John Wyndham
Dziwne Historie
Przekład Małgorzata Golewska - Stafiej i Leszek Stafiej
Consider her ways and others (wybór)
Copyright © John Wyndham 1956, 1961
Sleepers of Mars (wybór)
Copyright© 1938, 1931, 1933, 1934, 1933
DZIWNA HISTORIA
Jednego z ostatnich dni grudnia 1958 roku pan Reginald Aster w odpowiedzi
na zaproszenie przybył do biura prawnego “Cropthorne, Daggit and Howe” przy
Bedford Rów, gdzie został przyjęty przez niejakiego pana Frattona, sympatycznego
młodzieńca, który mimo Ŝe miał zaledwie około trzydziestki, pełnił juŜ funkcję
dyrektora firmy po zgonie panów C., D. i H.
Kiedy zaś ów pan Fratton poinformował go, iŜ na mocy testamentu świętej
pamięci sir Andrew Vincella stał się beneficjentem spadku sześciu tysięcy Akcji
Zwyczajnych w przedsiębiorstwie British Vinvinyl Ltd, wydawało się, Ŝe - jak młody
człowiek wyraził się potem w rozmowie z kolegą - pana Astera zatkało.
Odpowiednia klauzula stwierdzała, iŜ zapisu dokonano “w uznaniu niezwykle
cennej przysługi, jaką spadkobierca niegdyś mi wyświadczył”. Testament nie
precyzował charakteru owej przysługi, a wszelkie dalsze dociekania na ten temat
przekraczały zakres obowiązków pana Frattona, chociaŜ trzeba przyznać, Ŝe
powściągał ciekawość z niemałym trudem.
Nieoczekiwany spadek, przy cenie osiemdziesięciu trzech szylingów i sześciu
pensów za akcję, pojawił się w niezwykle stosownym momencie dla interesów pana
Astera; sprzedaŜ nieznacznej tylko części akcji umoŜliwiła mu rozwiązanie kilku
palących problemów. W trakcie dopełniania związanych z tym formalności obaj
panowie spotkali się kilkakrotnie. Po pewnym czasie doszło do tego, Ŝe pan Fratton,
powodowany niezaspokojoną ciekawością, znalazł się znacznie bliŜej granicy
zawodowej dyskrecji, niŜ mu się to zazwyczaj zdarzało, i pozwolił sobie tytułem
próby na rzucenie niezobowiązującej uwagi:
- Pan niezbyt dobrze znał sir Vincella, prawda?
Pan Aster gdyby tylko chciał, mógłby bez trudu odparować taką zaczepkę,
udzielając jakiejś wymijającej odpowiedzi. Nie uczynił tego jednak. Wręcz
przeciwnie, spojrzał z namysłem na swego rozmówcę i powiedział:
- Widziałem go raz w Ŝyciu. Nie dłuŜej niŜ półtorej godziny.
- Tak teŜ przypuszczałem - wyznał pan Fratton, dając nieco jawniejszy wyraz
swemu zdziwieniu. - Czy było to mniej więcej w czerwcu ubiegłego roku?
- Dokładnie dwudziestego piątego czerwca - sprecyzował pan Aster.
- I nie spotkał go pan nigdy przedtem?
- Nie. Ani przedtem, ani potem.
Pan Fratton pokręcił głową na znak, Ŝe nic nie pojmuje. Po chwili milczenia
pan Aster dodał:
- Widzi pan... jest coś dziwnego w całej tej sprawie.
Pan Fratton kiwnął głową w milczeniu, pan Aster zaś ciągnął dalej:
- Chciałbym... moŜe ma pan jutro wolny wieczór? Zjedlibyśmy wspólnie
kolację, co pan na to?
Pan Fratton miał wolny wieczór. MęŜczyźni zjedli kolację w klubie, po czym
przeszli do zacisznego salonu na kawę i cygaro. Po dłuŜszym namyśle pan Aster
powiedział:
- Szczerze mówiąc, wolałbym, Ŝeby ta historia z Vincellem była nieco
jaśniejsza. Nie bardzo wiem... Po prostu coś mi się w niej nie klei. Zresztą będzie
chyba lepiej, jeŜeli opowiem panu wszystko od początku. OtóŜ było tak:
Wieczór dwudziestego piątego czerwca był jednym z niewielu ładnych
wieczorów tego brzydkiego lata. Z przyjemnością wracałem więc do domu piechotą.
Nie spieszyłem się wcale i nawet zastanawiałem się, czyby nie wstąpić na małego
drinka, kiedy nagle dostrzegłem starszego męŜczyznę, który stał na chodniku przy
Thanet Street, jedną ręką przytrzymując się barierki, i rozglądał się wokół
nieprzytomnym, szklistym wzrokiem.
Jak panu wiadomo, w tej części Londynu roi się, zwłaszcza latem, od
przybyszów z całego świata, którzy często miewają taki właśnie zagubiony wygląd.
Ale ten starszy pan - miał dobrze po siedemdziesiątce - nie był turystą. Z pewnością
nim nie był. Wyglądał szykownie - takie spostrzeŜenie nasunęło mi się na jego widok.
Miał szpiczastą, siwą, starannie przystrzyŜoną bródkę, czarny pilśniowy porządnie
wy-szczotkowany kapelusz, ciemny garnitur, świetnie skrojony i w doskonałym
gatunku, drogie buty oraz równie drogi, gustowny jedwabny krawat. Takich
dŜentelmenów spotyka się czasem w naszej dzielnicy, kiedy zniesie ich z codziennej
trasy. W pojedynkę, szklistoocy, pokazują się w miejscach publicznych nader rzadko.
Kilku przechodniów idących przede mną rzuciło mu krótkie spojrzenie, a oceniwszy
stan, w jakim się znajdował, szło dalej. Ja natomiast odniosłem wraŜenie, Ŝe człowiek
ten wcale nie jest podchmielony. Wyglądał raczej na przestraszonego. Dlatego teŜ
zatrzymałem się przy nim.
- Czy pan źle się czuje? - zapytałem. - Czy mam złapać taksówkę?
Spojrzał na mnie. Wzrok miał mętny, ale twarz inteligentną, nieco ascetyczną;
białe, krzaczaste brwi czyniły ją jeszcze szczuplejszą. Wydało mi się, Ŝe nie od razu
mnie dostrzegł. Na moje pytanie zareagował z opóźnieniem i wyraźnym wysiłkiem.
- Nie - odparł niepewnie. - Nie, dziękuję. Nic... Nic mi nie jest.
Widać było, Ŝe nie mówi całej prawdy, ale nie dał mi jednoznacznie do
zrozumienia, Ŝe chce mnie odprawić. A skoro juŜ go zaczepiłem, nie miałem zamiaru
tak go zostawić.
- PrzeŜył pan chyba jakiś szok? - powiedziałem.
Przeniósł wzrok na ulicę. Pokiwał głową, ale nic nie odrzekł.
- Tu niedaleko jest szpital... - zacząłem, lecz nieznajomy zaprotestował
ruchem głowy.
- Nie, nie - zapewnił. - Zaraz mi przejdzie.
Nadal mnie nie odprawiał, przeciwnie, miałem wraŜenie, iŜ nie chce, Ŝebym
się oddalił. Rozglądał się wokół, potem skierował wzrok na siebie. Wtedy zamarł i
zesztywniał: patrzył w dół na swoje ubranie ze zdumieniem, które musiało być
szczere. Puścił barierkę i podniósł rękę, wpatrując się w rękaw marynarki, potem
jakby zauwaŜył dłoń - kształtną, wypielęgnowaną, ale wyschniętą ze starości,
pomarszczoną w stawach, oplecioną wypukłymi Ŝyłami. Na małym palcu tkwił złoty
sygnet...
Wie pan, czyta się nieraz o oczach wychodzących z orbit, lecz ja widziałem to
naprawdę. Rzeczywiście wyglądały tak, jakby lada moment miały wyskoczyć z
czaszki. Jego wyciągnięta ręka zaczęła niepokojąco drŜeć. Chciał coś powiedzieć, ale
głos uwiązł mu w gardle. Przeraziłem się, Ŝe to zawał.
- Niedaleko stąd jest szpital... - zacząłem znowu, lecz on ponownie
zaprotestował.
Nie bardzo wiedziałem, co robić. Przyszło mi do głowy, Ŝe powinien gdzieś
usiąść albo moŜe wypić kieliszek brandy. Kiedy mu to zaproponowałem, nie
powiedział ani tak, ani nie, lecz ruszył za mną posłusznie przez ulicę do pobliskiego
Wilburn Hotel. Zaprowadziłem go do stolika w kawiarni i zamówiłem dwie podwójne
brandy. Gdy odwróciłem wzrok od kelnera, nieznajomy patrzył w głąb kawiarni z
wyraźnym przeraŜeniem na twarzy. Spojrzałem w tym samym kierunku. Przyglądał
się swemu odbiciu w lustrze.
Wpatrywał się w nie z napiętą uwagą. Zdjął kapelusz i połoŜył go na krześle
obok. Podniósł wciąŜ drŜącą rękę i dotknął najpierw brody, następnie posrebrzonych
siwizną włosów. A potem siedział juŜ bez ruchu z oczyma utkwionymi w lustro.
Poczułem ulgę, kiedy przyniesiono brandy. On najwyraźniej teŜ. Dolał sobie
trochę wody sodowej i wychylił kieliszek jednym haustem. Jego dłoń uspokoiła się
nieco, policzki nabrały koloru, ale wciąŜ patrzył przed siebie. Nagle podniósł się
zdecydowanym ruchem.
- Przepraszam pana na moment - powiedział uprzejmie.
Przeszedł między stolikami, stanął przed lustrem i przez pełne dwie minuty
studiował z bliska swoje odbicie. Wrócił na miejsce. ChociaŜ jeszcze nie odzyskał
pewności siebie, poruszał się nieco bardziej zdecydowanie. Przywołał kelnera i
wskazał nasze puste kieliszki. Spojrzał na mnie jakoś dziwnie i oświadczył:
- Winien panu jestem przeproszenie. Był pan dla mnie niezwykle uprzejmy.
- Ale skądŜe! - zapewniłem. - Cieszę się, Ŝe mogłem panu słuŜyć pomocą.
Wszystko wskazuje na to, Ŝe przeŜył pan jakiś przykry wstrząs.
- Hm... Kilka wstrząsów naraz - przyznał, po czym dodał: - Ciekawe, Ŝe
wyobraŜenia senne tak dobrze potrafią naśladować rzeczywistość, kiedy damy im się
zaskoczyć.
Nie wydawało mi się, by moŜna było udzielić na to jakiejś sensownej
odpowiedzi, nawet więc nie próbowałem.
- Z początku to bardzo denerwujące - uzupełnił ze sztucznym oŜywieniem.
- CóŜ więc się panu przydarzyło? - zapytałem, nadal nie wiedząc, o co mu
chodzi.
- To moja wina, tylko moja wina... Wszystko przez ten pośpiech - wyjaśnił. -
Przechodziłem właśnie przez ulicę za tramwajem, gdy nagle dostrzegłem drugi,
nadjeŜdŜający z przeciwka. Był tuŜ-tuŜ. Musiał mnie potrącić.
- Ach, tak! - odparłem. - No tak, rozumiem... Ale gdzie to się stało?
- Tu obok, na Thanet Street - powiedział.
- Ale... ale nie widać, Ŝeby był pan ranny - zauwaŜyłem.
- No właśnie - przyznał z zakłopotaniem. - Wygląda na to, Ŝe nie jestem ranny.
Nie był ranny ani posiniaczony, a jego ubranie, jak juŜ wspomniałem,
prezentowało się nienagannie. Poza tym... poza tym szyny na Thanet Street zerwano
chyba ćwierć wieku temu. Nie byłem pewien, czy powinienem mu o tym mówić.
Postanowiłem odłoŜyć to na później. Kelner postawił przed nami pełne kieliszki.
Nieznajomy sięgnął do kieszeni kamizelki i zaraz spuścił wzrok, skonsternowany.
- Moja portmonetka! Mój zegarek! - wykrzyknął.
Wręczyłem kelnerowi banknot funtowy, wydał mi resztę, a mój gość
przyglądał się temu z uwagą. Kiedy kelner oddalił się, powiedziałem:
- Pan wybaczy, ale mam wraŜenie, Ŝe w następstwie tego wstrząsu musiał pan
doznać zaniku pamięci. Czy pan... czy pamięta pan, kim pan jest?
Zmierzył mnie surowym spojrzeniem i nie wyjmując palca z kieszeni
kamizelki odparł z nutą podejrzliwości w głosie:
- Kim jestem? Oczywiście Ŝe pamiętam. Jestem Andrew Vincell. Mieszkam
niedaleko stąd, przy Hart Street.
Po chwili wahania sprostowałem:
- Kiedyś była tu Hart Street. Ale jej nazwę zmieniono, o ile się nie mylę, w
latach trzydziestych. W kaŜdym razie jeszcze przed wojną.
Wyraźnie stracił pewność siebie, której pozory starał się zachować, i przez
moment siedział w milczeniu. Potem pomacał wewnętrzną kieszeń marynarki i
wyciągnął stamtąd portfel - wykonany z dobrze wyprawionej skóry, ze złotymi
okuciami na rogach i z wyciśniętymi inicjałami A. V. Przyjrzał mu się z ciekawością,
połoŜył na stole i otworzył. Z lewej przegródki wyjął banknot funtowy i zmarszczył
brwi, potem zaś banknot pięciofuntowy, który zdziwił go jeszcze bardziej.
Bez słowa ponownie sięgnął do kieszeni i wyjął podłuŜną ksiąŜeczkę,
stanowiącą zapewne komplet z portfelem. W jej lewym dolnym rogu równieŜ
widniały litery A. V., natomiast w lewym górnym rogu był napis: “Notes. 1958”.
Długo przyglądał się jej, zanim podniósł oczy na mnie.
- Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt osiem? - zapytał niepewnie.
- Tak - potwierdziłem.
Po kolejnej długiej pauzie powiedział zupełnie jak dziecko:
- Nic nie rozumiem. A gdzie moje Ŝycie? Co się stało z moim Ŝyciem?
Jego twarz przybrała teraz Ŝałosny, ponury wyraz. Podsunąłem mu kieliszek.
Wypił łyk brandy. Otworzył notes i zauwaŜył zamieszczony na pierwszej stronie
kalendarz.
- O BoŜe! - wyszeptał. - To jest... to jest za bardzo prawdziwe. Co się ze mną
stało?
- Częściowy zanik pamięci w następstwie przeŜytego szoku nie jest niczym
niezwykłym. Zazwyczaj po pewnym czasie pamięć powraca. MoŜe zajrzy pan tutaj... -
wskazałem portfel. - Z pewnością coś pan tu znajdzie i zaraz wszystko się panu
przypomni.
Najpierw zawahał się, potem jednak sięgnął do prawej przegródki portfela.
Wyjął kolorową fotografię, niewątpliwie grupowe zdjęcie rodzinne. On sam stał w
ś
rodku, o jakieś pięć czy sześć lat młodszy, w tweedowym garniturze, obok
męŜczyzny lat około czterdziestu pięciu o podobnych rysach. Były tam takŜe dwie
nieco młodsze kobiety oraz czwórka kilkunastoletnich dzieci, dwie dziewczynki i
dwóch chłopców. W głębi, za starannie przystrzyŜonym trawnikiem, widniał fragment
fasady osiemnastowiecznego domu.
- Nie sądzę, by musiał się pan martwić o swoje Ŝycie - zauwaŜyłem. - Wygląda
na to, Ŝe wiedzie się panu całkiem dobrze.
Następnie nieznajomy wyjął z portfela trzy karty wizytowe przedzielone
cienką bibułką, na których wytłoczone było tylko nazwisko: “Sir Andrew Vincell”,
bez adresu, oraz kopertę zaadresowaną: “Sir Andrew Vincell, OBE, British Vinvinyl
Plastics Ltd”, gdzieś we wschodniej dzielnicy Londynu.
Potrząsnął głową, pociągnął łyk brandy, jeszcze raz spojrzał na kopertę i
roześmiał się sztucznie. Opanował się z wyraźnym wysiłkiem i orzekł stanowczym
tonem:
- To jest jakiś głupi sen. Jak się z tego obudzić?
Zamknął oczy i wyrecytował z determinacją:
- Nazywam się Andrew Vincell. Mam dwadzieścia trzy lata. Mieszkam przy
Hart Street numer czterdzieści osiem. Pracuję jako praktykant w firmie
dyplomowanych księgowych Penberthy and Truli, Bloomsbury Square numer sto
dwa. Jest 12 lipca 1906 roku. Dziś rano zostałem potrącony przez tramwaj na Thanet
Street. Musiał mnie porządnie stuknąć, bo mam halucynacje. JuŜ!
Otworzył oczy i szczerze się zdziwił, widząc mnie wciąŜ przed sobą. Znów
spojrzał na kopertę i jego twarz zapłonęła gniewem.
- Sir Andrew Vincell! - krzyknął z oburzeniem. - Vinvinyl Plastics Limited!
Co to, u diabła, ma znaczyć?
- Czy nie uwaŜa pan - podsunąłem - iŜ naleŜałoby przyjąć, Ŝe jest pan
członkiem tego przedsiębiorstwa, a nawet, jak wiele na to wskazuje, jednym z jego
dyrektorów?
- Ale przecieŜ juŜ panu mówiłem... - urwał. - Co to jest ten plastik? - ciągnął
dalej. - Mnie się to kojarzy tylko z plasteliną. A co ja mogę mieć wspólnego z
plasteliną?
Biłem się z myślami. Według wszelkiego prawdopodobieństwa wstrząs, czy
cokolwiek to było, wymazał z jego pamięci jakieś pięćdziesiąt lat. Przyszło mi do
głowy, Ŝe pobudzę, być moŜe, jego pamięć, poruszając jakiś dobrze mu znany i waŜny
dla niego temat. Stuknąłem w blat stołu.
- To na przykład jest plastik - stwierdziłem.
Przyjrzał się blatowi, postukał weń paznokciami.
- Dla mnie to nie jest Ŝaden plastik. PrzecieŜ to jest twarde - powiedział.
Spróbowałem wyjaśnić.
- Zanim stwardniał, był plastyczny. Istnieje wiele rodzajów plastiku. Ta
popielniczka, pokrycie krzesła, na którym pan siedzi, to pióro, okładka mojej
ksiąŜeczki czekowej, płaszcz przeciwdeszczowy tamtej kobiety, jej torebka, rączka
parasolki i dziesiątki innych przedmiotów wokół nas. Nawet moja koszula jest utkana
z plastiku.
Przez pewien czas siedział w milczeniu, z coraz większym zainteresowaniem
przenosząc wzrok kolejno na wymieniane przeze mnie przedmioty. Na koniec
skierował spojrzenie na mnie; wyraŜało silne skupienie. Lekko drŜał mu głos, kiedy
zapytał ponownie:
- To naprawdę jest rok 1958?
- Z całą pewnością - zapewniłem. - JeŜeli pan nie wierzy własnemu notesowi,
to za barem wisi drugi kalendarz.
- Nie ma koni - zamruczał do siebie - i drzewa na placu są takie wysokie... Sen
nigdy nie bywa tak konsekwentny, nie do tego stopnia...
- Zamilkł na moment, po czym nagle wybuchnął: - Na Boga! JeŜeli to
prawda... - Spojrzał na mnie z błyskiem podniecenia w oku. - Proszę mi opowiedzieć
o tym plastiku - zaŜądał niecierpliwie.
Nie jestem chemikiem i wiem o plastiku nie więcej niŜ kaŜdy przeciętny
człowiek. Skoro jednak wyraźnie zapalił się do tematu, a jak wspomniałem,
wydawało mi się, Ŝe znajomy temat moŜe oŜywić jego pamięć, postanowiłem
spróbować. Wskazując na popielniczkę, powiedziałem:
- Jeśli się nie mylę, to jest bakelit, jeden z najwcześniejszych plastików
termoutwardzalnych. Opatentował go niejaki Baekeland, gdzieś w roku 1909. To ma
jakiś związek z formaldehydem i fenolem.
- Termoutwardzalny? Co to znaczy? - zapytał.
Wytłumaczyłem, jak mogłem najlepiej, po czym przystąpiłem do dzielenia się
z nim strzępami wiadomości, jakie posiadam na temat łańcuchów molekularnych,
polimeryzacji i tak dalej oraz niektórych cech i zastosowań. Wcale nie odniosłem
wraŜenia, Ŝe wykładam zawiłości chemii własnej babce: mój rozmówca słuchał w
skupieniu, od czasu do czasu powtarzając jakiś wyraz, jakby chciał go sobie wbić do
głowy. ChociaŜ fakt, Ŝe zawisnął na moich ustach, dosyć mi nawet pochlebiał,
bynajmniej nie sądziłem, Ŝe moje słowa w jakikolwiek sposób przyczyniły się do
przywrócenia mu pamięci.
Rozmawialiśmy - a właściwie ja mówiłem - blisko godzinę, a on przez cały
czas siedział z mocno splecionymi dłońmi słuchając mnie pilnie, w napięciu. Potem
zauwaŜyłem, Ŝe brandy przestała juŜ działać, i mój rozmówca znowu popadł w stan
przygnębienia.
- Myślę, Ŝe będzie lepiej, jeśli odprowadzę pana do domu - zaproponowałem. -
Czy pamięta pan swój adres?
- Hart Street czterdzieści osiem - odparł.
- Nie, mam ma myśli pański obecny adres - skorygowałem. Lecz on nie
słuchał. Na jego twarzy wciąŜ malowało się głębokie wewnętrzne skupienie.
- śebym tylko zapamiętał... Ŝebym zapamiętał, kiedy się obudzę - wymamrotał
z desperacją, raczej do siebie niŜ do mnie, po czym znów podniósł na mnie wzrok.
- Jak brzmi pańskie nazwisko? - zapytał.
Przedstawiłem się.
- To takŜe postaram się zapamiętać - zapewnił z niezwykłą powagą.
Pochyliłem się nad stołem i otworzyłem notes na pierwszej stronie. Widniało
tam jego nazwisko i adres przy Upper Grosvenor Street. ZłoŜyłem razem portfel i
notes i wsunąłem mu do ręki. Wcisnął je automatycznie do kieszeni i siedział
nieobecny, zapatrzony w przestrzeń, podczas gdy portier poszedł wezwać taksówkę.
Drzwi eleganckiego mieszkania otworzyła nam kobieta w średnim wieku,
przypuszczalnie gospodyni. Poradziłem, by wezwała lekarza sir Vincella, i
zaczekałem na jego przybycie, Ŝeby wyjaśnić co zaszło.
Następnego wieczora zadzwoniłem, by dowiedzieć się o zdrowie chorego.
Jakiś młodszy kobiecy głos poinformował mnie, Ŝe po zaŜyciu środka uspokajającego
sir Vincell spał dobrze, obudził się nieco zmęczony, ale przyszedł juŜ całkowicie do
siebie i nie przejawia Ŝadnych oznak zaniku pamięci. Doktor nie widział powodów do
niepokoju. Podziękowała mi za opiekę i za doprowadzenie go do domu. I na tym
koniec.
Właściwie zapomniałem o całym tym zdarzeniu aŜ do chwili, gdy w grudniu
przeczytałem w gazecie o jego śmierci.
Pan Fratton przez jakiś czas milczał, potem zaciągnął się głęboko dymem z
cygara, wypił łyk kawy, wreszcie stwierdził niezbyt błyskotliwie:
- Niezwykła sprawa.
- TeŜ tak sądziłem... i sądzę nadal - powiedział pan Aster.
- Widzi pan - zaczął pan Fratton - rzeczywiście wyświadczył mu pan
przysługę. Ale, pan wybaczy, trudno powiedzieć, Ŝeby zasługiwała ona aŜ na sześć
tysięcy akcji wartych po funcie kaŜda, przy cenie osiemdziesięciu trzech szylingów
sześciu pensów za jedną.
- To prawda - zgodził się pan Aster.
- A co dziwniejsze - dodał pan Fratton - spotkał go pan latem ubiegłego roku.
Natomiast testament zawierający zapis został sporządzony i podpisany siedem lat
temu. - Pan Fratton z namysłem zaciągnął się cygarem. - I myślę, Ŝe nie będę zbyt
niedyskretny, jeśli powiem równieŜ, iŜ zastąpił on testament spisany dwanaście lat
wcześniej, który takŜe zawierał rzeczoną klauzulę. - Pan Fratton przyglądał się
swojemu rozmówcy w zadumie.
- Ja juŜ dałem sobie z tym spokój - wyznał pan Aster - ale jeŜeli zbiera pan
kurioza, to proszę takŜe odnotować następujący fakt. - Wyjął z kieszeni marynarki
portfel, a z niego wycinek gazety, opatrzony nagłówkiem: “Zgony. Sir Andrew
Vincell, Pionier Plastiku”. Odszukawszy właściwy fragment tekstu w połowie
kolumny, odczytał go na głos:
“Jest rzeczą znamienną, Ŝe w młodości sir Andrew Vincella nic nie
zapowiadało jego późniejszych zainteresowań. Początkowo pracował jako praktykant
w firmie dyplomowanych księgowych i dopiero w wieku dwudziestu trzech lat, latem
1906 roku, zupełnie niespodziewanie przerwał praktykę i poświęcił się chemii. Kilka
lat później dokonał pierwszego waŜnego odkrycia, kładąc podwaliny pod swe potęŜne
przedsiębiorstwo”.
- Hm... - chrząknął pan Fratton i zmierzył pana Astera badawczym spój
rŜeniem. - To właśnie w 1906 potrącił go tramwaj na Thanet Street.
- Zgadza się. Sam mi powiedział - przyznał pan Aster. Pan Fratton pokręcił
głową.
- Dziwna historia.
- Owszem. Bardzo dziwna - zgodził się pan Aster.
CZWARTE TRAFIENIE
- Dilys! Posłuchaj! Kiedy zakładam taśmę w odwrotną stronę, słychać, jak
mówię od końca - stwierdził Stephen z wyraźna nutą zadowolenia w głosie.
Dilys odłoŜyła ksiąŜkę i podniosła wzrok na męŜa. Na stole przed nim stał
magnetofon, wzmacniacz i róŜne inne drobiazgi. Gęsta plątanina przewodów łączyła
to wszystko z kontaktem w ścianie, potęŜnym głośnikiem i parą słuchawek, które
Stephen miał na uszach. Pół podłogi zasłane było kłębami i skrawkami taśmy.
- Kolejny sukces nauki - podsumowała chłodno. - Zdaje się, Ŝe miałeś tylko
zmontować kawałek taśmy z przyjęcia na cześć Myry. Ona z pewnością wolałaby
nagranie we właściwym porządku.
- No tak, ale właśnie przyszło mi do głowy, Ŝe...
- I zobacz, jak naśmieciłeś. Zupełnie jak po balu sylwestrowym z
serpentynami. Co to w ogóle jest?
Stephen rzucił okiem na ścinki i zwoje taśmy.
- A, to są kawałki, na których wszyscy mówią jednocześnie, ta historia, którą
Charles wszystkich zanudzał, oraz kilka nierozwaŜnych wypowiedzi i tym podobne.
Dilys podniosła się i mierząc cały ten bałagan krytycznym spojrzeniem
powiedziała:
- Chyba to przyjęcie było bardziej nierozwaŜne, niŜ nam się zdawało.
Posprzątaj to, a ja nastawię herbatę.
- Ale najpierw musisz tego wysłuchać - zaprotestował. Zatrzymała się przy
drzwiach.
- Podaj mi, proszę, przynajmniej jeden powód - powiedziała - dla którego
miałabym wysłuchać, jak mówisz od końca. - I wyszła.
Stephen wcale nie zabrał się do sprzątania. Wcisnął natomiast klawisz
odtwarzania i z zaciekawieniem wysłuchał dziwacznego bełkotu, jakim był jego głos
odtworzony od końca. Następnie przerwał, zdjął słuchawki i wysłuchał nagrania przez
głośnik. ZauwaŜył ze zdziwieniem, Ŝe głos zachował brzmienie europejskie, choć
niezrozumiałe dźwięki trajkotały z zawrotną prędkością. Na próbę zmniejszył więc o
połowę prędkość odtwarzania i zwiększył natęŜenie głosu. Głos, niŜszy teraz o
oktawę, cedził głębokie, ocięŜałe, dziwne sylaby i wywierał doprawdy duŜe wraŜenie.
Stephen pokiwał głową, po czym przechylił ją do tyłu, wsłuchując się w dudniący
grzmot, który przetaczał się przez pokój.
Naraz rozległ się syk, przypominający odgłos lokomotywy wypuszczającej
parę. Towarzyszył mu podmuch gorącego powietrza, jak z wnętrza hutniczego pieca...
Stephen poderwał się zaskoczony i o mało nie przewrócił krzesła. Kiedy się
opanował, skoczył do przodu, pospiesznie wyłączając klawisze i przykręcając gałki.
Głos przestał płynąć. Stephen z niepokojem lustrował aparaturę, wypatrując iskrzenia
lub dymu. Ale nic takiego nie dostrzegł i wydawał właśnie westchnienie ulgi, gdy
poczuł, Ŝe nie jest juŜ sam w pokoju. Gwałtownie rozejrzał się wokół. Na widok
stojącej za nim nie dalej niŜ metr postaci otworzył usta ze zdziwienia.
MęŜczyzna stał wyprostowany, z rękami przyciśniętymi do ciała. Wysoki,
około metra osiemdziesięciu wzrostu, wydawał się jeszcze wyŜszy z powodu nakrycia
głowy: podłuŜnego cylindra z wąskim rondem. NiŜej widniał wykrochmalony
kołnierzyk z odgiętymi rogami, popielaty jedwabny fular, długi, ciemny frak z
jedwabnymi klapami, szare spodnie o odcieniu lawendy, spod których wystawały
czarne lśniące czubki butów. Stephen musiał odchylić się głębiej, Ŝeby dostrzec jego
skrócony profil. Twarz nieznajomego była przyjemna, ogorzała, jakby opalona
ś
ródziemnomorskim słońcem. Miał duŜe ciemne oczy, a bujny wąs łączył się u nasady
szczęki z zadbanymi bokobrodami. Podbródek i dolna część policzków były starannie
wygolone. Rysy twarzy przywodziły na myśl asyryjskie posągi.
Mimo całego zaskoczenia Stephen odnotował, Ŝe chociaŜ, zwaŜywszy
okoliczności, strój taki wydawał się niestosowny, niewątpliwie był najwyŜszej
jakości, w swoim miejscu zaś i czasie mógł stanowić wzór elegancji. Patrzył więc
nadal.
MęŜczyzna poruszył wargami.
- Przybyłem - oświadczył uroczyście.
- Ee... No, tak - wyjąkał Stephen. - Tak... Widzę... Ale, szczerze mówiąc, nie
bardzo rozumiem...
- Pan mnie wzywał. Przybyłem więc - powtórzył męŜczyzna tonem, który miał
wszystko wyjaśniać.
Stephen zmarszczył brwi w przypływie zdumienia.
- Ale ja nic nie mówiłem - zaprotestował. - Siedzę tutaj i...
- Nie ma powodu do obaw. Jestem pewien, Ŝe nie będzie pan Ŝałował -
zapewnił męŜczyzna.
- Nie boję się. Jestem tylko zdumiony - wyjaśnił Stephen. - Nie rozumiem...
- CzyŜ nie skonstruował pan śelaznego Pentagramu? - w podniosłym tonie
pojawiła się nuta zniecierpliwienia. Nie poruszając ręką, męŜczyzna zwinął trzy palce
prawej dłoni tak, Ŝe obciągnięty popielatą skórzaną rękawiczką palec wskazujący
został skierowany w dół. - I czyŜ nie wypowiedział pan takŜe Zaklęcia Mocy? - dodał.
Stephen spojrzał tam, gdzie wskazywał palec. ZauwaŜył, Ŝe kilka splątanych
odcinków taśmy rzeczywiście tworzyło na podłodze jakąś figurę geometryczną, która
mogłaby uchodzić za coś w rodzaju pięciokąta. Ale dlaczego Ŝelazny?... AleŜ tak,
oczywiście, powłoka z tlenku Ŝelaza! Tyle Ŝe w sensie dość umownym...
Natomiast to “Zaklęcie Mocy”... No cóŜ, zakładając, Ŝe głos odtworzony od
końca moŜe w gruncie rzeczy wstrzelić się w kaŜde zaklęcie...
- Obawiam się - powiedział Stephen - Ŝe to raczej jakieś nieporozumienie...
Jakiś zbieg okoliczności...
- Dość niezwykły zbieg okoliczności - zauwaŜył sceptycznie nieznajomy.
- Chyba właśnie na tym polegają zbiegi okoliczności - stwierdził Stephen.
- Nigdy nie słyszałem o takim przypadku - powiedział męŜczyzna. - Ilekroć ja
sam lub któryś z moich przyjaciół jest w ten sposób wezwany, dzieje się to zawsze w
konkretnej sprawie. I sprawa ta zostaje zawsze załatwiona.
- Jaka sprawa? - zapytał Stephen.
- Mam na myśli pańskie konkretne potrzeby, które potrafimy zaspokoić. Pan
zaś znajduje się w posiadaniu pewnego przedmiotu, który chętnie włączylibyśmy do
naszych zbiorów. Rzecz sprowadza się do uzgodnienia warunków. Następnie
podpisuje się pakt, oczywiście własną krwią, i to wszystko.
Dopiero słowo pakt pobudziło właściwe skojarzenia. Stephen przypomniał
sobie, Ŝe pokój wypełnił się ledwo wyczuwalną wonią palonych węgli.
- Myślę, Ŝe zaczynam rozumieć - powiedział. - To ma być jakieś nawiedzenie,
tak? Czy chce pan powiedzieć, Ŝe jest pan...?
Nieznajomy przerwał mu, marszcząc brwi.
- Nazywam się Batruel. Jestem jednym z wysłanników mego Pana. Posiadam
pełnomocnictwo do zawierania paktów. A teraz byłbym zobowiązany, gdyby zechciał
mnie pan uwolnić z tego ciasnego pentagramu, którym jestem skrępowany, byśmy
mogli wygodnie przystąpić do uzgodnienia warunków paktu.
Stephen przyglądał się męŜczyźnie, po czym pokręcił głową i wybuchnął
ś
miechem.
Ź
renice przybysza rozszerzyły się. Wyglądał na zirytowanego.
- Co to znaczy? Nie rozumiem.
- Drogi panie - zaczął Stephen. - Przykro mi, Ŝe został pan tu ściągnięty przez
przypadek. Ale zapewniam pana, Ŝe przybył pan do miejsca, które zupełnie nie nadaje
się do ubijania jakichkolwiek interesów.
Batruel przyglądał mu się z namysłem. Uniósł głowę i nieznacznie poruszył
nozdrzami.
- Ciekawe - zdziwił się. - Wcale nie czuję zapachu świętości.
- AleŜ nie - zaprzeczył Stephen. - Po prostu istnieje juŜ spora dokumentacja na
temat pańskich kontraktów. Wynika z niej, Ŝe jedyną ich wspólną cechą jest to, iŜ
druga strona zawsze z biegiem czasu źle na tym wychodzi.
- No, bez przesady. Moja oferta jest niezwykle szeroka...
Tym razem Stephen mu przerwał, kręcąc głową.
- MoŜe sobie pan oszczędzić trudu - poradził. - Mam na co dzień do czynienia
z natrętnymi agentami przeróŜnej maści.
Batruel posłał mu ponure spojrzenie.
- Przywykłem raczej do klientów zdesperowanych - przyznał. - No, cóŜ, skoro
jest pan pewien, Ŝe zaszło nieporozumienie, nie pozostaje mi chyba nic innego, jak
udać się w drogę powrotną i złoŜyć stosowne wyjaśnienie. G ile mi wiadomo, nigdy
przedtem nic takiego się nie zdarzyło. ChociaŜ, oczywiście, zgodnie z regułą
prawdopodobieństwa, powinno się kiedyś zdarzyć. Po prostu tym razem nie dopisało
mi szczęście. śegnam zatem... Co teŜ ja mówię?! Vale, przyjacielu. Jestem gotów!
Przyjął na powrót sztywną postawę. Zamknął oczy i rysy jego twarzy zastygły.
Nic nie nastąpiło.
Batruel rozluźnił szczęki.
- No, dalej. Niech pan mówi - wykrzyknął gniewnie.
- Co mam mówić? - zapytał Stephen.
- Drugie Zaklęcie Mocy, rzecz jasna. Odprawienie.
- Ale ja go nie znam. Nic nie wiem o Ŝadnych zaklęciach mocy - zaprotestował
Stephen. Batruel zmarszczył brwi.
- Czy chce mi pan powiedzieć, Ŝe nie moŜe mnie pan odprawić? - zapytał.
- JeŜeli wymaga to jakiegoś zaklęcia, to z całą pewnością nie mogę -
potwierdził Stephen.
Na twarzy Batruela pojawił się wyraz konsternacji i przeraŜenia.
- AleŜ to niesłychane! Co ja mam teraz robić!? PrzecieŜ muszę wrócić z
podpisanym paktem lub Zaklęciem Odprawy!
- Dobrze więc. Niech pan powie, jak brzmi to zaklęcie, a ja je wypowiem -
zaproponował Stephen.
- Ale ja go nie znam - powiedział Batruel. - Nigdy go nie słyszałem.
Wszystkim, którzy mnie dotychczas wzywali, zaleŜało na szybkim załatwieniu
sprawy i podpisaniu paktu... - Urwał. - Naprawdę, byłoby znacznie prościej, gdyby
zechciał pan siebie... Nie? To straszne! Doprawdy, nie mam pojęcia, co począć.
Od drzwi dobiegł szmer, po nim zaś stukanie czubkiem bucika: Dilys dawała
w ten sposób znać, Ŝe niesie tacę. Stephen podszedł do drzwi i najpierw uchylił je
ostroŜnie.
- Mamy gościa - ostrzegł.
- Ale jakim cudem? - zaczęła, a kiedy otworzył drzwi szerzej, o mało nie
upuściła tacy. Stephen wziął od niej tacę i odstawił w bezpieczne miejsce, podczas
gdy Dilys stała jak wryta.
- Pozwól, kochanie, to jest pan Batruel. Moja Ŝona - dokonał prezentacji.
Batruel, nadal sztywny, mimo napięcia wyglądał teraz na zmieszanego.
Zwrócił głowę w jej stronę i skłonił się nieznacznie.
- Jestem oczarowany, madame - wyznał. - Mam nadzieję, Ŝe wybaczy mi pani
moje dziwaczne zachowanie, lecz niestety ruchy mam skrępowane. Gdyby małŜonek
pani zechciał wyświadczyć mi przysługę, przełamując ten zaklęty pięciobok...
Dilys wciąŜ wpatrywała się w niego bez słowa, z podziwem szacując jego
strój.
- Przykro mi, ale nie wiem, o co chodzi.
Stephen pospieszył z wyjaśnieniem. Starał się zrobić to najlepiej jak umiał.
Kiedy skończył, Dilys powiedziała:
- Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia... Powinniśmy chyba znaleźć jakieś
wyjście? Ale to okropnie trudne. Gdyby pan był, na przykład, normalnym
przesiedleńcem... - Przyglądając się Batruelowi, z namysłem dodała: - Słuchaj, Steve.
Skoro rzeczywiście wytłumaczyłeś panu, Ŝe nie chcemy niczego podpisywać, to moŜe
byś go juŜ uwolnił? Zdaje się, Ŝe jest mu tam bardzo niewygodnie.
- Dziękuję, madame. W istocie jest mi bardzo niewygodnie - potwierdził
Batruel smętnie.
Po chwili zastanowienia Stephen przyznał:
- PoniewaŜ juŜ tu się znalazł, a my wiemy, o co chodzi, to być moŜe nic nie
ryzykuję. - Pochylił się i odsunął zwój taśmy.
Batruel wystąpił ze zburzonego w ten sposób pentagramu. Prawą ręką zdjął
cylinder, lewą przyłoŜył do krawata. Zwracając się do Dilys wykonał głęboki ukłon z
wyszukaną elegancją: stopy wyprostowane, lewa dłoń na nie istniejącej rękojeści
szpady, cylinder przyciśnięty do serca.
- Do usług, madame.
Powtórzył to samo przed Stephenem.
- Sługa uniŜony, sir.
Stephen odpowiedział podobnie, w dobrej intencji, lecz natychmiast
zrozumiał, Ŝe wobec stylu gościa jego reakcja była niestosowna. Nastąpiło kłopotliwe
milczenie. Przerwała je Dilys.
- Wobec tego przyniosę jeszcze jedno nakrycie.
Wyszła, wróciła i przejęła inicjatywę.
- Pan... Dawno pan nie był w Anglii, prawda? - zagaiła towarzysko.
Batruel zareagował lekkim zdziwieniem.
- Na jakiej podstawie pani tak sądzi, jeśli wolno spytać?
- Och, po prostu... Tak tylko myślałam - tłumaczyła się Dilys niejasno.
- Moja Ŝona ma na myśli pański strój - wyjaśnił Stephen.
- Ponadto, wybaczy pan, ale odnoszę wraŜenie, Ŝe nieco pomieszał pan epoki.
Na przykład styl pańskiego ukłonu poprzedza styl pańskiego ubioru o co najmniej
dwa pokolenia.
Batruel wydawał się zaskoczony. Przyjrzał się swemu ubraniu.
- Podczas poprzedniej wizyty zwracałem baczną uwagę na modę - powiedział
zawiedzionym tonem.
- Proszę się tym nie przejmować - pocieszyła go Dilys. - Nosi pan piękny strój.
Co za doskonały materiał!
- Ale nie całkiem zgodny z obowiązującą modą, tak? - wtrącił Batruel ostro.
- No, niezupełnie - przyznała Dilys. - Domyślam się, Ŝe nie zawsze jesteście
na bieŜąco w... To znaczy tam, skąd pan przybywa.
- Tak, to prawda - stwierdził Batruel. - Prowadziliśmy oŜywione interesy w
tych okolicach do siedemnastego, osiemnastego wieku, ale od dziewiętnastego nie
idzie nam najlepiej. Naturalnie, coś tam zawsze jest, lecz obsadzenie poszczególnych
regionów to kwestia przypadku i tak się składa, Ŝe byłem tu osobiście tylko raz w
dziewiętnastym stuleciu, a w obecnym jestem po raz pierwszy. Mogą więc państwo
sobie wyobrazić, z jaką ogromną przyjemnością stawiłem się na wezwanie pani
małŜonka. Mam na myśli moje nadzieje na zawarcie obustronnie korzystnej
transakcji...
- Nie mówmy juŜ moŜe o tym - przerwał mu Stephen.
- Ach, tak. Rzeczywiście. Najmocniej przepraszam. Pan rozumie, stary
wierzchowiec poczuł zapach prochu.
Zapadło milczenie. Dilys wciąŜ przyglądała się gościowi z uwagą. Dla
kaŜdego, kto znał ją równie dobrze jak jej mąŜ, byłoby oczywiste, Ŝe próbuje toczyć
wewnętrzną walkę, w której górę bierze ciekawość. Wreszcie powiedziała:
- Mam nadzieję, Ŝe pańskie misje w Anglii nie zawsze kończyły się
niepowodzeniem, panie Batruel.
- AleŜ nie, skądŜe, szanowna pani. Zachowałem jak najmilsze wspomnienia ze
wszystkich pobytów w państwa ojczyźnie. Pamiętam, jak nawiedzałem pewnego
adepta nauk, gdzieś w pobliŜu Winchester. Było to mniej więcej w połowie
szesnastego wieku. ZaŜyczył sobie fortuny, tytułu oraz pięknej, szlachetnie urodzonej
małŜonki. Udało nam się zdobyć dla niego przyjemny majątek nie opodal Dorchester.
Sądzę, Ŝe jego potomkowie mieszkają tam do dziś. Następny był pewien młodzieniec
na początku osiemnastego stulecia, który pragnął posiadać dobry dochód i Ŝonę z
kręgów zbliŜonych do dworu. Zaspokoiliśmy te ambicje i jego krew płynie teraz w
róŜnych niespodziewanych miejscach. Wreszcie, wkrótce potem, kolejny młodzieniec,
raczej niskiego stanu, chciał po prostu zostać słynnym mędrcem i dramatopisarzem.
Było to nieco trudniejsze Ŝądanie, lecz takŜe mu sprostaliśmy. Nie zdziwiłbym się,
gdyby jego nazwisko pamiętano do dzisiaj. Nazywał się...
- To bardzo interesujące - wtrącił Stephen. - I korzystne dla potomnych, lecz
co stało się z protagonistami?
Batruel wzruszył ramionami.
- No cóŜ, umowa jest umową. Podpisana zresztą dobrowolnie - rzekł z
pewnym wyrzutem. - ChociaŜ ja sam ostatnio nie odwiedzałem tych stron - ciągnął
dalej - z doniesień moich kolegów wynika, Ŝe wymogi mogą róŜnić się w
szczegółach, lecz w zasadzie wszystkie pozostają takie same. Nadal jest popyt na
tytuły, zwłaszcza Ŝon naszych klientów. Podobnie poŜądane jest wejście do
towarzystwa, obojętnie jakiego. A takŜe wspaniałe wiejskie rezydencje - które, rzecz
jasna, wyposaŜamy we wszystkie nowoczesne urządzenia - jak równieŜ pied-a-terre
na Mayfair. Tam, gdzie przedtem dostarczaliśmy pełną stajnię, dziś oferujemy
limuzynę bent-rollsley saloon lub, powiedzmy, prywatny samolot - mówił z nutą
rozmarzenia w głosie.
Stephen uznał, Ŝe czas mu przerwać.
- Bent-rollsley? CzyŜby? Następnym razem powinien pan pilniej
przestudiować Biuletyn Badań Rynkowych. Tymczasem będę wdzięczny, jeśli
zaprzestanie pan kuszenia mojej Ŝony, bo to nie ona miałaby za to płacić.
- Owszem, to prawda - przyznał Batruel. - Taki juŜ jest przywilej kobiet.
Zawsze za coś płacą, ale im więcej mają, tym mniejsze ponoszą koszty. Pańska Ŝona
wiodłaby znacznie przyjemniejszy Ŝywot, nie musiałaby wcale pracować,
zatrudniałaby słuŜbę...
- Niech pan natychmiast przestanie! - zaŜądał Stephen. - Powinien się pan juŜ
dawno zorientować, Ŝe to przestarzała metoda. Na takie numery nie damy się juŜ
nabrać. Straciły dla nas atrakcyjność.
Batruel nie był przekonany.
- Z lektury naszych biuletynów wynika, Ŝe światem nadal rządzi zło -
zaoponował.
- Nie przeczę, ale jego gorsza część nie stosuje tak staroświeckich pojęć.
Obecnie przewaŜa dąŜenie do osiągnięcia jak największych korzyści minimalnym
kosztem, a najlepiej bez ponoszenia Ŝadnych kosztów.
- To chyba nieetyczne - mruknął Batruel. - Jakieś zasady powinny
obowiązywać.
- Być moŜe, ale tak nie jest. Poza tym łączą nas teraz znacznie ściślejsze
związki i wzajemne zaleŜności. Czy sądzi pan, Ŝe moŜna dziś, na przykład, nabyć ni
stąd, ni zowąd tytuł własności albo wytłumaczyć się z niespodziewanie wysokich
dochodów urzędom podatkowym, czy wreszcie wybudować pałac bez zgody Urzędu
Planowania Przestrzennego? Takie jest Ŝycie.
- Nie wątpię, Ŝe są to wszystko sprawy do załatwienia - powiedział Batruel.
- Myli się pan. Istnieje jeden jedyny bezpieczny sposób szybkiego
wzbogacenia się. Jest to... Na Jowisza! - Urwał nagle i zamyślił się.
Batruel zwrócił się do Dilys:
- Szkoda, Ŝe pani małŜonek jest tak niesprawiedliwy w stosunku do samego
siebie. Widać, Ŝe posiada ogromny potencjał twórczy, który przy odrobinie kapitału
mógłby wspaniale rozwinąć... A świat nadal ma wiele do zaoferowania bogaczom
oraz, oczywiście, ich Ŝonom. Na przykład powszechny szacunek, władzę,
dalekomorskie jachty... Trudno oprzeć się wraŜeniu, Ŝe pani małŜonek marnuje swoje
talenty.
Dilys spojrzała na pogrąŜonego w rozmyślaniach małŜonka.
- A więc pan równieŜ to dostrzega? Zawsze byłam przekonana, Ŝe nie potrafią
go docenić w firmie.
- Taak. Te biurowe rozgrywki - pospieszył z pomocą Batruel. - Mogą
zaprzepaścić niejeden młody talent. Wystarczy jednak zdobyć niezaleŜność, by przy
pomocy Ŝony... zdolnej i pięknej, jeśli wolno mi zauwaŜyć, zniknęły powody, dla
których miałby...
Stephen otrząsnął się z zamyślenia.
- Podręcznik kusiciela: Rozdział pierwszy - wtrącił ironicznie. - MoŜe jednak
zechce pan oderwać się od podręcznika i stawić czoło faktom. JeŜeli uda się panuje
pojąć, jestem skłonny ubić z panem interes.
Twarz Batruela pojaśniała.
- Ach! - wykrzyknął. - Miałem nadzieję, Ŝe po dokładniejszym rozwaŜeniu
naszej oferty...
Stephen znowu mu przerwał.
- Przede wszystkim - zaczął - powinien pan pogodzić się z tym, Ŝe pańskie
metody zupełnie do mnie nie przemawiają, toteŜ moŜe pan darować sobie próby
utworzenia grupy nacisku wraz z moją Ŝoną, po drugie, to pan znalazł się w opałach,
nie ja. Ciekawe, jak zamierza pan wrócić do... No, tam, skąd pan przybył, jeŜeli nie
udzielę panu pomocy?
- Ja proponuję tylko, Ŝeby pomógł pan sam sobie, a zarazem pomógł teŜ mnie
- zaznaczył Batruel.
- Co znaczy, Ŝe dostrzega pan tylko jedną stronę zagadnienia. OtóŜ, proszę
posłuchać. Ja widzę tu trzy moŜliwe rozwiązania. Po pierwsze, moŜna podjąć próbę
odnalezienia osoby, która nam powie, jak brzmi to Zaklęcie Mocy, niezbędne, by pana
odesłać. Czy jednak wie pan, jak się za to zabrać? Nie. I my teŜ nie wiemy.
MoŜliwość druga: mógłbym zaprosić tu pastora, Ŝeby odprawił egzorcyzmy. Sądzę, Ŝe
z przyjemnością podjąłby się takiego zadania. Być moŜe, doczekałby się nawet z
biegiem czasu kanonizacji za skuteczne odparcie pokusy.
Batruel zadrŜał.
- Tylko nie to! - zaprotestował. - Jeden z moich przyjaciół doświadczył
egzorcyzmów w piętnastym wieku. PrzeŜył okropne męki, po których do dziś nie
odzyskał pełni sił i wiary w siebie.
- Świetnie więc. Pozostaje zatem moŜliwość trzecia. W zamian za pewną
okrągłą sumę, jednak bez Ŝadnych zobowiązań, gotów jestem znaleźć osobę, która
zechce zawrzeć z panem pakt. Po podpisaniu paktu będzie pan mógł wrócić z
honorem i spełnioną misją. Co pan na to?
- Nic z tego - odparł Batruel pospiesznie. - Pan próbuje wymóc dwa ustępstwa
za jedną cenę. Nasza księgowość nigdy nie zaakceptuje takiej operacji.
- No tak. Nic dziwnego, Ŝe idzie wam coraz gorzej. ChociaŜ zajmujecie się
tymi sprawami od tysiącleci, nie odeszliście ani na krok od pierwszego numeru
hipoteki. I skłonni jesteście nawet pakować w to własny kapitał zamiast posłuŜyć się
cudzym. W ten sposób nic nie zdziałacie. Ja natomiast mam plan, który zapewnia mi
pieniądze, wam daje upragniony pakt, zaś niezbędny kapitał ogranicza się do kilku
szylingów wyłoŜonych z mojej kieszeni.
- Nie bardzo rozumiem, jak to będzie moŜliwe - stwierdził Batruel z
powątpiewaniem.
- Zapewniam pana, Ŝe jest to moŜliwe. Niewykluczone, Ŝe będzie pan musiał
pozostać tu przez kilka tygodni, ale moŜe pan zamieszkać u nas, w pokoju gościnnym.
Czy gra pan w piłkę noŜną?
- W piłkę noŜną? - powtórzył Batruel niepewnie. - Chyba nie. A jak się w to
gra?
- W takim razie będzie pan musiał zapoznać się z grubsza z zasadami i taktyką
tej gry. Przede wszystkim chodzi w niej o to, Ŝeby dobrze kopać piłkę. Jeśli piłka nie
wyląduje tam, gdzie zawodnik chciał, jego wysiłek idzie na marne, druŜyna traci
szansę i w końcu przegrywa. Czy pan to rozumie?
- Chyba tak.
- Wobec tego powinien pan takŜe zrozumieć, Ŝe w krytycznym momencie
nawet nieznaczne popchnięcie piłki we właściwym kierunku wystarczy, Ŝeby zyskać
wiele. Niepotrzebne są Ŝadne niesportowe przepychanki, Ŝadne kontuzje. MoŜna
zaaranŜować wynik meczu, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń. Wystarczy
tylko w stosownym czasie lekkie trącenie piłki przez jednego z tych chochlików,
których uŜywacie do wykonywania zadań praktycznych. Coś takiego nie powinno
panu sprawić trudności, prawda?
- Tak, prawda - zgodził się Batruel. - To całkiem proste. Przyznam jednak, Ŝe
nie bardzo pojmuję, po co miałbym...
- Kłopot w tym, szanowny panie, Ŝe jest pan beznadziejnie oderwany od
współczesności, mimo wszystkich tych biuletynów - podsumował Stephen. - Dilys,
gdzie jest ten kupon totalizatora?
Po upływie pół godziny Batruel zaczął dostrzegać pewne otwierające się przed
nim moŜliwości.
- No tak, rozumiem - powiedział. - Po zapoznaniu się z podstawowymi
zagadnieniami technicznymi łatwo będzie spowodować przegraną, remis lub nawet, w
razie potrzeby, wygraną.
- O to właśnie chodzi - pochwalił go Stephen. - Wypełniam więc kupon i
stawiam kilka szylingów, Ŝeby lepiej wyglądało. Pan załatwia mecze, a ja zgarniam
gładko całą pulę, unikając kłopotliwych pytań fiskusa.
- Istotnie, jest to dla pana korzystne - przyznał Batruel. - Ale skąd mam wziąć
pakt, jeŜeli pan nie...
- Pakt to następny etap - wyjaśnił Stephen. - W zamian za wygraną
zobowiązuję się znaleźć osobę, która podpisze pakt w ciągu, powiedzmy, sześciu
miesięcy, zgoda? Czy to wystarczy? Doskonale. Spiszmy więc umowę. Dilys, bądź
tak dobra i przynieś nam papier listowy i krew... No nie, co za głupiec ze mnie, krew
przecieŜ mamy...
Pięć tygodni później Stephen wysiadał ze swojego bentleya przed Hotelem
Northpark, a chwilę potem na schodach pojawił się Batruel. Po kilku dniach
postanowili nie zatrzymywać go u siebie, okazało się bowiem, Ŝe jego
nieposkromione kusicielstwo zakłóca spokój domowego ogniska. Przeniósł się więc
do hotelu, gdzie osiągał znacznie stosowniejsze wyniki i miał bardziej zróŜnicowane
moŜliwości.
W drzwiach obrotowych ukazała się postać wcale nie przypominająca
nieznajomego, który pojawił się kiedyś w salonie Stephena. Znikły bokobrody, zostały
jedynie obfite wąsy. Miejsce fraka zajął starannie skrojony popielaty garnitur.
Apaszkę zastąpił krawat w dyskretne prąŜki. Zamiast wysokiego cylindra Batruel miał
na głowie filcowy kapelusz. W rzeczy samej był to wzorowo ubrany przystojny
męŜczyzna około czterdziestki z drugiej połowy dwudziestego wieku.
- Wskakuj - zaprosił go Stephen. - Masz przy sobie formularz paktu?
Batruel klepnął się po kieszeni marynarki.
- Zawsze noszę go przy sobie. Nigdy nic nie wiadomo... - zapewnił, gdy
samochód ruszył.
Po pierwszym trafieniu trójki Stephen, mimo nadziei na anonimowość, zyskał
spory rozgłos. Ukrycie uśmiechu fortuny wartości dwustu dwudziestu tysięcy funtów
szterlingów okazało się znacznie trudniejsze, niŜ się wydawało. Na szczęście
wykazali z Dilys dość przezorności, by następną wygraną - tym razem w wysokości
dwustu dziesięciu tysięcy funtów - podjąć nieco później. Wypłacie trzeciego czeku,
opiewającego na sumę dwustu dwudziestu pięciu tysięcy funtów, towarzyszyło pewne
wahanie, chociaŜ nie wykręty, bo do tych nie było Ŝadnych podstaw, poniewaŜ
trafienia widniały na papierze, czarno na białym. Musiano się jednak zaniepokoić,
skoro wysłano do Stephena przedstawicieli przedsiębiorstwa. Jeden z nich, gorliwy
młodzieniec w okularach, perorował dość zapalczywie o regułach przypadku, a
następnie przedstawił cyfrę opatrzoną zaskakującą ilością zer, która, jak twierdził,
miała ilustrować stopień prawdopodobieństwa trzykrotnego trafienia trójki.
Stephen okazał zainteresowanie. Stwierdził, Ŝe jego system jest chyba lepszy,
niŜ sądził, skoro zdołał pokonać tak astronomiczny stopień nieprawdopodobieństwa.
Młodzieniec wyraził chęć zapoznania się z systemem. Stephen nie chciał
jednak rozmawiać na ten temat, chociaŜ zaznaczył, Ŝe nie wyklucza moŜliwości
omówienia pewnych aspektów sprawy z dyrektorem przedsiębiorstwa. I oto właśnie
znajdowali się z Batruelem w drodze na spotkanie z Samem Gripshawem.
Biurowiec totalizatora mieścił się przy jednej z tras wylotowych z miasta,
nieco cofnięty i oddzielony od jezdni równo przystrzyŜonym trawnikiem, ozdobionym
klombami szałwi. Portier w liberii zasalutował Stephenowi, kiedy ten parkował
bentleya przy podjeździe. Zaraz potem wprowadzono ich do przestronnego gabinetu,
gdzie Sam Gripshaw podniósł się zza biurka na ich powitanie. Stephen uścisnął mu
dłoń i przedstawił swego towarzysza.
- Pan pozwoli, mój doradca, pan Batruel - wyjaśnił. Sam Gripshaw, który
zrazu rzucił Batruelowi pobieŜne spojrzenie, teraz przyjrzał mu się uwaŜnie i
badawczo. A nawet przez moment jakby się zadumał. Potem zwrócił się do Stephena.
- Przede wszystkim pragnę panu pogratulować, młodzieńcze. Jest pan
największym zwycięzcą totalizatora w całej historii naszego przedsiębiorstwa.
Sześćset pięćdziesiąt pięć tysięcy funtów szterlingów! To piękna sumka. Niemniej
jednak - pokręcił głową - to nie moŜe trwać dalej, drogi panie. Po prostu nie moŜe.
- No, ja bym się spierał - odparł Stephen przyjaźnie, kiedy siadali. Sam
Gripshaw ponownie potrząsnął głową.
- Za pierwszym razem moŜe to być uśmiech losu. Po raz drugi - niezwykłe
szczęście. Trzy razy - zaczyna juŜ jakoś dziwnie pachnieć, czwarty raz wstrząsnąłby
całym przedsiębiorstwem, piąty całkowicie by je rozłoŜył. A na pustą pulę nikt nie
postawi nawet pensa. To oczywiste. Powiada pan, Ŝe ma pan jakiś system. Czy tak?
- Mamy system - sprostował Stephen. - Mój przyjaciel, pan Batruel...
- Ach tak, pan Batruel... - powtórzył Sam Gripshaw, ponownie posyłając
Batruelowi badawcze spojrzenie. - Domyślam się, Ŝe nie byłby pan skłonny podzielić
się ze mną kilkoma uwagami na temat tego systemu.
- Trudno się dziwić - zauwaŜył Stephen.
- Tak, naturalnie. Ma pan rację - przyznał Sam Gripshaw. - ChociaŜ w
zasadzie mógłby pan, skoro nie sposób tak dalej...
- PoniewaŜ w przeciwnym razie zrujnowalibyśmy wasz interes, 27 prawda?
Na tym nam, rzecz jasna, nie zaleŜy. I dlatego właśnie tu dziś jesteśmy. Pan Batruel
ma dla pana pewną propozycję.
- Ach tak! Bardzo proszę. Co to za propozycja? Słucham - oŜywił się
Gripshaw.
Batruel wstał z fotela.
- Panie Gripshaw, prowadzi pan tutaj doskonałe przedsiębiorstwo. Szkoda,
gdyby straciło społeczne zaufanie. Stratę poniosłoby zarówno społeczeństwo, jak i
pan. Nie muszę tego podkreślać, poniewaŜ, o ile wiem, powstrzymał się pan od
nadania rozgłosu trzeciemu trafieniu mego przyjaciela, pana Tramona. Pozwolę sobie
zauwaŜyć, Ŝe postąpił pan niezwykle rozsądnie, sir. Mogłoby to bowiem spowodować
pewne objawy zniechęcenia. Jestem w tym szczęśliwym połoŜeniu, Ŝe mogę panu
zaproponować środki, które mogłyby wyeliminować ryzyko powtórzenia się podobnej
sytuacji. Nie będzie to kosztować pana ani pensa. JednakŜe... - Przybrał ton kuszący z
miną artysty sięgającego po ulubiony pędzel. Sam Gripshaw wysłuchał go cierpliwie
do końca.
- JednakŜe, w zamian za to... taka mała formalność. Obiecuję panu, Ŝe ani
obecny tutaj nasz przyjaciel, pan Stephen Tramon, ani nikt inny nie będzie juŜ
korzystał z mej dalszej pomocy, Ŝe się tak wyraŜę, w prognozowaniu... W ten sposób
minie stan zagroŜenia i będzie pan mógł przystąpić bez przeszkód do dalszego
prowadzenia przedsiębiorstwa tak, jak na to zasługuje. Wyjął z kieszeni formularz
paktu i płynnym ruchem rozpostarł go na biurku.
Sam Gripshaw sięgnął po formularz i przejrzał warunki. Po czym, ku
zaskoczeniu Stephena, kiwnął głową niemal bez wahania.
- Wygląda mi to na uczciwy układ - stwierdził. - Zdaję sobie sprawę, Ŝe moje
połoŜenie nie pozwala mi stawiać warunków. W związku z tym - podpisuję.
Batruel uśmiechnął się uszczęśliwiony. Zrobił krok do przodu i wyciągnął z
kieszeni mały scyzoryk.
Po złoŜeniu podpisu Sam Gripshaw owinął przedramię czystą chusteczką.
Batruel wziął pakt i cofnął się o krok, machając delikatnie papierem w celu
wysuszenia podpisu. Następnie przyjrzał mu się raz jeszcze z nie ukrywanym
zadowoleniem, złoŜył starannie na pół i schował do kieszeni.
Skłonił się obu męŜczyznom. Był tak przejęty, Ŝe stracił znowu poczucie
czasu - wykonał elegancki, dziewiętnastowieczny ukłon. - Do usług, panowie.
I zniknął, pozostawiając po sobie jedynie ledwo wyczuwalny zapach siarki.
Sam Gripshaw przerwał milczenie dopiero po chwili.
- No tak, pozbyliśmy się go... Teraz nie wróci, dopóki nie zostanie przez kogoś
ponownie wezwany - stwierdził z satysfakcją. Zwrócił się do Stephena i przyjrzał mu
się bacznie. - Powiodło się panu, co, młody człowieku? Trzeba przyznać. Za to, Ŝe
sprzedał mu pan moją duszę, bierze pan do kieszeni ponad pół miliona funtów. To się
nazywa mieć głowę do interesów. śałuję, Ŝe nie przytrafiło mi się coś takiego w
młodości.
- Nie wygląda na to, Ŝeby się pan zbytnio tym wszystkim przejął - zauwaŜył
Stephen z wyraźną nutą ulgi w głosie.
- Nie. Nie przejąłem się - zgodził się Sam Gripshaw. - To raczej on powinien
się martwić. Dziwi to pana, prawda? On sam i jemu podobni siedzą w tym interesie
od tysięcy lat i nadal nie opracowali Ŝadnego systemu. Dzisiaj wymagana jest przede
wszystkim sprawna organizacja... Trzeba mieć całe przedsiębiorstwo w małym palcu,
Ŝ
eby wiedzieć, na czym się stoi i co jest co. Oni są zdecydowanie zbyt staromodni.
NajwyŜszy czas, Ŝeby zatrudnili jakichś fachowców od zarządzania i efektywności.
- To prawda, nie są zbyt operatywni - potwierdził Stephen. - Z drugiej jednak
strony, jego potrzeby są dość nietypowe. Zresztą, w końcu dostał, czego szukał.
- Owszem. Radzę jednak poczekać do czasu, gdy zajrzy do swojej kartoteki -
jeŜeli w ogóle wiedzą tam, w dole, co to jest. Jak się panu wydaje, skąd wziąłem
kapitał na rozkręcenie całego interesu?
POPRAWKA W CZASIE
Po osłoniętej od wiatru stronie domu było gorąco. Pani Dolderson, która
siedziała na progu oszklonych drzwi na taras, przesunęła fotel do tyłu, by ukryć w
cieniu głowę, nie pozbawiając reszty ciała słonecznego ciepła. Odchyliła głowę na
poduszkę i zapatrzyła się przed siebie.
W tym miejscu jakby zatrzymał się czas.
Na skraju trawnika rósł jak zawsze stary cedr. Płasko rozpostartymi konarami
sięgał zapewne nieco dalej niŜ wówczas, gdy była dzieckiem, ale trudno to było
zauwaŜyć: wydawał jej się wtedy równie ogromny jak teraz. Dalej Ŝywopłot - jak
zawsze równy i elegancki. Po obu stronach furtki prowadzącej do zagajnika wciąŜ
rosły dwa bliŜej nie określone krzewy, wystrzyŜone na kształt ptaków: Cocky i Olly.
Jakie to cudowne, Ŝe nadal tam są, mimo Ŝe pióra w ogonie Olly’ego nieco
rozczapierzyły się z upływem czasu.
Kwietnik po lewej stronie, przed kępą krzewów, jak zwykle olśniewał
kolorami, moŜe nawet bardziej niŜ kiedyś. Wydawało się, Ŝe barwy kwiatów stały się
jaskrawsze, lecz i tak prezentowały się wspaniale. Natomiast w zaroślach za
Ŝ
ywopłotem zaszła pewna zmiana: rozmnoŜyły się młode drzewka, zniknęły stare.
Między gałęziami prześwitywał teraz róŜowy dach sąsiadów, których dawniej nie
było. Gdyby nie to, moŜna by właściwie zapomnieć na chwilę o minionych latach
Ŝ
ycia.
Senne popołudnie: ptaki odpoczywają, pobzykują pszczoły, delikatnie
szeleszczą liście, na pobliskim korcie rytmicznie odbijają się piłki, od czasu do czasu
jakiś głos podaje wynik meczu. Mogło to być kaŜde z wielu słonecznych popołudni w
ciągu tych pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu lat.
Pani Dolderson uśmiechnęła się do tego widoku: kochała go będąc małą
dziewczynką, a teraz kochała go jeszcze bardziej.
Tu, w tym domu, przyszła na świat, tutaj wyrosła, tu wydano ją za mąŜ. Tu
wróciła po śmierci ojca, wychowała dwójkę dzieci, tu się zestarzała... Wkrótce po
drugiej wojnie o mało go nie straciła. I jest tu nadal...
Wszystko dzięki Haroldowi. Mądry chłopak i wspaniały syn... Kiedy stało się
oczywiste, Ŝe nie będzie w stanie sama utrzymać domu, Ŝe trzeba go będzie sprzedać,
właśnie Harold przekonał swoją firmę, by go wykupiła. Wyjaśnił przy tym matce, Ŝe
nie interesuje ich dom, lecz parcela, jak kaŜdego kupca. Wprawdzie sam budynek nie
przedstawia juŜ prawie Ŝadnej wartości, ale jest dość korzystnie usytuowany.
Warunkiem sprzedaŜy było przerobienie czterech południowych pokoi na
samodzielne mieszkanie, które miało pozostawać do jej dyspozycji aŜ do śmierci.
Resztę domu przebudowano na internat dla około dwudziestu młodych pracowników
laboratorium i biura, które wybudowano od północy, na miejscu dawnej stajni i części
paddocku. Pani Dolderson wiedziała, Ŝe pewnego dnia stary dom zostanie rozebrany,
ale na razie, póki Ŝyje, dom i ogród od strony południowej i zachodniej mają pozostać
nietknięte. Harold zapewnił ją, Ŝe nikt ich nie ruszy przez co najmniej piętnaście,
dwadzieścia lat - czyli znacznie dłuŜej, niŜ będzie to konieczne...
Poza tym, rozmyślała spokojnie, odejdzie bez większego Ŝalu. W miarę
upływu czasu człowiek staje się niepotrzebny. Teraz zaś, kiedy musi poruszać się w
fotelu inwalidzkim, jest cięŜarem dla innych. Miała wraŜenie, Ŝe nie naleŜy juŜ do
tego świata, Ŝe jest tu obca. Tyle rzeczy się zmieniło. Najpierw zaczęła mieć trudności
z jego zrozumieniem, a potem Ŝycie stało się tak skomplikowane, Ŝe przestała
podejmować próby, by je zrozumieć. Nic dziwnego, pomyślała, Ŝe ludzie starzy
wykazują taką zaborczość wobec rzeczy; trzymają się kurczowo przedmiotów
łączących ich ze światem, który potrafili pojąć...
Harold to kochany chłopiec i ze względu na niego starała się nie popełniać
głupstw. Często jednak okazywało się to trudne... Na przykład dzisiaj, podczas
lunchu. Był taki podniecony jakimś eksperymentem, który mają przeprowadzić po
południu. Nie potrafił się powstrzymać, by o tym bez przerwy nie mówić, chociaŜ
musiał przecieŜ wiedzieć, Ŝe wszystko to jest dla niej zupełnie niezrozumiałe. O ile
mogła się zorientować, znowu opowiadał coś o wymiarach, ale tylko mu potakiwała,
bynajmniej nie próbując zgłębić problemu. Gdy ostatnio poruszył ten temat,
napomknęła, Ŝe za czasów jej młodości istniały tylko trzy wymiary i Ŝe nie bardzo
sobie wyobraŜa, aby przy całym tym postępie moŜna było do tego coś jeszcze dodać.
Tą uwagą sprowokowała wykład na temat matematycznego podejścia do świata, które
umoŜliwia dostrzeganie całej serii wymiarów. Zdaje się, Ŝe nawet moment istnienia
względem czasu stanowić ma pewien rodzaj wymiaru. Z filozoficznego punktu
widzenia, zaczął wyjaśniać - ...lecz pani Dolderson natychmiast się zgubiła. Wywołał
jej tylko zamęt w głowie. Była przekonana, Ŝe w czasach jej młodości filozofia,
matematyka i metafizyka stanowiły odrębne nauki. Tymczasem dzisiaj zdają się one
w niepojęty sposób podąŜać tym samym torem. Słuchała więc tym razem w
milczeniu, wydając tylko zachęcające pomruki, aŜ w końcu Harold uśmiechnął się
posępnie i powiedział, Ŝe jest bardzo kochana, wysłuchując go tak cierpliwie.
Następnie wstał od stołu, podszedł do matki i kładąc rękę na jej dłoni pocałował ją
delikatnie w policzek, a ona Ŝyczyła mu powodzenia w tajemniczym doświadczeniu.
Potem weszła Jenny, Ŝeby posprzątać ze stołu i przewieźć panią Dolderson bliŜej
okna...
Rozleniwiające poobiednie słońce wprawiło ją wkrótce w stan pół snu, pół
jawy i przeniosło pięćdziesiąt lat wstecz, kiedy to podobnego popołudnia, siedząc
przy tym samym oknie - oczywiście fotel inwalidzki był wtedy nie do pomyślenia -
czekała na Artura... Z bijącym sercem czekała na Artura... który juŜ nigdy się nie
zjawił...
JakŜe dziwnie potoczyły się zdarzenia. Gdyby Artur zjawił się owego dnia,
prawie na pewno wyszłaby za niego. Wówczas Harold i Cynthia nigdy by się nie
urodzili. Miałaby, oczywiście, jakieś dzieci, ale nie byłby to Harold ani Cynthia... CóŜ
za dziwna przypadkowość rządzi istnieniem... Wystarczy, Ŝe kobieta powie “nie”
jednemu, a “tak” innemu męŜczyźnie, by powołać do Ŝycia potencjalnego mordercę...
Jakimi głupcami są ci współcześni. Próbują wszystko uporządkować, uczynić Ŝycie
bezpiecznym, a przecieŜ za nimi, w przeszłości kaŜdego z nich, ciągnie się usiany
przypadkami łańcuch kobiet, które kiedyś powiedziały “tak” albo “nie”, w zaleŜności
od zwykłego kaprysu...
Ciekawe, Ŝe właśnie teraz naszły ją wspomnienia o Arturze. Przez całe lata
zupełnie o nim nie myślała... Była wtedy absolutnie przekonana, Ŝe oświadczy się jej
owego popołudnia. Nie miała pojęcia o istnieniu jakiegoś Colina Doldersona. I
gotowa była się zgodzić. O tak, z pewnością przyjęłaby te oświadczyny.
Nie było Ŝadnych wyjaśnień. Nigdy się nie dowiedziała, dlaczego nie zjawił
się ani tego dnia, ani nigdy potem. Nigdy do niej nie napisał. Mniej więcej po dwóch
tygodniach nadszedł dość oschły list od jego matki, z którego wynikało, Ŝe Artur
zachorował i lekarze zalecili mu wyjazd za granicę. Nic ponadto, aŜ do dnia, w
którym natknęła się w jakiejś gazecie na jego nazwisko, ponad dwa lata później...
Oczywiście czuła złość - dziewczyna ma przecieŜ swoją godność - i przez
jakiś czas było jej przykro. Skąd mogła wiedzieć, Ŝe w końcu wyjdzie jej to na dobre?
Czy kochałaby jego dzieci tak samo? Czy byłyby równie dobre i mądre jak Harold i
Cynthia?
Co za nieskończona ilość moŜliwości... Wszystkie te geny i inne rzeczy, o
których tyle się dzisiaj mówi...
Ucichły odgłosy gry w tenisa. Gracze zapewne odeszli do swoich
tajemniczych zajęć. Pszczoły wciąŜ pracowicie brzęczały wśród kwiatów. Przyleciało
kilka motyli; poruszały się w powietrzu po dyletancku, ocięŜale. Drzewa w oddali
drŜały w nasilającym się upale. Senność popołudnia działała tak nieodparcie, Ŝe pani
Dolderson w końcu jej się poddała. Oparła głowę na poduszkach, nie zwracając
właściwie uwagi na ledwo słyszalny szum, w tonie nieznacznie wyŜszym niŜ
brzęczenie pszczół, który wprawdzie nasilał się, lecz nie był na tyle głośny, by
wywołać jej niepokój. Powieki opadły jej same.
Naraz, w odległości kilku metrów, lecz poza zasięgiem wzroku, pani
Dolderson usłyszała kroki. Rozległy się tak nagle, jakby ktoś zszedł z trawnika na
ś
cieŜkę. Wówczas jednak widziałaby kogoś na trawniku... Jednocześnie usłyszała
męski głos, brzmiący pogodnie, ale niezbyt głośno. Śpiew rozległ się równie nagle,
właściwie w pół słowa:
“...scy robią tak, robią tak...”
Piosenka urwała się raptownie. Kroki takŜe ucichły.
Pani Dolderson miała teraz oczy otwarte, otwarte bardzo szeroko. Zacisnęła
kościste pałce na poręczach fotela. Przypomniała sobie tę melodię. Co więcej, bez
wątpienia znała takŜe ten głos. Po tylu latach... Co za idiotyczny sen, oburzyła się w
duchu... Wspominała go zaledwie na moment przed zamknięciem oczu...
A jednak to wcale nie przypominało snu... Wszystko było wyraźne, czyste,
znajome i logiczne... Pod palcami czuła przecieŜ twardość poręczy fotela...
Przyszło jej do głowy, Ŝe umarła. To mogłoby wyjaśniać, dlaczego ten stan nie
przypominał zwyczajnego snu. Zapewne umarła cichą śmiercią, siedząc spokojnie w
promieniach słońca. Doktor uprzedzał, Ŝe moŜe się to zdarzyć całkiem
niespodziewanie... I tak się właśnie stało! Przez krótką chwilę doznała uczucia ulgi.
Nie dlatego, Ŝe lękała się śmierci, lecz dlatego, Ŝe spodziewała się cierpienia. A więc
juŜ po wszystkim, nic nie bolało. Po prostu zapada się w sen. Poczuła się nagle
szczęśliwa, a nawet uradowana...Tylko dlaczego wciąŜ jest przykuta do tego fotela?...
Zazgrzytał Ŝwir pod stopami i rozległ się zdumiony głos:
- A to ci heca! Cuda-niewidy! Co to się u licha wyprawia?
Pani Dolderson zamarła w fotelu. Nie miała juŜ Ŝadnych wątpliwości, czyj to
głos.
Cisza. Stopy poruszyły się znowu, niezdecydowanie. Zabrzmiały kroki.
ZbliŜały się powoli, niepewnie. W polu jej widzenia ukazał się młody człowiek. Och,
wyglądał tak młodo! Poczuła lekki ucisk w sercu...
Miał na sobie blezer w prąŜki i białe flanelowe spodnie, na szyi jedwabną
apaszkę, a na głowie zsunięty do tyłu słomkowy kapelusz z kolorową wstąŜką. Ręce
trzymał w kieszeniach spodni, pod lewym ramieniem ściskał rakietę tenisową.
Najpierw ujrzała profil, niezbyt korzystny, poniewaŜ na twarzy męŜczyzny
malowało się zdumienie: stał z otwartymi ustami wpatrując się w jeden z róŜowych
dachów, prześwitujący przez gałęzie drzew.
- Arturze - powiedziała pani Dolderson z cicha.
Przestraszył się. Rakieta wyślizgnęła mu się spod ramienia i zadudniła na
ś
cieŜce. Próbował ją podnieść, zdjąć kapelusz i jednocześnie zapanować nad sobą: z
niewielkim powodzeniem. Kiedy się wyprostował, twarz miał róŜową i wciąŜ
zakłopotaną.
Patrzył na staruszkę siedzącą w fotelu, okrytą pledem, na jej szczupłe,
delikatne dłonie, palce zaciśnięte na poręczach fotela. Sięgnął spojrzeniem poza nią,
w głąb pokoju. To, co tam ujrzał, wzmogło jego niepokój. W oczach pojawił się lęk.
Skierował wzrok z powrotem na staruszkę. Przyglądała mu się z napiętą uwagą. Nie
przypominał sobie, by kiedykolwiek ją spotkał. Nie miał pojęcia, kim była... Mimo to
jej spojrzenie wydało mu się znajome.
Spuściła wzrok na swoją prawą dłoń. Przyglądała się jej przez chwilę, jakby
nieco zdziwiona, po czym znowu zajrzała mu w oczy.
- Nie poznajesz mnie, Arturze? - zapytała.
W jej głosie zabrzmiała nuta smutku, w której wyczytał zawód i wymówkę. Za
wszelką cenę usiłował wziąć się w garść.
- Oba... obawiam się, Ŝe nie - wyznał. - Proszę pani...ja... pani... - Zająknął się,
ale ciągnął dalej, zdesperowany. - Zdaje mi się, Ŝe jest pani ciotką Thelmy... panny
Kilder.
Przez dłuŜszą chwilę patrzyła na niego z powagą. Nie zrozumiał jej
spojrzenia, ale wkrótce pospieszyła z wyjaśnieniem:
- Nie. Nie jestem ciotką Thelmy.
Raz jeszcze powędrował wzrokiem w głąb pokoju. Tym razem potrząsnął
głową z niedowierzaniem.
- Wszystko jest jakieś inne, chociaŜ niezupełnie - stwierdził strapionym
tonem. - Nie wszedłem chyba do cudzego...? - przerwał i odwrócił się, aby ponownie
zlustrować ogród. - Nie, z pewnością nie - upewnił się stanowczo. - Ale co... co się
stało?
Nie był juŜ zdumiony - był wstrząśnięty. Znowu skierował na panią Dolderson
przeraŜone spojrzenie.
- Doprawdy... nie rozumiem... Skąd mnie pani zna? - dopytywał się.
Zaniepokojona jego rosnącą rozpaczą odpowiedziała ostroŜnie:
- Poznaję cię, Arturze. Poznaliśmy się kiedyś.
- Naprawdę? Niestety, nie przypominam sobie... Bardzo mi przykro.
- Źle wyglądasz, Arturze. Przysuń sobie krzesło i usiądź tu na chwilę.
- Dziękuję pani... pani...?
- Dolderson - uzupełniła.
- Dziękuję, pani Dolderson - odparł i zmarszczył czoło, usiłując przypomnieć
sobie nazwisko.
Patrzyła, jak przysuwa krzesło. Znała kaŜdy jego gest, kaŜdy szczegół twarzy,
nawet ten niesforny kosmyk, który zawsze opadał mu na czoło, kiedy się pochylał.
Usiadł i milczał przez jakiś czas, spoglądając spod zmarszczonych brwi na ogród.
Pani Dolderson równieŜ milczała. Była niewiele mniej zdziwiona niŜ on,
chociaŜ tego nie okazywała. Przypuszczenie, Ŝe umarła, okazało się całkowicie
niedorzeczne. Siedziała jak zwykle w fotelu, wciąŜ bolał ją krzyŜ, nadal potrafiła
ś
cisnąć poręcze i poczuć je pod palcami. Nie śniła jednak: wszystko było zbyt
namacalne, zbyt materialne, znacznie bardziej realne niŜ to, co jawi się w snach... I
zbyt sensowne - gdyby ten młodzieniec nie był Arturem.
A moŜe to po prostu jakieś przywidzenie? Jakiś Ŝart wyobraźni, która nadała
twarz Artura innemu męŜczyźnie?
Zerknęła na niego. Nie, to niemoŜliwe, przecieŜ zareagował na imię Artur. To
bez wątpienia Artur... ma na sobie blezer Artura... Dzisiaj blezery mają zupełnie inny
krój. Poza tym od lat nie widziała męŜczyzny w słomkowym kapeluszu...
MoŜe więc duch?... AleŜ nie... Był przecieŜ całkiem materialny: kiedy siadał,
zaskrzypiało krzesło, i ten Ŝwir, który chrzęścił pod jego butami... Zresztą, kto widział
ducha pod postacią bezgranicznie zdumionego młodzieńca, który w dodatku zaciął się
przy goleniu...?
Przerwał jej rozmyślania odwracając ku niej głowę.
- Spodziewałem się zastać tu Thelmę - wyjaśnił. - Mówiła, Ŝe tu będzie. Czy
moŜe mi pani powiedzieć, gdzie ona jest?
Mały, przestraszony chłopiec, pomyślała. NaleŜało go pocieszyć, zamiast
straszyć dalej. Nie potrafiła jednak wymyślić niczego oprócz zapewnienia:
- Thelma jest niedaleko.
- Koniecznie muszę ją odnaleźć. Ona na pewno mi wytłumaczy, co się tu stało.
Poruszył się, Ŝeby wstać.
PołoŜyła mu dłoń na ramieniu, próbując go powstrzymać.
- Zaczekaj - poprosiła. - Jak sądzisz, co mogło się wydarzyć? Co cię tak
zaniepokoiło?
- Wszystko. - Zatoczył ręką szeroki łuk, obejmując całą okolicę. - Wszystko
się zmieniło... chociaŜ wygląda tak samo... Mam wraŜenie, Ŝe dostałem lekkiego
pomieszania zmysłów.
Zmierzyła go powaŜnym spojrzeniem i pokręciła głową.
- Chyba nie masz racji. Powiedz mi, proszę, co się tu zmieniło.
- Przyszedłem zagrać w tenisa... ChociaŜ tak naprawdę chciałem spotkać się z
Thelma - poprawił się. - Wszystko było w porządku... jak zwykle. Wjechałem przez
główną bramę, oparłem rower o duŜy świerk i ruszyłem ścieŜką w kierunku domu.
Kiedy jednak dotarłem do rogu domu, zaczęło się dziać coś dziwnego...
- Co takiego? - zapytała pani Dolderson. - Co dziwnego się stało? - No,
prawie wszystko. Wydawało mi się, Ŝe drgnęło słońce. Drzewa zrobiły się nagle
wyŜsze i inne niŜ przedtem. Kwiaty na tamtym klombie zmieniły kolor. Pnącze, które
wcześniej zakrywało całą ścianę, jest o połowę niŜsze... Poza tym wygląda na jakiś
inny gatunek. No i wreszcie tamte domy. Nigdy ich przedtem nie widziałem... Za
krzakami rozciągało się zawsze puste pole. Nawet Ŝwir na ścieŜce jest bardziej Ŝółty,
niŜ myślałem. I wreszcie pokój... Wprawdzie ten sam, bo znam to biurko, kominek...
te dwa obrazy. Ale tapeta jest zupełnie inna. Nigdy jej tu nie było... W dodatku wcale
nie jest nowa. Proszę mi powiedzieć, gdzie jest Thelma... Chcę, Ŝeby mi to
wyjaśniła... Ja chyba zwariowałem... Stanowczym gestem połoŜyła rękę na jego dłoni.
- Nie ma obawy - stwierdziła zdecydowanym tonem. - Jestem przekonana, Ŝe
cokolwiek tu zaszło, jest pan przy zdrowych zmysłach.
- No to co się... - zamilkł gwałtownie i przechylił głowę nadstawiając ucha.
Dźwięk, w który się wsłuchiwał, przybierał na sile. - Co to jest? - zapytał z
niepokojem.
Pani Dolderson wzmocniła uścisk.
- Wszystko w porządku - pocieszała go tak, jak uspokaja się dziecko. - Nie bój
się, Arturze.
Czuła, jak jego mięśnie tęŜeją w miarę narastania huku, który przetoczył się
nad ich głowami na wysokości niespełna trzystu metrów. Ryk silników pozostawił za
sobą rozedrgane powietrze, które dudniło jeszcze przez chwilę, aŜ ucichło na dobre.
Artur dostrzegł oddalający się samolot. Gdy zwrócił się w stronę pani
Dolderson, twarz miał bladą i przeraŜoną. Odezwał się nieswoim głosem.
- Co... co to było?
Odpowiedziała łagodnie, jakby chciała wymóc na nim spokój.
- To tylko samolot, Arturze. Takie są straszne i hałaśliwe.
Wpatrując się w miejsce, gdzie zniknął samolot, Artur potrząsnął głową.
- Widziałem i słyszałem samolot. Wcale tak nie wygląda. Wydaje dźwięk
przypominający motocykl, tylko głośniejszy. A to było coś potwornego. Nie
rozumiem... nie rozumiem, co się dzieje - powtarzał Ŝałośnie.
Pani Dolderson chciała jeszcze coś powiedzieć, ale powstrzymała się,
przypominając sobie nagle, jak Harold mówił o róŜnych wymiarach, o ich
przemieszczeniach na inne płaszczyzny, o tym, Ŝe czas to jakby jeszcze jeden
wymiar... Pod wpływem jakiegoś przebłysku intuicji zrozumiała... Nie, zrozumiała to
słowo zbyt mocne... Raczej sobie uświadomiła. Ale mimo tej świadomości czuła się
zagubiona. Zerknęła ponownie na młodzieńca. Był nadal spięty i lekko drŜał.
Zastanawiała się, czy rzeczywiście traci zmysły. Musi go wyrwać z tego stanu. Nie
sposób przeprowadzić tego łagodnie. Ale jak wybrać najmniej brutalny sposób?
- Posłuchaj, Arturze - zaczęła.
Zwrócił na nią nieobecne spojrzenie.
Rozmyślnie przybrała energiczny ton.
- W szafce znajdziesz butelkę koniaku. Przynieś ją, proszę... I dwa kieliszki -
zaordynowała.
Posłuchał i oddalił się krokiem lunatyka. Nalała mu jedną trzecią kieliszka,
sobie zaś tylko odrobinę.
- Wypij - poleciła. Artur zawahał się. - No, śmiało. PrzeŜyłeś szok. To ci
dobrze zrobi. Chciałabym z tobą pomówić, ale nie mogę, póki jesteś taki ogłupiały.
Wypił, zakasłał i usiadł na krześle.
- Do dna. - A kiedy opróŜnił kieliszek, zapytała: - Lepiej?
Skinął głową w milczeniu. Podjęła juŜ decyzję i ostroŜnie nabrała powietrza w
płuca. Przybrała teraz łagodny ton.
- Powiedz mi, Arturze, jaką mamy dzisiaj datę?
- Dzisiaj? - zdziwił się. - Piątek, oczywiście. To znaczy, 27 czerwca.
- Chodzi mi o rok, Arturze. Który rok?
Spojrzał jej w oczy.
- Ja naprawdę jeszcze nie zwariowałem, proszę pani. Chyba wiem, jak się
nazywam i gdzie jestem... To raczej rzeczy zwariowały, nie ja. I mogę panią
zapewnić, Ŝe...
- Chcę, Ŝebyś mi powiedział, który mamy rok, Arturze - zaŜądała, znowu
apodyktycznie.
Nie spuszczał z niej oka.
- 1913, oczywiście - odparł.
Pani Dolderson spuściła wzrok na trawnik i kwiaty. Pokiwała głową. Tak,
dokładnie ten rok... To było w piątek. Ciekawe, Ŝe zapamiętała. Równie dobrze mógł
to być 27 czerwca... Ale na pewno to właśnie w piątek, latem 1913 roku Artur nie
zjawił się... Tak dawno, tak bardzo dawno temu...
Z zamyślenia wyrwał ją jego głos, drŜący z niepokoju.
- Dlaczego... dlaczego pyta pani o... o rok?
Brwi miał ściągnięte, oczy pełne lęku. Był bardzo młody. Serce pani
Dolderson ścisnęło się z Ŝalu. Znowu połoŜyła swoją kruchą dłoń na jego silnej ręce.
- Zaraz... Wydaje mi się, Ŝe wiem - wymamrotał. - To chyba... nie wiem, jak to
moŜliwe... Ale nie pytałaby pani, gdyby... Stąd ta niezwykłość, prawda? Bo to juŜ nie
jest dziewięćset trzynasty... Czy o to chodzi? - Drzewa takie wysokie... samolot... -
zamilkł, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma. - Musi mi pani powiedzieć...
Proszę, bardzo proszę... Co się ze mną stało? Gdzie ja jestem? Gdzie jest ten...?
- Mój ty biedaku... - szepnęła pani Dolderson.
- Błagam panią!...
Za oparciem fotela miała “The Times” z rozwiązaną do połowy krzyŜówką.
Sięgnęła po gazetę niezbyt chętnie, złoŜyła ją i podała Arturowi. Artur wyciągnął
drŜącą rękę.
- Londyn, poniedziałek, l lipca - przeczytał, a potem dalej, szeptem pełnym
niedowierzania: - 1963.
Opuścił gazetę i posłał pani Dolderson błagalne spojrzenie.
Powoli pokiwała głową.
Siedząc bez słowa, wpatrywali się w siebie nawzajem. Stopniowo wyraz jego
twarzy uległ zmianie. Ściągnął brwi, jakby pod wpływem nagłego bólu. Rozejrzał się
nerwowo, wodząc wokół spłoszonym wzrokiem, jakby szukał ucieczki. Wreszcie
zwrócił się ku niej. Zacisnął na moment powieki i zaraz je otworzył. Ujrzała w nich
ból... i lęk.
- Och, nie... nie! Nie! To nie pani... Pani nie moŜe być przecieŜ... Powiedziała
pani, Ŝe... Ŝe nazywa się Dolderson, prawda?... Powiedziała pani, Ŝe jest... Pani nie
jest... nie moŜe być... Thelmą?
Nie odezwała się. Patrzyli na siebie. Wykrzywił twarz jak dziecko.
- O BoŜe! - krzyknął i ukrył twarz w dłoniach.
Pani Dolderson opuściła powieki. Kiedy je podniosła, znowu nad sobą
panowała. Spojrzała ze smutkiem na wstrząsane łkaniem ramiona. Podniosła ku
pochylonej głowie szczupłą, poznaczoną niebieskimi Ŝyłkami dłoń i delikatnie
pogładziła jasne włosy.
Prawą dłonią odszukała przycisk dzwonka na stole. Przycisnęła mocno i nie
odrywała palca...
Otworzyła oczy na odgłos krzątaniny. Mimo spuszczonych Ŝaluzji do pokoju
przedostawało się dość światła, by mogła rozpoznać Harolda, który stał przy jej łóŜku.
- Nie chciałem cię zbudzić, mamo - powiedział.
- Wcale mnie nie zbudziłeś, Haroldzie. Miałam sen, ale nie spałam. Usiądź tu
przy mnie, kochanie. Chcę ci coś powiedzieć.
- Nie wolno ci się męczyć, mamo. Straciłaś na chwilę przytomność.
- Chyba tak, ale wolę wiedzieć, niŜ gubić się w domysłach. To nie potrwa
długo.
- Dobrze więc. Słucham. - Przysunął krzesło do łóŜka, usiadł i wziął ją za
rękę. W mroku odszukała jego oczy.
- To twoje dzieło, Haroldzie, prawda? Twój eksperyment sprowadził tutaj
biednego Artura, tak?
- To zupełny przypadek, mamo.
- Opowiedz mi o tym.
- Przeprowadzaliśmy próbę. Tak zwaną próbę wstępną. Wiedzieliśmy, Ŝe
teoretycznie istnieje taka ewentualność. Dowiedliśmy, Ŝe gdyby moŜna było... Och, to
tak trudno wyrazić słowami. Gdyby dało się, no... wygiąć wymiar, zwinąć go jakby z
powrotem, to dwa punkty w normalnej sytuacji oddalone od siebie muszą się zbiec...
Obawiam się, Ŝe nie wyraŜam się zbyt jasno...
- Nie szkodzi, synku. Mów dalej.
- No więc, kiedy generator zagięcia pola był juŜ gotów, nastawiliśmy go na
połączenie dwóch punktów, które normalnie dzieli okres pięćdziesięciu lat. Wyobraź
sobie długi pasek papieru, na którym zaznaczono dwa punkty, i te dwa punkty zostają
nałoŜone na siebie.
- Tak. I co dalej?
- To był przypadek. Mogliśmy wybrać okres od dziesięciu do stu lat;
zdecydowaliśmy się na pięćdziesiąt. Uzyskaliśmy zadziwiająco duŜe zbliŜenie,
niezwykle duŜe. Skala błędu wynosiła cztery dni na pięćdziesiąt lat. To nas zdumiało.
Musimy teraz znaleźć tylko źródło tego błędu, ale dam głowę, Ŝe...
- Tak, mój drogi. Nie wątpię, Ŝe to było wspaniałe doświadczenie. Ale
powiedz mi, co się stało?
- Ach, przepraszam. No więc, jak juŜ mówiłem, był to zupełny przypadek.
Włączyliśmy aparaturę najwyŜej na trzy do czterech minut...
I właśnie wtedy musiał wtargnąć w pole koincydencji pasaŜer na gapę...
Szansa jedna na milion. śałuję, Ŝe tak się stało, ale w Ŝaden sposób nie mogliśmy
przewidzieć...
Odwróciła głowę na poduszce.
- Tak. Tego nie moŜna było przewidzieć - przyznała. - I co dalej?
- Właściwie juŜ nic. Nie wiedzieliśmy o niczym, dopóki Jenny nie usłyszała
twojego dzwonka. Znalazła cię omdlałą i tego jegomościa Artura, który był zupełnie
roztrzęsiony. Wtedy posłała po mnie. Jedna z dziewcząt pomogła przenieść cię na
łóŜko. Przyjechał doktor Sole, zbadał cię, a temu Arturowi zaaplikował coś na
uspokojenie. ZasłuŜył sobie, biedak... Niezła przygoda dla kogoś, kto szykował się
tylko na partię tenisa z dziewczyną. Kiedy juŜ doszedł do siebie, powiedział nam, kim
jest i skąd się wziął. A to ci prezent. Przypadkowy, Ŝywy i niezbity dowód, i to za
pierwszym podejściem.
Jedynym jego Ŝyczeniem było wrócić jak najszybciej tam, skąd przyszedł.
Bardzo był nieszczęśliwy... Przykra sprawa. Doktor Sole od razu chciał mu dać jakiś
ś
rodek nasenny, bo był na dobrej drodze, Ŝeby zupełnie się rozkleić, i w dodatku nic
nie wskazywało na to, Ŝe będzie w lepszej formie po przebudzeniu. Nie wiedzieliśmy
zresztą, czy uda nam się odesłać go z powrotem. Transferencję “do przodu” moŜna w
uproszczeniu określić jako nieskończone przyspieszenie progresji naturalnej.
Natomiast transferencja “do tyłu” powoduje mnóstwo wielce niepokojących
implikacji. Doszło do ostrej wymiany zdań, ale na szczęście doktor Sole zaŜegnał
spór. Stwierdził, Ŝe jeŜeli istnieje jakakolwiek szansa, to ten człowiek ma prawo z niej
skorzystać, i Ŝe naszym obowiązkiem jest dołoŜenie wszelkich starań, by odwrócić to,
cośmy z nim zrobili. W przeciwnym razie na pewno będziemy musieli się przed kimś
tłumaczyć, skąd wzięliśmy takiego czubka, i to sprzed pięćdziesięciu lat. Staraliśmy
się wyjaśnić Arturowi, Ŝe nie mamy pewności, czy damy radę przeprowadzić to samo
w przeciwnym kierunku, a poza tym, z powodu tego czterodniowego błędu, nawet w
najlepszym razie operacja będzie niedokładna. Wątpię, Ŝeby to pojął. Biedak, był
naprawdę w opłakanym stanie. Pragnął tylko mieć szansę, jakąkolwiek szansę na
wydostanie się stąd. Tylko to miał w głowie.
W końcu więc zdecydowaliśmy się zaryzykować. PrzecieŜ gdyby się nie
udało... No cóŜ, on by się o tym nie dowiedział... Albo nic w ogóle by się nie stało.
Generator był nadal nastawiony na te same parametry. Postawiliśmy jednego
człowieka przy aparaturze i zaprowadziliśmy Artura z powrotem na ścieŜkę.
Kazaliśmy mu iść przed siebie, tak jak szedł w momencie, gdy to się stało. Daliśmy
znak do rozpoczęcia operacji. Środek uspokajający i inne przeŜycia sprawiły, Ŝe był
nieźle oszołomiony, ale próbował wziąć się w garść. Ruszył przed siebie niepewnym
krokiem. Pedantyczny umysł: był bliski płaczu, a mimo to drŜącym głosem usiłował
ś
piewać: “Wszyscy robią tak, wszyscy...”. I wtedy zniknął... jakby zapadł się pod
ziemię. - Harold zamilkł, po czym uzupełnił z Ŝalem: - Dowody, jakie mamy w ręce,
nie wydają się zbyt przekonywające: rakieta tenisowa, prawie nie uŜywana, ale stary
model, i kapelusz słomkowy.
Pani Dolderson leŜała bez słowa, Harold więc znowu przerwał milczenie.
- Zrobiliśmy co w naszej mocy, mamo. Mogliśmy tylko próbować.
- AleŜ tak, mój drogi. I to wam się z pewnością udało. To nie wasza wina, Ŝe
nie potrafiliście naprawić tego, co się stało... Zastanawiam się tylko, co by się stało,
gdybyście uruchomili tę waszą aparaturę kilka minut wcześniej... lub później. Ale nie
sądzę, Ŝeby coś takiego było moŜliwe... Gdyby bowiem... Nigdy nie przyszedłbyś na
ś
wiat.
Spojrzał na nią zaniepokojony.
- Co chcesz przez to powiedzieć, mamo?
- Nic waŜnego, synku. Chyba rzeczywiście, jak słusznie powiedziałeś, był to
zupełny przypadek... ChociaŜ widząc, jak wiele waŜnych spraw bywa dziełem
przypadku, mam wraŜenie, Ŝe jest to wszystko gdzieś zapisane...
Harold patrzył na matkę, nie pojmując, o co jej chodzi. W końcu zapytał:
- Ale na jakiej podstawie przypuszczasz, Ŝe wysłaliśmy go z powrotem?
- Och, ja po prostu wiem, Ŝe się wam udało. Przede wszystkim doskonale
pamiętam dzień, w którym przeczytałam w gazecie, Ŝe porucznik Artur Waring Batley
został odznaczony medalem... To musiał być listopad dziewięćset trzynastego. A po
drugie, właśnie dostałam list od twojej siostry.
- Od Cynthii? A cóŜ ona ma z tym wspólnego?
- Zamierza nas odwiedzić. Postanowiła ponownie wyjść za mąŜ i chciała
przedstawić pana młodego... No, moŜe nie tak bardzo młodego...
- Doskonale, ale nie rozumiem...
- Cynthia sądzi, Ŝe go polubisz. Jest fizykiem.
- Ale...
Pani Dolderson nie pozwoliła sobie przerwać.
- Jej wybraniec nosi nazwisko Batley. Jest synem pewnego pułkownika Artura
Batleya z Nairobi w Kenii.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe to syn tego...?
- Na to wygląda, mój drogi. Trzeba przyznać, Ŝe jeŜeli te sprawy są
rzeczywiście gdzieś zapisane, to jest to zapis bardzo zagmatwany. Niezwykłe,
prawda?
POSZUKIWANIE
Zgrzyt Ŝwiru pod kołami zatrzymującego się samochodu sprawił, Ŝe doktor
Harshom spojrzał na zegarek. Zamknął notes, w którym coś pisał, włoŜył go do
szuflady biurka i czekał. Po chwili Stephens otworzył drzwi, by zaanonsować gościa.
- Pan Trafford, sir.
Doktor podniósł się z krzesła i skierował wzrok na młodego człowieka, który
wszedł do pokoju. Colin Trafford był męŜczyzną o przyjemnej powierzchowności, lat
około trzydziestu, o lekko falujących, ciemnych włosach. Gładko ogolony, miał na
sobie dobrze skrojony tweedowy garnitur i buty w odpowiednim kolorze. W jego dość
sympatycznym wyglądzie nie było właściwie niczego szczególnego. Bez trudu moŜna
by spotkać w ciągu dnia trzydziestu do czterdziestu jemu podobnych. Przyglądając się
jednak uwaŜniej, doktor zauwaŜył pewne oznaki zmęczenia, ślady niepokoju w
wyrazie jego twarzy i wokół oczu, a takŜe zacięte w uporze usta.
Podali sobie dłonie.
- Ma pan zapewne za sobą długą podróŜ - zagaił doktor. - Myślę, Ŝe chętnie się
pan czegoś napije. Obiad będzie dopiero za pół godziny.
MęŜczyzna przyjął propozycję i usiadł. Po chwili odezwał się:
- Jestem panu bardzo zobowiązany za zaproszenie, doktorze.
- Zrobiłem to nie tylko z pobudek altruistycznych - odparł doktor. - Lepiej się
rozmawia, niŜ koresponduje. Poza tym, jako człowiek dociekliwy, który niedawno
przeszedł na emeryturę i porzucił niezwykle monotonną praktykę na prowincji,
ilekroć trafię, co nie zdarza się często, na jakiś zagadkowy trop, powodowany
ciekawością nie potrafię się odeń oderwać. - Doktor usiadł.
- Zagadkowy trop? - powtórzył Trafford.
- Owszem, zagadkowy - przytaknął jego rozmówca.
Młody człowiek sączył whisky.
- Moje pytania nie wykraczają poza to, czego próbowałby się dowiedzieć
kaŜdy... kaŜdy prawnik - zauwaŜył.
- Ale nie jest pan prawnikiem.
- Nie - potwierdził Colin Trafford. - Nie jestem.
- Ma pan jednak jakieś niezwykle istotne powody, aby prowadzić swoje
dochodzenie. Oto więc zagadka. Jaka nagląca, czy teŜ raczej nie nagląca potrzeba
skłania pana do zbierania informacji o osobie, której istnienia nie jest pan właściwie
pewien... i o której nic nie wiedzą w Somerset House?
Młody człowiek z coraz większą uwagą przyglądał się doktorowi, który mówił
dalej:
- Skąd o tym wiem? PoniewaŜ z pewnością zacząłby pan od Somerset House.
Gdyby znalazł pan tam metrykę, nie poszedłby pan w kierunku, który pan obrał. Tylko
człowiek wyjątkowo zdecydowany potrafi wytrwać w poszukiwaniach kogoś, kto
oficjalnie nie istnieje. Powiedziałem więc sobie: jeŜeli dotrze do mnie ten uparty
wbrew rozsądkowi człowiek, postaram się rozwiązać zagadkę.
Colin Trafford ściągnął brwi.
- Czy mam rozumieć, Ŝe powiedział to pan przed otrzymaniem mojego listu?
- Drogi panie, Harshom to niepospolite nazwisko... Stanowi dość osobliwe
zniekształcenie słowa Harvesthome, jeŜeli interesuje się pan takimi sprawami... i w
rzeczy samej nigdy jeszcze nie słyszałem o Harshomie, który nie byłby z nami w
sposób oczywisty spokrewniony.
I w pewnym stopniu pozostajemy ze sobą w kontakcie. ToteŜ wydaje mi się
całkiem naturalne, iŜ wtargnięcie zupełnie nam obcego młodego człowieka, który
uporczywie zwraca się do kaŜdego z nas z pytaniami dotyczącymi nie
zidentyfikowanego Harshoma, rozbudziło naszą ciekawość. PoniewaŜ wyglądało na
to, Ŝe zajmuję odległe miejsce na pańskiej liście, postanowiłem sam trochę się
rozejrzeć. Tak więc...
- Dlaczego przypisuje pan sobie odległe miejsce na liście? - przerwał mu
Trafford.
- PoniewaŜ jest pan bez wątpienia człowiekiem metodycznym. W tym
przypadku przyjął pan metodę geograficzną. Zaczynając od Harshomów w centrum
Londynu, posuwał się pan na zewnątrz, aŜ dotarł pan tutaj, do Herefordshire.
Pozostały panu tylko dwie rodziny Harshomów mieszkające jeszcze dalej: Peter na
półwyspie w Konwalii i Harold, który mieszka pod Durham. Czy mam rację?
- Tak - przytaknął niezbyt skwapliwie Colin Trafford.
Doktor Harshom uśmiechnął się chytrze.
- Tak sądziłem. Jest jeszcze... - zaczai, lecz młody człowiek znowu mu
przerwał.
- W odpowiedzi na mój list zaprosił mnie pan do siebie, pomijając jednak
milczeniem moje pytanie - zauwaŜył.
- To prawda. Ale właśnie na nie odpowiedziałem, twierdząc, Ŝe osoba, której
pan poszukuje, nie tylko nie istnieje, ale nigdy nie istniała.
- Skoro jest pan tego absolutnie pewien, to dlaczego zostałem tu zaproszony?
- PoniewaŜ... - doktor urwał na odgłos gongu. - A niech to, Philips daje nam
tylko dziesięć minut na umycie się. Pozwoli pan, Ŝe pokaŜę panu teraz pokój, a
porozmawiamy przy obiedzie.
Niedługo potem, przy zupie, Harshom podjął przerwany wątek.
- Pytał pan, dlaczego go tu zaprosiłem. OtóŜ sądzę, Ŝe skoro pańskim zdaniem
ma pan prawo interesować się moim hipotetycznym krewnym, to ja mam nie mniejsze
prawo interesować się motywami, które rozbudziły pańską ciekawość. - Czy brzmi to
przekonywająco?
- Niezbyt - oznajmił Trafford po chwili namysłu. - Przyznaję, Ŝe dociekanie
moich motywów nie byłoby pozbawione sensu, gdyby wiedział pan o istnieniu tej
osoby. PoniewaŜ jednak zapewnia mnie pan, Ŝe ona nie istnieje, moje motywy stają
się kwestią czysto akademicką.
- Szanowny panie, moja ciekawość jest rzeczywiście natury akademickiej, lecz
mimo wszystko istnieje. MoŜe posuniemy się krok naprzód, jeśli przedstawię panu
mój punkt widzenia na tę sprawę?
Trafford zgodził się. Doktor zaczął swoją opowieść.
- A zatem sytuacja wygląda tak: siedem czy osiem miesięcy temu pewien
młody człowiek, dotąd nikomu z nas nie znany, zaczyna nawiązywać kontakty z
moimi krewnymi. Powiada, Ŝe chciałby poznać miejsce pobytu lub otrzymać
jakiekolwiek wskazówki pomocne w ustaleniu miejsca pobytu damy o nazwisku
Ottilie Harshom, która, jego zdaniem, przyszła na świat w roku 1928, a moŜe kilka lat
wcześniej lub później... Mogła teŜ, rzecz jasna, wychodząc za mąŜ, przybrać inne
nazwisko. W pierwszych jego listach daje się odczuć ton pewnej śmiałości, która
sugeruje przekonanie, iŜ sprawa da się z łatwością wyjaśnić. Lecz w miarę jak
kolejnym Harshomom nie udaje się zidentyfikować przedmiotu jego poszukiwań, listy
przyjmują nieco mniej pewne tony, choć nadal pozostają stanowcze. Tu i ówdzie
dowiaduje się o młodych paniach Harshom, z których Ŝadna nie nosiła imienia Ottilie,
lecz mimo to szczegółowo o nie wypytuje. CzyŜby oprócz innych danych na jej temat
nie był takŜe pewien jej imienia? Widocznie jednak Ŝadna z tych pań nie odpowiada
jego wymaganiom, poniewaŜ kontynuuje swoje poszukiwania. W obliczu
jednoznacznego niepowodzenia uporczywość, z jaką postanawia nie pominąć Ŝadnego
Harshoma, zaczyna graniczyć z absurdem. Czy mamy do czynienia z dziwakiem, z
chorobliwą obsesją? Istnieją wszakŜe dowody, Ŝe przynajmniej do wiosny 1953 roku
był to człowiek całkowicie normalny. Jego pełne nazwisko brzmi Colin Wayland
Trafford. Urodził się w roku 1921 w Solihull jako syn prawnika. W roku 1934 zaczai
uczęszczać do Chartowe School. W 1939 wstąpił do armii, której szeregi opuścił w
roku 1945 w stopniu kapitana. Studiował w Cambridge. W 1949 otrzymał dyplom z
fizyki z dobrym wynikiem. W tym samym roku powierzono mu kierownicze
stanowisko w firmie EPI - Electro-Physical Industries. W 1950 poślubił Delię
Stevens. W 1951 owdowiał. Na początku 1953 doznał obraŜeń w wyniku wypadku
podczas doświadczeń laboratoryjnych. Pięć tygodni przebywał w szpitalu St. Merryn.
Mniej więcej po upływie miesiąca od opuszczenia szpitala nawiązał korespondencję z
rodziną Harshomów na temat Ottilie Harshom.
Collin Trafford przerwał mu ozięble.
- Jest pan świetnie poinformowany.
Doktor nieznacznie wzruszył ramionami.
- Posiada pan dość wyczerpujące informacje o rodzinie Harshomów. Dlaczego
więc my mielibyśmy nie wiedzieć czegoś o panu?
Colin milczał. Spuścił oczy, jakby wpatrywał się w obrus. Doktor podjął temat
na nowo.
- A więc, jak mówiłem... CzyŜby cierpiał na jakąś obsesję? Od marca
wszystko zdaje się wskazywać, Ŝe tak właśnie jest. Nie stwierdzono wcześniej
Ŝ
adnych prób odnalezienia panny Ottilie Harshom. Doszedłszy do tego punktu,
odniosłem wraŜenie, Ŝe natknąłem się na zagadkę dziwniejszą, niŜ sądziłem. -
Zamilkł na chwilę. - Chciałbym pana zapytać, czy kiedykolwiek przed styczniem tego
roku słyszał pan o Ottilie Harshom?
Młodzieniec zawahał się, po czym odparł niepewnie:
- Jak moŜna odpowiedzieć na takie pytanie? Człowiek spotyka wszędzie
tysiące nazwisk. Niektóre się pamięta, inne tkwią w podświadomości, a jeszcze
innych nie zapamiętuje się wcale. Na to nie ma odpowiedzi.
- Być moŜe. Mamy tu jednak do czynienia z dziwną sytuacją, poniewaŜ
wszystko wskazuje na to, Ŝe przed styczniem Ottilie Harshom nie figurowała na
mapie pańskiej pamięci. Natomiast od marca tego roku, choć nadal nie istnieje ona
obiektywnie, zdaje się nad pańską pamięcią dominować. Zadaję sobie zatem pytanie,
co zaszło między styczniem i marcem... Zajmując się medycyną, posiadam pewne
znajomości, jestem więc w stanie dotrzeć do faktów zewnętrznych. Pewnego dnia pod
koniec stycznia został pan wraz z kilkoma innymi osobami zaproszony na pokaz
doświadczenia przeprowadzanego w jednym z laboratoriów pańskiej firmy. Nie znam
szczegółów, lecz wątpię, aby były dla mnie zrozumiałe, nawet gdybym je znał.
WyŜsze stopnie wtajemniczenia współczesnej fizyki otoczone są zbyt wyrafinowaną
atmosferą. Domyślam się jednak, Ŝe podczas doświadczenia coś się nie udało.
Nastąpiła eksplozja czy implozja lub teŜ sprowokowano do szaleństwa kilka atomów.
W kaŜdym razie budynek legł w gruzach. Jedna osoba zginęła na miejscu, inna
niebawem zmarła, kilkanaście odniosło rany. Pan doznał jedynie lekkich obraŜeń:
parę zadraśnięć i siniaków - słowem, nic powaŜnego. Stracił pan jednak przytomność.
I to do tego stopnia, Ŝe... był pan nieprzytomny przez dwadzieścia cztery dni... Kiedy
w końcu przyszedł pan do siebie, zaobserwowano u pana objawy głębokiej
dezorientacji... Znacznie głębszej, niŜ moŜna było oczekiwać u pacjenta w pańskim
wieku i o pańskiej budowie. Wobec tego podano panu środki uspokajające. Następnej
nocy spał pan nerwowo, wykazując objawy zaburzeń psychicznych. W szczególności
zaś wzywał pan bez przerwy osobę o imieniu Ottilie. Personel szpitala zasięgał
wiadomości ze wszelkich moŜliwych źródeł, lecz nikt z pańskich przyjaciół ani
krewnych nie znał Ŝadnej związanej z panem Ottilie. Zaczął pan wracać do zdrowia,
ale nie ulegało wątpliwości, Ŝe coś pana gnębi. Odmówił pan wyjaśnień, ale zwrócił
się pan do jednego z lekarzy, by polecił sekretarce odszukanie Ottilie Harshom w
jakiejś ksiąŜce telefonicznej. Kiedy nie przyniosło to rezultatu, popadł pan w depresję.
O ile mi wiadomo, nie wracał pan do tego tematu aŜ do chwili, kiedy po wypisaniu ze
szpitala rozpoczął pan poszukiwania Ottilie Harshom, które mimo zdecydowanie
negatywnych wyników prowadzi pan nadal. Jaki stąd wniosek? - Doktor przerwał i
rzucił gościowi spojrzenie, podnosząc lewą brew.
- śe jest pan lepiej poinformowany, niŜ sądziłem - odrzekł Colin bez
entuzjazmu. - Taki wywiad byłby uzasadniony, gdybym był pańskim pacjentem.
PoniewaŜ nim nie jestem i nie mam najmniejszego zamiaru zasięgać u pana porad
specjalistycznych, uwaŜam to za wysoce nieetyczne natręctwo.
JeŜeli młody człowiek spodziewał się, Ŝe gospodarz zmiesza się, spotkało go
rozczarowanie. Doktor nie przestawał mu się przyglądać z chłodnym
zainteresowaniem.
- Nie jestem całkowicie przekonany, czy nie powinien pan zostać czyimś
pacjentem - zauwaŜył. - Pozwoli pan jednak, Ŝe wyjaśnię, dlaczego to właśnie ja, a nie
kto inny z rodziny Harshomów został zmuszony do podjęcia tego dochodzenia. Sądzi
pan moŜe, Ŝe są mniej bezczelni. Ostrzegam wszakŜe na wstępie przed złudną
nadzieją. Proszę zrozumieć, Ŝe Ottilie Harshom, której pan poszukuje, nie istnieje i
nigdy nie istniała. Jest to stwierdzenie całkiem definitywne.
Niemniej jednak istnieje pewien aspekt tej sprawy, który wielce mnie
zaintrygował i którego nie jestem w stanie odrzucić jako przypadkowego zbiegu
okoliczności. OtóŜ imię i nazwisko Ottilie Harshom nie jest mi zupełnie obce. Nie... -
podniósł dłoń w geście ostrzeŜenia. - Powtarzam, Ŝadnych nadziei. Nie ma Ŝadnej
Ottilie Harshom, chociaŜ była kiedyś... A właściwie były w przeszłości dwie Ottilie
Harshom.
Z twarzy Colina Trafforda zniknął wyraz niechęci. Młody człowiek pochylił
się lekko do przodu i wpatrywał w gospodarza z napięciem.
- Ale, jak powiadam - podkreślił doktor - było to dawno temu. Pierwszą z nich
była moja babka. Urodziła się w 1832, poślubiła dziadka Harshoma w 1861 i zmarła
w roku 1866. Drugą była moja siostra: przyszła na świat, nieboŜę, w 1884 i zmarła w
1890...
Zamilkł na chwilę, a poniewaŜ Colin nie odzywał się, mówił dalej:
- Tylko ja pozostałem z tej gałęzi, nic więc dziwnego, Ŝe inni Harshomowie
nie pamiętali nawet o istnieniu takiego imienia w rodzinie. Na wieść o pańskich
poszukiwaniach pomyślałem sobie: coś tu się nie zgadza. Ottilie nie naleŜy
wprawdzie do imion zbyt rzadkich, lecz trudno teŜ zaliczyć je do popularnych.
Natomiast Harshom jest nazwiskiem rzadko spotykanym. Szansę przypadkowego
połączenia tych dwóch członów musiałyby wyraŜać się liczbą wręcz astronomiczną.
Tak ogromną, Ŝe nie uwierzę, aby mógł to być przypadek. Musi gdzieś istnieć jakieś
ogniwo, jakaś przyczyna... Postanowiłem zatem dowiedzieć się, w jaki sposób ów
młody człowiek, Trafford, doszedł do tak nieprawdopodobnego połączenia imienia z
nazwiskiem. I uległ, jak widać, obsesji. MoŜe zechciałby pan mi pan pomóc w tej
kwestii?
Colin nadal wpatrywał się w doktora, lecz nie odpowiadał.
- Nie? No cóŜ, trudno. Po zgromadzeniu wszystkich dostępnych danych
musiałem dojść do następującego wniosku: w wyniku wypadku doznał pan jakiegoś
traumatycznego przeŜycia o znacznym natęŜeniu i niezwykłym charakterze. O jego
natęŜeniu świadczy niezłomność pańskich zamiarów, o niezwykłym zaś charakterze -
widoczny stan chaosu, w jakim odzyskał pan przytomność, a takŜe po części upór, z
jakim utrzymuje pan, Ŝe nic nie pamięta od wypadku aŜ do momentu przebudzenia.
Zakładając, Ŝe istotnie nic się wówczas nie wydarzyło, dlaczego obudził się pan w
stanie takiego zagubienia? Musiało to zostać wywołane jakimś wspomnieniem. JeŜeli
miało ono coś wspólnego z naturalnymi wyobraŜeniami sennymi, skąd ta odmowa ich
zrelacjonowania? Dlatego teŜ musiało dojść do jakiegoś przeŜycia o wielkim
znaczeniu osobistym, gdzie imię i nazwisko Ottilie Harshom stanowiło niezwykle
silny element. No cóŜ, czy moje rozumowanie jest właściwe, a wniosek słuszny?
Colin zamyślił się, lecz poniewaŜ milczał nadal, doktor dorzucił:
- PrzecieŜ znajduje się pan juŜ blisko celu. Na liście zostało jeszcze tylko
dwóch Harshomów, którzy - zapewniam pana - nic nowego nie wniosą. I co
wówczas?
Colin odezwał się przygnębionym głosem:
- Ma pan chyba rację. Mimo to muszę się z nimi zobaczyć. MoŜe coś z tego
wyniknie, jakaś wskazówka... Nie mogę pominąć najmniejszej szansy... Miałem
niewielką nadzieję otrzymawszy pańskie zaproszenie. Wiedziałem, Ŝe ma pan
rodzinę...
- Miałem - powiedział doktor cicho. - Mój syn, Malcolm, zginął podczas
wyścigów w Brooklands w 1927. Był kawalerem. Córka wyszła za mąŜ, ale nie miała
dzieci. Zginęła podczas nalotu na Londyn w 1941... To tyle. - Pokiwał głową ze
smutkiem.
- Przepraszam - powiedział Colin. Po czym dodał: - Czy mógłbym zobaczyć
zdjęcie pańskiej córki?
- Ona nie naleŜała do pokolenia, którego pan poszukuje.
- Wiem. Ale... mimo wszystko...
- Proszę bardzo... Musimy przejść do gabinetu. Ale nie znam jeszcze
pańskiego zdania o moim wywodzie.
- Rozumuje pan właściwie.
- Nadal jednak nie ma pan ochoty o tym rozmawiać, prawda? A ja wręcz
przeciwnie. Mogę nawet posunąć się nieco dalej. Nie sądzę, by pańskie przeŜycie
wywoływało w panu poczucie wstydu lub wstrętu, w przeciwnym bowiem razie
usiłowałby je pan w jakiś sposób sublimować, czego pan wyraźnie nie czyni. Jest
zatem wielce prawdopodobne, iŜ przyczyną pańskiego milczenia jest strach. Coś
sprawia, Ŝe boi się pan mówić o tym przeŜyciu. PoniewaŜ jestem przekonany, iŜ nie
lęka się pan konfrontacji z nim samym, pańskie obawy muszą dotyczyć skutków jego
ujawnienia. Skutków, które mogą dotyczyć kogoś lub, co bardziej prawdopodobne,
właśnie pana...
Colin przez jakiś czas przyglądał się doktorowi obojętnie, po czym rozluźnił
się nieco i oparł wygodnie w fotelu. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się blady
uśmiech.
- Pan potrafi dopiąć swego, prawda, doktorze? Wybaczy pan jednak uwagę, Ŝe
zabiera się pan do tego z iście germańską bezwzględnością. A to takie proste. A
mianowicie: jeŜeli człowiek, ktokolwiek, przeŜył coś, co nie mieści się w granicach
normalnych doświadczeń, wszyscy będą skłonni uznać go za niezupełnie normalnego.
CzyŜ nie mam racji? ToteŜ nie moŜna oczekiwać, Ŝe człowiek ten zachowa się w
konkretnej sytuacji tak, jak powinna zachować się osoba normalna. A jeśli jego
reakcje mogą nie być normalne, to czy moŜna mu zaufać? Oczywiście moŜna, ale czy
nie byłoby rozsądniej obarczyć odpowiedzialnością osobę, co do której nie ma
Ŝ
adnych wątpliwości? Lepiej się nie naraŜać. Więc się go odsyła. WciąŜ jednak
obserwuje się jego trudne do przewidzenia posunięcia. Nad głową tego człowieka
powoli zbiera się ledwie dostrzegalna chmura wątpliwości. Zbyt słaba i nie dość
istotna, by ją rozwiać, lecz nieustannie rzucająca cień. Moim zdaniem nie istnieje nic
takiego jak człowiek normalny, ale panuje powszechne przekonanie, Ŝe powinien
istnieć. W kaŜdej organizacji znane jest pojęcie “człowieka poŜądanego”, który jest
normalny z punktu widzenia jej potrzeb. Wszyscy członkowie takiej organizacji
starają się mniej więcej dopasować do takiego wzorca, czyli wzorca członka
organizacji. A kaŜdy, kto tylko nieznacznie od niego odbiega, w Ŝyciu publicznym
lub prywatnym, ryzykuje karierę. Powiada pan, Ŝe mogę obawiać się skutków: a ja
twierdzę, Ŝe to bardzo proste.
- To prawda - przyznał doktor. - Ale nie starał się pan ukryć konsekwencji
przeŜycia: poszukiwań Ottilie Harshom.
- Bo nie muszę. Czy jest coś bardziej przekonywającego niŜ motyw “chłopak
szuka dziewczyny”? Wymyśliłem tło, które całkowicie wystarczało ciekawskim
przyjaciołom, a nawet wielu Harshomom.
- Nie wątpię. Nikt bowiem nie zauwaŜył “przypadkowości” połączenia imienia
“Ottilie” z nazwiskiem “Harshom”. Nikt oprócz mnie. - Przerwał, czekając na reakcję
Trafforda. Kiedy ten nie zareagował, doktor mówił dalej:
- Niech pan słucha, młody człowieku. Ta sprawa leŜy panu na sercu. Jesteśmy
tu sami. Nie mam Ŝadnego kontaktu z pańską firmą. ChociaŜ mój zawód powinien
stanowić dla pana dostateczną gwarancję dyskrecji, mogę, jeŜeli pan sobie Ŝyczy,
podjąć specjalne zobowiązanie. Poczuje się pan lepiej, zrzucając z siebie to brzemię...
A ja chciałbym dojść do samego sedna sprawy...
Ale Colin pokręcił głową.
- Nic z tego. Nawet gdybym panu powiedział, pogrąŜy się pan jeszcze głębiej
w tajemnicy, tak jak ja.
- Co dwie głowy, to nie jedna. Moglibyśmy spróbować - odparł doktor i
zamilkł wyczekująco.
Colin ponownie się zamyślił. Po chwili podniósł wzrok i spojrzał na doktora z
powagą.
- Dobrze. Niech będzie. Ja juŜ próbowałem. Teraz pana kolej. Ale przedtem
chciałbym zobaczyć zdjęcie pańskiej córki. Czy ma pan jakąś jej fotografię w wieku
około dwudziestu pięciu lat?
Wstali od stołu i udali się do gabinetu. Doktor wskazał Colinowi fotel, sam
zaś podszedł do szafy w rogu pokoju. Wyjął plik kartonowych zdjęć, przejrzał je,
wybrał trzy, przez chwilę przyglądał się im w zamyśleniu, po czym podał je Colinowi.
Podczas gdy Colin bacznie studiował fotografie, doktor nalał z karafki koniaku do
kieliszków.
W końcu Colin podniósł wzrok.
- Nie - odezwał się. - ChociaŜ jest coś... - Zasłaniał dłonią kolejne partie
twarzy. - Jest coś w oprawie i kształcie jej oczu... ale niezupełnie. MoŜe brwi, choć
trudno powiedzieć w tym uczesaniu... - Przyglądał się zdjęciom jeszcze przez
moment, po czym zwrócił je doktorowi. - Dziękuję, Ŝe pozwolił mi pan je obejrzeć.
Doktor wybrał jeszcze jedno zdjęcie i podał je Colinowi.
- To Malcolm, mój syn.
Na zdjęciu roześmiany młody człowiek stał przy mocowanej pasami masce
samochodu najeŜonego bogatym zestawem rur wydechowych.
- Uwielbiał ten samochód - odezwał się doktor. - Ale okazał się za szybki na
stary tor. Wyniosło go na bandę i uderzył w drzewo.
Wyjął fotografię z ręki Colina i podał mu kieliszek koniaku.
Colin obracał kieliszek w dłoniach. Przez chwilę milczeli. Colin umoczył
wargi i zapalił papierosa.
- Dobrze więc - rzekł Colin. - Postaram się to panu wyjaśnić. Najpierw jednak
opowiem, co mi się wydarzyło. I choć relacja moŜe być subiektywna, mnie się to
wydarzyło naprawdę. Później moŜemy rozmawiać o implikacjach i tym podobnych...
JeŜeli pan zechce.
- Doskonale - zgodził się doktor. - Pozwoli pan jednak, Ŝe zapytam, czy
zaczynamy od chwili, gdy wydarzył się wypadek, czy teŜ moŜe coś istotnego zaszło
wcześniej.
- Nie - zaprzeczył Colin Trafford. - Wszystko zaczęło się wtedy.
To był zwyczajny dzień. Wszystko i wszyscy zachowywali się zupełnie
zwyczajnie, jedyną stosunkowo niezwykłą rzeczą miał być ten pokaz. Jego przedmiot
nie jest dla mnie tajemnicą, lecz o ile się orientuję, nie ma większego znaczenia.
Zebraliśmy się wokół aparatury. Deakin, odpowiedzialny za ten eksperyment, włączył
dźwignię. Rozległ się szum, a następnie jęk przypominający odgłos silnika
pracującego na wzrastających obrotach. Przybierając na sile, jęk przeszedł w wycie.
Raz czy dwa doznałem uczucia przeszywającego bólu, na granicy słyszalności, a
potem nastąpiło uczucie ulgi, poniewaŜ wszystko minęło i zdawało się, Ŝe znów
zapanowała cisza. Przyglądałem się właśnie Deakinowi, który stał w gotowości nad
wyłącznikami wpatrzony w przyrządy pomiarowe, i w chwili gdy odwracałem głowę
w kierunku aparatury, nastąpił błysk... Nie słyszałem nic ani niczego nie poczułem.
Dostrzegłem tylko ten oślepiający biały błysk... Potem zapanowała ciemność...
Słyszałem nawoływania, krzyk jakiejś kobiety... krzyczała... krzyczała bez przerwy...
Czułem, Ŝe przygniata mnie jakiś ogromny cięŜar. Otworzyłem oczy. Ostry ból
wdarł się przez nie w głąb czaszki, ale próbowałem wydobyć się spod cięŜaru, którym
okazały się dwa czy trzy leŜące na mnie ciała. Udało mi się w końcu je zepchnąć i
usiadłem. Zobaczyłem kilka osób rozciągniętych na ziemi. Niektórzy podnosili się na
nogi. TuŜ obok, po mojej lewej stronie, zauwaŜyłem duŜe koło. Spojrzałem wyŜej i
spostrzegłem, Ŝe przymocowane jest do autobusu - autobusu, który z miejsca, gdzie
siedziałem, zdawał się wznosić jak czerwony wieŜowiec, w dodatku przechylony i
gotów lada moment zwalić się na mnie. Podniosłem się więc czym prędzej. ZdąŜyłem
jeszcze chwycić młodą kobietę, która leŜała na moich nogach, i przeciągnąć ją w
bezpieczne miejsce. Miała trupio bladą twarz i była nieprzytomna.
Rozejrzałem się. Nietrudno było się domyślić, co zaszło. Kierowca autobusu,
jadąc zapewne ze sporą prędkością, stracił z jakiegoś powodu panowanie nad
kierownicą, przeciął zatłoczony chodnik i wpadł w witrynę sklepową. Krzyk, który
słyszałem, wydobywał się z przedniej części górnego pokładu autobusu, zgniecionej
na fasadzie budynku. Wiele osób wciąŜ leŜało na ziemi. Jakaś kobieta poruszała się z
wysiłkiem, jęczał jakiś męŜczyzna, inni leŜeli zupełnie bez ruchu. Trzy strugi krwi
spływały leniwie zakosami po chodniku wśród kawałków szkła. Zatrzymano ruch na
ulicy i dojrzałem kilka hełmów policyjnych przedzierających się przez tłum w naszą
stronę.
Poruszyłem na próbę rękami i nogami. Pracowały bez zastrzeŜeń i nie
sprawiały bólu. Byłem jednak oszołomiony, pękała mi głowa. Pomacałem ją i
odkryłem dość bolesne miejsce z lewej strony potylicy, gdzie musiałem się uderzyć.
Dotarli do nas policjanci. Jeden zajął się odsuwaniem gapiów, drugi oglądał
spoczywające na ziemi ofiary wypadku. Zjawił się teŜ trzeci, który udał się na piętro
autobusu, skąd dochodził krzyk.
Próbując opanować oszołomienie spojrzałem nieco dalej. Znajdowałem się na
Regent Street, w pobliŜu Piccadilly Circus; zniszczona witryna naleŜała do sklepu
Austina Reeda. Ponownie podniosłem wzrok na autobus. Był rzeczywiście
przechylony, ale nie mógł się przewrócić, poniewaŜ wbił się w otwór okienny tak
głęboko, Ŝe tylko metr dzielił budynek od lśniących złotych liter napisu “General” na
czerwonym boku pojazdu, Wówczas zdałem sobie sprawę, Ŝe nic tu po mnie, Ŝe jeśli
będę zwlekał, zostanę zmuszony do wystąpienia w roli świadka... Nie, proszę mnie
ź
le nie zrozumieć. Nie dlatego, Ŝe niechętnie wystąpiłbym w roli świadka w
normalnej sytuacji, gdyby miało to komuś pomóc, ale dlatego, Ŝe nagle pojąłem z
przeraŜającą jasnością, iŜ to wcale nie jest sytuacja normalna. Po pierwsze nie mam
pojęcia o niczym oprócz skutków, po drugie zaś, co ja tu w ogóle robię?...
Przyglądałem się przecieŜ doświadczeniu w Watford i naraz jestem tutaj. Jakim
cudem znalazłem się na Regent Street?...
Spokojnie wmieszałem się w tłum, wydostałem się z niego, przez labirynt
stojących pojazdów przedarłem się na drugą stronę ulicy i udałem się do Cafe Royal
nieco dalej.
Odniosłem wraŜenie, Ŝe coś się zmieniło od czasu, kiedy byłem tam po raz
ostatni, to jest kilka lat temu, lecz przede wszystkim chciałem znaleźć bar, co mi się
bez trudu udało.
- Podwójny koniak z wodą sodową - poprosiłem barmana.
Podał mi kieliszek i przysunął syfon. Wyjąłem z kieszeni pieniądze: kilka
pensów i trochę srebrnych monet. Sięgnąłem więc po portfel.
- Pół korony - powiedział barman, jakby bronił się przed banknotem.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Skoro jednak sam wymienił sumę...
Przesunąłem w jego stronę trzy szylingi. Wyglądał na zadowolonego.
Dolałem sobie wody sodowej i wychyliłem upragniony łyk koniaku. W chwili
gdy odstawiałem kieliszek, dostrzegłem swoje odbicie w lustrze za barem...
Nosiłem kiedyś wąsy. Zapuściłem je w wojsku, ale idąc na uniwersytet w
Cambridge postanowiłem pozbyć się tego balastu. I oto miałem je przed sobą: moŜe
nieco skromniejsze, ale wskrzeszone. Podniosłem rękę i dotknąłem ich. To nie było
złudzenie. Wąsy były prawdziwe. Niemal w tej samej chwili zauwaŜyłem teŜ swój
garnitur. Owszem, miałem kiedyś bardzo podobny wiele lat temu, nawet całkiem
niezły, lecz to przecieŜ nie to, co nosi się w EPI.
Poczułem, Ŝe kręci mi się w głowie. Pociągnąłem kolejny łyk koniaku i lekko
drŜącą ręką zacząłem szukać papierosów. Paczka, którą wyciągnąłem z kieszeni,
wyglądała obco. Czy słyszał pan kiedyś o papierosach mariner firmy Player? Nie? Ja
teŜ nie słyszałem, lecz wyjąłem jednego i zapaliłem bardzo niepewną ręką. Uczucie
oszołomienia nie przechodziło: narastało, i to w gwałtownym tempie.
WłoŜyłem rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Portfela nie było. A
powinien jednak być... MoŜe zajął się nim jakiś koniunkturalista z zebranego wokół
autobusu tłumu gapiów? Przeszukując pozostałe kieszenie znalazłem wieczne pióro,
pęk kluczy, parę kwitów od Harrodsa, ksiąŜeczkę czekową wydaną przez oddział
Westminster Bank na Knightsbridge. Bank się zgadzał, ale dlaczego na
Knightsbridge?... Mieszkam przecieŜ w Hampstead.
Próbując zapanować nad sytuacją, postanowiłem dokonać podsumowania
wydarzeń do momentu, gdy otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą autobus. Widziałem
go bardzo dokładnie. Wyraźnie pamiętałem, jak wpatruję się w czerwoną burtę z tym
złotolśniącym napisem “General”... Tak, złotolśniące litery... z tym Ŝe, jak panu
wiadomo, napisu “General” nie widuje się na londyńskich autobusach od roku 1933,
kiedy to zastąpiono go napisem “London Transport”...
Nieco juŜ roztrzęsiony rozejrzałem się po barze za czymś, co mogłoby mnie
jakoś uspokoić. Na jednym ze stolików zauwaŜyłem pozostawioną przez kogoś
gazetę. Poszedłem po nią, lecz zanim spojrzałem na pierwszą stronę, usadowiłem się
wygodnie na stołku za barem. Wziąłem głęboki oddech i spuściłem wzrok na
nagłówek. Tu doznałem uczucia konsternacji, poniewaŜ całą stronę zajmowała
reklama. Jednak nieco się uspokoiłem, znajdując u góry napis: Daily Mail, Londyn,
ś
roda, 27 stycznia, 1954. Przynajmniej data się zgadzała. W tym właśnie dniu miał się
odbyć pokaz w laboratorium.
Zajrzawszy do środka przeczytałem: “Niepokoje w Delhi. W dniu dzisiejszym
doszło w Indiach do najpowaŜniejszych jak dotąd przejawów niezadowolenia
społecznego. Domagano się natychmiastowego uwolnienia Nehru z więzienia. śycie
w mieście zostało sparaliŜowane od świtu do późnych godzin wieczornych”.
Następnie moją uwagę zwróciła notatka zamieszczona w sąsiedniej kolumnie: “W
odpowiedzi na interpelacje ze strony opozycji premier Butler zapewnił Izbę, iŜ Rząd z
całą powagą rozpatruje...” Zerknąłem niepewnie na datę u góry strony. Nie róŜniła się
od daty ze strony tytułowej: 27 stycznia, 1954. PoniŜej widniało jednak zdjęcie z
podpisem: “Amanda Coward na scenie Laughton Theatre jako odtwórczyni głównej
roli we wczorajszym przedstawieniu «The Lady Loves». Jest to ostatni musical ojca
aktorki, Noela Cowarda. Spektakl przygotowano na kilka dni przed śmiercią autora w
sierpniu bieŜącego roku. W przemówieniu wygłoszonym po premierze reŜyser Ivor
Novello złoŜył wzruszający hołd zmarłemu artyście”.
Przeczytałem to jeszcze raz, dokładnie. Podniosłem głowę i powiodłem
wzrokiem po obecnych w barze, po meblach, spojrzałem na barmana, na butelki,
szukając potwierdzenia. Wszystko jawiło się w przekonywająco prawdziwym
kształcie.
OdłoŜyłem gazetę i dopiłem koniak. Miałem ochotę na następny, lecz bez
portfela byłoby niezręcznie, gdyby barman zmienił zdanie co do niskiej ceny.
Spojrzałem na zegarek... i kolejna niespodzianka! Bardzo ładny zegarek, złoty, na
pasku z krokodylej skóry, wskazywał dwunastą trzydzieści. Ale widziałem go po raz
pierwszy. Odpiąłem go i obejrzałem kopertę. Widniał tam wygrawerowany napis
sporej wielkości: “Od O. dla C. na wieki. 10 X 50”. Doznałem lekkiego wstrząsu,
poniewaŜ oŜeniłem się wprawdzie w 1950, lecz nie w październiku i nie z osobą,
której imię zaczynało się na O. Moja Ŝona miała na imię Delia. Bezwiednie załoŜyłem
zegarek na rękę i wyszedłem z kawiarni.
Chwila odpoczynku i koniak dobrze mi zrobiły. Znalazłszy się ponownie na
Regent Street, czułem się mniej oszołomiony, lecz bardziej zdumiony, jeŜeli nie jest
to zbyt subtelne rozróŜnienie. Ból głowy minął prawie bez śladu, byłem więc w stanie
lepiej przyjrzeć się temu, co działo się wokół.
Na pierwszy rzut oka Piccadilly Circus wyglądał jak zawsze. Mimo to
odniosłem wraŜenie, Ŝe coś jest nie tak. Po jakimś czasie zorientowałem się, Ŝe
chodzi o ludzi i samochody. Zaskakująco wielu przechodniów płci obojga ubranych
było niechlujnie, a kwiaciarki pod pomnikiem Erosa przypominały sterty brudnych
szmat. Najbardziej zaskoczył mnie widok kobiet, które nie wyglądały nędznie. Prawie
wszystkie miały na głowach duŜe kapelusze w kształcie talerzy. Nosiły długie suknie,
niemal do kostek, wystające spod futer jak strój wieczorowy noszony w południc Buty
o spiczastych noskach, przeładowane ozdobami, na cienkich jak szpilka obcasach,
wyglądały wręcz obrzydliwie. Zapewne kaŜda moda sprawiałaby odraŜające wraŜenie,
gdyby natknąć się na nią niespodziewanie. Tak się jednak nigdy nie dzieje... W
kaŜdym razie nie działo się do tej pory... Gdyby nie ta data na gazecie, mógłbym się
poczuć jak ponownie wyrwany ze snu Rip Van Winkle. Samochody teŜ prezentowały
się dość niezwykle: dziwnie wysokie, małe i pozbawione lśniących dodatków, do
których przywykliśmy. Kiedy zaś przyjrzałem się im dokładniej, zauwaŜyłem, Ŝe nie
ma wśród nich Ŝadnej znanej mi marki, oprócz paru łatwych do rozpoznania rolls
royce’ow.
Stojąc rozglądałem się wokół z zaciekawieniem, gdy jakaś dama w
talerzowatym kapeluszu i mocno wyliniałym futrze zagadnęła mnie dość ponurym
głosem, nazywając kotkiem. Postanowiłem czym prędzej wynieść się stamtąd i
ruszyłem w kierunku Piccadilly. Po drodze rzuciłem okiem na kościół św. Jamesa.
Kiedy przechodziłem tamtędy ostatnio, mniej więcej dwa tygodnie temu, był
obstawiony rusztowaniami, a obok, w parku, wisiały odezwy i afisze nawołujące do
ofiarowania datków na odbudowę. Teraz rusztowania i apele zniknęły, a kościół
wyglądał tak, jakby nigdy nie został zbombardowany. Przeszedłem na drugą stronę
ulicy. Efekty renowacji widziane z bliska wzbudziły we mnie jeszcze większy
podziw.
W końcu znalazłem się przed witryną księgarni Hatcharda. Przystanąłem, Ŝeby
obejrzeć ksiąŜki. Na okładkach widniały nazwiska znanych mi autorów: Priestley, C.
S. Lewis, Bertrand Russell, T. S. Eliot i paru innych. Natomiast większość tytułów
była mi obca. W pewnej chwili mój wzrok padł na intensywnie róŜową okładkę: “U
zarania Ŝycia” autorstwa Colina Trafforda.
Wpatrywałem się w ten tytuł, prawdopodobnie z otwartymi ustami. Widzi pan,
ja rzeczywiście miałem kiedyś tego typu ambicje. Gdyby nie wojna, prawdopodobnie
zrobiłbym dyplom z nauk humanistycznych i próbowałbym coś napisać. Tak się
złoŜyło, Ŝe w wojsku zaprzyjaźniłem się z człowiekiem, który pchnął mnie ku
naukom ścisłym, później zaś pomógł w otrzymaniu pracy w EPI. ToteŜ upłynęło
dobrych parę minut, zanim otrząsnąłem się z wraŜenia, jakie wywarł na mnie ten
przypadkowy zbieg okoliczności, po czym powodowany rosnącą ciekawością
wszedłem do środka.
Znalazłem tam kilka egzemplarzy ksiąŜki rozłoŜonych na stole. Otworzyłem
jeden z nich. Nazwisko widniało wyraźnie równieŜ na stronicy tytułowej, poniŜej zaś,
pod nagłówkiem “ ksiąŜki tego samego autora”, wymieniono siedem innych tytułów.
Nazwa wydawnictwa była mi nie znana, lecz na następnej stronie przeczytałem:
“Wydanie pierwsze, styczeń 1954”.
Obracałem ksiąŜkę w rękach i o mało jej nie upuściłem, ujrzawszy na tylnej
okładce zdjęcie autora: bez wątpienia moje. Z wąsami... Podłoga zakołysała się pod
moimi stopami.
Nagle usłyszałem za plecami czyjś głos. Wydał mi się znajomy.
- Mam cię, Narcyzie! Promujemy własną ksiąŜeczkę, co? No i jak leci?
- Martin! - zawołałem. Ucieszyłem się ze spotkania jak nigdy. - To ty! Kopę
lat! Kiedy to widzieliśmy się po raz ostatni?
- O, co najmniej trzy dni temu, stary - odpowiedział, lekko zaskoczony.
Trzy dni! Owszem, widywałem Martina Fallsa dość często w Cambridge, ale
po ukończeniu studiów spotkałem go dwa razy, ostatnio przed dwoma laty. Nie
zraŜony, ciągnął dalej:
- Masz trochę czasu? MoŜe wrzucilibyśmy coś na ruszt? - zaproponował.
Tu takŜe coś się nie zgadzało. Od lat nie słyszałem juŜ o “wrzucaniu na ruszt”.
Mimo to starałem się zareagować tak, jakby wszystko było w porządku.
- Doskonale - powiedziałem. - Ale pod warunkiem, Ŝe stawiasz. Ukradli mi
portfel.
Cmoknął.
- Mam nadzieję, Ŝe nie był wypchany. MoŜe więc wpadniemy do klubu. Tam
przyjmują czeki.
OdłoŜyłem ksiąŜkę, którą dotąd trzymałem w ręce, i wyszliśmy.
- Dziwna sprawa - odezwał się Martin. - Dosłownie parę dni temu wpadłem do
Tommy’ego... Tommy’ego Westhouse’a. Strasznie napuszony. Kręcił się jak oszalały
z tym swoim amerykańskim agentem. Pamiętasz tę jego wyborną ksiąŜeczkę
“Kolczasta róŜa”? Spotkanie Ben Hura z Kleopatrą, do których dołącza markiz de
Sade? OtóŜ zdaje się, Ŝe ten agent... - Martin plótł jak najęty, rzucał nazwiska, które
nic mi nie mówiły, ale było ich dość, abyśmy minęli kilka ulic, docierając niemal na
Pali Mali. Na koniec zapytał:
- No a jak się sprzedaje twoje “U zarania”? Podobno nie nadąŜają z
subskrypcją. Słyszałem, Ŝe pogrozili ci paluszkiem w “Lit. Sup”. Jeszcze nie miałem
czasu przeczytać. Tyle mam spraw na głowie.
Zdecydowałem się na wyjście najłatwiejsze: przyjąłem postawę
dyplomatyczną. Wydało mi się to prostsze niŜ usiłowanie, Ŝeby cokolwiek zrozumieć.
Powiedziałem więc, Ŝe ksiąŜka sprzedaje się zgodnie z oczekiwaniami.
Dotarliśmy wreszcie do klubu, którym okazał się “The Savage”. Nie jestem
jego członkiem, lecz portier powitał mnie jak stałego bywalca, uprzejmie wymieniając
moje nazwisko.
- Najpierw skoczymy do baru na jednego - zaproponował Martin - a potem
pójdziemy do George’a i pogadamy o czeku.
Miałem powaŜne wątpliwości, ale wszystko poszło gładko. Podczas obiadu
musiałem się pilnować, Ŝeby nie wypaść z roli. Napotkałem te same trudności, co
teraz. Wprawdzie w odwrotnym porządku, lecz zasada pozostaje ta sama: jeŜeli
sprawy wyglądają zbyt dziwnie, ludzie skłonni są raczej sądzić, Ŝe mają do czynienia
z wariatem, niŜ spieszyć z pomocą. Dlatego naleŜy zachować pozory.
Obawiam się jednak, Ŝe nie wypadłem najlepiej. Kilka razy spotkałem jego
zaniepokojone spojrzenie. W pewnej chwili zapytał wprost:
- Słuchaj, stary, czy ty się naprawdę dobrze czujesz?
Ale najgorszy moment nastąpił później, dopiero przy serach. Martin wyciągnął
lewą rękę po łodygę selera i wtedy na jego małym palcu zauwaŜyłem złoty sygnet. To
mnie zupełnie wytrąciło z równowagi. Bo, widzi pan, Martin nie ma małego palca u
lewej ręki. Sąsiedniego teŜ zresztą nie ma. Zostawił je gdzieś nad Renem w 1945...
- Jezus Maria! - krzyknąłem. Nie wiem dlaczego to właśnie wstrząsnęło mną
najbardziej. Podniósł na mnie wzrok.
- Co ci jest, stary? Jesteś blady jak śmierć.
- Twoja ręka... - wyjąkałem.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, potem na mnie, jeszcze bardziej zdziwiony.
- Wygląda całkiem normalnie - zauwaŜył mruŜąc lekko oczy.
- PrzecieŜ straciłeś dwa palce... na wojnie - wybuchnąłem.
Uniósł brwi, po czym ściągnął je, zaniepokojony. Na koniec odezwał się
dobrodusznie:
- Coś ci się chyba pomieszało, staruszku. PrzecieŜ wojna skończyła się, zanim
przyszedłem na świat.
To, co nastąpiło potem, pamiętam dość mgliście. Kiedy zaś wszystko nabrało
sensu, okazało się, Ŝe leŜę w duŜym fotelu, a Martin siedzi tuŜ obok.
- I posłuchaj mojej rady, stary. Idź jeszcze dzisiaj do lekarza. Musiało cię to
ruszyć bardziej, niŜ myślałem. Mózg ludzki to dziwna zabawka... Nigdy dość
ostroŜności. No, niestety, na mnie juŜ czas. Jestem umówiony. Ale nie odkładaj tego
na później. To ryzykowna sprawa. Daj znać, jak i co.
I zniknął.
Usiadłem wygodniej w fotelu. Dziwna rzecz, ale czułem się znacznie lepiej
niŜ przez cały czas od momentu, gdy otworzyłem oczy na chodniku przy Regent
Street. Najprawdopodobniej ten silny wstrząs wytrącił mnie z oszołomienia i pobudził
umysł do działania. Cieszyłem się, Ŝe Martin sobie poszedł i Ŝe mogę się zastanowić...
Rozejrzałem się po sali. Jak juŜ wspomniałem, nie jestem członkiem klubu i
znałem ten lokal zbyt słabo, Ŝeby mieć pewność co do szczegółów. W kaŜdym razie
wystrój wnętrza, w tym dywan oraz niektóre kinkiety, róŜnił się trochę od tego, co
widziałem tu ostatnio...
W pokoju znajdowało się kilka osób. Dwie rozmawiały w rogu, trzy drzemały,
ktoś inny czytał gazetę. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Podszedłem do stolika z
periodykami i wziąłem “New Statesmana” z 22 stycznia 1954 roku. Artykuł z
pierwszej strony nawoływał do nacjonalizacji transportu, co miało być pierwszym
krokiem na drodze do przekazania środków produkcji masom i w ten sposób
połoŜenia kresu bezrobociu. Z tekstu wiało nostalgią. Przewracałem kartki, czytając
tytuły, które nic mi nie mówiły z powodu braku kontekstu. Ucieszyłem się na widok
kolumny Krytyka. Wśród absorbujących go aktualnie spraw były jakieś
doświadczenia prowadzone w Niemczech. WyraŜał opinię, podzielaną przez szersze
grono wybitnych uczonych, iŜ wobec teoretycznej moŜliwości rozszczepienia jądra
proponowane metody kontroli tego zjawiska są niewystarczające. W przypadku
reakcji łańcuchowej mogłoby dojść do katastrofy na skalę kosmiczną. Powołano
komisję złoŜoną ze znanych przedstawicieli nauk humanistycznych i ścisłych, aby za
pośrednictwem Ligi Narodów złoŜyła w imieniu ludzkości protest na ręce rządu
niemieckiego przeciwko nierozwaŜnym badaniom...
Proszę, proszę...!
Czując, Ŝe odzyskuję wiarę w samego siebie, usiadłem, Ŝeby się zastanowić.
Stopniowo zaczęło mi coś świtać... Nie dotyczyło to ani sposobu, ani
przyczyny tego, co zaszło - nadal nie posiadam na ten temat Ŝadnej konkretnej teorii.
Chodziło raczej o to, co mogło się zdarzyć.
Było to bardzo niejasne przeczucie, wywołane prawdopodobnie myślą o
przypadkowym neutronie, który, o ile wiedziałem, moŜe w pewnej sytuacji zostać
pochwycony przez atom uranu, chociaŜ w innej sytuacji wcale do tego nie dochodzi.
W ten sposób dochodzimy oczywiście do Einsteina i teorii względności, która,
jak panu wiadomo, stanowczo wyklucza moŜliwość określenia ruchu i konsekwentnie
prowadzi do pojęcia czterowymiarowego continuum czasoprzestrzeni. Skoro zaś nie
moŜna określić parametrów ruchu tego continuum, to nie moŜe istnieć Ŝaden model
ruchu ani nie moŜna przewidzieć jego skutków. A jednak tam, gdzie czynniki są
zbliŜone, to znaczy zbudowane z podobnych atomów i pozostające mniej więcej w
tym samym stosunku do continuum, moŜna spodziewać się zbliŜonych skutków.
Rzecz jasna, nie będą one nigdy identyczne, gdyŜ wówczas określenie ruchu stałoby
się moŜliwe. Mogą natomiast być do siebie bardzo podobne, co pozwalałoby je
rozpatrywać w kategoriach szczególnej teorii względności Einsteina. Dawałyby się
wówczas określić bliŜej za pomocą zbioru pokrewnych czynników. Innymi słowy,
mimo Ŝe ów nieskończony punkt, jakim jest pewien moment w roku 1954, musi
pojawić się w continuum, to istnieje on wyłącznie w odniesieniu do kaŜdego
indywidualnego obserwatora i zdaje się istnieć w podobny sposób w odniesieniu do
pewnych ścisłych grup obserwatorów. Niemniej jednak, poniewaŜ nie ma dwóch
identycznych obserwatorów, kaŜdy postrzega przeszłość, teraźniejszość i przyszłość
inaczej, niŜ postrzegają je inni. W rezultacie to, co postrzega obserwator, wynika
wyłącznie z czynników stanowiących o jego stosunku do continuum i istnieje tylko
dla niego.
Tak rozumując doszedłem do wniosku, Ŝe zaszła rzecz następująca: w jakiś
niepojęty sposób zostałem przeniesiony na pozycję innego obserwatora, którego punkt
widzenia był w pewnym sensie zbliŜony do mojego, lecz na tyle odmienny, Ŝe jego
związki, a co za tym idzie, jego realia, wymykały się mojemu postrzeganiu. Innymi
słowy, Ŝył on w świecie tylko dla niego realnym, podobnie jak ja Ŝyłem w świecie
realnym tylko dla mnie, aŜ do chwili, kiedy nastąpiła ta szczególna transpozycja, w
wyniku której znalazłem się na miejscu obserwatora jego świata, oczywiście z jego
przeszłością i przyszłością, a nie świata, do którego przywykłem.
Proszę pamiętać, Ŝe chociaŜ wydaje się to proste, nie doszedłem do tego od
razu. Udało mi się natomiast drogą rozumowania zbliŜyć na tyle do układu
obserwator - istnienie, by stwierdzić, Ŝe cokolwiek się stało, mój umysł pracuje
normalnie. Kłopot w tym, Ŝe znajdował się w niewłaściwym miejscu i odbierał
sygnały przeznaczone nie dla mnie; niczym odbiornik podłączony do niewłaściwego
obwodu.
W gruncie rzeczy nie jest to powód do zadowolenia. Wręcz przeciwnie. Ale
mimo wszystko lepsze to niŜ wadliwy odbiornik. Zrozumienie tego podniosło mnie
nieco na duchu.
Siedziałem czas jakiś porządkując myśli i zastanawiając się, co robić, dopóki
nie skończyłem paczki papierosów mariner. Wówczas poszedłem do telefonu.
Najpierw wykręciłem numer EPI. Cisza. Sprawdziłem w ksiąŜce telefonicznej.
Znalazłem tam zupełnie inny numer centrali. Wykręciłem go.
- Poproszę wewnętrzny sto trzydzieści trzy - powiedziałem telefonistce, a po
chwili namysłu dodałem nazwę mojego działu.
- Aha! Chodzi panu o wewnętrzny pięćdziesiąt dziewięć - poinformowała
mnie.
Ktoś podniósł słuchawkę. - Chciałbym rozmawiać z panem Colinem
Traffordem.
- Przykro mi, ale w naszym dziale nikt o takim nazwisku nie pracuje - odparł
głos.
Połączyłem się ponownie z centralą. Po dłuŜszym milczeniu telefonistka
oświadczyła:
- Niestety. Nie mam takiego nazwiska na liście naszych pracowników.
Odwiesiłem słuchawkę. Wszystko wskazywało na to, Ŝe nie pracuję w EPI.
Wykręciłem więc numer mojego mieszkania w Hampstead. Nie czekałem długo.
- Transcendentalne pasy i gorsety, słucham - odezwał się energiczny głos.
Rozłączyłem się.
Przyszło mi do głowy, Ŝe powinienem poszukać swojego nazwiska w ksiąŜce
telefonicznej. Znalazłem. “Trafford Colin W., Hogarth Court, Duchess Gardens,
S.W.7. Sloane 67021”. Spróbowałem. Usłyszałem sygnał. Na drugim końcu nikt nie
podnosił słuchawki.
Wyszedłem z budki i zastanawiałem się, co robić dalej. Ogarnęło mnie
przykre uczucie zagubienia, jakbym nagle znalazł się w obcym mieście nie mając
nawet pokoju w hotelu. Co gorsza, miasto było mi obce tylko w drobnych
szczegółach.
Po dalszym namyśle doszedłem do wniosku, Ŝe najskuteczniejsze barwy
ochronne zapewni mi postępowanie zgodne z tym, czego naleŜało spodziewać się po
tym Colinie Traffordzie. Skoro nie miał nic do roboty w EPI, to przynajmniej miał
dom, gdzie mógł pójść...
Hogarth Court - przyjemny budynek, w holu puszysty dywan, podświetlony
bukiet kwiatów i tak dalej. Nie zauwaŜyłem portiera, więc od razu skierowałem się do
windy. Dom nie wyglądał z zewnątrz na dostatecznie duŜy, by pomieścić pięćdziesiąt
cztery apartamenty, więc wcisnąłem piątkę, czyli piąte piętro, i rzeczywiście po
wyjściu z windy stanąłem na wprost drzwi z numerem 54. Wyjąłem z kieszeni pęk
kluczy, wybrałem taki, który mógłby się nadawać do zamka. Pasował.
Znalazłem się w niewielkim holu. Nic niezwykłego: tapeta w drobny wzorek,
brązowy dywan, stolik z telefonem i kwiatkami w wazonie, nad stolikiem lustro w
złoconej ramie, krzesło, korytarzyk, mnóstwo drzwi. Zatrzymałem się.
- Halo - powiedziałem na próbę. Po czym nieco głośniej: - Halo! Jest tam kto?
Nie odpowiedział mi Ŝaden dźwięk ani Ŝaden głos. Zaniknąłem drzwi. Co
teraz? Cholera, przecieŜ byłem... jestem... Colinem Traffordem! Zdjąłem płaszcz.
Gdzie go powiesić? Rozejrzałem się dokładniej i odkryłem szafę na ubrania. Wisiało
tam juŜ duŜo innych płaszczy. Męskich i damskich. Były takŜe damskie śniegowce...
Postawiłem swoje obok.
Chciałem zbadać topografię mieszkania i zobaczyć, jak wygląda ten mój
dom...
Nie sądzę, by zainteresował pana rejestr sprzętów. Dość Ŝe było to całkiem
miłe mieszkanie. Większe, niŜ to sobie wyobraŜałem. Właściwie wyposaŜone i
funkcjonalne; bez ekstrawagancji, ale teŜ bez zbytniej skromności. W dobrym guście.
ChociaŜ nie moim. Zresztą co to jest gust? Albo wyczucie pewnego stylu, albo
wyrafinowany wybór z tego, co modne. Czułem, Ŝe mam do czynienia z modnym
wnętrzem, ale ta moda była obca i dlatego mi nie odpowiadała...
Ciekawa była kuchnia: lodówka, brak zmywarki do naczyń, brak miksera,
jednokomorowy zlewozmywak bez suszarki, Ŝadnych laminatowych blatów, za to
staroświecka kuchenka elektryczna, opakowanie proszku mydlanego zamiast
syntetycznych detergentów i dziwaczne oświetlenie na suficie - płaska lampa o
powierzchni metra kwadratowego.
W przestronnym salonie stały wygodne fotele, ale nie obrotowe. DuŜy
radioodbiornik z adapterem, nieco przeładowany ozdobami, bez UKF. Tutaj takŜe
ś
wiatło padało z oszklonych kasetonów na suficie i z kubów przypominających
szklane pudełka ustawione na cokołach. Nie było telewizora.
Obszedłem całe mieszkanie. Sypialnia bardzo kobieca, ale nie zagracona.
Podwójne łóŜko. Białe kafelki w łazience. Sypialnia gościnna z niewielkim
dwuosobowym tapczanem. I tak dalej. Najbardziej zainteresował mnie jednak pokój
w końcu korytarza. Wyglądał jak gabinet. Jedną ze ścian zajmował regał z ksiąŜkami.
Niektóre, te starsze, znałem. Pozostałych nie. Fotel klubowy, krzesło. Szerokie biurko
z blatem obitym skórą stało pod oknem, skąd rozciągał się widok na pozbawione liści
drzewa w parku, dachy i bezkres nieba. Na biurku maszyna do pisania w pokrowcu,
lampa biurowa, kilka tekturowych teczek z wystającymi kartkami papieru, pudełko na
papierosy, metalowa popielniczka, opróŜniona i umyta, a takŜe fotografia w skórzanej
ramce.
UwaŜnie przyjrzałem się fotografii. Ujmujące studium. Mogła mieć
dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Inteligentna, pogodna twarz, kobieta, którą
chce się poznać. Ale nie znałem nikogo takiego...
Z lewej strony biurka stała oszklona szafka, a na niej osiem ksiąŜek. Reszta
półek - pusta. Pierwsza ksiąŜka od lewej okazała się tą samą, jaką widziałem rano w
księgarni Hatcharda - “U zarania Ŝycia”. Na pozostałych takŜe widniało nazwisko
Colin Trafford. Usiadłem w fotelu i przyglądałem się im przez jakiś czas. Po czym z
dziwnym, schizofrenicznym uczuciem sięgnąłem po ksiąŜkę i otworzyłem na
pierwszej stronie.
Upłynęło chyba niewiele ponad pół godziny, gdy dobiegł mnie zgrzyt klucza w
zamku drzwi wejściowych. OdłoŜyłem ksiąŜkę na miejsce i zebrałem myśli.
Postanowiłem pokazać się sam, zamiast czekać, aŜ zostanę odkryty. Otworzyłem
drzwi. W końcu korytarza kobieta w długim płaszczu z szarego zamszu, spod którego
wystawał rąbek tweedowej spódnicy, ustawiała paczki na stoliku. Na odgłos
otwieranych drzwi podniosła głowę. Stałem oko w oko z oryginałem przedstawionym
na fotografii, lecz w nieco odmiennym nastroju. Kiedy zbliŜałem się do niej,
dostrzegłem na jej twarzy zdziwienie pomieszane z innymi odczuciami, których nie
potrafiłem odczytać. W kaŜdym razie na pewno nie miały wiele wspólnego z
zachowaniem kochającej Ŝony, która wita oddanego małŜonka.
- O! - powiedziała. - Jesteś juŜ w domu? Co się stało?
- Co się miało stać? - powtórzyłem, szukając punktu zaczepienia.
- Wydawało mi się, Ŝe byłeś po południu umówiony na jakieś waŜne spotkanie
z Dickie w BBC - zauwaŜyła nieco cierpkim tonem.
- Ach, tak. Rzeczywiście. Tak, odwołał je - odparłem niezręcznie.
Znieruchomiała i obrzuciła mnie uwaŜnym spojrzeniem. Wydawało mi się
trochę dziwne. Stałem patrząc na nią i nie wiedziałem, co począć. śałowałem, Ŝe
zamiast marnować czas nad “U zarania” nie ułoŜyłem sobie planu tego
nieuniknionego spotkania. Nie zadałem sobie nawet trudu, by poznać jej imię. Stało
się jasne, Ŝe juŜ w chwili, gdy otworzyłem usta, popełniłem jakiś błąd. Poza tym było
w niej coś, co zupełnie zbiło mnie z tropu. Doznałem wstrząsu, jakiego nie pamiętam
od lat. Na dodatek odczułem go dotkliwiej niŜ kiedyś... Człowiek w wieku trzydziestu
trzech lat nie spodziewa się juŜ takich doznań... Nie w ten sposób, juŜ nie tak... Serce
nie wzbiera uczuciem tak silnie, a świat nie rozjaśnia się i nie oŜywa, jakby kobieta
jednym gestem tchnęła weń Ŝycie...
Staliśmy naprzeciw siebie: ona ze ściągniętymi brwiami i ja, próbujący
zapanować nad wezbraną falą niepokoju, uniesienia i zmieszania - oniemiały.
Spuściła wzrok i zaczęła rozpinać płaszcz. TeŜ wydawała się zmieszana.
- JeŜeli... - zaczęła, ale w tej chwili zadzwonił telefon.
Witając z ulgą ten przerywnik, podniosła słuchawkę. W ciszy holu usłyszałem
kobiecy głos, który domagał się rozmowy z Colinem.
- Tak - odpowiedziała. - Jest tutaj. - Z wyrazem zdziwienia na twarzy podała
mi słuchawkę.
- Halo! Colin, słucham.
- Słuchasz? - odpowiedział głos. - A to dlaczego, jeśli moŜna spytać?
- Hm... nie bardzo rozumiem... - zacząłem, ale przerwano mi gwałtownie.
- Nie rozumiesz? Zmarnowałam juŜ godzinę, czekając tu na ciebie, bo
myślałam, Ŝe jeŜeli nie moŜesz przyjść, to przynajmniej zdobędziesz się na to, Ŝeby
zadzwonić. A tu się okazuje, Ŝe po prostu siedzisz sobie w domu. To nie jest w
porządku, Colin.
- Ja, nie... Zaraz, kto mówi? - Tylko w ten sposób potrafiłem zagrać na
zwłokę. Czułem, jak stojąca przy mnie młoda kobieta zamarła w trakcie zdejmowania
płaszcza.
- Och, na miłość boską! - ciągnął rozdraŜniony głos. - Co za idiotyczne Ŝarty?
A jak myślisz, kto?
- Właśnie o to pytam - odparłem.
- Nie wygłupiaj się, Colin. JeŜeli to dlatego, Ŝe stoi tam Ottilie - a załoŜę się,
Ŝ
e tak jest - to zachowujesz się po prostu jak dureń. Sama odebrała telefon, więc wie,
Ŝ
e to ja.
- To moŜe ją o to zapytam - zaproponowałem.
- Chyba jesteś zalany. Lepiej idź się wyspać - rzuciła oschle i na linii zapadła
cisza.
OdłoŜyłem słuchawkę. Młoda kobieta patrzyła na mnie z wyrazem
prawdziwego zdumienia. W ciszy korytarza musiała słyszeć rozmowę równie dobrze
jak ja. Odwróciła się, zdjęła płaszcz i powiesiła na wieszaku w szafie. Robiła to
bardzo starannie i powoli, po czym zwróciła się do mnie:
- Nie rozumiem - stwierdziła. - Nie jesteś przecieŜ pijany, prawda? O co tu
chodzi? Co takiego zrobiła nasza droga Dickie?
- Dickie? - zdziwiłem się. Kobieta zmarszczyła czoło.
- Naprawdę, Colin, jeŜeli myślisz, Ŝe do tej pory nie potrafię rozpoznać Dickie
przez telefon...
- Ach, tak!
Wyjątkowa gafa. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić pomyłkę bardziej
nieprawdopodobną niŜ pomylenie płci własnych przyjaciół. JeŜeli nie chcę, Ŝeby
pomyślała, Ŝe zwariowałem do reszty, muszę podjąć jakieś kroki w celu wyjaśnienia
sytuacji.
- Posłuchaj, przejdźmy do salonu. Chcę ci coś powiedzieć - zaproponowałem.
Przyglądała mi się w milczeniu.
- Chyba będzie lepiej, jeŜeli tego nie usłyszę, Colin.
- Proszę - nalegałem. - To waŜne. Naprawdę...
Zawahała się i niechętnie przystała na moją propozycję.
- Dobrze, jeŜeli musisz...
Weszliśmy do pokoju. Włączyła grzejnik i usiadła.
- Słucham.
Usiadłem w fotelu naprzeciw niej i zastanawiałem się, jak zacząć. Nawet
gdybym sam wiedział, co zaszło, teŜ byłoby mi trudno. Jak jej przekazać, Ŝe chociaŜ
postać naleŜy do Colina Trafforda i Ŝe chociaŜ jestem Colinem Traffordem, to jednak
nie jestem tym Colinem Traffordem. Nie tym, który pisze ksiąŜki i jest jej męŜem, ale
czymś w rodzaju drugiego Colina Trafforda, który przybłąkał się z innego świata.
Musiałem znaleźć sposób, który nie wywoła natychmiastowej potrzeby wezwania
psychiatry. Nie było to proste zadanie.
- No, słucham - powtórzyła.
- Trudno to wytłumaczyć - ociągałem się, ale w miarę szczerze.
- Spodziewam się - odparła, bynajmniej mnie nie zachęcając, i dodała: - A
moŜe będzie ci łatwiej, jeŜeli przestaniesz tak na mnie patrzeć? Trochę mnie to
krępuje.
- Stało się ze mną coś bardzo dziwnego - zacząłem.
- O BoŜe, znowu? - Ŝachnęła się. - Potrzebujesz mojego współczucia czy co?
Zaskoczyła mnie, poczułem się nieswojo.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe jemu juŜ się coś takiego zdarzyło? - zapytałem.
Rzuciła mi uwaŜne spojrzenie.
- Jak to “jemu”? Kogo masz na myśli? Wydawało mi się, Ŝe rozmawiamy o
tobie. Ostatnio chodziło o Dickie, przedtem o Frances, a jeszcze przedtem była Lucy...
Teraz dajesz tak niezwykłą odprawę Dickie... Czy nie powinnam się zdziwić?
Dość szybko dowiadywałem się róŜnych rzeczy o swoim alter ego, ale
zbaczaliśmy z tematu.
- Nie, nie rozumiesz. To coś zupełnie innego.
- Naturalnie, Ŝe nie rozumiem. śony nigdy nie rozumieją, prawda? I za
kaŜdym razem chodzi o coś innego. JeŜeli to ma być ta waŜna sprawa... - zaczęła
podnosić się z fotela.
- Proszę cię, nie... - powiedziałem błagalnie.
Opanowała się i ponownie przyjrzała mi się z uwagą, marszcząc brwi.
- Tak - zaczęła. - Chyba rzeczywiście nie rozumiem. A przynajmniej...
przynajmniej mam nadzieję, Ŝe nie rozumiem... - Nadal wpatrywała się we mnie, jak
mi się wydawało, z coraz większym niepokojem.
Prosząc o zrozumienie trudno trwać na płaszczyźnie bezosobowej, ale gdy nie
wiadomo, czy lepiej będzie powiedzieć “kochanie”, czy “moja droga”, lub teŜ moŜe
wybrać wariant bardziej pieszczotliwy, czy uŜyć imienia, zdrobnienia czy przezwiska,
wówczas droga do celu staje się nad wyraz ciernista. W dodatku utrzymywał się
między nami brak porozumienia na właściwym poziomie świadomości.
- Ottilie, kochanie - spróbowałem. Widocznie jednak nie była to przyjęta
forma, poniewaŜ oczy o mało nie wyszły jej z orbit. Mimo to brnąłem dalej. - Nie
chodzi wcale o to, co masz na myśli... Nic podobnego. Widzisz... Rzecz w tym, Ŝe ja
w pewnym sensie, nie jestem tą samą osobą...
Odezwała się opanowanym głosem:
- O dziwo, obserwuję to juŜ od pewnego czasu - stwierdziła. - I pozwól sobie
przypomnieć, Ŝe juŜ coś takiego mówiłeś, i to nieraz. Dobrze. Powiem to za ciebie:
więc nie jesteś tym samym człowiekiem, za którego wychodziłam za mąŜ, i dlatego
chciałbyś się rozwieść... A moŜe boisz się, Ŝe mąŜ Dickie poda cię tym razem do
sądu? O, BoŜe! Jak ja mam tego dosyć...
- Nie, nie... - zaprotestowałem gorąco. - To zupełnie nie to. Proszę, wysłuchaj
cierpliwie. To strasznie trudno wytłumaczyć. - Zamilkłem, patrząc na nią. Milczenie
wcale nie ułatwiło mi zadania. W gruncie rzeczy nie sprzyjało procesowi trzeźwego
rozumowania. Siedziała wpatrując się we mnie spod zmarszczonych brwi, ale jej
twarz wyraŜała teraz raczej niepewność niŜ niezadowolenie.
- Coś z tobą jest... - zaczęła.
- Właśnie usiłuję ci o tym opowiedzieć - potwierdziłem, lecz wątpię, by mnie
słyszała. Otwierała oczy coraz szerzej, aŜ nagle odwróciła wzrok.
- Nie! - krzyknęła. - Och, nie! - Była bliska płaczu. Mocno zacisnęła dłonie na
kolanach. Mówiła półszeptem. - Och, nie... BoŜe, proszę cię, nie!... JuŜ nie... Czy
mało wycierpiałam?... Nie chcę... nie chcę!...
Zerwała się z miejsca i zanim zdąŜyłem podnieść się z fotela, wybiegła z
pokoju...
Colin Trafford przerwał, zapalił papierosa i zamyślił się. W końcu zebrał
myśli i podjął wątek.
- No cóŜ. ZdąŜył się pan zorientować, Ŝe panieńskie nazwisko tamtej pani
Trafford brzmiało Ottilie Harshom. Urodziła się w roku 1928 i wyszła za tamtego
Colina Trafforda w roku 1949. Jej ojciec zginął w katastrofie lotniczej w 1938. Nie
pamiętam nawet, czy mi powiedziała, jak miał na imię. Tak się niefortunnie złoŜyło...
jak zresztą wiele innych wydarzeń. Gdybym przypuszczał, Ŝe znajdę się tu znowu,
zwracałbym uwagę na wiele rzeczy. Ale nie podejrzewałem... Zaszło wprawdzie coś
bardzo dziwnego, ale nie było powodu uwaŜać, Ŝe moŜe się to powtórzyć, i to w
przeciwnym kierunku. Z czystej ciekawości starałem się usilnie dociec, kiedy nastąpił
ten rozłam. Moim zdaniem w pewnym punkcie, prawdopodobnie całkiem
przypadkowo, zaszło coś o kluczowym znaczeniu, albo właśnie nie zaszło. Określenie
tego pozwoliłoby mi poznać ten moment, ten atom czasu, rozbity przez przypadkowy
neutron tak, Ŝe powstały dwa atomy czasu, które rozbiegły się ku róŜnym
przyszłościom. W związku z tym stopniowo narastające skutki sprawiłyby, Ŝe
warunki na jednej płaszczyźnie rozwijałyby się odmiennie od warunków na drugiej.
Być moŜe zawsze tak się dzieje. Niewykluczone, Ŝe przypadek stale wywołuje dwa
róŜne skutki, i w wymiarze, którego nie moŜemy postrzegać, istnieje nieskończona
ilość płaszczyzn. Jedne są tak blisko naszej i uformowane tak niedawno, Ŝe róŜnią się
jedynie drobnymi szczegółami, inne są zaś całkowicie odmienne. Płaszczyzny, na
których jakiś nieszczęśliwy traf doprowadził do klęski, jaką poniósł Aleksander
Wielki z rąk Persów, Scypion z rąk Hannibala, lub zatrzymał Cezara przed
Rubikonem. Nieskończona ilość niezliczonych płaszczyzn przypadkiem
rozszczepianych i przypadkiem sczepionych ponownie. Kto wie? Dlaczego nie, skoro
wiemy juŜ dzisiaj, Ŝe wszechświat to dzieło przypadku. Nie udało mi się jednak
ustalić tego momentu. Mam wraŜenie, Ŝe nastąpiło to pod koniec roku 1926 lub na
początku 1927. Dokładne ustalenie daty wymagałoby niedostępnych i niezliczonych
danych na temat obu porównywanych płaszczyzn. Coś, co wówczas zaszło, albo do
czego nie doszło, zapobiegło między innymi dojściu do władzy Hitlera, a co za tym
idzie, wybuchowi drugiej wojny światowej. W konsekwencji opóźnieniu uległy
równieŜ badania nad rozszczepieniem atomu na płaszczyźnie naszej, Ŝe tak się
wyraŜę, dychotomii. Ta kwestia jednak, jak juŜ powiedziałem, wywołała we mnie
tylko przelotną ciekawość. Moje bezpośrednie zainteresowania dotyczyły spraw
bardziej przyziemnych. A sprawą najwaŜniejszą stała się Ottilie. Jak panu wiadomo,
byłem kiedyś Ŝonaty. I kochałem swoją Ŝonę. Było to tak zwane udane małŜeństwo i
nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Nie chcę być nielojalny wobec Delii i nie
sądzę, Ŝeby była ze mną nieszczęśliwa. Ale cieszę się, Ŝe to się nie zdarzyło za jej
Ŝ
ycia. Nigdy nie przypuszczała, poniewaŜ ja teŜ wówczas o tym nie wiedziałem, Ŝe
oŜeniłem się z niewłaściwą kobietą. I mam nadzieję, Ŝe nigdy jej to nie przyszło do
głowy... Natomiast Ottilie poślubiła niewłaściwego męŜczyznę... Dokonaliśmy
wspólnie tego odkrycia. A moŜe naleŜałoby raczej powiedzieć, Ŝe jej męŜem nie był
męŜczyzna, którego jej zdaniem poślubiła. Zakochała się w nim i on bez wątpienia
takŜe ją kochał... Przynajmniej na początku... Ale nim minął rok, poczuła się rozdarta
między tym, co w nim kochała, i tym, czego nienawidziła... Jej Colin Trafford
wyglądał tak samo jak ja... Włącznie z lewym kciukiem, który po wkręceniu w
elektryczny wentylator juŜ nigdy nie był podobny do prawego... I rzeczywiście: do
pewnego czasu, gdzieś do przełomu roku 1926 i 1927, był mną. Okazało się, Ŝe
łączyły nas pewne charakterystyczne przyzwyczajenia, podobny głos... chociaŜ
mieliśmy odmienny akcent i słownictwo, co odkryłem słuchając nagrań. Poza tym
róŜniły nas drobiazgi, takie jak wąsy, uczesanie czy blizna na lewej skroni, która
naleŜała wyłącznie do niego. Mimo to w pewnym sensie ja byłem nim, a on mną.
Mieliśmy tych samych rodziców, te same geny, ten sam początek, a takŜe - jeŜeli nie
mylę się co do momentu, w którym nastąpiło rozdwojenie - te same wspomnienia z
pierwszych pięciu lat. Później jednak Ŝycie na naszych róŜnych płaszczyznach
potoczyło się inaczej. Środowisko, czy teŜ moŜe doświadczenia ujawniły w nim
cechy, które, jak sądzę, tkwią uśpione we mnie... I prawdopodobnie vice versa.
Nie uwaŜa pan, Ŝe to całkiem sensowne załoŜenie? Wkraczamy przecieŜ w
Ŝ
ycie z pewnym szkieletem, który mimo wspólnego planu ogólnego zawiera
osobnicze skłonności i róŜnice. Cokolwiek jednak zostanie wymodelowane na tym
szkielecie w późniejszych okresach, składa się niemal wyłącznie z konsekwencji
kontaktów i wpływów. Nie wiem, jakie one były w przypadku tamtego Colina
Trafforda, ale efekty okazały się dla mnie przykre... Zupełnie jakbym raz po raz
niespodziewanie łapał swoje odbicie w krzywych zwierciadłach.
Wiele mi teŜ o nim powiedziały pewne wahania, opory i oczekiwania ze
strony Ottilie. Ponadto w ciągu kilku następnych dni przeczytałem uwaŜnie jego
powieści. Lektura pierwszej była nawet dość przyjemna. Lecz w miarę jak jego styl
krzepł, przestawały mi się podobać. Powtarzające się coraz częściej brutalne opisy
wynikały niewątpliwie ze względów komercyjnych, ale było w tym jednak coś
więcej... PrzecieŜ czytelników moŜna zdobywać na wiele innych sposobów. ToteŜ z
kaŜdą kolejną ksiąŜką coraz bardziej irytowało mnie moje nazwisko widniejące na
okładce.
Natknąłem się wreszcie na dzieło nie ukończone i myślę, Ŝe z pomocą jego
notatek byłbym w stanie sporządzić niezły plagiat. Wiedziałem jednak, Ŝe tego nie
zrobię. Gdybym miał kontynuować jego pisarską karierę, pisałbym ksiąŜki we
własnym stylu, a nie jego. W kaŜdym razie nie musiałem martwić się o środki do
Ŝ
ycia. Biorąc pod uwagę wojnę i róŜne inne okoliczności, stan zaawansowania fizyki
na mojej płaszczyźnie wyprzedzał ich wiedzę o całe pokolenie. Nawet jeŜeli znali juŜ
radar, stanowił on nadal czyjąś tajemnicę wojskową. Miałem dość wiedzy, by
obwołano mnie geniuszem, i gdybym tylko zechciał, mógłbym zbić fortunę.
Uśmiechnął się, potrząsnął głową i mówił dalej:
- Widzi pan, gdy minął szok i zrozumiałem, co zaszło, przestałem się
przejmować. A poniewaŜ poznałem Ottilie, nie miałem równieŜ czego Ŝałować.
Jedyny problem polegał na umiejętności przystosowania się. Ogólnie rzecz biorąc,
bardzo pomocne okazało się przywoływanie wspomnień sprzed wojny. W praktyce
jednak pojawiły się znaczne trudności. Znajomi, których nie poznawałem; przyjaciele,
którzy wypadli mi z pamięci; ich nieznane dzieje, ich Ŝony lub męŜowie, których
znałem (chociaŜ niekoniecznie tych samych) lub nie znałem zupełnie. Zdarzały mi się
takŜe nieprzyjemne sytuacje. Na przykład spotkanie z tęgim, pogodnym męŜczyzną w
barku Hotelu Hyde Park. Nie znał mnie, lecz ja widziałem go ostatni raz w
przydroŜnym rowie: leŜał tam martwy z głową przeszytą kulą snajpera. Widziałem teŜ
moją Ŝonę, Delię, wychodzącą w radosnym nastroju z restauracji w towarzystwie
wysokiego męŜczyzny o wyglądzie prawnika. Poczułem się tak, jakbyśmy oboje byli
duchami. Byłem jednak zadowolony, Ŝe na tej płaszczyźnie przeŜyła rok 1951 w
doskonałym zdrowiu. Ale najbardziej niezręczne były dość częste spotkania z ludźmi,
których powinienem znać. Drugi Colin miał niezwykle rozległe i dziwne znajomości.
Byłem bliski ogłoszenia wszem i wobec, Ŝe zapadłem na zdrowiu z przepracowania,
co pozwoliłoby mi przez jakiś czas pozostawać na uboczu.
Nigdy jednak nie przeszło mi przez myśl, Ŝe to, co brałem za niepowtarzalne
przesunięcie płaszczyzn, moŜe się powtórzyć, tym razem w przeciwnym kierunku... I
cieszę się, Ŝe nie przyszło mi to do głowy. Taka świadomość zniszczyłaby trzy
najpiękniejsze tygodnie mojego Ŝycia. Trwałem w przekonaniu zgodnym z inskrypcją
umieszczoną na kopercie zegarka: C. na wieki O. Usiłowałem jej wyjaśnić, co moim
zdaniem zaszło. Ale wkrótce zrezygnowałem, widząc, Ŝe nie potrafi tego pojąć. Jak
przypuszczam, tłumaczyła to sobie w ten sposób, Ŝe mniej więcej rok po ślubie
zacząłem tracić zdrowie na skutek przepracowania. Teraz zaś mój stan uległ
poprawie, dzięki czemu znów jestem taki, jakim mnie wcześniej znała... Coś w tym
stylu... W kaŜdym razie nie interesowały jej zbytnio moje teorie na ten temat. WaŜne
były skutki... I bardzo słusznie, dla mnie zresztą teŜ. CóŜ innego mogło mieć
jakiekolwiek znaczenie? W moim przypadku nic. Czy to istotne, w jaki sposób
znalazłem kobietę, której szukałem całe Ŝycie? Przepajało mnie IŁ szczęście, jakiego
wcześniej nie byłem w stanie sobie wyobrazić... Nie potrafię nawet wyrazić słowami,
co czułem. Ale określenie “świat stanął otworem” nagle nabrało dla mnie absurdalnej
niemal dosłowności. Czułem, Ŝe wraca mi wiara w siebie, jakbym był lekko
wstawiony. Mogłem podjąć się kaŜdego zadania. Mając ją przy boku, mógłbym
podbijać ten czy tamten, kaŜdy świat... Myślę, Ŝe i ona czuła podobnie. Jestem
przekonany, Ŝe tak było. Wymazała z pamięci tamte złe lata. Z kaŜdym dniem
odzyskiwała zaufanie... Gdybym wtedy wiedział... Ale skąd mogłem wiedzieć? Co
mogłem uczynić?
Znowu zamilkł. Siedział zapatrzony w ogień tak długo, Ŝe doktor musiał
poruszyć się niespokojnie w fotelu, Ŝeby przywołać jego uwagę, po czym zapytał:
- Co się stało?
Colin Trafford wciąŜ miał nieobecne spojrzenie.
- Co się stało? - powtórzył. - Gdybym wiedział, moŜe mógłbym... Ale nie
wiem... Tu nie sposób cokolwiek wiedzieć... To przecieŜ teŜ przypadek... Pewnego
wieczoru zasnąłem przy boku Ottilie. A rano przebudziłem się na łóŜku szpitalnym. Z
powrotem tutaj... To wszystko. Po prostu przypadek...
Zamilkł ponownie na dłuŜszą chwilę. Doktor Harshom nie spiesząc się nabił
fajkę i zapalał ją starannie, upewniając się, Ŝe pali się równo i dobrze ciągnie.
Następnie rozparł się wygodnie w fotelu i rzekł rozmyślnie zasadniczym tonem:
- Szkoda, Ŝe pan w to nie wierzy. Gdyby pan rzeczywiście wierzył w to, co
pan mówi, nie przyszłoby panu do głowy rozpoczynanie tych poszukiwań. Gdyby się
pan do tego przyznał, musiałby pan ich zaniechać. Nie, pan jest przekonany, Ŝe
istnieją dwa modele, początkowo bardziej do siebie zbliŜone, ale stopniowo, moŜe
nawet logicznie, róŜnicujące się, i Ŝe pan, pańska dusza, czy jakkolwiek to nazwiemy,
stanowi ów anormalny, przypadkowy czynnik. Proponuję jednak, byśmy nie zagłębiali
się teraz w filozoficzne czy metafizyczne rozwaŜania na temat tego, co określa pan
mianem dychotomii - to moŜe poczekać. ZałóŜmy, Ŝe uznając znaczenie, jakie
przeŜycia te mają dla pana, zastrzegam sobie prawo do ich oceny. Uznaję je z kilku
powodów - jednym z nich i, jak mówiłem, wcale nie poślednim, jest minimalne
prawdopodobieństwo przypadkowego wystąpienia nazwiska Harshom w połączeniu z
imieniem Ottilie. Oczywiście, mógł się pan natknąć gdzieś na to nazwisko i
zakodować je sobie w podświadomości, ale i tę moŜliwość odrzucam jako zbyt
nieprawdopodobną. A zatem wychodząc z tego punktu, mam wraŜenie, Ŝe przyjął pan
kilka bezpodstawnych załoŜeń. Na przykład to, iŜ skoro jakaś Ottilie Harshom istnieje
na tamtej, jak pan powiada, płaszczyźnie, to musiała pojawić się takŜe na tej. W
pańskiej opowieści nie zauwaŜyłem niczego, co mogłoby uzasadnić takie załoŜenie.
Przyznaję, Ŝe kobieta o takim imieniu mogła zaistnieć na naszej płaszczyźnie,
poniewaŜ imię Ottilie występuje w mojej rodzinie. Niemniej jednak szansę na to, Ŝe
nie istniała wcale, są znacznie większe - czyŜ nie wspominał pan sam o znajomych,
którzy w innych okolicznościach mieli inne Ŝony? Czy wobec tego nie naleŜałoby
przypuścić, Ŝe okoliczności, które doprowadziły do zaistnienia Ottilie Harshom tam,
nie wystąpiły tutaj, wobec czego w ogóle nie mogła ona zaistnieć? Moim zdaniem tak
właśnie się stało.
Proszę mi wierzyć, Ŝe nie mam serca z kamienia. Doskonale rozumiem, co pan
czuje, ale czy nie chodzi tu przypadkiem o stan - znany nam wszystkim - stan pogoni
za kobietą idealną, która w rzeczy samej naprawdę nie istnieje? Trzeba bowiem
pogodzić się z faktami: jeŜeli istnieje lub istniała, wiedziałbym o tym, zostałby po niej
jakiś ślad w archiwach. A pańskie rozległe poszukiwania ujawniłyby jakieś dane.
Namawiam pana, by się pan z tym pogodził dla własnego dobra. Tak wiele świadczy
przeciw panu, Ŝe po prostu nie ma pan Ŝadnych szans.
- Pozostaje mi przeświadczenie o własnej słuszności - wtrącił Colin. - Wiem,
Ŝ
e jest sprzeczne z rozsądkiem, ale jednak je posiadam.
- Musi się pan go pozbyć. Czy nie zdaje pan sobie sprawy z niezliczonych
pokładów moŜliwości? Gdyby rzeczywiście istniała, mogłaby juŜ być czyjąś Ŝoną.
- Ale byłby to niewłaściwy męŜczyzna - rzucił Colin pospiesznie.
- Nawet to nie jest pewne. Pański odpowiednik róŜnił się przecieŜ od pana.
Poza tym gdyby Ottilie istniała, jej odpowiedniczka otrzymałaby zupełnie odmienne
wychowanie, w całkiem odmiennych okolicznościach. W związku z tym
podobieństwo byłoby prawdopodobnie bardzo powierzchowne. Proszę zauwaŜyć, iŜ
cała historia traci spójność przy kaŜdym rozumowym podejściu. - Doktor spojrzał na
Colina i potrząsnął głową. - Podświadomie przyjął pan tezę, iŜ nieprawdopodobna
przyczyna moŜe zaowocować prawdopodobnym skutkiem. Proszę odrzucić tę tezę.
Colin uśmiechnął się.
- To bardzo newtonowskie podejście, doktorze. Nie ma pan jednak racji.
Czynnik przypadku jest przypadkowy. A zatem szansa istnieje.
- Jest pan niepoprawny, młody człowieku - oświadczył doktor. - Gdyby nie
fakt, iŜ nie ma najmniejszego sensu Ŝyczyć powodzenia w sprawach niemoŜliwych, to
powiedziałbym, Ŝe pańska nieustępliwość na to zasługuje. W obecnej sytuacji
radziłbym wykorzystać ją do osiągnięcia tego, co osiągalne.
Doktor przystąpił do zapalania wygasłej fajki.
- Taka jest moja rada jako specjalisty - uzupełnił. - Ale jeŜeli ma pan jeszcze
trochę czasu, chętnie usłyszę coś więcej. Nie będę ukrywał, Ŝe nie rozumiem
pańskiego doświadczenia, lecz przedstawione przez pana spekulacje na temat
płaszczyzny tego, co być mogło, są fascynujące. To chyba nic dziwnego, Ŝe chciałoby
się dowiedzieć, jak radził tam sobie pański duplikat, a jeśli nie, to jak poszło
duplikatom innych osób. Na przykład nasz aktualny premier - czy oba jego wcielenia
piastowały tę funkcję? A sir Winston? MoŜe on tam wcale nie nazywa się sir
Winston. Jak, u licha, poradził sobie bez drugiej wojny światowej, która umoŜliwiła
rozkwit jego talentów? Albo nasza biedna Partia Pracy?... Ta sprawa wywołuje
mnóstwo pytań...
Następnego dnia po śniadaniu doktor Harshom podając Colinowi płaszcz
zatrzymał go jeszcze w holu na parę słów.
- Rozmyślałem nad tą sprawą aŜ do rana - rzekł z przejęciem. - NiezaleŜnie od
jej finału musi pan koniecznie wszystko opisać, nie pomijając Ŝadnego szczegółu.
MoŜna to zrobić anonimowo, jeŜeli pan woli, ale bezwzględnie naleŜy to uczynić.
Niewykluczone, Ŝe nie panu jednemu to się przydarzyło i taki zapis moŜe słuŜyć
potwierdzeniu przeŜyć innej osoby lub dowieść słuszności jakiejś teorii. Proszę to
spisać i na tym poprzestać... I niech pan zapomni o swych pochopnych załoŜeniach -
są bezpodstawne, i to z wielu powodów. Ona nie istnieje. Wszystkie Ottilie Harshom,
które Ŝyły na tym świecie, dawno juŜ umarły. Niech ten miraŜ zniknie. Tymczasem
dziękuję za okazane zaufanie. ChociaŜ jestem dociekliwy, potrafię zachować
dyskrecję. Gdybym mógł być jeszcze w czymś pomocny...
Wkrótce potem doktor odprowadzał wzrokiem oddalający się samochód.
Zanim samochód zniknął za rogiem, Colin pomachał ręką na poŜegnanie. Doktor
Harshom pokiwał głową. Wiedział, Ŝe mógłby sobie oszczędzić wysiłku, lecz czuł się
w obowiązku zaapelować po raz ostatni. Wrócił do domu zafrasowany. Bez względu
na to, czy ta obsesja wynika z urojenia czy czegoś więcej, prędzej czy później ten
młody człowiek doprowadzi się do obłędu.
Minęło kilka tygodni. Doktor Harshom nie miał w tej sprawie Ŝadnych
nowych wieści. Przekonał się jedynie, iŜ Colin Trafford nie poszedł za jego radą.
Zarówno bowiem Peter Harshom zamieszkały w Kornwalii, jak i Harold Harshom z
Durham zawiadomili go, iŜ otrzymali listy z prośbą o informacje na temat panny
Ottilie Harshom, która, o ile im wiadomo, nigdy nie istniała. Po kilku miesiącach
ciszy nadeszła pocztówka z Kanady przedstawiająca gmach parlamentu w Ottawie.
Na odwrocie widniała informacja: “Odnalazłem ją. MoŜe mi pan pogratulować. C.T.”
Doktor Harshom wpatrywał się przez chwilę w pocztówkę, po czym
uśmiechnął się nieznacznie. Był zadowolony. Nabrał bowiem sympatii do Colina
Trafforda. To zbyt porządny młodzieniec, by miał zadręczyć się daremnym
poszukiwaniem. JeŜeli jakaś rozsądna młoda dama istotnie potrafiła przekonać go - w
co raczej trudno uwierzyć - iŜ jest w pewnym sensie reinkarnacją jego ukochanej,
naleŜy Ŝyczyć jej szczęścia. I jemu takŜe. Pojawia się szansa na łagodne ustępowanie
obsesji. Doktor chętnie zadośćuczyniłby prośbie o gratulacje, lecz na kartce nie było
adresu zwrotnego.
Parę tygodni później nadeszła kolejna pocztówka z widokiem placu Świętego
Marka w Wenecji. Wiadomość była równie zwięzła jak poprzednio. Choć tym razem
poprzedzał ją adres hotelu. Colin pisał: “Miodowy miesiąc. MoŜemy pana
odwiedzić?”
Doktor Harshom zawahał się. Jako specjalista był raczej przeciwny takiej
wizycie: czuł, Ŝe naleŜy unikać sytuacji, które mogłyby wywołać u młodego
człowieka stan, w jakim widział go ostatnio. Z drugiej jednak strony, odmowa byłaby
zarówno dziwna, jak nieuprzejma. Ostatecznie wysłał odpowiedź na pocztówce z
widokiem katedry w Hereford:
“Bardzo proszę. Kiedy?”
Colin Trafford zjawił się u doktora dopiero pod koniec sierpnia. Zajechał
opalony i w znacznie lepszym stanie niŜ za pierwszym razem. Doktor Harshom
odnotował to z zadowoleniem, lecz był zaskoczony widząc, Ŝe Colin przyjechał sam.
- Wydawało mi się, Ŝe miał pan zamiar przedstawić mi pannę młodą - zdziwił
się.
- Owszem. I wcale go nie zmieniłem - zapewnił Colin. - Jest w hotelu. Widzi
pan... chciałem najpierw zamienić z panem kilka słów.
Doktor przyjrzał się Colinowi uwaŜniej, nieco zatroskany.
- Świetnie więc. Proszę do środka. Ale jeśli jest coś, o czym nie powinienem
mówić, mógł pan uprzedzić mnie listownie.
- AleŜ nie. Nie o to chodzi. Ona wie o wszystkim. Trudno mi powiedzieć, do
jakiego stopnia potrafi to pojąć, ale zna fakty i bardzo chciałaby pana poznać. To
dosłownie kwestia najwyŜej dziesięciu minut.
Doktor wprowadził gościa do gabinetu. Wskazał mu fotel, sam zaś usiadł za
biurkiem.
- Proszę opowiedzieć wszystko, co leŜy panu na sercu.
Colin usiadł i oparł łokcie na kolanach, luźno spuszczając dłonie w dół.
- Przede wszystkim, doktorze, pragnę panu podziękować. Nigdy nie będę w
stanie naleŜycie się panu odwdzięczyć. Nigdy. Gdyby nie pańskie zaproszenie, wątpię,
czybym ją kiedykolwiek znalazł.
Doktor Harshom ściągnął brwi. Nie był pewien, czy jest to uzasadnione
podziękowanie. Osoba, którą Colin znalazł, posiadała bezsprzecznie wielkie
umiejętności terapeutyczne, chociaŜ...
- O ile sobie przypominam, ograniczyłem się do wysłuchania i udzielenia
porady, która niezbyt przypadła panu do gustu... - zauwaŜył.
- Wówczas sądziłem podobnie - przyznał Colin. - Wyglądało na to, Ŝe
zamknął pan przede mną wszystkie drzwi. Po dokładnym przemyśleniu dostrzegłem
pewne wyjście, pewne drzwi, nie do końca zamknięte.
- Nie przypominani sobie, bym pana do czegokolwiek zachęcał - podkreślił dr
Harshom.
- Nie przypuszczam, by pan o tym pamiętał, a jednak zachęcił mnie pan.
Wskazał pan jeden, bardzo niepewny kierunek... Lecz ja postanowiłem się go
trzymać... Niebawem dowie się pan, o co chodzi, jeśli zechce pan wysłuchać mnie
jeszcze przez moment. Spostrzegłszy tę szansę, zorientowałem się, iŜ wymaga ona
tak wielu zabiegów, Ŝe sam nie dam im rady, musiałem więc zatrudnić zawodowców.
Spisali się chyba całkiem nieźle, skoro rozwiali wszelkie moje wątpliwości co do
tego, czy jest to kierunek właściwy. Ich informacje urywały się na pokładzie statku
płynącego do Kanady. Musiałem zatem wynająć detektywów po tamtej stronie
oceanu. Kanada to wielki kraj; przyjeŜdŜa tam mnóstwo ludzi. Trzeba było włoŜyć
ogromną pracę i zaczynałem juŜ wątpić, kiedy moi wywiadowcy trafili wreszcie na
pewien ślad. Po tygodniu zawiadomili mnie, Ŝe jest sekretarką w biurze prawniczym
w Ottawie. Zasugerowałem wówczas swemu pracodawcy w EPI, Ŝe bezpłatny urlop
zdrowotny wpłynie korzystnie na moją wydajność.
- Chwileczkę - przerwał mu doktor. - Gdyby mnie pan zapytał, dowiedziałby
się pan od razu, Ŝe w Kanadzie nie ma Ŝadnych Harshomów. Wiem o tym, poniewaŜ...
- Szczerze mówiąc, wcale juŜ na to nie liczyłem. Nie nazywa się Harshom...
lecz Gale - wyjaśnił Colin.
- Ach, tak? Podejrzewam więc, Ŝe nie ma teŜ na imię Ottilie - zauwaŜył doktor
Harshom ponuro.
- Nie. Na imię ma Belinda.
Doktor zamrugał powiekami i juŜ otwierał usta, lecz w porę się rozmyślił.
Colin mówił dalej:
- Poleciałem więc do Kanady, by upewnić się na miejscu. Odbyłem
najtrudniejszą podróŜ w Ŝyciu. Ale nie na darmo. Wystarczyło, Ŝe ujrzałem ją z
daleka. Nigdy nie pomyliłbym jej z Ottilie, ale była do niej tak podobna, iŜ
rozpoznałbym ją wśród tysięcy. MoŜe gdyby nie włosy i sukienka... - przerwał i
zamyślił się, nieświadom wyrazu, jaki malował się na twarzy doktora. - Zresztą
mniejsza o to - podjął. - Wiedziałem, Ŝe to ona. Z trudem powstrzymywałem się, by
nie paść jej od razu w ramiona, zachowałem jednak dość rozsądku, Ŝeby się
opanować. Potem musiałem tylko właściwie się przedstawić. PrzecieŜ to było...
całkowicie nieuchronne, coś jak przeznaczenie.
Ulegając ciekawości doktor zapytał:
- To zrozumiałe, lecz niezbyt jasne. A co, na przykład, z jej męŜem?
- Jakim męŜem? - Colin był przez moment wyraźnie spłoszony.
- PrzecieŜ powiedział pan, Ŝe jej nazwisko brzmiało Gale - zauwaŜył doktor.
- Owszem, panna Belinda Gale. Zdawało mi się, Ŝe juŜ o tym mówiłem. Tak,
była kiedyś zaręczona, ale do małŜeństwa nie doszło. Zapewniam pana, to coś w
rodzaju... fatum, tak jak rozumieli je Grecy.
- Ale jeŜeli... - zaczął doktor, lecz powściągnął ciekawość, starając się
jednocześnie stłumić wszelkie oznaki niedowierzania.
- To, Ŝe mogłaby być męŜatką, i tak nic by nie zmieniło - oświadczył Colin z
przekonaniem. - PoniewaŜ byłby to niewłaściwy męŜczyzna.
Doktor powstrzymał się od komentarza.
- Ale nie istniały Ŝadne komplikacje, nie było Ŝadnych związków... W kaŜdym
razie nic powaŜnego. Mieszkała z matką i nieźle zarabiała. Matka zajmowała się
domem, utrzymując się z renty po męŜu, który słuŜył w kanadyjskim lotnictwie
wojskowym i został zestrzelony nad Berlinem. Słowem, Ŝyło im się całkiem nieźle.
MoŜe pan sobie wyobrazić, Ŝe jako zjawa nie miałem zbyt wielu szans, by przypaść
do gustu jej matce. PoniewaŜ jest to jednak kobieta rozsądna, jako ludzie polubiliśmy
się niebawem. W ten sposób zadanie okazało się łatwiejsze, niŜ się spodziewałem.
Dr Harshom skorzystał z pauzy.
- Naturalnie, cieszę się wraz z panem, ale muszę przyznać, Ŝe nie bardzo
rozumiem, dlaczego zostawił pan małŜonkę w hotelu.
Colin zmarszczył czoło.
- Myślałem... To znaczy ona myślała... Właściwie jeszcze nie doszedłem do
sedna. To taka delikatna kwestia.
- AleŜ nie ma pośpiechu. Jestem juŜ przecieŜ na emeryturze - zachęcał doktor
przyjaźnie.
Colin zawahał się.
- Dobrze więc. Będzie chyba uczciwie wobec pani Gale, jeŜeli opowiem, jak
to wyszło na jaw. OtóŜ widzi pan, wcale nie zamierzałem wyjawiać jej, co się za tym
kryje... Mam na myśli Ottilie i powody, dla których znalazłem się w Ottawie...
Zamierzałem odłoŜyć to na później. Był pan jedyną osobą, która o tym wiedziała, i
wydawało mi się, Ŝe tak będzie lepiej... Nie chciałem, oczywiście, Ŝeby pomyślały, Ŝe
coś jest ze mną nie w porządku. Ale mi się to nie udało. Stało się to w przeddzień
naszego ślubu. Belinda wyszła z domu, Ŝeby załatwić jakieś ostatnie sprawunki, ja zaś
zostałem u nich, by zabiegać o zaufanie przyszłej teściowej. O ile dobrze pamiętam,
zacząłem od tego, Ŝe mam dobrą pracę w EPI. oraz widoki na awans, poza tym moja
firma ma takŜe oddziały w Kanadzie, więc jeŜeli się okaŜe, Ŝe Ottilie nie zechce
zamieszkać w Anglii, to... I w tym miejscu musiałem przerwać, poniewaŜ pani Gale
wyprostowała się nagle i zamarła, wpatrując się we mnie z otwartymi ustami. Po
chwili drŜącym głosem zapytała:
- Co ty powiedziałeś?
Spostrzegłem swoją pomyłkę poniewczasie, więc poprawiłem się:
- Mówiłem, Ŝe jeŜeli Belinda nie zechce...
Przerwała mi.
- Nie powiedziałeś “Belinda”. Powiedziałeś “Ottilie”.
- Ach, tak? No cóŜ, być moŜe - przyznałem. - A więc, jeŜeli się jej nie...
- Dlaczego? - nalegała. - Dlaczego nazywasz ją Ottilie?
Bardzo ją to poruszyło. Nie mogłem się dłuŜej wykręcać.
- Tak ją nazywam w myślach - wyjaśniłem.
- Ale dlaczego? Dlaczego nazywasz ją w myślach Ottilie? - upierała się.
Przyjrzałem się jej uwaŜnie. Zbladła, widziałem jej drŜącą rękę. Wyglądała na
przestraszoną i strapioną. Zrobiło mi się przykro i postanowiłem nie udawać.
- Doprawdy, nie chciałem, Ŝeby tak wyszło - zapewniłem ją.
Zajrzała mi w oczy, nieco juŜ spokojniejsza.
- Ale skoro tak wyszło, musisz mi odpowiedzieć. Co o nas wiesz? - zapytała.
- Wiem tylko tyle, Ŝe gdyby sprawy potoczyły się... inaczej, to nie nazywałaby
się Belinda Gale, lecz Ottilie Harshom - odparłem.
Wpatrywała się we mnie długo i uparcie. Bladość nie ustępowała z jej twarzy.
- Nie rozumiem - powiedziała niemal szeptem. - Nie mogłeś przecieŜ
wiedzieć. NajwyŜej Harshom. Mogłeś się jakoś dowiedzieć albo odgadnąć. A moŜe
ona ci powiedziała? - Zaprzeczyłem. - To zresztą niewaŜne, mogłeś się tego
dowiedzieć - ciągnęła. - Ale Ottilie...? Nie, o tym nie mogłeś wiedzieć... To właśnie
imię, spośród tysięcy? Oprócz mnie nikt o tym nie wiedział. - Potrząsnęła głową. -
Nie mówiłam o tym nawet Reggiemu... Kiedy zapytał, czy moŜemy ją nazwać
Belinda, zgodziłam się: okazał mi tyle dobroci. Wcale się nie domyślał, Ŝe
zamierzałam dać jej na imię Ottilie. Nikt się nie domyślał. Nikomu nie mówiłam ani
przedtem, ani potem. Skąd więc ty o tym wiesz?
Ująłem ją za rękę, próbując uspokoić.
- Nie ma powodu do niepokoju - zapewniłem. - Miałem taki sen, coś w
rodzaju wizji... I po prostu wiem...
Pokiwała głową. Po chwili milczenia zaczęła mówić cichym głosem:
- Nikt oprócz mnie nie wiedział... To było latem dwudziestego siódmego roku.
Pływaliśmy łodzią po rzece, a potem ukryliśmy się pod wierzbą. Przemknęła obok nas
biała motorówka. Dostrzegliśmy jej nazwę na rufie i wtedy Malcolm powiedział... -
Colin zauwaŜył, być moŜe, Ŝe doktor Harshom drgnął nagle, bo powtórzył: - Malcolm
powiedział: “Ottilie to ładne imię, prawda? Mój ojciec miał siostrę Ottilie, ale umarła
jako dziecko. JeŜeli będę miał kiedyś córkę, chciałbym, Ŝeby miała na imię Ottilie”.
Colin Trafford urwał i spojrzał na doktora, zanim zaczął opowiadać dalej:
- Po dłuŜszej chwili milczenia dodała: - Widzisz, on nigdy się o tym nie
dowiedział. Biedny Malcolm! Zginął, zanim ja sama dowiedziałam się, Ŝe ona juŜ
istnieje... Tak bardzo chciałam ją nazwać Ottilie na jego cześć... Byłby taki
szczęśliwy... Szkoda, Ŝe tego nie zrobiłam... - I rozpłakała się cicho.
Doktor Harshom oparł rękę na biurku, zasłaniając dłonią oczy. Trwał w tej
pozycji przez jakiś czas, aŜ w końcu wyjął chusteczkę i głośno wytarł nos.
- Słyszałem, Ŝe była jakaś dziewczyna - powiedział. - Podjąłem nawet
poszukiwania, ale mi powiedziano, Ŝe wkrótce potem wyszła za mąŜ. Myślałem, Ŝe...
Ale dlaczego się ze mną nie skontaktowała? PrzecieŜ bym się nią zajął.
- Nie mogła o tym wiedzieć. Lubiła Reggiego Gale’a. Był w niej zakochany i
chciał dać dziecku własne nazwisko - odparł Colin.
Spojrzał w stronę biurka, po czym podniósł się z fotela i podszedł do okna.
Stał tam przez kilka minut odwrócony plecami, dopóki nie usłyszał za sobą odgłosu
kroków. Doktor Harshom wyszedł zza biurka i skierował się do barku.
- Napijmy się czegoś - zaproponował. - Wznieśmy toast za przywrócenia lądu
i pogrąŜenie przypadku.
- Z przyjemnością - oświadczył Colin. - Chciałbym jednak wypić równieŜ za
potwierdzenie pańskiej teorii, doktorze. PrzecieŜ w końcu miał pan rację: Ottilie
Harshom nie istnieje... JuŜ nie istnieje. Poza tym sądzę, Ŝe czas najwyŜszy, aby poznał
pan swoją wnuczkę, panią Trafford.
WIBRATOR TRZECIEJ GENERACJI
Diana French szła za umundurowanym pielęgniarzem przez dobrze utrzymany
trawnik. Jej zachowanie wyraŜało skwapliwość, która zmaga się z niechęcią, gotową
lada moment nakazać odwrót. Pielęgniarz zatrzymał się przy kępie krzewów. Wskazał
ręką przed siebie.
- Pan Hixton jest tam, proszę pani.
Diana zmobilizowała wszystkie siły i powolnym, lecz stanowczym krokiem
ruszyła w stronę wyciągniętej na leŜaku postaci w szarym garniturze. ZauwaŜyła, Ŝe
męŜczyzna jest pogrąŜony w myślach: siedział z bezwładnie zwisającymi rękami,
utkwiwszy wzrok w rosnące przed nim drzewa.
W nagłym przypływie strachu potknęła się. MoŜe jest niebezpieczny?
Powiedziano jej, Ŝe to z przepracowania, a przepracowanie chyba nie czyni z ludzi
groźnych wariatów. Ponownie zebrała się w sobie. Nie ma obawy. W przeciwnym
razie nie zezwolono by na spotkanie sam na sam. Szła teraz pewniejszym krokiem.
Przystanęła dwa kroki za nim.
- Dawid!
Wymówiła jego imię prawie szeptem, lecz męŜczyzna natychmiast
zesztywniał i odwrócił głowę.
- Diana! - krzyknął.
Wstał i ruszył ku niej, wyciągając ręce. Podeszła bliŜej i ujęła jego dłonie,
badawczo wpatrując mu się w twarz. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Sądziła
tylko, Ŝe Dawid będzie inny. Ale oprócz śladów troski i zmęczenia nie było widać
Ŝ
adnej zmiany. Spojrzała mu głęboko w oczy, usiłując dotrzeć do kryjących się w ich
głębi myśli, by znaleźć potwierdzenie tego, co jej o nim mówiono. Nie dostrzegła
niczego obcego, niczego, co mogłoby świadczyć o jakichkolwiek zaburzeniach.
Rozluźniła napięte bezwiednie mięśnie. Podeszła jeszcze bliŜej i zarzuciła mu
ręce na szyję. Chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Dała więc upust długo
powstrzymywanym łzom.
- Powiedzieli mi... - wyznała - ...powiedzieli mi, Ŝe... Ŝe...
- śe zwariowałem?
Przytaknęła.
- O to im chodziło. Mówili, Ŝe miałeś załamanie... Ŝe załamałeś się z
przepracowania. Jeden z twoich asystentów zastał cię na demolowaniu pracowni
jakimś wielkim młotem i musieli... musieli cię tu wysłać.
- Tak, to prawda... Ale to wcale nie z powodu obłędu, kochanie. Doznałem
oślepiającego olśnienia. Zabrakło mi dosłownie minuty, Ŝeby z tym skończyć.
- Skończyć z czym?
- Z wibratorem. Rozwaliłbym go w drobny mak, nie pozostawiając nikomu
najmniejszej nadziei na rekonstrukcję. Alan trochę się pospieszył, chociaŜ nie mam
pretensji, Ŝe mnie powstrzymał. Nie wiedział, o co chodzi, a ja rzeczywiście
musiałem wyglądać jak szaleniec.
- Ale dlaczego? Dlaczego po tylu latach pracy chciałeś go zniszczyć?
- PoniewaŜ nagle zdałem sobie sprawę, Ŝe jeŜeli ja go nie zniszczę, to on
zniszczy nas.
- Mów jaśniej, Dawidzie. Nie rozumiem. Wiem, Ŝe wibrator był bronią, ale...
- Bronią, kochanie? Czy moŜna nazwać bronią wulkan, trzęsienie ziemi czy
tajfun? Ten wibrator był czymś więcej niŜ wszystkie Ŝywioły razem wzięte. Posiadał
moc wręcz niewyobraŜalną. Oznaczał koniec wszystkiego, i to ja... ja wprowadziłem
coś takiego na Ziemię po raz trzeci.
Na twarzy Diany pojawił się wyraz niepokoju i zwątpienia. PołoŜyła mu dłoń
na ręce i zajrzała głęboko w oczy.
- Musisz mi to dokładnie wyjaśnić. Myślę, Ŝe mi się to od ciebie naleŜy,
Dawidzie. Dlaczego zapragnąłeś nagle zniszczyć owoc wieloletniej pracy, wynalazek,
dzięki któremu stałeś się jednym z czołowych specjalistów w swojej dziedzinie? I co
masz na myśli, mówiąc “po raz trzeci”?
Patrzył na nią w milczeniu.
- Dobrze, powiem ci. Nie mówiłem jeszcze o tym nikomu... Potraktowano by
to jako kolejny dowód mojego “szaleństwa”.
- Było to dokładnie tydzień temu - zaczął Dawid. - Stary Fossdyke wygłaszał
mowę dziękczynną pod adresem Ministerstwa Wojny. Zebranie miało wprawdzie
charakter nieformalny, gdyŜ za stołem zasiadała tylko nasza siódemka, ale nie
zabrakło w nim pewnych akcentów oficjalnych. Fossdyke przemawiał pięknie, jak to
on potrafi, kiedy nagle uświadomiłem sobie, Ŝe gdzieś to juŜ słyszałem. Miewasz
chyba czasem takie uczucie, Ŝe coś znasz, chociaŜ nie wiesz skąd; kaŜdy tego
doświadczył. Staje się naraz wobec sytuacji czy w scenerii, którą kiedyś, w
przeszłości, juŜ raz się widziało. Psychologowie potrafią to oczywiście wyjaśnić, bo
oni mają odpowiedź na wszystko. Ale to, czego wówczas doznałem, było silniejsze
niŜ kiedykolwiek przedtem.
“To coś więcej niŜ po prostu broń - ciągnął Fossdyke. - Nie Ŝadna adaptacja
czy ulepszenie istniejących metod. To prawdziwy przełom. Ziściło się marzenie
naukowców... Mamy promień śmierci. - Zawiesił głos. - Poza tym, panowie - dodał -
podobnie jak pojawienie się samolotu przerastało marzenia o maszynach latających,
tak wibrator pana Hixtona przerasta nasze oczekiwania. JeŜeli w ogóle
zastanawialiśmy się nad tym, to w najśmielszych wyobraŜeniach widzieliśmy raczej
coś na kształt ogromnego reflektora, który porusza się niszczycielskim łukiem niczym
gigantyczny sierp. Co prawda wynalazek pana Hixtona rzeczywiście jest siłą, którą
moŜna kierować, lecz składa się na nią niewidzialny strumień wibracji, który zakłóca
uporządkowane wibracje materii i prowadzi do jej totalnej dezorganizacji.
MoŜliwości zastosowania tego wynalazku są bez wątpienia większe, niŜ
potrafimy sobie aktualnie wyobrazić. Mogę panów jednak zapewnić, Ŝe to, czego
dokonał pan Hixton, nie ma precedensu w całej historii ludzkich dokonań. Pan Hixton
połoŜył kres wojnom. Taka broń po prostu wyklucza wszelkie wojny. Jej kolosalna
siła wystawi na pośmiewisko wszystkie istniejące obecnie rodzaje broni. Od dziś
Ŝ
aden naród nie ośmieli się uŜyć przemocy...”
Słyszałem, jak Fossdyke wciąŜ grzmi, ale jego głos zdawał się docierać do
mnie z oddali. Powieki zaczęły mi ciąŜyć w niewytłumaczalny sposób. Nie była to
zwyczajna senność. Czułem cięŜar, który je zamyka. Walczyłem z tym stanem, tak jak
walczy się z narkozą - z równie nikłym rezultatem.
Dudniący głos Fossdyke’a oddalał się coraz bardziej, w miarę jak opadały mi
powieki. Kiedy oczy miałem juŜ zamknięte na dobre, zorientowałem się, Ŝe jestem
sam. Wszystkie dźwięki z zewnątrz ucichły. Czułem, Ŝe otacza mnie jedynie ciemna,
milcząca próŜnia, w którą zanurzam się coraz głębiej...
Nie potrafię powiedzieć, jak długo to trwało. Nie mogłem zmierzyć upływu
czasu. Wiem tylko, Ŝe ta podróŜ zakończyła się w sposób równie niewyjaśniony, jak
się zaczęła. Ponownie usłyszałem czyjś głos:
“Tak więc nasz kraj uzyskał absolutną przewagę. Jak długo będziemy w
posiadaniu broni, Ŝadna rasa na Ziemi nie moŜe stawić nam czoła”.
Zaskoczony, otworzyłem oczy. Głos nie naleŜał do Fossdyke’a, a język,
którym się posługiwał, nie był językiem angielskim. Mimo to zrozumienie go nie
sprawiało mi kłopotu. Ujrzałem rozległą salę. Siedziałem w pierwszej z półkolistych
ław, wśród stłoczonych męŜczyzn i kobiet, odzianych w lśniące stroje z tkaniny
podobnej do jedwabiu. Przed nami, na fotelu z wysokim oparciem przypominającym
tron, siedział mówca.
Moje zdziwienie trwało zaledwie kilka chwil. Obraz Fossdyke’a zaczął
usuwać mi się z pamięci. Nie byłem juŜ Dawidem Hixtonem, Ŝyjącym w
dwudziestym wieku. Nazywałem się Kis-Tan i byłem obywatelem potęŜnego
Imperium Lemurii. Mówca, wysoki męŜczyzna o powaŜnym obliczu, którego znałem
juŜ jako Alhuiego, Naczelnego Doradcę Imperium, kontynuował przemówienie:
“Lecz w swej obecnej postaci broń ta jest obosieczna. W związku z tym muszę
przedstawić wam dwie propozycje. Po pierwsze, naleŜy natychmiast zniszczyć
wszystkie istniejące wibratory. Po drugie, naleŜy przyznać Kis-Tanowi fundusze na
prowadzenie dalszych badań w celu opracowania nowego typu wibratora, mniej
drastycznego w działaniu. JeŜeli badania się powiodą, nowe urządzenia nie wyjdą
poza granice Lemurii i zostaną uŜyte wyłącznie na wypadek ostatecznego zagroŜenia,
i to z najwyŜszą rozwagą”.
Na sali, gdzie znajdowało się około dwustu osób, rozległ się pomruk
niezadowolenia. Dzięki wibratorowi Lemuria, dostatecznie juŜ silna, stała się
niezwycięŜona. Próba ograniczenia tego rodzaju broni wydawała się większości
wyzwaniem rzuconym Słońcu. Nie wolno odtrącać daru Ra dla wybranego ludu.
Kilka głosów zwróciło się w moim kierunku. Chcieli sprawdzić, jak przyjmę
propozycję wymierzoną przeciw memu wynalazkowi. DołoŜyłem wszelkich starań, by
zachować nieprzenikniony wyraz twarzy. Alhui spoglądał na salę ze spokojem,
oceniając nastrój Rady. W końcu jego wzrok spoczął na mnie.
- Na początek wzywam do raportu Kis-Tana - oznajmił. Podniosłem się z
miejsca, złoŜyłem ukłon przed wizerunkiem Słońca, który jaśniał na ścianie za jego
plecami.
- W obliczu Ra mówię tylko prawdę - powiedziałem.
- Opowiedz nam - rozkazał Alhui - o próbie przeprowadzonej z twoim
wibratorem.
Stanąłem twarzą do Rady i powiedziałem:
- Podczas budowy pierwszego wibratora pracowałem w duŜej mierze po
omacku. Wiedziałem, Ŝe posiada niezwykłą moc, lecz nie byłem w stanie jej
zmierzyć. Jak pamiętacie, Rada ustaliła, Ŝe próba ma odbyć się poza granicami
Imperium Lemurii.
Zarówno ja sam, jak i moi współpracownicy doskonale rozumieliśmy takie
ś
rodki ostroŜności i przyjęliśmy je z aprobatą. Po długiej podróŜy dotarliśmy do słabo
zaludnionych obszarów na południowym zachodzie, kilkanaście tysięcy mil stąd.
Okolica nadawała się idealnie do naszych celów. Nieliczna populacja reprezentowała
bardzo prymitywny typ rasy czarnej, podobnie jak fauna, naleŜąca przewaŜnie do
podgromady torbaczy. Uznaliśmy, Ŝe w tym rejonie ewentualne skutki uboczne
eksperymentu nie będą miały większego znaczenia. Ustawiliśmy więc wibrator na
rozległej równinie.
Po nałoŜeniu odzieŜy ochronnej osobiście włączyłem maszynę. Efekty
przerosły nawet moje oczekiwania. Nie zaobserwowałem Ŝadnej emanacji, Ŝadnych
promieni ani dźwięku: niczego, co mogłoby świadczyć o działaniu wibracji, zdolnej
zakłócić rytm drugiej wibracji, którą nazywamy “Ŝyciem”. A jednak na naszych
oczach zaczęła więdnąć trawa, liście, a nawet same drzewa. Zwierzęta padały martwe
tam, gdzie stały, ginęły wszystkie owady.
Ogarnęło nas zdumienie... moŜe nawet pewien lęk. Wkrótce jednak ponownie
opanował nas entuzjazm i przystąpiliśmy do serii prób w celu ustalenia zasięgu,
zdolności manewru i innych danych. Następnie przenieśliśmy się na nowe tereny,
gdzie odbyły się dalsze próby. oO Kiedy skończyłem, Alhui zapytał:
- Czy oglądałeś potem obszary doświadczalne?
- Tak.
- Opowiedz Radzie, jak wyglądają.
- Są całkowicie jałowe. Pokrywa je martwy, pustynny piasek. Kiedy siadałem,
podniósł się szmer, który Alhui niezwłocznie uciszył.
- Wzywam Aphrusa, misjonarza Ra w krainie Aegiptu.
Wstał wysoki męŜczyzna z ogoloną głową, odziany w szatę przetykaną złotą
nicią. Oddał cześć wizerunkowi Ra i przemówił mocnym, dźwięcznym głosem:
- W Aegipcie, gdzie leczymy lud z ciemnego zabobonu ukazując mu chwałę
Ra, Pana śycia, my, kapłani i nawróceni, naraŜeni jesteśmy na wiele
niebezpieczeństw. Na wieść o wibratorze zwróciliśmy się z prośbą o przekazanie nam
jednego egzemplarza dla potrzeb ochrony własnej. Dokładaliśmy wszelkich starań, by
utrzymać pokój, lecz musieliśmy być przygotowani na wypadek wojny.
Nieuchronnie nadszedł dzień, w którym poganie podjęli próbę
zakwestionowania mocy Ra. Od zachodu i południa ruszyły na nas czarnoskóre i
brązowoskóre rzesze. Wyprawiliśmy posłańców z ostrzeŜeniem, Ŝe jesteśmy
niezwycięŜeni. Zostali zabici. Setki, tysiące pogan parły do przodu. Nie było innego
wyjścia. Musieliśmy uŜyć wibratora.
Z chwilą uruchomienia maszyny napastnicy jak jeden mąŜ padli martwi.
Zarówno wojownicy, jak ich wierzchowce. Nastąpiło stłumienie wibracji, którą
zwaliśmy danym od Ra Ŝyciem. Obumarły takŜe drzewa i kwiaty. Ziemię zasłały
niezliczone ciała pogan. Ra, opanowany wielkim gniewem, poraził ich zwłoki, które
uległy rozpadowi.
Gniew Ra dosięgnął takŜe jego sług. Znad pól uniosło się złe powietrze i
owiało cały Aegipt. Wraz z nim nadciągnęła zaraza. Z kaŜdych czterech męŜczyzn
trzech oddało ducha. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, udaliśmy się na pole bitwy.
Rozciągała się tam niegdyś piękna i urodzajna kraina. Tymczasem oczom naszym
ukazała się bezkresna jałowa pustynia, spalona bezlitosnym wzrokiem Ra...
Skończył i usiadł. Alhui przywołał spokojnym głosem następnego świadka.
- Yoshin ze Świątyni Wiedzy.
Podniósł się przygarbiony brodaty starzec i przemówił ledwie słyszalnym
głosem:
- W naszej górskiej świątyni mogliśmy od wieków oddawać się zgłębianiu
wiedzy. Rzadko nam przeszkadzano, poniewaŜ nie posiadamy rzeczy, które ceni
większość ludzi. JednakŜe ostatnio zakłócono nasz spokój. Nie zakłóciły go ludy
brązowoskórych z południowego zachodu, gdyŜ zadowalają się one przebywaniem za
osłoną gór. ZagroŜenie nadeszło od Ŝółtej rasy skośnookich ze wschodu i północnego
wschodu.
Lemuria wyposaŜyła nas w wibratory. Wielu naszych braci powróciło na
pewien czas do stanu mniej oświeconego. Opanowani Ŝądzą zemsty, zepchnęli
napastników daleko na północny wschód. Spuścizną ich szaleńczego zaślepienia stała
się wielka pustynia za górami północnymi.
Przywołano następnego świadka. Miał na sobie mundur wojskowy, a jego
zeznania były krótkie i zwięzłe.
- W celu zapewnienia łączności między Lemuria a nową kolonią Atlantyką
przez obszary zachodnie otrzymałem do dyspozycji jeden wibrator. W wyniku
odpierania powtarzających się najazdów czerwonoskórych z północy powstało wiele
pustyń.
Usiadł. Alhui wzywał jeszcze wielu kolejnych świadków. Doniesienia o
małych i duŜych pustyniach utworzonych przez moją maszynę ciągnęły się bez końca.
W miarę wydłuŜania się tej litanii nastrój zebranych ulegał zmianie. W końcu Alhui
zwolnił ostatniego świadka i ponownie zwrócił się do mnie.
- Kis-Tanie, czy przystajesz na propozycję Rady?
- Przystaję.
- Czy zrobisz wszystko, co w twojej mocy, by skonstruować zmodyfikowaną
wersję wibratora?
- MoŜe się to okazać niemoŜliwe, lecz dołoŜę wszelkich starań.
Tu urwała się moja wizja, projekcja pamięciowa czy teŜ inny proces
psychologiczny, któremu uległem. Upłynęło parę miesięcy. Trudno stwierdzić, ile. W
kaŜdym razie znalazłem się na powrót w laboratorium w gronie współpracowników.
Nastąpił okres wytęŜonej pracy, aŜ wreszcie uznaliśmy, Ŝe cel został
osiągnięty. PoniewaŜ przeprowadzenie otwartej próby nowej wersji maszyny mogłoby
okazać się zbyt niebezpieczne, zbudowaliśmy dla potrzeb doświadczalnych specjalną
komorę z kamiennych płyt wyłoŜonych materiałem izolacyjnym. Zachowując
wszelkie środki ostroŜności wprowadziliśmy maszynę do komory, w której
umieściliśmy takŜe kilka Ŝywych okazów roślin i niewielkich zwierząt.
Włączyłem dźwignię. Zamierzaliśmy przeprowadzić jednominutową próbę
działania wibracji. Katastrofa wydarzyła się zupełnie niespodziewanie, przed
upływem trzydziestu sekund.
Kamienna komora runęła. Ściany nie zawaliły się jednak, lecz rozsypały w
pył. ZdąŜyłem jeszcze zauwaŜyć, Ŝe maszyna nadal stoi, po czym porwała mnie jakaś
tytaniczna siła.
I znowu to uczucie, Ŝe spadam w bezczasową, milczącą, wirującą ciemność,
aŜ do chwili, gdy zorientowałem się, Ŝe stoję na jakimś twardym podłoŜu. Pojawiło
się przede mną wysokie okno, przez które mogłem przyglądać się gorączkowej
krzątaninie.
W dole, tuŜ pode mną, ciągnęły się szerokie, zatłoczone ulice. Nieco dalej
widniały nabrzeŜa portu. MęŜczyźni uwijali się przy rozładunku statków. W głębi, po
błękitnej powierzchni morza sunęły, jak ogromne motyle, okręty pod purpurowymi i
rdzawymi Ŝaglami. Wpływały do macierzystego portu, ciągnąc za sobą wesołą grzywę
spienionej wody. Moje spojrzenie powędrowało ku jednemu z nich, który opłynął juŜ
cypel i mijał właśnie portowe pylony.
Widziałem zamieszanie na pokładzie, spuszczanie jaskrawoczerwonych Ŝagli
z haftowanym złotą nicią symbolem Ra. Do miasta Zapetl, największego portu
Atlantydy, płynęły największe bogactwa świata. Wiedziałem, Ŝe nazywam się Xtan i
jestem waŜną osobistością, czego oznaką było pierzaste nakrycie głowy, które
trzymałem teraz w zgięciu lewego łokcia. Ciało moje zakrywała do kolan połyskliwa,
wyszywana tunika; z ramion spływał wspaniały płaszcz z piór.
Za moimi plecami stało dwóch milczących straŜników, którzy pilnowali drzwi
prowadzących do dalszych pomieszczeń. Stali nieruchomo jak posągi z drewna i
złota: Ŝaden ruch ani Ŝaden odgłos wojskowego rynsztunku nie zdradzał, Ŝe są ludźmi
z krwi i kości. Nawet gdy drzwi otwarły się szeroko z niespodziewanym trzaskiem,
zaledwie drgnęły im powieki. Bez wahania przeszedłem przez pokój i przekroczyłem
próg. Drzwi zasunęły się za mną.
Jak na mój atlantydzki gust wnętrze pomieszczenia, w którym się znalazłem,
miało surowy wygląd. Stały tam wprawdzie wygodne fotele i kanapy, lecz
pozbawione wszelkich zbędnych ozdób. Brakowało powszechnie cenionych obrazów
z piór, nieodzownych w kaŜdym liczącym się domostwie, oświetlenie zaś, zamiast
stanowić pretekst do orgii złoceń, zostało starannie ukryte. Skierowałem się w odległy
róg pokoju i skłoniłem przed siedzącą w głębokim fotelu postacią.
- Wzywałeś mnie, Zacto. Oto jestem.
Zacta podniósł siwą głowę i spojrzał mi w oczy z niepokojem. Był bardzo
stary, tak stary, Ŝe sam nie wiedział, ile ma lat. Nawet najstarsi nie pamiętali, Ŝeby
wyglądał inaczej, a wśród ludu uchodził za nieśmiertelnego. Mądrość, jaką ten
fenomenalny starzec posiadł w czasie swego długiego Ŝywota, wyprowadziła
Atlantydę z niejednego kryzysu, aŜ zaczęto traktować go jak wyrocznię i półboga.
Narastało przekonanie, Ŝe gdy Zacta umrze, nastąpi upadek państwa.
- Tak, Xtanie, posłałem po ciebie - odezwał się, nie odrywając wzroku od
mojej twarzy. Podniósł dłoń i zaczął gładzić brodę. Trwało to tak długo, Ŝe poczułem
się niepewnie. W końcu jednak przemówił.
- Podobno eksperymentujesz z wibracjami, aby wynaleźć nową broń. Czy to
prawda?
- Tak, to prawda - przytaknąłem. - I odniosłem większy sukces, niŜ marzyłem.
Zacta powoli pokiwał głową.
- Zawsze się tego obawiałem. Ten rodzaj wibracji nie powinien zostać
odkryty.
- Ale przecieŜ sam nauczałeś...
- Uczyłem cię poszukiwać prawdy. Nauka jest pewną formą prawdy. Nie mam
nic do zarzucenia twemu wynalazkowi. śałuję tylko, Ŝe go publicznie ogłosiłeś.
Istnieją formy wiedzy, których rozpowszechnianie jest nierozsądne. Ludzie bowiem
jeszcze do nich nie dojrzeli. Nie potrafią zapanować nad sobą. Jak zatem mogliby
zapanować nad potęŜną bronią? Twoją wiedzę naleŜy utrzymać w tajemnicy. Stanowi
zagroŜenie, a nie błogosławieństwo.
- AleŜ...
Zacta podniósł dłoń.
- Musi odejść w zapomnienie. Głęboko nad tym myślałem i wiem, Ŝe moŜe
przynieść zagładę Atlantydzie... i całemu światu.
Wezbrał we mnie gniew. Badania pochłonęły mnóstwo czasu i pieniędzy.
Mój wynalazek został przyjęty entuzjastycznie przez armię. Jeśli ten zdziecinniały
starzec zwróci się przeciwko mnie, cała praca pójdzie na marne. Zbyt dobrze znałem
jego władzę i wpływy. W całej Atlantydzie nie było nikogo, kto mógłby mu się
sprzeciwić.
Było dla mnie oczywiste, Ŝe starzec nie wie, co mówi. CzyŜby nie rozumiał, Ŝe
mój wynalazek oznacza ziszczenie odwiecznych marzeń, Ŝe pozwoli wreszcie
zawładnąć światem?
Obserwował moje wzburzenie z rosnącym niezadowoleniem.
- Nie jesteś zresztą pionierem - zauwaŜył chłodno. - Tę broń znano juŜ w
Lemurii.
- Nie interesuje mnie mitologia.
- Lemuria to nie mit. Istniała jako potęŜne imperium, potęŜniejsze od
dzisiejszej Atlantydy. Odkryto tam pewien rodzaj wibratora i choć dostrzegano
związane z nim niebezpieczeństwo, to nie rozumiano go na tyle, aby ten wynalazek
całkowicie wyeliminować. Uczeni przeprowadzali eksperymenty z nowym typem.
Coś się nie udało i nastąpiła nieprzewidziana dezintegracja materii. Skorupa ziemska
uległa osłabieniu do tego stopnia, Ŝe przedostały się przez nią ognie wulkanów.
Ziemia rozstąpiła się, cały świat zadrŜał w posadach, a gdy wreszcie się uspokoił,
Lemuria przestała istnieć.
- Zwyczajna legenda - odparłem. - Wyolbrzymiona wersja jakiejś lokalnej
erupcji. Dzieje potęŜnej Lemurii to bajka, dobra dla dzieci.
Zacta wzruszył ramionami.
- Wiara lub jej brak nie wpływa na prawdę. Jak powiadam, Lemuria uległa
samozagładzie. Nie chcę, by mówiono, Ŝe podobnie zginęła Atlantyda.
Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, rzucając wzajemne wyzwanie.
- Musisz ujarzmić swą wiedzę - powtórzył. - Nie wolno budować wibratorów.
Zaśmiałem się.
- Masz przestarzałe informacje. Zbudowano juŜ i ustawiono sześć wibratorów.
Starzec zatopił się głębiej w fotelu. Wyglądał jeszcze starzej. Jego spojrzenie
wyraŜało tragiczny smutek. Po chwili zapytał:
- Gdzie je ustawiono?
- WzdłuŜ wybrzeŜa, na wschód od Azco - oznajmiłem. - Powstała linia
obronna na wypadek inwazji spoza Maczug Herkulesa. Barbarzyńcy z Aegiptu i z
wybrzeŜy burzą się. Zazdroszczą nam dostatku i wcześniej czy później przypuszczą
atak. Wibratory uśmiercą załogi i wioślarzy ich okrętów, nie powodując rozlewu krwi
wśród obywateli Atlantydy. Pomyśl o tym, Zacto. To broń doskonała. Czy teraz
rozumiesz, czym są dla nas wibratory?
Zacta cedził słowa:
- Doprawdy, masz ograniczoną wyobraźnię. Jak długo te maszyny pozostaną
bronią defensywną? Ile czasu trzeba, by zostały uŜyte do podboju świata, by nieść
ś
mierć, zniszczenie i zostawiać po sobie jałowe pustynie? Moja odpowiedź brzmi:
nie. Wibratory muszą zostać zniszczone.
- A ja twierdzę, Ŝe nie zostaną.
Wpatrywaliśmy się w siebie w napięciu. Wzrok Zacty był twardy i
złowróŜbny. Płonął młodzieńczą siłą i stanowczością. Pojąłem, Ŝe jego zdaniem los
Atlantydy, a moŜe nawet całej cywilizacji, zaleŜy od naszej decyzji. Podzielałem to
zdanie, ale z innego punktu widzenia.
Jego wątła dłoń, poznaczona siecią niebieskich Ŝył, zaczęła powoli wędrować
w bok. Byłem jednak młodszy i szybszy. Mój podręczny strzałkomiot wydał ledwo
słyszalny świst i strzałkomiot Zacty zabrzęczał na podłodze. Starzec upadł na twarz z
małą pierzastą strzałką w sercu...
Przez chwilę stałem bez ruchu, nie bardzo rozumiejąc, co się stało. Dopiero
gdy spojrzałem na skuloną na podłodze postać, dotarła do mnie potworność mego
czynu. Zabiłem najpotęŜniejszego mędrca Atlantydy. Byłem jednak tylko narzędziem,
które zadało śmierć: tak naprawdę walka toczyła się przecieŜ między Zactą i
wibratorem. To wibrator wybrał go sobie na pierwszą ofiarę. Zacząłem wówczas
myśleć o swojej maszynie jak o rozumnym stworzeniu; walczyłem o uratowanie
czegoś, co narodziło się w moim mózgu.
Pospiesznie rozejrzałem się po pokoju. Obyło się bez hałasu, który mógłby
zaniepokoić czuwających za drzwiami straŜników. Czy mogę zatem wyjść,
podejmując ogromne ryzyko, skoro nie wiedziałem, jak Zacta odprawia zazwyczaj
swych gości?
Większe szansę dawało mi raczej okno, pod warunkiem, Ŝe nie zostanę
zauwaŜony z ulicy. Zadecydowałem, Ŝe będzie to droga bezpieczniejsza niŜ próba
przejścia obok straŜników. Pospiesznie zrzuciłem i przytroczyłem do pasa sandały, po
czym, myśląc z wdzięcznością, Ŝe ascetyczne upodobania Zacty nie objęły
ornamentów na fasadzie domu, uchwyciłem się kamiennych zawijasów wokół okna i
rozpocząłem wspinaczkę.
Na szczęście od dachu dzieliło mnie tylko jedno piętro. Bo choć wśród
rzeźbień nie brakowało dogodnych punktów oparcia, nie byłem najlepiej
przygotowany do tego rodzaju wyczynów. Poza tym obawiałem się zawrotu głowy. Z
uczuciem ulgi podciągnąłem się w końcu ponad zwieńczenie muru. Czas naglił. Lada
moment ktoś mógł wejść do komnaty Zacty i odkryć ciało.
W największym pośpiechu włoŜyłem sandały, szukając wzrokiem drzwi w
dachu. Znalazłem je bez trudu, a poniewaŜ sprzyjało mi szczęście, drzwi nie były
zaryglowane. Na szczycie schodów przybrałem opanowany wyraz twarzy i zacząłem
schodzić pełnym godności krokiem.
W podwórzu czekał mój wóz, kołysząc się na Ŝyroskopach. Nie zatrzymywany
przez nikogo podszedłem do drzwi i sprawnie wsunąłem się za stery. Moja ręka,
spoczywająca na drąŜku sterowniczym, drŜała. Gdy rozwarły się wrota, pchnąłem
maszynę naprzód.
Jak na razie, wszystko szło dobrze. Ale dokąd mam jechać? Kiedy odkryją
ciało Zacty, będę miał przeciwko sobie całą ludność Atlantydy. Całą? Nie, zapewne
zostanie przy mnie kilku asystentów. Wibrator był dla nich wszystkim. Oni
zrozumieją, Ŝe posłuszeństwo przekreśliłoby nasz wieloletni dorobek.
Tlantec, szef asystentów, nadzorował budowę wibratorów w pobliŜu Azco.
Rzut oka na wskaźniki wystarczył, by ocenić, Ŝe akumulatory mam prawie
naładowane. Wóz posiadał dość energii, by dowieźć mnie do Azco. Skierowałem się
ku wschodniej części Zapetl i ruszyłem całą parą. Mój Ŝyrowóz dawał z siebie
wszystko.
Kilka godzin później zatrzymałem się przy wartowni na skałach w pobliŜu
Azco. Nad wartownią górował pylon numer jeden, podtrzymujący najpotęŜniejszy
wibrator. Daleko na północ widziałem podobny, chociaŜ nieco mniejszy pylon, drugie
ogniwo łańcucha obronnego naszej konstrukcji.
Nim zdąŜyłem wysiąść z wozu, drzwi wartowni otwarły się i stanął przede
mną Tlantec ze strzałkomiotem w ręce. Wiedziałem, Ŝe wiadomość juŜ do niego
dotarła.
- Zacta nie Ŝyje - oświadczył. - Mówią, Ŝe go zabiłeś.
Wyjaśniłem, co zaszło. Słuchał ze zdumieniem w oczach. Na wieść o
zaproponowanym przez Zactę zakazie produkcji wibratorów spojrzał na mnie z
niedowierzaniem.
- Ale dlaczego...? Dlaczego?
Powtórzyłem słowa starca, a Tlantec ściągnął brwi.
- Chyba oszalał. Rezygnować z najpotęŜniejszej broni wszechczasów z
powodu jakichś tam bajek!
- Tak to wyglądało - zakończyłem. - Nic nie było w stanie odwieść go od
powziętego postanowienia. Jeden z nich musiał zginąć: on albo wibrator.
Zapadło milczenie. Czekałem z niepokojem na ostateczną reakcję Tlanteca.
Mój los spoczywał teraz w jego rękach. Gdyby zdecydował się zastrzelić mnie na
miejscu, zdobyłby sławę narodowego bohatera. Powoli opuszczał strzałkomiot,
wpatrując się weń półprzytomnie. Dopiero po chwili przemówił:
- Postąpiłeś słusznie, Xtanie - orzekł. - ChociaŜ wolałbym, Ŝeby znalazło się
jakieś inne wyjście.
- Ja takŜe... - zgodziłem się. - Sam jednak wiesz, jak potęŜną miał władzę. Nie
było innego sposobu.
Weszliśmy razem do wartowni.
- I co teraz? - zapytał.
- Musimy natychmiast porozumieć się z pozostałymi pylonami. W razie
konieczności wibratory same będą musiały obronić się przed zagładą. Z chwilą gdy
rozejdzie się wieść, Ŝe tu jestem, bezzwłocznie przypuszczą na nas atak.
Tlantec zbladł.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe musimy skierować je w stronę lądu...?
Wymierzyć przeciwko swoim?
- A jak inaczej moŜna je uratować?
Odszedł, by porozumieć się z innymi pylonami, ja zaś rozglądałem się
gorączkowo za czymś do zjedzenia. Nieobecność Tlanteca trwała około pół godziny.
Kiedy wrócił, na jego twarzy malowała się powaga.
- Pylony numer dwa, trzy i pięć zgodziły się pozostać z nami - donosił. -
Natomiast cztery i sześć są przeciwko nam. Mówią, Ŝe jeŜeli Zacta potępił wibratory,
to naleŜy je zniszczyć, i Ŝe oni pozostaną posłuszni jego woli.
Myślałem gorączkowo. Jeśli pylony cztery i sześć rzeczywiście zwrócą się
przeciw nam, to nadejdzie koniec.
- Kombinezony ochronne! Szybko! - rzuciłem.
Szamotałem się z kombinezonem, kiedy Tlantec podszedł juŜ do okna.
Przywołał mnie i wskazał w stronę miasta. Nawet z odległości pięciu kilometrów było
widać wyraźnie, Ŝe dzieje się tam coś niezwykłego.
Z bram miasta wylewał się tłum ludzi. Widocznie załoga pylonu numer cztery
lub sześć zawiadomiła miasto o miejscu mojego pobytu i lud ruszył, by pomścić
Zactę. Rzuciłem się do przekaźnika i połączyłem z koszarami w Azco.
- Tu Xtan! - wrzasnąłem. - Zatrzymajcie tych ludzi albo nie odpowiadam za
skutki.
Chwyciłem ogromne koło sterownicze pośrodku pokoju i zakręciłem nim.
Olbrzymie ramię wibratora wysoko ponad nami obróciło się powoli w stronę miasta.
Twarz Tlanteca pobladła.
- To przecieŜ tylko tłum... nie uzbrojony - zaprotestował.
- Tłum jest w stanie zniszczyć wibrator. Trzeba ich powstrzymać. Włącz
minimalną moc.
Ociągając się, spełnił polecenie. Ludzie znajdowali się na razie poza naszym
zasięgiem. Przyglądaliśmy się im w napięciu. Zatrzymali się w odległości około
trzech kilometrów. Idący na czele pochodu zachowywali się dziwnie: zataczali się i
posuwali do przodu dziwacznymi, kanciastymi ruchami. Z tej odległości wibracje
działały zbyt słabo, by zabić, lecz wystarczyły, by zaburzyć motorykę. CiŜba, nie
wiedząc, co się dzieje, napierała nadal: kilku przywódców upadło i pozostało na ziemi
w bezruchu.
Wówczas zamykający pochód zorientowali się nagle, co ich czeka. Zaczęli
biegać tam i z powrotem miotani strachem, po czym złamali szyki i wycofali się w
nieładzie. Rozległ się natarczywy dzwonek przekaźnika.
- Tu pylon numer dwa. Czyś ty oszalał, Xtan!? Co ty wyprawiasz?
- Za wszelką cenę naleŜy ocalić wibratory.
- Zabiłeś juŜ kilkunastu bezbronnych ludzi, Xtan - zabrzmiała pełna goryczy
odpowiedź. - Nie przyłączamy się do masakry naszych rodaków.
- JeŜeli podejdą bliŜej, zniszczą nas - odparłem zrozpaczony.
Usłyszałem drwiący głos.
- Czy aby na pewno nie chodzi ci tylko o własną skórę? Zamordowałeś Zactę.
Pylon dwa wycofuje się. Pozostałe teŜ tak zrobią.
Przekaźnik zamilkł. Tlantec meldował od okna.
- Wracają do miasta.
W tej samej chwili rozległ się nad nami potęŜny łoskot, a zaraz potem
usłyszeliśmy odgłos odległego wybuchu. Spojrzeliśmy na siebie. Działa z Azco
otworzyły ogień. Był tylko jeden sposób, by je uciszyć.
- Cała naprzód - rozkazałem.
Tlantec nie ruszył się z miejsca. Przyglądał mi się z dziwną uwagą.
- Zniszczymy całe Azco - zaprotestował znowu.
- Musimy uciszyć te działa - nalegałem.
- Zginą mieszkańcy miasta i okolic w promieniu wielu mil. Chyba oszalałeś!
Pomyśl o skutkach, człowieku! Cały kraj obróci się w ruinę.
Wzruszyłem ramionami i podszedłem do tablicy kontrolnej. Jakie znaczenie
ma Ŝycie kilku osób? W tym momencie Ŝadna cena za uratowanie wibratora nie
wydawała mi się zbyt wysoka. Lecz zanim dotknąłem dźwigni, Tlantec rzucił się na
mnie.
Siła jego ataku powaliła mnie na ziemię. Nie udało mu się jednak mnie
przytrzymać z powodu obcisłego stroju, jaki miałem na sobie. Wywinąłem się i
przewróciłem na bok. Ale zanim zdąŜyłem się podnieść, znowu mnie przygniótł i
walił bezskutecznie pięściami w gruby kombinezon. Rozpaczliwie sięgnąłem ręką po
strzałkomiot, lecz zaraz przypomniałem sobie, Ŝe mam go pod kombinezonem.
Uniosłem się, wykonałem obrót i wydostałem się spod przeciwnika.
Dyszeliśmy głośno pod cięŜarem kombinezonów. Ubraną w rękawicę dłonią
szukałem nieporadnie jego gardła. Kiedy je znalazłem, okazało się, Ŝe nie sposób go
ś
cisnąć. Natychmiast zmieniłem taktykę i zacząłem szarpać zapięcie jego
kombinezonu. Wibrator wycelowany w miasto wciąŜ pracował na minimalnych
obrotach, lecz tutaj, bezpośrednio pod nim, promieniowanie powinno być
dostatecznie wysokie, by go załatwić...
Tlantec przejrzał mój plan. Walczył z rosnącą zaciekłością, przerzucał mnie z
boku na bok, usiłując zepchnąć z siebie, przez co moje palce raz po raz ześlizgiwały
się z zapięcia. W końcu udało mi się włoŜyć palec w zawleczkę zamka, ale w tej
samej chwili Tlantec zdobył się na ostatni wysiłek. Poderwał się i zrzucił mnie z
siebie. Mój palec tkwił jednak “o nadal w kółku zamka, toteŜ przewracając się
rozdarłem mu kombinezon. Czułem wstrząsające jego ciałem konwulsje, gdy wibrator
dokonywał dzieła. Tlantec znieruchomiał.
Podniosłem się osłabiony i zdyszany. Usłyszałem kolejny huk eksplozji. Nie
wiedziałem, ile strzałów oddano podczas naszej szamotaniny. Dziwiłem się, Ŝe
jeszcze nie trafili. Z trudem, chwiejnym krokiem przemierzyłem pokój i pociągnąłem
dźwignię do oporu. Pchnąłem ją z powrotem na miejsce dopiero po upływie minuty.
ZbliŜyłem się do okna.
Widok, jaki ukazał się mym oczom, wywarł nawet na mnie wstrząsające
wraŜenie. Jak okiem sięgnąć, rozciągało się dzieło zniszczenia. Pod wpływem
wibracji zwiędła trawa, liście, krzewy, a kwiaty, które jeszcze kilka minut temu
kołysały się dumnie, teraz leŜały martwe.
Spojrzałem na miasto. Ono takŜe umarło. Na ulicach leŜały zwłoki. Jedyny
przejaw Ŝycia stanowił dym unoszący się znad porzuconych ognisk. Na drodze pod
miastem ujrzałem kłębowisko ciał męŜczyzn i kobiet, którzy jeszcze przed chwilą
stanowili biegnący tłum. Nikt z nich nie pobiegnie juŜ dalej. W porcie okręty gnały
przed siebie pod pełnymi Ŝaglami, taranując się wzajemnie lub roztrzaskując o
kamienne nabrzeŜa. NajwaŜniejsze jednak dla mnie było to, Ŝe ucichły działa.
Wibrator został uratowany.
Wróciłem do tablicy rozdzielczej i wyłączyłem go. śadna siła raŜenia nie była
juŜ konieczna. W promieniu wielu kilometrów Ŝycie przestało istnieć.
Wyszedłem ze sterowni i spojrzałem w górę na potęŜny wibrator. Moje prawe
ramię samo uniosło się w salutującym geście.
Nie wiem dokładnie, ile czasu upłynęło, ale mniej więcej dwa lub trzy dni
później zauwaŜyłem, Ŝe coś porusza się w oddali. Patrząc przez lornetkę rozpoznałem
maszerującą z głębi lądu kolumnę wojska. Nosili mundury nie znanej mi formacji. Co
więcej, wyposaŜeni byli w nie znane mi maszyny.
Szykowali się do ataku. Spodziewałem się tego. Zniszczę ich, kiedy podejdą
bliŜej. Czekałem niecierpliwie, przepełniony nie tyle chęcią zabijania, ile raczej wolą
potwierdzenia wyŜszości mego wibratora - “najpotęŜniejszej siły na świecie, tryumfu
ludzkiego geniuszu”.
- Pokonasz ich na piętnastym kilometrze - powiedziałem na głos.
Dzieliło ich ode mnie jakieś dwadzieścia kilometrów, gdy wyczerpała się moja
cierpliwość. Wyglądało na to, Ŝe wcale nie spieszą się z natarciem. Po raz kolejny
połoŜyłem dłoń na dźwigni.
- PokaŜ im, kto tu jest panem! - krzyknąłem i pociągnąłem drąŜek do dołu.
Ledwie spojrzałem przez lornetkę, zaraz wypadła mi z rąk. Kolumna nie
zatrzymała się. WciąŜ kroczyli naprzód z niezmiennym uporem. Rzut oka na
wskaźniki upewnił mnie, Ŝe maszyna pracuje prawidłowo. Co się dzieje?
Dopiero wtedy zrozumiałem. Nie zidentyfikowane mundury były
kombinezonami ochronnymi. Widocznie dowódca jednego z sąsiednich pylonów
wyjawił tajemnicę. Zastanawiałem się, jak długo kombinezony wytrzymają pełną moc
raŜenia wymierzonego prosto na nich z wibratora. Mnie samemu nic nie groziło,
poniewaŜ znajdowałem się w strefie wibracji odbitej. Pozostało mi jedynie utrzymać
moc maszyny i czekać.
Minęło pół godziny, a kolumna nadal posuwała się do przodu. Zacząłem tracić
nadzieję. MoŜna by pomyśleć, Ŝe wibrator przestał działać. Uśmiechnąłem się gorzko
na myśl, Ŝe najdłuŜszy czas ekspozycji, na jaki odwaŜyliśmy się podczas prób z
najmniejszym wibratorem, nie przekroczył dwóch minut. Obawialiśmy się czegoś
nieokreślonego. I oto nagle to coś się pojawiło.
W odległości około dziesięciu kilometrów powierzchnia ziemi zaczęła nagle
pękać, tworząc rozchodzące się promieniście szczeliny. Ogromny okrąg rozsypał się
w pył i obsunął w rozległą, płytką nieckę, która na krótko tylko pozostała płytka: jej
dno wciąŜ rozsypywało się i zapadało. Widziałem, jak ludzie zatrzymali się na jej
przeciwległym skraju, po czym zawracali w popłochu tak szybko, jak pozwalały im na
to cięŜkie kombinezony.
Gwałtowny wstrząs powalił mnie na ziemię. Pylon zakołysał się, jęknął, lecz
nie upadł. Przeczołgałem się przez pokój i wyłączyłem wibrator, ale wiedziałem, Ŝe
jest juŜ za późno. Zacta nie mylił się. Mój wibrator był potęŜniejszy niŜ myślałem: nie
tylko pozbawiał Ŝycia. PrzedłuŜająca się ekspozycja potrafiła spowodować
dezintegrację materii.
Rozległe nieckowate zagłębienie w ziemi zmieniło się teraz w przepastny
szyb. Następowało przemieszczenie wewnętrznych napręŜeń. Kolejny wstrząs
zakołysał pokojem. Rzuciłem się do okna. Powierzchnia ziemi wybrzuszyła się i
zarysowała gęstą siecią pęknięć. BoŜe, co ja zrobiłem? Wywołałem kataklizm, który
wytrąci świat z równowagi i zniszczy całą Atlantydę!
Jeszcze potęŜniejszy wstrząs kazał mi przytrzymać się framugi okna. PotęŜny
łańcuch gór na północy zaczął się rozsuwać. Głęboka rozpadlina z sykiem wypełniła
się wodą, która wzbijała się w górę potworną falą. Od strony lądu wystrzelił potęŜny
słup płomieni i osmalił niebo. Przez rozerwaną ziemię przedarły się wewnętrzne
ognie...
Dawid Hixton przerwał swoją opowieść. Po chwili dodał:
- I wtedy znowu dotarł do mnie głos starego Fossdyke’a. Perorował o “broni,
która zapewni nam panowanie nad światem”. Nie mogłem tego wytrzymać. Zerwałem
się z miejsca i wybiegłem z sali. Przez całą drogę do pracowni towarzyszyła mi jedna
myśl: muszę zniszczyć wibrator...
Kis-Tan uŜył go w Lemurii. I co się stało z Lemurią? Xtan uŜył go w
Atlantydzie. I gdzie jest teraz Atlantyda? Nikt juŜ nie powie, Ŝe Hixton zrobił to
samo. Rzuciłem się na maszynę z młotem, lecz usłyszał to Alan.. Zjawił się za
wcześnie. Oni wciąŜ go mają. Za dziesięć lat, a moŜe nawet prędzej, moje nazwisko
będzie wyklęte przez wszystkich... Przez wszystkich, którzy przeŜyją.
Diana dotknęła jego dłoni.
- Wcale go nie mają, kochanie. Zostały tylko fragmenty urządzenia.
Zniszczyłeś jakiś istotny element... Nie wiem dokładnie co i oni teŜ nie wiedzą. Nie
potrafią go uruchomić.
Dawid obrzucił ją nieprzytomnym spojrzeniem.
- Jak to nie potrafią?
- Są bezradni. śaden z twoich asystentów nie posiada dostatecznej wiedzy, by
im pomóc.
Twarz Dawida pojaśniała i wykrzywiła się w uśmiechu. Po policzkach ciekły
mu łzy. Śmiał się coraz głośniej, jak szaleniec. PrzeraŜona, próbowała go uciszyć, ale
ś
miech i łkanie nie ustawały. Przez trawnik spieszyło ku nim dwóch pielęgniarzy.
Jeden zajął się uspokajaniem Dawida, drugi odprowadził Dianę na stronę.
- Widzi pani, za bardzo się wzburzył - rzucił oskarŜycielskim tonem.
- On wcale nie jest obłąkany - wyjaśniła Diana. - To nie jest Ŝaden obłęd.
Pielęgniarz wsłuchiwał się przez chwilę w histeryczny śmiech pacjenta.
Pokiwał głową.
- ZaleŜy co nazwiemy obłędem - stwierdził. z jednego toru na drugi. Wówczas
znikło wraŜenie, Ŝe jestem przedmiotem jakiejś walki. Przemieszczałam się teraz
coraz szybciej, opadając niczym wędrujący meteoryt, który dostał się w końcu w
pułapkę...
OBACZ DROGI JEJ...
Nie było nic poza mną. Zawieszona w bezczasowej, bezwładnej próŜni, ani
jasnej, ani ciemnej, miałam poczucie całości, lecz nie kształtu; świadomość bez
zmysłów, rozum bez pamięci. Zastanawiałam się, czy ta... ta nicość to moja dusza.
Wydawało mi się, Ŝe zastanawiam się nad tym od zawsze i Ŝe tak będzie po wsze
czasy...
A jednak bezczasowość ustąpiła. Uświadomiłam sobie teŜ istnienie jakiejś
siły: Ŝe ulegam przemieszczeniu i Ŝe ustąpiło w związku z tym poczucie
bezwymiarowości. Nic nie wskazywało na to, Ŝe się poruszam. Wiedziałam jedynie,
Ŝ
e poddaję się przyciąganiu. Byłam szczęśliwa wiedząc, Ŝe jest coś lub ktoś, do kogo
chciałam się zbliŜyć. Nie pragnęłam niczego, tylko obrócić się jak igła kompasu i
zapaść w próŜnię...
Czekało mnie wszakŜe rozczarowanie. śadne miękkie, płynne opadanie nie
nastąpiło. Znalazłam się natomiast we władaniu innych sił. Coś ciągnęło mnie
najpierw w jedną, potem zaś w przeciwną stronę. Nie miałam pojęcia, skąd o tym
wiem. Nie istniał Ŝaden zewnętrzny, stały punkt odniesienia czy orientacji. Mimo to
czułam, Ŝe coś szarpie mną to w jedną, to w drugą stronę, jakby wbrew oporowi
jakiegoś wewnętrznego Ŝyroskopu. Zupełnie jakby najpierw oddziaływała na mnie
przez chwilę jedna siła, potem słabła i traciła mnie na rzecz drugiej. Wtedy wydawało
mi się, Ŝe osuwam się ku jakiemuś nieznanemu punktowi, Ŝeby zatrzymać się tam i
poddać zmianie kierunku. Unosiłam się w ten sposób tam i z powrotem ze stale
wzrastającym poczuciem świadomości. Przyszło mi do głowy, Ŝe walczą o mnie dwie
rywalizujące siły: dobro i zło lub Ŝycie i śmierć...
Przyciąganie w dwóch przeciwnych kierunkach przebiegało coraz bardziej
zdecydowanie, aŜ wreszcie zostałam niemal wyszarpnięta
- Wszystko w porządku - usłyszałam głos. - Powrót nieco opóźniony z nie
wyjaśnionych powodów. Trzeba to odnotować w karcie. Który to raz? Aha, dopiero
czwarty. Tak, naturalnie, proszę zapisać. Odzyskuje przytomność.
Był to głos kobiety. Mówiła z nie znanym mi akcentem. Powierzchnia, na
której leŜałam, drŜała. Otworzyłam oczy, ujrzałam poruszający się nade mną sufit i
zaraz je zamknęłam. Odezwał się inny głos, z taką samą obcą intonacją.
- Proszę to wypić.
Jakaś ręka uniosła mi głowę. Przystawiono mi do ust filiŜankę. Wypiłam
miksturę i opuściłam głowę na poduszkę, znowu zamykając oczy. Zapadłam w krótką
drzemkę, a po przebudzeniu poczułam się znacznie silniejsza. Przez pewien czas
leŜałam wpatrując się w sufit i na pół przytomnie zastanawiałam się, gdzie jestem.
Nie przypominałam sobie Ŝadnego róŜowokremowego sufitu. I wtedy doznałam nagle
wstrząsu, jak pod wpływem silnego uderzenia. Z przeraŜeniem bowiem
zorientowałam się, Ŝe nie tylko róŜowy sufit, lecz równieŜ wszystko inne było mi
obce. Tam, gdzie powinny odezwać się jakieś wspomnienia, ziała teraz przepastna
pustka. Nie miałam pojęcia, jak się nazywam i gdzie jestem: nie pamiętałam nic, co
mogłoby wyjaśnić, w jaki sposób lub dlaczego znalazłam się w tym miejscu...
Powodowana paniką chciałam usiąść, lecz jakaś ręka pchnęła mnie z powrotem na
łóŜko i ponownie przytknęła filiŜankę do warg.
- Teraz trzeba odpocząć - uspokoił mnie ten sam kobiecy głos.
Chciałam o coś zapytać, ale zawładnęło mną straszne znuŜenie i wydało mi się
to nagle niewarte zachodu. Przestałam się bać. Zapadłam w letarg. Teraz usiłowałam
się domyślić, co mi się stało. MoŜe miałam wypadek? MoŜe są to skutki gwałtownego
szoku? Nie wiadomo. Na razie nie ma się czym przejmować. Jestem w dobrych
rękach, ktoś się mną zajmuje. Senność zagłuszyła wszystkie pytania.
Zdaje się, Ŝe spałam. Kilka minut, a moŜe godzinę. Gdy znowu otworzyłam
oczy, byłam spokojniejsza, bardziej zdziwiona niŜ prze - straszona. LeŜałam tak
przez pewien czas bez ruchu. Panowałam teraz nad sobą na tyle, by pocieszać się
myślą, Ŝe jeŜeli miałam wypadek, to przynajmniej nic mnie nie boli.
Wkrótce poczułam przypływ sił, a wraz z nimi ciekawość. Gdzie jestem?
Odwróciłam głowę na poduszce, Ŝeby rozejrzeć się wokół.
TuŜ obok stało urządzenie na kółkach, coś pośredniego między łóŜkiem a
stołem. LeŜała na nim, śpiąc z otwartymi ustami, największa kobieta, jaką
kiedykolwiek widziałam. Przyszło mi do głowy, Ŝe to jakaś specjalna klatka
podtrzymująca kołdrę nadaje jej monumentalny wygląd, lecz oddech kobiety
ś
wiadczył, Ŝe tak nie jest. Przeniosłam wzrok dalej i zauwaŜyłam dwa następne łóŜka,
na których spoczywały równie olbrzymie kobiety.
Przyglądając się uwaŜniej leŜącej najbliŜej, stwierdziłam ze zdziwieniem, Ŝe
jest całkiem młoda. Miała nie więcej niŜ dwadzieścia dwa, trzy lata. Jej twarz była
moŜe nieco nalana, ale z pewnością nie otyła. W gruncie rzeczy wyglądała bardzo
ładnie z młodzieńczymi rumieńcami na policzkach okolonych krótko przyciętymi,
złotymi lokami. Ciekawe, co za schorzenie hormonalne spowodowało to
zniekształcenie u osoby w tak młodym wieku?
Minęło mniej więcej dziesięć minut, gdy usłyszałam odgłos zbliŜających się
energicznych kroków. Ktoś zapytał:
- Jak się czujesz?
Odwróciłam głowę i moje oczy napotkały niemal na tej samej wysokości
czyjąś twarz. Sądziłam, Ŝe naleŜy do dziecka, ale jej rysy, zwieńczone białym
czepkiem, nie mogły liczyć sobie mniej niŜ trzydzieści lat. Nie czekając na
odpowiedź, kobieta wsunęła rękę pod kołdrę, Ŝeby zmierzyć mi puls. Widocznie był
prawidłowy, bo pokiwała głową z zadowoleniem.
- Teraz juŜ wszystko będzie dobrze, Matko - zapewniła.
Patrzyłam na nią tępym wzrokiem.
- Samochód zajechał pod same drzwi. Czy dasz radę przejść sama ten
kawałek? - dopytywała się.
- Jaki samochód? - spytałam zaskoczona.
- Ten, który odwiezie cię do domu - wyjaśniła z zawodową cierpliwością. -
No, zbieramy się. - I ściągnęła ze mnie kołdrę.
Podniosłam się i spojrzałam na siebie. Widok, jaki ujrzałam, wprawił mnie w
osłupienie. Podniosłam rękę. Wyglądała jak pulchny biały wałek tapicerski z
idiotycznie małą dłonią na końcu. Usłyszałam jeszcze stłumiony okrzyk i
zemdlałam...
Gdy ponownie otworzyłam oczy, stała nade mną kobieta - normalnego
wzrostu - w białym fartuchu, ze stetoskopem. Kobieta w czepku, o której wcześniej
myślałam, Ŝe jest dzieckiem, sięgała jej nieco powyŜej łokcia.
- Nie rozumiem, pani doktor - mówiła. - Ni stąd, ni zowąd zaczęła krzyczeć i
zemdlała.
- Co to znaczy? Co się ze mną stało? Wiem, Ŝe tak nie wyglądam... Nie, nie -
powtarzałam w kółko, słysząc swój własny płaczliwy głos.
Lekarka nadal przyglądała mi się ze zdziwieniem.
- O co jej chodzi? - zapytała.
- Nie mam pojęcia, pani doktor - odparła ta mała. - To stało się tak nagle,
jakby doznała wstrząsu... Ale zupełnie nie widzę powodu.
- No cóŜ, została zakwalifikowana i wypisana. Zresztą nie moŜe tu zostać, bo
ten pokój jest nam potrzebny - oświadczyła lekarka. - Dam jej coś na uspokojenie.
- Ale co się stało? Kim jestem? To jakaś okropna pomyłka. PrzecieŜ ja tak nie
wyglądam. P-proszę, bardzo proszę, mi p-powiedzieć... - zaczęłam błagalnie, lecz
zaraz zgubiłam wątek, jąkając się i plącząc.
Lekarka starała się mnie pocieszyć. Delikatnie połoŜyła dłoń na moim
ramieniu.
- Wszystko w porządku, Matko. Nie ma powodu do obaw. Proszę się tak nie
przejmować. Niedługo zawieziemy cię do domu.
Pojawiła się druga asystentka w białym czepku, nie wyŜsza od pierwszej.
Wkroczyła szybko do pokoju ze strzykawką, którą podała lekarce.
- Nie! - zaprotestowałam. - Chcę wiedzieć, gdzie jestem. Kim jestem? Kim wy
jesteście? Co się ze mną stało? - chciałam wytrącić jej strzykawkę z ręki, ale
asystentki rzuciły się na moje ramię. Lekarka wbiła igłę.
To był rzeczywiście środek uspokajający. Nie wywołał snu, lecz apatię.
Dziwne uczucie: wydawało mi się, Ŝe unoszę się kilka metrów nad swoim ciałem i
obserwuję je z nienaturalnym spokojem. Byłam w stanie lub czułam, Ŝe jestem w
stanie ocenić wszystko z właściwą, rozumną jasnością...
Widocznie cierpiałam na amnezję. Jakiś wstrząs sprawił, Ŝe “straciłam
pamięć”, jak to się mówi. Zanikowi uległ tylko niewielki fragment pamięci, jedynie ta
część, która dotyczy mojej osoby: kim i czym jestem, gdzie mieszkam. Natomiast cały
mechanizm sterujący codziennym zachowaniem zdawał się nietknięty. Nie
zapomniałam, jak się mówi i myśli, posiadałam umysł dostatecznie sprawny.
Z drugiej jednak strony gnębiło mnie przeświadczenie, Ŝe wszystko wokół
przedstawia się na opak. Wiedziałam, Ŝe nigdy przedtem tu nie byłam. Wiedziałam,
Ŝ
e jest coś dziwnego w wyglądzie dwóch małych pielęgniarek. Przede wszystkim zaś
wiedziałam z absolutną pewnością, Ŝe to ogromne ciało spoczywające na łóŜku nie
naleŜy do mnie. Nie mogłam sobie przypomnieć twarzy, którą powinnam zobaczyć w
lustrze, nie wiedziałam nawet, czy ma być ciemna czy jasna, stara czy młoda, lecz nie
miałam Ŝadnych wątpliwości co do tego, Ŝe nigdy nie wieńczyła takich obfitych
kształtów.
W dodatku te pozostałe ogromne kobiety. Było oczywiście niemoŜliwe, byśmy
wszystkie uległy jakimś zaburzeniom hormonalnym, bowiem nie byłoby wówczas
mowy o wysyłaniu mnie “do domu”, cokolwiek miało to znaczyć...
Analizowałam swoje połoŜenie w sposób całkiem trzeźwy i rozsądny -
zapewne dzięki środkowi uspokajającemu - chociaŜ bez większego powodzenia, aŜ
nagle sufit nade mną zaczął się przesuwać i pojęłam, Ŝe gdzieś mnie wiozą. Drzwi w
końcu sali otwarły się i poczułam, Ŝe łóŜko przechyla się nieznacznie pode mną przy
zjeździe z rampy.
U stóp pochylni czekał samochód przypominający karetkę pogotowia. RóŜowa
karoseria była wypolerowana do połysku. Z zainteresowaniem stwierdziłam, Ŝe biorę
udział w pewnych czynnościach rutynowych. DruŜyna złoŜona z ośmiu małych
sanitariuszek przeniosła mnie z łóŜka na resorowaną leŜankę w taki sposób, jakby
wykonywały ćwiczenia z musztry. Dwie z nich pozostały nieco dłuŜej, aby poprawić
pościel i podłoŜyć mi pod głowę drugą poduszkę, po czym wysiadły, zamknęły drzwi
i samochód ruszył.
I właśnie od tej chwili - być moŜe takŜe z powodu środka uspokajającego -
zaczęło we mnie narastać poczucie równowagi i przekonanie, Ŝe panuję nad sytuacją.
Niewykluczone, Ŝe tak jak podejrzewałam, wydarzył się jakiś wypadek, a główną
przyczyną mojego przeraŜenia jest błędne załoŜenie, Ŝe znajduję się o jeden etap
dalej niŜ w rzeczywistości. ZałoŜyłam bowiem, Ŝe odzyskałam przytomność w tych
dziwacznych okolicznościach, podczas gdy faktycznie wcale jej nie odzyskałam.
Muszę zatem znajdować się nadal w stanie zawieszenia, bardzo zbliŜonym do
wstrząsu, a wszystko to jest snem lub przywidzeniem. Wkrótce przebudzę się w
warunkach co najmniej sensownych, jeŜeli nie całkiem znajomych.
Ciekawe jednak, dlaczego ta pocieszająca i uspokajająca myśl nie przyszła mi
do głowy wcześniej. Doszłam do wniosku, Ŝe właśnie to niepokojące poczucie
drobiazgowo dostrzeganej rzeczywistości wywołało we mnie histerię. Co za głupota,
Ŝ
eby nabrać się na Guliwera w krainie nieco przerośniętych Liliputów. Wprawdzie nie
naleŜy się zbytnio dziwić, skoro brakowało mi w tych snach sprecyzowanego
poczucia toŜsamości. NaleŜało teraz poddać analizie to, co widziałam. Niewątpliwie
roi się tam od symbolicznych treści, których wyjaśnienie w stosownym czasie moŜe
okazać się niezwykle interesujące.
Ta konstatacja zupełnie zmieniła moje nastawienie, toteŜ zaczęłam rozglądać
się dokoła z uwagą. Przede wszystkim zaskoczyła mnie mnogość bardzo wyraźnych
szczegółów otoczenia. Nie miało to nic wspólnego z właściwą snom wyrazistością
pierwszego planu wobec mglistego czy nawet nieprawdopodobnego tła. Wszystko
działo się z bardzo przekonywającą, trójwymiarową namacalnością. RównieŜ moje
własne odczucia zdawały się całkowicie uzasadnione. Na przykład ten boleśnie
autentyczny zastrzyk. Złudzenie realności tak mnie zafascynowało, Ŝe postanowiłam
starannie rejestrować kaŜdy detal.
Wnętrze furgonetki czy karetki, czy jakkolwiek to nazwać, utrzymane było,
podobnie jak karoseria, w tonie perłoworóŜowym, z wyjątkiem sufitu:
szaroniebieskiego w srebrne gwiazdki. Na ściance przedniej wisiało kilka szafek z
chromowanymi uchwytami. Moja leŜanka, czy teŜ nosze, stała pod ścianą po lewej
stronie. Pod przeciwległą ścianą znajdowały się dwa raczej niewielkie siedzenia obite
lekko lśniącą tkaniną w kolorze dobranym do wnętrza. Dwa podłuŜne okna
wypełniały resztę ściany po obu stronach. W obydwu wisiały firanki z delikatnej
siatki, rozsunięte teraz i podwiązane róŜowymi, splecionymi w warkocz pętlami.
PowyŜej widniały zwinięte rolety. Wystarczyło odwrócić głowę na poduszce, by
oglądać mijane krajobrazy. Niezbyt dokładnie, gdyŜ zawieszenie samochodu czy teŜ
moŜe nawierzchnia drogi pozostawiały wiele do Ŝyczenia. W kaŜdym razie byłam
zadowolona, Ŝe moja leŜanka ma niezaleŜne i miękkie spręŜyny.
Widok na zewnątrz nie był zbyt urozmaicony, z wyjątkiem barw. WzdłuŜ
drogi ciągnęły się budynki, które oddzielał pas starannie przystrzyŜonych trawników
szerokości mniej więcej dwudziestu metrów. Wszystkie domy miały trzy piętra i
około pięćdziesięciu metrów długości. Kryte dachówką nieco spłaszczone dachy
mogły świadczyć o wpływach włoskich. Budynki zdawały się identyczne, róŜniły się
tylko kolorem elewacji, kontrastującymi z nim ramami okien i drzwi oraz starannie
dobranymi zasłonami, jednakowymi w całym domu. W oknach nie dostrzegałam
nikogo i wyglądało na to, Ŝe nie ma tam nikogo, oprócz pojawiających się tu i ówdzie
kobiet w drelichach, które kosiły trawnik lub pielęgnowały kwietnik.
Nieco dalej, około stu metrów od drogi, wznosiły się większe i wyŜsze
budynki o wyglądzie bardziej uŜytkowym. Niektóre z nich miały wysokie fabryczne
kominy. Mogły to być fabryki, chociaŜ z powodu odległości i usytuowania wyłącznie
w przerwach pierwszego rzędu domów nie miałam co do tego pewności.
Droga była kręta. NajdłuŜszy prosty odcinek ciągnął się najwyŜej sto metrów.
Być moŜe budowano ją według jakiegoś wzoru, a nie w określonym kierunku. Ruch
panował na niej niewielki i ograniczał się głównie do cięŜarówek, duŜych i małych,
ale przewaŜnie duŜych. Pomalowane były jednakowo, z kombinacją pięciu cyfr i liter
identyfikacyjnych na bokach, poza tym niczym się nie wyróŜniały.
Monotonna podróŜ z umiarkowaną prędkością trwała około dwudziestu minut,
aŜ dotarłyśmy do miejsca, gdzie prowadzono roboty drogowe. Samochód zwolnił,
robotnicy usunęli się na jedną stronę. Kiedy jechał wolno po zrytej nawierzchni,
miałam okazję przyjrzeć się robotnikom. Były to wyłącznie kobiety i dziewczęta w
spodniach przypominających dŜinsy, w podkoszulkach bez rękawów i butach
roboczych. Wszystkie miały włosy krótko obcięte, kilka nosiło czapki. Były wysokie,
szerokie w ramionach, ogorzałe i silne. Miały męskie bicepsy i trzymały trzonki
oskardów i łopat w twardych, mocnych dłoniach pracowników fizycznych.
Patrzyły z niepokojem, jak samochód wtacza się na nierówny odcinek drogi.
Kiedy się z nimi zrównał, zaczęły się przepychać i zaglądać do środka, Ŝeby mnie
zobaczyć.
Uśmiechały się szeroko, odsłaniając zdrowe białe zęby. Wszystkie miały
opalone twarze. Podnosiły prawą rękę, dając mi jakieś znaki. Ich Ŝyczliwość była tak
oczywista, Ŝe odpowiedziałam uśmiechem. Szły obok nas, dotrzymując kroku wolno
jadącemu samochodowi, i patrzyły na mnie wyczekująco. Ich uśmiech ustępował
miejsca zdziwieniu. Mówiły coś, lecz nie słyszałam słów. Rozczarowanie malujące
się na ich twarzach świadczyło o tym, Ŝe powinnam zareagować czymś więcej niŜ
uśmiechem. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to podnieść prawą rękę i powtórzyć ich
gest. Osiągnęłam sukces połowiczny: twarze pojaśniały, lecz zdziwienie pozostało.
Samochód wtoczył się na równą nawierzchnię i przyspieszył, pozostawiając je w tyle.
Niewątpliwie kolejne symbole - z marzeń sennych, to jasne - ale z pewnością nie te
typowe, nie podręcznikowe. Co, u licha, moŜe symbolizować w mojej świadomości
grupa przyjaźnie nastawionych Amazonek, wyposaŜonych w oskardy i łopaty zamiast
łuków? Chyba jakieś niepowodzenie. Tłumione dąŜenie do dominacji? Rozumując w
ten sposób, nie zaszłam daleko. Tymczasem minęliśmy ostatni budynek i
wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń.
JuŜ wcześniej zorientowałam się po kwietnikach, Ŝe jest wiosna. Teraz
widziałam świeŜe pastwiska i schludne pola uprawne, które juŜ zaczynały się zielenić.
Nad wypielęgnowanymi Ŝywopłotami unosiła się lekka, zielonkawa mgiełka, a na
niektórych drzewach, w starannie prowadzonych zagajnikach, pojawiły się
pojedyncze listki. Słońce obejmowało promienną Ŝyczliwością cały ten pieczołowicie
skomponowany krajobraz; jedynie pasące się gdzieniegdzie krowy wprowadzały
pewien element artystycznego nieładu. Zabudowania gospodarcze stanowiły
integralną część harmonijnego porządku: puste kwadraty zadbanych domków, z
jednej strony - niewielki warzywnik, z drugiej - sad, a z trzeciej - podwórze.
Przypominało to krainę lalek, lecz bardziej uporządkowaną i zracjonalizowaną. Nie
dostrzegłam Ŝadnych samotnych chat, przypadkowo usytuowanych komórek czy
doklejonych do domów przybudówek. Jakie wnioski wynikają z tej wizji niemal
chorobliwego zamiłowania do porządku? śe jestem osobą bardziej niezdecydowaną
niŜ sądziłam, osobą, która podświadomie tęskni do prostoty i poczucia
bezpieczeństwa. No, no...
Otwarta cięŜarówka, która jechała chyba przed nami, skręciła w drogę
wysadzaną wypielęgnowanym Ŝywopłotem w kierunku jednej z farm. W cięŜarówce
znajdowało się kilka młodych kobiet, wyposaŜonych w jakieś narzędzia: znowu
Amazonki. Jedna z nich odwróciła głowę i skierowała na nas uwagę pozostałych.
Podniosły ręce w tym samym geście co poprzednie i pomachały nam radośnie.
Odwzajemniłam pozdrowienie. Pomyślałam, Ŝe to dziwne: Amazonki, symbol
dominacji, oraz krajobraz symbolizujący bierne poczucie bezpieczeństwa. Te dwa
elementy nie bardzo do siebie pasowały.
Sunęliśmy dalej, z niezbyt ambitną prędkością, około trzydziestu na godzinę,
mniej więcej od czterdziestu pięciu minut przez niemal jednakową okolicę. Teren
wznosił się i opadał łagodnie, przypuszczalnie aŜ do linii niewysokich, niebieskawych
wzgórz, wiele kilometrów przed nami. Mijaliśmy schludne zabudowania
rozmieszczone z regularnością kamieni milowych, choć dwa razy gęściej. Od czasu
do czasu spotykaliśmy pracujące na polach brygady, rzadziej pojedyncze osoby
krzątające się na farmie czy podorywujące ciągnikiem pola. Wszystkie znajdowały się
za daleko, by zauwaŜyć jakieś szczegóły. Niebawem miała jednak nastąpić zmiana.
Po lewej stronie pojawiły się szeregi drzew, biegnące pod kątem prostym do
drogi na odcinku blisko dwóch kilometrów. Początkowo myślałam, Ŝe to las, ale
wkrótce zauwaŜyłam, Ŝe drzewa rosną w jednakowych odstępach, a ich korony są
przystrzyŜone w taki sposób, Ŝe sprawiają wraŜenie wysokiego płotu.
Szpaler urywał się kilka metrów od drogi, po czym zakręcał. Jechaliśmy
wzdłuŜ niego prawie kilometr, aŜ samochód zwolnił, skręcił w lewo i zatrzymał się
przed wysoką bramą. Odezwał się klakson.
RóŜowa farba na bogato zdobionej bramie kryła prawdopodobnie kute Ŝelazo.
Dostrzegłam nad nią obfite stiuki pomalowane na ten sam kolor. Zastanawiająca
wydawała mi się dominacja róŜu, który uwaŜam za kolor ckliwy. CzyŜby chodziło o
barwę ciała? Symbol namiętnego pragnienia ciała, które niedostatecznie zaspokajam?
Na pewno nie. Nie róŜowy. Zdecydowanie ognistoczerwony... Nie znam chyba
nikogo, kto potrafiłby przejawiać Ŝarliwość na róŜowo...
Kiedy czekaliśmy na otwarcie bramy, z przeraŜającą jasnością zdałam sobie
sprawę, Ŝe coś jest nie w porządku ze stojącym obok budynkiem. Parterowy róŜowy
dom przylegał do bramy od lewej. Miał bladoniebieskie drzwi i okna, w których
wisiały białe firanki. Drzwi otworzyły się i ukazała się w nich kobieta w średnim
wieku, ubrana w białą bluzkę i białe spodnie. Miała odkrytą głowę i kilka siwych
pasemek w krótkich, ciemnych włosach. Na mój widok podniosła rękę w tym samym
geście co Amazonki, chociaŜ nieco niedbale, po czym podeszła do bramy, by ją
otworzyć. Dopiero wtedy dostrzegłam jej niski wzrost - mierzyła nie więcej niŜ metr
dwadzieścia. W ten sposób wyjaśniło się moje dziwne wraŜenie na widok budynku:
został wzniesiony wyłącznie na jej miarę...
Samochód ruszył, a ja wpatrywałam się w nią uporczywie. O co chodzi? W
mitologii roi się od gnomów i ludzików, które nawiedzają marzenia senne i mają
zapewne jakiś ogólnie przyjęty symboliczny sens, tylko nie mogłam sobie
przypomnieć jaki. Tłumiona płodność? Czy moŜe być coś bardziej subtelnego?
OdłoŜyłam te rozwaŜania na później i ponownie skupiłam uwagę na otoczeniu.
Ruszyliśmy z wolna pewnego rodzaju podjazdem. Okolica przypominała coś
pomiędzy miejskim parkiem a osiedlem mieszkaniowym. Szerokie kobierce
nieskalanej aksamitnej zieleni, gdzieniegdzie poprzetykane kwietnikami, delikatnymi
kępami srebrnych brzóz i większymi, pojedynczymi drzewami. Wśród zieleni stały
róŜowe trzypiętrowe domy, pozornie porozrzucane bez Ŝadnego planu.
Grupa kobiet podobnych do Amazonek, w podkoszulkach i spodniach koloru
wyblakłej, rudawej czerwieni zajęta była urządzaniem rabaty w pobliŜu podjazdu.
Musieliśmy przystanąć, Ŝeby przepchnęły na trawnik tarasujący drogę ręczny wózek
załadowany tulipanami. Kiedy je mijaliśmy, przekazały mi pozdrowienie i przyjazne
uśmiechy.
Chwilę później odniosłam wraŜenie, Ŝe coś złego dzieje się z moimi oczami.
Za jednym z domów pojawił się bowiem następny, tym razem biały, a nie róŜowy,
choć identyczny, z tym Ŝe pomniejszony o co najmniej jedną trzecią...
Zamrugałam powiekami i przyjrzałam się jeszcze uwaŜniej, ale budynek wcale
się nie powiększał.
Nieco dalej groteskowo ogromna kobieta spowita w róŜowe szaty cięŜkim
krokiem szła wolno przez trawnik. Towarzyszące jej trzy małe kobiety w białych
ubiorach wyglądały jak dzieci lub oŜywione lalki: nieodparcie przywodziły na myśl
holowniki kręcące się wokół liniowca.
Poczułam, Ŝe się gubię: nagromadzenie i kombinacje symboli znacznie
przerastały moje moŜliwości.
Samochód skręcił w prawo i po chwili zatrzymaliśmy się przy schodach
prowadzących do jednego z róŜowych domków. Był normalnych rozmiarów, choć nie
pozbawiony pewnej niezwykłości, poniewaŜ schody dzieliła balustrada: stopnie po
lewej stronie były zwyczajne, natomiast po prawej niŜsze i liczniejsze.
Trzy sygnały klaksonu zaanonsowały nasz przyjazd. Po upływie nie więcej niŜ
dziesięciu sekund w drzwiach pojawiło się kilka małych kobiet. Zbiegły po stopniach
z prawej strony balustrady. Trzasnęły drzwiczki. Kobieta, która prowadziła samochód,
wyszła im naprzeciw. Kiedy znalazła się w zasięgu mojego wzroku, zobaczyłam, Ŝe
teŜ naleŜy do tych małych, chociaŜ nie nosiła białego stroju, lecz lśniącą róŜową
liberię, idealnie dopasowaną kolorem do samochodu.
Zanim zbliŜyły się, by otworzyć drzwi, które znajdowały się za mną,
wymieniły kilka uwag, po czym usłyszałam radosny głosik:
- Witaj, Matko Orchis. Witamy w domu.
LeŜanka, czy nosze, przesunęła się do przodu na rolkach, a następnie
sanitariuszki wspólnymi siłami postawiły ją na trawie. Pochyliła się nade mną młoda
kobieta w róŜowej bluzce, z plakietką na lewej piersi, przedstawiającą krzyŜ. W jej
głosie zabrzmiała troska.
- Czy moŜesz chodzić, Matko?
Nie była to chwila sprzyjająca dociekaniom na temat formy pytania. Mogło
być zaadresowane wyłącznie do mnie.
- Chodzić? - powtórzyłam. - Oczywiście, Ŝe mogę. - Usiadłam z pomocą
czterech par rąk.
Oczywiście okazało się zbyt optymistycznym stwierdzeniem. Mimo troskliwej
pomocy, jakiej mi zewsząd udzielano, chodzenie wymagało wysiłku, który przyprawił
mnie o zadyszkę. Spojrzałam w dół, na monstrualne ciało falujące pod moimi
róŜowymi szatami. Poczułam przyprawiający o mdłości przypływ wstrętu. Cokolwiek
kryło się pod tą dziwaczną masą symboliki, moŜe okazać się niesmacznym
objawieniem. Spróbowałam zrobić krok. Trudno, doprawdy, nazwać “chodzeniem”
sposób, w jaki posuwałam się do przodu. Odczułam to jak powolne przetaczanie się
ocięŜałej fali, zresztą musiało to tak właśnie wyglądać. Kobiety, które sięgały mi
nieco powyŜej pasa, dreptały wokół mnie niczym stado strwoŜonych kur.
Postanowiłam iść dalej: sunęłam więc falistym ruchem, najpierw kilka metrów po
Ŝ
wirze, potem zaś z uporem szłam ocięŜale lewą stroną schodów.
Gdy dotarłam do szczytu, wszystkich ogarnęło uczucie ulgi i tryumfu.
Zatrzymałyśmy się na moment, bym mogła złapać oddech, po czym weszłyśmy do
budynku. Ujrzałam korytarz i troje, moŜe czworo zamkniętych drzwi po obu stronach.
Korytarz rozchodził się w głębi. Skręciłyśmy w lewo i tam, na końcu, po raz pierwszy
od czasu, gdy uległam temu przywidzeniu, stanęłam twarzą w twarz z lustrem.
Musiałam zebrać wszystkie siły, by nie wpaść w panikę na widok tego, co
zobaczyłam. Przez kilka sekund walczyłam z dławiącą mnie histerią. Patrzyłam na
koszmarną parodię: słoniowata kobieca postać, wyolbrzymiona róŜowymi szatami. Na
szczęście zakrywały wszystko oprócz głowy i dłoni. Ich widok wywoływał wstrząs
innego rodzaju, poniewaŜ dłonie, gładkie, pulchne i całkiem nieproporcjonalne,
wyglądały przyjemnie, głowa zaś i twarz młodo i dziewczęco.
Dziewczyna równieŜ była ładna, mogła mieć najwyŜej dwadzieścia,
dwadzieścia jeden lat. Krótko przycięte, kręcone, jasne włosy o rudawym odcieniu
otaczały róŜowokremową twarz o delikatnych i naturalnie czerwonych ustach.
Patrzyła na mnie i na wszystkie nerwowo skupione wokół mnie małe kobietki
niebieskozielonymi oczami spod lekko łukowatych brwi. Subtelne rysy jak z
Fragonurda, osadzone na tak potwornym cielsku. Równie niedorzecznie wyglądałby
kwiat frezji wyrastający z rzepy.
Poruszyłam wargami, jej wargi zrobiły to samo; zgięłam rękę, ona teŜ. Kiedy
jednak opanowałam w końcu wzbierającą we mnie histerię, dziewczyna przestała być
moim odbiciem. Wcale nie była do mnie podobna, musiała więc być jakąś
nieznajomą. Przyglądałam się jej ze zdziwieniem. Strach i odraza ustąpiły miejsca
smutkowi i współczuciu. Było mi jej tak Ŝal, Ŝe chciało mi się płakać. Rozpłakałam
się. Jak przez mgłę dostrzegłam łzy wzbierające w jej oczach.
Jedna ze stojących obok kobiet chwyciła moją dłoń.
- Droga, kochana Matko Orchis, co się stało? - spytała z troską w głosie.
Nie mogłam powiedzieć, bo sama nie bardzo wiedziałam. Kobieta w lustrze
potrząsnęła głową i łzy potoczyły się po jej policzkach. Poczułam, Ŝe gładzą mnie
drobne dłonie. Ciche, kojące głosy zachęcały, bym szła dalej. Otwarto kolejne drzwi i
z wielkimi ceremoniami wprowadzono mnie do pokoju.
Znalazłyśmy się w pomieszczeniu, które przypominało skrzyŜowanie buduaru
z pokojem szpitalnym. Charakter buduaru nadawała mu przewaga koloru róŜowego:
róŜowy dywan, pościel, poduszki, abaŜury i przejrzyste firanki. Motyw szpitalny
stanowiło sześć tapczanów czy leŜanek, z których jedna była wolna.
Pokój był dostatecznie duŜy, by pomieścić pod ścianami po trzy leŜanki z
komódką, krzesłem i stolikiem, nie sprawiając wraŜenia ciasnoty. Pozostała na środku
przestrzeń mieściła bez trudu kilka rozłoŜystych foteli i stół, na którym znajdowała się
artystyczna kompozycja z kwiatów. Unosił się tam przyjemny zapach i przyciszone,
nastrojowe dźwięki kwartetu smyczkowego. Na pięciu posłaniach spoczywały znane
mi juŜ obfite kształty. Dwie kobiety wyprzedziły towarzyszącą mi grupę, by zsunąć
róŜową atłasową kapę z szóstego łóŜka.
Głowy na wszystkich pięciu łóŜkach zwróciły się w moją stronę. Trzy
uśmiechały się na powitanie, dwie przybrały mniej serdeczny wyraz.
- Witaj, Orchis - odezwała się przyjaźnie jedna z uśmiechniętych, po czym
dodała zatroskanym tonem: - Co się stało, kochanie? Czy spotkało cię coś
nieprzyjemnego?
Przyjrzałam się jej dokładniej. Miała twarz serdeczną, pulchną i miłą,
otoczoną jasnobrązową chmurą włosów rozsypanych na poduszce. Wyglądała na
dwadzieścia trzy, cztery lata, chociaŜ reszta jej postaci wznosiła się na posłaniu
niczym ogromne wzgórze z róŜowego atłasu. Nie zdobyłam się na Ŝadną odpowiedź,
ale zrobiłam wszystko, by przechodząc obok niej odwzajemnić uśmiech.
Moja asysta falowała przy pustym łóŜku. Po wielu przygotowaniach i
skomplikowanych manewrach liczne dłonie pomogły mi wspiąć się na posłanie i
podłoŜyły mi poduszkę pod głowę.
Wędrówka z samochodu kosztowała mnie sporo sił, odpoczywałam więc z
uczuciem wdzięczności, podczas gdy dwie małe kobietki podciągały i układały
kołdrę, a trzecia wyjęła chusteczkę i delikatnie wycierając mi policzki, mruczała
pocieszająco:
- No dobrze, juŜ dobrze. Jesteśmy w domu. Zaraz wszystko będzie dobrze.
Trzeba tylko trochę odpocząć. Postaraj się zasnąć.
- Co jej się stało? O co chodzi? - dopytywano się natarczywie z jednego z
sąsiednich łóŜek. - Czy coś się nie udało?
Kobietka z chusteczką i krzyŜem św. Andrzeja, która wydawała się
odpowiedzialna za całą tę operację, gwałtownie odwróciła głowę.
- Nie ma Ŝadnych powodów do niepokoju, Matko Hazel. Matka Orchis
urodziła czwórkę ślicznych dzieci. Prawda, kochanie? - dodała, zwracając się do
mnie. - Jest trochę zmęczona podróŜą, to wszystko.
- Aha - stwierdziła pytająca niezbyt uprzejmie i zamilkła.
Krzątano się jeszcze jakiś czas, po czym podano mi szklankę napoju, który
wyglądał jak woda, lecz posiadał nadspodziewaną moc. Przy pierwszym łyku
zakrztusiłam się, ale juŜ po chwili poczułam się znacznie lepiej. Mój orszak ukończył
porządkowanie i drapowanie i oddalił się, pozostawiając mnie wygodnie opartą na
poduszkach. Oczy pięciu olbrzymek śledziły mnie z zaciekawieniem.
Kłopotliwą ciszę przerwała dziewczyna, która powitała mnie przy wejściu.
- Gdzie cię wysłały na wczasy, Orchis?
- Wczasy? - powtórzyłam bezmyślnie.
Teraz wszystkie wpatrywały się we mnie zdumione.
- Nie wiem, o czym mówisz. WciąŜ gapiły się głupkowato.
- Trudno to wprawdzie nazwać wczasami - zauwaŜyła któraś, widocznie
zaintrygowana. - Ostatnio, na przykład, wysłały mnie nad morze i dały mi taki mały
samochodzik, Ŝebym mogła się swobodnie poruszać. Wszyscy okazywali nam wiele
Ŝ
yczliwości. Było nas razem sześć Matek. No więc gdzie wypoczywałaś? Nad
morzem czy w górach?
Były okropnie wścibskie i czułam, Ŝe wcześniej czy później będę musiała coś
powiedzieć. Chwilowo wybrałam wyjście najprostsze.
- Nie pamiętam - odparłam. - Nic nie pamiętam. Zdaje się, Ŝe zupełnie
straciłam pamięć.
Ale ta odpowiedź równieŜ ich nie zadowoliła.
- No tak! - odezwała się z pewną satysfakcją ta, do której zwracano się Hazel.
- Wiedziałam, Ŝe coś w tym jest. I pewno nawet nie pamiętasz, czy urodziłaś dzieci
Pierwszej Klasy?
- Nie wygłupiaj się, Hazel - wtrąciła się inna. - Muszą być Pierwszej Klasy.
Inaczej Orchis nie wróciłaby tutaj... Przeklasyfikowałyby ją na Matkę Klasy Drugiej i
wysłały do Whitewich. - A po chwili nieco serdeczniejszym tonem zwróciła się do
mnie. - Kiedy to się stało, Orchis?
- Nie... nie wiem - odpowiedziałam. - Nie pamiętam niczego, co zaszło, zanim
obudziłam się dziś rano w szpitalu. Mam zupełną pustkę w głowie.
- W jakim znowu szpitalu? - rzuciła z pogardą Hazel.
- Chyba ma na myśli Ośrodek - zauwaŜyła któraś z Matek. - Ale nie chcesz
chyba powiedzieć, Ŝe nas teŜ nie pamiętasz, Orchis?
- Nie pamiętam - przyznałam. - Przykro mi, ale wszystko, co działo się, zanim
odzyskałam przytomność w szpi... w Ośrodku, jest dla mnie czarną dziurą.
- To dziwne - zauwaŜyła Hazel niesympatycznie. - Czy one o tym wiedzą?
Na szczęście któraś z kobiet mnie wyręczyła.
- No jasne, Ŝe muszą wiedzieć. Prawdopodobnie są zdania, Ŝe pamięć nie ma
nic wspólnego z rodzeniem dzieci Klasy Pierwszej, bo niby dlaczego miałaby mieć?
Ale posłuchaj, Orchis...
- MoŜe damy jej trochę odpocząć - przerwała inna. - Nie czuje się chyba
najlepiej po Ośrodku, podróŜy i tym spacerze tutaj. Ja zresztą teŜ nigdy się dobrze nie
czuję. Nie przejmuj się nimi, droga Orchis. Prześpij się troszeczkę. Kiedy się
obudzisz, wszystko na pewno wróci do normy.
Z wdzięcznością przyjęłam jej propozycję. Cała sprawa była zbyt zagadkowa,
Ŝ
eby ją w tej chwili rozwikływać. Poza tym byłam naprawdę zmęczona.
Podziękowałam za radę i opadłam na poduszki. JeŜeli moŜna zamykać oczy w sposób
ostentacyjny, to ja tak właśnie zrobiłam. A co dziwniejsze, jeŜeli w stanie
przywidzenia czy sennych marzeń moŜliwy jest sen, to zasnęłam...
Budząc się, zanim jeszcze otworzyłam oczy, miałam nadzieję, Ŝe
przywidzenie zniknie. Niestety, tak się nie stało. Jakaś ręka delikatnie potrząsnęła
moim ramieniem i pierwsze, co ujrzałam, to była pochylona nade mną twarz małej
przełoŜonej.
Odezwała się z intonacją charakterystyczną dla wszystkich pielęgniarek.
- No i proszę, Matko Orchis. Czy nie mówiłam? Czujemy się znacznie lepiej
po tej miłej drzemce, prawda?
Za nią pojawiły się dwie małe sanitariuszki z tacą, którą ustawiły przede mną
w wygodnej odległości. Z przeraŜeniem patrzyłam na jej zawartość. Była to bez
wątpienia największa porcja, jaką kiedykolwiek postawiono przed jedną osobą.
Zrobiło mi się niedobrze... ale po chwili poczułam pewien wewnętrzny opór,
poniewaŜ posiłek nie wywołał sprzeciwu mojej powłoki cielesnej, która okazywała
wielki apetyt i nie mogła doczekać się, kiedy zaczniemy. Podczas gdy moje wnętrze
zdumiewało się z bezpiecznego dystansu, reszta ciała zdąŜyła pochłonąć dwie lub trzy
ryby, całego kurczaka, parę plastrów wędliny, górę jarzyn, owoce ukryte pod grubą
warstwą śmietany i ponad litr mleka, i to bez Ŝadnego uczucia przesytu. Spoglądając
od czasu do czasu spod oka na pozostałe Matki, zauwaŜyłam, Ŝe podobnie
rozprawiały się z zawartością podobnych tac.
Rzucały mi raz po raz zaciekawione spojrzenia, ale były zbyt zajęte, Ŝeby
podjąć przesłuchanie właśnie teraz. Rozmyślałam, jak bronić się przed ich pytaniami,
i przyszło mi do głowy, Ŝe gdybym miała jakąś ksiąŜkę albo pismo, mogłabym, moŜe
niezbyt uprzejmie, zagłębić się w lekturze.
Kiedy ponownie pojawiła się nasza obsługa, zapytałam tę ze znaczkiem, czy
mogłaby przynieść mi coś do czytania. To proste Ŝyczenie wywołało niezwykłe
skutki. Dwie asystentki wynoszące właśnie moją tacę po prostu wypuściły ją z rąk.
Ta, która stała przy moim łóŜku, aŜ otworzyła usta ze zdziwienia, zanim pozbierała
myśli. Przyglądała mi się najpierw podejrzliwie, potem zaś z zatroskaniem.
- Jeszcze niezupełnie doszłaś do siebie, prawda? - zasugerowała.
- AleŜ skąd - zaprotestowałam. - Czuję się świetnie.
Mimo to wyraz troski nie zniknął z jej twarzy.
- Na twoim miejscu postarałabym się pospać jeszcze trochę - poradziła.
- Aleja nie chcę. Chciałabym po prostu poczytać - upierałam się.
Nieco zakłopotana pogładziła mnie po ramieniu.
- Zdaje się, Ŝe jesteś przemęczona, Matko. Proszę się nie martwić, to na
pewno wkrótce minie.
- Co w tym złego, Ŝe chcę sobie poczytać? - dopytywałam się
zniecierpliwiona.
Posłała mi pełen wyŜszości uśmiech zawodowej pielęgniarki.
- Dobrze, dobrze, moja droga. Proszę jeszcze spróbować odpocząć. Po co, na
Boga, Matka miałaby czytać?
Po tych słowach wygładziła mi kołdrę i pospiesznie wyszła z sali, porzucając
mnie na pastwę zaskoczonych spojrzeń moich pięciu towarzyszek. Hazel zaśmiała się
pogardliwie, po czym przez następnych parę minut nie padł ani jeden głośny
komentarz.
Osiągnęłam etap, na którym długotrwałość przywidzenia zaczęła osłabiać
moje poczucie dystansu. Czułam, Ŝe przypierana do muru mogę stracić pewność
siebie i zwątpić w nierealność sytuacji. Nie podobała mi się jej spokojna ciągłość.
Wolałabym niekonsekwencję, przesadę, gwałtowne skoki i bzdurne perspektywy -
wszelkie cechy właściwe marzeniom sennym. Zamiast tego miałam do czynienia z
ciągiem oczywistych, choć niepokojąco przekonywających i logicznych nonsensów. I
tak, na przykład, skutki następowały bezbłędnie po przyczynach. Miałam niemiłe
wraŜenie, iŜ gdyby sięgnąć odpowiednio głęboko, moŜna by doszukać się takŜe
logicznych przyczyn absurdów. Panująca tu zbyt wielka spójność zakłócała spokój
umysłu i nawet fakt, Ŝe smakował mi posiłek, który spoŜywałam w pełni władz
umysłowych i po którym poczułam się lepiej, wzmacniał niebezpiecznie poczucie
rzeczywistości.
- Czytać! A to ci dopiero! - Hazel parsknęła nagle pogardliwym śmiechem. -
MoŜe teŜ pisać, co?
- A dlaczego nie? - odparowałam.
Patrzyły na mnie z rosnącą uwagą i wymieniły znaczące spojrzenia, dwie zaś -
znaczące uśmiechy.
- A co w tym złego, u licha? - dopytywałam się, rozdraŜniona. - Czy nie
powinnam umieć czytać i pisać? O co chodzi?
Jedna z nich odezwała się łagodnie:
- Czy nie byłoby lepiej, Orchis, gdybyś poprosiła o widzenie z panią doktor?
Niech cię tylko zbada.
- Nie - zaprzeczyłam stanowczo. - Nic mi nie jest. Staram się tylko zrozumieć.
Proszę o ksiąŜkę, a wy patrzycie na mnie jak na wariatkę. Dlaczego?
Zapadło niezręczne milczenie, które ona przerwała po chwili pogodnie, prawie
tymi samymi słowami, co mała opiekunka.
- Posłuchaj, Orchis. Spróbuj wziąć się w garść, kochanie. Na co moŜe przydać
się Matce czytanie i pisanie? Czy to pomoŜe jej w rodzeniu lepszych dzieci?
- Oprócz dzieci są jeszcze w Ŝyciu inne sprawy - ucięłam.
JeŜeli przedtem były zaskoczone, to teraz wyglądały jak raŜone piorunem.
Nawet Hazel nie znalazła stosownego komentarza. Ich idiotyczne osłupienie
wyprowadziło mnie z równowagi. Poczułam się nagle wyczerpana całą tą
bezsensowną historią. Chwilami rzeczywiście zapominałam, Ŝe mam być
bezstronnym obserwatorem marzenia sennego.
- Do jasnej cholery! - wybuchnęłam. - Co to za bzdury? Jaka Orchis? Matka
Orchis!... Na miłość boską! Gdzie ja jestem? Czy to jakiś dom wariatów?
Patrzyłam na nie z wściekłością i nienawiścią, zastanawiając się, czy
przypadkiem nie chodzi tu o jakąś złośliwą zmowę przeciw mnie. Nie wiem dlaczego,
ale byłam całkowicie przekonana, Ŝe kimkolwiek czy czymkolwiek jestem, to na
pewno nie jestem Ŝadną matką. Powiedziałam to głośno, z naciskiem i jak na złość
sobie samej... wybuchnęłam płaczem.
Otarłam oczy rękawem, bo nie miałam niczego innego pod ręką, i
zauwaŜyłam, Ŝe patrzą na mnie ze szczerym współczuciem. Z wyjątkiem Hazel.
- Mówiłam, Ŝe to jakaś dziwna sprawa - triumfowała. - Ona jest po prostu
stuknięta.
Ta, która od początku okazywała mi najwięcej zrozumienia, ponowiła wysiłki.
- AleŜ Orchis. PrzecieŜ to oczywiste, Ŝe jesteś Matką. Matką Pierwszej Klasy
z trzema zarejestrowanymi porodami. Dwanaścioro ślicznych i zdrowych dzieci Klasy
Pierwszej. Nie mogłaś chyba tego zapomnieć!
Nie wiem, dlaczego znowu się rozpłakałam. Czułam, Ŝe coś usiłuje przebić się
przez pustkę, jaką miałam w głowie. Nie miałam pojęcia co, ale wiedziałam, Ŝe jest
mi z tego powodu bardzo źle.
- Och, jakie to straszne, jakie okrutne! Dlaczego nie potrafię tego przerwać?!
Dlaczego nie mija i nie zostawi mnie w spokoju? - Ŝaliłam się. - To jakiś potworny
Ŝ
art, którego zupełnie nie rozumiem. Co się ze mną stało? Nie miewam przecieŜ
obsesji... Ja nie... ja... Niech mi ktoś pomoŜe!
Zacisnęłam powieki i wytęŜyłam cały umysł, próbując wymazać i przerwać
całe to przywidzenie. Gdy otworzyłam oczy, napotkałam wzrok wszystkich pięciu
Matek, które wciąŜ wpatrywały się we mnie głupkowato sponad obrzydliwych
zwałów róŜowego atłasu.
Podniosłam się z trudem i usiadłam. WciąŜ czułam na sobie ich spojrzenia.
Chciałam spuścić stopy z łóŜka, ale zaplątały się w atłasową kołdrę i nie byłam w
stanie schylić się, Ŝeby je uwolnić. Prawdziwa, rozpaczliwa frustracja, typowa dla
marzeń sennych. Usłyszałam swój błagalny głos:
- Pomocy! Och, Donaldzie, kochany, proszę cię, pomóŜ mi...
Nagle, zupełnie jakby słowo “Donald” poruszyło spręŜynę, coś we mnie
zaskoczyło. Jakby uchyliła się jakaś klapka, nie do końca, lecz na tyle szeroko, bym
zorientowała się, kim jestem. I wtedy pojęłam, na czym polega to okrucieństwo.
Spojrzałam na swoje towarzyszki. WciąŜ gapiły się na mnie z wyrazem
zdziwienia i niepokoju na twarzach. Zrezygnowałam z zamiaru ruszenia się i z
powrotem opadłam na poduszki.
- No, teraz juŜ mnie nie oszukacie - oświadczyłam. - JuŜ wiem, kim jestem.
- AleŜ Matko Orchis... - zaczęła któraś z nich.
- Przestań - ucięłam. Przeszłam niespodziewanie od rozczulania się nad sobą
do masochistycznej bezwzględności. - Nie jestem Ŝadną Matką - ciągnęłam szorstko. -
Jestem tylko kobietą, która przez pewien czas miała męŜa i nadzieję... ale tylko
nadzieję... urodzić mu dzieci.
Kiedy skończyłam, zapadła cisza, nieco dziwna cisza, poniewaŜ spodziewałam
się przynajmniej szeptów. Moja wypowiedź nie wywarła Ŝadnego wraŜenia. Z ich
twarzy nie wyczytałam zrozumienia: pozostały bez wyrazu, jak twarze lalek.
Po chwili najsympatyczniejsza z nich poczuła się w obowiązku przerwać
milczenie. Ściągając brwi zadała mi ostroŜne pytanie:
- A co to jest mąŜ?
Wodziłam wzrokiem od jednej do drugiej. Nie dostrzegłam Ŝadnych śladów
przebiegłości, tylko przejawy wysiłku umysłowego, jakie widuje się czasami w
oczach dziecka. Znów wezbrała we mnie fala histerii, ale się opanowałam. Dobrze
więc: jeŜeli to przywidzenie nie chce mnie opuścić, zagram z nim w jego własną grę i
zobaczymy, co z tego wyniknie. Z niewzruszonym wyrazem twarzy przystąpiłam do
wyjaśnienia, uŜywając prostych słów:
- MąŜ to męŜczyzna, którego kobieta wybiera, by...
Sądząc po braku ich reakcji, nie wyraŜałam się dość jasno. Mimo to pozwoliły
mi powiedzieć jeszcze trzy lub cztery zdania. Gdy zrobiłam pauzę, Ŝeby wziąć
oddech, ta sympatyczna wtrąciła pytanie, na które najwyraźniej nie znała odpowiedzi:
- Ale co to jest męŜczyzna? - zapytała nie kryjąc zmieszania.
Po moim wyjaśnieniu w pokoju zaległo wymowne milczenie. Wydało mi się,
Ŝ
e postanowiły odciąć się ode mnie, lecz nie miałam zamiaru tego sprawdzać. Byłam
zbyt zajęta dalszym wywaŜaniem drzwi do mojej pamięci, które od pewnego punktu
ani drgnęły.
Wiedziałam, Ŝe mam na imię Jane. Najpierw nazywałam się Jane Summers, a
potem, po Donaldzie, Jane Waterleigh.
Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy się pobraliśmy, i zaledwie dwadzieścia
pięć, gdy zginął sześć miesięcy później. I na tym koniec. Niewykluczone, Ŝe
wydarzyło się to wczoraj, lecz nie miałam pewności...
Wszystko, co działo się przedtem, jawiło się z absolutną jasnością. Rodzice,
koleŜanki, dom rodzinny, szkoła, kursy, praca - pod nazwiskiem panieńskim w
Szpitalu Wraychester. Przypomniałam sobie dzień, w którym pierwszy raz ujrzałam
Donalda. Przywieziono go pewnego wieczoru do szpitala ze złamaną nogą. Pamiętam
teŜ, co nastąpiło potem...
Teraz przypomniałam sobie nawet twarz, którą powinnam zobaczyć w lustrze.
W niczym nie przypominała tej, jaką widziałam w korytarzu. Powinna być bardziej
owalna, opalona, usta wykrojone delikatniej, włosy naturalnie kręcone, kasztanowe,
oczy brązowe, osadzone szeroko, zazwyczaj bardzo powaŜne.
Wiedziałam takŜe, jak powinna wyglądać reszta: szczupła sylwetka, długie
nogi, drobne, jędrne piersi - normalne, ładne ciało, w którym nie widziałam niczego
nadzwyczajnego, dopóki za sprawą miłości Donalda nie stałam się z niego dumna...
Spojrzałam na odraŜającą górę róŜowego atłasu i wstrząsnął mną dreszcz
obrzydzenia. Jednocześnie wzbierało we mnie oburzenie. Zapragnęłam, Ŝeby Donald
mnie pocieszał, pieścił, kochał, Ŝeby zapewniał, Ŝe wszystko dobrze się skończy, Ŝe
wcale nie wyglądam tak, jak się widzę, i Ŝe to naprawdę był sen. Ale zaraz ogarnęło
mnie przeraŜenie na myśl, Ŝe mógłby zobaczyć mnie taką wstrętną i grubą. Potem
przypomniałam sobie, Ŝe Donald nigdy mnie nie zobaczy... juŜ nigdy więcej... i
poczułam się nieszczęśliwa. Łzy znowu pociekły mi po policzkach.
Pięć kobiet ciągle patrzyło na mnie w zdumieniu szeroko otwartymi oczami.
Po półgodzinnym milczeniu drzwi otworzyły się nagle i do pokoju weszła brygada
małych kobietek w białych kostiumach. ZauwaŜyłam, Ŝe Hazel spojrzała najpierw na
mnie, potem na szefową grupy. Wydało mi się, Ŝe chce coś powiedzieć, ale się
rozmyśliła. Kobietki rozeszły się, stając naprzeciw siebie po dwie przy kaŜdym
łóŜku. Odrzuciły kołdry, zakasały rękawy i przystąpiły do masaŜu.
Początkowo było to całkiem przyjemne i kojące: wystarczyło leŜeć spokojnie i
rozluźnić się. Po chwili jednak zaczęło mi się to nie podobać. W końcu masaŜ stał się
zdecydowanie przykry.
- Przestań! - zwróciłam się ostro do masaŜystki z prawej strony.
Zawahała się, uśmiechnęła przyjaźnie, chociaŜ trochę niepewnie, i masowała
dalej.
- Powiedziałam, przestań - powtórzyłam, odpychając ją.
Spojrzałam jej prosto w oczy. WyraŜały niepokój i uraŜoną dumę, chociaŜ na
ustach nadal malował się profesjonalny uśmiech.
- Rozumiesz, co do ciebie mówię? - dodałam szorstko.
Rzuciła niepewne spojrzenie swojej partnerce po przeciwnej stronie łóŜka.
- Ty teŜ przestań - poleciłam drugiej. - Wystarczy.
Nawet nie zmieniła rytmu. Ta z prawej poszła za jej przykładem i zaczęła od
nowa. Podniosłam rękę i pchnęłam ją, tym razem znacznie mocniej. Okazało się, Ŝe w
tym wałku tapicerskim, jakim była moja ręka, tkwiło więcej siły, niŜ sądziłam, bo
moje pchnięcie wyrzuciło ją na środek pokoju. Potknęła się i upadła.
Wszelki ruch w pokoju nagle zamarł. Wszystkie kobiety podniosły wzrok,
najpierw na nią, potem na mnie. Milczenie trwało jednak krótko. Niebawem
wszystkie masaŜystki powróciły do swojej pracy. Podniosła się teŜ moja. Płakała i
wyglądała na przestraszoną, ale z zaciśniętymi zębami ruszyła w moją stronę.
- Radzę wam, potworki, trzymać się ode mnie z daleka - ostrzegłam.
Podziałało. Zatrzymały się i Ŝałośnie popatrzyły na siebie. Wtedy podeszła ta z
odznaką.
- O co chodzi, Matko Orchis? - zapytała.
Powiedziałam, o co chodzi, a ona zdziwiła się.
- AleŜ tak właśnie ma być! - odezwała się z wyrzutem.
- Nie ze mną. Nie lubię i nie Ŝyczę sobie tego - oświadczyłam. Stała bezradna i
zdezorientowana. Z drugiego końca pokoju usłyszałam głos Hazel:
- Orchis zwariowała. Opowiada nam jakieś obrzydliwości. To kompletna
wariatka.
Mała kobietka odwróciła się do niej, po czym skierowała pytające spojrzenie
na jedną z pozostałych Matek. Gdy ta, z grymasem obrzydzenia, potwierdziła
skinieniem głowy, szefowa zwróciła spojrzenie na mnie. Przyglądała mi się
badawczo.
- ZłoŜycie stosowny raport. A teraz odmaszerować!
Przeszły przez pokój płacząc, jak dwie nieszczęśnice. Szefowa znowu
spojrzała na mnie w zamyśleniu i ruszyła za nimi.
Parę minut później pozostałe masaŜystki spakowały się i opuściły pokój.
Zostałyśmy znowu same. Hazel przerwała milczenie.
- Postąpiłaś bardzo brzydko. PrzecieŜ te biedactwa robiły tylko to, co do nich
naleŜało - zauwaŜyła.
- Być moŜe, ale ja tego nie lubię - odpowiedziałam.
- I dlatego załatwiasz im chłostę, tak? ChociaŜ pewnie znowu powiesz, Ŝe
straciłaś pamięć i nie pamiętasz, Ŝe słuŜka, która narazi się Matce, otrzymuje chłostę -
dodała zjadliwie.
- Chłostę? - powtórzyłam niepewnie.
- Tak, chłostę - przedrzeźniała mnie. - Ale ciebie nie interesuje, co się z nimi
dzieje. Bez względu na to, co ci się przydarzyło, kiedy wyjechałaś, rezultaty są
paskudne. Nigdy cię nie lubiłam, Orchis, chociaŜ inne zapewniały mnie, Ŝe nie mam
racji. Teraz wiemy juŜ wszystkie.
ś
adna z pozostałych kobiet nie odezwała się. Odniosłam wraŜenie, Ŝe
podzielają jej zdanie, ale oszczędzono mi potwierdzenia, poniewaŜ właśnie otwarły
się drzwi.
Wróciła przełoŜona w towarzystwie kilku małych siepaczek, tym razem
jednak nad grupą górowała wzrostem przystojna kobieta około trzydziestki.
Przyniosło mi to ogromną ulgę. Nie była mała, nie była Amazonką ani nie była
wielka. Na tle swojej świty być moŜe sprawiała wraŜenie osoby bardzo wysokiej,
choć oceniłam jej wzrost na jakieś metr sześćdziesiąt pięć. Normalna kobieta o
przyjemnej powierzchowności, brązowych, krótko przyciętych włosach, ubrana w
biały fartuch, spod którego wystawała czarna plisowana spódnica. PrzełoŜona musiała
niemal biegać truchtem, by nadąŜyć za jej długimi krokami, i coś opowiadała, z czego
usłyszałam tylko o jakichś złudzeniach oraz urywek zdania: “...dopiero dzisiaj
przyjechała z Ośrodka, pani doktor”.
NiŜsze pielęgniarki zbiły się w ciasną grupkę, podczas gdy kobieta przystanęła
przy moim łóŜku i przyglądała mi się z pewną obawą. WłoŜyła mi termometr do ust i
chwyciła za nadgarstek. Zaspokoiwszy ciekawość w obu kwestiach spytała:
- Bóle głowy? Jakieś inne dolegliwości?
- Nie - odparłam.
Przyglądała mi się z uwagą. Odwzajemniłam spojrzenie.
- Więc o co... - zaczęła.
- Ona zwariowała - wtrąciła Hazel z drugiego końca pokoju. - Powiada, Ŝe
straciła pamięć i nas nie pamięta.
- Opowiada jakieś straszne obrzydliwości - dorzuciła druga.
- Ma przywidzenia. Wydaje jej się, Ŝe potrafi czytać i pisać - uzupełniła Hazel.
Lekarka uśmiechnęła się.
- CzyŜby?
- Nie widzę powodu, dlaczego nie miałabym umieć. MoŜna to całkiem łatwo
udowodnić - powiedziałam bezczelnie.
Dała się na chwilę zaskoczyć. Ale zaraz na jej twarzy pojawił się ten sam
wyrozumiały uśmieszek.
- Świetnie - zgodziła się.
Wyjęła z kieszeni notesik i podała mi wraz z ołówkiem. Poczułam się
dziwnie, trzymając ołówek między palcami. Kiedy z niejakim oporem zajęły swoje
miejsce, napisałam:
“Wiem aŜ za dobrze, Ŝe mam przywidzenia. I Ŝe ty teŜ jesteś przywidzeniem”.
Gdy oddawałam notes, Hazel zachichotała.
Lekarka nie otworzyła wprawdzie ust ze zdziwienia, ale jej uśmiech zgasł
natychmiast. Patrzyła teraz na mnie z wielką powagą. Widząc jej reakcję, pozostałe
kobiety zamilkły, jakbym wykonała jakąś zaskakującą magiczną sztuczkę. Lekarka
zwróciła się do Hazel:
- Co wam opowiadała?
Hazel zawahała się, a potem wyrzuciła z siebie odpowiedź.
- Straszne rzeczy. O dwupłciowych istotach ludzkich. Jakbyśmy były po
prostu zwierzętami. Obrzydliwe! Po chwili namysłu lekarka zwróciła się do
przełoŜonej:
- Przenieście ją lepiej do ambulatorium. Tam ją zbadam.
Po jej wyjściu małe rzuciły się, Ŝeby przyciągnąć do mojego posłania niskie
łóŜko na kółkach z rogu pokoju. Kilkanaście rąk pomagało mi się na nie przemieścić,
po czym zostałam pospiesznie wywieziona.
- A teraz do rzeczy - zaczęła lekarka ponurym tonem. - Kto ci naopowiadał o
dwupłciowych istotach ludzkich? Chcę znać nazwisko.
Byłyśmy same w niewielkim pomieszczeniu wyklejonym róŜową tapetą w
złote groszki. Po przeniesieniu mnie z wózka na leŜankę pomocnice oddaliły się.
Lekarka siedziała trzymając na kolanach notes i ołówek. Zachowywała się jak
wszechwiedzący inkwizytor.
Nie byłam w zbyt miłym nastroju. Powiedziałam, Ŝeby się nie wygłupiała.
Zamurowało ją, poczerwieniała ze złości, ale zdołała się opanować. Pytała
dalej:
- Po opuszczeniu Kliniki przebywałaś na wczasach. Dokąd cię wysłano?
- Nie wiem - odpowiedziałam. - Mogę ci powiedzieć tylko to, co im: Ŝe te
halucynacje, przywidzenia, czy Bóg wie co, zaczęły się w szpitalu, który nazywacie
Ośrodkiem.
Zaczęła tłumaczyć cierpliwie, lecz stanowczo:
- Posłuchaj, Orchis. WyjeŜdŜając stąd sześć tygodni temu byłaś całkiem
normalna. W Klinice urodziłaś dzieci w zwyczajny sposób. Ale potem ktoś musiał ci
nagadać tych głupstw... i w dodatku nauczył cię czytać i pisać. Teraz powiesz mi, kto
to zrobił. Ostrzegam, Ŝe mnie nie nabierzesz na utratę pamięci. JeŜeli spamiętałaś te
obrzydliwości, które opowiadałaś tamtym, to powinnaś równieŜ przypomnieć sobie,
skąd o nich wiesz.
- Rany boskie! Mów wreszcie do rzeczy! - oburzyłam się.
Znowu poczerwieniała.
- Mogę bez trudu dowiedzieć się w Klinice, dokąd cię wysłano. W domu
wczasowym dowiem się, z kim przebywałaś. Szkoda mi jednak czasu na śledzenie
wszystkich twoich kontaktów, więc proszę cię, nie utrudniaj mi pracy i sama
wszystko teraz powiedz. Dobrze ci radzę. Bo wolałabym nie zmuszać cię do
mówienia - zakończyła złowieszczo.
Pokręciłam głową.
- Jesteś na złym tropie. Powtarzam, Ŝe całe to przywidzenie, włącznie z
Orchis, zaczęło się w Ośrodku... Jak do tego doszło, nie mogę ci powiedzieć, bo sama
nie wiem. A tego, co działo się z nią wcześniej, po prostu nie ma w mojej pamięci.
Zmarszczyła brwi z wyraźnym niepokojem.
- Jakie przywidzenie? - zapytała ostroŜnie.
- Cała ta niesamowita sytuacja... włącznie z tobą. - Wykonałam ręką gest,
obejmujący wszystko. - To wstrętne, olbrzymie ciało, te małe opiekunki, wszystko
razem. Oczywiście, musi to być jakaś projekcja podświadomości... Niepokoi mnie
stan mojej podświadomości, bo z pewnością nie chodzi tu o Ŝaden zespół Ŝyczeniowy.
Nie odrywała ode mnie wzroku, coraz bardziej zaniepokojona.
- Kto ci naopowiadał o podświadomości i zespole Ŝyczeniowym? - spytała
niepewnie.
- Nie rozumiem, dlaczego miałabym być analfabetką w przywidzeniach -
odparłam.
- Ale Matki nic o tych rzeczach nie wiedzą. Nie muszą o tym wiedzieć.
- Posłuchaj. Mówiłam juŜ tym biednym poczwarom na tamtej sali i powtarzam
raz jeszcze: nie jestem Ŝadną Matką. Jestem po prostu nieszczęsną lekarką, która
przeŜywa jakiś koszmarny sen.
- Lekarką? - powtórzyła pytająco.
- Lekarzem medycyny. Jestem lekarką - poinformowałam. Nadal przyglądała
mi się pilnie. Przesunęła niepewny wzrok po moim zwalistym cielsku.
- Twierdzisz, Ŝe jesteś lekarką? - spytała zmienionym głosem.
- W potocznym tego słowa znaczeniu... tak - zgodziłam się.
Zaprotestowała, zdumiona i pełna oburzenia:
- AleŜ to absolutna bzdura! Zostałaś wychowana i przystosowana do roli
Matki. Jesteś Matką. Spójrz na siebie!
- Tak - zauwaŜyłam z goryczą. - Wystarczy popatrzeć!
Zapadło milczenie.
- Obawiam się jednak - zauwaŜyłam w końcu - Ŝe niezaleŜnie od przywidzeń
nie zajdziemy daleko, jeŜeli będziemy się nawzajem oskarŜać o to, Ŝe mówimy
bzdury. Lepiej spróbuj mi wyjaśnić, co to za miejsce i kim jestem, twoim zdaniem.
MoŜe obudzi to moją pamięć.
Sprzeciwiła się stanowczo.
- MoŜe najpierw ty mi powiesz, co pamiętasz. Zorientuję się w ten sposób, co
cię trapi.
- Doskonale - zgodziłam się i zaczęłam opowieść, sięgając pamięcią, jak
najdalej mogłam. To znaczy do momentu, kiedy samolot Donalda uległ katastrofie.
Okazałam naiwność, dając się tak nabrać. Nie miała, naturalnie, zamiaru nic
mi mówić. Po wysłuchaniu mnie wyszła. Zostałam sama, w stanie bezsilnej
wściekłości.
Czekałam do chwili, gdy w budynku zapanował spokój. Wyłączono muzykę.
Jakaś kobietka z obsługi zajrzała do pokoju, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuję, po
czym wszystkie odgłosy ustały. Odczekałam jeszcze pół godziny, zanim z trudem
wstałam z łóŜka... Tym razem dzieląc wszystkie ruchy na krótkie, łatwe etapy.
Najwięcej wysiłku kosztowało mnie podniesienie się na nogi z pozycji siedzącej.
Udało mi się to jednak za cenę zadyszki. Podeszłam do drzwi. Nie były zamknięte.
Uchyliłam je z lekka, nasłuchując. PoniewaŜ z korytarza nie dochodził Ŝaden odgłos,
otworzyłam drzwi na ościeŜ i wyszłam, Ŝeby dowiedzieć się o tym miejscu
wszystkiego, co moŜliwe. Drzwi do wszystkich sąsiednich pokoi były pozamykane.
Kiedy przykładałam do nich ucho, dochodziły mnie odgłosy regularnych, cięŜkich
oddechów. Oprócz nich Ŝaden odgłos nie zakłócał ciszy. Idąc przed siebie, musiałam
kilka razy skręcać, aŜ wreszcie ujrzałam przed sobą drzwi frontowe. Nacisnęłam
klamkę. Nie były zamknięte na zasuwę ani na łańcuch. Postałam chwilę nasłuchując,
po czym otworzyłam drzwi i wyszłam na dwór.
Przede mną rozciągał się ogród przypominający park, jasno oświetlony
blaskiem księŜyca. Za drzwiami, po prawej stronie, lśniła tafla wody, po lewej stał
dom, podobny do tego, który miałam za plecami. Wszystkie okna były ciemne.
Zastanawiałam się, co dalej. Uwięziona w ogromnym cielsku, zupełnie w nim
bezbronna, nie mogłam zdziałać wiele, ale postanowiłam iść dalej i korzystając z
nadarzającej się okazji dowiedzieć się jak najwięcej. ZbliŜyłam się do krawędzi
schodów, którymi wspinałam się po wyjściu z karetki, i zaczęłam schodzić, ostroŜnie,
stopień za stopniem, trzymając się poręczy.
- Matko - usłyszałam ostry głos za plecami. - Co ty robisz?
Odwróciłam się i ujrzałam jedną z małych kobietek w białym kostiumie,
pobłyskującym w świetle księŜyca. Była sama. Nie odpowiedziałam, lecz zeszłam
stopień niŜej. Chciało mi się płakać ze złości na to cięŜkie, brzydkie ciało, które
zmuszało mnie do przesadnej ostroŜności.
- Proszę wracać! Proszę natychmiast wracać!
Nie słuchałam jej. Zbiegła za mną i chwyciła mnie za szatę.
- Matko - odezwała się ponownie. - Musisz wracać. Przeziębisz się na dworze.
Chciałam zrobić kolejny krok, lecz ona szarpnęła materiał, Ŝeby mnie
powstrzymać. Pochyliłam się do przodu, próbując się jej oprzeć. Rozległ się świst
rozdzieranej tkaniny. Zachwiałam się i straciłam równowagę. Ostatnią rzeczą, jaką
zobaczyłam, były wybiegające mi naprzeciw stopnie...
Otworzyłam oczy i zaraz usłyszałam jakiś głos.
- JuŜ lepiej. To był bardzo niegrzeczny wybryk, Matko Orchis. Na szczęście
nie stało się nic powaŜniejszego. Co za niemądre zachowanie! Wstydzę się za ciebie,
Matko, naprawdę się wstydzę.
Bolała mnie głowa. A więc cała ta idiotyczna historia trwa nadal. Daleka
byłam od wyrzutów sumienia. Kazałam jej iść do diabła. Przez chwilę wytrzeszczała
na mnie oczy, po czym przybrała lodowaty wyraz twarzy. W milczeniu przyłoŜyła mi
do czoła kawałek gazy i plaster i pospiesznie wyszła.
Musiałam przyznać jej rację, choć robiłam to niechętnie. Co, u licha,
zamierzałam zrobić? I co mogłam zrobić, obarczona tą wielką masą ciała? Znowu
wezbrała we mnie fala nienawiści i uczucie bezradności, które doprowadziły mnie
niemal do łez. Zatęskniłam do własnego, szczupłego ciała, które było mi posłuszne i
robiło to, co kazałam. Przypomniałam sobie, jak pewnego dnia Donald wskazując
młode drzewko, kołysane wiatrem, przedstawił mi je jako moją siostrę bliźniaczkę.
Zaledwie dzień lub dwa dni temu...
I oto nagle uczyniłam odkrycie, które kazało mi usiąść. Nie zapisane stronice
mojej pamięci wypełniły się treścią. Pamiętałam juŜ wszystko... Wysiłek wywołał
gwałtowne łomotanie w skroniach, więc odpręŜyłam się i połoŜyłam z powrotem,
przypominając sobie po kolei wydarzenia, aŜ do momentu, kiedy wyjęto igłę i
zdezynfekowano moje ramię...
Ale co było potem? Spodziewałam się wprawdzie snów i halucynacji, ale
przecieŜ nie aŜ tak wyraźnego poczucia rzeczywistości... Nie tego stanu, który był jak
namacalny koszmar...
Co oni ze mną zrobili, na miłość boską?
Zdaje się, Ŝe znowu zapadłam w sen, bo kiedy otworzyłam oczy, za oknem
było widno, a małe kobietki juŜ czekały, by pomóc mi w porannej toalecie.
Rozkładały zręcznie prześcieradła kąpielowe i z wielką wprawą obracały mnie
podczas mycia na wszystkie strony. Znosiłam ich zabiegi cierpliwie, poniewaŜ dzięki
nim odzyskałam świeŜość i z zadowoleniem odkryłam, Ŝe ból głowy znikł bez śladu.
Gdy ablucje miały się juŜ ku końcowi, rozległo się stanowcze pukanie do
drzwi, po czym bez zaproszenia do pokoju wkroczyły dwie osoby odziane w czarne
mundury ze srebrnymi guzikami. Te były w typie Amazonek: wysokie, szerokie w
ramionach, dobrze zbudowane, dorodne. Małe opiekunki wypuściły wszystko z rąk i z
piskiem przeraŜenia zbiły się w gromadkę w rogu pokoju.
Przybyłe pozdrowiły mnie w znany juŜ sposób, po czym jedna z nich
odezwała się stanowczo, lecz z szacunkiem:
- Czy ty jesteś Orchis? Matka Orchis?
- Tak mnie tu nazywają - odparłam.
Dziewczyna zawahała się, a następnie oświadczyła tonem bliŜszym prośby niŜ
rozkazu:
- Mam rozkaz aresztować cię, Matko. Proszę udać się z nami. W rogu pokoju
podniósł się pełen podniecenia świergot. Dziewczyna w mundurze uciszyła go jednym
spojrzeniem.
- Ubierzcie Matkę i spakujcie jej rzeczy - poleciła.
Opiekunki wyszły z kąta z ociąganiem, rzucając przybyłym przestraszone,
przepraszające uśmiechy. Ta druga ponagliła je surowo i niezbyt Ŝyczliwie:
- Bierzcie się szybko do roboty i bez gadania.
Skoczyły jak poparzone.
Byłam juŜ prawie całkowicie spowita w róŜowe zwoje, gdy do pokoju
wkroczyła lekarka. Na widok kobiet w mundurach zmarszczyła brwi.
- Co to ma znaczyć? Co wy tu robicie?
WaŜniejsza pospieszyła z wyjaśnieniem.
- Jak to aresztować?! - krzyknęła lekarka. - Chcecie aresztować Matkę?!
Nigdy nie słyszałam czegoś równie bzdurnego! Ciekawe, pod jakim zarzutem?
Dziewczyna w mundurze odpowiedziała z zakłopotaniem:
- Pod zarzutem reakcjonizmu.
Lekarka przeszyła ją ironicznym spojrzeniem.
- Matka-reakcjonistka! Niesłychane! I co jeszcze wymyślicie? Wynoście się
stąd natychmiast, obydwie!
- Ale my mamy rozkaz, pani doktor - zaprotestowała funkcjonariuszka.
- Bzdura. Nie widzę Ŝadnych podstaw. Słyszałyście kiedyś o aresztowaniu
Matki?
- Nie, pani doktor.
- No właśnie. I nie będzie tu Ŝadnych precedensów. A teraz proszę wyjść.
Dziewczyna wahała się przez chwilę, zmieszana. Naraz coś przyszło jej do
głowy.
- Czy mogłabym wobec tego prosić o podpisanie odmowy wydania Matki...? -
zaproponowała.
Po wyjściu umundurowanych Amazonek, zadowolonych z otrzymanego
zaświadczenia, lekarka obrzuciła małe opiekunki ponurym, karcącym spojrzeniem.
- Zawsze musicie wszystko wypaplać, tak? Roznosicie plotki jak zarazę.
Wyrządza to same szkody. JeŜeli jeszcze raz usłyszę coś na ten temat, będę wiedziała,
czyja to sprawka. - Zwróciła się do mnie: - A ciebie, Matko, proszę, byś w przyszłości
w obecności tych małych plotkarek ograniczyła swe wypowiedzi do niezbędnego
minimum. Niedługo tu wrócę. Chcę zadać ci kilka pytań - dorzuciła i wyszła,
pozostawiając za sobą posłuszne, pracowite milczenie.
Zjawiła się ponownie, gdy wynoszono tacę, na której otrzymałam śniadanie
godne Pantagruela. Tym razem przybyła w towarzystwie czterech kobiet,
wyglądających równie normalnie jak ona. Za nimi sunęła grupa małych asystentek z
krzesłami, które ustawiły obok mojego łóŜka. Po wyjściu obsługi nowo przybyłe -
jedna mniej więcej w tym samym wieku co lekarka, dwie pod pięćdziesiątkę, a
najstarsza około sześćdziesiątki - ubrane w białe fartuchy, zajęły miejsca i zaczęły mi
się przyglądać, jakbym była eksponatem.
- A zatem, Matko Orchis - zaczęła lekarka - to oczywiste, Ŝe zaszło coś bardzo
niezwykłego. Chcemy, naturalnie, zrozumieć, co zaszło, oraz, jeśli to moŜliwe, z
jakiego powodu. Proszę nie przejmować się tymi policjantkami, które zjawiły się tu
dziś rano. Był to bardzo niestosowny incydent. Obecnie odbędziemy spotkanie,
naukowe spotkanie, którego celem jest ustalenie, co zaszło.
- Chyba nikt nie pragnie tego zrozumieć bardziej niŜ ja - odparłam.
Spojrzałam na nie, rozejrzałam się po pokoju, na koniec zaś zatrzymałam wzrok na
swym ogromnym, rozłoŜystym cielsku. - Zdaję sobie sprawę, Ŝe musi to być
przywidzenie. Niepokoi mnie jednak, Ŝe wbrew memu przeświadczeniu, iŜ w
przywidzeniach brakuje zawsze przynajmniej jednego wymiaru, przez co pewne
zmysły pozbawione są poczucia realności, w tym wypadku tak nie jest. Posiadam
bowiem wszystkie zmysły i mogę nimi władać. Nie ma tu rzeczy niematerialnych:
jestem uwięziona w ciele namacalnym, w sposób aŜ nazbyt oczywisty. Wydaje mi się,
Ŝ
e brakuje w tym wszystkim wyłącznie sensu - nawet sensu symbolicznego.
Patrzyły na mnie w osłupieniu. Lekarka spojrzała na nie tak, jakby chciała
powiedzieć: “MoŜe teraz nareszcie mi uwierzycie”, a następnie zwróciła się do mnie:
- Zacznijmy od paru pytań.
- Zanim zaczną panie zadawać mi pytania - wtrąciłam pospiesznie - muszę coś
dodać do tego, co powiedziałam wczoraj. Coś mi się przypomniało.
- Zapewne na skutek upadku - zasugerowała lekarka, spoglądając na plaster. -
Co miałaś zamiar zrobić?
Zignorowałam to pytanie.
- Powiem raczej, co mi się przypomniało... MoŜe się to okazać pomocne.
Przynajmniej do pewnego stopnia.
- Proszę bardzo - zgodziła się. - Twierdzisz, Ŝe byłaś... hm... zamęŜna i Ŝe
twój... hm... mąŜ zginął wkrótce po ślubie. - Skierowała spojrzenie na swoje
towarzyszki: pustka malująca się na ich twarzach zdawała mi się wymuszona. - Luka
w pamięci obejmowała właśnie to, co nastąpiło potem - dodała.
- Tak - potwierdziłam. - Mój mąŜ był oblatywaczem. Wypadek zdarzył się
sześć miesięcy po ślubie. Na miesiąc przed wygaśnięciem jego kontraktu. Przez kilka
tygodni przebywałam u ciotki. Obawiam się, Ŝe nigdy nie będę w stanie przypomnieć
sobie wszystkiego, co zaszło w tym okresie. Nie bardzo... nie zwracałam uwagi na to,
co się wokół mnie dzieje. Pamiętam jednak, jak któregoś ranka przebudziłam się
nagle i ujrzałam wszystko w innym świetle. Powiedziałam sobie wówczas, Ŝe nie
mogę dłuŜej tak Ŝyć. Wiedziałam, Ŝe muszę coś robić, coś, co mnie zaabsorbuje. Dr
Hellyer, dyrektor Szpitala Wraychester, gdzie pracowałam przed ślubem, chętnie
zgodził się przyjąć mnie z powrotem do pracy. Wróciłam więc i zajęłam się pracą,
Ŝ
eby nie mieć czasu na rozmyślania. Od tamtej pory upłynęło jakieś osiem miesięcy.
Pewnego dnia dr Hellyer opowiedział mi o pewnej substancji, którą wyodrębnił jego
znajomy. Nie sądzę, by chodziło mu o zwerbowanie ochotników. Sama
zaproponowałam, Ŝe wypróbuję jej działanie. Z jego relacji wynikało, Ŝe moŜe ona
posiadać bardzo istotne właściwości. Dostrzegłam w tym szansę zrobienia czegoś
poŜytecznego. Prędzej czy później ktoś musiałby to wypróbować, a poniewaŜ nie
byłam niczym związana ani nie przykładałam wagi do ewentualnych konsekwencji,
pomyślałam, Ŝe się do tego nadaję.
Lekarka przerwała mi.
- Co to był za środek?
- ChuinŜuatyna - odparłam. - Czy zna go pani?
Zaprzeczyła. Wówczas głos zabrała jedna z kobiet.
- Wydaje mi się, Ŝe gdzieś o tym słyszałam. Na czym polega jego działanie?
- To substancja o działaniu narkotycznym. W naturalnej postaci znajduje się w
liściach pewnego drzewa, które rośnie głównie w Wenezueli. Zamieszkujący te tereny
Indianie odkryli ten środek, podobnie jak inne ludy chininę i meskalinę. Stosują go
jako środek odurzający podczas obrzędów. śując liście, mniej więcej ćwierć
kilograma, stopniowo wprowadzają się w trans, który trwa od trzech do czterech dni.
Są w tym czasie zupełnie bezwolni i niezdolni do wykonywania najprostszych
czynności, toteŜ inni członkowie plemienia muszą się nimi opiekować jak dziećmi.
Opieka jest niezbędna, poniewaŜ Indianie wierzą, Ŝe chuinŜuatyna uwalnia ducha,
pozwalając mu na wędrówkę w czasie i przestrzeni. Zadanie opiekuna polega na tym,
by uniemoŜliwić innym błąkającym się duchom wślizgnięcie się do ciała
podopiecznego pod nieobecność prawowitego właściciela. Po odzyskaniu
przytomności Indianie utrzymują, Ŝe spotkały ich wspaniałe mistyczne przeŜycia.
Ś
rodek ten, zdaje się, nie wywołuje szkodliwych skutków ubocznych i nie powoduje
uzaleŜnienia. Doznania mistyczne są rzekomo niezwykle silne i głęboko zapadają w
pamięć. Znajomy drą Hellyera sprawdził działanie chuinŜuatyny na zwierzętach i
ustalił dawkowanie, tolerancję i tym podobne. Nie mógł jednak, z oczywistych
powodów, ustalić prawdziwości relacji o przeŜyciach mistycznych. Wynikają one
prawdopodobnie z działania środka na system nerwowy, lecz stwierdzenie, czy
działanie to wywołuje uczucia przyjemności, ekstazy, lęku, strachu, przeraŜenia czy
inne doznania, wymagało udziału królika doświadczalnego w ludzkiej postaci. I taka
właśnie miała być moja rola.
Przerwałam. Spojrzałam na ich skupione, zaciekawione twarze i zwały
róŜowej materii przed sobą.
- W rzeczywistości okazało się, Ŝe działanie chuinŜuatyny polega na
kombinacji absurdu, bezsensu i groteski.
Miałam przed sobą powaŜne grono, które niełatwo wywieść w pole. Ich
zadaniem było obalić tezę o anomalii - rzecz jasna, w miarę moŜliwości.
- Tak. Rozumiem - odezwała się lekarka, bardziej po to, by potwierdzić, Ŝe
zachowuje rozsądek, niŜ mając coś konkretnego na myśli. Zerknęła na kartkę, gdzie
robiła notatki.
- Czy moŜesz określić datę przeprowadzenia eksperymentu?
Podałam datę, a potem posypały się pytania bez końca...
Odpowiedziałam na wszystkie, chociaŜ w miarę jak udzielałam wyjaśnień,
moje słuchaczki traciły pewność siebie. Niestety, za kaŜdym razem, gdy próbowałam
dowiedzieć się czegoś od nich, unikały odpowiedzi albo odpowiadały zdawkowo,
jakby chodziło o nieistotne dygresje.
Przesłuchanie ciągnęło się bez przerwy, aŜ do chwili, gdy przyniesiono mój
kolejny posiłek. Dopiero wtedy dały mi spokój i opuściły pomieszczenie. Obawiałam
się, Ŝe wrócą, ale kiedy tak się nie stało, ucięłam sobie drzemkę. Wyrwało mnie z niej
ponowne wtargnięcie stadka małych słuŜek. Przyciągnęły ze sobą wózek, na którym
wywiozły mnie z budynku, lecz inną drogą niŜ ta, którą przybyłam. Tym razem
wjechałyśmy na rampę, gdzie czekała inna lub ta sama róŜowa karetka. Trzy
opiekunki zostały ze mną wewnątrz samochodu. Przez całą drogę, czyli mniej więcej
półtorej godziny, paplały chaotycznie i przewaŜnie niezrozumiale.
Krajobraz niewiele się róŜnił od tego, co juŜ widziałam. Zaraz za bramą
pojawiły się te same schludne pola i jednakowe gospodarstwa.
Od czasu do czasu mijałyśmy niewielkie skupiska identycznych bloków, jadąc
tą samą szosą o nie najlepszej nawierzchni. Widziałam grupy Amazonek, rzadziej
pojedyncze osoby, zajęte pracą w polu. Na szosie panował niewielki ruch: cięŜarówki,
duŜe i małe, czasami autobusy, ale nie zauwaŜyłam prywatnych samochodów.
Pomyślałam, Ŝe moje przywidzenie jest bardzo konsekwentne w szczegółach. Na
przykład Ŝadna grupa Amazonek nie zapomniała o przyjaznym, pełnym szacunku
pozdrowieniu naszego róŜowego samochodu.
Przejechałyśmy jakieś skrzyŜowanie. Spoglądając z wiaduktu, pomyślałam, Ŝe
to wyschnięty kanał, ale wśród traw i chwastów dostrzegłam dziwacznie pochylony
ship. Wprawdzie pozbawiony był większości elementów, ale to, co pozostało,
wystarczyło, by domyślić się, Ŝe to semafor.
Przecięłyśmy kolejne skupisko identycznych bloków, tylko rozmiarami
przypominające miasto, a parę kilometrów dalej wjechałyśmy przez ozdobną bramę
do jakiegoś parku.
Posiadłość nie odbiegała wyglądem od tej, z której wyjechałam. Utrzymana
była z taką samą pieczołowitością: aksamitne trawniki, jaskrawe wiosenne kwiaty na
rabatach. RóŜnica polegała głównie na braku bloków. Zamiast nich stały tam domy w
rozmaitym stylu, przewaŜnie nieduŜe, często nie większe od obszernej chaty. Nowe
miejsce stonowało zachowanie moich towarzyszek: po raz pierwszy umilkły i
rozglądały się dookoła z widocznym lękiem.
Prowadząca karetkę spytała o drogę Amazonkę w drelichach. Po udzieleniu
odpowiedzi Amazonka przesłała mi przez szybę pogodny, pełen szacunku uśmiech i
niebawem zatrzymałyśmy się przed niewielkim dwupiętrowym neoklasycystycznym
budynkiem.
Nie było tu łóŜek na kółkach. Moje opiekunki pomogły mi wysiąść, a
następnie w szyku przypominającym forteczne przypory podtrzymywały mnie w
drodze do wnętrza budynku.
Tam z pewnym trudem przeciśnięto mnie przez drzwi po lewej stronie holu i
znalazłam się w pięknym, gustownie i stylowo urządzonym pokoju. Przy kominku, w
fotelu z wysokim oparciem, siedziała siwowłosa kobieta w purpurowej jedwabnej
sukni. Jej twarz i dłonie wskazywały na zaawansowany wiek, lecz spojrzenie miała
bystre i pełne Ŝycia.
- Witaj, moja droga - przemówiła pewnym, dźwięcznym głosem.
Wskazała wzrokiem drugi fotel, jednak spojrzawszy na mnie ponownie,
zmieniła zdanie.
- Chyba będzie ci wygodniej na kanapie - zaproponowała.
Mebel, prawdziwy zabytek epoki gregoriańskiej, oszacowałam z
powątpiewaniem.
- Czy wytrzyma? - spytałam.
- O, raczej tak - odparła, lecz z mniejszym przekonaniem.
Orszak usadowił mnie ostroŜnie i pozostał obok w postawie wyraŜającej
zatroskanie. Kiedy stało się jasne, Ŝe nie grozi mi nic złego, mimo Ŝe mebel
złowieszczo pode mną zaskrzypiał, starsza pani odprawiła opiekunki i zadzwoniła
srebrnym dzwoneczkiem. Weszła drobna postać - pokojówka doskonała, nie więcej
niŜ metrowego wzrostu.
- Podaj nam, proszę, sherry, Mildred - zaordynowała gospodyni. - Napijesz się
sherry, prawda? - dodała, zwracając się do mnie.
- T-tak, bardzo chętnie, dziękuję - odpowiedziałam nieśmiało, a po chwili
zapytałam: - Proszę mi wybaczyć, pani...?
- Och, tak, rzeczywiście, powinnam była się przedstawić. Nazywam się Laura.
Po prostu Laura. Ty, o ile wiem, masz na imię Orchis... Matka Orchis.
- Podobno - przyznałam z niezadowoleniem.
Przyglądałyśmy się sobie nawzajem. Po raz pierwszy odkąd zaczęły się te
halucynacje, dostrzegłam w czyichś oczach współczucie czy nawet litość. Ponownie
rozejrzałam się po wnętrzu, podziwiając doskonałą dbałość o szczegóły wystroju.
- To znaczy... To znaczy, Ŝe nie postradałam zmysłów, prawda? -
spróbowałam się upewnić.
Zaprzeczyła powolnym ruchem głowy, lecz nim zdąŜyła odpowiedzieć,
wróciła pokojówka z kryształową karafką i kieliszkami na srebrnej tacy.
Podczas napełniania kieliszków przez starą damę zauwaŜyłam, Ŝe przypatruje
się nam uwaŜnie, przenosząc wzrok z Mildred na mnie i odwrotnie, jakby nas
porównywała. Jej twarz przybrała dziwny, nieprzenikniony wyraz.
- Czy to przypadkiem nie madera? - zapytałam.
Zdziwiła się, uśmiechnęła i przytaknęła z uznaniem.
- Myślę, Ŝe to jedno pytanie wystarczy, by stwierdzić, Ŝe cel wizyty został
osiągnięty - powiedziała.
Pokojówka wyszła, podniosłyśmy kieliszki. Laura umoczyła wargi i odstawiła
kieliszek.
- Mimo to - ciągnęła - będzie lepiej, jeŜeli porozmawiamy jeszcze trochę na
ten temat. Czy powiedziano ci, moja droga, dlaczego zostałaś przysłana do mnie?
- Nie - zaprzeczyłam.
- PoniewaŜ zajmuję się historią - oświadczyła. - Dostęp do historii jest
przywilejem. W naszych czasach przyznaje się go tylko nielicznym - i to raczej
niechętnie. Na szczęście nadal istnieje przekonanie, Ŝe nie moŜna pozwolić, aby
jakakolwiek gałąź wiedzy uległa całkowitemu zapomnieniu, chociaŜ zajmowanie się
pewnymi dyscyplinami traktowane jest z podejrzliwością właściwą sprawom
politycznym. - Uśmiechnęła się pogardliwie. - Dlatego wszelkie weryfikacje
wymagają zasięgnięcia opinii specjalisty. Czy otrzymałaś wynik diagnozy na piśmie?
Ponownie zaprzeczyłam.
- Tak teŜ myślałam. To typowe dla tej profesji, prawda? No dobrze, powiem
ci, co doniesiono mi przez telefon z Domu Matek, Ŝebyśmy wiedziały, do czego
zmierzamy. Dowiedziałam się, Ŝe przeprowadziło z tobą wywiad kilka osobistości ze
sfer naukowych. Twój przypadek zainteresował je, zdziwił oraz, jak podejrzewam,
takŜe zaniepokoił. I to bardzo. Biedactwa. Wszystkie one posiadają zaledwie
minimum wiedzy historycznej. Krótko mówiąc, dwie z nich uwaŜają, Ŝe cierpisz na
halucynacje o charakterze schizofrenicznym, natomiast trzy pozostałe skłonne są
przypuszczać, Ŝe stanowisz prawdziwy przypadek osobowości przeniesionej. To
bardzo rzadkie zjawisko. Udokumentowano dotąd rzetelnie trzy takie przypadki, a
jeden był wątpliwy. Dwa przypisuje się działaniu środka o nazwie chuinŜuatyna, a
trzeci substancji o bardzo podobnych właściwościach. Idźmy dalej: trzy lekarki uznały
większość twoich wypowiedzi za sensowne i rzeczywiście wyczerpujące. Co znaczy,
Ŝ
e nic z tego, co im opowiedziałaś, nie jest sprzeczne z tym, co same wiedzą.
PoniewaŜ jednak ich wiedza na tematy nie związane bezpośrednio z zawodem jest
bardzo ograniczona, uznały takŜe znaczną część twoich wypowiedzi za niewiarygodną
i niesprawdzalną. Dlatego właśnie zwrócono się do mnie z prośbą o opinię, poniewaŜ
posiadam większe moŜliwości weryfikacji.
Przerwała i przyglądała mi się w zamyśleniu.
- Wydaje mi się - dodała - Ŝe będzie to jedna z najbardziej niezwykłych i
najciekawszych spraw, jakie przydarzyły się w moim dość długim Ŝyciu. Twój
kieliszek jest pusty, moja droga.
- Osobowość przeniesiona? - powtórzyłam z niedowierzaniem, podając jej
swój kieliszek. - Chwileczkę, gdyby to rzeczywiście było moŜliwe...
- Nie ma co do tego Ŝadnych wątpliwości. Te trzy przypadki, o których
wspomniałam, zostały całkowicie uwiarygodnione.
- Być moŜe chodzi właśnie o to - przyznałam. - Z jednego punktu widzenia nie
jest to wykluczone. Ale do pozostałych nie pasuje. Zbyt wiele w tym cech koszmaru.
Wydaje mi się, Ŝe jesteś zupełnie normalna. Ale spójrz na mnie... I na tę słuŜącą!
Tkwi tu bezsprzecznie jakiś element przywidzenia. Pozornie siedzę i rozmawiam z
tobą... Ale to nie moŜe być prawda, więc gdzie jestem naprawdę?
- Myślę, Ŝe lepiej niŜ ktokolwiek potrafię zrozumieć, jak nierzeczywista musi
być dla ciebie ta sytuacja. Spędziłam tyle czasu wśród ksiąŜek, Ŝe czasami mnie takŜe
ten świat wydaje się nierealny... Jakbym nie naleŜała ani do niego, ani do Ŝadnego
innego. No a teraz, moja droga, powiedz mi, kiedy się urodziłaś?
Powiedziałam. Laura zamyśliła się.
- Hm, Jerzy VI... Ale tej drugiej wielkiej wojny nie pamiętasz?
- Nie, nie pamiętam.
- A moŜe pamiętasz koronację następnego władcy? Czyja to była koronacja?
- ElŜbiety... ElŜbiety II. Matka pokazywała mi orszak królewski.
- Czy pamiętasz coś więcej?
- Niewiele... Tylko tyle, Ŝe padał deszcz. Prawie przez cały dzień.
Po długiej wymianie pytań i odpowiedzi Laura uśmiechnęła się łagodnie.
- Właściwie nie potrzebujemy chyba niczego więcej, Ŝeby dowieść tego, o co
nam chodzi. Słyszałam juŜ o tej koronacji... Z drugiej ręki. Ta scena w opactwie
musiała być wspaniała - zadumała się, westchnęła. - Masz niezwykłą cierpliwość.
Teraz twoja kolej... Ale obawiam się, Ŝe usłyszysz kilka wstrząsających faktów.
- Sądzę, Ŝe w ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin nieźle się
uodporniłam... Lub moŜe wydawało mi się, Ŝe minęło trzydzieści sześć godzin -
odparłam.
- Wątpię - posłała mi powaŜne spojrzenie.
- Powiedz mi... Proszę, wytłumacz to wszystko... JeŜeli potrafisz.
- Podaj mi swój kieliszek. Przejdę teraz do sedna sprawy.
Napełniła kieliszki.
- Powiedz, co cię tu najbardziej zaskoczyło?
Zastanowiłam się.
- Było tego mnóstwo...
- A moŜe to, Ŝe nie widziałaś Ŝadnego męŜczyzny? - zasugerowała.
Sięgnęłam pamięcią wstecz. Przypomniałam sobie zdumienie jednej z Matek,
która pytała: “Co to jest męŜczyzna?”
- Tak, rzeczywiście, to takŜe zauwaŜyłam - przyznałam. - Gdzie oni są?
Pokiwała głową, patrząc mi w oczy.
- Nie ma ich, moja droga. JuŜ ich nie ma. Nie ma ani jednego. Patrzyłam na
nią w osłupieniu. Na jej powaŜnej twarzy malowało się współczucie. Ani śladu
przebiegłości czy podstępu. Znaczenie słów docierało do mnie z trudem. W końcu
przemogłam się.
- AleŜ... aleŜ to niemoŜliwe! Gdzieś przecieŜ muszą być jacyś męŜczyźni...
Nie mogłybyście przecieŜ... To znaczy jak? - Dalsze pytania uwięzły mi w gardle.
Pokiwała głową.
- Wiem, Ŝe musi ci się to wydawać niemoŜliwe, Jane... Czy mogę tak się do
ciebie zwracać? Ale to prawda. Jestem juŜ stara, mam prawie osiemdziesiąt lat i przez
całe swoje długie Ŝycie nigdy nie widziałam męŜczyzny... Widywałam ich tylko na
starych obrazach i zdjęciach. Napij się sherry, moja droga. To ci dobrze zrobi -
umilkła. - Zdaje się, Ŝe nie najlepiej to przyjęłaś.
Poszłam za jej radą. Byłam tak oszołomiona, Ŝe nie potrafiłam się zdobyć na
Ŝ
adną reakcję. Mimo wewnętrznego buntu nie mogłam jej jednak nie wierzyć,
poniewaŜ istotnie nie tylko nie widziałam tu Ŝadnych męŜczyzn, ale nawet śladu
istnienia męŜczyzny. Przerwała milczenie, dając mi czas na zebranie myśli.
- Do pewnego stopnia rozumiem, co czujesz. Bo widzisz, Jane, ja nie
musiałam uczyć się historii wyłącznie z ksiąŜek. Jako młoda dziewczyna, szesnaste-,
moŜe siedemnastoletnia, często słuchałam opowieści mojej babki. Była wówczas w
moim wieku, lecz doskonale pamiętała własną młodość. Opowiadała tak obrazowo,
Ŝ
e dosłownie widziałam miejsca, o których mówiła... Stanowiły jednak część świata
tak odległego, Ŝe z trudem rozumiałam jej uczucia. Gdy wspomniała młodzieńca, z
którym była zaręczona, po policzkach spływały jej łzy. Ale nawet wtedy... naturalnie
nie z tęsknoty za nim, lecz za światem, który znała z dzieciństwa. Było mi jej Ŝal,
chociaŜ nie wiedziałam, co czuje... Skąd miałam wiedzieć? Ale teraz, kiedy sama
jestem stara, kiedy mam za sobą tyle lektur, trochę łatwiej mi ją zrozumieć. Mam
takie wraŜenie. - Patrzyła na mnie uwaŜnie. - A ty, moja droga? Czy ty teŜ miałaś
kogoś poślubić?
- Poślubiłam... na krótko.
Zamyśliła się.
- To musi być bardzo dziwne uczucie, być czyjąś własnością - powiedziała.
- Jak to “własnością”? - krzyknęłam zaskoczona.
- To znaczy znaleźć się we władzy męŜa - wyjaśniła Ŝyczliwie.
Zajrzałam jej w oczy.
- AleŜ to nie tak! Zupełnie nie tak - zaoponowałam. - To było... - umilkłam,
bliska płaczu. śeby zmienić temat, zadałam jej pytanie:
- Ale co się stało? Na miłość boską, co się stało z męŜczyznami?
- Wymarli - odparła. - Zapadli na jakąś chorobę. Nikt nie potrafił im pomóc,
więc pomarli. Odeszli wszyscy w ciągu jednego roku, poza nielicznymi wyjątkami.
- PrzecieŜ... przecieŜ to oznacza koniec, zupełny koniec.
- Owszem. W duŜej mierze tak właśnie się stało. Było bardzo cięŜko.
Zapanował straszliwy głód. Najbardziej ucierpiały oczywiście regiony przemysłowe.
W krajach zacofanych oraz na wsi kobiety uprawiały ziemię. Były w stanie utrzymać
siebie i dzieci, lecz prawie wszystkie wielkie organizacje uległy rozpadowi. Zamarła
komunikacja: skończyła się benzyna, nie wydobywano węgla. Sytuacja przedstawiała
się fatalnie, bo chociaŜ kobiet było mnóstwo - zawsze przecieŜ przewyŜszały
liczebnością męŜczyzn - to dotychczas ich rola sprowadzała się do konsumpcji. W
chwili kryzysu okazało się, Ŝe tylko nieliczne umiały zająć się sprawami istotnymi,
poniewaŜ wcześniej prawie wszystkie stanowiły własność męŜczyzn, wiodąc Ŝycie
maskotek i pasoŜytów.
Chciałam zaprotestować, ale ruchem dłoni nakazała mi milczenie.
- Nie były temu winne... W kaŜdym razie nie wyłącznie one - uzupełniła. -
Stały się częścią pewnego procesu, w którym wszystko sprzymierzało się przeciw ich
uwolnieniu. Był to proces długi, którego początki sięgają jedenastego wieku i
wywodzą się z południowej Francji. Tam właśnie powstała koncepcja romantyzmu,
jako eleganckiego i przyjemnego zajęcia dla wyŜszych sfer. W miarę upływu czasu
przeniknęła ona w głąb większości warstw społecznych, ale dopiero pod koniec
dziewiętnastego wieku ktoś uświadomił sobie moŜliwość jej zastosowania w celach
handlowych, co zaczęto wykorzystywać praktycznie na początku wieku dwudziestego.
Z początkiem dwudziestego wieku - ciągnęła - przed kobietami otworzyła się
takŜe szansa na Ŝycie poŜyteczne, twórcze i ciekawe. Nie odpowiadało to
handlowcom: woleli kobietę w roli masowego konsumenta, a nie producenta...
Oczywiście, z wyjątkiem poziomów najniŜszych, rutynowych. Tak więc przyjęto
koncepcję romantyczną jako oręŜ przeciwko dalszemu rozwojowi kobiet.
Zastosowano ją do propagowania wzorców konsumpcyjnych, i to na szeroką skalę.
Kobiety ani na chwilę nie mogły zapomnieć o swojej płci - mówiła dalej - ani
teŜ konkurować na równych prawach z męŜczyznami. Wszystko musiało posiadać
“aspekt kobiecy”, w odróŜnieniu od aspektu męskiego, co wbijano im do głowy od
dzieciństwa. Producentom nie wypadało juŜ rzucać hasła “powrót do kuchni”, ale były
inne sposoby. MoŜna było przecieŜ wymyślić zawód pod nazwą “gospodyni
domowa”. Zaczęto gloryfikować kuchnię, która wciąŜ rosła w cenę, stając się
obiektem poŜądania. Udowodniono, Ŝe marzenie to jest osiągalne poprzez
małŜeństwo. I tak co tydzień ukazywały się setki tysięcy pism, których zadaniem było
nieustanne i bezlitosne kierowanie uwagi kobiety na moŜliwość sprzedania się
męŜczyźnie tylko po to, by zdobywając jakiś niewielki, całkowicie nieekonomiczny
skrawek ogniska domowego, mogła wydawać pieniądze.
Postawa romantyczna rozprzestrzeniła się we wszystkich dziedzinach
przemysłu i handlu. Artykuły prasowe, a przede wszystkim reklamy, epatowały
przepychem i świetnością. Romantyczność wycisnęła piętno na wszystkim, co kupić
mogła kobieta, od bielizny po motocykle, od “zdrowej” Ŝywności po piecyki
kuchenne, od dezodorantów do zagranicznych podróŜy. AŜ wreszcie kobiety zostały
tak otumanione, Ŝe wszystko przestało je cieszyć.
Eter zaczął teraz rozbrzmiewać sfrustrowanymi jękami kobiet, bredzących o
“poddaniu” i “oddaniu”, “wielbieniu” i byciu przedmiotem uwielbienia. Kino
propagowało wśród przewaŜającej liczebnie Ŝeńskiej publiczności przekonanie, Ŝe nic
na świecie nie jest warte większego zachodu niŜ łzawa bierność w mocnym
romantycznym uścisku. Presja ta nasiliła się do tego stopnia, Ŝe większość młodych
kobiet poświęcała cały wolny czas romantycznym marzeniom. AŜ w końcu uwierzyły,
Ŝ
e najwyŜsza forma szczęścia, jakiej naleŜy oczekiwać od Ŝycia, polega na tym, by
stać się własnością męŜczyzny, osiąść w murowanym domku i kupować wszystko, co
podsuną producenci.
- Ale przecieŜ... - próbowałam zaprotestować, lecz Laura rozkręciła się na
dobre i nic nie mogło jej powstrzymać.
- Wywołało to, oczywiście, liczne społeczne wypaczenia. Wzrósł wskaźnik
rozwodów, poniewaŜ Ŝycie codzienne po prostu nie było w stanie dostarczyć wielu
dziewczynom stosownej dawki romantycznego czaru. W sumie kobiety przeŜywały
znacznie więcej rozczarowań i niezadowolenia niŜ kiedykolwiek przedtem. CóŜ więc
miała począć sumienna idealistka przejęta tym Ŝałosnym, upiększonym wzorcem,
który niestrudzenie wpajała jej wszechwładna propaganda? Mogła jedynie wyrwać się
z nieudanego związku i szukać gdzie indziej ideału, do którego, jak wierzyła, ma
prawo.
To świadomie prowokowane niezadowolenie wywołało coś w rodzaju
powszechnej gonitwy za kusząco wspaniałym, lecz wiecznie umykającym
romantycznym ideałem. Być moŜe udało się go osiągnąć kilku kobietom
wyjątkowym. Lecz cała reszta padła ofiarą okrutnego, zniewalającego miraŜu,
któremu na próŜno poświęcały siebie i swoje pieniądze.
Tym razem udało mi się jej przerwać.
- Ale słuchaj, to wcale nie było tak. To, co mówisz, zawiera pewne elementy
prawdy... ale jest generalnie bardzo powierzchowne. Wcale nie odczuwało się tego
tak, jak to przedstawiasz. Byłam tam, więc wiem.
Pokręciła głową z dezaprobatą.
- Posiadasz zbyt krótką perspektywę, aby dokonać właściwej oceny. Z naszej
perspektywy widać wszystko znacznie lepiej. Dlatego postrzegamy zjawisko takim,
jakim było naprawdę. A więc obrzydliwym i bezdusznym wykorzystaniem większości
populacji, której nieszczęście polegało na posiadaniu słabszej woli. Oczywiście
kobiety bardziej wykształcone i stanowcze zdołały oprzeć się tej tendencji, ale
nierzadko za ogromną cenę. Opieranie się presji wywieranej przez większość
przewaŜnie pociąga za sobą pewne koszty. Dlatego nawet te kobiety nie zawsze
potrafiły oprzeć się wraŜeniu, Ŝe nie mają racji i Ŝe uczestniczki tej gonitwy wychodzą
na tym lepiej.
Pogrzebano rozbudzone na początku stulecia wielkie nadzieje na emancypację
kobiet. Siła nabywcza przeszła w ręce osób niewykształconych i podatnych na
sugestię. DąŜenie do romantyczności jest w zasadzie dąŜeniem egoistycznym, a jeŜeli
pozwoli mu się zdominować wszystkie inne dąŜenia, niszczy wszelkie odruchy
społeczne. I tak, kaŜda kobieta oderwana od reszty, a zarazem popychana do
rywalizacji ze wszystkimi pozostałymi, pozostawała bezbronna. Wystawiana na
zmasowane działanie zorganizowanej sugestii, które kazało jej odbierać brak pewnych
dóbr lub urządzeń jako śmiertelne zagroŜenie dla Romantyczności, wpadała w
popłoch i łatwo poddawała się wyzyskowi. Potrafiła wierzyć tylko w to, co jej
powiedziano. Trawiła czas na rozmyślaniach, czy postępuje zgodnie z wymogami
Romantyzmu. Oto jak w sposób całkiem nowy i znacznie subtelniejszy została
bardziej niŜ kiedykolwiek wykorzystana, uzaleŜniona i pozbawiona twórczej
inicjatywy.
- Po raz pierwszy słyszę tak niezwykły i nie przystający do rzeczywistości opis
mojego świata - stwierdziłam. - Wygląda to jak kopia, w której zniekształcono
wszystkie moŜliwe proporcje. JeŜeli chodzi na przykład o brak twórczej inicjatywy, to
chociaŜ rodziny były mniejsze, kobiety nadal rodziły dzieci. Następował ciągły wzrost
demograficzny.
Laura zatrzymała spojrzenie na mojej twarzy.
- Jesteś niewątpliwie doskonałym produktem ideologii swojej epoki -
zauwaŜyła. - Dlaczego uwaŜasz rodzenie dzieci za coś twórczego? Czy doniczkę teŜ
moŜna nazwać twórczą, poniewaŜ kiełkują w niej nasiona? Jest to działanie
całkowicie mechaniczne i jak kaŜde tego typu działanie, najłatwiej przychodzi
osobnikom najmniej inteligentnym. Co innego wychowanie dziecka, uczenie,
stwarzanie warunków do rozwoju osobowości. To jest faktycznie twórcze. Ale
niestety, w czasach, o których mówimy, kobiety zostały skutecznie nakłonione do
wychowywania swych córek na nieinteligentne konsumentki, takie jak ich matki.
- Ale - zaczęłam bezradnie - ale ja doskonale znam te czasy. To przecieŜ moja
epoka. Twój obraz jest zniekształcony.
- Perspektywa historyczna z pewnością jest prawdziwsza - oświadczyła
niewzruszonym tonem. - JeŜeli to, co nastąpiło, było nieuniknione, to nastąpiło w
odpowiednim momencie. Sto czy nawet pięćdziesiąt lat wcześniej wszystko
skończyłoby się zagładą. Pięćdziesiąt lat później prawdopodobnie wszystkie kobiety
przeszłyby do zajęć domowych i postaw konsumenckich. Na szczęście jednak w
połowie stulecia niektóre kobiety wciąŜ uprawiały wolne zawody. Stanowiły teŜ
większość w dziedzinie medycyny, to znaczy w profesji o największym znaczeniu dla
przetrwania.
Nie znam się na medycynie, więc nie przytoczę dokładnie kroków, jakie
podjęły. Wiem tylko, Ŝe zajęły się intensywnie badaniem problemów, które rozumiesz
znacznie lepiej ode mnie.
KaŜdy gatunek, nawet nasz, posiada ogromną wolę przetrwania i lekarze
postarali się nadać wyraz tej woli. Mimo plagi głodu, mimo chaosu i wielu
niedostatków dzieci ciągle przychodziły na świat. Odbudowa mogła poczekać:
pierwszeństwo naleŜało do nowego pokolenia, które pomagałoby w odbudowie i
odziedziczyłoby jej efekty. Tak więc dzieci rodziły się nadal: dziewczynki Ŝyły,
chłopcy umierali. Było to bardzo smutne, a w dodatku niepraktyczne, niebawem więc
rodziły się juŜ tylko dziewczynki i powinnaś bez trudu domyślić się, w jaki sposób to
osiągnięto.
Podobno nie jest to wcale tak niezwykłe, jak się powszechnie wydaje. Na
przykład szarańcza potrafi rodzić samice bez pomocy samca ani Ŝadnej innej.
Podobnie mszyce mogą rozmnaŜać się same i w odosobnieniu co najmniej przez
osiem pokoleń, być moŜe dłuŜej. Byłoby chyba nie najlepiej, gdybyśmy dysponując
całą naszą wiedzą i aparaturą badawczą okazały się w tej dziedzinie gorsze od
szarańczy i mszyc.
Umilkła, czekając na moją reakcję z figlarnym uśmiechem. MoŜe spodziewała
się zaskoczenia, szoku lub niedowierzania. JeŜeli tak, to sprawiłam jej zawód: odkąd
fizyka atomowa pokazała, jak pod naciskiem zespołu tęgich głów padają wszelkie
bariery, osiągnięcia techniczne przestały dziwić. MoŜna pogodzić się z myślą, Ŝe
prawie wszystko jest moŜliwe. Czy poŜądane lub warte zachodu, to zupełnie inna
sprawa. Właśnie ta kwestia wydała mi się szczególnie istotna w związku z jej
stwierdzeniem.
- A co wy osiągnęłyście?
- Przetrwanie - odparła po prostu.
- Z materialistycznego punktu widzenia to prawda - przyznałam. - Ale jeŜeli
doszło do tego za cenę całej reszty, jeŜeli trzeba było poświęcić miłość, sztuki piękne,
poezję, radość i fizyczną przyjemność wyłącznie dla przedłuŜenia egzystencji, to cóŜ
pozostało oprócz bezdusznej powłoki cielesnej? Jaki jest sens takiego przetrwania?
- Nie wiem jaki, poza tym, Ŝe przetrwanie jest pragnieniem wspólnym
wszystkim gatunkom. Nie sądzę, by jego sens był wyraźniejszy w dwudziestym wieku
niŜ obecnie. Jeśli zaś chodzi o resztę, to nie rozumiem, dlaczego uwaŜasz, Ŝe
przepadła? Czy Safona nie pisała poezji? Dziwi mnie twoje załoŜenie, Ŝe istnienie
duszy zaleŜy od dwoistości płci. Zdaje się, Ŝe dość często utrzymywano, iŜ Ŝyją one w
stanie konfliktu, prawda?
- Jako historyk, studiujący działania męŜczyzn i kobiet oraz ich motywy,
mogłabyś traktować moje słowa nieco mniej dosłownie.
Pokiwała głową patrząc na mnie z wyrzutem.
- Jesteś naprawdę typowym produktem swoich czasów, kochanie. Wpajano ci
wszędzie i na wszystkich poziomach, od dzieł Freuda do najgłupszych pism
kobiecych, Ŝe światem rządzi ucywilizowany seks, w postaci miłości romantycznej. I
uwierzyłaś im. Ale świat kręci się nadal, takŜe dla innych istot... Dla owadów, ryb,
ptaków, zwierząt... cóŜ one wiedzą o miłości romantycznej, nawet podczas krótkich
sezonów godowych? Zostałaś oszukana, moja droga. Pokierowano twoimi
zainteresowaniami tak, by stały się społecznie uŜyteczne, przynosiły zysk gospodarczy
i nie wyrządzały prawie Ŝadnej szkody.
Zaoponowałam gwałtownie.
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Owszem, wiesz coś niecoś o moim świecie.
Ale z zewnątrz. I nie rozumiesz go, ani nie czujesz.
- Na tym właśnie polega twoje uwarunkowanie - odrzekła ze spokojem.
Zirytowało mnie to uporczywie powtarzane określenie.
- ZałóŜmy, Ŝe ci wierzę... powiedz w takim razie, jaka siła sprawia, Ŝe świat
wciąŜ istnieje?
- To proste, moja droga. Siła woli. Posiadamy ją od niemowlęctwa do starości.
Występuje zarówno u męŜczyzn, jak u kobiet. Stanowi siłę bardziej fundamentalną i
poŜądaną niŜ seks. Powiadam ci, wprowadzono was w błąd... wykorzystano i
wypreparowano dla celów czysto ekonomicznych.
Po wybuchu epidemii po raz pierwszy w historii kobiety przestały być klasą
wyzyskiwaną. Pozbawione władców płci męskiej, którzy wprowadzali zamęt i
zaprzątali ich uwagę, spostrzegły, Ŝe prawdziwy potencjał tkwi w kobiecości. Rodzaj
męski słuŜył wyłącznie jednemu krótkotrwałemu, poŜytecznemu celowi. Przez resztę
Ŝ
ycia męŜczyzna był przykrym i kosztownym pasoŜytem.
Po uświadomieniu sobie tego potencjału lekarki przystąpiły do jego badania.
W ciągu dwudziestu lat uzyskały nad nim pełną kontrolę. Współpracowały z
nielicznym gronem kobiet inŜynierów, architektów, prawników, administratorek,
nauczycielek i tak dalej, lecz tylko lekarki dysponowały kluczem do Ŝycia i śmierci.
W ten sposób miały w ręce przyszłość i w miarę jak świat zaczął się odradzać,
utworzyły wraz z kilkoma innymi zawodami klasę dominującą, znaną pod nazwą
Doktoriatu. Doktoriat rządził, ustanawiał prawa i wprowadzał je w Ŝycie.
Zrodziła się teŜ, oczywiście, opozycja, bo trudno było od razu wymazać
pamięć dawnych czasów czy skutki dwudziestoletniego bezprawia. Władza
Doktoriatu sięgała jednak wszędzie. Pragnąc mieć dziecko kaŜda kobieta musiała
prosić o zgodę, Doktoriat zaś dbał o to, by znalazła właściwe miejsce w społeczności.
Bandy buntowniczek zaczęły topnieć, rozpadały się i stopniowo przywrócono
porządek.
Doktoriat stanął niebawem wobec lepiej zorganizowanej opozycji. Powstała
partia, która utrzymywała, Ŝe ustała juŜ choroba, która powaliła męŜczyzn, toteŜ
moŜna i naleŜy przywrócić równowagę. Partię nazwano Reakcyjną i było z nią
niemało kłopotu.
Większość członkiń Rady Doktoriatu nadal doskonale pamiętała system
wykorzystujący kobiece słabości, który stanowił po prostu kulminacyjny punkt w
wielowiekowej historii wyzysku kobiet. Pamiętały niechęć, z jaką dopuszczano je do
wybranego zawodu. Teraz władza naleŜała do nich i nie miały zamiaru dzielić się nią
z istotami, które, jak dowiedziono, są zbędne biologicznie i pod kaŜdym innym
względem. Jednogłośnie wykluczono moŜliwość podjęcia kroków prowadzących do
zbiorowego samobójstwa, Reakcjonistki zaś napiętnowano jako organizację
wywrotową i przestępczą.
Był to jednak zaledwie środek łagodzący. Wkrótce okazało się, Ŝe uporano się
z objawem, lekcewaŜąc przyczynę. Rada musiała uznać, Ŝe ma do czynienia ze
społeczeństwem niezrównowaŜonym, zdolnym do zachowania ciągłości, lecz
strukturalnie stanowiącym pozostałość formy minionej. Nie powinno trwać w
kształcie tak okaleczonym, gdyŜ niezadowolenie będzie stale wzrastać. JeŜeli władza
miała okrzepnąć, naleŜało znaleźć nową strukturę, przystosowaną do nowych
okoliczności.
W trakcie poszukiwania właściwego modelu uwzględniono naturalne
tendencje kobiet słabiej wykształconych i niewykształconych, dotyczące takich
aspektów, jak stosunek do zasad hierarchii czy skłonność do uznawania sztucznych
wyróŜnień. Przypominasz sobie zapewne, Ŝe w twoich czasach kaŜda idiotka, której
mąŜ otrzymał tytuł szlachecki lub zdobył powszechne uznanie, natychmiast stawała
się godna większego szacunku i zazdrości ze strony innych kobiet, chociaŜ nie
przestawała być idiotką. Na podobnej zasadzie kaŜde spotkanie lub stowarzyszenie
kobiet niepracujących obsesyjnie, nieuchronnie zaplątywało się w proces tworzenia i
utrwalania podziałów towarzyskich, co wynika z faktu, iŜ kobiety przywiązują duŜą
wagę do poczucia bezpieczeństwa. Nie mniej istotna jest takŜe ich gotowość do
poświęceń i niewolnicza wręcz sumienność w obrębie kanonów przewidzianych
przez lokalne konwencje towarzyskie. Jesteśmy z natury bardzo posłusznymi
stworzeniami. Większość z nas czuje się najszczęśliwsza, trzymając się zasad
ortodoksyjnych, bez względu na to, jak dziwne mogą się one wydawać osobnikom z
zewnątrz. Trudność w rządzeniu kobietami leŜy głównie w ustaleniu wymaganych
norm ortodoksji.
Oczywiście, Ŝeby system taki miał szansę powodzenia, musiał uwzględniać
równieŜ inne cechy charakterystyczne. W ramach wzajemnego oddziaływania sił
obowiązywać powinna równowaga oraz szacunek dla władzy. Szczegółowe
określenie takiej organizacji nie było zadaniem łatwym.
Rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę badania formacji i porządków
społecznych, lecz przez wiele lat odrzucano wszystkie wysuwane projekty jako
nieodpowiednie, z róŜnych powodów. Ostateczna forma została ponoć zaczerpnięta z
Pisma Świętego, w owych czasach księgi jeszcze nie zakazanej, choć będącej źródłem
częstych niepokojów. Stosowny werset miał rzekomo następujące brzmienie: “Idź do
mrówki, leniwcze, obacz drogi jej”.
Rada była zdania, Ŝe pouczenie to po odpowiedniej modyfikacji moŜe
doprowadzić do poŜądanego stanu rzeczy.
Oparto się więc na systemie czteroklasowym i przystąpiono do stopniowego
wprowadzania wyraźnych zróŜnicowań, które stały się gwarancją stabilizacji. W
ramach kaŜdej klasy znalazło się dość miejsca dla aspiracji indywidualnych, lecz nie
było mowy o przechodzeniu z jednej klasy do drugiej. Mamy więc Doktoriat -
wykształconą klasę rządzącą, złoŜoną w połowie z lekarek, następnie Klasę Matek,
której nazwa mówi sama za siebie, liczną Klasę SłuŜebnic, której członkinie ze
względów psychologicznych są niewielkiego wzrostu, oraz Klasę Robotnic o silnej
budowie i silnych mięśniach, przeznaczoną do wykonywania cięŜszych prac
fizycznych. Wszystkie trzy klasy niŜsze uznają władzę Doktoriatu. Obie klasy
pracujące odnoszą się z szacunkiem do Matek. SłuŜebnice przekonane są o wyŜszości
swych prerogatyw nad zadaniami Robotnic, które z kolei traktują delikatność
SłuŜebnic z tkliwą pogardą.
Sama widzisz, Ŝe osiągnięto równowagę, i chociaŜ na razie funkcjonuje ona z
pewnymi oporami, z czasem niewątpliwie nastąpi poprawa. Jest, na przykład, wielce
prawdopodobne, Ŝe korzystne okaŜe się niebawem wprowadzenie podgrup w Klasie
SłuŜebnic. Słyszy się teŜ opinie, Ŝe za słaba jest pozycja policji, gdyŜ niski stopień
wykształcenia nie róŜni jej od Robotnic...
W miarę jak mnoŜyła dalsze szczegóły, czułam się coraz bardziej przytłoczona
potwornością całego procesu.
- Mrówki! - przerwałam jej. - Mrowisko! PosłuŜyłyście się mrowiskiem jako
modelem?
Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu lub teŜ faktem, Ŝe dopiero
teraz pojęłam to, co tak długo mi tłumaczyła.
- Dlaczego nie? - spytała. - To niewątpliwie jeden z najtrwalszych wzorców
społecznych wykształconych przez naturę. ChociaŜ, rzecz oczywista, przy niezbędnej
adaptacji...
- Chcesz powiedzieć... chcesz mi powiedzieć, Ŝe tylko Matki mają dzieci? -
dopytywałam się.
- Och, przedstawicielki Doktoriatu teŜ, jeŜeli zechcą - zapewniła mnie.
- Ale... ale...
- Rada zatwierdza proporcje - uzupełniła. - Lekarki w klinice poddają
niemowlęta badaniom i przydzielają je do odpowiednich klas. Dalej to juŜ tylko
sprawa specjalnej diety, kontroli gruczołów i odpowiedniego przyuczenia.
- Ale po co? - zaprotestowałam ostro. - Jaki sens ma takie Ŝycie?
- Pytasz o sens Ŝycia? Sama sobie na to odpowiedz - zaproponowała.
- PrzecieŜ naszym przeznaczeniem jest kochać i być kochanym. Kochać
dzieci, które mamy z tymi, których kochamy.
- Znowu dopuszczasz do głosu swoje uwarunkowania: wynosisz na piedestał i
uromantyczniasz prymitywną zwierzęcość. Musisz chyba przyznać, Ŝe jesteśmy
czymś więcej niŜ tylko zwierzętami.
- Oczywiście, przyznaję, ale...
- Miłość, powiadasz? Czy moŜna mówić o miłości między matką i córką,
jeŜeli nie ma męŜczyzn, którzy wprowadzaliby pojęcie zazdrości? Czy znasz uczucie
wyŜsze niŜ to, jakim dziewczynka darzy swoje młodsze siostry?
- Nie rozumiesz - zaoponowałam znowu. - Jak moŜesz zrozumieć miłość,
która nadaje barwy całemu światu? Skupia się w sercu i stamtąd promieniuje,
przepełniając całą osobowość, jak oddziałuje na to, czym jesteś, na wszystko, czego
dotykasz, co słyszysz... Miłość potrafi śmiertelnie ranić. Ja wiem, wiem o tym dobrze.
Potrafi teŜ rozgrzać w Ŝyłach krew... Przemienia śmietnisko w ogród, łachmany w
brokat, słowo w muzykę. Dzięki miłości moŜna ujrzeć cały wszechświat w oczach
ukochanej osoby. Nie, ty tego nie rozumiesz... nie wiesz... nie potrafisz... Och,
Donaldzie, kochany mój, jak mam jej przekazać coś, czego istnienia nawet się nie
domyśla?
Zapadło niezręczne milczenie.
- Nic dziwnego - przerwała je Laura - Ŝe aby Ŝyć w twoim społeczeństwie,
musiałaś zostać wyposaŜona w tak uwarunkowaną reakcję. Nie moŜesz jednak
oczekiwać, Ŝe zrezygnujemy z wolności na rzecz powrotu do poddaństwa przez
przywrócenie do Ŝycia naszych ciemięzców.
- Nigdy tego nie pojmiesz. Tylko niemądrzy męŜczyźni i niemądre kobiety
Ŝ
yli w stanie ciągłej wojny. Większość z nas uzupełniała się wzajemnie. Stanowiliśmy
tworzące jedność pary.
Uśmiechnęła się.
- Moja droga, albo jesteś zdumiewającą ofiarą dezinformacji na temat twoich
czasów, albo głupota, o której mówisz, była niezwykle powszechna. Ani jako osoba
prywatna, ani jako historyk nie dopuszczam nawet myśli o przywróceniu takiego
stanu rzeczy. Minął etap prymitywny w naszym rozwoju, ustępując miejsca epoce
cywilizowanej. Kobieta, będąc naczyniem Ŝycia, miała to nieszczęście, Ŝe przez
pewien czas męŜczyzna był jej nieodzowny. Teraz jednak juŜ go nie potrzebuje. Nie
chcesz chyba powiedzieć, Ŝe to zbyteczne i niebezpieczne obciąŜenie naleŜy
zachować tylko przez wzgląd na sentymentalizm? Przyznaję, Ŝe utraciłyśmy pewne
drobne wygody. ZauwaŜyłaś zapewne, Ŝe mamy nieco mniej wyobraźni w kwestiach
dotyczących mechaniki i dlatego skłonne jesteśmy powielać odziedziczone wzorce.
Ale niezbyt się tym przejmujemy. Nasze zainteresowania nie dotyczą zjawisk
nieorganicznych, lecz tego, co organiczne i rozumowe. Być moŜe męŜczyźni
pokazaliby nam, jak podróŜować dwa razy szybciej, jak dotrzeć na KsięŜyc lub jak
coraz szybciej zabijać coraz większe rzesze ludzi. Nie wydaje się jednak, by wiedza
tego typu była właściwą ceną ponownego zniewolenia. Nie, my wolimy nasz świat...
Wolimy go wszystkie, z wyjątkiem kilku Reakcjonistek. Widziałaś juŜ nasze
SłuŜebne. MoŜe są trochę nieśmiałe, ale czy wyglądają na wyzyskiwane lub
nieszczęśliwe? Czy nie świergoczą między sobą radośnie i Ŝywo jak wróbelki? A
Robotnice - te, które nazwałaś Amazonkami - czy nie wyglądają na silne, zdrowe i
wesołe kobiety?
- Ale pozbawiacie je wszystkiego... pozbawiacie je praw przyrodzonych.
- Daruj sobie frazesy, moja droga. Czy twój system społeczny nie odbierał
kobietom ich “przyrodzonego prawa”, jeŜeli nie wyjdą za mąŜ? Nie tylko im to
mówiono, lecz wręcz wpajano. Tutaj nasze SłuŜebne i Robotnice nic o tym nie
wiedzą i nie dręczy ich poczucie niedowartościowania. Macierzyństwo jest funkcją
Matek i tak teŜ jest pojmowane.
Protestowałam, kręcąc głową.
- Mimo wszystko okradacie je. Kobieta ma prawo do miłości... Pierwszy raz
straciła cierpliwość i przerwała mi.
- Znowu powtarzasz hasła propagandowe twoich czasów. Moja droga, miłość,
o której mówisz, istniała w twoim bezpiecznym i zamkniętym zakątku świata na
zasadzie łaskawego i praktycznego konwenansu. Rzadko zdarzało ci się widzieć jej
drugie oblicze, nie upiększone przez Romantyzm. Nigdy nie byłaś jawnie
przedmiotem kupna i sprzedaŜy jak sztuka bydła. Nigdy nie musiałaś sprzedawać się
pierwszemu lepszemu, by zdobyć środki na Ŝycie. Nigdy nie byłaś jedną z tych, które
przez wieki krzyczały z bólu, cierpiały i ginęły w miastach zdobywanych i łupionych
przez najeźdźców. Nigdy nie wrzucono cię do lochu czy w płomienie, by ci tego
oszczędzić. Nigdy nie musiałaś płonąć na stosie obok zwłok swego męŜa. Nie
spędzałaś całego Ŝycia uwięziona w haremie, nie byłaś wśród wiezionych statkiem
niewolników ani nie zawdzięczałaś Ŝycia kaprysowi swego pana i władcy...
Tak wygląda to drugie oblicze... odwieczne oblicze. Ono juŜ się nie powtórzy.
Nigdy. CzyŜbyś miała odwagę proponować przywrócenie tego wszystkiego,
przywrócenie naszych cierpień?
- Ale większość tych rzeczy naleŜała do przeszłości - przekonywałam. - Świat
wkroczył juŜ na lepszą drogę.
- Doprawdy? - spytała ironicznie. - Ciekawe, czy podobnie myślały
mieszkanki podbijanego Berlina. Na lepszą drogę, powiadasz? A moŜe świat znalazł
się raczej na granicy nowego barbarzyństwa?
- JeŜeli pozbywacie się zła, odtrącając takŜe dobro, to co zostaje?
- Mnóstwo. MęŜczyzna słuŜył tylko jako środek do osiągania celu.
Potrzebowałyśmy go, by móc rodzić dzieci. Cała zbędna reszta jego sił witalnych stała
się przyczyną wszelkiego cierpienia na Ziemi. Bez męŜczyzny jest nam o wiele lepiej.
- Naprawdę więc uwaŜasz, Ŝe ulepszyłyście naturę? - dopytywałam się.
- Phe! - parsknęła, zniecierpliwiona moim powątpiewającym tonem. -
Cywilizacja jest ulepszeniem natury. Wolałabyś mieszkać w jaskini i grzebać
większość dzieci, które zmarły we wczesnym niemowlęctwie?
- Są sprawy, fundamentalne sprawy... - zaczęłam, lecz Laura uciszyła mnie
gestem.
Za oknem, po trawie sunęły długie cienie. W wieczornej ciszy usłyszałam
dochodzący z oddali chór kobiecych głosów. Przysłuchiwałyśmy się, aŜ pieśń ucichła.
- Piękne! - zachwyciła się Laura. - Nawet anioły nie potrafiłyby śpiewać z
większą słodyczą. Wygląda na to, Ŝe są całkiem szczęśliwe, prawda? Nasze własne,
ś
liczne dzieci. Są wśród nich moje dwie wnuczki. One są szczęśliwe i nie bez
powodu. Nie muszą dorastać w świecie, w którym trzeba zawierzyć dobrej woli
męŜczyzny skłonnego je utrzymywać. Nigdy nie doznają poniŜenia przed panem i
władcą; nigdy teŜ nie staną wobec zagroŜenia gwałtem i mordem. Posłuchaj ich!
Dziewczęta śpiewały następną pieśń.
- Płaczesz? Dlaczego? - zapytała, gdy śpiew ucichł.
- Wiem, Ŝe to głupie. Bo tak naprawdę nie wierzę, Ŝeby było tu tak, jak ci się
wydaje. Płaczę więc chyba z Ŝalu za tym, co utraciłybyście, gdyby to była prawda -
odparłam. - Tam, pod drzewami, powinni siedzieć zakochani. Powinni trzymać się za
ręce, słuchać tej pieśni i patrzyć na wschodzącą tarczę księŜyca. Ale nie ma ich tam i
nigdy juŜ nie będzie. - Spojrzałam na nią. - Czy czytałaś kiedyś ten wiersz: “IleŜ
kwiatów pachnących zapłonie o brzasku! I nim je oko dojrzy, w skwarze dusznym
zginą!”? Czy nie czujesz samotności waszego świata? Czy rzeczywiście tego nie
rozumiesz? - dopytywałam się.
- Wiem, Ŝe nie miałaś okazji przyjrzeć się nam dokładnie, ale czy nie
dostrzegasz piękna świata, w którym kobiety nie muszą rywalizować o względy
męŜczyzn? - odparowała.
Rozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas, aŜ zmierzch ustąpił przed ciemnością i
wśród drzew zamigotały światła sąsiednich domów.
Laura była bardzo oczytana. Dlatego niektóre okresy historyczne darzyła
nawet sympatią. Nigdy jednak nie osłabiało to jej aprobaty dla własnych czasów. Nie
zauwaŜała ich jałowości. Wytykała mi “uwarunkowania”, z powodu których rzekomo
nie dostrzegałam tego, Ŝe nadszedł wreszcie złoty wiek kobiety.
- Trzymasz się zbyt wielu mitów - zarzuciła mi. - Mówisz o pełni Ŝycia i
przytaczasz przykład nieszczęśnicy, która trzyma się kurczowo swoich oków w jakiejś
podmiejskiej willi. To ma być pełnia Ŝycia?! Kupcom wygodniej było jednak nakłonić
ją, by tak sądziła. Prawdziwa pełnia Ŝycia trwałaby nader krótko, obojętne w jakim
społeczeństwie.
I tak dalej...
W końcu zjawiła się mała pokojówka i oświadczyła, Ŝe opiekunki czekają na
moje polecenia. Przed wyjściem chciałam jeszcze coś wyjaśnić.
- Powiedz mi, proszę, jak... jak do tego doszło?
- Czysty przypadek, kochanie. ChociaŜ był on konsekwencją tamtych czasów.
Badania naukowe doprowadziły do niespodziewanego, wtórnego odkrycia.
- Ale w jaki sposób?
- Dość dziwnie... moŜna nawet powiedzieć, Ŝe w banalny sposób. Czy
słyszałaś o człowieku nazwiskiem Perrigan?
- Perrigan? - powtórzyłam. - Nie sądzę, chociaŜ nie jest to pospolite nazwisko.
- Stało się powszechnie znane - wyjaśniła. - Doktor Perrigan był biologiem,
zajmował się przede wszystkim eksterminacją szczurów, zwłaszcza dokuczliwego
szczura brunatnego. DąŜył do wynalezienia choroby, która okazałaby się zabójcza dla
tego szkodnika. PosłuŜył się w tym celu infekcją wirusową, często śmiertelną u
zajęcy, a właściwie grupą infekcji wirusowych o duŜej selektywności ze względu na
silną mutacyjność. I rzeczywiście, istniało tak wiele szczepów, Ŝe gdy testowano ją na
zającach w Australii, powiodła się dopiero szósta próba. Wszystkie wcześniejsze
szczepy ginęły w miarę wzrostu odporności zajęcy. Próby prowadzono takŜe w innych
krajach, chociaŜ w zasadzie bez powodzenia, aŜ do chwili, gdy we Francji
wyprodukowano szczep jeszcze skuteczniejszy, którego działaniu poddano całą
populację zajęcy w Europie.
Na bazie tych wirusów Perrigan stosując napromieniowanie oraz inne metody
otrzymał nowe mutacje i ostatecznie udało mu się wyłonić odmianę, która atakowała
szczury. To jednak mu nie wystarczyło i kontynuował badania, aŜ otrzymał szczep
wyposaŜony dziedzicznie w taką selektywność, Ŝe atakował wyłącznie szczury
brunatne, i to z niezwykłą zaciekłością.
W ten sposób Perrigan rozwiązał ostatecznie kwestię uporczywego szkodnika
i obecnie brunatny szczur nie występuje nigdzie. Perrigan popełnił jednak jakiś błąd.
Do dziś nie wiadomo, czy ten udany wirus mutował ponownie, czy teŜ któryś z
wcześniejszych wirusów doświadczalnych został przypadkowo uwolniony przez
szczura nosiciela, zresztą jest to zagadnienie czysto akademickie. Dość, Ŝe uaktywnił
się szczep zdolny atakować istoty ludzkie, i zanim go wykryto, zdąŜył się
rozprzestrzenić. Rozprzestrzeniał się przy tym w zatrwaŜającym tempie: zbyt szybko,
aby moŜna było podjąć jakiekolwiek środki zaradcze.
Okazało się, Ŝe większość kobiet jest na niego odporna. Z około dziesięciu
procent zaatakowanych kobiet ponad osiemdziesiąt procent powróciło do zdrowia.
Natomiast wśród męŜczyzn odporność była niemal zerowa i odnotowano jedynie
kilka przypadków częściowego wyzdrowienia. Uratowano niewielką liczbę męŜczyzn
dzięki zastosowaniu niezwykłych środków ostroŜności, ale nie moŜna ich było
wiecznie trzymać w zamknięciu, więc w końcu wirus, który posiadał niespotykaną
wprost zdolność przetrwania w utajeniu, dosięgną! ich takŜe.
Cisnęło mi się na usta mnóstwo specjalistycznych pytań, lecz Laura mnie
uprzedziła.
- Obawiam się, Ŝe nic więcej nie potrafię ci wyjaśnić. Być moŜe nasze lekarki
będą skłonne udzielić ci informacji, choć wątpię.
Z trudem usiadłam na brzegu kanapy.
- Rozumiem - powiedziałam. - Po prostu przypadek. Tak. Trudno sobie
wyobrazić, Ŝeby doszło do tego w jakikolwiek inny sposób.
- Chyba Ŝe zechcemy w tym dostrzec palec boŜy - zastrzegła.
- Czy to nie nazbyt bluźniercza interpretacja?
- Miałam na myśli Śmierć Pierworodnego - odrzekła w zadumie.
Nie znalazłam na to gotowej odpowiedzi. Zadałam więc pytanie:
- Czy z całą szczerością moŜesz powiedzieć, Ŝe twoje Ŝycie nigdy nie wydaje
ci się koszmarnym snem?
- Nigdy! - zaprotestowała stanowczo. - Kiedyś był to rzeczywiście zły sen. Ale
juŜ się skończył. Posłuchaj!
Chóralny śpiew wzmocniony akompaniamentem orkiestry płynął teraz znowu
z głębi pogrąŜonego w ciemnościach ogrodu. Nie, nie brzmiało to ponuro: być moŜe
nawet dźwięczała tam nuta radości. Ale skąd miałyby wiedzieć, biedactwa, Ŝe...
Zjawiły się moje opiekunki i pomogły mi wstać. Podziękowałam Laurze za
cierpliwość i uprzejmość. Ona jednak potrząsnęła głową.
- Moja droga, to ja jestem ci winna wdzięczność. W krótkim czasie
dowiedziałam się od ciebie więcej na temat uwarunkowania kobiet w społeczeństwie
mieszanym niŜ ze wszystkich ksiąŜek, jakie przeczytałam przez całe Ŝycie. Mam
nadzieję, Ŝe lekarki znajdą jakiś sposób, abyś o tym zapomniała i mogła czuć się z
nami szczęśliwa.
Przystanęłam w progu i odwróciłam się z pomocą opiekunek.
- Wysuwasz wiele słusznych argumentów, Lauro. Ale mimo to jesteś... jesteś
w błędzie. Czy nigdy nie czytałaś o zakochanych? Czy jako dziewczyna nigdy nie
wzdychałaś do jakiegoś Romea, który powiedziałby: “Tam jest wschód, a Laura jest
moim słońcem!”?
- Chyba nie. ChociaŜ znam ten dramat. Dość ładna, wyidealizowana opowieść.
Ciekawa jestem, ilu Juliom złamała serce? Ale odpowiem ci pytaniem, kochanie. Czy
widziałaś cykl obrazów Goi zatytułowany “Okropności wojny”?
RóŜowy samochód nie zawiózł mnie z powrotem do “Domu”. Dotarłyśmy do
okazałego budynku, który przypominał szpital, gdzie z duŜą troskliwością połoŜono
mnie do łóŜka w jednoosobowym pokoju. Rano, po obfitym śniadaniu, odwiedziły
mnie trzy nowe lekarki. Wizyta miała charakter bardziej towarzyski niŜ zawodowy i
zamieniła się w półgodzinną pogawędkę. Zostały zapewne dokładnie poinformowane
o przebiegu mojej rozmowy z Laurą, bo nie wzbraniały się od odpowiedzi na pytania,
z których część wydała im się zabawna. Ja natomiast, wręcz przeciwnie, daleka byłam
od rozbawienia, gdyŜ w ich stwierdzeniach nie doczekałam się Ŝadnych
pocieszających nieścisłości - to, co mówiły, wydawało się niepokojąco wykonalne,
przy odpowiednim opanowaniu techniki. Pod koniec wizyty ich nastrój uległ zmianie.
Jedna z nich oświadczyła zasadniczym tonem:
- Zdajesz sobie sprawę z tego, Ŝe postawiłaś nas w trudnej sytuacji. Twoje
towarzyszki, Matki, nie są oczywiście podatne na ferment reakcjonistyczny, chociaŜ
dość szybko zdołałaś wywołać w nich silne uczucie wstrętu i oburzenia. Osoby mniej
odporne mogą ulegać twoim wpływom znacznie łatwiej. Nie chodzi nawet o to, co
powiesz. Wystarczy odmienność, która przebija z twojej postawy. Nie ma na to rady i,
szczerze mówiąc, nie wyobraŜamy sobie, jak, będąc kobietą wykształconą, mogłabyś
przyjąć postawę pogodnej, beztroskiej i pełnej akceptacji, jakiej spodziewamy się od
Matek. Twoja frustracja będzie niebawem trudna do zniesienia. Ponadto
uwarunkowania, którym podlegałaś w tamtym systemie, uniemoŜliwiają ci okazanie
naszej organizacji dobrej woli.
Doceniłam szczerość tej wypowiedzi: była to obiektywna ocena sytuacji. Co
więcej, nie mogłam jej kwestionować. Perspektywa spędzenia reszty Ŝycia w róŜowej,
wonnej tępocie, urozmaiconej jedynie produkcją czworaczków płci Ŝeńskiej w
regularnych odstępach czasu, z pewnością doprowadziłaby mnie w krótkim czasie do
szaleństwa.
- Czy wobec tego potraficie przywrócić temu cielsku normalny kształt i
wielkość? - spytałam.
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Raczej nie... Nie wiem, czy kiedykolwiek podejmowano takie próby. Ale
nawet gdyby było to moŜliwe, nie mogłabyś zasiadać w Doktoriacie. Wzrosłoby takŜe
zagroŜenie twoim reakcjonizmem.
To takŜe byłam w stanie zrozumieć.
- Wobec tego co dalej? - dopytywałam się. Zawahała się, zanim odpowiedziała
cichym głosem:
- MoŜemy ci jedynie zaproponować hipnozę w celu usunięcia pamięci. Gdy
dotarło do mnie znaczenie tych słów, ledwie opanowałam falę histerii.
Wytłumaczyłam sobie, Ŝe przecieŜ rozmawiają ze mną w sposób racjonalny. Muszę
postarać się o sensowną reakcję. Mimo to upłynęło kilka minut, zanim się na nią
zdobyłam.
- śądacie ode mnie samobójstwa. Cały mój umysł to pamięć: pamięć to ja.
JeŜeli ją stracę, to tak, jakbym umarła, jakbyście mnie zabiły, to znaczy, moje ciało.
Nie próbowały się spierać.
Jedyne, co nadaje wartość memu Ŝyciu, to świadomość twojej miłości, drogi,
najdroŜszy, kochany Donaldzie. śyjesz teraz tylko w mojej pamięci. JeŜeli ją
opuścisz, umrzesz raz jeszcze, tym razem na zawsze.
- Nie! - krzyknęłam. - Nie! Nie!
Odwiedzały mnie regularnie SłuŜebne, uginając się pod cięŜarem posiłków.
Zajęta byłam własnymi myślami, choć nie było to najlepsze towarzystwo. - Prawdę
powiedziawszy - stwierdziła jedna z lekarek - nie widzimy Ŝadnego innego wyjścia.
Przez wiele lat po tym wydarzeniu największym zmartwieniem były rosnące statystyki
załamań psychicznych. ChociaŜ kobiety miały wówczas pełne ręce roboty, wiele z
nich wciąŜ nie potrafiło się przystosować. Tobie nie moŜemy nawet zaproponować
Ŝ
adnej pracy.
Odebrałam to jako ostrzeŜenie. JeŜeli ta halucynacja, która zdawała się coraz
bardziej realna, nie zostanie wkrótce przerwana, znajdę się w pułapce.
Przez cały dzień i noc na próŜno usiłowałam odzyskać utracony obiektywizm.
Ta dialektyka przerastała mnie: moje zmysły zbyt świadomie odbierały zmysłowe
bodźce otoczenia. Zbyt silna i przekonywająca była konsekwentna spójność
otaczających mnie zjawisk.
Po upływie doby ponowna wizyta tego samego tria dała mi do zrozumienia, Ŝe
minął czas do namysłu.
- Mam wraŜenie - zaczęłam - Ŝe lepiej rozumiem teraz swoją sytuację.
Proponujecie mi bezbolesną niepamięć zamiast załamania, po którym i tak nastąpi
niepamięć. I nie widzicie innego wyjścia.
- Tak - potwierdziła jedna z nich, a pozostałe zgodziły się w milczeniu. - Ale
podczas hipnozy będziemy potrzebowały twojej współpracy.
- Wiem o tym - powiedziałam. - Rozumiem teŜ, Ŝe w takim układzie uchylanie
się od współpracy byłoby daremnym uporem. W związku z tym... tak, zamierzam
współpracować... Ale pod jednym warunkiem.
Spojrzały pytająco.
- Chciałabym, Ŝebyście najpierw wstrzyknęły mi chuinŜuatynę w takim samym
stęŜeniu, jakie otrzymałam przedtem. Podam wam wielkość dawki. Jestem
przekonana, Ŝe niezaleŜnie od tego, czy jest to halucynacja, czy teŜ jakiś inny,
zbliŜony do niej rodzaj projekcji, musi mieć coś wspólnego z tym środkiem. Nigdy
przedtem nie zdarzyło mi się nic, co choćby w najmniejszym stopniu przypominało
ten stan. Przyszło mi więc do głowy, Ŝe gdybym mogła odtworzyć sytuację... czy
moŜe tylko uwierzyć, Ŝe ją odtwarzam... być moŜe powstanie jakaś szansa. Sama nie
wiem. MoŜe to zbyt naiwne?... Ale nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to nic nie
powinno zmienić się na gorsze, prawda? Czy pozwolicie mi spróbować?...
Zamyśliły się wszystkie trzy.
- W zasadzie nie widzę przeszkód - powiedziała jedna.
- Myślę, Ŝe nie powinno być trudności z uzyskaniem pozwolenia - uzupełniła
druga. - Masz do tego prawo, lecz na twoim miejscu nie liczyłabym na to za bardzo.
Po południu przybyło kilka małych słuŜebnic, które zakrzątnęły się wokół
przygotowania mnie i pokoju do eksperymentu. Na koniec zjawiła się jeszcze jedna,
pchając stolik na kółkach. Ledwie ją było widać spoza butelek, tacek i fiolek.
Ustawiła stolik przy moim łóŜku. Wkrótce przybyły wszystkie trzy lekarki. Jedna z
małych pielęgniarek zajęła się podwijaniem mojego rękawa. Lekarka, która
najczęściej zabierała głos, posłała mi serdeczne, lecz pełne powagi spojrzenie.
- Zdajesz sobie sprawę, Ŝe to czysty hazard? - upewniła się.
- Tak. Ale to moja jedyna szansa. Chcę z niej skorzystać.
Pokiwała głową, wzięła do ręki strzykawkę i napełniła ją, podczas gdy
słuŜebnica dezynfekowała moje ogromne ramię. Lekarka zbliŜyła się do łóŜka z
wahaniem.
- Proszę zaczynać - ponagliłam ją. - Dobrze pani wie, jaki los czeka mnie tutaj.
Skinęła głową i wbiła igłę...
PowyŜszą relację spisałam w określonym celu. Zamierzam zdeponować ją w
banku, gdzie pozostanie do czasu, kiedy zajdzie potrzeba jej odczytania.
Nie mówiłam o tym nikomu. Sprawozdanie na temat skutków działania
chuinŜuatyny, które sporządziłam dla drą Hellyera, było fałszywe. Opisałam tam
swoje wraŜenia jako po prostu unoszenie się w przestrzeni. W powyŜszych zapiskach
zawarte są moje prawdziwe doznania.
Ukrywałam je, poniewaŜ po odzyskaniu przytomności, kiedy przekonałam się,
Ŝ
e znajduję się znowu we własnym ciele, w normalnym świecie, doznania te
prześladowały mnie z taką wyrazistością, jakby były prawdziwe. Szczegóły jawiły się
zbyt jaskrawo, zbyt wyraźnie, bym mogła usunąć je z pamięci. Prześladowały mnie
jak przestroga czy pogróŜka. Nie mogłam zaznać spokoju...
Nie potrafiłam zebrać dość odwagi, by zwierzyć się drowi Hellyerowi, jak
bardzo mnie to męczy... Obawiałam się, Ŝe zaleci mi leczenie. Inni moi znajomi, jeśli
nie przejęliby się na tyle, by zalecić leczenie, z pewnością wyśmialiby mnie i nieźle
by się ubawili moim kosztem, interpretując symbolikę. Zachowałam to więc dla
siebie.
Gdy rozpatrywałam szczegółowo róŜne fragmenty tego wydarzenia, wzbierała
we mnie złość na samą siebie. Dlaczego nie poprosiłam Laury o więcej faktów, takich
jak daty i inne dane, które moŜna sprawdzić. Gdyby stwierdziła, na przykład, Ŝe cała
ta sprawa zaczęła się przed dwoma laty, to nie byłoby mowy o jakimkolwiek poczuciu
zagroŜenia. Niestety, tak istotne pytanie nie przyszło mi do głowy. Przypomniałam
sobie jednak pewną informację, którą mogłam sprawdzić. I sprawdziłam. Teraz
Ŝ
ałuję, Ŝe to zrobiłam, ale wtedy czułam, Ŝe muszę.
Oto czego się dowiedziałam:
Dr Perrigan Ŝyje, jest biologiem, przeprowadza doświadczenia na zającach i
szczurach...
Jest dość znanym specjalistą w swojej dziedzinie. Publikował w wielu
periodykach artykuły na temat walki ze szkodnikami. Nie jest Ŝadną tajemnicą, Ŝe
pracuje nad nowymi szczepami myxomatozy, które mają atakować szczury. Otrzymał
juŜ nawet pewną grupę szczepów mucosimorbus, chociaŜ nie udało mu się dotychczas
wyprodukować wirusa na tyle stałego lub selektywnego, by dał się zastosować w
praktyce...
Nigdy jednak o nim nie słyszałam, dopóki Laura z mojego “przywidzenia” nie
wymieniła jego nazwiska...
DuŜo o tym myślałam. Do jakiego rodzaju doświadczeń naleŜą opisane tu
zdarzenia? Gdyby były czymś w rodzaju wizji nieuniknionej przyszłości, nikt nie
mógłby przecieŜ temu zapobiec. Sądzę jednak, Ŝe takie wyjaśnienie jest bez sensu:
przyszłość jest zdeterminowana tym, co juŜ się stało, i tym, co dzieje się aktualnie.
Musi zatem istnieć mnóstwo moŜliwych wersji przyszłości, z których kaŜda stanowi
prawdopodobną konsekwencję tego, co dzieje się teraz. Wydaje mi się, Ŝe pod
wpływem chuinŜuatyny ujrzałam jedną z takich wersji...
Było to chyba ostrzeŜenie przed tym, co moŜe się wydarzyć, jeśli nie podejmie
się działań zapobiegawczych.
Wersja ta jest tak odraŜająca, tak fałszywa, tak dalece odbiega od normalnego
toku wydarzeń, Ŝe nie ostrzec, znaczyłoby uchylać się od obowiązku wobec ludzkości.
W związku z tym zamierzam na własną odpowiedzialność, nikogo nie
wtajemniczając, dołoŜyć wszelkich starań, aby to, co opisałam, nie doszło do skutku.
Gdyby kogokolwiek oskarŜono o współdziałanie w moim zamierzeniu, niniejszy
dokument powinien zostać przytoczony w jego obronie. W tym właśnie celu został
spisany.
Postanowiłam bowiem nie dopuścić do kontynuacji badań drą Perrigana.
Podpisano: Jane Waterleigh
Adwokat przyglądał się podpisowi kiwając głową.
- A potem wsiadła w samochód i pojechała do Perrigana. Tragiczne rezultaty
są nam znane - powiedział.
- Podejrzewam, Ŝe starała się najpierw wytłumaczyć mu, Ŝe powinien
zrezygnować z badań. ChociaŜ nie mogła oczekiwać, Ŝe jej się powiedzie. Trudno
sobie przecieŜ wyobrazić, Ŝeby ktokolwiek zechciał zrezygnować z wieloletnich
badań z powodu, który kaŜdemu wydawałby się czymś w rodzaju cygańskiej wróŜby.
Nie ulega wątpliwości, Ŝe była przygotowana do podjęcia, w razie konieczności,
działań bezpośrednich. Policja ma chyba rację podejrzewając, iŜ strzelała do niego z
premedytacją. Są jednak w błędzie twierdząc, Ŝe podpaliła dom w celu zatarcia
ś
ladów zbrodni. Z oświadczenia wynika niezbicie, Ŝe chodziło jej wyłącznie o
zniszczenie pracy Perrigana.
Znowu pokiwał głową ze współczuciem.
- Biedaczka! Z ostatnich dwóch czy trzech stronic wyraźnie przebija silne
poczucie obowiązku. Bije z nich ta uproszczona jasność, która powoduje
męczennikami bez względu na konsekwencje. Nie wypiera się czynu. Ukrywa tylko
przed policją jego motywy.
Zamilkł, a po chwili dodał:
- Na szczęście mamy ten dokument. Powinien przynajmniej uratować jej
Ŝ
ycie. Zdziwiłbym się, gdyby nie poskutkował argument niepoczytalności, której jest
dowodem. - Postukał palcem w plik kartek.
- Dobrze się złoŜyło, Ŝe zrezygnowała z zamiaru zdeponowania tego w banku.
Na twarzy drą Hellyera malowało się zmęczenie i troska.
- Mam ogromne wyrzuty sumienia w związku z tym wydarzeniem - wyznał. -
Przede wszystkim nie powinienem był dopuścić do próby z chuinŜuatyną! Wydawało
mi się jednak, Ŝe otrząsnęła się juŜ z załamania po stracie męŜa. Robiła wszystko,
Ŝ
eby mieć bez przerwy jakieś zajęcie, i zgłosiła się na ochotnika. Znał ją pan na tyle,
by stwierdzić, Ŝe miała bardzo zdecydowany charakter. Dostrzegła szansę wniesienia
pewnego wkładu do wiedzy medycznej, i słusznie. Mogłem jednak być ostroŜniejszy.
Powinienem był zauwaŜyć, Ŝe coś jest nie tak po tym doświadczeniu. Dlatego to na
mnie ciąŜy odpowiedzialność za tę sprawę.
- Hm - adwokat nie był przekonany - przyjmując taką linię obrony, nie
wypadnie pan najlepiej w oczach kolegów po fachu, doktorze.
- Być moŜe. Zajmę się tym w odpowiednim czasie. Teraz chodzi o to, Ŝe czuję
się za nią odpowiedzialny, choćby z tego powodu, Ŝe jest członkiem mojego zespołu.
Nie da się zaprzeczyć, iŜ gdybym nie przyjął propozycji jej udziału w doświadczeniu,
nie doszłoby do tego wszystkiego. W związku z tym wydaje mi się, Ŝe powinniśmy
raczej starać się udowodnić, Ŝe działała w stanie ograniczonej poczytalności, Ŝe jej
władze umysłowe uległy osłabieniu pod wpływem zaaplikowanego środka. JeŜeli sąd
wyda takie orzeczenie, skierują ją do szpitala psychiatrycznego na obserwację
połączoną z leczeniem, być moŜe bardzo krótkim.
- Nie wiem. W kaŜdym razie moŜemy przedstawić tę koncepcję obrońcy i
poprosić o opinię.
- Moim zdaniem brzmi to dość przekonywająco. Osoba taka jak Jane nie
decyduje się na zabójstwo, będąc przy zdrowych zmysłach, chyba Ŝe zostanie
przyparta do muru. Wtedy jednak działałaby z większą przebiegłością. Z pewnością
nie atakowałaby kogoś zupełnie obcego. ChuinŜuatyną wywołała zapewne
halucynacje dostatecznie silne, by doprowadzić ją do stanu, w którym nie potrafiła
odróŜnić tego, co rzeczywiste, od tego, co przypuszczalne. Była przekonana, Ŝe
przywidzenie jest rzeczywistością, i postąpiła zgodnie z takim przekonaniem.
- Owszem, moŜna to tak ująć - przyznał adwokat. Znowu spojrzał na plik
dokumentów. - Cała ta opowieść jest w gruncie rzeczy bez sensu, chociaŜ sprawia
wraŜenie bardzo sensownej. Ciekawe, czy...
- Zamyślił się na chwilę, po czym podjął wątek. - Zastanawia mnie ta teoria o
zbędności osobników płci męskiej. Wygląda na to, Ŝe wydawała jej się bardziej
niepoŜądana niŜ niewyobraŜalna. Dla laika, który wierzy ślepo w naturalny porządek
rzeczy, jest to nie do przyjęcia, ale czy nie uwaŜa pan, jako naukowiec związany z
medycyną, Ŝe jest to właściwie moŜliwe, przynajmniej teoretycznie?
Dr Hellyer zmarszczył brwi w skupieniu.
- Tak. Tę kwestię istotnie powinno się częściej brać pod uwagę. -
Wykluczenie takiej moŜliwości byłoby chyba twierdzeniem zbyt pochopnym. Z
czysto teoretycznego punktu widzenia moŜna to rozwaŜać na dwa lub trzy róŜne
sposoby. Gdyby zaistniała jakaś absolutnie niezwykła sytuacja, wymagająca
intensywnych badań na skalę zbliŜoną do prac nad atomem... to kto wie? - Otrząsnął
się z zamyślenia.
Adwokat znowu pokiwał głową.
- To właśnie miałem na myśli - zauwaŜył. - W gruncie rzeczy nie jest to w
sumie aŜ tak bardzo nieprawdopodobne. Moim zdaniem moŜe nawet wywołać lekki
niepokój. Z punktu widzenia obrony głębokie przekonanie Jane w zestawieniu z takim
stopniem prawdopodobieństwa daje pewne szansę na powodzenie. Ale właśnie to
prawdopodobieństwo nieco mnie peszy.
Doktor rzucił mu baczne spojrzenie.
- No wie pan! Co pan wygaduje? Pan, doświadczony prawnik, opowiada się za
wizjonerstwem? Jeśli tak jest w istocie, to chyba będzie pan musiał wymyślić nową,
własną wizję. Bo biedna Jane z pewnością udaremniła spełnienie się tej konkretnej
wersji. Z Perriganem koniec.
- Cały jego dorobek poszedł z dymem - odparł adwokat, kładąc dłoń na
dokumentach. - Mimo wszystko byłoby lepiej, gdyby Jane dowiedziała się o
Perriganie i jego badaniach w jakiś inny sposób. O ile mi wiadomo, nie było
moŜliwości, Ŝeby Perrigan znalazł się w orbicie jej zainteresowań, chyba Ŝe interesuje
ją takŜe weterynaria?
- Z całą pewnością nie - zapewnił Hellyer.
- No właśnie. A zatem ten aspekt nie przestaje być niepokojący. Jest jeszcze
drugi. Uzna pan zapewne, Ŝe zachowuję się nierozsądnie i oby czas pokazał, Ŝe
słuszność jest po pańskiej stronie, lecz muszę przyznać, Ŝe czułbym się lepiej, gdyby
Jane przeprowadziła nieco dokładniejsze śledztwo przed przystąpieniem do działania.
- Co ma pan na myśli...? - zaciekawił się dr Hellyer.
- OtóŜ Jane nie wiedziała, Ŝe Perrigan ma syna. Który Ŝyje. Zdaje się, Ŝe
bardzo interesował się badaniami ojca i postanowił, iŜ jego praca nie moŜe pójść na
marne. Oświadczył, Ŝe dołoŜy wszelkich starań, aby kontynuować badania na tych
kilku okazach, które uratowano z płomieni... Jest to bez wątpienia godna pochwały
synowska postawa. Niepokoi mnie tylko fakt, Ŝe on równieŜ jest doktorem nauk
przyrodniczych, biochemikiem i - co całkiem naturalne - nosi nazwisko Perrigan...
CZŁOWIEK - MIESZKANIEC ZIEMI
Rozdział I - OKAZY Z DOLINY DUR
Największą atrakcją turystyczną Takonu była w owym czasie wystawa odkryć
z Doliny Dur. W specjalnie do tego celu wzniesionym budynku Takończycy i
przyjezdni z innych miast tłoczyli się w korytarzach i zaglądali do zakratowanych lub
oszklonych gablot, podziwiając ich zawartość z lękiem, zaciekawieniem lub
rozbawieniem - zaleŜnie od usposobienia.
Tłum zwiedzających składał się głównie z tych, których przyciąga kaŜde
niezwykłe wydarzenie, pod warunkiem Ŝe wstęp jest wolny lub za niską opłatą.
Napawali się więc widokiem eksponatów, gotowi dziwić się i zachwycać, ale niezbyt
głęboko, poniewaŜ przybyli przede wszystkim, by się zabawić, toteŜ opierali się
staraniom przewodników usiłujących obudzić w nich refleksyjną ciekawość. Nie
więcej niŜ dwie, moŜe trzy osoby przyglądały się gablotom z prawdziwym uznaniem.
Nie moŜna jednak powiedzieć, by to powierzchowne nastawienie, widoczne u
dorosłych, występowało równieŜ u dzieci, które przyprowadzano codziennie, całymi
klasami, na lekcję poglądową o prehistorycznych warunkach Ŝycia na planecie.
Magon, nauczyciel biologii w jednej z najlepszych szkół w Takonie, z trudem
poskramiał swych podopiecznych w oczekiwaniu na przewodnika. Ustawił ich przy
wejściu i próbując utrzymać w grupie, opowiadał o Dolinie Dur.
- Warunki panujące w Dolinie są dziełem całkowitego przypadku. Nie
odkryto dotąd na planecie Wenus podobnych terenów i zdaniem specjalistów tereny
takie nie istnieją. Wystawa, którą za chwilę obejrzymy, nie jest muzeum ani ogrodem
zoologicznym, chociaŜ je przypomina.
Uczniowie nie słuchali go zbyt uwaŜnie. Wiercili się niespokojnie, rzucając
zaciekawione spojrzenia na rzędy klatek, wyciągali szyje, by dostrzec coś ponad
ramionami kolegów, a najbardziej podekscytowani stawali na tylnych nogach, Ŝeby
lepiej widzieć. Przechodzący obok Takończycy patrzyli na ten dziecięcy entuzjazm z
lekkim rozbawieniem. Magon przygładził dłonią srebrne futro na głowie i
kontynuował wykład:
- Stworzenia, które zobaczycie, reprezentują wszystkie okresy historii naszego
ś
wiata. Niektóre są tak stare, Ŝe wędrowały juŜ po planecie na długo przed
pojawieniem się naszej rasy. Inne, młodsze, Ŝyły w tym samym czasie co nasi
przodkowie, którzy w tym okrutnym świecie musieli nieustannie szukać schronienia,
umykając tak szybko, jak im na to pozwalało sześć nóg...
- Sześć nóg, panie psorze? - odezwał się jakiś zdziwiony głos. Rozległy się
chichoty, lecz Magon tłumaczył cierpliwie:
- Tak, Sadul, sześć. CzyŜbyś nie wiedział, Ŝe nasi przodkowie poruszali się na
wszystkich sześciu kończynach? Minęły tysiące lat, nim stali się czworonogami. Nim
to nastąpiło, wszelki postęp był niemoŜliwy. Kończyny przednie nie mogły
wykształcić się w tak wraŜliwe członki chwytne jak nasze, dopóki nie przestały
dotykać ziemi.
- To nasi przodkowie byli zwierzętami, panie psorze?
- No tak... Owszem. Bardzo je przypominali. - Magon ściszył głos, by nie
obrazić uszu przechodzących obok obywateli. - Natychmiast jednak po oderwaniu
przednich kończyn od ziemi i zwolnieniu ich od obowiązku podtrzymywania cięŜaru
ciała wkroczyliśmy w erę wielkich przemian: zaczęliśmy piąć się do góry... i pniemy
się nadal.
Potoczył spojrzeniem po zaciekawionych futrzastych twarzach. Przez chwilę
zatrzymał wzrok na delikatnych mackach, które kiedyś były topornymi palcami
przednich odnóŜy. Ewolucja niesie w sobie coś magicznego: Magon czuł się dumny z
faktu, Ŝe on i jego rasa zajmują poczesne miejsce w procesie rozwoju. To przecieŜ
wspaniałe osiągnięcie: z kudłatego, prawie dwumetrowego zwierzęcia przekształcić
się w istotę stojącą dumnie na czterech kończynach, z wyprostowaną w pionie
przednią częścią ciała, skąd głowa spogląda na świat otwarcie i bez wstydu. Co
prawda kilku podopiecznych zaniedbało swoje futra, doprowadzając je do stanu, który
nie przynosił chwały całej rasie: były zabłocone i potargane. Ale w końcu to jeszcze
dzieci. Na pewno z wiekiem nauczą się czyścić je dokładniej i czesać.
- Dolina Dur... - Magon podjął wykład, lecz właśnie pojawił się przewodnik.
- Czy to grupa uczniów?
- Tak.
- Świetnie. Proszę za mną. Czy wiedzą juŜ, co zaszło w Dolinie Dur?
- Większość tak - odparł Magon. - Lecz byłoby dobrze, gdyby...
- Oczywiście, z przyjemnością. - Przewodnik przystąpił ochoczo do
wygłaszania monologu, który powtarzał juŜ zapewne wiele razy.
- Dolina Dur to niewątpliwie zjawisko jedyne w swoim rodzaju. W
zamierzchłym okresie dziejów naszej planety w sposób nie do końca jeszcze
wyjaśniony doszło do połączenia pewnych gazów zawartych w jej wnętrzu. Gazy te
wydostały się na powierzchnię przez szczeliny w skorupie planety właśnie tutaj i tylko
tutaj.
Mieszanina ta posiadała dwie podstawowe właściwości: usypiała oraz
konserwowała na czas nieokreślony. W rezultacie powstała forma Ŝycia, którą moŜna
nazwać Ŝyciem w zawieszeniu. Wszystko, co istniało w Dolinie w chwili pierwszej
emisji gazów, zachowało się więc w stanie nienaruszonym. Stan ten nie podlega
Ŝ
adnym granicom czasowym.
StaroŜytni traktowali to miejsce z zabobonnym lękiem. Podejmowano
wprawdzie w epokach mniej odległych liczne próby zbadania Doliny, ale wszystkie
kończyły się fiaskiem. Powiodła się dopiero ostatnia wyprawa sprzed roku, której
uczestników wyposaŜono w odpowiednie maski przeciwgazowe. Wówczas to
dokonano odkrycia, Ŝe zwierzęta i rośliny w Dolinie nie uległy petryfikacji, jak
dotychczas sądzono. Okazało się bowiem, Ŝe przy zastosowaniu pewnych zabiegów
mogą być oŜywione. I takie właśnie eksponaty za chwilę obejrzymy: egzemplarze
flory i fauny liczące miliony lat, a mimo to wciąŜ Ŝywe.
Przystanął przy pierwszej gablocie.
- Oto okazy flory okresu karbońskiego: paprocie drzewiaste i gigantyczne
mchy, które rosną tu nadal w specjalnie stworzonej atmosferze, kontynuując rozwój
zatrzymany w chwili, gdy Wenus była jeszcze bardzo młodą planetą. Liczymy na to,
Ŝ
e z zarodników tych roślin uda nam się wyhodować następne egzemplarze. Tutaj -
przesunął się ku kolejnej gablocie - widzimy początki jednego z najwdzięczniej szych
eksperymentów Natury: najwcześniejszą formę kwiatów.
Słuchacze przyglądali się posłusznie duŜym, białym kwiatom
przypominającym magnolie, lecz nie wyglądali na zafascynowanych. Do młodych
umysłów fauna przemawia bardziej niŜ flora. Nagle budynkiem wstrząsnął potęŜny
ryk. Wszystkie głowy odwróciły się w głąb korytarza. Z trudem udawano
zainteresowanie wykładem przewodnika. Tylko Magon, ku wściekłości
podopiecznych, uznał za stosowne zadać mu parę pytań. W końcu jednak minęli
gabloty botaniczne i znaleźli się przed pierwszą klatką.
Wewnątrz, wzdłuŜ kraty biegało to w jedną, to w drugą stronę gadowate
stworzenie, które moŜna by opisać jako dwunoŜne, gdyby nie ogon, który odgrywał
istotną rolę w podpieraniu tułowia. Zwierzę spoglądało na świat z zachłannością
nieproporcjonalną do małych oczek, w jakie wyposaŜyła je przyroda. Raz po raz
odrzucało łeb w górę, wydobywając z siebie zduszony kwik.
Gad był brzydki, pokryty zielonoszarą, bardzo gładką skórą. Sylwetkę miał
niemal opływową, a mimo to wyglądał pokracznie. Jego kształty, podobnie jak u
wielu innych, pierwotnych stworów, zdawały się zapowiadać, Ŝe Matka Natura
powaŜnie zabiera się do dzieła. Potrafiła juŜ bowiem z grubsza wymodelować tego
biegającego dinozaura, choć wciąŜ brakowało jej jeszcze poczucia proporcji i tej
finezji, której miała nabrać nieco później. Odnosiło się wraŜenie, Ŝe nawet gdyby
chciała, nie była jeszcze gotowa do stworzenia sierści czy piór, by okryć nagość tego
gada.
- To jest Chodomimus - przedstawił go przewodnik z gospodarskim gestem. -
Jeden z dinozaurów, który potrafi poruszać się z duŜą szybkością, lecz umiejętność tę
wykorzystuje wyłącznie w celach obronnych, jako Ŝe naleŜy do grupy zwierząt
roślinoŜernych.
Tu nastąpiła krótka pauza, podczas której słuchacze przyswajali sobie treść
informacji.
- To znaczy, Ŝe on ucieka? - padło pytanie.
- Tak.
Zwiedzający poczuli się nieco zawiedzeni. Spoglądali teraz na biednego,
smutnego Chodomimusa z lekką pogardą. Oczekiwali mocniejszych wraŜeń. Pragnęli,
na przykład, stanąć oko w oko - choć w bezpiecznej odległości - z jakimś staroŜytnym
potworem, który władał niegdyś całą planetą i którego groźny ryk sprawiał, iŜ
Chodomimus wraz z całą resztą innych stworzeń umykał w popłochu. Przewodnik nie
przyspieszał jednak tempa zwiedzania.
- A tu mamy przed sobą wspaniały okaz Herperornisa, ptaka zębatego.
Wypełniał on lukę między Archeopteryxem i dzisiejszymi ptakami i zasługuje na
szczególną uwagę jako...
Reakcja uczniów wskazywała, Ŝe nie podzielają jego opinii. W miarę
przesuwania się wzdłuŜ klatek dawało się zauwaŜyć, Ŝe są odmiennego zdania niŜ
przewodnik, który majestatycznie i groźnie wyglądające gady skwitował krótko:
- Te okazy nie mają większego znaczenia, gdyŜ naleŜą do jałowych gałęzi
głównego pnia ewolucji. To po prostu pomyłki Natury.
Dotarli na koniec do niewielkiej klatki, którą zajmowało jedno dziwne
stworzenie, stojące na dwóch kończynach, chociaŜ wydawało się, Ŝe w zamierzeniu
miało uŜywać do tego celu czterech.
- Tutaj zaś - mówił przewodnik - stajemy wobec jednego z najbardziej
zagadkowych znalezisk. Do tej pory nie udało się zaklasyfikować go do Ŝadnej ze
znanych kategorii. Pośpiech uniemoŜliwił naukowcom poświęcenie mu naleŜytej
uwagi. Nie ulega jednak wątpliwości, iŜ pochodzi ono z okresu późniejszego,
poniewaŜ zachowało resztki sierści, rozmieszczonej nierównomiernie, głównie na
czubku głowy i na pysku. Porusza się bardzo sprawnie na dwóch kończynach, co
wskazywałoby na istnienie długiej linii przodków. Z drugiej strony, z tego, co o nim
wiemy, moŜna by przypuszczać, Ŝe stwór ten pojawił się od razu w postaci całkowicie
rozwiniętej, bez Ŝadnej ewolucji, jakkolwiek jest oczywiste, Ŝe coś takiego nie mogło
się zdarzyć.
Na podstawie wstępnych obserwacji ustalono, iŜ posiada on wiele dziwnych
właściwości. Między innymi mimo uzębienia typowego dla roślinoŜernych wykazuje
upodobania mięsoŜerne. Słowem, jest to okaz bardzo zagadkowy. Mamy nadzieję, iŜ
przed zakończeniem programu badań uda się znaleźć w Dolinie inne, podobne okazy.
Stworzenie podniosło głowę i przyglądało im się ponurym wzrokiem.
Rozwarło szczęki, ale zamiast oczekiwanego ryku z jego pyska wydobył się strumień
klekoczących dźwięków, któremu towarzyszyły dziwaczne ruchy przednich kończyn.
Uczniowie nareszcie się oŜywili. Oto prawdziwa zagadka, o której naukowcy wiedzą
nie więcej niŜ oni sami.
Młodego Sadula zaintrygowało to bardziej niŜ wszystkie potwory o
wielosylabowych nazwach. ZbliŜył się do klatki i przyglądał się eksponatowi w
skupieniu. Napotkawszy wzrok ucznia stworzenie wbiło w niego spojrzenie i znowu
wydobyło z siebie osobliwy klekot. Podeszło do kraty, przysuwając się bardzo blisko
do Sadula. Nie cofnął się: stworzenie wcale nie wyglądało groźnie. Jedną stopą
wygładziło piasek, przykucnęło i zaczęło na nim coś bazgrać.
- Co ono robi? - zapytał ktoś.
- Pewnie szuka w ziemi poŜywienia - padła odpowiedź.
Sadul wciąŜ patrzył z uwagą. Przewodnik poprowadził grupę dalej, a on
pozostał z tyłu, nie zauwaŜony. Nie przeszkadzała mu obecność innych
zwiedzających, poniewaŜ większość z nich wolała przyglądać się karmieniu
ogromnych gadów. Po chwili stworzenie ponownie wyprostowało się i jedną
kończyną wskazało na ziemię. Rysowało na piasku jakieś kreski. Nie składały się na
Ŝ
aden czytelny motyw lub rysunek i wyglądały na przypadkowe, a jednak moŜna się w
nich było dopatrzyć pewnej regularności.
Sadul wpatrywał się w linie na piasku, po czym przeniósł wzrok na pysk
stworzenia. Wykonało szybki ruch głowy w dół. Sadul znów tam spojrzał, nic nie
rozumiejąc. Stworzenie podeszło jeszcze bliŜej, wygładziło stopą piasek i kucnąwszy,
zaczęło ponownie bazgrać. Sadul zastanawiał się, czy nie powinien juŜ iść. Wiedział,
Ŝ
e naleŜy trzymać się grupy. Magon będzie się wściekał. Postanowił zatrzymać się
jeszcze na moment, Ŝeby zobaczyć, co będzie dalej.
Stworzenie wstało i znów wskazało na piasek. Sadul oniemiał. Na piasku
widniała podobizna Takończyka, takiego samego jak on. Teraz stworzenie wskazało
najpierw na siebie, potem na rysunek.
Sadul poczuł, jak ogarnia go podniecenie. Dokonał chyba jakiegoś odkrycia.
Stworzenie, które umie rysować? Nigdy o czymś takim nie słyszał. W pierwszej
chwili chciał rzucić się za innymi, Ŝeby im o tym powiedzieć. Zawahał się jednak.
Górę wzięła ciekawość. Niepewnie otworzył torbę, którą miał przy boku, i wyjął z
niej swoją tabliczkę i rylec. Stworzenie gwałtownie wyciągnęło po nie łapy między
prętami klatki. Przysiadło i próbowało wydrapać coś na tabliczce odwrotną stroną
rylca. Sadul skorygował błąd i oparłszy się o kraty zaglądał do wnętrza klatki, patrząc
rysującemu przez ramię.
Tajemniczy stwór nakreślił najpierw małe kółko na środku tabliczki i wskazał
do góry. Sadul spojrzał na sufit, ale nie dostrzegł tam nic szczególnego. Stwór
niecierpliwie potrząsnął głową. Otoczył kółko większym okręgiem z kropeczką na
obwodzie i dorysował następny okrąg z podobną kropką, a potem jeszcze jeden. Sadul
nadal nie mógł dopatrzyć się w tym Ŝadnego sensu.
Obok kropki na drugim okręgu pojawiła się teraz podobizna małego
Takończyka; obok kropki na trzecim - podobizna autora rysunku. Sadul wpatrywał się
teraz w tabliczkę ze zdwojoną uwagą. Stworzenie chciało mu przekazać coś, czego
nie potrafił zrozumieć. Jeszcze raz wskazało łapą na małe kółko, a potem szeroko
rozłoŜyło przednie kończyny. Światło... olbrzymie światło...
I nagle Sadul pojął. Słońce, słońce... i planety! O mało nie zakrztusił się z
wraŜenia. Sięgnął w głąb klatki, porwał tabliczkę i pognał korytarzem w
poszukiwaniu swojej grupy. Człowiek zamknięty w klatce długo za nim patrzył, a
kiedy jego krzyki ucichły w dali, uśmiechnął się, po raz pierwszy od bardzo dawna.
Rozdział II OPOWIEŚĆ MIESZKAŃCA ZIEMI
Goin, wykładowca fonetyki, wpadł do gabinetu swego przyjaciela, Dagula,
antropologa z Uniwersytetu Takońskiego. Dagul był Takoń-czykiem w podeszłym
wieku, o czym świadczyły siwiejące pasma na srebrzystej sierści. Podniósł wzrok,
marszcząc gniewnie brwi z powodu tak nagłego wtargnięcia. Rozpoznawszy Goina
złagodniał i serdecznie go powitał.
- Wybacz - tłumaczył się. - Jestem chyba trochę zmęczony. Dolina Dur
dostarczyła takiej ilości materiałów, Ŝe nie sposób zostawić ich odłogiem.
- JeŜeli jesteś zajęty...
- AleŜ nie, wejdź, proszę. Chętnie przestanę o tym myśleć na chwilę.
Usiedli na niskiej kanapce, podwijając pod siebie cztery nogi. Dagul
zaproponował drinka.
- No i jak? Macie juŜ tę opowieść Ziemianina? - zapytał.
Goin wydobył z teczki pakiet cienkich tabliczek.
- Tak, mamy ją nareszcie. Zatrudniłem wszystkich asystentów i najlepszych
studentów, ale nawet przy ich pomocy zadanie okazało się niełatwe. Zdaje się, Ŝe
Ziemianie byli od nas bardziej zaawansowani w dziedzinie fizyki, dlatego niektóre
fragmenty są ledwie przetłumaczalne. Sądzę jednak, Ŝe ty to zrozumiesz. Wygląda na
to, Ŝe ten Gratz to niezły drań. I wcale się tego nie wstydzi.
- Dranie na ogół się nie wstydzą - zauwaŜył Dagul.
- Tak, to prawda. Ale trochę mnie to zastanowiło. Ziemia musiała być dość
paskudną planetą.
- Gorszą niŜ Wenus? - zapytał Dagul z goryczą. Goin zawahał się.
- Z jego relacji wynika, Ŝe raczej tak. Ale być moŜe tylko dlatego, Ŝe była na
wyŜszym szczeblu rozwoju. My zmierzamy, zdaje się, w tym samym kierunku:
łapownictwo, prywata, zdemoralizowany handel, politycy bez skrupułów. Myślałem,
Ŝ
e to istnieje tylko tutaj. Ale okazuje się, Ŝe tam było to samo. Cały ten cuchnący
cyrk. Niewykluczone, Ŝe podobnie jest na Marsie, kto wie?
- Być moŜe. - Dagul zamyślił się. - Sugerujesz, Ŝe na Ziemi panowała
wyolbrzymiona forma naszego bagna?
- OtóŜ to. Zastanawiam się, czy Ŝycie nie jest przypadkiem chorobą. Czymś w
rodzaju procesu gnilnego, który atakuje umierające planety, przybierając postać tym
złośliwszą, im wyŜsza forma rozwoju. Jeśli zaś chodzi o inteligencję...
- Inteligencja - przerwał mu Dagul - to pułapka i złudzenie. JuŜ dawno
doszedłem do takiego wniosku. Nie masz jej - gnijesz, masz ją - niszczysz najpierw
innych, a w końcu samego siebie.
Goin uśmiechnął się. Dagul przepadał za utartymi zwrotami.
- Jednak instynkt samozachowawczy... - zaczął.
- ... Kolejne złudzenie, zwłaszcza w odniesieniu do rasy - dokończył Dagul. -
Mogą przetrwać jednostki, ale cechą charakterystyczną ras inteligentnych jest
nieustanne dąŜenie do samozagłady, przy uŜyciu coraz doskonalszych metod. Z
cynicznego punktu widzenia to bardzo dobrze. Po co te wszystkie rozrzutne,
niszczycielskie, bezsensowne...
Goin pozwolił mu się wygadać. Wiedział z doświadczenia, Ŝe nie warto go
powstrzymywać. Gdy Dagul w końcu zamilkł, Goin podał mu stertę tabliczek.
- Tu jest cała ta historia. Obawiam się, Ŝe to woda na młyn twojego
pesymizmu. Gratz przyznał się do morderstwa.
- Dlaczego się przyznał?
- Dowiesz się sam. Powiada, Ŝe chce nas ostrzec przed Ziemianami.
Dagul uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie powiedziałeś mu?
- Nie, jeszcze nie.
Dagul sięgnął po pierwszą tabliczkę i zaczął czytać.
“Ja, Morgan Gratz z planety Ziemia, spisałem tę opowieść, aby ostrzec
mieszkańców planety Wenus. JeŜeli moŜecie, unikajcie Ziemi. A jeŜeli będziecie
musieli wejść z nią w kontakt, miejcie się na baczności. Przede wszystkim nie
wchodźcie w Ŝadne układy z dwoma największymi koncernami ziemskimi. W
przeciwnym bowiem razie znienawidzicie tę planetę i jej mieszkańców podobnie jak
ja. Dojdziecie do wniosku, Ŝe Ziemia to siedlisko zarazy, która moŜe się
rozprzestrzenić w całym Wszechświecie.
Prędzej czy później zjawią się jej wysłannicy. Będą to przedstawiciele jednego
z dwóch koncernów: Metallic Industries albo International Chemicals. Zechcą
nawiązać rozmowy. Nie słuchajcie ich. Bez względu na to, jak słodkie będą ich słowa,
jak nienaganne maniery, nie ufajcie im, bo okaŜą się kłamcami i sługami kłamców.
Jeśli im zaufacie, z pewnością doŜyjecie dnia, w którym tego poŜałujecie. PoŜałują
tego wasze dzieci, które was przeklną. Przeczytajcie tę opowieść, aby dowiedzieć się,
jak postąpili ze mną, Morganem Gratzem...
Zacznę od momentu, kiedy zaproszono mnie do gabinetu dyrektora w
ogromnym gmachu, będącym siedzibą zarządu Metallic Industries. Sekretarka
zamknęła za mną wysokie, podwójne drzwi i przedstawiła mnie.
- Gratz, panie dyrektorze.
Dziewięciu męŜczyzn siedzących przy stole ze szklanym blatem jednocześnie
zwróciło głowy w moją stronę. Ja jednak patrzyłem prosto na przewodniczącego,
który zajmował miejsce przy końcu stołu.
- Dzień dobry, panie Drakin - powiedziałem.
- Witajcie, Gratz. Przedstawiam wam pozostałych członków zarządu.
Powiodłem wzrokiem po zebranych. Kilka twarzy znałem ze zdjęć w pismach
ilustrowanych, inne rozpoznałem, bo mi je opisano, o pozostałych wiedziałem, Ŝe teŜ
tam będą, poniewaŜ wszystko, co dotyczy członków zarządu Metallic Industries
Incorporated, jest jawne. Są wśród nich najbogatsi ludzie świata, co oznacza, Ŝe
znajdują się pod ciągłym obstrzałem środków masowego przekazu. Znałem nie tylko
ich twarze, lecz, jak większość ludzi, równieŜ ich przeszłość. Nie odezwałem się.
Przewodniczący mówił dalej.
- Przeczytałem wasze sprawozdanie, Gratz, i z przyjemnością stwierdzam, Ŝe
to wzorowy dokument, jasny i zwięzły. MoŜe nawet zbyt jasny, bym mógł spać
spokojnie. Szczerze mówiąc, mam pewne obawy i uwaŜam, iŜ nadszedł czas na
podjęcie stanowczych kroków. Zanim jednak przystąpię do konkretnych propozycji,
chciałbym, abyście powtórzyli członkom zarządu najistotniejsze elementy waszego
raportu.
Byłem na to przygotowany i mogłem odpowiedzieć bez namysłu:
- Kiedy pan Drakin dowiedział się, Ŝe International Chemicals zamierzają
skonstruować statek kosmiczny, skontaktował się ze mną i złoŜył mi pewną ofertę.
Będąc pracownikiem International Chemicals odpowiedzialnym za to
przedsięwzięcie, miałem składać na bieŜąco raporty o postępach technicznych oraz
wszystkich innych sprawach, o których mógłbym zbierać informacje nie wzbudzając
podejrzeń. Ponadto miałem dowiedzieć się, jak International Chemicals zamierza
wykorzystać nowy pojazd. Pierwszą część tego zlecenia wykonałem zgodnie z
oczekiwaniami pana przewodniczącego, jednak dopiero w ubiegłym tygodniu
zdołałem dowiedzieć się, jaki jest cel wyprawy.
Przerwałem. Wśród zebranych przeszedł szmer. Kilku pochyliło się, by lepiej
słyszeć.
- Tak, tak, mówcie dalej - niecierpliwił się szczupły męŜczyzna o drapieŜnej
twarzy, siedzący z prawej strony przewodniczącego. - Jaki jest ten cel?
- International Chemicals zamierzają wysłać swój statek, “Nuntia”, na Wenus -
powiedziałem.
Oprócz Drakina, dla którego nie było to nowością, wszyscy osłupieli.
Pierwszy odzyskał mowę chudy członek zarządu.
- Nonsens! Bzdura! Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem! Dowody! Jakie
macie dowody?
Posłałem mu lodowate spojrzenie.
- śadnych. Szpieg rzadko miewa dowody. Musi pan po prostu uwierzyć.
- Absurd! Totalna bzdura! Chyba nie spodziewacie się, Ŝe uwierzymy w wasze
niczym nie poparte stwierdzenie, Ŝe International Chemicals zamierza wysłać pojazd
na Wenus? To równie nieprawdopodobne jak wyprawa na KsięŜyc. Albo daliście się
nabrać, albo zwariowaliście. Niesłychane! Na Wenus!
Przyjrzałem mu się dokładniej. Nie podobała mi się ani jego twarz, ani
zachowanie.
- Pan Bali uwaŜa za stosowne kwestionować moje sprawozdanie -
zauwaŜyłem. - Ale nie powinno to nikogo dziwić, gdyŜ wszyscy wiemy, iŜ przez
czterdzieści lat pan Bali wykazywał odporność na wszelkie nowe propozycje.
Wychudłemu Ballowi oczy aŜ wyszły z orbit, lecz wielu zebranych skrywało
uśmiechy. Dzięki swoim milionom był przede wszystkim przyzwyczajony do
pochlebstw, ale ja czułem się teraz mocny.
- To bezczelność! - wydusił w końcu. - Do licha, co za bezczelność! Panie
przewodniczący, domagam się, aby ten człowiek...
- Panie Bali - przerwał mu chłodno przewodniczący. - Zechce się pan nie
unosić. Obecność Gratza wśród nas świadczy nie tylko o zaufaniu, jakim go darzę,
lecz równieŜ o tym, Ŝe moim zdaniem jego informacje mają dla nas wszystkich
istotne znaczenie.
- Nonsens! JeŜeli zamierza pan wierzyć w bajki płatnego szpiega...
- Panie Bali, jestem zmuszony prosić pana o pozostawienie tej sprawy mojej
ocenie. Wiedział pan, jak wszyscy, Ŝe International Chemicals buduje statek
przeznaczony do podróŜy kosmicznych. Dlaczego więc miałby pan podawać w
wątpliwość informację o celu jego podróŜy? Proszę, by zapanował pan nad swoimi
nerwami.
Bali uspokajał się z wolna, mamrocząc pogróŜki pod moim adresem.
Przewodniczący zwrócił się do mnie.
- Powiedzcie nam, Gratz, czemu ma słuŜyć ta wyprawa? - zapytał. Mogłem
jedynie zasugerować, iŜ chodzi o ustanowienie prawa do terytorium będącego
ź
ródłem surowców. Przewodniczący kiwnął głową i przemówił do rady.
- Pytam więc, panowie: czym to grozi? Nie będę przypominać, iŜ 1C jest
naszym największym rywalem: jedynym liczącym się rywalem. Nasze interesy
zazębiają się w sposób nieunikniony. Metale i chemikalia nie dadzą się rozdzielić,
gdyŜ łączą je wzajemne zaleŜności. Stoimy zatem w obliczu walki o przetrwanie.
Wprawdzie aktualne nasze zasoby surowcowe pozostają w równowadze, która
utrzyma się zapewne jeszcze przez lata, ale zastanówmy się nad następstwami tej
podróŜy, jeśli zakończy się ona powodzeniem.
Po pierwsze, nastąpi aneksja najbogatszych regionów i surowców planety.
Następnie import tych surowców na Ziemię. Oczywiście, nie stanie się to od razu. Bez
wątpienia jednak chwila taka nadejdzie, tak jak po nocy nadchodzi dzień. Po
zakończeniu podróŜy specjaliści nie spoczną, póki nie opracują opłacalnych metod
transportu między planetami. MoŜe im to zabrać dziesięć lat, moŜe cały wiek, ale
prędzej czy później znajdą na to sposób. - Zrobił znaczącą pauzę. - A to będzie
znaczyło koniec Metallic Industries.
Nikt nie odwaŜył się przerwać milczenia. Drakin obserwował, jakie wraŜenie
wywarły na słuchaczach jego słowa.
- Gratz poinformował mnie - uzupełnił - iŜ 1C nie wątpi, Ŝe ich statek
odpowiada wymogom takiej podróŜy. Czy mam rację?
- Tak jest, panie przewodniczący - potwierdziłem. - Mają stuprocentową
pewność. Ja takŜe.
Głos ponownie zabrał stary John Bali.
- JeŜeli nie jest to bzdura, jak mogliśmy do tego dopuścić? Dlaczego
pozwolono 1C budować ten statek bez przeszkód? Po co nam nasz człowiek w 1C,
jeŜeli nie robi tam nic, Ŝeby im przeszkodzić? - obrzucił mnie pełnym wrogości
spojrzeniem.
- Czy ma pan na myśli...? - Drakin zawiesił głos.
- Tak. UwaŜam, Ŝe ten człowiek znajduje się w idealnej sytuacji do dokonania
sabotaŜu. Dlaczego tego nie zrobiono? Nic prostszego, jak spowodować jakąś
“przypadkową” eksplozję.
- Owszem. To bardzo proste - przyznał Drakin. - Tak proste, Ŝe w IC od razu
by na to wpadli. Nawet gdyby miał miejsce prawdziwy wypadek, podejrzewaliby, Ŝe
maczaliśmy w tym palce. Ich zemsta mogłaby się dla nas okazać niezwykle
kosztowna. Poza tym zabraliby się do dzieła ponownie, lecz tym razem z
zastosowaniem szczególnych środków ostroŜności, które, być moŜe, wykluczyłyby
moŜliwość utrzymania tam naszego człowieka. Zakładam, iŜ wszyscy zgadzamy się
co do tego, Ŝe “Nuntia” musi ulec zniszczeniu. Jej zagłada nie moŜe jednak wzbudzić
najmniejszych podejrzeń. Powinna wystartować, a nasza głowa w tym, by nie
powróciła.
Po krótkiej przerwie mówił dalej.
- Gratzowi zaproponowano wzięcie udziału w wyprawie. Nie udzielił jeszcze
ostatecznej odpowiedzi. Jest gotów przyjąć tę propozycję, aby dopilnować
zniszczenia statku. Szczegóły pozostawiam w jego gestii.
Drakin przedstawił swój plan. Zaraz po starcie “Nuntii” Metallic Industries
przystąpią do prac nad konstrukcją własnego pojazdu kosmicznego, który uda się na
Wenus, jak tylko będzie to moŜliwe. Ja zaś, po uporaniu się z “Nuntią”, miałem
czekać na jego przybycie. Gdyby okazało się, Ŝe planeta jest zamieszkana, miałem
zaprzyjaźnić się z mieszkańcami i nastawić ich nieprzychylnie do IC. Po przybyciu
naszego statku miałem zostać przewieziony z powrotem na Ziemię, a grupa
specjalistów z MI pozostałaby na miejscu, by zbadać teren i dokonać aneksji. Po
powrocie obiecano mi wysokie wynagrodzenie, które zapewni mi bogactwo do końca
Ŝ
ycia.
- Wyświadczycie nam wielką przysługę, Gratz - kończył Drakin - a my nie
mamy zwyczaju zapominać o ludziach, którzy nam słuŜą.
- Mówiąc to, patrzył mi prosto w oczy. - Czy podejmujecie się tego zadania?
Zawahałem się.
- Chciałbym mieć dzień lub dwa do namysłu.
- Oczywiście. To całkiem naturalne. PoniewaŜ jednak nie mamy zbyt wiele
czasu do stracenia, wolałbym znać waszą odpowiedź do jutra o tej samej porze. Da
nam to szansę znalezienia innego rozwiązania w przypadku, gdyby odpowiedź była
odmowna.
- Tak. To powinno mi wystarczyć.
Po tych słowach wyszedłem i pozostawiłem ich samych. Mogę jedynie
domyślać się treści dalszych rozmów, choć mam co do nich uzasadnione podejrzenia.
Prócz obawy, aby nie wypaść na człowieka zbyt gorliwego, nie miałem
powodu zwlekać z odpowiedzią. JuŜ wcześniej postanowiłem polecieć i zniszczyć
“Nuntię”. Od lat czekałem na okazję, aby zadać cios IC, i nareszcie nadszedł
upragniony moment. Nad sposobami zaszkodzenia interesom IC rozmyślałem od
ś
mierci rodziców. Przedsiębiorstwo bowiem nie tylko zabiło mego ojca, dopuszczając
do zaniedbań w dziedzinie ochrony przed działaniem promieni nieosłoniętych, lecz
takŜe przywłaszczyło sobie wcześniej jego wynalazki oraz naraziło go na ogromne
wydatki, związane z przeciągającym się postępowaniem sądowym.
To wystarczyło, bym poprzysiągł im zemstę. Na tym jednak nie koniec.
Musiałem patrzeć, jak moja matka umiera w nędzy, chociaŜ kilkaset funtów mogło
uratować jej Ŝycie... Tymczasem cały nasz majątek pochłonęły procesy z IC. Po
pewnym czasie zmieniłem zdanie. Zatrudniłem się u nich. Pracowałem bardzo cięŜko.
Postanowiłem, Ŝe nie będzie to byle jaka zemsta: chciałem osiągnąć odpowiedzialne
stanowisko, które umoŜliwiłoby mi zadanie druzgocącego ciosu.
Sprzymierzyłem się z Metallic Industries, gdyŜ był to najpowaŜniejszy rywal
IC. Miałem okazję zniszczenia statku, z którym moi wrogowie wiązali wielkie
nadzieje, i mogłem to zrobić sam. Wówczas jednak zostałbym skazany na doŜywotnie
osamotnienie. Proponując transport na Ziemię, MI ułatwia mi zadanie. Postanowiłem
więc je wykonać. “Nuntia” poleci tylko w jedną stronę.
Bardzo chciałbym jednak wiedzieć, jakie decyzje zapadły w siedzibie zarządu
po moim wyjściu...
Rozdział III FATALNA PODRÓś
“Nuntia” przebywała w przestrzeni kosmicznej juŜ od dwóch tygodni, lecz
nikogo to nie cieszyło.
W tym czasie dziewięcioosobowa załoga skurczyła się do siedmiu osób, co nie
wpłynęło pozytywnie na nasze morale. O ile wiem, nie wysunięto Ŝadnych
konkretnych podejrzeń. Panowało tylko przeświadczenie, Ŝe nie jest tak, jak być
powinno. Wśród niŜszego personelu krąŜyła plotka, iŜ Hammer i Drafte postradali
zmysły, zanim zginęli. Ale dlaczego postradali zmysły? - oto pytanie, które dręczyło
resztę załogi. Czy miało to jakiś związek z warunkami panującymi w przestrzeni
kosmicznej, z jakimś nieuchwytnym, nieprzewidzianym promieniowaniem? Czy
wszystkich nas czeka obłęd?
Gdy człowiek znajdzie się z dala od bliskich, nachodzą go niezwykłe wizje.
Puszczamy wodze fantazji i stajemy się łatwowierni. Działo się tak z marynarzami
podczas długich rejsów oceanicznych na starych Ŝaglowcach i to samo dotknęło
załogę statku pędzącego w międzygwiezdnej przestrzeni. Moi towarzysze skłonni byli
przypisywać te nagłe zgony jakimś tajemniczym, szkodliwym wpływom, co nigdy nie
przyszłoby im do głowy na Ziemi. Początkowo nawet mnie to bawiło. Potem jednak
przestało.
Najpierw wybuchła sprawa Dale’a Hammera, drugiego nawigatora.
Młodzieniec ten, trochę być moŜe nieokiełznany na Ziemi, ale świetny fachowiec, był
ogromnie dumny i szczęśliwy, Ŝe wytypowano go do tej wyprawy. Zakończył swój
dyŜur w pogodnym nastroju, po czym parę godzin później znaleziono go martwego w
koi. Obok leŜała fiolka tabletek nasennych. PoniewaŜ wszyscy musieliśmy brać coś na
sen, zgodnie uznano, Ŝe nastąpił tragiczny, lecz wytłumaczalny wypadek, omyłkowe
przedawkowanie...
Dopiero po zniknięciu Rossa Drafte’a pojawiły się podejrzenia. Drafte był
dziwny. Często sprawiał wraŜenie nieśmiałego, choć jego oczy zawsze płonęły
gorączkowym entuzjazmem. W razie niepowodzenia gotów był do desperackich
czynów. Będąc autorem projektu “Nuntii”, traktował tę podróŜ jako spełnienie
największego marzenia swego Ŝycia. Po powrocie na Ziemię, gdzie oczekiwano
relacji z przebiegu wyprawy, jego nazwisko miało rozbrzmiewać w milionach
radioodbiorników: jego twarz miała się znaleźć na pierwszych stronach gazet - twarz
człowieka, który pokonał siłę przyciągania.
Ale Ross zniknął... Nieznaczny spadek ciśnienia powietrza w jednym punkcie
wykresu wystarczył, by go między nami nie było.
Nie zauwaŜyłem Ŝadnych podejrzeń w stosunku do konkretnej osoby. Nikt nie
patrzył krzywo ani na mnie, ani teŜ, o ile wiem, na nikogo innego. Nikt nie oczekiwał,
by ktokolwiek z załogi mógł dokładnie wyjaśnić, w jaki sposób ci dwaj zginęli.
Panowało jedynie przekonanie, Ŝe czeka nas coś niezwykłego.
Potem nastąpił kolejny wypadek...
Ward Govern, pierwszy inŜynier, rozmawiał w kabinie nawigacyjnej z
kapitanem Tannerem. Reszta personelu pracowała gdzie indziej. Nie zauwaŜony
wśliznąłem się do kabiny Governa. Znalazłem jego pistolet tam, gdzie zawsze go
chował, w szufladzie, i wsunąłem do kieszeni. Otworzyłem wentylator, którego wylot
znajdował się na korytarzu, po czym, upewniwszy się, Ŝe nikogo nie ma, wyszedłem,
zamykając za sobą drzwi.
Nie czekałem długo. Kilka minut później dobiegł mnie narastający stukot
butów magnetycznych na stalowej podłodze. Govern minął mnie, kierując się do
swojej kabiny. InŜynier wydawał się najmniej przejęty ogólnym nastrojem niepokoju.
Usłyszałem odgłos zamykanych drzwi. Dałem mu trochę czasu, zanim ruszyłem do
wentylatora tak cicho, jak tylko pozwalały mi na to magnetyczne podeszwy.
Widziałem go całkiem wyraźnie. Zdjął buty, zasiadł przy niewielkim blacie
przy ścianie i zajął się wpisywaniem sprawozdania do dziennika. Wsunąłem lufę
pistoletu w otwór wentylatora. Palcami drugiej ręki zacząłem z cicha drapać w ścianę.
ZaleŜało mi na tym, Ŝeby podszedł blisko: powinny zostać jakieś ślady oparzeń lub
przynajmniej ślady prochu.
Usłyszał drapanie. Podniósł wzrok, zaintrygowany przechylił głowę i
nasłuchiwał. Drapałem dalej. Postanowił sprawdzić, co się dzieje. Odpiął pasy
przytrzymujące jego niewaŜkie ciało w fotelu. Nie nakładając magnetycznych butów,
odepchnął się od ściany i podpłynął w powietrzu do wentylatora. Pozwoliłem mu
zbliŜyć się na niewielką odległość i wystrzeliłem.
Natychmiast rozległ się łoskot nadbiegających stóp i alarmujące okrzyki.
Wepchnąłem pistolet za koszulę i schowałem się za róg. Dopadłem drzwi kabiny na
moment przed dwoma członkami załogi zbliŜającymi się z przeciwka. Otworzyliśmy
je na ościeŜ i zajrzeliśmy do środka. Ugodzone pociskiem ciało Governa odpłynęło na
ś
rodek pokoju. Wyglądało niesamowicie, wisząc krzyŜem w powietrzu.
- Sprowadźcie natychmiast kapitana! - krzyknąłem.
Jeden z przybyłych rzucił się pędem z powrotem na korytarz. Ja tymczasem,
znalazłszy się na moment między ciałem i drugim z nich, zdąŜyłem zacisnąć sztywne
palce denata na rękojeści pistoletu. Kilka sekund później wszyscy tłoczyli się przy
drzwiach tak, Ŝe kapitan musiał przeciskać się przez tłum, by wejść do środka.
Obejrzał ciało. Widok był okropny. Krew nadal wypływała z rany w głowie, lecz nie
w dół, jak na Ziemi, ale na boki, tworząc liczne czerwone kule, które unosiły się w
powietrzu wokół ciała.
Nie ulegało wątpliwości, Ŝe strzał padł z bliska. Kapitan spojrzał na
wyciągniętą dłoń z pistoletem.
- Co tu zaszło?
Nikt nie wiedział.
- Byłem tu pierwszy - odezwałem się. - TuŜ przed innymi.
- Czy był ktoś z tobą, kiedy usłyszałeś wystrzał?
- Nie. Szedłem właśnie korytarzem...
- To prawda. Zobaczyliśmy, jak Gratz wybiega zza rogu.
- Nie widziałeś nikogo innego?
- Nie.
- Czy ktoś mógł wymknąć się niepostrzeŜenie z kabiny między strzałem a
twoim przybyciem?
- NiemoŜliwe. Musiałby natknąć się na mnie albo na nich... nawet gdyby miał
czas opuścić pokój.
- Dobrze. PomóŜ mi. A wy - zwrócił się do ociągających się przy drzwiach
czterech członków załogi - wracajcie natychmiast do swoich zajęć.
Dwóch zbierało się do odejścia, ale mechanicy, Willis i Traill, nie ruszyli się z
miejsca.
- Nie słyszeliście? Odmaszerować!
Wahali się. Nagle Willis wystąpił krok do przodu i ku zdumieniu kapitana
zaŜądał zawrócenia “Nuntii” na Ziemię.
- Człowieku, co ty wygadujesz?
- Panie kapitanie, wiem dobrze i Traill teŜ, Ŝe coś tu śmierdzi. To niemoŜliwe,
Ŝ
eby ludzie ni stąd, ni zowąd odbierali sobie Ŝycie. MoŜe to my będziemy następni.
Zaciągając się na statek, byliśmy gotowi stawić czoło realnym, konkretnym
niebezpieczeństwom. Ale nie przewidywaliśmy, Ŝe coś moŜe nam pomieszać zmysły i
skłonić do samobójstwa. To się nam nie podoba. Niech pan natychmiast zawróci
“Nuntię”, kapitanie!
- Zachowujecie się jak para głupców! PrzecieŜ nie moŜemy zawrócić.
Myślicie, Ŝe to jest łódź na wiosła? Co się z wami dzieje?
Ich rozgorączkowane twarze wyraŜały upór i determinację. Willis przemówił
ponownie.
- Mamy juŜ tego dosyć. Najpierw tamci dwaj, teraz ten. Razem trzech. Kto
będzie następny?
- Wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć - znacząco odpowiedział kapitan. - Ale
dlaczego zaleŜy wam na tym, Ŝeby pojazd zawrócił?
- Bo to jest zła wyprawa... przeklęta i pechowa. Nie mamy zamiaru
zwariować, nawet jeŜeli pan ma na to ochotę. I jeŜeli nie zawróci pan “Nuntii”,
zawrócimy ją sami.
- Ach, więc o to chodzi, tak? Kto wam za to zapłaci? - wybuchnął kapitan.
Willis i Traill patrzyli oniemiali.
- Odpowiadać! - ryczał kapitan. - Kto za tym stoi? Kto chce zniszczyć ten
statek?
Willis potrząsnął głową.
- Nikt za nami nie stoi! Chcemy się po prostu stąd wydostać, zanim
zwariujemy - powtórzył.
- Twierdzicie, Ŝe oni zwariowali, co? - syknął kapitan z jadowitym
uśmiechem. - MoŜe tak, a moŜe nie. JeŜeli nie, to wiem dobrze, co się z nimi stało. -
Urwał. - Wydaje się wam, Ŝe jak mnie zastraszycie, to zawrócę statek, tak? O nie, nic
z tego, parszywe szczury! Do roboty! Później się z wami rozprawię.
Lecz oni nie mieli zamiaru odejść. Ruszyli do ataku. Traill zaczai groźnie
wymachiwać kluczem. Wyrwałem pistolet z ręki nieboszczyka i wypaliłem prosto w
czoło Trailla. To był celny strzał. Willis zawahał się, chciał się zatrzymać, ale jego teŜ
trafiłem.
Kapitan wpatrywał się w trzymany przeze mnie pistolet; zaskoczony
błyskawiczną akcją, nie wiedział, czy dziękować czy zgromić mnie za tak pospieszny
wymiar sprawiedliwości. Nie było wątpliwości, Ŝe ci dwaj podnieśli bunt i Ŝe
przynajmniej Traill gotów był zabić. Strong i Denver, którzy zatrzymali się w
drzwiach, patrzyli w osłupieniu. “Nuntia” wystartowała z dziewięcioma męŜczyznami
na pokładzie. Teraz zostało ich czterech.
Kapitan milczał. Czekaliśmy, wpatrzeni w ciała kołyszące się jak dwie zjawy
przykute do podłogi butami magnetycznymi.
- Będzie nam cięŜko we czterech - powiedział. - Ale damy radę, jeŜeli
zbierzemy wszystkie siły. Wy dwaj zajmiecie się maszynownią. Gratz, czy orientujesz
się w nawigacji trójwymiarowej?
- Nie bardzo.
- No to musisz się nauczyć... I to szybko.
Gdy przez śluzę powietrzną usunęliśmy zwłoki ze statku, kapitan zaprowadził
mnie do kabiny nawigacyjnej. Idąc, mruczał pod nosem sam do siebie:
- Ciekawe, który to? Chyba Traill. Tak, to do niego podobne.
- Pan coś mówił, panie kapitanie?
- Zastanawiałem się, który z nich był mordercą.
- Jak to mordercą? - zapytałem.
- Owszem, Gratz, mordercą. Jestem o tym głęboko przekonany. Nie sądzisz
chyba, Ŝe tamci zginęli śmiercią naturalną?
- Tak to wyglądało.
- Inscenizacja niezła, ale za duŜo zbiegów okoliczności. Komuś zaleŜało na
tym, Ŝeby przerwać podróŜ i wszystkich nas wykończyć.
- Nie bardzo rozumiem, jak...
- Pomyśl tylko, człowieku! - przerwał mi. - A jeśli, pomimo naszych starań,
tajemnica “Nuntii” wydostała się na zewnątrz? Jest parę osób, którym mogłoby
zaleŜeć na pokrzyŜowaniu naszych planów.
Muszę przyznać bez fałszywej skromności, Ŝe doskonale udałem zdziwienie.
- Ma pan na myśli Metallic Industries?
- Tak, ale nie tylko. Nikt nie wie, jaki będzie rezultat tej wyprawy. Wiele osób
uwaŜa, Ŝe świat w obecnym kształcie jest zupełnie znośny, i woleliby, Ŝeby tak
zostało. Mogli podsunąć nam właśnie jednego z takich ludzi.
Pokręciłem głową z powątpiewaniem.
- Nie widzę w tym większego sensu. To przecieŜ czyste samobójstwo. Nikt nie
potrafiłby przecieŜ samodzielnie sprowadzić “Nuntii” na Ziemię.
- W kaŜdym razie jestem przekonany, Ŝe któryś z nich: Willis albo Traill, to
wtyczka, której zadaniem było przeszkodzić w doprowadzeniu “Nuntii” do celu.
Nie przyszło mu do głowy, Ŝe obaj po prostu wpadli w przeraŜenie, Ŝe chcieli
tylko wrócić na Ziemię. Ale nie widziałem powodu, Ŝeby go uświadamiać.
- W kaŜdym razie najgorsze za nami - podsumował. - Rozprawiliśmy się z tym
cholernym mordercą... Niestety, za cenę trzech porządnych, uczciwych ludzi.
Wyjął z szuflady mapy.
- No, Gratz, teraz trzeba się zabrać za tę nawigację. Nie wiadomo, czy wkrótce
nasze Ŝycie nie będzie zaleŜało od ciebie.
- Rzeczywiście: kto wie? - przyznałem.
Dwa tygodnie później dziób “Nuntii” zagłębił się w warstwie chmur, które
sprawiały, Ŝe powierzchnia Wenus była dotąd tylko tematem rozmaitych
przypuszczeń. Po kilku okrąŜeniach planety kapitan Tanner zdołał zredukować
zawrotny pęd rakiety do prędkości operacyjnej. Pobrawszy próbkę atmosfery, której
skład okazał się niemal identyczny ze składem atmosfery ziemskiej, zająłem miejsce
obok niego, dzięki czemu nauczyłem się kierować lotem statku.
Widok za oknami przesłaniały gęste chmury, toteŜ poruszaliśmy się z
prędkością niewiele ponad dwieście mil na godzinę. Mimo wysunięcia przedłuŜonych
skrzydeł konieczne okazało się wsparcie rakietami pionowymi. Kapitan ostroŜnie
schodził w dół długim skosem. Oznajmił, iŜ ten etap wyprawy będzie dla nas
najpowaŜniejszą próbą nerwów. Nie znaliśmy odległości między pułapem chmur a
powierzchnią planety: kapitan mógł liczyć jedynie na szczęśliwe zrządzenie losu,
które uchroni pojazd przed przyczajonymi gdzieś na trasie skałami.
Siedział w napięciu przy pulpicie sterowniczym, wpatrzony w nieprzejrzane
mgły, gotów w kaŜdej chwili zmienić kurs, chociaŜ obaj wiedzieliśmy, Ŝe gdy
zauwaŜymy przeszkodę, będzie juŜ za późno. Zdawało się, Ŝe tych kilka minut, jakie
spędziliśmy w chmurach, ciągną się w nieskończoność. Skoncentrowałem wszystkie
zmysły do granic wytrzymałości. Gdy zdawało mi się, Ŝe nie wytrzymam ani chwili
dłuŜej, mgła przerzedziła się i wkrótce pozostała za nami. Sunęliśmy juŜ ponad
odsłoniętą powierzchnią planety Wenus.
Nie był to jednak krajobraz we właściwym tego słowa znaczeniu, bowiem jak
okiem sięgnąć rozciągało się morze: szare i przygnębiające pustkowie. Nawet uczucie
ulgi, którego doznaliśmy, nie łagodziło brzydoty tego widoku. Grube strugi deszczu
siekły wzburzone wody i chłostały szyby naszego statku. Chmury koloru ołowiu,
nasiąknięte wilgocią, wisiały nad nami jak olbrzymie napęczniałe gąbki, gotowe lada
moment zmazać wszystko do czysta. Nie widać było nigdzie Ŝadnej ciemniejszej linii
obiecującej ląd; tylko zataczająca wodnisty krąg, l /o ledwie widoczna poprzez
strumienie deszczu linia horyzontu.
Kapitan wyrównał lot pojazdu, prowadząc go prosto przed siebie na
wysokości kilkuset stóp nad powierzchnią planety. Nie pozostawało nam nic innego,
jak lecieć dalej, w nadziei, Ŝe dotrzemy w końcu do jakiegoś lądu. Mijały godziny,
lecz sądząc po ukształtowaniu powierzchni, moŜna by pomyśleć, Ŝe wisimy
nieruchomo w miejscu. Zdaliśmy się całkowicie na łaskawość losu. Wszystko
wskazywało na to, Ŝe obraliśmy bezwiednie kurs, na którym morze ciągnęło się
tysiącami mil. Deszcz, ogrom oceanu i reakcja organizmu na długą podróŜ w
przestworzach wywołały w nas uczucie przygnębienia. Zastanawialiśmy się, czy
Wenus nie jest przypadkiem kulą złoŜoną tylko z wody i chmur.
Na koniec dostrzegłem wreszcie ciemny punkcik z prawej strony widnokręgu.
Z powodu słabej widoczności nie byłem pewny, czy nie ulegam jakiemuś złudzeniu, i
bylibyśmy go minęli, gdybym nie zwrócił nań uwagi kapitana, który bez wahania
skierował pojazd w tamtą stronę. Wpatrywaliśmy się obaj z niepokojem w
powiększającą się kropkę.
Po pewnym czasie mogliśmy juŜ rozpoznać niewysokie wzgórze, wznoszące
się na niewielkiej wysepce o powierzchni pięciu czy sześciu mil kwadratowych. Nie
było to idealne miejsce do lądowania, lecz kapitan juŜ podjął decyzję. Mieliśmy dosyć
zamknięcia i ciasnoty: kilka dni odpoczynku i ruchu na powietrzu powinno wpłynąć
korzystnie na nasze samopoczucie.
Nie ma sensu, by Ziemianin opisywał Wenus Wenusjanom. Są jednak pewne
zaskakujące róŜnice między obszarem Takonu i ową wyspą, na której wylądowaliśmy.
Poza tym warunki panujące w rozmaitych zwiedzanych przeze mnie regionach waszej
planety takŜe róŜnią się od tutejszych. Nie znam współrzędnych geograficznych tych
miejsc, lecz myślę, Ŝe skoro są tak odmienne, to muszą leŜeć daleko stąd. Nad wyspą
stale wisiała na przykład warstwa cięŜkich chmur i nigdy nie świeciło tam słońce.
Mimo to panował na niej upał, a deszcz, który padał prawie bez przerwy, był ciepły.
Z kolei klimat Takonu przypomina ziemską strefę umiarkowaną: przelotne
zachmurzenia, przelotne deszcze i niezbyt męcząca temperatura. Kiedy patrzę na
wasze rośliny i drzewa, aŜ trudno mi uwierzyć, iŜ rozwijają się na glebie tej samej
planety, co niezwykła dŜungla zarastająca tamtą wyspę. Nie znam się na botanice,
mogę więc jedynie powiedzieć, Ŝe zaskoczyły mnie ogromne ilości paproci i palm,
przy niemal całkowitym braku drzew liściastych.
Rozdział IV DOLINA CISZY
Przez dwa dni zajmowaliśmy się drobnymi naprawami i niezbędnymi pracami
konserwacyjnymi. Czasem robiliśmy krótkie wypady badawcze, które nie naleŜały
wprawdzie do przyjemności z powodu nieustającego deszczu, ale spełniały
poŜyteczną rolę zaprawy fizycznej, podnoszącej morale załogi. Gdy trzeciego dnia
kapitan zaproponował wejście na szczyt środkowego wzgórza, przyjęliśmy tę
propozycję bez wahania. Mieliśmy zabrać broń, bo chociaŜ zwierzęta, jakie dotąd
spotykaliśmy, okazały się płochliwe, nie wiedzieliśmy, co dzieje się w głębi lasu
dzielącego wzgórza od plaŜy, na której spoczęła “Nuntia”.
Wyruszyliśmy o świcie. Byliśmy półnadzy: upał wykluczał uŜycie cięŜkich
kombinezonów przeciwdeszczowych, więc postanowiliśmy, Ŝe im mniej odzieŜy, tym
lepiej. Zwłaszcza Ŝe czekał nas spory w tym klimacie wysiłek wnoszenia pod górę
broni i plecaków z zapasami Ŝywności. Kapitan pchnął drzwi zewnętrzne i
wyprowadził nas na deszcz. Stąpaliśmy cięŜko po plaŜy. Ledwie jednak przedarliśmy
się przez pierwsze zarośla dŜungli, coś sobie przypomniałem.
- Cholera! - krzyknąłem ze złością, zatrzymując się gwałtownie.
- Co się stało? - zapytał kapitan.
- Amunicja - powiedziałem. - Zapomniałem zabrać amunicję.
- Jesteś pewien?
Zrzuciłem plecak, przejrzałem jego zawartość, ale nie znalazłem pudełka
naboi, które kapitan wręczył mi przed wyjściem. Dla zmniejszenia obciąŜenia kaŜdy z
nas otrzymał tylko kilka magazynków. Nie spodziewałem się, by w tych warunkach
moi towarzysze chcieli podzielić się ze mną swoim przydziałem. Miałem tylko jedno
wyjście.
- Wrócę po nie. To nie potrwa długo - zapewniłem.
Kapitan zgodził się niechętnie. Nie znosił maruderów, lecz nie mógł osłabiać
grupy, zabierając nie uzbrojonego człowieka w tak niebezpieczną wyprawę. Ruszyłem
biegiem z powrotem do “Nuntii”, potykając się w piasku i Ŝwirze. Otworzyłem drzwi
ś
luzy powietrznej i obejrzałem się. Trzy sylwetki rysowały się niewyraźnie na tle lasu.
Stali pod drzewami i patrzyli na mnie.
Wskoczyłem do środka, zrzuciłem plecak i broń. Najpierw wpadłem do
maszynowni i odkręciłem zawory paliwa, a potem do kabiny nawigacyjnej, gdzie
pospiesznie ustawiłem stery tak, jak pokazywał mi kapitan. Szarpnąłem zapłon.
Zawiesiwszy dłoń nad pierwszym rzędem przycisków do odpalania, raz jeszcze
wyjrzałem przez okno.
Kapitan pędził przez plaŜę, tuŜ za nim pozostali. Nie wiem, jak odgadł, Ŝe
dzieje się coś złego. Być moŜe dostrzegł mnie w kabinie przez lornetkę. W kaŜdym
razie potraktował sprawę powaŜnie. Gdy zniknął z pola widzenia, włączyłem
przyciski. “Nuntia” zadrŜała, szarpnęła i zaczęła z wolna sunąć przed siebie przez
piach.
Dwie sylwetki wymachiwały rozpaczliwie karabinami. Nie wiedziałem, czy
kapitan zdąŜył dostać się na pokład. Skierowałem wznoszący się pojazd nad
powierzchnię morza. Jeszcze raz obejrzałem się akurat w porę, by zobaczyć, jak tamci
biegną ku czemuś, co leŜy skulone na piasku, przystają i podnoszą głowy do góry.
Zaczęli wygraŜać dziko bezsilnymi pięściami w kierunku oddalającej się “Nuntii”.
Po kilku godzinach lotu ogarnął mnie niepokój. PrzecieŜ musi być jakiś inny
ląd na tej planecie. Dlaczego jeszcze go nie dostrzegłem? Obym tylko nie musiał
wodować “Nuntii”. JeŜeli w ogóle przeŜyłbym taką operację, byłbym niechybnie
skazany na śmierć głodową. Nie był to pojazd dla jednoosobowej załogi. W celu
ograniczenia masy wiele czynności, które z powodzeniem moŜna było
zautomatyzować, pozostawiono sterowaniu ręcznemu, wychodząc z załoŜenia, iŜ w
maszynowni zawsze znajdzie się dwóch czy trzech ludzi.
Wskaźnik ciśnienia paliwa opadał juŜ niebezpiecznie, lecz stery wymagały
nieustannej uwagi, toteŜ nie mogłem przejść na rufę, Ŝeby włączyć pompy
ciśnieniowe. Zastanawiałem się nad moŜliwością unieruchomienia drąŜków
sterowniczych na tyle, bym zdąŜył obrócić do maszynowni i z powrotem. Nie
wymyśliłem jednak Ŝadnego sposobu i musiałem zrezygnować z tego pomysłu.
Pozostawało mi jedynie czekać w nadziei, Ŝe ląd pojawi się, nim będzie za późno.
I rzeczywiście: niebawem się ukazał. Niegościnna, kamienista plaŜa, chociaŜ
tuŜ za linią niedostępnych ostrych skal rozciągała się gęsta dŜungla. Nie było tu
miejsca równie dogodnego do lądowania jak na wyspie. Woda kłębiła się i pieniła u
stóp skał, wysokie fale waliły z ocięŜałym i daremnym uporem w potęŜne,
niewzruszone kamienne ściany. Tu nie miałem Ŝadnych szans... WyŜej ciągnęła się
dŜungla aŜ po horyzont, falując nieprzerwaną masą wierzchołków drzew. MoŜe
gdzieś dalej, ale gdzie?
Parę mil od brzegu “Nuntia” zadecydowała sama. Silniki zakrztusiły się i
umilkły. Nawet nie próbowałem schodzić ślizgiem. Rzuciłem się tylko do jednego z
amortyzowanych hamaków przeciwprzyspieszeniowych w nadziei, Ŝe wytrzyma
uderzenie.
A jednak wyszedłem z tego obronną ręką. Kiedy oglądałem wrak “Nuntii” po
upadku - oberwane skrzydła, dziób zgnieciony jak kawałek cynfolii, kadłub rozdarty
na pół - nie mogłem się nadziwić, Ŝe udało mi się przeŜyć z kilkoma zaledwie
siniakami, nabitymi dopiero po zerwaniu się hamaka. Co się zaś tyczy mojej
przyszłości, to jedno było pewne: dla “Nuntii” latanie się skończyło. Wykonałem
zatem w pełni zlecenie Metallic Industries: na próŜno teleskopy IC wypatrywać będą
co noc statku, który juŜ nigdy nie powróci.
Wbrew temu, co nakazywałoby moje połoŜenie - a moŜe dlatego, iŜ nie w
pełni oceniałem sytuację - przepełniony byłem dziką radością. Wymierzyłem oto
pierwszy cios zemsty tym, którzy doprowadzili moją rodzinę do skrajnej nędzy...
ś
ałowałem jedynie, iŜ nie mogą wiedzieć, Ŝe to ja pokrzyŜowałem ich plany, a nie
los.
Nie sądzę, by mogła was zainteresować szczegółowa relacja na temat moich
poczynań w ciągu następnych kilku tygodni. Nie zdarzyło się nic niezwykłego:
przystosowałem wrak “Nuntii” do zamieszkania, opanowałem sposoby obrony przed
większymi drapieŜnikami, podejmowałem pierwsze ostroŜne wyprawy myśliwskie i
poszukiwania roślin jadalnych - kaŜdy zrobiłby to samo. Były to działania
prowizoryczne i tymczasowe w celu zapewnienia sobie podstawowych wygód, do
czasu przybycia statku Metallic Industries, który zabierze mnie z powrotem na
Ziemię.
I tak przez pół roku - zgodnie z chronometrami Nuntii - próŜnowałem
wałęsając się po dŜungli i chociaŜ nieraz przyszło mi do głowy, Ŝe Wenus to chyba
nie najlepsza posiadłość, traktowałem swoje otoczenie z obiektywną bezstronnością,
jako atrakcyjny temat do przyszłych rozmów po powrocie do domu. Właśnie
określenie: “po powrocie do domu”, towarzyszące wszystkim moim myślom,
stanowiło barierę, która bezustannie dzieliła mnie od toczącego się wokół Ŝycia.
Dopóki bariera pozostawała nienaruszona, planeta mogła mnie osaczać, lecz nie
mogła mnie skazić.
Pod koniec szóstego miesiąca poczułem, Ŝe czas mojego wygnania dobiega
końca. Statek MI powinien juŜ być na ukończeniu. Niebawem pomknie w przestrzeń
kosmiczną tropem “Nuntii”. Czekałem jeszcze prawie miesiąc, widząc oczyma duszy,
jak pędzi ku mnie przez rozgwieŜdŜone przestworza. Nastąpił juŜ czas, by
przygotować sygnalizację. Ustawiłem główny reflektor pionowo do góry, aby silnym
strumieniem światła przebił wiszącą nisko warstwę chmur. Co wieczór, tuŜ po
zmroku, włączałem go na całą noc, aŜ do świtu.
Przez pierwszych kilka nocy przeświadczenie, iŜ statek krąŜy gdzieś w
pobliŜu, nie pozwalało mi zmruŜyć oka. LeŜałem na wznak, wpatrując się w posępne
niebo w poszukiwaniu błysku dyszy rakiet nośnych i wytęŜałem słuch, próbując
usłyszeć ich łoskot. Ten etap nie trwał jednak długo. Pocieszałem się rozsądną myślą,
Ŝ
e ich poszukiwania mogą ciągnąć się parę tygodni. Pomimo to czuwałem takŜe w
ciągu dnia, gotów w kaŜdej chwili odpalić rakiety dymne na odgłos pojazdu...
Po czterech miesiącach wysiadły akumulatory. AŜ dziwne, Ŝe pracowały tak
długo. W miarę jak spadało w nich napięcie, topniały teŜ moje nadzieje. DŜungla
zdawała się podpełzać coraz bliŜej, krusząc mur mego niewzruszonego dotąd spokoju.
Przez kilka nocy po wygaśnięciu Ŝarówek reflektora wysiadywałem jeszcze w
ciemnościach, wysyłając raz po raz w milczące niebo rakiety alarmowe. Dopiero gdy
wystrzeliłem ostatnią, zrozumiałem, co zaszło.
Nie wiem, dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej. W kaŜdym razie teraz
doznałem olśnienia: firma Metallic Industries oszukała mnie, tak jak International
Chemicals oszukała mojego ojca. Nie zbudowali ani nigdy nie zamierzali zbudować
Ŝ
adnego pojazdu kosmicznego. Po co, skoro IC straciło swój?
Nabrałem przekonania, Ŝe taka właśnie decyzja zapadła w siedzibie zarządu
po moim wyjściu. Nie zamierzali mnie więcej oglądać. Teraz juŜ wiem, Ŝe byłoby to
dla nich zarówno kosztowne, jak i niebezpieczne. Nie tylko musieliby bowiem
zapłacić mi moją naleŜność, ale jeszcze naraziliby się na szantaŜ. Tak czy inaczej,
moje zniknięcie po wykonaniu zadania było im na rękę. A gdzie moŜna zniknąć
skuteczniej niŜ na obcej planecie? Podłe świnie!
Oto ziemskie sposoby; oto honor wielkich firm. Obyście nie musieli
przekonywać się o tym na własnej skórze, wchodząc z nimi w układy. Najpierw
wykorzystają was, a potem zniszczą...
Przez kilka dni po tym odkryciu byłem bliski szaleństwa. Wściekłość na
zdrajców, obrzydzenie do własnej naiwności, potworne poczucie samotności, przede
wszystkim zaś nieustanny szum deszczu, który prawie nie przestawał padać -
wszystko to doprowadzało mnie do samobójczego obłędu.
W końcu jednak właściwa mej rasie umiejętność przystosowania się wzięła
górę nad załamaniem. Zacząłem polować i odŜywiać się tym, czego obficie
dostarczała mi okolica. PrzeŜyłem dwa ataki febry, a po wyczerpaniu zapasów, kiedy
trudno było o zwierzynę, przymierałem głodem. Za jedyne towarzystwo miałem parę
oswojonych sześcionoŜnych stworzeń pokrytych srebrzystym futrem. Znalazłem je
pewnego dnia porzucone i piszczące z głodu w czymś, co przypominało duŜe gniazdo.
Zabrałem je do “Nuntii” i nakarmiłem. Okazały się całkiem przyjazne. Z biegiem
czasu zauwaŜyłem, Ŝe przejawiają zaskakującą inteligencję. Nazwałem je Mickey i
Minnie - na cześć bohaterów pewnego ziemskiego filmu - a one bardzo szybko
nauczyły się reagować na te imiona.
ZbliŜam się teraz do ostatniego i najdziwniejszego epizodu, którego, muszę
przyznać, nie rozumiem do tej pory. Wydarzyło się to kilkanaście lat po wylądowaniu
“Nuntii”. Podczas pewnej wyprawy aprowizacyjnej dotarliśmy z Mickeyem i Minnie
do krainy zupełnie mi nie znanej. Brak zapasów i postanowienie, Ŝeby nie wracać z
pustymi rękami, pchnęły mnie tym razem dalej niŜ zazwyczaj.
Znaleźliśmy się u wejścia do jakiejś doliny. Mickey i Minnie zatrzymały się.
ś
adnym sposobem nie mogłem nakłonić ich do dalszej wędrówki. Co więcej, gdy
ruszyłem sam, próbowały mnie powstrzymać czepiając się moich nóg przednimi
łapami. Dolina wydawała mi się idealnym miejscem dla zwierzyny łownej, więc
odtrąciłem je zniecierpliwiony. Patrząc, jak odchodzę, Mickey i Minnie rŜały
Ŝ
ałośnie, ale nie odwaŜyły się iść za mną.
Przez pierwsze ćwierć mili nie zauwaŜyłem nic niezwykłego. Wkrótce Io4
jednak przeŜyłem nieprzyjemny szok. TuŜ przede mną, ponad drzewami, pojawił się
olbrzymi łeb, który patrzył wprost na mnie. Nigdy przedtem nie widziałem czegoś
podobnego, ale przypominało to ogromnego przedpotopowego gada, na przykład
tyranozaura. Mimo Ŝe widok był przeraŜający, czułem nieodpartą ciekawość.
Niepodobna przecieŜ, by Wenus wciąŜ znajdowała się na etapie wielkich gadów. A
nawet jeŜeli tak jest, to przebywając tu tak długo, powinienem był natknąć się na nie
wcześniej.
Łeb potwora tkwił nieruchomo nad wierzchołkami drzew. Nie wydał Ŝadnego
odgłosu. Gdy opuściła mnie pierwsza fala strachu, zrozumiałem, Ŝe mnie nie
zauwaŜył. Ukryłem się i zacząłem go ostroŜnie podchodzić. Dolina zdawała się
pogrąŜona w ciszy, mimo szumu deszczu, do którego tak się przyzwyczaiłem, Ŝe moje
uszy zupełnie go nie rejestrowały. Przeszedłem około dwustu jardów i znalazłem się
w polu widzenia olbrzyma. Wziąłem na muszkę jego prawe oko i zaryzykowałem
strzał.
Nic nie nastąpiło. Tylko echo przewalało się z łoskotem po dolinie. Zwierzę
nie wykonało Ŝadnego ruchu. Zirytowała mnie niezwykłość tego zjawiska. Chwyciłem
lornetkę. Tak! Trafiłem potwora w prawe oko, lecz... Dziwna sprawa. Nie podobała
mi się ta dolina. Zmusiłem się jednak, by podejść bliŜej. W powietrzu unosiła się
jakaś nieznana woń, dość przyjemna, choć mdława.
Przystanąłem w niewielkiej odległości od potwora. Nawet nie drgnął. Raptem,
tuŜ za plecami, spostrzegłem innego gada. Był mniejszy, przypominał trochę
jaszczurkę, lecz miał ostre zęby i pazury. Na ich widok oblałem się potem.
Przyklęknąłem na jedno kolano i złoŜyłem się do strzału. Poczułem dziwny zawrót
głowy. Wydawało mi się, Ŝe wszystko wokół kołysze się, włącznie z lufą mojej
strzelby. Jakaś mgła przesłoniła mi wzrok. Czułem, Ŝe upadam... Spadałem chyba
bardzo długo...
A gdy przyszedłem do siebie, ujrzałem przed sobą pręty klatki...”
Dagul przerwał lekturę. Resztę juŜ znał.
- Jak sądzisz, kiedy to się stało? - zapytał. Goin wzruszył ramionami.
- Bóg raczy wiedzieć. Bardzo dawno temu. To ciągłe zachmurzenie... I
twierdzi, Ŝe oswoił naszych dwóch prymitywnych przodków? Miliony lat...
- Ostrzega nas takŜe przed Ziemią. - Dagul uśmiechnął się. - No cóŜ, czeka go
niemiły szok. Ostatni przedstawiciel rasy Ziemian... ChociaŜ, jeśli dać wiarę jego
słowom, rasy niezbyt wartościowej. Kiedy mu powiesz?
- PoniewaŜ i tak sam doszedłby do tego, pomyślałem, Ŝe zrobię to dziś
wieczorem. Załatwiłem mu przepustkę do obserwatorium.
- Chętnie będę wam towarzyszył, jeŜeli nie masz nic przeciwko temu.
- AleŜ oczywiście, Ŝe nie. Bardzo proszę.
Wspinali się we trzech na wzgórze, gdzie mieściło się obserwatorium. Przez
całą drogę Gratz mozolił się z obcymi mu sylabami, wciąŜ próbując ich przekonać o
przewrotności Ziemian i podłych praktykach koncernów. Z ulgą przyjął zapewnienie,
Ŝ
e do Ŝadnych negocjacji między planetami nie dojdzie.
- Po co tu przyszliśmy? - zapytał, gdy znaleźli się w obserwatorium, a asystent
nastawiał wielki teleskop zgodnie z poleceniem Goina.
- Chcemy ci pokazać twoją planetę - oświadczył Dagul.
Po pokonaniu pewnych trudności, wynikających z róŜnicy w budowie oka
Takończyków i Ziemian, Gratz ujrzał przed sobą duŜą lśniącą tarczę. Po chwili
oderwał wzrok od teleskopu i zwrócił się do swych towarzyszy z lekkim uśmieszkiem
na twarzy.
- Zaszła chyba jakaś pomyłka. To przecieŜ KsięŜyc.
- Nie. To Ziemia - zapewnił Goin.
Gratz spojrzał ponownie na zrytą i poznaczoną otworami kraterów
powierzchnię planety. Wpatrywał się długo bez słowa. Wyglądała jak KsięŜyc, a
jednak... Pomimo kraterów, pomimo pustki rzeczywiście istniały pewne
podobieństwa. Ślad połączonych kontynentów amerykańskich ciągnący się od bieguna
do bieguna, wybrzuszenie, które mogło być wybrzeŜem Afryki Zachodniej. Patrzył
nadal bez słowa. W końcu odsunął się od teleskopu i zwrócił do Takończyków:
- Kiedy to się stało? - zapytał.
- Kilka milionów lat temu.
- Jak to? Nie rozumiem. PrzecieŜ dopiero wczoraj...
Goin zaczął wyjaśniać, lecz Gratz niczego nie słyszał. Wyszedł z budynku jak
we śnie. Przed oczami miał Ziemię taką jak kiedyś: bujną i piękną, wbrew wszystkim
działaniom człowieka, które zadawały jej ból. A teraz jest martwą grudką
kosmicznego popiołu...
Zatrzymał się na skraju wypłaszczenia szczytu, na którym wysoko nad
Takonem wznosiło się obserwatorium. Spojrzał przed siebie ponad widniejącym w
dole obcym miastem, ponad obcym światem, ku jednemu z jaśniejących punktów
międzygwiezdnej przestrzeni. Ziemia, która dała mu Ŝycie, nie Ŝyje... Patrzył na nią
długo i w milczeniu. A potem zrobił krok przed siebie, pewny i zdecydowany, ponad
krawędzią skały...