background image

John Wyndham

Dziwne Historie

Przekład Małgorzata Golewska - Stafiej i Leszek Stafiej

Consider her ways and others (wybór)

Copyright © John Wyndham 1956, 1961

Sleepers of Mars (wybór)

Copyright© 1938, 1931, 1933, 1934, 1933

background image

DZIWNA HISTORIA

Jednego z ostatnich dni grudnia 1958 roku pan Reginald Aster w odpowiedzi 

na zaproszenie przybył do biura prawnego “Cropthorne, Daggit and Howe” przy 

Bedford Rów, gdzie został przyjęty przez niejakiego pana Frattona, sympatycznego 

młodzieńca, który mimo Ŝe miał zaledwie około trzydziestki, pełnił juŜ funkcję 

dyrektora firmy po zgonie panów C., D. i H.

Kiedy zaś ów pan Fratton poinformował go, iŜ na mocy testamentu świętej 

pamięci sir Andrew Vincella stał się beneficjentem spadku sześciu tysięcy Akcji 

Zwyczajnych w przedsiębiorstwie British Vinvinyl Ltd, wydawało się, Ŝe - jak młody 

człowiek wyraził się potem w rozmowie z kolegą - pana Astera zatkało.

Odpowiednia klauzula stwierdzała, iŜ zapisu dokonano “w uznaniu niezwykle 

cennej przysługi, jaką spadkobierca niegdyś mi wyświadczył”. Testament nie 

precyzował charakteru owej przysługi, a wszelkie dalsze dociekania na ten temat 

przekraczały zakres obowiązków pana Frattona, chociaŜ trzeba przyznać, Ŝe 

powściągał ciekawość z niemałym trudem.

Nieoczekiwany spadek, przy cenie osiemdziesięciu trzech szylingów i sześciu 

pensów za akcję, pojawił się w niezwykle stosownym momencie dla interesów pana 

Astera; sprzedaŜ nieznacznej tylko części akcji umoŜliwiła mu rozwiązanie kilku 

palących problemów. W trakcie dopełniania związanych z tym formalności obaj 

panowie spotkali się kilkakrotnie. Po pewnym czasie doszło do tego, Ŝe pan Fratton, 

powodowany niezaspokojoną ciekawością, znalazł się znacznie bliŜej granicy 

zawodowej dyskrecji, niŜ mu się to zazwyczaj zdarzało, i pozwolił sobie tytułem 

próby na rzucenie niezobowiązującej uwagi:

- Pan niezbyt dobrze znał sir Vincella, prawda?

Pan Aster gdyby tylko chciał, mógłby bez trudu odparować taką zaczepkę, 

udzielając jakiejś wymijającej odpowiedzi. Nie uczynił tego jednak. Wręcz 

przeciwnie, spojrzał z namysłem na swego rozmówcę i powiedział:

- Widziałem go raz w Ŝyciu. Nie dłuŜej niŜ półtorej godziny.

- Tak teŜ przypuszczałem - wyznał pan Fratton, dając nieco jawniejszy wyraz 

swemu zdziwieniu. - Czy było to mniej więcej w czerwcu ubiegłego roku?

- Dokładnie dwudziestego piątego czerwca - sprecyzował pan Aster.

- I nie spotkał go pan nigdy przedtem?

background image

- Nie. Ani przedtem, ani potem.

Pan Fratton pokręcił głową na znak, Ŝe nic nie pojmuje. Po chwili milczenia 

pan Aster dodał:

- Widzi pan... jest coś dziwnego w całej tej sprawie.

Pan Fratton kiwnął głową w milczeniu, pan Aster zaś ciągnął dalej:

- Chciałbym... moŜe ma pan jutro wolny wieczór? Zjedlibyśmy wspólnie 

kolację, co pan na to?

Pan Fratton miał wolny wieczór. MęŜczyźni zjedli kolację w klubie, po czym 

przeszli do zacisznego salonu na kawę i cygaro. Po dłuŜszym namyśle pan Aster 

powiedział:

- Szczerze mówiąc, wolałbym, Ŝeby ta historia z Vincellem była nieco 

jaśniejsza. Nie bardzo wiem... Po prostu coś mi się w niej nie klei. Zresztą będzie 

chyba lepiej, jeŜeli opowiem panu wszystko od początku. OtóŜ było tak:

Wieczór dwudziestego piątego czerwca był jednym z niewielu ładnych 

wieczorów tego brzydkiego lata. Z przyjemnością wracałem więc do domu piechotą. 

Nie spieszyłem się wcale i nawet zastanawiałem się, czyby nie wstąpić na małego 

drinka, kiedy nagle dostrzegłem starszego męŜczyznę, który stał na chodniku przy 

Thanet Street, jedną ręką przytrzymując się barierki, i rozglądał się wokół 

nieprzytomnym, szklistym wzrokiem.

Jak panu wiadomo, w tej części Londynu roi się, zwłaszcza latem, od 

przybyszów z całego świata, którzy często miewają taki właśnie zagubiony wygląd. 

Ale ten starszy pan - miał dobrze po siedemdziesiątce - nie był turystą. Z pewnością 

nim nie był. Wyglądał szykownie - takie spostrzeŜenie nasunęło mi się na jego widok. 

Miał szpiczastą, siwą, starannie przystrzyŜoną bródkę, czarny pilśniowy porządnie 

wy-szczotkowany kapelusz, ciemny garnitur, świetnie skrojony i w doskonałym 

gatunku, drogie buty oraz równie drogi, gustowny jedwabny krawat. Takich 

dŜentelmenów spotyka się czasem w naszej dzielnicy, kiedy zniesie ich z codziennej 

trasy. W pojedynkę, szklistoocy, pokazują się w miejscach publicznych nader rzadko. 

Kilku przechodniów idących przede mną rzuciło mu krótkie spojrzenie, a oceniwszy 

stan, w jakim się znajdował, szło dalej. Ja natomiast odniosłem wraŜenie, Ŝe człowiek 

ten wcale nie jest podchmielony. Wyglądał raczej na przestraszonego. Dlatego teŜ 

zatrzymałem się przy nim.

- Czy pan źle się czuje? - zapytałem. - Czy mam złapać taksówkę? 

background image

Spojrzał na mnie. Wzrok miał mętny, ale twarz inteligentną, nieco ascetyczną; 

białe, krzaczaste brwi czyniły ją jeszcze szczuplejszą. Wydało mi się, Ŝe nie od razu 

mnie dostrzegł. Na moje pytanie zareagował z opóźnieniem i wyraźnym wysiłkiem.

- Nie - odparł niepewnie. - Nie, dziękuję. Nic... Nic mi nie jest. 

Widać było, Ŝe nie mówi całej prawdy, ale nie dał mi jednoznacznie do 

zrozumienia, Ŝe chce mnie odprawić. A skoro juŜ go zaczepiłem, nie miałem zamiaru 

tak go zostawić.

- PrzeŜył pan chyba jakiś szok? - powiedziałem. 

Przeniósł wzrok na ulicę. Pokiwał głową, ale nic nie odrzekł.

- Tu niedaleko jest szpital... - zacząłem, lecz nieznajomy zaprotestował 

ruchem głowy.

- Nie, nie - zapewnił. - Zaraz mi przejdzie.

Nadal mnie nie odprawiał, przeciwnie, miałem wraŜenie, iŜ nie chce, Ŝebym 

się oddalił. Rozglądał się wokół, potem skierował wzrok na siebie. Wtedy zamarł i 

zesztywniał: patrzył w dół na swoje ubranie ze zdumieniem, które musiało być 

szczere. Puścił barierkę i podniósł rękę, wpatrując się w rękaw marynarki, potem 

jakby zauwaŜył dłoń - kształtną, wypielęgnowaną, ale wyschniętą ze starości, 

pomarszczoną w stawach, oplecioną wypukłymi Ŝyłami. Na małym palcu tkwił złoty 

sygnet...

Wie pan, czyta się nieraz o oczach wychodzących z orbit, lecz ja widziałem to 

naprawdę. Rzeczywiście wyglądały tak, jakby lada moment miały wyskoczyć z 

czaszki. Jego wyciągnięta ręka zaczęła niepokojąco drŜeć. Chciał coś powiedzieć, ale 

głos uwiązł mu w gardle. Przeraziłem się, Ŝe to zawał.  

- Niedaleko stąd jest szpital... - zacząłem znowu, lecz on ponownie 

zaprotestował.

Nie bardzo wiedziałem, co robić. Przyszło mi do głowy, Ŝe powinien gdzieś 

usiąść albo moŜe wypić kieliszek brandy. Kiedy mu to zaproponowałem, nie 

powiedział ani tak, ani nie, lecz ruszył za mną posłusznie przez ulicę do pobliskiego 

Wilburn Hotel. Zaprowadziłem go do stolika w kawiarni i zamówiłem dwie podwójne 

brandy. Gdy odwróciłem wzrok od kelnera, nieznajomy patrzył w głąb kawiarni z 

wyraźnym przeraŜeniem na twarzy. Spojrzałem w tym samym kierunku. Przyglądał 

się swemu odbiciu w lustrze.

Wpatrywał się w nie z napiętą uwagą. Zdjął kapelusz i połoŜył go na krześle 

obok. Podniósł wciąŜ drŜącą rękę i dotknął najpierw brody, następnie posrebrzonych 

background image

siwizną włosów. A potem siedział juŜ bez ruchu z oczyma utkwionymi w lustro.

Poczułem ulgę, kiedy przyniesiono brandy. On najwyraźniej teŜ. Dolał sobie 

trochę wody sodowej i wychylił kieliszek jednym haustem. Jego dłoń uspokoiła się 

nieco, policzki nabrały koloru, ale wciąŜ patrzył przed siebie. Nagle podniósł się 

zdecydowanym ruchem.

- Przepraszam pana na moment - powiedział uprzejmie. 

Przeszedł między stolikami, stanął przed lustrem i przez pełne dwie minuty 

studiował z bliska swoje odbicie. Wrócił na miejsce. ChociaŜ jeszcze nie odzyskał 

pewności siebie, poruszał się nieco bardziej zdecydowanie. Przywołał kelnera i 

wskazał nasze puste kieliszki. Spojrzał na mnie jakoś dziwnie i oświadczył:

- Winien panu jestem przeproszenie. Był pan dla mnie niezwykle uprzejmy.

- Ale skądŜe! - zapewniłem. - Cieszę się, Ŝe mogłem panu słuŜyć pomocą. 

Wszystko wskazuje na to, Ŝe przeŜył pan jakiś przykry wstrząs.

- Hm... Kilka wstrząsów naraz - przyznał, po czym dodał: - Ciekawe, Ŝe 

wyobraŜenia senne tak dobrze potrafią naśladować rzeczywistość, kiedy damy im się 

zaskoczyć.

Nie wydawało mi się, by moŜna było udzielić na to jakiejś sensownej 

odpowiedzi, nawet więc nie próbowałem.

- Z początku to bardzo denerwujące - uzupełnił ze sztucznym oŜywieniem.

- CóŜ więc się panu przydarzyło? - zapytałem, nadal nie wiedząc, o co mu 

chodzi.

- To moja wina, tylko moja wina... Wszystko przez ten pośpiech - wyjaśnił. - 

Przechodziłem właśnie przez ulicę za tramwajem, gdy nagle dostrzegłem drugi, 

nadjeŜdŜający z przeciwka. Był tuŜ-tuŜ. Musiał mnie potrącić.

- Ach, tak! - odparłem. - No tak, rozumiem... Ale gdzie to się stało?

- Tu obok, na Thanet Street - powiedział.

- Ale... ale nie widać, Ŝeby był pan ranny - zauwaŜyłem.

- No właśnie - przyznał z zakłopotaniem. - Wygląda na to, Ŝe nie jestem ranny.

Nie był ranny ani posiniaczony, a jego ubranie, jak juŜ wspomniałem, 

prezentowało się nienagannie. Poza tym... poza tym szyny na Thanet Street zerwano 

chyba ćwierć wieku temu. Nie byłem pewien, czy powinienem mu o tym mówić. 

Postanowiłem odłoŜyć to na później. Kelner postawił przed nami pełne kieliszki. 

Nieznajomy sięgnął do kieszeni kamizelki i zaraz spuścił wzrok, skonsternowany.

- Moja portmonetka! Mój zegarek! - wykrzyknął. 

background image

Wręczyłem kelnerowi banknot funtowy, wydał mi resztę, a mój gość 

przyglądał się temu z uwagą. Kiedy kelner oddalił się, powiedziałem:

- Pan wybaczy, ale mam wraŜenie, Ŝe w następstwie tego wstrząsu musiał pan 

doznać zaniku pamięci. Czy pan... czy pamięta pan, kim pan jest?

Zmierzył mnie surowym spojrzeniem i nie wyjmując palca z kieszeni 

kamizelki odparł z nutą podejrzliwości w głosie:

- Kim jestem? Oczywiście Ŝe pamiętam. Jestem Andrew Vincell. Mieszkam 

niedaleko stąd, przy Hart Street.

Po chwili wahania sprostowałem:

- Kiedyś była tu Hart Street. Ale jej nazwę zmieniono, o ile się nie mylę, w 

latach trzydziestych. W kaŜdym razie jeszcze przed wojną.

Wyraźnie stracił pewność siebie, której pozory starał się zachować, i przez 

moment siedział w milczeniu. Potem pomacał wewnętrzną kieszeń marynarki i 

wyciągnął stamtąd portfel - wykonany z dobrze wyprawionej skóry, ze złotymi 

okuciami na rogach i z wyciśniętymi inicjałami A. V. Przyjrzał mu się z ciekawością, 

połoŜył na stole i otworzył. Z lewej przegródki wyjął banknot funtowy i zmarszczył 

brwi, potem zaś banknot pięciofuntowy, który zdziwił go jeszcze bardziej.

Bez słowa ponownie sięgnął do kieszeni i wyjął podłuŜną ksiąŜeczkę, 

stanowiącą zapewne komplet z portfelem. W jej lewym dolnym rogu równieŜ 

widniały litery A. V., natomiast w lewym górnym rogu był napis: “Notes. 1958”. 

Długo przyglądał się jej, zanim podniósł oczy na mnie.

- Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt osiem? - zapytał niepewnie.

- Tak - potwierdziłem.

Po kolejnej długiej pauzie powiedział zupełnie jak dziecko:

- Nic nie rozumiem. A gdzie moje Ŝycie? Co się stało z moim Ŝyciem? 

Jego twarz przybrała teraz Ŝałosny, ponury wyraz. Podsunąłem mu kieliszek. 

Wypił łyk brandy. Otworzył notes i zauwaŜył zamieszczony na pierwszej stronie 

kalendarz.

- O BoŜe! - wyszeptał. - To jest... to jest za bardzo prawdziwe. Co się ze mną 

stało?

- Częściowy zanik pamięci w następstwie przeŜytego szoku nie jest niczym 

niezwykłym. Zazwyczaj po pewnym czasie pamięć powraca. MoŜe zajrzy pan tutaj... - 

wskazałem portfel. - Z pewnością coś pan tu znajdzie i zaraz wszystko się panu 

przypomni.

background image

Najpierw zawahał się, potem jednak sięgnął do prawej przegródki portfela. 

Wyjął kolorową fotografię, niewątpliwie grupowe zdjęcie rodzinne. On sam stał w 

ś

rodku, o jakieś pięć czy sześć lat młodszy, w tweedowym garniturze, obok 

męŜczyzny lat około czterdziestu pięciu o podobnych rysach. Były tam takŜe dwie 

nieco młodsze kobiety oraz czwórka kilkunastoletnich dzieci, dwie dziewczynki i 

dwóch chłopców. W głębi, za starannie przystrzyŜonym trawnikiem, widniał fragment 

fasady osiemnastowiecznego domu.

- Nie sądzę, by musiał się pan martwić o swoje Ŝycie - zauwaŜyłem. - Wygląda 

na to, Ŝe wiedzie się panu całkiem dobrze. 

Następnie nieznajomy wyjął z portfela trzy karty wizytowe przedzielone 

cienką bibułką, na których wytłoczone było tylko nazwisko: “Sir Andrew Vincell”, 

bez adresu, oraz kopertę zaadresowaną: “Sir Andrew Vincell, OBE, British Vinvinyl 

Plastics Ltd”, gdzieś we wschodniej dzielnicy Londynu.

Potrząsnął głową, pociągnął łyk brandy, jeszcze raz spojrzał na kopertę i 

roześmiał się sztucznie. Opanował się z wyraźnym wysiłkiem i orzekł stanowczym 

tonem:

- To jest jakiś głupi sen. Jak się z tego obudzić? 

Zamknął oczy i wyrecytował z determinacją:

- Nazywam się Andrew Vincell. Mam dwadzieścia trzy lata. Mieszkam przy 

Hart Street numer czterdzieści osiem. Pracuję jako praktykant w firmie 

dyplomowanych księgowych Penberthy and Truli, Bloomsbury Square numer sto 

dwa. Jest 12 lipca 1906 roku. Dziś rano zostałem potrącony przez tramwaj na Thanet 

Street. Musiał mnie porządnie stuknąć, bo mam halucynacje. JuŜ!

Otworzył oczy i szczerze się zdziwił, widząc mnie wciąŜ przed sobą. Znów 

spojrzał na kopertę i jego twarz zapłonęła gniewem.

- Sir Andrew Vincell! - krzyknął z oburzeniem. - Vinvinyl Plastics Limited! 

Co to, u diabła, ma znaczyć?

- Czy nie uwaŜa pan - podsunąłem - iŜ naleŜałoby przyjąć, Ŝe jest pan 

członkiem tego przedsiębiorstwa, a nawet, jak wiele na to wskazuje, jednym z jego 

dyrektorów?

- Ale przecieŜ juŜ panu mówiłem... - urwał. - Co to jest ten plastik? - ciągnął 

dalej. - Mnie się to kojarzy tylko z plasteliną. A co ja mogę mieć wspólnego z 

plasteliną?

Biłem się z myślami. Według wszelkiego prawdopodobieństwa wstrząs, czy 

background image

cokolwiek to było, wymazał z jego pamięci jakieś pięćdziesiąt lat. Przyszło mi do 

głowy, Ŝe pobudzę, być moŜe, jego pamięć, poruszając jakiś dobrze mu znany i waŜny 

dla niego temat. Stuknąłem w blat stołu.

- To na przykład jest plastik - stwierdziłem. 

Przyjrzał się blatowi, postukał weń paznokciami.

- Dla mnie to nie jest Ŝaden plastik. PrzecieŜ to jest twarde - powiedział.

Spróbowałem wyjaśnić.

- Zanim stwardniał, był plastyczny. Istnieje wiele rodzajów plastiku. Ta 

popielniczka, pokrycie krzesła, na którym pan siedzi, to pióro, okładka mojej 

ksiąŜeczki czekowej, płaszcz przeciwdeszczowy tamtej kobiety, jej torebka, rączka 

parasolki i dziesiątki innych przedmiotów wokół nas. Nawet moja koszula jest utkana 

z plastiku.

Przez pewien czas siedział w milczeniu, z coraz większym zainteresowaniem 

przenosząc wzrok kolejno na wymieniane przeze mnie przedmioty. Na koniec 

skierował spojrzenie na mnie; wyraŜało silne skupienie. Lekko drŜał mu głos, kiedy 

zapytał ponownie:

- To naprawdę jest rok 1958?

- Z całą pewnością - zapewniłem. - JeŜeli pan nie wierzy własnemu notesowi, 

to za barem wisi drugi kalendarz.

- Nie ma koni - zamruczał do siebie - i drzewa na placu są takie wysokie... Sen 

nigdy nie bywa tak konsekwentny, nie do tego stopnia...

- Zamilkł na moment, po czym nagle wybuchnął: - Na Boga! JeŜeli to 

prawda... - Spojrzał na mnie z błyskiem podniecenia w oku. - Proszę mi opowiedzieć 

o tym plastiku - zaŜądał niecierpliwie.

Nie jestem chemikiem i wiem o plastiku nie więcej niŜ kaŜdy przeciętny 

człowiek. Skoro jednak wyraźnie zapalił się do tematu, a jak wspomniałem, 

wydawało mi się, Ŝe znajomy temat moŜe oŜywić jego pamięć, postanowiłem 

spróbować. Wskazując na popielniczkę, powiedziałem:

- Jeśli się nie mylę, to jest bakelit, jeden z najwcześniejszych plastików 

termoutwardzalnych. Opatentował go niejaki Baekeland, gdzieś w roku 1909. To ma 

jakiś związek z formaldehydem i fenolem.

- Termoutwardzalny? Co to znaczy? - zapytał. 

Wytłumaczyłem, jak mogłem najlepiej, po czym przystąpiłem do dzielenia się 

z nim strzępami wiadomości, jakie posiadam na temat łańcuchów molekularnych, 

background image

polimeryzacji i tak dalej oraz niektórych cech i zastosowań. Wcale nie odniosłem 

wraŜenia, Ŝe wykładam zawiłości chemii własnej babce: mój rozmówca słuchał w 

skupieniu, od czasu do czasu powtarzając jakiś wyraz, jakby chciał go sobie wbić do 

głowy. ChociaŜ fakt, Ŝe zawisnął na moich ustach, dosyć mi nawet pochlebiał, 

bynajmniej nie sądziłem, Ŝe moje słowa w jakikolwiek sposób przyczyniły się do 

przywrócenia mu pamięci.

Rozmawialiśmy - a właściwie ja mówiłem - blisko godzinę, a on przez cały 

czas siedział z mocno splecionymi dłońmi słuchając mnie pilnie, w napięciu. Potem 

zauwaŜyłem, Ŝe brandy przestała juŜ działać, i mój rozmówca znowu popadł w stan 

przygnębienia.

- Myślę, Ŝe będzie lepiej, jeśli odprowadzę pana do domu - zaproponowałem. - 

Czy pamięta pan swój adres?

- Hart Street czterdzieści osiem - odparł.

- Nie, mam ma myśli pański obecny adres - skorygowałem. Lecz on nie 

słuchał. Na jego twarzy wciąŜ malowało się głębokie wewnętrzne skupienie.

- śebym tylko zapamiętał... Ŝebym zapamiętał, kiedy się obudzę - wymamrotał 

z desperacją, raczej do siebie niŜ do mnie, po czym znów podniósł na mnie wzrok.

- Jak brzmi pańskie nazwisko? - zapytał.

Przedstawiłem się. 

- To takŜe postaram się zapamiętać - zapewnił z niezwykłą powagą.

Pochyliłem się nad stołem i otworzyłem notes na pierwszej stronie. Widniało 

tam jego nazwisko i adres przy Upper Grosvenor Street. ZłoŜyłem razem portfel i 

notes i wsunąłem mu do ręki. Wcisnął je automatycznie do kieszeni i siedział 

nieobecny, zapatrzony w przestrzeń, podczas gdy portier poszedł wezwać taksówkę.

Drzwi eleganckiego mieszkania otworzyła nam kobieta w średnim wieku, 

przypuszczalnie gospodyni. Poradziłem, by wezwała lekarza sir Vincella, i 

zaczekałem na jego przybycie, Ŝeby wyjaśnić  co zaszło.

Następnego wieczora zadzwoniłem, by dowiedzieć się o zdrowie chorego. 

Jakiś młodszy kobiecy głos poinformował mnie, Ŝe po zaŜyciu środka uspokajającego 

sir Vincell spał dobrze, obudził się nieco zmęczony, ale przyszedł juŜ całkowicie do 

siebie i nie przejawia Ŝadnych oznak zaniku pamięci. Doktor nie widział powodów do 

niepokoju. Podziękowała mi za opiekę i za doprowadzenie go do domu. I na tym 

koniec.

Właściwie zapomniałem o całym tym zdarzeniu aŜ do chwili, gdy w grudniu 

background image

przeczytałem w gazecie o jego śmierci.

Pan Fratton przez jakiś czas milczał, potem zaciągnął się głęboko dymem z 

cygara, wypił łyk kawy, wreszcie stwierdził niezbyt błyskotliwie:

- Niezwykła sprawa.

- TeŜ tak sądziłem... i sądzę nadal - powiedział pan Aster.

- Widzi pan - zaczął pan Fratton - rzeczywiście wyświadczył mu pan 

przysługę. Ale, pan wybaczy, trudno powiedzieć, Ŝeby zasługiwała ona aŜ na sześć 

tysięcy akcji wartych po funcie kaŜda, przy cenie osiemdziesięciu trzech szylingów 

sześciu pensów za jedną.

- To prawda - zgodził się pan Aster.

- A co dziwniejsze - dodał pan Fratton - spotkał go pan latem ubiegłego roku. 

Natomiast testament zawierający zapis został sporządzony i podpisany siedem lat 

temu. - Pan Fratton z namysłem zaciągnął się cygarem. - I myślę, Ŝe nie będę zbyt 

niedyskretny, jeśli powiem równieŜ, iŜ zastąpił on testament spisany dwanaście lat 

wcześniej, który takŜe zawierał rzeczoną klauzulę. - Pan Fratton przyglądał się 

swojemu rozmówcy w zadumie. 

- Ja juŜ dałem sobie z tym spokój - wyznał pan Aster - ale jeŜeli zbiera pan 

kurioza, to proszę takŜe odnotować następujący fakt. - Wyjął z kieszeni marynarki 

portfel, a z niego wycinek gazety, opatrzony nagłówkiem: “Zgony. Sir Andrew 

Vincell, Pionier Plastiku”. Odszukawszy właściwy fragment tekstu w połowie 

kolumny, odczytał go na głos:

“Jest rzeczą znamienną, Ŝe w młodości sir Andrew Vincella nic nie 

zapowiadało jego późniejszych zainteresowań. Początkowo pracował jako praktykant 

w firmie dyplomowanych księgowych i dopiero w wieku dwudziestu trzech lat, latem 

1906 roku, zupełnie niespodziewanie przerwał praktykę i poświęcił się chemii. Kilka 

lat później dokonał pierwszego waŜnego odkrycia, kładąc podwaliny pod swe potęŜne 

przedsiębiorstwo”.

- Hm... - chrząknął pan Fratton i zmierzył pana Astera badawczym spój 

rŜeniem. - To właśnie w 1906 potrącił go tramwaj na Thanet Street.

- Zgadza się. Sam mi powiedział - przyznał pan Aster. Pan Fratton pokręcił 

głową.

- Dziwna historia.

- Owszem. Bardzo dziwna - zgodził się pan Aster.

background image
background image

CZWARTE TRAFIENIE

- Dilys! Posłuchaj! Kiedy zakładam taśmę w odwrotną stronę, słychać, jak 

mówię od końca - stwierdził Stephen z wyraźna nutą zadowolenia w głosie.

Dilys odłoŜyła ksiąŜkę i podniosła wzrok na męŜa. Na stole przed nim stał 

magnetofon, wzmacniacz i róŜne inne drobiazgi. Gęsta plątanina przewodów łączyła 

to wszystko z kontaktem w ścianie, potęŜnym głośnikiem i parą słuchawek, które 

Stephen miał na uszach. Pół podłogi zasłane było kłębami i skrawkami taśmy.

- Kolejny sukces nauki - podsumowała chłodno. - Zdaje się, Ŝe miałeś tylko 

zmontować kawałek taśmy z przyjęcia na cześć Myry. Ona z pewnością wolałaby 

nagranie we właściwym porządku.

- No tak, ale właśnie przyszło mi do głowy, Ŝe...

- I zobacz, jak naśmieciłeś. Zupełnie jak po balu sylwestrowym z 

serpentynami. Co to w ogóle jest?

Stephen rzucił okiem na ścinki i zwoje taśmy.

- A, to są kawałki, na których wszyscy mówią jednocześnie, ta historia, którą 

Charles wszystkich zanudzał, oraz kilka nierozwaŜnych wypowiedzi i tym podobne.

Dilys podniosła się i mierząc cały ten bałagan krytycznym spojrzeniem 

powiedziała:

- Chyba to przyjęcie było bardziej nierozwaŜne, niŜ nam się zdawało. 

Posprzątaj to, a ja nastawię herbatę.

- Ale najpierw musisz tego wysłuchać - zaprotestował. Zatrzymała się przy 

drzwiach.

- Podaj mi, proszę, przynajmniej jeden powód - powiedziała - dla którego 

miałabym wysłuchać, jak mówisz od końca. - I wyszła.

Stephen wcale nie zabrał się do sprzątania. Wcisnął natomiast klawisz 

odtwarzania i z zaciekawieniem wysłuchał dziwacznego bełkotu, jakim był jego głos 

odtworzony od końca. Następnie przerwał, zdjął słuchawki i wysłuchał nagrania przez 

głośnik. ZauwaŜył ze zdziwieniem, Ŝe głos zachował brzmienie europejskie, choć 

niezrozumiałe dźwięki trajkotały z zawrotną prędkością. Na próbę zmniejszył więc o 

połowę prędkość odtwarzania i zwiększył natęŜenie głosu. Głos, niŜszy teraz o 

oktawę, cedził głębokie, ocięŜałe, dziwne sylaby i wywierał doprawdy duŜe wraŜenie. 

Stephen pokiwał głową, po czym przechylił ją do tyłu, wsłuchując się w dudniący 

background image

grzmot, który przetaczał się przez pokój.

Naraz rozległ się syk, przypominający odgłos lokomotywy wypuszczającej 

parę. Towarzyszył mu podmuch gorącego powietrza, jak z wnętrza hutniczego pieca...

Stephen poderwał się zaskoczony i o mało nie przewrócił krzesła. Kiedy się 

opanował, skoczył do przodu, pospiesznie wyłączając klawisze i przykręcając gałki. 

Głos przestał płynąć. Stephen z niepokojem lustrował aparaturę, wypatrując iskrzenia 

lub dymu. Ale nic takiego nie dostrzegł i wydawał właśnie westchnienie ulgi, gdy 

poczuł, Ŝe nie jest juŜ sam w pokoju. Gwałtownie rozejrzał się wokół. Na widok 

stojącej za nim nie dalej niŜ metr postaci otworzył usta ze zdziwienia.

MęŜczyzna stał wyprostowany, z rękami przyciśniętymi do ciała. Wysoki, 

około metra osiemdziesięciu wzrostu, wydawał się jeszcze wyŜszy z powodu nakrycia 

głowy: podłuŜnego cylindra z wąskim rondem. NiŜej widniał wykrochmalony 

kołnierzyk z odgiętymi rogami, popielaty jedwabny fular, długi, ciemny frak z 

jedwabnymi klapami, szare spodnie o odcieniu lawendy, spod których wystawały 

czarne lśniące czubki butów. Stephen musiał odchylić się głębiej, Ŝeby dostrzec jego 

skrócony profil. Twarz nieznajomego była przyjemna, ogorzała, jakby opalona 

ś

ródziemnomorskim słońcem. Miał duŜe ciemne oczy, a bujny wąs łączył się u nasady 

szczęki z zadbanymi bokobrodami. Podbródek i dolna część policzków były starannie 

wygolone. Rysy twarzy przywodziły na myśl asyryjskie posągi.

Mimo całego zaskoczenia Stephen odnotował, Ŝe chociaŜ, zwaŜywszy 

okoliczności, strój taki wydawał się niestosowny, niewątpliwie był najwyŜszej 

jakości, w swoim miejscu zaś i czasie mógł stanowić wzór elegancji. Patrzył więc 

nadal.

MęŜczyzna poruszył wargami.

- Przybyłem - oświadczył uroczyście.

- Ee... No, tak - wyjąkał Stephen. - Tak... Widzę... Ale, szczerze mówiąc, nie 

bardzo rozumiem...

- Pan mnie wzywał. Przybyłem więc - powtórzył męŜczyzna tonem, który miał 

wszystko wyjaśniać.

Stephen zmarszczył brwi w przypływie zdumienia.

- Ale ja nic nie mówiłem - zaprotestował. - Siedzę tutaj i...

- Nie ma powodu do obaw. Jestem pewien, Ŝe nie będzie pan Ŝałował - 

zapewnił męŜczyzna.

- Nie boję się. Jestem tylko zdumiony - wyjaśnił Stephen. - Nie rozumiem...

background image

- CzyŜ nie skonstruował pan śelaznego Pentagramu? - w podniosłym tonie 

pojawiła się nuta zniecierpliwienia. Nie poruszając ręką, męŜczyzna zwinął trzy palce 

prawej dłoni tak, Ŝe obciągnięty popielatą skórzaną rękawiczką palec wskazujący 

został skierowany w dół. - I czyŜ nie wypowiedział pan takŜe Zaklęcia Mocy? - dodał.

Stephen spojrzał tam, gdzie wskazywał palec. ZauwaŜył, Ŝe kilka splątanych 

odcinków taśmy rzeczywiście tworzyło na podłodze jakąś figurę geometryczną, która 

mogłaby uchodzić za coś w rodzaju pięciokąta. Ale dlaczego Ŝelazny?... AleŜ tak, 

oczywiście, powłoka z tlenku Ŝelaza! Tyle Ŝe w sensie dość umownym...

Natomiast to “Zaklęcie Mocy”... No cóŜ, zakładając, Ŝe głos odtworzony od 

końca moŜe w gruncie rzeczy wstrzelić się w kaŜde zaklęcie...

- Obawiam się - powiedział Stephen - Ŝe to raczej jakieś nieporozumienie... 

Jakiś zbieg okoliczności...

- Dość niezwykły zbieg okoliczności - zauwaŜył sceptycznie nieznajomy.

- Chyba właśnie na tym polegają zbiegi okoliczności - stwierdził Stephen.

- Nigdy nie słyszałem o takim przypadku - powiedział męŜczyzna. - Ilekroć ja 

sam lub któryś z moich przyjaciół jest w ten sposób wezwany, dzieje się to zawsze w 

konkretnej sprawie. I sprawa ta zostaje zawsze załatwiona.

- Jaka sprawa? - zapytał Stephen.

- Mam na myśli pańskie konkretne potrzeby, które potrafimy zaspokoić. Pan 

zaś znajduje się w posiadaniu pewnego przedmiotu, który chętnie włączylibyśmy do 

naszych zbiorów. Rzecz sprowadza się  do uzgodnienia warunków. Następnie 

podpisuje się pakt, oczywiście własną krwią, i to wszystko.

Dopiero słowo pakt pobudziło właściwe skojarzenia. Stephen przypomniał 

sobie, Ŝe pokój wypełnił się ledwo wyczuwalną wonią palonych węgli.

- Myślę, Ŝe zaczynam rozumieć - powiedział. - To ma być jakieś nawiedzenie, 

tak? Czy chce pan powiedzieć, Ŝe jest pan...?

Nieznajomy przerwał mu, marszcząc brwi.

- Nazywam się Batruel. Jestem jednym z wysłanników mego Pana. Posiadam 

pełnomocnictwo do zawierania paktów. A teraz byłbym zobowiązany, gdyby zechciał 

mnie pan uwolnić z tego ciasnego pentagramu, którym jestem skrępowany, byśmy 

mogli wygodnie przystąpić do uzgodnienia warunków paktu.

Stephen przyglądał się męŜczyźnie, po czym pokręcił głową i wybuchnął 

ś

miechem. 

Ź

renice przybysza rozszerzyły się. Wyglądał na zirytowanego.

background image

- Co to znaczy? Nie rozumiem.

- Drogi panie - zaczął Stephen. - Przykro mi, Ŝe został pan tu ściągnięty przez 

przypadek. Ale zapewniam pana, Ŝe przybył pan do miejsca, które zupełnie nie nadaje 

się do ubijania jakichkolwiek interesów.

Batruel przyglądał mu się z namysłem. Uniósł głowę i nieznacznie poruszył 

nozdrzami.

- Ciekawe - zdziwił się. - Wcale nie czuję zapachu świętości.

- AleŜ nie - zaprzeczył Stephen. - Po prostu istnieje juŜ spora dokumentacja na 

temat pańskich kontraktów. Wynika z niej, Ŝe jedyną ich wspólną cechą jest to, iŜ 

druga strona zawsze z biegiem czasu źle na tym wychodzi.

- No, bez przesady. Moja oferta jest niezwykle szeroka... 

Tym razem Stephen mu przerwał, kręcąc głową.

- MoŜe sobie pan oszczędzić trudu - poradził. - Mam na co dzień do czynienia 

z natrętnymi agentami przeróŜnej maści.

Batruel posłał mu ponure spojrzenie.

- Przywykłem raczej do klientów zdesperowanych - przyznał. - No, cóŜ, skoro 

jest pan pewien, Ŝe zaszło nieporozumienie, nie pozostaje mi chyba nic innego, jak 

udać się w drogę powrotną i złoŜyć stosowne wyjaśnienie. G ile mi wiadomo, nigdy 

przedtem nic takiego się nie zdarzyło. ChociaŜ, oczywiście, zgodnie z regułą 

prawdopodobieństwa, powinno się kiedyś zdarzyć. Po prostu tym razem nie dopisało 

mi szczęście. śegnam zatem... Co teŜ ja mówię?! Vale, przyjacielu. Jestem gotów!

Przyjął na powrót sztywną postawę. Zamknął oczy i rysy jego twarzy zastygły.

Nic nie nastąpiło.

Batruel rozluźnił szczęki.

- No, dalej. Niech pan mówi - wykrzyknął gniewnie. 

- Co mam mówić? - zapytał Stephen.

- Drugie Zaklęcie Mocy, rzecz jasna. Odprawienie.

- Ale ja go nie znam. Nic nie wiem o Ŝadnych zaklęciach mocy - zaprotestował

Stephen. Batruel zmarszczył brwi.

- Czy chce mi pan powiedzieć, Ŝe nie moŜe mnie pan odprawić? - zapytał.

- JeŜeli wymaga to jakiegoś zaklęcia, to z całą pewnością nie mogę - 

potwierdził Stephen.

Na twarzy Batruela pojawił się wyraz konsternacji i przeraŜenia.

- AleŜ to niesłychane! Co ja mam teraz robić!? PrzecieŜ muszę wrócić z 

background image

podpisanym paktem lub Zaklęciem Odprawy!

- Dobrze więc. Niech pan powie, jak brzmi to zaklęcie, a ja je wypowiem - 

zaproponował Stephen.

- Ale ja go nie znam - powiedział Batruel. - Nigdy go nie słyszałem. 

Wszystkim, którzy mnie dotychczas wzywali, zaleŜało na szybkim załatwieniu 

sprawy i podpisaniu paktu... - Urwał. - Naprawdę, byłoby znacznie prościej, gdyby 

zechciał pan siebie... Nie? To straszne! Doprawdy, nie mam pojęcia, co począć.

Od drzwi dobiegł szmer, po nim zaś stukanie czubkiem bucika: Dilys dawała 

w ten sposób znać, Ŝe niesie tacę. Stephen podszedł do drzwi i najpierw uchylił je 

ostroŜnie.

- Mamy gościa - ostrzegł.

- Ale jakim cudem? - zaczęła, a kiedy otworzył drzwi szerzej, o mało nie 

upuściła tacy. Stephen wziął od niej tacę i odstawił w bezpieczne miejsce, podczas 

gdy Dilys stała jak wryta.

- Pozwól, kochanie, to jest pan Batruel. Moja Ŝona - dokonał prezentacji.

Batruel, nadal sztywny, mimo napięcia wyglądał teraz na zmieszanego. 

Zwrócił głowę w jej stronę i skłonił się nieznacznie. 

- Jestem oczarowany, madame - wyznał. - Mam nadzieję, Ŝe wybaczy mi pani 

moje dziwaczne zachowanie, lecz niestety ruchy mam skrępowane. Gdyby małŜonek 

pani zechciał wyświadczyć mi przysługę, przełamując ten zaklęty pięciobok...

Dilys wciąŜ wpatrywała się w niego bez słowa, z podziwem szacując jego 

strój.

- Przykro mi, ale nie wiem, o co chodzi.

Stephen pospieszył z wyjaśnieniem. Starał się zrobić to najlepiej jak umiał. 

Kiedy skończył, Dilys powiedziała:

- Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia... Powinniśmy chyba znaleźć jakieś 

wyjście? Ale to okropnie trudne. Gdyby pan był, na przykład, normalnym 

przesiedleńcem... - Przyglądając się Batruelowi, z namysłem dodała: - Słuchaj, Steve. 

Skoro rzeczywiście wytłumaczyłeś panu, Ŝe nie chcemy niczego podpisywać, to moŜe 

byś go juŜ uwolnił? Zdaje się, Ŝe jest mu tam bardzo niewygodnie.

- Dziękuję, madame. W istocie jest mi bardzo niewygodnie - potwierdził 

Batruel smętnie.

Po chwili zastanowienia Stephen przyznał:

- PoniewaŜ juŜ tu się znalazł, a my wiemy, o co chodzi, to być moŜe nic nie 

background image

ryzykuję. - Pochylił się i odsunął zwój taśmy.

Batruel wystąpił ze zburzonego w ten sposób pentagramu. Prawą ręką zdjął 

cylinder, lewą przyłoŜył do krawata. Zwracając się do Dilys wykonał głęboki ukłon z 

wyszukaną elegancją: stopy wyprostowane, lewa dłoń na nie istniejącej rękojeści 

szpady, cylinder przyciśnięty do serca.

- Do usług, madame. 

Powtórzył to samo przed Stephenem.

- Sługa uniŜony, sir.

Stephen odpowiedział podobnie, w dobrej intencji, lecz natychmiast 

zrozumiał, Ŝe wobec stylu gościa jego reakcja była niestosowna. Nastąpiło kłopotliwe 

milczenie. Przerwała je Dilys.

- Wobec tego przyniosę jeszcze jedno nakrycie. 

Wyszła, wróciła i przejęła inicjatywę.

- Pan... Dawno pan nie był w Anglii, prawda? - zagaiła towarzysko. 

Batruel zareagował lekkim zdziwieniem.

- Na jakiej podstawie pani tak sądzi, jeśli wolno spytać?

- Och, po prostu... Tak tylko myślałam - tłumaczyła się Dilys niejasno.

- Moja Ŝona ma na myśli pański strój - wyjaśnił Stephen.

- Ponadto, wybaczy pan, ale odnoszę wraŜenie, Ŝe nieco pomieszał pan epoki. 

Na przykład styl pańskiego ukłonu poprzedza styl pańskiego ubioru o co najmniej 

dwa pokolenia.

Batruel wydawał się zaskoczony. Przyjrzał się swemu ubraniu.

- Podczas poprzedniej wizyty zwracałem baczną uwagę na modę - powiedział 

zawiedzionym tonem.

- Proszę się tym nie przejmować - pocieszyła go Dilys. - Nosi pan piękny strój. 

Co za doskonały materiał!

- Ale nie całkiem zgodny z obowiązującą modą, tak? - wtrącił Batruel ostro.

- No, niezupełnie - przyznała Dilys. - Domyślam się, Ŝe nie zawsze jesteście 

na bieŜąco w... To znaczy tam, skąd pan przybywa.

- Tak, to prawda - stwierdził Batruel. - Prowadziliśmy oŜywione interesy w 

tych okolicach do siedemnastego, osiemnastego wieku, ale od dziewiętnastego nie 

idzie nam najlepiej. Naturalnie, coś tam zawsze jest, lecz obsadzenie poszczególnych 

regionów to kwestia przypadku i tak się składa, Ŝe byłem tu osobiście tylko raz w 

dziewiętnastym stuleciu, a w obecnym jestem po raz pierwszy. Mogą więc państwo 

background image

sobie wyobrazić, z jaką ogromną przyjemnością stawiłem się na wezwanie pani 

małŜonka. Mam na myśli moje nadzieje na zawarcie obustronnie korzystnej 

transakcji...

- Nie mówmy juŜ moŜe o tym - przerwał mu Stephen.

- Ach, tak. Rzeczywiście. Najmocniej przepraszam. Pan rozumie, stary 

wierzchowiec poczuł zapach prochu.

Zapadło milczenie. Dilys wciąŜ przyglądała się gościowi z uwagą. Dla 

kaŜdego, kto znał ją równie dobrze jak jej mąŜ, byłoby oczywiste, Ŝe próbuje toczyć 

wewnętrzną walkę, w której górę bierze ciekawość. Wreszcie powiedziała:

- Mam nadzieję, Ŝe pańskie misje w Anglii nie zawsze kończyły się 

niepowodzeniem, panie Batruel.

- AleŜ nie, skądŜe, szanowna pani. Zachowałem jak najmilsze wspomnienia ze 

wszystkich pobytów w państwa ojczyźnie. Pamiętam, jak nawiedzałem pewnego 

adepta nauk, gdzieś w pobliŜu Winchester. Było to mniej więcej w połowie 

szesnastego wieku. ZaŜyczył sobie fortuny, tytułu oraz pięknej, szlachetnie urodzonej 

małŜonki. Udało nam się zdobyć dla niego przyjemny majątek nie opodal Dorchester. 

Sądzę, Ŝe jego potomkowie mieszkają tam do dziś. Następny był pewien młodzieniec 

na początku osiemnastego stulecia, który pragnął posiadać dobry dochód i Ŝonę z 

kręgów zbliŜonych do dworu. Zaspokoiliśmy te ambicje i jego krew płynie teraz w 

róŜnych niespodziewanych miejscach. Wreszcie, wkrótce potem, kolejny młodzieniec, 

raczej niskiego stanu, chciał po prostu zostać słynnym mędrcem i dramatopisarzem. 

Było to nieco trudniejsze Ŝądanie, lecz takŜe mu sprostaliśmy. Nie zdziwiłbym się, 

gdyby jego nazwisko pamiętano do dzisiaj. Nazywał się...

- To bardzo interesujące - wtrącił Stephen. - I korzystne dla potomnych, lecz 

co stało się z protagonistami?

Batruel wzruszył ramionami.

- No cóŜ, umowa jest umową. Podpisana zresztą dobrowolnie - rzekł z 

pewnym wyrzutem. - ChociaŜ ja sam ostatnio nie odwiedzałem tych stron - ciągnął 

dalej - z doniesień moich kolegów wynika, Ŝe wymogi mogą róŜnić się w 

szczegółach, lecz w zasadzie wszystkie pozostają takie same. Nadal jest popyt na 

tytuły, zwłaszcza Ŝon naszych klientów. Podobnie poŜądane jest wejście do 

towarzystwa, obojętnie jakiego. A takŜe wspaniałe wiejskie rezydencje - które, rzecz 

jasna, wyposaŜamy we wszystkie nowoczesne urządzenia - jak równieŜ pied-a-terre 

na Mayfair. Tam, gdzie przedtem dostarczaliśmy pełną stajnię, dziś oferujemy 

background image

limuzynę bent-rollsley saloon lub, powiedzmy, prywatny samolot - mówił z nutą 

rozmarzenia w głosie.

Stephen uznał, Ŝe czas mu przerwać.

- Bent-rollsley? CzyŜby? Następnym razem powinien pan pilniej 

przestudiować Biuletyn Badań Rynkowych. Tymczasem będę wdzięczny, jeśli 

zaprzestanie pan kuszenia mojej Ŝony, bo to nie ona miałaby za to płacić.

- Owszem, to prawda - przyznał Batruel. - Taki juŜ jest przywilej kobiet. 

Zawsze za coś płacą, ale im więcej mają, tym mniejsze ponoszą koszty. Pańska Ŝona 

wiodłaby znacznie przyjemniejszy Ŝywot, nie musiałaby wcale pracować, 

zatrudniałaby słuŜbę...

- Niech pan natychmiast przestanie! - zaŜądał Stephen. - Powinien się pan juŜ 

dawno zorientować, Ŝe to przestarzała metoda. Na takie numery nie damy się juŜ 

nabrać. Straciły dla nas atrakcyjność.

Batruel nie był przekonany.

- Z lektury naszych biuletynów wynika, Ŝe światem nadal rządzi zło - 

zaoponował.

- Nie przeczę, ale jego gorsza część nie stosuje tak staroświeckich pojęć. 

Obecnie przewaŜa dąŜenie do osiągnięcia jak największych korzyści minimalnym 

kosztem, a najlepiej bez ponoszenia Ŝadnych kosztów.

- To chyba nieetyczne - mruknął Batruel. - Jakieś zasady powinny 

obowiązywać.

- Być moŜe, ale tak nie jest. Poza tym łączą nas teraz znacznie ściślejsze 

związki i wzajemne zaleŜności. Czy sądzi pan, Ŝe moŜna dziś, na przykład, nabyć ni 

stąd, ni zowąd tytuł własności albo wytłumaczyć się z niespodziewanie wysokich 

dochodów urzędom podatkowym, czy wreszcie wybudować pałac bez zgody Urzędu 

Planowania Przestrzennego? Takie jest Ŝycie.

- Nie wątpię, Ŝe są to wszystko sprawy do załatwienia - powiedział Batruel.

- Myli się pan. Istnieje jeden jedyny bezpieczny sposób szybkiego 

wzbogacenia się. Jest to... Na Jowisza! - Urwał nagle i zamyślił się.

Batruel zwrócił się do Dilys:

- Szkoda, Ŝe pani małŜonek jest tak niesprawiedliwy w stosunku do samego 

siebie. Widać, Ŝe posiada ogromny potencjał twórczy, który przy odrobinie kapitału 

mógłby wspaniale rozwinąć... A świat nadal ma wiele do zaoferowania bogaczom 

oraz, oczywiście, ich Ŝonom. Na przykład powszechny szacunek, władzę, 

background image

dalekomorskie jachty... Trudno oprzeć się wraŜeniu, Ŝe pani małŜonek marnuje swoje 

talenty.

Dilys spojrzała na pogrąŜonego w rozmyślaniach małŜonka.

- A więc pan równieŜ to dostrzega? Zawsze byłam przekonana, Ŝe nie potrafią 

go docenić w firmie.

- Taak. Te biurowe rozgrywki - pospieszył z pomocą Batruel. - Mogą 

zaprzepaścić niejeden młody talent. Wystarczy jednak zdobyć niezaleŜność, by przy 

pomocy Ŝony... zdolnej i pięknej, jeśli wolno mi zauwaŜyć, zniknęły powody, dla 

których miałby...

Stephen otrząsnął się z zamyślenia.

- Podręcznik kusiciela: Rozdział pierwszy - wtrącił ironicznie. - MoŜe jednak 

zechce pan oderwać się od podręcznika i stawić czoło faktom. JeŜeli uda się panuje 

pojąć, jestem skłonny ubić z panem interes.

Twarz Batruela pojaśniała.

- Ach! - wykrzyknął. - Miałem nadzieję, Ŝe po dokładniejszym rozwaŜeniu 

naszej oferty...

Stephen znowu mu przerwał. 

- Przede wszystkim - zaczął - powinien pan pogodzić się z tym, Ŝe pańskie 

metody zupełnie do mnie nie przemawiają, toteŜ moŜe pan darować sobie próby 

utworzenia grupy nacisku wraz z moją Ŝoną, po drugie, to pan znalazł się w opałach, 

nie ja. Ciekawe, jak zamierza pan wrócić do... No, tam, skąd pan przybył, jeŜeli nie 

udzielę panu pomocy?

- Ja proponuję tylko, Ŝeby pomógł pan sam sobie, a zarazem pomógł teŜ mnie 

- zaznaczył Batruel.

- Co znaczy, Ŝe dostrzega pan tylko jedną stronę zagadnienia. OtóŜ, proszę 

posłuchać. Ja widzę tu trzy moŜliwe rozwiązania. Po pierwsze, moŜna podjąć próbę 

odnalezienia osoby, która nam powie, jak brzmi to Zaklęcie Mocy, niezbędne, by pana

odesłać. Czy jednak wie pan, jak się za to zabrać? Nie. I my teŜ nie wiemy. 

MoŜliwość druga: mógłbym zaprosić tu pastora, Ŝeby odprawił egzorcyzmy. Sądzę, Ŝe 

z przyjemnością podjąłby się takiego zadania. Być moŜe, doczekałby się nawet z 

biegiem czasu kanonizacji za skuteczne odparcie pokusy.

Batruel zadrŜał.

- Tylko nie to! - zaprotestował. - Jeden z moich przyjaciół doświadczył 

egzorcyzmów w piętnastym wieku. PrzeŜył okropne męki, po których do dziś nie 

background image

odzyskał pełni sił i wiary w siebie.

- Świetnie więc. Pozostaje zatem moŜliwość trzecia. W zamian za pewną 

okrągłą sumę, jednak bez Ŝadnych zobowiązań, gotów jestem znaleźć osobę, która 

zechce zawrzeć z panem pakt. Po podpisaniu paktu będzie pan mógł wrócić z 

honorem i spełnioną misją. Co pan na to?

- Nic z tego - odparł Batruel pospiesznie. - Pan próbuje wymóc dwa ustępstwa 

za jedną cenę. Nasza księgowość nigdy nie zaakceptuje takiej operacji.

- No tak. Nic dziwnego, Ŝe idzie wam coraz gorzej. ChociaŜ zajmujecie się 

tymi sprawami od tysiącleci, nie odeszliście ani na krok od pierwszego numeru 

hipoteki. I skłonni jesteście nawet pakować w to własny kapitał zamiast posłuŜyć się 

cudzym. W ten sposób nic nie zdziałacie. Ja natomiast mam plan, który zapewnia mi 

pieniądze, wam daje upragniony pakt, zaś niezbędny kapitał ogranicza się do kilku 

szylingów wyłoŜonych z mojej kieszeni.

- Nie bardzo rozumiem, jak to będzie moŜliwe - stwierdził Batruel z 

powątpiewaniem.

- Zapewniam pana, Ŝe jest to moŜliwe. Niewykluczone, Ŝe będzie pan musiał 

pozostać tu przez kilka tygodni, ale moŜe pan zamieszkać u nas, w pokoju gościnnym. 

Czy gra pan w piłkę noŜną?

- W piłkę noŜną? - powtórzył Batruel niepewnie. - Chyba nie. A jak się w to 

gra?

- W takim razie będzie pan musiał zapoznać się z grubsza z zasadami i taktyką 

tej gry. Przede wszystkim chodzi w niej o to, Ŝeby dobrze kopać piłkę. Jeśli piłka nie 

wyląduje tam, gdzie zawodnik chciał, jego wysiłek idzie na marne, druŜyna traci 

szansę i w końcu przegrywa. Czy pan to rozumie?

- Chyba tak.

- Wobec tego powinien pan takŜe zrozumieć, Ŝe w krytycznym momencie 

nawet nieznaczne popchnięcie piłki we właściwym kierunku wystarczy, Ŝeby zyskać 

wiele. Niepotrzebne są Ŝadne niesportowe przepychanki, Ŝadne kontuzje. MoŜna 

zaaranŜować wynik meczu, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń. Wystarczy 

tylko w stosownym czasie lekkie trącenie piłki przez jednego z tych chochlików, 

których uŜywacie do wykonywania zadań praktycznych. Coś takiego nie powinno 

panu sprawić trudności, prawda?

- Tak, prawda - zgodził się Batruel. - To całkiem proste. Przyznam jednak, Ŝe 

nie bardzo pojmuję, po co miałbym...

background image

- Kłopot w tym, szanowny panie, Ŝe jest pan beznadziejnie oderwany od 

współczesności, mimo wszystkich tych biuletynów - podsumował Stephen. - Dilys, 

gdzie jest ten kupon totalizatora?

Po upływie pół godziny Batruel zaczął dostrzegać pewne otwierające się przed 

nim moŜliwości.

- No tak, rozumiem - powiedział. - Po zapoznaniu się z podstawowymi 

zagadnieniami technicznymi łatwo będzie spowodować przegraną, remis lub nawet, w 

razie potrzeby, wygraną.

- O to właśnie chodzi - pochwalił go Stephen. - Wypełniam więc kupon i 

stawiam kilka szylingów, Ŝeby lepiej wyglądało. Pan załatwia mecze, a ja zgarniam 

gładko całą pulę, unikając kłopotliwych pytań fiskusa.

- Istotnie, jest to dla pana korzystne - przyznał Batruel. - Ale skąd mam wziąć 

pakt, jeŜeli pan nie...

- Pakt to następny etap - wyjaśnił Stephen. - W zamian za wygraną 

zobowiązuję się znaleźć osobę, która podpisze pakt w ciągu, powiedzmy, sześciu 

miesięcy, zgoda? Czy to wystarczy? Doskonale. Spiszmy więc umowę. Dilys, bądź 

tak dobra i przynieś nam papier listowy i krew... No nie, co za głupiec ze mnie, krew 

przecieŜ mamy...

Pięć tygodni później Stephen wysiadał ze swojego bentleya przed Hotelem 

Northpark, a chwilę potem na schodach pojawił się Batruel. Po kilku dniach 

postanowili nie zatrzymywać go u siebie, okazało się bowiem, Ŝe jego 

nieposkromione kusicielstwo zakłóca spokój domowego ogniska. Przeniósł się więc 

do hotelu, gdzie osiągał znacznie stosowniejsze wyniki i miał bardziej zróŜnicowane 

moŜliwości.

W drzwiach obrotowych ukazała się postać wcale nie przypominająca 

nieznajomego, który pojawił się kiedyś w salonie Stephena. Znikły bokobrody, zostały 

jedynie obfite wąsy. Miejsce fraka zajął starannie skrojony popielaty garnitur. 

Apaszkę zastąpił krawat w dyskretne prąŜki. Zamiast wysokiego cylindra Batruel miał 

na głowie filcowy kapelusz. W rzeczy samej był to wzorowo ubrany przystojny 

męŜczyzna około czterdziestki z drugiej połowy dwudziestego wieku.

- Wskakuj - zaprosił go Stephen. - Masz przy sobie formularz paktu?

Batruel klepnął się po kieszeni marynarki.

- Zawsze noszę go przy sobie. Nigdy nic nie wiadomo... - zapewnił, gdy 

samochód ruszył.

background image

Po pierwszym trafieniu trójki Stephen, mimo nadziei na anonimowość, zyskał 

spory rozgłos. Ukrycie uśmiechu fortuny wartości dwustu dwudziestu tysięcy funtów 

szterlingów okazało się znacznie trudniejsze, niŜ się wydawało. Na szczęście 

wykazali z Dilys dość przezorności, by następną wygraną - tym razem w wysokości 

dwustu dziesięciu tysięcy funtów - podjąć nieco później. Wypłacie trzeciego czeku, 

opiewającego na sumę dwustu dwudziestu pięciu tysięcy funtów, towarzyszyło pewne 

wahanie, chociaŜ nie wykręty, bo do tych nie było Ŝadnych podstaw, poniewaŜ 

trafienia widniały na papierze, czarno na białym. Musiano się jednak zaniepokoić, 

skoro wysłano do Stephena przedstawicieli przedsiębiorstwa. Jeden z nich, gorliwy 

młodzieniec w okularach, perorował dość zapalczywie o regułach przypadku, a 

następnie przedstawił cyfrę opatrzoną zaskakującą ilością zer, która, jak twierdził, 

miała ilustrować stopień prawdopodobieństwa trzykrotnego trafienia trójki.

Stephen okazał zainteresowanie. Stwierdził, Ŝe jego system jest chyba lepszy, 

niŜ sądził, skoro zdołał pokonać tak astronomiczny stopień nieprawdopodobieństwa.

Młodzieniec wyraził chęć zapoznania się z systemem. Stephen nie chciał 

jednak rozmawiać na ten temat, chociaŜ zaznaczył, Ŝe nie wyklucza moŜliwości 

omówienia pewnych aspektów sprawy z dyrektorem przedsiębiorstwa. I oto właśnie 

znajdowali się z Batruelem w drodze na spotkanie z Samem Gripshawem.

Biurowiec totalizatora mieścił się przy jednej z tras wylotowych z miasta, 

nieco cofnięty i oddzielony od jezdni równo przystrzyŜonym trawnikiem, ozdobionym 

klombami szałwi. Portier w liberii zasalutował Stephenowi, kiedy ten parkował 

bentleya przy podjeździe. Zaraz potem  wprowadzono ich do przestronnego gabinetu, 

gdzie Sam Gripshaw podniósł się zza biurka na ich powitanie. Stephen uścisnął mu 

dłoń i przedstawił swego towarzysza.

- Pan pozwoli, mój doradca, pan Batruel - wyjaśnił. Sam Gripshaw, który 

zrazu rzucił Batruelowi pobieŜne spojrzenie, teraz przyjrzał mu się uwaŜnie i 

badawczo. A nawet przez moment jakby się zadumał. Potem zwrócił się do Stephena.

- Przede wszystkim pragnę panu pogratulować, młodzieńcze. Jest pan 

największym zwycięzcą totalizatora w całej historii naszego przedsiębiorstwa. 

Sześćset pięćdziesiąt pięć tysięcy funtów szterlingów! To piękna sumka. Niemniej 

jednak - pokręcił głową - to nie moŜe trwać dalej, drogi panie. Po prostu nie moŜe.

- No, ja bym się spierał - odparł Stephen przyjaźnie, kiedy siadali. Sam 

Gripshaw ponownie potrząsnął głową.

- Za pierwszym razem moŜe to być uśmiech losu. Po raz drugi - niezwykłe 

background image

szczęście. Trzy razy - zaczyna juŜ jakoś dziwnie pachnieć, czwarty raz wstrząsnąłby 

całym przedsiębiorstwem, piąty całkowicie by je rozłoŜył. A na pustą pulę nikt nie 

postawi nawet pensa. To oczywiste. Powiada pan, Ŝe ma pan jakiś system. Czy tak?

- Mamy system - sprostował Stephen. - Mój przyjaciel, pan Batruel...

- Ach tak, pan Batruel... - powtórzył Sam Gripshaw, ponownie posyłając 

Batruelowi badawcze spojrzenie. - Domyślam się, Ŝe nie byłby pan skłonny podzielić 

się ze mną kilkoma uwagami na temat tego systemu.

- Trudno się dziwić - zauwaŜył Stephen.

- Tak, naturalnie. Ma pan rację - przyznał Sam Gripshaw. - ChociaŜ w 

zasadzie mógłby pan, skoro nie sposób tak dalej...

- PoniewaŜ w przeciwnym razie zrujnowalibyśmy wasz interes, 27 prawda? 

Na tym nam, rzecz jasna, nie zaleŜy. I dlatego właśnie tu dziś jesteśmy. Pan Batruel 

ma dla pana pewną propozycję.

- Ach tak! Bardzo proszę. Co to za propozycja? Słucham - oŜywił się 

Gripshaw.

Batruel wstał z fotela.

- Panie Gripshaw, prowadzi pan tutaj doskonałe przedsiębiorstwo. Szkoda, 

gdyby straciło społeczne zaufanie. Stratę poniosłoby zarówno społeczeństwo, jak i 

pan. Nie muszę tego podkreślać, poniewaŜ, o ile wiem, powstrzymał się pan od 

nadania rozgłosu trzeciemu trafieniu mego przyjaciela, pana Tramona. Pozwolę sobie 

zauwaŜyć, Ŝe postąpił pan niezwykle rozsądnie, sir. Mogłoby to bowiem spowodować 

pewne objawy zniechęcenia. Jestem w tym szczęśliwym połoŜeniu, Ŝe mogę panu 

zaproponować środki, które mogłyby wyeliminować ryzyko powtórzenia się podobnej 

sytuacji. Nie będzie to kosztować pana ani pensa. JednakŜe... - Przybrał ton kuszący z 

miną artysty sięgającego po ulubiony pędzel. Sam Gripshaw wysłuchał go cierpliwie 

do końca.

- JednakŜe, w zamian za to... taka mała formalność. Obiecuję panu, Ŝe ani 

obecny tutaj nasz przyjaciel, pan Stephen Tramon, ani nikt inny nie będzie juŜ 

korzystał z mej dalszej pomocy, Ŝe się tak wyraŜę, w prognozowaniu... W ten sposób 

minie stan zagroŜenia i będzie pan mógł przystąpić bez przeszkód do dalszego 

prowadzenia przedsiębiorstwa tak, jak na to zasługuje. Wyjął z kieszeni formularz 

paktu i płynnym ruchem rozpostarł go na biurku.

Sam Gripshaw sięgnął po formularz i przejrzał warunki. Po czym, ku 

zaskoczeniu Stephena, kiwnął głową niemal bez wahania.

background image

- Wygląda mi to na uczciwy układ - stwierdził. - Zdaję sobie sprawę, Ŝe moje 

połoŜenie nie pozwala mi stawiać warunków. W związku z tym - podpisuję.

Batruel uśmiechnął się uszczęśliwiony. Zrobił krok do przodu i wyciągnął z 

kieszeni mały scyzoryk.

Po złoŜeniu podpisu Sam Gripshaw owinął przedramię czystą chusteczką. 

Batruel wziął pakt i cofnął się o krok, machając delikatnie papierem w celu 

wysuszenia podpisu. Następnie przyjrzał mu się raz jeszcze z nie ukrywanym 

zadowoleniem, złoŜył starannie na pół i schował do kieszeni.

Skłonił się obu męŜczyznom. Był tak przejęty, Ŝe stracił znowu poczucie 

czasu - wykonał elegancki, dziewiętnastowieczny ukłon. - Do usług, panowie.

I zniknął, pozostawiając po sobie jedynie ledwo wyczuwalny zapach siarki.

Sam Gripshaw przerwał milczenie dopiero po chwili.

- No tak, pozbyliśmy się go... Teraz nie wróci, dopóki nie zostanie przez kogoś

ponownie wezwany - stwierdził z satysfakcją. Zwrócił się do Stephena i przyjrzał mu 

się bacznie. - Powiodło się panu, co, młody człowieku? Trzeba przyznać. Za to, Ŝe 

sprzedał mu pan moją duszę, bierze pan do kieszeni ponad pół miliona funtów. To się 

nazywa mieć głowę do interesów. śałuję, Ŝe nie przytrafiło mi się coś takiego w 

młodości.

- Nie wygląda na to, Ŝeby się pan zbytnio tym wszystkim przejął - zauwaŜył 

Stephen z wyraźną nutą ulgi w głosie.

- Nie. Nie przejąłem się - zgodził się Sam Gripshaw. - To raczej on powinien 

się martwić. Dziwi to pana, prawda? On sam i jemu podobni siedzą w tym interesie 

od tysięcy lat i nadal nie opracowali Ŝadnego systemu. Dzisiaj wymagana jest przede 

wszystkim sprawna organizacja... Trzeba mieć całe przedsiębiorstwo w małym palcu, 

Ŝ

eby wiedzieć, na czym się stoi i co jest co. Oni są zdecydowanie zbyt staromodni. 

NajwyŜszy czas, Ŝeby zatrudnili jakichś fachowców od zarządzania i efektywności.

- To prawda, nie są zbyt operatywni - potwierdził Stephen. - Z drugiej jednak 

strony, jego potrzeby są dość nietypowe. Zresztą, w końcu dostał, czego szukał.

- Owszem. Radzę jednak poczekać do czasu, gdy zajrzy do swojej kartoteki - 

jeŜeli w ogóle wiedzą tam, w dole, co to jest. Jak się panu wydaje, skąd wziąłem 

kapitał na rozkręcenie całego interesu?

background image

POPRAWKA W CZASIE

Po osłoniętej od wiatru stronie domu było gorąco. Pani Dolderson, która 

siedziała na progu oszklonych drzwi na taras, przesunęła fotel do tyłu, by ukryć w 

cieniu głowę, nie pozbawiając reszty ciała słonecznego ciepła. Odchyliła głowę na 

poduszkę i zapatrzyła się przed siebie.

W tym miejscu jakby zatrzymał się czas.

Na skraju trawnika rósł jak zawsze stary cedr. Płasko rozpostartymi konarami 

sięgał zapewne nieco dalej niŜ wówczas, gdy była dzieckiem, ale trudno to było 

zauwaŜyć: wydawał jej się wtedy równie ogromny jak teraz. Dalej Ŝywopłot - jak 

zawsze równy i elegancki. Po obu stronach furtki prowadzącej do zagajnika wciąŜ 

rosły dwa bliŜej nie określone krzewy, wystrzyŜone na kształt ptaków: Cocky i Olly. 

Jakie to cudowne, Ŝe nadal tam są, mimo Ŝe pióra w ogonie Olly’ego nieco 

rozczapierzyły się z upływem czasu.

Kwietnik po lewej stronie, przed kępą krzewów, jak zwykle olśniewał 

kolorami, moŜe nawet bardziej niŜ kiedyś. Wydawało się, Ŝe barwy kwiatów stały się 

jaskrawsze, lecz i tak prezentowały się wspaniale. Natomiast w zaroślach za 

Ŝ

ywopłotem zaszła pewna zmiana: rozmnoŜyły się młode drzewka, zniknęły stare. 

Między gałęziami prześwitywał teraz róŜowy dach sąsiadów, których dawniej nie 

było. Gdyby nie to, moŜna by właściwie zapomnieć na chwilę o minionych latach 

Ŝ

ycia.

Senne popołudnie: ptaki odpoczywają, pobzykują pszczoły, delikatnie 

szeleszczą liście, na pobliskim korcie rytmicznie odbijają się piłki, od czasu do czasu 

jakiś głos podaje wynik meczu. Mogło to być kaŜde z wielu słonecznych popołudni w 

ciągu tych pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu lat.

Pani Dolderson uśmiechnęła się do tego widoku: kochała go będąc małą 

dziewczynką, a teraz kochała go jeszcze bardziej.

Tu, w tym domu, przyszła na świat, tutaj wyrosła, tu wydano ją za mąŜ. Tu 

wróciła po śmierci ojca, wychowała dwójkę dzieci, tu się zestarzała... Wkrótce po 

drugiej wojnie o mało go nie straciła. I jest tu nadal...

Wszystko dzięki Haroldowi. Mądry chłopak i wspaniały syn... Kiedy stało się 

oczywiste, Ŝe nie będzie w stanie sama utrzymać domu, Ŝe trzeba go będzie sprzedać, 

właśnie Harold przekonał swoją firmę, by go wykupiła. Wyjaśnił przy tym matce, Ŝe 

background image

nie interesuje ich dom, lecz parcela, jak kaŜdego kupca. Wprawdzie sam budynek nie 

przedstawia juŜ prawie Ŝadnej wartości, ale jest dość korzystnie usytuowany. 

Warunkiem sprzedaŜy było przerobienie czterech południowych pokoi na 

samodzielne mieszkanie, które miało pozostawać do jej dyspozycji aŜ do śmierci. 

Resztę domu przebudowano na internat dla około dwudziestu młodych pracowników 

laboratorium i biura, które wybudowano od północy, na miejscu dawnej stajni i części 

paddocku. Pani Dolderson wiedziała, Ŝe pewnego dnia stary dom zostanie rozebrany, 

ale na razie, póki Ŝyje, dom i ogród od strony południowej i zachodniej mają pozostać 

nietknięte. Harold zapewnił ją, Ŝe nikt ich nie ruszy przez co najmniej piętnaście, 

dwadzieścia lat - czyli znacznie dłuŜej, niŜ będzie to konieczne...

Poza tym, rozmyślała spokojnie, odejdzie bez większego Ŝalu. W miarę 

upływu czasu człowiek staje się niepotrzebny. Teraz zaś, kiedy musi poruszać się w 

fotelu inwalidzkim, jest cięŜarem dla innych. Miała wraŜenie, Ŝe nie naleŜy juŜ do 

tego świata, Ŝe jest tu obca. Tyle rzeczy się zmieniło. Najpierw zaczęła mieć trudności 

z jego zrozumieniem, a potem Ŝycie stało się tak skomplikowane, Ŝe przestała 

podejmować próby, by je zrozumieć. Nic dziwnego, pomyślała, Ŝe ludzie starzy 

wykazują taką zaborczość wobec rzeczy; trzymają się kurczowo przedmiotów 

łączących ich ze światem, który potrafili pojąć...

Harold to kochany chłopiec i ze względu na niego starała się nie popełniać 

głupstw. Często jednak okazywało się to trudne... Na przykład dzisiaj, podczas 

lunchu. Był taki podniecony jakimś eksperymentem, który mają przeprowadzić po 

południu. Nie potrafił się powstrzymać, by o tym bez przerwy nie mówić, chociaŜ 

musiał przecieŜ wiedzieć, Ŝe wszystko to jest dla niej zupełnie niezrozumiałe. O ile 

mogła się zorientować, znowu opowiadał coś o wymiarach, ale tylko mu potakiwała, 

bynajmniej nie próbując zgłębić problemu. Gdy ostatnio poruszył ten temat, 

napomknęła, Ŝe za czasów jej młodości istniały tylko trzy wymiary i Ŝe nie bardzo 

sobie wyobraŜa, aby przy całym tym postępie moŜna było do tego coś jeszcze dodać. 

Tą uwagą sprowokowała wykład na temat matematycznego podejścia do świata, które 

umoŜliwia dostrzeganie całej serii wymiarów. Zdaje się, Ŝe nawet moment istnienia 

względem czasu stanowić ma pewien rodzaj wymiaru. Z filozoficznego punktu 

widzenia, zaczął wyjaśniać - ...lecz pani Dolderson natychmiast się zgubiła. Wywołał 

jej tylko zamęt w głowie. Była przekonana, Ŝe w czasach jej młodości filozofia, 

matematyka i metafizyka stanowiły odrębne nauki. Tymczasem dzisiaj zdają się one 

w niepojęty sposób podąŜać tym samym torem. Słuchała więc tym razem w 

background image

milczeniu, wydając tylko zachęcające pomruki, aŜ w końcu Harold uśmiechnął się 

posępnie i powiedział, Ŝe jest bardzo kochana, wysłuchując go tak cierpliwie. 

Następnie wstał od stołu, podszedł do matki i kładąc rękę na jej dłoni pocałował ją 

delikatnie w policzek, a ona Ŝyczyła mu powodzenia w tajemniczym doświadczeniu. 

Potem weszła Jenny, Ŝeby posprzątać ze stołu i przewieźć panią Dolderson bliŜej 

okna...

Rozleniwiające poobiednie słońce wprawiło ją wkrótce w stan pół snu, pół 

jawy i przeniosło pięćdziesiąt lat wstecz, kiedy to podobnego popołudnia, siedząc 

przy tym samym oknie - oczywiście fotel inwalidzki był wtedy nie do pomyślenia - 

czekała na Artura... Z bijącym sercem czekała na Artura... który juŜ nigdy się nie 

zjawił...

JakŜe dziwnie potoczyły się zdarzenia. Gdyby Artur zjawił się owego dnia, 

prawie na pewno wyszłaby za niego. Wówczas Harold i Cynthia nigdy by się nie 

urodzili. Miałaby, oczywiście, jakieś dzieci, ale nie byłby to Harold ani Cynthia... CóŜ 

za dziwna przypadkowość rządzi istnieniem... Wystarczy, Ŝe kobieta powie “nie” 

jednemu, a “tak” innemu męŜczyźnie, by powołać do Ŝycia potencjalnego mordercę... 

Jakimi głupcami są ci współcześni. Próbują wszystko uporządkować, uczynić Ŝycie 

bezpiecznym, a przecieŜ za nimi, w przeszłości kaŜdego z nich, ciągnie się usiany 

przypadkami łańcuch kobiet, które kiedyś powiedziały “tak” albo “nie”, w zaleŜności 

od zwykłego kaprysu...

Ciekawe, Ŝe właśnie teraz naszły ją wspomnienia o Arturze. Przez całe lata 

zupełnie o nim nie myślała...  Była wtedy absolutnie przekonana, Ŝe oświadczy się jej 

owego popołudnia. Nie miała pojęcia o istnieniu jakiegoś Colina Doldersona. I 

gotowa była się zgodzić. O tak, z pewnością przyjęłaby te oświadczyny.

Nie było Ŝadnych wyjaśnień. Nigdy się nie dowiedziała, dlaczego nie zjawił 

się ani tego dnia, ani nigdy potem. Nigdy do niej nie napisał. Mniej więcej po dwóch 

tygodniach nadszedł dość oschły list od jego matki, z którego wynikało, Ŝe Artur 

zachorował i lekarze zalecili mu wyjazd za granicę. Nic ponadto, aŜ do dnia, w 

którym natknęła się w jakiejś gazecie na jego nazwisko, ponad dwa lata później...

Oczywiście czuła złość - dziewczyna ma przecieŜ swoją godność - i przez 

jakiś czas było jej przykro. Skąd mogła wiedzieć, Ŝe w końcu wyjdzie jej to na dobre? 

Czy kochałaby jego dzieci tak samo? Czy byłyby równie dobre i mądre jak Harold i 

Cynthia?

Co za nieskończona ilość moŜliwości... Wszystkie te geny i inne rzeczy, o 

background image

których tyle się dzisiaj mówi...

Ucichły odgłosy gry w tenisa. Gracze zapewne odeszli do swoich 

tajemniczych zajęć. Pszczoły wciąŜ pracowicie brzęczały wśród kwiatów. Przyleciało 

kilka motyli; poruszały się w powietrzu po dyletancku, ocięŜale. Drzewa w oddali 

drŜały w nasilającym się upale. Senność popołudnia działała tak nieodparcie, Ŝe pani 

Dolderson w końcu jej się poddała. Oparła głowę na poduszkach, nie zwracając 

właściwie uwagi na ledwo słyszalny szum, w tonie nieznacznie wyŜszym niŜ 

brzęczenie pszczół, który wprawdzie nasilał się, lecz nie był na tyle głośny, by 

wywołać jej niepokój. Powieki opadły jej same.

Naraz, w odległości kilku metrów, lecz poza zasięgiem wzroku, pani 

Dolderson usłyszała kroki. Rozległy się tak nagle, jakby ktoś zszedł z trawnika na 

ś

cieŜkę. Wówczas jednak widziałaby kogoś na trawniku... Jednocześnie usłyszała 

męski głos, brzmiący pogodnie, ale niezbyt głośno. Śpiew rozległ się równie nagle, 

właściwie w pół słowa:

“...scy robią tak, robią tak...”

Piosenka urwała się raptownie. Kroki takŜe ucichły.

Pani Dolderson miała teraz oczy otwarte, otwarte bardzo szeroko. Zacisnęła 

kościste pałce na poręczach fotela. Przypomniała sobie tę melodię. Co więcej, bez 

wątpienia znała takŜe ten głos. Po tylu latach... Co za idiotyczny sen, oburzyła się w 

duchu... Wspominała go zaledwie na moment przed zamknięciem oczu... 

A jednak to wcale nie przypominało snu... Wszystko było wyraźne, czyste, 

znajome i logiczne... Pod palcami czuła przecieŜ twardość poręczy fotela...

Przyszło jej do głowy, Ŝe umarła. To mogłoby wyjaśniać, dlaczego ten stan nie 

przypominał zwyczajnego snu. Zapewne umarła cichą śmiercią, siedząc spokojnie w 

promieniach słońca. Doktor uprzedzał, Ŝe moŜe się to zdarzyć całkiem 

niespodziewanie... I tak się właśnie stało! Przez krótką chwilę doznała uczucia ulgi. 

Nie dlatego, Ŝe lękała się śmierci, lecz dlatego, Ŝe spodziewała się cierpienia. A więc 

juŜ po wszystkim, nic nie bolało. Po prostu zapada się w sen. Poczuła się nagle 

szczęśliwa, a nawet uradowana...Tylko dlaczego wciąŜ jest przykuta do tego fotela?...

Zazgrzytał Ŝwir pod stopami i rozległ się zdumiony głos:

- A to ci heca! Cuda-niewidy! Co to się u licha wyprawia?

Pani Dolderson zamarła w fotelu. Nie miała juŜ Ŝadnych wątpliwości, czyj to 

głos.

background image

Cisza. Stopy poruszyły się znowu, niezdecydowanie. Zabrzmiały kroki. 

ZbliŜały się powoli, niepewnie. W polu jej widzenia ukazał się młody człowiek. Och, 

wyglądał tak młodo! Poczuła lekki ucisk w sercu...

Miał na sobie blezer w prąŜki i białe flanelowe spodnie, na szyi jedwabną 

apaszkę, a na głowie zsunięty do tyłu słomkowy kapelusz z kolorową wstąŜką. Ręce 

trzymał w kieszeniach spodni, pod lewym ramieniem ściskał rakietę tenisową.

Najpierw ujrzała profil, niezbyt korzystny, poniewaŜ na twarzy męŜczyzny 

malowało się zdumienie: stał z otwartymi ustami wpatrując się w jeden z róŜowych 

dachów, prześwitujący przez gałęzie drzew.

- Arturze - powiedziała pani Dolderson z cicha. 

Przestraszył się. Rakieta wyślizgnęła mu się spod ramienia i zadudniła na 

ś

cieŜce. Próbował ją podnieść, zdjąć kapelusz i jednocześnie zapanować nad sobą: z 

niewielkim powodzeniem. Kiedy się wyprostował, twarz miał róŜową i wciąŜ 

zakłopotaną.

Patrzył na staruszkę siedzącą w fotelu, okrytą pledem, na jej szczupłe, 

delikatne dłonie, palce zaciśnięte na poręczach fotela. Sięgnął spojrzeniem poza nią, 

w głąb pokoju. To, co tam ujrzał, wzmogło jego niepokój. W oczach pojawił się lęk. 

Skierował wzrok z powrotem na staruszkę. Przyglądała mu się z napiętą uwagą. Nie 

przypominał sobie, by kiedykolwiek ją spotkał. Nie miał pojęcia, kim była... Mimo to 

jej  spojrzenie wydało mu się znajome.

Spuściła wzrok na swoją prawą dłoń. Przyglądała się jej przez chwilę, jakby 

nieco zdziwiona, po czym znowu zajrzała mu w oczy. 

- Nie poznajesz mnie, Arturze? - zapytała.

W jej głosie zabrzmiała nuta smutku, w której wyczytał zawód i wymówkę. Za 

wszelką cenę usiłował wziąć się w garść.

- Oba... obawiam się, Ŝe nie - wyznał. - Proszę pani...ja... pani... - Zająknął się, 

ale ciągnął dalej, zdesperowany. - Zdaje mi się, Ŝe jest pani ciotką Thelmy... panny 

Kilder.

Przez dłuŜszą chwilę patrzyła na niego z powagą. Nie zrozumiał jej 

spojrzenia, ale wkrótce pospieszyła z wyjaśnieniem:

- Nie. Nie jestem ciotką Thelmy.

Raz jeszcze powędrował wzrokiem w głąb pokoju. Tym razem potrząsnął 

głową z niedowierzaniem.

- Wszystko jest jakieś inne, chociaŜ niezupełnie - stwierdził strapionym 

background image

tonem. - Nie wszedłem chyba do cudzego...? - przerwał i odwrócił się, aby ponownie 

zlustrować ogród. - Nie, z pewnością nie - upewnił się stanowczo. - Ale co... co się 

stało?

Nie był juŜ zdumiony - był wstrząśnięty. Znowu skierował na panią Dolderson 

przeraŜone spojrzenie.

- Doprawdy... nie rozumiem... Skąd mnie pani zna? - dopytywał się. 

Zaniepokojona jego rosnącą rozpaczą odpowiedziała ostroŜnie:

- Poznaję cię, Arturze. Poznaliśmy się kiedyś.

- Naprawdę? Niestety, nie przypominam sobie... Bardzo mi przykro.

- Źle wyglądasz, Arturze. Przysuń sobie krzesło i usiądź tu na chwilę.

- Dziękuję pani... pani...?

- Dolderson - uzupełniła.

- Dziękuję, pani Dolderson - odparł i zmarszczył czoło, usiłując przypomnieć 

sobie nazwisko.

Patrzyła, jak przysuwa krzesło. Znała kaŜdy jego gest, kaŜdy szczegół twarzy, 

nawet ten niesforny kosmyk, który zawsze opadał mu na czoło, kiedy się pochylał. 

Usiadł i milczał przez jakiś czas, spoglądając spod zmarszczonych brwi na ogród.

Pani Dolderson równieŜ milczała. Była niewiele mniej zdziwiona niŜ on, 

chociaŜ tego nie okazywała. Przypuszczenie, Ŝe umarła, okazało się całkowicie 

niedorzeczne. Siedziała jak zwykle w fotelu, wciąŜ bolał ją krzyŜ, nadal potrafiła 

ś

cisnąć poręcze i poczuć je pod palcami. Nie śniła jednak: wszystko było zbyt 

namacalne, zbyt materialne, znacznie  bardziej realne niŜ to, co jawi się w snach... I 

zbyt sensowne - gdyby ten młodzieniec nie był Arturem.

A moŜe to po prostu jakieś przywidzenie? Jakiś Ŝart wyobraźni, która nadała 

twarz Artura innemu męŜczyźnie?

Zerknęła na niego. Nie, to niemoŜliwe, przecieŜ zareagował na imię Artur. To 

bez wątpienia Artur... ma na sobie blezer Artura... Dzisiaj blezery mają zupełnie inny 

krój. Poza tym od lat nie widziała męŜczyzny w słomkowym kapeluszu...

MoŜe więc duch?... AleŜ nie... Był przecieŜ całkiem materialny: kiedy siadał, 

zaskrzypiało krzesło, i ten Ŝwir, który chrzęścił pod jego butami... Zresztą, kto widział 

ducha pod postacią bezgranicznie zdumionego młodzieńca, który w dodatku zaciął się 

przy goleniu...?

Przerwał jej rozmyślania odwracając ku niej głowę.

- Spodziewałem się zastać tu Thelmę - wyjaśnił. - Mówiła, Ŝe tu będzie. Czy 

background image

moŜe mi pani powiedzieć, gdzie ona jest?

Mały, przestraszony chłopiec, pomyślała. NaleŜało go pocieszyć, zamiast 

straszyć dalej. Nie potrafiła jednak wymyślić niczego oprócz zapewnienia:

- Thelma jest niedaleko.

- Koniecznie muszę ją odnaleźć. Ona na pewno mi wytłumaczy, co się tu stało.

Poruszył się, Ŝeby wstać.

PołoŜyła mu dłoń na ramieniu, próbując go powstrzymać.

- Zaczekaj - poprosiła. - Jak sądzisz, co mogło się wydarzyć? Co cię tak 

zaniepokoiło?

- Wszystko. - Zatoczył ręką szeroki łuk, obejmując całą okolicę. - Wszystko 

się zmieniło... chociaŜ wygląda tak samo... Mam wraŜenie, Ŝe dostałem lekkiego 

pomieszania zmysłów. 

Zmierzyła go powaŜnym spojrzeniem i pokręciła głową.

- Chyba nie masz racji. Powiedz mi, proszę, co się tu zmieniło.

- Przyszedłem zagrać w tenisa... ChociaŜ tak naprawdę chciałem spotkać się z 

Thelma - poprawił się. - Wszystko było w porządku... jak zwykle. Wjechałem przez 

główną bramę, oparłem rower o duŜy świerk i ruszyłem ścieŜką w kierunku domu. 

Kiedy jednak dotarłem do rogu domu, zaczęło się dziać coś dziwnego...

- Co takiego? - zapytała pani Dolderson. - Co dziwnego się stało?  - No, 

prawie wszystko. Wydawało mi się, Ŝe drgnęło słońce. Drzewa zrobiły się nagle 

wyŜsze i inne niŜ przedtem. Kwiaty na tamtym klombie zmieniły kolor. Pnącze, które 

wcześniej zakrywało całą ścianę, jest o połowę niŜsze... Poza tym wygląda na jakiś 

inny gatunek. No i wreszcie tamte domy. Nigdy ich przedtem nie widziałem... Za 

krzakami rozciągało się zawsze puste pole. Nawet Ŝwir na ścieŜce jest bardziej Ŝółty, 

niŜ myślałem. I wreszcie pokój... Wprawdzie ten sam, bo znam to biurko, kominek... 

te dwa obrazy. Ale tapeta jest zupełnie inna. Nigdy jej tu nie było... W dodatku wcale 

nie jest nowa. Proszę mi powiedzieć, gdzie jest Thelma... Chcę, Ŝeby mi to 

wyjaśniła... Ja chyba zwariowałem... Stanowczym gestem połoŜyła rękę na jego dłoni.

- Nie ma obawy - stwierdziła zdecydowanym tonem. - Jestem przekonana, Ŝe 

cokolwiek tu zaszło, jest pan przy zdrowych zmysłach.

- No to co się... - zamilkł gwałtownie i przechylił głowę nadstawiając ucha. 

Dźwięk, w który się wsłuchiwał, przybierał na sile. - Co to jest? - zapytał z 

niepokojem.

Pani Dolderson wzmocniła uścisk.

background image

- Wszystko w porządku - pocieszała go tak, jak uspokaja się dziecko. - Nie bój 

się, Arturze.

Czuła, jak jego mięśnie tęŜeją w miarę narastania huku, który przetoczył się 

nad ich głowami na wysokości niespełna trzystu metrów. Ryk silników pozostawił za 

sobą rozedrgane powietrze, które dudniło jeszcze przez chwilę, aŜ ucichło na dobre.

Artur dostrzegł oddalający się samolot. Gdy zwrócił się w stronę pani 

Dolderson, twarz miał bladą i przeraŜoną. Odezwał się nieswoim głosem.

- Co... co to było?

Odpowiedziała łagodnie, jakby chciała wymóc na nim spokój.

- To tylko samolot, Arturze. Takie są straszne i hałaśliwe. 

Wpatrując się w miejsce, gdzie zniknął samolot, Artur potrząsnął głową.

- Widziałem i słyszałem samolot. Wcale tak nie wygląda. Wydaje dźwięk 

przypominający motocykl, tylko głośniejszy. A to było coś potwornego. Nie 

rozumiem... nie rozumiem, co się dzieje - powtarzał Ŝałośnie.

Pani Dolderson chciała jeszcze coś powiedzieć, ale powstrzymała się, 

przypominając sobie nagle, jak Harold mówił o róŜnych wymiarach, o ich 

przemieszczeniach na inne płaszczyzny, o tym, Ŝe czas to jakby jeszcze jeden 

wymiar... Pod wpływem jakiegoś przebłysku intuicji zrozumiała... Nie, zrozumiała to 

słowo zbyt mocne... Raczej sobie  uświadomiła. Ale mimo tej świadomości czuła się 

zagubiona. Zerknęła ponownie na młodzieńca. Był nadal spięty i lekko drŜał. 

Zastanawiała się, czy rzeczywiście traci zmysły. Musi go wyrwać z tego stanu. Nie 

sposób przeprowadzić tego łagodnie. Ale jak wybrać najmniej brutalny sposób?

- Posłuchaj, Arturze - zaczęła. 

Zwrócił na nią nieobecne spojrzenie. 

Rozmyślnie przybrała energiczny ton.

- W szafce znajdziesz butelkę koniaku. Przynieś ją, proszę... I dwa kieliszki - 

zaordynowała.

Posłuchał i oddalił się krokiem lunatyka. Nalała mu jedną trzecią kieliszka, 

sobie zaś tylko odrobinę.

- Wypij - poleciła. Artur zawahał się. - No, śmiało. PrzeŜyłeś szok. To ci 

dobrze zrobi. Chciałabym z tobą pomówić, ale nie mogę, póki jesteś taki ogłupiały.

Wypił, zakasłał i usiadł na krześle.

- Do dna. - A kiedy opróŜnił kieliszek, zapytała: - Lepiej? 

Skinął głową w milczeniu. Podjęła juŜ decyzję i ostroŜnie nabrała powietrza w 

background image

płuca. Przybrała teraz łagodny ton.

- Powiedz mi, Arturze, jaką mamy dzisiaj datę?

- Dzisiaj? - zdziwił się. - Piątek, oczywiście. To znaczy, 27 czerwca.

- Chodzi mi o rok, Arturze. Który rok? 

Spojrzał jej w oczy.

- Ja naprawdę jeszcze nie zwariowałem, proszę pani. Chyba wiem, jak się 

nazywam i gdzie jestem... To raczej rzeczy zwariowały, nie ja. I mogę panią 

zapewnić, Ŝe...

- Chcę, Ŝebyś mi powiedział, który mamy rok, Arturze - zaŜądała, znowu 

apodyktycznie.

Nie spuszczał z niej oka.

- 1913, oczywiście - odparł.

Pani Dolderson spuściła wzrok na trawnik i kwiaty. Pokiwała głową. Tak, 

dokładnie ten rok... To było w piątek. Ciekawe, Ŝe zapamiętała. Równie dobrze mógł 

to być 27 czerwca... Ale na pewno to właśnie w piątek, latem 1913 roku Artur nie 

zjawił się... Tak dawno, tak bardzo dawno temu...

Z zamyślenia wyrwał ją jego głos, drŜący z niepokoju.  

- Dlaczego... dlaczego pyta pani o... o rok?

Brwi miał ściągnięte, oczy pełne lęku. Był bardzo młody. Serce pani 

Dolderson ścisnęło się z Ŝalu. Znowu połoŜyła swoją kruchą dłoń na jego silnej ręce.

- Zaraz... Wydaje mi się, Ŝe wiem - wymamrotał. - To chyba... nie wiem, jak to 

moŜliwe... Ale nie pytałaby pani, gdyby... Stąd ta niezwykłość, prawda? Bo to juŜ nie 

jest dziewięćset trzynasty... Czy o to chodzi? - Drzewa takie wysokie... samolot... - 

zamilkł, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma. - Musi mi pani powiedzieć... 

Proszę, bardzo proszę... Co się ze mną stało? Gdzie ja jestem? Gdzie jest ten...?

- Mój ty biedaku... - szepnęła pani Dolderson.

- Błagam panią!...

Za oparciem fotela miała “The Times” z rozwiązaną do połowy krzyŜówką. 

Sięgnęła po gazetę niezbyt chętnie, złoŜyła ją i podała Arturowi. Artur wyciągnął 

drŜącą rękę.

- Londyn, poniedziałek, l lipca - przeczytał, a potem dalej, szeptem pełnym 

niedowierzania: - 1963.

Opuścił gazetę i posłał pani Dolderson błagalne spojrzenie.

Powoli pokiwała głową.

background image

Siedząc bez słowa, wpatrywali się w siebie nawzajem. Stopniowo wyraz jego 

twarzy uległ zmianie. Ściągnął brwi, jakby pod wpływem nagłego bólu. Rozejrzał się 

nerwowo, wodząc wokół spłoszonym wzrokiem, jakby szukał ucieczki. Wreszcie 

zwrócił się ku niej. Zacisnął na moment powieki i zaraz je otworzył. Ujrzała w nich 

ból... i lęk.

- Och, nie... nie! Nie! To nie pani... Pani nie moŜe być przecieŜ... Powiedziała 

pani, Ŝe... Ŝe nazywa się Dolderson, prawda?... Powiedziała pani, Ŝe jest... Pani nie 

jest... nie moŜe być... Thelmą?

Nie odezwała się. Patrzyli na siebie. Wykrzywił twarz jak dziecko.

- O BoŜe! - krzyknął i ukrył twarz w dłoniach.

Pani Dolderson opuściła powieki. Kiedy je podniosła, znowu nad sobą 

panowała. Spojrzała ze smutkiem na wstrząsane łkaniem ramiona. Podniosła ku 

pochylonej głowie szczupłą, poznaczoną niebieskimi Ŝyłkami dłoń i delikatnie 

pogładziła jasne włosy.

Prawą dłonią odszukała przycisk dzwonka na stole. Przycisnęła mocno i nie 

odrywała palca...

Otworzyła oczy na odgłos krzątaniny. Mimo spuszczonych Ŝaluzji do pokoju 

przedostawało się dość światła, by mogła rozpoznać Harolda, który stał przy jej łóŜku.

- Nie chciałem cię zbudzić, mamo - powiedział.

- Wcale mnie nie zbudziłeś, Haroldzie. Miałam sen, ale nie spałam. Usiądź tu 

przy mnie, kochanie. Chcę ci coś powiedzieć.

- Nie wolno ci się męczyć, mamo. Straciłaś na chwilę przytomność.

- Chyba tak, ale wolę wiedzieć, niŜ gubić się w domysłach. To nie potrwa 

długo.

- Dobrze więc. Słucham. - Przysunął krzesło do łóŜka, usiadł i wziął ją za 

rękę. W mroku odszukała jego oczy.

- To twoje dzieło, Haroldzie, prawda? Twój eksperyment sprowadził tutaj 

biednego Artura, tak?

- To zupełny przypadek, mamo.

- Opowiedz mi o tym.

- Przeprowadzaliśmy próbę. Tak zwaną próbę wstępną. Wiedzieliśmy, Ŝe 

teoretycznie istnieje taka ewentualność. Dowiedliśmy, Ŝe gdyby moŜna było... Och, to 

tak trudno wyrazić słowami. Gdyby dało się, no... wygiąć wymiar, zwinąć go jakby z 

powrotem, to dwa punkty w normalnej sytuacji oddalone od siebie muszą się zbiec... 

background image

Obawiam się, Ŝe nie wyraŜam się zbyt jasno...

- Nie szkodzi, synku. Mów dalej.

- No więc, kiedy generator zagięcia pola był juŜ gotów, nastawiliśmy go na 

połączenie dwóch punktów, które normalnie dzieli okres pięćdziesięciu lat. Wyobraź 

sobie długi pasek papieru, na którym zaznaczono dwa punkty, i te dwa punkty zostają 

nałoŜone na siebie.

- Tak. I co dalej?

- To był przypadek. Mogliśmy wybrać okres od dziesięciu do stu lat; 

zdecydowaliśmy się na pięćdziesiąt. Uzyskaliśmy zadziwiająco duŜe zbliŜenie, 

niezwykle duŜe. Skala błędu wynosiła cztery dni na pięćdziesiąt lat. To nas zdumiało. 

Musimy teraz znaleźć tylko źródło tego błędu, ale dam głowę, Ŝe...

- Tak, mój drogi. Nie wątpię, Ŝe to było wspaniałe doświadczenie. Ale 

powiedz mi, co się stało?

- Ach, przepraszam. No więc, jak juŜ mówiłem, był to zupełny przypadek. 

Włączyliśmy aparaturę najwyŜej na trzy do czterech minut...

I właśnie wtedy musiał wtargnąć w pole koincydencji pasaŜer na gapę... 

Szansa jedna na milion. śałuję, Ŝe tak się stało, ale w Ŝaden sposób nie mogliśmy 

przewidzieć... 

Odwróciła głowę na poduszce.

- Tak. Tego nie moŜna było przewidzieć - przyznała. - I co dalej?

- Właściwie juŜ nic. Nie wiedzieliśmy o niczym, dopóki Jenny nie usłyszała 

twojego dzwonka. Znalazła cię omdlałą i tego jegomościa Artura, który był zupełnie 

roztrzęsiony. Wtedy posłała po mnie. Jedna z dziewcząt pomogła przenieść cię na 

łóŜko. Przyjechał doktor Sole, zbadał cię, a temu Arturowi zaaplikował coś na 

uspokojenie. ZasłuŜył sobie, biedak... Niezła przygoda dla kogoś, kto szykował się 

tylko na partię tenisa z dziewczyną. Kiedy juŜ doszedł do siebie, powiedział nam, kim 

jest i skąd się wziął. A to ci prezent. Przypadkowy, Ŝywy i niezbity dowód, i to za 

pierwszym podejściem.

Jedynym jego Ŝyczeniem było wrócić jak najszybciej tam, skąd przyszedł. 

Bardzo był nieszczęśliwy... Przykra sprawa. Doktor Sole od razu chciał mu dać jakiś 

ś

rodek nasenny, bo był na dobrej drodze, Ŝeby zupełnie się rozkleić, i w dodatku nic 

nie wskazywało na to, Ŝe będzie w lepszej formie po przebudzeniu. Nie wiedzieliśmy 

zresztą, czy uda nam się odesłać go z powrotem. Transferencję “do przodu” moŜna w 

uproszczeniu określić jako nieskończone przyspieszenie progresji naturalnej. 

background image

Natomiast transferencja “do tyłu” powoduje mnóstwo wielce niepokojących 

implikacji. Doszło do ostrej wymiany zdań, ale na szczęście doktor Sole zaŜegnał 

spór. Stwierdził, Ŝe jeŜeli istnieje jakakolwiek szansa, to ten człowiek ma prawo z niej 

skorzystać, i Ŝe naszym obowiązkiem jest dołoŜenie wszelkich starań, by odwrócić to, 

cośmy z nim zrobili. W przeciwnym razie na pewno będziemy musieli się przed kimś 

tłumaczyć, skąd wzięliśmy takiego czubka, i to sprzed pięćdziesięciu lat. Staraliśmy 

się wyjaśnić Arturowi, Ŝe nie mamy pewności, czy damy radę przeprowadzić to samo 

w przeciwnym kierunku, a poza tym, z powodu tego czterodniowego błędu, nawet w 

najlepszym razie operacja będzie niedokładna. Wątpię, Ŝeby to pojął. Biedak, był 

naprawdę w opłakanym stanie. Pragnął tylko mieć szansę, jakąkolwiek szansę na 

wydostanie się stąd. Tylko to miał w głowie.

W końcu więc zdecydowaliśmy się zaryzykować. PrzecieŜ gdyby się nie 

udało... No cóŜ, on by się o tym nie dowiedział... Albo nic w ogóle by się nie stało.

Generator był nadal nastawiony na te same parametry. Postawiliśmy  jednego 

człowieka przy aparaturze i zaprowadziliśmy Artura z powrotem na ścieŜkę. 

Kazaliśmy mu iść przed siebie, tak jak szedł w momencie, gdy to się stało. Daliśmy 

znak do rozpoczęcia operacji. Środek uspokajający i inne przeŜycia sprawiły, Ŝe był 

nieźle oszołomiony, ale próbował wziąć się w garść. Ruszył przed siebie niepewnym 

krokiem. Pedantyczny umysł: był bliski płaczu, a mimo to drŜącym głosem usiłował 

ś

piewać: “Wszyscy robią tak, wszyscy...”. I wtedy zniknął... jakby zapadł się pod 

ziemię. - Harold zamilkł, po czym uzupełnił z Ŝalem: - Dowody, jakie mamy w ręce, 

nie wydają się zbyt przekonywające: rakieta tenisowa, prawie nie uŜywana, ale stary 

model, i kapelusz słomkowy. 

Pani Dolderson leŜała bez słowa, Harold więc znowu przerwał milczenie.

- Zrobiliśmy co w naszej mocy, mamo. Mogliśmy tylko próbować.

- AleŜ tak, mój drogi. I to wam się z pewnością udało. To nie wasza wina, Ŝe 

nie potrafiliście naprawić tego, co się stało... Zastanawiam się tylko, co by się stało, 

gdybyście uruchomili tę waszą aparaturę kilka minut wcześniej... lub później. Ale nie 

sądzę, Ŝeby coś takiego było moŜliwe... Gdyby bowiem... Nigdy nie przyszedłbyś na 

ś

wiat.

Spojrzał na nią zaniepokojony.

- Co chcesz przez to powiedzieć, mamo?

- Nic waŜnego, synku. Chyba rzeczywiście, jak słusznie powiedziałeś, był to 

zupełny przypadek... ChociaŜ widząc, jak wiele waŜnych spraw bywa dziełem 

background image

przypadku, mam wraŜenie, Ŝe jest to wszystko gdzieś zapisane...

Harold patrzył na matkę, nie pojmując, o co jej chodzi. W końcu zapytał: 

- Ale na jakiej podstawie przypuszczasz, Ŝe wysłaliśmy go z powrotem?

- Och, ja po prostu wiem, Ŝe się wam udało. Przede wszystkim doskonale 

pamiętam dzień, w którym przeczytałam w gazecie, Ŝe porucznik Artur Waring Batley 

został odznaczony medalem... To musiał być listopad dziewięćset trzynastego. A po 

drugie, właśnie dostałam list od twojej siostry.

- Od Cynthii? A cóŜ ona ma z tym wspólnego?

- Zamierza nas odwiedzić. Postanowiła ponownie wyjść za mąŜ i chciała 

przedstawić pana młodego... No, moŜe nie tak bardzo młodego...

- Doskonale, ale nie rozumiem...

- Cynthia sądzi, Ŝe go polubisz. Jest fizykiem.

- Ale...

Pani Dolderson nie pozwoliła sobie przerwać.

- Jej wybraniec nosi nazwisko Batley. Jest synem pewnego pułkownika Artura 

Batleya z Nairobi w Kenii.

- Chcesz powiedzieć, Ŝe to syn tego...?

- Na to wygląda, mój drogi. Trzeba przyznać, Ŝe jeŜeli te sprawy są 

rzeczywiście gdzieś zapisane, to jest to zapis bardzo zagmatwany. Niezwykłe, 

prawda?

background image

POSZUKIWANIE

Zgrzyt Ŝwiru pod kołami zatrzymującego się samochodu sprawił, Ŝe doktor 

Harshom spojrzał na zegarek. Zamknął notes, w którym coś pisał, włoŜył go do 

szuflady biurka i czekał. Po chwili Stephens otworzył drzwi, by zaanonsować gościa.

- Pan Trafford, sir.

Doktor podniósł się z krzesła i skierował wzrok na młodego człowieka, który 

wszedł do pokoju. Colin Trafford był męŜczyzną o przyjemnej powierzchowności, lat 

około trzydziestu, o lekko falujących, ciemnych włosach. Gładko ogolony, miał na 

sobie dobrze skrojony tweedowy garnitur i buty w odpowiednim kolorze. W jego dość 

sympatycznym wyglądzie nie było właściwie niczego szczególnego. Bez trudu moŜna 

by spotkać w ciągu dnia trzydziestu do czterdziestu jemu podobnych. Przyglądając się 

jednak uwaŜniej, doktor zauwaŜył pewne oznaki zmęczenia, ślady niepokoju w 

wyrazie jego twarzy i wokół oczu, a takŜe zacięte w uporze usta.

Podali sobie dłonie.

- Ma pan zapewne za sobą długą podróŜ - zagaił doktor. - Myślę, Ŝe chętnie się 

pan czegoś napije. Obiad będzie dopiero za pół godziny.

MęŜczyzna przyjął propozycję i usiadł. Po chwili odezwał się:

- Jestem panu bardzo zobowiązany za zaproszenie, doktorze.

- Zrobiłem to nie tylko z pobudek altruistycznych - odparł doktor. - Lepiej się 

rozmawia, niŜ koresponduje. Poza tym, jako człowiek dociekliwy, który niedawno 

przeszedł na emeryturę i porzucił niezwykle monotonną praktykę na prowincji, 

ilekroć trafię, co nie zdarza się często, na jakiś zagadkowy trop, powodowany 

ciekawością nie potrafię się odeń oderwać. - Doktor usiadł.

- Zagadkowy trop? - powtórzył Trafford.

 - Owszem, zagadkowy - przytaknął jego rozmówca.

Młody człowiek sączył whisky.

- Moje pytania nie wykraczają poza to, czego próbowałby się dowiedzieć 

kaŜdy... kaŜdy prawnik - zauwaŜył.

- Ale nie jest pan prawnikiem.

- Nie - potwierdził Colin Trafford. - Nie jestem.

- Ma pan jednak jakieś niezwykle istotne powody, aby prowadzić swoje 

dochodzenie. Oto więc zagadka. Jaka nagląca, czy teŜ raczej nie nagląca potrzeba 

background image

skłania pana do zbierania informacji o osobie, której istnienia nie jest pan właściwie 

pewien... i o której nic nie wiedzą w Somerset House?

Młody człowiek z coraz większą uwagą przyglądał się doktorowi, który mówił 

dalej:

- Skąd o tym wiem? PoniewaŜ z pewnością zacząłby pan od Somerset House. 

Gdyby znalazł pan tam metrykę, nie poszedłby pan w kierunku, który pan obrał. Tylko 

człowiek wyjątkowo zdecydowany potrafi wytrwać w poszukiwaniach kogoś, kto 

oficjalnie nie istnieje. Powiedziałem więc sobie: jeŜeli dotrze do mnie ten uparty 

wbrew rozsądkowi człowiek, postaram się rozwiązać zagadkę.

Colin Trafford ściągnął brwi.

- Czy mam rozumieć, Ŝe powiedział to pan przed otrzymaniem mojego listu?

- Drogi panie, Harshom to niepospolite nazwisko... Stanowi dość osobliwe 

zniekształcenie słowa Harvesthome, jeŜeli interesuje się pan takimi sprawami... i w 

rzeczy samej nigdy jeszcze nie słyszałem o Harshomie, który nie byłby z nami w 

sposób oczywisty spokrewniony.

I w pewnym stopniu pozostajemy ze sobą w kontakcie. ToteŜ wydaje mi się 

całkiem naturalne, iŜ wtargnięcie zupełnie nam obcego młodego człowieka, który 

uporczywie zwraca się do kaŜdego z nas z pytaniami dotyczącymi nie 

zidentyfikowanego Harshoma, rozbudziło naszą ciekawość. PoniewaŜ wyglądało na 

to, Ŝe zajmuję odległe miejsce na pańskiej liście, postanowiłem sam trochę się 

rozejrzeć. Tak więc...

- Dlaczego przypisuje pan sobie odległe miejsce na liście? - przerwał mu 

Trafford.

- PoniewaŜ jest pan bez wątpienia człowiekiem metodycznym. W tym 

przypadku przyjął pan metodę geograficzną. Zaczynając od Harshomów w centrum 

Londynu, posuwał się pan na zewnątrz, aŜ dotarł pan tutaj, do Herefordshire. 

Pozostały panu tylko dwie rodziny  Harshomów mieszkające jeszcze dalej: Peter na 

półwyspie w Konwalii i Harold, który mieszka pod Durham. Czy mam rację?

- Tak - przytaknął niezbyt skwapliwie Colin Trafford. 

Doktor Harshom uśmiechnął się chytrze.

- Tak sądziłem. Jest jeszcze... - zaczai, lecz młody człowiek znowu mu 

przerwał.

- W odpowiedzi na mój list zaprosił mnie pan do siebie, pomijając jednak 

milczeniem moje pytanie - zauwaŜył.

background image

- To prawda. Ale właśnie na nie odpowiedziałem, twierdząc, Ŝe osoba, której 

pan poszukuje, nie tylko nie istnieje, ale nigdy nie istniała.

- Skoro jest pan tego absolutnie pewien, to dlaczego zostałem tu zaproszony?

- PoniewaŜ... - doktor urwał na odgłos gongu. - A niech to, Philips daje nam 

tylko dziesięć minut na umycie się. Pozwoli pan, Ŝe pokaŜę panu teraz pokój, a 

porozmawiamy przy obiedzie.

Niedługo potem, przy zupie, Harshom podjął przerwany wątek.

- Pytał pan, dlaczego go tu zaprosiłem. OtóŜ sądzę, Ŝe skoro pańskim zdaniem 

ma pan prawo interesować się moim hipotetycznym krewnym, to ja mam nie mniejsze 

prawo interesować się motywami, które rozbudziły pańską ciekawość. - Czy brzmi to 

przekonywająco?

- Niezbyt - oznajmił Trafford po chwili namysłu. - Przyznaję, Ŝe dociekanie 

moich motywów nie byłoby pozbawione sensu, gdyby wiedział pan o istnieniu tej 

osoby. PoniewaŜ jednak zapewnia mnie pan, Ŝe ona nie istnieje, moje motywy stają 

się kwestią czysto akademicką.

- Szanowny panie, moja ciekawość jest rzeczywiście natury akademickiej, lecz 

mimo wszystko istnieje. MoŜe posuniemy się krok naprzód, jeśli przedstawię panu 

mój punkt widzenia na tę sprawę?

Trafford zgodził się. Doktor zaczął swoją opowieść.

- A zatem sytuacja wygląda tak: siedem czy osiem miesięcy temu pewien 

młody człowiek, dotąd nikomu z nas nie znany, zaczyna nawiązywać kontakty z 

moimi krewnymi. Powiada, Ŝe chciałby poznać miejsce pobytu lub otrzymać 

jakiekolwiek wskazówki pomocne w ustaleniu miejsca pobytu damy o nazwisku 

Ottilie Harshom, która, jego zdaniem, przyszła na świat w roku 1928, a moŜe kilka lat 

wcześniej lub później... Mogła teŜ, rzecz jasna, wychodząc za mąŜ, przybrać inne 

nazwisko. W pierwszych jego listach daje się odczuć ton pewnej śmiałości, która 

sugeruje przekonanie, iŜ sprawa da się z łatwością wyjaśnić. Lecz w miarę jak 

kolejnym Harshomom nie udaje się zidentyfikować przedmiotu jego poszukiwań, listy 

przyjmują nieco mniej pewne tony, choć nadal pozostają stanowcze. Tu i ówdzie 

dowiaduje się o młodych paniach Harshom, z których Ŝadna nie nosiła imienia Ottilie, 

lecz mimo to szczegółowo o nie wypytuje. CzyŜby oprócz innych danych na jej temat 

nie był takŜe pewien jej imienia? Widocznie jednak Ŝadna z tych pań nie odpowiada 

jego wymaganiom, poniewaŜ kontynuuje swoje poszukiwania. W obliczu 

jednoznacznego niepowodzenia uporczywość, z jaką postanawia nie pominąć Ŝadnego 

background image

Harshoma, zaczyna graniczyć z absurdem. Czy mamy do czynienia z dziwakiem, z 

chorobliwą obsesją? Istnieją wszakŜe dowody, Ŝe przynajmniej do wiosny 1953 roku 

był to człowiek całkowicie normalny. Jego pełne nazwisko brzmi Colin Wayland 

Trafford. Urodził się w roku 1921 w Solihull jako syn prawnika. W roku 1934 zaczai 

uczęszczać do Chartowe School. W 1939 wstąpił do armii, której szeregi opuścił w 

roku 1945 w stopniu kapitana. Studiował w Cambridge. W 1949 otrzymał dyplom z 

fizyki z dobrym wynikiem. W tym samym roku powierzono mu kierownicze 

stanowisko w firmie EPI - Electro-Physical Industries. W 1950 poślubił Delię 

Stevens. W 1951 owdowiał. Na początku 1953 doznał obraŜeń w wyniku wypadku 

podczas doświadczeń laboratoryjnych. Pięć tygodni przebywał w szpitalu St. Merryn. 

Mniej więcej po upływie miesiąca od opuszczenia szpitala nawiązał korespondencję z 

rodziną Harshomów na temat Ottilie Harshom. 

Collin Trafford przerwał mu ozięble.

- Jest pan świetnie poinformowany. 

Doktor nieznacznie wzruszył ramionami.

- Posiada pan dość wyczerpujące informacje o rodzinie Harshomów. Dlaczego 

więc my mielibyśmy nie wiedzieć czegoś o panu?

Colin milczał. Spuścił oczy, jakby wpatrywał się w obrus. Doktor podjął temat 

na nowo.

- A więc, jak mówiłem... CzyŜby cierpiał na jakąś obsesję? Od marca 

wszystko zdaje się wskazywać, Ŝe tak właśnie jest. Nie stwierdzono wcześniej 

Ŝ

adnych prób odnalezienia panny Ottilie Harshom. Doszedłszy do tego punktu, 

odniosłem wraŜenie, Ŝe natknąłem się na zagadkę dziwniejszą, niŜ sądziłem. - 

Zamilkł na chwilę. - Chciałbym pana zapytać, czy kiedykolwiek przed styczniem tego 

roku słyszał pan o Ottilie Harshom? 

Młodzieniec zawahał się, po czym odparł niepewnie:

- Jak moŜna odpowiedzieć na takie pytanie? Człowiek spotyka wszędzie 

tysiące nazwisk. Niektóre się pamięta, inne tkwią w podświadomości, a jeszcze 

innych nie zapamiętuje się wcale. Na to nie ma odpowiedzi. 

- Być moŜe. Mamy tu jednak do czynienia z dziwną sytuacją, poniewaŜ 

wszystko wskazuje na to, Ŝe przed styczniem Ottilie Harshom nie figurowała na 

mapie pańskiej pamięci. Natomiast od marca tego roku, choć nadal nie istnieje ona 

obiektywnie, zdaje się nad pańską pamięcią dominować. Zadaję sobie zatem pytanie, 

co zaszło między styczniem i marcem... Zajmując się medycyną, posiadam pewne 

background image

znajomości, jestem więc w stanie dotrzeć do faktów zewnętrznych. Pewnego dnia pod 

koniec stycznia został pan wraz z kilkoma innymi osobami zaproszony na pokaz 

doświadczenia przeprowadzanego w jednym z laboratoriów pańskiej firmy. Nie znam 

szczegółów, lecz wątpię, aby były dla mnie zrozumiałe, nawet gdybym je znał. 

WyŜsze stopnie wtajemniczenia współczesnej fizyki otoczone są zbyt wyrafinowaną 

atmosferą. Domyślam się jednak, Ŝe podczas doświadczenia coś się nie udało. 

Nastąpiła eksplozja czy implozja lub teŜ sprowokowano do szaleństwa kilka atomów. 

W kaŜdym razie budynek legł w gruzach. Jedna osoba zginęła na miejscu, inna 

niebawem zmarła, kilkanaście odniosło rany. Pan doznał jedynie lekkich obraŜeń: 

parę zadraśnięć i siniaków - słowem, nic powaŜnego. Stracił pan jednak przytomność. 

I to do tego stopnia, Ŝe... był pan nieprzytomny przez dwadzieścia cztery dni... Kiedy 

w końcu przyszedł pan do siebie, zaobserwowano u pana objawy głębokiej 

dezorientacji... Znacznie głębszej, niŜ moŜna było oczekiwać u pacjenta w pańskim 

wieku i o pańskiej budowie. Wobec tego podano panu środki uspokajające. Następnej 

nocy spał pan nerwowo, wykazując objawy zaburzeń psychicznych. W szczególności 

zaś wzywał pan bez przerwy osobę o imieniu Ottilie. Personel szpitala zasięgał 

wiadomości ze wszelkich moŜliwych źródeł, lecz nikt z pańskich przyjaciół ani 

krewnych nie znał Ŝadnej związanej z panem Ottilie. Zaczął pan wracać do zdrowia, 

ale nie ulegało wątpliwości, Ŝe coś pana gnębi. Odmówił pan wyjaśnień, ale zwrócił 

się pan do jednego z lekarzy, by polecił sekretarce odszukanie Ottilie Harshom w 

jakiejś ksiąŜce telefonicznej. Kiedy nie przyniosło to rezultatu, popadł pan w depresję. 

O ile mi wiadomo, nie wracał pan do tego tematu aŜ do chwili, kiedy po  wypisaniu ze 

szpitala rozpoczął pan poszukiwania Ottilie Harshom, które mimo zdecydowanie 

negatywnych wyników prowadzi pan nadal. Jaki stąd wniosek? - Doktor przerwał i 

rzucił gościowi spojrzenie, podnosząc lewą brew.

- śe jest pan lepiej poinformowany, niŜ sądziłem - odrzekł Colin bez 

entuzjazmu. - Taki wywiad byłby uzasadniony, gdybym był pańskim pacjentem. 

PoniewaŜ nim nie jestem i nie mam najmniejszego zamiaru zasięgać u pana porad 

specjalistycznych, uwaŜam to za wysoce nieetyczne natręctwo.

JeŜeli młody człowiek spodziewał się, Ŝe gospodarz zmiesza się, spotkało go 

rozczarowanie. Doktor nie przestawał mu się przyglądać z chłodnym 

zainteresowaniem.

- Nie jestem całkowicie przekonany, czy nie powinien pan zostać czyimś 

pacjentem - zauwaŜył. - Pozwoli pan jednak, Ŝe wyjaśnię, dlaczego to właśnie ja, a nie 

background image

kto inny z rodziny Harshomów został zmuszony do podjęcia tego dochodzenia. Sądzi 

pan moŜe, Ŝe są mniej bezczelni. Ostrzegam wszakŜe na wstępie przed złudną 

nadzieją. Proszę zrozumieć, Ŝe Ottilie Harshom, której pan poszukuje, nie istnieje i 

nigdy nie istniała. Jest to stwierdzenie całkiem definitywne.

Niemniej jednak istnieje pewien aspekt tej sprawy, który wielce mnie 

zaintrygował i którego nie jestem w stanie odrzucić jako przypadkowego zbiegu 

okoliczności. OtóŜ imię i nazwisko Ottilie Harshom nie jest mi zupełnie obce. Nie... - 

podniósł dłoń w geście ostrzeŜenia. - Powtarzam, Ŝadnych nadziei. Nie ma Ŝadnej 

Ottilie Harshom, chociaŜ była kiedyś... A właściwie były w przeszłości dwie Ottilie 

Harshom.

Z twarzy Colina Trafforda zniknął wyraz niechęci. Młody człowiek pochylił 

się lekko do przodu i wpatrywał w gospodarza z napięciem.

- Ale, jak powiadam - podkreślił doktor - było to dawno temu. Pierwszą z nich 

była moja babka. Urodziła się w 1832, poślubiła dziadka Harshoma w 1861 i zmarła 

w roku 1866. Drugą była moja siostra: przyszła na świat, nieboŜę, w 1884 i zmarła w 

1890...

Zamilkł na chwilę, a poniewaŜ Colin nie odzywał się, mówił dalej: 

- Tylko ja pozostałem z tej gałęzi, nic więc dziwnego, Ŝe inni Harshomowie 

nie pamiętali nawet o istnieniu takiego imienia w rodzinie. Na wieść o pańskich 

poszukiwaniach pomyślałem sobie: coś tu się nie zgadza. Ottilie nie naleŜy 

wprawdzie do imion zbyt rzadkich, lecz trudno teŜ zaliczyć je do popularnych. 

Natomiast Harshom jest nazwiskiem rzadko spotykanym. Szansę przypadkowego 

połączenia tych dwóch członów musiałyby wyraŜać się liczbą wręcz astronomiczną. 

Tak ogromną, Ŝe nie uwierzę, aby mógł to być przypadek. Musi gdzieś istnieć jakieś 

ogniwo, jakaś przyczyna... Postanowiłem zatem dowiedzieć się, w jaki sposób ów 

młody człowiek, Trafford, doszedł do tak nieprawdopodobnego połączenia imienia z 

nazwiskiem. I uległ, jak widać, obsesji. MoŜe zechciałby pan mi pan pomóc w tej 

kwestii? 

Colin nadal wpatrywał się w doktora, lecz nie odpowiadał.

- Nie? No cóŜ, trudno. Po zgromadzeniu wszystkich dostępnych danych 

musiałem dojść do następującego wniosku: w wyniku wypadku doznał pan jakiegoś 

traumatycznego przeŜycia o znacznym natęŜeniu i niezwykłym charakterze. O jego 

natęŜeniu świadczy niezłomność pańskich zamiarów, o niezwykłym zaś charakterze - 

widoczny stan chaosu, w jakim odzyskał pan przytomność, a takŜe po części upór, z 

background image

jakim utrzymuje pan, Ŝe nic nie pamięta od wypadku aŜ do momentu przebudzenia. 

Zakładając, Ŝe istotnie nic się wówczas nie wydarzyło, dlaczego obudził się pan w 

stanie takiego zagubienia? Musiało to zostać wywołane jakimś wspomnieniem. JeŜeli 

miało ono coś wspólnego z naturalnymi wyobraŜeniami sennymi, skąd ta odmowa ich 

zrelacjonowania? Dlatego teŜ musiało dojść do jakiegoś przeŜycia o wielkim 

znaczeniu osobistym, gdzie imię i nazwisko Ottilie Harshom stanowiło niezwykle 

silny element. No cóŜ, czy moje rozumowanie jest właściwe, a wniosek słuszny?

Colin zamyślił się, lecz poniewaŜ milczał nadal, doktor dorzucił:

- PrzecieŜ znajduje się pan juŜ blisko celu. Na liście zostało jeszcze tylko 

dwóch Harshomów, którzy - zapewniam pana - nic nowego nie wniosą. I co 

wówczas?

Colin odezwał się przygnębionym głosem:

- Ma pan chyba rację. Mimo to muszę się z nimi zobaczyć. MoŜe coś z tego 

wyniknie, jakaś wskazówka... Nie mogę pominąć najmniejszej szansy... Miałem 

niewielką nadzieję otrzymawszy pańskie zaproszenie. Wiedziałem, Ŝe ma pan 

rodzinę...

- Miałem - powiedział doktor cicho. - Mój syn, Malcolm, zginął podczas 

wyścigów w Brooklands w 1927. Był kawalerem. Córka wyszła za mąŜ, ale nie miała 

dzieci. Zginęła podczas nalotu na Londyn w 1941... To tyle. - Pokiwał głową ze 

smutkiem.

- Przepraszam - powiedział Colin. Po czym dodał: - Czy mógłbym zobaczyć 

zdjęcie pańskiej córki?

- Ona nie naleŜała do pokolenia, którego pan poszukuje.

- Wiem. Ale... mimo wszystko...

- Proszę bardzo... Musimy przejść do gabinetu. Ale nie znam jeszcze 

pańskiego zdania o moim wywodzie.

- Rozumuje pan właściwie.

- Nadal jednak nie ma pan ochoty o tym rozmawiać, prawda? A ja wręcz 

przeciwnie. Mogę nawet posunąć się nieco dalej. Nie sądzę, by pańskie przeŜycie 

wywoływało w panu poczucie wstydu lub wstrętu, w przeciwnym bowiem razie 

usiłowałby je pan w jakiś sposób sublimować, czego pan wyraźnie nie czyni. Jest 

zatem wielce prawdopodobne, iŜ przyczyną pańskiego milczenia jest strach. Coś 

sprawia, Ŝe boi się pan mówić o tym przeŜyciu. PoniewaŜ jestem przekonany, iŜ nie 

lęka się pan konfrontacji z nim samym, pańskie obawy muszą dotyczyć skutków jego 

background image

ujawnienia. Skutków, które mogą dotyczyć kogoś lub, co bardziej prawdopodobne, 

właśnie pana...

Colin przez jakiś czas przyglądał się doktorowi obojętnie, po czym rozluźnił 

się nieco i oparł wygodnie w fotelu. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się blady 

uśmiech.

- Pan potrafi dopiąć swego, prawda, doktorze? Wybaczy pan jednak uwagę, Ŝe 

zabiera się pan do tego z iście germańską bezwzględnością. A to takie proste. A 

mianowicie: jeŜeli człowiek, ktokolwiek, przeŜył coś, co nie mieści się w granicach 

normalnych doświadczeń, wszyscy będą skłonni uznać go za niezupełnie normalnego. 

CzyŜ nie mam racji? ToteŜ nie moŜna oczekiwać, Ŝe człowiek ten zachowa się w 

konkretnej sytuacji tak, jak powinna zachować się osoba normalna. A jeśli jego 

reakcje mogą nie być normalne, to czy moŜna mu zaufać? Oczywiście moŜna, ale czy 

nie byłoby rozsądniej obarczyć odpowiedzialnością osobę, co do której nie ma 

Ŝ

adnych wątpliwości? Lepiej się nie naraŜać. Więc się go odsyła. WciąŜ jednak 

obserwuje się jego trudne do przewidzenia posunięcia. Nad głową tego człowieka 

powoli zbiera się ledwie dostrzegalna chmura wątpliwości. Zbyt słaba i nie dość 

istotna, by ją rozwiać, lecz nieustannie rzucająca cień. Moim zdaniem nie istnieje nic 

takiego jak człowiek normalny, ale panuje powszechne przekonanie, Ŝe powinien 

istnieć. W kaŜdej organizacji znane jest pojęcie “człowieka poŜądanego”, który jest 

normalny z punktu widzenia jej potrzeb. Wszyscy członkowie takiej organizacji 

starają się mniej więcej dopasować do takiego wzorca, czyli wzorca członka 

organizacji. A kaŜdy, kto tylko  nieznacznie od niego odbiega, w Ŝyciu publicznym 

lub prywatnym, ryzykuje karierę. Powiada pan, Ŝe mogę obawiać się skutków: a ja 

twierdzę, Ŝe to bardzo proste.

- To prawda - przyznał doktor. - Ale nie starał się pan ukryć konsekwencji 

przeŜycia: poszukiwań Ottilie Harshom.

- Bo nie muszę. Czy jest coś bardziej przekonywającego niŜ motyw “chłopak 

szuka dziewczyny”? Wymyśliłem tło, które całkowicie wystarczało ciekawskim 

przyjaciołom, a nawet wielu Harshomom.

- Nie wątpię. Nikt bowiem nie zauwaŜył “przypadkowości” połączenia imienia 

“Ottilie” z nazwiskiem “Harshom”. Nikt oprócz mnie. - Przerwał, czekając na reakcję 

Trafforda. Kiedy ten nie zareagował, doktor mówił dalej:

- Niech pan słucha, młody człowieku. Ta sprawa leŜy panu na sercu. Jesteśmy 

tu sami. Nie mam Ŝadnego kontaktu z pańską firmą. ChociaŜ mój zawód powinien 

background image

stanowić dla pana dostateczną gwarancję dyskrecji, mogę, jeŜeli pan sobie Ŝyczy, 

podjąć specjalne zobowiązanie. Poczuje się pan lepiej, zrzucając z siebie to brzemię... 

A ja chciałbym dojść do samego sedna sprawy...

Ale Colin pokręcił głową.

- Nic z tego. Nawet gdybym panu powiedział, pogrąŜy się pan jeszcze głębiej 

w tajemnicy, tak jak ja.

- Co dwie głowy, to nie jedna. Moglibyśmy spróbować - odparł doktor i 

zamilkł wyczekująco.

Colin ponownie się zamyślił. Po chwili podniósł wzrok i spojrzał na doktora z 

powagą.

- Dobrze. Niech będzie. Ja juŜ próbowałem. Teraz pana kolej. Ale przedtem 

chciałbym zobaczyć zdjęcie pańskiej córki. Czy ma pan jakąś jej fotografię w wieku 

około dwudziestu pięciu lat?

Wstali od stołu i udali się do gabinetu. Doktor wskazał Colinowi fotel, sam 

zaś podszedł do szafy w rogu pokoju. Wyjął plik kartonowych zdjęć, przejrzał je, 

wybrał trzy, przez chwilę przyglądał się im w zamyśleniu, po czym podał je Colinowi. 

Podczas gdy Colin bacznie studiował fotografie, doktor nalał z karafki koniaku do 

kieliszków.

W końcu Colin podniósł wzrok.

- Nie - odezwał się. - ChociaŜ jest coś... - Zasłaniał dłonią  kolejne partie 

twarzy. - Jest coś w oprawie i kształcie jej oczu... ale niezupełnie. MoŜe brwi, choć 

trudno powiedzieć w tym uczesaniu... - Przyglądał się zdjęciom jeszcze przez 

moment, po czym zwrócił je doktorowi. - Dziękuję, Ŝe pozwolił mi pan je obejrzeć. 

Doktor wybrał jeszcze jedno zdjęcie i podał je Colinowi.

- To Malcolm, mój syn.

Na zdjęciu roześmiany młody człowiek stał przy mocowanej pasami masce 

samochodu najeŜonego bogatym zestawem rur wydechowych.

- Uwielbiał ten samochód - odezwał się doktor. - Ale okazał się za szybki na 

stary tor. Wyniosło go na bandę i uderzył w drzewo.

Wyjął fotografię z ręki Colina i podał mu kieliszek koniaku. 

Colin obracał kieliszek w dłoniach. Przez chwilę milczeli. Colin umoczył 

wargi i zapalił papierosa.

- Dobrze więc - rzekł Colin. - Postaram się to panu wyjaśnić. Najpierw jednak 

opowiem, co mi się wydarzyło. I choć relacja moŜe być subiektywna, mnie się to 

background image

wydarzyło naprawdę. Później moŜemy rozmawiać o implikacjach i tym podobnych... 

JeŜeli pan zechce.

- Doskonale - zgodził się doktor. - Pozwoli pan jednak, Ŝe zapytam, czy 

zaczynamy od chwili, gdy wydarzył się wypadek, czy teŜ moŜe coś istotnego zaszło 

wcześniej.

- Nie - zaprzeczył Colin Trafford. - Wszystko zaczęło się wtedy.

To był zwyczajny dzień. Wszystko i wszyscy zachowywali się zupełnie 

zwyczajnie, jedyną stosunkowo niezwykłą rzeczą miał być ten pokaz. Jego przedmiot 

nie jest dla mnie tajemnicą, lecz o ile się orientuję, nie ma większego znaczenia. 

Zebraliśmy się wokół aparatury. Deakin, odpowiedzialny za ten eksperyment, włączył 

dźwignię. Rozległ się szum, a następnie jęk przypominający odgłos silnika 

pracującego na wzrastających obrotach. Przybierając na sile, jęk przeszedł w wycie. 

Raz czy dwa doznałem uczucia przeszywającego bólu, na granicy słyszalności, a 

potem nastąpiło uczucie ulgi, poniewaŜ wszystko minęło i zdawało się, Ŝe znów 

zapanowała cisza. Przyglądałem się właśnie Deakinowi, który stał w gotowości nad 

wyłącznikami wpatrzony w przyrządy pomiarowe, i w chwili gdy odwracałem głowę 

w kierunku aparatury, nastąpił błysk... Nie słyszałem nic ani niczego nie poczułem. 

Dostrzegłem tylko ten oślepiający biały błysk... Potem zapanowała ciemność... 

Słyszałem nawoływania, krzyk jakiejś kobiety... krzyczała... krzyczała bez przerwy... 

Czułem, Ŝe przygniata mnie jakiś ogromny cięŜar. Otworzyłem oczy. Ostry ból

wdarł się przez nie w głąb czaszki, ale próbowałem wydobyć się spod cięŜaru, którym 

okazały się dwa czy trzy leŜące na mnie ciała. Udało mi się w końcu je zepchnąć i 

usiadłem. Zobaczyłem kilka osób rozciągniętych na ziemi. Niektórzy podnosili się na 

nogi. TuŜ obok, po mojej lewej stronie, zauwaŜyłem duŜe koło. Spojrzałem wyŜej i 

spostrzegłem, Ŝe przymocowane jest do autobusu - autobusu, który z miejsca, gdzie 

siedziałem, zdawał się wznosić jak czerwony wieŜowiec, w dodatku przechylony i 

gotów lada moment zwalić się na mnie. Podniosłem się więc czym prędzej. ZdąŜyłem 

jeszcze chwycić młodą kobietę, która leŜała na moich nogach, i przeciągnąć ją w 

bezpieczne miejsce. Miała trupio bladą twarz i była nieprzytomna.

Rozejrzałem się. Nietrudno było się domyślić, co zaszło. Kierowca autobusu, 

jadąc zapewne ze sporą prędkością, stracił z jakiegoś powodu panowanie nad 

kierownicą, przeciął zatłoczony chodnik i wpadł w witrynę sklepową. Krzyk, który 

słyszałem, wydobywał się z przedniej części górnego pokładu autobusu, zgniecionej 

background image

na fasadzie budynku. Wiele osób wciąŜ leŜało na ziemi. Jakaś kobieta poruszała się z 

wysiłkiem, jęczał jakiś męŜczyzna, inni leŜeli zupełnie bez ruchu. Trzy strugi krwi 

spływały leniwie zakosami po chodniku wśród kawałków szkła. Zatrzymano ruch na 

ulicy i dojrzałem kilka hełmów policyjnych przedzierających się przez tłum w naszą 

stronę.

Poruszyłem na próbę rękami i nogami. Pracowały bez zastrzeŜeń i nie 

sprawiały bólu. Byłem jednak oszołomiony, pękała mi głowa. Pomacałem ją i 

odkryłem dość bolesne miejsce z lewej strony potylicy, gdzie musiałem się uderzyć.

Dotarli do nas policjanci. Jeden zajął się odsuwaniem gapiów, drugi oglądał 

spoczywające na ziemi ofiary wypadku. Zjawił się teŜ trzeci, który udał się na piętro 

autobusu, skąd dochodził krzyk.

Próbując opanować oszołomienie spojrzałem nieco dalej. Znajdowałem się na 

Regent Street, w pobliŜu Piccadilly Circus; zniszczona witryna naleŜała do sklepu 

Austina Reeda. Ponownie podniosłem wzrok na autobus. Był rzeczywiście 

przechylony, ale nie mógł się przewrócić, poniewaŜ wbił się w otwór okienny tak 

głęboko, Ŝe tylko metr dzielił budynek od lśniących złotych liter napisu “General” na 

czerwonym boku pojazdu,  Wówczas zdałem sobie sprawę, Ŝe nic tu po mnie, Ŝe jeśli 

będę zwlekał, zostanę zmuszony do wystąpienia w roli świadka... Nie, proszę mnie 

ź

le nie zrozumieć. Nie dlatego, Ŝe niechętnie wystąpiłbym w roli świadka w 

normalnej sytuacji, gdyby miało to komuś pomóc, ale dlatego, Ŝe nagle pojąłem z 

przeraŜającą jasnością, iŜ to wcale nie jest sytuacja normalna. Po pierwsze nie mam 

pojęcia o niczym oprócz skutków, po drugie zaś, co ja tu w ogóle robię?... 

Przyglądałem się przecieŜ doświadczeniu w Watford i naraz jestem tutaj. Jakim 

cudem znalazłem się na Regent Street?...

Spokojnie wmieszałem się w tłum, wydostałem się z niego, przez labirynt 

stojących pojazdów przedarłem się na drugą stronę ulicy i udałem się do Cafe Royal 

nieco dalej.

Odniosłem wraŜenie, Ŝe coś się zmieniło od czasu, kiedy byłem tam po raz 

ostatni, to jest kilka lat temu, lecz przede wszystkim chciałem znaleźć bar, co mi się 

bez trudu udało.

- Podwójny koniak z wodą sodową - poprosiłem barmana.

Podał mi kieliszek i przysunął syfon. Wyjąłem z kieszeni pieniądze: kilka 

pensów i trochę srebrnych monet. Sięgnąłem więc po portfel.

- Pół korony - powiedział barman, jakby bronił się przed banknotem.

background image

Spojrzałem na niego zaskoczony. Skoro jednak sam wymienił sumę... 

Przesunąłem w jego stronę trzy szylingi. Wyglądał na zadowolonego.

Dolałem sobie wody sodowej i wychyliłem upragniony łyk koniaku. W chwili 

gdy odstawiałem kieliszek, dostrzegłem swoje odbicie w lustrze za barem...

Nosiłem kiedyś wąsy. Zapuściłem je w wojsku, ale idąc na uniwersytet w 

Cambridge postanowiłem pozbyć się tego balastu. I oto miałem je przed sobą: moŜe 

nieco skromniejsze, ale wskrzeszone. Podniosłem rękę i dotknąłem ich. To nie było 

złudzenie. Wąsy były prawdziwe. Niemal w tej samej chwili zauwaŜyłem teŜ swój 

garnitur. Owszem, miałem kiedyś bardzo podobny wiele lat temu, nawet całkiem 

niezły, lecz to przecieŜ nie to, co nosi się w EPI.

Poczułem, Ŝe kręci mi się w głowie. Pociągnąłem kolejny łyk koniaku i lekko 

drŜącą ręką zacząłem szukać papierosów. Paczka, którą wyciągnąłem z kieszeni, 

wyglądała obco. Czy słyszał pan kiedyś o papierosach mariner firmy Player? Nie? Ja 

teŜ nie słyszałem, lecz wyjąłem jednego i zapaliłem bardzo niepewną ręką. Uczucie 

oszołomienia nie przechodziło: narastało, i to w gwałtownym tempie. 

WłoŜyłem rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Portfela nie było. A 

powinien jednak być... MoŜe zajął się nim jakiś koniunkturalista z zebranego wokół 

autobusu tłumu gapiów? Przeszukując pozostałe kieszenie znalazłem wieczne pióro, 

pęk kluczy, parę kwitów od Harrodsa, ksiąŜeczkę czekową wydaną przez oddział 

Westminster Bank na Knightsbridge. Bank się zgadzał, ale dlaczego na 

Knightsbridge?... Mieszkam przecieŜ w Hampstead.

Próbując zapanować nad sytuacją, postanowiłem dokonać podsumowania 

wydarzeń do momentu, gdy otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą autobus. Widziałem 

go bardzo dokładnie. Wyraźnie pamiętałem, jak wpatruję się w czerwoną burtę z tym 

złotolśniącym napisem “General”... Tak, złotolśniące litery... z tym Ŝe, jak panu 

wiadomo, napisu “General” nie widuje się na londyńskich autobusach od roku 1933, 

kiedy to zastąpiono go napisem “London Transport”...

Nieco juŜ roztrzęsiony rozejrzałem się po barze za czymś, co mogłoby mnie 

jakoś uspokoić. Na jednym ze stolików zauwaŜyłem pozostawioną przez kogoś 

gazetę. Poszedłem po nią, lecz zanim spojrzałem na pierwszą stronę, usadowiłem się 

wygodnie na stołku za barem. Wziąłem głęboki oddech i spuściłem wzrok na 

nagłówek. Tu doznałem uczucia konsternacji, poniewaŜ całą stronę zajmowała 

reklama. Jednak nieco się uspokoiłem, znajdując u góry napis: Daily Mail, Londyn, 

ś

roda, 27 stycznia, 1954. Przynajmniej data się zgadzała. W tym właśnie dniu miał się 

background image

odbyć pokaz w laboratorium.

Zajrzawszy do środka przeczytałem: “Niepokoje w Delhi. W dniu dzisiejszym 

doszło w Indiach do najpowaŜniejszych jak dotąd przejawów niezadowolenia 

społecznego. Domagano się natychmiastowego uwolnienia Nehru z więzienia. śycie 

w mieście zostało sparaliŜowane od świtu do późnych godzin wieczornych”. 

Następnie moją uwagę zwróciła notatka zamieszczona w sąsiedniej kolumnie: “W 

odpowiedzi na interpelacje ze strony opozycji premier Butler zapewnił Izbę, iŜ Rząd z 

całą powagą rozpatruje...” Zerknąłem niepewnie na datę u góry strony. Nie róŜniła się 

od daty ze strony tytułowej: 27 stycznia, 1954. PoniŜej widniało jednak zdjęcie z 

podpisem: “Amanda Coward na scenie Laughton Theatre jako odtwórczyni głównej 

roli we wczorajszym przedstawieniu «The Lady Loves». Jest to ostatni musical ojca 

aktorki, Noela Cowarda. Spektakl przygotowano na kilka dni przed śmiercią autora w 

sierpniu bieŜącego roku. W przemówieniu wygłoszonym po premierze reŜyser Ivor 

Novello złoŜył wzruszający hołd zmarłemu artyście”.

Przeczytałem to jeszcze raz, dokładnie. Podniosłem głowę i powiodłem 

wzrokiem po obecnych w barze, po meblach, spojrzałem na barmana, na butelki, 

szukając potwierdzenia. Wszystko jawiło się w przekonywająco prawdziwym 

kształcie.

OdłoŜyłem gazetę i dopiłem koniak. Miałem ochotę na następny, lecz bez 

portfela byłoby niezręcznie, gdyby barman zmienił zdanie co do niskiej ceny. 

Spojrzałem na zegarek... i kolejna niespodzianka! Bardzo ładny zegarek, złoty, na 

pasku z krokodylej skóry, wskazywał dwunastą trzydzieści. Ale widziałem go po raz 

pierwszy. Odpiąłem go i obejrzałem kopertę. Widniał tam wygrawerowany napis 

sporej wielkości: “Od O. dla C. na wieki. 10 X 50”. Doznałem lekkiego wstrząsu, 

poniewaŜ oŜeniłem się wprawdzie w 1950, lecz nie w październiku i nie z osobą, 

której imię zaczynało się na O. Moja Ŝona miała na imię Delia. Bezwiednie załoŜyłem 

zegarek na rękę i wyszedłem z kawiarni.

Chwila odpoczynku i koniak dobrze mi zrobiły. Znalazłszy się ponownie na 

Regent Street, czułem się mniej oszołomiony, lecz bardziej zdumiony, jeŜeli nie jest 

to zbyt subtelne rozróŜnienie. Ból głowy minął prawie bez śladu, byłem więc w stanie 

lepiej przyjrzeć się temu, co działo się wokół.

Na pierwszy rzut oka Piccadilly Circus wyglądał jak zawsze. Mimo to 

odniosłem wraŜenie, Ŝe coś jest nie tak. Po jakimś czasie zorientowałem się, Ŝe 

chodzi o ludzi i samochody. Zaskakująco wielu przechodniów płci obojga ubranych 

background image

było niechlujnie, a kwiaciarki pod pomnikiem Erosa przypominały sterty brudnych 

szmat. Najbardziej zaskoczył mnie widok kobiet, które nie wyglądały nędznie. Prawie 

wszystkie miały na głowach duŜe kapelusze w kształcie talerzy. Nosiły długie suknie, 

niemal do kostek, wystające spod futer jak strój wieczorowy noszony w południc Buty 

o spiczastych noskach, przeładowane ozdobami, na cienkich jak szpilka obcasach, 

wyglądały wręcz obrzydliwie. Zapewne kaŜda moda sprawiałaby odraŜające wraŜenie, 

gdyby natknąć się na nią niespodziewanie. Tak się jednak nigdy nie dzieje... W 

kaŜdym razie nie działo się do tej pory... Gdyby nie ta data na gazecie, mógłbym się 

poczuć jak ponownie wyrwany ze snu Rip Van Winkle. Samochody teŜ prezentowały 

się dość niezwykle: dziwnie wysokie, małe i pozbawione lśniących dodatków, do 

których przywykliśmy. Kiedy zaś przyjrzałem  się im dokładniej, zauwaŜyłem, Ŝe nie 

ma wśród nich Ŝadnej znanej mi marki, oprócz paru łatwych do rozpoznania rolls 

royce’ow.

Stojąc rozglądałem się wokół z zaciekawieniem, gdy jakaś dama w 

talerzowatym kapeluszu i mocno wyliniałym futrze zagadnęła mnie dość ponurym 

głosem, nazywając kotkiem. Postanowiłem czym prędzej wynieść się stamtąd i 

ruszyłem w kierunku Piccadilly. Po drodze rzuciłem okiem na kościół św. Jamesa. 

Kiedy przechodziłem tamtędy ostatnio, mniej więcej dwa tygodnie temu, był 

obstawiony rusztowaniami, a obok, w parku, wisiały odezwy i afisze nawołujące do 

ofiarowania datków na odbudowę. Teraz rusztowania i apele zniknęły, a kościół 

wyglądał tak, jakby nigdy nie został zbombardowany. Przeszedłem na drugą stronę 

ulicy. Efekty renowacji widziane z bliska wzbudziły we mnie jeszcze większy 

podziw.

W końcu znalazłem się przed witryną księgarni Hatcharda. Przystanąłem, Ŝeby 

obejrzeć ksiąŜki. Na okładkach widniały nazwiska znanych mi autorów: Priestley, C. 

S. Lewis, Bertrand Russell, T. S. Eliot i paru innych. Natomiast większość tytułów 

była mi obca. W pewnej chwili mój wzrok padł na intensywnie róŜową okładkę: “U 

zarania Ŝycia” autorstwa Colina Trafforda.

Wpatrywałem się w ten tytuł, prawdopodobnie z otwartymi ustami. Widzi pan, 

ja rzeczywiście miałem kiedyś tego typu ambicje. Gdyby nie wojna, prawdopodobnie 

zrobiłbym dyplom z nauk humanistycznych i próbowałbym coś napisać. Tak się 

złoŜyło, Ŝe w wojsku zaprzyjaźniłem się z człowiekiem, który pchnął mnie ku 

naukom ścisłym, później zaś pomógł w otrzymaniu pracy w EPI. ToteŜ upłynęło 

dobrych parę minut, zanim otrząsnąłem się z wraŜenia, jakie wywarł na mnie ten 

background image

przypadkowy zbieg okoliczności, po czym powodowany rosnącą ciekawością 

wszedłem do środka.

Znalazłem tam kilka egzemplarzy ksiąŜki rozłoŜonych na stole. Otworzyłem 

jeden z nich. Nazwisko widniało wyraźnie równieŜ na stronicy tytułowej, poniŜej zaś, 

pod nagłówkiem “ ksiąŜki tego samego autora”, wymieniono siedem innych tytułów. 

Nazwa wydawnictwa była mi nie znana, lecz na następnej stronie przeczytałem: 

“Wydanie pierwsze, styczeń 1954”.

Obracałem ksiąŜkę w rękach i o mało jej nie upuściłem, ujrzawszy na tylnej 

okładce zdjęcie autora: bez wątpienia moje. Z wąsami... Podłoga zakołysała się pod 

moimi stopami.

Nagle usłyszałem za plecami czyjś głos. Wydał mi się znajomy.

- Mam cię, Narcyzie! Promujemy własną ksiąŜeczkę, co? No i jak leci?

- Martin! - zawołałem. Ucieszyłem się ze spotkania jak nigdy. - To ty! Kopę 

lat! Kiedy to widzieliśmy się po raz ostatni?

- O, co najmniej trzy dni temu, stary - odpowiedział, lekko zaskoczony.

Trzy dni! Owszem, widywałem Martina Fallsa dość często w Cambridge, ale 

po ukończeniu studiów spotkałem go dwa razy, ostatnio przed dwoma laty. Nie 

zraŜony, ciągnął dalej:

- Masz trochę czasu? MoŜe wrzucilibyśmy coś na ruszt? - zaproponował.

Tu takŜe coś się nie zgadzało. Od lat nie słyszałem juŜ o “wrzucaniu na ruszt”. 

Mimo to starałem się zareagować tak, jakby wszystko było w porządku.

- Doskonale - powiedziałem. - Ale pod warunkiem, Ŝe stawiasz. Ukradli mi 

portfel.

Cmoknął.

- Mam nadzieję, Ŝe nie był wypchany. MoŜe więc wpadniemy do klubu. Tam 

przyjmują czeki.

OdłoŜyłem ksiąŜkę, którą dotąd trzymałem w ręce, i wyszliśmy.

- Dziwna sprawa - odezwał się Martin. - Dosłownie parę dni temu wpadłem do 

Tommy’ego... Tommy’ego Westhouse’a. Strasznie napuszony. Kręcił się jak oszalały 

z tym swoim amerykańskim agentem. Pamiętasz tę jego wyborną ksiąŜeczkę 

“Kolczasta róŜa”? Spotkanie Ben Hura z Kleopatrą, do których dołącza markiz de 

Sade? OtóŜ zdaje się, Ŝe ten agent... - Martin plótł jak najęty, rzucał nazwiska, które 

nic mi nie mówiły, ale było ich dość, abyśmy minęli kilka ulic, docierając niemal na 

Pali Mali. Na koniec zapytał:

background image

- No a jak się sprzedaje twoje “U zarania”? Podobno nie nadąŜają z 

subskrypcją. Słyszałem, Ŝe pogrozili ci paluszkiem w “Lit. Sup”. Jeszcze nie miałem 

czasu przeczytać. Tyle mam spraw na głowie.

Zdecydowałem się na wyjście najłatwiejsze: przyjąłem postawę 

dyplomatyczną. Wydało mi się to prostsze niŜ usiłowanie, Ŝeby cokolwiek zrozumieć. 

Powiedziałem więc, Ŝe ksiąŜka sprzedaje się zgodnie z oczekiwaniami.

Dotarliśmy wreszcie do klubu, którym okazał się “The Savage”. Nie  jestem 

jego członkiem, lecz portier powitał mnie jak stałego bywalca, uprzejmie wymieniając 

moje nazwisko.

- Najpierw skoczymy do baru na jednego - zaproponował Martin - a potem 

pójdziemy do George’a i pogadamy o czeku.

Miałem powaŜne wątpliwości, ale wszystko poszło gładko. Podczas obiadu 

musiałem się pilnować, Ŝeby nie wypaść z roli. Napotkałem te same trudności, co 

teraz. Wprawdzie w odwrotnym porządku, lecz zasada pozostaje ta sama: jeŜeli 

sprawy wyglądają zbyt dziwnie, ludzie skłonni są raczej sądzić, Ŝe mają do czynienia 

z wariatem, niŜ spieszyć z pomocą. Dlatego naleŜy zachować pozory.

Obawiam się jednak, Ŝe nie wypadłem najlepiej. Kilka razy spotkałem jego 

zaniepokojone spojrzenie. W pewnej chwili zapytał wprost:

- Słuchaj, stary, czy ty się naprawdę dobrze czujesz?

Ale najgorszy moment nastąpił później, dopiero przy serach. Martin wyciągnął 

lewą rękę po łodygę selera i wtedy na jego małym palcu zauwaŜyłem złoty sygnet. To 

mnie zupełnie wytrąciło z równowagi. Bo, widzi pan, Martin nie ma małego palca u 

lewej ręki. Sąsiedniego teŜ zresztą nie ma. Zostawił je gdzieś nad Renem w 1945...

- Jezus Maria! - krzyknąłem. Nie wiem dlaczego to właśnie wstrząsnęło mną 

najbardziej. Podniósł na mnie wzrok.

- Co ci jest, stary? Jesteś blady jak śmierć.

- Twoja ręka... - wyjąkałem.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem, potem na mnie, jeszcze bardziej zdziwiony.

- Wygląda całkiem normalnie - zauwaŜył mruŜąc lekko oczy.

- PrzecieŜ straciłeś dwa palce... na wojnie - wybuchnąłem. 

Uniósł brwi, po czym ściągnął je, zaniepokojony. Na koniec odezwał się 

dobrodusznie:

- Coś ci się chyba pomieszało, staruszku. PrzecieŜ wojna skończyła się, zanim 

przyszedłem na świat.

background image

To, co nastąpiło potem, pamiętam dość mgliście. Kiedy zaś wszystko nabrało 

sensu, okazało się, Ŝe leŜę w duŜym fotelu, a Martin siedzi tuŜ obok.

- I posłuchaj mojej rady, stary. Idź jeszcze dzisiaj do lekarza. Musiało cię to 

ruszyć bardziej, niŜ myślałem. Mózg ludzki to dziwna zabawka... Nigdy dość 

ostroŜności. No, niestety, na mnie juŜ czas. Jestem umówiony. Ale nie odkładaj tego 

na później. To ryzykowna  sprawa. Daj znać, jak i co.

I zniknął.

Usiadłem wygodniej w fotelu. Dziwna rzecz, ale czułem się znacznie lepiej 

niŜ przez cały czas od momentu, gdy otworzyłem oczy na chodniku przy Regent 

Street. Najprawdopodobniej ten silny wstrząs wytrącił mnie z oszołomienia i pobudził 

umysł do działania. Cieszyłem się, Ŝe Martin sobie poszedł i Ŝe mogę się zastanowić...

Rozejrzałem się po sali. Jak juŜ wspomniałem, nie jestem członkiem klubu i 

znałem ten lokal zbyt słabo, Ŝeby mieć pewność co do szczegółów. W kaŜdym razie 

wystrój wnętrza, w tym dywan oraz niektóre kinkiety, róŜnił się trochę od tego, co 

widziałem tu ostatnio...

W pokoju znajdowało się kilka osób. Dwie rozmawiały w rogu, trzy drzemały, 

ktoś inny czytał gazetę. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Podszedłem do stolika z 

periodykami i wziąłem “New Statesmana” z 22 stycznia 1954 roku. Artykuł z 

pierwszej strony nawoływał do nacjonalizacji transportu, co miało być pierwszym 

krokiem na drodze do przekazania środków produkcji masom i w ten sposób 

połoŜenia kresu bezrobociu. Z tekstu wiało nostalgią. Przewracałem kartki, czytając 

tytuły, które nic mi nie mówiły z powodu braku kontekstu. Ucieszyłem się na widok 

kolumny Krytyka. Wśród absorbujących go aktualnie spraw były jakieś 

doświadczenia prowadzone w Niemczech. WyraŜał opinię, podzielaną przez szersze 

grono wybitnych uczonych, iŜ wobec teoretycznej moŜliwości rozszczepienia jądra 

proponowane metody kontroli tego zjawiska są niewystarczające. W przypadku 

reakcji łańcuchowej mogłoby dojść do katastrofy na skalę kosmiczną. Powołano 

komisję złoŜoną ze znanych przedstawicieli nauk humanistycznych i ścisłych, aby za 

pośrednictwem Ligi Narodów złoŜyła w imieniu ludzkości protest na ręce rządu 

niemieckiego przeciwko nierozwaŜnym badaniom...

Proszę, proszę...!

Czując, Ŝe odzyskuję wiarę w samego siebie, usiadłem, Ŝeby się zastanowić.

Stopniowo zaczęło mi coś świtać... Nie dotyczyło to ani sposobu, ani 

przyczyny tego, co zaszło - nadal nie posiadam na ten temat Ŝadnej konkretnej teorii. 

background image

Chodziło raczej o to, co mogło się zdarzyć.

Było to bardzo niejasne przeczucie, wywołane prawdopodobnie myślą o 

przypadkowym neutronie, który, o ile wiedziałem, moŜe w pewnej sytuacji zostać 

pochwycony przez atom uranu, chociaŜ w innej sytuacji wcale do tego nie dochodzi. 

W ten sposób dochodzimy oczywiście do Einsteina i teorii względności, która, 

jak panu wiadomo, stanowczo wyklucza moŜliwość określenia ruchu i konsekwentnie 

prowadzi do pojęcia czterowymiarowego continuum czasoprzestrzeni. Skoro zaś nie 

moŜna określić parametrów ruchu tego continuum, to nie moŜe istnieć Ŝaden model 

ruchu ani nie moŜna przewidzieć jego skutków. A jednak tam, gdzie czynniki są 

zbliŜone, to znaczy zbudowane z podobnych atomów i pozostające mniej więcej w 

tym samym stosunku do continuum, moŜna spodziewać się zbliŜonych skutków. 

Rzecz jasna, nie będą one nigdy identyczne, gdyŜ wówczas określenie ruchu stałoby 

się moŜliwe. Mogą natomiast być do siebie bardzo podobne, co pozwalałoby je 

rozpatrywać w kategoriach szczególnej teorii względności Einsteina. Dawałyby się 

wówczas określić bliŜej za pomocą zbioru pokrewnych czynników. Innymi słowy, 

mimo Ŝe ów nieskończony punkt, jakim jest pewien moment w roku 1954, musi 

pojawić się w continuum, to istnieje on wyłącznie w odniesieniu do kaŜdego 

indywidualnego obserwatora i zdaje się istnieć w podobny sposób w odniesieniu do 

pewnych ścisłych grup obserwatorów. Niemniej jednak, poniewaŜ nie ma dwóch 

identycznych obserwatorów, kaŜdy postrzega przeszłość, teraźniejszość i przyszłość 

inaczej, niŜ postrzegają je inni. W rezultacie to, co postrzega obserwator, wynika 

wyłącznie z czynników stanowiących o jego stosunku do continuum i istnieje tylko 

dla niego. 

Tak rozumując doszedłem do wniosku, Ŝe zaszła rzecz następująca: w jakiś 

niepojęty sposób zostałem przeniesiony na pozycję innego obserwatora, którego punkt 

widzenia był w pewnym sensie zbliŜony do mojego, lecz na tyle odmienny, Ŝe jego 

związki, a co za tym idzie, jego realia, wymykały się mojemu postrzeganiu. Innymi 

słowy, Ŝył on w świecie tylko dla niego realnym, podobnie jak ja Ŝyłem w świecie 

realnym tylko dla mnie, aŜ do chwili, kiedy nastąpiła ta szczególna transpozycja, w 

wyniku której znalazłem się na miejscu obserwatora jego świata, oczywiście z jego 

przeszłością i przyszłością, a nie świata, do którego przywykłem.

Proszę pamiętać, Ŝe chociaŜ wydaje się to proste, nie doszedłem do tego od 

razu. Udało mi się natomiast drogą rozumowania zbliŜyć na tyle do układu 

obserwator - istnienie, by stwierdzić, Ŝe cokolwiek się stało, mój umysł pracuje 

background image

normalnie. Kłopot w tym, Ŝe znajdował się w niewłaściwym miejscu i odbierał 

sygnały przeznaczone nie dla mnie; niczym odbiornik podłączony do niewłaściwego 

obwodu.

W gruncie rzeczy nie jest to powód do zadowolenia. Wręcz przeciwnie. Ale 

mimo wszystko lepsze to niŜ wadliwy odbiornik. Zrozumienie tego podniosło mnie 

nieco na duchu.

Siedziałem czas jakiś porządkując myśli i zastanawiając się, co robić, dopóki 

nie skończyłem paczki papierosów mariner. Wówczas poszedłem do telefonu.

Najpierw wykręciłem numer EPI. Cisza. Sprawdziłem w ksiąŜce telefonicznej. 

Znalazłem tam zupełnie inny numer centrali. Wykręciłem go.

- Poproszę wewnętrzny sto trzydzieści trzy - powiedziałem telefonistce, a po 

chwili namysłu dodałem nazwę mojego działu.

- Aha! Chodzi panu o wewnętrzny pięćdziesiąt dziewięć - poinformowała 

mnie.

Ktoś podniósł słuchawkę. - Chciałbym rozmawiać z panem Colinem 

Traffordem.

- Przykro mi, ale w naszym dziale nikt o takim nazwisku nie pracuje - odparł 

głos.

Połączyłem się ponownie z centralą. Po dłuŜszym milczeniu telefonistka 

oświadczyła:

- Niestety. Nie mam takiego nazwiska na liście naszych pracowników. 

Odwiesiłem słuchawkę. Wszystko wskazywało na to, Ŝe nie pracuję w EPI. 

Wykręciłem więc numer mojego mieszkania w Hampstead. Nie czekałem długo.

- Transcendentalne pasy i gorsety, słucham - odezwał się energiczny głos. 

Rozłączyłem się.

Przyszło mi do głowy, Ŝe powinienem poszukać swojego nazwiska w ksiąŜce 

telefonicznej. Znalazłem. “Trafford Colin W.,  Hogarth Court, Duchess Gardens, 

S.W.7. Sloane 67021”. Spróbowałem. Usłyszałem sygnał. Na drugim końcu nikt nie 

podnosił słuchawki.

Wyszedłem z budki i zastanawiałem się, co robić dalej. Ogarnęło mnie 

przykre uczucie zagubienia, jakbym nagle znalazł się w obcym mieście nie mając 

nawet pokoju w hotelu. Co gorsza, miasto było mi obce tylko w drobnych 

szczegółach.

Po dalszym namyśle doszedłem do wniosku, Ŝe najskuteczniejsze barwy 

background image

ochronne zapewni mi postępowanie zgodne z tym, czego naleŜało spodziewać się po 

tym Colinie Traffordzie. Skoro nie miał nic do roboty w EPI, to przynajmniej miał 

dom, gdzie mógł pójść...

Hogarth Court - przyjemny budynek, w holu puszysty dywan,  podświetlony 

bukiet kwiatów i tak dalej. Nie zauwaŜyłem portiera, więc od razu skierowałem się do 

windy. Dom nie wyglądał z zewnątrz na dostatecznie duŜy, by pomieścić pięćdziesiąt 

cztery apartamenty, więc wcisnąłem piątkę, czyli piąte piętro, i rzeczywiście po 

wyjściu z windy stanąłem na wprost drzwi z numerem 54. Wyjąłem z kieszeni pęk 

kluczy, wybrałem taki, który mógłby się nadawać do zamka. Pasował.

Znalazłem się w niewielkim holu. Nic niezwykłego: tapeta w drobny wzorek, 

brązowy dywan, stolik z telefonem i kwiatkami w wazonie, nad stolikiem lustro w 

złoconej ramie, krzesło, korytarzyk, mnóstwo drzwi. Zatrzymałem się.

- Halo - powiedziałem na próbę. Po czym nieco głośniej: - Halo! Jest tam kto?

Nie odpowiedział mi Ŝaden dźwięk ani Ŝaden głos. Zaniknąłem drzwi. Co 

teraz? Cholera, przecieŜ byłem... jestem... Colinem Traffordem! Zdjąłem płaszcz. 

Gdzie go powiesić? Rozejrzałem się dokładniej i odkryłem szafę na ubrania. Wisiało 

tam juŜ duŜo innych płaszczy. Męskich i damskich. Były takŜe damskie śniegowce... 

Postawiłem swoje obok.

Chciałem zbadać topografię mieszkania i zobaczyć, jak wygląda ten mój 

dom...

Nie sądzę, by zainteresował pana rejestr sprzętów. Dość Ŝe było to całkiem 

miłe mieszkanie. Większe, niŜ to sobie wyobraŜałem. Właściwie wyposaŜone i 

funkcjonalne; bez ekstrawagancji, ale teŜ bez zbytniej skromności. W dobrym guście. 

ChociaŜ nie moim. Zresztą co to jest gust? Albo wyczucie pewnego stylu, albo 

wyrafinowany wybór z tego, co modne. Czułem, Ŝe mam do czynienia z modnym 

wnętrzem, ale ta moda była obca i dlatego mi nie odpowiadała...

Ciekawa była kuchnia: lodówka, brak zmywarki do naczyń, brak miksera, 

jednokomorowy zlewozmywak bez suszarki, Ŝadnych laminatowych blatów, za to 

staroświecka kuchenka elektryczna, opakowanie proszku mydlanego zamiast 

syntetycznych detergentów i dziwaczne oświetlenie na suficie - płaska lampa o 

powierzchni metra kwadratowego.

W przestronnym salonie stały wygodne fotele, ale nie obrotowe. DuŜy 

radioodbiornik z adapterem, nieco przeładowany ozdobami, bez UKF. Tutaj takŜe 

ś

wiatło padało z oszklonych kasetonów na suficie i z kubów przypominających 

background image

szklane pudełka ustawione na cokołach. Nie było telewizora.

Obszedłem całe mieszkanie. Sypialnia bardzo kobieca, ale nie zagracona. 

Podwójne łóŜko. Białe kafelki w łazience. Sypialnia gościnna z niewielkim 

dwuosobowym tapczanem. I tak dalej. Najbardziej zainteresował mnie jednak pokój 

w końcu korytarza. Wyglądał jak gabinet. Jedną ze ścian zajmował regał z ksiąŜkami. 

Niektóre, te starsze, znałem. Pozostałych nie. Fotel klubowy, krzesło. Szerokie biurko 

z blatem obitym skórą stało pod oknem, skąd rozciągał się widok na pozbawione liści 

drzewa w parku, dachy i bezkres nieba. Na biurku maszyna do pisania w pokrowcu, 

lampa biurowa, kilka tekturowych teczek z wystającymi kartkami papieru, pudełko na 

papierosy, metalowa popielniczka, opróŜniona i umyta, a takŜe fotografia w skórzanej 

ramce.

UwaŜnie przyjrzałem się fotografii. Ujmujące studium. Mogła mieć 

dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Inteligentna, pogodna twarz, kobieta, którą 

chce się poznać. Ale nie znałem nikogo takiego...

Z lewej strony biurka stała oszklona szafka, a na niej osiem ksiąŜek. Reszta 

półek - pusta. Pierwsza ksiąŜka od lewej okazała się tą samą, jaką widziałem rano w 

księgarni Hatcharda - “U zarania Ŝycia”. Na pozostałych takŜe widniało nazwisko 

Colin Trafford. Usiadłem w fotelu i przyglądałem się im przez jakiś czas. Po czym z 

dziwnym, schizofrenicznym uczuciem sięgnąłem po ksiąŜkę i otworzyłem na 

pierwszej stronie.

Upłynęło chyba niewiele ponad pół godziny, gdy dobiegł mnie zgrzyt klucza w

zamku drzwi wejściowych. OdłoŜyłem ksiąŜkę na miejsce i zebrałem myśli. 

Postanowiłem pokazać się sam, zamiast czekać, aŜ zostanę odkryty. Otworzyłem 

drzwi. W końcu korytarza kobieta w długim płaszczu z szarego zamszu, spod którego 

wystawał rąbek tweedowej spódnicy, ustawiała paczki na stoliku. Na odgłos 

otwieranych drzwi podniosła głowę. Stałem oko w oko z oryginałem przedstawionym 

na fotografii, lecz w nieco odmiennym nastroju. Kiedy zbliŜałem się do niej, 

dostrzegłem na jej twarzy zdziwienie pomieszane z innymi odczuciami, których nie 

potrafiłem odczytać. W kaŜdym razie na pewno nie miały wiele wspólnego z 

zachowaniem kochającej Ŝony, która wita oddanego małŜonka.

- O! - powiedziała. - Jesteś juŜ w domu? Co się stało?

- Co się miało stać? - powtórzyłem, szukając punktu zaczepienia.

- Wydawało mi się, Ŝe byłeś po południu umówiony na jakieś waŜne spotkanie 

z Dickie w BBC - zauwaŜyła nieco cierpkim tonem.

background image

- Ach, tak. Rzeczywiście. Tak, odwołał je - odparłem niezręcznie. 

Znieruchomiała i obrzuciła mnie uwaŜnym spojrzeniem. Wydawało mi się 

trochę dziwne. Stałem patrząc na nią i nie wiedziałem, co począć. śałowałem, Ŝe 

zamiast marnować czas nad “U zarania” nie ułoŜyłem sobie planu tego 

nieuniknionego spotkania. Nie zadałem sobie nawet trudu, by poznać jej imię. Stało 

się jasne, Ŝe juŜ w chwili, gdy otworzyłem usta, popełniłem jakiś błąd. Poza tym było 

w niej coś, co zupełnie zbiło mnie z tropu. Doznałem wstrząsu, jakiego nie pamiętam 

od lat. Na dodatek odczułem go dotkliwiej niŜ kiedyś... Człowiek w wieku trzydziestu 

trzech lat nie spodziewa się juŜ takich doznań... Nie w ten sposób, juŜ nie tak... Serce 

nie wzbiera uczuciem tak silnie, a świat nie rozjaśnia się i nie oŜywa, jakby kobieta 

jednym gestem tchnęła weń Ŝycie...

Staliśmy naprzeciw siebie: ona ze ściągniętymi brwiami i ja, próbujący 

zapanować nad wezbraną falą niepokoju, uniesienia i zmieszania - oniemiały.

Spuściła wzrok i zaczęła rozpinać płaszcz. TeŜ wydawała się zmieszana.

- JeŜeli... - zaczęła, ale w tej chwili zadzwonił telefon. 

Witając z ulgą ten przerywnik, podniosła słuchawkę. W ciszy holu usłyszałem 

kobiecy głos, który domagał się rozmowy z Colinem.

- Tak - odpowiedziała. - Jest tutaj. - Z wyrazem zdziwienia na twarzy podała 

mi słuchawkę.

- Halo! Colin, słucham.

- Słuchasz? - odpowiedział głos. - A to dlaczego, jeśli moŜna spytać?

- Hm... nie bardzo rozumiem... - zacząłem, ale przerwano mi gwałtownie.

- Nie rozumiesz? Zmarnowałam juŜ godzinę, czekając tu na ciebie, bo 

myślałam, Ŝe jeŜeli nie moŜesz przyjść, to przynajmniej zdobędziesz się na to, Ŝeby 

zadzwonić. A tu się okazuje, Ŝe po prostu siedzisz sobie w domu. To nie jest w 

porządku, Colin.

- Ja, nie... Zaraz, kto mówi? - Tylko w ten sposób potrafiłem zagrać na 

zwłokę. Czułem, jak stojąca przy mnie młoda kobieta zamarła w trakcie zdejmowania 

płaszcza.

- Och, na miłość boską! - ciągnął rozdraŜniony głos. - Co za idiotyczne Ŝarty? 

A jak myślisz, kto?

- Właśnie o to pytam - odparłem.

- Nie wygłupiaj się, Colin. JeŜeli to dlatego, Ŝe stoi tam Ottilie - a załoŜę się, 

Ŝ

e tak jest - to zachowujesz się po prostu jak dureń. Sama odebrała telefon, więc wie, 

background image

Ŝ

e to ja.

- To moŜe ją o to zapytam - zaproponowałem.

- Chyba jesteś zalany. Lepiej idź się wyspać - rzuciła oschle i na linii zapadła 

cisza.

OdłoŜyłem słuchawkę. Młoda kobieta patrzyła na mnie z wyrazem 

prawdziwego zdumienia. W ciszy korytarza musiała słyszeć rozmowę równie dobrze 

jak ja. Odwróciła się, zdjęła płaszcz i powiesiła na wieszaku w szafie. Robiła to 

bardzo starannie i powoli, po czym zwróciła się do mnie:

- Nie rozumiem - stwierdziła. - Nie jesteś przecieŜ pijany, prawda? O co tu 

chodzi? Co takiego zrobiła nasza droga Dickie?

- Dickie? - zdziwiłem się. Kobieta zmarszczyła czoło.

- Naprawdę, Colin, jeŜeli myślisz, Ŝe do tej pory nie potrafię rozpoznać Dickie 

przez telefon...

- Ach, tak!

Wyjątkowa gafa. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić pomyłkę bardziej 

nieprawdopodobną niŜ pomylenie płci własnych przyjaciół. JeŜeli nie chcę, Ŝeby 

pomyślała, Ŝe zwariowałem do reszty, muszę podjąć jakieś kroki w celu wyjaśnienia 

sytuacji.

- Posłuchaj, przejdźmy do salonu. Chcę ci coś powiedzieć - zaproponowałem.

Przyglądała mi się w milczeniu.

- Chyba będzie lepiej, jeŜeli tego nie usłyszę, Colin.

- Proszę - nalegałem. - To waŜne. Naprawdę... 

Zawahała się i niechętnie przystała na moją propozycję.

- Dobrze, jeŜeli musisz...

Weszliśmy do pokoju. Włączyła grzejnik i usiadła.

- Słucham.

Usiadłem w fotelu naprzeciw niej i zastanawiałem się, jak zacząć. Nawet 

gdybym sam wiedział, co zaszło, teŜ byłoby mi trudno. Jak jej przekazać, Ŝe chociaŜ 

postać naleŜy do Colina Trafforda i Ŝe chociaŜ jestem Colinem Traffordem, to jednak 

nie jestem tym Colinem Traffordem. Nie tym, który pisze ksiąŜki i jest jej męŜem, ale 

czymś w rodzaju drugiego Colina Trafforda, który przybłąkał się z innego świata. 

Musiałem znaleźć sposób, który nie wywoła natychmiastowej potrzeby wezwania 

psychiatry. Nie było to proste zadanie.

- No, słucham - powtórzyła.

background image

- Trudno to wytłumaczyć - ociągałem się, ale w miarę szczerze. 

- Spodziewam się - odparła, bynajmniej mnie nie zachęcając, i dodała: - A 

moŜe będzie ci łatwiej, jeŜeli przestaniesz tak na mnie patrzeć? Trochę mnie to 

krępuje.

- Stało się ze mną coś bardzo dziwnego - zacząłem.

- O BoŜe, znowu? - Ŝachnęła się. - Potrzebujesz mojego współczucia czy co?

Zaskoczyła mnie, poczułem się nieswojo.

- Chcesz powiedzieć, Ŝe jemu juŜ się coś takiego zdarzyło? - zapytałem.

Rzuciła mi uwaŜne spojrzenie.

- Jak to “jemu”? Kogo masz na myśli? Wydawało mi się, Ŝe rozmawiamy o 

tobie. Ostatnio chodziło o Dickie, przedtem o Frances, a jeszcze przedtem była Lucy... 

Teraz dajesz tak niezwykłą odprawę Dickie... Czy nie powinnam się zdziwić?

Dość szybko dowiadywałem się róŜnych rzeczy o swoim alter ego, ale 

zbaczaliśmy z tematu.

- Nie, nie rozumiesz. To coś zupełnie innego.

- Naturalnie, Ŝe nie rozumiem. śony nigdy nie rozumieją, prawda? I za 

kaŜdym razem chodzi o coś innego. JeŜeli to ma być ta waŜna sprawa... - zaczęła 

podnosić się z fotela.

- Proszę cię, nie... - powiedziałem błagalnie.

Opanowała się i ponownie przyjrzała mi się z uwagą, marszcząc brwi.

- Tak - zaczęła. - Chyba rzeczywiście nie rozumiem. A przynajmniej... 

przynajmniej mam nadzieję, Ŝe nie rozumiem... - Nadal wpatrywała się we mnie, jak 

mi się wydawało, z coraz większym niepokojem.

Prosząc o zrozumienie trudno trwać na płaszczyźnie bezosobowej, ale gdy nie 

wiadomo, czy lepiej będzie powiedzieć “kochanie”, czy “moja droga”, lub teŜ moŜe 

wybrać wariant bardziej pieszczotliwy, czy uŜyć imienia, zdrobnienia czy przezwiska, 

wówczas droga do celu staje się nad wyraz ciernista. W dodatku utrzymywał się 

między nami brak porozumienia na właściwym poziomie świadomości.

- Ottilie, kochanie - spróbowałem. Widocznie jednak nie była to przyjęta 

forma, poniewaŜ oczy o mało nie wyszły jej z orbit. Mimo to brnąłem dalej. - Nie 

chodzi wcale o to, co masz na myśli... Nic podobnego. Widzisz... Rzecz w tym, Ŝe ja 

w pewnym sensie, nie jestem tą samą osobą...

Odezwała się opanowanym głosem: 

- O dziwo, obserwuję to juŜ od pewnego czasu - stwierdziła. - I pozwól sobie 

background image

przypomnieć, Ŝe juŜ coś takiego mówiłeś, i to nieraz. Dobrze. Powiem to za ciebie: 

więc nie jesteś tym samym człowiekiem, za którego wychodziłam za mąŜ, i dlatego 

chciałbyś się rozwieść... A moŜe boisz się, Ŝe mąŜ Dickie poda cię tym razem do 

sądu? O, BoŜe! Jak ja mam tego dosyć...

- Nie, nie... - zaprotestowałem gorąco. - To zupełnie nie to. Proszę, wysłuchaj 

cierpliwie. To strasznie trudno wytłumaczyć. - Zamilkłem, patrząc na nią. Milczenie 

wcale nie ułatwiło mi zadania. W gruncie rzeczy nie sprzyjało procesowi trzeźwego 

rozumowania. Siedziała wpatrując się we mnie spod zmarszczonych brwi, ale jej 

twarz wyraŜała teraz raczej niepewność niŜ niezadowolenie.

- Coś z tobą jest... - zaczęła.

- Właśnie usiłuję ci o tym opowiedzieć - potwierdziłem, lecz wątpię, by mnie 

słyszała. Otwierała oczy coraz szerzej, aŜ nagle odwróciła wzrok.

- Nie! - krzyknęła. - Och, nie! - Była bliska płaczu. Mocno zacisnęła dłonie na 

kolanach. Mówiła półszeptem. - Och, nie... BoŜe, proszę cię, nie!... JuŜ nie... Czy 

mało wycierpiałam?... Nie chcę... nie chcę!...

Zerwała się z miejsca i zanim zdąŜyłem podnieść się z fotela, wybiegła z 

pokoju...

Colin Trafford przerwał, zapalił papierosa i zamyślił się. W końcu zebrał 

myśli i podjął wątek.

- No cóŜ. ZdąŜył się pan zorientować, Ŝe panieńskie nazwisko tamtej pani 

Trafford brzmiało Ottilie Harshom. Urodziła się w roku 1928 i wyszła za tamtego 

Colina Trafforda w roku 1949. Jej ojciec zginął w katastrofie lotniczej w 1938. Nie 

pamiętam nawet, czy mi powiedziała, jak miał na imię. Tak się niefortunnie złoŜyło... 

jak zresztą wiele innych wydarzeń. Gdybym przypuszczał, Ŝe znajdę się tu znowu, 

zwracałbym uwagę na wiele rzeczy. Ale nie podejrzewałem... Zaszło wprawdzie coś 

bardzo dziwnego, ale nie było powodu uwaŜać, Ŝe moŜe się to powtórzyć, i to w 

przeciwnym kierunku. Z czystej ciekawości starałem się usilnie dociec, kiedy nastąpił 

ten rozłam. Moim zdaniem w pewnym punkcie, prawdopodobnie całkiem 

przypadkowo, zaszło coś o kluczowym znaczeniu, albo właśnie nie zaszło. Określenie 

tego pozwoliłoby mi poznać ten moment, ten atom czasu, rozbity przez przypadkowy 

neutron tak, Ŝe powstały dwa atomy czasu, które rozbiegły się ku róŜnym 

przyszłościom. W związku z tym stopniowo narastające skutki sprawiłyby, Ŝe 

warunki na jednej płaszczyźnie rozwijałyby się odmiennie od warunków na drugiej. 

background image

Być moŜe zawsze tak się dzieje. Niewykluczone, Ŝe przypadek stale wywołuje dwa 

róŜne skutki, i w wymiarze, którego nie moŜemy postrzegać, istnieje nieskończona 

ilość płaszczyzn. Jedne są tak blisko naszej i uformowane tak niedawno, Ŝe róŜnią się 

jedynie drobnymi szczegółami, inne są zaś całkowicie odmienne. Płaszczyzny, na 

których jakiś nieszczęśliwy traf doprowadził do klęski, jaką poniósł Aleksander 

Wielki z rąk Persów, Scypion z rąk Hannibala, lub zatrzymał Cezara przed 

Rubikonem. Nieskończona ilość niezliczonych płaszczyzn przypadkiem 

rozszczepianych i przypadkiem sczepionych ponownie. Kto wie? Dlaczego nie, skoro 

wiemy juŜ dzisiaj, Ŝe wszechświat to dzieło przypadku. Nie udało mi się jednak 

ustalić tego momentu. Mam wraŜenie, Ŝe nastąpiło to pod koniec roku 1926 lub na 

początku 1927. Dokładne ustalenie daty wymagałoby niedostępnych i niezliczonych 

danych na temat obu porównywanych płaszczyzn. Coś, co wówczas zaszło, albo do 

czego nie doszło, zapobiegło między innymi dojściu do władzy Hitlera, a co za tym 

idzie, wybuchowi drugiej wojny światowej. W konsekwencji opóźnieniu uległy 

równieŜ badania nad rozszczepieniem atomu na płaszczyźnie naszej, Ŝe tak się 

wyraŜę, dychotomii. Ta kwestia jednak, jak juŜ powiedziałem, wywołała we mnie 

tylko przelotną ciekawość. Moje bezpośrednie zainteresowania dotyczyły spraw 

bardziej przyziemnych. A sprawą najwaŜniejszą stała się Ottilie. Jak panu wiadomo, 

byłem kiedyś Ŝonaty. I kochałem swoją Ŝonę. Było to tak zwane udane małŜeństwo i 

nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Nie chcę być nielojalny wobec Delii i nie 

sądzę, Ŝeby była ze mną nieszczęśliwa. Ale cieszę się, Ŝe to się nie zdarzyło za jej 

Ŝ

ycia. Nigdy nie przypuszczała, poniewaŜ ja teŜ wówczas o tym nie wiedziałem, Ŝe 

oŜeniłem się z niewłaściwą kobietą. I mam nadzieję, Ŝe nigdy jej to nie przyszło do 

głowy... Natomiast Ottilie poślubiła niewłaściwego męŜczyznę... Dokonaliśmy 

wspólnie tego odkrycia. A moŜe naleŜałoby raczej powiedzieć, Ŝe jej męŜem nie był 

męŜczyzna, którego jej zdaniem poślubiła. Zakochała się w nim i on bez wątpienia 

takŜe ją kochał... Przynajmniej na początku... Ale nim minął rok, poczuła się rozdarta 

między tym, co w nim kochała, i tym, czego nienawidziła... Jej Colin Trafford 

wyglądał tak samo jak ja... Włącznie z lewym kciukiem, który po wkręceniu w 

elektryczny wentylator juŜ nigdy nie był podobny do prawego... I rzeczywiście: do 

pewnego czasu, gdzieś do przełomu roku 1926 i 1927, był mną. Okazało się, Ŝe 

łączyły nas pewne charakterystyczne przyzwyczajenia, podobny głos... chociaŜ 

mieliśmy odmienny akcent i słownictwo, co odkryłem słuchając nagrań. Poza tym 

róŜniły nas drobiazgi, takie jak wąsy, uczesanie czy blizna na lewej skroni, która 

background image

naleŜała wyłącznie do niego. Mimo to w pewnym sensie ja byłem nim, a on mną. 

Mieliśmy tych samych rodziców, te same geny, ten sam początek, a takŜe - jeŜeli nie 

mylę się co do momentu, w którym nastąpiło rozdwojenie - te same wspomnienia z 

pierwszych pięciu lat. Później jednak Ŝycie na naszych róŜnych płaszczyznach 

potoczyło się inaczej. Środowisko, czy teŜ moŜe doświadczenia ujawniły w nim 

cechy, które, jak sądzę, tkwią uśpione we mnie... I prawdopodobnie vice versa. 

Nie uwaŜa pan, Ŝe to całkiem sensowne załoŜenie? Wkraczamy przecieŜ w 

Ŝ

ycie z pewnym szkieletem, który mimo wspólnego planu ogólnego zawiera 

osobnicze skłonności i róŜnice. Cokolwiek jednak zostanie wymodelowane na tym 

szkielecie w późniejszych okresach, składa się niemal wyłącznie z konsekwencji 

kontaktów i wpływów. Nie wiem, jakie one były w przypadku tamtego Colina 

Trafforda, ale efekty okazały się dla mnie przykre... Zupełnie jakbym raz po raz 

niespodziewanie łapał swoje odbicie w krzywych zwierciadłach.

Wiele mi teŜ o nim powiedziały pewne wahania, opory i oczekiwania ze 

strony Ottilie. Ponadto w ciągu kilku następnych dni przeczytałem uwaŜnie jego 

powieści. Lektura pierwszej była nawet dość przyjemna. Lecz w miarę jak jego styl 

krzepł, przestawały mi się podobać. Powtarzające się coraz częściej brutalne opisy 

wynikały niewątpliwie ze względów komercyjnych, ale było w tym jednak coś 

więcej... PrzecieŜ czytelników moŜna zdobywać na wiele innych sposobów. ToteŜ z 

kaŜdą kolejną ksiąŜką coraz bardziej irytowało mnie moje nazwisko widniejące na 

okładce.

Natknąłem się wreszcie na dzieło nie ukończone i myślę, Ŝe z pomocą jego 

notatek byłbym w stanie sporządzić niezły plagiat. Wiedziałem jednak, Ŝe tego nie 

zrobię. Gdybym miał kontynuować jego pisarską karierę, pisałbym ksiąŜki we 

własnym stylu, a nie jego. W kaŜdym razie nie musiałem martwić się o środki do 

Ŝ

ycia. Biorąc pod uwagę wojnę i róŜne inne okoliczności, stan zaawansowania fizyki 

na mojej płaszczyźnie wyprzedzał ich wiedzę o całe pokolenie. Nawet jeŜeli znali juŜ 

radar, stanowił on nadal czyjąś tajemnicę wojskową. Miałem dość wiedzy, by 

obwołano mnie geniuszem, i gdybym tylko zechciał, mógłbym zbić fortunę.

Uśmiechnął się, potrząsnął głową i mówił dalej:

- Widzi pan, gdy minął szok i zrozumiałem, co zaszło, przestałem się 

przejmować. A poniewaŜ poznałem Ottilie, nie miałem równieŜ czego Ŝałować. 

Jedyny problem polegał na umiejętności przystosowania się. Ogólnie rzecz biorąc, 

bardzo pomocne okazało się przywoływanie wspomnień sprzed wojny. W praktyce 

background image

jednak pojawiły się znaczne trudności. Znajomi, których nie poznawałem; przyjaciele, 

którzy wypadli mi z pamięci; ich nieznane dzieje, ich Ŝony lub męŜowie, których 

znałem (chociaŜ niekoniecznie tych samych) lub nie znałem zupełnie. Zdarzały mi się 

takŜe nieprzyjemne sytuacje. Na przykład spotkanie z tęgim, pogodnym męŜczyzną w 

barku Hotelu Hyde Park. Nie znał mnie, lecz ja widziałem go ostatni raz w 

przydroŜnym rowie: leŜał tam martwy z głową przeszytą kulą snajpera. Widziałem teŜ 

moją Ŝonę, Delię, wychodzącą w radosnym nastroju z restauracji w towarzystwie 

wysokiego męŜczyzny o wyglądzie prawnika. Poczułem się tak, jakbyśmy oboje byli 

duchami. Byłem jednak zadowolony, Ŝe na tej płaszczyźnie przeŜyła rok 1951 w 

doskonałym zdrowiu. Ale najbardziej niezręczne były dość częste spotkania z ludźmi, 

których powinienem znać. Drugi Colin miał niezwykle rozległe i dziwne znajomości. 

Byłem bliski ogłoszenia wszem i wobec, Ŝe zapadłem na zdrowiu z przepracowania, 

co pozwoliłoby mi przez jakiś czas pozostawać na uboczu.

Nigdy jednak nie przeszło mi przez myśl, Ŝe to, co brałem za niepowtarzalne 

przesunięcie płaszczyzn, moŜe się powtórzyć, tym razem w przeciwnym kierunku... I 

cieszę się, Ŝe nie przyszło mi to do głowy. Taka świadomość zniszczyłaby trzy 

najpiękniejsze tygodnie mojego Ŝycia. Trwałem w przekonaniu zgodnym z inskrypcją 

umieszczoną na kopercie zegarka: C. na wieki O. Usiłowałem jej wyjaśnić, co moim 

zdaniem zaszło. Ale wkrótce zrezygnowałem, widząc, Ŝe nie potrafi tego pojąć. Jak 

przypuszczam, tłumaczyła to sobie w ten sposób, Ŝe mniej więcej rok po ślubie 

zacząłem tracić zdrowie na skutek przepracowania. Teraz zaś mój stan uległ 

poprawie, dzięki czemu znów jestem taki, jakim mnie wcześniej znała... Coś w tym 

stylu... W kaŜdym razie nie interesowały jej zbytnio moje teorie na ten temat. WaŜne 

były skutki... I bardzo słusznie, dla mnie zresztą teŜ. CóŜ innego mogło mieć 

jakiekolwiek znaczenie? W moim przypadku nic. Czy to istotne, w jaki sposób 

znalazłem kobietę, której szukałem całe Ŝycie? Przepajało mnie IŁ szczęście, jakiego 

wcześniej nie byłem w stanie sobie wyobrazić... Nie potrafię nawet wyrazić słowami, 

co czułem. Ale określenie “świat stanął otworem” nagle nabrało dla mnie absurdalnej 

niemal dosłowności. Czułem, Ŝe wraca mi wiara w siebie, jakbym był lekko 

wstawiony. Mogłem podjąć się kaŜdego zadania. Mając ją przy boku, mógłbym 

podbijać ten czy tamten, kaŜdy świat... Myślę, Ŝe i ona czuła podobnie. Jestem 

przekonany, Ŝe tak było. Wymazała z pamięci tamte złe lata. Z kaŜdym dniem 

odzyskiwała zaufanie... Gdybym wtedy wiedział... Ale skąd mogłem wiedzieć? Co 

mogłem uczynić?

background image

Znowu zamilkł. Siedział zapatrzony w ogień tak długo, Ŝe doktor musiał 

poruszyć się niespokojnie w fotelu, Ŝeby przywołać jego uwagę, po czym zapytał:

- Co się stało?

Colin Trafford wciąŜ miał nieobecne spojrzenie.

- Co się stało? - powtórzył. - Gdybym wiedział, moŜe mógłbym... Ale nie 

wiem... Tu nie sposób cokolwiek wiedzieć... To przecieŜ teŜ przypadek... Pewnego 

wieczoru zasnąłem przy boku Ottilie. A rano przebudziłem się na łóŜku szpitalnym. Z 

powrotem tutaj... To wszystko. Po prostu przypadek...

Zamilkł ponownie na dłuŜszą chwilę. Doktor Harshom nie spiesząc się nabił 

fajkę i zapalał ją starannie, upewniając się, Ŝe pali się równo i dobrze ciągnie. 

Następnie rozparł się wygodnie w fotelu i rzekł rozmyślnie zasadniczym tonem:

- Szkoda, Ŝe pan w to nie wierzy. Gdyby pan rzeczywiście wierzył w to, co 

pan mówi, nie przyszłoby panu do głowy rozpoczynanie tych poszukiwań. Gdyby się 

pan do tego przyznał, musiałby pan ich zaniechać. Nie, pan jest przekonany, Ŝe 

istnieją dwa modele, początkowo bardziej do siebie zbliŜone, ale stopniowo, moŜe 

nawet logicznie, róŜnicujące się, i Ŝe pan, pańska dusza, czy jakkolwiek to nazwiemy, 

stanowi ów anormalny, przypadkowy czynnik. Proponuję jednak, byśmy nie zagłębiali 

się teraz w filozoficzne czy metafizyczne rozwaŜania na temat tego, co określa pan 

mianem dychotomii - to moŜe poczekać. ZałóŜmy, Ŝe uznając znaczenie, jakie 

przeŜycia te mają dla pana, zastrzegam sobie prawo do ich oceny. Uznaję je z kilku 

powodów - jednym z nich i, jak mówiłem, wcale nie poślednim, jest minimalne 

prawdopodobieństwo przypadkowego wystąpienia nazwiska Harshom w połączeniu z 

imieniem Ottilie. Oczywiście, mógł się pan natknąć gdzieś na to nazwisko i 

zakodować je sobie w podświadomości, ale i tę  moŜliwość odrzucam jako zbyt 

nieprawdopodobną. A zatem wychodząc z tego punktu, mam wraŜenie, Ŝe przyjął pan 

kilka bezpodstawnych załoŜeń. Na przykład to, iŜ skoro jakaś Ottilie Harshom istnieje 

na tamtej, jak pan powiada, płaszczyźnie, to musiała pojawić się takŜe na tej. W 

pańskiej opowieści nie zauwaŜyłem niczego, co mogłoby uzasadnić takie załoŜenie. 

Przyznaję, Ŝe kobieta o takim imieniu mogła zaistnieć na naszej płaszczyźnie, 

poniewaŜ imię Ottilie występuje w mojej rodzinie. Niemniej jednak szansę na to, Ŝe 

nie istniała wcale, są znacznie większe - czyŜ nie wspominał pan sam o znajomych, 

którzy w innych okolicznościach mieli inne Ŝony? Czy wobec tego nie naleŜałoby 

przypuścić, Ŝe okoliczności, które doprowadziły do zaistnienia Ottilie Harshom tam, 

nie wystąpiły tutaj, wobec czego w ogóle nie mogła ona zaistnieć? Moim zdaniem tak 

background image

właśnie się stało.

Proszę mi wierzyć, Ŝe nie mam serca z kamienia. Doskonale rozumiem, co pan

czuje, ale czy nie chodzi tu przypadkiem o stan - znany nam wszystkim - stan pogoni 

za kobietą idealną, która w rzeczy samej naprawdę nie istnieje? Trzeba bowiem 

pogodzić się z faktami: jeŜeli istnieje lub istniała, wiedziałbym o tym, zostałby po niej 

jakiś ślad w archiwach. A pańskie rozległe poszukiwania ujawniłyby jakieś dane. 

Namawiam pana, by się pan z tym pogodził dla własnego dobra. Tak wiele świadczy 

przeciw panu, Ŝe po prostu nie ma pan Ŝadnych szans.

- Pozostaje mi przeświadczenie o własnej słuszności - wtrącił Colin. - Wiem, 

Ŝ

e jest sprzeczne z rozsądkiem, ale jednak je posiadam.

- Musi się pan go pozbyć. Czy nie zdaje pan sobie sprawy z niezliczonych 

pokładów moŜliwości? Gdyby rzeczywiście istniała, mogłaby juŜ być czyjąś Ŝoną.

- Ale byłby to niewłaściwy męŜczyzna - rzucił Colin pospiesznie.

- Nawet to nie jest pewne. Pański odpowiednik róŜnił się przecieŜ od pana. 

Poza tym gdyby Ottilie istniała, jej odpowiedniczka otrzymałaby zupełnie odmienne 

wychowanie, w całkiem odmiennych okolicznościach. W związku z tym 

podobieństwo byłoby prawdopodobnie bardzo powierzchowne. Proszę zauwaŜyć, iŜ 

cała historia traci spójność przy kaŜdym rozumowym podejściu. - Doktor spojrzał na 

Colina i potrząsnął głową. - Podświadomie przyjął pan tezę, iŜ nieprawdopodobna 

przyczyna moŜe zaowocować prawdopodobnym skutkiem. Proszę odrzucić tę tezę.

Colin uśmiechnął się.

- To bardzo newtonowskie podejście, doktorze. Nie ma pan jednak racji. 

Czynnik przypadku jest przypadkowy. A zatem szansa istnieje.

- Jest pan niepoprawny, młody człowieku - oświadczył doktor. - Gdyby nie 

fakt, iŜ nie ma najmniejszego sensu Ŝyczyć powodzenia w sprawach niemoŜliwych, to 

powiedziałbym, Ŝe pańska nieustępliwość na to zasługuje. W obecnej sytuacji 

radziłbym wykorzystać ją do osiągnięcia tego, co osiągalne.

Doktor przystąpił do zapalania wygasłej fajki.

- Taka jest moja rada jako specjalisty - uzupełnił. - Ale jeŜeli ma pan jeszcze 

trochę czasu, chętnie usłyszę coś więcej. Nie będę ukrywał, Ŝe nie rozumiem 

pańskiego doświadczenia, lecz przedstawione przez pana spekulacje na temat 

płaszczyzny tego, co być mogło, są fascynujące. To chyba nic dziwnego, Ŝe chciałoby 

się dowiedzieć, jak radził tam sobie pański duplikat, a jeśli nie, to jak poszło 

duplikatom innych osób. Na przykład nasz aktualny premier - czy oba jego wcielenia 

background image

piastowały tę funkcję? A sir Winston? MoŜe on tam wcale nie nazywa się sir 

Winston. Jak, u licha, poradził sobie bez drugiej wojny światowej, która umoŜliwiła 

rozkwit jego talentów? Albo nasza biedna Partia Pracy?... Ta sprawa wywołuje 

mnóstwo pytań...

Następnego dnia po śniadaniu doktor Harshom podając Colinowi płaszcz 

zatrzymał go jeszcze w holu na parę słów.

- Rozmyślałem nad tą sprawą aŜ do rana - rzekł z przejęciem. - NiezaleŜnie od 

jej finału musi pan koniecznie wszystko opisać, nie pomijając Ŝadnego szczegółu. 

MoŜna to zrobić anonimowo, jeŜeli pan woli, ale bezwzględnie naleŜy to uczynić. 

Niewykluczone, Ŝe nie panu jednemu to się przydarzyło i taki zapis moŜe słuŜyć 

potwierdzeniu przeŜyć innej osoby lub dowieść słuszności jakiejś teorii. Proszę to 

spisać i na tym poprzestać... I niech pan zapomni o swych pochopnych załoŜeniach - 

są bezpodstawne, i to z wielu powodów. Ona nie istnieje. Wszystkie Ottilie Harshom, 

które Ŝyły na tym świecie, dawno juŜ umarły. Niech ten miraŜ zniknie. Tymczasem 

dziękuję za okazane zaufanie. ChociaŜ jestem dociekliwy, potrafię zachować 

dyskrecję. Gdybym mógł być jeszcze w czymś pomocny... 

Wkrótce potem doktor odprowadzał wzrokiem oddalający się samochód. 

Zanim samochód zniknął za rogiem, Colin pomachał ręką na poŜegnanie. Doktor 

Harshom pokiwał głową. Wiedział, Ŝe mógłby sobie oszczędzić wysiłku, lecz czuł się 

w obowiązku zaapelować po raz ostatni. Wrócił do domu zafrasowany. Bez względu 

na to, czy ta obsesja wynika z urojenia czy czegoś więcej, prędzej czy później ten 

młody człowiek doprowadzi się do obłędu.

Minęło kilka tygodni. Doktor Harshom nie miał w tej sprawie Ŝadnych 

nowych wieści. Przekonał się jedynie, iŜ Colin Trafford nie poszedł za jego radą. 

Zarówno bowiem Peter Harshom zamieszkały w Kornwalii, jak i Harold Harshom z 

Durham zawiadomili go, iŜ otrzymali listy z prośbą o informacje na temat panny 

Ottilie Harshom, która, o ile im wiadomo, nigdy nie istniała. Po kilku miesiącach 

ciszy nadeszła pocztówka z Kanady przedstawiająca gmach parlamentu w Ottawie. 

Na odwrocie widniała informacja: “Odnalazłem ją. MoŜe mi pan pogratulować. C.T.”

Doktor Harshom wpatrywał się przez chwilę w pocztówkę, po czym 

uśmiechnął się nieznacznie. Był zadowolony. Nabrał bowiem sympatii do Colina 

Trafforda. To zbyt porządny młodzieniec, by miał zadręczyć się daremnym 

background image

poszukiwaniem. JeŜeli jakaś rozsądna młoda dama istotnie potrafiła przekonać go - w 

co raczej trudno uwierzyć - iŜ jest w pewnym sensie reinkarnacją jego ukochanej, 

naleŜy Ŝyczyć jej szczęścia. I jemu takŜe. Pojawia się szansa na łagodne ustępowanie 

obsesji. Doktor chętnie zadośćuczyniłby prośbie o gratulacje, lecz na kartce nie było 

adresu zwrotnego.

Parę tygodni później nadeszła kolejna pocztówka z widokiem placu Świętego 

Marka w Wenecji. Wiadomość była równie zwięzła jak poprzednio. Choć tym razem 

poprzedzał ją adres hotelu. Colin pisał: “Miodowy miesiąc. MoŜemy pana 

odwiedzić?”

Doktor Harshom zawahał się. Jako specjalista był raczej przeciwny takiej 

wizycie: czuł, Ŝe naleŜy unikać sytuacji, które mogłyby wywołać u młodego 

człowieka stan, w jakim widział go ostatnio. Z drugiej jednak strony, odmowa byłaby 

zarówno dziwna, jak nieuprzejma. Ostatecznie wysłał odpowiedź na pocztówce z 

widokiem katedry w Hereford:  

“Bardzo proszę. Kiedy?”

Colin Trafford zjawił się u doktora dopiero pod koniec sierpnia. Zajechał 

opalony i w znacznie lepszym stanie niŜ za pierwszym razem. Doktor Harshom 

odnotował to z zadowoleniem, lecz był zaskoczony widząc, Ŝe Colin przyjechał sam.

- Wydawało mi się, Ŝe miał pan zamiar przedstawić mi pannę młodą - zdziwił 

się.

- Owszem. I wcale go nie zmieniłem - zapewnił Colin. - Jest w hotelu. Widzi 

pan... chciałem najpierw zamienić z panem kilka słów.

Doktor przyjrzał się Colinowi uwaŜniej, nieco zatroskany.

- Świetnie więc. Proszę do środka. Ale jeśli jest coś, o czym nie powinienem 

mówić, mógł pan uprzedzić mnie listownie.

- AleŜ nie. Nie o to chodzi. Ona wie o wszystkim. Trudno mi powiedzieć, do 

jakiego stopnia potrafi to pojąć, ale zna fakty i bardzo chciałaby pana poznać. To 

dosłownie kwestia najwyŜej dziesięciu minut.

Doktor wprowadził gościa do gabinetu. Wskazał mu fotel, sam zaś usiadł za 

biurkiem.

- Proszę opowiedzieć wszystko, co leŜy panu na sercu.

Colin usiadł i oparł łokcie na kolanach, luźno spuszczając dłonie w dół.

- Przede wszystkim, doktorze, pragnę panu podziękować. Nigdy nie będę w 

stanie naleŜycie się panu odwdzięczyć. Nigdy. Gdyby nie pańskie zaproszenie, wątpię,

background image

czybym ją kiedykolwiek znalazł.

Doktor Harshom ściągnął brwi. Nie był pewien, czy jest to uzasadnione 

podziękowanie. Osoba, którą Colin znalazł, posiadała bezsprzecznie wielkie 

umiejętności terapeutyczne, chociaŜ...

- O ile sobie przypominam, ograniczyłem się do wysłuchania i udzielenia 

porady, która niezbyt przypadła panu do gustu... - zauwaŜył.

- Wówczas sądziłem podobnie - przyznał Colin. - Wyglądało na to, Ŝe 

zamknął pan przede mną wszystkie drzwi. Po dokładnym przemyśleniu dostrzegłem 

pewne wyjście, pewne drzwi, nie do końca zamknięte.

- Nie przypominani sobie, bym pana do czegokolwiek zachęcał - podkreślił dr 

Harshom.

- Nie przypuszczam, by pan o tym pamiętał, a jednak zachęcił mnie pan. 

Wskazał pan jeden, bardzo niepewny kierunek... Lecz ja postanowiłem się go 

trzymać... Niebawem dowie się pan, o co chodzi, jeśli zechce pan wysłuchać mnie 

jeszcze przez moment. Spostrzegłszy tę  szansę, zorientowałem się, iŜ wymaga ona 

tak wielu zabiegów, Ŝe sam nie dam im rady, musiałem więc zatrudnić zawodowców. 

Spisali się chyba całkiem nieźle, skoro rozwiali wszelkie moje wątpliwości co do 

tego, czy jest to kierunek właściwy. Ich informacje urywały się na pokładzie statku 

płynącego do Kanady. Musiałem zatem wynająć detektywów po tamtej stronie 

oceanu. Kanada to wielki kraj; przyjeŜdŜa tam mnóstwo ludzi. Trzeba było włoŜyć 

ogromną pracę i zaczynałem juŜ wątpić, kiedy moi wywiadowcy trafili wreszcie na 

pewien ślad. Po tygodniu zawiadomili mnie, Ŝe jest sekretarką w biurze prawniczym 

w Ottawie. Zasugerowałem wówczas swemu pracodawcy w EPI, Ŝe bezpłatny urlop 

zdrowotny wpłynie korzystnie na moją wydajność.

- Chwileczkę - przerwał mu doktor. - Gdyby mnie pan zapytał, dowiedziałby 

się pan od razu, Ŝe w Kanadzie nie ma Ŝadnych Harshomów. Wiem o tym, poniewaŜ...

- Szczerze mówiąc, wcale juŜ na to nie liczyłem. Nie nazywa się Harshom... 

lecz Gale - wyjaśnił Colin.

- Ach, tak? Podejrzewam więc, Ŝe nie ma teŜ na imię Ottilie - zauwaŜył doktor 

Harshom ponuro.

- Nie. Na imię ma Belinda.

Doktor zamrugał powiekami i juŜ otwierał usta, lecz w porę się rozmyślił. 

Colin mówił dalej:

- Poleciałem więc do Kanady, by upewnić się na miejscu. Odbyłem 

background image

najtrudniejszą podróŜ w Ŝyciu. Ale nie na darmo. Wystarczyło, Ŝe ujrzałem ją z 

daleka. Nigdy nie pomyliłbym jej z Ottilie, ale była do niej tak podobna, iŜ 

rozpoznałbym ją wśród tysięcy. MoŜe gdyby nie włosy i sukienka... - przerwał i 

zamyślił się, nieświadom wyrazu, jaki malował się na twarzy doktora. - Zresztą 

mniejsza o to - podjął. - Wiedziałem, Ŝe to ona. Z trudem powstrzymywałem się, by 

nie paść jej od razu w ramiona, zachowałem jednak dość rozsądku, Ŝeby się 

opanować. Potem musiałem tylko właściwie się przedstawić. PrzecieŜ to było... 

całkowicie nieuchronne, coś jak przeznaczenie.

Ulegając ciekawości doktor zapytał:

- To zrozumiałe, lecz niezbyt jasne. A co, na przykład, z jej męŜem?

- Jakim męŜem? - Colin był przez moment wyraźnie spłoszony.

- PrzecieŜ powiedział pan, Ŝe jej nazwisko brzmiało Gale -  zauwaŜył doktor.

- Owszem, panna Belinda Gale. Zdawało mi się, Ŝe juŜ o tym mówiłem. Tak, 

była kiedyś zaręczona, ale do małŜeństwa nie doszło. Zapewniam pana, to coś w 

rodzaju... fatum, tak jak rozumieli je Grecy.

- Ale jeŜeli... - zaczął doktor, lecz powściągnął ciekawość, starając się 

jednocześnie stłumić wszelkie oznaki niedowierzania.

- To, Ŝe mogłaby być męŜatką, i tak nic by nie zmieniło - oświadczył Colin z 

przekonaniem. - PoniewaŜ byłby to niewłaściwy męŜczyzna.

Doktor powstrzymał się od komentarza.

- Ale nie istniały Ŝadne komplikacje, nie było Ŝadnych związków... W kaŜdym 

razie nic powaŜnego. Mieszkała z matką i nieźle zarabiała. Matka zajmowała się 

domem, utrzymując się z renty po męŜu, który słuŜył w kanadyjskim lotnictwie 

wojskowym i został zestrzelony nad Berlinem. Słowem, Ŝyło im się całkiem nieźle. 

MoŜe pan sobie wyobrazić, Ŝe jako zjawa nie miałem zbyt wielu szans, by przypaść 

do gustu jej matce. PoniewaŜ jest to jednak kobieta rozsądna, jako ludzie polubiliśmy 

się niebawem. W ten sposób zadanie okazało się łatwiejsze, niŜ się spodziewałem.

Dr Harshom skorzystał z pauzy.

- Naturalnie, cieszę się wraz z panem, ale muszę przyznać, Ŝe nie bardzo 

rozumiem, dlaczego zostawił pan małŜonkę w hotelu.

Colin zmarszczył czoło.

- Myślałem... To znaczy ona myślała... Właściwie jeszcze nie doszedłem do 

sedna. To taka delikatna kwestia.

- AleŜ nie ma pośpiechu. Jestem juŜ przecieŜ na emeryturze - zachęcał doktor 

background image

przyjaźnie.

Colin zawahał się.

- Dobrze więc. Będzie chyba uczciwie wobec pani Gale, jeŜeli opowiem, jak 

to wyszło na jaw. OtóŜ widzi pan, wcale nie zamierzałem wyjawiać jej, co się za tym 

kryje... Mam na myśli Ottilie i powody, dla których znalazłem się w Ottawie... 

Zamierzałem odłoŜyć to na później. Był pan jedyną osobą, która o tym wiedziała, i 

wydawało mi się, Ŝe tak będzie lepiej... Nie chciałem, oczywiście, Ŝeby pomyślały, Ŝe 

coś jest ze mną nie w porządku. Ale mi się to nie udało. Stało się to w przeddzień 

naszego ślubu. Belinda wyszła z domu, Ŝeby załatwić jakieś ostatnie sprawunki, ja zaś 

zostałem u nich, by zabiegać o zaufanie przyszłej teściowej. O ile dobrze pamiętam, 

zacząłem od tego, Ŝe mam dobrą pracę w EPI. oraz widoki na awans, poza tym moja 

firma ma takŜe oddziały w Kanadzie, więc jeŜeli się okaŜe, Ŝe Ottilie nie zechce 

zamieszkać w Anglii, to... I w tym miejscu musiałem przerwać, poniewaŜ pani Gale 

wyprostowała się nagle i zamarła, wpatrując się we mnie z otwartymi ustami. Po 

chwili drŜącym głosem zapytała:

- Co ty powiedziałeś?

Spostrzegłem swoją pomyłkę poniewczasie, więc poprawiłem się:

- Mówiłem, Ŝe jeŜeli Belinda nie zechce... 

Przerwała mi.

- Nie powiedziałeś “Belinda”. Powiedziałeś “Ottilie”.

- Ach, tak? No cóŜ, być moŜe - przyznałem. - A więc, jeŜeli się jej nie...

- Dlaczego? - nalegała. - Dlaczego nazywasz ją Ottilie? 

Bardzo ją to poruszyło. Nie mogłem się dłuŜej wykręcać.

- Tak ją nazywam w myślach - wyjaśniłem.

- Ale dlaczego? Dlaczego nazywasz ją w myślach Ottilie? - upierała się.

Przyjrzałem się jej uwaŜnie. Zbladła, widziałem jej drŜącą rękę. Wyglądała na 

przestraszoną i strapioną. Zrobiło mi się przykro i postanowiłem nie udawać.

- Doprawdy, nie chciałem, Ŝeby tak wyszło - zapewniłem ją. 

Zajrzała mi w oczy, nieco juŜ spokojniejsza.

- Ale skoro tak wyszło, musisz mi odpowiedzieć. Co o nas wiesz? - zapytała.

- Wiem tylko tyle, Ŝe gdyby sprawy potoczyły się... inaczej, to nie nazywałaby 

się Belinda Gale, lecz Ottilie Harshom - odparłem.

Wpatrywała się we mnie długo i uparcie. Bladość nie ustępowała z jej twarzy.

- Nie rozumiem - powiedziała niemal szeptem. - Nie mogłeś przecieŜ 

background image

wiedzieć. NajwyŜej Harshom. Mogłeś się jakoś dowiedzieć albo odgadnąć. A moŜe 

ona ci powiedziała? - Zaprzeczyłem. - To zresztą niewaŜne, mogłeś się tego 

dowiedzieć - ciągnęła. - Ale Ottilie...? Nie, o tym nie mogłeś wiedzieć... To właśnie 

imię, spośród tysięcy? Oprócz mnie nikt o tym nie wiedział. - Potrząsnęła głową. - 

Nie mówiłam o tym nawet Reggiemu... Kiedy zapytał, czy moŜemy ją nazwać 

Belinda, zgodziłam się: okazał mi tyle dobroci. Wcale się nie domyślał, Ŝe 

zamierzałam dać jej na imię Ottilie. Nikt się nie domyślał. Nikomu nie mówiłam ani 

przedtem, ani potem. Skąd więc ty o tym wiesz?

Ująłem ją za rękę, próbując uspokoić.

- Nie ma powodu do niepokoju - zapewniłem. - Miałem taki sen, coś w 

rodzaju wizji... I po prostu wiem...

Pokiwała głową. Po chwili milczenia zaczęła mówić cichym głosem:

- Nikt oprócz mnie nie wiedział... To było latem dwudziestego siódmego roku. 

Pływaliśmy łodzią po rzece, a potem ukryliśmy się pod wierzbą. Przemknęła obok nas 

biała motorówka. Dostrzegliśmy jej nazwę na rufie i wtedy Malcolm powiedział... - 

Colin zauwaŜył, być moŜe, Ŝe doktor Harshom drgnął nagle, bo powtórzył: - Malcolm 

powiedział: “Ottilie to ładne imię, prawda? Mój ojciec miał siostrę Ottilie, ale umarła 

jako dziecko. JeŜeli będę miał kiedyś córkę, chciałbym, Ŝeby miała na imię Ottilie”.

Colin Trafford urwał i spojrzał na doktora, zanim zaczął opowiadać dalej:

- Po dłuŜszej chwili milczenia dodała: - Widzisz, on nigdy się o tym nie 

dowiedział. Biedny Malcolm! Zginął, zanim ja sama dowiedziałam się, Ŝe ona juŜ 

istnieje... Tak bardzo chciałam ją nazwać Ottilie na jego cześć... Byłby taki 

szczęśliwy... Szkoda, Ŝe tego nie zrobiłam... - I rozpłakała się cicho.

Doktor Harshom oparł rękę na biurku, zasłaniając dłonią oczy. Trwał w tej 

pozycji przez jakiś czas, aŜ w końcu wyjął chusteczkę i głośno wytarł nos.

- Słyszałem, Ŝe była jakaś dziewczyna - powiedział. - Podjąłem nawet 

poszukiwania, ale mi powiedziano, Ŝe wkrótce potem wyszła za mąŜ. Myślałem, Ŝe... 

Ale dlaczego się ze mną nie skontaktowała? PrzecieŜ bym się nią zajął.

- Nie mogła o tym wiedzieć. Lubiła Reggiego Gale’a. Był w niej zakochany i 

chciał dać dziecku własne nazwisko - odparł Colin.

Spojrzał w stronę biurka, po czym podniósł się z fotela i podszedł do okna. 

Stał tam przez kilka minut odwrócony plecami, dopóki nie usłyszał za sobą odgłosu 

kroków. Doktor Harshom wyszedł zza biurka i skierował się do barku.

- Napijmy się czegoś - zaproponował. - Wznieśmy toast za przywrócenia lądu 

background image

i pogrąŜenie przypadku.

- Z przyjemnością - oświadczył Colin. - Chciałbym jednak wypić równieŜ za 

potwierdzenie pańskiej teorii, doktorze. PrzecieŜ w końcu miał pan rację: Ottilie 

Harshom nie istnieje... JuŜ nie istnieje. Poza tym sądzę, Ŝe czas najwyŜszy, aby poznał 

pan swoją wnuczkę, panią Trafford.

background image

WIBRATOR TRZECIEJ GENERACJI

Diana French szła za umundurowanym pielęgniarzem przez dobrze utrzymany 

trawnik. Jej zachowanie wyraŜało skwapliwość, która zmaga się z niechęcią, gotową 

lada moment nakazać odwrót. Pielęgniarz zatrzymał się przy kępie krzewów. Wskazał 

ręką przed siebie.

- Pan Hixton jest tam, proszę pani.

Diana zmobilizowała wszystkie siły i powolnym, lecz stanowczym krokiem 

ruszyła w stronę wyciągniętej na leŜaku postaci w szarym garniturze. ZauwaŜyła, Ŝe 

męŜczyzna jest pogrąŜony w myślach: siedział z bezwładnie zwisającymi rękami, 

utkwiwszy wzrok w rosnące przed nim drzewa.

W nagłym przypływie strachu potknęła się. MoŜe jest niebezpieczny? 

Powiedziano jej, Ŝe to z przepracowania, a przepracowanie chyba nie czyni z ludzi 

groźnych wariatów. Ponownie zebrała się w sobie. Nie ma obawy. W przeciwnym 

razie nie zezwolono by na spotkanie sam na sam. Szła teraz pewniejszym krokiem. 

Przystanęła dwa kroki za nim.

- Dawid!

Wymówiła jego imię prawie szeptem, lecz męŜczyzna natychmiast 

zesztywniał i odwrócił głowę.

- Diana! - krzyknął.

Wstał i ruszył ku niej, wyciągając ręce. Podeszła bliŜej i ujęła jego dłonie, 

badawczo wpatrując mu się w twarz. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Sądziła 

tylko, Ŝe Dawid będzie inny. Ale oprócz śladów troski i zmęczenia nie było widać 

Ŝ

adnej zmiany. Spojrzała mu głęboko w oczy, usiłując dotrzeć do kryjących się w ich 

głębi myśli, by znaleźć potwierdzenie tego, co jej o nim mówiono. Nie dostrzegła 

niczego  obcego, niczego, co mogłoby świadczyć o jakichkolwiek zaburzeniach.

Rozluźniła napięte bezwiednie mięśnie. Podeszła jeszcze bliŜej i zarzuciła mu 

ręce na szyję. Chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Dała więc upust długo 

powstrzymywanym łzom.

- Powiedzieli mi... - wyznała - ...powiedzieli mi, Ŝe... Ŝe...

- śe zwariowałem? 

Przytaknęła.

- O to im chodziło. Mówili, Ŝe miałeś załamanie... Ŝe załamałeś się z 

background image

przepracowania. Jeden z twoich asystentów zastał cię na demolowaniu pracowni 

jakimś wielkim młotem i musieli... musieli cię tu wysłać.

- Tak, to prawda... Ale to wcale nie z powodu obłędu, kochanie. Doznałem 

oślepiającego olśnienia. Zabrakło mi dosłownie minuty, Ŝeby z tym skończyć.

- Skończyć z czym?

- Z wibratorem. Rozwaliłbym go w drobny mak, nie pozostawiając nikomu 

najmniejszej nadziei na rekonstrukcję. Alan trochę się pospieszył, chociaŜ nie mam 

pretensji, Ŝe mnie powstrzymał. Nie wiedział, o co chodzi, a ja rzeczywiście 

musiałem wyglądać jak szaleniec.

- Ale dlaczego? Dlaczego po tylu latach pracy chciałeś go zniszczyć?

- PoniewaŜ nagle zdałem sobie sprawę, Ŝe jeŜeli ja go nie zniszczę, to on 

zniszczy nas.

- Mów jaśniej, Dawidzie. Nie rozumiem. Wiem, Ŝe wibrator był bronią, ale...

- Bronią, kochanie? Czy moŜna nazwać bronią wulkan, trzęsienie ziemi czy 

tajfun? Ten wibrator był czymś więcej niŜ wszystkie Ŝywioły razem wzięte. Posiadał 

moc wręcz niewyobraŜalną. Oznaczał koniec wszystkiego, i to ja... ja wprowadziłem 

coś takiego na Ziemię po raz trzeci.

Na twarzy Diany pojawił się wyraz niepokoju i zwątpienia. PołoŜyła mu dłoń 

na ręce i zajrzała głęboko w oczy.

- Musisz mi to dokładnie wyjaśnić. Myślę, Ŝe mi się to od ciebie naleŜy, 

Dawidzie. Dlaczego zapragnąłeś nagle zniszczyć owoc wieloletniej pracy, wynalazek, 

dzięki któremu stałeś się jednym z czołowych specjalistów w swojej dziedzinie? I co 

masz na myśli, mówiąc “po raz trzeci”?

Patrzył na nią w milczeniu.

- Dobrze, powiem ci. Nie mówiłem jeszcze o tym nikomu... Potraktowano by 

to jako kolejny dowód mojego “szaleństwa”. 

- Było to dokładnie tydzień temu - zaczął Dawid. - Stary Fossdyke wygłaszał 

mowę dziękczynną pod adresem Ministerstwa Wojny. Zebranie miało wprawdzie 

charakter nieformalny, gdyŜ za stołem zasiadała tylko nasza siódemka, ale nie 

zabrakło w nim pewnych akcentów oficjalnych. Fossdyke przemawiał pięknie, jak to 

on potrafi, kiedy nagle uświadomiłem sobie, Ŝe gdzieś to juŜ słyszałem. Miewasz 

chyba czasem takie uczucie, Ŝe coś znasz, chociaŜ nie wiesz skąd; kaŜdy tego 

doświadczył. Staje się naraz wobec sytuacji czy w scenerii, którą kiedyś, w 

przeszłości, juŜ raz się widziało. Psychologowie potrafią to oczywiście wyjaśnić, bo 

background image

oni mają odpowiedź na wszystko. Ale to, czego wówczas doznałem, było silniejsze 

niŜ kiedykolwiek przedtem.

“To coś więcej niŜ po prostu broń - ciągnął Fossdyke. - Nie Ŝadna adaptacja 

czy ulepszenie istniejących metod. To prawdziwy przełom. Ziściło się marzenie 

naukowców... Mamy promień śmierci. - Zawiesił głos. - Poza tym, panowie - dodał - 

podobnie jak pojawienie się samolotu przerastało marzenia o maszynach latających, 

tak wibrator pana Hixtona przerasta nasze oczekiwania. JeŜeli w ogóle 

zastanawialiśmy się nad tym, to w najśmielszych wyobraŜeniach widzieliśmy raczej 

coś na kształt ogromnego reflektora, który porusza się niszczycielskim łukiem niczym 

gigantyczny sierp. Co prawda wynalazek pana Hixtona rzeczywiście jest siłą, którą 

moŜna kierować, lecz składa się na nią niewidzialny strumień wibracji, który zakłóca 

uporządkowane wibracje materii i prowadzi do jej totalnej dezorganizacji.

MoŜliwości zastosowania tego wynalazku są bez wątpienia większe, niŜ 

potrafimy sobie aktualnie wyobrazić. Mogę panów jednak zapewnić, Ŝe to, czego 

dokonał pan Hixton, nie ma precedensu w całej historii ludzkich dokonań. Pan Hixton 

połoŜył kres wojnom. Taka broń po prostu wyklucza wszelkie wojny. Jej kolosalna 

siła wystawi na pośmiewisko wszystkie istniejące obecnie rodzaje broni. Od dziś 

Ŝ

aden naród nie ośmieli się uŜyć przemocy...”

Słyszałem, jak Fossdyke wciąŜ grzmi, ale jego głos zdawał się docierać do 

mnie z oddali. Powieki zaczęły mi ciąŜyć w niewytłumaczalny sposób. Nie była to 

zwyczajna senność. Czułem cięŜar, który je zamyka. Walczyłem z tym stanem, tak jak 

walczy się z narkozą - z równie nikłym rezultatem.  

Dudniący głos Fossdyke’a oddalał się coraz bardziej, w miarę jak opadały mi 

powieki. Kiedy oczy miałem juŜ zamknięte na dobre, zorientowałem się, Ŝe jestem 

sam. Wszystkie dźwięki z zewnątrz ucichły. Czułem, Ŝe otacza mnie jedynie ciemna, 

milcząca próŜnia, w którą zanurzam się coraz głębiej...

Nie potrafię powiedzieć, jak długo to trwało. Nie mogłem zmierzyć upływu 

czasu. Wiem tylko, Ŝe ta podróŜ zakończyła się w sposób równie niewyjaśniony, jak 

się zaczęła. Ponownie usłyszałem czyjś głos:

“Tak więc nasz kraj uzyskał absolutną przewagę. Jak długo będziemy w 

posiadaniu broni, Ŝadna rasa na Ziemi nie moŜe stawić nam czoła”.

Zaskoczony, otworzyłem oczy. Głos nie naleŜał do Fossdyke’a, a język, 

którym się posługiwał, nie był językiem angielskim. Mimo to zrozumienie go nie 

sprawiało mi kłopotu. Ujrzałem rozległą salę. Siedziałem w pierwszej z półkolistych 

background image

ław, wśród stłoczonych męŜczyzn i kobiet, odzianych w lśniące stroje z tkaniny 

podobnej do jedwabiu. Przed nami, na fotelu z wysokim oparciem przypominającym 

tron, siedział mówca.

Moje zdziwienie trwało zaledwie kilka chwil. Obraz Fossdyke’a zaczął 

usuwać mi się z pamięci. Nie byłem juŜ Dawidem Hixtonem, Ŝyjącym w 

dwudziestym wieku. Nazywałem się Kis-Tan i byłem obywatelem potęŜnego 

Imperium Lemurii. Mówca, wysoki męŜczyzna o powaŜnym obliczu, którego znałem 

juŜ jako Alhuiego, Naczelnego Doradcę Imperium, kontynuował przemówienie:

“Lecz w swej obecnej postaci broń ta jest obosieczna. W związku z tym muszę 

przedstawić wam dwie propozycje. Po pierwsze, naleŜy natychmiast zniszczyć 

wszystkie istniejące wibratory. Po drugie, naleŜy przyznać Kis-Tanowi fundusze na 

prowadzenie dalszych badań w celu opracowania nowego typu wibratora, mniej 

drastycznego w działaniu. JeŜeli badania się powiodą, nowe urządzenia nie wyjdą 

poza granice Lemurii i zostaną uŜyte wyłącznie na wypadek ostatecznego zagroŜenia, 

i to z najwyŜszą rozwagą”.

Na sali, gdzie znajdowało się około dwustu osób, rozległ się pomruk 

niezadowolenia. Dzięki wibratorowi Lemuria, dostatecznie juŜ silna, stała się 

niezwycięŜona. Próba ograniczenia tego rodzaju broni wydawała się większości 

wyzwaniem rzuconym Słońcu. Nie wolno odtrącać daru Ra dla wybranego ludu. 

Kilka głosów zwróciło się w moim kierunku. Chcieli sprawdzić, jak przyjmę 

propozycję wymierzoną przeciw memu wynalazkowi. DołoŜyłem wszelkich starań, by 

zachować nieprzenikniony wyraz twarzy. Alhui spoglądał na salę ze spokojem, 

oceniając nastrój Rady. W końcu jego wzrok spoczął na mnie.

- Na początek wzywam do raportu Kis-Tana - oznajmił. Podniosłem się z 

miejsca, złoŜyłem ukłon przed wizerunkiem Słońca, który jaśniał na ścianie za jego 

plecami.

- W obliczu Ra mówię tylko prawdę - powiedziałem.

- Opowiedz nam - rozkazał Alhui - o próbie przeprowadzonej z twoim 

wibratorem.

Stanąłem twarzą do Rady i powiedziałem:

- Podczas budowy pierwszego wibratora pracowałem w duŜej mierze po 

omacku. Wiedziałem, Ŝe posiada niezwykłą moc, lecz nie byłem w stanie jej 

zmierzyć. Jak pamiętacie, Rada ustaliła, Ŝe próba ma odbyć się poza granicami 

background image

Imperium Lemurii.

Zarówno ja sam, jak i moi współpracownicy doskonale rozumieliśmy takie 

ś

rodki ostroŜności i przyjęliśmy je z aprobatą. Po długiej podróŜy dotarliśmy do słabo 

zaludnionych obszarów na południowym zachodzie, kilkanaście tysięcy mil stąd. 

Okolica nadawała się idealnie do naszych celów. Nieliczna populacja reprezentowała 

bardzo prymitywny typ rasy czarnej, podobnie jak fauna, naleŜąca przewaŜnie do 

podgromady torbaczy. Uznaliśmy, Ŝe w tym rejonie ewentualne skutki uboczne 

eksperymentu nie będą miały większego znaczenia. Ustawiliśmy więc wibrator na 

rozległej równinie.

Po nałoŜeniu odzieŜy ochronnej osobiście włączyłem maszynę. Efekty 

przerosły nawet moje oczekiwania. Nie zaobserwowałem Ŝadnej emanacji, Ŝadnych 

promieni ani dźwięku: niczego, co mogłoby świadczyć o działaniu wibracji, zdolnej 

zakłócić rytm drugiej wibracji, którą nazywamy “Ŝyciem”. A jednak na naszych 

oczach zaczęła więdnąć trawa, liście, a nawet same drzewa. Zwierzęta padały martwe 

tam, gdzie stały, ginęły wszystkie owady.

Ogarnęło nas zdumienie... moŜe nawet pewien lęk. Wkrótce jednak ponownie 

opanował nas entuzjazm i przystąpiliśmy do serii prób w celu ustalenia zasięgu, 

zdolności manewru i innych danych. Następnie przenieśliśmy się na nowe tereny, 

gdzie odbyły się dalsze próby. oO Kiedy skończyłem, Alhui zapytał:

- Czy oglądałeś potem obszary doświadczalne?

- Tak.

- Opowiedz Radzie, jak wyglądają.

- Są całkowicie jałowe. Pokrywa je martwy, pustynny piasek. Kiedy siadałem, 

podniósł się szmer, który Alhui niezwłocznie uciszył.

- Wzywam Aphrusa, misjonarza Ra w krainie Aegiptu.

Wstał wysoki męŜczyzna z ogoloną głową, odziany w szatę przetykaną złotą 

nicią. Oddał cześć wizerunkowi Ra i przemówił mocnym, dźwięcznym głosem:

- W Aegipcie, gdzie leczymy lud z ciemnego zabobonu ukazując mu chwałę 

Ra, Pana śycia, my, kapłani i nawróceni, naraŜeni jesteśmy na wiele 

niebezpieczeństw. Na wieść o wibratorze zwróciliśmy się z prośbą o przekazanie nam 

jednego egzemplarza dla potrzeb ochrony własnej. Dokładaliśmy wszelkich starań, by 

utrzymać pokój, lecz musieliśmy być przygotowani na wypadek wojny.

Nieuchronnie nadszedł dzień, w którym poganie podjęli próbę 

background image

zakwestionowania mocy Ra. Od zachodu i południa ruszyły na nas czarnoskóre i 

brązowoskóre rzesze. Wyprawiliśmy posłańców z ostrzeŜeniem, Ŝe jesteśmy 

niezwycięŜeni. Zostali zabici. Setki, tysiące pogan parły do przodu. Nie było innego 

wyjścia. Musieliśmy uŜyć wibratora.

Z chwilą uruchomienia maszyny napastnicy jak jeden mąŜ padli martwi. 

Zarówno wojownicy, jak ich wierzchowce. Nastąpiło stłumienie wibracji, którą 

zwaliśmy danym od Ra Ŝyciem. Obumarły takŜe drzewa i kwiaty. Ziemię zasłały 

niezliczone ciała pogan. Ra, opanowany wielkim gniewem, poraził ich zwłoki, które 

uległy rozpadowi.

Gniew Ra dosięgnął takŜe jego sług. Znad pól uniosło się złe powietrze i 

owiało cały Aegipt. Wraz z nim nadciągnęła zaraza. Z kaŜdych czterech męŜczyzn 

trzech oddało ducha. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, udaliśmy się na pole bitwy. 

Rozciągała się tam niegdyś piękna i urodzajna kraina. Tymczasem oczom naszym 

ukazała się bezkresna jałowa pustynia, spalona bezlitosnym wzrokiem Ra...

Skończył i usiadł. Alhui przywołał spokojnym głosem następnego świadka.

- Yoshin ze Świątyni Wiedzy.

Podniósł się przygarbiony brodaty starzec i przemówił ledwie słyszalnym 

głosem: 

- W naszej górskiej świątyni mogliśmy od wieków oddawać się zgłębianiu 

wiedzy. Rzadko nam przeszkadzano, poniewaŜ nie posiadamy rzeczy, które ceni 

większość ludzi. JednakŜe ostatnio zakłócono nasz spokój. Nie zakłóciły go ludy 

brązowoskórych z południowego zachodu, gdyŜ zadowalają się one przebywaniem za 

osłoną gór. ZagroŜenie nadeszło od Ŝółtej rasy skośnookich ze wschodu i północnego 

wschodu.

Lemuria wyposaŜyła nas w wibratory. Wielu naszych braci powróciło na 

pewien czas do stanu mniej oświeconego. Opanowani Ŝądzą zemsty, zepchnęli 

napastników daleko na północny wschód. Spuścizną ich szaleńczego zaślepienia stała 

się wielka pustynia za górami północnymi.

Przywołano następnego świadka. Miał na sobie mundur wojskowy, a jego 

zeznania były krótkie i zwięzłe.

- W celu zapewnienia łączności między Lemuria a nową kolonią Atlantyką 

przez obszary zachodnie otrzymałem do dyspozycji jeden wibrator. W wyniku 

odpierania powtarzających się najazdów czerwonoskórych z północy powstało wiele 

pustyń.

background image

Usiadł. Alhui wzywał jeszcze wielu kolejnych świadków. Doniesienia o 

małych i duŜych pustyniach utworzonych przez moją maszynę ciągnęły się bez końca. 

W miarę wydłuŜania się tej litanii nastrój zebranych ulegał zmianie. W końcu Alhui 

zwolnił ostatniego świadka i ponownie zwrócił się do mnie.

- Kis-Tanie, czy przystajesz na propozycję Rady?

- Przystaję.

- Czy zrobisz wszystko, co w twojej mocy, by skonstruować zmodyfikowaną 

wersję wibratora?

- MoŜe się to okazać niemoŜliwe, lecz dołoŜę wszelkich starań.

Tu urwała się moja wizja, projekcja pamięciowa czy teŜ inny proces 

psychologiczny, któremu uległem. Upłynęło parę miesięcy. Trudno stwierdzić, ile. W 

kaŜdym razie znalazłem się na powrót w laboratorium w gronie współpracowników.

Nastąpił okres wytęŜonej pracy, aŜ wreszcie uznaliśmy, Ŝe cel został 

osiągnięty. PoniewaŜ przeprowadzenie otwartej próby nowej wersji maszyny mogłoby 

okazać się zbyt niebezpieczne, zbudowaliśmy dla potrzeb doświadczalnych specjalną 

komorę z kamiennych płyt wyłoŜonych materiałem izolacyjnym. Zachowując 

wszelkie środki ostroŜności wprowadziliśmy maszynę do komory, w której 

umieściliśmy takŜe kilka Ŝywych okazów roślin i niewielkich zwierząt.

Włączyłem dźwignię. Zamierzaliśmy przeprowadzić jednominutową próbę 

działania wibracji. Katastrofa wydarzyła się zupełnie niespodziewanie, przed 

upływem trzydziestu sekund.

Kamienna komora runęła. Ściany nie zawaliły się jednak, lecz rozsypały w 

pył. ZdąŜyłem jeszcze zauwaŜyć, Ŝe maszyna nadal stoi, po czym porwała mnie jakaś 

tytaniczna siła.

I znowu to uczucie, Ŝe spadam w bezczasową, milczącą, wirującą ciemność, 

aŜ do chwili, gdy zorientowałem się, Ŝe stoję na jakimś twardym podłoŜu. Pojawiło 

się przede mną wysokie okno, przez które mogłem przyglądać się gorączkowej 

krzątaninie.

W dole, tuŜ pode mną, ciągnęły się szerokie, zatłoczone ulice. Nieco dalej 

widniały nabrzeŜa portu. MęŜczyźni uwijali się przy rozładunku statków. W głębi, po 

błękitnej powierzchni morza sunęły, jak ogromne motyle, okręty pod purpurowymi i 

rdzawymi Ŝaglami. Wpływały do macierzystego portu, ciągnąc za sobą wesołą grzywę 

spienionej wody. Moje spojrzenie powędrowało ku jednemu z nich, który opłynął juŜ 

background image

cypel i mijał właśnie portowe pylony.

Widziałem zamieszanie na pokładzie, spuszczanie jaskrawoczerwonych Ŝagli 

z haftowanym złotą nicią symbolem Ra. Do miasta Zapetl, największego portu 

Atlantydy, płynęły największe bogactwa świata. Wiedziałem, Ŝe nazywam się Xtan i 

jestem waŜną osobistością, czego oznaką było pierzaste nakrycie głowy, które 

trzymałem teraz w zgięciu lewego łokcia. Ciało moje zakrywała do kolan połyskliwa, 

wyszywana tunika; z ramion spływał wspaniały płaszcz z piór.

Za moimi plecami stało dwóch milczących straŜników, którzy pilnowali drzwi 

prowadzących do dalszych pomieszczeń. Stali nieruchomo jak posągi z drewna i 

złota: Ŝaden ruch ani Ŝaden odgłos wojskowego rynsztunku nie zdradzał, Ŝe są ludźmi 

z krwi i kości. Nawet gdy drzwi otwarły się szeroko z niespodziewanym trzaskiem, 

zaledwie drgnęły im powieki. Bez wahania przeszedłem przez pokój i przekroczyłem 

próg. Drzwi zasunęły się za mną.

Jak na mój atlantydzki gust wnętrze pomieszczenia, w którym się znalazłem, 

miało surowy wygląd. Stały tam wprawdzie wygodne fotele i kanapy, lecz 

pozbawione wszelkich zbędnych ozdób. Brakowało powszechnie cenionych obrazów 

z piór, nieodzownych w kaŜdym liczącym się domostwie, oświetlenie zaś, zamiast 

stanowić pretekst do orgii złoceń, zostało starannie ukryte. Skierowałem się w odległy 

róg pokoju i skłoniłem przed siedzącą w głębokim fotelu postacią. 

- Wzywałeś mnie, Zacto. Oto jestem.

Zacta podniósł siwą głowę i spojrzał mi w oczy z niepokojem. Był bardzo 

stary, tak stary, Ŝe sam nie wiedział, ile ma lat. Nawet najstarsi nie pamiętali, Ŝeby 

wyglądał inaczej, a wśród ludu uchodził za nieśmiertelnego. Mądrość, jaką ten 

fenomenalny starzec posiadł w czasie swego długiego Ŝywota, wyprowadziła 

Atlantydę z niejednego kryzysu, aŜ zaczęto traktować go jak wyrocznię i półboga. 

Narastało przekonanie, Ŝe gdy Zacta umrze, nastąpi upadek państwa.

- Tak, Xtanie, posłałem po ciebie - odezwał się, nie odrywając wzroku od 

mojej twarzy. Podniósł dłoń i zaczął gładzić brodę. Trwało to tak długo, Ŝe poczułem 

się niepewnie. W końcu jednak przemówił.

- Podobno eksperymentujesz z wibracjami, aby wynaleźć nową broń. Czy to 

prawda?

- Tak, to prawda - przytaknąłem. - I odniosłem większy sukces, niŜ marzyłem.

Zacta powoli pokiwał głową.

background image

- Zawsze się tego obawiałem. Ten rodzaj wibracji nie powinien zostać 

odkryty.

- Ale przecieŜ sam nauczałeś...

- Uczyłem cię poszukiwać prawdy. Nauka jest pewną formą prawdy. Nie mam 

nic do zarzucenia twemu wynalazkowi. śałuję tylko, Ŝe go publicznie ogłosiłeś. 

Istnieją formy wiedzy, których rozpowszechnianie jest nierozsądne. Ludzie bowiem 

jeszcze do nich nie dojrzeli. Nie potrafią zapanować nad sobą. Jak zatem mogliby 

zapanować nad potęŜną bronią? Twoją wiedzę naleŜy utrzymać w tajemnicy. Stanowi 

zagroŜenie, a nie błogosławieństwo.

- AleŜ...

Zacta podniósł dłoń.

- Musi odejść w zapomnienie. Głęboko nad tym myślałem i wiem, Ŝe moŜe 

przynieść zagładę Atlantydzie... i całemu światu.

Wezbrał we mnie gniew. Badania pochłonęły mnóstwo czasu i pieniędzy.  

Mój wynalazek został przyjęty entuzjastycznie przez armię. Jeśli ten zdziecinniały 

starzec zwróci się przeciwko mnie, cała praca pójdzie na marne. Zbyt dobrze znałem 

jego władzę i wpływy. W całej Atlantydzie nie było nikogo, kto mógłby mu się 

sprzeciwić.

Było dla mnie oczywiste, Ŝe starzec nie wie, co mówi. CzyŜby nie rozumiał, Ŝe 

mój wynalazek oznacza ziszczenie odwiecznych marzeń, Ŝe pozwoli wreszcie 

zawładnąć światem?

Obserwował moje wzburzenie z rosnącym niezadowoleniem.

- Nie jesteś zresztą pionierem - zauwaŜył chłodno. - Tę broń znano juŜ w 

Lemurii.

- Nie interesuje mnie mitologia.

- Lemuria to nie mit. Istniała jako potęŜne imperium, potęŜniejsze od 

dzisiejszej Atlantydy. Odkryto tam pewien rodzaj wibratora i choć dostrzegano 

związane z nim niebezpieczeństwo, to nie rozumiano go na tyle, aby ten wynalazek 

całkowicie wyeliminować. Uczeni przeprowadzali eksperymenty z nowym typem. 

Coś się nie udało i nastąpiła nieprzewidziana dezintegracja materii. Skorupa ziemska 

uległa osłabieniu do tego stopnia, Ŝe przedostały się przez nią ognie wulkanów. 

Ziemia rozstąpiła się, cały świat zadrŜał w posadach, a gdy wreszcie się uspokoił, 

Lemuria przestała istnieć.

- Zwyczajna legenda - odparłem. - Wyolbrzymiona wersja jakiejś lokalnej 

background image

erupcji. Dzieje potęŜnej Lemurii to bajka, dobra dla dzieci.

Zacta wzruszył ramionami.

- Wiara lub jej brak nie wpływa na prawdę. Jak powiadam, Lemuria uległa 

samozagładzie. Nie chcę, by mówiono, Ŝe podobnie zginęła Atlantyda.

Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, rzucając wzajemne wyzwanie.

- Musisz ujarzmić swą wiedzę - powtórzył. - Nie wolno budować wibratorów.

Zaśmiałem się.

- Masz przestarzałe informacje. Zbudowano juŜ i ustawiono sześć wibratorów.

Starzec zatopił się głębiej w fotelu. Wyglądał jeszcze starzej. Jego spojrzenie 

wyraŜało tragiczny smutek. Po chwili zapytał:

- Gdzie je ustawiono?

- WzdłuŜ wybrzeŜa, na wschód od Azco - oznajmiłem. - Powstała linia 

obronna na wypadek inwazji spoza Maczug Herkulesa. Barbarzyńcy z Aegiptu i z 

wybrzeŜy burzą się. Zazdroszczą nam dostatku i wcześniej  czy później przypuszczą 

atak. Wibratory uśmiercą załogi i wioślarzy ich okrętów, nie powodując rozlewu krwi 

wśród obywateli Atlantydy. Pomyśl o tym, Zacto. To broń doskonała. Czy teraz 

rozumiesz, czym są dla nas wibratory? 

Zacta cedził słowa:

- Doprawdy, masz ograniczoną wyobraźnię. Jak długo te maszyny pozostaną 

bronią defensywną? Ile czasu trzeba, by zostały uŜyte do podboju świata, by nieść 

ś

mierć, zniszczenie i zostawiać po sobie jałowe pustynie? Moja odpowiedź brzmi: 

nie. Wibratory muszą zostać zniszczone.

- A ja twierdzę, Ŝe nie zostaną.

Wpatrywaliśmy się w siebie w napięciu. Wzrok Zacty był twardy i 

złowróŜbny. Płonął młodzieńczą siłą i stanowczością. Pojąłem, Ŝe jego zdaniem los 

Atlantydy, a moŜe nawet całej cywilizacji, zaleŜy od naszej decyzji. Podzielałem to 

zdanie, ale z innego punktu widzenia.

Jego wątła dłoń, poznaczona siecią niebieskich Ŝył, zaczęła powoli wędrować 

w bok. Byłem jednak młodszy i szybszy. Mój podręczny strzałkomiot wydał ledwo 

słyszalny świst i strzałkomiot Zacty zabrzęczał na podłodze. Starzec upadł na twarz z 

małą pierzastą strzałką w sercu...

Przez chwilę stałem bez ruchu, nie bardzo rozumiejąc, co się stało. Dopiero 

gdy spojrzałem na skuloną na podłodze postać, dotarła do mnie potworność mego 

background image

czynu. Zabiłem najpotęŜniejszego mędrca Atlantydy. Byłem jednak tylko narzędziem, 

które zadało śmierć: tak naprawdę walka toczyła się przecieŜ między Zactą i 

wibratorem. To wibrator wybrał go sobie na pierwszą ofiarę. Zacząłem wówczas 

myśleć o swojej maszynie jak o rozumnym stworzeniu; walczyłem o uratowanie 

czegoś, co narodziło się w moim mózgu.

Pospiesznie rozejrzałem się po pokoju. Obyło się bez hałasu, który mógłby 

zaniepokoić czuwających za drzwiami straŜników. Czy mogę zatem wyjść, 

podejmując ogromne ryzyko, skoro nie wiedziałem, jak Zacta odprawia zazwyczaj 

swych gości?

Większe szansę dawało mi raczej okno, pod warunkiem, Ŝe nie zostanę 

zauwaŜony z ulicy. Zadecydowałem, Ŝe będzie to droga bezpieczniejsza niŜ próba 

przejścia obok straŜników. Pospiesznie zrzuciłem i przytroczyłem do pasa sandały, po 

czym, myśląc z wdzięcznością, Ŝe ascetyczne upodobania Zacty nie objęły 

ornamentów na fasadzie domu, uchwyciłem się kamiennych zawijasów wokół okna i 

rozpocząłem wspinaczkę.

Na szczęście od dachu dzieliło mnie tylko jedno piętro. Bo choć wśród 

rzeźbień nie brakowało dogodnych punktów oparcia, nie byłem najlepiej 

przygotowany do tego rodzaju wyczynów. Poza tym obawiałem się zawrotu głowy. Z 

uczuciem ulgi podciągnąłem się w końcu ponad zwieńczenie muru. Czas naglił. Lada 

moment ktoś mógł wejść do komnaty Zacty i odkryć ciało.

W największym pośpiechu włoŜyłem sandały, szukając wzrokiem drzwi w 

dachu. Znalazłem je bez trudu, a poniewaŜ sprzyjało mi szczęście, drzwi nie były 

zaryglowane. Na szczycie schodów przybrałem opanowany wyraz twarzy i zacząłem 

schodzić pełnym godności krokiem.

W podwórzu czekał mój wóz, kołysząc się na Ŝyroskopach. Nie zatrzymywany 

przez nikogo podszedłem do drzwi i sprawnie wsunąłem się za stery. Moja ręka, 

spoczywająca na drąŜku sterowniczym, drŜała. Gdy rozwarły się wrota, pchnąłem 

maszynę naprzód.

Jak na razie, wszystko szło dobrze. Ale dokąd mam jechać? Kiedy odkryją 

ciało Zacty, będę miał przeciwko sobie całą ludność Atlantydy. Całą? Nie, zapewne 

zostanie przy mnie kilku asystentów. Wibrator był dla nich wszystkim. Oni 

zrozumieją, Ŝe posłuszeństwo przekreśliłoby nasz wieloletni dorobek.

Tlantec, szef asystentów, nadzorował budowę wibratorów w pobliŜu Azco. 

Rzut oka na wskaźniki wystarczył, by ocenić, Ŝe akumulatory mam prawie 

background image

naładowane. Wóz posiadał dość energii, by dowieźć mnie do Azco. Skierowałem się 

ku wschodniej części Zapetl i ruszyłem całą parą. Mój Ŝyrowóz dawał z siebie 

wszystko.

Kilka godzin później zatrzymałem się przy wartowni na skałach w pobliŜu 

Azco. Nad wartownią górował pylon numer jeden, podtrzymujący najpotęŜniejszy 

wibrator. Daleko na północ widziałem podobny, chociaŜ nieco mniejszy pylon, drugie 

ogniwo łańcucha obronnego naszej konstrukcji.

Nim zdąŜyłem wysiąść z wozu, drzwi wartowni otwarły się i stanął przede 

mną Tlantec ze strzałkomiotem w ręce. Wiedziałem, Ŝe wiadomość juŜ do niego 

dotarła.

- Zacta nie Ŝyje - oświadczył. - Mówią, Ŝe go zabiłeś.

Wyjaśniłem, co zaszło. Słuchał ze zdumieniem w oczach. Na wieść o 

zaproponowanym przez Zactę zakazie produkcji wibratorów spojrzał na mnie z 

niedowierzaniem.

- Ale dlaczego...? Dlaczego?

Powtórzyłem słowa starca, a Tlantec ściągnął brwi.

- Chyba oszalał. Rezygnować z najpotęŜniejszej broni wszechczasów z 

powodu jakichś tam bajek!

- Tak to wyglądało - zakończyłem. - Nic nie było w stanie odwieść go od 

powziętego postanowienia. Jeden z nich musiał zginąć: on albo wibrator.

Zapadło milczenie. Czekałem z niepokojem na ostateczną reakcję Tlanteca. 

Mój los spoczywał teraz w jego rękach. Gdyby zdecydował się zastrzelić mnie na 

miejscu, zdobyłby sławę narodowego bohatera. Powoli opuszczał strzałkomiot, 

wpatrując się weń półprzytomnie. Dopiero po chwili przemówił:

- Postąpiłeś słusznie, Xtanie - orzekł. - ChociaŜ wolałbym, Ŝeby znalazło się 

jakieś inne wyjście.

- Ja takŜe... - zgodziłem się. - Sam jednak wiesz, jak potęŜną miał władzę. Nie 

było innego sposobu.

Weszliśmy razem do wartowni.

- I co teraz? - zapytał.

- Musimy natychmiast porozumieć się z pozostałymi pylonami. W razie 

konieczności wibratory same będą musiały obronić się przed zagładą. Z chwilą gdy 

rozejdzie się wieść, Ŝe tu jestem, bezzwłocznie przypuszczą na nas atak.

background image

Tlantec zbladł.

- Chcesz powiedzieć, Ŝe musimy skierować je w stronę lądu...?

Wymierzyć przeciwko swoim?

- A jak inaczej moŜna je uratować?

Odszedł, by porozumieć się z innymi pylonami, ja zaś rozglądałem się 

gorączkowo za czymś do zjedzenia. Nieobecność Tlanteca trwała około pół godziny. 

Kiedy wrócił, na jego twarzy malowała się powaga.

- Pylony numer dwa, trzy i pięć zgodziły się pozostać z nami - donosił. - 

Natomiast cztery i sześć są przeciwko nam. Mówią, Ŝe jeŜeli Zacta potępił wibratory, 

to naleŜy je zniszczyć, i Ŝe oni pozostaną posłuszni jego woli.

Myślałem gorączkowo. Jeśli pylony cztery i sześć rzeczywiście zwrócą się 

przeciw nam, to nadejdzie koniec.

- Kombinezony ochronne! Szybko! - rzuciłem. 

Szamotałem się z kombinezonem, kiedy Tlantec podszedł juŜ do okna. 

Przywołał mnie i wskazał w stronę miasta. Nawet z odległości pięciu kilometrów było 

widać wyraźnie, Ŝe dzieje się tam coś niezwykłego. 

Z bram miasta wylewał się tłum ludzi. Widocznie załoga pylonu numer cztery 

lub sześć zawiadomiła miasto o miejscu mojego pobytu i lud ruszył, by pomścić 

Zactę. Rzuciłem się do przekaźnika i połączyłem z koszarami w Azco.

- Tu Xtan! - wrzasnąłem. - Zatrzymajcie tych ludzi albo nie odpowiadam za 

skutki.

Chwyciłem ogromne koło sterownicze pośrodku pokoju i zakręciłem nim. 

Olbrzymie ramię wibratora wysoko ponad nami obróciło się powoli w stronę miasta. 

Twarz Tlanteca pobladła.

- To przecieŜ tylko tłum... nie uzbrojony - zaprotestował.

- Tłum jest w stanie zniszczyć wibrator. Trzeba ich powstrzymać. Włącz 

minimalną moc.

Ociągając się, spełnił polecenie. Ludzie znajdowali się na razie poza naszym 

zasięgiem. Przyglądaliśmy się im w napięciu. Zatrzymali się w odległości około 

trzech kilometrów. Idący na czele pochodu zachowywali się dziwnie: zataczali się i 

posuwali do przodu dziwacznymi, kanciastymi ruchami. Z tej odległości wibracje 

działały zbyt słabo, by zabić, lecz wystarczyły, by zaburzyć motorykę. CiŜba, nie 

wiedząc, co się dzieje, napierała nadal: kilku przywódców upadło i pozostało na ziemi 

w bezruchu.

background image

Wówczas zamykający pochód zorientowali się nagle, co ich czeka. Zaczęli 

biegać tam i z powrotem miotani strachem, po czym złamali szyki i wycofali się w 

nieładzie. Rozległ się natarczywy dzwonek przekaźnika.

- Tu pylon numer dwa. Czyś ty oszalał, Xtan!? Co ty wyprawiasz?

- Za wszelką cenę naleŜy ocalić wibratory.

- Zabiłeś juŜ kilkunastu bezbronnych ludzi, Xtan - zabrzmiała pełna goryczy 

odpowiedź. - Nie przyłączamy się do masakry naszych rodaków.

- JeŜeli podejdą bliŜej, zniszczą nas - odparłem zrozpaczony. 

Usłyszałem drwiący głos.

- Czy aby na pewno nie chodzi ci tylko o własną skórę? Zamordowałeś Zactę. 

Pylon dwa wycofuje się. Pozostałe teŜ tak zrobią. 

Przekaźnik zamilkł. Tlantec meldował od okna.

- Wracają do miasta.

W tej samej chwili rozległ się nad nami potęŜny łoskot, a zaraz potem 

usłyszeliśmy odgłos odległego wybuchu. Spojrzeliśmy na siebie. Działa z Azco 

otworzyły ogień. Był tylko jeden sposób, by je uciszyć.

- Cała naprzód - rozkazałem.

Tlantec nie ruszył się z miejsca. Przyglądał mi się z dziwną uwagą.

- Zniszczymy całe Azco - zaprotestował znowu.

- Musimy uciszyć te działa - nalegałem.

- Zginą mieszkańcy miasta i okolic w promieniu wielu mil. Chyba oszalałeś! 

Pomyśl o skutkach, człowieku! Cały kraj obróci się w ruinę.

Wzruszyłem ramionami i podszedłem do tablicy kontrolnej. Jakie znaczenie 

ma Ŝycie kilku osób? W tym momencie Ŝadna cena za uratowanie wibratora nie 

wydawała mi się zbyt wysoka. Lecz zanim dotknąłem dźwigni, Tlantec rzucił się na 

mnie.

Siła jego ataku powaliła mnie na ziemię. Nie udało mu się jednak mnie 

przytrzymać z powodu obcisłego stroju, jaki miałem na sobie. Wywinąłem się i 

przewróciłem na bok. Ale zanim zdąŜyłem się podnieść, znowu mnie przygniótł i 

walił bezskutecznie pięściami w gruby kombinezon. Rozpaczliwie sięgnąłem ręką po 

strzałkomiot, lecz zaraz przypomniałem sobie, Ŝe mam go pod kombinezonem. 

Uniosłem się, wykonałem obrót i wydostałem się spod przeciwnika.

Dyszeliśmy głośno pod cięŜarem kombinezonów. Ubraną w rękawicę dłonią 

background image

szukałem nieporadnie jego gardła. Kiedy je znalazłem, okazało się, Ŝe nie sposób go 

ś

cisnąć. Natychmiast zmieniłem taktykę i zacząłem szarpać zapięcie jego 

kombinezonu. Wibrator wycelowany w miasto wciąŜ pracował na minimalnych 

obrotach, lecz tutaj, bezpośrednio pod nim, promieniowanie powinno być 

dostatecznie wysokie, by go załatwić...

Tlantec przejrzał mój plan. Walczył z rosnącą zaciekłością, przerzucał mnie z 

boku na bok, usiłując zepchnąć z siebie, przez co moje palce raz po raz ześlizgiwały 

się z zapięcia. W końcu udało mi się włoŜyć palec w zawleczkę zamka, ale w tej 

samej chwili Tlantec zdobył się na ostatni wysiłek. Poderwał się i zrzucił mnie z 

siebie. Mój palec tkwił jednak “o nadal w kółku zamka, toteŜ przewracając się 

rozdarłem mu kombinezon. Czułem wstrząsające jego ciałem konwulsje, gdy wibrator 

dokonywał dzieła. Tlantec znieruchomiał.

Podniosłem się osłabiony i zdyszany. Usłyszałem kolejny huk eksplozji. Nie 

wiedziałem, ile strzałów oddano podczas naszej szamotaniny. Dziwiłem się, Ŝe 

jeszcze nie trafili. Z trudem, chwiejnym krokiem przemierzyłem pokój i pociągnąłem 

dźwignię do oporu. Pchnąłem ją z powrotem na miejsce dopiero po upływie minuty. 

ZbliŜyłem się do okna.

Widok, jaki ukazał się mym oczom, wywarł nawet na mnie wstrząsające 

wraŜenie. Jak okiem sięgnąć, rozciągało się dzieło zniszczenia. Pod wpływem 

wibracji zwiędła trawa, liście, krzewy, a kwiaty, które jeszcze kilka minut temu 

kołysały się dumnie, teraz leŜały martwe.

Spojrzałem na miasto. Ono takŜe umarło. Na ulicach leŜały zwłoki. Jedyny 

przejaw Ŝycia stanowił dym unoszący się znad porzuconych ognisk. Na drodze pod 

miastem ujrzałem kłębowisko ciał męŜczyzn i kobiet, którzy jeszcze przed chwilą 

stanowili biegnący tłum. Nikt z nich nie pobiegnie juŜ dalej. W porcie okręty gnały 

przed siebie pod pełnymi Ŝaglami, taranując się wzajemnie lub roztrzaskując o 

kamienne nabrzeŜa. NajwaŜniejsze jednak dla mnie było to, Ŝe ucichły działa. 

Wibrator został uratowany.

Wróciłem do tablicy rozdzielczej i wyłączyłem go. śadna siła raŜenia nie była 

juŜ konieczna. W promieniu wielu kilometrów Ŝycie przestało istnieć.

Wyszedłem ze sterowni i spojrzałem w górę na potęŜny wibrator. Moje prawe 

ramię samo uniosło się w salutującym geście.

Nie wiem dokładnie, ile czasu upłynęło, ale mniej więcej dwa lub trzy dni 

background image

później zauwaŜyłem, Ŝe coś porusza się w oddali. Patrząc przez lornetkę rozpoznałem 

maszerującą z głębi lądu kolumnę wojska. Nosili mundury nie znanej mi formacji. Co 

więcej, wyposaŜeni byli w nie znane mi maszyny.

Szykowali się do ataku. Spodziewałem się tego. Zniszczę ich, kiedy podejdą 

bliŜej. Czekałem niecierpliwie, przepełniony nie tyle chęcią zabijania, ile raczej wolą 

potwierdzenia wyŜszości mego wibratora - “najpotęŜniejszej siły na świecie, tryumfu 

ludzkiego geniuszu”.

- Pokonasz ich na piętnastym kilometrze - powiedziałem na głos.

Dzieliło ich ode mnie jakieś dwadzieścia kilometrów, gdy wyczerpała się moja 

cierpliwość. Wyglądało na to, Ŝe wcale nie spieszą się z natarciem. Po raz kolejny 

połoŜyłem dłoń na dźwigni. 

- PokaŜ im, kto tu jest panem! - krzyknąłem i pociągnąłem drąŜek do dołu.

Ledwie spojrzałem przez lornetkę, zaraz wypadła mi z rąk. Kolumna nie 

zatrzymała się. WciąŜ kroczyli naprzód z niezmiennym uporem. Rzut oka na 

wskaźniki upewnił mnie, Ŝe maszyna pracuje prawidłowo. Co się dzieje?

Dopiero wtedy zrozumiałem. Nie zidentyfikowane mundury były 

kombinezonami ochronnymi. Widocznie dowódca jednego z sąsiednich pylonów 

wyjawił tajemnicę. Zastanawiałem się, jak długo kombinezony wytrzymają pełną moc 

raŜenia wymierzonego prosto na nich z wibratora. Mnie samemu nic nie groziło, 

poniewaŜ znajdowałem się w strefie wibracji odbitej. Pozostało mi jedynie utrzymać 

moc maszyny i czekać.

Minęło pół godziny, a kolumna nadal posuwała się do przodu. Zacząłem tracić 

nadzieję. MoŜna by pomyśleć, Ŝe wibrator przestał działać. Uśmiechnąłem się gorzko 

na myśl, Ŝe najdłuŜszy czas ekspozycji, na jaki odwaŜyliśmy się podczas prób z 

najmniejszym wibratorem, nie przekroczył dwóch minut. Obawialiśmy się czegoś 

nieokreślonego. I oto nagle to coś się pojawiło.

W odległości około dziesięciu kilometrów powierzchnia ziemi zaczęła nagle 

pękać, tworząc rozchodzące się promieniście szczeliny. Ogromny okrąg rozsypał się 

w pył i obsunął w rozległą, płytką nieckę, która na krótko tylko pozostała płytka: jej 

dno wciąŜ rozsypywało się i zapadało. Widziałem, jak ludzie zatrzymali się na jej 

przeciwległym skraju, po czym zawracali w popłochu tak szybko, jak pozwalały im na 

to cięŜkie kombinezony.

Gwałtowny wstrząs powalił mnie na ziemię. Pylon zakołysał się, jęknął, lecz 

nie upadł. Przeczołgałem się przez pokój i wyłączyłem wibrator, ale wiedziałem, Ŝe 

background image

jest juŜ za późno. Zacta nie mylił się. Mój wibrator był potęŜniejszy niŜ myślałem: nie 

tylko pozbawiał Ŝycia. PrzedłuŜająca się ekspozycja potrafiła spowodować 

dezintegrację materii.

Rozległe nieckowate zagłębienie w ziemi zmieniło się teraz w przepastny 

szyb. Następowało przemieszczenie wewnętrznych napręŜeń. Kolejny wstrząs 

zakołysał pokojem. Rzuciłem się do okna. Powierzchnia ziemi wybrzuszyła się i 

zarysowała gęstą siecią pęknięć. BoŜe, co ja zrobiłem? Wywołałem kataklizm, który 

wytrąci świat z równowagi i zniszczy całą  Atlantydę!

Jeszcze potęŜniejszy wstrząs kazał mi przytrzymać się framugi okna. PotęŜny 

łańcuch gór na północy zaczął się rozsuwać. Głęboka rozpadlina z sykiem wypełniła 

się wodą, która wzbijała się w górę potworną falą. Od strony lądu wystrzelił potęŜny 

słup płomieni i osmalił niebo. Przez rozerwaną ziemię przedarły się wewnętrzne 

ognie...

Dawid Hixton przerwał swoją opowieść. Po chwili dodał:

- I wtedy znowu dotarł do mnie głos starego Fossdyke’a. Perorował o “broni, 

która zapewni nam panowanie nad światem”. Nie mogłem tego wytrzymać. Zerwałem 

się z miejsca i wybiegłem z sali. Przez całą drogę do pracowni towarzyszyła mi jedna 

myśl: muszę zniszczyć wibrator...

Kis-Tan uŜył go w Lemurii. I co się stało z Lemurią? Xtan uŜył go w 

Atlantydzie. I gdzie jest teraz Atlantyda? Nikt juŜ nie powie, Ŝe Hixton zrobił to 

samo. Rzuciłem się na maszynę z młotem, lecz usłyszał to Alan.. Zjawił się za 

wcześnie. Oni wciąŜ go mają. Za dziesięć lat, a moŜe nawet prędzej, moje nazwisko 

będzie wyklęte przez wszystkich... Przez wszystkich, którzy przeŜyją.

Diana dotknęła jego dłoni.

- Wcale go nie mają, kochanie. Zostały tylko fragmenty urządzenia. 

Zniszczyłeś jakiś istotny element... Nie wiem dokładnie co i oni teŜ nie wiedzą. Nie 

potrafią go uruchomić.

Dawid obrzucił ją nieprzytomnym spojrzeniem.

- Jak to nie potrafią?

- Są bezradni. śaden z twoich asystentów nie posiada dostatecznej wiedzy, by 

im pomóc.

Twarz Dawida pojaśniała i wykrzywiła się w uśmiechu. Po policzkach ciekły 

mu łzy. Śmiał się coraz głośniej, jak szaleniec. PrzeraŜona, próbowała go uciszyć, ale 

background image

ś

miech i łkanie nie ustawały. Przez trawnik spieszyło ku nim dwóch pielęgniarzy. 

Jeden zajął się uspokajaniem Dawida, drugi odprowadził Dianę na stronę.

- Widzi pani, za bardzo się wzburzył - rzucił oskarŜycielskim tonem.

- On wcale nie jest obłąkany - wyjaśniła Diana. - To nie jest Ŝaden obłęd.

Pielęgniarz wsłuchiwał się przez chwilę w histeryczny śmiech pacjenta. 

Pokiwał głową.

- ZaleŜy co nazwiemy obłędem - stwierdził. z jednego toru na drugi. Wówczas 

znikło wraŜenie, Ŝe jestem przedmiotem jakiejś walki. Przemieszczałam się teraz 

coraz szybciej, opadając niczym wędrujący meteoryt, który dostał się w końcu w 

pułapkę...

background image

OBACZ DROGI JEJ...

Nie było nic poza mną. Zawieszona w bezczasowej, bezwładnej próŜni, ani 

jasnej, ani ciemnej, miałam poczucie całości, lecz nie kształtu; świadomość bez 

zmysłów, rozum bez pamięci. Zastanawiałam się, czy ta... ta nicość to moja dusza. 

Wydawało mi się, Ŝe zastanawiam się nad tym od zawsze i Ŝe tak będzie po wsze 

czasy...

A jednak bezczasowość ustąpiła. Uświadomiłam sobie teŜ istnienie jakiejś 

siły: Ŝe ulegam przemieszczeniu i Ŝe ustąpiło w związku z tym poczucie 

bezwymiarowości. Nic nie wskazywało na to, Ŝe się poruszam. Wiedziałam jedynie, 

Ŝ

e poddaję się przyciąganiu. Byłam szczęśliwa wiedząc, Ŝe jest coś lub ktoś, do kogo 

chciałam się zbliŜyć. Nie pragnęłam niczego, tylko obrócić się jak igła kompasu i 

zapaść w próŜnię...

Czekało mnie wszakŜe rozczarowanie. śadne miękkie, płynne opadanie nie 

nastąpiło. Znalazłam się natomiast we władaniu innych sił. Coś ciągnęło mnie 

najpierw w jedną, potem zaś w przeciwną stronę. Nie miałam pojęcia, skąd o tym 

wiem. Nie istniał Ŝaden zewnętrzny, stały punkt odniesienia czy orientacji. Mimo to 

czułam, Ŝe coś szarpie mną to w jedną, to w drugą stronę, jakby wbrew oporowi 

jakiegoś wewnętrznego Ŝyroskopu. Zupełnie jakby najpierw oddziaływała na mnie 

przez chwilę jedna siła, potem słabła i traciła mnie na rzecz drugiej. Wtedy wydawało 

mi się, Ŝe osuwam się ku jakiemuś nieznanemu punktowi, Ŝeby zatrzymać się tam i 

poddać zmianie kierunku. Unosiłam się w ten sposób tam i z powrotem ze stale 

wzrastającym poczuciem świadomości. Przyszło mi do głowy, Ŝe walczą o mnie dwie 

rywalizujące siły: dobro i zło lub Ŝycie i śmierć...

Przyciąganie w dwóch przeciwnych kierunkach przebiegało coraz  bardziej 

zdecydowanie, aŜ wreszcie zostałam niemal wyszarpnięta

- Wszystko w porządku - usłyszałam głos. - Powrót nieco opóźniony z nie 

wyjaśnionych powodów. Trzeba to odnotować w karcie. Który to raz? Aha, dopiero 

czwarty. Tak, naturalnie, proszę zapisać. Odzyskuje przytomność.

Był to głos kobiety. Mówiła z nie znanym mi akcentem. Powierzchnia, na 

której leŜałam, drŜała. Otworzyłam oczy, ujrzałam poruszający się nade mną sufit i 

zaraz je zamknęłam. Odezwał się inny głos, z taką samą obcą intonacją.

background image

- Proszę to wypić.

Jakaś ręka uniosła mi głowę. Przystawiono mi do ust filiŜankę. Wypiłam 

miksturę i opuściłam głowę na poduszkę, znowu zamykając oczy. Zapadłam w krótką 

drzemkę, a po przebudzeniu poczułam się znacznie silniejsza. Przez pewien czas 

leŜałam wpatrując się w sufit i na pół przytomnie zastanawiałam się, gdzie jestem. 

Nie przypominałam sobie Ŝadnego róŜowokremowego sufitu. I wtedy doznałam nagle 

wstrząsu, jak pod wpływem silnego uderzenia. Z przeraŜeniem bowiem 

zorientowałam się, Ŝe nie tylko róŜowy sufit, lecz równieŜ wszystko inne było mi 

obce. Tam, gdzie powinny odezwać się jakieś wspomnienia, ziała teraz przepastna 

pustka. Nie miałam pojęcia, jak się nazywam i gdzie jestem: nie pamiętałam nic, co 

mogłoby wyjaśnić, w jaki sposób lub dlaczego znalazłam się w tym miejscu... 

Powodowana paniką chciałam usiąść, lecz jakaś ręka pchnęła mnie z powrotem na 

łóŜko i ponownie przytknęła filiŜankę do warg.

- Teraz trzeba odpocząć - uspokoił mnie ten sam kobiecy głos. 

Chciałam o coś zapytać, ale zawładnęło mną straszne znuŜenie i wydało mi się 

to nagle niewarte zachodu. Przestałam się bać. Zapadłam w letarg. Teraz usiłowałam 

się domyślić, co mi się stało. MoŜe miałam wypadek? MoŜe są to skutki gwałtownego 

szoku? Nie wiadomo. Na razie nie ma się czym przejmować. Jestem w dobrych 

rękach, ktoś się mną zajmuje. Senność zagłuszyła wszystkie pytania.

Zdaje się, Ŝe spałam. Kilka minut, a moŜe godzinę. Gdy znowu otworzyłam 

oczy, byłam spokojniejsza, bardziej zdziwiona niŜ prze -  straszona. LeŜałam tak 

przez pewien czas bez ruchu. Panowałam teraz nad sobą na tyle, by pocieszać się 

myślą, Ŝe jeŜeli miałam wypadek, to przynajmniej nic mnie nie boli.

Wkrótce poczułam przypływ sił, a wraz z nimi ciekawość. Gdzie jestem? 

Odwróciłam głowę na poduszce, Ŝeby rozejrzeć się wokół.

TuŜ obok stało urządzenie na kółkach, coś pośredniego między łóŜkiem a 

stołem. LeŜała na nim, śpiąc z otwartymi ustami, największa kobieta, jaką 

kiedykolwiek widziałam. Przyszło mi do głowy, Ŝe to jakaś specjalna klatka 

podtrzymująca kołdrę nadaje jej monumentalny wygląd, lecz oddech kobiety 

ś

wiadczył, Ŝe tak nie jest. Przeniosłam wzrok dalej i zauwaŜyłam dwa następne łóŜka, 

na których spoczywały równie olbrzymie kobiety.

Przyglądając się uwaŜniej leŜącej najbliŜej, stwierdziłam ze zdziwieniem, Ŝe 

jest całkiem młoda. Miała nie więcej niŜ dwadzieścia dwa, trzy lata. Jej twarz była 

moŜe nieco nalana, ale z pewnością nie otyła. W gruncie rzeczy wyglądała bardzo 

background image

ładnie z młodzieńczymi rumieńcami na policzkach okolonych krótko przyciętymi, 

złotymi lokami. Ciekawe, co za schorzenie hormonalne spowodowało to 

zniekształcenie u osoby w tak młodym wieku?

Minęło mniej więcej dziesięć minut, gdy usłyszałam odgłos zbliŜających się 

energicznych kroków. Ktoś zapytał:

- Jak się czujesz?

Odwróciłam głowę i moje oczy napotkały niemal na tej samej wysokości 

czyjąś twarz. Sądziłam, Ŝe naleŜy do dziecka, ale jej rysy, zwieńczone białym 

czepkiem, nie mogły liczyć sobie mniej niŜ trzydzieści lat. Nie czekając na 

odpowiedź, kobieta wsunęła rękę pod kołdrę, Ŝeby zmierzyć mi puls. Widocznie był 

prawidłowy, bo pokiwała głową z zadowoleniem.

- Teraz juŜ wszystko będzie dobrze, Matko - zapewniła. 

Patrzyłam na nią tępym wzrokiem.

- Samochód zajechał pod same drzwi. Czy dasz radę przejść sama ten 

kawałek? - dopytywała się.

- Jaki samochód? - spytałam zaskoczona.

- Ten, który odwiezie cię do domu - wyjaśniła z zawodową cierpliwością. - 

No, zbieramy się. - I ściągnęła ze mnie kołdrę.

Podniosłam się i spojrzałam na siebie. Widok, jaki ujrzałam, wprawił  mnie w 

osłupienie. Podniosłam rękę. Wyglądała jak pulchny biały wałek tapicerski z 

idiotycznie małą dłonią na końcu. Usłyszałam jeszcze stłumiony okrzyk i 

zemdlałam...

Gdy ponownie otworzyłam oczy, stała nade mną kobieta - normalnego 

wzrostu - w białym fartuchu, ze stetoskopem. Kobieta w czepku, o której wcześniej 

myślałam, Ŝe jest dzieckiem, sięgała jej nieco powyŜej łokcia.

- Nie rozumiem, pani doktor - mówiła. - Ni stąd, ni zowąd zaczęła krzyczeć i 

zemdlała.

- Co to znaczy? Co się ze mną stało? Wiem, Ŝe tak nie wyglądam... Nie, nie - 

powtarzałam w kółko, słysząc swój własny płaczliwy głos.

Lekarka nadal przyglądała mi się ze zdziwieniem.

- O co jej chodzi? - zapytała.

- Nie mam pojęcia, pani doktor - odparła ta mała. - To stało się tak nagle, 

jakby doznała wstrząsu... Ale zupełnie nie widzę powodu.

- No cóŜ, została zakwalifikowana i wypisana. Zresztą nie moŜe tu zostać, bo 

background image

ten pokój jest nam potrzebny - oświadczyła lekarka. - Dam jej coś na uspokojenie.

- Ale co się stało? Kim jestem? To jakaś okropna pomyłka. PrzecieŜ ja tak nie 

wyglądam. P-proszę, bardzo proszę, mi p-powiedzieć... - zaczęłam błagalnie, lecz 

zaraz zgubiłam wątek, jąkając się i plącząc.

Lekarka starała się mnie pocieszyć. Delikatnie połoŜyła dłoń na moim 

ramieniu.

- Wszystko w porządku, Matko. Nie ma powodu do obaw. Proszę się tak nie 

przejmować. Niedługo zawieziemy cię do domu.

Pojawiła się druga asystentka w białym czepku, nie wyŜsza od pierwszej. 

Wkroczyła szybko do pokoju ze strzykawką, którą podała lekarce.

- Nie! - zaprotestowałam. - Chcę wiedzieć, gdzie jestem. Kim jestem? Kim wy 

jesteście? Co się ze mną stało? - chciałam wytrącić jej strzykawkę z ręki, ale 

asystentki rzuciły się na moje ramię. Lekarka wbiła igłę.

To był rzeczywiście środek uspokajający. Nie wywołał snu, lecz apatię. 

Dziwne uczucie: wydawało mi się, Ŝe unoszę się kilka metrów nad swoim ciałem i 

obserwuję je z nienaturalnym spokojem. Byłam w stanie lub czułam, Ŝe jestem w 

stanie ocenić wszystko z właściwą, rozumną jasnością...

Widocznie cierpiałam na amnezję. Jakiś wstrząs sprawił, Ŝe “straciłam  

pamięć”, jak to się mówi. Zanikowi uległ tylko niewielki fragment pamięci, jedynie ta 

część, która dotyczy mojej osoby: kim i czym jestem, gdzie mieszkam. Natomiast cały 

mechanizm sterujący codziennym zachowaniem zdawał się nietknięty. Nie 

zapomniałam, jak się mówi i myśli, posiadałam umysł dostatecznie sprawny.

Z drugiej jednak strony gnębiło mnie przeświadczenie, Ŝe wszystko wokół 

przedstawia się na opak. Wiedziałam, Ŝe nigdy przedtem tu nie byłam. Wiedziałam, 

Ŝ

e jest coś dziwnego w wyglądzie dwóch małych pielęgniarek. Przede wszystkim zaś 

wiedziałam z absolutną pewnością, Ŝe to ogromne ciało spoczywające na łóŜku nie 

naleŜy do mnie. Nie mogłam sobie przypomnieć twarzy, którą powinnam zobaczyć w 

lustrze, nie wiedziałam nawet, czy ma być ciemna czy jasna, stara czy młoda, lecz nie 

miałam Ŝadnych wątpliwości co do tego, Ŝe nigdy nie wieńczyła takich obfitych 

kształtów.

W dodatku te pozostałe ogromne kobiety. Było oczywiście niemoŜliwe, byśmy 

wszystkie uległy jakimś zaburzeniom hormonalnym, bowiem nie byłoby wówczas 

mowy o wysyłaniu mnie “do domu”, cokolwiek miało to znaczyć...

Analizowałam swoje połoŜenie w sposób całkiem trzeźwy i rozsądny - 

background image

zapewne dzięki środkowi uspokajającemu - chociaŜ bez większego powodzenia, aŜ 

nagle sufit nade mną zaczął się przesuwać i pojęłam, Ŝe gdzieś mnie wiozą. Drzwi w 

końcu sali otwarły się i poczułam, Ŝe łóŜko przechyla się nieznacznie pode mną przy 

zjeździe z rampy.

U stóp pochylni czekał samochód przypominający karetkę pogotowia. RóŜowa 

karoseria była wypolerowana do połysku. Z zainteresowaniem stwierdziłam, Ŝe biorę 

udział w pewnych czynnościach rutynowych. DruŜyna złoŜona z ośmiu małych 

sanitariuszek przeniosła mnie z łóŜka na resorowaną leŜankę w taki sposób, jakby 

wykonywały ćwiczenia z musztry. Dwie z nich pozostały nieco dłuŜej, aby poprawić 

pościel i podłoŜyć mi pod głowę drugą poduszkę, po czym wysiadły, zamknęły drzwi 

i samochód ruszył.

I właśnie od tej chwili - być moŜe takŜe z powodu środka uspokajającego - 

zaczęło we mnie narastać poczucie równowagi i przekonanie, Ŝe panuję nad sytuacją. 

Niewykluczone, Ŝe tak jak podejrzewałam, wydarzył się jakiś wypadek, a główną 

przyczyną mojego przeraŜenia jest błędne załoŜenie, Ŝe znajduję się o jeden etap  

dalej niŜ w rzeczywistości. ZałoŜyłam bowiem, Ŝe odzyskałam przytomność w tych 

dziwacznych okolicznościach, podczas gdy faktycznie wcale jej nie odzyskałam. 

Muszę zatem znajdować się nadal w stanie zawieszenia, bardzo zbliŜonym do 

wstrząsu, a wszystko to jest snem lub przywidzeniem. Wkrótce przebudzę się w 

warunkach co najmniej sensownych, jeŜeli nie całkiem znajomych.

Ciekawe jednak, dlaczego ta pocieszająca i uspokajająca myśl nie przyszła mi 

do głowy wcześniej. Doszłam do wniosku, Ŝe właśnie to niepokojące poczucie 

drobiazgowo dostrzeganej rzeczywistości wywołało we mnie histerię. Co za głupota, 

Ŝ

eby nabrać się na Guliwera w krainie nieco przerośniętych Liliputów. Wprawdzie nie 

naleŜy się zbytnio dziwić, skoro brakowało mi w tych snach sprecyzowanego 

poczucia toŜsamości. NaleŜało teraz poddać analizie to, co widziałam. Niewątpliwie 

roi się tam od symbolicznych treści, których wyjaśnienie w stosownym czasie moŜe 

okazać się niezwykle interesujące.

Ta konstatacja zupełnie zmieniła moje nastawienie, toteŜ zaczęłam rozglądać 

się dokoła z uwagą. Przede wszystkim zaskoczyła mnie mnogość bardzo wyraźnych 

szczegółów otoczenia. Nie miało to nic wspólnego z właściwą snom wyrazistością 

pierwszego planu wobec mglistego czy nawet nieprawdopodobnego tła. Wszystko 

działo się z bardzo przekonywającą, trójwymiarową namacalnością. RównieŜ moje 

własne odczucia zdawały się całkowicie uzasadnione. Na przykład ten boleśnie 

background image

autentyczny zastrzyk. Złudzenie realności tak mnie zafascynowało, Ŝe postanowiłam 

starannie rejestrować kaŜdy detal.

Wnętrze furgonetki czy karetki, czy jakkolwiek to nazwać, utrzymane było, 

podobnie jak karoseria, w tonie perłoworóŜowym, z wyjątkiem sufitu: 

szaroniebieskiego w srebrne gwiazdki. Na ściance przedniej wisiało kilka szafek z 

chromowanymi uchwytami. Moja leŜanka, czy teŜ nosze, stała pod ścianą po lewej 

stronie. Pod przeciwległą ścianą znajdowały się dwa raczej niewielkie siedzenia obite 

lekko lśniącą tkaniną w kolorze dobranym do wnętrza. Dwa podłuŜne okna 

wypełniały resztę ściany po obu stronach. W obydwu wisiały firanki z delikatnej 

siatki, rozsunięte teraz i podwiązane róŜowymi, splecionymi w warkocz pętlami. 

PowyŜej widniały zwinięte rolety. Wystarczyło odwrócić głowę na poduszce, by 

oglądać mijane krajobrazy. Niezbyt dokładnie, gdyŜ zawieszenie samochodu czy teŜ 

moŜe nawierzchnia drogi pozostawiały wiele do Ŝyczenia. W kaŜdym razie byłam 

zadowolona, Ŝe moja leŜanka ma niezaleŜne i miękkie spręŜyny. 

Widok na zewnątrz nie był zbyt urozmaicony, z wyjątkiem barw. WzdłuŜ 

drogi ciągnęły się budynki, które oddzielał pas starannie przystrzyŜonych trawników 

szerokości mniej więcej dwudziestu metrów. Wszystkie domy miały trzy piętra i 

około pięćdziesięciu metrów długości. Kryte dachówką nieco spłaszczone dachy 

mogły świadczyć o wpływach włoskich. Budynki zdawały się identyczne, róŜniły się 

tylko kolorem elewacji, kontrastującymi z nim ramami okien i drzwi oraz starannie 

dobranymi zasłonami, jednakowymi w całym domu. W oknach nie dostrzegałam 

nikogo i wyglądało na to, Ŝe nie ma tam nikogo, oprócz pojawiających się tu i ówdzie 

kobiet w drelichach, które kosiły trawnik lub pielęgnowały kwietnik.

Nieco dalej, około stu metrów od drogi, wznosiły się większe i wyŜsze 

budynki o wyglądzie bardziej uŜytkowym. Niektóre z nich miały wysokie fabryczne 

kominy. Mogły to być fabryki, chociaŜ z powodu odległości i usytuowania wyłącznie 

w przerwach pierwszego rzędu domów nie miałam co do tego pewności.

Droga była kręta. NajdłuŜszy prosty odcinek ciągnął się najwyŜej sto metrów. 

Być moŜe budowano ją według jakiegoś wzoru, a nie w określonym kierunku. Ruch 

panował na niej niewielki i ograniczał się głównie do cięŜarówek, duŜych i małych, 

ale przewaŜnie duŜych. Pomalowane były jednakowo, z kombinacją pięciu cyfr i liter 

identyfikacyjnych na bokach, poza tym niczym się nie wyróŜniały.

Monotonna podróŜ z umiarkowaną prędkością trwała około dwudziestu minut, 

aŜ dotarłyśmy do miejsca, gdzie prowadzono roboty drogowe. Samochód zwolnił, 

background image

robotnicy usunęli się na jedną stronę. Kiedy jechał wolno po zrytej nawierzchni, 

miałam okazję przyjrzeć się robotnikom. Były to wyłącznie kobiety i dziewczęta w 

spodniach przypominających dŜinsy, w podkoszulkach bez rękawów i butach 

roboczych. Wszystkie miały włosy krótko obcięte, kilka nosiło czapki. Były wysokie, 

szerokie w ramionach, ogorzałe i silne. Miały męskie bicepsy i trzymały trzonki 

oskardów i łopat w twardych, mocnych dłoniach pracowników fizycznych.

Patrzyły z niepokojem, jak samochód wtacza się na nierówny odcinek drogi. 

Kiedy się z nimi zrównał, zaczęły się przepychać i zaglądać do środka, Ŝeby mnie 

zobaczyć.

Uśmiechały się szeroko, odsłaniając zdrowe białe zęby. Wszystkie miały 

opalone twarze. Podnosiły prawą rękę, dając mi jakieś znaki. Ich Ŝyczliwość była tak 

oczywista, Ŝe odpowiedziałam uśmiechem. Szły obok nas, dotrzymując kroku wolno 

jadącemu samochodowi, i patrzyły na mnie wyczekująco. Ich uśmiech ustępował 

miejsca zdziwieniu. Mówiły coś, lecz nie słyszałam słów. Rozczarowanie malujące 

się na ich twarzach świadczyło o tym, Ŝe powinnam zareagować czymś więcej niŜ 

uśmiechem. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to podnieść prawą rękę i powtórzyć ich 

gest. Osiągnęłam sukces połowiczny: twarze pojaśniały, lecz zdziwienie pozostało. 

Samochód wtoczył się na równą nawierzchnię i przyspieszył, pozostawiając je w tyle. 

Niewątpliwie kolejne symbole - z marzeń sennych, to jasne - ale z pewnością nie te 

typowe, nie podręcznikowe. Co, u licha, moŜe symbolizować w mojej świadomości 

grupa przyjaźnie nastawionych Amazonek, wyposaŜonych w oskardy i łopaty zamiast 

łuków? Chyba jakieś niepowodzenie. Tłumione dąŜenie do dominacji? Rozumując w 

ten sposób, nie zaszłam daleko. Tymczasem minęliśmy ostatni budynek i 

wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń.

JuŜ wcześniej zorientowałam się po kwietnikach, Ŝe jest wiosna. Teraz 

widziałam świeŜe pastwiska i schludne pola uprawne, które juŜ zaczynały się zielenić. 

Nad wypielęgnowanymi Ŝywopłotami unosiła się lekka, zielonkawa mgiełka, a na 

niektórych drzewach, w starannie prowadzonych zagajnikach, pojawiły się 

pojedyncze listki. Słońce obejmowało promienną Ŝyczliwością cały ten pieczołowicie 

skomponowany krajobraz; jedynie pasące się gdzieniegdzie krowy wprowadzały 

pewien element artystycznego nieładu. Zabudowania gospodarcze stanowiły 

integralną część harmonijnego porządku: puste kwadraty zadbanych domków, z 

jednej strony - niewielki warzywnik, z drugiej - sad, a z trzeciej - podwórze. 

Przypominało to krainę lalek, lecz bardziej uporządkowaną i zracjonalizowaną. Nie 

background image

dostrzegłam Ŝadnych samotnych chat, przypadkowo usytuowanych komórek czy 

doklejonych do domów przybudówek. Jakie wnioski wynikają z tej wizji niemal 

chorobliwego zamiłowania do porządku? śe jestem osobą bardziej niezdecydowaną 

niŜ sądziłam, osobą, która podświadomie tęskni do prostoty i poczucia 

bezpieczeństwa. No, no...

Otwarta cięŜarówka, która jechała chyba przed nami, skręciła w drogę 

wysadzaną wypielęgnowanym Ŝywopłotem w kierunku jednej z farm. W cięŜarówce 

znajdowało się kilka młodych kobiet, wyposaŜonych w jakieś narzędzia: znowu 

Amazonki. Jedna z nich odwróciła głowę  i skierowała na nas uwagę pozostałych. 

Podniosły ręce w tym samym geście co poprzednie i pomachały nam radośnie. 

Odwzajemniłam pozdrowienie. Pomyślałam, Ŝe to dziwne: Amazonki, symbol 

dominacji, oraz krajobraz symbolizujący bierne poczucie bezpieczeństwa. Te dwa 

elementy nie bardzo do siebie pasowały.

Sunęliśmy dalej, z niezbyt ambitną prędkością, około trzydziestu na godzinę, 

mniej więcej od czterdziestu pięciu minut przez niemal jednakową okolicę. Teren 

wznosił się i opadał łagodnie, przypuszczalnie aŜ do linii niewysokich, niebieskawych 

wzgórz, wiele kilometrów przed nami. Mijaliśmy schludne zabudowania 

rozmieszczone z regularnością kamieni milowych, choć dwa razy gęściej. Od czasu 

do czasu spotykaliśmy pracujące na polach brygady, rzadziej pojedyncze osoby 

krzątające się na farmie czy podorywujące ciągnikiem pola. Wszystkie znajdowały się 

za daleko, by zauwaŜyć jakieś szczegóły. Niebawem miała jednak nastąpić zmiana.

Po lewej stronie pojawiły się szeregi drzew, biegnące pod kątem prostym do 

drogi na odcinku blisko dwóch kilometrów. Początkowo myślałam, Ŝe to las, ale 

wkrótce zauwaŜyłam, Ŝe drzewa rosną w jednakowych odstępach, a ich korony są 

przystrzyŜone w taki sposób, Ŝe sprawiają wraŜenie wysokiego płotu.

Szpaler urywał się kilka metrów od drogi, po czym zakręcał. Jechaliśmy 

wzdłuŜ niego prawie kilometr, aŜ samochód zwolnił, skręcił w lewo i zatrzymał się 

przed wysoką bramą. Odezwał się klakson.

RóŜowa farba na bogato zdobionej bramie kryła prawdopodobnie kute Ŝelazo. 

Dostrzegłam nad nią obfite stiuki pomalowane na ten sam kolor. Zastanawiająca 

wydawała mi się dominacja róŜu, który uwaŜam za kolor ckliwy. CzyŜby chodziło o 

barwę ciała? Symbol namiętnego pragnienia ciała, które niedostatecznie zaspokajam? 

Na pewno nie. Nie róŜowy. Zdecydowanie ognistoczerwony... Nie znam chyba 

nikogo, kto potrafiłby przejawiać Ŝarliwość na róŜowo...

background image

Kiedy czekaliśmy na otwarcie bramy, z przeraŜającą jasnością zdałam sobie 

sprawę, Ŝe coś jest nie w porządku ze stojącym obok budynkiem. Parterowy róŜowy 

dom przylegał do bramy od lewej. Miał bladoniebieskie drzwi i okna, w których 

wisiały białe firanki. Drzwi otworzyły się i ukazała się w nich kobieta w średnim 

wieku, ubrana w białą bluzkę i białe spodnie. Miała odkrytą głowę i kilka siwych 

pasemek w krótkich,  ciemnych włosach. Na mój widok podniosła rękę w tym samym 

geście co Amazonki, chociaŜ nieco niedbale, po czym podeszła do bramy, by ją 

otworzyć. Dopiero wtedy dostrzegłam jej niski wzrost - mierzyła nie więcej niŜ metr 

dwadzieścia. W ten sposób wyjaśniło się moje dziwne wraŜenie na widok budynku: 

został wzniesiony wyłącznie na jej miarę...

Samochód ruszył, a ja wpatrywałam się w nią uporczywie. O co chodzi? W 

mitologii roi się od gnomów i ludzików, które nawiedzają marzenia senne i mają 

zapewne jakiś ogólnie przyjęty symboliczny sens, tylko nie mogłam sobie 

przypomnieć jaki. Tłumiona płodność? Czy moŜe być coś bardziej subtelnego? 

OdłoŜyłam te rozwaŜania na później i ponownie skupiłam uwagę na otoczeniu.

Ruszyliśmy z wolna pewnego rodzaju podjazdem. Okolica przypominała coś 

pomiędzy miejskim parkiem a osiedlem mieszkaniowym. Szerokie kobierce 

nieskalanej aksamitnej zieleni, gdzieniegdzie poprzetykane kwietnikami, delikatnymi 

kępami srebrnych brzóz i większymi, pojedynczymi drzewami. Wśród zieleni stały 

róŜowe trzypiętrowe domy, pozornie porozrzucane bez Ŝadnego planu.

Grupa kobiet podobnych do Amazonek, w podkoszulkach i spodniach koloru 

wyblakłej, rudawej czerwieni zajęta była urządzaniem rabaty w pobliŜu podjazdu. 

Musieliśmy przystanąć, Ŝeby przepchnęły na trawnik tarasujący drogę ręczny wózek 

załadowany tulipanami. Kiedy je mijaliśmy, przekazały mi pozdrowienie i przyjazne 

uśmiechy.

Chwilę później odniosłam wraŜenie, Ŝe coś złego dzieje się z moimi oczami. 

Za jednym z domów pojawił się bowiem następny, tym razem biały, a nie róŜowy, 

choć identyczny, z tym Ŝe pomniejszony o co najmniej jedną trzecią...

Zamrugałam powiekami i przyjrzałam się jeszcze uwaŜniej, ale budynek wcale 

się nie powiększał.

Nieco dalej groteskowo ogromna kobieta spowita w róŜowe szaty cięŜkim 

krokiem szła wolno przez trawnik. Towarzyszące jej trzy małe kobiety w białych 

ubiorach wyglądały jak dzieci lub oŜywione lalki: nieodparcie przywodziły na myśl 

holowniki kręcące się wokół liniowca.

background image

Poczułam, Ŝe się gubię: nagromadzenie i kombinacje symboli znacznie 

przerastały moje moŜliwości.

Samochód skręcił w prawo i po chwili zatrzymaliśmy się przy schodach 

prowadzących do jednego z róŜowych domków. Był normalnych rozmiarów, choć nie 

pozbawiony pewnej niezwykłości, poniewaŜ schody  dzieliła balustrada: stopnie po 

lewej stronie były zwyczajne, natomiast po prawej niŜsze i liczniejsze.

Trzy sygnały klaksonu zaanonsowały nasz przyjazd. Po upływie nie więcej niŜ 

dziesięciu sekund w drzwiach pojawiło się kilka małych kobiet. Zbiegły po stopniach 

z prawej strony balustrady. Trzasnęły drzwiczki. Kobieta, która prowadziła samochód, 

wyszła im naprzeciw. Kiedy znalazła się w zasięgu mojego wzroku, zobaczyłam, Ŝe 

teŜ naleŜy do tych małych, chociaŜ nie nosiła białego stroju, lecz lśniącą róŜową 

liberię, idealnie dopasowaną kolorem do samochodu.

Zanim zbliŜyły się, by otworzyć drzwi, które znajdowały się za mną, 

wymieniły kilka uwag, po czym usłyszałam radosny głosik:

- Witaj, Matko Orchis. Witamy w domu.

LeŜanka, czy nosze, przesunęła się do przodu na rolkach, a następnie 

sanitariuszki wspólnymi siłami postawiły ją na trawie. Pochyliła się nade mną młoda 

kobieta w róŜowej bluzce, z plakietką na lewej piersi, przedstawiającą krzyŜ. W jej 

głosie zabrzmiała troska.

- Czy moŜesz chodzić, Matko?

Nie była to chwila sprzyjająca dociekaniom na temat formy pytania. Mogło 

być zaadresowane wyłącznie do mnie.

- Chodzić? - powtórzyłam. - Oczywiście, Ŝe mogę. - Usiadłam z pomocą 

czterech par rąk.

Oczywiście okazało się zbyt optymistycznym stwierdzeniem. Mimo troskliwej 

pomocy, jakiej mi zewsząd udzielano, chodzenie wymagało wysiłku, który przyprawił 

mnie o zadyszkę. Spojrzałam w dół, na monstrualne ciało falujące pod moimi 

róŜowymi szatami. Poczułam przyprawiający o mdłości przypływ wstrętu. Cokolwiek 

kryło się pod tą dziwaczną masą symboliki, moŜe okazać się niesmacznym 

objawieniem. Spróbowałam zrobić krok. Trudno, doprawdy, nazwać “chodzeniem” 

sposób, w jaki posuwałam się do przodu. Odczułam to jak powolne przetaczanie się 

ocięŜałej fali, zresztą musiało to tak właśnie wyglądać. Kobiety, które sięgały mi 

nieco powyŜej pasa, dreptały wokół mnie niczym stado strwoŜonych kur. 

Postanowiłam iść dalej: sunęłam więc falistym ruchem, najpierw kilka metrów po 

background image

Ŝ

wirze, potem zaś z uporem szłam ocięŜale lewą stroną schodów.

Gdy dotarłam do szczytu, wszystkich ogarnęło uczucie ulgi i tryumfu. 

Zatrzymałyśmy się na moment, bym mogła złapać oddech, po czym weszłyśmy do 

budynku. Ujrzałam korytarz i troje, moŜe czworo zamkniętych drzwi po obu stronach. 

Korytarz rozchodził się w głębi. Skręciłyśmy w lewo i tam, na końcu, po raz pierwszy 

od czasu, gdy uległam temu przywidzeniu, stanęłam twarzą w twarz z lustrem.

Musiałam zebrać wszystkie siły, by nie wpaść w panikę na widok tego, co 

zobaczyłam. Przez kilka sekund walczyłam z dławiącą mnie histerią. Patrzyłam  na 

koszmarną parodię: słoniowata kobieca postać, wyolbrzymiona róŜowymi szatami. Na 

szczęście zakrywały wszystko oprócz głowy i dłoni. Ich widok wywoływał wstrząs 

innego rodzaju, poniewaŜ dłonie, gładkie, pulchne i całkiem nieproporcjonalne, 

wyglądały przyjemnie, głowa zaś i twarz młodo i dziewczęco.

Dziewczyna równieŜ była ładna, mogła mieć najwyŜej dwadzieścia, 

dwadzieścia jeden lat. Krótko przycięte, kręcone, jasne włosy o rudawym odcieniu 

otaczały róŜowokremową twarz o delikatnych i naturalnie czerwonych ustach. 

Patrzyła na mnie i na wszystkie nerwowo skupione wokół mnie małe kobietki 

niebieskozielonymi oczami spod lekko łukowatych brwi. Subtelne rysy jak z 

Fragonurda, osadzone na tak potwornym cielsku. Równie niedorzecznie wyglądałby 

kwiat frezji wyrastający z rzepy.

Poruszyłam wargami, jej wargi zrobiły to samo; zgięłam rękę, ona teŜ. Kiedy 

jednak opanowałam w końcu wzbierającą we mnie histerię, dziewczyna przestała być 

moim odbiciem. Wcale nie była do mnie podobna, musiała więc być jakąś 

nieznajomą. Przyglądałam się jej ze zdziwieniem. Strach i odraza ustąpiły miejsca 

smutkowi i współczuciu. Było mi jej tak Ŝal, Ŝe chciało mi się płakać. Rozpłakałam 

się. Jak przez mgłę dostrzegłam łzy wzbierające w jej oczach.

Jedna ze stojących obok kobiet chwyciła moją dłoń.

- Droga, kochana Matko Orchis, co się stało? - spytała z troską w głosie.

Nie mogłam powiedzieć, bo sama nie bardzo wiedziałam. Kobieta w lustrze 

potrząsnęła głową i łzy potoczyły się po jej policzkach. Poczułam, Ŝe gładzą mnie 

drobne dłonie. Ciche, kojące głosy zachęcały, bym szła dalej. Otwarto kolejne drzwi i 

z wielkimi ceremoniami wprowadzono mnie do pokoju.

Znalazłyśmy się w pomieszczeniu, które przypominało skrzyŜowanie buduaru 

z pokojem szpitalnym. Charakter buduaru nadawała mu przewaga koloru róŜowego: 

róŜowy dywan, pościel, poduszki, abaŜury  i przejrzyste firanki. Motyw szpitalny 

background image

stanowiło sześć tapczanów czy leŜanek, z których jedna była wolna.

Pokój był dostatecznie duŜy, by pomieścić pod ścianami po trzy leŜanki z 

komódką, krzesłem i stolikiem, nie sprawiając wraŜenia ciasnoty. Pozostała na środku 

przestrzeń mieściła bez trudu kilka rozłoŜystych foteli i stół, na którym znajdowała się 

artystyczna kompozycja z kwiatów. Unosił się tam przyjemny zapach i przyciszone, 

nastrojowe dźwięki kwartetu smyczkowego. Na pięciu posłaniach spoczywały znane 

mi juŜ obfite kształty. Dwie kobiety wyprzedziły towarzyszącą mi grupę, by zsunąć 

róŜową atłasową kapę z szóstego łóŜka.

Głowy na wszystkich pięciu łóŜkach zwróciły się w moją stronę. Trzy 

uśmiechały się na powitanie, dwie przybrały mniej serdeczny wyraz.

- Witaj, Orchis - odezwała się przyjaźnie jedna z uśmiechniętych, po czym 

dodała zatroskanym tonem: - Co się stało, kochanie? Czy spotkało cię coś 

nieprzyjemnego?

Przyjrzałam się jej dokładniej. Miała twarz serdeczną, pulchną i miłą, 

otoczoną jasnobrązową chmurą włosów rozsypanych na poduszce. Wyglądała na 

dwadzieścia trzy, cztery lata, chociaŜ reszta jej postaci wznosiła się na posłaniu 

niczym ogromne wzgórze z róŜowego atłasu. Nie zdobyłam się na Ŝadną odpowiedź, 

ale zrobiłam wszystko, by przechodząc obok niej odwzajemnić uśmiech.

Moja asysta falowała przy pustym łóŜku. Po wielu przygotowaniach i 

skomplikowanych manewrach liczne dłonie pomogły mi wspiąć się na posłanie i 

podłoŜyły mi poduszkę pod głowę.

Wędrówka z samochodu kosztowała mnie sporo sił, odpoczywałam więc z 

uczuciem wdzięczności, podczas gdy dwie małe kobietki podciągały i układały 

kołdrę, a trzecia wyjęła chusteczkę i delikatnie wycierając mi policzki, mruczała 

pocieszająco:

- No dobrze, juŜ dobrze. Jesteśmy w domu. Zaraz wszystko będzie dobrze. 

Trzeba tylko trochę odpocząć. Postaraj się zasnąć.

- Co jej się stało? O co chodzi? - dopytywano się natarczywie z jednego z 

sąsiednich łóŜek. - Czy coś się nie udało?

Kobietka z chusteczką i krzyŜem św. Andrzeja, która wydawała się 

odpowiedzialna za całą tę operację, gwałtownie odwróciła głowę.

- Nie ma Ŝadnych powodów do niepokoju, Matko Hazel. Matka Orchis 

urodziła czwórkę ślicznych dzieci. Prawda, kochanie? - dodała, zwracając się do 

mnie. - Jest trochę zmęczona podróŜą, to wszystko.

background image

- Aha - stwierdziła pytająca niezbyt uprzejmie i zamilkła. 

Krzątano się jeszcze jakiś czas, po czym podano mi szklankę napoju, który 

wyglądał jak woda, lecz posiadał nadspodziewaną moc. Przy pierwszym łyku 

zakrztusiłam się, ale juŜ po chwili poczułam się znacznie lepiej. Mój orszak ukończył 

porządkowanie i drapowanie i oddalił się, pozostawiając mnie wygodnie opartą na 

poduszkach. Oczy pięciu olbrzymek śledziły mnie z zaciekawieniem.

Kłopotliwą ciszę przerwała dziewczyna, która powitała mnie przy wejściu.

- Gdzie cię wysłały na wczasy, Orchis?

- Wczasy? - powtórzyłam bezmyślnie.

Teraz wszystkie wpatrywały się we mnie zdumione.

- Nie wiem, o czym mówisz. WciąŜ gapiły się głupkowato.

- Trudno to wprawdzie nazwać wczasami - zauwaŜyła któraś, widocznie 

zaintrygowana. - Ostatnio, na przykład, wysłały mnie nad morze i dały mi taki mały 

samochodzik, Ŝebym mogła się swobodnie poruszać. Wszyscy okazywali nam wiele 

Ŝ

yczliwości. Było nas razem sześć Matek. No więc gdzie wypoczywałaś? Nad 

morzem czy w górach?

Były okropnie wścibskie i czułam, Ŝe wcześniej czy później będę musiała coś 

powiedzieć. Chwilowo wybrałam wyjście najprostsze.

- Nie pamiętam - odparłam. - Nic nie pamiętam. Zdaje się, Ŝe zupełnie 

straciłam pamięć.

Ale ta odpowiedź równieŜ ich nie zadowoliła.

- No tak! - odezwała się z pewną satysfakcją ta, do której zwracano się Hazel. 

- Wiedziałam, Ŝe coś w tym jest. I pewno nawet nie pamiętasz, czy urodziłaś dzieci 

Pierwszej Klasy?

- Nie wygłupiaj się, Hazel - wtrąciła się inna. - Muszą być Pierwszej Klasy. 

Inaczej Orchis nie wróciłaby tutaj... Przeklasyfikowałyby ją na Matkę Klasy Drugiej i 

wysłały do Whitewich. - A po chwili nieco serdeczniejszym tonem zwróciła się do 

mnie. - Kiedy to się stało, Orchis?

- Nie... nie wiem - odpowiedziałam. - Nie pamiętam niczego, co zaszło, zanim 

obudziłam się dziś rano w szpitalu. Mam zupełną pustkę w głowie.

- W jakim znowu szpitalu? - rzuciła z pogardą Hazel.

- Chyba ma na myśli Ośrodek - zauwaŜyła któraś z Matek. - Ale nie chcesz 

chyba powiedzieć, Ŝe nas teŜ nie pamiętasz, Orchis? 

- Nie pamiętam - przyznałam. - Przykro mi, ale wszystko, co działo się, zanim 

background image

odzyskałam przytomność w szpi... w Ośrodku, jest dla mnie czarną dziurą.

- To dziwne - zauwaŜyła Hazel niesympatycznie. - Czy one o tym wiedzą?

Na szczęście któraś z kobiet mnie wyręczyła.

- No jasne, Ŝe muszą wiedzieć. Prawdopodobnie są zdania, Ŝe pamięć nie ma 

nic wspólnego z rodzeniem dzieci Klasy Pierwszej, bo niby dlaczego miałaby mieć? 

Ale posłuchaj, Orchis...

- MoŜe damy jej trochę odpocząć - przerwała inna. - Nie czuje się chyba 

najlepiej po Ośrodku, podróŜy i tym spacerze tutaj. Ja zresztą teŜ nigdy się dobrze nie 

czuję. Nie przejmuj się nimi, droga Orchis. Prześpij się troszeczkę. Kiedy się 

obudzisz, wszystko na pewno wróci do normy.

Z wdzięcznością przyjęłam jej propozycję. Cała sprawa była zbyt zagadkowa, 

Ŝ

eby ją w tej chwili rozwikływać. Poza tym byłam naprawdę zmęczona. 

Podziękowałam za radę i opadłam na poduszki. JeŜeli moŜna zamykać oczy w sposób 

ostentacyjny, to ja tak właśnie zrobiłam. A co dziwniejsze, jeŜeli w stanie 

przywidzenia czy sennych marzeń moŜliwy jest sen, to zasnęłam...

Budząc się, zanim jeszcze otworzyłam oczy, miałam nadzieję, Ŝe 

przywidzenie zniknie. Niestety, tak się nie stało. Jakaś ręka delikatnie potrząsnęła 

moim ramieniem i pierwsze, co ujrzałam, to była pochylona nade mną twarz małej 

przełoŜonej.

Odezwała się z intonacją charakterystyczną dla wszystkich pielęgniarek.

- No i proszę, Matko Orchis. Czy nie mówiłam? Czujemy się znacznie lepiej 

po tej miłej drzemce, prawda?

Za nią pojawiły się dwie małe sanitariuszki z tacą, którą ustawiły przede mną 

w wygodnej odległości. Z przeraŜeniem patrzyłam na jej zawartość. Była to bez 

wątpienia największa porcja, jaką kiedykolwiek postawiono przed jedną osobą. 

Zrobiło mi się niedobrze... ale po chwili poczułam pewien wewnętrzny opór, 

poniewaŜ posiłek nie wywołał sprzeciwu mojej powłoki cielesnej, która okazywała 

wielki apetyt i nie mogła doczekać się, kiedy zaczniemy. Podczas gdy moje wnętrze 

zdumiewało się z bezpiecznego dystansu, reszta ciała zdąŜyła pochłonąć dwie lub trzy 

ryby, całego kurczaka, parę plastrów wędliny, górę jarzyn, owoce ukryte pod grubą 

warstwą śmietany i ponad litr mleka, i to bez  Ŝadnego uczucia przesytu. Spoglądając 

od czasu do czasu spod oka na pozostałe Matki, zauwaŜyłam, Ŝe podobnie 

rozprawiały się z zawartością podobnych tac.

Rzucały mi raz po raz zaciekawione spojrzenia, ale były zbyt zajęte, Ŝeby 

background image

podjąć przesłuchanie właśnie teraz. Rozmyślałam, jak bronić się przed ich pytaniami, 

i przyszło mi do głowy, Ŝe gdybym miała jakąś ksiąŜkę albo pismo, mogłabym, moŜe 

niezbyt uprzejmie, zagłębić się w lekturze.

Kiedy ponownie pojawiła się nasza obsługa, zapytałam tę ze znaczkiem, czy 

mogłaby przynieść mi coś do czytania. To proste Ŝyczenie wywołało niezwykłe 

skutki. Dwie asystentki wynoszące właśnie moją tacę po prostu wypuściły ją z rąk. 

Ta, która stała przy moim łóŜku, aŜ otworzyła usta ze zdziwienia, zanim pozbierała 

myśli. Przyglądała mi się najpierw podejrzliwie, potem zaś z zatroskaniem.

- Jeszcze niezupełnie doszłaś do siebie, prawda? - zasugerowała.

- AleŜ skąd - zaprotestowałam. - Czuję się świetnie. 

Mimo to wyraz troski nie zniknął z jej twarzy.

- Na twoim miejscu postarałabym się pospać jeszcze trochę - poradziła.

- Aleja nie chcę. Chciałabym po prostu poczytać - upierałam się. 

Nieco zakłopotana pogładziła mnie po ramieniu.

- Zdaje się, Ŝe jesteś przemęczona, Matko. Proszę się nie martwić, to na 

pewno wkrótce minie.

- Co w tym złego, Ŝe chcę sobie poczytać? - dopytywałam się 

zniecierpliwiona.

Posłała mi pełen wyŜszości uśmiech zawodowej pielęgniarki.

- Dobrze, dobrze, moja droga. Proszę jeszcze spróbować odpocząć. Po co, na 

Boga, Matka miałaby czytać?

Po tych słowach wygładziła mi kołdrę i pospiesznie wyszła z sali, porzucając 

mnie na pastwę zaskoczonych spojrzeń moich pięciu towarzyszek. Hazel zaśmiała się 

pogardliwie, po czym przez następnych parę minut nie padł ani jeden głośny 

komentarz.

Osiągnęłam etap, na którym długotrwałość przywidzenia zaczęła osłabiać 

moje poczucie dystansu. Czułam, Ŝe przypierana do muru mogę stracić pewność 

siebie i zwątpić w nierealność sytuacji. Nie podobała mi się jej spokojna ciągłość. 

Wolałabym niekonsekwencję,  przesadę, gwałtowne skoki i bzdurne perspektywy - 

wszelkie cechy właściwe marzeniom sennym. Zamiast tego miałam do czynienia z 

ciągiem oczywistych, choć niepokojąco przekonywających i logicznych nonsensów. I 

tak, na przykład, skutki następowały bezbłędnie po przyczynach. Miałam niemiłe 

wraŜenie, iŜ gdyby sięgnąć odpowiednio głęboko, moŜna by doszukać się takŜe 

background image

logicznych przyczyn absurdów. Panująca tu zbyt wielka spójność zakłócała spokój 

umysłu i nawet fakt, Ŝe smakował mi posiłek, który spoŜywałam w pełni władz 

umysłowych i po którym poczułam się lepiej, wzmacniał niebezpiecznie poczucie 

rzeczywistości.

- Czytać! A to ci dopiero! - Hazel parsknęła nagle pogardliwym śmiechem. - 

MoŜe teŜ pisać, co?

- A dlaczego nie? - odparowałam.

Patrzyły na mnie z rosnącą uwagą i wymieniły znaczące spojrzenia, dwie zaś - 

znaczące uśmiechy.

- A co w tym złego, u licha? - dopytywałam się, rozdraŜniona. - Czy nie 

powinnam umieć czytać i pisać? O co chodzi?

Jedna z nich odezwała się łagodnie:

- Czy nie byłoby lepiej, Orchis, gdybyś poprosiła o widzenie z panią doktor? 

Niech cię tylko zbada.

- Nie - zaprzeczyłam stanowczo. - Nic mi nie jest. Staram się tylko zrozumieć. 

Proszę o ksiąŜkę, a wy patrzycie na mnie jak na wariatkę. Dlaczego?

Zapadło niezręczne milczenie, które ona przerwała po chwili pogodnie, prawie 

tymi samymi słowami, co mała opiekunka.

- Posłuchaj, Orchis. Spróbuj wziąć się w garść, kochanie. Na co moŜe przydać 

się Matce czytanie i pisanie? Czy to pomoŜe jej w rodzeniu lepszych dzieci?

- Oprócz dzieci są jeszcze w Ŝyciu inne sprawy - ucięłam. 

JeŜeli przedtem były zaskoczone, to teraz wyglądały jak raŜone piorunem. 

Nawet Hazel nie znalazła stosownego komentarza. Ich idiotyczne osłupienie 

wyprowadziło mnie z równowagi. Poczułam się nagle wyczerpana całą tą 

bezsensowną historią. Chwilami rzeczywiście zapominałam, Ŝe mam być 

bezstronnym obserwatorem  marzenia sennego.

- Do jasnej cholery! - wybuchnęłam. - Co to za bzdury? Jaka Orchis? Matka 

Orchis!... Na miłość boską! Gdzie ja jestem? Czy to jakiś dom wariatów?

Patrzyłam na nie z wściekłością i nienawiścią, zastanawiając się, czy 

przypadkiem nie chodzi tu o jakąś złośliwą zmowę przeciw mnie. Nie wiem dlaczego, 

ale byłam całkowicie przekonana, Ŝe kimkolwiek czy czymkolwiek jestem, to na 

pewno nie jestem Ŝadną matką. Powiedziałam to głośno, z naciskiem i jak na złość 

sobie samej... wybuchnęłam płaczem.

background image

Otarłam oczy rękawem, bo nie miałam niczego innego pod ręką, i 

zauwaŜyłam, Ŝe patrzą na mnie ze szczerym współczuciem. Z wyjątkiem Hazel.

- Mówiłam, Ŝe to jakaś dziwna sprawa - triumfowała. - Ona jest po prostu 

stuknięta.

Ta, która od początku okazywała mi najwięcej zrozumienia, ponowiła wysiłki.

- AleŜ Orchis. PrzecieŜ to oczywiste, Ŝe jesteś Matką. Matką Pierwszej Klasy 

z trzema zarejestrowanymi porodami. Dwanaścioro ślicznych i zdrowych dzieci Klasy 

Pierwszej. Nie mogłaś chyba tego zapomnieć!

Nie wiem, dlaczego znowu się rozpłakałam. Czułam, Ŝe coś usiłuje przebić się 

przez pustkę, jaką miałam w głowie. Nie miałam pojęcia co, ale wiedziałam, Ŝe jest 

mi z tego powodu bardzo źle.

- Och, jakie to straszne, jakie okrutne! Dlaczego nie potrafię tego przerwać?! 

Dlaczego nie mija i nie zostawi mnie w spokoju? - Ŝaliłam się. - To jakiś potworny 

Ŝ

art, którego zupełnie nie rozumiem. Co się ze mną stało? Nie miewam przecieŜ 

obsesji... Ja nie... ja... Niech mi ktoś pomoŜe!

Zacisnęłam powieki i wytęŜyłam cały umysł, próbując wymazać i przerwać 

całe to przywidzenie. Gdy otworzyłam oczy, napotkałam wzrok wszystkich pięciu 

Matek, które wciąŜ wpatrywały się we mnie głupkowato sponad obrzydliwych 

zwałów róŜowego atłasu.

Podniosłam się z trudem i usiadłam. WciąŜ czułam na sobie ich spojrzenia. 

Chciałam spuścić stopy z łóŜka, ale zaplątały się w atłasową kołdrę i nie byłam w 

stanie schylić się, Ŝeby je uwolnić. Prawdziwa, rozpaczliwa frustracja, typowa dla 

marzeń sennych. Usłyszałam swój błagalny głos:

- Pomocy! Och, Donaldzie, kochany, proszę cię, pomóŜ mi... 

Nagle, zupełnie jakby słowo “Donald” poruszyło spręŜynę, coś we mnie 

zaskoczyło. Jakby uchyliła się jakaś klapka, nie do końca, lecz na tyle szeroko, bym 

zorientowała się, kim jestem. I wtedy pojęłam, na czym polega to okrucieństwo.

Spojrzałam na swoje towarzyszki. WciąŜ gapiły się na mnie z wyrazem 

zdziwienia i niepokoju na twarzach. Zrezygnowałam z zamiaru ruszenia się i z 

powrotem opadłam na poduszki.

- No, teraz juŜ mnie nie oszukacie - oświadczyłam. - JuŜ wiem, kim jestem.

- AleŜ Matko Orchis... - zaczęła któraś z nich.

- Przestań - ucięłam. Przeszłam niespodziewanie od rozczulania się nad sobą 

do masochistycznej bezwzględności. - Nie jestem Ŝadną Matką - ciągnęłam szorstko. - 

background image

Jestem tylko kobietą, która przez pewien czas miała męŜa i nadzieję... ale tylko 

nadzieję... urodzić mu dzieci.

Kiedy skończyłam, zapadła cisza, nieco dziwna cisza, poniewaŜ spodziewałam 

się przynajmniej szeptów. Moja wypowiedź nie wywarła Ŝadnego wraŜenia. Z ich 

twarzy nie wyczytałam zrozumienia: pozostały bez wyrazu, jak twarze lalek.

Po chwili najsympatyczniejsza z nich poczuła się w obowiązku przerwać 

milczenie. Ściągając brwi zadała mi ostroŜne pytanie:

- A co to jest mąŜ?

Wodziłam wzrokiem od jednej do drugiej. Nie dostrzegłam Ŝadnych śladów 

przebiegłości, tylko przejawy wysiłku umysłowego, jakie widuje się czasami w 

oczach dziecka. Znów wezbrała we mnie fala histerii, ale się opanowałam. Dobrze 

więc: jeŜeli to przywidzenie nie chce mnie opuścić, zagram z nim w jego własną grę i 

zobaczymy, co z tego wyniknie. Z niewzruszonym wyrazem twarzy przystąpiłam do 

wyjaśnienia, uŜywając prostych słów:

- MąŜ to męŜczyzna, którego kobieta wybiera, by...

Sądząc po braku ich reakcji, nie wyraŜałam się dość jasno. Mimo to pozwoliły 

mi powiedzieć jeszcze trzy lub cztery zdania. Gdy zrobiłam pauzę, Ŝeby wziąć 

oddech, ta sympatyczna wtrąciła pytanie, na które najwyraźniej nie znała odpowiedzi:

- Ale co to jest męŜczyzna? - zapytała nie kryjąc zmieszania.

Po moim wyjaśnieniu w pokoju zaległo wymowne milczenie. Wydało mi się, 

Ŝ

e postanowiły odciąć się ode mnie, lecz nie miałam zamiaru tego sprawdzać. Byłam 

zbyt zajęta dalszym wywaŜaniem drzwi do mojej pamięci, które od pewnego punktu 

ani drgnęły.

Wiedziałam, Ŝe mam na imię Jane. Najpierw nazywałam się Jane Summers, a 

potem, po Donaldzie, Jane Waterleigh.

Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy się pobraliśmy, i zaledwie dwadzieścia 

pięć, gdy zginął sześć miesięcy później. I na tym koniec. Niewykluczone, Ŝe 

wydarzyło się to wczoraj, lecz nie miałam pewności...

Wszystko, co działo się przedtem, jawiło się z absolutną jasnością. Rodzice, 

koleŜanki, dom rodzinny, szkoła, kursy, praca - pod nazwiskiem panieńskim w 

Szpitalu Wraychester. Przypomniałam sobie dzień, w którym pierwszy raz ujrzałam 

Donalda. Przywieziono go pewnego wieczoru do szpitala ze złamaną nogą. Pamiętam 

teŜ, co nastąpiło potem...

Teraz przypomniałam sobie nawet twarz, którą powinnam zobaczyć w lustrze. 

background image

W niczym nie przypominała tej, jaką widziałam w korytarzu. Powinna być bardziej 

owalna, opalona, usta wykrojone delikatniej, włosy naturalnie kręcone, kasztanowe, 

oczy brązowe, osadzone szeroko, zazwyczaj bardzo powaŜne.

Wiedziałam takŜe, jak powinna wyglądać reszta: szczupła sylwetka, długie 

nogi, drobne, jędrne piersi - normalne, ładne ciało, w którym nie widziałam niczego 

nadzwyczajnego, dopóki za sprawą miłości Donalda nie stałam się z niego dumna...

Spojrzałam na odraŜającą górę róŜowego atłasu i wstrząsnął mną dreszcz 

obrzydzenia. Jednocześnie wzbierało we mnie oburzenie. Zapragnęłam, Ŝeby Donald 

mnie pocieszał, pieścił, kochał, Ŝeby zapewniał, Ŝe wszystko dobrze się skończy, Ŝe 

wcale nie wyglądam tak, jak się widzę, i Ŝe to naprawdę był sen. Ale zaraz ogarnęło 

mnie przeraŜenie na myśl, Ŝe mógłby zobaczyć mnie taką wstrętną i grubą. Potem 

przypomniałam sobie, Ŝe Donald nigdy mnie nie zobaczy... juŜ nigdy więcej... i 

poczułam się nieszczęśliwa. Łzy znowu pociekły mi po policzkach.

Pięć kobiet ciągle patrzyło na mnie w zdumieniu szeroko otwartymi oczami. 

Po półgodzinnym milczeniu drzwi otworzyły się nagle i do pokoju weszła brygada 

małych kobietek w białych kostiumach. ZauwaŜyłam, Ŝe Hazel spojrzała najpierw na 

mnie, potem na szefową grupy. Wydało mi się, Ŝe chce coś powiedzieć, ale się 

rozmyśliła.  Kobietki rozeszły się, stając naprzeciw siebie po dwie przy kaŜdym 

łóŜku. Odrzuciły kołdry, zakasały rękawy i przystąpiły do masaŜu.

Początkowo było to całkiem przyjemne i kojące: wystarczyło leŜeć spokojnie i 

rozluźnić się. Po chwili jednak zaczęło mi się to nie podobać. W końcu masaŜ stał się 

zdecydowanie przykry.

- Przestań! - zwróciłam się ostro do masaŜystki z prawej strony. 

Zawahała się, uśmiechnęła przyjaźnie, chociaŜ trochę niepewnie, i masowała 

dalej.

- Powiedziałam, przestań - powtórzyłam, odpychając ją. 

Spojrzałam jej prosto w oczy. WyraŜały niepokój i uraŜoną dumę, chociaŜ na 

ustach nadal malował się profesjonalny uśmiech.

- Rozumiesz, co do ciebie mówię? - dodałam szorstko. 

Rzuciła niepewne spojrzenie swojej partnerce po przeciwnej stronie łóŜka.

- Ty teŜ przestań - poleciłam drugiej. - Wystarczy.

Nawet nie zmieniła rytmu. Ta z prawej poszła za jej przykładem i zaczęła od 

nowa. Podniosłam rękę i pchnęłam ją, tym razem znacznie mocniej. Okazało się, Ŝe w 

tym wałku tapicerskim, jakim była moja ręka, tkwiło więcej siły, niŜ sądziłam, bo 

background image

moje pchnięcie wyrzuciło ją na środek pokoju. Potknęła się i upadła.

Wszelki ruch w pokoju nagle zamarł. Wszystkie kobiety podniosły wzrok, 

najpierw na nią, potem na mnie. Milczenie trwało jednak krótko. Niebawem 

wszystkie masaŜystki powróciły do swojej pracy. Podniosła się teŜ moja. Płakała i 

wyglądała na przestraszoną, ale z zaciśniętymi zębami ruszyła w moją stronę.

- Radzę wam, potworki, trzymać się ode mnie z daleka - ostrzegłam. 

Podziałało. Zatrzymały się i Ŝałośnie popatrzyły na siebie. Wtedy podeszła ta z 

odznaką.

- O co chodzi, Matko Orchis? - zapytała. 

Powiedziałam, o co chodzi, a ona zdziwiła się.

- AleŜ tak właśnie ma być! - odezwała się z wyrzutem.

- Nie ze mną. Nie lubię i nie Ŝyczę sobie tego - oświadczyłam. Stała bezradna i 

zdezorientowana. Z drugiego końca pokoju usłyszałam głos Hazel:

- Orchis zwariowała. Opowiada nam jakieś obrzydliwości. To kompletna 

wariatka.

 Mała kobietka odwróciła się do niej, po czym skierowała pytające spojrzenie 

na jedną z pozostałych Matek. Gdy ta, z grymasem obrzydzenia, potwierdziła 

skinieniem głowy, szefowa zwróciła spojrzenie na mnie. Przyglądała mi się 

badawczo.

- ZłoŜycie stosowny raport. A teraz odmaszerować!

Przeszły przez pokój płacząc, jak dwie nieszczęśnice. Szefowa znowu 

spojrzała na mnie w zamyśleniu i ruszyła za nimi.

Parę minut później pozostałe masaŜystki spakowały się i opuściły pokój. 

Zostałyśmy znowu same. Hazel przerwała milczenie.

- Postąpiłaś bardzo brzydko. PrzecieŜ te biedactwa robiły tylko to, co do nich 

naleŜało - zauwaŜyła.

- Być moŜe, ale ja tego nie lubię - odpowiedziałam.

- I dlatego załatwiasz im chłostę, tak? ChociaŜ pewnie znowu powiesz, Ŝe 

straciłaś pamięć i nie pamiętasz, Ŝe słuŜka, która narazi się Matce, otrzymuje chłostę - 

dodała zjadliwie.

- Chłostę? - powtórzyłam niepewnie.

- Tak, chłostę - przedrzeźniała mnie. - Ale ciebie nie interesuje, co się z nimi 

dzieje. Bez względu na to, co ci się przydarzyło, kiedy wyjechałaś, rezultaty są 

paskudne. Nigdy cię nie lubiłam, Orchis, chociaŜ inne zapewniały mnie, Ŝe nie mam 

background image

racji. Teraz wiemy juŜ wszystkie.

ś

adna z pozostałych kobiet nie odezwała się. Odniosłam wraŜenie, Ŝe 

podzielają jej zdanie, ale oszczędzono mi potwierdzenia, poniewaŜ właśnie otwarły 

się drzwi.

Wróciła przełoŜona w towarzystwie kilku małych siepaczek, tym razem 

jednak nad grupą górowała wzrostem przystojna kobieta około trzydziestki. 

Przyniosło mi to ogromną ulgę. Nie była mała, nie była Amazonką ani nie była 

wielka. Na tle swojej świty być moŜe sprawiała wraŜenie osoby bardzo wysokiej, 

choć oceniłam jej wzrost na jakieś metr sześćdziesiąt pięć. Normalna kobieta o 

przyjemnej powierzchowności, brązowych, krótko przyciętych włosach, ubrana w 

biały fartuch, spod którego wystawała czarna plisowana spódnica. PrzełoŜona musiała 

niemal biegać truchtem, by nadąŜyć za jej długimi krokami, i coś opowiadała, z czego 

usłyszałam tylko o jakichś złudzeniach oraz urywek zdania: “...dopiero dzisiaj 

przyjechała z Ośrodka, pani doktor”.

NiŜsze pielęgniarki zbiły się w ciasną grupkę, podczas gdy kobieta przystanęła 

przy moim łóŜku i przyglądała mi się z pewną obawą. WłoŜyła mi termometr do ust i 

chwyciła za nadgarstek. Zaspokoiwszy ciekawość w obu kwestiach spytała: 

- Bóle głowy? Jakieś inne dolegliwości?

- Nie - odparłam.

Przyglądała mi się z uwagą. Odwzajemniłam spojrzenie.

- Więc o co... - zaczęła.

- Ona zwariowała - wtrąciła Hazel z drugiego końca pokoju. - Powiada, Ŝe 

straciła pamięć i nas nie pamięta.

- Opowiada jakieś straszne obrzydliwości - dorzuciła druga.

- Ma przywidzenia. Wydaje jej się, Ŝe potrafi czytać i pisać - uzupełniła Hazel.

Lekarka uśmiechnęła się.

- CzyŜby?

- Nie widzę powodu, dlaczego nie miałabym umieć. MoŜna to całkiem łatwo 

udowodnić - powiedziałam bezczelnie.

Dała się na chwilę zaskoczyć. Ale zaraz na jej twarzy pojawił się ten sam 

wyrozumiały uśmieszek.

- Świetnie - zgodziła się.

Wyjęła z kieszeni notesik i podała mi wraz z ołówkiem. Poczułam się 

dziwnie, trzymając ołówek między palcami. Kiedy z niejakim oporem zajęły swoje 

background image

miejsce, napisałam:

“Wiem aŜ za dobrze, Ŝe mam przywidzenia. I Ŝe ty teŜ jesteś przywidzeniem”.

Gdy oddawałam notes, Hazel zachichotała.

Lekarka nie otworzyła wprawdzie ust ze zdziwienia, ale jej uśmiech zgasł 

natychmiast. Patrzyła teraz na mnie z wielką powagą. Widząc jej reakcję, pozostałe 

kobiety zamilkły, jakbym wykonała jakąś zaskakującą magiczną sztuczkę. Lekarka 

zwróciła się do Hazel:

- Co wam opowiadała?

Hazel zawahała się, a potem wyrzuciła z siebie odpowiedź.

- Straszne rzeczy. O dwupłciowych istotach ludzkich. Jakbyśmy były po 

prostu zwierzętami. Obrzydliwe! Po chwili namysłu lekarka zwróciła się do 

przełoŜonej:

- Przenieście ją lepiej do ambulatorium. Tam ją zbadam.

Po jej wyjściu małe rzuciły się, Ŝeby przyciągnąć do mojego posłania niskie 

łóŜko na kółkach z rogu pokoju. Kilkanaście rąk pomagało mi się na nie przemieścić, 

po czym zostałam pospiesznie wywieziona.

- A teraz do rzeczy - zaczęła lekarka ponurym tonem. - Kto ci naopowiadał o 

dwupłciowych istotach ludzkich? Chcę znać nazwisko.

Byłyśmy same w niewielkim pomieszczeniu wyklejonym róŜową tapetą w 

złote groszki. Po przeniesieniu mnie z wózka na leŜankę pomocnice oddaliły się. 

Lekarka siedziała trzymając na kolanach notes i ołówek. Zachowywała się jak 

wszechwiedzący inkwizytor.

Nie byłam w zbyt miłym nastroju. Powiedziałam, Ŝeby się nie wygłupiała.

Zamurowało ją, poczerwieniała ze złości, ale zdołała się opanować. Pytała 

dalej:

- Po opuszczeniu Kliniki przebywałaś na wczasach. Dokąd cię wysłano?

- Nie wiem - odpowiedziałam. - Mogę ci powiedzieć tylko to, co im: Ŝe te 

halucynacje, przywidzenia, czy Bóg wie co, zaczęły się w szpitalu, który nazywacie 

Ośrodkiem.

Zaczęła tłumaczyć cierpliwie, lecz stanowczo:

- Posłuchaj, Orchis. WyjeŜdŜając stąd sześć tygodni temu byłaś całkiem 

normalna. W Klinice urodziłaś dzieci w zwyczajny sposób. Ale potem ktoś musiał ci 

nagadać tych głupstw... i w dodatku nauczył cię czytać i pisać. Teraz powiesz mi, kto 

to zrobił. Ostrzegam, Ŝe mnie nie nabierzesz na utratę pamięci. JeŜeli spamiętałaś te 

background image

obrzydliwości, które opowiadałaś tamtym, to powinnaś równieŜ przypomnieć sobie, 

skąd o nich wiesz.

- Rany boskie! Mów wreszcie do rzeczy! - oburzyłam się. 

Znowu poczerwieniała.

- Mogę bez trudu dowiedzieć się w Klinice, dokąd cię wysłano. W domu 

wczasowym dowiem się, z kim przebywałaś. Szkoda mi jednak czasu na śledzenie 

wszystkich twoich kontaktów, więc proszę cię, nie utrudniaj mi pracy i sama 

wszystko teraz powiedz. Dobrze ci radzę. Bo wolałabym nie zmuszać cię do 

mówienia - zakończyła złowieszczo.

Pokręciłam głową.

- Jesteś na złym tropie. Powtarzam, Ŝe całe to przywidzenie, włącznie z 

Orchis, zaczęło się w Ośrodku... Jak do tego doszło, nie mogę ci powiedzieć, bo sama 

nie wiem. A tego, co działo się z nią wcześniej, po prostu nie ma w mojej pamięci.

Zmarszczyła brwi z wyraźnym niepokojem.

- Jakie przywidzenie? - zapytała ostroŜnie.

- Cała ta niesamowita sytuacja... włącznie z tobą. - Wykonałam ręką gest, 

obejmujący wszystko. - To wstrętne, olbrzymie ciało, te małe  opiekunki, wszystko 

razem. Oczywiście, musi to być jakaś projekcja podświadomości... Niepokoi mnie 

stan mojej podświadomości, bo z pewnością nie chodzi tu o Ŝaden zespół Ŝyczeniowy. 

Nie odrywała ode mnie wzroku, coraz bardziej zaniepokojona.

- Kto ci naopowiadał o podświadomości i zespole Ŝyczeniowym? - spytała 

niepewnie.

- Nie rozumiem, dlaczego miałabym być analfabetką w przywidzeniach - 

odparłam.

- Ale Matki nic o tych rzeczach nie wiedzą. Nie muszą o tym wiedzieć.

- Posłuchaj. Mówiłam juŜ tym biednym poczwarom na tamtej sali i powtarzam 

raz jeszcze: nie jestem Ŝadną Matką. Jestem po prostu nieszczęsną lekarką, która 

przeŜywa jakiś koszmarny sen.

- Lekarką? - powtórzyła pytająco.

- Lekarzem medycyny. Jestem lekarką - poinformowałam. Nadal przyglądała 

mi się pilnie. Przesunęła niepewny wzrok po moim zwalistym cielsku.

- Twierdzisz, Ŝe jesteś lekarką? - spytała zmienionym głosem.

- W potocznym tego słowa znaczeniu... tak - zgodziłam się. 

Zaprotestowała, zdumiona i pełna oburzenia:

background image

- AleŜ to absolutna bzdura! Zostałaś wychowana i przystosowana do roli 

Matki. Jesteś Matką. Spójrz na siebie!

- Tak - zauwaŜyłam z goryczą. - Wystarczy popatrzeć! 

Zapadło milczenie.

- Obawiam się jednak - zauwaŜyłam w końcu - Ŝe niezaleŜnie od przywidzeń 

nie zajdziemy daleko, jeŜeli będziemy się nawzajem oskarŜać o to, Ŝe mówimy 

bzdury. Lepiej spróbuj mi wyjaśnić, co to za miejsce i kim jestem, twoim zdaniem. 

MoŜe obudzi to moją pamięć.

Sprzeciwiła się stanowczo.

- MoŜe najpierw ty mi powiesz, co pamiętasz. Zorientuję się w ten sposób, co 

cię trapi.

- Doskonale - zgodziłam się i zaczęłam opowieść, sięgając pamięcią, jak 

najdalej mogłam. To znaczy do momentu, kiedy samolot Donalda uległ katastrofie.

Okazałam naiwność, dając się tak nabrać. Nie miała, naturalnie, zamiaru nic 

mi mówić. Po wysłuchaniu mnie wyszła. Zostałam sama,  w stanie bezsilnej 

wściekłości.

Czekałam do chwili, gdy w budynku zapanował spokój. Wyłączono muzykę. 

Jakaś kobietka z obsługi zajrzała do pokoju, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuję, po 

czym wszystkie odgłosy ustały. Odczekałam jeszcze pół godziny, zanim z trudem 

wstałam z łóŜka... Tym razem dzieląc wszystkie ruchy na krótkie, łatwe etapy. 

Najwięcej wysiłku kosztowało mnie podniesienie się na nogi z pozycji siedzącej. 

Udało mi się to jednak za cenę zadyszki. Podeszłam do drzwi. Nie były zamknięte. 

Uchyliłam je z lekka, nasłuchując. PoniewaŜ z korytarza nie dochodził Ŝaden odgłos, 

otworzyłam drzwi na ościeŜ i wyszłam, Ŝeby dowiedzieć się o tym miejscu 

wszystkiego, co moŜliwe. Drzwi do wszystkich sąsiednich pokoi były pozamykane. 

Kiedy przykładałam do nich ucho, dochodziły mnie odgłosy regularnych, cięŜkich 

oddechów. Oprócz nich Ŝaden odgłos nie zakłócał ciszy. Idąc przed siebie, musiałam 

kilka razy skręcać, aŜ wreszcie ujrzałam przed sobą drzwi frontowe. Nacisnęłam 

klamkę. Nie były zamknięte na zasuwę ani na łańcuch. Postałam chwilę nasłuchując, 

po czym otworzyłam drzwi i wyszłam na dwór.

Przede mną rozciągał się ogród przypominający park, jasno oświetlony 

blaskiem księŜyca. Za drzwiami, po prawej stronie, lśniła tafla wody, po lewej stał 

dom, podobny do tego, który miałam za plecami. Wszystkie okna były ciemne.

background image

Zastanawiałam się, co dalej. Uwięziona w ogromnym cielsku, zupełnie w nim 

bezbronna, nie mogłam zdziałać wiele, ale postanowiłam iść dalej i korzystając z 

nadarzającej się okazji dowiedzieć się jak najwięcej. ZbliŜyłam się do krawędzi 

schodów, którymi wspinałam się po wyjściu z karetki, i zaczęłam schodzić, ostroŜnie, 

stopień za stopniem, trzymając się poręczy.

- Matko - usłyszałam ostry głos za plecami. - Co ty robisz? 

Odwróciłam się i ujrzałam jedną z małych kobietek w białym kostiumie, 

pobłyskującym w świetle księŜyca. Była sama. Nie odpowiedziałam, lecz zeszłam 

stopień niŜej. Chciało mi się płakać ze złości na to cięŜkie, brzydkie ciało, które 

zmuszało mnie do przesadnej ostroŜności.

- Proszę wracać! Proszę natychmiast wracać!

Nie słuchałam jej. Zbiegła za mną i chwyciła mnie za szatę.

- Matko - odezwała się ponownie. - Musisz wracać. Przeziębisz się na dworze.

Chciałam zrobić kolejny krok, lecz ona szarpnęła materiał, Ŝeby mnie  

powstrzymać. Pochyliłam się do przodu, próbując się jej oprzeć. Rozległ się świst 

rozdzieranej tkaniny. Zachwiałam się i straciłam równowagę. Ostatnią rzeczą, jaką 

zobaczyłam, były wybiegające mi naprzeciw stopnie...

Otworzyłam oczy i zaraz usłyszałam jakiś głos.

- JuŜ lepiej. To był bardzo niegrzeczny wybryk, Matko Orchis. Na szczęście 

nie stało się nic powaŜniejszego. Co za niemądre zachowanie! Wstydzę się za ciebie, 

Matko, naprawdę się wstydzę.

Bolała mnie głowa. A więc cała ta idiotyczna historia trwa nadal. Daleka 

byłam od wyrzutów sumienia. Kazałam jej iść do diabła. Przez chwilę wytrzeszczała 

na mnie oczy, po czym przybrała lodowaty wyraz twarzy. W milczeniu przyłoŜyła mi 

do czoła kawałek gazy i plaster i pospiesznie wyszła.

Musiałam przyznać jej rację, choć robiłam to niechętnie. Co, u licha, 

zamierzałam zrobić? I co mogłam zrobić, obarczona tą wielką masą ciała? Znowu 

wezbrała we mnie fala nienawiści i uczucie bezradności, które doprowadziły mnie 

niemal do łez. Zatęskniłam do własnego, szczupłego ciała, które było mi posłuszne i 

robiło to, co kazałam. Przypomniałam sobie, jak pewnego dnia Donald wskazując 

młode drzewko, kołysane wiatrem, przedstawił mi je jako moją siostrę bliźniaczkę. 

Zaledwie dzień lub dwa dni temu...

I oto nagle uczyniłam odkrycie, które kazało mi usiąść. Nie zapisane stronice 

background image

mojej pamięci wypełniły się treścią. Pamiętałam juŜ wszystko... Wysiłek wywołał 

gwałtowne łomotanie w skroniach, więc odpręŜyłam się i połoŜyłam z powrotem, 

przypominając sobie po kolei wydarzenia, aŜ do momentu, kiedy wyjęto igłę i 

zdezynfekowano moje ramię...

Ale co było potem? Spodziewałam się wprawdzie snów i halucynacji, ale 

przecieŜ nie aŜ tak wyraźnego poczucia rzeczywistości... Nie tego stanu, który był jak 

namacalny koszmar...

Co oni ze mną zrobili, na miłość boską?

Zdaje się, Ŝe znowu zapadłam w sen, bo kiedy otworzyłam oczy, za oknem 

było widno, a małe kobietki juŜ czekały, by pomóc mi w porannej toalecie.

Rozkładały zręcznie prześcieradła kąpielowe i z wielką wprawą obracały mnie 

podczas mycia na wszystkie strony. Znosiłam ich zabiegi cierpliwie, poniewaŜ dzięki 

nim odzyskałam świeŜość i z zadowoleniem odkryłam, Ŝe ból głowy znikł bez śladu.

Gdy ablucje miały się juŜ ku końcowi, rozległo się stanowcze pukanie do 

drzwi, po czym bez zaproszenia do pokoju wkroczyły dwie osoby odziane w czarne 

mundury ze srebrnymi guzikami. Te były w typie Amazonek: wysokie, szerokie w 

ramionach, dobrze zbudowane, dorodne. Małe opiekunki wypuściły wszystko z rąk i z 

piskiem przeraŜenia zbiły się w gromadkę w rogu pokoju.

Przybyłe pozdrowiły mnie w znany juŜ sposób, po czym jedna z nich 

odezwała się stanowczo, lecz z szacunkiem:

- Czy ty jesteś Orchis? Matka Orchis?

- Tak mnie tu nazywają - odparłam.

Dziewczyna zawahała się, a następnie oświadczyła tonem bliŜszym prośby niŜ 

rozkazu:

- Mam rozkaz aresztować cię, Matko. Proszę udać się z nami. W rogu pokoju 

podniósł się pełen podniecenia świergot. Dziewczyna w mundurze uciszyła go jednym 

spojrzeniem.

- Ubierzcie Matkę i spakujcie jej rzeczy - poleciła.

Opiekunki wyszły z kąta z ociąganiem, rzucając przybyłym przestraszone, 

przepraszające uśmiechy. Ta druga ponagliła je surowo i niezbyt Ŝyczliwie:

- Bierzcie się szybko do roboty i bez gadania. 

Skoczyły jak poparzone.

Byłam juŜ prawie całkowicie spowita w róŜowe zwoje, gdy do pokoju 

background image

wkroczyła lekarka. Na widok kobiet w mundurach zmarszczyła brwi.

- Co to ma znaczyć? Co wy tu robicie? 

WaŜniejsza pospieszyła z wyjaśnieniem.

- Jak to aresztować?! - krzyknęła lekarka. - Chcecie aresztować Matkę?! 

Nigdy nie słyszałam czegoś równie bzdurnego! Ciekawe, pod jakim zarzutem?

Dziewczyna w mundurze odpowiedziała z zakłopotaniem:

- Pod zarzutem reakcjonizmu.

Lekarka przeszyła ją ironicznym spojrzeniem.

- Matka-reakcjonistka! Niesłychane! I co jeszcze wymyślicie? Wynoście się 

stąd natychmiast, obydwie!

- Ale my mamy rozkaz, pani doktor - zaprotestowała funkcjonariuszka. 

- Bzdura. Nie widzę Ŝadnych podstaw. Słyszałyście kiedyś o aresztowaniu 

Matki?

- Nie, pani doktor.

- No właśnie. I nie będzie tu Ŝadnych precedensów. A teraz proszę wyjść.

Dziewczyna wahała się przez chwilę, zmieszana. Naraz coś przyszło jej do 

głowy.

- Czy mogłabym wobec tego prosić o podpisanie odmowy wydania Matki...? - 

zaproponowała.

Po wyjściu umundurowanych Amazonek, zadowolonych z otrzymanego 

zaświadczenia, lekarka obrzuciła małe opiekunki ponurym, karcącym spojrzeniem.

- Zawsze musicie wszystko wypaplać, tak? Roznosicie plotki jak zarazę. 

Wyrządza to same szkody. JeŜeli jeszcze raz usłyszę coś na ten temat, będę wiedziała, 

czyja to sprawka. - Zwróciła się do mnie: - A ciebie, Matko, proszę, byś w przyszłości 

w obecności tych małych plotkarek ograniczyła swe wypowiedzi do niezbędnego 

minimum. Niedługo tu wrócę. Chcę zadać ci kilka pytań - dorzuciła i wyszła, 

pozostawiając za sobą posłuszne, pracowite milczenie.

Zjawiła się ponownie, gdy wynoszono tacę, na której otrzymałam śniadanie 

godne Pantagruela. Tym razem przybyła w towarzystwie czterech kobiet, 

wyglądających równie normalnie jak ona. Za nimi sunęła grupa małych asystentek z 

krzesłami, które ustawiły obok mojego łóŜka. Po wyjściu obsługi nowo przybyłe - 

jedna mniej więcej w tym samym wieku co lekarka, dwie pod pięćdziesiątkę, a 

najstarsza około sześćdziesiątki - ubrane w białe fartuchy, zajęły miejsca i zaczęły mi 

background image

się przyglądać, jakbym była eksponatem.

- A zatem, Matko Orchis - zaczęła lekarka - to oczywiste, Ŝe zaszło coś bardzo 

niezwykłego. Chcemy, naturalnie, zrozumieć, co zaszło, oraz, jeśli to moŜliwe, z 

jakiego powodu. Proszę nie przejmować się tymi policjantkami, które zjawiły się tu 

dziś rano. Był to bardzo niestosowny incydent. Obecnie odbędziemy spotkanie, 

naukowe spotkanie, którego celem jest ustalenie, co zaszło.

- Chyba nikt nie pragnie tego zrozumieć bardziej niŜ ja - odparłam.  

Spojrzałam na nie, rozejrzałam się po pokoju, na koniec zaś zatrzymałam wzrok na 

swym ogromnym, rozłoŜystym cielsku. - Zdaję sobie sprawę, Ŝe musi to być 

przywidzenie. Niepokoi mnie jednak, Ŝe wbrew memu przeświadczeniu, iŜ w 

przywidzeniach brakuje zawsze przynajmniej jednego wymiaru, przez co pewne 

zmysły pozbawione są poczucia realności, w tym wypadku tak nie jest. Posiadam 

bowiem wszystkie zmysły i mogę nimi władać. Nie ma tu rzeczy niematerialnych: 

jestem uwięziona w ciele namacalnym, w sposób aŜ nazbyt oczywisty. Wydaje mi się, 

Ŝ

e brakuje w tym wszystkim wyłącznie sensu - nawet sensu symbolicznego.

Patrzyły na mnie w osłupieniu. Lekarka spojrzała na nie tak, jakby chciała 

powiedzieć: “MoŜe teraz nareszcie mi uwierzycie”, a następnie zwróciła się do mnie:

- Zacznijmy od paru pytań.

- Zanim zaczną panie zadawać mi pytania - wtrąciłam pospiesznie - muszę coś 

dodać do tego, co powiedziałam wczoraj. Coś mi się przypomniało.

- Zapewne na skutek upadku - zasugerowała lekarka, spoglądając na plaster. - 

Co miałaś zamiar zrobić?

Zignorowałam to pytanie.

- Powiem raczej, co mi się przypomniało... MoŜe się to okazać pomocne. 

Przynajmniej do pewnego stopnia.

- Proszę bardzo - zgodziła się. - Twierdzisz, Ŝe byłaś... hm... zamęŜna i Ŝe 

twój... hm... mąŜ zginął wkrótce po ślubie. - Skierowała spojrzenie na swoje 

towarzyszki: pustka malująca się na ich twarzach zdawała mi się wymuszona. - Luka 

w pamięci obejmowała właśnie to, co nastąpiło potem - dodała.

- Tak - potwierdziłam. - Mój mąŜ był oblatywaczem. Wypadek zdarzył się 

sześć miesięcy po ślubie. Na miesiąc przed wygaśnięciem jego kontraktu. Przez kilka 

tygodni przebywałam u ciotki. Obawiam się, Ŝe nigdy nie będę w stanie przypomnieć 

sobie wszystkiego, co zaszło w tym okresie. Nie bardzo... nie zwracałam uwagi na to, 

co się wokół mnie dzieje. Pamiętam jednak, jak któregoś ranka przebudziłam się 

background image

nagle i ujrzałam wszystko w innym świetle. Powiedziałam sobie wówczas, Ŝe nie 

mogę dłuŜej tak Ŝyć. Wiedziałam, Ŝe muszę coś robić, coś, co mnie zaabsorbuje. Dr 

Hellyer, dyrektor Szpitala Wraychester, gdzie pracowałam przed ślubem, chętnie 

zgodził się przyjąć mnie z powrotem do pracy. Wróciłam więc i zajęłam się pracą, 

Ŝ

eby nie mieć czasu na rozmyślania. Od tamtej pory upłynęło jakieś osiem miesięcy. 

Pewnego dnia dr Hellyer opowiedział mi o pewnej substancji, którą wyodrębnił jego 

znajomy. Nie sądzę, by chodziło mu o zwerbowanie ochotników. Sama 

zaproponowałam, Ŝe wypróbuję jej działanie. Z jego relacji wynikało, Ŝe moŜe ona 

posiadać bardzo istotne właściwości. Dostrzegłam w tym szansę zrobienia czegoś 

poŜytecznego. Prędzej czy później ktoś musiałby to wypróbować, a poniewaŜ nie 

byłam niczym związana ani nie przykładałam wagi do ewentualnych konsekwencji, 

pomyślałam, Ŝe się do tego nadaję.

Lekarka przerwała mi.

- Co to był za środek?

- ChuinŜuatyna - odparłam. - Czy zna go pani? 

Zaprzeczyła. Wówczas głos zabrała jedna z kobiet.

- Wydaje mi się, Ŝe gdzieś o tym słyszałam. Na czym polega jego działanie?

- To substancja o działaniu narkotycznym. W naturalnej postaci znajduje się w 

liściach pewnego drzewa, które rośnie głównie w Wenezueli. Zamieszkujący te tereny 

Indianie odkryli ten środek, podobnie jak inne ludy chininę i meskalinę. Stosują go 

jako środek odurzający podczas obrzędów. śując liście, mniej więcej ćwierć 

kilograma, stopniowo wprowadzają się w trans, który trwa od trzech do czterech dni. 

Są w tym czasie zupełnie bezwolni i niezdolni do wykonywania najprostszych 

czynności, toteŜ inni członkowie plemienia muszą się nimi opiekować jak dziećmi. 

Opieka jest niezbędna, poniewaŜ Indianie wierzą, Ŝe chuinŜuatyna uwalnia ducha, 

pozwalając mu na wędrówkę w czasie i przestrzeni. Zadanie opiekuna polega na tym, 

by uniemoŜliwić innym błąkającym się duchom wślizgnięcie się do ciała 

podopiecznego pod nieobecność prawowitego właściciela. Po odzyskaniu 

przytomności Indianie utrzymują, Ŝe spotkały ich wspaniałe mistyczne przeŜycia. 

Ś

rodek ten, zdaje się, nie wywołuje szkodliwych skutków ubocznych i nie powoduje 

uzaleŜnienia. Doznania mistyczne są rzekomo niezwykle silne i głęboko zapadają w 

pamięć. Znajomy drą Hellyera sprawdził działanie chuinŜuatyny na zwierzętach i 

ustalił dawkowanie, tolerancję i tym podobne. Nie mógł jednak, z oczywistych 

powodów, ustalić prawdziwości relacji o przeŜyciach mistycznych. Wynikają one 

background image

prawdopodobnie z działania środka na system nerwowy, lecz stwierdzenie,  czy 

działanie to wywołuje uczucia przyjemności, ekstazy, lęku, strachu, przeraŜenia czy 

inne doznania, wymagało udziału królika doświadczalnego w ludzkiej postaci. I taka 

właśnie miała być moja rola.

Przerwałam. Spojrzałam na ich skupione, zaciekawione twarze i zwały 

róŜowej materii przed sobą.

- W rzeczywistości okazało się, Ŝe działanie chuinŜuatyny polega na 

kombinacji absurdu, bezsensu i groteski.

Miałam przed sobą powaŜne grono, które niełatwo wywieść w pole. Ich 

zadaniem było obalić tezę o anomalii - rzecz jasna, w miarę moŜliwości.

- Tak. Rozumiem - odezwała się lekarka, bardziej po to, by potwierdzić, Ŝe 

zachowuje rozsądek, niŜ mając coś konkretnego na myśli. Zerknęła na kartkę, gdzie 

robiła notatki.

- Czy moŜesz określić datę przeprowadzenia eksperymentu?

Podałam datę, a potem posypały się pytania bez końca...

Odpowiedziałam na wszystkie, chociaŜ w miarę jak udzielałam wyjaśnień, 

moje słuchaczki traciły pewność siebie. Niestety, za kaŜdym razem, gdy próbowałam 

dowiedzieć się czegoś od nich, unikały odpowiedzi albo odpowiadały zdawkowo, 

jakby chodziło o nieistotne dygresje.

Przesłuchanie ciągnęło się bez przerwy, aŜ do chwili, gdy przyniesiono mój 

kolejny posiłek. Dopiero wtedy dały mi spokój i opuściły pomieszczenie. Obawiałam 

się, Ŝe wrócą, ale kiedy tak się nie stało, ucięłam sobie drzemkę. Wyrwało mnie z niej 

ponowne wtargnięcie stadka małych słuŜek. Przyciągnęły ze sobą wózek, na którym 

wywiozły mnie z budynku, lecz inną drogą niŜ ta, którą przybyłam. Tym razem 

wjechałyśmy na rampę, gdzie czekała inna lub ta sama róŜowa karetka. Trzy 

opiekunki zostały ze mną wewnątrz samochodu. Przez całą drogę, czyli mniej więcej 

półtorej godziny, paplały chaotycznie i przewaŜnie niezrozumiale.

Krajobraz niewiele się róŜnił od tego, co juŜ widziałam. Zaraz za bramą 

pojawiły się te same schludne pola i jednakowe gospodarstwa.

Od czasu do czasu mijałyśmy niewielkie skupiska identycznych bloków, jadąc 

tą samą szosą o nie najlepszej nawierzchni. Widziałam grupy Amazonek, rzadziej 

pojedyncze osoby, zajęte pracą w polu. Na szosie panował niewielki ruch: cięŜarówki, 

duŜe i małe, czasami autobusy, ale nie zauwaŜyłam prywatnych samochodów. 

Pomyślałam, Ŝe moje przywidzenie jest bardzo konsekwentne w szczegółach. Na  

background image

przykład Ŝadna grupa Amazonek nie zapomniała o przyjaznym, pełnym szacunku 

pozdrowieniu naszego róŜowego samochodu.

Przejechałyśmy jakieś skrzyŜowanie. Spoglądając z wiaduktu, pomyślałam, Ŝe 

to wyschnięty kanał, ale wśród traw i chwastów dostrzegłam dziwacznie pochylony 

ship. Wprawdzie pozbawiony był większości elementów, ale to, co pozostało, 

wystarczyło, by domyślić się, Ŝe to semafor.

Przecięłyśmy kolejne skupisko identycznych bloków, tylko rozmiarami 

przypominające miasto, a parę kilometrów dalej wjechałyśmy przez ozdobną bramę 

do jakiegoś parku.

Posiadłość nie odbiegała wyglądem od tej, z której wyjechałam. Utrzymana 

była z taką samą pieczołowitością: aksamitne trawniki, jaskrawe wiosenne kwiaty na 

rabatach. RóŜnica polegała głównie na braku bloków. Zamiast nich stały tam domy w 

rozmaitym stylu, przewaŜnie nieduŜe, często nie większe od obszernej chaty. Nowe 

miejsce stonowało zachowanie moich towarzyszek: po raz pierwszy umilkły i 

rozglądały się dookoła z widocznym lękiem.

Prowadząca karetkę spytała o drogę Amazonkę w drelichach. Po udzieleniu 

odpowiedzi Amazonka przesłała mi przez szybę pogodny, pełen szacunku uśmiech i 

niebawem zatrzymałyśmy się przed niewielkim dwupiętrowym neoklasycystycznym 

budynkiem.

Nie było tu łóŜek na kółkach. Moje opiekunki pomogły mi wysiąść, a 

następnie w szyku przypominającym forteczne przypory podtrzymywały mnie w 

drodze do wnętrza budynku.

Tam z pewnym trudem przeciśnięto mnie przez drzwi po lewej stronie holu i 

znalazłam się w pięknym, gustownie i stylowo urządzonym pokoju. Przy kominku, w 

fotelu z wysokim oparciem, siedziała siwowłosa kobieta w purpurowej jedwabnej 

sukni. Jej twarz i dłonie wskazywały na zaawansowany wiek, lecz spojrzenie miała 

bystre i pełne Ŝycia.

- Witaj, moja droga - przemówiła pewnym, dźwięcznym głosem. 

Wskazała wzrokiem drugi fotel, jednak spojrzawszy na mnie ponownie, 

zmieniła zdanie.

- Chyba będzie ci wygodniej na kanapie - zaproponowała. 

Mebel, prawdziwy zabytek epoki gregoriańskiej, oszacowałam z 

powątpiewaniem.

- Czy wytrzyma? - spytałam.

background image

- O, raczej tak - odparła, lecz z mniejszym przekonaniem.

Orszak usadowił mnie ostroŜnie i pozostał obok w postawie wyraŜającej 

zatroskanie. Kiedy stało się jasne, Ŝe nie grozi mi nic złego, mimo Ŝe mebel 

złowieszczo pode mną zaskrzypiał, starsza pani odprawiła opiekunki i zadzwoniła 

srebrnym dzwoneczkiem. Weszła drobna postać - pokojówka doskonała, nie więcej 

niŜ metrowego wzrostu.

- Podaj nam, proszę, sherry, Mildred - zaordynowała gospodyni. - Napijesz się 

sherry, prawda? - dodała, zwracając się do mnie.

- T-tak, bardzo chętnie, dziękuję - odpowiedziałam nieśmiało, a po chwili 

zapytałam: - Proszę mi wybaczyć, pani...?

- Och, tak, rzeczywiście, powinnam była się przedstawić. Nazywam się Laura. 

Po prostu Laura. Ty, o ile wiem, masz na imię Orchis... Matka Orchis.

- Podobno - przyznałam z niezadowoleniem. 

Przyglądałyśmy się sobie nawzajem. Po raz pierwszy odkąd zaczęły się te 

halucynacje, dostrzegłam w czyichś oczach współczucie czy nawet litość. Ponownie 

rozejrzałam się po wnętrzu, podziwiając doskonałą dbałość o szczegóły wystroju.

- To znaczy... To znaczy, Ŝe nie postradałam zmysłów, prawda? - 

spróbowałam się upewnić.

Zaprzeczyła powolnym ruchem głowy, lecz nim zdąŜyła odpowiedzieć, 

wróciła pokojówka z kryształową karafką i kieliszkami na srebrnej tacy.

Podczas napełniania kieliszków przez starą damę zauwaŜyłam, Ŝe przypatruje 

się nam uwaŜnie, przenosząc wzrok z Mildred na mnie i odwrotnie, jakby nas 

porównywała. Jej twarz przybrała dziwny, nieprzenikniony wyraz.

- Czy to przypadkiem nie madera? - zapytałam. 

Zdziwiła się, uśmiechnęła i przytaknęła z uznaniem.

- Myślę, Ŝe to jedno pytanie wystarczy, by stwierdzić, Ŝe cel wizyty został 

osiągnięty - powiedziała.

Pokojówka wyszła, podniosłyśmy kieliszki. Laura umoczyła wargi i odstawiła 

kieliszek.

- Mimo to - ciągnęła - będzie lepiej, jeŜeli porozmawiamy jeszcze trochę na 

ten temat. Czy powiedziano ci, moja droga, dlaczego zostałaś przysłana do mnie?

- Nie - zaprzeczyłam.

- PoniewaŜ zajmuję się historią - oświadczyła. - Dostęp do historii jest 

przywilejem. W naszych czasach przyznaje się go tylko  nielicznym - i to raczej 

background image

niechętnie. Na szczęście nadal istnieje przekonanie, Ŝe nie moŜna pozwolić, aby 

jakakolwiek gałąź wiedzy uległa całkowitemu zapomnieniu, chociaŜ zajmowanie się 

pewnymi dyscyplinami traktowane jest z podejrzliwością właściwą sprawom 

politycznym. - Uśmiechnęła się pogardliwie. - Dlatego wszelkie weryfikacje 

wymagają zasięgnięcia opinii specjalisty. Czy otrzymałaś wynik diagnozy na piśmie?

Ponownie zaprzeczyłam.

- Tak teŜ myślałam. To typowe dla tej profesji, prawda? No dobrze, powiem 

ci, co doniesiono mi przez telefon z Domu Matek, Ŝebyśmy wiedziały, do czego 

zmierzamy. Dowiedziałam się, Ŝe przeprowadziło z tobą wywiad kilka osobistości ze 

sfer naukowych. Twój przypadek zainteresował je, zdziwił oraz, jak podejrzewam, 

takŜe zaniepokoił. I to bardzo. Biedactwa. Wszystkie one posiadają zaledwie 

minimum wiedzy historycznej. Krótko mówiąc, dwie z nich uwaŜają, Ŝe cierpisz na 

halucynacje o charakterze schizofrenicznym, natomiast trzy pozostałe skłonne są 

przypuszczać, Ŝe stanowisz prawdziwy przypadek osobowości przeniesionej. To 

bardzo rzadkie zjawisko. Udokumentowano dotąd rzetelnie trzy takie przypadki, a 

jeden był wątpliwy. Dwa przypisuje się działaniu środka o nazwie chuinŜuatyna, a 

trzeci substancji o bardzo podobnych właściwościach. Idźmy dalej: trzy lekarki uznały 

większość twoich wypowiedzi za sensowne i rzeczywiście wyczerpujące. Co znaczy, 

Ŝ

e nic z tego, co im opowiedziałaś, nie jest sprzeczne z tym, co same wiedzą. 

PoniewaŜ jednak ich wiedza na tematy nie związane bezpośrednio z zawodem jest 

bardzo ograniczona, uznały takŜe znaczną część twoich wypowiedzi za niewiarygodną

i niesprawdzalną. Dlatego właśnie zwrócono się do mnie z prośbą o opinię, poniewaŜ 

posiadam większe moŜliwości weryfikacji.

Przerwała i przyglądała mi się w zamyśleniu.

- Wydaje mi się - dodała - Ŝe będzie to jedna z najbardziej niezwykłych i 

najciekawszych spraw, jakie przydarzyły się w moim dość długim Ŝyciu. Twój 

kieliszek jest pusty, moja droga.

- Osobowość przeniesiona? - powtórzyłam z niedowierzaniem, podając jej 

swój kieliszek. - Chwileczkę, gdyby to rzeczywiście było moŜliwe...

- Nie ma co do tego Ŝadnych wątpliwości. Te trzy przypadki, o których 

wspomniałam, zostały całkowicie uwiarygodnione.

- Być moŜe chodzi właśnie o to - przyznałam. - Z jednego punktu widzenia nie 

jest to wykluczone. Ale do pozostałych nie pasuje. Zbyt wiele w tym cech koszmaru. 

Wydaje mi się, Ŝe jesteś zupełnie normalna. Ale spójrz na mnie... I na tę słuŜącą! 

background image

Tkwi tu bezsprzecznie jakiś element przywidzenia. Pozornie siedzę i rozmawiam z 

tobą... Ale to nie moŜe być prawda, więc gdzie jestem naprawdę?

- Myślę, Ŝe lepiej niŜ ktokolwiek potrafię zrozumieć, jak nierzeczywista musi 

być dla ciebie ta sytuacja. Spędziłam tyle czasu wśród ksiąŜek, Ŝe czasami mnie takŜe 

ten świat wydaje się nierealny... Jakbym nie naleŜała ani do niego, ani do Ŝadnego 

innego. No a teraz, moja droga, powiedz mi, kiedy się urodziłaś?

Powiedziałam. Laura zamyśliła się.

- Hm, Jerzy VI... Ale tej drugiej wielkiej wojny nie pamiętasz?

- Nie, nie pamiętam.

- A moŜe pamiętasz koronację następnego władcy? Czyja to była koronacja?

- ElŜbiety... ElŜbiety II. Matka pokazywała mi orszak królewski.

- Czy pamiętasz coś więcej?

- Niewiele... Tylko tyle, Ŝe padał deszcz. Prawie przez cały dzień. 

Po długiej wymianie pytań i odpowiedzi Laura uśmiechnęła się łagodnie.

- Właściwie nie potrzebujemy chyba niczego więcej, Ŝeby dowieść tego, o co 

nam chodzi. Słyszałam juŜ o tej koronacji... Z drugiej ręki. Ta scena w opactwie 

musiała być wspaniała - zadumała się, westchnęła. - Masz niezwykłą cierpliwość. 

Teraz twoja kolej... Ale obawiam się, Ŝe usłyszysz kilka wstrząsających faktów.

- Sądzę, Ŝe w ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin nieźle się 

uodporniłam... Lub moŜe wydawało mi się, Ŝe minęło trzydzieści sześć godzin - 

odparłam.

- Wątpię - posłała mi powaŜne spojrzenie.

- Powiedz mi... Proszę, wytłumacz to wszystko... JeŜeli potrafisz.

- Podaj mi swój kieliszek. Przejdę teraz do sedna sprawy. 

Napełniła kieliszki.

- Powiedz, co cię tu najbardziej zaskoczyło? 

Zastanowiłam się.

- Było tego mnóstwo...

- A moŜe to, Ŝe nie widziałaś Ŝadnego męŜczyzny? - zasugerowała. 

Sięgnęłam pamięcią wstecz. Przypomniałam sobie zdumienie jednej z Matek, 

która pytała: “Co to jest męŜczyzna?” 

- Tak, rzeczywiście, to takŜe zauwaŜyłam - przyznałam. - Gdzie oni są?

Pokiwała głową, patrząc mi w oczy.

- Nie ma ich, moja droga. JuŜ ich nie ma. Nie ma ani jednego. Patrzyłam na 

background image

nią w osłupieniu. Na jej powaŜnej twarzy malowało się współczucie. Ani śladu 

przebiegłości czy podstępu. Znaczenie słów docierało do mnie z trudem. W końcu 

przemogłam się.

- AleŜ... aleŜ to niemoŜliwe! Gdzieś przecieŜ muszą być jacyś męŜczyźni... 

Nie mogłybyście przecieŜ... To znaczy jak? - Dalsze pytania uwięzły mi w gardle.

Pokiwała głową.

- Wiem, Ŝe musi ci się to wydawać niemoŜliwe, Jane... Czy mogę tak się do 

ciebie zwracać? Ale to prawda. Jestem juŜ stara, mam prawie osiemdziesiąt lat i przez 

całe swoje długie Ŝycie nigdy nie widziałam męŜczyzny... Widywałam ich tylko na 

starych obrazach i zdjęciach. Napij się sherry, moja droga. To ci dobrze zrobi - 

umilkła. - Zdaje się, Ŝe nie najlepiej to przyjęłaś.

Poszłam za jej radą. Byłam tak oszołomiona, Ŝe nie potrafiłam się zdobyć na 

Ŝ

adną reakcję. Mimo wewnętrznego buntu nie mogłam jej jednak nie wierzyć, 

poniewaŜ istotnie nie tylko nie widziałam tu Ŝadnych męŜczyzn, ale nawet śladu 

istnienia męŜczyzny. Przerwała milczenie, dając mi czas na zebranie myśli.

- Do pewnego stopnia rozumiem, co czujesz. Bo widzisz, Jane, ja nie 

musiałam uczyć się historii wyłącznie z ksiąŜek. Jako młoda dziewczyna, szesnaste-, 

moŜe siedemnastoletnia, często słuchałam opowieści mojej babki. Była wówczas w 

moim wieku, lecz doskonale pamiętała własną młodość. Opowiadała tak obrazowo, 

Ŝ

e dosłownie widziałam miejsca, o których mówiła... Stanowiły jednak część świata 

tak odległego, Ŝe z trudem rozumiałam jej uczucia. Gdy wspomniała młodzieńca, z 

którym była zaręczona, po policzkach spływały jej łzy. Ale nawet wtedy... naturalnie 

nie z tęsknoty za nim, lecz za światem, który znała z dzieciństwa. Było mi jej Ŝal, 

chociaŜ nie wiedziałam, co czuje... Skąd miałam wiedzieć? Ale teraz, kiedy sama 

jestem stara, kiedy mam za sobą tyle lektur, trochę łatwiej mi ją zrozumieć. Mam 

takie wraŜenie. - Patrzyła na mnie uwaŜnie. - A ty, moja droga? Czy ty teŜ miałaś 

kogoś poślubić? 

 - Poślubiłam... na krótko.

Zamyśliła się.

- To musi być bardzo dziwne uczucie, być czyjąś własnością - powiedziała.

- Jak to “własnością”? - krzyknęłam zaskoczona.

- To znaczy znaleźć się we władzy męŜa - wyjaśniła Ŝyczliwie. 

Zajrzałam jej w oczy.

- AleŜ to nie tak! Zupełnie nie tak - zaoponowałam. - To było... - umilkłam, 

background image

bliska płaczu. śeby zmienić temat, zadałam jej pytanie:

- Ale co się stało? Na miłość boską, co się stało z męŜczyznami?

- Wymarli - odparła. - Zapadli na jakąś chorobę. Nikt nie potrafił im pomóc, 

więc pomarli. Odeszli wszyscy w ciągu jednego roku, poza nielicznymi wyjątkami.

- PrzecieŜ... przecieŜ to oznacza koniec, zupełny koniec.

- Owszem. W duŜej mierze tak właśnie się stało. Było bardzo cięŜko. 

Zapanował straszliwy głód. Najbardziej ucierpiały oczywiście regiony przemysłowe. 

W krajach zacofanych oraz na wsi kobiety uprawiały ziemię. Były w stanie utrzymać 

siebie i dzieci, lecz prawie wszystkie wielkie organizacje uległy rozpadowi. Zamarła 

komunikacja: skończyła się benzyna, nie wydobywano węgla. Sytuacja przedstawiała 

się fatalnie, bo chociaŜ kobiet było mnóstwo - zawsze przecieŜ przewyŜszały 

liczebnością męŜczyzn - to dotychczas ich rola sprowadzała się do konsumpcji. W 

chwili kryzysu okazało się, Ŝe tylko nieliczne umiały zająć się sprawami istotnymi, 

poniewaŜ wcześniej prawie wszystkie stanowiły własność męŜczyzn, wiodąc Ŝycie 

maskotek i pasoŜytów.

Chciałam zaprotestować, ale ruchem dłoni nakazała mi milczenie.

- Nie były temu winne... W kaŜdym razie nie wyłącznie one - uzupełniła. - 

Stały się częścią pewnego procesu, w którym wszystko sprzymierzało się przeciw ich 

uwolnieniu. Był to proces długi, którego początki sięgają jedenastego wieku i 

wywodzą się z południowej Francji. Tam właśnie powstała koncepcja romantyzmu, 

jako eleganckiego i przyjemnego zajęcia dla wyŜszych sfer. W miarę upływu czasu 

przeniknęła ona w głąb większości warstw społecznych, ale dopiero pod koniec 

dziewiętnastego wieku ktoś uświadomił sobie moŜliwość jej zastosowania w celach 

handlowych, co zaczęto wykorzystywać praktycznie na początku wieku dwudziestego.

Z początkiem dwudziestego wieku - ciągnęła - przed kobietami otworzyła się 

takŜe szansa na Ŝycie poŜyteczne, twórcze i ciekawe. Nie odpowiadało to 

handlowcom: woleli kobietę w roli masowego konsumenta, a nie producenta... 

Oczywiście, z wyjątkiem poziomów najniŜszych, rutynowych. Tak więc przyjęto 

koncepcję romantyczną jako oręŜ przeciwko dalszemu rozwojowi kobiet. 

Zastosowano ją do propagowania wzorców konsumpcyjnych, i to na szeroką skalę.

Kobiety ani na chwilę nie mogły zapomnieć o swojej płci - mówiła dalej - ani 

teŜ konkurować na równych prawach z męŜczyznami. Wszystko musiało posiadać 

“aspekt kobiecy”, w odróŜnieniu od aspektu męskiego, co wbijano im do głowy od 

dzieciństwa. Producentom nie wypadało juŜ rzucać hasła “powrót do kuchni”, ale były 

background image

inne sposoby. MoŜna było przecieŜ wymyślić zawód pod nazwą “gospodyni 

domowa”. Zaczęto gloryfikować kuchnię, która wciąŜ rosła w cenę, stając się 

obiektem poŜądania. Udowodniono, Ŝe marzenie to jest osiągalne poprzez 

małŜeństwo. I tak co tydzień ukazywały się setki tysięcy pism, których zadaniem było 

nieustanne i bezlitosne kierowanie uwagi kobiety na moŜliwość sprzedania się 

męŜczyźnie tylko po to, by zdobywając jakiś niewielki, całkowicie nieekonomiczny 

skrawek ogniska domowego, mogła wydawać pieniądze.

Postawa romantyczna rozprzestrzeniła się we wszystkich dziedzinach 

przemysłu i handlu. Artykuły prasowe, a przede wszystkim reklamy, epatowały 

przepychem i świetnością. Romantyczność wycisnęła piętno na wszystkim, co kupić 

mogła kobieta, od bielizny po motocykle, od “zdrowej” Ŝywności po piecyki 

kuchenne, od dezodorantów do zagranicznych podróŜy. AŜ wreszcie kobiety zostały 

tak otumanione, Ŝe wszystko przestało je cieszyć.

Eter zaczął teraz rozbrzmiewać sfrustrowanymi jękami kobiet, bredzących o 

“poddaniu” i “oddaniu”, “wielbieniu” i byciu przedmiotem uwielbienia. Kino 

propagowało wśród przewaŜającej liczebnie Ŝeńskiej publiczności przekonanie, Ŝe nic 

na świecie nie jest warte większego zachodu niŜ łzawa bierność w mocnym 

romantycznym uścisku. Presja ta nasiliła się do tego stopnia, Ŝe większość młodych 

kobiet poświęcała cały wolny czas romantycznym marzeniom. AŜ w końcu uwierzyły, 

Ŝ

e najwyŜsza forma szczęścia, jakiej naleŜy oczekiwać od Ŝycia, polega na tym, by 

stać się własnością męŜczyzny, osiąść w murowanym domku i kupować wszystko, co 

podsuną producenci.

- Ale przecieŜ... - próbowałam zaprotestować, lecz Laura rozkręciła się na 

dobre i nic nie mogło jej powstrzymać.

- Wywołało to, oczywiście, liczne społeczne wypaczenia. Wzrósł wskaźnik 

rozwodów, poniewaŜ Ŝycie codzienne po prostu nie było w stanie dostarczyć wielu 

dziewczynom stosownej dawki romantycznego czaru. W sumie kobiety przeŜywały 

znacznie więcej rozczarowań i niezadowolenia niŜ kiedykolwiek przedtem. CóŜ więc 

miała począć sumienna idealistka przejęta tym Ŝałosnym, upiększonym wzorcem, 

który niestrudzenie wpajała jej wszechwładna propaganda? Mogła jedynie wyrwać się 

z nieudanego związku i szukać gdzie indziej ideału, do którego, jak wierzyła, ma 

prawo.

To świadomie prowokowane niezadowolenie wywołało coś w rodzaju 

powszechnej gonitwy za kusząco wspaniałym, lecz wiecznie umykającym 

background image

romantycznym ideałem. Być moŜe udało się go osiągnąć kilku kobietom 

wyjątkowym. Lecz cała reszta padła ofiarą okrutnego, zniewalającego miraŜu, 

któremu na próŜno poświęcały siebie i swoje pieniądze.

Tym razem udało mi się jej przerwać.

- Ale słuchaj, to wcale nie było tak. To, co mówisz, zawiera pewne elementy 

prawdy... ale jest generalnie bardzo powierzchowne. Wcale nie odczuwało się tego 

tak, jak to przedstawiasz. Byłam tam, więc wiem.

Pokręciła głową z dezaprobatą.

- Posiadasz zbyt krótką perspektywę, aby dokonać właściwej oceny. Z naszej 

perspektywy widać wszystko znacznie lepiej. Dlatego postrzegamy zjawisko takim, 

jakim było naprawdę. A więc obrzydliwym i bezdusznym wykorzystaniem większości 

populacji, której nieszczęście polegało na posiadaniu słabszej woli. Oczywiście 

kobiety bardziej wykształcone i stanowcze zdołały oprzeć się tej tendencji, ale 

nierzadko za ogromną cenę. Opieranie się presji wywieranej przez większość 

przewaŜnie pociąga za sobą pewne koszty. Dlatego nawet te kobiety nie zawsze 

potrafiły oprzeć się wraŜeniu, Ŝe nie mają racji i Ŝe uczestniczki tej gonitwy wychodzą 

na tym lepiej.

Pogrzebano rozbudzone na początku stulecia wielkie nadzieje na emancypację 

kobiet. Siła nabywcza przeszła w ręce osób niewykształconych i podatnych na 

sugestię. DąŜenie do romantyczności jest w zasadzie dąŜeniem egoistycznym, a jeŜeli 

pozwoli mu się zdominować wszystkie inne dąŜenia, niszczy wszelkie odruchy 

społeczne. I tak, kaŜda kobieta oderwana od reszty, a zarazem popychana do 

rywalizacji ze wszystkimi pozostałymi, pozostawała bezbronna. Wystawiana na 

zmasowane działanie zorganizowanej sugestii, które kazało jej odbierać brak pewnych 

dóbr lub urządzeń jako śmiertelne zagroŜenie dla Romantyczności, wpadała w 

popłoch i łatwo poddawała się wyzyskowi. Potrafiła wierzyć tylko w to, co jej 

powiedziano. Trawiła czas na rozmyślaniach, czy postępuje zgodnie z wymogami 

Romantyzmu. Oto jak w sposób całkiem nowy i znacznie subtelniejszy została 

bardziej niŜ kiedykolwiek wykorzystana, uzaleŜniona i pozbawiona twórczej 

inicjatywy.

- Po raz pierwszy słyszę tak niezwykły i nie przystający do rzeczywistości opis 

mojego świata - stwierdziłam. - Wygląda to jak kopia, w której zniekształcono 

wszystkie moŜliwe proporcje. JeŜeli chodzi na przykład o brak twórczej inicjatywy, to 

chociaŜ rodziny były mniejsze, kobiety nadal rodziły dzieci. Następował ciągły wzrost 

background image

demograficzny.

Laura zatrzymała spojrzenie na mojej twarzy.

- Jesteś niewątpliwie doskonałym produktem ideologii swojej epoki - 

zauwaŜyła. - Dlaczego uwaŜasz rodzenie dzieci za coś twórczego? Czy doniczkę teŜ 

moŜna nazwać twórczą, poniewaŜ kiełkują w niej nasiona? Jest to działanie 

całkowicie mechaniczne i jak kaŜde tego typu działanie, najłatwiej przychodzi 

osobnikom najmniej inteligentnym. Co innego wychowanie dziecka, uczenie, 

stwarzanie warunków do rozwoju osobowości. To jest faktycznie twórcze. Ale 

niestety, w czasach, o których mówimy, kobiety zostały skutecznie nakłonione do 

wychowywania swych córek na nieinteligentne konsumentki, takie jak ich matki.

- Ale - zaczęłam bezradnie - ale ja doskonale znam te czasy. To przecieŜ moja 

epoka. Twój obraz jest zniekształcony.

- Perspektywa historyczna z pewnością jest prawdziwsza - oświadczyła 

niewzruszonym tonem. - JeŜeli to, co nastąpiło, było nieuniknione, to nastąpiło w 

odpowiednim momencie. Sto czy nawet pięćdziesiąt lat wcześniej wszystko 

skończyłoby się zagładą. Pięćdziesiąt lat później prawdopodobnie wszystkie kobiety 

przeszłyby do zajęć domowych i postaw konsumenckich. Na szczęście jednak w 

połowie stulecia niektóre kobiety wciąŜ uprawiały wolne zawody. Stanowiły teŜ 

większość w dziedzinie medycyny, to znaczy w profesji o największym znaczeniu dla 

przetrwania.

Nie znam się na medycynie, więc nie przytoczę dokładnie kroków, jakie 

podjęły. Wiem tylko, Ŝe zajęły się intensywnie badaniem problemów, które rozumiesz 

znacznie lepiej ode mnie.

KaŜdy gatunek, nawet nasz, posiada ogromną wolę przetrwania i lekarze 

postarali się nadać wyraz tej woli. Mimo plagi głodu, mimo chaosu i wielu 

niedostatków dzieci ciągle przychodziły na świat. Odbudowa mogła poczekać: 

pierwszeństwo naleŜało do nowego pokolenia, które pomagałoby w odbudowie i 

odziedziczyłoby jej efekty. Tak więc dzieci rodziły się nadal: dziewczynki Ŝyły, 

chłopcy umierali. Było to bardzo smutne, a w dodatku niepraktyczne, niebawem więc 

rodziły się juŜ tylko dziewczynki i powinnaś bez trudu domyślić się, w jaki sposób to 

osiągnięto.

Podobno nie jest to wcale tak niezwykłe, jak się powszechnie wydaje. Na 

przykład szarańcza potrafi rodzić samice bez pomocy samca ani Ŝadnej innej. 

Podobnie mszyce mogą rozmnaŜać się same i w odosobnieniu co najmniej przez 

background image

osiem pokoleń, być moŜe dłuŜej. Byłoby chyba nie najlepiej, gdybyśmy dysponując 

całą naszą wiedzą i aparaturą badawczą okazały się w tej dziedzinie gorsze od 

szarańczy i mszyc.

Umilkła, czekając na moją reakcję z figlarnym uśmiechem. MoŜe spodziewała 

się zaskoczenia, szoku lub niedowierzania. JeŜeli tak, to sprawiłam jej zawód: odkąd 

fizyka atomowa pokazała, jak pod naciskiem zespołu tęgich głów padają wszelkie 

bariery, osiągnięcia techniczne przestały dziwić. MoŜna pogodzić się z myślą, Ŝe 

prawie wszystko jest moŜliwe. Czy poŜądane lub warte zachodu, to zupełnie inna 

sprawa. Właśnie ta kwestia wydała mi się szczególnie istotna w związku z jej 

stwierdzeniem.

- A co wy osiągnęłyście?

- Przetrwanie - odparła po prostu.

- Z materialistycznego punktu widzenia to prawda - przyznałam. - Ale jeŜeli 

doszło do tego za cenę całej reszty, jeŜeli trzeba było poświęcić miłość, sztuki piękne, 

poezję, radość i fizyczną przyjemność wyłącznie dla przedłuŜenia egzystencji, to cóŜ 

pozostało oprócz bezdusznej powłoki cielesnej? Jaki jest sens takiego przetrwania?

- Nie wiem jaki, poza tym, Ŝe przetrwanie jest pragnieniem wspólnym 

wszystkim gatunkom. Nie sądzę, by jego sens był wyraźniejszy w dwudziestym wieku 

niŜ obecnie. Jeśli zaś chodzi o resztę, to nie rozumiem, dlaczego uwaŜasz, Ŝe 

przepadła? Czy Safona nie pisała poezji? Dziwi mnie twoje załoŜenie, Ŝe istnienie 

duszy zaleŜy od dwoistości płci. Zdaje się, Ŝe dość często utrzymywano, iŜ Ŝyją one w 

stanie konfliktu, prawda?

- Jako historyk, studiujący działania męŜczyzn i kobiet oraz ich motywy, 

mogłabyś traktować moje słowa nieco mniej dosłownie.

Pokiwała głową patrząc na mnie z wyrzutem.

- Jesteś naprawdę typowym produktem swoich czasów, kochanie. Wpajano ci 

wszędzie i na wszystkich poziomach, od dzieł Freuda do najgłupszych pism 

kobiecych, Ŝe światem rządzi ucywilizowany seks, w postaci miłości romantycznej. I 

uwierzyłaś im. Ale świat kręci się nadal, takŜe dla innych istot... Dla owadów, ryb, 

ptaków, zwierząt... cóŜ one wiedzą o miłości romantycznej, nawet podczas krótkich 

sezonów godowych? Zostałaś oszukana, moja droga. Pokierowano twoimi 

zainteresowaniami tak, by stały się społecznie uŜyteczne, przynosiły zysk gospodarczy

i nie wyrządzały prawie Ŝadnej szkody.

Zaoponowałam gwałtownie.

background image

- Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Owszem, wiesz coś niecoś o moim świecie. 

Ale z zewnątrz. I nie rozumiesz go, ani nie czujesz.

- Na tym właśnie polega twoje uwarunkowanie - odrzekła ze spokojem.

Zirytowało mnie to uporczywie powtarzane określenie.

- ZałóŜmy, Ŝe ci wierzę... powiedz w takim razie, jaka siła sprawia, Ŝe świat 

wciąŜ istnieje?

- To proste, moja droga. Siła woli. Posiadamy ją od niemowlęctwa do starości. 

Występuje zarówno u męŜczyzn, jak u kobiet. Stanowi siłę bardziej fundamentalną i 

poŜądaną niŜ seks. Powiadam ci, wprowadzono was w błąd... wykorzystano i 

wypreparowano dla celów czysto ekonomicznych.

Po wybuchu epidemii po raz pierwszy w historii kobiety przestały być klasą 

wyzyskiwaną. Pozbawione władców płci męskiej, którzy wprowadzali zamęt i 

zaprzątali ich uwagę, spostrzegły, Ŝe prawdziwy potencjał tkwi w kobiecości. Rodzaj 

męski słuŜył wyłącznie jednemu krótkotrwałemu, poŜytecznemu celowi. Przez resztę 

Ŝ

ycia męŜczyzna był przykrym i kosztownym pasoŜytem.

Po uświadomieniu sobie tego potencjału lekarki przystąpiły do jego badania. 

W ciągu dwudziestu lat uzyskały nad nim pełną kontrolę. Współpracowały z 

nielicznym gronem kobiet inŜynierów, architektów, prawników, administratorek, 

nauczycielek i tak dalej, lecz tylko lekarki dysponowały kluczem do Ŝycia i śmierci. 

W ten sposób miały w ręce przyszłość i w miarę jak świat zaczął się odradzać, 

utworzyły wraz z kilkoma innymi zawodami klasę dominującą, znaną pod nazwą 

Doktoriatu. Doktoriat rządził, ustanawiał prawa i wprowadzał je w Ŝycie.  

Zrodziła się teŜ, oczywiście, opozycja, bo trudno było od razu wymazać 

pamięć dawnych czasów czy skutki dwudziestoletniego bezprawia. Władza 

Doktoriatu sięgała jednak wszędzie. Pragnąc mieć dziecko kaŜda kobieta musiała 

prosić o zgodę, Doktoriat zaś dbał o to, by znalazła właściwe miejsce w społeczności. 

Bandy buntowniczek zaczęły topnieć, rozpadały się i stopniowo przywrócono 

porządek.

Doktoriat stanął niebawem wobec lepiej zorganizowanej opozycji. Powstała 

partia, która utrzymywała, Ŝe ustała juŜ choroba, która powaliła męŜczyzn, toteŜ 

moŜna i naleŜy przywrócić równowagę. Partię nazwano Reakcyjną i było z nią 

niemało kłopotu.

Większość członkiń Rady Doktoriatu nadal doskonale pamiętała system 

wykorzystujący kobiece słabości, który stanowił po prostu kulminacyjny punkt w 

background image

wielowiekowej historii wyzysku kobiet. Pamiętały niechęć, z jaką dopuszczano je do 

wybranego zawodu. Teraz władza naleŜała do nich i nie miały zamiaru dzielić się nią 

z istotami, które, jak dowiedziono, są zbędne biologicznie i pod kaŜdym innym 

względem. Jednogłośnie wykluczono moŜliwość podjęcia kroków prowadzących do 

zbiorowego samobójstwa, Reakcjonistki zaś napiętnowano jako organizację 

wywrotową i przestępczą.

Był to jednak zaledwie środek łagodzący. Wkrótce okazało się, Ŝe uporano się 

z objawem, lekcewaŜąc przyczynę. Rada musiała uznać, Ŝe ma do czynienia ze 

społeczeństwem niezrównowaŜonym, zdolnym do zachowania ciągłości, lecz 

strukturalnie stanowiącym pozostałość formy minionej. Nie powinno trwać w 

kształcie tak okaleczonym, gdyŜ niezadowolenie będzie stale wzrastać. JeŜeli władza 

miała okrzepnąć, naleŜało znaleźć nową strukturę, przystosowaną do nowych 

okoliczności.

W trakcie poszukiwania właściwego modelu uwzględniono naturalne 

tendencje kobiet słabiej wykształconych i niewykształconych, dotyczące takich 

aspektów, jak stosunek do zasad hierarchii czy skłonność do uznawania sztucznych 

wyróŜnień. Przypominasz sobie zapewne, Ŝe w twoich czasach kaŜda idiotka, której 

mąŜ otrzymał tytuł szlachecki lub zdobył powszechne uznanie, natychmiast stawała 

się godna większego szacunku i zazdrości ze strony innych kobiet, chociaŜ nie 

przestawała być idiotką. Na podobnej zasadzie kaŜde spotkanie lub stowarzyszenie 

kobiet niepracujących obsesyjnie, nieuchronnie zaplątywało się w proces tworzenia i 

utrwalania podziałów towarzyskich, co wynika z faktu, iŜ kobiety przywiązują duŜą 

wagę do poczucia bezpieczeństwa. Nie mniej istotna jest takŜe ich gotowość do 

poświęceń i niewolnicza wręcz  sumienność w obrębie kanonów przewidzianych 

przez lokalne konwencje towarzyskie. Jesteśmy z natury bardzo posłusznymi 

stworzeniami. Większość z nas czuje się najszczęśliwsza, trzymając się zasad 

ortodoksyjnych, bez względu na to, jak dziwne mogą się one wydawać osobnikom z 

zewnątrz. Trudność w rządzeniu kobietami leŜy głównie w ustaleniu wymaganych 

norm ortodoksji.

Oczywiście, Ŝeby system taki miał szansę powodzenia, musiał uwzględniać 

równieŜ inne cechy charakterystyczne. W ramach wzajemnego oddziaływania sił 

obowiązywać powinna równowaga oraz szacunek dla władzy. Szczegółowe 

określenie takiej organizacji nie było zadaniem łatwym.

Rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę badania formacji i porządków 

background image

społecznych, lecz przez wiele lat odrzucano wszystkie wysuwane projekty jako 

nieodpowiednie, z róŜnych powodów. Ostateczna forma została ponoć zaczerpnięta z 

Pisma Świętego, w owych czasach księgi jeszcze nie zakazanej, choć będącej źródłem 

częstych niepokojów. Stosowny werset miał rzekomo następujące brzmienie: “Idź do 

mrówki, leniwcze, obacz drogi jej”.

Rada była zdania, Ŝe pouczenie to po odpowiedniej modyfikacji moŜe 

doprowadzić do poŜądanego stanu rzeczy.

Oparto się więc na systemie czteroklasowym i przystąpiono do stopniowego 

wprowadzania wyraźnych zróŜnicowań, które stały się gwarancją stabilizacji. W 

ramach kaŜdej klasy znalazło się dość miejsca dla aspiracji indywidualnych, lecz nie 

było mowy o przechodzeniu z jednej klasy do drugiej. Mamy więc Doktoriat - 

wykształconą klasę rządzącą, złoŜoną w połowie z lekarek, następnie Klasę Matek, 

której nazwa mówi sama za siebie, liczną Klasę SłuŜebnic, której członkinie ze 

względów psychologicznych są niewielkiego wzrostu, oraz Klasę Robotnic o silnej 

budowie i silnych mięśniach, przeznaczoną do wykonywania cięŜszych prac 

fizycznych. Wszystkie trzy klasy niŜsze uznają władzę Doktoriatu. Obie klasy 

pracujące odnoszą się z szacunkiem do Matek. SłuŜebnice przekonane są o wyŜszości 

swych prerogatyw nad zadaniami Robotnic, które z kolei traktują delikatność 

SłuŜebnic z tkliwą pogardą.

Sama widzisz, Ŝe osiągnięto równowagę, i chociaŜ na razie funkcjonuje ona z 

pewnymi oporami, z czasem niewątpliwie nastąpi poprawa. Jest, na przykład, wielce 

prawdopodobne, Ŝe korzystne okaŜe się niebawem wprowadzenie podgrup w Klasie 

SłuŜebnic. Słyszy się teŜ opinie, Ŝe za słaba jest pozycja policji, gdyŜ niski stopień 

wykształcenia nie róŜni jej od Robotnic...

W miarę jak mnoŜyła dalsze szczegóły, czułam się coraz bardziej przytłoczona 

potwornością całego procesu.

- Mrówki! - przerwałam jej. - Mrowisko! PosłuŜyłyście się mrowiskiem jako 

modelem?

Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu lub teŜ faktem, Ŝe dopiero 

teraz pojęłam to, co tak długo mi tłumaczyła.

- Dlaczego nie? - spytała. - To niewątpliwie jeden z najtrwalszych wzorców 

społecznych wykształconych przez naturę. ChociaŜ, rzecz oczywista, przy niezbędnej 

adaptacji...

- Chcesz powiedzieć... chcesz mi powiedzieć, Ŝe tylko Matki mają dzieci? - 

background image

dopytywałam się.

- Och, przedstawicielki Doktoriatu teŜ, jeŜeli zechcą - zapewniła mnie.

- Ale... ale...

- Rada zatwierdza proporcje - uzupełniła. - Lekarki w klinice poddają 

niemowlęta badaniom i przydzielają je do odpowiednich klas. Dalej to juŜ tylko 

sprawa specjalnej diety, kontroli gruczołów i odpowiedniego przyuczenia.

- Ale po co? - zaprotestowałam ostro. - Jaki sens ma takie Ŝycie?

- Pytasz o sens Ŝycia? Sama sobie na to odpowiedz - zaproponowała.

- PrzecieŜ naszym przeznaczeniem jest kochać i być kochanym. Kochać 

dzieci, które mamy z tymi, których kochamy.

- Znowu dopuszczasz do głosu swoje uwarunkowania: wynosisz na piedestał i 

uromantyczniasz prymitywną zwierzęcość. Musisz chyba przyznać, Ŝe jesteśmy 

czymś więcej niŜ tylko zwierzętami.

- Oczywiście, przyznaję, ale...

- Miłość, powiadasz? Czy moŜna mówić o miłości między matką i córką, 

jeŜeli nie ma męŜczyzn, którzy wprowadzaliby pojęcie zazdrości? Czy znasz uczucie 

wyŜsze niŜ to, jakim dziewczynka darzy swoje młodsze siostry?

- Nie rozumiesz - zaoponowałam znowu. - Jak moŜesz zrozumieć miłość, 

która nadaje barwy całemu światu? Skupia się w sercu i stamtąd promieniuje, 

przepełniając całą osobowość, jak oddziałuje na to, czym jesteś, na wszystko, czego 

dotykasz, co słyszysz... Miłość potrafi śmiertelnie ranić. Ja wiem, wiem o tym dobrze. 

Potrafi teŜ rozgrzać  w Ŝyłach krew... Przemienia śmietnisko w ogród, łachmany w 

brokat, słowo w muzykę. Dzięki miłości moŜna ujrzeć cały wszechświat w oczach 

ukochanej osoby. Nie, ty tego nie rozumiesz... nie wiesz... nie potrafisz... Och, 

Donaldzie, kochany mój, jak mam jej przekazać coś, czego istnienia nawet się nie 

domyśla?

Zapadło niezręczne milczenie.

- Nic dziwnego - przerwała je Laura - Ŝe aby Ŝyć w twoim społeczeństwie, 

musiałaś zostać wyposaŜona w tak uwarunkowaną reakcję. Nie moŜesz jednak 

oczekiwać, Ŝe zrezygnujemy z wolności na rzecz powrotu do poddaństwa przez 

przywrócenie do Ŝycia naszych ciemięzców.

- Nigdy tego nie pojmiesz. Tylko niemądrzy męŜczyźni i niemądre kobiety 

Ŝ

yli w stanie ciągłej wojny. Większość z nas uzupełniała się wzajemnie. Stanowiliśmy 

tworzące jedność pary.

background image

Uśmiechnęła się.

- Moja droga, albo jesteś zdumiewającą ofiarą dezinformacji na temat twoich 

czasów, albo głupota, o której mówisz, była niezwykle powszechna. Ani jako osoba 

prywatna, ani jako historyk nie dopuszczam nawet myśli o przywróceniu takiego 

stanu rzeczy. Minął etap prymitywny w naszym rozwoju, ustępując miejsca epoce 

cywilizowanej. Kobieta, będąc naczyniem Ŝycia, miała to nieszczęście, Ŝe przez 

pewien czas męŜczyzna był jej nieodzowny. Teraz jednak juŜ go nie potrzebuje. Nie 

chcesz chyba powiedzieć, Ŝe to zbyteczne i niebezpieczne obciąŜenie naleŜy 

zachować tylko przez wzgląd na sentymentalizm? Przyznaję, Ŝe utraciłyśmy pewne 

drobne wygody. ZauwaŜyłaś zapewne, Ŝe mamy nieco mniej wyobraźni w kwestiach 

dotyczących mechaniki i dlatego skłonne jesteśmy powielać odziedziczone wzorce. 

Ale niezbyt się tym przejmujemy. Nasze zainteresowania nie dotyczą zjawisk 

nieorganicznych, lecz tego, co organiczne i rozumowe. Być moŜe męŜczyźni 

pokazaliby nam, jak podróŜować dwa razy szybciej, jak dotrzeć na KsięŜyc lub jak 

coraz szybciej zabijać coraz większe rzesze ludzi. Nie wydaje się jednak, by wiedza 

tego typu była właściwą ceną ponownego zniewolenia. Nie, my wolimy nasz świat... 

Wolimy go wszystkie, z wyjątkiem kilku Reakcjonistek. Widziałaś juŜ nasze 

SłuŜebne. MoŜe są trochę nieśmiałe, ale czy wyglądają na wyzyskiwane lub 

nieszczęśliwe? Czy nie świergoczą między sobą radośnie i Ŝywo jak wróbelki? A 

Robotnice - te, które nazwałaś Amazonkami - czy nie wyglądają na silne, zdrowe i 

wesołe kobiety?

- Ale pozbawiacie je wszystkiego... pozbawiacie je praw przyrodzonych.

- Daruj sobie frazesy, moja droga. Czy twój system społeczny nie odbierał 

kobietom ich “przyrodzonego prawa”, jeŜeli nie wyjdą za mąŜ? Nie tylko im to 

mówiono, lecz wręcz wpajano. Tutaj nasze SłuŜebne i Robotnice nic o tym nie 

wiedzą i nie dręczy ich poczucie niedowartościowania. Macierzyństwo jest funkcją 

Matek i tak teŜ jest pojmowane.

Protestowałam, kręcąc głową.

- Mimo wszystko okradacie je. Kobieta ma prawo do miłości... Pierwszy raz 

straciła cierpliwość i przerwała mi.

- Znowu powtarzasz hasła propagandowe twoich czasów. Moja droga, miłość, 

o której mówisz, istniała w twoim bezpiecznym i zamkniętym zakątku świata na 

zasadzie łaskawego i praktycznego konwenansu. Rzadko zdarzało ci się widzieć jej 

drugie oblicze, nie upiększone przez Romantyzm. Nigdy nie byłaś jawnie 

background image

przedmiotem kupna i sprzedaŜy jak sztuka bydła. Nigdy nie musiałaś sprzedawać się 

pierwszemu lepszemu, by zdobyć środki na Ŝycie. Nigdy nie byłaś jedną z tych, które 

przez wieki krzyczały z bólu, cierpiały i ginęły w miastach zdobywanych i łupionych 

przez najeźdźców. Nigdy nie wrzucono cię do lochu czy w płomienie, by ci tego 

oszczędzić. Nigdy nie musiałaś płonąć na stosie obok zwłok swego męŜa. Nie 

spędzałaś całego Ŝycia uwięziona w haremie, nie byłaś wśród wiezionych statkiem 

niewolników ani nie zawdzięczałaś Ŝycia kaprysowi swego pana i władcy...

Tak wygląda to drugie oblicze... odwieczne oblicze. Ono juŜ się nie powtórzy. 

Nigdy. CzyŜbyś miała odwagę proponować przywrócenie tego wszystkiego, 

przywrócenie naszych cierpień?

- Ale większość tych rzeczy naleŜała do przeszłości - przekonywałam. - Świat 

wkroczył juŜ na lepszą drogę.

- Doprawdy? - spytała ironicznie. - Ciekawe, czy podobnie myślały 

mieszkanki podbijanego Berlina. Na lepszą drogę, powiadasz? A moŜe świat znalazł 

się raczej na granicy nowego barbarzyństwa?

- JeŜeli pozbywacie się zła, odtrącając takŜe dobro, to co zostaje?

- Mnóstwo. MęŜczyzna słuŜył tylko jako środek do osiągania celu. 

Potrzebowałyśmy go, by móc rodzić dzieci. Cała zbędna reszta jego sił witalnych stała 

się przyczyną wszelkiego cierpienia na Ziemi. Bez męŜczyzny jest nam o wiele lepiej.

- Naprawdę więc uwaŜasz, Ŝe ulepszyłyście naturę? - dopytywałam się.

- Phe! - parsknęła, zniecierpliwiona moim powątpiewającym tonem. - 

Cywilizacja jest ulepszeniem natury. Wolałabyś mieszkać w jaskini i grzebać 

większość dzieci, które zmarły we wczesnym niemowlęctwie?

- Są sprawy, fundamentalne sprawy... - zaczęłam, lecz Laura uciszyła mnie 

gestem.

Za oknem, po trawie sunęły długie cienie. W wieczornej ciszy usłyszałam 

dochodzący z oddali chór kobiecych głosów. Przysłuchiwałyśmy się, aŜ pieśń ucichła.

- Piękne! - zachwyciła się Laura. - Nawet anioły nie potrafiłyby śpiewać z 

większą słodyczą. Wygląda na to, Ŝe są całkiem szczęśliwe, prawda? Nasze własne, 

ś

liczne dzieci. Są wśród nich moje dwie wnuczki. One są szczęśliwe i nie bez 

powodu. Nie muszą dorastać w świecie, w którym trzeba zawierzyć dobrej woli 

męŜczyzny skłonnego je utrzymywać. Nigdy nie doznają poniŜenia przed panem i 

władcą; nigdy teŜ nie staną wobec zagroŜenia gwałtem i mordem. Posłuchaj ich!

Dziewczęta śpiewały następną pieśń.

background image

- Płaczesz? Dlaczego? - zapytała, gdy śpiew ucichł.

- Wiem, Ŝe to głupie. Bo tak naprawdę nie wierzę, Ŝeby było tu tak, jak ci się 

wydaje. Płaczę więc chyba z Ŝalu za tym, co utraciłybyście, gdyby to była prawda - 

odparłam. - Tam, pod drzewami, powinni siedzieć zakochani. Powinni trzymać się za 

ręce, słuchać tej pieśni i patrzyć na wschodzącą tarczę księŜyca. Ale nie ma ich tam i 

nigdy juŜ nie będzie. - Spojrzałam na nią. - Czy czytałaś kiedyś ten wiersz: “IleŜ 

kwiatów pachnących zapłonie o brzasku! I nim je oko dojrzy, w skwarze dusznym 

zginą!”? Czy nie czujesz samotności waszego świata? Czy rzeczywiście tego nie 

rozumiesz? - dopytywałam się.

- Wiem, Ŝe nie miałaś okazji przyjrzeć się nam dokładnie, ale czy nie 

dostrzegasz piękna świata, w którym kobiety nie muszą rywalizować o względy 

męŜczyzn? - odparowała.

Rozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas, aŜ zmierzch ustąpił przed ciemnością i 

wśród drzew zamigotały światła sąsiednich domów.

Laura była bardzo oczytana. Dlatego niektóre okresy historyczne darzyła 

nawet sympatią. Nigdy jednak nie osłabiało to jej aprobaty dla własnych czasów. Nie 

zauwaŜała ich jałowości. Wytykała mi “uwarunkowania”, z powodu których rzekomo 

nie dostrzegałam tego, Ŝe nadszedł wreszcie złoty wiek kobiety.

- Trzymasz się zbyt wielu mitów - zarzuciła mi. - Mówisz o pełni Ŝycia i 

przytaczasz przykład nieszczęśnicy, która trzyma się kurczowo swoich oków w jakiejś 

podmiejskiej willi. To ma być pełnia Ŝycia?! Kupcom wygodniej było jednak nakłonić 

ją, by tak sądziła. Prawdziwa pełnia Ŝycia trwałaby nader krótko, obojętne w jakim 

społeczeństwie.

I tak dalej...

W końcu zjawiła się mała pokojówka i oświadczyła, Ŝe opiekunki czekają na 

moje polecenia. Przed wyjściem chciałam jeszcze coś wyjaśnić. 

- Powiedz mi, proszę, jak... jak do tego doszło?

- Czysty przypadek, kochanie. ChociaŜ był on konsekwencją tamtych czasów. 

Badania naukowe doprowadziły do niespodziewanego, wtórnego odkrycia.

- Ale w jaki sposób?

- Dość dziwnie... moŜna nawet powiedzieć, Ŝe w banalny sposób. Czy 

słyszałaś o człowieku nazwiskiem Perrigan?

- Perrigan? - powtórzyłam. - Nie sądzę, chociaŜ nie jest to pospolite nazwisko.

- Stało się powszechnie znane - wyjaśniła. - Doktor Perrigan był biologiem, 

background image

zajmował się przede wszystkim eksterminacją szczurów, zwłaszcza dokuczliwego 

szczura brunatnego. DąŜył do wynalezienia choroby, która okazałaby się zabójcza dla 

tego szkodnika. PosłuŜył się w tym celu infekcją wirusową, często śmiertelną u 

zajęcy, a właściwie grupą infekcji wirusowych o duŜej selektywności ze względu na 

silną mutacyjność. I rzeczywiście, istniało tak wiele szczepów, Ŝe gdy testowano ją na 

zającach w Australii, powiodła się dopiero szósta próba. Wszystkie wcześniejsze 

szczepy ginęły w miarę wzrostu odporności zajęcy. Próby prowadzono takŜe w innych 

krajach, chociaŜ w zasadzie bez powodzenia, aŜ do chwili, gdy we Francji 

wyprodukowano szczep jeszcze skuteczniejszy, którego działaniu poddano całą 

populację zajęcy w Europie.

Na bazie tych wirusów Perrigan stosując napromieniowanie oraz inne metody 

otrzymał nowe mutacje i ostatecznie udało mu się wyłonić odmianę, która atakowała 

szczury. To jednak mu nie wystarczyło i kontynuował badania, aŜ otrzymał szczep 

wyposaŜony dziedzicznie w taką selektywność, Ŝe atakował wyłącznie szczury 

brunatne, i to z niezwykłą zaciekłością. 

W ten sposób Perrigan rozwiązał ostatecznie kwestię uporczywego szkodnika 

i obecnie brunatny szczur nie występuje nigdzie. Perrigan popełnił jednak jakiś błąd. 

Do dziś nie wiadomo, czy ten udany wirus mutował ponownie, czy teŜ któryś z 

wcześniejszych wirusów doświadczalnych został przypadkowo uwolniony przez 

szczura nosiciela, zresztą jest to zagadnienie czysto akademickie. Dość, Ŝe uaktywnił 

się szczep zdolny atakować istoty ludzkie, i zanim go wykryto, zdąŜył się 

rozprzestrzenić. Rozprzestrzeniał się przy tym w zatrwaŜającym tempie: zbyt szybko, 

aby moŜna było podjąć jakiekolwiek środki zaradcze.

Okazało się, Ŝe większość kobiet jest na niego odporna. Z około dziesięciu 

procent zaatakowanych kobiet ponad osiemdziesiąt procent powróciło do zdrowia. 

Natomiast wśród męŜczyzn odporność była niemal zerowa i odnotowano jedynie 

kilka przypadków częściowego wyzdrowienia. Uratowano niewielką liczbę męŜczyzn 

dzięki zastosowaniu niezwykłych środków ostroŜności, ale nie moŜna ich było 

wiecznie trzymać w zamknięciu, więc w końcu wirus, który posiadał niespotykaną 

wprost zdolność przetrwania w utajeniu, dosięgną! ich takŜe.

Cisnęło mi się na usta mnóstwo specjalistycznych pytań, lecz Laura mnie 

uprzedziła.

- Obawiam się, Ŝe nic więcej nie potrafię ci wyjaśnić. Być moŜe nasze lekarki 

będą skłonne udzielić ci informacji, choć wątpię.

background image

Z trudem usiadłam na brzegu kanapy.

- Rozumiem - powiedziałam. - Po prostu przypadek. Tak. Trudno sobie 

wyobrazić, Ŝeby doszło do tego w jakikolwiek inny sposób.

- Chyba Ŝe zechcemy w tym dostrzec palec boŜy - zastrzegła.

- Czy to nie nazbyt bluźniercza interpretacja?

- Miałam na myśli Śmierć Pierworodnego - odrzekła w zadumie. 

Nie znalazłam na to gotowej odpowiedzi. Zadałam więc pytanie:

- Czy z całą szczerością moŜesz powiedzieć, Ŝe twoje Ŝycie nigdy nie wydaje 

ci się koszmarnym snem?

- Nigdy! - zaprotestowała stanowczo. - Kiedyś był to rzeczywiście zły sen. Ale 

juŜ się skończył. Posłuchaj!

Chóralny śpiew wzmocniony akompaniamentem orkiestry płynął teraz znowu 

z głębi pogrąŜonego w ciemnościach ogrodu. Nie, nie brzmiało to ponuro: być moŜe 

nawet dźwięczała tam nuta radości. Ale skąd miałyby wiedzieć, biedactwa, Ŝe...

Zjawiły się moje opiekunki i pomogły mi wstać. Podziękowałam Laurze za 

cierpliwość i uprzejmość. Ona jednak potrząsnęła głową.

- Moja droga, to ja jestem ci winna wdzięczność. W krótkim czasie 

dowiedziałam się od ciebie więcej na temat uwarunkowania kobiet w społeczeństwie 

mieszanym niŜ ze wszystkich ksiąŜek, jakie przeczytałam przez całe Ŝycie. Mam 

nadzieję, Ŝe lekarki znajdą jakiś sposób, abyś o tym zapomniała i mogła czuć się z 

nami szczęśliwa. 

Przystanęłam w progu i odwróciłam się z pomocą opiekunek.

- Wysuwasz wiele słusznych argumentów, Lauro. Ale mimo to jesteś... jesteś 

w błędzie. Czy nigdy nie czytałaś o zakochanych? Czy jako dziewczyna nigdy nie 

wzdychałaś do jakiegoś Romea, który powiedziałby: “Tam jest wschód, a Laura jest 

moim słońcem!”?

- Chyba nie. ChociaŜ znam ten dramat. Dość ładna, wyidealizowana opowieść. 

Ciekawa jestem, ilu Juliom złamała serce? Ale odpowiem ci pytaniem, kochanie. Czy 

widziałaś cykl obrazów Goi zatytułowany “Okropności wojny”?

RóŜowy samochód nie zawiózł mnie z powrotem do “Domu”. Dotarłyśmy do 

okazałego budynku, który przypominał szpital, gdzie z duŜą troskliwością połoŜono 

mnie do łóŜka w jednoosobowym pokoju. Rano, po obfitym śniadaniu, odwiedziły 

mnie trzy nowe lekarki. Wizyta miała charakter bardziej towarzyski niŜ zawodowy i 

background image

zamieniła się w półgodzinną pogawędkę. Zostały zapewne dokładnie poinformowane 

o przebiegu mojej rozmowy z Laurą, bo nie wzbraniały się od odpowiedzi na pytania, 

z których część wydała im się zabawna. Ja natomiast, wręcz przeciwnie, daleka byłam 

od rozbawienia, gdyŜ w ich stwierdzeniach nie doczekałam się Ŝadnych 

pocieszających nieścisłości - to, co mówiły, wydawało się niepokojąco wykonalne, 

przy odpowiednim opanowaniu techniki. Pod koniec wizyty ich nastrój uległ zmianie. 

Jedna z nich oświadczyła zasadniczym tonem:

- Zdajesz sobie sprawę z tego, Ŝe postawiłaś nas w trudnej sytuacji. Twoje 

towarzyszki, Matki, nie są oczywiście podatne na ferment reakcjonistyczny, chociaŜ 

dość szybko zdołałaś wywołać w nich silne uczucie wstrętu i oburzenia. Osoby mniej 

odporne mogą ulegać twoim wpływom znacznie łatwiej. Nie chodzi nawet o to, co 

powiesz. Wystarczy odmienność, która przebija z twojej postawy. Nie ma na to rady i, 

szczerze mówiąc, nie wyobraŜamy sobie, jak, będąc kobietą  wykształconą, mogłabyś 

przyjąć postawę pogodnej, beztroskiej i pełnej akceptacji, jakiej spodziewamy się od 

Matek. Twoja frustracja będzie niebawem trudna do zniesienia. Ponadto 

uwarunkowania, którym podlegałaś w tamtym systemie, uniemoŜliwiają ci okazanie 

naszej organizacji dobrej woli.

Doceniłam szczerość tej wypowiedzi: była to obiektywna ocena sytuacji. Co 

więcej, nie mogłam jej kwestionować. Perspektywa spędzenia reszty Ŝycia w róŜowej, 

wonnej tępocie, urozmaiconej jedynie produkcją czworaczków płci Ŝeńskiej w 

regularnych odstępach czasu, z pewnością doprowadziłaby mnie w krótkim czasie do 

szaleństwa.

- Czy wobec tego potraficie przywrócić temu cielsku normalny kształt i 

wielkość? - spytałam.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Raczej nie... Nie wiem, czy kiedykolwiek podejmowano takie próby. Ale 

nawet gdyby było to moŜliwe, nie mogłabyś zasiadać w Doktoriacie. Wzrosłoby takŜe 

zagroŜenie twoim reakcjonizmem.

To takŜe byłam w stanie zrozumieć.

- Wobec tego co dalej? - dopytywałam się. Zawahała się, zanim odpowiedziała 

cichym głosem:

- MoŜemy ci jedynie zaproponować hipnozę w celu usunięcia pamięci. Gdy 

dotarło do mnie znaczenie tych słów, ledwie opanowałam falę histerii. 

Wytłumaczyłam sobie, Ŝe przecieŜ rozmawiają ze mną w sposób racjonalny. Muszę 

background image

postarać się o sensowną reakcję. Mimo to upłynęło kilka minut, zanim się na nią 

zdobyłam.

- śądacie ode mnie samobójstwa. Cały mój umysł to pamięć: pamięć to ja. 

JeŜeli ją stracę, to tak, jakbym umarła, jakbyście mnie zabiły, to znaczy, moje ciało.

Nie próbowały się spierać.

Jedyne, co nadaje wartość memu Ŝyciu, to świadomość twojej miłości, drogi, 

najdroŜszy, kochany Donaldzie. śyjesz teraz tylko w mojej pamięci. JeŜeli ją 

opuścisz, umrzesz raz jeszcze, tym razem na zawsze.

- Nie! - krzyknęłam. - Nie! Nie!

Odwiedzały mnie regularnie SłuŜebne, uginając się pod cięŜarem posiłków. 

Zajęta byłam własnymi myślami, choć nie było to najlepsze towarzystwo. - Prawdę 

powiedziawszy - stwierdziła jedna z lekarek - nie widzimy Ŝadnego innego wyjścia. 

Przez wiele lat po tym wydarzeniu największym zmartwieniem były rosnące statystyki 

załamań psychicznych. ChociaŜ kobiety miały wówczas pełne ręce roboty, wiele z 

nich wciąŜ nie potrafiło się przystosować. Tobie nie moŜemy nawet zaproponować 

Ŝ

adnej pracy.

Odebrałam to jako ostrzeŜenie. JeŜeli ta halucynacja, która zdawała się coraz 

bardziej realna, nie zostanie wkrótce przerwana, znajdę się w pułapce.

Przez cały dzień i noc na próŜno usiłowałam odzyskać utracony obiektywizm. 

Ta dialektyka przerastała mnie: moje zmysły zbyt świadomie odbierały zmysłowe 

bodźce otoczenia. Zbyt silna i przekonywająca była konsekwentna spójność 

otaczających mnie zjawisk.

Po upływie doby ponowna wizyta tego samego tria dała mi do zrozumienia, Ŝe 

minął czas do namysłu.

- Mam wraŜenie - zaczęłam - Ŝe lepiej rozumiem teraz swoją sytuację. 

Proponujecie mi bezbolesną niepamięć zamiast załamania, po którym i tak nastąpi 

niepamięć. I nie widzicie innego wyjścia.

- Tak - potwierdziła jedna z nich, a pozostałe zgodziły się w milczeniu. - Ale 

podczas hipnozy będziemy potrzebowały twojej współpracy.

- Wiem o tym - powiedziałam. - Rozumiem teŜ, Ŝe w takim układzie uchylanie 

się od współpracy byłoby daremnym uporem. W związku z tym... tak, zamierzam 

współpracować... Ale pod jednym warunkiem.

Spojrzały pytająco.

background image

- Chciałabym, Ŝebyście najpierw wstrzyknęły mi chuinŜuatynę w takim samym

stęŜeniu, jakie otrzymałam przedtem. Podam wam wielkość dawki. Jestem 

przekonana, Ŝe niezaleŜnie od tego, czy jest to halucynacja, czy teŜ jakiś inny, 

zbliŜony do niej rodzaj projekcji, musi mieć coś wspólnego z tym środkiem. Nigdy 

przedtem nie zdarzyło mi się nic, co choćby w najmniejszym stopniu przypominało 

ten stan. Przyszło mi więc do głowy, Ŝe gdybym mogła odtworzyć sytuację... czy 

moŜe tylko uwierzyć, Ŝe ją odtwarzam... być moŜe powstanie jakaś szansa. Sama nie 

wiem. MoŜe to zbyt naiwne?... Ale nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to nic nie 

powinno zmienić się na gorsze, prawda? Czy pozwolicie mi spróbować?...

Zamyśliły się wszystkie trzy. 

- W zasadzie nie widzę przeszkód - powiedziała jedna.

- Myślę, Ŝe nie powinno być trudności z uzyskaniem pozwolenia - uzupełniła 

druga. - Masz do tego prawo, lecz na twoim miejscu nie liczyłabym na to za bardzo.

Po południu przybyło kilka małych słuŜebnic, które zakrzątnęły się wokół 

przygotowania mnie i pokoju do eksperymentu. Na koniec zjawiła się jeszcze jedna, 

pchając stolik na kółkach. Ledwie ją było widać spoza butelek, tacek i fiolek. 

Ustawiła stolik przy moim łóŜku. Wkrótce przybyły wszystkie trzy lekarki. Jedna z 

małych pielęgniarek zajęła się podwijaniem mojego rękawa. Lekarka, która 

najczęściej zabierała głos, posłała mi serdeczne, lecz pełne powagi spojrzenie.

- Zdajesz sobie sprawę, Ŝe to czysty hazard? - upewniła się.

- Tak. Ale to moja jedyna szansa. Chcę z niej skorzystać. 

Pokiwała głową, wzięła do ręki strzykawkę i napełniła ją, podczas gdy 

słuŜebnica dezynfekowała moje ogromne ramię. Lekarka zbliŜyła się do łóŜka z 

wahaniem.

- Proszę zaczynać - ponagliłam ją. - Dobrze pani wie, jaki los czeka mnie tutaj.

Skinęła głową i wbiła igłę...

PowyŜszą relację spisałam w określonym celu. Zamierzam zdeponować ją w 

banku, gdzie pozostanie do czasu, kiedy zajdzie potrzeba jej odczytania.

Nie mówiłam o tym nikomu. Sprawozdanie na temat skutków działania 

chuinŜuatyny, które sporządziłam dla drą Hellyera, było fałszywe. Opisałam tam 

swoje wraŜenia jako po prostu unoszenie się w przestrzeni. W powyŜszych zapiskach 

zawarte są moje prawdziwe doznania.

Ukrywałam je, poniewaŜ po odzyskaniu przytomności, kiedy przekonałam się, 

background image

Ŝ

e znajduję się znowu we własnym ciele, w normalnym świecie, doznania te 

prześladowały mnie z taką wyrazistością, jakby były prawdziwe. Szczegóły jawiły się 

zbyt jaskrawo, zbyt wyraźnie, bym mogła usunąć je z pamięci. Prześladowały mnie 

jak przestroga czy pogróŜka. Nie mogłam zaznać spokoju...

Nie potrafiłam zebrać dość odwagi, by zwierzyć się drowi Hellyerowi, jak 

bardzo mnie to męczy... Obawiałam się, Ŝe zaleci mi leczenie. Inni moi znajomi, jeśli 

nie przejęliby się na tyle, by zalecić leczenie, z pewnością wyśmialiby mnie i nieźle 

by się ubawili moim kosztem, interpretując symbolikę. Zachowałam to więc dla 

siebie.

Gdy rozpatrywałam szczegółowo róŜne fragmenty tego wydarzenia, wzbierała 

we mnie złość na samą siebie. Dlaczego nie poprosiłam Laury o więcej faktów, takich 

jak daty i inne dane, które moŜna sprawdzić. Gdyby stwierdziła, na przykład, Ŝe cała 

ta sprawa zaczęła się przed dwoma laty, to nie byłoby mowy o jakimkolwiek poczuciu 

zagroŜenia. Niestety, tak istotne pytanie nie przyszło mi do głowy. Przypomniałam 

sobie jednak pewną informację, którą mogłam sprawdzić. I sprawdziłam. Teraz 

Ŝ

ałuję, Ŝe to zrobiłam, ale wtedy czułam, Ŝe muszę.

Oto czego się dowiedziałam:

Dr Perrigan Ŝyje, jest biologiem, przeprowadza doświadczenia na zającach i 

szczurach...

Jest dość znanym specjalistą w swojej dziedzinie. Publikował w wielu 

periodykach artykuły na temat walki ze szkodnikami. Nie jest Ŝadną tajemnicą, Ŝe 

pracuje nad nowymi szczepami myxomatozy, które mają atakować szczury. Otrzymał 

juŜ nawet pewną grupę szczepów mucosimorbus, chociaŜ nie udało mu się dotychczas 

wyprodukować wirusa na tyle stałego lub selektywnego, by dał się zastosować w 

praktyce...

Nigdy jednak o nim nie słyszałam, dopóki Laura z mojego “przywidzenia” nie 

wymieniła jego nazwiska...

DuŜo o tym myślałam. Do jakiego rodzaju doświadczeń naleŜą opisane tu 

zdarzenia? Gdyby były czymś w rodzaju wizji nieuniknionej przyszłości, nikt nie 

mógłby przecieŜ temu zapobiec. Sądzę jednak, Ŝe takie wyjaśnienie jest bez sensu: 

przyszłość jest zdeterminowana tym, co juŜ się stało, i tym, co dzieje się aktualnie. 

Musi zatem istnieć mnóstwo moŜliwych wersji przyszłości, z których kaŜda stanowi 

prawdopodobną konsekwencję tego, co dzieje się teraz. Wydaje mi się, Ŝe pod 

wpływem chuinŜuatyny ujrzałam jedną z takich wersji...

background image

Było to chyba ostrzeŜenie przed tym, co moŜe się wydarzyć, jeśli nie podejmie 

się działań zapobiegawczych.

Wersja ta jest tak odraŜająca, tak fałszywa, tak dalece odbiega od normalnego 

toku wydarzeń, Ŝe nie ostrzec, znaczyłoby uchylać się od obowiązku wobec ludzkości.

W związku z tym zamierzam na własną odpowiedzialność, nikogo nie 

wtajemniczając, dołoŜyć wszelkich starań, aby to, co opisałam, nie doszło do skutku. 

Gdyby kogokolwiek oskarŜono o współdziałanie   w moim zamierzeniu, niniejszy 

dokument powinien zostać przytoczony w jego obronie. W tym właśnie celu został 

spisany.

Postanowiłam bowiem nie dopuścić do kontynuacji badań drą Perrigana.

Podpisano: Jane Waterleigh

Adwokat przyglądał się podpisowi kiwając głową.

- A potem wsiadła w samochód i pojechała do Perrigana. Tragiczne rezultaty 

są nam znane - powiedział.

- Podejrzewam, Ŝe starała się najpierw wytłumaczyć mu, Ŝe powinien 

zrezygnować z badań. ChociaŜ nie mogła oczekiwać, Ŝe jej się powiedzie. Trudno 

sobie przecieŜ wyobrazić, Ŝeby ktokolwiek zechciał zrezygnować z wieloletnich 

badań z powodu, który kaŜdemu wydawałby się czymś w rodzaju cygańskiej wróŜby. 

Nie ulega wątpliwości, Ŝe była przygotowana do podjęcia, w razie konieczności, 

działań bezpośrednich. Policja ma chyba rację podejrzewając, iŜ strzelała do niego z 

premedytacją. Są jednak w błędzie twierdząc, Ŝe podpaliła dom w celu zatarcia 

ś

ladów zbrodni. Z oświadczenia wynika niezbicie, Ŝe chodziło jej wyłącznie o 

zniszczenie pracy Perrigana.

Znowu pokiwał głową ze współczuciem.

- Biedaczka! Z ostatnich dwóch czy trzech stronic wyraźnie przebija silne 

poczucie obowiązku. Bije z nich ta uproszczona jasność, która powoduje 

męczennikami bez względu na konsekwencje. Nie wypiera się czynu. Ukrywa tylko 

przed policją jego motywy.

Zamilkł, a po chwili dodał:

- Na szczęście mamy ten dokument. Powinien przynajmniej uratować jej 

Ŝ

ycie. Zdziwiłbym się, gdyby nie poskutkował argument niepoczytalności, której jest 

dowodem. - Postukał palcem w plik kartek.

- Dobrze się złoŜyło, Ŝe zrezygnowała z zamiaru zdeponowania tego w banku.

background image

Na twarzy drą Hellyera malowało się zmęczenie i troska.

- Mam ogromne wyrzuty sumienia w związku z tym wydarzeniem - wyznał. - 

Przede wszystkim nie powinienem był dopuścić do próby z chuinŜuatyną! Wydawało 

mi się jednak, Ŝe otrząsnęła się juŜ z załamania po stracie męŜa. Robiła wszystko, 

Ŝ

eby mieć bez przerwy jakieś zajęcie, i zgłosiła się na ochotnika. Znał ją pan na tyle, 

by stwierdzić, Ŝe miała bardzo zdecydowany charakter. Dostrzegła szansę wniesienia 

pewnego wkładu do wiedzy medycznej, i słusznie. Mogłem jednak być ostroŜniejszy. 

Powinienem był zauwaŜyć, Ŝe coś jest nie tak po tym doświadczeniu. Dlatego to na 

mnie ciąŜy odpowiedzialność za tę sprawę.

- Hm - adwokat nie był przekonany - przyjmując taką linię obrony, nie 

wypadnie pan najlepiej w oczach kolegów po fachu, doktorze.

- Być moŜe. Zajmę się tym w odpowiednim czasie. Teraz chodzi o to, Ŝe czuję 

się za nią odpowiedzialny, choćby z tego powodu, Ŝe jest członkiem mojego zespołu. 

Nie da się zaprzeczyć, iŜ gdybym nie przyjął propozycji jej udziału w doświadczeniu, 

nie doszłoby do tego wszystkiego. W związku z tym wydaje mi się, Ŝe powinniśmy 

raczej starać się udowodnić, Ŝe działała w stanie ograniczonej poczytalności, Ŝe jej 

władze umysłowe uległy osłabieniu pod wpływem zaaplikowanego środka. JeŜeli sąd 

wyda takie orzeczenie, skierują ją do szpitala psychiatrycznego na obserwację 

połączoną z leczeniem, być moŜe bardzo krótkim.

- Nie wiem. W kaŜdym razie moŜemy przedstawić tę koncepcję obrońcy i 

poprosić o opinię.

- Moim zdaniem brzmi to dość przekonywająco. Osoba taka jak Jane nie 

decyduje się na zabójstwo, będąc przy zdrowych zmysłach, chyba Ŝe zostanie 

przyparta do muru. Wtedy jednak działałaby z większą przebiegłością. Z pewnością 

nie atakowałaby kogoś zupełnie obcego. ChuinŜuatyną wywołała zapewne 

halucynacje dostatecznie silne, by doprowadzić ją do stanu, w którym nie potrafiła 

odróŜnić tego, co rzeczywiste, od tego, co przypuszczalne. Była przekonana, Ŝe 

przywidzenie jest rzeczywistością, i postąpiła zgodnie z takim przekonaniem.

- Owszem, moŜna to tak ująć - przyznał adwokat. Znowu spojrzał na plik 

dokumentów. - Cała ta opowieść jest w gruncie rzeczy bez sensu, chociaŜ sprawia 

wraŜenie bardzo sensownej. Ciekawe, czy...

- Zamyślił się na chwilę, po czym podjął wątek. - Zastanawia mnie ta teoria o 

zbędności osobników płci męskiej. Wygląda na to, Ŝe wydawała jej się bardziej 

niepoŜądana niŜ niewyobraŜalna. Dla laika, który wierzy ślepo w naturalny porządek 

background image

rzeczy, jest to nie do przyjęcia, ale czy nie uwaŜa pan, jako naukowiec związany z 

medycyną, Ŝe jest to właściwie moŜliwe, przynajmniej teoretycznie?

Dr Hellyer zmarszczył brwi w skupieniu. 

- Tak. Tę kwestię istotnie powinno się częściej brać pod uwagę.  - 

Wykluczenie takiej moŜliwości byłoby chyba twierdzeniem zbyt pochopnym. Z 

czysto teoretycznego punktu widzenia moŜna to rozwaŜać na dwa lub trzy róŜne 

sposoby. Gdyby zaistniała jakaś absolutnie niezwykła sytuacja, wymagająca 

intensywnych badań na skalę zbliŜoną do prac nad atomem... to kto wie? - Otrząsnął 

się z zamyślenia. 

Adwokat znowu pokiwał głową.

- To właśnie miałem na myśli - zauwaŜył. - W gruncie rzeczy nie jest to w 

sumie aŜ tak bardzo nieprawdopodobne. Moim zdaniem moŜe nawet wywołać lekki 

niepokój. Z punktu widzenia obrony głębokie przekonanie Jane w zestawieniu z takim 

stopniem prawdopodobieństwa daje pewne szansę na powodzenie. Ale właśnie to 

prawdopodobieństwo nieco mnie peszy.

Doktor rzucił mu baczne spojrzenie.

- No wie pan! Co pan wygaduje? Pan, doświadczony prawnik, opowiada się za 

wizjonerstwem? Jeśli tak jest w istocie, to chyba będzie pan musiał wymyślić nową, 

własną wizję. Bo biedna Jane z pewnością udaremniła spełnienie się tej konkretnej 

wersji. Z Perriganem koniec.

- Cały jego dorobek poszedł z dymem - odparł adwokat, kładąc dłoń na 

dokumentach. - Mimo wszystko byłoby lepiej, gdyby Jane dowiedziała się o 

Perriganie i jego badaniach w jakiś inny sposób. O ile mi wiadomo, nie było 

moŜliwości, Ŝeby Perrigan znalazł się w orbicie jej zainteresowań, chyba Ŝe interesuje 

ją takŜe weterynaria?

- Z całą pewnością nie - zapewnił Hellyer.

- No właśnie. A zatem ten aspekt nie przestaje być niepokojący. Jest jeszcze 

drugi. Uzna pan zapewne, Ŝe zachowuję się nierozsądnie i oby czas pokazał, Ŝe 

słuszność jest po pańskiej stronie, lecz muszę przyznać, Ŝe czułbym się lepiej, gdyby 

Jane przeprowadziła nieco dokładniejsze śledztwo przed przystąpieniem do działania.

- Co ma pan na myśli...? - zaciekawił się dr Hellyer.

- OtóŜ Jane nie wiedziała, Ŝe Perrigan ma syna. Który Ŝyje. Zdaje się, Ŝe 

bardzo interesował się badaniami ojca i postanowił, iŜ jego praca nie moŜe pójść na 

marne. Oświadczył, Ŝe dołoŜy wszelkich starań, aby kontynuować badania na tych 

background image

kilku okazach, które uratowano z płomieni... Jest to bez wątpienia godna pochwały 

synowska postawa. Niepokoi mnie tylko fakt, Ŝe on równieŜ jest doktorem nauk 

przyrodniczych, biochemikiem i - co całkiem naturalne - nosi nazwisko Perrigan...

background image

CZŁOWIEK - MIESZKANIEC ZIEMI

Rozdział I - OKAZY Z DOLINY DUR

Największą atrakcją turystyczną Takonu była w owym czasie wystawa odkryć 

z Doliny Dur. W specjalnie do tego celu wzniesionym budynku Takończycy i 

przyjezdni z innych miast tłoczyli się w korytarzach i zaglądali do zakratowanych lub 

oszklonych gablot, podziwiając ich zawartość z lękiem, zaciekawieniem lub 

rozbawieniem - zaleŜnie od usposobienia.

Tłum zwiedzających składał się głównie z tych, których przyciąga kaŜde 

niezwykłe wydarzenie, pod warunkiem Ŝe wstęp jest wolny lub za niską opłatą. 

Napawali się więc widokiem eksponatów, gotowi dziwić się i zachwycać, ale niezbyt 

głęboko, poniewaŜ przybyli przede wszystkim, by się zabawić, toteŜ opierali się 

staraniom przewodników usiłujących obudzić w nich refleksyjną ciekawość. Nie 

więcej niŜ dwie, moŜe trzy osoby przyglądały się gablotom z prawdziwym uznaniem.

Nie moŜna jednak powiedzieć, by to powierzchowne nastawienie, widoczne u 

dorosłych, występowało równieŜ u dzieci, które przyprowadzano codziennie, całymi 

klasami, na lekcję poglądową o prehistorycznych warunkach Ŝycia na planecie. 

Magon, nauczyciel biologii w jednej z najlepszych szkół w Takonie, z trudem 

poskramiał swych podopiecznych w oczekiwaniu na przewodnika. Ustawił ich przy 

wejściu i próbując utrzymać w grupie, opowiadał o Dolinie Dur.

- Warunki panujące w Dolinie są dziełem całkowitego przypadku.  Nie 

odkryto dotąd na planecie Wenus podobnych terenów i zdaniem specjalistów tereny 

takie nie istnieją. Wystawa, którą za chwilę obejrzymy, nie jest muzeum ani ogrodem 

zoologicznym, chociaŜ je przypomina. 

Uczniowie nie słuchali go zbyt uwaŜnie. Wiercili się niespokojnie, rzucając 

zaciekawione spojrzenia na rzędy klatek, wyciągali szyje, by dostrzec coś ponad 

ramionami kolegów, a najbardziej podekscytowani stawali na tylnych nogach, Ŝeby 

lepiej widzieć. Przechodzący obok Takończycy patrzyli na ten dziecięcy entuzjazm z 

lekkim rozbawieniem. Magon przygładził dłonią srebrne futro na głowie i 

kontynuował wykład:

- Stworzenia, które zobaczycie, reprezentują wszystkie okresy historii naszego 

ś

wiata. Niektóre są tak stare, Ŝe wędrowały juŜ po planecie na długo przed 

pojawieniem się naszej rasy. Inne, młodsze, Ŝyły w tym samym czasie co nasi 

background image

przodkowie, którzy w tym okrutnym świecie musieli nieustannie szukać schronienia, 

umykając tak szybko, jak im na to pozwalało sześć nóg...

- Sześć nóg, panie psorze? - odezwał się jakiś zdziwiony głos. Rozległy się 

chichoty, lecz Magon tłumaczył cierpliwie:

- Tak, Sadul, sześć. CzyŜbyś nie wiedział, Ŝe nasi przodkowie poruszali się na 

wszystkich sześciu kończynach? Minęły tysiące lat, nim stali się czworonogami. Nim 

to nastąpiło, wszelki postęp był niemoŜliwy. Kończyny przednie nie mogły 

wykształcić się w tak wraŜliwe członki chwytne jak nasze, dopóki nie przestały 

dotykać ziemi.

- To nasi przodkowie byli zwierzętami, panie psorze?

- No tak... Owszem. Bardzo je przypominali. - Magon ściszył głos, by nie 

obrazić uszu przechodzących obok obywateli. - Natychmiast jednak po oderwaniu 

przednich kończyn od ziemi i zwolnieniu ich od obowiązku podtrzymywania cięŜaru 

ciała wkroczyliśmy w erę wielkich przemian: zaczęliśmy piąć się do góry... i pniemy 

się nadal.

Potoczył spojrzeniem po zaciekawionych futrzastych twarzach. Przez chwilę 

zatrzymał wzrok na delikatnych mackach, które kiedyś były topornymi palcami 

przednich odnóŜy. Ewolucja niesie w sobie coś magicznego: Magon czuł się dumny z 

faktu, Ŝe on i jego rasa zajmują poczesne miejsce w procesie rozwoju. To przecieŜ 

wspaniałe osiągnięcie: z kudłatego, prawie dwumetrowego zwierzęcia przekształcić 

się w istotę stojącą dumnie na czterech kończynach, z wyprostowaną w pionie 

przednią częścią ciała, skąd głowa spogląda na świat otwarcie i bez  wstydu. Co 

prawda kilku podopiecznych zaniedbało swoje futra, doprowadzając je do stanu, który 

nie przynosił chwały całej rasie: były zabłocone i potargane. Ale w końcu to jeszcze 

dzieci. Na pewno z wiekiem nauczą się czyścić je dokładniej i czesać.

- Dolina Dur... - Magon podjął wykład, lecz właśnie pojawił się przewodnik.

- Czy to grupa uczniów?

- Tak.

- Świetnie. Proszę za mną. Czy wiedzą juŜ, co zaszło w Dolinie Dur?

- Większość tak - odparł Magon. - Lecz byłoby dobrze, gdyby...

- Oczywiście, z przyjemnością. - Przewodnik przystąpił ochoczo do 

wygłaszania monologu, który powtarzał juŜ zapewne wiele razy.

- Dolina Dur to niewątpliwie zjawisko jedyne w swoim rodzaju. W 

background image

zamierzchłym okresie dziejów naszej planety w sposób nie do końca jeszcze 

wyjaśniony doszło do połączenia pewnych gazów zawartych w jej wnętrzu. Gazy te 

wydostały się na powierzchnię przez szczeliny w skorupie planety właśnie tutaj i tylko 

tutaj.

Mieszanina ta posiadała dwie podstawowe właściwości: usypiała oraz 

konserwowała na czas nieokreślony. W rezultacie powstała forma Ŝycia, którą moŜna 

nazwać Ŝyciem w zawieszeniu. Wszystko, co istniało w Dolinie w chwili pierwszej 

emisji gazów, zachowało się więc w stanie nienaruszonym. Stan ten nie podlega 

Ŝ

adnym granicom czasowym.

StaroŜytni traktowali to miejsce z zabobonnym lękiem. Podejmowano 

wprawdzie w epokach mniej odległych liczne próby zbadania Doliny, ale wszystkie 

kończyły się fiaskiem. Powiodła się dopiero ostatnia wyprawa sprzed roku, której 

uczestników wyposaŜono w odpowiednie maski przeciwgazowe. Wówczas to 

dokonano odkrycia, Ŝe zwierzęta i rośliny w Dolinie nie uległy petryfikacji, jak 

dotychczas sądzono. Okazało się bowiem, Ŝe przy zastosowaniu pewnych zabiegów 

mogą być oŜywione. I takie właśnie eksponaty za chwilę obejrzymy: egzemplarze 

flory i fauny liczące miliony lat, a mimo to wciąŜ Ŝywe.

Przystanął przy pierwszej gablocie.

- Oto okazy flory okresu karbońskiego: paprocie drzewiaste i gigantyczne 

mchy, które rosną tu nadal w specjalnie stworzonej atmosferze, kontynuując rozwój 

zatrzymany w chwili, gdy Wenus była jeszcze bardzo młodą planetą. Liczymy na to, 

Ŝ

e z zarodników tych roślin uda nam się wyhodować następne egzemplarze. Tutaj - 

przesunął  się ku kolejnej gablocie - widzimy początki jednego z najwdzięczniej szych

eksperymentów Natury: najwcześniejszą formę kwiatów.

Słuchacze przyglądali się posłusznie duŜym, białym kwiatom 

przypominającym magnolie, lecz nie wyglądali na zafascynowanych. Do młodych 

umysłów fauna przemawia bardziej niŜ flora. Nagle budynkiem wstrząsnął potęŜny 

ryk. Wszystkie głowy odwróciły się w głąb korytarza. Z trudem udawano 

zainteresowanie wykładem przewodnika. Tylko Magon, ku wściekłości 

podopiecznych, uznał za stosowne zadać mu parę pytań. W końcu jednak minęli 

gabloty botaniczne i znaleźli się przed pierwszą klatką.

Wewnątrz, wzdłuŜ kraty biegało to w jedną, to w drugą stronę gadowate 

stworzenie, które moŜna by opisać jako dwunoŜne, gdyby nie ogon, który odgrywał 

istotną rolę w podpieraniu tułowia. Zwierzę spoglądało na świat z zachłannością 

background image

nieproporcjonalną do małych oczek, w jakie wyposaŜyła je przyroda. Raz po raz 

odrzucało łeb w górę, wydobywając z siebie zduszony kwik.

Gad był brzydki, pokryty zielonoszarą, bardzo gładką skórą. Sylwetkę miał 

niemal opływową, a mimo to wyglądał pokracznie. Jego kształty, podobnie jak u 

wielu innych, pierwotnych stworów, zdawały się zapowiadać, Ŝe Matka Natura 

powaŜnie zabiera się do dzieła. Potrafiła juŜ bowiem z grubsza wymodelować tego 

biegającego dinozaura, choć wciąŜ brakowało jej jeszcze poczucia proporcji i tej 

finezji, której miała nabrać nieco później. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe nawet gdyby 

chciała, nie była jeszcze gotowa do stworzenia sierści czy piór, by okryć nagość tego 

gada.

- To jest Chodomimus - przedstawił go przewodnik z gospodarskim gestem. - 

Jeden z dinozaurów, który potrafi poruszać się z duŜą szybkością, lecz umiejętność tę 

wykorzystuje wyłącznie w celach obronnych, jako Ŝe naleŜy do grupy zwierząt 

roślinoŜernych.

Tu nastąpiła krótka pauza, podczas której słuchacze przyswajali sobie treść 

informacji.

- To znaczy, Ŝe on ucieka? - padło pytanie. 

- Tak.

Zwiedzający poczuli się nieco zawiedzeni. Spoglądali teraz na biednego, 

smutnego Chodomimusa z lekką pogardą. Oczekiwali mocniejszych wraŜeń. Pragnęli, 

na przykład, stanąć oko w oko - choć w bezpiecznej odległości - z jakimś staroŜytnym 

potworem, który władał niegdyś całą planetą i którego groźny ryk sprawiał, iŜ 

Chodomimus wraz z całą resztą innych stworzeń umykał w popłochu. Przewodnik nie 

przyspieszał jednak tempa zwiedzania.

- A tu mamy przed sobą wspaniały okaz Herperornisa, ptaka zębatego. 

Wypełniał on lukę między Archeopteryxem i dzisiejszymi ptakami i zasługuje na 

szczególną uwagę jako...

Reakcja uczniów wskazywała, Ŝe nie podzielają jego opinii. W miarę 

przesuwania się wzdłuŜ klatek dawało się zauwaŜyć, Ŝe są odmiennego zdania niŜ 

przewodnik, który majestatycznie i groźnie wyglądające gady skwitował krótko:

- Te okazy nie mają większego znaczenia, gdyŜ naleŜą do jałowych gałęzi 

głównego pnia ewolucji. To po prostu pomyłki Natury.

Dotarli na koniec do niewielkiej klatki, którą zajmowało jedno dziwne 

background image

stworzenie, stojące na dwóch kończynach, chociaŜ wydawało się, Ŝe w zamierzeniu 

miało uŜywać do tego celu czterech.

- Tutaj zaś - mówił przewodnik - stajemy wobec jednego z najbardziej 

zagadkowych znalezisk. Do tej pory nie udało się zaklasyfikować go do Ŝadnej ze 

znanych kategorii. Pośpiech uniemoŜliwił naukowcom poświęcenie mu naleŜytej 

uwagi. Nie ulega jednak wątpliwości, iŜ pochodzi ono z okresu późniejszego, 

poniewaŜ zachowało resztki sierści, rozmieszczonej nierównomiernie, głównie na 

czubku głowy i na pysku. Porusza się bardzo sprawnie na dwóch kończynach, co 

wskazywałoby na istnienie długiej linii przodków. Z drugiej strony, z tego, co o nim 

wiemy, moŜna by przypuszczać, Ŝe stwór ten pojawił się od razu w postaci całkowicie 

rozwiniętej, bez Ŝadnej ewolucji, jakkolwiek jest oczywiste, Ŝe coś takiego nie mogło 

się zdarzyć.

Na podstawie wstępnych obserwacji ustalono, iŜ posiada on wiele dziwnych 

właściwości. Między innymi mimo uzębienia typowego dla roślinoŜernych wykazuje 

upodobania mięsoŜerne. Słowem, jest to okaz bardzo zagadkowy. Mamy nadzieję, iŜ 

przed zakończeniem programu badań uda się znaleźć w Dolinie inne, podobne okazy.

Stworzenie podniosło głowę i przyglądało im się ponurym wzrokiem. 

Rozwarło szczęki, ale zamiast oczekiwanego ryku z jego pyska wydobył się strumień 

klekoczących dźwięków, któremu towarzyszyły dziwaczne ruchy przednich kończyn. 

Uczniowie nareszcie się oŜywili. Oto prawdziwa zagadka, o której naukowcy wiedzą 

nie więcej niŜ oni sami. 

Młodego Sadula zaintrygowało to bardziej niŜ wszystkie potwory o 

wielosylabowych nazwach. ZbliŜył się do klatki i przyglądał się eksponatowi w 

skupieniu. Napotkawszy wzrok ucznia stworzenie wbiło w niego spojrzenie i znowu 

wydobyło z siebie osobliwy klekot. Podeszło do kraty, przysuwając się bardzo blisko 

do Sadula. Nie cofnął się: stworzenie wcale nie wyglądało groźnie. Jedną stopą 

wygładziło piasek, przykucnęło i zaczęło na nim coś bazgrać.

- Co ono robi? - zapytał ktoś.

- Pewnie szuka w ziemi poŜywienia - padła odpowiedź.

Sadul wciąŜ patrzył z uwagą. Przewodnik poprowadził grupę dalej, a on 

pozostał z tyłu, nie zauwaŜony. Nie przeszkadzała mu obecność innych 

zwiedzających, poniewaŜ większość z nich wolała przyglądać się karmieniu 

ogromnych gadów. Po chwili stworzenie ponownie wyprostowało się i jedną 

kończyną wskazało na ziemię. Rysowało na piasku jakieś kreski. Nie składały się na 

background image

Ŝ

aden czytelny motyw lub rysunek i wyglądały na przypadkowe, a jednak moŜna się w

nich było dopatrzyć pewnej regularności.

Sadul wpatrywał się w linie na piasku, po czym przeniósł wzrok na pysk 

stworzenia. Wykonało szybki ruch głowy w dół. Sadul znów tam spojrzał, nic nie 

rozumiejąc. Stworzenie podeszło jeszcze bliŜej, wygładziło stopą piasek i kucnąwszy, 

zaczęło ponownie bazgrać. Sadul zastanawiał się, czy nie powinien juŜ iść. Wiedział, 

Ŝ

e naleŜy trzymać się grupy. Magon będzie się wściekał. Postanowił zatrzymać się 

jeszcze na moment, Ŝeby zobaczyć, co będzie dalej.

Stworzenie wstało i znów wskazało na piasek. Sadul oniemiał. Na piasku 

widniała podobizna Takończyka, takiego samego jak on. Teraz stworzenie wskazało 

najpierw na siebie, potem na rysunek.

Sadul poczuł, jak ogarnia go podniecenie. Dokonał chyba jakiegoś odkrycia. 

Stworzenie, które umie rysować? Nigdy o czymś takim nie słyszał. W pierwszej 

chwili chciał rzucić się za innymi, Ŝeby im o tym powiedzieć. Zawahał się jednak. 

Górę wzięła ciekawość. Niepewnie otworzył torbę, którą miał przy boku, i wyjął z 

niej swoją tabliczkę i rylec. Stworzenie gwałtownie wyciągnęło po nie łapy między 

prętami klatki. Przysiadło i próbowało wydrapać coś na tabliczce odwrotną stroną 

rylca. Sadul skorygował błąd i oparłszy się o kraty zaglądał do wnętrza klatki, patrząc 

rysującemu przez ramię.

Tajemniczy stwór nakreślił najpierw małe kółko na środku tabliczki i wskazał 

do góry. Sadul spojrzał na sufit, ale nie dostrzegł tam nic szczególnego. Stwór 

niecierpliwie potrząsnął głową. Otoczył kółko większym okręgiem z kropeczką na 

obwodzie i dorysował następny okrąg z podobną kropką, a potem jeszcze jeden. Sadul 

nadal nie mógł dopatrzyć się w tym Ŝadnego sensu.

Obok kropki na drugim okręgu pojawiła się teraz podobizna małego 

Takończyka; obok kropki na trzecim - podobizna autora rysunku. Sadul wpatrywał się 

teraz w tabliczkę ze zdwojoną uwagą. Stworzenie chciało mu przekazać coś, czego 

nie potrafił zrozumieć. Jeszcze raz wskazało łapą na małe kółko, a potem szeroko 

rozłoŜyło przednie kończyny. Światło... olbrzymie światło...

I nagle Sadul pojął. Słońce, słońce... i planety! O mało nie zakrztusił się z 

wraŜenia. Sięgnął w głąb klatki, porwał tabliczkę i pognał korytarzem w 

poszukiwaniu swojej grupy. Człowiek zamknięty w klatce długo za nim patrzył, a 

kiedy jego krzyki ucichły w dali, uśmiechnął się, po raz pierwszy od bardzo dawna.

background image

Rozdział II OPOWIEŚĆ MIESZKAŃCA ZIEMI

Goin, wykładowca fonetyki, wpadł do gabinetu swego przyjaciela, Dagula, 

antropologa z Uniwersytetu Takońskiego. Dagul był Takoń-czykiem w podeszłym 

wieku, o czym świadczyły siwiejące pasma na srebrzystej sierści. Podniósł wzrok, 

marszcząc gniewnie brwi z powodu tak nagłego wtargnięcia. Rozpoznawszy Goina 

złagodniał i serdecznie go powitał.

- Wybacz - tłumaczył się. - Jestem chyba trochę zmęczony. Dolina Dur 

dostarczyła takiej ilości materiałów, Ŝe nie sposób zostawić ich odłogiem.

- JeŜeli jesteś zajęty...

- AleŜ nie, wejdź, proszę. Chętnie przestanę o tym myśleć na chwilę. 

Usiedli na niskiej kanapce, podwijając pod siebie cztery nogi. Dagul 

zaproponował drinka.

- No i jak? Macie juŜ tę opowieść Ziemianina? - zapytał. 

Goin wydobył z teczki pakiet cienkich tabliczek.

- Tak, mamy ją nareszcie. Zatrudniłem wszystkich asystentów i najlepszych 

studentów, ale nawet przy ich pomocy zadanie okazało się niełatwe. Zdaje się, Ŝe 

Ziemianie byli od nas bardziej zaawansowani w dziedzinie fizyki, dlatego niektóre 

fragmenty są ledwie przetłumaczalne. Sądzę jednak, Ŝe ty to zrozumiesz. Wygląda na 

to, Ŝe ten Gratz to niezły drań. I wcale się tego nie wstydzi.

- Dranie na ogół się nie wstydzą - zauwaŜył Dagul.

- Tak, to prawda. Ale trochę mnie to zastanowiło. Ziemia musiała być dość 

paskudną planetą.

- Gorszą niŜ Wenus? - zapytał Dagul z goryczą. Goin zawahał się.

- Z jego relacji wynika, Ŝe raczej tak. Ale być moŜe tylko dlatego, Ŝe była na 

wyŜszym szczeblu rozwoju. My zmierzamy, zdaje się, w tym samym kierunku: 

łapownictwo, prywata, zdemoralizowany handel, politycy bez skrupułów. Myślałem, 

Ŝ

e to istnieje tylko tutaj. Ale okazuje się, Ŝe tam było to samo. Cały ten cuchnący 

cyrk. Niewykluczone, Ŝe podobnie jest na Marsie, kto wie?

- Być moŜe. - Dagul zamyślił się. - Sugerujesz, Ŝe na Ziemi panowała 

wyolbrzymiona forma naszego bagna?

- OtóŜ to. Zastanawiam się, czy Ŝycie nie jest przypadkiem chorobą. Czymś w 

rodzaju procesu gnilnego, który atakuje umierające planety, przybierając postać tym 

złośliwszą, im wyŜsza forma rozwoju. Jeśli zaś chodzi o inteligencję...

- Inteligencja - przerwał mu Dagul - to pułapka i złudzenie. JuŜ dawno 

background image

doszedłem do takiego wniosku. Nie masz jej - gnijesz, masz ją - niszczysz najpierw 

innych, a w końcu samego siebie. 

Goin uśmiechnął się. Dagul przepadał za utartymi zwrotami.

- Jednak instynkt samozachowawczy... - zaczął.

- ... Kolejne złudzenie, zwłaszcza w odniesieniu do rasy - dokończył Dagul. - 

Mogą przetrwać jednostki, ale cechą charakterystyczną ras inteligentnych jest 

nieustanne dąŜenie do samozagłady, przy uŜyciu coraz doskonalszych metod. Z 

cynicznego punktu widzenia to bardzo dobrze. Po co te wszystkie rozrzutne, 

niszczycielskie, bezsensowne...

Goin pozwolił mu się wygadać. Wiedział z doświadczenia, Ŝe nie warto go 

powstrzymywać. Gdy Dagul w końcu zamilkł, Goin podał mu stertę tabliczek.

- Tu jest cała ta historia. Obawiam się, Ŝe to woda na młyn twojego 

pesymizmu. Gratz przyznał się do morderstwa.

- Dlaczego się przyznał?

- Dowiesz się sam. Powiada, Ŝe chce nas ostrzec przed Ziemianami. 

Dagul uśmiechnął się nieznacznie.

- Nie powiedziałeś mu?

- Nie, jeszcze nie.

Dagul sięgnął po pierwszą tabliczkę i zaczął czytać.

“Ja, Morgan Gratz z planety Ziemia, spisałem tę opowieść, aby ostrzec 

mieszkańców planety Wenus. JeŜeli moŜecie, unikajcie Ziemi. A jeŜeli będziecie 

musieli wejść z nią w kontakt, miejcie się na baczności. Przede wszystkim nie 

wchodźcie w Ŝadne układy z dwoma największymi koncernami ziemskimi. W 

przeciwnym bowiem razie znienawidzicie tę planetę i jej mieszkańców podobnie jak 

ja. Dojdziecie do wniosku, Ŝe Ziemia to siedlisko zarazy, która moŜe się 

rozprzestrzenić w całym Wszechświecie.

Prędzej czy później zjawią się jej wysłannicy. Będą to przedstawiciele jednego 

z dwóch koncernów: Metallic Industries albo International Chemicals. Zechcą 

nawiązać rozmowy. Nie słuchajcie ich. Bez względu na to, jak słodkie będą ich słowa, 

jak nienaganne maniery, nie ufajcie im, bo okaŜą się kłamcami i sługami kłamców. 

Jeśli im zaufacie, z pewnością doŜyjecie dnia, w którym tego poŜałujecie. PoŜałują 

tego wasze dzieci, które was przeklną. Przeczytajcie tę opowieść, aby dowiedzieć się, 

jak postąpili ze mną, Morganem Gratzem...

background image

Zacznę od momentu, kiedy zaproszono mnie do gabinetu dyrektora w 

ogromnym gmachu, będącym siedzibą zarządu Metallic Industries. Sekretarka 

zamknęła za mną wysokie, podwójne drzwi i przedstawiła mnie.

- Gratz, panie dyrektorze.

Dziewięciu męŜczyzn siedzących przy stole ze szklanym blatem jednocześnie 

zwróciło głowy w moją stronę. Ja jednak patrzyłem prosto na przewodniczącego, 

który zajmował miejsce przy końcu stołu.

- Dzień dobry, panie Drakin - powiedziałem.

- Witajcie, Gratz. Przedstawiam wam pozostałych członków zarządu. 

Powiodłem wzrokiem po zebranych. Kilka twarzy znałem ze zdjęć w pismach 

ilustrowanych, inne rozpoznałem, bo mi je opisano, o pozostałych wiedziałem, Ŝe teŜ 

tam będą, poniewaŜ wszystko, co  dotyczy członków zarządu Metallic Industries 

Incorporated, jest jawne. Są wśród nich najbogatsi ludzie świata, co oznacza, Ŝe 

znajdują się pod ciągłym obstrzałem środków masowego przekazu. Znałem nie tylko 

ich twarze, lecz, jak większość ludzi, równieŜ ich przeszłość. Nie odezwałem się. 

Przewodniczący mówił dalej.

- Przeczytałem wasze sprawozdanie, Gratz, i z przyjemnością stwierdzam, Ŝe 

to wzorowy dokument, jasny i zwięzły. MoŜe nawet zbyt jasny, bym mógł spać 

spokojnie. Szczerze mówiąc, mam pewne obawy i uwaŜam, iŜ nadszedł czas na 

podjęcie stanowczych kroków. Zanim jednak przystąpię do konkretnych propozycji, 

chciałbym, abyście powtórzyli członkom zarządu najistotniejsze elementy waszego 

raportu.

Byłem na to przygotowany i mogłem odpowiedzieć bez namysłu:

- Kiedy pan Drakin dowiedział się, Ŝe International Chemicals zamierzają 

skonstruować statek kosmiczny, skontaktował się ze mną i złoŜył mi pewną ofertę. 

Będąc pracownikiem International Chemicals odpowiedzialnym za to 

przedsięwzięcie, miałem składać na bieŜąco raporty o postępach technicznych oraz 

wszystkich innych sprawach, o których mógłbym zbierać informacje nie wzbudzając 

podejrzeń. Ponadto miałem dowiedzieć się, jak International Chemicals zamierza 

wykorzystać nowy pojazd. Pierwszą część tego zlecenia wykonałem zgodnie z 

oczekiwaniami pana przewodniczącego, jednak dopiero w ubiegłym tygodniu 

zdołałem dowiedzieć się, jaki jest cel wyprawy.

Przerwałem. Wśród zebranych przeszedł szmer. Kilku pochyliło się, by lepiej 

słyszeć.

background image

- Tak, tak, mówcie dalej - niecierpliwił się szczupły męŜczyzna o drapieŜnej 

twarzy, siedzący z prawej strony przewodniczącego. - Jaki jest ten cel?

- International Chemicals zamierzają wysłać swój statek, “Nuntia”, na Wenus - 

powiedziałem.

Oprócz Drakina, dla którego nie było to nowością, wszyscy osłupieli. 

Pierwszy odzyskał mowę chudy członek zarządu.

- Nonsens! Bzdura! Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem! Dowody! Jakie 

macie dowody?

Posłałem mu lodowate spojrzenie.

- śadnych. Szpieg rzadko miewa dowody. Musi pan po prostu uwierzyć.

- Absurd! Totalna bzdura! Chyba nie spodziewacie się, Ŝe uwierzymy w wasze 

niczym nie poparte stwierdzenie, Ŝe International Chemicals zamierza wysłać pojazd 

na Wenus? To równie nieprawdopodobne jak wyprawa na KsięŜyc. Albo daliście się 

nabrać, albo zwariowaliście. Niesłychane! Na Wenus!

Przyjrzałem mu się dokładniej. Nie podobała mi się ani jego twarz, ani 

zachowanie.

- Pan Bali uwaŜa za stosowne kwestionować moje sprawozdanie - 

zauwaŜyłem. - Ale nie powinno to nikogo dziwić, gdyŜ wszyscy wiemy, iŜ przez 

czterdzieści lat pan Bali wykazywał odporność na wszelkie nowe propozycje.

Wychudłemu Ballowi oczy aŜ wyszły z orbit, lecz wielu zebranych skrywało 

uśmiechy. Dzięki swoim milionom był przede wszystkim przyzwyczajony do 

pochlebstw, ale ja czułem się teraz mocny.

- To bezczelność! - wydusił w końcu. - Do licha, co za bezczelność! Panie 

przewodniczący, domagam się, aby ten człowiek...

- Panie Bali - przerwał mu chłodno przewodniczący. - Zechce się pan nie 

unosić. Obecność Gratza wśród nas świadczy nie tylko o zaufaniu, jakim go darzę, 

lecz równieŜ o tym, Ŝe moim zdaniem jego informacje mają dla nas wszystkich 

istotne znaczenie.

- Nonsens! JeŜeli zamierza pan wierzyć w bajki płatnego szpiega...

- Panie Bali, jestem zmuszony prosić pana o pozostawienie tej sprawy mojej 

ocenie. Wiedział pan, jak wszyscy, Ŝe International Chemicals buduje statek 

przeznaczony do podróŜy kosmicznych. Dlaczego więc miałby pan podawać w 

wątpliwość informację o celu jego podróŜy? Proszę, by zapanował pan nad swoimi 

background image

nerwami.

Bali uspokajał się z wolna, mamrocząc pogróŜki pod moim adresem. 

Przewodniczący zwrócił się do mnie.

- Powiedzcie nam, Gratz, czemu ma słuŜyć ta wyprawa? - zapytał. Mogłem 

jedynie zasugerować, iŜ chodzi o ustanowienie prawa do terytorium będącego 

ź

ródłem surowców. Przewodniczący kiwnął głową i przemówił do rady.

- Pytam więc, panowie: czym to grozi? Nie będę przypominać, iŜ 1C jest 

naszym największym rywalem: jedynym liczącym się rywalem. Nasze interesy 

zazębiają się w sposób nieunikniony. Metale i chemikalia nie dadzą się rozdzielić, 

gdyŜ łączą je wzajemne zaleŜności. Stoimy zatem w obliczu walki o przetrwanie. 

Wprawdzie aktualne nasze zasoby surowcowe pozostają w równowadze, która 

utrzyma się zapewne jeszcze przez lata, ale zastanówmy się nad następstwami tej 

podróŜy, jeśli zakończy się ona powodzeniem.

Po pierwsze, nastąpi aneksja najbogatszych regionów i surowców planety. 

Następnie import tych surowców na Ziemię. Oczywiście, nie stanie się to od razu. Bez 

wątpienia jednak chwila taka nadejdzie, tak jak po nocy nadchodzi dzień. Po 

zakończeniu podróŜy specjaliści nie spoczną, póki nie opracują opłacalnych metod 

transportu między planetami. MoŜe im to zabrać dziesięć lat, moŜe cały wiek, ale 

prędzej czy później znajdą na to sposób. - Zrobił znaczącą pauzę. - A to będzie 

znaczyło koniec Metallic Industries.

Nikt nie odwaŜył się przerwać milczenia. Drakin obserwował, jakie wraŜenie 

wywarły na słuchaczach jego słowa.

- Gratz poinformował mnie - uzupełnił - iŜ 1C nie wątpi, Ŝe ich statek 

odpowiada wymogom takiej podróŜy. Czy mam rację?

- Tak jest, panie przewodniczący - potwierdziłem. - Mają stuprocentową 

pewność. Ja takŜe.

Głos ponownie zabrał stary John Bali.

- JeŜeli nie jest to bzdura, jak mogliśmy do tego dopuścić? Dlaczego 

pozwolono 1C budować ten statek bez przeszkód? Po co nam nasz człowiek w 1C, 

jeŜeli nie robi tam nic, Ŝeby im przeszkodzić? - obrzucił mnie pełnym wrogości 

spojrzeniem.

- Czy ma pan na myśli...? - Drakin zawiesił głos.

- Tak. UwaŜam, Ŝe ten człowiek znajduje się w idealnej sytuacji do dokonania 

background image

sabotaŜu. Dlaczego tego nie zrobiono? Nic prostszego, jak spowodować jakąś 

“przypadkową” eksplozję.

- Owszem. To bardzo proste - przyznał Drakin. - Tak proste, Ŝe w IC od razu 

by na to wpadli. Nawet gdyby miał miejsce prawdziwy wypadek, podejrzewaliby, Ŝe 

maczaliśmy w tym palce. Ich zemsta mogłaby się dla nas okazać niezwykle 

kosztowna. Poza tym zabraliby się do dzieła ponownie, lecz tym razem z 

zastosowaniem szczególnych środków ostroŜności, które, być moŜe, wykluczyłyby 

moŜliwość utrzymania tam naszego człowieka. Zakładam, iŜ wszyscy zgadzamy się 

co do tego, Ŝe “Nuntia” musi ulec zniszczeniu. Jej zagłada nie moŜe jednak wzbudzić 

najmniejszych podejrzeń. Powinna wystartować, a nasza głowa w tym, by nie 

powróciła.

Po krótkiej przerwie mówił dalej.

- Gratzowi zaproponowano wzięcie udziału w wyprawie. Nie udzielił jeszcze 

ostatecznej odpowiedzi. Jest gotów przyjąć tę propozycję, aby dopilnować 

zniszczenia statku. Szczegóły pozostawiam w jego gestii.

Drakin przedstawił swój plan. Zaraz po starcie “Nuntii” Metallic Industries 

przystąpią do prac nad konstrukcją własnego pojazdu kosmicznego, który uda się na 

Wenus, jak tylko będzie to moŜliwe. Ja zaś, po uporaniu się z “Nuntią”, miałem 

czekać na jego przybycie. Gdyby okazało się, Ŝe planeta jest zamieszkana, miałem 

zaprzyjaźnić się z mieszkańcami i nastawić ich nieprzychylnie do IC. Po przybyciu 

naszego statku miałem zostać przewieziony z powrotem na Ziemię, a grupa 

specjalistów z MI pozostałaby na miejscu, by zbadać teren i dokonać aneksji. Po 

powrocie obiecano mi wysokie wynagrodzenie, które zapewni mi bogactwo do końca 

Ŝ

ycia.

- Wyświadczycie nam wielką przysługę, Gratz - kończył Drakin - a my nie 

mamy zwyczaju zapominać o ludziach, którzy nam słuŜą.

- Mówiąc to, patrzył mi prosto w oczy. - Czy podejmujecie się tego zadania? 

Zawahałem się.

- Chciałbym mieć dzień lub dwa do namysłu.

- Oczywiście. To całkiem naturalne. PoniewaŜ jednak nie mamy zbyt wiele 

czasu do stracenia, wolałbym znać waszą odpowiedź do jutra o tej samej porze. Da 

nam to szansę znalezienia innego rozwiązania w przypadku, gdyby odpowiedź była 

odmowna.

- Tak. To powinno mi wystarczyć.

background image

Po tych słowach wyszedłem i pozostawiłem ich samych. Mogę jedynie 

domyślać się treści dalszych rozmów, choć mam co do nich uzasadnione podejrzenia.

Prócz obawy, aby nie wypaść na człowieka zbyt gorliwego, nie miałem 

powodu zwlekać z odpowiedzią. JuŜ wcześniej postanowiłem polecieć i zniszczyć 

“Nuntię”. Od lat czekałem na okazję, aby zadać cios IC, i nareszcie nadszedł 

upragniony moment. Nad sposobami zaszkodzenia interesom IC rozmyślałem od 

ś

mierci rodziców. Przedsiębiorstwo bowiem nie tylko zabiło mego ojca, dopuszczając 

do zaniedbań w dziedzinie ochrony przed działaniem promieni nieosłoniętych, lecz 

takŜe przywłaszczyło sobie wcześniej jego wynalazki oraz naraziło go na  ogromne 

wydatki, związane z przeciągającym się postępowaniem sądowym.

To wystarczyło, bym poprzysiągł im zemstę. Na tym jednak nie koniec. 

Musiałem patrzeć, jak moja matka umiera w nędzy, chociaŜ kilkaset funtów mogło 

uratować jej Ŝycie... Tymczasem cały nasz majątek pochłonęły procesy z IC. Po 

pewnym czasie zmieniłem zdanie. Zatrudniłem się u nich. Pracowałem bardzo cięŜko. 

Postanowiłem, Ŝe nie będzie to byle jaka zemsta: chciałem osiągnąć odpowiedzialne 

stanowisko, które umoŜliwiłoby mi zadanie druzgocącego ciosu.

Sprzymierzyłem się z Metallic Industries, gdyŜ był to najpowaŜniejszy rywal 

IC. Miałem okazję zniszczenia statku, z którym moi wrogowie wiązali wielkie 

nadzieje, i mogłem to zrobić sam. Wówczas jednak zostałbym skazany na doŜywotnie 

osamotnienie. Proponując transport na Ziemię, MI ułatwia mi zadanie. Postanowiłem 

więc je wykonać. “Nuntia” poleci tylko w jedną stronę.

Bardzo chciałbym jednak wiedzieć, jakie decyzje zapadły w siedzibie zarządu 

po moim wyjściu...

Rozdział III FATALNA PODRÓś

“Nuntia” przebywała w przestrzeni kosmicznej juŜ od dwóch tygodni, lecz 

nikogo to nie cieszyło.

W tym czasie dziewięcioosobowa załoga skurczyła się do siedmiu osób, co nie 

wpłynęło pozytywnie na nasze morale. O ile wiem, nie wysunięto Ŝadnych 

konkretnych podejrzeń. Panowało tylko przeświadczenie, Ŝe nie jest tak, jak być 

powinno. Wśród niŜszego personelu krąŜyła plotka, iŜ Hammer i Drafte postradali 

zmysły, zanim zginęli. Ale dlaczego postradali zmysły? - oto pytanie, które dręczyło 

resztę załogi. Czy miało to jakiś związek z warunkami panującymi w przestrzeni 

background image

kosmicznej, z jakimś nieuchwytnym, nieprzewidzianym promieniowaniem? Czy 

wszystkich nas czeka obłęd?  

Gdy człowiek znajdzie się z dala od bliskich, nachodzą go niezwykłe wizje. 

Puszczamy wodze fantazji i stajemy się łatwowierni. Działo się tak z marynarzami 

podczas długich rejsów oceanicznych na starych Ŝaglowcach i to samo dotknęło 

załogę statku pędzącego w międzygwiezdnej przestrzeni. Moi towarzysze skłonni byli 

przypisywać te nagłe zgony jakimś tajemniczym, szkodliwym wpływom, co nigdy nie 

przyszłoby im do głowy na Ziemi. Początkowo nawet mnie to bawiło. Potem jednak 

przestało.

Najpierw wybuchła sprawa Dale’a Hammera, drugiego nawigatora. 

Młodzieniec ten, trochę być moŜe nieokiełznany na Ziemi, ale świetny fachowiec, był 

ogromnie dumny i szczęśliwy, Ŝe wytypowano go do tej wyprawy. Zakończył swój 

dyŜur w pogodnym nastroju, po czym parę godzin później znaleziono go martwego w 

koi. Obok leŜała fiolka tabletek nasennych. PoniewaŜ wszyscy musieliśmy brać coś na 

sen, zgodnie uznano, Ŝe nastąpił tragiczny, lecz wytłumaczalny wypadek, omyłkowe 

przedawkowanie...

Dopiero po zniknięciu Rossa Drafte’a pojawiły się podejrzenia. Drafte był 

dziwny. Często sprawiał wraŜenie nieśmiałego, choć jego oczy zawsze płonęły 

gorączkowym entuzjazmem. W razie niepowodzenia gotów był do desperackich 

czynów. Będąc autorem projektu “Nuntii”, traktował tę podróŜ jako spełnienie 

największego marzenia swego Ŝycia. Po powrocie na Ziemię, gdzie oczekiwano 

relacji z przebiegu wyprawy, jego nazwisko miało rozbrzmiewać w milionach 

radioodbiorników: jego twarz miała się znaleźć na pierwszych stronach gazet - twarz 

człowieka, który pokonał siłę przyciągania.

Ale Ross zniknął... Nieznaczny spadek ciśnienia powietrza w jednym punkcie 

wykresu wystarczył, by go między nami nie było.

Nie zauwaŜyłem Ŝadnych podejrzeń w stosunku do konkretnej osoby. Nikt nie 

patrzył krzywo ani na mnie, ani teŜ, o ile wiem, na nikogo innego. Nikt nie oczekiwał, 

by ktokolwiek z załogi mógł dokładnie wyjaśnić, w jaki sposób ci dwaj zginęli. 

Panowało jedynie przekonanie, Ŝe czeka nas coś niezwykłego.

Potem nastąpił kolejny wypadek...

Ward Govern, pierwszy inŜynier, rozmawiał w kabinie nawigacyjnej z 

kapitanem Tannerem. Reszta personelu pracowała gdzie indziej. Nie zauwaŜony 

wśliznąłem się do kabiny Governa. Znalazłem jego pistolet tam, gdzie zawsze go 

background image

chował, w szufladzie, i wsunąłem do kieszeni. Otworzyłem wentylator, którego wylot 

znajdował się na korytarzu, po czym, upewniwszy się, Ŝe nikogo nie ma, wyszedłem, 

zamykając za sobą drzwi.

Nie czekałem długo. Kilka minut później dobiegł mnie narastający stukot 

butów magnetycznych na stalowej podłodze. Govern minął mnie, kierując się do 

swojej kabiny. InŜynier wydawał się najmniej przejęty ogólnym nastrojem niepokoju. 

Usłyszałem odgłos zamykanych drzwi. Dałem mu trochę czasu, zanim ruszyłem do 

wentylatora tak cicho, jak tylko pozwalały mi na to magnetyczne podeszwy.

Widziałem go całkiem wyraźnie. Zdjął buty, zasiadł przy niewielkim blacie 

przy ścianie i zajął się wpisywaniem sprawozdania do dziennika. Wsunąłem lufę 

pistoletu w otwór wentylatora. Palcami drugiej ręki zacząłem z cicha drapać w ścianę. 

ZaleŜało mi na tym, Ŝeby podszedł blisko: powinny zostać jakieś ślady oparzeń lub 

przynajmniej ślady prochu.

Usłyszał drapanie. Podniósł wzrok, zaintrygowany przechylił głowę i 

nasłuchiwał. Drapałem dalej. Postanowił sprawdzić, co się dzieje. Odpiął pasy 

przytrzymujące jego niewaŜkie ciało w fotelu. Nie nakładając magnetycznych butów, 

odepchnął się od ściany i podpłynął w powietrzu do wentylatora. Pozwoliłem mu 

zbliŜyć się na niewielką odległość i wystrzeliłem.

Natychmiast rozległ się łoskot nadbiegających stóp i alarmujące okrzyki. 

Wepchnąłem pistolet za koszulę i schowałem się za róg. Dopadłem drzwi kabiny na 

moment przed dwoma członkami załogi zbliŜającymi się z przeciwka. Otworzyliśmy 

je na ościeŜ i zajrzeliśmy do środka. Ugodzone pociskiem ciało Governa odpłynęło na 

ś

rodek pokoju. Wyglądało niesamowicie, wisząc krzyŜem w powietrzu.

- Sprowadźcie natychmiast kapitana! - krzyknąłem.

Jeden z przybyłych rzucił się pędem z powrotem na korytarz. Ja tymczasem, 

znalazłszy się na moment między ciałem i drugim z nich, zdąŜyłem zacisnąć sztywne 

palce denata na rękojeści pistoletu. Kilka sekund później wszyscy tłoczyli się przy 

drzwiach tak, Ŝe kapitan musiał przeciskać się przez tłum, by wejść do środka. 

Obejrzał ciało. Widok był okropny. Krew nadal wypływała z rany w głowie, lecz nie 

w dół, jak na Ziemi, ale na boki, tworząc liczne czerwone kule, które unosiły się w 

powietrzu wokół ciała.

Nie ulegało wątpliwości, Ŝe strzał padł z bliska. Kapitan spojrzał na 

wyciągniętą dłoń z pistoletem.

background image

- Co tu zaszło? 

Nikt nie wiedział.

- Byłem tu pierwszy - odezwałem się. - TuŜ przed innymi.

- Czy był ktoś z tobą, kiedy usłyszałeś wystrzał?

- Nie. Szedłem właśnie korytarzem...

- To prawda. Zobaczyliśmy, jak Gratz wybiega zza rogu.

- Nie widziałeś nikogo innego?

- Nie.

- Czy ktoś mógł wymknąć się niepostrzeŜenie z kabiny między strzałem a 

twoim przybyciem?

- NiemoŜliwe. Musiałby natknąć się na mnie albo na nich... nawet gdyby miał 

czas opuścić pokój.

- Dobrze. PomóŜ mi. A wy - zwrócił się do ociągających się przy drzwiach 

czterech członków załogi - wracajcie natychmiast do swoich zajęć.

Dwóch zbierało się do odejścia, ale mechanicy, Willis i Traill, nie ruszyli się z 

miejsca.

- Nie słyszeliście? Odmaszerować!

Wahali się. Nagle Willis wystąpił krok do przodu i ku zdumieniu kapitana 

zaŜądał zawrócenia “Nuntii” na Ziemię.

- Człowieku, co ty wygadujesz?

- Panie kapitanie, wiem dobrze i Traill teŜ, Ŝe coś tu śmierdzi. To niemoŜliwe, 

Ŝ

eby ludzie ni stąd, ni zowąd odbierali sobie Ŝycie. MoŜe to my będziemy następni. 

Zaciągając się na statek, byliśmy gotowi stawić czoło realnym, konkretnym 

niebezpieczeństwom. Ale nie przewidywaliśmy, Ŝe coś moŜe nam pomieszać zmysły i 

skłonić do samobójstwa. To się nam nie podoba. Niech pan natychmiast zawróci 

“Nuntię”, kapitanie!

- Zachowujecie się jak para głupców! PrzecieŜ nie moŜemy zawrócić. 

Myślicie, Ŝe to jest łódź na wiosła? Co się z wami dzieje?

Ich rozgorączkowane twarze wyraŜały upór i determinację. Willis przemówił 

ponownie.

- Mamy juŜ tego dosyć. Najpierw tamci dwaj, teraz ten. Razem trzech. Kto 

będzie następny?

- Wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć - znacząco odpowiedział kapitan. - Ale 

dlaczego zaleŜy wam na tym, Ŝeby pojazd zawrócił?

background image

- Bo to jest zła wyprawa... przeklęta i pechowa. Nie mamy zamiaru 

zwariować, nawet jeŜeli pan ma na to ochotę. I jeŜeli nie zawróci pan “Nuntii”, 

zawrócimy ją sami.

- Ach, więc o to chodzi, tak? Kto wam za to zapłaci? - wybuchnął kapitan. 

Willis i Traill patrzyli oniemiali.

- Odpowiadać! - ryczał kapitan. - Kto za tym stoi? Kto chce zniszczyć ten 

statek?

Willis potrząsnął głową.

- Nikt za nami nie stoi! Chcemy się po prostu stąd wydostać, zanim 

zwariujemy - powtórzył.

- Twierdzicie, Ŝe oni zwariowali, co? - syknął kapitan z jadowitym 

uśmiechem. - MoŜe tak, a moŜe nie. JeŜeli nie, to wiem dobrze, co się z nimi stało. - 

Urwał. - Wydaje się wam, Ŝe jak mnie zastraszycie, to zawrócę statek, tak? O nie, nic 

z tego, parszywe szczury! Do roboty! Później się z wami rozprawię.

Lecz oni nie mieli zamiaru odejść. Ruszyli do ataku. Traill zaczai groźnie 

wymachiwać kluczem. Wyrwałem pistolet z ręki nieboszczyka i wypaliłem prosto w 

czoło Trailla. To był celny strzał. Willis zawahał się, chciał się zatrzymać, ale jego teŜ 

trafiłem.

Kapitan wpatrywał się w trzymany przeze mnie pistolet; zaskoczony 

błyskawiczną akcją, nie wiedział, czy dziękować czy zgromić mnie za tak pospieszny 

wymiar sprawiedliwości. Nie było wątpliwości, Ŝe ci dwaj podnieśli bunt i Ŝe 

przynajmniej Traill gotów był zabić. Strong i Denver, którzy zatrzymali się w 

drzwiach, patrzyli w osłupieniu. “Nuntia” wystartowała z dziewięcioma męŜczyznami 

na pokładzie. Teraz zostało ich czterech.

Kapitan milczał. Czekaliśmy, wpatrzeni w ciała kołyszące się jak dwie zjawy 

przykute do podłogi butami magnetycznymi.

- Będzie nam cięŜko we czterech - powiedział. - Ale damy radę, jeŜeli 

zbierzemy wszystkie siły. Wy dwaj zajmiecie się maszynownią. Gratz, czy orientujesz 

się w nawigacji trójwymiarowej?

- Nie bardzo.

- No to musisz się nauczyć... I to szybko.

Gdy przez śluzę powietrzną usunęliśmy zwłoki ze statku, kapitan zaprowadził 

mnie do kabiny nawigacyjnej. Idąc, mruczał pod nosem sam do siebie:

background image

- Ciekawe, który to? Chyba Traill. Tak, to do niego podobne.

- Pan coś mówił, panie kapitanie?

- Zastanawiałem się, który z nich był mordercą.

- Jak to mordercą? - zapytałem.

- Owszem, Gratz, mordercą. Jestem o tym głęboko przekonany. Nie sądzisz 

chyba, Ŝe tamci zginęli śmiercią naturalną?

- Tak to wyglądało.

- Inscenizacja niezła, ale za duŜo zbiegów okoliczności. Komuś zaleŜało na 

tym, Ŝeby przerwać podróŜ i wszystkich nas wykończyć.

- Nie bardzo rozumiem, jak...

- Pomyśl tylko, człowieku! - przerwał mi. - A jeśli, pomimo naszych starań, 

tajemnica “Nuntii” wydostała się na zewnątrz? Jest parę osób, którym mogłoby 

zaleŜeć na pokrzyŜowaniu naszych planów.

Muszę przyznać bez fałszywej skromności, Ŝe doskonale udałem zdziwienie.

- Ma pan na myśli Metallic Industries?

- Tak, ale nie tylko. Nikt nie wie, jaki będzie rezultat tej wyprawy. Wiele osób 

uwaŜa, Ŝe świat w obecnym kształcie jest zupełnie znośny, i woleliby, Ŝeby tak 

zostało. Mogli podsunąć nam właśnie jednego z takich ludzi.

Pokręciłem głową z powątpiewaniem.

- Nie widzę w tym większego sensu. To przecieŜ czyste samobójstwo. Nikt nie 

potrafiłby przecieŜ samodzielnie sprowadzić “Nuntii” na Ziemię.

- W kaŜdym razie jestem przekonany, Ŝe któryś z nich: Willis albo Traill, to 

wtyczka, której zadaniem było przeszkodzić w doprowadzeniu “Nuntii” do celu.

Nie przyszło mu do głowy, Ŝe obaj po prostu wpadli w przeraŜenie, Ŝe chcieli 

tylko wrócić na Ziemię. Ale nie widziałem powodu, Ŝeby go uświadamiać.

- W kaŜdym razie najgorsze za nami - podsumował. - Rozprawiliśmy się z tym 

cholernym mordercą... Niestety, za cenę trzech porządnych, uczciwych ludzi.

Wyjął z szuflady mapy.

- No, Gratz, teraz trzeba się zabrać za tę nawigację. Nie wiadomo, czy wkrótce 

nasze Ŝycie nie będzie zaleŜało od ciebie.

- Rzeczywiście: kto wie? - przyznałem.

Dwa tygodnie później dziób “Nuntii” zagłębił się w warstwie chmur, które 

sprawiały, Ŝe powierzchnia Wenus była dotąd tylko tematem rozmaitych 

background image

przypuszczeń. Po kilku okrąŜeniach planety kapitan Tanner zdołał zredukować 

zawrotny pęd rakiety do prędkości operacyjnej. Pobrawszy próbkę atmosfery, której 

skład okazał się niemal identyczny ze składem atmosfery ziemskiej, zająłem miejsce 

obok niego, dzięki czemu nauczyłem się kierować lotem statku.

Widok za oknami przesłaniały gęste chmury, toteŜ poruszaliśmy się z 

prędkością niewiele ponad dwieście mil na godzinę. Mimo wysunięcia przedłuŜonych 

skrzydeł konieczne okazało się wsparcie rakietami pionowymi. Kapitan ostroŜnie 

schodził w dół długim skosem. Oznajmił, iŜ ten etap wyprawy będzie dla nas 

najpowaŜniejszą próbą nerwów. Nie znaliśmy odległości między pułapem chmur a 

powierzchnią planety: kapitan mógł liczyć jedynie na szczęśliwe zrządzenie losu, 

które uchroni pojazd przed przyczajonymi gdzieś na trasie skałami.

Siedział w napięciu przy pulpicie sterowniczym, wpatrzony w nieprzejrzane 

mgły, gotów w kaŜdej chwili zmienić kurs, chociaŜ obaj wiedzieliśmy, Ŝe gdy 

zauwaŜymy przeszkodę, będzie juŜ za późno. Zdawało się, Ŝe tych kilka minut, jakie 

spędziliśmy w chmurach, ciągną się w nieskończoność. Skoncentrowałem wszystkie 

zmysły do granic wytrzymałości. Gdy zdawało mi się, Ŝe nie wytrzymam ani chwili 

dłuŜej, mgła przerzedziła się i wkrótce pozostała za nami. Sunęliśmy juŜ ponad 

odsłoniętą powierzchnią planety Wenus.

Nie był to jednak krajobraz we właściwym tego słowa znaczeniu, bowiem jak 

okiem sięgnąć rozciągało się morze: szare i przygnębiające pustkowie. Nawet uczucie 

ulgi, którego doznaliśmy, nie łagodziło brzydoty tego widoku. Grube strugi deszczu 

siekły wzburzone wody i chłostały szyby naszego statku. Chmury koloru ołowiu, 

nasiąknięte wilgocią, wisiały nad nami jak olbrzymie napęczniałe gąbki, gotowe lada 

moment zmazać wszystko do czysta. Nie widać było nigdzie Ŝadnej ciemniejszej linii 

obiecującej ląd; tylko zataczająca wodnisty krąg, l /o ledwie widoczna poprzez 

strumienie deszczu linia horyzontu.

Kapitan wyrównał lot pojazdu, prowadząc go prosto przed siebie na 

wysokości kilkuset stóp nad powierzchnią planety. Nie pozostawało nam nic innego, 

jak lecieć dalej, w nadziei, Ŝe dotrzemy w końcu do jakiegoś lądu. Mijały godziny, 

lecz sądząc po ukształtowaniu powierzchni, moŜna by pomyśleć, Ŝe wisimy 

nieruchomo w miejscu. Zdaliśmy się całkowicie na łaskawość losu. Wszystko 

wskazywało na to, Ŝe obraliśmy bezwiednie kurs, na którym morze ciągnęło się 

tysiącami mil. Deszcz, ogrom oceanu i reakcja organizmu na długą podróŜ w 

przestworzach wywołały w nas uczucie przygnębienia. Zastanawialiśmy się, czy 

background image

Wenus nie jest przypadkiem kulą złoŜoną tylko z wody i chmur.

Na koniec dostrzegłem wreszcie ciemny punkcik z prawej strony widnokręgu. 

Z powodu słabej widoczności nie byłem pewny, czy nie ulegam jakiemuś złudzeniu, i 

bylibyśmy go minęli, gdybym nie zwrócił nań uwagi kapitana, który bez wahania 

skierował pojazd w tamtą stronę. Wpatrywaliśmy się obaj z niepokojem w 

powiększającą się kropkę.

Po pewnym czasie mogliśmy juŜ rozpoznać niewysokie wzgórze, wznoszące 

się na niewielkiej wysepce o powierzchni pięciu czy sześciu mil kwadratowych. Nie 

było to idealne miejsce do lądowania, lecz kapitan juŜ podjął decyzję. Mieliśmy dosyć 

zamknięcia i ciasnoty: kilka dni odpoczynku i ruchu na powietrzu powinno wpłynąć 

korzystnie na nasze samopoczucie.

Nie ma sensu, by Ziemianin opisywał Wenus Wenusjanom. Są jednak pewne 

zaskakujące róŜnice między obszarem Takonu i ową wyspą, na której wylądowaliśmy. 

Poza tym warunki panujące w rozmaitych zwiedzanych przeze mnie regionach waszej 

planety takŜe róŜnią się od tutejszych. Nie znam współrzędnych geograficznych tych 

miejsc, lecz myślę, Ŝe skoro są tak odmienne, to muszą leŜeć daleko stąd. Nad wyspą 

stale wisiała na przykład warstwa cięŜkich chmur i nigdy nie świeciło tam słońce. 

Mimo to panował na niej upał, a deszcz, który padał prawie bez przerwy, był ciepły.

Z kolei klimat Takonu przypomina ziemską strefę umiarkowaną: przelotne 

zachmurzenia, przelotne deszcze i niezbyt męcząca temperatura. Kiedy patrzę na 

wasze rośliny i drzewa, aŜ trudno mi uwierzyć, iŜ rozwijają się na glebie tej samej 

planety, co niezwykła dŜungla zarastająca tamtą wyspę. Nie znam się na botanice, 

mogę więc jedynie powiedzieć, Ŝe zaskoczyły mnie ogromne ilości paproci i palm, 

przy niemal całkowitym braku drzew liściastych.

background image

Rozdział IV DOLINA CISZY

Przez dwa dni zajmowaliśmy się drobnymi naprawami i niezbędnymi pracami 

konserwacyjnymi. Czasem robiliśmy krótkie wypady badawcze, które nie naleŜały 

wprawdzie do przyjemności z powodu nieustającego deszczu, ale spełniały 

poŜyteczną rolę zaprawy fizycznej, podnoszącej morale załogi. Gdy trzeciego dnia 

kapitan zaproponował wejście na szczyt środkowego wzgórza, przyjęliśmy tę 

propozycję bez wahania. Mieliśmy zabrać broń, bo chociaŜ zwierzęta, jakie dotąd 

spotykaliśmy, okazały się płochliwe, nie wiedzieliśmy, co dzieje się w głębi lasu 

dzielącego wzgórza od plaŜy, na której spoczęła “Nuntia”.

Wyruszyliśmy o świcie. Byliśmy półnadzy: upał wykluczał uŜycie cięŜkich 

kombinezonów przeciwdeszczowych, więc postanowiliśmy, Ŝe im mniej odzieŜy, tym 

lepiej. Zwłaszcza Ŝe czekał nas spory w tym klimacie wysiłek wnoszenia pod górę 

broni i plecaków z zapasami Ŝywności. Kapitan pchnął drzwi zewnętrzne i 

wyprowadził nas na deszcz. Stąpaliśmy cięŜko po plaŜy. Ledwie jednak przedarliśmy 

się przez pierwsze zarośla dŜungli, coś sobie przypomniałem.

- Cholera! - krzyknąłem ze złością, zatrzymując się gwałtownie.

- Co się stało? - zapytał kapitan.

- Amunicja - powiedziałem. - Zapomniałem zabrać amunicję.

- Jesteś pewien?

Zrzuciłem plecak, przejrzałem jego zawartość, ale nie znalazłem pudełka 

naboi, które kapitan wręczył mi przed wyjściem. Dla zmniejszenia obciąŜenia kaŜdy z 

nas otrzymał tylko kilka magazynków. Nie spodziewałem się, by w tych warunkach 

moi towarzysze chcieli podzielić się ze mną swoim przydziałem. Miałem tylko jedno 

wyjście.

- Wrócę po nie. To nie potrwa długo - zapewniłem.

Kapitan zgodził się niechętnie. Nie znosił maruderów, lecz nie mógł osłabiać 

grupy, zabierając nie uzbrojonego człowieka w tak niebezpieczną wyprawę. Ruszyłem 

biegiem z powrotem do “Nuntii”, potykając się w piasku i Ŝwirze. Otworzyłem drzwi 

ś

luzy powietrznej i obejrzałem się. Trzy sylwetki rysowały się niewyraźnie na tle lasu. 

Stali pod drzewami i patrzyli na mnie.

Wskoczyłem do środka, zrzuciłem plecak i broń. Najpierw wpadłem do 

maszynowni i odkręciłem zawory paliwa, a potem do kabiny nawigacyjnej, gdzie 

background image

pospiesznie ustawiłem stery tak, jak pokazywał mi kapitan. Szarpnąłem zapłon. 

Zawiesiwszy dłoń nad pierwszym rzędem przycisków do odpalania, raz jeszcze 

wyjrzałem przez okno.

Kapitan pędził przez plaŜę, tuŜ za nim pozostali. Nie wiem, jak odgadł, Ŝe 

dzieje się coś złego. Być moŜe dostrzegł mnie w kabinie przez lornetkę. W kaŜdym 

razie potraktował sprawę powaŜnie. Gdy zniknął z pola widzenia, włączyłem 

przyciski. “Nuntia” zadrŜała, szarpnęła i zaczęła z wolna sunąć przed siebie przez 

piach.

Dwie sylwetki wymachiwały rozpaczliwie karabinami. Nie wiedziałem, czy 

kapitan zdąŜył dostać się na pokład. Skierowałem wznoszący się pojazd nad 

powierzchnię morza. Jeszcze raz obejrzałem się akurat w porę, by zobaczyć, jak tamci 

biegną ku czemuś, co leŜy skulone na piasku, przystają i podnoszą głowy do góry. 

Zaczęli wygraŜać dziko bezsilnymi pięściami w kierunku oddalającej się “Nuntii”.

Po kilku godzinach lotu ogarnął mnie niepokój. PrzecieŜ musi być jakiś inny 

ląd na tej planecie. Dlaczego jeszcze go nie dostrzegłem? Obym tylko nie musiał 

wodować “Nuntii”. JeŜeli w ogóle przeŜyłbym taką operację, byłbym niechybnie 

skazany na śmierć głodową. Nie był to pojazd dla jednoosobowej załogi. W celu 

ograniczenia masy wiele czynności, które z powodzeniem moŜna było 

zautomatyzować, pozostawiono sterowaniu ręcznemu, wychodząc z załoŜenia, iŜ w 

maszynowni zawsze znajdzie się dwóch czy trzech ludzi.

Wskaźnik ciśnienia paliwa opadał juŜ niebezpiecznie, lecz stery wymagały 

nieustannej uwagi, toteŜ nie mogłem przejść na rufę, Ŝeby włączyć pompy 

ciśnieniowe. Zastanawiałem się nad moŜliwością unieruchomienia drąŜków 

sterowniczych na tyle, bym zdąŜył obrócić do maszynowni i z powrotem. Nie 

wymyśliłem jednak Ŝadnego sposobu i musiałem zrezygnować z tego pomysłu. 

Pozostawało mi jedynie czekać w nadziei, Ŝe ląd pojawi się, nim będzie za późno.

I rzeczywiście: niebawem się ukazał. Niegościnna, kamienista plaŜa, chociaŜ 

tuŜ za linią niedostępnych ostrych skal rozciągała się gęsta dŜungla. Nie było tu 

miejsca równie dogodnego do lądowania jak na wyspie. Woda kłębiła się i pieniła u 

stóp skał, wysokie fale waliły z ocięŜałym i daremnym uporem w potęŜne, 

niewzruszone kamienne ściany. Tu nie miałem Ŝadnych szans... WyŜej ciągnęła się 

dŜungla aŜ po horyzont, falując nieprzerwaną masą wierzchołków drzew. MoŜe 

gdzieś dalej, ale gdzie?

Parę mil od brzegu “Nuntia” zadecydowała sama. Silniki zakrztusiły się i 

background image

umilkły. Nawet nie próbowałem schodzić ślizgiem. Rzuciłem się tylko do jednego z 

amortyzowanych hamaków przeciwprzyspieszeniowych w nadziei, Ŝe wytrzyma 

uderzenie.

A jednak wyszedłem z tego obronną ręką. Kiedy oglądałem wrak “Nuntii” po 

upadku - oberwane skrzydła, dziób zgnieciony jak kawałek cynfolii, kadłub rozdarty 

na pół - nie mogłem się nadziwić, Ŝe udało mi się przeŜyć z kilkoma zaledwie 

siniakami, nabitymi dopiero po zerwaniu się hamaka. Co się zaś tyczy mojej 

przyszłości, to jedno było pewne: dla “Nuntii” latanie się skończyło. Wykonałem 

zatem w pełni zlecenie Metallic Industries: na próŜno teleskopy IC wypatrywać będą 

co noc statku, który juŜ nigdy nie powróci.

Wbrew temu, co nakazywałoby moje połoŜenie - a moŜe dlatego, iŜ nie w 

pełni oceniałem sytuację - przepełniony byłem dziką radością. Wymierzyłem oto 

pierwszy cios zemsty tym, którzy doprowadzili moją rodzinę do skrajnej nędzy... 

ś

ałowałem jedynie, iŜ nie mogą wiedzieć, Ŝe to ja pokrzyŜowałem ich plany, a nie 

los.

Nie sądzę, by mogła was zainteresować szczegółowa relacja na temat moich 

poczynań w ciągu następnych kilku tygodni. Nie zdarzyło się nic niezwykłego: 

przystosowałem wrak “Nuntii” do zamieszkania, opanowałem sposoby obrony przed 

większymi drapieŜnikami, podejmowałem pierwsze ostroŜne wyprawy myśliwskie i 

poszukiwania roślin jadalnych - kaŜdy zrobiłby to samo. Były to działania 

prowizoryczne i tymczasowe w celu zapewnienia sobie podstawowych wygód, do 

czasu przybycia statku Metallic Industries, który zabierze mnie z powrotem na 

Ziemię. 

I tak przez pół roku - zgodnie z chronometrami Nuntii - próŜnowałem 

wałęsając się po dŜungli i chociaŜ nieraz przyszło mi do głowy, Ŝe Wenus to chyba 

nie najlepsza posiadłość, traktowałem swoje otoczenie z obiektywną bezstronnością, 

jako atrakcyjny temat do przyszłych rozmów po powrocie do domu. Właśnie 

określenie: “po powrocie do domu”, towarzyszące wszystkim moim myślom, 

stanowiło barierę,  która bezustannie dzieliła mnie od toczącego się wokół Ŝycia. 

Dopóki bariera pozostawała nienaruszona, planeta mogła mnie osaczać, lecz nie 

mogła mnie skazić.

Pod koniec szóstego miesiąca poczułem, Ŝe czas mojego wygnania dobiega 

końca. Statek MI powinien juŜ być na ukończeniu. Niebawem pomknie w przestrzeń 

kosmiczną tropem “Nuntii”. Czekałem jeszcze prawie miesiąc, widząc oczyma duszy, 

background image

jak pędzi ku mnie przez rozgwieŜdŜone przestworza. Nastąpił juŜ czas, by 

przygotować sygnalizację. Ustawiłem główny reflektor pionowo do góry, aby silnym 

strumieniem światła przebił wiszącą nisko warstwę chmur. Co wieczór, tuŜ po 

zmroku, włączałem go na całą noc, aŜ do świtu.

Przez pierwszych kilka nocy przeświadczenie, iŜ statek krąŜy gdzieś w 

pobliŜu, nie pozwalało mi zmruŜyć oka. LeŜałem na wznak, wpatrując się w posępne 

niebo w poszukiwaniu błysku dyszy rakiet nośnych i wytęŜałem słuch, próbując 

usłyszeć ich łoskot. Ten etap nie trwał jednak długo. Pocieszałem się rozsądną myślą, 

Ŝ

e ich poszukiwania mogą ciągnąć się parę tygodni. Pomimo to czuwałem takŜe w 

ciągu dnia, gotów w kaŜdej chwili odpalić rakiety dymne na odgłos pojazdu...

Po czterech miesiącach wysiadły akumulatory. AŜ dziwne, Ŝe pracowały tak 

długo. W miarę jak spadało w nich napięcie, topniały teŜ moje nadzieje. DŜungla 

zdawała się podpełzać coraz bliŜej, krusząc mur mego niewzruszonego dotąd spokoju. 

Przez kilka nocy po wygaśnięciu Ŝarówek reflektora wysiadywałem jeszcze w 

ciemnościach, wysyłając raz po raz w milczące niebo rakiety alarmowe. Dopiero gdy 

wystrzeliłem ostatnią, zrozumiałem, co zaszło.

Nie wiem, dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej. W kaŜdym razie teraz 

doznałem olśnienia: firma Metallic Industries oszukała mnie, tak jak International 

Chemicals oszukała mojego ojca. Nie zbudowali ani nigdy nie zamierzali zbudować 

Ŝ

adnego pojazdu kosmicznego. Po co, skoro IC straciło swój?

Nabrałem przekonania, Ŝe taka właśnie decyzja zapadła w siedzibie zarządu 

po moim wyjściu. Nie zamierzali mnie więcej oglądać. Teraz juŜ wiem, Ŝe byłoby to 

dla nich zarówno kosztowne, jak i niebezpieczne. Nie tylko musieliby bowiem 

zapłacić mi moją naleŜność, ale jeszcze naraziliby się na szantaŜ. Tak czy inaczej, 

moje zniknięcie po wykonaniu  zadania było im na rękę. A gdzie moŜna zniknąć 

skuteczniej niŜ na obcej planecie? Podłe świnie!

Oto ziemskie sposoby; oto honor wielkich firm. Obyście nie musieli 

przekonywać się o tym na własnej skórze, wchodząc z nimi w układy. Najpierw 

wykorzystają was, a potem zniszczą...

Przez kilka dni po tym odkryciu byłem bliski szaleństwa. Wściekłość na 

zdrajców, obrzydzenie do własnej naiwności, potworne poczucie samotności, przede 

wszystkim zaś nieustanny szum deszczu, który prawie nie przestawał padać - 

wszystko to doprowadzało mnie do samobójczego obłędu.

background image

W końcu jednak właściwa mej rasie umiejętność przystosowania się wzięła 

górę nad załamaniem. Zacząłem polować i odŜywiać się tym, czego obficie 

dostarczała mi okolica. PrzeŜyłem dwa ataki febry, a po wyczerpaniu zapasów, kiedy 

trudno było o zwierzynę, przymierałem głodem. Za jedyne towarzystwo miałem parę 

oswojonych sześcionoŜnych stworzeń pokrytych srebrzystym futrem. Znalazłem je 

pewnego dnia porzucone i piszczące z głodu w czymś, co przypominało duŜe gniazdo. 

Zabrałem je do “Nuntii” i nakarmiłem. Okazały się całkiem przyjazne. Z biegiem 

czasu zauwaŜyłem, Ŝe przejawiają zaskakującą inteligencję. Nazwałem je Mickey i 

Minnie - na cześć bohaterów pewnego ziemskiego filmu - a one bardzo szybko 

nauczyły się reagować na te imiona.

ZbliŜam się teraz do ostatniego i najdziwniejszego epizodu, którego, muszę 

przyznać, nie rozumiem do tej pory. Wydarzyło się to kilkanaście lat po wylądowaniu 

“Nuntii”. Podczas pewnej wyprawy aprowizacyjnej dotarliśmy z Mickeyem i Minnie 

do krainy zupełnie mi nie znanej. Brak zapasów i postanowienie, Ŝeby nie wracać z 

pustymi rękami, pchnęły mnie tym razem dalej niŜ zazwyczaj.

Znaleźliśmy się u wejścia do jakiejś doliny. Mickey i Minnie zatrzymały się. 

ś

adnym sposobem nie mogłem nakłonić ich do dalszej wędrówki. Co więcej, gdy 

ruszyłem sam, próbowały mnie powstrzymać czepiając się moich nóg przednimi 

łapami. Dolina wydawała mi się idealnym miejscem dla zwierzyny łownej, więc 

odtrąciłem je zniecierpliwiony. Patrząc, jak odchodzę, Mickey i Minnie rŜały 

Ŝ

ałośnie, ale nie odwaŜyły się iść za mną.

Przez pierwsze ćwierć mili nie zauwaŜyłem nic niezwykłego. Wkrótce Io4 

jednak przeŜyłem nieprzyjemny szok. TuŜ przede mną, ponad drzewami, pojawił się 

olbrzymi łeb, który patrzył wprost na mnie. Nigdy przedtem nie widziałem czegoś 

podobnego, ale przypominało to ogromnego przedpotopowego gada, na przykład 

tyranozaura. Mimo Ŝe widok był przeraŜający, czułem nieodpartą ciekawość. 

Niepodobna przecieŜ, by Wenus wciąŜ znajdowała się na etapie wielkich gadów. A 

nawet jeŜeli tak jest, to przebywając tu tak długo, powinienem był natknąć się na nie 

wcześniej.

Łeb potwora tkwił nieruchomo nad wierzchołkami drzew. Nie wydał Ŝadnego 

odgłosu. Gdy opuściła mnie pierwsza fala strachu, zrozumiałem, Ŝe mnie nie 

zauwaŜył. Ukryłem się i zacząłem go ostroŜnie podchodzić. Dolina zdawała się 

pogrąŜona w ciszy, mimo szumu deszczu, do którego tak się przyzwyczaiłem, Ŝe moje 

uszy zupełnie go nie rejestrowały. Przeszedłem około dwustu jardów i znalazłem się 

background image

w polu widzenia olbrzyma. Wziąłem na muszkę jego prawe oko i zaryzykowałem 

strzał.

Nic nie nastąpiło. Tylko echo przewalało się z łoskotem po dolinie. Zwierzę 

nie wykonało Ŝadnego ruchu. Zirytowała mnie niezwykłość tego zjawiska. Chwyciłem 

lornetkę. Tak! Trafiłem potwora w prawe oko, lecz... Dziwna sprawa. Nie podobała 

mi się ta dolina. Zmusiłem się jednak, by podejść bliŜej. W powietrzu unosiła się 

jakaś nieznana woń, dość przyjemna, choć mdława.

Przystanąłem w niewielkiej odległości od potwora. Nawet nie drgnął. Raptem, 

tuŜ za plecami, spostrzegłem innego gada. Był mniejszy, przypominał trochę 

jaszczurkę, lecz miał ostre zęby i pazury. Na ich widok oblałem się potem. 

Przyklęknąłem na jedno kolano i złoŜyłem się do strzału. Poczułem dziwny zawrót 

głowy. Wydawało mi się, Ŝe wszystko wokół kołysze się, włącznie z lufą mojej 

strzelby. Jakaś mgła przesłoniła mi wzrok. Czułem, Ŝe upadam... Spadałem chyba 

bardzo długo...

A gdy przyszedłem do siebie, ujrzałem przed sobą pręty klatki...”

Dagul przerwał lekturę. Resztę juŜ znał. 

- Jak sądzisz, kiedy to się stało? - zapytał. Goin wzruszył ramionami.

- Bóg raczy wiedzieć. Bardzo dawno temu. To ciągłe zachmurzenie... I 

twierdzi, Ŝe oswoił naszych dwóch prymitywnych przodków? Miliony lat... 

- Ostrzega nas takŜe przed Ziemią. - Dagul uśmiechnął się. - No cóŜ, czeka go 

niemiły szok. Ostatni przedstawiciel rasy Ziemian... ChociaŜ, jeśli dać wiarę jego 

słowom, rasy niezbyt wartościowej. Kiedy mu powiesz?

- PoniewaŜ i tak sam doszedłby do tego, pomyślałem, Ŝe zrobię to dziś 

wieczorem. Załatwiłem mu przepustkę do obserwatorium.

- Chętnie będę wam towarzyszył, jeŜeli nie masz nic przeciwko temu.

- AleŜ oczywiście, Ŝe nie. Bardzo proszę.

Wspinali się we trzech na wzgórze, gdzie mieściło się obserwatorium. Przez 

całą drogę Gratz mozolił się z obcymi mu sylabami, wciąŜ próbując ich przekonać o 

przewrotności Ziemian i podłych praktykach koncernów. Z ulgą przyjął zapewnienie, 

Ŝ

e do Ŝadnych negocjacji między planetami nie dojdzie.

- Po co tu przyszliśmy? - zapytał, gdy znaleźli się w obserwatorium, a asystent 

nastawiał wielki teleskop zgodnie z poleceniem Goina.

background image

- Chcemy ci pokazać twoją planetę - oświadczył Dagul.

Po pokonaniu pewnych trudności, wynikających z róŜnicy w budowie oka 

Takończyków i Ziemian, Gratz ujrzał przed sobą duŜą lśniącą tarczę. Po chwili 

oderwał wzrok od teleskopu i zwrócił się do swych towarzyszy z lekkim uśmieszkiem 

na twarzy.

- Zaszła chyba jakaś pomyłka. To przecieŜ KsięŜyc.

- Nie. To Ziemia - zapewnił Goin.

Gratz spojrzał ponownie na zrytą i poznaczoną otworami kraterów 

powierzchnię planety. Wpatrywał się długo bez słowa. Wyglądała jak KsięŜyc, a 

jednak... Pomimo kraterów, pomimo pustki rzeczywiście istniały pewne 

podobieństwa. Ślad połączonych kontynentów amerykańskich ciągnący się od bieguna 

do bieguna, wybrzuszenie, które mogło być wybrzeŜem Afryki Zachodniej. Patrzył 

nadal bez słowa. W końcu odsunął się od teleskopu i zwrócił do Takończyków:

- Kiedy to się stało? - zapytał.

- Kilka milionów lat temu.

- Jak to? Nie rozumiem. PrzecieŜ dopiero wczoraj...

Goin zaczął wyjaśniać, lecz Gratz niczego nie słyszał. Wyszedł z budynku jak 

we śnie. Przed oczami miał Ziemię taką jak kiedyś: bujną i piękną, wbrew wszystkim 

działaniom człowieka, które zadawały jej ból. A teraz jest martwą grudką 

kosmicznego popiołu...

Zatrzymał się na skraju wypłaszczenia szczytu, na którym wysoko nad 

Takonem wznosiło się obserwatorium. Spojrzał przed siebie ponad widniejącym w 

dole obcym miastem, ponad obcym światem, ku jednemu z jaśniejących punktów 

międzygwiezdnej przestrzeni. Ziemia, która dała mu Ŝycie, nie Ŝyje... Patrzył na nią 

długo i w milczeniu. A potem zrobił krok przed siebie, pewny i zdecydowany, ponad 

krawędzią skały...