DOBRANOCKA
DLA CASSIUSA
Bohumił Hrabal
Poganie wiary nie znając prawdę odkryli...
Chrystus
Dziś jest niedziela, nastawiłem radio Wiedeń, zaczęły się wiadomości w
języku francuskim, otwarłem drzwi i Cassius wtargnął do mnie jak czarny
delfin, jak czarny pogrzebowy kucyk, co to ciągnie bęben... i naraz usłyszałem
w wiadomościach:
— Alexandre Dubczek est decede a Prague...
umieram, Cassiusie, opuścił ten świat mój przyjaciel, a ty będziesz dziś
czarnym przewodnikiem konduktu pogrzebowego moich jasnych wspomnień o
Saszeńce Dubczeku, o którym napisałem kiedyś, Ŝe ciągiem dwustu ton
zostanie za pomocą rakiety Atlas wyniesiony na orbitę i będzie tam królować aŜ
po dzień dzisiejszy...
Napisałem, Cassiusie, i kiedy mnie pytano, co myślę o wyborze Gorbaczowa,
wówczas, w kwietniu, napisałem do włoskiego „Expressu”, Ŝe jego los nie
będzie się róŜnił od losu Saszeńki Dubczeka... i Ŝe Gorbaczow ma takie same
oczy, jakie miał Saszeńka Dubczek, jakie miał Chrystus, kiedy modlił się na
Górze Oliwnej:
— Panie, jeśli moŜesz, odwróć ode mnie ten los...
No i, Cassiusie, juŜ to mamy... Alexandre Dubczek est decede... Denatus. Jak
wyrzeźbiono na grobowcach biskupów i opatów w Regensburgu, w Ratyzbonie,
gdzie przyjmowali chrzest pierwsi ksiąŜęta czescy..
Jesteś pierwszy, Cassiusie, kto usłyszał tę wiadomość, i te informacje o tym,
jaki program nadawać będzie wiedeńska telewizja, a właściwie radio... Druga
symfonia Gustawa Mahlera, symfonia Auferstehung, którą mam tu na stole, na
taśmie magnetofonowej, a symfonia ta nosi nazwę Tytan...
Wczoraj, Cassiusie, kiedy rozmawialiśmy o tym, jaki film chciałby kaŜdy z
nas zobaczyć, powiedziałem:
— Śmierć w Wenecji z Czwartą symfonią Mahlera na ścieŜce dźwiękowej...
Tak jakbym, Cassiusie, przeczuwał juŜ to, Ŝe w Pradze umiera Saszeńka,
Saszeńka, który szukał mnie raz w „Tygrysie”, a mnie tam nie było.., moŜe
gdybym z nim porozmawiał, to rozmowa ta stałaby się tym motylim skrzydłem,
które zmieniłoby cały jego los i Saszeńka byłby jeszcze wśród nas...
jednakŜe, Cassiusie, nikt nigdy nie wie, o co prosi... teraz Saszeńka jest
denatus, est decede, polityka była jego Losem i króluje teraz na orbicie
chrześcijańskiego i komunistycznego nieba, piękny chłopak, człowiek, który —
kiedy widziałem go na Zamku, gdy owej praskiej wiosny wręczał mi medal
laureata za film, gdzie bohater wylatuje na końcu w powietrze w imię wyŜszego
celu, za film Pociągi pod specjalnym nadzorem, nie mogę, Cassiusie,
zapomnieć, Ŝe kiedy wychodził z wyłoŜonych tapetą drzwi wraz z prezydentem
i innymi przedstawicielami rządu i partii, oślepił mnie wprost, bo wokół całej
postaci Saszeńki Dubczeka... bo cała jego postać tchnęła blaskiem, dokoleńka,
dokoła, tak jak aureola otaczała Ignacego Loyolę...
to pierwszy szlachetny komunista, który króluje we wspomnieniach, a
faktycznie takŜe w chrześcijańskim niebie...
będziesz tu, Cassiusie, ze mną jako gość Ŝałobny, będziesz przewodnikiem
moich myśli, przewodnikiem konduktu pogrzebowego, podczas gdy te tam na
dworze, te cztery czarne kocurki, chłopaki, będą siedzieć na stole niczym
grabarze, bo dzisiejsza niedziela jest dniem Ŝałoby...
A więc, Cassiusie, aniele boŜy, stróŜu mój, strzeŜ nie tylko mnie, ale i
duszyczkę świętego Saszeńki, a zrządzeniem wyŜszych mocy, przypadkiem,
który ma sens, nawet radio wiedeńskie będzie nadawać dziś symfonię Auferste-
hung, symfonię Tytan... jako pierwsze requiem za tego, który nas, Cassiusie,
wyprzedził, który był natus na Słowacji, a denatus w Pradze... I do tego Na
Homolce. Panie, jeŜeli moŜesz, odsuń ode mnie ten kielich... ale Saszeńka był
bohaterem i wypił ten kielich do dna...
Umarła nam, Cassiusie, Pipsi, nie mam nikogo, moje dzieci odeszły juŜ w
nasieniu, no i jestem tutaj... a ty przy piecu czyścisz sobie czarne futerko na
pogrzebową niedzielę...
Rakietą Atlas wyniesiony został na niebieską orbitę. Auferstehung
Symfonie... juŜ za Ŝycia jest z Saszeńki... Tytan... A polityka, Cassiusie, to los.
Ps .
Kersko, 8 listopada 1992 roku, ciepło, pada drobny deszcz. Cassius po raz
pierwszy leŜy ze mną w łóŜku i mruczy. Filharmonia wiedeńska pod batutą
Claudia Abbada skończyła o godzinie 12.45 Drugą symfonię Gustawa Mahlera,
Auferstehung, a Pierwsza symfonia nosi tytuł Tytan.
MAGNA CHARTA 92
Ulotka reklamowa
Motto:
Ivan szczał wczoraj koło parlamentu.
Z dziennika intymnego Egona Bondy’ego (Pl 090, s. 47)
Ivo Vodsed’alek stworzył w swoim Ŝyciu, przez całe to swoje barwne Ŝycie,
pięć ksiąŜek, przeŜycia i liryczne wzruszenia, gagi i sci-fi, które w jego Ŝyciu
przeplatają się z sytuacjami granicznymi Karła Jaspersa, i w ten oto sposób,
często bez alegorii i symbolu, autor uprzejrzyścił nam nasze istnienie. Jego
wiersze przypominają dwadzieścia dwie karty tarota, filozoficznej gry EL
GRAN TAROT ESOTERICO, karty liczące sobie wiele tysięcy lat, które
stanowiły źródło natchnienia dla Raimundusa Lullusa w trzynastym wieku, a w
wyniku tej inspiracji powstała jego ARS MAGNA, księga ta z kolei natchnęła
Hieronima Boscha i stworzył plastyczne dzieło późnogotyckiej moralności...
jego zaś styl i formy sięgają aŜ po paranoicznokrytyczną metodę Salvadora
Dali...
A ja ten pentateuch Ivo Vodsed’alka nazywam Magna Charta Libertatis, tych
pięć ksiąg to niegorliwa gorliwość poety, który mógł sobie pozwolić na ten
luksus pisania jedynie dla siebie i swoich przyjaciół. W owych pięćdziesiątych
latach Ivo zawarł Sternenfreundschaft ze swoim przyjacielem Egonem Bondym,
który chyba tylko dla niego przełoŜył Galgenlieder Christiana Morgensterna, i
tak obaj poeci jako point de depart znajdowali natchnienie w dada i absolutnym
humorze Palmstroma oraz von Korfa. Itak oto dwaj prascy poeci, obaj zapaleni
marksiści, a przy tym dzieci z rodzin high snobiety, chodzili ulicami i placami,
odwiedzali restauracje i bary; kawiarnie i skwery centrum Pragi i jej
przedmieść, aby swoimi totalnymi wierszami obalać z wolna, lecz nieuchronnie
pomniki poetyzmu i przekształcić je w nowy styl Ŝyciowy marksistowskiej
cyganerii.
Kochana Kwiecieńko, Ivo Vodsed’alek mógł sobie pozwolić na ten luksus
wykształcenia sięgającego niemal polihistorii, a co więcej — namiętnie jeździł
na nartach i na łyŜwach, i pływał, i w ogóle namiętnie oddawał się podróŜom i
sportom, tak jak praski pisarz Franz Kafka... i nie miał Ŝadnego powodu, by stać
się sygnatariuszem Karty 77... napisał pięć ksiąŜek, które tworzą jego Magna
Charta 92, Nietzsche sparodiowałby ją zniekształcając zdania Kanta: Ding an
sich selbst in allen Dingen... na: Charta an mich und fur mich in allen Dingen...
I tak oto Ivo Vodsed’alek, zawsze elegancko ubrany, z kolorowym krawatem
i w luksusowych bucikach, odwiedzał praskie lokale i mieszkania i tam
chętnym słuchaczom deklamował swoje wiersze i dzięki temu przesunął lata
pięćdziesiąte aŜ ku tej swojej egzystencyjnej, egzystencjonalnej sytuacji, kiedy
mógł sobie pozwolić na ten luksus i latać z nieznajomymi w swoich balonach,
boć przecie nie tylko pisanie, ale i latanie jest takie łatwe...
A przy tym nadal podziwiał sowieckie plakaty i filmy, nadal kochał rosyjskich
malarzy, którzy nie ulegli czarowi nowoczesności... a przy tym długie godziny
poświęcał na czytanie Biblii oraz reklamowych i politycznych sloganów, i z
powycinanych tak tekstów układał literackie kolaŜe, myśląc przy tym o
Tertulianie... Credo, quia absurdum est... i rozwaŜał podczas przechadzek po
Pradze, zastanawiał się nad Mikołajem z Kuzy, ile racji jest w jego Docta
ignorantia...
Dlatego Ivo, mieszkając na piątym piętrze przy alei 28 Października, zamawiał
taksówkę, by go zawiozła do gospody „Pod Trzema Białymi Barankami”
znajdującej się tuŜ obok, po przeciwnej stronie ulicy..
Myślę, Ŝe wszystkie te pięć ksiąŜek, które opublikowała „Praska Imaginacja”,
zainteresuje nie tylko historyków literatury, lecz takŜe dziejów rozwoju ducha
ludzkiego epoki, filozofii i socjologii, zwłaszcza recesji, a jeszcze bardziej
happeningu, tak jak Friedrich Nietzsche objął swoją filozofią wszystkie
kategorie nauki i sztuki. Poprzednikiem Iva Vodsed’alka w recesji był prezes
praskich recesjonistów, syn właściciela zakładu pogrzebowego Schonbach,
gdzie w piwnicy stały trumny, a po węgiel chodziło się na parter, a ja
mieszkałem na piętrze u detektywa policji obyczajowej, który w wolnych
chwilach chętnie czytywał Biblię...
Stowarzyszenie recesjonistów w latach pierwszej republiki wynajęło wóz
meblowy w firmie „Holan” i sześciu siłaczy pod przywództwem studenta
Schonbacha wynosiło później i wnosiło do sieni i podwórek kamienic przy
placu Świętego Wacława leciutkie bambusowe pręty, po trzech, przez całe
przedpołudnie, po południu zaś z kolei spoceni wynosili te pręty z podwórza i
ładowali z powrotem do wozu meblowego z firmy „Holan”, po czym,
wyczerpani, siadali na schodkach i ocierali pot z czoła...
Oczywiście, Ivo Vodsed’alkowi wystarczała do recesji taksówka.
Kochana Kwiecieńko... mieszkałem na Libni, przy ulicy Na Krawędzi
Wieczności, ta ulica i mój dom został rozebrany, zburzony... ale pozostał dom
numer pięć, „U Husyty”... i codziennie idąc na autobus przechodzę obok tego
domu, gdzie nad wejściem do jakiegoś sklepu znajduje się na fioletowym szkle
Ŝ
ółta reklama:
GOVINDI‚ MIĘDZYNARODOWE TOWARZYSTWO ŚWIADOMOŚCI
KRISZNY...
na wystawie prezentowane są ksiąŜki i taśmy magnetofonowe z
Upaniszadami i Sziwą, i Kriszną... i przychodzą tu młodzi ludzie, siadają przy
stołach, piją herbatę i w milczeniu pochylają się nad otwartymi ksiąŜkami, tak
jak kiedyś dwaj poeci prascy, którzy zawarli Sternenfreundschaft i poświęcali
się takŜe indyjskiemu buddyzmowi zen...
Dziś, kiedy przechodziłem obok „Govindi, międzynarodowe towarzystwo
ś
wiadomości Kriszny”, miałem widzenie jak kiedyś Egon Bondy.. kiedy pisał
wiersz o tym, jak nad Kremlem w samolocie leci Stalin w szlafroku w
stokrocie...
Choć przed nim dali woalka
widzi Vodsed’alka
co czyta Vitezslava Halka.
Łza kręci mu się w oku
i juŜ gotów do skoku...
a ja widziałem Vodsed’alka czytającego w pałacu Kriszny, Govindi, przy mojej
dawnej ulicy Na Krawędzi Wieczności, bo w tym kraju, gdzie przyszedł na
ś
wiat takŜe Zygmunt Freud, dzięki pięciu tomom Ivo Vodsed’alka wszystko jest
moŜliwe. Dzięki tekstom Zygmunta Freuda oraz Ivo Vodsed’alka moŜemy
znaleźć się nawet w królestwie tagtrojmów, w królestwie interpretacji snów i
histerii, dzięki jego psychopatologiom dni powszednich...
Ps
Oczywiście, kochana Kwiecieńko, Marlon Brando and Vladimir Mećiar and
Ivo Vodsed’alek nie muszą podrywać kociaków...
DOBRANOCKA NA BOśE NARODZENIE
Motto:
J. Svoboda przewodniczący Czechosłowackiego Związku MłodzieŜy w swoim
oświadczeniu:
Jestem głęboko przekonany, Ŝe data 25 listopada 1992 roku wejdzie do
wspólnej historii Czechów i Słowaków podobnie jak egzekucja panów czeskich
w 1621 roku, utworzenie wspólnego państwa 28 października 1918, układ
monachijski 1938, aprobata układów jałtańskich i teherańskich 1948 i agresja
wojsk Układu Warszawskiego 21 sierpnia 1968.
„Rude pravo” (ukazało się w nakładzie 338 240 egzemplarzy)
Słuchaj no, Cassjusie, ośle jeden, kiedy pracowałem jako dyŜurny ruchu w
Kostomłotach kolo Nymburka miałem wspaniały mundur, wspaniały płaszcz,
na lato wspaniałą lustrynową bluzę... ale co tydzień gubiłem gwizdek, na
ktoryrn odgwizdywałem gdy pociąg osobowy miał odjechać, sygnał WM 9,
konduktorzy pociągów na miejsca —i konduktorzy i kierownicy pociągu
unosząc rękę dawali znak, Ŝe wszystko jest gotowe.., bon, ale ja co tydzień ten
gwizdek gubiłem lub gdzieś zapodziewałem, i wobec tego WM 9, konduktorzy
pociągów na miejsca, gwizdałem na palcach, tak się tego nauczyłem, Ŝe
wkrótce ludzie z Łysej i Nymburka tylko dlatego jeździli przez moją stację...
— Spójrz no, Józeczku, zaraz będzie stacja, gdzie pan dyŜurny ruchu
gwiŜdŜe na palcach...
no i, Cassiusie, nawet Chmelec, najwyŜszy pan wszystkich dyŜurnych ruchu,
przyjechał tam umyślnie w wagonie słuŜbowym, aby na własne oczy tę hańbę
zobaczyć, kupił mi gwizdek, i dał mi go, i powiedział, Ŝe sam dyrektor kolei
ś
elezny w Gródku Królowej jest zaniepokojony tym odgwizdywaniem sygnału
WM 9 na palcach... Zawiadowcy kupiła dyrekcja Gródek cały tuzin gwizdków
na zapas, ale ja co tydzień gubiłem nadal trzy gwizdki i podróŜni wciąŜ jeździli
przez moją stacyjkę, aby pokazywać dzieciom...
— Teraz będzie ta stacyjka...
I tak to było — nie zawsze, ale często gwizdałem na palcach... I słuchaj,
Cassiusie, ośle jeden, teraz z kolei jeŜdŜą podróŜni autobusem przez przystanek
„Przy Ławeczce”, a kiedy wysiadam, wszyscy siedzą przy oknach i własnym
oczom nie wierzą, Ŝe w tej mojej alejce numer dwadzieścia cztery czeka na
mnie dwanaście kotów wychodzą mi naprzeciw, prowadzi je Pomarańcz i
Czernidło, a ty, Cassiusie, trzymasz się z tyłu, zachowujesz naleŜny dystans, ta
banda czarnych kotów samczyków, i burych kotek i koteczek z Ŝabocikiem i
róŜowymi noskami wychodzi mi hurmą naprzeciw, i przewracają się na
grzbiety, i uśmiechają się do mnie z brzuszkami do góry, a ty, Cassiusie,
przychodzisz ostatni, wyciągam do ciebie palec, a ty łaskawie szturchasz go
nosem...
I tak jak kiedyś przed laty z powodu tego mojego gwizdania na palcach,
jeŜdŜą teraz ludzie autobusem, aby zobaczyć tę moją watahę kotek i kotów...
Rozsławiła ta moja horda przystanek autobusowy „Przy Ławeczce” w Kersku,
zupełnie tak samo jak kiedy ja w Kostomłotach gubiłem gwizdki i musiałem
sygnał WM 9 odgwizdywać na palcach... i ludzie stali przy oknach, i patrzyli na
mnie, jak obmacuję się i nie mogę gwizdka w Ŝadnej kieszeni znaleźć... I,
kochany Cassiusie, to twoje zachowywanie dystansu, to trzymanie się na
uboczu od tej watahy, uczyniło z ciebie Zaratustrę, bo wiesz, co to jest...
dystans, trzymanie wszystkich innych z dala od siebie...
Siedziałem w foteliku, Cassius na moich kolanach słuchał, mruczał,
trzymałem go za łapkę, wysuwał i chował pazurki, pochyliłem się tak jak
dawno temu, kiedy się z Cassiusem kochaliśmy, i liczyłem mu pazurki, a potem
brałem jedna za drugą jego łapki, podnosiłem je i nie szczędziłem całusów...
Pojednaliśmy się i ja opowiadałem mu wprost do uszka tę najmilszą historyjkę z
lat chłopięcych, kiedy przyjaźniłem się z panem Wanieczkiem, który pracował
przy torach, a kiedy na tym naszym Załabiu wracał z pracy, to jak była piękna
pogoda, długo mył ręce, mydlił i rozmarzał się na podwórku i śpiewał nie ską-
piąc głosu i uczucia:
Wiosła są długie, łódka niespora,
PójdźŜe, kochanko, juŜ wracać pora...
a potem:
Wokół noc cicha, ta noc majowa...
po czym z kolei:
Panna Stasia z panem Lolkiem
bardzo lubią tańczyć polkę...
I tak z namydlonymi rękoma słodko śpiewał, a ludzie na podwórkach i w
ogródkach słuchali, Józiek miał piękny głos.., później jednak, ni stąd, ni zowąd
pan Wanieczek, mój druh i przyjaciel, a ja tylko na to czekałem, krzyczał nagle:
— Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili!
A potem było słychać gniewne zamykanie okien i krzyk:
— Ta świnia Wanieczek! JuŜ wrócił z pracy!
A pan Wanieczek kończył myć ręce, a jego ogromna, stara jak Sybilla ciotka
waliła Józia w plecy i śmiała się, i pan Wanieczek śmiał się, aŜ łzy płynęły mu z
oczu, a ja wstydziłem się za niego, ale byłem szczęśliwy, Ŝe taki z niego
dadaista i recesjonista...
Kochany Cassiusie! Pewna mama skarŜyła mi się na to śpiewanie i ten
recytatyw pana Wanieczka...
— Proszę pana, proszę wybaczyć, ale ja mam córeczkę, ma pięć lat, nim
idzie spać, nauczyłam ją: „Aniele BoŜy, stróŜu mój, ty zawsze przy mnie
stój...”, ale kiedy juŜ juŜ zasypia, ta moja judytka tak jak ten bydlak pan
Wanieczek szepcze: „Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili”. I niech mi pan powie,
jak mam wychowywać te swoje dzieci? Sąsiadki teŜ w sklepiku narzekają, Ŝe
ich dzieci, które chodzą do szkoły powszechnej, teŜ ni stąd, ni zowąd, nawet w
klasach, wykrzykują: „Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili”, a mój mąŜ śmieje się,
aŜ brzuch mu się trzęsie, i powiada: „Daj Bóg, aby i u nas tak było... Nie jedli,
nie pili, tylko pierdolili”.
Aha! Mój Cassiusie, w telewizji przed dobranocką i po niej bywają reklamy...
a ja ci powiem o reklamach w moich złotych trzydziestych latach w Nymburku,
gdzie pisywałem juŜ wtedy wierszyki do „Gazety Obywatelskiej” i byłem
poetą... Co tydzień w tej „Gazecie Obywatelskiej” firma Hendrych, ulica
Palackiego, Koszule i Towary Galanteryjne, miewała takie choćby reklamy...
Bohumil Hrabal, poeta nymburski, został przejechany przez pociąg na trasie
między Kostomłotami a Kamiennym ZboŜem — ale nic mu się nie stało, bo
miał na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, ulica Palackiego, Nymburk.
Kiedy indziej znów:
Poeta Bohumil Hrabal spadł z wieŜy kościoła dekanalnego pod wezwaniem
Ś
więtego Idziego, ale Ŝe miał na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, ulica
Palackiego, Nymburk, nie odniósł Ŝadnych obraŜeń...
I jeszcze wiele innych pięknych reklam, a oto najpiękniejsza:
Na dziedzińcu hotelu „Zofiówka” na Załabiu załamała się pod Bohumilem
Hrabalem podłoga wygódki i —mimo iŜ po szyję w ekskrementach — poeta
został wyciągnięty z kloaki czysty, bo miał na sobie koszulę z firmy Miłan
Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego...
Ale, Cassiusie, stajesz się juŜ nerwowy, wbijasz mi pazurki w spodnie,
wobec tego opowiem ci tkliwą i poetycką dobranockę tylko dla ciebie. OtóŜ tak
jak z reklamami bywa dziś u nas takŜe z wyborami. W telewizji w
wiadomościach są co tydzień jakieś wybory i ten wyborczy uraz trwa juŜ drugi
rok... JakieŜ to, Cassiusie, było proste za komunistów, ale wtedy ciebie nie było
jeszcze na świecie... Wszystko było jasne, dziewięćdziesiąt dziewięć procent
wybrano juŜ z góry, ale przedstawienie musiało trwać! Ja po raz ostatni
głosowałem u siebie, w Kersku. W sobotę przed południem przyszedł komisarz
wyborczy i:
— Do licha, Bogusiu, gdzie jesteś? i nastawił urnę wyborczą: pudełko po
butach oblepione taśmą ostemplowaną pieczęcią rady narodowej... tekturowe
wieczko nacięte noŜem stanowiło tajny otwór do wrzucania kart wyborczych...
wsunąłem więc swoją kartę, a on: — Tam do licha, musimy jeszcze pójść do
Wery... dochodzi wpół do pierwszej, a my w Gródeczku zobowiązaliśmy się, Ŝe
do pierwszej będzie po wyborach... no i ja, jako członek miejscowej rady
narodowej, poszedłem z nim, z komisarzem wyborczym, który miał kiedyś
drogerię, a Ŝe nie wiodło mu się w interesach, został komunistą... i dotarliśmy
do parceli między lasami, w ogrodzie rosły drzewa owocowe i dojrzewały
czereśnie, napoleonki, chrupki, i komisarz niczym mszał niósł pudełko
wyborcze po butach, urnę wyborczą... a tam pośrodku ogrodu była drabina i w
koronie napoleonki stała tłusta Wera w krótkich spodenkach i zrywała owoce, i
drabina się kołysała... a my staliśmy na dole, pod koroną obsypaną czereśniami,
a w górze promieniało wielkie piękne dupsko, nic więcej poza tym dupskiem, i
zawieszony na haku u góry drabiny koszyk, i pulchne ręce zrywały z gałęzi i
wkładały do koszyka dojrzałe czereśnie...
— ToŜ ty, dziewucho — zawołał komisarz wyborczy— jesteś ostatnia... — i
wyciągał w górę pudełko — zejdź niŜej i wrzuć tu swój głos...
A z korony przejrzałych czereśni napoleonek rozległ się donośny głos młodej
kobiety:
— A idźcieŜ wy do dupy na raki razem z tymi swoimi wyborami! I tak to
wszystko gówno warte!
A komisarz zwinął dłonie w tubę i wołał w górę:
— CóŜ to, dziewucho, mówisz? Czemu urągasz i bluźnisz? Demokratyczne
wybory, a ty tak?! Zejdź na dół i weź udział w wyborach, bo nie dostaniesz na
Gwiazdkę specjalnego dodatku!
I ja spoglądałem z upodobaniem na to ogromne piękne dupsko na wysokości
pięciu metrów na chwiejącej się drabinie i czułem się tak, jakby mi ktoś
smarował piersi sadłem, tak piękny był teŜ płynący z góry głos młodej kobiety...
— Wsadźcie sobie w dupę ten wasz dodatek specjalny. PrzecieŜ niczego nie
zmienicie, mielecie tylko na próŜno Jęzorem...
A komisarz zwinął znów dłonie w tubę i wołał w górę:
— Co takiego? Nic się nie zmieni? Znów będzie BoŜe Ciało, w Nymburku, a
i komuniści będą mogli wziąć udział! I nie tylko BoŜe Ciało, ale będzie teŜ
znowu święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii...
A z góry dudnił i wołał głos młodej kobiety, zrywającej nadal czereśnie:
— Austriackie gadanie. Tak jak zawsze. Nic się nie zmieni...
A komisarz wyborczy znów wołał w górę:
— Co? Jeszcze za mało? Nawet ja pójdę i w BoŜe Ciało poniosę baldachim, i
przewodniczący miejscowej rady narodowej, a trzeci drąŜek ujmie w swoje ręce
ten z bezpieki. No tak — mówił komisarz i wziął tę urnę wyborczą i zaczął piąć
się w górę po drabinie. — Wrzuć tu tę kartę wyborczą...
A z góry dobiegał zgorszony głos kobiecy:
— Na Boga, dziadu jeden, ja tę kartę wyrzuciłam, ale jak się ta drabina
połamie, to cię tam na dole tak opaskudzę razem z tym wyborczym pudełkiem
po butach...
Ale, Cassiusie, uwaŜaj, ośle jeden, komisarz się nie poddał, wspiął się o
jeszcze jeden szczebel wyŜej i uniósł to pudełko...
— Obeszczę was! Nie chcę brać udziału w wyborach!
— wołał ostrzegawczo z góry grzmiący głos kobiecy... I komisarz wyborczy
powiedział smutno:
— Co to, to nie! Nie dopuściłabyś do wykonania czynności urzędowych, a to
by było jak zbeszczeszczenie hostu... — rzucił mi pudełko wprost w rozłoŜone
ręce i zszedł z drabiny, a będąc juŜ na dole, podniósł naboŜnie wzrok w górę i
powiedział: — AleŜ to, doktorze, piękna dupa, nieprawdaŜ?!
I tak oto, Cassiusie, skończyły się wybory w Kersku, na leśnej parceli, w
ogrodzie. Była to, Cassiusie, dobranocka dla ciebie i dla mnie. Ja wiem, Ŝe mnie
słuchałeś... i sprawiło ci to przyjemność, prawda? Ale teraz muszę ci
opowiedzieć o myśliwym, panu Francu... Kochał on, dopóki Ŝył na tym świecie,
księŜyc w pełni. I wybrał się z dubeltówką, minął Frankową Nogawiczkę,
przeszedł zagajnik i stał tam i czekał, aŜ nad leśnym duktem wzejdzie księŜyc, z
dubeltówką u nogi... I doczekał się... Nad łąką nad Cezą, tam, na drugim brzegu
Łaby, wzeszedł księŜyc
— opowiadał mi pan Franc — a ja stałem jak poraŜony i patrzyłem, i
zachwycałem się, jak ten księŜyc w pełni wyskoczył nad stare dęby, tam gdzie
wznoszą się ruiny zameczku, gdzie Eliszka Przemysłówna i jej dwórki pluskały
się i płukały sobie pizdy w srebrnopiennej Łabie, o czym napisał piękną
piosenkę kompozytor wojskowy Fućik... — opowiadał pan Franc, rozmarzony
jak artysta narodowy Franciszek Hrubfn. — I nagłe — ciągnął — leśną drogą
gaju Cegielna nadjechało cicho auto, wyskoczyła z niego kobieta — poznałem
ją: to przewodnicząca rady narodowej z Podiebradów — podbiegła aŜ do mnie,
jak tam stałem, niewidzialny w mroku, uniosła spódnicę, spuściła majteczki i...
obeszczała mi nie tylko dubeltówkę, ale i rzemień. Po czym przysłoniła znów tę
swoją piękną dupcię w pełni, opuściła spódniczkę i powiedziała: „Mamy to z
głowy”. I wskoczyła do samochodu, i pojechała z powrotem do gaju Cegielnia,
a ja patrzyłem na księŜyc w pełni nad letnią siedzibą czeskiej królowej —
opowiadał mi rozmarzony pan Franc.
Ten zamek na drugim brzegu rzeki, Cassiusie, bywał weekendy siedzibą
królowej... a jeszcze i dzisiaj, późnym popołudniem w lecie, niesie się przez
rzekę śpiew słowików.. ale zamek jest dziś ruiną w cieniu potęŜnych dębów,
dębisk... nazywa się Mydłowary, miły Cassiusie, ten zamek, a tę myśliwską
flintę pan Franc dostał od księcia Hoherilohe z Podiebradów..
A na koniec jeszcze kilka reklam z tych moich złotych lat trzydziestych...
Na Cygance, na Drahelskim przedmieściu, rozgorzała cygańska bójka, a byłem
tam i ja, gość honorowy, i choć mnie pokłuto noŜami, nic mi się nie stało, bo
miałem na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego...
i Ŝebyś wiedział, Cassiusie, wyświetlano wówczas w Nymburku film z Harrym
Pielem w roli głównej, a ten superhit nosił tytuł Niewidzialny... no i zdarzyło
się, Cassiusie, Ŝe przy pracy przy Ŝniwach u pana doktora Sedlaczka na Załabiu
podczas odbierania snopów wpadłem do młockami firmy Wichterle i Kowarzik,
ale nic mi się nie stało, bo, na szczęście, miałem na sobie koszulę z firmy Milan
Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego, zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy przy
alei Bolesławskiej spłoszyły się konie i wlokły mnie, poetę Bohumila Hrabala,
aŜ do Szafarzykowego Młyna, lecz po uwolnieniu mnie stwierdzono, Ŝe
sprzyjało mi jak zwykle szczęście, bo miałem na sobie koszulę z firmy Milan
Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego...
Oto co ja nazywam reklamą... I to bez namaczania!
I tak oto dzięki wspomnieniom, Cassiusie, Ŝyjemy klawo, Ŝyjemy w dechę. W
przededniu nacjonalizacji na placu wznosiła się juŜ boŜonarodzeniowa choinka
republiki, a pod nią stał fortepian, który przynieśliśmy z hotelu „Na
KsiąŜęcym”, nieopodal fontanny, a ja grałem na nim, a nymburskie „Bajo trio”
ś
piewało rozkosznie ostrawską piosenkę o tym, jak...
Oj, pyry są klawe, oj, pyry są w dechę...
I zerwał się wiatr, od wschodu, przez plac przed kościołem, a potem obok
restauracji Fidrmuca wtargnął, wdarł się na nasz plac. „Bajo trio” śpiewało
właśnie:
Oj, zdroju głęboki, oj, ty zdroju w lesie, powiedzŜe, ach, powiedz,
co czas nam przyniesie.
a kiedy to wichrzysko zwaliło drzewko republiki, ludzie się rozpierzchli, a
pień świerku z lampionami, które juŜ świeciły gałęziom na drogę, rozpołowił
fortepian, klawiatura rozprysła się aŜ gdzieś w podcienie, a mnie przywaliły
ś
wierkowe konary... i cóŜ ja ci będę Cassiusie, mówił, lecz kiedy mnie uwolnili
spośród tych niemal śmiercionośnych gałęzi, okazało się, Ŝe nic mi się nie stało,
bo miałem na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, Nymburk, ulica
Palackiego... I tak Ŝyję sobie klawo, Ŝyję sobie w dechę...
PS
Nigdy, Cassiusie, nie czułem się tak dobrze.., siedzisz mi na kolanach, a ja
ujmuję te twoje pluszowe łapki jedna za drugą, otwieram ci róŜowy pyszczek,
wargi i nosek masz czarne, oczy złote z kropką brązowej kawy pośrodku,
fałdeczki na karku masz fala za falą w aksamitnej czerni, jesteś wspaniałym
zapaśnikiem, a mnie jest klawo. A ty masz czarne miękko aksamitne jajeczka,
jak wydra, wyderka, wydra. Słuchaj no, Cassiusie, ty mój czarny ośle, coś ci
powiem. Gdybyś był odrobinę ładniejszy, wyglądałbyś jak premier Vladimir
Mećiar. A to juŜ coś znaczy..
Kersko, Świętego Mikołaja 1992 roku
Tekst mający dwa tygodnie montuję posłuŜywszy się przedtem noŜyczkami
NON PLUS ULTRA 18. H Eicken und Sóhne, Solingen‚ Germany. I nic mi się
nie stało!
Ś
WIĘTO NIEWINIĄTEK
Dziś, Cassiusie, nie będę ci nic opowiadał, dopiero pod wieczór, gdy
nadejdzie pora dobranocek... Bo i ja mam juŜ kłopoty z głową, dlatego jedynie
tobie mogę opowiadać dobranocki — i tak nie bardzo wiesz, o co chodzi...
wsłuchujesz się raczej w melodię, w ton mojego głosu... Bo ja jestem juŜ w
sytuacji, Ŝe bezskutecznie otwieram inny wieŜowiec niŜ ten mój, Ŝe otrzymuję
widokówkę, kładę ją na stole, a potem zamiast okularów biorę tę widokówkę i
starannie czyszczę ją chusteczką, bardzo starannie czyszczę tę widokówkę,
najpierw z prawa, później z lewa, a potem chcę włoŜyć okulary, ale podnoszę
do oczu tę widokówkę, starannie wyczyszczoną, po czym ogarnia mnie
przeraŜenie.., okulary leŜą obok czyściuteńkiej widokówki...
ale, Cassiusie, to tak między nami, mogę to powiedzieć jedynie tobie, bo nie
rozumiejąc nic z tego, co mówię, rozumiesz wszystko...
ale, ale, w czwartek, kiedy kupowałem wam coś do jedzenia, pozwoliłem sobie
na luksus, zamówiłem sobie zupę w „Kotleciku” naprzeciwko Klubu
Sportowego Neumanna... na ladzie stoi juŜ talerz z nalaną kartoflanką, płacę
dziesięciokoronowym banknotem, biorę łyŜkę, kosztuje ten ziemniaczany
przysmak wraz z bułką sześć koron... ekspedientka wydaje mi dwie monety
dwukoronowe reszty, a ja, głęboko zamyślony, wrzucam te dwie dwukoronówki
do zupy, niosę pełny talerz do wysokiego stołu, tu jada się tylko na stojąco, w
głębokim zamyśleniu mieszam łyŜką tę bardzo gorącą kartoflankę i kruszę do
niej bułkę, bo to jest juŜ takŜe mój cygański obiad, i jem zupę, a na dnie
pobrzękują te dwie monety... i przeraŜona sprzedawczyni nie wytrzymała i
podeszła:
—My tu drŜymy ze strachu, czy aby nie połknie pan tych dwóch
dwukoronówek...
A ja na to:
—AleŜ nie, robię to, aby tych drobnych nie pogubić!... i jem, jestem
przeraŜony: co teŜ ja wyrabiam, Cassiusie, to zupełnie tak jak z tą widokówką i
okularami, zaczynam, Cassiusie, mieć juŜ na dobre kłopoty z głową, ale... juŜ
moja mamusia mówiła o mnie, kiedy miałem siedem lat, Ŝe bardzo często
bywam zatopiony w marzeniach...
Oczywiście, Cassiusie, muszę ci przed dobranocką opowiedzieć o Franiu
Hrubinie, poecie, który rano wpadał chętnie do Szuterów na flaki, tam gdzie
wczoraj pił, i pił, i pił... no i pewnego razu zamówił sobie te flaki, a Ŝe wydały
mu się zbyt słabe, nie miały szyku, nie były w stylu, wyciągnął wobec tego
zielony banknot stukoronowy, w zadumie podarł go na strzępy, wrzucił te
postrzępione skrawki do talerza, pięknie to łyŜką wymieszał, a potem zaczął
zajadać z apetytem i zachwycał się:
— No, teraz to ma odpowiednią moc...
ale, Cassiusie, siedział obok niego wówczas jeszcze biedny poeta Fikar, ze
złoŜonymi rękoma wpatrywał się w ucztującego Frania Hrubina, poetę, który
był dla niego wzorem... i nagle:
— Nie mógłbyś mi, Franciszku, poŜyczyć sto koron?
A Franio wycierając sobie starannie kąciki ust chusteczką, wskazał pusty
zatłuszczony talerz i powiedział:
— Ześ teŜ, ośle jeden, nie powiedział wcześniej. Ostatnią setkę właśnie
zjadłem!
Ale, Cassiusie, mnie juŜ to moje pisarstwo draŜni, moŜe to tak trwać do mojej
ś
mierci, ciągle tylko same dekoracje i protokoły... A ja bym chciał zacząć coś
innego, coś, gdzie jest mój i twój los... A więc w niedzielę, podgrzewałem dla
was mleko i nakruszyłem do ogromnego sagana rogaliki, a kiedy podniosłem
wzrok, tam, przy furtce, stał wielgachny człowiek, cały na biało, miał czarne
oczy i czarną brodę, i waŜył z pewnością cetnar.
— O co chodzi? — pytam.
A on mi powiada, Ŝe przyjechał samochodem aŜ z Turnowa i Ŝe czeka tu
tylko na mnie.
A ja mówię:
— To ładnie, ale ja mam dnę i nerwy w rozsypce... Wobec tego: w
telegraficznym skrócie.
A on, Ŝe nie idzie o niego, ale o jego siostrę, która ma nerwy w strzępach,
posyła go więc, nie Ŝeby ze mną chciała, ale Ŝe musi ze mną porozmawiać...
A ja znów:
— W czym rzecz? Ale w telegraficznym skrócie!
I ten olbrzym szedł do mnie powoli i zionęło od niego uporem i gniewem, i
skargą, a mnie ogarnął niepokój i mówię:
— Ale o co chodzi. I proszę w telegraficznym skrócie! A on znowu; Ŝe jego
siostra potrzebuje adwokata i doradcy i Ŝe to mogę być tylko ja.
A ja powiadam, Ŝe niech sobie znajdzie psychiatrę, Ŝe ja juŜ dwa razy
leŜałem na oddziale neurologicznym na Bulovce, niech więc i on tam pójdzie...
Ale ten olbrzym, Ŝe za rogiem czeka jego samochód i Ŝe pojedziemy razem
do Turnowa...
A ja mówię:
— Wie pan co? Niech pan idzie do wszystkich diabłów! Ja jestem w takiej
samej sytuacji jak pańska siostra, jak pan twierdzi... I proszę się wynosić, jest
pati na moim terenie! No, niech pan idzie.
I on wycofał się, i stał tam nadal na rogu, a ja, Cassiusie, bałem się, choć nie
tak dawno mówiłem sobie, Ŝe jestem juŜ Immanuelem, Dziecięciem BoŜym, Ŝe
juŜ się nie lękam, Ŝe nic mi się juŜ nie moŜe stać.
No i, Cassiusie, nie spałem, juŜ znowu wiał z Austrii ten suchy wiatr, juŜ
znowu księŜyc zmierzał do pełni, jeździłem koło południa do was, do Kerska,
siedziałeś mi na kolanach, a kiedy po południu wróciłem do Pragi, poszedłem
do „Tygrysa”,a potem do domu i wcześniej połoŜyłem się do łóŜka, wziąłem
proszek nasenny... a tu ktoś zadzwonił do drzwi mojego mieszkanka, wstałem i
rozmemłany, w gatkach, bo nawet piŜamy nie włoŜyłem, patrzę na budzik, wpół
do dziesiątej, idę i otwieram, a tam stała kobieta, wyglądała jak piłkarz pan
Kwaśniakk albo jak sowiecka koszykarka, i patrzyła na mnie, i zionęły z niej
upór i gniew..
A ja mówię:
— O co chodzi? Proszę popatrzeć, jak ja wyglądam, wstydzę się, ale niech
pani wejdzie...
Weszła więc, ale w drzwiach do pokoju, gdzie ja juŜ usiadłem, oparła się o
futrynę i na moje zaproszenie, aby usiadła, powiedziała:
— Pod domem na mnie i na pana czeka taksówka, pojedziemy do Tarnowa...
— AleŜ ja — powiadam — nigdzie nie jadę, nie chcę i nie mogę, czy nie wie
pani, co się stało z panem Jerzym Svobodą, kiedy otworzył drzwi?
Ale ta dama, od której zionęło zaciętością i gniewem, mówiła:
— Jak telegraficznie, to telegraficznie... Osiągnęłam szczyt pustki,
wyrzucono mnie ze szkolnictwa, bo rzekomo cierpię na megalomanię.., ja tylko
potrzebuję świadka... autorytetu w znajomości ludzkiej psychiki. I ja wiem, Ŝe
powinnam się zwrócić do pana, choć się pan opiera i posłał pan do wszystkich
diabłów mojego brata. To moja ostatnia próba... Inaczej to koniec.
Odpowiedzialność spoczywa w pańskich rękach, mam nadzieję, Ŝe wie pan, co
pan robi... Jedzie pan ze mną?
— Na Boga — powiadam — ja nigdzie nie jadę. Słyszy pani? Ja jestem juŜ
w tym swoim wyrze!
Odwróciła się, w drzwiach na korytarz obróciła jeszcze głowę i zawołała, i to
wołanie było teŜ w jej ogromnych oczach:
— Nie pojedzie pan ze mną taksówką?
A ja na to:
— Nigdy, nigdzie...
A ona zatrzasnęła za sobą drzwi i juŜ zjeŜdŜała windą z piątego piętra na dół,
gdzie czekała na nią ta jej taksówka...
A ja, Cassiusie, który nie chciałem pisać juŜ swojego dziennika, swoich
protokołów, swoich dekoracji, poczułem naraz, Ŝe jestem wciągany dokądś,
gdzie nie chciałem być... gdzieś tam, gdzie wydarzenie liryczne nabiera
charakteru fatalistycznej fantazji, gdzie zaczyna się punkt przecięcia wydarzeń,
które wymykają mi się z ręki, to, za czym tęsknili tylko wizjonerzy... A w trzy
dni później dostałem w Kersku list, gdzie to, co mi powiedziała ta dama, którą
szkolnictwo oskarŜa o megalomanię, opowiedziała raz jeszcze drukowanymi
literami.., to, co powiedziała mi na Sokolnikach, podczas gdy na dole czekała
na nią tumowska taksówka...
JuŜ mi, Cassiusie, zaczynało być wszystko jedno, juŜ „Pod Złotym Tygrysem”
dostałem pieczeń wieprzową z musztardą i chrzanem, zjadłem wszystko,
wypiłem cztery piwa, i znów byłem zirytowany i wymyślałem swoim
przyjaciołom, a potem z zielonym plecakiem marki Jansport wlokłem się ulicą
Husa, potem koło Klementinum i ulicą Karpią, i wstąpiłem do baru...
poprosiłem o zapakowanie czterech naleśników, czułem pod palcami, Ŝe są
twarde, ale jadąc taksówką na Sokolniki, zjadłem je, i czułem się tak, jakbym
jadł cztery zwinięte rulony papy... a potem wszystko mi się w Ŝołądku pomie-
szało, ustawiło się na sztorc, te omlety z papy z konfiturami, po czym zacząłem
się dławić, ale wszystko we mnie pozostało i drogi Ŝółciowe musiały się zdobyć
na nadludzki wysiłek... A do tego księŜyc był w pełni, połoŜyłem się i nadal się
krztusiłem, okręcałem się w prześcieradło, co minuta budziłem się i patrzyłem,
która godzina... i tak tymi półgodzinkami dowlokłem się aŜ nad rano, to wszyst-
ko nieczyste w mojej głowie wyznaczyło sobie tej nocy spotkanie, i czułem do
siebie pogardę, wyrzucałem sobie wszystko, czego się kiedykolwiek
dopuściłem i czego inni dopuścili się wobec mnie...
Jutro musisz zacząć nowe Ŝycie — mówię sobie. — Pojedziesz na Diablice
po pieniądze i pójdziesz się ostrzyc.
Wiesz, Cassiusie, taki mam zwyczaj: kiedy czuję się podłe, idę na
postrzyŜyny, ostrzyc się...
A teraz, Cassiusie, uwaŜaj! Rano chciałem przede wszystkim pojechać do
Kerska, do was, koteczki. Siedziałem więc na ławce w poczekalni autobusów na
Sokolnikach i czekałem na swoją „162”, ale z góry od Cieplic i Dresden
nadjeŜdŜał samochód cięŜarowy z przyczepą, firma Schón z Memmingen, który
przewoził rzeźne cielęta i owce.., przywykłem juŜ do tej tragedii, ale dziś w
tych deskami zakratowanych poziomych oborach widać było przez szpary setki
patrzących cielęcych oczu... wszystkie te cielęce oczy prosiły o współczucie...
ale nikt nie mógł im pomóc, nawet ja... przecieŜ i w rzeźni, dokąd jadą,
terminatorzy przez dwa miesiące praktyki nastawiają im palce, aby zastąpiły im
wymiono, ale potem juŜ i ci uczniowie rzeźnictwa uwaŜają cielątka i owce za
towar...
I przypomniałem sobie, Ŝe chcę się ostrzyc, i poszedłem do zakładu
fryzjerskiego na pierwszym piętrze domu towarowego na Sokolnikach... Ale
drzwi do razury były zamknięte i widziałem, jak tam w lustrach migają
dziesiątki białych sukienek, białych kitli, białych chałatów, białych fartuchów...
i dziesiątki ludzkich długowłosych głów...
No i co z tego? — pomyślałem i zapukałem...
J do oszklonych drzwi podeszła dama w białym chałacie, o złotych włosach,
w okularach, i otworzyła mi...
— Chciałbym się ostrzyc — powiedziałem.
A ona:
— Proszę, proszę dalej, witamy pana, jest pan pierwszym klientem. Właśnie
dwanaście uczennic zdaje egzamin z fryzjerstwa męskiego i damskiego... „
A ja w pełnym przestrachu zachwycie patrzyłem, jak poruszają się przede
mną piękne dziewczęta w białych roboczych fartuchach, i poruszały się w
dwójnasób, odbite w ogromnych lustrach, które tworzyły ścianę... jak dzieła
Andy Warhola, Roya Lichtensteina... osiem metrów na dwa metry pięćdziesiąt,
widziałem. jeszcze raz tyle pięknych ciałek i modnie uczesanych włosów i tyle
widziałem umalowanych oczu, boć przecieŜ te uczennice będą zdawać egzamin
i muszą być szykowne i apetyczne...
i pani kierowniczka posadziła mnie .w fotelu...
— A więc, dziewczątka, męskie strzyŜenie zaczynamy od tego, Ŝe wokół
karku okręcamy szal z krepiny.. porządnie, porządnie... Przypatrujcie się. — I
owinęła mi wokół karku suchą bibułkę niczym szal, przesunęła go w dół, aŜ na
szyję i pod nią aŜ po grdykę...
A potem jedna dziewczyna po drugiej niczym niebiańskie uczennice owijały
mi kark paskiem karbowanej bibułki. A ja patrzyłem w lustro i juŜ nie otaczały
mnie uczennice fryzjerstwa: to byli moi paziowie, był to chór kościelnych
ś
piewaków w białych komŜach, to higieniczne piętro na Sokolnikach pełne było
niebiańskich dekoracji w bieli i w chromie, i róŜowych świetlówek rozpro-
mieniających tę niebieską akademię, podczas której ja siedziałem na fotelu,
otoczony jak cesarz swoimi paziami, jak biskup odprawiający mszę w asyście
swoich diakonów w białych ornatach...
— Tak, dziewczątka — mówiła czułym głosikiem pani kierowniczka. — A
teraz praca z noŜyczkami i grzebieniem... Uwaga! W grzebieniu nie wolno
wyłamać ani jednego ząbka, w przeciwnym razie wszystkie wypadają... I
uwaga! Grzebień trzeba prowadzić przez włosy powoli... aby noŜyczki mogły
szczebiotać... szybko... o tak! — I unosiła grzebieniem osuwające mi się po
ciemieniu moje rzadkie siwe włosy, i noŜyczki rzeczywiście szczebiotały. A
potem pani kierowniczka odłoŜyła noŜyczki i powiedziała:
— A teraz, dziewczątka, spróbujcie to jedna po drugiej same...
I dziewczęce palce strzygły koło moich uszu, a ja mogłem podnieść wzrok i
patrzeć w lustro na kosmetyczne księŜniczki, a pani kierowniczka spytała mnie,
nie spuszczając ani na chwilę oczu z palców swoich uczennic:
— A jaką fryzurę pan sobie Ŝyczy?
Ja zaś na to:
— Chcę mieć taką fryzurę, Ŝeby wyglądało to tak, Ŝe mam gęste i
kędzierzawe włosy!
A przez zespół uczennic, tych moich paziątek, przebiegła fala śmiechu i
niebiańskich ruchów...
...O...O...O...
A ja słyszałem śpiew z Des Knaben Wunderhorn:
Wir geniessen die himmlischen Freuden...
Wir tanzen und springen, Wir hupfen und singen...
I powiedziałem do tańczących uczennic:
— Chciałbym mieć taką fryzurę jak Caius Iulius Caesar!
Instruktorka odrzekła ze śmiechem:
— Będzie, jak pan kaŜe... Dziewczynki, uciszcie się, teraz będziemy się uczyć,
jak po strzyŜeniu naleŜy pracować maszynką elektryczną... o tak wkładamy
wtyczkę i maszynka pracuje... A teraz, proszę, patrzcie! I tak wokół uszków,
delikatnie i, dziewuszki, do wygubienia. Do wygubienia, strzyŜemy aŜ do
likwidacji... A teraz, skoro pan Ŝyczy sobie mieć fryzurę jak Caesar, nie
ś
miejcie się, dziewuszki, ten fason istnieje nawet w ParyŜu... fryzura a la
Caesar!...
A kiedy ten anielski chór strzygł mnie maszynką, ja myślałem o Jakubie
Bóhmem... Der Mensch kann sich nicht von seine Epoche abscheren... Nie
mogę się odciąć nawet od samego siebie... i spoglądałem dziewczętom w oczy
w lustrze i one to widziały, i odwzajemniały „ się, oddawały mi swoje
spojrzenia i oczy, niczym cielątka, które przed chwilą przewoziła firma Schón z
Memmingen...
I w tej chwili (a ja obawiałem się i obawiam noŜyczek) Ŝyłem w niebie, w
niebiosach... i słoiczki z wazeliną i per„ fumami, i naczyńka ze środkiem
dezynfekcyjnym, a na kaŜdym stole kaŜda uczennica miała swoją walizeczkę,
swoją składaną kolorową torbę, a w niej swoje grzebienie i noŜyczki, i swoje
pojemniczki z pomadami i perfumami... i swoją brzytwę....
I pani instruktorka wzięła jedną z tych brzytew, i uniosła ją teatralnie, i:
— Dziewuszki, wystarczy ciach! I tak oto piękna śydówka przyniosła uciętą
głowę pięknego Holofernesa... Dlatego uwaga! A teraz przystępujemy do
ostatniej fazy... wygalania karku i koło uszków a czasami takŜe i brwi...
Najpierw wkładamy brzytwę do środka dezynfekcyjnego, a-potem rytualnie
przystępujemy do wykonania obrządki i.., patrzcie... o tak, o tak... a teraz będzie
jedna po drugiej wygalać tego oto pana z fryzurą A la Caesar...
A ja podniosłem wzrok i widziałem w lustrze te dziewczyny, które
spowaŜniały, w lustrze widziałem, Ŝe nigdy nie wiedziałem tego, co widzę i co -
teraz wiem, Ŝe niebiosa pełne są chromu i blasków, i refleksów... i aniołów,
które mogą was poderŜnąć jak piękna Judyta... A uczennice jedna po drugiej
brały drŜącą brzytwę i dopełniały mojego uczesania, układu włosów, których
resztki leŜały na mojej białej rokietce pod moimi oczyma niczym pakuły...
A kiedy skończyły swoje — pierwsze chyba — fryzjerskie zajęcie, wszystkie
odetchnęły głęboko, teatralnie... ja zaś powtarzałem w myślach ten wers z Des
Knaben Wunderhorn:
Wir fuhren... ein liebliches Lammlein zu Tod...
No i ja, który wszedłem do razury jako nędzarz, tu, na Sokolnikach,
zrozumiałem, Ŝe ta chwila stała się dla mnie Wiecznością... Potem dziewczęce
rączki rozwiązały mi szal z karbowanej bibułki, zdjęły białą pelerynkę i
strzepnęły resztki moich siwych włosów...
Wstałem z obrotowego fotela niczym król, moi paziowie i grono ministrantów
w białych komŜach spojrzało na mnie raz leszcze” do lustra, po czym
dziewczęta przyjrzały się rezultatowi swojej pracy na mojej głowie, tej fryzurze
A la Caesar... i gratulowały sobie, nie szczędząc pochwał, i kłaniały się
teatralnie, a ja po raz ostatni widziałem tych dwanaście pięknych par oczu...
— Ile płacę? — spytałem.
A ta śmieszka-Ŝartownisia, wielkooka uczennica, ukłoniła mi się i
powiedziała:
— Był pan naszym pierwszym gościem, był pan pierwszym klientem, którego
strzygłyśmy podczas egzaminów... Nic pan nie płaci... ObsłuŜyłyśmy pana za
darmo.
I ja zrozumiałem, Ŝe wszystko, co istotne na świecie i w świecie musi być za
darmo, i znów spoglądałem teraz w oczy które mnie otaczały kręgiem, tak, w
niebie musi być tyle chromu, refleksów i pięknych anielskich mb-dych kobiet
jak na obrazie pana Paula Delvaux, pana Rene Magritte’a, w niebie musi być
mnóstwo dziewczęcych oczu, powabnie owalnych linii tam, gdzie powabnie
owalne linie pięknych ciał być muszą, niebo pełne dziewczęcych
fortepianowych paluszków, fryzur A la carewicz. Bo, Cassiusie, wszystkie
boginie u Homera są cudownie krowiookie, i dlatego są w niebiosach.
Ps
Dziś nad kerską nocą świecił księŜyc w pełni, nad ranem zaczęło padać:
najpierw deszcz, później mokry śnieg. Jako Ŝe się juŜ od trzech godzin
przewracałem z boku na bok, w końcu — a było juŜ jasno — powstałem z
umierania, z martwych. A kiedy wyszedłem pod mokre brzozy i sosny,
wybiegło mi naprzeciw dwanaście kotów i przyniosły mi rozradowane oczy
tańczyły i skakały, i fikały koziołki, cieszyły się, Ŝe jestem z nimi, Ŝe ich nie
opuściłem. Obdarowywały mnie swoimi oczyma, a ja przyniosłem im i
rozdawałem kawałki kurczęcia z roŜna jako nagrodę, Ŝe udało mi się skończyć
tę pochwałę niewiniątek...
I mówię:
— Za piękne świadectwo piękna ksiąŜka z „Praskiej Imaginacji”...
I nalewałem im ciepłego mleczka.
I jedynie ty; Cassiusie, który jesteś Tytanem, który stoisz na uboczu, który
zachowujesz odpowiedni dystans, ty przyjdziesz do mnie potem, usiądziesz mi
na kolanach, a ja będę ci opowiadać o tym, jak tu w Kersku powstanie
organizacja związkowa grupująca wszystkie miejscowe koty, a jej hasłem
będzie:
ZA MNIEJ MLEKA - WIĘCEJ MYSZY!
I ty, Cassiusie, będziesz przewodniczącym, ty nie potrzebujesz urządzeń
podsłuchowych... bo ty, Cassiusie, słyszysz nawet, jak trawa rośnie, zresztą tak
jak i inne koteczki. Te cztery naleśniki z papy, choć z konfiturami, wciąŜ
jeszcze kruczą mi w brzuchu, tak Ŝe mi się ulewa jak niemowlakom,
pochrząkuję cichutko jak warchlaczek naŜarty Ŝołędziami wracający do
ciepłego barłogu w towarzystwie swojej matki, dzikiej świni. Pan profesor
Ś
tork wyjaśnił mi, Ŝe to glomus histericus... cierpieli na to takŜe przedstawiciele
staroŜytnych narodów.
— Ja raczej będę miał raka — powiedział mi pan profesor Stork z tym
swoim donośnym śmiechem — ale dzięki swojej naturze dolegliwość tę
przechodzę w dobrym zdrowiu.
Jest sobota, w przededniu Niedzieli Trzydziesiętnicy.
DOBRANOCKA NA NIEDZIELĘ PIĘĆDZIESIĄTNICY
Motto:
Moi, je sui un peau un histrion...
Charles Aznayour, Ormianin
A ja myślałem sobie niedorzecznie, Ŝe kiedy przyjeŜdŜam autobusem z Pragi
do Kerska, wysiadam „Przy Ławeczce”, Ŝe wychodzą mi naprzeciw, tylko
mnie, moje koty pod przywództwem Czernidła lub Pomarancza... Ale... juŜ
trzeci dzień jestem w Kersku — i co ja widzę? PrzyjeŜdŜa autobus z Pragi i
koty biegną mi naprzeciw do ławeczki, kiedy jednak stwierdzą, Ŝe twarz, która
wysiadła, nie naleŜy do mnie, opuszcza je pełne zapału witanie i zawiedzione
wracają pod stół pod moimi oknami.
Dziś, kiedy przyjechał autobus i koty rzuciły się biegiem niczym wcale nie
nieroztropne panny, otwarłem okno i krzyknąłem:
— AleŜ, wy osły jedne, ja juŜ od trzech dni jestem w domu!
Wracają więc, a ja muszę dać im mleczka, bo nie chcę pozbawić ich radości
witania...
Kiedyś jednak moŜe się zdarzyć, i tego się obawiam, Ŝe będę patrzeć z okna,
koty pobiegną do autobusu, który się właśnie zatrzymał... i ja zobaczę, Ŝe to ja
jestem tym, który przyjechał, Ŝe to ja jestem tym, który patrzy na siebie, jak idę
do swojego domku, Ŝe to ja jestem tym, przed którym koty fikają koziołki, i Ŝe
w końcu to ja jestem tym, który przed furtką nastawi palec Cassiusowi i on
szturchnie mnie nosem, podczas gdy ja patrzę na to z okna...
Ale dlaczego by nie?
Goethe, kiedy jechał karetą do Italii, spotkał samego siebie powracającego
karetą z Włoch... to chyba cudowna histeria, schizofrenia, na którą mogą sobie
pozwolić tylko ci, którzy mają to. szczęście, Ŝe zaczynają się im plątać sznury
do suszenia bielizny.. I opowiadałem raz tę historię i ktoś, kto zna anegdoty,
powiedział:
— Jedzie w Związku Sowieckim pociąg pospieszny i dwóch podróŜnych
naprzeciw siebie.
— Nazywam się Iwan Kuzmycz. A pan? . .
A ten drugi, Ŝe i on nazywa się Iwan Kuzmycz:
— A dokąd pan jedzie, Iwanie Kuzmyczu?
— Ja, Iwanie Kuzmyczu, jadę z Moskwy do Łeningradu.Apan? .
— Ja, Iwanie Kuzmyćzu, jadę z Leningradu do Moskwy.
I obaj:
— No to napijmy się wódki!
Kakaja tiechnika! .
— TeŜ dobrze! — mówię do Zdenka. — Sznury plączą się na całym
ś
wiecie...
Ale, Cassiusie, teraz coś dla ciebie, bo zaczął się spór o flagę
Czechosłowacji. Działo się to juŜ dość dawno i dlatego ta story jest tak, ale to
tak świeŜa i aktualna... Z panem Duchaćkiem, moim redaktorem, zrobiliśmy
sobie trójkolorową chorągiew... A mianowicie: nalewaliśmy do sporych
kanciastych szklanek, z jakich pijało się Ŝytnią, jak mawiają na WyŜynie
Czeskomorawskiej — siwuchę, a gdzie indziej — czystą. Ale my, jako Ŝeśmy
patrioci, nalewaliśmy wobec tego warstwę wiśniówki, warstwę Curacao Bleu, a
na wierzch — Prościejowską śytnią. I tak piliśmy tę trójkolorową, i straciliśmy
kontrolę, i o zmroku wyjechaliśmy na rowerze do „Gajówki”... no i tu takŜe
skłanialiśmy gości, aby i oni pili trójkolorową, jak przy-stoi patriotom. Ale!
Kiedy wracaliśmy, tam, koło mnie, skręciłem w moją aleję, nim do niej
dojechałem, uderzyłem twarzą w betonowy słup i upadłem... Duchaćek chciał
mnie podnieść, ale ja powiedziałem doń czule:
— Niech pan, ośle jeden, myśli o rowerze!
I mój przyjaciel zaprowadził rower na moją parcelę, i połoŜył się na
ławeczce... a ja z ręką przy ustach doraczkowałem do niego... i słyszałem, jak
mój przyjaciel leŜąc na wznak powtarzał w rozmarzeniu:
— To było piękne, doktorze! To jest wspaniałe!
a mnie zakręciło się w głowie, a Ŝe był maj, miłości czas, na czworakach
dopełzłem pod sosny i brzozy i zwaliłem się w kwitnące konwalie... A kiedy
obudziłem się, kiedy wymacałem językiem, Ŝe brak mi sześciu przednich
zębów, zacząłem ich szukać, ale moje palce rozkołysały tylko kwitnące łodyŜki
konwalii, owionął mnie ich upajający zapach, ale zębów nie znalazłem, nawet
kiedy się juŜ pod nim... zjadły je chyba jeŜe albo co...
rozedniało... i nie było ich ani na betonowym słupie, ani Oto jak skończyło się,
Cassiusie, z tą trójkolorową, a dziś czytam w gazecie na drugiej stronie...
Zaczyna się spór o flagę Czechosłowacji? Widzisz więc, jak zaczynają się i
kończą narodowe emocje... Zachciało mi się po-„ słać do Moskwy telegram do
pana Jelcyna, który wrócił niewiele wskórawszy z Chin, aby teraz, kiedy ma
troszkę czasu, aby przedstawił w superparlamencie ten nasz zasadniczy
problem: jaką flagę ma mieć nie narodzona jeszcze Republika Czeska, a jaką
flagę ma mieć Republika Słowacka?
A dla mnie, Cassiusie, ten epizod z trójkolorową skończył się wspaniale,
zrobiono mi nowe zęby, w róŜowej masie pan Deditze i jego zespół zmyślnie
umieścili białe porcelanowe ząbki i ja ogromnie lubiłem chwalić się tą sztuczną
szczęką, wyjmowałem ją nawet w restauracji popijając pilzneńskie, tak aby i
inni mogli podziwiać, jak bardzo te sztuczne zęby przypominają konwalie,
porcelanowe izolatory na słupach telegraficznych... a nawet, Cassiusie, trzy razy
to sztuczne dzieło sztuki, ten artefakt gubiłem...
Po raz pierwszy znalazłem je w domu... połoŜyłem tę szczękę na perskim
dywanie, niewiele brakowało, bym ją rozdeptał, tak ta róŜowość z białymi
ząbkami spływała się kolorystycznie z kwiatami wtkanymi w orientalny
kobierzec... Po raz drugi, Cassiusie, było juŜ gorzej, wyrzygałem je pewnie,
kiedy wracałem z „Gajówki”... a odbywało się tam przyjęcie i podawano
kanapki, kanapki z łososiem z sałatką ziemniaczaną... a ja, Cassiusie, co za
wstyd!, szukałem ich nazajutrz w rzygowinach wzdłuŜ alei, rozgarniałem je
kijaszkiem... a wczasowicze, którzy to widzieli, mówili do mnie:
— Wyrzygał pan zęby, co? Mnie się to teŜ zdarzyło w zeszłym roku...
ja jednak tych swoich sztucznych konwalii osadzonych w masie o kolorze
łososiowym nie znalazłem, ani przy tej alei, ani przy innych... A kiedy
wróciłem do domu i czytałem podręcznik O ostatecznych sprawach człowieka
... patrzę, a tu z węgierskiej skrzyni obok mojego łóŜka jaśnieją i śmieją się do
mnie te moje sztuczne konwalie... i natychmiast je włoŜyłem, i czułem się jak
król, który powrócił z wygnania i armia zwróciła mu królestwo, i to wraz z
koroną... I kazałem sobie zrobić jeszcze jedne zęby na zapas, na wypadek,
gdybym te swoje konwalie utracił...
Ale, Cassiusie, to moje samochwalstwo! Pokazywałem je na parceli u
sąsiadki, był tam nawet talerzyk pod garnuszkiem z kawą, połoŜyłem tę swoją
szczękę, na prośbę sąsiadki, na tej podstawce... ale nadbiegł jej jamnik, a Ŝe
jamniki mają poczucie humoru... biegał po działce i nosił te moje zęby, a ja za
nim, juŜ-juŜ pochylałem się nad jego mordką, z której wystawały te moje kon-
walie, co to je zrobił sam pan Deditze, lekarz stomatolog, który odbywał
praktykę dentystyczną w samym Londynie... ale jamnik znów ruszył biegiem,
kluczył i śmiał się, jamniki, Cassiusie, to śmiejące się bestie... a potem prze-
ś
liznął się między sztachetami i zanim zdąŜyłem dojść do furtki, zobaczyłem,
jak jamnik rozgryza resztki konwalii... zęby z porcelany leŜały porozrzucane
pod brzózkami w mchu, pośród konwalii, które juŜ przekwitły...
A właścicielka jamnika pocieszała mnie:
— PrzecieŜ ma pan jeszcze jedną szczękę, na zapas!
A ja na to smutkiem:
— Ale tylko te mi pasowały..
No i widzisz, Cassiusie, a zaczęło się to wszystko od tego, Ŝe z redaktorem
panem Duchaćkiem piliśmy trójkolorową, napój złoŜony z Curacao Bleu,
wiśniówki i Prościejowskiej Zytniej...
Ps
Nagrodę Premio Mondello, resegna Internationale di Cultura. Contemporanea
di Palermo, wręczono mi w dawnej świątyni, w której jest teraz teatr... gdzie
kaŜdego wejścia strzegły podwójne warty karabinierów.. przemawiałem na
podium w zielonym swetrze i czarnym kapeluszu jak syn rabina z BełŜca...
podziękowałem i uniosłem ten zielony rękaw i powiedziałem, Ŝe taka zieleń,
ta.zieleń w katolickim rytuale jest kolorem nadziei... Na konferencji prasowej
odpowiadałem na przemian dziennikarzom... w końcu przedstawiciel „Il
Messaggiero” spytał: co sobie myślę o tym, jak będzie u nas, kiedy wrócę do
domu? A ja na to: Aby był status quo... aby kaŜdy naród mógł sam określić
modus vivendi... a w ogóle to Ŝyczyłbym sobie, aby urzeczywistniło się to, o
czym pisał i marzył Mikołaj Kuzański, biskup z Cues, późny gotyk, a juŜ
renesansowy myśliciel... Coincidentia oppositorum...
To, Cassiusie, powiedziałem w hotelu na konferencji prasowej, aby nikt nie
pomyślał, Ŝeśmy głąby z Pragi, i dodałem, Ŝe James Joyce zauwaŜył... aby
mogło nastąpić pojednanie, musi naprzód istnieć niezgoda... Nazajutrz, kiedy
odlecieliśmy, odbyło się w Palermo spotkanie mafii, jak doniosły gazety A pan
Kosztyrz z Kerska, który dopiero w tym roku skończył czytać Ojca chrzestnego,
powiedział:
— I juŜ w Stanach Zjednoczonych pleni się znów ta magia...
I w akcie protestu jednym kopnięciem nogi rozwalił telewizor, rozdeptał
radio i dobrowolnie zwariował.
Jest sobota, wigilia Niedzieli Pięćdziesiątnicy, te małe koteczki pokasłują jak
Damy Kameliowe, jak Violetty.. A mimo to Pomarańcz i Czernidło wychodzą
mi naprzeciw do kaŜdego autobusu... Bo a nuŜ przyjadę? Jedynie ty, Cassiusie,
masz prawo nie wychodzić mi naprzeciw, bo przeŜyłeś kilka miesięcy na
emigracji, tam, na śmietniku, koło stawu w lesie Na Krawędzi, pośród szczurów
i odpadków.
Kochany Cassiusie! W Rzymie mieszkałem w hotelu „Caius Iulius Caesar”.
W Palermo w luksusowej willi na brzegu morza, arystokrata zbudował na
wyspie Targa Florio równieŜ wyścigowy tor samochodowy. I produkował
sławny słodki likier, marsallę. śyłem tu sobie wśród przepychu, zresztą
mieszkali tu sławni artyści i politycy Miałem w pokoju oprócz widoku na morze
i architektoniczne ogrody takŜe swoją lodówkę. Piłem wobec tego fińską
wódeńkę, a do tego jeszcze cieszyłem się, Ŝe juŜ niebawem będę znów w
Kersku z tobą i koteczkami.
CZESKA RAPSODIA
Bohemian Rbapsody
Motto:
KaŜdy obywatel moŜe robić to, czego prawo nie zabrania, i nikt nie moŜe być
zmuszony do robienia czegoś, do czego prawo nie zobowiązuje.
Konstytucja Republiki Czeskiej, rozdział pierwszy postanowienia
ogólne, artykuł 1
Kiedy uczęszczałem do siódmej klasy nymburskiego gimnazjum, chodziłem
z browaru przez Załabie koło zajazdu „Zofiówka”, gdzie trzymano panienki. W
Nymburku były wówczas trzydzieści dwie gospody i zajazdy, i kawiarnie, a w
dwudziestu ośmiu gospodach bywały panienki. Kiedy wracałem ze szkoły,
panienki w „Zofiówce” dopiero wstawały.. i kiedy pogoda dopisywała, szły nad
Łabę, ja zaś kłaniałem się im ze słowami:
— JakŜe się paniom spało, panienki?
A Ŝe panienek bywało tu trzy, czasami zdarzało mi się pozdrawiać kaŜdą z
osobna:
— JakŜe się pani spało, panienko?
A Ŝe panienki mnie lubiły, zapraszałem je w niedzielę przed południem na
łódkę, bo całe to przedpołudnie —aŜ do obiadu — miały wolne...
Zapomniałem juŜ, Cassiusie, jak się ten pan nazywał, ale na placu
Kościelnym miał on tam sklep z maszynami do szycia, a za nim rozległy ogród
ciągnący się aŜ do murów miejskich... i to on właśnie raz na jakiś czas oprócz
tych maszyn do szycia dostarczał panienki do nymburskich gospód i zajazdów;
niekiedy prowadził ich z dworca nawet dziesięć, byleby tylko gospody z
damską obsługą miały świeŜy towar. No i wówczas goście chodzili z pa-
nienkami do pokoju... i lubiły się kąpać, i — jak powiedziałem — chętnie
pływały ze mną łódeczką po pięknej, czystej i pachnącej Łabie, w której
odbijały się wieŜe kościoła i mury obronne, i zabudowania Starej Restauracji
Rybnej tuŜ na brzegu rzeki... i ja juŜ wówczas zanotowałem sobie... Ŝe jest to
rzeka, w której miasto chodzi na rękach...
Czasami te panienki, kiedy kupiec sprzedający maszyny do szycia je
przywoził albo teŜ same do niego przyjeŜdŜały.. on był ich menedŜerem,
handlarzem Ŝywym towarem — kobiecym ciałem — panienkami, to te panienki
mieszkały czasem w jego ogrodzie: miały tam namiot, maszynkę do gotowania
kawy, i czekały tam, aŜ wezmą je do siebie właściciele gospód i zajazdów. No i
ja, ilekroć je rano w drodze do gimnazjum albo z gimnazjum, ilekroć na Załabiu
spotykałem te panienki z „Zofiówki”, choćby nawet tylko jedną z nich, jak
jeszcze rozczochrana i ze szminką rozmazaną na twarzy szła na przystań, aby
się umyć, zawsze kłaniałem się ze słowami:
JakŜe się pani spało, panienko?
Niemałą wagę przywiązywałem do tego: panienko... bo jako uczeń
gimnazjum chętnie chodziłem na Cygankę, do „Tunelu”, gdzie były panienki...
za panienkami chodziłem teŜ czasami aŜ na Ostrów. Niekiedy miałem zczęście,
Ŝ
e nasz szynkarz jeździł gdzieś aŜ na Podkarkonosie... a tam był cały hotel
pełen panienek... i tam teŜ pewnego razu spędzałem z naszym szynkarzem
noc.... i rano, zanim stamtąd wyjechaliśmy, kiedy zobaczyłem panienkę, z którą
spałem, jeszcze rozczochraną i ze szminką rozmazaną na twarzy, to — jak to
miałem w zwyczaju na Załabiu — spytałem:
— JakŜe się pani spało, panienko?
A ten hotel z piętrami pełnymi panienek nazywał się „Haszkow”.
No a jedynym męŜczyzną, mój miły Cassiusie, jedynym męŜczyzną, który
mógł ot tak sobie, ni stąd, ni zowąd, odwiedzać panienki z „Zofiówki”, był
stryjaszek Pepi... Kiedy skończył opalać beczki w browarnianym zakładzie
bednarskim, kiedy wykąpał się (a nie wycierał się nigdy, bo po prostu nie miał
ręcznika), wyruszał po pracy do swoich panienek w nymburskich gospodach z
damską obsługą. Opuszczał browar, w przygodnych ogródkach zrywał po
drodze kwiaty i bez zwłoki wkraczał do „Zofiówki” i mógł podając bukieciki
zwrócić się do trzech panienek:
—No i jakŜe się paniom spało, panienki?
I panienka Józia, tylko ona jedna miała prawo wziąć stryjaszka Pepi do pokoju,
gdzie uprawiali wszystkie dziecięce gry i zabawy, jakie znali od lat
dziecinnych... i z pokoju rozlegały się radosne pokrzykiwania panienki
Józi... A juŜ najchętniej bawiło się tych dwoje w „baran, baran, baran tryk!”...
A potem stryjaszek Pepi odwiedzał kolejno jedna po drugiej gospody z
damską obsługą, aby ofiarować panienkom kwiaty, które po drodze zrywał w
mieszczańskich ogródkach. A zresztą sami obywatele dawali mu kwiaty, aby
stryjaszek Pepi w drodze powrotnej mógł „U Hawyrdów” wręczyć bukiet i
zapytać:
— No i jakŜe się pani spało, panienko?
Miała na imię Własta, była piękna i umiała grać na fortepianie.
A ja, uczeń siódmej klasy gimnazjum, wstydziłem się wtedy, ja z panienkami
z „Zofiówki” mogłem pływać tylko wówczas, kiedy pogoda dopisywała, w
piękne niedzielne przedpołudnie, mogłem z nimi pływać łódką, panienki
milczały z zanurzonymi w wodzie paluszkami, a ja wiosłowałem i wstydziłem
się, bo wtedy, Cassiusie, młodzi chłopcy się jeszcze wstydzili...
A lata, Cassiusie, płynęły, po roku czterdziestym ósmym, mieszkałem juŜ
wówczas na Libni, a tam dobrzmiewały jeszcze stare złote czasy z
panienkami...
...widywałem je w „Strassburku” i przy ulicy Słonecznej, widywałem je
uwieszone u ramion Ŝołnierzy, jak to prowadzą je — juŜ nie otwarcie, jawnie,
ale potajemnie —do hotelu, tam, na Szwabkach, do hotelu „Nitra”... ale trwało
to juŜ tylko rok, dwa, nie więcej, a potem i ta „Nitra” została skasowana, a więc
bez panienek i ich wielbicieli.
W latach pięćdziesiątych chodziłem na piwo do „U Waniszów”, i do „U
Horkich”, i do „Na Starej Poczcie”... a później.., włóczyłem się po gospodach
na Wysoczanach i Holeszowicach i tak dalej... A kiedy szedłem sobie raz ulicą
Ronkową, spostrzegłem tam gospodę, w której jeszcze nie byłem... „U
Klouczków”... A Ŝe pracowałem w Kladnie na popołudniowych zmianach,
przed południem i rano pisałem... No i wszedłem tam, nigdzie ni Ŝywego ducha,
pokryte pluszem kanapki ustawione naprzeciwko siebie, wyglądało to u tych
„Klouczków” jak w wagonie drugiej albo i pierwszej klasy... zamówiłem sobie
kawkę i piwo... i siedziałem na pluszowej długiej niby to ławeczce i dziwiłem
się, Ŝe jest tu aŜ tak pięknie, niemal jak „U Zeniszków”... i rozłoŜyłem tam na
stole te swoje kartki do skreślania, i to kreślenie, te operacje na tekście
nazywałem cięciem Preislera... nikogo tu nie było, gospodarz kręcił się w
kuchni...
No i siedzę tak i kreślę, aŜ tu nagle czuję, Ŝe ktoś spod mojego fotela unosi
się znad podłogi... i z łokciami rozłoŜonymi na stoliku czuję, jak ktoś mi
rozpina rozporek... i jak mi z portek wyciąga tego mojego pisia, i wkłada go
sobie to ust... odchyliłem się do tyłu, patrzę, a tam kobieca głowa z rudą
czuprynką... i ja ją tam u dołu spytałem, tak jak to miałem w zwyczaju z
„Zofiówki”:
— A jakŜe się pani spało, panienko?
A ona odpowiedziała przez nos:
— Zaraz ci, kochasiu, obciągnę...
Siedziałem bez ruchu, po raz ostatni zdarzyło mi się to w Młodym
Bolesławiu, w gospodzie „U Czapów”, wówczas mi teŜ panienka obciągała, a ja
krzyczałem — nie z przeraŜenia, ale z nieopisanej radości, Ŝe panienka ciągnie
mi druta... tak jak przed południem „U Klouczków”
na Libni, przy ulicy Ronkowej.... I ta panienka, kiedy mi juŜ obciągnęła —
odchyliłem się znad swoich kartek na stoliku i zobaczyłem, Ŝe ta panienka
chyba tam pod kanapką sypia... wsunęła się z powrotem jak foka...
Rozejrzałem się, nikogo tu jeszcze nie było i tylko z kuchni dobiegał dźwięk
ostrzonego na osełce noŜa...
w lokalu panowała cisza, słońce świeciło z drugiej strony ulicy i aksamit na
fotelach i kanapkach lśnił jak plusz w wagonie pierwszej klasy.. A idąc do
toalety musiałem uwaŜać, aby nie nadepnąć panience na rozpostarte na
podłodze palce... nic więcej ponad te rozpostarte palce z polakierowanymi,
Ŝ
ółtymi od nikotyny paznokietkami... A teraz ci, Cassiusie, opowiem, co
zdarzyło mi się w tym roku. OtóŜ, Cassiusie, siedziałem niemal sam — to chyba
istny cud! — „Pod Złotym Tygrysem”; w kąciku pod Małymi Rogami
przycupnęła młoda kobieta, śliniła ołówek i spisywała to wszystko, co powinno
być za dziesięć dni na urządzanym tutaj, „Pod Tygrysem”, przyjęciu z okazji
ś
lubu.
Siedziałem pod Wielkimi Rogami, a Ŝe ze stołu spoglądała na mnie szklana
solniczka z solą, a takŜe naczyńko z pieprzem, przypomniałem to sobie: jako
Ŝ
ołnierze w Sobiesławiu chodziliśmy na piwo i zawsze śliniliśmy sobie palce i
maczaliśmy w soli, potem w pieprzu, i nazywaliśmy to wojskową zakąską... no
i zlizywaliśmy to dopóty, dopóki nie zniknęła sól, a po niej teŜ pieprz... bo re-
staurator, jak tylko nas spostrzegł, wynosił te swoje szklane solniczki i
pieprzniczki...
Oto co sobie, Cassiusie, przypomniałem... tu, „Pod Tygrysem”, i
oblizywałem sobie palec zanurzony w soli i w pieprzu, młoda dama sporządzała
spis dań na swoje wesele, goście wlekli się niespiesznie do toalety, kelner
ubrany na zielono jak dudziarz ze Strakonic roznosił kotlety albo befsztyki w
placku ziemniaczanym...
AŜ tu nagle, Cassiusie, bęc go! Wpadła tu rozwścieczona stukilogramowa
Luśka w okularach niczym dwa jogurty i zaczęła wrzeszczeć... a ja, Ŝeby ją
uspokoić, spytałem:
— JakŜe się pani spało, panno Lusiu?
I pospiesznie odpowiedziałem za nią:
— Jak widzę, panienko, wstała pani chyba lewą nogą!
Panna Lusia wcisnęła sobie palcem okulary w nasadę nosa...
—Co za bezczelność, Mistrzu! Co za wstyd! A to dopiero piękną republikę
stworzyła nam ta aksamitna rewolucja! Co prawda, to prawda! Kierowniczka
chwyciła mnie za ramię i wyrzuciła od „U Jelinków” tylko dlatego, Ŝe
zaproponowałam wszystkim gościom w lokalu, Ŝe im za darmo poliŜę strąka!
Za darmo! To powaŜne naruszenie Konstytucji... I pan, Mistrzu... razem
napiszemy skargę do Trybunału Konstytucyjnego. A pan ją tam osobiście
zaniesie! Ale to jeszcze nie wszystko! Za tę moją charytatywną propozycję
kierowniczka odmówiła mi kufla piwa! CzyŜ moŜe być większy akt humanizmu
niŜ zrobienie laski temu, kto ma na to ochotę? Gazety są tego pełne! W pismach
„Dzisiaj” i „Młody Front” zaleca się młodym ludziom przed ślubem nie tylko
fellatio i cunnilinctus oraz róŜne inne sztuczki, byle tylko uchronić się przed
ciąŜą, i Ŝeby narzeczeni bawili się swoją płcią... I teraz mnie, dla której pan
Marysko napisał śliczny wiersz:
Santa Luczija, Santa Luczija,
noc w noc przy chuju mi się uwija...
...mnie wyrzucają z lokalu! I odmawiają mi kufla piwa! Gdzie my Ŝyjemy?
— wydzierała się Luśka i biegała tam i z powrotem aŜ do kontuaru, okulary jej
spadły, ona jednak nadal opowiadała gościom z krzykiem, co się jej przydarzyło
„U Jelinków”.
—Ja w nich chlebem, oni we mnie kamieniem! — I runęła obok młodej
kobiety, która sporządzała spis dań na swoje wesele.
A ja powiadam do niej:
— Panno Lusiu, to, Ŝe pociągnie im pani druta czy zrobi laskę albo poliŜe
strąka, to, panno Lusiu, nie stanowi naruszenia Konstytucji, co innego natomiast
jest ograniczaniem wolności, tej wolności ograniczeniem... boć to kierowniczka
broniła pani fizycznie wstępu do lokalu publicznego...
Panna Lusia znowu wcisnęła sobie palcem okulary między gęste brwi i:
— Niech pan tylko spojrzy! Kiedy mnie ta kierowniczka wyrzucała z lokalu
„U Jelinków”, naderwała mi ramiączko. Niech pan popatrzy! .
— Panno Lusiu — ja na to — natychmiast napiszemy skargę dotyczącą
ograniczania wolności osobistej...
Pannę Lusię tak bardzo to ucieszyło, Ŝe zaciśniętą pięścią zaczęła wymierzać
ciosy w otwartą dłoń drugiej ręki... i ciągnęła dalej:
— JuŜ ja pokaŜę tej kierowniczce od „U Jelinków”! Będzie się miała z
pyszna! A to naderwane ramiączko od razu tu zostawię jako corpus delicti... A
to by dopiero było, gdyby za moje wspaniałomyślne propozycje wypraszano
mnie z lokalu niczym jakąś kurwę...
A ja, Cassiusie, zatykałem pannie Lusi usta i:
— Wszystko, tylko nie to, panno Lusiu, pani wcale nie jest jakąś tam kurwą,
pani jest piękną panną Lusieńką...
A ona pochyliła się do mnie i mówiła niemal szeptem, Ŝe — skłonności do
sztuk plastycznych, tak jak Freddie Mercury, i ona ma takŜe, ten Freddie, który
wraz ze śpiewaczką operową Montserrat Caballe stworzył Bohemian Rhapsody,
piece de resistance...
— I mnie, mnie, która jestem artystką plastykiem, mnie będzie jakaś
kierowniczka szykanować... Co to, to nie! Niedoczekanie jej! A to, co potrafią
striptizerki Freddiego Mercury’ego, palić papierosy na wieczorku w Orleanie,
palić papierosy włoŜone do pizdy, to, Mistrzu, i ja potrafię... I tu, na tym stole,
jak goście sobie tego Ŝyczyli, zrobiłam im Anatomię doktora Tulpa...
Podwinęłam spódnicę aŜ po pas, leŜałam z cyckami, o tak, na wierzchu... A
goście sypali na mnie tabakę do zaŜywania, angielski tobbacco nr 9 i Głetscher
prise z olejkiem eukaliptusowym... i potem to, na moim ciele, wąchali i
zaŜywali... i, Mistrzu, jak powiada modelka Freddiego Mercury’ego... Ŝe czuła
się podczas tych gołych wieczorków wprost cudownie... Ŝe miała wraŜenie,
jakby była jakimś przedmiotem artystycznym, dziełem sztuki... i podczas tego
seansu z wąchaniem tabaki na moim nagim ciele ja teŜ miałam takie wraŜenie...
tu ma pan mój dowód toŜsamości i na dwóch czystych jadłospisach napiszemy
skargę dotyczącą ograniczania wolności osobistej... nie tylko mojej, ale i tych
innych do mnie podobnych... To będzie moja Bohemian Rhapsody, piece de
resistance... —powiedziała panna Lusia i bardzo, ale to bardzo spowaŜniała. A
jej okulary lśniły jak Gwiazda Zaranna, jak Gwiazda Wieczorna...
PS
Za kilka dni, Cassiusie, będzie sylwester, trzyma tęgi mróz, te moje kotki
leŜą warstwami w sianie w plastikowych skrzyniach od jarzyn... a ja boję się, Ŝe
jeśli mróz nie ustąpi, to znajdę te kotki juŜ sztywne jak zwierzątka z
drewnianych i porcelanowych szopek boŜonarodzeniowych... zamarzną, niczym
Ŝ
ołnierze i konie wmarzną w mokradła i jeziora, jak pisze o bitwach Malaparte
w tym roku czterdziestych drugim. Premier Jelcyn, Cassiusie, pospiesznie
wrócił z Chin, aby u siebie w domu, w Moskwie, zrobić porządek, bo podczas
jego nieobecności zebrała się armia i generał Szapocznikow powiedział, iŜ
rzeczą armii jest odnowić ekonomię i armię. Opowiedzenie ci, Cassiusie,
kolejnej dobranocki odkładam na ten Wesoły, Szczęśliwy Nowy Rok 1993.
DZIEŃ DOBRY, REPUBLIKO CZESKA
Motto: Pokonana Grecja pokonała swojego zwycięzcę...
Miły Cassiusie, Pałac Władysławowski, uroczyste posiedzenie rządu i
parlamentu; pan Uhde kończy pięknie swoje przemówienie:
— Dzień dobry, Republiko Czeska!
A potem pan Wacław Klaus, teŜ pięknie, z kolei zaczął... Zająknął się... a to —
według Zygmunta Freuda —dobry znak.
Po czym: cóŜ to ja widzę? Pośrodku, obok siebie na fotelach, któŜ to siedzi,
Schulter am Schulter? Moja piękna pani Bureszowa, po prawicy ma prezydenta
Wacława, po lewicy — pana Dienstbiera... tak jak to napisałem w Idach
czerwcowych... pan Kńaźko ma rację, będą potrzebne zabiegi kosmetyczne,
niewielkie wprawdzie, i Mećiar moŜe się śmiać jak proboszcz od świętego
Dominika, istny Bing Crosby i pokuśtykałem na cześć mojego konia, który
przegrał, Dienstbiera, mojej ślicznotki, pani Bureszowej, pokuśtykałem nad
piękny staw i pojąłem, Ŝe dzięki temu, iŜ Jurek Dienstbier przegrał wybory
przegrali je wraz z prezydentem, właściwie je wygrali... i Sen o Europie i
ś
wiecie trwać będzie nadal... i stałem nad leśnym bagnistym stawem, w którym
utopiła się piękna pani hrabina wraz ze swoim jeszcze piękniejszym
wierzchowcem...
Między nami, Cassiusie, głosowałem na to Forum Obywatelskie tylko
dlatego, Ŝe piękna pani Bureszowa i pan minister Miller stanowiliby piękną
prezydencką parę małŜeńską... A teraz widzę ich przynajmniej w telewizji
podczas uroczystej proklamacji... Dzień dobry, Republiko Czeska! I nie
mogłem powstrzymać płaczu...
Słuchaj no, Cassiusie, ja ci juŜ plotę piąte przez dziewiąte tyle dni! Ty, kiedy
czekasz na mnie przy schodach, to zawsze jest z tobą ten czarny Szwarcwald,
jeden z tych czterech pluszowo czarnych murzynków... a ty siedzisz obok
niego, patrzycie na mnie i ja czytam to w twoich oczach:
— NiechŜe pan kiedyś, Mistrzu, zaprosi do siebie tego Szwarcwalda!
Przypomniała mi się Ŝydowska anegdota, jak w Galicji, po szabasie, panował
taki zwyczaj, Ŝe bogaty śyd zapraszał biednego Zyda do domu, na obiad. A
więc Chone Reis po mszy wziął ze sobą biednego Zyda i nagle przy obiedzie
spostrzega, Ŝe z tym śydem jest jeszcze jeden śyd i zajada, jakby i jego
zaproszono. Chone pyta: Co to za jeden, ten śyd obok ciebie? A biedny śyd
odparł: Chone Reisie, to mój zięć, jest dopiero od roku Ŝonaty, a więc jest u
mnie „na garnuszku”, auf die Kost..
- A więc, Cassusie – powiadam-niechŜe ten Szwarcwald przyjdzie z tobą do
mnie.
No i weszliście, czarny kotek zatrzymał się przy piecyku i patrzył, ale Ŝe był
juŜ u mnie „na garnuszku”, auf die Kost, dostał mleczko w głębokim talerzu, a
na zwyczajnym miśnieńskim spodku pokrojone mięso... A potem Szwarcwald
siedział tylko koło drzwi, a ty najpierw usadowiłeś się na stołeczku przy
kaflowym piecyku elektrycznym, potem rozwaliłeś się na trzcinowym fotelu
obok pieca, na pluszowym kocyku w kratę, a po godzince podniosłeś się i
podszedłeś cichutko do łóŜka, wskoczyłeś tak, by opaść łebkiem na poduszkę, i
słodko wyciągnąłeś łapki aŜ do rozłoŜonej juŜ pierzyny.. A Szwarcwald,
niczym mały niewolnik, siedział przy drzwiach i patrzył na to twoje
Schauspielertum, by później, kiedy będzie leŜeć z pozostałymi kotami na sianie,
aby im to wszystko, co widział, opowiedzieć...
Przywiozła mi, Cassiusie, poczta na Sokolniki cięŜką paczkę. Ale nie było
mnie w domu. Zostawili mi wobec tego zawiadomienie, Ŝe na Diablicach mam
do odebrania przesyłkę. A ja myślałem, Ŝe to ksiąŜki, Ŝe to moŜe poczekać,
udałem się więc po tę paczkę dopiero po dwunastu dniach... Ale to były
artykuły spoŜywcze, a na paczce znajdowało się ostrzeŜenie, Ŝe znajduje się tam
takŜe szkło. Chciałem wziąć tę paczkę do „Tygrysa”, ale w końcu napatoczyła
się taksówka i wobec tego zabrałem paczkę do domu. Śmierdziała jałowcówką,
całe dno było przesiąknięte jałowcówką, a kiedy paczkę rozpakowałem,
znalazłem tam wśród kiełbas i skwarek okruchy szkła z półlitrowej butelki z
napisem: Jałowcówka... ale jałowcówki niet! A kiełbasa zaczynała się juŜ psuć i
nasączona była jałowcówką... A było tych wędlin chyba z dwa kilogramy... ale
ta pleśń na nich mnie wprost przeraŜała... Za oknami tego mojego wieŜowca
krąŜą kruki, rosyjskie baŜanty, jak je nazywają w Gródeczku, a więc pokroiłem
im te psujące się kiełbaski i balerony na talarki, wsypałem do wiaderka i
wyniosłem to rosyjskim baŜantom jako przysmak przed sylwestrem... i
rosyjskie baŜanty od razu zabrały się do dzieła... Ale to się jeszcze na
Sokolnikach nie zdarzyło! UrŜnięte baŜanty rosyjskie utykały na oba skrzydła,
chwiały się i wykonywały niewłaściwe ruchy...
Wiesz, Cassiusie, co by to było, gdybym te kiełbaski nasiąknięte jałowcówką
przywiózł do Kerska i dał wam? Wiesz, co by to było, gdyby czternaście kotów
potykało się i wykonywało niewłaściwe ruchy jak te rosyjskie baŜanty w
Sokolnikach?! Aha! Skwarki wziąłem ze sobą do „Tygrysa” — smakowały jak
nigdy!
PS
Cassiusie, mój ty abisyńczyku, murzynku, słyszałem właśnie w telewizji
Glenna Millera... A Moonlight Serenade. A Glenn Miller i Saint-Exupery —
obaj jako Ŝołnierze wpadli gdzieś do morza, wprost w jądro Sonaty
KsięŜycowej Beethovena. Przypomniały mi się wersy z Źdźbeł trawy, powiem
ci, Cassiusie, tylko początek:
I Walt, I Whitman, I Cosmos, I Manhattan son...
tak jakoś to brzmi... Wolę ci zadeklamować coś z mojego SierioŜy:
Wieczory miesięczne, zmierzchy lazurowe,
wysoko nosiłem swoją młodą głowę...
A tu juŜ chłód w sercu, juŜ przekwitły oczy,
nie wróci czar zmierzchów i miesięcznych nocy
I nieuchronnie tak, i niepostrzeŜenie
i ja zmieniłem się, a i świat się zmienił.
Rassijo, moja ty kraino azjatycka!
Okrutny mróz i nad kerskim lasem błyszczy księŜyc jak okruch Ŝółtej
butelki po jałowcówce. Cassiusie, autorzy Małego księcia i Serenady
KsięŜycowej spadli wraz ze swoimi samolotami do morza Wieczności, SierioŜa
Jesienin na wiele lat przed nimi w Piotrogrodzie w hotelu „Angleterre” powiesił
się na Ŝyrandolu i pospiesznie zastrzelił... Są teraz wraz z innymi poetami
lirycznymi i tragicznymi na „wikcie i opierunku” u archaniołów w niebiosach...
W telewizji właśnie Filharmonia czeska zaczęła grać Moją ojczyznę. Kiedy
skończyłem jej słuchać, usłyszałem ją właściwie po raz pierwszy, po raz
pierwszy pojąłem to, czym Smetana Moją ojczyznę wypełnił, co w nią włoŜył...
Dobranoc, Cassiusie, dobranoc. I dzień dobry, Republiko Czeska, dzień, dobry.
He he he!
Na dworze straszliwy mróz, a ja modlę się, aby sen Jakuba Demla o Wielkim
Białym Niedźwiedziu pozostał jedynie białym snem.
Happy End!
LOVE STORY
Motto:
Im leichtesten Spiel findet man die ernsteste Wahrheit... Spatbarockphilosoph
Leibniz
Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, dzięki tobie zjawiła mi się
drabina Jakubowa z Biblii, dzięki tobie stanęło przede mną wydarzenie z
chasydzkich legend, bez mała Dziewięciu bram... jedna z tych legend mówi o
gminie chasydzkiej, gdzie wierzący śydzi opowiadali sobie o cudach, Ŝe ich
rabin jest Wunderrabbi, i Ŝe co wieczór idzie do lasu, a tam zwisa z nieba drabi-
na i po tej Jakubowej drabinie rabbi wspina się do nieba. I siedział z chasydami
pewien myślący śyd, litwak, jak ich w Galicji nazywano, i on do tego stopnia
wątpił w prawdziwość tej legendy, Ŝe pod wieczór wybrał się, aby dokonać
oculata revisio, aby przekonać się na własne oczy.. I tam pod lasem, juŜ po
zmroku, zobaczył, Ŝe rabin wszedł do tej chałupki, w chałupce pojawiło się
ś
wiatło, litwak potem przez okienko zobaczył, Ŝe leŜy tam opuszczona chora
kobieta, Ŝe rabin rozpalił pod kuchnią, potem nastawił wodę na zupę, potem
umył chorą od stóp do głów, całe ciało, potem nakarmił ją, po czym pocieszał ją
i długo z nią rozmawiał... I oto co się stało: Kiedy niewierny Tomasz, śyd, z
tych, których nazywa się litwakami, wrócił do chasydzkiej osady, zapytano go,
co widział... A litwak odpowiedział, Ŝe ten ich cudowny rabin rzeczywiście jest
Wunderrabbi, Ŝe wspiął się po Jakubowej drabinie jeszcze wyŜej niŜ do nieba,
do samego jądra czynnej miłości bliźniego...
Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, drabina Jakubowa sięga aŜ do
nieba, jest to linia pionowa, wertykalna, zmierzająca aŜ tam, gdzie mieszka
Ŝ
ydowski Jahwe, a moja drabina leŜy na asfaltowej szosie, która prowadzi z
Libni aŜ do Ławeczki w Kersku, jest to drabina pozioma, horyzontalna, którą
niemal codziennie jeŜdŜę do was, koteczki, tyle juŜ lat jeŜdŜę autobusem, aby
was tam pocieszyć, nakarmić, aby z wami, wy moi bliźni, aby z wami
porozmawiać, pogłaskać was oczyma... Kiedy wysiadam z drzwi autobusu, te
drzwi są bramą moich leśnych niebiosów, widzę te dziś miotające się w
wichurze pnie brzóz i sosen, słyszę ten symfoniczny wiatr, jak dmie, i widzę,
jak wychodzi mi naprzeciw ten niebieski chór kotów, jak ten wicher je niemal
unosi, jak kładą się na grzbiety i patrzą na mnie w górę oczyma — naliczyłem
ich, Cassiusie, czternaście par, ty jesteś piętnasty, idziesz ostatni, bo przez cały
kwartał byłeś na wygnaniu, na emigracji, tam, na pustkowiu w lesie, na
ś
mietniku, gdzie jest dom i bagno, które nazywa się Na Krawędzi Wieczności.
Kiedy, Cassiusie, wysiadam z drzwi autobusu, wszystko, co widzę, proch i
błoto, kamienie i porozrzucane papiery i szmaty, wszystko ma dla mnie wartość
złota, moja zielono-biała furtka jest dla mnie bramą do nieba, tu i tam biegają
kotki i koty, te psotne i figlarne zwierzątka, jak uczył mnie srebrnousty mistyk i
poeta metafizyczny Thomas Traherne, są dla mnie poruszającymi się tu i tam
klejnotami, i rozpiera je taka radość, Ŝe nie biegają, ale unoszą się nad parcelą i
wśród listowia, i to odbiegają, to znów wracają... A ja, jak mi to powiedział
Thomas Traherne, nawet nie chcę wiedzieć, Ŝe urodziły się, Ŝe kiedyś umrą...
Dla mnie, Cassiusie, te moje koteczki unoszące się tu i tam w powiewach
wiatru są oddalającymi się i przybiegającymi z powrotem paziami w jasnych
pończochach, to kelnerzy w bluzach z białej francuskiej piki roznoszący
uroczyste toasty.. a wreszcie jest tu ten, który mnie najbardziej kocha,
Pomarańcz, ten, który jednak nigdy nie pozwolił mi się pogłaskać.
I ja, Cassiusie, jestem poraŜony, stoję i patrzę, po grecku stan ten określa się
miyein... mam zamknięte oczy, które jednak otwarte są na drugą stronę, tam,
gdzie zaczyna się mistyczny stan bódhi... I ta moja zielono-biała furtka jest
końcem mojego świata, i widzę, jak z niebiosów unosi się w wietrze drabina
Jakubowa, po której moŜna wspiąć się aŜ tam, gdzie mieszka Ŝydowski Bóg...
tam, dokąd co wieczór wspinał się chasydzki Wunderrabbi, tak Ŝe ujrzał to
nawet roztropny i niewierny litwak.., teraz, właśnie w tej chwili znajduję się w
Edenie, mieście, które wybudowane jest w raju, gdzieś tam, gdzie łączy się
Eufrat i Tygrys, gdzie biegają i bawią się chłopcy i dziewczęta jak ruchliwe
klejnoty.. a ich oczy lśnią i błyszczą niczym szlifowane szafiry i szmaragdy, i
bursztyny.. do których jeŜdŜę codziennie autobusem po swojej poziomej
drabinie, która asfaltową szosą łączy Libeń i Kersko. Nie mogę jednak
zapomnieć wysiąść „Przy Ławeczce”! A wsiadać tylko na Ŝądanie...
PREMIERA
Motto: Czczczy ttto wwwwina Szszszweda, ŜŜŜŜe jest Ddddduńczykiem?
Libor Fara, plastyk Teatru Za Balustradą
Teraz ci, Cassiusie, coś opowiem. Na premierę Głośnej samotności oprócz
premierowych widzów Teatru Za Balustradą zaproszeni zostali, albo, Cassiusie,
sami się zaprosili towarzysze z wydziału czwartego KC KPCz. Ten czwarty
wydział siedział w trzecim rzędzie, a przewodził mu sam Muller, który
przyszedł w towarzystwie swojej małŜonki i sześciu sekretarzy, a dwaj spośród
nich nosili takie samo nazwisko: Baranek...
No i ta Głośna samotność zaczęła się zgodnie ze scenariuszem, który napisał i
reŜyserował Evald Schorm, a juŜ same tylko krąŜące wieści i plotki sprawiły, Ŝe
dostał depresji i nawet nie odbierał telefonów. Obecny był i wprowadzał gości
sam dyrektor Vodiczka w ciemnoczerwonej marynarce z aksamitu obszytej
czarną lamówką, a towarzyszył mu jego zastępca, aktor, pan Preućil w
smokingu harmonizującym z jego nienagannymi manierami...
No więc, Cassiusie, na scenie rozwija się Głośna samotność zgodnie ze
scenariuszem... WyróŜniał się pan Mrkvićka, który oświadczył, Ŝe utoŜsamił
się z rolą Hańty, Ŝe juŜ od prób przestał być Mrkvićką i stał się Hańtą, Cyganie i
Cyganki wcielili się w swoje role znakomicie, tak samo zresztą jak pan Bedrna
jako Szef okazał się numerem jeden, nie mówiąc juŜ o panach Hermanku i
Zednićku! A co dopiero sam tekst, który reŜyser pan Evald Schorm
mistrzowsko zmontował, rytmizując pełne tkliwości i czułości zdania z frazami
i sytuacjami iście szarlatańskimi! A ja wolałem trzymać się aksamitnej kotary w
drzwiach, na wszelki wypadek...
A potem, Cassiusie, nastąpił antrakt, który spędziłem na przyjacielskiej
rozmowie z samym kierownikiem wydziału czwartego panem Mullerem, po
czym przedstawienie trwało nadal i widzowie byli zachwyceni, przywykli juŜ
do tych szarlatańskich i tkliwych mimicznych zagrań aktorów Teatru Za
Balustradą... no i powiadam ci, Cassiusie, zbliŜał się koniec, kiedy to Hańta
pozwała się zgnieść tej prasie, nad którą pracował i którą sam reŜyser Evald
Schorm wywyŜszył, awansował, gigantyczną prasę otwartą ku widowni niczym
skylab, skąd wychodzili wszyscy aktorzy i gdzie zbliŜał się teŜ ten
nieodwracalny koniec protagonisty — Hańty..
A ja wolałem trzymać się nadal aksamitnej kotary w drzwiach, a tam w
trzecim rzędzie siedział ten wydział czwarty z kierownikiem Mullerem i jego
małŜonką... i zbliŜało się zakończenie, którego się obawiałem... Na scenie
zjawił się pan Herzmanek, aktor numer dwa, jako Olbrzym, co ja mówię:
wszedł, wtargnął, tak Ŝe aŜ się wystraszyłem i szarpnąłem tę aksamitną kotarę, i
Hermanek jako Olbrzym zaczął ekspresyjnie krzyczeć wprost do tego trzeciego
rzędu:
— Przyjaciele, chciałbym wam zadeklamować wiersz, który napisał mój
druh!
I stanął na drabinie albo wspiął się na szczudła, wyciągnął nóŜ i w miarę jak
recytował, noŜem tym uderzał rytmicznie w portal...
—Ten wiersz napisał mój druh na zebraniu partyjnym w Wonoklasach... a
zaczął te swoje strofy pisać pijąc piwo „U Hofmanów”, a potem pijąc piwo na
Wlachowce!
— krzyczał pan Hermanek, i przy kaŜdym słowie uderzał noŜem w portal, tak
Ŝ
e drzazgi i wióry dolatywały aŜ do trzeciego rzędu na wydział czwarty a ja
trzymałem się kurczowo aksamitnej kotary i słuchałem pełnej ekspresji
recytacji pana Herzmanka, który ciągnął dalej:
— A potem mój druh zjawił się i pisał nadal wiersze Na RoŜku, potem
wrócił aŜ do Kofrów, teraz to nazywa się Na Cegielni, i pisał tani te wiersze na
podstawce pod piwo, aby przezwycięŜyć w sobie ból, Ŝe zabrania się młodym
poetom pisać... później zaś zjawił się u Mullerów na Korabiu i tam pisał na
podstawkach kolejne wiersze, u Mullerów, którym synka przywieźli z
Garmisch-Partenkirchen w tym czterdziestym i piątym roku jako nieboszczyka,
umarł bowiem jak poeta podczas gry zwanej hokejem... I, mili druhowie!
Pochowano go na cmentarzu Na Korabiu ima na pomniku złamany kij
hokejowy, tam gdzie poeta Hlavaćek, który leŜy kawałek dalej, bo nastroił
swoją lutnię najniŜej jak moŜna, i jak Owidiusz dąŜył do osiągnięcia tego, co
zakazane... I, przyjaciele — krzyczał pan Herzmanek, przypuszczając naiwnie,
Ŝ
e ta jego rola będzie prostą drogą jeśli nie do Teatru Narodowego, to
przynajmniej do Teatru na Winogradach... I noŜem nadal dźgał portal, tak Ŝe
drzazgi i wióry leciały aŜ do trzeciego rzędu na czwarty wydział... — I tak oto
mój przyjaciel, juŜ przeklęty poeta, zjawił się „U Hausmanów”, aby wbrew
bezprawiom epoki napisać na podstawce kolejny wiersz i wypić następne pi-
wo... A w końcu zjawił się w „Browarze”, gdzie piwo nalewa pan Daniel, po
czym znów ślinił ołówek „Pod Królem Wacławem” i na papierowej podstawce
pisał nową poetycką frazę, w końcu zaś, kiedy druh mój uświadomił sobie, Ŝe i
tak jego wiersze nie będą mogły być publikowane, załamał się we łzach
szczęścia i tragedii...
I cóŜ ci, Cassiusie, mam powiedzieć, kolejne uderzenia i kolejne drzazgi
dolatywały aŜ do trzeciego rzędu i spadały na wydział czwarty i pan Herzmanek
— dzięki ekspresji swojej recytacji — miał juŜ widzów w garści, przeraŜało ich
to, Ŝe wydziera się z noŜem w ręku...
— A mój przyjaciel nie poprzestał na tym, szedł dalej, zatrzymał się teŜ „U
Horkych” i tam dokończył poemat swojego Ŝycia i wyrecytował go piwowarom
z „Hangaru”, ci jednak straszliwie go sprali... — wykrzyknął pan Herzmanek w
roli Olbrzyma, który — zgodnie ze scenariuszem
—ma teraz zeskoczyć, połamać stół i stołową nogą niczym batutą dyrygować i
ś
piewać czule:
GdzieŜeś ty była, siwa gołąbko?
Siwa gołąbko, gdzieś ty była?
A potem aktor Herzmanek, ogromny jak czarny koszykarz Magic Johnson,
ryknął straszliwie wprost do trzeciego rzędu, adresując swoje orędzie jakby do
samego kierownika wydziału kulturalnego:
— Panowie, jestem oprawcą, pomocnikiem kata! Nikt nie chce słuchać
moich wierszy, proszę mi więc wybaczyć, Ŝe gwałtem wymogłem uwagę, bo
któŜ w przeciwnym razie moŜe w tym kraju mówić to, co chce? A właściwie te
wierszyki na podstawkach pod piwo, te frazy, te wersy ja sam napisałem... A
oto mój wiersz w całości:
Po opoce, po krawędzi
dama karo Ŝwawo pędzi
niczym boski Amor
z lirą rozśpiewaną...
Pan Herzmanek ryczał z ogromną ekspresją i na potwierdzenie tego, co
mówił, kłuł nadal noŜem obudowę sceny i drzazgi dolatywały aŜ do trzeciego
rzędu na czwarty wydział, który teraz jakby się ocknął, i przepychał się,
wymykał się z trzeciego rzędu, byłe dalej, i pędził do aksamitnej kotary tak Ŝe
ledwie zdąŜyłem ukłonić się i teatralnie rozsunąć tę kurtynkę, bo, Cassiusie, zur
Kunst gehórt ja auch Schmierenkomódiantentum...
A tymczasem wydział czwarty siedział juŜ przy stole w barze Teatru Za
Balustradą... i towarzysz Muller pił juŜ szklanka za szklanką to swoje
Ŝ
ernoseckie wino, a jego małŜonka dotrzymywała mu kroku..; Usiadłem obok
damy.. a z widowni rozległy się oklaski i długotrwała wrzawa i owacje dla
kłaniających się aktorów... A potem w foyer zjawił się teŜ blady dyrektor
Wodićka i jeszcze bledszy jego zastępca aktor pan Przeucil, pierwszy sekretarz
wydziału czwartego zaproponował im krzesła obok siebie... A mnie natychmiast
zaatakowała pani Mullerowa: — Jak mogliście wystąpić. z takim paszkwilem! I
to w czasie, kiedy obchodzimy Dzień Matki!
— Co ma pani przeciwko temu, proszę pani? — pytam.
—Mało panu jeszcze, Ŝe na scenie mówi się o tym, Ŝe Hańcie umarła mamusia,
a on sam zszedł do podziemi krematorium, Ŝeby popatrzeć, jak jego kolega
miele tam w ręcznym młynku kości jego mamy — powiedziała pani
Miillerowa.
— No cóŜ — ja na to — od tego są noŜyczki... MoŜe pan to — zwróciłem się
do pana Przeućila — wykreślić ze scenariusza... I co jeszcze?
—A potem ta okropność... boję się domyśleć to do końca.., jak otwierają noŜem
urnę, a Ŝe mamusia lubiła kalarepę, wobec tego posypują w ogródku grządkę
kalarepy mamusinym popiołem... A pan to wystawia w Dniu Matki? Pan,
laureat Nagrody Klementa Gottwalda?
—Co prawda, to prawda — mówię. — Mnie to miejsce takŜe irytuje... — I
znów zwróciłem się do pana Przeućila:
— MoŜemy to skreślić w imieniu wszystkich mam i mamuś. A co ty, Mirku
— to do Mullera — masz przeciwko tekstowi?
A Miroslav Muller mowi:
— Brak mi tam, Bogusiu, troszkę znajomości rzeczy... Szef się tam uŜala:
„Hańto, przecieŜ ty mi jeszcze za Ŝycia mielesz tego mojego Ŝałosnego pisia”!
Tego juŜ dla mnie za wiele. PrzecieŜ gdyby nie było wyrośniętego pięknego
pisia, nie byłoby ani papieŜy, ani pierwszych sekretarzy...
A ja, Cassiusie, powiadam:
— I to, Mirku, moŜemy wykreślić, tak samo jak całą tę finałową scenę z
Olbrzymem poetą moŜna usunąć, niech się to kończy tym, Ŝe Hańta ginie w
prasie... Będzie to dramatyczny finał, tak jak Antygona, jak Katia Kabanova...
No cóŜ, w moich tekstach moŜna skreślać ad libitum... mówił mi to juŜ Milan
Kundera w ParyŜu... „Słuchaj no, ty moŜesz być w Pradze, w tych twoich
rękopisach moŜna kreślić i zawsze tam zostanie coś, co zmierza do istoty
rzeczy. Ale ja? U mnie wystarczy skreślić dwa koncepty i juŜ tekst mi się
rozpada...”
I Mirek Muller się ucieszył.
— O to, Bogusiu, chodzi, myśmy tu przyszli tylko po to, aby teatrowi
dopomóc... my przecieŜ nie stawiamy stopy na gardle poety, na jego kruchym
gardziołku, i nie nasłuchujemy, czy szczerze rzęzi... Co to, to nie! Wydział
czwarty jest po to, by — jak chce Baudelaire — strzec istoty i kształtu poezji...
A ja powiadam:
— Słuchaj no, Mirku, masz rację, nie tak dawno jako gimnazjalista pisałeś
wiersze do szkolnego pisma... a teraz, z ręką na sercu, piszesz juŜ drugą
powieść, a ja nie waham się stwierdzić, Ŝe kontynuujesz poetykę Flauberta i
Balzaca, i „Playboya”.
I wyobraź sobie, Cassiusie, pierwszy sekretarz wydziału czwartego
uśmiechnął się Ŝyczliwie i powiada:
— Słuchajcie, towarzysze, partia posłała nas tu nie po to, abyśmy zdjęli z
afisza Głośną samotność, partia nigdy niczego nie zakazuje... tylko wam,
pracownikom teatru, delikatnie sugeruje, abyście się sami zastanowili nad tym,
I jak ma wyglądać socjalistyczna forma i treść dzieła sztuki... Ale, Bogusiu, kto
ci radzi, kto cię namawia, abyś postępował tak nieprzyzwoicie, jak tu
postępujesz?
A ja, Cassiusie, na to:
— Mirku, przyjaciele, moją nauczycielką jest historia... Fabius Cunctator, który
cofając się przez słoniami Hannibala w końcu pod Kannami zwycięŜył w
długiej wojnie z Kartaginą...
I Mirkowi Mullerowi podobała się moja postawa.
— Słuchaj, ty draniu, a więc my jesteśmy tymi słoniami? W porządku, niech
przyniosą jeszcze kilka flaszek Ŝernoseckiego, a wy, towarzyszu dyrektorze —
to do Wodiczki — zaproście i poznajcie mnie z aktorami, zaproście teŜ obsługę
techniczną, wzniesiemy toast za pomyślność dzisiejszej premiery..
I do foyer teatru wszedł prostoduszny aktor pan Bedrna i zawołał to, co
powiedział juŜ na scenie:
— No a teraz zrobimy sobie wszyscy wspólne zdjęcie!
PS
W Kersku, 22 stycznia 1993 roku, dmie wiatr z południa.
Nieopodal Sumatry płonie dwieście tysięcy ton ropy. A Jelcyn
powiedział gdzieś w świecie; „Trzeba trzymać palec nie tylko na cynglu
broni atomowej, lecz takŜe na pulsie drugiej ręki”.
KOCIA MASKARADA CZYLI SPOWIEDŹ BEZ ROZGRZESZENIA
Motto: NajdłuŜsza droga okręŜna jest najkrótszą drogą do domu...
James Joyce: Ulisses
O czymŜe to ja właściwie chciałem pisać? JuŜ sobie przypominam... 0
Kozaku, któremu podczas wojny domowej zabito rodziców, siekierą zarąbali
ich w domu, kiedy to Kozak zobaczył, podpalił swoją rodzinną chatę, objechał
na koniu ten płonący domek, wyrwał sobie garść włosów i wrzucił je na
strzechę w płomieniach, a potem juŜ tylko... być stąd daleko, dalej, jeszcze
dalej!
Ja, Cassiusie, teŜ mam taką naturę, gdybym przyjechał do Kerska i zobaczył,
Ŝ
e ktoś mi te wszystkie moje koty wymordował, to i ja takŜe nie miałbym juŜ po
co Ŝyć... i pewnie bym równieŜ tę naszą szopę, gdzie jest siano z tej naszej
łączki, tam, niŜej, nad Weleńską Strugą, to bym to siano wraz z szopą podpalił,
wyrwałbym sobie z głowy resztki włosów i wrzucił je do ognia, tak jak to
czytałem w Armii konnej Babla o nieszczęsnym dumnym Kozaku...
Ale ja, Cassiusie, jestem barbarzyńcą na inny sposób... Mam pudełko po
butach pełne lekarstw i — zamiast się oszczędzać, by miał kto dać wam jeść i
pić — niszczę się, zaŜywam lekarstwa, które widzę, najchętniej przyjmuję
lekarstwa w postaci proszków, tabletki zielone i Ŝółte, niebieskie i białe, według
koloru, nie dbam o to, co radzą mi lekarze, wprost przeciwnie: zaŜywam te
proszki pod wraŜeniem chwili jak cukierki, ataralgin popijam piwem, aspirynę
równieŜ, Nitri-Mack-Retard takŜe i corinfar oraz cerucal tak samo. A potem się
dziwię, Ŝe mam odchylenia, kiedy idę przez to swoje mieszkanie na
Sokolnikach, Ŝe zapaskudzam sobie łokcie w wygódce w Kersku, Ŝe jąkam się i
tracę pamięć, i myślę sobie, Ŝe robię coś Bóg jeden wie jak genialnego i jeszcze
się tym chwalę, tak jak teraz, przy pisaniu. A Ŝe jestem niespokojny? A Ŝe
jestem zdezorientowany? JakŜeby inaczej? PrzecieŜ niemało kosztowało mnie
pracy, nim udało mi się zgodnie z Arthurem Rimbaudem i Antoninem
Artaudem wprowadzić zmysły w stan czuwania... a Ŝe majaczę? IleŜ musiałem
się nachlać, zanim zrozumiałem poetykę Edgara Allana Poego? A teraz,
Cassiusie, dodaj do tego tę kombinatorykę pigułek zalewanych piwem. No to
cześć! I jakŜe się tu potem nie dziwić, Ŝe czasem wypluwam z ust monetę dla
przewoźnika Charona, jakŜe się potem nie dziwić, Ŝe się dziwię? Ale! Ja zawsze
byłem tak trochę bardziej zdroŜny, i to jest problem mojego stylu... Bo — do
kółeczka, do kolusia... I kręci mi się w głowie...
Ale największe utrapienie ma ze mną pan profesor Alouśzek Śztork, lubimy
spacerować sobie kerskimi alejami... I na przykład! Zatrzymujemy się przy
stawie w lesie, stawie, nad którym wznosi się willa jakby stworzona do
popełnienia morderstwa, willa, na której ogromne betonowe litery układają się
w napis:
NA KRAWĘDZI WIECZNOŚCI.
Idziemy w milczeniu, a ja jak zwykle coś znalazłem, była to fiolka draŜetek
w kolorze Ŝółtym, i ja natychmiast, Cassiusie, jako Ŝe jestem ostroŜny,
łyknąłem jedną, a potem jeszcze jedną...
A pan profesor spytał mnie czule:
—A cóŜ to pan Ŝre?
A ja mówię:
— To nic, to pigułki, proszę, niech się pan poczęstuje
—i zaproponowałem mu, a on najpierw chwycił się za głowę, po czym
wyciągnął palce aŜ ponad wierzchołki brzóz i ryknął:
— On opycha się guaralem jak cukierkami! — Po czyni teatralnie ugiął nogi
w kolanach i idąc tak, grzebał paznokciami w liściach zaścielających aleję i w
tej chwili wyglądał jak piękny człowiek kromanioński...
I dwaj ludzie, wczasowicze, mijając nas usłyszeli znowu:
— On opycha się guaralem jak cukierkami! — I pan profesor stuknął się w
czoło, a potem mi oznajmił:
— Ci dwaj... to moi pacjenci ze szpitala na placu Karola...
Kiedy indziej znów, Cassiusie, przyjeŜdŜa do Kerska pani Olinka Jung,
kiedyś mieli cyrk i była kochanką Vitezslava Nezvala, a w końcu Jareczka
Kladivy... Kiedy w Pradze szliśmy mostem Czecha, nagle nam zniknęła...
Jareczek patrzy w dół, tam nie skoczyła, i nagle słyszymy glos z góry
podnosimy wzrok, a tam, na kolumnie mostu, stoi tam Olinka, robi gwiazdę i
posyła nam całusy jak w cyrku...
— Tu jestem, ty moja papuŜko!
I ta oto dama, Cassiusie, przyjechała na moją parcelę akurat wtedy, gdy był tu
pan profesor Alouśek Śtork... a ona prosto z mostu:
— Bardzo się cieszę, Ŝe jest pan profesorem, jaką kurację, jakie pigułki by mi
pan polecił. Mam nie tylko dolary ale i marki. Jaką kurację by mi pan przepisał,
co mam robić, Ŝeby schudnąć?
A profesor Alouśek Śtork zaśmiał się straszliwie i ryknął:
— Nie trzeba tyle Ŝreć!
A nasza alejka nosi numer dwadzieścia cztery, i daleko, aŜ w alei numer
cztery, niemal tuŜ obok gospody „Gąjówka”, tam pan inŜynier Hubka, który
równieŜ cierpiał na otyłość, i właśnie kończył zajadać niemal całą struclę, tak
się przestraszył tego głosu, który nadleciał i poprzez brzozy i sosny:
— Nie trzeba tyle Ŝreć!
Ŝ
e, choć był koło swojego domku sam, odtrącił talerz z nie dojedzoną struclą
i przeraŜony wpatrywał się poprzez korony drzew w błękit nieba...
I tak samo, Cassiusie, jest ze mną i z tymi lekami, nieustannie, dokoła,
dokolusia... ja naprawdę lubię ssać te pigułki jak cukierki... I na niedzielę,
Cassusie, prosiłem zawsze o przepisanie mi guaralu, aby panu profesorowi
Alouszkowi Śtorkowi, kiedy przyjedzie tu sobie odpocząć, sprawić
przyjemność. Guarał, guaral, guaral! Oczywiście, Cassiusie, całkiem szczerze:
w ten sposób pewnie tej Nagrody Nobla w dziedzinie literatury nie dostaniemy!
Cassiusie! W czwartek przyjechałem autobusem, w śniegu i mrozie,
przygnębiony, zamierałem ze strachu na myśl, Ŝe znajdę was zamarznięte na
kość, tak jak te chińskie gliniane konie i Ŝołnierzy w kolumnadzie...
I, Cassiusie, do autobusu wyszedł mi naprzeciw nie tylko Pomarańcz, nie tylko
Szwarcwald, ale i wszystkie te pozostałe skarpeteczki i murzyneczki, przez
ś
nieg, i ten suchy zmarznięty śnieg wprawiał je we wspaniały nastrój, i
Pomarańcz tańczył, chodził na tylnych łapkach przez śnieg, i te murzyneczki i
skarpeteczki, wszystko zbliŜało się do mnie tańcząc poprzez suchy iskrzący się
ś
nieg.... Dokoła, dokolusia. Jutro się będzie tańczyć wszędzie! A ja byłem
przeraŜony swoim brakiem wiary.. Kotki postanowiły chyba dodać mi sił,
Ŝ
ebym nie odchodził z tego świata, w którym Ŝyją o głodzie wśród śniegu
tańczące kotki. Gołąbki moje! Dzieciątka moje, dziękuję wam... a tobie,
Pomarańczu, który przeszedłeś juŜ tyle razy zapalenie płuc, tobie posyłam w
powietrzu całusa...
Wiesz, Cassiusie, jak tak jeŜdŜę cale dziesięciolecia do was, do Kerska,
stwierdzam, Ŝe ciągłe znajduję się w tym samym miejscu... Ciągle wstaję i
poruszam się chwiejnie w tej swojej sypialence, kiedy wyciągam w bok
ramiona, paznokcie obu rąk mam całe w farbie ze ścian, wlokę się ciągle w tym
samym miejscu do wychodka, ciągle golę się w ten sam sposób i. boję się
spojrzeć na siebie w lustrze, a jeśli juŜ, to zza węgla w lustro w łazience, i
ciągle piję tę samą kawę, i ciągle palę tego samego papierosa, i ciągle wkładam
te same gacie, i ciągle wciągani dŜinsy i koszulę, i ciągle, dziesięć lat i dłuŜej,
stwierdzam, Ŝe wkładam tę samą koszulę, tylko w innym kolorze, i kurteczkę, i
w ten sam sposób zakładam okulary i ciągle w ten sam sposób szczam do
umywalki, i ciągle w ten sam sposób obiecuję komuś przez telefon, Ŝe przyjdę
do „Tygrysa”, i ciągle w ten sam sposób wracam, aby przekonać się, czy nie
kapie woda, czy zakręciłem kurek gazu, i wracam raz jeszcze, by to wszystko
ponownie skontrolować, a potem zamykam za sobą i jadę na dół windą,
niewolny od obaw, czy rzeczywiście pozakręcałem Wszystkie kurki i krany?
I wlokę się na autobus, i wciąŜ przez tych dziesięć lat jestem w tym samym
miejscu, i dworzec autobusowy jest ten sam, tylko dawniej Na Florencu, a teraz
wsiadam na dworcu autobusowym tam, gdzie przez dwadzieścia lat wchodziłem
do mojego domku, Na Krawędzi Wieczności, a więc do tej względnej
wieczności, i znam ulicę Ronkową, i ulicę Vacinową, a tam, gdzie jest.
drogeria, tam była gospoda „U Klouczków”, a dalej jest ta sama gospoda „U
Doudów”, a potem jadę koło tej samej Czeskomorawskiej Kolben Daniek, i
codziennie przejeŜdŜam koło Harfy, gdzie jest teraz winiarnia „Pod Platanem”, i
wciąŜ tą samą drogą obok restauracji „Na Podjebradzkiej”, dawniej
„Bratysława”, gdzie wciąŜ jest ten sam przystanek i niemal ci sami podróŜni... a
potem te same poruszające się reklamy, aby było je widać z jadącego auta..,
znam je juŜ na pamięć... i te same firmy i ten sam koniec Hloubietina z gospodą
„Na Starej”..., a dalej to samo na Czarnym Moście... po czym ten sam wjazd
pod górę do Poczernic, a teraz te same firmy, Jerzy Prokop, cukiernia, ale juŜ
jest skasowana, i ten sam sklep rzeźniczy — Diviśzkova...
I oto jestem na tej samej drodze juŜ od piątego roku Ŝycia, Praga — Nymburk
przez Nehvizdy, jest tu nowy zajazd i sklep masarski, „U Wydrów”, tak się to
nazywało. Tu z panem Vodvarką pięćdziesiąt lat temu budziliśmy starego
Wydrę o drugiej godzinie w nocy, aby postawił na nogi kapelę, i wszyscy, kto
tylko chce, niech przyjdą do Wydrów, Ŝe pan Vodvarka płaci za wszystko... a
potem grało się tu do rana, pan Vodvarka wykupił cały kramik wódki i
częstował wszystkich, a potem jechało się dalej, do Kolonii i kapela grała
Kolonio, Kolonio... I jechało się do Nymburka, ojca ta wyprawa niemal zabiła,
ale Vodvarka, jako Ŝe wygrał w ferbla, śmiał się... ale było to, choć Ŝywe, tylko
we wspomnieniu na tej drodze... a potem znów kilka budynków, jak zawsze, a
potem szosa, a potem do Mochowa, a dalej zakręt... i ciągle to samo, Cassiusie,
ciągłe to samo, dokoła, dokolusia, wciąŜ Cesarska Kuchnia, a dalej Przerow i
ciągle te same przystanki i zakręty, a ja siedzę i jest mi zimno... i te same
skrzyŜowania, i ten sam przystanek Sernice, i te same szklarnie... i kierowca
autobusu tym samym głosem pyta:
— A będą na pana kotki czekać? Wczoraj naliczyłem ich czternaście...
A ja w ten sam sposób wlokę się kulejąc do drzwi autobusu, i w ten sam
sposób wysiadam i za kaŜdym razem niewiele brakuje, bym upadł... i autobus w
ten sam sposób czeka, dopóki nie przejdę na drugą stronę alei, a ja juŜ przez
druciany płotek widzę, jak wychodzi mi naprzeciw Pomarańcz ze
Szwarcwaldem...
A wczoraj po raz pierwszy w tym roku padał śnieg, okrutny mróz, ale
wszystkie koty wybiegają mi z furtki naprzeciw i tańczą, podskakują, fikają
koziołki, walczą stojąc na tylnych łapkach i popisują się, bo juŜ mnie dziś nie
oczekiwały.. a ja im dziękuję, kłaniam się im: — Dziękuję wam, dziękuję wam,
dziękuję wam!
I tak oto, Cassiusie, odłoŜyłem samobójstwo na kiedy indziej, a moŜe na
zawsze, dzięki Pomarańczowi, który, choć chory zatańczył mi najlepiej, jak
umiał, był niedołęŜny, ale widziałem, Ŝe chce mi zrobić przyjemność, Ŝe mnie
prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez
Charona... bo stale poruszam się tylko i wyłącznie po okręgu, dokoła,
dokolusia... i kotki wyczuły to i o głodzie w mrozie fikały na śniegu koziołki,
zmagały się ze sobą, i tylko ty, Cassiusie, ty stałeś na samym końcu, ten czarny
w tyle, a kiedy przeszedłem obok tańczących kotów, podniosłeś się, a ja jak
zwykle nastawiłem ci palec i ty jak zwykle trąciłeś go tym swoim wilgotnym
czarnym noskiem, zamknąłeś jak zawsze oczy i opadłeś cięŜko na przednie
łapki, a potem wraz z resztą kotów ruszyliście za mną przez śnieg do stołu i
ławki, wszystko zasypane było śniegiem, który chrzęścił pod moimi lekkimi
dŜinsowymi pantoflami, a ja otwarłem drzwi i szybko jak zawsze roznieciłem
pod kuchnią ogień, abyście, kotki, dzieciątka moje, miały ciepłe mleczko,
najpierw jednak podzielę i rzucę wam dwa pieczone kurczaki... ZasłuŜyłyście
na nie, bo gdyby was nie było, nie byłoby takŜe mnie, bo nie mam innego
powodu Ŝyć...
PS
Jest sobota 6 lutego 1993 roku, jutro będzie pełnia piękna jak musująca
aspiryna, jest, Cassiusie, miesiąc luty i na Połabie zaczną przylatywać
skowronki. Właściwie będą powracały, takŜe dokoła, dokolusia. A ja wychodzę
im naprzeciw. Kroczę obok kościelnego pola, mijam rzadki zagajnik, który
nazywa się W Bejkowcu.,. A potem juŜ i tylko zagony i Farna Droga, która
kończy się kropką iskrzącego się kościółka w Wełence. Nad Farną Drogą i nad
łanami znów będą unosić się skowronki zawieszone na niciach, na uwięzi, w
samym niebie, i tak oto nadejdzie do Kerska wiosna, ja, jakby przepowiadając
ją, zeszłym tygodniu nazrywałem bazi z leszczyn i kotków z iw.
Płonąc płonąc płonąc
O Panie, Tyś wydarł mnie,
o Panie, Tyś wydarł mnie
płonąc.
Starczy ci to, Cassiusie? Napisał to święty Augustyn... a jego mamusią była
ś
więta Monika, zresztą teŜ Murzynka. Starczy ci to? Starczy? — pytam.
INAUGURACJA I MONOLOG WEWNĘTRZNY
PROGRAM INAUGURACJI I CEREMONIAŁ
PRZYSIĘG! PIERWSZEGO PREZYDENTA
REPUBLIKI CZESKIEJ
we wtorek 2 lutego 1993 r.
Motto:
Hamlet, il se promene,
lisant au livre de lui-meme.
Stephane Mallarme
Pan prezydent
Wacław Havel
Zamek
w Pradze
Panie prezydencie Republiki Czeskiej! Dziedzicu tradycji przemysławowskich!
Powiedziałem Panu na Zamku: „Lengster Weg rum ist der kurzeste Weg nach
Hause”. NajdłuŜsza droga okręŜna jest najkrótszą drogą do domu. Tak to ujął
Leopold Bloom w Ulisesie Jamesa Joyce”a. To pan jest tym Ulissesem, który z
długotrwałej wojny powrócił do ojczystej Itaki. Jest Pan w domu i Pańskie
pomyłki nie były błędami, ale!... Dzięki temu wszystkiemu otwarły się przed
Panem bramy nowego poznania. Wszystkie koteczki, a jest ich czternaście,
cieszyły się, nie wyłączając Cassiusa, który tak jak Pan spędził trzy miesiące na
emigracji. Teraz i on jest juŜ w domu.
Pański
Bohumil Hrabal
Kersko, 3 lutego 1993 roku
Zamarza mi ołówek. A więc raz jeszcze: Pański Bohumil
Hrabal.
12:43
Prezes Rady Ministrów przyjeŜdŜa na Zamek
(Matyaszowa Brama)
12:30
Przewodniczący parlamentu przyjeŜdŜa na
Zamek
(Matyaszowa Brama)
.. .a więc klucze, które mieli minister kultury i pierwszy sekretarz wydziału
czwartego i inni straŜnicy skarbu Skowronków, tych kluczy do Skowronków
strzegli nadaremno, tak jak koncesjonowana firma Branald i Pilarz, Adolf i
Franek, te Skowronki, moją pierwocinę, odesłali mi nadaremnie...
—
Kochasiu, dzisiaj pisze się inaczej, nadeszły inne czasy... — mówił mi
wówczas gniewnie Franek, autor Stryja Bonifacego...
—
A ja, Cassiusie, z ręką na sercu, w cztery oczy, jestem z tego zadowolony..
I jeszcze, Cassiusie, o czymś zapomniałem. Boć przecie te Skowronki na
uwięzi w końcu się ukazały...
— Choćbyście robili, co chcecie — powiedziałem do pierwszego sekretarza —
szydło, Mirku, wyjdzie z worka...
Kiedy w owym roku pięćdziesiątym szóstym przyszedł nowy dyrektor,
Skowronki na uwięzi były juŜ w zapowiedziach, lada chwila miały się ukazać,
juŜ-juŜ... A jednak nowy dyrektor pisarz, z obrzydzeniem przyniósł do redakcji
w palcach róg stronicy i ze wstrętem pokazywał te zapowiedzi... i tak jak ty
Mirku, zwrócił się z niechęcią do redaktorów:
— I wy to świństwo zamierzacie wydać?...
I upuścił te zapowiedzi na Ziemię, i skład poszedł do przetopu, a
wydrukowane arkusze na przemiał, do Składnicy Surowców Wtórnych, papier,
na Bubnach... i mówię ci, Mirku, w końcu, kiedy juŜ chciało mi się na te
Skowronki rzygać, w owym roku sześćdziesiątym drugim, ukazały się
uroczyście i sławnie, te same Skowronki, które Adolf i Franek, Branald i Pilarz,
od razu odrzucili, i za te same stronice dostałem później takŜe nagrodę
wydawnictwa „Pisarz Czechosłowacki”, i byłem numerem jeden, i byłem
czempionem, i ozdobnym klejnotem... A Ŝe, Mirku, chciało mi się rzygać?...
13:00—13:13
Na Zamek przyjeŜdŜają prezydenci sąsiednich państw
(Matyaszowa Brama)
Prezydenci przyjeŜdŜają w trzyminutowych interwałach.
Premier wita gości w Sali Wejściowej.
Osoby towarzyszące głowom państw uczestniczą w powitaniu w Sali Tronowej.
Siedziałem na brzegu łowiąc ryby Poza mną jałowa równina. Te urywki niech
wesprą mój pałac w ruinie. Stanie się tak jak pragniesz.
Hieronim szalony
Datta. Dayadhvam. Damyata.
ś
anti, śanti, śanti
Halo, jak się masz, Jarku, co porabiasz, a jak tam Ŝona, a dzieci czy zdrowe?
Zapomnij o wszystkim, co było, jesteś numerem jeden, który przyozdabia
obywateli, wy-głosiłeś przemówienie nad Palachem, i co porabia Ŝona, jak się
mają dzieci?
Tę pamiątkową księgę In memoriam Jarosława Kladivy przygotowywaliśmy
na dzień dwudziestego siódmego kwietnia, świąteczny dzień Jarosława 1987, ja
tę swoją mowę pogrzebową, Józef Jira miał tę swoją grafikę, a Oldrich Hamera
swoją graficzną epopeję ku pamięci Barranda i boję się to napisać... ale
wypiłem juŜ tyle fińskiej wódeńki, Ŝe nie czuję Ŝadnych oporów... na końcu
tego In memoriam znajdował się tekst Jarosława Kladivy jego Mowa nad
trumną Jana Palacha, pan rektor Star3Ŝ prowadził wówczas ten kondukt, a Jarek
wygłosił to przemówienie poŜegnalne, którym chcieliśmy zakończyć to In
memoriam, i to przemówienie poŜegnalne juŜ się tam znajdowało, ale potem
któryś z nas powiedział, Ŝe to postawi pod znakiem zapytania jego moŜliwości
publikowania, wystawiania, i Ŝe mogłoby go uratować wykreślenie tego
przemówienia Jarosława Kladivy; Ŝe w przeciwnym wypadku musiałby
zrezygnować z udziału w tym In memonam... i wobec tego my — bynajmniej
nie odwaŜni —wykreśliliśmy je, jedynym, który je zostawił, okazał się
odwaŜny Oldrzich Hamera... nie jest to usprawiedliwienie, nie jest to
wyjaśnienie, to fakt, Ŝe i ja postąpiłem jak tchórz, i ja zgodziłem się na to, i ja
jestem tym, który był tym, który wyjaśniał pierwszemu sekretarzowi wydziału
czwartego, dlaczego tracę zmysły z powodu nie istniejącej groźby.. tak jak
Jareczek Kladiva, który wygłosił przemówienie nad spalonym kontynuatorem
Mistrza Jana Husa, ten mój Kladiva tracił zmysły przez cały ten czas, kiedy
pisaliśmy wspólnie mój Ŝyciorys i strukturę oraz literacki portret, moją sylwetkę
twórczą...
13:50
Prezydent elekt wraz z małŜonką przyjeŜdŜają na Zamek
(Matyaszowa Brama)
Na schodach stoi straŜ honorowa.
W Sali Tronowej na prezydenta i jego małŜonkę czekają prezes
Rady Ministrów i przewodniczący parlamentu.
14:00
Prezydent elekt z orszakiem wchodzi do Sali
Władysławowskiej
Fanfary z 4 frazy Ósmej symfonii A. Dvorzaka.
87
I cóŜ ci, Cassiusie, mam powiedzieć... Kiedy przyszedłem do Ottów, na
zamówionym stole — zamiast półmisków — leŜały porozrzucane moje teksty
Zaczarowanego fletu, teksty pana Havla na temat szekspirowskiego Hamleta...
Słowa, słowa, słowa... jeśli się juŜ, Cassiusie nie mylę... a wreszcie to
najwaŜniejsze.., cały stół, z górą czterdzieści graficznych przesłań przyjaciela i
kolegi Jurka Anderlego... antywojenne przesłania, które wystawiał juŜ za
komunistów, z antywojennymi obrazami olejnymi cykli Ŝołnierzy, austriackich
Ŝ
ołnierzy, którzy zginęli podczas pierwszej wojny światowej, cykli, o których
Jurek Anderle powiedział reporterowi „Kwiatów”, Ŝe namalował je po to, aby
wyrazić swój sprzeciw wobec agresywnych kręgów imperialistycznych, którym
przewodzi rząd w Waszyngtonie...
Ale, Bogusiu, to, co tu ukrywać, prawda, ale czy pan wie, jakie miałem z
tymi „Kwiatami” kłopoty? Nie chcieli mnie wpuścić do Stanów Zjednoczonych
właśnie za to, co powiedziałem w wywiadzie dla „Kwiatów”...
14:25
Salę Władyslawowskq opuszcza korpus dyplomatyczny, posłowie i
wszyscy goście
Jako pierwszy po orszaku prezydenta na Trzeci Dziedziniec wychodzi
korpus dyplomatyczny, aby wziąć udział w defiladzie wojskowej.
Jako drudzy wychodzą posłowie parlamentu i pozost8li goście, zdąŜając
korytarzami do Sali Hiszpańskiej.
I tak w kawiarni „Arco”, w Galicji, a moŜe i w Pradze, w dawnej Austrii,
siedziało Ŝydowskie towarzystwo... Pan Diamant zgłasza durch, ale pada na
podłogę. PrzeraŜenie. Gracz obok pana Diamanta chwyta się za serce.
— Czego pan się tak przestraszył, panie Chane Dwoszak?
A Chane powiada:
— A wie pan, jak łatwo ten szlag mógł trafić mnie?
I ten kłopotliwy moment, Chane pochyla się nad martwym, zagląda w karty
w palcach nieboszczyka...
— Co pan robi, panie Chane Dwoszak?
— Chcę tylko popatrzeć, jak nieboszczyk pan Diamant chciał tego durcha
zagrać...
TeŜ dobrze, i tak się moŜe zdarzyć. Ale później nasuwa się pytanie: kto
pójdzie zawiadomić małŜonkę? Wszyscy wzdragają się, jedynie Chane
Dwoszak zgadza się, idzie i puka do drzwi. Otwiera pani Diamantowa i pan
Chane Dwoszak pyta:
— Przepraszam, czy tu mieszka wdowa po panu Diamancie ?
Pani jest oburzona.
— Co teŜ pan mówi? Pani Diamantowa — owszem, ale wdowa?
A pan Chane Dwoszak:
— ZałoŜy się pani?
TeŜ pięknie, ale jest teŜ inna wersja...
Chane Dwoszak puka, pani Diamantowa otwiera, a Chane:
Łaskawa pani, pani małŜonek siedzi w kawiarni „Arco” i wróci później do
domu...
Pani Diamantowa gniewnie:
— A to łotr! A to łajdak! I na pewno gra w karty!
Chane Dwoszak przytakuje:
— Gra! Gra!
A pani Diamantowa:
— Jeśli gra, to na pewno przegrał, i to sporo przegrał, prawda?
A Chane Dwoszak:
— Przegrał, łaskawa pani, i to sporo...
A pani Diamantowa:
— AŜeby go szlag trafił!
A pan Chane Dwoszak:
— Od pani ust, łaskawa pani, do boŜego ucha krótka droga! Właśnie się to
stało, leŜy na podłodze w kawiarni „Arco”... zdąŜył tylko przedtem zgłosić
durcha...
13:20
Rozmowa premiera z prezydentami
(Sala BroŜka)
Obecni: premier, prezydenci, przewodniczący parlamentu, minister spraw
zagranicznych Republiki Czeskiej, tłumacze.
Po opuszczeniu przez głowy państw Sali Tronowej towarzyszące im osoby
przechodzą korytarzem do Sali Władysławowskiej.
Kiedyś, w listopadzie pięćdziesiątego pierwszego roku, zaczęły do mojej celi
przez szpary nie przepuszczającego światła okna przylatywać muchy.
Policzyłem te muchy, było ich dwadzieścia siedem.
Musiałem się bardzo starać, aby mi nie pouciekały. Dawniej, kiedy
wyprowadzali mnie na przesłuchanie, szedłem roztrzęsiony i powoli
zawiązywałem sobie oczy ręcznikiem. Teraz starałem się wyjść z celi jak
najszybciej, aby drzwi na korytarz pozostawały otwarte jak najkrócej.
Tak samo postępowałem podczas powrotu z przesłuchania, aby drzwi zamknęły
się natychmiast. I pierwsze moje zadanie: policzyć muchy, by przekonać się,
czy któraś mi nie uciekła. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy naliczyłem ich znów
dwadzieścia siedem.
Dzieliłem się z przyjaciółkami jedzeniem... kilka kropli to kawy, to znów zupy
garść okruszków chleba. Musiałem leŜeć i spać z rękoma na kocu i muchy
siadały mi na rękach i na twarzy i gryzły mnie, i piły krew...
Nie wiem dokładnie, jak długo Ŝyłem z muchami. Odkryłem wówczas jeszcze
inne zwierzęta, pająki. Miałem problem: A jeśli pająk schwyta którąś z much?
Coraz bardziej byłem sam, much było coraz to mniej i mniej, co sprawiało, Ŝe
byłem bardzo nieszczęśliwy W końcu zniknęły wszystkie i zostały mi tylko
pająki... JakŜe opiszę nieludzkość ludzi i ludzkość much?
do 13:30
Posłowie do parlamentu, ministrowie, korpus dyplomatyczny i
goście przychodzą na Zamek
Przybywający idą pieszo przez pierwszy dziedziniec do Matyaszowej Bramy.
Idą przez sale Plecznika i Rothmayera, gdzie przy pomniku T.G.M. pełnią straŜ
dwaj Ŝołnierze. Dalej idzie się przez korytarze Klinowy i Szeroki, gdzie stoi
szpaler StraŜy Zamkowej, korytarzami w Skrzydle Południowym obok
Kancelarii Wojskowej do Sali Władysławowskiej.
— Słuchaj no, Bogusiu, coś ty nabroił z tym Menzlem... z tym
Skowronkiem na uwięzi? PrzecieŜ to przepis, jak likwidować komunistów.
Pokazaliśmy to sekretarzom powiatowym w ChocieboŜu... I wiesz, Bogusiu, co
powiedzieli?
— No, co, Mirku, co?
— Ja ci to powiem... krzyczeli.., dawać ich tu, juŜ my to załatwimy z nimi po
komunistycznemu... Kiedy się zejdziemy wszyscy... ten Skowronek na uwięzi
jest w sejfie... trzy klucze, ja mam jeden, drugi ma minister kultury, a trzeci
pierwszy sekretarz... to tak, Bogusiu, jakbyś chciał komuś pokazać koronę
królewską, skarby narodowe... trzy klucze muszą być do kupy... w przeciwnym
razie skarbiec się nie otworzy...
— To Skowronki na uwięzi, Mirku, są takie sławne?
13:45
Kończy się rozmowa prezesa Rady Ministrów z prezydentami
Głowy państw w towarzystwie ministra spraw zagranicznych i kierownika
protokołu MSZ opuszczają Salę Władysławowską.
Prezes Rady Ministrów i przewodniczący parlamentu powracają do Sali
Tronowej. Przychodzi kanclerz Zgromadzenia Narodowego.
Ze mnie, Cassiusie, byłby chyba kiepski krytyk. Na pytanie redaktora, gdzie
nauczył się swojej subtelnej ironii, Adolf Branald odpowiedział: Od tatusia.
Kiedy nie chciał, abym chodził z pewną dziewczyną, tatuś mi powiedział:
ZauwaŜyłeś, Ŝe jej mamusia ma czerwony noseczek? Oto jak mnie tatuś nauczył
subtelnej ironii. Ale teraz, Cassiusie, ja się zabawię w krytyka... To, czy synalka
interesowało, Ŝe mamusia ma spiczasty czerwony nosek... to na pewno nie.
Młodego męŜczyznę interesowało, czy córka ma pizdę do rzeczy, a tę pannę
interesowało — wedle Schopenhauera — czy młody męŜczyzna ma chuja nie
od parady.
15:15
Składanie Ŝyczeń przez prezydium Zgromadzenia Narodowego
Składanie Ŝyczeń przez członków rządu
(Sala Spotkań Towarzyskich)
Wokół grających w karty stoją kibice. Niekiedy, wnioskując z tego, jak
trzymają papierosa, jaką mają minę, jak gestykulują, ich faworyci wychodzą tą
albo ową kartą. Pan Diamant, dopóki jeszcze Ŝył, chciał wyjść kierową damą,
ale jego kibic po drugiej stronie stolika klepie się lekko w dziurkę od guzika po
lewej stronie swojej marynarki. I pan Diamant przytakuje i uszczęśliwiony
wychodzi w ten kier. I przegrywa. A później, przy kawie, pan Diamant złości
się...
— A toś mi pan świetnie poradził z tą kierową damą... Po co stukał się pan w
serce?
Ale jego kibic broni się:
— Meine Name aber ist Caro...
Kiedy indziej pan Diamant zamierza wyjść w karową kartę, jednakŜe jego
kibic pan Caro wskazuje palcem na siebie... I pan Diamant uszczęśliwiony
wychodzi w karowego waleta..., i przegrywa. Przy kawie złości się...
— Znów mi pan, panie Caro, głupio kibicował...
A pan Caro spokojnie:
— Dobrze panu pokazywałem, powinien pan wyjść w piki. Was macht ein
Herz? Pik! Pik!
Oczywiście, zacząłem opowiadać o karciarzach i kibicach, ale chciałem się
tylko przygotować, ta anegdota to tylko tajm aut... czas na odpoczynek w
kawiarni „Zur Finke” albo „Arco”, słowem — w galicyjskiej kawiarni, być
moŜe we Lwowie, w Lemberg.
Posiedzenie parlamentu
Przysięga prezydenta republiki
„Przysięgam wierność Republice Czeskiej. Przysięgam, Ŝe będę
przestrzegać jej Konstytucji i prawa. Przysięgam na swój honor, Ŝe
urząd swój będę sprawował w interesie całego narodu i zgodnie ze
swoim sumieniem i wiedzą”.
Ale, Cassiusie, to jeszcze nie koniec tego wszystkiego..
Owa szlachetna pani Pflausch, właścicielka galerii w Westfalii, przyjechała
wraz ze swoim drukarzem i absztyfikantem, w „Zielonym laboratorium”
zachwycała się aksamitną rewolucją, ściskała mnie i gratulowała, jakieŜ to
szczęście mnie teraz spotkało, Ŝe zgadza się z tym takŜe prezydent republiki, a
przede wszystkim grafik Anderle zgodził się dać do dyspozycji swoje grafiki, to
szczęście, Ŝe w jednym tomie ukaŜe się mój Zaczarowany flet, Słowa, słowa,
słowa... Havla i czterdzieści grafik Jerzego Anderlego...
14:20
Prezydent opuszcza Salę Władysławowską
Fanfary z Libuszy Smetany
Organizacja orszaku podczas opuszczania sali:
1) po lewej prezydent, po prawej — jego małŜonka
2) po lewej stronie przewodniczący parlamentu, po prawej — jego małŜonka
3) po lewej stronie premier, po prawej — jego małŜonka
4) kierownik Kancelarii Prezydenta Republiki
5) głowy państw (kolejność wyznacza okres sprawowania urzędu)
6) naczelnik Kancelarii Wojskowej Prezydenta Republiki
7) prezydium Zgromadzenia
8)rząd
Pan Rachlik przechodząc obok handlu zboŜem pana Pollaka powiedział:
— MoŜe mnie pan pocałować w dupę, panie Pollak. ..
I został oskarŜony o obrazę honoru... W przeddzień procesu sędzia siedział
przy piwie u Fidrmuców i dumał, dumał... i nagle się rozpromienił... Nazajutrz z
upodobaniem wysłuchał oskarŜyciela pana Pollaka i wydał wyrok: uwolnienie
od winy.., bo wprawdzie uczyniono nieprzyzwoitą propozycję, ale bez
obowiązku jej spełnienia...
15:00
Składanie Ŝyczeń przez prezydentów
(Sala Muzyczna)
15:35
Składanie Ŝyczeń przez korpus dyplomatyczny
(Sala Zwierciadlana)
16:15
Składanie Ŝyczeń przez gości
(Galeria Rudolfa)
16:35
Prezydent przyjmuje defiladę oddziałów honorowych
(Trumna przedwcześnie zniknęła w mroku, rozsuwane drzwi ze złotymi
płytami zamknęły się, zdąŜyłem tylko krzyknąć: — Zegnaj, Jarku!)
-No i słuchaj, pewna dama, która nosi nazwisko Pflausch i która ma galerię
gdzieś tam w Westfalii, tam, gdzie w pobliŜu znajdują się Luneburskie
Wrzosowiska, gdzie przebywali więźniowie obozów koncentracyjnych i
ś
piewali:
Wir leben in Mohren. .. wir sind die Soldaten..
die Arbeit ist unendlich..
ta pani Pflausch wpadła na pomysł, Ŝe moŜna by urządzić wystawę w jej galerii
gdzieś tam koło Bremy i Ŝe tam mogłaby się jeszcze za komunistów odbyć
wystawa pana Jerzego Kolarza i pana Józefa Jiry i Ŝe ja miałbym ją
zainaugurować... a ja, obawiając się śmierci, zgodziłem się na to... ale po
pisemnej zgodzie uwolnił mnie od tego Józef Jira, który przyjechał do mnie do
Kerska i przeraŜony, ale z odwagą w oczach pokazał mi list...
.. .Meine liebe Frau Pflausch...
i pisał jej tam, Ŝe nie moŜe wystawiać razem z emigrantem Jerzym
Kolarzem, bo w przyszłym roku ma mieć wystawę prezentującą cały jego
dorobek, wystawę, na jaką czekał całe Ŝycie... w „Manesie”
17:20-17:30
Od Bramy Matyaszowej otwarto korytarz do
katedry Świętego Wita
Członkowie rządu, prezydium Zgromadzenia Narodowego, korpus
dyplomatyczny i inni goście mogą zająć wyznaczone miejsca w Katedrze.
Późniejsze przejście nie jest juŜ moŜliwe. Wszystkie dziedzińce Zamku
Praskiego — z wyjątkiem pierwszego — dostępne są dla publiczności.
17:50
Prezydent Republiki wygłasza swoje pierwsze
przemówienie do społeczeństwa
(balkon na Dziedzińcu Trzecim)
Dziesiątego kwietnia, w wigilię Dnia Więźniów Politycznych, zmarł
Jarosław Kladiva, ten, co przez cztery lata opierał się Śmierci i dzięki temu
przeŜył nazistowski obóz koncentracyjny Dziś, w Wielki Czwartek, w wigilię
Wielkiego Piątku, na dwa dni przed Zmartwychwstaniem, wszystko to, co w
profesorze uniwersytetu doktorze filozofii Jarosławie Kladivie śmiertelne,
ofiarowane Zostanie za chwilę płomieniom. Po srogiej zimie — pierwszy
wiosenny grom. I ogniste Wniebowzięcie.
Do Kartaginy przybyłem wówczas
Płonąc płonąc płonąc płonąc
o Panie Tyś wydarł mnie
o Panie Tyś wydarł
płonąc
Po Jarosławie Kladivie zostanie ostatecznie to, co wskrzesza to istotne i sięga
gwiazd.
Dlatego poprosił swoją Ŝonę, aby w porę przedłuŜyła waŜność jego karty
wędkarskiej, dlatego polecił, aby kupiła mu rękawice bokserskie.
Wtedy odezwał się grom
DA.
Damyata: łódź odpowiadała
Radośnie dłoni bieglej w Ŝaglach i we wiosłach...
Kladiva, kiedy wyczuł, Ŝe zaczyna się wyrąb w jego lesie, wyruszył w długą
podróŜ ku Morzu Północnemu tylko dlatego, aby pływając wzmocnić mięśnie
przed tą ostatnią walką, o jakiej wie tylko kapłan i święty. I tak oto chłopięcym
gestem Jarosław Kladiva przechytrzył Wieczność i — mimo umierającego ciała
— znajdował się poza niebezpieczeństwem.
Wtedy odezwał się grom.
DA.
Dayadhvam: słyszałem, jak klucz
Obrócił się w zamku raz jeden jedyny..
17:58
Prezydent wraz z małŜonką chylą czoło przed klejnotami
koronacyjnymi w kaplicy św. Wacława, a po nich zaproszone głowy
państw, przewodniczący parlamentu i prezes Rady Ministrów z
małŜonkami.
A ja, Cassiusie, podczas przerwy Głośnej samotności, w cztery oczy mówię:
— Słuchaj no, Mirku, coś ci powiem... A więc te Skowronki na uwięzi
znajdują się pod straŜą sześciu zamków, do których mają klucze jedynie
zasłuŜeni członkowie partii. Znakomicie! Jak pewnie wiesz, moja Ŝona pracuje
w Surowcach Wtórnych... Ja piszę ksiąŜki, a ona, jako księgowa, posyła je z
kolei za pokwitowaniem do fabryk papieru... A tam jako robotnica pracuje
piękna Cyganeczka, Zuzia, Zuzuleńka... kiedy jest zmęczona, to uśmiecha się
tylko i Ŝali: NóŜynki bolą... i to właśnie ona mówiła mojej Ŝonie, Ŝe odwiedziła
rodzinę w Bardziejowie, a kiedy po południu robiła sobie trwałą ondulację u
fryzjerki, to śmiała się do łez, bo jedna z klientek opowiadała po słowacku treść
filmu Skowronki na uwięzi... Jeszcze mnie brzucho boli — mówiła Zuzia — tak
się, proszę pani, śmialiśmy... a fryzjerki tak się śmiały; Ŝe aŜ kwiczały i
obrzygały sobie śniadaniem dłonie... I masz to tu jak w bajce, Mirku, sześć
kluczy i pod sześciu zamkami strzeŜesz Skowronki na uwięzi... A ja widziałem
je w leśnej „Gajówce”, przyjechali tam z Pragi miłośnicy piwa, a było tych
gadułów piętnastu... I... pani kierowniczko, moŜemy sobie puścić film na
wideo? I tak oto nie tylko ja, ale i goście oraz pani karczmarka zobaczyliśmy te
twoje Skowronki pod specjalnym nadzorem...
A ponadto, Cassiusie, w tym subtelnym ironizowaniu pana Branalda kryje się
jeszcze i to, Ŝe się w końcu rozeszliśmy. Ale, Cassiusie, jak mogliśmy się z
panem Branaldem rozejść, skoro wcale się nie schodziliśmy? A jeśli, to on hejta
tą swoją subtelną ironią, a ja wiśta tą moją grubiańską szarlatańską ironią, tak
jak nauczył mnie nie mój tatuś, ale dosadni ludzie wszędzie tam, gdzie
przebywałem... A więc, Cassiusie, tylko w niewielkim stopniu pokazałem ci,
dlaczego cierpiałem na kompleks niŜszości... i tak ściągnąłem te swoje
Skowronki na uwięzi, aby wydać je później pod tytułem Perełki na dnie... i Ŝeby
te Skowronki na uwięzi nie leŜały odłogiem, napisaliśmy z panem Menzlern
scenariusz, on zaś nakręcił film, który spotkał zaszczyt, Ŝe po panach
Branaldzie i Pilarzu, ten obraz z kolei zamknięto na sześć spustów i kluczy
niczym klejnoty koronacyjne, które najpierw uwolnili chłopcy z Barrandova,
kiedy w akcie antypartyjnym i antypaństwowym wynieśli je i sprzedawali od
Szumawy aŜ po Tatry, a które w końcu oswobodziła z krucyfiksem po
pogrzebie lub musztardą po obiedzie aksamitna rewolucja.
18:00
Uroczyste Te Deum
(katedra Świętego Wita)
JuŜ ty to wiesz, Cassiusie, mrozy są takie, Ŝe kiedy przyjechałem, wczoraj, i
w szopce — bo nie wyszły mi naprzeciw te cztery dorastające koteczki, moje
dziewczynki — znalazłem je sztywne, zamarznięte w szopce z sianem, leŜały
tam wyciągnięte jak zabalsamowane koty egipskich faraonów, jak leŜące
gliniane konie z chińskimi Ŝołnierzami... Te mrozy, to one szopkę z sianem
przemieniły w trupiarnię, kostnicę...
Poczekam, a gdy ziemia rozmarznie, pochowam te swoje ślicznotki pod
czeremchą i krzakami zdziczałych malin, aby po jakimś czasie korzonki i
naczynia włoskowate malin i czeremchy łapczywie je poŜarły, i aby —a musi
znów upłynąć trochę czasu — te moje dziewuszki przemieniły się w kwiaty i
zapach czeremchy i malin ku czci SierioŜy Jesienina...
Kersko, wtorek, luty, dziewiątego, 1993 roku
Z Pragi 10:05; Kersko, Ławeczka 10:55; nakarmić koty, a ten oto kolaŜ
skończyłem o godzinie 12:50.
Mój tekst — TO CO POZOSTAŁO po Spowiedzi bez rozgrzeszenia.
14:11 wyjeŜdŜam z Kerska z przystanku na Ŝądanie „Przy Ławeczce”.
15:30 oddaję tekst w restauracji „U Hynków” przy Sztupartskiej.
Płonąc płonąc płonąc płonąc
O Panie, Tyś wydarł mnie.
KRAJOBRAZ W SZACIE ZIMOWEJ
Motto:
Przedstawienie zaczyna się w chwili,
kiedy widzowie opuszczają teatr
Jan Grossman, dyrektor Teatru Za Balustradą
Havle, Havle, vincere scis, sed victoriae uti nescis.
Klausie, Klausie, redde mihi legiones meas.
Quo usque, Mećiarze, abutere patientia nostra, nihil te timor populi, nihil te
audacia omnium bonorum! Quo usque tandem abutere patientia nostra!
Cięcie!
Kochany Cassiusie, jako Ŝe mięknie mi mózg, to zamiast kołysanki:
Spij, syneczku, śpij,
czarne oczka zmruŜ....
deklamuję ci antyczne cytaty, tak jak zachowały się jeszcze w moim
rozmiękczonym mózgu.
Cassiusie! Istny koszmar! O Austria! Omnes bellum gerunt, sed tu, Austria,
nube! Wszyscy wokół ciebie prowadzą wojny, a ty, Austria felix, ty się Ŝenisz!
Zmieniły się nawet, Cassiusie, transcendentalne niebiosa! Ten błąd
kosmetyczny, ta tradeunion między Czecho-Słowacją ma dalekosięŜne skutki,
tak jakbym kazał cię wykastrować! Radio Wiedeń, skąd bierze się w nim ta
bezczelność? Tak pytał premier w programie: „Co przyniósł tydzień?” na
pytanie lewackiego posła... A kiedy będzie referendum? Bez referendum nie
moŜemy przecieŜ Ŝyć demokratycznie? Wobec tego pan Klaus zapytał tego
lewaka: Kto dał panu mandat, by zadawać takie pytanie? Skąd w panu taka
bezczelność?
Tak, Cassiusie, skąd w wiedeńskim radio i w Austrii w ogóle bierze się ta
bezczelność, ta judische chucpe... jetzt folgen Nachrichten aus der Tschechien?
Tschechei, Tschechien.... Skąd się bierze ta chucpa? I to ma być nazwa
państwa? To pamflet, to pejoracja... judische chucpe! Jakie to było, Cassiusie,
piękne, Protektorat Bóhmen und Mahren... jak piękne jest staroaustriackie
Kónigreich Bohmen... Bóhme! JuŜ Celtowie przed nami mówili o tej kotlinie,
Ŝ
e zamieszkuje je plemię Bohojemów, i Bóhme... Bohemian, Bohemowie,
praska bohema! To brzmi: Piękna porcelana aus Bóhmen... ale aus Tschechien?
Czy, Cassiusie, jesteśmy jakimś klubem sportowym na przedmieściu Cieplic?
Na peryferiach Czeskich Budziejowic? Ja wam, dranie, pokaŜę! Die
Nachrichten aus Tschechien, aus Prag. Kto wam we Wiedniu dał do tego
mandat, skąd bierze się w was ta bezczelność?
Ciągle jeszcze nie śpisz, Cassiusie, wobec tego zamiast kołysanki zaśpiewam
ci:
Die Fahne hoch,
die Reihen dicht geschlossen,
SA marschiert...
i to na cześć Bohmen und Mahren, und Schlesien... ale Tschechien? Nigdy
Czechia Karlin, to tak, Czechia na Libni, gospoda, gdzie prowadziliśmy dyskurs
z panem Jodasem i jego przyjaciółmi, którzy bronili wkroczenia i agresji wojsk
Układu Warszawskiego na Tschechien in Bohmen, na Czechosłowacką
Republikę Socjalistyczną, co to chce mieć znów referendum. Cassiusie, z
musztardą po obiedzie, z krucyfiksem po kremacji? Po operacji kosmetycznej,
której nie dokonuje ani pani ordynator Peśkova, ani specjalista od operacji
kosmetycznej po poparzeniach, pan ordynator Fara? Nigdy!
I, kochany Cassiusie, pan Mećiar, ten, który z panem Kńaźkiem byli niczym
koncesjonowana firma Wichterle i Kovarzik, jak Laurin i Klement, jak Marks i
Engels — tak teraz po kosmetycznym zabiegu znów ci koncesjonowani chcą
jeszcze uchwalić mały i paradny pokój westfalski, juŜ znowu Initio in partes,
panie Mećiarze, niech pan będzie tani na Słowacji rozsądny, zrobiłem panu
przecieŜ reklamę, bo pana lubię... Napisałem dla pana slogan wyborczy:
Marlon Brando and Vladimir Mećiar nie muszą podrywać kociaków!
NiechŜe pan będzie roztropny, kiedy byłem gimnazjalistą, znalazłem się w
Turzowce nad Kysucą, przed kościołem po południu zebrali się i Ŝebrali
wszyscy gamonie z okolicy, nie będziecie przecieŜ półgłówkami z Turzowki, do
licha, bądźcie choć odrobinę z siebie dumni, panowie Milanie Kńaźko i panie
Vladimirze Mećiarze... nie sprawicie przecieŜ Pradze takiej przyjemności i nie
będziecie dokonywać Initio in partes... w partii, która otrzymała siedemdziesiąt
procent głosów wyborczych! Do licha, dwaj gamonie z Turzowki nad rzeką
Kysucą, która koło śyliny wpada do Wagu, a Wag do Dunaju, Dunaj zaś do
Morza Czarnego, gdzie Ŝył ongiś na wygnaniu w delcie Dunaju Publius Ovidius
Naso i pisał pełne rozpaczy listy do Rzymu, aby pozwolono wrócić mu z
wygnania do domu... dlaczego? śe napisał: DąŜymy do osiągnięcia
zakazanego...
Koncesjonowana firmo Mećiar i Kńaźko, wiecie panowie, co by było
najlepsze? Gdybyście złoŜyli na mnie skargę... Przed sądem to, co
powiedziałem panom tak pochlebczo, dzięki dziennikarzom, którzy panów
bezgranicznie kochają, nabrałoby rozgłosu, a teraz juŜ, Cassiusie, śpij, lulaj...
abyś znów nie dostał drgawek, starczy, gdy w rodzinie ja jeden cierpię na
rzucawkę...
Cięcie!
Ale jest popołudnie, Cassiusie, będziemy odprawiać nieszpory. Siedziałem w
„Tygrysie” i Freddy przyprowadził uczennicę Akademii Przemysłu
Artystycznego, malutką Cyganeczkę, która była w o tyle gorszej sytuacji, Ŝe
była Słowaczką z Chocieborza. I paliła ci ona, jedną ręką zwijała papierosa i
kopciła, a jak nie piła piwa, to opierała główkę o krawędź kufla i
podrzemywała... Panowie mieli problemy, opowiadali, jak podczas miłosnych
igraszek wsadzili do pizdy — jak mówi się ordynarnie: do cisi — telefon ze
słuchawką i z całą tą resztą, z tym teraz plastikowym samozwijającym się
przewodem, ciągnęli, ciągnęli, ciągnęli, ale telefonu nie wyciągnęli... a
Cyganeczka, która była w o tyle gorszej sytuacji, Ŝe była Słowaczką, do tego z
Chocieborza, wpatrywała się we mnie rozkochanymi oczyma i jedną rączką
skręcała sobie papierosa za papierosem, a kiedy wypiła pilzneńskie, to drzemała
na krawędzi kufla i słodko wzdychała, tak jej było dobrze...
Tylko Ŝe!... Panowie musieli wezwać lekarza, bo co z tym telefonem, który
zniknął w piździe, czyli — jak to się brzydko mówi — w narządach rodnych. A
więc przyjechała karetka pogotowia, kolega doktor, i uznał przewód
telefoniczny za pępowinę, i określił wydobycie telefonu z pizdy, z — jak się to
ordynarnie mówi: z cipy — jako abrazję, łyŜeczkowanie, i chłopaki musieli
zapłacić za ten zabieg lekarski jak za przerwanie ciąŜy, aby juŜ nigdy więcej nie
mieli ochoty wzywać dla zabawy pogotowia ratunkowego, bo lekarz to teŜ tylko
człowiek, zwłaszcza gdy właśnie siedzi w gospodzie...
A Cyganeczka, która, Cassiusie, była Słowaczką, nadal zwijała sobie jedną
ręką w bibułkę pursiczan, tytoń, i szybko dopiła piwo, i oparła głowę na pustym
kuflu, i nadal wzdychała, i patrzyła na mnie skośnie rozkochanymi oczyma, a
potem powtórzyła kilkakrotnie:
— Wstydzę się to panu, mistrzu, powiedzieć...
W końcu jednak wyjawiła:
— Przyprowadziłam panu konia...
A ja na to:
— Masz, ci, babo, placek! A to mi dopiero!
I pytam, Cassiusie, Freddy’ego:
— Co to ma znaczyć?
A Freddy, urodzony w austriackim Linzu, gdzie znajduje się najdłuŜszy płac
w Europie Środkowej, półtora kilometra i w dół aŜ do Dunaju, więc Freddy
skinął głową i zaczął teŜ jedną ręką zwijać pursiczan...
— Tak to juŜ jest — powiada — to nasza uczennica.., na pierwszym roku. A
ten koń jest biały...
Przestraszyłem się...
— Biały, biały... ale gdzie jest?
— Stoi na dworze przed „Tygrysem”...
A ta Słowaczka, która wyglądała jak Cyganeczka, choć była z Chocieborza i
na pierwszym roku Akademii Przemysłu Artystycznego, przytaknęła radośnie...
— NaleŜy do pana...
A ja przeląklem się. .
— Ale gdzie go umieścimy?
A ta Słowaczka w pierwszej wiośnie Akademii Przemysłu Artystycznego
klasnęła w dłonie.
— Nie ma sprawy. Przejdzie przez szynk i moŜe być tu z nami, a potem
postawimy go w korytarzu...
A ja bladłem, a panowie sprzeczali się o uiszczenie rachunku za to
łyŜeczkowanie, nie chcieli zapłacić za to, Ŝe pan doktor fachowo musiał
wyciągnąć telefon... z bakelitu z pizdy, z — jak to się ordynarnie mówi — z
cipy...
Sam widzisz, Cassiusie, co się na świecie dzieje, ciesz się, Ŝe jesteś tu na
zdrowym powietrzu pełnym marznącej szreni, która pociągnęła wszystkie
gałązki i wszystkie konary i wszystkie pnie, obrysowała je raz jeszcze... białymi
konturami... i wystarczyło, Ŝe usiadł na nich w słońcu ptak, by zaczął się sypać
delikatny i subtelny śnieŜny pył i w blasku słońca w tym sypiącym się
zmroŜonym śnieŜnym pudrze tworzyły się kręgi tęcz, brylantowe refleksy i
blask gwiazdy Syriusza, na którym spalają się z trzaskiem wszystkie minerały i
metale, a ta dolna gwiazda pod Orionem nazywa się, Cassiusie, Syriusz, i to jest
108
moja gwiazda... a ja cię dokształcam dlatego, Ŝe niemal przez rok byłem
kierownikiem wydziału kulturalnego komunistycznej partii w Nymburku...
Dlatego tak chętnie i tak często daję ci lekcje, aby zmniejszył się analfabetyzm
wśród kotów.
Cięcie!
Szkoda, Cassiusie, Ŝe nie ma z nami Sonji Henie, tej NorweŜki, która tak to
umiała na łyŜwach, Ŝe nakręcono z nią jako z mistrzynią świata film Zaśnieźona
romanca...
Ta romanca, którą mamy tu w Kersku juŜ piąty dzien... i to za darmo.... Tego
białego konia, którego mi podarowała ta Słowaczka, Cyganka z Chocieborza, ta
adeptka pierwszej wiosny Akademii Przemysłu Artystycznego, a więc tego
siwka chciała mi przywieźć aŜ tu, do Kerska, i to za darmo, ale ja jej to
wyperswadowałem, raz dlatego, Ŝe boli mnie noga, a przede wszystkim — Ŝe
kotki mogłyby go zagryźć, bo są zazdrosne.
Ale! Ty, Cassiusie, ty nawet nie wiesz, w jakiej zaśnieŜonej romancy Ŝyjecie
w tym nudnym Kersku.... Od Nehvizd, od gospody i restauracji „U Wydrów”,
zaczyna się ta baśń, i wszystkie drzewa, i w ogóle cała roślinność wraz ze
ś
cieŜkami, wszystko zasypane jest marznącą mŜawką, szronem, szrenią, sadzią,
co wszystko Ŝywe i martwe obrysowują białymi kreskami, Uniami falistymi i
konturami... A wygląda to tu w polach i na drzewach wzdłuŜ drogi i
gdziekolwiek, jakby tutaj, koło drzew i krzewów, odbywał się konkurs
cukierników, którzy w mistrzostwach świata cukierni mają tylko jedno zadanie,
ubitym śniegiem, ubitą śmietaną udekorować ten krzak i to drzewo, jakie sobie
uczestniczący w tej konkurencji cukiernik wybierze... a cukierników na konkurs
przyszło tylu, ile jest w kerskim rewirze leśnym drzew i krzaków,
współzawodniczący ze sobą dostali nawet rozstawiane drabiny, a do tego
jeszcze takie przesuwane, na kółkach, aby swoimi bakelitowymi roŜkami
sięgnęli aŜ do koron... i tam artystycznymi paluszkami i zgodnie ze swoim
gustem pociągnęli bitym śniegiem i delikatną śmietaną wszystko tak, jak o tym
marzył nieŜyjący juŜ sekretarz partii komunistycznej Związku Sowieckiego i
premier rządu Nikita Chruszczow, który powiedział... Cassiusie, obudź się, nie
ś
pij niczym młodziutka maciora, obudź się, koteczki moje, bądźcie czujne...
Najmilszy obraz Chruszczowa macie teraz w lutowym Kersku. Krajobraz w
szacie zimowej..
Cięcie!
I wiesz, Cassiusie, jakieŜ to było piękne! Drogi zlodowaciałe, Glatteis, jak
mówią Niemcy z Sudetów, Eisglatte, jak powiadają ci z Tyrolu, gołoledź, i oto
przez tę lodową taflę, przez ten malutki stadion, tą drogą, tak gładką od mrozu,
jakby ją pociągnięto wazeliną, wyobraź sobie, gdyby z Sernic aŜ do nas, przed
naszą furtkę, nadjechała na łyŜwach para taneczna, Sonja Henie i Nikita
Chruszczow, i przed naszą zielono-białą furtką jedynie dla nas wykonaliby
podwójnego axel-paulsena i potrójnego wyrzucanego rittbergera! ... Masz
wyobraźnię? Masz...
A z tego, Ŝe moglibyśmy stanąć przed sądem za obrazę honoru
koncesjonowanej firmy Mećiar i Kńaźko, nic sobie nie rób, jako okoliczność
łagodzącą wskazałbym, Ŝeś to ty, Cassiusie, mnie do tych oszczerstw namówił...
Aha! Jesteśmy przy ZaśnieŜonej romancy, przy śnie szalonego cukiernika!
Jesteśmy tam, gdzie znaleźliśmy się dzięki usunięciu kosmetycznego błędu w
socjalizmie z ludzką twarzą, tam, gdzie nie chcieliśmy być, wróciliśmy po
tysiącletnich rządach tam, gdzie takŜe nigdy nie byliśmy A przecieŜ delikatna
zamieć śnieŜną mŜawką przewiewa na wskroś ludzkie twarze i postaci niczym
mgła... jak Harry Piel w filmie Niewidzialny.., ta marznąca mŜawka podąŜa
tam, dokąd chce... i pozostawia za sobą kruchy ślad zwyczajnych muśnięć
szronu, sadzi, Ŝałosnych opatrunków i waty i tak oto ZaśnieŜona romanca mija
granice narodów budki straŜnicze, urzędy celne... i to za darmo. PoniewaŜ to, na
co teraz narzekamy, to nasza ozdoba, tylko po to muszą mieć ludzie oczy, tak
jak masz je ty..
Cięcie!
A do mnie przez furtkę wspomnień, które, Cassiusie, jak uczy Novalis, są
drugą teraźniejszością, wchodzi z dziennika „Młody Front Dzisiaj” na pierwszej
stronie pan Mećiar, odziany w kombinezon na niepogodę, taki sam, jaki nosi
chętnie takŜe Wacław Havel, uśmiecha się jak Otello z czasów, kiedy był
zakochany w Desdemonie, a więc był młody, za nim tak, jak chodzą cygańskie
kobiety, w przyzwoitej odległości, idzie za nim jego sekretarka, powietrze,
które tę parę łączy, jest z filmów Wylera Rzymskie wakacje albo Jak ukraść
Wenus... to moje zdjęcie stulecia.. A ty, Cassiusie, dziwisz się, Ŝe ułoŜyłem
slogan:
Marlon Brando i Vladimir Mećiar nie muszą podrywać kociaków!? Ja wiem, bo
ja pana, proszę pana, dokładnie, ale to dokładnie rozumiem, zwłaszcza zaś
teraz, kiedy ma pan impuls, który draŜni pana tak jak szlachetnego
szwajcarskiego byka trzy dni ciemności i postu przed korridą...
Jeśli Bóg istnieje, to dajmy na to ta dama, która kroczy za panem w
przyzwoitej odległości, jak cygańska Ŝoneczka za swoim męŜem, niech pełni
przy panu rolę anioła stróŜa i ma miotełkę i szufelkę i niech zamiata za panem
piórka z pańskich wynędzniałych i Ŝałosnych skrzydeł, piórka, pierze... stosiny i
lotki ze skrzydeł... chcieliśmy wzbić się do lotu... a ja nie Ŝyczę sobie, aby stał
się pan aniołem strąconym ze swoich niebiosów, ze swoich subiektywnych
niebiosów, bo — jak mnie uczył mój Immanuel Kant, który ze swojego
rodzinnego Królewca nie oddalił się bardziej niŜ na trzydzieści kilometrów,
mimo to jednak swoją moralnością wzleciał do nieba... Co podziwiam, to niebo
gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie... Ohne Subjekt kein Objekt.
To sobie, Cassiusie, ośle jeden, zapamiętaj! Panie Vladimirze Mećiarze, gdzie
pan powiedział, Ŝe chce być pochowany?
A jednak! Cassiusie, co to ja brałem pod uwagę? JuŜ to mam! I to jest istota
praskiej imaginacji, ironia. Jak nazywamy to z panem Karafiatem, to
pierdolenie w bramie. Jesteśmy kaligraficznymi chłopakami. Tak, Cassiusie,
mówiliśmy w mojej szkole powszechnej w Nymburku: kaligraficzni uczniowie.
To byli ci uczniowie, którzy chodzili z nami do trzeciej Masy, ale juŜ szkołę
powszechną opuszczali, golili się juŜ, a w piątej klasie siedzieli z tyłu, grali tam
w karty i czekali na przeŜycie czegoś niezwykłego, zanim wejdą w prawdziwie
dorosłe Ŝycie obywatelskie. Nie umieli nawet porządnie pisać ani czytać, było
im to niepotrzebne... Dzisiejsi chuligani. Jedynki! Przyszli pisarze w Ameryce,
tu — przyszli posłowie z ramienia partii. Wówczas w moich oczach byli to
naprawdę kaligraficzni uczniowie. Na ich cześć i solidaryzując się z nimi w
piątej klasie pozbawiłem gałęzi świąteczną choinkę dla sierocińca, a pani
profesorka Albertsowa na cześć kaligraficznych uczniów poszła do zakładu dla
lekko obłąkanych. Z własnej woli i na wszelki wypadek. Panie Mećiarze, z
panem nie było lepiej, ja byłem enfant terrible, zupełnie tak samo jak pan na
wsi. Ty, Cassiusie, z tymi swoimi przedwiosennymi gruczołami nie jesteś teraz
w ani trochę lepszej sytuacji. Mnie to przeraŜa. Mamy luty a kotki, nie znające
kalendarza, mają w pizdach, w cisiach... jak się mówi ordynarnie,
harmonogram, Ŝe jeśli chcą mieć w maju majowe kociątka, muszą właśnie
teraz, a nie kiedy indziej, zacząć to, co ludzie brzydko nazywają... love story.
Cięcie!
Kaligraficzne chłopaki... Hobl, Czudli od Czerwinków odrąbał na pieńku
ostatnie paliczki palców... a ja ryczałem ze śmiechu. Czudla Czerwinków!
Hihihi!
Cięcie!
Cięcie. Przyłapałem cię na wiśniach. Nasz tapicer teatru Klubu Sportowego
Neumanna, zadzwoniła do mnie przeraŜona jego małŜonka... Zanosi się na
samobójstwo! A więc pojechałem tam telegraficznie taksówką i pytam:
— Co się dzieje?
A tapicer zwierzył mi się Ŝałośnie, Ŝe nie ma po co Ŝyć na świecie, Ŝe nie
pociąga go juŜ pizda... czyli wagina, jak brzydko mawiają intelektualiści...
A ja na to:
— Posłuchaj no pan, to niedobrze! Ma pan na świecie Kościół katolicki,
aksamitną rewolucję, ona przyniesie panu pociechę...
Ale on nadal zdejmował Ŝyrandol, Ŝe powiesi się tam na krawacie... nie
powiesił się jednak, zapisał się do partii komunistycznej, a to najlepsze
lekarstwo na samobójstwo, ja sam teŜ na to cierpię...
Cięcie!
I ty Cassiusie, wpadłeś w to na mordę, ale na odwrót, bo tobie, i nie tylko
tobie, pizda zaczęła pachnieć, bo Maca, ta pręgowana kotka, postanowiła, Ŝe
love story zaczyna się teraz, kiedy krajobraz jest w szacie zimowej, sypie się
teraz śnieŜek i sadź i Maca zdecydowała, Ŝe musi mieć w maju majowe kocięta,
a tam, w willi, jakŜe ci tego zazdroszczę, chodziłeś za nią po parceli, nawijany
na jej zapach ciągnący się za pizdą, i chodziłeś tak, głuptasie, jakŜe ci tego
zazdroszczę, po parceli.., pierdoliliście się, nie jedliście i nie pili, trzy dni
chodziłeś i popisywałeś się przez kotami, jaki to z ciebie zakochany amant, ona
chodziła tu i tam, z parceli na parcelę,. ciągnęła cię za nią ta niewidzialna woń
jej pizdy, co ja bym za to dał, głuptasie, aby i mnie porwała tak jak ciebie ta
love story i tak popisywaliście się przez trzy dni, ona przed tobą, ty zaś na
odległość za nią, tak jak kiedy jeden samochód ciągnie drugi, trzy dni w tym
sypaniu się złotego deszczu marznącej sadzi... pierdolili, nie jedli, nie pili.., to
jest takŜe najwyŜszy szczyt ludzkiego Ŝycia, jedynie dzięki temu mogą być
piękne kocięta i piękni ludzie... Dlatego i sam Goethe wolał pierdolić niŜ pisać
te swoje wierszyki, a jeśli juŜ — to tylko pochwalne ody ku czci hrabin i
mieszczańskich córek, jako podziękowanie za to, Ŝe tak pięknie, tak po ludzku
sobie popierdolił...
Cięcie!
Oczywiście, Cassiusie, i ty to wiesz, taki tu ziąb, Ŝe i ja upadam na duchu, i
gdybym nie miał przed sobą wizji Złotego Upojenia, to bym popełnił
samobójstwo... Ale wy to tam zniesiecie, ja takŜe, jest tu taki mały archipelag
Gułag, śpię w ubraniu, a nad ranem, o godzinie wpół do trzeciej, wstaję,
dokładam drew do ognia... stawy mi się zacinają, jakbym był samochodem,
który sąsiedzi muszą ciągnąć innym samochodem, co jeszcze jedzie. Upadam
na duchu, a jednak! Jeśli wyto wytrzymujecie na dworze, to dlaczego miałbym
tego nie wytrzymać ja, skoro widzę w telewizji, Ŝe wytrzymują to teŜ obywatele
w Galicji i w Bośni, i gdzie indziej. Przynajmniej jestem z nimi, Cassiusie,
solidarny. I nic a nic nie pomoŜe, Ŝe wypiłem juŜ flaszeczkę fińskiej wódeńki,
nic a nic nie pomoŜe to, Ŝe jesteś zakochany w koteczce, która, kurewka, jako
Ŝ
e jej natura powiedziała, by miała kocięta w maju, musi się pierdolić
najpóźniej na początku lutego. Śpię ubrany, kiedy idę się odlać, to szczam za
wcześnie, tak więc, kiedy się porozpinam, juŜ się znów zapinam, bo juŜ się
obeszczałem... Zresztą, Cassiusie, z ręką na sercu, rycerze kiedy w tych swoich
zbrojach ruszali na wyprawę, to nawet w te swoje zbroje przez te trzy dni srali,
a byli to rycerze, którzy podąŜali, by uwolnić miejsca, gdzie urodził się
Chrystus, od bezboŜników, zupełnie tak samo jak ja na tych kerskich
wywczasach, z soboty na niedzielę, muszę się niekiedy nawet posikać z
solidarności z wami, które jesteście tam, na dworze, skazane na zimny wychów.
Aha! Cassiusie, kiedy byłem młodszy, to było fajnie... Bez tytoniu i bez piczy
nic juŜ w domu się nie liczy... a teraz jestem tu sam i skąd by się tu miała wziąć
gorąca picza! A nawet gdyby była, lepiej obudzić się z zimna i pisać. Pisanie
człowieka rozgrzewa, tak jak teraz mnie. Pan doktor Sedlaćzek, ten, który uczył
mnie pracować na roli, teraz się na tym znam, miał on dwa gorącokrwiste
pieski, szorstkowłose foksteriery, i miał pan doktor śpiwór i te psy z nim spały,
ciepłota ciała psa sięga trzydziestu ośmiu stopni, a więc pan doktor leŜał niczym
między dworna Ŝeberkami centralnego ogrzewania... a jego małŜonka... no cóŜ,
miała ona zimną pizdę, bo była katoliczką, wobec czego rozgrzewała się
modlitwą... Ale, Cassiusie, z ręką na sercu, gdzie się podziały te gorącokrwiste
pieski i gdzie się podziała modlitwa...
Teraz jest niedziela, kwadrans na czwartą, a ja piszę, aby się zagrzać, piję
fińską wódeńkę, wątrobę mam w ruinie, ale kiedy jest zimno, to i ta biedna
wątroba cieszy się, Maska w dłonie i prosi: jeszcze, jeszcze, jeszcze, byleby
tylko nie było mi zimno... i stawy odmawiają posłuszeństwa, zatrzymują się, ale
maszyna do pisania zdoła je rozruszać, pociągnąć, tak jak jeden samochód,
który nie moŜe ruszyć z miejsca, wprowadza w ruch drugi samochód, co to
jeszcze jeździ... I ja tu siedzę, a wy tam na dworze boicie się zakasłać, jak ja
podczas Te Deum w katedrze Świętego Wita, gdy odbywała się koronacja
Wacława Havla, gdybym zakasłał w tej katedralnej głodomorni, to padłbym,
zamarznięty, juŜ tam, a nie tu, w Kersku, skoro podczas tego Te Deum dostałem
ischiasu, przeziębiłem się, tak jak to przepowiedziałem Jurkowi Kolarzowi: ja
na to Te Deum pójdę o godzinie 18, ale i to Te Deum w tej trupiarni będzie
zapowiedzią mojej śmierci, będzie to weksel płatny, kiedy będę umierać na rwę,
na reumatyzm niczym zupełnie zwyczajne przeziębnięte ciało i kości...
Mam, Cassiusie, cholerne kłopoty z oddychaniem i z kręgosłupem,
nawet dzisiaj nad ranem, w niedzielę... A jednak! Skoro wytrzymujecie to wy,
dzieciątka, tam, to dlaczego miałbym nie wytrzymać ja, kiedy przyłoŜyłem
drew do ognia tu, w pokoju, jeśli nawet chce mi się przewrócić jak siedzącej
drewnianej figurce Jezusa Chrystusa, którego imię często wymawiam
nadaremno. Gdyby was, dzieciątka, nie było, to dlaczego miałbym nie popełnić
samobójstwa? Byłoby mi lepiej. A Archipelag Gułag i Wierny Rusłan to
lektura, która pozwala mi na ten luksus, abym przezwycięŜył tę noc, kiedy to
stygnę dzięki wyobraŜeniu sobie pięknego obrazu, symbolu tego, jak się
powinno malować, pan Nikita rozstrzygnął to za mnie i dodał mi sił, abym Ŝył
nadal... Krajobraz w szacie zimowej. Ja wiem, kiedy panu, panie sekretarzu,
napalili i miał pan słuŜącą tak jak wszyscy arystokraci minionego stulecia,
którzy pili w cieple wódeczkę i marzyli o tym, jak pięknie będzie za sto lat, a
przy tym mieli w ciepełku cholerynę wskutek chlania i marzyli o tym, co
wieścił mój Nikita Chruszczow... o widoku z sani, w koŜuchu... o Krajobrazie w
szacie zimowej... Ten Nikita, ten Nikita porządnie mnie wkurwia! ... a co
dopiero ten osioł, autor Damy kameliowej, który pisał, Ŝe teraz, w tym
minionym stuleciu, w roku pięćdziesiątym piątym, uŜalał się, jakieŜ teraz to
Ŝ
ycie jest obrzydliwe, ach, gdybym tak mógł Ŝyć za sto lat... Ty ośle! My teraz
takŜe jesteśmy w gównie po szyję i mówimy z kolei: ach, gdybyśmy tak mogli
Ŝ
yć przed stu łaty... Jak to powiedział doktor Kurfirst... intelektualistów czuć
gównem na sto metrów, niech pan, mistrzu, trzyma się od nich z daleka.
Cięcie! Cuter! NoŜyczki!
No, jutro będzie juŜ lepiej, wysączymy flaszeczkę do dna, podnoszę się,
jakoś mi to nie wychodzi, ale wlokę się, aby dołoŜyć do pieca, na zakręcie
przewróciłem butelkę, teraz ją tu mam... Koskenkorva Vodka... Helsinki
Finland... ale jeśli koty wytrzymają tyle na dworze, to dlaczego ja miałbym nie
wytrzymać sam na sam z wódeczką, mimo iŜ pan ordynator śaćzek ostrzegał:
KaŜda pinta alkoholu to tak samo dla wątroby, jakby ktoś w nią pana kopnął!
Cięcie!
Ale, Cassiusie, lepiej umierać po pijanemu niŜ na trzeźwo i myśleć o
ostatnich sprawach człowieka... Ty, Cassiusie, będziesz jutro chodzić z kotką, tą
flądrą, po parceli, ty jak kto niemądry juŜ dziś nic nie jesz, bo przestrzegasz
hasła natury: Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili... nie... Pierdolili, nie jedli, nie
pili.., ja zaś będę widział przez okno, jak sypie się sadź z gałązek zmarzniętych
drzew ale ty, moja krowo jordańska, pójdziesz się popisywać tu i tam w
podmuchu kociej pizdeczki jak prowokator, poniewaŜ dobrze wiesz, Ŝe ja juŜ
Ŝ
adnej piczy w domu nie mam, i dlatego moje zuŜycie prezerwatyw jest zerowe,
a zuŜycie papieru toaletowego ogromne... bo choć nie w portki, to mentalnie nie
raz, nie dwa razy zafajdałem się z tego wszystkiego aŜ po uszy... A jednak!
Cięcie! Cuter! NoŜyczki!
Niepodobna się odciąć od epoki. Zesrać się moŜna!
Ps
Ale, Cassiusie, i ty to wiesz i widzisz. W sionce jest stelaŜ i siaduje tam
Militka, ta koteczka z białym Ŝabocikiem, białymi skarpeteczkami, róŜowym
noskiem, niczym wydobyte gdzieś z głęboka wspomnienie, które stało się
ciałem, ta moja skarpeteczka mojej młodości, z którą sypiałem w browarze. I
nieustannie myje się, bo a nuŜ ją spostrzegę? I ja teŜ kiedy idę, a ona spojrzy na
mnie zakochanymi oczyma, pochylam się i ona, Cassiusie, całuje mnie w czoło!
Ma koło róŜowego noska trzy plamki, kropki, impresjonistyczne muśnięcia
pędzla w kolorze brązowym.... a ze czas płynął, to przez te dwa tygodnie, kiedy
tak tu siadywała na stelaŜu w sionce, zdąŜyliśmy się w sobie zakochać...
Gdybyś, Cassiusie, zaginął, to zastąpiłaby ciebie, a to juŜ coś znaczy. Ty wciąŜ
jeszcze chodziłeś na cienkiej lince za tą twoją pizdeczką, a ja juŜ nazwałem
kotkę na stelaŜyku — Militka, a ona juŜ reaguje na to, pochylam się tylko, daję
jej całusa, a ona mnie... i jestem dla niej kędzierzawym i pięknym młodym
męŜczyzną, i tak oto odmłodniałem, jak się tego uczyłem, Ŝe Jungwerden
Goethego, to pragnienie starego poety, by stać się młodym, urzeczywistniło się
tu, ja, blisko juŜ osiemdziesięcioletni głupiec, zakochałem się w koteczce, w
Ulryce von Lewetzow... i ona tę miłość odwzajemnia! Cassiusie, nie Ŝyłem na
darmo! Jestem zbawiony, pośród krajobrazu w szacie zimowej, jestem w stanie
satori, bódhi, jestem w stanie sanskar, w stanie miyein, mistycznym widzeniu i
wizjach, jakie miał ten młodziutki mistyk Tomasz Traherne, ten poprzednik
Williama Szekspira, który jak widzę na dworze, na nocnym niebie, ma swój
inicjał... W William...
Nie Ŝyłem na darmo. Cassiusie, zresztą i twoje imię to imię z
szekspirowskiego dramatu Otello, Cassius, wenecki arystokrata, który przez
pomyłkę dał Desdemonie chusteczkę i pośrednio przyczynił się do tego, Ŝe
Otello przez pomyłkę udusił swoją ukochaną Desdemonę...
Ten nasz krajobraz w szacie zimowej dał się nam we znaki... Weksel na
swoją śmierć z powodu ischiasu i podagry przepowiedziałem sobie na Te Deum
w katedrze Świętego Wita i nie pomogła nawet podwójna wódeczka „Pod
Czeskim Lwem” we wtorek drugiego lutego ani teraz dwunastego lutego ta
fińska Koskenkorva Vodka, po której przewracam się nad ranem jak drewniana
figurka frasobliwego Chrystusa, za dwie minuty minie czwarta godzina nad
ranem i na nic mi się zdadzą hasła: Bez tytoniu i bez piczy nic juŜ w domu się
nie liczy czy teŜ: Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili.
Cięcie! Cuter! NoŜyczki...
Ty, Cassiusie, jesteś w niebie... Jutro juŜ nie będziesz jadł i pił... a ja pójdę na
obiad, bo ja juŜ nie mam dokąd pójść... A jednak! Gdy zostawię otwarte drzwi
do sionki, będzie tam na wysokości moich oczu czekać na mnie czyściuteńka
Militka, moja koteczka, w której się zakochałem...
SZEWSKI PONIEDZIAŁEK
Motto:
Bohumil Hrabal w ankiecie „Kmenu” napisał... aby wszystkie teksty
miały więcej odwagi wstępowania na cienki lód, aby autorzy bali się
swojego pisania... I jeśli w pisaniu Hrabala widać, Ŝe pisze z właściwym
sobie lękiem, to byłoby cudownie, gdyby tu się to udało juŜ (czy
dopiero) w roku 88. Niestety, nic o tym nie świadczy...
Doc. dr Milan Hubl, CSc. w ksiąŜce
Drogi do władzy 17.1.1988
I dlatego kocham ten kraj, tę linię koło Mochowa dzielącą Sławnikowców od
Przemyślidów, rodu znanego z umiłowania pokoju, którzy, kiedy wymordowali
Sławnikowców pośród mgły podstępem i zdradą, w końcu wyrŜnęli takŜe
Wierszowców, prócz jednego, który tak długo zwlekał z narodzinami, aŜ
wreszcie w Ołomuńcu pozbawił Ŝycia króla czeskiego, moŜe Wacława... Ale
doczekał się!
Teraz, kiedy polityka jest znowu w kursie, muszę Złotej Pradze napisać, Ŝe w
1158 roku, jak sądzę, przedstawiciele morawskich stanów przyjechali do
Sadskiej, gdzie spotkali się z pokój miłującymi Przemyślidami, aby zawrzeć na
wieczne czasy Statuta ducis Ottonis... ale, jak mi z gromkim śmiechem
opowiadał pan doktor Zumr, Przemyślidzi te Statuty o wiecznej przyjaźni
podpisali sami, a Morawianie zachlali się gdzieś po drodze, zanim do Sadskiej
dotarli... Bo wszystko to zawinili szlachetni Przemyślidzi, a temu, kto by o tym
wątpił, czescy patrioci wcisną zęby do gardła! Gdzie się pcha Machiayelli z tym
swoim Il Principe!? Powinien uczyć się od Przemyślidów! Aha! Są tutaj w
okolicy Libice z ruinami zamku, ot, zaledwie tylko kilka cegieł i kamieni. I jest
tu wioska Radzim, Radzim był bratem świętego Wojciecha, który wyjechał
głosić słowiańskim Prusom słowo BoŜe, tam, nad Przerowem, pośród pól jest
krynica, gdzie się po raz ostatni w sławnikowskich włościach Wojciech ugasił
pragnienie, teraz jest tam kapliczka i ta świeŜa wodeńka takŜe, a potem
Wojciech jechał tak długo, aŜ wreszcie dojechał do tych słowiańskich
pogańskich Prusów i tak długo naprzykrzał im się z Pismem świętym, Ŝe go w
końcu zamordowali, posiekali, porozrzucali... membra disjecta... i tak oto
Wojciech zgodnie z prawem został świętym....
Zbieranie do kupy wszystkich części tego posiekanego ciała była to czynność
artystyczna, twórcza, kolaŜ, asamblaŜ, jak to się dziś określa. I tak do głowy
kawałek po kawałku, nogę za nogą, rączkę za rączką, kręgosłup był w kilku
kawałkach jak cytra, a więc dopiero po pewnym czasie udało się złoŜyć w
całości zwłoki i przewieziono je do gwiaździstego Gniezna, jeden z historyków
mówi nawet, Ŝe zgłosili się znalazcy kilku cząstek Wojciecha, ale Kościół
kupował zawsze tylko jedną, dzięki której mogła powstać całość...
Ten sposób tworzenia wziąłem sobie jako motto, membra disjecta, kolaŜ, ale
tekstów, o których myślę, Ŝe stworzą całość, zamierzam napisać Złotej Pradze o
tym, jak to umiemy obchodzić uroczyście szewski poniedziałek w „Złotym
Tygrysie”, gdzie królował jako wyszynkowy i kierownik pan Prochazka z
cygarem, który decydował, kto dostanie piwo, a kto nie. Pan Prochazka, juŜ
dawno na emeryturze, tak kochał pilzneńskie piwo, Ŝe kiedy odszedł z
„Tygrysa”, to jeszcze nalewał piwo w hotelu „Continental”, w „Contim”. Tam
w piwnicy przez tak zwany krótki przewód nalewał piwo do kufli, do szklenic,
nalane piwo stawiał do windy, naciskał guzik i winda dowoziła do lokalu ten
płynny chleb, te pajdy smarowane masłem, jak „Pod Tygrysem” nazywa się
pilzneńskie piwo. I tu pewnego razu, kiedy nacisnął guzik w piwnicy wyszynku
w „Contim”, to pod niebo wznosiły się kufle juŜ po raz ostatni, bo pan
Prochazka został juŜ w piwnicy sam, zjeŜdŜały juŜ na dół tylko puste kufle i
szklenice, bo pan Prochazka nie Ŝył. Tego wszakŜe nie będzie, aby czeski
wyszynkowy od beczki uciekał! Powalony przez zawał sam w hotelu „Conti”.
W piwnicy.
Nadworny fotograf Złotej Pragi, ten, który robi niemal wszystkie zdjęcia do
Kalendarza, on właśnie otrzymał od hotelu „Conti” zamówienie... Kiedy
wkroczy milionowy gość, wtedy, Flocziczku, pokaŜ, co potrafisz!
Sfotografował milionowego gościa hotelu, wręczono mu zaliczkę, a on zamiast
do „Tygrysa” poszedł do „Jelinków”, i tam mu słusznie ukradziono kurtkę nie
tylko z dwoma tysiącami, lecz takŜe z taśmą filmową, gdzie znajdował się ten
milionowy gość hotelu „Continental”... .siedemnaście lat czekał na tego gościa,
a kiedy wlazł juŜ w paszczę lwa, nie tylko przeszła mu koło nosa okazja
wyjazdu za granicę, lecz takŜe szansa czekania kolejnych siedemnaście lat na
dwumilionowego gościa... Teraz leczy się fonoterapią, nieustannie sobie
nastawia:
Pragi nie oddamy,
zburzymy ją sami...
I codziennie ma teraz szewski poniedziałek, który my nazywamy
niebieskim...
Dziś niebieski poniedziałek wyróŜnia się tym, Ŝe goście w kąciku cichych
współpracowników Kalendarza są nachlani jak mleczarskie psy, cały jadłospis
jest juŜ zakreskowany jak obraz Vincenta van Gogha Stoppelfelder. Pole,
ś
ciernisko, kreska obok kreski, pociągnięcie pędzlem ukośnie pochylonym,
bieŜący metr piw za bieŜącym metrem, bo szewski poniedziałek Złotej Pragi to
serial młodych ludzi, męŜczyzn i kobiet, którzy przeszli juŜ nie tylko AIDS,
lecz takŜe marskość wątroby i śledziony... A ja ich kocham, bo ta Złota Praga
tworzy jabłuszka oranijskich renet, spośród których w kaŜdej niemal gnieździ
się robak melancholii... Tam, po drugiej stronie lokalu, tam siadywał
wynędzniały dawny ober kawiarni „Arco” Willi Svoboda, nie mógł juŜ chodzić,
powłóczył nogami, ale zawsze wypomadowany, z przedziałkiem pośrodku,
lekko pochylony do przodu, jakby niósł tę kawkę, którą w latach trzydziestych
roznosił praskim śydom... a to marzenie kaŜdego członka Złotej Pragi! Willi
umarł na chodniku, wracając ze „Złotego Tygrysa” i nie doniósł juŜ śmierci do
domu. Ta nasza Złota Praga. I ten szewski poniedziałek na dodatek!
Wczoraj zjawił się taki jeden, który w imieniu Pragi pracuje gdzieś w Azji...
I albo mucha tse-tse, albo trąd, albo cholera, po prostu z jakąś chorobą, o jakiej
marzą członkowie Złotej Pragi... zamówił kotlet w placku ziemniaczanym...
Kelner, pan Tolek, przyniósł i wirowym ruchem podsunął talerz temu
Milonkowi pod brodę, Ŝyczył smacznego... no i masz go! Milonek wśród grom-
kiego śmiechu usnął, zrzucił talerz ze sparzoną kapustą i dekoracją jarzyn pod
stół, na obrusie pozostał tylko ten kotlet w placku ziemniaczanym... Wobec tego
postawili pod stołem koszyczek z chlebem, a kiedy Milonek się wyspał, unieśli
stół za nogi... i krzyk, i wrzawa, Ŝe pan ober Olek powiedział: „W Ŝyciu kelnera
są takie chwile, Ŝe i bydlę moŜe od tego zwariować...”. I uniósł lekko obrus, a
tam leŜał szczęsny Milonek, który tylko po to przyjechał z Afryki, aby usnąć, a
teraz Ŝwawo i czujnie strzegł swojej porcji pod stołem, wycierał z podłogi sos i
kapustkę, aby na koniec wytrzeć chlebem talerz... no i znów!... piętnastu
bywalców uniosło aŜ pod sufit stół i Milonek wysunął się i niczym w lustrze,
jak w grotesce Chaplina, przyczesał dłonią swoje piękne czarne włosy i zabrał
się do kotleta w placku ziemniaczanym na obrusie, i pałaszował szybko, bo a
nuŜ nagle znów uśnie... Być członkiem Złotej Pragi to ryzykowne powołanie.
A ja w tenŜe szewski poniedziałek otrzymałem skargę cyrku Berouska, Ŝe
powołałem do Ŝycia Nadację Bohumila Hrabala w obronie praw zwierząt, Ŝe,
podczas gdy on jęczał w kryminale za politykę, jego dwa niedźwiedzie Ŝyły w
raju u jego mamusi, wprawdzie w wielkiej klatce dla królików ale Ŝe ta moja
nadacja, Nadacja Bohumila, odwiozła niedźwiedzie do ogrodu w zamku, gdzie
niedźwiedziom śpiewała nawet ta piosenkarka, która śpiewała o aksamitnej
rewolucji Przejdę przez rzekę Jordan... i Ŝe jeden z niedźwiedzi od tego zdechł,
Ŝ
e wprawdzie to pięknie, Ŝe chciałem wypoŜyczyć w Teatrze Narodowym
kostium niedźwiedzia ze Sprzedanej narzeczonej i zamierzałem, pisze w
skardze pan Berousek, zaprzyjaźnić się w zamkowym zwierzyńcu z tą sierotką,
nawet spać z nim chciałem... ale pan Berousek występuje teraz z pozwem,
Ŝ
ebym mu wynagrodził szkodę, oskarŜa mnie, Ŝe powołałem do Ŝycia tę
nadację, która jest przyczyną śmierci jego niedźwiedzia, z którym wybierał się
na tournee do Rosji i na Ukrainę... I pan Berousek posłał mi tę skargę do
„Złotego Tygrysa”, właśnie w szewski poniedziałek... I metr bieŜący piw tu,
metr bieŜący piw na drugi koniec stołu! A wszystkiemu winna jest poetka
Ś
troblova, która— mimo iŜ jej na to nie pozwoliłem — załoŜyła Nadację
Bohumila Hrabala w obronie zwierząt...
A Ŝe to był szewski poniedziałek, rozmawiałem z dwiema damami, które
obchodziły tu imieniny jednej z nich. I zacząłem uprzejmie, Ŝeby im sprawić
przyjemność, powiedziałem, Ŝe obie mają piękne krowie oczy, ale tak piękne,
Ŝ
e nawet szwajcarskie byki w całą pewnością by oszalały! ... A damy stawały w
pąsach i połykały kotlety w placku ziemniaczanym z podwójną porcją sparzonej
kapusty, tak Ŝe wystraszyłem się, Ŝe tyle jedzą, bo trzeba by wezwać
weterynarza, który bądź by zalecił wprowadzenie im do brzucha trokaru, to jest
Ŝ
erdzi czy drąga, jakiego uŜywają nasi rolnicy, kiedy krowa dostanie wzdęcia
od nadmiaru koniczyny, albo teŜ, jak doradzają weterynarze, wytrzeć gębę
słomą, a jeśli to nie pomoŜe, zabić...
A moje damy piły jedno piwo za drugim, czkały i uśmiechały się...
— Ale z pana pochlebca!
A więc pocieszałem je mówiąc, Ŝe u Homera wszystkie boginie były
wolookie... Ŝe one obie mają oczy jak dwa piękne woły... A jakŜe!
Ty psie pogański! Ty giaurze! Ty moje serdeńko ukochane! Ty mój
skarbie! Ty kozaku! Ty Moskalu! Kocham cię i nie mogę bez ciebie spać... —
pisze caryca Katarzyna Wielka do Griszeńki Potiomkina...
A Ŝe był szewski poniedziałek, członkowie Złotej Pragi krzyczeli, bo były
juŜ w drodze próbne wydruki z wielkiego Kalendarza... Koniec opery
Ŝ
ebraczej...
JakaŜ wrzawa zapanowała znów w kąciku cichych wspólników przyjaciół
Złotej Pragi! A bo ci cisi wspólnicy, ci wrzeszczeli zawsze, byle tylko znaleźć
powód. A zresztą, Ŝaden Kalendarz nie obszedł się bez szewskich
poniedziałków... Dziś wrzeszczeli dlatego, Ŝe sama tylko wypowiedź: opera
Ŝ
ebracza się kończy, to za mało... mówi właściwie tyle, Ŝe artyści nie potrzebują
juŜ Ŝadnego Ŝebraczego wsparcia...
No i znowu:
— Olku, metr piw!
A potem:
— Toleczku, metr piw na mój rachunek!
A Wacław przy kurku u beczki, po wczorajszym poszumawskim
wieczorku tak zmordowany, Ŝe aŜ dostał zeza, powiedział Ŝałośnie:
— Od tego, co tu się dzieje, nawet bydlę gotowe zwariować! Jak powiada
Haśzek.
Ja zaś, lewicowy intelektualista, ten, który podczas robienia zdjęć do
Kalendarza siedziałem na Starych Zamkowych Schodach w krześle w tej mojej
słuŜbowej czapce z czasów, gdy byłem dyŜurnym ruchu, ja, który tam
dmuchałem w helikon i wraz z innymi Ŝebrakami skomliłem o parę groszy, ja,
który rozciągałem harmonię jak Ŝeberka centralnego ogrzewania z taką siłą, Ŝe
aŜ pękła... ja powiadam:
— Słuchajcie no, chłopcy, a gdybyśmy tak, kiedy za chwilę przyniosą ten
plakat, ten nasz Kalendarz i tam... koniec opery Ŝebraczej... gdybyśmy tam,
skoczywszy po farby, postawili za kropką wielki kolorowy znak zapytania, jako
Ŝ
e nic nie jest jeszcze w porządku... Srać na groby, Ŝadnych wieńców... ten znak
zapytania byłby tam domalowany tak, jakby to zrobił sam Andy Warhol...
wprost z tuby... i raz czerwony lub niebieski, raz zielony i Ŝółty... zgodnie z
gustem tego, kto by ten Kalendarz kupował?
I znów krzyki, wrzawa i łoskot krzeseł, i uniesione ręce, a damy, które przed
chwilą zwymiotowały parzoną kapustę razem z kotletem w placku
ziemniaczanym, usiadły w kąciku niczym dwie mistyczki i miały łzy w oczach,
i czkały.. a jedna z nich powiedziała rozmarzona:
— Pewnie mnie ktoś wspomina...
I raz jeszcze:
— Oleczku, metr piw na mój rachunek!
A potem:
— Metr piw tu pod okno, Tolu!
I Wacław, wymordowany po poszumawskim wieczorku, Ŝalił się przy
kurku:
— śebyŜ to juŜ wreszcie była północ. Naprawdę zdarzają się w Ŝyciu
sytuacje, Ŝe i bydlę dostaje kręćka!
A ja, jako lewicowy intelektualista, ratowałem to wszystko:
— KaŜda choroba, przyjaciele,. to zaniedbane pijaństwo... i metr piw tutaj,
Ŝ
eby było świeŜe. Przyjaciele, na zdrowie! Bo zdrowie to punkt przecięcia się
wszystkich złośliwych, chorób!
Ale mi się świetnie pisze! Dziś jest szewski poniedziałek, a w końcu ja
mam prawo pozdrawiania istot, których juŜ zapomniałem albo teŜ widzę je
zupełnie inaczej. Bo to, co i jak tu piszę, to nie jest nawet beletrystyka, to nie
jeśt literatura piękna, poniewaŜ ta moja maszyna do pisania to to samo co
Bateau ivre Rimbauda. Moja maszyna do pisania sunie juŜ bokiem, podczas gdy
ja, nawet trzeźwy, zdradzam objawy pijaństwa...
Szewski poniedziałek... Pan Hulata, kierownik i wyszynkarz, nie miał dziś
na szczęście dyŜuru, jego fartuch wisiał na gwóździu przy telefonie wyszynku,
zawinąłem wobec tego głowę w ten przesiąknięty piwem fartuch, w mrok, i w
ten sposób leczyłem się, jak mnie tego nauczył Jakub Deml, który kiedy dopadł
go stres, opatulał swoją głowę mamusinym fartuchem... To takŜe szewski
poniedziałek.
.
A ja, zakutany w fartuch pana Hulaty, mokry jeszcze od piwa, ujrzałem
sceny z Austrii niczym mistyczną wizję.
—Nie hałasujcie, chłopaki — powiadam. — Posłuchajcie, byliśmy na pierwszej
wycieczce w Austrii... dwudziestu pisarzy.. i pan Kolarz i pan Hrabal, i pan
Topol, i pan Aszkenazy... jechaliśmy dokoła Austrii, a kiedy przyjechaliśmy do
Heiligenblut, do autobusu podeszła płacząca dziewczynka z bukiecikiem
szarotek w palcach i powiada: to kosztuje dwadzieścia szylingów.., no i poeci
pod wpływem tych gór i skał, gdzie — i tylko tam — rosną szarotki, strach
pomyśleć, poeci kupili ten bukiecik, te kwiatki zrywane zapewne w miejscach
niebezpiecznych dla Ŝycia...
A ja, wychowanek Kartezjusza... .Dubito, ergo sum... poszedłem za tą
dziewczynką za mur cmentarny.. a tam tyrolscy chłopcy rozliczyli tę
dziewczynkę i podali jej następny bukiecik tych alpejskich szarotek z
niebotycznych stromych urwisk... zaś inni dwaj kosili te alpejskie szarotki
posiane na martwych grobach, a trzeci zręcznie i sprawnie układał je w
następny bukiecik, bo nadjeŜdŜał właśnie kolejny autobus...
I zwracam się do stołu Złotej Pragi:
— Ja, chłopaki, tak jak ci sprzedawcy bukiecików alpejskich szarotek, tak
pracuję i ja... po co mam wspinać się na wyŜyny, ja sobie historyjki kupuję
tutaj... Toleczku! Daj no tu metr piw! Sursum corda!
Jest szewski poniedziałek. To moje pisanie, chłopaki, to okradanie grobów,
tego „lania” nauczył Jacksona Pollocka Max Ernst, a ja z kolei od Jacksona
mam to jego action painting... zamiast farbami z tuby ja to leję wprost z głowy
do tej mojej inkrustowanej złotem szrajbmaszyny.. Jeśli nie będziecie osłami, to
ja nauczę pisać kaŜdego. .. to wiejska sztuka obracać ziemię pługiem, głęboko,
pralemieszem, to, co leŜy na dnie tych naszych głów, przelewać wprost na biały
papier za pośrednictwem taśmy barwiącej i klawiatury... Thalatta Regression...
Sacre du printemps...
W Kersku spadł śnieg i Cassius po raz pierwszy jadł razem ze wszystkimi.
Oczywiście, jest szewski poniedziałek. Niebieski, jak nazywają go u nas. No to
niebieściejmy dalej! Po raz ostatni metr piw! A kiedy tu, jak ja to mówię, juŜ
gotowe, wszedł jeszcze pan fotograf Kapłan, ten, z którym w czerwcu
wybieraliśmy się w podróŜ do Dublina, by przejść szlakiem pana Leopolda
Blooma. Pan Kapłan przyniósł zdjęcia ze świeŜo spadłym śniegiem, rozdał je
przyjaciołom, most Karola i Zamek, Złota Praga w zimowej szacie, przepraszał,
Ŝ
e ma chrypkę, ale jutro musi jechać do Polski pod gwiazdy na mazurskie
jeziora do swojej Ŝony Krystyny, Ŝe przeprasza, ze nie moŜe przyjść, ale ona
pochodzi z ziemiańskiej rodziny i przywykła do orszaku: jeśli nie idzie z nią
dziesięciu, czuje się opuszczona...
A ja kończę pisanie asamblaŜu, kolaŜu, tak jak Kościół składał do kupy
posiekane członki, membra disjecta, świętego Sławnikowca, który był i jest
ozdobą naszych stron, Libicy i Radzimia, i Sadskiej, gdzie jednak urodził się teŜ
i Ŝył komendant słuŜby bezpieczeństwa Vlasta Ulrich, którego uczyłem pisać,
tak jakby składał raport Ministerstwu Spraw Wewnętrznych w Pradze, tak Ŝeby
to teŜ była literatura.., on jednak zastrzelił się w piwnicy w Sadskiej, w budynku
swojej komendy, bo nie potrafił sobie poradzić z tym, co nazywa się love
story... Człowiek cierpi, bo membra disjecta są niewłaściwie złoŜone... Tak jak
Antonin Artaud. Ten, który zastrzelił się w „Grandhotelu” w Nantes ku czci
Vincenta van Gogha, by obaj wsiedli do pociągu zmierzającego ku gwiazdom i
w ten sposób osiągnęli w końcu nieskończoność...
PS
Kochana Kwiecieńko, kochany Cassiusie! Czy to koniec opery Ŝebraczej?
Tak, to koniec opery Ŝebraczej. Niech wzbija się do lotu i niech Ŝyje kerski
rewir leśny! Zimno mi, pierzyna jest chłodna, śpię ubrany, ale niech wzbijają
się do lotu nasze włości Ango! Śpię dziś ubrany, ale kto zagrzeje moje kotki,
kto zagrzeje nieszczęśników tam, gdzie nie ma nawet pieca, tam gdzie nie ma
nawet słów? Śpię ubrany, włoŜyłem idąc do lóŜka dŜinsowe pantofle. Ale jak w
tym mrozie jest gdzie indziej na świecie? Opera Ŝebracza nie skończyła się i nie
skończy Kwiecieńko i Cassiusie, módlcie się tak jak. ja za tych innych, tam,
gdzie indziej.
Kersko, jest czwarta godzina i kilka minut nad ranem. Jest wtorek, dzień po
szewskim poniedziałku, i jest mi smutno. Boję się, boję...
Kindertoten Lieder von Gustav Mahler. Herbert von Karajan.
KRUK ZAKRAKAŁ: „NiGDY JUś”
Obracany rydlem zagon, traktor ciągnie za sobą pług, który obraca
czarnoziem, czarną urodzajną Ziemię, Złoty Łan, orana gleba, lśniąca niczym
skrzydło kruka, jedna czarna fala za drugą, traktor zostawia za sobą czarne mo-
rze lśniącej ziemi, raz na prawo, raz na lewo, przypływ i odpływ czarnoziemu...
Krucze skrzydła... Traktor wdziera się w zaśnieŜone jeszcze pole i zostawia za
sobą wskrzeszoną pługiem lśniącą urodzajną ziemię. Obracane karty Ŝycia i
ś
mierci, wypytywanie się o los człowieka z pracy pługa, z ziemi do ziemi.
Nieśmiertelne przygotowania pod nieśmiertelny zasiew.
Tak to juŜ dawno, ale jakby zdarzyło się dziś. Wybrałem się do lasku zwanego
Ś
cierwnikiem, tam gdzie grzebią padlinę, „ale gdzie teŜ czarni Cyganie moich
młodych lat wykopywali łaciate prosięta, które zabiła czerwonka... Szedłem
więc po zmarzniętej na kość trawie zawianej lutowym śniegiem... i stały tu na
baczność przemarznięte drzewa, przysypane szronem, otulone watą i bandaŜami
szreni, w koronach wiązów siedziały nieruchomo stada kruków, na tle nieba
korony obłoŜone brykietami... JuŜ drugi miesiąc trzymał wówczas
dwudziestostopniowy mróz, a nawet większy. Często dochodził do trzydziestu
stopni Celsjusza... Tupnąłem podeszwą w zmarznięty pień... i z nieba spadały
jeden za drugim kruki, które juŜ dawno zamarzły na śmierć... grudki śląskiego
węgla... w białym śniegu sypiącym się z gałązek i gałęzi, wszędzie dokoła...
bryły antracytu, śląskiego węgla, trumienki brykietów... Kruki.
Tylko raz w Ŝyciu widziałem przejechanego kruka. Przed maską
samochodów i autobusów, do ostatniej chwili.., juŜ, juŜ, ale kruk za krukiem
wzbija się, rozkłada swoje skrzydła... i te starcze oczy. Kruki zawsze mają oczy
starców... Nie widziałem naprawdę przejechanego kruka na drodze, na
autostradzie.., doŜywają aŜ stu trzydziestu lat... dwuletnie kruki są
stutrzydziestoletnie... Kocham je, bo podczas gdy łabędzie, i podczas gdy
przepiórki, i podczas gdy kwiczoły i podczas gdy dzikie gęsi lecą i wędrują w
formacjach, w kluczach, kruki nie opuszczają się, ale włóczą się po niebie, roz-
koszują się tą swoją podróŜą dokądś.., po swojemu, zgodnie z własnym gustem,
a kiedy poczują głód, przysiadają na ściernisku i to, co pozostało po Ŝniwach, to
dla nich przysmak... a ich chód to powrót małpy do domu, gdzie jednak nikt na
nią nie czeka, kołyszą się jak kaczki, kiedy tak idą po polu, gdzie zeszłego roku
rosło zboŜe...
Kruki kochają cmentarze i w koronach drzew wiją sobie gniazda kolczaste
jak korona cierniowa Chrystusa, gęste pałacowe zwierzyńce to gigantyczne
krucze Ŝłobki, u barona Chotka koło Pragi — widziałem to — gnieździ się sto
tysięcy kruków,., symfonia ich macierzyńskich krakań to tak jak skrzypienie
pomp, pojękiwanie osi u kół wiejskich wozów...
Kiedy rano krucze bejbi spadały z gniazd w koronach drzew pałacu w
Weltrusach lub teŜ myśliwi pana barona zestrzeliwali je na Ziemię, baron
Chotek urządzał w swoim pałacu „kruczą ucztę”, befsztyki z wyłamywanych
piersiątek kruczych bejbi... zaprosił nawet, a zaproszenie przyjęto, i przyjechał
sam cesarz pan, Franciszek Józef, aŜ z Wiednia, przyjechał teŜ na Ŝółtą
polewkę, i pil wino i szampana z porzeczkowych pól barona Chotka... ale
przede wszystkim — krucze befsztyki... Na Połabiu teŜ, kiedy znikają z pól
baŜanty myśliwi nazywają kruki rosyjskimi baŜantami...
A ja w owym roku dwudziestym dziewiątym na Ścierwisku o mroźnym
zmierzchu uderzyłem podeszwą w pień wiązu i tak jak w pałacowym ogrodzie
w lecie spadały krucze bejbi, tak przed tymi sześćdziesięcioma laty strąciłem
podeszwą z gałązek i gałęzi tuziny zamarzniętych kruków, spadały kręgiem
wokół wiązu w śnieg i szron cięŜko, jakby spadały cięŜkie młoty jak brykiety
jak grudy śląskiego węgla, jak czarne półkilowe cięŜarki starych wag
dziesiętnych... niewiele brakowało, aby spotkał mnie los Ajschylosa, któremu
wywróŜono w Delfach, ze... zostanie zabity przedmiotem spadającym z góry...
ledwie nadąŜałem z odskakiwaniem...
Zapadł juŜ wieczór, zbliŜała się zmarznięta na kość noc.., ta wczorajsza
okazała się dla kruków Kristallnacht... Jakby z wiązu spadały zamarznięte
czarne koty jakby, Cassiusie, spadali twoi zamarznięci bracia, Czernidła,
Szwarcwaldy.. którzy wyszli mi dzisiaj naprzeciwko aŜ do autobusu, bo juŜ,
Cassiusie, stracili nadzieję, Ŝe w takie mrozy wrócę do was do Kerska...
Odkąd jeŜdŜę autobusem, nie widziałem, Cassiusie, przejechanego kruka... za
to tam, na zakręcie, w przeddzień Wigilii, widziałem na śniegu czarną plamę,
bałem się, Ŝe kruk uniósł słoik z konfiturami, słoik z mięsem, wzbił się z nim aŜ
nad betonową aleję między wiezowcami i wypuścił... by później spośród
odłamków szkła wydziobać sobie, co nadaje się do zjedzenia... Kruk potrafi
unieść nad betonową uliczkę, co ukradł z balkonu... i znów urządził sobie ucztę,
zajadając ze smakiem, co zostało wśród okruchów,.. a dlaczego by nie?.
Rzeczny orzeł uniósł Ŝółwia morskiego, a on wyśliznął mu się i zabił
leŜącego nad morzem Ajschylosa; który uwierzył wróŜbie, Ŝe zabije go
przedmiot spadający z góry a więc jako Ateńczyk, wierzący obywatel, szukał
bezpiecznego miejsca nad morzem... ale Los i morski orzeł, i Ŝółw który
wyśliznął się ze szponów... Los, Cassiusie... obawiam się, Ŝe i u nas, na
Sokolnikach, włóczą się nie tylko Ŝebrzące kruki, lecz takŜe i takie, które
mogłyby rozstrzygać o moim Ŝyciu... gdyby jeden z nich uniósł pod niebo słoik
z ogórkami i zrzucił z góry na moją głowę, kiedy właśnie wychodzę, aby kupić
dla was w Kersku dwa kurczątka z roŜna... bęc go! I znajdą mnie między
dwoma pojemnikami na śmieci z głową roztrzaskaną słoikiem ogórków... i to,
Cassiusie, jest całkiem moŜliwe. I jest to moŜliwe, bo opowiadam ci dzisiaj
weselszą dobranockę... O krukach, które tak bardzo przypominają rozdartą
czarną rękawicę hokejową, splądrowany Ŝalem Ŝałobny wdowi kapelusik...
Istnieje u nas ogółem szesnaście przekładów Kruka Edgara Allana Poego...
Za czasów mojej młodości chwaliliśmy straszliwie pilzneńskie piwo w
„Furmance” i deklamowaliśmy przy tym wiersze... a przede wszystkim tego
Kruka. Poeta i tłumacz Kwiatów zła Svatopluk Kadlec właśnie wtedy próbował
przetłumaczyć Kruka po raz siedemnasty, i wypiliśmy wszyscy po dwadzieścia
piw, by uczcić tę sławną powtarzającą się końcową frazę Kruka i pan Kadlec
wymyślił ten oto wers: I kruk zakrakał: nigdy juŜ... i dopiero potem wybrał się
na wino do Posztów, bo autor nowej wersji Kruka był ostatnim pisarzem, który
sypiał ze swoją Ŝoną, a ona nie cierpiała odoru piwa. Tak więc Svatopluk po
tych dwudziestu piwach zawsze pil jeszcze wino i Ŝona chwaliła go w łóŜku:
„No widzisz, Ŝe moŜna i tak... Bo wino jednak pachnie...”.
I tak oto, Cassiusie, Kruk znalazł siedemnastego tłumacza... I kruk zakrakał:
nigdy juŜ...
Dlaczego ci to mówię? Bo ty jesteś mój kruk, kruczek, nigdy się. nie
uśmiechasz, jesteś zadumany, siedzisz jak mumią, czarna mumijka, a oczy masz
zdarte, stare, jak te kruki, które przysiadają na dawno juŜ zŜętych polach, które
czyhają na zakrętach dróg, czy spółdzielcze traktory nie rozsypią na zakolu
choćby garstki ziarna... I tak to juŜ jest! Zupełnie tak samo na osiedlach: kruki
przysiadają, huśtają się na gałęziach drzew i krzaków koło pojemników na
ś
mieci, by porwać, co wypadnie... Ach, te kruki, ja, Cassiusie, kocham je tak jak
ciebie. Przesiadują chętnie na kołyszących się gałązkach na Sokolnikach, lubię
na nie patrzeć z okna na piątym piętrze, jak lecą przecinając na ukos ogromną
płaszczyznę szyby, one nie lecą, tylko ot tak sobie, włóczą się po niebie, nie
wiadomo dokąd, moŜe juŜ zmierzają do pałacu w Weltrusach, by przypatrzeć
się potęŜnym dębom i topolom, moŜe zmierzają cięŜkim lotem gdzieś na Ŝer na
pola za Pragą, moŜe zataczając łuk wracają na cmentarz Ŝydowski, tam, gdzie
na stojąco pochowani są w ziemi rabini... a przede wszystkim Rabbi Łów...
gdzie praskie kruki mają swoje zloty, swoje zjazdy, swoje posiedzenia i narady..
i gdzie teŜ gniazdują... w horyzontalnych męczennicach, przypominających
cierniową koronę Jezusa Chrystusa...
Kochany Cassiusie, Vincent van Gogh, na dwa dni przed tym, nim strzelił
sobie w brzuch kulką z rewolweru i niespiesznie umarł, namalował swój ostatni
obraz: Nie zŜęte pole z krukami... to smutny obraz... nad przejrzałym polem
zboŜa cięŜko i powoli unoszą się kruki, setki kruków... i w taki oto sposób
Vincent namalował swoje poŜegnanie z krajobrazem, który tak ukochał, Ŝe
zastrzelił się z tej miłości. A poniewaŜ codziennie przejeŜdŜam obok stad
kruków czekających na zakrętach drogi na to, co spadnie z traktorów, poniewaŜ,
Cassiusie, dzień w dzień witam się z krukami koło pojemników na śmieci, które
umyślnie otwieram, aby poŜywiły się resztkami, i kruki wiedzą o tym, krakają
mi to swoje: I kruk zakrakał: nigdy juŜ... i tak ten obraz NiezŜęte pole z krukami
towarzyszy mi juŜ od lat mojej młodości, kiedy kupowałem sobie nie samych
impresjonistów, lecz takŜe kolorowe albumy z reprodukcjami nie tylko
Cezanne’a, ale i Vincenta van Gogha... te kruki latają cięŜko nad ziemią i
drepcą kołysząc się po ziemi, latają więc i we mnie, bo kto raz zobaczył ten
obraz, to obraz ten, tak jak cały van Gogh, go uŜądlił. Dlatego przed trzema laty
pojechałem aŜ do Arles, aŜ do Reims, do krainy, która tak jest podobna do
obrazów, gdzie juŜ krajobrazy rozwieszone są w ramach, tak by przechodzień
mógł porównać to, co jest na obrazach Vincenta, z tym, co jest w
rzeczywistości... A to, Ŝe cię, Cassiusie, ty moje czernidło, kocham, to chyba
tylko dlatego, Ŝe od dzieciństwa kochałem kruki i lubię je teŜ dzisiaj i na
zawsze, bo... I kruk zakrakał: nigdy juŜ... A ja mam juŜ niemal osiemdziesiąt lat
i wszystko, co robię, robię juŜ po raz ostatni, a potem juŜ Nigdy juŜ, nigdy juŜ,
nigdy juŜ!
Dlatego teŜ kazałem ten nasz rodzinny grobowiec w Gródeczku zbudować a
la Moody... Das Leben nach dem Tode... na wzór tuneli, którymi przelatują ci,
którzy pozornie umarli... ale, Cassiusie, mam album z ilustracjami Hieronima
Boscha, i jest w nim reprodukcja obrazu, który wisi w Wenecji i nosi tytuł:
Wizja z zaświatów... olśniewający zielony tunel, którym przelatują ludzie,
którzy kiedyś Ŝyli.., jedni, ci uczciwi, w orszaku aniołów a drudzy, ci źli... i
jedni stoją juŜ na progu zielonego tunelu w ruchu obrotowym, a potem juŜ tylko
ten, co stoi na samej krawędzi gwałtownego światła... I tak oto Bosch i Moody
nawiązują do siebie, jakby wiedzieli, Ŝe Edgar Allan Poe napisał Kruka,
poemat, który kończy się: I kruk zakrakał: nigdy juŜ, nigdy juŜ, nigdy juŜ!, bo w
końcu wszyscy zostaniemy poprzez zielony tunel wessani w gwałtowny blask
słońca...
A symbolem, jednym z symboli Hieronima Boscha, jest teŜ Kruk, symbol
z księgi Ars Magna Raimundusa Lullusa... symbol Kruka, który w mistyce
oznaczał nieufność, dla czarownic le magicien nourri par le Diable de fausses
doctrines. A dla alchemii, Cassiusie, la nigredo, oznaczał Kruk początkowe
wrzenie i ferment, w jakich rodzi się androgyniczny człowiek, głowa kruka, w
połączeniu siarki i rtęci...
Tyle, Cassiusie, znaleźć moŜna w indeksie symboli Hieronima Boscha, a
poniewaŜ z tego wszystkiego zwariowałem, jedynie ty moŜesz to wszystko
zrozumieć... jesteś bowiem czarnym kotem, który tak chętnie siaduje na
ramieniu kabalarek i wróŜek ludzkich losów.. I kruk zakrakał: nigdy juŜ, nigdy
juŜ, nigdy juŜ...
Kersko, 7 marca 1993 roku
widzę przez okno, jak po przekątnej nieba cięŜko lecą kruki
SACRE DU PRINTEMPS
Szkic przemówienia we Frankrucie
am Palmsonntag um 11 Uhr
Motto:
Przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny.
W. Havel
Spotkaliśmy się tu, w Schirn Kunsthalle aus Anlass des Erscheinens meines
neuen Romans Hochzeiten im Hause... I ja muszę teraz coś na ten temat
powiedzieć. Ta moja trylogia zawdzięcza swój styl i treść pani Tołstojowej i
pani Dostojewskiej, które właśnie wydały biografie swoich małŜonków i w
ksiąŜkach tych tak chwalą swoich męŜów, Ŝe powiedziałem sobie, iŜ swoją
biografię napiszę przez pryzmat spojrzenia swojej Ŝony, dla której byłem
właściwie Maksem i Morycem, i enfant terrible, a więc powiedziałem sobie, Ŝe
sam napiszę o sobie wprawdzie nie paszkwil, ale tak trochę coś w tym rodzaju,
tak jak to było, to nasze małŜeństwo, ja jako klejnot i ozdoba naszego
współŜycia.
I tak oto uczyniłem ze swojej małŜonki przyjaciółkę zarówno pani
Tołstojowej, jak i pani Dostojewskiej, dzięki mistyfikacji, w jakiej wyróŜniał
się takŜe Goethe, który u schyłku Ŝycia cierpiał na rwę, tak samo jak cierpię i ja,
a istotą prostaty i podagry szamstrgichtu jest zgorzkniałość i porywczość, bo
nawet Karol Czwarty cierpiał na tę chorobę, która zaczyna się, kiedy wschodzi
pierwsza gwiazda, a kończy się wraz z porannym pianiem kogutów...
A poniewaŜ jest dziś Palmowa Niedziela, rocznica owego wydarzenia, kiedy
Jezus na osiołku wjechał do Jerozolimy i zebrany lud ścielił mu drogę świeŜymi
gałązkami... wobec tego przedstawię Państwu kilka moich metod, jakie stosuję
pisząc te swoje teksty... a jest to ironia, a jest to teŜ owa goetheańska
mistyfikacja, i jest to moje upodobanie, wrodzone, w Schauspielertum, i to jest
ta moja judische chucpe, a przede wszystkie jest to moja potrzeba spowiedzi,
katholische Beichte... A poniewaŜ po Wielkim Czwartku nastąpi Wielki Piątek i
ukrzyŜowanie Chrystusa zatrzyma czas... Die Zeit wird gerafft, jak powiada
ś
więty Augustyn... nie mogę teŜ nie pójść w odpowiednim czasie do spowiedzi,
wszystkie dzwony odlecą w Wielką Sobotę do Rzymu, aby u schyłku dnia
dzwony te powróciły na wieŜe świątyń i katedr, na dzwonnice wiejskich
kościołów i kaplic... Wynalazłam dlatego u świętego Augustyna to miejsce,
gdzie i kiedy zatrzymał się czas; przez to umilknięcie dzwonów nawet czas
został jedynie przesunięty w przestrzeń...
A więc jest tu pierwszy rozkaz BoŜy: Niech stanie się światło... i drugi
rozkaz: Czyńcie pokutę! A ja przyjechałem aŜ z Pragi, aby w Niedzielę
Palmową powiedzieć tu coś, co — być moŜe — jest istotniejsze niŜ moje
Wesela w domu... A jest to przesłanie z brifingu przed kilku dniami, pan
prezydent i poeta Havel: Przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny...
tak jest zatytułowane to jego kazanie, które wygłosił i w którym teŜ powiedział
prawdę nam wszystkim, samemu sobie i potomnym. Przymusowe wysiedlenie
to czyn moralnie niegodny... i uświadomienie sobie tego jest istotną częścią
higieny poczucia godności społeczeństwa czeskiego... I ja dodaję tu do tego, Ŝe
i ja sam czynię pokutę... Machet Ihr Busse... czyńmy pokutę za tych wszystkich,
którzy będąc niewinni zostali zlikwidowani, setki tysięcy niewinnych dzieci
kobiet, i starców i staruszek... a ja dodam jeszcze: setki tysięcy psów i kotów. I
ja czynię tu pokutę za wszystkie te stworzenia, tak jak publicznie na brifingu
powiedział to pisarz Wacław Havel, i w ten sposób oczyścił i poprawił ksiąŜkę
egzystencjalnego filozofa Karla Jaspersa... Die Schuldfrage, dzieło, które
obwinia wszystkich Niemców za to, czego dokonała Heereswaffe i Eseswaffe
tam, dokąd dotarła i wtargnęła...
I ja raz jeszcze powtarzam, Ŝe nadejdzie czas, kiedy dzwony odlecą do
Rzymu, kiedy nastanie interregnum, czas, kiedy Chrystus umarł, aby powstać z
martwych... Dlatego czyńcie pokutę, bo die Zeit wird gerafft, obie wskazówki
ś
wiatowego rozwoju, duŜa i mała, spętane mocnym sznurem, tak Ŝe czas będzie
musiał stanąć, i wszystkie dzwony na świecie stracą głos, i śmierć raz jeszcze
umrze, aby mógł nadejść dzień pojednania, Zmartwychwstania, dzień otwartych
drzwi do nieba, dokąd powstały z martwych Chrystus wzniesie się do swojego
Ojca i będzie tam z Nim królować aŜ do Sądu Ostatecznego..
Jestem tu w Schirn Kunsthalle... kiedy przechodziłem obok Sankt
Bartholomeus-Dom, nie mogłem nie spostrzec, Ŝe ktoś przesunął nazwę
ś
wiątyni na drzwiach do zakrystii tak, Ŝe moŜna tam było odczytać... BAR
Tholomeus...
TeŜ dobrze — powiedziałem sobie, ale przed głównym wejściem do katedry
gromadzili się młodzi odświętnie odziani ludzie, na tyczkach nad głowami
błyszczała im aureola z gałązek zielonego mirtu jako symbol Niedziel
Palmowych, kiedy Jezus na osiołku zbliŜał się do miasta, które zgotuje mu
Kalwarię. ..
I w tej chwili owionął mnie duch malutkiego filozofa Immanuela Kanta z
Królewca, oświeconego autora ksiąŜeczki Zum ewigen Frieden, przesłania do
całej ludzkości. Zum ewigen Frieden to takŜe sposób, w jaki moŜna przekreślić
Die Schuldfrage Karla Jaspersa i przyznać rację pisarzowi Wacławowi Havlowi
z Pragi, który oświadczył publicznie i co zostało napisane, Ŝe przymusowe
wysiedlenie to czyn moralnie niegodny, Ŝe aprobowanie przymusowego
wysiedlenia oznacza pośrednią aprobatę przymusowego wysiedlania śydów,
Tatarów, Litwinów i innych narodów z ich stron ojczystych...
Proszę uznać to moje przemówienie jako alegoryczne Wesele w domu, w
którym moja spowiedź jest zarazem początkiem dąŜeń wszystkich ludzi o
dobrym sercu do Rozgrzeszenia. Do Zum ewigen Frieden.
PS
Immanuel Kant i jego... Dwie rzeczy podziwiam... Gwiaździste niebo nade
mną i prawo moralne we mnie.
A ja dodam do tego, Ŝe w prastarych uczonych księgach Immanuel oznacza...
Dziecię BoŜe... I tak, kiedy próbuję rozwaŜyć do końca to, co Państwu
powiedziałem, a co zapewne sami Państwo wiedzą, wszyscy jesteśmy więc
dziećmi BoŜymi, wszyscy jesteśmy Immanuelami, dobrzy, a takŜe ci źli. A jeśli
nie, to niech obowiązuje to, co powiedział Christian Morgenstern... Alles hat
sein Ende, auch die Sonnenwende.
Dziękuję, Ŝe zechcieli mnie państwo wysłuchać i Ŝyczę wszystkim recht
guten Appetit. Gdy wejdą państwo do swoich domów i restauracji, gospod i
gospódek... Einen recht guten Appetit.
HAPPY END
Jest tak jak mówię... i na tym koniec. Nie pozostało mi juŜ na świecie nic
innego, jak jeździć codziennie do Kerska, by karmić tę moją kocią watahę. A
reklamy wielkości tych autorstwa Roya Lichtensteina i Andy’ego Warhola
stanowią dla mnie sztafaŜ, a ponadto i tramwaje mijają mnie reklamami
wielkości tramwaju, a takŜe telewizja, którą oglądam, bo nie mogę chodzić —
wszystko to stwarza mi całkiem nowe milieu, a do tego, jak mówię, mam tę
swoją chandrę, taedium vitae, a poza tym cierpię na bóle mózgu i bioder, i
kolan, tak Ŝe nie mogę się uskarŜać. Mam to, czego chciałem. JeŜdŜę
autobusem, przedzieram się przez przedmieścia, a potem aŜ za Mochowem,
kiedy autobus skręci na szosę do Cesarskiej Kuchni, tam jestem juŜ niemal na
łonie naturM wśród pól i potoczków z rosnącymi na brzegach olchami i tarniną,
i czereśniami, i jabłoniami, i gruszami, i śliwami... a wszystko to kwitnie niemal
o miesiąc wcześniej i czuje się tu jedwabny ciepły wiatr z południa, i ja, kiedy
juŜ przeczytam „Rude pravo”, spoglądam na zielone zasiewy i rozwijające się
juŜ róŜki zielonej kartoflanej naci, a dopiero w tym roku spostrzegłem, Ŝe na
słupach telegraficznych siedzi tu i ówdzie kania myszołów, i teraz wiem, Ŝe
czyhają tu na przejechane zajączki i łasice, i pieski, i kotki, stamtąd niczym z
punktu obserwacyjnego, który trwa w bezruchu, śledzą wzrokiem osłabłe polne
zwierzęta....
A tam na dworze, za oknami autobusu, słyszę napór wichru, wietrzne
skomlenie, nasłuchuję, jak cały autobus się trzęsie, jak pobrzękują nieustannie
zniszczone ściany i drzwi, i szyby, jak przez okienka wdziera się przeciąg i
pogłębia moją migrenę, a więc mówię sobie o tym, co przeczytałem, drugi
rozdział Ulissesa pana Joyce’a gdzie Stefan Dedalus,, który wykłada historię w
liceum Deasy’ego, marzy o tym, Ŝe właściwie dzieje to arystotelesowski ruch...
i powtarzam za Stefanem Dedalusem... gdyby w Argos Pyrrus nie został
zamordowany przez staruszkę, nie zmasakrowano by Juliusza Cezara, historia
więc, mówię sobie, jest i musi być pewną rzeczywistością moŜliwości... jako
moŜliwość... mówię sobie w autobusie, dzieje bowiem biegną tak, jak to się
stało, i te fatalne sekundy i minuty, i mgnienia Losu są rzeczywistością
moŜliwości moŜliwego... Mówię to sobie, ale autobus wjechał juŜ pod Semicką
Górkę do zagajników i dąbrów, juŜ przygotowuję sobie swój plecaczek
University Chicago i torebkę plastikową z jedzeniem dla kotów, kiedy szofer
zawołał:
—O rany, toŜ tu, jak mi Bóg miły, leŜy przejechany kot!
.
A potem wysiadłem na przystanku wprost w wichurę i stąd spojrzałem
aŜ tam na mostek na weleńskiej strudze, i naprawdę pośrodku drogi leŜało coś
czarnego... I koty jak zwykle wyszły mi chwiejnym krokiem naprzeciw,
prowadził je Pomarańcz, przy furtce policzyłem te, co mnie powitały, ale
Cassiusa, mojego ulubieńca, tu dziś nie było, tego, który oczekiwał mnie jako
skromny, jako ostatni, dopiero przy furtce koło karłowatych świerczków...
A później pod targanymi wiatrem huczącymi brzozami otwarłem plastikową
torbę i rozdałem kociej watasze salceson z indyka, po czym postawiłem puszki
„Tatry”, niesłodzonego mleka, i dopiero wtedy otwarłem drzwi do tego mojego
domku, otworzyłem okno, przez które wnikał powiew ciepłego wiatru jak letnie
przesłanie... ale dzisiaj, po tym okrzyku kierowcy: „O rany, toŜ tu, jak mi Bóg
miły, leŜy przejechany kot”, usiadłem pokornie, a potem zapaliłem papieroska,
a później przyrządziłem sobie kawę... i Ŝałowałem, Ŝe nie patrzyłem przez
przednie oszklone okna autobusu, aby na własne oczy, oculata revisio,
przekonać się, czy aby nie leŜy tam, nie daj BoŜe, zmasakrowany Cassius. A
przez okno i drzwi widziałem i słyszałem, jak tam na dworze dudni i grzmi
wichura jak na reklamie w wirującej pralce Weisser Riese, ukośnie niczym
ś
nieg unosiły się przekwitłe płatki okwiatu czeremchy, tej czeremchy, pośród
której korzeni pochowałem w zeszłym roku kotkę zmarłą na zapalenie płuc. A
kiedy się tak po godzince ocknąłem, powiedziałem sobie, Ŝe gdyby Pyrrus nie
został w Argos zamordowany przez staruszkę, nie zmasakrowano by w Rzymie
Juliusza Cezara... i gdyby Cassius miał minutę przewagi albo minutę straty, to
by tam na mostku przez weleńską strugę nie leŜał zabity kotek i ja nie
musiałbym przeŜywać straszliwej trwogi, Ŝe to, co się tam stało, stało się
mojemu ulubieńcowi, Ŝe zdarzyła się tam pewna rzeczywistość moŜliwości jako
moŜliwego, mówiłem sobie, absolutnie zgodnie z Arystotelesem...
A potem wziąłem pustą plastikową torebkę i wyszedłem, tam, koło
przystanku, wytęŜyłem wzrok i zobaczyłem tam w dali, Ŝe pośrodku drogi leŜy
coś czarnego niczym ogromny pluszowy bambosz, pluszowy but z cholewką,
wobec tego pod wiatr i w gwałtownym słońcu na-szyłem i widziałem, Ŝe znad
tego pluszowego niby to bambosza tam na drodze unoszą się czarne ptaki i spa-
dają znów tam, skąd wzbiły się do lotu... A kiedy juŜ niemal doszedłem aŜ tam,
do kładki nad weleńską strugą, zobaczyłem, Ŝe dwa kruki wznoszą się cięŜko,
jeden z czarnymi kocimi łapkami w szponach, drugi zaś kruk ciągnie za sobą po
przekątnej resztę kociego bezkształtnego juŜ ciała... No i doszedłem aŜ tam,
gdzie na jezdni była wielka plama krwi i odłamki kości, gdzie leŜała przede
mną rzeczywistość jako moŜliwość moŜliwego... ach, mówię sobie, te fatalne
minuty i mgnienia moŜliwości moŜliwego...
No i juŜ od kilku dni jeŜdŜę znowu do Kerska, koty prowadzone przez
Pomarańcza wychodzą mi naprzeciw niczym jedwabny wicher, te ciepłe
powiewy nie ustępują, nie ustają, juŜ od dwu tygodni nie słabną, słońce szaleje,
a jego szaleństwo i mnie się udziela, juŜ nawet nie jem, a jeśli juŜ, to w barze
zupkę, po której zbiera mi się na wymioty.. a potem, kiedy rozdam to, co
kupiłem dla kotów, zawsze kawałek mięsa kładę na miśnieńskim talerzyku i
stawiam go na schody, w chłodzie.., bo a nuŜ przyjdzie Cassius?
A poza tym odwiedziła mnie sąsiadka aŜ od Sztulików, Ŝe na jej parceli w
sidła na zające wpadł czarny kot i pętla go udusiła, czy to aby nie mój Cassius?
Ale ja nie miałem dość odwagi, by popatrzeć na czarnego martwego kota w
drucianej pętli.., wolałbym juŜ, aby Cassiusa spotkał taki los, jak to widziałem
w Dreźnie na obrazie Rembrandta... Morski orzeł porywa Ganimedesa... by
Cassiusa porwała ogromna kania...
Ps
I tak oto przyjechałem wczoraj do Kerska autobusem, przez las i okolicę dął
wciąŜ wściekłe jedwabny wietrzny powiew, znów miałem czerwony plecaczek
z uniwersytetu w Chicago i niebieską plastikową torebkę z salcesonem i
konserwami „Tatra” z niesłodzonym mlekiem, i rogaliki, i jak zawsze wyszły
mi naprzeciw te moje koty prowadzone przez Pomarańcza, przyszły nawet koty
z sąsiedztwa, które są u mnie na garnuszku...
Idę pochylony do przodu, a koty niemal unoszą się w tym jedwabnym
ciepłym wichrze... I cóŜ to ja widzę? Tam na końcu, przy samej furtce w płocie
z pomalowanych na zielono i biało sztachet, tam siedzi Cassius, ma
przymknięte oczy i sierść mu się trzepoce i lśni wygładzona powiewami...
podszedłem aŜ do niego i wysunąłem palec, a on szturchnął opuszek palca
wskazującego, upał w Kersku panuje tak wielki, Ŝe czeremcha u sąsiadów juŜ
przekwita i sypią się na nas okwietne płatki...
— GdzieŜeś, ty draniu, był? — pytam i Męczę koło Cassiusa, i obu nas
niczym confetti przysypuje przekwitająca czeremcha...
A potem wszedłem na parcelę i rozdałem kawałki salcesonu z indyka, a kiedy
przyniosłem ze schodka talerzyk z miśnieńskiej porcelany z kawałkiem
kurczęcia dla jaśnie pana Cassiusa, on po raz pierwszy zaczął jeść z garnczka
razem z pozostałymi kotami, i wzgardził moimi względami, a potem z innymi
kotami chłeptał mleczko i całą tę kocią sforę przysypywała przekwitłymi
płatkami okwiatu ogromna czeremcha... A potem Cassius pogodził się i wpadł
do mojego domku, i tam rzucił się na rozesłane łóŜko, pełne białych confetti
futerko wcisnął w zieloną poduszkę i utkwił we mnie te swoje niemal ludzkie
oczy...
Jest tak jak mówię i na tym koniec.
1 maja 1993 roku w Kersku