background image

John Wyndham

KUKUŁCZE JAJA Z MIDWICH

Przekład: REMIGIUSZ MARKOM

SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ I

Rozdział I

Nie ma wjazdu do Midwich.....................9

Rozdział II

W Midwich panuje spokój .....................13

Rozdział III

Midwich wypoczywa.........................18

Rozdział IV

Operacja Midwich ..........................21

Rozdział V

Midwich wraca do życia.......................31

Rozdział VI

Życie w Midwich stabilizuje się...................34

Rozdział VII

Dalsze wypadki ...........................40

Rozdział VIII

Narady ................................44

Rozdział IX

Utrzymać tajemnicę .........................48

Rozdział X

Porozumienie.............................54

Rozdział XI

Brawo, Midwich ...........................61

Rozdział XII

Dożynki ...............................66

Rozdział XIII

Powroty................................69

Rozdział XIV

Nowe zagadnienia ..........................75

Rozdział XV

Adam i Ewa .............................84

CZĘŚĆ II

Rozdział XVI

Jest nas teraz dziewięcioro .....................93

Rozdział XVII

Midwich protestuje .........................110

Rozdział XVIII

Przesłuchanie ............................117

Rozdział XIX

Impas ................................135

Rozdział XX

Ultimatum .............................146

Rozdział XXI

Wielki Zellaby ...........................153

CZĘŚĆ I

Rozdział I

Nie ma wjazdu do Midwich

Jednym z najszczęśliwszych przypadków w życiu mojej żony było to, że wyszła za 

mąż za mężczyznę, który urodził się 26 września. Gdyby nie to, na pewno noc z 26 

na 27 spędzilibyśmy w domu, w Midwich, co pociągnęłoby za sobą groźne 

konsekwencje.

Ponieważ były to moje urodziny, w dodatku w przeddzień otrzymałem do podpisu 

kontrakt z amerykańskim wydawcą, rankiem 26 wyjechaliśmy do Londynu, aby uczcić 

obie te okazje. Wycieczka była bardzo udana, homar i Chablin w restauracji, 

background image

potem teatr, kolacyjka i powrót do hotelu, gdzie Janet mogła się nacieszyć 

komfortem nowoczesnej łazienki.

Nazajutrz rano bez pośpiechu wyruszyliśmy w powrotną drogę do Midwich. Krótki 

postój na zakupy w Trayne, następnie przejechaliśmy przez miasteczko Stouch, 

potem skręciliśmy w prawo i boczną szosą prosto do... ale nie! Szosa zagrodzona 

była szlabanem, z którego zwisał napis: DROGA ZAMKNIĘTA, a obok stał policjant z 

podniesioną ręką.

Zatrzymzałem samochód; policjant zbliżył się; poznałem go, był z Trayne.

— Bardzo mi przykro, ale nie ma przejazdu! — oznajmił.

— To znaczy, że muszę pojechać przez Oppley Road?

— Niestety tamta szosa też jest zamknięta.

— Ależ...

Za nami rozległ się klakson.

— Zechce pan zjechać trochę w lewo!

Ze zdziwieniem spełniłem to polecenie i spostrzegłem, że minęła nas trzytonowa 

wojskowa ciężarówka, pełna młodych ludzi w mundurach khaki.

— Czyżby rewolucja w Midwich? — spytałem.

— Manewry — odpowiedział policjant — droga jest nieprzejezdna.

— Ale chyba nie obie drogi? My mieszkamy w Midwich.

— Wiem proszę pana. Ale chwilowo nie ma wjazdu. Na pana miejscu wróciłbym do 

Trayne i zaczekał tam aż otworzymy drogę. Bo tu oczywiście nie może pan 

parkować.

Janet otworzyła drzwi i wzięła torbę z zakupami.

— Pójdę pieszo — oświadczyła — a ty przyjedziesz, gdy to będzie możliwe.

Policjant zawahał się, po czym zniżając głos, powiedział:

— Ponieważ pani tu mieszka, powiem pani, ale to jest poufne. Nie ma co próbować; 

nikt nie może dostać się do Midwich; To fakt!

Patrzyliśmy na siebie ze zdumieniem.

— Ale dlaczego? — zapytała Janet. — Co się stało?

— Po to tu właśnie jestem, aby dowiedzieć się, proszę pani.

Jeśli pojadą państwo teraz „Pod Orła", do Trayne, dopilnuję, aby zawiadomiono 

was, skoro tylko otworzy się drogę. Janet i ja popatrzyliśmy na siebie.

— To wszystko jest bardzo dziwne — rzekła moja żona — ale skoro pan jest pewien, 

że nie można przejechać...

— Absolutnie pewien, proszę pani! Poza tym, taki mam rozkaz. Zawiadomimy 

państwa, gdy tylko będzie można przejechać.

Nie miało sensu sprzeciwiać się. Policjant spełniał jedynie swój obowiązek i w 

dodatku najuprzejmiej jak umiał.

— Dobrze — powiedziałem. — Nazywam się Gayford, Richard Gayford. Będę oczekiwał 

wiadomości „Pod Orłem".

Cofnąłem samochód i ruszyliśmy z powrotem tą samą drogą. Za miasteczkiem Stouch 

zjechałem w pole.

— To wszystko wydaje mi się bardzo podejrzane — rzekłem. — Chodźmy na przełaj, 

zobaczymy co się dzieje, dobrze?

— Doskonale! — zgodziła się Janet. — Ten policjant też wydał mi się jakiś 

dziwny.

Nasze zaskoczenie było tym większe, że Midwich słynęło w okolicy jako 

miejscowość, gdzie nic się nie dzieje. Mieszkając tam już od roku, Janet i ja 

uważaliśmy tę opinię za w pełni uzasadnioną.

Dlaczego właśnie Midwich, a nie którekolwiek inne spośród tysiąca podobnych 

miasteczek stało się widownią wydarzenia z dnia 26 września, to pozostanie chyba 

na zawsze tajemnicą.

Przyjrzyjmy się tej miejscowości.

Midwich położone było około 12 kilometrów na zachód od Trayne. Główna szosa 

łączyła Trayne z dwoma sąsiednimi miasteczkami, Oppley i Stouch, z których 

boczne drogi odchodziły do Midwich.

W sercu Midwich zieleniły się trójkątne Błonia, z kilku wiązami i stawem 

pośrodku. Był tu pomnik ofiar wojny, dalej kościół, plebania, gospoda, kuźnia, 

poczta, sklep pani Welt i szereg niewielkich prywatnych willi, oraz 

kilkadziesiąt starych kamieniczek czynszowych, a także ratusz i dworek, Kyle 

Manor. Reprezentowane tu były wszystkie style architektury angielskiej od 

panowania Elżbiety I do Elżbiety II, przy czym najnowocześniejsze były dwa 

skrzydła dobudowane przez Ministerstwo, które przejęło dawną tutejszą siedzibę 

background image

Kółek Rolniczych i zorganizowało tam ośrodek badań naukowych.

W Midwich nie było dworca kolejowego, ani zajezdni autobusów. Miasteczko nie 

posiadało żadnych bogactw mineralnych, nikomu nie przyszło do głowy, że można by 

zbudować tu lotnisko lub wykorzystać ten teren jako poligon. Otwarcie rządowego 

ośrodka naukowego nie wywarło wpływu na życie mieszkańców miasteczka, którzy 

bytowali sobie w tym arkadyjskim zakątku od wielu pokoleń, i aż do 26 września 

można by sądzić, że nic się tu nie zmieni w ciągu następnego tysiąclecia.

Nie znaczy to, że Midwich nie może się poszczycić żadnym spektakularnym 

wydarzeniem na przestrzeni całej historii. W roku 1768 młodziutka Polly Parker 

zastrzeliła na progu gospody „Pod Kosą i Kamieniem" rozbójnika, Czarnego Neda, i 

— choć uczyniła to raczej z powodów osobistych, niż dla ochrony bezpieczeństwa 

publicznego — stała się bohaterką licznych ballad swojego stulecia. Tutejszy 

kościół posłużył za stajnię dla koni Cromwella, a ruiny miejscowego opactwa 

natchnęły poetę Wordswortha do napisania wspaniałego sonetu. W roku 1916 jakiś 

zbłąkany zeppelin zrzucił tu na zaorane pole bombę, która na szczęście nie 

wybuchła, ale poza tymi nielicznymi epizodami, życie płynęło w Midwich bez 

żadnych zakłóceń.

Rankiem 26 września nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić. Aczkolwiek żona 

kowala, pani Brant twierdziła potem, że poczuła się trochę nieswojo, gdy 

zobaczyła dziewięć srok na polu, a kierowniczce poczty, pannie Ogle śnił się 

poprzedniej nocy olbrzymi nietoperz, ale

złowieszcze znaki objawiały się obu tym paniom tak często, że nie można było 

brać ich poważnie. Aż do poniedziałkowego popołudnia Midwich było zupełnie 

normalnym miasteczkiem, tak jak w dniu, gdy Janet i ja wyjechaliśmy do Londynu. 

A przecież we wtorek...

Wysiedliśmy z samochodu i zaczęliśmy iść rozległym, wznoszącym się pod górę 

ścierniskiem. Pole było ogrodzone, i gdy doszliśmy do przeciwległego krańca, 

wdrapaliśmy się na furtkę, aby popatrzyć na leżące w dole Midwich. Drzewa 

zasłaniały widok i dostrzegliśmy tylko kilka wstążek dymu, unoszącego się 

leniwie z kominów i iglicę kościoła, strzelającą w niebo wśród zielonych wiązów. 

Na sąsiednim polu zobaczyłem kilka leżących, najwidoczniej śpiących krów. Nie 

jestem wieśniakiem, nie wiem jakie pozycje mogą przybierać krowy, przeżuwając 

pokarm, ale w tych uderzyło mnie coś szczególnego. Nie poświęciłem temu jednak 

wiele uwagi i poszliśmy dalej.

Przeskoczyliśmy przez płot i ruszyliśmy polem, gdy ktoś nas zawołał. Rozejrzałem 

się i zobaczyłem na sąsiednim polu postać odzianą w khaki. Człowiek wołał coś do 

nas i machał laską, najwidoczniej nakazując nam się cofnąć. Zatrzymałem się, ale 

Janet zawołała:

— On jest tak daleko! — i pobiegła naprzód.

Przez chwilę wahałem się; strażnik krzyczał coraz głośniej i coraz energiczniej 

wymachiwał laską. W końcu ruszyłem za Janet. Była jakieś dwadzieścia metrów 

przede mną, ale w chwili, gdy zacząłem biec, zachwiała się nagle i padła na 

ziemię.

Zatrzymałem się odruchowo. Gdyby upadła zwichnąwszy kostkę lub po prostu na 

skutek potknięcia, wyglądałoby to inaczej i byłbym już przy niej, aby jej pomóc; 

ale to stało się tak błyskawicznie, tak jakoś bezapelacyjnie, że przez sekundę 

sparaliżowała mnie idiotyczna myśl, że ją zastrzelono. Po chwili otrząsnąłem się 

i skoczyłem naprzód, nie zwracając uwagi na krzyki strażnika.

Ale nie dobiegiem do niej. Zanim zdążyłem uświadomić sobie co się dzieje, 

runąłem jak podcięty na ziemię.

Rozdział II

W Midwich panuje spokój

Jak powiedziałem, życie w Midwich toczyło się 26 zupełnie normalnie. Badałem tę 

sprawę tak szczegółowo, że wiem gdzie kto był i co robił tego wieczoru.

Stali bywalcy zgromadzili się „Pod Kosą i Kamieniem". Część młodych ludzi 

pojechała do kina, do Trayne. Na poczcie panna Ogle, robiła na drutach, siedząc 

pod centralką telefoniczną. Pan Tapper, który pracował jako ogrodnik zanim 

wygrał bajońską sumę na loterii, irytował się, gdyż coś się popsuło w nowo 

nabytym kolorowym telewizorze i bluźnił tak, że jego żona czym prędzej położyła 

się spać. W dobudowanych do ośrodka laboratoriach paliło się kilka świateł, ale 

nie było w tym nic niezwykłego; zatrudnieni tam naukowcy często prowadzili swe 

tajemnicze badania do późnej nocy.

background image

Ale najzwyklejszy dzień nie dla wszystkich musi być zupełnie powszedni. Na 

przykład, jak wspomniałem, były moje urodziny i nasz domek był zamknięty, a okna 

ciemne. A w Kyle Manor, tego właśnie wieczoru panna Ferrelyn Zellaby oświadczyła 

porucznikowi Aleno.wi Hughesowi, iż należałoby o ich zaręczynach poinformować 

jej ojca. Ociągając się trochę, Alan wszedł do gabinetu Gordona Zellaby, żeby 

powiadomić go o tym wydarzeniu.

Zastał pana domu siedzącego wygodnie w dużym fotelu. Oczy miał zamknięte, 

piękna, siwa głowa spoczywała na wysokim oparciu, tak iż mogło się wydawać, że 

usnął, ukołysany muzyką, która zapełniała pokój. Nie spał jednak; nie otwierając 

oczu wskazał gościowi ręką drugi fotel, po czym przyłożył palec do ust, prosząc 

o ciszę. Alan podszedł na palcach do wskazanego mu fotela i usiadł. W ciągu 

następnych dziesięciu minut wszystkie przygotowane uprzednio słowa uciekły mu

z pamięci, zajął się więc oglądaniem pokoju. Jedna ściana obudowana była aż do 

sufitu półkami pełnymi książek. Książki mieściły się także w niskich 

biblioteczkach, nad którymi wisiały ozdobione własnoręcznymi podpisami portrety 

różnych znakomitości. Nad kominkiem, w którym płonął niepotrzebny, lecz 

przyjemny ogień, widniały portrety rodzinne, między innymi podobizna Ferrelyn, 

córki Zellaby'ego z pierwszego małżeństwa. Portret aktualnej pani Zellaby, 

Angeli, zdobił biurko, przy którym pracował uczony. Oszklona gablota koło drzwi 

na taras, mieściła liczne wydania jego dzieł w kilku językach.

Alan wiedział od Ferrelyn, że obmyślając nową książkę, Zellaby ulegał zmiennym 

nastrojom psychicznym, wychodził na długie spacery, nieraz tak tracił poczucie 

czasu i orientację, że telefonował do domu i trzeba było wyjechać po niego 

samochodem. Ale gdy zabierał się do pisania, odzyskiwał równowagę.

Alan czytał tylko jedną książkę przyszłego teścia. Wydała mu się interesująca, 

ale bardzo ponura. Autor dowodził, że zarówno asceza, jak i nadmierne dogadzanie 

sobie są dowodami nieprzystosowania do życia, i wyciągał z tego różne 

pesymistyczne wnioski, ale zdaniem Alana, nie wziął pod uwagę faktu, że młode 

pokolenie jest bardziej dynamiczne i wnikliwiej patrzy na świat, niż ludzie 

starsi.

Gdy muzyka umilkła Zellaby, nie wstając z fotela, wyłączył adapter i spojrzał na 

Alana.

— Przepraszam — powiedział — ale wydaje mi się, że gdy Bach gra swoją suitę, 

powinno się pozwolić mu ją skończyć. Nie mamy jeszcze rozeznania co jest, a co 

nie jest w dobrym tonie, jeśli chodzi o te innowacje — dodał, spoglądając na 

adapter. — Czy artyzm muzyka jest mniej godny szacunku, gdy wykonawca nie jest 

obecny osobiście? Czy miałem przestać słuchać i zająć się panem, jako gościem, 

czy raczej pan powinien uszanować we mnie melomana? A może obaj winniśmy schylić 

czoła przed geniuszem?

— Hm, tak — powiedział Alan. — Oczywiście. Zellaby zauważył jego brak 

zainteresowania.

— Gdy jest się młodym — rzekł ze zrozumieniem — niekonwencjonalny sposób życia z 

dnia na dzień ma romantyczny aspekt. Ale świat jest zbyt skomplikowany, aby 

kierować nim z takich pozycji.

Alan odetchnął głęboko. Znając talent Zellaby'ego wciągania rozmówcy w zawiłe 

dyskusje, powiedział prosto z mostu:

— Faktycznie pozwoliłem sobie przyjść do pana w zupełnie innej sprawie.

Zellaby nigdy się nie gniewał, gdy przerywano mu tok jego głośnych rozmyślań. 

Odłożył rozważania nad strukturą świata na później i spytał:

— O co chodzi, mój drogi chłopcze? Słucham!

— Chodzi o Ferrelyn, proszę pana.

— O Ferrelyn? Ach tak, ale ona pojechała do Londynu na kilka dni, wróci jutro.

— Nie, proszę pana. Wróciła dzisiaj.

— Naprawdę? — Zellaby zastanowił się chwilę. — Ależ tak, słusznie, była w domu 

na obiedzie. Byliście przecież oboje! — zawołał z tryumfem.

— Tak — rzekł Alan, zdecydowany, by oznajmić wreszcie wielką nowinę, z którą 

przyszedł. Zmieszany i nieszczęśliwy gubił się w gąszczu zdań, które sobie 

uprzednio przygotował, a które zupełnie nie trzymały się kupy, aż dobrnął do 

zakończenia:

— Mam więc nadzieję, że pan zgodzi się oficjalnie uznać nasze zaręczyny.

— Mój drogi chłopcze, przeceniasz moją pozycję! Ferrelyn jest rozsądną 

dziewczyną i z pewnością zarówno ona, jak jej matka wiedzą już o tobie wszystko 

i wspólnie podjęły dobrze uzasadnioną decyzję.

background image

— Ale ja w ogóle nie znam pani Holder!

— Gdybyś ją znał, zdałbyś sobie lepiej sprawę z sytuacji. Jane jest wspaniałą 

organizatorką — powiedział Zellaby, spoglądając życzliwie na jeden z portretów 

nad kominkiem.

Wstał i podszedł do Alana.

— Odegrałeś swoją rolę znakomicie — rzekł. — Teraz chyba moja kolej, aby 

usatysfakcjonować Ferrelyn. Proszę, zawołaj tu wszystkich, a ja wyciągnę 

tymczasem butelkę.

W kilka minut później, gdy żona, córka i przyszły zięć stanęli wkoło niego, 

podniósł kieliszek i powiedział:

— Wypijmy za połączenie dwóch zakochanych istot! Co prawda uznane zarówno przez 

Kościół, jak przez Państwo pojęcie partnerstwa w małżeństwie jest 

przygnębiające, ale duch ludzki jest silny i miłość często łamie instytucjonalne 

nakazy. Miejmy więc nadzieję...

— Tato — przerwała Ferrelyn. — Jest już po dziesiątej, a Alan musi punktualnie 

wrócić do jednostki. Wystarczy jeśli powiesz: Życzę wam obojgu wiele szczęścia!

— Czy naprawdę myślisz, że to wystarczy? Tak zwięźle? Więc skoro tak uważasz, 

mówię to, kochanie, z całego serca.

Spełniwszy toast, Alan odstawił kieliszek i zaczął się żegnać. Zellaby spoglądał 

na niego ze współczuciem.

— To musi być naprawdę ciężko — rzekł. — Jak długo jeszcze będą cię trzymać?

Alan powiedział, że prawdopodobnie będzie zwolniony z wojska za trzy miesiące.

— Ale takie doświadczenie może ci się przydać — ciągnął Zellaby. Czasem żałuję, 

że nigdy nie służyłem w wojsku. Podczas jednej wojny byłem za młody, a drugą 

spędziłem przy biurku w Ministerstwie Informacji. Wolałbym coś aktywniejszego. 

No, do widzenia, mój drogi!

Urwał nagle, jakby sobie coś przypomniał i dodał:

— Mówimy do ciebie wszyscy Alan, ale chyba nie znam twojego nazwiska.

Alan wymienił je i uścisnął dłoń przyszłego teścia. Ferrelyn wyszła z nim do 

holu.

— Muszę pędzić — zawołał, spojrzawszy na zegar. Zobaczymy się jutro, kochanie. O 

szóstej. Dobranoc, najmilsza!

Ucałowali się w drzwiach i młody człowiek pobiegł do zaparkowanego przed domem 

małego, czerwonego samochodu. Zawarczał silnik, Alan jeszcze raz pomachał ręką 

na pożegnanie i odjechał wśród szumu pryskającego spod kół żwiru.

Ferrelyn patrzyła na znikające w dali tylne światła. Nasłuchiwała dopóki słychać 

było warkot motoru, po czym wróciła do domu. Zegar w holu wskazywał kwadrans po 

dziesiątej.

O dziesiątej piętnaście w Midwich nie działo się jeszcze nic nadzwyczajnego. W 

niektórych oknach paliło się światło, którego blask rozpływał się w deszczu. 

Ludzie szykowali się już do snu.

Z gospody „Pod Kosą i Kamieniem" wychodzili ostatni goście; ociągali się parę 

chwil, by przyzwyczaić wzrok do ciemności, po czym każdy ruszał w swoją stronę. 

O dziesiątej piętnaście wszyscy byli już w domu, tylko Alfred Wait i Harry 

Crankhart zapóźnili się na ulicy, spierając się o jakość różnych gatunków 

nawozów.

Nie przybył jeszcze autobus z kilkoma osobami, które wybrały się do kina w 

Trayne; po jego powrocie Midwich mogło już zapaść w sen.

Na plebanii, panna Rushton żałowała, że nie położyła się pół godziny wcześniej; 

mogłaby wtedy poczytać książkę, co obecnie było niemożliwe. Bo oto wielebny 

Hubert Leebody usiłował słuchać nadawanej w trzecim programie debaty o 

przedsofoklesowskiej koncepcji

kompleksu Edypa, podczas gdy w drugim rogu pokoju, ciotka Dora rozmawiała przez 

telefon. Uważając za niedopuszczalne, aby babskie gadanie miało zagłuszyć 

naukową debatę, pastor nastawił głośnik na cały regulator. Nie przyszło mu do 

głowy, że ta błaha kobieca rozmowa może następnie okazać się ważna. Nikt by się 

tego nie domyślił.

Dzwoniła z Londynu długoletnia przyjaciółka pani Leebody, pani Cluey, pragnąc 

zasięgnąć rady. O dziesiątej szesnaście doszła do sedna sprawy.

— Powiedz mi szczerze, Doro, czy uważasz, że na suknię dla Kathy odpowiedniejszy 

będzie biały atłas czy biały brokat?

Pani Leebody zawahała się. Uważała, że atłas, ale jednocześnie pragnęła, aby jej 

decyzja była zgodna z opinią przyjaciółki, której nie chciała urazić.

background image

— Oczywiście — zaczęła wymijająco — dla bardzo młodziutkiej panny młodej... ale 

Kathy nie jest przecież nastolatką...

— Nie jest bardzo młoda — zgodziła się pani Cluey. I czekała. Pani Leebody 

złorzeczyła w duchu naleganiu przyjaciółki i audycji

radiowej, która nie pozwalała jej się skupić, aby wymyślić jakąś finezyjną 

odpowiedź.

— Myślę, że biały atłas jest równie efektowny, jak brokat — rzekła — ale jeśli 

chodzi o Kathy, to chyba...

W tym miejscu głos jej się urwał. W Londynie pani Cluey zaczęła stukać w 

telefon. Po chwili spojrzała na zegarek, odłożyła słuchawkę, po czym wykręciła 

„0".

— Chcę złożyć zażalenie — oświadczyła. — Przerwano mi bardzo ważną rozmowę.

Telefonistka powiedziała, że postara się połączyć ją powtórnie, ale nie udało 

jej się to.

— Co za nieudolność! — oburzyła się pani Culey. — Złożę zażalenie na piśmie. I 

nie zapłacę ani za jedną minutę dłużej, niż trwała rozmowa. Rozłączono nas 

punktualnie o dziesiątej siedemnaście.

Telefonistka z zawodową uprzejmością przyjęła reklamację i sporządziła służbową 

notatkę, podając godzinę dwudziestą drugą siedemnaście, 17,26 września.

Rozdział III

Midwich Wypoczywa

Od godziny dziesiątej siedemnaście tej nocy, informacje o Midwich stają się 

epizodyczne. Telefony w miasteczku są głuche. Autobus, który miał tędy 

przejeżdżać nie przybył do Stouch, a ciężarówka, która wyruszyła na poszukiwanie 

autobusu też nie powróciła. Urząd Lotnictwa zawiadomił Trayne, że w okolicy 

Midwich wytropiono przez radar jakiś niezidentyfikowany latający obiekt, na 

pewno nie samolot wojskowy, który lądował tam przymusowo. Ktoś w Oppley doniósł, 

że w Midwich pali się dom, którego nikt nie ratuje. Z Trayne wysłano wóz 

strażacki, a gdy po pewnym czasie nie otrzymano żadnego raportu, również 

samochód policyjny, który też przepadł bez wieści. Gdy Oppley zawiadomiło o 

następnym pożarze, ze Stouch pojechał do Midwich na rowerze posterunkowy Gobby, 

który również nie dał potem żadnego znaku życia.

Ranek 27 września wstał smutny, niebo zasłaniały szare płachty chmur, przez 

które przedzierało się słabe światło. Ale w Oppley i w Stouch piały koguty, i 

ptaki ćwierkały na powitanie nowego dnia. Tylko w Midwich nie odezwał się żaden 

ptak.

W Oppley i w Stouch, jak wszędzie o tej porze, ręce wyciągały się z posłania, by 

uciszyć budziki, ale w Midwich terkotały aż sprężyny rozkręciły się do końca. W 

innych miasteczkach zaspani ludzie wychodzili z domów i pozdrawiali spotykanych 

na ulicy znajomych śpieszących do pracy. W Midwich tego ranka nikt nie witał się 

z nikim.

Bo Midwich pogrążone było w głębokim, hipnotycznym śnie. Mężczyźni, kobiety, 

konie, krowy, świnie, owce, drób, skowronki, krety

i myszy leżały nieruchomo. Miasteczko spowijał całun ciszy, przerywanej tylko 

szelestem liści, regularnym biciem kościelnego dzwonu i bulgotaniem rzeki Opple 

na grobli koło młyna.

Nie rozjaśniło się jeszcze, gdy z Trayne wyruszyła szaro-zielona furgonetka 

Urzędu Telefonicznego, aby umożliwić Midwich kontakt z resztą świata. Kierowca 

zatrzymał się przed budką telefoniczną. Chciał przekonać się, czy uzyska jakiś 

znak życia z miasteczka, ale żaden głos nie odezwał się w słuchawce. O godzinie 

dwudziestej drugiej siedemnaście łączność Midwich źe światem była zupełnie 

zerwana. Kierowca wsiadł i samochód ruszył dalej w szarym świetle poranka.

— Do licha — powiedział monter. — Ta ich panna Ogle dostanie za to niezłą 

wcierkę!

— Nie rozumiem tego — odparł kierowca. — Przecież ona zawsze nasłuchuje czy 

potrzeba, czy nie. No, zaraz zobaczymy co się tam dzieje.

Wkrótce potem samochód skręcił w wyboistą, boczną drogę do Midwich. Ujechawszy 

pół kilometra trafił na sytuację, która wymagała pełniejszej przytomności umysłu 

kierowcy. Na szosie za zakrętem, leżał strażacki wóz z bocznymi kołami zarytymi 

w rowie, a parę metrów dalej, połowę szerokości szosy blokowała rozbita czarna 

limuzyna, za którą, obok przewróconego roweru leżał mężczyzna. Szofer szarpnął 

kierownicę, usiłując spiralą objechać oba pojazdy, ale wóz wpadł w poślizg, 

background image

zsunął się na wąskie pobocze i podskoczywszy kilka razy na wybojach wjechał w 

przydrożny żywopłot, w którym utknął.

W pół godziny później autobus, który co rano przyjeżdżał do Midwich, aby zabrać 

dzieci do szkoły w Oppley pojawił się na tym samym zakręcie i utknął w luce 

między wozem strażackim, a samochodem Urzędu Telekomunikacyjnego,blokując 

kompletnie szosę.

Na drugiej drodze wylotowej, prowadzącej z Midwich do Oppley podobne kłębowisko 

pojazdów przypominało cmentarz samochodów. Pierwszym wozem, który nie utknął w 

tym korku była furgonetka pocztowa. Listonosz wysiadł i przeszedł parę kroków 

naprzód. Podchodził już do unieruchomionego autobusu, gdy nagle, bez żadnego 

widocznego powodu zgiął się w pół i legł na szosie. Kierowca otworzył usta ze 

zdumienia, a następnie, potoczywszy wzrokiem nieco dalej, spostrzegł głowy kilku 

nieruchomych pasażerów autobusu. Zawrócił pośpiesznie i pojechał do najbliższego 

telefonu w Oppley.

Tymczasem kierowca samochodu dostawczego z pieczywem z daleka spostrzegł zator 

na drodze ze Stouch i w dwadzieścia minut później

na obydwóch drogach do Midwich podjęto niemal identyczną akcję ratowniczą. 

Przybyły karetki pogotowia. Mężczyźni w bieli wysiedli tylnymi drzwiami, 

zapinając kitle i gasząc papierosy. Chłodnym, fachowym spojrzeniem ocenili 

sytuację, rozwinęli nosze i szykowali się, by podejść do ofiar wypadku.

Na drodze z Oppley dwaj noszowi szli ku leżącemu na szosie listonoszowi, lecz 

gdy idący przodem zrównał się z rozciągniętym koło furgonetki ciałem, nagle 

zgiął się, jak kukła, i bezwładnie padł na nogi ofiary wypadku. Tylny noszowy 

wytrzeszczył oczy. Z wymienianych za nim bezładnych słów wyłowił jedno: „Gaz!" 

Odrzucił nosze, jakby go parzyły i szybko wskoczył do karetki. Po krótkiej 

naradzie kierowca wydał werdykt:

— To robota nie dla nas. Musi przyjechać straż ogniowa.

— Albo wojsko — rzekł noszowy. — Tu są potrzebne maski gazowe, nie tylko 

przeciwdymne.

Rozdział IV

Operacja Midwich

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Janet i ja dojeżdżaliśmy do Trayne, 

porucznik Alan Hughes stał obok oficera straży pożarnej, Norrisa, na szosie do 

Oppley. Obserwowali akcję jednego ze strażaków, który usiłował chwycić leżącego 

noszowego na umocowany na długim drągu hak. Gdy mu się to wreszcie udało, zaczął 

ciągnąć. Holowane w ten sposób ciało przybliżyło się do ratowników o półtora 

metra, po czym ofiara wypadku usiadła i zaczęła przeklinać.

Alanowi zdawało się, że nigdy w życiu nie słyszał piękniejszych słów. Niepokój, 

z jakim tu jechał zmniejszył się już przed tym, gdy stwierdzono, że ofiary tego 

niepojętego wypadku oddychają. Teraz przekonano się, że — przynajmniej jedna z 

nich — nie zdradza żadnych chorobowych objawów po dziewięćdziesięciominutowej 

utracie przytomności.

— Świetnie — powiedział Alan. — Jeżeli temu nic nie jest, to może inni też 

przyjdą do siebie; tylko, że dalej nie wiemy co się właściwie stało.

Następnie przyholowano listonosza, który — aczkolwiek narażony był trochę dłużej 

— odzyskał przytomność równie szybko i całkowicie, jak noszowy. r

Ktoś powiedział:

— To musi być jakieś ciało stałe, nie gaz.

— Ani nic, co paruje z ziemi — powiedział szef strażaków.

— Na pewno nie. Żadne ciało lotne nie utrzymałoby się tu tak długo, zwłaszcza, 

że wieje lekki wiatr.

— Ciekawe, jak daleko „to" sięga?

Patrzyli wciąż z niepokojem w stronę Midwich.

Za poprzewracanymi wehikułami lśniąca wstęga szosy biegła wesoło dalej do 

następnego zakrętu. Wyglądała jak zwykła szosa wysychająca po deszczu. Poranna 

mgła już się podniosła i na tle nieba widać było

wieżę kościoła w Midwich. Gdyby nie przedni plan, byłby to zupełnie pospolity 

krajobraz.

Wspomagani przez żołnierzy Alana, strażacy wciąż ściągali z szosy leżących w 

zasięgu ich haka. Wyholowani w ten sposób ze strefy zagrożenia podnosili się 

raźno i zapewniali, że nie potrzebują żadnej pomocy lekarskiej. Wyglądało na to, 

że dziwne przeżycie nie zostawiło na swych ofiarach żadnego piętna.

background image

Następnie trzeba było odsunąć przewrócony ciągnik, aby zająć się leżącymi dalej 

pojazdami i ich pasażerami. Alan powierzył kierowanie tą akcją swemu 

sierżantowi, a sam poszedł polną dróżką do niewielkiego wzgórza, skąd rozciągał 

się rozleglejszy widok na Midwich i jego okolicę. Zobaczył kilka dachów, między 

innymi dachy Kyle Manor i Ośrodka, parę głazów na szczycie ruin opactwa i dwie 

wstążki szarego dymu. Spokojny krajobraz. Ale gdy przeszedł jeszcze kilka metrów 

ujrzał leżące nieruchomo na polu cztery owce. Widok ten zaniepokoił go, nie 

dlatego, by sądził, że są martwe, ale ponieważ był to dowód, że strefa 

zagrożenia sięga dalej niż się spodziewał. Patrząc uważnie, zauważył nieco dalej 

dwie krowy. Leżały na boku, niewątpliwie pogrążone w głębokim śnie.

Wrócił na szosę.

— Sierżancie! — zawołał Sierżant podszedł i zasalutował.

— Sierżancie, chcę, żeby pan tu przyniósł kanarka w klatce.

— Ka... kanarka? — Sierżant mrugał ze zdumienia.

— No, ewentualnie może być papużka. Chyba znajdzie się coś takiego w Oppley. 

Niech pan pojedzie jeepem. Proszę powiedzieć właścicielowi, że zostanie 

wynagrodzony, jeżeli zechce.

— Ja... więc...

— I niech się pan pośpieszy. Chcę tu mieć tego ptaka jak najprędzej!

— Kanarka! To jest rozkaz? — zapytał sierżant, chcąc się upewnić.

— Tak jest! — potwierdził Alan.

Zdałem sobie sprawę, że sunę po ziemi na brzuchu. To dziwne, przecież przed 

chwilą biegłem ku Janet! Nagle przestałem posuwać się naprzód. Usiadłem i 

zobaczyłem, że otacza mnie krąg ludzi. Jakiś strażak, zajęty odczepianiem od 

mojej odzieży haka, który wyglądał, jak narzędzie mordu; obok funkcjonariusz 

pogotowia przyglądał mi się

z wyrazem zawodowego optymizmu; koło niego młody żołnierz z wiadrem wapna i 

drugi z mapą w ręku, a dalej sierżant, uzbrojony w długą żerdź, z której zwisała 

klatka z jakimś ptakiem. Oprócz tego superrealis-tycznego grona ujrzałem Janet, 

która wciąż jeszcze leżała w tym samym miejscu, gdzie upadła. Zerwałem się na 

równe nogi w chwili, gdy strażak, wyswobodziwszy hak z mojej odzieży wyciągnął 

go po nią. Uczepił go do paska jej płaszcza i zaczął ciągnąć. Oczywiście pasek 

pękł, ale hak wczepił się w fałdy tkaniny; strażak szarpnął raz, drugi i 

przywlókł do nas Janet. Usiadła oburzona w podartej odzieży.

— Czy pan się dobrze czuje, panie Gayford? — spytał ktoś obok mnie. Obejrzałem 

się i zobaczyłem młodego oficera, Alana Hughesa,

którego spotkałem kilkakrotnie u Zellaby'ego.

— Tak — odparłem — ale co tu się dzieje?

Nie odpowiedział mi. Podszedł do Janet i pomógł jej wstać. Następnie zwrócił się 

do sierżanta:

— Wrócę teraz na szosę. Wy róbcie tu dalej swoje.

— Tak jest, panie poruczniku! — odpowiedział sierżant. Pochylił żerdź, którą 

dotychczas trzymał wzniesioną pionowo cisnął

ją przed siebie wraz z zawieszoną na niej klatką. Ptak spadł z drążka i leżał 

nieruchomo na wysypanej piaskiem podłodze. Teraz wystąpił naprzód żołnierz z 

wiadrem i wylał trochę wapna na trawę, a jego kolega zrobił znak na swojej 

mapie. Gdy sierżant odciągnął klatkę, ptak zaćwierkał z oburzeniem i z powrotem 

skoczył na drążek. Następnie obaj żołnierze ze swymi rekwizytami posunęli się o 

kilka metrów do przodu i powtórzyli całą operację.

Teraz Janet zaczęła wypytywać co się właściwie dzieje. Alan udzielił nam kilku 

skąpych informacji.

— Niewątpliwie dopóki to trwa, nie można dostać się do Midwich. Radzę państwu 

pojechać do Trayne i czekać tam na odwołanie alarmu.

Spojrzeliśmy na żołnierza z klatką akurat w chwili, gdy ptak ponownie spadał z 

drążka; potoczyliśmy wzrokiem na spokojne pola wkoło Midwich. Po tym co 

przeżyliśmy nie było chyba alternatywy. Janet skinęła głową. Podziękowaliśmy 

Alanowi i poszliśmy w stronę samochodu.

„Pod Orłem" Janet nalegała, abyśmy na wszelki wypadek wynajęli pokój na całą 

dobę. Gdy tylko rozlokowała się, zszedłem do baru.

Mimo że było dopiero południe w barze było pełno ludzi, przeważnie obcych, 

którzy rozmawiali z sobą, stojąc w małych grupkach, niczym

aktorzy na scenie. Kilka osób stało przy barze, samotnie i w zamyśleniu. Z 

trudem przedarłem się do kontuaru, a gdy wracałem, ze szklaneczką w ręku, jakiś 

background image

głos za mną zawołał:

— A co ty, u licha, robisz w tym towarzystwie, Richardzie? Głos wydał mi się 

znajomy, podobnie jak twarz, gdy się obejrzałem,

ale przez chwilę nie umiałem jej zaszufladkować. Wnet jednak podniosła się 

kurtyna czasu, i gdy oczyma wyobraźni ujrzałem tego mężczyznę w polowym 

mundurze, tak jak zwykłem go widywać, poznałem go i ucieszyłem się szczerze.

— Bernard! — zawołałem. — To wspaniałe spotkanie! Ale wyjdźmy z tego tłumu!

Wziąłem go pod ramię i zaciągnąłem do stolika we wnęce.

Na jego widok uczułem się znów młody. Przypomniały mi się Ardeny, Reichswald, 

Ren. To było dobre spotkanie. Przez pół godziny rozmawialiśmy chaotycznie; 

wreszcie, patrząc na mnie uważnie, Bernard przypomniał mi:

—Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Nie miałem pojęcia, że się do tego 

zabrałeś!

— Co masz na myśli? Spojrzał w stronę baru.

— Dziennikarstwo — wyjaśnił. — Prasa.

— A więc to dziennikarze! Zastanawiałem się właśnie co to za inwazja! Bernard 

uniósł lekko brwi.

— Więc co tu robisz, jeśli nie jesteś jednym z nich?

— Mieszkam w tych stronach.

W tej chwili podeszła do nas Janet.

—Pozwól, moja droga, to jest Bernard Westcot, kapitan Westcot, gdy wojowaliśmy 

razem, ale wiem, że potem został majorem, a teraz jest...

— Pułkownikiem — rzekł Bernard i powitał Janet z kurtuazją.

— Bardzo mi miło — powiedziała moja żona. — Wiele słyszałam o panu. Wiem, że 

zawsze się tak mówi, ale tym razem to jest prawda.

Zaproponowała wspólny lunch, ale odmówił, tłumacząc się jakąś pilną sprawą, 

którą miał do załatwienia. W głosie jego brzmiał tak szczery żal, że Janet 

zaprosiła go na obiad.

— Zjemy, oczywiście u nas w domu, jeśli się tam dostaniemy — rzekła — a o ile 

nie, to tutaj.

— W domu? — powtórzył Bernard pytająco.

— W Midwich — wyjaśniła. — Około ośmiu kilometrów stąd.

Bernard wydawał się zaskoczony.

— To wy mieszkacie w Midwich? — spytał, spoglądając kolejno to na nią, to na 

mnie. — Od jak dawna?

— Mniej więcej od roku — odparłem. — I bylibyśmy tam teraz, gdybyśmy mogli tam 

się dostać.

I wyjaśniłem mu skąd wzięliśmy się w Trayne. Bernard zastanawiał się przez 

chwilę, jakby rozważał jakąś decyzję, po czym zwrócił się do Janet:

— Czy nie pogniewa się pani, jeśli zabiorę z sobą pani męża? Przyjechałem tu w 

sprawie Midwich i sądzę, że Richard mógłby nam pomóc.

— Pomóc odkryć co się stało? — spytała Janet.

— Powiedzmy, coś w związku z tym. No, jak tam, Richardzie, masz ochotę?

— Oczywiście, zrobię co w mojej mocy. Ale nie bardzo wiem jak... Kto to jest 

„my"?

— Wyjaśnię ci wszystko po drodze. Naprawdę powinienem tam być już od godziny. 

Nie nalegałbym, gdyby to nie było ważne. Ale czy nie będzie się pani bała zostać 

tu sama?

Janet zapewniła go, że „Pod Orłem" czuje się zupełnie bezpiecznie i wstaliśmy, 

żeby się pożegnać.

— Jeszcze jedno — powiedział Bernard na odchodnym. — Proszę nie dać się 

nagabywać tym facetom przy barze; raczej kazać ich wyrzucić, gdyby byli zbyt 

natrętni. Są poirytowani odkąd dowiedzieli się, że ich redakcje nie dostaną 

żadnych informacji w sprawie Midwich. Proszę nie dać im się wciągnąć w rozmowę. 

Później powiem pani coś więcej na ten temat.

—Doskonale—rzekła Janet. — Będę czekać w napięciu i w milczeniu!

Kwatera Główna znajdowała się na szosie do Oppley, w pobliżu zaatakowanego 

terenu. Przed szlabanem policyjnym Bernard pokazał przepustkę, posterunkowy 

zasalutował i poszliśmy dalej. Siedzący samotnie w namiocie młodziutki podoficer 

ucieszył się na nasz widok i uznał, że pod nieobecność odbywającego właśnie 

inspekcję pułkownika Latchera, powinien poinformować nas o wynikach 

dotychczasowych działań.

Ptaki w klatkach spełniły już swoje zadanie i zostały zwrócone właścicielom.

background image

— Spodziewamy się żądania odszkodowań, gdyby nabawiły się krupu, czy jakiejś 

innej choroby — wyjaśnił młody oficer — ale proszę, oto wyniki!

Pokazał nam mapę, na której zaznaczono koło o trzykilometrowej średnicy z 

kościołem w Midwich, położonym trochę na południowy wschód od środka koła.

— Jest to więc koło — powiedział — a nie pas. Na całej powierzchni nie rusza się 

nic, a przed gospodą leży kilku facetów. Tyle zdołaliśmy stwierdzić, ale nadal 

nie wiemy co to takiego. Ustaliliśmy, że jest to coś statycznego, niewidocznego, 

pozbawionego zapachu, coś, czego nie rejestruje radar, co nie odpowiada echem na 

żaden dźwięk, natomiast działa piorunująco na ssaki, ptaki, płazy i owady, nie 

zostawiającjednak żadnych objawów pochorobowych. To wszystko, co wiemy.

Bernard zadał mu kilka pytań, ale oficer nie miał już nic więcej do powiedzenia, 

wobec czego ruszyliśmy na poszukiwanie pułkownika Latchera. Znaleźliśmy go 

niebawem, w towarzystwie starszego mężczyzny, jak się okazało komisarza policji 

z Winschire. Stojąc wraz z kilku podoficerami na pagórku, skąd rozciągał się 

widok na okolicę, przypominali osiemnastowieczny sztych, przedstawiający grupę 

stroskanych generałów, obserwujących toczącą się w dole bitwę. Tylko, że tu nie 

było żadnej bitwy.

Bernard przedstawił nas obu i pułkownik Latcher zapytał:

— Więc to pan powiedział mi przez telefon, że tę sprawę należy traktować jako 

tajną?

Zanim Bernard zdążył odpowiedzieć, komisarz wybuchnął ze złością:

— Tajna sprawa! Tajemnica! Trzykilometrowy szmat kraju nawiedzony tym 

paskudztwem, a pan chce to zataić!

— Taka była instrukcja — rzekł Bernard. — Bezpieczeństwo...

— Ale jak oni to sobie; u diabła, wyobrażają?

— Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby nasza akcja wyglądała jak ćwiczenia 

taktyczne — przerwał mu pułkownik Latcher. — Może to nie bardzo przekonywujące, 

ale przecież trzeba było coś powiedzieć.

— Agencje prasowe już coś węszą — burknął komisarz. Przegnaliśmy już paru 

facetów, ale sam pan wiejący są dziennikarze! Węszą wszędzie, we wszystko 

wścibiają nos. Jak mamy ich zmusić do zachowania tajemnicy?

— O to nie potrzebuje się pan martwić — odpowiedział Bernard. Ministerstwo Spraw 

Wewnętrznych wydało już zarządzenie w tej sprawie. Dziennikarze są wściekli, ale 

chyba będą posłuszni. Wszystko zależy od tego, czy sprawa okaże się dość 

sensacyjna, by warto było narażać się na kłopoty.

W ciągu następnych paru godzin zjawiło się mnóstwo ludzi, reprezentujących różne 

instytucje i urzędy cywilne oraz wojskowe. Przy szosie z Oppley rozstawiono duży 

namiot, w którym o godzinie szesnastej trzydzieści, pułkownik Latcher 

przedstawił zgromadzonym sytuację. Przemawiał krótko. Kończył już, gdy zjawił 

się pułkownik lotnictwa, i gniewnie rzucił pułkownikowi na stół dużą fotografię.

— Popatrzcie, panowie — rzekł ponuro. — To kosztowało życie dwóch ludzi i jeden 

samolot. Mam nadzieję, że było warte takiej ceny.

Podeszliśmy, aby przyjrzeć się fotografii i porównać ją z mapą.

— Co to takiego? — zapytał major służby wywiadowczej.

Na fotografii rysował się niewyraźnie jakiś owalny obiekt, przypominający 

kształtem odwróconą owalną miskę.

— Wygląda, jak jakiś niezwykły budynek — mruknął komisarz policji, wpatrując się 

w zdjęcie. Ale to przecież niemożliwe. Kilka dni temu byłem koło ruin Opactwa i 

nie widziałem tam nic takiego. Ruiny te są pod opieką Stowarzyszenia Ochrony 

Zabytków Brytyjskich, które konserwuje pomniki naszej historii, ale nic nie 

dobudo-wywuje.

— Czymkolwiek jest ten obiekt — odezwał się jeden z obecnych, przerzucając wzrok 

ze zdjęcia na mapę — znajduje się dokładnie w samym środku zagrożonego terenu. A 

jeżeli nie było go tam przed paroma dniami, to musiał tu spaść z powietrza.

— A może to sterta siana, pobielona z wierzchu wapnem? — zaryzykował ktoś.

— Tej wielkości? To musiałby być co najmniej tuzin stert! — warknął komisarz.

— Więc cóż to, u licha, jest? — niecierpliwił się major.

Po kolei studiowaliśmy dziwny obiekt przez szkło powiększające.

— Czy nie mogliście zrobić zdjęcia z mniejszej wysokości? — spytał major.

— Próbowaliśmy i straciliśmy przy tym samolot — odparł krótko pułkownik 

lotnictwa.

— Jak wysoko sięga strefa zagrożenia? — zapytał ktoś. Lotnik wzruszył ramionami.

— Aby to ustalić trzeba by znaleźć się w tej strefie — odpowiedział. — To 

background image

zdjęcie zrobiono z dziesięciu tysięcy metrów. Na tej wysokości załoga nie 

odczuła żadnych skutków.

Pułkownik Latcher chrząknął.

— Dwóch moich oficerów sugeruje, że zagrożony teren może być półkolisty — 

zauważył.

— To możliwe — zgodził się lotnik. — Może też mieć kształt rombu, lub 

dwunastościanu.

— Ci oficerowie — ciągnął pułkownik Latcher — obserwowali ptaki w chwili, gdy 

stawały się bezwładne i doszli do wniosku, że granice interesującej nas strefy 

nie są prostopadłe, że jest ona w kształcie walca. Boki jej zwężają się ku 

górze, zatem musi to być kopuła, lub stożek. Skłonni są przypuszczać, że jest to 

rodzaj półkuli, ale nie są tego zupełnie pewni, gdyż pracowali na zbyt małym 

odcinku dużego łuku.

— Jeśli się nie mylę, to wysokość pułapu w środku tej półkuli powinna wynosić 

około pięć tysięcy metrów — rzekł oficer lotnictwa. — Szkoda, że nie można tego 

ustalić nie ryzykując straty drugiego samolotu.

— Owszem — rzekł pułkownik Latcher z wahaniem. — Jeden z podoficerów mówił, że 

gdyby wysłać tam helikopter z kanarkiem w klatce, zawieszonej na linie długości 

kilkudziesięciu metrów, to może, obniżając się powoli... Wiem, że to brzmi 

śmiesznie...

— Ależ bynajmniej — odparł pułkownik. — To pewnie ten sam gość, który 

zaproponował jak obliczyć obwód obszaru.

— Tak jest.

— Ma chłopak inwencję. Zastosowanie ornitologii w działaniach wojennych, to jego 

wynalazek. Może usprawnimy trochę akcję z tym kanarkiem, ale jesteśmy wdzięczni 

za pomysł. Dziś jest już trochę za późno. Weźmiemy się do tego jutro, wcześnie 

rano, gdy będzie dobre światło do robienia zdjęć z minimalnej wysokości.

— Bomby — odezwał się major. — Może bomby rozpryskowe.

— Bomby? — powtórzył ze zdziwieniem pułkownik lotnictwa.

— Warto by mieć kilka sztuk pod ręką. Nie mamy przecież pojęcia co to jest. 

Gdyby to rozłupać, moglibyśmy przyjrzeć się dokładniej.

— Trochę zbyt drastyczny sposób — sprzeciwił się komisarz.

— Z pewnością. Ale tymczasem pozwalamy szerzyć się zagrożeniu.

— Nie rozumiem skąd ten obiekt znalazł się w Midwich — wtrącił jeden z oficerów. 

— Przypuszczam, że miało miejsce przymusowe lądowanie, a ta osłona ma zapewne 

uniemożliwić interwencję przy dokonywaniu koniecznej naprawy.

— W każdym razie im prędzej zdołamy unieszkodliwić to urządzenie, tym lepiej. 

Nie chcemy go na tym terenie — rzekł major. — Oczywiście, nie możemy dopuścić, 

by stąd zniknął; jest zbyt interesujący, zarówno jak jego osłona. Dlatego trzeba 

podjąć akcję, aby to wszystko zabezpieczyć.

Zaczęła się długa, czcza dyskusja. O ile pamiętam zdecydowano tylko, że co 

godzinę zrzucane będą świetlne rakiety na spadochronach, a rano przystąpi się do 

robienia zdjęć z helikoptera. Nie miałem pojęcia po co mnie tam sprowadzono, ani 

dlaczego znalazł się tam Bernard, który ani razu nie zabrał głosu w dyskusji.

— Czy możesz mi powiedzieć, jaka jest twoja rola w tym wszystkim? — zapytałem go 

w powrotnej drodze do Trayne.

— Zainteresowanie zawodowe — odpowiedział.

— Ośrodek naukowy?

— Tak, Ośrodek podlega mojej kompetencji, więc, oczywiście interesuje nas, jeśli 

cokolwiek niepomyślnego zdarzy się w jego sąsiedztwie, a to co się stało, należy 

chyba uważać za bardzo niepomyślne.

Owo „nas" mogło oznaczać albo ogólnie wywiad wojskowy, albo któryś z jego 

wydziałów.

— Myślałem, że takimi sprawami zajmuje się Służba Specjalna.

— Różnie to bywa — odpowiedział wymijająco i zmienił temat. Udało nam się dostać 

dla niego pokój „Pod Orłem" i w trójkę

zasiedliśmy do kolacji. Spodziewałem się, że podczas jedzenia dotrzyma swej 

obietnicy i udzieli nam jakichś informacji, ale choć rozmowa toczyła się żywo, 

również i o Midwich, Bernard wyraźnie unikał wszelkiej wzmianki o swoim 

powiązaniu z tą sprawą. Dwa razy w ciągu tego wieczoru telefonowałem do policji 

w Trayne, aby dowiedzieć się co słychać w Midwich i dwa razy usłyszałem, że 

sytuacja nie uległa żadnej zmianie. Uznaliśmy wreszcie, że dalsze czekanie jest 

bezcelowe i poszliśmy się położyć.

background image

— To miły człowiek — rzekła Janet, gdy znaleźliśmy się sami w swoim pokoju. — 

Obawiałam się, że będziecie wyciągać jakieś stare

żołnierskie wspomnienia, tak nudne dla żon, ale on wcale nie miał na to ochoty. 

Po co zabrał cię z sobą dziś po południu?

—To dla mnie zagadka — wyznałem. — Myślę, że miał coś na myśli, ale, po 

zastanowieniu się, zmienił zdanie.

— To wszystko jest bardzo dziwne — powiedziała Janet. — Czy on w ogóle wie, co 

to jest?

— Ani on, ani nikt z całej ekipy, która tam była — zapewniłem ją. — Przekonali 

się tylko, o czym my oboje wiemy już z własnego doświadczenia, że jest to coś, 

co atakuje nagle, ale nie zostawia potem żadnych śladów.

— To jedno jest pocieszające. Miejmy nadzieję, że nikt w miasteczku nie 

ucierpiał więcej niż my — rzekła Janet.

Nazajutrz rano spaliśmy jeszcze, gdy stacja meteorologiczna stwierdziła, że 

przygruntowa mgła w Midwich podniesie się wcześnie, wobec czego dwuosobowa 

załoga wsiadła do helikoptera, do którego wsunięto następnie drucianą klatkę z 

dwiema podnieconymi fretkami.

— Uważają, że sześć tysięcy jest zupełnie bezpieczne, więc spróbujmy na siedmiu 

— powiedział pilot, gdy aparat zaczął hałaśliwie wznosić się w górę. — Siódemka 

przynosi szczęście. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zejdziemy na sześć tysięcy.

Obserwator przygotował swoje instrumenty i zaczął bawić się fretkami.

— Teraz! — powiedział w pewnej chwili pilot.

Klatka poleciała przez drzwi. Obserwator odwinął około stu metrów liny. 

Helikopter zawrócił i pilot zawiadomił ziemię, że za chwilę przelecą nad 

Midwich. Obserwator, leżąc na podłodze obserwował fretki przez lornetkę. 

Najwidoczniej czuły się świetnie, nieustannie baraszkując z sobą w klatce. 

Obserwator na chwilę spuścił je z oczu i zwrócił lunetę na Midwich.

— Panie kapitanie! — rzekł.

— No?

— Ten obiekt koło Ośrodka, który mieliśmy sfotografować...

— I co z nim?

— Albo to fatamorgana, albo on zniknął.

Rozdział V

Midwich wraca do życia

Prawie w tej samej chwili, gdy obserwator dokonał swego odkrycia wartownik na 

szosie Stouch Midwich przeprowadzał rutynowy test. Rzucił kawałek cukru za białą 

linię, narysowaną w poprzek drogi i obserwował, jak skoczył po niego pies, 

którego trzymał na długiej smyczy. Zwierzę chwyciło cukier i schrupało go.

Przez chwilę sierżant wahał się, po czym zbliżył się do białej linii i ostrożnie 

przekroczył ją. Nic się nie stało. Z wzrastającą ufnością zrobił jeszcze kilka 

kroków naprzód. Trzy gawrony, kracząc przeleciały mu nad głową. Patrzył, jak, 

trzepocąc skrzydłami, fruwają nad Midwich.

— Hej, wy tam! — zawołał do swoich kolegów ze służby łączności. Zawiadomcie 

Kwaterę Główną w Oppley. Zagrożony obszar zmniejszony, może w ogóle przestał 

istnieć. Potwierdzimy po następnych testach!

Kilka minut przed tym, w Kyle Manor, Gordon Zellaby poruszył się z trudnością i 

jęknął. Wkrótce zdał sobie sprawę, że leży na podłodze w pokoju, który przed 

chwilą był jasno oświetlony i ciepły, może nawet trochę przegrzany, a teraz stał 

się ciemny i przeraźliwie zimny.

Miał dreszcze. Zdawało mu się, że jeszcze nigdy w życiu tak nie przemarzł. Ktoś 

poruszył się w ciemnościach i usłyszał drżący głos Ferrelyn.

— Co się stało? Tato... Angelo... Gdzie jesteście?

— Tutaj... Zupełnie skostniałem! Angelo, kochanie... — szczęki tak go bolały, że 

mówił z wielką trudnością.

— Jestem tu — usłyszał koło siebie niepewny głos żony. Wyciągnął rękę, dotknął 

czegoś, ale palce miał tak zgrabiałe, że nie

wyczuł co to takiego.

Ktoś się ruszał w pokoju.

— Ojej! Zupełnie zesztywniałam — skarżyła się Ferrelyn. — Ooo... aaach... To 

chyba nie są moje nogi. Co tak stuka?

— Moje zęby — rzekł Zellaby z wysiłkiem.

W pokoju znów rozległy się czyjeś niepewne kroki; potem odgłos potknięcia, 

background image

szelest rozsuwanych firanek i szare światło przeniknęło do pokoju.

Zellaby z niedowierzaniem wpatrywał się w kominek; dopiero co położył na 

palenisku polano, a teraz było tam tylko trochę popiołu. Angela i Ferrelyn 

siedziały na podłodze ze wzrokiem utkwionym w kominek.

— Co, na Boga... — zaczęła Ferrelyn.

— Sz... szampana? — zaproponował Zellaby.

— Ależ tatku!...

Wbrew protestom obu kobiet, Zellaby spróbował wstać. Ale tak bolały go wszystkie 

mięśnie, że postanowił nie ruszać się. Ferrelyn niepewnie podeszła do kominka.

— Ogień zgasł — rzekła.

Wyciągnęła rękę po leżącą na krześle gazetę, ale nie mogła utrzymać jej w 

zesztywniałych palcach. Stała, bezradnie patrząc na swe dłonie. Wreszcie udało 

jej się zgnieść gazetę i położyć ją na palenisku. Wciąż posługując się obiema 

rękami, wyjęła z koszyka parę mniejszych szczapek i rzuciła je na papier. 

Niepowodzenie z zapałkami doprowadziło ją do łez.

— Moje palce są do niczego — oznajmiła z rozpaczą.

Z trudem cisnęła kilka zapałek na palenisko, i wreszcie udało jej się zapalić 

jedną, od której zajęły się inne; zatlił się papier i w końcu płomień strzelił w 

górę, jak wspaniały kwiat.

Chwiejąc się na zesztywniałych nogach Angela podeszła do kominka, a Zellaby 

przyczołgał się bliżej ognia na czworakach. Smolne drzewo zaczęło trzaskać. 

Kulili się wszyscy, aby być jak najbliżej. Niebawem uczucie skostnienia palców 

ustąpiło miejsca mrowieniu, a wkrótce umysł Zellaby'ego obudził się z letargu.

— To dziwne — rzekł filozof, nie mogąc jeszcze całkowicie opanować dzwonienia 

zębów — dziwne, że dożyłem późnego wieku, nie doceniając podstawowej mądrości 

kultu ognia.

Drogi ze Stouch i Oppley rozszumiały się warkotem uruchamianych silników. 

Wkrótce dwa strumienie karetek pogotowia, wozów strażackich i policyjnych, 

wojskowych ciężarówek i jeepów ruszyły do Midwich. Samochody podjeżdżały do 

Błoni; prywatne pojazdy zatrzymywały się i pasażerowie wysiadali tłumnie. 

Większość ciężarówek wojskowych zmierzała do Opactwa przez Hickham Lane. Tylko 

jeden mały, czerwony samochód zjechał samotnie z szosy na wyboistą drogę do Kyle 

Manor.

Alan Hughes wpadł do gabinetu Zellaby'ego i odciągnąwszy Ferrelyn od kominka 

mocno przytulił ją do siebie.

— Jak się czujesz, najmilsza? — krzyknął zdyszany. — Czy nic ci nie jest?

— Kochanie! — rzekła w odpowiedzi Ferrelyn.

Po odpowiedniej przerwie Gordon Zellaby zauważył:

— My też czujemy się dobrze, choć trochę oszołomieni. A także przemarznięci.

Dopiero w tej chwili Alan zauważył ich obecność. Nim zdążył coś powiedzieć, 

zapaliło się światło.

— Wspaniale! — zawołał. — Zaraz przyniosę coś gorącego do picia! I wybiegł z 

pokoju, pociągając ze sobą Ferrelyn.

— Gorące napoje za chwilę — szepnął Zellaby. — Ileż muzyki w tym prostym zdaniu!

Gdy siedliśmy do śniadania w Trayne, dowiedzieliśmy się, że pułkownik Westcot 

już wyszedł, i że w Midwich życie wróciło do normy.

Rozdział VI

Życie w Midwich stabilizuje się

Na szosie ze Stouch patrolował jeszcze policjant, ale, jako stałych mieszkańców 

przepuścił nas od razu i bez żadnych przeszkód dojechaliśmy do domu.

Oczywiście dręczyła nas ciągle myśl, co zastaniemy po powrocie, ale okazało się, 

że niepokoiliśmy się niepotrzebnie. Dom wyglądał dokładnie tak, jak w dniu 

naszego wyjazdu. Wewnątrz też wszystko było w porządku z wyjątkiem mleka, które 

skwaśniało w lodówce z powodu przerwy w dostawie prądu. W pół godziny po 

powrocie, nasze przeżycia z ubiegłego dnia zaczęły nam się wydawać niemal 

nierealne, a gdy wyszliśmy pogadać z sąsiadami, okazało się, że wszyscy mieli 

wrażenie jakiegoś mirażu.

Jak wyjaśnił Zellaby było to zupełnie zrozumiałe, bo o całej sprawie wiedzieli 

tylko tyle, że wieczorem nie położyli się spać, a rano zbudzili się skostniali z 

zimna, to były tylko pogłoski. Niewątpliwie stracili jeden dzień życia, bo 

trudno przecież przypuszczać, że cała reszta świata pomyliła się w obliczeniu 

czasu. Zellaby zapewniał, że dla niego osobiście nie była to interesująca 

background image

przygoda, bo interesować może tylko coś, co przeżywa się świadomie, a on stracił 

przecież świadomość. Wobec tego skłonny był zlekceważyć całe to wydarzenie i 

zapomnieć, że oszukano go o jeden dzień życia.

Zainteresowanie sprawą Midwich wygasło prędzej, niż można się było tego 

spodziewać. Prasa nie znalazła tu dla siebie smakowitej pożywki. Było jedenaście 

ofiar śmiertelnych, ale i z tego nic się nie dało wysmażyć, z braku sensacyjnych 

szczegółów, które rozemocjonowałyby zblazowanych czytelników. Natomiast relacje 

osób, które przeżyły były pozbawione wszelkiego dramatyzmu; wszystko co mieli do 

powiedzenia, to że obudzili się zziębnięci.

Spośród jedenastu ofiar śmiertelnych, robotnik rolny, William Trunk zginął wraz 

z żoną i synkiem w płonącym domu; małżonkowie Stagfield również padli ofiarą 

pożaru; inny robotnik rolny, Herbert Flagg leżał martwy na trawniku przed domem 

pani Harriman, gdzie znalazł się z niewyjaśnionych powodów w czasie nieobecności 

pana domu, zatrudnionego w tym czasie w piekarni; Harry Crankhart i jego kolega 

nabawili się zapalenia płuc, leżąc całą noc przed gospodą „Pod Kosą i 

Kamieniem", nie udało się ich odratować. Na zapalenie płuc zmarły poza tym 

jeszcze cztery starsze osoby.

W następną niedzielę pastor Leebody odprawił dziękczynną mszę na intencję tych 

wszystkich, którzy przeżyli, i trzeba przyznać, że tego dnia było w kościele o 

wiele więcej osób niż zwykle.

Przez cały tydzień po Midwich kręciło się kilku żołnierzy, i sporo służbowych 

samochodów, ale centrum zainteresowania nie leżało w samym miasteczku, ale w 

pobliżu ruin Opactwa, gdzie postawiono strażnika przy dużej wyrwie w ziemi, 

która wyglądała, jakby niedawno spoczywało w tym miejscu coś bardzo masywnego. 

Inżynierowie przeprowadzali tu pomiary, robili rysunki i zdjęcia. Następnie 

teren przemierzali wzdłuż i wszerz pirotechnicy i saperzy, którzy przywieźli z 

sobą liczniki Geigera i całe mnóstwo innych instrumentów. Potem, nagle wojsko 

straciło zainteresowanie i wycofało się.

Badania na terenie Ośrodka trwały trochę dłużej. Tam właśnie zatrudniony był 

Bernard Westcot. Odwiedził nas kilkakrotnie, ale nie wspominał o swojej pracy, a 

my nie zadawaliśmy żadnych pytań. Wiedzieliśmy tyle co reszta mieszkańców 

miasteczka, że przeprowadza się działania dla skontrolowania bezpieczeństwa 

miasteczka. Dopiero, gdy akcja została ukończona i Bernard miał nazajutrz 

wyjechać do Londynu, zdecydował się porozmawiać z nami o tym, co się tu 

wydarzyło.

— Mam dla was pewną propozycję — rzekł. — Przez pewien czas musimy mieć Midwich 

na oku i wiedzieć, co tu się dzieje. Moglibyśmy oddelegować tu jednego z naszych 

ludzi, który przekazywałby nam swoje obserwacje, ale to by nie było najlepsze 

rozwiązanie. Taki człowiek musiałby zacząć od samego początku. Obcemu 

przybyszowi nie łatwo jest włączyć się w życie jakiegoś miasteczka, to wymaga 

czasu. Poza tym, musiałby jakoś usprawiedliwić osiedlenie się tutaj i 

przystąpienie do jakiejś normalnej pracy, inaczej nie mielibyśmy z niego wiele 

Pożytku. Gdybyśmy natomiast znaleźli kogoś odpowiedzialnego, kto zna tutejsze 

środowisko i kto informowałby nas o wydarzeniach, jakie

mogą tu mieć miejsce, byłoby to na pewno korzystniejsze dla obu stron. Co o tym 

sądzicie?

Zastanowiłem się chwilę.

— Nie jestem pewien — odpowiedziałem. — To zależy co wchodziłoby w zakres naszej 

współpracy.

Spojrzałem na Janet, która rzekła chłodno:

— Wygląda na to, że mielibyśmy szpiegować naszych sąsiadów i znajomych. Sądzę, 

że odpowiedniejszy byłby do tego zawodowy agent.

— To jest przecież nasze miasteczko! — poparłem ją. Bernard skinął głową, jakby 

spodziewał się takiej odpowiedzi.

— Wrośliście w tutejsze społeczeństwo? Uważacie się za jego cząstkę? — spytał.

— Staramy się, i chyba nam się to udało. Znów skinął głową.

— To bardzo dobrze — powiedział. — Bardzo dobrze, jeśli poczuwacie się do 

pewnych obowiązków wobec tych ludzi. O to właśnie chodzi. Potrzebny nam jest 

ktoś, kto obserwowałby bacznie tutejsze społeczeństwo, mając na sercu jego 

dobro.

— Nie rozumiem po co, skoro radziło sobie doskonale samo przez kilka wieków.

— Tak istotnie było — przyznał. — Ale teraz ci ludzie potrzebują opieki.

— Przed czym chcecie ich chronić?

background image

— Chwilowo głównie przed łowcami sensacji. Czy myślisz, mój drogi, że to 

przypadek, iż gazety nie rozpisywały się o tutejszych wydarzeniach od razu, 27 

września, i że po odwołaniu stanu alarmowego nie zjechały tu hordy dziennikarzy?

— Oczywiście zajęła się tym służba bezpieczeństwa. Sam mi o tym powiedziałeś, i 

to jest zupełnie zrozumiałe. Nie mam pojęcia, co się dzieje w Ośrodku, ale wiem, 

że to sprawa dyskretna. Tam miał być centralny punkt, z którego promieniowało 

zagrożenie.

— Czy tak sądzą mieszkańcy miasteczka?

— W każdym razie większość. Oczywiście są różne wersje.

— To są właśnie rzeczy, o których chcę wiedzieć. Więc zwalają całą winę na 

naukowców z Ośrodka?

— Naturalnie! Jakże mogłoby być inaczej... w Midwich?

— No więc mogę cię zapewnić, że Ośrodek nie ma z tym nic wspólnego. Potwierdziły 

to nasze bardzo drobiazgowe badania.

— Ależ wobec tego cała sprawa zakrawałaby na absurd!

— Bynajmniej. Chyba, że w ogóle każdy wypadek uważa się za jakąś formę absurdu.

— Czy mówiąc o wypadku masz na myśli przymusowe lądowanie? Bernard wzruszył 

ramionami.

— Nie wiem. Ale chodzi mi o coś innego. Prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka 

ulegli działaniu jakiegoś ciekawego, zupełnie nieznanego zjawiska. A teraz wy 

oboje, tak jak reszta tutejszej ludności, uważacie, że to wszystko już minęło, 

skończyło się definitywnie.

—No cóż—rzekła Janet.—Przyszło i poszło; więc chyba się skończyło.

— Tak sobie zwyczajnie przyszło i zniknęło bez żadnych skutków?

— Bez żadnych widocznych konsekwencji — odparła moja żona. — Oczywiście oprócz 

ofiar śmiertelnych.

— Ale brak widocznych skutków niewiele znaczy w dzisiejszych czasach. Można na 

przykład mieć w sobie potężną dawkę promieni X, promieni gamma lub innych i 

chwilowo nie wykazywać żadnych groźnych objawów. Oczywiście to tylko przykład. 

Tych promieni nie było tu, inaczej wykrylibyśmy je z łatwością. Ale było coś 

innego, czego nie potrafimy wykryć. Coś zupełnie nam nieznanego, co powoduje—

nazwijmy to — sztuczny sen. Jest to fenomen zupełnie dla nas niezrozumiały i 

bardzo niepokojący. Czy naprawdę wolno beztrosko założyć, że tak szczególny 

incydent może wydarzyć się i minąć bez żadnych następstw? To nie jest 

wykluczone; może jego działanie nie pociąga poważniejszych konsekwencji, jak 

zażycie tabletki aspiryny, ale na pewno trzeba śledzić bacznie dalszy bieg 

wypadków, aby przekonać się, jak jest naprawdę.

Janet zmieniła trochę stanowisko.

— I pan pragnie, abyśmy robili to w pana imieniu? Obserwować i notować 

ewentualne następstwa?

—Zależy mi na wiarygodnym źródle informacji. Muszę otrzymywać stałe i aktualne 

wiadomości o tym, co tu się dzieje, abym w razie konieczności mógł bezzwłocznie 

podjąć skuteczne kroki. Pragnę dostawać sprawozdania o stanie zdrowia i morale 

tutejszej ludności. Nie ma mowy o jakimś szpiegowaniu. To wszystko jest nam 

potrzebne, aby móc roztoczyć nad Midwich ojcowską opiekę.

Przez chwilę Janet patrzyła na niego uważnie.

— Jakich wydarzeń pan się tu spodziewa? — spytała.

— Nie wiem. Po prostu muszę przedsięwziąć środki ostrożności. Nie wiem z czym 

walczymy. Nie można wydać nakazu kwarantanny bez

należytego uzasadnienia. Ale można rozglądać się bacznie wkoło, ufając, że 

baczna obserwacja naprowadzi wreszcie na konkretny ślad. To byłoby wasze 

zadanie. Czy je podejmiecie?

— Daj nam trochę czasu, żeby się zastanowić — rzekłem.

— Dobrze — zgodził się.

I zaczęliśmy rozmawiać o czym innym.

Przez następne kilka dni Janet i ja dużo dyskutowaliśmy o tej sprawie. 

Nastawienie Janet zmieniło się bardzo.

— Właściwie to ma być coś w rodzaju pracy funkcjonariusza Opieki Społecznej, 

prawda?

— Tak — przyznałem — coś w tym rodzaju.

— Jeżeli mu odmówimy, będzie musiał szukać kogoś innego. Nie widzę tu, na 

miejscu nikogo odpowiedzialnego, a żaden przybysz z zewnątrz nie byłby w stanie 

wywiązać się dobrze z tego zadania.

background image

— Istotnie, to byłoby niemożliwe.

Biorąc pod uwagę strategiczną pozycję panny Ogle na poczcie, nie zatelefonowałem 

do Bernarda, ale zawiadomiłem go listownie, że zgadzamy się na współpracę, ale 

chcielibyśmy upewnić się co do pewnych szczegółów. W odpowiedzi Bernard 

zaproponował spotkanie, podczas naszej najbliższej bytności w Londynie. W jego 

liście nie było nic ponaglającego, prosił tylko, abyśmy mieli oczy szeroko 

otwarte na wszystko, co się dzieje wokół nas.

Ale nic się nie działo. Minęły dwa tygodnie od pamiętnego wrześniowego dnia i 

życie w Midwich płynęło spokojnie bez żadnych zakłóceń.

Część mieszkańców miała żal do władz, że nie pozwoliły publikować w prasie 

artykułów, ani fotografii, które rozsławiłyby Midwich w całym kraju; reszta była 

zadowolona, że przerwa w ich codziennym życiu trwała tak krótko. Wiele osób 

utrzymywało, że całe to dziwne wydarzenie spowodowały tajemnicze praktyki 

naukowców pracujących w Ośrodku.

Wyrazicielem przeciwnej opinii był Zellaby, który w rozmowie z kierownikiem 

Instytutu Naukowego oświadczył:

— Wasza tu obecność, a co za tym idzie zainteresowanie służby bezpieczeństwa, 

uchroniło nas od o wiele gorszej inwazji, niż ta, którą przeżyliśmy owego 

fatalnego dnia. Nasze życie prywatne zostałoby zbrukane, nasza wrażliwość i 

uczuciowość zraniona śmiertelnie przez

nowoczesne trzy Furie: słowo drukowane, nagrane, oraz sfilmowany obraz. Należy 

wam się za to wdzięczność od całego tutejszego społeczeństwa.

Polly Rushton zakończyła pobyt u swoich wujostwa i wróciła do Londynu. Alan 

Hughes, ku swemu wielkiemu niezadowoleniu został z nieznanych mu powodów 

przeniesiony do północnej Szkocji. Na domiar złego, przedłużono mu służbę o 

kilka tygodni, spędzał więc wolny czas na wymianie urzędowych notatek w 

kancelarii swego pułku i na korespondencji z panną Zellaby. Pani Harriman, żona 

piekarza, po wysunięciu szeregu nie bardzo przekonywujących argumentów, mających 

usprawiedliwić obecność zwłok Herberta Flagga przed jej domem, przeszła do 

ataku, wyliczając mężowi liczne fakty z jego dość podejrzanej przeszłości. 

Pozostali mieszkańcy żyli sobie tak, jak dawniej.

Po upływie trzech tygodni wydarzenia z 26 na 27 września przeszły niemal do 

historii. A jedenaście świeżych mogił mogło przybyć na cmentarzu z przyczyn 

zupełnie naturalnych.

Muszę teraz wyjaśnić pewną trudność techniczną, którą napotkałem. Jak już 

zaznaczyłem nie zamierzam opowiadać o sobie, tylko o Midwich. Gdybym podawał tu 

wszystkie informacje w takiej kolejności, w jakiej je zdobywałem, wynikłby z 

tego okropny galimatias, kłębowisko nieuporządkowanych incydentów, których 

skutki wyprzedzałyby przyczyny. Dlatego byłem zmuszony przeszeregować swoje 

informacje, nie bacząc na porządek chronologiczny, w jakim do mnie dochodziły.

Na przykład nie bieżące obserwacje, lecz późniejsze dociekania ujawniły 

zakłócenia w życiu poszczególnych osób, wkrótce po rzekomej stabilizacji, która 

tu pozornie nastąpiła. Zaczęło się to pod koniec listopada, lub na początku 

grudnia, w niektórych przypadkach może nieco wcześniej. W tym właśnie czasie 

Ferrelyn Zellaby w jednym z codziennych listów do Alana doniosła mu, że jej 

niepokojące przypuszczenie zamieniło się w pewność.

W nieskładnych zdaniach zawiadamiała go lub raczej dawała mu do zrozumienia, że 

nie wie, jak mogło do tego dojść, bo z naukowego punktu widzenia jest to w ogóle 

niemożliwe, więc ona tego zupełnie nie pojmuje, ale faktem jest, że w jakiś 

tajemniczy sposób zaszła w ciążę. Czy wobec tego Alan mógłby zwolnić się na 

weekend, żeby mogli porozmawiać o tej sprawie?

Rozdział VII

Dalsze wypadki

Jak się później okazało Alan nie był pierwszą osobą, której Ferrelyn powierzyła 

swoją tajemnicę. Kilka dni przed napisaniem do niego, zaskoczona i przygnębiona, 

postanowiła zawiadomić swoją rodzinę. Przede wszystkim potrzebowała rady i 

wyjaśnienia, jakiego nie znalazła w żadnej z książek, które uważnie 

przestudiowała. Poza tym uważała za niegodne, ukrywanie swego stanu aż ktoś go 

odgadnie. Przede wszystkim chciała porozmawiać z Angelą, a dopiero potem ze 

swoją matką.

Okazało się jednak, że łatwiej jest powziąć decyzję, niż przystąpić do 

działania. W środę rano Ferrelyn postanowiła, że wykorzysta jakąś spokojną 

background image

chwilę w ciągu dnia, aby znaleźć się z Angelą sam na sam i przedstawić jej 

sytuację.

Niestety w środę nie nadarzył się żaden odpowiedni moment, w czwartek rano także 

nie, a po południu Angelą poszła na zebranie Ligi Kobiet, z którego wróciła 

późnym wieczorem. W piątek rano Ferrelyn zdecydowała, że porozmawia tego dnia z 

Angelą, nawet, jeśli warunki nie będą ku temu idealne.

Gdy weszła do jadalni, Zellaby kończył już śniadanie. Z roztargnieniem przyjął 

jej powitalny pocałunek i zaraz wyszedł na przechadzkę, którą odbywał codziennie 

nim zasiadał do pracy w swoim gabinecie. Ferrelyn zjadła trochę płatków z 

mlekiem, napiła się kawy, dziobnęła widelcem jajko na boczku, po czym odsunęła 

talerz tak zdecydowanie, że Angelą ocknęła się z zamyślenia.

— Co się stało? — spytała. — Czy jest nieświeże?

— Ależ nie. Po prostu nie mam dziś ochoty na jajka — odparła Ferrelyn. Miała 

nadzieję, że zaraz padnie pytanie dlaczego, ale Angelą nie wykazała 

zainteresowania. Ferrelyn zdawało się, że jakiś wewnętrz-

ny głos podszeptuje jej: — Dlaczego nie teraz? Przecież musisz jej wreszcie 

powiedzieć!

Odetchnęła głęboko i zaczęła ostrożnie:

— Wiesz, Angelo, miałam rano mdłości.

— Naprawdę? — rzekła macocha, nabierając na nóż masła. Następnie, podnosząc do 

ust posmarowaną grzankę dodała:

— To tak samo, jak ja. Obrzydliwość, prawda?

Znalazłszy się już na właściwym torze Ferrelyn kontynuowała odważnie:

— Zdaje się, że moje mdłości mają szczególne podłoże. Wiele kobiet w ciąży 

odczuwa rano mdłości.

Angela popatrzyła na nią uważnie i skinęła głową.

— Rozumiem — rzekła.

Powoli posmarowała drugą połowę grzanki, podniosła głowę i oświadczyła:

— U mnie to było na tym samym tle.

Ferrelyn spojrzała na nią ze zdumieniem. Sama nie wiedziała, dlaczego ta 

wiadomość zaszokowała ją. Ale właściwie, czemu nie? Angela była tylko o 

szesnaście lat starsza od niej, więc było to zupełnie naturalne, tylko... 

nieoczekiwane. A poza tym, ojciec miał już troje wnuków z pierwszego małżeństwa. 

Któżby się spodziewał... Wydawało jej się to nieprawdopodobne. Ferrelyn uważała 

Angelę za wspaniałą kobietę. Uczuła zamęt w głowie. Wpatrywała się w macochę, 

nie znajdując właściwych słów. Rozmowa, do której przygotowywała się od paru 

dni, przybrała zupełnie nieoczekiwany obrót.

Angela nie widziała Ferrelyn. Patrzyła przez okno gdzieś daleko, za chwiejące 

się na wietrze ogołocone gałęzie kasztanów. Nagle wzrok jej przyćmił się i na 

dolnych rzęsach zawisły dwie łzy, które powoli spłynęły po policzkach.

Ferrelyn oniemiała. Nigdy nie widziała Angeli płaczącej. To nie była tego 

rodzaju kobieta...

Angela pochyliła się i ukryła twarz w dłoniach. Ferrelyn zerwała się z miejsca, 

podbiegła, objęła macochę ramionami i zaczęła głaskać ją po włosach. Zdawała 

sobie sprawę z dziwaczności tej sceny. Wprawdzie nie miała zamiaru wypłakiwać 

się w ramionach Angeli, ale trudno było nie pomyśleć, że role zostały niejako 

odwrócone.

Po chwili Angela przestała łkać, zaczęła oddychać spokojniej i sięgnęła po 

chustkę do nosa.

—Przepraszam, że się tak wygłupiłam — rzekła — ale to ze szczęścia!

— Ooo... — powiedziała Ferrelyn niepewnie.

— Widzisz, nie śmiałam uwierzyć, że to prawda. Dopiero mówiąc o tym, 

uświadomiłam sobie w pełni, że to jest fakt. Chciałam tego od tak dawna, i 

ciągle nic i nic! Już myślałam, że muszę pogodzić się z tym faktem i przestać 

się martwić... A teraz wreszcie moje marzenie spełniło się, więc...

Znów zaczęła płakać, ale spokojnie, z ulgą. W kilka minut później opanowała się, 

otarła oczy i energicznie odłożyła zmiętą chusteczkę.

— Dość tego — rzekła. — Nie miałam pojęcia, że tak miło jest się wypłakać. To mi 

naprawdę dobrze zrobiło. Ale nie chcę być egoistką; przepraszam cię, kochanie.

— Ależ nie ma za co. Cieszę się razem z tobą — odparła Ferrelyn wielkodusznie. — 

Co do mnie, to nie zbiera mi się na płacz, jestem tylko trochę przestraszona...

Te słowa uderzyły Angelę i odwróciły jej uwagę od własnych problemów. 

Spodziewała się innej reakcji ze strony Ferrelyn. Spojrzała przeciągle na swą 

background image

pasierbicę, jak gdyby dopiero teraz uprzytomniła sobie jej sytuację.

— Przestraszona, kochanie? — powtórzyła. — Nie powinnaś tego tak odczuwać. 

Oczywiście nie jest to zupełnie zgodne z konwenansami, ale trzeba wyzbyć się 

pruderii. Przede wszystkim musisz się upewnić czy naprawdę...

— Jestem pewna — przerwała Ferrelyn. — Ale zupełnie tego nie rozumiem. U ciebie 

jest inaczej, jesteś mężatką...

— Powinnaś zawiadomić Alana.

— Chyba tak — przyznała Ferrelyn bez zapału.

— Ależ oczywiście! I nic się nie bój. Alan cię nie porzuci. Przecież on cię 

ubóstwia!

— Czy jesteś tego pewna, Angelo?

— Naturalnie, ty głuptasie! Wystarczy na niego popatrzeć. Nie zdziwiłabym się 

wcale, gdyby ta wiadomość go uszczęśliwiła. Na pewno...

Urwała nagle, widząc wyraz twarzy Ferrelyn.

— Nie rozumiesz, Angelo. To nie był Alan.

Blask serdeczności zniknął z oczu Angeli. Patrząc zimno na pasierbicę wstała od 

stołu.

— Nie! — krzyknęła rozpaczliwie Ferrelyn. — To nie jest tak, jak myślisz! W 

ogóle nie było nikogo, rozumiesz? Dlatego jestem przerażona.

W ciągu następnych dwóch tygodni, trzy młode dziewczyny z Mid-wich prosiły 

pastora Leebody o poufną rozmowę. Znał je dobrze, zarówno jak ich rodziców, były 

to przyzwoite, inteligentne dziewczyny, a przecież każda z nich na zakończenie 

rozmowy powiedziała:

— Nie było nikogo, proszę księdza, dlatego jestem przerażona.

Gdy piekarz Harriman dowiedział się przypadkiem, iż żona jego była u lekarza 

przypomniał sobie, że ciało Herberta Flagge znaleziono w ich ogrodzie i zbił na 

kwaśne jabłko połowicę, która zapewniała go ze łzami, że Herbert nie przestąpił 

progu ich domu, i że ona nie spotykała się z nim, ani z żadnym innym mężczyzną.

Młody marynarz, Tom Dorry przyjechał do domu na urlop po osiemnastomiesięcznej 

służbie za granicą. Gdy dowiedział się, że jego żona jest w ciąży, zabrał swoje 

rzeczy i poszedł do matki, która kazała mu wrócić do domu i zaopiekować się 

wystraszoną małżonką, a skoro to nie poskutkowało oznajmiła mu, że ona sama, 

czcigodna wdowa jest w tej samej sytuacji, choć w żaden sposób nie potrafiła 

wytłumaczyć, jak do tego doszło. Tom wrócił do domu, gdzie zastał żonę leżącą na 

podłodze w kuchni z pustym flakonem aspiryny obok bezwładnej dłoni. Pognał więc 

po lekarza.

Pewna nie młoda już kobieta ni stąd, ni zowąd kupiła sobie rower, i wykazując 

niezwykłą siłę woli, przemierzała na nim duże odległości na wyboistych, polnych 

dróżkach.

A panna Ogle pożerała chciwie kanapki posmarowane ostrą śledziową pastą i 

marynowane korniszony.

Sprawy przybrały wreszcie tak niepokojący obrót, że zaalarmowany doktor Willers 

postanowił naradzić się z pastorem. Ale ledwie przybył na plebanię, ktoś wezwał 

go telefonicznie do groźnego wypadku. Na szczęście okazało się, że słowa 

„trucizna", figurującego przepisowo na buteleczce z płynem dezynfekcyjnym nie 

należało brać tak dosłownie, jak sądziła Rosie Patch. Jej tragiczny zamiar był 

jednak zupełnie jasny. Kończąc swe zabiegi doktor Willers trząsł się z gniewu; 

Rosie Patch miała siedemnaście lat.

Rozdział VIII

Narady

W dwa dni po ślubie Alana i Ferrelyn błogi spokój, jaki ogarnął Zellaby'ego po 

tym wydarzeniu, został zakłócony wtargnięciem doktora Willersa.

Wciąż jeszcze pod wrażeniem zażegnanej w ostatniej chwili tragedii Rossie Patch, 

lekarz był tak podniecony, że początkowo Zellaby nie mógł się zorientować o co 

mu w ogóle chodzi. W końcu jednak zrozumiał, że doktor i pastor postanowili 

zwrócić się do niego, a co ważniejsze także do Angeli w pewnej sprawie, a 

niedoszła tragedia małej Patch skłoniła Willersa do przyśpieszenia wizyty w Kyle 

Manor.

— Na szczęście w obu wypadkach udało mi się odratować dziewczyny —mówił doktor—

ale to już drugi samobójczy zamach w tym tygodniu. Lada dzień może być trzeci, a 

kto wie, czy nie udany? Musimy wyciągnąć tę sprawę na światło dzienne i 

zmniejszyć napięcie. Nie można dłużej czekać.

background image

— O co właściwie chodzi? Willers przeciągnął dłonią po czole.

— Przepraszam — powiedział. — W ostatnich dniach byłem tym wszystkim tak 

zaabsorbowany, iż zapomniałem, że pan może nie wiedzieć. Chodzi o te 

niewytłumaczalne ciąże.

— Niewytłumaczalne? — Zellaby ze zdziwieniem uniósł brwi. Willers starał się 

wytłumaczyć mu, dlaczego użył tego słowa.

— Jest to tak niepojęte, że pastor i ja jesteśmy skłonni łączyć ten fenomen z 

innym, równie niezrozumiałym, który zaobserwowano tu 27 września.

Zellaby patrzył na niego zamyślony.

— To ciekawa hipoteza — rzekł ostrożnie.

— Cała sytuacja jest niezmiernie ciekawa, ale analizowanie jej może poczekać. 

Nie mogą natomiast czekać kobiety, których stan graniczy

z histerią. Niektóre są moimi pacjentkami, pozostałe na pewno zgłoszą się 

niedługo, i jeśli taki stan napięcia się przeciągnie...

— Dużo kobiet? — zapytał Zellaby. — Mniej więcej ile?

— Nie wiem dokładnie.

— Ale w przybliżeniu? Jeżeli mamy zająć się tą sprawą, musimy mieć jakieś dane.

— No więc sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu.

— Co? — Zellaby spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Powiedziałem panu, że to okropna sprawa.

— Ale skąd pan wziął tę liczbę sześćdziesiąt pięć?

— Ponieważ w miasteczku jest mniej więcej tyle kobiet w wieku rozrodczym.

Gdy po dłuższej rozmowie z obu paniami, Angela wstrząśnięta i pobladła udała się 

do swojego pokoju, Willers powiedział:

— Ogromnie mi przykro, ale prędzej, czy później musiałaby się przecież 

dowiedzieć. Mam nadzieję, że nie wszyscy przejmą się tak, jak pana małżonka.

Zellaby ponuro kiwnął głową.

— Ona jest naprawdę wspaniała. Jestem ciekaw, jak pan, czy ja znieślibyśmy taki 

szok?

— Cholerna sprawa! Z mężatkami to jeszcze pół biedy, ale musimy powiedzieć także 

coś niezamężnym, inaczej wpadną w chorobę nerwową.

— Zastanawiam się przez cały wieczór, ile powinno się im powiedzieć. Czy uznać 

tę sprawę za zagadkę i pozwolić każdej wysnuwać własne wnioski, czy może jest 

jakieś lepsze wyjście?

— Do licha, to przecież istotnie jest zagadka!

— Zagadkowe jest j ak to się stało, a nie co się stało, bo co do tego nie może 

chyba być wątpliwości. Na pewno pan też zdaje sobie sprawę, chyba, że celowo 

unika pan wyjaśnienia.

— Proszę mi powiedzieć, co pan o tym myśli — rzekł doktor. — Może pana linia 

rozumowania jest odmienna.

— Jedyny wniosek — zaczął Zellaby i nagle urwał, spojrzawszy na fotografię 

córki.

— Mój Boże, Ferrelyn także?... — wykrzyknął.

Powoli odwrócił głowę. Przez chwilę w milczeniu patrzył na deseń dywanu, po czym 

wstał i z wystudiowanym chłodem naukowca powiedział:

— Narzucają się trzy, a może nawet cztery możliwości. U stworzeń niższych 

gatunków można przecież spowodować dzieworództwo, prawda?

— Tak, ale na pewno nie u ssaków.

— Zgoda. Istnieje też sztuczne zapłodnienie.

— Ale nie sądzi pan, że miało to miejsce w tym wypadku?

— Nie, nie sądzę.

— Ja też nie. Pozostaje zatem możliwość impłantacji, czyli wszczepienia, a to 

prowadzi do czegoś, co ktoś, chyba Huxley, nazwał xenogenezą. Jest to poczęcie 

stworzenia bez udziału rodziców; kobieta nie jest jego matką, tylko rodzicielką.

Doktor Williams nachmurzył się.

— Mam nadzieję, że to się u nas nie przytrafiło — powiedział.

— Może pan porzucić tę nadzieję, mój drogi — rzekł Zellaby. — Jest to jedyne 

wytłumaczenie, które można przyjąć. Idźmy dalej: czy jest prawdopodobne, aby 

jedna trzecia kobiet w wybranej na chybił trafił grupie, była jednocześnie w 

jednakowo zaawansowanej ciąży?

— No, wie pan... — zaczął z wahaniem doktor.

— Zatem, jeśli podana przez pana liczba brzemiennych jest realna, stajemy wobec 

sytuacji zupełnie nieprawdopodobnej statystycznie. Ergo czy nam się podoba czy 

background image

nie, musimy przyjąć czwartą i ostatnią możliwość: implantacja zapłodnionych jaj 

miała miejsce 27 września.

Doktor Willers nie zdawał się jeszcze całkowicie przekonany.

— Zakwestionowałbym słowo „ostatnia" — rzekł. — Może są jeszcze inne 

ewentualności, o których nie pomyśleliśmy. Ale moją główną troską nie jest 

mechanizm tego wydarzenia, ale dobro moich obecnych i przyszłych pacjentek.

— Już niedługo będzie pan miał pełne ręce roboty, bo przecież wszystkie są w tym 

samym stadium ciąży, będą rodzić w tym samym okresie czasu, pod koniec czerwca 

lub w pierwszym tygodniu lipca.

— Teraz postaram się zrobić wszystko, by zmniejszyć ich niepokój, a nie 

powiększać go. Dlatego nie wolno nam dopuścić do rozgłaszania sugestii 

impłantacji. To może wywołać panikę. Dla dobra moich pacjentek proszę, aby pan 

przy każdej okazji wykpiwał ostentacyjnie tę hipotezę.

— Dobrze — zgodził się Zellaby po chwili zastanowienia. — Trudno odgadnąć, jak 

by to przyjęły kobiety. Co do mnie, to gdybym miał nawet w najnormalniejszych 

warunkach wydać na świat nowe życie, byłbym

przerażony; gdybym miał powody przypuszczać, że to może być jakaś nieoczekiwana 

forma życia, chyba bym oszalał. Kobiety są na ogół silniejsze od mężczyzn, ale 

nie wszystkie, więc najlepiej zaprzeczać istnieniu takiej możliwości.

— A teraz — powiedział po chwili — zastanówmy się po jakiej linii ma iść praca 

mojej żony. Najtrudniejszym problemem będzie rozgłos, a raczej zdławienie 

rozgłosu.

— Nie daj Boże, żeby to się dostało do prasy — szepnął Willers.

— To by dopiero była gratka dla pismaków! Codzienne komentarze, długoterminowe 

przewidywania. Na pewno byłoby i o genezie: Może jakiś konkurs prognozowania 

dalszego rozwoju wypadków! No cóż, dotychczas władzom udało się nie dopuścić do 

żadnych wzmianek o fatalnym dniu w Midwich, zobaczymy, jak sobie teraz poradzą.

Rozdział IX

Utrzymać tajemnicę

Werbowanie uczestników na „Specjalne, Wyjątkowe Zebranie Szczególnie Ważne dla 

Każdej Kobiety w Midwich" prowadzone było intensywnie. W związku z tą sprawą 

odwiedził nas Gordon Zellaby, który obfitym potokiem, starannie dobranych słów, 

potrafił przekonać jak dramatycznie pilna jest narada, na którą zapraszał nie 

zdradzając jednak,

0 co właściwie chodzi. Sposób, w jaki odpierał wszelkie zakusy, aby wydrzeć mu 

więcej informacji wzmagał jeszcze ogólne zainteresowanie.

Gdy ludzie przekonali się, że nie chodzi o kolejną propagandową imprezę na rzecz 

Obrony Cywilnej lub inną tego rodzaju doroczną kampanię, zaczęto zastanawiać 

się, co może być tematem zebrania aż tak ważnego, że doktor, pastor oraz ich 

żony, oboje państwo Zellaby

1 miejscowa pielęgniarka odwiedzają mieszkańców, doręczając każdemu osobiście 

zaproszenie.

Niejasne odpowiedzi zapraszających, poparte zapewnieniami, że występ jest 

darmowy, że nie będzie żadnej kwesty, natomiast wszyscy obecni otrzymają 

bezpłatny podwieczorek sprawiły, że ciekawość wzięła górę nad podejrzliwością i 

frekwencja na zebraniu była niemal stuprocentowa.

Angela Zellaby, trochę mizerna, zasiadła na estradzie między doktorem Willersem 

i pastorem. Doktor palił nerwowo, pastor pogrążony był w zadumie, z której 

otrząsał się od czasu do czasu, by szepnąć słówko do pani Zellaby, która 

odpowiadała mu z roztargnieniem. Zaczekano dziesięć minut na spóźnialskich, po 

czym doktor polecił zamknąć drzwi i zagaił zebranie, zwięźle, ale przekonywująco 

potwierdzając jego ważność. Potem głos zabrał pastor, który na zakończenie 

powiedział:

— Gorąco proszę wszystkich obecnych o uważne wysłuchanie tego, co nam powie pani 

Zellaby. Jesteśmy ogromnie wdzięczni, że zgodziła się naświetlić wam tę sprawę; 

zaznaczam, że wszystko co powie pani Zellaby ma naszą pełną aprobatę. 

Obarczyliśmy ją tym zadaniem tylko dlatego, iż sądzimy, że sprawa stanie się 

lepiej zrozumiała i łatwiejsza do przyjęcia do wiadomości, jeśli przedstawi ją 

kobieta kobietom. Doktor Willers i ja opuścimy teraz salę, ale pozostaniemy w 

tym gmachu. Gdy pani Zellaby skończy, wrócimy tu, aby odpowiedzieć na wasze 

pytania. A teraz proszę poświęcić całą uwagę pani Zellaby.

Skinął na doktora i obaj wyszli bocznymi drzwiami, które zostawili lekko 

background image

uchylone.

Angela napiła się wody ze stojącej przed nią na stole szklanki. Przez chwilę 

przyglądała się swym dłoniom, spoczywającym na notatkach. Potem podniosła głowę, 

a gdy szepty na sali ucichły potoczyła wzrokiem po zebranych, jakby chciała 

zapamiętać każdą twarz.

— Przede wszystkim — zaczęła — muszę was ostrzec. Będzie mi trudno powiedzieć 

to, co zamierzam, a wam będzie trudno to zrozumieć i dać temu wiarę: na razie 

nikt z nas nie może tego pojąć.

Przerwała na chwilę i spuściła oczy, ale wnet podniosła głowę.

— Będę miała dziecko — rzekła. — Jestem tym ogromnie uszczęśliwiona. To 

naturalne, każda kobieta chce mieć dzieci i cieszy się, oczekując ich przyjścia 

na świat. Ale jest nienaturalne i niedobre, gdy się tego boi. Dzieci powinny być 

szczęściem i radością. Ale niestety, wiele kobiet w Midwich nie odczuwa tego w 

ten sposób. Czują się nieszczęśliwe, zhańbione, przerażone. Dla ich dobra 

zwołaliśmy to zebranie, aby im pomóc i przekonać je, że nie potrzebują się 

martwić ani bać, ani wstydzić.

Znów rozejrzała się po sali. Tu i ówdzie rozległo się głębokie westchnienie.

— Coś bardzo dziwnego zdarzyło się tu i dotknęło wszystkie kobiety w Midwich 

zdolne do rodzenia dzieci.

Publiczność siedziała w milczeniu. Wszystkie oczy utkwione były w Angeli. Ale 

nie mogła mówić dalej, gdyż z prawego boku sali dobiegły ją jakieś szepty. 

Siedziała tam panna Latterly ze swą nieodłączną towarzyszką, panną Lamb.

Angela urwała w pół słowa i czekała. Słyszała pełen oburzenia głos panny 

Latterly, ale nie mogła rozróżnić słów.

—Mam wrażenie, że panią nie interesuje temat naszego zebrania—rzekła spokojnie.

Panna Latterly wstała i powiedziała głośno.

I

— Ma pani rację. Nigdy w życiu...

—Ale ponieważ ta sprawa jest niezmiernie ważna dla wielu zgromadzonych

tu osób, proszę nam więcej nie przeszkadzać. A może woli pani opuścić salę?

—To jest...—zaczęła panna Latterly z oburzeniem; ale nagle zmieniła zdanie.

— Złożę protest przeciw tym niesłychanym oszczerstwom, którymi pani obrzuca 

nasze społeczeństwo — oświadczyła z oburzeniem.

Odwróciła się z godnością i stojąc koło swojego krzesła, najwidoczniej czekała, 

żeby panna Lamb wyszła z nią razem. Ale panna Lamb nie ruszyła się z miejsca. 

Panna Latterly spojrzała na nią ze zniecierpliwieniem, ale to nie odniosło 

skutku; panna Lamb dalej siedziała nieruchomo.

Panna Latterly otworzyła już usta, aby coś powiedzieć, ale powstrzymała się, 

spojrzawszy na przyjaciółkę. Panna Lamb nie patrzyła jej w oczy, utkwiła wzrok 

prosto przed siebie, a na twarz jej wypłynął ciemny rumieniec.

Z krtani panny Latterly wydarł się jakiś dziwny, ochrypły dźwięk. Wyciągnęła 

rękę, i żeby nie upaść chwyciła oparcie krzesła. Przez chwilę bez słowa 

wpatrywała się w przyjaciółkę, po czym potoczyła po sali na pół przytomnym 

wzrokiem. Wyglądała o dziesięć lat starzej. Po chwili opanowała się z wysiłkiem, 

zdjęła rękę z poręczy krzesła, podniosła głowę, i wyprostowana, cokolwiek 

niepewnym krokiem skierowała się do wyjścia.

Angela spodziewała się gwaru, uwag, komentarzy, ale oszołomiona publiczność 

milczała. Wszystkie twarze zwrócone były ku niej w oczekiwaniu. Podjęła więc 

dalej swoje przemówienie od miejsca, w którym jej przerwano, starając się 

rozładować napięcie, spowodowane wystąpieniem panny Latterly. Z wysiłkiem 

zakończyła wstęp swojej mowy i zrobiła krótką przerwę.

Sala rozbrzmiała teraz gwarem. Angela wypiła łyk wody, i ocierając dyskretnie 

zwilgotniałe dłonie, przyglądała się swemu audytorium. Zobaczyła, że panna Lamb 

przyciska do oczu chusteczkę, a siedząca obok niej poczciwa pani Brant usiłuje 

ją pocieszyć. Zresztą nie tylko panna Lamb folgowała łzom. Gwar pełnych 

niedowierzania i konsternacji głosów unosił się nad pochylonymi głowami. Kilka 

kobiet zachowywało się trochę histerycznie, ale nie doszło do żadnych 

nieopanowanych wybuchów, których się obawiała.

Przez kilka minut z ulgą i rosnącą ufnością obserwowała swoje słuchaczki. Gdy 

uznała, że minęło dość czasu, by zamortyzować pierwszy szok, zastukała szklanką 

w stół. Rozmowy ucichły. Tu skrzypnęło czyjeś krzesło, tam ktoś wysiąkał nos i 

wnet wszystkie oczy zwróciły się ku Angeli. Zaczerpnęła głęboko powietrza i 

zaczęła mówić dalej:

background image

— Tylko dziecko lub ktoś naiwny, jak dziecko wierzy, że los jest sprawiedliwy. 

Nie jest tak i na pewno dla niektórych z nas sytuacja będzie cięższa, niż dla 

innych. Ale czy to sprawiedliwe, czy nie, jesteśmy tu wszystkie, panny i mężatki 

w tej samej łódce i nie ma powodu, aby jedna pogardzała drugą. Jesteśmy wyjęte 

spoza konwenansów. To co się nam przydarzyło powinno nas łączyć. Żadna z nas nie 

ponosi jakiejkolwiek winy, więc nie ma mowy o jakimś różnicowaniu, z tym tylko 

wyjątkiem, iż te, które nie znajdą oparcia w miłości i czułości małżeńskiej, 

będą potrzebowały więcej naszej serdeczności.

Odnosiła wrażenie, że jej słowa trafiają słuchaczkom do przekonania. Powiedziała 

na ten temat jeszcze kilka zdań, po czym przeszła do innego aspektu.

— To jest nasza wspólna sprawa — powiedziała stanowczo i musimy pokierować nią 

same. Nie pozwolimy, by wtrącał się ktoś z zewnątrz. Dobrze wiecie, że gazety 

rzucają się na wszystko, co ma związek z przychodzeniem na świat dzieci, 

zwłaszcza w niecodziennych okolicznościach. Robią z tego istny fotoplastykon, a 

z ludzi, których to dotyczy dziwolągi z wesołego miasteczka. Intymne sprawy 

rodziców i dzieci wyciąga się na forum publiczne. Czytaliśmy wszyscy o przypadku 

wielorództwa; prasa rozpisywała się o tym, przy poparciu rządu sprawą zajęli się 

lekarze z takim skutkiem, że rodziców niemal pozbawiono niemowląt wkrótce po ich 

przyjściu na świat. Co do mnie, to nie chciałabym utracić w ten sposób kontaktu 

ze swoim dzieckiem i przypuszczam, że żadna z was nie mogłaby się pogodzić z 

czymś podobnym. Wobec tego, jeśli pragniemy uniknąć mnóstwa nieprzyjemności, 

komentowania tego wszystkiego w prasie, w różnych klubach i barach, i o ile nie 

chcemy ryzykować, że pod tym, czy innym pozorem naukowcy i lekarze odbiorą nam 

dzieci, musimy zachować całą sprawę w ścisłej tajemnicy. Nie wolno nam rozmawiać 

na ten temat z nikim poza mieszkańcami naszego miasta. Od nas zależy, aby ta 

sprawa pozostała sprawą Midwich, i nie przybrała takiego obrotu, jak zechce 

jakaś gazeta, lub któreś Ministerstwo, ale tak, jak zdecydują ludzie w Midwich. 

Jeżeli mieszkańcy Trayne, czy jakiegoś innego miasta będą nas wypytywać, to dla 

dobra naszych dzieci i nas samych nie wolno nam udzielać im żadnych informacji. 

Nie znaczy to, aby uparcie milczeć, bo wydałoby się to podejrzane. Musimy 

zachowywać się tak, jakby w Midwich nie działo się nic niezwykłego. Jeżeli nasi 

mężczyźni będą współpracować z nami, a trzeba przekonać ich, że to konieczne, 

ludzie nie będą się nami

interesować i zostawią nas w spokoju. Nikt nie ma większego prawa i obowiązku 

chronienia naszych dzieci niż my sami.

Popatrzyła badawczo na swoje słuchaczki i zakończyła, mówiąc:

— Poproszę teraz na salę pastora i doktora Willersa. Ja wrócę za parę minut. Na 

pewno chcecie zadać wiele pytań.

I wyszła do sąsiedniego pokoju.

— Wspaniale, proszę pani, naprawdę wspaniale! — rzekł pastor. Doktor Willers 

uścisnął jej rękę.

— Zrobiła to pani znakomicie — powiedział i podążył za pastorem na podium.

Zellaby przysunął jej krzesło. Usiadła i zamknęła oczy. Była blada i mizerna ze 

zmęczenia.

— Chodźmy lepiej do domu! — zaproponował Zellaby. Potrząsnęła głową.

— Nie. Zaraz przyjdę do siebie. Muszę tam wrócić.

— Dadzą sobie radę bez ciebie. Zrobiłaś już swoje, i to doskonale!

— Wiem, jak czują się te kobiety. To przełomowa chwila, Gordon! Musimy pozwolić 

im zadawać pytania i wygadać się, jak długo zechcą, aby idąc do domu nie były 

już pod wrażeniem szoku. Muszą mieć świadomość serdecznego poparcia. Wiem o tym, 

bo sama tego potrzebuję.

Odgarnęła włosy do tyłu.

— Wiesz Gordon, to nieprawda co powiedziałam.

— Co mianowicie? Powiedziałaś tak wiele!

— To, że jestem rada i szczęśliwa. Dwa dni temu to była szczera prawda. Tak 

bardzo się cieszyłam, że będziemy mieli dziecko! Teraz boję się... Boję się, 

Gordon!

Objął ją mocno i przytulił do siebie.

— Wszystko będzie dobrze, kochanie!

— Ale to jest okropne! — wykrzyknęła. — Wiem, że coś we mnie rośnie, ale nie 

jestem pewna skąd to się wzięło i... co to jest. To takie poniżające! Czuję się, 

jak zwierzę.

Pocałował ją delikatnie w policzek i dalej gładził jej włosy.

background image

— Nie martw się — powiedział. — Mogę się założyć, że gdy on, czy ona przyjdzie 

na świat rzucisz tylko okiem i zawołasz: „no proszę, ma nos Zellaby'ch!" A gdyby 

nie, to stawimy temu czoła oboje! Nie jesteś sama! Pamiętaj o tym ciągle! Jestem 

przy tobie i Willers też. Jesteśmy tu, żeby ci pomagać, zawsze i stale!

Odwróciła głowę i pocałowała go.

— Kochany! — rzekła — mój kochany! Wysunęła się z jego objęć i wstała.

— Muszę wracać — oznajmiła.

Zellaby spoglądał na nią przez chwilę, potem przysunął sobie krzesło do 

niedomkniętych drzwi, zapalił papierosa i usiadł. Słuchał, aby z padających na 

sali pytań zorientować się jakie nastroje panują w miasteczku.

Rozdział X

Porozumienie

Wstępne zebranie można było uważać za sukces. Większość obecnych zaaprobowała 

koncepcję solidarności i współodpowiedzialności. Jeśli nawet nie wszyscy byli 

zupełnie przekonani o konieczności zachowania dyskrecji, to przecież nikt nie 

chciał, by zakłócano mu prywatne życie, by do miasteczka przyjeżdżały autokary 

pełne ciekawych turystów, którzy będą się gapić na wszystko, może nawet zaglądać 

przez okna do mieszkań. Poza tym nieliczne osoby, spragnione rozgłosu, 

zorientowały się szybko, że miasteczko zmiękczy każdego opornego bojkotem.

Gdy oszołomienie po pierwszym wstrząsie ustąpiło miejsca przekonaniu, że ster 

objęły sprawne dłonie; gdy niezamężne młode dziewczyny przestały się bać i 

zadręczać, a niektóre zdawały się nawet puszyć w poczuciu swej ważności, i gdy 

atmosfera chęci współdziałania zaczęła przypominać nastrój przed dorocznym 

festynem kwiatów, samoistnie ukonstytuowany komitet nabrał przekonania, że 

skierował sprawę na właściwy tor.

Do komitetu, do którego początkowo należeli Willersowie, pastor z żoną, 

małżonkowie Zellaby i siostra Daniels dokooptowano Janet i mnie, oraz Artura 

Crimma, jako przedstawiciela naukowców z Ośrodka.

Mimo niewątpliwych osiągnięć członkowie komitetu zdawali sobie doskonale sprawę, 

że muszą dalej bacznie obserwować bieg wypadków i nastroje, aby nie dopuścić do 

powrotu konwencjonalnych uprzedzeń. Debatowali o tym na jednym z zebrań, a w 

podsumowaniu dyskusji Angela powiedziała:

— Powinniśmy starać się zaszczepić tu we wszystkich poczucie koleżeństwa wobec 

przeciwności losu; oczywiście nie sugeruję, że to jest przeciwność losu, gdyż o 

ile nam wiadomo nie można tego tak nazwać.

Jej słowa zyskały ogólną aprobatę, tylko pani Leebody zdawała się wahać.

— Ale sądzę, że powinniśmy być uczciwe — rzekła niepewnie. A gdy wszyscy 

spojrzeli na nią pytająco, mówiła dalej:

— To przecież jest przeciwność losu, i jeśli spotkało nas coś takiego, to chyba 

nie bez powodu. Musi być jakiś powód i wydaje mi się, że naszym obowiązkiem jest 

go wykryć.

Angela spojrzała na nią ze zdziwieniem:

— Nie rozumiem — rzekła.

— Gdy takie rzeczy nagle spadają na jakieś społeczeństwo istnieją ku temu 

przyczyny. Przypomnijmy sobie plagi egipskie, Sodomę i Gomorę, i inne tego 

rodzaju wypadki.

Zapadła chwila milczenia; Zellaby poczuł, że musi uratować niezręczną sytuację.

— Co do mnie — zauważył — to uważam plagi egipskie za niezbyt budujący przykład 

niebiańskiego zastraszenia; takie metody nazywa się obecnie polityką siły. 

Jeżeli chodzi o Sodomę... — urwał, spotkawszy spojrzenie swojej żony.

— Hm... — zaczął pastor, ponieważ wyraźnie oczekiwano od niego jakiegoś 

wyjaśnienia — hm...

Angela przyszła mu z pomocą.

— Proszę się tym nie przejmować — powiedziała do pani Leebody. — Oczywiście 

bezpłodność jest klasyczną formą przekleństwa. Ale nie przypominam sobie, żeby 

kara objawiła się kiedykolwiek płodnością. To nie miałoby przecież sensu.

— To zależy od rodzaju płodu — odparła posępnie pastorowa. Znów zapadła niemiła 

cisza. Z wyjątkiem pastora wszyscy patrzyli

na panią Leebody. Oczy doktora Willersa poszukały spojrzenia siostry Daniels, po 

czym wróciły do Dory Leebody, którą wcale nie krępowało, że stała się środkiem 

ogólnego zainteresowania. Spojrzała na nas przepraszająco i rzekła:

— Przykro mi, że spowodowałam zamieszanie.

background image

— Proszę panią... — zaczął doktor. Przerwała mu, podnosząc rękę gestem protestu.

— Pan jest dobry — powiedziała. — Wiem, że chce mnie pan oszczędzić, ale 

nadszedł czas spowiedzi. Jestem grzesznicą. Gdybym dwanaście lat temu wydała na 

świat swoje dziecko, nie wydarzyłyby się wypadki, jakie tu miały miejsce. Muszę 

teraz odkupić swój grzech

rodząc dziecko, które nie począł mój mąż. Przepraszam, że opowiadam wam to 

wszystko, ale nadszedł dzień sądu. Zupełnie jak plagi... Zarumieniony i 

zmieszany pastor usiłował jej przerwać.

— Myślę, że... Państwo chyba wybaczą...

Zaczęło się szuranie krzeseł. Siostra Daniels spokojnie podeszła do pani Leebody 

i powiedziała coś do niej. Doktor Willers obserwował je chwilę. Potem położył 

dłoń na ramieniu pastora, który spoglądał na niego pytająco.

— To był dla niej szok — powiedział. — Wcale się temu nie dziwię. Spodziewałem 

się tego rodzaju wypadków. Siostra Daniels odprowadzi państwa do domu i da żonie 

coś na uspokojenie. Zdrowy sen dobrze jej zrobi. Wstąpię do was jutro rano.

W kilka minut później rozeszliśmy się wszyscy.

* * *

Wprowadzona w życie idea Angeli Zellaby dała doskonałe wyniki. Mieszkańcy 

Midwich prześcigali się w aktywności społecznej i świadczeniu sobie wzajemnych 

przysług. Nawet najodporniejsi nie tkwili w izolacji i nie mieli czasu na 

rozmyślania.

Pod koniec lutego doniosłem Bernardowi, że wszystko układa się dobrze, w każdym 

razie lepiej, niż można się było początkowo spodziewać. Opisałem mu szczegółowo 

co się dzieje w miasteczku, nie mogłem jednak zdobyć żadnych informacji o 

nastrojach panujących w Ośrodku. Albo naukowcy sądzili, że sprawa należy do 

kategorii tych, które zaprzysięgli osłaniać tajemnicą, albo uważali, że 

bezpieczniej jest postępować, jak gdyby tak było. Jedynym ich łącznikiem z 

miasteczkiem był nadal Artur Crimm, ale doszedłem do wniosku, że gdybym chciał 

uzyskać od niego jakieś informacje, musiałbym wyjawić mu oficjalną przyczynę 

mojego zainteresowania, więc najlepiej byłoby go skontaktować z Bernardem 

osobiście. Gdy zaproponowałem to Bernardowi, zgodził się i obaj panowie umówili 

się na spotkanie w Londynie.

W drodze powrotnej Crimm wstąpił do nas, aby podzielić się swymi kłopotami, 

związanymi głównie z sekcją organizacyjną.

— Moi zwierzchnicy uwielbiają porządek — ubolewał. — Naprawdę nie wiem, co 

pocznę, gdy może sześć pracownic zacznie dopominać się o urlopy, o 

okolicznościowe zapomogi, co przecież wprowadzi bałagan do mojej kartoteki. Nie 

pozostanie to również bez wpływu na nasz harmonogram pracy. Powiedziałem 

pułkownikowi Westcotowi, że jeśli

zależy mu na zachowaniu tej sprawy w dyskrecji, trzeba zwrócić się do czynników 

na wyższym szczeblu. Zaaprobował mój punkt widzenia, ale za Boga nie mogę pojąć, 

dlaczego ten właśnie aspekt tak żywo interesuje Wywiad Wojskowy. Czy państwo to 

pojmują?

— Gdy dowiedzieliśmy się, że pan spotka się z pułkownikiem spodziewaliśmy się, 

że raczej pan będzie mógł nas oświecić—rzekła Janet.

Życie w Midwich zdawało się płynąć bez zakłóceń, ale nieco później okazało się, 

że było to tylko powierzchowne wrażenie.

Po swym wystąpieniu na zebraniu komitetu, pani Leebody zaniechała działalności 

na rzecz utrwalenia spokoju i harmonii w miasteczku. Po kilkudniowym wypoczynku 

przybyła na jedno z zebrań i wszyscy sądzili, że odzyskała równowagę, gdy 

określiła zajście, które spowodowała jako „niefortunny incydent".

Jednakże w pierwszych dniach marca, pastor z Trayne odwiózł ją do domu swoim 

samochodem; wyjaśnił panu Leebody, że zabrał ją z tamtejszego rynku, gdzie 

stojąc na przewróconej do góry dnem skrzyni wygłaszała kazanie.

— Kazanie? — powtórzył oszołomiony Leebody. — Jakie kazanie?

— Ooo... niestety... fantastyczne...

— Sądzę, że powinienem wiedzieć coś więcej. Na pewno, gdy przybędzie lekarz 

zechce poznać jakieś szczegóły.

— A więc, było to, jeśli można się tak wyrazić, kazanie pokutne. Nawoływała 

mieszkańców Trayne, aby żałowali za grzechy i błagali o przebaczenie. Mówiła 

też, że powinni starannie unikać kontaktów z ludnością Midwich, którą dotknęła 

już kara boska.

— Czy nie wspomniała pod jaką postacią objawia się tutaj gniew Boży?

background image

— Owszem, plagą płodności. Oczywiście, wywołało to sporo sprośnych uwag. 

Wszystko to jest pożałowania godne. Naturalnie, gdy dowiedziałem się o... stanie 

zdrowia pana małżonki, sprawa stała się bardziej zrozumiała, ale nie mniej 

przygnębiająca. Ja... ach, oto doktor Willers!

W tydzień później pani Leebody zaczęła wygłaszać przemówienie pod pomnikiem 

Ofiar Wojny w Midwich. Na to wystąpienie przybrała coś w rodzaju włosiennicy, 

była bosa, głowę posypała popiołem. Na szczęście o tej porze na placyku 

znajdowało się niewiele osób, i gdy wypowiedziała kilka zdań, pani Brant udało 

się zabrać ją do domu. Wiadomości o tym wydarzeniu oczywiście szybko rozeszły 

się po miasteczku. Nikt się nie zdziwił, gdy doktor Willers polecił umieścić 

pastorową w szpitalu.

W połowie marca Ferrelyn i Alan przyjechali z pierwszą wizytą do Midwich. W 

oczekiwaniu na zwolnienie Alana z wojska, Ferrelyn zamieszkała w małej szkockiej 

mieścinie. Angela nie chciała zakłócać jej spokoju informacjami z Midwich, więc 

teraz należało przedstawić młodej parze sytuację.

Alan słuchał z rosnącym niepokojem. Ferrelyn nie przerywała, od czasu do czasu 

przelotnie spoglądając na męża.

— Wiecie — rzekła wreszcie. — Przez cały czas miałam wrażenie, że to coś 

niesamowitego. Jakie to straszne! Co za cios dla Alana! Więc to było 

zniewolenie, coś niezależnego od nas, coś ohydnego! Czy to może być powód do 

rozwodu? Czy chcesz się ze mną rozwieść, Alanie?

Zellaby patrzył na córkę, zmrużywszy lekko oczy. Alan wziął jej ręce w swoje 

dłonie.

— Myślę, że powinniśmy jeszcze trochę poczekać — rzekł.

— Kochanie! — powiedziała Ferrelyn, patrząc na niego przeciągle. Potem poprosiła 

Angelę o wyjaśnienie kilku szczegółów i po upływie pół godziny obie wyszły z 

domu.

— To naprawdę straszne! — wybuchnął Alan, ledwie zatrzasnęły się za nimi 

wejściowe drzwi.

— Jedyne co mogę powiedzieć, że zaobserwowaliśmy, iż wstrząs mija dość szybko. 

Dla nas, mężczyzn, najbardziej przykre jest tu naruszenie naszych uprzedzeń. 

Jeśli chodzi o kobiety, to stanowi tylko pierwszą trudność, jaką muszą pokonać.

Alan potrząsnął głową.

— To straszny cios dla Ferrelyn. Tak samo, jak dla Angeli — dodał spiesznie. — 

Oczywiście Ferrelyn nie uświadamia sobie jeszcze pełnego znaczenia sytuacji. To 

wymaga czasu...

— Mój drogi chłopcze, jako małżonek Ferrelyn masz prawo mieć o niej własną 

opinię, ale nie wolno ci jej nie doceniać. Jeśli zachowała się przed chwilą tak 

spokojnie to dlatego, że nie chce, abyś się o nią martwił. Przygnębiony 

mężczyzna jest zawadą. Jedyne co możesz zrobić, to zamaskować swą troskę i 

spokojnie czekać na dalszy bieg wypadków. Musisz być mocny, jak filar, na którym 

ona może się oprzeć. Nie możesz sobie wyobrazić tego potoku przypowieści starych 

kobiet, opowiadań o nadprzyrodzonych znakach, wróżb cyganek i innych koszałków-

opał-ków, który zalewa Midwich. Staliśmy się skarbnicą dla badacza folkloru. Czy 

wiesz, że w obecnej sytuacji niebezpiecznie jest przejść w piątek przez bramę 

cmentarną? Ubrać się w coś zielonego to samobójstwo; spożywanie makowca dowodzi 

lekkomyślności; upuszczenie noża, lub widelca ostrzem w dół zwiastuje narodziny 

chłopca.

Alan uprzejmie zapytał teścia o jego działalność pisarską. Zellaby westchnął 

smutno.

— Mam dostarczyć wydawcy całość do końca przyszłego miesiąca, ale napisałem 

dopiero trzy rozdziały. W tych warunkach człowiek nie może się skupić.

— Najbardziej dziwi mnie, że udało się zachować to w tajemnicy — rzekł Alan. — 

Nie dałbym wiary, że to możliwe.

— Ja też w to nie wierzyłem. I dziwię się nadal. To jakby odwrócony sens bajki o 

nagim królu; prawda zbyt wielka, aby móc w nią uwierzyć. W Oppley i w Stouch 

opowiada się o nas brzydkie rzeczy, choć nikt tam nie zna prawdziwej skali 

tutejszych wydarzeń. Powiadają, że urządziliśmy tu jakieś orgie. W każdym razie 

usuwają się z drogi, by nie otrzeć się o nas na ulicy. Warto zaznaczyć, że nikt 

z naszych mieszkańców nie dał się sprowokować.

— Jak to? O kilometr stąd nie wiedzą co się tu stało? — spytał Alan z 

niedowierzaniem.

background image

— Raczej nie chcą w to uwierzyć. Jestem pewien, że słyszeli o wszystkim dość 

dokładnie, ale wolą wierzyć, że to wymysł, który ma zamaskować coś bardziej 

naturalnego, ale hańbiącego. Willers ma słuszność utrzymując, że prości ludzie 

posiadają instynkt samoobrony, który chroni ich od dawania posłuchu niepokojącym 

pogłoskom. Chyba, że ukażą się w prasie. Ogromna większość tego rodzaju osób, 

święcie wierzy gazetom. Przez dwa tygodnie po naszej pierwszej naradzie z 

mieszkańcami Midwich u niektórych występowały stresy. Znalazło się kilku 

opornych małżonków, ale złagodnieli, gdy wybiliśmy

im z głowy przypuszczenie, że chcieliśmy ich oszukać, i gdy przekonali się, że 

inni mężczyźni znaleźli się w tej samej sytuacji. Zerwane stosunki między 

pannami Latterly i Lamb nawiązały się ponownie po kilku dniach, i panna Lamb 

jest teraz otoczona czułą opieką, graniczącą z tyranią. Przez pewien czas 

najoporniejsza była Tilly. Musiałeś kiedyś widzieć Tilly Fresham, wiesz, 

bryczesy, wcięta kurtka, golf pod samą brodę, ugania się to tu, to tam, wedle 

kaprysu swoich trzech ogarów. Otóż Tilly przez pewien czas protestowała, 

gwałtownie twierdząc, że nie sprzeciwiałaby się tak bardzo, gdyby lubiła dzieci, 

ale ponieważ woli szczeniaki, sytuacja jest dla niej szczególnie przykra. Ale 

teraz, choć niechętnie, poddała się.

Na zakończenie Zellaby opowiedział anegdotkę o pannie Ogle, którą z trudem udało 

się odwieść od dokonania pierwszej wpłaty na najpiękniejszy dziecinny wózek, 

jaki można było znaleźć w Trayne.

Rozdział XI 

 

 

Brawo, Midwich

Na początku maja Bernard Westcot napisał do mnie: „Okoliczności nie pozwalają na 

złożenie zasłużonych gratulacji w związku z działalnością przeprowadzoną w 

waszym mieście. Akcja przebiega dyskretnie przy współudziale społeczeństwa, 

którego lojalność przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Obawialiśmy się, że 

nie obejdzie się bez jakiejś oficjalnej interwencji. Obecnie, mniej więcej 

siedem tygodni przed krytycznym dniem, ufamy że poradzicie sobie we własnym 

zakresie. Najwięcej kłopotu mieliśmy z panną Frazer, pracownicą Artura Crimma. 

Jej ojciec, wysokiej rangi oficer marynarki w stanie spoczynku, srogi i 

zaczepny, postanowił pod obuchem tego ciosu poruszyć w Parlamencie sprawę 

rozwiązłych obyczajów i orgii w instytucjach rządowych. Chciał uraczyć prasę 

przygodą swojej córki. Na szczęście znaleźliśmy wpływowych ludzi, którzy 

skutecznie przemówili mu do rozumu. Jak sądzisz, czy Midwich przetrwa?

Niełatwo było na to odpowiedzieć. Uważałem, że tak, jeśli nie wystąpią jakieś 

nieprzewidziane trudności. Z drugiej strony trudno było nie zdawać sobie sprawy 

z zagrożenia, które czyhało zewsząd, jak ukryty zapalnik, gotów rozpętać piekło.

Oczywiście mieliśmy swoje wzloty i upadki. Czasem nieprzyjemności zdawały się 

pojawiać znikąd i rozprzestrzeniały się jak infekcja. Raz o mało nie doszło do 

paniki, ale sytuację opanował doktor Willers, który po prześwietleniu paru 

pacjentek przekonał je, że wszystko idzie normalnym trybem.

Ogólną sytuację w maju można by określić jako nabieranie animuszu, a w kilku 

przypadkach, jako niecierpliwe pragnienie, żeby bitwa już się rozpoczęła. Doktor 

Willers, który zazwyczaj namawiał swoje pacjentki, aby rodziły w szpitalu w 

Trayne, teraz zmienił zdanie. Gdyby

u noworodków zaobserwowano coś niezwykłego, usiłowanie zachowania tego w 

tajemnicy spełzłoby na niczym. Poza tym szpital w Trayne nie dysponował 

dostateczną ilością łóżek, by przyjąć zgłaszające się jednocześnie do porodu 

wszystkie położnice z Midwich, który to fakt niewątpliwie wywołałby odpowiedni 

rozgłos. Zatem doktor dwoił się i troił, żeby zorganizować wszystko na miejscu. 

Siostra Daniels także była niezmordowana i faktycznie całe miasteczko powinno 

być wdzięczne losowi, który zrządził, że 27 września nie było jej w Midwich. 

Doktor Willers zaangażował na pierwszy tydzień czerwca asystenta, oraz cały 

sztab położnych, które miały zostać przez dłuższy okres czasu. W jednym z 

pomieszczeń miejscowego ratusza urządzono skład leków i środków opatrunkowych, 

które napływały już w dużych ilościach.

Pastor Leebody również pracował ciężko. Wszyscy współczuli mu z powodu choroby 

żony i okazywali mu jeszcze więcej szacunku niż dotąd. Pani Zellaby, wspomagana 

przez Janet nie ustawała w działaniach, zmierzających do utrzymania spójności 

wśród mieszkańców i głosiła, że cokolwiek się zdarzy, Midwich zareaguje 

background image

solidarnie i bez paniki.

Przypuszczam, że głównie dzięki tym wysiłkom — wyjąwszy przypadek pani Leebody — 

stan psychosomatyczny tutejszej ludności utrzymywał się na zadowalającym 

poziomie.

W połowie maja zaznaczyły się pewne zmiany. Dotychczas można było powiedzieć, że 

nastrój w miasteczku harmonizował z rozkwitającą wkoło wiosną. Obecnie jakby się 

coś przyćmiło.

— Musimy postarać się o jakiś zastrzyk energii — rzekł któregoś dnia doktor 

Willers do Zellaby'ego.

— Jedną z deprymujących rzeczy jest to gadanie starych bab. Te megiery mają 

wspaniałą okazję do wymyślania niestworzonych historii.

— To tylko jedno niebezpieczeństwo. Czyhają jeszcze inne.

— Musimy działać dalej. Chyba pracowaliśmy dobrze, skoro doprowadziliśmy do 

stanu lepszego, niż można się było spodziewać.

— O wiele lepszego. A w głównej mierze przyczyniła się do tego pana żona.

Zellaby zawahał się chwilę, po czym rzekł:

—Niepokoję się o nią, Willers. Czy zechciałby pan z nią porozmawiać?

— Porozmawiać z nią?

"~

— Ona tylko udaje, że jest w dobrym nastroju. Wyszło to na jaw, któregoś 

wieczoru. Nie miała żadnych powodów do przygnębienia. W pewnej chwili spojrzałem 

znad gazety i napotkałem jej wzrok utkwiony we mnie z wyrazem nienawiści. Ale 

ona nie nienawidzi mnie... Chciałem coś powiedzieć, ale ona krzyknęła: „Tak, na 

pewno dla mężczyzny to nie jest takie straszne! On nie musi przejść przez to 

wszystko i wie, że coś takiego nigdy mu się nie przydarzy. Więc jak może to 

zrozumieć? Czy może mieć pojęcie, jak my czujemy się z tym? Jak czuje się 

kobieta, która leży w nocy bezsennie z poniżającą świadomością, że ją po prostu 

wykorzystano? Jakby nie była człowiekiem, tylko jakimś naczyniem, inkubatorem... 

I myśli, myśli godzinami, każdej nocy c o będzie musiała wydać na świat? Nie 

możesz tego zrozumieć! To jest takie poniżające... nie do zniesienia. Ja z tego 

szaleję... Nie wytrzymam już dłużej..."

Zellaby urwał i potrząsnął głową.

— Nie przerywałem jej — ciągnął po chwili. — Myślałem, że ten wybuch sprawi jej 

ulgę. Ale chciałbym, żeby pan z nią porozmawiał, przekonał ją. Ona wie, że 

rentgen i wszystkie te inne testy, które pan przeprowadzał wykazują normalny 

rozwój płodu, ale wbiła sobie do głowy, że uspokajanie pacjentów należy po 

prostu do obowiązków lekarza. I niewątpliwie tak jest.

— Niemniej owe testy i zdjęcia rentgenowskie są prawdziwe, i dzięki Bogu, nie 

wykazują nic złego. Nie wiem, co bym zrobił w przeciwnym razie. Jest to dla mnie 

ulga równie wielka, jak dla pacjentek. Proszę się więc nie martwić. Przynajmniej 

pod tym względem będę mógł uczciwie uspokoić pana małżonkę. Nie ona pierwsza 

pomyślała, że ją oszukujemy, i na pewno nie ostatnia. Gdy zdołamy uspokoić nasze 

kobiety pod tym względem, znajdą sobie inne powody do zmartwień.

Już po tygodniu przepowiednia doktora Willersa zaczęła się sprawdzać. Napięcie w 

miasteczku stawało się zaraźliwe i rosło z dnia na dzień. Pod koniec maja front 

jedności zaczął słabnąć. Pastor Leebody nie szczędził wysiłków; w kościele 

odprawiano codziennie dodatkowe nabożeństwa, a wielebny Hubert niestrudzenie 

odwiedzał wszystkich swoich parafian, starając się dodać im odwagi. Zellaby 

trzymał się na uboczu. Racjonalizm popadł w niełaskę. Ale jednego wieczoru 

odwiedził Artura Crimma w Ośrodku.

— Czy pan zauważył z jaką furią one na nas patrzą? — spytał. Zupełnie, jak byśmy 

wymusili na Stwórcy, aby obdarzył nas naszą płcią. Nie wiem, czy to samo odczuwa 

się w Ośrodku?

— Parę dni temu daliśmy urlop wszystkim kobietom, które o to prosiły. 

Oczywiście, w związku z tym mamy więcej pracy, ale sytuacja była nie do 

zniesienia.

— To tylko półśrodek. Nigdy nie pracowałem w wytwórni sztucznych ogni, ale teraz 

wiem, co się tam odczuwa. Mam wrażenie, że lada chwila może wybuchnąć coś 

nieujarzmionego, coś strasznego. I nie można nic zaradzić, tylko czekać i ufać, 

że to nie nastąpi. Naprawdę trudno będzie wytrzymać jeszcze jeden miesiąc.

Nieoczekiwanie zaszło coś, co rozładowało atmosferę ogólnego zwątpienia.

Panna Lamb, która co wieczór wychodziła na mały spacer pod opieką panny Latterly 

nieuważnie stąpnęła na przewróconą butelkę. Butelka potoczyła się, a panna Lamb 

background image

upadła na alejkę. Panna Lattlerly zaniosła ją do domu i pobiegła do telefonu.

Gdy w pięć godzin później doktor Willers wrócił wreszcie do domu, jego żona 

przeraziła się. Stał w progu, potargany i blady, mrugając, jakby raziło go 

światło. W ciągu całego ich pożycia tylko raz, czy dwa widziała go w takim 

stanie.

— Co się stało, kochanie? Czyżby...?

— Jestem trochę pijamy, Milly.

— Och, Karolu, a dziecko?

— To reakcja, moja droga! Z dzieckiem wszystko jest w porządku, w 

najzupełniejszym porządku...

— Dzięki Ci, o Boże! — zawoła pani Willers żarliwie takim tonem, jakim zawsze 

odmawiała modlitwy.

— Ma złociste oczy — powiedział jej mąż. — Dziwne, no nie? Ale w tym nie ma 

przecież nic niepokojącego, prawda?

— Absolutnie nic!

Pomogła mężowi zdjąć płaszcz i zaprowadziła go do bawialni. Osunął się w fotel i 

siedział odprężony, patrząc przed siebie.

— G... g... głupie, no nie? Tyle niepokoju, a wszystko jest jak najlepiej! Ja... 

ja...

Wybuchnął płaczem. Pani Willers przysiadła na poręczy fotela i objęła męża za 

szyję.

— No, no... Już wszystko dobrze, kochanie! Już po wszystkim. Obróciła ku sobie 

jego twarz i ucałowała go.

— Mogło przecież być czarne lub żółte, czy zielone, albo jak małpa... Rentgen, 

by tego nie wykazał.

— Wiem, wiem. Ale teraz nie potrzebujesz się już więcej martwić. Powiedziałeś, 

że wszystko poszło dobrze?

Doktor Willers energicznie przytaknął głową.

— Tak jest, bardzo dobrze — powtórzył. — Tylko te oczy... Ale złociste oczy są w 

porządku... zupełnie w porządku... Baranki mogą paść się bezpiecznie. O, Milly, 

jaki ja jestem zmęczony!

W miesiąc później Gordon Zellaby przemierzał nerwowo poczekalnię w najlepszej 

klinice w Trayne. Rozumiał, że w jego wieku nie przystoi zachowywać się w ten 

sposób, że byłoby to odpowiednie dla młodego mężczyzny, a w ciągu ostatnich 

tygodni uświadomił sobie, że nie jest już młody. Czuł się dwa razy starszy, niż 

był w istocie. W pewnej chwili, szeleszcząc wykrochmalonym fartuchem, do 

poczekalni weszła pielęgniarka.

— Ma pan syna — oznajmiła. — A pani Zellaby poleciła panu powiedzieć, że mały ma 

nos Zellaby'ch.

Rozdział XII

Dożynki

Pewnego popołudnia w końcu lipca, Gordon Zellaby spotkał na ulicy małą rodzinną 

grupkę wychodzącą z kościoła. Pośrodku szła dziewczynka, niosąc zawinięte w 

biały szal niemowlę. Wyglądała, jak uczennica, stanowczo za młodo na matkę. 

Zellaby uśmiechnął się do nich życzliwie, ale, gdy gromadka przeszła, smutnym 

wzrokiem pogonił za tym dzieckiem z dzieckiem w ramionach.

Przy bramie spotkał Wielebnego Huberta Leebody.

— Halo, pastorze! Ma pan teraz niezłą kupę roboty!

— Już jest trochę lżej. Zostało tylko dwoje, czy troje.

— I to będzie sto procent?

— Prawie. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego, ale jestem rad. Ta mała, 

Mary Histon, wybrała dla swojego synka imię Teodor. Podkreślam, że sama je 

wybrała. To mi się podoba.

— Mnie też. I to jest niewątpliwie hołd dla pana, pastorze. Pastor był 

zadowolony, ale potrząsnął głową.

— Nie tylko dla mnie — rzekł. — To, że niedorosła dziewczynka nazwała swojego 

syna „Darem Bożym" zamiast się go wstydzić jest hołdem dla całego miasteczka.

— Miasteczkiem trzeba kierować, aby potrafiło zachować właściwą postawę.

— To praca zespołowa, pod dowództwem znakomitego kapitana, pani Angeli Zellaby.

Przeszli parę kroków w milczeniu, po czym Zellaby powiedział:

— Niemniej, bez względu na to, jak Mary to przyjmuje, została obrabowana. 

Straciła dzieciństwo, stając się od razu kobietą. To smutne, że nie będzie miała 

background image

szansy rozwinąć skrzydeł, że odebrano jej wiek prawdziwej poezji.

— Można by się z tym zgodzić, ale poetów, prawdziwych poetów nie ma zbyt wielu i 

na pewno większość ludzi uważa bezpośrednie przejście od lalek do niemowląt za 

zupełnie naturalne.

—Niestety to prawda. Przez całe życie potępiałem germański pogląd na kobiety, i 

przez całe życie przekonywałem się, że aprobuje go dziewięćdziesiąt procent 

niewiast.

— Na pewno są wśród naszych kobiet takie, których nie odarto z niczego.

— Ma pan rację. Na przykład panna Ogle. Jest jeszcze trochę oszołomiona, ale 

zachwycona. Najwidoczniej uważa to, co ją spotkało za jakąś magiczną 

niespodziankę, którą wymyśliła i wykonała, sama nie wiedząc jak.

Po chwili mówił dalej:

— Moja żona powiedziała mi, że pani Leebody w najbliższych dniach wróci do domu. 

Serdecznie nas to cieszy.

— Tak, lekarze są bardzo zadowoleni. Wyzdrowiała nadspodziewanie szybko.

— A jak maleństwo? Pastor nachmurzył się lekko.

— Ona je ubóstwia — rzekł.

— A jak się czuje panna Fresham?

— W tej chwili jest bardzo zapracowana. Tilly nadal utrzymuje, że szczeniaczki 

są bardziej interesujące niż niemowlęta, ale mam wrażenie, że już trochę słabnie 

w tym przekonaniu.

— Gdy rozmawiam tu z ludźmi, wydaje mi się, że są spokojniejsi, że nawet 

najoporniejsi złagodnieli. Podniecenie opadło, wyczuwam pewną atmosferę apatii, 

coś na kształt odprężenia po bitwie.

— To była bitwa — zgodził się pastor. — Ale bitwy są tylko epizodami kampanii, 

więc możemy spodziewać się następnych.

Zellaby spojrzał na niego uważnie.

— Bo kimże są te dzieci? — mówił dalej pastor. — Widzę coś szczególnego w ich 

oczach, gdy patrzą na nas ciekawie. Wiem, że pan nie zgodzi się ze mną, ale 

ciągle myślę, że to miał być rodzaj sprawdzianu.

— Ale kto i po co narzuciłby nam taki test?

— Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Znaleźliśmy się przecież w 

przymusowej sytuacji, którą mogliśmy odrzucić, a my zaakceptowaliśmy ją i 

sprostaliśmy jej dla wspólnego dobra.

— Chyba postąpiliśmy słusznie — rzekł Zellaby.

— A cóż innego mogliśmy uczynić?

— Nie wiem. Jak można wiedzieć, mając do czynienia z... obcymi? Wkrótce rozeszli 

się. Pastor wszedł do domku panny Fresham,

a Zellaby w zamyśleniu kontynuował przechadzkę. Zbliżając się do Błoni, zobaczył 

z daleka panią Brinkham. Szła mu na spotkanie, popychając przed sobą nowiutki, 

lśniący wózek. Nagle zatrzymała się, wyjęła niemowlę, przeszła parę metrów do 

pomnika, usiadła na drugim schodku i rozpiąwszy bluzkę zaczęła karmić dziecko.

Przechodząc niedaleko, Zellaby ukłonił się. Po twarzy pani Brinkham przeleciał 

cień niezadowolenia.

— No więc co? To chyba naturalne, prawda? — rzekła zaczepnie.

— To klasyczne, droga pani. Jeden z wielkich symboli — zapewnił ją Zellaby.

— Więc niech pan sobie idzie! I nagle wy buchnęła płaczem. Zellaby zawahał się.

— Czy mógłbym coś zrobić...

— Tak, odejść! Chyba pan nie sądzi, że chcę robić z siebie widowisko — rzekła, 

płacząc. — Zrozumiałby pan, gdyby pana dziecko było jednym z nich — powiedziała 

pani Brinkham. Mała jest głodna. Proszę, niech pan odejdzie.

Zellaby zrozumiał, że nie jest to odpowiednia chwila do dyskusji. Ponownie 

uchylił kapelusza i odszedł.

W połowie drogi do Kyle Manor usłyszał nadjeżdżający samochód. Zszedł na 

pobocze, aby go przepuścić, ale samochód zatrzymał się tuż za nim. Obejrzał się 

i zobaczył, że nie była to furgonetka, jak przypuszczał, ale małe osobowe auto; 

przy kierownicy siedziała Ferrelyn.

— Jakże się cieszę, kochanie! — zawołał. — Nikt mi nie mówił, że się do nas 

wybierasz.

— Bo nikt nie wiedział, że przyjadę. Ja sama też nie. Wcale nie miałam takiego 

zamiaru. To przez niego — i wskazała na dziecięce posłanko ułożone obok 

siedzenia kierowcy.

background image

Rozdział XIII

Powroty

Następnego dnia najpierw wróciła do Midwich doktor Małgorzata Haxby z Norwich, 

ze swoim niemowlęciem. Panna Haxby nie wchodziła już w skład personelu Ośrodka, 

ponieważ porzuciła pracę przed dwoma miesiącami, niemniej tam właśnie pragnęła 

teraz zamieszkać. W dwie godziny później z tym samym zamiarem i również z 

dzieckiem przyjechała Diana Dawson z Gloucester. Diana była jeszcze pracownicą 

Ośrodka, ale miała tam wrócić dopiero po dłuższym urlopie. Jako trzecia 

przyjechała z Londynu Polly Rushton i poprosiła o azyl dla siebie i dziecka u 

swego wuja, Wielebnego Huberta Leebody.

Nazajutrz do Ośrodka zjechały z dziećmi jeszcze trzy pracownice, domagające się. 

by znaleziono dla nich odpowiednie pomieszczenie w Midwich. Po południu młoda 

pani Dorry wróciła z Devenport, gdzie mieszkała do niedawna, gdyż przebywał tam 

służbowo jej mąż, otworzyła ich dawny dom i pozostała tam z dzieckiem. Wreszcie 

zjawiła się panna Latterly, która przywiozła niemowlę panny Lamb z Eastburne, 

gdzie jej przyjaciółka odbywała rekonwalescencję.

Nagły ten przypływ wywołał różnorodne reakcje. Pastor przyjął swoją siostrzenicę 

serdecznie, zapewne uważając, że należy się jej jakaś rekompensata. Doktor 

Willers był tym wszystkim zaniepokojony, zarówno jak jego żona, która obawiała 

się, że małżonek zechce odłożyć wyjazd na wakacje, które dla niego 

zorganizowała. Gordon Zellaby obserwował sytuację z rozsądną rezerwą. 

Najdotkliwiej odczuł ten rozwój wypadków Artur Cnmm, który chwilami zdawał się 

tracić opanowanie.

Janet i ja byliśmy zdania, że pierwsza i najtrudniejsza przeszkoda została 

pokonana, i że narodziny dzieci nie wywołały ogólnokrajowego rozgłosu, 

natomiast, jeżeli sprawa ma być nadal utrzymana w dyskrecji,

należy natychmiast zająć stanowisko w nowo powstałej sytuacji. Trzeba opracować 

oparty na rzeczowych podstawach plan pomocy dla dzieci i opieki nad nimi.

Artur Crimm zawiadomił swoje władze nadrzędne, że nieprawidłowości kadrowe w 

jego sekcji doszły do takich rozmiarów, że wymykają się spod jego kontroli i 

wymagają bezzwłocznej interwencji miarodajnych czynników.

Doktor Willers wystosował trzy raporty; pierwszy, sformułowany w języku 

fachowym, przeznaczony do akt urzędowych; drugi napisany zrozumiale dla laika, 

stwierdzał między innymi:

„Urodziło się trzydziestu jeden chłopców i trzydzieści dziewczynek. 

Zaobserwowano następujące wspólne cechy:

Najbardziej uderzające są oczy. Z powierzchownych badań wynika, że ich struktura 

jest normalna, natomiast tęczówka posiada unikalną — o ile mi wiadomo — barwę 

jasnego, niemal fluoryzującego złota, w tym samym odcieniu u wszystkich dzieci.

Włosy bardzo miękkie, delikatne ciemnoblond. Badane pod mikroskopem próbki 

włosów, wykazały identyczne cechy charakterystyczne. W literaturze fachowej nie 

znalazłem żadnej wzmianki o istnieniu tego rodzaju włosów. Paznokcie u placów 

rąk i nóg nieco węższe niż normalne, nie sugerują jednak tendencji wynaturzania 

się w szpony. Kształt potylicy zdaje się odbiegać trochę od normy, ale jest za 

wcześnie, aby stwierdzić to definitywnie.

Niezwykłe podobieństwo dzieci, fakt, że na pewno nie są hybrydami znanych 

gatunków, oraz okoliczności, towarzyszące ciąży matek mogą sugerować xenogenezę. 

Aczkolwiek nie znalazłem żadnych naukowych informacji o ludzkiej xenogenezie, to 

wcale nie dowodzi, że jest ona niemożliwa. Wykształcone kobiety akceptują 

hipotezę, że mogą być rodzicielkami płodu, nie będąc jego matkami; mniej 

inteligentne odczuwają to jako coś hańbiącego i dlatego odrzucają tę koncepcję.

Wszystkie niemowlęta są zupełnie zdrowe, choć nie tak pulchne, jak dzieci w ich 

wieku. Skóra ich ma srebrzysty połysk, co trochę niepokoi ich matki".

— No dobrze — powiedziała Janet przeczytawszy do końca raport. — Ale co z tym 

zagadnieniem przymusu? Pan to w ogóle pominął.

— To histeria, powodująca zbiorową halucynację, prawdopodobnie chwilową — 

odpowiedział Willers.

— Ale przecież wszystkie matki, wykształcone, czy nie, stwierdzają zgodnie, że 

dzieci wywierają na nie przymus. Kobiety, które opuściły Midwich wcale nie 

chciały tu wrócić, ale musiały. Rozmawiałam z nimi i wszystkie powiedziały mi to 

samo: że odczuwały nieznośny niepokój i przygnębienie, i wiedziały, iż nie 

otrząsną się z tego dopóki tu nie wrócą. Miewały różne dolegliwości, brak tchu, 

uderzenia do głowy, uczucie nienormalnego głodu i pragnienia. Ferrelyn 

background image

powiedziała, że po prostu odczuwała nieznośne zdenerwowanie. Ale bez względu na 

rodzaj przypadłości wszystkie kobiety czuły, że ten stan wiąże się z ich dziećmi 

i minie, tylko o ile przywiozą tu swoje niemowlęta. Dotyczy to nawet panny Lamb. 

Ona też znosiła te same udręki, ale była zbyt osłabiona, żeby podnieść się z 

łóżka. I cóż się stało? Przymus przerzucił się na pannę Lattery, która, nie 

mogąc mu się oprzeć przywiozła to maleństwo. Gdy tylko ulokowała je u pani Brant 

odzyskała równowagę i mogła wrócić do przyjaciółki do Eastburne.

— Jeśli przyjmiemy te wszystkie wypowiedzi za dobrą monetę — powiedział doktor — 

i jeśli weźmiemy pod uwagę, że na ogół obowiązki kobiet są tak śmiertelnie 

nudne, iż z najmniejszego, rzuconego w tę monotonię ziarnka wyrośnie gmatwanina 

bujnych lian, nie zdziwi nas to, co się tu dzieje. Pomyślcie tylko, 

kilkadziesiąt kobiet, które padły ofiarą nieprawdopodobnego i niewyjaśnionego 

dotąd zjawiska, urodziło kilkadziesiąt niemowląt, niepodobnych do innych. Każda 

matka chce, żeby jej dziecko było normalne. Nasze kobiety, które wraz z dziećmi 

opuściły Midwich, znalazłszy się wyizolowane ze swojej grupy zaczęły wyraźnie 

zdawać sobie sprawę, że ich złotookie niemowlęta drastycznie różnią się od 

innych. Niepokój matek narastał, aż zrozumiały, że jedynym sposobem złagodzenia 

go będzie przeniesienie dręczącej nieprawidłowości do środowiska, gdzie 

przestanie być nieprawidłowa. W tym wypadku istniało tylko jedno takie miejsce: 

Midwich. Zabrały więc swoje dzieci i wróciły. To wszystko.

— Tak? — wtrąciła Janet. — A co z panią Welt? Wszedłszy któregoś dnia do jej 

sklepu, pani Brant zastała ją zajętą wbijaniem sobie szpilek w ciało i płaczącą 

przy tym z bólu. Zdumiona pani Brant zaciągnęła ją do doktora Willersa, który 

dał jej jakiś środek uspokajający. Gdy pani Welt poczuła się lepiej wyjaśniła, 

że przewijając dziecko przypadkowo ukłuła je szpilką, a wtedy — według jej 

relacji — niemowlę popatrzyło na nią przeciągle swymi złocistymi oczami i po 

prostu zmusiło ją do nakłuwania szpilką własnego ciała.

— To przykład pospolitej histerycznej skruchy — zaopiniował Willers.

— Czy w przypadku Harrimana również?

Harriman zjawił się pewnego dnia u lekarza w nader opłakanym stanie. Miał 

złamany nos, parę wybitych zębów i siniaki pod obu oczami. Powiedział, że 

napadło go trzech nieznajomych. Ale nie widział ich nikt inny; natomiast dwaj 

chłopcy z miasteczka utrzymywali, że obserwowali przez okno jego domu, jak sam 

okładał się pięściami. Nazajutrz ktoś dostrzegł siniaka na buzi jego dziecka. 

Ale Doktor Willers wzruszył ramionami.

— Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Harriman twierdził, że zaatakowało go stado 

różowych słoni — powiedział.

— Jeżeli pan o tym nie wspomni, napiszę dodatkowy raport — rzekła Janet.

Zrobiła to istotnie.

„Według mnie — zakończyła — a także zdaniem wszystkich tutaj z wyjątkiem doktora 

Willersa, nie jest to żadna histeria, a po prostu fakty. Sytuację należy uznać, 

a nie usprawiedliwiać ją. Nie ma sensu dawać wiarę jakimś zabobonom i 

przypisywać dzieciom magiczną władzę. Takie bzdury nie prowadzą do niczego 

dobrego, stanowią jedynie pożywkę dla tego, co Zellaby nazywa podziemiem starych 

wiedźm. Narzuca się konieczność przeprowadzenia obiektywnych, gruntownych 

badań".

Doktor Willers także napisał do Bernarda o konieczności badań, ale z innego 

punktu widzenia.

„Przede wszystkim, w ogóle nie rozumiem dlaczego Wywiad Wojskowy interesuje się 

tą sprawą, a poza tym jest upokarzające, że podlega ona jego wyłącznej 

kompetencji. Jest to gruby błąd. Ktoś powinien mieć te dzieci pod stałą 

obserwacją. Oczywiście, prowadzę skrupulatne notatki, ale to nie są 

spostrzeżenia specjalisty; tu trzeba współpracy całego zespołu ekspertów. Nie 

poruszałem tej sprawy, póki dzieci nie przyszły na świat, gdyż uważałam, że tak 

będzie lepiej dla wszystkich, a przede wszystkim, dla matek, ale teraz sytuacja 

się zmieniła.

Przyzwyczailiśmy się już do wglądu władz wojskowych w różne dziedziny nauki, 

choć często jest to zupełnie niepotrzebne. Uważam za skandal, że otacza się 

zmową milczenia zjawisko, które przebiega prawie niekontrolowane. Proszę sobie 

przypomnieć, jakie zainteresowanie wzbudzały czworaczki i pięcioraczki, i 

pomyśleć jaki materiał do obserwacji znalazł się teraz w naszym posiadaniu. 

Sześćdziesiąt jeden

niemowląt, tak podobnych do siebie, że nawet ich matki rozróżniają je z trudem. 

background image

Narzuca się konieczność porównania wpływu otoczenia, diety, najrozmaitszych 

uwarunkowań. To, co się tu dzieje, to jakby palenie nie napisanych jeszcze 

książek. Trzeba działać, dopóki nie przepadną wszelkie szansę".

Wszystkie te doniesienia ściągnęły Bernarda na naradę do Midwich. Po dość ostrej 

wymianie zdań obiecał, że skłoni Ministerstwo Zdrowia do energicznej i szybkiej 

interwencji.

Gdy zostaliśmy sami po zebraniu, Bernard powiedział:

— Teraz, skoro wydarzenia w Midwich staną się bardziej jawne, byłoby dobrze 

pozyskać sympatię Zellaby'ego. Czy mógłbyś umówić mnie na spotkanie z nim?

Gdy zatelefonowałem do Zellaby'ego, zgodził się natychmiast i tegoż popołudnia 

odprowadziłem Bernarda do Kyle Manor. Gdy wrócił wydawał się zatroskany.

— I co pan myśli o naszym mędrcu z Midwich? — spytała Janet.

— Zmusił mnie do nowych przemyśleń — odpowiedział Bernard.

— Gordon lubi poruszać pewne sprawy jakby mimochodem; nie wiadomo, czy 

przedstawia wnioski ze swych dociekań, czy tylko igra z hipotezami — rzekłem. — 

Dlatego rozmowa z nim była trudna.

— Tak. uroczył mnie sporą porcją takich wywodów. Dziesięć minut zabrał mu wstęp 

do oświadczenia, że dopiero niedawno zaczął zastanawiać się, czy — z 

biologicznego punktu widzenia — cywilizacja nie jest formą dekadencji. Następnie 

przeszedł do rozważań, czy luka między homo sapiens, a całą resztą gatunków nie 

jest zbyt duża; z tego wynikła sugestia, że dla rozwoju ludzkości byłoby może 

lepiej, gdybyśmy byli zmuszeni walczyć ze stworzeniami „sapiens", lub 

przynajmniej „półsapiens". Te uwagi miały zapewne jakiś związek z zasadniczym 

tematem naszej rozmowy, ale niech mnie diabli wezmą, jeśli wiem, o co mu 

chodziło! Jedno przecież jest pewne: mimo że tak chętnie i daleko odbiega od 

tematu, jest to bystry obserwator. Nawiasem mówiąc, Zellaby całkowicie podziela 

opinię doktora Willersa co do konieczności zainteresowania całą sprawą 

specjalistów. Chodzi mu zwłaszcza o ten „przymus", na który zaopatruje się 

inaczej, niż Willers. Jego zdaniem, to nie jest histeria, i chciałby się 

dokładnie dowiedzieć co to jest.

— Zdaje się, że nie słyszałeś jeszcze o jednym incydencie. Czy wiesz, że parę 

dni temu jego córka próbowała zabrać swoje dziecko na samochodową przejażdżkę?

— Jak to „próbowała"?

— Przejechawszy kilka kilometrów, musiała zrezygnować ze swego zamiaru i wrócić 

do Midwich. Zellaby powiedział, że niedobrze, jeśli dziecko trzyma się fartuszka 

matki, ale jeśli matka nie potrafi odczepić się od fartuszka dzieci, to sprawa 

jest poważna. Dlatego uważa, że nadszedł czas, aby podjąć w tej sprawie 

zdecydowane kroki.

Rozdział XIV

Nowe Zagadnienia

Z różnych powodów Alan Hughes nie mógł przyjechać do Midwich przed upływem 

trzech tygodni, i dlatego Zellaby musiał opóźnić swoją interwencję.

W tym czasie niechęć Dzieci — będę odtąd pisał o nich przez duże D, aby odróżnić 

je od innych dzieci — otóż ich niechęć przenoszenia się poza najbliższą okolicę 

Midwich stała się już faktem powszechnie znanym w miasteczku. Bywało to czasem 

uciążliwe, gdyż kiedy któraś z matek wyjeżdżała do Trayne lub gdzie indziej, 

musiała angażować kogoś do opieki nad Dzieckiem. Nikt jednak nie przejmował się 

tym ponad miarę; uważano tę dziwną niechęć za dziecięcy kaprys, ot, jeszcze 

jeden z kłopotów, nieuniknionych przecież przy maluchach.

Zellaby zapatrywał się na to mniej niefrasobliwie, ale czekał do niedzielnego 

popołudnia, żeby wyłożyć sprawę zięciowi. Aby upewnić się, że nikt nie będzie im 

przeszkadzał, zaprowadził Alana do ogrodu, gdzie usadowili się na leżakach, pod 

cedrowym drzewem.

— Oto, co chcę ci powiedzieć, mój chłopcze — rzekł, wbrew swemu zwyczajowi 

przechodząc od razu do sedna sprawy. — Będę bardzo rad, jeśli zabierzesz stąd 

Ferrelyn. I myślę, że im prędzej to uczynisz, tym będzie lepiej.

Alan spojrzał na niego ze zdziwieniem i lekką urazą.

— To chyba jasne, że niczego nie pragnę więcej, niż być razem z nią — odparł.

— Naturalnie, mój drogi. Nikt w to nie wątpi. Ale w tej chwili nie myślę o tym, 

co by któreś z nas wolało, tylko o tym, co trzeba zrobić, przede wszystkim dla 

dobra Ferrelyn.

— Ona chce wyjechać. Gotowa jest wyjechać natychmiast.

background image

— Wiem, i próbowała zabrać swoje dziecko, ale ono zmusiło ją, żeby wróciła, tak 

samo jak uczyniło już poprzednio, i jak na pewno znów zrobi przy następnej 

próbie. Toteż możesz zabrać ją samą. Dziecku zapewnimy tutaj doskonałą opiekę, a 

są poważne podstawy, by przypuszczać, że nie będąc z nią razem nie zdoła 

wywierać na nią tak silnego wpływu.

— Ale doktor Willers uważa...

— Willers udaje zucha, żeby odpędzić lęk i zamyka oczy na to, czego nie chce 

widzieć. Ale nieważne jak kazuistycznych używa argumentów, żeby zachować spokój, 

skoro nikt z nas nie da się na nie nabrać.

— Więc pan uważa, że wracając tutaj Ferrelyn i wszystkie inne kobiety nie 

działały pod wpływem histerii, o której ciągle mówi doktor?

— A cóż to jest histeria? Zakłócenie czynności układu nerwowego. Oczywiście, u 

wielu tutejszych kobiet układ ten został mocno nadszarpnięty, ale zło leży w 

tym, że Willers zatrzymał się tam, skąd powinien był zacząć. Zamiast badań, 

dlaczego reakcja nastąpiła wtakiej właśnie formie, on otacza się dymną zasłoną 

ogólników o długim okresie niepokoju, itp. Nie można go potępiać; jest 

przemęczony i powinien odpocząć, ale to nie znaczy, że musimy pozwalać mu 

zaciemniać fakty. Na przykład, jeśli nawet sam to zauważył nie powiedział 

nikomu, i owa „histeria" nie wystąpiła ani razu pod nieobecność Dziecka.

— Naprawdę? — spytał Alan z niedowierzaniem.

— Nie było ani jednego wyjątku. Uczucie przymusu pojawia się tylko w pobliżu 

Dziecka. Oddzielcie Dziecko od matki, a przymus osłabnie i stopniowo zniknie 

zupełnie. W niektórych przypadkach trwa to dłużej, w innych krócej, ale 

powtarzam: nie zaobserwowano ani jednego wyjątku.

— Ale jak się to dzieje?

— Nie mam pojęcia. Możliwe, że występuje tu jakiś element hipnozy, ale bez 

względu na to, jaki to mechanizm, jestem przekonany, że z całą premedytacją i 

pełną świadomością kierują nim Dzieci. Jako przykład może tu posłużyć panna 

Lamb. Gdy była fizycznie zbyt słaba, aby pojechać gdziekolwiek, uczucie 

nieznośnej nostalgii przerzuciło się na pannę Latterly, która nie potrafiła mu 

się oprzeć. Dziecko postawiło na swoim i wróciło do Midwich, jak wszystkie inne. 

A odkąd tu powróciły, nikomu nie udało się wywieźć którekolwiek z nich dalej, 

niż sześć kilometrów od miasteczka. Zbiorowa histeria, powiada Willers. Wpada w 

nią jedna kobieta, a niebawem wszystkie inne zaczynają zdradzać te same objawy. 

Ale jeżeli Dziecko zostaje tutaj, matka może sobie jechać

do Trayne, czy dokądkolwiek jej się podoba bez żadnych przeszkód. Jestem pewien, 

że Ferrelyn nie zdoła zabrać stąd swego dziecka, ale jeśli zdecyduje się 

wyjechać, zostawiając je tutaj, nie napotka na żaden opór. Alan zastanawiał się 

przez chwilę.

— To rodzaj ultimatum. Będzie musiała dokonać wyboru: dziecko, albo ja. Trochę 

brutalne...

— Mój drogi, Dziecko postawiło już swoje ultimatum. Sytuacja jest jasna. Jedyny 

kompromis, na jaki możesz pójść, to ulec Dziecku i przenieść się tutaj.

— To przecież nie leży w mojej mocy.

— No więc doskonale! Ferrelyn już od kilku tygodni unika tego tematu, ale 

prędzej czy później musi spojrzeć prawdzie w oczy. Twoim zadaniem jest wyjaśnić 

jej, co stanowi przeszkodę i pomóc ją pokonać.

— To ciężkie zadanie.

— Byłoby cięższe, gdyby chodziło o twoje dziecko. To zresztą nie jest również 

jej prawdziwe dziecko. Podobnie jak pozostałe sześćdziesiąt kobiet, Ferrelyn 

padła ofiarą wymuszenia, które uczyniło z nich wszystkich to, co weterynarze 

określają nazwą matek żywicielek lub rodzicielek, coś w rodzaju przybranych 

matek. To dziecko nie ma biologicznie nic wspólnego z żadnym z was, z tym tylko, 

że w niewyjaśniony dotąd sposób Ferrelyn znalazła się w sytuacji, w której 

musiała wydać je na świat. Powtarzam, że to dziecko tak dalece nie ma nic 

wspólnego z tobą ani Ferrelyn, że nie dałoby się nawet ustalić, do jakiej należy 

rasy. Nawet Willers się z tym zgadza. Ale takie fenomeny pojawiały się w 

przeszłości. Nasi przodkowie, którzy nie wierzyli tak ślepo, jak Willers w 

artykuły naukowe, wymyślili dla nich nazwę: odmieńce. Cała ta sprawa nie 

wydawała im się tak zdumiewająca, jak nam ponieważ ich sposób myślenia krępował 

tylko dogmatyzm religijny, mniej dogmatyczny, niż dogmatyzm naukowy. Nazwa, 

odmieńce, jest tak stara i rozpowszechniona, że potwierdza pojawianie się takich 

dziwnych stworzeń, oczywiście nader rzadko, i na pewno nie na tak wielką skalę, 

background image

ale ilość jest mniej ważna, niż sam fakt ich istnienia. Te sześćdziesiąt jeden 

złotookich niemowląt to natręci, nieproszeni goście, jak pisklęta kukułek. Teraz 

jednak nieważne jest jak kukułcze jajo trafiło do gniazda, teraz chodzi o to, 

jak zachowa się pisklę, gdy się wykluje. Niewątpliwie będzie kierować się 

bezlitosnym instynktem przetrwania.

— Czy naprawdę uważa pan, że to właściwa analogia? — zapytał Alan nieswojo.

— Jestem tego zupełnie pewien.

Zapadła chwila milczenia. Zellaby spoczywał wyciągnięty na leżaku z rękami pod 

głową. Alan niewidzącymi oczyma patrzył na trawnik.

— No dobrze — powiedział wreszcie. — Prawdopodobnie większość z nas sądziła, że 

gdy Dzieci przyjdą na świat, atmosfera się wyklaruje. Przyznaję, że tak się nie 

stało. Czego pan teraz oczekuje?

— Nie potrafię przewidzieć dokładnie, ale niczego dobrego. Ku-kułcze pisklęta są 

w stanie przetrwać, gdyż są uparte i niewątpliwie jednoczy je dążenie do tego 

wspólnego celu. Dlatego mam nadzieję, że zabierzesz Ferrelyn i nie pozwolisz jej 

tu wracać.

Alan potarł zmarszczone czoło.

— To będzie trudne — powiedział — Ferrelyn jest przywiązana do tego maleństwa, 

otacza je tkliwością, jak każda matka ma wobec niego poczucie obowiązku.

— Naturalnie, to zupełnie normalne. Dlatego ptasia samiczka, która wysiedziała 

podrzucone jajo zamęczy się na śmierć, aby wykarmić kukułcze pisklę. To, jak 

powiedziałem, oszustwo, nielitościwe wykorzystanie naturalnych skłonności. 

Istnienie tej skłonności jest ważne dla utrzymania gatunku, ale ostatecznie w 

cywilizowanym społeczeństwie nie możemy sobie pozwalać na zadowalanie wszystkich 

naszych popędów. W tym wypadku Ferrelyn nie może pozwolić się szantażować swoim 

dobrym instynktom.

— A co byłby pan zrobił, gdyby dziecko Angeli było „kukułką"?

— Zrobiłbym to samo, co w tej chwili radzę tobie, wywiózłbym ją stąd, aby odciąć 

ją zupełnie od Midwich; sprzedałbym ten dom, chociaż jesteśmy do niego oboje 

bardzo przywiązani. Kto wie, czy nie będę musiał tego uczynić, choć Angela nie 

jest bezpośrednio poszkodowana. Nikt nie wie, co może się tu jeszcze zdarzyć. 

Zobaczymy, jak ukształtuje się sytuacja. Ale jestem przekonany, że Ferrelyn 

powinna bezzwłocznie stąd wyjechać. Nie proponuję, że sam z nią o tym 

porozmawiam, gdyż uważam, że jest to sprawa, którą musicie załatwić sami. 

Postawisz ją przed stanowczą alternatywą, ale rozumiem, że to jest trudne i 

potrzebujesz kogoś, kto przechyli szalę; Angela i ja udzielimy ci pełnego 

poparcia.

Alan powoli skinął głową.

— Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne — powiedział. — Pójdę torem, na który 

mnie pan popchnął i na pewno załatwimy wszystko między sobą.

Siedzieli dalej w milczeniu. Alan czuł pewną ulgę, że jego bezładne podejrzenia 

i domysły, zostały niejako skrystalizowane i skoordynowane tak, że będzie mógł 

zacząć działać. Nie pamiętał, by kiedykolwiek przedtem prowadził z nim rozmowę 

bez żadnych dygresji, ściśle trzymając się tematu. A tyle się przecież nasuwało 

różnych wniosków i skojarzeń; Chciał właśnie powiedzieć coś na ten temat, gdy 

zobaczył Angelę, idącą ku nim przez trawnik.

Usiadła obok męża i poprosiła o papierosa. Zellaby obserwował jak zaciągnęła się 

kilka razy, po czym zapytał:

— Jakieś kłopoty?

— Sama nie wiem. Przed chwilą rozmawiałam przez telefon z Margaret Haxby. 

Wyjechała z Midwich.

Zellaby uniósł brwi.

— Chcesz powiedzieć, że wyniosła się stąd?

— Tak. Mówiła z Londynu.

— Aha — mruknął Zellaby i zamyślił się. Alan zapytał kto to taki, Margaret 

Haxby.

— Chyba jej nie znasz. Pracuje, a raczej pracowała w ekipie Artura Crimma. Jedna 

z jego najzdolniejszych asystentek. Doktor filozofii, z Londynu.

— Jedna z... poszkodowanych?

— Tak — odpowiedziała Angela. — I jedna z najniecierpliwszych. Postanowiła 

wyrwać się i wyjechała, zostawiając dziecko na utrzymaniu naszego miasta. 

Dosłownie tak.

— Ale co ty masz z tym wspólnego? — zapytał Zellaby.

background image

— Panna Haxby uznała mnie za osobę, odpowiednią do przyjęcia oficjalnego 

zawiadomienia w tej sprawie. Powiedziała, że zadzwoniłaby do pana Crimma, ale 

nie ma go dzisiaj w Midwich. Prosiła, by zorganizować coś dla dziecka.

— Gdzie ono teraz jest?

— U starej pani Dorry. Tam, gdzie mieszkała doktor Haxby.

— I ona je tak po prostu porzuciła?

— Tak. Pani Dorry jeszcze o tym nie wie. Będę musiała pójść i powiadomić ją.

—Gdy ta wiadomość rozniesie się po Midwich może wywołać panikę wśród innych 

kobiet, które przyjęły do siebie Dzieci. Zaczną pozbywać się ich bezzwłocznie. 

Czy nie można by poczekać aż do powrotu Crimma, który będzie musiał jakoś na to 

zaradzić? A może pani doktor zmieni zdanie?

— Chyba nie — odparła Angela, potrząsając głową. — Nie powzięła tej decyzji pod 

wpływem chwilowego nastroju. Jej linia rozumowania jest wyraźna: nigdy nie 

zabiegała o pracę w Midwich, ale właśnie tu powierzono jej stanowisko. Gdyby 

wysłano ją do obszaru, zagrożonego żółtą febrą, to jej pracodawcy ponosiliby 

odpowiedzialność za wszelkie konsekwencje; skoro sprowadzono ją tutaj i zamiast 

żółtej febry złapała coś innego, oni muszą uporać się z tą sprawą.

— Mam wrażenie, że czynniki rządowe nie przyjmą tego paralelizmu bez zastrzeżeń 

— rzekł Zellaby.

— Taka jest jej argumentacja. Stanowczo wypiera się dziecka, twierdząc, że nie 

czuje się za nie więcej odpowiedzialna niż za niemowlę, które ktoś podrzuciłby 

przed jej domem i nie rozumie dlaczego miałaby z tego powodu pozwolić zniszczyć 

sobie karierę zawodową i całe życie.

—W rezultacie utrzymanie Dziecka obciąży teraz parafię. Chyba, że matka zamierza 

pokrywać koszty.

— Oczywiście zapytałam ją o to. Oświadczyła, że miasto i Ośrodek muszą uzgodnić 

między sobą sprawę opieki nad Dzieckiem. Ona sama odmawia ponoszenia 

jakichkolwiek kosztów, gdyż każda tego rodzaju wpłata mogłaby być, w oczach 

prawa, uważana za uznanie swoich zobowiązań. Jednakże pani Dorry, czy 

jakakolwiek inna osoba, która przyjmie niemowlę będzie otrzymywać regularnie i 

anonimowo dwa funty tygodniowo.

— Masz rację, moja droga. Pani doktor starannie sobie to wszystko przemyślała, 

ale trzeba będzie zbadać różne aspekty tego zagadnienia. Jak to jest z wyparciem 

się dziecka? Niewątpliwie istnieją w tej dziedzinie przepisy prawne. Może 

należałoby zwrócić się do kuratora Opieki Społecznej i uzyskać nakaz sądowy?

— Nie wiem. Ale ona pomyślała o wszystkim i jest zdecydowana walczyć o swoje 

dobro w sądzie. Jest przekonana, że badania lekarskie ustalą, że to nie może być 

jej dziecko, zatem — skoro postawiono ją „in loco parentis" bez jej wiedzy i 

zgody — nie można obciążać jej żadną z tego tytułu odpowiedzialnością. Gdyby to 

zawiodło, postanowiła oskarżyć Ministerstwo o niedbalstwo, przez które została 

poważnie naruszona jej kondycja fizyczna, lub nawet o stręczycielstwo.

— Ciekawe, jak sformułowałaby takie oskarżenie—wtrącił Zellaby.

— Sądzę, że ona sama nie przypuszcza, że dojdzie aż do tego — przyznała Angela.

— A ja ją rozumiem. My tu, na miejscu nie szczędzimy wysiłków, ale działania 

czynników oficjalnych, aby zachować wszystko w tajemnicy musiały na pewno być 

bardzo intensywne. Powody zakwestionowania wyroku sądowego stanowiłyby gratkę 

dla dziennikarzy na całym świecie; w taki czy inny sposób przyniosłoby to pannie 

Haxby fortunę. Biedny Artur Crimm i biedny pułkownik Westcot! Obawiam się, że 

czekają ich poważne kłopoty.

Umilkł na chwilę, po czym rzekł:

— Rozmawiałem właśnie z Alanem o wyjeździe Ferrelyn. Teraz decyzja staje się 

jeszcze pilniejsza. Gdy postępowanie Margaret Haxby wyjdzie na jaw, inne kobiety 

zechcą może pójść za jej przykładem, co spowodowałoby przeciwdziałanie, podjęcie 

jakiejś akcji, aby zahamować dezercję matek.

— Ale przecież władze chcą uniknąć rozgłosu.

— Nie mam na myśli władz. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby Dzieci 

sprzeciwiły się porzucaniu ich równie stanowczo, jak zaprotestowały przeciw 

opuszczeniu Midwich.

— Chyba nie przypuszczasz...

— Ńie wiem. Po prostu usiłuję postawić się na miejscu kukułczego pisklęcia. 

Prawdopodobnie irytowałoby mnie wszystko, co mogłoby zmniejszyć dbałość o moją 

wygodę i dobre samopoczucie. Nie trzeba wcale być kukułką, aby żywić takie 

uczucia. To tylko luźna aluzja, ale jestem pewien, że nie możemy dopuścić, by 

background image

Ferrelyn wpadła tu w pułapkę, gdyby zdarzyło się coś podobnego.

— W każdym razie będzie jej lepiej poza Midwich — rzekła Angela. Na razie 

zaproponuj jej wyjazd na kilka tygodni, dopóki nie zobaczymy, jak potoczą się 

wypadki.

— Dobrze — zgodził się Alan. — Gdzie ona jest?

— Zostawiłam ją na werandzie.

— To chyba nie będzie bardzo trudne — rzekła Angela, gdy została sama z mężem. — 

Ona tak bardzo pragnie być przy nim! Na przeszkodzie stoi jej poczucie obowiązku 

i ten konflikt ją męczy.

— Czy ona naprawdę kocha to niemowlę?

— To trudno powiedzieć. Przeżyła wszystkie kłopoty i niedogodności, związane z 

ciążą i rodzeniem, a teraz musi pogodzić się z faktem, że to wcale nie jest jej 

dziecko, że ona jest tylko, jak to nazywacie jego żywicielką, nie zaś normalną 

matką. To nie jest łatwe.

Z zamyśleniem patrzyła przed siebie.

— Co wieczór odmawiam teraz krótką, dziękczynną modlitwę — rzekła. — Nie wiem 

dokąd ona trafia, ale chcę, żeby gdzieś było wiadomo, jak głęboko jestem 

wdzięczna.

Zellaby wziął ją za rękę.

— Nie wiem, czy spłodzono kiedyś głupsze i bardziej fałszywe określenie, jak 

„Matka Natura" — zauważył po chwili. — Cywilizację wymyślono tylko dlatego, że 

Natura jest nielitościwa, nikczemna i niewiarygodnie okrutna. Każdy gatunek musi 

walczyć o przetrwanie przy użyciu odrażających, plugawych środków, chyba, że 

jakiś inny instynkt osłabi instynkt życia.

— Do czego ty zmierzasz? — spytała Angela.

— Chodzi mi o kukułki. Kukułki mają niezłomną wolę przeżycia i dlatego, gdy 

zainfekują czyjeś gniazdo można zrobić tylko jedno. Wiesz, że jestem 

humanitarnym, z natury dobrym, a na domiar złego cywilizowanym człowiekiem, 

toteż nie mogę zaakceptować tego, co powinno się zrobić. Jestem pewien, że nawet 

nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo byłoby to celowe, nie zaakceptowałaby 

tego reszta społeczeństwa. I dlatego, na podobieństwo nieszczęsnej samiczki 

drozda, będziemy na naszą własną zgubę chronić i żywić tego potwora. Czy to nie 

dziwne, że zdarza się nam utopić cały miot nieszkodliwych kociąt, natomiast 

będziemy troskliwie hodować te groźne stworzenia?

Przez chwilę Angela siedziała nieruchomo.

—Czy naprawdę tak uważasz?—zaczęła.—Uważasz, że powinno się...

— Tak, kochanie.

— To do ciebie niepodobne! Ale znaleźliśmy się w zupełnie nowej sytuacji. Myślę, 

że na stosowanie pięknej zasady: „Żyj i daj żyć" można pozwolić sobie tylko, gdy 

jest się świadomym własnego bezpieczeństwa.

— Ale, Gordon, czy nie ma w tym trochę przesady? Ostatecznie kilkoro niezwykłych 

niemowląt...

— Które, aby przeforsować swoją wolę potrafią wywoływać neuro-zy u dorosłych 

kobiet. A pamiętaj też o Harrimanie, moja droga!

— To może minąć, gdy podrosną. Słyszy się przecież czasem o jakimś dziwnym 

oddziaływaniu psychicznym, może wywołanym potrzebą tkliwości...

— Ale nie w sześćdziesięciu jeden powiązanych z sobą przypadkach. Te Dzieci nie 

potrzebują tkliwości. Nikt nie widział nigdy rozsądniej-szych, bardziej 

samowystarczalnych i samodzielniej szych niemowląt. Są z siebie bardzo 

zadowolone i nic dziwnego, skoro osiągają wszystko,

czego chcą. Na razie są jeszcze małe i nie żądają wiele, ale zobaczymy później.

— Doktor Willers mówi...

— Willers stanął na wysokości. Zrobił tak wiele, iż nic dziwnego, że się 

przemęczył i teraz zachowuje się, jak otumaniony struś. Jego hipoteza zbiorowej 

histerii graniczy z patologią. Mam nadzieję, że urlop dobrze mu zrobi.

— Ale on przynajmniej starał się to wytłumaczyć!

— Nie nadużywaj mojej cierpliwości, kochanie! Willers nigdy nie usiłował 

czegokolwiek tu wytłumaczyć. Uznawał pewne fakty, gdy to było nieuniknione; co 

do reszty, to próbował je usprawiedliwić, a nie wyjaśnić. To przecież nie jest 

to samo.

— Ale przecież musi istnieć jakieś wytłumaczenie!

— Oczywiście.

— Więc powiedz mi!

background image

— Musimy zaczekać aż Dzieci podrosną'! dostarczą więcej przekonujących dowodów.

— Jestem pewna, że masz już jakąś koncepcję.

— Nic pocieszającego.

— Ale co?

— Nie jestem jeszcze gotów — rzekł Zellaby, potrząsając głową. — Ale zadam ci 

pytanie: Co byś zrobiła, chcąc podważyć długotrwałą i dobrze chronioną przewagę 

jakiegoś społeczeństwa; czy przystąpiłabyś do kosztownego i raczej samobójczego 

szturmu z zewnątrz? Czy, gdyby czas nie odgrywał wielkiej roli, wybrałabyś 

subtelniejszą taktykę i spróbowałabyś wprowadzić coś w rodzaju piątej kolumny, 

która zaatakowałaby to mocarstwo od wewnątrz?

Rozdział XV

Adam i Ewa

W ciągu następnych kilku miesięcy w Midwich zaszło wiele zmian.

Doktor Willers przekazał swoją praktykę młodemu lekarzowi, który pomagał mu w 

okresie kryzysu, a sam, w stanie krańcowego wyczerpania i rozgoryczenia 

postępowaniem londyńskich decydentów wyjechał z żoną w długą podróż, podobno 

dookoła świata.

W lutym mieliśmy epidemię grypy, na którą zmarło trzech starszych mieszkańców 

miasta i troje Dzieci, wśród nich synek Ferrelyn. Posłano po nią, i przyjechała 

natychmiast, ale nie zastała go już żywego.

Jeszcze przed tym miała miejsce sensacyjna ewakuacja Ośrodka. Była to świetnie 

zorganizowana akcja. Naukowcy dowiedzieli się o niej w poniedziałek, w środę 

przyjechały ciężarówki, a w piątek dom i kosztowne, nowe laboratoria świeciły 

gołymi oknami, zupełnie puste. Artur Crimm wyjechał z całym personelem. Zostało 

tylko czworo złotookich Dzieci, dla których należało znaleźć przyrodnich 

rodziców.

W tydzień później do opróżnionego mieszkania Crimma wprowadziło się starsze 

małżeństwo; doktor Freeman był psychologiem, a jego żona ogólnie praktykującym 

lekarzem. Wszystko, co o nich wiedzieliśmy to, że na zlecenie jakiejś nie 

określonej bliżej oficjalnej organizacji mieli obserwować rozwój Dzieci. 

Przystąpili do tego prawdopodobnie według własnej metody; spotykało się ich 

ciągle, grasowali po całym miasteczku, węszyli po domach lub siedzieli na 

Błoniach, dyskutując o czymś z przejęciem. Otaczali swoje poczynania nimbem 

agresywnej dyskrecji, niemal konspiracji i po tygodniu nie cierpiało ich całe 

miasto. Ale charakteryzowała ich także zawziętość, tak długo i uporczywie wśród 

ogólnej dezaprobaty robili swoje, że w końcu pogodzono się z ich obecnością, jak 

trzeba pogodzić się ze złem koniecznym.

Pytałem o nich Bernarda. Powiedział, że zostali przydzieleni tu oficjalnie, ale 

nie przez jego departament. Uważaliśmy, że jeśli to ma być jedyny efekt zabiegów 

Willersa o poddaniu Dzieci wszechstronnej i fachowej obserwacji, to dobrze się 

stało, że doktor wyjechał z Midwich.

Zellaby i jeszcze kilka innych osób chętnie pomogłoby Freemanom rozeznać się w 

obcym dla nich środowisku, ale odrzucili te oferty. Jeśli chodzi o dyskrecję, to 

ich pracodawcy nie mogli wybrać lepiej, ale — choć dyskrecja ma w tego rodzaju 

sprawach pierwszorzędną wagę — na pewno uzyskaliby więcej informacji, gdyby 

zachowywali się z mniejszą rezerwą.

Aczkolwiek z naukowego punktu widzenia Dzieci mogłyby być bardzo interesujące w 

pierwszym roku życia, nie zaszło w tym czasie nic nowego, co wywołałoby 

dodatkowe zaniepokojenie. Poza niezłomnym oporem przeciwko wywiezieniu ich z 

Midwich, objawiały swoje niezadowolenie łagodnie i dość rzadko. Tak, jak 

powiedział Zellaby, zachowywały się wyjątkowo rozsądnie, jeśli tylko nie 

zaniedbywano ich i nie sprzeciwiano się ich życzeniom.

Nic w tym okresie nie potwierdziło złowieszczych przepowiedni miejscowych 

staruszek, a nie o wiele mniej ponurych przewidywań Zellaby'ego, i w miarę jak 

czas upływał spokojnie, zarówno Janet i ja, jak i wiele innych osób zaczęło 

zastanawiać się, czy nie omyliliśmy się. Mieliśmy nawet nieśmiałą nadzieję, że 

niezwykłe cechy Dzieci zblakną i znikną zupełnie z wiekiem.

Ale na początku lata, Zellaby zauważył coś, co prawdopodobnie uszło uwagi 

czujnych Freemanów.

Wpadł do nas pewnego popołudnia i bezlitośnie wyciągnął nas z domu. 

Protestowałem, gdyż miałem pilną robotę, ale nie zważał na to.

— Wiem, wiem! Wyobrażam sobie wydawcę ze łzami w oczach. Ale sprawa jest pilna i 

background image

muszę mieć godnych zaufania świadków.

— Świadków czego? — spytała Janet bez entuzjazmu.

— Pewnego doświadczenia. Proszę, niech państwo popatrzą!

I położył na stole ozdobne, drewniane pudełeczko, nie większe niż pudełko 

zapałek. Wewnątrz były dwa gwoździe zgięte tak, że łączyły się ze sobą, ale 

rozłączały z łatwością, gdy trzymano pudełeczko w odpowiedniej pozycji. Wziął je 

do ręki i potrząsnął nim. Wewnątrz coś zagrzechotało.

— Landrynki — wyjaśnił. — Oto jeden z wytworów pomysłowych Japończyków. Wygląda 

na to, że nie można go otworzyć, ale wystarczy odsunąć ten kawałeczek intarsji, 

i już wylatuje cukierek. Dlaczego ktoś zadał sobie trud, żeby zmajstrować coś 

takiego, to wiedzą tylko

Japończycy, ale my to teraz wykorzystamy. Odwiedzimy Dzieci. Proszę wybrać, 

który z chłopców ma spróbować pierwszy?

— Przecież żaden z nich nie ma jeszcze roku! — zauważyła Janet.

— Ale, jak wiecie, są pod każdym względem rozwinięte, jak dwulatki. Zresztą to, 

co zamierzam wam pokazać nie jest testem na inteligencję... zaraz, zaraz... a 

może jednak tak... — przerwał niepewnie. Muszę przyznać, że sam nie wiem. Ale to 

nieważne. Proszę wymienić pierwsze Dziecko!

— Dobrze! Niech będzie chłopiec u pani Brant.

Poszliśmy do pani Brant. Zaprowadziła nas do ogrodu za domem, gdzie malec bawił 

się w kojcu na trawniku. Wyglądał rzeczywiście na dwa lata i robił wrażenie 

bardzo rozgarniętego. Zellaby podał mu pudełeczko. Chłopiec wziął je, popatrzył, 

a gdy usłyszał, że grzechocze, zaczął potrząsać nim z zachwytem. Przez chwilę 

przyglądaliśmy się, jak bez powodzenia usiłował je otworzyć. Zellaby pozwolił mu 

się pobawić, a potem wyjął cukierek i dał go dziecku w zamian za zwrot zabawki.

— Nie wiem na czym miał polegać ten test — powiedziała Janet, gdy wyszliśmy.

— Cierpliwości, droga pani — odparł Zellaby. — Z kim spróbujemy teraz, znów z 

chłopcem?

Udaliśmy się do starszej pani Dorry. Zellaby powtórzył całą procedurę, ale 

pobawiwszy się chwilę pudełkiem, Dziecko podało mu je, patrząc na niego 

wyczekująco. Zellaby nie wziął pudełka, ale pokazał chłopcu, jak je otworzyć, po 

czym pozwolił mu zrobić to samemu i wyjąć cukierka. Potem włożył do pudełka 

następną landrynkę, zasunął ruchomy kawałek intarsji i podał zabawkę Dziecku.

— Spróbuj jeszcze raz — powiedział.

Chłopiec bez wahania otworzył pudełeczko i zjadł drugiego cukierka.

— Teraz — oznajmił Zellaby — wrócimy do Dziecka u pani Brant. Gdy weszliśmy do 

ogrodu, tak samo jak poprzednio zbliżył się do

kojca i podał pudełeczko malcowi, który od razu znalazł ruchomą płytkę, 

odsunąłją i wyjął cukierka. Zellaby obserwował nasze zdumienie z błyskiem 

rozbawienia w oczach. Po chwili odebrał Dziecku zabawkę, wsunął następną 

landrynkę i zapytał:

— Do którego chcecie pójść teraz?

Odwiedziliśmy trzech, wybranych na los przypadku i żaden nie zdawał się 

zaskoczony widokiem pudełeczka. Wszyscy otwierali je,

jakby to nie była dla nich żadna nowa sztuczka i natychmiast sprawdzali jego 

zawartość.

— Ciekawe, co? — rzekł Zellaby. — Chodźmy teraz do dziewczynek! Powtórzył znów 

całe doświadczenie, z tą tylko różnicą, że tym razem

pokazał, jak się otwiera pudełeczko trzeciemu z kolei, nie drugiemu Dziecku.

— Czy nie uważacie, że to fascynujące? A może pani chce sama podać któremuś z 

nich pudełeczko? — zwrócił się do Janet.

— Nie teraz — odrzekła. — Teraz mam ochotę na herbatę. Zabraliśmy go z sobą na 

podwieczorek.

— Pomysł z tą zabawką był dobry—pochwalił się skromnie Zellaby, pożerając 

kanapkę z ogórkiem. — I wszystko poszło tak gładko!

—Czy wymyślał pan dla nich jeszcze jakieś inne testy?—spytała Janet.

— O, bardzo wiele. Ale niektóre były za trudne, albo nie potwierdzały dość 

definitywnie tego, co chciałem sprawdzić.

— A teraz, nie ma pan już żadnych wątpliwości?

— Jak myślicie, moi drodzy, czego dowiódł ten sprawdzian? Połknął jeszcze jedną 

kanapkę i spojrzał na nas pytająco.

— Zapewne mamy powiedzieć, że twój eksperyment wykazał, iż skoro jeden z 

chłopców dowiaduje się o czymś, natychmiast wiedzą o tym wszyscy chłopcy, ale 

background image

nie dziewczynki; i odwrotnie! Istotnie, tak to wyglądało. Ale czy nie kryje się 

tu jakiś kruczek? — spytałem.

— Ależ, mój drogi... — zaprotestował.

— Chyba rozumiesz, że pokazałeś nam coś tak niepojętego, że nie jesteśmy w 

stanie od razu przyjąć tego do wiadomości.

— Chwileczkę — wtrąciła Janet. — Czy pan utrzymuje, że gdybym na przykład 

powiedziała coś któremuś z chłopców, to samo wiedzieliby wszyscy inni?

— Tak jest.

Janet miała minę dość sceptyczną. Zellaby westchnął.

— Wciąż to samo! — powiedział. — Zlinczujcie Darwina, a wykażecie, że teoria 

ewolucji jest bzdurą!

—A czy nie może wchodzić tu w grę jakaś wyższa forma współczulnego odbierania 

wrażeń, jaką obserwuje się czasem u bliźniąt?—zapytała Janet.

— Chyba nie. Ale tu nasuwa się pytanie czy można mówić o indywidualności Dzieci. 

Jeżeli mają wspólną świadomość i nie muszą porozumiewać się z sobą dla 

przekazywania sobie informacji, to czy można uważać, że każde posiada własny, 

odrębny umysł i osobowość?

Chyba nie. To jasne, że jeżeli A, B i C mają wspólną świadomość to wypowiedzi A 

wyrażają także myśli B i C, a postępowanie B w określonych okolicznościach 

odzwierciedla, jak w tych samych okolicznościach zachowaliby się A i C, 

oczywiście z uwzględnieniem różnic fizycznych między tymi osobnikami. Innymi 

słowy na pytanie zadane któremuś z tych chłopców dostanę na pewno identyczną 

odpowiedź od wszystkich pozostałych; to samo, jeśli poproszę o wykonanie jakiejś 

czynności. Czyli nie będzie to odpowiedź lub działanie jednostki, lecz całej 

grupy. I tu nasuwa się wiele pytań i skojarzeń.

— Przekonałeś nas, że Dzieci potrafią porozumiewać się z sobą w niepojęty dla 

nas sposób — rzekłem. — Ale wysnucie stąd wniosku

0 braku indywidualności, wydaje mi się zbyt śmiałe.

— Można by tak uważać, gdybym opierał się na tym jednym doświadczeniu, ale, jak 

wam mówiłem, przeprowadziłem wiele testów

1 żaden nie podważył mojej hipotezy, nazwijmy ją, zbiorowej indywidualności. Nie 

jest to zresztą tak dziwne, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. W 

przyrodzie jest wiele odmian, które mogą istnieć tylko o ile tworzą kolonie. 

Oczywiście najwięcej przykładów znajdziemy tu wśród niższych gatunków, ale 

dlaczego miałoby to ograniczać się tylko do nich? Weźmy na przykład owady; prawa 

natury nie pozwalają im rosnąć, więc są małe, ale wykombinowały sobie, że 

skuteczniej będą działać w grupie. My też w tym samym celu łączymy się w grupy, 

tyle że kierujemy się przy tym rozumem, a nie instynktem. Widzimy przed sobą 

bariery, które zagradzają drogę do dalszego postępu i musimy znaleźć sposób, aby 

je obalić. Bernard Shaw powiedział, że łatwiej byłoby tego dokonać, gdyby 

czasokres życia ludzkiego przedłużył się do trzystu lat...

Spojrzawszy na Janet zauważyłem, że wyłączyła się z rozmowy. Czyniła tak zawsze, 

gdy znajdowała, że ktoś mówi głupstwa, których nie warto słuchać.

—Jeżeli pana dobrze rozumiem rzekłem—to uważa pan, że w każdej z tych dwóch 

grup, umysły Dzieci są jak gdyby zsumowane. Czy to znaczy, że chłopcy posiadają 

zbiorową normalną inteligencję pomnożoną przez trzydzieści, a w grupie dziewcząt 

należy mnożyć przez dwadzieścia osiem?

— Nie — odpowiedział poważnie Zellaby. — I całe szczęście, że nie, bo trudno 

sobie wyobrazić do czego by wówczas doszło! Oczywiście rozporządzają większą 

inteligencją, ale nie mogę i nie wiem, czy ktokolwiek potrafi kiedyś określić o 

ile większą. Trudno już teraz przewidzieć, jakie to spowoduje konsekwencje. W 

tej chwili naj-

ważniejszy jest stopień siły woli Dzieci, a ten potencjał wydaje mi się u nich 

bardzo groźny.

— Wszystko to jest dla mnie zbyt skomplikowane — rzekłem.

— Zgadza się pan chyba, że człowiek jest ucieleśnieniem duszy.

— Oczywiście.

— Duch ludzki to siła żywotna, coś co musi rozwijać się, albo zaniknąć. 

Zakładamy, że drogą ewolucji duch ludzki będzie osiągał coraz wyższy poziom. 

Gdzież ma się podziać ten wielki, ten super-duch? Nie zmieści się w jednym 

człowieku, tak jak encyklopedia nie mieści się w jednym tomie. A więc może 

wcieli się w grupę ludzi? A gdyby tak było, to czemu dwa super-duchy nie mogły 

wcielić się w dwie grupy?

background image

Umilkł na chwilę, obserwując lot bąka nad grządką lawendy, a potem dodał:

— Wiele o tym medytowałem i myślę, że trzeba jakoś nazwać te dwa wielkie duchy. 

Jest mnóstwo imion do wyboru; najodpowiedniejsze wydają mi się Adam i Ewa.

W parę dni później dostałem list z zawiadomieniem, że otrzymałem posadę, o którą 

się starałem w Kanadzie, ale że muszę objąć ją bezzwłocznie. Wyjechałem więc 

natychmiast, a Janet podążyła za mną nieco później po uporządkowaniu różnych 

naszych spraw.

Nie przywiozła żadnych nowin z Midwich poza wiadomością o jednostronnym 

konflikcie między Freemanami, a Zellaby'm. Podobno Zellaby zawiadomił o swoich 

odkryciach Bernarda. Zażądano od Freemanów. aby kontynuowali jego eksperyment, o 

którym nie wiedzieli uprzednio, i który nie uzyskał ich aprobaty. Wymyślili całą 

serię nowych testów, które przeprowadzali uporczywie i bezowocnie, popadając w 

coraz głębsze przygnębienie.

— Myślę, że zrezygnują, gdy dojdą do Adama i Ewy — mówiła Janet. — Ach ten nasz 

Zellaby! Co za szczęście, że właśnie tamtego dnia wyjechaliśmy do Londynu! 

Inaczej zostałabym matką jednej trzydziestej pierwszej części Adama lub jednej 

dwudziestej ósmej Ewy! I bez tego mieliśmy tam dość kłopotów. Mam zupełnie dość 

Midwich i wcale się nie martwię, jeśli nie usłyszę o nim nigdy więcej.

Rozdział XVI

Jest nas teraz dziewięcioro

W ciągu następnych kilku lat przyjeżdżaliśmy do Anglii na bardzo krótko; w 

pośpiechu odwiedzaliśmy rodzinę i znajomych, a jeżeli miałem trochę czasu 

poświęcałem go rozszerzaniu zawodowych kontaktów. Ani razu nie znalazłem się w 

pobliżu Midwich, i prawdę mówiąc, nie myślałem o nim wiele. Dopiero po ośmiu 

latach przybyliśmy do Anglii na sześć tygodni, i któregoś wieczoru spotkałem na 

Piccadilly, Bernarda Westcota. Wstąpiliśmy na drinka i w trakcie rozmowy 

zapytałem go o Midwich. Spodziewałem się, iż usłyszę, że cała sprawa rozpłynęła 

się; gdy niedawno przy jakiejś okazji przypomniało mi się to miasteczko zarówno 

ono samo, jak i wszystko, co się tam wydarzyło wydało mi się zupełnie nierealne. 

Na pewno Dzieci nie otacza już mgła tajemniczości, związane z nimi przewidywania 

nie sprawdziły się i mimo dziwnych okoliczności, w jakich przyszły na świat są 

teraz zwyczajną gromadką dzieciaków, uganiających się po miasteczku.

— Wiesz co — powiedział Bernard. — Tak się składa, że jutro muszę tam pojechać. 

Może wybrałbyś się ze mną, żeby odświeżyć stare wspomnienia, odnowić znajomości, 

itd.?

Janet pojechała na tydzień do swojej przyjaciółki do Szkocji, a ja nie miałem 

nic szczególnego do roboty.

— Więc wciąż jeszcze opiekujesz się tym miasteczkiem? — spytałem. — Owszem, 

chętnie tam pojadę, pogadać trochę z ludźmi stamtąd. I jak się miewa Zellaby?

— Trzyma się doskonale.

— Gdy go ostatnio widziałem roztrząsał jakąś dziwaczną hipotezę złożonej 

osobowości. To urzekający mówca, który potrafi uwiarygodnić najcudaczniejszą 

teorię. To było coś o Adamie i Ewie.

— Zobaczysz, że wcale się nie zmienił. Jadę tam w nieprzyjemnej misji: 

dochodzenie w sprawie spowodowania zgonu. Ale ty możesz się oczywiście trzymać 

zupełnie z daleka.

— Jedno z Dzieci? — spytałem.

— Wypadek drogowy. Zginął młody chłopiec, Pawle.

— Pawle — powtórzyłem. — Ależ tak, pamiętam to nazwisko. Pawłowie mają farmę za 

miastem, bliżej Oppley.

— Tak jest. To tragiczna sprawa.

Nie chciałem niedyskretnie pytać Bernarda, dlaczego jemu właśnie powierzono 

dochodzenie i rozmowa potoczyła się na inny temat.

Nazajutrz wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu. W samochodzie Bernard rozgadał się o 

wiele swobodniej, niż w klubie.

— Zastaniesz sporo zmian w Midwich — ostrzegł mnie. — W waszym domu mieszkają 

teraz małżonkowie Welton. On jest rysownikiem, a ona modeluje garnki. Nie 

pamiętam, kto zajmuje mieszkanie Crimma; po Freemanach zmieniało się tam wielu 

lokatorów. Ale najwięcej zaskoczy cię Ośrodek. Napis z frontu przemalowano i 

teraz brzmi: „Szkoła Specjalna — Ministerstwo Oświaty".

— Ooo... Dzieci?

— Tak jest. „Egzotyczna koncepcja" Zellaby'ego okazała się o wiele mniej 

background image

egzotyczna, niż mogła się była wydawać. Przy tej okazji Fre-emanowie zblamowali 

się tak, że musieli wyjechać.

— Masz na myśli to o Adamie i Ewie?

— Niezupełnie. Chodzi o dwie grupy umysłowe. Dowiedziono, że w ich obrębach 

istniał i nadal istnieje kontakt. Jeden z chłopców nauczył się odczytywać łatwe 

słowa, gdy miał trochę ponad dwa lata.

— Dwa lata! — wykrzyknąłem.

— To równoważnik czterech lat u innego dziecka — poinstruował mnie. — A na drugi 

dzień okazało się, że wszyscy chłopcy potrafią przeczytać te wyrazy; jedna z 

dziewczynek nauczyła się czytać, i zaraz zaczęły czytać wszystkie inne. Nieco 

później jeden z chłopców nauczył się jeździć na rowerze, i wnet wszyscy jeździli 

doskonale. Gdy pani Brinkham nauczyła swoją dziewczynkę pływać, natychmiast 

pływały wszystkie; ale chłopcy potrafili dopiero, gdy jednemu z nich pokazano 

odpowiednie ruchy. Od tej chwili, jak twierdzi Zellaby, nie ma już żadnych 

wątpliwości: każda grupa stanowi odrębną jednostkę. Ale nie wszyscy podzielają 

jego zdanie. Jakaś forma przekazywania myśli — to prawdopodobne; wysoki stopień 

obustronnej wrażliwości — możliwe;

pewna ilość osobników, którzy opanowali niezrozumiały dla nas sposób 

porozumiewania się — wiarygodne; ale przenikanie informacji do poszczególnych 

członków grupy — nie! Taka koncepcja nie znajduje poparcia. Jednak są to spory 

czysto akademickie. Ten kontakt istnieje bez wątpienia w obrąbie każdej grupy. 

Gdyby posyłano Dzieci do zwykłej szkoły w Oppley lub w Stouch po kilku dniach w 

całej okolicy zaczęłyby krążyć o nich niesamowite opowieści. Z inicjatywy 

Ministerstwa Oświaty i Ministerstwa Zdrowia, otworzono dla Dzieci szkołę, gdzie 

będą uczyć się i mieszkać, pozostając pod obserwacją specjalistów. Jeszcze przed 

twoim wyjazdem do Kanady było wiadomo, że Dzieci stanowić będą poważny problem. 

One mają zupełnie inne poczucie wspólnoty, niż my. Więzy między nimi są o wiele 

mocniejsze, niż normalne więzy rodzinne. Ich opiekunowie i rodzice skarżyli się, 

że nie okazują im żadnego przywiązania, że nie potrafią lub nie chcą zżyć się z 

nimi. Nie przyjaźniły się też z innymi dziećmi. I nic dziwnego, są przecież 

zupełnie inne! Trudności narastały i w końcu ktoś w Ośrodku wpadł na pomysł, 

żeby zorganizować tam dla nich sale sypialne. Nie stosowano żadnego nacisku ani 

perswazji, każde mogło postąpić, jak mu się podobało, i wkrótce kilkanaścioro 

wprowadziło się do Ośrodka. Stopniowo cała reszta poszła za ich przykładem. 

Wyglądało na to, że zdały sobie sprawę, iż niewiele mają wspólnego z 

mieszkańcami miasteczka i wolą żyć we własnym gronie.

— Jak zareagowali na ten pomysł mieszkańcy Midwich?

— Oczywiście były protesty, ale raczej konwencjonalne niż szczere. Wiele osób 

chętnie pozbyło się odpowiedzialności; niektórzy bali się Dzieci, choć nie 

chcieli się do tego przyznać. A byli i tacy, którzy przywiązali się szczerzę do 

swoich podopiecznych i nie chcieli się z nimi rozstać. Ale na ogół pogodzono się 

z nową sytuacją i nikt nie podjął żadnej interwencji, która zresztą nic by nie 

pomogła. W wypadkach, gdy matki odnoszą się do nich serdecznie Dzieci pozostają 

z nimi w dobrych stosunkach i odwiedzają je ilekroć mają ochotę. Niektóre dzieci 

zerwały zupełnie z domem.

—To najdziwniejszy układ, o jakim kiedykolwiek słyszałem—rzekłem. Bernard 

uśmiechnął się.

— Jeśli sięgniesz pamięcią o parę lat wstecz, przypomnisz sobie, że to wszystko 

zaczęło się dość dziwnie — odparł.

— Co się robi w Ośrodku?

— Przede wszystkim, jak głosi napis, jest to szkoła. Mają tam stały personel do 

nauczania, opiekunów społecznych, psychologów itd. Oprócz tego zaangażowano 

kilku doskonałych dojeżdżających na-

uczycieli, którzy zorganizowali tu krótkie kursy z rozmaitych dziedzin. 

Początkowo uczniowie byli podzieleni na klasy, jak w normalnej szkole, ale 

okazało się to niepotrzebne. Teraz na każdej lekcji obecny jest jeden chłopiec i 

jedna dziewczynka; to wystarcza, aby pozostali umieli wszystko to, czego 

nauczyli się ich przedstawiciele. Sześć par uczy się jednocześnie sześciu 

przedmiotów, a potem Dzieci sortują jakoś między sobą nabyte wiadomości tak, że 

wszyscy są na tym samym poziomie. —Na miłość boską, one przecież chłoną wiedzę, 

jak bibuła atrament!

— Tak jest. Niektórzy ich nauczyciele są tym przerażeni.

— I udaje się wam utrzymać to wszystko w tajemnicy?

background image

— Do pewnego stopnia. Doszliśmy do porozumienia z prasą, a zresztą w obecnym 

stadium sprawa nie jest już tak sensacyjna dla czytelników jak na początku. 

Jeśli chodzi o najbliższą okolicę, to Midwich nie cieszyło się tam nigdy 

szczególnym poważaniem. Na skutek czyjejś podziemnej roboty, teraz ta opinia 

jeszcze się pogorszyła. Jak powiada Zellaby, ludzie z sąsiednich miasteczek 

uważają Midwich za rodzaj domu wariatów bez krat. Ich zdaniem, wszyscy tutejsi 

mieszkańcy ucierpieli z powodu przedziwnych wypadków wrześniowych, a Dzieci 

uważają za kretynów tak opóźnionych w rozwoju, że humanitarne władze ofiarowały 

im specjalną szkołę. W ich pojęciu mieszkańcy Midwich mają kręćka; należy 

odnosić się do nich z tolerancją, a całą sprawę trzymać w dyskrecji, jak gdyby 

szło o umysłowo chorych krewnych.

— Ale dlaczego nadal tak bardzo ci zależy na zachowaniu tajemnicy? To było 

zrozumiałe bezpośrednio po owym fatalnym dniu; miało tu miejsce coś na kształt 

przymusowego lądowania, więc to była sprawa dla organów bezpieczeństwa. Ale 

teraz? Zadawać sobie tyle trudu, żeby trzymać Dzieci w ukryciu! Ta nowa szkoła w 

Ośrodku musi przecież pochłaniać mnóstwo pieniędzy.

— Zapominasz, że w naszym państwie istnieje opieka społeczna.

— Dajże spokój! Powiedz mi szczerze...

Ale Bernard dalej mówił o Dzieciach i ogólnej sytuacji w miasteczku, unikając 

wyjaśnienia kwestii, którą poruszyłem.

Zjedliśmy wczesny lunch w Trayne i około drugiej przyjechaliśmy do Midwich. 

Wstępna rozprawa miała odbyć się w ratuszu i na Błoniach zebrało się już sporo 

ludzi.

— Będziesz chyba musiał odłożyć wizyty na później. Wygląda na to, że teraz nie 

zastałbyś nikogo w domu.

— Czy myślisz, że to długo potrwa? — spytałem.

— Mam nadzieję, że nie dłużej niż pół godziny. To będzie przecież czysta 

formalność.

— Czy masz składać zeznania? — zapytałem, zastanawiając się, dlaczego zadał 

sobie tyle trudu, żeby przyjechać tu z Londynu, jeśli szło tylko o zwykłą 

formalność.

— Nie — odpowiedział. — Sprawuję tylko ogólny nadzór. Postanowiłem odłożyć 

wszystkie odwiedziny na później i wszedłem

z Bernardem na salę, która zapełniała się szybko. Wyglądało na to, że kto żyw 

przybył, aby przysłuchać się rozprawie. Nie rozumiałem dlaczego. Oczywiście 

wszyscy znali Jima Pawle'a, ofiarę wypadku, ale to nie usprawiedliwiało aż 

takiej frekwencji, ani napięcia, które wyraźnie panowało wśród obecnych. Po 

chwili nabrałem przekonania, że rozprawa nie potoczy się tak banalnie, jak 

przepowiadał Bernard. Miałem wrażenie, że lada chwila ktoś z tego tłumu 

sprowokuje jakieś zajście.

Ale nic takiego nie nastąpiło. Rozprawa przebiegała w normalnym trybie i trwała 

pół godziny.

Zellaby czekał na nas na schodach. Przywitał mnie, jak gdybyśmy się rozstali 

parę dni temu, po czym spytał:

— Skąd pan się tu wziął? Myślałem, że pan jest w Indiach.

— W Kanadzie. Znalazłem się tu przypadkiem. Bernard mnie przywiózł.

Zellaby zwrócił się w jego stronę.

— Zadowolony? — zapytał.

W odpowiedzi Bernard lekko wzruszył ramionami. W tej chwili jakiś chłopiec i 

dziewczyna przeszli koło nas kierując się w stronę szosy. Ledwie zdążyłem rzucić 

na nich okiem.

— To chyba... To chyba... — zacząłem ze zdumieniem.

— Tak jest — rzekł Zellaby. — Czy zauważył pan ich oczy?

— Ależ to nie do wiary! Przecież oni mają po dziewięć lat!

— Według kalendarza — sprostował Zellaby.

— To nieprawdopodobne!

— O ile pan sobie przypomina, w Midwich może stać się faktem coś, co gdzie 

indziej wydawałoby się nieprawdopodobne — zauważył Zellaby. — Nauczyliśmy się 

akceptować nieprawdopodobieristwo natychmiast; jeśli chodzi o niemożliwość, to 

trwa trochę dłużej, ale i z tym potrafimy się uporać. Czy pułkownik pana nie 

ostrzegł?

— Owszem, naturalnie... Ale ta para... Wyglądali na szesnaście, siedemnaście 

lat.

background image

Nie mogłem się z tym pogodzić.

Zellaby zaprosił nas na herbatę, a Bernard zaproponował, że podwiezie nas swoim 

samochodem.

— Doskonale — rzekł Zellaby. — Mam nadzieję, że po tym czego pan tu wysłuchał 

pojedzie pan ostrożnie.

— Jestem bardzo rozważnym kierowcą — zapewnił Bernard.

— Tak samo, jak młody Pawle. On był w dodatku doskonałym kierowcą.

,Zellaby zaprowadził nas na werandę i rozsiedliśmy się wygodnie na wyściełanych 

krzesłach.

— Angeli nie ma w domu — powiedział — ale obiecała wrócić na herbatę.

Przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w trawnik przed domem. Czas potraktował 

go łaskawie. Przez te dziewięć lat przybyło mu może parę zmarszczek pod oczami, 

twarz stała się bardziej pociągła, ale siwa czupryna nie zrzedła, a koścista 

figura pozostała prosta.

— A więc jest pan zadowolony — powiedział do Bernarda. — Czy myśli pan, że na 

tym się skończy?

— Mam nadzieję. I tak nic nie dałoby się zmienić. Postąpili bardzo rozsądnie, 

przyjmując wyrok.

— Hm... — chrząknął Zellaby i zwrócił się do mnie. — A co pan, jako postronny 

obserwator sądzi o naszej szaradzie?

— Ma pan na myśli rozprawę? Na sali można było wyczuć szczególną atmosferę, ale 

cała procedura przebiegła gładko i wszystko zostało należycie wyjaśnione. 

Chłopak jechał nieostrożnie, potrącił przechodnia. Potem przeląkł się i usiłował 

zbiec. Przyspieszył zbyt gwałtownie na zakręcie i zabił się, wpadając na mur 

koło kościoła. Czy sugeruje pan, że „poniósł śmierć w wypadku" nie jest 

odpowiednim sformułowaniem? Można naturalnie powiedzieć: „nieszczęśliwy 

wypadek", ale to chyba to samo.

— Miał miejsce „nieszczęśliwy wypadek" — rzekł Zellaby — ale to wcale nie to 

samo, gdyż wydarzył się przed faktem. Opowiem wam, jak to było.

Zellaby wracał ze swego popołudniowego spaceru szosą z Oppley. Na zakręcie 

spotkał czworo Dzieci, które wyszły z Hickham Road; wyprzedziły go i szły dalej 

gęsiego w stronę Midwich; trzech chłopców i jedna dziewczynka. Chłopcy byli do 

siebie tak podobni, że absolutnie nie można było ich rozróżnić. Ale w tej chwili 

nie zależało mu na tym; z wyjątkiem kilku kobiet, znanych z tego, że w ogóle 

rzadko odczuwały jakieś wątpliwości, nie rozróżniał ich nikt w miasteczku, i 

Dzieci przyzwyczaiły się do tego.

Idąc za nimi zastanawiał się, jak zdumiewająco szybko rozwinęły się w tak 

krótkim przeciągu czasu; chyba dwa razy prędzej, niż normalne dzieci. Były może 

trochę szczuplejsze, ale nie miały w sobie nic zprzerośniętych cherlaków. I, jak 

zawsze, żałował, że nie zna ich lepiej. Nie brakowało mu dobrej woli; od ich 

wczesnego dzieciństwa cierpliwie i daremnie usiłował nawiązać z nimi kontakt. 

Akceptowały go, tak jak innych, a on rozumiał je chyba lepiej, niż ich 

opiekunowie z Ośrodka. Pozornie odnosiły się do niego przyjaźnie, niby to 

chętnie z nim rozmawiały, słuchały go uważnie i pozwalały się uczyć. Ale 

wiedział, że to wszystko było powierzchowne i nietrwałe; wyczuwałjakąs barierę. 

W codziennym życiu Dzieci przystosowały się do okoliczności, ale ich prawdziwa 

osobowość kryła się za tą barierą. Zellaby wyraźnie czuł, że jego stosunki z 

nimi są jakieś bezosobowe, niepełne, pozbawione spontaniczności. Dzieci miały 

swój własny świat, odcięty od głównego nurtu, niczym plemiona z Amazonii, które 

żyją według własnych standartów i etyki. Uczyły się chętnie, ale odnosiło się 

wrażenie, że wiedza nie zmienia ich osobowości, podobnie jak nabyta nawet 

mistrzowska zręczność nie wpływa na osobowość żonglera. Zellaby zastanawiał się, 

czy w ogóle można nawiązać z nimi bliższy kontakt. Wiedział, że niektórzy 

pracownicy Ośrodka nie szczędzili wysiłków w tym kierunku, ale napotykali na tę 

samą barierę.

Patrząc na idące przed sobą Dzieci, pomyślał nagle o Ferrelyn. Nie odwiedzała 

ich tak często, jak by tego pragnął. Widok Dzieci przygnębiał ją, więc nie 

usiłował jej namawiać. Pocieszał się myślą, że jego córka jest teraz szczęśliwą 

matką dwóch synów.

Dziwnie było pomyśleć, że gdyby pierwszy synek Ferrelyn żył i szedł w tej chwili 

wśród kroczących przed nim Dzieci, Zellaby prawdopodobnie nie mógłby go 

background image

rozpoznać. Wydało mu się to trochę poniżające, ponieważ do pewnego stopnia 

równało go z panną Ogle, która pokonywała tę trudność, przyjmując za oczywiste, 

że każdy chłopiec, którego spotykała wśród Dzieci jest jej synem, i — co ciekawe 

— żaden nigdy temu nie zaprzeczył.

Wkrótce idąca przed nim czwórka skręciła i zniknęła mu z oczu. W chwili, gdy 

doszedł do rogu wyprzedził go samochód. Dwuosobowy, sportowy samochód nie jechał 

szybko, ale tuż za zakrętem, a więc poza polem widzenia kierowcy, Dzieci 

zatrzymały się. Debatowały o czymś stojąc w poprzek jezdni i zajmując całą jej 

szerokość. Kierowca zobaczył je nagle, gdy skręcił. Zrobił, co było w jego mocy; 

zjechał gwałtownie na prawo, żeby je wyminąć i prawie mu się to udało. Jeszcze 

dwa centymetry, i nie potrąciłby nikogo. Ale zabrakło tych dwóch. Lewy błotnik 

uderzył stojącego z brzegu chłopca i cisnął go na płot ogrodu przy drodze.

Ta scena utrwaliła się w umyśle Zellaby'ego, jak żywy obraz: leżący pod płotem 

chłopiec, i stojący, jak wryci w ziemię jego trzej towarzysze, i młody kierowca, 

który wciąż jeszcze hamując, usiłował naprostować koła samochodu.

Zellaby nie był pewien, czy samochód w ogóle się zatrzymał. Jeśli tak, to tylko 

na chwilę, po czym motor znów zawarczał. Auto skoczyło naprzód; kierowca zmienił 

bieg; nie usiłował zjechać na lewą stronę, pędził prosto przed siebie aż pojazd 

wpadł na mur kościelny cmentarza i roztrzaskał się, zasypując zwłoki szofera 

stertą połamanego żelastwa.

Ludzie zaczęli krzyczeć. Kilka osób podbiegło do wraka. Zellaby nie mógł się 

ruszyć. Patrzył na unoszące się w górę żółte płomienie i kłęby czarnego dymu. 

Dzieci z napięciem przyglądały się tej scenie. Po chwili cała trójka podeszła do 

chłopca, który leżał pod płotem, jęcząc.

Nagle Zellaby zdał sobie sprawę, że wstrząsają nim dreszcze. Niepewnie przeszedł 

parę metrów i usiadł na ławce na skraju Błoni. Był blady, czuł się chory.

Dalszą relację o wypadku usłyszałem trochę później od pani Williams z „Pod Kosy 

i Kamienia".

— Usłyszałam nadjeżdżający samochód, potem huk, a gdy wyjrzałam przez okno 

zobaczyłam nadbiegających ludzi. Po chwili spostrzegłam pana Zellaby'ego, jak 

chwiejnym krokiem szedł w kierunku Błoni. Usiadł na ławce, a głowa opadła mu na 

piersi, jak gdyby zemdlał. Gdy do niego podbiegłam zobaczyłam, że naprawdę 

zemdlał; ale na szczęście niezupełnie. Dziwnym głosem wyszeptał: „Pigułki!"... 

„Kieszeń". Znalazłam pigułki w jego kieszeni. Na flakoniku było napisane „dwie", 

ale wyglądał tak źle, że dałam mu cztery. Nikt więcej nie zwrócił na niego 

uwagi. Wszyscy pobiegli do wypadku. Te pigułki istotnie dobrze mu zrobiły; w 

pięć minut później zabrałam go do domu

i ułożyłam na tapczanie, w saloniku przy barze. Powiedział, że na pewno wkrótce 

poczuje się lepiej, musi tylko odpocząć, więc poszłam dowiedzieć się, jak to 

było z tym samochodem. Gdy wróciłam, nie był już taki blady, ale wciąż jeszcze 

leżał, jakby wcale nie miał sił.

— Tak mi przykro — powiedział — narobiłem pani kłopotu. Chciałam wezwać lekarza, 

ale nie zgodził się.

— Za chwilę będę się czuł zupełnie dobrze — powiedział.

— Ale mi pan napędził strachu!

— Przepraszam panią — powiedział, a po chwili dodał:

— Czy pani umie dochować tajemnicy?

— Z pewnością.

— No więc, będę wdzięczny, jeśli pani nie wspomni nikomu o mojej przygodzie.

— Nie wiem, czy to jest rozsądne. Moim zdaniem pan powinien pójść do lekarza.

Ale on potrząsnął głową.

— Widzi pani, badało mnie wielu lekarzy. Drogich, bardzo dobrych lekarzy. Ale na 

starzenie się nie ma lekarstwa; nikt temu nie może zapobiec. Po prostu maszyna 

zaczyna się zużywać.

— Ależ drogi panie!

— Proszę się nie martwić. Trzymam się jeszcze wcale nieźle; może to nie będzie 

tak prędko, a po co martwić swoich najbliższych sprawami, którym nie można 

zaradzić? Jak pani uważa?

— Jeżeli pan jest naprawdę pewien...

— Jestem zupełnie pewien. Okazała mi pani dużo serca, ale popsułaby pani 

wszystko, nie dotrzymując sekretu.

— No dobrze — powiedziałam. — Jeżeli pan sobie tego życzy.

— Dziękuję! Bardzo dziękuję!

background image

— Pan widział, jak się to wszystko stało — powiedziałam po chwili. — Było z 

czego dostać szoku!

— Tak — odpowiedział. — Widziałem ten wypadek, ale nie wiem, kto był w 

samochodzie.

— Młody Jim Pawle. Potrząsnął smutno głową, i rzekł:

— Pamiętam go. Miły chłopiec.

— O tak, to był dobry dzieciak. Nie jak te inne rozwydrzone chłopaki. Nie 

rozumiem, dlaczego tak po wariacku pędził przez miasteczko. To zupełnie nie w 

jego stylu.

— Przed tym potrącił jedno z Dzieci, chłopca—powiedział po chwili pan Zellaby. — 

Upadł na ulicę, ale myślę, że nic mu się nie stało.

— Jedno z Dzieci — powtórzyłam. I nagle zrozumiałam, co miał na myśli.

— Oh nie! Mój Boże, one chyba nie mogły... — i urwałam, widząc z jakim wyrazem 

on na mnie patrzy.

— Nie ja jeden to widziałem. Byli tam jeszcze inni. Zdrowsi, nie ulegający tak 

łatwo szokom. Może i na mnie nie zrobiłoby to takiego wrażenia, gdybym w ciągu 

mojego długiego życia był kiedyś uprzednio świadkiem morderstwa z premedytacją.

Zellaby doprowadził swoje opowiadanie do momentu, gdy siadł na ławce na 

Błoniach. Kiedy skończył, spojrzałem na Bernarda, ale nie udało mi się niczego 

wyczytać z jego twarzy.

— Czy sugeruje pan, że to Dzieci sprawiły, że Jim wjechał na ten mur?

— Nie sugeruję — odrzekł Zellaby ze smutkiem potrząsając głową. —Zmusiły go do 

tego, jak zmusiły swoje matki do powrotu do Midwich.

— A świadkowie? Ci, którzy składali zeznania?

— Zdają sobie doskonale sprawę z tego, co zaszło. Ale musieli stwierdzić tylko 

to, co rzeczywiście widzieli.

— Ale skoro wiedzą...

— To co z tego? A co by pan mówił, gdyby pan wiedział i gdyby powołano pana na 

świadka? W tego rodzaju sprawach trzeba wydać wyrok umotywowany faktami, inaczej 

nie przyjmie go wyższa instancja. Przypuśćmy, że sąd orzekłby, że chłopca 

zmuszono do popełnienia samobójstwa. Czy przypuszczacie, że ktoś by w to 

uwierzył? Musiałaby odbyć się następna rozprawa, aby wydać „Sensowny" wyrok, to 

znaczy taki, jak obecny, a podważające go zeznania świadków uznano by za 

konfabulację. Nie uwierzy pan? To proszę zastanowić się nad swoim własnym 

stanowiskiem. Wie pan, jestem autorem kilku liczących się dzieł i zna mnie pan 

osobiście, ale czy to ma wpływ na pańskie „rozsądne" myślenie? Chyba bardzo 

niewielki, bo gdy opowiadam wam, co naprawdę miało miejsce, starasię przekonać 

siebie i mnie, że to mi się tylko zdawało. Przecież pan był w Midwich, gdy 

Dzieci zmusiły swoje matki, aby tu wróciły?

— To było w zupełnie innej skali niż wypadek, o którym pan opowiadał — 

zaoponowałem.

— Naprawdę? A czy potrafi pan wytłumaczyć, na czym polega zasadnicza różnica 

między zrobieniem pod przymusem czegoś nieprzyjemnego, a czegoś zgubnego? Mój 

drogi, nie było tu pana tak długo, że stracił pan styczność z 

nieprawdopodobieństwem. Racjonalizm pana przytępił.

Chcąc przestać wreszcie dyskutować o rozprawie sądowej, zapytałem:

— A jak tam doktor Willers? Czy nadal propaguje swoją hipotezę zbiorowej 

histerii?

— Wyparł się jej na krótko przed śmiercią. To mnie zaskoczyło.

— Nie wiedziałem, że doktor zmarł. Nie miał chyba wiele ponad pięćdziesiąt lat. 

Jak to się stało?

— Zażył za dużą dawkę jakiegoś barbituranu.

— Czy... Czy to znaczy... Przecież Willers nie był tego rodzaju człowiekiem.

— Zgadzam się z panem. Oficjalna diagnoza brzmiała: „Zakłócenie równowagi 

umysłowej". To bardzo zgrabne, ale niewiele mówiące określenie. Faktycznie nikt 

nie wie, dlaczego doktor to zrobił. Biedna pani Willers też niema pojęcia. 

Dopiero teraz, gdy wiem z jakiego wyroku zginął młody Pawle, zaczynam się 

zastanawiać, jak to było w przypadku Willersa.

— Chyba nie myśli pan tak na serio? — oburzyłem się.

— Nie wiem. Sam pan powiedział, że to nie był tego rodzaju człowiek. Okazało się 

nagle, że żyjemy w sytuacji bardziej niepewnej niż nam się wydawało. Tym razem 

Jim Pawle brał ten fatalny zakręt, ale przecież na jego miejscu mógł być 

ktokolwiek inny, na przykład Angela. Nagle stało się jasne, że ona, pan, ja, 

background image

ktokolwiek z nas, może w każdejchwili przypadkowo zrobić coś, co skrzywdzi lub 

rozgniewa Dzieci. Temu chłopcu nie można niczego zarzucić; zrobił wszystko, aby 

nie potrącić żadnego z nich, ale niepodobieństwem było tego uniknąć. I za to, w 

przystępie gniewu i nienawiści, zabili go. W tych warunkach trzeba powziąć 

decyzję. Dla mnie ta sprawa jest niezmiernie interesująca i chciałbym bardzo 

śledzić jej dalszy przebieg. Ale Angela jest przecież młoda, a Michael ma 

dopiero kilka lat. Wysłaliśmy go już stąd, a teraz zastanawiam się, czy nie 

namówić Angeli, żeby także wyjechała. Wolałbym jeszcze z tym zaczekać, ale kto 

wie, czy nie nadszedł już czas. Od kilku lat żyjemy tu, jak na zboczu aktywnego 

wulkanu. Rozum

mówi nam, że we wnętrzu kotłuje się jakaś siła, która musi wybuchnąć; ale czas 

mija i odczuwamy tylko okresowe wstrząsy, tak że wmawiamy sobie, że ta erupcja, 

która wydawała nam się nieunikniona może wcale nie nastąpi. Nie wiem, czy 

przypadek młodego Jima był tylko mocniejszym wstrząsem, czy zwiastunem wybuchu. 

Czy to alarmowy sygnał, który usprawiedliwiłby rozbicie mojej rodziny, czy na 

razie tylko potencjalne zagrożenie.

Był głęboko zatroskany. Bernard milczał.

— Przykro mi naprawdę, że wydarzenia, które przeżyłem tu osiem lat temu, 

wyblakły w mojej pamięci — rzekłem w poczuciu jakiejś winy. — Oboje z żoną 

sądziliśmy, że odrębność Dzieci zatrze się z biegiem czasu, w miarę jak będą 

dorastać.

— Wszyscy chcieliśmy w to wierzyć i staraliśmy się pokazywać sobie wzajemnie 

dowody, że mamy rację. Ale tak nie było—powiedział Zellaby.

— Ale czy nadal nie zdołał pan poznać mechanizmu tego... tego przymusu?

— Nie. To zupełnie, jak by pan chciał zrozumieć, dlaczego jedna osobowość góruje 

nad drugą. Wszyscy znamy jednostki, które górują nad każdym środowiskiem, z 

jakim się zetkną. Dzieci niewątpliwie posiadają ten dar i wykorzystują go jak im 

się podoba. Ale nie mamy pojęcia, jak to robią.

W kilka minut później Angela Zellaby przyszła do nas na werandę. Była 

najwidoczniej myślami gdzie indziej, i po wymianie kilku banalnych uprzejmości 

zapadło kłopotliwe milczenie. Sytuację rozładował Zellaby.

— Wiesz — powiedział — Richard i pułkownik też byli na rozprawie. Chyba 

słyszałaś, co orzekł sąd?

— Tak — odparła Angela. — Byłam u pani Pawle, na Farmie Dacre, gdy jej mąż 

przywiózł tę wiadomość. Biedna kobieta, jest w okropnym stanie. Chciała 

koniecznie być na rozprawie i zdemaskować Dzieci — złożyć publiczne oskarżenie. 

Pastor i ja zdołaliśmy odwieść ją od tego zamiaru, tłumacząc, że to nie 

odniosłoby pożądanego skutku, a ściągnęło dodatkowe kłopoty na nią i jej 

rodzinę. Zostaliśmy z nią dopóki jej mąż nie wrócił do domu.

— Na rozprawie był brat Jima, Dawid — rzekł Zellaby. — Kilka razy zdawało mi 

się, że chłopiec się wypowie, ale ojciec go powstrzymał.

Nie wiem, czy nie byłoby lepiej, gdyby ktoś wreszcie szczerze wystąpił w tej 

sprawie — powiedziała Angela. — To powinno wyjść na jaw. W końcu, tu już nie 

chodzi o psa, czy o byka!

— Pies i byk? — wtrąciłem. — Nic nie słyszałem na ten temat.

— Jakiś pies ugryzł któreś z Dzieci w rękę. W parę minut później zginął pod 

traktorem. Byk gonił kilkoro z nich, nagle zawrócił, w rozpędzie rozbił 

ogrodzenie i utonął w stawie koło młyna — zreferował zwięźle Zellaby.

— Ale tym razem, to było przecież morderstwo!

— Przypuszczam, że to nie było ich zamierzeniem. Prawdopodobnie pod wpływem 

strachu i gniewu zadały cios na ślepo, jak zawsze, gdy któremuś z nich stanie 

się jakaś krzywda. Niemniej było to morderstwo. Całe miasteczko zdaje sobie z 

tego sprawę, a teraz widzą, że to im uszło bezkarnie. Nie można tego tak 

zostawić. Dzieci nie okazują ani cienia skruchy. To mnie najwięcej przeraża! Po 

prostu zrobiły to i koniec. A dziś przekonały się, że nawet, jeśli popełnią 

morderstwo, nie wyciąga się z tego żadnych konsekwencji. Co czeka kogoś, kto z 

rozmysłem odważy się im sprzeciwić?

Zellaby przerwał, aby dopić herbatę, po czym mówił dalej:

— Chociaż ta sprawa dotyczy naszego miasta, jesteśmy zupełnie bezkarni. Władze, 

których przedstawicielem jest obecny tu pułkownik Westcot, nie wiedzieć 

dlaczego, już dawno odebrały nam możliwość jakiegokolwiek działania. Personel 

Ośrodka, czy obecnej szkoły specjalnej dla Dzieci, nie może ignorować tego, o 

czym wiedzą wszyscy mieszkańcy miasteczka i jestem przekonany, że dyrekcja 

background image

szkoły sporządziła raport, aby zapoznać odpowiednie władze z faktycznym stanem 

rzeczy. Zobaczymy, jak sprawy potoczą się dalej. Ale przede wszystkim, Angelo 

proszę cię i zaklinam, nie rób niczego, co mogłoby wciągnąć cię w konflikt z 

Dziećmi.

— Na pewno nie pozwolę sobie na to — odparła. — Przez tchórzostwo.

— Gołębica nie jest tchórzem, bojąc się jastrzębia; jest po prostu mądra — rzekł 

Zellaby i skierował rozmowę na inne tory.

Zamierzałem złożyć wizytę na plebanii i odwiedzić jeszcze kilka osób, ale 

zrobiło się późno i musieliśmy już wracać do Londynu. Udzieliło mi się napięcie, 

które panowało na sali podczas rozprawy i przez cały czas czułem się nieswojo. 

Poczułem ulgę, gdy samochód

ruszył i pomyślałem z zadowoleniem, że wracamy do normalnego świata. Na 

Bernardzie miniony dzień musiał także wywrzeć wrażenie. Wydało mi się, że jedzie 

przez miasteczko ze szczególną ostrożnością. Gdy znaleźliśmy się na szosie do 

Oppley, przyśpieszył trochę. W tej chwili zobaczyliśmy cztery zbliżające się 

postacie. Z daleka już poznaliśmy, że są to Dzieci.

— Czy możesz się zatrzymać? — zapytałem pod wpływem jakiegoś impulsu. — 

Chciałbym się im przypatrzyć.

Bernard zwolnił, a gdy dojechaliśmy do Hickham Lane zatrzymał samochód.

Dzieci zbliżały się. Chłopcy byli ubrani w niebieskie, bawełniane koszule i 

flanelowe szare spodnie, dziewczynki nosiły krótkie, plisowane szare spódniczki 

i żółte bluzki.

Podobieństwo między nimi było istotnie uderzające. Cała czwórka miała śniadą 

cerę, połyskliwa przezroczystość skóry, która charakteryzowała je w 

niemowlęctwie zmatowiała pod opalenizną, lecz wciąż jeszcze była wyraźnie 

dostrzegalna. Włosy mieli jasne, proste noski i małe usta. Sposób, w jaki 

osadzone były ich oczy nasuwał przypuszczenie, że to „cudzoziemcy", ale nie 

sugerował, do jakiej należą narodowości czy rasy. Nie dostrzegłem nic, co 

różniłoby jednego chłopca od drugiego, a gdyby nie sposób ostrzyżenia włosów nie 

wiem czy odróżniłbym twarze chłopców od twarzy dziewczynek.

Oczy ich lśniły, jak jasne złoto i choć niesamowite, były bardzo piękne. 

Wyglądały, jak żywe, półszlachetne kamienie. Patrzyłem zafascynowany. Dzieci 

były już całkiem blisko. Nie zwróciły na nas żadnej uwagi. Spojrzały przelotnie 

na samochód i skręciły w Hickham Lane.

Było w nich coś niepokojącego i choć nie umiałbym tego określić, zrozumiałem, 

dlaczego ich rodziny i opiekunowie nie sprzeciwiali się, gdy postanowiły 

zamieszkać w Ośrodku. Patrzyliśmy za nimi przez chwilę, po czym Bernard zapuścił 

motor.

Nagle rozległ się huk wystrzału i zobaczyłem, jak jeden z chłopców pada twarzą 

na jezdnię. Pozostała trójka stała, jak skamieniała.

Bernard otworzył drzwiczki, żeby wysiąść. Jeden z chłopców spoglądał na nas. 

Jego złote oczy lśniły zimnym blaskiem. Zaczęło mnie ogarniać jakieś dziwne 

oszołomienie i słabość... Chłopiec odwrócił od nas wzrok.

Zza żywopłotu po drugiej stronie szosy dobiegł odgłos drugiego strzału, bardziej 

stłumiony, niż poprzedni, potem — nieco dalej — krzyk.

Wyskoczyliśmy z samochodu. Jedna z dziewczynek klęczała przy leżącym chłopcu. 

Gdy dotknęła go, jęknął i skręcił się z bólu. Na twarzy stojącego chłopca 

malowała się rozpacz; jęczał jakby i on został ranny. Obie dziewczynki zaczęły 

płakać.

Potem zza drzew, kryjących Ośrodek nadleciał przeciągły jęk, jak zwielokrotnione 

echo, zmieszany z żałobnym chórem rozpłakanych, młodych głosów.

Bernard zatrzymał się. Przeleciały mnie ciarki i uczułem, że włosy jeżą mi się 

na głowie.

Zawodzenie powtórzyło się. Bolesny lament, przeszywany wstrząsającym krzykiem 

rozpaczy. Potem tupot nóg w alei...

Nie ruszaliśmy się z miejsca. Zobaczyliśmy, jak do leżącego podbiegło kilku 

przerażająco podobnych do siebie chłopców i podniosło go z ziemi. Nagle 

usłyszałem odgłos szlochania, dobiegający zza żywopłotu po lewej stronie szosy.

Wspiąłem się na pobocze i zobaczyłem klęczącą na trawie dziewczynę w letniej 

sukience. Zakryła twarz dłońmi, a ciałem jej wstrząsało gwałtowne łkanie. 

Bernard podszedł do mnie i obaj przedarliśmy się przez żywopłot. Stojąc teraz na 

polu spostrzegłem mężczyznę, leżącego twarzą w dół na jej kolanach i wystającą 

spod jego ciała kolbę strzelby.

background image

Usłyszawszy nasze kroki dziewczyna przestała płakać i spojrzała na nas z 

przerażeniem, ale gdy zbliżyliśmy się, wybuchnęła znów rozpaczliwym łkaniem. 

Bernard podszedł do niej i pomógł jej wstać. Spojrzałem na leżące na polu 

zwłoki. Był to okropny widok. Schyliłem się i zaciągnąłem połę marynarki, aby 

zakryć to co pozostało z głowy zabitego. Bernard odprowadził słaniającą się 

dziewczynę nieco dalej.

Na drodze rozległy się głosy. Przy żywopłocie na szosie stało dwóch mężczyzn.

— Czy to któryś z was strzelał? — zapytał jeden z nich.

— Nie — odpowiedział Bernard. — Ale tu zabito człowieka. Dziewczyna zatrzęsła 

się i znów zaczęła płakać.

— Do Dawid! — krzyknęła histerycznie. — Zabili go! Zamordowali Jima, a teraz 

Dawida!

Jeden z mężczyzn wdrapał się na pobocze.

— Ach, to ty, Elsie! — wykrzyknął.

— Chciałam go powstrzymać, wierz mi, Joe, próbowałam, ale on nie słuchał...

Nie mogła mówić dalej. Drżąc gwałtownie, przytuliła się do Bernarda.

— Chyba musimy ją stąd zabrać — rzekłem. — Czy wiecie gdzie ona mieszka?

— Tak — odpowiedział mężczyzna. Wziął dziewczynę na ręce, jak małe dziecko i 

zaniósł ją, rozszlochaną i drżącą, do samochodu.

Bernard zwrócił się do drugiego mężczyzny.

— Czy może pan tu zostać i nie pozwolić nikomu zbliżać się póki nie przyjedzie 

policja?

— Tak, tak... To był pewnie Dawid Pawle.

— Dziewczyna mówiła „Dawid". Bardzo młody mężczyzna.

— To na pewno on. Przeklęte bękarty! Niech pan lepiej wezwie gliniarzy z Trayne. 

Oni tam mają samochód. — Spojrzał na zwłoki. — Niegodziwe łotry! — mruknął.

Podwieźli mnie do Kyle Manor i stamtąd zadzwoniłem na policję. Gdy odłożyłem 

słuchawkę, Zellaby podszedł do mnie ze szklaneczką w ręku.

— Mam wrażenie, że to panu dobrze zrobi — powiedział.

— Dziękuję. To było tak niespodziewane i okropne!

— Jak się to wszystko stało?

Opowiedziałem mu krótko, ale po dwudziestu minutach wrócił Bernard i zdał nam 

szczegółowe sprawozdanie.

— Podobno bracia Pawle byli do siebie bardzo przywiązani — zaczął. Zellaby 

potwierdzająco skinął głową.

—Dawid, ten młodszy, uznał, że rozprawa była kroplą goryczy, która przepełniła 

czarę i zdecydował, że jeśli nikt nie oddał jego bratu sprawiedliwości, uczyni 

to sam. Ta dziewczyna, Elsie, przyszła na Farmę Dacre w chwili, gdy wychodził. 

Kiedy zobaczyła, żechłopiec ma broń, zrozumiała co się święci i usiłowała go 

zatrzymać, ale on nie słuchał, i żeby się jej pozbyć, zamknął ją w szopie. 

Zabrało jej trochę czasu, by się stamtąd wydostać. Domyślała się, że Dawid 

poszedł do Ośrodka i pobiegła za nim przez pola. Gdy znalazła się już w pobliżu 

szosy pomyślała, że widocznie się omyliła, gdyż nie widziała go nigdzie. 

Możliwe, że padł na ziemię, żeby się ukryć. W każdym razie ujrzała go dopiero po 

pierwszym strzale, gdy podnosił się ze strzelbą wciąż jeszcze skierowaną w 

stronę szosy. Zaczęła biec ku niemu, gdy nagle obrócił lufę ku sobie i położył 

palec na spuście.

Zellaby pierwszy przerwał milczenie.

'

— Dla policji wszystko będzie jasne — rzekł. — Uważając, że Dzieci spowodowały 

śmierć jego brata, aby go pomścić, zabija jedno z nich, po czym, chcąc uniknąć 

sankcji, popełnia samobójstwo. Tak będzie rozumował każdy „rozsądny" człowiek.

—Przyznaję, że nie jestem już teraz tak sceptyczny, jak na początku — 

powiedziałem. — Nie mogę zapomnieć spojrzenia tego chłopca na szosie. 

Prawdopodobnie przez chwilę myślał, że strzelił któryś z nas, ale zorientował 

się, że to było niemożliwe. Nie opiszę uczucia, jakie mnie ogarnęło, ale to było 

straszne. Czy nie doznałeś tego samego, Bernardzie?

— Owszem. Jakieś niesamowite, ohydne uczucie słabości.

—To było... — urwałem nagle. —Wielki Boże, byłem tym wszystkim tak przejęty, że 

zapomniałem powiedzieć policji o tym rannym chłopcu! Czy nie powinniśmy wezwać 

karetki pogotowia do Ośrodka?

— To niepotrzebne. Mają tam lekarza na miejscu — odparł Zellaby. Zamyślił się, 

po czym rzekł z westchnieniem:

background image

— Nie podoba mi się to, pułkowniku. Bardzo mi się nie podoba. Czy to wszystko 

nie dzieje się według reguł krwawej wendety?

Rozdział XVII

Midwich protestuje

Obiad w Kyle Manor opóźnił się, gdyż Bernard i ja musieliśmy złożyć zeznania 

policji. Byłem bardzo wdzięczny Zellaby'm, że ofiarowali nam nocleg. Po 

dzisiejszych zajściach Bernard postanowił nie wracać do Londynu, aby znajdować 

się pod ręką, jeśli nie w samym Midwich, to w każdym razie nie dalej niż w 

Trayne, zostawiając mi decyzję dotrzymania mu towarzystwa lub powrotu do Londynu 

pociągiem.

Przy obiedzie małżonkowie Zellaby, uważając niewątpliwie, że przeżyliśmy już 

dość nieprzyjemności, starali się prowadzić rozmowę na tematy nie związane z 

Midwich i jego kłopotami. Bernard wydawał się trochę roztargniony, czułem się 

więc w obowiązku zrewanżowania się za gościnność, za nas obu i starałem się 

uważnie słuchać Zellaby'ego rozprawiającego o ewolucji ukształtowań i stylów, 

oraz konieczności sporadycznych okresów nieugiętej postawy społeczeństwa, celem 

ujarzmienia wywrotowej energii młodego pokolenia.

Zaraz po obiedzie, skoro tylko przeszliśmy do bawialni przyszedł pastor.

Wielebny Hubert Leebody był niezmiennie zatroskany i wydało mi się, że bardzo 

się zestarzał. Popijając kawę, którą poczęstowała go Angela usiłował dzielnie, 

choć nie bardzo zręcznie prowadzić zdawkową rozmowę o niczym. Ale, gdy zostawił 

opróżnioną filiżankę, nie mógł się już dłużej opanować.

— Trzeba coś zrobić — oznajmił.

— Kochany pastorze, powtarzamy to wszyscy od dziesięciu lat — odparł łagodnie 

Zellaby.

— Ale teraz to musi być coś zdecydowanego, nie wolno dłużej czekać. Postaraliśmy 

się ulokować Dzieci w odpowiednim miejscu,

zachować pewną równowagę, zadowalającą obie strony i chyba to nam się udało, ale 

to wszystko były półśrodki, eksperymenty, improwizacja. Dalej tak być nie może. 

Trzeba opracować dla nich jakieś przepisy, normy, którym Dzieci będą podlegać 

tak, jak my wszyscy podlegamy prawu. Jeżeli prawo nie gwarantuje wymierzania 

sprawiedliwości, ludzie przestają je szanować i szukają zadośćuczynienia na 

własną rękę. Mieliśmy sposobność przekonać się o tym dziś po południu. 

Posługiwanie się formułami prawniczymi dla uzasadnienia orzeczeń sądowych, które 

wszyscy uważają za kłamliwe jest bezsensowne. Dzisiejszy wyrok to istna farsa, a 

nikt nie wątpi, że rozprawa, dotycząca młodszego Pawia będzie inna. Trzeba 

bezzwłocznie podjąć kroki, aby objąć Dzieci przepisami prawnymi, zanim wydarzy 

się coś jeszcze gorszego.

—Chyba pan pamięta, że przewidywaliśmy tego rodzaju trudności — przypomniał mu 

Zellaby.—Posłaliśmy notatkę na ten temat do obecnego tu pułkownika Westcota. 

Przyznaję, że nie spodziewaliśmy się aż tak poważnych zajść, ale prosiliśmy o 

podjęcie działań, gwarantujących podporządkowanie Dzieci normalnym regułom 

społecznym i prawnym. I co się stało? Pan pułkownik przekazał nasze pismo swoim 

władzom nadrzędnym i w końcu otrzymaliśmy odpowiedź. Dowiedzieliśmy się, że 

Wydział docenia naszą troskę, ale zapewnia, że darzy pełnym zaufaniem 

psychologów, którym powierzono kształcenie i nadzorowanie Dzieci. Innymi słowy, 

nie mają pojęcia co począć, z tym fantem, żywiąc jedynie nadzieję, że nie 

dojdzie do jakiejś krytycznej sytuacji. I tu muszę zaznaczyć, że współczuję 

Wydziałowi, bo nie widzę sposobu, w jaki można by zmusić Dzieci do 

podporządkowania jakimś regułom, jeśli nie mają na to ochoty.

— Ale trzeba coś zrobić — powtórzył. — Dzisiejsze wydarzenie doprowadziło 

miasteczko do stanu wrzenia. Prawie wszyscy mężczyźni są „Pod Kosą i Kamieniem". 

Nikt nie zwoływał żadnego zebrania, spontanicznie zgromadzili się tam wszyscy. A 

kobiety biegają jedna do drugiej, szepcząc sobie nerwowo na ucho. To właśnie 

może stać się pretekstem, którego tutejsi mężczyźni pragnęli od dawna.

— Jakim pretekstem? — wtrąciłem.

— Kukułki — wyjaśnił Zellaby. Chyba nie sądzi pan, że mężczyźni naprawdę 

polubili Dzieci? Udawali przez wzgląd na swoje żony i bardzo im się to chwali. 

Reakcja kobiet jest zróżnicowana. Wszystkie dobrze wiedzą, że biologicznie to 

nie są ich własne dzieci, ale przecież nosiły je w sobie i wydały na świat, a to 

jest więź, którą niełatwo przeciąć. A są i takie, jak na przykład panna Ogle; 

choćby nawet Dzieci miały rogi, czy

background image

kopyta, panna Ogle, panna Lamb i parę innych, i tak kochałyby je tkliwie. Ale od 

mężczyzn można oczekiwać najwyżej tolerancji.

— Wszystko to — dodał pastor — zupełnie wypacza stosunki rodzinne. Nie ma chyba 

ani jednego mężczyzny, którego nie obrażałoby samo istnienie Dzieci. Staraliśmy 

się jakoś ich ułagodzić, ale jeżeli nawet osiągnęliśmy pewne sukcesy, to tylko 

pozorne. Coś się ciągle tli i tli...

— A ostatnie wypadki podziałają, jak przeciąg w palenisku? — podsunął Zellaby.

— To zupełnie możliwe. A jak nie to, to będzie jakaś inna okazja — rzekł 

posępnie pastor. — Trzeba działać nim będzie za późno.

— Jesteśmy zupełnie bezradni — powiedział Zellaby.

— Mówiłem to już przedtem i powinien mi pan uwierzyć. Zrobił pan bardzo dużo 

pastorze, uspokajając ludzi i pocieszając ich, ale nie możemy zrobić niczego 

zasadniczego, ponieważ inicjatywa nie leży w naszych rękach. Znam Dzieci lepiej 

niż wiele osób tutaj, uczę je od ich wczesnego dzieciństwa, starałem się poznać 

je jak najlepiej i właściwie nie zawiodło mnie to daleko, tak samo zresztą, jak 

tych mędrców z Ośrodka, choć maskują swe niepowodzenia pompatycznymi frazesami. 

Jesteśmy bezradni, gdyż nie potrafimy zrozumieć czego chcą te Dzieci, ani jaki 

jest ich tok myślenia. A propos, jak się miewa chłopiec, do którego strzelano? 

Stan jego zdrowia może mieć wpływ na dalszy rozwój wypadków.

— Jego towarzysze odesłali karetkę pogotowia i sami zanieśli go do Ośrodka. 

Opiekuje się nim doktor Anderby. Trzeba było usunąć sporo śrutu, ale lekarz 

twierdzi, że chłopak wkrótce wyzdrowieje.

— Mam nadzieją, że ta diagnoza się sprawdzi, inaczej rozpęta się tu prawdziwa 

wendeta — powiedział Zellaby.

— Chyba już się rozpętała — zauważył pastor.

— Jeszcze nie. W wendecie muszą być dwie strony. W naszym wypadku agresja wyszła 

ze strony miasteczka.

— Chyba pan nie zaprzeczy, że Dzieci zamordowały obu braci Pawle?

— Nie, ale to nie było działanie zaczepne. W pierwszym wypadku chciały odpłacić 

za krzywdę, wyrządzoną jednemu z nich, w drugim było to działanie obronne; nie 

zapominajcie, że strzelba była naładowana, gotowa do jeszcze jednego strzału. 

Oczywiście w obu wypadkach reakcja była zbyt drastyczna, ale zamierzone było 

zabójstwo, nie morderstwo. W obu wypadkach Dzieci nie były prowokatorami, lecz

zostały sprowokowane. Faktycznie morderstwa z premedytacją dopuścił się tylko 

Dawid Pawle.

— Uważam, że jeżeli ktoś potrąci mnie samochodem, a ja go za to zabiję, to 

popełnię morderstwo. Dawid Pawle czekał, żeby prawo wymierzyło sprawiedliwość, 

ale prawo go zawiodło, więc wziął sprawę w swoje ręce. Czy to było świadome 

morderstwo, czy wymierzenie sprawiedliwości?

— Na pewno nie może tu być mowy o sprawiedliwości — odpowiedział Zellaby 

stanowczo. — To była zemsta. Za czyn, który Dzieci popełniły zbiorowo, usiłował 

zabić jedno z nich, nie wybierając, zdając się na los przypadku. To tylko 

dowodzi, że prawa ustanowione przez jeden gatunek, nie mogą być stosowane do 

odmiennych osobników, o odrębnej charakterystyce.

Pastor potrząsnął głową.

— Nic już nie wiem, Zellaby —jęknął. — Po prostu nie wiem... Nie jestem nawet 

pewien, czy Dzieciom można przypisywać morderstwo!

Po chwili zacytował:

— I powiedział Bóg: „Stworzę człowieka na swój obraz i podobieństwo". Więc kimże 

są te Dzieci? Podobieństwo to nie tylko powierzchowność, bo w takim razie każdy 

posąg, byłby człowiekiem. Tu chodzi o ducha ludzkiego, o duszę. Wśród Dzieci 

chłopcy mają jednego wspólnego ducha, a dziewczynki drugiego. Dzieci mają wygląd 

genus homo, ale nie mają natury człowieka. Więc skoro należą do innego niż my 

gatunku, a definicja morderstwa to zabicie człowieka przez człowieka, to jeżeli 

ktoś z nas zabije któreś z nich, czy popełni morderstwo? Wygląda na to, że nie. 

Stąd dalsze wnioski; bo skoro ich nie obowiązuje zakaz zabójstwa, jakąż postawę 

mamy przyjąć wobec nich? Na razie przyznajemy im wszystkie przywileje homo 

sapiens. Ale czy słusznie? Czy, skoro należą do osobników odmiennego gatunku, to 

nie mamy pełnego prawa, a nawet obowiązku tępić je, aby chronić samych siebie? 

Gdyby na przykład znalazły się wśród nas niebezpieczne, dzikie zwierzęta, nasz 

obowiązek byłby jasny. Nie wiem... Tonę w jakimś grzęzawisku.

— To prawda, drogi pastorze — zgodził się Zellaby. — Niedawno przekonywał mnie 

pan gorąco, że Dzieci zamordowały obu braci Pawle. Natomiast z ostatnich pana 

background image

wywodów wynika, że jeśli zabiją kogoś z nas, to będzie morderstwo, natomiast 

gdybyśmy zabili któreś z nich, ten czyn podpadałby pod inną kategorię. Sądzę, że 

każdy prawnik, obojętne świecki czy duchowy zakwestionowałby etykę takiej tezy. 

Poza

tym, jak to jest z tym podobieństwem, o którym pan wspominał? Jeżeli pański Bóg 

jest tylko Bogiem ziemskim, to niewątpliwie ma pan rację, bo chociaż przyswajamy 

to sobie bardzo opornie nie można już zaprzeczać, że Dzieci przybyły do nas 

skądś z zewnątrz. Ale, o ile mi wiadomo, pański Bóg jest Bogiem uniwersalnym. 

Panem wszystkich słońc i wszystkich planet. Czy nie byłoby więc szczytem pychy 

wyobrażać sobie, że może on objawiać się tylko pod postacią stosowną dla tej 

jednej, nie bardzo ważnej planety? Oczywiście podchodzimy do tego zagadnienia z 

zupełnie różnych punktów widzenia.

Przerwał na dźwięk podnieconych głosów w holu i spojrzał pytająco na żonę. Ale 

zanim, któreś z nich zdążyło wstać, drzwi otworzyły się gwałtownie i na progu 

stanęła pani Brant. Rzuciwszy zdawkowe przepraszam pani Zellaby, podbiegła do 

pastora i schwyciła go za rękaw.

— Prędko, prędko! Musi pan zaraz przyjść! — wołała zdyszana.

— Droga pani...

— Musi pan zaraz przyjść! Idą do Ośrodka! Spalą go! Niechże pan wyjdzie i 

zatrzyma ich!

Wielebny Leebody patrzył na nią ze zdumieniem.

—Niech pan idzie, panie pastorze—powtarzała rozpaczliwie, szarpiąc go coraz 

mocniej.—Pan potrafi ich zatrzymać. Musi pan! Oni chcą spalić Dzieci! O, niechże 

się pan pośpieszy, błagam pana, niech pan się pośpieszy!

Pastor podniósł się z miejsca.

— Przepraszam — zwrócił się do Angeli. — Myślę, że... Ale pani Brant nie 

pozwoliła mu skończyć.

— Czy zawiadomiono policję? — zapytał Zellaby.

— Tak... nie... Nie wiem. I tak nie zdążą na czas. Prędko, pastorze, prędko! — 

wołała pani Brant, wypychając Wielebnego za drzwi.

Zostaliśmy we czworo. Angela wstała i zamknęła drzwi.

— Chyba pójdę mu pomóc — powiedział Bernard.

— Pójdziemy wszyscy — rzekł Zellaby i wstał jednocześnie ze mną. Angela stała, 

mocno opierając się o drzwi.

— Nie — oświadczyła stanowczo. — Jeżeli chcecie zrobić coś sensownego, 

zadzwońcie po policję.

— Ty możesz to zrobić, moja droga, a my pójdziemy i...

— Gordon — powiedziała surowo, jakby karcąc niegrzeczne dziecko. — Poczekaj i 

zastanów się. Pana obecność, panie pułkowniku tylko, by zaszkodziła. Wiadomo 

przecież, że pan reprezentuje interesy Dzieci.

Staliśmy przed nią zdziwieni, zbici z tropu.

— Czego się obawiasz, Angelo? — zapytał Zellaby.

— Nie wiem. Skąd mogę wiedzieć? Ale mogliby zlinczować pułkownika.

— Zrozum, jakie to ważne! Wiemy, jak postępują Dzieci w stosunku do jednostek; 

chcę zobaczyć, jak sobie poradzą z tłumem. Czy stosując tę swoją metodę, zmuszą 

cały tłum, żeby cię cofnął i rozszedł? To ciekawe, czy...

— Ich metody są inne, i ty dobrze o tym wiesz — rzekła stanowczo. Gdyby chciały, 

zmusiłyby Jima, żeby po prostu zatrzymał swój samochód, a Dawida, by oddał drugi 

strzał w powietrze. Nigdy nie zadowalają się odparciem ataku, zawsze przystępują 

do ofensywy.

Zellaby zamrugał ze zdziwienia.

— Masz rację, Angelo — powiedział. — Nie pomyślałem o tym. Ich odwet jest zawsze 

zbyt okrutny.

—Tak, i w jakikolwiek sposób uporają się z tłumem, nie chcę, żeby przy okazji 

uporali się z tobą. Ani z panem, pułkowniku—dodała, zwracając się do Bernarda. — 

Będzie pan nam bardzo potrzebny, aby wyciągnąć nas z kłopotów. Jestem rada, że 

jest na miejscu ktoś, kogo wysłuchają.

— Choćby z pewnej odległości — zauważył potulnie Bernard.

— Na pewno jest pan dość rozsądny, aby nie narażać się niepotrzebnie — rzekła 

Angela i znów zwróciła się do męża. — Nie trać czasu, Gordon! Zadzwoń do Trayne, 

dowiedz się, czy zawiadomiono już tamtejszą policję i poproś, żeby przysłali 

karetki pogotowia.

background image

— Karetki... — zaprotestował Gordon. — Czy to nie trochę przedwczesne?

— Wspomniałeś to o „metodach" Dzieci, lecz zdaje się, że nie zastanowiłeś się 

nad tym poważnie. Ale ja tak. Jeżeli nie poprosisz o przysłanie pogotowia, ja to 

zrobię.

Zellaby podniósł słuchawkę z miną skarconego chłopca, a zwracając się do mnie 

mruknął:

— Przecież nawet nie wiemy... To znaczy, słyszeliśmy o tym tylko od pani Brant.

—O ile sobie przypominam, to bardzo rozsądna osoba — wtrąciłem.

— To prawda — przyznał Zellaby. — Dobrze, więc zaryzykuję. Skończywszy rozmowę 

przystąpił do jeszcze jednego ataku.

— Angelo, kochanie — rzekł. — A gdybym trzymał się z daleka... Ostatecznie 

jestem jedną z nielicznych osób, którą Dzieci darzą zaufaniem. Jesteśmy 

przyjaciółmi i...

Ale Angela była nieugięta.

— Nie próbuj wmawiać mi takich głupstw — rzekła. — Wiesz doskonale, że Dzieci 

nie mają żadnych przyjaciół.

Rozdział XVIII

Przesłuchanie

Nazajutrz rano odwiedził Zellaby'ch komisarz policji z Windshire.

— Przepraszam, że zabieram panu czas — zaczął. — To okropna sprawa. Czy pan coś 

z tego rozumie? W miasteczku wszyscy potracili głowy. Może od państwa tutaj 

usłyszę coś, co mi wyklaruje sytuację.

— Na razie nie mamy żadnych oficjalnych informacji. Jakie są dane cyfrowe? — 

zapytała Angela.

— Niestety złe. Śmierć poniosła jedna kobieta i trzech mężczyzn. W szpitalu 

przebywa ośmiu mężczyzn i pięć kobiet. Poza tym jeszcze kilka osób wygląda tak, 

jakby powinny być hospitalizowane. Istna rebelia! Wszyscy przeciwko wszystkim. 

Ale dlaczego? To chciałbym zrozumieć, a nikt nie jest w stanie porozmawiać 

sensownie.

Zwrócił się do Zellaby'ego:

— Ponieważ to pan zawiadomił policję, że mogą być kłopoty, chcielibyśmy 

wiedzieć, co pana do tego skłoniło. To mogłoby nam pomóc.

— Wytworzyła się ciekawa sytuacja — zaczął ostrożnie Zellaby. Ale Angela nie 

dała mu dojść do słowa.

— To było tak: wpadła do nas pani Brant, wie pan, żona kowala. Wyciągnęła od nas 

pastora.

Opisała tę scenę i dodała:

— Na pewno pastor Leebody będzie mógł powiedzieć panu więcej. On tam był; my — 

nie.

— Owszem, był tam i nawet udało mu się wrócić do domu, ale w takim stanie, że 

teraz przebywa w szpitalu w Trayne.

— O, biedny Leebody! Czy to coś poważnego?

— Niestety, nie wiem. Na razie lekarz nie dopuszcza do niego nikogo. Ale 

wracając do tego, o co pytałem. Pan zawiadomił moich

1!

ludzi, że tłum rusza do Ośrodka, żeby go podpalić. Skąd pan o tym wiedział?

Zellaby spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Od pani Brant. Przecież moja żona powiedziała to panu przed chwilą.

— I to wszystko? Pan nie wyszedł, żeby zobaczyć co się tam dzieje?

— N... nie — przyznał Zellaby.

— Czy mam rozumieć, że na podstawie nie potwierdzonej informacji 

rozhisteryzowanej kobiety, wezwał pan policję i prosił o sprowadzenie pogotowia?

— Ja go do tego skłoniłam — rzekła chłodno Angela. — I okazało się, że miałam 

rację.

— I to tylko w oparciu o słowa tej kobiety?

— Znam panią Brant od dawna. To rozumna osoba.

— Gdyby pani Zellaby nie przekonała nas, abyśmy zostali w domu, bylibyśmy w tej 

chwili w szpitalu, a może spotkałoby nas coś jeszcze gorszego — wtrącił Bernard.

Komisarz popatrzył na nas.

— Miałem straszną noc—powiedział. — Może państwa zrozumiałem; utrzymujecie, że 

owa pani Brant przyszła tu, aby was zawiadomić, iż zupełnie zwyczajni, spokojni 

mieszkańcy okręgu Windshire, mężczyźni i kobiety, zamierzają podpalić szkołę 

background image

pełną dzieci, częściowo ich własnych...

— Jeśli chodzi o mężczyzn, to tak — wtrąciła Angela. — Ale sądzę, że większość 

kobiet sprzeciwiałaby się temu.

— No dobrze, zatem mężczyźni, przyzwoici, spokojni wieśniacy mieliby popełnić 

taką zbrodnię. Przyjęliście coś tak niewiarygodnego do wiadomości i nikt nie 

pofatygował się, żeby to sprawdzić na własne oczy. Po prostu wezwaliście policję 

ponieważ pani Brant jest rozumną kobietą.

— Tak jest — potwierdziła Angela lodowato.

— Panie komisarzu — rzekł równie chłodno Zellaby. — Wiem, że miał pan ciężką noc 

i rozumiem pana stanowisko, ale jeżeli mamy kontynuować tę rozmowę, to po 

zupełnie innej linii.

Policzki komisarza zaróżowiły się lekko. Spuścił oczy, potarł sobie pięścią 

czoło, następnie przeprosił Angelę, a potem Zellaby'ego. Powiedział niemal 

patetycznie:

— Nie mam punktu zaczepnego. Od wielu godzin zadaję pytania i zupełnie nie mogę 

rozeznać się w tym wszystkim. Nie ma dowodu, że ci ludzie zamierzali podpalić 

Ośrodek. Bili się z sobą, mężczyźni i kilka

kobiet. Dlaczego? Niektóre kobiety podobno szarpały się z mężczyznami, ale 

bynajmniej nie po to, żeby ich odciągnąć od bijatyki. Wyruszyli razem z gospody; 

nikt nie protestował. Tylko pastor usiłował ich powstrzymać, ale nikt go nie 

słuchał. O co właściwie chodziło? Niewątpliwie o Dzieci w szkole, ale żeby 

doszło aż do takich zamieszek, to po prostu nie trzyma się kupy. Potrząsnął 

głową i dodał:

— Mój poprzednik, stary Bodger mówił mi, że jakieś diabelne dziwa dzieją się w 

Midwich i na Boga, miał rację!

— Myślę, że zrobi pan najlepiej, zwracając się do pułkownika Westcota — rzekł 

Zellaby i z nutką złośliwości w głosie dodał: jego wydział, z powodów od 

wyjaśnienia, których pułkownik uchyla się już dziewięć lat, zajmuje się naszym 

miastem, więc zapewne pułkownik wie o nas więcej niż my sami.

Komisarz z zainteresowaniem spojrzał na Bernarda.

— Co to za wydział, panie pułkowniku? — zapytał. Usłyszawszy odpowiedź 

wytrzeszczył oczy.

— Powiedział pan: wywiad wojskowy?

— Tak jest, panie komisarzu — potwierdził Bernard. Komisarz pokiwał głową.

— Poddaję się — rzekł.

Spojrzał na Zellaby'ego z miną człowieka, którego czara goryczy przepełniła się.

— A teraz jeszcze wywiad wojskowy — warknął.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy komisarz zjawił się w Kyle Manor jedno z 

Dzieci, chłopiec wyszedł z Ośrodka i powoli podążał alejką do ogrodowej furtki, 

przy której gawędziło dwóch policjantów. Na widok nadchodzącego przerwali 

rozmowę i jeden z nich podszedł do chłopca.

— Dokąd się wybierasz synu? — zapytał łagodnie.

Twarz chłopca nie miała żadnego wyrazu, ale jego dziwne, złociste oczy były 

czujne.

— Do miasta — odpowiedział.

— Lepiej tam nie chodź — doradził policjant. — Po tym co tu zaszło wczorajszej 

nocy, ludzie nie są do was nastawieni zbyt przyjaźnie.

Chłopiec nic nie odpowiedział, ale poszedł dalej.

Policjant wrócił do swego kolegi przy bramie.

— Nie bardzo ci się powiodło — powiedział tamten. — Miałeś go przekonać, żeby 

się nie narażał na kłopoty.

Pierwszy policjant odprowadzał wzrokiem chłopca, który bez pośpiechu szedł drogą 

do miasteczka.

— To jakieś cuda — powiedział zmieszany. — Wiesz co, Bert, jeśli wyjdzie 

następny, ty się nim zajmij!

W chwilę potem ukazała się jedna z dziewczynek, równie swobodnie jak chłopiec, 

zmierzając do bramy.

— Teraz ja! — powiedział drugi policjant. —Nie będę srogi, dam jej tylko 

ojcowską radę. Zobaczysz!

I ruszył ku dziewczynce. Ale po kilku krokach zawrócił. Stanął obok kolegi i 

obaj patrzyli jak minęła ich, i wyszła na drogę nie rzuciwszy na nich okiem.

— Co u licha... — mruknął drugi policjant.

— Coś nie tak, prawda? — podchwycił jego kolega. — Idziesz, żeby zrobić co 

background image

zamierzałeś, a robisz coś zupełnie innego. To mi się nie podoba.

— Hej — zawołał za dziewczynką. — Hej, panienko!

Nie obejrzała się. Zaczął ją gonić, przebiegł kilkanaście metrów i zatrzymał 

się, jak wryty. Dziewczynka zniknęła za zakrętem. Policjant odprężył się i zbity 

z tropu, zdyszany ruszył z powrotem do bramy.

— Wcale mi się to nie podoba — powiedział strapiony. — To jakaś nieczysta siła!

Autobus z Oppley do Trayne zatrzymał się w Midwich naprzeciwko sklepu pani Welt. 

Kilkanaście kobiet zaczekało aż wysiądzie dwóch przyjezdnych, po czym ustawiło 

się w kolejkę do wsiadania. Panna Latterly, która była na czele objęła już 

palcami uchwyt przy drzwiach, ale nie postawiła nogi na stopniu autobusu. Obie 

jej stopy były jakby wrośnięte w ziemię.

— Proszę się pośpieszyć — zawołał konduktor.

Panna Latterly ponownie spróbowała wsiąść, ale daremnie. Stała bezradnie patrząc 

na konduktora.

— Niech się pani odsunie i przepuści inne, a ja pani za chwilę pomogę — 

powiedział.

Panna Latterly usłuchała go i przepuściła na swoje miejsce panią Dorry, która z 

kolei chwyciła drążek u drzwi. Ale i ona nie zdołała wsiąść. Konduktor podał jej 

rękę i usiłował ją wciągnąć, ale nie mogła postawić stopy na schodku. Cofnęła 

się, stanęły obok panny Latterly i obie przypatrywały się daremnym usiłowaniom 

następnej.

— Czy to jakiś kawał? — spytał konduktor. Spostrzegłszy wyraz twarzy trzech 

kobiet dodał spiesznie:

— Przepraszam, ale co się stało?

Wtedy, odwróciwszy wzrok od bezowocnych prób czwartej kobiety, panna Latterly 

spostrzegła jedno z Dzieci. Chłopiec siedział na niskim murku przed „Kosą i 

Kamieniem", leniwie kołysząc nogami, z twarzą zwróconą ku wsiadającym. Panna 

Latterly odłączyła się od grupki przed autobusem i podeszła do niego.

— Ty nie jesteś Józef? — spytała trochę niepewnym głosem. Chłopiec potrząsnął 

głową.

— Chcę pojechać do Trayne, odwiedzić matkę Józefa, pannę Fores-ham — ciągnęła 

dalej. — Poraniono ją tu tej nocy i teraz leży w szpitalu.

Chłopiec nie spuszczał z niej wzroku. Znów przecząco potrząsnął głową. Oczy 

panny Letterly napełniły się łzami gniewu.

— Czy nie wyrządziliście już dość złego? — krzyknęła. — Jesteście okrutni! 

Chcemy tylko odwiedzić przyjaciół, którzy przez was znaleźli się w szpitalu.

Chłopiec nie odezwał się. Panna Latterly zrobiła krok naprzód i zatrzymała się.

— Czy nie rozumiesz? Czy nie masz żadnych ludzkich uczuć? — spytała drżącym 

głosem.

Na przystanku konduktor nawoływał żartobliwie:

— No, no, moje panie! Namyślcie się wreszcie! Ten poczciwy autobus nie gryzie! 

Nie mogę tu czekać cały dzień!

Grupa kobiet stała niezdecydowana. Niektóre wydawały się przestraszone. Pani 

Dorry raz jeszcze daremnie spróbowała wsiąść. Panna Latterly odwróciła się i 

odeszła. Konduktor stracił cierpliwość.

— Jeżeli nie wsiadacie, odjeżdżamy. Musimy trzymać się rozkładu! Żadna nie 

ruszyła się, wobec czego zadzwonił ostro i autobus ruszył.

Konduktor patrzył na rozchodzące się markotnie kobiety i mruknął do siebie 

miejscowe powiedzonko: W Oppley są spryciarze, w Stout pochlebcy, a w Midwich 

stuknięci.

Polly Rushton, nieoceniona prawa ręka pastora, wiozła do Trayne panią Leebody w 

odwiedziny do męża. Uprzednio dowiedziały się od lekarzy, że obrażenia, jakich 

doznał pastor były przykre, lecz niegroźne. Miał złamane dwa lewe żebra i prawy 

obojczyk, poza tym odniósł sporo różnych kontuzji. Potrzebował wypoczynku i 

spokoju. Były pewne, że ucieszą go ich odwiedziny, a zwłaszcza Polly, której 

będzie mógł przekazać pewne sprawy do załatwienia w parafii, podczas jego 

nieobecności.

Ale przejechawszy dwieście metrów, Polly zatrzymała samochód i zaczęła zawracać.

— Czy zapomniałyśmy czegoś? — zapytała pani Leebody ze zdziwieniem.

— Nie. Ale nie mogę jechać dalej.

background image

— Nie możesz?

— Nie — powtórzyła Polly stanowczo.

— Naprawdę — zaczęła pani Leebody — myślałam, że w takich okolicznościach...

— Powiedziałam, że nie mogę, nie że nie chcę, ciociu!

— Nie rozumiem cię.

— Zaraz się przekonasz — rzekła Polly.

Ujechała jeszcze kilka metrów, po czym zawróciła, tak, że samochód zaczął 

oddalać się od Midwich. Zatrzymała wóz.

— Przesiądźmy się — rzekła Polly. — Teraz ty spróbujesz, ciociu. Pani Leebody 

niechętnie ujęła kierownicę. Nie miała ochoty prowadzić,

ale nie mogła odmówić. Ruszyła więc naprzód i zatrzymała się dokładnie w tym 

samym miejscu, gdzie uprzednio zahamowała Polly. Za nimi rozległ się na szosie 

dźwięk klaksonu; minął je wracający do Trayne samochód dostawczy. Pani Leebody 

usiłowała uruchomić silnik, ale nie udało się jej. Polly rozejrzała się wkoło i 

spostrzegła jedno z Dzieci, które obserwowało je, na pół schowane w przydrożnym 

żywopłocie. Uważnie przypatrzyła się dziewczynce, chcąc się upewnić, czy ją 

poznała.

— Judy? — spytała, zdjęta nagle złym przeczuciem. Dziewczynka ledwo 

dostrzegalnie skinęła głową.

— Co ty tu robisz? Nie było odpowiedzi.

— Chcemy pojechać do Trayne, odwiedzić wuja Huberta, który został ranny i leży 

teraz w szpitalu — mówiła dalej Polly.

— Nie możecie tam pojechać — powiedziała dziewczynka z lekkim żalem w głosie.

— Judy, pastor musi omówić ze mną różne sprawy parafialne, które będę załatwiać 

podczas jego nieobecności.

Dziewczynka znów tylko potrząsnęła głową. Polly chciała jeszcze coś powiedzieć, 

ale pani Leebody zawołała gniewnie:

— Zostaw, Polly! Czy wczorajsza noc nie była dostateczną nauczką dla nas 

wszystkich?

Ta uwaga trafiła Polly do przekonania. Nie powiedziała nic więcej. Patrzyła na 

wciśnięte w żywopłot Dziecko, aż łzy bezsilnego gniewu zaćmiły jej wzrok.

Tymczasem pani Leebody zawróciła samochód, zmieniły się znów miejscami i w 

milczeniu wróciły na plebanię.

W Kyle Manor komisarz męczył się dalej.

— Według naszych informacji — mówił, zmarszczywszy krzaczaste brwi — oświadczył 

pan, że mieszkańcy miasteczka wyruszyli do Ośrodka, żeby go spalić.

— Tak jest — potwierdził Zellaby.

— Ale mówi pan także, że pułkownik Westcot zgadza się z tym, że winowajcami były 

Dzieci z Ośrodka, które sprowokowały to zajście.

— To prawda — przyznał Bernard. — Ale w tym wypadku nie możemy niestety podjąć 

żadnego działania.

— Nie ma dowodów, prawda? Ale naszym, policji zadaniem jest znaleźć dowody.

— Nie mam na myśli braku dowodów, ale brak odpowiednich przepisów prawnych.

— Proszę posłuchać — rzekł komisarz, akcentując swą cierpliwość — cztery osoby 

zabite, powtarzam, zabite, trzynaście w szpitalu i jeszcze sporo innych 

poszkodowanych. W takiej sprawie nie możemy powiedzieć sobie: „To fatalne!" i 

założyć ręce. Musimy dokładnie zbadać wszystkie okoliczności, zdecydować kto za 

to ponosi odpowiedzialność, sformułować zarzuty.

— To są niezwykłe Dzieci... — zaczął Bernard.

— Wiem, wiem. Tu w ogóle wiele osób ma nie wszystko po kolei. Stary Bodger mówił 

mi o tym, gdy przejmowałem jego funkcje. Specjalna szkoła i tak dalej, i dalej.

Bernard stłumił westchnienie.

— Panie komisarzu — rzekł. — To nie jest szkoła dla dzieci cofniętych w rozwoju. 

Otworzono dla nich specjalną szkołę ponieważ są inne. Dzieci są moralnie 

odpowiedzialne za wczorajsze zajścia, ale to nie znaczy, że ponoszą za nie 

odpowiedzialność prawną. Po prostu nie ma konkretnego materiału, aby je 

oskarżyć.

— Nieletni też podlegają sankcjom prawnym, ewentualnie osoby za nie 

odpowiedzialne. Chyba mi pan nie powie, że banda dziewięcio-latków może bez 

ponoszenia żadnych konsekwencji sprowokować zamieszki, w których giną ludzie.

— Podkreśliłem już kilka razy, że te Dzieci są inne. Ich wiek nie odgrywa tu 

żadnej roli, chyba tylko o tyle, że w ogóle są dziećmi, to znaczy, że ich 

uczynki bywają okrutniejsze niż intencje. Prawo nie może ich karać, a mój 

background image

wydział nie życzy sobie rozgłaszania faktu ich istnienia.

— To śmieszne! — rzekł komisarz z irytacją. — Słyszałem coś niecoś

0 tych zwariowanych szkołach: nie wolno dopuszczać, żeby dzieci były, jak się to 

nazywa—sfrustrowane; szczere rozmowy, koedukacja, razowy chleb

1 inne takie koszałki opałki. Co za bzdura! Ale jeżeli niektóre Ministerstwa 

uważają, że skoro tego rodzaju szkoła jest instytucją rządową, a uczęszczające 

do niej dzieci są uprzywilejowane wobec prawa i mogą bezkarnie dopuszczać się 

ekscesów, to zobaczą niebawem iż grubo się mylą.

Zellaby i Bernard popatrzyli na siebie bezradnie. Bernard postanowił podjąć 

jeszcze jedną próbę.

—Te Dzieci, panie komisarzu, mają niezwykle silną wolę, tak silną, że w 

niektórych wypadkach można ją uważać za rodzaj przymusu. Żaden kodeks karny nie 

przewiduje takiej formy przymusu, zatem nie może uznać jej istnienia. Ponieważ 

więc przymus w tej postaci prawnie nie istnieje, nie można formalnie oskarżać 

Dzieci o stosowanie go. W oczach prawa nie ma żadnego powiązania między Dziećmi, 

a imputowanymi im zbrodniami.

— Oprócz tego, że one je popełniły, o czym zapewniają mnie wszyscy — powiedział 

komisarz.

— Według litery prawa nie popełniły żadnego przestępstwa. A co więcej, gdyby pan 

nawet wynalazł jakiś paragraf, z którego można by je oskarżyć, niczego by pan 

przez to nie osiągnął. Wywarłyby przymus na pana funkcjonariuszy i nie dałyby 

się zaaresztować.

—Zostawmy te wszystkie subtelności prawnikom! Nam potrzeba tylko dowodów, które 

uzasadniłyby nakaz aresztowania—zapewnił komisarz.

Zellaby niewinnie wpatrywał się w sufit. Bernard miał minę człowieka, który 

liczy do dziesięciu, żeby się opanować. Mnie chwycił nagły atak kaszlu.

— A ten nauczyciel w Ośrodku, jakże mu tam, Torrance? — ciągnął komisarz.—Jako 

dyrektor szkoły odpowiada za te Dzieci. Rozmawiałem z nim wczoraj, ale facet 

odpowiadał na moje pytania wymijająco... jak wszyscy inni zresztą. Nie patrzył 

mi w oczy. Nic mi nie pomógł.

— Doktor Torrance jest wybitnym psychiatrą, nie nauczycielem — wyjaśnił Bernard. 

— Możliwe, że miał wątpliwości co do tego, czy sprawie tej nadano właściwy tok.

— Psychiatra? — powtórzył podejrzliwie komisarz. — A powiedział pan, że to nie 

jest szkoła dla niedorozwiniętych dzieci.

— Nie, nie jest — potwierdził cierpliwie Bernard.

—Wspominał pan o jakichś wątpliwościach. Gdy policja przeprowadza śledztwo nie 

wolno wątpić w jej metody, ani kręcić. Trzeba po prostu mówić prawdę, a gdy ktoś 

tego nie robi, sam się naprasza kłopotów.

— To nie jest takie proste — odpowiedział Bernard. — Może doktor Torrance jest 

zdania, że nie powinien ujawniać pewnych aspektów swojej pracy. Myślę, że jeśli 

pozwoli mi pan towarzyszyć sobie do Ośrodka, to może doktor zechce powiedzieć 

panu coś więcej i wyjaśnić sytuację lepiej niż ja mógłbym to uczynić.

Mówiąc to wstał. Poszliśmy za jego przykładem. Komisarz pożegnał się gburowato i 

wyszedł wraz z Bernardem, który od drzwi mrugnął do nas porozumiewawczo.

Zellaby z westchnieniem opadł na fotel.

— Nie znam doktora Torrance — powiedziałem, ale serdecznie mu współczuję.

— Mnie w tej chwili interesuje najwięcej postawa pułkownika — rzekł Zellaby. — 

Powiedział komisarzowi rzeczy, o których nigdy nie wspominał nam. Pierwszy raz 

uchylił zasłonę tajemniczości, która kryje jego działania, czyli znalazł się w 

sytuacji, jakiej tak starannie unikał. Musi być ku temu jakiś powód.

Niebawem wróciła Angela. Zellaby był tak pochłonięty rozmyślaniem, że dopiero po 

chwili zauważył wyraz jej twarzy.

— Co się stało, moja droga? — zapytał. — Zdawało mi się, że wybierałaś się z 

prezentami do szpitala w Trayne.

— Tak, ale ujechałam tylko kawałek drogi i musiałam wrócić. Wygląda na to, że 

nie wolno nam opuszczać Midwich.

— Przecież to nonsens! — zawołał Zellaby. — Ten stary osioł nie może przecież 

zaaresztować wszystkich. Jako sędzia pokoju...

— To nie sprawka komisarza. Dzieci pikietują drogi i nie wypuszczają mieszkańców 

miasteczka.

— Naprawdę? — wykrzyknął Zellaby. — To niezmiernie interesujące! Jestem 

ciekaw...

— Do licha z tym całym zainteresowaniem — przerwała mu żona. —Jest to nad wyraz 

background image

przykre, po prostu skandaliczne, a także alarmujące, bo przecież nie wiadomo co 

się za tym kryje. Dzieci zatrzymują tylko mieszkańców Midwich, inni mogą 

swobodnie jeździć w obu kierunkach.

— Bez użycia siły? — spytał Zellaby z niepokojem.

— Absolutnie. Po prostu musisz się zatrzymać. Kilka osób wezwało policję, ale to 

oczywiście nic nie pomogło. Policjantów Dzieci nie zatrzymywały, więc nie mogli 

zrozumieć o co nam chodzi.

— Dzieci muszą mieć jakiś powód, żeby tak postępować. Angela spojrzała na niego 

z urazą.

—Przypuszczam, że to niezmiernie ciekawe zagadnienie socjologiczne — rzekła. — 

Ale w tej chwili chodzi o coś innego. Chciałabym wiedzieć, jakie kroki będą 

podjęte.

— Moja kochana — rzekł łagodnie. — Twoje uczucia są zupełnie zrozumiałe, ale 

wiemy już od dawna, że jeśli Dzieci uznają, że mają powód, aby nam dokuczyć nie 

jesteśmy w stanie temu przeszkodzić. Najwidoczniej uważają, że istnieje teraz 

taki powód, choć nie mam pojęcia jaki.

— Ależ Gordon, rodziny chcą odwiedzać swoich bliskich w szpitalu w Trayne!

— Sądzę, że należałoby porozmawiać z jednym z Dzieci, postawić sprawę na 

płaszczyźnie humanitaryzmu. Może jakoś się do nich trafi, choć oczywiście 

wszystko zależy od powodu, który skłania ich do takiego postępowania.

Angela spojrzała na męża z niezadowoleniem. Chciała coś odpowiedzieć, ale 

zrezygnowała i wyszła z pokoju.

— Buta jest wrodzoną cechą kobiety — rzekł Zellaby. — Kobieta wierzy, że jest 

wieczna. Wielkie wojny i klęski wydarzają się i mijają, imperia powstają i giną, 

wymierają rasy, ale kobieta trwa wiecznie; związana tajemniczą pępowiną z 

drzewem życia wie, że jest wieczna.

— Jaki to ma związek z naszą sprawą? — spytałem?

— Taki, że podczas gdy mężczyznę drąży myśl o możliwości wyrugowania ludzi przez 

osobników jakiegoś innego gatunku, kobieta znajduje, że to jest po prostu 

niemożliwe i bagatelizuje taką hipotezę.

— Czy pan sądzi, że pani Zellaby nie dostrzega czegoś, co my widzimy? — 

spytałem.

— Drogi panie, każdy kogo nie zaślepia przekonanie, że jest niezastąpiony, musi 

zdać sobie sprawę, że któregoś dnia będziemy zmuszeni zrezygnować z pozycji 

panów stworzenia. Istnieją dwie ewentualności: albo doprowadzimy do tego przez 

jakieś samobójcze poczynania, albo stanie się to za sprawą inwazji jakichś 

osobników, do zwalczenia, których nie jesteśmy absolutnie przygotowani. Oto 

stoimy wobec konieczności starcia z wolą silniejszą od naszej i z wyższą 

umysłowością. Jaką bronią dysponujemy do tej walki?

— To brzmi defetystycznie. Czy nie wysnuwa pan zbyt wielkiego wniosku z drobnego 

przykładu?

— To samo powiedziała moja żona, gdy przykład był jeszcze o wiele mniejszy. Ona 

też nie wierzy, żeby tak znamienne wydarzenie mogło mieć miejsce w pospolitej 

angielskiej mieścinie. Daremnie usiłowałem ją przekonać, że byłoby równie 

niezwykłe, gdyby zaobserwowano je gdziekolwiek indziej. Twierdziła stanowczo, że 

wrażenie byłoby mniejsze, gdyby to wszystko wydarzyło się na wyspie Bali, albo w 

jakiejś odciętej od świata meksykańskiej osadzie; to jedna z tych rzeczy, które 

wydarzają się innym ludziom. Ale niestety tym razem mamy to u siebie.

— Najwięcej przeraża mnie pana pewność, że Dzieci mogą robić, co im się podoba, 

i że nie można temu przeciwdziałać.

— Przeciwdziałanie nie jest wykluczone, ale nie będzie łatwe. Fizycznie jesteśmy 

dużo słabsi od wielu zwierząt, ale zmuszamy je do uległości, gdyż posiadamy 

lepiej rozwinięty mózg. Pokonać nas może tylko istota posiadająca sprawniejszy 

mózg. Nie brano serio takiej ewentualności, a po drugie, gdyby się pojawiły, 

wytrzebilibyśmy je, aby nie stały się zagrożeniem. Tymczasem proszę, pojawił się 

nowy stwór z puszki Pandory: dwie mozaiki, jedna złożona z trzydziestu, druga z 

dwudziestu ośmiu części. Co może zdziałać istota z jednym mózgiem w starciu z 

trzydziestoma mózgami, pracującymi, jako całość?

Tu zaprotestowałem gorąco, gdyż jak by nie było, Dzieci nie mogły w przeciągu 

dziewięciu lat zdobyć wiedzy równej rozmiarowi wiedzy ludzkiej. Ale Zelalby 

potrząsnął głową.

— Z wiadomych sobie powodów Rząd sprowadził do Ośrodka doskonałych nauczycieli, 

tak, że suma wiedzy Dzieci jest znaczna. Sam prowadzę dla nich czasem wykłady, 

background image

więc wiem o tym doskonale. Jest to ważne, ale nie tu jest źródło zagrożenia. 

Encyklopedia pełna jest naukowych informacji, ale nie każdy potrafi je 

wykorzystać; istnieją ludzie obdarzeni fenomenalną pamięcią, którzy nie wiedzą 

jaki z niej zrobić użytek. Wiedza to rodzaj paliwa, dopiero siła motoryczna 

umysłu czyni z niej potęgę. Przeraża mnie myśl o energii, napędzonej nawet 

niewielką ilością tego paliwa o mocy trzydziestokrotnie większej od naszej. Nie 

mogę wyobrazić sobie potęgi tej energii, gdy Dzieci dorosną.

Jak zawsze, nie byłem pewien, czy Zellaby mówi zupełnie serio.

— Czy istotnie jest pan przekonany, że jesteśmy bezsilni wobec tych 

pięćdziesięciu ośmiorgu Dzieci?

— Tak jest. A co pan, by proponował? Wie pan przecież, co zdarzyło się zeszłej 

nocy. Ludzie z miasteczka chcieli zaatakować Dzieci; zamiast tego zaczęli bić 

się między sobą. Wezwijmy policję — będzie to samo; sprowadźmy wojsko, a 

żołnierze zaczną strzelać do siebie.

— Być może. Ale muszą przecież istnieć jakieś sposoby walki z nimi. Z tego, co 

pan mówił wynika, że wiemy o nich niewiele. Dzieci bardzo wcześnie zerwały 

uczuciowy kontakt ze swymi zastępczymi matkami. Jeżeli w ogóle żywiły do nich 

kiedykolwiek jakieś uczucie. Większość z nich skwapliwie skorzystała z 

ofiarowanej im możliwości segregacji i mieszkańcy miasteczka niemal zupełnie 

utracili z nimi kontakt. Wkrótce przestano myśleć o nich, jak o jednostkach. 

Ponieważ trudno je od siebie odróżnić, przyzwyczajono się uważać je za 

zbiorowość, za jakieś niezupełnie realne, dwuwymiarowe postacie.

— Ma pan zupełną słuszność — zgodził się Zellaby. — Nie ma mowy

0 normalnych kontaktach i sympatiach. Ale to nie wyłącznie z naszej winy. 

Próbowałem zbliżyć się do nich, ale moje wyniki spełzły na niczym. I obawiam 

się, że ludziom z Ośrodka nie powiodło się lepiej.

— Wobec tego nasuwa się pytanie, jak zdobędziemy więcej danych? Milczeliśmy 

przez chwilę. Wreszcie Zellaby otrząsnął się z zadumy

1 powiedział:

— Czy pan, mój drogi, zastanawiał się nad tym, jaka właściwie jest tutaj pańska 

sytuacja? Gdyby zamierzał pan wyjechać dzisiaj, można by się przekonać, czy 

Dzieci uważają pana za jednego z tubylców, czy za przybysza.

Rzeczywiście, nie przyszło mi to do głowy. Postanowiłem przekonać się. Ponieważ 

Bernard pojechał z komisarzem, pożyczyłem sobie jego samochód.

Sytuacja wyjaśniła się, gdy ujechałem parę kilometrów drogą do Oppley. Doznałem 

dziwnego uczucia. Moje ręce i stopy zahamowały samochód samorzutnie, bez udziału 

mojej woli. Zobaczyłem jedno z Dzieci siedzące przy drodze. Była to dziewczynka. 

Żuła źdźbło trawy, spoglądając na mnie obojętnie. Spróbowałem ponownie 

przekręcić starter, ale moja ręka była bezwładna, a stopa nie zdołała nacisnąć 

pedału. Spojrzałem na dziewczynkę i powiedziałem, że nie mieszkam w Midwich i 

pragnę wrócić do domu. Potrząsnęła tylko głową. Jeszcze raz spróbowałem ruszyć 

samochód, ale okazało się, że mogę tylko zawrócić do Midwich.

— A więc — powiedział Zellaby na mój widok — jest pan honorowym obywatelem 

Midwich. Spodziewałem się, że tak będzie. Angela zaraz zawiadomi kucharkę, że 

pan zostaje.

W tym samym czasie rozmowy na podobny temat, jak moja dysputa z Zellaby'm w Kyle 

Manor, ale w innym nastroju toczyły się w Ośrodku. Ze względu na obecność 

pułkownika Westcota, doktor Torrance starał się z większą precyzją odpowiadać na 

pytania komisarza, jednak w pewnej chwili brak zrozumienia między obu stronami 

stał się tak wyraźny, że kierownik Ośrodka rzekł ze smutkiem:

— Widzę, że niestety nie potrafiłem przedstawić panu sytuacji zupełnie jasno.

— Wszyscy mi to powtarzają — burknął komisarz niecierpliwie. — Nikt tutaj nie 

umie przedstawić niczego jasno. Nie przedstawiając żadnego dowodu, wszyscy wciąż 

zapewniają mnie, że te diabelne Dzieci są w pewnym sensie odpowiedzialne za to, 

co się tu działo zeszłej nocy. Powierzono panu opiekę nad nimi. Jakże się to 

stało, że tak całkowicie wymknęły się spod wszelkiej kontroli, iż zdołały 

doprowadzić do zakłócenia spokoju, więcej — do poważnych zamieszek? Nie jestem w 

stanie tego pojąć. Jako komisarz policji, proszę o doprowadzenie do mnie 

któregoś z hersztów. Chcę posłuchać, co będzie miał do powiedzenia.

— Ale panie komisarzu, tłumaczyłem już panu, że nie ma żadnych prowodyrów.

— Wiem, wiem. Już to słyszałem; wśród nich wszyscy są równi, i tak dalej... Może 

to wszystko jest dobre w teorii, ale wie pan równie dobrze, jak ja, że w każdej 

grupie są przywódcy. Ich właśnie chcę poskromić. Weźmy ich w karby, a ulegnie 

background image

cała reszta.

Umilkł wyczekująco. Doktor Torrance i pułkownik popatrzyli na siebie bezradnie. 

Bernard wzruszył ramionami i leciutko skinął głową. Doktor Torrance 

najwidoczniej czuł się coraz bardziej nieswojo.

— Dobrze — powiedział — skoro to nakaz policyjny, nie mam alternatywy, ale 

bardzo proszę, aby rozmawiając z nimi dobierał pan starannie słów. Te Dzieci są 

niezmiernie wrażliwe.

Wybór tego ostatniego wyrazu okazał się niefortunny. W słownictwie psychiatry 

miał znaczenie niejako fachowe; w rozumieniu komisarza było to słowo, którym 

zaślepione matki określają swoich roz-bałamuconych synów. Wyraził dezaprobatę 

jakimś nieartykułowanym pomrukiem. Gdy doktor Torrance wyszedł z pokoju, Bernard 

otworzył już usta, aby poprzeć jego ostrzeżenie, ale pohamował się, pomyślawszy, 

że mogłoby to jedynie zwiększyć irytację komisarza, a zatem zaszkodzić sprawie. 

Czekali więc obaj w milczeniu. Po chwili doktor Torrance wrócił w towarzystwie 

jednego z Dzieci, chłopca.

— To jest Eryk — przedstawił go. A zwracając się do chłopca powiedział:

— Sir John Tenby chce zadać ci kilka pytań. Jego obowiązkiem, jako komisarza 

policji, jest złożenie raportu o wczorajszych zajściach.

Chłopiec skinął głową i spojrzał na komisarza. Doktor usiadł znów przy swoim 

biurku i z niepokojem patrzył na nich obu. Spojrzenie chłopca było uważne, 

przeciągłe, ale nie wyrażało żadnego uczucia. Sir John równie poważnie wytrzymał 

jego wzrok. — Zdrowy chłopak — pomyślał. — Trochę szczupły, ale nie wychudzony.

Z rysów Dziecka niewiele można było wyczytać. Miał ładną twarz, ale pozbawioną 

wyrazu słabości, tak częstego na twarzach przystojnych chłopców. Nic w jego 

rysach nie znamionowało siły; usta miał małe, ale nie zaciśnięte. Natomiast oczy 

były dziwniejsze, niż oczekiwał Sir John. Wspomniano mu o ciekawej, złocistej 

barwie tęczówek Dzieci, ale nikt nie zdołał opisać ich niezwykłego blasku, 

niesamowitego wrażenia, że coś rozświetla je od wewnątrz. Przez chwilę czuł się 

zbity z tropu, ale wnet wziął się w garść, powtarzając sobie w duchu, że ma do 

czynienia z wynaturzonym stworem. Dziewięcioletni chłopak z wyglądem 

szesnastolatka, co więcej, karmiony tymi bzdurnymi teoriami o spontanicz-

ności instynktów, swobodzie wypowiadania się, i tak dalej. Postanowił traktować 

chłopca, jak gdyby miał tyle lat, na ile wyglądał.

— Źle się tu działo zeszłej nocy — zaczął. — Naszym zdaniem jest wyjaśnić, co 

właściwie zaszło, i kto to sprowokował. Wszyscy twierdzą, że to ty i twoi 

tutejsi koledzy... a co ty na to?

— Nie — odpowiedział chłopiec bez wahania.

Komisarz kiwnął głową. Nie można było przecież oczekiwać natychmiastowego 

przyznania się do winy.

— Powiedz dokładnie, jak to było.

— Ludzie z miasteczka przyszli tu, żeby spalić naszą szkołę.

— Czy jesteś tego pewien?

— Tak mówili. Nie mieli innego powodu, żeby przychodzić tu o tej porze.

— No dobrze. Więc mówisz, że część przyszła, żeby spalić Ośrodek. Reszta, jak 

sądzę, chciała ich powstrzymać i stąd wywiązała się bójka?

— Tak — zgodził się chłopiec, ale mniej stanowczym tonem.

— Więc właściwie ty i twoi koledzy nie mieliście z tym nic wspólnego; byliście 

tylko widzami, czy tak?

— Nie. Musieliśmy się bronić. To było konieczne, inaczej spaliliby dom.

— To znaczy, że wzywaliście tych, którzy chcieli powstrzymać podpalaczy, aby 

wypędzili ich stąd?

— Nie — odpowiedział cierpliwie chłopiec. — Myśmy ich zmusili do bójki. Mogliśmy 

ich po prostu wyrzucić, ale wróciliby innego dnia. Teraz już nie przyjdą. 

Zrozumieli, że lepiej zostawić nas w spokoju.

Zdumiony komisarz przez chwilę nie mógł wydobyć z siebie głosu.

— Mówisz „zmusiliśmy ich" — powiedział wreszcie. — Jakżeście to zrobili?

— To trudno wytłumaczyć. Wątpię, czy pan zrozumie — rzekł uprzejmie chłopiec.

Twarz Sir Johna zaróżowiła się lekko.

— Może jednak spróbuję — rzekł, panując nad sobą z widocznym wysiłkiem.

— To by było bezcelowe — zapewnił go chłopiec. Powiedział to grzecznie, bez 

cienia ironii.

Komisarz spąsowiał.

— To niezmiernie zawiła sprawa — zainterweniował spiesznie doktor Torrance — 

background image

coś, czego nikt z nas nie potrafi jasno wytłumaczyć,

choć staramy się usilnie od kilku lat. Naprawdę nie można tego inaczej określić, 

tylko że Dzieci „zmusiły" tych ludzi, żeby rzucili się na siebie.

Sir John spojrzał na niego, a potem na Dziecko. Warknął coś pod nosem, ale 

opanował się. Kilka razy odetchnął głęboko, po czym nieco już surowszym tonem 

znów zwrócił się do chłopca.

— Jakikolwiek był mechanizm tego działania, a tą kwestią zajmiemy się trochę 

później, czy przyznajesz, że sprowokowaliście te wypadki?

— Sprowokowano nas do działalności obronnej.

— Za cenę czterech ofiar śmiertelnych i trzynastu ciężko rannych, tak? A 

przecież sam mówisz, że mogliście ich po prostu odpędzić!

— Oni chcieli nas pozabijać — rzekł beznamiętnie chłopiec. Komisarz spojrzał na 

niego przeciągle.

— Nie rozumiem, j a k to zrobiliście, ale na razie mam twoje stwierdzenie, że 

zrobiliście to, i że to nie było konieczne.

— Przyszliby znów. I wtedy byłoby to konieczne — odpowiedział chłopiec.

— Nikt nie może wiedzieć tego na pewno. Cała twoja postawa jest jakaś nieludzka. 

Czy nie czujecie najmniejszej skruchy, nie żal wam tych nieszczęsnych ludzi?

— Nie. Dlaczego mielibyśmy ich żałować? Wczoraj któryś z nich strzelał do 

jednego z nas. Musimy się bronić.

—Ale nie mścić się na własną rękę. Jesteście pod ochroną prawa, tak jak wszyscy.

— Prawo nie uchroniło Wilfreda od zdradzieckiego strzału i nie uchroniłoby nas 

zeszłej nocy. Prawo karze przestępcę dopiero, gdy popełnił zbrodnię. Dla nas to 

nie ma sensu. My chcemy żyć.

— I nic was nie obchodzi to, że spowodowaliście śmierć innych ludzi.

— Po co kręcimy się ciągle w kółko? — rzekł chłopiec. — Odpowiadałem na te 

wszystkie pytania, bo uważałem, że byłoby lepiej, gdyby zrozumiał pan sytuację. 

Ale ponieważ pan, zdaje się wciąż nie pojmuje, powiem jasno: „Jeśli ktokolwiek 

spróbuje naprzykrzać się nam, będziemy się bronić". Pokazaliśmy, że potrafimy i 

spodziewamy się, że to ostrzeżenie wystarczy.

Sir John patrzył oniemiały. Kłykcie zaciśniętych pięści zbielały mu, a twarz 

oblała się purpurą. Uniósł się z krzesła, jakby chciał rzucić się na chłopca, 

ale pohamował się. Minęło parę sekund nim zdołał przemówić. Chłopiec przyglądał 

mu się z dezaprobatą.

— Ty przeklęty łotrzyku! — wrzasnął komisarz. — Bezczelny łajdaku! Czy nie 

rozumiesz, że rozmawiasz z przedstawicielem policji tego okręgu?! Aleja cię o 

tym przekonam! Jak śmiesz odzywać się w ten sposób do osób starszych?! Więc nie 

należy wam się „naprzykrzać"! Będziecie się bronić! Wyobrażacie sobie, że gdzie 

jesteście?

Nagle usiadł i urwał, wpatrując się w chłopca.

— Eryku — powiedział doktor Torrance, nie wstając jednak zza swego biurka.

Bernard Westocot przypatrywał się tej scenie w milczeniu.

Usta komisarza zwiotczały, dolna szczęka opadła, a oczy rozszerzały się coraz 

więcej. Pot wystąpił mu na czoło i zaczął spływać po twarzy, a krótkie włosy 

zjeżyły się. Z ust wyrywały mu się jakieś nieartykułowane dźwięki. Wstrząsały 

nim dreszcze. Po chwili zasłonił sobie dłońmi twarz. Kilka razy zaskrzeczał 

dziwnie, osunął się z krzesła na kolana, potem padł na ziemię i zaczął tarzać 

się po podłodze. Trzęsąc się i jęcząc szarpał dywan, jakby chciał się nim 

owinąć. Wreszcie zwymiotował.

Chłopiec podniósł głowę i zwrócił się do doktora, jak gdyby odpowiadał na 

pytanie:

— Nie stało mu się nic złego — powiedział. — Chciał nas zastraszyć więc 

pokazaliśmy mu, co to znaczy bać się. Teraz lepiej to zrozumie. Wróci do siebie, 

gdy jego gruczoły zaczną znów normalnie funkcjonować.

Odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Bernard wyciągnął chusteczkę i otarł sobie pot z czoła. Doktor Torrance siedział 

nieruchomo, śmiertelnie blady. Komisarz wciąż leżał na podłodze. Wydawał się 

nieprzytomny. Wstrząsały nim drgawki, otwartymi ustami chciwie wdychał 

powietrze.

— Mój Boże — westchnął Bernard. — I pomyśleć, doktorze, że pan jest tu z nimi 

już od trzech lat!

— Nigdy dotąd nie zdarzyło się nic podobnego. Przewidywaliśmy różne 

ewentualności, ale nie było nigdy żadnych przejawów wrogości.

background image

Bernard znów spojrzał na leżącego komisarza.

— Chyba niedługo przyjdzie do siebie — powiedział — lepiej odejdźmy stąd. Nikt 

nie chce, by widziano go w takim stanie. Niech pan tu wezwie paru jego ludzi, 

trzeba im powiedzieć, że dostał jakiegoś ataku lub coś podobnego.

W pięć minut później, stojąc przed Ośrodkiem przyglądali się, jak kilku 

policjantów wsadza do samochodu półprzytomnego jeszcze komisarza.

„Wróci do siebie, gdy jego gruczoły zaczną znów normalnie funkcjonować" — 

mruknął Bernard. — Najwidoczniej są mocniejsi w fizjologii niż w psychologii. 

Złamali tego człowieka na dobre; on już nigdy nie wróci do formy.

 

 

Rozdział XIX

Impas

Po dwóch szklaneczkach mocnej whisky, Bernard otrząsnął się trochę z wrażenia, 

pod którym wrócił do Kye Manor. Zreferował nam fatalną rozmowę, której był 

świadkiem w Ośrodku, po czym ciągnął dalej:

— Jedną z niewielu cech dziecięcych u Dzieci jest niedocenianie własnej siły. 

Wszystkie ich akcje były zbyt drastyczne. W wielu wypadkach, gdy można by uznać 

ich zamierzenie za usprawiedliwione, zrealizowanie go stało się czynem 

niewybaczalnym. Chcieli nastraszyć Sir Johna, żeby go przekonać, że lepiej 

zostawić je w spokoju, ale choć wystarczyłyby łagodniejsze środki posunęli się 

tak daleko, że wywołali w nim przerażenie^ graniczące z obłędem. Doprowadzili go 

do stanu ostatecznego pohańbienia i upodlenia, co było ohydne i absolutnie 

niewybaczalne.

Zellaby zapytał rozsądnie:

— Mówiąc „niewybaczalne" sugeruje pan, że Dzieci oczekują wybaczenia. Ale na co 

im ono? Przecież my nie troszczymy się o to, czy wilki i szakale wybaczą nam, że 

je wybijamy. My chcemy je po prostu unieszkodliwić. Faktycznie mamy już dziś tak 

wielką przewagę, że rzadko kiedy, ktoś jest zmuszony na przykład zastrzelić 

wilka. Obecnie człowiek rzadko walczy z jakimś biologicznie odmiennym gatunkiem, 

ale gdy zachodzi taka potrzeba nie mamy żadnych skrupułów, jednoczymy się, aby 

bezlitośnie wytępić nosicieli zagrożenia, obojętne, czy to będą wilki, owady, 

bakterie czy wirusy. I na pewno nie oczekujemy wybaczenia. Jeśli chodzi o 

Dzieci, to nie zorientowaliśmy się, że one przedstawiają niebezpieczeństwo dla 

naszego gatunku, ale one nie wątpią, że my stanowimy zagrożenie dla nich. A one 

są zdecydowane przetrwać. Powinniśmy zdać sobie sprawę, co to znaczy. Możemy

obserwować wolę przetrwania codziennie, w każdym sadzie, ogrodzie: to 

nieustanna, bezlitosna, okrutna walka na śmierć i życie. Niewątpliwie Dzieci 

zmieniły taktykę. Dawniej wywierały nacisk sporadycznie, od czasu do czasu, bez 

stosowania przemocy; teraz uciekają się do gwałtu. Ale ta zmiana metod działania 

następowała stopniowo.

— Czy może pan wskazać jakiś punkt przełomowy. Odkąd to się zmieniło? — spytał 

Bernard.

— Bez wątpienia nikomu nie śniło się o czymś podobnym aż do wypadku Jima Pawle'a 

— odpowiedział Zellaby.

— Który wydarzył się... niech pomyślę... Tak 3 lipca. Jestem ciekaw...

Przerwał mu gong, wzywający nas na lunch.

— Moje wyobrażenie o inwazjach planetarnych jest raczej hipotetyczne — mówił 

Zellaby, przyprawiając w swój ulubiony sposób sałatę. — Pamiętam, że wszystkie 

były nieprzyjemne, ale prawie nigdy podstępne. Na przykład Marsjanie Wellsa byli 

groźni, jako protagoniści śmiercionośnych promieni, lecz prowadzili otwartą 

walkę bronią, przewyższającą środki którymi dysponowano przeciwko nim. Ale można 

było przynajmniej ich zwalczać, podczas gdy w naszym przypadku...

— Nie dodawaj pieprzu tureckiego, kochanie — poprosiła Angela. Powoduje czkawkę!

— To prawda. Gdzie jest cukier?

— Tutaj, koło twojego talerza.

— O, rzeczywiście! Co to ja mówiłem!

— Mówił pan o Marsjanach Wellsa — przypomniałem mu.

— Oczywiście. Oto prototyp niezliczonych inwazji. Potężna uzbrojona siła, której 

człowiek przeciwstawia swój lichy arsenał. W Ameryce jest lepiej: coś spada z 

nieba i wysiadają jakieś istoty. Ponieważ państwo posiada doskonały system 

komunikacji, w dziesięć minut panika ogarnia cały kraj, wszystkie wylotowe 

szosy, wszystkie autostrady i drogi zatłoczone są uciekającą ludnością. Tylko w 

Waszyngtonie jest inaczej. Tam, odwrotnie, jak okiem sięgnąć nieprzeliczone 

background image

tłumy stoją w milczeniu i powadze. Wszystkie twarze są blade, lecz ufne, 

wszystkie oczy zwrócone na Biały Dom. W naszym kraju komunikat o tego rodzaju 

inwazji przyjęto by, przynajmniej w pewnym środowisku, dość

sceptycznie. Amerykanie, trzeba im to przyznać, znają swoją ludność. Co my tu 

właściwie mamy? Po prostu wojnę. Motywy są uproszczone, broń skomplikowana, ale 

szablon ten sam. Niestety wszystkie nasze naukowe prognozy, spekulacje i wnioski 

są w razie takiej inwazji zupełnie bezużyteczne.

Nabrał sobie ponownie sałaty.

— Nigdy nie wiem, kiedy to, co pan mówi należy brać dosłownie, a kiedy tylko 

jako metaforę — rzekłem.

— Tym razem może go pan wziąć zupełnie dosłownie — powiedział Bernard.

Zellaby spojrzał na niego z ukosa.

— Naprawdę? Nawet bez odruchowego sprzeciwu? Proszę mi powiedzieć, pułkowniku, 

kiedy uznał pan tę inwazję za fakt?

— Mniej więcej osiem lat temu — odpowiedział Bernard. — A pan?

— W tym samym czasie. Może trochę wcześniej. Nie podobała mi się, nie podoba, i 

prawdopodobnie będzie mi się coraz mniej podobać. Ale nie mogłem nie 

zaakceptować jej istnienia. Stary aksjomat Holmsa: „Czy wyeliminowałeś to, co 

wykluczone, cokolwiek zostaje, choćby nieprawdopodobne, musi być prawdą". Ale 

nie wiedziałem, że koła oficjalne również uznały tę inwazję za fakt. Co 

zamierzacie z tym zrobić?

— Zrobiliśmy co w naszej mocy, żeby utrzymać Dzieci w izolacji i zadbaliśmy o 

kształcenie ich.

— Co okazało się zgubne, jeśli wolno mi się tak wyrazić.

— Chwileczkę, wtrąciłem. — Wciąż tkwię między dosłownością, a przenośnią. Czy 

obaj serio utrzymujecie, że Dzieci przybyły tu z innej planety?

— Widzicie! Miałem rację! Żadnej paniki, tylko sceptycyzm.

— Tak jest — odpowiedział mi Bernard. — Jest to jedyna hipoteza, której mój 

wydział nie był zmuszony odrzucić, chociaż nie wszyscy jeszcze ją akceptują, i 

chociaż na jej poparcie mieliśmy nieco więcej dowodów niż pan Zellaby.

— Może wreszcie dowiemy się dlaczego Wydział Wojskowy tak żywo się nami 

interesuje — wtrącił Zellaby, podnosząc do ust widelec z zieleniną.

— Nie ma już powodów do zachowywania tak ścisłej tajemnicy — powiedział Bernard. 

— Po prostu Midwich nie było jedyną i nie pierwszą miejscowością, gdzie 

wydarzyły się podobne wypadki. W tym okresie czasu, radar wykrywał dużo więcej 

niezidentyfikowanych latających obiektów.

— Niech mnie licho porwie — rzekł Zellaby. — Więc prócz gromadki naszych Dzieci 

są jeszcze inne? Gdzie?

— Mieszkańcy małego miasteczka w północnej Australii przeżyli podobny dzień, jak 

my 27 września. Trzydzieści jeden kobiet zaszło w ciążę, ale z niewiadomych 

przyczyn wszystkie noworodki zmarły w parę godzin po przyjściu na świat. Tylko 

jedno przeżyło tydzień. Coś podobnego wydarzyło się w pewnej eskimoskiej osadzie 

na Wyspie Wiktorii, na północ od Kanady. Mieszkańcy nie chcieli udzielać żadnych 

informacji, ale wiadomo, że byli tak zaszokowani widokiem noworodków 

niepodobnych do normalnych niemowląt, że pozostawili je bez żadnej opieki i nie 

przeżyło ani jedno. W związku z tym, oraz biorąc pod uwagę wiek, w jakim nasze 

Dzieci zaczęły wracać do Midwich można przyjąć hipotezę, że ich zdolność 

wywierania przymusu powstaje dopiero w tydzień lub dwa po urodzeniu. Jeszcze 

jeden taki Dzień...

Zellaby podniósł rękę.

— Spróbuję zgadnąć. W Japonii.

— Owszem. Poza tym jeszcze w Ameryce Południowej i w Afryce, oraz w całym 

mieście Tonfu na jednej z wysp, na Pacyfiku. Trudno o dokładne dane, gdyż 

ludność nie chce mówić o tych sprawach. Możliwe, że mieszkańcy jakiejś 

odosobnionej osady przeżyli w letargu całą dobę w ogóle nie wiedząc o tym. W 

takim wypadku pojawienie się niemowląt byłoby dla nich jeszcze bardziej 

zagadkowe. W większości znanych nam przypadków, uznano Dzieci za potworki i 

pozabijano je, ale podejrzewamy, że kilkoro zostało zachowanych przy życiu i 

ukrytych.

— A jak to było na tej wyspie? — zapytał Zellaby.

— To się wydarzyło tydzień wcześniej niż w Midwich. Dowiedzieliśmy się o tym po 

paru dniach. Było dla nas pewną pociechą, że tamtejsi ludzie też przeżyli taki 

Dzień. Prawdopodobnie oni odczuli to samo, gdy dowiedzieli się o Midwich. 

background image

Tymczasem nasz agent pilnie śledził, co się dzieje w Tonfu i wkrótce doniósł 

nam, że wszystkie mieszkanki miasta zaszły w ciążę, oczywiście oprócz starych 

kobiet. Początkowo nie doceniliśmy tej informacji, sądząc, że to po prostu 

plotki, ale gdy ta sama sytuacja zaistniała w Midwich, zaczęło nas to żywo 

interesować. Ale tam uporano się z tą sprawą inaczej. Gdy Dzieci przyszły na 

świat, tamte władze odizolowały miasteczko, mniej więcej dwa razy większe niż 

Midwich i dopływ informacji stamtąd ustał.

— Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że to mogło wydarzyć się jeszcze gdzie 

indziej. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że musiało zajść coś

takiego, co skłania pana do powiedzenia nam o tym. Ponieważ na naszym terenie 

nie zdarzyło się nic, co usprawiedliwiłoby zmianę pańskiego stanowiska, sądzę, 

że coś takiego stało się na owej wyspie. Czy tamtejsze Dzieci popełniły coś, co 

nasze mogą zrobić w niedalekiej przyszłości? Bernard starannie położył swój nóż 

i widelec na talerzu, popatrzył na nas, po czym powiedział:

— Armię tamtego kraju wyposażono niedawno w nowy typ atomowego działa o średnim 

zasięgu. W zeszłym tygodniu przeprowadzili pierwsze ostre próby. Tonfu znikło z 

powierzchni ziemi.

Patrzyliśmy na niego w osłupieniu.

— Jak to — wyjąkała Angela ze zgrozą. — Wszystkich?... Bernard skinął głową.

— Wszystkich. Nie można było nikogo ostrzec, bo wiadomość mogłaby przeniknąć do 

Dzieci. Poza tym oficjalnie można przypisać to co się stało, jakiejś omyłce w 

obliczeniach lub stwierdzić, że to był sabotaż. Otrzymaliśmy stamtąd ściśle 

tajne informacje. W raporcie nie ma wprawdzie wzmianki o Midwich, ale można go 

odczytać, jako wyraźne ostrzeżenie. Jest tam opis Dzieci, który we wszystkich 

szczegółach odpowiada naszym, oraz poważnie umotywowane stwierdzenie, że ich 

ugrupowania, wszędzie gdzie się pojawiają, stanowią niebezpieczeństwo nie tylko 

dla całego narodu, ale dla całej rasy. Raport wzywa rządy wszystkich 

zainteresowanych państw, by przystąpiły do „zneutralizowania" takich ugrupowań i 

nalega na niezwłoczne rozpoczęcie działań nie tylko w obronie poszczególnych 

państw i kontynentów, ale dlatego, że te Dzieci są zagrożeniem dla całej 

ludzkości.

Zellaby przysłuchiwał się temu, wodząc palcem po deseniu adamaszkowego obrusa.

— Mówi pan, że zlikwidowali tamto miasto w zeszłym tygodniu. Którego dnia?

— We wtorek, 23 lipca — odpowiedział Bernard. Zellaby pokiwał głową.

— To ciekawe — rzekł. — Skąd nasze Dzieci wiedziały?...

Zaraz po lunchu Bernard oznajmił, że wraca do Ośrodka. — Nie mogłem porozmawiać 

z Torrancem, gdy był tam komisarz, a potem obaj musieliśmy trochę ochłonąć.

— Co zamierzacie zrobić z Dziećmi? — spytała Angela.

— Gdybyśmy mieli jakieś plany, musiałbym trzymać je w tajemnicy. Na razie idę do 

Torranca. On zna Dzieci. Może będzie miał jakieś sugestie. Wrócę za godzinę.

Wyszedłszy z domu skierował się do samochodu, ale nim otworzył drzwiczki zmienił 

zdanie; pomyślał, że mała przechadzka dobrze mu zrobi i postanowił pójść pieszo.

Za ogrodową furtką zobaczył jakąś drobną postać kobiecą w niebieskim kostiumie. 

Kobieta spojrzała na niego, zarumieniła się i podeszła z wahaniem. Bernard 

ukłonił się.

— Nazywam się Lamb — rzekła. — Pan mnie nie zna, ale my wszyscy oczywiście znamy 

pana, panie pułkowniku.

Bernard zapytał w czym mógłby jej pomóc.

— Chodzi o Dzieci, panie pułkowniku. Co się z nimi stanie? Powiedział jej 

uczciwie, że nie podjęto jeszcze żadnej decyzji.

Słuchała uważnie, patrząc mu w oczy.

— Chyba nie ukarzecie ich zbyt surowo — rzekła. — O, ja wiem, ta noc była 

okropna, ale to nie ich wina... One tego jeszcze nie rozumieją, są za młode. 

Gdyby nawet miały ten wiek, na który wyglądają, to też byłyby jeszcze dziećmi. 

Nie zamierzały nikomu wyrządzić krzywdy. Bały się. Czy my nie balibyśmy się, 

gdyby tłum chciał spalić nasz dom? Musielibyśmy bronić się i nikt nie wziąłby 

nam tego za złe. Gdyby tak zaatakowano mój dom, chwyciłabym co miałabym pod 

ręką. Może siekierę...

Bernardowi taka ewentualność wydała się wątpliwa. Nie mógł sobie wyobrazić tej 

kruchej kobietki, rzucającej się na tłum z siekierą.

— Uciekły się do bardzo drastycznych środków — przypomniał jej łagodnie.

— Wiem. Ale pod wpływem strachu dzieci popełniają nieraz czyny okrutniejsze, niż 

zamierzały. Ludzie mówią, że je stąd wysiedlą, ale to chyba niemożliwe. Są 

background image

jeszcze takie młode. To prawda, że bywają uparte, ale one nas potrzebują. Nie są 

niegodziwe. Ostatnio parę razy mocno się wylękły. Dawniej nigdy nie były takie. 

Jeżeli tu zostaną, nauczymy je życzliwości i miłości, przekonamy je, że nikt nie 

chce wyrządzić im krzywdy.

Błagalnie podniosła na niego oczy, pełne łez. Bernard spoglądał na nią 

bezradnie, z trudem pojmując jej zaślepienie, które traktuje, jak dziecinny 

wybryk śmierć sześciu osób i narażenie życia wielu innych. Oczyma wyobraźni 

widział dziecięcą postać, która przesłaniała jej cały

świat. Panna Lamb nigdy nie przestanie kochać swojego Dziecka. I nigdy nie 

zrozumie. To przecież była jedyna cudowna rzecz, jaka jej się wydarzyła. Było mu 

jej serdecznie żal.

Zapewnił, że decyzja nie leży w jego kompetencjach, a nie chcąc budzić płonnych 

nadziei dodał, że nic z tego co mu powiedziała, nie będzie figurować w jego 

raporcie. Potem pożegnał się i odszedł, czując goniące za nim pełne niepokoju i 

wyrzutu spojrzenie.

W miasteczku panował spokój. Na ulicy minął parę osób, rozmawiających ze sobą 

bez żadnego podniecenia. Patrolujący w pobliżu Błoni policjant był najwidoczniej 

znudzony. Koło Hickham Lane zobaczył dwoje Dzieci. Siedziały na poboczu, 

wpatrzone w zachodnią stronę nieba z taką uwagą, że nie zauważyły, gdy 

nadchodził.

Bernard zatrzymał się i odwrócił głowę, by pójść za linią ich wzroku. Usłyszał 

huk odrzutowca. Srebrzysty samolot rysował się wyraźnie na tle błękitnego nieba, 

na wysokości około półtora kilometra. Nagle pod odrzutowcem ukazało się pięć 

czarnych punkcików, i niemal natychmiast otworzyło się kolejno pięć białych 

spadochronów, które zaczęły powoli opadać. Samolot poleciał dalej. Spojrzał znów 

na dzieci i zauważył, że uśmiechały się do siebie z satysfakcją.

Bernard niewiele wiedział o samolotach, ale poznał, że jest to lekki bombowiec, 

którego załoga składa się zwykle z pięciu osób. Znów przeniósł wzrok na Dzieci, 

które spotrzegły go w tej chwili.

— To był bardzo kosztowny samolot — powiedział.

— To tylko ostrzeżenie, ale pewnie stracą jeszcze kilka innych, zanim w to 

uwierzą — odparł chłopiec.

— Zapewne. Dokonaliście nie lada sztuki. Czy irytuje was, gdy samolot przelatuje 

wam nad głową? — spytał Bernard, przyglądając się im uważnie.

— Istotnie — przyznał chłopiec. Bernard kiwnął głową.

— To mogę zrozumieć — rzekł. — Ale dlaczego wasze ostrzeżenia mają zawsze tak 

ostrą formę? Dlaczego zawsze posuwacie się o krok dalej niż to jest konieczne? 

Czy nie mogliście go po prostu zawrócić?

—Mogliśmy sprawić, żeby się roztrzaskał—powiedziała dziewczynka.

— Zapewne powinniśmy być wam wdzięczni, że nie zrobiliście tego. Ale byłoby nie 

mniej efektowne, gdybyście zmusili go, by zawrócił. Nie rozumiem, dlaczego 

postępujecie zawsze tak drastycznie.

— Bo to robi większe wrażenie.

— Ach tak! To samo dotyczy wczorajszej nocy. Gdybyście tylko zmusili tłum do 

rozejścia się, to by przecież wystarczyło.

— Tak pan myśli?

— Tak sądzę. Można było zrezygnować ze szczucia jednych przeciwko drugim i 

uniknąć bijatyki, w której zginęło kilka osób. To nie jest mądra polityka, 

zawsze zrobić dodatkowy krok, który tylko zwiększa gniew i nienawiść.

— A także strach — dodał chłopiec.

— Chcecie posiać strach? — spytał Bernard. Po co?

— Tylko po to, żebyście zostawili nas w spokoju. To jest środek, nie cel — 

powiedział chłopiec. Jego złociste oczy uporczywie wpatrywały się w Bernarda. — 

Prędzej czy później będziecie usiłowali nas zabić. Bez względu na nasze 

zachowanie zrobicie wszystko, żeby nas zniszczyć. Tylko przejmując inicjatywę 

możemy wzmocnić naszą pozycję.

Chłopiec mówił spokojnie, ale jego słowa przebiły powłokę trzeźwości, w którą 

opancerzył się Bernard. Miał niesamowite wrażenie, że słucha dorosłego 

mężczyzny, widząc przed sobą szesnastoletniego chłopca, który miał przecież 

dopiero dziewięć lat.

— Przez chwilę byłem zupełnie zbity z tropu i tak bliski paniki, jak chyba 

jeszcze nigdy w życiu — opowiadał nam potem. — Ta kombinacja dziecka z dorosłym 

wydała mi się pełna jakiegoś złowieszczego znaczenia, które obalało normalny 

background image

porządek rzeczy, i na Boga, przeraziłem się. Nagle zobaczyłem je w dwóch 

wymiarach: indywidualnie jeszcze dzieci, jako zbiorowość — dorośli, dyskutujący 

ze mną na moim poziomie.

Trwało dobrą chwilę nim się opanował. Przypomniał sobie scenę z komisarzem, 

równie alarmującą, ale w jakiś konkretniejszy sposób. Przyjrzawszy się bliżej 

chłopcu zapytał:

— Czy ty jesteś Eryk?

— Nie. Czasem jestem Józef, ale teraz jestem nami wszystkimi. Niech pan się nas 

nie boi. Chcemy z panem porozmawiać.

Bernard usiadł obok nich na poboczu i powiedział spokojnie:

— Posądzenie nas o chęć zniszczenia was jest grubą przesadą. Oczywiście, jeżeli 

będziecie nadal zachowywać się tak, jak ostatnio to znienawidzimy was i będziemy 

się mścić, to znaczy bronić się. Ale jeżeli zmienicie postępowanie, no to 

zobaczymy. Czy tak bardzo nas nienawidzicie? Może da się jednak znaleźć jakiś 

modus vivendi?

Patrzył na chłopca wciąż jeszcze ze słabą nadzieją, że mówi do niego zbyt 

poważnie. Ale chłopiec momentalnie rozwiał te złudzenia. Potrząsnął głową i 

rzekł:

— Pan stawia to wszystko na niewłaściwej platformie. Nie chodzi o nienawiść czy 

sympatię, one nie mają tu znaczenia. Tej sprawy nie załatwią żadne dyskusje ani 

układy. To jest konieczność biologiczna. Nie możecie pozwolić sobie na 

tolerowanie nas, bo zostalibyście wykończeni. Jest jeszcze inny aspekt. 

Niektórzy spośród waszych polityków, którzy wiedzą o naszym istnieniu 

zastanawiają się zapewne, czy nie dałoby się użyć tu metody zastosowanej w 

Tonfu.

— Więc wiecie o tym?

—Naturalnie. Dopóki tamte Dzieci żyły, nie potrzebowaliśmy martwić się o siebie. 

Ale gdy je zabito, pojęliśmy dwie ważne rzeczy: po pierwsze, została naruszona 

równowaga, a po drugie, że tamci ludzie nie zniszczyliby owej równowagi, gdyby 

nie byli zupełnie pewni, że kolonię Dzieci należy zaliczyć do zagrożeń, nie do 

aktywów danego obszaru. Wyspa, na której leżało Tonfu należy do państwa, w 

którym panuje dyktatura. Pan przecież wie, że w ustroju totalitarnym jednostka 

żyje po to, by służyć państwu, a jeśli przedkłada swoje własne problemy ponad 

państwowe uważana jest za zdrajcę. Społeczeństwo musi chronić się przed 

zdrajcami, obojętne, czy występują jako jednostki, czy też w grupach. W tamtym 

wypadku konieczność biologiczna była zbieżna z obowiązkiem politycznym. A jeżeli 

nie dało się przy tym uniknąć zgładzenia sporej ilości osób postronnych, to 

trudno! Ich obowiązkiem było zginąć, skoro to mogło być korzystne dla Państwa. 

Ale u was sprawa nie jest taka prosta. Waszym zdaniem państwo istnieje po to, 

aby służyć jednostkom, z których jest złożone, i których nie można wymordować 

bez skrupułów. Dla nas pierwszy moment niebezpieczeństwa już minął. To było, 

kiedy dowiedzieliśmy się o zagładzie Tonfu. Ktoś zdecydowany mógł wtedy 

zainscenizować tu „nagły wypadek". Wam jednak odpowiadało raczej trzymać nas 

tutaj, w ukryciu, a że i dla nas było to dogodne, wszystko dało się zorganizować 

bez większych trudności. Ale teraz sytuacja zmieniła się. Ludzie w szpitalu w 

Trayne na pewno naopowiadali o nas mnóstwo okropności, i wiadomość o naszym 

istnieniu rozeszła się. Okazja zainscenizowania „nagłego wypadku" minęła. Więc 

co zamierzacie zrobić, aby nas zlikwidować?

Bernard potrząsnął głową.

— Czy nie przyszło ci do głowy, że rozważamy tę sprawę z bardziej cywilizowanego 

punktu widzenia? Ostatecznie jesteśmy krajem nie

tylko cywilizowanym, ale znanym ze skłonności do kompromisów. Mimo wszystkiego, 

co powiedziałeś, wcale nie jestem pewien, że nie ma możliwości dojścia do 

jakiegoś porozumienia. Historia dowodzi, że jesteśmy bardziej tolerancyjni dla 

mniejszości niż większość narodów. Teraz głos zabrała dziewczynka.

— Cywilizacja nie ma tu nic do rzeczy. Sprawa jest zupełnie prymitywna. Jeżeli 

będziemy istnieć, zapanujemy nad wami, to jasne i nieuniknione. Czy ustąpicie 

nam i bez walki dacie się zepchnąć na drogę, prowadzącą do wymarcia? Chyba nie 

doszliście jeszcze do takiej dekadencji. A z punktu widzenia politycznego nasuwa 

się pytanie: czy jakiekolwiek, choćby najbardziej tolerancyjne państwo może 

sobie pozwolić na udzielenie schronienia rosnącej w potęgę mniejszości, której 

nie jest w stanie kontrolować? Na pewno nie! Cóż więc poczniecie? Prawdopodobnie 

jesteśmy bezpieczni dopóki debatujecie nad tym zagadnieniem. Najprymitywniejsi 

background image

puszczą wodze instynktom, jak to miało miejsce ubiegłej nocy, będą się starać 

dopaść nas i zniszczyć. Inteligentniejszych, bardziej odpowiedzialnych i 

religijnych pohamuje aspekt etyczny. Przeciwnikami wszelkiej drastycznej akcji 

będą idealiści i pseudo-idealiści. Wasz prawicowy rząd będzie w końcu musiał 

rozważyć podjęcie przeciwko nam jakiegoś drastycznego działania, co lewicowi 

politycy wykorzystają dla zwiększenia popularności własnej partii, a może nawet 

obalenia rządu. Będą bronić naszych praw, jako mniejszości, a w dodatku dzieci. 

Bez żadnego referendum głosić będą, że reprezentują sprawiedliwość, humanitaryzm 

i wielkoduszność narodu. Gdy z biegiem czasu przekonają się, że sprawa istotnie 

jest poważna, i że gdyby poddali ją głosowaniu mogłoby to doprowadzić do 

wewnątrzpartyjnego rozłamu między krzewicielami oficjalnej polityki „gorących 

serc", a masami, które zaczęły żywić jakieś złe przeczucia, zapał głosicieli 

wielkich haseł o prawości i cnocie osłabnie.

— Zdaje się, że nie masz wysokiego mniemania o naszych organach rządowych — 

wtrącił Bernard.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

— Jako dominujący gatunek mogliście sobie pozwolić na utratę kontaktu z 

rzeczywistością i igrać z abstrakcjami — odparła. — Wkrótce zrozumiecie, że im 

dłużej będziecie odwlekać walkę z przewyższającymi was osobnikami, tym będzie 

ona trudniejsza. Będziecie próbować nas ujarzmić, ale pokazaliśmy już ubiegłej 

nocy, jak poradzimy sobie z żołnierzami, których wyślecie przeciwko nam. Jeśli

zjawią się samoloty, roztrzaskają się. Pozostaje artyleria i zdalne kierowane 

pociski, ale jeśli użyjecie tych środków, zginą wszyscy mieszkańcy miasteczka. 

Jaki rząd w tym kraju pozwoli sobie na podobną masakrę, motywując to jej 

skutecznością? Partia, która by to usankcjonowała byłaby skończona raz na 

zawsze, a jej przywódcy zlinczowani. Gdy skończyła, odezwał się chłopiec.

— Szczegóły mogą być nieco odmienne, ale w głównych zarysach, taka sytuacja 

stanie się nieunikniona w miarę jak świadomość zagrożenia, jakie stanowimy, 

będzie się pogłębiać. Może nastąpić czas, gdy obie wasze partie będą się starać 

raczej zrezygnować z władzy, niż przedsięwziąć akcję przeciwko nam.

Umilkł na chwilę, spoglądając w zamyśleniu na rozciągające się przed nami pola.

— Ani wasze, ani nasze życzenia nie liczą się wcale — mówił dalej. Właściwie 

mamy to samo życzenie: przetrwać. Wszyscy jesteśmy igraszkami tajemniczej potęgi 

życia, które dało wam przewagę liczebną, lecz słabszą umysłowość; my natomiast 

jesteśmy lepiej rozwinięci pod względem umysłowym, ale słabsi fizycznie. 

Nadeszła chwila, gdy musimy zmierzyć się z sobą. Z obu naszych punktów widzenia 

są to zmagania okrutne, ale bynajmniej nie nowe. Okrucieństwo jest stare, jak 

samo życie. Zostało trochę złagodzone; humor i litość to najważniejsze ludzkie 

wynalazki, ale mimo że tak obiecujące, nie zostały jeszcze należycie 

ugruntowane.

Przerwał i uśmiechnął się.

— To wypowiedź w stylu naszego pierwszego nauczyciela, Gordona Zellaby'ego — 

wtrącił. Potęga życia jest silniejsza niż wszystko inne, jego krwawe zapasy będą 

nadal istnieć. Sądzimy jednak, że decydującą akcję można przynajmniej trochę 

odwlec i o tym pragnęlibyśmy z panem porozmawiać.

Rozdział XX

Ultimatum

— To ograniczenie swobody moich ruchów jest bardzo nie na miejscu — powiedział 

karcąco Zellaby do złocistookiej dziewczynki, siedzącej na gałęzi przydrożnego 

drzewa. — Wiecie doskonale, że każdego popołudnia wychodzę na przechadzkę, i 

zawsze wracam do domu na herbatę. Tyrania łatwo przeradza się w nałóg. Poza tym 

macie przecież moją żonę, jako zakładnika.

Zastanawiając się nad odpowiedzią Dziecko wsadziło do buzi dużego lizaka.

— Dobrze, proszę pana.

Zellaby na próbę wysunął naprzód jedną stopę i tym razem bez przeszkód poszedł 

dalej szosą.

— Dziękuję ci, moja droga — rzekł, skłaniając uprzejmie głowę. — Chodźmy, panie 

Gayford!

Strażniczka została na drzewie z policzkiem wypchanym lizakiem, dyndając w 

powietrzu nogami.

— Ciekawym aspektem tej sprawy jest rozgraniczenie między jednostką, a 

zbiorowością — zauważył Zellaby. — Zadowolenie Dziecka z cukierka jest 

background image

niewątpliwie indywidualne, natomiast jej zezwolenie na dalszy spacer, tak samo 

jak uprzednie wstrzymanie nas nastąpiło pod wpływem zbiorowej decyzji. A skoro 

dzieci posiadają zbiorowy umysł, jak to jest z wrażeniami, które odbierają? Czy 

wszystkie odczuwały przyjemność, gdy dziewczynka ssała lizaka? Chyba nie, ale na 

pewno wszystkie wiedziały jaki on ma smak. To samo zagadnienie powstaje, gdy 

pokazuję im swoje filmy i komentuję je. Teoretycznie, gdyby na sali były tylko 

dwie osoby, wszyscy pozostali odnieśliby taką samą korzyść, jak gdyby słuchali 

mnie osobiście. W ten

sam sposób przyswajają sobie lekcje szkolne. A jednak w Ośrodku mam zawsze pełną 

salę. Przypuszczam, że jeśli chodzi o filmy to, choć wystarczy pokazać je 

przedstawicielowi każdej płaci, aby znali je wszyscy, jednak wolą oglądać je 

osobiście. Niechętnie rozmawiają na ten temat, ale sądzę, że indywidualne 

oglądanie filmu daje im więcej zadowolenia, prawdopodobnie tak samo, jak 

indywidualne ssanie cukierka. Taka refleksja pociąga za sobą cały szereg innych.

— Zapewne — zgodziłem się. — Ale to są zagadnienia dla naukowców. Co do mnie, to 

samo istnienie Dzieci daje mi dość materiału do przemyśleń.

— W tym nie ma przecież nic osobliwego. Równie zastanawiający jest fakt naszego 

istnienia.

—My zjawiliśmy się na Ziemi drogą ewolucji. Ale skąd się wzięły Dzieci?

— Czy przypadkiem nie przyjmuje pan teorii za ustalony fakt? Przypuszcza się 

powszechnie, że człowiek powstał drogą ewolucji i na poparcie tego mniemania 

twierdzi się, że istniało kiedyś stworzenie, które było przodkiem nas, oraz 

małp. Nasi przodkowie nazywali ten stwór „brakującym ogniwem", ale nie ma i nie 

było nigdy dowodu, że naprawdę istniał. Całe to założenie roi się od brakujących 

ogniw, jeśli wolno użyć takiej metafory. Czy można wyobrazić sobie całą 

różnorodność ras ludzkich, ewoluujących z tego jednego ogniwa? Ja nie potrafię. 

Proszę także pomyśleć o niezliczonej ilości pośrednich typów, które musiały 

zaistnieć, a następnie o niewielu marnych reliktach, które zdołaliśmy odnaleźć. 

Niech pan sobie uprzytomni o ile pokoleń musielibyśmy się cofnąć, by idąc tropem 

białych, czarnych, czerwonych i żółtych, trafić do ich wspólnego przodka. Więcej 

wiemy o epoce gadów niż o okresie ewolucji człowieka. Od wielu lat mamy drzewo 

rozwojowe konia. Gdybyśmy potrafili odtworzyć takie odnośnie człowieka, 

zrobilibyśmy to na pewno. A czym dysponujemy? Mamy kilka, bardzo niewiele 

wyodrębnionych okazów. Nikt nie wie, czy i gdzie jest ich miejsce w obrazie 

ewolucji, ponieważ nie ma takiego obrazu, jest tylko mniemanie.

Przez pół godziny słuchałem rozprawy o błędnej i niezadowalającej filogenezie 

rodzaju ludzkiego. Na zakończenie Zellaby przeprosił za niewyczerpanie tematu, 

którego nie udało mu się tak, jak zamierzał, skondensować w kilku zdaniach.

— Chyba jednak przekonałem pana, że w konwencjonalnym założeniu jest więcej luk, 

niż istotnej treści — dodał.

— Ale jeżeli unieważnia pan to założenie, co proponuje pan w jego miejsce?

— Nie wiem — przyznał. — Ale nie zaakceptuję złej teorii po prostu z braku 

lepszej. W związku z tym, obiektywnie uważam pojawienie się Dzieci za niewiele 

bardziej zaskakujące niż pojawienie się różnych ras ludzkich, które rzekomo 

wyłoniły się kompletnie ukształtowane, a w każdym razie bez żadnej wyraźnej 

linii rozwojowej.

— Na pewno ma pan jakąś własną hipotezę — rzekłem.

— Nie — odpowiedział skromnie i po chwili dodał:

— Naturalnie staram się to przemyśleć, dojść do jakichś wniosków, na razie 

jeszcze nieugruntowanych, czasem niepokojących. Jakie to dziwne, że taki 

racjonalista jak ja, zaczyna się zastanawiać nad możliwością istnienia jakiejś 

zewnętrznej siły, która kieruje sprawami na Ziemi. Gdy rozglądam się wkoło, 

świat wydaje mi się chaotycznym terenem doświadczalnym, gdzie można by od czasu 

do czasu zrzucić jakiś nowy zarodek i obserwować, jak on się przyjmie, i jak 

będzie funkcjonował w naszym bezładzie. Jakież to fascynujące dla twórcy 

obserwować, czy jego dzieło sprawdza się! Czy tym razem to, co stworzył, będzie 

niosło zniszczenie, czy też znów da się zniszczyć!

— Wie pan co, Zellaby, powiem panu po męsku. Pan nie tylko dużo mówi, ale 

opowiada pan mnóstwo bzdur, a niektórym z nich nadaje pan akcent prawdy. 

Słuchacza to zbija z tropu.

— Drogi panie — odparł z lekką urazą. — Ja zawsze mówię serio. Trzeba odróżnić 

zawartość od opakowania. Czy wolałby pan, abym przemawiał tym monotonnym, 

dogmatycznym tonem, który nasi prostoduszni bracia uważają za gwarancję 

background image

szczerości?

— Chciałbym wiedzieć — powiedziałem stanowczo — czy dezawuując teorię ewolucji, 

może ją pan zastąpić jakąś poważną hipotezą?

— Nie podoba się panu moja opowieść o wynalazcy? Mnie też nie bardzo. Ale ma 

przynajmniej tę zaletę, że będąc równie nieprawdopodobna, jak wiele teorii 

religijnych, jest przynajmniej bardziej zrozumiała. Gdy mówię „wynalazca" 

niekoniecznie mam na myśli jednostkę, raczej zespół. Sądzę, że gdyby zespół 

naszych biologów i genetyków zamienił jakąś daleką wyspę w pole doświadczalne, 

nauczyłby się wiele, obserwując tam swoich osobników w konflikcie ekologicznym. 

Ostatecznie planeta jest niczym innym, jak tylko wyspą w przestworzach. Ale to 

tylko rozważania, nie żadna teoria.

Rozmawiając doszliśmy do drogi z Oppley. Zbliżaliśmy się już do Midwich, gdy 

jakaś postać skręciła z Hickham Lane i zaczęła powoli iść przed nami.

— Halo! — zawołał Zellaby. Bernard obejrzał się i zaczekał na nas.

— Nie wygląda pan na bardzo zadowolonego z rozmowy z Torran-cem — zauważył 

Zellaby.

— Wcale z nim nie rozmawiałem — powiedział Bernard. — Sądzę, że nie ma sensu go 

trudzić. Rozmawiałem z kilkorgiem waszych Dzieci.

— Nie z kilkorgiem — poprawił go Zellaby. — Rozmawia się albo ze zbiorowym 

chłopcem, albo ze zbiorową dziewczynką, albo z obojgiem.

— Przyjmuję korektę. Rozmawiałem ze wszystkimi Dziećmi, tak mi się przynajmniej 

zdaje. W sposobie prowadzenia rozmowy zarówno przez chłopca, jak i dziewczynkę 

wyczułem wyraźnie styl Zellaby'ego.

Zellaby zdawał się tym ucieszony.

— Biorąc pod uwagę, że uosabiamy lwa i jagnię, trzeba stwierdzić, że stosunki 

między nami były dobre — rzekł. — Rad jestem, że mój wychowawczy wpływ zostawił 

na nich pewien ślad. Jak się panu powiodło?

— „Powiodło" nie wydaje mi się w tym wypadku odpowiednim wyrażeniem — 

odpowiedział Bernard. — Zostałem poinformowany i pouczony. A w końcu obarczono 

mnie przekazaniem ultimatum.

— Naprawdę? A komu?

— Nie wiem dokładnie. Z grubsza komukolwiek, kto umożliwi im przelot.

— Dokąd?

— Tego mi nie powiedzieli. Przypuszczam, że do jakiejś miejscowości, gdzie nikt 

nie będzie ich molestować.

Streścił nam zwięźle argumenty Dzieci.

— Według nich — podsumował — ich pobyt tutaj stanowi zarzewie konfliktu, którego 

skutków nie da się już uniknąć. Dzieci nie można ignorować, ale każdy rząd, 

który będzie usiłować uporać się z nimi, napyta sobie moc kłopotów politycznych, 

jeśli mu się to nie uda, a niewiele mniej, jeżeli mu się powiedzie. Dzieci nie 

mają żadnych zamiarów agresywnych, i nie pragną, być zmuszone do obrony.

— Naturalnie — mruknął Zellaby. — Dla nich najważniejsze to przetrwać, aby 

ostatecznie zapanować.

— ... i dlatego w interesie obu stron jest dostarczenie im środków komunikacji — 

dokończył Bernard.

— Czyli gem dla Dzieci! — skomentował Zellaby.

—To dla nich trochę ryzykowne — wtrąciłem. — Wszyscy w jednym samolocie...

—Może pan być pewien, że wzięły to pod uwagę. Myślą o najdrobniejszych 

szczegółach. Ma być kilka samolotów. Postawi im się do dyspozycji ekipę, która 

każdy sprawdzi, czy nie ma bomb zegarowych i podobnych mechanizmów. Otrzymają 

spadochrony, które wyrywkowo sami wybiorą do kontroli. Zgłosili jeszcze wiele 

innych tego rodzaju zastrzeżeń.

— I pana zadaniem będzie przepchnąć tę propozycję przez gorset naszej 

biurokracji? Nie zazdroszczę. Jaka jest ich alternatywa?

— Nie ma żadnej. Może słowo „ultimatum" nie było tu na miejscu. „Żądanie" byłoby 

odpowiedniejsze. Powiedziałem Dzieciom, że nie sądzę, by ktoś zgodził się mnie 

wysłuchać, ale one uważają, że warto jednak spróbować, wychodząc z założenia, że 

uniknie się wielu kłopotów, załatwiając sprawę w spokoju. Gdybym jednak nie 

poradził sobie sam, co jest dla mnie pewne, proponują, że dwoje z nich będzie mi 

towarzyszyć za drugim podejściem. Nie jest to przyjemna perspektywa dla kogoś, 

kto widział do jakiego stanu ten ich „przymus" doprowadził komisarza policji. 

Nie widzę powodu, dlaczego nie mieliby zastosować swoich sposobów kolejno na 

coraz wyższych szczeblach aż do samej góry, w razie konieczności. Cóż ich 

background image

powstrzyma?

— Było widoczne, że to się zbliża, nieuchronnie, jak nadchodzące po sobie pory 

roku — rzekł Zellaby, otrząsnąwszy się z zadumy. — Ale sądziłem, że to się 

jeszcze przeciągnie i niezawodnie tak by było, gdyby nie masakra w Tonfu. To 

przyśpieszyło bieg wydarzeń. Przypuszczam, że Dzieci też nie są z tego 

zadowolone. Zdają sobie sprawę, że nie są jeszcze gotowe, aby sprostać zadaniu, 

które je czeka. Dlatego chcą wyjechać gdzieś, gdzie będą mogły spokojnie dojść 

do wieku dojrzałego. Stoimy wobec złożonego problemu moralnego: z jednej strony 

obowiązek, jaki mamy wobec naszej rasy i kultury zmusza nas do zlikwidowania 

Dzieci, gdyż jest jasne, że jeżeli tego nie zrobimy, one zapanują nad nami, a 

ich kultura, bez względu na to, jaka ona jest, zniszczy naszą; z drugiej strony, 

właśnie w imię tej kultury wzdragamy się przed bezlitosnym wymordowaniem nie 

uzbrojonej mniejszości. Istnieje jeszcze trzeci aspekt. Umożliwiając Dzieciom 

osiedlenie się gdzie indziej, obciążamy ich problemem nowe, zupełnie do tego 

nieprzygotowane otoczenie. To jest tylko wykrętna gra na zwłokę. Jakże poczciwi 

wydają się Wellsowscy Marsjanie! Znaleźliśmy się w jednej z tych

niefortunnych sytuacji, dla których nie ma żadnego etycznego rozwiązania. Ale w 

każdym trudnym położeniu istnieje możliwość podjęcia działania na dobro 

większości. Zatem Dzieci powinno się zlikwidować najtańszym kosztem, i w jak 

najkrótszym przeciągu czasu. Przykro mi, że doszedłem do tego wniosku. Przez te 

dziewięć lat zbliżyłem się do nich, i wbrew temu co mówi moja żona, prawie 

zaprzyjaźniliśmy się. Zamyślił się, po czym mówił dalej:

— To jest słuszna decyzja, ale oczywiście czynniki miarodajne nie zgodzą się na 

podjęcie takiego kroku, za co jestem im wdzięczny, gdyż nie byłoby innego 

wyjścia, jak jednocześnie zgładzić nas wszystkich.

Znów urwał na chwilę i potoczył wzrokiem po spokojnym krajobrazie; oblanym 

popołudniowym słońcem.

— Ja jestem już stary, nie będę już długo żył, ale mam młodszą żonę i synka, i 

chcę, żeby oni przetrwali. Nasze władze rozumieją sytuację, ale jeżeli Dzieci 

chcą wyjechać na pewno im to umożliwią. Humanitaryzm zatriumfuje nad obowiązkiem 

biologicznym. Czy nazwać to prawością, czy dekadencją? W ten sposób, fatalny 

dzień zostanie odroczony. Ale na jak długo?

W Kyle Manor czekał na nas podwieczorek, ale wypiwszy filiżankę herbaty Bernard 

wstał i zaczął się żegnać.

— Nie zdobędę już więcej informacji — powiedział. — Im wcześniej przedstawię 

moim nieufnym zwierzchnikom żądania Dzieci, tym prędzej przystąpi się do 

jakiegoś działania. Nie wątpię, że pana argumenty są słuszne — zwrócił się do 

Zellaby'ego—ale ze swej strony zrobię wszystko, aby Dzieci jak najprędzej 

opuściły nasz kraj. Byłem w życiu świadkiem wielu przykrych scen, ale żadna nie 

miała tak wyraźnej wymowy, jak pohańbienie waszego komisarza policji. 

Oczywiście, będę z wami w kontakcie.

Spojrzał na mnie i spytał:

— Jedziesz ze mną, Richardzie?

Zawahałem się. Janet była w Szkocji i miała wrócić dopiero za parę dni. W 

Londynie nie miałem nic do załatwienia, a problem Dzieci zafascynował mnie.

— Niech pan pozostanie — poprosiła Angela. — Oboje z mężem będziemy radzi mieć 

teraz towarzystwo.

Wyczułem, że mówiła szczerze i przyjąłem zaproszenie.

— Nie wiem czy twoje nowe stanowisko rzecznika Dzieci przewiduje osobę 

towarzyszącą. Prawdopodobnie, gdybym próbował wyjechać z tobą, zatrzymano by 

mnie — powiedziałem do Bernarda.

— Ten ich zakaz jest po prostu śmieszny — rzekł Zellaby. — Muszę ich namówić, 

żeby zaniechały tych absurdalnych poczynań.

Odprowadziliśmy Bernarda do samochodu i pomachaliśmy mu ręką na pożegnanie.

—Tak, gem dla Dzieci — powiedział Zellaby, gdy samochód zniknął za zakrętem. — A 

później może i set.

Wzruszył lekko ramionami i potrząsnął głową.

Rozdział XXI

Wielki Zellaby

— Moja droga — poprosił Zellaby żonę przy śniadaniu — jeżeli przypadkiem 

wybierasz się do Trayne, kup mi słoik lizaków.

Angela odwróciła wzrok od talerza i spojrzała na męża.

background image

— Kochanie — rzekła bez czułości w głosie — przede wszystkim, jeżeli pamiętasz, 

co zaszło wczoraj, to chyba rozumiesz, że nie ma mowy, żeby pojechać do Trayne. 

Po drugie nie mam najmniejszej ochoty zaopatrywać Dzieci w słodycze. A po 

trzecie, jeśli to znaczy, że zamierzasz dziś wieczorem pokazywać im filmy w 

Ośrodku, to sprzeciwiam się temu z całą stanowczością.

— Zakaz wyjazdu jest zniesiony — odparł Zellaby. — Wczoraj wieczorem przekonałem 

je, że to bezsensowne. Przecież ich zakładnicy nie mogą bez ich wiedzy 

zorganizować zbiorowej ucieczki; informacje przeciekają do nich choćby za 

pośrednictwem panny Lamb i panny Ogle. Ten zakaz sieje niepotrzebny niepokój. 

Połowa lub jedna czwarta mieszkańców stanowi dla nich dostateczne 

zabezpieczenie. Co więcej, zapowiedziałem, że jeśli nie przestaną naprzykrzać 

się ludziom na drogach i szosach, nie wygłoszę dziś wieczorem odczytu o wyspach 

na Morzu Egejskim.

— I naprawdę zgodziły się?

— Oczywiście. Dzieci nie są głupie. Dają się przekonać rozsądnym argumentom.

— Tak uważasz? Po tym wszystkim, czego byliśmy tu świadkami?

— Podobnie jak my wszyscy robią głupstwa pod wpływem strachu lub zaskoczenia, i 

—jak wszystkim młodym — zdarza im się przeholować. Są zaniepokojone i nerwowe, 

ale czy my nie bylibyśmy zdenerwowani, gdyby groziło nam to, co zdarzyło się w 

Tonfu?

— Nie rozumiem cię, Gordon. Dzieci spowodowały śmierć sześciu osób. Zabiły sześć 

osób i naraziły na poważny szwank, może i na trwałe kalectwo wiele innych. 

Przecież lada dzień to samo może spotkać każdego z nas. A ty bronisz ich 

stanowiska?

—Ależ nie, moja droga. Po prostu tłumaczę, że pod wpływem paniki mogą popełniać 

błędy, jak każdy z nas. Wiedzą, że któregoś dnia będą musiały walczyć z nami o 

przetrwanie i — pod wpływem strachu — omyliły się, sądząc, że ten dzień już 

nadszedł.

— Więc teraz nie możemy zrobić nic innego, tylko powiedzieć: „Szkoda, że przez 

omyłkę zabiliście sześć osób. No trudno, nie mówmy

0 tym więcej!"

— A co proponujesz? Czy wolałabyś zrażać ich sobie?

— Nie, ale skoro one są, jak utrzymujesz, nietykalne wobec prawa — choć nie 

rozumem po co jest prawo, które nie może przyjąć do wiadomości czegoś, o czym 

wszyscy wiedzą — to jeszcze nie znaczy, że musimy udawać, że w ogóle nic nie 

zaszło. Oprócz prawnych istnieją także sankcje społeczne.

Zellaby uśmiechnął się sceptycznie.

— Nie rozumiem cię — powtórzyła Angela. — Zapatrujemy się jednakowo na tak wiele 

spraw, mamy takie same zasady i poglądy, a teraz wydaje mi się, że cię 

straciłam. Nie możemy ignorować tego, co się stało; to by się równało 

pobłażaniu.

— Mamy różne kryteria, moja droga. Ty oceniasz według miary społecznej i widzisz 

zbrodnię. Ja biorę pod uwagą walkę żywiołów

1 dostrzegam tu tylko nieubłagane, pierwotne niebezpieczeństwo.

Ton, jakim wyrzekł ostatnie zdanie, był tak różny od normalnego sposobu jego 

wypowiedzi, że oboje spojrzeliśmy na niego z niepokojem. Po raz pierwszy odkąd 

go poznałem, zobaczyłem innego Zellaby'ego; wydał mi się jakby młodszy, a 

zarazem poważniejszy od dobrze nam znajomego szermierza słów. Ale wnet znów 

wrócił do dawnego stylu.

— Mądre jagnię nie drażni lwa — powiedział. — Przekonuje go, gra na zwłokę i 

jest dobrej myśli. Dzieci lubią lizaki i będą oczekiwać, że je przywiozę.

Przez chwilę patrzyli sobie z Angelą w oczy. Obserwowałem, jak wyraz zdziwienia 

i urazy znika z jej oczu, które spoglądały teraz na niego z tak bezgraniczną 

ufnością, że czułem się zażenowany, jak gdybym ich podglądał.

— Niestety — zwrócił się do mnie Zellaby — mam pilną robotę. Czy nie zechciałby 

pan dla uczczenia zniesienia zakazu towarzyszyć Angeli do Trayne?

Gdy w południe wróciliśmy do Kyle Manor, zastałem Zellaby'ego siedzącego na 

ogrodowym fotelu przed werandą. Nie słyszał moich kroków, i gdy na niego 

spojrzałem uderzyła mnie zmiana w jego wyglądzie. Przy śniadaniu wydał mi się 

młodszy i silniejszy, teraz robił wrażenie zmęczonego, starego człowieka. 

Zaćmionym wzrokiem wpatrywał się w dal, a lekki wiatr rozwiewał jego cienkie, 

siwe włosy. Gdy żwir zachrzęścił pod moimi stopami, odmienił się natychmiast. 

Wyraz zmęczenia i pustki zniknął z jego oczu i twarz, którą ku mnie zwrócił była 

background image

znowu jego normalną fizjonomią. Usiadłem i postawiłem obok niego duży słoik z 

lizakami. Patrzył na nie przez chwilę.

— Doskonale — rzekł. — Dzieci bardzo je lubią. Ostatecznie są jeszcze dziećmi 

przez małe „d".

— Nie chcę się wtrącać, ale czy to rozsądne iść do nich dziś wieczorem? Nie 

można przecież cofnąć zegara. Sytuacja zmieniła się; między nimi, a całym 

miasteczkiem zapanowała jawna wrogość. Dzieci na pewno podejrzewają, że podejmie 

się przeciwko nim jakieś działania. Jeżeli nawet ultimatum, które Bernard ma 

przekazać wyżej, zostanie przyjęte, to przecież nie od razu. Mówił pan, że 

Dzieci są podniecone; z pewnością są nadal podenerwowane... i niebezpieczne.

— Nie dla mnie — odparł Zellaby. — Zacząłem je uczyć zanim władze zajęły się 

sprawą kształcenia ich, i uczę je nadal. Nie mogę powiedzieć, że je rozumiem, 

ale sądzę, że znam je lepiej niż ktokolwiek inny. A co najważniejsze, one mają 

do mnie zaufanie.

Umilkł na pół leżąc w fotelu, wpatrzony w topole, w których szumiał wiatr.

— Zaufanie... — zaczął. Ale w tej chwili weszła Angela z karafką sherry i 

kieliszkami na tacy, przerwał więc, aby zapytać, co mówią o nas w Trayne. Przy 

obiedzie rozmawiał mniej niż zwykle, a potem poszedł do swego gabinetu. Nieco 

później zauważyłem, że wychodzi na swą codzienną, popołudniową przechadzkę, ale 

ponieważ nie poprosił, żebym mu towarzyszył usadowiłem się wygodnie na leżaku w 

ogrodzie. Wrócił na podwieczorek i ostrzegł mnie, żebym się solidnie najadł,

ponieważ, gdy wieczorem wykładał w Ośrodku, w domu podawano późno kolację.

Angela spróbowała raz jeszcze.

— Kochanie, czy nie uważasz, że... Chcę powiedzieć, że one widziały już 

wszystkie twoje filmy. Ten o Morzu Egejskim pokazałeś im już dwa razy. Czy nie 

można by odłożyć dzisiejszej projekcji i wypożyczyć dla nich jakiś nowy film?

— To jest dobry film, moja droga — odpowiedział Zellaby z lekką urazą. — Chętnie 

obejrzą go jeszcze raz. Zresztą nigdy nie powtarzam wykładu; o wyspach greckich 

znajdzie się zawsze coś więcej do powiedzenia.

O wpół do siódmej zaczęliśmy ładować do samochodu potrzebną mu aparaturę. Było 

tego mnóstwo. Do licznych skrzyń włożono już projektor, wzmacniacz, głośnik, 

puszki z filmami, magnetofon, żeby nagrać jego wykład. Wszystko to zostało 

wepchnięte do samochodu, a gdy umocowaliśmy mikrofon na dachu, można było 

pomyśleć, że wybieramy się raczej na safari niż na pogawędkę filmową.

Zellaby kręcił się wkoło nas, kontrolował, liczył skrzynie, sprawdzał czy 

załadowano wszystko, ze słojem cukierków włącznie; wreszcie uznał, że możemy 

jechać.

Odwrócił się ku Angeli.

— Prosiłem pana Gayforda, żeby mnie podwiózł i pomógł przy wyładunku — rzekł. — 

Bądź zupełnie spokojna!

Przyciągnął ją do siebie i ucałował.

— Gordon — zaczęła. — Gordon...

Obejmując ją jednym ramieniem, drugą ręką gładził jej twarz i zaglądając jej w 

oczy lekko potrząsnął głową z naganą.

— Ach, Gordon, tak się teraz boję Dzieci... Przypuśćmy, że one...

— Nie ma żadnego powodu do obaw, kochanie. Wiem, co robię. Odwrócił się, wsiadł 

do samochodu i odjechaliśmy, zostawiając

Angelę, żegnającą nas wzrokiem ze stopni ganku.

Dojechałem do Ośrodka w nie bardzo optymistycznym nastroju. Pozornie jednak nic 

nie usprawiedliwiało mojego niepokoju. Dom był duży, raczej brzydki, w stylu 

wiktoriańskim z dwoma bezsensownie wyglądającymi nowoczesnymi skrzydłami, 

dobudowanymi jako laboratoria w czasach pana Crimma. Trawnik przed domem nie 

zdradzał

żadnych śladów bijatyki, która niedawno miała tu miejsce, i chociaż ucierpiało 

sporo krzewów trudno było sobie wyobrazić gwałtowne zajścia, jakie się tu 

rozgrywały.

Ledwie zatrzymałem samochód, frontowe drzwi domu rozwarły się gwałtownie i 

kilkanaścioro Dzieci zbiegło po schodach, wołając chóralnie: „Halo, panie 

profesorze!" W jednej chwili otworzyli bagażnik i dwóch chłopców zaczęło podawać 

wyjmowane przedmioty swym kolegom, którzy zanosili je do szkoły. Dwie 

dziewczynki wbiegały na górę po schodach z mikrofonem, i zwiniętym w rolkę 

ekranem, trzecia z okrzykiem radości chwyciła słój z cukierkami i podążyła za 

background image

koleżankami.

— Uważajcie! — zawołał Zellaby, gdy chłopcy sięgnęli po cięższe skrzynie. — To 

krucha aparatura, trzeba się z nią delikatnie obchodzić!

Jeden z chłopców uśmiechnął się do niego, i podniósłszy z przesadną ostrożnością 

czarną skrzynkę podał ją koledze. W tej chwili w Dzieciach nie było nic 

tajemniczego, jedynie ich niezwykłe podobieństwo sprawiało, że wyglądali jak 

chór w operetce. Po raz pierwszy od tego przyjazdu pomyślałem sobie, że Dzieci 

mają w sobie też coś z dzieciaków. Przyglądałem mu się, gdy stojąc pośród nich 

uśmiechał się lekko, jakby z zamyśleniem. W tej chwili niepodobna było kojarzyć 

Dzieci z niebezpieczeństwem. Pomyślałem bezsensownie, że to w ogóle nie mogą być 

te Dzieci, że wszystkie teorie, obawy i zagrożenia musiały dotyczyć jakiejś 

innej grupy. Nie można było uwierzyć, że załamały krzepkiego Sir Johna; że 

wydane przez nie ultimatum zostało potraktowane tak poważnie, iż ma być 

przedłożone do rozpatrzenia przez najwyższe władze państwowe.

— Mam nadzieję, że frekwencja będzie dobra — powiedział Zellaby pytająco.

— O tak, proszę pana — zapewnił go jeden z chłopców. — Będą wszyscy, oczywiście 

z wyjątkiem Wilfreda, który przebywa w izbie chorych.

— Jak on się czuje?

— Bolą go jeszcze plecy, ale usunięto śrut i lekarz mówi, że wszystko będzie 

dobrze.

Uczucie rozłamu narastało we mnie. Byłem bliski przypuszczenia, że padliśmy 

ofiarą jakiegoś okropnego nieporozumienia co do Dzieci; jednocześnie wydawało mi 

się nieprawdopodobne, że stojący obok mnie Zellaby, to ten sam człowiek, który 

dziś rano mówił o „bezlitosnym, pierwotnym niebezpieczeństwie".

Z samochodu wyjęto już ostatnią skrzynkę. Pamiętam, że była już w bagażniku, gdy 

rozpoczęliśmy załadunek. Musiała być ciężka, gdyż niosło ją z widocznym 

wysiłkiem dwóch chłopców. Zellaby śledził ich uważnie, a gdy wnieśli ją już na 

schody, zwrócił się do mnie.

— Bardzo panu dziękuję za pomoc—powiedział tonem pożegnania. Byłem rozczarowany. 

Nowy aspekt Dzieci fascynował mnie.

Chciałem obserwować je na wykładzie, gdy będą wszystkie razem, nie spięte i nie 

czujne, gdy staną się zwykłymi dziećmi. Zellaby zauważył moją minę.

— Naturalnie zaprosiłbym pana na nasz pokaz, ale muszę przyznać, że niepokoję 

się o Angelę — wyjaśnił. — Wie pan, jak bardzo ona się martwi. Zawsze bała się 

Dzieci, a ostatnie kilka dni wyprowadziło ją z równowagi. Jestem pewien, że 

wolałaby nie być sama dziś wieczorem. Miałem nadzieję, że pan mój drogi, zechce 

jej towarzyszyć. Oddałby pan nam wielką przysługę.

— Ależ oczywiście — rzekłem. — Co za gbur ze mnie, że o tym nie pomyślałem! 

Oczywiście zaraz do niej pojadę.

Cóż innego można było powiedzieć? Uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

— Doskonale. Serdecznie panu dziękuję. Wiem, że na panu można polegać.

Odwrócił się z uśmiechem do kilkorga Dzieci, które kręciły się w pobliżu.

— Zaczynają się niecierpliwić — zauważył. — No, prowadź mnie, Priscillo!

— Ja jestem Helena, proszę pana — powiedziała dziewczynka.

— Dobrze, mniejsza o to. Chodźmy, moja droga! — rzekł Zellaby i zaczęli razem 

wchodzić po schodach.

Jechałem powoli do Kyle Manor. Zauważyłem, że „Pod Kosą i Kamieniem" panuje 

ożywiony ruch i miałem ochotę wstąpić na chwilę, żeby zorientować się jakie 

nastroje panują w miasteczku, ale przypomniałem sobie prośbę Zellaby'ego i 

pojechałem dalej.

Przybywszy na miejsce zawróciłem samochód, i ustawiwszy go tak, aby był gotów, 

gdy później wyjadę po Zellaby'ego, wszedłem do domu.

Angela siedziała przy oknie w bawialni, słuchając przez radio kwartetu Haydna. 

Gdy wszedłem odwróciła ku mnie głowę, a na widok jej twarzy pomyślałem, że 

Zellaby miał rację prosząc, abym jej towarzyszył

— Powitanie było entuzjastyczne — rzekłem w odpowiedzi na nieme pytanie w jej 

oczach. — Gdyby nie to ich zdumiewające podobieństwo można by je wziąć za 

gromadkę zwykłych, sympatycznych uczniaków' Teraz nie wątpię, że pani mąż ma 

rację mówiąc, że Dzieci mu ufają

— Być może — przyznała — aleja nie ufam im od czasu, gdy zmusiły swoje matki do 

powrotu, do Midwich. Potem jakoś przestałam się tym trapić, ale od wypadku Jima 

Pawle'a zaczęłam się ich bać. Na szczęście wysłaliśmy stąd wtedy Michaela. Nie 

można przewidzieć, co i kiedy zechcą znów zrobić. Nawet Gordon przyznaje, że są 

background image

nerwowe i łatwo ulegają panice. To nonsens, że siedzimy tutaj i pozwalamy, aby 

nasze życie zależało od ich nastrojów i humorów. Czy pan sobie wyobraża, że ktoś 

weźmie na serio „ultimatum" pułkownika Westcota? Na pewno nie. A wobec tego 

Dzieci będą musiały zrobić coś, aby dowieść, że nie wolno ich lekceważyć, że 

trzeba je wysłuchać. Będą musiały o tym przekonać trzeźwo myślących, upartych, 

twardych ludzi, a Bóg wie, jakich w tym celu użyją środków. Po tym, co zaszło, 

żyję w nieustannym strachu. One mogą ważyć się na wszystko!

— Ale zademonstrowanie swoich możliwości w Midwich nie wiele by im dało — 

powiedziałem, aby ją pocieszyć. Muszą tego dokonać w jakimś liczącym się 

miejscu. Przecież zagroziły, że pojadą z Bernardem do Londynu. Gdyby z którąś 

tamtejszą grubą rybą obeszły się tak, jak tu z Sir Johnem...

Przerwał mi przeraźliwy, ostry błysk i wstrząs, który zakołysał domem.

— Co...? — zacząłem, ale urwałem natychmiast.

Przez otwarte okno wpadł pęd powietrza, który o mało nie poderwał mnie z 

krzesła, a potem potężna fala ogłuszających huków i trzasków, od których chwiał 

się cały dom.

Rozległ się ogłuszający wybuch, łoskot walących się murów, brzęk tłukącego się 

szkła i... cisza.

Rzuciłem się ku otwartym drzwiom na taras. Przebiegłem koło Angeli, 

znieruchomiałej na swoim krześle i wybiegłem na trawnik. Pozrywane z drzew 

liście zasłaniały niebo, wolno opadając na dół. Odwróciłem się, żeby spojrzeć na 

dom. Kłęby poszarpanych pnączy odpadły od ścian i w strzępach zwisały ku ziemi. 

Z zachodniej ściany domu ziały na mnie ślepe okna, z których wyleciały wszystkie 

szyby.

Gdy obejrzałem się zobaczyłem nad drzewami biały i czerwony blask. Natychmiast 

zrozumiałem, co się stało.

Pobiegłem z powrotem do domu. Krzesło Angeli w bawialni było puste. Zawołałem 

ją, ale nie było odpowiedzi.

Znalazłem ją wreszcie w gabinecie Zellaby'ego. Pokój zasypany był potłuczonym 

szkłem. Jedna z zerwanych zasłon okiennych leżała na kanapie, rodzinne 

fotografie pospadały z gzymsu nad kominkiem i porozbijane walały się wokół 

paleniska. Angela siedziała w fotelu Zellaby'ego, pochylona do przodu, z głową 

na spoczywających, na biurku ramionach. Nie poruszyła się, gdy wszedłem.

Gdy otworzyłem drzwi, przez puste ramy okienne wpadł do pokoju przeciąg i porwał 

kartkę papieru, która sfrunęła z biurka na podłogę. Podniosłem ją. Rozpoznałem 

spiczaste pismo Zellaby'ego. Nie potrzebowałem jej czytać. Wszystko stało się 

dla mnie jasne z chwilą, gdy zobaczyłem czerwonobiałą łunę nad Ośrodkiem i 

przypomniałem sobie parę szczególnie ciężkich skrzyń, zawierających rzekomo 

sprzęt nagłośniający i filmowy. Gdy odkładałem list na biurko obok nieruchomej 

Angeli, rzuciło mi się w oczy kilka środkowych linijek:

— „...doktor ci potwierdzi, to kwestia kilku tygodni, w najlepszym razie 

miesięcy, więc nie miej do mnie żalu, najmilsza! A jeśli chodzi o samą sprawę, 

to od tak dawna żyjemy w innych, nowych warunkach, że zapomnieliśmy o starych 

maksymach: Si fueris Romae, vivito morę. To całkiem rozsądna zasada, ale można 

sformułować ją dobitniej: Jeżeli chcesz utrzymać się przy życiu w dżungli, 

musisz stosować jej prawa".