background image

B OH UMI L  H R AB AL

Aferzyści i inne 

opowiadania

1

background image

2

background image

Zamiast wstępu

Krwawa ballada, którą napisali czytelnicy

Panie Hrabal, niech mi pan wierzy, po przeczytaniu Pańskich książek nie mam 

już spokoju, wciąż mnie męczy i prześladuje niewymowne piękno, subtelność, dowcip, 

ból, mądrość, o Boże, niech to diabli.

Ta świnia wybiera takie sytuacje, żeby pofolgować swojej seksualnej perwersji. 

Od czasu jak go przeczytałem, nie mam spokoju, ciągle chodzi mi to po głowie, aż 

strach pomyśleć, ile szkody narobi się tym wśród dorastającej młodzieży.

Sądziłem, że jest Pan jednym z profesorów w sąsiedniej szkole budowlanej. 

Usiłowałem tylko odgadnąć, jaki przedmiot Pan wykłada. To, co u Pana najmilsze i 

najładniejsze — to te przenikliwe, niebieskie jak przetacznik oczy, których kolor nie 
wyblakł z wiekiem. Wie Pan, rozbłękitnił je taki mały kwiatuszek, tulący się wśród 

kamieni, co ma w błękicie płatków białe żyłki.

Ty   wstrętny   chamie,   ty   sklerotyczny   dziadygo   o   sztubackich   ciągotach,   ty 

obleśna   świnio,   twoje   miejsce   w   kryminale,   policja   obyczajowa   powinna   się   tobą 

zająć, nadajesz się za kratki albo do czubków.

Mam   tu   przed   sobą   wywiad   z   Panem,   wszystkie   Pańskie   książki,   zdjęcie   z 

gazety z gigantyczną siecią zmarszczek na czole, po których powinny jeździć wszystkie 

pociągi pod ścisłym nadzorem aż do krainy wujków Pepinów, do krainy zrozumienia 
absolutnego.

Wygląda Pan jak poczciwy ojciec rodziny, który z nudów dłubie w nosie, a mnie 

złość bierze, że to ma być reprezentant brneńskich rodaków. Dlatego prosto w oczy, 
kawę na ławę, piszę: że też Ci nie wstyd, ty stary, zachlany pijusie.

Moja dusza zaiste napiła się źródlanej krystalicznej wody. Entuzjazmowałem 

się w czasie lektury. Już dawno nie było mi tak jasno w sercu. Bo widzi Pan, człowiek 
w gruncie rzeczy jest dobry, takie dziełko jak Pańskie „Bawidułki” wprawia w drżenie 

właśnie   te   najlepsze   struny,   z   których   utkany   jest   ów   najdoskonalszy   instrument 
muzyczny — dusza ludzka.

Panie Hrabal, pierwszy raz w życiu pisze do autora. Wczoraj po przeczytaniu 

książki „Tato, tyś zbzikował” myślałem, że napiszę do Saroyana, ale gdzie go szukać. 
Pan jest bliżej...

Wiecie, w jaki sposób zostać pisarzem? Jeśli nie wiecie, to poradzi Wam pan 

Hrabal: „...pojechałem do Jugosławii, nad morze, ach, jakaż tam była wichura, istne 
szaleństwo przyrody, które kiedy wedrze się mężczyźnie w rozporek, to mężczyzna 

zostaje pisarzem”.

3

background image

A   poza   tym,   jeśli   chodzi   o   Pańską   metodę   kompozycji,   nie   mogłem   się 

nadziwić,  z  jaką  beztroską  porusza się  Pan   po  cienkim   lodzie.  Brawo,   czemu  nie, 
jeszcze raz brawo! No, a wyraz Pańskiej fizjonomii ujawnił mi natychmiast, że bez 

reszty koresponduje ona z Pańską metodą kompozycji.

To Twoja wina, że młodzież od 13 do 15 lat kurwi się w mieszkaniach swoich 

przebywających w pracy rodziców. Jaką za to poniesiesz odpowiedzialność?

U nas w szkole na lekcjach czeskiego albo na pauzach często dyskutujemy o 

Pana książkach. Ile razy  usłyszymy słowo albo wyrażenie, które przypomina jakąś 
historyjkę z Pana książek, od razu wszyscy zarykujemy się ze śmiechu.

Ktoś stworzył wokół niego glorię, i teraz mówi się już tylko, jaki to świetny 

pisarz itp. A to jest łobuz, łajdak, może pedał albo impotent. Przecież te wszystkie jego 
tzw. ludowe powiedzonka nadają się do zaskarżenia w sądzie, ale właściwie to jest po 

pierwsze, obiekt dla badań neurologicznych, a po drugie, dla policji obyczajowej.

Nie   chcę   robię   porównań,   ale   jest   Pan   istotnie   z   rodu   Vanczurów,   z   rodu 

Ladislava Klimy, z rodu Jarosława Haszka, z rodu Kubina. Ma Pan wspaniały słownik, 

pełen   poezji,   żadnej   tam   ckliwości   czy   przesłodzenia,   wszystko   krwiste   i   jurne.   I 
jeszcze jedno: Był Pan podobno komiwojażerem. Ja też jeździłem kiedyś sprzedając 

grzebienie,   żyletki,   kamienie   do   zapalniczek,   zimne   ognie,   lep   na   muchy   i   inną 
galanterię.

Ty   świnio   nieparzona,   którą   wszyscy   dzisiaj   wynoszą   pod   niebiosa,   kiedy 

przestaniesz zatruwać ludzkie dusze swoimi plugawymi perwersjami? Ile przechlałeś 
ze swoimi „krytykami” i recenzentami po różnych burdelach, że tak cię wychwalają?

Jak Panu z pewnością wiadomo, w dniu 28 marca przypadają co roku oprócz 

„Dnia Nauczyciela” również Pańskie urodziny. Byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdyby 
mi Pan napisał, czy w maju zechce Pan przyjechać do nas na spotkanie, jest tu moc 

ślicznych   dziewcząt,   a  wszystkie   Pana   uwielbiają,   jak   również   młoda  nauczycielka 
czeskiego.

Dość Hrabala! — oto hasło wszystkich porządnych ludzi. Nie wyobrażaj sobie, 

że twoja sława sięgnie pod niebiosa. Ty gówniarzu, ty świński ryju. Niech cię diabli 
wezmą!

Właśnie teraz miliony haczyków wbiły mi się w rdzeń kostny. Złowiły szpik i 

ciągną go jak rybak wędkę. Co za piekielny ból. Ale kiedy pomacha ktoś do mnie ręką, 
tak jak Pan, to mimo tego bólu robi mi się lżej na myśl, że ktoś mi współczuje. I za to 

współczucie dla nieznajomych ludzi niech się Panu wszystko w życiu udaje.

Żałuję,   że  nie  mam czasu,   żeby  wieczorem  móc  z  rozkoszą napluć  w  twoją 

zakazaną gębę, ty deprawatorze młodzieży.

Panie Hrabal, przywrócił mi Pan dzisiaj tą swoją książeczką nastrój, w którego 

istnienie już dawno przestałem wierzyć, Pan zbudził mnie z mojej tępej rezygnacji, 
wlał Pan we mnie kroplę jakiejś oczyszczającej tynktury, jakiegoś eliksiru.

4

background image

Byłem parę razy w SPL, to znaczy w domu wariatów, naprawdę tam byłem, ale 

nie jako pacjent, lecz jako stomatolog. Pewnego razu jeden z pacjentów zostawił przez 
zapomnienie w poczekalni swój zeszyt z notatkami, a ponieważ nie wiedzieliśmy, do 

kogo ten zeszyt należy, zatrzymałem go sobie. Teraz, po przeczytaniu „Lekcji tańca” 
bardzo  żałuję,   że  tego  płodu  literackiego   nie  przekazałem  jakiemuś  wydawnictwu. 

Jakąż niezmierną, stratę poniosła czeska, a może nawet światowa literatura, że ten 
zeszyt wyrzuciłem do kosza...

Jest   wiele   rodzajów   humoru,   których   ostra   broń   sięga   do   wnętrza   ludzkiej 

duszy. Każda inaczej. Broń p. Hrabala dźwięczy srebrem, a z rany nią zadanej sączy 
się balsam.

Kolejarze   powinni   cię   zaskarżyć   albo   ukamienować,   bo   według   ciebie,   ty 

nędzny bydlaku, pracownicy kolei nie robili nic innego, tylko się gzili na kanapie pana 
zawiadowcy.

Ja doceniam Pańskie pomysły, myśli, głębię i serdeczność, i talent narratorski, 

wszystko to sprawia, że Pańskie książki fascynują, jakby ktoś człowieka głaskał.

Diabli mnie biorą, kiedy w kawiarni albo w tramwaju słyszę; „A co powiesz o 

Ferlinghettim?” „Aha, fajny”. To aha, fajny najwięcej mnie wścieka. Piszę do Pana 

dlatego, że Pan wcale nie jest aha, fajny. Pan to czysta prowokacja. Nie daje Pan 
człowiekowi  spać, narzuca  się Pan, musi się  Pana ciągle  czytać,  zabiera  to trochę 

czasu.

Jak mamy patrzeć na to my, wychowawcy, a ponadto ojcowie dorastających 

dzieci, będących właśnie w tym najtrudniejszym wieku, w okresie dojrzewania? Jak 

mam na przykład wyjaśnić swojemu szesnastoletniemu synowi, co to jest „cipeczka?”

Niech Pan zostanie bokserem, zapaśnikiem, niech Pan celuje dokładnie w moją 

brodę, w solar plexus, a ja przyrzekłem Panu w zamian, że będę trenować, chciałbym 

wytrwać z Panem na ringu aż do końca, na techniczne KO niech Pan nie liczy, przy 
dziewięciu   zawsze   się   podniosę   i   będę   się   bić   dalej,   mój   przeciwniku,   mój   drogi 

przeciwniku.

Sądząc z niektórych recenzji i krytyk ta świnia, Hrabal, jest kontynuatorem 

Nerudy i innych naszych klasyków!!! Zgroza!!! On nie jest godzien nawet stanąć koło 

Nerudy.  Haszek   w  całym   swoim   „Szwejku”   na  kilkuset   stronach   nie   zmieścił   tylu 
świństw co ten zboczony seksualnie typ.

Jeśli my, Czesi, mamy jakąś szczególnie sympatyczną cechę, która sprawia, że 

jesteśmy wyjątkowi, stuprocentowo i niepowtarzalnie czescy, panie Hrabal, to właśnie 
cecha   Pańskich   bohaterów   „Bawidułków”,   ta   umiejętność   najbardziej   ludzkiego 

zagadania człowieka na śmierć, wplecenia siebie i innych w przędziwo osobliwych, 
pięknych słów i wydarzeń.

P.S.   Starożytni   Hindusi   zamieścili   w   swoich   „Mądrościach”   dobre   zdanie:  

„Tat twan asi!” Co znaczy: „Ty jesteś ty!” A zatem ten portret jest nie tylko moim  
portretem, ale również podobizną każdego z moich czytelników, każdego człowieka  

w ogóle. Lao-Tsi w książce „Tao-Tek-King” 500 lat przed narodzeniem Chrystusa  
napisał: „Znać swoje białe i podtrzymywać swoje czarne — oto jest wzór niebios.  

5

background image

Znać swoją sławę, i podtrzymywać swoją hańbę — taki człowiek jest niebiańską  

doliną”.   Pewien   król   perski,   którego   nadworny   poeta   w   swoim   wierszowanym  
peanie   porównywał   do   słońca   —   otóż   ów   perski   król   usłyszawszy   ten   poemat,  

powiedział:   „Mój   lasanoforos   temu   przeczy”.   A   „lasanoforos”   znaczy   po   persku:  
nocnik. Tak więc starożytni dobrze wiedzieli, że portret człowieka jest dialektycznie  

złożony z wymierzanych przeciw niemu paszkwilów i z jego sławy. My w XX wieku  
zmierzamy do tego, aby u siebie widzieć tylko tytuł do sławy, a u innych tylko do  

hańby. I to jest początek zamętu. Ta konfrontacja nie pragnie być niczym więcej, jak  
jedynie pochwałą mądrości starożytnych i krytyką głupoty współczsnych, o ile nie  

będą również mądrzy i nie będą powracać do dialektycznego portretu człowieka,  
jako do kryterium wszystkich zjawisk.

Przełożyła Emilia Witwicka

Aferzyści

... — i kuflem wyrżnął, u „Fiakra”, tak?
— Tak, tak, u „Fiakra”.

— Na Małej Sztupartskiej?
— Aha. Jak mnie coś nie wkurzyło, to gazeta ani linijki ode mnie nie dostała. A 

czasem,   uwierz   pan,   faktycznie   nie   było   o   czym   pisać,   no   i   trzeba   było   samemu 
prokurować incydenty. W „Baby Pigalo” dałem komuś po gębie, żeby tylko był temat 

na artykulik. Ja, którym ani muchy nie skrzywdził! A w „Oriencie” spiłem się z jedną 
dziwką,  żeby tylko  dostać  pieniądze  za reportaż  z nocnej Pragi.  Zatytułowałem  to 

„Tragedia kobiety alkoholiczki”. Jak oberwałem w „Bal Negre” za artykuł „Praskie 
domy publiczne”, tego nie będę nawet panu opisywał. A kiedyś, pamiętam, wchodzę 

do „Tunelu”...

— Do tego „Tunelu” przy Tynie?

— Tak, tak; przy Tynie.
— Och,   tam   odniosłem   olbrzymi   sukces.   Śpiewałem   „Serenadę”   z   Johanna 

Straussa, wtedy jeszcze miałem łagodny, miękki tenor...

— Moje gratulacje, no, a ja nie miałem artykułu do gazety, a w „Tunelu” już 

zamykali.   Siedział   tam   taki   jeden   brodaty,   podchodzę   do   niego   i   mówię:   „Panie, 
wyglądasz pan jak Jezus-kind! I anim się obejrzał, jak dostałem w pysk, że hej, a ten 

brodacz krzyknął: „Zasrany panie, wiesz pan, do kogo mówisz? Przywódca czeskich 
anarchistów jestem, Vrba! V jak vermouth, R jak rum, B jak bimber, A jak alasz!” 

Wezwałem  policję  i  już  miałem   artykuł  „Anarchista   pobił  dziennikarza   w znanym 
praskim lokalu”. A jaka była pańska ulubiona rola?

— „Róża ze Stambułu”, ach, to mój popisowy numer. Trzeba to było widzieć, 

jak   pod   koniec   stałem   w   mundurze   niebieskim   niczym   niebo,   w   haremie,   jak 

rozrzucałem   róże   i   śpiewałem...   Stambulska   różo,   ach,   jedyna   na   wieki   tyś 
Szeherezada ma! No i co z tego? Wolę już słuchać, jak to pan nie miał artykułu do 

gazety.

— Pana to zajmuje?

— I to jak! Znam trochę ten półświatek. Wie pan, jako operetkowy śpiewak 

musiałem reprezentować czeską operetkę. A dla czeskiej operetki to ja byłem ktoś!

6

background image

— Skoro to pana zajmuje... Kiedyś dostaję cynk, że mam się przebrać, bo na 

Krejcarku   szykują   kocioł,   a   tam   będzie   odchodził   hazard   na   potęgę.   Nie   miałem 
akurat artykułu, więc dobra nasza, myślę sobie. Przebrałem się za włóczęgę, no i na 

Krejcarku było na co popatrzeć. Wieczór, parę świeczek, grało się na wózku. Żebracy 
zastawiali to, co wyżebrali za dnia, a złodzieje i włamywacze dawali klejnoty. Bankier 

to najpierw wyceniał, a potem wypłacał pieniądze. Żeby nie podpaść, wyciągnąłem z 
worka moje trzewiki i postawiłem na żołędną dziewiątkę.

— Na treflową nefkę?
— Tak,   ale   przegrałem.   Wyjąłem   więc   z   worka   surdut,   bankier   mi   wypłacił 

trzydzieści   pięć   koron,   ale   je   też   przegrałem.   No   i   żeby   to   odzyskać,   postawiłem 
zegarek na dziewiątkę wino.

— Kto gra w piki...
— Aha. Ale znów przegrałem i dostałem stracha, że jak się teraz zacznie kocioł, 

to się już nic a nic nie odegram. A tu nagle gwizdki, bankier świeczki zmiótł, zrobiło 
się   całkiem   ciemno   i   kiedy   wpadła   policja,   to   capnęła   samych   złodziejaszków   i 

żebraków. Bankier i jego ludzie ulotnili się, rzeczy też. A ten detektyw, co mi dał cynk, 
rzekł: „Ale będzie artykulik, co?”. I co mu miałem powiedzieć? Pojechałem do domu w 

skarpetkach, ostatnim tramwajem, a w domu usiadłem i od ręki napisałem „Monte 
Carlo praskiego światka przestępczego”. Ale panu, przyjacielu, musiało być we fraku 

dobrze, nie?

— To prawda. O, ja zawsze miałem doborowe kostiumy, dwa fraki, trzy galowe 

mundury. Carewicza, Bola, Valji. Zeszłego roku wymieniłem to wszystko na drzewo i 
węgiel...

— Przyjacielu, może zadzwonię po siostrzyczkę?
— Nie, wszystko, tylko nie to! Teraz mi się przypomniało, tak, „Księżniczka 

czardasza”, to była moja rola. I ożeniłem się, tak samo jak Boni. Kiedy po wojnie 
mięso było na kartki, pewna dystyngowana dama zaoferowała mi sześćdziesiąt deko 

kartek, a mnie te sześćdziesiąt deko mięsa tak wzruszyło, że publicznie, na papierowej 
serwetce zobowiązałem się, że tę damę poślubię. No i poślubiłem... Usta milczą, dusza 

śpiewa... kocham cię...

— Nie, niech pan nie śpiewa. Zaśpiewa mi pan, jak wyzdrowieje.

— Tak mnie tylko wzięło... niech mi pan opowie o kartach, bardzo proszę...
— Raz   likwidowali   dom   gry   u   „Picków”,   byłem   przy   tym,   napisałem 

wstrząsający   artykuł   „Przeklęte   miliony”.   Początek   dałem   śliczny,   że   od   „Picków” 
prowadziły tylko trzy drogi: pierwsza na Dworzec Wilsona, druga do więzienia na 

Pankracu, a ta trzecia na olszański cmentarz. A potem zgrabnie wyliczyłem, że przez 
te dwadzieścia lat, kiedy u „Picków” uprawiało się hazard, przepuszczono tam dwa 

miliardy   koron   i   że   za   tę   kwotę   można   by   sobie   zafundować   jeszcze   jedną   linię 
Maginota.   Wie   pan,   jak   tu   leżę,   to   dopiero   teraz   widzę,   że   dziennikarstwo 

traktowałem jak sztukę, że częściej do tego interesu dopłacałem. Idę ja kiedyś koło 
„Zielonego drzewa”...

— Na Żiżkowie czy w Koszirzach?
— Na Ziżkowie. Patrzę, a w bramie nowy patent. Składany stolik, a na stoliku 

obrazki. Jako dziennikarz chciałem wiedzieć co i jak i postawiłem pięciokoronówkę, i 
trafiłem główną wygraną.

— Grubasa...
— Aha. Potem znów wygrałem, ale w końcu zgrałem się na czysto. Obrączkę 

nawet postawiłem, no i ją też przegrałem. Los zagrał mi na nosie.

— To musiało być piękne...

— Tego bym nie powiedział... a zresztą, zależy jak na to patrzeć. Ale ja grałem 

także o swoją ludzką godność! Mówię bankierowi: „Daj mi pan choć na tramwaj”. A 

7

background image

on odpowiedział, faktycznie jak ten Los: „Nie miałeś pan dziś fartu”. No i poszedłem 

do domu na nogach i od razu machnąłem artykuł „Wielkomiejskie rekiny decydują o 
losie uczciwych obywateli”. Sam naczelny poklepał mnie po ramieniu i powiedział: 

„Tak to napisane, jakby przeżył to pan osobiście. Dobrze, dobrze, o to chodzi”.

— Ale to brzydko z pańskiej strony, że był pan tak mściwy. Ileż to razy mnie coś 

takiego  spotkało, wszystko  przegrywałem,  wszyściuteńko. Ja też grałem  do końca, 
póki miałem krawat i sztyblety... a potem szedłem do domu piechotą, pohańbiony, ale 

nikomu ani słówka. Przecież zadzierałem i próbowałem się z Losem!

— Pan śpiący, co?

— Nie...   tak   tylko   pokasłuję...   ulżę   sobie,   a   potem...   tak   bardzo   lubię   teraz 

ludzki głos...

— Tak się pan pocisz? Może dać pić? Zadzwonię po siostrzyczkę.
— Tylko nie to! Pomyślałaby sobie Bóg wie co... lepiej niech mi pan coś opowie 

o gazecie, może być nawet smutne...

— Smutne? W gazecie prawie wszystko masz pan smutne, kiedy ją pan robisz. 

W Brnie też byłem. Policja zrobiła raz nalot w Lużankach, na Koliszti. Spędzili te 
prostytutki do jednego lokalu na ulicy Nowej...

— Nie była to przypadkiem „Fledynka”?
— Brno też pan znasz, jak widzę...

— Jak mam nie znać, zaczynałem tam swoją wielką karierę. Wie pan, co to za 

wspaniałość była i jakie przeżycie dla ludzi, kiedy w „Wesołej wdówce” wchodziłem na 

scenę we fraku i pelerynce z białymi jedwabnymi koronkami? Dłonią w rękawiczce 
tylko skinę, o tak, i już śpiewam... Do „Maxima” pora iść, tam wesoło będzie dziś...

— Pięknie, przepiękny masz pan głos, ale napij się pan... odrobinkę... tak... to 

ten kaszel złagodzi...

— Dziękuję... no i co pan widział we „Fledynce”?
— Komisarz policji kontrolował książeczki. Napisałem o tym taki reportaż... 

Komisarz powiada: „No, Marżo, co z tobóm?” A ona: „Co ze mnóm? Mało, że mam 
dziś   niefart,   to   mnie   jeszcze   koło   pióra   robióm!”   „Jakiego   pióra?”   „Słuchaj   pan, 

wysyła-jóm mię na siłę do Sokolnic, no to nagrałam sobie jednego alfonsa, a ten mi 
nawijał i nawijał, że jest z Brna, ale on był z Boskovic. I jak mnie dziś przyskrzynióm, 

to potem spadam do Boskovic, bo tam mnie nikt nie zna.” I komisarz jej książeczkę 
oddał, taki był z niego poczciwina, spałem później u niego, do rana czytał w okularach 

biblię. A jak się zbudził, zrobił nade mną wielki znak krzyża.

— Tak to pan dobrze pamięta?

— Przyjacielu,   jak   coś   napiszesz,   to   zapamiętasz   aż   do   śmier-”   ci.   Ma   się 

rozumieć to sprawa emocji.

— A ja myślę sobie...
— Nie siadaj... przyjacielu!

— Nie,   nie...   wiem   już   teraz,   że   moim   najwspanialszym   spek-ł   taklem   był 

„Ostatni walc” Oskara Straussa... Czy to moja wina, że we mnie, poruczniku gwardii, 

zakochała się księżniczka?

— Usiądź pan, proszę, zostań pan w łóżku.

— Czy to moja wina? Że śpiewałem jej na balu „Miłość to tylko sen”? Dzisiaj 

wiem, że miał z nią tańczyć dowódca pułku, ale kiedy ona sama mnie wybrała... a 

potem, przed całym pułkiem, niech pan sobie wyobrazi ten wstyd... dowódca zerwał 
mi , epolety, szablę połamał...

— Połóż się, przyjacielu, zadzwonię na siostrzyczkę.
— Nie,   nie...   I   płakałem   na   scenie,   bo   musiałem   się   z   księżniczką   rozstać. 

Orkiestra   grała   cicho   ostatniego   walca...   sceneria   znika,   na   pagórek   wjeżdża   zza 

8

background image

zakrętu maleńka lokomo-tywka, i koniec... przez tego walca musiałem udać się na 

obczyznę, przez tego walca...

— Przykryję pana, taki pan spocony...

— Ja? Ach tak, ale co pan ostatnio napisał?
— Ano,   w   końcu   już   na   nikogo   nie   mogłem   się   wkurzyć,   to   i   pisać   nie 

potrafiłem.   Ostatnio   kąpałem   się   pod   Brandysem,   a   tam   taka   jedna   dziewczyna 
wygrzewała się w słońcu. Przejeżdżał dragon na koniu i ta panienka zapytała, czy by 

jej  na tym  koniu  nie  nauczył   jeździć.  No  i  dragon  pomógł  jej  wsiąść,  ale  koń  się 
znarowił, poniósł, popędził przez łąkę, a dziewczynie puścił kostium i zsunął się z 

ciała, no i w samo południe hasała naga po brandyskim rynku, a w końcu koń z tą 
dziewczyną wpadł do koszar, gdzie akurat wojsko jadło. Pięknie to zatytułowałem: 

„Lady   Godiva   w   Brandysie”,   ale   zakończyłem   głupawo,   że   trzeba   dać   odpór 
opalającym  się  dziewczynom,  kiepsko  trzymającym   się kostiumom  i  znarowionym 

koniom. Tego wieczora byłem w kinie, leciało „Nie jestem aniołem” z Anną Mae West. 
I wtedy dotarło do mnie, że ani ja, ani nikt inny, nikt z nas nie jest aniołem. To i po co  

łapać   ludzi   za   słówka,   wytykać   czyny,   a   potem   trąbić   światu   w   gazetach,   że   się 
ludzkość   zbiesiła?   No   i   otworzyłem   okno   i   tak   jak   ten   komisarz   policji   nad 

prostytutkami   w   Brnie,   zrobiłem   nad   wszystkim   znak   krzyża...   Ale   pan   już   śpi, 
przyjacielu, może jednak wezwać siostrzyczkę?

— Nie”. nie... spać mi się tylko chce... proszę mówić... tak bardzo lubię ludzki 

głos...

Za parę dni, kiedy fryzjer golił nieboszczyków, poskarżył mu się pracownik 

kostnicy: — Cholera, czemu mnie to wciąż boli?

— Gdzie? — Fryzjer odłożył brzytwę, wyraźnie ożywiony. — Co, tutaj? Och, to 

nic takiego, typowy postrzał, lumbago.

— Tego mi jeszcze brakowało! — Pracownik wyprostował krzyże.
— Ale,  ale   —   fryzjer  poprawił   uczonym   gestem   okulary   —  :nie   promieniuje 

panu ten ból z pleców do kolan?

Wypowiedział to pytanie z naciskiem.

— Nie — odrzekł pracownik. — Siedzi mi to w krzyżach, jakby mi tam kto haka 

zamontował.

— To dobrze, człowieku, tak ma właśnie być! — Zachwycony fryzjer zacierał 

dłonie. — To całkiem zwyczajny heksenszus. Lumbago! Dostała się maleńka kropelka 

krwi do mięśnia i gotowe. Dostaniesz pan na górze zastrzyk albo maść i za parę dni 
będziesz pan gość! Gość!

Rozradowany wrócił do golenia trupów. Kiedy skończył, umył ręce i przyjrzał 

się swemu dziełu.

— Trzeba się było przy chłopakach narobić... Delikatna cera i twardy zarost. Że 

też w tej „trójce” to tak szybko leci?

— Od tego ta sala przecież jest. — Pracownik wysmarkał się. — A w dwójkę 

zawsze to raźniej się kituje. Ale z tych tu — Boże, daj im wieczne niebo, jeżeli jakieś w 

ogóle jest — były niezłe numery. Jak ten — postukał w wieko jednej trumny — tak i 
ten — postukał w drugie. — Ten tutaj podał, że jest niby solistą w operetce, ale kiedy z 

administracji zadzwonili do Związku, czy przyjdzie ktoś na pogrzeb, to usłyszeli, że 
żadnego   takiego   solisty   nie   było.   Mieli   tam   kogoś   o   takim   nazwisku,   ale   tamten 

śpiewał tylko w chórze'. No i widzisz pan, a został po nim album fotografii, same 
główne role... chyba przebierał się w mundury i fraki i kazał sobie zdjęcia. Włożyłem 

mu ten album do trumny. No i może mu to kto mieć za złe?

— Jak najbardziej! — Fryzjer zsunął okulary na czoło. — Na takie sztuki to ja 

jestem pies. Pomyśl pan, do czego by to ludzi doprowadziło, hę?

9

background image

— Daj   pan   spokój!   Kiedy   się   tak   koło   siebie   rozglądam,   to   właściwie   wciąż 

widzę tylko takich, co to mylą sobie, czym by chcieli być z tym, czym są — rzekł 
pracownik.

Fryzjer układał w kuferku brzytwy i nożyczki. — Może i tak
— odpowiedział — ale społeczeństwo musi się bronić. Inaczej by się ludzi nie 

rozróżniało, kto i na co zasłużył... No a ten drugi?

— skinął brodą w stronę trumny.

— Też udany typek. W Związku Dziennikarzy powiedzieli, że człowiek o takim 

nazwisku coś tam w gazecie pisał, tyle że same szpunty. Ale pod głową miał pełny 

album powycinanych wielkich artykułów. I to tak uciesznych, że wziąłem to sobie do 
domu, na pamiątkę...

— Ostrzegam! — Fryzjer podniósł w uczonym geście palec. — Gruźlica gardła 

jest zakaźna! Więc właściwie goliłem dziś dwóch aferzystów!

— A, idźże pan!
—r- Aferzystów! — powtórzył fryzjer i zatrzasnął drzwi do kostnicy.

Kroczył   później   korytarzem   szpitala   w   białym   rozwianym   kitlu.   Przy   oknie 

ujrzał młodzieńca z wyciągniętą nogą i kulami. Na korytarzu było pusto, podszedł 

więc i dotknął zagipsowanego kolana.

— Fraktura patelae? — zapytał.

— Tak, panie doktorze, na motorze.
— Proszę siedzieć, proszę. Już lepiej, co? Idziemy na zmianę opatrunku?

— Tak, panie doktorze.
— No, najważniejsze, żeby ścięgna były w porządku. Noga spuchnięta?

— Już nie, panie doktorze.
— Wyśmienicie!  No, niech pan idzie na górę, czekają  już tam na pana... — 

Fryzjer potrzepał dłonią, a kiedy z kuferkiem w ręce oddalał się korytarzem szpitala, 
usłyszał jeszcze, jak młodzieniec woła za nim:

— Dziękuję, panie doktorze!
Przełożył Jan Stachowski

10

background image

Kochaś

Jeszcze przed północą kanalarze zaczęli przygotowania do wytopu. Do roboty 

było sześć kadzi i trzydzieści sześć kokil. Pracowali w milczeniu, skupieni, bo tam 
gdzie   płynie   ciekła   stal,,   wszystko   musi   być   z   szamotowych   rur   albo   dokładnie 

wysmarowane grafitem. Kiedy w końcu włożyli na kokile kapelusze' i przygotowali 
węgiel drzewny, brygadzista zadecydował:

— No, chłopaki, ciachać będziem, co? — I przebiegł po giętkiej  desce przez 

kanał. Na drugiej stronie przypomniał sobie:

— Hansi,   myślisz   że   kto   za   ciebie   będzie   zbierał   te   wilki?   —   Wskazał   na 

zakrzepłe grudy rozlanej stali, zakrzepłe placki o przedziwnych kształtach.

— Ja — wskazał siebie Jenda i już się tłumaczy — ale od początku szychty nie 

było wolnego kranu. O, na dwudziestce kraniarki dalej nie ma!

— Toś miał te wilki załatwić sznoblem... — rzekł brygadzista i wskazał na dach 

stalowni, gdzie wisiała suwnica z hakiem.

— Łatwo się mówi, sznoblem, tylko że sznobel woził kadzie.
— Toś miał poczekać!

— Poczekać... tylko że potem sznoblem składali na kupę gorące odlewy, a teraz, 

słyszy pan? — Jenda zgiął uniesiony palec w kierunku, skąd rozbrzmiewał dzwon — 

słyszy pan!' Esai dzwoni na próbę, no i znów nie będzie wolnego kranu!

— Ale  i tak   się nie  wymigasz  — stwierdził  brygadzista  i  żartobliwie  klepnął 

Jendę w policzek.

Siedli potem na boku, zaraz za stosem stygnących powoli odlewów, brygadzista 

odwrócił pustą skrzynię po chromie, usiadł na niej i zarządził:

— No,   Majcher,   jedziemy   z   tym   koksem!   —   Majcher   uśmiechnął   się:   — 

Jedziemy!

I wszyscy zezowali w górę, gdzie suwnicowy wychylał się z kabiny, przerzucał 

biegi i maszyna ruszyła, ciągnąc w górę wypełnioną wapnem wanienkę, i przenosiła tę 
nieckę z wapnem pod ścianę stalowni.

— To jest niezgodne z przepisami! — rzekł Jenda.
— Głupiś ty, synku — odpowiedział łagodnie brygadzista —> jak się kraniarz 

będzie oglądał na przepisy, to stalownia wyrobi się na czterdzieści procent, synku ty 
głupi.

A   suwnica   w   stalowni   łomotała,   biała   wanienka   z   wapnem,   sunęła   wzdłuż 

elektrycznego   pieca,   na   górze   przy   martenach   drzwi   były   odsunięte   i   przez   ten 

olbrzymi prostokąt widać było rozgwieżdżone niebo.

Zaraz   jednak   otworzyli   klapę   i   łopaty   już   rytmicznie   wrzucają   do   kadzi 

zmiażdżony nikiel, który w kąpieli topił się błyskawicznie, tworząc na powierzchni 
olbrzymie   lustro,   które   rozsiewało   po   stalowni   identycznie   olbrzymie   odblaski   i 

oślepiało oczy. Nie opodal elektrycznego pieca stał wytapiacz i wpatrywał się przez 
fioletową szybkę we wrzącą stal.

Jenda   ściągnął   teczki,   które   musieli   wieszać   na   drutach,   bo   w   stalowni 

szczurów pełno.

— Tak mi się widzi — rzekł Majcher, kiedy z teczki wyjął owinięte w fartuch 

nożyczki i maszynkę — że kiedyś te bestie spuszczą się nam z dachu po tym drucie!

11

background image

— Majcher   —   przypomniał   brygadzista   —   tylko   obetniesz   mnie   tak,   żebym 

wyglądał jak nie obcięty. Bo inaczej w łeb mi duje!

— Jasna sprawa, zrobimy taki amerykański fasonik — odrzekł Majcher, kładąc 

maszynkę   na   blaszanej   beczce   po   wanadzie.   A   kiedy   zobaczył,   że   Jenda   siada   na 
skrzynce,   wyciągnął   mu   ją   spod   tyłka.   No   i   Jenda   wyłożył   się   w   kurzu   wraz   z 

posmarowanymi kromkami chleba.

— Najwięcej zbierzemy z boków — rzekł Majcher jak gdyby nigdy nic, i ciągnął 

dalej — gadał mi szwagier, jak to na starej hucie złapali w pułapkę szczura, oblali go 
benzyną, podpalili i wypuścili z tej pułapki. I ten szczur zasuwał przez pomost jak

raca!
— Majcher, tylko zostaw mi coś nad uszami — wystraszył się

brygadzista.
— Jasne, przecież nie będziesz się nosił jak ten goguś, co nie? — Majcher kiwną 

na Jendę, który okrawał zakurzone kromki.

— Niech każdy się strzyże gdzie chce i jak chce! — wybuchnął Jenda — ale ja 

chodzę   tylko   do   Klubu   Młodych,   a   tam   strzyże   Francuz,   Theodor   Olivieri,   to   ci 
dopiero szpenio. Zapytajcie kogo chcecie, każdy wam powie, jaki z niego bikiniarz. 

Wąskie nogaweczki, marynareczka przykrojona do figury, a w niedzielę po południu 
nosi taaaki kapelusz, takieeego stetsona — powiedział z zachwytem Jenda i palcami 

zatoczył wokół głowy koło.

— Jakiego? — zapytał Majcher przestając strzyc.

— Takiego, o — pokazał Jenda znowu — ale z wami Theodor nawet gadać by 

nie chciał, on tylko mnie zrobi fryzurę na ży-1 czenie. Fale czy z grzywką? A na koniec 

pyta: życzy pan sobie kolońską czy kwiatową? — Jenda zdjął czapkę, pochylił głowę 
jak mógł najniżej i pokazywał, jakie ma piękne fale, które zrobił mu Theodor Olivieri 

w Klubie Młodych... tylko jemu. Majcher skorzystał z okazji i zdmuchnął z maszynki 
garstkę ściętych włosów na posmarowane kromki Jendy.

— Piękne włosy — stwierdził.
— Majcher   —   zaniepokoił   się   brygadzista,   wyjmując   rękę   spod   fartucha   — 

zmiłuj się, nie zdejmuj mi tego za dużo, ja już przeciąg czuję!

— Jasne, fryzurka będzie jak trza — uspokajał go Majcher, a kiedy spojrzał na 

ziemię i zobaczył tam ślady szczurzych łapek, podobne do maciupich lilii, rzekł: — 
Kiedy robiłem na martenach, raz też złapałem w pułapkę szczura. Wrzuciłem go do 

koryta   i   suwnicowy   podjechał   z   nim   pod   sam   piec.   Akurat   było   po   spuście, 
otworzyłem pułapkę... i szczur, jak zobaczył z drugiej strony pieca dziurę, przebiegł 

przez cały rozpalony trzon!

Przez cały piec! Skoczyliśmy na drugę stronę, a tam leżał szczur, martwy już, 

nogi mu się na amen spaliły, ale że miała, bestia, szansę, to spróbowała!

Kanalarze zamilkli i tylko nożyczki pracowały.

— Ładna pogoda — rzekł Jenda.
— Czego?

— To się tak mówi, kiedy ludzie siedzą i nie wiedzą o czym rozmawiać, no i 

ktoś... Ładna pogoda — wyjaśniał Jenda. Ktoś schowany w ciemnościach krzyknął:

— W kadziach nie ma brei!
— Hansi, a jak obskakujesz dziewuchy? — spytał brygadzista.

Jenda jakby tylko czekał na to pytanie:
— Ostatniej niedzieli siedzę sobie w „Sportowej” przy barze, noga na nodze, 

żeby było widać skarpetki w paski i małe buciki, ech, ja mam małą nogę, popatrzcie 
no! — rzekł i wysunął but, żeby sprawdzili.

— Pokaż! — poprosił Majcher i kiedy Jeniezek wysunął but znowu, Majcher mu 

go zgrabnie opluł.

12

background image

— No co, no co! — zezłościł się Jenda — zazdrości pan, trzydziesty ósmy! A 

obok mnie usiadła jedna cizia i ja do niej, pozwoli się pani zaprosić na kieliszeczek, co 
pani pije? Kazała sobie rumu, trąciliśmy się, ja mineralną, bo abstynent jestem, ona 

mnie   fachowo   obfilowała,   a  ja  jej   zajrzałem   za   dekolt   i   mówię,   pani   to   ma  czym 
oddychać. A ona rzekła, głowa pana nie boli? A ja na to, że owszem, czasem to mi 

nawet jakby tramwaj w niej jeździ. To ona mi poradziła, żebym wlał sobie do ucha 
krople na wstrzymanie, a potem fest potrząsnął głową, tak jak się to robi z sidolem. 

Ale frajdę miałem z tej dziewczyny, bezbłędną! — rozpamiętywał Jeniczek.

— Nie picujesz to? — rzekł brygadzista.

— Na   pewno   nie   picuje!   —   rozindyczył   się   Majcher   —   taka   to   ichnia   cała 

generacja, tylko frajda i frajda. Ten mój szczun też. Przychodzi z szychty do domu i 

powiada,   wiesz,   tatko,   wy-cyrklowaliśmy   pneumatyczny   młot   tak,   żeby   mi   się 
zatrzymał

dwa milimetry nad nosem. Ty szczanie, mówię, chybaś tam się nie położył?! 

Ano, tatko, położył, a tu fru! a mnie w oczach całkiem ciemno, kiedy mi to grzmotnęło 

te dwa milimetry przed nosem. Ale czemuś tam się położył, gadaj, czemu? mówię. 
Wiesz, tatko, wierzę maszynom, to raz, a dwa... bomba frajdę miałem. I dziewczyny 

teraz na mnie całkiem inaczej patrzą! — Majcher krzyknął, wygrażając nożyczkami: — 
Ja bym wam, szczuny,

dał frajdę!
W tym momencie ruszył spust na martenie, na szóstce, pomocnik szybko uciekł 

z drągiem, a rynną burzliwie chlustała stal, wpadając z bulgotem do podgrzanej kadzi, 
iskierki pryskały jak płonące ziarna,\majster, zalany łuną jak diabeł, stał na pomoście, 

jedną  ręką  pokazywał,   żeby   suwnica   podjechała,   drugą  zaś   trzymał   przed   oczyma 
fioletową szybkę, wreszcie dał znak i pomocnik wrzucił do kadzi łopatę krzemu... i z 

kadzi   buchnął   wpierw   cynamonowy   dym,   a   potem   oślepiające   światło,   jak   na 
pirotechnicznych pokazach.

Suwnicowy, pod którym wisiała ta kadź, trzymał ręce na biegach i wstrzymywał 

oddech, żeby jak najmniej nałykać się tych trujących, ale pięknych wyziewów.

— Majcher, jestem wystrzyżony jak szwabski rekrut. — Brygadzista obmacywał 

sobie głowę.

—— To ci się tylko tak wydaje, szkoda, że nie mam lustra! Hansi) ruszże się i 

skocz mi po kapkę wody — zarządził Majcher i podał Jendzie słoiczek po musztardzie, 

stając mu jednocześnie

na nodze.

— Podgolimy baczki — rzekł cicho.
Kiedy Jenda wrócił, Majcher zwilżył palec i jeździł nim koło uszu brygadzisty, i 

ciągnął dalej: — Frajda... frajda! Mnie też była w głowie sama frajda! Nie byliśmy 
lepsi... Ale czemu to się Wiercisz? Jeszcze bym w uszko ciął! — przeraził się.

— Psiakrew, Majcher, nie poszłeś z tymi baczkami na całość?
— Nie... tylko troszeczkę, będziesz jak notariusz... i podgoli-my jeszcze karczek! 

— rzekł Majcher, a kiedy się odwrócił, potknął się i celowo oblał Jendę. — Nie możesz 
to, kurduplu, usiąść gdzie indziej?

— To nic, nic się nie stało — przepraszał Jenda, patrząc wciąż, przez otwartą 

bramę na gwiazdy.

— No dobra, dobra, zapomnijmy o tym... Dajemy pomadę czy tylko skropić? 

Skropić, dobrze. A kiedyś miałem za szefa niejakiego pana Szernera. Ten woził ze sobą 

papiery, a w kostnicy, jakżeśmy się tam wpakowali, pan Szerner przeglądał kartoniki, 
na których stało, jak się kto nazywa, żeby się to nie pomieszało, To samo macie na 

porodówce, dzieci też mają kartoniki, żeby ich nie pomieniać... No i pan Szerner brał 
te kartoniki i wykreślał je w papierach. A szofer powiada, panie Szerner, tam jest 

13

background image

jeszcze jeden na sekcyjnym stole. I pan Szerner wziął kartonik przywiązany żyłką do 

kciuka... a tu ten nieboszczyk siada, salutuje i znów się kładzie. A pan Szerner, co to w 
swoim życiu wykreślił już dziesiątki tysięcy nieboszczyków, podskoczył jak sprężyna, 

rozdeptał wieko trumny, mnie przewrócił i dopiero jak był daleko, to się obejrzał... A 
szofer   się   roześmiał   i   mówi,   panie   Szerner,   patrz   pan!   I   pociągnął   za   sznurki,   a 

nieboszczyk znów usiadł i zasalutował. Tą buteleczkę mam jeszcze od Pro-chazky, 
Prague   —   rzekł   Majcher,   po   czym   poufale   zapytał:   —;   Przedziałek   robimy   na 

Fairbanksa?

— Na Fairbanksa — przytaknął brygadzista.

Majcher   odwiązał   fartuch   i   wszystko,   co   na   nim   było,   strzep-»   nął   w   oczy 

Jendzie, który z rękoma pod kolanami patrzył na przeciwległą ścianę stalowni, tam 

między martenowskie piece, gdzie odsunięte wrota obramowywały niebieską mapę 
gwiazd.

— To   nic,   Hansi,   nic   się   nie   stało   —   dyszał   Majcher,   a   kie-?   dy   się   już 

nachichotał do syta, powiedział — to się całkiem nie Mczy. Tak to już jest, człowiek 

odstawia kozaka tak długo, aż, go dopadnie musek.

— Co? — Jenda przestał trzeć oczy i podniósł wzrok.

— Musek — odrzekł Majcher i dał Jendzie szczutka w nos, Brygadzista jeździł 

palcem za kołnierzem koszuli, a potem obmacał potylicę.

— Musek? — Jenda wybałuszył oczy.
— Musek, pacanie. W Strasznicach, w krematorium miałem kolesia, bardzośmy 

się lubili, nazywał się Olda Tuma. Hodowaliśmy razem rybki i rozwielitki. Raz mu się 
zachorowało, mnie też. A jak już wydobrzałem, poszłem do krematorium, schodzę na 

dół,   przez   sufit   słyszę,   jak   chór   śpiewa...   Czechy   piękne,   Czechy   me...   a   na   dole 
trumna.   Mówię   mistrzowi,   mistrzu,   a   gdzie   dziś   jest   Olda   Tuma?   Mistrz   wziął 

najsamprzód tą trumnę w kleszcze i zanim ją po płozach wsunął do paleniska, pokazał 
na   tą   trumnę   i   rzekł...   Olda   Tuma   dziś   jest   tutaj!...   a   mnie   już   tam   nie   było, 

zatrzymałem się dopiero na Florze... ale po co to, nie trzeba — szepnął Majcher czując, 
jak brygadzista wsuwa mu do kieszeni jakieś drobne.

Potem   do   fartucha   w   saksofony   i   harmonie   włożył   maszynkę,   nożyczki   i 

grzebień, wyciągnął kawałek chleba, zaś teczkę zawiesił na drucie.

X
Powlekli   się   w   stroną   kanału.   Na   drugim   końcu   pracowała   inna   brygada, 

hakami zdejmowali kapelusze z odlewów. Dźwig za każdym razem obniżał się, aż haki 
dzwoniły o stal, potem ktoś szybko podskakiwał do różowej stali, z odwróconą twarzą, 

ale . wciąż zezując, szybko mocował haki na uszach kapelusza... i szybko uskakiwał. A 
dźwig szarpnął, zerwał kapelusz i już go odnosił... tylko szary krąg kładł się cieniem 

nad kanałem, jak pęcherzyk, jak kółko z dymu... aż zniknął...

— No,   chłopaki   —   zadysponował   brygadzista,   kiedy   już   włożył   czapkę   — 

przygotujemy pod wytop kanał przy ósemce, ale najprzód wytargamy wilki i korzenie. 
A jak który wilk będzie ciężki, to ty, Hansi, pójdziesz do tyłu, za esę, i przyniesiesz 

obręcze z beczek po manganie, jedną obręcz dasz na jeden koniec wilka, drugą na 
drugi... i kran to wam wyciągnie hakami, dobra?

I zeszli po drabinie do kanału.
Jenda   wziął   kilofy   i   łopaty,   które   miał   wciśnięte   za   tarasującym   kanał 

sześćdziesięciocetnarowym   odlewem.   Zanim   rozpoczęli   pracę,   odczekali   chwilę, 
przycisnęli się do ściany kanału, bo akurat nad nimi suwnica lejnicza przewoziła pełną 

misę   żużla.   A   nad   tym   rozżarzonym   żużlem,   jak   zorza   polarna   świeciła   szlaka 
nasycona   fosforem   i   trującymi   wyziewami....   a   jako   że   wózki   z   hałdy   jeszcze   nie 

wróciły, więc suwnicowy postawił tę

14

background image

misę przy kanale,  tak  że opierała  się o konstrukcję  martenow-skiego pieca. 

Brygadzista splunął w dłonie i: — Hansi, a jak tam u ciebie z tańcami?

— Hę, trzeba mnie widzieć! Pod „Niebieską Gwiazdą” wycinałem z taką jedną 

figury i tak mi się to spodobało, że poszłem za swoją partnerką aż do toalety. Tylko że 
jej absztyfikantowi to się nie spodobało i dał mi po gębie.

— Nerwowe te ludzie jakieś, co nie? — Brygadzista nadstawił uszu.
— I   to   jak!   —   podchwycił   temat   Jenda   —   potwornie!   Byłem   raz   w   Pradze, 

kupiłem sobie gramofonowe płyty z zespołem pana Kuczery, a potem wdepłem na 
potańcówkę. Chłopaki fajnie grały, idę po ładną dziewczynę, kłaniam się i mówię, 

można panią prosić? A temu tam, co z nią był, mówię jak się należy, stary, pozwolisz? 
A on na mnie z mordą, spływaj, bęcwale! A ja na to, coś powiedział? A on znowu, 

spływaj, bęcwale! Ukłoniłem się dziewczynie i rzekłem, łaskawa pani wybaczy, lecz 
zmuszony zostałem towarzyszowi pani dać po gębie! Wyszliśmy na korytarz i on jak 

mnie pierdyknął, to ażem fiknął, a wtedy taka mnie krew zalała, że jakbym miał przy 
sobie pana Kuczerę, tobym ten jego zespół rozpieprzył w drobny mak. No, ale to był 

byk,   co   mi   przyłożył   —   cieszył   się   Jenda,   przerwał   pracę,   otarł   pot   i   pokazał:   — 
Mięśnie to miał takie! — I nie domkniętą dłonią zademonstrował na drugim ramieniu, 

jakie to potężne bicepsy miał ten gość na potańcówce.

— Co, jakie mięśnie? — spytał znów Majcher.

— O, takie — pokazał zachwycony Jenda — i to się przytrafiło mnie, co jak 

przychodzę   do   „Ludowego”,   to   od   razu   „Syl-vians”   grają   dla   mnie,   a   najlepszy 

perkusista, Jarda Votava, z taką uciechą wali w bębny, że aż pałeczki w powietrzu 
fruwają! — promieniał Jenda.

A nad nimi, oparty plecami o poręcz majster wydzierał się w stronę otwartych 

drzwi:

— Czemuście nie dodali do wytopu surówki?! Mglista postać stała we wrotach, 

za nią migotały gwiazdy, postać krzyknęła:

—— Surówki nie było! Majster pogroził pięścią:
— Toż, do cholery, coś tam musieliście dodać, no nie?! A postać wrzeszczy:

— Podstawiliśmy kokile! Majster wychrypiał:
— Kokile! Kokile są do bani, tfu, kokile!

Jenda spoglądał z kanału w górę, przerwał pracę, bo zawsze, jak ktoś krzyczał, 

Jenda myślał, że to on coś zawinił. Brygadzista powiedział:

— Spokojnie, Hansi, spokojnie... aha, a w niedzielę piłkę widziałeś?
— Widziałem,   uch,   to   ci   był   piękny   mecz   —   opowiadał   Jenda   —   w   drugiej 

połówce na kości pana Ma j er a polowało trzech cieplickich, ale za to pan Fous i pan 
Linhart tak tych z Cieplic kosili, że tamci z nerwów chcieli wlać sędziemu. Skończyło 

się na tym, że z boiska znieśli pana Koksztejna i pana Braganiolę. Ale w ogóle piękny 
to był mecz. Pan Kuchler do dziś ma taaakie oko — rzekł Jenda i przyłożył zwiniętą 

pięść do oczodołu.

— Jakie, jakie? — Majcher zaczynał swoje.

— Taaakie — pokazywał łatwowierny Jenda — a zanim Cieplice wykosiły pana 

Koksztejna, to on sam, po solówkach, zasunął im dwa gole. A ta druga bramka, co ją 

strzelił, to była bramka, przez którą bramkarz  jest dożywotnio  szurnięty. To było, 
proszę   państwa,   że   palce   lizać!   —   mlasnął   Jenda,   wyciągając   z   kieszeni   kredę   — 

popatrzcie no, narysuję to wam na ścianie. No, ten krzyżyk to cieplicki bek, kółeczko 
to pan Koksztejn, a te krzyżyki za nim to pomocnicy z Cieplic. A tu bramka. Jak 

myślicie, co pan Koksztejn zrobił?

— No, zrobił... — podpuszczał Majcher.

— Tegom się mógł spodziewać. Było tak, jak rysuję, pan Koksztejn dostał gałę, 

zwodem   zrobił*   pomocnika,   potem   kiwnął   beka   i   z   ósemki   władował   gałę   pod 

15

background image

poprzeczkę. Nie do obrony! To była pierwsza bramka! — Jenda bazgrał w uniesieniu i 

ciągnął dalej — a teraz ten cymes, ten drugi gol. Popatrzcie tylko, tu jest bramka, to są 
cieplickie beki, tutaj pan Koksztejn, który

markuje   podanie...   ale   naraz   wpada   między   beków   i   jest   sam   na   sam   z 

bramkarzem. Jak myślicis, co pan Koksztejn zrobił?

— Puścił mu tam petardę! — rzekł Majcher.
— Eee   tam,   jaka   tam   petarda...   —   szepnął   Jenda   potrząsając   głową   z 

drogocennym obrazem, o którym się teraz rozpowiedział — tu macie bramkę, całą 
bramkę wam narysuję — rzekł, malując na ścianie słupki i poprzeczkę — no i cieplicki 

bramkarz myślał, że będzie kopyto, zrobił robinsonadę, ale widzicie, było tak, jak tu 
wam rysuję, pan Koksztejn go kupił na zwód... ale jeszcze mu było mało! Podbił lekko 

gałę... — Jenda grzbietem stopy podbił niewidoczną, ale dla niego całkiem wyraźną 
piłkę, i upadając plecami na dno kanału, fikając kozła zawołał: — O, tak, nożycami, jak 

słynny   Pepan   Kosztialek,   też   chłopak   z   Kladna,   wpakował   tą   gałę   w   okienko!   No 
mówię wam, to był artystyczny numer!

Jenda, już leżąc na plecach, wierzgnął butami i do zachwyconych oczu znów 

nasypał   się   grafit   i   piasek.   Po   chwili   wstał   i   otrzepał   się,   uśmiechając   się 

przepraszająco.

— Ech, ty artystyczny numerze — rzekł Majcher, przystąpił do Jendy, złapał za 

daszek i wbił mu czapkę aż po brodę — a teraz śmigaj za esę po obręcze, wywieziemy 
kranem te wilki!

Jenda wykaraskał się z obcisłej czapki, obmacał swoje fale, a kiedy starannie 

nałożył czapkę, powiedział błagalnym głosem:

— Ja nie wiem, gdzie te obręcze są, panie Majcher, nie przeszedłby się pan po 

nie sam, będzie pan taki dobry?

— Ze niby jak się nazywam? — zapytał Majcher groźnie.
— Pan Szimunek... panie Szimunek...

— No!   I  pamiętaj   mi!   Wyczyść   to   tutaj,  a   ja  idę   po  te   obręcze  —   zarządził 

Majcher.

— A   ja   se   skoczę   po   piwo,   zaraz   wracam,   szóstka   już   chyba   będzie   czysta, 

będziemy odwozić odlewy. Jendo, wypucuj tu festj co? — rzekł brygadzista trzymając 

się drabiny. Za chwilę już po niej wolno wchodził, Majcher za nim. Jenda usłużnie 
przytrzymał, drabinę, a Majcher, jak to spostrzegł, wytarł podeszwy butów o stopień i 

Jenda znów prychał grafitem i piaskiem. Kiedy przetarł oczy, zdjął kurtkę i czapkę, i 
głaskał, i pies-

cił palcami te swoje piękne fale, i patrzył na dach stalowni, na konstrukcję, 

która rozpościerała się jak skrzydła nietoperza, a z pomostu wytapiacz krzyczał na 

całą halę: — Chłopaki, cholera jasna, chłopaki, ósemka się zlała!

Jenda wszedł na drabinę i kiedy rozglądał się, któż to tak krzyczy, to zobaczył, 

że wrota znów są rozsunięte i że na niebieskim niebie drżą gwiazdy.

Wyszedł po drabinie, połaził trochę wzdłuż kanału, przez chwilę przyglądał się, 

jak   na   odlewach   płoną   niebieściutkie   kawałki   węgla   drzewnego,   tak   pięknie   jak 
kuchenka gazowa, później poszedł do tyłu  za piece, gdzie w bramie martena ktoś 

siedział z głową w dłoniach i drzemał.

Jenda otworzył drzwi i wyszedł na tory, wdychał chłodne nocne powietrze i z 

uniesioną głową patrzył na obsypane gwiazdami niebo.

W tym momencie misa oparta o konstrukcję martena numer osiem przewróciła 

się i wszystek rozżarzony żużel spłynął do kanału.

Po   stalowni   rozlało   się   różowe   światło,   a   na   dnie   kanału   płomienie   liznęły 

kurtkę i czapkę.

16

background image

Majcher,   który   wracał   spod   esy   z   naręcza   obręczy,   kiedy   to   spostrzegł, 

zatrzymał się, potem cisnął obręczami i pobiegł, potknął się o wilka, wyłożył się, ale 
zaraz się podniósł i cały czarny od grafitu pognał w stronę kanału krzycząc: — Ludzie, 

lu-dzieee, do mnie!

Ściągnął kurtkę, przykrył nią twarz i na czworakach podczoł-gał się pod kanał, i 

krzyknął w głąb:

— Jeniczku, Jeniczkuuu!

Z   bufetu   przybiegł   brygadzista,   także   owinął   sobie   głowę   kurtką,   ale   kiedy 

chciał zejść do kanału, wtedy drabina, która paliła się od dołu, zsunęła się powoli jak 

do głębokiej wody.

— Może Jeniczek przelazł za odlew! — zakrzyknął i popędził wzdłuż kanału, 

potem zlazł na dół, ale kiedy doszedł do tego olbrzymiego, tarasującego w poprzek 
kanału odlewu, to nikogo tam nie było, tylko żużel rozlewał się wolno po ziemi.

Podali mu ręce i wyciągnęli.
_ Nasz Jeniczek załatwiony — splunął brygadzista, kiedy zbiegli się robotnicy i 

stanęli wokół z niemym pytaniem \v oczach.

_ Idioci, jakżeście mogli postawić tą misę na linie! — krzyczał wymachujący 

rękami majster — na linie!

Akurat od tyłu, od siódmego martena wracał Jenda, a kiedy zauważył tę łunę i 

zbiegowisko, zatrzymał się wystraszony.

Brygadzista, który go zobaczył pierwszy, rzekł łagodnie:

— Jeniczku... ś
A dzwony na piecach różnymi głosami biły na alarm, na nieszczęście.

Majcher odwrócił się. Wychrypiał:
— Jeniczku, tyś na świecie? Gdzieś był? Majster odsapnął i rzekł:

— Oj,   Jendo,   Jendo,   aleś   nam   napuścił   stracha!   Widzisz,   idą   po   ciebie 

łapiduchy... Wracajcie! Nic się nie stało! — krzyknął majster, a sanitariusze zawrócili i 

wraz z noszami powlekli się z powrotem.

A kadziowi i ci od spustu, i ci, co przyszli spod elektrycznych pieców, zaglądali 

do   kanału,   gdzie   cichutko   strzelały   przepalone   styliska   łopat...   i   czarny   skrzep   z 
niebieskim płomieniem pośrodku. Potem spojrzeli na Jendę, który wskazał na kanał i 

rzekł: -* — Ładna to była kurtka, szkoda jej...

Brygadzista wysmarkał się:

— No ta, ale my tu myśleli, żeś ją miał na sobie.
— Toście   myśleli,   żem   tam   został?   —   Jenda   pokazał   tę   zakrzepłą   różową 

powódź. Majcher uniósł ręce:

— Ty   ciołku,   a  jak   myślisz,   czemu   tu  biegli   z  noszami?  Czemu   dzwonili   na 

piecach?

— Przeze mnie? — Jenda wskazał na siebie.

— A myślisz że przez kogo, co? — zapytał majster.
Jenda rozejrzał się wkoło, zaglądał mężczyznom do oczu, a wszystkie te oczy 

spoglądały na niego... i Jenda olśniony dostrzegł, że coś znaczy, że on, Jenda, na tej 
^talowni czymś jest.

— To byście przeze mnie beczeli? — zapytał z niedowierzaniem, zaglądając im 

znowu w oczy.

— Jasne — rzekł Majcher.
— Ale czemu?

— Ciołku jeden, boby nam tu ciebie brakowało, toć każdy wie, że z tobą tu 

mamy ubaw, no — rzekł Majcher.

— To wy mnie naprawdę lubicie? — krzyknął Jenda. — No, panowie, jak tak, to 

musicie  wpaść do nas, wszyscy. Oblejemy  to. U nas jest wciąż  tak  jak  w „Młodej 

17

background image

Gwardii”, na każdym stole obstawiają totka, ale to nic, stoły się zestawi i ja wam będę 

puszczał płyty z zespołem pana Kuczery, jak śpiewa Lacri-mas negro... i Para vigo me 
voy. Ja będę pił mineralną, a wy gorzałkę... Urządzę wam popijawę. A ja myślałem, że 

wcale mnie nie lubicie... salut gołodupcew, panowie! — zasalutował

Jenda.

Majster rzekł:
— Dobrze, Jeniczku, ale gdzieś był?

— Na dworze... poszłem popatrzeć na gwiazdy. Taaakie duże są gwiazdy, jak 

pięści! — rzekł Jenda wymachując ręką.

— Jakie duże? — zapytał Majcher.
— Takie, o... jak pięści — pokazał Jenda.

A Majcher zdjął swoją czapkę i wbił mu ją aż po brodę.
I rzekł:

— No nie mogę mu tego inaczej pokazać, że go lubię!
Przełożył Jan Stachowski

18

background image

Druhna

Tak,  tak,  skarbie,  powiadam   sobie, nie  musisz  już  wtrącać:   się do ludzkich 

rozmów, nie potrzebujesz już, aby ktoś wisiał ci u ramienia i zwierzał ci się ze swoich 
utrapień, nie chcę już>( powiadam, aby ktoś chuchał na ciebie cierpiątkiem i abyś; w 

jego oczach odnajdował powszechność swoich pospiesznych sądów. Nie potrzebujesz 
już,   powiadam,   szukać   wspólnego   mianownika   swoich   bliźnich,   udawaj   raczej, 

syneczku,   że   jesteś   niemy,   że   już   nie   słyszysz,   raczej,   otoczony   morzem   słów, 
nasłuchuj wewnętrznego monologu utraconej młodości, raczej nasłuchuj tajemnicy 

jednakowości, a samotoność, w którą wchodzisz, nie będzie cię przerażać, i raczej 
poprzez   milczenie   wnikaj   za   kurtynę   ludzkich   rozmów,   aby   stanąć   w   twarz   ze 

zwierciadłem   ciszy.   Tak,   skarbie,   wtargniesz   z   trzaskiem   w   pustkę   milczenia,   w 
którym po raz wtóry zostaniesz mistycznie połączony ze wszystkim, tak jak po raz 

pierwszy stało się to w łonie matki, gdzieś — otoczony centralnym ogrzewaniem — 
poprzez pępowinę złączony był z początkiem nieskończoności...

A z przedniego pomostu już od dłuższego czasu wpatrywała się we mnie nie bez 

przyjemności tleniona blondynka, kiedy zaś akomodowawszy wzrok przyjrzałem się 

dokładnie, poznałem, że to ślicznotka mojej młodości, której łamałem serce, a która 
mi   za   to   obiecywała   w   zamian,,   że   ofiaruje   mi   najpiękniejszy   dowód   miłości.   I 

wyciągnąłem rękę, a ona ruszyła poprzez rozkołysany wagon, kiedy zaś ręce pa tylu 
latach znów

się   spotkały,   smarknąłem   ze   wzruszenia   i   z   nosa   wyskoczył   mi   straszliwy 

smark,   taki   sopel   jak   małym   dzieciom.   I   inoja   piękna   od   razu   zgasiła   płomień 

zachwytu,   i   jej   zielone   oczy   stężały   ze   wstrętu,   szukałem,   ale   zdenerwowany   nie 
znajdowałem tej kieszeni, w której noszę chusteczkę, i tak stałem pośrodku tramwaju, 

rozszczepiony   pomiędzy   zawstydzenie   a   wstyd,   pasażerowie,   którzy   jeszcze   przed 
chwilą   mi  zazdrościli,  teraz   cieszyli   się  z  mojego  nieszczęścia,  a powiernica   mojej 

młodości  przecisnęła  się do wyjścia,  chwyciła się mosiężnego uchwytu,  stanęła na 
stopniu,   potem   wyciągnęła   przed   siebie   buciczek   i   obcasiki   zadzwoniły   jeden   po 

drugim, a ona przebiegła chodnik i miotała gniewne spojrzenia, a jej usta rzucały 
przekleństwa,   aby   w   ten   sposób   sparaliżować   niezręczność   sytuacji,   jaką   jej 

zgotowałem. Mnie nie pozostało nic innego jak pójść na piwo. „Pod Białym Lwem” 
było   wesoło.   Zmaltretowani   i   wykończeni   goście   weselni   zataczając   się   szli   do 

taksówek, panna młoda wróciła po bukiet ślubny, a kiedy w drodze powrotnej szukała 
wyjścia usiłowała znaleźć klamkę w ścianie. Pan młody, Apollo o typie berberyjskim, 

miał klapę smokingu pełną kapusty, niczym bukiecik rekruta lśniły na jego marynarce 
resztki weselnego przyjęcia, a kiedy wyprowadzał świeżo poślubioną małżonkę, oboje 

w   pijanym   widzie   wleźli   do   kuchni.   Gdy   kelnerzy   wskazali   już   drogę   tej   parze 
nowożeńców, przy ustępie dla panów podniósł się gość w okularach, dwa zera na 

drzwiach   toalety   unosiły   się  nad  nim  niczym  podwójna  aureola,  i  gość ten   zaczął 
klaskać w dłonie i zawołał: — Znakomiiiiicie! Biiis!

A tymczasem taksówki ruszyły, kelnerzy zamknęli oczy i teatralnie odetchnęli.
Lecz   oto   do   lokalu   wróciła   pijana   druhna   i   ze   smakiem   dopijała   resztki 

„Gambrinusa”, tego złotego pilzneńskiego piwa, które ciekło jej z różowych ust na 
różowe   piersi,   na   różowy   staniczek,   na   różową   sukienkę,   która   przylgnęła   jej   do 

oblanej piwem cipeczki. Wypiwszy do końca resztki weselnej uczty bała się pochylić, 

19

background image

bo piwo sięgało jej aż do ust. A ja bawiłem się papierową tacką i bałem się myśleć o 

owej nieprzyjemnej przygo-

dzie w tramwaju. I wobec tego wolałem patrzeć na kosmatą męską rękę, która 

przy   sąsiednim   stoliku   miętosiła   nogę   pulchnej   blondyny.   Rod   żyrandolem 
wyprostował się blady mężczyzna w nieokreślonym mundurze i ruszył chwiejnie do 

ubikacji,   a   kiedy   dwa   zera   na   drzwiach   przestały   się   poruszać,   rozległ   się   trzask 
bakelitowego sedesu, a potem długi tęskny odgłos: tak samo trytony dmąc w muszle 

zwoływały   zabłąkane   nimfy.   Druhna   wodziła   rybimi   oczyma   i   nagle   jej   wzrok 
zatrzymał się f la kosmatej męskiej ręce.

— Ma pan na to pozwolenie? — zawołała. Oczywiście, że nte!
I   wszyscy   spojrzeli   na   tę   męską   rękę,   która   widocznie   na   takie   publiczne 

czułości   nie   miała   pozwolenia,   bo   przestała   oddawać   się   z   rozkoszą   tłamszeniu 
drogocennego   ciałka.   Z   wychodka   wrócił   blady   mężczyzna,   w   jego   włosach   lśniły 

krople świeżej wody. Druhna wpatrywała się długo w tę aureolę z wody, po czym 
wykrzyknęła olśniona odkryciem:

— Oczywiście, rzygał pan!
A mężczyzna w nieokreślonym mundurze przytaknął, zwalił się na krzesło i 

poruszał szczękami. A ja nadal bawiłem się tacką, nadal patrzyłem na ten obracający 
się w palcach krążek i objął mnie różowy cień, a potem różowe ręce druhny oparły się 

o obrus i pochyliło się nade mną różowe ciało, ja zaś struchlałem ze strachu, że z 
różowego gardziołka trysną teraz na mnie strugi piwa jak z różowej fontanny, jak z 

różowego dzbana. Ale druhna chlusnęła na mnie słowami, które jeszcze bardziej mną 
wstrząsnęły. ^

— I co, dziadku — zawołała — kupiliście już sobie różaniec?
I nadal bawiłem się aureolą, druhna patrzyła na mnie, a nie miała więcej niż 

osiemnaście   lat,   jej   tłuste   różowe   ramiona,   różowa   szyja   i   całe   jej   ciało   lśniło   od 
złocistego piwa, wszystka była niczym różowe prosiątko, które — aby miało chrupiącą 

skórkę — smaruje się piórkiem umoczonym w piwie. I „zrobiłem” te swoje najbardziej 
ludzkie oczy, oczy świadomego swojej winy pieska, który spowodował katastrofę, i 

tymi oczyma prosiłem druhnę, aby odwołała to, czym mnie oblała. Para podstarzałych 
kochanków już zapłaciła, a teraz stała w drzwiach

-czekając, jak też ja z kolei pogodzę się z nieprzyjemną prawdą? Ale różowa 

druhna wyciągnęła ku mnie palec i wykrzyknęła:

— Pisarz i prosię, dziadku, stają się sławni po śmierci! Przy drzwiach wygódki 

podniósł się pijany gość w okularach i klaszcząc w dłonie zawołał:

— Znakomiiiicie! Braaaawo! Biiiis!
Nagle do lokalu wpadła kobieta i nim się kto spostrzegł, jednym uderzeniem 

pięści powaliła gościa w okularach, szkła poleciały gdzieś w górę, teraz zadzwoniły o 
mosiężną   konsolę,   a   ta   kobieta   wzięła   gościa   i   zaczęła   go   bez   trudu   ciągnąć   ku 

drzwiom, tak lekko, jakby ciągnęła żakiecik, a kiedy go tak ciągnęła, nie ustrzegła się i 
przycisnęła jego zakrawawioną twarz do muru, tak że na ścianie została długa smuga. 

Potem wcisnęła sobie na głowę słomiany kapelusik i wybiegła z pijanym gościem aż 
na chodnik, a gość krzyczał uszczęśliwiony:

— Znakomiiiicie! Biiiis!
Para podstarzałych kochanków oddaliła się pospiesznie, jakby to, co właśnie 

widziała,   mogło   w   przyszłości   stać   się   jej   udziałem.   A   różowa   druhna   tanecznym 
krokiem   wybiegła   z   „Białego   Lwa”,   a   ja   piłem   „Gambrinusa”   za   „Gambrinusem”, 

piłem to słodziutkie piwo i myślałem o blondynie sprzed trzydziestu lat: siedziała w 
łódce z czerwoną parasolką w ręku, a ja w ubraniu wszedłem do rzeki i spytałem, czy 

mógłbym przewieźć ją na tej łódce? A ona powiedziała, że tak, więc ja, chociaż po pas 
w   wodzie,   przerzuciłem   nogę   wprost   przez   burtę,   po   czym   wiosłowałem,   a   woda 

20

background image

kapała ze mnie i daleko za miastem skoczyłem do wody, i wyciągnąłem łódź na piasek, 

i podałem jej rękę, i pomogłem jej wysiąść z łódki, i tak leżeliśmy na rozgrzanym 
piasku, a ona poprosiła, abym wysuszył swoje ubranie, że i tak nikogo tu nie ma, a 

kiedy zdjąłem z siebie wszystko, uspokoiła się i położyła się koło mnie, i zamknęła 
oczy, odważyłem się i cichutko zdjąłem z niej wszystko, ale kiedy była już naga, nie 

mogłem się na nic zdobyć, tak piękne było to białe ciało w wierzbach za miastem, że 
tylko patrzyłem i nic więcej. Potem widywaliśmy się już tylko ubrani, nigdy już nie 

byłem do tego stopnia przejęty jej urodą, aby w ubraniu wejść do rzeki, aby za-

rjomnieć się rozebrać... I tak przez trzydzieści lat byłem ciągle tym młodym 

człowiekiem...  Aż  tu  idę  sobie  w zeszłym   roku  ulica  świętego   Łazarza,   zatrzymuje 
mnie jakaś kobieta i: „Wujku, gdzie tu jest sąd?” Ja na to: „Słucham?” A ona raz 

jeszcze:

Wujku, gdzie tu jest sąd?” I od tego czasu stałem się wujkiem, i dopiero w tym 

roku studentka ustąpiła mi miejsca w tramwaju:

Proszę bardzo, usiądźcie sobie, ojczulku!” Teraz siedzę „Pod Białym Lwem” i 

piję różowego „Gambrinusa”, cały lokal jest różowy, różowe firanki, nawet obrusy po-
różowiały,   siedzę   w   różowej   samotności   i   wchodzę   w   różowe   cisze   i   zerka,   dwa 

unoszące się zera na drzwiach pisuaru są moim różowym herbem, mój ty różowy 
staniczku, mówię sobie, twoje ongiś tak bogate przedsiębiorstwo ogłasza upadłość, 

musisz spłacić wszystkich wierzycieli, abyś nie był nic winien elementom, od których 
brałeś wszystko na kredyt, różowy staniczku, przyznaję się do bankructwa i zaczyna 

mi świtać w głowie, że doskonałym żalem i pokutą można otworzyć sobie nowe konto 
w   domu   bankowym   nieskończoności   i   wieczności,   tych   dwóch   zer,   tych   dwóch 

otwierających   się   gardzieli   czyhającej   nicości,   dwóch   zer,   które   niczym   znaki 
heraldyczne wypisane są na drzwiach wszystkich męskich sraczy...

Siedzę „Pod Białym Lwem” i kończę pić ostatnie piwo, kelnerzy powiesili na 

ścianie   żółtą   tarczę   i   rzucają   w   nią   ostrymi   strzałkami   przyozdobionymi   w 

różnokolorowe piórka: strzałki są ostre i ciężkie jak wyprostowany cyrkiel, każdy, kto 
gra, zaczyna od tych stu punktów, a wygrywa ten, kto pierwszy dojdzie do zera. I ja też 

grałem,   i   grając   wygrałem,   byłem   pierwszy,   komu   nic   nie   zostało.   Zapłaciłem   i 
wyszedłem na świeże powietrze.

Skarbie, powiadam, wystarczy w tej chwili otworzyć gazetę, a każdy nekrolog to 

twoja klepsydra, każdy śmiertelny wypadek z „Kroniki wypadków” to twój wypadek, 

każda karetka jadąca z wyjącą syreną na dachu jedzie po ciebie. Skarbie, powiadam 
sobie, wszystko dla ciebie jest już więc gdzie indziej, wracać ku początkowi oto twoja 

droga   naprzód,   marzenie   o   pięknych   dziewczynach   to   wewnętrzny   monolog 
starzejącego się ciała, skarbie, powiadam, w rozmowie szukałeś nadtekstów i pod-

tekstów   wszystkich   rozmów,   ale   zamiast   humoru   znajdujesz   teraz   pusty 

interwał — i to właśnie w nim przeleciał aniołek. Możesz, skarbie, uważać jedynie za 

wielką   łaskę,   że   u   schyłku   tej   nocy   będzie   jeszcze   Jutrzenka,   mimo   iż   wiesz,   że 
capstrzyk   i   pobudkę   gra   się   na   tej   samej   trąbce.   Tak   więc,   skarbie,   twoim 

uniwersalnym   dziedzicem   jest   pewien   grób,   z   którego   nieustannie   wyciąga   cię   za 
włosy spojrzenie w górę, na nocne niebo, na którym niewidzialne ręce z wieczności w 

wieczność robią na dwóch niewidzialnych drutach ciemnoniebieski sweter ozdobiony 
widzialnymi gwiazdami...

Pogrążony   w   takich   medytacjach   doszedłem   na   Palmowkę.   Główna   ulica 

odwijała kostki brukowe niczym dywan w kratkę, fioletowe światła wysepki gruchały 

miłośnie,   powiew   od   rzeki   wysrebrzał   szyny,   a   druty   sieci   elektrycznej   lśniły   jak 
strużka śliny cieknąca z ust człowieka, który zwariował z miłości. A potem pośród 

świateł mignęła w oddali różowa postać, poczułem zapach jasnego piwa. A tam, w 
dole,   nad   torami,   błyskała   czerwona   latarnia   i   dźwięczał   dzwonek,   i   ta   latarnia 

21

background image

opadała z wolna, a ja pełen goryczy powiedziałem sobie: „A czyż ja to jakiś wujek? 

Jakiś ojczulek? Jakiś dziadek?” I znów jak młody mężczyzna rzuciłem się w zawody z 
opadającymi zaporami, musiałem pochylić grzbiet, aby przebiec pod szlabanem i tak z 

wysuniętą do przodu głową wpadłem na tory jak atleta przerywający taśmę na mecie. 
I tej chwili ogarnął mnie różowy mrok i upadłem, runąłem wstrząśnięty zderzeniem, i 

z   głowy   wyroiły   mi   się   robaczki   świętojańskie.   Kiedy   ten   różowy   mrok   zrzedł, 
zobaczyłem, że przede mną siedzi na torach różowa druhna, która podobnie jak i ja 

zraniła sobie swoje czoło o moje czoło. Przybiegła rozbestwiona dróżniczka i ściągnęła 
nas   z   torów.   I   natychmiast   potem   przejechał   parowóz   sikając   mi   w   twarz   wodą 

zmieszaną z olejem i parząc mi spodnie gorącą parą. Dróżniczka podniosła najpierw 
jedne, później drugie zapory i czerwona latarnia zakołysała się z wesołym chrzęstem 

na uniesionym szlabanie.

— Ty barani łbie — zaczęła krzyczeć dróżniczka — dokąd się tak spieszyłeś? 

Mów!

— Na drugą stronę! — powiadam.

_ A ty dokąd się tak spieszyłaś, swawolnico, dokąd? — wrzeszczała na druhnę.
._ Ja za nim! — oświadczyła różowa i na czworakach przy-lazła do mnie, wyjęła 

okrągłe lusterko i przytrzymała je, a ja zobaczyłem, że z rozbitego czoła kapie mi krew. 
Dróżniczka odeszła, ale nie odmówiła sobie przyjemności i z mroku rzuciła jeszcze:

_ Lepiej byś sobie, dziadygo, różaniec kupił!
Rozjątrzyło mnie to i chciałem pobiec za nią.

Ale druhna zaczęła mnie uspokajać:
— Daj jej spokój, Wacusiu! Niewiele ci już czasu zostało! Przynajmniej przez te 

ostatnie chwile bądź dobry dla ludzi, bo nie przyjdą na twój pogrzeb!

I wzięła to małe okrągłe lusterko, i patrzyła na swoje czoło, z którego ciurkiem 

płynęła krew, a ja w blasku ulicznych latarni ^przeczytałem po drugiej stronie tego 
lusterka: „Wiedz, że czekolada »Ego« jest niezrównana w smaku!”

A tymczasem różowa druhna wycierała sobie czoło, oddychając mi w twaiz, a ja 

odwróciłem   się   i   zacząłem   się   zastanawiać:   jak   to,  że   dopiero   teraz   zrozumiałem, 

dlaczego żona odwraca się ode mnie, kiedy wionę jej w twarz  pachnącymi piwem 
zdaniami, że gdybym naprawdę kochał swoją żonę, tak jak kocham jswoje ego, to 

piłbym raczej wino albo w ogóle przestałbym pić. I wziąłem to okrągłe reklamowe 
lusterko, i bilardowo chuchnąłem na siebie swoim wrłasnym ohydnym oddechem, i 

poczułem   wstręt   do   samego   siebie.   I   natychmiast   ucałowałem   druhnę   w   różowe 
policzki, aby podziękować jej za to odkrycie, lecz ona przylgnęła do mnie i poprzez 

całe jej ciało przebiegło miłosne drżenie, i nasze czoła zlepiły się schnącą krwią, i ona 
oddychała żarliwie tuż przy moich ustach:

— Jareczku, najdroższy, daj mi się napić swojej śliny, daj... I oddech jej stał się 

nagle słodki, i ona szeptała mi:

— Ależ ty pachniesz... A ja szeptałem:
— To ty pachniesz...

I   tak   robiliśmy   nawzajem   jedno   z   drugiego   bukiet   róż   i   całowaliśmy   się,   i 

poznawaliśmy smak swojej śliny i oddechów, i im

mocniej całowaliśmy się, tym bardziej pachniały nasze oddechy,, i im bardziej 

wsłuchiwaliśmy się w ten gorzki smak, tym żywsze-stawało się wrażenie, że pływamy 

w stuhektolitrowej beczce eksportowego piwa, że kąpiemy się w cysternie pachnącego 
chmielem i słodem nektaru.

— Marysiu — powiadam — jesteś piękna.
— Wiem o tym — odparła z przekonaniem.

— I co jeszcze wiesz, Ewko? — spytałem.
— Wszystko, Jureczku — szepnęła.

22

background image

Zatrzymaliśmy   się   na   Żertwach,   latarnia   gazowa   charcząc   wymiotowała   na 

chodnik witriolem.  Kuta  z  czarnego  żelaza  krata  secesyjnego  balkonu  ciągnęła  się 
wzdłuż kamienicy niczym papierowa ozdoba trumny.

Druhna podała mi klucz.
— Staraj się otworzyć jak najciszej, Franiu — powiedziała.. -— Tatuś ma lekki 

sen, wiesz?

— Wiem, Marysiu — odparłem, ale ręce mi drżały.

— Chwileczkę,   Fredziu   —   zdecydowała   i   odebrała   mi   klucz,   przycisnęła 

kolanem i drzwi otworzyły się, i zapach klatki schodowej powiał niczym polana piwem 

chorągiew.   Żółte   światło   latarni   gazowej   położyło   się   na   pierwszym   schodku. 
Nastawiłem   reklamowe   lusterko   i   rzuciłem   na  zielonkawą   ścianę   nieruchome   oko 

odbicia.

— Jasiu — mówiła czule. — To lusterko zatrzymaj sobie na. pamiątkę ode mnie. 

Czy wiesz, że nadaje się dla ciebie?

— Wiem — powiedziałem.

— Nic nie wiesz  — szepnęła. — W to lusterko patrzyła moja. matka  po raz 

ostatni przed śmiercią, wiesz!

— Wiem — przytaknąłem.
Zamknęła, ale zanim przyskrzyniła odbicie okrągłego lusterka na murze, zjawił 

mi się na tej ścianie Charles Baudelaire:: przekroczywszy chodnik daremnie wyciągał 
rękę po aureolę,, która ze źle odmierzonym krokiem upadła w błoto.

A w korytarzu powiało chłodem: to obłęd wzbijał się do lotu.
Przełożył Andrzej Czcibor-Piotrowski

23

background image

Legenda o pięknej Julci

Zamieszkałam w hotelu „Pałace”. Koło północy, ledwie zdążyłam się położyć, 

stwierdziłam,   że   nad   drzwiami   do   łazienki   tyka   zegar   elektryczny.   Ja,   która   nie 
znosiłam nawet tykania zegarka na rękę i zawsze owijałam go szalem i wkładałam do 

torebki,   a   torebkę   wraz   z   tym   tykającym   czasem   zamykałam   do   .szafy,   teraz   oto 
słyszałam nad sobą mechanizm caasu umocowany jednym końcem dużej wskazówki 

do   środka   tarczy.   Zapaliłam   światło.   Wrogo   spojrzałam   na   zegar.   I   kiedy   duża 
wskazówka zbliżała się do tej mniejszej, szybko przesunęłam stół, na stole postawiłam 

krzesło, weszłam na stół, potem na krzesło, otworzyłam szklane wieczko, ujęłam w 
palce dużą wskazówkę, ale miała taką siłę, że mi się wyśliznęła. Pospiesznie zeszłam 

na dywan, otworzyłam walizkę, wyjęłam z walizki pierwszy lepszy sznurowany bucik, 
wywlekłam sznurowadło, po czym .szybko weszłam na stół, ze stołu na krzesło, ze 

sznurowadła   zrobiłam   pętlę,   stryczek,   i   kiedy   duża   wskazówka   wraz   z   małą 
wskazówką wskazywały północ albo południe, nałożyłam tę kluczkę na pokrywające 

się wskazówki i pociągnęłam na sznurowadło. Po chwili w zegarze elektrycznym coś 
się napięło, jęknęło, zatrzeszczało, mechanizm raz jeszcze spróbował zerwać pęta i 

uwolnić wskazówki, ale wkrótce poddał się, w zegarze coś poskarżyło się, zachrypiało 
— po czym zapanowała cisza. Przed dwunastu godzinami oponami swojej galaxie 500 

przekroczyłam granicę państwa. Potem zatrzymałam się w Bajce, w tuczami bydła, 
która   również   nazywała   się   „Bajka”.   Teraz   stoję   we   wrotach   tuczami   bydła, 

czterdzieści byczków ze smakiem zajada melasę ze żłobów, oborowy nabiera twardą 
szczotką srebrną wodę z wiadra i szczotkuje łaciatego byczka. A kiedy ten człowiek 

idzie do hydrantu po wodę, widzę piękne męskie nogi w sztruksowych spodniach, a 
każdy z tych byczków, jeśli tylko pozwala mu na to łańcuch, liże to idące ubranie, i 

ręce, i twarz  tego rozczochranego mężczyzny, który lśni w słońcu od mokrej śliny 
zasychającej   w   kryształki   melasy.   I   kiedy   ten   człowiek   tak   szedł   w   tym   szklistym 

ubraniu, powiedziałam sobie, że na pewno ten mężczyzna, zanim położy się spać, na 
pewno   stawia   te   spodnie   w  kącie   jak   dwie  zbite   na   krzyż   deski.   I   mężczyzna   ten 

podobał mi -się straszliwie, tak straszliwie mi się podobał, że gdybym miała dość siły, 
to zbiłabym go na kwaśne jabłko^ bo jak ja kogoś lubię, to od razu biłabym go, gdyż 

pełna względów jestem tylko dla mydłków, dla konwencjonalnych durniów, z którymi 
muszę   żyć.   Dziś   rano,   po   śniadaniu,   odwiedziłam   w   pewnej   kwestii   prawnej 

mecenasa, w kwestii, dla której właściwie do Pragi przyjechałam, bo ja, Julcia Krim, 
pasierbica   pana   Samuela   Krima,   byłego   handlarza   bydłem   i   komisanta   rzeźni 

praskich, ja, Julcia Krim, przyjechałam swoją ga-laxie 500 do kraju po raz pierwszy 
od   czasu,   kiedy   mnie   —   jedyna   z   całej   rodziny   Krimów   —   udało   się   potajemnie 

wywieźć   w   tendrze   lokomotywy   przez   Węgry   do   Jugosławii,   a  stamtąd   do   Anglii, 
podczas   gdy   cała   rodzina   tak   długo   nosiła   i   tak   długo   deponowała   u   praskich 

przyjaciół   handlowych   perskie   dywany   i   porcelanę   miśnieńską,   i   holenderskie 
oryginały,   tak   długo,   aż.   hitlerowcy   ich   jednego   po   drugim   wybrali   i   wszyscy 

wykończyli  się w obozach koncentracyjnych, bo nie potrafili w porę odciąć się od 
majątku. Siedzę teraz w eleganckim pokoju radcy prawnego mojego ojczyma, patrzę 

na   oryginały   holenderskich   mistrzów,   które   jako   dziewczynka   widziałam   w   willi 
swojego ojczyma, pana Krima, patrzę do serwantek na — właściwie moją — porcelanę 

sewrską i miśnieńską, stąpam po swoich perskich dywanach. Kiedy wreszcie mecenas 

24

background image

się zjawił, spytał mnie, czy bym z nim czegoś nie przekąsiła, czy nie zjadłabym z nim 

drugiego   śniadania.   W   ten   sposób   zobaczyłam   ponadto,   jak   służąca   na   srebrnych 
talerzach   pana   Samuela   Krima   przynosi   jajka   z   szynką,   Jak   do   moich   sewrskich 

filiżanek nalewa herbatę — jadłam też swoimi sztućcami z inicjałami S.K. A kiedy 
potem oświadczyłam mecenasowi, że jestem jedyną spadkobierczynią pana Samuela 

Krima i że przyszłam spytać, co pozostało z tak ogromnego majątku, mecenas zwęził 
szczoteczki brwi, potem uniósł i pokazał mi obie dłonie, i powiedział, że jego ręce są 

czyste, że wprawdzie wszystkie te rzeczy przynosiła do niego moja matka, wszystkie te 
perskie dywany, tę miśnieńską i sewrską porcelanę, te holenderskie oryginały i te 

sztućce i zastawę stołową, dodał, gdy spojrzałam na widelec, ale tego wszystkiego on, 
adwokat rodziny, użył jedynie w tym celu, aby najpierw oddalać wywiezienie rodziny 

Krimów, potem zaś, aby przez całą wojnę posyłać całej rodzinie paczki do obozów 
koncentracyjnych, narażając przy tym nie tylko swoje życie, ale życie całej rodziny, i 

że   wobec   tego   ma   czyste   ręce.   Podniosłam   się,   stąpałam   po   swoich   dywanach, 
patrzyłam na swoje oryginały, adwokat chodził za mną i wyjaśniał mi, że w obecnej 

sytuacji   politycznej   nawet   owa   willa   prawnie   już   także   do   mnie   nie   należy,   gdyż 
urządzono w niej żłobek, że jedyną rzeczą, jaka pozostała, jest jakiś nie dokończony 

sweterek,   który   moja   matka,   Julcia   Krimowa,   robiła   na   drutach   i   który   przed 
aresztowaniem   zostawiła   u   portiera   w   hotelu   ,,Palące”...   A   ja   uśmiechnęłam   się, 

podziękowałam,   mecenas   raz   jeszcze   uniósł  ręce   i   pokazał   mi   swoje   dłonie,   i   raz 
jeszcze oświadczył, że ma czyste ręce, a ja odniosłam wrażenie, że życzyłby sobie, 

abym i ja skończyła tak jak moja mamusia. Wyszłam, wśliznęłam się do galaxie 500, 
położyłam ręce i głowę na kierownicy... Hej, wy! Hej! Wy tam!” — zawołałam. Ale ten 

człowiek z tuczami bydła „Bajka” szedł nadal ciężkim krokiem, niósł wiadro, ramię 
miał białe, ale rękę opaloną. I kiedy tak szedł, każdy z tych byczków — na ile pozwalał 

mu łańcuch — raz jeszcze pyskiem pełnym melasy polizał tego pastucha i każde z tych 
bydląt   zostawało   ugodzone   za   każdym   tym   liźnięciem,   jakby   przyjęło   Świętą 

Eucharystię. A ja stałam we wrotach obory w słońcu i niemal dotykalnie oblizywałam 
jeży-

kiem tych byczków te mokre spodnie i karmelową bluzę, tę męską opaloną 

szyję i twarz, niemal dotykalnie i ja stawałam się tym człowiekiem i będąc lizana — 

lizałam. To zresztą cała ja: cukier szczypczykami, ale jak coś mi się podoba, to od razu 
chaps! do ust. To takie proste: umieć się pogrążyć we wszystkim, co żyje! Ale muszę 

się mieć na baczności, aby gdy ktoś umiera, abym współprzeżywając wraz z nim sama 
nie   wyciągnęła   kopyt!   A   potem   poprosiłam   tego   niemożliwego   człowieka,   czy   nie 

byłby tak łaskaw i nie pojechał ze mną na żydowski cmentarz w lesie. Powiedział, że 
nazywa się Apolon. I nad wzgórze i las wzbiła się ponad okolice czerwona rakieta, 

potem rozległ się wystrzał, pan Apolon wyjął straszak i strzelił w niebo i rakieta tego 
samego koloru pękła i opadała w rozpryskach na ziemię. A galaxie 500 poddawała się 

moim imperatywnym  rękom, przejeżdżałam  ulicami  Pragi.  Zatrzymałam  się przed 
starymi   robotniczymi   domami   czynszowymi,   przed   pięciopiętrowymi   budynkami 

przypominającymi  więzienia, gdzie do mieszkania wchodzi się wprost z otwartych 
ganków. Gdy zatrzasnęłam drzwiczki galaxie 500 i weszłam na podwórze, spychacz 

wściekłym czołem wywracał starą akację, akację, na która wspinałam się, kiedy byłam 
mała, bo na tym podwórku bawiłam się do dziesiątego roku życia, gdyż mamusia 

miała  mnie   jako  panna,  a pan  Samuel  Krim  ożenił się  z  mamusią,  kiedy  miałam 
akurat   dziesięć   lat,   kierowca   spychacza   zatrzymał   maszynę,   wziął   stalową   linę, 

zarzucił ją wokół pasa starej akacji, a potem ruszył: w korzeniach drzewa zatrzeszczało 
straszliwie, rzuciłam, się biegiem, ale przy drugim skrzydle kamienicy stanęłam jak 

wryta: dom nie miał już dachu, robotnicy stali z kilofami na murach, cegły spadały z 
łoskotem, wśród pyłu wspinałam się po schodach, minęłam pierwsze, drugie piętro, a 

25

background image

na   trzecim,   biegłam   gankiem,   po   deskach,   które   kołysały   się,   poręcz   już   zdjęto, 

nieomal na oślep dotarłam do drzwi. Sufit kuchni, w której sypiałam i w której się 
urodziłam, był zerwany,  ściana  pokoju  zburzona, na murach  stali  dwaj  robotnicy, 

którzy patrzyli na mnie jak na zjawę. Pod warstwami kolorów rozpoznałam, nasz: w 
różyczki, rozstawiłam dokładnie wszystkie sprzęty zaówno w kuchni jak i w pokoju, 

chodziłam wśród rumowiska cegieł i tynku i pokazywałam, i wyjaśniałam robotnikom, 
gdzie dawno, przed laty, wszystko stało, aż murarze musieli usiąść, oprzeć się o kilofy, 

i na przemian patrzyli to na stojącą pośrodku podwórza galaxie 500, to na mnie, i nie 
mogli ukryć zdumienia. Zebrało mi się na płacz. Pobiegłam wśród pyłu po chwiejącym 

się   ganku,   minęłam   podwórze,   a   obok   mnie   spychacz,   wlókł   na   linie   wyrwaną   z 
korzeniami starą akację, która zaczepiła się korzeniami o wrota i wyrwała te wrota, 

drzewo nie-dało się oderwać od starych wrót... jakby mnie wlekli na miejsce straceń, 
wszyscy chyba bronili się jak ta stara akacja,, w której gąszczu siadywałam, jadłam 

kromkę chleba z masłem,, siedziałam z koleżankami w gałęziach i bawiłam się lalką. 
Przed   osiemnastu   godzinami   galaxie   500   ulegała   moim   imperatywnym   rękom,   w 

lusterku wstecznym widziałam swoją rozradowaną twarz oddalającą się od tuczami 
bydła   ,,Bajka”,   a   potem   pędzącą   wstecz   okolicę   i   drogę,   okolica   była   pięknie 

wystrojona, bo tam, gdzie ja jestem, nawet szare i nudne okolice są piękne, każda 
okolica pięknieje mną, a ja pięknieję wszystkimi tymi pięknymi okolicami, bo ja nie 

potrafię   już   rozróżniać:   wniebowstąpienie   Chrystusa   to   dla   mnie   to   samo,   co 
odpalenie i start rakiety „Atlas”, której motory pracują z siłą ciągu stu sześćdziesięciu 

ton.   Wczoraj   skończyłam   czterdzieści   lat,   w   lusterku   wstecznym   oglądam   siebie 
wstecz aż do bawiącego się dziecka pod starą akacją w Pradze, do dziewczynki, która 

codziennie kupowała sobie cudowną kopertę z „dziecięcym szczęściem”, myślę wstecz 
i   prowadzę   w   przód   swoją   galaxie   500,   i   teraz,   kiedy   dotyka   mnie   kolano   pana 

Apolona, słyszalnie dla mnie zagrzmiało i błysnęło mi w oczach. A galaxie 500 skręca 
to   w   prawo,   to   w   lewo,   tak   jak   wskazuje   palcem   pan   Apolon,   na   zakrętach 

wprowadzam wóz w poślizg i smakuję ten poślizg jak. wyższy ład, nad nami i wokół 
nas, i w nas... perspektywa liściastych olszyn i dębów, tunele sosnowych gałęzi, pasy 

popołudniowego  słońca, otwarty   widok  ponad  łąki  i  buczyny,  błotniste  zagajniki  i 
laski.   Miałam   taki   jeden   okres,   szczęśliwą   fazę   życia.,   kiedy   musiałam   wydać 

wszystkie pieniądze koniecznie przed

południem, aby po południu nie mieć ani grosza przy duszy; w londyńskim 

ZOO przy klatce z niedźwiedziami spotkałam młodego człowieka, stało się to akurat w 
chwili, kiedy ten niedźwiedź polarny ustawił niedźwiedzicę przy kracie i tak śmiesznie 

kochał się z nią od tyłu, że oboje roześmialiśmy się na ten widok i tak oto poznaliśmy 
się, wydałam wszystkie jego pieniądze, było już dobrze po północy, a on mi nagle 

mówi,  że w Chelsea jest  taki   mały  park,  gdzie  pod gałęziami  srebrnych  świerków 
ukryta jest mała biała ławka, staliśmy później przy wysokiej kracie w Chelsea, przy 

kracie tak samo wysokiej jak ta, co otaczała polarne niedźwiedzie, pośrodku parku 
lśniła   biała   ławeczka   ukryta   pod   gałęziami   srebrnych   świerków,   jak   na   ogromnej 

harfie  graliśmy  na kopiach   ogrodzenia,  krążyliśmy   wciąż   dokoła  parku,  w którym 
srebrne   świerki   to   zasłaniały,   to   znów   odsłaniały   tę   białą   ławeczkę,   aż   wreszcie 

wróciliśmy tam, skąd wyszliśmy: do zamkniętej furtki, do bramy, na której wisiał 
ogromny,  wprost  krowi   łańcuch,   i   łańcuch  ten   zamknięty   był  na   ogromną  kłódkę 

przypominającą   budzik.   Staliśmy   tak   zdumieni,   zaskoczeni,   zdziwieni,   przerażeni, 
staliśmy  tak   jak  wówczas,  kiedy  poznaliśmy  się, przy  kracie,  młody mężczyzna  za 

mną,   tak   jak   owe   niedźwiedzie   polarne   w   ogrodzie   zoologicznym,   ale   w   sytuacji 
wywróconej na nice rękawiczki, my nie mogliśmy się dostać do środka, niedźwiedzie 

polarne na zewnątrz, tylko to wysokie ogrodzenie było takie samo. W foyer hotelu 
„Palące” czekał na mnie stary portier. Nie zdziwiłam się wcale, kiedy powiedział mi, że 

26

background image

bardzo mu przyjemnie powi7 tac w mojej osobie córkę pani Julci Krimowej, która 

mieszkała ostatnio nie tylko w tym samym hotelu, ale nawet w tym samym pokoju co 
ja. Ten stary portier był wprost przysypany śniegiem białych włosów na głowie i na 

twarzy,   trzymał   klucz   i   przypominał   mi   świętego   Piotra,   kiedy   tłumaczył   mi   i 
pokazywał,   jak   mamusia   zbiegła   na   dół   przed   aresztowaniem,   jak   prosiła   go,   aby 

przechował   jej   nie   dokończony   sweter,   który   portier   włożył   do   przegródki   pod 
numerem pokoju, do przegródki na pocztę i mniejsze paczki, jak po wojnie zaniósł ów 

nie dokończony sweter na strych, bo każdy porządny hotel i przyzwoity

portier przechowują zapomniane i nie odebrane przedmioty swoich gości przez 

kilka lat, on jednak na poddaszu ma szafy, w których takie rzeczy przechowuje się 
przez  lat  dwadzieścia  i  więcej...  I  stary  portier  wspiął  się  po  schodach,  odemknął 

strych, otworzył szafę... A galaxie 500 — tak jak wskazywał palec pana Apolona — 
skręcała to w lewo, to w prawo, obok pożółkłych kwiatów w kwaśnych dąbrowach, w 

cienistych podcieniach osypujących się rozpadlin, obok jaworów i dębów, kwiatów w 
głębokich   jarach,   pod   sklepieniami   wielopiętrowych   drzew,   obok   kwiatów   leśnych 

przypominających   chłodne   oczy   dziwożon.   A   pan   Apolon   milczał   wciąż   i   milczał, 
wdzierając się w ten sposób w moją duszę, w serce. Portier pokazywał zapomniane 

laski   i   parasole,   tuziny   krawatów   i   kamizelek,   butów   i   buciczków,   trzewików   i 
trzewiczków, zabawek. I mówił cichutko, że z każdym przedmiotem wiąże się jakieś 

wydarzenie, ale przyzwoity portier milczy niczym spowiednik dochowujący tajemnicy. 
Siedziałam kiedyś w Paryżu w „Cafś de la Paix”, na tarasie ulicznej kawiarni, o której 

istnieje legenda, że co sobie tam człowiek pomyśli, czego będzie sobie w duchu życzyć, 
to mu się spełni, westchnęłam sobie, udręczona upałem, w ojczystym języku: „Ach, 

gdyby tak kufelek pilzneńskiego piwa!” I garson, kelner o pięknych nogach, odsunął 
mankiet,  spojrzał  na  wskazówki  zegarka  i  powiedział  w  tym  samym  języku:  „Ma-

dame, ja kończę tu za kwadrans i jeśli pani sobie życzy, to tu za rogiem u Louisa jest 
staroczeski kiermasz, gra orkiestra dęta, a pilzneńskiego piwa mają tam całe beczki!” 

Miał nie tylko piękne nogi, ale i ciało, ten garson. Teraz stoi na konsoli w kryształowej 
kuli mojej katedry, macha do mnie rękami, daje mi oburącz znak, że mnie widzi, 

kłania mi się jak Cassius Clay po zwycięskiej walce, jakby w dłoniach trzymał moje 
serce, tak jak i inni mężczyźni, z którymi kiedykolwiek spałam i którzy mnie kochali, i 

którym   jestem   wdzięczna,   i   nie   wstydzę   się   ich,   bo   wspomnieniami   wszyscy   oni 
umilają moją teraźniejszość. Stary portier wyciągnął buty, podsunął mi je pod nos, 

abym je mogła powąchać, i powiedział, że należały i nadal należą do pewnego kupca 
greckiego, który cały kraj zaopatrywał w ko-

rrzenne   przyprawy,   tak   że   nie   tylko   on   i   jego   walizki,   ale   nawet   teraz,   po 

dwudziestu   latach,   te   jego   buty   tchną   wonią   egzotycznych   przypraw.   A   potem 

wyciągnął   zakurzony   pakuneczek,   zdarł   owijającą   go   gazetę   i   podał   mi   ten   nie 
dokończony   sweter   przebity   dwoma   drutami   jak   serce   Chrystusa,   zwinięty,   nie 

•dokończony sweter-. Podziękowałam mu, było to coś niby rodzima bajeczka o Jasiu, 
co dostał na początku grudkę złota, a na koniec nic mu nie pozostało. Portier zamknął 

swoje skarby, a gdy zeszliśmy na dół, do recepcji, wyciągnęłam druty i obok księgi 
hotelowej z nazwiskami cudzoziemców rozwinęłam nie dokończony sweter. I zalśniły 

tam kolczyki mamy, wysadzane drogimi kamieniami i brylantami broszki mamy, i 
naszyjnik, wszystko to takie, jakie znałam, jakie sama przed lustrem przymierzałam, 

kiedy mama szła z panem Krimem do opery albo z wizytą. Stary portier i ja byliśmy 
zdumieni, przez kilka minut niczym święta rodzina nad żłobkiem, w którym leżało 

Dzieciątko Jezus. „Panie portierze — powiedziałam — proszę sobie wybrać jeden z 
tych pierścionków na pamiątkę!” Kiedy wzięłam klucz i otworzyłam pokój, w którym 

po raz ostatni mieszkała moja matka, wiedziałam, że w tym mieście i w tym pokoju 
nie   mogę   już   dłużej   przebywać.   Zatelefonowałam,   poprosiłam   o   rachunek, 

27

background image

popatrzyłam na zegar elektryczny ze związanymi wskazówkami, czarne sznurowadło 

wisiało jak żałobna szarfa. Przysunęłam stół, postawiłam na stole krzesło, weszłam na 
krzesło i przecięłam nożyczkami tę czarną wstęgę, ale zegar już nie chodził, czas, który 

wczoraj, na minutę przed północą spętałam, nie miał dalszego ciągu. Potem górska 
łączka   z   kępami   karłowatych   wierzb   i   prześwitami.   Dwa   pograniczne   niemieckie 

dworki   leżą   w   gruzach,   zarośnięte   krzewami   malin   i   jeżyn.   Kiedy   byłam   mała, 
czytałam niemieckie bajki i legendy. Gdy nadejdzie Boże Narodzenie, na pewno nad 

tymi   opuszczonymi   domostwami   w   pogranicznym   lesie   nada-ł   unosić   się   będzie 
baj-,kowy   Knecht   Ruprecht   ze   swoim   workiem,   do   którego   wrzuci   obcięte   główki 

dzieci, co to przykładają sobie do oka ciekawską dziurkę od klucza i podglądają, jak 
rodzice stroją choinkę 4 przygotowują prezenty, nadal nad tymi zburzonymi budynka-

m- w lesie pędzą po nocnym niebie baśniowe srebrne sanie ciągnięte przez 

srebrne jelonki, a w tych srebrnych saniach siedzi Jezuskind i jedzie na polankę, aby 

pod patronatem świętego Huberta, przy udziale wszystkich zwierzątek, sądzić złych 
gospodarzy, którzy w ciągu tego roku źle obchodzili się ze zwierzętami domowymi. 

Później galaxie 500 zatrzymała się na brzegu sztucznego jeziora, zaporowej kałuży 
pośród lasów. Pan Apolon wyskoczył i ruszył swoim długim pasterskim krokiem nad 

ten wielki leśny staw. A ponad lasami wzbiła się na niebo czerwona rakieta, potem 
rozległ się wystrzał i rozpryski rakiety posypały się na wierzchołki drzew. Pan Apolon 

wyjął z kieszeni straszak, wystrzelił — i czerwona rakieta odpowiedziała. Stara droga 
prowadziła   na   leśny   cmentarz   żydowski,   droga   niknąca   w   wodzie   jak   ślady   opon 

samochodu, który wzbił się w powietrze. Jakby ta droga prowadziła prosto do nieba. 
Żydowski cmentarz leśny, który połową znajdował się na lądzie, drugą zaś połową pod 

wodą   zapory.   Pan   Apolon   blaszanym   grzebykiem   przyczesał   włosy   nasiąknięte 
melasą,  po czym  usiadł na pieńku i  z  gałązki  wierzbowej   strugał  sobie  fujarkę.  A 

galaxie 500 opuściła Pragę, wracała tam, skąd wyjechała, wracałam do Bajki jak duża 
wskazówka zegara, wskazówka spiesząca się, aby pokryć się z małą wskazówką, aby 

wskazówki znalazły się jedna nad drugą albo nad sobą, jak o północy albo w południe. 
Przed Pilznem zatrzymał mnie autostopowicz, młody chłopak z zielonym plecakiem; 

był pijany, ale ja tego nie zauważyłam. I w miarę jak trzeźwiał, zaczynał być naprawdę 
pijany. Z niezwykłym zapałem opowiadał mi, że w tym kraju piramida kroczy do góry 

podstawą,   że   robotnicy   zajmują   wysokie   stanowiska,   a   inteligenci   z   dwoma 
doktoratami myją okna. I w miarę jak trzeźwiał, zaczynał być tak pijany, że zapominał 

podstawowych   słów,   wymagało   to   od   niego   niemałego   wysiłku,   aby   przy   mojej 
pomocy   przypomnieć   sobie,   jak   mówi   się:   stół,   krzesło,   koń.   Zaprosiłam   go   na 

kieliszek, a kiedy napił się do syta, przestał się zataczać i znów uśmiechał się i mówił z 
niewiarygodnym wprost zapałem i ironią. Potem ni stąd, ni zowąd otworzył zielony 

plecak, przeraziłam się, 'bo w tym worku znajdo-

wało   się   różowe   wymię   krowie   ze   sztucznego   tworzywa,   i   młodzieniec 

powiedział   mi,   że   zamiast   studiować   na   uniwersytecie,   chodzi   z   tym   sztucznym 
wymieniem i uczy  wieśniaków,  jak  najlepiej  doić krowy i w ten sposób umacniać 

pokój nie tylko w powiecie, ale w całym kraju i w Europie, i na całym świecie, ze 
nazywają go Sztuczny Cycek. I ujął strzyk, i pouczał ironicznie, że to jest prawa rączka, 

a to lewa rączka, a ten przedni lewy strzyk, a to tylny prawy strzyk, a to znów prawy 
przedni   strzyk,   a   to   tylny   lewy   strzyk.   Boso   weszłam   w   tę   cmentarną   wodę   i 

odczytywałam hebrajskie i niemieckie napisy na pomnikach żydowskiego cmentarza 
leśnego,   który   łagodnym   stokiem   zanurzał   się   w   jezioro,   z   brzegu   odzywała   się 

wierzbowa fujarka, dwa powtarzające się natrętnie tony... Johanna Rubin, ge-boren 
Łowy, Regina Wahle, geboren Stiedry, Cilly Elend, Em-ma Fischl, geboren Siberstein, 

Henriette Bodanzky, geboren Bejkowsky, Eli Karniol, Pauline Bondy, Clara Piesen... i 
w blasku słońca, które właśnie zachodziło, płyty nagrobkowe zstępowały w wodę i 

28

background image

brodziły jak wojsko przeprawiające się przez rzekę. Galaxie 500 minęła miejscowość o 

nazwie Srebro, a ja z poważną miną zwierzałam się autostopowiczowi, który w miarę 
jak zaczynał trzeźwieć, stawał się przeraźliwie pijany, że ostatnio jakoś kiepsko widzę, 

że  od  czasu   ostatniej   katastrofy   jedno  oko  mam   tak   poharatane,   że   widzę   na  nie 
równie   źle,   jak   na   to   drugie   oko,   którego   omal   że   nie   straciłam,   kiedy   rozbiłam 

doszczętnie galaxie 500, tamtą, którą miałam przed tą, prosiłam autostopowicza, aby 
mi pomagał rozpoznawać przedmioty, mur cmentarny brałam za pas mgły, stojący na 

drodze walec parowy za strzęp obłoku, skarżyłam się, że od czasu, jak przed rokiem 
ledwie wyszłam z życiem z katastrofy, jakoś kiepsko mi się galaxie 500 prowadzi. I 

autostopowicz wytrzeźwiał, podziękował i oświadczył, że już jest na miejscu, wysiadł, 
zataczał się ze sztucznym wymieniem, które sterczało mu z zielonego plecaka. Prawie 

na samym końcu cmentarza spostrzegłam czarny pomnik z dwiema złotymi uciętymi 
rękoma, dotykającymi się kciukami i odstawionymi palcami serdecznymi. A za inną 

wciąż ta natrętna kwinta wierzbowej fujarki, wciąż ta wierz-

bowa   kwinta.   Zamoczyłam   sobie   spódnicę.   Wróciłam   na   brzeg.   Kiedy 

wjechałam   teraz   w   pograniczny   las,   ujrzałam   na   poboczu   chłopca   ze   szkolnym 
tornistrem   na   plecach,   właśnie   wyjął   z   kieszeni   straszak,   uniósł   go   i   wystrzelił,   i 

czerwona rakieta wzniosła się ponad lasy, rozprysła się i jej szczątki opadały pomiędzy 
drzewa. Zatrzymałam się. Domyśliłam się, że nie może to być kto inny, jak syn pana 

Apolona.   I   z   odległego   lasu   wzbiła   się   ponad   wierzchołki   drzew   i   błysnęła   w 
odpowiedzi   na   niebie   czerwona   rakieta,   i   wybuchła,   i   opadała   w   rozpryskach   na 

ziemię. „Chodź, Apolonie — powiedziałam — wezmę cię ze sobą.” Usiadł obok mnie, 
włosy miał takie same i taką samą twarz jak ten człowiek z tuczami bydła w Bajce. 

Spytałam, co robi mama, ale chłopiec powiedział, że mamy nie ma, że jest sam z 
tatusiem, że kiedy idzie do szkoły albo z niej wraca, zawsze pośród głębokiego lasu 

daje ojcu znak, że znajduje się w drodze do szkoły, i że tatuś zawsze mu odpowiada 
takim samym straszakiem. Gdy galaxie 500 zatrzymała się przed tuczarnią „Bajka”, 

chłopak podziękował i wszedł do budynku. Weszłam do obory, ale po byczkach ani 
śladu. Obora była pusta. Przeprosiłam młodego człowieka, który stał oparty o futrynę 

wrót   i   czytał   jakieś   urzędowe   pismo,   czytał   je   już   chyba   po   raz   setny,   bo   papier 
opatrzony urzędową pieczęcią był okropnie pomięty, spytałam, kiedy skończył czytać, 

gdzie jest pan Apolon. Powiedział, że pan Apolon siedzi w gospodzie we wsi Bajka i 
pije, bo zabrano mu byczki do rzeźni. Powiedziawszy to, raz jeszcze zaczai odczytywać 

ten papier, w którym informowano go, że ma odsiedzieć jakiś wyrok. Zawróciłam 
galaxie   500   i   ruszyłam   do   wsi.   Pan   Apolon   siedział   na  pniu   jak   faun,   z   łokciami 

opartymi na kolanach i z fujarką w palcach. Rozpięłam guziczki stanika, ściągnęłam 
zsuwak   spódnicy.   A   potem   stałam   naga,   kwinta   wierzbowej   fujarki   uderzała   w 

łupkowy zmierzch. Wbiegłam w wodę opryskując hebrajskie i niemieckie napisy na 
pomnikach wśród poziomek. Zanurzyłam się i tak jak pływają dzieci, odpychałam się 

jedną nogą, wyławiałam z dna kamyczki i kładłam je na ramionach nagrobków, coraz 
to bliżej i bliżej tych złotych uciętych rąk na czarnym tle. A potem klęczałam po

szyję w wodzie i czołem dotykałam tych złotych odciętych ramion, dłoni — i 

palcem namacałam imię i nazwisko na płycie... Nathan Krim Rabiner... Położyłam 

swoje ręce na rękach złotego rabina, który pod moimi kolanami leżał w chłodnej, 
rozmiękłej   od   wody   ziemi,   mój   dziad,   ojciec   mojego   ojczyma,   rabin   opętany   ideą 

chasydyzmu, który na starość oślepł, co uważano za szczególną łaskę, ślepy rabin, 
który na emeryturze zaprzyjaźnił się z katolickim dziekanem, również już w stanie 

spoczynku,   i   obaj   opowiadali   sobie   nawzajem   soczyste,   pieprzne   anegdoty,   a   pod 
wieczór, kiedy wracali z przechadzki, dziekan zaglądał w oświetlone okna i opowiadał 

mojemu dziadowi, czego on tam nie widzi: że dziewczyny i kobiety rozbierają się do 
snu i do miłości. Zatrzymałam swoją galaxie 500 przed jedyną gospodą we wsi Bajka, 

29

background image

gospodą, która również nazywała się „Bajka”. W kąciku przy kontuarze siedział pan 

Apolon, wciąż w tym swoim zaślinionym ubraniu, które lśniło jak ze szkła. Siedział 
melancholijnie,   z   wyciągniętymi   nogami,   i   tępo   wpatrywał   się   w   ziemię,   wypił, 

zezowaty   kelner   przyniósł   mu   następną   szklankę.   Wyprostowałam   się   i   oparłam 
plecami o pomnik. Woda sięgała mi po pas, złote ręce rabina dotykały moich bioder. 

Dźwięk   fujarki   ucichł.   Panowała   iskrząca   się   cisza,   przypominająca   obmacywanie 
dziecięcymi   paluszkami   i   przeczucie   zawartości   zaklejonej   koperty   z   „dziecięcym 

szczęściem”. Usiadłam na krześle i wpatrywałam się w twarz tego pięknego człowieka, 
do którego tu wróciłam. Kędzierzawe włosy spadały mu na twarz niczym diabelskie 

różki, zupełnie tak samo jak przedwczoraj, kiedy stałam naga w cmentarnej wodzie, a 
on patrzył na mnie. Potem zaczął się rozbierać, tak że oderwał wszystkie guziki od 

zgrzebnego kaftana. Miał białe, starozakonne, nie dotknięte słońcem ciało. I wbiegł do 
letniej cmentarnej wody. Położyłam dłoń na wierzchu jego słodkiej od melasy ręki, 

patrzyłam w jego patrzące  gdzie indziej oczy, ciągle  widział to przed sobą; jak po 
południu wydaje rzeźnikom czterdzieści byczków, widział, jak byczki spoglądają na 

niego   z   wyrzutem,   słyszał   ich   rozpaczliwe   głosy   wzywające,   aby   pospieszył   im   z 
pomocą, ale on nie mógł, bo przecież tuczył byczki na ubój! Mój

lec dotykał wierzchu słodkiej ręki. Dziś stąpałam po swoich ?erskich dywanach, 

patrzyłam na swoje oryginały, na swoją

iśnieńską i sewrską porcelanę, jadłam swoimi sztućcami ze swoich srebrnych 

talerzy. Pośrodku gospody „Bajka” siedziała przy stole mała cyganeczka * Pisała litery 

w   zeszycie,   pomagała   pióru   języczkiem,   pogrążona   w   szczelnym   dzwonie 
nieświadomości. Skarb w nie dokończonym swetrze mamy. I cóż z tego? 'A potem 

czułam z jednej strony chłodne ręce rabina, a z drugiej te opalone ręce człowieka z 
tuczami bydła, biegnące fale omywały hebrajskie i niemieckie napisy, a moje usto-

krotnione ręce jak języczki byczków wędrowały po białym ciele mężczyzny, mój język 
oblizywał słodkie od melasy włosy i twarz tego niewiarygodnie pięknego człowieka, i 

stałam   się   świętem,   uroczystością,   błyskawicą,   która   z   grzmotem   zszywa   rozdarte 
chmury,   stałam   się   drogą   wspinającą   się   gwałtownie   w   niebo.   I   nieskończoność 

objawiła mi się pod postacią płynącego nasienia. A potem schyliłam się, wyłowiłam z 
dna płaski kamyczek i położyłam go na ramieniu czarnego pomnika. Niechaj chroni 

mnie światło jego zasług, zasług mojego dziada, ojca mojego ojczyma, mój zegarek 
wskazywał pół do szóstej, zegar z kukułką nad kontuarem wskazywał trzy na dziesiątą, 

ale właśnie wy-kukał trzecią. A zegar na zalanej słońcem wieży kościelnej naprzeciw 
gospody „Bajka” wskazywał kwadrans na drugą, ale bił dwunastą. W sionce grupa 

mężczyzn otaczała grających w fer-bla, sami rośli chłopi tworzyli mur ciał, tak że ci 
niżsi na próżno wspinali się na palce. I tak oto byli skazani na informacje, jakich im 

udzielały   te   wielkoludy.   Ale   te   informacje   wcale   owych   pędraków   nie   zadowalały. 
Spierali się, kłócili, a w końcu z powodu tych informacji zaczęli się bić. A potem do 

gospody wbiegł synek pana Apolona krzycząc: „Tatusiu, nowe cielątka przywieźli!” 
Galaxie 500 słuchała moich imperatywnych rąk, tuż przy mnie siedział synek pana 

Apolona,   a   obok   niego   —   pan   Apolon.   W   tuczami   bydła   konwojenci   i   kierowcy 
przystawili już ukośne schody. Pan Apolon otwarł wrota obory i cielątka zbiegły w dół, 

pan Apolon i jego synek wyciągali do nich ręce 1 cielątka lizały te wyciągnięte ręce, 
wygłodniałe — ssały palce,

oblizywały   dłonie.   Weszłam   do   obory   i   wyciągnęłam   ręce   i   wystraszone 

zwierzątka całowały mnie, a ja gładziłam je i prowadziłam do żłobów. Pan Apolon był 

wzruszony,   płakał   ze   szczęścia,   popatrzył   na   mnie   i   w   tuczami   bydła   „Bajka”   raz 
jeszcze objawiła mi się nieskończoność. Kurz i kamienie na podwórzu były mi drogie 

jak złoto. Wrota, w które i poprzez które wchodziły cielęta, te wrota były końcem 
świata, widziałam przez nie drzewa na podwórzu, zielone drzewa, które wprawiały 

30

background image

mnie   w   zachwyt,   a   uroda   i   słodycz   przyspieszały   bicie   mojego   serca   i   uniesienie 

ogarnęło moje zmysły, tak niezwykłe to było i cudowne. Kilkoro bawiących się na 
podwórzu dzieci, dziewczynek i chłopców, wydawało mi się igrającymi klejnotami. I 

wcale nie chciałam wiedzieć, że te dzieci urodziły się, ani że muszą umrzeć, bo w tej 
chwili wszystkie rzeczy pozostawały takie, jakie były i gdzie były. Wieczność objawiła 

mi się w blasku tego zachodzącego dnia, za każdą rzeczą i za każdą osobą ujrzałam coś 
nie mającego końca. To odpowiadało moim oczekiwaniom i budziło moje pragnienie. 

Ten budyneczek znajdował się w Edenie albo wzniesiono go w niebie, tak jak uczył 
mnie   przed   laty   srebrno-usty   człowiek,   Tomasz   Traherne.   Niechaj   chroni   mnie 

światło jego zasług!

Postscriptum

Legenda   ta   powstała   jako   sublimacja   wydarzenia,   o   którym   mi   kiedyś 

opowiadano.   Julcia   Kominikówna,   córka   praskiego   kupca   i   komisanta   praskich 

rzeźni, która na wiosnę 1939 roku studiowała w Paryżu i mieszkała w hotelu ,,Ritz”, w 
przeddzień   owego   tragicznego   dnia   w   marcu   1939   roku   otrzymała   telegram: 

^Natychmiast   wracaj   do   domu!”,   a   kiedy   zarezerwowała   już   sobie   miejsce   w 
samolocie,   zbiegła   do   foyer   hotelu   ,,Ritz”   i   po   zastanowieniu   zdjęła   brylantowe 

kolczyki, pierścionki i broszki i zawinęła je w nie dokończony sweter, który właśnie 
robiła   na  drutach,   i   portier   ten   nie   dokończony   sweter   włożył   do   przegródki   pod 

numerem jej pokoju. Julcia nie wiedziała i nie mo-

gła wiedzieć, że samolot, którym przyleciała do Pragi, był ostatnim samolotem, 

że Niemcy wkroczyli do Pragi i zajęli cały kraj, że jej krewni szli kolejno do obozów 
koncentracyjnych,  że ona wraz   z matką  tak   długo nosiły  do  krewnych  oryginały   i 

drogo-*  cenną  porcelanę,  dopóki   do  obozu  koncentracyjnego  nie  powędrowała   jej 
matka,   a   w   końcu   ona   sama.   Po   zakończeniu   wojny   tylko   ona   jedna   wróciła, 

odwiedzała   swoich   znajomych   i   stąpała   po   swoich   dywanach,   patrzyła   na   swoją 
porcelanę,   na   swoje   oryginały,   ale   nie   dostała   nic,   znajomi   bowiem   twierdzili,   że 

posyłali   paczki.   A   potem   Julcia   przypomniała   sobie   hotel   „Ritz”,   poprosiła   o 
pozwolenie. Kiedy stanęła w foyer hotelu „Ritz”, zauważyła od razu, że jest tam już 

inny portier. Przedstawiła mu się, wyjaśniła, o co idzie, portier powiedział: tak, zanim 
stary portier poszedł na emeryturę, przekazał mu nie dokończony sweter — i portier 

sięgnął do przegródki, i wyjął ten nie do-r kończony sweter, i podał go Julci, która 
rozwinęła ten niedo^ kończony sweter, i na dnie hotelu „Ritz” zalśnił mały skarb —r 

zupełnie jak w bajce. I Julcia powiedziała: „Panie portierze, proszę sobie wybrać jeden 
pierścionek na pamiątkę”.

Przełożył Andrzej Czcibor-Piotrowski

31

background image

Chrzciny 1947

Usiadł  w rowie   przy   drodze.  Słońce  już   zaszło,  ale  gwiazdy   „jeszcze   się  nie 

ukazały. Siedział w rowie i patrzył, jak po szosie pędzą auta i motocykle. Teraz jedno 
auto zapaliło małe światła, a wóz, jadący naprzeciw, zrobił to samo. Tak zaczął się 

wieczór   na   szosie,   a   wszystkie   pojazdy   skrapiały   asfalt   przed   sobą   skromnie 
opuszczonymi   światłami.   Potem   pierwsze   auto   włączyło   duże   światła,   i   reflektory 

spryskały wapnem wszystkie drzewa w alei. Tak na szosie zaczął się wieczór.

Widział,   jak   przejeżdża   oświetlony   autobus,   jak   się   zatrzymuje,   a   potem 

odjeżdża z dwoma rubinowymi światełkami z tyłu. Wiedział, że to jest jego autobus, 
który miał go zawieźć do miasteczka, gdzie zamówił nocleg, ale siedział dalej w rowie 

przy   drodze   i   patrzył,   jak   na   szosie   krzyżują   się   reflektory,   mrugają   czerwone 
światełka kierunkowe, uprzejmie wymijają się w przerzutach przednie światła, a tylne 

światełka oddalają się jedne od drugich.

Tuż za nim zaczynał się głęboki las. Na skraju bielała ściana leśniczówki, z 

której   wyszła   teraz   zapalona   lampa   z   zielonym   abażurem,   kołysząca   się   w   rytm 
kroków tego, kto ją niósł i nie był widoczny. Teraz ta lampa zniknęła za krzakiem i 

znowu się ukazała, by zniknąć. Kto też tu chodzi z naftową lampą koło domku na 
skraju głębokiego lasu? •— pomyślał. Ale zza zakrętu szosy wychynęły dwa reflektory, 

które na chwilę go oślepiły. -•••./•• .

Zaskrzypiały hamulce.

— Podwieźć pana? — spytał przyjemny męski głos.
— Chyba tak — odpowiedział, podparł się ręką o skraj rowu i wyskoczył na 

drogę. Potem schylił się, wśliznął do auta i usiadł obok kierowcy.

— Dokąd pan jedzie? — spytał szofer.

— Tam, dokąd i pan.
— No to mamy jedną drogę — roześmiał się kierowca. Opuścił szybę drzwiczek, 

wystawił   dłoń   pod   wiatr   i   z   rozkoszą   poczuł,   jak   chłodne   wieczorne   powietrze 
przecieka mu przez palce.

— Pachnie jak matczyna szafka z ziołami.
— Czy to dębowy las?

— Bukowy...
— Szkoda. Moją ulubioną i szczęśliwą kartą była zawsze dziewiątka żołędna — 

rzekł podróżny.

— Słyszy pan — nastawił uszu szofer — to Ziindapp! Ładnie chodzi, słyszy pan? 

Jak  BMW — i dalej  nasłuchiwał warko-r tu  zbliżającego  się motocykla. Kiedy  ich 
mijał, błysnęła rurą wydechowa.

— Ziindapp — stwierdził z satysfakcją podróżny.
— Kim pan jest? — zapytał kierowca.

— Oferuję pogrzeby.
— Ho, ho!

32

background image

— Tak. Kochacie swoją mamusię? Kochacie swego tatusia? Opłaćcie im z góry 

piękny pogrzeb w „Arimethe” — wyrecytował, po czym innym już głosem dodał: — To 
firma, którą re^ prezentuję.

— Serio? — zdziwił się szofer i mocniej ujął kierownicę.
Daleko   na   szosie   kicał   dziki   królik,   nagle   znieruchomiał,   zapatrzył   się   w 

reflektory. Wytrzeszczył oczy. Kierowca dodał gazu, ale królik otrząsnął się z czaru 
światła,   głową   naprzód   skoczył   do   rowu   i   biała   kreseczka   zniknęła   w   bezpiecznej 

ciemności.

— Cholera! — ulżył sobie szofer.

— A   mógł   mieć   piękny   pogrzeb   —   zauważył   pasażer.   —   W   rondlu,   bogato 

ozdobniony przysmażaną cebulką, czosnkiem,

słoninką,   bobkowym   listkiem,   paroma   ziarnkami   pieprzu,   świeżymi 

korzeniami...

— ... i szczyptą muszkatu — dodał szofer. — Ale tak czy inaczej, nie wierzą 

panu. Wie pan co? Ja pana podwiozę, a pan mi za to zaproponuje pogrzeb.

— Zgoda — odrzekł człowiek, który oferował pogrzeby. —
A kto to są umarli?

— Umarli to ci, którzy byli przed nami — zaśmiał się szofer.
— Doskonale! A zatem któż by nie chciał mieć pięknego pogrzebu?

— Wcale mi na tym tak bardzo nie zależy.
— Ale  z pewnością,  jak  każdy  człowiek,  chciałby  pan,  aby  pana odejście  do 

wieczności odbyło się tak, by jeszcze w dziesięć lat później ludzie sobie opowiadali: „E, 
dzisiejsze pogrzeby to już nie to, ale jakieś dziesięć lat temu miał pogrzeb taki jeden

— jak to on się nazywał? — To był pogrzeb!” A jak tak na pana patrzę, to dla 

pana nadawałaby  się świetnie  trumna typu  sarkofag  egipski, wzór numer siedem. 

Mówię panu, lepiej zapłacić z góry, przyjemniej się potem umiera.

Z rowu wyskoczył bażant, piękny ptak ze strojnymi piórami i szmaragdowymi 

oczyma. Zapatrzył się w reflektory, zdziwiony podniósł jedną nóżkę i zafascynowany 
wpatrywał się w zniewalające światło.

Szofer szarpnął kierownicą, natychmiast wyrównał, ale bażant wzbił się w górę, 

pstre   kolory   jego   piór   przesypały   się   przez   reflektor,   ptak   mocnym   machnięciem 

skrzydeł mignął tuż koło okna, zaświeciły dwie poziome nóżki i uniosły się w mrok.

— Psiakrew! — syknął kierowca.

— Uratował się! — odetchnął z ulgą pasażer. — Uleciał z blaszanej trumienki i 

w ten sposób oddalił swój naturalny koniec, uświetniony tymiż samymi honorami, 

jakie szykował pan dla królika. A do szpikowanego bażanta... gałązka tymianku — 
pycha! — podniósł palec.

Ale szofer uparcie milczał.
A potem od tyłu przedarły się naprzód dwa silne reflektory zmieniały światła i 

pokazywały, że chcą ich wyminąć.

\

— No chodź, chodź — zachęcał szofer, machał ręką w kierun-. ku oślepiającego 

światła, zjechał na sam skraj szosy i dodał: —>• To Ford, mleczarz!

W tej samej chwili mignęła srebrna cysterna i szybko się oddaliła.
— Ciągnie   dziewięćdziesiątką   —   z   uznaniem   stwierdził   szofer   i   z   głośnym 

śmiechem zaczął opowiadać: — Na głównej szosie, tam zza zakrętu schodził z pola 
jeden   chłopek   z   krowami...   Nadleciał   taki   właśnie   Ford,  wpadł   przed   zakrętem   w 

poślizg, cy-> sterna się urwała, przeleciała nad chłopem i roztrzaskała się c drzewo, a 
ten chłop o mały włos byłby się razem z krowami utopił w mleku.

Kiedy odczekał, aż zblednie wizja tego mlecznego potopu, rzekł: — No i jak to 

będzie z moim pogrzebem?

33

background image

— Żałobna  komnata   suto   wybita   czarnym   suknem,  przed   pań-!  ską   trumną 

błyszczący czarny krzyż. Trzydzieści sześć ćwierć^ kilowych świec. Życzy pan sobie, 
żeby konie przy karawanie miały odświętne pióropusze? Dopłata za taki pióropusz 

wynosi pięćdziesiąt koron od konia. Następnie...

— Dosyć, już panu wierzę. Ale sądząc ze sposobu wyrażania się... Kim pan był 

przedtem, zanim poświęcił się pan temu smut-i nemu zajęciu?

— Kościelnym.

— Ho, ho! — szofer uniósł ręce i uderzył nimi o kierownn cę. — To już trochę za 

wiele jak na mnie! A co pan robił przed^ tem, zanim pan został kościelnym?

— Zawodowy szuler. Trzymałem bank w oko. Tak długo od-* grywałem rolę 

Opatrzności, aż raz przechodzę obok kościoła i myślę sobie: Co też oni tam robią? A 

kiedy zobaczyłem, jak; wikary służy do mszy, mówię sobie: To jest zajęcie dla ciebie, 
No i byłem kościelnym... teraz najchętniej byłbym nim znowu...

Z   zarośli   wybiegła   sarenka,   przesadziła   rów   i   biegła   przez,   szosę.   Nagle 

obejrzała się i zapatrzyła w reflektory. Szofer do-! dał gazu i poprawił się na siedzeniu.

— Siedź pan prosto, bo mi pan szybę czołem wypchnie!
A  sarenka   była  coraz   większa   i  większa,   teraz   już   prawie   '   dotykała   nosem 

reflektorów.   .;   Szofer   szarpnął   kierownicą,   zagarnął   sarenkę   błotnikiem   i   łu-kiem 
odrzucił ją do rowu. Nadepnął na hamulec.

Potem,   odwrócony   głową   i   tułowiem   do   tylnego   okienka,   zaczął   się   cofać. 

Zatrzymał wóz. W świetle reflektorów rozpływał się niebieściutki dym z przegrzanego 

silnika. Było cicho.

Wyskoczył, z kieszonki drzwiczek wyciągnął kordelas, podał pasażerowi latarkę 

i rozkazał: — Świeć!

Rozejrzał się, szosa była pusta, tylko tu i tam spadał zakosami rdzawy liść.

W rowie leżała na boku sarenka, wierzgała kopytkami w opadłym listowiu i 

kopała czarną ziemię. Kiedy zobaczyła mężczyznę i znowu oślepiło ją światło, chciała 

uciec od swego obolałego ciała. Przewaliła się więc parę razy z boku na bok, becząc 
żałośnie. Potem ucichła z oczyma szeroko rozwartymi, z czarnego pyska chlusnęła 

krew.

Szofer rozejrzał się na obie strony, nikogo na szosie nie było. Ocenił sytuację, 

potężnym susem rzucił się na zwierzę i przygniótł je do ziemi. Ale sarenka była silna, 
uniosła ciężkiego człowieka w górę i usiłowała go z siebie strzasnąć. Wgniatał ją w 

opadłe liście, a ona parę razy polizała go po włosach, jakby prosiła o litość. Uwolnił 
rękę,   błysnął   kordelas   i   wbił   się   między   żebra,   w   serce.   Dopiero   teraz   sarenka 

zrezygnowała; wyciągnęła się bezsilna i zwiotczała, z oka spłynęła jej łza wielka

jak brylant.

Przyklęknął,   potem   podniósł   się   z   trudem,   ułamał   ze   świerka   gałązkę, 

rozszczepił ją, jeden kawałek włożył sarence do pyska, drugi zaś do śmiertelnej rany w 

boku.

— Teraz szybko! — zawołał i podbiegł do auta, chwycił z tylnego siedzenia koc, 

rozpostarł  go na  ziemi,  dźwignął  sarenkę  i  delikatnie   złożył ją  na  tym kocu, niby 
śpiące dziecko.

Potem związał koc w węzeł i zaniósł do auta na tylne siedzenie.
Kiedy siadł już za kierownicą, rozmyślił się, wrócił do rowu, butem wygładził 

ślady walki i rękami zgarnął stos liści... Nacisnął gaz, a kiedy auto ruszyło, rzekł:

— Nie  uwierzy   pan. Jak   rąbnie  kopytkiem,  rozpłata  pana przez  ubranie  jak 

najostrzejszym nożem.

— Biedactwo! — rzekł człowiek, który oferował pogrzeby.

Nad polaną wisiał mosiężny księżyc.

34

background image

Kierowca   był   ogromnie   podniecony   i   usiłował   zamaskować   to   rozmową:   — 

Trudno wprost uwierzyć,  o co to dzisiaj  ludzie  się modlą. Tam, u nas  w mieście, 
młodzi chłopcy włamali się w nocy do kościoła, zapalili świece na głównym ołtarzu i 

sami sobie służyli do mszy! Jeden śpiewał: „Boże, spraw, aby wolno nam było tańczyć 
boogie-woogie, spraw, Panie, aby nam wolno było tańczyć boogie-woogie”. A tamci 

odpowiadali mu chórem: „Spraw, Panie, aby nam wolno było tańczyć boo-gie-woogie, 
amen! Spraw Panie, aby nam wolno było tańczyć boogie--woogie...” I odprawiali tę 

czarną mszę, rozbili szafy i ubrali się w mszalne ornaty i pluwiały, potem chcieli grać 
melodie dżezowe na organach, ale zamiast guzika od organów elektrycznych któryś z 

nich nacisnął guzik od elektrycznych dzwonów, które zaczęły bić... Powybiegali ludzie 
— kościół oświetlony... Zajrzeli przez dziurkę od klucza — a tam chłopaki biegają w 

ornatach...   Wyłamali   drzwi,   ale   młodzieńcy   zwiali   bocznym   wyjściem.   Jeszcze   na 
drugi   dzień   w   południe   kościelny   zbierał   ornaty   porozwieszane   na   wierzbach   za 

miastem...   nad   potokiem   —   śmiał   się   szofer.   Jedną   ręką   prowadził   wóz,   a   drugą 
sięgnął za siebie i dotknął sarenki owiniętej w koc.

— Nie   żyje   —   rzekł   i   zadowolony   dodał:   —   Raz   to   mi   jeszcze   w   jakimś 

przedśmiertnym skurczu rozpruła kopytkami skórzane siedzenie aż do sprężyn. W 

kwadrans potem, jak ją położyłem. Ale co robić z młodymi ludźmi? Jak im się nie da 
tego, czego chcą, to wezmą sobie sami... Mój Boże, niech więc już sobie tańczą to 

boogie-woogie, no nie?

Wyjechali z lasu, księżyc oświetlał pagórkowatą okolicę, a auto zbliżało się do 

dużej wsi.

Potem pierwsza latarnia, a pod nią dwaj młodzi chłopcy oparci o ramę roweru, 

palący papierosy i rozmawiający z sobą, trochę dalej na zwalonych kłodach ktoś potarł 
zapałkę i blask oświetlił rondo kapelusza, a z zabudowań gospodarczych słychać było 

pobrzękiwanie łańcuchów i porykiwanie krów.

— Jestem na miejscu — rzekł szofer — jeśli pan chce, może się pan przespać w 

gospodzie, mają tam pokoik. — Zahamował przed jednopiętrowym domem. Wszystkie 
okna były oświetlone, a przez ściany przenikały dźwięki starego gramofonu.

Wysiedli i kierowca starannie podkręcił okno.
— Nie jestem uwalany krwią? — spytał.

— Niech   pan   pokaże   —   powiedział   człowiek,   który   oferował   pogrzeby,   i   w 

świetle  latarni  przyglądał się szlachetnej  twarzy  tamtego. — Tutaj trochę — rzekł, 

wyjął chusteczkę, poślinił i otarł wilgotną jeszcze krew.

Kierowca   szepnął:   —   To   moje   kłusownictwo   strąci   mnie   jeszcze   kiedyś   z 

niebios. Panie, pokrop mnie hyzopem, niechaj nad śnieg bielszym się stanę...

— Et cum spiritu tuo — odparł jego twarzysz podróży.

Na  pierwszym  piętrze  otworzyło  się  okno i   jakaś   kobieta   w czarnej  sukni  i 

białym   fartuchu   wychyliła   się,   spojrzała   na   auto,   potem   na   kierowcę...   rozłożyła 

szeroko ręce, odwróciła się i radosnym głosem zawołała w głąb pokoju:

— Ksiądz proboszcz już przyjechał! Możemy zaczynać

chrzciny!
Przełożyła Emilia Witwicka

35

background image

Baron Münchhausen

Do pracy jeździł Hanta wcześnie rano. W tramwaju usiadł, wyciągnął z teczki 

„Herald Tribune" i udawał, że z zainteresowaniem czyta artykuł wstępny. 

— Ech,   ci   kapitaliści   to  aż   się   napraszają!   •—  zawołał   naraz.   —  Ja  bym  im 

pokazał politykę z pozycji siły!

Ale   pasażerowie   patrzyli   w   inną   stronę.  Hanta,  niestropiony,   otworzył 

„Frankfurter  Allgemeine",  przez   chwilę   czytał   w   skupieniu,   po   czym   zaczął 
komentować:

— Państwo złoci! Jak to czytam, to aż się coś ze mną robi. Kto właściwie wygrał 

tę wojnę, a kto przegrał?  — Po chwili  wybuchnął śmiechem: — Trzymajcie  mnie! 

Konrad  Adenauer  występuje   w   obronie   kultury   zachodniej!   Na   uniwersytecie   w 
Kolumbii!   Ludzie,   słyszycie?   Na   uniwersytecie!   Szkoda,   że   nas   nie   jest 

dziewięćdziesiąt milionów!

Zaczął   się   krztusić,   ale   kiedy   poszukał   wzrokiem   zrozumienia   w   oczach 

pasażerów, spostrzegł, że te oczy prześlizgują się po nim, że ich spojrzenia spotykają 
się gdzieś poza nim, że wszyscy zachowują się tak, jakby jego tu wcale nie było, że 

patrzą poprzez niego. Ale Hanta czuł się z tym dobrze, lubił to uczucie, kiedy ludzie 
człowiekowi   zazdroszczą,   że   coś   umie.   Toteż   złożył   niemiecką   gazetę,   z   lubością 

rozpostarł numer „L'Huma- nité" i znowu pomachał wszystkim przed nosem wielkim 
tytułem pisma, ale tym razem nie podobało mu się to, co czytał:

Złożył gazetę i łzawo powiedział:
— Gdzież   się   podziała   duma   Francuzów?!   Ludziei   kochani!   Speidel,   von 

Manteufel i Guderian, ten stary awanturnik... na konferencji w Paryżu! Ja tego nie 
przeżyję!

Powoli złożył gazety, te trzy gazety, które znalazł w starych papierach, gazety, z 

których rozumiał zaledwie imona i nazwiska, i wysiadł z tramwaju. ^

Tuż za rogiem wszedł do mleczarni, gdzie codziennie kupował
mleko dla kotów.

— Ile wy tam macie tych kotów? — spytała mleczarka.
— Ile? Szkoda, że pani nie będzie przy tym, jak za chwilę otworzę magazyn! 

Jeżeli nie zdążę uskoczyć, to mnie ta nawałnica kocurów przewróci. Ale słyszała już 
pani?

— Co?
— Straszny   pożar   w   przystani   na   Holeszovicach   dzisiejszej   nocy.   Statek   ze 

zbożem się pali, a płonące ziarna pryskają na wszystkie strony, tak że strażacy już 
nawet   nie   gaszą   tego   statku,   tylko   sąsiednie   dzielnice:   Libeń   i   Bubny.   Okropne 

nieszczęście!

— Tego tylko brakowało — załamała ręce mleczarka. — Ale

ile macie kotów?
— Dziewczyno...   o   pardon,   łaskawa   pani...   niewiele.   Teraz,   jak   nam   sześć 

kocurów wpadło w szał, bo im się od miauczenia w głowie pomieszało, zostało tylko 
dwanaście. To zupełna katastrofa, kiedy kota miaukot opęta. Włazi wtedy choćby na 

sufit.

— Miaukot?

36

background image

— Tak jest. Sama pani szanowna wie, co to za męka taka tęsknota, miaukot, 

jontoforeza natury... Ulubiona zabawa zwierzątek w figle-migle.

— A co to takiego?

— No, pani wybaczy... zwierzątka też lubią się bawić w tatę i mamę. A taki 

kocur to istne dynamo.

— Dwanaście kotów! A moje dzieci noszą wam tam makulaturę. Tylko tego 

brakuje, żeby i te koty oszalały. Pokąsałyby

całą ulicę!
— A tak, pokąsać to by pokąsały.

Hanta pogrzebał w teczce i wyciągnął włoską „Unitę”.
_ -Właśnie... gdzieś tu w gazecie było... Tak, tu... o wylewie

P du A tutaj, że książę Monaco ożenił się z taką amerykańską
glizdą filmową Grace Kelly... pardon, gwiazdą... o, tutaj o tym

'sza! We Florencji sfora kotów dostała wścieklizny: W Ufizi
kąsały  fe koty piętnastu  Niemców, którzy zwiedzali  akurat galerię  obrazów. 

Nawet baedekery poszarpały im w drobny

mak.

,_ Ja na to nie pozwolę. Jeszcze dzisiaj zamelduję o wszystkim w komitecie 

rodzicielskim — rzekła mleczarka, podrzuciła głową i zapatrzyła się tęsknie na ulicę...

Przed ubezpieczalnią czekał kasjer.
— Panie Hanta, wczoraj posłaliśmy wam druki przekazów pieniężnych.

— Tak. No i co?
— Co? Myśleliśmy, że te przekazy, cośmy je wam posłali, są już nieważne. A 

tymczasem te unieważnione zostały u nas — kasjer wskazał w kierunku ubezpieczalni. 
— A te ważne oddaliśmy na makulaturę.

— Nam to nie przeszkadza... papier jak papier — pocieszył go Hanta.
— Nie rozumiemy się. Czy można by je jeszcze wymienić?

— Wykluczone, wszystko już zapakowane.
— A gdzie są te paczki?

— Sam chciałbym wiedzieć. Jeszcze wczoraj zabrali je autem do papierni.
— Do której?

— To zależy, do którego auta te paczki załadowali. Postaw pan krzyżyk na tych 

przekazach. Łatwiej byłoby znaleźć pię-ciolistną koniczynę albo kwiat paproci.

— Ja złożę zażalenie.
— To może pan zrobić. Ale u nas, jak się czegoś szuka, to nigdy się nie znajdzie. 

Za to znajdzie pan furę innych rzeczy, takich, co by się nikt nie spodziewał. Było to 
zaraz po rewolucji, pakuję ja papier w piwnicy, gdzieś na Letnie, zgarniam szpargały 

grabiami, aż tu nagle... Zgadnij pan, co tam było?

— Przekazy! — ucieszył się kasjer.

— Gdzie tam! Buty z cholewami, buty! Zarzucam znowu grabie, a tu — martwy 

scharfuhrer,   jeszcze   z   rewolwerem   w   ręku.   Oficer,   niegdyś   bożyszcze   niemieckich 

praczek, ozdoba hitlerowskich burdeli... a teraz trup. Co tu z nim robić? — myślę 
sobie.   Wrzuciłem   go   do   skrzyni   z   trocinami,   obłożyłem   i   nakryłem   z   wierzchu 

papierem, udeptałem i związałem podwójnym drutem... i poszedł ten scharfuhrer do 
papierni, tak jak te pańskie przekazy. Tam przecinają druty i wrzucają toto do kadzi z 

kwasem.   Możliwe,   że   wtenczas   parę   setek   osób   przeczytało   „Czeskie   Słowo” 
wydrukowane na niemieckim narodowym socjaliście. To ci historia, co?

— No... — kichnął kasjer.
— Słowo daję, święta prawda. Albo na przykład pakowałem kiedyś papier w 

podziemiach   Banku   Narodowego.   Jest   tam   —   jak   może   panu   wiadomo   —   takie 
pomieszczenie, do którego przez sufit wpadają podziurkowane, wycofane  z obiegu 

37

background image

banknoty. Pracowałem w masce na twarzy, w chmurze pyłu milionów. Forsa tam leci 

z sufitu, dziurkacze przyjemnie stukają... no i wpadło mi coś wtenczas do głowy, więc 
pytam głównego kasjera: „Nie brakowało wam tu kiedy w kasie miliona?” I wiesz pan, 

co mi

powiedział?

— Nie... — przestraszył się kasjer i serce zaczęło mu walić
jak młotem.

— Powiedział: „Panie Hanta, brak miliona to ja wykryję od razu. Ale nie daj 

Boże, żeby brakowało dwudziestu halerzy, czasami to sześciu ludzi szuka wtedy przez 

tydzień...”

Kasjerowi mrowie przeszło po grzbiecie i znowu kichnął.

— Tak to jest — rzekł Hanta. — Ale ciekawa rzecz, że każdemu co chwila coś 

ginie. U nas to ludzie przez pomyłkę dają tyle różnych rzeczy na makulaturę, że gdyby 

wszystko to zebrać do kupy, byłby z tego mały bazar: radio, które przez pomyłkę . 
przyniosły   dzieciaki,   cały   wybebeszony   silnik   forda,   buty,   płaszcze,   dziesiątki 

bilansów, talony na benzynę i przekazy pieniężne. Ale najgłośniejsza historia to była 
wtenczas, jak do piwnicy razem z makulaturą wsypali przez pomyłkę brylantów za

półtora miliona. Siedmiu detektywów przerzucało papierek po papierku całą 

piwnicę. Dziewięćdziesiąt kwintali. Tydzień to się ciągnęło, ale nic nie znaleźli.

Kasjer kichnął znowu, aż sobie nasmarkał w rękę.
— Nie masz pan chusteczki?

— Nie, zapomniałem wziąć...
— To   czemu   pan   zaraz   nie   mówi?   Jutro   przyniosę   panu,   jako   skromny 

upominek, cały tuzin. Jak u nas likwidowali synagogi, to Niemcy przywieźli nam tego 
z dziesięć cetnarów — tych ichnich chorągiewek, chałatów i pieluszek. Z początku 

darliśmy to sobie na onuce, ale potem pocięliśmy na chusteczki i ręczniki. Ja... — 
zachichotał Hanta — mam w bieliźniarce wyprawę dla dwóch oblubienic. Z samych 

chorągwi uszyła mi żonka dwa tuziny gaci. A co chusteczek! Do końca życia!  I to 
jeszcze musiałbym chyba smarkać kwasem siarczanym. Panie, jak w to się smarcze! 

Wiesz pan, co to za rozkosz, kiedy pana złote nitki w nos łaskoczą?

Ale kasjer zastanawiał się, co by to było, gdyby mu tak w kasie brakowało tych 

dwudziestu halerzy.

— Przeziębiłem się — powiedział.

— To czemu pan zaraz nie mówi? Uważaj pan dobrze. Jak pan wróci z biura do 

domu,   nalej   pan   do   garnka   trochę   wody   i   dodaj   pan   sporo   rumu.   Potem   pan   to 

zagotujesz,   oczywiście   z   dodatkiem   goździków   i   pieprzu.   Potem   ze   smakiem   pan 
wypij, poczekaj kwadransik, aż ten napój zacznie krążyć, a potem gol-nij pan jeszcze 

dwie   setki   żytniówki,   bo   żytniówka   na   piersi   najlepsza.   A   potem   wyjdź   pan   na 
powietrze... ściemnia się już. wtedy... — zwalisz się pan gdzieś i zaśniesz, a rano z 

pierwszą   rosą   po   katarze   ani   śladu.   To   jest   metoda   Kneippa,   lepsza   niż   okłady 
Preissnitza.   No   więc   jutro   przyniosę   panu   te   chusteczki   —   rzekł   Hanta,   podał 

kasjerowi rękę i serdecznie nią potrząsnął.

Kasjer namacał klamkę drzwi ubezpieczalni i tak kichnął, że wleciał do środka.

W chwilę potem Hanta zobaczył, że do ich składnicy zmierza jakiś zlany potem 

człowiek, popychając przed sobą wózek. Hań-

ta podbiegł i pomógł pchać ów wózek, który wyglądał jak armata.
— Całe szczęście, że mam ten wózek — wykrzykiwał radośnie właściciel. Wiózł 

jedynie maleńką paczuszkę. Szef wyszedł z biura.

— Dajcie to na wagę — powiedział.

— A macie dyla? — spytał właściciel, ocierając z twarzy pot.
— Co to jest dyl?

38

background image

— No, dyl... taki, po którym spuszcza się beczki w browarach.

— Nie, nie mamy.
— To może chociaż pasy parciane?

— Pasy? Owszem, mamy... ale  na co? Chyba nie na to? — jęknął szef i już 

wiedział, że straci humor na resztę dnia. Przyskoczył i rzucił paczuszkę na wagę.

— Pięć kilo.
— No... to w porządku — ucieszył się właściciel wózka.

— Co za to chcecie? Pieniądze czy losy?
— Losy. Ale żeby numery nie szły po kolei. ••,'

— Macie tu jeden.
— Iii, tego to ja nie chcę. Pomieszajcie z innymi.

— Macie tu jeden los i sami go sobie pomieszajcie — rzekł oschle szef.
— Powinniście mieć tutaj papugę — zauważył marzycielsko właściciel wózka i 

wsunął los do portmonetki. Usiłował odjechać, ale jakoś mu to nie szło. Wózek był 
ciężki, a droga z podwórza biegła trochę pod górę. Toteż Hanta z jednej strony, a szef 

z drugiej, z ugiętymi kolanami i palcami wczepionymi w szprychy, musieli się natężyć 
i jeszcze zawołać na dodatek: Hej, rup!

Dopiero   wtedy   wózek,   który   wyglądał   i   ważył   z   pewnością   tyle   co   armata, 

wreszcie drgnął.

— Żebym tak wygrał Spartaka! — westchnął właściciel wózka.
— Też coś! Jeździ nim nasz dyrektor, a wszystkie wygrane są już rozdzielone. 

Jeżeli coś wygrasz, to w najlepszym razie szalik, książkę albo koszulę — rzekł Hanta.

Dobrze chociaż, że mam ten wózek — cieszył się właściciel, naparł na łańcuchy i 

wygramolił się na ulicę Spaloną.

Kiedy Hanta wrócił na podwórze, powiedział do szefa:

._   Ten   z   tym   wózkiem...   to   okropność.   Wypisz,   wymaluj   —   symbol   mego 

dawnego życia.

Około dziewiątej na podwórzu składnicy zjawił się staruszek, wyminął grupkę 

klientów, którzy ciasno obstąpili wagę, i stanął na środku podwórza. Z nabożeństwem 

przyglądał się wszystkim ścianom i kątom, w końcu zdjął nawet czapkę, jak w jakimś 
kościele.

_ Co się tak gapicie, jakbyście z choinki spadli? — podniósł się znad roboty 

Hanta.

— Widzi pan... ja tu pracowałem trzydzieści lat temu, ale wtenczas nie było tu 

jeszcze tej kamienicy. O, tutaj, gdzie stoi waga — wskazał ręką staruszek — tu dawniej 

była pompa, a tam, gdzie ten magazyn — stajnia. Ja byłem woźnicą...

— Chryste Panie! Podajcie mi rękę, dobry człowieku!  Trzymali się za ręce  i 

przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Kiedy się już napatrzyli, staruszek znów zaczął:

— A tam, jak jest to biuro, tam nie było nic, zwyczajny kąt, a za nim, za tym 

kątem, szopa. Pod tymi oknami stały zawsze drabinki, które wiodły na stryszek, bo 
tam   były   sienniki.   Tam,  gdzie   jest   tak   ciemno,  stała  ławeczka,   bo   w   tym   miejscu 

najmocniej prażyło słońce...

— Więc   wy   też,   dobry   człowieku,   lubicie   zamierzchłe   wspomnienia?   Wobec 

tego zabiorę cię — ale jak przyjdzie czas i jak dam ci znak... — zabiorę cię na Slapy — 
zaklinał się Hanta. — Pojedziemy, ale tylko my dwaj. Popłyniemy łódeczką na jezioro i 

nagle ja powiem: „Stop”. I będziemy sobie patrzeć w dół na wodę jak z balonu, a jak 
woda   będzie   przeźroczysta,   to   dokładnie   pod   łódeczką   znajdziemy   Gołowąś,   moją 

wioskę rodzinną. A ja ci pokażę: „O, tam, gdzie płynie ten karp, tam się urodziłem”.

Hanta przykucnął i wskazywał palcem na ziemię: „Ochrzczono mnie w tym oto 

kościele, gdzie teraz dostojnie przepływa sum, a tam gdzie ten sandacz goni małe 
rybki, na tej wieży

39

background image

dzwonił dzwon”. Postukał w bruk podwórza: „A tutaj gdzie mignęła właśnie ta 

bleja jak łopata, tam stoi gospoda, gdzie się biłem o dziewczyny...”

Łzy kapały mu na grzbiet ręki.

Staruszek wysmarkał nos i powiedział:
— Ja   teraz   chodzę   śladami   swego   życia,   przyjacielu,   ale   gdzie   nie   przyjdę, 

wszędzie jest całkiem inaczej... całkiem. Nic, tylko wspomnienia, takie wspomnienia, 
że to wspominanie bardziej mnie wykańcza niż to, co się wtedy zdarzyło.

Wiesz — zasapał — chciałbym zobaczyć te wszystkie miejsca, gdzie bywałem za 

młodu. Ale że wszędzie znajduję tę swoją przeszłość w ruinie, więc sobie myślę, żem 

się omylił, że trafiłem gdzie indziej. Ja też wybrałem się do swojej rodzinnej wioski. 
Pięćdziesiąt lat nie byłem w tej wsi, w Dubi koło Kladna... Przychodzę ci tam, idę 

drogą, a ta droga zamiast we wsi, kończy się pod płotem. Patrzę ci ja i widzę, że całą 
moją   wioskę   rodzinną   dawno   już   zasypali,   zrównali   z   ziemią   i   zbudowali   na   tym 

miejscu   drugą Poldowską  Stalownię...  Ty,  przyjacielu,  możesz  przynajmniej, kiedy 
spuszczają śluzę, przejść się po placu przed kościołem i po własnej chałupie, ale u 

mnie już to zasypane na amen. Stałem ja ci tam i trzymałem się obiema rękami płotu, 
jak Jezus na krzyżu, a potem wziąłem i zgłosiłem się do hufca pracy. Jak mnie — 

pomyślałem   —   przydzielą   do   grupy,   która   kopie   rozmaite   rowy   .kanalizacyjne,   to 
może kiedyś... zahaczę przynajmniej kilofem o kościelną wieżę. Ale nie wzięli mnie, bo 

powiadają, że ze mnie stary ramol. Za nic mnie już ludzie mają.

— To sprzedaj swój szkielet.

— Co takiego?
— Sprzedaj szkielet. W instytutach kupują ludzkie szkielety na pniu. A jak już 

wyciągniesz   kopyta,   zabiorą   cię,   a   potem   wrzucą   do   formaliny   razem   z   innymi 
nieboszczykami. Ale teraz za życia dostałbyś parę tysiączków i używałbyś jak pies w 

studni.

— Znaczy się, ludziom by jeszcze na człowieku zależało?

__ Jeszcze jak! Studenci by sobie na tobie poćwiczyli, potem by cię obgotowali, 

oczyścili kosteczki, mosiężnymi drucikami i sztyfcikami związali do kupy — i szkielet 

jak ta lala.

— Jezu...   a  mnie   tak   by   się   to   teraz   przydało!   Całkiem   mnie   te   wspominki 

wykończyły.   Ja   ci   się   przyjacielu,   zwierzę...   —   szeptał   staruszk.   —   Wyłączyli   mi 
elektryczność, bo nie płacę. Gospodyni zabrała mi piecyk — bo nie płacę. Wszystko już 

prawie   sprzedałem...   Ale   teraz...   —   rozmarzył   się   stary   —   przecież   byłbym 
zakontraktowany. I to przez naukę!

— Wiesz, wisusie jeden — rozpromienił się Hanta — co by to było za szczęście, 

żeby cię tak postawili w muzeum? Albo — ciągnął, sam pełen podziwu dla siebie — 

stałbyś w gabinecie w jakimś gimnazjum, co jakiś czas zanosiliby cię do klasy, a pan 
profesor palcem wskazującym brzdąkał by ci po kostkach jak na gitarze i tłumaczył 

uczniom, jak się rozmaite kości nazywają. A w czasie pauzy... — zadumał się — w 
czasie pauzy... chłopaki wsadziliby ci między szczęki  papierosa i jeszcze by z tobą 

zatańczyli.

— Przestań! Dosyć! Ale mi dałeś pomysł! Włączyłeś we mnie motorek, który 

ruszył! Ależ ja mam szczęście! — wykrzykiwał staruszek.

Zaraz jednak spochmurniał.

— Tylko... tylko czy mnie wezmą... to znaczy... kupią? Zaraz tam idę. Gdzie to 

jest?

— Na Albertowie. Placem Karola w dół, a tam się spytaj, gdzie kupują szkielety. 

Może od razu ci nie zapłacą. W takim razie zgódź się na raty.

Staruszek zalewając się łzami szybko wyszedł za bramę.

40

background image

Marzenka, która pakowała papier i wszystko to słyszała, zaczęła dygotać jak w 

febrze.

— Jezus Maria... te chłopy! Że też was to bawi. Szkielety sprzedawać! A jak 

wracam wieczorem do domu, znowu to samo... Sąsiedzi przychodzą mnie pocieszać — 
wzdychała, wyściełając^

przy tym skrzynię papierem. — Niejaki pan Ratig do mnie przychodzi, że niby 

obowiązek   chrześcijański   nakazuje   mu...   pocieszać   wdowę.  A   potem   się   rozkleja   i 

zaczyna biadolić, żeby go już Pan Bóg raczył zabrać do siebie, bo niby co on pocznie, 
jak jego żona — co leży na raka w szpitalu — jak ta żona zostanie pod nożem? Że 

wtenczas on, znaczy ten pan Ratig, jak nic,, skoczy pod pociąg... •>. Hanta słuchał, ale 
jednocześnie wybierał ze starej skrzyni powieści dla dorastających panienek.

— Serio? — zapytał.
— No! A ja, ledwo żywa po tym, jak mnie tutaj wymęczycie,, muszę jeszcze tego 

sąsiada-chrześcijanina pocieszać, że doktorzy mają złote... co tam złote — diamentowe 
ręce. Ale pan Ratig powiada, że nie, że on dobrze wie, że wcale złotych rąk nie mają, i 

że najlepiej zaraz sobie pójdzie i skoczy pod ten pociąg. A potem ni stąd, ni zowąd 
zrywa się i krzyczy: ,,O Jezu!”

— Co się stało? — przeląkł się Hanta.
— To pan Ratig tak krzyknął wczoraj wieczorem: „O Jezu, gdzie ona schowała 

ten brylantowy pierścionek?” I musiałam iść z nim tam do nich do mieszkania, i na 
czworakach tego pierścionka szukać. Więc wczoraj... słucha mnie pan?

— Więc wczoraj... — skłamał Hanta.
— Więc wczoraj, jak mnie przyszedł pocieszać w tej mojej wdowiej samotności, 

przyniósł z sobą rewolwer i nic, tylko że się u mnie zastrzeli. Jak mu zaparzyłam kawy 
po turecku, to obiecał, że wprawdzie się zastrzeli... ale dopiero u siebie w domu. Mam 

ja z wami, chłopami, oj mam. Dokąd pan idzie?

Hanta wsunął pod marynarkę powieści dla dorastających panienek.

— Muszę   skoczyć   dla   szefa   po   benzynę   do   jednego   kanistra   i   po   naftę   do 

drugiego. Szef mówi, że już ludzie znowu wołają do niego na ulicy: „No, kiedy znów 

przyjedzie do was straż, pożarna? Kiedy robicie remanent?”

— Całe szczęście, że mam miejsce na cmentarzu na Olsza-nach! To dla mnie 

najpiękniejsza niedziela, jak pójdę sobie na

cmentarz, stanę nad moim grobem i wyobrażam sobie, jak spokojnie leżę tam 

w dole... żadnych chłopów, żadnego papieru, żadnych chrześcijan. Zęby tak już tam 
być w tej ziemi! — westchnęła tęsknie Marzenka.

Kiedy   Hanta   wszedł   do   gospody,   nie   powiedział   dzień   dobry,   tylko   położył 

powieści   dla   dorastających   panienek   na   kontuarze   i   rozejrzał   się.   Jeden   gość   już 

zapłacił   i   odchodząc   pokwikiwał   z   zadowoleniem,   drugi   bębnił   o   cynowy   blat 
kontuaru i z lubością przyglądał się, jak kelnerka patrząc pod światło nalewa rum. 

trzeci zaś wpatrywał się w pełny kieliszek, po czym napatrzywszy się, odrzucił głowę w 
tył i jednym ruchem chlusnął w siebie jego zawartość. Kelnerka zgarnęła powieści dla 

dorastających   panienek   i   pod   kontuarem   łapczywie   przebiegała   wzrokiem   tytuły. 
Podniosła oczy i po raz pierwszy od rana uśmiechnęła się.

— Czego się napijemy, skarbie? — spytała i nalała kieliszek rumu. — A bardzo 

to romansowe?

— Jeszcze jak! — powiedział Hanta.
— Czytał pan?

— Tego   Losu   Magdaleny   nie   czytałem   i   Zerwanych   kajdanów   też   nie,   ale 

Tęsknota barona to będzie coś w sam raz dla pani czułego serduszka — rzekł Hanta i 

ukłonił się.

41

background image

— Nie wytrzymam! Do wieczora nie wytrzymam! — oświadczyła kelnerka. — 

Niech pan opowie chociaż kawałek.

Hanta   w   powietrzu   zrobił   gest,   jakby   trącał   się   z   nią   kieliszkiem,   i   zaczai 

opowiadać nie Tęsknotę, barona, tylko Uczciwą dziewczynę, którą czytał, kiedy miał 
pokrzywkę:

— Na   zamku   panowała   cisza...   była   pogodna,   ciepła   noc.   Wil-ma   otworzyła 

drzwi wiodące na taras... „Pan baron!” — krzyknęła z przestrachem...

—• Skarbie, dam panu dzisiaj obiad, dobrze?
— Dobrze. Ale Wilma zawołała: „Niech się pan zatrzyma, baronie! Te słowa nie 

są pana godne, proszę pamiętać, że ma pan żonę, a ja jestem ubogą dziewczyną!” Ale 
baron klęknął

przed nią. „Wilmo, miłość nie uchybia czci, wprost przeciwnie! Musisz, musisz 

być moją!” Uszanowanie panu radcy! No i co, wciąż to samo!... — zawołał Hanta w 

stronę   łysego   mężczyzny,   który   wychylał   właśnie   duży   kieliszek   rumu.   Po   czym 
wyjaśnił:

— Powiadam wam, ludzie! My we dwóch daliśmy radę nawet
antabusowi... Co?

Spoglądał z zachwytem na łysego — który jakoś wcale się nie ucieszył z tego 

spotkania — i wyjaśniał na cały lokal:

— Ja i ten oto pan radca, we dwóch wystawiliśmy do wiatru pana Mysliveczka 

razem z tym całym jego odruchem warunkowym. Na wszystkich pacjentów zastrzyki 

działały, wszyscy zwracali, tylko my dwaj nie. Ja i pan radca. My dwaj pokona- ^ 
liśmy naukę. To było zwycięstwo ducha nad materią! Prawda, ;

panie radco?
Ale radca wcale się nie cieszył. Najchętniej przelazłby przez

ścianę.
— Płacę -— rzekł ponuro. '

— Były dwa duże rumy i dwa małe, tak? — przygwoździła go
kelnerka.

— Hhm — mruknął, rzucił na kontuar dwie dziesięciokoro-
nówki i przygnębiony owym zwycięstwem nad panem Mysli-veczkiem, wyszedł 

na ulicę.

— No i co było dalej? — nie mogła się doczekać kelnerka.

— Baronowa ich przyłapała: „Wilmo, w nocy i w tym stroju przyjmuje pani 

wizyty   żonatych   mężczyzn?   A   ja   tak   pani   ufałam!”   —   Hanta   bawił   się   pustym 

kieliszkiem. Dopiero, kiedy kelnerka go napełniła, dokończył: — „A więc baron jest 
pani

kochankiem?”
— Hej, wisusie! — zawołał naraz, ujrzawszy pijanego gościa.

— Wiesz, że wyglądasz jak Edy Polo?
— Możliwe — rzekł gość — ale siadaj tu przy mnie i mów mi Dodo. Od wczoraj 

już jestem na bańce. Mam zmartwienie.

Żona mnie wykiwała.

— O, psiakość! Ja to bym zrobił w domu sądny dzień! Jesteś
katolikiem?

— Jestem.
— A więc musisz swoją żonę pouczyć. Że pierwszy na świecie jest Pan Bóg, a 

zaraz   po   nim   mąż.   Potem   idą   wszyscy   wierzący,   a   na   samym   końcu   klęczy 
małżonka..Cicha i pokorna.

— No, tak to właśnie u nas jest. Co ja bym za to dał, żeby się tak trochę puściła!  

Ale ona siedzi w domu, robi na drutach, a ten łotr to ja — gość wskazał na siebie i 

42

background image

ciągnął  dalej:  — Z  jakimi  ja  ideałami  szedłem  do  ołtarza!   Panie!  Jakie  ja miałem 

ideały! Że za jakiś rok żona znajdzie sobie galopanta, a ja najpierw uwolnię jedną 
rękę, potem drugą, i znowu będę wolny jak ten ptak, tak jak to niegdyś bywało.

— To ci nieszczęście — przyznał Hanta i wrócił do kontuaru, skąd kelnerka 

kiwała na niego paluszkiem.

— Jak to się skończyło? — nastawiła ucha.
— Z   tym?...   —   wskazał   Hanta   na   mężczyznę,   który   chciał,   żeby   mu   mówić 

Dodo.

— Ten jest pijany w dym, ale co było dalej z baronem?

— Nie, nie! Tego niech pani ode mnie nie żąda! — podniósł obie dłonie Hanta. 

—   Nie   mogę   pani   powiedzieć.   Jeszcze   zrobiłaby   pani   sobie   coś   złego.   Straszliwe 

nieszczęście!

Nalała rumu do kieliszka.

— Niech pan opowie, skarbie! — żebrała. — Ja już przeżyłam niejedno. Dwóch 

mężów pochowałam.

— To widać! Człowiek od razu wie, że ma do czynienia z damą — rzekł Hanta 

trzymając napełniony kieliszek i podniecając się własną wstrzemięźliwością.

— Trochę jeszcze pani opowiem, a potem już ani słowa. W ostatnim rozdziale 

baronowa   woła   do   umierającej:   „Ach,   Wilmo,   ty   wielkie   serce,   teraz   dopiero 

rozumiem, jaką ofiarę poniosła pani dla dobra mego małżeństwa!”

Kelnerka, która pochowała dwóch mężów i niejedno już przeżyła, patrzyła w 

okno i nie broniła się przed łzami, które kapały na jej plisowany fartuszek. Nawet 
Hanta pociągał nosem.

— Po chwili Wilma skonała, a nad zamkiem rozbrzmiał dzwon za umarłych... — 

rzekł, otarł łzy rękawem i wychylił kieliszek. '

Mężczyzna, który — jak twierdził — już od rana był na bańce, zawołał naraz 

radośnie:

— Ludzie, jakiego ja mam syna! Spójrzcie na mnie! Wiecie,, co to za szczęście 

mieć   takiego   syna   jak   mój!   Jest   mistrzem   juniorów   w   judo.   Spójrzcie   na   mnie, 

psiakrew! Jestem kawał chłopa, czy nie?

Hanta pomacał jego bicepsy.

— Wciąż jeszcze jak kamień — przyznał.
— No, a teraz słuchajcie o tym szczęściu — pokrzykiwał pijany gość. — Więc w 

niedzielę rano wstajemy, a ja patrzę, jak mój syn się myje. Waga lekka. Zrywam się i 
mówię   z   przechwałką:   „No   syneczku,   popróbujemy   się,   mecz   rewanżowy”.   A   syn 

ślicznie, grzecznie powiada po austriacku: „Jak tatuś sobie życzy, to proszę, może 
tatuś spróbować”. Przez szacunek mówi do mnie w trzeciej osobie. Biorę rozmach, ale 

on za każdym razem — cap mnie za koszulę i łup mną o podłogę, aż mi z głowy 
gwiazdki wyskakują, jak na rysunkach humorystycznych. Na imieniny w prezencie 

wykręcił mi rękę w stawie. Przyjaciele! Moje małżeństwo zawiodło, ale jedyne moje 
szczęście, że syn mi się udał. Hanta odstawił pusty kieliszek i szeptał kelnerce do 

ucha:

— ...a potem w parku przed pokojem nieboszczki Wilmy rozległ się huk i... — 

spojrzał na nią wyczekująco.

— Na dzisiaj dosyć. Miał pan tego w sam raz — rzekła dziwnie obco.

— Święte słowa, a ja zawsze szanuję zdanie damy. Mam tam w skrzyni jeszcze 

Zbrodnią Hildy Hanik i Romans kurtyzany, i Szóstoklasistkę... Ale cóż, kiedy nikt tego 

nie chce!

— Co takiego? — nie wierzyła własnym uszom kelnerka.

— Panią by to interesowało?

43

background image

— Bo to pan niby nie wie! Szczególnie ta Szóstoklasistka. Występowałam w tym 

teatrze.   Grałam   tę   Yalaszkównę,   przyjaciółkę   Stani...   Miałam   marynarską   bluzę   i 
wstążkę we włosach. Pan tego nie zna? No, to ja panu opowiem...

— Innym razem! Innym razem! Noga mnie boli — bronił się Hanta. — Kiedy 

indziej. Jestem sam w magazynie. Szefa w czasie rannej przejażdżki koń kopnął w 

głowę. Zresztą długo już tu nie zostaniemy. Jeszcze jakieś dwa tygodnie, a potem 
adieu!

Albo   w   tej   składnicy   urządzą   kabaret,   albo   będą   tam   wydobywać   złoto   w 

kawałkach. Oczywiście dla łaskawej pani odłożę na gwiazdkę takie perły europejskiej 

literatury jak... Ostatni akord, Żywcem pogrzebana, Przez cierpienie do szczęścia itd.

— Skarbie — westchnęła kelnerka i na zadatek nalała mu jałowcówki.

— To panu dobrze zrobi.
— Łaskawa pani — stuknął Hanta obcasami. — Pani zdrowie!

Szef przerzucił dźwignię wagi i spytał:
— Co tam dobrego u was idzie?

— Piękny film. Witaj, słoniu. Dwa worki papieru przez jeden dzień. Ale kudy 

temu filmowi do Moulin Rouge! — machnęła ręką sprzątaczka z kina „Metro” — to ci 

dopiero   był   film!   Osiem   worków   papieru   przez   dwa   dni.   Prawie   takie   samo 
powodzenie jak Siódmy krzyż. Ale w przyszłym tygodniu dajemy coś ef-ef! — Ręką 

posłała parę całusów w stronę szklanego dachu podwórza. — Będzie szedł Hamlet, a 
dziewczynki z „Paryża” mówiły, że to takie więcej o miłości.

— Jest tego dwadzieścia kilo, niech pani wsypie wprost do skrzyni... — rzekł 

szef i z galanterią zaciągnął jeden worek w stronę skrzyni, gdzie Marzenka udeptywała 

papier.

— Pewnie — powiedział — pani zna te wszystkie filmy na pamięć, co?

— Ja? Ani jednego.
— Nawet Moulin Rouge?

— Nawet   Siódmego   Krzyża.   Ja   wedle   fotosów   sama   układam   sobie   z   tego 

powieść, bo ja, widzi pan, wolę teatr. Ale pan nipch przyjdzie. Tak sądząc z fotosów, to 

będzie o jednym cholernym przystojniaku, trochę jest podobny do takiego jednego 
studenta,   co   się   z   nim   zdarzyła   ta   miłosna   tragedia   u   nas   na   Ja-rowie   —   rzekła 

wysypując   do   skrzyni   papierki   po   lodach   bam-bino   i   pingwin,   które   Marzenka 
natychmiast udeptywała.

W tej chwili na podwórze wszedł Hanta.
Szef spojrzał na zegarek, a widząc, że jest za piętnaście dziesiąta, uniósł brwi...

— Jest jedenasta, a nie można powiedzieć, żebyś dużo dzisiaj
zrobił.

— O Boże, do wieczora jeszcze  masa czasu  — uśmiechnął się Hanta. — Ale 

jedno maleńkie pytanie: nie przyjechało tu czasem na podwórze takie duże auto?

— Jakie auto? — przestraszył się szef.
— No, auto. Ale jak widzę, nie przyjechało. Bo właśnie miałem rozmówkę z 

naszą wierchuszką, i zdaje się będzie z tego maleńka niespodzianka.

— Jezus   Maria!   Niczego   się   tak   nie   boję   jak   tych   twoich   maleńkich 

niespodzianek! Hanta, coś ty tam znowu naplótł? Zawsze musisz nas wpakować w 
jakąś kabałę. A moglibyśmy tu mieć takie spokojne życie! — wymachiwał rękami szef, 

— I ja potem mam w nocy spać...

— Taka już moja natura — rozmarzył się Hanta. — Widzi pan, ja na przykład 

nie lubię, jak w futbolu jest sześć : zero albo pięć : zero. Brak wtedy dramatycznego 
napięcia. Ja nawet i zwyczajne życie muszę dramatyzować. Lubię na przykład wynik 

sześć : pięć... cztery : cztery. Jednym słowem, kiedy lepsza drużyna przegrywa swój 

44

background image

życiowy mecz, w którym nie wykorzystała dwóch strzałów karnych, trzy razy strzeliła 

w poprzeczkę bramki, dwa raz w słupek, a w końcu we własną bramkę.

— Toś ty taki? Wiesz, że ty jesteś niebezpieczny typ?

— Owszem, to prawda — wskazał Hanta na siebie. — Ale zmieńmy płytę: Co 

słychać w kinie „Metro”, szanowna pani? Będzie szedł teraz u was kryminał, co? — 

zaśmiał   się.   —   Pójdę   na   to,   żebyście   mieli   ruch   w   interesie,   i   kupię   sobie   trzy 
pingwiny.  Ho! Ho! Ma pani  pojęcie, co się będzie działo, jak  lord Olivier  zacznie 

spacerować po kinie z rozpłataną czaszką w ręku? Wie pani, Marzenko, kto to był 
Hamlet?

— Nie... — uśmiechnęła się Marzenka.
— To był taki jeden gość z fantazją. Człowiek, który brał wszystko na serio. 

Rekordzista, który w końcu wypisał swoje

credo własną krwią, podczas gdy trup jego panny płynął pod prąd... No!

— O Jezu, tyś znowu pił! Ładnie będzie dzisiaj wyglądała robota!
— Pił?... Ja?... A jeśli nawet, to tylko zwykła dezynfekcja, higiena, dziedzictwo 

po antycznej Helladzie... — uśmiechnął się dobrodusznie Hanta.

— Ale ja będą miał noc! — westchnął szef i zwrócił się do sprzątaczki z kina 

„Metro”:

— Niech   pani   pozwoli!   Wypiszę   pani   pokwitowanie...   —   Wrócił   do   wagi 

mamrocząc przy tym: — Co ja komu złego zrobiłem?

Marzenka z nienawiścią patrzyła na szefa i poskarżyła się cicho:

— To   straszne.  Zupełnie   jak   w  Śnie   nocy   letniej.   Bo  ja,   panie  Hanta,   mam 

skończone liceum i mieszkałam w jedenastu pokojach, i miałam szofera i kucharza, i 

pokojówki, a ogrodnik co  dzień  przychodził  się pytać:  „Jakich  kwiatów  mam dziś 
naciąć, proszę jaśnie pani?” Ale żeby tak traktować ludzi? Sam pan widzi, że nie ma 

jeszcze dziesiątej, a on wrzeszczy: „Już jedenasta!” To samo urządza mnie w południe, 
dureń jeden. — Zmarszczyła brwi kierując spojrzenie w stronę wagi. — Mam iść na 

obiad, a on patrzy na zegarek, na zegarku wpół do pierwszej, a ten krzyczy: „Prędko 
na obiad! Już piętnaście po pierwszej”. Lecę więc do stołówki i żeby szybko dostać 

jedzenie,   muszę   łgać,   że   jestem   w   odmiennym   stanie.   Przełykam   ten   obiad   na 
chybcika, a jak wracam, to ten błazen patrzy na zegarek, zegarek pokazuje pierwszą, a 

on drze się: „Gdzie pani była? Już piętnaście po drugiej, nie dostanę obiadu!” Więc 
prędko przejmuję od niego wagę, on się ubiera, patrzy na zegarek, na zegarku jest 

piętnaście po pierwszej, a on mi prosto w oczy: „No. pierwsza godzina, raz dwa będę z 
powrotem”. A jak   wraca, zegarek  wskazuje   wpół do trzeciej,  ale  on  zaciera  ręce  i 

chwali się: „Alem się uwinął, dopiero za piętnaście druga!” — Załamała dłonie. — O 
Boże, istny czyściec!

— Tak, Marzenko — przyświadczył Hanta. — Ze mną na
przykład chodził do szkoły jeden chłopak, Gangala się nazywał. „Ile to jest trzy 

plus trzy?”  —  pyta  go  nauczyciel.  A  Gangala   powiada,   że  siedem.  Dostał  w  łeb, i 
znowu: „Ile jest trzy plus trzy?” I znowu... siedem. Cała klasa przetrzepała mu portki 

rózgą... i znowu: „Ile to jest trzy plus trzy?” A on w kółko, że siedem. Ten Gangala 
miał   taką   pewną   siebie   minę,   że   nauczyciel   poleciał   do   gabinetu   sprawdzić   w 

podręczniku. Cały rok tak tam biegał, i doszło do tego, że już nawet tej książce do 
rachunków przestał dowierzać. A w końcu przez tego Gangalę i przez takie niby proste 

rachunki   zwariował...   Się   masz,   stary   mamucie!   —   .zawołał   Hanta   w   stronę 
Antoniego, dawnego kelnera z Prateru, który właśnie wjeżdżał na podwórze wózkiem i 

wesoło machał brudną ręką.

Szef zaczął grzebać w workach.

— Ależ, panie Antoni, te worki są mokre!

45

background image

— Tylko spokojnie, szefie, tylko spokojnie! Tu trzeba zimnej irwi... — warknął 

Antoni. — Przecież te worki nawilgły od rannej rosy.

— Od rosy? — jęknął szef. — No, to pięć kilo tej rannej rosy się odliczy. — 

Wciąż jeszcze grzebał palcem w rozdartym worku. Coś wypadło i zadzwoniło o bruk.

— Oszustwo! Panie Antoni, my tu metalu nie zbieramy. Z tym musi pan jechać 

do Rybniczek.

— Spokojnie, szefie, spokojnie! To przecież tylko przykrywka od Ovomaltiny...

— Ale ja jestem związany przysięgą! — uderzył się w piersi szef.
— Patrzcie go! Histeryk! — prychnęła Marzenka. — Na biednego człowieka to 

gębę rozdziera! Koło wagi znów coś brzęknęło.

— Panie   Antoni,   niech   pan   to   natychmiast   zabiera,   i   z   Bogiem!   Nie   mam 

zamiaru przez pana siedzieć.

— Szefie, to omyłka...

— Omyłka,   nie   omyłka...   Tu   nie   żadna   instytucja   dobroczynna.   Tu   jest 

przedsiębiorstwo państwowe. Niech pan te swoje śmiecie zawiezie na jakąś zbiórkę do 

Świętego Wojciecha.

— Ależ   zrozumcie,   szefie.   Jak   też   byłem   kiedyś   kim   innym   niż   dzisiaj,   ale 

stoczyłem się. Teraz już na wszystko za późno... koniec ze mną... ich war a wiener bua, 
vielmals besofen, wi a sau, abaso was?

— Przepisy są przepisami — upierał się szef.
— Chwileczkę! — zawołał Hanta. — Dobrze, że mi się przypomniało. Gdyby 

przypadkiem nadszedł telegram z Ministerstwa Przemysłu Lekkiego, niech mnie pan 
zawoła, szefie, to będzie do mnie.

— Jaki telegram! — Pod szefem ugięły się kolana.
— Nic specjalnego. Czekam na wezwanie do ministra.

— A niby po co?
— E, głupstwo... posłałem mu tylko sprawozdanko.

— Jakie sprawozdanko?
— No, informację o ogólnej sytuacji... tutaj.

— Kto ci na to pozwolił?
— Kto? Ja. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

— Co wyniknie?! Człowieku, przecież ty wszędzie, gdzie byś nie był, ściągasz 

same   nieszczęścia   na   swego   kierownika.   Mało   ci   było   na   Karlinie,   jakżeście   kasę 

wysadzili w powietrze i na dodatek wszystko podpalili? A do ciupy kto poszedł?... No, 
kto?

— Któż by jak nie kierownik! — zaśmiał się Hanta.
— Kierownik! A teraz miałaby przyjść kolej na mnie? Brr! — bronił się obiema 

rękami szef.

Zaczerpnąwszy   nowego   zapasu   sił   z   rozradowanych   oczu   Marzenki,   Hanta 

powiedział:

— Wie pan, szefie, człowiekowi czasami sprawia przyjemność, jak wie, że ma 

władzę nad ludźmi. Nie musi to być wielka władza, wystarczy troszeczkę, ot tyle, żeby 
przytrzeć komuś nosa. Ale wiecie, chłopaki, jak to będzie fajnie, jak przyjdzie wiosna, 

a ja pójdę sobie do karlsztejnskich lasów? Będzie właśnie po deszczu i kropelki kap, 
kap... I znowu kap, kap.

A ja spojrzę w górę i powiem: „Dobrze ci to zrobiło, świercz-ku, i tobie też, 

sosenko. Popiliście sobie, co?”

— Ty   też   sobie   popiłeś.   Aż   tutaj   od   ciebie   jedzie.   Że   też   to   tak   cholernie 

śmierdzi!

— To, z przeproszeniem, czosnek i cebula, ale co z tego? Chłopaki! Pójdę sobie 

do lasu jeszcze w zimie — mam tam takie swoje miejsce — rozejrzę się i powiem: „No 

46

background image

jak tam, drzewka, jak się wam wiedzie, co porabiacie?” A drzewa na to: „Czekamy, 

żeby   już   strząsnąć   z   siebie   śnieg,   żeby   przyroda   wzięła   bat   w   rękę   i   powiedziała 
nam: ,,Huraaa! Jedziemy!”

— Znów sobie dogodził — rzekł szef do Antoniego.
— Żebym ja miała siły, to bym tym chłopom dopiero nagadała! — mamrotała 

Marzenka. — Ale ja nie mam już sił. Tylko w domu, jak wszystko pozamykam i jestem 
już w łóżku, wtenczas dopiero pod pierzyną mówię to wszystko, co bym. wam. chciała 

tutaj powiedzieć... A teraz, panie Hanta, jeszcze własna córka mnie dobija. Wyszła za 
doktora, takiego starego kocura, i on teraz, żeby mu nie zgłupiała, co rok robi jej 

dziecko i każe jej chodzić do kościoła, śpiewać w chórze i modlić się. Więc ona chodzi 
do kościoła i przez tych klechów już całkiem jej się w głowie pomieszało. Wczoraj mi 

napisała, że gdybym była jej siostrą w Chrystusie, a nie zwyczajną cielesną matką, to 
mąż by mi nie umarł, ale że nie jestem jej siostrą w Chrystusie, więc na całą rodzinę 

ściągam gniew boży... Jeszcze całe  szczęście, że mam to miejsce na cmentarzu na 
Olszanach.

Pan Baczek z „Turysty” raz na tydzień przywoził najrozmaitsze nieważne już 

bilety samolotowe,

Cierpiał na zanik nerwów, toteż zawsze ze wszystkim się
opóźniał.

— Więc jak? Zapłacić panu czy weźmie pan losy? — huknął
na niego szef.

Ale   pan   Baczek   referował   dopiero   teraz   to,   co   miał   zapewne   zreferować   w 

„Turyście”.

— Na poczcie ma pan nie opłacony telefon — rzekł. Potem nadszedł Hanta. 

Zaczął wymachiwać panu Bączkowi przed nosem plikiem papierów mówiąc:

— Papier! Jest pan u nas... więc papier!
— Ja wiem — odrzekł pan Baczek. — Ale po tę kiełbasę  pójdę dopiero, jak 

wrócę ze składnicy.

Posadzili go więc koło wagi.

Hanta widząc, że Marzenka wciąż jeszcze zatopiona jest w myślach, powiedział:
— Tym Bączkiem to trzeba najpierw potrząsnąć jak butelką sidolu. On dopiero 

jak umrze, to się dowie, że nie żyje, już po śmierci, jak jakaś wygasła gwiazda. A o 
córkę niech się pani nie martwi.

— Kiedy ona tak na punkcie tych klechów zbzikowała, że już z wikarym na 

polowanie chodzi — poskarżyła się z goryczą Marzenka.

— To dobrze. Ze mną było gorzej. W sądzie powiada przewodniczący: „Że też 

panu nie wstyd. W tym wieku nieślubne dziecko! Nie mógł pan uważać? Ile ma pan 

lat?”

„Pięćdziesiąt trzy” — mówię.

A on na to:
„To już pora panu różaniec sobie kupić”. A ja do niego:

„Pan przewodniczący mnie nie docenia! Siły męskiej to mi nie brak”.
A ten trzasnął pięścią w akta i powiada:

„Więc za tę męską siłę będzie pan płacił sto pięćdziesiąt koron miesięcznie.” I 

tak się skończyło.

— A gdzie się to panu przytrafiło, panie Hanta?
— Gdzie? Przypadek. Skąd się biorą dzieci miłości? — rozrzewnił się Hanta. — 

Zostaliśmy wtedy sami na Ramówce. Tam, jak może pani wiadomo, też jest składnica 
odpadków.   Właśnie   żeśmy   wszystko   pozamykali,   powiadam   więc   do   pani 

Szulcowej: ,,Co by to szanownej pani szkodziło, żebyśmy tak we dwójkę siedli w tej 

47

background image

przegródce ze starymi kośćmi?” Ale ona się zaperzyła: ,,Co pan sobie myśli? Ja jestem 

porządna kobieta. Jeśli już, to usiądźmy w metalach kolorowych”. No i w ten sposób...

— Przywiozłem wam makulaturę — przemówił w tej właśnie chwili pan Baczek.

— Chwała Bogu! Już do niego dotarło! — zawołał Hanta i pomógł podnieść się 

panu Bączkowi.

Szef wypisał pokwitowanie, wetknął mu pieniądze do kieszeni i zapiął kieszeń 

na guzik, Hanta ujął dyszel, wsadził go panu Bączkowi do ręki i dołożył mu na drogę 

przyjacielskiego kuksańca. Wskutek tego pan Bączek, oddając w „Turyście” pieniądze 
i pokwitowanie, ni stąd, ni zowąd powiedział nagle do swego kierownika: ,,Poszoł 

won, bękarcie!”

Na podwórze wjechała z radosnym szumem i hałasem pani Kutnerowa i od 

razu zaczęła krzyczeć:

— Zbójcę   przeklęte.   Wołają   mnie   do   rady   narodowej   i   powiadają,   że   my, 

dozorcy, nie możemy być bandą cieciów, że musimy zwiększyć czujność.

Ściągnęła worki z wózka i wykrzykiwała dalej:

— A ja do nich od razu z pyskiem: Co ten referent plecie? Wiesz ty, że my, 

dozorcy, byliśmy dużo wcześniej niż wszystkie partie polityczne?

— Proszę pani, nie jesteśmy tutaj sami — mitygował ją szef.
— A co na to ten referent? — zaciekawił się Hanta.

— On? To ścierwo? Coś tam ględził o jakichś zwrotach retorycznych. Chryste 

Panie, jak ja mu utarłam nosa!

— Bardzo   to   wszysko   pęknie,   matulu,   ale   ciszej...   —   Szef   był   wyraźnie 

podenerwowany. — Chce pani pieniądze za te

pięćdziesiąt kilo?
— Nie. Napiszcie, że jako dozorczyni wykonałam zobowiązanie. Wyślą mnie za 

to   na   wczasy.   Będę   przynajmniej   miała   z   czego   się   cieszyć.   To   wielka   zdobycz   — 
uspokoiła się pani Kutnerowa, ale natychmiast znowu wybuchnęła:

— A   niech   to   jasny   piorun   strzeli!   Jeszcze   mi   tam   przypominają:   „Pani 

Kutnerowa, agituj pani ludzi do zbierania chmielu!” A ja im na to: „O, tyle! Namówię 

kogoś, a on potem dostanie kataru i przyjdzie mnie zwymyślać. Niech każdy decyduje 
za siebie!” '

Szef   nieszczęśliwym   wzrokiem   wpatrywał   się   w   sufit.   Ale   Hanta   basował 

staruszce:

— Zupełnie słusznie. Ze mną było tak samo. Chciałem przedłużyć sobie służbę 

w hufcu pracy na hucie. Idę i mówię to swemu kierownikowi, a ten ucieszył się jak 

dziecko. „Świetny pomysł! — powiada. — Wiesz co, Hanta? Roześlemy okólnik, że ty 
przedłużasz sobie służbę i wzywasz wszystkich, żeby poszli za twoim przykładem”. 

Wtyka palec w tarczę telefonu i powiada: „Zgódź się tylko, a wieczorem przeczytasz 
swoje nazwisko w okólniku. I do gazet o tym napiszę...” Ale ja mu na to: „Zaraz, zaraz, 

mam   lepszy   pomysł.   Wykręć   ten   numer,   ale   w   okólniku   każ   wydrukować:   Ja, 
kierownik   składnicy   makulatury,   wzywam   pozostałych   kierowników,   aby   za  moim 

przykładem  zgłosili  się  do  pracy  w  kopalniach”.   Ale  nasz   kierownik   wyjął  palec  z 
tarczy   i   powiada,   że   ja  sam   sobie   szkodzę,   a   on,  owszem   pójdzie   do   kopalni,   ale 

dopiero   jak   przyjdzie   na   niego   czas.   Potem   życzył   mi   wszystkiego   najlepszego   w 
Kladnie, i żebym zarabiał nie tysiąc pięćset, ale dwa tysiące na miesiąc, żebym się 

dobrze odżywiał i żebyśmy się wszyscy w brygadzie kochali.

— Na   miłość   boską,   ludzie,   nie   krzyczcie   tu   jak   na   polu   —   upominał 

roztrzęsiony szef.

— A bo co? — zaoponowała pani Kutnerowa. — Gdzie to niby jesteśmy? Mnie w 

urzędach lubią właśnie za moją szczerość. Powiedzieli mi kiedyś, że ja, znaczy się 
dozorczyni, jestem przedłużonym ramieniem rady narodowej. A ja im na to z miejsca: 

48

background image

„Aha! I tym przedłużonym ramieniem ja będę szorować schody, a wy tym krótszym 

będziecie zbierać zaszczyty? O, tyle!” — zadarła sobie palcem nos do góry.

Wtem zadzwonił telefon. Szef wbiegł do biura, a kiedy wrócił, złapał Hantę i 

zaczął nim potrząsać.

— Coś ty znowu nawygadywał, co? Jakich dwanaście kotów? Ty nas jeszcze 

zaprowadzisz   do   kryminału.   Jutro   przychodzi   z   rady   narodowej   weterynarz   z 
pomocnikiem... przyniosą tę  hyc-lowską  sieć. Że  niby jest takie   zarządzenie,  że  w 

przedsiębiorstwie   nie   wolno   trzymać   więcej   kotów...   niż   trzy.   Gdzie   ty   masz   tych 
dwanaście kocurów, co?

— Ja tylko chciałem naszej firmie zrobić reklamą. Chciałem
rozkręcić interes.

— I ja mam potem w nocy spać! — potrząsnął głową szef.
Pani Kutnerowa otarła spocone czoło.

— A moja rzecz pilnować, żeby schody były wyszorowane i żeby łobuziaki nie 

szwendały się po kamienicy.

Chwyciła za dyszel, o mało go nie urwała, ale w bramie jeszcze się odwróciła:
— Jak   będziemy   urządzać   „Pod   Lipą”   bal   dozorców,   to   przyjdźcie.   Ja   was 

zapraszam. Swojego starego to na śmierć zatań-

cowałam. AdjeL.

Wzięła zakręt tak ostro, że aż tylne koła zafurkotały. Marzenka gładziła się po 

głowie powtarzając do siebie:

— Oj,   dziewczyno,   dziewczyno...   jakie   to   szczęście,   że   masz   to   miejsce   na 

Olszanach...

Koło   południa,   kiedy   Hanta   zapakował   już   dziesięć   paczek,   chwyciła   go 

tęsknota za antykwariatami. To była jedna z jego przyjemności — wsadzić do teczki 

parę książek, które znalazł wśród makulatury, i iść je sprzedać. l

— Marzenko, skoczę na targ zobaczyć, czy nie ma bażantów,

— rzekł, a kiedy szef wszedł do biura, przemknął pod oknami,!; minął bramę i 

popędził   ulicą.   \   Kiedy   wkroczył   do   antykwariatu   na   rogu   ulicy   Spalonej   i   Na?' 

rodowej, przywitano go z radością.

— Jak się pan ma, panie Hanta? — zapytał kierownik i odsunął równo ułożone 

książki, aby mu nie zasłaniały widoku

. z okienka.

— Dziękuję,   panie   kierowniku,   jakoś   leci.   Od   czasu   jak   zostałem   członkiem 

austriackiego   towarzystwa   naukowego,   pracuję   każdej   niedzieli   w   Koniepruskich 

Grotach — wiecie, panowie, co to za radość i piękno taki pliocen? Albo epoka brązu?

— Tego chyba nie wiemy, co?... — rozejrzał się kierownik po

personelu.
— Niech mi więc pan poda rękę, panie kierowniku, o tak...

Całą niedzielę łażę po jaskiniach i przez lupę badam odciski w kamieniach, 

zapisuję rozmiary, zbieram materiały do plecaka. A macie, panowie, pojęcie, jak to 

przyjemnie,   kiedy   przynoszę   potem   to   wszystko   panu   profesorowi   Krejczemu   do 
muzeum,   a   ten   bierze   lupę,   zdejmuje   okulary   i   mówi   uroczyście:   ,,Panie   Hanta, 

dziękuję panu w imieniu nauki. Moje gratulacje, 'to jest trylobit SP łamane przez 
szesnaście!”

— Nic o tym nie wiedzieliśmy — rzekł kierownik.
— A   to   moja  słabość.   Jak   byłem  młodszy,  to  miałem   w  domu   tyle   różnych 

wykopalisk, że aż się chałupa zawaliła. Dwiema ciężarówkami odwieziono to wszystko 
do muzeum.

— Że też żona panu pozwala...

49

background image

— Ona   ma   inne   zmartwienia.   To   dawna   sportsmenka,   już   w   1919   roku 

wprowadziła w Czechach piłkę ręczną, i już wtedy z wyskoku umiała strzelać bramki. 
Wszystkie gazety o niej pisały. Miała dobry trening przy pracy... w cywilu pracowała w 

knajpie. Jak goście nie płacili, brała za hale, i won! Nawet ten sławny Frank Rosę, jak 
nie miał czym zapłacić, to mu moja małżonka zabrała zegarek i wyleciał jak z procy. 

Co prawda, moja żoneczka woli raczej przyrodę. A wie pan co, panie kierowniku? 
Urządzimy   sobie   wycieczkę   we   troje.   Powiem   w   domu:   „Wiesz   co,   serdeńko, 

wyprawimy się we trójkę na Karlsztejn. Ty zostaniesz w domu, a ja pojadę z panem 
kierownikiem, który tak mnie lubi i taki ma do mnie pozytywny stosunek...”

Hanta tak szczerze patrzał w oczy kierownikowi, że ten w końcu zaniepokoił się 

i szepnął:

— Ależ ja nie mam czasu...
— Znajdzie pan. Najważniejszy jest pierwszy raz. Niech pan pomyśli, jak będzie 

panu miło, kiedy pańskie nazwisko po raz pierwszy znajdzie się w muzeum! A jeśli 
chodzi o poszukiwania naukowe, to ze mnie istny fanatyk. Zamek Navarov prawie 

cały przekopałem i żandarmi siłą musieli mnie stamtąd zabrać.

— Daj   pan   spokój!   Co   pan   przyniósł   ciekawego?   —   zapytał   kierownik,   bo 

przypomniał sobie o obiedzie.

— Zaraz, zaraz, już wypakowuję, ale panowie nie uwierzycie, co za straszne 

nieszczęście nas spotkało. Nasz szef leży

w szpitalu, na polowaniu w Chocni go postrzelili. Pan radca wpakował w niego 

dwa deka śrutu. I...

— Co pan ma w tej teczce?

— Służę.   Oto   unikalny,   niezwykły   okaz.  Nadawałby   się   raczej   na  aukcję   niż 

tutaj. Goethe w safianowej oprawie.

— Coś   podobnego...   —   załamał   ręce   kierownik.   —   Wie   pan   przecież,   że 

klasyków   niemieckich   mamy   na   tony.   Toż   mówiłem   panu...   Trzebizskiego,   Raisa, 

Jiraska, Wintera...

— Nic nie szkodzi, przeczytam sobie sam tę książkę. Wie pan, ja pilnuję teraz 

mostu, grasują tam bandyci na koniach. Jak wrócę do domu, ugotuję sobie cztery 
kartofle,   do   tego   ser   i   piwo,   i   będą   czytał   Fausta.   Ale   tutaj   mam   jeszcze   bogato 

ilustrowanego   Donatella,   tego   urwipołcia,   .który   w   pewnych   okresach   wybiega 
naprzód aż do baroku... Te aniołki? Ach, naturalnie. O ile znamy rzymskie sarkofagi...

— Ale tu są pieczątki Biblioteki Komenskiego — pokazał kierownik.
— To   pomyłka...   Wytrze   się   gumką.   Dał   mi   to   bibliotekarz   2a   to,   że 

ofiarowałem mu w darze dla Karlsztejnu Śpiew świętego Andrzeja. A wie pan, że ja 
miałem zostać burgrabią na Karl-sztejnie?

— To dlaczego pan nie został?
— Bo   przepiłem   kaucję.   Ale   niech   pan   weźmie   tego   Donatella.   Potrzebuję 

pieniędzy. Nie dla siebie, ale na ulicy czeka małżonka mego przyjaciela, który kichał 
nad kuchnia i poharatał sobie twarz o blachę, więc żona chce mu upiec tartą babę. 

Szkoda,   że   go   nie   możecie   zobaczyć.   Uwiązać   mu   jeszcze   rękę   na   temblaku,   i   za 
dawnych czasów byłby z niego żebrak jak ta lala... Niech pan to kupi!

Hanta przyklęknął, wziął czapkę i zaczął bić wiernopoddańcze pokłony.
— Niech pan wstanie — zniecierpliwił się kierownik. — Donatella wezmę dla 

siebie. A z tym Faustem, może pan spróbuje w „Dwudziestym ósmym październiku”.

— Zadzwonię tam, jeśli pan pozwoli.

Kierownik wypchnął przez okienko telefon.
Hanta włożył okulary, a że znał na pamięć numery wszystkich antykwariatów, 

nakręcił tarczę.

50

background image

— Halo?... Kto mówi? Pan Kozioł? Co za niespodzianka! Tu Hanta, członek 

austriackiego towarzystwa naukowego... Tak... właśnie wróciliśmy autem ze Zbraslavi. 
Nie... dzwonię z Akademii Nauk, mam dla was coś nadzwyczajnego... Co? Nie... nie. 

przysięgam...   Poświadczone   przez   profesora   Mencla.   A   dla   pana   mam   rarytas: 
Mikologię Velenovskiego... Tak? Zaraz przyjeżdżam...

Odłożył słuchawkę i pochylił się, żeby dojrzeć biurka pracowników.
— Niech   pani   będzie   taka   dobra   i   wypisze   mi   zaświadczenie,   że   za 

uporządkowanie biblioteki podarowała mi pani Mikologię Velenovskiego. Ja to sobie 
podpiszę.

— Ależ, panie Hanta, to niemożliwe. Niech pan jeszcze zapyta w „Skorzepce” — 

roześmiała się kasjerka.

— Świetna myśl! Pozwoli pani? — zapytał i od razu nakręcił numer.
— Czy jest pan Kuczera? Może go pan poprosi. Zasłonił dłonią słuchawkę.

— Teraz zobaczycie, kto ja jestem!
— Halo, pan Kuczera? — ukłonił się Hanta w stronę telefonu. — Pamięta pan 

jeszcze, panie Kuczera, jak razem graliśmy w hokeja broniąc barw Czechosłowacji? 
Kto? Ależ ja, Hanta, grałem na lewym skrzydle, ten sam Hanta, o którym pan zawsze 

mówił,   że   mam   styl  jak   Rudi   Bali,   a  inteligencję   jak   Bibi   Torriani.   Nie...   właśnie 
przyjechaliśmy z Mielnika, z archiwum... Nie, dzwonię z Kobylis, złapaliśmy gumę. 

Mam wspaniałe książki, będzie pan zachwycony. Nie, nie żadna lipa, wszystko bogato 
ilustrowane. Będę u pana za jakąś godzinę, przyniosę też rzeczy praktyczne... Grzyby 

Smotlachy,   Czeska   kuchnia...   I   Atlas  mchów...   Że   tak   mi  z   tym   pilno?   Że   się   nie 
spieszy?   To   pan   nic   nie   wie?   Okropne   nieszczęście   u   nas   w   składnicy.   Wszystko 

spłonęło, maszyny też, uratowałem tylko to, co miałem na sobie... Więc za godzinę...

Odłożył słuchawkę.

— No i kto ja jestem? — spojrzał na kasjerkę. •(•
— Wygadany oszust ... — zaśmiała się i poczerwieniała. — „• Nie gniewa się 

pan, że tak powiedziałam?

— Ależ, łaskawa pani, dżentelmen zawsze wie, co przystoi. Wyciągnął z teczki 

książkę i położył ją przed kasjerką.

— Inteligentna niewiasta powinna wiedzieć, kim był Michel-angelo. Tę książkę 

napisał o nim Rolland... Za jedne osiem koron.

— I ode mnie dziesięć — kierownik położył banknot. — Zamykamy, przerwa 

obiadowa!

W barze samoobsługowym naprzeciwko antykwariatu Hanta zamówił kieliszek 

wermutu, odszedł w kąt, popijał z wolna i obserwował przepływający strumień ludzi, 
którzy przychodzili tu coś zjeść. Patrzał na witrynę i przechodniów, jak się najpierw 

zatrzymują, przebiegają wzrokiem wystawione tam kurczęta, gęsi, klopsy, pieczenie, 
kanapki   i   decydują   się   na   określoną   potrawę.   Widział,   jak   dokonawszy   wyboru 

oblizują się, przełykają ślinę, po czym wchodzą i czekają w ogonku, aż przyjdzie na 
nich   kolej,   gapią   się,   rozmawiają   ze   sobą,   by   potem   stanąwszy   oko   w   oko   ze 

sprzedawczynią straszliwie spoważnieć... Z największą ciekawością obserwował Hanta 
ów   moment,   kiedy   każdy   niemal   zamierał   w   oczekiwaniu,   czy   dostanie   ten 

najładniejszy kawałek mięsa. A potem drapieżne spojrzenie klienta na wagę, czy aby 
nie oszukano go o pół deka... Wreszcie każdy zabiera swoją porcję do kąta i rzuca się 

na nią jak jaskiniowiec.

Osuszywszy   kieliszek,   uszczknął   Hanta   gałązkę   asparagusa   i   wetknął   ją   w 

teczkę tak, by stamtąd wystawała. Znowu rozejrzał się po sali, a kiedy ujrzał zdrowy, 
zachłanny apetyt gości, zwrócił kieliszek barmanowi i powiedział:

— Popatrz   tylko,   przyjacielu,   na   tych   ludzi.   Kiedyś,   jak   hodowałem   króliki, 

pewnego razu  zapomniałem dać im żreć. Przypomniałem sobie o tym o dziesiątej 

51

background image

wieczór i pobiegłem im zanieść trochę lucerny do klatek. Tak samo rzuciły się na 

żarcie... Hanta wskazał na pochylone karki i poruszające się szczęki. Potem wyszedł 
przez drzwi obrotowe i niemal biegiem puścił się przez ulicę.

Pogrążony całkowicie w zadumie, minął bramę, a na podwórzu rzekł do szefa:
— No,  czy  to  nie skandal?  Na targu   nie można  dostać  ani  deka czosnku, a 

bażantów też nie ma. — Wskazał na teczkę i dodał: — Na pociechę kupiłem sobie... 
asparagus.

Ale   szef   przechadzał   się   nerwowo   tam   i   z   powrotem   po   podwórzu,   Hanta 

wiedział, że gromadzi najstraszliwsze wymysły, i zrozumiał, że niezwłocznie musi coś 

powiedzieć.

— Na   targu   opowiadali,   że   jeden   nadleśniczy   przyjechał   na   rewir   i   gajowy 

wyszukał mu łanię razem z jej dzieckiem...

— Mówi się... wytropił mu łanię z cielakiem — poprawił go szef.

— Tak jest. A potem ten nadleśniczy strzelił łani w łeb...
— Jezus Maria! Czym tyś słuchał? Nie chodziłeś czasem na rękach? Mówi się... 

strzelił łanię... na komorę. W jaki łeb? Łeb to ma świnia i ty!

— No więc na komorę, a potem opowiadali, że uciął ogon i odjechał.

— Gdzieś ty to słyszał?
— Tam opowiadali... ale to nic specjalnego.

— Jak   to,   nic   specjalnego?   Wiesz   ty,   co   to   za   bandytyzm   zastrzelić   łanię   i 

odjechać? — oburzył się szef. — Łajdak, dureń, zbrodniarz, kłusownik!

— A   jak   to   miało   być?   —   spytał   Hanta,   patrząc   naumyślnie   głupkowatym 

wzrokiem.

— Jak? To już nie istnieje żaden ceremoniał, co? I bez żadnego podziękowania 

świętemu Hubertowi, tak?

— Komu?
— Świętemu   Hubertowi,   patronowi   myśliwych.   Dla   myśliwego   to   przecież 

najważniejsza rzecz.

— A jak się takiego jelenia strzela? Słyszałem, że jelenia można też zauroczyć.

— Co takiego?
— Zauroczyć. Jelenia. Czeka się podobno na porębie, a jak to bydlę wylezie z 

lasu, to człowiek patrzy mu w oczy i woła „beee! A jeleń wali się na ziemię, i już po 
nim.

— O Jezu! — szef szarpał się za uszy. — Czy jeleń, ta zjawa leśna, to jakaś 

krowa,   czy   co?  Wystarczy,   że   stąpniesz   na   gałązką,   a   już   go   nie   ma.   Tylko   kiedy 

biedactwo jest w okresie rui, to możesz mu sztucer przystawić nawet do czoła. Jest 
wtedy jak w gorączce. W okresie rui traci jedną trzecią swojej wagi... tak go ta ruja 

wykańcza.   A   potem   kładzie   się   w   brochowisku   i   robi   ,,beee”   —   zabuczał   szef   z 
uczuciem.

— A jak długo taki jeleń się goni?
— A bo to pies czy co? Jeleń się parzy. To takie czysto myśliwskie wyrażenie. A 

poza tym jelenia się nie zabija, tylko strzela. Jeleń nie ma oczu, tylko świece. Nie ma 
krwi, tylko farbę. A kiedy się go zastrzeli, to zostaje w ogniu. Wtedy strzelec zdejmuje 

kapelusz   i   czeka,   aż   byk   dojdzie.   Potem   zmawia   pacierz   i   dziękuje   świętemu 
Hubertowi za zdobycz. — Szef zerwał z głowy beret i złożył dłonie.

— Popatrz — rzekł łagodnie i ujął Hantę pod ramię. Zaprowadził go na środek 

podwórza, tam klęknął i palcem narysował coś na brudnym klepisku.

— Co to jest? — zapytał.
— Koza — rzekł Hanta i spojrzał na Marzenkę, która stała w skrzyni i palcem 

kreśliła sobie kółko na czole.

52

background image

— To jeleń! Martwy jeleń! — ryknął szef, ale zaraz zniżył głos: — A ten, kto 

strzelca zaprowadził, to znaczy właściciel rewiru albo gajowy, ten ułamuje gałązkę i 
podaje ją strzelcowi na myśliwskim kordelasie. Jedną gałązkę wtyka się w miejsce, 

gdzie weszła kula... i to miejsce nazywa się wlot.

— No, a jak tych wlotów jest więcej?

— Coś ty powiedział? — zapytał szef, chociaż dobrze słyszał.
— No, kiedy na przykład zastrzeli się jelenia śrutem.

— Idioto!   Kretynie!   Nie   mieszaj   w   to   kłusowników!   Myśliwy,   prawdziwy 

myśliwy, na grubą zwierzynę idzie tylko ze sztuce-rem. A ten drugi kawałek gałązki 

wtyka się bykowi w gębę... — Szef urwał kawałek gałązki asparagusa, która sterczała z 
teczki Hanty, klęknął znowu i wetknął ją w te miejsca na rysunku, o których mówił.

— Na pysk to się po myśliwsku mówi gęba, co? — spytał Hanta.
— Gęba! Tylko gęba! — krzyczał szef, a miał ochotę krzyczeć jeszcze głośniej, 

kiedy   Hanta   otworzył   teczkę   i   wytrząsnął   z   niej   resztę   gałązki   asparagusa   — 
przypomniało mu się bowiem tych dwanaście kotów.

Ale na podwórze wjeżdżała właśnie z trudem pani Kiziorowa, a jej wózek był 

tak powiązany drutami, że za każdym razem ledwo, ledwo dojeżdżał do wagi. Tam się 

zwykle rozlatywał, ale pani Kiziorowa cieszyła się, że nie rozsypał się jej na ulicy.

— Zrobię teraz jeden eksperyment — rzekł Hanta do Marzenki. — Niech pani 

patrzy, jak szef rzuci się na tę kupę papierów.

Podniósł jedną książkę i otworzył ją. Była to Decyzja Sądu Najwyższego, ale 

Hanta zawołał donośnie, żeby go było słychać aż przy wadze:

.— Patrz, Marzenko, jakie piękne fotografie jeleni! Ale napisy niemieckie... Co z 

tym zrobić?

Szef przy wadze zastrzygł uszami.

— Uber das Forstwesen... Co z tym robić? — powtórzył Hanta, a widząc, że szef 

już   się   oblizał   i   odzyskał   równowagę,   dużym   łukiem   szmyrgnął   książkę   w 

dwucetnarowy stos papieru.

— Ty... ty... ty tak naumyślnie! — zawył szef, jednym susem skoczył na stertę 

papieru i zaczął grzebać w miejscu, gdzie wpadła książka.

— A przecież wiesz... ty... ty... jak ja to lubię! Może to jest ta podstawowa praca 

radcy Raubichla...

— Taki tam figurował na okładce... Ale że też pan od razu nie powiedział — 

zdziwił się Hanta.

— Ty... ty... kryminalisto!

Pani Kiziorowa wywróciła wózek kołami do góry.
— Panie Hanta, pomógłby mi pan to zreperować? — spytała.

— Ależ oczywiście, łaskawa pani — rzekł Hanta i krzyknął w stronę szefa:
— Ciepło... ciepło... gorąco!

Ale dobrze wiedział, że książka zjechała już w dół, do piwnicy.
Po pracy chodził Hanta na plebanię, gdzie pomagał kościelnemu rąbać drzewo.

W podwórzu pod ścianą znajdował się tam składzik, w którym gromadzono 

najrozmaitsze naczynia i przybory kościelne nie nadające się już do użycia. Były to 

stare ławy, klęczniki, połamane lichtarze i parę tuzinów drewnianych figur, które nie 
miały nic wspólnego ze sztuką, jako że pochodziły z fabryki drewnianych aniołków i 

świątków.   Reverendissimus   po   zlikwidowaniu   bocznych   ołtarzy   kazał   uszkodzone 
figurki umieścić w składziku.

— Co pan się tak gapi, jakby panu pszczoły z ula wyfrunęły?
— spytał Hanta.

Kościelny wyciągnął na podwórko drewniany kozioł i wskazał na kościół.

53

background image

— Te nasze owieczki na nerwy mi już działają. Nakradnie taki jeden z drugim 

kwiatów   po   parkach,   zawali   tym   wszystkie   ołtarze,   a   potem   dogaduje:   „No   tak, 
żebyście byli prawdziwym sługą bożym, to byście codziennie tym kwiatkom zmieniali 

wodę,  przycinali   łodyżki   i   sypali   sól   do   wazonów”.   Rozumie   pan,   sto  dwadzieścia 
wazonów,   z   tego   połowa  to  słoiki   po   konfiturach   i   puszki   po   gulaszu  wołowym   z 

napisem „Helios”...

— Jak pan taki nerwowy, to czemu się pan nie ożeni? To ' dobra rzecz, jak się 

człowiek ma komu wyżalić, jak w nocy budzi żoneczkę i krzyczy: „Teraz już wiem, 
kogo   mam   w   domu!”,   i   wywraca   na   przykład   kredens.   Potem   miałby   pan   inne 

spojrzenie na świat, a i na swoich bliźnich patrzyłby pan spokojniej... — tłumaczył 
Hanta. — Którego anioła mam wyciągnąć? j

— Wszystko jedno, panie Hanta. — Może tego, co mu się
łańcuch z tyłu majta.

Wyciągnęli archanioła Gabriela, który z łomotem stoczył się po innych figurach 

i nadłamał przy tym swój miecz ognisty. [ Kiedy układali go na koźle, obaj się spocili. 

>'

— My tutaj to zupełnie jak sanitariusze... — mówił Hanta I. patrząc przy tym 

Gabrielowi w czyste, wlepione w niego oczy. k |

— W małżeństwie dobrze też jest, jak, przyjdą dzieci. Ile to po- \ tem radości, 

jak synalka przyprowadzą panu żandarmi, a o córe-

czkę  trzęsie się pan, żeby jej kto brzucha nie zrobił... Ciachnę mu'skrzydła, 

można?

— Ależ oczywiście.

Kościelny   przyglądał   się,   jak   Hanta   dwoma   uderzeniami   siekiery   odrąbał 

skrzydła, tak leciutko, że wydawało się, jakby anioł tymi skrzydłami zamachał. Potem 

kościelny powiedział:

— Żeby tak tam u was znalazł się jaki kodeks karny. Patrzę ja z chóru, a tu 

młoda kobieta kradnie kwiaty z głównego ołtarza. Zbiegam na dół i mówię: „Proszę 
pani, to świętokradztwo”. A ona mi na to: „To zeżryj pan sobie te kwiatki”. Mój Boże!

Hanta rozmarzył się.
— Spędziłem   kiedyś   piękny   urlop   z   moją   żoneczka.   Odprowadziłem   ją   na 

dworzec, ona pojechała do rodziny, a ja na tydzień zostałem sam i pokwikiwałem z 
rozkoszy   jak   nażarta   świnia.   Ale   te   figury   muszą   się   fajnie   palić,   co?   Sam   bym 

spróbował; na-szczypać tak sobie na podpałkę anielskich skrzydeł, potem dorzucić 
nogę albo rękę z podniesionym palcem.

— Rzeczywiście pięknie się to drzewo pali. ' — Tego jestem pewny, ale strach 

mnie oblatuje, jak sobie pomyślę, że rozpłatałbym anielską głowę niczym w jakiejś 

rzeźni miejskiej, a to niebieske oko ciągle by na mnie patrzyło. Kształty ma to wciąż 
jeszcze ludzkie, wygląda jak jaki futbolis-ta z kędziorami. Wie pan, że jak rżniemy 

tego anioła na pół, to wciąż czekam, że krew pocieknie.

— To tak tylko za pierwszym razem. Ja też miałem takie Luczucie. Ale co z tym 

robić? Do muzeum tego nie chcą, k w kościele narn to niepotrzebne... Uwaga!

Archanioł Gabriel rozłamał się na dwie części. Na jedną stro-lę poleciały nogi, 

na drugą spadł tułów, głową w trociny.

Hanta spojrzał figurze w oczy.

— O Jezu, zupełnie podobny do jednego kelnera, co grał w naszej drużynie 

rugby. Był kelnerem w barze „Marleta”, Praga iwa, ulica Krzemencowa. Przez jakiś 

czas występował jako ookser w Yarietes na Karlinie i jako artysta rewiowy nosił imię 
Johny. Ale w życiu nazywał się... Przybył.

— Pan grał w rugby?

54

background image

— To była za młodu moja namiętność — rzekł Hanta i ułożył anielski tułów na 

koźle. — Byłem świadkiem początków sekcji rugby w klubie „Sparta”. Trenował nas 
konsul francuski Cane-las. Sklecił pierwszą drużynę z kilku lekkoatletów, a resztę z 

rzeźników   i   zapaśników.   Dusza   przyszedł   do   nas   z   klubu   sportowego   „Bina”   na 
Yysoczanach, Bretsznajder z rzeźni na Vr-szovicach. Piłkę wycyganiłem od Emericha 

Ratha, a słupki dała nam „Slavia”, żeby mieć i w Pradze rywali... Ale dlaczego pan 
zawsze taki smutny?

— Ludzie   w   kościele   mnie   męczą.   Dzisiaj   przyłapałem   jednego   starucha. 

Siedział w ławce, patrzał pobożnie na ołtarz, a laskę trzymał między kolanami. Patrzę 

ja z chóru, i niech pan sobie wyobrazi: ten stary sikał na tę laskę, i po lasce ściekało to 
szpikulcem na podłogę. Najchętniej to bym cały ten kościół w kawałki porąbał. Ale nie 

pan opowiada dalej...

— Ci rzeźnicy w drużynie zapowiadali się na dobrych sportowców. Na treningi 

przychodziła kupa ludzi. A jak w szatni ściągnęliśmy ubrania i oglądaliśmy nawzajem 
swoje ciała... to zaczynało się nam marzyć, że damy łupnia nawet Anglikom... Bo wie 

pan, każdy rzeźnik to romantyk. Pierwsze spotkanie mieliśmy z Brnem. Sportowcy-
akademicy. Jak nam podawali ręce przed zawodami, to trzęśli się jak posolone żabie 

udka.

Wyciągnęli   piłę,   ponieważ   głowa   archanioła   zwisała   już   tylko   na   paru 

drzazgach, kościelny oparł się o kozioł i odłamał tę kędzierzawą głowę.

— Zaczynamy grać, a Machacz, ten rzeźnik, powiada: „Uważaj, Hanta, na to ich 

trzecie   skrzydło,   nie   podoba   mi   się.   Nie   puszczać   ich   za   białą   linię”.   Gramy   już 
kwadrans, i...

Hanta rozejrzał się, potem wsadził sobie pod pachę tę uciętą głowę i zaczął z 

nią biec po podwórku.

— Machacz podał do mnie, a ja złapałem piłkę i tak właśnie z nią biegałem. 

Zahaczyłem o ich liniowego, ten zwalił się na mnie, ale ja piłki nie puściłem.

Hanta padł na ziemię i obiema rękami ściskał pod brodą drewnianą głowę.
_— Chłopaki wrzeszczą: „Hanta, jeszcze dwa metry!” A rzeź-nicy zaczęli prać 

tych   studenciaków.   Ale   ci,   co   dobiegli,   usiedli   na   mnie,   a   ja   z   całą   tą   ferajną   na 
plecach... o tak, na łokciach...

Sapiąc z wysiłku, jakby mu wszystkie anioły ze składziku siedziały na plecach — 

na brzuchu doczołgał się Hanta z drewnianą głową aż do progu szopy i-tam ja położył.

— I dwa punkty dla nas... — zakończył. Podniósł się i otrzepał.
— Ale potem brniacy się rozkręcili, i co z tego, że Dusza pięścią zabijał krowę? 

Co tu warta siła, kiedy studenciaki mieli technikę! Miotali się jak Planiczka, deptali 
nam po piętach, wszystko tylko się kotłowało i koziołkowało. Wlepiali  nam nawet 

ścięte gole. Co pan wciąż taki zadumany?

— No, bo pomyśl pan tylko: wypuszczają kogoś z więzienia na placu Karola. 

Wiadoma rzecz, przychodzi się przebrać do nas do kościoła. Brudną koszulę wetknie 
pod ławkę albo za boczny ołtarz. Albo pijacy. Za drzwiami kościoła się taki wyrzyga, a 

ksiądz   proboszcz   wznosi  oczy  do  nieba i   mówi:  „Jesteśmy  chrześcijanami  i  wiele, 
wiele  musimy wybaczać!”  Rozumie  pan,  ksiądz  proboszcz  wybacza,  a  ja muszę  to 

sprzątać. A na dodatek chodzę do jadłodajni dietetycznej. No co, przerżniemy jeszcze 
jednego?...

— Którego? Tego z błękitnymi skrzydłami, czy tego, co wygląda, jakby rzucał 

dyskiem?

— Może   tego,   co   wygląda,   jakby   tańczył   swinga?   Wie   pan,   panie   Hanta,   w 

kościele to lubię tylko zakochane pary. Całują się gdzieś za kolumną i na pewno nawet 

tym niebieskim władzom przyjemnie na to popatrzeć. Gorzej, jak raz natrafiłem na 
młodą kobietę, poprawiała sobie podwiązkę za kazalnicą i jeszcze mi nawymyślała... 

55

background image

„Nie   możesz   się   odwrócić,   świntuchu?”   Powiadam   panu,   panie   Hanta,   jeśli   Bóg 

istnieje, to musi mieć nerwy jak postronki... — mówił cicho kościelny, podczas gdy 
piłowali anioła, który tańczył swinga. — Nawet te kościelne obrazy już mnie nie cieszą. 

Dosyć mam już tych krwawych ochłapów. Dosyć tych kopii i mieczów grzebiących w 
ludzkich

bebechach,   dosyć   tych   wywróconych   oczu.   Czy   to   nie   ma   już   w   życiu 

przyjemniejszych rzeczy?

— Racja   —   Hanta   przyłożył   rękę   do   serca.   —   Dlatego   w   waszym   kościele 

najlepiej lubię świętego Prospera. Cholernie sympatyczny facet, ten rzymski setnik. 

Od razu poznać, że były sportowiec. Nawet po tym szkielecie to widać, leży sobie tam 
elegancko, oplatany wstążkami i welonem, niczym jaki jedwabnik... Zupełnie jakby 

sobie uciął drzemkę w upalny dzień.

— To może pan tak uważa, ale ja już wiem, dlaczego większość ludzi tak się na 

niego gapi za tym szkłem. Matka bierze dzieciaka pod pachy, podnosi go i powiada: 
„Widzisz, synku? Widzisz?” Ludzie szukają tu sensacji, chcą mieć panoptikum. Bóg z 

nimi, ale to już nie dla mnie. Powiedz pan, jak umrze panu ojciec albo dziadek... to 
wsadzisz   go   pan   sobie   do   gablotki?   .   Żeby   ode   mnie   zależało,   to   bym   Prospera 

pochował. Niech ziemia weźmie jeszcze z niego to, co jej się może przydać.

Ułożyli na koźle połowę anioła, tę połowę z rozwianą szatą i wierzgającymi 

nóżkami.

— Zupełnie jakby pływał crawlem — zauważył Hanta.

— Coś w tym rodzaju. Widzi pan, ja to już wszędzie szukam trochę samego 

siebie. Taki ze mnie raczej Kopciuszek, Jasio Wędrowniczek. Od małego ciekawiły 

mnie w geografii — i jeszcze teraz ciekawią — tylko całkiem małe wysepki na oceanie, 
takie wysepki z dala od morskich szlaków. Tylko żeby tam byli ludzie, zwierzątka, 

rośliny. Wasz szef opowiadał mi, że miał przyjaciela, jakiegoś radcę, który chociaż co 
roku mógł jeździć po całym świecie, na każdy urlop jechał zawsze w to samo miejsce. 

Przez trzydzieści trzy lata na tę samą wysepkę koło Helgo-landu. Mawiał ten starszy 
pan podobno: „To warto zobaczyć. To taka wysepka, gdzie jest jeden wieśniak, jedna 

wieśniaczka i osiemnaście łaciatych krów. A poza tym tylko wrzos, piasek, morze i 
niebo”. Czego pan chce więcej? — rozmarzył się kościelny. — Ja i gwiazdki lubię. 

Malutkie   gwiazdy.  Co  tam   Betel-.geza!  Co  tam   Aldebaran!  Lepsze  są  gwiazdy  bez 
nazwy...   takie   jak   ja.   Wtedy   wszystko   rozumiem   i   nie   czuję   się   taki   samotny. 

szczególnie teraz, kiedy mniej jest ślubów, mniej chrztów,

a przez to i mniej pieniędzy. Muszę dwa razy w tygodniu jeździć do Kladna, do 

kopalni. Czterdzieści osiem koron za szychtę.

— Chryste Panie... do tego cholernego Kladna? Tam mieliśmy przedmecz rugby 

przed spotkaniem o puchar Europy Środkowej: Kladno — Ferencvaros Torna Egisilet. 
Przywitali  nas elegancko, a w szatni  różni działacze  klubowi  zaczęli  nas podbech-

tywać,   żebyśmy   pokazali,   co   potrafimy.   No   więc   przyłożyliśmy   się,   a   po   przerwie 
przyszła   ta   mecenaska   z   Kladna   —   nazywali   ją   „Panna   Parasol”   —   i   powiada: 

„Chłopcy, w drugiej połowie będziecie grać tylko dla mnie. Izba chorych jest pusta, a 
jeśli nie zagracie jak należy, zdrowi z Kladna nie wyjedziecie. Na zadatek macie ode 

mnie... Wacławie! Niech Wacław przyniesie dla panów sportowców butelkę wina!” — 
Wzięła pięćsetkę, dała kelnerowi i powiada: „Jak zagracie po angielsku, dostaniecie 

od Wacława ten drobiazg, a na drogę jeszcze piętnaście butelek”. No i zagraliśmy. 
Panna Parasol stała na ławce i krzyczała: „Hip! Hip! Hurra!” Pokazaliśmy klasę, aż się 

kurzyło. v Zupełnie jak na wyścigach żużlowców. Nawet futboliści z Fe-rencvaros, co 
już mieli iść się ubierać, stali na trybunie i wrzeszczeli: „Eljćn!” A tu już przybiegli z 

miasta pierwsi ludzie zobaczyć, co się dzieje na boisku. A gdzie miasto — gdzie boisko!

Hanta podniósł w górę kawałek anioła.

56

background image

— Porąbię mu kostki, można?

— Jeśli to pana bawi...
— Bawi. A policja po meczu musiała nas osłaniać. Porządni ludzie pluli na nas i 

chcieli nas zlinczować. Zauważył pan, że w sporcie najwięcej nieszczęścia i wstydu 
robią   porządni   ludzie   jako   publiczność?   Policjanci   mówili:   „Chłopaki,   musicie 

przyjechać do nas na odpust. Tej niedzieli dzięki wam były w Kladnie dwie jatki: jedna 
miejska, a druga tutaj”. Lekarz klubowy zużył całą apteczkę, a my wyciągaliśmy już 

korki z tych piętnastu butelek. Ale, panie kościelny kochany... niech pan me będzie 
taki smutny, jakby się pan miał żenić.

— Sam sobą się martwię. Co to jest człowiek? Tam na dole, kiedy nas sztygar 

prowadzi, idziemy po desce, huśta się ta des-

łka,   a   my   idziemy   jak   te   duchy   i   żartujemy.   Wczoraj   jednemu   -wypadła 

lampka... i spadła z tej deski... spadała... ciągle spadała, ;aż się roztrzaskała na dnie 

przepaści. I wie pan, z powrotem to już lazłem po tej desce na czworakach. Niektórzy 
szli, ale nikt się nie odezwał. Tylko sztygar się śmiał i pawiada: „Jak nie \wiemy, 

tośmy górnicy, a jak wiemy, tośmy zafajdańce”. Kościelny pomarkotniał.

— Jeszcze jednego przerżniemy, i wystarczy. Ma pan czas?

— Mam — kiwnął głową Hanta. — Ale którego?
— Tego, co wygląda, jakby dostał... — rzekł kościelny

i urwał.
— Poganin ze mnie — szepnął.

Szef wykąpawszy się zamknął składnicę i skierował się prosto do kościoła. W 

chłodnym półmroku po kokosowym chodniku kroczył z godnością w stronę głównego 

ołtarza.

Kiedy   ukląkł   i   usiłował   się   skupić   do   modlitwy,   jego   ramienia   dotknął 

kościelny.

— Przepraszam, nie przeszkadzam? — zapytał.

— Nie. Ale że też pan nigdy do nas na wpadnie! — Szef podniósł się z klęczek.
— Przyjdę. Ale na razie chciałbym panu coś pokazać i o coś

zapytać.
— Słucham...

— Zimno,   co?   Niech   pan   pozwoli   do   zakrystii   —   rzekł   kościelny   i   kolanem 

otworzył drzwi. — Widzi pan? A jak mówiłem, że tu nawet w lecie taka lodownia, to 

pan nie wierzył. Muszę pod koszulą nosić gazety. — Poklepał się i gazety zaszeleściły.

— Niech   pan  tylko  do  nas  przyjdzie,  a wybierze  pan  sobie  .gazet,   ile  dusza 

zapragnie.

— Przyjdę, ale nich pan pozwoli dalej.

Szef rozglądał się po zakrystii. W jednym kącie stała figura, rozchylała koszulę i 

ukazywała czerwone serce. Tuż obok tej •figury znajdowała się deska rozdzielcza do 

oświetlania kościoła, naszpikowana bezpiecznikami, zupełnie jak w fabryce.

— Co to tutaj wisi? Można popatrzeć?

— Oczywiście   —   rzekł   kościelny.   —   To   fotografia   zawodnika   kolarskiego, 

proboszcz mówi, że go bardzo podnosi na duchu.

— To? A co to ma wspólnego z kościołem?
— Nasz proboszcz mówi, że ma. To jest wielokrotny zwycięzca Tour de France, 

Gino Bartali, braciszek zakonny, zdaje się, franciszkanin.

— A  jakby   tak   biskup  przyjechał   na wizytację?   Kościelny   ziewnął,   przeszedł 

przez zakrystię i postukał palcem w inne wycięte z gazety zdjęcie, wiszące przy oknie.

— Tutaj... Ojciec święty rozmawia z Gino Bartalim.

— A,  teraz   rozumiem.  Do   królestwa   bożego   wchodzą   również   ci,   co   stosują 

przemoc, a zatem i sportowcy. Zresztą papież nieboszczyk był znakomitym alpinistą, a 

57

background image

arcybiskup Lichtenstein — doświadczonym strzelcem... Ale nie przyjdzie tu czasem 

proboszcz?

— Gdzie   tam!   —   uśmiechnął   się   kościelny.   —   Pojechał   gdzieś   zagrać   w 

koszykówkę. Na motocyklu.

Otworzył szufladę i wyciągnął kilka fotografii.

— A to jest Richards, który skacze o tyczce cztery metry sześćdziesiąt dziewięć 

centymetrów.

— Dlaczego proboszcz i jego nie powiesił na ścianie?
— Nie można. Richards jest księdzem ewangelickim i nazywają go „Latający 

wikariusz”, to jest pierwszy ksiądz, który spróbował zbliżyć się do nieba przy pomocy 
własnych ramion — ale ewangelik. Naszego proboszcza to bardzo smuci, i tak samo go 

smuci, że Held, mistrz świata w rzucie oszczepem, pobił ten rekord w dwa dni po 
wyświęceniu... na ewangelickiego pastora. A to jest Vinci, jak przed zawodami czyta 

sobie Biblię. Naszego proboszcza najwięcej smuci, że żaden z tych czempionów nie 
jest ani mnichem, ani katolickim księdzem. Dzisiaj pojechał zagrać w koszykówkę i 

zabrał ze sobą fotografie paru koszykarzy. Błazny z Harlemu, Murzyni, którzy grali 
kiedyś w obecności papieża w Castel Gandolfo. Bardzo to smuci naszego proboszcza, 

dziwne, że z ambony nie krzyczy, że gdyby Pan Jezus jeszcze raz przyszedł na świat, to 
na pewno skakałby o tyczce albo grał

w   koszykówkę.   Ale   najmocniej   przepraszam...   pan   jest   myśliwym...   Co   to 

takiego?

Kościelny wyciągnął ze skrzyni komżę i rzucił ją na wieko.
— Co to za piórko?

Szef wziął komżę do ręki, obejrzał ją, po czym zdumiony podniósł wzrok.
— To piórko głuszca, a ta krew... też na pewno głuszca, bo

i niektóre piórka są zakrwawione.
— To   właśnie   chciałem   wiedzieć   —   roześmiał   się   kościelny.   —   No   proszę! 

Wszystkim nasz proboszcz się smuci, ale to go nie smuci, że na plebanii zjedli głuszca, 
a mnie nawet skrzydełka nie dali.

— Gdzie go ustrzelił?
— Gdzie? Gdzieś w Jesenikach. Umarł mu przyjaciel, pojechał więc na motorze, 

żeby   go   pochować.   Musiał   prosić   o   zezwolenie.   Wie   pan,   chyba,   jaki   z   naszego 
proboszcza elegant, nawet ornaty ma szyte na miarę. No i wrócił dopiero po trzech 

dniach. Od razu wiedziałem, że wiezie coś w plecaku. A więc to był głuszec zawinięty 
w komżę! A mnie ani skrzydełka!

— Rzeczywiście   jest   czego   żałować.   To   znakomite   mięso.   Głuszce   żywią   się 

wyłącznie   jagodami   i   młodymi   pędami.   Ale   ma   pan   pojęcie,   co   to   za   radość   dla 

myśliwego i ile to pracy kosztuje, nim się takiego głuszca podejdzie? — ekscytował się 
szef. — Kiedy z daleka słyszy pan, jak tokuje... mówi się, że głuszec trylu je, to znaczy 

szybko klapie. O, coś w tym rodzaju.

Z kieszeni płaszcza wyciągnął ołówek i mocno zastukał

w skrzynię.
— W czasie tego klapania może pan podskoczyć bliżej. Ale jak tylko przestanie, 

trzeba   znieruchomieć...   —   Wykonał   parę   skoków   i   stanął   jak   wryty   na   środku 
zakrystii. Potem ostrzegawczo położył palec na ustach.

— Pst. Teraz trzeba zaczekać, aż nastąpi tak zwane korkowanie, zupełnie jakby 

ktoś wyciągał korek z butelki. O tak!

Wsadził do ust zgięty palec, z całych sił wciągnął policzki, po czym gwałtownie 

wyszarpnął palec.

— O tak. Ale ciągle nie wolno się poruszyć.
— Boby odleciał, co?

58

background image

Szef kiwnął tylko głową, ponieważ gdyby się odezwał, głuszec z pewnością by 

odleciał.   Spoglądał   teraz   w   górę,   na   gałąź,   skąd   głuszec   wyznawał   miłość   kurom 
siedzącym gdzieś w dole na podszyciu.

— Już świta... na tle nieba widzi pan króla ptaków, korale ma nabrzmiałe od 

krwi...   nadyma   się   i   szlifuje...   —   szeptał   szef   w   jakimś   dziwnym   języku,   potem 

odwrócił głowę i zaczął tokować, gulgotać, omiatając przy tym dłońmi wzdłuż kolan.

— To   jest   tak   zwane   szlifowanie.   Wtedy   ptak   już   nic   nie   słyszy,   można 

spokojnie podskoczyć aż pod samo drzewo.

Wykonał dwa skoki naprzód, i kościelny ujrzał, jak podnosi strzelbę, której nie 

miał, i celuje w stronę, gdzie gotycka róża spinała łuki sklepienia; teraz zgiął palec 
wskazujący, i kościelny wyraźnie zobaczył, jak zakochany, śmiertelnie ugodzony ptak 

spada z gałęzi na gałąź, aż wreszcie pada na igliwie wilgotne od rannej rosy.

Przez chwilę stali obaj w zupełnej ciszy.

Pierwszy zaczął krzyczeć szef:
— A ci dzisiejsi strzelcy?! Polują na głuszce jak na kuropatwy! To bandytyzm!

— Pst...   jesteśmy   w   kościele   —   rzekł   kościelny.   Potem   powoli   wziął   komżę, 

razem z fotografiami schował ją do szuflady i wepchnął szufladę brzuchem.

— No... dużo straciłem. Szkoda... — zadumał się.
— A widzi pan! — ucieszył się szef.

— Ale chodźmy już — kościelny zakaszlał i poklepał się znowu po piersiach. 

Gazety sucho zaszeleściły.

Szli przez mroczną nawę. Tam gdzie kończył się kokosowy chodnik, drzwi były 

otwarte, a ulica jaśniała blaskiem, w którym przemknął czerwony tramwaj.

— Z ulicy piękny jest widok na kościół, a z kościoła piękny widok na ulicę... — 

szepnął kościelny. — Ale niech pan zwróci uwagę na wieczne światło.

— No co?
— Na wieczne światło — powtórzył kościelny.

— Aha... wieczne światło... zdaje się, że trochę mruga.
— Oj, dobrze by było, żeby chociaż mrugało — zachichotał kościelny. — Ono się 

w ogóle nie pali. Nie pali się, ale ksiądz proboszcz już teraz martwi się o żłobek, żeby 
dookoła i w samym żłobku umieścić neony. Rozumie pan, neony! A wieczne światło 

się u nas nie pali... Ksiądz proboszcz na łeb na szyję pędzi gdzieś nad Sazawę, żeby 
sobie   popatrzeć   na  wodę...  a   wieczne   światło  już   cały   tydzień   się   nie   pali;   ksiądz 

proboszcz jedzie na motorze do Modrzan zagrać w koszykówkę, potem gdzieś przy 
obozowym ognisku będzie brzdąkać na gitarze tę swoją piosenkę: „Tam w dali jest 

Szanghaj,   tam   płynie   ma   łódź...”„   i   nic   mu   nie   będzie   przeszkadzało,   że   wieczne 
światło się nie pali. Zostałem tu sam... bez wiecznego światła.

Kościelny poklepał się po marynarce.
— Czy   to   prawda,   szefie,   że   pan   i   nasz   proboszcz   macie   do   spółki   psa 

myśliwskiego?

— Takie brednie mógł opowiadać tylko nasz Hanta.

— Tak.   On   mi   to   mówił   i   jeszcze   mówił,   że   ten   pies   wabi   się   Arnold   von 

Tiibingen, i żeście po południu musieli zawieźć go do kliniki kynologicznej, bo mu 

kleszcz wlazł do ucha.

— Jezus Maria! Ten człowiek zaprowadzi mnie do kryminału!

— Pst! Jesteśmy w kościele.
— Też wymyślił. Chryste, ten ma fantazję! Moi przyjaciele przychodzą mnie 

oglądać... Hanta naplótł im, że zwariowałem. Ja... i zwariowałem. I potem mam w 
nocy spać... — użalał się szef. — Ale niech pan wpadnie do nas kiedy po gazety! — 

zawołał dobrodusznie i pomaszerował dziarsko w stronę placu Karola.

Przełożyła Emilia Witwicka

59

background image

Pogrzeb

— Miałem   dziś   w   nocy   miły   sen.   Śniło   mi   się,   że   klęczę   w   lesie   przed 

młockarnią, a z góry przylatuje święty Józef i kreśli nade mną wielki znak krzyża. 
Rano wiedziałem od razu, że wytypuję narciarstwo i biegi przez płotki, bo święty Józef 

wypada dziewiętnastego marca, a marzec to trzeci miesiąc ... — po-, wiedział Jarek 
zapinając płaszcz.

Chciał właśnie powiedzieć Józkowi, że totolotek bardzo sprzyja marzeniom i 

treści snów, gdy nagle przerwał mu dochodzący z zewnątrz okropny łoskot, potem zaś 

brzęki   i   przekleństwa.   Obaj   aż   przysiedli   w   śmierdzącym   rowku   pisuaru.   Kiedy 
podnosili się z wolna, Jarek zauważył, że u ich stóp leży siódemka, wymalowana na 

odłamku mlecznego szkła.

— Ojej! Dżudo! Siódemka! — ucieszył się Jarek.

— Spójrz lepiej na mój płaszcz! — Józek oglądał rękawy.
— To   znak   stamtąd,   z   góry!   —   Uszczęśliwiony   Jarek   trzymał   przed   oczyma 

ułamek szkła. — I powiem ci jeszcze, że inne cyfry nie mają znaczenia, tylko takie! 
Cudowne! A więc mamy już trzy: rano bieg przez płotki i narciarstwo, a teraz dżudo! -

— A ja będę musiał oddać ubranie do pralni — odpowiedział oschle Józek.
Wyszli z pisuaru i zobaczyli, co i jak.

Samochód ciężarowy rąbnął wrost w wysoki oszklony zegar przed Palmówką, 

który pokazuje czas na cztery strony świata. Uderzenie rozbiło wszystkie tarcze, tak że 

cyfry posypały się

li

na bruk, żelazną zaś konstrukcję zegara przegięło nad szaletem.
Przyjaciele brodzili w cyfrach.

— Mieliście   cholerne   szczęście   —   powiedział   policjant   zdejmując   gumkę   do 

konfitur z notesu. — Nic się wam nie stało?

— Nie.
— Widzieliście coś?

— Nie, słyszeliśmy tylko... Stamtąd! — Jarek wskazał pisuar.
— W porządku, możecie odejść! — powiedział policjant i zbliżył się do kierowcy 

ciężarówki, który porządkował papiery w drżących palcach. ';

— Dżudo!   Jeszcze   tydzień   i   będziemy   już   bogaci!   —   powie-   ;   dział   Jarek   i 

pocałowawszy odłamek szkła, rzucił go na bruk między inne.

Józef spojrzał na zegarek.

— Wszystko to bardzo pięknie — odezwał się — ale nie powinniśmy się spóźnić 

na pogrzeb!

Gdy wspinali się na Prażaczkę, zerwał się taki wiatr, że szli pochyleni niemal w 

pół.

Jarek mówił w uniesieniu:
— Dzięki takiemu totolotkowi człowiek wciąż jest jedną nogą w krainie czarów. 

Guzik ci pomogą wyliczenia. Zapisywałem sobie wszystkie wylosowane numery. Czy 
wiesz, że jeszcze  ani razu  nie wyszły  kajaki  i żeglarstwo?  A ten  szczęśliwy  numer 

żydowski tylko jeden jedyny raz. Nieszczęśliwa zaś trzynastka już dziewięciokrotnie. 

60

background image

Twój wujek Adolf, na którego pogrzeb właśnie idziemy, mawiał zawsze: „Krety ryją w 

nieparzystych   godzinach,   nieparzyste   numery   okażą   się   szczęśliwe!”   Typowaliśmy 
nieparzyste i — do diabła! — wyszły same parzyste.

Zatrzymał się, zaczerpnął oddechu.
— Tak to już jest! Człowiek musi mieć do tych numerków osobisty stosunek! 

Musi się z nim tak jakoś specjalnie zaprzyjaźnić! I znaleźć do nich stosunek nieomal 
miłosny. I dopiero wtedy będzie to, co trzeba. Na przykład ten spartak. Kiedy tak 

sobie tam jedzie, jest mi zupełnie obojętny, ale gdyby tak

potrącił   mnie   troszeczkę   na   szczęście,   zaraz   by   jego   numery   rejestracyjne 

zaczęły coś dla mnie znaczyć. Ale tak...

— Uwaga, Jarek! — wykrzyknął Józek odskakując. Spostrzegł jak z ciężarówki, 

która jechała w dół, stoczyła się ciężka beczka i upadła kilka metrów od nich, wprost 
pod   koła   jadącego   pod   górę,   na   Prażaczkę,   spartaka.   Natychmiast   wzbił   się   w 

powietrze słup żółtego kurzu, następnie zaś rozległ się chrzest i beknięcie opon.

Józef stał przy krawężniku i z rozpaczą spoglądał na swoje żałobne ubranie: w 

tej chwili  było już tak żółte jak ta powiększająca się nieustannie chmura, z której 
wytoczył się właśnie Jarek.

— Jak ty jeździsz, błaźnie jeden! — krzyknął w tę chmurę Józek, raz jeszcze 

obejmując spojrzeniem swoje ubranie.

— Nie bluźnij! — Jarek zatykał mu usta. — To znak z nieba! — Wskazał ręką 

targaną wiatrem chmurę żółtego kurzu, który toczył się po sczerniałym śniegu coraz 

to dalej i dalej, żółcąc zbocze pod Balkanem, a nawet sięgając aż po Krejcarek.

— Jeszcze   w   tym   miesiącu   będziemy   milionerami!   —   Krztusił   się.   Obszedł 

wokół spartaka, który wynurzył się z chmury, uklęknął w półmetrowej zaspie żółtego 
proszku, otarł tablicę rejestracyjną, ale wiatr pokrył ją znowu cienką warstwą... Skupił 

się więc na poszczególnych grupach cyfr i wycierał je pospiesznie.

— Skoki do wody! Patrzył dalej.

— Jazda figurowa na lodzis;
I znów wytarł szybko.

— I gimnastyka! — wykrzyknął po raz trzeci.
Wiatr przysłonił tablicę warstwą proszku i wygarniał spod karoserii ten żółty 

anilinowy kurz, rozwiewając go coraz dalej. Właściciel spartaka wciąż jeszcze trzymał 
ręce na kierownicy, oczy miał zamknięte i ciągle myślał, że to wszystko śni mu się 

tylko i że gdy otworzy oczy, to może nie będzie tak, jak to widział, słyszał i czuł... Teraz 
otworzył je wreszcie, właśnie gdy

tatra   111   jadąc   z   góry   z   dużą   szybkością   wjechała   na   wydmą   proszku   i 

zaprószyła okienka spartaka.

— Gimnastyka! — Jarek wprost promieniał.
— Świetna gimnastyka! — Kierowca spartaka zdobył się wreszcie na odwagę i 

wyskoczył z samochodu. — O Jezu, właśnie wyjechałem po raz pierwszy! — Załamał 
ręce spostrzegłszy, że stoi po kolana w żółtym proszku.

— Proszę pana, boję się spojrzeć: co ja tam właściwie  mam pod kołami? — 

spytał niepewnie i zmarszczki zatroskania po-bruździły mu twarz.

— Dwustukilową beczkę z aniliną — powiedział Józek.
— I po co ja wyjeżdżałem? — Właściciel samochodu uderzył się w czoło żółtą 

dłonią.   —   To   ci   dopiero   żona   będzie   gadać!   Boję   się   popatrzeć:   czy   wóz   bardzo 
rozbity?

— A co ja mam powiedzieć? Proszę spojrzeć na ubrania, a my wybieramy się na 

pogrzeb.

61

background image

— Wujek mi umarł — westchnął Józek, ale mimo to obejrzał przód samochodu. 

— Nie jest nawet tak źle — odezwał się po chwili. — Ma pan urwane lewe koło, pogięty 
błotnik i chłodnicę wgniecioną ździebko do środka...

— Ach, co powie na to żona?! — Kierowca ukrył twarz w dłoniach.
— Wiadomo,   że   pana   nie   pochwali...   Najgorsze   jednak...   czy   mam   to   panu 

powiedzieć?... — spytał Józek i spojrzał na zega^ rek, który poprzednio starannie 
otarł.

— Niech pan mówi, jestem przygotowany na wszystko!
— A więc ma pan całą gablotę skrzywiona...

— Jezus Maryja! — jęknął właściciel. — Będę miał jutro piękną gwiazdkę! — 

Zrozpaczony wlazł w żółtym płaszczu do spartaka, wziął z tylnego okienka miotełkę z 

kogucich   piór,   wygramolił   się   z   powrotem   i   zaczai   nerwowo   odkurzać   swój   wóz, 
którym wyjechał po raz pierwszy.

Po niemal nagim zboczu zjechał na sankach chłopiec i zatrzymał się tuż przy 

samochodzie.   Nabrał   garść   anilinowego   proszku,   pociągnął   kierowcę   za   rękaw   i 

spytał:

— Proszę pana, a co to jest?

—- Ojejej! — jęknął właściciel spartaka. — Zmykaj stąd, bo« nie wytrzymam. 

Mam tylko jedne nerwy! — ,krzyknął wygrażając w powietrzu miotełką z barwnych 

piór kogucich.

— Przyślemy tu panu policjanta z Prażaczki — powiedział Jarek i ruszył przed 

siebie powtarzając cicho: — Skoki do wody, jazda figurowa na lodzie, gimnastyka.

— Musimy dobrze wyciągać nogi, żeby się nie spóźnić — zauważył Józek.

* * *
Na   olszańskim   cmentarzu   dął   taki   wiatr,   że   nagie   gałęzie-drzew   łomotały 

niczym drzewce chorągwi. Obok kapliczki cmentarnej grali przemarznięci trębacze; 
poruszali palcami, nadymali policzki, nie było ich jednak słychać, gdyż wiatr kradł im 

dźwięki tuż przy instrumentach.

Józek przeczytał tabliczkę z nazwiskiem wujka, a poten* krzyknął:

— Dokąd poszli? W jakim kierunku?...
Trębacz przymknął oczy, grał nadal, wskazując mosiężnym-instrumentem, że 

gdzieś tam ...

— Tam? ... — Józek wskazał kierunek, a muzykant przytaknął, że tam, grając 

przy tym nadal, i w rękawiczkach, które miały odcięte czubki palców, naciskał guziki 
trąbki.

— Ci   muzykanci   grają   tak,   jakbyś   lekko   pisał   ołówkiem...   —   Józek   poczuł 

przypływ natchnienia. — Możliwe jednak, że gdzieś — z wiatrem — na Żiżkowie, jak 

powiew przyniesie te żałobne tony i ciśnie nimi o mur, ludziska zapytają zdumieni: 
„Skąd się tu wzięła ta pogrzebowa muzyka?” Są chyba tam!

— Co mówisz? — Józek osłonił ucho pożółkłą dłonią.
— Są chyba tam! — krzyknął Jarek.

Ruszyli w tamtą stronę pomiędzy grobami.
Ceremonia dobiegała końca. Ksiądz zdjął biret i kropił trumnę. Wiatr dął tak 

silnie,   że   żałobni   goście   oburącz   podtrzymywali   kapelusze,   a   ostry   powiew   niósł 
krople święconej wody na inne groby. Malutki fioletowy ministrant wytrwale walczył z 

wichurą o krzyż, wstążki zaś raz po raz smagały go po twarzy.

— Jaka to kwatera?

— Rzymska czterdziestka ósemka!
— Jaka? — zawołał Jarek.

Wówczas Józek, aby przekrzyczeć szum wiatru, ryknął jak mógł najgłośniej:
— Rzymska czterdziestka ósemka!

62

background image

W tej chwili jednak wichura ucichła; cały kondukt-odwrócił się i patrzył na 

spóźnionego i żółtego gościa żałobnego, który wołał radośnie:

— Żeglarstwo!

Przełożył Andrzej Czcibor-Piotrowski

63

background image

Cygańska romanca

1

Gaston   Koszulka   od   dłuższej   już   chwili   stał   przed   oświetloną^   l   wystawą 

Miejskiego Handlu Detalicznego. I kiedy raz jeszcze spojrzał na odbicie swoje twarzy 
w szybie, utwierdził się w przekonaniu, jakie zresztą żywił już od dawna, że sam się 

sobie bardzo nie podoba, że jest zupełnie zwyczajnym młodym człowiekiem, który 
wychodzi z kina jeszcze bardziej przybity niż do niego wchodził. W szybie wystawy 

widział swoją twarz i nie było dlań tajemnicą, że z taką powierzchownością nigdy |nie 
może zostać tym, kim być pragnął: Fanfanem Tulipanem.

I gdy się tak nadal dręczył swoim odbiciem w oszklonych l drzwiach Miejskiego 

Handlu Detalicznego, zjawiła się w nich Cyganka: nacisnęła klamkę i wyszła na ulicę 

Główną niosąc | w ręku pół bochenka chleba.

Gastona zdziwił rodzaj sukienki, jaką ta dziewczyna miała-Ina sobie. Były to 

dwa fartuchy spięte po bokach agrafkami: jeden założony z przodu, drugi z tyłu, tak że 
kiedy Cyganka stała na skraju chodnika i rozglądała się w obie strony, aby nie wpaść 

pod   tramwaj   albo   pod   samochód,   Gaston   nie   mógł   się   zorientować,   gdzie   ta 
dziewucha ma plecy, a gdzie niepozorne piersi. Wytarł pot z czoła i odezwał się: — No, 

niech cię nie znam!

Cyganka   obejrzała  się, zwróciła  ku   niemu  białka  oczu  i  umalowane  wargi   i 

chciała coś powiedzieć, ale głos ją zawiódł. Po czym kołyszącym krokiem nomadów 
przeszła jezdnię ulicy

Głównej niosąc tuż przy czarnych włosach w odwróconej ku niebu dłoni pół 

bochenka   chleba,   który   białą   skórką   kreślił   jej   szlak   pośród   wieczora.   Kiedy 

zatrzymała się przed oświetloną wystawą Domu Towarowego, stanęła w wyzywającej 
pozie i spod rzęs spoglądała na Gastona.

Zdobył się na odwagę i przeszedł na drugą stronę.
— Daj   popalić   —   powiedziała   wyciągając   ku   niemu   rozchylone   palce: 

wskazujący i serdeczny.

Włożył papierosa między palce, a kiedy podawał jej ognia, rzucił szarmancko:

— Jak pięknie ci pachną włosy.
— A tobie ręce się trzęsą — zrewanżowała się Cyganka.

— To od ciężkiej pracy... — Zamrugał oczyma.
— A co robisz?

— Jestem pomocnikiem hydraulika! — Zaczerwienił się.
— O, toś wielki pan. A ile kosztuje tamten sweterek? — spytała głębokim altem.

— Który? Ten?
— Nie, tamten różowy!

— Czterdzieści pięć koron.
— A więc posłuchaj: kup mi ten sweterek. Odniosę siostrze chleb i pójdziemy 

razem... I przekonasz się... — obiecywała,; a kiedy zaciągnęła się dymem, policzki się 
jej zapadły, a oczy , błysnęły. \

— O czym się przekonam? — przestraszył się.

64

background image

— Przekonasz się. Najpierw kup, a potem się przekonasz. Jak Boga kocham, 

będę cię lubiła — powiedziała i podniosła palce | z papierosem jak do przysięgi. i

— Za sweterek? — zdziwił się.

— Za sweterek!
— Ależ sklep jest zamknięty!

— Nic nie szkodzi. Daj mi tę flotę, a ja sobie sweterek kupię
jutro.

— Flotę?
— Flotę — powiedziała i wypluwając niedopałek potarła palcem o palce.

— Ach, tak... Flotę! — Gaston zrozumiał. — Daję ci słowo honoru, że dostaniesz 

ode mnie tę forsę.

— Najświętsza Panienka przyjdzie cię w nocy straszyć, jeśli mi jej nie dasz! Jak 

Boga kocham! Na pewno przyjdzie! — groziła i była poważna, bez jednej zmarszczki, i 

z bliska patrzyła Gastonowi w oczy, a oczy miała na pół twarzy jak Lollobrigida. ' 
Nagle ni stąd, ni zowąd, jakby dokonała wielkiego odkrycia, oświadczyła Gastonowi:

— Masz takie oczy! — Z kciuka i palca wskazującego zrobiła literkę o i zbliżyła 

ją do oka.

— A ty jak dwa leśne źródełka.
— Ach, jak dwa leśne źródełka... — Nie zdziwiła się. — Cyganki, kiedy są młode, 

wszystko mają piękne. A ja jestem młoda! — powiedziała i wysunęła palce.

Gaston delikatnie włożył między nie papierosa. Sam zapalił także. Przez chwilę 

spoglądał   w   szybę   wystawy,   po   czym   wyprostował   się   i   spojrzał   śmiało   na   tłum 
przelewający się ulicą Główną.

Ludzie oglądali się za nim i Gaston Koszulka zapragnął nagle, aby wszyscy jego 

znajomi — chłopcy i dziewczęta, wszyscy jego krewni szli teraz ulicą Główną w dół i 

widzieli go, jak stoi obok pięknej Cyganki, jak spoziera jej w oczy i pali przy tym 
papierosa... A teraz idzie przy niej i ta Cyganka, mimo iż ma znoszone trzewiki, stąpa 

drobnymi kroczkami niczym wielka dama.

— To wspaniałe! — oświadczył i podskoczył.

— Co wspaniałe?
— Wszystko   wspaniałe!   —   wykrzyknął   i   ścisnął   Cygankę   za   łokieć,   bo 

naprzeciwko szła sąsiadka z zakupami.

— Dobry   wieczór   pani,   pani   Fundierowa!   —   Ukłonił   się   Gaston   na   wszelki 

wypadek, aby go sąsiadka, broń Boże, nie przeoczyła.

I pani Fundierowa postawiła torbę, i rzuciła na chłopca okiem, i zobaczyła, że 

Gaston trzyma dziewczynę za łokieć, i nie wytrzymała.

— Biedna matka! — jęknęła głośno.

Ale Cyganka skręciła z ulicy Głównej w uliczkę wiodącą ku ,. rzece i paliła, tak 

jakby wzdychała. -j

Uliczka była cicha, domy w ruinie. Mogło się tutaj to i owo. ^ przytrafić, to i 

owo zdarzyć.

Wysoka   latarnia   gazowa   stała   przed   zniszczonym   budynkiem, 

przypominającym dworki w Tyrolu. Drewniane schody niknęły na pierwszym piętrze. 

Spróchniała balustrada oderwała się z jednej strony i zawisła skośnie jak drabina.

Biała skórka na bochenku chleba błyszczała, a Cyganka odłamywała tę skórkę i 

jadła, te kawałki białej skórki lśniły jak

białka jej arabskich oczu.

— Stałem tu kiedyś — zwierzał się Gaston. — Stałem tu kiedyś i czułem się byle 

jak. A deszcz padał, po prostu lało jak z cebra. A tu w świetle tej latarni gazowej 

tańczyło i śpiewało troje cygańskich bachorów... Woda się z-nich lała, ale te bachory 
śpiewały, nieustannie śpiewały to swoje: gragra i gloglor i wchodziły, i wychodziły z 

65

background image

tego   swojego   tańca...   A   deszcz   wciąż   lał   jak   z   cebra,   i   mnie   nagle,   kiedym   na  te 

bachory patrzył, zrobiło się lżej na duszy...

— To dzieciaki  mojej siostry — powiedziała i postawiła stopę na pierwszym 

stopniu. — Pójdziesz ze mną na górę?

— Jasne... ale co na to twoja siostra?

— Siostra wyjechała z dziećmi na chmielobranie.
— To komu niesiesz ten chleb?

— Bratu, ale on już poszedł do pracy — wyjaśniła i pobiegła
pierwsza.

Na górze zatrzymała się i udzielała Gastonowi rad:
— Stój! Tam brak deski... Tak, na tę deskę nie stawaj!

Gaston   chwycił   się   poręczy,   ale   ta   z   trzaskiem   runęła   na   podwórze.   Kiedy 

wspiął się na piętro, zobaczył, że w dachu jest dziura i że widać przez nią gwiazdy.

Cyganka   cieszyła   się   i  podskakiwała,   i   było  słychać,   jak   drewniana   podłoga 

kruszy się i sypie na podwórze. Ujęła Gastona za rękę, kopnęła drzwi, które długo 

skrzypiały, po czym minęli ciemny korytarz, a kiedy otworzyła kolejne drzwi i weszła,. 
Gaston klasnął w dłonie.

___ No, niech cię nie znam! — wykrzyknął.
W jednym z dwu okien płonęła latarnia gazowa: wyrastała z chodnika i świeciła 

ukośnie na podłogę dużego pustego pokoju. Blask latarni załamywał się w lustrze, 
które leżało na parapecie i rzucało na sufit srebrny prostokąt: z niego sypał się i mżył 

do   pokoju   delikatny   subtelny   blask,   zapalając   iskierki   we   wszystkich   kryształach 
weneckiego   żyrandola   wiszącego   pod   sufitem   i   błyszczącego   niczym   wystawa   u 

jubilera. A sufit pokoju był sklepiony: sklepienie przypominało otwarty biały parasol z 
czterema drutami.

— Gdzieście ten żyrandol... tego? — spytał.
— Co... tego? Masz na myśli: gwizdnęli? — wykrzyknęła Cyganka robiąc ręką 

złodziejski gest.

— No... gwizdnęli — zgodził się.

— Niech moje dzieci jutra nie dożyją — rozgniewała się i położyła chleb na 

parapecie drugiego okna — jeśli nie kupiliśmy go na bazarze. Moja siostra mogła 

sobie   kupić  kuchenkę,  ale   moja siostra  wolała   sobie  kupić  to  lustro  —  zawołała  i 
pobiegła wzdłuż ściany, na której ciągnęło się ogromne lustro: od podłogi do sufitu.

Gaston odwrócił się.
Lustro   odbijało   wenecki   żyrandol,   który   rzucał   wokół   blask   jak   świąteczna 

choinka cała w świecach.

— My nie jesteśmy tacy  zupełnie zwyczajni Cyganie — powiedziała Cyganka 

ustawiając   nogę   w   wyjściowej   pozycji   ba-letnicy.   —   Nasz   dziadek   był   cygańskim 
baronem! Nosił surdut i bambusową laskę, a jedna z moich sióstr otwierała mu drzwi, 

druga zaś siostra nieustannie czyściła buty. Abyś wiedział! — Podniosła głowę, ale 
rozkaszlała się nagle.

— No dobrze, dobrze... Ale dlaczego wciąż jesteś przeziębiona?
— My,   Cyganie,   zawsze   jesteśmy   przeziębieni.   Kiedy   byliśmy   w   teatrze,   to 

akurat   grali   „Carmen”   i   ta   Carmen   była   Cyganką,   1   także   śpiewała,   jakby   była 
przeziębiona.

— A gdzie pracujesz?
~- Ja? Tam, gdzie sypiam. Tam, na górze, w cegielni, gdzie

gotują i sprzątam — westchnęła i wziąwszy gazetę podeszła do okna, i zaczęła 

czytać przy świetle latarni.

Gaston  patrzył  w  lustro  na odbicie  swojej  twarzy;   z głowy  wyrastał  mu ów 

wenecki   żyrandol   i   rzucał   łukiem   brylantowe   szkiełka   niczym   chlustająca   wodą 

66

background image

fontanna; widział w lustrze Cygankę: siedziała na parapecie i czytała białą gazetę... A 

kiedy pomyślał, że gdyby go tu ktoś z jego znajomych chłopaków i dziewuch zobaczył, 
na pewno każdy oszalałby z zazdrości, rozpostarł ręce i pokrzykując słodko, zaczął 

tańczyć po pokoju.

— Hej ty, Czechu — powiedziała Cyganka zeskakując z parapetu. — Daj mi te 

czterdzieści koron. Nie będziesz żałować. My, Cyganki, jesteśmy czyste. — I na dowód 
uniosła owe dwa spięte fartuchy i wskazała lustro, gdzie zabłysły białe majteczki.

— A więc dasz mi te cztery dychy! — zawołała i przytuliła
się do niego.

Objął   ją,   jak   to   widział   na   filmie,   ale   kiedy   pogładził   jej   wystające   łopatki, 

przezwyciężył słabość i oświadczył:

— Nie ma mowy! Trzydzieści pięć i ani tyle więcej. Pokazał na paznokciu.
— No to trzydzieści pięć, ale natychmiast.

— Nie, dopiero potem. Kiedy się przekonam, jak sama mówiłaś.
— Ja wiem... Wszyscy jesteście tacy! Najpierw obiecujecie,

a potem dajecie dziewczynie kopniaka...
— Ja   nie   jestem   taki!   —   Gaston   wskazał   siebie   i   wyprostował   się.   —   Ja, 

dziewczyno, skoro już raz coś obiecam, to zawsze dotrzymuję słowa!

— No dobrze, dobrze — chrypiała. — To pokaż mi przynajmniej tę forsę! — I 

dotykała palcem jego piersi, i patrzyła mu

słodko w oczy.

— Po co? Dałem ci przecież słowo... A tu masz rękę!
— Słowo i ręka! Najbezpieczniej to jednak zobaczyć pieniądze. Tak bardzo bym 

chciała mieć ten sweterek. — Ujęła rękę, którą do niej wyciągnął, i położyła na swojej 
piersi. — Czy zdajesz sobie sprawę, jak by ten sweterek pięknie na mnie leżał?

— Objęła Gastona rękoma, splatając je za jego karkiem.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, ostrożnie oddzielał banknoty i drżał, aby nie 

wyciągnąć setki. Wyciągnął pięćdziesiąt koron.

— A więc ty masz forsę! — Ucieszyła się i stanęła na palcach, dotykając czołem 

jego czoła. Obracała białkami oczu i tak pochyliła głowę, że kąciki ich oczu zetknęły 
się, po czym kołysała głową i ich oczy jakby odbijały się jedne w drugich.

Masz!   Masz!   —   wołała   mrugając   rzęsami   tuż   przy   jego   rzęsach.   —   A   więc 

idziemy? Czy zaraz tutaj?

— Nie... — Przełknął ślinę i wyjął z ust długi włos. — Nie, mamy nie ma dzisiaj 

w domu, więc pójdziemy do mnie, zaparzymy sobie kawy, puścimy jazz... i... — nie 

dokończył.

obJął ją, a kiedy skontrolował tę pozę w lustrze, powiedział:

— Julio, jesteś czarująca...
— Nie jestem Julią, ale tę forsę to mi dasz?

— A więc masz tu te swoje moniaki!
I patrzył w lustro, które było ekranem filmowym, i podawał dziewczynie ten 

banknot.

Wzięła go, popluła nań, po czym starannie złożyła na pół, jeszcze raz na pół i 

jeszcze raz, a następnie uniosła fartuchy i włożyła pięćdziesiątaka za gumkę białych 
majteczek.

Pod wrażeniem białej skórki chleba, białej gazety, majteczek i^ latarni gazowej 

rzucanej przez lustro w oknie na sufit — Gaston objął Cygankę, pocałował ja, po czym 

przesunął dłońmi po jej biodrach, tak jak to robił Gerard Philipe. I czuł, jak Cyganka 
przytrzymuje swój banknot za gumką.

A potem wyszli na korytarz, gdzie poprzez dziury w dachu świeciły gwiazdy.
Gaston zaśmiał się i powiedział:

67

background image

— No niech cię nie znam! I dodał:

— Moja   ciotka   mawia,   że   Cyganie,   jeśli   ich   nie   ma   w   izbie   przynajmniej 

piętnaścioro, czują się ogromnie osamotnieni.... Nieprawdaż?

2

Rozproszone   światło   tylnej   ścianki   radia   i   zielone   oko   magiczne   łagodnie 

oświetlały pokój. Tam, skąd wyciekała muzyka, kłębił się tęsknie jazz, a trochę bliżej 

mikrofonów chrypiał Louis Armstrong. Teraz trzymał zapewne tę swoją trąbkę na 
kolanach i przeziębionym głosem raczej coś tam sobie pomrukiwał niż śpiewał, raczej 

jakby sobie po dziesiątej szklance grogu coś opowiadał o rzeczach, które wydarzyły się 
bardzo dawno...

— Ty — powiedziała Cyganka z chłodnej pościeli — ty mój chłoptysiu słodki, daj 

mi zapalić.

— Papierosy są na krześle. I zapałki także — powiedział Gaston.
Louis Armstrong przestał śpiewać, ujął teraz w czarne łapy tę swoją rurę, ujął ją 

przez   serwetkę,   tak   jak   bierze   się   butelkę   wytrawnego   szampana,   i   nadal   darł   tę 
melodię o dziewczynie z poziomkowymi włosami, i nadal miał przy tym taką minę, 

jakby mu skrobali wątrobę albo jakby jadł mielone szkło.

— A nie podpal mi łóżka — upomniał.

~ Nie. A gdyby nawet? Ale ten to śpiewa, tak jak ja mówię.
— I także ma taką czarną gębę jak ty. A popiół strząsaj za łóżko! — rozkazywał.

— No, mój chłoptysiu, chodź tu!
—— Mam zapalić światło?

°— Nie, po ciemku ludzie są ładniejsi, ale...
— Jakie znowu ale! — Gaston zerwał się. — Przecież nawet nie chciałaś, żebym 

rozpiął te twoje fartuchy. I ukłułem się. A więc jakież znów ale?

— Kiedy ja wciąż sobie myślę, że chcesz mi dać kopniaka.

—— Powinienem...
— Chodź tu, chłoptysiu — szczebiotała w łóżku. — Pozwól mi spać tu u siebie, 

wiesz...   my,   Cyganki,   jeśli   się   z   kimś   prześpimy,   to   od   razu   jesteśmy   w   nim 
zakochane...

— Nie podpal mi łóżka!
.— Ale gdzie tam! No słuchaj, teraz myślę tylko o tobie. Po-» zwól mi tu spać, 

bardzo proszę, Pozwól, nie będziesz żałować, .— Muszę bardzo wcześnie iść do pracy.

— A więc ty się boisz, że mogłabym cię okraść?!

— Oczywiście że nie, ale...
— Ale bym się tu u ciebie obłowiła! Ach, wy nicponie! Czy ty myślisz, że nie 

wiem, że do tego domu chodziła Ilonka? I że tu sobie żyły podcięła?!

— Podcięła,   podcięła!   —   Zerwał   się   i   znów   usiadł.   —   Ale   nie   u   mnie.   U 

sąsiadów. Franek z nią chodził. Ale gdzie po-» działaś tego papierosa?

— Ha ja, ha ja sverige! Gdzie masz oczy? Zgasiłam go w pu-> deiku. Ale ja ci 

mówię, że nasi zaczają się kiedyś na Franka i zemszczą się. Zemszczą się, jak mi Bóg 
miły.

— Nie rzucaj mi się tak w tym łóżku!
— A   co   ty   sobie,  Czechu,   myślisz?   Że   kim   ja  jestem?  Ja   nie   jestem   biedną 

dziewczyną. Mam dwie pierzyny i firanki do dwóch okien. A mój dziadek był baronem 

68

background image

i nosił bambusową laskę i błękitny surdut. Wiesz, że moje firanki świetnie by się tu 

nadawały?

— Być może, ale dlaczego musiałem wciąż obejmować cię rę^ koma za szyję? 

Dlaczego?

— Chcesz wiedzieć, dlaczego? Dlatego że myślałam, że mógłbyś mi... tego... — 

powiedziała i uczyniła ręką złodziejski gest,

— Że ja bym ci ukradł te pięć dych? — Zerwał się. — I dlatego nie pozwoliłaś mi 

rozpiąć tych fartuchów?

— Jesteśmy ostrożne... Ale, chłoptysiu, chodź tu, usiądź na łóżko, siądź tu przy 

mnie. Słuchaj, a może byśmy tak rozpoczęli razem nowe życie?

— Nigdy jeszcze tego nie próbowałem...

— Nic nie szkodzi, nauczę cię wszystkiego. Zaczniemy żyć razem, a jeśli ci się to 

nie będzie podobało, to będziesz mógł mnie wyrzucić. Ale dopiero wtedy. Umiem 

gotować,   sprzątać,   prałabym   ci,   szyła,   przynosiła   obiad.   I   cała   bym   się   dla   ciebie 
rozpięła. Tylko nie wolno by ci było uganiać się za dziewuchami. •

— Ja i tak się nie uganiam.
— To dobrze. Ja bym to od razu poznała i rzuciła się do Weł-tawy. A gdybyśmy 

poszli razem na zabawę do „Swietów” i gdyby mnie ktoś poprosił do tańca, to co byś 
zrobił?

— Co bym zrobił?...
— A więc pozwoliłbyś mi iść tańczyć z innymi? — Zerwała się z łóżka.

— Otrzep sobie nogi, zanim wejdziesz do łóżka. Zresztą i tak masz je brudne... 

— Zadrżał o czystość pościeli.

— Masz   rację   —   przyznała   i   wytarła   sobie   stopy.   —   Nadajesz   się   do   życia 

rodzinnego.  Ale   nie  pozwoliłbyś   mi  iść  tańczyć   z  innym?  —  wykrzyknęła,   a  kiedy 

ziewnął i nadal patrzył na nią nic nie rozumiejąc, zawołała: — Nie dałbyś mi kilka razy 
po gębie?!

I położyła się z powrotem na chłodnej pierzynie.
Gaston zamknął oczy i oburącz ściskał sobie skronie i znowu widział tę swoją 

twarz na początku tego wieczora w wystawie sklepu Miejskiego Handlu Detalicznego, 
widział   siebie   w   lustrze,   widział,   jak   ta   cygańska   dziewczyna   była   wobec   niego 

grzeczna, a tu w łóżku wylękniona najpierw, później zaś za-; wstydzona i niezgrabna...

A kiedy to wszystko przemyślał, oświadczył: t.

— Dałbym ci w gębę, że aż byś się nogami nakryła!
— Wiedziałam!   A   więc   mnie   kochasz!   —   uradowała   się   dziewczyna.   I 

gwałtownie obróciła się na brzuch i zaczęła machać bosymi nogami.

— Ale ja jestem raczej samotnikiem — wyznał.

— To dobrze — pochwaliła. — Tak powinno być. Wiesz,.; chłoptysiu, gdybyśmy 

byli w domu razem, to ja bym tu była] tak jakby mnie tu wcale nie było. Cyganki 

potrafią być ciche, i jeśli życzą sobie tego ich mężowie. i

— No,   ale   jak   to   zwykle   bywa,   przyjdą   później   dzieci.   A   wraz,   z   nimi 

zmartwienia i kłopoty...

— Jakie tam zmartwienia i kłopoty! Ja już mam małą dziewczynkę. Nazywa się 

Małgorzatka.

— A to szkoda. Bo ja tam zawsze chciałem mieć dzieci o blond włoskach.

— To będziesz je miał! Małgorzatka też jest blondynką. Miałam ją z pewrnym 

blondynem, Czechem... ale potem zaczął mi chlać i wyrzuciłam go. Ach, jaka ona 

ładna!

— No tak, ale gdzie będzie spać? — zatroszczył się.

69

background image

— Tak jak ja sypiałam. Będzie spać w pudle kanapy albo w szufladzie szafy. A 

zresztą Małgorzatka już wkrótce będzie miała trzy latka, to skoczy ci po papierosy, po 
piwo, poda ci ranne pantofle. A jak szerokie są tu okna?

— Metr dwadzieścia.
Obróciła się z powrotem na wznak.

— Co to za szczęśliwy zbieg okoliczności! — ucieszyła się. — Taką szerokość 

mają właśnie te moje firanki. Będą tu wyglądać po prostu cudownie. I abyś wiedział... 

— spuściła nogi z łóżka i uniosła fartuch — tu jest tych pięćdziesiąt koron. Żebyśmy 
mieli coś na początek, nieprawdaż? — I zza gumy białych majteczek wyjęła złożony w 

ośmioro banknot i położyła go na stoliku oświetlonym zielonym magicznym okiem.

— Ile masz lat? — spytał.

— Osiemnaście. Jeszcze przez dziesięć lat będę ładna. A ty ile masz?
— Dwadzieścia trzy.

— To najlepszy wiek. Jeszcze przez piętnaście lat będziesz całkiem do rzeczy. 

Ale gdybym poszła z kim innym zatańczyć, to byś mi wygarbował skórę?

— No chyba. Jeszcze jak!
— Przysięgnij!

— Przysięgam.
— No tak, teraz ci wierzę. I zobaczysz, co potrafi Cyganka, jeśli już kogoś kocha. 

Wszyscy ci będą zazdrościć. Ty jesteś mój mąż, a więc mój pan i władca. Od tej chwili  
jesteś dla mnie wszystkim!

Mówiła z powagą przytakując sobie głową. Gaston rozejrzał się po pokoiku: 

wydał mu się szary i nudny. Kiedy pomyślał o tamtym pokoju z weneckim żyrandolem 

i ga-

zową latarnią pod oknem, nie pragnął nic innego, tylko natychmiast spakować 

rzeczy   i   na   zawsze   wynieść   się   stąd,   by   wprowadzić   się   tam,   do   Żydów,   do   tego 
budynku, który grozi zawaleniem, ale gdzie na korytarzu widać przez dziury w suficie 

gwiazdy i gdzie można czytać wieczorem gazety w blasku ulicznej latarni.

— Ale co na to wszytko powie moja mama? — spytał.

— Zostaw to mnie. Powiem jej: „Proszę pani, ja także jestem człowiekiem”. Ale 

co byś zrobił, gdyby mama oświadczyła stanowczo: „Z Cyganką? Ożenisz się z nią 

tylko po moim trupie!?”

Co byś zrobił?

— Powiedziałbym: „Mamo, połóż się, niech przejdę po tobie!”
Podała mu usta.

—— Teraz z miłości — powiedziała.
A   potem   rozpinał  jedną   agrafkę   po  drugiej   i   ręce   mu   drżały,   kiedy   te   dwa 

odpięte fartuchy zsunęły się na podłogę jak ornat z ramion kapłana...

Poza nimi płynęła z radia dżezowa piosenka, trzy Murzynki dudniącym głosem 

śpiewały:

O, Johnny...

Trzy dudniące Murzynki, które jakby stały na drabinie w głębokiej dudniącej 

studni, a każdej wyrywały się z gardła słowa o tym samym szczęściu nieszczęśliwej, 

szczęśliwej miłości: O Johnny, my darling...

3

W krzewach przed zamkiem zaśpiewał pierwszy ptak. Po chwili przyłączyły się 

doń inne i powietrze poranku wypełnił

70

background image

ptasi szczebiot.

Gaston,   obejmując   Cygankę   wpół,   zatrzymał   się   przed   gablotką   z   fotosami 

filmowymi.   Na   plakacie   Gerard   Philipe   w   rozchełstanej   koszuli   trzymał   w   ręku 

szpadę.

— Chciałbym  przez  jeden dzień  być Fanfanem...  Tylko przez jeden dzień — 

użalił się Gaston.

— Tym? — pokazała palcem.

— To nie żaden ten! To Gerard Philipe jako Fanfan Tulipan, rozumiesz?
— No i co z tego? A więc słuchaj, co ci powiem. Ty jesteś pomocnik hydraulika, 

a kiedy ludzie nie mogą spuścić wody w klozecie, kto przychodzi? Ty.1 Kiedy się im 
zepsuje kran, kogo wzywają? Ciebie! To o tobie i o mnie powinni nakręcić film. A poza 

tym ty masz dobry zawód i jesteś pożyteczny dla ludzi, po cóż więc miałbyś skakać po 
dachach, z szablą w ręku? Kiedy przyjdziemy do cegielni, to tam zobaczysz: co drugi 

Cygan to Fanfan Tulipan, który jednak robi cegły. A z tych cegieł buduje się domy.

— Ale kiedy ten Gerard jest taki przystojny!

— Przystojny,   przystojny   —   powiedziała   Cyganka   i   ująwszy   w   palce   brzeg 

plakatu,   urwała   go   jednym   szarpnięciem.   —   Kie^   dy   wyprawimy   sobie   wesele, 

zaproszę   swoich   braci   ciotecznych,   którzy   są   węglarzami.   Zobaczysz   czterech 
Gerardów. I przyjdzie także mój dziadek w błękitnym surducie i z bambusową laską — 

opowiadała z powagą.

Potem szli koło pomnika Podlipnego, który jakby palcem przywoływał do nogi 

zbłąkane psy.

— Jesteś tak samo przystojny jak mój tatuś Demeter, który nosił mnie na ręku i 

palił, a mamusia szła za nim i tata dawał jej od czasu do czasu papierosa, aby i ona 
zaciągnęła   się   dymkiem.   Znosił   na   Żiżkowie   węgiel   do   piwnic   i   ludzie   mówili,   że 

wygląda jak król.

Cyganka nie przestawała mówić i kiedy szli wzdłuż dawnego koryta Wełtawy, 

Gaston zrozumiał, ile wiary w siebie kobieca ręka potrafi wstrzyknąć bezpośrednio w 
serce.

Zaczynało już świtać. Kilku rybaków garbiło plecy; pochylali się tak samb jak 

pręty ich wędek. Na cyplu wyspy Manin wyły w klatkach wilczury, a krzaki i drzewa 

drżały od śpiewu ptaków.

— Krótko   mówiąc:   jesteś   hydraulik!   A   któż   jest   więcej   wart?   —   spytała 

Cyganka.

— Wiesz — zwierzał się Gaston — ten mój nowy majster to straszny pies. Wciąż 

chce, abym mu mówił per ty. Ależ, jak ja mu, dziewczyno, mogę mówić per ty, kiedy 
on jest ode mnie o dwadzieścia lat starszy? A kiedy mu nie chcę mówić na ty, to 

pokazuje mnie całej gospodzie i krzyczy: ,,Ludzie, czy widzieliście kiedy takiego osła?”

— No, niech cię nie znam! — powiedziała Cyganka.

— A więc widzisz! — Zaśmiał się Gaston. — Wiesz, dziewczyno, ja zdaję sobie 

sprawę, że majster ma rację, kiedy mi mówi: „Posłuchaj, jak będziemy sobie w pracy 

mówić   na   ty,   to   ja   w   tej   intymności   tykania   będą   mógł   cię   wtajemniczyć   w 
najróżniejsze sekrety i arkana zawodu, wyjaśnić, jak we właściwy sposób zabierać się 

do rzeczy... A tak?” A ja patrzę na niego i mówię: „Niech się pan, panie majstrze, na 
mnie nie gniewa, ale pan ma już przecież dorosłe dzieci... A zresztą ja się tam z panem 

w  pracy   równać   nie  mogę...  Pan   jest  spec...   Gdzie   mnie   do   pana...”   No  i   majster 
pokazuje mnie znowu całej gospodzie . i krzyczy: „Spójrzcie no tylko, Gaston trzyma 

się z dala od swojego mistrza... Ludzie, czy widzieliście kiedy takiego osła?” Tak na 
mnie krzyczy, a potem wrzeszczy mi do ucha: „Gastonie, ty się musisz przezwyciężyć, 

musisz   nie   spuszczać   oka   z   moich   rąk,   abyś   to   umiał   jeszcze   lepiej.   Źrebiątko, 
Gastonie, kiedy już wyssie klacz, to ją kopie. Ale jeśli nie chcesz mi mówić per ty, to od 

71

background image

dzisiaj koniec ze wszystkim. To nie będzie praca, ale wojna. To nie będzie wojna, ale 

obóz koncentracyjny. I żadnych wspólnych teczek, Gastonie!”

Tak oto krzyczał mój majster i podniósłszy teczkę wysypał z niej moją menażkę 

z obiadem i łyżką prosto na podłogę. A kiedy usiłowałem tę menażkę podnieść, to mi 
ją jeszcze kopniakiem

wytrącił z ręki.
— A więc ty masz Gaston na imię? Gaston, Gaston! Ja ci coś powiem Gastonie: 

to   ładniejsze   imię   niż   Fanfan!   Ale,   Gastonie,   dlaczego   nie   powiesz   majstrowi:   ty. 
Jesteś   przecież   jego   prawą   ręką,   no   nie?   —   przekonywała,   kiedy   weszli   na   most 

Trojański.

Zatrzymali się i dziewczyna gładziła ręką szorstką powierzchnię poręczy.

— Dotknij! Czuć tu jeszcze wczorajsze  słońce... No ale dlaczego  nie powiesz 

majstrowi: ty?

Gaston pochylił się nad poręcza, po czym objął Cygankę i szepnął:
— Jestem nieśmiały.

I palcem wskazującym pokazywał w dół.
A tam na niewielkim cypelku leżał w pierzynach ogromny nagi Cygan: leżał na 

wznak, cały tułów był odsłonięty i niczym książeczka dla dzieci usiany wytatuowanymi 
obrazkami. Jedną rękę założył pod głowę, a mięśnie miał takie, że tworzyły poduszkę. 

Wąsy przypominały dwa końskie ogony. I olbrzym ten wolną ręką podnosił do ust 
papierosa i spokojnie sobie palił. Patrzył na błękitniutkie niebo z ostatnią gwiazdą i 

palił. Obok niego spoczywała kudłata głowa z twarzą ukrytą w poduszce. A spod łuku 
mostu wystawał dyszel wozu z płachtą i zad gniadego konia, który poruszał ogonem 

raz w tę, raz w drugą stronę.

— Nasi — powiedziała Cyganka z dumą. — Przyjechali tu wozem z dalekia. I 

także będą szukać pracy jak my przed rokiem.

— A dlaczego stawia konie pod mostem, a sam leży w rosie?

— Tak bywa zawsze, póki się nie przyzwyczają, tak jak my. My także, kiedy jest 

ładna pogoda, wolimy spać na dworze... Dusimy się w czterech ścianach... A mój tata 

Demeter również miał tatuaż na całym ciele. W niedzielę leżeliśmy w łóżku i palcami 
dotykaliśmy obrazków jak w książce z ilustracjami, a tatuś się śmiał, bo miał łaskotki.

— To pięknie — powiedział Gaston — że są jeszcze na świecie tacy ludzie.
Kudłata głowa obok wytatuowanego wąsala odwróciła się, rękoma rozgarnęła 

włosy   niczym   gałązki   wierzbiny   i   ukazała   się   Cyganka,   która   przeciągnęła   się   i 
ziewnęła. Cygan, nie przestając wpatrywać się w niebo, podał jej papierosa, którego 

palił, a Cyganka także spoglądała w niebo o brzasku i paliła, po czym oddała papierosa 
i znów Cygan wciągał ze smakiem błękitny dymek.

Ludzie,   którzy   czekali   na   tramwaj,   przechylali   się   przez   poręcz   mostu,   ale 

Cyganie — jak gdyby nigdy nic — podawali sobie papierosa z rąk do rąk, palili nadal i 

nadal patrzyli w różowiejące z wolna niebo. Ostatnia gwiazda zamigotała i zgasła. Po 
chwili nadjechał tramwaj.

Wskoczyli na stopień, stali na tylnym pomoście i Cygankę rozpierała duma: 

wyprostowała się i śmiało patrzyła w oczy tym, którzy widzieli na niewielkim cypelku 

tę   cygańską   parę.   Ale   zbyt   wcześnie   obudzeni   ludzie   podrzemy   wali   albo   tępo 
wpatrywali się w podłogę.

Wzdłuż   ogrodzeń  willi   szła  kobieta z  bambusowym  prętem i  gasiła latarnie 

gazowe.

— Mój dziadek miał bambusową laskę i błękitny surdut — mówiła Cyganka — i 

kiedy spotkał na ulicy rodziny, które kłóciły się i pluły na siebie, dziadek miał taką 

władzę, że tylko robił tą bambusową laską tak... — Cyganka nakreśliła w powietrzu 
poziomą linię — i już było po kłótni. A jeśli ktoś z tej rodziny nadal pyskował, dziadek 

72

background image

robił palcem tak — Cyganka kilkakrotnie poruszyła zgiętym palcem — i Cygan musiał 

się zbliżyć do dziadka, który jako cygański baron tłukł go tą swoją laga po łbie... i 
koniec.

— Czy to aby prawda? — Gaston wyraził powątpiewanie.
— Niech wszystkie nasze dzieci martwo się urodzą, jeśli kłamię, Gastonie! — 

Pośliniła palce i uniosła je do przysięgi. — Dziadek jako baron cygański sędziował 
również podczas meczów piłki nożnej. W Rozdzielowie grały ze sobą dwie dwudziestki 

Cyganów i dziadek...

— Ależ, dziewczyno, w piłkę nożną grają jedenastki! — zawołał Gaston.

I przestraszył się, kiedy z ławki podniósł się jego majster i zaczął się zbliżać do 

nich, patrząc na niego, a potem na Cygankę, która tupnęła nogą:

— Jeśli mówię, że dwie dwudziestki, to dwie dwudziestki: byłam tam. I dziadek 

sędziował bambusową laskę, na szyi miał srebrny gwizdek na złotym sznurze i jak 

ktoś kogoś za mocno kopnął, dziadek gwizdał i robił palcem tak — Cyganka pokiwała

palcem   —   i   ten,   który   grał   brutalnie,   podbiegał,   dziadek   zaś   jako   baron 

cygański walił go tą bambusową laską po łbie, a piłkarz trzymał się za głowę i przez 
chwilę krzyczał: „Ojejej!” A kiedy ból mijał, zawodnik wracał do gry.

— Tak powinno być i u nas na boiskach. I w pracy, prawda, Oastonie? — spytał 

majster.

— Hola, panie, jest pan pijany. I niech pan nie pcha nosa w cudze sprawy, 

dobrze? — Cyganka błysnęła oczyma.

— To mój majster — przedstawił go Gaston.
— To pan? — odwróciła się Cyganka.

— A to moja... narzeczona — powiedział Gaston.
— Gastonie,   Gastonie...   —   Mistrz   kręcił   głową.   —   Od   dzisiaj   znów   wspólna 

teczka... Mów mi pan, mów mi ty, jak sobie •chcesz... Tyś jest majster, tyś jest chwat... 
Ja się nigdy na Cygankę nie zdobyłem... Tylko marzyłem o niej... Cyganeczko piękna, 

Cyganeczko mała...

Mistrz śpiewał pijanym głosem.

Stał na stopniu i poranny wietrzyk rozwiewał mu rzadkie włosy.
Tramwaj zatrzymywał się.

— Panienko,   widziała   panienka   kiedy   takiego   osła?   —   Wskazał   na   siebie, 

odchylił się do tyłu, nogę wysunął do przodu i wyskoczył.

— Mistrzu, gdzieżeś się znowu włóczył? — Gaston wychylił .się z tramwaju. — A 

może mam cię odprowadzić do domu?

Majster podniósł rękę, jakby się poddawał, jakby uznawał przewagę młodości...
Na wzgórzu, gdy wysiedli z tramwaju, Gaston objął Cygankę wpół.

— Wiesz — zwierzał się — ten mój stary nie jest taki naj-.gorszy, mimo że zbyt 

wiele   pije.   Ale   on   nie   ma   już   nikogo.   J3ył   żonaty   i   miał   dzieci,   ale   kiedy   dzieci 

podrosły, ta jego kobieta oświadczyła, że te dzieci nie są jego, i że ona odchodzi z nimi 
do tego, z którym je miała, i że dziękuje mu za ich wychowanie... Majster, kiedy sobie 

o tym przypomni, ściska

sobie nad piwem głowę, trze oczy, a kiedy skończy mi o tym opowiadać, pyta: 

„Słyszałeś  kiedy,  Gastonie,  coś  podobnego?  Ja nie.  I właśnie  mnie  to  się  musiało 
przytrafić!”

Wyszli wąwozem za miasto i szli wzdłuż ogrodzenia cegielni. Pod akacją stał 

strażnik z dubeltówką w ręku.

— Kto tam? — spytał.
— To ja, ojczulku, ja... — powiedziała ochrypłym głosem Cyganka.

73

background image

— Włóczą mi się tu rozmaici łajdacy. I kiedyś stanie się nieszczęście. Bo ja tam 

do nikogo nie będę trzy razy wołał: stój, tylko od razu naszpikuję mu ołowiem nochal! 
— dręczył się stary dozorca.

— Ojczulku! — zawołał Gaston. — Cyganeczkę prowadzę. Staruszek zbliżył się 

do płotu, zarzucił dubeltówkę sia ramię.

— A ty, ulicznico jedna, już dawno powinnaś spać! — wykrzyknął.— A ten, co tu 

robi?

— To mój ukochany — wyjaśniła.
— Ukochany? A wie już przynajmniej, jak ci na imię, co?

— Nie wiem — przyznał Gaston.
— A już się pan z nią przespał! Zupełnie tak samo jak za moich młodych lat — 

cieszył się staruszek i otworzywszy bramę wziął Gastona za ramię i ciągnął: — Bardzo 
mi się to podoba. Byle tylko wytrwać w miłości. Ja także, kiedy szedłem sobie raz 

leśną ścieżką do Zwierzynka i spotkałem niewiastę, to zanim doszliśmy do wsi, jużem 
jej zaproponował rękę, a ona powiedziała: tak. Dopiero potem przedstawiliśmy się 

sobie. Dwa lata żyliśmy ze sobą na kartę rowerową, ale potem mieliśmy wspaniałe 
weselisko... Ale, ale, nie słyszał pan nic? — Strażnik zastygł w bezruchu z uniesioną 

nogą jak ogar.

— Nie — szepnął Gaston.

— To dobrze, bo ja już więcej słyszę, niż widzę. I wciąż mi się śni po nocach, że 

mnie włamywacze chcą zatłuc przy kasie — mówił staruszek, kiedy tak szli poprzez 

różową mgłę po niebieskiej trawie.

— Ciężką macie pracę, ojczulku — powiedział Gaston.

— Bardzo   ciężką   —   westchną   strażnik.   —   Ale   dobrze   mi   to   robi.   A   więc 

Cyganeczkę pan sobie przygruchał? Odważny z pana człowiek. I powiem panu, że nie 

robi pan głupstwa, tylko trzymać ją trzeba krótko, przy pysku... I będzie pan miał w 
domu   prawdziwy   raj.   Ta   moja   kobieta   też   pochodziła   z   cygańskiego   wozu...   była 

światową damą... Ale jako małżonka? — Machnął ręką. — A ty, ulicznico jedna, zimno 
ci, prawda? Młody człowieku, niech pan idzie i zobaczy, gdzie Małgorzatka, ta pańska 

narzeczona, będzie sobie lulać.

— A więc Małgorzatka! — wykrzyknął Gaston. — Co za piękne imię!

Cyganka drżała z zimna, ale śmiała się ochryple.
Stary   dozorca   wskazał   zagajnik   kwitnących   akacji,   pod   którymi   spali   w 

pierzynach   Cyganie:   jedni   z   rękoma   poza   poduszką,   jakby   płynęli   przez   polankę 
crawlem,   drudzy   zwinięci   w   kłębek,   inni   znów   tak,   jakby   dosięgła   ich   kula.   Ale 

wszystkim piersi unosił zdrowy oddech w krzepiącym śnie. Kilka dziecięcych główek 
kędziorkami i loczkami zdobiło ten cygański dom noclegowy.

— Tam są ich domki, ale oni mają to do siebie, że jak tylko przyjdzie lato i 

parne noce, to duszą się w czterech ścianach. Wiadomo, gorąca krew — chichotał 

staruszek.

A   tam   w   dole   wynurzała   się   z   błękitnych   mgieł   Praga,   żarówki   elektryczne 

paliły się jeszcze i przystrajały miasto girlandami lampionów niczym cyrk, w którym 
zapomniano wygasić światła. Petrzyńska wieża płonęła jeszcze czerwonymi sygnałami 

ostrzegawczymi, na piorunochronie strzeszowickiego komina lśnił rubin, a tutaj spali 
robotnicy cegielni i akacje sypały na nich przywiędłym kwieciem... Cyganie, dawni 

koczownicy,   którzy   przed   rokiem   przyjechali   wozami   i   brykami   do   Pragi,   w 
nausznikach   i   kapeluszach   myśliwskich,   aby   zamienić   romantyczne   harce   na 

zwyczajną uczciwą pracę.

— Ja tam nie mogą spać pod drzewem — kaszlała Cyganka.

— Ciągle   mi   się   wydaje,   kiedy   mi   na   twarz   spadają   te   kwiaty,   że   to   zmory 

siadają mi na głowie, albo, że pada na mnie śnieg...

74

background image

•— Przeskakiwała z nogi na nogę. — Ciao, Gastonie. Będę jutro

u „Swietów”. Będę wieczorem stać przy gablotce z Fanfanem... albo wiesz co: 

przyjdź po mnie do nas, do Żydów... Ciao! — zawołała przeskakując śpiących, po czym 

skinęła mu jeszcze   ręką  od  kwitnącego  krzewu   dzikiego  bzu  i dwa  spięte  ze  sobą 
fartuchy zsunęły się, a dziewczyna wśliznęła się pod pierzynę do śpiących dzieci.

— No to idziemy z powrotem! — Nocny strażnik przestępo-wał z nogi na nogę. 

— Kręcą mi się tu rozmaici łajdacy, którzy gotowi są nawet — jeśli im się nie uda 

inaczej — przebić się do mojej kasy poprzez stropy... Naturalnie  musiałoby wtedy 
mnie tu nie być! Mnie, który do nikogo nie woła: stój, bo strzelam, ale od razu wali jak 

w kaczy kuper. No tak, to Cyganeczkę  pan sobie przygruchał? — mówił stary, ale 
Gaston patrzył, jak spod jednej pierzyny wygramolił się mały Cyganek w koszulce z 

żabocikiem, stanął na skraju zagajnika i wystawiwszy ku-taska, szczał łukiem na całą 
Pragę, która leżała u stóp wzgórza.

— Patrz pan! — wykrzyknął stary dozorca, wskazując chłopca. — Być może to 

przyszły prezydent... Któż to wie? A po chwili dodał:

— A więc przygruchał pan sobie Cyganeczkę! Ale co na to w domu? Co będzie, 

jeśli mamusia powie: „Cygankę? Tylko po moim trupie?” Co pan jej odpowie, hę?

— Powiem: ,,No to kładź się, mamo, niech po tobie przejdę.
  Ta Cyganka mnie, matko, postawiła na nogi!” — powiedział

 Gaston i podparł się jedną ręką pod bok, i spoglądał w dolinę, gdzie po białym 

moście  jechał tramwaj  niczym  harmonijka ustna, a w jego oknach lśniło  poranne 

słońce.

Przełożył Andrzej Czcibor-Piotrowski

75

background image

Bawidułki

1

Na ławce przed cementownią siedzieli dwaj staruszkowie, kłó-jcili się, łapali za 

klapy marynarek, wrzeszczeli sobie do ucha. Kapuśniaczek cementowego pyłu siąpił 
nad całą krainą,

I   wszystkie   domki   i   ogródki   pokryte   były   warstwą   zmielonego   na   mączkę 

wapienia.

Zboczyłem na zasłane pyłem pola.
Pod samotną gruszą chuderlawy mężczyzna ścinał sierpem | trą we.

— Ej, panie, kim są ci staruszkowie, co tak wrzeszczą koło [portierni?
— Niby   ci,   co   siedzą   przy   głównej   bramie?   To   nasi   emeryci   |— odparł 

chuderlawy mężczyzna i nadal ścinał trawę.

— Piękną mają starość — mówię.

— Prawda? — rzekł mężczyzna. — Ja też już się okrutnie Jeieszę, że za parę lat 

będą tam siadywać.

— O ile pan doczeka emerytury!
— Nie ma obawy. Tu jest niezwykle zdrowa okolica. Przeciętny wiek wynosi 

siedemdziesiąt lat — powiedział człowieczek i jedną ręką zręcznie żął trawę; wzbijały 
się z niej kłęby cementowego pyłu jak nad ogniskiem dym z wilgotnego drzewa.

— Przepraszam pana — mówię — ale o co ci dziadkowie tak Ssie kłócą? I czemu 

bez ustanku na siebie krzyczą?

— Chodzi im o cementownię. Uważają, że om lepiej by wszystkim pokierowali. 

A poza tym, jak się wykrzyczą, wieczorem mają lepsze pragnienie! Nie dziwota, całe 

życie   w   tej   cementowni   przepracowali,   to   i   zrośli   się   z   nią,   to   i   żyć   już   bez   tego 
fabryczyska nie mogą.

— Nie lepiej, żeby chodzili sobie na grzyby? Albo w ogóle przenieśli się gdzieś w 

pograniczne lasy? Każdy by dostał domek z ogródkiem!

I otarłem grzbietem dłoni nos, a na ręce pojawiła się śliska czarna krecha.
— Niech   Bóg   broni!   —   powiedział   człowieczek   i   przestał   żąć.   —   Jeden   z 

emerytów nazwiskiem Mareczek przeniósł się w lasy aż gdzieś za Klatovy... a w dwa 
tygodnie potem przywiozła go karetka pogotowia. Od tego zdrowego powietrza dostał 

tam dy-chawicy. Ale po dwóch dniach znów był zdrów jak ryba. Ten, co tam przy 
głównej bramie najwięcej gębuje, to właśnie ów Mareczek. Nie dziwota, tu powierzę 

jest krzepkie jak noga w biodrze, jak grochówka.

— Ja grochówki nie lubię — rzekłem i cofnąłem się pod gruszę.

Zakurzoną   polną   drogą   cwałowała   para   koni   wzbijając   kopytami   tumany 

miałkiego   cementu,   w   których   niknął   wóz.   Niewidoczny   woźnica   śpiewał   sobie 

radośnie, a naręczny wałach naprężył uzdę i odłamał gałąź gruszy, strząsając z cetnar 
cementowego   pyłu.   Wyciągnąwszy   przed   siebie   ręce   jak   ślepiec,   po   omacku 

wydostałem się z tej chmury.

Po chwili spostrzegłem, że mam na sobie szare ubranie, choć wyruszyłem z 

domu w czarnym.

Mówię: — Niech mi pan łaskawie powie, gdzie mieszka Jurek Burgan?

76

background image

Człowieczek nadal żął trawę, balansując drugą ręką, aby zrównoważyć ciężar 

rozkołysanego ciała.

Nagle zawadził sierpem o kretowisko, skoczył jak oparzony i w popłochu dał 

dęba w pole.

— Osy! — krzyknął,

I dymał wywijając sierpem wokół głowy.
Dogoniłem go.

— Panie! Pytam, gdzie mieszka Jurek Burgan!
— Jestem tatusiem Jurka — zawołał człowieczek w biegu i nadal oganiał się 

ostrym sierpem przed atakującymi osami.

— Miło mi pana poznać, jestem przyjacielem Jurka — przedstawiłem się.

— A to się syn ucieszy! Nie może się pana doczekać! — wykrzyknął pan Burgan 

i przyspieszył biegu.

A   kiedy   tak   szermował   sierpem   i   chłostał   nim   osy,   zamachnął   się   jakoś 

niefortunnie i wbił sobie sierp w głowę.

Ale prześcignął mnie bez trudu i pędził jak wiatr, a sierp sterczał mu z czaszki 

niby kogucie pióro u kapelusza.

Przy furtce zatrzymaliśmy się.
Pan   Burgan   nawet   brwią   nie   ruszył.   Krew   ciurkała   mu   po   zakurzonych 

włosach, opływała uszy i skapywała pod brodę.

— Wyciągnę panu ten sierp — mówię.

— Potem, może syn będzie chciał mnie namalować. O, idzie moja żona!
Z   furtki   wyszła   gruba   matrona,   rękawy   miała   zakasane,   a   ręce   lśniące   od 

tłuszczu, jakby akurat wyjęła z brytfanny gęś. Obwisła dolna warga, opadająca jedna 
powieka.

— Toć już pana wyglądam — powiedziała miętosząc mi dłoń — serdecznie pana 

witamy!

Z furtki wybiegł Jurek, różanolicy młodzian, jedną ręką potrząsał mi dłoń, a 

drugą wskazywał krajobraz: — Przyjacielu! Spójrz, jak tu pięknie! Może kłamałem, 

co? To jest koloryt! To jest landszaft! To jest plener!

— Istotnie, ale spójrzcie, co się stało tatusiowi! — mówię.

— Co? — zaczął się rozglądać Jurek.
— Co? To! — i zatarmosiłem sierpem sterczącym z głowy pana Burgana niby 

ogromny dziób.

— Au! — powiedział pan Burgan.

— A,   to   —   machnął   ręką   mój   przyjaciel   —   myślałem,   że   Bóg   wie   co   się 

przydarzyło. Patrz, mamo, tatuś znów odganiał osy! Oj, tatusiu, tatusiu! — pogroził 

Jurek palcem, roześmiał się i dodał: — U nas nie ma dnia bez jakiejś hecy. Swego 
czasu

kradli   nam   ciągle   króliki,   no   więc   tatuś,   wiadomo   —   racjonalizator,   tak 

przemyślnie ułożył deski na gnojówce, że każdy, kto w nocy choćby nie wiem jak lekko 

na nie stąpnął, musiał wpaść do środka. Bo królikarnia znajduje się tuż przy dole na 
fekalia. Ale ma się rozumieć tatuś o tym zapomniał i wpadł rano sam.

— Tam nie jest głęboko — powiedział pan Burgan.
— Jak? — nastawił ucha Jurek.

— Tak — powiedział pan Burgan przeciągając dłonią po szyi.
— No właśnie! — zarechotał Jurek i ciągnął: — Kiedy indziej tatuś wystąpił w 

roli higienisty. Wsypał do wygódki kubeł karbidu, a w chwilę później wytrząsnął tam 
fajkę.   Wychodzę   ja   na   dwór   i   co   widzę?   Grzmotnęło   jak   z   armaty,   pięć   kwintali 

fekaliów zawirowało w powietrzu, a w środku, sześć metrów nad ziemią, koziołkował 
tatuś! Całe szczęście, że spadł na kupę gnoju!

77

background image

— Hehehehe... — zaśmiała się pani Burganowa, aż brzuch jej podskakiwał.

— Nieprawda... Że nad gnojem to fakt, ale nie sześć metrów — promieniał pan 

Burgan, a zaschnięta krew wokół uszu lśniła jak emalia.

— A ile? — nastawił ucha Jurek.
— Najwyżej   pięć...   a   fekaliów   też   nie   było   więcej   jak   cztery   kwintale   — 

powiedział   pan   Burgan   i   zwrócił   się   do   mnie:   —   Syn   jest   artystą,   toteż   zawsze 
przesadza.

— No pewnie — mówię — ale moi złoci, nie gniewajcie się, mnie ten sierp w 

głowie drażni!

— Och Boże, to przecież drobnostka — powiedziała pani Burganowa, chwyciła 

za rękojeść, zatarmosiła i wyciągnęła sierp z rany.

— Czy pan Burgan aby nie dostanie zakażenia krwi? — wyszczerzyłem zęby w 

zatroskanym uśmiechu.

— Nie, tutejsze  powietrze  wszystko  leczy  — odparła  matrona,  tkliwie  stuliła 

dłoń w pięść, kuksnęła pana Burgana w czoło i powiedziała: — W ogóle najlepszy 

sposób na tatusia to przy-trzeć mu z samego rana rogów. A dlaczego? Bo jest gałgan. 

Po czym chwyciła męża za kłaki, zawlokła go na podwórze, jedną ręką przygięła 

mu głowę i wtłoczyła pod pompę, a drugą pompowała wodę.

— Przyjacielu   —   rzekł   Jurek   —   tatuś   to   prawdziwy   chwat.   Podczas 

tegorocznego   urlopu   wziął   się   do   naprawiania   rynny,   chodził   bez   żadnego 

zabezpieczenia   po   samej   krawędzi   dachu   i   śmiał   się.   Mama   wartowała   na 
cementowym   chodniczku,   aby   w   razie   czego   pobiec   po   karetkę   pogotowia.   A 

czternastego dnia tatuś się przywiązał sznurem i spadł z dachu, i zawisł za nogę. Ja 
poiłem go z okna gabinetu, a mama przez ten czas wymościła cementowy chodniczek 

wszystkimi pierzynami, jakie były w domu. I co powiesz? Kiedy tatusia odciąłem, 
spadł jak kamień tuż obok pierzyn. Na cement!

— Hehehehe... — śmiała się pani Burganowa — na cement, ale już tego samego 

wieczora poleciał do gospody! — i pompowała dalej.

— Tatuś jeździ także na motocyklu — ciągnął Jurek donośnym głosem, żeby i 

ojciec słyszał — znajomi szoferzy wciąż nam mówią: „Nie gniewajcie się, ale ten wasz 

tatuś tak  jest na bakier  z przepisami ruchu, że pewnego dnia przyniesiecie go do 
domu   w   prześcieradle!”   Hahahaha!   Aż   raz   tatuś   nie   wrócił   z   przejażdżki,   więc 

wzięliśmy   prześcieradło   i   poszliśmy   go   szukać.   No   i   na   zakręcie,   o   tam,   gdzie   te 
zarośla   tarniny,   nagle   w  gąszczu   jakby   coś   zabeczało.   Patrzymy...   mamo,   i   cośmy 

zobaczyli?

— Hehehehe... — zaśmiała się pani Burganowa, przytrzymując głowę męża pod 

pompą.

— Tatuś   razem   z   motocyklem   zaklinował   się   w   tarninę!   —   — dusił   się   ze 

śmiechu Jurek. — Zapomniał o zakręcie i wjechał prosto w krzaki... i siedział tam całe 
dwie godziny jak posąg, z rękami na kierownicy, bo ze wszystkich stron ujęty był w 

szalowkę z cierni tarniny i kolczastych gałązek...

— Na dokładkę jeden cierń wbił mi się do nosa, a drugi pod powiekę... a mnie 

się chciało kichnąć! — zawołał pan Burgan wysuwając głowę spod pompy, lecz pani 
Burganowa chwyciła go za kłaki i wepchnęła z powrotem.

— I jak wydostaliście tatusia z tych cierni? — spytałem i aż zakłuły mnie ciarki.
— Przyniosłem   najpierw   nożyce   do   strzyżenia   owiec,   potem   sekator, 

zastosowałem   tak   zwane   cięcie   Preislera   i   po   godzinie   tatusia   wystrzygłem   — 
powiedział Jurek.

Pan   Burgan   chciał   coś   dodać,   lecz   gdy   uniósł   głowę,   walnął   ciemieniem   o 

żelazną rurę pompy.

78

background image

Na pobliskim wzgórzu błysnęło, a zaraz potem rozległa się detonacja.

— Godzina dziesiąta — oznajmił Jurek.
— Łobuziaki — powiedziała z czułością matka spoglądając na pagórek, gdzie z 

poręby wyrastał biały obłoczek.

Wśród zakurzonych sosen na wzgórzu kręcili się żołnierze, teraz jeden z nich 

wyszedł   na   porębę,   na   znak   dany   chorągiewką   odbezpieczył   granat,   cisnął   go   na 
środek   leśnej   przesieki   i   padł   na   ziemię...   i   znów   najpierw   wybuch,   potem 

mlecznobiała   chmurka.   Fala   powietrza,   która   spłynęła   w   dolinę,   strząsnęła 
cementowy pył z krzaków leszczyny i ze słoneczników.

— Łobuziaki — powtórzyła pani Burganowa łagodnie. Wyciągnęła męża spod 

pompy, odgarnęła mu włosy i troskliwie obejrzała ranę.

— Na   świeżym   powietrzu   wszystko   się   pięknie   zagoi   —   oświadczyła   i 

uprzejmym gestem zaprosiła mnie do mieszkania...

2

W kuchni wisiały dziesiątki zakurzonych obrazów.

Pani   Burganowa   stawiała   pod   każdym   krzesło,   wchodziła   na   nie   ciężko   i 

wilgotną ściereczką wycierała płótno po płótnie; w jednej chwili kuchnia zajaśniała 

wesołymi, jaskrawymi barwami.

Co   pięć   minut   budynkiem   wstrząsała   detonacja   z   poligonu,   a   w   kredensie 

rozdzwaniały się kubki i talerzyki. Mosiężne łóżko na kółkach przy każdym wybuchu 
granatu przejeżdżało kawałek po podłodze, zaś pani Burganowa za każdym razem 

spo-

glądała w kierunku eksplozji i za każdym razem mówiła łagodnie:

— Łobuziaki...
Pan Burgan wskazywał sierpem obrazy i objaśniał:

— Jak   widzimy,   syn,   kiedy   malował   ten   „Zachód   słońca   nad   stawem   w 

południowych   Czechach”,   włożył   o   numer   mniejsze   kamaszki,   kiedy   malował   ten 

„Motyw z Karlsztejna”, wbił sobie w piętę gwóźdź długości pół centymetra... Tu znów, 
gdy pracował nad „Bukowym lasem pod Litomyszlem”, przez cały dzień nie poszedł za 

małą potrzebą... a tutaj, proszę spojrzeć, kiedy syn tworzył „Pasące  się konie pod 
Przybysławiem”, stał po pas w cuchnącym bagnie... A kiedy malował „Na szczycie 

góry”, na odmianę trzy dni pościł, nim przystąpił do aktu tworzenia...

Pan Burgan objaśniał, zaś pani Burganowa pod każdym omawianym obrazem 

stawiała   krzesło,   wchodziła   na   nie   ciężko   i   wycierała   malowidło   wilgotną   ścierką, 
a~przy tym co pięć minut spoglądała poprzez mury w kierunku eksplozji i za każdym 

razem mówiła łagodnie:

— Łobuziaki...

Potem zadzwoniono na południe i mosiężne łóżko przejechało na mosiężnych 

kółkach aż pod przeciwległą ścianę. Pan Burgan wskazał ostatni obraz.

— Jak widzimy, to dzieło syn nazwał „Zimowy nastrój”, a kiedy je tworzył, zdjął 

buty, podwinął nogawki  spodni i przez godzinę przyglądał się motywowi  stojąc w 

zimowym styczniowym potoku...

— Łobuziaki — powiedziała pani Burganowa i zeszła z krzesła.

Zapanowała przygniatająca cisza.
Pani   Burganowa   przetoczyła   mosiężne   łóżko   przez   całą   kuchnię   na   dawne 

miejsce.

79

background image

— Piękne   obrazy,   głębia   przeżycia   widoczna   jak   na   dłoni   —   mówię   —>   ale 

dlaczego Jurek wkłada o numer mniejsze kamaszki, dlaczego, gdy maluje, wbija sobie 
gwóźdź w piętę, dlaczego włazi na bosaka do styczniowego potoku, dlaczego?

Jurek, cały w pąsach, patrzył w podłogę.
_ Widzi ^an — rzekł pan Burgan — syn nie ma akademii... więc niedostatek 

wykształcenia zastępuje silnymi doznaniami... bo co tu kryć, myśmy pana dlatego 
właśnie   zaprosili...   my   byśmy   chcieli   siedzieć,   czy   syn   mógłby   uprawiać   sztukę   w 

Pradze...

_ Juiku _ mówię — ty malujesz te pejzaże w plenerze? Skąd bierze;z, gdzie 

wynajdujesz te cudowne barwy? Gdzieżeś posiadł umiejętność zestawiania błękitu z 
czerwienią? Impresjoniści nie p wstydziliby się tych kolorów. Skąd je bierzesz?

Pan Eurgin odgarnął sierpem firankę, z której posypał się
drobniutki jył.

— Widzi pan? — zawołał. — Widzi pan ten koloryt? Prawie wszystkie cbrazy, 

które są tutaj w kuchni, były malowane w tej otokninie. Proszę spojrzeć na tę orgię 

barw!

Pan   Burzan   przytrzymywał   firankę,   a   ja   wpatrywałem   się   wraz   z   nimw 

roztaczający się za oknem krajobraz, który przecież byłszjry jak stado zgrzybiałych 
słoni; każdy najlżejszy ruch podryvał z ziemi wstęgę cementowego pyłu, za kosiarką, 

ciągniętą pizez traktor  po łanie lucerny, kłębił się siwy obłok niczym za powozem 
jadącym po zakurzonej szosie, na trzecim czy czwartym polu stał wóz drabiniasty, 

parobek wrzucał nań snopy, a ksżdy snop, który podniósł, jakby się zapalał, tak się z 
niego kuryło i dymiło.

— Widzi pan ten koloryt! — potrząsnął pan Burgan sierpem. Na porętę wyszedł 

żołnierz, odbezpieczył granat i rzucił go

przed sietw.
Mosieżnełóżko znów zaczęło wędrować. Pani Buiganowa, o dziwo, milczała.

— Łobuaaki — mówię.
Położyła mi rękę na ramieniu, łypnęła spod obwisłej, przypominającej naleśnik 

powieki i strofowała po macierzyńsku: — Pan nią paiu nie wolno. To tylko my, tutejsi, 
mamy prawo wymyślać.' Al< my nie wymyślamy, my jedynie folgujemy sobie. / Taka 

umóviona gra. Przecież to nasi żołnierze. Nie wie pan, tak jak w rodznie. W rodzinie 
też można sobie na to i owo pozwolić, jeden ćrugego może objechać, posłać do diabła i 

w ogóle. Ale to jest dopiszczalne tylko między członkami rodziny. Nikt inny

nie ma prawa, w żadnym wypadku. Z naszego tatusia tylko Jurkowi i mnie 

wolno pokpiwać... nikomu więcej... ale jak pan uważa? Czy syn ma jechać do Pragi? 
Przyczyni się tam do rozwoju czeskiego malarstwa?

I pani Burganowa zwróciła na mnie oczy, w których widniała głęboka mądrość, 

oczy, które potrafiłyby dojrzeć nawet pyłek na dnie mojej duszy.

— Praga to porodowe kleszcze — mówię spuszczając wzrok — a te obrazy to już 

nie zadatki, lecz dojrzałe dzieła. Myślę, że mógłby wyruszyć na podbój sławy...

— Zobaczymy — rzekła pani Burganowa.
Pan Burgan otworzył drzwi do pokoju i wskazał sierpem.

— Syn  również  rzeźbi,  widzi  pan? — zawołał  i postukał sierpem w gipsowy 

posąg wzdęty kopczykami wielkoludzich mus-kułów.

— To jest ,,Bivoj bez odyńca” — powiedział.
— Nadzwyczajne!   Co   za   bicepsy!   —   mówię.   —   Jurku,   przyjacielu,   kto   ci 

pozował? Jakiś sztangista albo bokser ciężkiej wagi? Jurek, cały w pąsach, patrzył w 
podłogę.

— Ani sztangista, ani bokser — powiedział pan Burgan — lecz ja! — i wskazał 

na siebie sierpem.

80

background image

— Pan?

— Ja!   —   promieniał   malutki   pan   Burgan.   —   Syn   wszystko   potrafi   sobie 

dośpiewać.   Syn,   kiedy   słyszy   kapiący   kran,   chwyta   za   ołówek   i   rysuje   wodospad 

Niagarę, syn, gdy się ukłuje w palec, zaraz pyta, ile kosztuje pogrzeb trzeciej klasy. 
Minimalne podniety, maksymalne rezultaty — dodał mrugając oczkami.

— Skąd pan się tak na tym zna! — mówię.
— Toć pochodzę z Vrszovic! — wykrzyknął i podrapał się sierpem w głowę. — 

Widział pan może „Troilusa i Kressydę” Shakespeare'a? Jakieś ćwierć wieku temu 
statystowałem   w   rzeczonej   komedii   w   Teatrze   Yinohradzkim.   Do   piątego   aktu 

reżyserowi   potrzebne   były   dwa  piękne  gołe   posągi   na  gzymsie.  No  i   jeden   z  tych 
posągów odstawiałem ja, zrobiony na brąz, a ten drugi goły posąg odstawiała pewna 

dziewczyna.   Co   wieczór   przez   cały  piąty   akt   leżeliśmy   nieruchomo   na   gzymsie,  w 
oślepiają-

cym świetle reflektorów, z góry gapili się na nas maszyniści, zwłaszcza na to 

piękne dziewczę... a gdy „Troilusa i Kressydę” zdjęto z afisza, poprosiłem tę gołą, 

zrobioną na brąz dziewczynę o rękę, ona zaś powiedziała: Tak... i żyjemy już z sobą 
dwadzieścia pięć lat...

— To jest ten zrobiony na brąz posąg? — mówię. Pan Burgan z uśmiechem 

skinął głową.

— Ten,   co   w   piątym   akcie   leżał   na   gzymsie?   —   mówię.   Pan   Burgan   z 

uśmiechem skinął głową.

— Może wpuścimy trochę świeżego powietrza — odezwała się pani Burganowa.
Cementowy pył siąpił na dywan.

— Gdyby pan kiedy chciał podreperować stargane nerwy — powiedziała pani 

Burganowa — proszę przyjechać do nas choćby na cały tydzień.

— A tymi granatami to tak bez ustanku rzucają? — mówię.
— Nie — odparła pani Burganowa wyciągając z szafy odkurzacz  — tylko od 

poniedziałku do soboty i jedynie od dziesiątej do trzeciej. Dlatego niedziele są tutaj 
niewymownie smutne. Panuje taka ogłuszająca cisza, że bębenki mało nie popękają, 

Od tej ciszy. Więc puszczamy radio, a Jurek od rana gra na heliko-nie. I pocieszamy 
się, że aby tylko przespać noc, a nasi żołnierze znów się zjawią...

— Naprawdę leżeliście oboje na gzymsie nadzy, zrobieni na brąz? Naprawdę? 

— mówię.

— Naprawdę   —   potaknęła   pani   Burganowa,   ociężałym,   kolebiącym   krokiem 

podeszła do męża i podała mu zwinięty sznur z wtyczką do kontaktu.

— Tatusiu — powiedziała — odkurz tę rabatę astrów pod ścianą, to zrobię panu 

piękny bukiet! Łobuziaki... — dodała z czułością i spojrzała przez okno na wzgórze, 

gdzie na porębie wyrósł biały obłoczek przypominający krzak kwitnącego głogu...

Przełożyła Cecylia Dmochowska

81

background image

Bar „Świat”

Po   szklanej   ścianie   baru   spływały   strugi   wieczornego   deszczu,   przez   placyk 

przemykali   przechodnie   zgięci   wpół   i   przytrzymywali   kapelusze   lub   osłaniali   się 

parasolami.

A do baru wpadały dźwięki skocznej muzyki z restauracji na piętrze i gwar, 

który od czasu do czasu zamieniał się w gromki śmiech. Bufetowa natoczyła piwa i 
poszła do toalety.

Kiedy   otworzyła   drzwi,   ujrzała   dziurkowane   pantofle   wiszące   metr   nad 

podłogą,   nogi   wystające   ze   spódnicy   w   żółto-czer-woną   kratę,   a   później   żakiet   z 

bezwładnie   oklapniętymi   rękawami,   z   których   sterczały   ręce,   i   głowę   dziewczyny 
zwieszoną na klapy żakietu...

Dziewczyna   wisiała   na   pasku   od   torby   sportowej   przywiązanym   do   klamki 

okienka, którym wietrzyło się toaletę.

— No, no — powiedziała bufetowa, a potem wzięła drabinę składaną, jedna z 

kelnerek   dźwignęła   powieszoną   i   bufetowa   odcięła   ją   długim   nożem   do   krajania 

wędlin. Zarzuciła sobie dziewczynę na plecy i zaniosła ją na zaplecze, ułożyła na stole 
przeznaczonym do stawiania brudnych naczyń i rozluźniła pasek.

Odwróciła głowę.
Za szklaną ścianą baru stał na deszczu jakiś mężczyzna i gapił się na stół.

Bufetowa zaciągnęła kretonową zasłonę.
Potem przyjechało pogotowie.

Młody lekarz wpadł do baru, a dwóch sanitariuszy wyciągnęło nosze z karetki. 

Lekarz   przytknął   ucho   do   piersi   dziewczyny,   wziął   ją   za   rękę   i   szybko   rozsunął 

kretonową zasłonę, dawał znaki, żeby sanitariusze już się nie trudzili.

— Jestem tutaj niepotrzebny — powiedział.

— A co my z nią zrobimy? — spytała bufetowa. ' — Przyjedzie  patologia — 

odparł.

— To niech szybko przyjeżdża, sprzedajemy tu jedzenie i napoje.
— Na   jakiś   czas   będziecie   musieli   zamknąć   —   burknął   doktor   i   wybiegł   na 

deszcz, karetka pogotowia pomknęła z wyciem klaksonu.

A do baru wpadały dźwięki skocznej muzyki z restauracji na piętrze i gwar, 

który od czasu do czasu zamieniał się w gromki śmiech. Przed ścianą ze szkła stało 
kilku ciekawskich, przyciskali dłonie do szyby, te dłonie były białe i nienaturalnie 

duże. Nad nimi świeciły oczy rozszerzone ciekawością.

Potem do drzwi podszedł wysoki chłopak. Był przemoczony i oba rękawy miał 

wybielone tynkiem, musiał ocierać się o ściany. Położył dłoń na klamce, ale chciał 
odejść.

Bufetowa otworzyła drzwi.
— Niech pan wejdzie, porozmawiamy — a kiedy wszedł, załamała nad nim ręce 

— tramwaj pana przejechał? A może zleciał pan z dachu?

— Gorzej — powiedział — przedwczoraj uciekła ode mnie narzeczona.

I brudnymi rękami zasłonił sobie oczy.
— To pan zaręczony? Nie widziałam pana z kobietą ;— zdziwiła się, topiąc w 

zlewozmywaku   puste   kufle,   a   kiedy   natoczyła   piwa,   ustawiła   kufle   w   windzie, 
zamknęła klapę i nacisnęła guzik. Potem wzięła jedną smukłą szklankę i energicznym 

ruchem  smyrgnęła  nią  po  mokrym,  cynowym   blacie   bufetu   i   piwo  zatrzymało   się 
wprost przed łokciem chłopaka.

82

background image

Upił  łyk, oparł  but  o  mosiężny  pręt umocowany  wokół baru  nad  podłogą i 

obserwował jak z podeszwy cieknie woda.

— Uciekła — powiedział. — Na kolację rąbaliśmy młotkiem stary chleb i ona 

przypomniała   sobie,   że   pochodzi   ze   starej   rodziny   baronów,   zaczęła   krzyczeć: 
„Karolku, ja bym tej twojej matce wpakowała do gęby ręczny granat!” I wzięła nóż, 

taki składany tępy scyzoryk, i wbiła go w drzwi. Ale nóż się przypadkowo zamknął i ją 
skaleczył. Skoczyłem do okna, żeby mi się nie rzuciła na podwórze. Ta dziewczyna 

ciągnęła do samobójstwa jak cielę do cycka.

— Stary chleb rąbaliście na kolację? — dziwiła się bufetowa.

— Tak. Chciała też, żebyśmy razem popełnili samobójstwo — mówił dalej — 

powiedziała do mnie: „Wiesz, Karolku, otworzymy okno, weźmiemy się za ręce i siup”. 

Byliśmy już wykąpani i w najlepszych ciuchach, wyglądam na dół, żeby nie skoczyć na 
jakieś dziecko, patrzę, a tu na pierwszym piętrze antena jest tak głupio zamocowana, 

że   gdybyśmy   skoczyli   z   trzeciego   piętra,   na   którym   mieszkamy,   z   pewnością 
ucięlibyśmy   sobie   o   ten   drut   ucho   albo   nos   i   człowiek   by   się   tylko   oszpecił   — 

powiedział i piwo ciekło mu z kącików ust niczym wyliniałe wąsy.

— To pocłwórze pewnie jest małe jak kurnik, jak byście potem wyglądali — 

powiedziała   bufetowa   i   założyła   ręce   na   biuście,   była   śliczna   jak   posąg   w 
Ministerstwie Rolnictwa.

A do baru wpadały dźwięki skocznej muzyki z restauracji na piętrze i gwar 

zamieniał się w gromki śmiech.

— Jestem   estetą   i   to   zadecydowało   —   powiedział.   —   A   mojej   dziewczynie 

byłoby   wszystko   jedno.   Kiedyś   wieszała   się   na   pasku   od   torby   sportowej   i   ja   ją 

uratowałem. Krzyczała na mnie: „Ty kretynie, po coś mnie odciął, byłam już bliska 
sławy”. Sąsiedzi kołatali do nas i wołali: „Panie Karolu, co pan tam robi? Tutaj są 

dzieci!” A moja narzeczona zaczęła im wymyślać: ,,Te wasze bachory wyrżnęłabym 
tępym nożem i podpaliła”. Żeby załagodzić sytuację wziąłem ją za rękę i za nogę i 

chciałem   zakręcić   nią   młynka   w   powietrzu,   ale   źle   wymierzyłem   odległość   i 
dziewczyna wybiła głową drzwi i przewróciła w korytarzu sąsiadkę, która klęczała przy 

dziurce   od   klucza.   I   wie   pani,   co   moja   narzeczona   wtedy   powiedziała?   „My   z 
Karolkiem mo-

żerny   robić   w   domu,   co   nam   się   podoba,   prawda,   Karolku!”   -_   chłopak 

uśmiechał się, oczy miał obwiedzione czernią jak blankiet telegramu.

— To   straszne   —   powiedziała   bufetowa   —   niech   pan   spojrzy!   To   bydło 

przyniosło ze sobą krzesełka! — Nalała kufel piwa i wyszła zza bufetu kierując się w 

stronę szklanej ściany, za którą pod strugami ulewy tkwiła gromada gapiów, szeptali 
coś między sobą, byli i tacy, co rozsiedli się wygodnie na krzesłach i przyciskali dłonie 

do szyby, jakby chcieli się o nią rozgrzać. Wyglądali jak topielcy.

Bufetowa upiła z kufla, pochyliła się, przytknęła twarz do szyby, tak, że miała ją 

przed oczami jak  okulary, a potem cofnęła się i chlusnęła piwem na szkło. Piana 
ściekła po tych portretach za szybą.

— Prażanie — powiedziała wzruszając ramionami.
Wróciła za ladę, napełniła kufle i jeden pchnęła po mokrym, cynowym blacie 

bufetu aż piwo zatrzymało się na wprost chłopaka.

— Ze też człowiek ma'takie szczęście, że wszystko dzieje się na jego oczach — 

powiedziała. — Zeszłego roku szłam sobie na spacer obok torów, po drugiej stronie 
szła dziewczyna, a kiedy nadjechał pociąg, ta dziewczyna siup pod lokomotywę i z 

nasypu wprost pod moje nogi potoczyła się jej głowa. Jeszcze-mrugała oczami!

Ale chłopak był pogrążony w swoich myślach jak pedałowa maszyna do szycia. 

— Ja i tak nie zrezygnuję ze swojej dziewczyny — powiedział. — Ona przyniosła sławę 

83

background image

grafice   czeskiej   dlatego,   że   była   bezpłciowa.   I   co   by   mi   przyszło,   gdybym   miał 

normalną kobietę? Kochalibyśmy się, ale z absolutną grafiką byłby klops.

Uniósł kufel i piwo pociekło mu za koszulę.

A do baru wpadały dźwięki skocznej muzyki z restauracji na piętrze i gwar 

zamieniał się w gromki śmiech. Windą zjeżdżały tace z pustymi kuflami, na których 

osiadła piana.

— Narzeczona ciągle mi mówiła, że jestem głupi, ale jakże mogę się bawić i 

równocześnie chodzić do fabryki i tymi rękami

rysować przekroje maszyn z dokładnością do jednej setnej milimetra, poślizgi 

hamulców do odrzutowców...

— No nie, to już przechodzi ludzkie pojęcie — zaperzyła się bufetowa.

Kilku gapiów siedziało na wątłych gałązkach w koronach lip przytrzymując się 

konarów jak w zatłoczonym tramwaju, z tej ptasiej perspektywy patrzyli w dół do 

baru, gdzie przez uchyloną zasłonę kretonową widać było stół do brudnych naczyń, na 
którym leżała powieszona.

— Zawsze muszę trafić na jakieś świństwo — uskarżała się [bufetowa. — Idę 

kiedyś nocą przez Krczak, zgubiłam drogę, macam rękami po krzakach jak ten ślepy 

Hanusz z naszego zegara na ratuszu... i złapałam kogoś za lodowatą rękę. Zapalam 
zapałkę, podnoszę w górę... a tu wywala na mnie język powieszone chłopisko. Ale leje 

jak  z   cebra,   co?   —  powiedziała   i   ponad   głowami   ludzi   patrzyła   na  latarnię,   wiatr 
szarpał gałęziami akacji i odsłaniał oświetloną tarczę zegara na Zameczku.

Do baru wpadły dźwięki skocznej muzyki z restauracji na piętrze i gwar, który 

zamieniał się w gromki śmiech.

Przed drzwiami stał zadyszany mężczyzna w kombinezonie i pokazywał koszyk 

z flaszkami na piwo.

Bufetowa   wpuściła  go  do  środka,  wyjmowała  flaszki   i  napełniała  je  piwem, 

dziwiła się:

— Taki z pana ładny kawaler, ale wygląda pan jak przebieraniec.
— To   nowa   moda   w   naszej   fabryce   —   odpowiedział   monter.   —   Ci,   którzy 

wychodzą z roboty jak lordowie, do pracy ubierają się tak, że rodzona matka by ich 
nie poznała. Swego czasu nastała moda na połatane kombinezony i w warsztatach 

było   pstro   od   błazeńskich   łat   niczym   na   balu   gałganiarzy.   Potem   nosiło   się 
kombinezony   reperowane   drutem.   I   znowu   cała   fabryka   chrzęściła   jak   teatr 

kukiełkowy. A teraz  przyszła kolej na rozdeptane  kamasze  — powiedział monter i 
pokazał but bez podeszwy zawiązany miedzianym drutem zamiast sznurowadła — i 

spodnie musimy mieć z jedną nogawką obciętą w połowie albo

chociaż rozdartą przez tryby — cofnął się o krok, żeby zademonstrować swój 

kombinezon.

— Ładnie,   ładnie   —   pochwaliła   bufetowa   wstawiając   flaszki   z   piwem   do 

koszyka.

— A dziewczyny, które chodzą do fabryki wysztyftowane jak gwiazdy filmowe, 

w pracy noszą teraz gumiaki we wzorek z rekinów — powiedział chłopak; mokre, rude 
włosy skręciły mu się w pierścionki i połyskiwały  jak miedziane strużyny. — Pani 

bufetowa, na co czekają ci ludzie na deszczu?

— Na górze jest wystawne wesele — oczami wskazała sufit.

Potem   z   uznaniem   przyglądała   się   dorodnemu   monterowi,   który   co   chwila 

poprawiał jedną szelkę zsuwającą mu się z ramienia. A kiedy monter wyszedł, spytała:

— A panu podoba się jeszcze w fabryce?
— Podoba — powiedział chłopak. — Bez fabryki nie mógłbym żyć tak samo, jak 

bez   tej   mojej   narzeczonej.   Przecież   oni   zorganizowali   mi   pierwszą   wystawę   — 
parsknął śmiechem. — Zorganizowali! Ale zanim to nastąpiło, musiałem pokłócić sią z 

84

background image

referentem, który mi radził, żebym swoje malunki rozwiesił nocą w sali. Włamałem 

się tam i rozlepiłem na sztalugach moje dzieła na temat PRZEŻYCIA ZMYSŁOWE 
FABRYKI. Kiedy zobaczył je referent do spraw kulturalnych, zsiniał ź 'wrażenia, a 

potem rzucił się na mnie z pięściami, cóż, rozerwałem mu marynarkę... ale wernisaż 
był. Robotnikom to się podobało. Jako wstawka kulturalna śpiewał chór niewidomych 

dzieci, nad którymi na całą długość balkonu ciągnął się napis: Musimy strzec jedności 
jak oka w głowie. A dziś fabryka pyszni się tymi, że pierwszą wystawę miałem u nich w 

zakładach...

Z   restauracji   na   piętrze   dobiegała   wesoła   rozmowa   i   wybuchy   szalonego 

śmiechu.   Pierwsza   zeszła   na   dół   panna   młoda   w   białym   welonie,   była   naprawdę 
młoda, oczy błyszczały jej od alkoholu, odwracała się co chwila i wlokła za sobą swego 

małżonka.   Drużbowie   i   druhny   przytrzymywali   się   poręczy   i   deptali   po   ślubnym 
trenie.   Panna   młoda   śpiewała   i   machała   do   taktu   wiązanką   kwiatów,   zbiegła   do 

oszklonego baru, krzyknęła na gapiów za szybą, a potem wyszła na dwór pod srebrne 
strugi desz-

czu,   rozpostarła   ręce,   przechyliła   głowę   do   tyłu   i   rozpuściła   włosy,  które   w 

jednej chwili przemokły do cna, ulewa modelowała jej zgrabne ciało. Pan młody i 

reszta weselników z radosnym piskiem poszli w jej ślady. Potem gęsiego maszerowali 
po drugiej stronie ulicy, a panna młoda opędzała się ślubnym bukietem i machała do 

taktu weselnemu korowodowi.

— Ładne wesele i tak powinno być — powiedziała bufetowa

I   złażąc   ze   skrzynki   od   piwa.   —   A   ta   pańska   narzeczona   to   wczoraj   panu 

uciekła?

— Nie. Przedwczoraj — odparł trąc zaczerwienione oczy. — Nawet się jej nie 

dziwię.   Naczytała   się   książek   z   Czerwonej   Biblioteczki   i   żywotów   sławnych 

osobistości. Chciała, żebym miał dwa pokoje i przyjmował gości, a tą swoją absolutną 
grafiką bawił się wieczorami dla rozrywki. I dlatego ciągle groziła mi tym, co było albo 

tym, co będzie, mówiła o swoich kochankach, który i co z nią robił, lub tylko chciał 
robić, albo powtarzała, że ucieknie do rodziców legitymujących się rodowodem od 

siedmiuset   lat   i   przodkiem,  który   był   szambelanem   papieskim.   Ale   co  ja   mogłem 
poradzić, skoro zaliczkę lub pożyczkę przepuszczaliśmy w ciągu dwóch dni? A potem 

rozbijaliśmy młotkiem stary chleb na kolację, moja narzeczona chodziła sprzedawać 
ty-f>owe flaszki, lub cięła nożyczkami jakiś kostium i zanosiła do składnicy starych 

szmat. Oczywiście było to podniecające. Poza tym żyliśmy idealnie.

Do baru weszło dwóch milicjantów.

— Dobrze,   że   panowie   przyszli   —  mówiła   bufetowa,   podczas   ^dy   milicjanci 

wylewali wodę z butów z cholewami — ta hołota robi mi z baru panoptikum — i 

wskazała   na   gapiów,   którzy   teraz   ucichli   i   jeszcze   uważniej   obserwowali,   co   się 
wydarzy. — Krew może człowieka zalać — powiedziała. — Żeby tak się gapić jak sroka 

w gnat i to na co? Na trupa!

A kiedy spojrzała na młodszego milicjanta, zamarła ze zgrozy: — Ależ pana 

urządzili   paskudnie!   —   Milicjant   wyjął   lusterko   kieszonkowe,   obejrzał   siniec   pod 
okiem i powiedział:

— Kopytem mnie zasunął. Plutonowy uzupełnił:
— A co ci radziłem? Nie zaczynaj z pijanymi weselnikami. Od słowa do słowa i 

nasz posterunkowy wyf asował śliczny limon od pana młodego.

— Ale go przytrzymałem. I pod klucz — milicjant pokazywał, jak zamykał pod 

klucz pana młodego, a potem obmacywał palcami opuchniętą brew.

— Gdzie ta dziewczyna? — spytał plutonowy.

— Tutaj — powiedziała bufetowa i rozsunęła kretonową firankę. Ściana ze szkła 

w jednej sekundzie zmatowiała od białych dłoni, na plecy tych, co stali przy szybie, 

85

background image

wdrapywali się ludzie z tłumu, paru gapiów wisiało na kandelabrze, a jakiś dziadek 

wskoczył na konar lipy jak pawian, wiatr skuczał w drape-riach z deszczu.

Młodszy milicjant wydobył notes i poprawił kalkę.

Bufetowa krążyła pod ścianą, splunęła jakiemuś gapiowi w twarz, ale on nie 

drgnął nawet i ślina ściekała po szybie jak

mleczna łza.
— Nie zamordowałam rodzonego ojca kuchennym nożem, żeby tak się zaraz 

gapić — krzyknęła bufetowa i palcem postu-kała w czoło jakiemuś człeczynie za szyba, 
zirytowana odeszła od ściany, odwiązała fartuch i nakryła nim bufet, potem rozpuściła 

swoje długie włosy upięte w kopiec termitów, powtyka-ła do ust wsuwki i znowu jakby 
splatała   pięciokilogramową   chałkę,   zaczęła   upinać   włosy   w   koronę,   a   kiedy 

umocowała je wsuwkami, weszła do pakamery i usiadła na krzesełku.

— Dobrze, że pani jest — powiedział  plutonowy. — Niech  pani rozepnie jej 

bluzkę. Ta dziewczyna nie ma dowodów, a całego majątku... trzydzieści halerzy...

Do drzwi baru przecisnęła się panna młoda i zastukała w nie cichutko. Młodszy 

milicjant otworzył jej.

Panna młoda weszła, zdjęła srebrny pantofelek i wylała z niego wodę. Farba z 

kapelusza ślubnego i podczernionych oczu spływała strużkami.

— I co będzie! — spytała. — Puścicie mi go, czy nie?

— Nie puścimy — powiedział milicjant.
— Dlaczego?

— Bo obraził milicjanta na służbie...
— Przecież   na   tej   służbie   nie   macie   panowie   \viele   roboty   _   powiedziała   i 

napiła się wody z kranu, która ^ez przerwy ciurkała do zlewozmywaka.

— Oko mam fioletowe jak cyklamen — stwierdził milicjant zaglądając w owalne 

lusterko.

— Trzeba było zostawić nas w spokoju. Pa^ pierwszy zaczął, to teraz musi pan 

zakończyć. Kiedy go wypuŚQicie?

— Dopiero jutro.

— To ja na pana zaczekam, pójdzie pan ze mną spać( bo w noc poślubną nie 

będę sama.

— Nie jest pani w moim guście — odparł milicjant i wstał z krzesła.
— Boże kochany, znajdą się inni — zawołała panna młoda, okręciła się na pięcie 

i spytała chłopaka: — A pan> podobam się panu?

— Tak — odpowiedział. — Jest pani podobna dQ mojej dziewczyny, która mi 

uciekła. Ma pani takie same oczęta jak ona kiedy po raz pierwszy przybiegła do mnie z 
wózkiem,   w   którym   dziewczynki   wożą   lalki,   i   też   jest   pani   prawie   bosa,   bo   z 

pantofelków zrobiły się stare kapcie, i włosy ma pani podstrzyżone jak dziewczyny z 
poprawczaka w Kostomlatech. & poza tym Na oku ma pani taki sam jak ona błękitny 

punkcik niczym okruch chalcedonu. Podoba mi się pani, jest pa^i w moim guście

— Pan   też  mi  się  podoba —  odpowiedziała  panna  młoda  i  nabrała   wody  w 

srebrny pantofelek i jak z kielisz^ napiła się z niego z apetytem.

— A jeśli jesteśmy w swoim typie, to nie nia gadania _ dodała oblizując wargi.

Młodszy milicjant usiadł na krześle, plutonowy pOprawił kretonową zasłonkę i 

zaczął dyktować:

— Denatka   ma   około   stu   sześćdziesięciu   cehtyinetrów   wzrostu,   ubrana   w 

kostium w żółtą i czerwoną kratk^ Na nogach czarne, dziurkowane pantofle. Bluzka 

różowa z kołnierzykiem koronkowym haftowanym w różyczki...

Młodszy milicjant wstał i poszedł zamknąć drzwi, przez które chłopak z panną 

młodą   wyszli   pod   strugi   deszczu.   A   kiedy   usiadł,   pisał   dalej   pod   dyktando 
plutonowego... Potem przyjechał wóz z patologii.

86

background image

— Kiedy   moja   dziewczyna   przybiegła   do   mnie   po   raz   pierwszy...   —   mówił 

chłopak.

— Nie słyszę! — wołała panna młoda i wiatr uniósł jej słowa.

— Kiedy moja dziewczyna przybiegła do mnie po raz pierwszy — krzyczał jej do 

ucha — kończyłem właśnie robić maskę pośmiertną przyjaciela. I zaraz chciała, żebym 

jej też zrobił taką maskę, bo wtedy będzie mogła zacząć życie od nowa. Ułożyłem ją na 
stole, posmarowałem wazeliną, wetknąłem w nos zwitki z gazet, a potem wylałem jej 

na   twarz   płynny   gips...   szyję   miała   okręconą   ręcznikiem   jak   ofiara   morderstwa... 
trzymałem ją za rękę i czułem sejsmograficzny impuls jej serca...

— Jakie to piękne — zawołała panna młoda i wicher porwał jej z głowy kapelusz 

unosząc w czarne niebo.

Potem chłopak zatrzymał się i patrzył na park pod latarniami jarzeniowymi, w 

którym wiatr oderwał od drewnianych kołków młode topole i giął je do ziemi, tak, że 

gałęzie chłostały

po kałużach.

— Niech pani przytrzyma to drzewko — zawołał chłopak, rozerwał krawat i 

przywiązał nim topolę w dwóch miejscach.

— Co pana obchodzą drzewka? — złościła się.
— Niech pani mocno trzyma!

— Mówię, co pana obchodzą te drzewka.
— Połamałyby się.

— To niech się połamią! Co panu do tego?
— Te drzewka są moje w tym samym stopniu jak to, co ja myślę i co robię jest 

dobrem   publicznym,   panienko!   Ja   cały   należę   już   do   publiczności   jak   pisuar 
publiczny lub park.

Wykrzykiwał i zdzierał z panny młodej mokra suknię z zabłoconym trenem, a 

potem gwałtownymi ruchami, jakby dyrygował orkiestrze, szarpał jedwab na kawałki i 

skręcał z nich postronek.

— A kiedy gips stężał — wołał głośno — nie mogłem z niego wydostać swojej 

dziewczyny,  chyba że sekatorem. I musiałem jej ściąć  włosy do pół głowy, to nas 
zbliżyło.   Powiedziała   mi,   że   od   tej   chwili   zaczyna   nowe   życie.   Przez   trzy   dni 

spowiadała mi się, a ja waliłem  głową o ścianę. Dobrze, że miałem przygotowaną 
beczułkę smoły do smarowania murów w piwnicy... i tak pełniąc funkcję spowiednika 

namoczyłem   pędzel   w   tym   błocie   i   odprawiałem   egzorcyzmy   mażąc   pędzlem   po 
białych ścianach, a ona tymczasem opowiadała, jak ją prowadzili pod ręce do ustępu, 

żeby mogła się wyrzygać, jak jakiś facet ja rzucił i w nocy leżała w Stromovce i gryzła 
glinę z rozpaczy... i tak dalej, spowiadała mi się z czarnych uczynków tak długo, aż 

stała   się  biała,   a  ja na  białe   ściany   piwnicy   zużyłem   całą   beczułkę   czarnej   smoły. 
Znalazłaby pani jeszcze coś do podarcia? Szmaty się skończyły.

— Niech   pan   zerwie   —   powiedziała   podsuwając   ramię   z   ra-miączkiem   od 

koszuli.

Złapał za nie i jednym szarpnięciem, tak jak się łamie gałąź  lub konduktor 

pociąga za sznur od dzwonka w tramwaju, zerwał z niej resztę weselnych szat.

Zalśniło, panna młoda naga do pasa stała w publicznym parku.
— Niech mi pan też zrobi maskę pośmiertna!

Przełożył Edward Madany

87

background image

Jarmilka

1

Znowu jestem w hucie. Już z daleka widzę Jarmilkę, jak dźwiga kubełki z zupą. 

Spieszę jej naprzeciw i tak się przypatruję, że spuszcza oczy. Jest w szóstym miesiącu, 

a kiedy otwiera usta, znów widzę, że brak jej połowy zębów. Ale to dziewczyna prosta 
w obejściu, a przez to bardzo miła.

Idę obok niej i szeptem mówię: — Kiedy ślub, Jarmilko?
— Jak kro wieniec zakwitnie! — odpowiada.

Ja na to: — Jakże to tak! Chyba już mnie nie kochasz?
— A nie, bo wciąż latacie po Poldowce, jakbyście mieli piórko w tyłku! — mówi 

bez ceregieli.

Stawiam kubełki, które jej pomagałem nieść, patrzę na nią z wyrzutem, ona zaś 

spuszcza powieki. Widzę podbite oczy, widzę plamy watrobiane... no i oczywiście! Ma 
na   sobie   dzisiaj   znowu   ten   bawełniany   żakiecik,   przepasany   sznurkiem.   Podnosi 

wzrok i mówi:

— Co się tak na mnie gapicie, jak cielę na malowane wrota?

Tłumaczę   jej:  —  Ostatnimi   czasy   jesteś  dla  mnie   jakaś   zimna.  —   Podnoszę 

kubełki i niosę dalej, bo nie wypada, aby brzemienna kobieta dźwigała taki ciężar. 

Obok szkoły zakładowej Jarmilka opiera się o węgiel i wymiotuje. Kiedy odwraca ku 
mnie znękaną twarzyczkę, usprawiedliwia się: — No i widzicie! —

Obiema rękami podtrzymuje sterczący brzuch i dodaje: — To z tego, stryjku, że 

jestem taka nadziana, rozumiecie...

Pytam: — Więc jak? Był już ten twój u ciebie?
Rozjaśniła się: — Był. Już leżałam w łóżku, kiedy przyszli chłopcy z Cyrczowic i 

wołali przez płot: ,,Jest Jaruszka w domu, proszę pani?” — Więc mama wyszła do 
furtki i mówi: „Ach, co za goście, pan Jarosław! Jakże tak można, panie Jarosławie, 

dziewczynę nam zepsuć, a potem ją zostawić?”

Jarmilka   przystaje   i   już   surowiej   mówi:   —   I   wiecie,   stryjku,   co   jej 

odpowiedział?

— Na razie nie wiem.

A Jarmilka podnosi głos: — Powiedział mojej mamie: „A niby jak, ciotko, mam 

sobie brać bękarta na kark?” — Powiedzcie, stryjku, tak mówi kandydat na męża?

Ujmują kubełki i przytakuję: — Rzeczywiście, tak się nie mówi, a przynajmniej 

nie powinno się mówić.

— Więc widzicie! I jakże mamy mieć wesele. Ale ja już do niego nie pójdę. To 

wszystko przez tę jego mamę! Ja jej nie daruję! Wpadnę tam kiedy i zawołam: — 

„Trzymajcie go sobie, tego waszego synalka, i wsadźcie go sobie... wiecie gdzie!”

Zirytowała   się,   ale   już   wchodzimy   do   stołówki,   gdzie   mężczyźni   Jarmilkę 

witają: — Ty, Jarmila, aleś już pękata! Dynię połknęłaś, czy co?

Jarmilka się jednak nie daje: — Spokojnie, barany, spokojnie! Każdy z was 

struga kawalera, a jak z nim dziewczyna trochę pogada, to jej narobi wstydu, a potem 
jeszcze wysyła anonimy do domu, że lata za żonatymi!

Jarmilka krzyczy, ale uśmiecha się, nawet jest rada. Zna ich i oni ją znają. 

Mężczyźni głaszczą ją po ramieniu, a ona uchylając się rozlewa zupę. Odgraża się 

chochlą: — Zostaw, bo ci dam po gębie!

88

background image

A ja z oddali patrzę na Jarmilkę, porównuję ją ze wszystkimi kobietami, które 

kiedykolwiek znałem, i nie mogę się napatrzeć. Jem powoli zupę, nie spieszno mi, i 
wreszcie znów z nią pozostaję sam.

Usiadła u końca stołu i chłodzi sobie twarz o cynową blachę.
Odzywam się: — Mówiłaś, żeś z panem Jarosławem rozmawiała w niedzielę...

 Odpowiedziała w blachę: — A jakże, ale on na mnie nie zwracał uwagi. Tańczył 

coraz to z inną, moją siostrę tak to wkurzyło, że podeszła do niego w tańcu i powiada: 

— „Nic ci nie wstyd, ty draniu, siostrę mi zepsuć, a potem łajdaczyć się z inną?” — 
Jarmilka wstała. — A on jej tam przy wszystkich dał w twarz! Powiedzcie, stryjku, czy 

to wypada dać kobiecie w twarz tak publicznie?

— Na pe\vno nie wypada — powiadam.

— No widzicie! Ale ja go podam do sądu i będzie płacił!
— Jarmilko, słyszysz, co mówię? Wszystko się obróci na dobre. To tylko teraz, 

przed ślubem, on odstawia takiego ważniaka.

Wzięła miski po zupie i zakłopotana zapatrzyła się gdzieś. Potem złagodniała: 

—   Myślicie?   Naprawdę   tak   myślicie?   Toż   ja   go,   bałwana,   tak   strasznie   kocham! 
Powiedzcie   stryjku,   co   by   to   było   za   życie   bez   niego?   Już   bym   do   śmierci   miała 

zasrany żywot. Ile ja się naprosiłam, nażaliłam, nabeczałam... — Machnęła ręką.

Wstaję, muszę już iść.

Jarmilka otwarła drzwi i zawołała za mną:
— Przyjdźcie, stryjku, znowu!

2

Między tyglownią a magazynem elektrod przekopywałem hałdę pordzewiałych 

wiórów. Potem ładowałem te wióry do koryt wsadowych. A kiedy wyprostowałem 

grzbiet, patrzę, kto idzie, a to ścieżką człapie Jarmilka ze skrzynką i kubełkiem.

Przelazłem przez stertę wiórów.

— No i co tam? — powiadam.
— Oo! Właśnie się dowiedziałam od bab, że Jarouszek miał im powiedzieć: — 

„Kto wie, z kim ta włóka to ma”! Ale ja mu dziś w autobusie zaszuram! — Jarmilka 
przysiadła na skrzynce. — Stanę sobie koło drzwi i przy ludziach mu powiem: „Usza-

nowanie, panie Jarosławie, proszę wybaczyć, że przeszkadzam, ale wtedy, jak z 

panem siadłam w rowie, to byłam dobra dla pana, co? A teraz pan mówi, z kim ta 

włóka to ma? Na to sobie nie zasłużyłam, ślicznie panu za to dziękuję!”

Piąstką uderzała się w czoło: — Po co ja wtedy poszłam na tę zabawę, po co? 

Chłopaki przyszły: — „Chodź z nami, Jarusz, na potańcówkę!” A ja głupia poszłam. 
Sala nabita, a myśmy się z Jarouszkiem od pół roku gniewali... I akurat musiałam 

spojrzeć na drugą stronę stołu, gdzie on siedział. A jak tylko spojrzałam, już było po 
mnie i po nim też. Tańczyliśmy z sobą, nie puścił mnie ani na chwilę, potem w nocy 

wracaliśmy razem do domu...

W jej spojrzeniu  była gorycz,  ale  zaraz  się ożywiła:  — Wiecie, stryjku, jego 

kumple   chcą   z   nim   zrobić   porządek.   Zamkną   mnie   tam   w   jednym   mieszkaniu   w 
szafie, potem zaproszą Jarouszka i naprowadzą rozmowę na nasze wesele. I mamy 

taki umówiony znak: jak jeden z tych moich znajomków powie: — „Ty obłudniku 
katoliku!” — Ja otworzę szafę i wyjdę. Ciekawe, co on na to powie! Dobry pomysł, nie? 

Ale, stryjku, trzymajcie za mnie palec!

Wstaje, podnosi skrzynkę i po śniegu biegnie do kuchni zakładowej.

Wołam za nią: — Jarmilko, co dziś na obiad?

89

background image

Odkrzykuje: — Zupa kminkowa, wędzony boczek i nektar z dzikiej róży. Ale ten 

pomysł z szafa, to dopiero, co?

Kiwam głową, że dobry, ale już widzę, jak pan Jarosław, znany latawiec, da 

Jarmilce przy tej szafie po twarzy. Ale cóż? Wolę ładować wióry, biorę się za tę robotę. 
Kiedy   skończyłem,   brygadzista   posłał   mnie   do   ładowania   grafitu.   Waszek   Prucha 

wziął łopaty, z wolnego toru kolejki zepchnęliśmy kolibę, pchaliśmy ją aż pod szopę. 
Otwieramy wrota, skip żeśmy nachylili, położyli pod niego cegłę, żeby nie zjechał z 

powrotem.   Z   równo   ułożonych   rzędów   zacząłem   ściągać   papierowe   worki   pełne 
miałko zmielonego grafitu. Ostrą łopatą rozcinałem każdy, a Waszek ten wysypany 

grafit nakładał.

Mówię: — Zupełnie jakbyśmy ładowali najczarniejsze grzechy świata.

— Czemu   grzechy?   —   rzekł   Waszek   i   rzucił   pełną   łopatkę,   aż   pył   wszystko 

przesłonił. — Praca jak anioł!

— Cholera, uważaj!
— A   czemu?   —   odkrzyknął   wesoło   Waszek   i   dalej   rzucał   pełne   łopaty   tego 

delikatnego proszku, za każdym razem buchał słup pyłu, który przenikał za koszule, 
do   nosów   i   do   ust.   Potem   Waszek   wyłonił   się   z   tej   chmury   zupełnie   czarny,   ale 

błyskający białymi zębami. Oparł się o łopatę i rzekł: — Ja zawsze byłem taki. Jak 
posłowie   w   lagrze   przechwalali   się,   kto   komu   kiedy   dożarł,   słuchałem,   a   potem 

mówiłem: — „Pana chronił immunitet poselski, panie pośle, więc mógł pan mówić, co 
ślina na język przyniosła, ale co pan powiedział landratowi, jak jego ludzie zjawili się z 

nakazem   aresztowania?”   Uchodziłem   więc   za   mądralę,   aż   mnie   jednego   razu 
przenieśli do kancelarii. Tam miałem nad sobą pewnego wiedeńczyka, ten mnie zaczai 

faszerować Marksem, o czymkolwiek bym mówił. Po dwóch latach rzekł mi: — „Jako 
szrajber   jesteś   u   mnie   ostatni   raz,   ale   od   dzisiaj   stałeś   się   innym   człowiekiem, 

wyuczonym, możesz teraz ten jad roznosić dalej”.

— No i co?

— No, a teraz ten jad jest moim szczęściem, wszystkim.
— Kwestia, z której strony się na to patrzy — rzekłem.

— Dlatego   właśnie   jestem   za.   Kiedy   ktoś   przy   mnie   jakiś   szczegół   nawet 

słusznie wytyka, to mówię: „Mimo wszystko ja jestem za!” — odparł Wenca Prucha i 

dalej rzucał łopatą grafit.

Potem zaczął wspominać: — Jak się esesmani nudzili, to robili apel i urządzali 

„Święto dziecka”. Najpierw musieliśmy tańczyć Barentanz. Po dziesięciu minutach 
słabsi padali, a esesmani ich wykańczali. Następnie zarządzali Gansemarsch, później 

Blind-kuh, i  znów  tych, co  odpadali,  dobijano.  W ten  sposób mieliśmy  zabawę  w 
skakankę, w kucanego, w niebo — piekło — raj, a na koniec odbywało się toczenie 

beczek.

Oparłem łopatę, ująłem Waszka za ramię i patrzyłem na niego, ale po nim nie 

było już znać nic z tego, co opowiadał. Kiedy ściągnąłem następny worek grafitu, 
wybiegł spod niego szczur.

Waszek rzekł: — Popatrz, szczur! Esesmani mieli ich pełne
klatki i dla zabawy karmili chlebem. Myśmy często zdobywali chleb tylko w ten 

sposób, żeśmy zwabiali te szczury do innego kąta i zawsze wtedy któryś z więźniów 
ukradł im trochę z ich porcji. Jednego razu szczur ugryzł więźnia, a ten potem z tego 

umarł.

Teraz   ja   sobie   przypomniałem:   —   Kiedy   pracowałem   w   lagrze,   w   jednej 

walcowni, tom sobie jednego szczura prawie że oswoił. Punkt o pół do jedenastej 
wyłaził i wtedy dawałem mu jeść. Potem bywało już tak, że jadł w odległości pół metra 

ode mnie. Aż mi go raz kumple złapali, wrzucili do wanny z kwasem solnym i patrzyli, 
jak ten kwas zżera z niego najpierw sierść, a potem skórę.

90

background image

— Nie powinieneś mi był tego mówić — zżymał się Wenca Prucha. — Ja nie 

mogę znieść, jak ktoś się znęca nad zwierzętami. W Kremnicy woźnica walił konie, to 
ja tego woźnicę sprałem pięściami, on mnie znów za to wysmagał batem.

Mówię: — Gdy Niemcy ewakuowali Śląsk, to w te trzaskające mrozy przywozili 

na   stację   całe   pociągi   bydła.   Jak   ono   wyglądało!   W   otwartych   wagonach,   po 

czternastu  dniach takiej  jazdy! Owce  „pozjadały  z głodu własne  runo, a te krowy, 
Wenco, te krowy, co nie mogły się bronić, żebyś widział!

Waszek   otarł   czarną   łzę   i   mamrotał:   —   Tegoś   za   nic   nie   powinien   był   mi 

mówić! Bo ludzie, nawet gdy ich Niemcy wozili jak te bydlątka, ludzie chociaż myślą...

Zadumał się, a potem poprawił: — Tylko, że jak już całkiem opadną z sił, to są 

też jak te owce... Trudno wtedy zdobywać się na gesty. Ci, co cię dręczą, nie rozumieją. 

Dla nich jesteś gnój. U nas był taki esesman, nazywali go der eiserne Gustav, ten ci 
potrafił   załatwić   w   kamieniołomach   za   kwartał   trzy   tysiące   lu$zi.   I   znów   sobie 

wybierał następnych, ale tylko samych mocnyfli. Raz patrzy na mnie, a ja na niego. W 
moim spojrzeniu była cała złość i nienawiść. Ale on się uśmiechnął i rzekł sucho:

— „Na nu, so was, dass der Hund noch lebt?”
Waszek Prucha rzucił ostatnią łopatę. Gdyśmy przyszli do

stołówki, Jarmilka wołała: — No, dobrze, że idziecie, smaro-
wozy!

Powiadam: — A schowałaś mi rogalik?
— Ależ, stryjku, nie daliście mi przecież na niego kartek!

— Zajrzyj no, Jarmilko, do szafki!
— Tam nic nie ma!

— Zajrzyj no, wczoraj tam był rogalik, może i dzisiaj jakiś będzie.
— Bójcie   się   Boga,   stryjku!   —   krzyknęła   Jarmilka,   a   gdy   otworzyła   szafkę, 

rzeczywiście na półkach nic nie było. Zamknęła drzwiczki i szepnęła: — Może byście 
chcieli bułkę z masłem? — Podała mi dwie bułki i zażenowana wyjaśniała: — Wyście 

dobrzy,   stryjku.   Pomagacie   mi   dźwigać   kubły.   —   Jadłem   tę   bułkę,   drugą   dałem 
Waszkowi, popijaliśmy je letnią herbata. Waszek opowiadał: — Ten eiserne Gustav 

wybierał siłaczy do kamieniołomu, a z nim był jeszcze jeden, ten znów robił selekcję 
słabych heftlingów do gazu. No, to ci nieszczęśnicy, którzy to wiedzieli, resztkami sił 

podnosili kamienie, by pokazać, że są mocni, ale esesman się śmiał: — „Ach, się sind 
so jung und kraftig!” I wpadł na taki esesmański pomysł, że gdzież tam do gazu, nie, 

ci, którzy zostaną wybrani, pójdą zbierać zioła lecznicze. Krauter sammeln. I powiązał 
Żydów po dwóch razem. Gdy pochód ruszył, zorientowali się, że on ich prowadzi do 

gazu. I któryś z Żydów, tancerz, i związany z nim towarzysz rozbiegli się i głowami 
łupnęli w tego esesmana, a reszta też zaczęła go walić bykiem. Ale zaraz przybiegli 

inni   esesmani,   zdziesiątkowali   tych   maszerujących   „na   ziółka”,   a   tego   tancerza 
rozdeptali. O ile pamiętam, jedni tylko Żydzi zrobili u nas taką rewolucję.

Słuchałem   i  patrzyłem   na Jarmilkę,  jak  przy  szafce  wciąż  liczyła  pieniądze, 

wciąż do siebie coś szeptała, chwytała się za głowę, śliniła palce i na nowo rachowała.

Waszek spytał grubiańsko: — No co, Jarmilko, ten wasz już was kopie?
Przestała liczyć, a widząc, że Waszek patrzy na jej brzuch, zaczerwieniła się i 

rzekła: — A jakże! On by mnie trzasnął w gębę, tylko bym się oblizała! — Kiwnęła z 
zadowoleniem i dumą, że już ma kogoś, kogo może być pewna, że ją w gębę

aśnie. Aż jej oczy zaszły łzami ze szczęścia na myśl o tym.
A \e potem rozłożyła pieniądze na stole, otwarła szafkę, dwoma

alcami zaczęła dotykać garnuszków. Gdy je policzyła, rzekła:
Jarouszek bardzo teraz nerwowy, że nie może chodzić do

spody, bo jest chory. Ostatnim razem, kiedy chorował, to szedł „Na Rożek”, ale 

jego   kumpel   na   niego   doniósł   i   Jarousz-kowi   strącili   trzy   dni.   Na   potańcówce 

91

background image

podszedł do mnie Ota, ten, co go wsypał, ale ja mu powiedziałam: — „My nie mamy z 

sobą nic do gadania!” — Gdy przyszedł drugi raz, rzekłam: — „Panie, ja z kapusiem 
nie tańczę, odczep się pan, już!” — Tak mu powiedziałam przy całej sali. Wtedy były 

inne czasy, Jarouszek mnie lubił, chodziliśmy razem rajcować się do stawu...

Zadyszała się, aż poczerwieniała. Rozpięła żakiecik i wybiegła ku piecom.

3

Tak jakeśmy byli czarni od grafitu, zeszliśmy po drabince na dół, do bunkra z 

wapnem. Na dnie trzymaliśmy się za ręce, brnąc po kostki w białym pyle.

Waszek wspominał: — Właśnie tak samo, tylko że w kajdankach szli w lagrze 

obok   siebie...   dyrektor   policji   w   Morawskiej   Ostrawie   i   komunistyczny   poseł   z 

Ostrawy,   Bilek.   Baczą,   dyrektor   —   malutki,   a   Bilek   olbrzym.   Idą   przede   mną   i 
rozmawiają: — „No, panie dyrektorze, tyle mnie pan naścigał, a teraz mnie pan ma 

całkiem bliziutko!” — „Ale, panie pośle, jak nam pan właściwie uciekł wtedy, gdym 
posłał, by pana aresztowali?” — „Bo miał pan głupich żandarmów, panie dyrektorze. 

Oni   wtedy   spytali   się   mnie,   posła   Bilka,   gdzie   mieszka   poseł   Bilek.   A   ja,   panie 
dyrektorze, nosiłem już zarost i strój leśniczego”.

Waszek wziął z kąta łopatę, ja pogrzebacz i ściągaliśmy ze ścian wapno, bo 

miotła tam nie sięgała. Potem przyjechał dźwig, rozwarł swój pysk i opadł na stertę 

wapna, wgryzł się w nią i uniósł w górę.

— Wiesz,   co   mnie   wkurza?   —   poskarżył   się   Wenca.   —   To   fotografowanie 

naszych zwierzchników, a to przy biurku, a to w ogródku... a zawsze odbiglowanych!

— To   prawda   —   powiedziałem.   —   Pamiętam,   że   Lenin   chodził   jak   jakiś 

poczciwy   stryjek,   a   ta   jego   Krupska!   Często   widzę   to   zdjęcie:   Lenin   układa   sobie 
przemówienie na kolanie, siedzi w fotelu obciągniętym białym pokrowcem. I choć 

jestem katolik, nic mi nie przeszkadza wyobrazić go sobie, jak w pałacu bez światła, 
bez ogrzewania, pokazuje przez zamarznięte okna to, co jeszcze nie istnieje. Tam oto 

zbudujemy elektrownię, tam fabrykę siewników, tutaj fabrykę traktorów...

Waszek Prucha podekscytowany brnął po kolana w wapnie chodząc to tu, to 

tam.

I podnosił ręce: — Tak, wyobrażam sobie te marzenia. I jestem szczęśliwy, że 

właśnie teraz żyję. Spojrzę na najgłupszy wykres, a już mi się lżej dycha, bo ta sprawa  
musi wygrać. W końcu wszystko jest jedną wielką wiarą, a ja jestem okropnie wierny!

Dźwig   uniósł   ramię,   znowu   opuścił,   przylgnęliśmy   do   ściany.   Gdy   podniósł 

stertę wapna, z hukiem skierował się na górę, ku kolibom i wesoło pobrzękiwał.

Waszek usiadł na wapnie.
— Opowiadałem ci już o badaczach Pisma świętego?

— Nie...
— To sobie wyobraź. Oni mieli swój blok i co pół roku esesmani przedkładali 

im do podpisu deklarację, że występują z tego ichniego  Kościoła.  Za to  mieli  być 
zwolnieni. Ale ze wszystkich podpisało ich akurat trzech. Czesi. Opowiadano, że na 

początku wojny komendantem obozu był Austriak, nazywał się Lowitz. Kazał kiedyś 
wystąpić tym bibelforszerom i na chybił trafił zapytał jednego: „Podpiszesz?” — A gdy 

ten rzekł, że nie, Lowitz wyciągnął pistolet i go zastrzelił. Tak zrobił z dziewięcioma, 
jednym po drugim. Potem się odwrócił do swojej świty i jak gdyby z nimi przedtem się 

założył,   że   to   wypadnie   tak,   jak   właśnie   wypadło,   odezwał   się   ze   zwycięskim 
uśmiechem: — „Na, was hab'ich gesagt?” — Ale co on zrobił, gdy myśmy już tam

92

background image

byli! Obok latryny było malutkie pomieszczenie, które nazywano kapuff, tam 

się chowało szczotki. Właściwie nie...

Waszek oparł sobie palec o czoło: — Wtedy był już Pohl... Pohl! Tak, to on kazał 

zabić drzwi do tego kapuffu, okien tam nie było, a przez dziurę w dachu kazał całe to 
pomieszczenie wypełnić tymi bibelforszerami aż pod sufit. Potem tę dziurę zatkali z 

góry deką i za osiem godzin odetkali. Dwie trzecie — same trupy. Tych, co przeżyli, 
zapytano: — „Podpiszecie, że występujecie z Kościoła?” I wszyscy powiedzieli: nie. 

Więc znowu powtórzono raz i drugi historię z tym kapuffem i wciąż słyszano: Nein. 
Dla tych badaczy Pisma świętego Antychrystem numer jeden był papież, a numer dwa 

— Hitler. A dzisiaj dowiedziałem się z gazet, że papież temu byłemu komendantowi 
lagru w Sachsenhausen udzielił błogosławieństwa.

Wychyliłem się z bunkra; padał śnieg.
— Wenco, widziałeś Himmlera?

— Aha, stał może dwa metry ode mnie.
— Już z wyglądu monstrum, co?

— Gdzie tam! Istny proboszczunio. A hrabia Bernadotte stał obok niego jako 

przedstawiciel Czerwonego Krzyża. My, silni heftlingowie, staliśmy na przedzie, z tyłu 

za nami ci wynędzniali... A przed kantyną, gdzieśmy stali, leżały połówki prosiąt, w 
skrzynkach   groch,   ryż,   słonina...   a   koło   wszystkiego   ceny...   hrabia   Bernadotte 

wypytywał nas w imieniu Czerwonego Krzyża: — „Za co tu jesteście?” — A myśmy 
mówili,   jak   nas   nauczono:   trzykrotne   morderstwo...   zabicie   dziecka...   zgwałcenie 

nieletniej córki... To najczęściej...

— A zdrada stanu?

Waszek zerwał się i znów rzucał wapno na wszystkie strony.
— Co tam zdrada stanu! Wszystko musiało grać. Ale ja w to i tak do dziś nie 

wierzę.   Kiedym   oznajmiał   hrabiemu,   że   zabiłem   swego   ojca,   to   tak   na   niego 
mrugałem... Lecz hrabia był zadowolony, uścisnęli sobie z Himmlerem ręce i poszli 

dalej w głąb lagru, gdzie leżeli muzułmani.

— Co to było?

— Tam leżeli umierający. Ale esesmani narzucili na nich słomę, na tej słomie 

położyli sienniki i przez okno wskazywali hrabiemu: — „To mamy przygotowane na 

wypadek cholery” — I hrabia z Himmlerem jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie.

Przyjechał dźwig i znów ładowaliśmy wapno.

Byłem   zmęczony,   ale   Waszek   Prucha   tryskał   zdrowiem   i   szczęściem,   był   w 

pełni sił, jak gdyby tym, co przeszedł, raczej się wzmocnił niż załamał. Ale ja dobrze 

wiedziałem, że jak wrócił, ważył czterdzieści pięć kilo. Teraz się śmiał, a w kącikach 
ust pojawiła się mu piana...

Wyleźliśmy po drabince, wyszli z ciemnego bunkra w zawieję i patrzyliśmy, jak 

elektromagnetyczne dźwigi rzucają się na złom, rwą różne przedmioty i podnoszą się z 

łupem, aby go potem wypuścić w koryta.

Szliśmy   dalej,   ale   znowu   musieliśmy   się   zatrzymać.   Jeden   z   tych   dźwigów 

schylał się nad stertą sinych wiórów, dziesiątkami tysięcy wyskakiwały naprzeciw, by 
przyciągnięte magnesem zlepić się z innymi i dać się w powietrzu przenosić do wsadu.

— To byłaby jedność! — uśmiechnął się Wenca.
— Byłaby... ale ile ważysz?

— Dziewięćdziesiąt dwa. I tak Czesi są'cwaniacy. Komu tam do nich! Było nas 

w lagrze  dwadzieścia  narodowości, ale  tylko  Czesi wiedzieli,  gdzie co jest i  jak  to 

zorganizować, gdzie można kupić chleb... I tak ot! — Zatarł ręce: — To jest ciekawe, że 
jako ogół lubimy się kłócić, ale jako jednostki bywamy genialni. W ogóle to dziwna 

sprawa! Czytałem, jak podczas wojen napoleońskich dziesięciu austriackich huzarów 
z łatwością rozniosło na szablach trzydziestu francuskich, ale jedna francuska dywizja 

93

background image

gładko załatwiła dywizję austriacką... Albo taki Amerykanin! Jest dzielniejszy, lepszy 

od Niemca. Ale oddział Niemców, to już jest siła... Interesuje cię to?

— Interesuje — odparłem, ale zazdrościłem Waszkowi zdrowia.

— No   to   spojrzyj   na   ten   dziedziniec.   Kompania   Amerykanów   wziętych   do 

niewoli zginęłaby tu z głodu. Ale oddział Rosjan

używi się. Z trawy ugotują zupę, z tamtych oto kolib, z ich łożysk wezmą smar, 

zrobią z niego pastę do chleba i będą żyć. Albo weź taką rosyjską babę-snajpera. Dwa 

dni potrafi leżeć w śniegu, aż się doczeka niemieckiego auta! Albo dadzą babie beczkę 
benzyny,  a  ona  zataszczy   ją  na  front...   Na  Rosjan   ja  stawiam   murowanie...   Tylko 

Niemcy, ci mnie niepokoją. Gdybyż się tak rozbroili! Już te ich paczuszki frontowe... 
Trochę cukierków, by nie zasnęli, troszkę cukru gronowego, owoców kandyzowanych. 

Paczuszka, ale wytrzyma się z nią dzień, dwa. Podziwialiśmy też, jak minimalnymi 
środkami   osiągali   maksymalne   cele.   Pewnie,   Rosjanie!   Ci   byli   i   są   dla   mnie 

prawdziwą siłą napędową wszystkiego... Kobiety? Popijawa? To mało... Idea!

Powiadam: — Ale ona już by powinna stać się czymś namacalnym, już by to 

powinno się potoczyć naprzód...

— Fakt!   Ale   ja   patrzę   naprzód.   Nawet   gdy   wiem,   że   niektórzy   ludzie   są 

przeciwni temu, przecież najważniejsze dla mnie jest to, co widać na horyzoncie. A 
tym jest socjalizm... Żebym nie zapomniał! Był tam przebiegły esesman, nazywał się 

Bagoda. Ten zawołał naszego lekarza i nalegał, aby mu otworzył pierś żywego więźnia, 
chciał zobaczyć, jak bije ludzkie serce.

— Jezus Maria! — chwytam się za głowę, otwieram drzwi stołówki, otrzepuję 

się ze śniegu.

Jarmilka liczy pieniądze.
Potem   odwraca   się,  bierze   mnie   za  rękaw   i  przymyka  oczy   ze   szczęścia:   — 

Wyobraźcie sobie, stryjku! Był tu jeden u mnie z poleceniem. Mówił, że Jarda ma już 
u nich wyszykowana izbę... I że jutro mam tam pójść umyć podłogi, i że mi Jarouszek 

kazał   sobie   ułożyć   wszystko   w   myśli,   gdzie   powiesić   fotografie   rodziców,   a   gdzie 
lustro...

4

Dzisiaj znowu padał śnieg. Nie ten biały, ale górniczy, kladeń-ski, zmieszany z 

pyłem węglowym. Idę naprzeciwko Jarmilki aż do kantyny. Widzę, jak stoi z boku, 
podczas gdy przy ladzie

posługaczki   jedna   za   drugą   nadstawiają   kosze,   do   których   ekspedientki 

wrzucają i liczą świeże rogaliki. Patrzę na Jarmilkę, ręce ma złożone nad brzuchem, 

wreszcie podnosi karteczkę z jakąś liczbą i woła: — Helenko, daj mi to już!

W końcu Helenka nakłada rogaliki aż po wierzch kosza, bierze od niej kwitki, a 

ja podbiegam i pomagam Jarmilce nałożyć szelki z pasów.

Posługaczki wołają: — Jarmilko, to twój narzeczony?

A ona się uśmiecha: — Gdzie tam! Dałby mi Jarouszsjs;! Po gębie! ^
Biorę kubełki z kawą i wychodzimy w zmrok. Przy ścianie kantyny błyszczą 

wygotowane łby bydlęce.

Mówię: — No, co słychać?

— Dobrze, stryjku, dobrze, ale musicie za mnie trzymać palce. Jarda sobie na 

drugiej zmianie zranił nogę o kleszcze. Siedzę wczoraj w domu przy okienku, a tu 

nagle zajeżdża auto, wysiada z niego jakiś pan i mówi: ja jestem ten a ten, i jeśli chce 
pani widzieć się z Jarda, to jedziemy. Więc pojechałam... o rany, stryjku, żebyśmy się 

94

background image

tylko na tym lodzie nie rozciągnęli, dziewięćdziesiąt siedem koron diabli by wzięli, jak 

w pysk strzelił!

Przestraszyłem się i powiadam: — Ależ nie!

A Jarmilka ciągnie dalej: — Sam dziadek wyszedł naprzeciw mnie, a baba dała 

mi sześć jajek i półtora kilo mąki na placek i ciastka. Więc posiedziałam, a on płakał, 

że nie może iść do gospody. Kiedyśmy się żegnali, powiadam ze łzami: — „Ja-rouszku, 
chodź mnie odprowadzić”. Ale on na to: — „Jakże, ty głuptulo, mogę iść z taką nogą?” 

Więc dziadek odprowadził mnie aż do Stehelczevsi, a to coś znaczy.

— A kiedy wesele?

— Chyba w marcu. Do lutego tu jeszcze będę, a potem pa pa, Poldovko, do 

widzenia!

Jarmilka się odwróciła, kiwa ręką kominom i zaraz mnie pyta:
— A wy, stryjku, jesteście samotny?

Ja na to: — Mam jeszcze brata, ale ten już od trzech miesię-• cy leży w szpitalu.
Jarmilka mnie pociesza: — Wasi staruszkowie mogli z tego w pierwszej chwili 

zbzikować...

Nie   wiem,   co   odpowiedzieć,   więc   idziemy   z   ciemności   w   światła   lamp,   a 

zakładowy radiowęzeł huczy z góry melodią wygrywaną przez orkiestrę. Mugrauerzy 
radosnym głosem śpiewają: „zieleni się, na uwroci soczewica zielona...

Jarmilka, pochylona pod pasami od kosza, unosi główkę i krzyczy ku niebu: — 

Idźcie do diabła i nie przypominajcie mi polki! Co mam teraz z tego? Poszłam kupić 

wózek, a tu cztery tysiące, / skąd brać, żeby nie kraść? I skąd wezmę wyprawkę, co? — 
Ale Mugrauerzy, jak gdyby nie słyszeli głosu Jarmilki, wyśpiewują dalej: „pójdą tam o 

świtaniu, po co, dobrze wiem... Jarmilka rzekła wskazując palcem na siebie: — Tak, 
tak, dawajcie dalej biednym dziewczętom takie rady! Ja też dobrze wiedziałam, a co 

teraz mam? I czego dotknę, to kosztuje tysiące!

Te   same   głosy,   ale   już   z   innego   głośnika,   zbliżają   się   ku   nam   i   znowu   się 

cieszą: ... aby nasi wiedzieli, że tam chodzę, do ciebie...

Jarmilka spojrzała tak jakoś ładnie i rzekła: — Człowiek nie może uciec tym 

głosom, sprytnie są wymierzone.

Wchodzimy   do   stołówki.   Stawiam   kubełki   na   stole.   Jarmilka   uwalnia   się   z 

pasów, zdejmuje płaszcz, strasznie jest dzisiaj potargana, ale to jej odzienie jest dla 
mnie miłe, milsze nad wszelkie inne stroje.

Gdyśmy się najedli, nakładaliśmy z Wencą Pruchą mangan. Waszek podniósł 

czterdziestokilowy kamień, oparł go o krawędź koryta.

— Takie   same   kamienie   nosiliśmy,   gdyśmy   budowali   szturm-bannfiihrerowi 

Lowitzowi oborę dla niedźwiedzi, które mu jego żołnierze przysłali z Norwegii — rzekł 

i zwalił kamień w koryto.

Powiadam: — Wenco, jakeście to, mimo że komuniści, przetrwali?

— Jak?  Komuniści   mieli   w rękach  całą  wewnętrzną  administrację  obozową. 

Tak... To było konieczne! Na przykład poseł

do   parlamentu   niemieckiego,   Najux,   dostał   wiadomość,   że   czeski   poseł 

komunistyczny jest w drodze do obozu: jako blokowy poczekał na niego przy bramie, 

tam się na niego rzucił, niby go zbił, zwymyślał... Ale dał go do tego bloku, gdzie 
chciał. Potem następowała deformacja nazwiska, zamiana numerów... tak, że w końcu 

był to już zupełnie kto inny. Ale raz  wracamy  spoza obozu, a tu w samej bramie 
heftlingowi   wypadł   z   kieszeni   papierek,   esesmani   go   podnieśli,   a   to   były   ostatnie 

wiadomości z radzieckiego radia...

Złapali go, rewizja, i pod wascherei znaleźli tajną radiostację — rzekł Waszek i 

zrobił w korycie przegrodę. — I teraz do tego nieszczęśnika zabrał się der eiserne 
Gustav. Najpierw mu połamał ręce, od palców aż do ramienia, ale heftling milczał. 

95

background image

Potem wziął go do ogrodu i tam po nim jeździł walcem do robienia ścieżek... Zajeździł 

go na śmierć, ale nic z niego nie wydobył. To była świnia, ten Gustaw! — wybuchnął 
Waszek i gdy tak szybko napełniał koryto, to twardy, ale kruchy mangan się łamał, 

mieniąc się tęczowo w miejscach załamań jak nafta.

— Czasem Gustaw przyszedł do bloku jeszcze  przed pobudką i nie pozwolił 

dzwonić... Wyjmował serce dzwonu i sam szedł budzić... Mówił o tym, że budzi jak 
mamusia dzieciątka, dotykając ich czół... Gdy tak zabił sześciu, siedmiu śpiących tym 

sercem   od   dzwonu,   zawieszał   owe   pięć,   sześć   kilo   z   powrotem,   wkładał   białe 
rękawiczki i jechał konno się kąpać... Czasem bywały w lagrze i przejmujące chwile. 

Ci, co przyszli do nas z Moorgebiet, opowiadali nam takie rzeczy, że czuliśmy się 
szczęśliwi   będąc   tutaj   bezpieczni   w   lagrze...   Oni   przybyli   gdzieś   z   luneburskich 

wrzosowisk,   na   początku   wojny   to   było   komando   tylko   dla   kryminalnych 
przestępców,   którzy   pracą   na  moczarach   skracali   sobie   karę   o   połowę,   ale   potem 

pracowali tam i polityczni, żeby prędzej pomarli... Mieszkali w barakach na palach, 
wciąż w wilgoci i od wschodu do zachodu nawozili bagna, na nich potem sadzono 

wrzosy, a na tym wrzosowisku las. Śpiewali taką pieśń, którą przejęliśmy od nich i 
my, i więźniowie w innych obozach... tak jakoś to było... — Waszek się wyprostował:

— Wir sind Soldaten... wir riicken mit Spaten, jur uns ist kein Fruhling da. 

Potem jakoś tak ...Widzimy słońce przez welon komarów... A kończyło się to: Die 

Arbeit ist unendlich.

Stałem z manganem nad krawędzią koryta.

Patrzyłem na basen służący do oczyszczania wód ściekowych, ale że woda była 

ciepła, więc na brzegu zieleniła się trawa.

Potem ładowaliśmy, na chwilę siedliśmy, ale Waszkowi wszystko przypominało 

tamtych sześć lat.

— Byłem tam przy transporcie. Jednego razu jedziemy elek-trowózkiem nad 

miejscem,   gdzie   niegdyś   była   kopalnia   piasku,   a   wtedy   znajdowało   się   tak   zwane 

sonnenkomando. Stali tam nadzy starzy ludzie i umierali w żarze lipcowego słońca. 
Tak długo stali, aż poumierali albo aż ich pozabijano. Mieli już ciała jak patyki lub 

nogi obrzmiałe niczym konewki... i esesmani kopali ich w te spuchlizny, a ci starcy 
piszczeli... uciekali i tak dziwnie piszczeli... a myśmy stali z elektrowózkiem nad nimi 

serdecznie   się   śmiejąc,   po   prostu   pękaliśmy   ze   śmiechu,   takie   to   było   komiczne. 
Potem spojrzeliśmy po sobie i spytali: — „Gdzie my jesteśmy?” — I wiesz, ten nasz 

śmiech, to było coś gorszego niż płacz.

Rzuciliśmy   ostatnie   kawały   manganu,   wzięliśmy   się   pod   ręce   i   pochyleni 

wyszliśmy w zawieję. Śnieg ciął ukośnie i zmuszał nas do przymykania oczu.

Na rogu natknęliśmy się na Jarmilkę.

— Coś ty taka jakaś? — powiadam. Skuliła się otulając żakiecikiem.
— Zapomniałam kupić chłopcom papierosów i nie chcą mi dać kożuszka! Ale 

mogą go sobie wsadzić gdzieś! Ja i tak tylko patrzeć jak pójdę do domu...

Waszek objął mnie za szyję i patrzył na Jarmilkę tak samo jak ja. — My cię, 

Jarmilko,   naprawdę   lubimy,   jak   będziesz   miała   maleństwo,   to   przyjdziemy   cię 
odwiedzić.

Wydęła   wargi   i   poczerwieniała:   —   Ciekąwam!   —   rzuciła   i   popędziła   ku 

kantynie, trzepocząc zsiniałymi rękami wśród śniegowych płatków.

96

background image

5

Dźwig   unosił   kolibę   w   łańcuchach   przez   całą   stalownię,   ale   ludzie   na   dole 

spokojnie pracowali. Potem koliba poczęła się obniżać, a dźwig zatrzymał się z nią 
bezpośrednio nad szynami. Docisnąłem, dałem znak i skip osiadł równo.

Brygadzista potykał się o odrzucone braki i korzenie. Gdy mnie mijał, rzucił: — 

Szimandl nie przyszedł... w bramie masz Cygana — i popędził dalej ku elektrycznym 

piecom.

Patrzę, w bramie stoi Waszek Prucha, a z nim Cygan w kapeluszu.

— No, baronie, nie stercz tam, tylko chodź pchać kolibę! — wołam, a Cygan 

wlecze się niechętnie przestępując z nogi na

nogę.
— Nie bądź dla niego ostry... — upominał Waszek — z nimi

trzeba jak z dziećmi.
Cygan ledwie dotykał dłońmi koliby.

— Olaboga, pchaj, baronie!
— Aj... pan zły, zły... — mruczał Cygan.

— Nie   bądź   dla   niego   taki   —   znów   mi   przygadał   Waszek.   —   Hitler   ich 

dziesiątkował, a teraz jeszcze ty. Gdybyś widział, jak malutkie Cyganiątka chodziły po 

lagrze   trzymając   się   za   ręce   i   śpiewały   niemieckie   marsze,   a   jak   je   potem   i   tak 
pomordowali   razem   z   kurwami...   —   gadał   i   stalową   tyką   otwierał   skrzynię   ze 

srebrzystym krzemem.

Ale Cygan nie czuł się tu pracownikiem, uważał się za gościa i widać było, że 

tylko myśli, jakby dać nogę.

— Ty baron, nigdzie nie pójdziesz, widzę po twoim nosie, że kombinujesz, jak 

się urwać! — krzyknąłem.

— Rany boskie! Serce Jezusa. Cygan musi zjeść!

— Gówno dotąd zrobiłeś! Najpierw się pracuje, potem je!
— Nie, Cygan najpierw jeść, potem robić. I zimno mu.

— Nie bądź dla niego taki — szeptał mi Waszek sypiąc krzem
do koliby.

— Więc słuchaj, baron! Idź się zagrzej przy piecu, siądź pod ósemkę, ja tam za 

pół godziny przyjdę po ciebie...

— O... pan, dobry pan... dobry... dobry — dygotał Cygan i pobiegł.
— Ty  ośle! — roześmiał się Waszek. — On ma z  sobą brzytwę,  majster  mu 

podobno nie wpisał trzech szycht, więc go chce poderżnąć. Pokazywał mi tę brzytwę. 
A ty się z nim kłócisz.

— Nie lubię obijania się w robocie.
Stanąłem u czoła koliby i rękawicą rozgarniałem krzem.

— Słuchaj — Waszek oparł się na tyce. — Ja też nieraz patrzę na ludzi w taki 

sposób jak ty, ale gdy sobie przypomnę Sachsenhausen, zaraz się staję wyrozumiały. 

Człowiek  jest zupełnie inny, niżeśmy go znali  z czytanek. Raz esesmani się chyba 
nudzili, więc nam nie dali jeść, ale kucharzom pozwolili się nażreć, ile chcieli, aż sobie 

to żarcie mogli chyba namacać w gardle, potem im zrobili apel i zaraz: nieder! auf! 
Nieder...   auf!   Potem   ci   kucharze   musieli   tak   długo   toczyć   beczki,   aż   wszystko 

wyrzygali,   a   heftlingowie...   wybierali   do   tego   samych   profesorów,   artystów...   ci 
musieli  to  z  ziemi pozjadać...  Potomkowie  pokolenia,  które  chlubiło  się  Goethem, 

esesmani rechotali i wspaniale się bawili tym widokiem. Albo kto to był Heinrich 
•Kampfe!

Przy tym wspomnieniu Waszek uderzył tyką w szyny.

97

background image

— Urodziwy młodzieniec, wąski w pasie jak panna, szeroki w ramionach, w 

czapce nasuniętej na czoło... krótko mówiąc elegancik, ale tak naprawdę to gnój. Jako 
lagerkomendant — gdy mu się heftling nie podobał — wyjmował czerwoną kredkę i 

pisał mu na czole liczbę, która określała, do ilu dni ma być zlikwidowany. Na święta 
kilku więźniów wypuszczano na wolność. To była istna loteria... A nuż trafi na mnie? 

Heinrich   Kampfe   wywoływał,   pytał   o   narodowość,   warunkiem   zaś,   aby   zostać 
zwolnionym, było zdrowie.

Wywołał   jednego   nieboraka   i...   wenn   geboren,   wo   geboren...   i   tak   dalej... 

prawie   przez   kwadrans,   aż   na   końcu   Heinrich   Kampfe   zapytał:   —   „Und   się   sind 

gesund?” — A ten najmocniejszym głosem krzyknął: — ,,Jawohl!” To piękny Heinrich 
kopniakiem przetrącił mu goleń, a zwijającego się z bólu biedaka spytał: — „Sind się 

noch gesund?” — Ale ten dalej wołał:

„Jawohl!” Wtedy Heinrich pochylił się i na czole napisał mu czerwoną kredką 

liczbę, jako że ten heftling okazał się kłamcą. Tak samo wykończyli nawet mistrza 
Europy na sto i dwieście metrów Ostendarpa, Holendra. Obiecali mu, że jak wygra 

bieg z ich dogami, to pójdzie do domu... Omotali więc Ostendarpowi wokół szyi kawał 
pasztetowej   i   na   dany   znak   ruszył   mistrz   Europy   i   te   dogi...   Ostendarp   zdobył 

prowadzenie   i   utrzymałby   może   szansę   wolności   do   mety,   ale   tam   mu   esesman 
przestrzelił nogę, a psy poszarpały sprintera tak, że umarł...

Wysypywaliśmy krzem, puste skrzynie układając w stosy.
Cygan wrócił, ale widząc, że jest jeszcze co robić, chwycił się za brzuch i jął 

lamentować: — O Maryjo! Cygan ma boleści, brzuch go boli...

— Idź... — powiadam — idź, Cyganie... może będziemy mieć szczęście i latryna 

się pod tobą zawali.

A Cygan się cieszył: — ...o, pan dobry!

I poszedł prosto po zupę.
Gdyśmy wyrównali czubatą kolibę krzemu, wyszliśmy w stronę magazynu. Tam 

się wygrzewał chudy brygadzista zwany Atom. Rozłożył ramiona: —• Gratulujcie mi, 
chłopaki! Urodziłem się po raz drugi!

— Co to znaczy? — powiadam.
— Byłem dziesięć dni w mamrze... przez pomyłkę! Waszek mu pogratulował i 

pyta: — Co słychać z próbami?

— W   porządku!   Profesor   mi   najpierw   nie   wierzył.   Ale   jak   mu   zrobiłem 

katodową armatę, to zastrzeliłem go na amen. Tylko że ja się wciąż boję, żeby mi się 
za tyłkiem nie zapalił kosmos! Dlatego wolę pracować nad zużytkowaniem zwykłej 

elektryczności, a tej jest, chłopaki, do licha i trochę! Krzywa natężenia prądu w polu 
magnetycznym,   wysokie   napięcie   na   kopy!   Najpierw   zmajstrowałem   pistolet 

elektronowy.   Pan   profesor   Fa-nin   miał   wątpliwości,   no   to   podszedłem   do   okna   i 
powiadani: — „Czyj to pies?” — Profesor na to: — „Mój Haryk”. Więc wycelowałem 

ten elektryczny pistolet, naciskam... i pies leży... Profesor Fanin zaraz do niego, zrobił 
sekcję   mózgu,   a   mózg   rozwalony   w   strzępy!   ...   Chłopaki,   tą   ujarzmioną 

elektrycznością za-

łatwiłbym   i   Standard   Oil   Company,   i   węgiel,   i   motory   rakietowe...   Dlatego 

mnie śledzą... chcą... mnie dostać... Ale ja to dam opatentować w Baltimore!

— No to szczęść Boże! — rzekł Waszek i podrapał się.

Kiedyśmy już brali za klamkę, Atom zawołał za nami: — Chłopaki! Dziś utopia, 

jutro rzeczywistość!

I weszliśmy do stołówki.
Jarmilka   na   mnie   kiwa   i   zaraz   widzę,   że   zaserwuje   mi   jakąś   smutną 

wiadomość. Biorę garnuszek w rękę, patrzę w inną stronę i pytam: — Co tam takiego?

98

background image

— Wiecie,   stryjku...   wiecie,   takie   to   smutne,   kiedy   widzę,   że   dziewczyny   z 

mojego roku już się szczęśliwie wydały. A ja?... To wszystko, co wam opowiadałam, 
wmawiałam w siebie, myślałam, że się jakoś podniosę na duchu i że wszystko będzie 

tak, jak sobie wymyśliłam... Ale on mnie nie chce, on mnie sobie nie weźmie... już się 
nawet do mnie nie odzywa.. Myślałam, że może zrozumie...

Stawiam   garnuszek   na   stole   i   znowu   ujmuję   go   w   palce.   Nie   wiem,   co 

powiedzieć, więc schodzę na inny temat: — Podobno lubiłaś dawniej tańczyć, prawda?

Jarmilka miała jeszcze łzy w oczach, ale już była skłonna się cieszyć.
— Ja? Latałam  na każdą potańcówkę. Kiedy tańczono na Kladnie, szłam na 

Kladno, jak grali w Busztiehradzie, to tańczyłam w Busztiehradzie, orkiestra huczała 
w Hrzebcu, to bawiłam się na sto dwa właśnie tam... A w domu, u nas? Co mam wam 

opowiadać? Chodziło nas trzydzieścioro, nasi chłopcy, same zabijaki, niech no tylko 
ktoś na mnie krzywo spojrzał, a już wszystko załatwiali...

Patrzę teraz na nią i widzę, że po każdym zdaniu brzuch jej podskakuje.
— Powiadani: — A nie przyjdzie to wcześniej? Potrząsnęła brzuchem.

— Nie,   niemożliwe!   Jak   mi   to   zrobił   drugiego   września,   to   zlegnę   drugiego 

czerwca... Ale chodźcie, policzymy rogaliki! — Nadstawia zapaskę, wrzucam rogaliki i 

liczę...

— Dziewięćdziesiąt sześć.

Jarmilka   bierze   skrzynkę   z   niebieskimi   garnuszkami   z   kawą,   ale   jej 

zmienniczka   na   nią   krzyczy:   —   Nigdzie   nie   chodź!   Znowu   będziesz   beczeć   przy 

piecach!

— To idźcie, babciu, sama... — powiada Jarmilka, podchodzi do swej szafki, 

staje, czołem oparta o jej drzwiczki, zsuwa sobie chustkę na oczy i pochyla głowę. Ale 
zmienniczka podchodzi,, daje jej skrzynkę i Jarmilka liczy na palcach, komu ma dać

kawę:
— Jedną Ondrzejowi, jedną na repetę, jedna kierownikowi, jedną na blachę, 

jedną Marzence przy spuście, jedną...

6

Stoję przy siódemce, przy martenie, i pytam wytapiacza Mud-rego: — Widział 

pan już siebie, majstrze? Widział, ale udaje, że nie.

— A gdzie? Powiadam: — No, w Pradze, na Narodniej, naprzeciwko Pa-peża, to 

jest dzisiejszych Zakładów Gramofonowych. Tam wisi przecież tablica wysoka na dwa 

metry, a na niej kawaler Orderu Pracy... to przecież pan!

Wytapiacz Mudry już się tam widział, i to nie jeden raz, ale delektuje się dalej: 

— To znaczy, że ja tam wiszę?

— No — mówię. — Taaaki  wielki, przez całą ścianę, a wygląda pan jak jaki 

literat.

Wytapiacz kołysze się w biodrach, sięga po tykę, nakłada okulary, daje znak 

Marzce, aby nacisnęła guzik. Piec bije szkarłatnym płomieniem, a wytapiacz pokazuje 
pomocnikowi tam,, w płonącej masie, co i jak potrzeba.

Potem wolnym krokiem podchodzi do mnie.
— A jakem tam ubrany?

— W koszulę z wykładanym kołnierzem i bexową marynarkę.
— Aha, i ta fotografia tam jest? — udaje głupiego. — Ale teraz tam będzie wisieć 

ta moja najnowsza, w krawacie. Dobrze,.

99

background image

żeś mi powiedział, muszę zabrać moją starą do Pragi, żeby zobaczyła, kto ja 

jestem   za   jeden.   Znowu   się   na   mnie   zaczyna   trochę   wydzierać...   Mówisz   —   na 
Narodniej?

Już nadjeżdża dźwig, będziemy z Waszkiem sypać do pieców,, lezę po drabince 

na górę, przekładam  dźwignię i wsadowy dźwig  zamienia się w zwyczajny. Ramię 

jeździ,   hak   opada,   Waszek   narzuca   koło   z   łańcuchami,   zapinamy   koliby,   dźwig   je 
odnosi   do   przegród   i   niemal   usadza.   Przerzucam   uchwyt,   od   czoła   zakłada   się 

łańcuchy i unoszący się dźwig wysypuje raz mangan, drugi raz wapno, krzem, grafit.

Patrzę, po platformie idzie Jarmilka.

— Dzień dobry, Jarmilko! Trzymam łańcuch i uśmiecham się.
— Nawet do mnie nie mówcie! Straciłam pięćdziesiąt koron!

— W jaki sposób?
— Widocznie gdzieś zgubiłam...

Marzka woła na Jarmilkę: — No i co, ty horpyno, kiedy zaczniesz stękać?
Jarmilka przewraca oczami, siada na ławeczce tuż przy Marzce, która teraz w 

przerwie robi na drutach kaftaniczek; co chwila rozkłada go na kolanach i długo się 
przypatruje. Jarmila wyciera palce, bierze do ręki robótkę.

— Jarusz, tylko mi nie wyciągnij drutów!
— Więc, Marzko... — czerwieni się Jarmilka — dwa prawe i dwa lewe?

Pyta, ale widzę, że robi to ze wstydu, że sama nigdy nic nie uwiąże na drutach, 

pyta tak tylko, żeby Marzka ją za bardzo nie ciągnęła za język. Oddaje robótkę, zbiera 

garnki po zupie, podczas gdy młoda mężatka, Marzka, miga drutami nadal, może to 
robić   spokojnie,   bo   już   wszystko   ma   pozałatwiane,   podbite   pieczątkami,   dobrego 

męża w domu i dziecko w brzuchu... Ale Jarmilka?

Dźwigowy oddał Jarmilce garnuszek.

— No i co, wołali cię do socjalnego? Wszyscy otaczają Jarmilkę. Spuściła oczy.
— Wołali, stryjku, wołali, ale ja tam nie poszłam. Mama poszła, a gdy ją spytali, 

co i jak, to i ona się rozbeczała. No to przyszli do nas i mnie się pytali, ale słowa nie  
mogłam wykrztusić...

— Słuchaj, Jarusz, to już chodzi o dziecko... — operator położył jej rękę na 

ramieniu.

— Ja wiem... Ale to mi się wydawało takie dziwne skarżyć na tego, na którego 

nigdy bym ani palca nie zagięła, to mnie właśnie muli.

— Ale chodzi o dziecko!
— Chodzi! — rzekła Jarmila. — Tylko albo się kocha, albo nie... Więc co tu ma 

do roboty urząd?

Łzy kapały jej na zapaskę...

Stary kanałowy rzekł do niej: — Wiesz, Jarmilko, jak już przyjdzie ten twój 

czas, to pójdziesz najpierw do socjalnego, a potem do sądu... Myśmy z moją Laurą też 

wcześnie zaczęli. Później przyszło wezwanie, poszedłem do sądu, a tam  mi sędzia 
mówi: — „Niech pan siada, proszę sobie zapalić, będzie panu trochę nieprzyjemnie”! 

— Ale ja powiadam: —v”Panie sędzio, ja moją Laurę kocham i jak wrócę z wojska, to 
zaraz biorę z nią ślub, my się przecież kochamy!”

To   on   się   mnie   spytał:   —   „Pan   jest   ojcem?”   —   Odpowiedziałem:   —   „Ja!” 

Podpisałem to, Laura już na mnie czekała przed sądem i zaraz poszliśmy się z nią 

przespać do hotelu. Takie bywały dawniej czasy i ludzie byli skromniejsi.

— Tak   powinno   być!   —   zawołała   Jarmilka   zapłakana.   Potem   spoważniała   i 

zapytała: — Dziadku, gdyby mi to nie wyszło, to jak myślicie? Czy nie powinnam 
posłać Jarouszkowi listu z prośbą?

Ale właśnie zbliżyli się trzej kanałowi, a jeden z nich zawołał:
— Dziadku, ty stara pierdoło, jak myślisz, stawiać na „Cho-mutov”?

100

background image

Staruch zachrypiał: — Ja bym nie stawiał... chyba, że systemowo, ostatni raz 

przerżnąłem... Nie wyszła mi kurwa dwójka!

Jarmilka pociągnęła starego za fartuch: — Dziadku, jak myślicie posłać ten list?

Stary chmurzył się coraz więcej.
Potem   rzekł:   —   Ja   bym   wolał   obstawiać   jako   pewniaka   ,,Zbro-jovkę”...   a 

„Chomutov” tylko na fuksa, dałbym jedynkę... l — Dziadku, na litość boską, mam 
posłać   ten   list?   £   Ale   stary   kanałowy,   rozejrzawszy   się   podejrzliwie,   szepnął 

kumplom:   —   Huty   są   faworytem...   Tylko   ja   już   dwie   noce   nie   śpię   przez   tę 
koszykówkę. Ta „Bratysława” daje mi do myślenia...

Jarmilka obeszła starego i stanęła przed nim: — Dziadku, mam posłać ten list? 

O Jezu!

Stary kanałowy odsunął Jarmilkę jak firankę w oknie i zdecydował:
— Na   „Bratysławę”   musimy   postawić   tyle   samo   jedynek,   co   dwójek...   W 

koszykówce rzadko się trafi remis... Ale gdyby tak?

— dręczył się na głos.

Operator odpowiedział zamiast niego: — Spróbuj, Jarmilko!...
— I skoczył ku dźwigowi, a każdy poszedł do swojej pracy.

Jarmilka przez chwilę stała i patrzyła na młoda mężatkę, która dalej robiła na 

drutach. Potem zaczęła schodzić z platformy, najpierw ją było widać do pasa, potem 

tylko głowę, aż zniknęła całkiem...

7

Po południu zszedłem do łaźni, aby mi łaziebny otworzył szafkę. Zapomniałem 

sobie podstemplować kartkę na cukier. Schodzę do piwnicy, potem do kotłowni, ale 
nie widzę nigdzie łaziebnego. Włażę po schodkach, patrzę w dół, czy się nie zdrzemnął 

koło kotła, a tam leży Jarmilka. Cicho stąpam, a ona śpi. Jakieś szmaty ma pod głową 
i śpi.

O dwa metry od jej włosów syczy przymknięty piec.
Siadam obok niej, biorę ją za rękę, dotykam czoła. Jest rozpalona, a brzuch ma 

taki wypukły, że powiadam sobie — może to już?

Ocknęła się.

— Je je j, stryjku, to wy?
— Co ci jest? — powiadam. Przeciąga ręką po czole.

— Niedobrze mi...
— Skoczę po doktora!

— Nie, nie, ja już tam byłam... dziś jestem tu ostatni raz.
Która godzina?

— Już po zmianie... pół do pierwszej.
— Nie szukała mnie baba, moja zmienniczka? Ta ci jest zła! Ale ona pewnie już 

nie wie, co to znaczy rodzić. Jak mogła mieć dzieci, to ją wyskrobali na amen! A teraz 
ma spokój! Raz

na zawsze!
— Ależ ty masz gorączkę?

— Możliwe... Przemoczyłam buty... Ale, stryjku, jak będę w domu, to przyjdźcie 

mnie odwiedzić!

— Naturalnie, że przyjdę, jakżebym mógł nie przyjść. Nawet z chęcią przyjdę. 

Razem z Wencą...

101

background image

— To dobrze... a teraz mnie zostawcie samą.

Zostawiam ją, wyłażę na schodki, na mostku mimo woli sią odwracam i znowu 

widzę Jarmilkę tak dziwnie skurczoną, jak gdyby nie ważyła więcej niż piętnaście kilo.

— Stryjku!
— Co chciałaś?

— Chodźcie no tutaj, coś wam powiem... Zbiegam i pochylam się nad nią.
— Co takiego, malutka...

— Stryjku, pożyczcie mi dwudziestaka, kupię sobie po drodze cukrowej waty...
— Ależ dobrze!

Daję jej dwudziestokoronówkę, wybiegam po schodach i idę
się kąpać...

Potem czysty już śpieszę pod zegar kontrolny.
Jarmilka stoi tam i wpatruje się w jeden punkt na suficie.

— No, jak się czujesz?
Zmusiła wargi do uśmiechu.

— Już mi dobrze... a dobrze też, że jestem tu ostatni raz, w ogóle ostatni raz...
— Będziesz przychodzić na spacery... — dodaję jej otuchy.

— Jużci, na spacery! Będę miała pełne ręce roboty! Musimy ze szwagierką szyć 

koszulki, kupować różne rzeczy... Może nawet na ten wózek się szarpnę. Rozumiecie, 

stryjku... — spojrzała na mnie. — Urodzi się mały, więc go musimy przywitać. Ja wnet 
wstanę i jak będziecie mieć czas, to przyjdźcie mnie odwiedzić. Nie wiem jeszcze, co 

będzie ze mną, ale przyjdźcie.

Pierwszy raz, odkąd się znamy z Jarmilka, pierwszy raz podała mi rękę, taką 

zwyczajną ludzką dłoń, szorstką jak język wołu. Przytrzymałem ją tak długo, aż mi 
sama wyrwała.

W   drzwiach   odwróciłem   się,   a   ona   już   znowu   z   uśmiechem   na   wargach 

wpatrywała się w jeden punkt na suficie.

8

Pewnego   sierpniowego   dnia   siedliśmy   z   Waszkiem   Pruchą   na   motor,   by 

zgodnie z obietnicą pojechać do Jarmilki. Było południe i słońce świeciło tak, że zieleń 
stawała się niebieskawa, a czerwień dachów po wioskach aż kłuła w oczy.

We wsi nie spotkaliśmy nikogo, tylko ze ścian sterczały łańcuchy uwiązanych 

krów.

Pod   kapliczką,   w   cieniu   lip,   siedziała   starucha.   Była   bosa,   a   palce   miała 

zabłocone. Chustkę naciągnęła na oczy, że widać jej było tylko brodę. . Waszek spytał: 

— Matulu, gdzie tu mieszka Jarmilka?

Uniosła chustkę, ale słońce tak prażyło, że ją znów ściągnęła na oczy.

— Która Jarmilka? Mamy tu dwie Jarmilki...
— Chcieliśmy odwiedzić tę Jarmilkę, co pracowała na Klad-nie.

— Aha, Jarusz...! U niej już po wszystkim. Urodziła przedwcześnie, ale dali tego 

małego   Jarousza   do   takiej   wylęgarni.   A   teraz?   Teraz   już   zuch   chłopak!   Za   to 

dziewusze uderzyło to

wszystko do głowy. Leży w/ domu jak bez duszy, jest do niczego.

— Którędy się tam dostanńemy? — zapytał Waszek.
— Tędy,  o,  koło  tamtego  płotu  pojedziecie  w  dół,  na rogu  jest dom  szewca 

Marvanka. A od tego domku zobaczycie taką jakby budkę na przewozie, tam miieszka 

102

background image

Jaruszka... w oknie pelargonie... ode mnie! Jak wam sicę uda i będzie z wami mówić, 

to ją pozdrówcie od starej ogrodniczki, ona już wie...

Waszek   dodał   gazu   i   w   go:rącym   powietrzu,   niemal   jak   w   ciepłej   wodzie, 

pojechaliśmy we wskazanym kierunku.

Na   rogu   Waszek   przyharmował,   ale   gdyśmy   pojechali   jeszcze   kawałeczek, 

otwarł się widlok w dole na biały domek, który rzeczywiście wyglądał jak Ibudka na 
przewozie. Potem dróżką udekorowaną z obu stron gięsim łajnem zjechaliśmy na dół.

Było cicho i powietrze od :żaru drgało jak przeźroczysta roleta.
Waszek oparł motor o pairkan, wytarł pot z twarzy i rzekł:

— Co ja wciąż widzę tak jakoś kolorowo? Obejrzeliśmy się.
— Mamy Jaruni nie ma w domu! Pojechała z Jarouszkiem

do ośrodka!
Była to ogrodniczka. Staiła wysoko na zboczu i trąbiła nam tę wiadomość przez 

zwinięte dłonie. W tym białym, zgrzebnym spranym odzieniu, z czerwonymi rękami i 
nogami, wyglądała jak śmierć.

— Południca! — sapnął Waszek.
Potem przez ogródek pelen marchwi, pietruszki, zielonej sałaty i olbrzymich 

pastewnych buraków weszliśmy do sionki.

Na szafie stał mały uschfiy świerczek, pewnie od Bożego Narodzenia, bo puste 

papierki i staniol szeleściły na przeciągu... Waszek nacisnął klamkę.

Izba była pełna słońca, na stole  wygrzewał się wielki  kocur. Nie ruszył się, 

obserwował nas tylko przez szparki powiek. W kącie stało wiejskie łoże, wyżej wisiał 
obraz   Jezusa,   który   rozchyla   koszulę   i   palcem   wskazuje   gorejące   serce   otoczone 

cierniowym wieńcem.

Na łóżku zaś leżała Jarmilka, w roboczym kombinezonie, pierzynę odkopała w 

nogi,   rękę   założyła   za   głowę   i   wpatrywała   się   w   sufit,   zupełnie   tak   samo,   jak   to 
widziałem tam, w stołówce stalowni...

Odezwałem   się   szeptem:   —   Jarmilko,   jesteśmy   tutaj,   ja   i   Waszek   Prucha. 

Wszyscy   z   pieców  kazali   cię   pięknie  pozdrowić  i   wciąż   się   dopytują:   —  „Kiedy   ta 

dziewczyna   wróci?”   Na   składowisku   też   mówią:   —   „Nikt   tak   nie   umiał   roznosić 
podwieczorków jak Jarmilka.” Szef cię także pozdrawia.

Waszek wypakował z teczki niebieską sukieneczkę, ręce mu drżały, gdy trzymał 

ją za ramionka w powietrzu.

— Tośmy ci przynieśli — mamrotał. — Od całej załogi... Przyślą jeszcze butki... i 

papućki... a kobiety od pieców kazały się spytać, czy masz dosyć pieluszek.

Zwilżył wargi.
— Marzka   prosiła   powiedzieć,   że   dla   małego   Jarouszka   robi   na   drutach 

kaftaniczek.

Ale Jarmilka z wyrazem bólu dalej wpatrywała się w sufit, na czole perlił się jej 

pot, miałem wrażenie jak gdyby poprzez ściany domku spoglądała gdzieś daleko, w 
jakiś bezludny świat...

Waszek położył rękę na piersiach.
— Każdy   ma   jakiegoś   mola,   Jarmilko...   Ja...   ja   w   domu   też   się   nie   czuję 

najlepiej... co dwa tygodnie pakuję manatki... żona mi pomaga wiązać walizki... na 
dole stoi taksówka, a ja mówię do starej: — „no, to już idę z tego domu, skoro mnie 

wypędzasz!”

— A   ona   do   mnie:   „Ja   cię   wypędzam?”   „Tak   —   odpowiadam   —   wypędzasz 

mnie, żebym sobie poszukał mieszkania... idę!” A ona:

— „To idź, ale ja cię nie wypędzam”. Ja mówię: „Naprawdę?”

— A stara tylko spogląda na mnie i zaczyna rozpakowywać moje walizki. Ja 

schodzę   na   dół   zapłacić   taksówkę...   ale   po   czternastu   dniach   taxi   znów   stoi   pod 

103

background image

oknem.   A   to   wszystko,   Jarmilko,   dlatego,   że   nie   możemy   mieć   dzieci.   Ty   masz, 

Jarmilko, chłopaczka...

Patrzyliśmy na Jarmilkę, ale ona wiedziała swoje... już może nie chciała nic 

wiedzieć, to wszystko ją wymijało, przepływało obok niej...

— Jarmilko!

Waszek ukląkł przy łóżku. .
— Naprawdę, wszyscy się o ciebie pytają, słyszysz? My obaj cię lubimy i znowu 

kiedyś przyjdziemy! Idziemy już... słyszysz?

Waszek wstał i patrzyliśmy obaj na nią, ale było widać, że

szkoda słów...
Porozumieliśmy się wzrokiem i cicho wysunęli  z izby. Kocur wciąż  leżał na 

stole, teraz wstał i położył się kawałeczek dalej, na słońcu, które przeniosło swe ciepło 
aż na skraj stołu.

Dziecinna sukienka leżała na krawędzi, a Jezus nad łóżkiem wciąż rozchylał 

niebieską koszulkę i pokazywał czerwone gorejące serce okolone cierniami.

Ale Jarmilka ani drgnęła. Wszystko słyszała, lecz nie robiło to na niej żadnego 

wrażenia. Albo może...?

Zamknęliśmy   drzwi,   a  gdyśmy   wyszli,  świat^p   słońca   przypominało   niemal 

rozpalony nikiel w elektrycznym piecu. Na górce wciąż stała ogrodniczka i obiema 

dłońmi zasłaniała sobie głowę.

Krzyknęła:

— No i co, mówiła?
Waszek kręcił głową i przecząco machnął ręką.

— Tak tak! — wołała ogrodniczka. — Ona się chciała z tego wstydu powiesić! 

Waszek rzekł:

— Co robić. Moja stara też mną czasem tak zakręci, że każda myśl we mnie 

oklapnie...   Ale   potem   znów   się   podrywam.   Może   ta   biedaczka   także   się   jakoś 

poderwie...

I   wskazał   na   domek   wyglądający   jak   budka   na   przewozie,   z   czerwonymi 

pelargoniami za oknem, w którym ukazała się udręczona twarzyczka Jarmilki.

— że   wszystkich   na   martenach   pięknie   pozdrawiam!   —   krzyknęła   i   znowu 

znikła.

Przełożyła Helena Gruszczyńska-Dębska

104

background image

Śmierć pana Baltisbergera

Niemal do południa, a potem wieczorem od nowa leżeli pod samochodem na 

starych workach i naprawiali tylne resory.

— Jakim cudem ten resor trzasnął, kiedy? — pieklił się ojciec.

— Kiedy?... Wtedy, cośmy wracali w nocy do domu — odparł wuj Pepin, który 

im   świecił.   —   Sławek   powiedział:   „Wuju,   śmierć   i   tak   nas   nie   minie,   siadaj   za 

kierownicą i prowadź!” No więc prowadziłem, choć mam ponad siedemdziesiąt lat i 
niedowidzę. I wiesz, że tylko kilka razy wpadliśmy do rowu?

— No, ja wam kiedykolwiek dam samochód! Figę z makiem! Pewnie jechała 

was cała kupa?

— Nic   podobnego   —   zaprzeczył   wuj   Pepin.   —   Tylko   sześcioro,   gorzej,   że 

podczas jazdy wypadła podłoga. Więc musieliśmy władować ją na dach, na łóżko.

— Na jakie znów łóżko?
— A   przewoziliśmy   łóżko   pewnemu   rzeźnikowi.   Ale   ten   rzeźnik   siedział   w 

samochodzie.

— Rany Julek — zalamentował ojciec. — A ja zachodziłem w głowę, skąd się 

wzięły te rysy na dachu. No, jeśli ja wam kiedykolwiek pozwolę wziąć mój samochód! 
— wykrzyknął i rąbnął kluczem o karoserię, aż paprochy zeschniętego błota zaprószyły 

mu  oczy.  Ale  że  działo   się  to  tuż  przed  Wielką  Nagrodą,   nie  zwlekając  wymienili 
pęknięty   resor,   a   w   miejscu,   gdzie   powinno   być   tylne   siedzenie,   przydrutowali 

składane

ogrodowe krzesło, ponieważ ojciec już dawno, przed pięciu laty, postanowił, że 

ze swojej śkody 430 zrobi cacko. Zdarł wtedy obicia, wyjął siedzenia i schował w 
szopie, a potem przez lata całe snuli z matką marzenia, jak to pewnego dnia wszystko 

się wypierze i wyczyści, kosztem paru patyków odrychtuje się karoserię i śkoda znów 
będzie błyszczeć nowością.

Na   razie,   gdziekolwiek   nią   zajechali,   ludzie   mówili:   —   Do   diabła,   ta   wasza 

landara coś okropnie jest wyblakła na gębie. Nie trzymaliście jej przypadkiem przez 

wojnę na dnie Łaby? — A ojciec się złościł, bo tak istotnie było. Albo się dziwili: — 
Czemuż   to   siedzicie   w   tym   samochodzie   jak   w   wannie?   —   Bowiem   pasażerowie 

siedzieli na skrzynkach po margarynie, z tej prostej przyczyny, że niczego innego nie 
było. Ale ojciec ciągle uważał to za stan tymczasowy, bo dla niego realna była jedynie 

wizja,   majacząca   wiecznie   na   widnokręgu...   Piękna,   z   eleganckimi   obiciami   śkoda 
430.

Ale wybierając się na Wielką Nagrodę Czechosłowacji wstawili do samochodu 

dwa stare  wyściełane   krzesła,  a  w  tyle  przy-drutowali  składane   ogrodowe  krzesło. 

Matka nasmażyła kotletów, litrową butelkę po maggi napełniła żołądkową gorzka i po 
północy wyruszyli do Brna na zawody motocyklowe.

Zatrzymali się w cudownym zakątku. Kiedy zjedli kotlety, ojciec usnął, a matka 

i   wuj   położyli   się   na   skraju   lasku,   tuż   przy   Zakrętach   Fariny.   Od   czasu   do   czasu 

pociągali z butelki po maggi i przyglądali się wyścigom. Odbywało się już ostatnie 
okrążenie   stu   dwudziestek   piątek,   a   na   czoło   bezapelacyjnie   wysunął   się   Franek 

Bartosz, pewien siebie, spokojny, jakby przyrośnięty do swojej OHC. W ryku silników 
mknął szosą, dwieście pięćdziesiąt tysięcy widzów wzdłuż trasy co chwila wybuchało 

wrzaskiem, a Franciszek to widział, widział te wzlatujące dłonie, apaszki i kapelusze, 
te   owacje,   i   nie   bał   się,   Franek   Bartosz   w   ogóle   nie   znał   co   to   strach,   jeśli   się 

czegokolwiek bał, to tylko tego, żeby mu nie nawalił gaźnik albo nie wysiadły świece. 
Teraz,   biorąc   ostatni   z   Zakrętów   Fariny,   nawet   nie   zmniejszył   gazu,   przylgnął   do 

maszyny i pruł jak wściekły.

105

background image

Wuj Pepin, ponieważ niedowidział, niewzruszenie ciągnął swo-

ją opowieść: — No więc zaszedłem w zeszłym roku do rezydencji arcybiskupiej 

popatrzeć, jak tam teraz wygląda, powiadam jyam, park zapuszczony, wszędzie kręcą 

się ludzie, tylko jakaś baba siedziała na ławce i wcinała jabłka. Gdyby to nieboszczyk 
arcybiskup Kohn widział! Zaraz by babę obsztorcował, dlaczego nie zamiata. On był 

nerwus, zwłaszcza w młodych latach, kiedy to nadleśniczy naszpikował go śrutem, bo 
smalił koperczaki do jego żony. W końcu arcybiskup, żeby być bliżej Boga, przeniósł 

się razem z gospodynią do Tyrolu.

Matka gawędziła z panem w fotelu na kółkach, którego krewni przytaszczyli 

tutaj już w sobotę wieczór, bo przed północą miano zamknąć trasę.

Wuj stanął przed fotelem na kółkach i rozgadał się: — Przez taki sam zakątek 

jak ten szedłem kiedyś z pewną inteligentną ślicznotką. Miała na imię Heda. I ta Heda 
nagle   mówi:  „Wie   pan  co,  przejdźmy   się  w  stronę  cmentarza!”   No   a  ja,  wówczas 

chłopak   jak   malowanie,   poszedłem   z   nią   niby   ten   Fibich,   ale   kolana   mi   się 
rozdygotały, a kiedy doszliśmy do cmentarza, ona w tej białej sukieneczce stanęła jak 

królowa i powiada: ,,A teraz złóżmy daninę romantyzmowi!” Więc poprowadziłem ją 
na stok Brzeźnickiej Góry, droga była pełna rozpadlin, teren ukształtowany całkiem 

jak   tutaj,   człowiek   mógłby   myśleć,   że   się   znalazł   w   Dolnej   Tuzli,   w   Bośni-
Hercegowinie. Tam Heda usiadła na skale i pyta: „Gdzież pan się ciągle kryje, że pana 

nie widać?” A ja jej na to, że boli mnie w piersiach — aby myślała, że piszę wiersze. 
Wtedy ona oparła parasolkę o głaz, położyła się na wznak i wlepiła wzrok w niebo, a 

mnie aż ciarki przechodziły. Odezwała się w te słowa: „Wie pan, mamcia bardzo pana 
lubi, nie przyszedłby pan do nas na kolację?” Ale ja milczałem, bo jej brat miał syfilis. 

Wtedy   Heda   powiedziała:   „Tak   mi   się   ciężko   oddycha,   chyba   przeniosę   się   na 
cmentarz...'„ A ja pochwaliłem ten zamiar i pocieszałem ją, że zdaniem poetów nie ma 

nic piękniejszego nad zmarłą piękność. '

Ale pan w fotelu na kółkach zaglądał matce w oczy i zrzędził: — Szkoda, moja 

pani,   że   Mandolini   podczas   treningu   poharatał   sobie   twarz.   On   by   Bartoszowi 
pokazał, jak się jeździ.

— E,   co   też   pan   mówi!   —   zaprotestowała   matka.   —   Po   mojemu   to   Bartosz 

pobiłby na głowę Mandoliniego.

— Nigdy, moja pani, nigdy! O, gdyby Mandolini nie poharatał sobie twarzy! — 

wykrzykiwał pan.

— Szkoda słów! — matka golnęła sobie z butelki po maggi.
— Zobaczymy   —   kaleka   jął   się   wiercić   w   fotelu.   —   Pogadamy   przy   trzystu 

pięćdziesiątkach. Zobaczy pani, jaki numer wytnie pan Baltisberger, wszystkich zrobi 
na niebiesko. Nie wyłączając pana Sztiastnego!

— Ten Baltisberger to Niemiec? — zapytał wuj.
— Niemiec — rzekł cicho pan i i poprawił pod sobą pled.

— To   z   pewnością   wygra,   bo   Niemcy   to   dranie!   —   wykrzyknął   wuj.   — 

Przypominam sobie pewne zdarzenie. Komendant Sokoła doktor Karafiat, kawaler i 

przystojniak tak jak ja, tyle tylko, że nosił cwikier i był wolnomyślicielem, poprowadził 
nas kiedyś na ćwiczenia do Suchodoli. Wracając musieliśmy przejść przez niemiecką 

wioskę Runarzów. Po drodze spytałem pana doktora: „Dlaczego pan się nie ożenił?” A 
on   mi   odpowiedział,   że   prawdziwy   mężczyzna   jest   ozdobą   natury,   czyli   istotą 

niesłychanie   wrażliwą,   i   nie   zniósłby,   aby   po   mieszkaniu   pałętała   mu   się   baba   z 
nocnikiem.   No   więc   szliśmy   przez   tę   niemiecką   wioskę   Runarzów   śpiewając 

patriotyczne pieśni, nieświadomi tego, że kochani sąsiedzi czekają już na nas z kijami. 
Ledwo   zaintonowaliśmy:   Lwią   silą   obdarzeni,   wzbijamy   się   sokolim   lotem...   — 

wypadły te bestie, pana doktora Karafiata ściągnęli z konia, a nas sprali na kwaśne 
jabłko. Pan doktor miał podli-monione oko i przetrącony nos.

106

background image

— Baltisberger   jest   człowiekiem   nieustraszonym   —   przerwał   wujowi   kaleka 

waląc laską w pled.

— Więc   pan   uważa,   że   Sztiastny   nie   jest   człowiekiem   nieustraszonym?   — 

uniosła brwi matka.

— Kto mówi, że nie jest? Jest, ale kiedy pan Sztiastny jedzie, wyrywa, jakby go 

rozpierała złość. Aż włos się jeży.

— Ma pan rację, złość psu na budę się zda — potaknął wuj.

— Ferdynand, ten, co miał zostać cesarzem, także był strasznym złośnikiem. 

Bydlak miał dwa metry wzrostu, a tyłek jak oborę,

musieliby  mu zrobić tron wielkości  studni, taki  jak  Marii  Teresy. Niech no 

tylko   spotkał   na   Konopisztiu   baby   dźwigające   chrust   w   płachtach,   własnoręcznie 

podpalał im cały ładunek, a kiedyś mało nie rozwalił ogrodnikowi głowy o ścianę tylko 
dlatego, że spostrzegł w oranżerii pękniętą doniczkę.

— No proszę, słyszy pani — wskazał kaleka na wuja. — A w wyścigu pięćsetek 

zobaczy pani, jak Bawarczycy załatwią Franciszka. Nie tylko Klinger, ale i Piotr Kness. 

Wczoraj  po południu  widziałem  Franciszka  podczas  treningu  w Pisarkach,  jak  się 
wyłożył z tą swoją pięćsetką, myślałem, że już po nim. Ale też pruł ze sto trzydzieści 

kilometrów na godzinę! Trzeba jednak przyznać, że Franek umie się wykładać. A to, 
moja pani, nie lada sztuka! Tylko że on poza tym ma cholernego pecha! I coś pani 

powiem.   Franciszek   Sztiastny   nie   natrafił   jeszcze   na   swoją   maszynę.   Nie   natrafił 
jeszcze na taką maszynę, która by wytrzymała jego złość. Maszyna musi zmordować 

jeźdźca. Ale w przypadku pana Sztiastnego jest odwrotnie. A odwagą nikt się z nim 
nie może równać. Nikt, powiadam pani.

— Identyczną odwagą odznaczali się przemyślanie! — rozpromienił się wuj. — 

Kiedy   brano   ich   w   rekruty,   porznęli   wszystkich   Niemców   nie   wyłączając   wójta. 

Zagnali ich do browaru, a panu wójtowi zostawili na pamiątkę majcher w ciele.

— Miło mi to słyszeć — powiedział kaleka. — Bo któż lepiej ode mnie może 

ocenić odwagę? Utraciłem nogę, a mimo to nadal jeździłem na harleyu. Dopiero gdy 
postradałem i drugą...

W  jego głosie dźwięczała  gorycz, unosił  obie  dłonie i  znów  je opuszczał  na 

czarne oparcia fotela.

— Proszę mi wybaczyć... — szepnęła matka.
— Głupstwo,   moja   pani.  Mówmy   o   czymś   weselszym.   Wiozłem   raz   brata   w 

przyczepie. Lewej nogi już wtedy nie miałem, tylko żelazną protezę. Jedziemy, aż tu 
nagle przyczepa się urywa, a mnie impet wyrwał protezę, którą miałem wspartą o 

drążek łączący kosz z motocyklem, razem z nogawką skórzanych spodni. Brat zjechał 
do rowu, a ja zleciałem z siodełka, zaś moja proteza szybowała chwilę w powietrzu, aż 

w końcu upadła na szosę, tuż przed dwiema kobietami, które wracały z targu. Jed-

na, gdy to zobaczyła, zemdlała. Ponieważ nic mi się nie stało, pokuśtykałem po 

protezę, ale kiedy ją podnosiłem, -<ta druga mniej strachliwa kobiecina też zwaliła się 
na ziemię. Z jedną nogą jakoś to jeszcze szło... ale teraz? Stałem się zgorzkniały i 

nieprzyjemny...

Umknął wzrokiem w bok i siedział w tym swoim fotelu na kółkach bez ruchu, 

jak skamieniały, aż wuj Pepin zaczął go pocieszać: — Hayliczek i Chrystus byli tacy 
sami.   Tacy   przystojni   mężczyźni,   a   też   się   nigdy   nie   śmiali.   Jak   ktoś   chce   być 

nosicielem   światowej   idei,   nie   może   mieć   psich   figlów   w   głowie.   Havliczek   miał 
diamentowy mózg, nawet profesorów zapędziłby w kozi róg.

— No dobrze — powiedział beznogi — ale nie zapominajmy, że w dzisiejszych 

zawodach o Wielką Nagrodę nie bierze udziału światowa czołówka! Przed dwoma laty 

wygrał   ją   Australijczyk   Cambell.   Wieczorem   było   w   Lużankach   spotkanie   z 
zawodnikami. Pojechałem i ja tam swoim wehikułem i zgłosiłem udział w dyskusji z 

107

background image

Australijczykiem, żeby mu przetłumaczyli moje słowa. „Co pan myśli, panie Cambell, 

o   Georgu   Geofreyu   Duke'u?”   A   ten   Australijczyk   odpowiedział,   że   Duke   jest 
najlepszym motocyklistą wszystkich czasów i że on za swój największy dotychczasowy 

sukces   uważa   zawody,   w   których   wyprzedził   Duke'a   na   mecie   o   pół   koła.   Tak 
powiedział Cambell, a kibice klaskali i wołali: ,,Niech żyje Duke!”

-— Tacy   ludzie   to   prawdziwa   ozdoba   i   chluba   świata!   Zupełnie   jak   mój 

przyjaciel   Rzymski!   —   wykrzyknął   z   entuzjazmem   wuj   Pepin.   —   Hanak,   służył   w 

pięćdziesiątym czwartym pułku, zielone wyłogi, nikt nie odważył się pisnąć, krzywo 
spojrzeć! W knajpie z pół setki ludzi, ktoś mnie zaczepił, a mój przyjaciel Rzymski 

rozwalił stół, rozbił żyrandol, a po chwili gości można było grabić z podłogi. Czterej 
żandarmi zmarli w szpitalu, reszta powyskakiwała przez okno, a Rzymski, gdy tak 

deptał i kopał te pikielhauby, złamał protezę kelnerce, która mu się napatoczyła pod 
nogi.   Dopiero   kiedy   gliny   sprowadziły   straż   ogniową,   która   puściła   mu   w   oczy 

strumień wody z sikawek, dopiero wtedy Rzymski, ten sławny Hanak, stracił ducha. 
Ale

w   kryminale   męstwo   znów   rozkwitło   w   jego   sercu   niby   kwiat,   przepiłował 

okowy, łańcuch gruby jak na byka, wyłamał futryny i złoił nimi profosów!

— Są jeszcze tacy ludzie na świecie! — zawołał beznogi, który przed laty, kiedy 

jeszcze miał jedną nogę, jeździł na har-leyu. Moi złoci, wyobraźcie sobie, co by było, 

gdyby Wielka Nagroda została zakwalifikowana do punktacji o mistrzostwo świata! 
Ubbiali na auguście — w Brnie! Bili Lomas na guzzi i inne światowe wielkości, John 

Surtees, Armstrong, a może i sam Georg Geofrey Duke — w Brnie! Ale byłby jubel!

— Byłoby   tak   samo,   jak   wtedy,   gdy   przyjechał   do   nas   arcybiskup   Kohn   — 

oświadczył wuj Pepin. — Wołoch z żydowskiego nasienia, włosy jak len, złote binokle, 
na palcu pierścień w cenie kilku milionów, wyperfumowany niczym jaka marmu-zela, 

aż się ten zaduch za nim płużył niczym dym za lokomotywą. — Wziął oddech i ciągnął: 
— No więc, kiedy do nas przyjechał, baby rzuciły się całować mu ręce, ale kanonicy je 

odpychali, żeby nie obsmarkały mu rękawów, co się jednak tyczy panienek z pałacu, 
córeczek   notariusza,   to   ksiądz   arcybiskup   sam   całował   je   po   rękach.   A   znów 

arcybiskup Stojan to był dusza człowiek, rozdawał na prawo i lewo, każdy żebrak, 
pijus czy nie, dostawał złocisza. Natomiast arcybiskup Bauer miał odrażającą facjatę, 

same krosty i błękitna krew. Przy bierzmowaniu to było bardzo nieprzyjemne. Co 
innego przy ostatnim namaszczeniu. Kilku umierających tak się wystraszyło tego jego 

oblicza, że powrócili do zdrowia. Zaś arcybiskup Preczan był zagorzałym filantropem. 
Chwytał moją mamę za ręce i mówił: „Bóg z wami, matko, pilnujcie się, żeby was nie 

stratowali”. I. dawał jej błogosławieństwo, a na dokładkę złotówkę, bo lubił baby, tę 
główną podporę Kościoła. Lubił także wygłaszać kazania na temat, że chrześcijanin, 

kiedy idzie do kościoła, nie powinien zionąć gorzałką. Ale niemal wszyscy arcybiskupi 
mieli jedną cechę wspólną — byli niesamowitymi obżartuchami. Na przykład Preczan 

za   jednym   posiedzeniem   potrafił   zjeść   całą   kobiałkę   gołębi,   a   Bauer   na   obiad 
pochłaniał małego pro^-siaka i antałek piwa.

W   trakcie   tych   wywodów   wuja   Pepina   nastąpił   start   w   kategorii   trzystu 

pięćdziesiątek   i   na   Zakręty   Fariny   jako   pierwszy   wpadł   z   piekielnym   warkotem 

Franciszek Sztiastny na jawie

OHC.

— To ten z czerwoną chustką? — zapytała matka.
— Ten   z   czerwoną   chustką   —   potwierdził   kaleka,   gdy   pierwsza   grupa 

przemknęła i łoskot maszyn przeniósł się za las.

Matka objęła pień brzózki i wychyliła się, aby widzieć zawodników biorących 

wiraż. Serce zaczęło jej walić, gdy czerwona chustka mignęła obok.

— Ależ ten Franciszek ma dosiad! — powiedziała.

108

background image

— I owszem. — Kaleka spoglądał w innym kierunku. — Wcale się nie dziwię, że 

w pierwszych okrążeniach Zandworthu Holendrzy nie posiadali się ze zdumienia, że 
takiego   szaleńca   wpuszczono   na   trasę.   Ale   kiedy   się   okazało,   że   w   tym   Fran-

ciszkowym   szaleństwie   jest   metoda   i   styl,   publika   też   zaczęła   szaleć   z   zachwytu. 
Jednakże Baltisberger bardziej mi się podoba jako zawodnik.

— Podoba,   podoba...   Najważniejsze,   jak   się   to   skończy!   —   powiedział   wuj 

Pepin. — My też urządziliśmy zawody sikawek strażackich, korzystając z okazji, że 

zapalił się młyn. Konie nam się spłoszyły i poniosły, toteż sami musieliśmy taszczyć 
sikawkę do pożaru. No, jakoś dotaszczyliśmy i spoceni jak myszy zaczęliśmy gasić. Ja 

stałem z ciężkim sitem na grobli i zgodnie z regulaminem czekałem, aż komendant 
zatrąbi. Ale on tymczasem trąbił z manierki, więc w końcu strażacy przynaglili mnie 

kuksańcem, a ja zapomniałem puścić to sito i rymnąłem do stawu, tak że musieli mnie 
łowić bosakami, bo nie umiałem pływać. Zostałem strażakiem na życzenie pewnej 

ślicznotki, która stwierdziła, że z toporkiem i drabiną z pewnością byłoby mi bardzo 
do twarzy. Potem musieliśmy łowić hakami to sito. Przez ten czas spłonęło pół młyna. 

Kiedy wreszcie złożyliśmy sikawkę do kupy, strażacy zaczęli pompować wodę, a ja, 
wyczerpany tym rymnięciem do stawu, wpakowałem się pod żelazne osęki, oni zaś 

łupnęli mnie ramieniem pompy w głowę, ażem omdlał. Musieli mnie cucić, co zabrało 
tyle czasu, że strażacy z Przemysło-

wic pierwsi zaczęli polewać, i chociaż młyn już i tak zdążył się dokumentnie 

spalić, komendant mnie zwymyślał, że pozbawiłem drużynę zwycięstwa.

Skryty w barwnym listowiu głośnik oznajmił, że Baltisberger zmienia gażnik, a 

Hinton jest o całą minutę za Franciszkiem Sztiastnym. Ale Franciszek mimo to gnał, 

jakby ci dwaj siedzieli mu na karku. Rozpędził maszynę na prostej i z szybkością stu 
dziewięćdziesięciu kilometrów wchodził na wiraże, zwalniał odrobinę i brał je tak po 

wariacku,   że   widzom   aż   zapierało   dech   w   piersiach.   Po   prostu   kamienieli   widząc 
szaleńczą i mściwą jazdę Franciszka.

— Żeby mu tylko świece nie nawaliły — szepnęła matka i napiła się gorzkiej.
— Baltisberger   był   strasznie   pewny   siebie.   Już   kiedy   go   zobaczyłem   w 

pierwszym okrążeniu, doznałem wrażenia, że rozpiera go pycha — rzekł kaleka.

— To   się   tak   zawsze   kończy   —   powiedział   wuj.   —   Mnie   uczył   religii   nasz 

proboszcz, nazywał się Zborzil, Hanak  z Pustomie-rza, dwumetrowy olbrzym. Raz 
zadał na lekcji pytanie: „Co to jest Trójca Święta?” Jeden chłopak odpowiedział, że 

Trójca Święta była siostrą Marii Panny. Na to ksiądz Zborzil uniósł go w górę jak 
królika, zatarmosił nim, dał mu prztyka w nos, a potem jeszcze walnął kilka razy 

głową o tablicę, bo w owych czasach wzorowano się na Janie Amosie Komenskim, 
który głosił, że uczniowi pycha nie przystoi i że wśród przyborów szkolnych nie może 

brakować kija.

— Na   pewno   ma   już   przewagę   dwóch   minut   —   powiedziała   matka   i 

zakorkowała butelkę.

A Franciszek wpadł na Zakręty Fariny z jeszcze większą precyzją i odwagą, nie 

jechał   już   dla   ludzi,   lecz   dla   siebie   samego,   bliski   doścignięcia   swego   własnego 
wyobrażenia   o   tym,   jak   się   powinno   jeździć,   dla   samej   rozkoszy   ślizgania   się   po 

granicy   życia.   A   przy   tym   los   mu   dzisiaj   sprzyjał.   Wyczuwał   to   każdym   nerwem. 
Publiczność, widząc tę pewność siebie, otrząsnęła się z martwoty i przestała się o 

niego bać. W ostatnim okrążeniu Franciszek Sztiastny jechał przedziwnym tunelem, 
doliną usła-

na radosnymi owacjami gardeł, rąk, chusteczek d° nosa i wszystkim czym tylko 

da się wyrazić entuzjazm. Zfi miejsca siedzą-y ce, gdy nadjeżdżał, zmieniały się w 

miejsca std^ce-

109

background image

W   przerwie   przed   zawodami   dwustu   pięćdzi^tek   matka   obudziła   ojca, 

zagrzebanego w koce.

— Wstawaj i chodź popatrzeć. To całkierf przyjemna rozrywka.

Ojciec   grzmotnął   żołądkowej   gorzkiej   i   poiiedział:   —   Co   to   za   rozrywka 

motocykle?   Gdyby   jeździły   sarrocn°dy,   to   co   innego!   Hermann   Lang,   Rudolf 

Caraciola,   TazP   Nuvolari,   panie   dzieju,   pojemność   pięć   litrów,   trzy   kompresotf- 
Wtedy rzeczywiście jest na co patrzeć. Wcale się nie dziwłem temu, co powiedział 

Rudolf Caraciola, że dla niego 2Tcie zaczyna się w chwili, gdy słyszy ryk motoru.

Mężczyzna w fotelu na kółkach spuścił z tonu. — Pan zna Caraciolę?

— Owszem   —   odparł   ojciec.   —   Stałem   c^ok   nie§°  na   P°-grzebie   jego   żony. 

Zasypała   ją   lawina   w   Alp£cn-   Ten   champion   wiódł   niezwykle   surowy   tryb   życia. 

Kieliszekszampitra jedynie po wygranych zawodach.

— Widział pan jakieś wielkie wyścigi?

— Owszem — powiedział ojciec. — Niech ^ Pan lePieJ nie przypomina! Były to 

zawody   o   puchar   Tryp^isu>   tam   właśnie   znakomitemu   zawodnikowi   Yarziemu 

zabiegli) drogę jakieś psi-sko, no i wiadomo, jak się to skończyło. AcrJ^es Yarzi się 
zabił! — powtórzył ojciec to, co wyczytał w jsi^żkach Rudolfa Caracioli i Hansa von 

Stucka. — Oglądałeś również trening przed Wielką Nagrodą Monzy. Jakiś dureń rtfkł 
°leJ na szosie, a Borzachini i Campari wpadli w poślizg i za^i si<?- w godzinę później 

wyjechał na trasę Czajkowski i teżsie- zabił na tym rozlanym oleju. Runął ze skały do 
morza.   Byłem   w   trafice   u   podnóża   tej   skały,   gdzie   zwłoki   wystawiono^a   widok 

publiczny. Mówił mi trafikant, że leżały u niego ławet koronowane głowy.

— Pan znał Borzachiniego?

— Nie, ale widziałem go w hotelu, jak puścił wentylator i rzucał w powietrze 

banknoty, całą wygraną, i tańczył wśród polatujących pieniędzy.

— Taki sam charakter miał syn barona K6nigsvatera! — zawołał wuj. — Starego 

K6nigsvatera   cesarz   zrobił   baronem,   chociaż   jeszcze   jego   dziadek   handlował 

sznurowadłami po wsiach. Ale stary K6nigsvater mieszkał już w pałacu i hodował 
konie, a w stajniach pozawieszał lustra, żeby konie mogły się przeglądać i żeby obrok 

im lepiej smakował. No a jego syn ożenił się z aktorką, biedną jak mysz kościelna, 
lampartował się z nią, a kiedy przeputał prawie cały majątek, starego barona trafiła 

apopleksja.

— Bardzo ładna historyjka, ale niech mi pan powie, jaki samochód pańskim 

zdaniem jest najlepszy? Mercedes, maserati czy alfa romeo?

— Moim zdaniem najlepsza jest śkoda 430 — odparł bez wahania ojciec. — 

Solidny wóz, jest w nim ciepło, no i łatwy w prowadzeniu. Mało tego! Może pan do 
niej załadować dziesięć metrów kartofli. W zeszłym tygodniu jechało nią sześć osób, a 

na dachu na dokładkę szafa. — Ojciec spojrzał w kierunku, gdzie powinna stać śkoda.

Głośnik w lasku obwieścił: — Dwieście pięćdziesiątki gotowe do startu. Nim 

nadejdą   wiadomości   z   trasy,   zechcą   państwo   wziąć   programy   i   wykreślić   numer 
siedemnasty, Autengruber, Austria, i wpisać na to miejsce Andersen, Szwecja, obaj na 

maszynach   norton.   Powtarzam:   proszę   wykreślić...   Uwaga!   Dwadzieścia   sekund, 
piętnaście, dziesięć, pięć... start! Rozpoczęły się zawody dwustu pięćdziesiątek!

W dali rozległ się ryk maszyn. Zbliżał się i wzmagał z każdą chwilą.
Radiowęzeł relacjonował spośród liści: — Punkt sprawozdawczy w Żebietinie 

podaje, że pierwszy przejechał w piekielnym tempie Baltisberger, a zaraz za nim — 
również na NSU sport--max Kassner, następny był sympatyczny Australijczyk Brown 

z kangurem na kasku! Na prostych zawodnicy osiągnęli szybkość dwustu kilometrów.

Na Zakręty Fariny pierwszy wpadł Hans Baltisberger i tak wyrywał, że matka 

ujrzała   tylko   srebrzystą   smugę.   W   chwilę   potem   równie   błyskawicznie   przemknął 
Brown, a tuż za nim Kassner. Zostawili po sobie jedynie woń spalin.

110

background image

— Hans   prowadzi,   ale   mnie   się   to   nie   podoba!   Jedzie   z   taką   złością,   tak 

wabank! — mamrotał kaleka stukając laską w protezę.

— O nieszczęście nigdy nietrudno — powiedział wuj. — Raz przyjechał do nas 

na   manewry   nieboszczyk   cesarz   Franuś   ze   swoim   stryjem   Albrechtem,   tym   z 
wystającymi zębami, a po manewrach odprawiono w kościele mszę. Ja na nią nie 

poszedłem, bo już wtedy byłem oczytany w Havliczku i w „Svieto-zorze”. No i co się 
stało. W czasie mszy rozpętała się nagła burza, pioruny waliły raz po raz, aż w końcu 

jeden łupnął w kościelny piorunochron, spłynął po nim na chór i poraził organistę. 
Przerażone baby rzuciły się hurmą do zakrystii, ale proboszcz je stamtąd wykopał, a 

kościelnego zwymyślał, że je wpuścił, kiedy on, namiestnik Boga, jest w koszuli. Więc 
baby pognały przed ołtarz i tam panika wybuchła na dobre, myślały bowiem, że sufit 

się wali, a to ministrant tak szarpał za drut dzwonka loretańskiego, aż go zerwał, i ten 
drut młynkował ze świstem w powietrzu i walił baby po głowach przewracając je na 

ziemię.

Radiowęzeł   wycharczał:   —   Przez   Yeselkę   pierwszy   przejechał   Hans 

Baltisberger, tuż za nim depczący mu po piętach Kassner. Bartosz odpadł z wyścigu 
na  skutek   zatarcia   się   tłoka.   Porządkowi,   uwaga!   Dostaliśmy   meldunek   z   odcinka 

między Żebieti-nem i Zakrętami Fariny, że wzmógł się boczny wiatr i spadł przelotny 
deszcz.

— Tego   tylko   brakowało   —   jęknął   mężczyzna   w   fotelu   na   kółkach   i   kiedy 

głośnik zawiadomił o zbliżaniu się zasadniczej grupy, najpierw bał się patrzeć, ale 

potem nie wytrzymał. Wpijał wzrok w migające maszyny, a gdy zniknęły za laskiem, 
ogarnęło go przeczucie, że już ich więcej nie zobaczy. — To nie zawody, ale tortura 

nerwów — powiedział.

— Tak jest ze wszystkim — pocieszał go wuj. — Z mojego powodu truły się dwie 

kamelijki. Jedna z nich — miała na imię

Wlasta — powiada mi kiedyś: „Chodź się pokochać, ale tak z miłości!” A ja na 

to, że boli mnie w piersiach. Ona się rozzłościła: „Ty byku krasy, mam cię zaprawić 
butelką?” Ale to był dobry znak, o, Wlasta umiała zjednywać sobie męskie serduszka. 

Potem   przyszli   tam   rzeźnicy   i   ja   pokazywałem   im   różne   akrobatyczne   numery, 
takeśmy się bawili, że do Wlasty trzeba było wezwać doktora, a mnie policaje odwieźli 

do domu na taczkach.

— A ta druga dziewczyna?

— Ta znów truła się z mojego powodu śliwowicą. To była chodząca dobroć, a 

nazywała   się   Zdenka   Malikówna.   Jak   mnie   całowała   w   lokalu,   porucznicy   od 

dragonów   wyłazili   ze   skóry.   Potem   zaprowadziła   mnie   do   swojego   pokoju,   a   ja 
zacząłem   ją   uświadamiać,   że   Mozart   to   wiedza   nadprzyrodzona.   Ale   Zdenka 

Malikówna powiedziała uspokajająco: „Zostaw te bzdury, mnie możesz zaimponować 
jedynie jako mężczyzna”. Więc się położyliśmy, po czym chciałem wyskoczyć oknem, 

tylko   że   to   było   na  pierwszym   piętrze.   A  Zdenka  Malikówna   łasiła   się   do   mnie   i 
szeptała, że mogę sobie teraz pozwolić na wszystko. Więc ją uświadomiłem, jak to 

Strauss  widząc  symfonię „Jowiszową”  Mozarta  powiedział:   „Przyprawia  mnie to  o 
mdłości”, a Zdenka Malikówna odrzekła: „A mnie ty przyprawiasz o mdłości, u licha, 

nie widzisz, jakie mam ciało?” Chciałem uciec drzwiami, ale na korytarzu zawarczał 
bernardyn. Więc zaśpiewałem „Bądź tylko mą, Wioletto...” i poddałem się.

W tej chwili powietrzem wstrząsnął grzmot maszyn i jako pierwszy przyjechał 

numer trzeci, Hans Baltisberger. Matka widziała, jak zawodnik obejrzał się, gdzie są 

pozostali.   I   nagle   wpadł   w   poślizg   na   mokrej   szosie.   Przednie   koło   wyleciało   z 
impetem w górę, srebrzysta maszyna NSU sport-max skosiła słup telegraficzny, po 

czym   wszystko   zniknęło   w   rowie.   W   następnej   chwili   z   rykiem  silnika   przemknął 
Kassner biorąc Zakręty Fariny z taką samą szybkością jak w poprzednim okrążeniu.

111

background image

Głośnik skrzeczał: — Zwracamy się do was, młodzi członkowie Ligi Przyjaciół 

Żołnierza, do tych z was, którzy piszecie, że chcielibyście brać udział w zawodach! 
Zgłoście się i wypróbuj-

cię   swoją   odwagę,   swoje   szczęście   w   zawodach   krajowych.   Ale   oto 

otrzymaliśmy wiadomość z Liskovca, że jako pierwszy przejechał Kassner. Gdzie się 

podział Baltisberger na maszynie oznaczonej numerem trzecim?

— Ja wiedziałem, że tak się stanie, ja to przeczuwałem! — Kaleka aż się uniósł 

w fotelu. — W mojej obecności zawsze musi się wydarzyć jakiś wypadek. Farina zabił 
się na moich oczach. Książę Biro wpadł między widzów tuż obok mnie. Jak mówię, w 

mojej obecności zawsze musi się wydarzyć jakiś wypadek.

Ojciec wstał z ziemi.

— Nie chodź tam — powiedziała matka, lecz ojciec pobiegł przez lasek aż do 

wilgotnego jaru, po czym przeszedł tunelem pod szosą, a tam, po drugiej stronie, 

odwracano akurat Baltis-bergera na wznak.

— Rąbnął głową o ten pniak — pokazywał jakiś młodzik.

Ojciec   nie   stracił   spokoju.   Ukląkł   przy   panu   Baltisbergerze   i   pomagał 

pielęgniarce ściągnąć mu kask. Ciężko to szło, gdy wtem zawodnik podźwignął się, 

jakby chciał wydostać się z tego pogruchotanego ciała. Był to jednak ostatni zryw, 
złamał się w pół, z ust buchnęła mu krew.

Wyszeptał: — Ich bitte ...ich griisse...
Głowa   mu   opadła,   a   spływająca   krew   zamigotała   w   słońcu   —   które   wyszło 

akurat zza chmur — niby potok rubinów.

Radiowęzeł zawiadamiał spośród mokrych liści: — W tej chwili przez Yeselkę 

przejechał   Horst   Kassner,   a   za   nim   Heck,   obaj   na   NSU.   I   nasi   coraz   bardziej 
wychodzą na czoło. Kviech i Kosztyrz na jawach! Drodzy widzowie, przygotowaliśmy 

dla was jeszcze jedną atrakcję. Możecie z bliska zaobserwować lądowanie helikoptera, 
który w tej chwili unosi się nad waszymi głowami lekko i z gracją jak ważka. Szkoda, 

że nie mamy tam zainstalowanych kamer telewizyjnych i nie możemy przekazać tego 
wspaniałego widoku z góry. Prosimy widzów o niezbliżanie się do miejsca lądowania. 

Helikopter, zanim wyląduje, rozrzuci ulotki, abyście państwo nie zapomnieli, że w 
przyszłą niedzielę obchodzimy Dzień Lotnictwa.

Ojciec spojrzał na zegarek.
Wskazywał pierwszą czterdzieści osiem.

Przybył   lekarz,   wziął   pana  Baltisbergera  za   przegub   ręki,   potrzymał   chwilę, 

potem przytknął ucho do jego piersi, a gdy się wyprostował, przybrał urzędową minę. 

Ojciec zrozumiał, że nastąpił koniec.

„Jest przecież czyimś synem” — powiedział sobie w duchu., wziął kask i położył 

na rozbitym motocyklu.

Szosą śmignął Horst Kassner, z pewnością wiedział już, że Baltisberger  nie 

żyje, i rozumiał, co to oznacza, ale nie sfolgo-wał, wręcz przeciwnie, jakby chcąc złożyć 
hołd koledze po fachu wjechał na Zakręty  Fariny tak, jak wjechał na nie zmarły.. 

Śmiało, precyzyjnie i z największą szybkością, na jaką mu pozwalały silnik, serce i 
chłodna rozwaga.

Pielęgniarka   omotywała   głowę   Baltisbergera   bandażem,   omo-tywała   coraz 

grubszymi zwojami, lecz bandaż ciągle nasiąkał czerwienią.

Głośnik   chrypiał:   —   Lada   chwila   oczekujemy   zwycięzcy   wyścigu   dwustu 

pięćdziesiątek. Czy nim będzie Kassner, czy Heck? Już minęli Liskovec... a w pobliżu 

nas   startuje   helikopter,   wznosi   się   pionowo   w   górę,   już   jest   pięćdziesiąt,   już   sto 
metrów nad nami i wciąż rzuca ulotki. No tak! To Kassner! A drugi? Drugi jest Heck! 

Obaj zawodnicy na eleganckich maszynach, które-dzięki swej obudowie przypominają 
srebrne łabędzie.

112

background image

Kiedy   matka   oznajmiła   wujkowi,   że   pan   Baltisberger   się   zabił,   wuj   Pepin 

powiedział: — Szkoda, że nie jestem młodszy, siadłbym na tę pierdzimączkę i ja bym 
im   pokazał.   Toć   onego   czasu   służyłem   w   najwspanialszej   armii   świata.   Wojskowi 

nosili wtedy gorsety niczym panienki. Raz jeden kadet pożyczył mi munduru, pas był 
lakierowany,   a   jakże,   włosy   miałem   ufryzowane   i   tak   sfotografował   mnie   w 

Prostiejowie fotograf Klicz. Cery niejedna dziewczyna mogła mi pozazdrościć, krew z 
mlekiem, tak samo jak mój stryjeczny brat, kirasjer cesarski, chłop na schwał, potem 

się zapił, ale swego czasu było to najpiękniejsze ciało w okolicy. Ważył sto kilo, a kiedy 
się rozebrał, calutkie ciało miał białe jak świeżo spadły śnieg, toteż dostał przezwisko 

Piękny Franuś. A ja wisiałem na rynku w Prostiejowie, dziew-

czata tłoczyły się przed gablotą, wtem słyszę, jak jedna pyta drugą: „Który ci się 

najbardziej podoba?” A tamta pokazała palcem moją fotografię. Stałem akurat za nią, 
wiać gdy wracałem do domu, patrzyłem na wszystkich z góry.

To rzekł wuj, lecz mężczyzna w fotelu na kółkach siedział •ze spuszczoną głową, 

a łzy kapały mu na pled...

Za laskiem, jakieś trzysta metrów od Zakrętów Fariny, obudzili się akurat dwaj 

uczniowie ze szkoły przyzakładowej, którzy jechali  całą noc z Chomutowa, tak jak 

dziesiątki   tysięcy   innych   fanatyków   sportu   motorowego,   aby   obejrzeć   Wielką 
Nagrodę. Wczesnym rankiem zrobili spacer po Brnie, tak jak dziesiątki tysięcy im 

podobnych, a po siódmej przyjechali na trasę, aby wiwatować na cześć zwycięstwa 
Franka Bartosza i zachwycać się odważną jazdą Franciszka Sztiastnego. Ale potem 

zmęczenie tak im się dało we znaki, że w przerwie położyli się, przykryli marynarkami 
i usnęli. Gdy się zbudzili, nie mogli sobie

„tego darować.
— To twoja wina, ty wpadłeś na ten pomysł!

— Ja! Ty powiedziałeś: tylko na chwilę.
— No, powiedziałem, ale po coś się od razu tego uczepił?

— W każdym razie to ty jesteś śpioch.
— A ty niby co? Szlag mnie trafi, jeśli przespaliśmy pana

Baltisbergera.
Kłócąc się biegli w stronę trasy. Zatrzymali pierwszego napotkanego widza.

— Czy dwieście pięćdziesiątki już jechały?
— Jechały.

— Kto był pierwszy?
— Kassner.

— kA drugi?
— Heck.

— A trzeci?
— Kosztyrz.

— A gdzie utknął pan Baltisberger?
— Na   ostatnim   odcinku,   jaki   przejechał   w   swoim   życiu,   przed   Zakrętami 

Fariny, raczej tam, chłopcy, nie chodźcie!

Ale   uczniowie,   którzy   przyjechali   aż   z   Chomutowa,   żeby   zobaczyć   pana 

Baltisbergera, pobiegli tam. Przebrnęli przez tunel pod szosą, a po drugiej stronie 
ujrzeli... Pod brezentową płachtą ktoś leżał, a kawałek dalej, również pod plandeką, 

sterczał   NSU   sport-max.   Cicho   zajechał   beżowy   mercedes,   ten   sam,   który   rano 
podziwiali przed hotelem „Morawa”, wyskoczył z niego mechanik, zbiegł do rowu i 

dwoma palcami dotknął płachty w tym miejscu, gdzie prawdopodobnie była głowa. 
Potem podniósł kask i postukał nim o pniak, aby wytrząsnąć ściętą krew.

Głośnik   uroczyście   relacjonował:   —   Na  podium   zwycięzców   wstępuje   Horst 

Kassner, po jego prawicy staje Heck, po lewicy Kosztyrz, a małe pionierki wiążą im na 

113

background image

szyi czerwone chustki. Nad nimi unosi się helikopter, wzbił się już tak wysoko, że 

ginie w słońcu. Prosimy wziąć programy i wykreślić numer dwudziesty ósmy, Bili 
Hali, Wielka Brytania, a na jego miejsce wpisać Czekurti, Węgry, na maszynie gillera. 

Przed rozpoczęciem zawodów pięćsetek proszę wykreślić...

— To pan Baltisberger  na dobre nie żyje? — plasnął w dłonie uczeń  szkoły 

przyzakładowej.

Przełożyła Cecylia Dmochowska

114

background image

Diamentowe oczko

Podróżny stawiał już nogę na stopniu wagonu, kiedy ktoś chwycił go za ramię. 

Odwrćfcił się i ujrzał podstarzałego mężczyznę na peronie.

— Panie, jedzie pan w kierunku Pragi?

— Do Pragi — powiedział podróżny.
— To świetnie, proszę, niech pan weźmie z sobą moją córeczkę Wendulkę. Na 

dworcu w Pradze ktoś będzie na nią czekał — mówił ojciec i wetknął podróżnemu dłoń 
szesnastoletniej mniej więcej pannicy.

Zawiadowca   już   gwizdał,   konduktorka   pomogła   dziewczynie   wejść   na 

platformę   wagonu,   a   potem   ręką   dała   znak,   że   pociąg   jest   gotów   do   odjazdu. 

Zawiadowca podniósł chorągiewkę.

Ojciec biegł obok wagonu i upominał: — Wendulko, trzymamy za ciebie palce. I 

zaraz wyślij telegram, słyszysz?

— Słyszę, tatusiu — krzyknęła dziewczynka — wyślę!

A kiedy pociąg minął semafor, podróżny otworzył drzwi i poprowadził ją przez 

korytarz, na którym hulał przeciąg. Ciągle trzymał je za rękę i był bezradny.

Słychać było rozmowę z przedziału: — Fakt, jeszcze za czasów kawalerskich 

poszła mi kupić koszulę, ale nie mogła, bo nie wiedziała, który numer. Aż nagle w 

drzwiach przypomniała sobie i krzyczy przez cały sklep: „Zawsze kiedy go duszę, to 
trzymam ręce o tak!” i ekspedient wziął centymetr, obwiódł jej

ręce   i   powiada:   „Numer   czterdziesty”.   Koszula,   jak   państwo   widzą,   leży   na 

mnie jak ulał...

Drzwi rozsunęły się gwałtownie i z przedziału wybiegł jakiś człowiek i dusił się 

od śmiechu: — Krajać go, to mało! — krzyczał bębniąc pięścią o drewnianą ścianę 

wagonu.   A   kiedy   już   się   wyładował,   wrócił   do   przedziału,   gdzie   ten   sam   głos 
opowiadał   dalej:   —   Ja   znowu   myślę   sobie,   jeśli   ona   na   Mikołaja   zrobiła   mi 

niespodziankę tą koszulą, to ja na Wigilię sprawią jej radość kapelusikiem. Poszedłem 
do domu mody i mówię: „Chciałem ten sznytowy kapelusz, który leży na wystawie”. A 

ekspedientka   na   to:   „Który   numer   pan   życzy?”   Oczywiście   nie   wiedziałem,   ale 
przypomniałem sobie i mówię: „Kiedyś się pokłóciliśmy, palnąłem wtedy narzeczoną 

o tak z góry i do dziś pamiętam rozmiar jej główki”. Ekspedientka znosiła kapelusze i 
tak   długo   podtykała   mi   pod   dłoń,   aż   wreszcie   wybrałem.   „To   ten!”   —   mówię. 

Położyłem go pod choinkę i pasował narzeczonej do głowy jak tyłek do nocnika.

Z  przedziału  wybiegł  łysoń,  przyciskał  chusteczkę   do  ust  i czkał,  odepchnął 

dziewczynkę   i   wychylił   się   przez   okno,   potem   huknął   kilka   razy   pięścią   w   ścianę 
wagonu i wykrztusił:

— Zabić tego chłopa, to za mało — i otarł oczy. ~ Podróżny, który ciągle jeszcze 

trzymał   dziewczynkę   za   rękę,   podjął   wreszcie   decyzję   i   wszedł   do   przedziału   za 

łysoniem.

— Panowie   —   powiedziała   dziewczynka   —   nazywam   się   Wen-dulka 

Krzisztówna i jadę do Pragi. — Wyciągnęła ręce i macała przed sobą, aż natrafiła na 
kędzierzawą głowę kawalarza; on też się przedstawił: — A ja nazywam się Krasa Emil.

— Wacław   Kohoutek   —   powiedział   łysoń.   Mężczyzna,   który   przyprowadził 

Wendulkę, chciał położyć teczkę na półce, ale zawadził nią o głowę łysonia.

— Panie, gdzie pan masz oczy?
— Przepraszam.

— Ojej,   kogoś   uderzyli   —   zawołała   dziewczynka.   —   Ale   najgorzej   to   ze 

skrzynkami. Noszę listy do skrzynki pocztowej i drogę znam tak dobrze, jak własne 

pantofle, ale ci przeklęci listo-

115

background image

nosze przenieśli skrzynkę dwa domy bliżej i ja uderzyłam czołem o żelazny róg 

i skaleczyłam się. Zdzieliłam to pudło białą laską, i to dwa razy!.

— Niech panienka usiądzie tutaj koło okna — doradzał łysy ocierając oczy — 

będzie lepiej widać.

Dziewczyna najpierw obmacała ławkę, potem okno. Wyciągnęła przed siebie 

dłoń, jakby chciała sprawdzić, czy nie pada i powiedziała uspokojona:

— Jak pięknie tam świeci słoneczko. Podróżni umilkli.

— To pani tatuś był na dworcu? — spytał podróżny, który
przyprowadził Wendulkę.

— Tatuś — kiwnęła głową — ale proszę panów, mój tatuś to unikat. Wszyscy 

powinni go poznać. Mój tatuś jest sadownikiem i pewnego razu przejechał wózkiem 

kulawą sąsiadkę Dy-maczkową i była z tego rozprawa w sądzie. Wrogowie tatusia 
cieszyli się, chwała Bogu, starego Krzisztę wsadzą do kryminału albo będzie bulił jak 

ament w pacierzu. A tymczasem do sądu przybiegła Dymaczkowa bez kuł, jak sikorka, 
całowała tatusia po rękach i dziękowała, że ją tak cudownie przejechali, bo od tej pory 

chodzi jak ta lala. Szkoda tylko, mówiła, że tatuś nie przejechał jej trzydzieści  lat 
temu, bo z pewnością wyszłaby za

mąż.
— Dzielny ten tatuś panienki — pochwalił kędzierzawy.

— Prawda? — uśmiechnęła się Wendulka i wyciągnęła dłoń, ale pociąg brał 

zakręt i słońce z okna przedziału przeniosło się na korytarz.

— Słońce zaszło — powiedziała.
Podróżni popatrzyli na siebie i pokiwali głowami.

— A jaki jest pana tatuś? — zapytała kładąc rękę na kolanie
kędzierzawego.

— Mój ojciec jest na rencie  już od piętnastu  lat, bo ma największe  serce w 

Europie — powiedział. — Serce wielkie jak wiadro i przesunięte na środek piersi...

— Oby tylko... — zakłopotał się łysy.
— To wspaniałe! — zawołała Wendulka.

— A   tak.   Z   ojcem   spisali   taką   umowę,   że   po   jego   śmierci   serce   zabierze 

uniwersytet — mówił kędzierzawy. — To serce chcieli od ojca kupić za granicą, ale tata 

jest patriotą i powiedział, że się nie zgadza. Teraz nie wolno mu ani kąpać się, ani 
latać samolotem, ani jeździć pociągiem pospiesznym...

— Wiem, wiem — zawołała dziewczynka — to dlatego, żeby takie sławne serce 

się gdzieś nie rozbiło, albo nie zginęło, prawda — namacała rękę kędzierzawego  i 

ścisnęła ją — ale taki tatuś, jak pana, nie zginie w świecie, mój też nie zginie!

— Oczywiście — powiedział pasażer i nagle jakby wyprzy-stojniał. — Czasami 

chodzę z ojcem na wydział, tam rozbierają •go do naga, a potem profesor kreśli na 
nim niebieskimi i czerwonymi ołówkami...

— Tak,   tak   —  cieszyła   się   Wandulka   —   bo   te   czerwone   kreski   to   tętnice,   a 

niebieskie to żyły, prawda!

— Aha — mruknął i schował rękę dziewczynki w swoich dłoniach, opowiadał 

dalej — a później zawożą ojca do sali, studenci pochylają się nad nim i profesor wodzi 

kijkiem po ojcu jak po mapie, coś im tłumaczy i robi wykład, potem podłącza serce 
jednego   ze   studentów   do   megafonu...   ale   to   nic   wielkiego,   jakby   pani   stukała   w 

bębenek,   albo   gdzieś   daleko   maszerowali   żołnierze,   dopiero   kiedy   podłączy   do 
megafonu serce mojego ojca...

— Jest tak, jakby się burza przybliżała — zawołała dziewczynka — jakby waliła 

się góra, jakby wsypywać kartofle do piwnicy, albo jakby grał Emil Gilels, prawda.

— Właśnie tak — zdziwił się kędzierzawy i wetknął palec za kołnierz koszuli.

116

background image

— Ludzie   kochani   —   radowała   się   Wendulka   —   jakże   się   cieszę,   że   was 

spotkałam. Że jeszcze ktoś oprócz mnie ma sławnego tatusia.

A pociąg mknął obok szosy asfaltowej i pasażerowie patrzyli w okno, widzieli 

stojącą przy drodze tablicę z wielkim niebieskim sercem, z którego wyciekały dwa 
strumienie, pod spodem był napis: Na serce najlepsze Podiebrady.

I w przedziale zaległa cisza pełna oczekiwania.
— Pan profesor Yondraczek nie może się już doczekać — zaczai kędzierzawy — 

kiedy skalpelem dobierze się do tego wyjątkowego serca.

— Niech pan tak nie mówi — śmiała się Wendulka. — No^ • proszę i będziemy 

mieli jeszcze jedno czeskie sławne serce!

— Kto by tam dorównał tatusiowi panienki — powiedział łysy i zdjął z półki 

swoją teczkę.

— Ma pan rację, ale mojego tatusia trzeba poznać. Ludzie kochani, jakże on 

umie   cudownie   tańczyć   —   klasnęła   w   dłonie.   —   Kiedy   jest   odpust,   tańczymy   do 
upadłego i ludzie robią nam miejsce. Tatuś każe sobie grać i tańczy solo. A co mu się 

pewnego razu przydarzyło! Byłam wtedy jeszcze malutka. Tatuś zamówił „Czerwone 
jabłuszko”, bo na tę melodię śpiewa się „Zielone koszulki”, ponieważ nasza drużyna 

ma zielone dresy i zieloną chorągiew, taką samą jak Slavia, tylko że z zielonym. I 
przyszedł pan posterunkowy i powiada: »Czerwonego jabłuszka« się grać nie będzie!”, 

na  to  tatuś   wyciągnął   setkę,  dał  kapelmistrzowi   i   mówi:   „A   właśnie   że   będzie   się 
grać!”, posterunkowy: „Nie będzie!” i tak licytowali się jak w oczko, kiedy ma zostać 

rozbity bank, ale tatuś zakończył licytację, „»Czerwone jabłuszko« się grać będzie!” i 
łups   posterunkowego   w   nos.   Żebyście   panowie   wiedzieli.   Ten   posterunkowy   był 

okropnie szpetny, bo nos miał przekrzywiony na prawą stronę. A ile się krwi polało! I 
tatuś   tańczył   „Czerwone   jabłuszko”   i   śpiewał   „Zielone   koszulki”,   a   sąsiedzi 

podskakiwali z radości, stary Krziszta nie da sobie w kaszę dmuchać! Cztery miesiące 
później, kiedy była rozprawa w sądzie, przyszedł posterunkowy i zeznał, że on sam 

chciał dostać w nos, że prosił tatusia o to, jeszcze  mu potem dziękował, bo tatuś 
naprostował nos panu posterunkowemu, to znaczy przekrzywił mu go na lewą stronę, 

ale nos został pośrodku i w posterunkowym zakochała się córka bogatego gospodarza 
i   było   wesele.   Tatuś   do   dziś   na   każdy   odpust   dostaje   od   posterunkowego   koszyk 

placków,   a   w   zimie   specjalne   pozwolenie   na   bicie   wieprzka   —   wołała   Wendulka 
zachwycona.

— I   kto   by   przypuszczał   —   filozofował   łysy   —   że   uderzenie   w   nos   może 

zapoczątkować szczęście rodzinne. — Wkładał płaszcz.

— A co robi pana tatuś? — spytała Wendulka.
— Nie   ma   go   już   na   świecie,   panienko   —   odparł   łysy.   —   To   był   taki   złoty 

człowiek, że dopiero teraz wiem, jaki był złoty, teraz, kiedy go już nie ma... On ciągle 
chodził na nocną zmianę... Rano, jak tylko furtka skrzypnęła, matka nalewała gorącej 

wody do szaflika, a ojciec zostawiał w sieni szychtę...

— Co to jest szychta? — zawołała.

— To   taki   duży   kawał   węgla,   który   górnicy   przynosili   do   domu,   mieli   pod 

płaszczem   naszytą   kieszeń   na  ten  węgiel...   potem   ojciec   wchodził,   rozbierał   się, a 

matka stawiała na stole dzbanek kawy, ojciec się mył, siadał i zjadał chleb popijając 
kawą,   a   przy   tym   zmieniał   buty,   nakładał   eleganckie   sztylpy,   wciągał   ubranie...   i 

zawsze tak to robił, że dopijając kawę nasadzał czapkę i szedł do Błękitnej Gwiazdy 
grać w karty z kolegami, w południe zanosiłem mu tam obiad, ojciec zjadał i grał 

dalej.   O   czwartej   wracał   do   domu   i   kładł   się   na   podłodze,   żeby   sobie   wyrównać 
kręgosłup,   jak   lubił   mawiać.   A   kiedy   się   przespał,   znowu   szedł   na   fedrunek.   Aż 

pewnego dnia matka nalała gorącej wody...

Pociąg zwalniał i łysy podał Wendulce rękę:

117

background image

— Życzę   ci   dużo   szczęścia,   panienko,   ale   muszę   już   wysiadać   —   i   opuścił 

przedział.

Pociąg zatrzymał się.

Wendulka namacała mosiężny uchwyt w ramie okna, opuściła szybę, i zawołała 

w pustkę peronu wiejskiej stacji:

— Proszę pana, proszę pana, niech pan dokończy o tatusiu! Łysy przystanął 

koło wagonu i mówił:

— Matka nalała gorącej wody, ale ojciec nie wrócił. Kiedy woda ostygła, poszła 

otworzyć drzwi, żeby sprawdzić co się z ojcem dzieje. I wtedy do pokoju wpadła fajka 

ojca...

Pociąg ruszył, łysy biegł obok wagonu i kończył opowieść: — Matka podniosła 

fajkę   i   rozpłakała   się,   narzuciła   chustkę   i   pobiegła   do   kopalni...   ojca   przygniótł 
stempel... jego koledzy przy-

szli, żeby nam o tym powiedzieć... ale nie mieli odwagi... oparli fajkę o drzwi i 

uciekli... wiesz panienko, że nigdy więcej nie widziałem swojej matki, jak śpi. Kied^ 

się budziłem, była na nogach... a kiedy się kładłem, jeszcze coś reperowała... dopiero 
potem widziałem ją, jak spała... — zawołał, zatrzymał się i łapał

oddech.
Wendulka krzyknęła w jego stronę: — Niech mi pan wybaczy, że mam jeszcze 

swego tatusia.

Ale pociąg wziął zakręt i słońce przeniosło się z korytarza na okno w przedziale.

Po   chwili   odezwał   się   podróżny,   który   przyprowadził   dziewczynkę:   —   Mój 

ojciec   był garbarzem  i   cierpiał  na taką   chorobę, którą  wówczas   nazywano   zgorzel 

starczy. Rok w rok musieli mu odciąć kawałek nogi i jeździł tylko na wózku. Lubił 
hodować róże, które rosły pod ścianą garbarni, a te róże nazywały się marszałkowskie 

i całe były żółciutkie. Ojciec liczył je za każdym razem i tylko on mógł je ściąć — na 
ołtarz   do   kościoła   lub   dla   panienek.   A   kiedy   koło   garbarni   zrobili   ulicę,   podcięli 

korzenie u róż i ojciec z tej zgryzoty omal się nie wykończył. Ale znalazł sobie inne 
zajęcie. Jeździł na zakręt śmierci i tam regulował ruch. Początkowo gołymi rękami, a 

potem chorągiewką. I /to od świtu do nocy, nawet kiedy padało. Ja musiałem ojcu 
przymocowywać   do   wózka   parasol.   Przez   osiem   lat   kierował   tym   ruchem.   A   na 

pogrzebie  pod murem cmentarza stało  aż  sto ciężarówek  i to miejsce na zakręcie 
śmierci, na którym pracował ojciec, było zasypane kwiatami tak wysoko.

— Jak wysoko? — spytała Wendulka. »
— O tak — powiedział i podniósł do góry dłoń dziewczyny.

— A   kiedy   na   zakręcie   znowu   powtórzyły   się   wypadki,   postawili   tam   dwa 

wielkie lustra...

— Boże kochany, to pan też ma sławnego tatusia — zawołała
— tatusia, który zamienił się w lustra!

Podróżni   spojrzeli   po   sobie,   potem   patrzyli   w   okno,   a   pociąg   wjeżdżał   do 

miasteczka i mijał skrzyżowania ulic z dwoma okrągłymi lustrami jak wielkie binokle, 

w których odbijało się to, co krył zakręt.

I w przedziale zaległa cisza pełna oczekiwania.

— Pani   ojciec   na   stacji   wydał   mi   się   mizerny...   —   zakasłał   podróżny,   który 

przyprowadził dziewczynkę.

— O tak! — zawołała. — Ale żeby go pan widział rok temu! Był gruby jak dynia. 

Miał otłuszczenie serca i jelit, a żołądek i nerki... szkoda mówić! Mama twierdziła, że 

to efekt nie uregulowanego trybu życia. Lekarz przepisywał dietę, ale tatuś nie mógł 
wytrzymać, bo tak bardzo lubił jeść. Aż dopiero pewna zielarka poradziła tatusiowi, że 

skoro nie ma silnej woli, to musi na wymyślać milicji. I tatuś miał szczęście. Milicja 
zabrała go ze sobą, do protokołu podyktował im te wszystkie obelgi i jeszcze się pod 

118

background image

nimi  podpisał.  Dostał   pół  roku,  a  wrogowie  tatusia   cieszyli  się,  chwała   Bogu,  ten 

pawian Krziszta nie będzie już więcej nas prowokował. Ale tatuś po pół roku wrócił 
smukły jak uczniak i zaraz zwołał „Pod Wianuszkiem” konferencję, wszystkich ugościł 

i powiedział: „Hej, wy, tryki zapasione, porządny kryminał jest lepszy od wszystkich 
kurortów świata. Popatrzcie, jeszcze dwa tysiące koron sobie zaoszczędziłem. I zdrów 

jestem jak ryba”. I tatuś złapał się za guzik własnej marynarki i tak nią potrząsnął, 
jakby sobie brzuch wachlował, a brzuchaci sąsiedzi musieli przyznać, że nikt nie może 

się równać ze starym Krziszta... Jeśli panowie pozwolą, to zapraszam panów do nas, 
do Hradczanu, w każdy czwartek mamy .potańcówkę, przyjdźcie zatańczyć ze mną! 

Ale dopiero od dziś za dwa miesiące, dobrze?

— Zatańczyć? — przestraszył się kędzierzawy.

— Tak,   za   dwa   miesiące   będę   pełnoletnia.   A   pan   doktor   powiedział,   że   jak 

skończę   szesnaście   lat,   to   zrobi   mi   operację.   Operacja   będzie   w   tym   tygodniu.   A 

potem zobaczę ten cudowny świat. Będę widziała ludzi, przedmioty, przyrodę i to, co 
robię. Jakie piękne muszą być te koszyki, które plotę. Świat jest z pewnością bardzo 

piękny, prawda!

— Myśli pani? — uśmiechnął się mężczyzna, który przyprowadził Wendulkę.

— Pewnie! Musi być cudowny — zawołała — bo w instytucie pracuje ze mną 

chłopak, nazywa się Ludwik, i ten Ludwik, za-

nim przyszedł do instytutu, zakochał się tak nieszczęśliwie, że skrobał sobie 

pod. powieki ołówek kopiowy, aż mu lekarz powiedział, uważaj, jeszcze raz to zrobisz, 

a więcej nie ujrzysz już tego pięknego świata. Ale Ludwik mówił, że nic go nie •cieszy 
na tym świecie i znowu sobie naskrobał. Teraz plecie ze mną koszyki, ale za światem 

okropnie   tęskni   i   wyje   jak   pies   na   łańcuchu...   Ojej,   ten   świat   musi   być   strasznie 
piękny, tak piękny jak serce pana tatusia, to serce wielkie niczym wiadro! Musi być 

piękny jak pana tatuś, który zamienił się w dwa okrągłe lustra na zakręcie śmierci. 
Proszę panów, za dwa miesiące będę już widziała i panowie przyjdą zatańczyć ze mną 

na to konto, prawda?

Drzwi otworzyły się.

— Bilety proszę — powiedziała młoda konduktorka i ziewała z nudów.
Przełożył Edward Madany

119

background image

Emanek

Nie chciało mu się jeszcze wracać do domu, pomyślał więc sobie, że pójdzie na 

kawę. Ściemniało się już, ale poznał, że to stara Zikowa przed nim kuśtyka.

— Witam w uroczy wieczór, łaskawa pani — pozdrowił ją.

— Idź swoją drogą, Emanie! Emanek jednak nie ustępował.
— Gdzie to była pani wczoraj wieczorem, hę? Pewno znowu jakieś amory z tym 

kominiarzem?

— A jeśli nawet, to co? To bardzo porządny chłopak.

— Też coś! Zwyczajny górnik.
— Emanie, nie urządzaj hec na ulicy. Ludzie mnie tu znają.

— Odkąd to tak bardzo zależy pani na ludziach? Jakby tak zostawić panią sam 

na sam z tym smoluchem, to wyobrażam sobie, jak go pani będzie pożerać oczami.

— Emanie, ludzie się oglądają.
— O ile panią znam, uległaby mu pani jak nic.

— Mowy nie ma.
— Na pewno tak! Już teraz widzę, jak grzeszne żądze miotają panią, spragnioną 

uroków kominiarskiego ciała.

— A jeśli nawet, to co? — ucieszyła się pani Zikowa.

— W takim razie nie wziąłbym pani na tę wycieczkę, która zaplanowałem tylko 

dla nas dwojga.

— Milcz, świntuchu! — nie posiadała się z radości pani Zikowa.
— Niech pani posłucha — szeptał Emanek w siwe kędziory — oplotłaby się pani 

wokół mnie jak powój wokół altany.

— Emanie, ludzie! Znowu będzie wstyd na całą kamienicę.

— A niech tam! Ludzie mogą tylko pani zazdrościć, że jest jeszcze ktoś, kto 

potrafi wpatrywać się namiętnie w pani oczy. Jaki pani ma miękki karczek...

— Emanek,   bo   powiem   twojej   mamie!   Mów   mi   lepiej   o   tej   wycieczce   — 

kaprysiła pani Zikowa.

— Poszlibyśmy razem, naturalnie  boso, pani wdepnęłaby  alabastrową nóżką 

w...

— Jezus, Maria! Zamknij się! Nie wrzeszcz tak okropnie!
— A potem nadeszłaby noc Walpurgii, upojna noc...

— Puść mnie, łobuzie, bo...
— Puszczę, ale musi mnie pani wysłuchać. Wie pani, co mi

się dzisiaj śniło?
— Nie jestem ciekawa. Już z góry wiem, że to jakieś bezeceństwa. Jeszcze ci 

mało, że ci w rajchu głowę rozbili?

— To nie dlatego, pani Zikowa, to wszystko z miłości do pani. Bo to pani mi się 

śniła, jak żywa...

— Nic nie chcę słyszeć!

— Toś ty taka, babo jedna! Kominiarz — to i owszem. On ci
dobry, co?

— Powiedzmy. Ale słuchaj, Emanek, znajdź ty sobie do tego
świntuszenia jakąś młodszą.

— Przecież pani jeszcze pięćdziesięciu lat nie. ma!
— Ilu? — ucieszyła się pani Zikowa.

— Pięćdziesięciu.

120

background image

— W styczniu skończę sześćdziesiąt dwa, ale puść mnie. Puść moją rękę. Muszę 

iść coś upitrasić. A jak spotkam twoją mamę, to wszystko jej opowiem.

— Akurat pani uwierzy!

Emanek zatrzymał się. Wiedział, że pani Zikowa pójdzie teraz wzdłuż brzegu 

Rokytki do domu, na sam koniec miasta. Podał jej rękę i z powagą powiedział:

— Dobranoc pani.
— Dobranoc. A jak się znów kiedyś spotkamy, to mnie kawałek odprowadź. 

Raźniej mi przy tobie na duszy, ty paplo. Jeszcze w łóżku będę rechotała ze śmiechu.

Mocno ścisnęła mu rękę, a jej oczy robiły wrażenie, jakby niedawno przestała 

płakać. Potem pokuśtykała dalej wzdłuż huczącego potoku.

Emanek przeciął główną ulicę, wszedł do baru i skierował się schodami prosto 

na   górę,   gdzie   mieścił   się   dansing.   Chociaż   były   to   peryferie   miasta,   wszystko 
wygadało tu tak samo jak w centrum. Usiadł na wysokim stołku barowym i oparł się o 

kontuar.

— Jak zawsze: dżin i woda sodowa — zamówił. — Q, kogóż to widzę! Pani! Ale 

czemu taka smutna? \

— Wie pan, jak to jest, Emanku... — westchnęła barmanka.

— Czyżby serduszko... Olimpio?
— A   cóż   by   innego?   Przegrałam,   Emanku,   wszystko   przegrałam...   Mówi,   że 

chce być sam.

— On i sam! Też coś!

— Tak. Pisze mi, że przeze mnie świat mu obrzydł. Czy to ja taka obrzydliwa?
— Niech   pani   posłucha,   Olimpio,   kiedy   tak   patrzę   na   panią...   jakby   to 

powiedzieć? Krótko mówiąc, tak śliczną barmankę widziałem jedynie w „Monice” i w 
„Barbarze”,  ale  takich   bajecznych   oczu  nigdy jeszcze  nie  spotkałem,  wygląda  pani 

zawsze, jakby coś panią olśniło...

— No widzi pan, a jemu życie przeze mnie obrzydło. Tylko że ja go rozumiem, 

to wcale nie jest tak. Józek to chłopak z charakterem.

— Oho!   A   co   to   znaczy   z   charakterem?   —   zapytał   Emanek   i   zaraz   sam 

odpowiedział:   —   To   człowiek,   który   upiera   się   przy   tym,   co   sam   na   swój   temat 
wymyślił. Ale ja nie, nigdy. Widzi pani, my z rocznika dwadzieścia cztery, musieliśmy 

się zmieniać, psiakrew! Taka na przykład scena: Kończy się nalot na Diisseldorf, jakoś 
się wygrzebujemy, a tu: asfaltowa szosa, w głę-

bi ruiny miasta, a stamtąd wyjeżdża na wrotkach dziecko z butelką mleka w 

ręku.   Druga   scena:   Nalot   na   Gliwice.   Lecą   bomby,   a   ja   wyglądam   przez   okienko 

bunkra. Było to na przedmieściu i znajdował się tam cyrk Buscha. Klatki podskoczyły 
w górę, a lwy, kiedy zobaczyły, że zasuwy się unoszą, popchnęły je jeszcze łapą, i 

osiem lwów wybiegło do płonącego miasta. Potem pognali nas do akcji ratunkowej. 
Ulice w ogniu, lwy, Cezar, ten największy lew, złapał zemdloną kobietę i wbiegł po 

schodach płonącego domu aż na najwyższe piętro. Tam stanął z tą babką w pysku, a 
pod nim w dole paliły się Gliwice... Emanek postukał się w czoło.

— A tutaj mam jeszcze tysiące innych scen. Dlatego tak'i już ze mnie typ, który 

się ciągle zmienia. I co tu mówić o charakterze...

— A ja, Emanku, ciągle jestem taka sama, ciągle tak samo
się zamartwiam.

— Przez niego?
— Aha. To pan nie zauważył, że ja jestem całkiem nienowo- .

czesna?
— Pani? Pani, Olimpio, która mogłaby...

121

background image

— Tak, mogłabym każdego wokół palca... ale da pan wiarę, -że to byłoby dla 

mnie coś jak profanacja? Żebym ja tego Józka tak po staroświecku nie kochała! Pół 
kufla łez wypłakałam dziś przez ten list.

Emanek pogładził ją po ręku.
— No, no, Olimpio...

Ale dziewczyna zalewała się łzami.
— ... czeka, aż sobie kogoś znajdę, a potem mi napisze: „Widzisz, taka to i twoja 

miłość!” Już ja go rozgryzłam. On mnie chce w ten sposób tylko wypróbować. Ale ja 
wytrzymam. Prędzej dam się zamurować!

— Olimpio! Pani i zamurowana? — oburzył się Emanek, ale choć znowu miał 

ochotę   pogłaskać   rękę   barmanki,   zrezygnował,   x   Obok   niego   usiadł   mężczyzna 

potężnej postury, i Emanek natychmiast go poznał. Był to spedytor, Alfred Ber.

— Pan sobie życzy? — spytała barmanka.

— Rum! — zadudnił męski głos.
— Co pan taki jakiś, panie Alfredzie? —• spytał Emanek patrząc, jak Olimpia 

napełnia kieliszek.

— Życie mi się nie podoba — poskarżył się Alfred Ber, wyciągnął rękę, a kiedy 

barmanka postawiła przed nim rum, zamknął kieliszek w dłoni jak ptaszka.

— Mnie też nie, panie Alfredzie — rzekł Emanek. — Ale każdy człowiek przecież 

coś kocha, no nie?

— Nic mi się dzisiaj nie podoba, powiadam — rzekł olbrzym, wychylił rum i 

stuknął kieliszkiem o kontuar. Potem rozwarł dłonie i zaczął się wpatrywać tępym 
wzrokiem w ich wnętrze, przypominające dwie mapy azjatyckich gór.

— Niech pani popatrzy, Olimpio, takie oto dwie ludzkie ręce. Czy to nie piękne? 

—   odezwał   się   Emanek,   a   kiedy   jego   wzrok   napotkał   smutne   oczy   Alfreda   Bera, 

szepnął:

— Wie pan, chciałbym mieć te pańskie ręce.

— A na co? Kto to dzisiaj uszanuje? ... — podniósł głowę spedytor.
— Na co? A tak sobie, żeby pokazać ludziom, jak tymi rękami potrafię dźwigać i 

przenosić ukochane przedmioty. Każdy człowiek coś przecież kocha. No nie?

— A ty, Emanie, co kochasz? — podniósł oczy pan Alfred Ber.

— Fortepian. Nie gram już na nim, bo to, co grałem, mi się nie podobało, a 

tego,   co   chciałem   zagrać,   nie   potrafiłem.   Powinienem   przetransportować   ten 

fortepian do siostry na Vy-soczany, ma chłopaka, niech dzieciak sobie gra. Ale między 
nami, panie Alfredzie... Czy mogę ten fortepian zawierzyć obcym spedytorom? Cenny 

fortepian marki Georgswalde?

— A więc o to ci chodzi? — ożywił się Alfred Ber i uśmiechnął się. — Wiesz co, 

ja ci tymi oto rękami ten fortepian przeniosę. Ale musisz przy tym być, żebyś widział, 
co te ręce potrafią. Kiedy mam do was przyjść?

-— Olimpio! Dwa rumy na mój rachunek! — polecił Emanek i w zamyśleniu 

powiedział:   —   Powiedzmy,   jutro.   O   czwartej   wracani   z   szychty   z   Kladna,   więc 

piętnaście po czwartej. Zgoda?

— Zgoda! — zawołał pan Alfred Ber i zamknął w swojej łapie rękę Emanka. — 

Zobaczysz na własne oczy, jak ostrożnie tymi rękami i na tym grzbiecie wyniosę twój 
fortepian na ulicę.

Kiedy wypili, spedytor podniósł się ze stołka i raczej do siebie powiedział:
— Każdy człowiek coś kocha...

— Każdy -— uśmiechnął się Emanek i odprowadził wzrokiem pana Bera, który 

kołyszącym krokiem przemierzał parkiet, gdzie nikt nie tańczył, ponieważ orkiestra 

zaczyna grać dopiero po dziewiątej.

— Emanku — szepnęła Olimpia. — Emanku, pan to ma wykształcenie!

122

background image

— Hm... Wyleli mnie po czwartej klasie.

— Wszystko  jedno, ale  zawsze  pan wie, o co chodzi, i  pan ma serce. Józek 

mówi, że gdzieś w środku ma pan uwiązanego na nitce skowronka. Przypomniało mi 

się,   jak   kiedyś   nad   rzeką   Józek   wyciągnął   jakiś   papier   zapisany   na   maszynie   i 
powiada: „Spójrz, Olimpio, jeden mój kumpel coś tu napisał, przeczytam ci”. Leżałam 

sobie, patrzyłam w niebo, a on mi czytał takie

różne opowiadania.

— Jakie opowiadania? — spytał Emanek i wysączył kieliszek
do dna.

— Jedno chyba pamiętam. — Barmanka chuchnęła na kieliszek i wycierała go 

serwetką. —^ Było tam, jak pod koniec wojny Niemcy wysłali do Oranienburga pociąg 

pełen   kobiet,   kobiet   z   obozu   koncentracyjnego.   Amerykanie   z   samolotu   rozwalili 
lokomotywę, ostrzelali też pociąg i esesmani uciekli. Te kobiety rozbiegły się, a dwie 

Żydówki, zranione odłamkami, dowlokły się do lasku, wygrzebały jamy w świerczynie, 
schowały się tam i nakryły igliwiem. Słyszały, jak po lesie biegają żołnierze z psami, 

ale ich nie znaleźli. Te Żydówki leżały tam aż do następnego dnia, a kiedy już myślały, 
że   umrą,   usłyszały   czeską   mowę.   Zaczęły   krzyczeć,   a   to   byli   chłopcy   z   Nothilfe. 

Wyciągnęli je, opatrzyli, a na noc ukryli w obozie pod łóżkiem. Kiedy zbliżył się front i 
wszyscy uciekli, pewien Czech — Józef się nazywał —

wsadził  jedną z tych  Żydówek na wózek i wiózł aż  do Budziszy-na. Tam w 

piwnicy  przeczekali,  aż  przejdzie  front. A potem ten Józef ciągnął tę Żydówkę  na 

wózku aż do Haidy.

— Olimpio! Olimpio, jak to było napisane? Jak o kimś trzecim, czy też tak, że 

niby ten, co to napisał, sam to przeżył?

—=- Tak, jakby ktoś opowiadał, że to się przytrafiło jemu... Ależ ze mnie głupia 

gęś. Teraz już wiem! Że też od razu na to nie wpadłam! — plasnęła się dłonią w czoło. 
— Przecież on sam to napisał!

— Na pewno on — drwiąco powiedział Emanek. — A ja mogę dokończyć to 

opowiadanie, chce pani? Z Haidy taszczył Józef tę żydowską dziewczynę do Czeskiej 

Lipy i tam zaopiekował się nią Czerwony Krzyż. A potem ta Żydówka całe cztery lata 
czekała, aż wreszcie zjawi się jej bohater, ale Józef rfie przyszedł, więc wyszła za mąż. 

Płacę.

Emanek skończył, nie spojrzał już więcej na Olimpie.

— Panie Emanku! A cóż to się znowu panu stało? No, panie Emanku.
Ujęła go za rękę, ale Emanek wiedział, że dotyka go jedynie przez współczucie. 

Już, już miał powiedzieć, że ten Józef to był on, Emanek, że to on ciągnął tę żydowską 
dziewczynę   od   Hayers-warthy   aż   do   Czeskiej   Lipy,   a   Józkowi   o   tym   wszystkim 

opowiadał — ale kiedy spojrzał na Olimpie, stwierdził, że gdyby jej to powiedział, 
posmutniałaby jeszcze bardziej. Toteż rzekł, jak mógł najweselej:

— Jak się pani zobaczy z Józkiem, niech go pani ode mnie pozdrowi.
Minął   korytarz   i   po   schodach   zbiegł   na   dół   do   baru.   Wziął   lemoniadę   i 

przysiadł się do staruszki z Libni, którą znał od dzieciństwa.

— Co słychać, babciu?

— Dziękuję — rzekła. — Dobra dzisiaj zupa. Ale gorąca. No i co, Emanku, wciąż 

jeszcze jeździsz do Kladna?

— Wciąż, babciu.
— A jak teraz u was karmią?

— Niby gdzie, w stołówce?
— A gdzieżby? Co macie na obiad?

123

background image

— No więc w poniedziałek, babciu, jest zupa a la Poldi, pieczeń a la Strogonoff, 

a   na   deser   ciasteczka   oblewane   czekoladą.   We   wtorek   mamy   zupę   kołchozową   i 
płucka po wiedeńsku z knedlami.

— Hm.   Więc   się   jednak   poprawiło.   Za   moich   czasów   tak   nie   bywało. 

Wychowywałam   siedmioro   dzieci,   a   jeszcze   musiałam   znaleźć   czas   na   mycie 

nieboszczyków.

— Nie wiedziałem o tym, babciu.

— Ano tak. Małe dzieci a umierający, to jedno i to samo. Czasem robią pod 

siebie ze strachu przed tym, co będzie. A co macie w środę?

— Ozór wołowy w polskim sosie. A w czwartek gulasz a la Esterhazy, a'w piątek 

pyszną kawkę i czeskie racuszki. Ale żeś się, babciu, nie bała tych nieboszczyków? -

— E, chłopcze, jak byłam młoda, to się niczego na świecie nie bałam. Brałam 

siekierę i szłam w ciemności, choćby tam byli bandyci. Ale raz to się wystraszyłam. 

We wsi umarła samotna staruszka, mróz był siarczysty, przyjeżdżamy tam, stawiamy 
trumnę na łuwie, a posługacz, niejaki Franek, odkrywa pierzynę i powiada. „Skocz no, 

dziewczyno, po młotek.” Wychodzę więc z chałupy, a akurat nadjechał nasz szef na 
rowerze. Wyciągam ze skrzyni młotek, aż tu naraz wypada z chałupy ten nasz szef i 

krzyczy: „Ona się podnosi”! I pognał w pole... Ścisnęłam młotek w ręce i to mi dodało  
sił.   Wchodzę   do   środka   i   groza   mnie   zdjęła.   Całe   szczęście,   że   się   tego   młotka 

trzymałam. A co macie w sobotę?

— Pasztet zapiekany z kartoflami' i ciastka tortowe. Ale babciu...

— A zupa? Jaka zupa, Emanku?
— Z podrobów. Ale co było dalej, babciu?

— No więc tam wchodzę, a nasz Franek stoi pochylony nad łóżkiem, przyciska 

umarłej kolana, a ona zupełnie jakby wstawała.

— A wy co, babciu?
— Ja żem krzyknęła. Franek się odwrócił, skoczył, odepchnął mnie od drzwi, a 

wściekły był 'jak diabli. Ale ja trzymałam się młotka i to mi dodawało siły.

— Zuch z was był, babciu.

— Wszyscy mi to mówili, a co macie na niedzielnej szychcie?
— Jak? Co? A, w niedzielę! Ano, kaszka manna, sznycel paryski... ale babciu...

— A zupa?
— Zupa makaronowa, świąteczna, pływają w niej kawałki mięsa. Jedzcie, baciu, 

zupa wam wystygła.

— Patrzcie   państwo.,   makaronowa?   Lubię   makaronową.   I   kawałki   mięsa 

pływają, powiadasz?

— Mięsa.

— Nie bujasz ty mnie, Emanku?
— Gdzie tam. Kawałki mięsa...

— No, wierzę ci. A wtenczas podchodzę ja do tego łóżka, zaglądam umarłej w 

twarz,   potem   patrzę   —   a   tu   nieboszczka   wygięta   w   kabłąk,   nogi   ma   pod   siebie 

podkurczone. To się zdarza, jak samotny człowiek umiera w zimnie. Zwiniesz się w 
kłębek i kto cię potem, Emanku, wyprostuje? Ja też, jak umrę w mróz, to nikt mnie 

nie wyprostuje. Też jestem sama...

— Ależ, babciu,  zawsze  przecież  ktoś  przy  was  jest.  Mówiliście,  żeście  mieli 

siedmioro dzieci.

— Miałam, ale już ani jedno się nie pokazuje.

— Wiecie co, babciu? Powiem mamie, żeby czasem do was zajrzała.
— To ładnie z twoje strony, Emanku, żeś koło mnie usiadł i żeś rńi opowiadał o 

jedzeniu. Widzisz, życie nauczyło mnie takich rzeczy, że nawet w książkach nie da się 

124

background image

tego opisać. Ja cię znam, hultaj z ciebie, ale przynajmniej masz serce do ludzi... Więc 

twoja mama zajrzy do mnie, powiadasz?

— Powiem jej, babciu. Słowo daję, że powiem. Dobranoc.

— Dobranoc, dobranoc — mamrotała staruszka i powoli sior-bała zupę.
Przełożyła Emilia Witwicka

125

background image

Oczy Serafina

— Gdzie szef? — spytał młodziutką ekspedientkę. Wskazała palcem na drzwi i 

powiedziała: — Pani szefowa jest w ogródku, szef pewnie w piekarni... A pan kim jest? 
— Odparł: — Jestem przedstawicielem Zakładu Ubezpieczeń.

Do sklepu wchodzili ludzie i dziewczyna pytała ich, czego sobie życzą. Ludzie 

kupowali   bułki,   rogaliki   i   chleb.   Ciągle   przychodzili   nowi.   Ekspedientka   znowu 

wskazała drzwi: — Pani szefowa jest w ogródku, szef w piekarni.

Agent wyszedł na korytarz, gdzie słodkawo pachniały bochny chleba ułożone 

równo na drewnianych  półkach, zatrzymał się przy oknie i patrzył  na ogródek, w 
którym bosa kobieta przechadzała się pod jabłonkami; w pewnej chwili pochyliła się i 

z   kopca   jabłek   obmytych   rosą   wybrała   to   najśliczniejsze,   wsunęła   je   do   kieszeni 
fartucha. I w chwilę później wycierała i polerowała fartuchem nowe jabłko, obejrzała 

je uważnie  i  wbiła  zęby  w słodki  miąższ...  aż  tutaj,  na korytarzu  było  słychać  jak 
rozłupała to jabłko i gryzła z apetytem. Potem szła zadumana po liściach opadłych z 

drzew i po mokrej od rosy trawie, aż zatrzymała się przed wierzbą płaczącą, rozchyliła 
gałęzie i utkwiła oczy w starcu, który siedział na inwalidzkim wózku cały okutany w 

koc i czytał jakąś wielką księgę umocowaną do pulpitu na nuty, przypominał ptaka 
lecącego przed siebie z wyciągniętym dziobem. Kobieta weszła pod wierzbę, odwróciła 

stronicę w książce i drewnianymi szczypcami do bielizny przy-

pięła   ją   tak,   by   wiatr   nie   mógł   przerzucać   kartek.   Pogładziła   staruszka   po 

głowie, poprawiła mu koc... a on z dobrodusznym uśmiechem czytał dalej. Kobieta 
znowu   rozgarnęła   gałęzie,   szła   po   mokrej   trawie   i   kiedy   znalazła   się   naprzeciwko 

okna, jej nogi miały kolor karminu. 

Potem zjawiła się na korytarzu, stanęła w rozkroku przed przedstawicielem 

Zakładu Ubezpieczeń, zezem spojrzała na nowe jabłko i łapczywie wbiła w nie zęby, z 
donośnym chrzęstem odłupała słodki kęs. Popatrzyła na agenta pytająco.

Agent wyjaśnił, że nazywa się Różyczka Karol i że mistrz piekarski pan Beranek 

najpierw   podpisał'   zobowiązanie,   że   będzie   płacił   składki   na   fundusz   emerytur 

przemysłowych, ale potem przysłał list, w którym doniósł, że nie chce być członkiem i 
żąda zwrotu pieniędzy. I co pani piekarzowa na to?

Odrzuciła ogryzek, z półki zdjęła papierowy worek, położyła go na parapecie 

okna,   wyjęła   ołówek   i   pisała   coś   na   tym   worku,   mnożyła   i   podliczała,   a   potem 

stwierdziła: — Mój chłop oszalał. Jeśli nie on, to przynajmniej ja będę żyła na tym 
świecie do dziewięćdziesiątki... jak mój tatuś  — powiedziała pokazując przez okno 

staruszka   w   wózku   inwalidzkim   —   do   siedemdziesiątego   piątego   roku   życia 
zaoszczędziłabym   na   tych   ubezpieczeniach   pięćdziesiąt   tysięcy.   —   Znowu   wzięła 

ołówek i podkreśliła rachunki spisane na worku. Potem pokazała 'palcem na drzwi i 
wzruszyła ramionami: — Ale mój nie chce. Ciągle coś ma przeciwko temu. Za młodu 

budził mnie i wykrzykiwał: „Przyznaj się, kogo miałaś przede mną!” i zaczynał mnie 
spowiadać... Teraz też mnie budzi, macha przed nosem zobowiązaniem i wrzeszczy: 

„Jeśli tutaj  przyjdzie  ten agent z oczami  serafina, to ja już go nauczę!”  i grzmoci 
kułakiem w ramę łóżka, aż kostki poobdziera sobie do krwi... I co się na to poradzi? — 

stwierdziła   mnąc   obliczenia   na   papierowym   worku   po   mące,   wyjęła   jabłko, 
wypucowała o bujne piersi, popatrzyła na to jabłko z bliska i z niezmiennym apetytem 

wbiła zęby w chrzęszczący miąższ.

— Co tatuś czyta? — spytał.

— Gazetę Humorystyczną — odpowiedziała i spieniony sok jabłka zaperlił się 

na jej zębach — a co innego może robić od

126

background image

czasu, kiedy go tknął paraliż. Ale zanim go tknął, to tatuś był handlowcem. 

Sprzedawał opatentowany nawlekacz igieł. Nie słyszał pan o tym? Nie widział pan 
tego? Naprawdę nie? — dziwiła się piekarzowa. — Wolne żarty! — I wykrzykując jak 

przekupień deklamowała: — Kobieta wraca z pola i chce szyć, ale nie może, bo oczy 
odmawiają jej posłuszeństwa i ręce się trzęsą. Próbuje, próbuje, ale igły nie nawlecze. 

Dlaczego, panie i panowie? Dlatego, że nie ma mojego opatentowanego nawleka-cza 
igieł. Szanowni klienci, ten aparat światowej sławy sprzedawałem w Paryżu za całe 

pięć koron, ale dziś, żeby każdy mógł go nabyć — tylko za jedne dwie'korony. Darmo 
dodaję szpulkę nici białych i szpulkę czarnych... i cały tuzin igieł, żeby każdy był moim 

klientem...

Mówiła zaglądając z bliska agentowi w oczy, a on czuł n& policzkach jej oddech 

wilgotny i przesłodzony zapachem jabłkowego soku, i miał wrażenie, że patrzy na 
niego tak samo jak na te jabłka, które przed chwilą schrupała. — To pan naprawdę 

nigdy nie słyszał o nawlekaczu igieł? — spytała.

— Nie — westchnął i uśmiechnął się. '— Ale czy pani nie „ zimno w nogi? Stać 

tak na posadzce...

— Nie... mnie jest zawsze gorąco. Ciągle jestem rozpalona.

Mówiła przysuwając twarz blisko do,ust agenta. Widział jej , duże ła'dne oczy, 

w których malowała się zmysłowość. Piekarzowa długo go całowała. Jej wargi były 

zimne i pachniały jabłkami.

Potem   spłoszył   ją   zgrzyt   otwieranych   drzwi.   Odskoczyła,   jej   bose   stopy 

zaplaskały na posadzce, nasłuchiwała, a po chwili roześmiała się i rzekła: — Ma pan 
śliczne oczy. — Sięgnęła po wielki kosz z wikliny i kładąc w nim bochenki chleba 

mówiła: — Gdyby pan zatęsknił kiedyś za mną, tak jak ja za panem, to mieszkam 
tutaj. — Bez wysiłku podniosła ciężki kosz i głową wskazał drzwi na końcu korytarza. 

—   Mój   sypia   tutaj...   —   i   na   pożegnanie   obdarowała   przedstawiciela   Zakładu 
Ubezpieczeń'   swoim   gorącym   spojrzeniem,   kręciła   zadkiem   idąc   do   drzwi,   które 

prowadziły do sklepu i zniknęła za nimi wężowym ruchem.

—Przez chwilę stał i nasłuchiwał, przez chwilę patrzał na staruszka, który pod 

wierzbą czytał Gazetę Humorystyczną, a potem przeciął korytarz i otworzył drzwi do 
piekarni.

Było tam cicho, na półkach pod ścianami odpoczywały bochny chleba, a na 

żołnierskiej pryczy leżał majster w samych kalesonach plecami do góry, jedną rękę 

wysunął   do   przoćiu   i   przerzucił   przez   pryczę   jakby   chciał   w   warsztacie   pływać 
crawlem.   Na   podłodze   poniewierał   się   kapeć   oblepiony   ciastem.   Agent 

ubezpieczeniowy   najpierw   się   skłonił,   potem   potrząsnął   śpiącym.   Piekarz   usiadł, 
ziewnął i przeciągnął się, aż mu w krzyżach za-chrupotało.

— To pan jest mistrzem Berankiem? — zapytał agent.
Ale piekarz zwalił się na pryczę i spał dalej.

Znowu nim potrząsnął i powiedział: — To pan napisał do nas list, który zaczyna 

się od słów: „Szanowni zbóje”?

I majster nagle poderwał się, podskoczył, obrócił agenta pod światło, ujął jego 

głowę w swoje łapska i patrzał mu w oczy, tak jakby chciał je wycałować... huknął: — 

To nie ten! — i wrzeszczał na całą piekarnię: — Gdzie jest ta świnia, co miała oczy jak 
serafin?

— Co   takiego?   —   przeraził   się   agent   ubezpieczeniowy   i   wetknął   palec   za 

kołnierz koszuli.

— Jejeje — hopsał majster w kalesonach — trzymam się zasady: jeśli przyjdzie 

agent do mojej budy, to wytrząsnę z niego dudy... i ja zgodziłem się na takie podłe 

naciąganie   ludzi!   I   wyłożyłem   pieniądze   przeznaczone   na   kupno   buczyny!   —   na 
dowód swojej głupoty majster rąbnął się pięścią w czoło, aż mu oczy skołowaciały, ale 

127

background image

wrzeszczał dalej: — Wszystko, przez te jego błękitne oczy! Ta świnia jeszcze mnie 

pytał, mistrzu, kiedy przejdziecie na emeryturę, co wybierzecie jako premię, domek 
czy willę? A jak będziemy emerytom organizować bezpłatną wycieczkę, to zapiszecie 

się nad morze czy w góry? I ja, osioł dardanelski, powiedziałem, że wolałbym domek i 
te góry! — krzyczał majster i znowu grzmotnął się w czoło, aż upadł na pryczę, ale 

złościł się dalej: — Do samego wieczora żyłem w tym

otumanieniu, wydawało mi się, że otwieram drzwi do swego domku, że patrzę 

przez lornetkę na góry...

A wieczorem przeczytałem statut i kiedy dobrnąłem do końca, zwaliło mnie z 

nóg   prosto   na   tę   pryczę   —   powiedział   mistrz   Beranek.   Zerwał   się,   capnął   agenta 
ubezpieczeniowego za rękaw i powlókł pod ścianę, stukał paluchami sztywnymi jak 

kołki w jakieś cyfry i rachunki wyskrobane na murze, a potem podkreślił paznokciem 
ostateczną   sumę   i   wrzasnął:   —   Oszukaliście   mnie!   Powinienem   wam   to   wszystko 

wpakować do gardła! Żeby dostać pięćdziesiąt tysięcy, musiałbym opłacić składki za 
parę lat wstecz... to się nie kalkuluje. Ale ta świnia z oczami serafina, spisując ze mną 

umowę   nic mi  o tym  nie  powiedział  —  narzekał  majster   i  palce  zaciskały   mu  się 
konwulsyjnie.

Potem błądził wzrokiem po warsztacie i mówił: — A wie pan, co zrobię, jak ta 

łachudra   z   błękitnymi   oczami   tutaj   przyjdzie?   —   i   rozglądał   się   naokoło,   ale   ani 

kopyście, ani kłody drewna, ani zagięte pogrzebacze mu nie wystarczały. Z lubością 
zatrzymał dopiero wzrok na piekarskich łopatach.

Porwał jedną, pobiegł na drugi koniec izby, zważył ją w dłoniach i nastawił jak 

kopię, wziął rozbieg i z całej siły grzmotnął łopatą o ścianę, do której przylegał piec. 

Cios był tak silny, że majster przewrócił się i klapnął na siedzenie, ale promieniał 
szczęściem: — O tak mu nałożę  po mordzie, o tak! A potem jeszcze, i jeszcze! — 

Pokazywał, jak tą łopatą będzie gmerał we wnętrznościach agenta z oczami serafina. 
Chciał już wstać, ale dźwignął się tylko na czworaki i w tej pozycji obmyślał tortury do 

końca:   —   Mnie   zaprowadzą   do   mamra,   ale   jego   będą   musieli   zawieźć   prosto   do 
kostnicy. — Wreszcie wstał, usiadł na pryczy i ukrył twarz w dłoniach.

Przedstawiciel   Zakładu   Ubezpieczeń   otarł   pot.   Oburzył   się:   —   To   woła   o 

pomstę do nieba! I dlatego przysłali mnie tutaj z dyrekcji. Panie majstrze, proszę mi 

pokazać umowę, chcę wiedzieć, kto ją z panem spisał.

Piekarz  podniósł zagłówek, pod którym trzymał woreczek nabity wszelkiego 

rodzaju dokumentami, i podał umowę. _ Agent rozpostarł arkusz papieru.

— No oczywiście, pan Krahulik. Mistrzu Beranku, dajcie mi dłoń, proszę, o tak. 

Jako urzędnik państwowy mogę się z wami założyć, o co chcecie, że pan Krahulik nie 
tylko dostanie za swoje, ale pójdzie jeszcze pod sąd. Jak to można? — oburzył się 

agent.   I   dodał:   —   Wiem,   że   pan   Krahulik   nie   poinformował   pana   o   subsydiach 
państwowych, z których czerpie się procenty do emerytury przemysłowej. Nic panu 

nie powiedział o dopłatach ziemskich i wojewódzkich, prawda?

— Pewnie, że nie — szepnął majster.

— No   właśnie   —   powiedział   agent   i   mocniej   ścisnął   dłoń   pana   Beranka   — 

przemilczał   z   pewnością   i   to,   że   pan   prezydent   Be-nesz   troszczy   się   o  wszystkich 

rzemieślników i postarał się osobiście, by dochód z przemysłu państwowego był w 
pewnej   mierze   przeznaczony   na   emerytury   dla   was.   Mamy   teraz   rok   czterdziesty 

siódmy, a to znaczy, że za dziesięć lat wasze emerytury będą dwa razy większe.... Ale 
pan Krahulik nie mówił o tym!

— Nic nie mówił — zachrypiał piekarz.
— I tu jest pies pogrzebany — przedstawiciel Zakładu Ubezpieczeń podniósł 

dwa  palce  jak  do  przysięgi   i  zawołał:  —  Na  tym  właśnie  polega  cała   rewolucja  w 
ubezpieczeniach! Za nią ginęły miliony! Teraz młodzi będą łożyli na starych. Panie 

128

background image

Beranek, załatwię w Ministerstwie Opieki Społecznej tak, żeby pan miał z tym spokój, 

wszystko   pan   sobie   przemyśli,   na   razie   nie   musi   pan   płacić,   i   po   kłopocie   — 
powiedział agent, wyjął z teczki pieczątkę i poduszkę z tuszem, chuchnął na pieczątkę, 

starannie   przytknął   ją  do  poduszki...   i   na  liście   obok   nagłówka   ,,Szanowni   zbóje” 
odcisnął „Odwołuję”.

We   tknął,   piekarzowi   ołówek   w   rękę   i   gestem   nie   znoszącym   sprzeciwu 

wskazał, gdzie ma się podpisać.

Potem troskliwie złożył list i rzucił: — Proszę czekać na dalsze informacje z 

centrali. Pan rozumie, jak to jest, jeśli raz pana wykreślą — to amen, choćby pan 

klęczał przed naszym gmachem i błagał... więcej już pana nie przyjmiemy, nie dlatego, 
żebyśmy nie chcieli, ale po prostu nie można. Chyba, że na wniosek samego ministra. 

Śliczne ma pan bułeczki — cmoknął agent, pochylając się nad koszem z pieczywem.

— W   teczuszkę   można?   —  zapytaj   piekarz   wrzucając   bułki   do   podstawionej 

teczki.

A kiedy się z nim żegnał, długo patrzył agentowi prosto w oczy.

Na korytarzu agent odetchnął z ulgą” położył teczkę na parapecie, okna i oparł 

się obiema rękami o futrynę.

Zapatrzył się w ogród z jabłkami obmytymi rosą. Piekarzowa biegła po mokrej 

trawie,   szybko   rozgarnęła   wierzbowe   gałęzie,   przewróciła   stronę   Gazety 

Humorystycznej   i   szczypcami   do   bielizny   przypięła   ją,   tak,   by   wiatr   nie   mógł 
kartkować w tej olbrzymiej księdze.

Ktoś jęknął w piekarni.
Agent   na   palcach   zakradł   się   pod   drzwi,   uchylił   je   i   przez   szparę   zobaczył 

mistrza Beranka, któiry siedział na pryczy, szarpał wąsy i kręcił głową. W pewnej 
chwili Beranek wrzasnął, schwycił ostatnią łopatę piekarską, 4 wołając: — Przecież ten 

drań miał takie same oczy serafina!! — z rozbiegu grzmotnął o ścianę łopatą tak, że 
poszła w drzazgi.

Agent   wpadł   do   sklepu,   w   którym   młodziutka   ekspedientka   sprzedawała 

pieczywo i zanim zdążyrł zamknąć drzwi usłyszał, jak na korytarzu pokrzykuje mistrz 

Beranek: — Pojadę do samej Pragi! Ale z bykowcem!

Mistrz Beranek rozejrzał się, czy nie nadjeżdża tramwaj, wkroczył na szyny i 

odczytał numer- domu. — To tutaj — powiedział do siebie uspokojony i wsz(edł do 
gmachu. Na ścianie wisiała tabliczka: Ubezpieczenia przemysłowe, piętro piąte. Na 

drzwiach windy druga tabliczka: Wirida nieczynna.

Beranek roześmiał się: — Aha, \wiedzieli już, że przyjadę. Chcieli, żebyrrvsię 

zmęczył! Ale ja pofrunę na dwudzieste piętro jak anioł i jeszcze mi sił starczy, żjeby 
ich wszystkich porządnie złoić bykowcem! — I gnał po dwa stopnie naraz.

Przystanął   na   trzecim   piętrze.   Na   s<chodach   siedzieli   dwaj   majstrowie   i 

obcierali czoła chustkami, bo tak ich zmordowała ta wysokość. — Też z rzemiosła, 

prawdza? — zawołał piekarz. Kiwnęli głowami, a jeden z nich zapyta ił: — Po czym 
pan poznał?

— Po zmęczonych facjatach.... Kiedy już tam wejdziecie i usłyszycie krzyk, to 

wiedzcie, że to właśnie ja dobrałem się im do skóry! — Podniósł laskę i pogroził nią w 

górę, i znowu bez trudu biegł po dwa stopnie.

Wpadł do kancelarii, otarł zamaszyście wąsy i przystąpił do rzeczy: — Gdzie 

jest dyrektor?

Urzędnik, młody mężczyzna krajał właśnie kaszankę  na plasterki, na widok 

pana   Beranka   wysunął   szufladę   i   wrzucił   krwiste   kawałki.   Zaczął   siekać   cebulę, 
zmrużył powieki i powiedział:

— Zaraz pana zamelduję. A co się stało? — Majster wyjaśnił:

129

background image

—•• Miałem odłożone pieniądze na buczynę i wasz agent mi je wycyganił! — i 

na dowód grzmotnął laską w stół.

Urzędnik poderwał się, wyciągnął ręce i jak ślepiec macał po blacie stołu, po 

chwili powiedział: — Niewiele brakowało i rozbiłby mi pan szklaneczkę z pieprzem. — 
Dłonią zgarnął cebulę do szuflady, posypał kiszkę pieprzem, pochylił się tak, że cały 

zniknął   pod   stołem,   a   kiedy   się   wyprostował,   trzymał   w   ręku   flaszkę   z   octem   i 
dokładnie skrapiał nim szufladę. — Przecież to panu wycieknie — zauważył mistrz 

Beranek. — Gdzież tam!

— roześmiał   się   urzędnik   —   Szuflada   ma   blaszane   dno.   —   Potem   zaczął 

potrząsać tą szufladą i kołysać nią z boku na bok.

— Trzeba dobrze wymieszać... Chwileczkę, czego pan sobie życzył?

— Gadać z dyrektorem — powiedział pan Beranek.
^- Zaraz — odrzekł urzędnik i otworzył scyzoryk, nadział na ostrze plasterek 

kiszki i jadł z apetytem. Mówił z pełnymi ustami i wymachiwał dłonią: — Tutaj, gdzie 
jest kaszanka, mam na szufladzie napis: Przemysł Mięsny. A tu, gdzie napis Zakłady 

Piekarnicze,   trzymam   bułki.   Tam   znowu   jest   kartka   Instytucje   Rozrywkowe,   to 
znaczy, że w szufladzie jest coś do czytania i organki... i wreszcie napis: Bajdułki, w tej 

szufladzie są papiery urzędowe. Dobre, co?

Podniósł się z krzesła i znowu spytał:

— Pan chyba czegoś sobie życzył?
Majster odpowiedział cicho: — Tak, rozmawiać z dyrektorem.

— I odstawił laskę do kąta.
Urzędnik pchnął drzwi oklejone tapetą, a kiedy wrócił, najpierw wbił na ostrze 

noża   plasterek   kiszki,   a   potem   tym   samym   nożem   wskazał   drzwi   za   tapetą   i 
powiedział: — Jest pan proszony.

W   gabinecie   za   biurkiem,   nad   którym   rozpościerała   się   ogromna   palma, 

siedział   grubiutki   człowieczek   pogrążony   w   błogostanie   i   cały   przepełniony 

wewnętrznym szczęściem... jak gdyby nie czekał na nikogo innego, tylko na mistrza 
piekarskiego Be-ranka. Proponował mu krzesło i witał wylewnie: — Proszę bardzo, 

proszę   bardzo,   proszę   siadać.   Serdecznie   pana   witam.   —   Ale   mistrz   Beranek   nie 
usiadł.

Dyrektor mówił bez przerwy: — Ale dlaczego? Pan się na nas gniewa? Pan nam 

robi przykrość. Czym się panu naraziliśmy?

Mistrz piekarski patrzył na olbrzymi liść palmy rozpięty nad głową dyrektorską 

jak parasol i opowiadał, jak to przyszedł do niego pewien elegancik i hipnotyzował go 

oczami serafina, aż mistrz podpisał zobowiązanie niczym we śnie i dopiero potem 
wszystko przeczytał na odwrocie umowy i zaraz wystosował list zaczynający się od 

słów — Szanowni zbóje, oszuści i łotry... jak przyszedł do niego inny przedstawiciel 
ubezpieczeń i też miał oczy serafina i tak długo coś klarował, aż on, mistrz piekarski 

Beranek, zgodził się dać temu pokój... — Ale ja nie chcę spokoju! Ja chcę zwrotu 
moich pieniędzy, bo potrzebuję je na drewno bukowe — wołał pan Beranek.

Dyrektor uśmiechnął się, kiwał głową i wreszcie stwierdził: ' — Boże drogi, nic 

się   nie   stało,   my   to   stornujemy...   przecież   emerytura   przemysłowa   ma   charakter 

dobrowolny.   —   Podniósł   się,   odwrócił   plecami   do   Beranka,   wertował   kartki   w 
kartotece, a kiedy znalazł to, czego szukał, rzucił z niechęcią na biurko całą teczkę akt. 

Usiadł i twarz jego stała się surowa. — Szanowny panie Beranku, nie ma pan do nas 
zaufania,   to   nas   boli.   Ale   cóż   zrobić?   Wykreślimy   pana.   Zgodnie   z   naszym 

regulaminem jesteśmy zobowiązani uprzedzić pana o tym, jak wielką szansę życiową 
pan odrzuca... bo', nie daj Boże, ale co będzie, kiedy spotka pana coś takiego! — i 

dyrektor   wstał,   i   pokazał   duże   fotografie   oprawione   w   ramki,   rozwieszone   wokół 
ścian. — Pro-

130

background image

szę, proszę, niech pan obejrzy — postukał palcem w fotografię kataryniarza, 

który z małpką na ramieniu grał i żebrał po ulicach. Majster zawahał się na ten widok. 
Dyrektor poprowadził go do następnego obrazka; rzędem siedzieli tam sterani życiem

• i obdarci starcy na tle przytułku dla ubogich. Kiedy mistrz piekarski wzruszył 

się i tym obrazkiem, dyrektor przemówił: — Panie Beranek, kiedy pańskie pracowite 

dłonie nie będą mogły już podołać robocie, kto panu coś da? Czy pomyślał pan o tym? 
Jest pan przecież mężczyzną!

Beranek powiedział cicho: — Byłem ranny na wojnie.
— Proszę!   I   co   pan   widzi   na   ścianach   tego   gabinetu?   Wypalone   majątki, 

gospodarstwa zniszczone przez wichury, gradobicia, powodzie... a pan jest już w tym 
wieku, kiedy z trudem człowiek zaczyna wszystko od nowa, z ręką na sercu trzeba to 

sobie   powiedzieć.   A   teraz   niech   pan   zajrzy   do   tej   gablotki!   Są   w   niej   wycinki   ze 
wszystkich   gazet,   jakie   tylko   istnieją   i...   i   czego   pan   się   z   nich   dowiaduje?   Same 

nieszczęścia, morderstwa, samobójstwa, słowem — tragiczny koniec... A co pan teraz 
czyta?

— spytał dyrektor. — Proszę to przeczytać na głos! — i mistrz Beranek odczytał 

drżącym   głosem:   —   Wdowa   po   kowalu   zakończyła   życie   w   gnojówce...   —   A   inny 

wycinek z gazety wieczornej — podsuwał dyrektor. I mistrz Beranek czytał: — Rolnik 
poderżnął sobie gardło kosą...

Dyrektor powiedział wreszcie: — Starczy. — Zastukał palcem w długie pudło i 

stwierdził: — A tutaj mamy takich wycinków tysiące. — Podniósł palec do góry i wołał: 

— Widzi pan, panie Beranek! Gdyby rzemieślnicy wcześniej mieli emerytury, może mi 
pan wierzyć, że te wszystkie tragedie, te nieszczęśpia nie miałyby miejsca... Ale pan 

nie chce emerytury, pan wychodzi naprzeciw jednej z tych fotografii, jednemu z tych 
wycinków... Czy chce pan jeszcze zerwać umowę?

I  wyjął   arkusz   papieru   z   teczki,   na  której   wykaligrafowano   Beranek   Alojzy, 

uniósł kartkę w górę, trzymał ją w palcach i patrzył piekarzowi prosto w oczy czekając 

na znak. Powtórzył: — Mam to podrzeć?

Mistrz Beranek rozejrzał się po ścianach, skąd grozili mu starcy z przytułku i 

wypalone domostwa z szyldami, które samotnie ocalały z pożogi, spojrzał na gablotkę 
z informacjami o nieszczęśliwych wypadkach, pokręcił głową, i wyszeptał: — Niech 

pan>tego nie drze, teraz już wiem, że tak samo jak robotnicy i urzędnicy, powinni być 
ubezpieczeni rzemieślnicy...

wszyscy.
Dyrektor wsunął umowę w teczkę akt, usiadł pod liściem palmy, złożył ręce: — 

Jesteśmy tutaj po to, żeby wam służyć. Niekiedy trzeba ratować ludzi wbrew ich woli, 
panie Beranek, było mi miło — uniósł się i podał majstrowi koniuszki spoconych

palców.
Kiedy mistrz Beranek wyszedł z gabinetu dyrektora, ci dwaj z trzeciego piętra 

stali   już   pod   drzwiami   oklejonymi   tapetą   i   uważnie   spojrzeli   na   piekarza.   Młody 
urzędnik też wyciągał szyję, żeby zajrzeć panu Berankowi w twarz, ale on ledwie na-

macał krzesło, opadł na nie zrezygnowany. Był blady jakby zleciał z dachu, wąsy mu 
oklapły i ręce zwisły bezwładnie aż do podłogi.

— To tak im pan przetrzepał skórę? — powiedział jeden z rzemieślników. Ale 

majster milczał. Podniósł się, wziął laskę z kąta i wyszedł wspierając się na niej.

Kiedy schodził ze schodów, musiał usiąść na trzecim piętrze i oprzeć czoło o 

secesyjną poręcz, o kwiat lilii misternie wykuty w metalu. Ktoś właśnie wbiegł do 

gmachu i skakał po dwa stopnie. A kiedy przemknął koło piekarza, zawołał:

— Tego, co ja im wygarnę, nie wywieszą w gablocie! — Piętro wyżej wychylił się 

jeszcze przez barierę i powtórzył: — Na pewno nie wywieszą! — i pognał dalej, słychać 
było jego kroki, aż do chwili, kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi Zakładu Ubezpieczeń.

131

background image

Mistrz Beranek wyszedł na plac. Przed kościołem znajdowała się fontanna z 

wianuszkiem kamiennych rybek, którym z otwartych pyszczków tryskała woda. Pan 
Beranek najpierw długo pa-

trzył na pluskającą wodę, a potem zwilżył dłoń i potarł skronie, odłożył laskę i 

dwiema garściami nabierał z fontanny ten odświeżający żywioł i chlustał sobie na 

twarz.   Wreszcie   przechylił   się   przez   kamienne   obramowanie   fontanny   i   podstawił 
głowę   pod   strugi   wody.   Ludzie   przystawali   koło   niego,   po   kwadransie   zjawił   się 

milicjant, chwycił pana Beranka za marynarkę, potrząsnął nim i spytał: — Co pan 
robi?... Źle się pan czuje? — dodał widząc twarz mistrza. I wtedy dopiero pan Beranek 

walnął zaciśniętym kułakiem o wyprostowaną dłoń lewej ręki i zawołał: — Wszędzie te 
oczy serafinów! — I wetknął głowę pod chłodny strumień wody...

Przełożył Edward Madany

132

background image

Pan rejent

1

Codziennie rano pan rejent modlił się w domowej kaplicy. Był to pokój o dwu 

oknach,   w   których   zamiast   szyb   znajdowały   się   obrazy   z   kolorowych   szkiełek.   W 
jednym oknie święty Dionizy, choć ścięty, mimo to jeszcze wstał i obnosił tę swoją 

uciętą głowę'wokół szafotu, w drugim zaś — świętej Agacie odrąbano' rękę, a wysłany 
z tą odrąbaną ręką* pachołek zabłądził i wrócił tam, skąd wyszedł, do tych bezrękich 

zwłok.

Więc pan rejent klęczał i modlił się, ale czynił sobie przy tym wyrzuty, że nie 

wypłukał ust. W końcu przeżegnał się, wstał i otworzył okno. Gdy wzrok oswoił z 
porannym   blaskiem,   przemknął   spojrzeniem   po   niżej   położonych   granatowych 

dachach   i   patrząc   poprzez   rzekę   na   jej   drugi   brzeg,   z   rozkoszą   wdychał   wilgotne 
powietrze.

— Babciuu,   babciuuu   —   rozległ   się   gdzieś   z   dołu   dziecinny   głos   —   babciu, 

Zdenieczek je psie gówienka!

Pan rejent wspiął się na palce i spojrzał na dziedziniec starego browaru, w 

którym już piwa nie warzono, ale gdzie mieszkali ludzie. Przy pompie dziewczynka w 

czerwonym fartuszku i słomianym kapelusiku wskazywała na trzyletniego chłopczyka, 
który z błogim wyrazem twarzy wpychał coś'do buzi.

Z pralni wybiegła chuda kobieta, wzniosła do góry ręce i zaczęła lamentować:
— Ty przeklęty bękarcie! Kiedy ja wreszcie tę bieliznę wypiorę?! — szarpnęła 

wnuczka i jęła nim potrząsać. — Czekaj ty szczeniaku, czekaj, jak mama wróci do 
domu, to ci znów sprawi lanie! — pogroziła, ale sama uderzyła chłopczyka w twarz, aż 

mu te gówienka z buzi wypadły. Po czym wrzasnęła na dziewczynkę: 7

— Co na mnie wytrzeszczarz gały jak latarnie! Tobie też dam po gębie, aż ci się 

te twoje zezowate ślepia naprostują. Masz! — z kieszeni niebieskiego fartucha wyjęła 
piszczałkę   —   i   wynocha   bawić   się   do   kuchni.   A   ty,   Lidka,   gdyby   się   coś   działo, 

dmuchnij   w   tę   piszczałkę,   to   ja   przylecę!   Ach,   wy   łachudry,   kiedy   ja   tę   bieliznę 
skończę? — Babka wzniosła sine od prania ręce.

Pan rejent zamknął okno i wyszedł z pokoju na ciemny korytarz, a potem udał 

się prosto do kancelarii.

— Dzień   dobry,   panie   rejencie   —   powitała   go   sekretarka   nie   przerywając 

podlewania kwiatów.

— Dzień dobry pani, dzień dobry — mruknął starszy pan i zatarł ręce — no i co 

też pani porabiała wczoraj?

— Grałam   w   tenisa...   i   niech   sobie   pan   rejent   wyobrazi,   że   przegrałam. 

Przegrałam z panią o piętnaście lat starszą ode mnie.,, przegrałam dw.a sety. Czy to 

nie straszne? — mówiła, odłamu jąć przy tym uschnięte listki z gałązek pelargonii.

— Ale, ale — rzekł pan rejent — o ile wiem, to pani świetnie gra w tenisa.

— No, świetnie to nie — zaczerwieniła się sekretarka — do tego mi daleko, ale 

wczoraj miałam coś w rodzaju tremy.

— Czyżby przeciwniczka była lepsza?
— I   to   także   nie,   ale   ze   mną   zawsze   już   tak   jest.   Akurat   gdy   chodzi   o   coś 

ważnego, muszę przegrać... i to mnie tak irytuje! A chodziło przecież o pozycję klubu 
w tabeli.

— No, innym razem pani wygra, a co pani pobiła potem?

133

background image

— Potem, gdy się ściemniło i popłakałam sobie w szatni, poszłam się kapać. W 

kostiumie kąpielowym szłam pod prąd, tam w górę rzeki koło dębu; już było ciemno i 
nad dąbrową wzeszedł księżyc, ogromny żółty księżyc, a odbijał się w wodzie niemalże

przy mnie, siedziałam na kamieniu i pluskałam nogami w wodzie, w której się 

odbijał ten żółty księżyc...

— A później? — pan rejent uniósł brwi.
— A potem ześliznęłam się do rzeki i zaczęłam pływać w tej miedzianej wodzie, 

sprawiało   mi   przyjemność   pływanie   w   odbiciu   księżyca,   odgarnianie   rękami   tej 
metalicznej   barwy,   kiedy   zaś   podnosiłam   rękę,   wyglądała   jak   z   mosiądzu,   krótko 

mówiąc, panie rejencie, w wodzie było wspaniale...

— I co dalej?

— Potem się przestraszyłam.
— Naprawdę?

— Tak — rzekła dziewczyna i usiadła do maszyny — niech sobie pan rejent 

wyobrazi,   że   tam   w   cieniu   dąbrowy,   w   tym   głębokim   cieniu   nagle   zobaczyłam 

wychodzące z niego trzy pary białych kąpielowych spodenek.

— E, chyba nie... — dziwił się starszy pan.

— Ależ tak, trzy pary białych spodenek, aż przyczaiłam się w tej trzcinie jak 

myszka. A te trzy pary spodenek szły po grobli i słyszałam, jak rozmawiają... i wie pan, 

co to było?

— Sam jestem ciekaw!

— To   byli   trzej   nadzy   panowie!   Mocno   opaleni,   A   ponieważ   opalali   się   w 

spodenkach, więc ręce, nogi i torsy zlewały się z cieniem dąbrowy, bo oni szli nago! 

Trzech   nagusów...   a   ja,   panie   rejencie,   myślałam,   że   to   idą   same   spodenki   — 
zaczerwieniła się sekretarka.

— I widziała pani wszystko?
— Wszystko, wszyściutko... to byli trzej młodzi studenci,

w moim wieku...
— To   musiało   być   piękne   —   rzekł   z   goryczą   pan   rejent   —   to   musiało   być 

przepiękne; młoda dziewczyna w wodzie i trzy pary białych spodenek w cieniu lasku... 
ale co pani robiła potem?

— Więc   dopłynęłam   do   klubu,   słyszałam   jeszcze,   jak   pod   dąbrową   ci   trzej 

studenci wskakiwali do wody... osuszyłam się i poszłam do domu.

— A w domu?
— W domu usiadłam i rysowałam pod lampą.

— To właśnie chciałem usłyszeć! — ucieszył się pan rejent.
Dziewczyna wstała i położyła na stole arkusz brystolu, -na którym wczoraj w 

nocy wyrysowała napis: Zaslużony ojcze, po długim i płodnym'życiu lekki odpoczynek 
znajdź w ziemi.

— Więc jednak mi to pani narysowała — ucieszył się starszy pan, ale gdy na 

nowo przeczytał ten napis na własny pomnik, napis, który sam dla siebie wymyślił, 

zawahał się.

— Hm... ale czemu odpoczynek nie miałby być również w niebie? — zapytał.

— Tak mi pan przecież podyktował — zaniepokoiła się sekretarka.
— Słusznie,   jednakowoż,   proszę   pani,   napis   na   pomniku   to   ważna   rzecz. 

Chciałbym tam mieć taki, żeby jeszcze po stu la-' tach dało się z niego wyczytać, kim 
byłem,

— Panie rejencie, na żydowskim cmentarzu widziałam piękny napis! Z ziemi do 

ziemi...

— To żydowski napis! — pan rejent uniósł ręce w obronnym geście — cóż to, 

pani nie rozumie, że chrześcijaństwo dzięki Synowi Bożemu wywyższyło człowieka? A 

134

background image

jeśli   nie   ma   Wskrzeszenia   i   Zmartwychwstania,   to   wszytko,   co   tutaj   robimy,   jest 

marnością nad marnościami... ale właśnie mam pomysł! Niechaj pani pisze — starszy 
pan milczał chwilkę z napiętą uwagą, a gdy sekretarka przygotowała się, podyktował: 

Tłumiłem   swój   blask...   i   stałem   się   równy   własnym   prochom,   aby   zajaśnieć   na 
niebie...

Potem zapytał: — Co pani będzie robiła dziś wieczorem?
— Pójdę   do   krawcowej,   panie   rejencie,   wie   pan,   chcę   sobie   uszyć   taką 

bluzeczkę, secesyjny model, czerwone paski na białym jedwabiu, zapinaną pod szyję, 
taką bardzo skromniutką bluzeczkę, jaką nosiły wychowawczynie, jaką miała na sobie 

Paula Wesely w filmie „Maskarada”, albo jeśli ją pan widział, gdy grała z Joachimem 
Gotschalkiem w filmie „Czekam na ciebie”...

— A cóż pani będzie robiła później?
— Później pójdę grać w tenisa, a wieczorem znowu wykąpię się w rzece., i być 

może, panie rejencie, że będą się kąpać tak

samo   nago   jak   wczoraj   owi   trzej   studenci,   a   gdyby   ktoś   szedł   wzdłuż 

przeciwległego brzegu, widziałby biały damski kostium kąpielowy, bo moje opalone 
ręce  i nogi  zlewałyby  się  z ciemnym  tłem  dębowego  lasku... —  urwała  i  spojrzała 

kokieteryjnie, ale spostrzegła, że pan rejent nie jest w odpowiednim nastroju, więc 
dodała skromniutko: — a potem, gdy przyjdę do domu, będę rysować, jak pan tłumił 

swój blask i stał się równy własnym prochom... — po czym wyprostowała się i nie 
potrafiła stłumić blasku swej młodości.

Gdy  pan  rejent  ziewnął,  sztuczna  szczęka   opadła  mu  wcześniej,  nim  zdążył 

zamknąć usta.

— Dziękuję pani — rzekł ivusiadł za stołem — ale teraz, zanim przyjdą klienci, 

zabierzemy  się  do  uzupełnienia  ostatniego   punktu   mego  testamentu.   — Wertował 

papiery, które wyjął z szuflady stołu.

Potem wstał i majestatycznie zaczai chodzić po kancelarii.

Zatrzymał   się   przy   otwartym   oknie.   Poprzez   pelargonie,   ponad   dachami 

krytymi żłobioną dachówką patrzył na rzekę, w której drzewa jak gdyby chodziły na 

rękach i dyktował: — Trumna moja niechaj będzie metalowa, bogato zdobiona, w 
drobny   egipski   wzór   z   wewnętrznym   ornamentem,   podczas   pogrzebu   niech   biją 

wszystkie dzwony, pokój żałobny ma być wyłożony kirem, podłoga okryta czarnym 
suknem, a na środku niech stanie krzyż zdobiony klejnotami i anioły... ale czy nago 

będzie się pani dziś wieczorem kąpała?

— Nago...   Boże,   przecież   już   będzie   całkiem   ciemno   —   rzekła   dziewczyna, 

podczas gdy jej paluszki zwinnie stukały w klawisze maszyny.

— To będzie piękne — rzekł starszy pan, a gdy usłyszał, że maszyna ucichła, 

ciągnął dalej — a na środku krzyż z aniołami... trzydzieści sześć świec woskowych 
ćwierćkilowych... — dyktował, ale usłyszawszy na podwórzu szuranie jakichś kroków, 

wychylił się z okna poprzez pelargonie. Po browarnianym dziedzińcu człapał stary 
emerytowany   stangret,   a   szedł   tak   dziwnie   jak   gdyby   jechał   na   rowerze,   lub   na 

nartach; chciał usiąść sobie na słoneczku, właśnie wyjął fajkę z przymocowanym do 
niej kurkiem syfonu do wody sodowej, by mu ta fajka nie wypadła , z bezzębnych ust,  

splunął i usadowił się przy ścianie. Siedział l tam jak połamany krzak, ale za młodu? 
Panie   Boże,   za   młodych   l   lat,   wspomniał   sobie   pan   rejent,   ten   właśnie   stangret 

zamęczył   na   śmierć   dwie   żony,   tę   pierwszą,   gdy   mu   nie   chciała   być   powolna, 
przyciągał   za   włosy   do   marynarskiego   kufra,   podnosił   wieko,   wpychał   tam   jej 

rozpuszczony warkocz i zamykał ten-kufer... a drugiej żonie to znowu związywał włosy 
w węzeł, zdejmował z haka obraz Jezusa i na tym haku za te warkocze wieszał żonę, 

aby móc z nią robić, co chciał... kto wie, może tym kobietom to odpowiadało, może im 
z tym było dobrze, niektóre kobiety bywają prawdziwym narzędziem szatana...

135

background image

— Panie   rejencie   —   przypomniała   sekretarka   —   trzydzieści   sześć 

ćwierćkilogramowych świec...

— Aha! Więc... — odwrócił się pan rejent, a gdy oderwał zapatrzony wzrok od 

kędzierzawych murzyńskich włosów sekretarki, jął dyktować dalej: — ...kościelny chór 
męski będzie śpiewał żałobne pieśni, pokropek odprawią trzej księża i czterej klerycy, 

którzy odprowadzą kondukt aż do grobu... na przedzie konduktu mistrz ceremonii, za 
nim   warta   honorowa...   krzyż   z   latarni...   obok   żałobnicy   ze   światłem...   piętnastu 

fiakrów i dwa żałobne auta — dyktował stary pan powoli i patrzył w błękitne niebo, 
jak   gdyby   to,   co   mówił,   odpisywał   skądś   z   bezchmurnego   sklepienia   niebios,   po 

którym śmigały jaskółcze skrzydła...

A sekretarka pisała tak  szybko, jak gdyby metalowe  literki  tego testamentu 

wsypywała w blaszane naczynie:

Krzyk na podwórzu skłonił pana rejenta, aby obiema rękami oparł się o futrynę 

okna.

Tam na dole przy otwartym szambie stał dozorca i krzyczał:

— Ladio, Ladio, Ladiooo! — okno na parterze skrzypnęło i wychyliła się z niego 

przyltzana głowa: — Co się stało, tatku? —

— Dozorca krzyknął: — Co się stało! Chodź, pomóż mi zanieść tę tykę do rzeki, 

tam ją wypłuczemy! — wskazywał na drąg, którym grzebał w szambie. — Ależ, tatku, 

ja mam czyste ręce!

— wzbraniał się młodzieniec w oknie. — Powiadam, że pójdzie-

my z tą' tyką! — wrzeszczał dozorca i wyciągnął z szamba drąg, na podwórze 

zaś wybiegł młody chłopak w białej koszuli i od razu chwycił za czysty koniec tyki. — 

Nie — krzyczał dozorca

— ten koniec ja poniosę, ty weźmiesz tamten! — Młody się nadal wzbraniał: — 

Ja mam czystą koszulę i nowy krawat, a takiego krawata nie ma nikt w mieście... — 
Ale ojciec był uparty:

— Ja   ci   to   nakazuję,   rozkazuję   ci   jako   twój  ojciec.   Przecie   tego   obesranego 

końca nie będę niósł ja! — awanturował się dozorca.

— Kiedy   'ja   mam   nowy   krawat!   Pójdę   go   zdjąć...   —   prosił   syn.   Ale   ojciec 

obstawał   przy   swoim.:   —   Nie,   ja   chcę;   żebyś   mnie,   posłuchał   natychmiast.   No, 

weźmiesz-to, czy nie weźmiesz? — Młody zastanowił się i rzekł: — Nie wezmę, przez 
ten krawat nie wezmę. — A dozorca pokrzykiwał i skarżył się niebu: — Ta-cyście wy, 

całe to wasze cholerne pokolenie. Cholera, 'jakże te, ja, znaczy ojciec, mam zawsze za 
was nosić tylko ten obesrany koniec? — Syn mówił: — Tatku, przecież każdy przyzna, 

że skoro za chwilę mam iść na randkę, to nie będę się babrał z łajnem, jakże bym 
potem mógł Olinie podać rękę?

— Panie rejencie, ale zapomnieliśmy o jednej rzeczy — rzekła sekretarka — ile 

ma być zawiadomień żałobnych?

— Żałobnych zawiadomień? — wystraszył się pan rejent — niech pani napisze: 

czterysta. I msza żałobna w kościele Świętego Eliasza... nadąża pani z pisaniem?... 

dobrze...   chór  męski   będzie  -.mi  śpiewał  Animas   jidełium...  po  mszy   świętej  trzej 
księża wykonają przy katafalku Libera, przy wtórze chóru... — dyktował stary pan, ale 

wreszcie   nie   wytrzymał,   wspiął   się   na   palce   i   zobaczył,   jak   z   sąsiedniej   bramy 
wychodzi dozorca z synem, jak niosą ten drąg, by go wypłukać w rzece; pan rejent 

widział rękę dozorcy, która trzymała ten zapaskudzony koniec tyki, pokiwał głową i 
dyktował dalej: — ... katafalk ozdobiony jak przy pogrzebie... pierwsze dziesięć ławek 

wyłożonych czarnym suknem...

Z dziedzińca browaru rozległo się natarczywe świstanie.

136

background image

Tam   na   dole   przy   studni   stała   dziewczynka   w   słomianym   kapelusiku   i   bez 

ustanku dmuchała w piszczałkę ukrytą pod tym kapelusikiem, dmuchała tak, aż babka 
wybiegła z pralni, po

drodze   wycierając   sobie   ręce   w   mokry   fartuch,   a   potem   machając   nimi   i 

krzycząc:

_ Co się znów stało, wy zbereźniki? Czemu się nie bawicie?
Dziewczynka obtarła bucik o trawę i poskarżyła: — Babciu, Zdenieczek zrobił 

kupę na trawniku, a ja w nią wdepnęłam! — po czym dalej dmuchała w piszczałkę.

Babka plasnęła ją w twarz, aż piszczałka wypadła dziewczynce z ust.

— Ty przeklęta suko, co wy sobie myślicie? O byle głupstwo będziesz na mnie 

świstać? Ja jeszcze po południu muszę lecieć do sprzątania, a wyście tacy, łobuzy? 

Kiedy ja to pranie wreszcie skończę?

Pan rejent wzruszył ramionami i odsunął się od okna.

Usiadł za stołem i mówił: — Ten napis, który pani wyrysowała wczoraj, ten 

napis na pomnik, dołączymy do testamentu, ponieważ człowiek w moim wieku, nie 

zna dnia ani godziny. A gdy jutro przyniesie pani ten drugi napis... Stałem się równy 
własnym prochom... to te arkusze wymienimy, dobrze?

— Oczywiście   —   rzekła   dziewczyna   i   obserwowała,   jak   w   czasie   mówienia 

starszemu   panu   sztuczna   szczęka   opadała,   zanim   słowa.wypowiedział   do   końca. 

Zauważyła też, że pan rejent, nim kichnął, szybko wyciągnął z kieszeni chusteczkę i 
przyciskał   ją   do   ust.   Jakby   też   to   wyglądało   —   pomyślała   —   gdyby   pan   rejent 

przyczepił sobie do sztucznej szczęki taki sznurek, jak nosił jej dziadek, taki jedwabny 
sznurek,   przymocowany   do   binokli...   Dziadek   nosił   jeszcze   drugi   sznurek.   Czarny 

sznurek,   do   którego   był   przyczepiony   kapelusz,   ten   sznurek   zahaczał   dziadek   o 
dziurkę od guzika, aby kapelusza wiatr nie porwał... ale co by się stało* gdyby tak pan 

rejent kichnął, a sztuczna szczęka zwisła mu na czarnym jedwabnym sznureczku, jak 
dziadkowe binokle? Jak dziadkowy kapelusz?

— Brr... — wstrząsnęła się dziewczyna.
— Zimno tu? — zdziwił się pan rejent.

- Nie, śmierć mnie przeskoczyła — powiedziała, objęła się rękami krzyżując je i 

zaczęła sobie gładzić i nacierać ramiona.

— Piękny zwrot — powiedział pan rejent i zagłębił się w umowie handlowej, już 

opatrzonej   znaczkiem   stemplowym,   starannie   przepisanej   na   maszynie,   zeszytej 

biało-czerwoną   nitką,   której   końce   przylepiono   czerwoną   pieczęcią.   Gdy   skończył 
czytanie, podniósł się. Przez otwarte okno widział rzekę, nad którą pochylała się biała 

koszula i spłukiwała drąg w wodzie. Błękit bluzy dozorcy niemal się zlewał z barwą 
rzeki. Teraz obaj mężczyźni wyprostowali się -i patrzyli w milczeniu na drugi brzeg, a 

biała koszula odbijała się w lustrze wody i wyglądało, że młodzieniec niczym cyrkowy 
akrobata wisi w rzece do góry nogami...

— Proszę pani! Proszę zanotować! — odwrócił się żywo pan rejent. — Szybko, 

żeby mi nie uciekło z pamięci!... Trumna jest moja kolebką, a napis cmentarny na 

pomniku to moja metryka... Proszę mi to odczytać, dobrze?

2

Małżeństwo Schieslerowie, rolnicy z Boszina, byli pierwszymi interesantami. 

Pan rejent znał ich już ćwierć wieku, od. czasu gdy zjawili się u niego świeżo po ślubie, 
oboje ubrani z wiejska i z książką do modlitwy, on w sztruksowych bryczesach, butach 

137

background image

z cholewami i myśliwskim kapeluszu, oboje pełni godności niczym para królewska. 

Dziś przyszli już postarzali i odziani po miejsku.

— No więc, cóż u was nowego? — zapytał pan rejent, gdy ich usadził w fotelach.

— U nas to nic nowego nie ma, tyle że sąsiadowi ria mózg padło — rzekł chłop.
— Co wy mówicie? — udał zdziwienie pan rejent.

— No,  a  jakże, mój sąsiad  miał świnię,  a  ta miała  młode, ale  jak  przyszedł 

pomór, zostało im ino jedno. Karmili to prosiątko z flaszki, a ono latało za nimi jak 

psina. Kiedy urosło, tak sąsiedzi ugadali, że to prosię zabiją. Ale że je chowali ,,na 
lewo”, to stary poszedł w nocy do piwnicy, a prosię za nim, bo jakem już

mówił, przywykło biegać za nimi niczym pies. W piwnicy to nrosię położyło 

sąsiadowi łeb na podołku, bo tylko jemu pozwalało drapać się za uszami. A gospodarz 

ciął je ostrzem siekierki vy kark, aby nie kwiczało, ale przy tym przewrócił świecę, 
więc ten sąsiad — jako że prosię źle ciął — przeciągnął po nim jeszcze raz nożem, a 

potem musiał na nim leżeć całą godzinę, zanim ono wykrwawiło się w tej ciemności... 
Ale to prosię myślało, że go skaleczył ktoś inny, i tuliło się do gospodarza tak długo, aż 

się wykrwawiło. A gospodarz, kiedy wylazł z piwnicy, zwalił się na łóżko i wybuchnął 
płaczem,   a   że   się   już   nikomu   nie   dał   uspokoić,   więc   go   musieli   odwieźć   do 

Kosmonosów. Ja powiadam, kto to słyszał przyjaźnić się ze zwierzętami!

— Chryste Panie! — zawołał pan rejent — a wyście przy tym byli?

— Nie, opowiadała mi to wszystko siostra tego sąsiada, Libu-sza, ta, co to pan 

na pewno wie, że ma tę córkę, co od trzydziestu lat leży w łóżku, zna ją pan?

— Spod numeru siedemnaście?
— Właśnie. Wie pan, jak to się stało?

— Nie wiem...
— To wszystko z tego, że pojechali do miasta do kina. Szedł film z Chaplinem, 

ten film z tym chłopcem Coganem, co to grał anioła, i ta Libusza powiedziała sobie, że 
jej córka na zabawie wielkanocnej dla dzieci będzie za takiego samego anioła. Więc z 

ptasich piór zrobili skrzydła, a jakże, bardzo to było ładnie, ale dziewczynka zaziębiła 
się, dostała zapalenia mózgu, no i od tej pory leży jak Łazarz.

— Ach tak! Hodaczowie! — przypomniał sobie pan rejent. — A jej drugi brat ma 

posiadłość   pod   numerem   dwadzieścia   sześć,   co?   Pani   Schieslerowa,   jakże   się   im 

powodzi?

— Dobrze,   bo   dokupili   siedem   mórg   pola   —   rzekła   chłopka   i   złożyła   swe 

ogromne ręce na kolanach — właśnie im umarł ten ich Karliczek. Jutro minie akurat 
miesiąc, jak był pogrzeb. On także przypłacił przyjaźnienie się ze zwierzętami. Mieli 

źrebię,  a  ono   nauczyło   się  chodzić  do  izby   po  cukier.   Ale  łońskiego  roku   jesienią 
przyszło do kuchni, tam się czegoś przelękło, za-

wadziło o rurę od -gazu i, spłoszone, potratowało meble. Stary Hodacz skoczył 

ku niemu, ale zanim źrebięciu zarzucił koc na łeb, ono kopnęło Karliczka. A potem 

chłopca zaczęła z tego boleć noga i trza było dać do szpitala, a tam mu nogę urżnęli i 
przy tym umarł. Hodaczowie chcieli zobaczyć synka w trumnie, ale jak tę trumnę 

otworzyli, tak prędko ją zaraz zamknęli, bo ta urżnięta noga leżała obok trupka. Ale 
poza tym na wsi teraz nudno, panie rejencie, nie dzieje się nic, o czym by warto 

powiedzieć choć parę słów. Warn w mieście pod tym względem jest dużo, dużo lepiej. 
Aha, wie pan, gdzie ma gospodarstwo sąsiad Kral? — ożywiła się chłopka.

— Numer czternaście? — uśmiechnął się pan rejent.
— A jakże, no więc ten Kral, bałwan, wlazł ze służącą na strych i tam się tak 

kochali, że dostali skurczu i nie można go było od tej służącej oddzielić.

— Patrzcie   no!   —   zaniepokoił   się   pan   rejent   i   zauważył,   że   sekretarce 

czerwienieje pochylony kark.

138

background image

— Ano tak! — rzekła gospodyni i poprawiła sobie czerwony kapelusik z sokolim 

piórkiem.   —   Więc   musieliśmy   przynieść   drabiny,   i   liny,   i   sznury,   i   oboje   tych 
rozpustników spuściliśmy  na płachcie  na podwórze. Wyglądało  to, nie skarż mnie 

Bóg, wyglądało to w'świetle latarni jak na tym obrazie w ołtarzu... zdjęcie Jezusa z 
krzyża... A gdyśmy rozwiązali płachtę, to stara Kra-lowa, co była taka dumna, że ma 

córkę   na   wychowaniu   w   klasztorze,   więc   ta   stara   Kralowa   sprała   ich   batem,   aż 
ojczulek zemdlał. I wie pan, że nie pomogło ani to biczowanie, ani polewanie zimną 

wodą, ani nawet pokłuwanie nożem, musiał przyjść pan doktor. Trwali tak przy sobie 
jak heretycy.

— To ci dopiero historia — mruknął pan rejent — ale widać, że ludzie na wsi 

wciąż jeszcze mają bliższy związek z naturą.

— Właściwie tylko tyle — rzekł rolnik i poprawił swój żółty szalik, a zielonego 

motylka przycisnął palcem do kołnierzyka. — Toż nam chcieli zgwałcić nauczycielkę 

religii! Czegóż się też ludziom nie zachciewa! Szła w biały dzień koło lasku, tam,,gdzie 
się na to mówi: Na Ptaku. I wtedy wyminął ją na rowerze jakiś chłop w granatowym 

płaszczu. A gdy nauczycielka weszła do

lasu, to ten chłop wyskoczył z gąszcza i powiada: „Pobawimy sją i” i chciał ją 

zgwałcić. Tylko że ta nauczycielka religii, ona ćwiczy w „Sokole”, kopnęła tego chłopa 
w przyrodzenie, a potem zmusiła go, aby wziął rower i doprowadziła go kopniakami, 

znaczy   tego   chłopa,   aż   do   posterunku   żandarmerii.   Był   to,   jak   się   okazało,   jakiś 
handlarz   bydłem   z   Przelouczy   i   twierdził,   że   chciał   się   tylko   wysiusiać,   ale 

nauczycielka religii w obecności żandarma .dała mu w pysk, tak że ten handlarz bydła 
upadł i przyznał się, jak to było i skamlał, że już więcej tego nie zrobi. Ale jak o inne 

rzeczy chodzi, to, panie rejencie, na wsi zupełnie zdechł pies, to nie tak jak wtedy, 
gdyśmy byli młodzi... — mrugnął rolnik.

— Ale, Ludwiku,  opowiedz  jeszcze  panu rejentowi... — przypomniała żona i 

wytarła   nos   w   batystową   chusteczkę,   a   prawie   wszystko   zostało   jej   w   palcach   — 

powiedz, Ludwiku, na czym to przyłapaliście naszego gminnego przygłupka, no!...

— Nie będzie to znowu coś zbyt śmiałego? — zapytał pan rejent i spojrzał na 

sekretarkę, której profil błyszczał od srebrnego potu.

— Gdzieżby zaś, to tylko takie coś z życia — uspokajała chłopka.

— No pewnie! — obruszył się rolnik — to nic takiego, ot, dziecinna sprawa. 

Przyszli po mnie, jako po pierwszego radnego, że się sąsiad w domu zatruł bimbrem 

pędzonym ze śliwek. Więc poradziłem, niech go powieszą za nogi na drabinie, aby to z 
niego wypłynęło. Tylko że sąsiad już strawił. Wtedym sobie przypomniał jakeśmy to 

robili u nas w domu z dziadkiem. Zagrzebaliśmy więc sąsiada w ciepły krowi gnój, bo 
już człek był prawie zimny. I gdy tak rzucamy ostatnie widły tego gnoju, słyszę, jak 

gdzieś za płotem dziwnie.pobekuje koza. Patrzymy po sobie, co się to dzieje? Więc 
przeleźliśmy   przez   płoty   i   przyłapaliśmy   przygłupka   z   naszej   wioski,   tego   jąkałę 

Bohouszka, jak...

Pan   rejent   wstał   i   nadstawił   ucho,   położywszy   uprzednio   palec   na   swych 

zsiniałych wargach.

Rolnik jął mu coś szeptać, a po chwili pan rejent aż klapnął na fotel.

— Więceśm^ wzięli baty i styliska — ciągnął już na gł0s rolnik — i takeśmy tego 

jąkałę Bohouszka sprali, że się przestał jąkać. Prawda, że pod innym względem to co 

to za życie na wsi? Ani teatru, ani kina, ani hotelu... ach, miasto! — zatęsknił rolnik.

— Może — rzekł pan rejent i patrzył, jak kartka w palcach sekretarki drży w 

rytm dziewczęcego serca — ale dla nas, chrześcijan, Bóg jest wszędzie, na wsi i w 
mieście,   wszędzie,   gdziekolwiek   jest   człowiek,   tam   w   jego   sercu   mieszka   Bóg. 

Wszystko   inne,   jak   sami   wiecie,   to   marność   nad   marnościami.   Dlatego   my, 
chrześcijanie, jako synowie Boga zawieramy  z Bogiem umowę, co się tyczy  naszej 

139

background image

duszy, a jako obywatele pewne swoje podstawowe sprawy majątkowe rozwiązujemy 

za pomocą umów. Dla-tegoście mnie dzisiaj odwiedzili, jak przypuszczam, chcecie 
rozporządzić   swym   majątkiem   na   wypadek   śmierci...   czy   nie   tak?   —   zapytał   pan 

rejent, widząc, że wieśniacy już się wygadali.

— Tak — odpowiedzieli równocześnie.

— Proszę — rzekł pan rejent i wstał — dlatego porozmawiamy sobie o formach 

testamentu. — Zaczął mówić, spoglądając przy tym przez okno na drugą stronę rzeki, 

gdzie słońce zmusiło kolory, aby niemal wyblakły. Teraz* przyjechała tam czerwona 
łódka w żółte pasy, łódka pomalowana jak wózek z lodami, łódka pana Brzichnacza, 

emerytowanego maszynisty, na przedzie łódka ta miała napisy wykonane ozdobnymi 
literami,   na   każdym   wiośle   znajdował   się   wypisany   tymiż   ozdobnymi   literami 

dokładny adres pana Brzichnacza; wiosłował on w długich spodniach od dresu, na 
których w pasie widniał wyszyty ściegiem z prostych kresek także cały adres pana 

Brzichnacza, jego pantofle gimnastyczne również były starannie opatrzone adresem; 
pan rejent delektował się rzeką i dalej mówił o ostatniej woli, podczas gdy ta czerwona 

łódeczka rzucała czerwone refleksy po wodzie i drzewach, a pan rejent przypomniał 
sobie, jak przed laty całe miasto witało księdza biskupa z Litomierzyc, dworzec był 

pełen dziewcząt w bieli, baldachimów, chorągwi, członków miejskiej rady i orkiestr, 
ale   pociąg   z   salonką   księdza   biskupa   miał   spóźnienie,   ekspedytor   zaś   puścił   po 

równoległym torze pociąg towarowy, prowadzony przez maszynistę pana Brzichnacza,

który minąwszy semafor, wychylił się z lokomotywy i przeżegnał peron wielkim 

krzyżem, nakreślonym ręką... a wtedy dziewczęta zaczęły sypae kwiaty, orkiestra grać 
Tysiąckroć pozdrawiamy Ciebie... a tu przez stację przejeżdżał pociąg z węglem. Teraz 

czerwona   łódka   zniknęła   za   płaczącą   wierzba   i   przeniosła   wszystkie   odbicia   i 
wszystkie napisy gdzie indziej... — ... dlatego także  majątek może być miernikiem 

miłości rodziców do dzieci, które na odziedziczonej posiadłości będą gospodarować 
nadal... — skończył pan rejent. Potem w biurze zapadła cisza.

— Więc, panie rejencie — oblizał wargi rolnik — my byśmy myśleli... krótko 

mówiąc, powiedziałbym... więc że najstarszy syn nasz Ludwik dostanie wszystko, ale 

spłaci Agnieszkę, znaczy naszą córkę... że da jej pięćdziesiąt tysięcy... a my, my byśmy 
poszli na dożywocie... — skończył szeptem zakłopotany i przycisnął brodę do piersi, aż 

mu się skrył zielony motylek. — Co ty, żono, na to? — zapytał.

— Ja   bym   chciała,   aby   pan   rejent   tam   zapisał,   że   raz   w   miesiącu   mój   syn 

Ludwik będzie obowiązany zaprzęgnąć konie do bryczki i zawieźć mnie na cmentarz 
do Krzinca... — rzekła chłopka, a łza spływająca po jej twarzy zrobiła z taniego pudru 

papkę przy pomarszczonych ustach.

— No   to   proszę   was   —   powiedział   rejent   —   moja   sekretarka   postara   się   o 

wyciąg   z   ksiąg   hipotecznych,   w   przyszły   piątek   przyprowadzicie   z   sobą   dwóch 
świadków, teraz zaś przygotujemy koncept, proszę, niech pani pisze!

Pan   rejent   podszedł   do   okna,   przez   chwilę   patrzył   na   rzekę   i   myślał   o 

maszyniście   panu   Brzichnaczu,   jak   wieczorem   wyjedzie   na   spacer   rowerem   firmy 

Premier,   rowerem   z   higieniczną   kierownicą,   na   który   wskakuje   się   mając   wpierw 
przygotowany pedał, a ten. rower też ma na ramie ozdobnymi literami wypisany cały 

adres   wraz   z   numerem   domku,   gdzie   również   wszystko   jest   opatrzone   napisami, 
wymalowane, ponumerowane, ścieżki zaś oznaczone turystycznymi znakami: zielono-

białe wiodą do ogródka, czarno-białe do drewutni, brązowo-niebieskie do ustępu...

— Już pani przygotowana? No więc!... Na wypadek, kiedy nas Bóg powoła do 

wieczności zarządzamy, co następuje: punkt pierwszy — dyktował pan rejent i patrzył 
na powierzchnię płynącej wody.

140

background image

3

Po południu wziął pan rejent laskę i wyszedł. Gdy szedł od młyna ku mostowi, 

wyminęło go dwóch ludzi na podwójnym rowerze lekko zawadzając kierownicą o jego 
rękaw.   To   podczas   południowej   przerwy   wyjechali   sobie   dwaj   bracia,   trafikanci, 

którzy sprzedawali wyroby tytoniowe i gazety przy teatrze. Jeden z nich był ślepy, ten 
siedział z tyłu, drugi, widzący, z przodu. Pan rejent, gdy jeszcze palił, lubił kupować w 

ich trafice cygara, lubił patrzeć, jak ślepiec za pomocą dotyku orientuje się w całej 
trafice, jak natychmiast po chrząknięciu pana rejenta uśmiechał się, pochylał głowę 

ku   okienku   i   witał:   —   „Dzień   dobry,   panie   rejencie!”   —   odwracając   się   sięgał 
bezbłędnie po portorika, potem przyjmował banknot, który tak samo rozpoznawał 

dotknięciem jak pana rejenta po kaszlu. Teraz ci dwaj trafikanci jechali wzdłuż rzeki, 
jeszcze raz pokazały się ich postacie do góry nogami w spokojnej wodzie, w tej chwili 

ich   głowy   zniknęły   pod   spódnicami   gałęzi   lip,   ale   nogi   trafikantów   naciskały   nra 
pedały, jak sprzężone tłoki lokomotywy, a to samo widać było jeszcze raz w rzece, 

niczym jakąś fantastyczną maszynę o czterech kołach... Pan rejent patrzył i pomyślał 
sobie, co by też było, gdyby ci dwaj trafikanci kiedyś się upili i już by zapadła noc, a 

oni   by   wsiedli   na  ten   swój  podwójny   rower   odwrotnie,   ten   ślepy   z  przodu,  a  ten 
widzący z tyłu? Dokądby w ten sposób dojechali? Możliwe, że gdyby im nikt nie stanął 

na drodze, to ten ślepy dojechałby aż do domu, może i drogę rozpoznaje tak samo 
sprawnie, jak pieniądze w palcach, jak znajomych po ich kaszlu... myślał sobie pan 

rejent   i   idąc   koło   opustoszałych   końskich   stajni,   gdzie   nad   drzwiami   widniały 
czerwone końskie łby, wyszedł w stronę ogródków. Cicho wyminął kiosk tytoniowy, 

do którego zawsze bał się zaglądać. Nawet te-

raz kątem oka widział ręce trafikanta, opierające się na stoliku przy okienku, 

ręce   inwalidy   wojennego,   który   został   poparzony   miotaczem   ognia   i   który   za   to 
otrzymał order i trafikę.

Teraz pan rejent zszedł po kamiennych schodach ku rzece i z lubością patrzył 

na miasto, na swoje kolorowe okna, tam, po drugiej stronie rzeki, widział, jak kobieta 

w czerwonym żakieciku  dźwiga ku rzece  kosz z bielizną, klęka na kładce  i ogląda 
swoją twarz  w spokojnej  wodzie,  poprawia   wciąż  opadające  włosy,  a  potem  znów 

zobaczył  jeszcze  jedną praczkę,  która  niejako  wychynęła  z  rzeki   w powietrze  niby 
kierowa dama z kart, ale po chwili wzięła białe prześcieradło, pochyliła się i rozmazała 

swój obraz...

A po grobli i po skarpie, tam, po drugiej stronie rzeki, spacerowali pan dziekan 

w meloniku i zupełnie taki sam pan dziekan w czarnym ubraniu szedł do góry nogami 
w rzece, a gdy czerwony żakiecik praczki i czarny surdut wyglądały niczym czerwona 

kropka i nad nią czarny wykrzyknik, to znów to samo zrodziło się w lustrze wody, 
tylko odwrotnie, tak że gdy praczka pozdrowiła wielebnego dziekana, ten się odkłonił 

i  długim  ruchem  zdjął  melonik, to  w  odbiciu  w  rzece  wyglądał   jakby  kapeluszem 
nabierał   wodę...  Pan  rejent  zaś   patrzył   uważnie   tam,  na  drugą  stronę,  i  wszystko 

widział jednocześnie. Potem przykucnął, nabrał w dłonie wody i ceremonialnie umył 
sobie twarz. Następnie wydostał się na groblę i wzdłuż płotów wyszedł za miasto.

Przy   czereśniowym   sadzie   na   przewróconej   płaskiej   łódce   siedziała   młoda 

kobieta w kostiumie kąpielowym i robiła na drutach żółty sweter. Nagi chłopczyk leżał 

opierając się brzuchem na kładce i starał się patykiem wyłowić coś z wody. Pan rejent 
rozkosznie westchnął, po czym jął patrzeć na drugą stronę rzeki tam, gdzie zaczynały 

się   kilometry   łąk,   skąd   zbliżał   się   na  białym   koniu   młody,  opalony   mężczyzna,   w 
samych spodniach i boso, i wjechał prosto w letnią wodę. W niej odbijał się jeszcze 

141

background image

jeden koń, jak gdyby  te dwa siwki  stały  sobie wzajemnie  na kopytach.  Teraz  koń 

naciągnął uzdę, pochylił kark i pił swojemu odbiciu z pyska.

— Mamusiu, co to jest? — zapytał chłopiec i rozstawiwszy nóżki stanął przed 

młodą kobietą siedzącą w kostiumie kąpielowym, a w palcach trzymał jakiś obwisły 
przedmiot.

— Famfiku, wyrzuć to natychmiast! — zawołała i zaczerwieniła się.
— Ale mamusiu, na co to jest? ,-.-•>(.

— Powiadam, ci, rzuć to zaraz! ; ,
— Jak mi powiesz, na co to jest!

— Nie musisz wiedzieć, na to masz jeszcze dosyć czasu!
— Ale   ja   to   chcę   wiedzieć!   —   zatupał   chłopczyk   bosymi   nogami   —   ja   chcę 

wiedzieć!

— A ja ci mówię, w tej chwili to wyrzuć! — krzyknęła matka i odłożyła robótkę.

Ale chłopiec rzucił się do ucieczki, matka pobiegła za nim. Gdy wyciągnęła 

rękę,   by   złapać   uciekającego,   ten   zdecydowany   na   wszystko   wsadził   do   buzi   ów 

przedmiot, który wyłowił z rzeki.

— Czekaj, ja to powiem tatusiowi — wolała młoda kobieta i biła chłopca, który 

potknął się i upadł pod nogi rejenta.

— Ładna historia — rzekł pan rejent

Młoda matka jedną ręką wyciągała z ust chłopca ów przedmiot a drugą go łoiła 

i   oburzona   wołała:   —   Czekaj,   ja   powiem,   coś   ty   znów   wyprawiał   nad   wodą,   ty 

świntuchu   jeden!   —   a   gdy   wydobyła   z   ust   chłopca   znaleziony   przedmiot,   z 
obrzydzeniem go od siebie odrzuciła.

Potem wróciła do swojej robótki, ale w pewnej chwili poczuła się, jak gdyby 

jechała na rowerze i ktoś jej miedzy szprychy włożył kij. Obejrzała się i zobaczyła jak 

starszy pan wzrokiem rozbiera ją z kostiumu kąpielowego; patrzył na jej ciało z takim 
znawstwem i upodobaniem, że dłonią jednej ręki zasłoniła sobie łono a ramieniem 

drugiej — piersi. Tak trwała chwilę, potem znów usiadła na łodzi i zaraz wzięła do rąk 
robótkę.

— Hmm... — mruknął pan rejent, nasunął sobie kapelusz na czoło i zawrócił, 

wywijając laseczką i beztrosko ścinając nią roślinom kwiaty, patrzył, jak koń płynie 

rzeką, jak się z wolna wynurza i wraz z jeźdźcem wychodzi z wody, a równocześnie

w tym samym miejscu z lustra wody wyrasta odwrócony koń, który grzebie 

kopytem w swym odbiciu.  Potem  jeździec  bosą piętą uderzył siwka w słabiznę  aż 
zadudniło, a koń biegnąc kłusem po mieliźnie rozpryskiwał kopię samego siebie.

Pan rejent przyśpieszył teraz kroku.
Gdy mijał trafikę, znowu nie spojrzał do wnętrza, ale gdy ją minął, przypomniał 

sobie, że kątem oka nie dostrzegł czerwonych rąk. Zatrzymał się, a wtedy usłyszał jęk. 
Zawrócił i zajrzał do budki. Na podłodze leżał trafikant w ataku epileptycz-nym, tak 

jakoś dziwnie, między regałem a krzesłem, zupełnie zasypany papierosami.

Pan rejent zaszedł do budki od tyłu, ale gdy ujął za klamkę, okazało się, że 

drzwi są zamknięte. Wrócił więc i przez okienko dostrzegł, że klucz tkwi w zamku. 
Odłożył laskę, podniósł opuszczone okienko i połową ciała wepchał się do malutkiej 

trafiki. Gdy potem wyciągał palce, aby odemknąć drzwi z klucza, stracił równowagę i 
zsunął się głową na dół. Najpierw zauważył te popalone przez miotacz ognia czerwone 

ręce, potem upadł twarzą na twarz trafikanta, twarz tak przez wojnę ukształtowaną, 
jak gdyby ją ktoś na chwilkę włożył do wrzącego oleju. Następnie obcasem wyrwał ze 

stolika   szufladkę   i   kilka   garści   monet   posypało   się   na   nich   obu.   Pan   rejent 
wyswobodził rękę, odemknął drzwi i wygramolił się na słońce.

Akurat   w   tej   chwili   na   rowerze   przyjechała   kolporterka   „Wieczornego 

Czeskiego   Słowa”,   na   tylnym   i   przednim   bagażniku   miała   paczki   popołudniówek. 

142

background image

Kiedy   ujrzała   pana   rejenta   w   niesamowitej   pozycji,   a   trafikanta   leżącego   na 

papierosach   i   monetach,   zeskoczyła   z   roweru   i   rozstawiwszy   nogi   znieruchomiała 
trzymając się kierownicy.

—• Pani Yorliczkowa, proszę mi pomóc — rzekł rejent.
Ale   kolporterka   popołudniówek   jakby   skamieniała.   Pan   rejent   wyciągnął 

trafikanta, a wraz z nim także papierosy i bilon. Potem rozpiął mu koszulę, zaczął go 
klepać po policzkach i obcie-rać jego obfitą ślinę. Kolporterka już się opamiętała, ale 

nie mogła nic więcej jak tylko poruszać palcem, więc bez przerwy naciskała dzwonek 
roweru.

Potem przybiegli ludzie, jęli rozginać zaciśnięte ręce traf kanta, przynieśli wodę 

z rzeki i obmywali biedakowi piersi Pan rejent trzymał jego głowę na podołku i gładził 

tę poparzoną w czasie wojny czaszkę, która wyglądała, jak gdyby ją po_ obszywano 
resztkami różnych skór.

— Pani Yorliczkowa, proszę iść po jego żonę, dobrze? —. rzekł pan rejent, ale 

kolporterka   popołudniówek   wciąż   naciskała   dzwonek   przy   rowerze,   a   teraz   się 

rozkrzyczała.

— Ludzie, pozbierajcie te pieniądze i papierosy — przypominał rejent i nadal 

głaskał trafikanta i spoglądał na drugą stronę rzeki, gdzie siedział rybak, nawlekał na 
haczyk rybkę, żywą i błyszczącą jak lusterko, tak uważnie ją nawlekał, aby jej nie 

poranić kręgosłupa, a teraz szerokim łukiem rzucił ją do wody... i drugi taki sam rybak 
siedział w zwierciadle wody naprzeciw niego niby pikowy król...

— I proszę skoczyć po lekarza — radził pan rejent.
Przełożyła Helena Gruszczyńska-Dębska

143

background image

Pod „Zielonym Drzewem”

Od   czasu,   kiedy   trzynastka   przed   piwiarnią   „Pod   Zielonym   Drzewem”   nie 

wzięła zakrętu, lecz przebiwszy okno zatrzymała się aż przy szynkwasie, od tego czasu 

wielu gości przestało tutaj przychodzić. Nie przeszkadzało to jednak panu Chlumec-
kiemu, szynkarzowi, którego największą radością było, kiedy rano po przebudzeniu 

mógł sobie natoczyć pierwsze piwo. Dzisiaj już od rana wypijał jeden kufel po drugim, 
zatrzymywał   się   przy   oszklonych   drzwiach   i   czytał   wywieszkę   treści   następującej: 

„Donoszę wszystkim znajomym, że ja, Julia Kadava, nauczycielka szkół zawodowych, 
umarłam   w   wieku   lat   67.   Mój   pogrzeb   odbędzie   się   o   godz.   15   na   cmentarzu   w 

Diablicach dnia 16 września 1961” (data była wstawiona ołówkiem). I własnoręczny 
podpis nieboszczki: Julia Kadava, nauczycielka szkół zawodowych.

Za każdym razem, kiedy pan Chlumecky to czytał, kręcił głową i powracał do 

pipy, kładł na niej obie ręce, nataczał sobie kufel piwa, haustem go wypijał i zaraz 

opłukiwał w zlewie.

Robiło się już ciemno, ale szynkarz nie zapalał światła.

Dwaj goście siedzieli przy samej ścianie tuż obok drzwi do piwnicy, na wypadek 

gdyby znowu trzynastka wjechała do piwiarni. I zabawiali się.

— Ile schodów jest „U Pasovskich?” — pytał jeden.
— Siedem — odpowiadał drugi. — Ale ile ich jest „U Kalen-dów?”

— „U Kalendów”... U których? Mamy Kalendów przy akademii i Kalendów na 

nabrzeżu.

— Rany boskie! „U Kalendów” przy akademii gospoda jest zlikwidowana, więc 

chodzi tylko o Kalendów naprzeciwko portu, nie?

— Czekaj, czekaj, to będzie jeden, dwa, trzy, cztery, pięć.. — gość w wyobraźni 

szedł po nich do gospody — razem jest siedem i schodzi się tam w dół. A ile schodów 

jest w „Dobrym Zdroju”?

— Jeden   do   góry.   A   „Pod   Czerwonymi   Sercami”?...   —   zabawiali   się   goście, 

szynkarz zaś znowu podszedł do drzwi, od Krzi-ża zjeżdżała trzynastka oświetlona jak 
restauracja, zdawało się, że wjedzie prosto do piwiarni „Pod Zielonym Drzewem”, cały 

lokal się rozjarzył, ale tramwaj w ostatniej chwili szarpnął i skręciwszy w bok pojechał 
ku   prawemu   rogowi   ulicy.   Tylko   wąski   chodniczek   dzielił   go   od   okien   gospody, 

wagony zaś, jak trzy podświetlone akwaria, rzuciły blask na piwiarnię...

A oto na chodniku ukazał się szwagier pana Chlumeckiego. Szynkarz otwarł 

drzwi i zawołał z radością:

— Co   tutaj,   człowieku,   robisz?   Przegryzłeś   łańcuch   czy   jak,   żeś   z   waszego 

Czudova-Bubaczkova wybrał się do miasta?

— A ty, tłuściochu, nie mógłbyś  przyjść do nas? Matka już zapomniała,  jak 

wyglądasz — rzekł szwagier i usiadł.

— Nie przyjdę — powiada szynkarz i zaczyna toczyć piwo — ale przyjadę. Kupię 

sobie motorower.

— Ty? — szwagier wstał i klepnął szynkarza po brzuchu — z tym bagażem?

— No — westchnął szynkarz, natoczył kufel, ze smakiem wypił jednym haustem 

i zaraz opłukał szkło w wodzie — widzisz, muszę coś zrobić dla ciała, wyglądam już jak 

cień.

— Ja wiem, ale  cyrkowy — rzekł szwagier  — słuchaj, Franciszku, nie kupuj 

sobie   tego,   żebyś   wiedział,   ilu   ja   ich   już   spotkałem.   Jadę   trzynastką,   a   tam   koło 

144

background image

Scholerów'leży taki wariat jak ty, motor koło niego, druty w kołach jeszcze się kręciły 

w tę i nazad, na twarzy mu położyli poranną gazetę, a motor jak

rozdeptana zabawka i policjanci zakreślali wapnem koło. Nie kupuj sobie tego, 

nie kupuj, posłuchaj swego szwagra, nie kupuj!

— Ależ toż to jest troszkę większe niż rower...

—- Właśnie takie gówno to nieszczęście. Tam jak skręca od Vlachovki na górę 

trójka, tam między czternastką a trójką zgnietliśmy tęgą kobietę na takim motorku. 

Zharataliśmy wszystko razem z torbą i zakupami. Pociągnąłem za ręczny hamulec i 
zastopowałem biegi, ale nie poszedłem tam, za nic w świecie nie poszedłbym na to 

patrzeć.   Mnie   wystarczyło   takie   ciche   kwiknięcie...   Stanąłem   za   wagonem 
przyczepnym, palę papierosa, czekam na komisję... i tam jak jest ten spadek z góry — 

pa-trz§, strumyczkiem obok torowiska płynie mleko, a za nim świeża krew.

— To niby mam sobie kupić auto, czy jak? — powiada szynkarz zirytowany, 

idzie i znowu bębni w szybę w drzwiach i patrzy, jak od Krziża zjeżdża dziesiątka, już 
niemal   obwąchała   zielono   malowaną   ścianę,   ale   rozmyśliła   się,   skręciła   i   swym 

światłem   wytapetowała   na   żółto   cały   lokal...   Zaraz   za   nią   jechała   dwunastka,   a 
konduktorka z tamtej dziesiątki stała na tylnej platformie ostatniego wagonu i palcem 

zrobiła   w   powietrzu   py-tajnik,   zaś   motorniczy   dwunastki   smutno   podniósł   rękę   i 
wystawił trzy palce, na znak, że jeszcze ma trzy kursy, zanim zjedzie do zajezdni... 

więc konduktorka smutno pokiwała głową, że mu współczuje, a potem się roześmiała i 
wystawiła jeden palec, zamknęła błogo oczy, a ręką zrobiła taką pauzę, długę krechę, 

na  znak,   jak   przyjemnie   jej   pomyśleć,   że   zrobi   jeszcze   tylko   jeden   kurs,  a  potem 
pojedzie do domu.

Szwagier zaś gadał i tak zakończył:
—• Tyle jest tych wypadków, mógłbym ci opowiadać do północy. Auto też jest 

gówno,   choć   ma   cztery   koła.   Przed   gospoda   „Pod   Dielokrziżem”   między   piątkę   a 
dziewiętnastkę dostał się nam „Minor” i też wyglądał potem jak pognieciona gazeta! 

Dwie   baby!   Ta,   co   prowadziła,   chciała   się   przemknąć,   ale   się   jej   to   nie   udało   i 
wtranżoliła wóz tak, że obie je później wydoby-Wali po kawałeczku. Kawałeczek do tej 

trumny, drugi do tam-

tej, żeby to wypadło mniej więcej tyle, jak na dwie kobiety. Co ci po aucie!

— Więc mam chodzić na piechotę?
— Piechotą chodzić dobrze, ale znowu nie wolno ci mieć ćwieka w głowie — 

kręcił głową szwagier. — Franciszku, nie do wiary, powiadam ci, ilu ludzi nam wlazło 
pod tramwaj! Na prostej drodze! Są tacy, co ci będą stać na krawężniku, rozglądać się, 

a gdy zobaczą, że jedzie tramwaj, zupełnie jakby sobie powiedzieli: ,,To ten”. I hop 
pod   niego!   Tak   właśnie   koło   Słowiańskiej   Lipy   wpadł   mi   pod   dziesiątkę   sam 

kontroler, gdy próbował złapać jednego zbieracza biletów. Jeszcze gdy od razu trup, 
to dobrze, ale kiedy człowiek znajdzie się pod tramwajem i żyje! Ajajajaj! Wtedy czy 

ruszysz naprzód czy cofnies^, dogodzisz mu jeszcze lepiej. A on tam prosi, ludzie, na 
litość boską, zdejmicie ze mnie ten ciężar!... Pieszo dzisiaj chodzić po Pradze, to też 

ryzyko.

— Co to za jedni ci zbieracze biletów? — zapytał szynkarz, i znowu łyknął kufel 

piwa, po czym podszedł do drzwi i patrzył poprzez szybę na ulicę i bębnił palcami po 
tej wywieszce, w której Julia Kadava donosiła o swej śmierci i jednocześnie zapraszała 

na własny pogrzeb.

— To   są   przeważnie   renciści   —   rzekł   szwagier.   —   Prażanie,   którzy   na 

wysepkach   przystanków   przesiadkowych   zbierają   bilety   rzucane   przez   pasażerów, 
czytają kierunek i jadą na nie dalej. Strasznie modny sport. Nawet pewien prymariusz 

ze szpitala to uprawia.

145

background image

— Hm — rzekł szynkarz — ale panowie, nie przeszkadzamy wam czasem? — 

zapytał   tych   dwóch   gości,   którzy   na   siebie   krzyczeli   i   kłócili   się,   nie   mogąc   się 
dogadać, ile schodów prowadzi do „Straconej Warty”.

— Więc zabierzcie się i idźcie zobaczyć! — poradził im szynkarz.
— To jest pomysł — rzekł jeden z gości, zaraz sięgnął po czapkę i obaj wyszli; 

trzymając ręce w kieszeniach skierowali się

ku Krziżówi.

— Cztery schody — zauważył szwagier. ' :'•
_— Wiesz, ja bym brał ten motor tylko na wycieczki — po-^iada szynkarz — 

coś mi teraz brak powietrza.

— Ja wiem, ja to znam, ty nie wytrzymasz, masz taką naturę, jak twoja siostra 

Marzenka,   dodasz   gazu   i   popędzisz!   Potem   się   trudno   dziwić,   gdy   przyjdę   do 
„Chmielowego Krzaka”, że sobie pracownicy z Bulowki opowiadają: — „Za dawnych 

czasów na Boże Narodzenie ginęły karpie, a na Wielkanoc koźlęta, zaś na tegoroczną 
Wielkanoc mieliśmy na deskach siedemnastu motocyklistów, nie licząc połamanych 

rąk i nóg”. Człowieku, na Bu-lowce jest cały osobny oddział dla sportów motorowych, 
nazywają go Mototechna. No tak. Ja jeszcze, kiedym jeździł, to raz zakręcam jedynką 

w żytnim polu na Białej Górze...

— Czekaj! Jak to — kiedy jeździłeś?... Mnie się zdaje, że nadal jeździsz.

— Już skończyłem z jeżdżeniem.
— Co się stało?

— Baba, baba ściągnęła na mnie nieszczęście.
— Ty i baba? Gdyby to o mnie chodziło, to...

— Baba. Kiedy jeździłem szóstką, to tam na ostatnim przystanku w Stromovce 

nastawiłem   nieraz   pierwszy   bieg   i   patrzyłem,   jak   tramwaj   sam   skręcał   między 

drzewami i sam zawracał, nic się nie mogło stać, bo dookoła zagrodzone... więc sobie 
to   wbrew   przepisom   udoskonaliłem,   tak   że   puszczałem   ten   tramwaj   pusty   z 

najmniejszą szybkością i szedłem sobie do restauracji „Na Przystanku” na kawkę, a 
gdy ją kończyłem, wychodziłem i wskakiwałem do wozu, który akurat nadjeżdżał sam, 

zatrzymywałem biegi i hamulce...

— Co z tą babą!?

— To była konduktorka, taka utleniona dziewczyna, która chodziła na kurs dla 

motorniczych;   ta   wciąż   skamlała:   „Panie   Konopasek,   niech   mi   pan   pozwoli,   ja   tę 

końcową pętlę objadę sama!” A że miała pysio wymalowane, tak jak ja to lubiłem, 
ustępowałem jej i popijając kawę „Na Przystanku” patrzyłem na drzwi, aż ta moja 

konduktorka wsadzi tę swoją wymalowaną buzię i powie: „Panie Konopasek, ja już 
jestem!” Ale jednego razu czekam, a jej nie ma. Wychodzę, w Stromovce pusto. Idę

wzdłuż zakrętu, z łuku znowu dostaję się na prosty tor przed restauracją „Na 

Przystanku”   i   coś   mnie   tknęło.   Powiadam   sobie,   pójdziesz   się   przepytać   na 

Sztrosmajerak.   No   i   idę,   a   tak   pięknej   Pragi,   jak   tego   ranka,   jeszczem   nigdy   nie 
widział.   „U   Marsziczków”   na   drugim   schodku   siedzi   ta   moja   konduktorka,   głowę 

trzyma na kolanach i beczy, a łzy jej lecą jak z wodociągu. Powiadam: „Zdenieczko, co 
się stało?” — A ona buch na kolana i załamuje ręce: „Panie Konopasek, niech mi pan 

daruje!” No to już byłem w domu i podcięło mnie także na ten drugi schodek. Mówię: 
„Zdeńka^ tyś zakręcała i wtedy  ci wyskoczył blok! Nie wyłączyłaś  biegów, poszłaś 

założyć blok i tramwaj ci uciekł!” A moja konduktorka na to: „Prawie że podskoczył, 
tak szybko ruszył”. Ja jej pytam: „A na czym stały biegi?” A ona: „Na szóstce”. To 

mnie dobiło i na chwilkę „też mi głowa opadła na kolana...

— Ach, te baby — powiada szynkarz.

— No, a potem idę ja powoli na Sztrosmajerak, już sobie wyobrażam, że tam. 

na skrzyżowaniu, zobaczę zbiegowisko, ale nic. Tylko z budki wychyla się zwrotniczy i 

146

background image

powiada: „Konopasek, Konopasek, gdzie twoja szóstka?” — i patrzył na mnie z budki 

jak   ptaszek   i   wymyślał   mi:   „Aleś   narobił!   Koło   mnie   siedział   inspektor   ruchu   i 
patrzymy Obaj, a przez skrzyżowanie wbrew przepisom pędzi puściuteńki tramwaj. 

Inspektor powiada: »Sni mi się, czy oszalałem?« — I zaczął się szczypać po ręce i po 
twarzy, potem zerwał się i krzyknął: »Zda je mi się, że to wcale , nie sen!« — wybiegł i  

popędził pod Domażlicką Izbę, gdzie na szczęście dla ciebie stały taksówki. I jak ruszył 
za tą szóstką, tak ją dopędził przy Królu Kolei, ale wskoczył do niej dopiero na moście 

jak   Harry   Piel.   No   i   zatrzymał   ją.   Szczęście,   że   przez   skrzyżowanie   nie   jechała 
spóźniona   jedenastka   albo   osiemnastka,   ani   ósemka,   ani   dwójka.   To   by   był 

karambol!”

— Ty, szwagier — powiada szynkarz — ja sobie tego moto-cykielka nie kupię. 

Jak ci było po tym nieszczęściu?

— Jakbym   dostał   w   skórę   —   roześmiał   się   szwagier   całą   gębą.   Szynkarz 

natoczył następny kufel i zwrócił się do pustego lokalu:

— Chłopaki,   wiecie   co?   Urżniemy   się!   A   gdy   skończył   pić,   opłukał   szkło   w 

zlewie   i   pokręcił   głową:   —   Gdzież   tam,   nie   kupię   tego   motoru,   nie   kupię,   mamy 
zmartwienie w rodzinie. Ja się nigdy niczego nie bałem — dodał i znów chwycił za 

pipę. -— Kiedy się tu wtranżoliła ta trzynastka, aż tutaj do samego szynkwasu, cały 
czas trzymałem się tej pipy, a jak opadł kurz, to się spytałem motorniczego, który 

wciąż tkwił w tramwaju i trzymał rękę na biegach: — „Kolego — powiadam mu — 
mam   ci   natoczyć   dziesiątkę   czy   zwyczajnego?”   Ale   teraz   już   się   boję.   Jak 

powiedziałem, nie kupię sobie tego'motoru.

— A   któż   ci   mówi,   żebyś   go   nie   kupował,   jeżeli   cię   to   bawi.   To   przecież 

przyjemnie   tak   sobie   wyjechać   na   wycieczkę   gdzieś   na   łono   natury,   nałykać   się 
powietrza — rzekł szwagier.

— Kiedy mi teraz przyszły na myśl te straszne zdjęcia wystawione za szybami 

inspektoratów policji i zakładu ubezpieczeń, brr... A w dodatku już bym się nie umiał 

cieszyć na myśl, że rano się zaraz napiję świeżego piwa...

— Ależ Franciszku, ta odrobina piwa nie może ci zaszkodzić, przeciwnie! Tym 

pewniej będziesz brał przesłonięty zakręt. A nieszczęście? Bywa. Ale nie musi spotkać 
akurat ciebie. Jak masz ochotę, to kup sobie, kup!

— Tak myślisz?
— Kup! A jak masz prawo jazdy, to kup sobie skuter. Pojedziemy razem do 

Litomierzyc na morele. I po jabłka.

— No tak, ale co będzie, jak przerwie się łańcuch albo zablokuje tylne koło, aha! 

Ledwie sobie zdążysz wybrać, gdzie upaść.

— Dosyć tego! Jeżeli, Franciszku, nie masz szczęścia, to nie możesz bezpiecznie 

nawet się pójść odlać. Złamiesz nogę i w domu. Kiedyś odejdziemy. Nie my pierwsi i 
nie ostatni. Zawsze musisz ryzykować. Cóż by to z nas było? Człowiek musi trochę 

zdać się na los szczęścia.

— To prawda — rzekł szynkarz — kupię sobie skuter. Ale „wiesz, na co się na 

razie cieszę? Jak po wytrzeźwieniu znowu się cacanie upiję. Piwem — rzekł i natoczył 
sobie kufel.

— Zapalę światło — podniósł się szwagier.
— Nie...   ludzie   by   zaczęli   chodzić   po   piwo   przez   jezdnię   _.   zamamrotał 

szynkarz prosto w kufel. Potem mlasnął i opłukał szkło w wodzie. Przyszli owi dwaj 
goście, usiedli i nawet nie mruknęli.

— No więc, jak tam jest? — spytał szynkarz.
— Cztery schody do góry — rzekł jeden.

— Pójdę — powiada szwagier — stara mnie posłała, abym jej kupił płytę, chce ją 

mieć   od   czasu,   kiedy   była   w   kinie   na   Moulin   Rouge.   A   dla   siebie   kupię   Te 

147

background image

chrzanowskie łąki Mugrau-erów. Z tymi babami krzyż pański! Dawniej za orkiestrę 

dęta życie by oddała, ale że ja również, to się przerzuciła na jazz. Gdyśmy się pobrali, 
to ja kibicowałem „Sparcie”, Marzka także. Ale za pół roku trzymała palce za „Slavią”. 

Po meczu, kiedy „Sparta” wygrała, a „Slavia” dostała w kuper, mogłem w domu gadać 
do   ściany.   Franciszku,   kup   sobie   skuter,   stopięćdziesiąt-kę,   to   możesz   zawsze 

odsprzedać,   a   kupić   coś   silniejszego.   Taka   mocniejsza   maszyna   łatwiej   się 
prześmignie. Ta tęga kobieta, którąśmy zgnietli między trójką a czternastką, gdyby 

zamiast   motoroweru   miała   dwieściepięćdziesiątkę,   na   pewno   by   się   nam   zdążyła 
przemknąć.

— Myślisz? — rzekł szynkarz.
— Ile schodów jest na „Pelc Tyrolkę”? — zapytał gość.

— Ani   jednego,   tam   się   wchodzi   prosto   z   ulicy   —   rzekł   wesoło   szwagier   i 

wyszedł.

Od   Krziża   zjeżdżał   tramwaj,   pan   Chlumecky   znowu   trzymał   się   pipy,   już 

przeczytał   jaskrawy   numer   trzynaście...   a   tramwaj   jak   wszystkie   tramwaje,   które 

jeździły   w   dół   od   Krziża,   robił   wrażenie,   że   zamierza   wtargnąć   do   lokalu...   Więc 
szynkarz puścił pipę, pobiegł do drzwi piwnicy, oparł nogę na progu, aby uciekać, 

gdyby   trzynastka   przebiła   się   jak   wówczas...   ale   tramwaj   zakręcił   i   oświetlił   całą 
piwiarnię.

Wtedy pan Chlumecky natoczył sobie kufel, a gdy wypił, rzekł:
— Mają tutaj dobre piwo, tu będę chodził. I poszedł zapalić światło.

Przełożyła Helena Gruszczyńska-Dębska

148

background image

Praskie jasełka

Na dziedzińcu synagogi rosły akacje, kiedy zaś w lecie kwiliły, zdawało się, że 

śnieg  pada.  Dzisiaj   śnieg   sypał  już   od   rana.  l  Przy   płocie   jakaś   kobieta   młotkiem 
rozbijała   skrzynkę   po   owocach   południowych,   a   drewienka   układała   równo   w 

dziecinnym | wózku. Z tyłu za synagogą był cmentarz kulis. Tutaj leżało to, l czego już 
nie   chcieli   zabrać   sobie   nawet   aktorzy   z   amatorskich   teatrów.   Wenus   z   gipsu, 

wysmarowana   nieprzyzwoitymi   malunkami,   schody,   które   prowadziły   donikąd, 
stłuczone   lusterko,   sprężyny   z   kanapy,   morska   trawa.   Rupiecie   rozlatywały   się   w 

końcu,   a   deszcz   i   śnieg   zamieniły   to   wszystko   w   humus,   pełen   zardzewiałych 
gwoździków i szkła. Tylko tu i ówdzie wystawało z tej sterty coś, co przy odrobinie 

wyobraźni   mogło   przypominać   konkretny   kształt.   Kiedy   technicy   teatralni 
przychodzili się tutaj wysiusiać, najpierw usiłowali zgadywać, potem się sprzeczali, a 

na koniec dowodzili, że to coś jest gałęzią z lasu ardeńskiego, a tamto coś łóżkiem 
wesołych   kumoszek   z   Wind-soru.   Że   zaś   chłopcy   strzelając   z   procy   powybijali 

wszystkie okna, więc gałęzie akacji powrastały do wnętrza synagogi, a na odwrót z jej 
wybitych okien wystawały na zewnątrz kulisy.

Ale najpiękniej bywało tutaj przed świętami Bożego Narodzenia. Co roku, tak 

jak i dziś, sprzedawano na tym miejscu choinki świąteczne, cały gaj świerków i jodeł, a 

ludzie brali te drzewka, stuknięciem o ziemię zmuszali je do rozchylenia gałązek, aby 
stwierdzić, czy są to świerki piękne, czy tylko takie,

którym trzeba poprzypinać brakujące gałęzie. Dzisiaj padał śnieg już od rana i 

cały dziedziniec pachniał igliwiem.

Zanim   doszli   do   synagogi,   majster   sceny   pouczał:   —   Milton   najpiękniejszą 

cechą człowieka jest pamięć. A gdy mi jej braknie, to wzywam na pomoc fotografię, 

notatnik i metr.

— To  prawda  —  przyznał  Milton   — tylko  ja się  boję, że   mnie  sama  natura 

odmówiła używania takiego metra. Ja bardzo często żyję jak we śnie.

— Nie mów!

— Ależ tak. Kiedy wracam do domu, to oddycham dopiero wtedy, jak widzę, że 

na naszej ulicy nie ma strażaków. Znaczy, nie spaliłem się. Idę do mieszkania, po 

schodach   nie   płynie   woda,   to   dobrze,   nie   zapomniałem   więc   zamknąć   kranu.   Ale 
zupełnie spokojny jestem dopiero, kiedy widzę, że nie spłonęło radio i że nie czuć 

gazu.

— Ja   znów  mam   doskonałą   pamięć.   A  gdy   mi   coś   z   myśli   ucieka,   to   sobie 

zapisuję. Od czegóż jest notesik?

— No tak. Tylko że ja to bym potem nie mógł znaleźć tego notesika.

— Milton, wszystko dobrze, tylko tego mi nie mów. Ja wiem, że ty masz tak 

samo dobrą pamięć jak ja. Ty to tak mówisz naumyślnie. Lepiej daj mi te klucze. ;;

— Jakie klucze? .,
— Te, com ci je wczoraj dał. Klucze od synagogi. , A,

— Kiedy ja ich nie mam. t ,
— Milton, dawaj te klucze! • j

— Ale ja je przecież panu oddałem wczoraj. > ,
— Serio? No to będą w teatrze. r,,

— W pańskiej szafce.
— Więc poczekaj tutaj. Ale, Milton, nigdzie nie odchodź, żebym cię potem nie 

musiał szukać.

— Zaraz, zaraz, panie majstrze, nie ma pan czasem tych kluczy w kieszeni?

149

background image

— Aa, są tutaj! — ucieszył się majster sięgnąwszy do kieszeni. Zaraz wszedł na 

schodek   i   odemknął   wysoką   żelazną   bramę,   na   której   rdza   i   liszaje   wymalowały 
obrazy skłębionych chmur.

Kiedy   drzwi   się   otwarły,   ze   stropu   synagogi   oderwał   się   zielonkawy   tynk   i 

opadał na podłogę. A gdy technicy weszli, z ich ust zaczęła uchodzić para. Wbiegli 

krętymi schodami na balkon, gdzie były zgromadzone meble z komedii, których już 
nie   grywano,   a   warstwa   kurzu   uczyniła   wszystkie   te   przedmioty   tajemniczymi   i 

uroczystymi.

— Dzisiaj skończymy inwentaryzację, uważaj, gdzie co będę zapisywał, Milton 

— rzekł majster.

— A dlaczego? — zaniepokoił się Milton.

— Dlaczego? A gdybym tak umarł? Albo rozchorował się? Widzisz? Każdy z 

mebli ma swoją fotografię. Czy to nie jest piękne?

— Skoro się to panu podoba... — rzekł Milton i przyniósł maszynę do szycia.
— Ta jest z Ukradzionej Pragi. Ale, ale, Milton, kto ci wymyślił takie piękne 

imię?

— Mamusia — powiedział Milton i wskazał głową w stronę pasa — kiedy mnie 

mamusia   nosiła   tutaj,   trafiła   na   książkę,   która   się   nazywała   Raj   utracony,   i 
postanowiła, że gdy się urodzi chłopak, będzie się nazywał Milton. Ta maszyna ma 

numer dwadzieścia dwa.

— W porządku. Tutaj, Milton, widzisz fotografię... a tu, o tutaj, gdyby się coś ze 

mną stało, w 'tym miejscu odkreślisz to czerwonym ołówkiem w spisie. A ty czytałeś tę 
książkę?

— Nie.
— To szkoda, może twoja mamusia także miała jakiś swój raj utracony.

— Może i miała, ze mną... ale ja, panie majstrze, książek nie czytam.
— Szkoda. A co robiłeś, Milton, zanim przyszedłeś do teatru?

— Segregowałem zioła lecznicze.
— I czemuś tego poniechał?

— Już mi się mieszały zapachy, straciłem powonienie.
— Dlatego zaniechałeś?

— Dlatego. A zresztą także i dlatego, że wciąż żyłem o sezon później. Gdy kwitły 

lipy, zbieracze przynosili mi suszone wio-

senne  jaskółcze  ziele   i  czeremchę.  Gdy  kwitły   dziewanny,  oni  mi  przynosili 

dopiero lipowy kwiat, wciąż wszystko z poprzedniego sezonu... ale wie pan, gdzie tutaj 

przybili numer inwentaryzacyjny? Na nodze!

— Niemożliwe! — zerwał się majster.

— Niech pan patrzy!
— No,   to   jest   skandal!   Bezimienna   gwiazda!   —   irytował   się   majster,   a   gdy 

pokazał   Miltonowi   fotografię   stołka   i   odfajkował   w   spisie   czerwonym   ołówkiem, 
oświadczył: — Ale zimno tutaj, co? — i poszedł ku wybitemu oknu, wystawił dłonie na 

zewnątrz i ogrzewał je w zamieci śnieżnej.

— Pan to dopiero ma pamięć — zdziwił się Milton.

— To   wprawa.   Kiedy   będziesz   przy   teatrze   tak   długo   jak   ja,   to   skoro   tylko 

zobaczysz   jakiś   grat,   zaraz   będziesz   wiedział,  kiedy   i   gdzie   on   w  czym   grał.  A  ty, 

Milton, ja ci nie chcę pochlebiać, ale ty byś miał zmysł do tych mebli. Tylko trochę 
chęci... czemu się nie pchasz naprzód?

— Ja już taki jestem. Zawsze we wszystkim pozostawałem o cały sezon w tyle. 

Koledzy nosili już modne fryzury, a ja nadal smarowałem włosy pomadą i czesałem 

się   z   przedziałkiem   w   środku,   chłopcy   nosili   wąskie   nogawki   i   marynarki   o 
spadzistych ramionach, a ja wciąż szerokie spodnie i wypchane ramiona, oni jeździli 

150

background image

na motorach, a ja chodziłem po polach i  jak  idiota rwałem  bławatki. Koledzy  już 

dawno mieli żony, ale ja dopiero niedawno zakochałem się i ożeniłem.

— Tyś żonaty?

— A jakże. Ale to żelazne krzesło ma numer dwieście dwadzieścia.
— Domy pana Santoria. Teraz to zostaw i chodź tu także troszkę ogrzać sobie 

ręce. Naprawdę, na dworze jest cieplej... A masz dobrą żonę?

— To jest anioł zabłąkany na ziemię. Jej rodzice mieli majątek, ale teraz w ich 

willi jest czeski kościół narodowy. Pojechałem tam z Trudą popatrzeć. Była niedziela, 
po schodach szli ludzie, a w jej dawnej willi śpiewano... Pójdź bliżej Zbawiciela... i 

grały organy. Truda trzymała się płotu z drucianej siatki,

uśmiechała   się   i   mówiła   do   mnie   ...— „Popatrz,   dawniej   nas   tu   mieszkało 

pięcioro, a teraz tyle ludzi... to dobrze, to dobrze...”

— mówiła do mnie.

— Serio?
— Serio. Byliśmy także  popatrzeć w Jeseniku, tam rodzice  mojej pani mieli 

letniak... i znowu staliśmy za płotem, a z drzwi wygramoliło się trzydzieścioro dzieci, 
potem wychowawczyni usiadła na trawniku i czytała dzieciom bajkę... A Truda mi 

rzekła:   — „Jakie   to  miłe,  dawniej  nas  tu  było   pięcioro,  a teraz  jest  trzydzieścioro 
dzieci... Milton, ja teraz jestem bogatsza niż kiedykolwiek przedtem... Jest kościół, a w 

nim śpiewają ludzie i jest żłobek, gdzie dzieciom czytają bajki... a mnie, Milton, jest 
dobrze” — powiedziała mi Truda w Jeseniku. Robimy dalej?

— Poczekaj... oczywiście, widzę, że interesujesz się meblami i to mnie cieszy. 

Teraz ci powiem ja coś o swoim domku... Ćwierć wieku temu powiedziałem sobie, że 

na   parceli   wybuduję   skromny   domek.   I   poszedłem   to   zgłosić   do   wydziału 
budowlanego. Gdym to zgłaszał, referent powiada: — „Tam się nie będzie budować, 

bo przez pańską parcelę pójdzie linia kolejowa”.

— A ja na to: — „A co mi się stanie, jeśli mimo to będę budował?” — Referent 

powiada: — „To pana zamkniemy”. — Ja zapytałem: — „Na jak długo?” a on na to: — 
„Na pół roku”. — To ja się zamyśliłem, wziąłem kapelusz i powiadam: — „Zgoda!” — I 

wyszedłem, a referent biegł za mną, potem zaś stanął na schodach i krzyczał: — „My 
panu ten  dom  zburzymy!”  — Majster   krzyknął  przez  okienko  synagogi,  a  na  dole 

ludzie,   którzy   kupowali   choinki,   zaczęli   spoglądać   w   górę,   ale   nic   w   okienku   nie 
zobaczyli, bo sypał gęsty śnieg.

— Co   robi   twoja   pani?   —   zapytał   majster,   gdy   nadelektował   się   tym 

wspomnieniem niczym drugą rzeczywistością.

— Jest  dekoratorką.   Ona  znowu   we   wszystkim   żyje  o  jeden   sezon   naprzód. 

Kiedy ludzie chodzą po zimowemu, Truda już dekoruje wystawy zielonymi gałązkami 

i złotymi słońcami i ubiera manekiny w wiosenne kostiumy... A gdy ludzie przemykają 
się   wśród   przedwiosennej   słoty,   moja   pani   urządza   wystawy   z   kostiumami 

kąpielowymi, płaszczami plażowymi

i umieszcza nad nimi napis: „Dokąd w tym roku na urlop?” A gdyśmy się z 

Trudą kąpali w Wełtawie, ona już sobie przywiozła do Tepu liście winogron i pękające 
kasztany i ubierała woskowe pajace w płaszcze z flauszu i kostiumy z tweedu.

— Milton, tyś to gdzieś wyczytał!...
— Prawdę mówię. Ale wie pan co? Niech pan jutro pójdzie ja zobaczyć, będzie 

robiła wystawę u Czapków. W dresie, w kożuszku, tatrzankach i barankowej czapce... 
z taaaką buzią z zimna! Ale rozwiesza stylonową bieliznę i balowe suknie... ponieważ 

Truda żyje już w styczniu i w lutym... Mówiła mi też, że gdy była mała, dziewczynki 
bawiły się lalkami, ale ona już myślała o tym, kto będzie jej przyszłym. A kiedy go 

miała, myślała już o dzieciach. Wciąż o Sezon naprzód, taka jest moja żona. To ci 
dopiero, nie?

151

background image

— To ci dopiero. Milton, idziemy do mebli. Ale żebyś wiedział, jaki ja byłem, to 

ci skończę o sobie. Kiedym już wybudował, przyciosuję raz kołek, a tu skrzypnęła 
furtka. I do mego skromnego domku idzie pan referent. Przyszedł i powiada: — „A 

więc jestem, aby panu oznajmić, że my panu ten domek zburzymy!” — Ja dobrze 
słyszałem, ale żeby zyskać na czasie, pytam: — „Co pan mówił?” — Referent znowu 

uroczyście powtórzył, że mi ten domek zburzą. A ja złapałem za siekierę i wrzasnąłem: 
—   „Niech   pan   to   jeszcze   raz   powtórzy!”   —   Referent   wystraszony   rozczapierzył 

wszystkie   palce   rąk   i   zaczai   .się   cofać,   patrzył   na   moją   siekierkę   i   cofał   się,   a   ja 
wrzeszczałem: — „Co pan miał na myśli?” — On cofał się dalej, wreszcie namacał 

rygiel od furtki i rzekł: — „Że panu tego domku nie zburzymy”. Otwarł bramę i już go 
nie   było.   Domek   stoi   do   dzisiaj!   —   wołał   majster   przybierając   na   balkonie   pozę 

zwycięzcy.

— Dobrze pan to zrobił, bo go pan sam budował — rzekł Milton i ściągnął 

wielki wyplatany kosz.

— Proszę   ja   kogo!   A   gdyby   mi   ktoś   ten   domeczek   zabierał,   rozdepczę   go, 

rozdepczę! — groził majster.

— Wierzę   panu...   ale   ten   kosz,   cholera,   ciężki   —   mówił   Milton   i   kolanem 

pomagał sobie ustawić kosz na kufrze.

— To sir John Falstaff. Kumoszki.

— Numer sto sześć.
— Zaznaczę...   a   tutaj,   tak,   tutaj,   jest   jego   fotografia.   Ale   teraz   ci   zrobię 

przyjemność.   Milton,   postanowiliśmy,   że   ty   się   będziesz   zajmował   meblami!   To 
wszystko jest twoje, od wszystkiego będziesz miał klucze — cieszył się majster i ręką 

wskazał na te wszystkie piękności pokryte miękkim kurzem.

— Cieszę się — rzekł Milton — ale co by było> gdybym to kiedyś wszystko 

podpalił?

— Mnie się także chce to zrobić za każdym razem — mówił majster — ale ty 

tego nie podpalisz, bo jesteś zwariowanie sumienny. Przy teatrze bowiem każdy jest 
trochę stuknięty. Kiepski'to człowiek teatru, który w nocy nie wyskakuje z łóżka. Czyś 

nie zauważył, że największe katastrofy na świecie powodują porządni ludzie?

— Tego nie wiem...

— Więc   ja   ci   to   powiadam.   Ale   w   tej   inwentaryzacji,   Milton,   na   pewno 

zrobiliśmy   jakiś   straszny   błąd,   bo   tu   wciąż   mamy   wszystko   w   porządku.   A   nie 

widziałeś gdzieś tutaj mego czerwonego ołówka? — zapytał majster i poszedł znowu 
ogrzać sobie ręce w grudniowej zamieci^

— Grabarz   dał   nam   tylko   urlop,  nie?   —  mówił   pan   Bedar,   pracownik   „Ziół 

Leczniczych”.   Rano   zaraz   po   szóstej   zjawił   się   „Pod   Mariańskim   Obrazem”   i   tę 

pięciokoronówkę, którą mu żona dała na obiad, raz dwa rozpuścił w gorzkim płynie. 
Potem chodził od stołu do stołu, dopóki ktoś od niego nie odkupił podwieczorku. I te 

pieniądze pan Bedar szybko zamienił na kielich o gorzkim zapachu. Gdy już nic nie 
miał, mówił z satysfakcją: — Teraz gdy wylezę na drzewo, nie mam po co patrzeć na 

ziemię... a czemu? — I zaraz sobie odpowiadał: — Ponieważ v grabarz dał nam tylko 
urlop.   —   Dopiero   potem   szedł   do   pracy   segregować   rumianek   i   liście   babki 

lancetowatej i myślał o tym, kogo by dzisiaj naciągnąć. Ale ci, którzy z nim pracowali, 
już mu nic nie pożyczali, w gospodach pan Bedar był tak zadłużony,

że musiał na podwieczorek jeździć tramwajem, aby tam, gdzie nie był znany, 

nalano   mu,   a   potem   się   z   nim   wykłócano   o   zapłacenie...   w   ten   sposób   zdobywał 

kredyt. — To jest numer, to jest aspołeczny typ — mawiał o nim jego kierownik, aby 
odrobinkę usprawiedliwić i samego siebie. Pan Bedar zaś odpłacał mu się tym, że gdy 

gdzieś dostrzegał swego szefa, jak przy ladzie pięknie odchyla głowę i wlewa w siebie 
kielicha, w kątku pociągał gości za rękaw, wskazywał swego przełożonego i szeptał: — 

152

background image

Znowu   będzie   manko!   —   Dzisiaj   pan   Bedar   wyjechał   tramwajem,   aby   odwiedzić 

Miltona, swego kolegę, z którym niegdyś segregował zioła lecznicze.

Wysiadłszy z tramwaju pan Bedar wszedł do pierwszej restauracji za teatrem.

Restaurator niósł z kuchni parówki, zatrzymał się przy drzwiach i krzyczał do 

głuchych  ścian:  — Tak   się to  chleje  za moje  pieniądze,  hołoto jedna!  —  Kolanem 

pchnął drzwi i wpłynął do lokalu. Podając parówki życzył monterom: — Smacznego, 
panowie!

A monterzy, którzy wczoraj po raz pierwszy rozpalili pod naprawionym kotłem 

i już wczoraj powiedzieli sobie, że skoro kocioł jest pod parą, to oni będą także, owo 

życzenie smacznego uznali za dobry znak i zamówili: — Więc niech nam pan naleje 
dwie sety i tamtemu panu także.

— Naturalnie, naturalnie — skandował restaurator, ale gdy się wycofał z lokalu 

i przez zamknięte drzwi słyszał, jak monterzy śpiewają... księżyc z Wełtawą całował 

się... krzyknął:  — Kryminaliści,  jak się to wydzierają,  ale za czyją forsę, pytam? I 
jeszcze za moje pieniądze upijają obcego chłopa, fuj! — splunął i pięścią pogroził w 

stronę   drzwi.   Po   czym   ze   spodni   wyciągnął   portfel,   a   gdy   znalazł   karteczkę   z 
rachunkiem,   zaczai   trzepać   tym   papierkiem   i   wykrzykiwać:   —   Już   to   wynosi 

siedemdziesiąt   koron   i   wesoło   się   chleje   dalej.   Kto   to   będzie   płacił?   Kto?   — 
wytrzeszczał oczy i pokazywał ten rachunek zamkniętym drzwiom. Potem wypogodził 

twarz i z uśmiechem wsunął się do sali tanecznym krokiem, chwilę przysłuchiwał się 
śpiewom, a potem rzekł: — Mają te chłopaki ładne głosy, co?

Poczciarz, który w baraniej czapie i kożuchu siedział przy piecu, rzekł: — Jak 

naręczne   krowy,   ale   ja   pewnie   odejdę   z   tej   pracy   —   i   wskazał   poza   okno   na 

ciemnoniebieski wóz pocztowy — poczta będzie przyjmować paczki tylko do piętnastu 
kilo.

— O tym wiemy już od dawna — zauważył pan Bedar i z odległości przypił do 

monterów. — Zamiast was mają tam pracować baby.

— Aha — przymknął oczy pocztowiec.
— A co będą robić poczciarze, gdy się sprzeda konie?

— Tego właśnie nie wiemy...
— Ale ja to wiem! Na koźle będzie siedzieć baba, a zamiast jednego konia będą 

ciągnąć wóz dwaj poczciarze.

— O, zaraz, prrr! — splunął listonosz.

— No, a co byś ty chciał robić? — nadstawił ucha pan Bedar.
— Coś przyjemnego — rzekł pocztowiec.

— Słyszałem,   że   zredukowani   poczciarze   będą   albo   zbierać   papierki   na 

dworcach, albo w Stromovce strzelać do wróbli.

— Ja   to   już   także   słyszałem   —  wtrącił   się   restaurator   —   ale   ile   jest  w  tym 

prawdy, że kiedy listonosz doręcza forsę, to musi mieć ze sobą rewolwer?

— To bzdura — twierdził pocztowiec.
— Czekaj pan — restaurator ruchem ręki przerwał poczcia-rzowi — ja znowu na 

głównej   poczcie   słyszałem,   że   gdy   listonosz   niesie   forsę,   a   ktoś   by   go   napadł,   to 
powinien się raczej zastrzelić, aby go bandyci nie dostali żywcem. Dlatego musi mieć 

rewolwer. Czy to prawda?

— Prawda   —   powiedział   pan   Bedar   —   nawet   się   planuje,   aby   na   Boże 

Narodzenie listonosze jako służba publiczna doręczali pijaków.

— Co wy mi tu /pleciecie? To ja bym pierwszy wiedział — wskazał na siebie 

pocztowiec.

— Co   tam   pan!   Ja,   jako   restaurator,   już   o   tym   słyszałem,   i   to   od   samego 

kierownika Rają, że od przyszłego roku, jak tutaj będę miał pijaka, to mam mu na szyi 

153

background image

zawiesić tabliczkę, na niej z dowodu osobistego odpisać jego adres i listonosz go musi 

doręczyć.

— Komu to pan gadasz? — podniósł się listonosz.

— Siadajcie, ojcze — uspokajał go pan Bedar — doręczyć go musicie, boście 

składali przysięgę służbową. Oczywiście tylko za potwierdzeniem odbioru.

— Chyba że tak — uspokoił się pocztowiec.
Restaurator   strzepywał   mu   serwetką   okruszyny   na   podołek   i   wyrażał 

współczucie: — Na tych poczciarzy wszystko się zwala. W Nuslach jeśli ludzie nie 
odbiorą   butów   z   naprawy,   to   naczelnik   poczty   zwołuje   pracowników   i   rozkazuje: 

„Tutaj macie pełne torby butów, roznieście to razem z poczta za pobraniem”.

— Ale! My i tak mamy urwanie głowy, a jeszcze będziemy roznosić towar ze 

sklepów!

— No a co byście chcieli? Wysiadywać po gospodach? — dziwił się restaurator.

t — E, w Pradze to poczciarze mają dobrze — rzekł pan Bedar — ale na takiej 

prowincji   oprócz   załatwiania   poczty   to   muszą   oni   jeszcze   karmić   bezpańskie   psy. 

Nawet nie żądało tego towarzystwo ochrony zwierząt; ludzie sami zdecydowali... bo 
gdy ktoś  nie może znaleźć  poczciarza,  wystarczy, jak   spojrzy  na ulicę:  gdzie  dużo 

psów, tam jest i poczciarz.

— Nie, wszystko tylko nie to! — bronił się restaurator — gdyby to wprowadzili i 

u nas, panowie, jakżebym tu wszedł, gdyby mi koło restauracji wysiadywały psy? Ja, 
panowie, gdybym był ministrem poczt, to bym tylko zarządzi}, aby pocztowcy w zimie 

zabierali  z sobą konie przynajmniej do sieni. No bo jakoś trzeba się zaopiekować 
wiernym zwierzęciem — wołał restaurator i rozłożył ręce tak, że przy tym przewrócił 

kufel z piwem.

— Pan to umyślnie wylał! — zezłościł się listonosz, zerwał się i strzepywał z 

kolan rozlane krople.

— To czemu się pan nie rozbierze?

— Nie warto na tę jedną chwilkę.
— To prawda, siedzi pan tu dopiero dwie godziny — powiedział restaurator i 

spojrzawszy przez okno zasępił się. Wśród śnieżycy Cyganiątka rysowały na ścianie 
samoloty i rakiety. — Jak je widzę, aż się cały trzęsę. To straszne, skąd się to w nich

bierze?   Gdy   zastnarują,   dokąd   rękami   dosięgną,   przynoszą   sobie   krzesło   i 

smarują wyżej. A w lecie? Rysują przed gospodą na asfalcie, a gdy się ściemni, to 

myślicie, że dadzą spokój? Gdzież tam! Na czworakach wlezą pod latarnię i rysują 
dalej!

— To dzieci — rzekł z kąta węglarz. — Renciści, gdy na Szlosberku grają w 

mariasza, a robi się ciemno, to zabierają stoły pod latarnię i grają dalej. Albo ci, co 

grają w damkę. Przejdą z grą na murek pod lampą i muszą skończyć — rzekł węglarz i 
wstał, na plecach miał skórzany fartuch a pod oczami policzki czarne od pyłu. Patrzył 

chwilę na swoje dłonie i rzekł: — Gdy tak spoglądam na te moje ręce, to myślę, że 
przez trzydzieści lat nanosiłem ludziom w koszach tyle węgla, że gdybym te schody 

ustawił jedne na drugich, na pewno bym po nich wraz z koszem doszedł aż na księżyc 
— ale zaraz się poprawił — na księżyc nie, ale na pewno bym z tym koszem obszedł 

całą taka wiosenną tęczę... Chciałbym zapłacić.

— Ja także — podniósł się pocztowiec.

Gdy się żegnali, węglarz podał restauratorowi rękę i uścisnął go tak serdecznie, 

aż ślubny pierścionek wbił mu w palce. Ale szynkarz śmiał się i kłaniał. Potem pobiegł 

do kuchni, obejrzał palec, potrzepał ręką i krzyknął do zamkniętych drzwi: — Za wiele 
sobie,   hołoto,   pozwalacie.   Nie   lubię   tego!   —   Potem   wszedł   do   szynku   i   zwinnie 

zamknął za sobą drzwi obcasem. Ale drzwi wejściowe się otwarły, ukazał się ż w nich 
zmarznięty Milton.

154

background image

— Witajże, Miltonie — zawołał pan Bedar i wyciągnął ręce.

— Panowie, oto jest mój kamrat, z którym pracowałem!
— Hm... — westchnął Milton.

A pan Bedar gładził i miął rękaw jego płaszcza i podziwiał:
— Jakie ty masz piękne paletko, to angielski materiał, takiego się już teraz nie 

robi! — a gdy poklepał Miltona po plecach i poobmacywał mu ramiona, wykrzyknął 
radośnie: — Ludzie kochane, od takiego dostać kuksańca, to jakby koń kopnął. Ty 

niemądry   człowieku,   czemu   nie   jesteś   zapaśnikiem?   Ty   gdybyś   założył   fińskiego 
nelsona, to wykręcisz ramię razem ze stawem. A z „krawata” to bym się nie wydostał 

nawet   ja.   Albo   te   nogi!   Takie   nogi   miał   tylko   Jarda   Burgr.   Milton,   czemu 
przynajmniej

nie grasz w futbol? Ty byś dzisiejszych napastników rozkopał. Tyś mój gość! 

Panie   szefie,   proszę   dwie   sety   na   mój   rachunek!   —   dysponował   pan   Bedar   i 

pokrzykiwał do kolegi, z którym dawniej pracował. — Rozmawiałem też z naszymi 
przełożonymi   o   tym,   kto   był   najlepszym   pracownikiem   w   „Ziołach   Leczniczych”, 

zgadnij, com powiedział?

— Nie wiem — szepnął Milton.

— To ja ci powiem... oświadczyłem, że ty byłeś największy pracuś. Ty! — rzekł 

pan Bedar i jak gdyby coś go zainteresowało na dworze, oparł głowę o futrynę okna i 

zatroskany patrzył, jak śnieg pada. Potem usiadł i zapytał:

— Więc jaki jestem?

— Wdechowy — uśmiechnął się Milton, a gdy spojrzał panu Bedarowi w oczy, 

ujrzał tam te dwa tęskne ogniki, którym nigdy nie potrafił się oprzeć.

Sięgnął   do   kieszeni,   namacał   ostatnią   dziesięciokoronówkę   i   podał   rękę 

koledze, który lekko ściągnął monetę i schował.

— Zbliżają się święta — rzekł usprawiedliwiająco pan Bedar i najpierw wypił 

swój kieliszek, a potem, przeprosiwszy Milto-na, także i ten drugi, przeznaczony dla 

tamtego. — Pójdę — powiedział i podniósł się.

— Wszystko zapłacę — wskazał na siebie palcem Milton. •':,.

— Mam to zapisać? — zapytał szynkarz.
— Zapisać — ziewnął Milfbn.

A pan Bedar podał rękę restauratorowi, przytrzymał jego miękką dłoń i mówił: 

—   Ma   pan   piękną   restaurację,   ja   ją   sobie   zapamiętam.   W   każdej   restauracji   ktoś 

powiedział coś, o czym się dowiedzieć możecie tylko w uczonych księgach. „U Pinka-
sów”   na   przykład   jeden   gość   płakał   w   piwo   i   mówił   —   prawdziwe   wykształcenie 

oznacza zupełną ruinę. „Pod Złotym Tygrysem” powiedział jeden radca — z łajna bata 
nie upleciesz, a jak upleciesz, to z niego nie strzelisz. „Na Kalczawce” raz powiada 

harmonista — prawdziwy mężczyzna jest zawsze trochę podpity, troszkę zmarznięty i 
odrobinkę śmierdzi uryną. „U Dwóch Babek”  mówił student-okularnik  — chłopcy, 

nowoczesna sztuka to kurze oko, do którego wpadło ziarno jęczmienia, a tego

ziarna czepiła się śniedź zbożowa. „U Rozkosznych” mizerny konduktor rzekł — 

poczucie własnej niższości zdobi człowieka. „Pod Złotą Palmą” jeden pan w cwikierze 
przyznał   się   —   cokolwiek   powiem,   zaraz   temu   zaprzeczę.   „W   Tichaku”   rzekła 

dozorczyni — ordynarne słowa są aktami strzelistymi przeciw grubiaństwu. Kelnerka 
„Pod   Białym   Barankiem”   powiedziała   —   w   tak   ludnym   mieście   ja   jestem   taka 

samotna. „Pod Aniołem” oświadczył mleczarz — nowocześni ludzie zaczną chodzić 
pieszo.   —   Pewna   panna   „U   Szenfloków”   oznajmiła   —   głębokie   przeżycie   jest   tym 

samym,   co   biblioteka   uniwersytecka.   To   dopiero,   nie?   I   w   każdej   restauracji   coś 
pięknego się powiedziało i wciąż się mówi, prawda?

— A co sobie pan zapamięta od nas? — zapytał restaurator wciąż trzymając 

pana Bedara za rękę.

155

background image

— Od was będę do śmierci pamiętał tego węglarza, co powiedział, że gdyby 

ustawił  nad   sobą  razem  wszystkie   schody,  które  przebiegł,  toby  po nich   ze  swym 
koszem doszedł aż na księżyc. No, to idę.

Pan Bedar pożegnał się niemal zapłakany.
Gdy wyszedł, restaurator wskazał na niego przez okno i rzekł:

— To jest szarmancki człowiek, co?
Z   kanału   dla   orkiestry   wychodził   Raskolnikow,   kładł   sobie   rękę   na   piersi   i 

mówił: — Wielkiej rzeczy chcę dziś dokonać...

— i udał się na podwórze przy ulicy Grochowej, gdzie na pierwszym piętrze 

świeciło się w pokoju Katarzyny Iwanowny, lich-wiarki i przekupki.

Milton siedział za kulisami na łóżku Sonieczki, a ustawiacz kulis Badiouczek 

usiadł obok niego i martwił się.

Nie chcąc o tym dłużej myśleć, zwierzał się szeptem: — Akurat tak samo przed 

Bożym Narodzeniem, jak dzisiaj, robiliśmy sekcję samobójcy. Doktor pułkowy, gdy 
sobie umył ręce, powiada: — „Badiouczek, tutaj w tym worku jest serce żołnierza Fi-

kara, uważaj na nie, to jest osobliwe serce, zanieś je na Karlak do pana profesora 
Jiraska.” — A ja szurnąłem obcasami i melduję: — „Rozkaz!” — I wziąłem to serce, 

które znajdowało się w worku po mące. a miało wielkość głowy dziecka. I pomasze-

rowałem   na   Karlak.   Tam   zapytałem   portiera:   —   „Jest   już   pan   profesor 

Jirasek?” — A ten, że pan profesor Jirasek jeszcze nie przyszedł. Więc poszedłem 
naprzeciwko do „Czarnego Browaru”.

Elektomonter   poprawił   na  ławeczce   reflektor,   aby   nie   migał,   i   po   drabince 

zszedł za kulisy. Kiedy mijał stojące w cieniu łóżko, szepnął: — Macie rozróbę.

— To   dobrze   —   rzekł   Badiouczek   i   ciągnął   dalej:   —   I   w   tyrn   „Czarnym 

Browarze” zapoznałem się z niejakim Juldą, takim blondynem, który miał czaszkę z 

przodu  trochę   zgniecioną.  Mówił,  że   kompresor  trzasnął  go  przy  chłodni  i  tak  go 
urządził, że mu dawali ostatnie namaszczenie. — „Człowieku — powiada Julda — jak 

ci   się   obudziłem   w   szpitalu,   to   koło   mnie   świece,   a   nade   mną   pochylały   się 
oskrzydlone głowy, a ja dopiero za chwilę zrozumiałem, że to się modlą zakonnice. 

Więc, powiadam, cholera, gdzie ja jestem? Więc zakonnice poszły po prymariu-sza, a 
prymariusz posłał po pana profesora Jiraska. I oni obaj razem stanęli nade mną, a 

prymariusz powiadał: — Panie profesorze, ten chłop nam uciekł spod łopaty. — Ale 
pan profesor rzekł, on tak czy owak umrze, więc mu dajcie to, na co ma ochotę. A ja 

się ocknąłem z tego umierania i powiadam, że wypiłbym flaszeczkę koniaku! Jak mi ją 
przynieśli, to łyknąłem od razu i straciłem przytomność. A rano znowu się ocknąłem i 

powiadam, że wypiłbym jeszcze jedną flaszeczkę. Na trzeci dzień jeszcze jedną... i już 
zaczynałem   przychodzić   do   siebie.   Więc   znów   przyjechał   pan   profesor   Jirasek, 

obejrzał tę moją głowę i powiada: — Chwała Bogu, już się wsysa! Dawajcie mu ten 
koniak dalej. — Tak po trzydziestu flaszeczkach wstałem. Złote ręce pana profesora 

Jiraska!” — tak mi opowiadał Julda. A ja mu na to, Juldo, trzymaj się mocno, to ci coś 
powiem. I zwierzyłem mu się, że idę do pana profesora z sercem żołnierza Fikara, 

który z nieszczęśliwej miłości strzelił sobie w łeb. Ale nie powinienem był tego mówić, 
bo Juldzie zachciało się to serce koniecznie zobaczyć, czy w nim widać tę miłość. Ale 

ja powiedziałem: — „Słuchaj, Juldo, ja jestem na służbie, nie mogę ci tego pokazać”. — 
Więc Julda mruczał, żebym mu ten worek

przynajmniej dał ponieść, że pójdzie ze mną do pana profesora Jiraska, żeby 

mu jeszcze raz podziękować za te jego złote ręce, które mu wskazały drogę. I za jego 

zdrowie wypiliśmy każdy po trzy koniaki.

Raskolnikow   szedł   od   lichwiarki   i   mamrotał   da   siebie.   —   Czego   się   ludzie 

najbardziej boją, to tego pierwszego kroku, to tego pierwszego kroku... — i na scenie 
światło   zgasło,   ciemne   tło   zjeżdżało   na   linach,   ustawiacze   kulis   wbiegli   cicho   i 

156

background image

ustawiali stoły, na bloczku spuszczała się lampa naftowa, a z czarnych aksamitów 

wychynęła   zielona   czaszka   rekwizytora,   który   z   wyciągniętymi   rękami   chodził   po 
scenie   i   szeptał:   —   ...gdzie   jest   ta   siekiera...   nie   widzieliście   gdzie   siekiery?... 

Towarzysze, ja jestem po zawale... co za rozpacz... — i po omacku cofał się w fiolet 
ciemności.

Reflektory oświetliły scenę, a tytularny radca Marmieładow uniósł flaszkę i: — 

Panowie, ja jestem urzędnik... —

Badiouczek złożył ręce pod kolanem i rzekł: — A potem wypiliśmy jeszcze jeden 

koniak na drogę i Julda obiecywał, że gdy wrócimy ze szpitala, to mi pokaże swoją 

żonę. — ,,Ona ci mnie tak kocha, że jak kogo przyprowadzę w odwiedziny, to zaraz się 
stroi i mówi, tatusiu, ja skoczę po kotlety i zrobię babkę piaskową... Ale wiesz, co? — 

powiada Julda — szpital nam nie ucieknie, wstąpimy  do Stromeczków, a jak tam 
nikogo nie będzie to ja się popatrzę na to serce”. Więc wyszliśmy z fantazją. Julda 

wciąż   przykładał   ucho   do   tego   serca,   potrząsał   nim   jak   budzikiem,   ale   ja   mu 
powiedziałem, że to daremnie, bo to serce już jest całkiem zimne. Ale Julda wciąż 

gadał swoje, że tam musi być choć jakiś ślad po tej dziewczynie, dla której ten żołnierz 
to zrobił, że na pewno, gdyby sięgnął nożem do środka, toby tarą znalazł jakiś obraz...

Tytularny radca Marmieładow rzekł do Raskolnikowa: — ...a więc moja córka 

Sonieczka poszła na ulicę z żółtą książeczką, a ja proszę pana, leżałem pijany... — I 

chwycił się za serce.

— Milton  — odkaszlnął Badiouczek  — co  myślisz, jak  dzisiaj będzie  grać ta 

„Jihlava”?

— Duża klasa.

— Kto?
— No, żołnierze.

— A ile ty byś tam postawił?
— Jedynkę.

— Ja też tak postawiłem, chyba ta ,,Opava” to nic takiego prawda? — zapytał 

Badiouczek i aż się spocił.

Tytularny  radca  Marmieładow  wołał:   —  Przecież  każdy   człowiek  musi  mieć 

jakieś miejsce, gdzie może pójść... —

Badiouczek   pogładził   sobie   włosy   i   ciągnął   dalej:   —   Więc   wstąpiliśmy   do 

Stromeczków i postawiliśmy sobie dwa koniaki. Gdyśmy wypili, restaurator zapytał: 

— „Jeszcze dwa?”

Ale  ja się  zerwałem   i  zawołałem,   gdzieżby,  my  się  spieszymy  do szpitala.  I 

ruszyliśmy. Gdyśmy przyszli do szpitala, portier powiada, że pan profesor będzie dwie 
godziny operował. No to Julda się uparł, żeby pójść do niego, że żonka będzie stroić 

choinkę świąteczną i ugotuje nam ponczu, potem skoczy  po kotlety  i zrobi babkę 
piaskową... ale już koniec sceny — Badiouczek się podniósł.

Raskolnikow w sinym świetle  odprowadzał pijanego Marmie-ładowa, potem 

było ciemno i dekoratorzy przynieśli skrzynie i beczki i budowali podwórko.

Kiedy   reflektor   jednym   okiem   zerknął   do   podwórka,   strażak   siedział   przy 

drzwiach   i   spał...   pochylając   się   coraz   bardziej,   jak   gdyby   to   światło   uginało   mu 

kręgosłup, zdawało się, że wystarczy jeszcze tylko odrobina światła i strażak machnie 
kozła na scenę.

— Mam go obudzić? — spytał Milton.

— Niech tam wleci, przynajmniej będzie jakaś heca — machnął ręką dekorator 

— ale ten tam, ten nie skończy naturalną śmiercią! — wskazał na rekwizytora, który 

już znalazł atrapę siekiery, teraz stał z nią w kącie i czekał, aby ją podać Raskol-
nikowi, gdy na to przyjdzie czas — ten rekwizytor, wiesz, Milton, co zrobił? W drugim 

157

background image

akcie, kiedy ma podać Sonieczce zapaloną świeczkę za parawanem, minutę przedtem 

stwierdził, że nie ma zapałek w kieszeni.

— „Ludzie, proszę was, kto ma zapałki?” — szeptał, ale nikt nie miał zapałek, 

jeśli je kto miał, to czekał, co się będzie dalej działo... i już Sonieczka wyciągnęła rękę, 
a ten rekwizytor podał jej świeczkę bez płomienia. Sonieczka osłoniła ten płomień 

dłonią, bo tak miało być w sztuce, oświetliła wchodzącym twarze, aby ich poznać, ale 
płomienia nie było... i rekwizytor złamany rozpaczą wyszedł chwiejąc się i szepcząc... 

„katastrofa — ...katastrofa, moje serce...” — a aktorzy mieli z tego ubaw i ja także. Ale 
jak tam grają w Jihlavie?

— Jak? — rzekł Milton — „Dukla” wyraźnie prowadzi... Oczywiście, jeśli idzie o 

grę. Ale dużo także z.ależy od pogody.

— Od czego?
— Od pogody... wczoraj było wyraźnie słychać odgłos pociągów, to znaczy, że 

będzie zmiana pogody.

— Aha.

— Ręczę za to. Ale wyjrzę. Czas jeszcze?
— Czekaj — rzekł Badiouczek i przez szparę w aksamicie spojrzał na scenę, a 

potem rzekł: — Idź, Raskolnikow dopiero zabił tę babę, właśnie sobie myje ręce w 
kubełku. Morze czasu.

— To idę — powiedział Milton, wyszedł spomiędzy kulis i posuwał się macając 

po ścianie aż do bramy.

Nacisnął rygiel i brama się otworzyła.
Niebo   było   różowe,   a   powietrze   złagodniało.   Naprzeciwko   na   pierwszym 

piętrze w ciemnym pokoju jaśniał ekran telewizora jak opalizująca pełnia księżyca. A 
poprzez   wzniesienie   dolatywał   w   powietrzu   głos   ze   stacji   przetokowej   —   ...tor 

dwudziesty szósty...

Milton zamknął bramę i wrócił, po czym usiadł na łóżku.

Dekorator Badiouczek nie wytrzymał ciszy i szeptał: — Jakeśmy tylko przyszli 

do Juldy, naprawdę jakaś kobieta tam przystrajała choinkę, ale ledwie nas dostrzegła, 

zaraz zaczęła krzyczeć: — „Morderco moich nerwów, gdzieś podział pieniądze?” — i 
zaraz na mnie — „niech pan tylko patrzy, jak go pan urządził, ty pijusie jeden! Idę po 

policjanta!” — Więc ja wyrwałem Juldzie to serce i dałem nogę. Gdym przyszedł na 
Kar-lak, portier już od bramy dawał mi rękami znaki, że za późno.

No tak, ponoć pan profesor znowu gdzieś wyjechał autem i już nie przyjedzie... 

Ale, Milton, jak tam na dworze?

— Pociągi słychać jeszcze lepiej.
— Pada?

— Prawie że.
— To   ładnie...   —   rzekł   tęsknie   Badiouczek.   A   za   sceną   katarynka   grała 

wesolutką melodię z włoskiej opery.

— Czy w Jihlavie też maja kryty stadion?

— Tego to nie wiem.
— Pójdę sam popatrzeć, jak tam z tą pogoda — zdecydował.

Szedł   macając   po   ścianie,   otwarł   bramę   i   w   błękitno-różowej   nocy   patrzał. 

Lekko mżyło, a śnieg zżółkł, synagoga po drugiej stronie ulicy była ciemna jak pnie 

jaworów na przedwiośniu. Choinki bożenarodzeniowe leżały na stertach, spod portalu 
podniosła się Sylva, bezpańska suka, mieszaniec wilczura i bernarda, a gdy biegła 

chodniczkiem ku bramie, pod jej łapami mlaskał rzadki śnieg. Ktoś wsadził rękę przez 
bramę na dziedziniec synagogi, pogłaskał sukęr a ona powróciła pod portal, aby rano, 

gdy pierwsi klienci wejdą do sklepów i masarń, wślizgiwać się wraz z nimi i czekać, aż 
sprzedawczynie dadzą jej jakiś ochłap z lady. Tak wędruje od sklepu do sklepu w górę 

158

background image

pod Krziż. Tam się zdrzemnie i po południu zaczyna to samo zbiegając w dół, aż 

wieczorem znajdzie się znowu pod synagogą. Robi tak już od dziesięciu lat, a gdy 
miała   wrzód,   ludzie   z   ulicy   zawieźli   ją   na   operację   do   pana   doktora   Welego. 

Badiouczek widział ją teraz, jak ciapka po mokrym śniegu, pewnie idzie położyć się 
przy portalu i tam śnić o beczułeczce na szyi i zasypanych wędrowcach.

Zamknął bramę i wrócił.
Powiedział: — Chyba będę miał przyjemne Boże Narodzenie, tak jak wtedy, 

kiedym wrócił z tym sercem do wojskowego szpitala. Melduję: — „Panie pułkowniku, 
pana profesora nie było w domu, tutaj jest to serce”. — A doktor zajrzał do worka i 

krzyknął: — Ty idioto, to serce jest zupełnie zepsute”. — Więc to serce zabrałem i 
zaniosłem do kotłowni i wrzuciłem w ogień...

Ale teraz wiem, że w Jihlavie nie ma krytego stadionu i że w tej śnieżnej bryi 

„Opava” zarobi tam krzyżyk... sprawi niespodzia-neczkę. I moja nadzieja, mój zakład 

za dwieście trzydzieści koron, przepadł...

Sonieczka   Marmieładowa,   z   żółtymi   warkoczami,   w   słomianym   kapelusiku 

ozdobionym   sztucznymi   czereśniami,   kłaniała   się   Raskolnikowowi   i   mówiła 
ceremonialnie: — Proszę pana, przyjdzie pan na pogrzeb?

Przełożyła Helena Gruszczyńska-Dębska

159

background image

Kafkiada

Co rano gospodarz wchodzi na palcach do mojego pokoju, słyszę jego kroki. A 

pokój jest tak długi, że od drzwi do mojego łóżka można by, a nawet opłacałoby się 
przejechać na rowerze. Gospodarz nachyla się nade mną, po czym odwraca się, daje 

znaki komuś stojącemu w drzwiach i oznajmia:

— Pan Kafka jest w domu.

Wznosi palec, bodzie nim po trzykroć powietrze, wraca powoli do drzwi, gdzie 

ktoś,   pewnie   gospodyni,   podaje   mu   blaszaną   tacę   z   rogalikiem   i   kubkiem   kawy, 

gospodarz przynosi mi to wszystko do łóżka, a że trzęsą mu się ręce, kubek postukuje 
na tacy. Wyrwany w ten sposób ze snu niekiedy zastanawiam się, co by było, gdyby 

gospodarz budząc mnie, oświadczył, że nie ma mnie w domu. Chybabym się okropnie 
przeląkł, bo ceremonia obwieszczania mojej obecności powtarza się co rano od kilku 

lat,   na   pamiątkę   pierwszego   tygodnia,   kiedy   to   dzień   w   dzień   po   przyniesieniu 
śniadania okazywało się, że moje łóżko jest puste.

Padał wtedy nieustannie deszcz, niczym w okresie trzeciorzędu. Woda falowała 

w rzece wciąż tym samym rytmem, a ja stałem w tym ciągłym deszczu nie wiedząc, czy 

zapukać do drzwi, czy odejść. Generalskie epolety gaworzyły w koronach drzew, przez 
gałęzie   przedzierało   się   światło   kilku   latarń,   a   za   uchylonymi   drzwiami   pokoju 

rozbierała   się   jakaś   postać   —   do   snu,   a   może   do   miłości.   Nocna   lampka   ciskała 
cieniem o lakierowane drzwi, jakby chciała je rozbić. A ja zadawałem sobie py-

tanie, czy sprawca cienia jest tam sam, czy z kimś? Drżałem, bo w nocy deszcz 

okropnie ziębi, a ślady stóp giną w błotnistej mazi. A jednak dobrze jest zadomowić 

się w skorupce strachu, szczękać z trwogi zębami, dobrze jest przywodzić życie do 
zguby, a rano zaczynać od nowa. Dobrze jest również żegnać się na zawsze i chwalić 

nieszczęście   jak   spryciarz   Hiob.   Ale   wtedy   stałem   w   potokach   deszczu   i   nie 
wiedziałem: zapukać czy odejść, zbrakło mi bowiem odwagi, aby wydłubać sobie z 

mózgu oko zazdrości. Modliłem się — nocy deszczowa, nie zostawiaj mnie stojącego 
tutaj,   o   nocy   deszczowa,   nie   zostawiaj   mnie   tutaj   na   pastwę   banalnych   uroków, 

pozwól mi przynajmniej klęczeć w błocie i patrzeć na zamknięty dom. Następnego 
dnia rano spytałem: — Polu, czy pani kocha mnie jeszcze? — Odpowiedziała: — Czy 

pan kocha mnie jeszcze? — Na drugi raz, gdy się obudzę, zapytam: — Papieżu, śpisz? 
— Kto wie, może pewnego dnia lusterko, które przytknę do jej ust, nie pokryje się 

mgłą oddechu.

Teraz spaceruję po Ungelcie, przyglądam się kościołowi Świętego Jakuba, w 

którym cesarz Karol brał ślub. Na rogu Małej Sztupartskiej mój gospodarz dostał po 
gębie, nie dlatego że jest tajniakiem obyczajówki, lecz dlatego, że usiłował rozdzielić 

dwóch   pijanych   facetów.   Niedaleko   stąd   jest   kamieniczka,   w   której   niegdyś 
mieszkałem, ale wyprowadziłem się, bo przez moją izdebkę na poddaszu przechodził 

do swojego pokoju ślepy harmonista. Bardzo bym chciał wiedzieć, jak cesarz kochał 
się z tą księżniczką, która miała taką siłę w rękach, że prostowała podkowy, a cynowe 

tace   zwijała   w   rulon.   Chciałbym   to   wiedzieć.   Gapię   się   na   podcienia,   gdzie 
przechadzała się niegdyś markiza delia Strade, która podobno miała tak delikatną 

skórę, że gdy piła czerwone wino, widać było, jak spływa przełykiem niby szklaną 
rurką.

Wchodzę   do   domu,   w   którym   mieszkam.   Dawno,   dawno   temu   w   kościele 

Tyńskim urwał się dzwoniący na mszę dzwon, przeleciał w powietrzu, przebił gontowy 

160

background image

dach i sufit i wpadł do zajmowanego obecnie przeze mnie pokoju. Gospodyni stoi 

oparta o zadumane okno, firanki powiewają, a niewidoczny świat rzeź-

wieje.   Wychylam   się   z   okna   trzeciego   piętra,   kamienne   mury   kościoła 

Tyńskiego   są   jak   ręką   sięgnąć.   Gospodyni   spuszcza   na   mnie   asparagus   swych 
złotoblond włosów, wionie od niej zapach jagodowego wina. Spoglądam na Matkę 

Boską, przytwierdzoną cementem do ściany kościoła i bezwzględną niczym margrabia 
Geron.   Przechodnie   suną   koło   wypalonego   ratusza   i   uchylają   kapeluszy   przed 

nieznanym żołnierzem.

— Wie pan co? — szepcze za moimi plecami gospodyni. — Pocałujmy się. Mam 

ochotę na przyjacielskiego całusa.

Mówię:   —   Proszę   mi   wybaczyć,   łaskawa   pani,   ale   jestem   wierny   mojej 

dziewczynie.

— Rzeczywiście! — syknęła. — Ale przed chlaniem i łajdaczeniem to pana nie 

powstrzymuje.   —   I   wybiegła   zostawiając   uwięziony   w   pokoju   zapach   jagodowego 
wina. Firanki wydęły się, potem z wolna opadły, lecz po chwili tysiące koliberków 

chwyciły w dziobki organdynową materię niby tren królewskiej szaty i firanki znowu 
się   wydęły   pod   naporem   wiatru.   Czasami   w   naszej   kamienicy   ktoś   bębni   na 

fortepianie palcówki, a pod oknem staje obdarty człowiek o twarzy powgniatanej jak 
jego   walizka.   Mury   kościoła   spływają   rtęcią.   Opuchłe   sowy   i   pawiany   śpią   na 

gzymsach.

— Pozwolę sobie zaoferować szanownemu panu szczoteczki

do zębów.
— Ależ nie, to niemożliwe.

— Dostaliśmy z Francji, tak, nylon, dwieście sześćdziesiąt
osiem koron tuzin.

— Nie, nie, nie, to niemożliwe.
— Za drogie? Panie asystencie, ale za to klientom będzie się cudownie tańczyło 

na parkiecie wyfroterowanym naszymi wyrobami.

— A więc dlatego tak płakała!

— Mamy   także   na   składzie   nowość,   dziecięce   szczoteczki   do   włosów.   Mogę 

wypisać zamówienie?

— Tak, ale ja nie mogę jej opuścić.
— Pozwolę sobie zwrócić uwagę, że to surowiec dewizowy.

— Cały twój dom obrzucę kwiatami i klątwą.
— Gdyby pan płacił gotówką, mógłbym udzielić dwu procent rabatu. Towar 

posłałbym   loco   franco,   otrzymałby   go   pan   w   przyszłym   tygodniu.   A   to?   To   jest 
jpreparat wyrabiany przez firmę Hrzivnacz i sp. Tak, to ten, co się powiesił. Dlaczego? 

Tego nie wiem. A pan wie, dlaczego nasz sędzia powiatowy postradał zmysły albo 
dlaczego oglądacz zwłok się uśmiechnął? Przecież wystarczy trochę mocniej ściągnąć 

krawat i zapytać swojego cienia: w jakim stopniu, bracie, jesteś żywy?

Wyskakuję z łóżka, wychylam się z okna i patrzę w ulicę jak w studnię. Dwie 

zetknięte głowy, jasnowłosej kobiety i młodzieniaszka, całusy trzaskają jak z bicza. A 
podmuch wiatru przynosi te odgłosy aż tutaj, do mojego łóżka.

— Nie wyrywaj się, już ani trochę mnie nie kochasz?
Blondynka molestuje, a bąbelki ciszy wznoszą się do księżyca, ćwiczącego na 

trapezie   nocy,   poprzez   trzy   ściany   słyszę   chrapanie   kucharza,   z   którym   kiedyś 
mieszkałem.   Codziennie   kupowałem   świeży   chleb,   inaczej   bym   nie   zasnął.   Ten 

kucharz   tak   chrapał,   że   musiałem   wkładać   do   uszu   tampony   z   miękiszu   chleba, 
zamurowywać   się.   Blondynka   z   czułością   położyła   się   na   kopczyku   piasku   koło 

kościoła i pociągnęła młodzieniaszka na siebie. Kilka umazanych wapnem obręczy 
stacza się po kochankach, grzechoczą murarskie narzędzia, ale oni nie słyszą. Biała 

161

background image

obręcz toczy się po ulicy niby księżyc w pełni. Matka Boska ma przycementowane 

ręce, nie może nawet zasłonić oczu Dzieciątku.

Potem  zamykają  bary  — „Figaro”,  „Pająka”,  „Chapeau  Rouge”, „Romanie”  i 

„Magnes”.   Za   rogiem   ktoś   wymiotuje,   na   Staromiejskim   Rynku   jakiś   obywatel 
krzyczy:

— Panie, ja jestem Czechosłowak!
A drugi wali go na odlew w gębę i pyta:

— No to co?
Z podcieni wysuwa głowę kobieta, z nosa cieknie jej krew, jak gdyby przed 

chwilą   także   przekonywała   złego   obywatela:   Panie,   ja   jestem   Czechosłowaczka!   A 
środkiem Rynku pan w czerni ciągnie damę w kretonowej sukience, ciągnie ją przez 

kałużę i skarży się niebu:

— Z taką dziwką się ożeniłem! Z taką dziwką!

Dama obejmuje go za nogi, ale mężczyzna w czerni odtrąca ją kopnięciem, a 

ona układa się w kałuży, przypasowuje się do niej jak fotografia do owalnej ramki, 

włosy pokrywają brudną gładź wody niby morszczyny. Dopiero teraz mężczyzna w 
wizytowym garniturze jest zadowolony. Klęka w wodzie, skręca te mokre włosy w 

powrósło, odwraca ku sobie twarz zapłakanej kobiety i wodzi palcem po ukochanych 
rysach,   potem   pomaga   jej   wstać,   biorą   się   pod   rękę,   całują   i   odchodzą   wolnym 

krokiem niczym święta rodzina. Koło „Księcia Regenta” czarno odziany mężczyzna 
robi zamaszysty wymach ramieniem, jakby wyciągał szablę, i woła w pustkę Rynku:

— Duch zwyciężył materię!
Potem   przejechał   tramwaj   z   kilkoma   wisielcami,   dyndającymi   na   rękach,   a 

jakiś   przechodzień   upadł   i   chciał   podpalić   bank.   Nad   miastem   stoi   rozkraczony 
niewidzialny byk, widać mu tylko różowe jądra.

Czasami   już   rankiem   wędruję   na   ulicę   U   Kotców.   Na   rogu   kupuję   sobie 

horoskopy na wszystkie miesiące roku z góry, sprzedawczyniom towarów łokciowych 

wyciekają z nosów strużki barwnych tasiemek, gdy mierzą je drewnianym metrem. 
Zieleniarkom   codziennie   wyrastają   z   głów   kolorowe   parasole.   Z   nor   w   domach 

wypełzają stare kobiety, twarze mają pobruż-dżone znakami Zodiaku, a zamiast oczu 
dwa   strzępy   lamparciej   skóry.   Jedna   sprzedaje   zielone   róże   z   ptasiego   pierza, 

admiralski kordzik i guziki od akordeonu, druga oferuje wojskowy drelich, płócienne 
wiadra i wypchaną małpę. Wielkie kangurze torby przekupek na Targu Węglowym 

wypchane są różnobarwnymi tulipanami. Gołębie w oknach wystawowych muskają 
się   dziobkami,   papużki   furkoczą   skrzydełkami   w   klatkach   —   cóż   za   poetyczne 

porównanie.   Kilka   kanadyjskich,   chomików   usiłuje   wydostać   się   na   wolność   z 
wysokiego komina akwarium. Pewnego razu za trzysta koron stałem się na chwilę 

świętym.   Kupiłem   wszystkie   szczygły,   jakie   mieli   na   składzie,   i   własno-^   ręcznie 
puściłem   je   na   wolność.   Ach,   cóż   to   za   uczucie,   gdy   z   dłoni   wzlatuje   wam 

przestraszony ptaszek' Kieruję się do

hali,   gdzie   staruszki   sprzedają   ściętą   krew   w   miseczkach.   Cuchnie   tu 

noworodkami,   przemoczonymi   siennikami,   octem   i   konopiami.   Z   ciężarówki 
wyładowują   jagnięta   o   poderżniętych   gardłach.   To   dziwne,   ale   wielkie   święta   nie 

mogą się obejść bez ofiar wśród zwierząt. Boże Narodzenie przypłacają życiem ryby. 
Wielkanoc — koźlęta i jagnięta. Przypominam sobie jedno świniobicie u nas w domu, 

kiedy źle zakłuty wieprzak zarył się w gnojówkę i wolał się w niej utopić, niż ujrzeć 
jeszcze raz rzeźnika z nożem w ręce.

Nagle   zaczynam   się   spieszyć,   ale   daremnie.   Piwo,   które   niosę,   już   i   tak 

zwietrzało.   W   kancelarii   firmy   braci   Zinner,   zawalonej   zabawkami   aż   do   piątego 

piętra, magazynier trzęsąc się ze złości mówi:

162

background image

— Słuchaj no, Plavaczek, myśmy cię posłali po piwo, a nie po wodę życia! Co za 

czasy, co za czasy! A dyspozytor dodaje zjadliwie:

— Kiedy znów umrze ci stryj Adolf, który umiera na raty?

— Lada   dzień   —   odpowiadam,   biorąc   faktury.   Potem   aż   do   wieczora 

sprawdzam i przeliczam dwa wagony zabawek.

Żołnierz z karabinem, żołnierz w furażerce, żołnierz w hełmie, oficer w marszu, 

generał w płaszczu, dobosz, trębacz, róg, wielki bęben, żołnierz leżący z karabinem, 

artylerzysta z wyciorem, oficer stojący z mapą...

Odfajkowuję na fakturach te figurki i myślę o tym, że ciągle mi się mylą, już 

tyle   lat  upłynęło   od  chwili,   gdy  opuściłem  dom, a ciągle   jeszcze,  niech  tylko  ktoś 
gdzieś narzyga albo wrzeszczy w nocy, rano przylatują sąsiedzi i wymyślają matce: 

pani synalek znów się w nocy wydzierał, czy on nigdy się nie usta-tkuje?

Luneta,   telefonista   piszący,   motocyklista,   ranny   leżący,   dwóch   sanitariuszy, 

lekarz   w   białym   kitlu,   pies-sanitariusz,   żołnierz   leżący   z   papierosam,   dragon   na 
koniu...

Kiedy umarła ciotka Marysków, rankiem przybiegła do matki pani Marysków^ 

i zrobiła awanturę, że w nocy waliłem w ich okno i że ciotkę, mogła dostać przed 

śmiercią  konwulsji,  tak  się  przelękła,  bez  wątpienia  to byłem  ja, bo ona wybiegła 
przed

dom i słyszała mój wstrętny chichot... choć już tyle lat jestem
poza domem.

Krowa pasąca się, krowa rycząca, ciele stojące, źrebię pasące się, prosięta, kot z 

kokardą stojący, kura dziobiąca, młode tygryski, hiena plamista, niedźwiedź stojący 

na tylnych łapach, amerykański bawół, niedźwiedź polarny, małpa drapiąca

się...

W   pamięci   wynurza   mi   się   obraz   weterynarza   pochylonego   nad   chorym 

bydlątkiem, uspokajał księgowego, że zaraz przepisze odpowiednią miksturę, ale ze 

mną nie wdawał się w rozmowy, tylko wrzasnął, żebym wziął pędzelek i w ten oto 
sposób wcierał maść w racice. A potem polecił mi wziąć siekierkę, otworzyć wołu pysk 

i w ten oto sposób wysmarować mu go wewnątrz. A ja się gapiłem i nie odważyłem się 
powiedzieć, że nie jestem oborowym, że tak tylko przyszedłem popatrzeć.

Kozica,   dzik,   pastuszek,   wieśniak,   kominiarz,   kowboj   stojący,   Indianin 

rzucający lasso, zając siedzący duży, skaut w kapeluszu, pies owczarek...

Gdy   wszedłem   kiedyś   do   synagogi,   nachylił   się   do   mnie   ubłocony   Żyd   i 

zaszeptał: Pan także ze Wschodu? A ja skinąłem głową. Kiedy indziej, gdy wstąpiłem 

na piwo, zaczepili mnie dwaj faceci. Jeden powiada: Ty jesteś piekarz! A ja skinąłem 
głową. Facet zatarł ręce i wykrzyknął: Zaraz to poznałem — po czym kazał przynieść 

karty i oświadczył, że to fajno, bo brakuje im trzeciego do mariasza...

Maria,   Jezus,   Józef,   król   stojący,   król   Murzyn,   pasterz   z   jagnięciem,   anioł, 

Beduin, owce pasące się, pies owczarek...

Dzień   w   dzień   odfajkowuję   na   fakturach   dwa   wagony   zabawek   przy   ulicy 

Maisla w firmie braci Zinner, hurtowa sprzedaż zabawek i towarów galanteryjnych, 
dlatego po pracy lubię się przejść. Wciąż jednak potykam się o zabawki, które tego 

dnia miałem w ręce. Lubię spacerować po Kampie, gdzie dzieci za-smarowują asfalt 
rysunkami, łażą na czworakach i rysują dalej na ścianach domów, jak wysoko sięgną 

ręką.   Siaję   w   osłupieniu   przed   portretem   mężczyzny   w   kapeluszu   namalowanym 
jednocześnie od przodu i od tyłu, zaś skryte pod kapeluszem ucho

dorysowane zostało nad głową niczym znak zapytania, niczym herb.
— To   ty   namalowałaś?   —   pytam   głupio   dziewczynkę,   która   dopiero   co 

skończyła ten rysunek, a łokcie ma niebieskie niczym naboje do strzelby myśliwskiej.

163

background image

— Phi, to nic takiego — odpowiada i zamazuje pantoflem portret, który mógłby 

wisieć w galerii. — Uczesze mi pan włosy?

— Chętnie... — mówię.

Dziewczynka siada okrakiem na ławce, następnie podwija jedną nogę, siadam 

za nią, podaje mi przez ramię grzebień, ja zaś zaczynam ją czesać. A ona przymyka 

oczy, potem spogląda na spadający liść i mówi: — Już go bolały ręce, więc się puścił.

Ściemnia   się   niezmiernie   szybko,   po   serpentynach   Petrzina   zjeżdżają 

rowerzyści, na czołach mają górnicze lampki. Kołyszące się na nefrytowym jeziorku 
łódki   za   każdym   zanurzeniem   wioseł   wydobywają   z   wody   tuzin   platerowanych 

łyżeczek. Obok ławki przechodzi ślepiec, radarem białej laski prowadzi ślepą.

— O czym myślisz, gdy rysujesz na asfalcie? — pytam.

— O tym, jak ślicznie śpiewa ten ptak — wskazuje na gałąź i przyciska brodę do 

piersi. To jeszcze dziecko, ale za jakieś pięć lat obudzi się w niej dorodny pasożyt 

wydzielający   substancje   gryzące   z   domieszką   boraksu   i   z   wolna   nasyci   jej   życie 
nieszczęściem.   Sczesałem   jej   włosy   do   tyłu,   zważyłem   w   dłoni   ciężkie   pasmo   i 

zacząłem   wiązać   kokardę.   A   dziewczynka   uniosła   rękę,   przycisnęła   palcem   węzeł, 
żebym mógł zrobić jeszcze jeden i zawiązać okazałą kokardę. Potem odwróciła się, 

rozsupłała   sznurek,  którym  była  przepasana,   omotała  się  nim  przerzucając  końce, 
wystoperczyła brzuszek, a ja przycisnąłem palec w miejscu skrzyżowania szpagatu, 

aby mogła zrobić węzeł. Potem ni z tego, ni z owego pocałowała mnie w rękę i już jej 
nie było...

Most Karola wygląda z Kampy jak długa wanna, w której przechodnie suną na 

przymocowanych do* zadków kółkach. W rzece stęka Praga o połamanych żebrach i 

łukach mostów skaczących z brzegu na brzeg niby zajadłe brytany. Mógłbym

rpójść do browaru, odwiedzić kuzynkę, która tam pracuje, albo złożyć wizytą 

gospodyni, która zapraszała mnie na jagodowe wino, ale idę, gdzie mnie nogi poniosą.

Zagłębiam się w ulicę Michalską, czytam napis: Żelazne Drzwi. To człowieka 

wzmacnia   jak   żelaziste   wino.   W   pasażu   zapuszczam   żurawia   do   wnętrza   sklepu 
zegarmistrzowskiego,   uczeń,   który   zamiata   podłogę,   bezustannie   mruga 

karmelkowymi oczami, na pewno ma zapalenie spojówek, na pewno co rano .musi 
rozrywać palcami sklejone powieki, żeby trafić do miednicy. Mijający mnie dzisiaj 

przechodnie   podzieleni   są  na  serie,   jakby   ktoś   skuł  ich   niewidzialnym   łańcuchem 
nieszczęścia.   Dziesięciu   ludzi   z   obandażowaną   głową,   dwunastu   z   uniesionymi 

znacząco brwiami, jakby chcieli coś powiedzieć, potem siedmiu z opaską na oku... '

Ale   najuważniej   przyglądam   się   kobietom.   Co   za   głupia   moda   zapanowała, 

wszystkie patrzą takim wzrokiem, jakby przed chwilą wstały z łoża miłości. I co one 
mają pod bluzeczkami? Chyba rusztowania albo konstrukcję z fiszbinów, bo ich piersi 

wprost kłują w oczy. A ten chód! Człowiek żyjący w wielkim mieście musi mieć całą 
szafę wyobrażeń, bo inaczej to wykalku-lowane piękno mogłoby go doprowadzić do 

morderstwa z lubież-

-ności. W pewnej chwili przyłączył się do mnie jakiś facet i zaczął opowiadać o 

wszystkich swoich przedziwnych zajęciach, jak obsługiwał pierwszy automat w barze 
„Korona”,   siedział   wewnątrz   tego   automatu   i   najpierw   sprawdzał,   czy   wrzucona 

moneta   nie   jest   fałszywa,   a   dopiero   potem   kładł   sznytkę   na   talerzyku   i   oburącz 
obracał korbą mechanizmu, a ludzie nie mogli się nadziwić temu wynalazkowi, tak 

samo   jak   wtedy,   gdy   siedział   na   wystawie   w   wielkim   pięciometrowym   zegarze, 
trzymał w ręku kieszonkowy zegarek  i co minuta przesuwał ogromną wskazówkę. 

Opowiadał mi to, jeszcze teraz pełen zdumienia dla . swoich losów. Spytałem: — Kim 
pan jest?

— Praktycznym filozofem — odparł.

164

background image

— Więc   niech   pan   łaskawie   wyjaśni   mi   Kantowską   krytykę   praktycznego 

rozumu — poprosiłem.

Szliśmy   ulicą   Szczepańską,   Praga   opadała   w   dół,   jakby   przygniatana   prasą 

hydrauliczną, a włosy praktycznego filozofa dotykały wylęgarni gwiazd. Zaprosił mnie 
na gorące kiełbaski.

— Ten babsztyl ma dobre kiełbaski — powiedziałem.
Na   staruchę   padało   światło   acetylenowej   lampy,   a   Rembrandt   wstawał   z 

martwych. Jej ręce spoczywały na brzuchu, jakby obejmowały plecy marnotrawnego 
syna. W ustach błyszczał jedyny ząb.

— To już północ, panowie? — zapytała.
Praktyczny filozof uniósł ku niebu palec i był w tej chwili piękny jak rabin Łów, 

jak   oderżnięte   ucho   Yincenta.   Noc   połyskiwała   szlaką,   srebrem   krążków,   śrub   i 
nakrętek.   Powietrze   pachniało   amoniakiem,   kwasem   mlekowym,   intymnymi 

zabiegami   toaletowymi   kobiet,   olejkami   eterycznymi,   kredką   do   warg.   Zegar   na 
kościele   Świętego   Szczepana   zaczął   wybijać   północ.   Potem   ze   wszystkich   stron 

zawtórowały mu praskie zegary. A jeszcze potem te, które się spóźniły. Praktyczny 
filozof z wilczym apetytem pochłonął smażone kiełbaski i odszedł bez pożegnania.

Minęła mnie prostytutka, piękna jak anioł w swojej białej sukience, odwróciła 

się,   a   z   pękniętego   strąka   ust   wysypał   się   podwójny   rząd   białych   groszków. 

Zapragnąłem   wyryć   w   jej   uśmiechu   kilka   kolorowych   słów,   przekonany,   że   rano 
przeczyta je w lustrze, gdy stanie przed nim ze szczoteczką do zębów.

Zwróciłem się do staruchy:
— Nie znała pani przypadkiem Franciszka Kafki?

— Mój ty Boże — plasnęła w ręce — ja jestem Kafka Franciszka. A mój ojciec 

był końskim rzeźnikiem i nazywał się Franciszek Kafka. Znałam też jednego kelnera z 

dworcowej restauracji w Bydżowie. — Nachyliła się do mnie, a jedyny ząb zaświecił jej 
w ustach jak wiedźmie: — Ale, proszę pana, jeżeli zależy panu na czymś ekstra, pan na 

pewno nie zemrze naturalną śmiercią, to niech pan każe się spalić i zapisze mi swoje 
prochy, a ja będę panem czyścić widelce i noże, przynajmniej będzie się z panem 

działo coś nadzwyczajnego, jakby pan był darem, nieszczęściem, miłością... che, che, 
che.

Mówiąc to obracała widelcem syczące i skwierczące kiełbaski.
— Jestem też kabalarką — ciągnęła — gdyby nie ta chmurka, która zasłoniła 

pańską   gwiazdę,   piękne   rzeczy   by   pan   tworzył...   a   idźże,   idźże   sobie,   znów   ją 
przyniosło! — zawołała otrzepując spódnicę i odkopując coś nogą.

— Co się stało? — zapytałem.
— E, nic — powiedziała — to Jadwinia, córeczka polskiej hrabiny, no wie pan, 

ta, co się utopiła, jej duch.. Ciągle się przy mnie kręci, a teraz ciągnie mnie za fartuch, 
rozumie pan?

— Rozumiem — bąknąłem i wycofałem się z kręgu acetylenowej lampy.
Ruszam w drogę powrotną do domu. Przed wejściem do „Tu-randota” ktoś 

pokazuje portierowi, że ma pieniądze. Z piwniczki „U Szmelhauzów” gramoli się po 
schodach   muzyka   i   dwóch   śmiejących   się   staruszków.   Ulica   Skórzana   pełna   jest 

nieskromnych   gestów   i   ruchów.   W   rynsztoku   leży   czerwona   róża,   jakby   wypadła 
komuś z bukietu. Siadam na brzegu jeziorka na Staromiejskim Rynku, mój cień jest 

zielony,   obrzeżony   fioletową   la-mówką.   Ktoś   niesie   wielki   kaktus   upstrzony 
czerwonymi kokardkami na każdym kolanku. Ulicą Paryskąydzie pani, która wygląda, 

jakby została żywcem wyjęta z dramatu Ibsena, płaszcz ma narzucony na pidżamę, z 
pewnością   cierpi   na   bezsenność   i   idzie   nad   rzekę,   gdzie   będzie   stała   oparta   o 

balustradę.   Mężczyzna   pod   kandelabrem   zastygł   w   takiej   pozycji,   jakby   słuchał 
muzyki poważnej. W rzeczywistości wymiotuje, robi to wrażenie, że z ust wypada mu 

165

background image

kieszonkowy   zegarek   z   łańcuszkiem.   Widzę   oświetlone   okno   swojego   mieszkania, 

wiatr wydyma firanki, mój gospodarz chodzi po pokoju i żegna się krzyżem świętym. 
Z pewnością na stole znów spoczywa oparta o garnek Biblia. Z Długiej wyłania się 

milicjant, ręce aż po łokcie ma białe, jakby oblepione gipsem.

Myślę o tobie, Polu, o tym, co mi powiedziałaś:

— Ciebie jeszcze najmniej nienawidzę. W twojej ślinie czuję
smak miłości, twoje zęby są ścianą, po której spływa smutek.

Kochanie, jadłeś na kolację kiełbasę, bo na wargach został mi
kawałek mięsa, ale to nie szkodzi, całuj mnie nadal. I powta-

rzaj, że nawet Salomon w nimbie swej sławy, nawet ptactwo niebieskie ani 

kwiaty polne nie są tak piękne jak ja. Mów to ciągle od nowa i złóż między moimi 

nogami całopalną ofiarę, i podtrzymuj żar w moim łonie. A gdy idąc rano do domu 
zobaczysz   wiszącą   za   oknem   sukienkę,   nie   przejmuj   się.   To   ja   będę   obejmowała 

nasycony   słodkimi   wspomnieniami   dom.   Ponoć   w   poręczach   schodów   można 
namacać zgubione igły słońca.

Tak powiedziała i zeszła nad rzekę, gdzie miasto chodzi na rękach. Dziwiłem 

się wtedy, dlaczego samochody jeżdżą po rzece do góry kołami, jakby miały płozy przy 

dachach, dlaczego przechodnie witając się czerpią kapeluszami wodę.

— Człowieku, skąd ty bierzesz siłę, żeby handlując tymi głupimi zabawkami, 

tymi szczoteczkami i grzebieniami, jeszcze przy tym pławić się w marzeniach?

A ja odpowiedziałem:

— Polu,   jedynie   ty   pojęłaś   sens   słów,   którymi   zatopiłem   twoje   usta,   włosy, 

powietrze wchłaniane przez twoje płuca, właściwy sens wyrazów rodem z brukowej 

gazety. Polu, jedynie ty zawsze odgadywałaś, kiedy słabło światło w moich oczach, i 
jedynie ty zrozumiesz, co zostanie, gdy odejdę z twarzą blaszaną i martwą, albowiem 

tak samo jak ja nigdy nie chciałaś radować się podług recepty, tak samo jak ja nigdy 
nie rościłaś sobie prawa do cierpienia i żalu... Ale Polu, zepsuta i perwersyjna Polu, 

dlaczego wnosisz panikę w moje życie, niczym stalaktyt, niczym nietoperz?

Zerwałem się z ławki na Rynku Staromiejskim, przede mną stał w rozkroku 

milicjant z rękawami munduru unurzanymi w wapnie.

Wokół nie było żywej duszy, więc zacząłem mu się zwierzać:

— Wie  pan, że od dzisiaj  już do końca dni  moich nie wolno mi się pozbyć 

pragnienia, aby spacerować z aramejskim profesorem śmiechu? Od dziś już nie wolno 

mi się pozbyć szczeliny w mózgu, albowiem wolność oznacza radość. Więc tonę w 
szczęściu,   projektach   matrymonialnych,   codziennych   radościach,   od-fajkowuję   u 

braci   Zinnerów   zające,   króliki,   kapliczki,   włosy   anielskie,   choinkowe   bombki, 
zabawki. Rozumie pan? Wszyscy

jesteśmy braćmi, braćmi l'art pour l'art, jesteśmy piękni jak entarterte Kunst, 

prawdziwi jak słowik, perwersyjni jak róża. Czy naprawdę pan rozumie? Bez szczeliny 

w mózgu nie da się żyć. Nie da się człowieka odwszyć z wolności, bracia. Rozumie 
pan?

Milicjant powiedział surowo:
— Niech pan nie krzyczy, panie Kafka, czego pan tak krzyczy? Bo zapłaci pan 

mandat za zakłócanie spokoju publicznego.
Przełożyła Cecylia Dmochowska.

166


Document Outline