  i  zdaniem  specjalistów  tereny  takie  nie  istnieją.  Wystawa, 

którą za chwilę obejrzymy, nie jest muzeum ani ogrodem zoologicznym, chociaż je przypomina.   

Uczniowie  nie  słuchali  go  zbyt  uważnie.  Wiercili  się  niespokojnie,  rzucając  zaciekawione 

spojrzenia  na  rzędy  klatek,  wyciągali  szyje,  by  dostrzec  coś  ponad  ramionami  kolegów,  a 

najbardziej  podekscytowani  stawali  na  tylnych  nogach,  żeby  lepiej  widzieć.  Przechodzący  obok 

Takończycy patrzyli na ten dziecięcy entuzjazm z lekkim rozbawieniem. Magon przygładził dłonią 

srebrne futro na głowie i kontynuował wykład: 

-  Stworzenia,  które  zobaczycie,  reprezentują  wszystkie  okresy  historii  naszego  świata. 

Niektóre są tak stare, że wędrowały już po planecie na długo przed pojawieniem się naszej rasy. 

Inne,  młodsze,  żyły  w  tym  samym  czasie  co  nasi  przodkowie,  którzy  w  tym  okrutnym  świecie 

musieli nieustannie szukać schronienia, umykając tak szybko, jak im na to pozwalało sześć nóg... 

- Sześć nóg, panie psorze?  - odezwał się jakiś zdziwiony głos. Rozległy się chichoty, lecz 

Magon tłumaczył cierpliwie: 

background image

- Tak, Sadul, sześć. Czyżbyś nie wiedział, że nasi przodkowie poruszali się na wszystkich 

sześciu  kończynach?  Minęły  tysiące  lat,  nim  stali  się  czworonogami.  Nim  to  nastąpiło,  wszelki 

postęp  był  niemożliwy.  Kończyny  przednie  nie  mogły  wykształcić  się  w  tak  wrażliwe  członki 

chwytne jak nasze, dopóki nie przestały dotykać ziemi. 

- To nasi przodkowie byli zwierzętami, panie psorze? 

-  No  tak...  Owszem.  Bardzo  je  przypominali.  -  Magon  ściszył  głos,  by  nie  obrazić  uszu 

przechodzących obok obywateli. - Natychmiast jednak po oderwaniu przednich kończyn od ziemi i 

zwolnieniu  ich  od  obowiązku  podtrzymywania  ciężaru  ciała  wkroczyliśmy  w  erę  wielkich 

przemian: zaczęliśmy piąć się do góry... i pniemy się nadal. 

Potoczył  spojrzeniem  po  zaciekawionych  futrzastych  twarzach.  Przez  chwilę  zatrzymał 

wzrok na delikatnych mackach, które kiedyś były topornymi palcami przednich odnóży. Ewolucja 

niesie w sobie coś magicznego: Magon czuł się dumny z faktu, że on i jego rasa zajmują poczesne 

miejsce  w  procesie  rozwoju.  To  przecież  wspaniałe  osiągnięcie:  z  kudłatego,  prawie 

dwumetrowego  zwierzęcia  przekształcić  się  w  istotę  stojącą  dumnie  na  czterech  kończynach,  z 

wyprostowaną  w  pionie  przednią  częścią  ciała,  skąd  głowa  spogląda  na  świat  otwarcie  i  bez   

wstydu. Co prawda kilku podopiecznych zaniedbało swoje futra, doprowadzając je do stanu, który 

nie  przynosił  chwały  całej  rasie:  były  zabłocone  i  potargane.  Ale  w  końcu  to  jeszcze  dzieci.  Na 

pewno z wiekiem nauczą się czyścić je dokładniej i czesać. 

- Dolina Dur... - Magon podjął wykład, lecz właśnie pojawił się przewodnik. 

- Czy to grupa uczniów? 

- Tak. 

- Świetnie. Proszę za mną. Czy wiedzą już, co zaszło w Dolinie Dur? 

- Większość tak - odparł Magon. - Lecz byłoby dobrze, gdyby... 

- Oczywiście, z przyjemnością. - Przewodnik przystąpił ochoczo do wygłaszania monologu, 

który powtarzał już zapewne wiele razy. 

 

- Dolina Dur to  niewątpliwie zjawisko  jedyne w  swoim rodzaju.  W zamierzchłym  okresie 

dziejów naszej planety w sposób nie do końca jeszcze wyjaśniony doszło do połączenia pewnych 

gazów zawartych w jej wnętrzu. Gazy te wydostały się na powierzchnię przez szczeliny w skorupie 

planety właśnie tutaj i tylko tutaj. 

Mieszanina  ta  posiadała  dwie  podstawowe  właściwości:  usypiała  oraz  konserwowała  na 

czas nieokreślony. W rezultacie powstała forma życia, którą można nazwać życiem w zawieszeniu. 

Wszystko,  co  istniało  w  Dolinie  w  chwili  pierwszej  emisji  gazów,  zachowało  się  więc  w  stanie 

nienaruszonym. Stan ten nie podlega żadnym granicom czasowym. 

background image

Starożytni  traktowali  to  miejsce  z  zabobonnym  lękiem.  Podejmowano  wprawdzie  w 

epokach  mniej  odległych  liczne  próby  zbadania  Doliny,  ale  wszystkie  kończyły  się  fiaskiem. 

Powiodła  się  dopiero  ostatnia  wyprawa  sprzed  roku,  której  uczestników  wyposażono  w 

odpowiednie  maski  przeciwgazowe.  Wówczas  to  dokonano  odkrycia,  że  zwierzęta  i  rośliny  w 

Dolinie nie uległy petryfikacji, jak dotychczas sądzono. Okazało się bowiem, że przy zastosowaniu 

pewnych  zabiegów  mogą  być  ożywione.  I  takie  właśnie  eksponaty  za  chwilę  obejrzymy: 

egzemplarze flory i fauny liczące miliony lat, a mimo to wciąż żywe. 

Przystanął przy pierwszej gablocie. 

-  Oto  okazy  flory  okresu  karbońskiego:  paprocie  drzewiaste  i  gigantyczne  mchy,  które 

rosną tu nadal w specjalnie stworzonej atmosferze, kontynuując rozwój zatrzymany w chwili, gdy 

Wenus była jeszcze bardzo młodą planetą. Liczymy na to, że z zarodników tych roślin uda nam się 

wyhodować następne egzemplarze. Tutaj - przesunął    się ku kolejnej gablocie - widzimy początki 

jednego z najwdzięczniej szych eksperymentów Natury: najwcześniejszą formę kwiatów. 

Słuchacze przyglądali się posłusznie dużym, białym kwiatom przypominającym magnolie, 

lecz nie wyglądali na zafascynowanych. Do młodych umysłów fauna przemawia bardziej niż flora. 

Nagle  budynkiem  wstrząsnął  potężny  ryk.  Wszystkie  głowy  odwróciły  się  w  głąb  korytarza.  Z 

trudem  udawano  zainteresowanie  wykładem  przewodnika.  Tylko  Magon,  ku  wściekłości 

podopiecznych,  uznał  za  stosowne  zadać  mu  parę  pytań.  W  końcu  jednak  minęli  gabloty 

botaniczne i znaleźli się przed pierwszą klatką. 

Wewnątrz, wzdłuż kraty biegało to w jedną, to w drugą stronę gadowate stworzenie, które 

można  by  opisać  jako  dwunożne,  gdyby  nie  ogon,  który  odgrywał  istotną  rolę  w  podpieraniu 

tułowia. Zwierzę spoglądało na świat z zachłannością nieproporcjonalną do małych oczek, w jakie 

wyposażyła je przyroda. Raz po raz odrzucało łeb w górę, wydobywając z siebie zduszony kwik. 

Gad  był  brzydki,  pokryty  zielonoszarą,  bardzo  gładką  skórą.  Sylwetkę  miał  niemal 

opływową,  a  mimo  to  wyglądał  pokracznie.  Jego  kształty,  podobnie  jak  u  wielu  innych, 

pierwotnych stworów, zdawały się zapowiadać,  że Matka Natura poważnie zabiera się do dzieła. 

Potrafiła już bowiem z grubsza wymodelować tego biegającego dinozaura, choć wciąż brakowało 

jej jeszcze poczucia proporcji i tej finezji, której miała nabrać nieco później. Odnosiło się wrażenie, 

że nawet gdyby chciała, nie była jeszcze gotowa do stworzenia sierści czy piór, by okryć nagość 

tego gada. 

-  To  jest  Chodomimus  -  przedstawił  go  przewodnik  z  gospodarskim  gestem.  -  Jeden  z 

dinozaurów,  który  potrafi  poruszać  się  z  dużą  szybkością,  lecz  umiejętność  tę  wykorzystuje 

wyłącznie w celach obronnych, jako że należy do grupy zwierząt roślinożernych. 

Tu nastąpiła krótka pauza, podczas której słuchacze przyswajali sobie treść informacji. 

background image

- To znaczy, że on ucieka? - padło pytanie.   

- Tak. 

Zwiedzający  poczuli  się  nieco  zawiedzeni.  Spoglądali  teraz  na  biednego,  smutnego 

Chodomimusa  z  lekką  pogardą.  Oczekiwali  mocniejszych  wrażeń.  Pragnęli,  na  przykład,  stanąć 

oko w oko - choć w bezpiecznej odległości - z jakimś starożytnym potworem, który władał niegdyś 

całą  planetą  i  którego  groźny  ryk  sprawiał,  iż  Chodomimus  wraz  z  całą  resztą  innych  stworzeń 

umykał w popłochu. Przewodnik nie przyspieszał jednak tempa zwiedzania. 

- A tu mamy przed sobą wspaniały okaz Herperornisa, ptaka zębatego. Wypełniał on lukę 

między Archeopteryxem i dzisiejszymi ptakami i zasługuje na szczególną uwagę jako... 

Reakcja  uczniów  wskazywała,  że  nie  podzielają  jego  opinii.  W  miarę  przesuwania  się 

wzdłuż  klatek  dawało  się  zauważyć,  że  są  odmiennego  zdania  niż  przewodnik,  który 

majestatycznie i groźnie wyglądające gady skwitował krótko: 

- Te okazy nie mają większego znaczenia,  gdyż  należą do jałowych  gałęzi  głównego pnia 

ewolucji. To po prostu pomyłki Natury. 

 

Dotarli na koniec do niewielkiej klatki, którą zajmowało jedno dziwne stworzenie, stojące 

na  dwóch  kończynach,  chociaż  wydawało  się,  że  w  zamierzeniu  miało  używać  do  tego  celu 

czterech. 

-  Tutaj  zaś  -  mówił  przewodnik  -  stajemy  wobec  jednego  z  najbardziej  zagadkowych 

znalezisk. Do tej pory nie udało się zaklasyfikować go do żadnej ze znanych kategorii. Pośpiech 

uniemożliwił  naukowcom  poświęcenie  mu  należytej  uwagi.  Nie  ulega  jednak  wątpliwości,  iż 

pochodzi  ono  z  okresu  późniejszego,  ponieważ  zachowało  resztki  sierści,  rozmieszczonej 

nierównomiernie,  głównie  na  czubku  głowy  i  na  pysku.  Porusza  się  bardzo  sprawnie  na  dwóch 

kończynach, co  wskazywałoby  na istnienie długiej linii przodków. Z drugiej strony, z tego, co  o 

nim  wiemy,  można  by  przypuszczać,  że  stwór  ten  pojawił  się  od  razu  w  postaci  całkowicie 

rozwiniętej, bez żadnej ewolucji, jakkolwiek jest oczywiste, że coś takiego nie mogło się zdarzyć. 

Na podstawie wstępnych obserwacji ustalono, iż posiada on wiele dziwnych właściwości. 

Między  innymi  mimo  uzębienia  typowego  dla  roślinożernych  wykazuje  upodobania  mięsożerne. 

Słowem, jest to okaz bardzo zagadkowy. Mamy nadzieję, iż przed zakończeniem programu badań 

uda się znaleźć w Dolinie inne, podobne okazy. 

Stworzenie podniosło głowę i przyglądało im się ponurym wzrokiem. Rozwarło szczęki, ale 

zamiast oczekiwanego ryku z jego pyska wydobył się strumień klekoczących dźwięków, któremu 

towarzyszyły  dziwaczne  ruchy  przednich  kończyn.  Uczniowie  nareszcie  się  ożywili.  Oto 

prawdziwa zagadka, o której naukowcy wiedzą nie więcej niż oni sami.   

background image

Młodego  Sadula  zaintrygowało  to  bardziej  niż  wszystkie  potwory  o  wielosylabowych 

nazwach.  Zbliżył  się  do  klatki  i  przyglądał  się  eksponatowi  w  skupieniu.  Napotkawszy  wzrok 

ucznia stworzenie wbiło w niego spojrzenie i znowu wydobyło z siebie osobliwy klekot. Podeszło 

do kraty, przysuwając się bardzo blisko do Sadula. Nie cofnął się: stworzenie wcale nie wyglądało 

groźnie. Jedną stopą wygładziło piasek, przykucnęło i zaczęło na nim coś bazgrać. 

- Co ono robi? - zapytał ktoś. 

- Pewnie szuka w ziemi pożywienia - padła odpowiedź. 

Sadul wciąż patrzył z uwagą. Przewodnik poprowadził grupę dalej, a on pozostał z tyłu, nie 

zauważony.  Nie  przeszkadzała  mu  obecność  innych  zwiedzających,  ponieważ  większość  z  nich 

wolała przyglądać się karmieniu ogromnych gadów. Po chwili stworzenie ponownie wyprostowało 

się  i  jedną  kończyną  wskazało  na  ziemię.  Rysowało  na  piasku  jakieś  kreski.  Nie  składały  się  na 

żaden czytelny motyw lub rysunek i wyglądały na przypadkowe, a jednak można się w nich było 

dopatrzyć pewnej regularności. 

Sadul  wpatrywał  się  w  linie  na  piasku,  po  czym  przeniósł  wzrok  na  pysk  stworzenia. 

Wykonało  szybki  ruch  głowy  w  dół.  Sadul  znów  tam  spojrzał,  nic  nie  rozumiejąc.  Stworzenie 

podeszło  jeszcze  bliżej,  wygładziło  stopą  piasek  i  kucnąwszy,  zaczęło  ponownie  bazgrać.  Sadul 

zastanawiał się, czy nie powinien już iść. Wiedział, że należy trzymać się grupy. Magon będzie się 

wściekał. Postanowił zatrzymać się jeszcze na moment, żeby zobaczyć, co będzie dalej. 

Stworzenie  wstało  i  znów  wskazało  na  piasek.  Sadul  oniemiał.  Na  piasku  widniała 

podobizna  Takończyka,  takiego  samego  jak  on.  Teraz  stworzenie  wskazało  najpierw  na  siebie, 

potem na rysunek. 

Sadul  poczuł,  jak  ogarnia  go  podniecenie.  Dokonał  chyba  jakiegoś  odkrycia.  Stworzenie, 

które  umie  rysować?  Nigdy  o  czymś  takim  nie  słyszał.  W  pierwszej  chwili  chciał  rzucić  się  za 

innymi,  żeby  im  o  tym  powiedzieć.  Zawahał  się  jednak.  Górę  wzięła  ciekawość.  Niepewnie 

otworzył torbę, którą miał przy boku, i wyjął z niej swoją tabliczkę i rylec. Stworzenie gwałtownie 

wyciągnęło po nie łapy między prętami klatki. Przysiadło i próbowało wydrapać coś na tabliczce 

odwrotną  stroną  rylca.  Sadul  skorygował  błąd  i  oparłszy  się  o  kraty  zaglądał  do  wnętrza  klatki, 

patrząc rysującemu przez ramię. 

Tajemniczy  stwór  nakreślił  najpierw  małe  kółko  na  środku  tabliczki  i  wskazał  do  góry. 

Sadul  spojrzał  na  sufit,  ale  nie  dostrzegł  tam  nic  szczególnego.  Stwór  niecierpliwie  potrząsnął 

głową. Otoczył kółko większym okręgiem z kropeczką na obwodzie i dorysował następny okrąg z 

podobną kropką, a potem jeszcze jeden. Sadul nadal nie mógł dopatrzyć się w tym żadnego sensu. 

Obok  kropki  na  drugim  okręgu  pojawiła  się  teraz  podobizna  małego  Takończyka;  obok 

kropki na trzecim - podobizna autora rysunku. Sadul wpatrywał się teraz w tabliczkę ze zdwojoną 

background image

uwagą. Stworzenie chciało mu przekazać coś, czego nie potrafił zrozumieć. Jeszcze raz wskazało 

łapą na małe kółko, a potem szeroko rozłożyło przednie kończyny. Światło... olbrzymie światło... 

I nagle Sadul pojął. Słońce, słońce... i planety! O mało nie zakrztusił się z wrażenia. Sięgnął 

w  głąb  klatki,  porwał  tabliczkę  i  pognał  korytarzem  w  poszukiwaniu  swojej  grupy.  Człowiek 

zamknięty w klatce długo za nim patrzył, a kiedy jego krzyki ucichły w dali, uśmiechnął się, po raz 

pierwszy od bardzo dawna. 

 

Rozdział II OPOWIEŚĆ MIESZKAŃCA ZIEMI 

Goin,  wykładowca  fonetyki,  wpadł  do  gabinetu  swego  przyjaciela,  Dagula,  antropologa  z 

Uniwersytetu  Takońskiego.  Dagul  był  Takoń-czykiem  w  podeszłym  wieku,  o  czym  świadczyły 

siwiejące  pasma  na  srebrzystej  sierści.  Podniósł  wzrok,  marszcząc  gniewnie  brwi  z  powodu  tak 

nagłego wtargnięcia. Rozpoznawszy Goina złagodniał i serdecznie go powitał. 

- Wybacz  - tłumaczył  się.  - Jestem chyba trochę zmęczony. Dolina Dur  dostarczyła takiej 

ilości materiałów, że nie sposób zostawić ich odłogiem. 

- Jeżeli jesteś zajęty... 

- Ależ nie, wejdź, proszę. Chętnie przestanę o tym myśleć na chwilę.   

Usiedli na niskiej kanapce, podwijając pod siebie cztery nogi. Dagul zaproponował drinka. 

- No i jak? Macie już tę opowieść Ziemianina? - zapytał.   

Goin wydobył z teczki pakiet cienkich tabliczek. 

- Tak, mamy ją nareszcie. Zatrudniłem wszystkich asystentów i najlepszych studentów, ale 

nawet przy ich pomocy zadanie okazało się niełatwe. Zdaje się, że Ziemianie byli od nas bardziej 

zaawansowani  w  dziedzinie  fizyki,  dlatego  niektóre  fragmenty  są  ledwie  przetłumaczalne.  Sądzę 

jednak,  że  ty  to  zrozumiesz.  Wygląda  na  to,  że  ten  Gratz  to  niezły  drań.  I  wcale  się  tego  nie 

wstydzi. 

- Dranie na ogół się nie wstydzą - zauważył Dagul. 

-  Tak,  to  prawda.  Ale  trochę  mnie  to  zastanowiło.  Ziemia  musiała  być  dość  paskudną 

planetą. 

- Gorszą niż Wenus? - zapytał Dagul z goryczą. Goin zawahał się. 

-  Z  jego  relacji  wynika,  że  raczej  tak.  Ale  być  może  tylko  dlatego,  że  była  na  wyższym 

szczeblu  rozwoju.  My  zmierzamy,  zdaje  się,  w  tym  samym  kierunku:  łapownictwo,  prywata, 

zdemoralizowany handel, politycy bez skrupułów. Myślałem, że to istnieje tylko tutaj. Ale okazuje 

się, że tam było to samo. Cały ten cuchnący cyrk. Niewykluczone, że podobnie jest na Marsie, kto 

wie? 

background image

-  Być  może.  -  Dagul  zamyślił  się.  -  Sugerujesz,  że  na  Ziemi  panowała  wyolbrzymiona 

forma naszego bagna? 

-  Otóż  to.  Zastanawiam  się,  czy  życie  nie  jest  przypadkiem  chorobą.  Czymś  w  rodzaju 

procesu gnilnego, który atakuje umierające planety, przybierając postać tym złośliwszą, im wyższa 

forma rozwoju. Jeśli zaś chodzi o inteligencję... 

-  Inteligencja  -  przerwał  mu  Dagul  -  to  pułapka  i  złudzenie.  Już  dawno  doszedłem  do 

takiego  wniosku.  Nie masz jej  -  gnijesz, masz ją  -  niszczysz najpierw innych,  a w końcu samego 

siebie.   

Goin uśmiechnął się. Dagul przepadał za utartymi zwrotami. 

- Jednak instynkt samozachowawczy... - zaczął. 

-  ...  Kolejne  złudzenie,  zwłaszcza  w  odniesieniu  do  rasy  -  dokończył  Dagul.  -  Mogą 

przetrwać  jednostki,  ale  cechą  charakterystyczną  ras  inteligentnych  jest  nieustanne  dążenie  do 

samozagłady,  przy  użyciu  coraz  doskonalszych  metod.  Z  cynicznego  punktu  widzenia  to  bardzo 

dobrze. Po co te wszystkie rozrzutne, niszczycielskie, bezsensowne... 

Goin  pozwolił  mu  się  wygadać.  Wiedział  z  doświadczenia,  że  nie  warto  go 

powstrzymywać. Gdy Dagul w końcu zamilkł, Goin podał mu stertę tabliczek. 

-  Tu  jest  cała  ta  historia.  Obawiam  się,  że  to  woda  na  młyn  twojego  pesymizmu.  Gratz 

przyznał się do morderstwa. 

- Dlaczego się przyznał? 

- Dowiesz się sam. Powiada, że chce nas ostrzec przed Ziemianami.   

Dagul uśmiechnął się nieznacznie. 

- Nie powiedziałeś mu? 

- Nie, jeszcze nie. 

Dagul sięgnął po pierwszą tabliczkę i zaczął czytać. 

 

“Ja,  Morgan  Gratz  z  planety  Ziemia,  spisałem  tę  opowieść,  aby  ostrzec  mieszkańców 

planety Wenus. Jeżeli możecie, unikajcie Ziemi. A jeżeli będziecie musieli wejść z nią w kontakt, 

miejcie się na baczności. Przede wszystkim nie wchodźcie w żadne układy z dwoma największymi 

koncernami ziemskimi. W przeciwnym bowiem razie znienawidzicie tę planetę i jej mieszkańców 

podobnie  jak  ja.  Dojdziecie  do  wniosku,  że  Ziemia  to  siedlisko  zarazy,  która  może  się 

rozprzestrzenić w całym Wszechświecie. 

Prędzej  czy  później  zjawią  się  jej  wysłannicy.  Będą  to  przedstawiciele  jednego  z  dwóch 

koncernów:  Metallic  Industries  albo  International  Chemicals.  Zechcą  nawiązać  rozmowy.  Nie 

słuchajcie ich. Bez względu na to, jak słodkie będą ich słowa, jak nienaganne maniery, nie ufajcie 

background image

im, bo okażą się kłamcami i  sługami kłamców. Jeśli im zaufacie, z pewnością dożyjecie dnia,  w 

którym  tego  pożałujecie.  Pożałują  tego  wasze  dzieci,  które  was  przeklną.  Przeczytajcie  tę 

opowieść, aby dowiedzieć się, jak postąpili ze mną, Morganem Gratzem... 

Zacznę od momentu, kiedy zaproszono mnie do gabinetu dyrektora w ogromnym gmachu, 

będącym  siedzibą  zarządu  Metallic  Industries.  Sekretarka  zamknęła  za  mną  wysokie,  podwójne 

drzwi i przedstawiła mnie. 

- Gratz, panie dyrektorze. 

Dziewięciu  mężczyzn  siedzących  przy  stole  ze  szklanym  blatem  jednocześnie  zwróciło 

głowy  w  moją  stronę.  Ja  jednak  patrzyłem  prosto  na  przewodniczącego,  który  zajmował  miejsce 

przy końcu stołu. 

- Dzień dobry, panie Drakin - powiedziałem. 

- Witajcie, Gratz. Przedstawiam wam pozostałych członków zarządu.   

Powiodłem  wzrokiem  po  zebranych.  Kilka  twarzy  znałem  ze  zdjęć  w  pismach 

ilustrowanych,  inne  rozpoznałem,  bo  mi  je  opisano,  o  pozostałych  wiedziałem,  że  też  tam  będą, 

ponieważ wszystko, co    dotyczy członków zarządu Metallic Industries Incorporated, jest jawne. Są 

wśród nich najbogatsi ludzie świata, co oznacza, że znajdują się pod ciągłym obstrzałem środków 

masowego  przekazu.  Znałem  nie  tylko  ich  twarze,  lecz,  jak  większość  ludzi,  również  ich 

przeszłość. Nie odezwałem się. Przewodniczący mówił dalej. 

-  Przeczytałem  wasze  sprawozdanie,  Gratz,  i  z  przyjemnością  stwierdzam,  że  to  wzorowy 

dokument, jasny i zwięzły. Może nawet zbyt jasny, bym mógł spać spokojnie. Szczerze mówiąc, 

mam  pewne  obawy  i  uważam,  iż  nadszedł  czas  na  podjęcie  stanowczych  kroków.  Zanim  jednak 

przystąpię  do  konkretnych  propozycji,  chciałbym,  abyście  powtórzyli  członkom  zarządu 

najistotniejsze elementy waszego raportu. 

Byłem na to przygotowany i mogłem odpowiedzieć bez namysłu: 

-  Kiedy  pan  Drakin  dowiedział  się,  że  International  Chemicals  zamierzają  skonstruować 

statek  kosmiczny,  skontaktował  się  ze  mną  i  złożył  mi  pewną  ofertę.  Będąc  pracownikiem 

International  Chemicals  odpowiedzialnym  za  to  przedsięwzięcie,  miałem  składać  na  bieżąco 

raporty  o  postępach  technicznych  oraz  wszystkich  innych  sprawach,  o  których  mógłbym  zbierać 

informacje nie wzbudzając podejrzeń. Ponadto miałem dowiedzieć się, jak International Chemicals 

zamierza  wykorzystać  nowy  pojazd.  Pierwszą  część  tego  zlecenia  wykonałem  zgodnie  z 

oczekiwaniami pana przewodniczącego, jednak dopiero w ubiegłym tygodniu zdołałem dowiedzieć 

się, jaki jest cel wyprawy. 

Przerwałem. Wśród zebranych przeszedł szmer. Kilku pochyliło się, by lepiej słyszeć. 

background image

-  Tak,  tak,  mówcie  dalej  -  niecierpliwił  się  szczupły  mężczyzna  o  drapieżnej  twarzy, 

siedzący z prawej strony przewodniczącego. - Jaki jest ten cel? 

-  International  Chemicals  zamierzają  wysłać  swój  statek,  “Nuntia”,  na  Wenus  - 

powiedziałem. 

 

Oprócz  Drakina,  dla  którego  nie  było  to  nowością,  wszyscy  osłupieli.  Pierwszy  odzyskał 

mowę chudy członek zarządu. 

- Nonsens! Bzdura! Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem! Dowody! Jakie macie dowody? 

Posłałem mu lodowate spojrzenie. 

- Żadnych. Szpieg rzadko miewa dowody. Musi pan po prostu uwierzyć. 

- Absurd! Totalna bzdura! Chyba nie spodziewacie się, że uwierzymy w wasze niczym nie 

poparte  stwierdzenie,  że  International  Chemicals  zamierza  wysłać  pojazd  na  Wenus?  To  równie 

nieprawdopodobne  jak  wyprawa  na  Księżyc.  Albo  daliście  się  nabrać,  albo  zwariowaliście. 

Niesłychane! Na Wenus! 

Przyjrzałem mu się dokładniej. Nie podobała mi się ani jego twarz, ani zachowanie. 

-  Pan  Bali  uważa  za  stosowne  kwestionować  moje  sprawozdanie  -  zauważyłem.  -  Ale  nie 

powinno  to  nikogo  dziwić,  gdyż  wszyscy  wiemy,  iż  przez  czterdzieści  lat  pan  Bali  wykazywał 

odporność na wszelkie nowe propozycje. 

Wychudłemu  Ballowi  oczy  aż  wyszły  z  orbit,  lecz  wielu  zebranych  skrywało  uśmiechy. 

Dzięki swoim milionom był  przede  wszystkim  przyzwyczajony do pochlebstw, ale ja  czułem się 

teraz mocny. 

- To bezczelność! - wydusił w końcu. - Do licha, co za bezczelność! Panie przewodniczący, 

domagam się, aby ten człowiek... 

- Panie Bali - przerwał mu chłodno przewodniczący. - Zechce się pan nie unosić. Obecność 

Gratza  wśród  nas  świadczy  nie  tylko  o  zaufaniu,  jakim  go  darzę,  lecz  również  o  tym,  że  moim 

zdaniem jego informacje mają dla nas wszystkich istotne znaczenie. 

- Nonsens! Jeżeli zamierza pan wierzyć w bajki płatnego szpiega... 

-  Panie  Bali,  jestem  zmuszony  prosić  pana  o  pozostawienie  tej  sprawy  mojej  ocenie. 

Wiedział  pan,  jak  wszyscy,  że  International  Chemicals  buduje  statek  przeznaczony  do  podróży 

kosmicznych. Dlaczego więc miałby pan podawać w wątpliwość informację o celu jego podróży? 

Proszę, by zapanował pan nad swoimi nerwami. 

Bali  uspokajał  się  z  wolna,  mamrocząc  pogróżki  pod  moim  adresem.  Przewodniczący 

zwrócił się do mnie. 

background image

-  Powiedzcie  nam,  Gratz,  czemu  ma  służyć  ta  wyprawa?  -  zapytał.  Mogłem  jedynie 

zasugerować,  iż  chodzi  o  ustanowienie  prawa  do  terytorium  będącego  źródłem  surowców. 

Przewodniczący kiwnął głową i przemówił do rady. 

-  Pytam  więc,  panowie:  czym  to  grozi?  Nie  będę  przypominać,  iż  1C  jest  naszym 

największym  rywalem:  jedynym  liczącym  się  rywalem.  Nasze  interesy  zazębiają  się  w  sposób 

nieunikniony.  Metale  i  chemikalia  nie  dadzą  się  rozdzielić,  gdyż  łączą  je  wzajemne  zależności. 

Stoimy  zatem  w  obliczu  walki  o  przetrwanie.  Wprawdzie  aktualne  nasze  zasoby  surowcowe 

pozostają  w  równowadze,  która  utrzyma  się  zapewne  jeszcze  przez lata,  ale  zastanówmy  się  nad 

następstwami tej podróży, jeśli zakończy się ona powodzeniem. 

Po pierwsze, nastąpi aneksja najbogatszych regionów i surowców planety. Następnie import 

tych surowców na Ziemię. Oczywiście, nie stanie się to od razu. Bez wątpienia jednak chwila taka 

nadejdzie, tak jak po nocy nadchodzi dzień. Po zakończeniu podróży specjaliści nie spoczną, póki 

nie opracują opłacalnych metod transportu między planetami. Może im to zabrać dziesięć lat, może 

cały  wiek,  ale  prędzej  czy  później  znajdą  na  to  sposób.  -  Zrobił  znaczącą  pauzę.  -  A  to  będzie 

znaczyło koniec Metallic Industries. 

 

Nikt nie odważył się przerwać milczenia. Drakin obserwował, jakie wrażenie wywarły na 

słuchaczach jego słowa. 

-  Gratz  poinformował  mnie  -  uzupełnił  -  iż  1C  nie  wątpi,  że  ich  statek  odpowiada 

wymogom takiej podróży. Czy mam rację? 

- Tak jest, panie przewodniczący - potwierdziłem. - Mają stuprocentową pewność. Ja także. 

Głos ponownie zabrał stary John Bali. 

-  Jeżeli  nie  jest  to  bzdura,  jak  mogliśmy  do  tego  dopuścić?  Dlaczego  pozwolono  1C 

budować ten statek bez przeszkód? Po co nam nasz człowiek w 1C, jeżeli nie robi tam nic, żeby im 

przeszkodzić? - obrzucił mnie pełnym wrogości spojrzeniem. 

- Czy ma pan na myśli...? - Drakin zawiesił głos. 

-  Tak.  Uważam,  że  ten  człowiek  znajduje  się  w  idealnej  sytuacji  do  dokonania  sabotażu. 

Dlaczego tego nie zrobiono? Nic prostszego, jak spowodować jakąś “przypadkową” eksplozję. 

-  Owszem.  To  bardzo  proste  -  przyznał  Drakin.  -  Tak  proste,  że  w  IC  od  razu  by  na  to 

wpadli.  Nawet  gdyby  miał  miejsce  prawdziwy  wypadek,  podejrzewaliby,  że  maczaliśmy  w  tym 

palce.  Ich  zemsta  mogłaby  się  dla  nas  okazać  niezwykle  kosztowna.  Poza  tym  zabraliby  się  do 

dzieła ponownie, lecz tym razem z zastosowaniem szczególnych środków ostrożności, które, być 

może,  wykluczyłyby  możliwość  utrzymania  tam  naszego  człowieka.  Zakładam,  iż  wszyscy 

background image

zgadzamy się co do tego, że “Nuntia” musi ulec zniszczeniu. Jej zagłada nie może jednak wzbudzić 

najmniejszych podejrzeń. Powinna wystartować, a nasza głowa w tym, by nie powróciła. 

Po krótkiej przerwie mówił dalej. 

-  Gratzowi  zaproponowano  wzięcie  udziału  w  wyprawie.  Nie  udzielił  jeszcze  ostatecznej 

odpowiedzi.  Jest  gotów  przyjąć  tę  propozycję,  aby  dopilnować  zniszczenia  statku.  Szczegóły 

pozostawiam w jego gestii. 

Drakin  przedstawił  swój  plan.  Zaraz  po  starcie  “Nuntii”  Metallic  Industries  przystąpią  do 

prac nad konstrukcją własnego pojazdu kosmicznego, który uda się na Wenus, jak tylko będzie to 

możliwe. Ja zaś, po uporaniu się z “Nuntią”, miałem czekać na jego przybycie. Gdyby okazało się, 

że planeta jest zamieszkana, miałem zaprzyjaźnić się z mieszkańcami i nastawić ich nieprzychylnie 

do IC. Po przybyciu naszego statku miałem zostać przewieziony z powrotem na Ziemię, a grupa 

specjalistów  z  MI  pozostałaby  na  miejscu,  by  zbadać  teren  i  dokonać  aneksji.  Po  powrocie 

obiecano mi wysokie wynagrodzenie, które zapewni mi bogactwo do końca życia. 

- Wyświadczycie nam wielką przysługę, Gratz - kończył Drakin - a my nie mamy zwyczaju 

zapominać o ludziach, którzy nam służą. 

- Mówiąc to, patrzył mi prosto w oczy. - Czy podejmujecie się tego zadania?   

Zawahałem się. 

- Chciałbym mieć dzień lub dwa do namysłu. 

-  Oczywiście.  To  całkiem  naturalne.  Ponieważ  jednak  nie  mamy  zbyt  wiele  czasu  do 

stracenia,  wolałbym  znać  waszą  odpowiedź  do  jutra  o  tej  samej  porze.  Da  nam  to  szansę 

znalezienia innego rozwiązania w przypadku, gdyby odpowiedź była odmowna. 

- Tak. To powinno mi wystarczyć. 

Po tych słowach wyszedłem i pozostawiłem ich samych. Mogę jedynie domyślać się treści 

dalszych rozmów, choć mam co do nich uzasadnione podejrzenia. 

Prócz obawy, aby nie wypaść na człowieka zbyt gorliwego, nie miałem powodu zwlekać z 

odpowiedzią.  Już  wcześniej  postanowiłem  polecieć  i  zniszczyć  “Nuntię”.  Od  lat  czekałem  na 

okazję, aby zadać cios IC, i nareszcie nadszedł upragniony moment. Nad sposobami zaszkodzenia 

interesom  IC rozmyślałem  od śmierci  rodziców. Przedsiębiorstwo bowiem  nie tylko  zabiło mego 

ojca, dopuszczając do zaniedbań w dziedzinie ochrony przed działaniem promieni nieosłoniętych, 

lecz także przywłaszczyło sobie wcześniej jego wynalazki oraz naraziło go na    ogromne wydatki, 

związane z przeciągającym się postępowaniem sądowym. 

To wystarczyło, bym poprzysiągł im zemstę. Na tym jednak nie koniec. Musiałem patrzeć, 

jak moja matka umiera w nędzy, chociaż kilkaset funtów mogło uratować jej życie... Tymczasem 

cały nasz majątek pochłonęły procesy z IC. Po pewnym czasie zmieniłem zdanie. Zatrudniłem się u 

background image

nich.  Pracowałem  bardzo  ciężko.  Postanowiłem,  że  nie  będzie  to  byle  jaka  zemsta:  chciałem 

osiągnąć odpowiedzialne stanowisko, które umożliwiłoby mi zadanie druzgocącego ciosu. 

Sprzymierzyłem  się  z  Metallic  Industries,  gdyż  był  to  najpoważniejszy  rywal  IC.  Miałem 

okazję  zniszczenia  statku,  z  którym  moi  wrogowie  wiązali  wielkie  nadzieje,  i  mogłem  to  zrobić 

sam.  Wówczas  jednak  zostałbym  skazany  na  dożywotnie  osamotnienie.  Proponując  transport  na 

Ziemię,  MI  ułatwia  mi  zadanie.  Postanowiłem  więc  je  wykonać.  “Nuntia”  poleci  tylko  w  jedną 

stronę. 

Bardzo  chciałbym  jednak  wiedzieć,  jakie  decyzje  zapadły  w  siedzibie  zarządu  po  moim 

wyjściu... 

 

 

Rozdział III FATALNA PODRÓŻ 

“Nuntia”  przebywała  w  przestrzeni  kosmicznej  już  od  dwóch  tygodni,  lecz  nikogo  to  nie 

cieszyło. 

W  tym  czasie  dziewięcioosobowa  załoga  skurczyła  się  do  siedmiu  osób,  co  nie  wpłynęło 

pozytywnie na nasze morale. O ile wiem, nie wysunięto żadnych konkretnych podejrzeń. Panowało 

tylko przeświadczenie, że nie jest tak, jak być powinno. Wśród niższego personelu krążyła plotka, 

iż  Hammer  i  Drafte  postradali  zmysły,  zanim  zginęli.  Ale  dlaczego  postradali  zmysły?  -  oto 

pytanie,  które  dręczyło  resztę  załogi.  Czy  miało  to  jakiś  związek  z  warunkami  panującymi  w 

przestrzeni  kosmicznej,  z  jakimś  nieuchwytnym,  nieprzewidzianym  promieniowaniem?  Czy 

wszystkich nas czeka obłęd?     

Gdy  człowiek  znajdzie  się  z  dala  od  bliskich,  nachodzą  go  niezwykłe  wizje.  Puszczamy 

wodze  fantazji  i  stajemy  się  łatwowierni.  Działo  się  tak  z  marynarzami  podczas  długich  rejsów 

oceanicznych  na  starych  żaglowcach  i  to  samo  dotknęło  załogę  statku  pędzącego  w 

międzygwiezdnej  przestrzeni.  Moi  towarzysze  skłonni  byli  przypisywać  te  nagłe  zgony  jakimś 

tajemniczym, szkodliwym wpływom, co nigdy nie przyszłoby im do głowy na Ziemi. Początkowo 

nawet mnie to bawiło. Potem jednak przestało. 

Najpierw wybuchła sprawa Dale’a Hammera, drugiego nawigatora. Młodzieniec ten, trochę 

być  może  nieokiełznany  na  Ziemi,  ale  świetny  fachowiec,  był  ogromnie  dumny  i  szczęśliwy,  że 

wytypowano  go  do  tej  wyprawy.  Zakończył  swój  dyżur  w  pogodnym  nastroju,  po  czym  parę 

godzin  później znaleziono go martwego w koi.  Obok leżała fiolka tabletek nasennych. Ponieważ 

wszyscy  musieliśmy  brać  coś  na  sen,  zgodnie  uznano,  że  nastąpił  tragiczny,  lecz  wytłumaczalny 

wypadek, omyłkowe przedawkowanie... 

background image

Dopiero po zniknięciu Rossa Drafte’a pojawiły się podejrzenia. Drafte był dziwny. Często 

sprawiał  wrażenie  nieśmiałego,  choć  jego  oczy  zawsze  płonęły  gorączkowym  entuzjazmem.  W 

razie  niepowodzenia  gotów  był  do  desperackich  czynów.  Będąc  autorem  projektu  “Nuntii”, 

traktował tę podróż jako spełnienie największego marzenia swego życia. Po powrocie na Ziemię, 

gdzie  oczekiwano  relacji  z  przebiegu  wyprawy,  jego  nazwisko  miało  rozbrzmiewać  w  milionach 

radioodbiorników:  jego  twarz  miała  się  znaleźć  na  pierwszych  stronach  gazet  -  twarz  człowieka, 

który pokonał siłę przyciągania. 

Ale  Ross  zniknął...  Nieznaczny  spadek  ciśnienia  powietrza  w  jednym  punkcie  wykresu 

wystarczył, by go między nami nie było. 

Nie  zauważyłem  żadnych  podejrzeń  w  stosunku  do  konkretnej  osoby.  Nikt  nie  patrzył 

krzywo ani  na mnie, ani  też, o ile wiem,  na nikogo innego. Nikt  nie oczekiwał,  by ktokolwiek  z 

załogi mógł dokładnie wyjaśnić, w jaki sposób ci dwaj zginęli. Panowało jedynie przekonanie, że 

czeka nas coś niezwykłego. 

Potem nastąpił kolejny wypadek... 

Ward  Govern,  pierwszy  inżynier,  rozmawiał  w  kabinie  nawigacyjnej  z  kapitanem 

Tannerem.  Reszta  personelu  pracowała  gdzie  indziej.  Nie  zauważony  wśliznąłem  się  do  kabiny 

Governa.  Znalazłem  jego  pistolet  tam,  gdzie  zawsze  go  chował,  w  szufladzie,  i  wsunąłem  do 

kieszeni. Otworzyłem wentylator, którego wylot znajdował się na korytarzu, po czym, upewniwszy 

się, że nikogo nie ma, wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. 

Nie  czekałem  długo.  Kilka  minut  później  dobiegł  mnie  narastający  stukot  butów 

magnetycznych na stalowej podłodze. Govern minął mnie, kierując się do swojej kabiny. Inżynier 

wydawał  się  najmniej  przejęty  ogólnym  nastrojem  niepokoju.  Usłyszałem  odgłos  zamykanych 

drzwi. Dałem mu trochę czasu, zanim ruszyłem do wentylatora tak cicho, jak tylko pozwalały mi 

na to magnetyczne podeszwy. 

Widziałem go całkiem wyraźnie. Zdjął buty, zasiadł przy niewielkim blacie przy ścianie i 

zajął się wpisywaniem sprawozdania do dziennika. Wsunąłem lufę pistoletu w otwór wentylatora. 

Palcami drugiej ręki zacząłem z cicha drapać w ścianę. Zależało mi na tym, żeby podszedł blisko: 

powinny zostać jakieś ślady oparzeń lub przynajmniej ślady prochu. 

Usłyszał  drapanie.  Podniósł  wzrok,  zaintrygowany  przechylił  głowę  i  nasłuchiwał. 

Drapałem dalej. Postanowił sprawdzić, co się dzieje. Odpiął pasy przytrzymujące jego nieważkie 

ciało  w  fotelu.  Nie  nakładając  magnetycznych  butów,  odepchnął  się  od  ściany  i  podpłynął  w 

powietrzu do wentylatora. Pozwoliłem mu zbliżyć się na niewielką odległość i wystrzeliłem. 

 

background image

Natychmiast  rozległ  się  łoskot  nadbiegających  stóp  i  alarmujące  okrzyki.  Wepchnąłem 

pistolet  za  koszulę  i  schowałem  się  za  róg.  Dopadłem  drzwi  kabiny  na  moment  przed  dwoma 

członkami załogi zbliżającymi się z przeciwka. Otworzyliśmy je na oścież i zajrzeliśmy do środka. 

Ugodzone pociskiem ciało Governa odpłynęło na środek pokoju. Wyglądało niesamowicie, wisząc 

krzyżem w powietrzu. 

- Sprowadźcie natychmiast kapitana! - krzyknąłem. 

Jeden z przybyłych rzucił się pędem z powrotem na korytarz. Ja tymczasem, znalazłszy się 

na moment między ciałem i drugim z nich, zdążyłem zacisnąć sztywne palce denata na rękojeści 

pistoletu.  Kilka  sekund  później  wszyscy  tłoczyli  się  przy  drzwiach  tak,  że  kapitan  musiał 

przeciskać  się  przez  tłum,  by  wejść  do  środka.  Obejrzał  ciało.  Widok  był  okropny.  Krew  nadal 

wypływała  z  rany  w  głowie,  lecz  nie  w  dół,  jak  na  Ziemi,  ale  na  boki,  tworząc  liczne  czerwone 

kule, które unosiły się w powietrzu wokół ciała. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  strzał  padł  z  bliska.  Kapitan  spojrzał  na  wyciągniętą  dłoń  z 

pistoletem. 

- Co tu zaszło?   

Nikt nie wiedział. 

- Byłem tu pierwszy - odezwałem się. - Tuż przed innymi. 

- Czy był ktoś z tobą, kiedy usłyszałeś wystrzał? 

- Nie. Szedłem właśnie korytarzem... 

- To prawda. Zobaczyliśmy, jak Gratz wybiega zza rogu. 

- Nie widziałeś nikogo innego? 

- Nie. 

-  Czy  ktoś  mógł  wymknąć  się  niepostrzeżenie  z  kabiny  między  strzałem  a  twoim 

przybyciem? 

- Niemożliwe. Musiałby natknąć się na mnie albo na nich... nawet gdyby miał czas opuścić 

pokój. 

-  Dobrze.  Pomóż  mi.  A  wy  -  zwrócił  się  do  ociągających  się  przy  drzwiach  czterech 

członków załogi - wracajcie natychmiast do swoich zajęć. 

Dwóch zbierało się do odejścia, ale mechanicy, Willis i Traill, nie ruszyli się z miejsca. 

- Nie słyszeliście? Odmaszerować! 

Wahali  się.  Nagle  Willis  wystąpił  krok  do  przodu  i  ku  zdumieniu  kapitana  zażądał 

zawrócenia “Nuntii” na Ziemię. 

- Człowieku, co ty wygadujesz? 

background image

- Panie kapitanie, wiem dobrze i Traill też, że coś tu śmierdzi. To niemożliwe, żeby ludzie 

ni stąd, ni zowąd odbierali sobie życie. Może to my będziemy następni. Zaciągając się na statek, 

byliśmy gotowi stawić czoło realnym, konkretnym niebezpieczeństwom. Ale nie przewidywaliśmy, 

że coś może nam pomieszać zmysły i skłonić do samobójstwa. To się nam nie podoba. Niech pan 

natychmiast zawróci “Nuntię”, kapitanie! 

-  Zachowujecie  się  jak  para  głupców!  Przecież  nie  możemy  zawrócić.  Myślicie,  że  to  jest 

łódź na wiosła? Co się z wami dzieje? 

Ich rozgorączkowane twarze wyrażały upór i determinację. Willis przemówił ponownie. 

-  Mamy  już  tego  dosyć.  Najpierw  tamci  dwaj,  teraz  ten.  Razem  trzech.  Kto  będzie 

następny? 

-  Wszyscy  chcielibyśmy  to  wiedzieć  -  znacząco  odpowiedział  kapitan.  -  Ale  dlaczego 

zależy wam na tym, żeby pojazd zawrócił? 

- Bo to jest zła wyprawa... przeklęta i pechowa. Nie mamy zamiaru zwariować, nawet jeżeli 

pan ma na to ochotę. I jeżeli nie zawróci pan “Nuntii”, zawrócimy ją sami. 

- Ach, więc o to  chodzi,  tak? Kto wam  za to  zapłaci?  -  wybuchnął  kapitan. Willis  i  Traill 

patrzyli oniemiali. 

- Odpowiadać! - ryczał kapitan. - Kto za tym stoi? Kto chce zniszczyć ten statek? 

Willis potrząsnął głową. 

-  Nikt  za  nami  nie  stoi!  Chcemy  się  po  prostu  stąd  wydostać,  zanim  zwariujemy  - 

powtórzył. 

- Twierdzicie, że oni zwariowali, co? - syknął kapitan z jadowitym uśmiechem. - Może tak, 

a może nie. Jeżeli nie, to wiem dobrze, co się z nimi stało. - Urwał. - Wydaje się wam, że jak mnie 

zastraszycie, to zawrócę statek, tak? O nie, nic z tego, parszywe szczury! Do roboty! Później się z 

wami rozprawię. 

 

Lecz  oni  nie  mieli  zamiaru  odejść.  Ruszyli  do  ataku.  Traill  zaczai  groźnie  wymachiwać 

kluczem. Wyrwałem pistolet z ręki nieboszczyka i wypaliłem prosto w czoło Trailla. To był celny 

strzał. Willis zawahał się, chciał się zatrzymać, ale jego też trafiłem. 

Kapitan  wpatrywał  się  w  trzymany  przeze  mnie  pistolet;  zaskoczony  błyskawiczną  akcją, 

nie  wiedział,  czy  dziękować  czy  zgromić  mnie  za  tak  pospieszny  wymiar  sprawiedliwości.  Nie 

było  wątpliwości,  że  ci  dwaj  podnieśli  bunt  i  że  przynajmniej  Traill  gotów  był  zabić.  Strong  i 

Denver,  którzy  zatrzymali  się  w  drzwiach,  patrzyli  w  osłupieniu.  “Nuntia”  wystartowała  z 

dziewięcioma mężczyznami na pokładzie. Teraz zostało ich czterech. 

background image

Kapitan milczał. Czekaliśmy, wpatrzeni w ciała kołyszące się jak dwie zjawy przykute do 

podłogi butami magnetycznymi. 

- Będzie nam ciężko we czterech - powiedział. - Ale damy radę, jeżeli zbierzemy wszystkie 

siły. Wy dwaj zajmiecie się maszynownią. Gratz, czy orientujesz się w nawigacji trójwymiarowej? 

- Nie bardzo. 

- No to musisz się nauczyć... I to szybko. 

Gdy  przez  śluzę  powietrzną  usunęliśmy  zwłoki  ze  statku,  kapitan  zaprowadził  mnie  do 

kabiny nawigacyjnej. Idąc, mruczał pod nosem sam do siebie: 

- Ciekawe, który to? Chyba Traill. Tak, to do niego podobne. 

- Pan coś mówił, panie kapitanie? 

- Zastanawiałem się, który z nich był mordercą. 

- Jak to mordercą? - zapytałem. 

- Owszem, Gratz, mordercą. Jestem o tym głęboko przekonany. Nie sądzisz chyba, że tamci 

zginęli śmiercią naturalną? 

- Tak to wyglądało. 

-  Inscenizacja  niezła,  ale  za  dużo  zbiegów  okoliczności.  Komuś  zależało  na  tym,  żeby 

przerwać podróż i wszystkich nas wykończyć. 

- Nie bardzo rozumiem, jak... 

-  Pomyśl  tylko,  człowieku!  -  przerwał  mi.  -  A  jeśli,  pomimo  naszych  starań,  tajemnica 

“Nuntii”  wydostała  się  na  zewnątrz?  Jest  parę  osób,  którym  mogłoby  zależeć  na  pokrzyżowaniu 

naszych planów. 

Muszę przyznać bez fałszywej skromności, że doskonale udałem zdziwienie. 

- Ma pan na myśli Metallic Industries? 

- Tak, ale nie tylko.  Nikt  nie wie, jaki będzie rezultat  tej wyprawy. Wiele osób  uważa, że 

świat w obecnym kształcie jest zupełnie znośny, i woleliby, żeby tak zostało. Mogli podsunąć nam 

właśnie jednego z takich ludzi. 

Pokręciłem głową z powątpiewaniem. 

- Nie  widzę w tym  większego sensu. To przecież czyste samobójstwo.  Nikt  nie potrafiłby 

przecież samodzielnie sprowadzić “Nuntii” na Ziemię. 

- W każdym razie jestem przekonany, że któryś z nich: Willis albo Traill, to wtyczka, której 

zadaniem było przeszkodzić w doprowadzeniu “Nuntii” do celu. 

Nie przyszło mu do głowy, że obaj po prostu wpadli w przerażenie, że chcieli tylko wrócić 

na Ziemię. Ale nie widziałem powodu, żeby go uświadamiać. 

background image

- W każdym razie najgorsze za nami - podsumował. - Rozprawiliśmy się z tym cholernym 

mordercą... Niestety, za cenę trzech porządnych, uczciwych ludzi. 

Wyjął z szuflady mapy. 

- No, Gratz, teraz trzeba się zabrać za tę nawigację. Nie wiadomo, czy wkrótce nasze życie 

nie będzie zależało od ciebie. 

- Rzeczywiście: kto wie? - przyznałem. 

 

Dwa  tygodnie  później  dziób  “Nuntii”  zagłębił  się  w  warstwie  chmur,  które  sprawiały,  że 

powierzchnia  Wenus  była  dotąd  tylko  tematem  rozmaitych  przypuszczeń.  Po  kilku  okrążeniach 

planety  kapitan  Tanner  zdołał  zredukować  zawrotny  pęd  rakiety  do  prędkości  operacyjnej. 

Pobrawszy  próbkę  atmosfery,  której  skład  okazał  się  niemal  identyczny  ze  składem  atmosfery 

ziemskiej, zająłem miejsce obok niego, dzięki czemu nauczyłem się kierować lotem statku. 

Widok za oknami przesłaniały gęste chmury, toteż poruszaliśmy się z prędkością niewiele 

ponad dwieście mil na godzinę. Mimo wysunięcia przedłużonych skrzydeł konieczne okazało się 

wsparcie rakietami pionowymi. Kapitan ostrożnie schodził w dół długim skosem. Oznajmił, iż ten 

etap  wyprawy  będzie  dla  nas  najpoważniejszą  próbą  nerwów.  Nie  znaliśmy  odległości  między 

pułapem chmur a powierzchnią planety: kapitan mógł liczyć jedynie na szczęśliwe zrządzenie losu, 

które uchroni pojazd przed przyczajonymi gdzieś na trasie skałami. 

Siedział w napięciu przy pulpicie sterowniczym, wpatrzony w nieprzejrzane mgły, gotów w 

każdej chwili zmienić kurs, chociaż obaj wiedzieliśmy, że gdy zauważymy przeszkodę, będzie już 

za  późno.  Zdawało  się,  że  tych  kilka  minut,  jakie  spędziliśmy  w  chmurach,  ciągną  się  w 

nieskończoność.  Skoncentrowałem  wszystkie  zmysły  do  granic  wytrzymałości.  Gdy  zdawało  mi 

się,  że  nie  wytrzymam  ani  chwili  dłużej,  mgła  przerzedziła  się  i  wkrótce  pozostała  za  nami. 

Sunęliśmy już ponad odsłoniętą powierzchnią planety Wenus. 

Nie  był  to  jednak  krajobraz  we  właściwym  tego  słowa  znaczeniu,  bowiem  jak  okiem 

sięgnąć  rozciągało  się  morze:  szare  i  przygnębiające  pustkowie.  Nawet  uczucie  ulgi,  którego 

doznaliśmy,  nie  łagodziło  brzydoty  tego  widoku.  Grube  strugi  deszczu  siekły  wzburzone  wody  i 

chłostały szyby naszego statku. Chmury koloru ołowiu, nasiąknięte wilgocią, wisiały nad nami jak 

olbrzymie  napęczniałe  gąbki,  gotowe  lada  moment  zmazać  wszystko  do  czysta.  Nie  widać  było 

nigdzie  żadnej  ciemniejszej  linii  obiecującej  ląd;  tylko  zataczająca  wodnisty  krąg,  l  /o  ledwie 

widoczna poprzez strumienie deszczu linia horyzontu. 

Kapitan  wyrównał  lot  pojazdu,  prowadząc  go  prosto  przed  siebie  na  wysokości  kilkuset 

stóp  nad  powierzchnią  planety.  Nie  pozostawało  nam  nic  innego,  jak  lecieć  dalej,  w  nadziei,  że 

dotrzemy w końcu do jakiegoś lądu. Mijały godziny, lecz sądząc po ukształtowaniu powierzchni, 

background image

można by pomyśleć, że wisimy nieruchomo w miejscu. Zdaliśmy się całkowicie na łaskawość losu. 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  obraliśmy  bezwiednie  kurs,  na  którym  morze  ciągnęło  się 

tysiącami  mil.  Deszcz,  ogrom  oceanu  i  reakcja  organizmu  na  długą  podróż  w  przestworzach 

wywołały w nas uczucie przygnębienia. Zastanawialiśmy się, czy Wenus nie jest przypadkiem kulą 

złożoną tylko z wody i chmur. 

Na  koniec  dostrzegłem  wreszcie  ciemny  punkcik  z  prawej  strony  widnokręgu.  Z  powodu 

słabej widoczności nie byłem pewny, czy nie ulegam jakiemuś złudzeniu, i bylibyśmy go minęli, 

gdybym  nie  zwrócił  nań  uwagi  kapitana,  który  bez  wahania  skierował  pojazd  w  tamtą  stronę. 

Wpatrywaliśmy się obaj z niepokojem w powiększającą się kropkę. 

Po  pewnym  czasie  mogliśmy  już  rozpoznać  niewysokie  wzgórze,  wznoszące  się  na 

niewielkiej  wysepce  o  powierzchni  pięciu  czy  sześciu  mil  kwadratowych.  Nie  było  to  idealne 

miejsce do lądowania, lecz kapitan już podjął decyzję. Mieliśmy dosyć zamknięcia i ciasnoty: kilka 

dni odpoczynku i ruchu na powietrzu powinno wpłynąć korzystnie na nasze samopoczucie. 

Nie ma sensu, by Ziemianin opisywał Wenus Wenusjanom. Są jednak pewne zaskakujące 

różnice  między  obszarem  Takonu  i  ową  wyspą,  na  której  wylądowaliśmy.  Poza  tym  warunki 

panujące  w  rozmaitych  zwiedzanych  przeze  mnie  regionach  waszej  planety  także  różnią  się  od 

tutejszych.  Nie  znam  współrzędnych  geograficznych  tych  miejsc,  lecz  myślę,  że  skoro  są  tak 

odmienne,  to  muszą  leżeć  daleko  stąd.  Nad  wyspą  stale  wisiała  na  przykład  warstwa  ciężkich 

chmur i nigdy nie świeciło tam słońce. Mimo to panował na niej upał, a deszcz, który padał prawie 

bez przerwy, był ciepły. 

Z kolei  klimat Takonu przypomina ziemską strefę umiarkowaną:  przelotne zachmurzenia, 

przelotne deszcze i niezbyt męcząca temperatura. Kiedy patrzę na wasze rośliny i drzewa, aż trudno 

mi  uwierzyć, iż rozwijają się na  glebie tej samej planety,  co niezwykła dżungla zarastająca tamtą 

wyspę.  Nie  znam  się  na  botanice,  mogę  więc  jedynie  powiedzieć,  że  zaskoczyły  mnie  ogromne 

ilości paproci i palm, przy niemal całkowitym braku drzew liściastych. 

background image

Rozdział IV DOLINA CISZY 

 

 

Przez  dwa  dni  zajmowaliśmy  się  drobnymi  naprawami  i  niezbędnymi  pracami 

konserwacyjnymi. Czasem robiliśmy krótkie wypady badawcze, które nie należały wprawdzie do 

przyjemności  z  powodu  nieustającego  deszczu,  ale  spełniały  pożyteczną  rolę  zaprawy  fizycznej, 

podnoszącej  morale  załogi.  Gdy  trzeciego  dnia  kapitan  zaproponował  wejście  na  szczyt 

środkowego  wzgórza,  przyjęliśmy  tę  propozycję  bez  wahania.  Mieliśmy  zabrać  broń,  bo  chociaż 

zwierzęta, jakie dotąd spotykaliśmy, okazały się płochliwe, nie wiedzieliśmy, co dzieje się w głębi 

lasu dzielącego wzgórza od plaży, na której spoczęła “Nuntia”. 

Wyruszyliśmy o świcie. Byliśmy półnadzy: upał wykluczał użycie ciężkich kombinezonów 

przeciwdeszczowych, więc postanowiliśmy, że im mniej odzieży, tym lepiej. Zwłaszcza że czekał 

nas  spory  w  tym  klimacie  wysiłek  wnoszenia  pod  górę  broni  i  plecaków  z  zapasami  żywności. 

Kapitan  pchnął  drzwi  zewnętrzne  i  wyprowadził  nas  na  deszcz.  Stąpaliśmy  ciężko  po  plaży. 

Ledwie jednak przedarliśmy się przez pierwsze zarośla dżungli, coś sobie przypomniałem. 

- Cholera! - krzyknąłem ze złością, zatrzymując się gwałtownie. 

- Co się stało? - zapytał kapitan. 

- Amunicja - powiedziałem. - Zapomniałem zabrać amunicję. 

- Jesteś pewien? 

Zrzuciłem  plecak,  przejrzałem  jego  zawartość,  ale  nie  znalazłem  pudełka  naboi,  które 

kapitan wręczył mi przed wyjściem. Dla zmniejszenia obciążenia każdy z nas otrzymał tylko kilka 

magazynków. Nie spodziewałem się, by w tych warunkach moi towarzysze chcieli podzielić się ze 

mną swoim przydziałem. Miałem tylko jedno wyjście. 

- Wrócę po nie. To nie potrwa długo - zapewniłem. 

Kapitan  zgodził  się  niechętnie.  Nie  znosił  maruderów,  lecz  nie  mógł  osłabiać  grupy, 

zabierając  nie  uzbrojonego  człowieka  w  tak  niebezpieczną  wyprawę.  Ruszyłem  biegiem  z 

powrotem  do  “Nuntii”,  potykając  się  w  piasku  i  żwirze.  Otworzyłem  drzwi  śluzy  powietrznej  i 

obejrzałem się. Trzy sylwetki rysowały się niewyraźnie na tle lasu. Stali pod drzewami i patrzyli na 

mnie. 

Wskoczyłem  do  środka,  zrzuciłem  plecak  i  broń.  Najpierw  wpadłem  do  maszynowni  i 

odkręciłem zawory paliwa, a potem do kabiny nawigacyjnej, gdzie pospiesznie ustawiłem stery tak, 

jak  pokazywał  mi  kapitan.  Szarpnąłem  zapłon.  Zawiesiwszy  dłoń  nad  pierwszym  rzędem 

przycisków do odpalania, raz jeszcze wyjrzałem przez okno. 

background image

Kapitan  pędził  przez  plażę,  tuż za  nim  pozostali.  Nie  wiem,  jak  odgadł,  że  dzieje  się  coś 

złego.  Być  może  dostrzegł  mnie  w  kabinie  przez  lornetkę.  W  każdym  razie  potraktował  sprawę 

poważnie.  Gdy  zniknął  z  pola  widzenia,  włączyłem  przyciski.  “Nuntia”  zadrżała,  szarpnęła  i 

zaczęła z wolna sunąć przed siebie przez piach. 

Dwie sylwetki wymachiwały rozpaczliwie karabinami. Nie wiedziałem, czy kapitan zdążył 

dostać  się  na  pokład.  Skierowałem  wznoszący  się  pojazd  nad  powierzchnię  morza.  Jeszcze  raz 

obejrzałem się akurat w porę, by zobaczyć, jak tamci biegną ku czemuś, co leży skulone na piasku, 

przystają  i  podnoszą  głowy  do  góry.  Zaczęli  wygrażać  dziko  bezsilnymi  pięściami  w  kierunku 

oddalającej się “Nuntii”. 

Po  kilku  godzinach  lotu  ogarnął  mnie  niepokój.  Przecież  musi  być  jakiś  inny  ląd  na  tej 

planecie. Dlaczego jeszcze go nie dostrzegłem? Obym tylko nie musiał wodować “Nuntii”. Jeżeli 

w  ogóle  przeżyłbym  taką  operację,  byłbym  niechybnie  skazany  na  śmierć  głodową.  Nie  był  to 

pojazd dla jednoosobowej załogi. W celu ograniczenia masy wiele czynności, które z powodzeniem 

można  było  zautomatyzować,  pozostawiono  sterowaniu  ręcznemu,  wychodząc  z  założenia,  iż  w 

maszynowni zawsze znajdzie się dwóch czy trzech ludzi. 

Wskaźnik  ciśnienia  paliwa  opadał  już  niebezpiecznie,  lecz  stery  wymagały  nieustannej 

uwagi, toteż nie mogłem przejść na rufę, żeby włączyć pompy ciśnieniowe. Zastanawiałem się nad 

możliwością unieruchomienia drążków sterowniczych na tyle, bym zdążył obrócić do maszynowni 

i z powrotem. Nie wymyśliłem jednak żadnego sposobu i musiałem zrezygnować z tego pomysłu. 

Pozostawało mi jedynie czekać w nadziei, że ląd pojawi się, nim będzie za późno. 

I  rzeczywiście:  niebawem  się  ukazał.  Niegościnna,  kamienista  plaża,  chociaż  tuż  za  linią 

niedostępnych ostrych skal rozciągała się gęsta dżungla. Nie było tu miejsca równie dogodnego do 

lądowania jak na wyspie. Woda kłębiła się i pieniła u stóp skał, wysokie fale waliły z ociężałym i 

daremnym  uporem  w  potężne,  niewzruszone  kamienne  ściany.  Tu  nie  miałem  żadnych  szans... 

Wyżej ciągnęła się dżungla aż po horyzont, falując nieprzerwaną masą wierzchołków drzew. Może 

gdzieś dalej, ale gdzie? 

Parę mil od brzegu “Nuntia” zadecydowała sama. Silniki zakrztusiły się i umilkły. Nawet 

nie  próbowałem  schodzić  ślizgiem.  Rzuciłem  się  tylko  do  jednego  z  amortyzowanych  hamaków 

przeciwprzyspieszeniowych w nadziei, że wytrzyma uderzenie. 

A  jednak  wyszedłem  z  tego  obronną  ręką.  Kiedy  oglądałem  wrak  “Nuntii”  po  upadku  - 

oberwane skrzydła, dziób zgnieciony jak kawałek cynfolii, kadłub rozdarty na pół - nie mogłem się 

nadziwić, że udało mi się przeżyć z kilkoma zaledwie siniakami, nabitymi dopiero po zerwaniu się 

hamaka.  Co  się  zaś  tyczy  mojej  przyszłości,  to  jedno  było  pewne:  dla  “Nuntii”  latanie  się 

background image

skończyło.  Wykonałem  zatem  w  pełni  zlecenie  Metallic  Industries:  na  próżno  teleskopy  IC 

wypatrywać będą co noc statku, który już nigdy nie powróci. 

Wbrew temu, co nakazywałoby moje położenie - a może dlatego, iż nie w pełni oceniałem 

sytuację - przepełniony byłem dziką radością. Wymierzyłem oto pierwszy cios zemsty tym, którzy 

doprowadzili moją rodzinę do skrajnej nędzy... Żałowałem jedynie, iż nie mogą wiedzieć, że to ja 

pokrzyżowałem ich plany, a nie los. 

Nie  sądzę,  by  mogła  was  zainteresować  szczegółowa  relacja  na  temat  moich  poczynań  w 

ciągu następnych kilku tygodni. Nie zdarzyło się nic niezwykłego: przystosowałem wrak “Nuntii” 

do  zamieszkania,  opanowałem  sposoby  obrony  przed  większymi  drapieżnikami,  podejmowałem 

pierwsze ostrożne wyprawy myśliwskie i poszukiwania roślin jadalnych - każdy zrobiłby to samo. 

Były to działania prowizoryczne i tymczasowe w celu zapewnienia sobie podstawowych wygód, do 

czasu przybycia statku Metallic Industries, który zabierze mnie z powrotem na Ziemię.   

I  tak  przez  pół  roku  -  zgodnie  z  chronometrami  Nuntii  -  próżnowałem  wałęsając  się  po 

dżungli  i  chociaż  nieraz  przyszło  mi  do  głowy,  że  Wenus  to  chyba  nie  najlepsza  posiadłość, 

traktowałem  swoje  otoczenie  z  obiektywną  bezstronnością,  jako  atrakcyjny  temat  do  przyszłych 

rozmów  po  powrocie  do  domu.  Właśnie  określenie:  “po  powrocie  do  domu”,  towarzyszące 

wszystkim  moim  myślom,  stanowiło  barierę,    która  bezustannie  dzieliła  mnie  od  toczącego  się 

wokół  życia.  Dopóki  bariera  pozostawała  nienaruszona,  planeta  mogła  mnie  osaczać,  lecz  nie 

mogła mnie skazić. 

Pod koniec szóstego  miesiąca poczułem, że czas mojego wygnania dobiega końca. Statek 

MI powinien już być na ukończeniu. Niebawem pomknie w przestrzeń kosmiczną tropem “Nuntii”. 

Czekałem jeszcze prawie miesiąc, widząc oczyma duszy, jak pędzi ku mnie przez rozgwieżdżone 

przestworza. Nastąpił już czas, by przygotować sygnalizację. Ustawiłem główny reflektor pionowo 

do góry, aby silnym strumieniem światła przebił wiszącą nisko warstwę chmur. Co wieczór, tuż po 

zmroku, włączałem go na całą noc, aż do świtu. 

Przez  pierwszych  kilka  nocy  przeświadczenie,  iż  statek  krąży  gdzieś  w  pobliżu,  nie 

pozwalało  mi  zmrużyć  oka.  Leżałem  na  wznak,  wpatrując  się  w  posępne  niebo  w  poszukiwaniu 

błysku  dyszy  rakiet  nośnych  i  wytężałem  słuch,  próbując  usłyszeć  ich  łoskot.  Ten  etap  nie  trwał 

jednak długo. Pocieszałem się rozsądną myślą, że ich poszukiwania mogą ciągnąć się parę tygodni. 

Pomimo to czuwałem także w ciągu dnia, gotów w każdej chwili odpalić rakiety dymne na odgłos 

pojazdu... 

 

Po  czterech  miesiącach  wysiadły  akumulatory.  Aż  dziwne,  że  pracowały  tak  długo.  W 

miarę  jak  spadało  w  nich  napięcie,  topniały  też  moje  nadzieje.  Dżungla  zdawała  się  podpełzać 

background image

coraz bliżej, krusząc mur mego niewzruszonego dotąd spokoju. Przez kilka nocy po wygaśnięciu 

żarówek reflektora wysiadywałem jeszcze w ciemnościach, wysyłając raz po raz w milczące niebo 

rakiety alarmowe. Dopiero gdy wystrzeliłem ostatnią, zrozumiałem, co zaszło. 

Nie  wiem,  dlaczego  nie  pomyślałem  o  tym  wcześniej.  W  każdym  razie  teraz  doznałem 

olśnienia:  firma  Metallic  Industries  oszukała  mnie,  tak  jak  International  Chemicals  oszukała 

mojego ojca. Nie zbudowali ani nigdy nie zamierzali zbudować żadnego pojazdu kosmicznego. Po 

co, skoro IC straciło swój? 

Nabrałem  przekonania,  że  taka  właśnie  decyzja  zapadła  w  siedzibie  zarządu  po  moim 

wyjściu.  Nie  zamierzali  mnie  więcej  oglądać.  Teraz  już  wiem,  że  byłoby  to  dla  nich  zarówno 

kosztowne,  jak  i  niebezpieczne.  Nie  tylko  musieliby  bowiem  zapłacić  mi  moją  należność,  ale 

jeszcze naraziliby się na szantaż. Tak czy inaczej, moje zniknięcie po wykonaniu    zadania było im 

na rękę. A gdzie można zniknąć skuteczniej niż na obcej planecie? Podłe świnie! 

Oto ziemskie sposoby; oto honor wielkich firm. Obyście nie musieli przekonywać się o tym 

na własnej skórze, wchodząc z nimi w układy. Najpierw wykorzystają was, a potem zniszczą... 

Przez  kilka  dni  po  tym  odkryciu  byłem  bliski  szaleństwa.  Wściekłość  na  zdrajców, 

obrzydzenie  do  własnej  naiwności,  potworne  poczucie  samotności,  przede  wszystkim  zaś 

nieustanny szum deszczu, który prawie nie przestawał padać - wszystko to doprowadzało mnie do 

samobójczego obłędu. 

W  końcu  jednak  właściwa  mej  rasie  umiejętność  przystosowania  się  wzięła  górę  nad 

załamaniem.  Zacząłem  polować  i  odżywiać  się  tym,  czego  obficie  dostarczała  mi  okolica. 

Przeżyłem  dwa  ataki  febry,  a  po  wyczerpaniu  zapasów,  kiedy  trudno  było  o  zwierzynę, 

przymierałem głodem. Za jedyne towarzystwo miałem parę oswojonych sześcionożnych stworzeń 

pokrytych srebrzystym futrem. Znalazłem je pewnego dnia porzucone i piszczące z głodu w czymś, 

co  przypominało  duże  gniazdo.  Zabrałem  je  do  “Nuntii”  i  nakarmiłem.  Okazały  się  całkiem 

przyjazne.  Z  biegiem  czasu  zauważyłem,  że  przejawiają  zaskakującą  inteligencję.  Nazwałem  je 

Mickey i Minnie - na cześć bohaterów pewnego ziemskiego filmu - a one bardzo szybko nauczyły 

się reagować na te imiona. 

Zbliżam  się teraz do ostatniego i  najdziwniejszego epizodu, którego, muszę przyznać, nie 

rozumiem do tej pory. Wydarzyło się to kilkanaście lat po wylądowaniu “Nuntii”. Podczas pewnej 

wyprawy aprowizacyjnej dotarliśmy z Mickeyem i Minnie do krainy zupełnie mi nie znanej. Brak 

zapasów  i  postanowienie,  żeby  nie  wracać  z  pustymi  rękami,  pchnęły  mnie  tym  razem  dalej  niż 

zazwyczaj. 

Znaleźliśmy  się  u  wejścia  do  jakiejś  doliny.  Mickey  i  Minnie  zatrzymały  się.  Żadnym 

sposobem nie mogłem nakłonić ich do dalszej wędrówki. Co więcej, gdy ruszyłem sam, próbowały 

background image

mnie powstrzymać czepiając się moich nóg przednimi łapami. Dolina wydawała mi się idealnym 

miejscem  dla  zwierzyny  łownej,  więc  odtrąciłem  je  zniecierpliwiony.  Patrząc,  jak  odchodzę, 

Mickey i Minnie rżały żałośnie, ale nie odważyły się iść za mną. 

Przez  pierwsze  ćwierć  mili  nie  zauważyłem  nic  niezwykłego.  Wkrótce  Io4  jednak 

przeżyłem nieprzyjemny szok. Tuż przede mną, ponad drzewami, pojawił się olbrzymi łeb, który 

patrzył  wprost  na  mnie.  Nigdy  przedtem  nie  widziałem  czegoś  podobnego,  ale  przypominało  to 

ogromnego  przedpotopowego  gada,  na  przykład  tyranozaura.  Mimo  że  widok  był  przerażający, 

czułem  nieodpartą  ciekawość.  Niepodobna  przecież,  by  Wenus  wciąż  znajdowała  się  na  etapie 

wielkich gadów. A nawet jeżeli tak jest, to przebywając tu tak długo, powinienem był natknąć się 

na nie wcześniej. 

Łeb potwora tkwił nieruchomo nad wierzchołkami drzew. Nie wydał żadnego odgłosu. Gdy 

opuściła mnie pierwsza fala strachu, zrozumiałem, że mnie nie zauważył. Ukryłem się i zacząłem 

go ostrożnie podchodzić. Dolina zdawała się pogrążona w ciszy, mimo szumu deszczu, do którego 

tak  się  przyzwyczaiłem,  że  moje  uszy  zupełnie  go  nie  rejestrowały.  Przeszedłem  około  dwustu 

jardów  i  znalazłem  się  w  polu  widzenia  olbrzyma.  Wziąłem  na  muszkę  jego  prawe  oko  i 

zaryzykowałem strzał. 

Nic nie nastąpiło. Tylko echo przewalało się z łoskotem po dolinie. Zwierzę nie wykonało 

żadnego  ruchu.  Zirytowała  mnie  niezwykłość  tego  zjawiska.  Chwyciłem  lornetkę.  Tak!  Trafiłem 

potwora w prawe oko, lecz... Dziwna sprawa. Nie podobała mi się ta dolina. Zmusiłem się jednak, 

by podejść bliżej. W powietrzu unosiła się jakaś nieznana woń, dość przyjemna, choć mdława. 

Przystanąłem  w  niewielkiej  odległości  od  potwora.  Nawet  nie  drgnął.  Raptem,  tuż  za 

plecami, spostrzegłem innego gada. Był mniejszy, przypominał trochę jaszczurkę, lecz miał ostre 

zęby i pazury. Na ich widok oblałem się potem. Przyklęknąłem na jedno kolano i złożyłem się do 

strzału.  Poczułem  dziwny  zawrót  głowy.  Wydawało  mi  się,  że  wszystko  wokół  kołysze  się, 

włącznie z lufą mojej strzelby. Jakaś mgła przesłoniła mi wzrok. Czułem, że upadam... Spadałem 

chyba bardzo długo... 

A gdy przyszedłem do siebie, ujrzałem przed sobą pręty klatki...” 

 

Dagul przerwał lekturę. Resztę już znał.   

- Jak sądzisz, kiedy to się stało? - zapytał. Goin wzruszył ramionami. 

- Bóg raczy wiedzieć. Bardzo dawno temu. To ciągłe zachmurzenie... I twierdzi, że oswoił 

naszych dwóch prymitywnych przodków? Miliony lat...   

background image

- Ostrzega nas także przed Ziemią. - Dagul uśmiechnął się. - No cóż, czeka go niemiły szok. 

Ostatni  przedstawiciel  rasy  Ziemian...  Chociaż,  jeśli  dać  wiarę  jego  słowom,  rasy  niezbyt 

wartościowej. Kiedy mu powiesz? 

-  Ponieważ  i  tak  sam  doszedłby  do  tego,  pomyślałem,  że  zrobię  to  dziś  wieczorem. 

Załatwiłem mu przepustkę do obserwatorium. 

- Chętnie będę wam towarzyszył, jeżeli nie masz nic przeciwko temu. 

- Ależ oczywiście, że nie. Bardzo proszę. 

 

Wspinali  się  we  trzech  na  wzgórze,  gdzie  mieściło  się  obserwatorium.  Przez  całą  drogę 

Gratz mozolił się z obcymi mu sylabami, wciąż próbując ich przekonać o przewrotności Ziemian i 

podłych  praktykach  koncernów.  Z  ulgą  przyjął  zapewnienie,  że  do  żadnych  negocjacji  między 

planetami nie dojdzie. 

-  Po  co  tu  przyszliśmy?  -  zapytał,  gdy  znaleźli  się  w  obserwatorium,  a  asystent  nastawiał 

wielki teleskop zgodnie z poleceniem Goina. 

- Chcemy ci pokazać twoją planetę - oświadczył Dagul. 

Po pokonaniu pewnych trudności, wynikających z różnicy w budowie oka Takończyków i 

Ziemian,  Gratz  ujrzał  przed  sobą  dużą  lśniącą  tarczę.  Po  chwili  oderwał  wzrok  od  teleskopu  i 

zwrócił się do swych towarzyszy z lekkim uśmieszkiem na twarzy. 

- Zaszła chyba jakaś pomyłka. To przecież Księżyc. 

- Nie. To Ziemia - zapewnił Goin. 

Gratz  spojrzał  ponownie  na  zrytą  i  poznaczoną  otworami  kraterów  powierzchnię  planety. 

Wpatrywał  się  długo  bez  słowa.  Wyglądała  jak  Księżyc,  a  jednak...  Pomimo  kraterów,  pomimo 

pustki  rzeczywiście  istniały  pewne  podobieństwa.  Ślad  połączonych  kontynentów  amerykańskich 

ciągnący  się  od  bieguna  do  bieguna,  wybrzuszenie,  które  mogło  być  wybrzeżem  Afryki 

Zachodniej. Patrzył nadal bez słowa. W końcu odsunął się od teleskopu i zwrócił do Takończyków: 

- Kiedy to się stało? - zapytał. 

- Kilka milionów lat temu. 

- Jak to? Nie rozumiem. Przecież dopiero wczoraj... 

Goin  zaczął  wyjaśniać,  lecz  Gratz  niczego  nie  słyszał.  Wyszedł  z  budynku  jak  we  śnie. 

Przed oczami miał Ziemię taką jak kiedyś: bujną i piękną, wbrew wszystkim działaniom człowieka, 

które zadawały jej ból. A teraz jest martwą grudką kosmicznego popiołu... 

Zatrzymał się na skraju wypłaszczenia szczytu, na którym wysoko nad Takonem wznosiło 

się obserwatorium. Spojrzał przed siebie ponad widniejącym w dole obcym miastem, ponad obcym 

światem, ku jednemu z jaśniejących punktów międzygwiezdnej przestrzeni. Ziemia, która dała mu 

background image

życie,  nie  żyje...  Patrzył  na  nią  długo  i  w  milczeniu.  A  potem  zrobił  krok  przed  siebie,  pewny  i 

zdecydowany, ponad krawędzią skały...