background image

Bohumil Hrabal 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Postrzy

Ŝ

yny 

 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Przekład Andrzej Czcibor-Piotrowski 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Pani Bovary to ja.                                                       .                            

 
(Gustave Flaubert) 
 
 
 
Lubi

ę

 te kilka minut przed siódm

ą

 wieczorem, kiedy szmatkami i zmi

ę

t

ą

 „Polityk

ą

 Narodow

ą

” 

czyszcz

ę

 szkła lamp, zapałk

ą

 usuwam czer

ń

 opalonych knotów, nakładam z powrotem mosi

ęŜ

ne 

kołpaczki i dokładnie o siódmej nadchodzi ta cudowna chwila, kiedy przestaj

ą

 pracowa

ć

 maszyny w 

browarze i dynamo tłocz

ą

ce pr

ą

d wsz

ę

dzie, gdzie 

ś

wiec

ą

 si

ę

 

Ŝ

arówki, dynamo to zaczyna 

zmniejsza

ć

 obroty i w miar

ę

 jak pr

ą

d słabnie, słabnie równie

Ŝ

 

ś

wiatło 

Ŝ

arówek, z białego 

ś

wiatła 

staje si

ę

 z wolna 

ś

wiatło ró

Ŝ

owe, a ze 

ś

wiatła ró

Ŝ

owego 

ś

wiatło szare, s

ą

czone przez krep

ę

 lub te

Ŝ

 

organdyn

ę

, a

Ŝ

 wolframowe włókienka pokazuj

ą

 pod sufitem czerwone rachityczne paluszki, 

czerwony klucz wiolinowy. Wtedy zapalam knot; wkładam szkło, wysuwam 

Ŝ

ółty j

ę

zyczek, 

nakładam mleczny klosz ozdobiony porcelanowymi ró

Ŝ

ami. Lubi

ę

 te kilka minut przed siódm

ą

 

wieczorem, patrz

ę

 przez tych kilka chwil z upodobaniem w gór

ę

, kiedy 

ś

wiatło wycieka z 

Ŝ

arówki jak 

krew z poder

Ŝ

ni

ę

tego koguta, patrz

ę

 z upodobaniem na ten bledn

ą

cy podpis pr

ą

du elektrycznego i 

wzdrygam si

ę

 na my

ś

l, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e nadej

ść

 chwila, kiedy do browaru zostanie doprowadzony pr

ą

miejski i wszystkie lampy w browarze, od latar

ń

 w stajniach, lamp z okr

ą

głymi lusterkami, 

wszystkich tych p

ę

katych lamp o okr

ą

głych knotach, 

Ŝ

e wszystkie te lampy którego

ś

 dnia si

ę

 nie 

zapal

ą

, nikomu nie b

ę

dzie zale

Ŝ

e

ć

 na ich blasku, bo cały ten ceremoniał zostanie zast

ą

piony 

kontaktem podobnym do kurka wodoci

ą

gowego, który zast

ą

pił urodziwe pompy. Lubi

ę

 te swoje 

płon

ą

ce lampy, w których 

ś

wietle nosz

ę

 na stół talerze i sztu

ć

ce, w których 

ś

wietle otwieraj

ą

 si

ę

 

gazety albo ksi

ąŜ

ki, lubi

ę

 o

ś

wietlone blaskiem lamp r

ę

ce le

Ŝą

ce od niechcenia na obrusie, odci

ę

te 

ludzkie r

ę

ce; ze splotu ich linii mo

Ŝ

na wyczyta

ć

 charakter człowieka, do którego te r

ę

ce nale

Ŝą

lubi

ę

 owe przeno

ś

ne lampki naftowe, z którymi wychodz

ę

 wieczorami naprzeciw go

ś

ciom i 

o

ś

wietlam im twarze i drog

ę

, lubi

ę

 lampy, w których 

ś

wietle robi

ę

 szydełkiem firanki i pogr

ąŜ

am si

ę

 

w gł

ę

bokich marzeniach, lampy, które zgaszone gwałtownym dmuchni

ę

ciem wydaj

ą

 dławi

ą

cy sw

ą

d, 

wypełniaj

ą

cy ciemny pokój niczym wyrzut. Ach, gdybym tak znalazła w sobie do

ść

 siły i kiedy do 

browaru doprowadz

ą

 pr

ą

d, 

Ŝ

ebym przynajmniej raz w tygodniu którego

ś

 wieczoru zapaliła lampy i 

przysłuchiwała si

ę

 melodyjnemu syczeniu 

Ŝ

ółtego 

ś

wiatła, które rzuca gł

ę

bokie cienie i skłania do 

ostro

Ŝ

nego st

ą

pania i do marze

ń

Francin zapalał w biurze dwie p

ę

kate lampy o okr

ą

głych knotach, dwie lampy gderaj

ą

ce nieustannie 

jak dwie przekupki, dwie lampy, które stały na kra

ń

cach ogromnego stołu, lampy, które tchn

ę

ły 

ciepłem niczym piecyki, lampy, które z ogromnym apetytem pochłaniały łakomie naft

ę

. Zielone 

klosze tych p

ę

katych lamp odcinały niemal jak pod linijk

ę

 przestrze

ń

 

ś

wiatła i cienia, tak 

Ŝ

e kiedy 

patrzyłam przez okno do biura, Francin był zawsze rozci

ę

ty na Francina polanego witriolem i 

Francina, którego pochłon

ą

ł mrok. Mosi

ęŜ

ne maszynki, w których knot porusza! si

ę

 przesuwany 

poziom

ą

 

ś

rub

ą

 w dół albo 

w gór

ę

, te mosi

ęŜ

ne koszyczki miały ogromny ci

ą

g; te lampy Francina potrzebowały tyle tlenu, 

Ŝ

wysysały wokół siebie powietrze, tak 

Ŝ

e kiedy Francin poło

Ŝ

ył w pobli

Ŝ

u lampy papierosa, mosi

ęŜ

ne 

sito wci

ą

gało wst

ę

gi bł

ę

kitnego dymu i dym z papierosa, dostawszy si

ę

 do magicznego kr

ę

gu 

background image

p

ę

katych lamp, zostawał nieubłaganie wchłoni

ę

ty i po

Ŝ

arty w szkle przez płomie

ń

, który nad 

kołpaczkiem 

ś

wiecił zielonkawo jak 

ś

wiatło, jakie wydziela spróchniały pie

ń

ś

wiatło jak bł

ę

dny 

ognik, jak ogie

ń

 

ś

wi

ę

tego Eliasza, jak Duch 

Ś

wi

ę

ty, który zst

ą

pił pod postaci

ą

 fioletowego 

płomyczka unosz

ą

cego si

ę

 nad tłustym 

Ŝ

ółtym 

ś

wiatłem okr

ą

głego knota. I w blasku tych lamp 

Francin zapisywał w otwartych ksi

ę

gach browarnianych roczn

ą

 produkcj

ę

 piwa, wydatki i dochody, 

sporz

ą

dzał sprawozdania tygodniowe i miesi

ę

czne, aby pod koniec ka

Ŝ

dego roku zrobi

ć

 bilans za 

cały rok kalendarzowy, i karty tych ksi

ą

g l

ś

niły jak nakrochmalone gorsy. Kiedy Francin obracał 

kart

ę

, te dwie pucułowate lampy gorszyły si

ę

 ka

Ŝ

dym ruchem, tak 

Ŝ

e groziły zga

ś

ni

ę

-ciem, 

rozgdakiwały si

ę

 te dwie lampy, jakby to były wyrwane ze snu dwa ogromne ptaki, zupełnie jakby te 

dwie lampy poruszały gniewnie długimi szyjami, rozrzucały po suficie oddychaj

ą

ce nieustannie 

chi

ń

skie cienie przedpotopowych zwierz

ą

t, na suficie w tych półcieniach widziałam zawsze 

wachluj

ą

ce si

ę

 uszy słoni, unoszone oddechem klatki piersiowe ko

ś

ciotrupów, dwie wielkie 

ć

my 

wbite na pal 

ś

wiatła wyrastaj

ą

cy ze szkła wprost ku sufitowi, gdzie l

ś

niło nad ka

Ŝ

d

ą

 lamp

ą

 okr

ą

głe 

o

ś

lepiaj

ą

ce lusterko, o

ś

wietlony ostro srebrny pieni

ą

dz, który nieustannie, niemal niedostrzegalnie, 

ale jednak poruszał si

ę

 

wyra

Ŝ

aj

ą

c nastrój ka

Ŝ

dej lampy. Obróciwszy kart

ę

, Fran-cin wpisywał znowu imiona i nazwiska 

szynkarzy i restauratorów. Brał wówczas stalówk

ę

 redis numer trzy i tak jak w starych mszałach i 

wa

Ŝ

nych aktach i dokumentach ka

Ŝ

de słowo rozpoczynał inicjałem, wszystkie te inicjały pełne były 

rozwichrzonych pukielków i wzdymaj

ą

cych si

ę

 linii, kiedy siedziałam w biurze i patrzyłam z mroku 

na jego r

ę

ce, które lampy biurowe opryskiwały gaszonym wapnem, zawsze odnosiłam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

inicjały te Fran-cin wzoruje na moich włosach, 

Ŝ

e s

ą

 mu one natchnieniem, wpatrywał si

ę

 zawsze w 

moje włosy, z których tryskało 

ś

wiatło, w lustrze widziałam, 

Ŝ

e gdzie ja byłam wieczorem, tam 

zawsze dzi

ę

ki mojej fryzurze i gatunkowi moich włosów było o jedn

ą

 lamp

ę

 wi

ę

cej, Francin t

ą

 

stalówk

ą

 redis wpisywał zwykłe litery pocz

ą

tkowe, po czym brał cienkie piórka i zgodnie z impulsem 

maczał je na przemian w atramentach: zielonym, niebieskim i czerwonym, i wokół inicjałów 
zaczynał rysowa

ć

 moje niesforne włosy, i tak jak krzak ró

Ŝ

y, który obrasta altank

ę

, tak samo 

Francin g

ę

st

ą

 sieci

ą

 i gał

ą

zkami krzywych linii moich włosów zdobił pocz

ą

tkowe litery imion i 

nazwisk szynkarzy oraz restauratorów. 
Kiedy pó

ź

niej zm

ę

czony wracał z biura i stał w drzwiach w cieniu, białe mankiety wskazywały, jak 

cały miniony dzie

ń

 go wyczerpał, mankiety te dotykały niemal jego kolan, w ci

ą

gu całego dnia 

Francin brał na swoje barki tyle trosk i ci

ęŜ

arów, 

Ŝ

e wieczorem zawsze był o dziesi

ęć

 centymetrów 

ni

Ŝ

szy, a mo

Ŝ

e i o wi

ę

cej. A ja wiedziałam, 

Ŝ

e najwi

ę

ksz

ą

 jego trosk

ą

 jestem ja, 

Ŝ

e od czasu kiedy 

zobaczył mnie po raz pierwszy, 

Ŝ

e od tego czasu nosi mnie na plecach w niewidzialnym, a jednak 

bardzo konkretnym tornistrze, w tornistrze, który z dnia na dzie

ń

 staje si

ę

 coraz ci

ęŜ

szy. Tak wi

ę

co wieczór stali

ś

my pod opuszczan

ą

 płon

ą

c

ą

 lamp

ą

, zielony klosz był tak ogromny, 

Ŝ

e mie

ś

cili

ś

my 

si

ę

 pod nim oboje, był to 

Ŝ

yrandol niczym parasol, pod którym stali

ś

my w ulewie sycz

ą

cego 

ś

wiatła 

lampy naftowej, obejmowałam Francina jedn

ą

 r

ę

k

ą

, a drug

ą

 r

ę

k

ą

 głaskałam go z tyłu po głowie, on 

miał oczy zamkni

ę

te i oddychał gł

ę

boko; kiedy uspokoił si

ę

, obejmował mnie w pasie i wygl

ą

dało to 

tak, jakby

ś

my chcieli rozpocz

ąć

 jaki

ś

 taniec towarzyski, jednak

Ŝ

e to było co

ś

 wi

ę

cej, to była 

oczyszczaj

ą

ca k

ą

piel, podczas której Francin szeptał mi do ucha wszystko, co mu si

ę

 w ci

ą

gu tego 

dnia przytrafiło, a ja głaskałam go i ka

Ŝ

dy ruch mojej r

ę

ki wygładzał jego zmarszczki, a potem on 

dotykał moich rozpuszczonych włosów; za ka

Ŝ

dym razem 

ś

ci

ą

gałam ten porcelanowy 

Ŝ

yrandol 

ni

Ŝ

ej, na obwodzie 

Ŝ

yrandola wisiały g

ę

sto ró

Ŝ

nokolorowe szklane rurki poł

ą

czone paciorkami, 

chrz

ęś

ciły te wisiorki koło naszych uszu jak cekiny i ozdóbki wokół bioder tureckiej tancerki, 

wydawało mi si

ę

 niekiedy, 

Ŝ

e ta ogromna opuszczana lampa jest szklanym kapeluszem wci

ś

ni

ę

tym 

nam obojgu a

Ŝ

 po uszy, kapeluszem obwieszonym mnóstwem przystrzy

Ŝ

onych sopli... 

Ostatni

ą

 zmarszczk

ę

 sp

ę

dziłam z twarzy Francina gdzie

ś

 we włosy albo za uszy, a on otworzył 

oczy, wyprostował si

ę

, mankiety miał znowu na wysoko

ś

ci bioder, spojrzał na mnie nieufnie, a kiedy 

u

ś

miechn

ę

łam si

ę

 i przytakn

ę

łam, on tak

Ŝ

e si

ę

 u

ś

miechn

ą

ł, po czym spu

ś

cił oczy i usiadł za stołem, 

o

ś

mielił si

ę

 i patrzył na mnie, a ja na niego i widziałam, 

Ŝ

e mam nad nim wielk

ą

 władz

ę

, moje oczy 

urzekaj

ą

 go jak oczy pytona, kiedy wpatruje si

ę

 w przera

Ŝ

on

ą

 zi

ę

b

ę

Dzi

ś

 wieczorem na ciemnym podwórku zar

Ŝ

ał ko

ń

, potem dobiegło jeszcze jedno r

Ŝ

enie, a 

nast

ę

pnie rozległ si

ę

 t

ę

tent kopyt, brz

ę

czenie ła

ń

cuchów i podzwanianie sprz

ą

czek, Francin 

podniósł si

ę

 i nasłuchiwał, wzi

ę

łam lamp

ę

 i wyszłam na korytarz, i otwarłam drzwi. W mroku na 

dworze furman browarniany wołał: Hola, Ede, Kar

ę

, hola, do diabła! - ale gdzie tam, od strony stajni 

p

ę

dziły belgijskie wałachy z latarni

ą

 na przedpier

ś

niu; kiedy tak wracały zm

ę

czone, wyprz

ę

gni

ę

te z 

background image

wozu, w chom

ą

tach, z lejcami zawieszonymi na ozdobnych guzach tych chom

ą

t i w całej uprz

ęŜ

po całodziennym rozwo

Ŝ

eniu piwa, kiedy ka

Ŝ

dy s

ą

dził: te wykastrowane ogiery nie my

ś

l

ą

 o niczym 

innym, tylko o sianie i wiaderku młótu, i odrobince owsa, a wi

ę

c te dwa wałachy cztery razy do roku 

ni st

ą

d, ni zow

ą

d przypominały sobie o swoich 

ź

rebi

ę

cych latach, o swojej genialnej młodo

ś

ci, 

pełnej nie rozwini

ę

tych jeszcze, ale mimo wszystko ju

Ŝ

 gruczołów, i buntowały si

ę

, podnosiły 

niewielki rokosz, dawały sobie znak w zapadaj

ą

cym zmierzchu, kiedy wracały do stajni, a teraz 

spłoszyły si

ę

, spłoszyły, tak mówi

ą

 ludzie, 

Ŝ

e te byłe ogiery spłoszyły si

ę

, ale one si

ę

 nie spłoszyły, 

one nie zapomniały, 

Ŝ

e jeszcze ci

ą

gle i do ostatniej chwili mo

Ŝ

na i

ść

 nawet zwierz

ę

c

ą

 drog

ą

 

wolno

ś

ci... przelatywały teraz obok słu

Ŝ

bowych mieszka

ń

 betonowym chodnikiem, kopyta ich 

krzesały iskry i lampa na piersiach nar

ę

cznego wałacha trz

ę

sła si

ę

 w

ś

ciekle i podrygiwała 

o

ś

wietlaj

ą

c powiewaj

ą

ce sprz

ą

czki i urwane lejce, wychyliłam si

ę

 i w delikatnym blasku lampy 

naftowej przemkn

ę

ła ta belgijska para, spasione ogromne wałachy, Ede i Kar

ę

, które wa

Ŝ

yły razem 

dwadzie

ś

cia pi

ęć

 cetnarów, wprawionych teraz w ruch, i ruch ten groził nieustannie upadkiem, a 

upadek jednego konia oznaczał upadek drugiego, poł

ą

czone bowiem były ze sob

ą

 pier

ś

cieniami i 

skórzanymi lejcami, i sprz

ą

czkami, jednak

Ŝ

e jakby w tym galopie nieustannie si

ę

 ze sob

ą

 

porozumiewały, płoszyły si

ę

 oba jednocze

ś

nie, zmieniaj

ą

c si

ę

 na prowadzeniu nie wi

ę

cej ni

Ŝ

 o kilka 

centymetrów... za nimi za

ś

 biegł nieszcz

ę

sny furman z batem, furman dr

Ŝą

cy z przera

Ŝ

enia, bo 

gdyby jeden z koni złamał nog

ę

, kierownictwo browaru potr

ą

całoby mu za to przez kilka lat... a 

strata obu koni oznaczała jedno: płaci

ć

 do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia... — Hola, Ede i Kar

ę

! Hola, do diabła! — 

jednak

Ŝ

e zaprz

ę

g p

ę

dził ju

Ŝ

 naprzeciw wie-trzalni koło słodowni, teraz kopyta ich zmi

ę

kły w 

błotnistej drodze obok komina i stodół, tak 

Ŝ

e i wałachy musiały zwolni

ć

, po czym koło stajni, na 

kocich łbach, znów nabrały szybko

ś

ci, a na betonowym chodniku, z którego ka

Ŝ

da ci

ą

gn

ą

ca si

ę

 po 

ziemi sprz

ą

czka, ka

Ŝ

dy ła

ń

cuszek, ka

Ŝ

da podkowa krzesała iskry, tutaj te dwa belgi rozp

ę

dziły si

ę

tak 

Ŝ

e to nie był ju

Ŝ

 bieg, ale powstrzymywany upadek, z nozdrzy buchały im kł

ę

by pary, oczy miały 

wytrzeszczone i pełne przera

Ŝ

enia, na zakr

ę

cie koło biura oba po

ś

lizn

ę

ły si

ę

 na tym betonowym 

chodniku jak w filmowej grotesce, ale oba jechały na tylnych podkowach, które krzesały iskry, 
furman zamarł ze zgrozy. Francin podbiegi do drzwi, ale ja stałam oparta o futryn

ę

 i modliłam si

ę

aby tym koniom nic si

ę

 nie stało, bardzo dobrze wiedziałam, 

Ŝ

e ich sprawa jest tak

Ŝ

e moj

ą

 spraw

ą

lecz 
Ede i Kar

ę

 ju

Ŝ

 znowu biegły obok siebie i zgodnie kłusowały naprzeciw wietrzalni koło słodowni, 

podkowy ich cichły w mi

ę

kkim błocie drogi koło stodół, i znów dały sobie znak, i run

ę

ły przed siebie 

po raz trzeci, furman odskoczył i kiedy jeden z koni napi

ą

ł wodze, lampa poleciała łukiem i rozbiła 

si

ę

 o pralni

ę

, i ten trzask dodał belgom nowych sił, zar

Ŝ

ały najpierw jeden po drugim, potem obydwa 

jednocze

ś

nie pogalopowały po betonowym chodniku... patrzyłam na Francina, tak jakbym to była 

ja, ja, która przemieniłam si

ę

 w par

ę

 belgijskich koni, to był ten mój buntowniczy charakter, raz na 

miesi

ą

c poszale

ć

, mnie tak

Ŝ

e ogarniało co kwartał pragnienie wolno

ś

ci, mnie, która wcale nie byłam 

wykastrowana, ale wprost przeciwnie: zdrowa, niekiedy a

Ŝ

 nadto zdrowa... i Francin patrzył na 

mnie, i wiedział, 

Ŝ

e ten spłoszony belgijski zaprz

ę

g, te jasne powiewaj

ą

ce grzywy i pot

ęŜ

ne ogony 

ci

ą

gn

ą

ce si

ę

 w powietrzu za kasztanowatymi ciałami, 

Ŝ

e to ja — nie ja, ale ten mój charakter, te 

moje lec

ą

ce po

ś

ród ciemnej nocy spłoszone złote włosy, te moje powiewaj

ą

ce swobodnie 

k

ę

dziory... i odepchn

ą

ł mnie, i teraz Francin stał z wyci

ą

gni

ę

tymi r

ę

koma w tunelu 

ś

wiatła płyn

ą

cego 

z korytarza, z wyci

ą

gni

ę

tymi ramionami ruszył naprzeciw koniom wołaj

ą

c: — Idudududu! Hola! — i 

belgijskie wykastrowane ogiery zahamowały krzesz

ą

c kopytami iskry, Francin odskoczył i wzi

ą

ł 

nar

ę

cznego za uzd

ę

ś

ci

ą

gn

ą

ł j

ą

, wbił w spieniony pysk zwierz

ę

cia, i ruch koni ucichł, sprz

ą

czki i 

lejce, i szory uprz

ęŜ

y opadły na ziemi

ę

, przybiegł furman i wzi

ą

ł siodłowego konia za uzd

ę

... 

— Panie kierowniku... — wymamrotał wo

ź

nica. 

— Wytrze

ć

 słom

ą

 i oprowadzi

ć

 po podwórzu... Ta para ma warto

ść

 czterdziestu tysi

ę

cy, rozumie 

pan, panie Marcinie? — powiedział Francin i wszedł w drzwi domu, tak jak wchodz

ą

 ułani, u których 

za Austrii słu

Ŝ

ył, gdybym nie odskoczyła, powaliłby mnie, przeszedłby po mnie... z mroku słycha

ć

 

było pó

ź

niej uderzenie bata i bolesne r

Ŝ

enie belgijskich koni, przekle

ń

stwa i odgłos uderze

ń

 

biczyskiem, a potem podskakiwanie koni w mroku i trzaskanie długiego bicza, który owijał si

ę

 

belgom wokół nóg i przecinał skór

ę

. - , 

Jednak

Ŝ

e mój portret to równie

Ŝ

 cztery prosi

ę

ta, browarniane prosi

ę

ta, karmione młotem i 

ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po na

ć

 buraczan

ą

, na

ć

 t

ę

 siekałam, 

polewałam zaczynem i starym piwem i prosi

ę

ta spały dwadzie

ś

cia godzin na dob

ę

 i codziennie 

przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosi

ą

tka słyszały mnie, jak id

ę

 doi

ć

 kozy, i 

background image

ju

Ŝ

 kwiczały z rado

ś

ci, bo nie wiedziały, 

Ŝ

e jedn

ą

 par

ę

 sprzedam na szynki, a druga para pójdzie 

pod nó

Ŝ

 podczas domowego 

ś

winiobicia. Kiedy szłam doi

ć

 kozy, to prosi

ę

ta kwiczały z zachwytu, 

bo wiedziały, 

Ŝ

e wszystko mleko, jakie nadoj

ę

, wlej

ę

 im natychmiast do koryta. Pan Cicwa-rek tylko 

popatrzył na prosi

ę

ta i od razu mówił, ile te prosi

ę

ta wa

Ŝą

, i zawsze si

ę

 zgadzało, potem t

ę

 par

ę

 

prosi

ą

t brał na r

ę

ce i wrzucał do takiego półkoszka, rze

ź

nie -kiej bryczki, zaci

ą

gał nad nimi siatk

ę

 i 

powiadał: 
— Broni

ą

 si

ę

 te stworzonka jak moja stara, kiedym jej za młodych lat chciał skra

ść

 pierwszego 

całusa. 
— Papapaa, moje prosiaczki, b

ę

d

ą

 z was pi

ę

kne szy-neczki — mówiłam prosi

ą

tkom na 

po

Ŝ

egnanie. 

Jednak

Ŝ

e prosi

ę

ta nie marzyły o takiej sławie, wiedziałam o tym, ale ka

Ŝ

dy z nas musi kiedy

ś

 

umrze

ć

, a natura jest miłosierna, kiedy ju

Ŝ

 nic nie mo

Ŝ

na zrobi

ć

, wszystko, co 

Ŝ

yje i co ma za chwil

ę

 

umrze

ć

, wszystko ogarnia przera

Ŝ

enie, jakby zwierz

ą

tkom i ludziom spaliły si

ę

 bezpieczniki, a 

potem ju

Ŝ

 nic nie czuj

ą

 i nic ich nie boli, ten strach przykr

ę

ca knoty lamp, tak 

Ŝ

Ŝ

ycie ju

Ŝ

 tylko 

ledwie migoce i ze zgrozy o niczym nie wie. Do rze

ź

ników nie miałam szcz

ęś

cia, ten pierwszy dodał 

mi do kiszek w

ą

trobianych tyle imbiru, 

Ŝ

e mi z nich zrobił cukierki, ten drugi znowu

Ŝ

 pił od rana tyle, 

Ŝ

e jak uniósł pałk

ę

, aby ogłuszy

ć

 prosi

ę

, to sam sobie przetr

ą

cił nog

ę

, stałam z przygotowanym 

no

Ŝ

em, niewiele brakowało, a ze zło

ś

ci zar

Ŝ

n

ę

łabym tego rze

ź

nika, którego zreszt

ą

 musiałam 

jeszcze zawie

źć

 bryczk

ą

 do szpitala i szuka

ć

 innego. Trzeci rze

ź

nik z kolei przyniósł swój 

wynalazek, zamiast parzenia wymy

ś

lił opalanie szczeciny lamp

ą

 spawalnicz

ą

, nie zup

ę

 powinnam 

była wyla

ć

 do ust

ę

pu, ale tego rze

ź

nika, poniewa

Ŝ

 nie tylko szczecina pozostała, ale przede 

wszystkim prosi

ę

 cuchn

ę

ło benzyn

ą

, tak 

Ŝ

e zup

ę

 musieli

ś

my wyla

ć

 do kanału, bo nawet pozostałe 

przy 

Ŝ

yciu prosi

ę

 nie chciało jej je

ść

Pan Myclik to był rze

ź

nik, rze

ź

nik w sam raz na mój gust! Kazał sobie poda

ć

 tart

ą

 marmurkow

ą

 

babk

ę

 i biał

ą

 kaw

ę

, a rumu napił si

ę

 dopiero wówczas, kiedy w

ą

trobianki były ju

Ŝ

 w kotle, rze

ź

nik, 

który przyniósł ze sob

ą

 

wszystkie swoje przybory owini

ę

te w 

ś

ciereczki, przyniósł te

Ŝ

 trzy fartuchy, jeden miał na sobie 

podczas bicia, parzenia i patroszenia, drugi wkładał, kiedy wysypywał na stół podroby, a trzeci 
dopiero wówczas, kiedy prawie wszystko było gotowe. Pan Myclik nauczył mnie tak

Ŝ

e, abym kupiła 

sobie jeden specjalny kocioł i tego kotła u

Ŝ

ywała jedynie do gotowania w

ą

trobianek i krwawych 

kiszek, i salcesonów, i podrobów, i do topienia sadła, bo co si

ę

 w nim gotuje, tym garnek nasi

ą

ka, a 

ś

winiobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksi

ą

dz odprawia msz

ę

 

ś

wi

ę

t

ą

, bo zawsze idzie o 

krew i o mi

ę

so, czyli ciało. 

Potem piekli

ś

my ciasto do bułczanek i krwawych kiszek, przywie

ź

li

ś

my bali

ę

 i do pó

ź

nej nocy 

gotowałam kasz

ę

 i na talerze ponasypywałam odpowiedni

ą

 ilo

ść

 soli i pieprzu, i imbiru, i majeranku, 

i tymianku, prosi

ą

tko nie dostało ju

Ŝ

 w południe je

ść

 i zaczynało czu

ć

 zapach rze

ź

-nickiego 

fartucha, pozostałe zwierz

ę

ta tak

Ŝ

e były smutne i ciche, ju

Ŝ

 teraz dr

Ŝ

ały jak li

ś

cie osiki, inne drzewa 

stoj

ą

 spokojnie, burza jest gdzie

ś

 w Karpatach albo w Alpach, ale li

ś

cie osiki dr

Ŝą

 i dygoc

ą

 jak moje 

prosi

ę

, które jutro zostanie zabite. 

Prosi

ę

 wyprowadzałam z chlewika zawsze ja. Nie lubiłam, gdy podwi

ą

zywało si

ę

 prosi

ą

tku ryj 

sznurem, po co sprawia

ć

 mu ból, i kiedy wyprowadzałam rze

ź

nikowi prosi

ę

 podst

ę

pem, drapałam je 

w ryjek, potem w czoło, potem w grzbiet; pan Mycłik podszedł z tyłu z siekier

ą

, uniósł j

ą

 w gór

ę

 i 

pot

ęŜ

nym ciosem powalił prosi

ę

, po czym na wszelki wypadek dorzucił jeszcze dwa, trzy mokre 

ciosy w roztrzaskan

ą

 czaszk

ę

 prosi

ę

cia, podałam panu Myclikowi nó

Ŝ

, a on ukl

ą

kł i wbił ostrze w 

szyj

ę

, i chwil

ę

 szukał czubkiem no

Ŝ

a t

ę

tnicy, potem wytrysn

ę

ła struga krwi, a ja podstawiłam 

garnek, nast

ę

pnie za

ś

 jeszcze wielki rondel, ilekro

ć

 zmieniałam naczynie, pan Myclik za ka

Ŝ

dym 

razem uprzejmie powstrzymywał dłoni

ą

 płyn

ą

c

ą

 krew, aby j

ą

 znowu pu

ś

ci

ć

, a wtedy ju

Ŝ

 warz

ą

-

chwi

ą

 bełtałam krew, aby nie krzepła, potem tak

Ŝ

e drug

ą

 r

ę

k

ą

, obiema r

ę

kami jednocze

ś

nie 

mieszałam 

ś

liczn

ą

 dymi

ą

c

ą

 krew, pan Myclik z pomocnikiem, panem Marcinem, furmanem, wło

Ŝ

yli 

prosi

ę

 do balii i lali na nie wrz

ą

c

ą

 wod

ę

 z dzbanów, a ja musiałam zakasa

ć

 r

ę

kawy i 

rozcapierzonymi palcami miesza

ć

 stygn

ą

c

ą

 krew, zakrzepłe krwawe strz

ę

py rzucałam kurom, obie 

r

ę

ce miałam a

Ŝ

 po łokcie zanurzone w stygn

ą

cej krwi, r

ę

ce mi słabły, poruszałam nimi, jakbym wraz 

z prosi

ę

ciem wydawała ostatnie tchnienie, ostatnie kł

ę

by zakrzepłej krwi, a potem krew rzedła, 

stygła; wyci

ą

gn

ę

łam r

ę

ce z garnków i rondli, a tymczasem oparzone, ogolone prosi

ę

 wjechało z 

wolna na haku pod belk

ę

 otwartej drewutni. 

background image

Odci

ę

ta głowa prosi

ę

cia wraz z ryjkiem le

Ŝ

ała na stole, dwie łopatki wła

ś

nie przyniosłam. I ju

Ŝ

 

biegłam przez podwórze z włosami spi

ę

tymi pod chusteczk

ą

, aby nie straci

ć

 ani chwili, bo pan 

Myclik wyci

ą

gn

ą

ł kiszki i kazał pomocnikowi, by poszedł obróci

ć

 je i umy

ć

, a sam — niczym 

ś

lepy 

Hanusz w wie

Ŝ

owym zegarze — grzebał na pami

ęć

 we wn

ę

trzno

ś

ciach prosi

ę

cia, co

ś

 tu i ówdzie 

po-nacinał i 

ś

ledziona, w

ą

troba oraz 

Ŝ

ą

dek oderwały si

ę

, a po nich równie

Ŝ

 płuca i serce. 

Nastawiłam ceber i spłyn

ę

ły tam wszystkie te pi

ę

kne podroby, ta symfonia soczystych barw i 

kształtów, nic mnie nie wprawiało w taki zachwyt jak jasnoczerwone wieprzowe płuca, wzd

ę

te 

cudownie jak g

ą

bczasta guma, nic nie jest tak nami

ę

tne w kolorze jak ciemnobr

ą

zowa barwa 

w

ą

troby przyozdobiona szmaragdem 

Ŝ

ółci, niczym chmury przed burz

ą

, niczym delikatne baranki — 

tak wła

ś

nie ci

ą

gnie si

ę

 wzdłu

Ŝ

 kiszek grudkowate sadło, 

Ŝ

ółte jak topi

ą

ca si

ę

 

ś

wieca, jak pszczeli 

wosk. A ta krta

ń

 zbudowana z niebieskich i ja-snoczerwonych pier

ś

cieni jak rura kolorowego 

odkurzacza. A kiedy wysypali

ś

my te cuda na płyt

ę

 stołu, pan Mycłik wzi

ą

ł nó

Ŝ

, naostrzył o osełk

ę

po czym zacz

ą

ł obcina

ć

: tu kawałeczek jeszcze ciepłego mi

ę

ska, tam kawałeczek w

ą

troby, ówdzie 

cał

ą

 nereczk

ę

 i pół 

ś

ledziony, a ja nastawiłam wielki garnek z przysma

Ŝ

on

ą

 cebulk

ą

 i wsun

ę

łam te 

kawałeczki prosi

ę

cia do piekarnika, osoliwszy je przedtem starannie i przyprawiwszy pieprzem, tak 

aby gulasz był gotów na południe. 
Nabierałam sitem gotowane podroby wieprzowe, golonk

ę

, przepołowion

ą

 głow

ę

, wysypywałam na 

stół jeden kawałek mi

ę

sa za drugim, pan Myclik wybierał ko

ś

ci, a kiedy mi

ę

so troch

ę

 przestygło, 

brałam w palce kawałeczek ryjka i kawałeczek ogonka, zamiast chleba przegryzałam to prosi

ę

cym 

uchem, potem do kuchni wpadał Francin, nigdy nie jadł, nie mógł tego wzi

ąć

 do ust, stał wi

ę

c przy 

piecu i przegryzał suchy chleb popijaj

ą

c kaw

ą

 i patrzył na mnie, i wstydził si

ę

 zamiast mnie, a ja 

jadłam z apetytem i piłam piwo wprost z litrowej butelki, pan Myclik u

ś

miechał si

ę

; aby mnie nie 

urazi

ć

, wzi

ą

ł kawałek mi

ę

sa, po namy

ś

le jednak odło

Ŝ

ył je i napił si

ę

 białej kawy przegryzaj

ą

marmurkow

ą

 babk

ą

, po czym si

ę

gn

ą

ł po maszynk

ę

 do krojenia mi

ę

sa i podkasał r

ę

kawy, wskutek 

energicznych ruchów kawałki mi

ę

sa zacz

ę

ły traci

ć

 swój kształt i funkcj

ę

 i ci

ę

te półksi

ęŜ

ycami 

ruchomych no

Ŝ

y mi

ę

so przemieniało si

ę

 z wolna w nadzienie, i pan Myclik nadstawiał dło

ń

, a ja 

wkładałam mu w ni

ą

 sparzone przyprawy, pan Myclik był jedynym rze

ź

nikiem, dla którego musiałam 

przyprawy zalewa

ć

 wrz

ą

c

ą

 wod

ą

, bo — jak powiadał, a ja rozumiałam to bardzo konkretnie — 

sprzyja to dokładniejszemu rozproszeniu i wzmaga nat

ęŜ

enie oraz intensywno

ść

 zapachów, a 

potem dodał rozmoczonej bułki i wszystko raz jeszcze przemieszał i mocnymi dło

ń

mi i palcami 

wymiesił i wyrobił, po czym zgarn

ą

ł nadzienie z obu dłoni, nabrał troch

ę

, spróbował, patrzył w sufit i 

był w tej chwili pi

ę

kny jak poeta, wpatrywał si

ę

 w sufit z zachwytem i powtarzał sobie: pieprz, sól, 

imbir, tymianek, bułka, czosnek, a kiedy odmówił ten rze

ź

nicki akt strzelisty i pocz

ę

stował mnie, 

wzi

ę

łam na palec i wło

Ŝ

yłam do ust, i smakowałam, patrzyłam tak

Ŝ

e w sufit i z oczyma pełnymi 

wieprzowego zachwytu rozpo

ś

cierałam i smakowałam na j

ę

zyku pawi ogon wszystkich tych 

zapachów, a potem skin

ę

łam głow

ą

Ŝ

e jako gospodyni aprobuj

ę

 bukiet smakowy i nic ju

Ŝ

 nie stoi 

na przeszkodzie, aby zacz

ąć

 robi

ć

 kiszki w

ą

trobiane. I pan Myclik brał poci

ę

te, na jednym ko

ń

cu 

spi

ę

te drewnian

ą

 szpilk

ą

 jelitka, dwoma palcami prawej r

ę

ki rozszerzał otwór, a drug

ą

 r

ę

k

ą

 tylko 

naciskał i z gar

ś

ci wyrastała mu pi

ę

kna w

ą

trobianeczka, któr

ą

 brałam od niego i spinałam 

drewienkiem, i tak pracowali

ś

my, a w miar

ę

 jak ubywało nadzienia, rósł w poł

ą

czonych naczyniach 

jelit stos kiszek w

ą

trobianych. 

— Panie Marcinie, gdzie si

ę

 pan znów podziewa? — wołał raz po raz pan Myclik, bo furman pan 

Marcin za ka

Ŝ

dym razem, chyba przez całe swoje 

Ŝ

ycie, jak tylko miał troszk

ę

 czasu, stał w 

drewutni, w komórce, za wozem, w korytarzu, wyci

ą

gał okr

ą

głe lusterko i wpatrywał si

ę

 w nie, tak 

bardzo si

ę

 sobie podobał, 

Ŝ

e zawsze to, co widział w okr

ą

głym lusterku, wstrz

ą

sało nim, całymi 

godzinami potrafił sta

ć

 w chlewiku, zapominał pój

ść

 do domu, bo wyrywał sobie p

ę

setk

ą

 włoski z 

nosa, wyskubywał kłaczki z brwi, a nawet farbował nie tylko włosy, ale przy-czerniał rz

ę

sy i 

pudrował twarz. Mówiłam sobie, 

Ŝ

e przy nast

ę

pnym prosi

ę

ciu b

ę

dzie mi musiał Francin przysła

ć

 z 

browaru kogo innego do pomocy. — Panie Marcinie, gdzie

Ŝ

 pan, na miło

ść

 bosk

ą

, znowu był? 

Prosz

ę

 kroi

ć

 to sadło, b

ę

dziemy robi

ć

 kaszanki i bułczanki, gdzie pan si

ę

 podziewał? 

Pan Myclik napełniał kaszaneczki, wypił ju

Ŝ

 drugi kieliszek rumu i ni st

ą

d, ni zow

ą

d wło

Ŝ

ył r

ę

k

ę

 w 

krwawe nadzienie i zrobił mi palcem krwaw

ą

 smug

ę

 na policzku. I zacz

ą

ł si

ę

 cichutko 

ś

mia

ć

, oczko 

błysn

ę

ło mu jak pier

ś

cionek, si

ę

gn

ę

łam do krwawego garnka, a kiedy chciałam przeci

ą

gn

ąć

 r

ę

k

ą

 po 

policzku rze

ź

nika, uchylił si

ę

, ja za

ś

 trafiłam dłoni

ą

 w biał

ą

 

ś

cian

ę

, nim jednak zd

ąŜ

yłam j

ą

 

pobrudzi

ć

, pan Myclik zdołał zrobi

ć

 mi drug

ą

 smug

ę

, nie przestaj

ą

c przy tym spina

ć

 jelit 

drewnianymi szpilkami. Znowu wło

Ŝ

yłam r

ę

k

ę

 w krew i rzuciłam si

ę

 za nim biegiem, pan Myclik 

background image

uchylił si

ę

 kilka razy, jakby wykonywał figury sabaudzkiego ta

ń

ca, potem jednak udało mi si

ę

 

umaza

ć

 mu twarz i dalej spinałam kaszaneczki, i 

ś

miałam si

ę

, ilekro

ć

 popatrzyłam na rze

ź

nika, 

który 

ś

miał si

ę

 zdrowym gło

ś

nym 

ś

miechem, nie był to tylko taki sobie 

ś

miech, ale 

ś

miech si

ę

gaj

ą

cy 

niejako w poga

ń

skie czasy, kiedy ludzie wierzyli w moc krwi i 

ś

liny, nie potrafiłam si

ę

 powstrzyma

ć

raz jeszcze si

ę

gn

ę

łam do ka-szankowej krwi, by raz jeszcze umaza

ć

 mu twarz, ale on znowu si

ę

 

uchylił, trafiłam w pró

Ŝ

ni

ę

, a on — rechoc

ą

c gło

ś

no — zrobił mi jeszcze jedn

ą

 smug

ę

, a przy tym 

spinał kaszaneczki nadal, pan Marcin przyniósł skrzynk

ę

 piwa z komory piwnej, a kiedy schylał si

ę

 

ostro

Ŝ

nie, przejechałam mu po policzku dłoni

ą

 pełn

ą

 krwawego nadzienia, a furman pan Marcin 

wyj

ą

ł z kieszeni okr

ą

głe lusterko, spojrzał na siebie i chyba spodobał si

ę

 sobie bardziej ni

Ŝ

 

kiedykolwiek przedtem, za

ś

miał si

ę

 zdrowo i nabrał na trzy palce czerwonego nadzienia, rzuciłam 

si

ę

 biegiem do pokoju, pan Marcin biegł za mn

ą

, zacz

ę

łam krzycze

ć

 zapominaj

ą

c, 

Ŝ

e za 

ś

cian

ą

 

odbywa si

ę

 posiedzenie rady nadzorczej browaru, 

Ŝ

e słycha

ć

 wyra

ź

nie łoskot krzeseł i wołanie, ale 

pan Marcin umazał mnie krwi

ą

 i 

ś

miał si

ę

, ta krew nas jako

ś

 zbli

Ŝ

yła, 

ś

miałam si

ę

 i ja, siadłam na 

kanapie, trzymałam r

ę

ce przed sob

ą

 jak lalka, aby nie pobrudzi

ć

 obi

ć

, pan Marcin tak samo 

wyci

ą

gał umazan

ą

 r

ę

k

ę

, ale cała reszta jego ciała z wolna ulegała 

ś

miechowi, zaczynała drga

ć

, a 

gardło wybuchn

ę

ło radosnym, dławi

ą

cym i wywołuj

ą

cym ataki kaszlu rechotem, i przybiegł pan 

Myclik, i pełn

ą

 dłoni

ą

 przejechał po twarzy pana Marcina, ziarnka kaszy błyszczały na niej jak perły, 

a pan Marcin przestał si

ę

 

ś

mia

ć

, stał si

ę

 powa

Ŝ

ny, wydawało si

ę

Ŝ

e zamierza rze

ź

nika uderzy

ć

, ale 

wyj

ą

ł okr

ą

głe kieszonkowe lusterko, spojrzał w nie i wydał si

ę

 sobie chyba tak pi

ę

kny jak jeszcze 

nigdy w 

Ŝ

yciu, i roze

ś

miał si

ę

, otworzył 

ś

luzy swojego gardła i ryczał ze 

ś

miechu, pan Myclik za

ś

 o 

tercj

ę

 ni

Ŝ

ej zanosił si

ę

 drobnym 

ś

miechem, który przypominał jego z

ą

bki pod czarnym w

ą

sem, i tak 

ryczeli

ś

my ze 

ś

miechu, i nie wiedzieli

ś

my dlaczego, wystarczyło spojrzenie i wybuchali

ś

my 

ś

miechem, od którego a

Ŝ

 brzuch bolał. I nagle otwarły si

ę

 drzwi, i wbiegł Francin w długim czarnym 

dwurz

ę

dowym surducie, krawat w kształcie li

ś

cia kapusty włoskiej przyciskał do piersi, a kiedy 

zobaczył zakrwawione twarze i ten przera

ź

liwy 

ś

miech, załamał r

ę

ce, ale ja nie wytrzymałam, 

wzi

ę

łam na trzy palce krwawego nadzienia i przejechałam Francino-wi po twarzy, aby go — nawet 

wbrew jego woli — roz

ś

mieszy

ć

, on jednak tak si

ę

 przestraszył, 

Ŝ

e tak jak stał, wbiegł do sali 

konferencyjnej, dwaj członkowie prezydium zemdleli my

ś

l

ą

c, 

Ŝ

e w browarze dokonano zbrodni, sam 

prezes doktor Gruntorad przybiegł tylnym wej

ś

ciem do kuchni, rozejrzał si

ę

, a kiedy zobaczył ten 

wielki 

ś

miech na zakrwawionych twarzach, odetchn

ą

ł z ulg

ą

, usiadł, a ja maj

ą

c r

ę

ce całe w 

nadzieniu zrobiłam panu doktorowi czerwon

ą

 pr

ę

g

ę

 na twarzy i tylko na chwil

ę

 wszyscy ucichli

ś

my, 

patrz

ą

c załzawionymi oczyma na pana doktora Gruntorada, który wstał, zacisn

ą

ł pi

ęś

ci i wysun

ą

ł 

buldo

Ŝą

 szcz

ę

k

ę

... lecz nagle roze

ś

miał si

ę

, to była ta moc krwi, ta rzecz sakralna: 

Ŝ

eby si

ę

 co

ś

 

złego nie stało, od niepami

ę

tnych czasów zapobiegano temu ma

Ŝą

c si

ę

 wieprzow

ą

 krwi

ą

, pan 

doktor si

ę

gn

ą

ł po nadzienie i rzucił si

ę

 za mn

ą

ś

miej

ą

c si

ę

 wbiegłam do pokoju, pan doktor min

ą

ł 

si

ę

 ze mn

ą

 i oparł si

ę

 r

ę

k

ą

 na zasłanym łó

Ŝ

ku, wszedł do kuchni, nabrał pełn

ą

 gar

ść

 i wrócił, 

biegałam dookoła stołu, biały obrus pełen był odcisków moich dłoni, pan doktor co chwila zawadzał 
krwi

ą

 o ten obrus, zabiegł mi drog

ę

, a ja piszcz

ą

c wypadłam na korytarz, który ł

ą

czy nasze 

mieszkanie z sal

ą

 konferencyjn

ą

, sala była ju

Ŝ

 o

ś

wietlona i wpadłam w sam 

ś

rodek obrad, złote 

Ŝ

yrandole, a pod nimi długi stół przykryty zielonym suknem, na którym le

Ŝ

ały otwarte akta i 

sprawozdania. Pan prezes Gruntorad wbiegł za mn

ą

, wszyscy członkowie rady nadzorczej my

ś

leli, 

Ŝ

e pan prezes chce mnie zabi

ć

Ŝ

e ju

Ŝ

 usiłował mnie zabi

ć

, Francin siedział na krze

ś

le i krwaw

ą

 

r

ę

k

ą

 tarł sobie czoło, a pan prezes w pogoni za mn

ą

 obiegł kilka razy stół dokoła, pokrzykiwałam, 

pot lał si

ę

 z nas obojga, a

Ŝ

 w pewnej chwili po

ś

lizn

ę

łam si

ę

 i upadłam, a pan doktor Gruntorad, 

prezes miejskiego browaru z ograniczon

ą

 odpowiedzialno

ś

ci

ą

, przejechał mi cał

ą

 dłoni

ą

 po twarzy i 

usiadł, mankiety mu wisiały, a on zacz

ą

ł si

ę

 

ś

mia

ć

ś

miał si

ę

 tak jak ja, 

ś

miali

ś

my si

ę

, ale ten 

ś

miech pot

ę

gował przera

Ŝ

enie członków prezydium, bo wszyscy my

ś

leli, 

Ŝ

e zwariowali

ś

my. 

— Je

ś

li si

ę

 panowie nie obra

Ŝą

, zapraszam wszystkich na 

ś

winiobicie — powiedziałam. A pan 

doktor Gruntorad dodał: 
— Panie kierowniku, niech pan zarz

ą

dzi, aby z komory piwnej przyniesiono dziesi

ęć

 skrzynek 

butelkowego piwa. Co tam dziesi

ęć

, dwadzie

ś

cia skrzynek! 

— Chod

ź

cie, panowie, bardzo prosz

ę

, ale gulasz na 

ś

winiobiciu trzeba je

ść

 ły

Ŝ

eczk

ą

 z gł

ę

bokiego 

talerza pełnego a

Ŝ

 po brzegi. Za chwilk

ę

 podamy w

ą

trobianki z chrzanem i kaszank

ę

 oraz 

bułczank

ę

. T

ę

dy prosz

ę

, panowie! — Ruchem krwawej r

ę

ki zapraszałam go

ś

ci tylnym wej

ś

ciem do 

mieszkania. 

background image

Potem, pó

ź

no w nocy, członkowie rady nadzorczej zacz

ę

li si

ę

 swoimi bryczkami rozje

Ŝ

d

Ŝ

a

ć

 do 

domów, wyprowadzałam ka

Ŝ

dego z lamp

ą

 w r

ę

ku, przed dom zaje

Ŝ

d

Ŝ

ały bryczki, zapalone 

powozowe latarnie osadzone w błotnikach o

ś

wietlały matowo l

ś

ni

ą

ce zady koni, wszyscy 

członkowie rady nadzorczej 

ś

ciskali r

ę

k

ę

 Francina i klepali go po ramieniu. Tej nocy spałam w 

sypialni sama, przez otwarte okno płyn

ę

ło chłodne powietrze, na deskach pomi

ę

dzy krzesłami l

ś

niły 

w

ą

trobianki i kaszanki, tu

Ŝ

 obok łó

Ŝ

ka na dylach stygły rozmontowane cz

ęś

ci prosi

ę

cia, 

rozparcelowane i pozbawione ko

ś

ci szynki, kotlety i pieczenie wieprzowe, łopatki i golonki, i nó

Ŝ

ki, 

wszystko uporz

ą

dkowane zgodnie z systemem pana Myclika. Kiedy poło

Ŝ

yłam si

ę

 do łó

Ŝ

ka, 

usłyszałam, jak Francin wstał i nalał sobie w kuchni letniej kawy, i przegryzał suchym chlebem; 
uczta była wspaniała, wszyscy członkowie rady nadzorczej jedli, a

Ŝ

 im si

ę

 uszy trz

ę

sły, tylko 

Francin stał w kuchni i pił letni

ą

 kaw

ę

, i przegryzał suchym chlebem, le

Ŝ

ałam w łó

Ŝ

ku i zanim 

zasn

ę

łam, wyci

ą

gn

ę

łam r

ę

k

ę

 i dotkn

ę

łam łopatki, potem obmacałam piecze

ń

 i usypiałam z palcami 

na dziewiczej pol

ę

dwicy, i 

ś

niło mi si

ę

Ŝ

e zjadłam całe prosi

ę

, nad ranem, kiedy si

ę

 obudziłam, 

poczułam takie pragnienie, 

Ŝ

e poszłam boso po „butelk

ę

 piwa, zdj

ę

łam kapsel i piłam łapczywie, 

potem zapaliłam lamp

ę

 i trzymaj

ą

c j

ą

 w palcach chodziłam od jednego kawałka prosi

ę

cia do 

drugiego i nie wytrzymałam: zapaliłam prymus, odkroiłam z szynki dwa pi

ę

kne kotlety bez odrobiny 

tłuszczu, stłukłam je, potem posoliłam, przyprawiłam pieprzem i sma

Ŝ

yłam je na ma

ś

le przez osiem 

minut, przez cały ten czas, który wydawał mi si

ę

 wieczno

ś

ci

ą

, łykałam 

ś

link

ę

, to lubiłam najbardziej: 

niemal całe obie szynki zje

ść

 pod postaci

ą

 kotletów skropionych cytryn

ą

, w ko

ń

cu podlałam kotlety 

wod

ą

, przykryłam pokrywk

ą

, spod której buchn

ę

ła gniewna para, i ju

Ŝ

 wyło

Ŝ

yłam kotlety na talerz, i 

zacz

ę

łam je 

Ŝ

arłocznie je

ść

, pok

ą

pałam sobie nocn

ą

 koszul

ę

, tak jak zwykle plami

ę

 sobie sokiem 

czy sosem bluzeczk

ę

, bo jak ja jem, to nie jem, ale po

Ŝ

eram... a kiedy zjadłam i wytarłam chlebem 

talerz, zobaczyłam, 

Ŝ

e przez otwarte drzwi wpatruj

ą

 si

ę

 we mnie z mroku oczy Fran-cina, tylko te 

jego pełne wymówki oczy, 

Ŝ

e znowu jem, tak jak przyzwoita kobieta je

ść

 nie powinna, całe 

szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e si

ę

 najadłam, ten wzrok odbierał mi zawsze apetyt, pochyliłam si

ę

 nad lamp

ą

, ale 

przypomniałam sobie, 

Ŝ

e sw

ą

d knota wsi

ą

kłby w mi

ę

so, wobec tego wyniosłam lamp

ę

 na korytarz i 

zgasiłam j

ą

 mocnym dmuchni

ę

ciem. I weszłam do łó

Ŝ

ka, i dotykaj

ą

c wieprzowej łopatki usypiałam, i 

cieszyłam si

ę

 my

ś

l

ą

Ŝ

e kiedy rano si

ę

 obudz

ę

, usma

Ŝę

 sobie znowu dwa kotlety. 

Bodzio Czerwonka zawsze po

ś

wi

ę

cał moim włosom wiele uwagi. Mówił: te włosy to dziedzictwo 

starych złotych czasów, takich włosów nigdy nie miałem pod swoim grzebieniem. Kiedy pan Bodzio 
rozczesał te moje włosy, to jakby zapalił w zakładzie dwie pochodnie, w lustrach i w miskach, i we 
flakonach płon

ą

ł po

Ŝ

ar moich włosów i musiałam przyzna

ć

Ŝ

e pan Bodzio ma racj

ę

. Nigdy moje 

włosy nie wydawały mi si

ę

 tak pi

ę

kne jak w zakładzie pana Bodzia, kiedy wypłukał je w wywarze z 

rumianku, który sama przygotowałam i przywiozłam w ba

ń

ce na mleko. Dopóki moje włosy były 

mokre, nic nie zapowiadało, co si

ę

 zacznie z nimi dzia

ć

, kiedy przeschn

ą

; ledwie zaczynały schn

ąć

to jakby w tych kosmykach urodziło si

ę

 tysi

ą

ce złotych pszczół, tysi

ą

ce 

ś

wi

ę

toja

ń

skich robaczków, 

jakby zatrzeszczało tysi

ą

ce bursztynowych kryształków. A kiedy pan Bodzio po raz pierwszy 

przeczesywał grzebieniem moj

ą

 grzyw

ę

, trzeszczało w niej i tryskały iskrami te włosy, i p

ę

czniały, i 

rosły, i kipiały, tak 

Ŝ

e pan Bodzio musiał przykl

ę

kn

ąć

, jakby zgrzebłem czesał ogony dwóch 

stoj

ą

cych obok siebie ogierów. I w jego zakładzie ja

ś

niało, cykli

ś

ci zeskakiwali z rowerów i 

przykładali twarze do szyby wystawowej, aby przekona

ć

 si

ę

 i zrozumie

ć

, co przyci

ą

gn

ę

ło ich wzrok. 

A sam pan Bodzio trwał w chmurze moich włosów; aby mu nie przeszkadzano, zamykał zawsze 
swój zakład, co chwila w

ą

chał mnie, a kiedy ko

ń

czył czesanie, wzdychał słodko i dopiero potem 

zwi

ą

zywał włosy według swojego gustu, któremu ufałam, raz fioletow

ą

, to znów zielon

ą

, a kiedy 

indziej czerwon

ą

 albo bł

ę

kitn

ą

 wst

ąŜ

k

ą

, jakbym stanowiła cz

ą

stk

ę

 liturgii katolickiej, jakby moje 

włosy stanowiły cz

ą

stk

ę

 

ś

wi

ą

t ko

ś

cielnych. Potem otwierał zakład, przyprowadzał mój rower, 

wieszał ba

ń

k

ę

 na ramie i z galanteri

ą

 pomagał mi usi

ąść

 na siodełku. A kiedy nacisn

ę

łam ju

Ŝ

 na 

pedały, pan Bodzio biegł kawałeczek ze mn

ą

 i przytrzymywał mi włosy, aby nie wkr

ę

ciły si

ę

 w 

ła

ń

cuch albo w szprychy. Kiedy nabrałam ju

Ŝ

 odpowiedniej szybko

ś

ci, pan Bodzio rzucał w 

powietrze tren mojej fryzury, tak jak rzuca si

ę

 w niebo latawiec albo jak spada gwiazda, i zdyszany 

wracał do zakładu. A ja jechałam i włosy powiewały za mn

ą

, słyszałam ich trzeszczenie, tak jak 

kiedy 

ś

ciska si

ę

 w dłoni sól albo mnie jedwab, tak jak kiedy deszcz oddala si

ę

 po blaszanym dachu, 

tak jak kiedy sma

Ŝ

y si

ę

 wiede

ń

skie sznycle, tak wła

ś

nie powiewała ta pochodnia włosów; tak jak 

kiedy o zmierzchu w noc 

ś

wi

ę

toja

ń

sk

ą

 chłopcy biegaj

ą

 z zapalonymi smolnymi witkami albo jak 

kiedy pali si

ę

 czarownice, tak za mn

ą

 snuł si

ę

 dym moich włosów. I ludzie zatrzymywali si

ę

, a ja 

wcale si

ę

 nie dziwiłam, 

Ŝ

e nie mog

ą

 oderwa

ć

 oczu od tych powiewaj

ą

cych włosów, które niczym 

background image

reklama jechały im naprzeciw. A mnie to sprawiało przyjemno

ść

, bo widziałam, 

Ŝ

e mnie widz

ą

pusta ba

ń

ka po rumianku uderzała o kierownic

ę

, a grzebie

ń

 przepływaj

ą

cego powietrza sczesywał 

mi włosy do tyłu. Przeje

Ŝ

d

Ŝ

ałam przez plac, wszystkie spojrzenia zbiegały si

ę

 na mojej 

powiewaj

ą

cej fryzurze jak szprychy w kole roweru, na którym jechało naciskaj

ą

c na pedały moje 

poruszaj

ą

ce sieja. Fran-cin widział mnie tak powiewaj

ą

c

ą

 dwa razy i za ka

Ŝ

dym razem widok tych 

moich powiewaj

ą

cych włosów tak zapierał mu dech, 

Ŝ

e nawet si

ę

 do mnie nie odzywał, nie był 

zdolny zawoła

ć

 na mnie, stał oszołomiony moim nieoczekiwanym pojawieniem si

ę

, opierał si

ę

 o 

mur i musiał chwil

ę

 poczeka

ć

, nim znów udało mu si

ę

 chwyci

ć

 oddech, miałam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

upadłby, gdybym si

ę

 do niego odezwała, to była ta jego miło

ść

, zakochanie, które przyciskało go do 

muru jak to osierocone dziecko Alesza w czytance szkolnej. A ja naciskałam pedały, kolana na 
przemian uderzały o ba

ń

k

ę

, cykli

ś

ci, którzy jechali naprzeciwko mnie, zatrzymywali si

ę

, niektórzy 

obracali rowery i p

ę

dzili za mn

ą

, wyprzedzali mnie, by obróciwszy rowery znów jecha

ć

 mi 

naprzeciw, i pozdrawiali moj

ą

 bluzeczk

ę

 i ba

ń

k

ę

, i te moje powiewaj

ą

ce włosy, i mnie cał

ą

, a ja 

Ŝ

yczliwie i ze zrozumieniem pozwalałam im na siebie patrze

ć

 i 

Ŝ

ałowałam tylko, 

Ŝ

e nie jest mi dane 

tak jecha

ć

 sobie naprzeciw, aby równie

Ŝ

 nacieszy

ć

 si

ę

 tym, z czego byłam dumna i czego nie 

musiałam si

ę

 wstydzi

ć

. Przemierzyłam raz jeszcze plac, a potem jechałam główn

ą

 ulic

ą

 przed 

„Grandem”, stał tam orion, a obok oriona Francin i w palcach trzymał 

ś

wiec

ę

, stał tam z tym swoim 

motocyklem i na pewno mnie widział, ale udawał, 

Ŝ

e mnie nie widzi, ten jego orion miał kłopoty z 

zapalaniem i w ogóle, tak 

Ŝ

e Francin woził w przyczepie nie tylko wszystkie klucze i lewarki, i 

ś

rubokr

ę

ty, ale tak

Ŝ

e mał

ą

 obrabiark

ę

 o no

Ŝ

nym nap

ę

dzie. A obok Francina stali dwaj członkowie 

prezydium rady nadzorczej browaru z ograniczon

ą

 odpowiedzialno

ś

ci

ą

, zanim postawiłam 

trzewiczek na bruku, si

ę

gn

ę

łam za siebie, przerzuciłam włosy do przodu i poło

Ŝ

yłam na kolanach. 

— Jak si

ę

 masz, Francinie? — powiedziałam. 

Francin przedmuchał 

ś

wiec

ę

, a gdy usłyszał mój głos, 

ś

wieca wypadła mu z r

ą

k, na twarzy miał 

dwie smugi: musiał dotkn

ąć

 jej dło

ń

mi brudnymi od montowania. 

— Całuj

ę

 r

ą

czki... — Członkowie rady nadzorczej ukłonili si

ę

 szarmancko. 

— Dzie

ń

 dobry panom, ładn

ą

 dzi

ś

 mamy pogod

ę

, nieprawda

Ŝ

? — powiedziałam, a Francin 

zaczerwienił si

ę

 a

Ŝ

 po korzonki włosów. — Dok

ą

d ci si

ę

, Francinie, potoczyła ta 

ś

wieca? — 

spytałam. 
I schyliłam si

ę

, Francin ukl

ę

kn

ą

ł i zacz

ą

ł szuka

ć

 

ś

wiecy pod przyczep

ą

, poło

Ŝ

yłam chusteczk

ę

 na 

bruku, ukl

ę

kłam i włosy mi opadły, pan de Giorgi, mistrz kominiarski, uj

ą

ł delikatnie moje włosy i 

przerzucił je sobie przez rami

ę

 tak jak ko

ś

cielny ornat, Francin kl

ę

czał z wzrokiem utkwionym w 

ę

kitny cie

ń

 pod przyczep

ą

, a ja zdawałam sobie spraw

ę

Ŝ

e moja obecno

ść

 wyprowadziła go z 

równowagi, tak 

Ŝ

e szuka tylko dlatego, aby doj

ść

 do siebie, podczas naszego 

ś

lubu zdarzyło si

ę

 to 

samo, kiedy wkładał mi obr

ą

czk

ę

, palce tak mu dr

Ŝ

ały, 

Ŝ

e obr

ą

czka wypadła z nich i gdzie

ś

 si

ę

 

potoczyła, tak 

Ŝ

e najpierw Francin, a potem go

ś

cie weselni z pocz

ą

tku pochyleni, a potem na 

czworakach jej szukali, nawet sam ksi

ą

dz na czworakach pełzał po ko

ś

ciele, a

Ŝ

 w ko

ń

cu ministrant 

znalazł t

ę

 obr

ą

czk

ę

 pod ambon

ą

, okr

ą

ą

 obr

ą

czk

ę

, która potoczyła si

ę

 w przeciwnym kierunku, a 

nie tam, gdzie szukało jej na czworakach całe wesele. A ja si

ę

 wtedy 

ś

miałam, stałam i 

ś

miałam 

si

ę

... 

— Tam co

ś

 le

Ŝ

y koło kanału — powiedział chłopiec tocz

ą

cy przed sob

ą

 obr

ę

cz po głównej ulicy i 

pobiegł dalej. 
I rzeczywi

ś

cie koło kanału le

Ŝ

ała 

ś

wieca, Francin uj

ą

ł j

ą

 w palce, a kiedy chciał j

ą

 wkr

ę

ci

ć

 w głowic

ę

 

silnika, r

ę

ce tak mu dr

Ŝ

ały, 

Ŝ

ś

wieca szcz

ę

kała w gwintach. I otworzyły si

ę

 drzwi „Grandu”, i 

wyszedł pan Bernadek, mistrz kowalski, ten, co za jednym zamachem wypijał beczułk

ę

 

pilzne

ń

skiego, i przyniósł kufel piwa. 

— Łaskawa pani, bez urazy, prosz

ę

 si

ę

 ode mnie napi

ć

— Pa

ń

skie zdrowie, mistrzu! 

Zanurzyłam nosek w pianie, uniosłam r

ę

k

ę

 jak do przysi

ę

gi i z przyjemno

ś

ci

ą

 piłam ten słodko-

gorzki napój, a kiedy wypiłam do dna, otarłam wargi wskazuj

ą

cym palcem i powiedziałam: 

— Piwo z naszego browaru jest równie dobre! Pan Bernadek ukłonił mi si

ę

— Jednak

Ŝ

e piwo pilzne

ń

skie, łaskawa pani, ma identyczny kolor jak pani włosy... Prosz

ę

 mi 

pozwoli

ć

... — mistrz kowalski zacz

ą

ł mamrota

ć

 — prosz

ę

 mi pozwoli

ć

, abym na pani cze

ść

 wrócił 

do restauracji i nadal popijał te pani złote włosy... 
Skłonił si

ę

 raz jeszcze i oddalił si

ę

, studwudziestokilo-gramowa persona, a spodnie układały mu si

ę

 

z tyłu w ogromne fałdy, fałdy, jakie ma sło

ń

background image

— Przyjdziesz na obiad, Francinie? — spytałam. 
Dokr

ę

cał 

ś

wiec

ę

 w głowicy silnika, udawał skupienie. Skin

ę

łam głow

ą

 panom członkom rady 

nadzorczej, nacisn

ę

łam na pedały, odrzuciłam za siebie te swoje strugi pilzne

ń

skiego piwa i 

nabieraj

ą

c szybko

ś

ci wyjechałam w

ą

sk

ą

 uliczk

ą

 na most, i krajobraz nad balustrad

ą

 otworzył si

ę

 

przede mn

ą

 jak parasol. Zapachniało rzek

ą

, a tam w gł

ę

bi wznosił si

ę

 be

Ŝ

owy browar ze sło-

downi

ą

, miejski browar spółki z ograniczon

ą

 odpowiedzialno

ś

ci

ą

Na wieczku pudełka z ekspandorem widniał napis: „I ty b

ę

dziesz miał tak pi

ę

kne ciało, pot

ęŜ

ne 

muskuły i straszliw

ą

 sił

ę

!”. 

I Francin co ranka 

ć

wiczył mi

ęś

nie, które miał zreszt

ą

 tak wspaniałe jak ów gladiator na wieczku 

tego ekspan-dora, niemniej jednak Francin we własnych oczach wygl

ą

dal jak odarty ze skóry 

króliczek. Postawiłam na płycie kuchennej garnek z ziemniakami, wzi

ę

łam pudełko, na którym 

znajdowała si

ę

 fotografia wspaniałego zawodnika, i przeczytałam na głos: 

— „I ty b

ę

dziesz miał sił

ę

 tygrysa, który jednym uderzeniem łapy zabija zwierz

ę

 znacznie wi

ę

ksze 

od siebie...” 
Francin spojrzał na chodnik, ekspandor zwi

ą

dł mu w palcach i Francin natychmiast padł na 

otoman

ę

 jak podci

ę

ty. 

— Pepi — powiedział. 
— A wi

ę

c w ko

ń

cu zobacz

ę

 twojego brata, w ko

ń

cu usłysz

ę

 swojego szwagra, szwagierka... 

Oparłam si

ę

 o futryn

ę

 okna — a tam na chodniku stał człowiek w owalnym kapelusiku na głowie, w 

bryczesach w kratk

ę

 wsuni

ę

tych w zielone tyrolskie skarpety, marszczył nos, a na plecach miał 

wojskowy tornister. 
— Stryjciu Józefku — zawołałam staj

ą

c na progu — prosz

ę

 dalej! 

— A kto pani jest? — spytał stryjaszek Pepi. 
— No przecie

Ŝ

 pa

ń

ska szwagierka! Pi

ę

knie witam! 

— O psiakrew, to ci dopiero mam szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e mi si

ę

 trafiła taka fajna szwagierka... Ale gdzie 

Francin? — pytał stryj i pchał si

ę

 do kuchni i do pokoju. — Aha, tutaj... Co si

ę

 z tob

ą

 dzieje? 

Le

Ŝ

ysz? A wi

ę

c, do licha, przyjechałem do was w odwiedziny... Nie zostan

ę

 tu dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 dwa 

tygodnie... — mówił stryj i głos jego dudnił i łopotał w powietrzu niczym sztandar, niósł si

ę

 niczym 

wojskowa komenda, a ka

Ŝ

de jego słowo elektryzowało Francina, tak 

Ŝ

e podrygiwał i okr

ę

cał si

ę

 

kocem. 
— Wszyscy ci

ę

 pozdrawiaj

ą

, prócz Bochaleny, bo ta ju

Ŝ

 zd

ąŜ

yła umrze

ć

, jaki

ś

 

Ŝ

artowni

ś

 napchał jej 

do polana prochu, a kiedy baba wło

Ŝ

yła je do pieca, nast

ą

pił wybuch i jak bab

ę

 grzmotn

ę

ło po 

pysku, to tylko nó

Ŝ

ki jej drgn

ę

ły i ju

Ŝ

 było po niej... 

— Bochalena? — załamałam r

ę

ce. — To była pa

ń

ska siostra? 

— Jaka tam siostra! To była chrzestna, to była baba, która przez cały dzie

ń

 

Ŝ

arła jabłka i ciasto i 

przez trzydzie

ś

ci lat mówiła: „Dzieci, ja wkrótce zemr

ę

, nic mi si

ę

 nie chce robi

ć

, spałabym tylko i 

spała...”. I ja tak

Ŝ

e czuj

ę

 si

ę

 nie najlepiej... — powiedział stryj i rozwi

ą

zał sznury tornistra, i wysypał 

na podłog

ę

 szewskie przybory, a Francin, usłyszawszy ten łoskot, zakrył sobie twarz r

ę

koma i 

j

ę

kn

ą

ł, jakby mu stryjaszek wsypywał te szewskie przybory do mózgu. 

— Stryju Józefku — powiedziałam przysuwaj

ą

c brytfann

ę

 — prosz

ę

 si

ę

 pocz

ę

stowa

ć

 babeczk

ą

Stryjaszek Pepi zjadł dwie babeczki i o

ś

wiadczył: 

— Jakie

ś

 te babeczki kiepskie... 

— No nie... — Padłam na kolana i załamałam r

ę

ce nad tymi kopytami i młoteczkami, i no

Ŝ

ami, i 

innymi szewskimi narz

ę

dziami. 

— Ostro

Ŝ

nie! — Stryj przestraszył si

ę

. — Niech mi pani tego tymi swoimi włosami nie pobrudzi! 

Aha, Fran-cinie, ksi

ą

dz proboszcz Zborził tak nieszcz

ęś

liwie złamał sobie nog

ę

 w biodrze, 

Ŝ

b

ę

dzie kalek

ą

 a

Ŝ

 do 

ś

mierci. Kum Zawiczak naprawiał dach na ko

ś

cielnej wie

Ŝ

y i osun

ę

ła si

ę

 pod 

nim deska, i kum poleciał na dół, lecz uchwycił si

ę

 wskazówki zegara i trzymał si

ę

 obu r

ę

kami 

wskazówki tego czasomierza, tylko 

Ŝ

e wskazówka nie ud

ź

wign

ę

ła ci

ęŜ

aru, z kwadransa na 

dwunast

ą

 ta wskazówka opadła na wpół do dwunastej i kumowi, kiedy tak gwałtownie si

ę

 osun

ą

ł, 

r

ę

ce ze

ś

lizn

ę

ły si

ę

 z tej wskazówki i znów zacz

ą

ł spada

ć

 na dół, ale tam rosn

ą

 lipy i kum spadł w 

koron

ę

 jednej z tych lip, a ksi

ą

dz proboszcz Zbo-rził patrz

ą

c na to załamał r

ę

ce i widział, jak kum 

Zawi-czak spada z konaru na konar, a w ko

ń

cu upadł na plecy, i ksi

ą

dz proboszcz Zborził 

natychmiast pobiegł, aby mu zło

Ŝ

y

ć

 gratulacje, ale nie zauwa

Ŝ

ył stopnia i upadł, i złamał sobie 

nog

ę

, wobec czego stary Zawiczak musiał ksi

ę

dza proboszcza Zborziła załadowa

ć

 na wóz, no i 

powieziono go do pro

ś

ciejowskiego szpitala. 

background image

Wzi

ę

łam drewniane kopytko na damski pantofelek i pogłaskałam je. 

— Jakie

Ŝ

 to pi

ę

kne rzeczy, prawda, Francinie? — powiedziałam, ale Francin j

ę

kn

ą

ł, jakbym mu 

pokazała szczura albo 

Ŝ

ab

ę

... v, ^ ,, , ••,..;-.. .-.-N. , : 

— Ano pi

ę

kne, i to jeszcze jak! — mówił stryj; wyci

ą

gn

ą

ł cwikier, zało

Ŝ

ył go na nos, a ten cwikier nie 

miał szkieł i Francin, zobaczywszy ten cwikier bez szkieł na nosie swojego brata, zaskomlił, niemal 
zapłakał, obrócił si

ę

 do 

ś

ciany i rzucał si

ę

 tak, 

Ŝ

e spr

ęŜ

yny kanapy j

ę

czały tak jak i Francin. 

— A co słycha

ć

 u kuma na Jeziorach? — spytałam. 

Stryjek z pogard

ą

 machn

ą

ł r

ę

k

ą

 i uj

ą

wszy Francina za rami

ę

 obrócił go ku sobie i wielkim głosem 

opowiadał mu z zapałem: 

— A wi

ę

c ten kum Metody na Jeziorach stał si

ę

 jaki

ś

 dziwny i nagle wyczytał w gazecie: „Nudzicie 

si

ę

? Kupcie sobie szopa pracza!”. A 

Ŝ

e kum Metody nie miał dzieci, napisał do gazety, w której 

ukazało si

ę

 to ogłoszenie, i za tydzie

ń

 dostarczono mu szopa pracza, w skrzyneczce. No i było z 

nim sto pociech! Jak dziecko, z ka

Ŝ

dym si

ę

 przyja

ź

nił, ale miał jedn

ą

 słabo

ść

, co zobaczył, to zaraz 

wszystko prał. I tak kumowi wyprał budzik i trzy zegarki, 

Ŝ

e nikt ju

Ŝ

 ich nie naprawi. Kiedy indziej 

znów wyprał wszystkie przyprawy. Innym razem, kiedy kum Metody rozebrał rower, ten szop pracz 
chodził mu pra

ć

 cz

ęś

ci do potoka, zjawiali si

ę

 s

ą

siedzi i pytali: „Kumie Metodku, nie potrzebujecie 

przypadkiem czego

ś

 takiego? Znale

ź

li

ś

my to w potoku!”. A kiedy mu tak przynie

ś

li ju

Ŝ

 kilka cz

ęś

ci, 

poszedł Metody zobaczy

ć

, co si

ę

 tam dzieje: a to szop pracz porozci

ą

gał mu niemal cały rower. 

Dobre te babeczki, nie ma co! A ten szop pracz chodził si

ę

 załatwia

ć

 tylko za szaf

ę

, tak 

Ŝ

e cały dom 

ś

mierdział szczynami, w ko

ń

cu musieli wszystko przed tym szopem praczem zamyka

ć

, a nawet 

rozmawia

ć

 ze sob

ą

 szeptem. Te babeczki naprawd

ę

 s

ą

 

ś

wietne, szkoda, 

Ŝ

e nie czuj

ę

 si

ę

 najlepiej. 

Ale szop pracz przyuwa

Ŝ

ył, gdzie kład

ą

 klucz, i otwierał sobie wszystko, co przed nim zamykali. Ale 

najgorsze, 

Ŝ

e ten szop pracz nie spuszczał z nich wieczorem wzroku i jak kum Metody kum

ę

 

pocałował, to szop pracz pchał si

ę

 i chciał tak

Ŝ

e, no i musiał kum Metody chodzi

ć

 z kum

ą

 Ró

Ŝą

 na 

randk

ę

 do lasu jak za kawalerskich czasów, i jeszcze ci

ą

gle si

ę

 ogl

ą

dali, czy szop pracz nie stoi za 

nimi. Tak wi

ę

c si

ę

 nie nudzili; pewnego razu wyjechali na dwa dni, a szop pracz tak si

ę

 podczas 

tych Zielonych 

Ś

wi

ą

tek nudził, 

Ŝ

e rozebrał cały wielki piec kaflowy w pokoju i tak za

ś

winił meble i 

po

ś

ciel, i bielizn

ę

 w szafie, 

Ŝ

e kum Metody usiadł i napisał do „Morawskiej Orlicy” ogłoszenie: 

„Nudzicie si

ę

? Kupcie sobie szopa pracza!”. I od tej pory nie cierpi ju

Ŝ

 na melancholi

ę

Stryjaszek Pepi opowiadał i jadł jedn

ą

 babeczk

ę

 za drug

ą

, teraz si

ę

gn

ą

ł do brytfanny, cał

ą

 j

ą

 

obmacał, a kiedy nic nie znalazł, machn

ą

ł r

ę

k

ą

 i powiedział: 

— Jako

ś

 nie bardzo si

ę

 czuj

ę

... 

— Jak Bochalena — podsun

ę

łam. 

 

— Co te

Ŝ

 za bzdury pani plecie! — wrzasn

ą

ł stryjaszek Pepi. — Bochalena to ta baba, co opychała 

si

ę

 jabłkami, a raz miała widzenie... 

— Od tych jabłek? — przerwałam mu w pół zdania. 

— A gówno! Widzenie, no, baby miewaj

ą

 widzenia, z ko

ś

cioła miała widzenie — zakrztusił si

ę

 stryj 

aszek Pepi — 

Ŝ

e nad naszym miasteczkiem leci w nocy ogromny ko

ń

, a temu koniowi płon

ę

ła 

grzywa i ogon, i Bochalena powiedziała wtedy: „B

ę

dzie wojna!”, i ta wojna rzeczywi

ś

cie była, ale, 

Francinie, w zeszłym roku nasze miasteczko prze

Ŝ

yło nie lada wstrz

ą

s! Baby padały na kolana, ja 

te

Ŝ

 to widziałem, nad placem i nad ko

ś

ciołem leciało w powietrzu Dzieci

ą

tko Jezus! Ale pó

ź

niej 

wszystko si

ę

 wyja

ś

niło: ten mały p

ę

drak Lolan pasł baranki, a jak odbywały si

ę

 manewry lotnicze, to 

aeroplany ci

ą

gn

ę

ły za sob

ą

 taki worek i do niego strzelało si

ę

 z karabinów maszynowych, no i 

zapomnieli o linie i ta lina ci

ą

gn

ą

c si

ę

 po ziemi zaczepiła o nog

ę

 Lolana, to bardzo ładne dziecko, z 

jasnymi włoskami, i jak ten aeroplan wzbił si

ę

 w gór

ę

, poci

ą

gn

ą

ł za sob

ą

 lin

ę

, a wraz z ni

ą

 Lolana, i 

nad naszym miasteczkiem leciał w powietrzu Lolan, a baby my

ś

lały, 

Ŝ

e to leci Dzieci

ą

tko Jezus, i 

kiedy si

ę

 ta lina zaczepiła o lipy koło ko

ś

cioła, to Dzieci

ą

tko zacz

ę

ło spada

ć

 jak kum Zawiczak z 

gał

ę

zi na gał

ąź

, i na ziemi

ę

 spadł Lolan, i pyta: „Gdzie moje baranki?”. A baby kl

ę

kały, aby im 

pobłogosławił... 

Stryj opowiadał, a jego głos — d

ź

wi

ę

czny i radosny — dudnił jak grzmot w pokoju. 

background image

Francin ubierał si

ę

, teraz wło

Ŝ

ył surdut redingote, r

ę

k

ą

 przycisn

ą

ł krawat w kształcie li

ś

cia kapusty 

włoskiej, poprawiłam mu kauczukowy kołnierzyk z zagi

ę

tymi ro

Ŝ

kami, podniosłam wzrok i 

popatrzyłam mu w oczy, i przesłałam pocałunek na czubku palca. 

— Czterna

ś

cie dni? — szeptał. — Zobaczysz, 

Ŝ

e zostanie tu czterna

ś

cie lat, a mo

Ŝ

e nawet do 

ko

ń

ca 

Ŝ

ycia! 

Widz

ą

c, jak bardzo jest nieszcz

ęś

liwy, wycisn

ę

łam na jego ustach ten swój pocałunek, a on 

zawstydził si

ę

, spojrzał na mnie z wyrzutem, 

Ŝ

e przyzwoita kobieta tak si

ę

 przy ludziach nie 

zachowuje, cho

ć

by nawet tymi lud

ź

mi był tylko stryjaszek Pepi, i wy

ś

lizn

ą

ł si

ę

 z moich ramion, i 

przez tylne wej

ś

cie poszedł do biura, słyszałam przez 

ś

cian

ę

, jak rozwarły si

ę

 oszklone wahadłowe 

drzwi, ach, ten Francin z t

ą

 swoj

ą

 „przyzwoit

ą

 kobiet

ą

”, odk

ą

d za niego wyszłam, ci

ą

gle mi 

tłumaczył i u

ś

ci

ś

lał poj

ę

cie przyzwoitej kobiety, malował mi obraz wzorowej kobiety, jak

ą

 nigdy nie 

byłam i nawet nie mogłam by

ć

, ogromnie lubiłam czere

ś

nie, kiedy jednak jadłam je po swojemu, tak 

łapczywie i zachłannie, czerwienił si

ę

 po korzonki włosów, a ja nie rozumiałam przyczyny jego 

wzburzenia, dopiero sama spostrzegłam, 

Ŝ

e to czere

ś

nia w moich ustach jest powodem jego 

zaniepokojenia, bo przyzwoita kobieta tak łapczywie czere

ś

ni nie je. Kiedy na jesieni czy

ś

ciłam 

kolby kukurydziane, to znów patrzył na moj

ą

 odzieraj

ą

c

ą

 li

ś

cie dło

ń

 i na te moje ogniki w oczach, i 

znowu: przyzwoita kobieta tak nie czy

ś

ci kukurydzy, a je

ś

li ju

Ŝ

, to nie z takim gło

ś

nym 

ś

miechem i 

płon

ą

cymi oczyma jak ja, 

Ŝ

e gdyby tak to zobaczył jaki

ś

 obcy m

ęŜ

czyzna, to mógłby w tej 

odzieranej moimi r

ę

koma kolbie dostrzec jaki

ś

 przychylny znak dla swoich chuci. 

Stryjaszek Pepi rozło

Ŝ

ył na taborecie swoje szewskie skarby, potem zdj

ą

ł mi trzewiczek z nogi, a 

kiedy wymienił wszystkie jego cz

ęś

ci, wło

Ŝ

ył ponownie cwikier bez szkieł i powiedział uroczy

ś

cie: 

— Poniewa

Ŝ

 jest pani dam

ą

 niezwykle inteligentn

ą

, naprawi

ę

 pani wszystkie podarte buciczki, bo ja 

szyłem buty dla dworskiego dostawcy, który cieszył si

ę

 wzgl

ę

dami nie tylko dworu cesarskiego, ale 

przychylno

ś

ci

ą

 całego 

ś

wiata, bo wsz

ę

dzie buty rozwoził. 

— Na rowerze... — podsun

ę

łam. 

— A gówno! — rykn

ą

ł stryjaszek Pepi. — Czy

Ŝ

 taki dostawca dworski to jaki

ś

 szczurołap lub 

handlarz skór? Taki to ma statki i poci

ą

gi, gdyby takiego cesarz spotkał na rowerze... 

— To i cesarz pan je

ź

dził na rowerze? — klasn

ę

łam w dłonie. 

— Ze te

Ŝ

 chce si

ę

 pani kłapa

ć

 dziobem jak młoda sroka! — zacz

ą

ł krzycze

ć

 stryjaszek. — Mówi

ę

Ŝ

e gdyby cesarz spotkał takiego dostawc

ę

 na rowerze, toby mu odebrał... 

— Rower — doko

ń

czyłam. 

 

— A gówno! Tytuł, a z szyldu orła! — Stryjaszek Pepi krztusił si

ę

 i charczał, kiedy jednak spojrzał 

na taboret, u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 uszcz

ęś

liwiony, wyci

ą

gn

ą

ł pudełeczko, otworzył je, pow

ą

chał, mnie 

tak

Ŝ

e dał pow

ą

cha

ć

 i machn

ą

ł r

ę

k

ą

— Niech pani sobie pogratuluje, szwagierko, bo to jest szewska smółka, czyli klej obuwniczy — 
wyja

ś

nił stryjaszek Pepi i poło

Ŝ

ył otwarte pudełeczko na krze

ś

le. 

A przez 

ś

cian

ę

 było słycha

ć

, jak w sali konferencyjnej przesuwaj

ą

 krzesła, dobiegał stłumiony gwar 

rozmów, szuranie podeszew, a potem krzesła ucichły i Francin rozpocz

ą

ł posiedzenie: cichym 

głosem wygłaszał sprawozdanie z działalno

ś

ci browaru w ci

ą

gu ostatniego miesi

ą

ca. 

— Stryjciu Józefku — odwa

Ŝ

yłam si

ę

 w ko

ń

cu — taki dworski dostawca to dostarczał tak

Ŝ

e obuwie 

do wielkich maj

ą

tków ziemskich, do dworów, prawda? 

— A gówno! — rykn

ą

ł stryjaszek Pepi — 

Ŝ

e te

Ŝ

 bredzi pani jak małe dziecko! A có

Ŝ

 dworski 

dostawca mo

Ŝ

e mie

ć

 wspólnego z krowami i zbo

Ŝ

em? Taki dworski dostawca jest szalenie 

nerwowy, stary Kafka był tak nerwowy, 

Ŝ

e kiedy jego córeczka raz po raz rozbijała sobie głow

ę

 o 

kanty mebli, to stary Kafka, dostawca dworski, wzi

ą

ł z pracowni cały kosz poduszek do watowania 

ramion i tymi poduszeczkami wyło

Ŝ

ył wszystkie kanty sprz

ę

tów, a 

Ŝ

e był bardzo nerwowy, to kiedy

ś

 

tak gwałtownie otworzył drzwi, 

Ŝ

e t

ę

 swoj

ą

 córeczk

ę

 tymi drzwiami zamroczył, i Latał mu poradził, 

aby tak

ą

 jedn

ą

 poduszeczk

ę

 umie

ś

cił na czole swojej córeczki. 

background image

— Ten Latał, stryju Józefku, to był stryjeczny brat Francina? — spytałam. 

— A gówno! — krzykn

ą

ł stryjaszek Pepi. — Latał to nauczyciel. W zeszłym roku wypadł z 

pierwszego pi

ę

tra, gdy tłumaczył, co to jest czas równomiernie... 

Ŝ

e to jest tak: poci

ą

g jedzie, jedzie, 

jedzie, jedzie, jedzie... i Latał poruszał obu r

ę

koma, i niczym poci

ą

g przesuwał si

ę

 w stron

ę

 

otwartego okna, i wypadł z niego, a cała klasa rzuciła si

ę

 rado

ś

nie do okna, na pewno pan 

nauczyciel połamał sobie w tulipanach nogi, ale Latała ju

Ŝ

 tam nie było, obszedł dom naokoło przez 

podwórze i po schodach wrócił na gór

ę

, i znów: poci

ą

g jedzie, jedzie, jedzie, jedzie... i znów wszedł 

do klasy za plecami uczniów, którzy wychylali si

ę

 z okna... 

A z sali konferencyjnej słycha

ć

 było przez 

ś

cian

ę

 głos prezesa, pana doktora Gruntorada: 

— Panie kierowniku, a któ

Ŝ

 to tam tak nieludzko ryczy? 

— Mój brat przyjechał w odwiedziny, prosz

ę

 pana — wyja

ś

nił Francin. 

— A wi

ę

c niech pan tam, panie kierowniku, pójdzie i poprosi szanownego brata, aby si

ę

 miarkował! 

Ten browar nale

Ŝ

y do nas! 

— Ten Latał miał za 

Ŝ

on

ę

 Mercin

ę

, pa

ń

sk

ą

 siostr

ę

 cioteczn

ą

, prawda, stryjciu Józefku? — 

powiedziałam czule. 

— Sk

ą

d

Ŝ

e znowu! Z Mercin

ą

 o

Ŝ

enił si

ę

 kum Waniu-ra, ten kucharz, co je

ź

dził transbałka

ń

skim 

ekspresem, mieszkał tu, w Czechach, gdzie

ś

 w Mnisim Grodzisku, a 

Ŝ

e ten transbałka

ń

ski ekspres 

przeje

Ŝ

d

Ŝ

ał przez Mnisie Grodzisko raz na tydzie

ń

, wobec tego Mercin

ą

 o wpół do jedenastej rano 

wypuszczała psa, pies szedł na dworzec, kum Waniura wychylał si

ę

 z transbałka

ń

skiego ekspresu i 

rzucał du

Ŝą

 paczk

ę

 ko

ś

ci, i ten pies zabierał je do domu, ale w tym roku, jak Waniura rzucił te ko

ś

ci, 

to ta paczka przewróciła zawiadowc

ę

 stacji i Waniura musiał mu płaci

ć

 za zanieczyszczenie 

munduru! — krzyczał stryjaszek Pepi. 

I znowu wzi

ą

ł mój trzewiczek i wło

Ŝ

ył ten cwikier bez szkieł, i wykrzykiwał rado

ś

nie: 

— No i co pani przyjdzie z tych głupstw? Ja pani jeszcze raz wszystko wyja

ś

ni

ę

, a potem dam pani 

to do r

ą

k i sama pani spróbuje. A wi

ę

c to jest pariser sznyt, a to na bucie to wierzch albo gelenk czy 

te

Ŝ

 przyszwa. To znowu jest podeszwa albo zelówka, a to koturn, czyli obcas. Niech pani pami

ę

ta, 

szwagierko, 

Ŝ

e kto chce by

ć

 mistrzem obuwniczym, czyli szewcem, musi mie

ć

 kart

ę

 rzemie

ś

lnicz

ą

a taka karta to tyle co matura albo doktorat. Dostawca dworski Weinlich... 

— Ulrich? — Osłoniłam r

ę

k

ą

 ucho. 

— Weinlich! — ryczał stryjaszek. — Wein jak wino... A wi

ę

c pewien półgłówek spartaczył buty i 

przyniósł je temu dworskiemu dostawcy Weinlichowi, a ten dostawca powiada: „Ale

Ŝ

 człowieku, pan 

te buty sknocił! I co teraz z nimi zrobi

ć

?”. A ten półgłówek powiada: „To niech pan je sprzeda 

ś

ydom!”. A 

Ŝ

e Weinlich sam był 

ś

ydem, nie wytrzymał i wrzasn

ą

ł: „A czy 

ś

ydzi to 

ś

winie?”. 

— Józefku — powiedziałam cichutko. 

— A gówno! — zagrzmi

ą

} stryjaszek i podniósł si

ę

 nade mn

ą

 gro

ź

nie. — Ja tam wsz

ę

dzie 

otrzymywałem same pochwały. A zreszt

ą

 co tacy wielcy pa

ń

stwo maj

ą

 si

ę

 ze mn

ą

 spoufala

ć

? Wi

ę

Ŝ

adne mi tam Józefku! Szwagierko, jest pani głupia jak zdawany wieczorem egzamin! 

I stryjaszek tak mocno waln

ą

ł si

ę

 pi

ęś

ci

ą

 w czoło, 

Ŝ

e cwikier poleciał pod szaf

ę

, ale spojrzenie na 

mój buci-czek stryjka ostudziło, usiadł i wskazuj

ą

c paluszkiem nadal pouczał mnie gromko: 

— A wi

ę

c to, jak ju

Ŝ

 powiedzieli

ś

my, jest obcas, czyli koturn, a na tym obcasie, czyli koturnie, 

znajduje si

ę

 flek, czyli... . . ... 

Wzi

ę

łam w r

ę

k

ę

 dług

ą

 

Ŝ

elazn

ą

 ły

Ŝ

k

ę

, która była na ko

ń

cu szorstka jak j

ę

zyk wołu, i spytałam: 

— Stryjciu Józefku, to jest tarnik, prawda? 

— Co takiego? — rykn

ą

ł zraniony stryjaszek. — Tarnik to jest to, tarnik, czyli 

ś

cieracz, a to, co pani 

trzyma w r

ę

kach, to raszpla, czyli pilnik albo te

Ŝ

... 

background image

Drzwi otwarły si

ę

 nagle i stan

ą

ł w nich Francin, przyciskaj

ą

c dłoni

ą

 krawat; rozło

Ŝ

ył r

ę

ce i ukl

ę

kn

ą

ł, 

pokłonił si

ę

 w pas stryjkowi Józefowi, a potem mnie i powiedział: 

— Ach, ułani, ułani, czego tak wrzeszczycie? Józku, czemu si

ę

 tak wydzierasz? — I poło

Ŝ

ył dło

ń

 na 

otwartym pudełeczku z klejem. 

— To nie ja... — wyj

ą

kał stryjaszek Pepi. 

— A wi

ę

c kto? Mo

Ŝ

e... ja? — Francin wskazał obur

ą

cz siebie. 

— Kto

ś

 tu we mnie — powiedział stryjaszek Pepi w zakłopotaniu kr

ę

c

ą

c paluszkami młynka. 

— Uspokójcie si

ę

... Odbywa si

ę

 posiedzenie rady nadzorczej browaru, sam pan prezes posłał mnie 

tu z t

ą

 pro

ś

b

ą

... — Francin podniósł r

ę

k

ę

 i wycofał si

ę

 na korytarz. 

A potem znów słycha

ć

 było jego cichy głos, Francin podj

ą

ł w przerwanym miejscu sprawozdanie, 

wyja

ś

niał teraz, w jaki sposób w przyszłym miesi

ą

cu zostan

ą

 wyrównane pasywa miesi

ą

ca, który 

wła

ś

nie upłyn

ą

ł. Przyniosłam garnczek smalcu i smarowałam stryj aszkowi Pepi kromk

ę

 za kromk

ą

kiedy zamierzał si

ę

 odezwa

ć

, podawałam mu nast

ę

pn

ą

 pajdk

ę

, jednak

Ŝ

e w sali konferencyjnej głos 

Francina ucichł, rozległo si

ę

 szuranie podeszew, potem okrzyki, zatrzeszczały nogi krzeseł 

Thoneta, jakby wszyscy członkowie rady nadzorczej wstali, my

ś

lałam, 

Ŝ

e to ju

Ŝ

 koniec posiedzenia, 

ale głos prezesa rady nadzorczej browaru, pana doktora Gruntorada, oznajmił: 

— Ogłaszam dziesi

ę

ciominutow

ą

 przerw

ę

 w obradach.   

I drzwi ł

ą

cz

ą

ce biuro z korytarzem otworzyły si

ę

 gwałtownie, jakby kto

ś

 w nie kopn

ą

ł, i do pokoju 

wpadł Francin, r

ę

k

ę

 przyciskał do krawata i krzyczał: 

— Kto mi podło

Ŝ

ył ten klej na krzesło? To straszne! Przylepiłem sobie tak mocno arkusz papieru, 

Ŝ

nie mogłem tej strony odwróci

ć

! Pan de Giorgi chciał mi pomóc i tak si

ę

 upa

ć

kał klejem, 

Ŝ

e nie mógł 

ź

niej oderwa

ć

 r

ą

k od zielonego sukna! Pan prezes tak sobie wysmarował cwikier, 

Ŝ

e przylepił mu 

si

ę

 do nosa! A ja, spójrzcie tylko, przylepiłem sobie palce do krawata! — Francin odsun

ą

ł r

ę

k

ę

 i 

gumka przytrzymuj

ą

ca krawat napi

ę

ła si

ę

— Przynios

ę

 troch

ę

 ciepłej wody — powiedziałam. 

Ale Francin gwałtownie szarpn

ą

ł r

ę

k

ą

, gumka napr

ęŜ

yła si

ę

 i zerwała, r

ę

ka z krawatem odskoczyła i 

gumka smagn

ę

ła Francina po szyi, tak 

Ŝ

e j

ę

kn

ą

ł cicho jak mały chłopak: 

— Au! 
 
Stryjaszek Pepi wzi

ą

ł wieczko pudełka, podsun

ą

ł je Francinowi przed oczy i oznajmił z dum

ą

— To produkuje centrum 

ś

wiata obuwniczego w Wiedniu, firma „Salamander”. 

I stryjaszek przytrzymał sobie na nosie cwikier bez szkieł. 

Co miesi

ą

c je

ź

dził Francin motocyklem do Pragi i za ka

Ŝ

dym razem co

ś

 mu si

ę

 w drodze psuło, tak 

Ŝ

e musiał zatrzymywa

ć

 si

ę

 i naprawia

ć

. Jednak

Ŝ

e zawsze wracał rozpromieniony, pi

ę

kny, i 

musiałam ze szczegółami wysłucha

ć

 wszystkiego, co musiał zrobi

ć

, aby nie nadaj

ą

cego si

ę

 do 

dalszej jazdy oriona przemieni

ć

 na powrót w sprawny motocykl, który zawsze dociera do celu. 

„Dociera do celu” to znaczy, 

Ŝ

e motocykl wracał do browaru, chocia

Ŝ

 czasami trzeba go było 

przyprowadza

ć

. Ale Francin nigdy si

ę

 nie skar

Ŝ

ył, pchał czasami cały ten pojazd dziesi

ęć

pi

ę

tna

ś

cie, czasami tylko pi

ęć

 kilometrów, a kiedy przyprowadził oriona ze Zwierzynka, wsi 

oddalonej o trzy kilometry, cieszył si

ę

Ŝ

e coraz z nim lepiej. Dzi

ś

 Francin wrócił z Pragi ci

ą

gniony 

krowim zaprz

ę

giem. Zapłaciwszy chłopu wbiegł do kuchni, a ja jak zwykle u

ś

ciskałam go, obj

ę

łam i 

znów stan

ę

li

ś

my pod opuszczan

ą

 lamp

ą

, a je

ś

liby kto

ś

 patrzył na nas przez okno, na pewno bardzo 

by si

ę

 zdziwił. Ilekro

ć

 Francin przyje

Ŝ

d

Ŝ

ał z Pragi, za ka

Ŝ

dym razem powtarzał si

ę

 taki rytuał: 

Francin zamykał oczy, a ja si

ę

gałam mu do wewn

ę

trznej kieszeni, Francin jednak kr

ę

cił głow

ą

, wi

ę

si

ę

gałam do lewej kieszeni, Francin kr

ę

cił głow

ą

, a pó

ź

niej rozpinałam mu 

Ŝ

akiet i si

ę

gałam do 

kieszonki kamizelki, i Francin znów kr

ę

cił głow

ą

, wi

ę

c w ko

ń

cu si

ę

gałam do kieszeni spodni i 

Francin kiwał głow

ą

, i ci

ą

gle miał błogo zamkni

ę

te oczy, a ja zawsze z jakiego

ś

 schowka w jego 

ubraniu wyjmowałam male

ń

k

ą

 paczuszk

ę

, któr

ą

 powoli rozpako-wywałam udaj

ą

c zachwyt i rado

ść

znajdowałam pier

ś

cionek, kiedy indziej broszk

ę

, raz nawet zegarek na r

ę

k

ę

. Jednak

Ŝ

e rytuał ten nie 

background image

był odwieczny, przedtem, kiedy Francin wracał z Pragi, dok

ą

d raz na miesi

ą

c je

ź

dził do Domu 

Browarnika, to kiedy wchodził, zawsze czekał, a

Ŝ

 zapadnie zmrok, prosił mnie, abym zamkn

ę

ła 

oczy, i ja zamykałam oczy, ledwie wszedł do kuchni, Francin prowadził mnie do pokoju, sadzał 
przed lustrem i błagał, abym mu obiecała, 

Ŝ

e nie b

ę

d

ę

 patrze

ć

, a kiedy mu to obiecałam, wkładał mi 

pi

ę

kny kapelusz na głow

ę

 i mówił: „Ju

Ŝ

”!, a ja patrzyłam w lustro, brałam ten kapelusz w palce i 

wkładałam go po swojemu, obracałam si

ę

 i Francin zadawał mi pytanie: 

— Kto ci to, Marychno, kupił?          

— A ja odpowiadałam:   

— Francin. 

I całowałam go w r

ę

k

ę

, a on mnie głaskał; kiedy

ś

 przyniósł co

ś

 i wło

Ŝ

ył mi na szyj

ę

, było to chłodne, 

otworzyłam oczy, a w lustrze błyszczał naszyjnik z jabloneckiego szkła. 

— Kto ci to kupił? — spytał mnie Francin. A ja pocałowałam go w r

ę

k

ę

 i powiedziałam: 

— Ty, Francinie. A on zapytał: 
— Kto to jest Francin? 
A ja odpowiedziałam: 
— Mój m

ęŜ

ulek! 

I tak co miesi

ą

c dostawałam od niego jaki

ś

 prezent, Francin znał wszystkie wymiary mojego ciała, 

znał je na pami

ęć

. Okr

ęŜ

nie wypytywał mnie zawsze, co bym chciała dosta

ć

. Ale ja mu nigdy nie 

mówiłam tego wprost, zawsze napomykałam o czym

ś

, a Francin si

ę

 domy

ś

lał i kiedy

ś

, kiedy po raz 

pierwszy przyniósł mi pier

ś

cionek, stan

ą

ł pod t

ą

 opuszczan

ą

 zielon

ą

 lamp

ą

 i nauczył mnie po raz 

pierwszy si

ę

ga

ć

 do swoich kieszeni i kieszonek, a ja zawsze od razu zgadywałam, gdzie ten 

upominek mo

Ŝ

e by

ć

, ale zawsze si

ę

gałam tam dopiero na ko

ń

cu, aby Francinowi sprawi

ć

 

przyjemno

ść

Dzi

ś

, kiedy wrócił ci

ą

gniony krowim zaprz

ę

giem, poprosił, abym zamkn

ę

ła oczy. I co

ś

 zaniósł do 

pokoju. A potem zgasił w pokoju 

ś

wiatło, uj

ą

ł mnie za r

ę

k

ę

 i zaprowadził tam z zamkni

ę

tymi 

oczyma, posadził na foteliku przed lustrem, potem podszedł do okien i zaci

ą

gn

ą

ł story, i słyszałam, 

jak szcz

ę

kn

ę

ło wieko, my

ś

lałam, 

Ŝ

e kupił mi pudło na kapelusze, pó

ź

niej usłyszałam, jak wsun

ą

ł 

wtyczk

ę

 w kontakt, pomy

ś

lałam, 

Ŝ

e kupił mi jakiego

ś

 robota, szybkowar czy te

Ŝ

 lamp

ę

 kwarcow

ą

, a 

w ko

ń

cu usłyszałam prychaj

ą

ce, z wolna nasilaj

ą

ce si

ę

 dudnienie. Francin poło

Ŝ

ył mi lekko r

ę

k

ę

 na 

ramieniu i powiedział: 

— Ju

Ŝ

!  .      

Otworzyłam oczy: to, co zobaczyłam, było cudowne. Francin stał niczym czarnoksi

ęŜ

nik, w palcach 

trzymał rurk

ę

, w której 

ś

wieciło si

ę

 bladobł

ę

kitnie takie soczyste fioletowe 

ś

wiatło, które o

ś

wietlało 

r

ę

ce i twarz, i ubranie Francina, fioletowy stłumiony po

Ŝ

ar w szklanej rurce, któr

ą

 Francin zbli

Ŝ

ył do 

mojej r

ę

ki i moje rami

ę

 stało si

ę

 magnetyczne, czułam, jak z tego 

ś

wiatła tryskaj

ą

 fioletowe opiłki, 

niematerialne iskierki, które wchodz

ą

 we mnie i nasycaj

ą

 mnie swoj

ą

 woni

ą

, tak 

Ŝ

e pachn

ę

 letni

ą

 

burz

ą

, i powietrze w pokoju pachniało, jak pachnie powietrze po uderzeniu piorunu, a Francin z 

wolna uniósł t

ę

 cudown

ą

 rzecz i zbli

Ŝ

ył j

ą

 do swojej twarzy, i znów widziałam ten jego pi

ę

kny profil, 

Francin stał tu uroczy

ś

cie jak Gunnar Tolnes, potem za

ś

 t

ę

 rurk

ę

 skierował na otwart

ą

 walizeczk

ę

, a 

tam na czerwonym aksamicie, którym wybite było równie

Ŝ

 wieko, le

Ŝ

ały uło

Ŝ

one w wachlarz 

rozmaite szczoteczki, rurki, dzwonki, wszystko było szklane i zamkni

ę

te, dziesi

ą

tki instrumentów ze 

szkła, Francin wyci

ą

gn

ą

ł rurk

ę

 i brał z tej walizeczki, i wkładał do bakelitowego uchwytu jeden 

niezwykły przedmiot po drugim i za ka

Ŝ

dym razem to szklane naczynie rozja

ś

niało si

ę

 i wypełniało 

fioletowym 

ś

wiatłem, które tryskało i wnikało w ludzkie ciało, je

ś

li kto

ś

 tego potrzebował. Francin 

zmieniał i wypróbowywał wszystkie te elektrody wypełnione neonem i mówił cicho: 

— Marychno, teraz stryjaszek Pepi mo

Ŝ

e si

ę

 wydziera

ć

, teraz mog

ą

 mi robi

ć

 przykro

ś

ci w 

browarze, mo

Ŝ

e mnie obra

Ŝ

a

ć

, kto tylko zechce, tu... tu s

ą

 lecznicze iskry, które przemieniaj

ą

 si

ę

 w 

zdrowie, wysoka cz

ę

stotliwo

ść

, która daje now

ą

 rado

ść

 istnienia, now

ą

 odwag

ę

 

Ŝ

ycia... Marychno, 

to tak

Ŝ

e dla ciebie, dla twoich nerwów, dla. twojego zdrowia, ta oto katoda leczy uszy, tamta znów 

masuje serce, pomy

ś

l tylko, fosforyzuj

ą

ce iskrzenie, które uszlachetnia ci serce! A ta z kolei jest 

przeciwko histerii i epilepsji, ten fiołkowy ozon stłumi w tobie pragnienie robienia publicznie rzeczy, 

background image

o których przyzwoity człowiek mo

Ŝ

e tylko my

ś

le

ć

 lub robi

ć

 je w domu, a kolejne elektrody s

ą

 

przeciwko j

ę

czmieniom i plamom w

ą

trobowym, naderwanym mi

ęś

niom, przeciwko migrenie, 

pi

ę

tnasta zapobiega przekrwieniu mózgu i halucynacjom... — Francin mówił cicho, a przede mn

ą

 

rozwijały si

ę

 coraz to inne wypełnione neonem kształty, bardziej ni

Ŝ

 instrumenty lecznicze 

przypominały te elektrody olbrzymie słupki czy te

Ŝ

 pr

ę

ciki albo kwiaty orchidei, słuchałam go i po 

raz pierwszy byłam tak zdumiona, 

Ŝ

e nie potrafiłam wydoby

ć

 z siebie słowa, chocia

Ŝ

 elektrody 

przeciwko histerii i epilepsji kryły w sobie aluzj

ę

 do mojego stanu, nie miałam powodu broni

ć

 si

ę

, tak 

mnie to fioletowe pi

ę

kno oszołomiło. Francin wzi

ą

ł elektrod

ę

 w kształcie słuchawki, zbli

Ŝ

ył j

ą

 do 

mojego czoła, patrzyłam na swoje odbicie w lustrze... Ach, co to był za widok! Wygl

ą

dałam jak 

pi

ę

kna rusałka, jak te panny na secesyjnych obrazach, fioletowa, z włosami rozja

ś

nionymi 

wieczorn

ą

 gwiazd

ą

! Pró

Ŝ

niowe rurki z fioletow

ą

 burz

ą

 zorzy polarnej! A Francin pochylił si

ę

 znowu 

nad walizeczk

ą

 i umie

ś

cił w bakelitowym uchwycie neonowy grzebie

ń

, ten neonowy grzebie

ń

 

błyszczał niczym reklama nad jakim

ś

 sklepem galanteryjnym we Wiedniu albo w Pary

Ŝ

u, a Francin 

zbli

Ŝ

ył si

ę

 do mnie, wsun

ą

ł mi ten tryskaj

ą

cy iskrami grzebie

ń

 we włosy, patrzyłam na swoje odbicie 

w lustrze i wiedziałam, 

Ŝ

e niczego wi

ę

cej nie mog

ę

 ju

Ŝ

 sobie 

Ŝ

yczy

ć

 prócz tego, by zawsze czesano 

tym grzebieniem moje włosy. A Francin z wolna, jakby o tym wiedział, przeczesywał tym 

ś

wiec

ą

cym 

grzebieniem moje rozwichrzone włosy, si

ę

gaj

ą

ce a

Ŝ

 do ziemi, i znowu je unosił, i znowu 

przeczesywał grzebieniem o wysokiej cz

ę

stotliwo

ś

ci, zacz

ę

łam cała dr

Ŝ

e

ć

, musiałam obj

ąć

 si

ę

 

ramionami, Francin oddychał cicho, nie mógł si

ę

 powstrzyma

ć

, aby za ka

Ŝ

dym razem nie zanurzy

ć

 

całej twarzy w moich włosach, którym ta chłodna fiołkowa burza robiła tak dobrze, 

Ŝ

e kiedy grzebie

ń

 

powracał, koniuszki włosów unosiły si

ę

, i znów ten przedzieraj

ą

cy si

ę

 w dół poprzez moje włosy 

fioletowy grzebie

ń

, to niebie

ś

ciutkie czółenko płyn

ą

ce przez porohy, przez wodospad moich 

włosów, ten fioletowym szpikiem wypełniony, wydr

ąŜ

ony grzebie

ń

 ze szkła! 

 

— Marychno... — szeptał Francin i usiadłszy za mn

ą

 znowu przeci

ą

gał grzebie

ń

 przez moje 

naładowane elektryczno

ś

ci

ą

 włosy. — Mary, b

ę

dziemy to robi

ć

 codziennie, kupiłem ci to, aby 

niebieskim kolorem złagodzi

ć

 wszystkie wydarzenia, uspokoi

ć

 twoje nerwy, dla mnie za

ś

 b

ę

d

ą

 

elektrody o barwie czerwonej, które przyspieszaj

ą

 obieg krwi i przydaj

ą

 energii organizmowi... — 

mówił cichutko Francin, a z komórki za kuchni

ą

 rozlegały si

ę

 uderzenia młotka i nasilał si

ę

 

wzburzony i coraz bardziej gniewny głos, stryjaszek Pepi, który przyjechał na dwa tygodnie, był ju

Ŝ

 

u nas cały miesi

ą

c, i Francin, kiedy go tak głaskałam pod lamp

ą

 i czułym ruchem r

ę

ki uwalniałam 

od strachu, powiedział, 

Ŝ

e ogarnia go przera

Ŝ

enie na my

ś

l, 

Ŝ

e Pepi zostanie u nas dwadzie

ś

cia lat, 

a mo

Ŝ

e nawet do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia. A stryjaszek Pepi naprawiał nam trzewiki i buty w komórce, gdzie 

równie

Ŝ

 sypiał, ale to nie były buty, to było co

ś

 

Ŝ

ywego, z czym si

ę

 stryjaszek Pepi zmagał, kładł na 

łopatki, przeklinał całymi dniami, tak 

Ŝ

e dochodziły mnie przekle

ń

stwa, jakich nigdy przedtem nie 

słyszałam, a poza tym co pół godziny stryjaszek brał but, który naprawiał, a kiedy go ju

Ŝ

 skl

ą

ł, ciskał 

nim, odrzucał, siadał na taborecie i d

ą

sał si

ę

, a jak mu zło

ść

 przeszła, obracał si

ę

 powoli, spogl

ą

dał 

na but, prosił go o wybaczenie i podnosił, głaskał i zaczynał go znowu łata

ć

ś

ci

ą

ga

ć

 dratwa, a 

Ŝ

miał jako

ś

 niezr

ę

czne palce, raz po raz wrzeszczał tak, 

Ŝ

e przybiegałam my

ś

l

ą

c, 

Ŝ

e wbił sobie 

szewski nó

Ŝ

 w piersi, a w istocie szło tylko o to, 

Ŝ

e dratwa nie dała si

ę

 przeci

ą

gn

ąć

 przez podeszw

ę

 

i cały but groził — no i robił to — 

Ŝ

e wystrzeli jak skr

ę

cona spr

ęŜ

yna, kiedy wyskoczy z gramofonu, 

a wi

ę

c ten but wy

ś

lizgiwał si

ę

 jak mydło z dłoni, podskakiwał a

Ŝ

 na szaf

ę

 i pod sufit, jakby miał w 

sobie jaki

ś

 motorek, a kiedy wylatywał stryjaszkowi z r

ę

ki, stryjaszek rzucał si

ę

 po niego jak 

bramkarz rzuca si

ę

 robinsonad

ą

 po piłk

ę

... A teraz stryjaszek krzyczał: 

— Psiakrew, cholera! 

Francin odło

Ŝ

ył neonowy grzebie

ń

 na miejsce, przykrył instrumenty w walizeczce aksamitn

ą

 kapk

ą

spojrzał w kierunku krzycz

ą

cego stryjka i powiedział: 

— Te pr

ą

dy fulguracyjne od razu dodały mi siły. 

I poło

Ŝ

ył walizeczk

ę

 na szafie. 

Poci

ą

gn

ę

łam za gałk

ę

 i stora poleciała w gór

ę

, a porcelanowa gałka uderzyła mnie leciutko w z

ę

by, 

za sadem owocowym widziałam be

Ŝ

owy gmach słodowni, jaki

ś

 mielcarz szedł po schodach na 

pierwsze pi

ę

tro z p

ę

kat

ą

 lamp

ą

 w r

ę

ku, po chwili znikn

ą

ł i znów ta lampa pojawila si

ę

 o pi

ę

tro wy

Ŝ

ej, 

jakby sama szła przez wieczorny browar, samotna lampa wspinaj

ą

ca si

ę

 po schodach w gór

ę

, a 

potem lampa znikn

ę

ła, ale pojawiła si

ę

 znowu i przesuwała si

ę

 od okienka do okienka krytego 

mostku ł

ą

cz

ą

cego słodowni

ę

 z zacierni

ą

. Któ

Ŝ

 to tam szedł tak, gdzie oczy ponios

ą

, któ

Ŝ

 to niósł 

background image

lamp

ę

 tylko dlatego, aby lampa sama poruszała si

ę

 po słodowni i browarze? I stałam przy oknie, i 

niczym my

ś

liwy czekałam na rogacza, który musiał mi wyj

ść

 na polan

ę

... i to moje przeczucie 

przej

ę

ło mnie dreszczem. A teraz ta lampa pojawiła si

ę

 a

Ŝ

 w chłodni, dok

ą

d nikt o tej porze nie 

chodzi, tam gdzie znajduje si

ę

 kad

ź

 ogromna jak lodowisko do gry w hokeja, kad

ź

, w której stygnie 

war piwa, brzeczka... a teraz lampa kroczy tam, lampa, która jakby wiedziała, 

Ŝ

e na ni

ą

 patrz

ę

lampa niesiona tylko dla mnie, dziesi

ęć

 ogromnych czterometrowych okien chłodni zakrywaj

ą

 

Ŝ

aluzje, uchylone tylko na w

ą

sk

ą

 szpark

ę

, tak jak okiennice we Włoszech i Hiszpanii, i ta lampa 

kroczy nieustannie, przerywana tymi setkami 

Ŝ

aluzji, poci

ę

ty na paski ruch zapalonej lampy, która 

zatrzymała si

ę

 teraz, widziałam, jak okno z tymi 

Ŝ

aluzjami otworzyło si

ę

 i kto

ś

 z lamp

ą

 wyszedł na 

dach lodowni, gdzie znajduje si

ę

 góra lodu wysoko

ś

ci czterech pi

ę

ter, tysi

ą

c dwie

ś

cie fur 

zamarzni

ę

tej rzeki, lodowego stropu, który fura za fur

ą

 wyci

ą

g sypie z góry do lodowni, lodownia ta 

chroniona jest od ciepła półmetrow

ą

 warstw

ą

 piasku i kamieni rzecznych, a na niej od wiosny do 

jesieni kwitn

ą

 rojniki, setki tysi

ę

cy rojników w

ś

ród zielonych poduszek mchu... a teraz stoi tam 

p

ę

kata lampa, któr

ą

 zaniósł tam jaki

ś

 robotnik z browaru, jaki

ś

 mielcarz... otworzyłam okno i 

usłyszałam z góry przyjemny m

ę

ski głos, tak jakby to ta zapalona lampa 

ś

piewała: 

Ju

Ŝ

 odeszła ta miło

ść

cho

ć

 jej wiele nie było,        

odeszła, odeszła daleko! 

 

Moja złota dziewczyno, 
i nast

ę

pne te

Ŝ

 min

ą

 

i co pó

ź

niej, co pó

ź

niej ci

ę

 czeka? 

Nie zostanie nic po niej, 
zniknie w gł

ę

bokiej toni 

pod Nymburkiem... 

 

A z sypialni rozległ si

ę

 krzyk Francina: — Na miło

ść

 bosk

ą

, Józku, nie mógłby

ś

 przesta

ć

? Powoli 

wyszłam z pokoju, dzi

ś

 nie patrzyłam nawet, jak pr

ą

d elektryczny z wolna ga

ś

nie, tak jak ta miło

ść

co uton

ę

ła w gł

ę

bokiej toni... Francin zapalił ju

Ŝ

 lampy, wyszłam na korytarz, a tam na zydelku 

siedział Francin, obie r

ę

ce przyciskał do piersi i zaklinał stryjaszka, 

Ŝ

eby dał wszystkiemu spokój i 

skoro ju

Ŝ

 tu jest, to niech sobie czyta, chodzi do ko

ś

cioła, do kina, ale niech w domu b

ę

dzie cisza i 

spokój... Francin chciał wsta

ć

, lecz jako

ś

 mu si

ę

 to nie udawało, spróbował jeszcze raz, ale 

zro

ś

ni

ę

ty był ze stołkiem, przysłoniłam sobie dłoni

ą

 usta, bardzo si

ę

 przestraszyłam, bo wiedziałam, 

Ŝ

e Francin usiadł na pudełeczku z szewskim klejem, stryjaszek Pepi był skruszony, tak ch

ę

tnie by 

bratu naprawił buty, tyle o tym opowiadał, poniewa

Ŝ

 ze wszystkiego, co kochał na 

ś

wiecie, 

najbardziej kochał brata, Francin chciał wsta

ć

 na sił

ę

, ale nie mógł si

ę

 oderwa

ć

 i pochylił si

ę

, i 

upadł, le

Ŝ

ał na podłodze, a stołek wraz z nim, ukl

ę

kłam, usiłowałam Francina oderwa

ć

, ale szewska 

smółka, czyli klej, przylepiła Francina tak mocno, 

Ŝ

e wygl

ą

dał jak zwalony pomnik siedz

ą

cego 

Chrystusa, stryjaszek Pepi ci

ą

gn

ą

ł Francina za ramiona, spróbowałam poło

Ŝ

y

ć

 si

ę

 za Francinem i 

ci

ą

gn

ąć

 w przeciwnym kierunku za stołek, ale wydawało si

ę

Ŝ

e ja swojego m

ęŜ

a, a Pepi swojego 

brata racz

ę

] rozerwiemy na pół, ni

Ŝ

 wydostaniemy z tarapatów, wstałam i moje włosy co

ś

 podniosły, 

uj

ę

łam je w palce, poło

Ŝ

yłam na kolanach i zobaczyłam, 

Ŝ

e moje włosy przylepiły si

ę

 do drugiego 

pudełeczka z szewsk

ą

 smółk

ą

, czyli klejem, wzi

ę

łam no

Ŝ

yczki i odci

ę

łam pudełeczko wraz z 

ko

ń

cami włosów, i to pudełeczko zapl

ą

tane w nitki moich włosów le

Ŝ

ało teraz niczym sycylijska 

bulla. Francin zobaczywszy, co si

ę

 stało z moimi włosami, wspi

ą

ł si

ę

 jak ko

ń

, wspaniały d

ź

wi

ę

dr

ą

cej si

ę

 tkaniny rozległ si

ę

 w komórce i Francin uwolnił si

ę

, i stał znów pi

ę

kny, z oczyma 

tryskaj

ą

cymi zdrowym, 

ś

wi

ę

tym oburzeniem, brał po kolei kopyta i pudełeczka, i paczuszki kołków, 

a stryjaszek Pepi, my

ś

lałam, 

Ŝ

e ten widok powinien mu rani

ć

 serce, ale Pepi z zapałem podawał 

bratu wszystko, co mogło si

ę

 pali

ć

, i Francin z coraz wi

ę

ksz

ą

 ulg

ą

 rzucał to pod kuchni

ę

. Szewski 

klej zaj

ą

ł si

ę

 tak gwałtownie, 

Ŝ

e płomie

ń

 uniósł fajerki, rury wsysały ten płomie

ń

 a

Ŝ

 do komina, ten 

niemal dwumetrowy płomie

ń

, długi jak moje włosy. 

Stryjaszek Pepi najbardziej lubił siadywa

ć

 za stodoł

ą

, osłoni

ę

ty z jednej strony przez sad owocowy, 

z drugiej za

ś

 — komin, pod którym le

Ŝ

ały uło

Ŝ

one równiutko klepki d

ę

bowe wszystkich wymiarów, 

klepki, z których w stolarni robiono beczki, wedle potrzeby: małe, czyli „szczeni

ę

ta”, 

dwudziestopi

ę

ciolitrowe, pi

ęć

dziesi

ę

cioli-trowe i hektolitrowe oraz dwuhektolitrowe, czyli podwójne, 

a tak

Ŝ

e ogromne pi

ęć

dziesi

ę

ciohektolitrowe i stuhektolitrowe beczki, w których w komorach i w 

piwnicach przechowywano całe wary piwa, beczki, w których piwo dojrzewało na piwo zwyczajne 

background image

albo wy-stałe. Stryjaszek Pepi, kiedy ju

Ŝ

 nie mógł szewcowa

ć

, tu wła

ś

nie znalazł kij i chodził z nim 

wzdłu

Ŝ

 stodół, i 

ć

wiczył parademarsze, czyli marsze defiladowe, i szermierk

ę

 na bagnety. Francin 

prosił mnie, 

Ŝ

ebym dopilnowała, aby nie krzyczał nad miar

ę

— To dobrze, szwagierko, 

Ŝ

e pani tu jest — powiedział Pepi. — Ten Francin ma słabe nerwy, przy 

tej niedomodze w my

ś

l dziełka pana Batisty powinien my

ć

 sobie przyrodzenie ciepł

ą

 wod

ą

 albo 

za

Ŝ

ywa

ć

 ruchu na 

ś

wie

Ŝ

ym powietrzu. Ale skoro ju

Ŝ

 pani tu jest, to b

ę

dziemy 

ć

wiczy

ć

 szkoł

ę

, czyli 

szulbildunk, bo ja tam miałem same celuj

ą

ce i wyró

Ŝ

nienia oraz pochwały, nie tak jak pewien 

głupek, Hanak, który podczas przegl

ą

du wyszedł z szeregu i powiedział pułkownikowi von 

Wuchererowi: „Tu macie, gospodarzu, te wasze łatki i szmatki, bo ja se id

ę

 do domu, ja 

Ŝ

ołnierzem 

nie b

ę

d

ę

...”, a pułkownik ryczał na podoficerów: „Co za choler

ę

 tu macie?”. 

— Józefka — powiedziałam. 

— A gówno! — rykn

ą

ł Stryjaszek Pepi. — Mnie stawiano wszystkim za wzór. A zreszt

ą

 czy 

pułkownik von Wucherer mnie znał? Czy mo

Ŝ

e pami

ę

ta

ć

 tysi

ą

ce ludzi? Pewnego razu wybrał si

ę

 na 

panienki, a dwaj 

Ŝ

ołnierze, głuptasy, zatrzymali ten powóz, aby ich podwiózł, i kiedy zobaczyli, 

Ŝ

e w 

powozie siedzi rozwalony von Wucherer, 

Ŝ

ołnierze zasalutowali, a von Wucherer pyta łaskawie: 

„Dok

ą

d to, 

Ŝ

ołnierzyki, jedziecie?”. A oni: „Jedziemy na urlop”. A von Wucherer powiada: „Kto jedzie 

na urlop, musi mie

ć

 urlaubszajn. Gdzie go macie?”. 

ś

ołnierze zacz

ę

li szuka

ć

 po kieszeniach, a von 

Wucherer pyta jednego: „Jak si

ę

 nazywacie?”. A ten 

Ŝ

ołnierz powiada: „Szim-sa”. Wobec tego von 

Wucherer zwrócił si

ę

 do drugiego: „A jak wy si

ę

 nazywacie?”. A ten drugi powiada: „Rzim-sa”. Ten 

Ŝ

ołnierz, który powiedział, 

Ŝ

e nazywa si

ę

 Szim-sa, zacz

ą

ł ucieka

ć

 w pole, wi

ę

c von Wucherer 

rozkazał: „Rzimso, sofort przyprowadzi

ć

 mi tu tego Szims

ę

!”. Ale ten Rzimsa uciekł razem z tym 

Szims

ą

; wi

ę

c pułkownik zawrócił powóz i pognał ogiery z powrotem do koszar, i natychmiast 

zapytał, w którym plutonie słu

Ŝą

 ten Rzimsa i Szims

ą

. Ale w wykazach nie było ani Rzimsy, ani 

Szimsy, wobec tego pułkownik von Wucherer, który mawiał, 

Ŝ

e ma pami

ęć

 jak aparat fotograficzny, 

rozkazał w koszarach zrobi

ć

 zbiórk

ę

 i chodził od jednego 

Ŝ

ołnierza do drugiego, ujmował go za 

brod

ę

 i patrzył mu z bliska w oczy, jakby mu chciał da

ć

 buziaka, i tak przez dwa dni, ale nie poznał 

ani tego, który przedstawił si

ę

 jako Rzimsa, ani tego, który powiedział, 

Ŝ

e nazywa si

ę

 Szim-sa... 

Jak

Ŝ

e wi

ę

c taki pułkownik mo

Ŝ

e pami

ę

ta

ć

 Józefka? 

— Pssst — powiedziałam. — Po południu odb

ę

dzie si

ę

 posiedzenie rady nadzorczej. 

— To prawda — zgodził si

ę

 stryjaszek cichutko — ale teraz pani

ą

 naucz

ę

, z jakich cz

ęś

ci składa si

ę

 

karabin. — I stryjaszek wzi

ą

ł kij, z którym 

ć

wiczył, uj

ą

ł go z takim znawstwem i ostro

Ŝ

no

ś

ci

ą

, jakby 

to naprawd

ę

 był wojskowy karabin, wskazywał palcem i kolejno wymieniał wszystkie cz

ęś

ci, i 

zako

ń

czył: — A to jest kolbenszuh, czyli stopka, a to jest tak zwany myndunk, czyli muszka. 

— Muszka hiszpa

ń

ska — powiedziałam. 

— A gówno! Czemu kłapie pani dziobem jak młode sroki? Szczerbinka i muszka, a nie 

Ŝ

adna 

muszka hi-     : szpa

ń

ska! Gdyby pani co

ś

 takiego powiedziała kapralowi Brczuli, to tak by pani

ą

 

trzepn

ą

ł, 

Ŝ

e tylko nó

Ŝ

ki by pani    , zadrgały jak królikowi! 

A spoza sadu owocowego słycha

ć

 było gniewne zamykanie okien w biurze, z rachunkowo

ś

ci 

wybiegł Francin w białej koszuli, widziałam, jak biegnie przez wysok

ą

 traw

ę

, jak uchyla si

ę

 przed 

gał

ę

ziami drzew, pi

ę

kny był to widok: biegn

ą

cy m

ęŜ

czyzna skacze niczym w biegu z przeszkodami 

z wyci

ą

gni

ę

t

ą

 do przodu nog

ą

, która zaraz opadnie w traw

ę

, a z t

ą

 drug

ą

 nad traw

ą

 niemal w 

poziomym poło

Ŝ

eniu, i powtarzał na przemian nogami cały ten pi

ę

kny ruch, przesuwaj

ą

cy si

ę

 ponad 

wierzchołkami trawy. Kiedy si

ę

 zbli

Ŝ

ył, zobaczyłam, 

Ŝ

ś

ciska w palcach pióro ze stalówk

ą

 redis 

numer trzy. 

— Hej, wy ułani, co tu znów wyprawiacie? 
— Bawimy si

ę

 w wojsko — odparłam. 

— Bawcie si

ę

, w co chcecie, ale po cichu, panna ksi

ę

gowa rozlała cał

ą

 butelk

ę

 atramentu! — 

krzyczał po cichu Francin. 

— A wi

ę

c gdzie si

ę

 mamy bawi

ć

? — spytałam. 

background image

— Gdzie chcecie, wle

ź

cie cho

ć

by na komin, byle tylko nie było was słycha

ć

... cały 

Ŝ

urnal oblała 

atramentem! — wołał Francin, r

ę

kawy białej koszuli miał powy

Ŝ

ej łokci uniesione gumkami, obrócił 

si

ę

 i ju

Ŝ

 nie biegł, brn

ą

ł poprzez wysok

ą

 traw

ę

, patrzyłam w 

ś

lad za nim, a on odwrócił si

ę

przesłałam mu pocałunek na dłoni i dmuchn

ę

łam ten pocałunek za nim niczym piórko. 

— Na komin? — dziwił si

ę

 Pepi. 

— Na komin — potwierdziłam. A Francin znikn

ą

ł za gał

ę

ziami, jego biała koszula weszła teraz do 

biura. 

— Wobec tego: Direkcion! — wykrzykn

ą

ł stryjaszek Pepi i wspi

ą

ł si

ę

 na pierwsz

ą

 klamr

ę

, po czym 

zmitygowal si

ę

, zeskoczył i powiedział: — Damy maj

ą

 pierwsze

ń

stwo! 

I to, o czym od pierwszego dnia w browarze marzyłam: 

Ŝ

eby znale

źć

 w sobie do

ść

 siły i wspi

ąć

 si

ę

 

na komin browaru, to moje marzenie sterczało teraz i wznosiło si

ę

 przede mn

ą

, odchyliłam do tyłu 

głow

ę

 i chwyciłam si

ę

 pierwszej klamry, perspektywa uciekała w gór

ę

 zmniejszaj

ą

cymi si

ę

 coraz 

bardziej klamrami, a sze

ść

dziesi

ę

cio-metrowy komin w tym optycznym skrócie przypominał ci

ęŜ

kie, 

wycelowane w niebo działo, to, co mnie poci

ą

gało, to powiewaj

ą

cy zielony trykot, który kto

ś

 

przywi

ą

zał do piorunochronu, i chocia

Ŝ

 na dole ledwie czuło si

ę

 lekki powiew, ten zielony trykot 

trzepotał gło

ś

no i stoj

ą

c w otwartym oknie słyszałam, jak ten zielony trykot wydaje d

ź

wi

ę

przypominaj

ą

cy łomotanie blachy, i chwyciłam si

ę

 pierwszej klamry, woln

ą

 r

ę

k

ą

 rozwi

ą

załam 

zielon

ą

 wst

ąŜ

eczk

ę

, która przytrzymywała moje włosy, i szybko przenosiłam r

ę

ce z klamry na 

klamr

ę

, nogi niczym sprz

ęŜ

one osie nabrały tego samego rytmu, w połowie komina poczułam 

pierwsze uderzenie przepływaj

ą

cego powietrza, włosy mi si

ę

 rozwiały, niemal mnie wyprzedziły, 

nagle poczułam si

ę

 cała w swoich rozpuszczonych włosach, które rozpostarły si

ę

 wokół mnie jak 

muzyka, kilkakrotnie moje włosy kładły si

ę

 na klamrze, musiałam uwa

Ŝ

a

ć

 i zwolni

ć

 prac

ę

 nóg, bo 

st

ą

pałam po własnych włosach, ach, gdyby tu był pan Bodzio, on by przytrzymał moje włosy, 

przemieniłby si

ę

 w anioła i w locie uwa

Ŝ

ałby, aby włosy nie wpl

ą

tały mi si

ę

 w szprychy i ła

ń

cuch, 

jako

ś

 to moje wspinanie si

ę

 na komin przypominało jazd

ę

 na rowerze, poczekałam chwil

ę

, wiatr 

jakby si

ę

 uparł, 

Ŝ

e wypróbuje moje włosy, uniósł je i tak mi je zarzucił, 

Ŝ

e miałam wra

Ŝ

enie, i

Ŝ

 wisz

ę

 

o kilka klamer nad sob

ą

 na zwi

ą

zanych w w

ę

zeł włosach, potem wiatr nagle ucichł, włosy 

rozwi

ą

zały si

ę

 i z wolna — niczym uwolnione złote wskazówki ko

ś

cielnego zegara — spadały te 

moje włosy, jakby z mojej głowy rozpostarł, a teraz z wolna zamykał ogon złoty paw. I ja 
skorzystałam z tego, i szybko przesuwałam r

ę

ce coraz wy

Ŝ

ej, ruch nóg uzgodniłam z prac

ą

 r

ą

k, a

Ŝ

 

w ko

ń

cu poło

Ŝ

yłam cał

ą

 r

ę

k

ę

 na kraw

ę

dzi komina, przez chwil

ę

 oddychałam gł

ę

boko jak 

zawodniczka na zawodach pływackich, kiedy sko

ń

czy wy

ś

cig w basenie, a potem lekko jak z wody 

podci

ą

gn

ę

łam si

ę

 obur

ą

cz, przerzuciłam nog

ę

 przez kraw

ę

d

ź

, chwyciłam si

ę

 piorunochronu i z 

wolna jak z syropu wyci

ą

gn

ę

łam drug

ą

 nog

ę

, uniosłam za sob

ą

 włosy, usiadłam i przerzuciłam 

włosy na kolana. Lecz nagle zerwał si

ę

 wiatr i włosy wy

ś

lizgn

ę

ły mi si

ę

 z dłoni, i te moje złote włosy 

powiewały tak samo jak w zeszłym roku przed pierwszym dniem wiosny, poruszały si

ę

 te włosy jak 

morszczyny w płytkim a bystrym potoku, trzymałam si

ę

 jedn

ą

 r

ę

k

ą

 piorunochronu i miałam 

wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e jestem bogini

ą

 łowów Dian

ą

 z włóczni

ą

, policzki mi płon

ę

ły z zachwytu i czułam, 

Ŝ

gdybym w tym miasteczku nie zrobiła nic prócz tego, 

Ŝ

e wspi

ę

łam si

ę

 na ten komin, nie byłoby tego 

wprawdzie wiele, ale mogłabym tym 

Ŝ

y

ć

 kilka lat, a mo

Ŝ

e nawet całe 

Ŝ

ycie. I pochyliłam si

ę

, i 

widziałam, 

Ŝ

e w gł

ę

bi stryja-szek Pepi jest taki malusie

ń

ki, ledwie aniołeczek z głow

ą

 i r

ę

kami, 

zdziwiłam si

ę

, bo a

Ŝ

 do tej pory miałam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e stryjaszek Pepi ma g

ę

ste k

ę

dzierzawe włosy, 

ale teraz spostrzegłam, 

Ŝ

e wspina si

ę

 ku mnie łysa głowa z rzadkim wianuszkiem włosów, teraz 

głowa ta poło

Ŝ

yła si

ę

 na szczycie komina, wyci

ą

gn

ę

ła spod siebie drug

ą

 dło

ń

 i chwyciła si

ę

 

kraw

ę

dzi, spojrzał na mnie i jego twarz tak

Ŝ

e promieniała szcz

ęś

ciem. Usiadł na kominie i jak gdyby 

nigdy nic jedn

ą

 r

ę

k

ę

 zało

Ŝ

ył za pas, drug

ą

 za

ś

 przysłonił oczy. 

— Psiakrew, szwagierko — odezwał si

ę

 z podziwem. — Có

Ŝ

 by to było za pi

ę

kne 

beobachtungsztele, czyli punkt obserwacyjny... 

— Albo te

Ŝ

 wie

Ŝ

a obserwacyjna — dodałam. 

— A gówno! Wie

Ŝ

a obserwacyjna jest dla cywilów, a punkt obserwacyjny, czyli beobachtungsztele, 

dla wojska, dla wojska, które prowadzi wojn

ę

 i obserwuje ruchy nieprzyjaciela. Szwagierko, mimo 

background image

Ŝ

e jest pani inteligentn

ą

 i pi

ę

kn

ą

 kobiet

ą

, gdyby to usłyszał kapitan Tonser, to wypłazowałby pani

ą

 

szabl

ą

 rycz

ą

c przy tym: „Jebem vam 

ć

urce nadrobno!”. 

— Józefku — powiedziałam płucz

ą

c nogi w sadzawce powietrza. 

— Ale

Ŝ

 do cholery, dlaczego mnie miałby jeba

ć

 

ć

urce nadrobno? Mnie on lubił, nosiłem mu szabl

ę

— krztusił si

ę

 stryjaszek Pepi i nachylał si

ę

 nade mn

ą

, i jego twarz była przera

Ŝ

aj

ą

ca niczym 

kamienny maszkaron na dachu ko

ś

cioła. 

 

— I co z tego! — Machn

ę

łam r

ę

k

ą

. — Czy to, stryjciu Józefku, nie pi

ę

kne? 

I przesuwałam wzrok po płytkim krajobrazie, ograniczonym wzgórzami i laskami; popatrzyłam na 
miasteczko i stwierdziłam, 

Ŝ

e do naszego miasteczka mo

Ŝ

na si

ę

 dosta

ć

 tylko przez wod

ę

Ŝ

e jest to 

wła

ś

ciwie miasto na wyspie, przed miastem rzeka, która miasto opływała, rozdwajała si

ę

 i wzdłu

Ŝ

 

murów płyn

ę

ły dwa potoki, które za miastem ł

ą

czyły si

ę

 z powrotem w rzek

ę

Ŝ

e wła

ś

ciwie ka

Ŝ

da 

ulica wyjazdowa ma dwa mosty, dwie kładki, a nad rzek

ą

 pi

ę

trzył si

ę

 biały kamienny most, na 

którym stali ludzie, opierali si

ę

 o por

ę

cz i patrzyli na komin browaru, na mnie i na stryjaszka Pepi, 

na moje włosy, które łopotały w powietrzu, a te moje włosy l

ś

niły i błyszczały niczym papieska 

chor

ą

giew, podczas gdy na dole panowała cisza. Na drugim brzegu rzeki wznosił si

ę

 ko

ś

ciół, na 

wysoko

ś

ci mojej twarzy znajdowała si

ę

 złota tarcza zegara, a wokół ko

ś

cioła w koncentrycznych 

kr

ę

gach układały si

ę

 ulice i uliczki, i domy, i budynki, z ka

Ŝ

dego okna niczym pierzyny wystawiały 

li

ś

cie i kwiaty petunie i go

ź

dziki, i czerwone pelargonie, całe to miasteczko było otoczone 

koroneczk

ą

 murów obronnych i wygl

ą

dało z góry jak bryła chalcedonu. I oto na biały most wpadł 

wóz stra

Ŝ

acki, hełmy stra

Ŝ

aków błyszczały, a tr

ę

bacz trzymał złot

ą

 tr

ą

bk

ę

 i tr

ą

bił: „Pali si

ę

!”, i 

wszyscy stra

Ŝ

acy mieli białe zgrzebne mundury, czerwony wóz zagrzmiał na mo

ś

cie niczym 

orkiestrion, stra

Ŝ

acy trzymali si

ę

 klamer i stali na tym stra

Ŝ

ackim turkoc

ą

cym ołtarzu, który teraz 

skrył si

ę

 za budynkami i ogrodami. 

— Czy to prawda, stryjciu Józefie, 

Ŝ

e na froncie pasłe

ś

 kozy? — spytałam. 

— Kto ci to powiedział? — rykn

ą

ł stryjaszek Pepi i usiadł wygodniej, a potem wyci

ą

gn

ą

ł si

ę

 na 

wznak i zało

Ŝ

ył r

ę

ce pod głow

ę

.  

— Kioskarz Melichar — odparłam. 

— Czy

Ŝ

 kioskarz, i to w dodatku inwalida, mo

Ŝ

e by

ć

 na wojnie? — ryczał stryjaszek. 

— Mówi

ą

Ŝ

e Melichar podczas wojny był kapitanem, i wczoraj kapitan Melichar powiedział: „Nie daj 

Bo

Ŝ

e, 

Ŝ

eby była wojna i 

Ŝ

ebym ja tak dostał tego Józefka pod swoj

ą

 komend

ę

 na musztrze” — 

powiedziałam i przytrzymałam si

ę

 piorunochronu, i patrzyłam na browar, i znów si

ę

 zdziwiłam, 

Ŝ

browar znajduje si

ę

 za miastem, 

Ŝ

e jest otoczony dokoła murem tak jak to miasteczko po drugiej 

stronie, ale 

Ŝ

e wzdłu

Ŝ

 murów rosn

ą

 wysokie drzewa, jawory i jesiony, które tak

Ŝ

e tworz

ą

 kwadrat, i 

Ŝ

e ten browar podobny jest do klasztoru albo jakiej

ś

 twierdzy, wi

ę

zienia, 

Ŝ

e na szczycie ka

Ŝ

dego 

muru ci

ą

gn

ą

 si

ę

 nie tylko druty kolczaste, ale 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy mur i ka

Ŝ

dy słup je

Ŝ

y si

ę

 wpuszczonymi w 

beton odłamkami zielonych butelek, które z góry pol

ś

niewaj

ą

 jak ametysty i amaranty. 

— Czy

Ŝ

 on mnie mógł widzie

ć

... nawet gdybym te kozy pasał? — powiedział stryjek i le

Ŝ

ał nadal 

patrz

ą

c w niebo, z nog

ą

 zało

Ŝ

on

ą

 na podgi

ę

tym kolanie, i kołysał woln

ą

 stop

ą

— Przez lornetk

ę

 — powiedziałam. 

— A czy cesarz da lornetk

ę

 jakiemu

ś

 tam kioskarzowi? — zauwa

Ŝ

ył stryjaszek.   

—Jako kapitan miał Melichar dwie lornetki — powiedziałam widz

ą

c, 

Ŝ

e na mo

ś

cie jest ju

Ŝ

 tyle ludzi 

ile jaskółek przed odlotem i 

Ŝ

e kto

ś

 z mostu patrzy na mnie przez lornetk

ę

. U

ś

miechn

ę

łam si

ę

 do tej 

lornetki, a z gł

ę

bi powiał wiatr i włosy zacz

ę

ły mi si

ę

 rozchyla

ć

 niczym wachlarz ze strusich piór, 

widziałam, jak koło moich oczu zwijaj

ą

 si

ę

 w gór

ę

 kosmyki moich włosów, wokół całej mojej postaci 

utworzyła si

ę

 taka aureola, jak

ą

 ma Naj

ś

wi

ę

tsza Panna Maria Bolesna na cokole na naszym 

rynku... 

— A gdyby była wojna, to co by si

ę

 stało, gdyby mnie Melichar dostał pod swoj

ą

 komend

ę

, co? — 

dopytywał si

ę

 ciekawie Pepi i wydawało si

ę

Ŝ

e walczy z ogarniaj

ą

cym go znu

Ŝ

eniem. 

background image

— Powiedział, 

Ŝ

e gdyby znów wybuchła wojna, to podczas musztry zrobiłby palcem... o tak... i 

zawołałby: „Pepi zu mir!”. I ju

Ŝ

 by

ś

 p

ę

dził z wywieszonym j

ę

zorem i oddawał mu honory, i kl

ę

kał 

przed nim na jedno kolano — powiedziałam, a kiedy na niego popatrzyłam, stryjaszek Pepi spał, 
usn

ą

ł twardo, le

Ŝ

ał na szczycie komina, który kołysał si

ę

, teraz dopiero spostrzegłam to po raz 

pierwszy na le

Ŝą

cym pos

ą

gu stryjaszka Pepi, 

Ŝ

e oboje wyra

ź

nie si

ę

 kołyszemy, jakby

ś

my siedzieli 

na jakiej

ś

 zawieszonej pod niebem hu

ś

tawce. A od kapliczki p

ę

dzili stra

Ŝ

acy, z góry konie 

wygl

ą

dały tak, jakby si

ę

 spłoszyły, tylne nogi nawlekały si

ę

 im w chom

ą

ta, a przednie wystrzelały im 

wprost ze łbów, tak jak 

ś

limaki wystawiaj

ą

 rogi, cały ten wóz stra

Ŝ

acki błyszczał jak dziecinna 

zabawka gro

Ŝą

c, 

Ŝ

e lada chwila si

ę

 rozsypie i cz

ęś

ci wozu rozlec

ą

 si

ę

 jak przy ulicy Stolarskiej ten 

pojazd wojskowy, kiedy wybuchły w nim granaty, a tam na kapita

ń

skim mostku stał komendant 

stra

Ŝ

aków, pan de Giorgi, członek kierownictwa browaru, na którego kominie siedziałam, mistrz 

kominiarski, a był komendantem stra

Ŝ

aków, bo zamiast mieszkania miał muzeum stra

Ŝ

ackie, 

wszystko, co kiedykolwiek padło pastw

ą

 płomieni, wszystko to pan de Giorgi sfotografował, postarał 

si

ę

 nawet o fotografie sprzed po

Ŝ

aru, tak 

Ŝ

e na wszystkich 

ś

cianach swojego mieszkania miał po 

dwie fotografie: krowa przed po

Ŝ

arem i krowa po po

Ŝ

arze, pies przed po

Ŝ

arem i pies po po

Ŝ

arze, 

dorosła osoba płci m

ę

skiej przed po

Ŝ

arem i po po

Ŝ

arze, stodoła przed po

Ŝ

arem i po po

Ŝ

arze, 

wszystkie rzeczy, wszystkie zwierz

ę

ta, wszystkie osoby, które spło: n

ę

ły albo nadpaliły si

ę

wszystko pan de Giorgi fotografował i na pewno jedzie do browaru tylko po to, by, gdybym spadła, 
sfotografowa

ć

 pani

ą

 kierownikow

ą

 browaru przed upadkiem i po upadku... a teraz ten stra

Ŝ

acki 

orkiestrion wpadł w zakr

ę

t w bramie browaru, koła zaskrzypiały i wóz znikn

ą

ł za biurami, i ju

Ŝ

 

my

ś

lałam, 

Ŝ

e stra

Ŝ

acy wywrócili si

ę

 wraz z ko

ń

mi, ale oto uroczy

ś

cie wyjechali i tr

ą

bili, i stra

Ŝ

acki 

wóz zatrzymał si

ę

 tu

Ŝ

 przy kominie... My

ś

lałam, 

Ŝ

e chyba za chwil

ę

 uruchomi

ą

 sikawki i b

ę

d

ą

 sika

ć

 

na wysoko

ść

 komina, 

Ŝ

e pan de Gior-gi poprosi mnie, abym stan

ę

ła na wierzchołku tego 

strzelaj

ą

cego w gór

ę

 gejzeru, a oni potem zaczn

ą

 z wolna przykr

ę

ca

ć

 kran i ja zaczn

ę

 si

ę

 zbli

Ŝ

a

ć

 

do ziemi, w miar

ę

 jak zni

Ŝ

a

ć

 si

ę

 b

ę

dzie strumie

ń

 wody, ale z wozu wybiegli stra

Ŝ

acy, przykl

ę

kli, 

oddali sobie honory toporkami i nagle rozpostarli płacht

ę

, sze

ś

ciu stra

Ŝ

aków płacht

ę

 t

ę

 napinało, 

odchylali si

ę

 do tyłu i patrzyli w gór

ę

, ale kołysanie komina było widocznie tak znaczne, 

Ŝ

e stra

Ŝ

acy 

z t

ą

 płacht

ą

 biegali tu i tam, gdzie bym ewentualnie mogła upa

ść

I członkowie rady zje

Ŝ

d

Ŝ

ali si

ę

 swoimi bryczkami, dawniej zje

Ŝ

d

Ŝ

ali si

ę

 kłusem, ale dzi

ś

 te bryczki 

p

ę

dziły drogami z wiosek i z miasta, konie gnały cwałem i galopem, i wszystkie te bryczki nie 

zatrzymały si

ę

 jak zwykle przed biurem, tylko wszystkie zjechały si

ę

 na browarnianym dziedzi

ń

cu, 

gdzie stali bednarze i pracownicy komory piwnej, i mielcarze, i wszyscy z odchylonymi w tył 
głowami patrzyli w gór

ę

, jakby oczekiwali powrotu z niebios Pana Jezusa albo zst

ą

pienia Ducha 

Ś

wi

ę

tego. A oto od kapliczki nadje

Ŝ

d

Ŝ

ał sam prezes browaru, pan doktor Gruntorad, feudał i 

wielbiciel starej Austrii; jak zawsze siedział na ko

ź

le i w r

ę

kawiczkach z kozłowej skórki trzymał 

lejce, i na oczy miał z niepowtarzaln

ą

 elegancj

ą

 nasuni

ę

ty kapelusz, wgryziony w bursztynow

ą

 

cygarniczk

ę

 palił papierosa i pop

ę

dzał czarnego ogiera do browaru, podczas gdy jego stangret z 

pełnym za

Ŝ

enowania u

ś

miechem rozwalał si

ę

 niczym pan na aksamitnych poduszkach. 

A na dole pan de Giorgi na pró

Ŝ

no wydawał stra

Ŝ

akom rozkazy, aby wdrapali si

ę

 na komin, w 

ko

ń

cu pan de Giorgi zdecydował, 

Ŝ

e sam wlezie na komin. I jego biały mundur zacz

ą

ł si

ę

 pi

ąć

zatrzymywał si

ę

 cz

ę

sto, ale potem pi

ą

ł si

ę

 po klamrach, a

Ŝ

 wreszcie jego hełm pojawił si

ę

 u moich 

nóg. 

— Stryjciu Józefie... — Potrz

ą

sn

ę

łam stryjaszka za nog

ę

 i stryj usiadł, przecierał sobie oczy, potem 

zerwał si

ę

 przera

Ŝ

ony i chwycił si

ę

 piorunochronu. Pan de Giorgi wylazł na szczyt komina, oddychał 

ci

ęŜ

ko, zdj

ą

ł hełm i ocierał chusteczk

ą

 pot. 

— Łaskawa pani — powiedział — w imieniu prawa prosz

ę

 pani

ą

Ŝ

eby zechciała pani zej

ść

 na dół. I 

pani szwagier równie

Ŝ

— Nie miewa pan zawrotów głowy, panie de Giorgi? — spytałam. 
— W imieniu prawa prosz

ę

 zej

ść

 na dół — powtórzył pan de Giorgi. 

— A pójdzie pan pierwszy, panie de Giorgi? — spytałam. 
— Nie — odparł pan de Giorgi i zajrzał w gł

ą

b komina. — Ze wzgl

ę

dów szkoleniowych opuszcz

ę

 si

ę

 

ś

rodkiem komina... — dodał. 

background image

Trzymaj

ą

c si

ę

 piorunochronu postawiłam nog

ę

 na klamrze, obróciłam si

ę

 i znowu włosy mi si

ę

 

uniosły, znowu ten powiew z gł

ę

bi rozwiał mi włosy, otwarły si

ę

 po raz ostatni, jakby wiedziały o 

tym, po raz ostatni zapłon

ę

ła nad kominem browaru ta moja złota grzywa, znów niczym ogromn

ą

 

złot

ą

 monstrancj

ą

 pobłogosławiłam tych wszystkich, którzy na mnie w tej chwili patrzyli, i sam pan 

de Giorgi był wzruszony tym, co widział. 

— Jeste

ś

my 

ś

wiadkami niezwykłego wydarzenia, łaskawa pani, szkoda, 

Ŝ

e damy nie mog

ą

 by

ć

 

stra

Ŝ

akami —o

ś

wiadczył i uj

ą

wszy tr

ą

bk

ę

, tak

ą

 maciupe

ń

k

ą

 tr

ą

bk

ę

, która przypominała 

konduktorskie kleszcze, zatr

ą

bił na niej, ale tr

ą

bienie to było tak 

Ŝ

ałosne, jak kiedy beczy zwi

ą

zane 

ko

ź

l

ę

 na rze

ź

nickiej bryczce, po czym pocałował mnie w r

ę

k

ę

, a ja zacz

ę

łam schodzi

ć

, szybko 

zbiegałam na dół, aby wyprzedzi

ć

 swoje włosy, w obawie, 

Ŝ

e nadepn

ę

 na nie, zapłacz

ę

 si

ę

 w nich i 

run

ę

 na dół. I nagle ujrzałam wokół siebie wierzchołki drzew, po czym jakbym schodziła z konaru na 

konar, postawiłam nog

ę

 na pewnym gruncie. 

— To było cudowne — powiedział z zachwytem pan doktor Gruntorad — ale zasłu

Ŝ

yła sobie pani 

na dwadzie

ś

cia pi

ęć

... 

— Na goł

ą

 pup

ę

 — doko

ń

czyłam. 

— I co pani tam, do licha, robiła? — spytał pan doktor. 
— Jak pan to uj

ą

ł: to było cudowne, a 

Ŝ

e było to cudowne, musiało te

Ŝ

 by

ć

 niebezpieczne, a 

Ŝ

e było 

niebezpieczne, to wła

ś

nie było to, co naprawd

ę

 lubi

ę

 — powiedziałam, a Francin stał blady, z głow

ą

 

na piersiach, w re-dingocie, białych mankietach i kauczukowym kołnierzyku, i w krawacie w 
kształcie li

ś

cia kapusty włoskiej. 

A mechanicy otworzyli ogromne drzwiczki komina, posypała si

ę

 sadza i ta czarna l

ś

ni

ą

ca jaskinia 

była tak du

Ŝ

a jak altana. Stryjaszek Pepi zeskoczył z ostatniej klamry i powiedział: 

— I oto znów austriacki 

Ŝ

ołnierz odniósł wspaniałe zwyci

ę

stwo, nieprawda

Ŝ

Wszyscy jednak wpatrywali si

ę

 w czarn

ą

 komórk

ę

 u podstawy komina. 

— W którym pułku pan słu

Ŝ

ył? Kto był dowódc

ą

 pa

ń

skiego pułku? — spytał pan doktor Gruntorad. 

— Freiherr von Wucherer! — Stryjaszek Pepi zasalutował. 

— Gut — zawołał pan doktor i dodał: — Panie kierowniku, co pa

ń

ski brat umie? 

— Z zawodu jest szewcem, ale przez trzy lata pracował tak

Ŝ

e w browarze — odparł Francin. 

— A wi

ę

c, panie kierowniku, prosz

ę

 pa

ń

skiego brata przyj

ąć

, zakwaterowa

ć

 w słodownianej izbie 

czeladnej. Na krzyk najlepsza jest praca — powiedział pan doktor Gruntorad. 

A w czarnej jaskini pojawiła si

ę

 biała nogawica, niemal pod samym stropem tej obro

ś

ni

ę

tej sadz

ą

 

altany, szukała klamry, ale klamry tam chyba nie było, wi

ę

c nogawka poruszała si

ę

 tam, tak jakby 

pan de Giorgi jechał na rowerze. I zast

ę

pca komendanta stra

Ŝ

aków dał rozkaz, i stra

Ŝ

acy z płacht

ą

 

wbiegli do komina, rozpostarli t

ę

 płacht

ę

, i zast

ę

pca komendanta stra

Ŝ

aków zawołał w gór

ę

, w kł

ę

by 

sadzy:  ; ... 

— Panie komendancie, mo

Ŝ

e si

ę

 pan pu

ś

ci

ć

! Jeste

ś

my tu z płacht

ą

I pan de Giorgi pu

ś

cił si

ę

 klamry, najpierw z komina buchn

ę

ły pył i sadze i wysypało si

ę

 to przed 

komin, kruche i puszyste drobinki sadzy, i rozległo si

ę

 pokasływa-nie, i wybiegli zupełnie ju

Ŝ

 czarni 

stra

Ŝ

acy, i wynie

ś

li w płachcie co

ś

, jakby złapali ogromnego szczupaka albo suma, i poło

Ŝ

yli płacht

ę

 

na ziemi, i z pyłu i sadzy podniósł si

ę

 zupełnie czarny pan de Giorgi; 

ś

miał si

ę

, białe zmarszczki 

ś

miechu rozchodziły si

ę

 p

ę

kni

ę

ciami po czarnej twarzy, pan de Giorgi wyj

ą

ł tr

ą

bk

ę

, zatr

ą

bił i 

oznajmił: 

— Na tym ko

ń

czymy akcj

ę

 ratunkow

ą

I wyszedł z pryzmy pyłu w

ę

glowego, i wyci

ą

gał obie r

ę

ce wymuszaj

ą

c gratulacje, i szedł dumny z 

siebie i sztywny z rado

ś

ci, a ja wiedziałam, 

Ŝ

e pan de Giorgi b

ę

dzie tym zej

ś

ciem 

ś

rodkiem komina 

Ŝ

y

ć

 nie przez kilka lat, ale przez cał

ą

 reszt

ę

 swojego 

Ŝ

ycia. 

Na rogu słodowni był zawsze taki przeci

ą

g, taki wiatr, 

Ŝ

e musiałam i

ść

 niemal zgi

ę

ta w pół albo 

obróci

ć

 si

ę

 i poło

Ŝ

y

ć

 si

ę

 w wichrze niczym w bujanym fotelu. Wichrzenie to wci

ą

gało moje włosy jak 

background image

nami

ę

tny palacz dym papierosowy. Ledwie udawało mi si

ę

 przecisn

ąć

 przez te powietrzne rafy, 

przy drzwiach słodowni natomiast panowała taka cisza, 

Ŝ

e padałam na kolana albo na plecy. Mimo 

to jednak zawsze cieszyłam si

ę

 na my

ś

l o tym powietrznym pojedynku, w którym musiałam walczy

ć

 

o r

ę

czniki. Pewnego razu wiatr wyrwał mi prze

ś

cieradło k

ą

pielowe frotte, ledwie zd

ąŜ

yłam 

wyci

ą

gn

ąć

 po nie r

ę

k

ę

, przeci

ą

g, który miał poczucie humoru, porwał je dalej, ponownie 

wyci

ą

gn

ę

łam r

ę

k

ę

, kiedy prze

ś

cieradło ju

Ŝ

, ju

Ŝ

 dotykało moich włosów, wicher figlarnie odskoczył z 

tym ogromnym r

ę

cznikiem kawałek dalej, a kiedy prze

ś

cieradło znowu opadło, rzuciłam si

ę

 po nie, 

ale wiatr z przeci

ą

głym 

ś

miechem porwał je w gór

ę

; jak latawiec na jesiennym niebie płyn

ę

ło to 

prze

ś

cieradło k

ą

pielowe frotte, ta

ń

cz

ą

cy biały zygzak, w rytm wiatru poruszaj

ą

cy si

ę

 r

ę

cznik, i 

znikn

ę

ło w ciemno

ś

ci nad słodowni

ą

. A jednak to było pi

ę

kne: pozwoli

ć

, aby wiatr wzi

ą

ł ci

ę

 znowu 

do ust jak mi

ę

towy cukierek, pozwoli

ć

 si

ę

 nasyci

ć

 zapachem tej wietrznej k

ą

pieli. Kiedy potem 

namacałam klamk

ę

, przeci

ą

g z drugiej strony drzwi całym ciałem napierał na nie, wi

ę

c i ja musiałam 

całym ciałem poło

Ŝ

y

ć

 si

ę

 na tych drzwiach, jednak

Ŝ

e przeci

ą

g, który miał poczucie humoru, nagle 

ustał i wpadłam do ciemnego korytarza na kolanach; raz potr

ą

ciłam i przewróciłam mielcarza, który 

upadł, ale nawet padaj

ą

c trzymał lamp

ę

 tak zr

ę

cznie, 

Ŝ

e jej nie rozbił. Potem, z wyci

ą

gni

ę

t

ą

 r

ę

k

ą

jakby osłaniaj

ą

c si

ę

 przed burz

ą

, wymacałam klamk

ę

 maszynowni, zapach oleju i konopi wchłon

ą

ł 

mnie ciepło jak k

ą

piel, zamkn

ę

łam drzwi, namacałam klucz i przekr

ę

ciłam go w zamku. Dopiero 

teraz zapaliłam 

ś

wieczk

ę

. Ogromne koło nap

ę

dowe kre

ś

liło w sypkim półmroku srebrne kr

ę

gi, 

napi

ę

te pasy transmisyjne l

ś

niły i błyszczały od oleju. Dynama i silniki przypominały tłuste 

afryka

ń

skie zwierz

ę

ta, ma

ź

nice z olejem — ptaki wydziobuj

ą

ce tym hipopotamom paso

Ŝ

yty. 

Rozbierałam si

ę

 z wolna, odkr

ę

caj

ą

c przy tym kurki z gor

ą

c

ą

 wod

ą

, która spływała z ogromnego 

kotła do przepołowionej stuhektolitrowej beczki. Rozebrałam si

ę

 i nasłuchiwałam, jak przeci

ą

ś

wiszcz

ę

 poprzez pi

ę

tra słodowni a

Ŝ

 na gór

ę

 do oczyszczalni i tam trzaska okiennicami. I wchodz

ę

 

do tej wielkiej drewnianej wanny, woda jest zawsze tak gor

ą

ca, 

Ŝ

e musz

ę

 odkr

ę

ci

ć

 kurek z zimn

ą

 

wod

ą

, przysiadam i ukrop sprawia mi taki ból, 

Ŝ

e szcz

ę

kam z

ę

bami, dopóki zimna woda nie 

przemiesza si

ę

 z gor

ą

c

ą

, kład

ę

 si

ę

 wówczas, wyci

ą

gam si

ę

, le

Ŝę

 w tej przepołowionej beczce 

niczym strzałka w pudle kompasu, wpatruj

ę

 si

ę

 w belki nad sob

ą

, gdzie niknie biały kocioł, i marz

ę

zaczynam marzy

ć

, rozpływam si

ę

 z wołna w gor

ą

cej wodzie, jak płatki mydlane unosz

ę

 si

ę

 w 

gor

ą

cej wodzie, rozlu

ź

niam wszystkie mi

ęś

nie, rozwi

ą

zuj

ę

 wszystkie obrusy i prze

ś

cieradła, w które 

spowite było całe moje minione 

Ŝ

ycie, otwieram wszystkie koszyki i kufry, i skrzynki, w których s

ą

 

obrazy tego, co stało si

ę

 dawno, obrazy, które gotowe s

ą

 w ka

Ŝ

dej chwili mnie nawiedzi

ć

, pi

ę

kne, 

ale niekolorowe obrazy, które dopiero w tej k

ą

pieli nabieraj

ą

 ostatecznych kształtów i wyrazistych 

barw. To moje kino, wy

ś

wietlany na ekranie moich zamkni

ę

tych oczu film, scenariusz i re

Ŝ

yseri

ę

nakr

ę

ciło moje 

Ŝ

ycie, ja gram w nim główn

ą

 rol

ę

, ja, która dotarłam a

Ŝ

 tu, do drewnianej wanny, w 

której le

Ŝę

... Jestem mał

ą

 dziewczynk

ą

 ze słomianymi warkoczykami, gram w kamyczki po

ś

rodku 

drogi, siedz

ę

 ze skrzy

Ŝ

owanymi nogami i rozrzucam znowu pi

ęć

 kamyczków, aby wzi

ąć

 jeden z 

nich, podrzuci

ć

 go w gór

ę

, zgarn

ąć

 cztery pozostałe i zd

ąŜ

y

ć

 jeszcze złapa

ć

 spadaj

ą

cy pierwszy 

kamyczek, przybli

Ŝ

aj

ą

 si

ę

 grzmoty, padam na .plecy w tej chwili, kiedy rozrzuciłam tych pi

ęć

 

kamyczków, niebo przysłania cie

ń

 i nade mn

ą

 wznosz

ą

 si

ę

 gro

ź

ne paszcze i sprz

ą

czki, i lejce, 

przeskakuj

ą

 mnie kopyta, na których błyszcz

ą

 podkowy, zamykam oczy, sypie si

ę

 na mnie zaschłe 

błoto, grzmot przenosi si

ę

 dalej, podnosz

ę

 si

ę

 i widz

ę

 turkocz

ą

cy wóz ci

ą

gni

ę

ty przez spłoszone 

konie, widz

ę

 bł

ę

kitne niebo i z niego pochyla si

ę

 nade mn

ą

 głowa zatroskanego tatusia. Jestem 

małym dziewcz

ą

t-kiem, które na polnej steczce gra w kamyczki, tatu

ś

 wolał mnie zawsze zostawia

ć

 

za domem, aby mi si

ę

 nic nie stało, widz

ę

, jak od lasu biegn

ą

 dwaj 

Ŝ

ołnierze, widz

ę

Ŝ

e biegn

ą

 

poln

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

, na której si

ę

 bawi

ę

, ci 

Ŝ

ołnierze biegn

ą

 jak dwa spłoszone konie, kład

ę

 si

ę

 na wznak, 

Ŝ

eby mnie nie stratowali, widz

ę

, jak ci 

Ŝ

ołnierze podskakuj

ą

, widz

ę

 nad sob

ą

 podeszwy g

ę

sto 

nabite gwo

ź

dziami, cie

ń

 

Ŝ

ołnierzy przegrzmiał nade mn

ą

 i tupot wojskowych butów dudnił i oddalał 

si

ę

 poln

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

. Siadam i widz

ę

, jak 

Ŝ

ołnierze biegn

ą

 do potoku, zatrzymuj

ą

 si

ę

, zamiast kładki 

jest tam wisz

ą

ca na ła

ń

cuchach belka, 

Ŝ

ołnierze podnosz

ą

 ramiona niczym aniołowie stró

Ŝ

e z 

obrazka nad moim łó

Ŝ

eczkiem skrzydła i przebiegaj

ą

 na drug

ą

 stron

ę

, i biegn

ą

 dalej, na zakr

ę

cie po 

raz ostatni widz

ę

 ich podnosz

ą

ce si

ę

 l

ś

ni

ą

ce gwo

ź

dzie, teraz znikaj

ą

 w k

ę

pie lasu. 

ś

ołnierze dawno 

ju

Ŝ

 znikn

ę

li, a ja ci

ą

gle o nich my

ś

l

ę

. Widz

ę

 teraz sam

ą

 siebie, drepcz

ę

 nad potok, stawiam 

buciczek na kłodzie, widz

ę

 wod

ę

 płyn

ą

c

ą

 bystro w potoku, podnosz

ę

 r

ę

ce i biegn

ę

 po belce, ale 

po

ś

rodku belka osuwa mi si

ę

 spod nóg i wpadam do potoku; poruszałam nogami na gł

ę

binie jak 

mamusia szyj

ą

c na maszynie, ale nie mogłam dosi

ę

gn

ąć

 dna, najpierw piłam wod

ę

, ale pó

ź

niej 

napiłam si

ę

 tej wody do

ść

, by si

ę

 utopi

ć

, widziałam tylko, jak moje włosy rozsypały si

ę

 i poruszały 

background image

si

ę

 na dnie potoku wplataj

ą

c si

ę

 w zielone morszczyny i wodne kwiaty bez kwiatów, strasznie mi si

ę

 

chciało spa

ć

, ale nie mogłam zamkn

ąć

 oczu, i wszystko było pełne 

ś

wiatła, a niebo nad sob

ą

 

widziałam jak przez silnie powi

ę

kszaj

ą

ce okulary... a potem budz

ę

 si

ę

, widz

ę

Ŝ

e utopi

ć

 si

ę

 to 

bardzo pi

ę

kna rzecz, tak jak by

ć

 w domu; le

Ŝ

ałam w niebie w takim samym łó

Ŝ

eczku, jakie miałam 

u siebie w pokoju, widziałam, 

Ŝ

e r

ę

ce mam na pierzynce, która jest w takiej samej poszwie z 

niezapominajkami jak pierzyny, jakie ma mamusia, a nade mn

ą

 wisiał obrazek przedstawiaj

ą

cy 

anioła stró

Ŝ

a, zupełnie taki sam jak u nas, a potem przyszła mamusia i powiedziała: 

— No, chod

ź

cie, dzieci, dalej... 

I do kuchni weszły dziewczynki z s

ą

siedztwa, i teraz wiedziałam, 

Ŝ

e si

ę

 utopiłam, bo dziewczynki, 

które zwracały si

ę

 do mnie: Marychno, a ja do nich: Jadwisiu i Ewu-niu, i Bo

Ŝ

enko, bo dziewczynki 

te kładły mi na pierzyn-ce obok r

ą

ś

wi

ę

te obrazki, tyle było na moim łó

Ŝ

eczku obrazków aniołów 

stró

Ŝ

ów, i Jadwisia powiedziała: 

— Mama mi mówiła, 

Ŝ

e si

ę

 utopiła

ś

... — I poło

Ŝ

yła kolejny 

ś

wi

ę

ty obrazek. 

A ja spytałam:   
— Dlaczego mi dajesz ten obrazek? 

~ A Jadwisia odparła: 

— Umarłym dziewczynkom wkłada si

ę

 je do trumny... 

I ja zacz

ę

łam płaka

ć

Ŝ

e teraz to ju

Ŝ

 jestem zupełnie umarła, ale potem przyszła moja mamusia, 

przyniosła słodycze, a zobaczywszy takie mnóstwo 

ś

wi

ę

tych obrazków, powiedziała: 

— Ale

Ŝ

, dziewczynki, Marychna nie umarła, pan doktor Michałek wylał z niej wszystk

ą

 wod

ę

 i 

swoim oddechem tchn

ą

ł w ni

ą

 ponownie 

Ŝ

ycie... 

Dziewczynki były zawiedzione, 

Ŝ

ałowały, 

Ŝ

e nie b

ę

dzie pogrzebu, 

Ŝ

e nie umarłam, bo ju

Ŝ

 widziały, 

jak b

ę

d

ą

 szły w białych sukienkach z firanek, trzymaj

ą

c w r

ę

kach płon

ą

ce ogromne 

ś

wiece 

ozdobione mirtem, i mosi

ęŜ

na orkiestra b

ę

dzie tak rzewnie gra

ć

, i dziewczynki b

ę

d

ą

 szły w 

kondukcie, i b

ę

d

ą

 mie

ć

 ufryzowane włoski, i b

ę

d

ą

 płaka

ć

, bo ja si

ę

 utopiłam... no a teraz koniec z 

konduktem, koniec z płaczem, a wszystko to wina tych dwóch kobiet, które szły pra

ć

 bielizn

ę

 i które 

mnie wyci

ą

gn

ę

ły i zaniosły do domu... tatu

ś

 si

ę

 wtedy tak strasznie rozgniewał, ach, mój tatu

ś

 

potrafił si

ę

 gniewa

ć

 i zło

ś

ci

ć

 jak nikt inny, mamusia kupowała co roku cztery szafy, stare sprz

ę

ty ze 

sklepów ze starzyzn

ą

, i kiedy tatu

ś

 si

ę

 rozgniewał, mamusia natychmiast prowadziła tatusia do 

altany i dawała mu siekier

ę

 do r

ę

ki, a tatu

ś

 najpierw rozbijał tyln

ą

 

ś

cian

ę

, potem r

ą

bał i kl

ą

ł resztki 

szafy, z ogromnym zapałem wyrywał drzwi, wreszcie cał

ą

 szaf

ę

 mia

Ŝ

d

Ŝ

ył jak pudełko od zapałek i 

w ci

ą

gu pół godziny z tej szafy robił tatu

ś

 sag drewna, tak 

Ŝ

e mamusia miała zawsze do

ść

 trzasek 

na podpałk

ę

 i polan do palenia... a ja słyszałam, jak tatu

ś

 krzyczał i gniewał si

ę

Ŝ

e si

ę

 topiłam, 

Ŝ

ci

ą

gle nie jestem grzeczn

ą

 dziewczynk

ą

, bo grzeczne dziewczynki tego nie robi

ą

, przera

Ŝ

ona, 

wy

ś

lizn

ę

łam si

ę

 spod pierzynki, ubrałam si

ę

 i wybiegłam na dwór, na dziedzi

ń

cu stało auto 

ci

ęŜ

arowe, wdrapałam si

ę

 na skrzyni

ę

, tam koło okienka stała beczka, wsun

ę

łam si

ę

 do tej beczki, 

Ŝ

e było w niej ciepło, usn

ę

łam, kiedy si

ę

 obudziłam, usłyszałam, 

Ŝ

e ten samochód ci

ęŜ

arowy 

jedzie, a kiedy podniosłam si

ę

, zobaczyłam przez okienko, 

Ŝ

e zapada zmrok, 

Ŝ

e tu

Ŝ

 koło okienka 

znajduje si

ę

 czapka jakiego

ś

 pana, a kiedy popatrzyłam z boku, przekonałam si

ę

Ŝ

e to pan Brabec, 

i wyci

ą

gn

ę

łam r

ę

k

ę

, i połaskotałam pana Brabca za uchem mówi

ą

c: 

— Panie Brabec, jestem tutaj... 

Pan Brabec pu

ś

cił kierownic

ę

, potem krzykn

ą

ł i samochód zatrzymał si

ę

 tak gwałtownie, 

Ŝ

e ta 

beczka si

ę

 przewróciła, a ja wytoczyłam si

ę

 na podłog

ę

, z podłogi na ziemi

ę

, wstałam z szosy, 

otrzepałam sukienk

ę

, a pan Bra-bec biegał dookoła i krzyczał, i tupał... 

— Panie Brabec, naprawd

ę

 tu jestem! — powiedziałam. 

Ale pan Brabec j

ę

czał, a potem zwalił si

ę

 na ziemi

ę

; kiedy przyjechali policjanci, nakryli pana 

Brabca kocem, ale i tego było mało, jeden z policjantów musiał si

ę

 rozebra

ć

 bez mała do naga i 

le

Ŝ

ał na panu Brabcu, i grzał go, na posterunku powiedział mi pó

ź

niej jeden z policjantów, 

Ŝ

mogłam sta

ć

 si

ę

 przyczyn

ą

 

ś

mierci człowieka, a ja pomy

ś

lałam o tatusiu, 

Ŝ

e znów por

ą

bie jedn

ą

 

szaf

ę

, i policjant rozesłał mi ko

Ŝ

uch na podłodze, potem wzi

ą

ł sznur i przywi

ą

zał mnie za nog

ę

 do 

nogi stołu, a ja le

Ŝ

ałam i płakałam, nade mn

ą

 kołysały si

ę

 podeszwy g

ę

sto nabijane gwo

ź

dziami, 

background image

noga zało

Ŝ

ona na nog

ę

, ja za

ś

 za nog

ę

 uwi

ą

zana byłam do nogi stołu, a potem usn

ę

łam i pojawił 

si

ę

 nade mn

ą

 tatu

ś

, kl

ę

czał, oparty na obu r

ę

kach jak na nogach, odwi

ą

zał mnie od stołu, a kiedy 

wyci

ą

gn

ą

ł mnie za r

ę

k

ę

, policjanci tak na mnie naskar

Ŝ

yli, 

Ŝ

e tatu

ś

 wzi

ą

ł sznur i zało

Ŝ

ył mi ten sznur 

na szyj

ę

, a ja rozpłakałam si

ę

 i wołałam: 

— Tatusiu, ja nie chc

ę

Ŝ

eby

ś

 mnie wieszał! Ja nie b

ę

d

ę

 umiera

ć

 tak długo na gał

ę

zi... 

Bo tatusiowi kot zjadł w

ą

tróbk

ę

 i tatu

ś

 powiesił za to kotka na gał

ę

zi, i kotek umarł tam dopiero na 

drugi dzie

ń

... i tatu

ś

 zaprowadził mnie na sznurze do poci

ą

gu, a kiedy przyjechali

ś

my do domu, 

tatu

ś

 prowadził mnie na sznurze jak ciel

ą

tko, a wszystkim ludziom tłumaczył, 

Ŝ

e nie jestem 

grzeczn

ą

 dziewczynk

ą

 i 

Ŝ

e musi mnie prowadzi

ć

 na sznurze jak złego psiaka... a w domu 

tatu

ś

...mamusia, widz

ą

c tatusia, od razu podała mu siekierk

ę

, czekałam, 

Ŝ

e tatu

ś

 obetnie mi głow

ę

tak jak odcinał indorom i indyczkom, ale tatu

ś

 od razu rzucił si

ę

 na szaf

ę

, jednym ciosem rozwalił 

tyln

ą

 

ś

cian

ę

, jednym uderzeniem swojego ciała, o tak, z boku, powalił reszt

ę

 szafy, 

Ŝ

e cała run

ę

ła 

na ziemi

ę

, tak jak rozdeptana skrzynka... Namyd-lona, le

Ŝę

 cała w pianie, mydl

ę

 si

ę

 nie wiedz

ą

c o 

tym wcale, my

ś

l

ę

 i wywołuj

ę

 obrazy spoczywaj

ą

ce w gł

ę

bi czasu, obrazy powracaj

ą

ce nieustannie, 

rozja

ś

niaj

ą

ce si

ę

, uzupełniaj

ą

ce... Jestem sze

ś

cioletni

ą

 dziewuszk

ą

 o rozpuszczonych włosach, na 

czubku głowy włosy te spi

ę

te s

ą

 dwiema niebieskimi klamerkami w kształcie kokardek, ju

Ŝ

 od roku 

tatu

ś

 nie roztrzaskał z mojego powodu ani jednej szafy, jest niedzielne południe i ja spaceruj

ę

 po 

placyku, w otwartych oknach powiewaj

ą

 firanki, rozlega si

ę

 brz

ę

k sztu

ć

ców i talerzy, przeci

ą

przynosi zapach potraw, wczoraj tatu

ś

 mi kupił marynarski mundurek i parasolk

ę

, stoj

ę

 koło 

fontanny, a potem pochylam si

ę

 i patrz

ę

 na swoje odbijaj

ą

ce si

ę

 jak w lustrze włosy, na dnie l

ś

ni

ą

 

monety, kto bowiem rzuci u nas do fontanny pieni

ąŜ

ek, mo

Ŝ

e liczy

ć

 na to, 

Ŝ

e spełni si

ę

 jego 

Ŝ

yczenie, na wszelki wypadek rzuciłam do tej fontanny dwie dwudziestki 

Ŝ

ycz

ą

c sobie, 

Ŝ

ebym si

ę

 

ju

Ŝ

 nigdy wi

ę

cej nie topiła, nigdy nie uciekała z domu, 

Ŝ

ebym ju

Ŝ

 była grzeczn

ą

 dziewczynk

ą

zwłaszcza 

Ŝ

e tatu

ś

 kupił mi tak pi

ę

kny mundurek i parasolk

ę

, wspi

ę

łam si

ę

 na otaczaj

ą

cy fontann

ę

 

murek, aby lepiej zobaczy

ć

, czy mi do twarzy w tej marynarskiej bluzeczce, rozejrzałam si

ę

, nikt si

ę

 

nie zbli

Ŝ

ał, nikt nie wygl

ą

dał z okna, aby poskar

Ŝ

y

ć

 na mnie tatusiowi, wspi

ę

łam si

ę

 wi

ę

c na 

fontann

ę

, a kiedy pochyliłam si

ę

, zobaczyłam pi

ę

kn

ą

 plisowan

ą

 spódniczk

ę

 i białe podkolanówki, i 

lakierowane pantofelki, potrz

ą

sn

ę

łam włosami, a kiedy znowu popatrzyłam na swoje odbicie w 

wodzie, przechyliłam si

ę

 i wpadłam do fontanny, i woda po

Ŝ

arła mnie jak wielka ryba, która połyka 

mał

ą

 rybk

ę

, znowu szukałam dna lakierowanym pantofelkiem, ale dno było gł

ę

biej, nie byłam do

ść

 

du

Ŝ

a, by go dosi

ę

gn

ąć

, i wynurzyłam si

ę

 znowu, aby zaczerpn

ąć

 powietrza, ale bałam si

ę

 wzywa

ć

 

pomocy, bo tatu

ś

 by si

ę

 gniewał, zachłystywałam si

ę

 i znów zaczynał mnie otacza

ć

 jasny słodki 

ś

wiat, tak jakbym była pszczoł

ą

, która wpadła do miodu, widziałam, jak powoli głowa opada mi a

Ŝ

 

na dno, tu

Ŝ

 koło oka dojrzałam t

ę

 dwudziestk

ę

, któr

ą

 wrzuciłam do fontanny z 

Ŝ

yczeniem, abym si

ę

 

ju

Ŝ

 nigdy nie topiła, spódniczka wzdymała si

ę

 tak wspaniale i włosy przesłoniły mi twarz, a potem z 

wolna włosy te uroczy

ś

cie wróciły na swoje miejsce i nagle zachciało mi si

ę

 spa

ć

, i ju

Ŝ

 tylko bardzo 

powoli poruszałam nogami, znacznie wolniej ni

Ŝ

 mamusia, kiedy szyje na maszynie, i w ko

ń

cu 

zobaczyłam, jak z buzi unosz

ą

 mi si

ę

 b

ą

belki, jakbym była butelk

ą

 z wod

ą

 sodow

ą

 lub mineraln

ą

... 

a jednak znów si

ę

 nie utopiłam, widziała mnie pewna pani, pani Krasie

ń

-ska, która od dziesi

ę

ciu lat 

je

ź

dzi na wózku i miała owrzodzenie 

Ŝ

ą

dka, ona patrzyła przez okno wła

ś

nie w tej chwili, kiedy 

tam wpadłam, i przybiegł jeden jedyny fotograf, pan Pokorny, który z widelcem, no

Ŝ

em i serwetk

ą

 

pod brod

ą

 skoczył po mnie i wyci

ą

gn

ą

ł mnie, przebudziłam si

ę

 na stopniach fontanny, miałam 

wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e pada deszcz, i wzi

ę

łam parasolk

ę

 i otworzyłam j

ą

, ale 

ś

wieciło sło

ń

ce i dzwon 

wydzwaniał południe, nade mn

ą

 pochylał si

ę

 pan Pokorny i z serwetki kapała mu woda, wraz z 

któr

ą

 spłyn

ę

ło kilka farfocli kapusty, pan Pokorny groził mi na przemian widelcem i no

Ŝ

em, 

Ŝ

e je

ś

li 

obiad mu wystygnie, to on mi wtedy poka

Ŝ

e, bo grzeczne dziewczynki, je

ś

li ju

Ŝ

 chc

ą

 si

ę

 utopi

ć

, to 

robi

ą

 to w odpowiedniej porze, a nie w samo południe, kiedy na stole pachnie smakowicie młoda 

g

ą

ska, a ja patrzyłam i we wszystkich oknach stali obywatele w koszulach i kamizelkach, i wszyscy 

w jednej r

ę

ce trzymali widelec, a w drugiej nó

Ŝ

, i wszyscy spogl

ą

dali na mnie, i mieli znudzone 

miny, i dawali do zrozumienia, 

Ŝ

e najch

ę

tniej nadzialiby mnie na widelec i poder

Ŝ

n

ę

li no

Ŝ

em, a wi

ę

wstałam i wytrysn

ę

ło ze mnie tyle wody, a

Ŝ

 my

ś

lałam, 

Ŝ

e to oberwanie chmury, kłaniałam si

ę

, nie 

Ŝ

ebym chciała z nich drwi

ć

, ale 

Ŝ

e przyznaj

ę

 i wiem, i

Ŝ

 nie powinnam była tego robi

ć

, kiedy w 

niedzielne południe młoda g

ą

ska znajduje si

ę

 wła

ś

nie w brytfannie... A teraz le

Ŝę

 sobie w 

browarnianej wannie, w tej przepołowionej stuhektolitrowej beczce, kto

ś

 idzie od stodół na gór

ę

 do 

izby czeladnej, gdzie mieszka tak

Ŝ

e stryjaszek Pepi, i z tej izby czeladnej dobiega jego straszliwy 

background image

ryk: Do re mi fa soi la si do... a potem z kolei opadaj

ą

ca oktawa: Do si la soi fa mi re do, tak jak 

wypływa teraz woda z resztkami zakrzepłego mydła, kto

ś

 idzie od stodół w gór

ę

 do izby czeladnej, 

chyba to idzie ten młody mielcarz mokry od potu i z siniakiem pod jednym okiem, jakby upadł na 
lunet

ę

, siniakiem jakby odbitym pocztow

ą

 piecz

ą

tk

ą

, to na pewno on, idzie teraz wolno z koszul

ą

 

zarzucon

ą

 na ramiona i w jednej r

ę

ce niesie p

ę

kat

ą

 lamp

ę

 jak cesarz królewskie jabłko, a w drugiej 

r

ę

ce słodownicz

ą

 łopat

ę

 niczym królewskie berło, idzie na gór

ę

, odpoczywa na pode

ś

cie i 

ś

piewa t

ę

 

słodk

ą

 piosenk

ę

Ju

Ŝ

 odeszła ta miło

ść

,    

cho

ć

 jej wiele nie było, 

odeszła, odeszła daleko! 
Moja złota dziewczyno, 
i nast

ę

pne te

Ŝ

 min

ą

 

i co pó

ź

niej, co pó

ź

niej ci

ę

 czeka?       

Nie zostanie nic po niej,  
zniknie w gł

ę

bokiej toni 

pod Nymburkiem... 
Ubrałam si

ę

 szybko, zawi

ą

załam włosy r

ę

cznikiem, mocnym dmuchni

ę

ciem zgasiłam 

ś

wiec

ę

 i 

wyszłam w ciemno

ść

 z wyci

ą

gni

ę

t

ą

 dłoni

ą

, dopiero za zakr

ę

tem korytarza z gł

ę

bi stodół wyciekało 

słabe 

ś

wiatło, 

Ŝ

ółtymi liniami znaczyło kraw

ę

dzie mokrych schodów, ze stodół rozlegało si

ę

 

melodyjne delikatne uderzanie słodowni-czych łopat o wilgotn

ą

 podłog

ę

, rytmiczne syczenie 

rozrzucanego j

ę

czmienia... i znów ta piosenka jak przypływ... jak morski przypływ... 

Ju

Ŝ

 odeszła ta miło

ść

, cho

ć

 jej wiele nie było... 

Przez chwil

ę

 stałam w półmroku, potem zeszłam o kilka schodów ni

Ŝ

ej, ciepło kiełkuj

ą

cego 

j

ę

czmienia trzepn

ę

ło mnie po policzkach, dwie p

ę

kate lampy o

ś

wietlały zagony j

ę

czmienia, lampy 

naftowe na drewnianych trójnogach po

ś

ród j

ę

czmiennych pól, młody mielcarz, nagi do pasa, dreptał 

drobnymi kroczkami, nabierał na łopat

ę

 j

ę

czmie

ń

 z jednej strony i rozrzucał go po stronie drugiej 

zostawiaj

ą

c za sob

ą

 bruzd

ę

, jakby ta pracuj

ą

ca drewniana szufla była st

ę

pk

ą

 statku, która rozcina 

przed sob

ą

 fale, ale za sob

ą

 pozostawia ju

Ŝ

 zamykaj

ą

c

ą

 si

ę

 to

ń

, ten młody pi

ę

kny mielcarz przy 

ka

Ŝ

dym kroku rozrzucał łopat

ę

 złotego j

ę

czmienia i po ka

Ŝ

dej tej łopacie jego plecy coraz bardziej 

l

ś

niły od potu... 

Ju

Ŝ

 odeszła ta miło

ść

, cho

ć

 jej wiele nie było... 

M

ę

ski głos nadal rozbrzmiewał pod niskim stropem stodoły, stropem wspartym na czterech alejach 

czarnych 

Ŝ

elaznych kolumn... i oto ten młody m

ęŜ

czyzna wyprostował si

ę

 jak król J

ę

czmionek, 

siniec pod jego okiem błysn

ą

ł niczym oprawka okularów, jego tułów cały był powleczony l

ś

ni

ą

c

ą

 

rt

ę

ci

ą

 potu... a ja nadal słyszałam t

ę

 piosenk

ę

, kto

ś

 inny 

ś

piewał ten romans, kto

ś

, kto pracował o 

kilka zagonów j

ę

czmienia dalej, tam gdzie stała na drewnianym trójnogu druga p

ę

kata lampa 

naftowa... młody mielcarz otarł sobie twarz cał

ą

 dłoni

ą

 i otrz

ą

sn

ą

ł gar

ść

 potu... szłam dalej, nogi 

uginały si

ę

 pode mn

ą

, przesypywał tam j

ę

czmie

ń

 malutki człowieczek, wygl

ą

dał raczej na d

Ŝ

okeja 

na emeryturze, w kombinezonie i berecie, doko

ń

czył ju

Ŝ

 jedn

ą

 pryzm

ę

, teraz wzi

ą

ł łopat

ę

podgarn

ą

ł j

ę

czmie

ń

 na skraju, a potem znów te pospieszne mielczarskie kroczki, ten człowiek 

niemal

Ŝ

e biegł i przesypywał podgarni

ę

ty j

ę

czmie

ń

, i łopata zostawiała za sob

ą

 równiusie

ń

ko 

nakre

ś

lon

ą

 lini

ę

. Sko

ń

czywszy t

ę

 prac

ę

 i pochyliwszy si

ę

, aby niczym swój podpis odcisn

ąć

 w rogu 

skrzy

Ŝ

owane łopaty, malutki mielcarz wyprostował si

ę

 i za

ś

piewał pi

ę

knie: 

... odeszła, odeszła daleko!  
Moja złota dziewczyno, 
 i nast

ę

pne te

Ŝ

 min

ą

,  

 i co pó

ź

niej, 

 co pó

ź

niej ci

ę

 czeka...     

Był to pan Jirout, mielcarzyk, który spotkawszy mnie kłaniał si

ę

 z poczuciem winy i u

ś

miechał si

ę

 

ci

ą

gle, Fran-cin mówił o nim, 

Ŝ

e w latach młodo

ś

ci pan Jirout był artyst

ą

 cyrkowym, którego na 

odpustach wystrzeliwali z armaty, w łoskocie werbli przyprowadzano go 

Ŝ

ywego w bł

ę

kitnym 

atłasowym ubranku, kładziono na drewnianej lawecie, po czym impresario przykładał dymi

ą

cy 

ę

kitnie lont, rozlegał si

ę

 ogłuszaj

ą

cy huk i z lufy armaty wystrzelał płomie

ń

, a po nim 

Ŝ

ywy pan 

background image

Jirout z wyci

ą

gni

ę

tymi nad głow

ą

 r

ę

koma, który osi

ą

gn

ą

wszy wierzchołek krzywej balistycznej 

rozkładał r

ę

ce i spadaj

ą

c na przygotowany batut rozrzucał kolorowe ró

Ŝ

e z papieru, u

ś

miechy i 

pocałunki. Po wyl

ą

dowaniu podskakiwał, kołysał si

ę

 na batucie i kłaniał si

ę

, i przyjmował owacje na 

ka

Ŝ

dym odpu

ś

cie i na ka

Ŝ

dym jarmarku. Pewnego razu nabili panem Jiroutem armat

ę

, a kiedy go 

wystrzelili i pan Jirout osi

ą

gn

ą

ł wierzchołek krzywej balistycznej, rozło

Ŝ

ył r

ę

ce i z wolna spadał w 

dół, spostrzegł, 

Ŝ

e dawno ju

Ŝ

 min

ą

ł batut, przypomniał sobie, 

Ŝ

e i to uderzenie w lawecie było 

silniejsze ni

Ŝ

 kiedykolwiek przedtem, pan Jirout mimo to u

ś

miechał si

ę

 i rozdawał u

ś

miechy i 

kolorowe ró

Ŝ

e z papieru, i całusy, aby potem roztrzaska

ć

 si

ę

 za płotem o sag drewna. Kiedy po 

roku doprowadzono pana Jirouta do porz

ą

dku, nie chciał ju

Ŝ

 rozdawa

ć

 pocałunków i ró

Ŝ

, wycofał 

si

ę

 z 

Ŝ

ycia cyrkowego niczym niewa

Ŝ

ny banknot, a kiedy do ko

ń

ca si

ę

 wylizał, zacz

ą

ł pracowa

ć

 w 

browarze, pracuje tu ju

Ŝ

 osiem lat jako mielcarz... 

Ju

Ŝ

 odeszła ta miło

ść

,  ! cho

ć

 jej wiele nie było... 

Stryjaszek Pepi pracował ju

Ŝ

 w browarze trzy tygodnie; bednarze przyj

ę

li go mi

ę

dzy siebie i od tej 

pory było w browarze wesoło. Kiedy mogłam, brałam wiaderka na młóto i szłam przez dziedziniec 
browaru; pan piwowar spogl

ą

dał na mnie badawczo: czy ma przynie

ść

 podwójny kufel piwa; i teraz 

skin

ę

łam głow

ą

 twierdz

ą

co, i podczas gdy nabierałam z wozu młóto, bednarze zajadali drugie 

ś

niadanie, stryjaszek Pepi le

Ŝ

ał na wznak z pust

ą

 dwudziestolitrow

ą

 baryłk

ą

 na piersiach, bednarze 

p

ę

kali ze 

ś

miechu, krztusili si

ę

 k

ę

sami posmarowanych obficie pajd chleba, a stryjaszek Pepi 

ś

piewał: 

— Do re mi fa soi la si do! 

Czeladnik bednarski kl

ę

czał nad stryjem i zach

ę

cał: 

— Panie Józefie, a teraz t

ę

 oktaw

ę

 z powrotem, tak jak to 

ć

wiczyli Caruso i Marzaczek. 

A stryjaszek Pepi odkaszln

ą

l i zakwiczał straszliwie: 

— Do si la soi fa mi re do... 

Kiedy robotnicy mieli ju

Ŝ

 do

ść

 tego ryku, pomocnik bednarski poprosił: 

— A teraz, panie Józefie, prosz

ę

 za

ś

piewa

ć

 wysokie ce! 

Bednarze podnie

ś

li si

ę

, pochylili si

ę

 nad stryjaszkiem Pepi, który kwilił to wysokie ce, i bednarze 

ryczeli ze 

ś

miechu, kładli si

ę

 z grubo posmarowanymi pajdami na wznak, potem zrywali si

ę

 i 

krztusili okruchami, i opierali si

ę

 o 

ś

cian

ę

 warsztatu, i chichotali, aby nie udusi

ć

 si

ę

 ze 

ś

miechu. 

A po

ś

rodku dziedzi

ń

ca stary mielcarz pan Rzepa pra

Ŝ

ył słód na ciemne piwo, siedział na krze

ś

le i 

wprawiał w ruch czarny b

ę

ben osadzony na wale nap

ę

dowym, a pod tym b

ę

bnem płon

ą

ł 

niebie

ś

ciutko i ró

Ŝ

owo, i czerwono w

ę

giel drzewny, i stary mielcarz, siwowłosy i siwo-brody, 

jednostajnie i uroczy

ś

cie obracał t

ę

 obro

ś

ni

ę

t

ą

 sadzami kul

ę

 niczym jaki bóg ze starego mitu kul

ę

 

ziemsk

ą

A pomocnik bednarski pochylił si

ę

 nad stryjem i powiedział: 

— A teraz jeszcze, jako ostatnie 

ć

wiczenie oddechowe, niech pan, panie Józefie, za

ś

piewa wysokie 

ce, ale do wewn

ą

trz... tylko prosz

ę

 uwa

Ŝ

a

ć

, aby nie nawalił pan w gacie, czyli nie zrobił z gaci 

bukietu! 

I stryjaszek Pepi nabrał oddechu, skrzywił nos, bednarze pochylili si

ę

 nad nim, a stryj 

ś

piewał na 

wdechu to wysokie ce, taki przeci

ą

gły ton, jaki wydaje skrzypi

ą

ca furtka, nie oszcz

ę

dzaj

ą

c si

ę

 

wcale, 

ś

piewał to wysokie ce, wytrzymał minut

ę

 to 

ś

piewanie na wdechu, ale tak go to wyczerpało, 

Ŝ

e rozrzucił r

ę

ce i oddychał gł

ę

boko, i baryłka na jego piersi unosiła si

ę

 miarowo, podobnie w szkole 

muzycznej uczniowie le

Ŝą

 na dywanie na wznak, a profesor kładzie im na piersiach ksi

ąŜ

ki. 

A ja szłam z wiaderkami młota obok otwartych drzwi kotłowni, w półmroku jarzyła si

ę

 tam dolna 

półkula kotła, popielnik 

ś

wiec

ą

cy szafranow

ą

 barw

ą

 płon

ą

cego w

ę

gla na ruszcie, na rozja

ś

niony 

popielnik spadały płon

ą

ce czerwono i fioletowo w

ę

gielki i zielonobł

ę

kitny 

Ŝ

u

Ŝ

el, a tu

Ŝ

 obok w 

ciemno

ś

ci połyskiwał be

Ŝ

owo otwarty kocioł, robotnik, zwini

ę

ty jak dziecko w łonie matki, w tej 

zwini

ę

tej pozycji obtłukiwał z kotła kamie

ń

, dwie 

Ŝ

arówki o

ś

wietlały tego wygi

ę

tego w łuk robotnika, 

który pracował w pyle i jeszcze sobie przy tym 

ś

piewał, spowity drutami przewodów elektrycznych 

background image

niczym p

ę

powin

ą

. Ilekro

ć

 stoj

ą

c w sło

ń

cu ujrzałam ten o

ś

wietlony jaskrawo owal i tego robotnika 

obtłukuj

ą

cego młotkiem kamie

ń

 kawałek po kawałku, my

ś

lałam, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy przechodz

ą

cy obok musi 

przystan

ąć

 zdumiony tym obrazem w lunecie, ale nikt si

ę

 nigdy nie zatrzymywał, nikt go nie 

po

Ŝ

ałował i nie po

Ŝ

ałował sam siebie nawet ten, który przez całe dwa tygodnie obstukiwał w 

skulonej pozycji kamie

ń

; wprost przeciwnie: jeszcze sobie pod

ś

piewywał! 

Bednarze sko

ń

czyli drugie 

ś

niadanie, mistrz bednarski stał jak pasterz w

ś

ród owiec; dookoła setki 

beczek, pochylił si

ę

 nad jedn

ą

, patrzył badawczym wzrokiem, po czym wyprostował si

ę

 i z wn

ę

trza 

beczki wyci

ą

gn

ą

ł płon

ą

c

ą

 

ś

wiec

ę

 na zwini

ę

tym drucie, i znów si

ę

 pochylił nad kolejn

ą

 beczk

ą

, i 

opu

ś

cił do jej 

ś

rodka 

ś

wiec

ę

, i dociekliwym okiem przygl

ą

dał si

ę

, czy beczka mo

Ŝ

e zosta

ć

 

napełniona piwem, czy trzeba j

ą

 „osmoli

ć

”, czyli posmarowa

ć

 smoł

ą

, stryjaszek Pepi stał przy 

ogromnym piecu i dokładał do ognia antracyt i koks, rozgrzewał smoł

ę

, ten piec dudnił ju

Ŝ

 głucho i z 

krótkiego wygi

ę

tego komina buchał czerwony ogie

ń

 z bł

ę

kitn

ą

 koronk

ą

 na kraw

ę

dziach, płomienie 

przystrojone tryskaj

ą

cymi zielonymi fr

ę

dzelkami niczym płomie

ń

 aparatu spawalniczego, którym 

rozmra

Ŝ

a si

ę

 zamarzni

ę

te kolanka albo usuwa si

ę

 stary lakier. 

Furmani ładowali na wozy mokre beczki piwa, wynosili skrzynie z lodem. Pan piwowar podał mi 
garniec pomara

ń

czowego piwa, garniec cały w kroplach osiadłej pary. A ja wiedziałam, 

Ŝ

e pan 

piwowar mnie nie lubi i 

Ŝ

e dałby mi nie jeden, ale pi

ęć

 garnców piwa, a nawet wi

ę

cej, bylebym tylko 

piła je i wypiła i 

Ŝ

eby robotnicy zobaczyli, jak

ą

 to skłonn

ą

 do pija

ń

stwa 

Ŝ

on

ę

 ma pan kierownik, ale 

ja byłam młoda i młoda byłam przede wszystkim, bez wzgl

ę

du na to, co robiłam, zawsze pytałam 

tylko sam

ą

 siebie i zawsze przytakiwałam sobie, i było to moje przytakni

ę

cie, ta wskazówka mojego 

nauczyciela, który znajdował si

ę

 we mnie gdzie

ś

 koło serca, to przytakni

ę

cie natychmiast przenikało 

do krwi, i moja r

ę

ka wyci

ą

gn

ę

ła si

ę

 i piłam z ochot

ą

, z tak

ą

 ochot

ą

Ŝ

e furmani przestali układa

ć

 

beczki jedne na drugich i patrzyli na mnie. Stałam obok rampy, z dala od koni, Ede i Kar

ę

 jakby 

porozumiewały si

ę

 ze mn

ą

, ich grzywy i pot

ęŜ

ne ogony miały równie

Ŝ

 kolor złotego piwa. A stary 

Rzepa po

ś

rodku browarnianego dziedzi

ń

ca wyci

ą

gn

ą

ł wał nap

ę

dowy, ze znawstwem popatrzył na 

zawarto

ść

 pra

Ŝ

onego słodu i kiwn

ą

ł głow

ą

, poci

ą

gn

ą

ł za uchwyt i wyci

ą

gn

ą

ł t

ę

 czarn

ą

 kul

ę

 na 

mechanizmie poza płon

ą

ce w

ę

gle, odbezpieczył ostro

Ŝ

nie młoteczkiem zasuwk

ę

 i gor

ą

cy pra

Ŝ

ony 

słód zacz

ą

ł si

ę

 sypa

ć

 na czarne sito, i zapach słodu rozprzestrzeniał si

ę

 wokoło, na pewno teraz 

dotarł ju

Ŝ

 na plac i przechodnie obracaj

ą

 si

ę

 w stron

ę

 browaru, gdzie na 

ś

rodku dziedzi

ń

ca stary 

mielcarz mruczy z zadowoleniem i drewnianym czarnym pogrzebaczem miesza pra

Ŝ

ony słód. 

A stryjaszek Pepi stał przy smolarskim piecu i u

ś

miechał si

ę

 do mnie, miał skórzany fartuch, piec za 

nim huczał i rozpalony groził, 

Ŝ

e wzbije si

ę

 w powietrze niczym jaka

ś

 fantastyczna rakieta z 

powie

ś

ci Verne’a. Ten płomie

ń

, który wystrzelał nad stryjaszkiem Pepi, był tak pi

ę

kny, 

Ŝ

rozejrzałam si

ę

, ale nikt nie podziwiał tego wspaniałego widoku. I podszedł mistrz bednarski, i 

zacz

ą

ł po legarze stacza

ć

 beczki do nóg stryjaszka Pepi, a stryjaszek Pepi brał ka

Ŝ

d

ą

 beczk

ę

podrzucał j

ą

 sobie na kolano i wkładał na igł

ę

, naciskał no

Ŝ

n

ą

 d

ź

wigni

ę

 i do beczki tryskała wrz

ą

ca 

smoła, i stryjaszek Pepi podnosił beczk

ę

, i płynnym ruchem opuszczał j

ą

 na ziemi

ę

, i beczka 

odtaczała si

ę

 z wolna, a z otworu do jej napełniania wypływał bł

ę

kitniutki dym i owijał beczk

ę

 

niebieskaw

ą

 wst

ąŜ

k

ą

, tak jak rabin, kiedy okr

ę

ca sobie r

ę

ce 

ś

wi

ę

tymi rzemykami, a kiedy beczka 

zatrzymywała si

ę

 na dole, pomocnik bednarski brał j

ą

 albo kopniakiem nadawał jej kierunek i 

beczka osiadała na obracaj

ą

cym si

ę

 z wolna wale wytaczarki, jedna beczka obok drugiej, wszystkie 

beczki obracały si

ę

 teraz i niebie

ś

ciutki dym otaczał je niczym aureola unosz

ą

ca si

ę

 nad głowami 

ś

wi

ę

tych m

ęŜ

ów. Patrzyłam i jak zawsze, kiedy patrz

ę

 na prac

ę

 z ogniem, ogarniało mnie 

pragnienie, j

ę

zyk przylepił mi si

ę

 do podniebienia i zamiast 

ś

liny miałam w ustach tylko takie 

papierosowe bibułki, uniosłam garniec i przestraszyłam si

ę

, garniec niemal podskoczył do góry, 

my

ś

lałam, 

Ŝ

e jest jeszcze ci

ęŜ

ki od piwa, ale okazał si

ę

 bardzo leciutki, bo piwo ju

Ŝ

 wypiłam, pan 

piwowar przykucn

ą

ł i wzi

ą

ł ode mnie garniec, za

ś

miał si

ę

 i wszedł do komory piwnej, wiedziałam, 

Ŝ

naleje mi piwa jednym ciurkiem, 

Ŝ

e wypełni garniec a

Ŝ

 po brzegi, by

ć

 mo

Ŝ

e do połowy naleje 

wystałego piwa i dopełni ciemnym „granatem”, takie mieszane piwo to co

ś

, co wywołuje pochwalne 

mruczenie całego ciała, belgijskie wałachy smagały jasnymi jak j

ę

czmie

ń

 ogonami i r

Ŝ

ały, furman 

wyszedł z komory piwnej, niósł dwa blaszane garnce i ka

Ŝ

demu wałachowi podał jeden, wzi

ę

ły te 

blaszanki w z

ę

by, napi

ę

ły uzdy i zacz

ę

ły pi

ć

, w miar

ę

 jak piły, unosiły głowy coraz wy

Ŝ

ej, aby wlało 

si

ę

 w nie piwo a

Ŝ

 do ostatniej kropli, a kiedy wypiły do ko

ń

ca, odrzuciły garnce i r

Ŝ

ały rado

ś

nie, i 

grzebały kopytami, tak 

Ŝ

e spod podków tryskały ledwie dostrzegalne iskry, furman 

ś

miał si

ę

 i skin

ą

ł 

background image

mi głow

ą

, i ja skin

ę

łam głow

ą

, i konie skin

ę

ły łbami, pan piwowar znów przysiadł i podał mi z rampy 

pełen garniec, pow

ą

chałam pian

ę

 i skin

ę

łam głow

ą

, a stryjaszek ‘Pepi zacz

ą

ł 

ś

piewa

ć

Ach, wy lipy, aaaaach, wy liiipy... 

Pomocnik bednarski wołał: 

— Czy zdaje pan sobie spraw

ę

, panie Józefie, co to b

ę

dzie za aplauz, kiedy za

ś

piewa pan ari

ę

 

Przemysława w Teatrze Narodowym? 

A stryjaszek Pepi kiwał głow

ą

, wkładał beczki na przyrz

ą

d powlekaj

ą

cy je wrz

ą

c

ą

 smoł

ą

 i łzy kapały 

mu na skórzany fartuch. 

Pomocnik bednarski ci

ą

gn

ą

ł: 

— R

ę

cz

ę

 panu, 

Ŝ

e jak b

ę

dzie si

ę

 miała odby

ć

 ta premiera, to z samego browaru pojedzie do Pragi 

cały autobus, tylko musi si

ę

 pan uczy

ć

, szkoli

ć

 głos... Teraz panu zamiast „szczeniaczka” b

ę

dziemy 

stawia

ć

 na piersi pi

ęć

-dziesi

ę

ciolitrow

ą

 beczk

ę

... 

— Mo

Ŝ

e by

ć

 stulitrowa albo nawet dwustulitrowa, bylebym tylko osi

ą

gn

ą

ł to, co Caruso i 

Marzaczek... — krzyczał stryjaszek Pepi. 

— Ach, to ci mateczka! — powiedziałam ju

Ŝ

 do garnca, a potem naw

ą

chawszy si

ę

, z wolna 

powstrzymuj

ą

c pragnienie wlania w siebie całej zawarto

ś

ci kufla, poma-lutku i słodko łykałam ten 

jasny „le

Ŝ

ak”, to jasne wystałe piwo, zmieszane z ciemnym „granatem”, t

ę

 mateczk

ę

, jak nazywali to 

mielcarze, piłam powolutku i delikatnie, zupełnie tak samo jak w lecie przed zmierzchem tam gdzie

ś

 

za browarem, na miedzy po

ś

ród 

Ŝ

yta, kto

ś

 siaduje i słodko gra na tr

ą

bce rzewn

ą

 piosenk

ę

 ot tak, 

dla siebie tylko, z zamkni

ę

tymi oczyma i z dr

Ŝ

eniem i dygotem błyszcz

ą

cego instrumentu w 

mosi

ęŜ

nych r

ę

kach, ot tak sobie, o wieczornej porze, z głow

ą

 lekko odchylon

ą

 do tyłu, sam dla 

siebie gra t

ę

skn

ą

 piosenk

ę

Pomocnik bednarski potrz

ą

sał r

ę

k

ą

 nad głow

ą

— A wie pan, panie Józefie, kto b

ę

dzie siedział w lo

Ŝ

y? Pa

ń

ski brat i pa

ń

ska szwagierka, pan 

burmistrz Jandak, ten, co chodzi do baru kontrolowa

ć

, czy panienki maj

ą

 wedle przepisu zgrabne i 

mocne łydki... Szkoda tylko, 

Ŝ

e tej uroczystej chwili nie doczekali si

ę

 pa

ń

scy rodzice, mamusia i 

tatu

ś

! To by dopiero była rado

ść

I stryjaszek Pepi rozpłakał si

ę

, ocierał łzy fartuchem i kiwał głow

ą

, a pomocnik bednarski ci

ą

gn

ą

ł 

bezlito

ś

nie: 

— A po przedstawieniu dziewczyny rzucałyby panu, panie Józefie, kwiaty pod nogi, dziennikarze 
pytaliby: „Sk

ą

d u pana, mistrzu, ten talent?”. I co by pan, panie Józefie, im odpowiedział? 

— Ze to dar bo

Ŝ

y! — krzykn

ą

ł stryjaszek Pepi i zakrył twarz obu dło

ń

mi, i płakał, a beczki na 

wytaczarce kr

ę

ciły si

ę

 i z ka

Ŝ

dej beczki przez otwór do napełniania wyciekała nadal delikatna 

ś

lina, 

która na skutek rotacji tworzyła wokół ka

Ŝ

dej beczki spr

ęŜ

ynuj

ą

c

ą

 niebie

ś

ciutk

ą

 obr

ę

cz, fioletowy 

kr

ą

g, neonowy naszyjnik. 

Pomocnik bednarski mówił nadal uroczy

ś

cie: 

— I wtedy musiałby pan powiedzie

ć

 dziennikarzom, 

Ŝ

e głos panu ustawił austriacki kapitan von 

Mel-dik, ten, co to 

ś

piewał za młodu w wiede

ń

skiej operze, ten, co... 

Ale pomocnik bednarski nie zdołał doko

ń

czy

ć

, bo stryj rykn

ą

ł potrz

ą

saj

ą

c obu r

ę

koma nad głow

ą

— A gówno! Cesarz nie wzi

ą

łby do opery kioskarza, a je

ś

li ju

Ŝ

, to do wychodka, ale i to nie! No, 

poczekaj, Meldiku, jak b

ę

d

ę

 przechodził koło twojego kiosku, to dam ci takiego haka przez okienko. 

Pomocnik bednarski zdj

ą

ł beczk

ę

 i przytrzymał: dym ogarniał piersi bednarza i spowijał jego twarz, 

a bednarz wołał: 

— Tylko 

Ŝ

e Meldik powiedział, 

Ŝ

e jak ci

ę

 zobaczy, to b

ę

dzie miał przygotowany pieprz, i jak si

ę

 

pochylisz, to sypnie ci tym pieprzem w oczy, i powiedział jeszcze... 

— Co powiedział, co?! — wrzeszczał stryjaszek Pepi. 

background image

— Pan Meldik wybiegnie po prostu i b

ę

dzie mógł z tob

ą

 zrobi

ć

, co mu si

ę

 spodoba. I dodał, 

Ŝ

kopniakami pogoni ci

ę

 a

Ŝ

 do browaru — odwa

Ŝ

ył si

ę

 powiedzie

ć

 pomocnik bednarski. 

— Co takiego? Mnie, 

Ŝ

ołnierza austriackiego, którego chciano mianowa

ć

 podoficerem i który si

ę

 na 

to nie zgodził, mnie, który nosiłem kapitanowi szabl

ę

? To si

ę

 jeszcze oka

Ŝ

e! Bo jak ja podejd

ę

 do 

kiosku, to go od razu zrzuc

ę

 z mostu do Łaby! — krzyczał stryjek podnosz

ą

c beczk

ę

, podrzucił j

ą

 

kolanem i wkładaj

ą

c j

ą

 na igł

ę

 ma

ź

nicy nie trafił w otwór do napełniania, ale obok; stryjaszek Pepi 

nacisn

ą

ł no

Ŝ

n

ą

 d

ź

wigni

ę

, a ja odło

Ŝ

yłam garniec, postawiłam go na rampie i otarłam usta, i najpierw 

my

ś

lałam, 

Ŝ

e po tym wystałym piwie zmieszanym z ciemnym „granatem” mam widzenie: pomocnik 

bednarski i mistrz, i przechodz

ą

cy obok mechanik, i stary Rzepa, który kr

ę

cił wałem nap

ę

dowym z 

now

ą

 porcj

ą

 słodu, wszyscy zacz

ę

li ta

ń

czy

ć

, podskakiwali, chwytali si

ę

 za twarze i uderzali si

ę

 po 

nogach, 

Ŝ

e wygl

ą

dało to tak, jakby si

ę

 morawscy Słowacy pu

ś

cili w tany, ale stary Rzepa nie mógł 

si

ę

 ruszy

ć

 od korby, wi

ę

c obracał wałem, a przy tym chwytał si

ę

 za twarz i na przemian uderzał 

r

ę

k

ą

, a drug

ą

 r

ę

k

ą

 obracał czarn

ą

 kul

ę

 — b

ę

ben, w którym pra

Ŝ

ył si

ę

 słód, i dopiero teraz poci

ą

gn

ą

ł 

za korb

ę

 i odsun

ą

ł b

ę

ben poza 

Ŝ

ar zachłannego w

ę

gla drzewnego, i tak samo jak bednarze 

podskakiwał, uderzał si

ę

 w łydki, jakby gryzło go tysi

ą

ce komarów. 

Pomocnik bednarski krzyczał: 

— Niech pan zrobi co

ś

 z t

ą

 smoł

ą

, panie Józefie! 

A stryjaszek Pepi naciskał, ale ci

ą

gle obok, dopiero teraz udało mu si

ę

 nacisn

ąć

 no

Ŝ

n

ą

 d

ź

wigni

ę

 i 

dopiero teraz zobaczyłam, jak tryskaj

ą

ce z igły na wszystkie strony drobniutkie kropelki gor

ą

cej 

smoły zwi

ę

dły i wszystkie cieniutkie bursztynowe gał

ą

zki, po których rozpryskiwały si

ę

 te kropelki 

drobne jak kasza, jak złoty ry

Ŝ

, jak dokuczliwe owady, wszystkie te witki opadły naraz w proch i pył 

browarnianego dziedzi

ń

ca i bednarze odlepiali sobie z twarzy i wierzchu dłoni zasychaj

ą

ce drobiny 

Ŝ

ywicy, i gniewnie spogl

ą

dali na stryjaszka Pepi, który stał obok tego ogromnego pieca, gdzie 

ci

ą

gle huczał i buchał, i trzeszczał w wygi

ę

tym kominie gruby i krótki ogie

ń

. Stryjaszek Pepi 

poruszał poparzonymi palcami i wpatrywał si

ę

 w ziemi

ę

.  

Mistrz bednarski powiedział: 

— A wi

ę

c, chłopcy, do roboty, 

Ŝ

eby pan Józef mógł wkrótce pój

ść

 na dziewczynki. 

Ta moda zacz

ę

ła si

ę

 w hotelu „Na Ksi

ąŜę

cym”. 

ś

ołnierze przynie

ś

li jakie

ś

 aparaty, dyrektorzy szkół 

ju

Ŝ

 o godzinie szóstej rano zgromadzili młodzie

Ŝ

 szkoln

ą

, przył

ą

czyły si

ę

 te

Ŝ

 wszystkie korporacje i 

w miar

ę

 jak płyn

ą

ł czas, do wielkiej sali garn

ę

ły si

ę

 tłumy gapiów, 

Ŝ

ołnierze ka

Ŝ

demu obywatelowi 

zakładali na ucho tak

ą

 słuchawk

ę

 jak przy telefonie i w tej słuchawce rozległy si

ę

 trzaski, a potem 

odezwała si

ę

 orkiestra d

ę

ta wygrywaj

ą

ca nieustannie „Kolinie, Kolinie...”, ale muzyka ta wcale nie 

była pi

ę

kna, jakby j

ą

 nagrano na dawno ju

Ŝ

 zdartej płycie, jednak

Ŝ

e ta orkiestra grała w Pradze i 

melodia płyn

ą

c przez powietrze — bez drutów — niczym nitka nawlekała si

ę

 w uszko słuchawki a

Ŝ

 

tu, w naszym miasteczku. I ka

Ŝ

dy, kto to usłyszał, wychodził tylnym wej

ś

ciem i był absolutnie 

oszołomiony tym słyszeniem, tym, 

Ŝ

e nie ma drutu, który by przenosił t

ę

 koli

ń

sk

ą

 kapel

ę

 pana 

dyrygenta Kmocha, i ka

Ŝ

dy tak kroczył wzdłu

Ŝ

 kolejki obywateli, kolejki, która ci

ą

gn

ę

ła si

ę

 przez 

cały plac a

Ŝ

 do głównej ulicy i dalej do piekarni pana Swobody, a kto jeszcze tego radia nie słyszał, 

ten widz

ą

c, z jakim błogim i zdumionym wyrazem twarzy wychodz

ą

 ci, którym dane ju

Ŝ

 było 

zaznajomi

ć

 si

ę

 z rewolucyjnym wynalazkiem, cieszył si

ę

 wraz ze wszystkimi coraz bardziej, w miar

ę

 

jak zbli

Ŝ

ał si

ę

 w tłumie, który wchodził do hotelu „Na Ksi

ąŜę

cym”. 

Pan Kni

Ŝ

ek, wła

ś

ciciel sklepu z galanteri

ą

, który lubił przemawia

ć

, natychmiast polecił 

ekspedientce, aby przyniosła drabin

ę

, wspi

ą

ł si

ę

 na ni

ą

 i wyja

ś

niał współobywatelom: 

— Dobrzy ludzie, to, co za chwil

ę

 usłyszycie, to wynalazek, o który walczy

ć

 b

ę

dzie nasza partia 

przemy

ś

le-wo-rzemie

ś

lnicza, aby w ka

Ŝ

dym domu, w ka

Ŝ

dej rodzinie za rok lub dwa lata znalazł si

ę

 

taki aparat, i to za mo

Ŝ

liwie nisk

ą

 cen

ę

, aby ka

Ŝ

dy mógł w domu słucha

ć

 nie tylko muzyki, ale i 

wiadomo

ś

ci. Nie chc

ę

 wybiega

ć

 w przyszlo

ść

, jednak

Ŝ

e wynalazek ten mo

Ŝ

e sprawi

ć

Ŝ

e b

ę

dziemy 

słucha

ć

 wiadomo

ś

ci nie tylko z Pragi, lecz by

ć

 mo

Ŝ

e i z Berna na Morawach, muzyki by

ć

 mo

Ŝ

nawet z Pilzna, a gdybym był nieskromny, powiedziałbym, 

Ŝ

e muzyki i wiadomo

ś

ci z Wiednia! — 

wołał pan Kni

Ŝ

ek z drabiny. 

background image

A obok tej drabiny przechodził ze swoim wózkiem i pomocnikiem pan Zalaba, który rozwoził po 
mie

ś

cie w

ę

giel i drewno, i jak usłyszał pana Kni

Ŝ

ka, musiał wraz z pomocnikiem przechyli

ć

 wózek i 

pan Zalaba wybiegł po szprychach na szczyt wózka, i zagrzmiał wskazuj

ą

c pana Kni

Ŝ

ka: 

— Spójrzcie no na niego, na tego mieszczucha! My

ś

li tylko o swojej sklepikarskiej wadze! 

Obywatele, ten oto wynalazek zdolny jest doprowadzi

ć

 do porozumienia nie tylko pomi

ę

dzy 

miastami, ale i pomi

ę

dzy narodami, my witamy radio jako sojusznika całej ludzko

ś

ci! Porozumienie 

mi

ę

dzy lud

ź

mi wszystkich kontynentów, wszystkich ras, wszystkich narodów! — wołał pan Zalaba 

trzymaj

ą

c r

ę

k

ę

 w górze, a jego pomocnik stał na dyszlu wózka, kiedy jednak spostrzegł na chodniku 

rzucony przez kogo

ś

 niedopałek, nie wytrzymał i podbiegł, aby go podnie

ść

, oczywi

ś

cie wózek 

przechylił si

ę

 i pan Zalaba spadł na bruk, ledwie udało mi si

ę

 odskoczy

ć

I natychmiast jak tylko usłyszałam w słuchawce t

ę

 skrócon

ą

 odległo

ść

 mi

ę

dzy orkiestr

ą

 d

ę

t

ą

 w 

Pradze a swoim uchem w hotelu „Na Ksi

ąŜę

cym”, pop

ę

dziłam na rowerze do domu, zdj

ę

łam 

spódnic

ę

, poło

Ŝ

yłam j

ą

 na stole, wzi

ę

łam no

Ŝ

yczki i w tym miejscu, gdzie w spódniczce s

ą

 kolana, 

odci

ę

łam pas materiału, tyle tego sukna zostało, 

Ŝ

e powiedziałam sobie, 

Ŝ

e moja krawcowa uszyje 

mi z tego kawałka bolerko, i bez zwłoki wzi

ę

łam igł

ę

 i sfastrygowałam dół spódnicy, i niemal jak w 

gor

ą

czce wło

Ŝ

yłam j

ą

, i od razu weszłam w lustro, i tam to zobaczyłam! To skrócenie odmłodziło 

mnie o dziesi

ęć

 lat, okr

ę

ciłam si

ę

 i wiedziałam od razu, 

Ŝ

e podwi

ą

zki musz

ą

 by

ć

 znacznie wy

Ŝ

ej, i 

wiedziałam ju

Ŝ

 z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

Ŝ

e dopiero teraz moje nogi s

ą

 pi

ę

kne, 

Ŝ

e te cudowne cienie w 

ś

ci

ę

gnach pod kolanami, te br

ą

zowe 

ś

lady palca bo

Ŝ

ego b

ę

d

ą

 zdolne wywoła

ć

 wielkie zdziwienie i 

wielki zachwyt, ale tak

Ŝ

e wielkie oburzenie obywateli, a przede wszystkim Francina, który — kiedy 

mnie tak zobaczy — zaczerwieni si

ę

 po korzonki włosów i o

ś

wiadczy, 

Ŝ

e przyzwoita kobieta takich 

spódnic nie nosi. I wybiegłam na dziedziniec, wskoczyłam na rower i wyjechałam z browaru w 
stron

ę

 kapliczki, taki przyjemny powiew chłodził mi kolana, si

ę

gał podwi

ą

zek, pedałowało mi si

ę

 

znacznie swobodniej w tej obci

ę

tej spódnicy, przeszkadzało mi tylko to, 

Ŝ

e musiałam prowadzi

ć

 

jedn

ą

 r

ę

k

ą

, bo t

ą

 drug

ą

 trzeba było ci

ą

gle obci

ą

ga

ć

 spódnic

ę

, która podnosiła si

ę

 przy ka

Ŝ

dym 

ruchu kolan, z drogi od Horzatwi wyjechał teraz pan Kropaczek na indianie, pan Kropaczek jak 
zawsze siedział w przyczepie i prowadził motocykl jedn

ą

 nog

ą

 poło

Ŝ

on

ą

 na kierownicy, jedn

ą

 za

ś

 

r

ę

k

ą

 operował manetk

ą

 gazu na ko

ń

cu kierownicy, lubiłam na to patrze

ć

: ruszał z browaru, a jak 

tylko wyjechał, przełaził natychmiast z siedzenia do przyczepy, wyci

ą

gał nog

ę

 jak z wanny i tak 

wygodnie jechał do domu, tak wi

ę

c pan Kropaczek, zapatrzywszy si

ę

 na zakr

ę

cie w moje nagie 

kolana, nie zdołał wyprowadzi

ć

 pojazdu i wpadł do młodego sadu czere

ś

niowego, a ja dostrzegłam 

w tym dobr

ą

 wró

Ŝ

b

ę

 ł p

ę

dziłam przez most, i zwolniłam dopiero koło hotelu „Na Ksi

ąŜę

cym”, z 

wolna przeje

Ŝ

d

Ŝ

ałam obok tej kolejki czekaj

ą

cej na wynalazek, o którym pan kierownik szkoły 

Kupka o

ś

wiadczył: 

‘ :,’ 

— No, nie wiem, nie wiem, ale wydaje mi si

ę

Ŝ

e ten aparat nie przyniesie ludziom szcz

ęś

cia. 

A wszyscy ludzie jakby przestali cieszy

ć

 si

ę

 na my

ś

l o tym, co czeka ich w hotelu „Ns Ksi

ąŜę

cym”, i 

skupili uwag

ę

 na moich kolanach, na tej mojej skróconej spódnicy, wszyscy przestali wpatrywa

ć

 si

ę

 

w wej

ś

cie do hotelu i obracali si

ę

 za mn

ą

, pan kierownik Kupka wskazał mnie parasolem i 

powiedział do ksi

ę

dza dziekana: 

— I oto widzi ksi

ą

dz proboszcz pierwsze skutki! Jednak

Ŝ

e ksi

ą

dz dziekan ukłonił mi si

ę

 i powiedział: 

— Pełne kobiece kolano to drugie imi

ę

 Ducha 

Ś

wi

ę

tego! 

Zatrzymałam si

ę

 przed cukierni

ą

, zanim postawiłam buciczek na bruku, uniosłam włosy, aby nie 

dostały mi si

ę

 w szprychy, oparłam rower o mur i id

ą

c trotuarem miałam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e mam na sobie 

tylko kostium k

ą

pielowy. 

W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedn

ą

 od razu 

wzi

ę

łam do r

ę

ki, pochyliłam si

ę

 do przodu, aby francuskie ciasto nie spadało mi na bluzeczk

ę

, i jak 

tylko wło

Ŝ

yłam rurk

ę

 z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, 

Ŝ

e przyzwoita kobieta 

tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil u

ś

miechał si

ę

 ostro

Ŝ

nie, bo nie miał z

ę

bów, stałam na tle 

wystawy, aby kobiety z gł

ę

bi ciemnego sklepu widziały moj

ą

 sylwetk

ę

, a pan Nawratil podał mi 

paczuszk

ę

 przewi

ą

zan

ą

 niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i 

zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymuj

ą

c włosy, biegł kawałek ze mn

ą

, dopóki włosów nie uniósł 

pr

ą

d powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedn

ą

 r

ę

k

ą

 kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam 

background image

t

ę

 słodk

ą

 paczuszk

ę

, włosy 2a mn

ą

 unosiły si

ę

, tak jak unosz

ą

 si

ę

 te pi

ę

kne mosi

ęŜ

ne kule 

regulatora lo-komobili parowej, kiedy zwi

ę

ksza obroty. Pozornie pa-tczyłam na 

ś

rodek drogi, ale po 

obu stronach wi-działam na chodnikach wszystkie rodzaje oczu, i te oczy pełne podziwu, i te 
spojrzenia tryskaj

ą

ce nienawi

ś

ci

ą

, utkwione w moich nagich kolanach unosz

ą

cych si

ę

 na przemian 

jak przeguby wałów mimo

ś

rodowych... 

A kiedy przyjechałam do browaru, od razu skierowałam si

ę

 a

Ŝ

 do chlewów, wybiegł mi naprzeciw 

Mucek, ten dobry piesek, merdał długim ogonkiem, a kiedy pochyliłam si

ę

 nad nim, lizał mi dło

ń

 i 

przymykał oczy; weszłam do drewutni i przyniosłam siekierk

ę

, rozpakowałam paczuszk

ę

 i 

pocz

ę

stowałam Mucka rurk

ą

 z kremem, a on najpierw nie wierzył, ale kiedy wybuchn

ę

łam 

ś

miechem, zacz

ą

ł je

ść

 t

ę

 rurk

ę

 z kremem, ja za

ś

 zastanawiałam si

ę

 w duchu, o ile powinnam 

Muckowi skróci

ć

 ogon, i postawiłam za Muckiem pieniek, i uj

ę

łam ogon Mucka, i poło

Ŝ

yłam go na 

pie

ń

ku, ale Mucek obrócił si

ę

, a wi

ę

c pogłaskałam go i pocz

ę

stowałam jeszcze jedn

ą

 rurk

ą

 z 

kremem, Mucek, z pyskiem umorusanym bit

ą

 

ś

mietan

ą

, polizał mi r

ę

k

ę

 wraz z drzewcem siekierki i 

zacz

ą

ł zajada

ć

 drug

ą

 rurk

ę

 z kremem, a ja poprawiłam ogon Mucka na pie

ń

ku i za jednym 

zamachem odci

ę

łam t

ę

 dłu

Ŝ

sz

ą

 cz

ęść

, Mucek zachłysn

ą

ł si

ę

, pół rurki z kremem miał ju

Ŝ

 w sobie, 

ale ten ból w ogonie był wida

ć

 tak wielki, 

Ŝ

e Mucek zacz

ą

ł wy

ć

 i kr

ę

ci

ć

 si

ę

 wokoło i pyskiem pełnym 

słodkiej piany chwytał si

ę

 za kikut ogonka, z którego ciekła krew, Mucek my

ś

lał, 

Ŝ

e zrobił mu to kto

ś

 

inny, nie ja, i na przemian lizał moj

ą

 r

ę

k

ę

 i t

ę

 swoj

ą

 resztk

ę

 ogona, głaskałam go i pocieszałam: 

— To nie potrwa długo, Mucusiu, ale b

ę

dzie za to z ciebie pi

ę

kni

ś

 nie lada... To sprawa mody, musi 

tak by

ć

, spójrz tylko! ,  ::- , 

Wyprostowałam si

ę

 i pokazałam, 

Ŝ

e i ja mam skrócon

ą

 spódniczk

ę

, ale Mucek zacz

ą

ł straszliwie 

lamentowa

ć

, a ja wiedziałam, 

Ŝ

e uci

ę

łam mu tego ogonka za mało, 

Ŝ

e powinnam była uci

ąć

 jeszcze 

kawałeczek, Mucek jednak nie chciał ju

Ŝ

 nawet o tym skracaniu słysze

ć

, przytrzymałam mu ogonek 

na pie

ń

ku, obiecywałam mu wszystkie rurki z kremem i 

Ŝ

e kupi

ę

 mu tych rurek z kremem jeszcze 

wi

ę

cej, Mucek jednak wyrwał mi si

ę

, chwycił w pyszczek ten uci

ę

ty szcz

ą

tek ogona i pobiegł z nim 

w stron

ę

 biura, a kiedy furmani wychodzili, w

ś

lizn

ą

ł si

ę

 do kancelarii. 

I za chwil

ę

 wybiegł z biura Francin, w jednej r

ę

ce trzymał pióro ze stalówk

ą

 redis numer trzy, a w 

drugiej resztk

ę

 ogona, Mucek za

ś

 stał na ostatnim stopniu i szczekał w kierunku chlewów i 

drewutni, sk

ą

d prowadziłam rower, a kiedy dojechałam przed biuro, do browaru wjechał pan doktor 

Gruntorad. Ogier pana prezesa miał ju

Ŝ

 ogon przystrzy

Ŝ

ony i przystrzy

Ŝ

on

ą

 grzyw

ę

, pan doktor 

zeskoczył z kozła, rzucił lejce stangretowi i wpatruj

ą

c si

ę

 w moj

ą

 spódnic

ę

 o

ś

wiadczył: 

— Wszystko si

ę

 b

ę

dzie skraca

ć

 i na razie ko

ń

ca tego nie wida

ć

. Tak, panie kierowniku, b

ę

dziemy 

skraca

ć

 czas pracy, od przyszłego miesi

ą

ca sobota skróci si

ę

 o połow

ę

, tak 

Ŝ

e pracowa

ć

 si

ę

 b

ę

dzie 

do godziny dwunastej. Odległo

ś

ci pomi

ę

dzy szynkarzami skrócimy w ten sposób, 

Ŝ

e b

ę

dziemy do 

nich je

ź

dzili. Tego pa

ń

skiego oriona sprzedamy i kupimy automobil, który skróci czas i dzi

ę

ki temu 

stworzy warunki wi

ę

kszego zbytu piwa. Iwanie! — krzykn

ą

ł pan doktor Gruntorad na stangreta. — 

Prosz

ę

 mi poda

ć

 moj

ą

 walizeczk

ę

! Przyło

Ŝ

ymy pieskowi plaster i powstrzymamy krwawienie. 

Tego popołudnia Francin pojechał na orionie do Pragi. Skorzystałam z tego i po pracy wst

ą

piłam do 

izby cze-ladnej, aby odwiedzi

ć

 stryjaszka Pepi. Pod pal

ą

c

ą

 si

ę

 

Ŝ

arówk

ą

 stryjaszek Pepi podnosił 

r

ę

k

ę

 na ogromnego miel-carza, który kl

ę

czał na kolanach i kl

ę

cz

ą

c był akurat tak wysoki jak stoj

ą

cy 

stryjaszek Pepi, stryj jednak miał gro

ź

n

ą

 min

ę

 i ryczał: 

— A. je

ś

li nie zdołam si

ę

 opanowa

ć

? A je

ś

li przyr

Ŝ

n

ę

 panu jeszcze jednego ostrawskiego? 

A ogromny mielcarz składał r

ę

ce i błagał: 

— Panie Józefie, niech pan nie robi z mojej 

Ŝ

ony wdowy, niech pan nie robi sierot z moich dzieci! 

I mielcarze stoj

ą

cy kr

ę

giem 

ś

miali si

ę

 cichutko, ci, co nie mogli wytrzyma

ć

, wybiegali na korytarz i 

tam stoj

ą

c z czołami przy 

ś

cianie tłukli pi

ęś

ciami w tynk i dusili si

ę

 ze 

ś

miechu. I wyparskawszy si

ę

wbiegali z powrotem do izby czeladnej. 

Stryjaszek Pepi stał na szeroko rozstawionych nogach pod 

Ŝ

arówk

ą

 i krzyczał: 

— No to teraz spróbujemy si

ę

! I rzucił si

ę

 na pot

ęŜ

nego mielcarza, który poddał si

ę

, i stryjaszek 

Pepi zastosował chwyt nelsona, po czym usiłował poło

Ŝ

y

ć

 mielcarza na łopatki, ale mielcarz napi

ą

ł 

background image

mi

ęś

nie i powalił stryja, i przygniótł go swoim ciałem, i wszyscy wokoło krzyczeli i klaskali, ale 

stryjaszek Pepi chwycił mielcarza za szyj

ę

 i ten mielcarz dał si

ę

 niemal poło

Ŝ

y

ć

 na łopatki, w 

ostatniej jednak chwili ukl

ą

kł i stryj zało

Ŝ

ył mu podwójnego nelsona, i mielcarz wyprostował si

ę

, i 

chodził ze stryjem po izbie, nosił stryjaszka niczym dzieci

ą

tko, stryjaszek Pepi jednak krzyczał 

zachwycony: 

— I odnios

ę

 wspaniałe zwyci

ę

stwo jak Fryszte

ń

ski! 

Po czym mielcarz ponownie ukl

ą

kł i wywin

ą

ł wraz ze stryjem koziołka, teraz dopiero zauwa

Ŝ

yłam, 

Ŝ

e obaj zapa

ś

nicy maj

ą

 na sobie białe kalesony, długie a

Ŝ

 po kostki i w kostkach zawi

ą

zane na 

troczki. Fikn

ą

wszy koziołka ogromny słodownik przygniótł stryjaszka Pepi, le

Ŝ

ał mu na głowie, lecz 

stryj i tak krzyczał: 

— Prosz

ę

 si

ę

 podda

ć

! Nie ma pan szans! Trzymam pana mocno! 

Ale ogromny mielcarz wyprostował si

ę

, chwycił stryjaszka Pepi za kostki i za kark, zakr

ę

cił nim, po 

czym upadł wraz z nim, mimo to stryjaszek Pepi ryczał: 

— Alem panem rzucił, jak Fryszte

ń

ski Murzynem! 

A potem mielcarz osłabł i stryjaszek Pepi wzi

ą

ł go za ramiona, i mielcarz nie mógł ju

Ŝ

 dłu

Ŝ

ej 

powstrzymywa

ć

 

ś

miechu, i 

ś

miał si

ę

, i łzy mu ciekły, stryj za

ś

 kładł go na łopatki, a pan piwowar 

ukl

ą

kł i oznajmił: 

— I znów pan zwyci

ęŜ

ył, panie Józefie! Zapa

ś

nicy wstali, stryj kłaniał si

ę

 i u

ś

miechał, kłaniał si

ę

 

tłumom, które tylko on sam widział wokół siebie. 

— Jutro odb

ę

dzie si

ę

 pojedynek rewan

Ŝ

owy — powiedział pan piwowar i ukrył twarz w garncu. 

— Stryjciu Józefku — powiedziałam — chod

ź

 na chwil

ę

 do nas i we

ź

 ze sob

ą

 pił

ę

, dobrze? 

A stryjaszek Pepi oddychał ci

ęŜ

ko i kiwał głow

ą

, po czym odrzucił koc ze swojej pryczy, cał

ą

 swoj

ą

 

bielizn

ę

 i wszystkie ubrania miał w nogach, teraz odsun

ą

ł poduszk

ę

, przetłuszczon

ą

 w miejscu, 

gdzie spoczywała głowa, a pod t

ą

 poduszk

ą

 miał najrozmaitsze pudełeczka i szpulki nici, i mnóstwo 

innych dziwnych i niepotrzebnych drobiazgów, tam stryj znalazł klucz, otworzył szaf

ę

 i wyci

ą

gn

ą

ł z 

niej papierow

ą

 torb

ę

, na której było napisane: Alojzy Szyszler, kapelusznik i ku

ś

nierz, i z tej torebki 

wyj

ą

ł pi

ę

kn

ą

 biał

ą

 czapk

ę

 marynarsk

ą

 ze złotymi sznurami i złoto wyszytym emblematem: Yiribus 

Unitis. 

— Uszył mi j

ą

 ojczulek Szyszler. Komu innemu by takiej nie uszył, a mnie uszył! 

Powiedziawszy to wło

Ŝ

ył na głow

ę

 t

ę

 pi

ę

kn

ą

 biał

ą

 czapk

ę

 marynarsk

ą

 i tak stał w gaciach na tle 

rozbebe-szonego łó

Ŝ

ka ze skopan

ą

 bielizn

ą

 i ubraniami w nogach, a w głowach — ze skrzynk

ą

 

dziwnych niepotrzebnych rzeczy. 

— Stryjciu Józefku — powiedziałam — masz takie pi

ę

kne łó

Ŝ

ko, uszyj

ę

 ci na nie bielizn

ę

 

po

ś

cielow

ą

, dobrze? 

— Jak chcesz — odrzekł stryjaszek i zacz

ą

ł si

ę

 szybko ubiera

ć

A mielcarze stali i siedzieli, wpatrywali si

ę

 w podłog

ę

 i nie umieli mi nic powiedzie

ć

, wydawało si

ę

 

nawet, 

Ŝ

Ŝ

ałowali, 

Ŝ

e zjawiłam si

ę

 w połowie tej zabawy ze stryja-szkiem Pepi, 

Ŝ

e to była ich 

zabawa i 

Ŝ

e nie ma w niej dla mnie miejsca, 

Ŝ

e mi

ę

dzy mn

ą

 a nimi jest ró

Ŝ

nica jak mi

ę

dzy t

ą

 izb

ą

 

czeladn

ą

, gdzie ich 

ś

pi o

ś

miu na kupie, a moimi trzema pokojami z kuchni

ą

, gdzie 

ś

pimy ja i 

Francin, kierownik browaru, który mo

Ŝ

e zostanie nawet dyrektorem, podczas gdy oni b

ę

d

ą

 zawsze 

tylko mielcarzami, a

Ŝ

 do emerytury, a

Ŝ

 do 

ś

mierci. Stryjaszek Pepi zamkn

ą

ł szaf

ę

 i rozpływał si

ę

 ze 

szcz

ęś

cia nad t

ą

 czapk

ą

, jak

ą

 nosi tylko kapitan marynarki albo pierwszy oficer. 

— Dobranoc panom — powiedziałam i wyszłam z izby czeladnej. 

Nim przebrn

ę

li

ś

my przez wichur

ę

 na rogu słodowni, 

Ŝ

arówki na rogach browaru i chlewów zacz

ę

ły 

słabn

ąć

, jakby ten przeci

ą

g wywiał z nich pr

ą

d elektryczny. Czapka stryjka błyszczała jak mleczny 

klosz lampy naftowej i stryj musiał obur

ą

cz mocno t

ę

 czapk

ę

 trzyma

ć

, aby mu jej to wichrzenie nie 

wyrwało. W/dawało mi si

ę

 nawet, 

Ŝ

e stryjaszek Pepi ju

Ŝ

, ju

Ŝ

 zaczyna si

ę

 unosi

ć

 w powietrze jak 

background image

kiedy

ś

 mój k

ą

pielowy r

ę

cznik frotte... i wiedziałam niechybnie, 

Ŝ

e stryj by si

ę

 swojej czapki nie 

wyrzekł, 

Ŝ

e raczej odleciałby z ni

ą

 zygzakiem w gór

ę

, w mrok, ku browarnianym kominom i 

obracaj

ą

cym si

ę

 chor

ą

giewkom. A kiedy zapaliłam lampy, a stryjcio przyniósł od mistrza 

bednarskiego pił

ę

, kładłam na ziemi

ę

 krzesła i skracali

ś

my ze stryjaszkiem nogi krzesłom, nie o 

wiele, ale o dziesi

ęć

 centymetrów, które za ka

Ŝ

dym razem odmierzałam krawieckim metrem. Kiedy 

poło

Ŝ

yli

ś

my stół na boku, stryjaszek Pepi powiedział: 

— Wiesz co, szwagierko? Co b

ę

dziemy tu ci

ą

gle z tym metrem? Odetniemy jedn

ą

 nog

ę

, a potem 

ten odci

ę

ty klocek b

ę

dziemy przykłada

ć

 po kolei do nast

ę

pnych nóg i tak b

ę

dziemy r

Ŝ

n

ąć

, a nie 

mierzy

ć

Roze

ś

miałam si

ę

 
— Ty, stryjaszku Pepi, ty

ś

 powinien pracowa

ć

 w policji, taki jeste

ś

 sprytny! 

Ale stryjaszek Pepi zacz

ą

ł krzycze

ć

— Ach, daj

Ŝ

e spokój z policj

ą

! Stryj Adolf słu

Ŝ

ył u nich ni mniej, ni wi

ę

cej tylko miesi

ą

c, od razu 

zabrali go w po

ś

cig za takim jednym draniem... otoczyli zabudowania, a kiedy weszli do kuchni, 

zastali tam tylko bab

ę

... zwierzchnik detektywów pyta: „A gdzie wasz stary?”. A ona powiedziała, 

Ŝ

poszedł pnie karczowa

ć

... a ten główny detektyw kopn

ą

ł w drzwi do pokoju i zobaczył przez otwarte 

okno, jak ten dra

ń

 biegnie zboczem, rozkazał wi

ę

c: „Naprzód!”. Adolf pierwszy wyskoczył przez 

okno i wpadł a

Ŝ

 po szyj

ę

 w gnojówk

ę

, ale wygrzebał si

ę

 z niej i z rewolwerem pomkn

ą

ł do lasu, tam 

tego drania otoczyli, ale on tak

Ŝ

e miał bro

ń

, wi

ę

c namawiali go, 

Ŝ

eby rzucił rewolwer, ten za

ś

 dra

ń

 z 

kolei mówił, 

Ŝ

e jak zrobi

ą

 cho

ć

by jeden krok, to zastrzeli si

ę

 na ich oczach, no i główny detektyw 

przez cał

ą

 godzin

ę

 przekonywał tego drania, 

Ŝ

e uznaj

ą

 to za okoliczno

ść

 łagodz

ą

c

ą

 i 

Ŝ

e on sam 

zapewnia go, 

Ŝ

e nie dostanie wi

ę

cej ni

Ŝ

 pół roku, i w ko

ń

cu ten dra

ń

 bro

ń

 rzucił, i główny detektyw z 

dum

ą

 zało

Ŝ

ył mu kajdanki, i zaprowadzili go do autobusu, Adolf tak

Ŝ

e chciał wsi

ąść

 do policyjnego 

auta, ale powiedzieli mu, 

Ŝ

e tak z tej gnojówki nie mo

Ŝ

na, wi

ę

c szedł piechot

ą

 a

Ŝ

 do rogatek 

Ostrawy, ale tam wyrzucili go z tramwaju, musiał wi

ę

c i

ść

 pieszo do samego domu, ale w domu 

gospodyni nie chciała mu wypra

ć

 tego ubrania, wobec tego musiał je odnie

ść

 do pralni, tam dano 

mu kwitek, a kiedy po dwóch tygodniach przyszedł po to ubranie, a było tam sporo ludzi i wiele 
znajomych panienek, i kiedy przyszła na niego kolej, to kierowniczka wzi

ę

ła od Adolfa kwitek, i 

kiedy wróciła, była czerwona i rzuciła Adolfowi ten tłumoczek z powrotem i krzykn

ę

ła: „Skoro si

ę

 

pan obesrał, to niech pan sam sobie to wypierze”. I stryj Adolf ze wstydem wrócił do domu... 

Stryjcio opowiadał, ja u

ś

miechałam si

ę

 i r

Ŝ

n

ę

li

ś

my według przepisu stryjaszka Pepi nogi od stołu, 

skracali

ś

my je o dziesi

ęć

 centymetrów, a stryjaszek Pepi opowiadał: 

 

— Bo ten Adolf to w ogóle miał pecha, raz szedł koło gospody, a tam bawili si

ę

 pijani denty

ś

ci, 

którzy zaprosili Adolfa na jednego, a kiedy napił si

ę

 z nimi i cieszył si

ę

Ŝ

e ludzie znów go lubi

ą

, ni 

st

ą

d, ni zow

ą

d jeden z dentystów z pija

ń

stwa wyrwał drugiemu denty

ś

cie przednie z

ę

by, a 

Ŝ

e Adolf 

tak

Ŝ

e był zalany, to ten, któremu wyrwali przednie z

ę

by, wyrwał Adolfowi wszystkie tylne z

ę

by... i 

tak Adolf miał ogromne szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e w tej gospodzie spili si

ę

 wówczas denty

ś

ci, a nie konowały...  

— To by musiało cholernie bole

ć

 — powiedziałam i przyło

Ŝ

yłam odci

ę

ty klocek do ostatniej nogi i 

r

Ŝ

n

ę

li

ś

my wesoło dalej, a stryjaszek Pepi mówił: 

— Ale potem wzi

ę

to Adolfa na 

ć

wiczenia wojskowe i słu

Ŝ

ył a

Ŝ

 gdzie

ś

 w Turcza

ń

skim 

Ś

wi

ę

tym 

Marcinie, a tam, jako 

Ŝ

e stryjcio Adolf był z zawodu maszynist

ą

, dano mu walec parowy, a taki 

jeden, tuz, plutonowy, wyczytał z gazety wojskowej w dziale ogłosze

ń

Ŝ

e w Chebie maj

ą

 walcowa

ć

 

drog

ę

 przed koszarami, dał wi

ę

c Adolfowi rozkaz i diety i stryjcio Adolf kieruj

ą

c si

ę

 map

ą

 wyruszył 

na tym walcu parowym do Chebu, a było to na wiosn

ę

 i Adolf przez sam

ą

 tylko Słowacj

ę

 jechał całe 

lato, jesieni

ą

 przekroczył granice Moraw, a im dalej, tym jechał wolniej, bo na niedziel

ę

 wybierał si

ę

 

do domu, a skoro ju

Ŝ

 tak przez cał

ą

 jesie

ń

 jechał przez Morawy, to po kryjomu udał si

ę

 po 

wskazówki do koszar w Turcza

ń

skim 

Ś

wi

ę

tym Marcinie, ale tam mu powiedziano, 

Ŝ

e ten plutonowy 

si

ę

 powiesił, bo znalazł na placu armat

ę

 i nikt nie wiedział, kto j

ą

 tam postawił, wi

ę

c zamkni

ę

to j

ą

 w 

magazynie, gdzie okazało si

ę

Ŝ

e to armata nadprogramowa, musiał wi

ę

c Adolf jecha

ć

 tym walcem 

parowym w poprzek Czechosłowacji, ju

Ŝ

 na wiosn

ę

 dojechał do Pilzna, a 

Ŝ

e nie miał w

ę

gla, musiał 

pali

ć

 drewnem, które wy

Ŝ

ebrał, ale spalił te

Ŝ

 wielu ludziom płoty, a to wtedy, kiedy było daleko do 

background image

lasu, i miał w ko

ń

cu stryjaszek Adolf ogromne spó

ź

nienie, jako 

Ŝ

e wła

ś

ciwie jechał tym walcem 

parowym tylko przez jeden dzie

ń

 w tygodniu, bo trzy dni mu zabierała podró

Ŝ

 do domu w Ostrawie, 

a trzy dni jechał do tego swojego walca parowego, dopiero w lecie dotarł stryj Adolf do Chebu, do 
jednostki, i tam zamkni

ę

to obu: i ten walec parowy, i Adolfa, a kiedy sprawa si

ę

 wyja

ś

niła, stryja 

przeniesiono na zamek Koszumberk jako wartownika, a 

Ŝ

e nie miał dok

ą

d je

ź

dzi

ć

, to si

ę

 z nudów 

zakochał w córce przewodnika po zamku i pó

ź

niej si

ę

 z ni

ą

 o

Ŝ

enił, i ci

ą

gle tam stał z karabinem 

jako wartownik, ale po trzech latach doszedł do wniosku, 

Ŝ

e chyba o nim zapomniano, wobec 

czego zdj

ą

ł mundur, karabin postawił w k

ą

cie i do dzi

ś

 dnia jest tam przewodnikiem... 

Stryjaszek Pepi wyprostował si

ę

 i ostatni klocek odpadł. . 

Wzi

ę

łam lamp

ę

 i postawiłam j

ą

 na kredensie, aby zobaczy

ć

, jak b

ę

dzie wygl

ą

da

ć

 ten stół skrócony 

o dziesi

ęć

 centymetrów. A kiedy postawili

ś

my ten przewrócony na bok stół, zdumiałam si

ę

 i za

ć

miło 

mi si

ę

 w oczach. Poszłam do kuchni, stałam tam chwil

ę

 na progu i poprzez korony sadu 

owocowego patrzyłam na komin browaru, dopiero potem wróciłam do pokoju. Stryjaszek Pepi kr

ę

cił 

młynka paluszkami. 

— Co mo

Ŝ

na poradzi

ć

? Nic nie mo

Ŝ

na poradzi

ć

, stryjciu Józefku — powiedziałam i poleciłam: — 

Przynie

ś

 tu z biblioteki dziel

ą

 zebrane Benesza Trzebizskie-go, dobrze? 

I postawiłam stół, stół, z którego wraz ze stryjasz-kiem Pepi obcinali

ś

my w półmroku cztery razy po 

dziesi

ęć

 centymetrów, ale przykładali

ś

my ten dziesi

ę

ciocenty-metrowy klocek ci

ą

gle do tej samej 

nogi, tak 

Ŝ

e skrócili

ś

my jedn

ą

 nog

ę

 o czterdzie

ś

ci centymetrów... i stryjaszek Pepi przyniósł dzieła 

zebrane, i uło

Ŝ

yłam je pod brakuj

ą

c

ą

 nog

ą

, ale i tego wci

ąŜ

 było za mało, musiałam wi

ę

c to 

uzupełni

ć

 Parnasj

ą

 Szmilovskiego.  

Z oddali rozległ si

ę

 warkot i brz

ę

czenie, to Francin na orionie wyjechał z lasku koło Zwierzynka, i 

ten łoskot i hałas nasilały si

ę

 nieustannie, jakby Francin pchał przed sob

ą

 wszystkie cz

ęś

ci oriona. 

Wybiegłam przed biuro i otworzyłam bram

ę

, Francin wjechał do browaru, na przyczepie kołysał si

ę

 

ten mały no

Ŝ

ny przyrz

ą

d — tokarka, któr

ą

 Francin zawsze zabierał ze sob

ą

 udaj

ą

c si

ę

 w dalsze 

woja

Ŝ

e, a teraz motocykl skr

ę

cił a

Ŝ

 pod nasze drzwi i Francin uniósł okulary, i zdj

ą

ł skórzany hełm, i 

r

ę

k

ą

 dawał mi znaki, abym natychmiast szła do domu, a ja wiedziałam ju

Ŝ

Ŝ

e przywiózł mi 

upominek. Wbiegłam do kuchni, a Francin wlókł si

ę

 z czym

ś

 za mn

ą

 przez korytarz biura do pokoju, 

przez chwil

ę

 co

ś

 tam robił, a potem wszedł do kuchni i zacierał r

ę

ce, i u

ś

miechał si

ę

, pogłaskał 

stryjaszka Pepi po ramieniu, a ja rzuciłam si

ę

 na Francina i tak jak to mieli

ś

my we zwyczaju, 

zacz

ę

łam sprawdza

ć

 wszystkie kieszenie w jego spodniach i kurtce, a Francin 

ś

miał si

ę

 i był 

przemiły, tak 

Ŝ

e a

Ŝ

 cierpłam cała na my

ś

l, co si

ę

 za tym mo

Ŝ

e kry

ć

. A potem powiedziałam: 

- Tym razem to nie b

ę

dzie pier

ś

cionek ani 

Ŝ

adne kolczyki, ani zegarek, ani broszka, ale co

ś

 

wi

ę

kszego, prawda? 

A Francin rozebrał si

ę

 i mył r

ę

ce, i kiwał głow

ą

, a kiedy wycierał sobie r

ę

ce, wskazałam drzwi 

pokoju i spytałam: 

— To jest tam? 

Francin przytakn

ą

ł, 

Ŝ

e to jest tam... i naumy

ś

lnie zwlekał z ubieraniem si

ę

, i naumy

ś

lnie udawał, 

Ŝ

musi jeszcze wyczy

ś

ci

ć

 buty, musiałam mu zagrozi

ć

Ŝ

e wtargn

ę

 do pokoju, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nie wytrzymam, 

wtedy Francin podniósł palec, poprosił mnie, 

Ŝ

ebym zamkn

ę

ła oczy, i zaprowadził mnie do pokoju, i 

kazał mi chwil

ę

 sta

ć

, a potem usłyszałam muzyk

ę

 i jaki

ś

 tenor zacz

ą

ł pi

ę

knie 

ś

piewa

ć

Ksi

ęŜ

yc nad Tahiti 

złotym blaskiem l

ś

ni, 

„ 

mała słodka Kitty 
o swym szcz

ęś

ciu 

ś

ni... 

Otworzyłam oczy, odwróciłam si

ę

, Francin stał trzymaj

ą

c płon

ą

c

ą

 lamp

ę

 i o

ś

wietlał ni

ą

 gramofon 

walizkowy,potem postawił lamp

ę

 na stole i poprosił mnie o taniec, uj

ą

ł mnie w pasie, drug

ą

 r

ę

k

ą

 

ś

cisn

ą

ł moj

ą

 r

ę

k

ę

 w swojej dłoni, teraz Francin pilnie nasłuchiwał i nagle długim krokiem wszedł w...  

Ksi

ęŜ

yc w to

ń

 si

ę

 stoczył: 

srebrem l

ś

ni na dnie, 

 

background image

otrzyj, Kitty, oczy 

                  

i u

ś

miechnij si

ę

... 

 

I Francin, zdziwiłam si

ę

, bo był raczej kiepskim tancerzem, wszedł w rytm tanga tak znakomicie, 

Ŝ

przylgn

ę

łam do niego, a on 

ś

miało wsun

ą

ł swoj

ą

 nog

ę

 pomi

ę

dzy moje nogi, wcisn

ę

li

ś

my si

ę

 w 

siebie tak, 

Ŝ

e musiałam si

ę

 odsun

ąć

, aby si

ę

 lepiej Francinowi przyjrze

ć

, po czym poło

Ŝ

yłam głow

ę

 

na jego ramieniu, nast

ą

piła jednak zmiana w ta

ń

cu i Francin stracił rytm, poczekał chwil

ę

, a kiedy 

zamierzał ta

ń

czy

ć

 nadal tango do tyłu, zacz

ą

ł si

ę

 cofa

ć

 wprawdzie wła

ś

ciwie, ale poza rytmem, i 

ogarn

ą

ł go niepokój, ale kiedy zmarnował prawie cały taniec i doczekał si

ę

 tych pierwszych trzech 

kroków, znów uchwycił rytm i płyn

ą

ł cudownie po dywanie, i wolał si

ę

 ju

Ŝ

 nie obraca

ć

, nie chciał 

ta

ń

czy

ć

 obok mnie, tylko długimi krokami, jakby buty grz

ę

zły mu w gor

ą

cym asfalcie, ta

ń

czył z 

jednego ko

ń

ca pokoju w drugi, aby tam obróci

ć

 si

ę

 niezr

ę

cznie, i znów posuwał si

ę

 w rytmie, ale 

mimo to nie zdołał si

ę

 oprze

ć

, aby nie spróbowa

ć

 znów obrotu, wysun

ą

ł si

ę

 przede mnie i patrzył na 

swoje kroki na dywanie, widziałam, 

Ŝ

e kroki te s

ą

 wła

ś

ciwe, ale 

Ŝ

e Francinowi brak rzeczy 

najwa

Ŝ

niejszej: rytmu. Usiłował nawet ta

ń

-106 

czy

ć

 z tak zwanymi figurami, przemkn

ę

ło mi przez my

ś

l, 

Ŝ

e na pewno chodził w Pradze na jakie

ś

 

lekcje ta

ń

ca, bo i te figury wychodziły mu znakomicie, przegi

ą

ł mnie, tak 

Ŝ

e prawie dotykałam 

włosami dywanu, ale kiedy mnie znowu nadział na siebie, było to tak

Ŝ

e dobre, poza tym, 

Ŝ

e ci

ą

gle 

nitk

ę

 tanecznych kroków nawlekał obok uszka muzyki... i pi

ę

kny tenor przestał 

ś

piewa

ć

, i muzyka 

dogorywała cicho... i Francin przestał si

ę

 u

ś

miecha

ć

, i niemal run

ą

ł na krzesło, i to, 

Ŝ

e tango mu nie 

wychodziło, ta 

ś

wiadomo

ść

 pozbawiła go oddechu, bo na ostatnim balu maskowym ta

ń

czyłam z 

młodym Kleczk

ą

, warzelnianym z browaru, który pi

ę

knie grał na wiolonczeli i sko

ń

czył cztery klasy 

gimnazjum i który umiał tak ta

ń

czy

ć

, a ja tak si

ę

 z nim dobrałam, 

Ŝ

e tancerze przestali ta

ń

czy

ć

 i 

otoczyli nas, a my dwoje ta

ń

czyli

ś

my jak para artystów cyrkowych, jak dwie sprz

ęŜ

one osie, w 

absolutnej harmonii, podczas gdy Francin samotnie siedział za kolumn

ą

 i wpatrywał si

ę

 w 

posadzk

ę

— Z pann

ą

 Wlast

ą

 u Hawerdów — powiedział stryja-szek Pepi — tak

Ŝ

e ta

ń

czymy w ten sposób, 

tylko troch

ę

 inaczej, szybciej, Wlast

ą

 nalewa mi martela, a potem pyta: „No, panie Józefie, co mam 

panu zagra

ć

?”. A ja na to: „Niech mi pani zagra co

ś

 szybkiego!”. A Wlast

ą

 mówi: „A co?”. Wi

ę

c jej 

powiadam: „Co

ś

 kompozytora Bundy, zwanego Gobelinkiem...”. Czy mog

ę

 pani

ą

 prosi

ć

, szwa-

gierko? Francinie, nastaw to troch

ę

 szybciej! I patrz, jak nale

Ŝ

y ta

ń

czy

ć

!  

Stryjaszek Pepi wzi

ą

ł mnie za r

ę

ce i muzyka d

Ŝ

ezowa zacz

ę

ła gra

ć

 tak szybko — bo Francin 

przesun

ą

ł d

ź

wigienk

ę

 zmiany szybko

ś

ci — jak biegaj

ą

 kobiety w przyspieszonym filmie. I stryjaszek 

Pepi zacz

ą

ł mi si

ę

 kłama

ć

, a ja mu si

ę

 te

Ŝ

 kłaniałam. Potem dotkn

ą

ł mnie czołem, a ja jego równie

Ŝ

nagle stryjaszek obrócił si

ę

 w takt muzyki i ci

ą

gle trzymaj

ą

c si

ę

 za r

ę

ce odwrócili

ś

my si

ę

 i stali

ś

my 

do siebie plecami, a stryjaszek podniósł nog

ę

 i kr

ę

cił, i poruszał trzewikiem i łydk

ą

, potem rozrzucił 

r

ę

ce, klasn

ą

ł w dłonie i obracał r

ę

koma tak szybko, jakby nawijał pospiesznie jak

ąś

 wełn

ę

, potem 

uj

ą

ł si

ę

 w pasie i wyrzucał przed siebie nogi, tak 

Ŝ

e musiałam robi

ć

 to samo, tylko w odwrotnym 

kierunku, aby mnie nie kopn

ą

ł w kostk

ę

, po czym odwrócił si

ę

 i uj

ą

ł mnie wpół, i smyrgn

ą

ł pod sufit, 

tak 

Ŝ

e włosami dotkn

ę

łam tynku, i stryjaszek w rytmie muzyki nosił mnie tam i z powrotem, z nosem 

utkwionym w moim brzuszku, i znów mnie pu

ś

cił, obrócił mnie i dotykali

ś

my si

ę

 plecami, i stryjaszek 

zarzucił mnie na ramiona jak plecak, ja równie

Ŝ

 zahaczyłam si

ę

 o jego ramiona i kołysali

ś

my jedno 

drugie, jakby

ś

my próbowali nastawi

ć

 zwichni

ę

ty kr

ę

gosłup, po czym stryjaszek mnie pu

ś

cił, obiegł 

mnie wokół rytmicznym kłusem i zacz

ą

ł robi

ć

 przeciwko mnie wypady, tak jak to robi czerwienny 

walet z dr

ą

giem, na

ś

ladowałam go i taniec był precyzyjny i nieobliczalny, ci

ą

gle jednak rytmiczny, 

jakby ruch znacznie dokładniej odpowiadał muzyce ni

Ŝ

 jakikolwiek taniec, a potem stryjaszek 

podskoczył i rozło

Ŝ

ył nogi, i spadł na dywan, i zrobił szpagat, a ja si

ę

 bałam, 

Ŝ

e mogłabym si

ę

 

rozedrze

ć

 w pachwinach, i tylko kłaniałam si

ę

 na prawo i na lewo, podczas gdy stryjaszek na 

przemian pochylał si

ę

 to nad lewym czubkiem buta, to nad prawym, a potem nagle jakby zacz

ę

ło 

wsysa

ć

 go w sufit, podskoczył, zło

Ŝ

ył nogi i wci

ą

gn

ą

ł mnie tak szybko na rami

ę

, przerzucił i znów 

postawił na ziemi, 

Ŝ

e obcasikiem pantofelka zrobiłam smug

ę

 na suficie, Francin patrzył na mnie i 

u

ś

miechał si

ę

, po czym poszedł do kuchni, sk

ą

d wrócił trzymaj

ą

c w jednej r

ę

ce garnuszek z letni

ą

 

biał

ą

 kaw

ą

, a w drugiej kromk

ę

 suchego chleba, któr

ą

 pogryzał, i patrzył na nas, ale przyspieszone 

tango cichło, tenor przestał 

ś

piewa

ć

... 

Ksi

ęŜ

yc w to

ń

 si

ę

 stoczył, srebrem l

ś

ni na dnie, otrzyj, Kitty, oczy i u

ś

miechnij si

ę

... 

background image

Odprowadzaj

ą

c mnie na miejsce, stryjaszek Pepi pocałował mnie w r

ę

k

ę

 i podtrzymał moje rami

ę

, i 

kłaniał si

ę

 gł

ę

boko na wszystkie strony, kłaniał si

ę

 jakiej

ś

 wielkiej sali i posyłał całusy w róg pokoju... 

Kiedy przechodziłam obok stołu, st

ą

pn

ę

łam na klocek, który obci

ę

li

ś

my ze stołowej nogi, i 

zwichn

ę

łam sobie nog

ę

 w kostce... 

— Jeste

ś

 le

Ŝą

c

ą

 odłogiem harmoni

ą

, braciszku — powiedział Francin. 

A ja upadłam z krzykiem i ju

Ŝ

 si

ę

 nie podniosłam. 

Tej nocy Mucek oszalał. Dozorca musiał go ju

Ŝ

 wieczorem uwi

ą

za

ć

 na ła

ń

cuchu w drewutni i tam 

Mucek nie zdołał znale

źć

 zwi

ą

zku pomi

ę

dzy rurk

ą

 z kremem a tym bólem w ogonku, i nie chciał ju

Ŝ

 

zosta

ć

 adonisem zgodnie z wymaganiami ostatniej mody, zacz

ą

ł wi

ę

c straszliwie wy

ć

 i piana 

pojawiła mu si

ę

 na pysku, piana szale

ń

stwa pomieszana z pian

ą

 rurek z kremem, i Francin musiał o 

północy nabi

ć

 browning, a potem wyszedł na podwórze, sk

ą

d po chwili usłyszałam strzelanin

ę

jeden strzał za drugim, dowlokłam si

ę

 do okna i zobaczyłam w 

ś

wietle latarki Mucka: napinał 

ła

ń

cuch, stał na tylnych łapach i prosił przednimi, 

Ŝ

e zgadza si

ę

 ju

Ŝ

 ze skróconym ogonem, 

Ŝ

e jest 

ze wszystkim pogodzony, tylko niech jego pancio ju

Ŝ

 do niego nie strzela, a Francin wystrzelał cały 

magazynek, Mucek jednak wci

ąŜ

 jeszcze nie upadł, wprost przeciwnie, był bardziej wzruszaj

ą

cy ni

Ŝ

 

kiedykolwiek przedtem, ci

ą

gle stał na tylnych łapach i przebierał przednimi, a ja to wszystko 

uwa

Ŝ

ałam za grzech 

ś

miertelny, jakiego dopu

ś

ciłam si

ę

 na Mucku, i doczoł-gałam si

ę

 na otoman

ę

, i 

rozpłakałam si

ę

, i zatykałam sobie uszy przed strzelanin

ą

 jak przed wyrzutami sumienia... 

Tymczasem strzelanina ucichła i Mucek pewnie ju

Ŝ

 nie 

Ŝ

ył, jednak

Ŝ

e na pewno do ostatniej chwili 

merdał nie istniej

ą

cym ogonkiem, bo jako zwierz

ę

 z pewno

ś

ci

ą

 nie mógł i nie potrafił zrozumie

ć

, jak 

mogli

ś

my mu sprawi

ć

 ten ból wła

ś

nie my: ja i jego pancio. Wróciwszy z podwórza z browningiem, 

Francin, tak jak stał, ubrany, zwalił si

ę

 na łó

Ŝ

ko i wydawało mi si

ę

Ŝ

e on równie

Ŝ

 płacze. 

Teraz miał mnie Francin tak

ą

, jak

ą

 pragn

ą

ł mnie mie

ć

: przyzwoit

ą

 

Ŝ

on

ę

 siedz

ą

c

ą

 w domu, kobiet

ę

o której wiedział, gdzie jest, gdzie b

ę

dzie jutro, gdzie pragn

ą

łby j

ą

 mie

ć

 zawsze, nie bardzo chor

ą

ale jakby chor

ą

Ŝ

on

ę

, która mo

Ŝ

e dowlec si

ę

 do pieca, do krzesła, do stołu, ale przede wszystkim 

Ŝ

on

ę

, która jest ci

ęŜ

arem, bo szczyt mał

Ŝ

e

ń

skiego współ

Ŝ

ycia Francin widział w tym, 

Ŝ

e jestem mu 

wdzi

ę

czna, 

Ŝ

e przygotuje mi rano 

ś

niadanie, w południe pojedzie motocyklem do restauracji po 

obiad, a wszystko po to, by mi pokaza

ć

, jak mnie kocha, z jak

ą

 rado

ś

ci

ą

 si

ę

 mn

ą

 opiekuje i w ten 

sposób daje do zrozumienia, 

Ŝ

e tak jak on stara si

ę

 o mnie, tak i ja powinnam si

ę

 stara

ć

 o niego, to 

było marzenie Fran-cina, abym co roku chorowała na anginy i grypy, abym niekiedy miała nawet 
zapalenie płuc. Wtedy zawsze tracił z rado

ś

ci głow

ę

, nikt nigdy nie mógł dba

ć

 tak o człowieka, jak 

dbał o mnie Francin, to była jego religia, niebo na ziemi, kiedy mógł mnie owija

ć

 w prze

ś

cieradła 

zmoczone w chłodnej wodzie, kiedy biegał z prze

ś

cieradłem dokoła mnie i tak je na mnie nawijał, 

jakby mnie za 

Ŝ

ycia balsamował, potem jednak brał mnie na r

ę

ce i ostro

Ŝ

nie kładł do łó

Ŝ

ka, tak jak 

dziewczynki układaj

ą

 lalki. I co godzina wybiegał z biura, aby mi zmierzy

ć

 temperatur

ę

, co dwie 

godziny zmieniał mi okłady i w duchu zapewne si

ę

 modlił, nie 

Ŝ

eby sobie tego 

Ŝ

yczył, ale gdyby los 

nie mógł zrz

ą

dzi

ć

 inaczej, to 

Ŝ

ebym ju

Ŝ

 nie wstała, 

Ŝ

ebym była jego niemowl

ę

ciem, które potrzebuje 

go tak, jak on potrzebuje mnie. A kiedy byłam rekonwalescent-k

ą

 i próbowałam znów chodzi

ć

, kiedy 

zaczynałam znowu 

ś

mia

ć

 si

ę

 z całego serca i znowu zaczynała we mnie zwyci

ęŜ

a

ć

 ta 

nieprzyzwoita kobieta, Francin ponownie zamykał si

ę

 w sobie i marzył o tym, 

Ŝ

e jestem kalek

ą

, a on 

wozi mnie w fotelu na kółkach, wieczorem czyta mi „Polityk

ę

 Narodow

ą

” albo jak

ąś

 powie

ść

 i w ten 

sposób rekompensuje sobie ten swój kompleks wynikaj

ą

cy z mojego drapie

Ŝ

nego zdrowia, z mojej 

witalno

ś

ci, która uwielbiała przypadek i nieprzewidziane zdarzenia, i zdumiewaj

ą

ce spotkania, 

podczas gdy Francin kochał porz

ą

dek i ład, powtarzalno

ść

 wskazywała mu wła

ś

ciw

ą

 drog

ę

wszystko, co dało si

ę

 przewidzie

ć

 i załatwi

ć

, wszystko to było 

Ŝ

yciem Francina, 

ś

wiatem, w który 

wierzył i bez którego nie potrafił 

Ŝ

y

ć

A teraz miał mnie w łó

Ŝ

ku, z kostk

ą

 w gipsie, w ol

ś

niewaj

ą

co białym gipsowym opatrunku, 

unieruchomion

ą

 na długo, a je

ś

li ju

Ŝ

 nawet poruszaj

ą

c

ą

 si

ę

, to o kulach, a potem o lasce, i to teraz, 

kiedy Józefina Baker ta

ń

czy charlestona! 

 

I chyba ta moja kostka przyszła w por

ę

, bo Francin, kiedy biegałam, nie mógł uło

Ŝ

y

ć

 ani jednego 

sloganu, zapisał tyle arkuszy papieru piórem ze stalówk

ą

 redis numer trzy i cała ta reklama, maj

ą

ca 

na celu zwi

ę

kszenie sprzeda

Ŝ

y piwa, ko

ń

czyła w piecu. A teraz, kiedy moja biała noga spoczywała 

na poduszce, Francin przemierzał kuchni

ę

 i pokój, pił letni

ą

 kaw

ę

, przegryzaj

ą

c suchym chlebem, i 

background image

nagle zatrzymał si

ę

 z garnuszkiem w r

ę

ku, jakby si

ę

 pogr

ąŜ

ył w marzeniu, a nawet jakby miał 

widzenie, z którego wychylał si

ę

, odstawiał garnuszek, siadał i piórem ze stalówk

ą

 redis numer trzy 

wypisywał kaligraficznie reklamy dla gospod, i sko

ń

czywszy pisa

ć

 brał pinezk

ę

 i przypinał ten 

arkusik do 

ś

ciany, abym go widziała i abym domy

ś

liła si

ę

Ŝ

e gdybym była zdrowa i zachowywała 

si

ę

 tak, jak zachowuj

ę

 si

ę

 jako chora, to wtedy on zostałby w krótkim czasie mianowany dyrektorem 

browaru, spółki z ograniczon

ą

 odpowiedzialno

ś

ci

ą

, takim zapałem do pracy i 

Ŝ

ycia napełnia go mój 

kaleki ruch. W ci

ą

gu tygodnia Francin wypił — bo to dodawało mu natchnienia — jeszcze z 

pewno

ś

ci

ą

 pół hektolitra letniej białej kawy i na całej 

ś

cianie rozwiesił wypisane piórem ze stalówk

ą

 

redis numer trzy i opracowane graficznie slogany: 

WI

Ę

CEJ PIWA — MNIEJ TROSK I ZGRYZOT! 

NASZE PIWO 
WZMACNIA NADWER

Ęś

ONE ZDROWIE! 

KIEDY CZŁOWIEK NIE PIŁ, 
CZUŁ SI

Ę

 NIENAJLEPIEJ! 

 

NAPIŁ SI

Ę

 PIWECZKA,  

KRA

Ś

NY JAK DZIEWECZKA! 

GDYBY NIE TO PIWO, 

SCZEZŁBYMJAKO 

ś

YWO! 

JE

Ś

LI ZDROWIE MASZ NIET

Ę

GIE, 

PIJ

ś

E PIWO NA POT

Ę

G

Ę

 

IM WI

Ę

CEJ PIWECZKA, TYM WI

Ę

CEJ ZDRÓWECZKA! 

Ś

WIE

ś

O

ŚĆ

, SIŁ

Ę

, ZDROWIE - W PIWIE ZNAJDZIE CZŁOWIEK! 

 

KTO CHCE WESÓŁ BY

Ć

, MUSI PIWO PI

Ć

KTO DO NAS PRZYCHODZI, DWA RAZY SI

Ę

 RODZI! 

NASZE DOBRE PIWO NAPÓJ DLA KA

ś

DEGO! 

LEPIEJ NAM SI

Ę

 B

Ę

DZIE 

ś

Y

Ć

, JE

Ś

LI WI

Ę

CEJ PIWA PI

Ć

KTO DO GOSPOD NIE CHADZA, 
NIE JE I NIE PIJE, 

 

WŁASNE ZDROWIE ZDRADZA! 
W DOMU, W PODRÓ

ś

— WSZ

Ę

DZIE TYLKO ORZE

Ź

WIAJ

Ą

CE PIWO! 

PIWO O KA

ś

DEJ PORZE 

SIŁ I ZDROWIA PRZYSPORZY!     
I tak si

ę

 tym natchnieniem cieszył, 

Ŝ

e nalał sobie pełny garnuszek kawy, nastawił gramofon... 

Ksi

ęŜ

yc nad Tahiti   

złotym blaskiem l

ś

ni... 

I próbował płynnymi krokami ta

ń

czy

ć

 tango, i tak był pełen optymizmu, i tak cieszył si

ę

 jakim

ś

 

wydarzeniem, które miało wkrótce nadej

ść

Ŝ

e zamykał si

ę

 w swoim pokoju i tam nieustannie grał 

ten swój „Ksi

ęŜ

yc nad Tahiti”, co chwila wychodził z podr

ę

cznikiem ta

ń

ców nowoczesnych i 

ś

miał 

si

ę

, a kiedy ju

Ŝ

 si

ę

 nacieszył, wracał do pokoju, dziurka od klucza 

ś

wieciła w półmroku tak jak moja 

noga w gipsie, a ja wiedziałam, 

Ŝ

e Francin narysował sobie kred

ą

 te kroki, te 

ś

lady nóg, nie tylko 

kroki podstawowe, ale tak

Ŝ

e kroki do tyłu, te obroty, cał

ą

 tras

ę

 narysowanych kred

ą

 obrysów jego 

podeszew, po których st

ą

pał cierpliwie w takt i w rytm melodii „Ksi

ęŜ

yca nad Tahiti”. Tak si

ę

 cieszył, 

Ŝ

e mu te kroki wychodz

ą

Ŝ

e i we dnie, kiedy spogl

ą

dałam przez okno na podwórze, a Francin szedł 

pospiesznie do warzelni, aby co

ś

 załatwi

ć

, nagle zwalniał kroku i szedł w rytmie tanga, obracał si

ę

 i 

kroczył tyłem, i z r

ę

koma lekko uniesionymi ta

ń

czył dalej ten nowoczesny taniec, widziałam, jak 

patrzy na swoje nogi, jaki jest bezradny, i wiedziałam, 

Ŝ

e gdyby to było mo

Ŝ

liwe, namalowałby te 

kroki na drodze, ale to go nie zniech

ę

cało, wprost przeciwnie, tym gorliwiej usiłował wieczorem 

znale

źć

 na porysowanym kred

ą

 dywanie szpark

ę

, przez któr

ą

 w

ś

lizn

ą

łby si

ę

 w rytm gramofonu, 

graj

ą

cego ju

Ŝ

 po raz setny „Ksi

ęŜ

yc nad Tahiti”. Co wieczór Francin wyjmował z motocykla marki 

orion akumulator, przynosił go i wł

ą

czał pr

ą

dy o wysokiej cz

ę

stotliwo

ś

ci, walizeczka wybita 

czerwonym aksamitem pol

ś

niewala blado szklanymi instrumentami i Francin puszczał mi iskry na 

background image

kostk

ę

, fulguracyjne błyskawice przenikały przez gipsowy opatrunek, potem zdejmował ze mnie 

jedn

ą

 po drugiej cz

ęś

ci garderoby, tak 

Ŝ

e nawet nie zd

ąŜ

yłam sobie u

ś

wiadomi

ć

Ŝ

e jestem niemal 

całkiem naga, te pr

ą

dy fulguracyjne robiły mi dobrze, wałeczek masuj

ą

cy wzmacniał drobnymi 

iskierkami obie moje nogi i przydawał sił nerwom w plecach, a Francin szeptał: 

— Oto, Mary, najlepszy sposób, by spot

ę

gowa

ć

 twoj

ą

 urod

ę

, konserwowa

ć

 pr

ą

dami fulguracyjnymi 

t

ę

 urod

ę

, któr

ą

 ci

ę

 Bóg obdarzył... 

Co wieczór cieszyłam si

ę

 na my

ś

l o fioletowych masa

Ŝ

ach, pachn

ą

cych błyskawic

ą

 i krótkim 

spi

ę

ciem, zza sadu słycha

ć

 znów było pi

ę

kny m

ę

ski głos; pan Jirout w atłasowym ubranku sam si

ę

 

swoim głosem wystrzelił z armaty, przez 

ś

ciany widziałam, jak leci nad browarem, ma wyci

ą

gni

ę

te 

przed siebie r

ę

ce i u

ś

miecha si

ę

 niepewnie... 

Ju

Ŝ

 odeszła ta miło

ść

,  , 

cho

ć

 jej wiele nie było, 

odeszła, odeszła daleko! 
Moja złota dziewczyno,                 
i nast

ę

pne te

Ŝ

 min

ą

... 

Teraz pan Jirout zaczynał nachyla

ć

 si

ę

 w locie ku ziemi, rozło

Ŝ

ył r

ę

ce i rzucał widzom ró

Ŝ

e i 

pocałunki, Francin wło

Ŝ

ył mi do r

ę

ki metalow

ą

 elektrod

ę

 i czarnym guziczkiem wł

ą

czył przyrz

ą

d, i 

niczym hipnotyzer unosił dło

ń

 nad moim ciałem, i gdzie znalazła si

ę

 r

ę

ka Francina, tam z tej dłoni 

tryskały i trzaskały iskry, padał deszcz fioletowych ziaren, poprzez dło

ń

 Francina przenikało we 

mnie z przyrz

ą

du tysi

ą

ce niezapominajek i fiołków, zapach ozonu i błyskawicy, która smagn

ę

ła 

dom, unosił si

ę

 nade mn

ą

, tylko otulona gipsem kostka pol

ś

niewała niebie

ś

ciuchnym odblaskiem... 

Nie zostanie nic po niej, zniknie w gł

ę

bokiej toni pod Nymburkiem... 

I pan Jirout spadł na elastyczn

ą

 trampolin

ę

, i odbijał si

ę

 od batutu, i kłaniał si

ę

 w niebie

ś

ciutkim 

atłasowym ubranku... czułam, 

Ŝ

e i moje ciało tchnie ostrym zapachem pr

ą

du elektrycznego, 

oddychałam coraz to gł

ę

biej i gł

ę

biej, całe moje ciało otaczała aureola, patrzyłam w lustro: le

Ŝ

ałam 

wyci

ą

gni

ę

ta, fioletowe trzeszczenie i szelest były jedynym moim strojem, nigdy nie miałam 

wra

Ŝ

enia, 

Ŝ

e jestem naga, nieustannie spowita byłam jaskrawozielonym płaszczem, kauczukowy 

kołnierzyk i białe mankiety Francina 

ś

wieciły tak jak moja gipsowa noga, oddychał gł

ę

boko jak ja, 

le

Ŝą

ca na wznak, z oczyma przysłoni

ę

tymi zgi

ę

t

ą

 w łokciu r

ę

k

ą

, ten obrz

ę

d o wysokiej 

cz

ę

stotliwo

ś

ci sprawiał, 

Ŝ

e robiło mi si

ę

 słabo, nigdy o tym z Francinem nie rozmawiali

ś

my, 

przygotowywali

ś

my si

ę

 w milczeniu, jakby

ś

my oboje zamierzali dopu

ś

ci

ć

 si

ę

 rzeczy zakazanych, a 

kiedy Francin przesun

ą

ł z powrotem czarny guziczek, ka

Ŝ

de z nas patrzyło gdzie indziej, takie to 

było pi

ę

kne. Gdyby kto

ś

 nagle wtargn

ą

ł do pokoju i wyniósł lamp

ę

, Francin na pewno by zemdlał, 

dlatego wolał zamyka

ć

 drzwi, opuszcza

ć

 

Ŝ

aluzje i zasłania

ć

 firanki i na wszelki wypadek wychodził 

na dwór, spogl

ą

dał na okna, czy aby kto

ś

 nie mo

Ŝ

e do nas zajrze

ć

 i zobaczy

ć

, jak dr

Ŝą

cymi palcami 

rozpina mi bluzeczk

ę

, ostro

Ŝ

nie 

ś

ci

ą

ga spódnic

ę

 przez gipsow

ą

 kostk

ę

, jak kl

ę

czy przede mn

ą

 i za 

pomoc

ą

 kosmetycznego masa

Ŝ

u zdobywa wszech

ś

wiat. 

Dzisiaj przyjechał pan doktor Gruntorad, poprosił, 

Ŝ

ebym mu zaparzyła mocnej herbaty, bo 

przezi

ę

bił si

ę

 w nocy u tych swoich poło

Ŝ

nic, wyj

ą

ł z torby no

Ŝ

yczki, a kiedy przecinał mi gipsowy 

opatrunek, kilkakrotnie kichn

ą

ł, a potem podczas tego przecinania usn

ą

ł z no

Ŝ

yczkami w palcach, i 

spał bardzo gł

ę

boko, nie potrafiłam si

ę

 powstrzyma

ć

 i wyci

ą

gn

ę

łam mu z kieszonki kamizelki złoty 

zegarek, spojrzałam, która godzina, i znów cichutko wsun

ę

łam zegarek z powrotem, ostro

Ŝ

nie, 

niezwykle podniecona precyzj

ą

 swoich ruchów, i znów w tej próbie kradzie

Ŝ

y byłam cała ja, zegar 

na 

ś

cianie wskazywał, która godzina, jednak

Ŝ

e ja chciałam wypróbowa

ć

 sam

ą

 siebie, czy nie 

straciłam do ko

ń

ca odwagi, czy jeszcze zdolna jestem zrobi

ć

 to, co mi wła

ś

nie przyszło do głowy, i 

rzeczywi

ś

cie, jeszcze ze mn

ą

 nie było tak 

ź

le, chodziłam do sklepu galanteryjnego pana Pollaka 

kupowa

ć

 guziki tylko dlatego, 

Ŝ

e po południu nikogo nie było w sklepie, i kiedy pan Pollak schylał 

si

ę

 pod lad

ę

 po pudełko, wyci

ą

gałam r

ę

k

ę

 nad lad

ą

 i brałam jeden niechodz

ą

cy dziecinny zegarek, 

a kiedy pan Pollak prostował si

ę

, patrzyłam niewinnym wzrokiem czytaj

ą

c w jego oczach, 

Ŝ

e nic o 

tej kradzie

Ŝ

y nie wie, i kiedy poprosiłam o inne guziki i pan Pollak znowu si

ę

 pochylał, szybko 

wieszałam ten zegarek na miejscu, a kiedy pan Pollak prostował si

ę

, to u

ś

miechałam si

ę

, tak jako

ś

 

rosłam we własnych oczach, tak jako

ś

 mnie ta kradzie

Ŝ

 i natychmiastowy a skuteczny 

Ŝ

al krzepiły, 

oddychałam z ulg

ą

 i wychodz

ą

c ze sklepu miałam wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e wyrosły mi ogromne skrzydła, 

Ŝ

background image

zaczepiam nimi o futryny i sypi

ą

 si

ę

 za mn

ą

 pióra, które pan Pollak przykl

ę

kn

ą

wszy zmiata na 

szufelk

ę

... Pan doktor Gruntorad kichn

ą

ł i obudził si

ę

, i przeci

ą

ł do ko

ń

ca opatrunek, który otworzył 

si

ę

 jak biały futerał, potem doktor obmacał mi kostk

ę

 i o

ś

wiadczył: 

— Ju

Ŝ

 mo

Ŝ

e pani znowu figlowa

ć

... 

Kichn

ą

ł, a ja wzi

ę

łam kule i przyniosłam garnuszek herbaty, a kiedy chciałam stan

ąć

 na nodze, 

noga ugi

ę

ła mi si

ę

— Ale

Ŝ

 to wcale nie jest moja noga! — powiedziałam. A pan doktor Gruntorad na to: 

— To pani noga, za tydzie

ń

 b

ę

dzie pani znowu ha... Apsik! — kichn

ą

ł gło

ś

no. 

— Panie doktorze — poskar

Ŝ

yłam si

ę

 — mam tak

Ŝ

e pewne trudno

ś

ci z oddychaniem. 

— Prosz

ę

 zdj

ąć

 bluzeczk

ę

 — polecił pan doktor i napił si

ę

 herbaty, potem przyło

Ŝ

ył mi ucho do 

pleców, jak zawsze ucho miał zimne, jakby mi przyło

Ŝ

ył szklan

ą

 popielniczk

ę

, im cieplej było na 

dworze, tym chłodniejsze było jego ucho, opukiwał mi plecy, prosił, abym oddychała gł

ę

boko, a 

potem jego palec wskazuj

ą

cy stukał w moje plecy, uchem dotykał lekko moich pleców, jak chłopcy 

nasłuchuj

ą

cy z uchem przy słupie telegraficznym, przerzuciłam do tyłu sploty włosów i pan doktor 

usn

ą

ł ponownie, przysypany moimi włosami, tak jakby usn

ą

ł na ławeczce pod wierzb

ą

 płacz

ą

c

ą

, raz 

umy

ś

lnie jechałam obok willi pana doktora Gruntorada tylko dlatego, 

Ŝ

eby zobaczy

ć

, czy jest tam 

naprawd

ę

 ta wierzba ocieniaj

ą

ca cały dom, ile

Ŝ

 to ju

Ŝ

 wody upłyn

ę

ło od czasu, kiedy do jego 

Ŝ

ony 

przyje

Ŝ

d

Ŝ

ał na koniu oberst z Brandejsa, pan doktor Gruntorad, wtedy młody i na pewno odwa

Ŝ

ny i 

dzielny, nieoczekiwanie wrócił w nocy do domu, na parterze zdj

ą

ł fuzj

ę

 ze 

ś

ciany i kopniakiem 

otworzył drzwi do sypialni swojej 

Ŝ

ony, zd

ąŜ

ył jeszcze zobaczy

ć

 pana obersta, jak biegnie do 

otwartego okna na pierwszym pi

ę

trze, pan doktor zdołał odci

ą

gn

ąć

 kurki i kiedy pan oberst z 

pla

ś

ni

ę

ciem odbił si

ę

 od ramy okiennej i głow

ą

 w dół skoczył w to

ń

 nocy, i dalej, w krzaki 

przekwitaj

ą

ce-go bzu, pan doktor Gruntorad zd

ąŜ

ył jeszcze naszpikowa

ć

 

ś

rutem nikn

ą

ce buty z 

cholewami, drugi za

ś

 nabój pomkn

ą

ł ku gwiazdom bł

ę

kitnej nocy, która wypełniała okienne ramy... 

obraz ten budził mnie cz

ę

sto w nocy i nie pozwalał mi spa

ć

, nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazi

ć

 i 

poł

ą

czy

ć

 tego pi

ę

knego zdarzenia z panem doktorem Gruntoradem, ci

ą

gle ł

ą

czyłam je z kim

ś

 

innym, zupełnie odmienny soczysty obraz natomiast poł

ą

czył mnie z panem oberstem, który z 

przestrzelon

ą

 cholewk

ą

 zdołał jeszcze wspi

ąć

 si

ę

 na konia, zd

ąŜ

ył wyci

ą

gn

ąć

 zza cholewy 

wierzbow

ą

 witk

ę

, zd

ąŜ

ył pochyli

ć

 si

ę

 z konia do samej ziemi i wetkn

ąć

 t

ę

 witk

ę

 w ziemi

ę

, t

ę

 witk

ę

, z 

której wyrosła wierzba tak dzi

ś

 ogromna, 

Ŝ

e podczas burzliwej i wietrznej nocy puka w szyby okien 

całego domu niczym 

Ŝ

ywe wspomnienie. A pan doktor Gruntorad nadal opukiwał mi palcem 

wskazuj

ą

cym plecy, mo

Ŝ

e nawet nie zdawał sobie ju

Ŝ

 sprawy z tego, 

Ŝ

e usn

ą

ł, pukał jak zasypani 

górnicy, a kiedy odwrócił si

ę

, łykn

ą

ł herbaty i podczas gdy ja si

ę

 ubierałam, wypisywał mi cicho 

recept

ę

, i znowu jego złote wieczne pióro zatrzymało si

ę

 nagle, pan doktor Gruntorad usn

ą

ł na kilka 

sekund, aby si

ę

 obudzi

ć

 i — pokrzepiony — dopisa

ć

 do ko

ń

ca recept

ę

 na lekarstwa na moje piersi. 

— Panie doktorze, czy mój m

ąŜ

 pochwalił si

ę

 panu, co mi kupił? — spytałam. 

— Niech pani poka

Ŝ

e! — polecił pan doktor i napił si

ę

 herbaty. Otworzyłam stoj

ą

c

ą

 na stoliku 

walizeczk

ę

— A to co za szmelc? Gdzie

Ŝ

 on to kupił? — spytał pan doktor. 

— W Pradze — odparłam. — Ale pan ma katar, tu jest taki pi

ę

kny przyrz

ą

d, to co

ś

 niby „bory 

szumi

ą

 na urwiskach...” 

— Zna si

ę

 pani na tym? — spytał pan doktor. 

— To nic trudnego, panie doktorze — powiedziałam i wsun

ę

łam wtyczk

ę

 w kontakt, i obróciłam 

czarny guziczek, i wło

Ŝ

yłam rurk

ę

 z p

ę

dzelkiem na nerwy, i z p

ę

dzelka tryskały fioletowe opiłki, a 

pan doktor rozcierał sobie stawy dłoni i u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 prostodusznie powiedział: 

— To poetyckie, nic si

ę

 nikomu nie mo

Ŝ

e sta

ć

, a je

ś

li to robi pani, sprawia mi to nawet 

przyjemno

ść

... 

Wzi

ę

łam elektrod

ę

, ozonowy inhalator z rozpylaczem i zaproponowałam: 

background image

— Panie doktorze, najlepiej b

ę

dzie, jak si

ę

 pan poło

Ŝ

y na otomanie... 

Pan doktor usiadł na kanapie, zaci

ą

gn

ę

łam be

Ŝ

owe story i sypki półmrok i fioletowy krzaczek 

wyładowa

ń

 elektrycznych tryskaj

ą

cych z tej specjalnej elektrody na nerwy o

ś

wietlał łysin

ę

 pana 

doktora kład

ą

cego si

ę

 z wolna na otomanie. Na watk

ę

 inhalatora ozonowego kapn

ę

łam mieszanin

ę

 

olejku eukaliptusowego i olejku mentolowego, wkr

ę

ciłam w rurk

ę

 szklany dwójniak, który wkłada si

ę

 

do nosa, a potem zabrałam panu doktorowi p

ę

dzelek na nerwy i wsun

ę

łam do katody ten inhalator 

ozonowy z rozpylaczem, i pokr

ę

ciłam kółkiem, i pusta w 

ś

rodku rurka wypełniła si

ę

 neonowym 

gazem, który przenikał przez watk

ę

 nas

ą

czon

ą

 olejkiem eukaliptusowym, ukl

ę

kłam przed kanap

ą

 i 

przyrz

ą

d ten zbli

Ŝ

yłam lekko do dziurek w nosie pana doktora. 

— To, panie doktorze, na pewno pana wyleczy, mój m

ąŜ

 stosuje to zawsze, ilekro

ć

 ma dosta

ć

 

katar, to naprawd

ę

 jest tak, jakby „bory szumiały na urwiskach”; czuje pan ten zapach ozonu, 

Ŝ

ywicy? A ten bł

ę

kitny wyładowuj

ą

cy si

ę

 neonowy po

Ŝ

ar, on sam ju

Ŝ

 leczy, pa

ń

skim kolorem jest 

ę

kit, a bł

ę

kit łagodzi wszelkie sprawy 

Ŝ

yciowe, uspokaja nerwy, zwalnia obieg... — mówiłam 

trzymaj

ą

c w jednej r

ę

ce ten pi

ę

kny przyrz

ą

d wypełniony olejem inhalacyjnym, a praw

ą

 r

ę

k

ą

 

naciskałam powoli gumow

ą

 piłeczk

ę

, która pompowała powietrze przechodz

ą

ce przez ozonow

ą

 i 

olejow

ą

 komor

ę

 inhalatora... a pan doktor Gruntorad wszystko, co mówiłam, uszcz

ęś

liwiony 

powtarzał za mn

ą

, u

ś

miechał si

ę

 błogo i usłyszałam, jak szcz

ę

kn

ę

ły wahadłowe drzwi biura, potem 

klucz obrócił si

ę

 w drzwiach i wszedł Francin, zsiniały i blady, i krzykn

ą

ł cichutko: 

— A co wy tu robicie?!         

Przestraszyłam si

ę

 i 

ś

cisn

ę

łam gumowy balonik, i pan doktor nie zd

ąŜ

ył za mn

ą

 powtórzy

ć

: „bory 

szumi

ą

 na urwiskach...”, i usiadł, i krzykn

ą

ł, cała twarz mu si

ę

 

ś

ci

ą

gn

ę

ła i nagle odmłodniał, zerwał 

si

ę

 i tak 

ś

miesznie przebierał nó

Ŝ

kami, i namacał klamk

ę

, i pobiegł do słodowni, i wpadł do 

słodowni, i po schodach zbiegł na dół, do stodoły, tam przebrn

ą

ł przez kilka pryzm j

ę

czmienia, 

mielca-rze — zdumieni — stali z łopatami, ale pan prezes oderwał si

ę

 od Francina, który ukl

ą

kł w 

mokrym słodzie, i nie przestaj

ą

c j

ę

cze

ć

 wbiegł po schodach na strych, przebiegł obok suchych 

pryzm słodu, ale ten ból w nosie gnał go a

Ŝ

 na najwy

Ŝ

sze pi

ę

tro, wbiegł tam w susz

ą

cy si

ę

 na 

rusztach j

ę

czmie

ń

, w sze

ść

dziesi

ę

ciostopniowy upał, i wybiegł z powrotem o pi

ę

tro ni

Ŝ

ej, i 

mostkiem ł

ą

cz

ą

cym przebiegł do warzelni, kilkakrotnie okr

ąŜ

ył kadzie i po schodkach zbiegł do 

komory piwnej, a Francin wci

ąŜ

 za nim, z komory piwnej pan doktor Gruntorad pobiegł a

Ŝ

 do 

chłodni, tam gdzie chłodziło si

ę

 młode piwo, otworzył 

Ŝ

aluzje okien i wybiegł na dach chłodni, tam 

gdzie kwitły rojniki. Francin ukl

ą

kł w tych pi

ę

knych 

Ŝ

ółtych kwiatkach, ale pan doktor Gruntorad 

znowu zacz

ą

ł j

ę

cze

ć

 i po schodkach wspi

ą

ł si

ę

 z powrotem do warzelni, i przez wrota wybiegł na 

dziedziniec, a z dziedzi

ń

ca ruszył ku chlewom... 

— Dzie

ń

 dobry, panie prezesie! Dzie

ń

 dobry, panie kierowniku — pozdrawiali ich robotnicy. 

Ale pan doktor nadal przebierał nó

Ŝ

kami przez sad owocowy, a

Ŝ

 dobiegł znów do otwartych drzwi 

naszej kuchni i do pokoju, gdzie run

ą

ł na kanap

ę

 i zawołał: 

— Gdzie

ś

cie kupili ten szmelc? Prosz

ę

 pokaza

ć

! — I zacz

ą

ł si

ę

 przygl

ą

da

ć

 dokładnie ozonowemu 

inhalatorowi z rozpylaczem, po czym pow

ą

chał go i spytał: — A z czego pani, babo przekl

ę

ta, 

nalała tam tego oleju? Te „bory szumi

ą

 na urwiskach”? — Wło

Ŝ

ył cwikier, podałam mu buteleczk

ę

a pan doktor, przeczytawszy etykietk

ę

, zacz

ą

ł krzycze

ć

: — O, babo jedna przekl

ę

ta, przecie

Ŝ

 pani 

zapomniała to rozrzedzi

ć

 jeden do dziesi

ę

ciu! Spaliła mi pani 

ś

luzówk

ę

! Apsik! — Pan doktor 

Gruntorad kichn

ą

ł, a kiedy zobaczył Francina, który kl

ę

kn

ą

ł i rozło

Ŝ

ył r

ę

ce, i westchn

ą

ł błagalnie: 

„Czy mo

Ŝ

e mi pan to wybaczy

ć

?”, pan prezes powiedział: — Prosz

ę

 wsta

ć

, dobry człowieku, 

wolałbym by

ć

 kierownikiem browaru ni

Ŝ

 jego prezesem... — Powiedziawszy to spojrzał na zegarek i 

podał mi r

ę

k

ę

, po czym ucałował moj

ą

 dło

ń

 i powiedział: — R

ą

czki całuj

ę

! — I wyszedł, pojawił si

ę

 

w sło

ń

cu na dziedzi

ń

cu, pozostawił po sobie zapach karbolu i lizolu, i eukaliptusa, z feudaln

ą

 

lekko

ś

ci

ą

 wspi

ą

ł si

ę

 na kozioł, jakby to wszystko, co si

ę

 stało, dodało mu sił, i teraz to widziałam, 

teraz uwierzyłam, 

Ŝ

e wówczas musiało si

ę

 sta

ć

 tak, jak o tym słyszałam, ta historia, po której 

została tylko ta ocieniaj

ą

ca cały dom wierzba płacz

ą

ca. Pan doktor usiadł na ko

ź

le, stangret podał 

mu lejce, pan doktor zapalił papierosa w bursztynowej cygarniczce, nasun

ą

ł na czoło mi

ę

kki jasny 

kapelusz, tak jak nie potrafił tego zrobi

ć

 

Ŝ

aden inny m

ęŜ

czyzna, tak jako

ś

 odmłodniał z tymi lejcami, 

wygl

ą

dał tak, jakby wła

ś

nie przyjechał tym powozem z Wiednia, wyprostował si

ę

 i wyjechał z 

background image

browaru powo

Ŝą

c ogierem, który miał przystrzy

Ŝ

ony ogon i grzyw

ę

, gdy tymczasem stangret pana 

doktora rozwalał si

ę

 z tyłu na pluszowym siedzeniu landa, z przepraszaj

ą

cym u

ś

miechem 

człowieka, który nigdy nie pojmie, dlaczego jego pan je

ź

dzi na ko

ź

le z tak

ą

 rado

ś

ci

ą

 i rozkosz

ą

podczas gdy on, stangret, z poczuciem winy spoczywa na pluszowej kanapie... A Francin 
przemierzał pokój i dobierał si

ę

 r

ę

koma do mózgu. 

Spojrzałam na zegarek, zbli

Ŝ

ała si

ę

 wła

ś

nie pora, kiedy Bodzio Czerwonka ko

ń

czy swoj

ą

 mał

ą

 

rund

ę

, na pewno kupił ju

Ŝ

 niezwykle korzystnie warzywa i z rado

ś

ci z tego kupna wpadł najpierw do 

Swobodów na placu, gdzie zamówił sobie szklank

ę

 wermutu i pi

ęć

 deka w

ę

gierskiego salami, 

potem trafił do „Grandu”, gdzie z pewno

ś

ci

ą

 kazał sobie poda

ć

 mały gulaszyk i trzy kufle 

pilzne

ń

skiego piwa, a nast

ę

pnie, aby zacz

ąć

 z wolna ko

ń

czy

ć

 t

ę

 swoj

ą

 mał

ą

 rundk

ę

, zajrzał do 

drogerii u Mikola-szki i pogr

ąŜ

ony w przyjacielskiej rozmowie wypił trzy kieliszki koniaku; jednak

Ŝ

jest równie

Ŝ

 mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e pan Bodzio tak bardzo si

ę

 cieszył, 

Ŝ

e zarobił na korzystnej transakcji 

kupna dwie korony, i

Ŝ

 kontynuował tak zwan

ą

 du

Ŝą

 rund

ę

, to znaczy, 

Ŝ

e wpadł jeszcze do hotelu 

„Na Ksi

ąŜę

cym” na czarn

ą

 kaw

ę

 z oryginalnym rumem jamai-ca, by zatrzyma

ć

 si

ę

 potem w 

specjalnym szynku firmy Louis Wantoch i wypi

ć

 na stoj

ą

co kieliszek wi

ś

niówki, który stanowił jakby 

radosn

ą

 kropk

ę

 zamykaj

ą

c

ą

 korzystne kupno kalafiora i warzyw na zup

ę

Kiedy Francin, wcale nie udobruchany, poszedł do biura, dowlokłam si

ę

 do przedsionka, 

wyci

ą

gn

ę

łam rower i pojechałam do miasta, pedałowałam lekko t

ą

 moj

ą

 biał

ą

 i bol

ą

c

ą

 nog

ą

, pó

ź

niej 

jednak z ka

Ŝ

dym naci

ś

ni

ę

ciem pedału jakby si

ę

 ta moja kostka wzmacniała, oparłam rower o 

ś

cian

ę

, a kiedy zajrzałam do oficyny, pan Bodzio drzemał na obrotowym fotelu, weszłam i usiadłam 

na wolnym krze

ś

le. Pan Bodzio z pewno

ś

ci

ą

 wykonał du

Ŝą

 rund

ę

, bo pachniał pestkami wi

ś

ni, na 

pewno sko

ń

czył w firmie Griotta. 

— Panie Bodziu — odezwałam si

ę

— Co takiego? Ach, to łaskawa pani? — Wstał i tak si

ę

 przestraszył, 

Ŝ

e wzi

ą

ł no

Ŝ

yczki i zacz

ą

ł nimi 

szczebiota

ć

A ja mówi

ę

 

— Bodziu, chciałabym, 

Ŝ

eby mi pan obci

ą

ł włosy. Pan Bodzio przestraszył si

ę

 jeszcze bardziej. 

— Co prosz

ę

? — wymamrotał. 

— Bodziu — ja na to — chc

ę

Ŝ

eby mi pan obci

ą

ł włosy tak krótko, jak nosi Józefina Baker. 

Bodzio zwa

Ŝ

ył w dłoniach moje włosy i wytrzeszczył oczy. 

— Ten relikt dawnej Austrii? To: „Ja, Anna Czilag, urodzona w Karlowicach na Morawach”? Nigdy! 
— I pan Bodzio niech

ę

tnie odrzucił no

Ŝ

yczki, i usiadł, i zało

Ŝ

ył r

ę

ce, i patrzył przez okno, i robił mi 

na przekór. 

— Panie Bodziu — perswadowałam — pan doktor Gruntorad przystrzygł ogierowi grzyw

ę

 i ogon i 

zalecił mi t

ę

 nowoczesn

ą

 fryzur

ę

 z powodu łupie

Ŝ

u. 

— Ostrzyc takie włosy — upierał si

ę

 pan Bodzio — to tak, jakbym po komunii 

ś

wi

ę

tej wypluł hosti

ę

 

przenaj

ś

wi

ę

tsz

ą

— Bodziu — trwałam przy swoim — podpisz

ę

 panu rewers... 

— Chyba 

Ŝ

e tak... — zgodził si

ę

 pan Bodzio i przyniósł przybory do pisania, a ja na arkusiku 

papieru napisałam, tak jak przed operacj

ą

Ŝ

e dobrowolnie, znajduj

ą

c si

ę

 przy zdrowych zmysłach, - 

kazałam panu Bodziowi Czerwonce obci

ąć

 swoje włosy. Pan Bodzio, osuszywszy machaniem ten 

rewers, starannie wsun

ą

ł go do portfela, strzepn

ą

ł pelerynk

ę

, zawi

ą

zał mi j

ą

 pod brod

ą

 i pochylił mi 

głow

ę

, i wzi

ą

ł no

Ŝ

yczki, przez chwil

ę

 wahał si

ę

, była to chwila, jak kiedy w cyrku pod kopuł

ą

 artysta 

wykonuje jaki

ś

 niebezpieczny numer i słycha

ć

 tylko odgłos werbli... i pan Bodzio dwoma ci

ę

ciami 

obci

ą

ł pasma moich włosów. Ul

Ŝ

yło mi tak, 

Ŝ

e głowa opadła mi na piersi i poczułam na karku pr

ą

powietrza. Pan Bodzio poło

Ŝ

ył włosy na obrotowym fotelu, po czym wzi

ą

ł maszynk

ę

 i przystrzygł mi 

ko

ń

ce włosów na karku i koło uszu, a potem jego no

Ŝ

yczki zacz

ę

ły szczebiota

ć

, pan Bodzio 

odchodził i patrzył na moj

ą

 głow

ę

 jak tworz

ą

cy rze

ź

biarz i znów jego no

Ŝ

yczki zaczynały w 

skupieniu pracowa

ć

 dalej. Ilekro

ć

 chciałam podnie

ść

 głow

ę

 i ukradkiem przejrze

ć

 si

ę

 w lustrze, 

background image

wciskał mi brod

ę

 mi

ę

dzy obojczyki i pracował dalej, widziałam, jak zaczyna si

ę

 poci

ć

, jego twarz 

l

ś

niła i tchn

ą

ł z niej zapach rumu jamaica i wi

ś

niówki, i koniaku wraz z obłoczkiem niezbyt 

przyjemnej woni piwa, a potem namydlił p

ę

dzel i pilnował mnie, bo ilekro

ć

 usiłowałam spojrze

ć

 na 

siebie, opuszczał mi głow

ę

, ale widziałam, 

Ŝ

e na jego twarzy rozlewa si

ę

 rado

ść

, taki pełen 

zachwytu u

ś

miech, 

Ŝ

e co

ś

 mu si

ę

 udaje, a potem namydlił mi kark i starannie go wygolił, po czym 

zwil

Ŝ

ył mi włosy i strzygł je brzytw

ą

, a ja poczułam nagle gorycz w ustach i serce zacz

ę

ło mi bi

ć

 jak 

szalone, teraz, kiedy było ju

Ŝ

 za pó

ź

no, włosów ju

Ŝ

 nie mo

Ŝ

na było przypi

ąć

 z powrotem, ujrzałam 

Francina, jak wieczorem siedzi w biurze i stalówk

ą

 redis numer trzy wpisuje inicjały w 

browarnianych ksi

ę

gach i wokół ka

Ŝ

dego inicjału rozwichrza łody

Ŝ

ki i poruszaj

ą

ce si

ę

 w kształcie 

liry moje rude włosy, ujrzałam Francina, któremu Bodzio Czerwonka odcina r

ę

ce od moich włosów, 

któremu odcina pobły-skuj

ą

cy fioletowo neonowy grzebie

ń

, bo Francin nigdy ju

Ŝ

 nie b

ę

dzie w 

ciemnym pokoju czesa

ć

 moich włosów i pie

ś

ci

ć

 si

ę

 nimi, moich włosów, w których zakochał si

ę

 

jeszcze za Austrii i dla których si

ę

 ze mn

ą

 o

Ŝ

enił... Zamkn

ę

łam oczy i przycisn

ę

łam brod

ę

 do piersi, 

i przez chwil

ę

 przełykałam łzy, pan Bodzio dotkn

ą

ł mnie dwa razy, ale nie miałam siły podnie

ść

 

oczu do lustra, pan Bodzio delikatnie uj

ą

ł moj

ą

 twarz i podniósł mi brod

ę

, po czym odsun

ą

ł si

ę

 i 

okazał si

ę

 na tyle taktowny, 

Ŝ

e si

ę

 odwrócił... A tam w lustrze na obrotowym fotelu a

Ŝ

 po szyj

ę

 w 

białym prze

ś

cieradle siedział przystojny młody m

ęŜ

czyzna, ale z tak bezczelnym wyrazem twarzy, 

Ŝ

e sama na siebie podniosłam r

ę

k

ę

. Pan Bodzio odwi

ą

zał mi pelerynk

ę

 i wyprostował si

ę

, a ja 

oparłam si

ę

 o marmurowy stolik i patrzyłam na siebie, i nie mogłam wyj

ść

 ze zdumienia, bo pan 

Bodzio tym swoim strzy

Ŝ

eniem wydobył ze mnie moj

ą

 dusz

ę

, to uczesanie Józefiny Baker to byłam 

ja, to był mój portret, ka

Ŝ

dego tutaj ta moja fryzura musiała d

ź

gn

ąć

 w twarz jak dyszel. A pan 

Bodzio dawno ju

Ŝ

 wytrz

ą

sn

ą

ł z pelerynki połamane i 

ś

ci

ę

te włosy i stwarzał mi miłosiernie warunki, 

abym mogła sama si

ę

 z sob

ą

 pogodzi

ć

, abym si

ę

 do siebie przyzwyczaiła. Usiadłam i ci

ą

gle nie 

spuszczałam z siebie wzroku. Pan Bodzio wzi

ą

ł okr

ą

głe lusterko i ustawił je za mn

ą

. W lustrze 

przede mn

ą

 widziałam w owalnym lusterku swój kark, swoj

ą

 chłopi

ę

c

ą

 szyj

ę

, dzi

ę

ki której 

powróciłam do dziewcz

ę

cych lat, nie przestaj

ą

c ani na chwil

ę

 by

ć

 kobiet

ą

, która jest jeszcze zdolna 

kusi

ć

 sam

ą

 siebie t

ą

 swoj

ą

 szyj

ą

, tym karkiem ostrzy

Ŝ

onym w kształt serca. I w ogóle całe to moje 

nowe uczesanie sprawiało wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e to hełm, taka czapeczka z włosów, jak

ą

 miał Mefistofeles, 

kiedy zespól Marcina grał Fausta w naszym teatrze, 

Ŝ

e mo

Ŝ

na je zdj

ąć

 zupełnie tak samo, jak przed 

chwil

ą

 pan doktor Grunto-rad zdj

ą

ł gipsowy opatrunek z mojej kostki... I zerwałam si

ę

, a 

Ŝ

e byłam 

przyzwyczajona do tego, 

Ŝ

e te moje włosy ci

ą

gn

ę

ły mi głow

ę

 do tyłu, omal si

ę

 nie przewróciłam i nie 

rozbiłam panu Bodziowi lustra... Zapłaciłam panu Bodziowi i powiedziałam mu, 

Ŝ

e ma u mnie 

skrzynk

ę

 piwa, a pan Bodzio u

ś

miechał si

ę

 i zacierał r

ę

ce, bo i jemu przywrócił siły ten fryzjerski 

wyczyn. 

— Bodziu — spytałam — czy sam pan to wymy

ś

lił? 

A pan Bodzio znalazł w 

Ŝ

urnalu fryzjerskim seri

ę

 nowoczesnych fryzur: od grzywki Lyi de Putti a

Ŝ

 

po bubi-kopf Józefiny Baker... Wyszłam i poczułam wokół głowy wichur

ę

, cho

ć

 było spokojnie. 

Wskoczyłam na rower, pan Bodzio wybiegł za mn

ą

 i przyniósł w papierowej torebce te moje obci

ę

te 

włosy, dał mi je do r

ą

k, wa

Ŝ

yły te moje włosy dobre dwa kilogramy, jakbym kupiła dwa kilogramowe 

w

ę

gorze. 

— Bodziu — zwróciłam si

ę

 do niego — niech mi pan to poło

Ŝ

y z tyłu na baga

Ŝ

niku, dobrze? 

I pan Bodzio podniósł spr

ęŜ

yn

ę

 baga

Ŝ

nika, i poło

Ŝ

ył tam pasma włosów, a kiedy opu

ś

cił spr

ęŜ

yn

ę

 

baga

Ŝ

nika na włosy, chwyciłam si

ę

 za głow

ę

... A potem jechałam główn

ą

 ulic

ą

 i patrzyłam na 

przechodniów, widziałam mistrza kominiarskiego pana de Giorgi, ale on mnie nie poznał, 
pojechałam na dworzec, patrzyłam na odje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

ce poci

ą

gi, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi, 

ludzie uwa

Ŝ

ali mnie za kogo

ś

 zupełnie innego, chocia

Ŝ

 rower i moje ciało były takie same jak przed 

tymi postrzy

Ŝ

yna-mi, naciskałam pedały roweru i wracałam główn

ą

 ulic

ą

, przed piekarni

ą

 pana 

Swobody stał powóz doktora Gruntorada, dopiero po południu znalazł pan doktor czas na p

ę

katy 

dzbanek białej kawy i koszyczek bułek, który czekał na niego codziennie rano, kiedy b

ę

dzie wraca

ć

 

od swoich poło

Ŝ

nic i w

ą

trobowych kolek, i oto pan doktor wyszedł, stangret zeskoczył z kozła, gdzie 

drzemał trzymaj

ą

c lejce ogiera, pan doktor spojrzał na mnie, ukłoniłam si

ę

 i u

ś

miechn

ę

łam, ale pan 

doktor wahał si

ę

 tylko chwil

ę

, po czym zdecydowanie potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

 i usiadł na ko

ź

le, i odjechał, 

podczas gdy jego stangret rozwalał si

ę

 na aksamitnym siedzeniu, przejechałam przez rynek koło 

ś

wi

ę

tej figury, wszyscy patrzyli na mnie, jakbym po raz pierwszy znalazła si

ę

 w miasteczku... na 

background image

promenadzie przed firm

ą

 Katz, sklep z towarami łokciowymi i galanteri

ą

, spał buldog i stała grupka 

odzianych na czarno dam, spódnice miały a

Ŝ

 do samej ziemi, przewodnicz

ą

ca towarzystwa 

miło

ś

ników miasta oprowadzała chyba jakiego

ś

 kompozytora, miał ogromny czarny kapelusz jak 

socjaldemokrata. Kiedy

ś

 i ja tak

Ŝ

e szłam tak z tym towarzystwem miło

ś

ników miasta w spódnicach 

zmiataj

ą

cych kurz z bruku, w 

ś

wi

ą

tyni pa

ń

skiej pod wezwaniem 

Ś

wi

ę

tego Idziego stały

ś

my przed 

zamkni

ę

tym bocznym wej

ś

ciem i patrzyły

ś

my na posadzk

ę

, gdzie nie było ju

Ŝ

 nic, tylko 

wspomnienie, 

Ŝ

e jeszcze przed stu laty znajdował si

ę

 tam zaschły ko

Ŝ

uch krwi z owej masakry w 

ko

ś

ciele, kiedy Szwedzi i Sasi wymordowali wszystkich mieszczan, którzy si

ę

 tam przed nimi ukryli, 

potem stały

ś

my przed jedyn

ą

 naprawd

ę

 pi

ę

kn

ą

 i historycznie warto

ś

ciow

ą

 bram

ą

 baszty, ale nie 

patrzyły

ś

my na t

ę

 bram

ę

, tylko spogl

ą

dały

ś

my uwa

Ŝ

nie pod łuki kamiennego mostu, gdzie w 1913 

roku pogromca z cyrku Kludsky k

ą

pał swoje słonie, które jeszcze teraz pluskaj

ą

 si

ę

 w falach Łaby i 

nabrawszy wody w tr

ą

by niczym szlauchami opryskuj

ą

 sobie grzbiety, zupełnie tak samo jak na 

fotografii w muzeum miejskim, bo przewodnicz

ą

ca towarzystwa miło

ś

ników miasta, pani 

Krasie

ń

ska, dzi

ę

ki uskrzydlaj

ą

cej wyobra

ź

ni widzi z naszego miasteczka tylko to, czego w nim ju

Ŝ

 

zobaczy

ć

 nie mo

Ŝ

na. Teraz członkinie towarzystwa miło

ś

ników miasta przeszły ze swoim wybitnym 

go

ś

ciem pod arkadami i znalazły si

ę

 przed gospod

ą

 „U Hawerdów”, i ze wzruszeniem patrzyły na 

cementowy bruk, gdzie odpoczywał ongi

ś

 Fryderyk Wielki. I aby pokaza

ć

 rzecz najcenniejsz

ą

 w 

naszym miasteczku, pani Krasie

ń

ska wzi

ę

ła kompozytora pod r

ę

k

ę

 i zaprowadziła na 

ś

rodek placu, 

gdzie na ławeczce siedzieli dwaj emeryci z brodami opartymi na laseczkach, i pani przewodnicz

ą

ca 

przedstawiała i dokładnie opisywała renesansow

ą

 fontann

ę

, która stała tam do 1840 roku, a pó

ź

niej 

została zburzona, myliłby si

ę

 jednak ka

Ŝ

dy, kto my

ś

lałby, tak jak ci dwaj siedz

ą

cy emeryci, 

Ŝ

towarzystwo miło

ś

ników miasta patrzy na nich. Sk

ą

d

Ŝ

e znowu! Przewodnicz

ą

ca pokazywała 

wprawdzie i je

ź

dziła palcem przed twarzami emerytów, jednak

Ŝ

e widziała to, co opisywała, te 

pi

ę

kne ornamenty, girlandy z piaskowca i płaskorze

ź

b

ę

 przedstawiaj

ą

c

ą

 dwa aniołki, które 

znajdowały si

ę

 na tej fontannie, a wi

ę

c nadal s

ą

 ozdob

ą

 naszego miasteczka. Ach, pani 

Krasie

ń

ska, ta, która kocha to wszystko, czego ju

Ŝ

 nie ma, zakochałam si

ę

 w niej, kiedy 

dowiedziałam si

ę

 o tym jej romansie, przed trzydziestu laty zakochała si

ę

 w tenorze Teatru 

Narodowego, panu Szicu, wyczekiwała po przedstawieniu przed wyj

ś

ciem dla aktorów, a kiedy 

tenor wychodził i odrzucał niedopałek papierosa, wbijała tego peta na szpilk

ę

 i wkładała do srebrnej 

kasetki niczym bezcenn

ą

 relikwi

ę

, a 

Ŝ

e była szwaczk

ą

, musiała cały dzie

ń

 szy

ć

, aby zarobi

ć

 na 

orchide

ę

, i cały tydzie

ń

 musiała szy

ć

, aby mogła kupi

ć

 sobie fotel w lo

Ŝ

y, z której zawsze rzucała 

pod nogi panu Szicowi t

ę

 jedn

ą

 zarobion

ą

 w ci

ą

gu dnia orchide

ę

, a kiedy rzuciła ten kwiat po raz 

dwudziesty, poczekała na tenora, zaczepiła go i powiedziała mu, 

Ŝ

e go kocha. A pan Szic 

powiedział jej, 

Ŝ

e on jej nie kocha jedynie dlatego, 

Ŝ

e nie podoba mu si

ę

 jej długi nos. I pani 

Krasie

ń

ska szyła przez cały rok, i za te pieni

ą

dze kazała sobie w Bernie na Morawach obci

ąć

 ten 

długi nos i przyszy

ć

 do chrz

ą

stki nosowej mi

ę

sie

ń

 z własnego ramienia, mi

ę

sie

ń

, z którego pó

ź

niej 

lekarze uformowali przepi

ę

kny grecki nosek. I oto pani Krasie

ń

ska znów stała przy wyj

ś

ciu dla 

aktorów Teatru Narodowego, a 

Ŝ

e była pi

ę

kna, mogła wda

ć

 si

ę

 w rozmow

ę

 ze sławnym tenorem 

panem Szicem, jednak

Ŝ

e tenor zaprosił j

ą

 na nocn

ą

 przechadzk

ę

 i przyznał si

ę

 jej, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 niemal 

cały rok szuka pi

ę

knej dziewczyny z dr

Ŝą

cym długim noskiem, noskiem, w którym si

ę

 zakochał i 

bez którego nie mo

Ŝ

Ŝ

y

ć

. I pani Krasie

ń

ska wyznała mu, 

Ŝ

e to ona jest t

ą

 dziewczyn

ą

 z długim 

nosem, który jednak z powodu sławnego tenora kazała sobie odci

ąć

 i zast

ą

pi

ć

 nosem, na który on 

wła

ś

nie teraz patrzy. A pan Szic podniósł r

ę

ce i krzykn

ą

ł: 

— Co pani zrobiła z tym pi

ę

knym nosem? Jak pani mogła! 

I uciekł od niej. 
I pani Krasie

ń

ska spojrzała na mnie obok renesansowej fontanny, i podniosła r

ę

ce, i krzykn

ę

ła: 

— Co pani zrobiła z tymi pi

ę

knymi włosami? Jak pani mogła! 

I wybitnemu go

ś

ciowi naszego miasteczka pokazywała mnie, i ja wiedziałam ju

Ŝ

Ŝ

e moje włosy 

nale

Ŝą

 do zabytków miasteczka. Nacisn

ę

łam na pedały, ale trzy członkinie towarzystwa miło

ś

ników 

miasta wypo

Ŝ

yczyły sobie przed hotelem „Na Ksi

ąŜę

cym” rowery i ruszyły za mn

ą

, z zazdro

ś

ci tak 

naciskały na pedały, 

Ŝ

e bez trudu mnie wyprzedziły i krzyczały wskazuj

ą

c na mnie: 

— Obci

ę

ła sobie włosy! 

background image

Kilku cyklistów, którzy mnie znali, w rozgoryczeniu pojechało za mn

ą

, oni tak

Ŝ

e mnie wyprzedzili i 

pluli mi pod koła, a ja jechałam w tym ruchomym szpalerze cyklistów, wszyscy smagali mnie 
spojrzeniami pełnymi gniewu, ale to dodawało mi siły, zało

Ŝ

yłam r

ę

ce i jechałam bez trzymania, i do 

browaru wjechałam ju

Ŝ

 sama, cykli

ś

ci stali z rowerami pomi

ę

dzy nogami przed biurem z napisem:

 

 

GDZIE SI

Ę

 PIWO WARZY, 

TAM SI

Ę

 DOBRZE DARZY! 

 

 
I oto wybiegł Francin, a za nim trzy członkinie towarzystwa miło

ś

ników miasta, wskazuj

ą

ce mnie 

obu r

ę

koma. 

— Co si

ę

 stało z twoimi włosami? — spytał Francin z piórem ze stalówk

ą

 redis numer trzy w 

dr

Ŝą

cych palcach. 

— Mam je tutaj — odpowiedziałam i oparłszy rower o 

ś

cian

ę

, podniosłam spr

ęŜ

yn

ę

 baga

Ŝ

nika i 

podałam mu te dwa ci

ęŜ

kie warkocze. 

Francin wło

Ŝ

ył pióro za ucho i zwa

Ŝ

ył w dłoni te moje martwe włosy, i poło

Ŝ

ył je na ławeczce. A 

potem odpi

ą

ł pompk

ę

 od ramy mojego roweru. 

— Mam d

ę

tki wystarczaj

ą

co napompowane — powiedziałam i ze znajomo

ś

ci

ą

 rzeczy dotkn

ę

łam 

przedniej i tylnej opony. 

Francin jednak odkr

ę

cił w

ęŜ

yk od pompki. 

— Pompka jest tak

Ŝ

e w porz

ą

dku — dodałam nic nie rozumiej

ą

c. 

A Francin przyskoczył nagle do mnie, przegi

ą

ł mnie przez kolano, podniósł mi spódnic

ę

 i zacz

ą

ł 

mnie smaga

ć

 po tyłku, a ja zdr

ę

twiałam na my

ś

l, czy aby wło

Ŝ

yłam czyst

ą

 bielizn

ę

 i czy si

ę

 umyłam, 

i czy jestem dostatecznie odsłoni

ę

ta. Francin smagał mnie w

ęŜ

ykiem, cykli

ś

ci z zadowoleniem 

kiwali głowami, a trzy członkinie towarzystwa miło

ś

ników miasta patrzyły na mnie, jakby zamówiły 

sobie t

ę

 satysfakcj

ę

W ko

ń

cu Francin postawił mnie na ziemi, opu

ś

ciłam spódnic

ę

, Francin był pi

ę

kny, nozdrza mu 

dr

Ŝ

ały zupełnie tak samo jak wówczas, kiedy poskromił spłoszone konie. 

— Tak, moja panno — powiedział. — Zaczniemy nowe 

Ŝ

ycie! 

I schylił si

ę

, i podniósł z ziemi pióro ze stalówk

ą

 redis numer trzy, po czym przykr

ę

cił w

ęŜ

yk do 

pompki, a pompk

ę

 wcisn

ą

ł w klipsy umocowane na ramie mojego roweru. 

Wzi

ę

łam t

ę

 pompk

ę

 i pokazuj

ą

c j

ą

 cyklistom powiedziałam: 

— T

ę

 oto pompk

ę

 kupiłam w firmie Runkas przy ulicy Bolesławskiej.