background image

 

DOBRANOCKA  

DLA CASSIUSA 

Bohumił Hrabal 

 
 
 
 
 

Poganie wiary nie znając prawdę odkryli... 

Chrystus 

 
 

Dziś jest niedziela, nastawiłem radio Wiedeń, zaczęły się wiadomości w 

języku francuskim, otwarłem drzwi i Cassius wtargnął do mnie jak czarny 
delfin, jak czarny pogrzebowy kucyk, co to ciągnie bęben... i naraz usłyszałem 
w wiadomościach: 

— Alexandre Dubczek est decede a Prague... 
umieram, Cassiusie, opuścił ten świat mój przyjaciel, a ty będziesz dziś 

czarnym przewodnikiem konduktu pogrzebowego moich jasnych wspomnień o 
Saszeńce Dubczeku, o którym napisałem kiedyś, Ŝe ciągiem dwustu ton 
zostanie za pomocą rakiety Atlas wyniesiony na orbitę i będzie tam królować aŜ 
po dzień dzisiejszy... 

Napisałem, Cassiusie, i kiedy mnie pytano, co myślę o wyborze Gorbaczowa, 

wówczas, w kwietniu, napisałem do włoskiego „Expressu”, Ŝe jego los nie 
będzie się róŜnił od losu Saszeńki Dubczeka... i Ŝe Gorbaczow ma takie same 
oczy, jakie miał Saszeńka Dubczek, jakie miał Chrystus, kiedy modlił się na 
Górze Oliwnej: 

— Panie, jeśli moŜesz, odwróć ode mnie ten los... 
No i, Cassiusie, juŜ to mamy... Alexandre Dubczek est decede... Denatus. Jak 

wyrzeźbiono na grobowcach biskupów i opatów w Regensburgu, w Ratyzbonie, 
gdzie przyjmowali chrzest pierwsi ksiąŜęta czescy.. 

Jesteś pierwszy, Cassiusie, kto usłyszał tę wiadomość, i te informacje o tym, 

jaki program nadawać będzie wiedeńska telewizja, a właściwie radio... Druga 
symfonia Gustawa Mahlera, symfonia Auferstehung, którą mam tu na stole, na 
taśmie magnetofonowej, a symfonia ta nosi nazwę Tytan... 

Wczoraj, Cassiusie, kiedy rozmawialiśmy o tym, jaki film chciałby kaŜdy z 

nas zobaczyć, powiedziałem: 

—  Śmierć w Wenecji z Czwartą symfonią Mahlera na ścieŜce dźwiękowej... 
Tak jakbym, Cassiusie, przeczuwał juŜ to, Ŝe w Pradze umiera Saszeńka, 

background image

Saszeńka, który szukał mnie raz w „Tygrysie”, a mnie tam nie było.., moŜe 
gdybym z nim porozmawiał, to rozmowa ta stałaby się tym motylim skrzydłem, 
które zmieniłoby cały jego los i Saszeńka byłby jeszcze wśród nas... 

jednakŜe, Cassiusie, nikt nigdy nie wie, o co prosi... teraz Saszeńka jest 

denatus, est decede, polityka była jego Losem i króluje teraz na orbicie 
chrześcijańskiego i komunistycznego nieba, piękny chłopak, człowiek, który —
kiedy widziałem go na Zamku, gdy owej praskiej wiosny wręczał mi medal 
laureata za film, gdzie bohater wylatuje na końcu w powietrze w imię wyŜszego 
celu, za film Pociągi pod specjalnym nadzorem, nie mogę, Cassiusie, 
zapomnieć, Ŝe kiedy wychodził z wyłoŜonych tapetą drzwi wraz z prezydentem 
i innymi przedstawicielami rządu i partii, oślepił mnie wprost, bo wokół całej 
postaci Saszeńki Dubczeka... bo cała jego postać tchnęła blaskiem, dokoleńka, 
dokoła, tak jak aureola otaczała Ignacego Loyolę... 

to pierwszy szlachetny komunista, który króluje we wspomnieniach, a 

faktycznie takŜe w chrześcijańskim niebie... 

będziesz tu, Cassiusie, ze mną jako gość Ŝałobny, będziesz przewodnikiem 

moich myśli, przewodnikiem konduktu pogrzebowego, podczas gdy te tam na 
dworze, te cztery czarne kocurki, chłopaki, będą siedzieć na stole niczym 
grabarze, bo dzisiejsza niedziela jest dniem Ŝałoby... 

A więc, Cassiusie, aniele boŜy, stróŜu mój, strzeŜ nie tylko mnie, ale i 

duszyczkę świętego Saszeńki, a zrządzeniem wyŜszych mocy, przypadkiem, 
który ma sens, nawet radio wiedeńskie będzie nadawać dziś symfonię Auferste-
hung, symfonię Tytan... jako pierwsze requiem za tego, który nas, Cassiusie, 
wyprzedził, który był natus na Słowacji, a denatus w Pradze... I do tego Na 
Homolce. Panie, jeŜeli moŜesz, odsuń ode mnie ten kielich... ale Saszeńka był 
bohaterem i wypił ten kielich do dna... 

Umarła nam, Cassiusie, Pipsi, nie mam nikogo, moje dzieci odeszły juŜ w 

nasieniu, no i jestem tutaj... a ty przy piecu czyścisz sobie czarne futerko na 
pogrzebową niedzielę... 

Rakietą Atlas wyniesiony został na niebieską orbitę. Auferstehung 

Symfonie... juŜ za Ŝycia jest z Saszeńki... Tytan... A polityka, Cassiusie, to los. 

Ps . 
Kersko, 8 listopada 1992 roku, ciepło, pada drobny deszcz. Cassius po raz 

pierwszy leŜy ze mną w łóŜku i mruczy. Filharmonia wiedeńska pod batutą 
Claudia Abbada skończyła o godzinie 12.45 Drugą symfonię Gustawa Mahlera, 
Auferstehung, a Pierwsza symfonia nosi tytuł Tytan. 
 

MAGNA CHARTA 92 

Ulotka reklamowa 

 
 
 

Motto: 

background image

Ivan szczał wczoraj koło parlamentu. 

Z dziennika intymnego Egona Bondy’ego (Pl 090, s. 47) 

 

Ivo Vodsed’alek stworzył w swoim Ŝyciu, przez całe to swoje barwne Ŝycie, 

pięć ksiąŜek, przeŜycia i liryczne wzruszenia, gagi i sci-fi, które w jego Ŝyciu 
przeplatają się z sytuacjami granicznymi Karła Jaspersa, i w ten oto sposób, 
często bez alegorii i symbolu, autor uprzejrzyścił nam nasze istnienie. Jego 
wiersze przypominają dwadzieścia dwie karty tarota, filozoficznej gry EL 
GRAN TAROT ESOTERICO, karty liczące sobie wiele tysięcy lat, które 
stanowiły źródło natchnienia dla Raimundusa Lullusa w trzynastym wieku, a w 
wyniku tej inspiracji powstała jego ARS MAGNA, księga ta z kolei natchnęła 
Hieronima Boscha i stworzył plastyczne dzieło późnogotyckiej moralności... 
jego zaś styl i formy sięgają aŜ po paranoicznokrytyczną metodę Salvadora 
Dali... 

A ja ten pentateuch Ivo Vodsed’alka nazywam Magna Charta Libertatis, tych 

pięć ksiąg to niegorliwa gorliwość poety, który mógł sobie pozwolić na ten 
luksus pisania jedynie dla siebie i swoich przyjaciół. W owych pięćdziesiątych 
latach Ivo zawarł Sternenfreundschaft ze swoim przyjacielem Egonem Bondym, 
który chyba tylko dla niego przełoŜył Galgenlieder Christiana Morgensterna, i 
tak obaj poeci jako point de depart znajdowali natchnienie w dada i absolutnym 
humorze Palmstroma oraz von Korfa. Itak oto dwaj prascy poeci, obaj zapaleni 
marksiści, a przy tym dzieci z rodzin high snobiety, chodzili ulicami i placami, 
odwiedzali restauracje i bary; kawiarnie i skwery centrum Pragi i jej 
przedmieść, aby swoimi totalnymi wierszami obalać z wolna, lecz nieuchronnie 
pomniki poetyzmu i przekształcić je w nowy styl Ŝyciowy marksistowskiej 
cyganerii. 

Kochana Kwiecieńko, Ivo Vodsed’alek mógł sobie pozwolić na ten luksus 

wykształcenia sięgającego niemal polihistorii, a co więcej — namiętnie jeździł 
na nartach i na łyŜwach, i pływał, i w ogóle namiętnie oddawał się podróŜom i 
sportom, tak jak praski pisarz Franz Kafka... i nie miał Ŝadnego powodu, by stać 
się sygnatariuszem Karty 77... napisał pięć ksiąŜek, które tworzą jego Magna 
Charta 92, Nietzsche sparodiowałby ją zniekształcając zdania Kanta: Ding an 
sich selbst in allen Dingen... na: Charta an mich und fur mich in allen Dingen... 

I tak oto Ivo Vodsed’alek, zawsze elegancko ubrany, z kolorowym krawatem 

i w luksusowych bucikach, odwiedzał praskie lokale i mieszkania i tam 
chętnym słuchaczom deklamował swoje wiersze i dzięki temu przesunął lata 
pięćdziesiąte aŜ ku tej swojej egzystencyjnej, egzystencjonalnej sytuacji, kiedy 
mógł sobie pozwolić na ten luksus i latać z nieznajomymi w swoich balonach, 
boć przecie nie tylko pisanie, ale i latanie jest takie łatwe... 
A przy tym nadal podziwiał sowieckie plakaty i filmy, nadal kochał rosyjskich 
malarzy, którzy nie ulegli czarowi nowoczesności... a przy tym długie godziny 
poświęcał na czytanie Biblii oraz reklamowych i politycznych sloganów, i z 
powycinanych tak tekstów układał literackie kolaŜe, myśląc przy tym o 

background image

Tertulianie... Credo, quia absurdum est... i rozwaŜał podczas przechadzek po 
Pradze, zastanawiał się nad Mikołajem z Kuzy, ile racji jest w jego Docta 
ignorantia...  
Dlatego Ivo, mieszkając na piątym piętrze przy alei 28 Października, zamawiał 
taksówkę, by go zawiozła do gospody „Pod Trzema Białymi Barankami” 
znajdującej się tuŜ obok, po przeciwnej stronie ulicy.. 
Myślę, Ŝe wszystkie te pięć ksiąŜek, które opublikowała „Praska Imaginacja”, 
zainteresuje nie tylko historyków literatury, lecz takŜe dziejów rozwoju ducha 
ludzkiego epoki, filozofii i socjologii, zwłaszcza recesji, a jeszcze bardziej 
happeningu, tak jak Friedrich Nietzsche objął swoją filozofią wszystkie 
kategorie nauki i sztuki. Poprzednikiem Iva Vodsed’alka w recesji był prezes 
praskich recesjonistów, syn właściciela zakładu pogrzebowego Schonbach, 
gdzie w piwnicy stały trumny, a po węgiel chodziło się na parter, a ja 
mieszkałem na piętrze u detektywa policji obyczajowej, który w wolnych 
chwilach chętnie czytywał Biblię... 
Stowarzyszenie recesjonistów w latach pierwszej republiki wynajęło wóz 
meblowy w firmie „Holan” i sześciu siłaczy pod przywództwem studenta 
Schonbacha wynosiło później i wnosiło do sieni i podwórek kamienic przy 
placu Świętego Wacława leciutkie bambusowe pręty, po trzech, przez całe 
przedpołudnie, po południu zaś z kolei spoceni wynosili te pręty z podwórza i 
ładowali z powrotem do wozu meblowego z firmy „Holan”, po czym, 
wyczerpani, siadali na schodkach i ocierali pot z czoła... 

Oczywiście, Ivo Vodsed’alkowi wystarczała do recesji taksówka. 
Kochana Kwiecieńko... mieszkałem na Libni, przy ulicy Na Krawędzi 

Wieczności, ta ulica i mój dom został rozebrany, zburzony... ale pozostał dom 
numer pięć, „U Husyty”... i codziennie idąc na autobus przechodzę obok tego 
domu, gdzie nad wejściem do jakiegoś sklepu znajduje się na fioletowym szkle 
Ŝ

ółta reklama: 

GOVINDI‚ MIĘDZYNARODOWE TOWARZYSTWO ŚWIADOMOŚCI 

KRISZNY... 

na wystawie prezentowane są ksiąŜki i taśmy magnetofonowe z 

Upaniszadami i Sziwą, i Kriszną... i przychodzą tu młodzi ludzie, siadają przy 
stołach, piją herbatę i w milczeniu pochylają się nad otwartymi ksiąŜkami, tak 
jak kiedyś dwaj poeci prascy, którzy zawarli Sternenfreundschaft i poświęcali 
się takŜe indyjskiemu buddyzmowi zen... 

Dziś, kiedy przechodziłem obok „Govindi, międzynarodowe towarzystwo 

ś

wiadomości Kriszny”, miałem widzenie jak kiedyś Egon Bondy.. kiedy pisał 

wiersz o tym, jak nad Kremlem w samolocie leci Stalin w szlafroku w 
stokrocie... 

Choć przed nim dali woalka 

widzi Vodsed’alka 

co czyta Vitezslava Halka.  
Łza kręci mu się w oku 

background image

i juŜ gotów do skoku... 
 
a ja widziałem Vodsed’alka czytającego w pałacu Kriszny, Govindi, przy mojej 
dawnej ulicy Na Krawędzi Wieczności, bo w tym kraju, gdzie przyszedł na 
ś

wiat takŜe Zygmunt Freud, dzięki pięciu tomom Ivo Vodsed’alka wszystko jest 

moŜliwe. Dzięki tekstom Zygmunta Freuda oraz Ivo Vodsed’alka moŜemy 
znaleźć się nawet w królestwie tagtrojmów, w królestwie interpretacji snów i 
histerii, dzięki jego psychopatologiom dni powszednich... 
 

Ps 
Oczywiście, kochana Kwiecieńko, Marlon Brando and Vladimir Mećiar and 

Ivo Vodsed’alek nie muszą podrywać kociaków... 
 
DOBRANOCKA NA BOśE NARODZENIE 
 
Motto: 
J. Svoboda przewodniczący Czechosłowackiego Związku MłodzieŜy w swoim 
oświadczeniu: 
Jestem głęboko przekonany, Ŝe data 25 listopada 1992 roku wejdzie do 
wspólnej historii Czechów i Słowaków podobnie jak egzekucja panów czeskich 
w 1621 roku, utworzenie wspólnego państwa 28 października 1918, układ 
monachijski 1938, aprobata układów jałtańskich i teherańskich 1948 i agresja 
wojsk Układu Warszawskiego 21 sierpnia 1968. 

„Rude pravo” (ukazało się w nakładzie 338 240 egzemplarzy) 

 

Słuchaj no, Cassjusie, ośle jeden, kiedy pracowałem jako dyŜurny ruchu w 

Kostomłotach kolo Nymburka miałem wspaniały mundur, wspaniały płaszcz, 
na lato wspaniałą lustrynową bluzę... ale co tydzień gubiłem gwizdek, na 
ktoryrn odgwizdywałem gdy pociąg osobowy miał odjechać, sygnał WM 9, 
konduktorzy pociągów na miejsca —i konduktorzy i kierownicy pociągu 
unosząc rękę dawali znak, Ŝe wszystko jest gotowe.., bon, ale ja co tydzień ten 
gwizdek gubiłem lub gdzieś zapodziewałem, i wobec tego WM 9, konduktorzy 
pociągów na miejsca, gwizdałem na palcach, tak się tego nauczyłem, Ŝe 
wkrótce ludzie z Łysej i Nymburka tylko dlatego jeździli przez moją stację... 

—  Spójrz no, Józeczku, zaraz będzie stacja, gdzie pan dyŜurny ruchu 

gwiŜdŜe na palcach... 

no i, Cassiusie, nawet Chmelec, najwyŜszy pan wszystkich dyŜurnych ruchu, 

przyjechał tam umyślnie w wagonie słuŜbowym, aby na własne oczy tę hańbę 
zobaczyć, kupił mi gwizdek, i dał mi go, i powiedział, Ŝe sam dyrektor kolei 
ś

elezny w Gródku Królowej jest zaniepokojony tym odgwizdywaniem sygnału 

WM 9 na palcach... Zawiadowcy kupiła dyrekcja Gródek cały tuzin gwizdków 
na zapas, ale ja co tydzień gubiłem nadal trzy gwizdki i podróŜni wciąŜ jeździli 
przez moją stacyjkę, aby pokazywać dzieciom... 

background image

—  Teraz będzie ta stacyjka... 
I tak to było — nie zawsze, ale często gwizdałem na palcach... I słuchaj, 

Cassiusie, ośle jeden, teraz z kolei jeŜdŜą podróŜni autobusem przez przystanek 
„Przy Ławeczce”, a kiedy wysiadam, wszyscy siedzą przy oknach i własnym 
oczom nie wierzą, Ŝe w tej mojej alejce numer dwadzieścia cztery czeka na 
mnie dwanaście kotów wychodzą mi naprzeciw, prowadzi je Pomarańcz i 
Czernidło, a ty, Cassiusie, trzymasz się z tyłu, zachowujesz naleŜny dystans, ta 
banda czarnych kotów samczyków, i burych kotek i koteczek z Ŝabocikiem i 
róŜowymi noskami wychodzi mi hurmą naprzeciw, i przewracają się na 
grzbiety, i uśmiechają się do mnie z brzuszkami do góry, a ty, Cassiusie, 
przychodzisz ostatni, wyciągam do ciebie palec, a ty łaskawie szturchasz go 
nosem... 

I tak jak kiedyś przed laty z powodu tego mojego gwizdania na palcach, 

jeŜdŜą teraz ludzie autobusem, aby zobaczyć tę moją watahę kotek i kotów... 
Rozsławiła ta moja horda przystanek autobusowy „Przy Ławeczce” w Kersku, 
zupełnie tak samo jak kiedy ja w Kostomłotach gubiłem gwizdki i musiałem 
sygnał WM 9 odgwizdywać na palcach... i ludzie stali przy oknach, i patrzyli na 
mnie, jak obmacuję się i nie mogę gwizdka w Ŝadnej kieszeni znaleźć... I, 
kochany Cassiusie, to twoje zachowywanie dystansu, to trzymanie się na 
uboczu od tej watahy, uczyniło z ciebie Zaratustrę, bo wiesz, co to jest... 
dystans, trzymanie wszystkich innych z dala od siebie... 

Siedziałem w foteliku, Cassius na moich kolanach słuchał, mruczał, 

trzymałem go za łapkę, wysuwał i chował pazurki, pochyliłem się tak jak 
dawno temu, kiedy się z Cassiusem kochaliśmy, i liczyłem mu pazurki, a potem 
brałem jedna za drugą jego łapki, podnosiłem je i nie szczędziłem całusów... 
Pojednaliśmy się i ja opowiadałem mu wprost do uszka tę najmilszą historyjkę z 
lat chłopięcych, kiedy przyjaźniłem się z panem Wanieczkiem, który pracował 
przy torach, a kiedy na tym naszym Załabiu wracał z pracy, to jak była piękna 
pogoda, długo mył ręce, mydlił i rozmarzał się na podwórku i śpiewał nie ską-
piąc głosu i uczucia: 
 

Wiosła są długie, łódka niespora, 
PójdźŜe, kochanko, juŜ wracać pora... 

a potem: 

Wokół noc cicha, ta noc majowa... 

po czym z kolei: 

 

Panna Stasia z panem Lolkiem 
bardzo lubią tańczyć polkę... 
 

I tak z namydlonymi rękoma słodko śpiewał, a ludzie na podwórkach i w 

ogródkach słuchali, Józiek miał piękny głos.., później jednak, ni stąd, ni zowąd 
pan Wanieczek, mój druh i przyjaciel, a ja tylko na to czekałem, krzyczał nagle: 

background image

— Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili! 
A potem było słychać gniewne zamykanie okien i krzyk: 
— Ta świnia Wanieczek! JuŜ wrócił z pracy! 
A pan Wanieczek kończył myć ręce, a jego ogromna, stara jak Sybilla ciotka 

waliła Józia w plecy i śmiała się, i pan Wanieczek śmiał się, aŜ łzy płynęły mu z 
oczu, a ja wstydziłem się za niego, ale byłem szczęśliwy, Ŝe taki z niego 
dadaista i recesjonista... 

Kochany Cassiusie! Pewna mama skarŜyła mi się na to śpiewanie i ten 

recytatyw pana Wanieczka... 

— Proszę pana, proszę wybaczyć, ale ja mam córeczkę, ma pięć lat, nim 

idzie spać, nauczyłam ją: „Aniele BoŜy, stróŜu mój, ty zawsze przy mnie 
stój...”, ale kiedy juŜ juŜ zasypia, ta moja judytka tak jak ten bydlak pan 
Wanieczek szepcze: „Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili”. I niech mi pan powie, 
jak mam wychowywać te swoje dzieci? Sąsiadki teŜ w sklepiku narzekają, Ŝe 
ich dzieci, które chodzą do szkoły powszechnej, teŜ ni stąd, ni zowąd, nawet w 
klasach, wykrzykują: „Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili”, a mój mąŜ śmieje się, 
aŜ brzuch mu się trzęsie, i powiada: „Daj Bóg, aby i u nas tak było... Nie jedli, 
nie pili, tylko pierdolili”. 

Aha! Mój Cassiusie, w telewizji przed dobranocką i po niej bywają reklamy... 

a ja ci powiem o reklamach w moich złotych trzydziestych latach w Nymburku, 
gdzie pisywałem juŜ wtedy wierszyki do „Gazety Obywatelskiej” i byłem 
poetą... Co tydzień w tej „Gazecie Obywatelskiej” firma Hendrych, ulica 
Palackiego, Koszule i Towary Galanteryjne, miewała takie choćby reklamy... 

Bohumil Hrabal, poeta nymburski, został przejechany przez pociąg na trasie 

między Kostomłotami a Kamiennym ZboŜem — ale nic mu się nie stało, bo 
miał na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, ulica Palackiego, Nymburk. 

Kiedy indziej znów: 

Poeta Bohumil Hrabal spadł z wieŜy kościoła dekanalnego pod wezwaniem 

Ś

więtego Idziego, ale Ŝe miał na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, ulica 

Palackiego, Nymburk, nie odniósł Ŝadnych obraŜeń... 

I jeszcze wiele innych pięknych reklam, a oto najpiękniejsza: 

Na dziedzińcu hotelu „Zofiówka” na Załabiu załamała się pod Bohumilem 

Hrabalem podłoga wygódki i —mimo iŜ po szyję w ekskrementach — poeta 
został wyciągnięty z kloaki czysty, bo miał na sobie koszulę z firmy Miłan 
Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego... 

Ale, Cassiusie, stajesz się juŜ nerwowy, wbijasz mi pazurki w spodnie, 

wobec tego opowiem ci tkliwą i poetycką dobranockę tylko dla ciebie. OtóŜ tak 
jak z reklamami bywa dziś u nas takŜe z wyborami. W telewizji w 
wiadomościach są co tydzień jakieś wybory i ten wyborczy uraz trwa juŜ drugi 
rok... JakieŜ to, Cassiusie, było proste za komunistów, ale wtedy ciebie nie było 
jeszcze na świecie... Wszystko było jasne, dziewięćdziesiąt dziewięć procent 
wybrano juŜ z góry, ale przedstawienie musiało trwać! Ja po raz ostatni 
głosowałem u siebie, w Kersku. W sobotę przed południem przyszedł komisarz 

background image

wyborczy i: 
— Do licha, Bogusiu, gdzie jesteś? i nastawił urnę wyborczą: pudełko po 
butach oblepione taśmą ostemplowaną pieczęcią rady narodowej... tekturowe 
wieczko nacięte noŜem stanowiło tajny otwór do wrzucania kart wyborczych... 
wsunąłem więc swoją kartę, a on: — Tam do licha, musimy jeszcze pójść do 
Wery... dochodzi wpół do pierwszej, a my w Gródeczku zobowiązaliśmy się, Ŝe 
do pierwszej będzie po wyborach... no i ja, jako członek miejscowej rady 
narodowej, poszedłem z nim, z komisarzem wyborczym, który miał kiedyś 
drogerię, a Ŝe nie wiodło mu się w interesach, został komunistą... i dotarliśmy 
do parceli między lasami, w ogrodzie rosły drzewa owocowe i dojrzewały 
czereśnie, napoleonki, chrupki, i komisarz niczym mszał niósł pudełko 
wyborcze po butach, urnę wyborczą... a tam pośrodku ogrodu była drabina i w 
koronie napoleonki stała tłusta Wera w krótkich spodenkach i zrywała owoce, i 
drabina się kołysała... a my staliśmy na dole, pod koroną obsypaną czereśniami, 
a w górze promieniało wielkie piękne dupsko, nic więcej poza tym dupskiem, i 
zawieszony na haku u góry drabiny koszyk, i pulchne ręce zrywały z gałęzi i 
wkładały do koszyka dojrzałe czereśnie... 

— ToŜ ty, dziewucho — zawołał komisarz wyborczy— jesteś ostatnia... — i 

wyciągał w górę pudełko — zejdź niŜej i wrzuć tu swój głos... 

A z korony przejrzałych czereśni napoleonek rozległ się donośny głos młodej 

kobiety: 

— A idźcieŜ wy do dupy na raki razem z tymi swoimi wyborami! I tak to 

wszystko gówno warte! 

A komisarz zwinął dłonie w tubę i wołał w górę: 
— CóŜ to, dziewucho, mówisz? Czemu urągasz i bluźnisz? Demokratyczne 

wybory, a ty tak?! Zejdź na dół i weź udział w wyborach, bo nie dostaniesz na 
Gwiazdkę specjalnego dodatku! 

I ja spoglądałem z upodobaniem na to ogromne piękne dupsko na wysokości 

pięciu metrów na chwiejącej się drabinie i czułem się tak, jakby mi ktoś 
smarował piersi sadłem, tak piękny był teŜ płynący z góry głos młodej kobiety... 

— Wsadźcie sobie w dupę ten wasz dodatek specjalny. PrzecieŜ niczego nie 

zmienicie, mielecie tylko na próŜno Jęzorem... 

A komisarz zwinął znów dłonie w tubę i wołał w górę: 
— Co takiego? Nic się nie zmieni? Znów będzie BoŜe Ciało, w Nymburku, a 

i komuniści będą mogli wziąć udział! I nie tylko BoŜe Ciało, ale będzie teŜ 
znowu święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii... 

A z góry dudnił i wołał głos młodej kobiety, zrywającej nadal czereśnie: 

— Austriackie gadanie. Tak jak zawsze. Nic się nie zmieni... 

A komisarz wyborczy znów wołał w górę: 

— Co? Jeszcze za mało? Nawet ja pójdę i w BoŜe Ciało poniosę baldachim, i 

przewodniczący miejscowej rady narodowej, a trzeci drąŜek ujmie w swoje ręce 
ten z bezpieki. No tak — mówił komisarz i wziął tę urnę wyborczą i zaczął piąć 
się w górę po drabinie. — Wrzuć tu tę kartę wyborczą... 

background image

A z góry dobiegał zgorszony głos kobiecy: 
— Na Boga, dziadu jeden, ja tę kartę wyrzuciłam, ale jak się ta drabina 

połamie, to cię tam na dole tak opaskudzę razem z tym wyborczym pudełkiem 
po butach... 

Ale, Cassiusie, uwaŜaj, ośle jeden, komisarz się nie poddał, wspiął się o 

jeszcze jeden szczebel wyŜej i uniósł to pudełko... 

— Obeszczę was! Nie chcę brać udziału w wyborach! 

— wołał ostrzegawczo z góry grzmiący głos kobiecy... I komisarz wyborczy 

powiedział smutno: 

— Co to, to nie! Nie dopuściłabyś do wykonania czynności urzędowych, a to 

by było jak zbeszczeszczenie hostu... — rzucił mi pudełko wprost w rozłoŜone 
ręce i zszedł z drabiny, a będąc juŜ na dole, podniósł naboŜnie wzrok w górę i 
powiedział: — AleŜ to, doktorze, piękna dupa, nieprawdaŜ?!  

I tak oto, Cassiusie, skończyły się wybory w Kersku, na leśnej parceli, w 

ogrodzie. Była to, Cassiusie, dobranocka dla ciebie i dla mnie. Ja wiem, Ŝe mnie 
słuchałeś... i sprawiło ci to przyjemność, prawda? Ale teraz muszę ci 
opowiedzieć o myśliwym, panu Francu... Kochał on, dopóki Ŝył na tym świecie, 
księŜyc w pełni. I wybrał się z dubeltówką, minął Frankową Nogawiczkę, 
przeszedł zagajnik i stał tam i czekał, aŜ nad leśnym duktem wzejdzie księŜyc, z 
dubeltówką u nogi... I doczekał się... Nad łąką nad Cezą, tam, na drugim brzegu 
Łaby, wzeszedł księŜyc 
— opowiadał mi pan Franc — a ja stałem jak poraŜony i patrzyłem, i 
zachwycałem się, jak ten księŜyc w pełni wyskoczył nad stare dęby, tam gdzie 
wznoszą się ruiny zameczku, gdzie Eliszka Przemysłówna i jej dwórki pluskały 
się i płukały sobie pizdy w srebrnopiennej Łabie, o czym napisał piękną 
piosenkę kompozytor wojskowy Fućik... — opowiadał pan Franc, rozmarzony 
jak artysta narodowy Franciszek Hrubfn. — I nagłe — ciągnął — leśną drogą 
gaju Cegielna nadjechało cicho auto, wyskoczyła z niego kobieta — poznałem 
ją: to przewodnicząca rady narodowej z Podiebradów — podbiegła aŜ do mnie, 
jak tam stałem, niewidzialny w mroku, uniosła spódnicę, spuściła majteczki i... 
obeszczała mi nie tylko dubeltówkę, ale i rzemień. Po czym przysłoniła znów tę 
swoją piękną dupcię w pełni, opuściła spódniczkę i powiedziała: „Mamy to z 
głowy”. I wskoczyła do samochodu, i pojechała z powrotem do gaju Cegielnia, 
a ja patrzyłem na księŜyc w pełni nad letnią siedzibą czeskiej królowej —
opowiadał mi rozmarzony pan Franc. 
  Ten zamek na drugim brzegu rzeki, Cassiusie, bywał weekendy siedzibą 
królowej... a jeszcze i dzisiaj, późnym popołudniem w lecie, niesie się przez 
rzekę śpiew słowików.. ale zamek jest dziś ruiną w cieniu potęŜnych dębów, 
dębisk... nazywa się Mydłowary, miły Cassiusie, ten zamek, a tę myśliwską 
flintę pan Franc dostał od księcia Hoherilohe z Podiebradów.. 
A na koniec jeszcze kilka reklam z tych moich złotych lat trzydziestych... 
Na Cygance, na Drahelskim przedmieściu, rozgorzała cygańska bójka, a byłem 
tam i ja, gość honorowy, i choć mnie pokłuto noŜami, nic mi się nie stało, bo 

background image

miałem na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego... 
i Ŝebyś wiedział, Cassiusie, wyświetlano wówczas w Nymburku film z Harrym 
Pielem w roli głównej, a ten superhit nosił tytuł Niewidzialny... no i zdarzyło 
się, Cassiusie, Ŝe przy pracy przy Ŝniwach u pana doktora Sedlaczka na Załabiu 
podczas odbierania snopów wpadłem do młockami firmy Wichterle i Kowarzik, 
ale nic mi się nie stało, bo, na szczęście, miałem na sobie koszulę z firmy Milan 
Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego, zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy przy 
alei Bolesławskiej spłoszyły się konie i wlokły mnie, poetę Bohumila Hrabala, 
aŜ do Szafarzykowego Młyna, lecz po uwolnieniu mnie stwierdzono, Ŝe 
sprzyjało mi jak zwykle szczęście, bo miałem na sobie koszulę z firmy Milan 
Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego... 
Oto co ja nazywam reklamą... I to bez namaczania! 
I tak oto dzięki wspomnieniom, Cassiusie, Ŝyjemy klawo, Ŝyjemy w dechę. W 
przededniu nacjonalizacji na placu wznosiła się juŜ boŜonarodzeniowa choinka 
republiki, a pod nią stał fortepian, który przynieśliśmy z hotelu „Na 
KsiąŜęcym”, nieopodal fontanny, a ja grałem na nim, a nymburskie „Bajo trio” 
ś

piewało rozkosznie ostrawską piosenkę o tym, jak... 

Oj, pyry są klawe, oj, pyry są w dechę... 

I zerwał się wiatr, od wschodu, przez plac przed kościołem, a potem obok 

restauracji Fidrmuca wtargnął, wdarł się na nasz plac. „Bajo trio” śpiewało 
właśnie: 
 

Oj, zdroju głęboki, oj, ty zdroju w lesie, powiedzŜe, ach, powiedz, 
co czas nam przyniesie. 

 

a kiedy to wichrzysko zwaliło drzewko republiki, ludzie się rozpierzchli, a 

pień świerku z lampionami, które juŜ świeciły gałęziom na drogę, rozpołowił 
fortepian, klawiatura rozprysła się aŜ gdzieś w podcienie, a mnie przywaliły 
ś

wierkowe konary... i cóŜ ja ci będę Cassiusie, mówił, lecz kiedy mnie uwolnili 

spośród tych niemal śmiercionośnych gałęzi, okazało się, Ŝe nic mi się nie stało, 
bo miałem na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, Nymburk, ulica 
Palackiego... I tak Ŝyję sobie klawo, Ŝyję sobie w dechę... 
 

PS 
Nigdy, Cassiusie, nie czułem się tak dobrze.., siedzisz mi na kolanach, a ja 

ujmuję te twoje pluszowe łapki jedna za drugą, otwieram ci róŜowy pyszczek, 
wargi i nosek masz czarne, oczy złote z kropką brązowej kawy pośrodku, 
fałdeczki na karku masz fala za falą w aksamitnej czerni, jesteś wspaniałym 
zapaśnikiem, a mnie jest klawo. A ty masz czarne miękko aksamitne jajeczka, 
jak wydra, wyderka, wydra. Słuchaj no, Cassiusie, ty mój czarny ośle, coś ci 
powiem. Gdybyś był odrobinę ładniejszy, wyglądałbyś jak premier Vladimir 
Mećiar. A to juŜ coś znaczy.. 
 

background image

Kersko, Świętego Mikołaja 1992 roku 

Tekst mający dwa tygodnie montuję posłuŜywszy się przedtem noŜyczkami 
NON PLUS ULTRA 18. H Eicken und Sóhne, Solingen‚ Germany. I nic mi się 
nie stało! 
 
Ś

WIĘTO NIEWINIĄTEK 

 
 

Dziś, Cassiusie, nie będę ci nic opowiadał, dopiero pod wieczór, gdy 

nadejdzie pora dobranocek... Bo i ja mam juŜ kłopoty z głową, dlatego jedynie 
tobie mogę opowiadać dobranocki — i tak nie bardzo wiesz, o co chodzi... 
wsłuchujesz się raczej w melodię, w ton mojego głosu... Bo ja jestem juŜ w 
sytuacji, Ŝe bezskutecznie otwieram inny wieŜowiec niŜ ten mój, Ŝe otrzymuję 
widokówkę, kładę ją na stole, a potem zamiast okularów biorę tę widokówkę i 
starannie czyszczę ją chusteczką, bardzo starannie czyszczę tę widokówkę, 
najpierw z prawa, później z lewa, a potem chcę włoŜyć okulary, ale podnoszę 
do oczu tę widokówkę, starannie wyczyszczoną, po czym ogarnia mnie 
przeraŜenie.., okulary leŜą obok czyściuteńkiej widokówki... 
ale, Cassiusie, to tak między nami, mogę to powiedzieć jedynie tobie, bo nie 
rozumiejąc nic z tego, co mówię, rozumiesz wszystko... 
ale, ale, w czwartek, kiedy kupowałem wam coś do jedzenia, pozwoliłem sobie 
na luksus, zamówiłem sobie zupę w „Kotleciku” naprzeciwko Klubu 
Sportowego Neumanna... na ladzie stoi juŜ talerz z nalaną kartoflanką, płacę 
dziesięciokoronowym banknotem, biorę łyŜkę, kosztuje ten ziemniaczany 
przysmak wraz z bułką sześć koron... ekspedientka wydaje mi dwie monety 
dwukoronowe reszty, a ja, głęboko zamyślony, wrzucam te dwie dwukoronówki 
do zupy, niosę pełny talerz do wysokiego stołu, tu jada się tylko na stojąco, w 
głębokim zamyśleniu mieszam łyŜką tę bardzo gorącą kartoflankę i kruszę do 
niej bułkę, bo to jest juŜ takŜe mój cygański obiad, i jem zupę, a na dnie 
pobrzękują te dwie monety... i przeraŜona sprzedawczyni nie wytrzymała i 
podeszła: 

—My tu drŜymy ze strachu, czy aby nie połknie pan tych dwóch 

dwukoronówek... 

A ja na to: 

—AleŜ nie, robię to, aby tych drobnych nie pogubić!... i jem, jestem 
przeraŜony: co teŜ ja wyrabiam, Cassiusie, to zupełnie tak jak z tą widokówką i 
okularami, zaczynam, Cassiusie, mieć juŜ na dobre kłopoty z głową, ale... juŜ 
moja mamusia mówiła o mnie, kiedy miałem siedem lat, Ŝe bardzo często 
bywam zatopiony w marzeniach... 
Oczywiście, Cassiusie, muszę ci przed dobranocką opowiedzieć o Franiu 
Hrubinie, poecie, który rano wpadał chętnie do Szuterów na flaki, tam gdzie 
wczoraj pił, i pił, i pił... no i pewnego razu zamówił sobie te flaki, a Ŝe wydały 
mu się zbyt słabe, nie miały szyku, nie były w stylu, wyciągnął wobec tego 

background image

zielony banknot stukoronowy, w zadumie podarł go na strzępy, wrzucił te 
postrzępione skrawki do talerza, pięknie to łyŜką wymieszał, a potem zaczął 
zajadać z apetytem i zachwycał się:  

—  No, teraz to ma odpowiednią moc... 

ale, Cassiusie, siedział obok niego wówczas jeszcze biedny poeta Fikar, ze 

złoŜonymi rękoma wpatrywał się w ucztującego Frania Hrubina, poetę, który 
był dla niego wzorem... i nagle: 

—  Nie mógłbyś mi, Franciszku, poŜyczyć sto koron? 
A Franio wycierając sobie starannie kąciki ust chusteczką, wskazał pusty 

zatłuszczony talerz i powiedział: 

— Ześ teŜ, ośle jeden, nie powiedział wcześniej. Ostatnią setkę właśnie 

zjadłem! 

Ale, Cassiusie, mnie juŜ to moje pisarstwo draŜni, moŜe to tak trwać do mojej 

ś

mierci, ciągle tylko same dekoracje i protokoły... A ja bym chciał zacząć coś 

innego, coś, gdzie jest mój i twój los... A więc w niedzielę, podgrzewałem dla 
was mleko i nakruszyłem do ogromnego sagana rogaliki, a kiedy podniosłem 
wzrok, tam, przy furtce, stał wielgachny człowiek, cały na biało, miał czarne 
oczy i czarną brodę, i waŜył z pewnością cetnar. 

—  O co chodzi? — pytam. 
A on mi powiada, Ŝe przyjechał samochodem aŜ z Turnowa i Ŝe czeka tu 

tylko na mnie. 

A ja mówię: 
—  To ładnie, ale ja mam dnę i nerwy w rozsypce... Wobec tego: w 

telegraficznym skrócie. 

A on, Ŝe nie idzie o niego, ale o jego siostrę, która ma nerwy w strzępach, 

posyła go więc, nie Ŝeby ze mną chciała, ale Ŝe musi ze mną porozmawiać... 

A ja znów: 

— W czym rzecz? Ale w telegraficznym skrócie! 
I ten olbrzym szedł do mnie powoli i zionęło od niego uporem i gniewem, i 

skargą, a mnie ogarnął niepokój i mówię: 

— Ale o co chodzi. I proszę w telegraficznym skrócie! A on znowu; Ŝe jego 

siostra potrzebuje adwokata i doradcy i Ŝe to mogę być tylko ja. 

A ja powiadam, Ŝe niech sobie znajdzie psychiatrę, Ŝe ja juŜ dwa razy 

leŜałem na oddziale neurologicznym na Bulovce, niech więc i on tam pójdzie... 

Ale ten olbrzym, Ŝe za rogiem czeka jego samochód i Ŝe pojedziemy razem 

do Turnowa... 

A ja mówię: 
— Wie pan co? Niech pan idzie do wszystkich diabłów! Ja jestem w takiej 

samej sytuacji jak pańska siostra, jak pan twierdzi... I proszę się wynosić, jest 
pati na moim terenie! No, niech pan idzie. 

I on wycofał się, i stał tam nadal na rogu, a ja, Cassiusie, bałem się, choć nie 

tak dawno mówiłem sobie, Ŝe jestem juŜ Immanuelem, Dziecięciem BoŜym, Ŝe 
juŜ się nie lękam, Ŝe nic mi się juŜ nie moŜe stać. 

background image

No i, Cassiusie, nie spałem, juŜ znowu wiał z Austrii ten suchy wiatr, juŜ 

znowu księŜyc zmierzał do pełni, jeździłem koło południa do was, do Kerska, 
siedziałeś mi na kolanach, a kiedy po południu wróciłem do Pragi, poszedłem 
do „Tygrysa”,a potem do domu i wcześniej połoŜyłem się do łóŜka, wziąłem 
proszek nasenny... a tu ktoś zadzwonił do drzwi mojego mieszkanka, wstałem i 
rozmemłany, w gatkach, bo nawet piŜamy nie włoŜyłem, patrzę na budzik, wpół 
do dziesiątej, idę i otwieram, a tam stała kobieta, wyglądała jak piłkarz pan 
Kwaśniakk albo jak sowiecka koszykarka, i patrzyła na mnie, i zionęły z niej 
upór i gniew.. 

A ja mówię: 
— O co chodzi? Proszę popatrzeć, jak ja wyglądam, wstydzę się, ale niech 

pani wejdzie... 

Weszła więc, ale w drzwiach do pokoju, gdzie ja juŜ usiadłem, oparła się o 

futrynę i na moje zaproszenie, aby usiadła, powiedziała: 

— Pod domem na mnie i na pana czeka taksówka, pojedziemy do Tarnowa... 
— AleŜ ja — powiadam — nigdzie nie jadę, nie chcę i nie mogę, czy nie wie 

pani, co się stało z panem Jerzym Svobodą, kiedy otworzył drzwi? 

Ale ta dama, od której zionęło zaciętością i gniewem, mówiła: 
— Jak telegraficznie, to telegraficznie... Osiągnęłam szczyt pustki, 

wyrzucono mnie ze szkolnictwa, bo rzekomo cierpię na megalomanię.., ja tylko 
potrzebuję świadka... autorytetu w znajomości ludzkiej psychiki. I ja wiem, Ŝe 
powinnam się zwrócić do pana, choć się pan opiera i posłał pan do wszystkich 
diabłów mojego brata. To moja ostatnia próba... Inaczej to koniec. 
Odpowiedzialność spoczywa w pańskich rękach, mam nadzieję, Ŝe wie pan, co 
pan robi... Jedzie pan ze mną? 

—  Na Boga — powiadam — ja nigdzie nie jadę. Słyszy pani? Ja jestem juŜ 

w tym swoim wyrze! 

Odwróciła się, w drzwiach na korytarz obróciła jeszcze głowę i zawołała, i to 

wołanie było teŜ w jej ogromnych oczach: 

—  Nie pojedzie pan ze mną taksówką? 

A ja na to: 
— Nigdy, nigdzie... 
A ona zatrzasnęła za sobą drzwi i juŜ zjeŜdŜała windą z piątego piętra na dół, 
gdzie czekała na nią ta jej taksówka... 
A ja, Cassiusie, który nie chciałem pisać juŜ swojego dziennika, swoich 
protokołów, swoich dekoracji, poczułem naraz, Ŝe jestem wciągany dokądś, 
gdzie nie chciałem być... gdzieś tam, gdzie wydarzenie liryczne nabiera 
charakteru fatalistycznej fantazji, gdzie zaczyna się punkt przecięcia wydarzeń, 
które wymykają mi się z ręki, to, za czym tęsknili tylko wizjonerzy... A w trzy 
dni później dostałem w Kersku list, gdzie to, co mi powiedziała ta dama, którą 
szkolnictwo oskarŜa o megalomanię, opowiedziała raz jeszcze drukowanymi 
literami.., to, co powiedziała mi na Sokolnikach, podczas gdy na dole czekała 
na nią tumowska taksówka... 

background image

JuŜ mi, Cassiusie, zaczynało być wszystko jedno, juŜ „Pod Złotym Tygrysem” 
dostałem pieczeń wieprzową z musztardą i chrzanem, zjadłem wszystko, 
wypiłem cztery piwa, i znów byłem zirytowany i wymyślałem swoim 
przyjaciołom, a potem z zielonym plecakiem marki Jansport wlokłem się ulicą 
Husa, potem koło Klementinum i ulicą Karpią, i wstąpiłem do baru... 
poprosiłem o zapakowanie czterech naleśników, czułem pod palcami, Ŝe są 
twarde, ale jadąc taksówką na Sokolniki, zjadłem je, i czułem się tak, jakbym 
jadł cztery zwinięte rulony papy... a potem wszystko mi się w Ŝołądku pomie-
szało, ustawiło się na sztorc, te omlety z papy z konfiturami, po czym zacząłem 
się dławić, ale wszystko we mnie pozostało i drogi Ŝółciowe musiały się zdobyć 
na nadludzki wysiłek... A do tego księŜyc był w pełni, połoŜyłem się i nadal się 
krztusiłem, okręcałem się w prześcieradło, co minuta budziłem się i patrzyłem, 
która godzina... i tak tymi półgodzinkami dowlokłem się aŜ nad rano, to wszyst-
ko nieczyste w mojej głowie wyznaczyło sobie tej nocy spotkanie, i czułem do 
siebie pogardę, wyrzucałem sobie wszystko, czego się kiedykolwiek 
dopuściłem i czego inni dopuścili się wobec mnie... 

Jutro musisz zacząć nowe Ŝycie — mówię sobie. — Pojedziesz na Diablice 

po pieniądze i pójdziesz się ostrzyc. 

Wiesz, Cassiusie, taki mam zwyczaj: kiedy czuję się podłe, idę na 

postrzyŜyny, ostrzyc się... 

A teraz, Cassiusie, uwaŜaj! Rano chciałem przede wszystkim pojechać do 

Kerska, do was, koteczki. Siedziałem więc na ławce w poczekalni autobusów na 
Sokolnikach i czekałem na swoją „162”, ale z góry od Cieplic i Dresden 
nadjeŜdŜał samochód cięŜarowy z przyczepą, firma Schón z Memmingen, który 
przewoził rzeźne cielęta i owce.., przywykłem juŜ do tej tragedii, ale dziś w 
tych deskami zakratowanych poziomych oborach widać było przez szpary setki 
patrzących cielęcych oczu... wszystkie te cielęce oczy prosiły o współczucie... 
ale nikt nie mógł im pomóc, nawet ja... przecieŜ i w rzeźni, dokąd jadą, 
terminatorzy przez dwa miesiące praktyki nastawiają im palce, aby zastąpiły im 
wymiono, ale potem juŜ i ci uczniowie rzeźnictwa uwaŜają cielątka i owce za 
towar... 

I przypomniałem sobie, Ŝe chcę się ostrzyc, i poszedłem do zakładu 

fryzjerskiego na pierwszym piętrze domu towarowego na Sokolnikach... Ale 
drzwi do razury były zamknięte i widziałem, jak tam w lustrach migają 
dziesiątki białych sukienek, białych kitli, białych chałatów, białych fartuchów... 
i dziesiątki ludzkich długowłosych głów... 

No i co z tego? — pomyślałem i zapukałem... 
J do oszklonych drzwi podeszła dama w białym chałacie, o złotych włosach, 

w okularach, i otworzyła mi... 

— Chciałbym się ostrzyc — powiedziałem. 
A ona: 
— Proszę, proszę dalej, witamy pana, jest pan pierwszym klientem. Właśnie 

dwanaście uczennic zdaje egzamin z fryzjerstwa męskiego i damskiego... „ 

background image

A ja w pełnym przestrachu zachwycie patrzyłem, jak poruszają się przede 

mną piękne dziewczęta w białych roboczych fartuchach, i poruszały się w 
dwójnasób, odbite w ogromnych lustrach, które tworzyły ścianę... jak dzieła 
Andy Warhola, Roya Lichtensteina... osiem metrów na dwa metry pięćdziesiąt, 
widziałem. jeszcze raz tyle pięknych ciałek i modnie uczesanych włosów i tyle 
widziałem umalowanych oczu, boć przecieŜ te uczennice będą zdawać egzamin 
i muszą być szykowne i apetyczne... 

i  pani kierowniczka posadziła mnie .w fotelu... 

— A więc, dziewczątka, męskie strzyŜenie zaczynamy od tego, Ŝe wokół 

karku okręcamy szal z krepiny.. porządnie, porządnie... Przypatrujcie się. — I 
owinęła mi wokół karku suchą bibułkę niczym szal, przesunęła go w dół, aŜ na 
szyję i pod nią aŜ po grdykę... 

A potem jedna dziewczyna po drugiej niczym niebiańskie uczennice owijały 

mi kark paskiem karbowanej bibułki. A ja patrzyłem w lustro i juŜ nie otaczały 
mnie uczennice fryzjerstwa: to byli moi paziowie, był to chór kościelnych 
ś

piewaków w białych komŜach, to higieniczne piętro na Sokolnikach pełne było 

niebiańskich dekoracji w bieli i w chromie, i róŜowych świetlówek rozpro-
mieniających tę niebieską akademię, podczas której ja siedziałem na fotelu, 
otoczony jak cesarz swoimi paziami, jak biskup odprawiający mszę w asyście 
swoich diakonów w białych ornatach... 

—  Tak, dziewczątka — mówiła czułym głosikiem pani kierowniczka. — A 

teraz praca z noŜyczkami i grzebieniem... Uwaga! W grzebieniu nie wolno 
wyłamać ani jednego ząbka, w przeciwnym razie wszystkie wypadają... I 
uwaga! Grzebień trzeba prowadzić przez włosy powoli... aby noŜyczki mogły 
szczebiotać... szybko... o tak! — I unosiła grzebieniem osuwające mi się po 
ciemieniu moje rzadkie siwe włosy, i noŜyczki rzeczywiście szczebiotały. A 
potem pani kierowniczka odłoŜyła noŜyczki i powiedziała: 

— A teraz, dziewczątka, spróbujcie to jedna po drugiej same... 
I dziewczęce palce strzygły koło moich uszu, a ja mogłem podnieść wzrok i 

patrzeć w lustro na kosmetyczne księŜniczki, a pani kierowniczka spytała mnie, 
nie spuszczając ani na chwilę oczu z palców swoich uczennic: 

— A jaką fryzurę pan sobie Ŝyczy? 

Ja zaś na to: 
— Chcę mieć taką fryzurę, Ŝeby wyglądało to tak, Ŝe mam gęste i 

kędzierzawe włosy! 

A przez zespół uczennic, tych moich paziątek, przebiegła fala śmiechu i 

niebiańskich ruchów... 
...O...O...O... 

A ja słyszałem śpiew z Des Knaben Wunderhorn: 

 

Wir geniessen die himmlischen Freuden... 
Wir tanzen und springen, Wir hupfen und singen... 

I powiedziałem do tańczących uczennic: 

background image

— Chciałbym mieć taką fryzurę jak Caius Iulius Caesar! 
Instruktorka odrzekła ze śmiechem: 
— Będzie, jak pan kaŜe... Dziewczynki, uciszcie się, teraz będziemy się uczyć, 
jak po strzyŜeniu naleŜy pracować maszynką elektryczną... o tak wkładamy 
wtyczkę i maszynka pracuje... A teraz, proszę, patrzcie! I tak wokół uszków, 
delikatnie i, dziewuszki, do wygubienia. Do wygubienia, strzyŜemy aŜ do 
likwidacji... A teraz, skoro pan Ŝyczy sobie mieć fryzurę jak Caesar, nie 
ś

miejcie się, dziewuszki, ten fason istnieje nawet w ParyŜu... fryzura a la 

Caesar!...  
A kiedy ten anielski chór strzygł mnie maszynką, ja myślałem o Jakubie 
Bóhmem... Der Mensch kann sich nicht von seine Epoche abscheren... Nie 
mogę się odciąć nawet od samego siebie... i spoglądałem dziewczętom w oczy 
w lustrze i one to widziały, i odwzajemniały „ się, oddawały mi swoje 
spojrzenia i oczy, niczym cielątka, które przed chwilą przewoziła firma Schón z 
Memmingen... 
  I w tej chwili (a ja obawiałem się i obawiam noŜyczek) Ŝyłem w niebie, w 
niebiosach... i słoiczki z wazeliną i per„ fumami, i naczyńka ze środkiem 
dezynfekcyjnym, a na kaŜdym stole kaŜda uczennica miała swoją walizeczkę, 
swoją składaną kolorową torbę, a w niej swoje grzebienie i noŜyczki, i swoje 
pojemniczki z pomadami i perfumami... i swoją brzytwę.... 

I pani instruktorka wzięła jedną z tych brzytew, i uniosła ją teatralnie, i: 

—  Dziewuszki, wystarczy ciach! I tak oto piękna śydówka przyniosła uciętą 

głowę pięknego Holofernesa... Dlatego uwaga! A teraz przystępujemy do 
ostatniej fazy... wygalania karku i koło uszków a czasami takŜe i brwi... 
Najpierw wkładamy brzytwę do środka dezynfekcyjnego, a-potem rytualnie 
przystępujemy do wykonania obrządki i.., patrzcie... o tak, o tak... a teraz będzie 
jedna po drugiej wygalać tego oto pana z fryzurą A la Caesar... 

A ja podniosłem wzrok i widziałem w lustrze te dziewczyny, które 

spowaŜniały, w lustrze widziałem, Ŝe nigdy nie wiedziałem tego, co widzę i co -
teraz wiem, Ŝe niebiosa pełne są chromu i blasków, i refleksów... i aniołów, 
które mogą was poderŜnąć jak piękna Judyta... A uczennice jedna po drugiej 
brały drŜącą brzytwę i dopełniały mojego uczesania, układu włosów, których 
resztki leŜały na mojej białej rokietce pod moimi oczyma niczym pakuły... 

A kiedy skończyły swoje — pierwsze chyba — fryzjerskie zajęcie, wszystkie 

odetchnęły głęboko, teatralnie... ja zaś powtarzałem w myślach ten wers z Des 
Knaben Wunderhorn: 
 

Wir fuhren... ein liebliches Lammlein zu Tod... 

 

No i ja, który wszedłem do razury jako nędzarz, tu, na Sokolnikach, 

zrozumiałem, Ŝe ta chwila stała się dla mnie Wiecznością... Potem dziewczęce 
rączki rozwiązały mi szal z karbowanej bibułki, zdjęły białą pelerynkę i 
strzepnęły resztki moich siwych włosów...  

background image

Wstałem z obrotowego fotela niczym król, moi paziowie i grono ministrantów 
w białych komŜach spojrzało na mnie raz leszcze” do lustra, po czym 
dziewczęta przyjrzały się rezultatowi swojej pracy na mojej głowie, tej fryzurze 
A la Caesar... i gratulowały sobie, nie szczędząc pochwał, i kłaniały się 
teatralnie, a ja po raz ostatni widziałem tych dwanaście pięknych par oczu... 
— Ile płacę? — spytałem. 
  A ta śmieszka-Ŝartownisia, wielkooka uczennica, ukłoniła mi się i 
powiedziała: 
— Był pan naszym pierwszym gościem, był pan pierwszym klientem, którego 
strzygłyśmy podczas egzaminów... Nic pan nie płaci... ObsłuŜyłyśmy pana za 
darmo. 
I ja zrozumiałem, Ŝe wszystko, co istotne na świecie i w świecie musi być za 
darmo, i znów spoglądałem teraz w oczy które mnie otaczały kręgiem, tak, w 
niebie musi być tyle chromu, refleksów i pięknych anielskich mb-dych kobiet 
jak na obrazie pana Paula Delvaux, pana Rene Magritte’a, w niebie musi być 
mnóstwo dziewczęcych oczu, powabnie owalnych linii tam, gdzie powabnie 
owalne linie pięknych ciał być muszą, niebo pełne dziewczęcych 
fortepianowych paluszków, fryzur A la carewicz. Bo, Cassiusie, wszystkie 
boginie u Homera są cudownie krowiookie, i dlatego są w niebiosach. 

Ps 

Dziś nad kerską nocą świecił księŜyc w pełni, nad ranem zaczęło padać: 

najpierw deszcz, później mokry śnieg. Jako Ŝe się juŜ od trzech godzin 
przewracałem z boku na bok, w końcu — a było juŜ jasno — powstałem z 
umierania, z martwych. A kiedy wyszedłem pod mokre brzozy i sosny, 
wybiegło mi naprzeciw dwanaście kotów i przyniosły mi rozradowane oczy 
tańczyły i skakały, i fikały koziołki, cieszyły się, Ŝe jestem z nimi, Ŝe ich nie 
opuściłem. Obdarowywały mnie swoimi oczyma, a ja przyniosłem im i 
rozdawałem kawałki kurczęcia z roŜna jako nagrodę, Ŝe udało mi się skończyć 
tę pochwałę niewiniątek... 

I mówię: 
— Za piękne świadectwo piękna ksiąŜka z „Praskiej Imaginacji”... 
I nalewałem im ciepłego mleczka. 

I jedynie ty; Cassiusie, który jesteś Tytanem, który stoisz na uboczu, który 

zachowujesz odpowiedni dystans, ty przyjdziesz do mnie potem, usiądziesz mi 
na kolanach, a ja będę ci opowiadać o tym, jak tu w Kersku powstanie 
organizacja związkowa grupująca wszystkie miejscowe koty, a jej hasłem 
będzie: 

ZA MNIEJ MLEKA - WIĘCEJ MYSZY! 
I ty, Cassiusie, będziesz przewodniczącym, ty nie potrzebujesz urządzeń 

podsłuchowych... bo ty, Cassiusie, słyszysz nawet, jak trawa rośnie, zresztą tak 
jak i inne koteczki. Te cztery naleśniki z papy, choć z konfiturami, wciąŜ 
jeszcze kruczą mi w brzuchu, tak Ŝe mi się ulewa jak niemowlakom, 
pochrząkuję cichutko jak warchlaczek naŜarty Ŝołędziami wracający do 

background image

ciepłego barłogu w towarzystwie swojej matki, dzikiej świni. Pan profesor 
Ś

tork wyjaśnił mi, Ŝe to glomus histericus... cierpieli na to takŜe przedstawiciele 

staroŜytnych narodów. 

— Ja raczej będę miał raka — powiedział mi pan profesor Stork z tym 

swoim donośnym śmiechem — ale dzięki swojej naturze dolegliwość tę 
przechodzę w dobrym zdrowiu. 
 

Jest sobota, w przededniu Niedzieli Trzydziesiętnicy. 
 
 

DOBRANOCKA NA NIEDZIELĘ PIĘĆDZIESIĄTNICY 
 
 
 

Motto: 
Moi, je sui un peau un histrion... 

 

Charles Aznayour, Ormianin 

 

A ja myślałem sobie niedorzecznie, Ŝe kiedy przyjeŜdŜam autobusem z Pragi 

do Kerska, wysiadam „Przy Ławeczce”, Ŝe wychodzą mi naprzeciw, tylko 
mnie, moje koty pod przywództwem Czernidła lub Pomarancza... Ale... juŜ 
trzeci dzień jestem w Kersku — i co ja widzę? PrzyjeŜdŜa autobus z Pragi i 
koty biegną mi naprzeciw do ławeczki, kiedy jednak stwierdzą, Ŝe twarz, która 
wysiadła, nie naleŜy do mnie, opuszcza je pełne zapału witanie i zawiedzione 
wracają pod stół pod moimi oknami. 

Dziś, kiedy przyjechał autobus i koty rzuciły się biegiem niczym wcale nie 

nieroztropne panny, otwarłem okno i krzyknąłem: 

— AleŜ, wy osły jedne, ja juŜ od trzech dni jestem w domu! 
Wracają więc, a ja muszę dać im mleczka, bo nie chcę pozbawić ich radości 

witania... 

Kiedyś jednak moŜe się zdarzyć, i tego się obawiam, Ŝe będę patrzeć z okna, 

koty pobiegną do autobusu, który się właśnie zatrzymał... i ja zobaczę, Ŝe to ja 
jestem tym, który przyjechał, Ŝe to ja jestem tym, który patrzy na siebie, jak idę 
do swojego domku, Ŝe to ja jestem tym, przed którym koty fikają koziołki, i Ŝe 
w końcu to ja jestem tym, który przed furtką nastawi palec Cassiusowi i on 
szturchnie mnie nosem, podczas gdy ja patrzę na to z okna... 
Ale dlaczego by nie? 

Goethe, kiedy jechał karetą do Italii, spotkał samego siebie powracającego 

karetą z Włoch... to chyba cudowna histeria, schizofrenia, na którą mogą sobie 
pozwolić tylko ci, którzy mają to. szczęście, Ŝe zaczynają się im plątać sznury 
do suszenia bielizny.. I opowiadałem raz tę historię i ktoś, kto zna anegdoty, 
powiedział: 

background image

— Jedzie w Związku Sowieckim pociąg pospieszny i dwóch podróŜnych 

naprzeciw siebie. 

— Nazywam się Iwan Kuzmycz. A pan? . . 
A ten drugi, Ŝe i on nazywa się Iwan Kuzmycz: 
— A dokąd pan jedzie, Iwanie Kuzmyczu? 
— Ja, Iwanie Kuzmyczu, jadę z Moskwy do Łeningradu.Apan? . 

— Ja, Iwanie Kuzmyćzu, jadę z Leningradu do Moskwy. 
I obaj: 

—  No to napijmy się wódki! 

Kakaja tiechnika! . 
— TeŜ dobrze! — mówię do Zdenka. — Sznury plączą się na całym 

ś

wiecie... 

Ale, Cassiusie, teraz coś dla ciebie, bo zaczął się spór o flagę 

Czechosłowacji. Działo się to juŜ dość dawno i dlatego ta story jest tak, ale to 
tak świeŜa i aktualna... Z panem Duchaćkiem, moim redaktorem, zrobiliśmy 
sobie trójkolorową chorągiew... A mianowicie: nalewaliśmy do sporych 
kanciastych szklanek, z jakich pijało się Ŝytnią, jak mawiają na WyŜynie 
Czeskomorawskiej — siwuchę, a gdzie indziej — czystą. Ale my, jako Ŝeśmy 
patrioci, nalewaliśmy wobec tego warstwę wiśniówki, warstwę Curacao Bleu, a 
na wierzch — Prościejowską śytnią. I tak piliśmy tę trójkolorową, i straciliśmy 
kontrolę, i o zmroku wyjechaliśmy na rowerze do „Gajówki”... no i tu takŜe 
skłanialiśmy gości, aby i oni pili trójkolorową, jak przy-stoi patriotom. Ale! 
Kiedy wracaliśmy, tam, koło mnie, skręciłem w moją aleję, nim do niej 
dojechałem, uderzyłem twarzą w betonowy słup i upadłem... Duchaćek chciał 
mnie podnieść, ale ja powiedziałem doń czule: 

— Niech pan, ośle jeden, myśli o rowerze! 

I mój przyjaciel zaprowadził rower na moją parcelę, i połoŜył się na 

ławeczce... a ja z ręką przy ustach doraczkowałem do niego... i słyszałem, jak 
mój przyjaciel leŜąc na wznak powtarzał w rozmarzeniu: 

— To było piękne, doktorze! To jest wspaniałe! 

a mnie zakręciło się w głowie, a Ŝe był maj, miłości czas, na czworakach 

dopełzłem pod sosny i brzozy i zwaliłem się w kwitnące konwalie... A kiedy 
obudziłem się, kiedy wymacałem językiem, Ŝe brak mi sześciu przednich 
zębów, zacząłem ich szukać, ale moje palce rozkołysały tylko kwitnące łodyŜki 
konwalii, owionął mnie ich upajający zapach, ale zębów nie znalazłem, nawet 
kiedy się juŜ pod nim... zjadły je chyba jeŜe albo co... 
rozedniało... i nie było ich ani na betonowym słupie, ani Oto jak skończyło się, 
Cassiusie, z tą trójkolorową, a dziś czytam w gazecie na drugiej stronie... 
Zaczyna się spór o flagę Czechosłowacji? Widzisz więc, jak zaczynają się i 
kończą narodowe emocje... Zachciało mi się po-„ słać do Moskwy telegram do 
pana Jelcyna, który wrócił niewiele wskórawszy z Chin, aby teraz, kiedy ma 
troszkę czasu, aby przedstawił w superparlamencie ten nasz zasadniczy 
problem: jaką flagę ma mieć nie narodzona jeszcze Republika Czeska, a jaką 

background image

flagę ma mieć Republika Słowacka? 
 

A dla mnie, Cassiusie, ten epizod z trójkolorową skończył się wspaniale, 

zrobiono mi nowe zęby, w róŜowej masie pan Deditze i jego zespół zmyślnie 
umieścili białe porcelanowe ząbki i ja ogromnie lubiłem chwalić się tą sztuczną 
szczęką, wyjmowałem ją nawet w restauracji popijając pilzneńskie, tak aby i 
inni mogli podziwiać, jak bardzo te sztuczne zęby przypominają konwalie, 
porcelanowe izolatory na słupach telegraficznych... a nawet, Cassiusie, trzy razy 
to sztuczne dzieło sztuki, ten artefakt gubiłem... 
Po raz pierwszy znalazłem je w domu... połoŜyłem tę szczękę na perskim 
dywanie, niewiele brakowało, bym ją rozdeptał, tak ta róŜowość z białymi 
ząbkami spływała się kolorystycznie z kwiatami wtkanymi w orientalny 
kobierzec... Po raz drugi, Cassiusie, było juŜ gorzej, wyrzygałem je pewnie, 
kiedy wracałem z „Gajówki”... a odbywało się tam przyjęcie i podawano 
kanapki, kanapki z łososiem z sałatką ziemniaczaną... a ja, Cassiusie, co za 
wstyd!, szukałem ich nazajutrz w rzygowinach wzdłuŜ alei, rozgarniałem je 
kijaszkiem... a wczasowicze, którzy to widzieli, mówili do mnie: 

— Wyrzygał pan zęby, co? Mnie się to teŜ zdarzyło w zeszłym roku... 
ja jednak tych swoich sztucznych konwalii osadzonych w masie o kolorze 

łososiowym nie znalazłem, ani przy tej alei, ani przy innych... A kiedy 
wróciłem do domu i czytałem podręcznik O ostatecznych sprawach człowieka 
... patrzę, a tu z węgierskiej skrzyni obok mojego łóŜka jaśnieją i śmieją się do 
mnie te moje sztuczne konwalie... i natychmiast je włoŜyłem, i czułem się jak 
król, który powrócił z wygnania i armia zwróciła mu królestwo, i to wraz z 
koroną... I kazałem sobie zrobić jeszcze jedne zęby na zapas, na wypadek, 
gdybym te swoje konwalie utracił... 

Ale, Cassiusie, to moje samochwalstwo! Pokazywałem je na parceli u 

sąsiadki, był tam nawet talerzyk pod garnuszkiem z kawą, połoŜyłem tę swoją 
szczękę, na prośbę sąsiadki, na tej podstawce... ale nadbiegł jej jamnik, a Ŝe 
jamniki mają poczucie humoru... biegał po działce i nosił te moje zęby, a ja za 
nim, juŜ-juŜ pochylałem się nad jego mordką, z której wystawały te moje kon-
walie, co to je zrobił sam pan Deditze, lekarz stomatolog, który odbywał 
praktykę dentystyczną w samym Londynie... ale jamnik znów ruszył biegiem, 
kluczył i śmiał się, jamniki, Cassiusie, to śmiejące się bestie... a potem prze-
ś

liznął się między sztachetami i zanim zdąŜyłem dojść do furtki, zobaczyłem, 

jak jamnik rozgryza resztki konwalii... zęby z porcelany leŜały porozrzucane 
pod brzózkami w mchu, pośród konwalii, które juŜ przekwitły... 

A właścicielka jamnika pocieszała mnie: 
— PrzecieŜ ma pan jeszcze jedną szczękę, na zapas! 

A ja na to smutkiem: 

— Ale tylko te mi pasowały.. 

No i widzisz, Cassiusie, a zaczęło się to wszystko od tego, Ŝe z redaktorem 

panem Duchaćkiem piliśmy trójkolorową, napój złoŜony z Curacao Bleu, 
wiśniówki i Prościejowskiej Zytniej... 

background image

 

Ps 
Nagrodę Premio Mondello, resegna Internationale di Cultura. Contemporanea 

di Palermo, wręczono mi w dawnej świątyni, w której jest teraz teatr... gdzie 
kaŜdego wejścia strzegły podwójne warty karabinierów.. przemawiałem na 
podium w zielonym swetrze i czarnym kapeluszu jak syn rabina z BełŜca... 
podziękowałem i uniosłem ten zielony rękaw i powiedziałem, Ŝe taka zieleń, 
ta.zieleń w katolickim rytuale jest kolorem nadziei... Na konferencji prasowej 
odpowiadałem na przemian dziennikarzom... w końcu przedstawiciel „Il 
Messaggiero” spytał: co sobie myślę o tym, jak będzie u nas, kiedy wrócę do 
domu? A ja na to: Aby był status quo... aby kaŜdy naród mógł sam określić 
modus vivendi... a w ogóle to Ŝyczyłbym sobie, aby urzeczywistniło się to, o 
czym pisał i marzył Mikołaj Kuzański, biskup z Cues, późny gotyk, a juŜ 
renesansowy myśliciel... Coincidentia oppositorum... 
To, Cassiusie, powiedziałem w hotelu na konferencji prasowej, aby nikt nie 
pomyślał, Ŝeśmy głąby z Pragi, i dodałem, Ŝe James Joyce zauwaŜył... aby 
mogło nastąpić pojednanie, musi naprzód istnieć niezgoda... Nazajutrz, kiedy 
odlecieliśmy, odbyło się w Palermo spotkanie mafii, jak doniosły gazety A pan 
Kosztyrz z Kerska, który dopiero w tym roku skończył czytać Ojca chrzestnego, 
powiedział: 

— I juŜ w Stanach Zjednoczonych pleni się znów ta magia... 

I w akcie protestu jednym kopnięciem nogi rozwalił telewizor, rozdeptał 

radio i dobrowolnie zwariował. 

Jest sobota, wigilia Niedzieli Pięćdziesiątnicy, te małe koteczki pokasłują jak 

Damy Kameliowe, jak Violetty.. A mimo to Pomarańcz i Czernidło wychodzą 
mi naprzeciw do kaŜdego autobusu... Bo a nuŜ przyjadę? Jedynie ty, Cassiusie, 
masz prawo nie wychodzić mi naprzeciw, bo przeŜyłeś kilka miesięcy na 
emigracji, tam, na śmietniku, koło stawu w lesie Na Krawędzi, pośród szczurów 
i odpadków. 

Kochany Cassiusie! W Rzymie mieszkałem w hotelu „Caius Iulius Caesar”. 

W Palermo w luksusowej willi na brzegu morza, arystokrata zbudował na 
wyspie Targa Florio równieŜ wyścigowy tor samochodowy. I produkował 
sławny słodki likier, marsallę. śyłem tu sobie wśród przepychu, zresztą 
mieszkali tu sławni artyści i politycy Miałem w pokoju oprócz widoku na morze 
i architektoniczne ogrody takŜe swoją lodówkę. Piłem wobec tego fińską 
wódeńkę, a do tego jeszcze cieszyłem się, Ŝe juŜ niebawem będę znów w 
Kersku z tobą i koteczkami. 
 

CZESKA RAPSODIA 

Bohemian Rbapsody 

Motto: 
KaŜdy obywatel moŜe robić to, czego prawo nie zabrania, i nikt nie moŜe być 
zmuszony do robienia czegoś, do czego prawo nie zobowiązuje. 

background image

Konstytucja Republiki Czeskiej, rozdział pierwszy postanowienia 

ogólne, artykuł 1 

 

Kiedy uczęszczałem do siódmej klasy nymburskiego gimnazjum, chodziłem 

z browaru przez Załabie koło zajazdu „Zofiówka”, gdzie trzymano panienki. W 
Nymburku były wówczas trzydzieści dwie gospody i zajazdy, i kawiarnie, a w 
dwudziestu ośmiu gospodach bywały panienki. Kiedy wracałem ze szkoły, 
panienki w „Zofiówce” dopiero wstawały.. i kiedy pogoda dopisywała, szły nad 
Łabę, ja zaś kłaniałem się im ze słowami: 

— JakŜe się paniom spało, panienki? 
A Ŝe panienek bywało tu trzy, czasami zdarzało mi się pozdrawiać kaŜdą z 

osobna: 

— JakŜe się pani spało, panienko? 

A Ŝe panienki mnie lubiły, zapraszałem je w niedzielę przed południem na 

łódkę, bo całe to przedpołudnie —aŜ do obiadu — miały wolne... 

Zapomniałem juŜ, Cassiusie, jak się ten pan nazywał, ale na placu 

Kościelnym miał on tam sklep z maszynami do szycia, a za nim rozległy ogród 
ciągnący się aŜ do murów miejskich... i to on właśnie raz na jakiś czas oprócz 
tych maszyn do szycia dostarczał panienki do nymburskich gospód i zajazdów; 
niekiedy prowadził ich z dworca nawet dziesięć, byleby tylko gospody z 
damską obsługą miały świeŜy towar. No i wówczas goście chodzili z pa-
nienkami do pokoju... i lubiły się kąpać, i — jak powiedziałem — chętnie 
pływały ze mną łódeczką po pięknej, czystej i pachnącej Łabie, w której 
odbijały się wieŜe kościoła i mury obronne, i zabudowania Starej Restauracji 
Rybnej tuŜ na brzegu rzeki... i ja juŜ wówczas zanotowałem sobie... Ŝe jest to 
rzeka, w której miasto chodzi na rękach... 

Czasami te panienki, kiedy kupiec sprzedający maszyny do szycia je 

przywoził albo teŜ same do niego przyjeŜdŜały.. on był ich menedŜerem, 
handlarzem Ŝywym towarem — kobiecym ciałem — panienkami, to te panienki 
mieszkały czasem w jego ogrodzie: miały tam namiot, maszynkę do gotowania 
kawy, i czekały tam, aŜ wezmą je do siebie właściciele gospód i zajazdów. No i 
ja, ilekroć je rano w drodze do gimnazjum albo z gimnazjum, ilekroć na Załabiu 
spotykałem te panienki z „Zofiówki”, choćby nawet tylko jedną z nich, jak 
jeszcze rozczochrana i ze szminką rozmazaną na twarzy szła na przystań, aby 
się umyć, zawsze kłaniałem się ze słowami:  

JakŜe się pani spało, panienko?  
Niemałą wagę przywiązywałem do tego: panienko... bo jako uczeń 

gimnazjum chętnie chodziłem na Cygankę, do „Tunelu”, gdzie były panienki... 
za panienkami chodziłem teŜ czasami aŜ na Ostrów. Niekiedy miałem zczęście, 
Ŝ

e nasz szynkarz jeździł gdzieś aŜ na Podkarkonosie... a tam był cały hotel 

pełen panienek... i tam teŜ pewnego razu spędzałem z naszym szynkarzem 
noc.... i rano, zanim stamtąd wyjechaliśmy, kiedy zobaczyłem panienkę, z którą 
spałem, jeszcze rozczochraną i ze szminką rozmazaną na twarzy, to — jak to 

background image

miałem w zwyczaju na Załabiu — spytałem: 

— JakŜe się pani spało, panienko? 

A ten hotel z piętrami pełnymi panienek nazywał się „Haszkow”. 
 

No a jedynym męŜczyzną, mój miły Cassiusie, jedynym męŜczyzną, który 

mógł ot tak sobie, ni stąd, ni zowąd, odwiedzać panienki z „Zofiówki”, był 
stryjaszek Pepi... Kiedy skończył opalać beczki w browarnianym zakładzie 
bednarskim, kiedy wykąpał się (a nie wycierał się nigdy, bo po prostu nie miał 
ręcznika), wyruszał po pracy do swoich panienek w nymburskich gospodach z 
damską obsługą. Opuszczał browar, w przygodnych ogródkach zrywał po 
drodze kwiaty i bez zwłoki wkraczał do „Zofiówki” i mógł podając bukieciki 
zwrócić się do trzech panienek:  
—No i jakŜe się paniom spało, panienki? 
I panienka Józia, tylko ona jedna miała prawo wziąć stryjaszka Pepi do pokoju, 
gdzie uprawiali wszystkie dziecięce gry i zabawy, jakie znali od lat 
dziecinnych... i z pokoju rozlegały się radosne pokrzykiwania panienki 
Józi... A juŜ najchętniej bawiło się tych dwoje w „baran, baran, baran tryk!”... 

A potem stryjaszek Pepi odwiedzał kolejno jedna po drugiej gospody z 

damską obsługą, aby ofiarować panienkom kwiaty, które po drodze zrywał w 
mieszczańskich ogródkach. A zresztą sami obywatele dawali mu kwiaty, aby 
stryjaszek Pepi w drodze powrotnej mógł „U Hawyrdów” wręczyć bukiet i 
zapytać: 

— No i jakŜe się pani spało, panienko? 
Miała na imię Własta, była piękna i umiała grać na fortepianie. 
A ja, uczeń siódmej klasy gimnazjum, wstydziłem się wtedy, ja z panienkami 

z „Zofiówki” mogłem pływać tylko wówczas, kiedy pogoda dopisywała, w 
piękne niedzielne przedpołudnie, mogłem z nimi pływać łódką, panienki 
milczały z zanurzonymi w wodzie paluszkami, a ja wiosłowałem i wstydziłem 
się, bo wtedy, Cassiusie, młodzi chłopcy się jeszcze wstydzili... 

A lata, Cassiusie, płynęły, po roku czterdziestym ósmym, mieszkałem juŜ 

wówczas na Libni, a tam dobrzmiewały jeszcze stare złote czasy z 
panienkami... 

...widywałem je w „Strassburku” i przy ulicy Słonecznej, widywałem je 

uwieszone u ramion Ŝołnierzy, jak to prowadzą je — juŜ nie otwarcie, jawnie, 
ale potajemnie —do hotelu, tam, na Szwabkach, do hotelu „Nitra”... ale trwało 
to juŜ tylko rok, dwa, nie więcej, a potem i ta „Nitra” została skasowana, a więc 
bez panienek i ich wielbicieli. 

W latach pięćdziesiątych chodziłem na piwo do „U Waniszów”, i do „U 

Horkich”, i do „Na Starej Poczcie”... a później.., włóczyłem się po gospodach 
na Wysoczanach i Holeszowicach i tak dalej... A kiedy szedłem sobie raz ulicą 
Ronkową, spostrzegłem tam gospodę, w której jeszcze nie byłem... „U 
Klouczków”... A Ŝe pracowałem w Kladnie na popołudniowych zmianach, 
przed południem i rano pisałem... No i wszedłem tam, nigdzie ni Ŝywego ducha, 
pokryte pluszem kanapki ustawione naprzeciwko siebie, wyglądało to u tych 

background image

„Klouczków” jak w wagonie drugiej albo i pierwszej klasy... zamówiłem sobie 
kawkę i piwo... i siedziałem na pluszowej długiej niby to ławeczce i dziwiłem 
się, Ŝe jest tu aŜ tak pięknie, niemal jak „U Zeniszków”... i rozłoŜyłem tam na 
stole te swoje kartki do skreślania, i to kreślenie, te operacje na tekście 
nazywałem cięciem Preislera... nikogo tu nie było, gospodarz kręcił się w 
kuchni... 

No i siedzę tak i kreślę, aŜ tu nagle czuję, Ŝe ktoś spod mojego fotela unosi 

się znad podłogi... i z łokciami rozłoŜonymi na stoliku czuję, jak ktoś mi 
rozpina rozporek... i jak mi z portek wyciąga tego mojego pisia, i wkłada go 
sobie to ust... odchyliłem się do tyłu, patrzę, a tam kobieca głowa z rudą 
czuprynką... i ja ją tam u dołu spytałem, tak jak to miałem w zwyczaju z 
„Zofiówki”: 

— A jakŜe się pani spało, panienko? 
A ona odpowiedziała przez nos: 

— Zaraz ci, kochasiu, obciągnę... 

Siedziałem bez ruchu, po raz ostatni zdarzyło mi się to w Młodym 

Bolesławiu, w gospodzie „U Czapów”, wówczas mi teŜ panienka obciągała, a ja 
krzyczałem — nie z przeraŜenia, ale z nieopisanej radości, Ŝe panienka ciągnie 
mi druta... tak jak przed południem „U Klouczków” 
na Libni, przy ulicy Ronkowej.... I ta panienka, kiedy mi juŜ obciągnęła — 
odchyliłem się znad swoich kartek na stoliku i zobaczyłem, Ŝe ta panienka 
chyba tam pod kanapką sypia... wsunęła się z powrotem jak foka... 
Rozejrzałem się, nikogo tu jeszcze nie było i tylko z kuchni dobiegał dźwięk 
ostrzonego na osełce noŜa...  
w lokalu panowała cisza, słońce świeciło z drugiej strony ulicy i aksamit na 
fotelach i kanapkach lśnił jak plusz w wagonie pierwszej klasy.. A idąc do 
toalety musiałem uwaŜać, aby nie nadepnąć panience na rozpostarte na 
podłodze palce... nic więcej ponad te rozpostarte palce z polakierowanymi, 
Ŝ

ółtymi od nikotyny paznokietkami... A teraz ci, Cassiusie, opowiem, co 

zdarzyło mi się w tym roku. OtóŜ, Cassiusie, siedziałem niemal sam — to chyba 
istny cud! — „Pod Złotym Tygrysem”; w kąciku pod Małymi Rogami 
przycupnęła młoda kobieta, śliniła ołówek i spisywała to wszystko, co powinno 
być za dziesięć dni na urządzanym tutaj, „Pod Tygrysem”, przyjęciu z okazji 
ś

lubu. 

Siedziałem pod Wielkimi Rogami, a Ŝe ze stołu spoglądała na mnie szklana 

solniczka z solą, a takŜe naczyńko z pieprzem, przypomniałem to sobie: jako 
Ŝ

ołnierze w Sobiesławiu chodziliśmy na piwo i zawsze śliniliśmy sobie palce i 

maczaliśmy w soli, potem w pieprzu, i nazywaliśmy to wojskową zakąską... no 
i zlizywaliśmy to dopóty, dopóki nie zniknęła sól, a po niej teŜ pieprz... bo re-
staurator, jak tylko nas spostrzegł, wynosił te swoje szklane solniczki i 
pieprzniczki... 

Oto co sobie, Cassiusie, przypomniałem... tu, „Pod Tygrysem”, i 

oblizywałem sobie palec zanurzony w soli i w pieprzu, młoda dama sporządzała 

background image

spis dań na swoje wesele, goście wlekli się niespiesznie do toalety, kelner 
ubrany na zielono jak dudziarz ze Strakonic roznosił kotlety albo befsztyki w 
placku ziemniaczanym... 

AŜ tu nagle, Cassiusie, bęc go! Wpadła tu rozwścieczona stukilogramowa 

Luśka w okularach niczym dwa jogurty i zaczęła wrzeszczeć... a ja, Ŝeby ją 
uspokoić, spytałem: 

— JakŜe się pani spało, panno Lusiu? 
I pospiesznie odpowiedziałem za nią: 
—  Jak widzę, panienko, wstała pani chyba lewą nogą! 
Panna Lusia wcisnęła sobie palcem okulary w nasadę nosa... 
—Co za bezczelność, Mistrzu! Co za wstyd! A to dopiero piękną republikę 

stworzyła nam ta aksamitna rewolucja! Co prawda, to prawda! Kierowniczka 
chwyciła mnie za ramię i wyrzuciła od „U Jelinków” tylko dlatego, Ŝe 
zaproponowałam wszystkim gościom w lokalu, Ŝe im za darmo poliŜę strąka! 
Za darmo! To powaŜne naruszenie Konstytucji... I pan, Mistrzu... razem 
napiszemy skargę do Trybunału Konstytucyjnego. A pan ją tam osobiście 
zaniesie! Ale to jeszcze nie wszystko! Za tę moją charytatywną propozycję 
kierowniczka odmówiła mi kufla piwa! CzyŜ moŜe być większy akt humanizmu 
niŜ zrobienie laski temu, kto ma na to ochotę? Gazety są tego pełne! W pismach 
„Dzisiaj” i „Młody Front” zaleca się młodym ludziom przed ślubem nie tylko 
fellatio i cunnilinctus oraz róŜne inne sztuczki, byle tylko uchronić się przed 
ciąŜą, i Ŝeby narzeczeni bawili się swoją płcią... I teraz mnie, dla której pan 
Marysko napisał śliczny wiersz: 

 

Santa Luczija, Santa Luczija, 
noc w noc przy chuju mi się uwija... 

 

...mnie wyrzucają z lokalu! I odmawiają mi kufla piwa! Gdzie my Ŝyjemy? 

— wydzierała się Luśka i biegała tam i z powrotem aŜ do kontuaru, okulary jej 
spadły, ona jednak nadal opowiadała gościom z krzykiem, co się jej przydarzyło 
„U Jelinków”. 

—Ja w nich chlebem, oni we mnie kamieniem! — I runęła obok młodej 

kobiety, która sporządzała spis dań na swoje wesele. 

A ja powiadam do niej: 
— Panno Lusiu, to, Ŝe pociągnie im pani druta czy zrobi laskę albo poliŜe 

strąka, to, panno Lusiu, nie stanowi naruszenia Konstytucji, co innego natomiast 
jest ograniczaniem wolności, tej wolności ograniczeniem... boć to kierowniczka 
broniła pani fizycznie wstępu do lokalu publicznego... 

Panna Lusia znowu wcisnęła sobie palcem okulary między gęste brwi i: 

—  Niech pan tylko spojrzy! Kiedy mnie ta kierowniczka wyrzucała z lokalu 

„U Jelinków”, naderwała mi ramiączko. Niech pan popatrzy! . 

— Panno Lusiu — ja na to — natychmiast napiszemy skargę dotyczącą 

ograniczania wolności osobistej... 

background image

Pannę Lusię tak bardzo to ucieszyło, Ŝe zaciśniętą pięścią zaczęła wymierzać 

ciosy w otwartą dłoń drugiej ręki... i ciągnęła dalej: 

—  JuŜ ja pokaŜę tej kierowniczce od „U Jelinków”! Będzie się miała z 

pyszna! A to naderwane ramiączko od razu tu zostawię jako corpus delicti... A 
to by dopiero było, gdyby za moje wspaniałomyślne propozycje wypraszano 
mnie z lokalu niczym jakąś kurwę... 

A ja, Cassiusie, zatykałem pannie Lusi usta i: 

— Wszystko, tylko nie to, panno Lusiu, pani wcale nie jest jakąś tam kurwą, 

pani jest piękną panną Lusieńką... 

A ona pochyliła się do mnie i mówiła niemal szeptem, Ŝe — skłonności do 

sztuk plastycznych, tak jak Freddie Mercury, i ona ma takŜe, ten Freddie, który 
wraz ze śpiewaczką operową Montserrat Caballe stworzył Bohemian Rhapsody, 
piece de resistance... 

— I mnie, mnie, która jestem artystką plastykiem, mnie będzie jakaś 

kierowniczka szykanować... Co to, to nie! Niedoczekanie jej! A to, co potrafią 
striptizerki Freddiego Mercury’ego, palić papierosy na wieczorku w Orleanie, 
palić papierosy włoŜone do pizdy, to, Mistrzu, i ja potrafię... I tu, na tym stole, 
jak goście sobie tego Ŝyczyli, zrobiłam im Anatomię doktora Tulpa... 
Podwinęłam spódnicę aŜ po pas, leŜałam z cyckami, o tak, na wierzchu... A 
goście sypali na mnie tabakę do zaŜywania, angielski tobbacco nr 9 i Głetscher 
prise z olejkiem eukaliptusowym... i potem to, na moim ciele, wąchali i 
zaŜywali... i, Mistrzu, jak powiada modelka Freddiego Mercury’ego... Ŝe czuła 
się podczas tych gołych wieczorków wprost cudownie... Ŝe miała wraŜenie, 
jakby była jakimś przedmiotem artystycznym, dziełem sztuki... i podczas tego 
seansu z wąchaniem tabaki na moim nagim ciele ja teŜ miałam takie wraŜenie... 
tu ma pan mój dowód toŜsamości i na dwóch czystych jadłospisach napiszemy 
skargę dotyczącą ograniczania wolności osobistej... nie tylko mojej, ale i tych 
innych do mnie podobnych... To będzie moja Bohemian Rhapsody, piece de 
resistance... —powiedziała panna Lusia i bardzo, ale to bardzo spowaŜniała. A 
jej okulary lśniły jak Gwiazda Zaranna, jak Gwiazda Wieczorna... 
 

PS 
Za kilka dni, Cassiusie, będzie sylwester, trzyma tęgi mróz, te moje kotki 

leŜą warstwami w sianie w plastikowych skrzyniach od jarzyn... a ja boję się, Ŝe 
jeśli mróz nie ustąpi, to znajdę te kotki juŜ sztywne jak zwierzątka z 
drewnianych i porcelanowych szopek boŜonarodzeniowych... zamarzną, niczym 
Ŝ

ołnierze i konie wmarzną w mokradła i jeziora, jak pisze o bitwach Malaparte 

w tym roku czterdziestych drugim. Premier Jelcyn, Cassiusie, pospiesznie 
wrócił z Chin, aby u siebie w domu, w Moskwie, zrobić porządek, bo podczas 
jego nieobecności zebrała się armia i generał Szapocznikow powiedział, iŜ 
rzeczą armii jest odnowić ekonomię i armię. Opowiedzenie ci, Cassiusie, 
kolejnej dobranocki odkładam na ten Wesoły, Szczęśliwy Nowy Rok 1993. 
 

background image

 
DZIEŃ DOBRY, REPUBLIKO CZESKA 

Motto: Pokonana Grecja pokonała swojego zwycięzcę... 

 

Miły Cassiusie, Pałac Władysławowski, uroczyste posiedzenie rządu i 

parlamentu; pan Uhde kończy pięknie swoje przemówienie: 
— Dzień dobry, Republiko Czeska! 
A potem pan Wacław Klaus, teŜ pięknie, z kolei zaczął... Zająknął się... a to — 
według Zygmunta Freuda —dobry znak. 
Po czym: cóŜ to ja widzę? Pośrodku, obok siebie na fotelach, któŜ to siedzi, 
Schulter am Schulter? Moja piękna pani Bureszowa, po prawicy ma prezydenta 
Wacława, po lewicy — pana Dienstbiera... tak jak to napisałem w Idach 
czerwcowych... pan Kńaźko ma rację, będą potrzebne zabiegi kosmetyczne, 
niewielkie wprawdzie, i Mećiar moŜe się śmiać jak proboszcz od świętego 
Dominika, istny Bing Crosby i pokuśtykałem na cześć mojego konia, który 
przegrał, Dienstbiera, mojej ślicznotki, pani Bureszowej, pokuśtykałem nad 
piękny staw i pojąłem, Ŝe dzięki temu, iŜ Jurek Dienstbier przegrał wybory 
przegrali je wraz z prezydentem, właściwie je wygrali... i Sen o Europie i 
ś

wiecie trwać będzie nadal... i stałem nad leśnym bagnistym stawem, w którym 

utopiła się piękna pani hrabina wraz ze swoim jeszcze piękniejszym 
wierzchowcem... 

Między nami, Cassiusie, głosowałem na to Forum Obywatelskie tylko 

dlatego, Ŝe piękna pani Bureszowa i pan minister Miller stanowiliby piękną 
prezydencką parę małŜeńską... A teraz widzę ich przynajmniej w telewizji 
podczas uroczystej proklamacji... Dzień dobry, Republiko Czeska! I nie 
mogłem powstrzymać płaczu... 

Słuchaj no, Cassiusie, ja ci juŜ plotę piąte przez dziewiąte tyle dni! Ty, kiedy 

czekasz na mnie przy schodach, to zawsze jest z tobą ten czarny Szwarcwald, 
jeden z tych czterech pluszowo czarnych murzynków... a ty siedzisz obok 
niego, patrzycie na mnie i ja czytam to w twoich oczach: 

— NiechŜe pan kiedyś, Mistrzu, zaprosi do siebie tego Szwarcwalda! 
Przypomniała mi się Ŝydowska anegdota, jak w Galicji, po szabasie, panował 

taki zwyczaj, Ŝe bogaty śyd zapraszał biednego Zyda do domu, na obiad. A 
więc Chone Reis po mszy wziął ze sobą biednego Zyda i nagle przy obiedzie 
spostrzega, Ŝe z tym śydem jest jeszcze jeden śyd i zajada, jakby i jego 
zaproszono. Chone pyta: Co to za jeden, ten śyd obok ciebie? A biedny śyd 
odparł: Chone Reisie, to mój zięć, jest dopiero od roku Ŝonaty, a więc jest u 
mnie „na garnuszku”, auf die Kost.. 

- A więc, Cassusie – powiadam-niechŜe ten Szwarcwald przyjdzie z tobą do 

mnie. 

No i weszliście, czarny kotek zatrzymał się przy piecyku i patrzył, ale Ŝe był 

juŜ u mnie „na garnuszku”, auf die Kost, dostał mleczko w głębokim talerzu, a 
na zwyczajnym miśnieńskim spodku pokrojone mięso... A potem Szwarcwald 

background image

siedział tylko koło drzwi, a ty najpierw usadowiłeś się na stołeczku przy 
kaflowym piecyku elektrycznym, potem rozwaliłeś się na trzcinowym fotelu 
obok pieca, na pluszowym kocyku w kratę, a po godzince podniosłeś się i 
podszedłeś cichutko do łóŜka, wskoczyłeś tak, by opaść łebkiem na poduszkę, i 
słodko wyciągnąłeś łapki aŜ do rozłoŜonej juŜ pierzyny.. A Szwarcwald, 
niczym mały niewolnik, siedział przy drzwiach i patrzył na to twoje 
Schauspielertum, by później, kiedy będzie leŜeć z pozostałymi kotami na sianie, 
aby im to wszystko, co widział, opowiedzieć...  

Przywiozła mi, Cassiusie, poczta na Sokolniki cięŜką paczkę. Ale nie było 

mnie w domu. Zostawili mi wobec tego zawiadomienie, Ŝe na Diablicach mam 
do odebrania przesyłkę. A ja myślałem, Ŝe to ksiąŜki, Ŝe to moŜe poczekać, 
udałem się więc po tę paczkę dopiero po dwunastu dniach... Ale to były 
artykuły spoŜywcze, a na paczce znajdowało się ostrzeŜenie, Ŝe znajduje się tam 
takŜe szkło. Chciałem wziąć tę paczkę do „Tygrysa”, ale w końcu napatoczyła 
się taksówka i wobec tego zabrałem paczkę do domu. Śmierdziała jałowcówką, 
całe dno było przesiąknięte jałowcówką, a kiedy paczkę rozpakowałem, 
znalazłem tam wśród kiełbas i skwarek okruchy szkła z półlitrowej butelki z 
napisem: Jałowcówka... ale jałowcówki niet! A kiełbasa zaczynała się juŜ psuć i 
nasączona była jałowcówką... A było tych wędlin chyba z dwa kilogramy... ale 
ta pleśń na nich mnie wprost przeraŜała... Za oknami tego mojego wieŜowca 
krąŜą kruki, rosyjskie baŜanty, jak je nazywają w Gródeczku, a więc pokroiłem 
im te psujące się kiełbaski i balerony na talarki, wsypałem do wiaderka i 
wyniosłem to rosyjskim baŜantom jako przysmak przed sylwestrem... i 
rosyjskie baŜanty od razu zabrały się do dzieła... Ale to się jeszcze na 
Sokolnikach nie zdarzyło! UrŜnięte baŜanty rosyjskie utykały na oba skrzydła, 
chwiały się i wykonywały niewłaściwe ruchy... 

Wiesz, Cassiusie, co by to było, gdybym te kiełbaski nasiąknięte jałowcówką 

przywiózł do Kerska i dał wam? Wiesz, co by to było, gdyby czternaście kotów 
potykało się i wykonywało niewłaściwe ruchy jak te rosyjskie baŜanty w 
Sokolnikach?! Aha! Skwarki wziąłem ze sobą do „Tygrysa” — smakowały jak 
nigdy! 
 

PS 
Cassiusie, mój ty abisyńczyku, murzynku, słyszałem właśnie w telewizji 

Glenna Millera... A Moonlight Serenade. A Glenn Miller i Saint-Exupery — 
obaj jako Ŝołnierze wpadli gdzieś do morza, wprost w jądro Sonaty 
KsięŜycowej Beethovena. Przypomniały mi się wersy z Źdźbeł trawy, powiem 
ci, Cassiusie, tylko początek: 
 

I Walt, I Whitman, I Cosmos, I Manhattan son... 

 

tak jakoś to brzmi... Wolę ci zadeklamować coś z mojego SierioŜy: 
 

background image

Wieczory miesięczne, zmierzchy lazurowe, 

wysoko nosiłem swoją młodą głowę... 

A tu juŜ chłód w sercu, juŜ przekwitły oczy, 
nie wróci czar zmierzchów i miesięcznych nocy 
I nieuchronnie tak, i niepostrzeŜenie 
i ja zmieniłem się, a i świat się zmienił. 

 

Rassijo, moja ty kraino azjatycka! 

Okrutny mróz i nad kerskim lasem błyszczy księŜyc jak okruch Ŝółtej 

butelki po jałowcówce. Cassiusie, autorzy Małego księcia i Serenady 
KsięŜycowej spadli wraz ze swoimi samolotami do morza Wieczności, SierioŜa 
Jesienin na wiele lat przed nimi w Piotrogrodzie w hotelu „Angleterre” powiesił 
się na Ŝyrandolu i pospiesznie zastrzelił... Są teraz wraz z innymi poetami 
lirycznymi i tragicznymi na „wikcie i opierunku” u archaniołów w niebiosach... 
W telewizji właśnie Filharmonia czeska zaczęła grać Moją ojczyznę. Kiedy 
skończyłem jej słuchać, usłyszałem ją właściwie po raz pierwszy, po raz 
pierwszy pojąłem to, czym Smetana Moją ojczyznę wypełnił, co w nią włoŜył... 
Dobranoc, Cassiusie, dobranoc. I dzień dobry, Republiko Czeska, dzień, dobry. 
He he he! 
Na dworze straszliwy mróz, a ja modlę się, aby sen Jakuba Demla o Wielkim 
Białym Niedźwiedziu pozostał jedynie białym snem. 
Happy End! 
 

LOVE STORY 

 
 

Motto: 
 Im leichtesten Spiel findet man die ernsteste Wahrheit... Spatbarockphilosoph 
Leibniz 
 

Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, dzięki tobie zjawiła mi się 

drabina Jakubowa z Biblii, dzięki tobie stanęło przede mną wydarzenie z 
chasydzkich legend, bez mała Dziewięciu bram... jedna z tych legend mówi o 
gminie chasydzkiej, gdzie wierzący śydzi opowiadali sobie o cudach, Ŝe ich 
rabin jest Wunderrabbi, i Ŝe co wieczór idzie do lasu, a tam zwisa z nieba drabi-
na i po tej Jakubowej drabinie rabbi wspina się do nieba. I siedział z chasydami 
pewien myślący śyd, litwak, jak ich w Galicji nazywano, i on do tego stopnia 
wątpił w prawdziwość tej legendy, Ŝe pod wieczór wybrał się, aby dokonać 
oculata revisio, aby przekonać się na własne oczy.. I tam pod lasem, juŜ po 
zmroku, zobaczył, Ŝe rabin wszedł do tej chałupki, w chałupce pojawiło się 
ś

wiatło, litwak potem przez okienko zobaczył, Ŝe leŜy tam opuszczona chora 

kobieta, Ŝe rabin rozpalił pod kuchnią, potem nastawił wodę na zupę, potem 
umył chorą od stóp do głów, całe ciało, potem nakarmił ją, po czym pocieszał ją 

background image

i długo z nią rozmawiał... I oto co się stało: Kiedy niewierny Tomasz, śyd, z 
tych, których nazywa się litwakami, wrócił do chasydzkiej osady, zapytano go, 
co widział... A litwak odpowiedział, Ŝe ten ich cudowny rabin rzeczywiście jest 
Wunderrabbi, Ŝe wspiął się po Jakubowej drabinie jeszcze wyŜej niŜ do nieba, 
do samego jądra czynnej miłości bliźniego... 

Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, drabina Jakubowa sięga aŜ do 

nieba, jest to linia pionowa, wertykalna, zmierzająca aŜ tam, gdzie mieszka 
Ŝ

ydowski Jahwe, a moja drabina leŜy na asfaltowej szosie, która prowadzi z 

Libni aŜ do Ławeczki w Kersku, jest to drabina pozioma, horyzontalna, którą 
niemal codziennie jeŜdŜę do was, koteczki, tyle juŜ lat jeŜdŜę autobusem, aby 
was tam pocieszyć, nakarmić, aby z wami, wy moi bliźni, aby z wami 
porozmawiać, pogłaskać was oczyma... Kiedy wysiadam z drzwi autobusu, te 
drzwi są bramą moich leśnych niebiosów, widzę te dziś miotające się w 
wichurze pnie brzóz i sosen, słyszę ten symfoniczny wiatr, jak dmie, i widzę, 
jak wychodzi mi naprzeciw ten niebieski chór kotów, jak ten wicher je niemal 
unosi, jak kładą się na grzbiety i patrzą na mnie w górę oczyma — naliczyłem 
ich, Cassiusie, czternaście par, ty jesteś piętnasty, idziesz ostatni, bo przez cały 
kwartał byłeś na wygnaniu, na emigracji, tam, na pustkowiu w lesie, na 
ś

mietniku, gdzie jest dom i bagno, które nazywa się Na Krawędzi Wieczności. 

Kiedy, Cassiusie, wysiadam z drzwi autobusu, wszystko, co widzę, proch i 
błoto, kamienie i porozrzucane papiery i szmaty, wszystko ma dla mnie wartość 
złota, moja zielono-biała furtka jest dla mnie bramą do nieba, tu i tam biegają 
kotki i koty, te psotne i figlarne zwierzątka, jak uczył mnie srebrnousty mistyk i 
poeta metafizyczny Thomas Traherne, są dla mnie poruszającymi się tu i tam 
klejnotami, i rozpiera je taka radość, Ŝe nie biegają, ale unoszą się nad parcelą i 
wśród listowia, i to odbiegają, to znów wracają... A ja, jak mi to powiedział 
Thomas Traherne, nawet nie chcę wiedzieć, Ŝe urodziły się, Ŝe kiedyś umrą... 
Dla mnie, Cassiusie, te moje koteczki unoszące się tu i tam w powiewach 
wiatru są oddalającymi się i przybiegającymi z powrotem paziami w jasnych 
pończochach, to kelnerzy w bluzach z białej francuskiej piki roznoszący 
uroczyste toasty.. a wreszcie jest tu ten, który mnie najbardziej kocha, 
Pomarańcz, ten, który jednak nigdy nie pozwolił mi się pogłaskać. 

I ja, Cassiusie, jestem poraŜony, stoję i patrzę, po grecku stan ten określa się 

miyein... mam zamknięte oczy, które jednak otwarte są na drugą stronę, tam, 
gdzie zaczyna się mistyczny stan bódhi... I ta moja zielono-biała furtka jest 
końcem mojego świata, i widzę, jak z niebiosów unosi się w wietrze drabina 
Jakubowa, po której moŜna wspiąć się aŜ tam, gdzie mieszka Ŝydowski Bóg... 
tam, dokąd co wieczór wspinał się chasydzki Wunderrabbi, tak Ŝe ujrzał to 
nawet roztropny i niewierny litwak.., teraz, właśnie w tej chwili znajduję się w 
Edenie, mieście, które wybudowane jest w raju, gdzieś tam, gdzie łączy się 
Eufrat i Tygrys, gdzie biegają i bawią się chłopcy i dziewczęta jak ruchliwe 
klejnoty.. a ich oczy lśnią i błyszczą niczym szlifowane szafiry i szmaragdy, i 
bursztyny.. do których jeŜdŜę codziennie autobusem po swojej poziomej 

background image

drabinie, która asfaltową szosą łączy Libeń i Kersko. Nie mogę jednak 
zapomnieć wysiąść „Przy Ławeczce”! A wsiadać tylko na Ŝądanie... 
 

PREMIERA 

 

Motto: Czczczy ttto wwwwina Szszszweda, ŜŜŜŜe jest Ddddduńczykiem? 

Libor Fara, plastyk Teatru Za Balustradą 

 

Teraz ci, Cassiusie, coś opowiem. Na premierę Głośnej samotności oprócz 

premierowych widzów Teatru Za Balustradą zaproszeni zostali, albo, Cassiusie, 
sami się zaprosili towarzysze z wydziału czwartego KC KPCz. Ten czwarty 
wydział siedział w trzecim rzędzie, a przewodził mu sam Muller, który 
przyszedł w towarzystwie swojej małŜonki i sześciu sekretarzy, a dwaj spośród 
nich nosili takie samo nazwisko: Baranek... 

No i ta Głośna samotność zaczęła się zgodnie ze scenariuszem, który napisał i 

reŜyserował Evald Schorm, a juŜ same tylko krąŜące wieści i plotki sprawiły, Ŝe 
dostał depresji i nawet nie odbierał telefonów. Obecny był i wprowadzał gości 
sam dyrektor Vodiczka w ciemnoczerwonej marynarce z aksamitu obszytej 
czarną lamówką, a towarzyszył mu jego zastępca, aktor, pan Preućil w 
smokingu harmonizującym z jego nienagannymi manierami... 
No więc, Cassiusie, na scenie rozwija się Głośna samotność zgodnie ze 
scenariuszem...  WyróŜniał się pan Mrkvićka, który oświadczył, Ŝe utoŜsamił 
się z rolą Hańty, Ŝe juŜ od prób przestał być Mrkvićką i stał się Hańtą, Cyganie i 
Cyganki wcielili się w swoje role znakomicie, tak samo zresztą jak pan Bedrna 
jako Szef okazał się numerem jeden, nie mówiąc juŜ o panach Hermanku i 
Zednićku! A co dopiero sam tekst, który reŜyser pan Evald Schorm 
mistrzowsko zmontował, rytmizując pełne tkliwości i czułości zdania z frazami 
i sytuacjami iście szarlatańskimi! A ja wolałem trzymać się aksamitnej kotary w 
drzwiach, na wszelki wypadek... 
 

A potem, Cassiusie, nastąpił antrakt, który spędziłem na przyjacielskiej 

rozmowie z samym kierownikiem wydziału czwartego panem Mullerem, po 
czym przedstawienie trwało nadal i widzowie byli zachwyceni, przywykli juŜ 
do tych szarlatańskich i tkliwych mimicznych zagrań aktorów Teatru Za 
Balustradą... no i powiadam ci, Cassiusie, zbliŜał się koniec, kiedy to Hańta 
pozwała się zgnieść tej prasie, nad którą pracował i którą sam reŜyser Evald 
Schorm wywyŜszył, awansował, gigantyczną prasę otwartą ku widowni niczym 
skylab, skąd wychodzili wszyscy aktorzy i gdzie zbliŜał się teŜ ten 
nieodwracalny koniec protagonisty — Hańty.. 
 

A ja wolałem trzymać się nadal aksamitnej kotary w drzwiach, a tam w 

trzecim rzędzie siedział ten wydział czwarty z kierownikiem Mullerem i jego 
małŜonką... i zbliŜało się zakończenie, którego się obawiałem... Na scenie 
zjawił się pan Herzmanek, aktor numer dwa, jako Olbrzym, co ja mówię: 
wszedł, wtargnął, tak Ŝe aŜ się wystraszyłem i szarpnąłem tę aksamitną kotarę, i 

background image

Hermanek jako Olbrzym zaczął ekspresyjnie krzyczeć wprost do tego trzeciego 
rzędu: 

—  Przyjaciele, chciałbym wam zadeklamować wiersz, który napisał mój 

druh! 

I stanął na drabinie albo wspiął się na szczudła, wyciągnął nóŜ i w miarę jak 

recytował, noŜem tym uderzał rytmicznie w portal... 

—Ten wiersz napisał mój druh na zebraniu partyjnym w Wonoklasach... a 

zaczął te swoje strofy pisać pijąc piwo „U Hofmanów”, a potem pijąc piwo na 
Wlachowce! 
— krzyczał pan Hermanek, i przy kaŜdym słowie uderzał noŜem w portal, tak 
Ŝ

e drzazgi i wióry dolatywały aŜ do trzeciego rzędu na wydział czwarty a ja 

trzymałem się kurczowo aksamitnej kotary i słuchałem pełnej ekspresji 
recytacji pana Herzmanka, który ciągnął dalej: 

—  A potem mój druh zjawił się i pisał nadal wiersze Na RoŜku, potem 

wrócił aŜ do Kofrów, teraz to nazywa się Na Cegielni, i pisał tani te wiersze na 
podstawce pod piwo, aby przezwycięŜyć w sobie ból, Ŝe zabrania się młodym 
poetom pisać... później zaś zjawił się u Mullerów na Korabiu i tam pisał na 
podstawkach kolejne wiersze, u Mullerów, którym synka przywieźli z 
Garmisch-Partenkirchen w tym czterdziestym i piątym roku jako nieboszczyka, 

umarł bowiem jak poeta podczas gry zwanej hokejem... I, mili druhowie!

 

Pochowano go na cmentarzu Na Korabiu ima na pomniku złamany kij 
hokejowy, tam gdzie poeta Hlavaćek, który leŜy kawałek dalej, bo nastroił 
swoją lutnię najniŜej jak moŜna, i jak Owidiusz dąŜył do osiągnięcia tego, co 
zakazane... I, przyjaciele — krzyczał pan Herzmanek, przypuszczając naiwnie, 
Ŝ

e ta jego rola będzie prostą drogą jeśli nie do Teatru Narodowego, to 

przynajmniej do Teatru na Winogradach... I noŜem nadal dźgał portal, tak Ŝe 
drzazgi i wióry leciały aŜ do trzeciego rzędu na czwarty wydział... — I tak oto 
mój przyjaciel, juŜ przeklęty poeta, zjawił się „U Hausmanów”, aby wbrew 
bezprawiom epoki napisać na podstawce kolejny wiersz i wypić następne pi-
wo... A w końcu zjawił się w „Browarze”, gdzie piwo nalewa pan Daniel, po 
czym znów ślinił ołówek „Pod Królem Wacławem” i na papierowej podstawce 
pisał nową poetycką frazę, w końcu zaś, kiedy druh mój uświadomił sobie, Ŝe i 
tak jego wiersze nie będą mogły być publikowane, załamał się we łzach 
szczęścia i tragedii... 

I cóŜ ci, Cassiusie, mam powiedzieć, kolejne uderzenia i kolejne drzazgi 

dolatywały aŜ do trzeciego rzędu i spadały na wydział czwarty i pan Herzmanek 
— dzięki ekspresji swojej recytacji — miał juŜ widzów w garści, przeraŜało ich 
to, Ŝe wydziera się z noŜem w ręku... 

— A mój przyjaciel nie poprzestał na tym, szedł dalej, zatrzymał się teŜ „U 

Horkych” i tam dokończył poemat swojego Ŝycia i wyrecytował go piwowarom 
z „Hangaru”, ci jednak straszliwie go sprali... — wykrzyknął pan Herzmanek w 
roli Olbrzyma, który — zgodnie ze scenariuszem 
—ma teraz zeskoczyć, połamać stół i stołową nogą niczym batutą dyrygować i 

background image

ś

piewać czule: 

 

GdzieŜeś ty była, siwa gołąbko? 
Siwa gołąbko, gdzieś ty była? 

 

A potem aktor Herzmanek, ogromny jak czarny koszykarz Magic Johnson, 

ryknął straszliwie wprost do trzeciego rzędu, adresując swoje orędzie jakby do 
samego kierownika wydziału kulturalnego: 

— Panowie, jestem oprawcą, pomocnikiem kata! Nikt nie chce słuchać 

moich wierszy, proszę mi więc wybaczyć, Ŝe gwałtem wymogłem uwagę, bo 
któŜ w przeciwnym razie moŜe w tym kraju mówić to, co chce? A właściwie te 
wierszyki na podstawkach pod piwo, te frazy, te wersy ja sam napisałem... A 
oto mój wiersz w całości: 
 

Po opoce, po krawędzi  
dama karo Ŝwawo pędzi 
niczym boski Amor 

z lirą rozśpiewaną... 

 

Pan Herzmanek ryczał z ogromną ekspresją i na potwierdzenie tego, co 

mówił, kłuł nadal noŜem obudowę sceny i drzazgi dolatywały aŜ do trzeciego 
rzędu na czwarty wydział, który teraz jakby się ocknął, i przepychał się, 
wymykał się z trzeciego rzędu, byłe dalej, i pędził do aksamitnej kotary tak Ŝe 
ledwie zdąŜyłem ukłonić się i teatralnie rozsunąć tę kurtynkę, bo, Cassiusie, zur 
Kunst gehórt ja auch Schmierenkomódiantentum... 

A tymczasem wydział czwarty siedział juŜ przy stole w barze Teatru Za 

Balustradą... i towarzysz Muller pił juŜ szklanka za szklanką to swoje 
Ŝ

ernoseckie wino, a jego małŜonka dotrzymywała mu kroku..; Usiadłem obok 

damy.. a z widowni rozległy się oklaski i długotrwała wrzawa i owacje dla 
kłaniających się aktorów... A potem w foyer zjawił się teŜ blady dyrektor 
Wodićka i jeszcze bledszy jego zastępca aktor pan Przeucil, pierwszy sekretarz 
wydziału czwartego zaproponował im krzesła obok siebie... A mnie natychmiast 
zaatakowała pani Mullerowa: — Jak mogliście wystąpić. z takim paszkwilem! I 
to w czasie, kiedy obchodzimy Dzień Matki!  

— Co ma pani przeciwko temu, proszę pani? — pytam. 

—Mało panu jeszcze, Ŝe na scenie mówi się o tym, Ŝe Hańcie umarła mamusia, 
a on sam zszedł do podziemi krematorium, Ŝeby popatrzeć, jak jego kolega 
miele tam w ręcznym młynku kości jego mamy — powiedziała pani 
Miillerowa. 
— No cóŜ — ja na to — od tego są noŜyczki... MoŜe pan to — zwróciłem się 
do pana Przeućila — wykreślić ze scenariusza... I co jeszcze? 
—A potem ta okropność... boję się domyśleć to do końca.., jak otwierają noŜem 
urnę, a Ŝe mamusia lubiła kalarepę, wobec tego posypują w ogródku grządkę 

background image

kalarepy mamusinym popiołem... A pan to wystawia w Dniu Matki? Pan, 
laureat Nagrody Klementa Gottwalda? 
—Co prawda, to prawda — mówię. — Mnie to miejsce takŜe irytuje... — I 
znów zwróciłem się do pana Przeućila: 
—  MoŜemy to skreślić w imieniu wszystkich mam i mamuś. A co ty, Mirku 
— to do Mullera — masz przeciwko tekstowi? 

A Miroslav Muller mowi: 

— Brak mi tam, Bogusiu, troszkę znajomości rzeczy... Szef się tam uŜala: 
„Hańto, przecieŜ ty mi jeszcze za Ŝycia mielesz tego mojego Ŝałosnego pisia”! 
Tego juŜ dla mnie za wiele. PrzecieŜ gdyby nie było wyrośniętego pięknego 
pisia, nie byłoby ani papieŜy, ani pierwszych sekretarzy... 

A ja, Cassiusie, powiadam: 

— I to, Mirku, moŜemy wykreślić, tak samo jak całą tę finałową scenę z 
Olbrzymem poetą moŜna usunąć, niech się to kończy tym, Ŝe Hańta ginie w 
prasie... Będzie to dramatyczny finał, tak jak Antygona, jak Katia Kabanova... 

No cóŜ, w moich tekstach moŜna skreślać ad libitum... mówił mi to juŜ Milan 

Kundera w ParyŜu... „Słuchaj no, ty moŜesz być w Pradze, w tych twoich 
rękopisach moŜna kreślić i zawsze tam zostanie coś, co zmierza do istoty 
rzeczy. Ale ja? U mnie wystarczy skreślić dwa koncepty i juŜ tekst mi się 
rozpada...” 

I Mirek Muller się ucieszył. 
— O to, Bogusiu, chodzi, myśmy tu przyszli tylko po to, aby teatrowi 

dopomóc... my przecieŜ nie stawiamy stopy na gardle poety, na jego kruchym 
gardziołku, i nie nasłuchujemy, czy szczerze rzęzi... Co to, to nie! Wydział 
czwarty jest po to, by — jak chce Baudelaire — strzec istoty i kształtu poezji... 

A ja powiadam: 
—  Słuchaj no, Mirku, masz rację, nie tak dawno jako gimnazjalista pisałeś 

wiersze do szkolnego pisma... a teraz, z ręką na sercu, piszesz juŜ drugą 
powieść, a ja nie waham się stwierdzić, Ŝe kontynuujesz poetykę Flauberta i 
Balzaca, i „Playboya”. 

I wyobraź sobie, Cassiusie, pierwszy sekretarz wydziału czwartego 

uśmiechnął się Ŝyczliwie i powiada: 

—  Słuchajcie, towarzysze, partia posłała nas tu nie po to, abyśmy zdjęli z 

afisza Głośną samotność, partia nigdy niczego nie zakazuje... tylko wam, 
pracownikom teatru, delikatnie sugeruje, abyście się sami zastanowili nad tym, 
I jak ma wyglądać socjalistyczna forma i treść dzieła sztuki... Ale, Bogusiu, kto 
ci radzi, kto cię namawia, abyś postępował tak nieprzyzwoicie, jak tu 
postępujesz? 
A ja, Cassiusie, na to: 
— Mirku, przyjaciele, moją nauczycielką jest historia... Fabius Cunctator, który 
cofając się przez słoniami Hannibala w końcu pod Kannami zwycięŜył w 
długiej wojnie z Kartaginą... 
I Mirkowi Mullerowi podobała się moja postawa. 

background image

— Słuchaj, ty draniu, a więc my jesteśmy tymi słoniami? W porządku, niech 
przyniosą jeszcze kilka flaszek Ŝernoseckiego, a wy, towarzyszu dyrektorze — 
to do Wodiczki — zaproście i poznajcie mnie z aktorami, zaproście teŜ obsługę 
techniczną, wzniesiemy toast za pomyślność dzisiejszej premiery.. 
 

I do foyer teatru wszedł prostoduszny aktor pan Bedrna i zawołał to, co 

powiedział juŜ na scenie: 

— No a teraz zrobimy sobie wszyscy wspólne zdjęcie! 

 

PS 

W Kersku, 22 stycznia 1993 roku, dmie wiatr z południa. 

Nieopodal Sumatry płonie dwieście tysięcy ton ropy. A Jelcyn 

powiedział gdzieś w świecie; „Trzeba trzymać palec nie tylko na cynglu 
broni atomowej, lecz takŜe na pulsie drugiej ręki”. 

 

KOCIA MASKARADA CZYLI SPOWIEDŹ BEZ ROZGRZESZENIA 

Motto: NajdłuŜsza droga okręŜna jest najkrótszą drogą do domu... 

James Joyce: Ulisses 

 

O  czymŜe to ja właściwie chciałem pisać? JuŜ sobie przypominam... 0 

Kozaku, któremu podczas wojny domowej zabito rodziców, siekierą zarąbali 
ich w domu, kiedy to Kozak zobaczył, podpalił swoją rodzinną chatę, objechał 
na koniu ten płonący domek, wyrwał sobie garść włosów i wrzucił je na 
strzechę w płomieniach, a potem juŜ tylko... być stąd daleko, dalej, jeszcze 
dalej! 

Ja, Cassiusie, teŜ mam taką naturę, gdybym przyjechał do Kerska i zobaczył, 

Ŝ

e ktoś mi te wszystkie moje koty wymordował, to i ja takŜe nie miałbym juŜ po 

co Ŝyć... i pewnie bym równieŜ tę naszą szopę, gdzie jest siano z tej naszej 
łączki, tam, niŜej, nad Weleńską Strugą, to bym to siano wraz z szopą podpalił, 
wyrwałbym sobie z głowy resztki włosów i wrzucił je do ognia, tak jak to 
czytałem w Armii konnej Babla o nieszczęsnym dumnym Kozaku...  

Ale ja, Cassiusie, jestem barbarzyńcą na inny sposób... Mam pudełko po 

butach pełne lekarstw i — zamiast się oszczędzać, by miał kto dać wam jeść i 
pić — niszczę się, zaŜywam lekarstwa, które widzę, najchętniej przyjmuję 
lekarstwa w postaci proszków, tabletki zielone i Ŝółte, niebieskie i białe, według 
koloru, nie dbam o to, co radzą mi lekarze, wprost przeciwnie: zaŜywam te 
proszki pod wraŜeniem chwili jak cukierki, ataralgin popijam piwem, aspirynę 
równieŜ, Nitri-Mack-Retard takŜe i corinfar oraz cerucal tak samo. A potem się 
dziwię, Ŝe mam odchylenia, kiedy idę przez to swoje mieszkanie na 
Sokolnikach, Ŝe zapaskudzam sobie łokcie w wygódce w Kersku, Ŝe jąkam się i 
tracę pamięć, i myślę sobie, Ŝe robię coś Bóg jeden wie jak genialnego i jeszcze 
się tym chwalę, tak jak teraz, przy pisaniu. A Ŝe jestem niespokojny? A Ŝe 
jestem zdezorientowany? JakŜeby inaczej? PrzecieŜ niemało kosztowało mnie 
pracy, nim udało mi się zgodnie z Arthurem Rimbaudem i Antoninem 

background image

Artaudem wprowadzić zmysły w stan czuwania... a Ŝe majaczę? IleŜ musiałem 
się nachlać, zanim zrozumiałem poetykę Edgara Allana Poego? A teraz, 
Cassiusie, dodaj do tego tę kombinatorykę pigułek zalewanych piwem. No to 
cześć! I jakŜe się tu potem nie dziwić, Ŝe czasem wypluwam z ust monetę dla 
przewoźnika Charona, jakŜe się potem nie dziwić, Ŝe się dziwię? Ale! Ja zawsze 
byłem tak trochę bardziej zdroŜny, i to jest problem mojego stylu... Bo — do 
kółeczka, do kolusia... I kręci mi się w głowie...  
Ale największe utrapienie ma ze mną pan profesor Alouśzek Śztork, lubimy 
spacerować sobie kerskimi alejami... I na przykład! Zatrzymujemy się przy 
stawie w lesie, stawie, nad którym wznosi się willa jakby stworzona do 
popełnienia morderstwa, willa, na której ogromne betonowe litery układają się 
w napis: 
 

NA KRAWĘDZI WIECZNOŚCI. 

 

Idziemy w milczeniu, a ja jak zwykle coś znalazłem, była to fiolka draŜetek 

w kolorze Ŝółtym, i ja natychmiast, Cassiusie, jako Ŝe jestem ostroŜny, 
łyknąłem jedną, a potem jeszcze jedną... 

A pan profesor spytał mnie czule: 
—A cóŜ to pan Ŝre? 
A ja mówię: 

— To nic, to pigułki, proszę, niech się pan poczęstuje 
—i zaproponowałem mu, a on najpierw chwycił się za głowę, po czym 
wyciągnął palce aŜ ponad wierzchołki brzóz i ryknął: 

— On opycha się guaralem jak cukierkami! — Po czyni teatralnie ugiął nogi 

w kolanach i idąc tak, grzebał paznokciami w liściach zaścielających aleję i w 
tej chwili wyglądał jak piękny człowiek kromanioński... 

I dwaj ludzie, wczasowicze, mijając nas usłyszeli znowu: 
— On opycha się guaralem jak cukierkami! — I pan profesor stuknął się w 

czoło, a potem mi oznajmił: 

— Ci dwaj... to moi pacjenci ze szpitala na placu Karola... 

Kiedy indziej znów, Cassiusie, przyjeŜdŜa do Kerska pani Olinka Jung, 

kiedyś mieli cyrk i była kochanką Vitezslava Nezvala, a w końcu Jareczka 
Kladivy... Kiedy w Pradze szliśmy mostem Czecha, nagle nam zniknęła... 
Jareczek patrzy w dół, tam nie skoczyła, i nagle słyszymy glos z góry 
podnosimy wzrok, a tam, na kolumnie mostu, stoi tam Olinka, robi gwiazdę i 
posyła nam całusy jak w cyrku... 

— Tu jestem, ty moja papuŜko! 
I ta oto dama, Cassiusie, przyjechała na moją parcelę akurat wtedy, gdy był tu 

pan profesor Alouśek Śtork... a ona prosto z mostu: 

— Bardzo się cieszę, Ŝe jest pan profesorem, jaką kurację, jakie pigułki by mi 

pan polecił. Mam nie tylko dolary ale i marki. Jaką kurację by mi pan przepisał, 
co mam robić, Ŝeby schudnąć? 

background image

A profesor Alouśek Śtork zaśmiał się straszliwie i ryknął: 

—  Nie trzeba tyle Ŝreć! 

A nasza alejka nosi numer dwadzieścia cztery, i daleko, aŜ w alei numer 

cztery, niemal tuŜ obok gospody „Gąjówka”, tam pan inŜynier Hubka, który 
równieŜ cierpiał na otyłość, i właśnie kończył zajadać niemal całą struclę, tak 
się przestraszył tego głosu, który nadleciał i poprzez brzozy i sosny: 

—  Nie trzeba tyle Ŝreć! 
Ŝ

e, choć był koło swojego domku sam, odtrącił talerz z nie dojedzoną struclą 

i przeraŜony wpatrywał się poprzez korony drzew w błękit nieba... 

I tak samo, Cassiusie, jest ze mną i z tymi lekami, nieustannie, dokoła, 

dokolusia... ja naprawdę lubię ssać te pigułki jak cukierki... I na niedzielę, 
Cassusie, prosiłem zawsze o przepisanie mi guaralu, aby panu profesorowi  
Alouszkowi Śtorkowi, kiedy przyjedzie tu sobie odpocząć, sprawić 
przyjemność. Guarał, guaral, guaral! Oczywiście, Cassiusie, całkiem szczerze: 
w ten sposób pewnie tej Nagrody Nobla w dziedzinie literatury nie dostaniemy! 
Cassiusie! W czwartek przyjechałem autobusem, w śniegu i mrozie, 
przygnębiony, zamierałem ze strachu na myśl, Ŝe znajdę was zamarznięte na 
kość, tak jak te chińskie gliniane konie i Ŝołnierzy w kolumnadzie... 
I, Cassiusie, do autobusu wyszedł mi naprzeciw nie tylko Pomarańcz, nie tylko 
Szwarcwald, ale i wszystkie te pozostałe skarpeteczki i murzyneczki, przez 
ś

nieg, i ten suchy zmarznięty śnieg wprawiał je we wspaniały nastrój, i 

Pomarańcz tańczył, chodził na tylnych łapkach przez śnieg, i te murzyneczki i 
skarpeteczki, wszystko zbliŜało się do mnie tańcząc poprzez suchy iskrzący się 
ś

nieg.... Dokoła, dokolusia. Jutro się będzie tańczyć wszędzie! A ja byłem 

przeraŜony swoim brakiem wiary.. Kotki postanowiły chyba dodać mi sił, 
Ŝ

ebym nie odchodził z tego świata, w którym Ŝyją o głodzie wśród śniegu 

tańczące kotki. Gołąbki moje! Dzieciątka moje, dziękuję wam... a tobie, 
Pomarańczu, który przeszedłeś juŜ tyle razy zapalenie płuc, tobie posyłam w 
powietrzu całusa...  
Wiesz, Cassiusie, jak tak jeŜdŜę cale dziesięciolecia do was, do Kerska, 
stwierdzam, Ŝe ciągłe znajduję się w tym samym miejscu... Ciągle wstaję i 
poruszam się chwiejnie w tej swojej sypialence, kiedy wyciągam w bok 
ramiona, paznokcie obu rąk mam całe w farbie ze ścian, wlokę się ciągle w tym 
samym miejscu do wychodka, ciągle golę się w ten sam sposób i. boję się 
spojrzeć na siebie w lustrze, a jeśli juŜ, to zza węgla w lustro w łazience, i 
ciągle piję tę samą kawę, i ciągle palę tego samego papierosa, i ciągle wkładam 
te same gacie, i ciągle wciągani dŜinsy i koszulę, i ciągle, dziesięć lat i dłuŜej, 
stwierdzam, Ŝe wkładam tę samą koszulę, tylko w innym kolorze, i kurteczkę, i 
w ten sam sposób zakładam okulary i ciągle w ten sam sposób szczam do 
umywalki, i ciągle w ten sam sposób obiecuję komuś przez telefon, Ŝe przyjdę 
do „Tygrysa”, i ciągle w ten sam sposób wracam, aby przekonać się, czy nie 
kapie woda, czy zakręciłem kurek gazu, i wracam raz jeszcze, by to wszystko 
ponownie skontrolować, a potem zamykam za sobą i jadę na dół windą, 

background image

niewolny od obaw, czy rzeczywiście pozakręcałem Wszystkie kurki i krany? 
 

I wlokę się na autobus, i wciąŜ przez tych dziesięć lat jestem w tym samym 

miejscu, i dworzec autobusowy jest ten sam, tylko dawniej Na Florencu, a teraz 
wsiadam na dworcu autobusowym tam, gdzie przez dwadzieścia lat wchodziłem 
do mojego domku, Na Krawędzi Wieczności, a więc do tej względnej 
wieczności, i znam ulicę Ronkową, i ulicę Vacinową, a tam, gdzie jest. 
drogeria, tam była gospoda „U Klouczków”, a dalej jest ta sama gospoda „U 
Doudów”, a potem jadę koło tej samej Czeskomorawskiej Kolben Daniek, i 
codziennie przejeŜdŜam koło Harfy, gdzie jest teraz winiarnia „Pod Platanem”, i 
wciąŜ tą samą drogą obok restauracji „Na Podjebradzkiej”, dawniej 
„Bratysława”, gdzie wciąŜ jest ten sam przystanek i niemal ci sami podróŜni... a 
potem te same poruszające się reklamy, aby było je widać z jadącego auta.., 
znam je juŜ na pamięć... i te same firmy i ten sam koniec Hloubietina z gospodą 
„Na Starej”..., a dalej to samo na Czarnym Moście... po czym ten sam wjazd 
pod górę do Poczernic, a teraz te same firmy, Jerzy Prokop, cukiernia, ale juŜ 
jest skasowana, i ten sam sklep rzeźniczy — Diviśzkova... 

I oto jestem na tej samej drodze juŜ od piątego roku Ŝycia, Praga — Nymburk 

przez Nehvizdy, jest tu nowy zajazd i sklep masarski, „U Wydrów”, tak się to 
nazywało. Tu z panem Vodvarką pięćdziesiąt lat temu budziliśmy starego 
Wydrę o drugiej godzinie w nocy, aby postawił na nogi kapelę, i wszyscy, kto 
tylko chce, niech przyjdą do Wydrów, Ŝe pan Vodvarka płaci za wszystko... a 
potem grało się tu do rana, pan Vodvarka wykupił cały kramik wódki i 
częstował wszystkich, a potem jechało się dalej, do Kolonii i kapela grała 
Kolonio, Kolonio... I jechało się do Nymburka, ojca ta wyprawa niemal zabiła, 
ale Vodvarka, jako Ŝe wygrał w ferbla, śmiał się... ale było to, choć Ŝywe, tylko 
we wspomnieniu na tej drodze... a potem znów kilka budynków, jak zawsze, a 
potem szosa, a potem do Mochowa, a dalej zakręt... i ciągle to samo, Cassiusie, 
ciągłe to samo, dokoła, dokolusia, wciąŜ Cesarska Kuchnia, a dalej Przerow i 
ciągle te same przystanki i zakręty, a ja siedzę i jest mi zimno... i te same 
skrzyŜowania, i ten sam przystanek Sernice, i te same szklarnie... i kierowca 
autobusu tym samym głosem pyta: 

—  A będą na pana kotki czekać? Wczoraj naliczyłem ich czternaście... 
A ja w ten sam sposób wlokę się kulejąc do drzwi autobusu, i w ten sam 

sposób wysiadam i za kaŜdym razem niewiele brakuje, bym upadł... i autobus w 
ten sam sposób czeka, dopóki nie przejdę na drugą stronę alei, a ja juŜ przez 
druciany płotek widzę, jak wychodzi mi naprzeciw Pomarańcz ze 
Szwarcwaldem... 

A wczoraj po raz pierwszy w tym roku padał śnieg, okrutny mróz, ale 

wszystkie koty wybiegają mi z furtki naprzeciw i tańczą, podskakują, fikają 
koziołki, walczą stojąc na tylnych łapkach i popisują się, bo juŜ mnie dziś nie 
oczekiwały.. a ja im dziękuję, kłaniam się im: — Dziękuję wam, dziękuję wam, 
dziękuję wam! 

I tak oto, Cassiusie, odłoŜyłem samobójstwo na kiedy indziej, a moŜe na 

background image

zawsze, dzięki Pomarańczowi, który, choć chory zatańczył mi najlepiej, jak 
umiał, był niedołęŜny, ale widziałem, Ŝe chce mi zrobić przyjemność, Ŝe mnie 
prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez 
Charona... bo stale poruszam się tylko i wyłącznie po okręgu, dokoła, 
dokolusia... i kotki wyczuły to i o głodzie w mrozie fikały na śniegu koziołki, 
zmagały się ze sobą, i tylko ty, Cassiusie, ty stałeś na samym końcu, ten czarny 
w tyle, a kiedy przeszedłem obok tańczących kotów, podniosłeś się, a ja jak 
zwykle nastawiłem ci palec i ty jak zwykle trąciłeś go tym swoim wilgotnym 
czarnym noskiem, zamknąłeś jak zawsze oczy i opadłeś cięŜko na przednie 
łapki, a potem wraz z resztą kotów ruszyliście za mną przez śnieg do stołu i 
ławki, wszystko zasypane było śniegiem, który chrzęścił pod moimi lekkimi 
dŜinsowymi pantoflami, a ja otwarłem drzwi i szybko jak zawsze roznieciłem 
pod kuchnią ogień, abyście, kotki, dzieciątka moje, miały ciepłe mleczko, 
najpierw jednak podzielę i rzucę wam dwa pieczone kurczaki... ZasłuŜyłyście 
na nie, bo gdyby was nie było, nie byłoby takŜe mnie, bo nie mam innego 
powodu Ŝyć... 

PS 
Jest sobota 6 lutego 1993 roku, jutro będzie pełnia piękna jak musująca 

aspiryna, jest, Cassiusie, miesiąc luty i na Połabie zaczną przylatywać 
skowronki. Właściwie będą powracały, takŜe dokoła, dokolusia. A ja wychodzę 
im naprzeciw. Kroczę obok kościelnego pola, mijam rzadki zagajnik, który 
nazywa się W Bejkowcu.,. A potem juŜ i tylko zagony i Farna Droga, która 
kończy się kropką iskrzącego się kościółka w Wełence. Nad Farną Drogą i nad 
łanami znów będą unosić się skowronki zawieszone na niciach, na uwięzi, w 
samym niebie, i tak oto nadejdzie do Kerska wiosna, ja, jakby przepowiadając 
ją, zeszłym tygodniu nazrywałem bazi z leszczyn i kotków z iw. 
 
 

Płonąc płonąc płonąc 

O Panie, Tyś wydarł mnie, 

o Panie, Tyś wydarł mnie 

płonąc. 

 

Starczy ci to, Cassiusie? Napisał to święty Augustyn... a jego mamusią była 

ś

więta Monika, zresztą teŜ Murzynka. Starczy ci to? Starczy? — pytam. 

 
 

INAUGURACJA I MONOLOG WEWNĘTRZNY 

 
 
 
 

PROGRAM INAUGURACJI I CEREMONIAŁ 

background image

PRZYSIĘG! PIERWSZEGO PREZYDENTA 

REPUBLIKI CZESKIEJ 

we wtorek 2 lutego 1993 r. 

 

Motto: 

Hamlet, il se promene, 

lisant au livre de lui-meme. 

Stephane Mallarme 

 
Pan prezydent 
Wacław Havel 
Zamek 
w Pradze 
Panie prezydencie Republiki Czeskiej! Dziedzicu tradycji  przemysławowskich!  
Powiedziałem Panu na Zamku: „Lengster Weg rum ist der kurzeste Weg nach 
Hause”. NajdłuŜsza droga okręŜna jest najkrótszą drogą do domu. Tak to ujął 
Leopold Bloom w Ulisesie Jamesa Joyce”a. To pan jest tym Ulissesem, który z 
długotrwałej wojny powrócił do ojczystej Itaki. Jest Pan w domu i Pańskie 
pomyłki nie były błędami, ale!... Dzięki temu wszystkiemu otwarły się przed 
Panem bramy nowego poznania. Wszystkie koteczki, a jest ich czternaście, 
cieszyły się, nie wyłączając Cassiusa, który tak jak Pan spędził trzy miesiące na 
emigracji. Teraz i on jest juŜ w domu. 

Pański 
Bohumil Hrabal 

Kersko, 3 lutego 1993 roku 
Zamarza mi ołówek. A więc raz jeszcze: Pański Bohumil 
Hrabal. 
 

12:43 

Prezes Rady Ministrów przyjeŜdŜa na Zamek 

(Matyaszowa Brama) 

 

12:30 

Przewodniczący parlamentu przyjeŜdŜa na 
Zamek 
(Matyaszowa Brama) 

.. .a więc klucze, które mieli minister kultury i pierwszy sekretarz wydziału 
czwartego i inni straŜnicy skarbu Skowronków, tych kluczy do Skowronków 
strzegli nadaremno, tak jak koncesjonowana firma Branald i Pilarz, Adolf i 
Franek, te Skowronki, moją pierwocinę, odesłali mi nadaremnie... 

 

Kochasiu, dzisiaj pisze się inaczej, nadeszły inne czasy... — mówił mi 

wówczas gniewnie Franek, autor Stryja Bonifacego...  

 

A ja, Cassiusie, z ręką na sercu, w cztery oczy, jestem z tego zadowolony.. 

background image

I jeszcze, Cassiusie, o czymś zapomniałem. Boć przecie te Skowronki na 

uwięzi w końcu się ukazały... 
— Choćbyście robili, co chcecie — powiedziałem do pierwszego sekretarza — 
szydło, Mirku, wyjdzie z worka... 

Kiedy w owym roku pięćdziesiątym szóstym przyszedł nowy dyrektor, 

Skowronki na uwięzi były juŜ w zapowiedziach, lada chwila miały się ukazać, 
juŜ-juŜ... A jednak nowy dyrektor pisarz, z obrzydzeniem przyniósł do redakcji 
w palcach róg stronicy i ze wstrętem pokazywał te zapowiedzi... i tak jak ty 
Mirku, zwrócił się z niechęcią do redaktorów: 

— I wy to świństwo zamierzacie wydać?... 

I upuścił te zapowiedzi na Ziemię, i skład poszedł do przetopu, a 

wydrukowane arkusze na przemiał, do Składnicy Surowców Wtórnych, papier, 
na Bubnach... i mówię ci, Mirku, w końcu, kiedy juŜ chciało mi się na te 
Skowronki rzygać, w owym roku sześćdziesiątym drugim, ukazały się 
uroczyście i sławnie, te same Skowronki, które Adolf i Franek, Branald i Pilarz, 
od razu odrzucili, i za te same stronice dostałem później takŜe nagrodę 
wydawnictwa „Pisarz Czechosłowacki”, i byłem numerem jeden, i byłem 
czempionem, i ozdobnym klejnotem... A Ŝe, Mirku, chciało mi się rzygać?... 
 
13:00—13:13 

Na Zamek przyjeŜdŜają prezydenci sąsiednich państw 

(Matyaszowa Brama) 

 
Prezydenci przyjeŜdŜają w trzyminutowych interwałach. 
Premier wita gości w Sali Wejściowej. 
Osoby towarzyszące głowom państw uczestniczą w powitaniu w Sali Tronowej. 
Siedziałem na brzegu łowiąc ryby Poza mną jałowa równina. Te urywki niech 
wesprą mój pałac w ruinie. Stanie się tak jak pragniesz.  
Hieronim szalony 

Datta. Dayadhvam. Damyata. 
ś

anti, śanti, śanti 

 

Halo, jak się masz, Jarku, co porabiasz, a jak tam Ŝona, a dzieci czy zdrowe? 

Zapomnij o wszystkim, co było, jesteś numerem jeden, który przyozdabia 
obywateli, wy-głosiłeś przemówienie nad Palachem, i co porabia Ŝona, jak się 
mają dzieci? 

Tę pamiątkową księgę In memoriam Jarosława Kladivy przygotowywaliśmy 

na dzień dwudziestego siódmego kwietnia, świąteczny dzień Jarosława 1987, ja 
tę swoją mowę pogrzebową, Józef Jira miał tę swoją grafikę, a Oldrich Hamera 
swoją graficzną epopeję ku pamięci Barranda i boję się to napisać... ale 
wypiłem juŜ tyle fińskiej wódeńki, Ŝe nie czuję Ŝadnych oporów... na końcu 
tego In memoriam znajdował się tekst Jarosława Kladivy jego Mowa nad 
trumną Jana Palacha, pan rektor Star3Ŝ prowadził wówczas ten kondukt, a Jarek 

background image

wygłosił to przemówienie poŜegnalne, którym chcieliśmy zakończyć to In 
memoriam, i to przemówienie poŜegnalne juŜ się tam znajdowało, ale potem 
któryś z nas powiedział, Ŝe to postawi pod znakiem zapytania jego moŜliwości 
publikowania, wystawiania, i Ŝe mogłoby go uratować wykreślenie tego 
przemówienia Jarosława Kladivy; Ŝe w przeciwnym wypadku musiałby 
zrezygnować z udziału w tym In memonam... i wobec tego my — bynajmniej 
nie odwaŜni —wykreśliliśmy je, jedynym, który je zostawił, okazał się 
odwaŜny Oldrzich Hamera... nie jest to usprawiedliwienie, nie jest to 
wyjaśnienie, to fakt, Ŝe i ja postąpiłem jak tchórz, i ja zgodziłem się na to, i ja 
jestem tym, który był tym, który wyjaśniał pierwszemu sekretarzowi wydziału 
czwartego, dlaczego tracę zmysły z powodu nie istniejącej groźby.. tak jak 
Jareczek Kladiva, który wygłosił przemówienie nad spalonym kontynuatorem 
Mistrza Jana Husa, ten mój Kladiva tracił zmysły przez cały ten czas, kiedy 
pisaliśmy wspólnie mój Ŝyciorys i strukturę oraz literacki portret, moją sylwetkę 
twórczą... 
 

 
13:50 

Prezydent elekt wraz z małŜonką przyjeŜdŜają na Zamek 

(Matyaszowa Brama) 
Na schodach stoi straŜ honorowa. 

 

W Sali Tronowej na prezydenta i jego małŜonkę czekają prezes 
Rady Ministrów i przewodniczący parlamentu. 

 

14:00 
Prezydent elekt z orszakiem wchodzi do Sali 
Władysławowskiej 
Fanfary z 4 frazy Ósmej symfonii A. Dvorzaka. 

87 

I cóŜ ci, Cassiusie, mam powiedzieć... Kiedy przyszedłem do Ottów, na 

zamówionym stole — zamiast półmisków — leŜały porozrzucane moje teksty 
Zaczarowanego fletu, teksty pana Havla na temat szekspirowskiego Hamleta... 
Słowa, słowa, słowa... jeśli się juŜ, Cassiusie nie mylę... a wreszcie to 
najwaŜniejsze.., cały stół, z górą czterdzieści graficznych przesłań przyjaciela i 
kolegi Jurka Anderlego... antywojenne przesłania, które wystawiał juŜ za 
komunistów, z antywojennymi obrazami olejnymi cykli Ŝołnierzy, austriackich 
Ŝ

ołnierzy, którzy zginęli podczas pierwszej wojny światowej, cykli, o których 

Jurek Anderle powiedział reporterowi „Kwiatów”, Ŝe namalował je po to, aby 
wyrazić swój sprzeciw wobec agresywnych kręgów imperialistycznych, którym 
przewodzi rząd w Waszyngtonie... 

Ale, Bogusiu, to, co tu ukrywać, prawda, ale czy pan wie, jakie miałem z 

tymi „Kwiatami” kłopoty? Nie chcieli mnie wpuścić do Stanów Zjednoczonych 

background image

właśnie za to, co powiedziałem w wywiadzie dla „Kwiatów”... 
 

14:25 
Sal
ę Władyslawowskq opuszcza korpus dyplomatyczny, posłowie i 
wszyscy go
ście 

Jako pierwszy po orszaku prezydenta na Trzeci Dziedziniec wychodzi 
korpus dyplomatyczny, aby wziąć udział w defiladzie wojskowej. 

Jako drudzy wychodzą posłowie parlamentu i pozost8li goście, zdąŜając 
korytarzami do Sali Hiszpańskiej. 

 
I tak w kawiarni „Arco”, w Galicji, a moŜe i w Pradze, w dawnej Austrii, 

siedziało Ŝydowskie towarzystwo... Pan Diamant zgłasza durch, ale pada na 
podłogę. PrzeraŜenie. Gracz obok pana Diamanta chwyta się za serce. 

— Czego pan się tak przestraszył, panie Chane Dwoszak? 
A Chane powiada: 
— A wie pan, jak łatwo ten szlag mógł trafić mnie? 
I ten kłopotliwy moment, Chane pochyla się nad martwym, zagląda w karty 

w palcach nieboszczyka... 

— Co pan robi, panie Chane Dwoszak? 
— Chcę tylko popatrzeć, jak nieboszczyk pan Diamant chciał tego durcha 

zagrać... 

TeŜ dobrze, i tak się moŜe zdarzyć. Ale później nasuwa się pytanie: kto 

pójdzie zawiadomić małŜonkę? Wszyscy wzdragają się, jedynie Chane 
Dwoszak zgadza się, idzie i puka do drzwi. Otwiera pani Diamantowa i pan 
Chane Dwoszak pyta: 

—  Przepraszam, czy tu mieszka wdowa po panu Diamancie ? 
Pani jest oburzona. 
— Co teŜ pan mówi? Pani Diamantowa — owszem, ale wdowa? 
A pan Chane Dwoszak: 
—  ZałoŜy się pani? 
TeŜ pięknie, ale jest teŜ inna wersja... 
Chane Dwoszak puka, pani Diamantowa otwiera, a Chane: 

 

Łaskawa pani, pani małŜonek siedzi w kawiarni „Arco” i wróci później do 
domu... 

Pani Diamantowa gniewnie: 
— A to łotr! A to łajdak! I na pewno gra w karty! 

Chane Dwoszak przytakuje: 
— Gra! Gra! 

A pani Diamantowa: 
— Jeśli gra, to na pewno przegrał, i to sporo przegrał, prawda? 
A Chane Dwoszak: 
— Przegrał, łaskawa pani, i to sporo... 

background image

A pani Diamantowa: 
— AŜeby go szlag trafił! 
A pan Chane Dwoszak: 
— Od pani ust, łaskawa pani, do boŜego ucha krótka droga! Właśnie się to 

stało, leŜy na podłodze w kawiarni „Arco”... zdąŜył tylko przedtem zgłosić 
durcha... 
 

13:20 
Rozmowa premiera z prezydentami  
(Sala BroŜka) 

Obecni: premier, prezydenci, przewodniczący parlamentu, minister spraw 
zagranicznych Republiki Czeskiej, tłumacze. 
Po opuszczeniu przez głowy państw Sali Tronowej towarzyszące im osoby 
przechodzą korytarzem do Sali Władysławowskiej. 
Kiedyś, w listopadzie pięćdziesiątego pierwszego roku, zaczęły do mojej celi 
przez szpary nie przepuszczającego światła okna przylatywać muchy. 
Policzyłem te muchy, było ich dwadzieścia siedem.  
Musiałem się bardzo starać, aby mi nie pouciekały. Dawniej, kiedy 
wyprowadzali mnie na przesłuchanie, szedłem roztrzęsiony i powoli 
zawiązywałem sobie oczy ręcznikiem. Teraz starałem się wyjść z celi jak 
najszybciej, aby drzwi na korytarz pozostawały otwarte jak najkrócej. 
Tak samo postępowałem podczas powrotu z przesłuchania, aby drzwi zamknęły 
się natychmiast. I pierwsze moje zadanie: policzyć muchy, by przekonać się, 
czy któraś mi nie uciekła. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy naliczyłem ich znów 
dwadzieścia siedem.  
Dzieliłem się z przyjaciółkami jedzeniem... kilka kropli to kawy, to znów zupy 
garść okruszków chleba. Musiałem leŜeć i spać z rękoma na kocu i muchy 
siadały mi na rękach i na twarzy i gryzły mnie, i piły krew... 
Nie wiem dokładnie, jak długo Ŝyłem z muchami. Odkryłem wówczas jeszcze 
inne zwierzęta, pająki. Miałem problem: A jeśli pająk schwyta którąś z much? 
Coraz bardziej byłem sam, much było coraz to mniej i mniej, co sprawiało, Ŝe 
byłem bardzo nieszczęśliwy W końcu zniknęły wszystkie i zostały mi tylko 
pająki... JakŜe opiszę nieludzkość ludzi i ludzkość much? 
 
do 13:30 

Posłowie do parlamentu, ministrowie, korpus dyplomatyczny i 
go
ście przychodzą na Zamek 

 

Przybywający idą pieszo przez pierwszy dziedziniec do Matyaszowej Bramy. 
Idą przez sale Plecznika i Rothmayera, gdzie przy pomniku T.G.M. pełnią straŜ 
dwaj Ŝołnierze. Dalej idzie się przez korytarze Klinowy i Szeroki, gdzie stoi 
szpaler StraŜy Zamkowej, korytarzami w Skrzydle Południowym obok 
Kancelarii Wojskowej do Sali Władysławowskiej. 

background image

 

—  Słuchaj no, Bogusiu, coś ty nabroił z tym Menzlem... z tym 

Skowronkiem na uwięzi? PrzecieŜ to przepis, jak likwidować komunistów. 
Pokazaliśmy to sekretarzom powiatowym w ChocieboŜu... I wiesz, Bogusiu, co 
powiedzieli? 

— No, co, Mirku, co? 
— Ja ci to powiem... krzyczeli.., dawać ich tu, juŜ my to załatwimy z nimi po 

komunistycznemu... Kiedy się zejdziemy wszyscy... ten Skowronek na uwięzi 
jest w sejfie... trzy klucze, ja mam jeden, drugi ma minister kultury, a trzeci 
pierwszy sekretarz... to tak, Bogusiu, jakbyś chciał komuś pokazać koronę 
królewską, skarby narodowe... trzy klucze muszą być do kupy... w przeciwnym 
razie skarbiec się nie otworzy... 

— To Skowronki na uwięzi, Mirku, są takie sławne? 

 

 
13:45 

Kończy się rozmowa prezesa Rady Ministrów z prezydentami 
Głowy państw w towarzystwie ministra spraw zagranicznych i kierownika 
protokołu MSZ opuszczają Salę Władysławowską.  
Prezes Rady Ministrów i przewodniczący parlamentu powracają do Sali 
Tronowej. Przychodzi kanclerz Zgromadzenia Narodowego. 
 
Ze mnie, Cassiusie, byłby chyba kiepski krytyk. Na pytanie redaktora, gdzie 
nauczył się swojej subtelnej ironii, Adolf Branald odpowiedział: Od tatusia. 
Kiedy nie chciał, abym chodził z pewną dziewczyną, tatuś mi powiedział: 
ZauwaŜyłeś, Ŝe jej mamusia ma czerwony noseczek? Oto jak mnie tatuś nauczył 
subtelnej ironii. Ale teraz, Cassiusie, ja się zabawię w krytyka... To, czy synalka 
interesowało, Ŝe mamusia ma spiczasty czerwony nosek... to na pewno nie. 
Młodego męŜczyznę interesowało, czy córka ma pizdę do rzeczy, a tę pannę 
interesowało — wedle Schopenhauera — czy młody męŜczyzna ma chuja nie 
od parady. 
 

15:15 

Składanie Ŝyczeń przez prezydium Zgromadzenia Narodowego 
Składanie 
Ŝyczeń przez członków rządu 

(Sala Spotkań Towarzyskich) 

 
  Wokół grających w karty stoją kibice. Niekiedy, wnioskując z tego, jak 
trzymają papierosa, jaką mają minę, jak gestykulują, ich faworyci wychodzą tą 
albo ową kartą. Pan Diamant, dopóki jeszcze Ŝył, chciał wyjść kierową damą, 
ale jego kibic po drugiej stronie stolika klepie się lekko w dziurkę od guzika po 
lewej stronie swojej marynarki. I pan Diamant przytakuje i uszczęśliwiony 
wychodzi w ten kier. I przegrywa. A później, przy kawie, pan Diamant złości 

background image

się... 

— A toś mi pan świetnie poradził z tą kierową damą... Po co stukał się pan w 

serce? 

Ale jego kibic broni się: 
— Meine Name aber ist Caro... 
Kiedy indziej pan Diamant zamierza wyjść w karową kartę, jednakŜe jego 

kibic pan Caro wskazuje palcem na siebie... I pan Diamant uszczęśliwiony 
wychodzi w karowego waleta..., i przegrywa. Przy kawie złości się... 

— Znów mi pan, panie Caro, głupio kibicował... 
A pan Caro spokojnie: 
— Dobrze panu pokazywałem, powinien pan wyjść w piki. Was macht ein 

Herz? Pik! Pik! 

Oczywiście, zacząłem opowiadać o karciarzach i kibicach, ale chciałem się 

tylko przygotować, ta anegdota to tylko tajm aut... czas na odpoczynek w 
kawiarni „Zur Finke” albo „Arco”, słowem — w galicyjskiej kawiarni, być 
moŜe we Lwowie, w Lemberg. 
 

Posiedzenie parlamentu 

 

Przysięga prezydenta republiki 

 

„Przysięgam wierność Republice Czeskiej. Przysięgam, Ŝe będę 
przestrzega
ć jej Konstytucji i prawa. Przysięgam na swój honor, Ŝ
urz
ąd swój będę sprawował w interesie całego narodu i zgodnie ze 
swoim sumieniem i wiedz
ą”. 

 
Ale, Cassiusie, to jeszcze nie koniec tego wszystkiego..  
Owa szlachetna pani Pflausch, właścicielka galerii w Westfalii, przyjechała 
wraz ze swoim drukarzem i absztyfikantem, w „Zielonym laboratorium” 
zachwycała się aksamitną rewolucją, ściskała mnie i gratulowała, jakieŜ to 
szczęście mnie teraz spotkało, Ŝe zgadza się z tym takŜe prezydent republiki, a 
przede wszystkim grafik Anderle zgodził się dać do dyspozycji swoje grafiki, to 
szczęście, Ŝe w jednym tomie ukaŜe się mój Zaczarowany flet, Słowa, słowa, 
słowa... Havla i czterdzieści grafik Jerzego Anderlego... 
 

 

14:20 

Prezydent opuszcza Salę Władysławowską 

Fanfary z Libuszy Smetany 
Organizacja orszaku podczas opuszczania sali: 
1) po lewej prezydent, po prawej — jego małŜonka 
2) po lewej stronie przewodniczący parlamentu, po prawej — jego małŜonka 
3) po lewej stronie premier, po prawej — jego małŜonka 
4) kierownik Kancelarii Prezydenta Republiki 

background image

5) głowy państw (kolejność wyznacza okres sprawowania urzędu) 
6) naczelnik Kancelarii Wojskowej Prezydenta Republiki 
7) prezydium Zgromadzenia 
8)rząd 

 

Pan Rachlik przechodząc obok handlu zboŜem pana Pollaka powiedział: 

— MoŜe mnie pan pocałować w dupę, panie Pollak. .. 
I został oskarŜony o obrazę honoru... W przeddzień procesu sędzia siedział 

przy piwie u Fidrmuców i dumał, dumał... i nagle się rozpromienił... Nazajutrz z 
upodobaniem wysłuchał oskarŜyciela pana Pollaka i wydał wyrok: uwolnienie 
od winy.., bo wprawdzie uczyniono nieprzyzwoitą propozycję, ale bez 
obowiązku jej spełnienia... 
 

15:00 
Składanie 
Ŝyczeń przez prezydentów 

(Sala Muzyczna) 

 

15:35 
Składanie 
Ŝyczeń przez korpus dyplomatyczny 

(Sala Zwierciadlana) 

 

16:15 
Składanie 
Ŝyczeń przez gości 

(Galeria Rudolfa) 

 

16:35 
Prezydent przyjmuje defilad
ę oddziałów honorowych 

 

(Trumna przedwcześnie zniknęła w mroku, rozsuwane drzwi ze złotymi 

płytami zamknęły się, zdąŜyłem tylko krzyknąć: — Zegnaj, Jarku!) 
 

-No i słuchaj, pewna dama, która nosi nazwisko Pflausch i która ma galerię 

gdzieś tam w Westfalii, tam, gdzie w pobliŜu znajdują się Luneburskie 
Wrzosowiska, gdzie przebywali więźniowie obozów koncentracyjnych i 
ś

piewali: 

 

Wir leben in Mohren. .. wir sind die Soldaten.. 

die Arbeit ist unendlich.. 

 
ta pani Pflausch wpadła na pomysł, Ŝe moŜna by urządzić wystawę w jej galerii 
gdzieś tam koło Bremy i Ŝe tam mogłaby się jeszcze za komunistów odbyć 
wystawa pana Jerzego Kolarza i pana Józefa Jiry i Ŝe ja miałbym ją 
zainaugurować... a ja, obawiając się śmierci, zgodziłem się na to... ale po 
pisemnej zgodzie uwolnił mnie od tego Józef Jira, który przyjechał do mnie do 

background image

Kerska i przeraŜony, ale z odwagą w oczach pokazał mi list... 

.. .Meine liebe Frau Pflausch... 

 

i pisał jej tam, Ŝe nie moŜe wystawiać razem z emigrantem Jerzym 

Kolarzem, bo w przyszłym roku ma mieć wystawę prezentującą cały jego 
dorobek, wystawę, na jaką czekał całe Ŝycie... w „Manesie” 
 

17:20-17:30 

Od Bramy Matyaszowej otwarto korytarz do 
katedry 
Świętego Wita 

 

Członkowie rządu, prezydium Zgromadzenia Narodowego, korpus 
dyplomatyczny i inni goście mogą zająć wyznaczone miejsca w Katedrze. 
Późniejsze przejście nie jest juŜ moŜliwe. Wszystkie dziedzińce Zamku 
Praskiego — z wyjątkiem pierwszego — dostępne są dla publiczności. 
 

17:50 
Prezydent Republiki wygłasza swoje pierwsze 
przemówienie do społecze
ństwa 

(balkon na Dziedzińcu Trzecim) 

 

Dziesiątego kwietnia, w wigilię Dnia Więźniów Politycznych, zmarł 

Jarosław Kladiva, ten, co przez cztery lata opierał się Śmierci i dzięki temu 
przeŜył nazistowski obóz koncentracyjny Dziś, w Wielki Czwartek, w wigilię 
Wielkiego Piątku, na dwa dni przed Zmartwychwstaniem, wszystko to, co w 
profesorze uniwersytetu doktorze filozofii Jarosławie Kladivie śmiertelne, 
ofiarowane Zostanie za chwilę płomieniom. Po srogiej zimie — pierwszy 
wiosenny grom. I ogniste Wniebowzięcie. 
 

Do Kartaginy przybyłem wówczas 

Płonąc płonąc płonąc płonąc 

o Panie Tyś wydarł mnie 

o Panie Tyś wydarł 

płonąc 

 

Po Jarosławie Kladivie zostanie ostatecznie to, co wskrzesza to istotne i sięga 

gwiazd. 

Dlatego poprosił swoją Ŝonę, aby w porę przedłuŜyła waŜność jego karty 

wędkarskiej, dlatego polecił, aby kupiła mu rękawice bokserskie.  

Wtedy odezwał się grom 

DA. 

Damyata: łódź odpowiadała 

Radośnie dłoni bieglej w Ŝaglach i we wiosłach... 

 

background image

Kladiva, kiedy wyczuł, Ŝe zaczyna się wyrąb w jego lesie, wyruszył w długą 

podróŜ ku Morzu Północnemu tylko dlatego, aby pływając wzmocnić mięśnie 
przed tą ostatnią walką, o jakiej wie tylko kapłan i święty. I tak oto chłopięcym 
gestem Jarosław Kladiva przechytrzył Wieczność i — mimo umierającego ciała 
— znajdował się poza niebezpieczeństwem. 
 

Wtedy odezwał się grom. 

DA. 

Dayadhvam: słyszałem, jak klucz 

Obrócił się w zamku raz jeden jedyny.. 

 

17:58 

Prezydent wraz z małŜonką chylą czoło przed klejnotami 
koronacyjnymi w kaplicy 
św. Wacława, a po nich zaproszone głowy 
pa
ństw, przewodniczący parlamentu i prezes Rady Ministrów z 
mał
Ŝonkami. 

 

A ja, Cassiusie, podczas przerwy Głośnej samotności, w cztery oczy mówię: 
— Słuchaj no, Mirku, coś ci powiem... A więc te Skowronki na uwięzi 

znajdują się pod straŜą sześciu zamków, do których mają klucze jedynie 
zasłuŜeni członkowie partii. Znakomicie! Jak pewnie wiesz, moja Ŝona pracuje 
w Surowcach Wtórnych... Ja piszę ksiąŜki, a ona, jako księgowa, posyła je z 
kolei za pokwitowaniem do fabryk papieru... A tam jako robotnica pracuje 
piękna Cyganeczka, Zuzia, Zuzuleńka... kiedy jest zmęczona, to uśmiecha się 
tylko i Ŝali: NóŜynki bolą... i to właśnie ona mówiła mojej Ŝonie, Ŝe odwiedziła 
rodzinę w Bardziejowie, a kiedy po południu robiła sobie trwałą ondulację u 
fryzjerki, to śmiała się do łez, bo jedna z klientek opowiadała po słowacku treść 
filmu Skowronki na uwięzi... Jeszcze mnie brzucho boli — mówiła Zuzia — tak 
się, proszę pani, śmialiśmy... a fryzjerki tak się śmiały; Ŝe aŜ kwiczały i 
obrzygały sobie śniadaniem dłonie... I masz to tu jak w bajce, Mirku, sześć 
kluczy i pod sześciu zamkami strzeŜesz Skowronki na uwięzi... A ja widziałem 
je w leśnej „Gajówce”, przyjechali tam z Pragi miłośnicy piwa, a było tych 
gadułów piętnastu... I... pani kierowniczko, moŜemy sobie puścić film na 
wideo? I tak oto nie tylko ja, ale i goście oraz pani karczmarka zobaczyliśmy te 
twoje Skowronki pod specjalnym nadzorem... 

A ponadto, Cassiusie, w tym subtelnym ironizowaniu pana Branalda kryje się 

jeszcze i to, Ŝe się w końcu rozeszliśmy. Ale, Cassiusie, jak mogliśmy się z 
panem Branaldem rozejść, skoro wcale się nie schodziliśmy? A jeśli, to on hejta 
tą swoją subtelną ironią, a ja wiśta tą moją grubiańską szarlatańską ironią, tak 
jak nauczył mnie nie mój tatuś, ale dosadni ludzie wszędzie tam, gdzie 
przebywałem... A więc, Cassiusie, tylko w niewielkim stopniu pokazałem ci, 
dlaczego cierpiałem na kompleks niŜszości... i tak ściągnąłem te swoje 
Skowronki na uwięzi, aby wydać je później pod tytułem Perełki na dnie... i Ŝeby 

background image

te Skowronki na uwięzi nie leŜały odłogiem, napisaliśmy z panem Menzlern 
scenariusz, on zaś nakręcił film, który spotkał zaszczyt, Ŝe po panach 
Branaldzie i Pilarzu, ten obraz z kolei zamknięto na sześć spustów i kluczy 
niczym klejnoty koronacyjne, które najpierw uwolnili chłopcy z Barrandova, 
kiedy w akcie antypartyjnym i antypaństwowym wynieśli je i sprzedawali od 
Szumawy aŜ po Tatry, a które w końcu oswobodziła z krucyfiksem po 
pogrzebie lub musztardą po obiedzie aksamitna rewolucja. 
 

18:00 
Uroczyste Te Deum 

(katedra Świętego Wita) 

 

JuŜ ty to wiesz, Cassiusie, mrozy są takie, Ŝe kiedy przyjechałem, wczoraj, i 

w szopce — bo nie wyszły mi naprzeciw te cztery dorastające koteczki, moje 
dziewczynki — znalazłem je sztywne, zamarznięte w szopce z sianem, leŜały 
tam wyciągnięte jak zabalsamowane koty egipskich faraonów, jak leŜące 
gliniane konie z chińskimi Ŝołnierzami... Te mrozy, to one szopkę z sianem 
przemieniły w trupiarnię, kostnicę... 

Poczekam, a gdy ziemia rozmarznie, pochowam te swoje ślicznotki pod 

czeremchą i krzakami zdziczałych malin, aby po jakimś czasie korzonki i 
naczynia włoskowate malin i czeremchy łapczywie je poŜarły, i aby —a musi 
znów upłynąć trochę czasu — te moje dziewuszki przemieniły się w kwiaty i 
zapach czeremchy i malin ku czci SierioŜy Jesienina... 

Kersko, wtorek, luty, dziewiątego, 1993 roku 

Z Pragi 10:05; Kersko, Ławeczka 10:55; nakarmić koty, a ten oto kolaŜ 

skończyłem o godzinie 12:50. 

Mój tekst — TO CO POZOSTAŁO po Spowiedzi bez rozgrzeszenia. 

14:11 wyjeŜdŜam z Kerska z przystanku na Ŝądanie „Przy Ławeczce”. 

15:30 oddaję tekst w restauracji „U Hynków” przy Sztupartskiej. 

 

Płonąc płonąc płonąc płonąc 
O Panie, Tyś wydarł mnie. 

 
 
KRAJOBRAZ W SZACIE ZIMOWEJ 
 
 
 
 

Motto: 

Przedstawienie zaczyna się w chwili, 

kiedy widzowie opuszczają teatr 

Jan Grossman, dyrektor Teatru Za Balustradą 

background image

 

Havle, Havle, vincere scis, sed victoriae uti nescis. 
Klausie, Klausie, redde mihi legiones meas. 

Quo usque, Mećiarze, abutere patientia nostra, nihil te timor populi, nihil te 

audacia omnium bonorum! Quo usque tandem abutere patientia nostra! 

Cięcie! 
Kochany Cassiusie, jako Ŝe mięknie mi mózg, to zamiast kołysanki: 

 

Spij, syneczku, śpij, 

czarne oczka zmruŜ.... 

 

deklamuję ci antyczne cytaty, tak jak zachowały się jeszcze w moim 

rozmiękczonym mózgu. 

Cassiusie! Istny koszmar! O Austria! Omnes bellum gerunt, sed tu, Austria, 

nube! Wszyscy wokół ciebie prowadzą wojny, a ty, Austria felix, ty się Ŝenisz! 
Zmieniły się nawet, Cassiusie, transcendentalne niebiosa! Ten błąd 
kosmetyczny, ta tradeunion między Czecho-Słowacją ma dalekosięŜne skutki, 
tak jakbym kazał cię wykastrować! Radio Wiedeń, skąd bierze się w nim ta 
bezczelność? Tak pytał premier w programie: „Co przyniósł tydzień?” na 
pytanie lewackiego posła... A kiedy będzie referendum? Bez referendum nie 
moŜemy przecieŜ Ŝyć demokratycznie? Wobec tego pan Klaus zapytał tego 
lewaka: Kto dał panu mandat, by zadawać takie pytanie? Skąd w panu taka 
bezczelność? 

Tak, Cassiusie, skąd w wiedeńskim radio i w Austrii w ogóle bierze się ta 

bezczelność, ta judische chucpe... jetzt folgen Nachrichten aus der Tschechien? 
Tschechei, Tschechien.... Skąd się bierze ta chucpa? I to ma być nazwa 
państwa? To pamflet, to pejoracja... judische chucpe! Jakie to było, Cassiusie, 
piękne, Protektorat Bóhmen und Mahren... jak piękne jest staroaustriackie 
Kónigreich Bohmen... Bóhme! JuŜ Celtowie przed nami mówili o tej kotlinie, 
Ŝ

e zamieszkuje je plemię Bohojemów, i Bóhme... Bohemian, Bohemowie, 

praska bohema! To brzmi: Piękna porcelana aus Bóhmen... ale aus Tschechien? 
Czy, Cassiusie, jesteśmy jakimś klubem sportowym na przedmieściu Cieplic? 
Na peryferiach Czeskich Budziejowic? Ja wam, dranie, pokaŜę! Die 
Nachrichten aus Tschechien, aus Prag. Kto wam we Wiedniu dał do tego 
mandat, skąd bierze się w was ta bezczelność? 

Ciągle jeszcze nie śpisz, Cassiusie, wobec tego zamiast kołysanki zaśpiewam 

ci: 

Die Fahne hoch,  
die Reihen dicht geschlossen, 
SA marschiert... 

i to na cześć Bohmen und Mahren, und Schlesien... ale Tschechien? Nigdy 

Czechia Karlin, to tak, Czechia na Libni, gospoda, gdzie prowadziliśmy dyskurs 
z panem Jodasem i jego przyjaciółmi, którzy bronili wkroczenia i agresji wojsk 

background image

Układu Warszawskiego na Tschechien in Bohmen, na Czechosłowacką 
Republikę Socjalistyczną, co to chce mieć znów referendum. Cassiusie, z 
musztardą po obiedzie, z krucyfiksem po kremacji? Po operacji kosmetycznej, 
której nie dokonuje ani pani ordynator Peśkova, ani specjalista od operacji 
kosmetycznej po poparzeniach, pan ordynator Fara? Nigdy! 

I, kochany Cassiusie, pan Mećiar, ten, który z panem Kńaźkiem byli niczym 

koncesjonowana firma Wichterle i Kovarzik, jak Laurin i Klement, jak Marks i 
Engels — tak teraz po kosmetycznym zabiegu znów ci koncesjonowani chcą 
jeszcze uchwalić mały i paradny pokój westfalski, juŜ znowu Initio in partes, 
panie Mećiarze, niech pan będzie tani na Słowacji rozsądny, zrobiłem panu 
przecieŜ reklamę, bo pana lubię... Napisałem dla pana slogan wyborczy:  

Marlon Brando and Vladimir Mećiar nie muszą podrywać kociaków! 
NiechŜe pan będzie roztropny, kiedy byłem gimnazjalistą, znalazłem się w 

Turzowce nad Kysucą, przed kościołem po południu zebrali się i Ŝebrali 
wszyscy gamonie z okolicy, nie będziecie przecieŜ półgłówkami z Turzowki, do 
licha, bądźcie choć odrobinę z siebie dumni, panowie Milanie Kńaźko i panie 
Vladimirze Mećiarze... nie sprawicie przecieŜ Pradze takiej przyjemności i nie 
będziecie dokonywać Initio in partes... w partii, która otrzymała siedemdziesiąt 
procent głosów wyborczych! Do licha, dwaj gamonie z Turzowki nad rzeką 
Kysucą, która koło śyliny wpada do Wagu, a Wag do Dunaju, Dunaj zaś do 
Morza Czarnego, gdzie Ŝył ongiś na wygnaniu w delcie Dunaju Publius Ovidius 
Naso i pisał pełne rozpaczy listy do Rzymu, aby pozwolono wrócić mu z 
wygnania do domu... dlaczego? śe napisał: DąŜymy do osiągnięcia 
zakazanego... 

Koncesjonowana firmo Mećiar i Kńaźko, wiecie panowie, co by było 

najlepsze? Gdybyście złoŜyli na mnie skargę... Przed sądem to, co 
powiedziałem panom tak pochlebczo, dzięki dziennikarzom, którzy panów 
bezgranicznie kochają, nabrałoby rozgłosu, a teraz juŜ, Cassiusie, śpij, lulaj... 
abyś znów nie dostał drgawek, starczy, gdy w rodzinie ja jeden cierpię na 
rzucawkę... 

Cięcie! 
Ale jest popołudnie, Cassiusie, będziemy odprawiać nieszpory. Siedziałem w 

„Tygrysie” i Freddy przyprowadził uczennicę Akademii Przemysłu 
Artystycznego, malutką Cyganeczkę, która była w o tyle gorszej sytuacji, Ŝe 
była Słowaczką z Chocieborza. I paliła ci ona, jedną ręką zwijała papierosa i 
kopciła, a jak nie piła piwa, to opierała główkę o krawędź kufla i 
podrzemywała... Panowie mieli problemy, opowiadali, jak podczas miłosnych 
igraszek wsadzili do pizdy — jak mówi się ordynarnie: do cisi — telefon ze 
słuchawką i z całą tą resztą, z tym teraz plastikowym samozwijającym się 
przewodem, ciągnęli, ciągnęli, ciągnęli, ale telefonu nie wyciągnęli... a 
Cyganeczka, która była w o tyle gorszej sytuacji, Ŝe była Słowaczką, do tego z 
Chocieborza, wpatrywała się we mnie rozkochanymi oczyma i jedną rączką 
skręcała sobie papierosa za papierosem, a kiedy wypiła pilzneńskie, to drzemała 

background image

na krawędzi kufla i słodko wzdychała, tak jej było dobrze... 

Tylko Ŝe!... Panowie musieli wezwać lekarza, bo co z tym telefonem, który 

zniknął w piździe, czyli — jak to się brzydko mówi — w narządach rodnych. A 
więc przyjechała karetka pogotowia, kolega doktor, i uznał przewód 
telefoniczny za pępowinę, i określił wydobycie telefonu z pizdy, z — jak się to 
ordynarnie mówi: z cipy — jako abrazję, łyŜeczkowanie, i chłopaki musieli 
zapłacić za ten zabieg lekarski jak za przerwanie ciąŜy, aby juŜ nigdy więcej nie 
mieli ochoty wzywać dla zabawy pogotowia ratunkowego, bo lekarz to teŜ tylko 
człowiek, zwłaszcza gdy właśnie siedzi w gospodzie... 

A Cyganeczka, która, Cassiusie, była Słowaczką, nadal zwijała sobie jedną 

ręką w bibułkę pursiczan, tytoń, i szybko dopiła piwo, i oparła głowę na pustym 
kuflu, i nadal wzdychała, i patrzyła na mnie skośnie rozkochanymi oczyma, a 
potem powtórzyła kilkakrotnie: 

— Wstydzę się to panu, mistrzu, powiedzieć... 
W końcu jednak wyjawiła: 
— Przyprowadziłam panu konia... 
A ja na to: 
— Masz, ci, babo, placek! A to mi dopiero! 
I pytam, Cassiusie, Freddy’ego: 

 

—  Co to ma znaczyć? 
A Freddy, urodzony w austriackim Linzu, gdzie znajduje się najdłuŜszy płac 

w Europie Środkowej, półtora kilometra i w dół aŜ do Dunaju, więc Freddy 
skinął głową i zaczął teŜ jedną ręką zwijać pursiczan... 

— Tak to juŜ jest — powiada — to nasza uczennica.., na pierwszym roku. A 

ten koń jest biały... 

Przestraszyłem się... 

— Biały, biały... ale gdzie jest? 
— Stoi na dworze przed „Tygrysem”... 
A ta Słowaczka, która wyglądała jak Cyganeczka, choć była z Chocieborza i 

na pierwszym roku Akademii Przemysłu Artystycznego, przytaknęła radośnie... 

— NaleŜy do pana... 
A ja przeląklem się. . 
— Ale gdzie go umieścimy? 
A ta Słowaczka w pierwszej wiośnie Akademii Przemysłu Artystycznego 

klasnęła w dłonie. 

— Nie ma sprawy. Przejdzie przez szynk i moŜe być tu z nami, a potem 

postawimy go w korytarzu... 

A ja bladłem, a panowie sprzeczali się o uiszczenie rachunku za to 

łyŜeczkowanie, nie chcieli zapłacić za to, Ŝe pan doktor fachowo musiał 
wyciągnąć telefon... z bakelitu z pizdy, z — jak to się ordynarnie mówi — z 
cipy... 

Sam widzisz, Cassiusie, co się na świecie dzieje, ciesz się, Ŝe jesteś tu na 

background image

zdrowym powietrzu pełnym marznącej szreni, która pociągnęła wszystkie 
gałązki i wszystkie konary i wszystkie pnie, obrysowała je raz jeszcze... białymi 
konturami... i wystarczyło, Ŝe usiadł na nich w słońcu ptak, by zaczął się sypać 
delikatny i subtelny śnieŜny pył i w blasku słońca w tym sypiącym się 
zmroŜonym śnieŜnym pudrze tworzyły się kręgi tęcz, brylantowe refleksy i 
blask gwiazdy Syriusza, na którym spalają się z trzaskiem wszystkie minerały i 
metale, a ta dolna gwiazda pod Orionem nazywa się, Cassiusie, Syriusz, i to jest 
108 
moja gwiazda... a ja cię dokształcam dlatego, Ŝe niemal przez rok byłem 
kierownikiem wydziału kulturalnego komunistycznej partii w Nymburku... 
Dlatego tak chętnie i tak często daję ci lekcje, aby zmniejszył się analfabetyzm 
wśród kotów. 

Cięcie! 
Szkoda, Cassiusie, Ŝe nie ma z nami Sonji Henie, tej NorweŜki, która tak to 

umiała na łyŜwach, Ŝe nakręcono z nią jako z mistrzynią świata film Zaśnieźona 
romanca...  
Ta romanca, którą mamy tu w Kersku juŜ piąty dzien... i to za darmo.... Tego 
białego konia, którego mi podarowała ta Słowaczka, Cyganka z Chocieborza, ta 
adeptka pierwszej wiosny Akademii Przemysłu Artystycznego, a więc tego 
siwka chciała mi przywieźć aŜ tu, do Kerska, i to za darmo, ale ja jej to  
wyperswadowałem, raz dlatego, Ŝe boli mnie noga, a przede wszystkim — Ŝe 
kotki mogłyby go zagryźć, bo są zazdrosne.  
  Ale! Ty, Cassiusie, ty nawet nie wiesz, w jakiej zaśnieŜonej romancy Ŝyjecie 
w tym nudnym Kersku.... Od Nehvizd, od gospody i restauracji „U Wydrów”, 
zaczyna się ta baśń, i wszystkie drzewa, i w ogóle cała roślinność wraz ze 
ś

cieŜkami, wszystko zasypane jest marznącą mŜawką, szronem, szrenią, sadzią, 

co wszystko Ŝywe i martwe obrysowują białymi kreskami, Uniami falistymi i 
konturami... A wygląda to tu w polach i na drzewach wzdłuŜ drogi i 
gdziekolwiek, jakby tutaj, koło drzew i krzewów, odbywał się konkurs 
cukierników, którzy w mistrzostwach świata cukierni mają tylko jedno zadanie, 
ubitym śniegiem, ubitą śmietaną udekorować ten krzak i to drzewo, jakie sobie 
uczestniczący w tej konkurencji cukiernik wybierze... a cukierników na konkurs 
przyszło tylu, ile jest w kerskim rewirze leśnym drzew i krzaków, 
współzawodniczący ze sobą dostali nawet rozstawiane drabiny, a do tego 
jeszcze takie przesuwane, na kółkach, aby swoimi bakelitowymi roŜkami 
sięgnęli aŜ do koron... i tam artystycznymi paluszkami i zgodnie ze swoim 
gustem pociągnęli bitym śniegiem i delikatną śmietaną wszystko tak, jak o tym 
marzył nieŜyjący juŜ sekretarz partii komunistycznej Związku Sowieckiego i 
premier rządu Nikita Chruszczow, który powiedział... Cassiusie, obudź się, nie 
ś

pij niczym młodziutka maciora, obudź się, koteczki moje, bądźcie czujne... 

Najmilszy obraz Chruszczowa macie teraz w lutowym Kersku. Krajobraz w 
szacie zimowej.. 

Cięcie! 

background image

I wiesz, Cassiusie, jakieŜ to było piękne! Drogi zlodowaciałe, Glatteis, jak 

mówią Niemcy z Sudetów, Eisglatte, jak powiadają ci z Tyrolu, gołoledź, i oto 
przez tę lodową taflę, przez ten malutki stadion, tą drogą, tak gładką od mrozu, 
jakby ją pociągnięto wazeliną, wyobraź sobie, gdyby z Sernic aŜ do nas, przed 
naszą furtkę, nadjechała na łyŜwach para taneczna, Sonja Henie i Nikita 
Chruszczow, i przed naszą zielono-białą furtką jedynie dla nas wykonaliby 
podwójnego axel-paulsena i potrójnego wyrzucanego rittbergera! ... Masz 
wyobraźnię? Masz... 

A z tego, Ŝe moglibyśmy stanąć przed sądem za obrazę honoru 

koncesjonowanej firmy Mećiar i Kńaźko, nic sobie nie rób, jako okoliczność 
łagodzącą wskazałbym, Ŝeś to ty, Cassiusie, mnie do tych oszczerstw namówił... 
Aha! Jesteśmy przy ZaśnieŜonej romancy, przy śnie szalonego cukiernika! 
Jesteśmy tam, gdzie znaleźliśmy się dzięki usunięciu kosmetycznego błędu w 
socjalizmie z ludzką twarzą, tam, gdzie nie chcieliśmy być, wróciliśmy po 
tysiącletnich rządach tam, gdzie takŜe nigdy nie byliśmy A przecieŜ delikatna 
zamieć śnieŜną mŜawką przewiewa na wskroś ludzkie twarze i postaci niczym 
mgła... jak Harry Piel w filmie Niewidzialny.., ta marznąca mŜawka podąŜa 
tam, dokąd chce... i pozostawia za sobą kruchy ślad zwyczajnych muśnięć 
szronu, sadzi, Ŝałosnych opatrunków i waty i tak oto ZaśnieŜona romanca mija 
granice narodów budki straŜnicze, urzędy celne... i to za darmo. PoniewaŜ to, na 
co teraz narzekamy, to nasza ozdoba, tylko po to muszą mieć ludzie oczy, tak 
jak masz je ty.. 

Cięcie! 
A do mnie przez furtkę wspomnień, które, Cassiusie, jak uczy Novalis, są 

drugą teraźniejszością, wchodzi z dziennika „Młody Front Dzisiaj” na pierwszej 
stronie pan Mećiar, odziany w kombinezon na niepogodę, taki sam, jaki nosi 
chętnie takŜe Wacław Havel, uśmiecha się jak Otello z czasów, kiedy był 
zakochany w Desdemonie, a więc był młody, za nim tak, jak chodzą cygańskie 
kobiety, w przyzwoitej odległości, idzie za nim jego sekretarka, powietrze, 
które tę parę łączy, jest z filmów Wylera Rzymskie wakacje albo Jak ukraść 
Wenus... to moje zdjęcie stulecia.. A ty, Cassiusie, dziwisz się, Ŝe ułoŜyłem 
slogan: 
Marlon Brando i Vladimir Mećiar nie muszą podrywać kociaków!? Ja wiem, bo 
ja pana, proszę pana, dokładnie, ale to dokładnie rozumiem, zwłaszcza zaś 
teraz, kiedy ma pan impuls, który draŜni pana tak jak szlachetnego 
szwajcarskiego byka trzy dni ciemności i postu przed korridą... 

Jeśli Bóg istnieje, to dajmy na to ta dama, która kroczy za panem w 

przyzwoitej odległości, jak cygańska Ŝoneczka za swoim męŜem, niech pełni 
przy panu rolę anioła stróŜa i ma miotełkę i szufelkę i niech zamiata za panem 
piórka z pańskich wynędzniałych i Ŝałosnych skrzydeł, piórka, pierze... stosiny i 
lotki ze skrzydeł... chcieliśmy wzbić się do lotu... a ja nie Ŝyczę sobie, aby stał 
się pan aniołem strąconym ze swoich niebiosów, ze swoich subiektywnych 
niebiosów, bo — jak mnie uczył mój Immanuel Kant, który ze swojego 

background image

rodzinnego Królewca nie oddalił się bardziej niŜ na trzydzieści kilometrów, 
mimo to jednak swoją moralnością wzleciał do nieba... Co podziwiam, to niebo 
gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie... Ohne Subjekt kein Objekt. 
To sobie, Cassiusie, ośle jeden, zapamiętaj! Panie Vladimirze Mećiarze, gdzie 
pan powiedział, Ŝe chce być pochowany? 

A jednak! Cassiusie, co to ja brałem pod uwagę? JuŜ to mam! I to jest istota 

praskiej imaginacji, ironia. Jak nazywamy to z panem Karafiatem, to 
pierdolenie w bramie. Jesteśmy kaligraficznymi chłopakami. Tak, Cassiusie, 
mówiliśmy w mojej szkole powszechnej w Nymburku: kaligraficzni uczniowie. 
To byli ci uczniowie, którzy chodzili z nami do trzeciej Masy, ale juŜ szkołę 
powszechną opuszczali, golili się juŜ, a w piątej klasie siedzieli z tyłu, grali tam 
w karty i czekali na przeŜycie czegoś niezwykłego, zanim wejdą w prawdziwie 
dorosłe Ŝycie obywatelskie. Nie umieli nawet porządnie pisać ani czytać, było 
im to niepotrzebne... Dzisiejsi chuligani. Jedynki! Przyszli pisarze w Ameryce, 
tu — przyszli posłowie z ramienia partii. Wówczas w moich oczach byli to 
naprawdę kaligraficzni uczniowie. Na ich cześć i solidaryzując się z nimi w 
piątej klasie pozbawiłem gałęzi świąteczną choinkę dla sierocińca, a pani 
profesorka Albertsowa na cześć kaligraficznych uczniów poszła do zakładu dla 
lekko obłąkanych. Z własnej woli i na wszelki wypadek. Panie Mećiarze, z 
panem nie było lepiej, ja byłem enfant terrible, zupełnie tak samo jak pan na 
wsi. Ty, Cassiusie, z tymi swoimi przedwiosennymi gruczołami nie jesteś teraz 
w ani trochę lepszej sytuacji. Mnie to przeraŜa. Mamy luty a kotki, nie znające 
kalendarza, mają w pizdach, w cisiach... jak się mówi ordynarnie, 
harmonogram, Ŝe jeśli chcą mieć w maju majowe kociątka, muszą właśnie 
teraz, a nie kiedy indziej, zacząć to, co ludzie brzydko nazywają... love story. 

Cięcie! 

Kaligraficzne chłopaki... Hobl, Czudli od Czerwinków odrąbał na pieńku 

ostatnie paliczki palców... a ja ryczałem ze śmiechu. Czudla Czerwinków! 
Hihihi! 

Cięcie! 
Cięcie. Przyłapałem cię na wiśniach. Nasz tapicer teatru Klubu Sportowego 

Neumanna, zadzwoniła do mnie przeraŜona jego małŜonka... Zanosi się na 
samobójstwo! A więc pojechałem tam telegraficznie taksówką i pytam: 

— Co się dzieje? 
A tapicer zwierzył mi się Ŝałośnie, Ŝe nie ma po co Ŝyć na świecie, Ŝe nie 

pociąga go juŜ pizda... czyli wagina, jak brzydko mawiają intelektualiści... 

A ja na to: 

— Posłuchaj no pan, to niedobrze! Ma pan na świecie Kościół katolicki, 

aksamitną rewolucję, ona przyniesie panu pociechę... 

Ale on nadal zdejmował Ŝyrandol, Ŝe powiesi się tam na krawacie... nie 

powiesił się jednak, zapisał się do partii komunistycznej, a to najlepsze 
lekarstwo na samobójstwo, ja sam teŜ na to cierpię... 

Cięcie! 

background image

I ty Cassiusie, wpadłeś w to na mordę, ale na odwrót, bo tobie, i nie tylko 

tobie, pizda zaczęła pachnieć, bo Maca, ta pręgowana kotka, postanowiła, Ŝe 
love story zaczyna się teraz, kiedy krajobraz jest w szacie zimowej, sypie się 
teraz śnieŜek i sadź i Maca zdecydowała, Ŝe musi mieć w maju majowe kocięta, 
a tam, w willi, jakŜe ci tego zazdroszczę, chodziłeś za nią po parceli, nawijany 
na jej zapach ciągnący się za pizdą, i chodziłeś tak, głuptasie, jakŜe ci tego 
zazdroszczę, po parceli.., pierdoliliście się, nie jedliście i nie pili, trzy dni 
chodziłeś i popisywałeś się przez kotami, jaki to z ciebie zakochany amant, ona 
chodziła tu i tam, z parceli na parcelę,. ciągnęła cię za nią ta niewidzialna woń 
jej pizdy, co ja bym za to dał, głuptasie, aby i mnie porwała tak jak ciebie ta 
love story i tak popisywaliście się przez trzy dni, ona przed tobą, ty zaś na 
odległość za nią, tak jak kiedy jeden samochód ciągnie drugi, trzy dni w tym 
sypaniu się złotego deszczu marznącej sadzi... pierdolili, nie jedli, nie pili.., to 
jest takŜe najwyŜszy szczyt ludzkiego Ŝycia, jedynie dzięki temu mogą być 
piękne kocięta i piękni ludzie... Dlatego i sam Goethe wolał pierdolić niŜ pisać 
te swoje wierszyki, a jeśli juŜ — to tylko pochwalne ody ku czci hrabin i 
mieszczańskich córek, jako podziękowanie za to, Ŝe tak pięknie, tak po ludzku 
sobie popierdolił... 

Cięcie! 
Oczywiście, Cassiusie, i ty to wiesz, taki tu ziąb, Ŝe i ja upadam na duchu, i 

gdybym nie miał przed sobą wizji Złotego Upojenia, to bym popełnił 
samobójstwo... Ale wy to tam zniesiecie, ja takŜe, jest tu taki mały archipelag 
Gułag, śpię w ubraniu, a nad ranem, o godzinie wpół do trzeciej, wstaję, 
dokładam drew do ognia... stawy mi się zacinają, jakbym był samochodem, 
który sąsiedzi muszą ciągnąć innym samochodem, co jeszcze jedzie. Upadam 
na duchu, a jednak! Jeśli wyto wytrzymujecie na dworze, to dlaczego miałbym 
tego nie wytrzymać ja, skoro widzę w telewizji, Ŝe wytrzymują to teŜ obywatele 
w Galicji i w Bośni, i gdzie indziej. Przynajmniej jestem z nimi, Cassiusie, 
solidarny. I nic a nic nie pomoŜe, Ŝe wypiłem juŜ flaszeczkę fińskiej wódeńki, 
nic a nic nie pomoŜe to, Ŝe jesteś zakochany w koteczce, która, kurewka, jako 
Ŝ

e jej natura powiedziała, by miała kocięta w maju, musi się pierdolić 

najpóźniej na początku lutego. Śpię ubrany, kiedy idę się odlać, to szczam za 
wcześnie, tak więc, kiedy się porozpinam, juŜ się znów zapinam, bo juŜ się 
obeszczałem... Zresztą, Cassiusie, z ręką na sercu, rycerze kiedy w tych swoich 
zbrojach ruszali na wyprawę, to nawet w te swoje zbroje przez te trzy dni srali, 
a byli to rycerze, którzy podąŜali, by uwolnić miejsca, gdzie urodził się 
Chrystus, od bezboŜników, zupełnie tak samo jak ja na tych kerskich 
wywczasach, z soboty na niedzielę, muszę się niekiedy nawet posikać z 
solidarności z wami, które jesteście tam, na dworze, skazane na zimny wychów. 
Aha! Cassiusie, kiedy byłem młodszy, to było fajnie... Bez tytoniu i bez piczy 
nic juŜ w domu się nie liczy... a teraz jestem tu sam i skąd by się tu miała wziąć 
gorąca picza! A nawet gdyby była, lepiej obudzić się z zimna i pisać. Pisanie 
człowieka rozgrzewa, tak jak teraz mnie. Pan doktor Sedlaćzek, ten, który uczył 

background image

mnie pracować na roli, teraz się na tym znam, miał on dwa gorącokrwiste 
pieski, szorstkowłose foksteriery, i miał pan doktor śpiwór i te psy z nim spały, 
ciepłota ciała psa sięga trzydziestu ośmiu stopni, a więc pan doktor leŜał niczym 
między dworna Ŝeberkami centralnego ogrzewania... a jego małŜonka... no cóŜ, 
miała ona zimną pizdę, bo była katoliczką, wobec czego rozgrzewała się 
modlitwą... Ale, Cassiusie, z ręką na sercu, gdzie się podziały te gorącokrwiste 
pieski i gdzie się podziała modlitwa... 

Teraz jest niedziela, kwadrans na czwartą, a ja piszę, aby się zagrzać, piję 

fińską wódeńkę, wątrobę mam w ruinie, ale kiedy jest zimno, to i ta biedna 
wątroba cieszy się, Maska w dłonie i prosi: jeszcze, jeszcze, jeszcze, byleby 
tylko nie było mi zimno... i stawy odmawiają posłuszeństwa, zatrzymują się, ale 
maszyna do pisania zdoła je rozruszać, pociągnąć, tak jak jeden samochód, 
który nie moŜe ruszyć z miejsca, wprowadza w ruch drugi samochód, co to 
jeszcze jeździ... I ja tu siedzę, a wy tam na dworze boicie się zakasłać, jak ja 
podczas Te Deum w katedrze Świętego Wita, gdy odbywała się koronacja 
Wacława Havla, gdybym zakasłał w tej katedralnej głodomorni, to padłbym, 
zamarznięty, juŜ tam, a nie tu, w Kersku, skoro podczas tego Te Deum dostałem 
ischiasu, przeziębiłem się, tak jak to przepowiedziałem Jurkowi Kolarzowi: ja 
na to Te Deum pójdę o godzinie 18, ale i to Te Deum w tej trupiarni będzie 
zapowiedzią mojej śmierci, będzie to weksel płatny, kiedy będę umierać na rwę, 
na reumatyzm niczym zupełnie zwyczajne przeziębnięte ciało i kości... 

Mam, Cassiusie, cholerne kłopoty z oddychaniem i z kręgosłupem, 

nawet dzisiaj nad ranem, w niedzielę... A jednak! Skoro wytrzymujecie to wy, 
dzieciątka, tam, to dlaczego miałbym nie wytrzymać ja, kiedy przyłoŜyłem 
drew do ognia tu, w pokoju, jeśli nawet chce mi się przewrócić jak siedzącej 
drewnianej figurce Jezusa Chrystusa, którego imię często wymawiam 
nadaremno. Gdyby was, dzieciątka, nie było, to dlaczego miałbym nie popełnić 
samobójstwa? Byłoby mi lepiej. A Archipelag Gułag i Wierny Rusłan to 
lektura, która pozwala mi na ten luksus, abym przezwycięŜył tę noc, kiedy to 
stygnę dzięki wyobraŜeniu sobie pięknego obrazu, symbolu tego, jak się  
powinno malować, pan Nikita rozstrzygnął to za mnie i dodał mi sił, abym Ŝył 
nadal... Krajobraz w szacie zimowej. Ja wiem, kiedy panu, panie sekretarzu, 
napalili i miał pan słuŜącą tak jak wszyscy arystokraci minionego stulecia, 
którzy pili w cieple wódeczkę i marzyli o tym, jak pięknie będzie za sto lat, a 
przy tym mieli w ciepełku cholerynę wskutek chlania i marzyli o tym, co 
wieścił mój Nikita Chruszczow... o widoku z sani, w koŜuchu... o Krajobrazie w 
szacie zimowej... Ten Nikita, ten Nikita porządnie mnie wkurwia! ... a co 
dopiero ten osioł, autor Damy kameliowej, który pisał, Ŝe teraz, w tym 
minionym stuleciu, w roku pięćdziesiątym piątym, uŜalał się, jakieŜ teraz to 
Ŝ

ycie jest obrzydliwe, ach, gdybym tak mógł Ŝyć za sto lat... Ty ośle! My teraz 

takŜe jesteśmy w gównie po szyję i mówimy z kolei: ach, gdybyśmy tak mogli 
Ŝ

yć przed stu łaty... Jak to powiedział doktor Kurfirst... intelektualistów czuć 

gównem na sto metrów, niech pan, mistrzu, trzyma się od nich z daleka. 

background image

Cięcie! Cuter! NoŜyczki! 
No, jutro będzie juŜ lepiej, wysączymy flaszeczkę do dna, podnoszę się, 

jakoś mi to nie wychodzi, ale wlokę się, aby dołoŜyć do pieca, na zakręcie 
przewróciłem butelkę, teraz ją tu mam... Koskenkorva Vodka... Helsinki 
Finland... ale jeśli koty wytrzymają tyle na dworze, to dlaczego ja miałbym nie 
wytrzymać sam na sam z wódeczką, mimo iŜ pan ordynator śaćzek ostrzegał: 
KaŜda pinta alkoholu to tak samo dla wątroby, jakby ktoś w nią pana kopnął! 

Cięcie! 
Ale, Cassiusie, lepiej umierać po pijanemu niŜ na trzeźwo i myśleć o 

ostatnich sprawach człowieka... Ty, Cassiusie, będziesz jutro chodzić z kotką, tą 
flądrą, po parceli, ty jak kto niemądry juŜ dziś nic nie jesz, bo przestrzegasz 
hasła natury: Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili... nie... Pierdolili, nie jedli, nie 
pili.., ja zaś będę widział przez okno, jak sypie się sadź z gałązek zmarzniętych 
drzew ale ty, moja krowo jordańska, pójdziesz się popisywać tu i tam w 
podmuchu kociej pizdeczki jak prowokator, poniewaŜ dobrze wiesz, Ŝe ja juŜ 
Ŝ

adnej piczy w domu nie mam, i dlatego moje zuŜycie prezerwatyw jest zerowe, 

a zuŜycie papieru toaletowego ogromne... bo choć nie w portki, to mentalnie nie 
raz, nie dwa razy zafajdałem się z tego wszystkiego aŜ po uszy... A jednak! 

Cięcie! Cuter! NoŜyczki! 
Niepodobna się odciąć od epoki. Zesrać się moŜna! 

 

Ps 
Ale, Cassiusie, i ty to wiesz i widzisz. W sionce jest stelaŜ i siaduje tam 

Militka, ta koteczka z białym Ŝabocikiem, białymi skarpeteczkami, róŜowym 
noskiem, niczym wydobyte gdzieś z głęboka wspomnienie, które stało się 
ciałem, ta moja skarpeteczka mojej młodości, z którą sypiałem w browarze. I 
nieustannie myje się, bo a nuŜ ją spostrzegę? I ja teŜ kiedy idę, a ona spojrzy na 
mnie zakochanymi oczyma, pochylam się i ona, Cassiusie, całuje mnie w czoło! 
Ma koło róŜowego noska trzy plamki, kropki, impresjonistyczne muśnięcia 
pędzla w kolorze brązowym.... a ze czas płynął, to przez te dwa tygodnie, kiedy 
tak tu siadywała na stelaŜu w sionce, zdąŜyliśmy się w sobie zakochać... 
Gdybyś, Cassiusie, zaginął, to zastąpiłaby ciebie, a to juŜ coś znaczy. Ty wciąŜ 
jeszcze chodziłeś na cienkiej lince za tą twoją pizdeczką, a ja juŜ nazwałem 
kotkę na stelaŜyku — Militka, a ona juŜ reaguje na to, pochylam się tylko, daję 
jej całusa, a ona mnie... i jestem dla niej kędzierzawym i pięknym młodym 
męŜczyzną, i tak oto odmłodniałem, jak się tego uczyłem, Ŝe Jungwerden 
Goethego, to pragnienie starego poety, by stać się młodym, urzeczywistniło się 
tu, ja, blisko juŜ osiemdziesięcioletni głupiec, zakochałem się w koteczce, w 
Ulryce von Lewetzow... i ona tę miłość odwzajemnia! Cassiusie, nie Ŝyłem na 
darmo! Jestem zbawiony, pośród krajobrazu w szacie zimowej, jestem w stanie 
satori, bódhi, jestem w stanie sanskar, w stanie miyein, mistycznym widzeniu i 
wizjach, jakie miał ten młodziutki mistyk Tomasz Traherne, ten poprzednik 
Williama Szekspira, który jak widzę na dworze, na nocnym niebie, ma swój 

background image

inicjał... W William... 

Nie Ŝyłem na darmo. Cassiusie, zresztą i twoje imię to imię z 

szekspirowskiego dramatu Otello, Cassius, wenecki arystokrata, który przez 
pomyłkę dał Desdemonie chusteczkę i pośrednio przyczynił się do tego, Ŝe 
Otello przez pomyłkę udusił swoją ukochaną Desdemonę... 

Ten nasz krajobraz w szacie zimowej dał się nam we znaki... Weksel na 

swoją śmierć z powodu ischiasu i podagry przepowiedziałem sobie na Te Deum 
w katedrze Świętego Wita i nie pomogła nawet podwójna wódeczka „Pod 
Czeskim Lwem” we wtorek drugiego lutego ani teraz dwunastego lutego ta 
fińska Koskenkorva Vodka, po której przewracam się nad ranem jak drewniana 
figurka frasobliwego Chrystusa, za dwie minuty minie czwarta godzina nad 
ranem i na nic mi się zdadzą hasła: Bez tytoniu i bez piczy nic juŜ w domu się 
nie liczy czy teŜ: Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili. 

Cięcie! Cuter! NoŜyczki... 
Ty, Cassiusie, jesteś w niebie... Jutro juŜ nie będziesz jadł i pił... a ja pójdę na 

obiad, bo ja juŜ nie mam dokąd pójść... A jednak! Gdy zostawię otwarte drzwi 
do sionki, będzie tam na wysokości moich oczu czekać na mnie czyściuteńka 
Militka, moja koteczka, w której się zakochałem... 
 
 

SZEWSKI PONIEDZIAŁEK 

 
 
 
Motto: 

Bohumil Hrabal w ankiecie „Kmenu” napisał... aby wszystkie teksty 

miały więcej odwagi wstępowania na cienki lód, aby autorzy bali się 
swojego pisania... I jeśli w pisaniu Hrabala widać, Ŝe pisze z właściwym 
sobie lękiem, to byłoby cudownie, gdyby tu się to udało juŜ (czy 
dopiero) w roku 88. Niestety, nic o tym nie świadczy... 

Doc. dr Milan Hubl, CSc. w ksiąŜce 

Drogi do władzy 17.1.1988 

 

I dlatego kocham ten kraj, tę linię koło Mochowa dzielącą Sławnikowców od 

Przemyślidów, rodu znanego z umiłowania pokoju, którzy, kiedy wymordowali 
Sławnikowców pośród mgły podstępem i zdradą, w końcu wyrŜnęli takŜe 
Wierszowców, prócz jednego, który tak długo zwlekał z narodzinami, aŜ 
wreszcie w Ołomuńcu pozbawił Ŝycia króla czeskiego, moŜe Wacława... Ale 
doczekał się! 

Teraz, kiedy polityka jest znowu w kursie, muszę Złotej Pradze napisać, Ŝe w 

1158 roku, jak sądzę, przedstawiciele morawskich stanów przyjechali do 
Sadskiej, gdzie spotkali się z pokój miłującymi Przemyślidami, aby zawrzeć na 
wieczne czasy Statuta ducis Ottonis... ale, jak mi z gromkim śmiechem 

background image

opowiadał pan doktor Zumr, Przemyślidzi te Statuty o wiecznej przyjaźni 
podpisali sami, a Morawianie zachlali się gdzieś po drodze, zanim do Sadskiej 
dotarli... Bo wszystko to zawinili szlachetni Przemyślidzi, a temu, kto by o tym 
wątpił, czescy patrioci wcisną zęby do gardła! Gdzie się pcha Machiayelli z tym 
swoim Il Principe!? Powinien uczyć się od Przemyślidów! Aha! Są tutaj w 
okolicy Libice z ruinami zamku, ot, zaledwie tylko kilka cegieł i kamieni. I jest 
tu wioska Radzim, Radzim był bratem świętego Wojciecha, który wyjechał 
głosić słowiańskim Prusom słowo BoŜe, tam, nad Przerowem, pośród pól jest 
krynica, gdzie się po raz ostatni w sławnikowskich włościach Wojciech ugasił 
pragnienie, teraz jest tam kapliczka i ta świeŜa wodeńka takŜe, a potem 
Wojciech jechał tak długo, aŜ wreszcie dojechał do tych słowiańskich 
pogańskich Prusów i tak długo naprzykrzał im się z Pismem świętym, Ŝe go w 
końcu zamordowali, posiekali, porozrzucali... membra disjecta... i tak oto 
Wojciech zgodnie z prawem został świętym.... 

Zbieranie do kupy wszystkich części tego posiekanego ciała była to czynność 

artystyczna, twórcza, kolaŜ, asamblaŜ, jak to się dziś określa. I tak do głowy 
kawałek po kawałku, nogę za nogą, rączkę za rączką, kręgosłup był w kilku 
kawałkach jak cytra, a więc dopiero po pewnym czasie udało się złoŜyć w 
całości zwłoki i przewieziono je do gwiaździstego Gniezna, jeden z historyków 
mówi nawet, Ŝe zgłosili się znalazcy kilku cząstek Wojciecha, ale Kościół 
kupował zawsze tylko jedną, dzięki której mogła powstać całość... 

Ten sposób tworzenia wziąłem sobie jako motto, membra disjecta, kolaŜ, ale 

tekstów, o których myślę, Ŝe stworzą całość, zamierzam napisać Złotej Pradze o 
tym, jak to umiemy obchodzić uroczyście szewski poniedziałek w „Złotym 
Tygrysie”, gdzie królował jako wyszynkowy i kierownik pan Prochazka z 
cygarem, który decydował, kto dostanie piwo, a kto nie. Pan Prochazka, juŜ 
dawno na emeryturze, tak kochał pilzneńskie piwo, Ŝe kiedy odszedł z 
„Tygrysa”, to jeszcze nalewał piwo w hotelu „Continental”, w „Contim”. Tam 
w piwnicy przez tak zwany krótki przewód nalewał piwo do kufli, do szklenic, 
nalane piwo stawiał do windy, naciskał guzik i winda dowoziła do lokalu ten 
płynny chleb, te pajdy smarowane masłem, jak „Pod Tygrysem” nazywa się 
pilzneńskie piwo. I tu pewnego razu, kiedy nacisnął guzik w piwnicy wyszynku 
w „Contim”, to pod niebo wznosiły się kufle juŜ po raz ostatni, bo pan 
Prochazka został juŜ w piwnicy sam, zjeŜdŜały juŜ na dół tylko puste kufle i 
szklenice, bo pan Prochazka nie Ŝył. Tego wszakŜe nie będzie, aby czeski 
wyszynkowy od beczki uciekał! Powalony przez zawał sam w hotelu „Conti”. 
W piwnicy.  

Nadworny fotograf Złotej Pragi, ten, który robi niemal wszystkie zdjęcia do 

Kalendarza, on właśnie otrzymał od hotelu „Conti” zamówienie... Kiedy 
wkroczy milionowy gość, wtedy, Flocziczku, pokaŜ, co potrafisz! 
Sfotografował milionowego gościa hotelu, wręczono mu zaliczkę, a on zamiast 
do „Tygrysa” poszedł do „Jelinków”, i tam mu słusznie ukradziono kurtkę nie 
tylko z dwoma tysiącami, lecz takŜe z taśmą filmową, gdzie znajdował się ten 

background image

milionowy gość hotelu „Continental”... .siedemnaście lat czekał na tego gościa, 
a kiedy wlazł juŜ w paszczę lwa, nie tylko przeszła mu koło nosa okazja 
wyjazdu za granicę, lecz takŜe szansa czekania kolejnych siedemnaście lat na 
dwumilionowego gościa... Teraz leczy się fonoterapią, nieustannie sobie 
nastawia: 
 

Pragi nie oddamy, 
zburzymy ją sami... 

 

I codziennie ma teraz szewski poniedziałek, który my nazywamy 

niebieskim... 

Dziś niebieski poniedziałek wyróŜnia się tym, Ŝe goście w kąciku cichych 

współpracowników Kalendarza są nachlani jak mleczarskie psy, cały jadłospis 
jest juŜ zakreskowany jak obraz Vincenta van Gogha Stoppelfelder. Pole, 
ś

ciernisko, kreska obok kreski, pociągnięcie pędzlem ukośnie pochylonym, 

bieŜący metr piw za bieŜącym metrem, bo szewski poniedziałek Złotej Pragi to 
serial młodych ludzi, męŜczyzn i kobiet, którzy przeszli juŜ nie tylko AIDS, 
lecz takŜe marskość wątroby i śledziony... A ja ich kocham, bo ta Złota Praga 
tworzy jabłuszka oranijskich renet, spośród których w kaŜdej niemal gnieździ 
się robak melancholii... Tam, po drugiej stronie lokalu, tam siadywał 
wynędzniały dawny ober kawiarni „Arco” Willi Svoboda, nie mógł juŜ chodzić, 
powłóczył nogami, ale zawsze wypomadowany, z przedziałkiem pośrodku, 
lekko pochylony do przodu, jakby niósł tę kawkę, którą w latach trzydziestych 
roznosił praskim śydom... a to marzenie kaŜdego członka Złotej Pragi! Willi 
umarł na chodniku, wracając ze „Złotego Tygrysa” i nie doniósł juŜ śmierci do 
domu. Ta nasza Złota Praga. I ten szewski poniedziałek na dodatek! 
 

Wczoraj zjawił się taki jeden, który w imieniu Pragi pracuje gdzieś w Azji... 

I albo mucha tse-tse, albo trąd, albo cholera, po prostu z jakąś chorobą, o jakiej 
marzą członkowie Złotej Pragi... zamówił kotlet w placku ziemniaczanym... 
Kelner, pan Tolek, przyniósł i wirowym ruchem podsunął talerz temu 
Milonkowi pod brodę, Ŝyczył smacznego... no i masz go! Milonek wśród grom-
kiego śmiechu usnął, zrzucił talerz ze sparzoną kapustą i dekoracją jarzyn pod 
stół, na obrusie pozostał tylko ten kotlet w placku ziemniaczanym... Wobec tego 
postawili pod stołem koszyczek z chlebem, a kiedy Milonek się wyspał, unieśli 
stół za nogi... i krzyk, i wrzawa, Ŝe pan ober Olek powiedział: „W Ŝyciu kelnera 
są takie chwile, Ŝe i bydlę moŜe od tego zwariować...”. I uniósł lekko obrus, a 
tam leŜał szczęsny Milonek, który tylko po to przyjechał z Afryki, aby usnąć, a 
teraz Ŝwawo i czujnie strzegł swojej porcji pod stołem, wycierał z podłogi sos i 
kapustkę, aby na koniec wytrzeć chlebem talerz... no i znów!... piętnastu 
bywalców uniosło aŜ pod sufit stół i Milonek wysunął się i niczym w lustrze, 
jak w grotesce Chaplina, przyczesał dłonią swoje piękne czarne włosy i zabrał 
się do kotleta w placku ziemniaczanym na obrusie, i pałaszował szybko, bo a 
nuŜ nagle znów uśnie... Być członkiem Złotej Pragi to ryzykowne powołanie. 

background image

 

A ja w tenŜe szewski poniedziałek otrzymałem skargę cyrku Berouska, Ŝe 

powołałem do Ŝycia Nadację Bohumila Hrabala w obronie praw zwierząt, Ŝe, 
podczas gdy on jęczał w kryminale za politykę, jego dwa niedźwiedzie Ŝyły w 
raju u jego mamusi, wprawdzie w wielkiej klatce dla królików ale Ŝe ta moja 
nadacja, Nadacja Bohumila, odwiozła niedźwiedzie do ogrodu w zamku, gdzie 
niedźwiedziom śpiewała nawet ta piosenkarka, która śpiewała o aksamitnej 
rewolucji Przejdę przez rzekę Jordan... i Ŝe jeden z niedźwiedzi od tego zdechł, 
Ŝ

e wprawdzie to pięknie, Ŝe chciałem wypoŜyczyć w Teatrze Narodowym 

kostium niedźwiedzia ze Sprzedanej narzeczonej i zamierzałem, pisze w 
skardze pan Berousek, zaprzyjaźnić się w zamkowym zwierzyńcu z tą sierotką, 
nawet spać z nim chciałem... ale pan Berousek występuje teraz z pozwem, 
Ŝ

ebym mu wynagrodził szkodę, oskarŜa mnie, Ŝe powołałem do Ŝycia tę 

nadację, która jest przyczyną śmierci jego niedźwiedzia, z którym wybierał się 
na tournee do Rosji i na Ukrainę... I pan Berousek posłał mi tę skargę do 
„Złotego Tygrysa”, właśnie w szewski poniedziałek... I metr bieŜący piw tu, 
metr bieŜący piw na drugi koniec stołu! A wszystkiemu winna jest poetka 
Ś

troblova, która— mimo iŜ jej na to nie pozwoliłem — załoŜyła Nadację 

Bohumila Hrabala w obronie zwierząt... 

A Ŝe to był szewski poniedziałek, rozmawiałem z dwiema damami, które 

obchodziły tu imieniny jednej z nich. I zacząłem uprzejmie, Ŝeby im sprawić 
przyjemność, powiedziałem, Ŝe obie mają piękne krowie oczy, ale tak piękne, 
Ŝ

e nawet szwajcarskie byki w całą pewnością by oszalały! ... A damy stawały w 

pąsach i połykały kotlety w placku ziemniaczanym z podwójną porcją sparzonej 
kapusty, tak Ŝe wystraszyłem się, Ŝe tyle jedzą, bo trzeba by wezwać 
weterynarza, który bądź by zalecił wprowadzenie im do brzucha trokaru, to jest 
Ŝ

erdzi czy drąga, jakiego uŜywają nasi rolnicy, kiedy krowa dostanie wzdęcia 

od nadmiaru koniczyny, albo teŜ, jak doradzają weterynarze, wytrzeć gębę 
słomą, a jeśli to nie pomoŜe, zabić... 
A moje damy piły jedno piwo za drugim, czkały i uśmiechały się... 
—  Ale z pana pochlebca! 
 

A więc pocieszałem je mówiąc, Ŝe u Homera wszystkie boginie były 

wolookie... Ŝe one obie mają oczy jak dwa piękne woły... A jakŜe! 
 

Ty psie pogański! Ty giaurze! Ty moje serdeńko ukochane! Ty mój 

skarbie! Ty kozaku! Ty Moskalu! Kocham cię i nie mogę bez ciebie spać... — 
pisze caryca Katarzyna Wielka do Griszeńki Potiomkina... 
 

A Ŝe był szewski poniedziałek, członkowie Złotej Pragi krzyczeli, bo były 

juŜ w drodze próbne wydruki z wielkiego Kalendarza... Koniec opery 
Ŝ

ebraczej... 

 

JakaŜ wrzawa zapanowała znów w kąciku cichych wspólników przyjaciół 

Złotej Pragi! A bo ci cisi wspólnicy, ci wrzeszczeli zawsze, byle tylko znaleźć 
powód. A zresztą, Ŝaden Kalendarz nie obszedł się bez szewskich 
poniedziałków... Dziś wrzeszczeli dlatego, Ŝe sama tylko wypowiedź: opera 
Ŝ

ebracza się kończy, to za mało... mówi właściwie tyle, Ŝe artyści nie potrzebują 

background image

juŜ Ŝadnego Ŝebraczego wsparcia... 

No i znowu: 

—  Olku, metr piw! 

A potem: 

— Toleczku, metr piw na mój rachunek! 

 

A Wacław przy kurku u beczki, po wczorajszym poszumawskim 

wieczorku tak zmordowany, Ŝe aŜ dostał zeza, powiedział Ŝałośnie: 

— Od tego, co tu się dzieje, nawet bydlę gotowe zwariować! Jak powiada 

Haśzek. 

Ja zaś, lewicowy intelektualista, ten, który podczas robienia zdjęć do 

Kalendarza siedziałem na Starych Zamkowych Schodach w krześle w tej mojej 
słuŜbowej czapce z czasów, gdy byłem dyŜurnym ruchu, ja, który tam 
dmuchałem w helikon i wraz z innymi Ŝebrakami skomliłem o parę groszy, ja, 
który rozciągałem harmonię jak Ŝeberka centralnego ogrzewania z taką siłą, Ŝe 
aŜ pękła... ja powiadam: 

— Słuchajcie no, chłopcy, a gdybyśmy tak, kiedy za chwilę przyniosą ten 

plakat, ten nasz Kalendarz i tam... koniec opery Ŝebraczej... gdybyśmy tam, 
skoczywszy po farby, postawili za kropką wielki kolorowy znak zapytania, jako 
Ŝ

e nic nie jest jeszcze w porządku... Srać na groby, Ŝadnych wieńców... ten znak 

zapytania byłby tam domalowany tak, jakby to zrobił sam Andy Warhol... 
wprost z tuby... i raz czerwony lub niebieski, raz zielony i Ŝółty... zgodnie z 
gustem tego, kto by ten Kalendarz kupował? 

I znów krzyki, wrzawa i łoskot krzeseł, i uniesione ręce, a damy, które przed 

chwilą zwymiotowały parzoną kapustę razem z kotletem w placku 
ziemniaczanym, usiadły w kąciku niczym dwie mistyczki i miały łzy w oczach, 
i czkały.. a jedna z nich powiedziała rozmarzona: 

— Pewnie mnie ktoś wspomina... 

I raz jeszcze: 

— Oleczku, metr piw na mój rachunek! 

A potem: 

— Metr piw tu pod okno, Tolu! 

I Wacław, wymordowany po poszumawskim wieczorku, Ŝalił się przy 

kurku: 
 

— śebyŜ to juŜ wreszcie była północ. Naprawdę zdarzają się w Ŝyciu 

sytuacje, Ŝe i bydlę dostaje kręćka! 
 

A ja, jako lewicowy intelektualista, ratowałem to wszystko: 

 

— KaŜda choroba, przyjaciele,. to zaniedbane pijaństwo... i metr piw tutaj, 

Ŝ

eby było świeŜe. Przyjaciele, na zdrowie! Bo zdrowie to punkt przecięcia się 

wszystkich złośliwych, chorób! 
 

Ale mi się świetnie pisze! Dziś jest szewski poniedziałek, a w końcu ja 

mam prawo pozdrawiania istot, których juŜ zapomniałem albo teŜ widzę je 
zupełnie inaczej. Bo to, co i jak tu piszę, to nie jest nawet beletrystyka, to nie 
jeśt literatura piękna, poniewaŜ ta moja maszyna do pisania to to samo co 

background image

Bateau ivre Rimbauda. Moja maszyna do pisania sunie juŜ bokiem, podczas gdy 
ja, nawet trzeźwy, zdradzam objawy pijaństwa... 
 

Szewski poniedziałek... Pan Hulata, kierownik i wyszynkarz, nie miał dziś 

na szczęście dyŜuru, jego fartuch wisiał na gwóździu przy telefonie wyszynku, 
zawinąłem wobec tego głowę w ten przesiąknięty piwem fartuch, w mrok, i w 
ten sposób leczyłem się, jak mnie tego nauczył Jakub Deml, który kiedy dopadł 
go stres, opatulał swoją głowę mamusinym fartuchem... To takŜe szewski 
poniedziałek. 

 

A ja, zakutany w fartuch pana Hulaty, mokry jeszcze od piwa, ujrzałem 

sceny z Austrii niczym mistyczną wizję.  
—Nie hałasujcie, chłopaki — powiadam. — Posłuchajcie, byliśmy na pierwszej 
wycieczce w Austrii... dwudziestu pisarzy.. i pan Kolarz i pan Hrabal, i pan 
Topol, i pan Aszkenazy... jechaliśmy dokoła Austrii, a kiedy przyjechaliśmy do 
Heiligenblut, do autobusu podeszła płacząca dziewczynka z bukiecikiem 
szarotek w palcach i powiada: to kosztuje dwadzieścia szylingów.., no i poeci 
pod wpływem tych gór i skał, gdzie — i tylko tam — rosną szarotki, strach 
pomyśleć, poeci kupili ten bukiecik, te kwiatki zrywane zapewne w miejscach 
niebezpiecznych dla Ŝycia... 
   A ja, wychowanek Kartezjusza... .Dubito, ergo sum... poszedłem za tą 
dziewczynką za mur cmentarny.. a tam tyrolscy chłopcy rozliczyli tę 
dziewczynkę i podali jej następny bukiecik tych alpejskich szarotek z 
niebotycznych stromych urwisk... zaś inni dwaj kosili te alpejskie szarotki 
posiane na martwych grobach, a trzeci zręcznie i sprawnie układał je w 
następny bukiecik, bo nadjeŜdŜał właśnie kolejny autobus... 

I zwracam się do stołu Złotej Pragi: 
— Ja, chłopaki, tak jak ci sprzedawcy bukiecików alpejskich szarotek, tak 

pracuję i ja... po co mam wspinać się na wyŜyny, ja sobie historyjki kupuję 
tutaj... Toleczku! Daj no tu metr piw! Sursum corda! 

Jest szewski poniedziałek. To moje pisanie, chłopaki, to okradanie grobów, 

tego „lania” nauczył Jacksona Pollocka Max Ernst, a ja z kolei od Jacksona 
mam to jego action painting... zamiast farbami z tuby ja to leję wprost z głowy 
do tej mojej inkrustowanej złotem szrajbmaszyny.. Jeśli nie będziecie osłami, to 
ja nauczę pisać kaŜdego. .. to wiejska sztuka obracać ziemię pługiem, głęboko, 
pralemieszem, to, co leŜy na dnie tych naszych głów, przelewać wprost na biały 
papier za pośrednictwem taśmy barwiącej i klawiatury... Thalatta Regression... 
Sacre du printemps... 

W Kersku spadł śnieg i Cassius po raz pierwszy jadł razem ze wszystkimi. 

Oczywiście, jest szewski poniedziałek. Niebieski, jak nazywają go u nas. No to 
niebieściejmy dalej! Po raz ostatni metr piw! A kiedy tu, jak ja to mówię, juŜ 
gotowe, wszedł jeszcze pan fotograf Kapłan, ten, z którym w czerwcu 
wybieraliśmy się w podróŜ do Dublina, by przejść szlakiem pana Leopolda 
Blooma. Pan Kapłan przyniósł zdjęcia ze świeŜo spadłym śniegiem, rozdał je 
przyjaciołom, most Karola i Zamek, Złota Praga w zimowej szacie, przepraszał, 

background image

Ŝ

e ma chrypkę, ale jutro musi jechać do Polski pod gwiazdy na mazurskie 

jeziora do swojej Ŝony Krystyny, Ŝe przeprasza, ze nie moŜe przyjść, ale ona 
pochodzi z ziemiańskiej rodziny i przywykła do orszaku: jeśli nie idzie z nią 
dziesięciu, czuje się opuszczona... 
  A ja kończę pisanie asamblaŜu, kolaŜu, tak jak Kościół składał do kupy 
posiekane członki, membra disjecta, świętego Sławnikowca, który był i jest 
ozdobą naszych stron, Libicy i Radzimia, i Sadskiej, gdzie jednak urodził się teŜ 
i Ŝył komendant słuŜby bezpieczeństwa Vlasta Ulrich, którego uczyłem pisać, 
tak jakby składał raport Ministerstwu Spraw Wewnętrznych w Pradze, tak Ŝeby 
to teŜ była literatura.., on jednak zastrzelił się w piwnicy w Sadskiej, w budynku 
swojej komendy, bo nie potrafił sobie poradzić z tym, co nazywa się love 
story... Człowiek cierpi, bo membra disjecta są niewłaściwie złoŜone... Tak jak 
Antonin Artaud. Ten, który zastrzelił się w „Grandhotelu” w Nantes ku czci 
Vincenta van Gogha, by obaj wsiedli do pociągu zmierzającego ku gwiazdom i 
w ten sposób osiągnęli w końcu nieskończoność... 
 

PS 
Kochana Kwiecieńko, kochany Cassiusie! Czy to koniec opery Ŝebraczej? 

Tak, to koniec opery Ŝebraczej. Niech wzbija się do lotu i niech Ŝyje kerski 
rewir leśny! Zimno mi, pierzyna jest chłodna, śpię ubrany, ale niech wzbijają 
się do lotu nasze włości Ango! Śpię dziś ubrany, ale kto zagrzeje moje kotki, 
kto zagrzeje nieszczęśników tam, gdzie nie ma nawet pieca, tam gdzie nie ma 
nawet słów? Śpię ubrany, włoŜyłem idąc do lóŜka dŜinsowe pantofle. Ale jak w 
tym mrozie jest gdzie indziej na świecie? Opera Ŝebracza nie skończyła się i nie 
skończy Kwiecieńko i Cassiusie, módlcie się tak jak. ja za tych innych, tam, 
gdzie indziej. 
 

Kersko, jest czwarta godzina i kilka minut nad ranem. Jest wtorek, dzień po 

szewskim poniedziałku, i jest mi smutno. Boję się, boję... 

Kindertoten Lieder von Gustav Mahler. Herbert von Karajan. 

 
 
 

KRUK ZAKRAKAŁ: „NiGDY JUś” 

 
 
 

Obracany rydlem zagon, traktor ciągnie za sobą pług, który obraca 

czarnoziem, czarną urodzajną Ziemię, Złoty Łan, orana gleba, lśniąca niczym 
skrzydło kruka, jedna czarna fala za drugą, traktor zostawia za sobą czarne mo-
rze lśniącej ziemi, raz na prawo, raz na lewo, przypływ i odpływ czarnoziemu... 
Krucze skrzydła... Traktor wdziera się w zaśnieŜone jeszcze pole i zostawia za 
sobą wskrzeszoną pługiem lśniącą urodzajną ziemię. Obracane karty Ŝycia i 
ś

mierci, wypytywanie się o los człowieka z pracy pługa, z ziemi do ziemi. 

background image

Nieśmiertelne przygotowania pod nieśmiertelny zasiew.  
Tak to juŜ dawno, ale jakby zdarzyło się dziś. Wybrałem się do lasku zwanego 
Ś

cierwnikiem, tam gdzie grzebią padlinę, „ale gdzie teŜ czarni Cyganie moich 

młodych lat wykopywali łaciate prosięta, które zabiła czerwonka... Szedłem 
więc po zmarzniętej na kość trawie zawianej lutowym śniegiem... i stały tu na 
baczność przemarznięte drzewa, przysypane szronem, otulone watą i bandaŜami 
szreni, w koronach wiązów siedziały nieruchomo stada kruków, na tle nieba 
korony obłoŜone brykietami... JuŜ drugi miesiąc trzymał wówczas 
dwudziestostopniowy mróz, a nawet większy. Często dochodził do trzydziestu 
stopni Celsjusza... Tupnąłem podeszwą w zmarznięty pień... i z nieba spadały 
jeden za drugim kruki, które juŜ dawno zamarzły na śmierć... grudki śląskiego 
węgla... w białym śniegu sypiącym się z gałązek i gałęzi, wszędzie dokoła... 
bryły antracytu, śląskiego węgla, trumienki brykietów... Kruki. 

Tylko raz w Ŝyciu widziałem przejechanego kruka. Przed maską 

samochodów i autobusów, do ostatniej chwili.., juŜ, juŜ, ale kruk za krukiem 
wzbija się, rozkłada swoje skrzydła... i te starcze oczy. Kruki zawsze mają oczy 
starców... Nie widziałem naprawdę przejechanego kruka na drodze, na 
autostradzie.., doŜywają aŜ stu trzydziestu lat... dwuletnie kruki są 
stutrzydziestoletnie... Kocham je, bo podczas gdy łabędzie, i podczas gdy 
przepiórki, i podczas gdy kwiczoły i podczas gdy dzikie gęsi lecą i wędrują w 
formacjach, w kluczach, kruki nie opuszczają się, ale włóczą się po niebie, roz-
koszują się tą swoją podróŜą dokądś.., po swojemu, zgodnie z własnym gustem, 
a kiedy poczują głód, przysiadają na ściernisku i to, co pozostało po Ŝniwach, to 
dla nich przysmak... a ich chód to powrót małpy do domu, gdzie jednak nikt na 
nią nie czeka, kołyszą się jak kaczki, kiedy tak idą po polu, gdzie zeszłego roku 
rosło zboŜe... 

Kruki kochają cmentarze i w koronach drzew wiją sobie gniazda kolczaste 

jak korona cierniowa Chrystusa, gęste pałacowe zwierzyńce to gigantyczne 
krucze Ŝłobki, u barona Chotka koło Pragi — widziałem to — gnieździ się sto 
tysięcy kruków,., symfonia ich macierzyńskich krakań to tak jak skrzypienie 
pomp, pojękiwanie osi u kół wiejskich wozów... 

Kiedy rano krucze bejbi spadały z gniazd w koronach drzew pałacu w 

Weltrusach lub teŜ myśliwi pana barona zestrzeliwali je na Ziemię, baron 
Chotek urządzał w swoim pałacu „kruczą ucztę”, befsztyki z wyłamywanych 
piersiątek kruczych bejbi... zaprosił nawet, a zaproszenie przyjęto, i przyjechał 
sam cesarz pan, Franciszek Józef, aŜ z Wiednia, przyjechał teŜ na Ŝółtą 
polewkę, i pil wino i szampana z porzeczkowych pól barona Chotka... ale 
przede wszystkim — krucze befsztyki... Na Połabiu teŜ, kiedy znikają z pól 
baŜanty myśliwi nazywają kruki rosyjskimi baŜantami... 

A ja w owym roku dwudziestym dziewiątym na Ścierwisku o mroźnym 

zmierzchu uderzyłem podeszwą w pień wiązu i tak jak w pałacowym ogrodzie 
w lecie spadały krucze bejbi, tak przed tymi sześćdziesięcioma laty strąciłem 
podeszwą z gałązek i gałęzi tuziny zamarzniętych kruków, spadały kręgiem 

background image

wokół wiązu w śnieg i szron cięŜko, jakby spadały cięŜkie młoty jak brykiety 
jak grudy śląskiego węgla, jak czarne półkilowe cięŜarki starych wag 
dziesiętnych... niewiele brakowało, aby spotkał mnie los Ajschylosa, któremu 
wywróŜono w Delfach, ze... zostanie zabity przedmiotem spadającym z góry... 
ledwie nadąŜałem z odskakiwaniem... 

Zapadł juŜ wieczór, zbliŜała się zmarznięta na kość noc.., ta wczorajsza 

okazała się dla kruków Kristallnacht... Jakby z wiązu spadały zamarznięte 
czarne koty jakby, Cassiusie, spadali twoi zamarznięci bracia, Czernidła, 
Szwarcwaldy.. którzy wyszli mi dzisiaj naprzeciwko aŜ do autobusu, bo juŜ, 
Cassiusie, stracili nadzieję, Ŝe w takie mrozy wrócę do was do Kerska... 

Odkąd jeŜdŜę autobusem, nie widziałem, Cassiusie, przejechanego kruka... za 

to tam, na zakręcie, w przeddzień Wigilii, widziałem na śniegu czarną plamę, 
bałem się, Ŝe kruk uniósł słoik z konfiturami, słoik z mięsem, wzbił się z nim aŜ 
nad betonową aleję między wiezowcami i wypuścił... by później spośród 
odłamków szkła wydziobać sobie, co nadaje się do zjedzenia... Kruk potrafi 
unieść nad betonową uliczkę, co ukradł z balkonu... i znów urządził sobie ucztę, 
zajadając ze smakiem, co zostało wśród okruchów,.. a dlaczego by nie?. 

Rzeczny orzeł uniósł Ŝółwia morskiego, a on wyśliznął mu się i zabił 

leŜącego nad morzem Ajschylosa; który uwierzył wróŜbie, Ŝe zabije go 
przedmiot spadający z góry a więc jako Ateńczyk, wierzący obywatel, szukał 
bezpiecznego miejsca nad morzem... ale Los i morski orzeł, i Ŝółw który 
wyśliznął się ze szponów... Los, Cassiusie... obawiam się, Ŝe i u nas, na 
Sokolnikach, włóczą się nie tylko Ŝebrzące kruki, lecz takŜe i takie, które 
mogłyby rozstrzygać o moim Ŝyciu... gdyby jeden z nich uniósł pod niebo słoik 
z ogórkami i zrzucił z góry na moją głowę, kiedy właśnie wychodzę, aby kupić 
dla was w Kersku dwa kurczątka z roŜna... bęc go! I znajdą mnie między 
dwoma pojemnikami na śmieci z głową roztrzaskaną słoikiem ogórków... i to, 
Cassiusie, jest całkiem moŜliwe. I jest to moŜliwe, bo opowiadam ci dzisiaj 
weselszą dobranockę... O krukach, które tak bardzo przypominają rozdartą 
czarną rękawicę hokejową, splądrowany Ŝalem Ŝałobny wdowi kapelusik... 

Istnieje u nas ogółem szesnaście przekładów Kruka Edgara Allana Poego... 

Za czasów mojej młodości chwaliliśmy straszliwie pilzneńskie piwo w 
„Furmance” i deklamowaliśmy przy tym wiersze... a przede wszystkim tego 
Kruka. Poeta i tłumacz Kwiatów zła Svatopluk Kadlec właśnie wtedy próbował 
przetłumaczyć Kruka po raz siedemnasty, i wypiliśmy wszyscy po dwadzieścia 
piw, by uczcić tę sławną powtarzającą się końcową frazę Kruka i pan Kadlec 
wymyślił ten oto wers: I kruk zakrakał: nigdy juŜ... i dopiero potem wybrał się 
na wino do Posztów, bo autor nowej wersji Kruka był ostatnim pisarzem, który 
sypiał ze swoją Ŝoną, a ona nie cierpiała odoru piwa. Tak więc Svatopluk po 
tych dwudziestu piwach zawsze pil jeszcze wino i Ŝona chwaliła go w łóŜku: 
„No widzisz, Ŝe moŜna i tak... Bo wino jednak pachnie...”. 

I tak oto, Cassiusie, Kruk znalazł siedemnastego tłumacza... I kruk zakrakał: 

nigdy juŜ... 

background image

Dlaczego ci to mówię? Bo ty jesteś mój kruk, kruczek, nigdy się. nie 

uśmiechasz, jesteś zadumany, siedzisz jak mumią, czarna mumijka, a oczy masz 
zdarte, stare, jak te kruki, które przysiadają na dawno juŜ zŜętych polach, które 
czyhają na zakrętach dróg, czy spółdzielcze traktory nie rozsypią na zakolu 
choćby garstki ziarna... I tak to juŜ jest! Zupełnie tak samo na osiedlach: kruki 
przysiadają, huśtają się na gałęziach drzew i krzaków koło pojemników na 
ś

mieci, by porwać, co wypadnie... Ach, te kruki, ja, Cassiusie, kocham je tak jak 

ciebie. Przesiadują chętnie na kołyszących się gałązkach na Sokolnikach, lubię 
na nie patrzeć z okna na piątym piętrze, jak lecą przecinając na ukos ogromną 
płaszczyznę szyby, one nie lecą, tylko ot tak sobie, włóczą się po niebie, nie 
wiadomo dokąd, moŜe juŜ zmierzają do pałacu w Weltrusach, by przypatrzeć 
się potęŜnym dębom i topolom, moŜe zmierzają cięŜkim lotem gdzieś na Ŝer na 
pola za Pragą, moŜe zataczając łuk wracają na cmentarz Ŝydowski, tam, gdzie 
na stojąco pochowani są w ziemi rabini... a przede wszystkim Rabbi Łów... 
gdzie praskie kruki mają swoje zloty, swoje zjazdy, swoje posiedzenia i narady.. 
i gdzie teŜ gniazdują... w horyzontalnych męczennicach, przypominających 
cierniową koronę Jezusa Chrystusa... 

Kochany Cassiusie, Vincent van Gogh, na dwa dni przed tym, nim strzelił 

sobie w brzuch kulką z rewolweru i niespiesznie umarł, namalował swój ostatni 
obraz: Nie zŜęte pole z krukami... to smutny obraz... nad przejrzałym polem 
zboŜa cięŜko i powoli unoszą się kruki, setki kruków... i w taki oto sposób 
Vincent namalował swoje poŜegnanie z krajobrazem, który tak ukochał, Ŝe 
zastrzelił się z tej miłości. A poniewaŜ codziennie przejeŜdŜam obok stad 
kruków czekających na zakrętach drogi na to, co spadnie z traktorów, poniewaŜ, 
Cassiusie, dzień w dzień witam się z krukami koło pojemników na śmieci, które 
umyślnie otwieram, aby poŜywiły się resztkami, i kruki wiedzą o tym, krakają 
mi to swoje: I kruk zakrakał: nigdy juŜ... i tak ten obraz NiezŜęte pole z krukami 
towarzyszy mi juŜ od lat mojej młodości, kiedy kupowałem sobie nie samych 
impresjonistów, lecz takŜe kolorowe albumy z reprodukcjami nie tylko 
Cezanne’a, ale i Vincenta van Gogha... te kruki latają cięŜko nad ziemią i 
drepcą kołysząc się po ziemi, latają więc i we mnie, bo kto raz zobaczył ten 
obraz, to obraz ten, tak jak cały van Gogh, go uŜądlił. Dlatego przed trzema laty 
pojechałem aŜ do Arles, aŜ do Reims, do krainy, która tak jest podobna do 
obrazów, gdzie juŜ krajobrazy rozwieszone są w ramach, tak by przechodzień 
mógł porównać to, co jest na obrazach Vincenta, z tym, co jest w 
rzeczywistości... A to, Ŝe cię, Cassiusie, ty moje czernidło, kocham, to chyba 
tylko dlatego, Ŝe od dzieciństwa kochałem kruki i lubię je teŜ dzisiaj i na 
zawsze, bo... I kruk zakrakał: nigdy juŜ... A ja mam juŜ niemal osiemdziesiąt lat 
i wszystko, co robię, robię juŜ po raz ostatni, a potem juŜ Nigdy juŜ, nigdy juŜ, 
nigdy juŜ! 

Dlatego teŜ kazałem ten nasz rodzinny grobowiec w Gródeczku zbudować a 

la Moody... Das Leben nach dem Tode... na wzór tuneli, którymi przelatują ci, 
którzy pozornie umarli... ale, Cassiusie, mam album z ilustracjami Hieronima 

background image

Boscha, i jest w nim reprodukcja obrazu, który wisi w Wenecji i nosi tytuł: 
Wizja z zaświatów... olśniewający zielony tunel, którym przelatują ludzie, 
którzy kiedyś Ŝyli.., jedni, ci uczciwi, w orszaku aniołów a drudzy, ci źli... i 
jedni stoją juŜ na progu zielonego tunelu w ruchu obrotowym, a potem juŜ tylko 
ten, co stoi na samej krawędzi gwałtownego światła... I tak oto Bosch i Moody 
nawiązują do siebie, jakby wiedzieli, Ŝe Edgar Allan Poe napisał Kruka, 
poemat, który kończy się: I kruk zakrakał: nigdy juŜ, nigdy juŜ, nigdy juŜ!, bo w 
końcu wszyscy zostaniemy poprzez zielony tunel wessani w gwałtowny blask 
słońca... 

 

A symbolem, jednym z symboli Hieronima Boscha, jest teŜ Kruk, symbol 

z księgi Ars Magna Raimundusa Lullusa... symbol Kruka, który w mistyce 
oznaczał nieufność, dla czarownic le magicien nourri par le Diable de fausses 
doctrines. A dla alchemii, Cassiusie, la nigredo, oznaczał Kruk początkowe 
wrzenie i ferment, w jakich rodzi się androgyniczny człowiek, głowa kruka, w 
połączeniu siarki i rtęci... 

Tyle, Cassiusie, znaleźć moŜna w indeksie symboli Hieronima Boscha, a 

poniewaŜ z tego wszystkiego zwariowałem, jedynie ty moŜesz to wszystko 
zrozumieć... jesteś bowiem czarnym kotem, który tak chętnie siaduje na 
ramieniu kabalarek i wróŜek ludzkich losów.. I kruk zakrakał: nigdy juŜ, nigdy 
juŜ, nigdy juŜ... 
 

Kersko, 7 marca 1993 roku 

widzę przez okno, jak po przekątnej nieba cięŜko lecą kruki  
 
 

SACRE DU PRINTEMPS 

Szkic przemówienia we Frankrucie 

am Palmsonntag um 11 Uhr 

 
 
 
 

Motto: 

Przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny. 

W. Havel 

 

Spotkaliśmy się tu, w Schirn Kunsthalle aus Anlass des Erscheinens meines 

neuen Romans Hochzeiten im Hause... I ja muszę teraz coś na ten temat 
powiedzieć. Ta moja trylogia zawdzięcza swój styl i treść pani Tołstojowej i 
pani Dostojewskiej, które właśnie wydały biografie swoich małŜonków i w 
ksiąŜkach tych tak chwalą swoich męŜów, Ŝe powiedziałem sobie, iŜ swoją 
biografię napiszę przez pryzmat spojrzenia swojej Ŝony, dla której byłem 
właściwie Maksem i Morycem, i enfant terrible, a więc powiedziałem sobie, Ŝe 

background image

sam napiszę o sobie wprawdzie nie paszkwil, ale tak trochę coś w tym rodzaju, 
tak jak to było, to nasze małŜeństwo, ja jako klejnot i ozdoba naszego 
współŜycia. 

I tak oto uczyniłem ze swojej małŜonki przyjaciółkę zarówno pani 

Tołstojowej, jak i pani Dostojewskiej, dzięki mistyfikacji, w jakiej wyróŜniał 
się takŜe Goethe, który u schyłku Ŝycia cierpiał na rwę, tak samo jak cierpię i ja, 
a istotą prostaty i podagry szamstrgichtu jest zgorzkniałość i porywczość, bo 
nawet Karol Czwarty cierpiał na tę chorobę, która zaczyna się, kiedy wschodzi 
pierwsza gwiazda, a kończy się wraz z porannym pianiem kogutów... 

A poniewaŜ jest dziś Palmowa Niedziela, rocznica owego wydarzenia, kiedy 

Jezus na osiołku wjechał do Jerozolimy i zebrany lud ścielił mu drogę świeŜymi 
gałązkami... wobec tego przedstawię Państwu kilka moich metod, jakie stosuję 
pisząc te swoje teksty... a jest to ironia, a jest to teŜ owa goetheańska 
mistyfikacja, i jest to moje upodobanie, wrodzone, w Schauspielertum, i to jest 
ta moja judische chucpe, a przede wszystkie jest to moja potrzeba spowiedzi, 
katholische Beichte... A poniewaŜ po Wielkim Czwartku nastąpi Wielki Piątek i 
ukrzyŜowanie Chrystusa zatrzyma czas... Die Zeit wird gerafft, jak powiada 
ś

więty Augustyn... nie mogę teŜ nie pójść w odpowiednim czasie do spowiedzi, 

wszystkie dzwony odlecą w Wielką Sobotę do Rzymu, aby u schyłku dnia 
dzwony te powróciły na wieŜe świątyń i katedr, na dzwonnice wiejskich 
kościołów i kaplic... Wynalazłam dlatego u świętego Augustyna to miejsce, 
gdzie i kiedy zatrzymał się czas; przez to umilknięcie dzwonów nawet czas 
został jedynie przesunięty w przestrzeń... 

A więc jest tu pierwszy rozkaz BoŜy: Niech stanie się światło... i drugi 

rozkaz: Czyńcie pokutę! A ja przyjechałem aŜ z Pragi, aby w Niedzielę 
Palmową powiedzieć tu coś, co — być moŜe — jest istotniejsze niŜ moje 
Wesela w domu... A jest to przesłanie z brifingu przed kilku dniami, pan 
prezydent i poeta Havel: Przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny... 
tak jest zatytułowane to jego kazanie, które wygłosił i w którym teŜ powiedział 
prawdę nam wszystkim, samemu sobie i potomnym. Przymusowe wysiedlenie 
to czyn moralnie niegodny... i uświadomienie sobie tego jest istotną częścią 
higieny poczucia godności społeczeństwa czeskiego... I ja dodaję tu do tego, Ŝe 
i ja sam czynię pokutę... Machet Ihr Busse... czyńmy pokutę za tych wszystkich, 
którzy będąc niewinni zostali zlikwidowani, setki tysięcy niewinnych dzieci 
kobiet, i starców i staruszek... a ja dodam jeszcze: setki tysięcy psów i kotów. I 
ja czynię tu pokutę za wszystkie te stworzenia, tak jak publicznie na brifingu 
powiedział to pisarz Wacław Havel, i w ten sposób oczyścił i poprawił ksiąŜkę 
egzystencjalnego filozofa Karla Jaspersa... Die Schuldfrage, dzieło, które 
obwinia wszystkich Niemców za to, czego dokonała Heereswaffe i Eseswaffe 
tam, dokąd dotarła i wtargnęła... 

I ja raz jeszcze powtarzam, Ŝe nadejdzie czas, kiedy dzwony odlecą do 

Rzymu, kiedy nastanie interregnum, czas, kiedy Chrystus umarł, aby powstać z 
martwych... Dlatego czyńcie pokutę, bo die Zeit wird gerafft, obie wskazówki 

background image

ś

wiatowego rozwoju, duŜa i mała, spętane mocnym sznurem, tak Ŝe czas będzie 

musiał stanąć, i wszystkie dzwony na świecie stracą głos, i śmierć raz jeszcze 
umrze, aby mógł nadejść dzień pojednania, Zmartwychwstania, dzień otwartych 
drzwi do nieba, dokąd powstały z martwych Chrystus wzniesie się do swojego 
Ojca i będzie tam z Nim królować aŜ do Sądu Ostatecznego.. 

 

Jestem tu w Schirn Kunsthalle... kiedy przechodziłem obok Sankt 

Bartholomeus-Dom, nie mogłem nie spostrzec, Ŝe ktoś przesunął nazwę 
ś

wiątyni na drzwiach do zakrystii tak, Ŝe moŜna tam było odczytać... BAR 

Tholomeus... 
  TeŜ dobrze — powiedziałem sobie, ale przed głównym wejściem do katedry 
gromadzili się młodzi odświętnie odziani ludzie, na tyczkach nad głowami 
błyszczała im aureola z gałązek zielonego mirtu jako symbol Niedziel 
Palmowych, kiedy Jezus na osiołku zbliŜał się do miasta, które zgotuje mu 
Kalwarię. .. 

I w tej chwili owionął mnie duch malutkiego filozofa Immanuela Kanta z 

Królewca, oświeconego autora ksiąŜeczki Zum ewigen Frieden, przesłania do 
całej ludzkości. Zum ewigen Frieden to takŜe sposób, w jaki moŜna przekreślić 
Die Schuldfrage Karla Jaspersa i przyznać rację pisarzowi Wacławowi Havlowi 
z Pragi, który oświadczył publicznie i co zostało napisane, Ŝe przymusowe 
wysiedlenie to czyn moralnie niegodny, Ŝe aprobowanie przymusowego 
wysiedlenia oznacza pośrednią aprobatę przymusowego wysiedlania śydów, 
Tatarów, Litwinów i innych narodów z ich stron ojczystych... 

Proszę uznać to moje przemówienie jako alegoryczne Wesele w domu, w 

którym moja spowiedź jest zarazem początkiem dąŜeń wszystkich ludzi o 
dobrym sercu do Rozgrzeszenia. Do Zum ewigen Frieden. 
 

PS 
Immanuel Kant i jego... Dwie rzeczy podziwiam... Gwiaździste niebo nade 

mną i prawo moralne we mnie. 
A ja dodam do tego, Ŝe w prastarych uczonych księgach Immanuel oznacza... 
Dziecię BoŜe... I tak, kiedy próbuję rozwaŜyć do końca to, co Państwu 
powiedziałem, a co zapewne sami Państwo wiedzą, wszyscy jesteśmy więc 
dziećmi BoŜymi, wszyscy jesteśmy Immanuelami, dobrzy, a takŜe ci źli. A jeśli 
nie, to niech obowiązuje to, co powiedział Christian Morgenstern... Alles hat 
sein Ende, auch die Sonnenwende. 

Dziękuję, Ŝe zechcieli mnie państwo wysłuchać i Ŝyczę wszystkim recht 

guten Appetit. Gdy wejdą państwo do swoich domów i restauracji, gospod i 
gospódek... Einen recht guten Appetit. 
 
 

HAPPY END 

 

background image

 

Jest tak jak mówię... i na tym koniec. Nie pozostało mi juŜ na świecie nic 

innego, jak jeździć codziennie do Kerska, by karmić tę moją kocią watahę. A 
reklamy wielkości tych autorstwa Roya Lichtensteina i Andy’ego Warhola 
stanowią dla mnie sztafaŜ, a ponadto i tramwaje mijają mnie reklamami 
wielkości tramwaju, a takŜe telewizja, którą oglądam, bo nie mogę chodzić — 
wszystko to stwarza mi całkiem nowe milieu, a do tego, jak mówię, mam tę 
swoją chandrę, taedium vitae, a poza tym cierpię na bóle mózgu i bioder, i 
kolan, tak Ŝe nie mogę się uskarŜać. Mam to, czego chciałem. JeŜdŜę 
autobusem, przedzieram się przez przedmieścia, a potem aŜ za Mochowem, 
kiedy autobus skręci na szosę do Cesarskiej Kuchni, tam jestem juŜ niemal na 
łonie naturM wśród pól i potoczków z rosnącymi na brzegach olchami i tarniną, 
i czereśniami, i jabłoniami, i gruszami, i śliwami... a wszystko to kwitnie niemal 
o miesiąc wcześniej i czuje się tu jedwabny ciepły wiatr z południa, i ja, kiedy 
juŜ przeczytam „Rude pravo”, spoglądam na zielone zasiewy i rozwijające się 
juŜ róŜki zielonej kartoflanej naci, a dopiero w tym roku spostrzegłem, Ŝe na 
słupach telegraficznych siedzi tu i ówdzie kania myszołów, i teraz wiem, Ŝe 
czyhają tu na przejechane zajączki i łasice, i pieski, i kotki, stamtąd niczym z 
punktu obserwacyjnego, który trwa w bezruchu, śledzą wzrokiem osłabłe polne 
zwierzęta.... 

A tam na dworze, za oknami autobusu, słyszę napór wichru, wietrzne 

skomlenie, nasłuchuję, jak cały autobus się trzęsie, jak pobrzękują nieustannie 
zniszczone ściany i drzwi, i szyby, jak przez okienka wdziera się przeciąg i 
pogłębia moją migrenę, a więc mówię sobie o tym, co przeczytałem, drugi 
rozdział Ulissesa pana Joyce’a gdzie Stefan Dedalus,, który wykłada historię w 
liceum Deasy’ego, marzy o tym, Ŝe właściwie dzieje to arystotelesowski ruch... 
i powtarzam za Stefanem Dedalusem... gdyby w Argos Pyrrus nie został 
zamordowany przez staruszkę, nie zmasakrowano by Juliusza Cezara, historia 
więc, mówię sobie, jest i musi być pewną rzeczywistością moŜliwości... jako 
moŜliwość... mówię sobie w autobusie, dzieje bowiem biegną tak, jak to się 
stało, i te fatalne sekundy i minuty, i mgnienia Losu są rzeczywistością 
moŜliwości moŜliwego... Mówię to sobie, ale autobus wjechał juŜ pod Semicką 
Górkę do zagajników i dąbrów, juŜ przygotowuję sobie swój plecaczek 
University Chicago i torebkę plastikową z jedzeniem dla kotów, kiedy szofer 
zawołał: 
—O rany, toŜ tu, jak mi Bóg miły, leŜy przejechany kot!   

 

A potem wysiadłem na przystanku wprost w wichurę i stąd spojrzałem 

aŜ tam na mostek na weleńskiej strudze, i naprawdę pośrodku drogi leŜało coś 
czarnego... I koty jak zwykle wyszły mi chwiejnym krokiem naprzeciw, 
prowadził je Pomarańcz, przy furtce policzyłem te, co mnie powitały, ale 
Cassiusa, mojego ulubieńca, tu dziś nie było, tego, który oczekiwał mnie jako 
skromny, jako ostatni, dopiero przy furtce koło karłowatych świerczków... 

A później pod targanymi wiatrem huczącymi brzozami otwarłem plastikową 

background image

torbę i rozdałem kociej watasze salceson z indyka, po czym postawiłem puszki 
„Tatry”, niesłodzonego mleka, i dopiero wtedy otwarłem drzwi do tego mojego 
domku, otworzyłem okno, przez które wnikał powiew ciepłego wiatru jak letnie 
przesłanie... ale dzisiaj, po tym okrzyku kierowcy: „O rany, toŜ tu, jak mi Bóg 
miły, leŜy przejechany kot”, usiadłem pokornie, a potem zapaliłem papieroska, 
a później przyrządziłem sobie kawę... i Ŝałowałem, Ŝe nie patrzyłem przez 
przednie oszklone okna autobusu, aby na własne oczy, oculata revisio, 
przekonać się, czy aby nie leŜy tam, nie daj BoŜe, zmasakrowany Cassius. A 
przez okno i drzwi widziałem i słyszałem, jak tam na dworze dudni i grzmi 
wichura jak na reklamie w wirującej pralce Weisser Riese, ukośnie niczym 
ś

nieg unosiły się przekwitłe płatki okwiatu czeremchy, tej czeremchy, pośród 

której korzeni pochowałem w zeszłym roku kotkę zmarłą na zapalenie płuc. A 
kiedy się tak po godzince ocknąłem, powiedziałem sobie, Ŝe gdyby Pyrrus nie 
został w Argos zamordowany przez staruszkę, nie zmasakrowano by w Rzymie 
Juliusza Cezara... i gdyby Cassius miał minutę przewagi albo minutę straty, to 
by tam na mostku przez weleńską strugę nie leŜał zabity kotek i ja nie 
musiałbym przeŜywać straszliwej trwogi, Ŝe to, co się tam stało, stało się 
mojemu ulubieńcowi, Ŝe zdarzyła się tam pewna rzeczywistość moŜliwości jako 
moŜliwego, mówiłem sobie, absolutnie zgodnie z Arystotelesem... 

A potem wziąłem pustą plastikową torebkę i wyszedłem, tam, koło 

przystanku, wytęŜyłem wzrok i zobaczyłem tam w dali, Ŝe pośrodku drogi leŜy 
coś czarnego niczym ogromny pluszowy bambosz, pluszowy but z cholewką, 
wobec tego pod wiatr i w gwałtownym słońcu na-szyłem i widziałem, Ŝe znad 
tego pluszowego niby to bambosza tam na drodze unoszą się czarne ptaki i spa-
dają znów tam, skąd wzbiły się do lotu... A kiedy juŜ niemal doszedłem aŜ tam, 
do kładki nad weleńską strugą, zobaczyłem, Ŝe dwa kruki wznoszą się cięŜko, 
jeden z czarnymi kocimi łapkami w szponach, drugi zaś kruk ciągnie za sobą po 
przekątnej resztę kociego bezkształtnego juŜ ciała... No i doszedłem aŜ tam, 
gdzie na jezdni była wielka plama krwi i odłamki kości, gdzie leŜała przede 
mną rzeczywistość jako moŜliwość moŜliwego... ach, mówię sobie, te fatalne 
minuty i mgnienia moŜliwości moŜliwego... 

No i juŜ od kilku dni jeŜdŜę znowu do Kerska, koty prowadzone przez 

Pomarańcza wychodzą mi naprzeciw niczym jedwabny wicher, te ciepłe 
powiewy nie ustępują, nie ustają, juŜ od dwu tygodni nie słabną, słońce szaleje, 
a jego szaleństwo i mnie się udziela, juŜ nawet nie jem, a jeśli juŜ, to w barze 
zupkę, po której zbiera mi się na wymioty.. a potem, kiedy rozdam to, co 
kupiłem dla kotów, zawsze kawałek mięsa kładę na miśnieńskim talerzyku i 
stawiam go na schody, w chłodzie.., bo a nuŜ przyjdzie Cassius? 

 

A poza tym odwiedziła mnie sąsiadka aŜ od Sztulików, Ŝe na jej parceli w 

sidła na zające wpadł czarny kot i pętla go udusiła, czy to aby nie mój Cassius? 
Ale ja nie miałem dość odwagi, by popatrzeć na czarnego martwego kota w 
drucianej pętli.., wolałbym juŜ, aby Cassiusa spotkał taki los, jak to widziałem 

background image

w Dreźnie na obrazie Rembrandta... Morski orzeł porywa Ganimedesa... by 
Cassiusa porwała ogromna kania... 
 

Ps 
I tak oto przyjechałem wczoraj do Kerska autobusem, przez las i okolicę dął 

wciąŜ wściekłe jedwabny wietrzny powiew, znów miałem czerwony plecaczek 
z uniwersytetu w Chicago i niebieską plastikową torebkę z salcesonem i 
konserwami „Tatra” z niesłodzonym mlekiem, i rogaliki, i jak zawsze wyszły 
mi naprzeciw te moje koty prowadzone przez Pomarańcza, przyszły nawet koty 
z sąsiedztwa, które są u mnie na garnuszku... 

Idę pochylony do przodu, a koty niemal unoszą się w tym jedwabnym 

ciepłym wichrze... I cóŜ to ja widzę? Tam na końcu, przy samej furtce w płocie 
z pomalowanych na zielono i biało sztachet, tam siedzi Cassius, ma 
przymknięte oczy i sierść mu się trzepoce i lśni wygładzona powiewami... 
podszedłem aŜ do niego i wysunąłem palec, a on szturchnął opuszek palca 
wskazującego, upał w Kersku panuje tak wielki, Ŝe czeremcha u sąsiadów juŜ 
przekwita i sypią się na nas okwietne płatki... 

— GdzieŜeś, ty draniu, był? — pytam i Męczę koło Cassiusa, i obu nas 

niczym confetti przysypuje przekwitająca czeremcha... 

A potem wszedłem na parcelę i rozdałem kawałki salcesonu z indyka, a kiedy 

przyniosłem ze schodka talerzyk z miśnieńskiej porcelany z kawałkiem 
kurczęcia dla jaśnie pana Cassiusa, on po raz pierwszy zaczął jeść z garnczka 
razem z pozostałymi kotami, i wzgardził moimi względami, a potem z innymi 
kotami chłeptał mleczko i całą tę kocią sforę przysypywała przekwitłymi 
płatkami okwiatu ogromna czeremcha... A potem Cassius pogodził się i wpadł 
do mojego domku, i tam rzucił się na rozesłane łóŜko, pełne białych confetti 
futerko wcisnął w zieloną poduszkę i utkwił we mnie te swoje niemal ludzkie 
oczy... 

Jest tak jak mówię i na tym koniec. 

 

1 maja 1993 roku w Kersku