Dla Nory
KsiąŜkę tę dedykuję takŜe
mojej przyjaciółce Ute Siegmundt
■
JANA FREY
OSZALEĆ ZE STRACHU
Historia Nory, pacjentki oddziału psychiatrycznego
tłumaczyła Monika J. Dykier
Wrocław • Warszawa • Kraków Zakład Narodowy im. Ossolińskich Wydawnictwo
Tytuł oryginału
Verriict vor Angst: Noras Geschichte;
Ein Madchen in der Jugendpsychiatrie
Historia oparta na faktach. Imiona, nazwiska i miejsca zdarzeń zmienione w oryginale przez
redakcję.
V3 i)
^уЧЪо
Opracowanie redakcyjne Joanna Kokocińska
Opracowanie typograficzne Luiza Pindral, Anna Sławińska
Verriict vor Angst © 2001 by Loewe Verlag GmbH, Bindlach
© Copyright for the Polish translation and edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich -
Wydawnictwo, Wrocław 2003
ISBN 83-04-04644-Х
Skład i łamanie Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo
Druk i oprawa Drukarnia TINTA, 51-315 Wrocław, ul. Kiełczowska 62
^\loO*)
PROLOG
Martwy człowieku, powiedz
Jak to jest, gdy przychodzi koniec ?
Czuje się ból
Czy przyjemność
Odchodzi się
Czy powraca
Jak z długiej podróŜy po latach
Martwy człowieku, powiedz
Dlaczego więc tak się boję
(Klaus Hoffmann)
Nora ma dzisiaj siedemnaście lat i na nasze pierwsze spotkanie przychodzi ze swoim psem.
Wyruszamy na długi spacer do podmiejskiego lasu. Dziewczyna sprawia wraŜenie, Ŝe zna go
jak własną kieszeń, bo choć przedzieramy się przez leśny gąszcz, ani na chwilę nie traci
orientacji. Maszerujemy i maszerujemy, aŜ trudno mi za nią nadąŜyć, poniewaŜ sadzi naprzód
wielkimi krokami. Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie gnałam tak przez las.
W ubiegłym roku Nora spędziła sześć miesięcy na oddziale psychiatrycznym dla młodzieŜy.
Ma za sobą cięŜki okres, chociaŜ trudno w to dziś uwierzyć. Śmieje się, jest trochę zakręcona
i bez przerwy opowiada o sobie. Wcale nie sprawia wraŜenia lękliwej, choć to właśnie strach
jest jej największym problemem.
W następnym tygodniu spotykamy się częściej, duŜo ze sobą rozmawiamy, w mieszkaniu
Nory, w jej ulubionej pizzerii, a potem znowu w lesie.
5
Kiedy mówi, mam wraŜenie, Ŝe opowiada historię całkiem obcej osoby, ale to właśnie dla niej
Ŝ
ycie stało się nie do zniesienia, a lęki zapędziły ją w końcu tak daleko, Ŝe próbowała
popełnić samobójstwo.
„Nienawidzę śmierci. Naprawdę nienawidzę śmierci. Często myślę o tym, Ŝe wolałabym się
nigdy nie urodzić, poniewaŜ wtedy nie musiałabym umierać.
Nie ma juŜ Rollego, mojej świnki morskiej. Nie ma Tikta-ka, mojego psa. Zmarła ciotka
Fiona w Ameryce. Zmarły obie moje babcie. Zmarł wujek Severin, chociaŜ miał zaledwie
trzydzieści lat.
I zmarła Lea.
Naprawdę potwornie boję się śmierci".
1
Był marzec i tak jak co roku zima dobiegała powoli końca. Siedziałam na swoim parapecie
wpatrzona w niebo, obserwując wschodzące słońce. Podnosiło się gdzieś za ostatnimi
zimowymi chmurami. Nie było bezpośrednio widoczne, ale świeciło bardzo jasno, tak jasno,
Ŝ
e musiałam zmruŜyć oczy. Powietrze pachniało wiosną, nawet w moim pokoju.
Stokroć wolę zimę niŜ wiosnę. UwaŜam, Ŝe nagie drzewa są najpiękniejsze. Wyglądają, jakby
były takie wraŜliwe i delikatne. Lubię, gdy widać kaŜdą gałązkę, nawet tę najmniejszą.
Kocham zimowe powietrze. Lubię, kiedy na dworze panuje chłód. Oczywiście najlepiej, jeśli
spadnie śnieg, bo wtedy świat staje się cichy, spokojny i bardziej przewidywalny. Ale nawet
bez śniegu zima jest najlepszą porą roku. Uwielbiam lodowaty deszcz i chłodne, wilgotne
powietrze, rozmiękłe łąki, siną mgłę i ciepłe ubrania.
6
- Jesteś szalona - kaŜdego roku powtarza moja przyjaciółka Verena, kiedy zaczynam się juŜ
cieszyć na następną zimę. Przyjaźnimy się od wielu lat, a jednak wciąŜ się dziwię, Ŝe ona
rzeczywiście mnie lubi, chociaŜ jesteśmy tak róŜne i w gruncie rzeczy wcale do siebie nie
pasujemy.
Szczerze mówiąc, to ja nigdzie nie pasuję, pewnie dlatego, Ŝe rzadko bywam naprawdę
radosna. Zwykle jestem powaŜna i Ŝyję samotnie we własnym świecie.
Moja mama prowadzi małą księgarnię, w której spędza całe dnie, sprzedając ksiąŜki. Jeśli juŜ
wyjątkowo nie jest w sklepie, to najczęściej moŜna ją spotkać w domu kultury lub w
Instytucie Kształcenia Politycznego. Uwielbia przebywać wśród ludzi, a w jej głowie aŜ roi
się od pomysłów. Jest zaangaŜowana w walkę z neonazizmem i współtworzyła rodzinny dom
dziecka dla dzieci chorych na raka. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze taka była, a ja jako
berbeć wszędzie jej towarzyszyłam.
Mój ojciec jest architektem. Ma w mieście biuro, w którym przesiaduje od rana do wieczora,
projektując budynki mieszkalne, domy towarowe i nowoczesne biurowce. Wcześniej
prowadził je do spółki z młodszym bratem, Severinem, dlatego na szyldzie nadal widnieje
napis: Biuro architektoniczne Michael & Severin Esslin. Wujek zmarł cztery lata temu, ale
szyld pozostał. Na magnetycznej tablicy, obok duŜego komputera, przy którym wcześniej
pracował, wisi jeszcze kilka fiszek, które pospiesznie nabazgrał. Nikt ich nie zdjął, ani ojciec,
ani jego sekretarka, ani nowy pracownik, który został zatrudniony po śmierci Severina i zajął
miejsce przy komputerze obok tablicy magnetycznej. Myślę, Ŝe ojciec wciąŜ jeszcze nie chce
pogodzić się z tą historią. Albo najchętniej wymazałby ją z pamięci.
Wszystko potoczyło się tak szybko. Mój wesoły, szczęśliwy wujek nagle poczuł się
wyczerpany i zmęczony. Choć zawsze był zdrów jak ryba. KaŜdego wieczora, po zamknięciu
biura, wkładał dres i szedł pobiegać do parku. Kilkakrotnie brał nawet udział w miejskim
maratonie.
Tamtego dnia, po joggingu, wpadł do nas na chwilę.
7
- Chyba się starzeję - stwierdził, wycierając ręcznikiem spocone włosy. - Moja kondycja
pozostawia ostatnio wiele do Ŝyczenia.
Ojciec parsknął śmiechem.
- To kryzys, który przechodzą wszyscy trzydziestolatko-wie - odpowiedział wesoło, rzucając
bratu jabłko. Doskonale to pamiętam.
- Zjedz kilka witamin, staruszku - zaproponował.
To była ostatnia wizyta wujka, a takŜe jego ostatni jogging w miejskim parku, poniewaŜ
następnego ranka, wstając z łóŜka, zemdlał i został odwieziony do szpitala. Dwa tygodnie
później juŜ nie Ŝył.
Do dziś na samą myśl o tym robi mi się słabo z przeraŜenia.
- To rak - rodzice tłumaczyli potem przyjaciołom, znajomym oraz sąsiadom. - Nowotwór
mózgu, który rozwinął się głęboko w głowie.
Nigdy nie zapomnę tych słów. Utkwiły w mojej głowie tak samo głęboko. Regularnie
stawałam wtedy przed lustrem, obserwując swoją twarz i głowę. JakŜe często słyszałam, Ŝe
nie przypominam ani ojca, ani matki, ale jestem wykapany wujek. Te same zielonoszare oczy,
ten sam upstrzony piegami nos i te same włosy. Z niepokojem wpatrywałam się we własne
odbicie. MoŜe podobieństwo posunęło się jeszcze dalej? Niewykluczone, Ŝe w mojej głowie
teŜ wyrósł śmiertelny guz. Miałam wtedy dwanaście lat i o mało nie oszalałam ze strachu.
Całymi dniami trzęsłam się jak galareta. Dygotałam, mocno zaciskając zęby, Ŝeby nie
dzwoniły.
- Noro, co jest? - zapytała zmartwiona matka.
- Nic - wymamrotałam i wymknęłam się do swojego pokoju. Wieczorem przyszedł do mnie
ojciec.
- Noro, co się z tobą dzieje? To z powodu Severina? Wzruszyłam ramionami i pomyślałam o
tym, co się działo
w głowie wujka. Zaczęłam wsłuchiwać się w siebie i przeszył mnie lodowaty strach.
- Moja głowa jest ostatnio taka dziwna - wyszeptałam zwrócona twarzą do ściany. - MoŜe teŜ
mam...
8
- Bzdura - odpowiedział ojciec, kładąc mi rękę na ramieniu. - Nic nie masz.
- A moŜe jednak? - wyszeptałam zrozpaczona, zamknęłam oczy i znowu mocno zacisnęłam
zęby.
Tata jeszcze długo siedział przy moim łóŜku, w kółko powtarzając, Ŝe jestem zupełnie
zdrowa, Ŝe moja głowa jest w porządku i nic mi nie będzie. W pewnej chwili zasnęłam
wyczerpana, a kiedy obudziłam się w środku nocy, ojca juŜ nie było, a w moim pokoju
panowały cisza, pustka i ciemność.
LeŜałam otępiała, wsłuchując się w siebie. Moja głowa była cięŜka, nawet dziwnie cięŜka.
OstroŜnie wyprostowałam się i zeszłam po drabince z łóŜka. Pokój tonął w ciemnościach, a ja
próbowałam wybadać, czy zaraz zemdleję tak samo jak mój wujek, gdy wstał rano.
W głowie miałam niepokojący szum i czułam, jak serce skacze mi do gardła.
Znowu zaczęłam dzwonić zębami. Potknęłam się i wpadłam na okno. Oparłam czoło o
chłodną szybę.
„Czyja teŜ umieram?"
Czułam się dziwnie, miałam zawroty głowy i cała drŜałam.
„Czy tak wygląda umieranie? Która godzina?"
Przy moim łóŜku stało małe radio z budzikiem, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa, dlatego
nie byłam w stanie pokonać tej odległości. Desperacko uczepiłam się parapetu i sterczałam
tak bardzo, bardzo długo. Obudziłam się rano, na dywanie pod oknem, zwinięta w kłębek. Z
ulgą wstałam i znowu poczułam, Ŝe Ŝyję.
*
Lea zawsze tu była. Rzuciła cień na moje Ŝycie. Na długo przed tą całą historią z wujkiem.
Matka często powtarzała, Ŝe w zasadzie jestem Leą.
Ojciec tego nie komentował. Milczał, kiedy padało jej imię, najwyŜej mocno zaciskał wtedy
zęby, tak jak ja po śmierci wujka Severina. MoŜe robił to mechanicznie, a moŜe dlatego, Ŝeby
nie drŜała mu broda.
9
Lea niewiele po sobie zostawiła. W kuchni wisi jej zdjęcie, a obok, na małym gwoździu, para
dziecięcych bucików.
Moja przyjaciółka Verena czasami mu się przyglądała, w przeciwieństwie do mnie. Jeszcze
nigdy nie widziałam go z bliska.
Babcia, która w ubiegłym roku zmarła na Majorce, co roku przyjeŜdŜała do Niemiec w
rocznicę śmierci Lei. Mawiała wtedy:
- Odwiedzę Leę...
Oczywiście szła jedynie na miejski cmentarz, stawała przed małym dziecięcym nagrobkiem i
przyglądała się drewnianemu krzyŜowi, na którym widniała data urodzin i śmierci Lei. Nic
więcej.
- Nigdy nie zapomnę tej chwili - powtarzała często, mając na myśli śmierć Lei. Bo ta chwila
naleŜała tylko do niej. Mój ojciec, który całymi dniami, tygodniami i miesiącami
przesiadywał przy łóŜku maleństwa, tego dnia został od niego oderwany z powodu moich
rzekomych narodzin. Tak przynajmniej sądzono, poniewaŜ mama była ze mną w ciąŜy i
właśnie chwyciły ją bóle. Tata zadzwonił więc po babcię i poprosił, Ŝeby go zastąpiła przy
szpitalnym łóŜeczku, kiedy będzie towarzyszył Ŝonie na porodówce.
Dokładnie tej samej nocy moja niespełna jednoroczna siostra zmarła, a ja przyszłam na świat
dopiero trzy dni później.
*
Lea urodziła się z powaŜną wadą serca i po długiej, skomplikowanej operacji zmarła na
zapalenie płuc.
Ja przyszłam, a ona odeszła. Mama uwaŜała, Ŝe odrodziła się we mnie, zaś ojciec tego nie
komentował i cierpiał w milczeniu, Ŝe zabrakło go przy Lei, gdy umierała.
*
Nie chciałam o niej myśleć, nie chciałam być odrodzoną Leą i ponosić winy za to, Ŝe nie było
taty przy jej śmierci. Nie chciałam, Ŝeby data moich urodzin przypadała tak blisko daty
ś
mierci nieznanej mi siostry.
10
Przez lata marzyłam o tym, Ŝeby Lea nigdy nie istniała. Nie chciałam mieć nic wspólnego ze
ś
miercią. Nienawidziłam śmierci.
2
Nazywam się Nora Esslin. Nora Leanne Esslin. Nazwali mnie Leanne, bo Leanne brzmi
podobnie jak Lea, ale nie identycznie. Mama tak sobie Ŝyczyła.
- Jako niemowlę byłaś bliźniaczo podobna do Lei - powtarzała często.
Ojciec uwaŜał, Ŝe to bzdura, bo Lea naleŜała do najchud-szych i najbardziej bladych dzieci,
jakie kiedykolwiek widział. Poza tym zawsze miała sine usta, była cicha i senna.
- A ty byłaś pulchna, okrągła i hałaśliwa - oznajmił. - Poza tym był z ciebie najweselszy
bobas na świecie.
- Ale oczy miała takie same jak Lea - uparcie powtarzała przy takich okazjach mama.
TakŜe babcia opowiadała mi, jakim to byłam słodkim i miłym bobasem.
- Do wszystkich się uśmiechałaś i prawie w ogóle nie płakałaś. Byłaś prawdziwym
promyczkiem i naszą pociechą po tej strasznej historii z Leą.
*
WciąŜ jeszcze siedziałam na parapecie, spoglądając w jasne, wiosenne niebo. Cudownie było
tak trwać w bezruchu i wyglądać przez okno. Od czasu do czasu przelatywał jakiś ptak i
ś
ledziłam jego lot, dopóki nie znikł za drzewem lub krzakiem.
Mogłabym tak przesiedzieć całą wieczność, rozgrzebując wspomnienia. Setki z nich tłoczyły
się w mojej głowie.
W najdalszym rogu naszego ogrodu, który z tego miejsca był niewidoczny, leŜy pochowany
Roili, moja świnka morska. Dostałam go w prezencie od wujka Severina z okazji pierwsze-
11
go dnia szkoły. To nie do wiary, ale naprawdę umieścił świnkę w papierowej torebce, na
zmiętej gazecie, i Ŝeby się nie nudziła, wrzucił jej do środka marchewkę.
Potem do wieczora razem z ojcem stawiali dla niej klatkę w ogrodzie. ZuŜyli na to wszystkie
stare deski i zakurzone półki, jakie tylko znaleźli w piwnicy, a poniewaŜ mimo to było ich za
mało, ojciec rozebrał w końcu ukradkiem jedno z naszych starych, chybotliwych krzeseł
ogrodowych i w mgnieniu oka sklecił z niego dach, zanim mama połapała się, co jest grane.
Resztki tej chwiejnej konstrukcji do dziś straszą w ogrodzie, chociaŜ Roili juŜ dawno zdechł.
Jego grób znajduje się tuŜ obok, wcześniej stał tam równieŜ mały krzyŜ zbity przez wujka
Severina, ale oczywiście dawno juŜ spróchniał i rozpadł się.
To dziwne, Ŝe tak dokładnie pamiętam śmierć Rołliego, natomiast czas, jaki z nim spędziłam,
pozostał dla mnie jedynie mglistym wspomnieniem. Pamiętam jego miękkie, czarne futerko i
to, Ŝe miał tylko jedną białą plamkę na tylnej łapce. Ale nie potrafię sobie przypomnieć nic
więcej, z wyjątkiem dnia, w którym zdechł. Połknął mały gwóźdź i dostał krwotoku. Moment,
w którym go znalazłam, zapadł mi mocno w pamięć. Wyglądał jakby spał, leŜał spokojnie na
boku i nie ruszał się. Potem dostrzegłam kroplę zakrzepłej krwi na jego maleńkiej mordce.
Pamiętam doskonale, Ŝe struchlałam z przeraŜenia i pobiegłam do domu, Ŝeby sprowadzić
ojca. Tato znalazł gwóźdź, który nadal tkwił w pyszczku Rołliego. Z bezpiecznej odległości
przyglądałam się, jak kładzie świnkę do pudełka po butach, a następnie wykopuje dla niej
mały grób tuŜ obok klatki.
- MoŜe chciałabyś nową świnkę morską? - zapytała mnie wieczorem mama, ale potrząsnęłam
głową i juŜ nigdy więcej nie wspomniałam o Rollim.
*
- Noro, zejdź na dół, Verena juŜ przyszła! - z zamyślenia wyrwał mnie głos matki. Szybko
wyparłam z pamięci wspomnienie zdechłej świnki. Niepewnie spojrzałam w dół, w kie-
12
runku innego mrocznego miejsca w naszym ogrodzie, gdzie leŜał pogrzebany Tiktak.
Chwilę później do pokoju zajrzała moja najlepsza przyjaciółka.
- Znowu kontemplujesz? - zapytała i z ubolewaniem pokiwała nade mną głową. - O tej porze?
Zapomniałaś, Ŝe mamy dzisiaj klasówkę z matmy?
Rzeczywiście, zupełnie wypadło mi to z głowy.
- Z tobą zawsze to samo - stwierdziła Verena, rzucając mi szkolną torbę. - No chodź juŜ,
szybciej, bo się spóźnimy!
Na dole, przy stole w kuchni siedziała mama.
- Wołałam ciebie chyba z dziesięć razy - fuknęła na mój widok.
- Przykro mi - wymamrotałam i pociągnęłam z butelki łyk wody mineralnej.
- Bez śniadania? - zapytała, wykrzywiając twarz w tym swoim charakterystycznym grymasie,
który ni mniej, ni więcej oznaczał „w ten sposób nie zaczyna się dnia".
- Nie mam czasu - rzuciłam.
- Skąd ten nagły pośpiech? - dopytywała się, nie przerywając posiłku.
- Na pierwszej lekcji piszemy klasówkę z matmy - westchnęłam cięŜko i wrzuciłam do torby
dwa jabłka na duŜą przerwę.
-1 znowu się nie uczyłaś - powiedziała z troską w głosie. -A ty, Verena, wkuwałaś chociaŜ
trochę? Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- I tak nic mi po ryciu - wyjaśniła, biorąc łyk herbaty z filiŜanki mojej matki. - W domu aŜ roi
się od czubków. Chmara dzieciarni stłoczonej na kupie - totalny obłęd. W takich warunkach
nie da się nawet zapamiętać, ile jest dwa razy dwa.
Zamilkła na chwilę.
- To istne piekło - dodała zaraz potem. - Chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego moi rodzice
wpadli na pomysł, Ŝe oprócz mnie muszą jeszcze wyprodukować piątkę innych dzieciaków.
Ciesz się, Noro, Ŝe nie masz rodzeństwa.
Drgnęłam i spojrzałam na małą fotografię Lei. „Biedne, wątłe, martwe niemowlę" -
pomyślałam.
13
Potem ostroŜnie zerknęłam na mamę. Nie zareagowała na słowa Vereny, nawet nie podniosła
wzroku na zdjęcie Lei. Była zaabsorbowana obkładaniem kolejnej kromki razowca.
Tworzenie kanapek to jej pasja. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na to, Ŝeby posmarować chleb
samym masłem i wrzucić na wierzch kawałek sera. Nie, ona zdobi swoje kromki tak jak inni
drzewko boŜonarodzeniowe. Zanim ugryzie choćby kęs, zwija plasterki salami, smaruje je
musztardą, zasadza krzaczki pietruszki, usypuje wysepki z sezamowych ziarenek i wznosi
lasy z pędów soi.
Wyszłyśmy z Vereną do przedpokoju. у
- Wrócę dziś późnym wieczorem - zawołała za mną mama. - Mam w księgarni ciekawy
odczyt o ofiarach holocaustu.
Ubrałam kurtkę.
- Jeśli chcecie, moŜecie zajrzeć. Będzie wegetariańskie jedzenie i...
- Tak, tak - przerwałam jej zniecierpliwiona. - Musimy juŜ iść, pa, mamo!
Pociągnęłam za sobą przyjaciółkę i w milczeniu przeszły-śmy na drugą stronę ulicy. Verena
spojrzała badawczo na zegarek.
- Jesteśmy juŜ spóźnione, nawet bardziej niŜ trochę - westchnęła. - Chodź, najlepiej zrobimy
sobie mały jogging...
Zaczęła biec, a ja wlokłam się za nią. Drzewa na skraju ulicy wypuściły juŜ mięsiste,
jasnozielone pąki. Widok był piękny, ale niepokojący. Próbowałam odwrócić myśli od
nadchodzącej wiosny, poniewaŜ wiosenne kwiaty po prostu mnie przeraŜały. KaŜdego roku
było tak samo, raz lepiej, raz gorzej. Największe niebezpieczeństwo czyhało w kwietniu.
Ogromne ilości róŜnokolorowych tulipanów, jaskrawoŜółte Ŝonkile i jeszcze bardziej Ŝółte
krzaki forsycji w kaŜdym ogrodzie, na kaŜdym ogrodzeniu, w kaŜdym parku, wszystkie one
napełniały mnie lękiem.
- Nie guzdraj się tak! - krzyknęła Verena, machając mi niecierpliwie z daleka.
*
Zatrzymałam się i głęboko zaczerpnęłam powietrza. Tylko spokój mnie uratuje!
I 14
Po pierwsze nie zakwitły jeszcze Ŝadne kwiaty, ale zaledwie kilka pojedynczych krokusów i
przebiśniegów, a po drugie trzeba się pospieszyć, bo Werner od matmy zwykle zaczyna
zrzędzić, kiedy ktoś spóźnia się na jego lekcje.
Ruszyłam pędem. Verena teŜ biegła. Niemal natychmiast dopadła mnie kolka.
Przypomniałam sobie wujka, który kilka razy zabierał mnie z sobą na jogging i tłumaczył, Ŝe
naleŜy równomiernie biec i spokojnie oddychać. Brał mnie za rękę, a potem biegaliśmy tak
chyba bez końca. Wtedy teŜ chwytała mnie kołka, ale dopiero po dłuŜszym czasie, a nie po
paru głupich krokach. Kto tam wie, co się ze mną dzieje? Znowu dostałam dziwnych
zawrotów głowy...
Zacisnęłam zęby.
„Cholera, co jest grane? To przecieŜ nienormalne".
- Noro, ty ślamazaro - krzyknęła Verena. - Ruszaj w paszczę lwa...
Verena stała juŜ przed szkolnym budynkiem. Mrugałam, przymykając powieki, poniewaŜ
ś
wiat wirował mi przed oczami, ulica zaczęła się pochylać, a szkoła niewyraźnie kołysać.
Pomyślałam o chorobie Severina, o śmierci, która cicho rosła w jego głowie i zrobiło mi się
niedobrze.
Mimo to nie przerwałam biegu.
- Dziewczyno, co z tobą? - spytała Verena, kiedy w końcu dotarłam na miejsce.
DrŜąc, oparłam się o ścianę.
- To tylko układ krąŜenia... - wystękałam. - Zdarza mi się od czasu do czasu.
Verena patrzyła na mnie, marszcząc czoło. Skwitowała to jednak milczeniem i ramię w ramię
wbiegłyśmy do szkoły.
Zgodnie z przewidywaniami Werner od matmy powitał nas w sposób, który trudno nazwać
Ŝ
yczliwym.
- Szanowne damy spóźniły się niestety prawie dwadzieścia minut - oznajmił rozdraŜniony. -
Co w waszym przypadku znaczy, Ŝe macie dwadzieścia minut mniej na to, Ŝeby coś ściągnąć
i zatuszować swoją niewiedzę.
Wcisnął nam do ręki zeszyty klasowe i wrócił na parapet. ChociaŜ szczerze go
nienawidziłam, to jednak mieliśmy jedną
15
wspólną pasję - tak często, jak to tylko było moŜliwe, Werner siadał na parapecie i wyglądał
przez okno.
Powoli ruszyłam w stronę ławki. Jakub podniósł wzrok, kiedy zajmowałam miejsce obok
niego. Potem uśmiechnął się i przysunął zeszyt na znak, Ŝe jak zwykle uŜycza mi swoich
wiadomości.
Odwzajemniłam uśmiech, ale chłopak zdąŜył juŜ wrócić do liczenia. Dziwny był z niego typ,
miał zafarbowane na zielono włosy, nosił czarne skórzane spodnie, niechlujne bluzy i
masywne, czarne buty, ale uśmiechał się tak łagodnie, jak nikt inny. Był w klasie najlepszy z
arytmetyki, co wyraźnie irytowało Wernera, który zdawał się przekonany, Ŝe jeśli ktoś juŜ tak
wygląda, to musi być głupi jak but, otrzymywać złe stopnie z klasówek i bać się o przejście
do następnej klasy, natomiast Jakub od lat zbierał najlepsze oceny.
Rozejrzałam się po sali. Wszyscy pochylili głowy nad zeszytami. Panowała cisza jak makiem
zasiał, przyjemna cisza. Odetchnęłam z ulgą i zdjęłam kurtkę. Mój strach znikł równie
szybko, jak się pojawił.
Znowu byłam normalna. DrŜenie w środku i zawroty głowy nagle ustąpiły, jakby nigdy nie
istniały.
Spojrzałam w kierunku mojej przyjaciółki. Siedziała w ławce obok Antonia. Chodzili ze sobą
niemal od roku, z pewnymi przerwami. Jego rodzice byli Portugalczykami i podobnie jak
Verena miał kupę rodzeństwa.
- Ej, nie śpij - szepnął ostrzegawczo Jakub i stuknął palcem wskazującym w pierwsze
zadanie.
Mechanicznie sięgnęłam po długopis i przepisałam do zeszytu równanie, nic a nic z tego nie
rozumiejąc.
- Noro, muszę zaraz odwrócić na drugą stronę - wyszeptał. - Pospiesz się...
Jakub przysunął swój zeszyt jeszcze bliŜej mojego i udawał, Ŝe sprawdza wyniki.
- Jakubie, na co czekasz? - zapytał w tej samej chwili Werner, patrząc w naszym kierunku.
- Muszę jeszcze raz to przeliczyć - wymamrotał mój sąsiad, nie podnosząc oczu znad
zeszytu.
16
- A szanowna pani Esslin pomaga ci w tym, Ŝeby było łatwiej? - fuknął matematyk i
opuściwszy swoje stanowisko przy oknie, stanął za nami. Wtedy zamknęłam zeszyt.
Jakub z cięŜkim westchnieniem przewrócił kartkę i dokończył zadanie.
Verena rzuciła mi współczujące spojrzenie i z wściekłością popatrzyła na Wernera.
Wzruszyłam ramionami i resztę lekcji spędziłam zatopiona w marzeniach.
Były to spokojne, łagodne i najnormalniejsze w świecie marzenia.
Od czasu do czasu zerkałam na Jakuba, przesuwałam wzrokiem po pojedynczych piegach na
jego nosie, zielonych zmierzwionych włosach, które opadały mu na oczy i przyrośniętym
płatku ucha, w którym tkwił kolczyk w kształcie smoka.
Oczy Jakuba były ciemne do tego stopnia, Ŝe źrenice zlewały się z tęczówką, wyglądało to
pięknie. W ogóle był przystojny i miło było siedzieć obok niego.
Na prawym kciuku miał małą brodawkę, którą czasami ogryzał w zamyśleniu. Kiedyś grał na
skrzypcach, ale dwa lata temu został perkusistą w zespole rockowym.
Drgnęłam na dźwięk dzwonka, a Werner zaczął zbierać klasówki.
- Głupio wyszło - stwierdził Jakub przepraszająco i zamiast podać zeszyt nauczycielowi,
kiedy ten Ŝądającym gestem wyciągnął ku niemu rękę, szerokim łukiem rzucił pracę na
stojące przed wielką tablicą biurko.
Matematyk zrobił wściekłą minę i syknął w moją stronę, Ŝe na następnej klasówce z
pewnością będę siedziała sama, juŜ on mi to gwarantuje. Po czym odszedł.
- Dlatego byłoby dobrze, gdyby ktoś ci to w końcu wytłumaczył - powiedział Jakub, a na jego
twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. - Lufy z dwóch klasówek, i to jedna po drugiej, mogą
narobić niezłego bigosu.
Skinęłam głową.
- Wiesz, Ŝe w kaŜdej chwili jestem do twojej dyspozycji? Ponownie potaknęłam.
Potem rąŜem z Yereną i Antoniem wyszliśmy na przerwę.
Jak zwykle usiedliśmy we czwórkę na małym trawniku, na tyłach szkoły, tuŜ przy samym
murze. To zaciszne miejsce otaczały ściana hali sportowej, niski murek szkolnego dziedzińca
i opaska z kolczastych krzaków, na których wisiały jeszcze ubiegłoroczne, pomięte, brązowe
liście.
Dla bezpieczeństwa usadowiłam się tak, aby nie musieć oglądać małych, Ŝółtych krokusów,
które wyrosły pod nagą jeszcze brzozą, i podczas rozmowy oparłam się o ogrodzenie.
Mówiliśmy o tym, co lubimy, to znaczy Jakub, Antonio i Vere-na mówili, a ja słuchałam.
- Lubię Antonia - oznajmiła Verena.
- A ja Verenę - stwierdził Antonio. - Lubię jeszcze być sam
w domu.
- Tak, teŜ to lubię - westchnęła przeciągle moja przyjaciółka. - To prawdziwy luksus.
- Ja lubię moją perkusję - rzucił Jakub. - I swój zespół,
i lato w Irlandii.
- A ja Portugalię - oświadczył Antonio.
- A ja Disneyland - Verena wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Nie ten w ParyŜu, ale ten
prawdziwy na Florydzie.
Na Florydzie mieszkała moja ciotka Fiona i kiedy umarła, polecieliśmy tam, poniewaŜ mama
była do niej bardzo przywiązana. Błagałam wtedy, Ŝebyśmy poszli teŜ do Disneylandu, ale
mama burknęła coś o fatalnych warunkach panujących w slumsach na przedmieściach
amerykańskich miast i o milionach zmarnowanych dolarów, które wydano na idiotyczne parki
rozrywki. Dlatego zamiast Disneylandu odwiedziłam na Florydzie cmentarz.
- A ty, Noro, co lubisz? - zapytał nagle Jakub.
- Nie wiem - rzuciłam nerwowo.
- Musisz chyba wiedzieć, co lubisz - zdziwił się Antonio. Jeszcze szczelniej opatuliłam się
kurtką i spojrzałam do
góry, w oślepiające, wiosenne niebo.
- Lubię zimę - odpowiedziałam w końcu. - Lubię, gdy jest zimno. Chętnie wychodzę wtedy
na spacer...
- Sama? MoŜe miałabyś ochotę na towarzystwo? - zapytał Jakub, lekko szturchając mnie
ramieniem.
I 18
- Zwykle sama - przyznałam niezdecydowanie.
- Tak, sama z walkmanem na uszach - dodała Verena. -Nastawiasz go tak głośno, Ŝe na
pewno uszkodził ci juŜ słuch.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Lubię głośną muzykę - powiedziałam i przygryzłam wargi, poniewaŜ ta rozmowa zabrnęła
za daleko. Ostatecznie nigdy dotąd nie wspominałam o swoim potwornym strachu i tych
osobliwych stanach, które przypominały umieranie. Głośna muzyka rzeczywiście sprawiała
uszom ból, a mimo to słuchałam jej, poniewaŜ dawała mi poczucie rzeczywistości i
normalności, gdy czułam, Ŝe staczam się w pustkę.
- Wcześniej chodziłam na spacer z psem - wyartykułowałam z trudem, chcąc skierować
rozmowę na inne tory.
- A więc nie tak zupełnie sama - stwierdził Jakub z zadowoleniem i kilka razy postukał
ciepłym palcem w moją zziębniętą dłoń.
Skinęłam głową.
- TeŜ mam psa - ciągnął dalej.
- Od kiedy? - spytała zaskoczona Verena. Mieszkała na tej samej ulicy co Jakub i zwykle
doskonale orientowała się w jego sprawach.
- Od tygodnia. To pies mojego dziadka, który przeniósł się do domu spokojnej starości, a tam
nie wolno trzymać takiej bestii.
Jakub spojrzał na mnie.
- To jak, wybierzemy się kiedyś do lasu z tym starym kudłaczem?
- Nie wiem - wybąkałam.
W tej samej chwili rozległ się dzwonek. Zerwałam się jak oparzona i kątem oka zauwaŜyłam,
Ŝ
e Jakub patrzy na mnie badawczo swoimi ciemnobrązowymi oczyma. Lekko rozdraŜniona
ukryłam zimne dłonie w kieszeniach kurtki i wróciłam do szkoły, oddalona spory kawałek od
całej reszty.
* Tej nocy znowu śniły mi się robaki.
19
з
І
Cała historia z robakami uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba. Było to chyba krótko
po moich trzynastych urodzinach, od niedawna miałam wtedy okres, tak czy owak czułam się
więc fatalnie.
Akurat nocowała u mnie Verena. Był środek nocy, mój pokój tonął w ciemnościach. Tylko od
czasu do czasu, gdy na zewnątrz przejeŜdŜał jakiś samochód, po ścianie przez parę sekund
tańcowały jasne cienie.
Rozmawiałyśmy, leŜąc obok siebie na moim piętrowym łóŜku.
- Ile razy juŜ miałaś? - spytała Verena.
- Cztery - odparłam.
Verena dostała okres juŜ rok wcześniej.
-1 dalej uwaŜasz, Ŝe to takie straszne, jak ci się wydawało?
- Nie wiem... - wydusiłam z siebie. - Na pewno trochę obrzydliwe. Mam na myśli tę ciemną
krew.
- Uhm - wymruczała Verena. - UŜywasz podpasek czy
tamponów?
Przez chwilę milczałam, gapiąc się w ciemność.
- Właściwie myślałam o tamponach - w końcu powiedziałam cicho. - Ale...
- ... ale co? - powtórzyła Verena.
- Nie mogę sobie poradzić - wydusiłam. - To znaczy nie jestem w stanie, no po prostu nie
wchodzą...
- Na początku teŜ miałam trudności, ale potem go wsadziłam, bo podpaski są jeszcze gorsze.
Zamilkłam i przypomniałam sobie ostatnie miesiące. Tak, Verena miała rację. Podpaski były
obrzydliwe i zawsze bałam się, Ŝe ktoś moŜe je u mnie zauwaŜyć albo poczuć, Ŝe ich
uŜywam. Na początku pachniały jak perfumowane i ten zapach od razu utrwalił się w mojej
pamięci, wydawało mi się, Ŝe wszyscy wokół czują tę lekką woń perfum. Później, kiedy w
końcu się ulotniła, miałam wraŜenie, Ŝe zamiast tego roztaczam zapach krwi.
| 20
Mieliśmy w domu całą masę ksiąŜek poświęconych edukacji seksualnej i mama wciąŜ
przynosiła z księgarni nowe pozycje na ten temat. Oczywiście, w zasadzie wiedziałam, o co w
tym wszystkim chodzi, jak to funkcjonuje i skąd się bierze.
Ale właściwie nie to było najgorsze. Niepokoiły mnie ogromne ilości krwi, które traciłam co
miesiąc, poniewaŜ czytałam, Ŝe macica u młodych dziewcząt wielkością nie przekracza
rozmiarów włoskiego orzecha. Zatem jak to moŜliwe, Ŝeby kaŜdego miesiąca gromadziło się
w niej tyle krwi?
A moŜe byłam chora?
LeŜałam w ciemnym pokoju obok Vereny i czułam rosnący niepokój. Zaczęłam wsłuchiwać
się w siebie.
„MoŜe mam guza w podbrzuszu, tak jak ciotka Fiona z Florydy?"
OstroŜnie zaczęłam obmacywać swój brzuch, podczas gdy Verena opowiadała o pewnym
chłopaku z naszej grupy konfir-macyjnej*, w którym od jakiegoś czasu się bujała.
- Powiedział, Ŝe chętnie poszedłby ze mną do kina - relacjonowała z satysfakcją.
Nie odezwałam się, gdyŜ w tej samej chwili powaliła mnie fala przeraŜenia. Z prawej strony
pępka wyczułam miejsce, które było bardziej twarde niŜ reszta brzucha. Przy tym wcale nie
bolało, ale przypominało guz.
- Spisz juŜ? - zapytała Verena.
- Nie, nie... - wymamrotałam, a moje palce trzęsły się do tego stopnia, Ŝe musiałam
przytrzymywać jedną rękę drugą.
- Dlaczego jesteś taka milcząca? - dopytywała się przyjaciółka.
- Wcale nie jestem milcząca - odparowałam.
- PrzecieŜ jesteś - Verena obstawała przy swoim. - TeŜ bujasz się w Konradzie? MoŜesz mi
to spokojnie powiedzieć.
- Bzdura, nie jestem zakochana - odpowiedziałam wściekła i znowu zaczęłam macać brzuch
w poszukiwaniu guza,
* Konfirmacja: w wyznaniach protestanckich uroczyste przyjęcie do gminy kościelnej
młodzieŜy w wieku 14-18 lat, poprzedzone zdaniem egzaminu i publicznym wyznaniem
wiary. W katolicyzmie czasem synonim bierzmowania (przyp. tłum.).
21
ale juŜ go nie odnalazłam. Jak szalona uciskałam miejsce wokół pępka i sama słyszałam
swoje ciche jęki, chociaŜ rozpaczliwie starałam się je stłumić.
- Co się dzieje, Noro? - spytała przestraszona Verena.
- Nic, to tylko ból brzucha... - wyszeptałam.
- Bardzo boli? - zaniepokoiła się.
- Nie, ujdzie - odpowiedziałam drŜącym głosem. Verena podała mi swoją dłoń i wkrótce
potem udało mi się
zasnąć.
*
Następnego dnia rano juŜ tam były. Dokładnie przypominam sobie moment tuŜ po
przebudzeniu. Zapomniałyśmy wieczorem spuścić rolety i dlatego, kiedy otworzyłam oczy, w
pokoju było juŜ dosyć jasno. Verena jeszcze spała, zwinięta w kłębek i zwrócona twarzą ku
ś
cianie.
Najpierw zamrugałam, spoglądając w kierunku okna. Na dworze padało, a liście na drzewie,
które rosło nieopodal, nabrały kolorów i zaczęły opadać. Pojedyncze ptaki na niebie stąd, z
górnego poziomu piętrowego łóŜka, wyglądały jak liście gnane przez wiatr. Chaotycznie
wirowały tam i z powrotem. Owinęłam się jeszcze szczelniej kołdrą i połoŜyłam na plecach.
Była niedziela rano, wokół panowała zupełna cisza.
I wtedy je zobaczyłam! Cały sufit nad moją głową i moją twarzą roił się od maleńkich,
róŜowiutkich stworzeń; był doszczętnie usiany grubym, mięsistym, pełzającym robactwem.
LeŜałam osłupiała, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Moje ciało było jak sparaliŜowane. Mój
brzuch zrobił się zimny, a zaraz potem, oprócz złowieszczego, lodowatego chłodu, poczułam
straszliwe łaskotanie i burczenie. Z trudem zdołałam ruszyć ręką i spanikowana przycisnęłam
ją do zimnego, chorego podbrzusza. Oczywiście, nie miałam wątpliwości, Ŝe właśnie stamtąd
pochodzą robaki. Wylazły ze mnie, wypełzły z mojej waginy, z której kilka tygodni wcześniej
wypłynęła lepka, ciemna krew.
W tej samej chwili obudziła się Verena.
| 22
- Fu! co tu się dzieje? - zawołała przeraŜona, uciekając z łóŜka. Potknęła się na drabince i
pojękując wylądowała na miękkim dywaniku.
- Złaź Noro, ratuj się! - krzyknęła w moją stronę. Nagle odzyskałam władzę w członkach i
milimetr po milimetrze zaczęłam przesuwać się w kierunku drabinki.
Miałam wraŜenie, Ŝe obudziłam się drugi raz i Ŝe to Verena pierwsza odkryła straszliwe
robactwo na suficie.
- Skąd to się wzięło? - wrzasnęła, pędząc do kuchni po odkurzacz.
- No, trzeba go podnieść... - z trudem wysapała. - Cholera, gdzie tu jest w pobliŜu jakieś
gniazdko?
Automatycznie wyciągnęłam kabel z odkurzacza i drŜącymi palcami wsadziłam go do
gniazdka.
- Wynoście się stąd, bestie! - zawołała wojowniczo Verena, przeciągając odkurzaczem po
suficie.
Kilka robaków spadło obok niej na moje rozgrzebane łóŜko.
- Fu! - ponownie wzdrygnęła się z obrzydzenia. - Szybko, Noro, podaj mi coś, Ŝebym mogła
je ukatrupić!
Ale ja ani drgnęłam.
- Najlepiej nasz podręcznik do matmy, jest gruby, wielki i wystarczająco ohydny, doskonale
się do tego nadaje!
- Nie mogę, naprawdę nie... - wyszeptałam niemal bezdźwięcznie, tępo gapiąc się w sufit.
- Co powiedziałaś? - krzyknęła Verena, nie przerywając odkurzania.
Z trudem odwróciłam wzrok i ostroŜnie zaczęłam lustrować odkurzacz, który stał pośrodku
mojego łóŜka. W jego brzuchu, w szarym worku pełzało teraz to całe mrowie cielistych
robaków.
W tej samej chwili do pokoju wsadził głowę ojciec.
- Co wy tu wyczyniacie, do stu diabłów? - odezwał się z wyrzutem w głosie.
Stał w drzwiach jak olbrzym, w samym szlafroku, z rozczochranymi włosami i patrzył
błędnym wzrokiem na Verenę i nasz hałaśliwy odkurzacz. Tiktak, mój pies, przystanął obok i
merdając ogonem, lizał jego palce u stóp. Robił tak zawsze,
23
gdy tylko udało mu się znaleźć kogoś, kto miał akurat bose
nogi.
- Porządki? W niedzielę o ósmej rano? - podniósł głos, bo za pierwszym razem nie doczekał
się odpowiedzi. - To raczej nie w waszym stylu. Zwykle jesteście specjalistkami od
ś
miecenia, a parszywe sprzątanie wolicie zostawić
starym.
Verena milcząco wskazała sufit, po którym pełzało jeszcze
kilka pojedynczych robaków. Ojciec odchylił głowę.
- Miły BoŜe - odezwał się po chwili, a jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia. - A te skąd
się tu wzięły?
Stałam sztywno, trzęsąc się z zimna. SkrzyŜowałam ręce i mocno przycisnęłam przedramiona
do lodowatego podbrzusza, w którym wciąŜ jeszcze burczało.
- Noro, moŜesz mi to jakoś wytłumaczyć? - zapytał ojciec i wspiął się kawałek po
umocowanej do piętrowego łóŜka drabince, Ŝeby z bliska przyjrzeć się maleńkim robakom.
Potrząsnęłam głową, próbując dojść do siebie. Jak dotąd nikomu nie przyszło na myśl, Ŝe
mogę mieć coś wspólnego z tymi straszliwymi stworzeniami, ani Verena, ani ojciec nawet o
tym nie napomknęli. Czyli robaki na pewno nie wylazły
ze mnie.
Ojciec usunął kilka z nich z tapety, na którą zdąŜyły juŜ wpełznąć. Z kaŜdą minutą było ich
jednak coraz mniej i wkrótce widmo zupełnie znikło.
Tata zabrał odkurzacz i odniósł do kuchni. Tam ostroŜnie go otworzył, szybko wyciągnął ze
ś
rodka pojemnik i opróŜnił całą zawartość do worka na śmieci, który następnie mocno
zawiązał na supeł.
- Chodź, Tiktaku, pójdziemy sobie na poranny, niedzielny spacerek - zawołał potem - i
wrzucimy ten obrzydliwy worek głęboko do pojemnika na śmieci.
Tiktak popędził zadowolony do drzwi, a ojciec, ziewając, poczłapał za nim. Siedziałam
oszołomiona przy kuchennym stole, mocno uczepiwszy się blatu.
- Hej, Noro, juŜ po wszystkim! - krzyknęła radośnie Vere-
| 24
na, sadowiąc się obok mnie. - Wiesz, Ŝe jesteś blada jak ściana? - stwierdziła i dla otuchy dała
mi kuksańca w bok. W końcu przemogłam się i zapytałam cicho:
- Vereno, skąd się wzięło to paskudztwo?
- To będzie następna rzecz, jaką teraz rozpracujemy - odparła, rozglądając się po kuchni. - W
kaŜdym razie tu go nie ma - stwierdziła z zadowoleniem. - A zatem musiało zadomowić się w
twoim pokoju. Mało apetyczna wizja.
Verena pociągnęła mnie za rękaw koszulki.
- Chodź Noro, ruszamy na poszukiwanie tych tajemniczych robaków...
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a ja spróbowałam odpowiedzieć tym samym, ale mi nie
wyszło. Strach, Ŝe robactwo mogło wyleźć ze mnie, mimo wszystko nie znikł jeszcze
całkowicie. Wróciłyśmy do pokoju. - AŜ ciarki przechodzą, co nie? -wycedziła Verena i
ostroŜnie otworzyła szafę, Ŝeby zajrzeć do środka. - Przechowujesz tu jakąś tajną wałówkę,
zapomnianego keksa albo resztki starej, zmumifikowanej pizzy?
Potrząsnęłam głową, podczas gdy moja przyjaciółka wypatrywała juŜ czegoś za starym
pianinem, a potem zajrzała pod komodę i za kaloryfer.
- Nic i jeszcze raz nic - wymamrotała z Ŝalem. - A co tam stoi za twoimi drzwiami? - zapytała
nagle, wskazując ogromną torbę z suchą karmą dla Tiktaka, którą mama przywiozła tydzień
temu z hurtowni zoologicznej i postawiła tam, kaŜąc mija zanieść do piwnicy, poniewaŜ była
za duŜa, Ŝeby trzymać ją w kuchni. Ale, jak zwykle, zupełnie wypadło mi to z głowy i worek
nadal stał w moim pokoju.
- Zapas karmy dla Tiktaka - oznajmiłam, wzruszając ramionami.
Verena, jakby coś przeczuwając, mlasnęła językiem i ostroŜnie zbliŜyła się do worka.
Czubkami palców rozwarła ogromną papierową torbę i aŜ krzyknęła.
- Noro, musisz to zobaczyć - zawołała chwilę później, wyraźnie poruszona. - Ale weź się w
garść, bo padniesz trupem.
Zebrałam więc wszystkie siły i szybko zajrzałam do otwar-
| 25
tego worka z karmą. W środku aŜ roiło się od maleńkich, róŜowych robaków. Miałam
wraŜenie, Ŝe karma oŜyła.
- Obrzydlistwo, no nie? - zapytała Verena, wzdrygając się
ze wstrętem.
Przytaknęłam, ale w głębi duszy odetchnęłam z ulgą. Czułam się zdrowa, oŜywiona i lekka
jak piórko.
Skąd przyszło mi do głowy, Ŝe mogłabym mieć coś wspólnego z tymi robakami?!
Teraz odwzajemniłam uśmiech Vereny, a potem ostroŜnie chwyciłam ten okropny worek i
wyrzuciłam go do kontenera na śmieci.
* JednakŜe od tamtej pory wciąŜ śnią mi się robaki. Wszystkie sny mają ten sam scenariusz.
Zawsze jest tam Tiktak, mój mieszany irlandzki seter o miękkiej, wełnistej sierści, który
zeszłej zimy zginął pod kołami samochodu. Jesteśmy razem w lesie, czasami siedzę na
trawniku z Vereną i całą resztą albo gram na swoim oboju w szkolnej orkiestrze. Na początku
zawsze jest cudownie, a ja czuję się znacznie szczęśliwsza niŜ na jawie. Tiktak leŜy u moich
stóp, jak to miał w zwyczaju, najczęściej jestem boso, a wtedy liŜe mi palce, podnosi łeb i
patrzy na mnie, merdając ogonem.
A potem zjawiają się robaki. WyłaŜą mi z ust, niekiedy nawet z oczu. Przyciskam ręce do
buzi i przymykam powieki, ale wszystko na nic, bo jest ich coraz więcej i więcej.
Mam jednak wraŜenie, Ŝe nikt poza mną nie widzi robactwa. Spacerowicze w lesie, moi
szkolni koledzy ani dyrygent naszej orkiestry, nikt nie przychodzi mi z pomocą, nikogo ono
nie przeraŜa, nikt nie zwraca na nie najmniejszej uwagi. Powoli tonę i umieram pod zwałami
robaków. I za kaŜdym razem, kiedy budzę się z tego snu, moja twarz jest mokra od łez.
NajwaŜniejsze jednak, Ŝe się budzę. Jako dziecko byłam bowiem święcie przekonana, Ŝe
ś
mierć we śnie oznacza równieŜ śmierć na jawie.
- To niemoŜliwe, Noro - w kółko powtarzała mi mama, gdy
| 26
wieczorem broniłam się przed zaśnięciem. - Sen to sen i nic więcej. Nic ci nie grozi, ręczę za
to.
Ale ja nie byłam tego wcale taka pewna. WciąŜ śmiertelnie się bałam.
4
W końcu wybrałam się z Jakubem na spacer do lasu. Nastała juŜ prawdziwa wiosna,
wszystkie drzewa delikatnie pozieleniały i na kaŜdej, nawet najmniejszej gałązce nabrzmiały
pąki drobnych, jasnozielonych liści.
- Pięknie tutaj, co nie? - zawołał wesoło Jakub, rzucając psu kij.
Natychmiast stanął mi przed oczyma obraz Tiktaka i jak zwykle najpierw przypomniała mi
się jego śmierć.
- Mój pies w ubiegłym roku wpadł pod samochód - powiedziałam cicho, patrząc w ziemię.
Jakub spojrzał na mnie, ale nie odezwał się słowem, o nic teŜ nie zapytał.
Przez dłuŜszą chwilę maszerowaliśmy w milczeniu.
- Poszłam z nim na spacer - dodałam potem. - W gruncie rzeczy to był piękny dzień.
Ponownie zamilkłam, poniewaŜ czułam, Ŝe zaczyna mnie boleć głowa. MoŜe lepiej nie
myśleć ani nie mówić o Tik-taku.
Ten jasny las działał mi na nerwy.
- Zimno mi - zaczęłam w końcu marudzić. - Daleko jeszcze?
- PrzecieŜ nie idziemy nawet kwadrans - odparł Jakub, uśmiechając się do mnie. - MoŜe
chcesz moją kurtkę?
Potrząsnęłam głową, na próŜno próbując wyprzeć z pamięci tamto feralne popołudnie, kiedy
zginął Tiktak.
- Wolę lasy iglaste od liściastych - oznajmiłam przygnębiona.
27
- Naprawdę? Ja wolę liściaste - stwierdził mój kompan, ponownie rzucając psu kij. Był to
mały, dziki spaniel, posiwiały wokół mordy i niespecjalnie ładny, ale za to szybki jak strzała i
niesłychanie radosny.
- Kasper, moŜe tak przyniósłbyś jakiś kij z powrotem, nie chce mi się ciągle szukać nowych.
Kasper zaszczekał radośnie i po chwili, robiąc wielkie łuki, zaciągnął kij w gęstwinę.
- Szalone bydlę - rzucił Jakub, wzruszając ramionami.
- Mój pies został przejechany na polnej drodze - usłyszałam nagle swój głos. - Przez czarne,
sportowe auto z przyciemnionymi szybami. Kierowca jechał za szybko i po prostu pognał
dalej, zupełnie nie przejmując się tym, co zrobił...
Słyszałam, jak mój głos drŜy, Jakub teŜ to zauwaŜył. Przystanęliśmy i nagle mocno oparłam
głowę na jego ramieniu.
- Zaniosłam Tiktaka na skraj drogi i tam go połoŜyłam. Śnieg na poboczu był jeszcze świeŜy
i wyglądał jak biały dywan.
Poczułam, Ŝe Jakub bierze mnie w ramiona i lekko głaszcze po plecach.
Kasper skakał wokół naszych nóg, głośno skowycząc, jakby protestował przeciwko tak
długiemu, przymusowemu postojowi pośrodku lasu.
- Nie miał Ŝadnych widocznych ran, ale nie wstał juŜ więcej, leŜał tak cicho i tylko na mnie
patrzył.
Nagle po zimnej twarzy spłynęły mi ciepłe łzy.
- Patrzył i patrzył, a potem nagle jego oczy zgasły i zdechł... Zesztywniałam na samo
wspomnienie i szybko odsunęłam
się od Jakuba.
- Idźmy juŜ - wybąkałam.
- OK - odpowiedział i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jakub opowiadał o swojej kapeli, rzucał
Kasprowi kolejne
kije, zapalił papierosa i podarował mi mały kamień, który rzekomo przypominał kształtem
serce.
- MoŜe nie jest perfekcyjne, ten róg zdaje się zbyt kanciasty, a szpic na dole niedostatecznie
ostry - przyznał, trzymając kamień na wysokości mojej twarzy. - Ale jeśli przymknąć
28
oczy na te szczegóły, to mamy niemal doskonałe serce - stwierdził, wciskając mi go do ręki.
- Dla ciebie - powiedział, patrząc na mnie swoimi czarnymi oczyma.
- Dzięki - wydukałam i było to pierwsze słowo, jakie padło z moich ust po opowieści o
gasnącym wzroku Tiktaka.
*
Wróciliśmy autobusem. Jakub usiadł obok mnie, a Kasper rozłoŜył się wygodnie na jego
kolanach.
- Co teraz robimy? - zapytał chłopak, kiedy autobus zaczął się zbliŜać do śródmieścia. -
Chcesz wracać do domu, a moŜe masz ochotę na spacer po centrum?
- Wolę wrócić do domu - odparłam i pogłaskałam Kaspra po mordzie.
- OK, wolisz wracać sama, czy moŜemy zaszczycić cię jeszcze przez chwilę swoją
obecnością?
Jakub uśmiechnął się, a Kasper przelazł na moje kolana.
Odwzajemniłam uśmiech i nagle poczułam, Ŝe serce zaczyna mi mocniej bić.
„Czy to moŜliwe, Ŝebym się zadurzyła w Jakubie?"
Spojrzałam na jego miłą, regularną twarz, zwichrzone, zielone włosy i od razu zrobiło mi się
lepiej.
- Jasne, Ŝe moŜecie - odparłam.
- Super - ucieszył się Jakub.
Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu, ale to było miłe milczenie.
- Tu musimy wysiąść - powiedziałam w końcu i nacisnęłam guzik stop.
Podczas wysiadania trzymałam na rękach Kaspra, a Jakub szedł tak blisko, Ŝe kilkakrotnie
otarliśmy się o siebie.
Na chodniku postawiłam ruchliwego spaniela z powrotem na ziemię.
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale jesteś najmilszą dziewczyną z całej klasy - wyznał w tej
samej chwili Jakub.
Poczułam, Ŝe moją twarz okrywa rumieniec, dlatego szyb-
29
ko pochyliłam się, Ŝeby pogłaskać psa. Jednocześnie gorączkowo myślałam, jak mam się
zachować w tej sytuacji. Chętnie powiedziałabym Jakubowi, Ŝe teŜ go lubię, nawet bardzo, Ŝe
ma piękne oczy, Ŝe ładnie pachnie i Ŝe było mi przyjemnie, kiedy czasem przez przypadek
musnął mnie w szkole, ale nie
zdobyłam się na to.
ToteŜ dalej milczałam i szliśmy obok siebie bez słowa, z dyszącym Kasprem na smyczy,
który ciągnął i wyrywał się do przodu, jakby od tygodni był trzymany na uwięzi, a nie
dopiero co wrócił z dwugodzinnej, szaleńczej gonitwy po lesie.
- Do nogi, wariacie! - powtarzał w kółko Jakub, ale Kasper wyraźnie nic sobie z tego nie
robił.
Zaraz potem skręciliśmy w stromą, boczną uliczkę. Na jej końcu znajdował się maleńki park,
a właściwie rozległa, ogrodzona łąka z trzema Ŝwirowymi dróŜkami i kilkoma ławkami.
Mimo to nazywaliśmy ją „małym parkiem". Z tyłu, tuŜ za nią,
stał mój dom.
Ruszyliśmy stromą uliczką w górę. Nagle mój wzrok padł na dom Maiera. Nazywano go tak,
odkąd sięgam pamięcią, był to najmniejszy dom na ulicy i jeszcze dwa lata temu mieszkał
tam niski, szczupły pan Maier, który nie znosił dzieci i z dachowego okna strzegł swojego
maleńkiego ogrodu, a ilekroć jakieś dziecko zbliŜyło się do tego przybytku, wpadał we
wściekłość. Przy tym ów mały ogród był zapuszczony i sprawiał wraŜenie, jakby jego jedyną
roślinność stanowiły kolczaste zarośla i krzaki. Ale właśnie dlatego jak magnes przyciągał
kolejne pokolenia dzieciaków z dzielnicy. JuŜ sama moŜliwość wczołgania się tam ukradkiem
była czymś wielce ekscytującym. Bawiliśmy się wtedy w poszukiwanie skarbu, a najbardziej
podniecającym punktem tych popołudniowych harców był groźny właściciel, który czaił się
przy oknie, Ŝeby przyłapać nas na sekretnych wyprawach. Potem jednak zachorował i
pewnego dnia znikł. Sąsiedzi twierdzili, Ŝe przeniósł się do domu spokojnej starości, ale to
było juŜ długo po moich eskapadach do domu Maiera. Od tamtej pory budynek stał pusty. Był
mały, niepozorny i szary, toteŜ wszystko wskazywało na to, Ŝe nieprędko znajdzie
właściciela, równieŜ niewielki, zanie-
30
dbany, naroŜny kawałek ziemi nie nęcił Ŝadnego kupca, dlatego z czasem wszyscy przywykli
do widoku zapuszczonego, pustego damu Maiera.
- Rozbierają dom Maiera! - krzyknęłam zdumiona i aŜ przystanęłam z wraŜenia.
Rzeczywiście, mała koparka z firmy zajmującej się pracami wyburzeniowymi przetaczała się
z łoskotem przez ogródek, a stary płot z czarnych Ŝelaznych prętów, powyginanych w esy-
floresy, który starannie okalał dom, był juŜ zdemontowany i leŜał w kawałkach na posłaniu z
przydeptanych krzaków. Koparka nie milkła ani na moment. Za pomocą ogromnych
Ŝ
elaznych noŜyc z wielkim hukiem przepołowiła budynek. Wokół grzmiało i huczało, a dom
spowiła wielka chmura pyłu, która bardzo powoli zaczęła się rozrzedzać.
- Popatrz, łazienka jest odsłonięta! - zawołałam w stronę Jakuba, próbując przekrzyczeć
panujący huk.
Jakub skinął głową i zatkał sobie uszy. Gapiłam się jak urzeczona, nie mogąc oderwać
wzroku od domu Maiera, który teraz zamienił się w ruinę. Widziałam, jak zielona wanna z
hukiem przewraca się i uderza o ziemię. Po chwili jej los podzieliły zielone kafelki. Potem
nastąpiła agonia salonu. Miał Ŝółtawą tapetę, a u sufitu jeszcze kołysał się staromodny,
brzydki Ŝyrandol, który rozhuśtany spadł w końcu na hałdę razem z walącym się stropem.
Patrzyłam na to z zafascynowaniem.
- Noro, moŜe pójdziemy juŜ powoli? - Jakub zawołał w moją stronę. - Ten hałas jest
koszmarny. I robi mi się smutno, kiedy patrzę, jak burzą dom.
Ale ja wcale nie miałam ochoty stąd odchodzić. Jak urzeczona gapiłam się na zrujnowany
dom Maiera. Koparka przecinała właśnie okno dachowe, za którym rozjuszony, stary pan
Maier zwykł na nas czatować. Szyba rozprysła się w drobny mak, podnosząc nową chmurę
pyłu. Dachówki z hukiem spadały na dół. Parę z nich uderzyło nawet o chodnik na rogu ulicy.
Kilka minut później z domu Maiera pozostała juŜ tylko sterta gruzu, cegieł, pyłu i
połamanego drewna. Na samym środku gruzowiska leŜały stare, wygięte, drewniane schody.
Przedstawiało to przygnębiający widok.
31
- Tak szybko wszystko przemija - westchnęłam i ogarnęło mnie osobliwe uczucie. To strach,
który doskonale znałam, ale tym razem dało się go jeszcze wytrzymać. Przypomniał o sobie
tylko wewnętrznym drŜeniem, które wstrząsnęło moim
ciałem.
- OK, chodźmy - powiedziałam oszołomiona, rzucając ostatnie spojrzenie na resztki domu
Maiera.
Przeszliśmy przez mały park.
- Często przyglądam się burzeniu domów - powiedziałam cicho, zamykając za sobą drzwi. -
Ale tak od początku do końca jeszcze nigdy tego nie widziałam. W wypadku duŜych
budynków trwa to znacznie dłuŜej, ale mały dom Maiera widać nie był wielkim wyzwaniem.
Jakub skinął głową i nagle ogarnął mnie głęboki smutek.
„Tak szybko wszystko przemija. Moja świnka morska, mój pies, mój wujek, a nawet dom
Maiera. Tylko śmierć Lei była powolna. I śmierć ciotki z Ameryki".
Westchnęłam głęboko i poczułam rosnącą falę strachu i rozdraŜnienia. Weszliśmy do mojego
pokoju.
- Co ci jest? - zapytał zdziwiony Jakub.
- Dlaczego pytasz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Nagle posmutniałaś.
- Bzdura - odburknęłam, sadowiąc się na moim ulubionym parapecie. Jakub usiadł na
miękkim dywaniku i drapał Kaspra za kędzierzawym, długim uchem.
- Często bywasz smutna - stwierdził po dłuŜszym milczeniu. - To znaczy, masz smutne
spojrzenie.
Popatrzyliśmy na siebie.
- Piękne, smutne spojrzenie - uzupełnił szybko. - Lubię
twoje oczy i ich kolor.
- Jest dziwaczny - odpowiedziałam.
- Wcale nieprawda, Noro Esslin - zaprzeczył Jakub, podszedł do mnie i z bardzo bliska zaczął
się przyglądać moim
oczom.
- Owszem, są trochę brązowe, trochę zielone i trochę szare, co po wymieszaniu daje kolor
kałuŜy. ChociaŜ mama ma
| 32
piękne ciemnobrązowe oczy, a ojciec niebieskie. Tylko mój wujek miał... Zamilkłam.
- Ale kolory w twoich oczach wcale nie są wymieszane -stwierdził Jakub. - Wręcz
przeciwnie, to czyste, barwne cętki ułoŜone jedna obok drugiej. Jak w drogocennej mozaice.
Wtedy pocałowałam go, ot tak po prostu. Zaskoczyłam tym samą siebie. To był leciuteńki
pocałunek, nasze usta zaledwie musnęły się przez krótką chwilę, ale od dawna nie przeŜyłam
czegoś równie pięknego.
- Włączyć jakąś muzykę? - zapytałam zaraz potem i szybko ruszyłam w stronę wieŜy stereo.
- OK - odpowiedział Jakub, wracając na miękki dywanik, gdzie spał Kasper.
Niespokojne drŜenie, które czułam wewnątrz, na chwilę ustało. UlŜyło mi. Wrzuciłam do
odtwarzacza pierwszą lepszą płytę i równieŜ usadowiłam się na dywanie, z drugiej strony
Kaspra. Jakub głaskał jego głowę, a ja plecy. Po pewnym czasie zaczęłam gładzić palce
Jakuba, a on moje.
Robiłam to po raz pierwszy w Ŝyciu, mimo Ŝe skończyłam juŜ szesnaście lat i prawie
wszystkie dziewczyny w klasie miały chłopaka.
Chwilę później usłyszałam jednak, Ŝe mama wróciła do domu, i cofnęłam rękę. Ucieszyła się,
widząc, Ŝe mam gościa, i zaprosiła Jakuba na kolację.
- Niestety, to niemoŜliwe - odmówił grzecznie. - Muszę wrócić do domu, mama wybiera się
dziś wieczorem do teatru, a Eike nie moŜe zostać sam.
Eike był młodszym bratem Jakuba. Miał czternaście lat i cierpiał na autyzm. Nie mówił i Ŝył
we własnym, wyimaginowanym świecie. Dotychczas widziałam go tylko jeden raz na
szkolnej uroczystości, podczas której towarzyszył Jakubowi. Cichy i niemy nie odstępował
brata jak cień. Był równie przystojny, miał te same ciemne oczy oraz regularne rysy twarzy.
- Wygląda na zupełnie zdrowego - stwierdziła pewnego razu Verena, gdy na przerwie
siedzieliśmy na trawniku.
I 33
Jakub skinął głową, ale potem wyjaśnił nam, Ŝe Eike niekiedy przez kilka dni nie chce wyjść
z domu i potrafi długo bezgłośnie płakać, a oni nie mają zielonego pojęcia, co mu dolega.
Czasami wrzeszczy, równieŜ całymi godzinami.
- Jak wilk, który wyje do księŜyca - stwierdził Jakub. Odprowadziłam gościa do drzwi.
- Szkoda, Ŝe musisz juŜ iść - powiedziałam po cichu.
- Mogłabyś pójść ze mną - zaproponował. Przypomniałam sobie Eike i wszystko, co
wiedziałam na
jego temat. Ta myśl wytrąciła mnie z równowagi.
- Innym razem - odparłam niezdecydowanie.
- Słowo? - spytał Jakub. Skinęłam głową.
- Bo dziś było cudownie - stwierdził. Znowu kiwnęłam głową.
- Masz jeszcze mój kamień?
Po raz trzeci powtórzyłam ten sam gest.
- A umiesz mówić? - zapytał. Uśmiechnęłam się.
-Tak.
- I potrafisz teŜ całować? - zadał kolejne pytanie.
- PrzecieŜ widziałeś - odparłam.
- Jakoś sobie nie przypominam - powiedział. - MoŜe to
było zbyt dawno temu.
Podniosłam się na palce i pocałowałam Jakuba w czubek
nosa.
Następnego dnia była sobota. Obudziłam się wczesnym rankiem, ale nie wstałam z łóŜka. Po
prostu leŜałam sobie, patrząc przez okno i myśląc o Jakubie, który w tej chwili na pewno
jeszcze spał. Na dworze padał deszcz, a porywisty wiosenny wiatr targał drzewem za oknem.
„Czy Jakub dziś zadzwoni? MoŜe zapyta, czy mam ochotę wybrać się z nim i Kasprem na
leśną przechadzkę? Ale przy takiej pogodzie raczej nie będzie mu się chciało spacerować po
lesie. Tak, chyba nie. Większość ludzi woli zostać w domu, kiedy pada".
34
Tylko ja właśnie w taką pogodę lubiłam włóczyć się po dworze.
Przewróciłam się na brzuch, próbując określić swoje uczucia do Jakuba.
„Czy jesteśmy juŜ parą? A moŜe to wczoraj to był tylko mały flirt? Dwa leciuteńkie pocałunki
mogą znaczyć wiele i nic".
Poczułam rosnący niepokój.
„Czy Jakub jest we mnie zakochany? W kaŜdym razie nie powiedział tego. Stwierdził
jedynie, Ŝe jestem najmilszą dziewczyną w klasie. Ale co to tak naprawdę znaczy? Potem
przez kilka minut leciutko muskał moje palce. Wcześniej oświadczył, Ŝe mam ładne oczy.
Czy to wszystko, co mu się we mnie podoba?"
Pomyślałam o pięknych, twardych, sterczących piersiach Vereny, o ciemnobrązowych lokach
Bernadety i zielonych oczach Amandy.
Nerwowo wyprostowałam się.
„A co będzie, jeśli przez roztargnienie wpadnę dziś pod samochód i umrę? Czy Jakub będzie
smutny? A moŜe po prostu przeraŜony? Jak długo będzie jeszcze myślał o mnie, zanim
zupełnie zapomni?"
Takiemu wydarzeniu nie mogłam zapobiec. Strach wessał mnie jak złośliwa trąba powietrzna
i wszystko wokół zaczęło wirować. Skurczona siedziałam na łóŜku, nie mogąc złapać tchu.
„Co by było, gdybym umarła?"
Wczepiłam się rękoma w krawędź łóŜka i zdesperowana zamknęłam oczy. Deszcz dalej
będzie padał, tak jak dziś. Nastanie wiosna, lato, jesień, a potem zima, tak jak zawsze.
Nadejdzie BoŜe Narodzenie i jak co roku udekorują miasto. A drzewo przed moim oknem nie
przestanie się kołysać na wietrze.
Wszystko pozostanie bez zmian. Ze mną czy beze mnie.
Nawet księgarnia mojej matki i biuro architektoniczne ojca nadal będą istniały.
Spanikowana dotknęłam szyi, poniewaŜ miałam wraŜenie, Ŝe coś mnie dusi za gardło. Po
pewnym czasie przebywanie w tym cichym pokoju stało się nie do zniesienia. Zeszłam po
drabince z łóŜka, ubrałam dŜinsy, które miałam na sobie
35
poprzedniego dnia i wyciągnęłam z szafy pierwszy lepszy sweter. Pospiesznie przemknąwszy
się przez senne mieszkanie, wyszłam na dwór. Na chwilę zatrzymałam się przy skrzynkach na
listy i drŜącymi palcami postukałam w naszą. Musiałam to zrobić, czyniłam tak zawsze przed
wyjściem z domu. To pukanie było dla mnie bardzo waŜne.
Robiłam tak, odkąd pamiętam. Sama nie wiem dokładnie, dlaczego i kiedy to się właściwie
zaczęło, ale zapewne miało mnie to chronić przed niebezpieczeństwem. Czasami trudno było
znaleźć stosowny moment, Ŝeby niezauwaŜalnie popukać w skrzynkę. Nierzadko
towarzyszyła mi przecieŜ mama albo Verena, która przychodziła po mnie rano.
Zawsze tak robiłam. Wracając do domu, nie musiałam juŜ pukać, czyniłam to tylko przy
wychodzeniu. Nie raz starałam się z tym skończyć, ale bezskutecznie. Jeśli nie stukałam, to
działy się straszliwe rzeczy, a i strach był większy niŜ zazwyczaj, wręcz nieznośny.
5
Na dworze padało i po drodze zapięłam kurtkę. Było dość zimno. Najpierw ruszyłam do
małego parku i przemierzyłam wszystkie trzy Ŝwirowe ścieŜki. Była to równieŜ jedna z często
powtarzanych czynności, które mnie uspokajały. JednakŜe w tym wypadku doskonale
pamiętam ów pierwszy raz. Miało to miejsce krótko po śmierci wujka Severina, kiedy byłam
przekonana, Ŝe takŜe mam w głowie śmiertelnego guza. Wałęsałam się bez celu po ulicach i
nagle to się stało. Poczułam dziwne zawroty głowy, a moje serce zaczęło walić jak szalone.
Przystanęłam wystraszona.
„Co to było? Czy coś się ze mną dzieje?"
Spanikowana zaczęłam wsłuchiwać się w siebie. Niemal natychmiast chwycił mnie kłujący
ból głowy.
„A więc to on, guz w moim mózgu. No tak, przecieŜ wiedziałam!"
| 36
Przed oczyma tańcowały mi jasne, niespokojne gwiazdy. „Co takiego mama powiedziała
wczoraj o moich zimnych rękach i bólu głowy?"
- To zaburzenia krąŜenia, Noro - stwierdziła, uśmiechając się do mnie. - To całkiem
normalne w twoim wieku.
Ojciec przytaknął i powiedział, Ŝe w młodości teŜ miewał często kłopoty z krąŜeniem.
- Potrzebujesz Noro więcej ruchu, to wszystko.
- Mamo, ratunku! - wyszeptałam, próbując dojść do siebie. „MoŜe rodzice mają rację? MoŜe
moje bóle rzeczywiście
są zupełnie niegroźne i nieszkodliwe? W końcu Verenę teŜ niekiedy boli głowa, a nasza
wychowawczyni cierpi nawet na migrenę i z tego powodu czasem kilka dni pod rząd nie
przechodzi do szkoły".
OstroŜnie zrobiłam kilka małych kroków. Z wielkim trudem uspokoiłam i wyrównałam
oddech, a potem powolutku, jak leciwa staruszka, ruszyłam Ŝwirową alejką.
Przespacerowałam się po wszystkich trzech ścieŜkach i nagle znowu poczułam się lepiej. Ból
głowy i te koszmarne zawroty ustały. W miarę upływu czasu strach teŜ nieco zmalał.
W ten sposób spacer po Ŝwirowych alejkach stał się moim sekretnym środkiem na
uspokojenie.
RównieŜ dzisiaj park zadziałał. Kiedy ostroŜnie odprawiłam swój rytuał, poczułam lekką
ulgę. WciąŜ jeszcze padało, nawet mocniej niŜ wcześniej. Opuściłam park i skierowałam się
w stronę miasta, potrząsając mokrymi włosami, które rozpryskiwały wokół krople wody.
Ruszyłam na przystanek autobusowy, a mijając róg ulicy, przezornie starałam się nie patrzeć
na miejsce, gdzie jeszcze wczoraj stał mały, szary dom Maiera.
„Dokąd ja w ogóle zmierzam?"
Spojrzałam na zegarek. Było dopiero wpół do dziewiątej. O tej godzinie nawet w śródmieściu
wszystkie sklepy są jeszcze zamknięte.
„Jechać do Vereny?"
U Vereny bez problemu moŜna było zjawić się o kaŜdej porze, jej młodsze rodzeństwo nic
sobie nie robiło z faktu,
37
Ŝ
e jest koniec tygodnia i juŜ od samego rana niemiłosiernie hałasowało. Nikt nie miałby mi za
złe, gdybym tak wcześnie
przyszła z wizytą.
Ale potem przypomniałam sobie, Ŝe oficjalnie Verena nocuje dziś u mnie. Naprawdę zaś była
razem z Antoniem w altanie rodziców Bernadety, którzy oczywiście nie mieli o tym
zielonego pojęcia. Antonio powiedział w domu, Ŝe spędzi weekend u brata Bernadety, z
którym na co dzień trenował karate. Zatem odwiedziny u Vereny odpadały. Co do
pozostałych dziewczyn z mojej klasy, to w zasadzie rzadko je odwiedzałam. NajwyŜej z
okazji urodzin, ale po pierwsze to nie zdarzało się często, a po drugie nie upowaŜniało mnie,
aby w sobotę wyrywać
je o tej porze ze snu.
W tej samej chwili nadjechał autobus, a poniewaŜ zmarzłam i przemokłam do suchej nitki,
wsiadłam do niego. Na szczęście miałam bilet miesięczny i nie musiałam płacić za przejazd.
Zajęłam pierwsze z brzegu wolne miejsce i oparłam mokrą głowę o wilgotną szybę.
Szkoda, Ŝe nie miałam babci, którą mogłabym teraz odwiedzić. Babcia Vereny mieszkała w
domu spokojnej starości i moja przyjaciółka podczas kaŜdej wizyty dostawała od niej kawę,
ciastko i czekoladki, a na poŜegnanie buziaka i dwadzieścia pięć
euro.
CięŜko westchnęłam. Czasami szłam tam razem z nią, a wtedy mnie równieŜ częstowano
kawą, ciastkiem i czekoladkami oraz dawano pieniądze, poniewaŜ babcia Yereny darzyła
mnie duŜą sympatią.
„Dlaczego nasza rodzina jest taka mała? Dziadków, ciotki i wujków moŜna przecieŜ
odwiedzać bez specjalnej okazji, nawet w sobotę o dziewiątej rano".
Wysiadłam przy dworcu kolejowym i przez dłuŜszą chwilę stałam niezdecydowana na
duŜym, centralnym przystanku. Po pewnym czasie miałam jednak dosyć tego sterczenia i
postanowiłam wsiąść do pierwszego lepszego autobusu, który się tam zatrzyma. Był to
autobus linii 33, który jechał na przedmieścia, gdzie mieszkał Jakub. „Czy to aby dobry
pomysł?"
1 38
Po chwili wahania przemogłam się i wsiadłam. Autobus był zapchany, musiałam więc stać.
Dopiero, kiedy minęliśmy śródmieście, znalazłam jedno wolne miejsce. Usiadłam i wzięłam
do ręki pozostawioną przez kogoś gazetę. Automatycznie przeleciałam wzrokiem po
nagłówkach i wymiętoszonych stronach. RównieŜ czytanie prasy odbywało się według
stałego rytuału. Na początku czytałam dowcipy, później ogłoszenia dotyczące sprzedaŜy
zwierząt, następnie zawiadomienia o urodzinach i na koniec nekrologi.
Nekrologi interesowały mnie najbardziej. Sprawdzałam, czy jest tam ktoś, kogo znałam.
Swego czasu zmarł mój stary pediatra i kilku znajomych babci.
O śmierci wujka, Lei i babci nie było jednak wzmianki w gazetach, poniewaŜ rodzice
zamówili w drukarni okolicznościowe zawiadomienia.
NajwaŜniejszy był dla mnie zawsze fakt, ile lat miał zmarły. Błyskawicznie przeglądałam
daty urodzin i śmierci, a im data urodzin była bliŜsza mojej, tym bardziej stawałam się
niespokojna.
Tamtego sobotniego ranka w autobusie równieŜ starannie studiowałam nekrologi. Niejaka
Erna Bierhaus przekroczyła wiek 79 lat, doktor Johann Grigoleit przeŜył zaledwie 35,
natomiast Isabella Haberkorn była 41-letnią kobietą, kiedy w sile wieku śmierć nagle podcięła
jej Ŝycie. Zmarł teŜ Peter Rupp, ale jemu udało się doŜyć aŜ 100 lat. I juŜ miałam odłoŜyć
gazetę, kiedy mój wzrok padł na datę jego urodzin. Nie zauwaŜyłam jej od razu, poniewaŜ
liczby zostały zapisane starą czcionką: zmarły przyszedł na świat tego samego dnia co ja!
Tam widniała data moich urodzin! Czułam, Ŝe tracę oddech, a to nie wróŜyło dobrze. Alarm!
W Ŝadnym wypadku nie wolno mi dalej o tym myśleć! Przycisnęłam czoło do szyby, ale
wszystko na nic. Coś zaczęło mi w środku złowrogo burczeć i jak zwykle w takich sytuacjach
ś
wiat wokół zakołysał się i zawirował mi przed oczami.
- Pomocy - wyszeptałam.
Po dacie urodzin przychodzi kolej na datę śmierci, to dotyczy wszystkich bez wyjątku. KaŜdy
- król, prezydent, kioskarz,
39
ksiądz, a nawet papieŜ, kaŜdy pewnego dnia umrze. I tak jak co roku mamy urodziny, tak
samo przypada teŜ rocznica naszej przyszłej śmierci, tylko o tym nie wiemy. W grę wchodzi
kaŜdy dzień. Kiedy nadejdzie pora, ta data zostanie wyryta na naszym grobie...
Z trudem łapałam oddech. Akurat była sobota - moŜe umrę w sobotę? Albo w marcu.
Nerwowo spojrzałam na dzisiejszą datę, która widniała zapisana duŜą czcionką na pomiętej
gazecie.
Był 19 marca.
„MoŜe umrę jakiegoś 19 marca i ta data juŜ nieodwołalnie będzie naleŜała do mnie, tak samo
jak dzień moich urodzin?"
W końcu nie zdarzyło się, aby 28 lipca wujek miewał szczególne problemy. To był zawsze
zupełnie normalny, niewinny, letni dzień. Nawet nie nawiedzały go wtedy złe przeczucia, bo
niby z jakiego powodu? A jednak 28 lipca go zabił. Od tamtej pory była to straszliwa data.
Widziałam, Ŝe moje ręce i nogi trzęsą się jak galareta. Nawet plecy dygotały. Próbowałam
połoŜyć temu kres, wcisnąć się mocno w siedzenie autobusu, ale wszystko na nic, drŜałam
dalej i miałam wraŜenie, Ŝe nawet moja głowa się chwieje.
Zdesperowana nacisnęłam guzik stop i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę wyjścia. Kiedy
autobus przystanął, wytoczyłam się na zewnątrz. Rozejrzałam się wokół. Przestało padać i na
szczęście dotarłam na właściwe przedmieście. Wysiadłam jedynie dwa przystanki za szybko.
Energicznie przeszłam przez ulicę, ciągle jeszcze miałam zawroty głowy, a wszystko dookoła
kołysało się. Szłam niemal mechanicznie, a moje nogi sprawiały wraŜenie dziwnie
zdrętwiałych i chwiejnych. Dotychczas byłam tylko raz u Jakuba, niespełna pół roku temu,
kiedy obchodził swoje siedemnaste urodziny.
Szłam i szłam, i choć było mi zimno, czułam, jak cienka struŜka potu spływa mi po plecach.
RównieŜ moje nogi się pociły. Tak było zawsze, kiedy wpadałam w panikę. Odniosłam
wraŜenie, Ŝe pot leje mi się ciurkiem ze stóp, a skarpetki stają się coraz bardziej mokre.
| 40
Wreszcie dotarłam na miejsce. Z ulgą oparłam się o płot jakiegoś ogrodu. Byłam kompletnie
wykończona i miałam wraŜenie, Ŝe juŜ nigdy nie ruszę się z tego miejsca. W końcu rzuciłam
badawcze spojrzenie na zegarek. Było prawie wpół do jedenastej.
Zerknęłam na drugą stronę ulicy. Znajdował się tam ogród naleŜący do domu, w którym
Jakub mieszkał z matką i bratem. Jakub zwierzył mi się kiedyś, Ŝe jego ojciec wiele lat temu
poślubił inną kobietę.
- Nie trawił Eike - powiedział. - To wielogodzinne wycie przyprawiało go o obłęd. Ale
wydaje mi się, Ŝe tak naprawdę nie mógł znieść myśli, Ŝe ma upośledzonego syna.
Jego głos brzmiał złowrogo, gdy mówił o ojcu.
- Ponoć urodziło mu się dwoje nowych dzieci, które nie mają Ŝadnych kłopotliwych
defektów - kontynuował. - W kaŜdym razie w Ŝyciu ich nie widziałem i wcale się nie palę,
Ŝ
eby spotkać tego dupka...
W tej samej chwili drzwi domu otworzyły się i wyjrzał z nich Eike. Najpierw wystawił
czujnie tylko głowę, a w ślad za nią pojawiły się ręce. Eike dotykał wilgotnego, porannego
powietrza, jego palce zaś poruszały się, jakby grał na niewidzialnym pianinie.
W końcu wyszedł na zewnątrz. Przez chwilę po prostu stał, wystawiając twarz na wiatr i
uśmiechając się. Był jeszcze w pidŜamie. Nagle ruszył takim pędem, Ŝe aŜ się wzdrygnęłam.
Jednym susem wskoczył na niewysoki ogrodowy murek. Usiadł na nim i delikatnie zaczął się
kołysać. Wyglądał na bardzo wyrośnięte dziecko, a urodą rzeczywiście frapująco
przypominał Jakuba. Potem zaczął się śmiać. Był to nieustający cichy, czkający śmiech.
Nie odwaŜyłam się podejść bliŜej, dlatego wciąŜ stałam w miejscu.
Potem przyszedł Jakub.
- Chodź Eike, zjemy śniadanie - powiedział, podchodząc do ogrodowego muru. Wtedy mnie
zauwaŜył. - Hej, Noro, co ty tu robisz? - krzyknął zaskoczony, a w jego głosie usłyszałam
radość.
41
Sama jednak jakoś nie umiałam jej okazać. Tej radości, ma
się rozumieć.
Zdawało mi się, Ŝe jest nas kilka. Pierwsze wewnętrzne Ja było naprawdę szczęśliwe, Ŝe
widzi Jakuba. Chciało mu radośnie pomachać, przebiec przez ulicę i wejść razem z nim oraz z
Eike do domu. To Ja tęskniło teŜ za tym, aby ponownie muskać jego palce i poczuć suche,
ciepłe usta na
swoich.
JednakŜe było we mnie teŜ inne Ja, które myślało wyłącznie o śmierci i umieraniu, i do
którego dotarła teraz przeraźliwa świadomość faktu, Ŝe Jakub równieŜ ma swoją datę śmierci,
która pewnego dnia zostanie wyryta na jego grobie. Jakub umrze i zniknie z tego świata.
Wreszcie istniało teŜ trzecie Ja. To Ja było zwykłą pustką, rozpaczą i beznadzieją. To Ja było
zmęczone, apatyczne i nie marzyło o niczym więcej, jak tylko o końcu tych wszystkich lęków
i niepokojów. Temu Ja zakochanie, pocałunki i plany na przyszłość wydawały się
niepotrzebnym, bezsensownym balastem. W ostatnim czasie wzrosło ono w siłę i coraz
częściej dawało o sobie znać.
Jakby sparaliŜowana ową wewnętrzną walką, stałam w miejscu, niezdolna nawet ruszyć
palcem. Milcząc, wbiłam wzrok w Jakuba.
Ten ściągnął Eike z muru, po czym powoli ruszył w moją stronę. Eike biegł tuŜ za nim,
mocno trzymając się jego ramienia.
- Noro, co z tobą? - spytał Jakub.
Tak bardzo chciałam być tą pierwszą Norą. Głęboko zaczerpnęłam powietrza i wzięłam się w
garść.
- Wszystko w porządku - w końcu wydusiłam z siebie. - Po prostu chciałam cię odwiedzić.
Jakub spojrzał na mnie.
- Jesteś przemoczona do suchej nitki - stwierdził. Wzruszyłam ramionami i wtedy stało się
coś dobrego, coś,
co czasem się zdarza. Znowu byłam zupełnie normalna. Wyraźnie czułam, jak znika mój
dziwny strach i przeraŜające poczucie nierealnej pustki.
| 42
Eike przyglądał mi się z ciekawością, nie przestając się śmiać i poklepywać brata po
ramieniu.
- Chodźmy do środka - zaproponował Jakub, oboje z Eike skinęliśmy głowami i cała nasza
trójka ruszyła w stronę domu. Matka chłopców dopiero co wstała i ziewając parzyła w kuchni
kawę.
- Cześć Noro! - rzuciła mi na powitanie i uśmiechnęła się. OstroŜnie odwzajemniłam
uśmiech.
- Dzień dobry - odpowiedziałam nieśmiało. Jakub przyniósł mi z łazienki ręcznik.
- Masz tu i wytrzyj włosy - powiedział, a podając go, musnął mnie lekko palcami.
Kasper teŜ tam był, obwąchał mnie, przyjaźnie merdając ogonem, a potem wrócił pod krzesło
Eike.
- Jadłaś juŜ śniadanie? - zapytała kobieta. Potrząsnęłam głową i wszyscy razem zasiedliśmy
do stołu.
Usiadłam obok Jakuba, a jego brat zajął miejsce naprzeciwko mnie.
Eike nucił coś podczas jedzenia i był jak Ŝywe srebro.
- JuŜ dobrze Eike - powiedział Jakub, głośno wzdychając, poniewaŜ chłopak bezustannie
zakręcał oba słoiki z dŜemem i butelkę soku pomarańczowego, zanim ktokolwiek z nas zdołał
ich uŜyć. Przy tym cichutko pojękiwał.
- Nie znosi nieporządku - wyjaśniła mi matka Jakuba. -Bałagan go niepokoi.
Skinęłam niepewnie głową i sięgnęłam po stojący na stole dzbanek kakao. Wtedy Eike
podniósł przeraźliwy krzyk i tak mocno chwycił mnie za rękę, Ŝe ze strachu wypuściłam
niemal pełne naczynie, które rozbiło się o podłogę.
- Przepraszam... - wyjąkałam przestraszona, ale moje słowa zagłuszył juŜ wrzask Eike.
- Eike! - Jakub próbował przywołać go do porządku, ale chłopak pozostawał głuchy i
krzyczał dalej. Jednocześnie zaczął się huśtać jak dziki na krześle i skrył twarz w dłoniach.
Nie wiedziałam, jak mam się zachować i czułam, Ŝe znowu drŜę. Bezradnie patrzyłam, jak
matka próbuje uspokoić
43
chłopaka, a Jakub zbiera skorupy dzbanka i ściera rozlane
kakao.
- To nie twoja wina - oznajmiła półgłosem kobieta, uśmiechając się do mnie pocieszająco.
- Powinnam była ci powiedzieć, Ŝe to dzbanek Eike i nikomu nie wolno się do niego zbliŜać.
Eike boi się, kiedy ktoś go dotyka. To samo dotyczy jego pościeli, harmonijki ustnej
i krzesła...
DrŜąc skinęłam głową i wstałam z miejsca. Czułam, Ŝe muszę szybko stąd wyjść, Ŝe nie
zniosę tego krzyku ani chwili
dłuŜej.
„MoŜe wcale nie jestem lepsza od ich ojca, który teŜ uciekł
przed Eike?"
- Dokąd chcesz iść? - zapytał Jakub i ruszył za mną.
- Do domu - wybąkałam, wkładając mokrą kurtkę.
- Nie bądź taka - poprosił cicho, kierując się za mną w stronę drzwi wyjściowych. Z kuchni
dobiegał krzyk Eike. MoŜe nie był juŜ tak przeraźliwy, jak wcześniej, ale wszystko
wskazywało na to, Ŝe nieprędko ucichnie.
- Taki właśnie jest Eike - stwierdził Jakub, chwytając mnie za rękę. - Powiedziałem ci
przecieŜ, Ŝe to nie twoja wina. To znaczy, niczego źle nie zrobiłaś. On jest... On ma...
Chłopak wzruszył ramionami, a spod kosmyków ufarbo-wanej na zielono grzywki patrzyły na
mnie jego zamyślone
oczy.
- On jest upośledzony, Noro, umysłowo upośledzony i stąd się biorą te potworne lęki i
przymusowe zachowania.
Głos Jakuba huczał w mojej bolącej głowie. Najchętniej zatkałabym sobie uszy.
- Noro, dlaczego uciekasz? - zapytał po chwili, kiedy stanęliśmy w otwartych drzwiach.
Na dworze znowu padało. Niebo pokryły ołowiane chmury, które zdawały się ciąŜyć nad
miastem. Patrzyłam na nie w milczeniu.
Pomyślałam o strachu, który pojawiał się, jeśli rano nie zdołałam popukać w skrzynkę na
listy. Pomyślałam o tym, Ŝe jako dziecko wpadałam w panikę, kiedy wyjeŜdŜaliśmy z do-
| 44
mu i musiałam spać w cudzym łóŜku. W końcu rodzice zaczęli z tego powodu zabierać na
krótkie wyjazdy moją własną pościel.
Zagryzłam wargi.
- Jakubie, boję się - wyszeptałam w końcu rozpaczliwym głosem.
- Czego się boisz? - spytał, marszcząc czoło. - Mojego brata?
Pokręciłam głową.
- W takim razie czego? - drąŜył.
- Nie wiem - odparłam cicho. Spojrzeliśmy po sobie.
- MoŜe samej siebie - stwierdziłam niepewnie. Widziałam, Ŝe mnie nie rozumie. Zresztą to
wcale nie było
dziwne, skoro nawet ja siebie nie rozumiałam. Mimowolnie stanął mi przed oczyma jeszcze
ś
wieŜy obraz Eike, który w strachu huśta się na swoim krześle.
Szkopuł w tym, Ŝe w jakiś sposób rozpoznałam w nim siebie. Ja teŜ się bujałam, najpierw
jako dziecko, całymi godzinami w ogrodzie, a gdy znikła huśtawka, zaczęłam nocą kiwać się
w łóŜku. LeŜałam na boku, skulona jak embrion i leciutko kołysałam się na materacu to w
jedną, to w drugą stronę.
Najprawdopodobniej nie jestem zupełnie normalna, tak jak Eike.
Podniosłam głowę.
- Wiem, on wciąŜ krzyczy - powiedział natychmiast Jakub i uśmiechnął się przepraszająco. -
Taki właśnie jest, nie przejmuj się. Gwarantuję, Ŝe za godzinę wszystko wróci do normy i nie
będzie się na ciebie gniewał.
Jakub odgarnął mi z czoła mokry kosmyk.
- Naprawdę muszę juŜ iść - wymamrotałam, obróciłam się na pięcie i wyszłam. W tej samej
chwili dotarło do mnie, Ŝe znikłam rankiem, nie zostawiwszy rodzicom Ŝadnej informacji.
- Jeśli poczekasz chwilę, to pójdę z tobą! - zawołał za moimi plecami, ale ja po prostu szłam
dalej, chociaŜ chętnie poczekałabym na niego, jednak nie mogłam.
45
6
Kiedy wróciłam do domu, mama była w ogrodzie. Mimo Ŝe wciąŜ padało, pieliła mokre
grządki, z których sterczały juŜ tegoroczne Ŝonkile i tulipany.
- Noro, jak często ci powtarzałam, Ŝebyś nie wychodziła z domu, nie mówiąc nikomu ani
słowa - powiedziała, posyłając mi rozdraŜnione spojrzenie.
- Wiem - odparłam wpółŜywa i popatrzyłam w stronę drzewa, na którym chyba sto lat temu
wisiała moja huśtawka. -
Przykro mi.
-1 to na dodatek przed śniadaniem - oświadczyła, potrząsając głową. - Gdzieś ty się
podziewała całe przedpołudnie?
Wzruszyłam ramionami.
- Spacerowałam - dukałam niepewnie. - Było mi słabo,
musiałam wyjść...
Matka rzuciła mi przeciągłe spojrzenie, odkładając na bok
ogrodowe grabie.
- Źle się czujesz? - zapytała po chwili, która zdawała się trwać całą wieczność. - Jesteś taka
blada i wiele czasu spędzasz sama, miałam nadzieję, Ŝe teraz będziesz się trochę częściej
spotykać z tym Jakubem ze swojej klasy.
Milczałam, gapiąc się na ulicę. Myślałam o Jakubie, o Eike, o rozbitym dzbanku na kakao.
Wszystko zepsułam. Po raz
kolejny.
- Chodźmy do środka - powiedziała w pewnej chwili mama.
- Zrobiło się juŜ zupełnie zimno.
Skinęłam głową i poszłyśmy do domu.
*
Kiedy zachorowałam, poczułam ulgę. LeŜałam w łóŜku, wstrząsana dreszczami, miałam
gorączkę, potworny kaszel, bolało mnie gardło i uszy. Nie była to Ŝadna straszliwa i
tajemnicza choroba, ale zwykła grypa.
- Nie biega się bezsensownie godzinami po deszczu - powiedział ojciec, siadając na skraju
łóŜka i patrząc na mnie
46
zatroskanym wzrokiem. Potem połoŜył ciepłą dłoń na moim rozgrzanym czole. - MoŜna by
smaŜyć jajka sadzone na twojej głowie - stwierdził, uśmiechając się do mnie.
To był jego stary tekst, który powtarzał zawsze, kiedy miałam gorączkę. Robił to, gdy byłam
jeszcze małym dzieckiem, a wtedy święcie wierzyłam, Ŝe mówi prawdę.
Odwzajemniłam jego uśmiech, a ojciec wręczył mi termometr.
- Masz, córuś, i zmierz gorączkę - powiedział, a kiedy wkładałam termometr pod pachę,
poszedł zaparzyć mi herbatę i przeszukać domową apteczkę.
Zakryłam się kołdrą i mimo bolącej głowy, palącego bólu w uszach i pozostałych
dolegliwości, czułam się zupełnie lekka i zdrowa. Zasnęłam zadowolona. Kiedy się ponownie
obudziłam, obok mnie leŜał stos lekarstw - robota ojca. Były tam pastylki na ból gardła,
krople do uszu i witaminy, paczka aspiryny, butelka sprayu do nosa i sok na zbicie gorączki.
Przez dłuŜszą chwilę trwałam w bezruchu, rozkoszując się wewnętrznym spokojem.
Przestałam juŜ prawie marznąć, teraz moje ciało płonęło. Przy przełykaniu bolało mnie
gardło, a kaszel wywoływał kłucie w piersiach.
Wkrótce potem zajrzała do mnie mama.
- No i jak leci? - spytała zatroskanym głosem.
- Dobrze - odpowiedziałam, kaszląc. Spojrzała sceptycznie i usiadła obok mnie.
- Jesteś pewna? Przytaknęłam.
- W takim razie nie będzie ci przeszkadzało, jeśli na parę godzin wyskoczę do sklepu?
Potrząsnęłam głową i po chwili zostałam sama. ChociaŜ z powodu gorączki kręciło mi się w
głowie, wyszłam z łóŜka i owinięta kołdrą połoŜyłam się na sofie w salonie. Włączyłam
telewizor i zaczęłam oglądać trzy programy naraz. Około południa rozległ się dzwonek u
drzwi. To była Verena, która przyszła z wizytą.
- No, biedactwo - powiedziała na powitanie, sadowiąc się obok mnie na sofie. - Dzisiaj w
szkole była istna makabra -
47
oznajmiła, po czym jednym haustem opróŜniła mój kubek z letnią herbatą owocową. Verena
miała prawdziwą słabość do herbat, lubiła nawet rumiankową i lipową.
- Dlaczego? - spytałam, kaszląc.
- Połowa klasy złapała tego wirusa i było nas tylko dwanaścioro, straszne puchy.
Wyjęła mi z ręki pilota i przełączyła na kanał muzyczny.
- Antonia teŜ dopadło. Jego nie było i ciebie teŜ, moŜesz sobie wyobrazić, co za koszmarna
nuda.
Verena uśmiechnęła się do mnie, a ja odpowiedziałam jej tym samym.
- Ale w zasadzie powinniście się cieszyć i dziękować Bogu - oznajmiła, marszcząc czoło. -
Wygląda na to, Ŝe pani Korin-tenberg złapała coś znacznie gorszego.
Pani Korintenberg była naszą wychowawczynią. Przejęła wychowawstwo dopiero w tym
roku, była bardzo młoda i zupełnie nowa w szkole. Przed rokiem wyszła za mąŜ i zaprosiła na
tę uroczystość całą naszą klasę.
- Dlaczego? - spytałam nerwowo. Verena wzruszyła ramionami.
- Nie wiadomo na sto procent - wyjaśniła - ale to najprawdopodobniej rak. Nie pamiętam
dokładnie czego. Schónmuller wspomniała o tym, ale...
Verena patrzyła tępo przed siebie, próbując się skoncentrować.
- Rak woreczka Ŝółciowego? Jest taki w ogóle? W kaŜdym razie to było coś chrząstkowatego,
coś wewnątrz organizmu.
Zaczęłam dygotać.
- Mam! - zawołała w tej samej chwili. - Rak węzłów chłonnych! Obrzydliwe, co nie?
Przed oczami zaczęły mi tańczyć jasne gwiazdy.
„Pani Korintenberg ma dopiero dwadzieścia siedem lat, na swoim ślubie wyznała mi, Ŝe
chciałaby urodzić trójkę dzieci i wyjechać na rok do Australii..."
- W kaŜdym razie przebywa w klinice i wczoraj ją operowali - relacjonowała Verena. -
Oczywiście głupia sprawa, ale za to mamy teraz masę okienek...
48
Verena potrząsnęła termosem, Ŝeby sprawdzić, czy zostało jeszcze trochę herbaty.
W tej samej chwili rozległ się dzwonek u drzwi.
- Mam otworzyć? - spytała. Nagle zrobiło mi się tak słabo, Ŝe nie byłam nawet w stanie
skinąć głową.
- To Jakub, wpuścić go? - krzyknęła z korytarza.
- Tak, tak - wymamrotałam ledwo Ŝywa, choć najchętniej zostałabym sama. Mój wzrok padł
na przeciwległą ścianę zapełnioną ksiąŜkami. Gdzieś tam stał atlas chorób, który często
czytywałam.
„Co to takiego ten rak węzłów chłonnych? W jaki sposób moŜna go stwierdzić? Jakie objawy
mu towarzyszą? Pani Korintenberg przed tygodniem była jeszcze całkiem zdrowa. Poza
migreną nic jej nigdy nie dolegało, prowadziła nawet zajęcia sportowe w naszej klasie".
- Cześć, Noro - powiedział Jakub i na oczach Vereny pocałował mnie w czubek nosa. - No co
tam, grypka?
Wzruszyłam ramionami.
- Tak to jest, kiedy się przemoknie do suchej nitki i od razu ucieka, nie ogrzawszy się
porządnie.
Dalej milczałam.
- Co cię nagle naszło? - spytała zdziwiona Verena. - Przed chwilą była jeszcze całkiem
normalna.
To ostatnie zdanie skierowała do Jakuba, po czym, zabierając ze sobą pusty termos, wyszła do
kuchni, Ŝeby zaparzyć świeŜej herbaty. Jakub usiadł na jednym z plecionych krzeseł.
- A propos, z Eike juŜ wszystko w porządku - oznajmił- -Zaraz po tym, jak uciekłaś, mama
przypomniała sobie o starym glinianym dzbanku, który przed laty otrzymała od mojego
głupiego ojca. To unikat ręcznie malowany w zakrętasy. Dała go teraz w prezencie Eike i
chłopak jest w siódmym niebie.
Jakub pochylił się do przodu i ostroŜnie połoŜył swoją rękę na moim kolanie.
- Hej, Noro, znowu smutna? - spytał cicho. Ponownie wzruszyłam ramionami.
| 49
- Nie wiem - wymamrotałam i zaczęłam kaszleć. - Słyszałeś o pani Korintenberg? -
zapytałam, nie patrząc mu prosto
w oczy.
- Jasne, Schonmuller dokładnie nam wszystko opowiedziała - oznajmił, wykrzywiając twarz.
Milczałam.
- Tak, a przy tym Korintenberg była takim propagatorem zdrowego stylu Ŝycia -
kontynuował, potrząsając głową. -Po BoŜym Narodzeniu przyłapała mnie, jak paliłem na
trawniku i natychmiast palnęła kazanie na temat szkodliwości papierosów...
Mówiąc to, Jakub przeglądał moje lekarstwa i z jednego z pudełek wyciągnął sobie tabletkę
do ssania na gardło.
- Zapobiegawczo, nigdy nie wiadomo, co się przypęta... -powiedział, szczerząc zęby w
uśmiechu. Podrzucił pigułkę wysoko do góry, a następnie pochwycił ją w usta. - Fuj, anyŜowa
- wymamrotał ze wstrętem, ale mimo to ssał ją dalej. - Co nas nie zabije, to nas zahartuje -
wyjaśnił. A potem dodał: - Nie potrafię cię zrozumieć, piękna Noro, mimo najszczerszych
chęci, nie potrafię...
WciąŜ patrzyłam przed siebie, wcale się nie odzywając.
- Czasami jesteś taka, a potem inna - oświadczył, gdy Ve-rena przyniosła z kuchni świeŜo
napełniony dzbanek.
Usiedli przy mnie z obu stron i sącząc herbatę, rozprawiali o szkole, o nadchodzących
wyborach do samorządu i o nowym barze z kanapkami.
0 pani Korintenberg nie wspomnieli juŜ ani słowem.
1 nagle, znienacka przypomniałam sobie pewne zdanie, owo magiczne zaklęcie, dzięki
któremu zawsze odzyskiwałam spokój. Siedziałam między Jakubem a Vereną, jakbym
połknęła kij, i wprost nie mogłam w to uwierzyć.
„Jak to się stało, Ŝe o nim zapomniałam? PrzecieŜ zawsze, całymi latami mnie chroniło. Jak
mogłam bez niego Ŝyć?"
Wcześniej codziennie go potrzebowałam. To było dawno temu, lecz teraz poczułam, Ŝe
znowu jest niezastąpione.
MoŜe pani Korintenberg wtedy wyzdrowieje...
Mocno wczepiłam się pod kołdrą w miękkie obicie sofy.
I 50
Jeśli znowu wypowiem swoje zaklęcie, to przynajmniej ja będę ocalona.
Po prostu trzeba spróbować.
7
MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom...
Kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, bałam się ciemności. KaŜdego wieczora w łóŜku
ogarniał mnie paniczny strach, poniewaŜ gdzieś tam Ŝyła czarna istota o jaskrawoniebieskich,
kulistych ślepiach. I chociaŜ nigdy jej nie widziałam, byłam pewna, Ŝe istnieje i czyha na
mnie. WciąŜ wołałam w nocy mamę, Ŝeby przyszła do mojego pokoju. LeŜałam przeraŜona, a
ona musiała zaglądać pod łóŜko, do szafy i za skrzynię z zabawkami.
- Nic tu nie ma, Noro - powtarzała co noc. - Upiory nie istnieją, przyrzekam.
Ale ja jej nie wierzyłam, chociaŜ bardzo chciałam. Strach powracał kaŜdej nocy.
W końcu jednak zdarzył się cud. Byłam wtedy w drugiej klasie i pewnego dnia
przyglądaliśmy się słówkom z czytanki, które czytane od początku i końca brzmią tak samo.
Anna, Hannah, Otto i inne temu podobne. Było to nawet całkiem śmieszne, a na koniec
nauczycielka poleciła nam, abyśmy nauczyli się na pamięć dziwacznego zdania: MoŜe jutro ta
dama sama da tortu jeŜom. Napisała je specjalnie na duŜej tablicy i kazała Verenie przeczytać
od końca, tak jak robiliśmy to z pojedynczymi słowami. I zdarzył się cud. MoŜe jutro ta dama
sama da tortu jeŜom - czytane od początku i od końca brzmiało tak samo. Byłam pod
wraŜeniem i to zdanie wryło mi się w pamięć. Ciągle mruczałam je pod nosem, Ŝeby
wieczorem móc powtórzyć ojcu. JednakŜe tego dnia miał do późna jakieś spotkanie i dlatego
nie było go jeszcze, kiedy kładłam się spać. Rozczarowana zapisałam ten śmieszny palindrom
na bibułce
51
i przykleiłam do ściany obok łóŜka. A poniewaŜ jak zwykle nie mogłam zasnąć, w kółko
czytałam go sobie na głos, z lewej strony do prawej i odwrotnie. W pewnej chwili litery
zaczęły mi się rozmywać przed oczyma i zasnęłam. Tej nocy nie obudziłam się ani razu.
Znikł równieŜ strach przed stworem o kulistych ślepiach.
Przez cały następny dzień bezskutecznie zachodziłam w głowę, dlaczego poprzedniej nocy
nie czułam obecności upiora, dlaczego tym razem wyjątkowo mnie oszczędził.
JednakŜe tego wieczora wszystko wróciło do normy. Zerwałam się w środku nocy, wyraźnie
czując, Ŝe ten mroczny stwór czai się na mnie gdzieś w kącie ciemnego pokoju. Szybko
zapaliłam nocną lampkę i zdesperowana zawołałam mamę.
Kolejnej nocy spróbowałam uŜyć podstępu. Po tradycyjnym „dobranoc" zostawiłam włączone
ś
wiatło i utkwiłam wzrok w moim zaklęciu, które wisiało przyczepione do ściany. Znowu
czytałam je i czytałam, aŜ w końcu ze zmęczenia litery zaczęły mi się rozmywać przed
oczyma. Nie wiem, kiedy zasnęłam, i nagle zdarzył się cud! Stwór o kulistych ślepiach znowu
mnie oszczędził, a strach gdzieś znikł. Nie pamiętam, jak długo noc w noc czytałam
półgłosem zapisane na bibule słowa, potem wystarczyło juŜ tylko, Ŝe kilka razy wymruczałam
je sobie pod nosem. W końcu, aby spokojnie zasnąć, musiałam jedynie powtórzyć zaklęcie w
myślach.
„MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom. MoŜe-jutro-ta-
-dama-sama-da-tortu-jeŜom.
MoŜejutrotadamasamadatortujeŜom..."
Kiedy miałam iść do dentysty, napisać trudną klasówkę, zagrać solo na oboju w szkolnej
orkiestrze, przejść po zmroku z Tiktakiem przez park, zawsze powtarzałam sobie w myślach
to magiczne zdanie.
Dlaczego przestałam to robić?
* W poniedziałek wróciłam do szkoły. Z powodu choroby pani Korintenberg lekcje miały się
zacząć dopiero o dziesiątej. Cały weekend spędziłam w łóŜku. Przeczytałam wszystko, co
tylko
| 52
znalazłam, na temat nowotworu węzłów chłonnych i czułam się fatalnie. U młodych ludzi
następuje znacznie szybszy podział komórek w ciele niŜ u starszych, dlatego teŜ szybciej
umierają na raka. Ponadto nowotwór węzłów chłonnych jest bardzo agresywnym rodzajem
raka i szybko się rozprzestrzenia.
Schodząc po zalanych porannym słońcem schodach, czułam się zmęczona i słaba. Za małą,
wzorzystą szybą w drzwiach wejściowych zobaczyłam czekającą na mnie Verenę.
Wystawiała twarz ku słońcu, jakby była jego czcicielką.
Szybko popukałam w naszą skrzynkę na listy i wymruczałam swoje na nowo odkryte
zaklęcie.
- Cześć, blada twarzy! - zawołała na powitanie Verena. Zmarszczyłam czoło.
- Cześć - odpowiedziałam cicho.
- Dlaczego nie zostałaś jeszcze kilka dni w łóŜku? - spytała zdziwiona po drodze, obejmując
mnie ramieniem. - Szczerze mówiąc, kiepsko jeszcze wyglądasz.
I tak teŜ się czułam, ale mimo wszystko wolałam iść z Ve-reną do szkoły niŜ siedzieć sama w
domu. Odkąd pani Korintenberg zachorowała, przedpołudniowa cisza w naszym mieszkaniu
przyprawiała mnie o obłęd. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, tylko o jej chorym
ciele, w którym działy się straszliwe rzeczy, zupełnie niedostrzegalne dla łudzi z zewnątrz.
- Skoczymy po południu do solarium? - zaproponowała Verena. - Lekka opalenizna na
pewno ci nie zaszkodzi.
- Nie chodzę do solarium - stwierdziłam, wpadając nagle w rozdraŜnienie. - Znasz moje
zdanie na ten temat.
- Ach tak, od tego w mgnieniu oka dostaje się raka skóry i do piachu - rzuciła Verena,
wzruszając ramionami. - Jak mogłam zapomnieć...
Zagryzłam wargi.
- To nie jest śmieszne - wycedziłam ponuro.
- No chodź, Noro - prosiła. - Nie zamieniaj sobie Ŝycia w piekło. Wcale nie tak łatwo o raka
skóry, jestem tego pewna. Będziesz bosko wyglądać, kiedy trochę zbrązowiejesz! Wszyst-
53
kie chłopaki oszaleją na twoim punkcie, a swoje obrzydliwe choróbsko moŜe dostaniesz za
sto lat, kiedy i tak się zestarzejesz i będzie ci obojętne, na co zejdziesz, na raka, na starczy
obłęd, na zwapnienie mózgu, czy Bóg wie na co tam jeszcze. KaŜdy musi kiedyś umrzeć.
Milczałam, w głębi duszy marząc o tym, Ŝeby być taka jak
Verena.
„MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom".
- No, nie rób takiej tragicznej miny, bo dostaniesz zmarszczek - szepnęła przyjaciółka, kiedy
dotarłyśmy do duŜego skrzyŜowania przed szkołą. - Tam z przodu czeka twój zielonowłosy
szejk i przynajmniej jemu powinnaś posłać uwodzicielski uśmiech...
- Cześć - rzucił na powitanie Jakub, gdy podeszłyśmy bliŜej.
Codziennie przyjeŜdŜał do szkoły rowerem, niezaleŜnie od aury, natomiast Verena, która
mieszkała tylko dwa domy dalej od niego, jechała autobusem i regularnie wysiadała trzy
przystanki wcześniej, Ŝeby mnie odebrać.
Jakub zamknął swój rower na kłódkę i ruszyliśmy razem w stronę bramy wjazdowej.
Poczułam, Ŝe bierze mnie za rękę.
- Zimnopalca Nora - powiedział, zamykając moje palce w swojej dłoni. Nieśmiało
uśmiechnęłam się do niego.
*
Tego dnia na pierwszych dwóch lekcjach mieliśmy matematykę. Werner był w złym
humorze, widać klasówka wypadła jeszcze gorzej, niŜ się tego spodziewał.
- To prawdziwa katastrofa, Ŝe takie arcygłupie towarzystwo ma za trzy lata zdawać maturę -
zaczął tonem, który nie wróŜył nic dobrego.
Oparłam się plecami o oparcie krzesła. Wyglądało na to, Ŝe jako jedyna na widok stosu
zeszytów leŜących na biurku nie okazywałam zdenerwowania. I tak wiedziałam, co mnie
czeka, praktycznie oddałam pusty zeszyt.
| 54
- Na początek zupełne poraŜki - oznajmił Werner. - Zero punktów dostali...
I czubkami palców chwycił trzy pierwsze zeszyty, po czym wręczył je Helenie, Gunnarowi
oraz mnie.
- Ładnie, ładnie - wymamrotał ponuro i zatrzymał się przede mną.
- Noro Esslin, po co w ogóle marnujesz swój czas na moich lekcjach? - spytał, obrzucając
mnie pogardliwym spojrzeniem.
- Pisemnie zero punktów, ustnie teŜ nie lepiej, jak to sobie dalej wyobraŜasz?
Milczałam.
- To wszystko, co masz do powiedzenia na ten temat? -drąŜył Werner, bębniąc swoimi
grubymi palcami o blat mojego stolika. - Martwa cisza.
Nie odpowiedziałam.
- Zasięgnąłem informacji w pokoju nauczycielskim - ciągnął niezadowolony belfer. - Z
innymi przedmiotami ścisłymi wcale nie wygląda lepiej. Dlaczego się bardziej nie postarasz?
Tym razem dla odmiany wzruszyłam ramionami.
- Daruj sobie te bezczelne prowokacje - rzucił rozwścieczony. - I przestań się tak szyderczo
uśmiechać!
Wcale nie uśmiechałam się szyderczo.
- Czy ty w ogóle planujesz jeszcze kontynuować naukę i dojść do matury?
Werner spojrzał na mnie pytająco.
Bez słowa obejrzałam się za siebie i wzruszyłam ramionami.
- Niech pan wreszcie skończy to agresywne przesłuchanie
- poprosił Jakub, kierując na niego twarde spojrzenie. - Czy pan nie widzi, Ŝe Nora źle się
czuje?
- Nie wtrącaj się z łaski swojej, Jakubie - syknął matematyk i ze zdenerwowania wystąpiły
mu na policzkach czerwone plamy. - Jeśli pani Esslin źle się czuje, to musi wiedzieć, jaka jest
tego przyczyna. MoŜe, jak większość z was, przesiaduje nocami w obrzydliwej, zadymionej i
hałaśliwej dyskotece. Wtedy na jej miejscu teŜ bym się kiepsko czuł.
RozdraŜniony Werner obrócił się na pięcie i pomaszerował
55
w stronę tablicy. Sięgając po kawałek kredy, zakomunikował, Ŝe w najbliŜszych dniach moi
rodzice mogą się spodziewać obfitej korespondencji ze szkoły.
- Cztery niebieskie koperty, Noro Esslin, cztery niebieskie koperty, bo tak jak powiedziałem,
zasięgnąłem juŜ informacji. No, nie chciałbym być teraz w twojej skórze.
Odwróciłam wzrok i spojrzałam przez okno na drzewa rosnące na szkolnym dziedzińcu.
Czułam, Ŝe jestem daleko od tego wszystkiego. Werner nie mógł mi napędzić stracha swoimi
pogróŜkami.
*
Odizolowałam się od świata. Verenie i Jakubowi mówiłam, Ŝe nie mam czasu spotykać się z
nimi po południu.
- Nie zaczynasz powoli fiksować w tym domu? - spytała
Verena.
Wzruszyłam ramionami, ale oczywiście miała rację. Samotne popołudnia w naszym wielkim,
cichym domu były koszmarne. JednakŜe czułam, Ŝe nie potrafię być normalna i wyjść między
ludzi. ZauwaŜyłam, Ŝe Verena rzuciła Jakubowi znaczące spojrzenie.
„Dlaczego to zrobiła? CzyŜby juŜ o mnie rozmawiali?"
- Noro, moŜe pójdziemy do mnie? - zaproponował Jakub. - Masz ochotę?
Pokręciłam głową, niespokojnie przestępując z nogi na
nogę.
- Nie, nie, wolę zostać sama - powiedziałam półgłosem.
- ZauwaŜyłaś, Ŝe zawsze wolisz być sama? - zapytała Ve-
rena.
- No i co z tego? - prychnęłam, czując, Ŝe znowu zaczynam się trząść jak galareta. - Nie
jestem w formie, przecieŜ wiesz. Potrzebuję spokoju, muszę teraz odpocząć.
Jakub i Verena powtórnie spojrzeli po sobie.
- O co wam chodzi? - naskoczyłam na nich i nie czekając na odpowiedź, obróciłam się na
pięcie, po czym pospiesznie opuściłam szkolny dziedziniec.
56
*
LeŜałam na zimnym stole, a wokół stało wielu lekarzy z maskami na twarzach. Pochylali się
nade mną i dokładnie mi się przyglądali. Próbowałam się poruszyć, ale bezskutecznie. Na
początku nie wiedziałam, dlaczego, ale szybko zrozumiałam, co jest tego przyczyną. Właśnie
mnie operowano, a moja jama brzuszna była otwarta tak szeroko, Ŝe mogłam zajrzeć we
własne trzewia.
Widok, jaki zobaczyłam, był przeraŜający. Mój brzuch wypełniały rozrastające się guzy, które
wychodziły ze mnie niczym szare, kalafiorowate rośliny.
- Rak - orzekł jeden z lekarzy.
- Nic więcej nie da się zrobić - dodał inny.
- Jak to moŜliwe, Ŝeby nie miała Ŝadnych dolegliwości? -zapytał trzeci z nich.
- To częstsze niŜ mogłoby się wydawać - stwierdził czwarty, który trzymał w ręku czerwoną
łopatkę do zabawy w piaskownicy.
- Dziewczyna umrze - zawyrokował piąty lekarz, wykrzywiając usta w grymasie.
Nagle obudziłam się, a moja twarz była zlana potem z przeraŜenia.
- MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom - wymamrotałam zrozpaczona i usiadłam na łóŜku.
- MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom. MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom. MoŜe
jutro ta dama sama da tortu jeŜom...
Było juŜ grubo po południu, a ja musiałam zasnąć przed telewizorem. Kurczowo uczepiłam
się sofy, poniewaŜ świat znowu zawirował mi przed oczami.
„A to co takiego?"
Nie odwaŜyłam się wstać z obawy przed nasileniem zawrotów. Siedziałam struchlała,
wsłuchując się w siebie. Dlaczego czułam się taka chora, wykończona i słaba? Próbowałam
nie wracać myślą do tego straszliwego snu.
Zachciało mi się pić i do toalety, ale mimo to nie mogłam się podnieść. Wszystko wokół
wirowało.
57
„To przecieŜ nienormalne. Na pewno coś mi dolega".
Pomyślałam o pani Korintenberg i o moim zmarłym wujku, chociaŜ te myśli naleŜały do
zakazanych. MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom...
Spojrzałam na zegarek. Przegub mojej ręki był taki szczupły. Nerwowo porównałam go z
drugim. Lewy był bez wątpienia znacznie szczuplejszy od prawego, a przecieŜ wcześniej
niczym się od siebie nie róŜniły, byłam tego pewna. Od kilku dni dokuczały mi teŜ osobliwe
bóle, coś jak ból mięśni. Kark, plecy, ręce, nogi - wszystko mnie bolało.
„MoŜe mam raka kości?"
Moje serce waliło jak szalone, co za potworne uczucie! Serce podchodziło mi do gardła,
nawet w głowie czułam jego uderzenia. Czułam je w końcach palców i w Ŝołądku. Do tego
nagle, tak po prostu, zabrakło mi powietrza. Miałam wraŜenie, Ŝe ktoś mnie dusi i uciska
moją tchawicę. Ale w pokoju nikogo nie było - a moŜe jednak... Spanikowana rozejrzałam się
wokół. Powietrza! Próbowałam rozerwać sobie szyję i szeroko otworzyć usta. Palcami
starałam się wyciągnąć sobie język najdalej jak to tylko moŜliwe, Ŝeby w ten sposób
zaczerpnąć więcej tlenu, ale moje palce ześlizgiwały się po jego mokrej powierzchni jak po
ś
liskiej rybie.
Pociemniało mi w oczach, a pokój wirował coraz szybciej.
- Mamo... - jęczałam, usiłując złapać oddech. Potem wszystko wróciło nagle do normy. Świat
wokół mnie stał się miękki, ciepły i zatonął w łagodnym, róŜowym świetle. Głęboko
oddychałam i czułam, Ŝe jestem zdrowa.
*
- Noro! - z daleka dobiegł mnie krzyk matki. - Noro, słyszysz mnie?
Zamrugałam i otworzyłam oczy. To dziwne, leŜałam w salonie na dywanie, a nade mną
rozciągał się gzyms okienny.
„Skąd się tu wzięłam? Co się stało? Dlaczego nic nie pamiętam? I czemu boli mnie twarz?"
- Mamo... - wyszeptałam.
58
Pomogła mi wstać i objęła mnie ramieniem. Była jeszcze w kurtce.
„CzyŜby dopiero wróciła do domu?"
- Noro, co się stało? - zapytała, prowadząc mnie na sofę. Nogi miałam jak z waty.
- MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom - wyszeptałam niewiele myśląc, poniewaŜ na gwałt
potrzebowałam teraz ochrony. - MoŜejutrotadamasamadatortujeŜom.
- Proszę? - zapytała mama, siadając obok.
- Nic - wymamrotałam.
- Noro, co z tobą?
- Nie wiem - powiedziałam cicho zupełnie skołowana. -Chyba nie czuję się najlepiej.
Mama pogładziła mnie po twarzy.
- Zemdlałaś - wyjaśniła mi, a w jej głosie wyraźnie pobrzmiewała troska.
- LeŜałaś pod oknem, cała twoja twarz była... Zamilkła i chłodnymi palcami po omacku
zaczęła dotykać
mojej twarzy.
- Nie... - szybko zaprotestowałam i cofnęłam się. Moja twarz zdawała się gruba, nabrzmiała i
pozbawiona czucia.
- AleŜ ty jesteś poraniona - przeraziła się matka i chwyciła moją twarz w obie dłonie. -
Rozcięłaś sobie skronie. Myślę, Ŝe musimy to pokazać lekarzowi.
- Nie, proszę nie - zaprotestowałam, ale potem pozwoliłam się mamie podnieść i zawieźć do
szpitala.
*
Musiałyśmy długo czekać. Siedziałam obok mamy zapadnięta w sobie, nie odzywając się
słowem. Zamiast rozmawiać, patrzyłam tępo przez okno, chociaŜ z powodu zapadających
ciemności ledwo co było widać. Dostrzegłam kawałek przyszpitalnego, zielonego muru i
nieco szarego nieba, a w oddali oświetlony, stojący nieruchomo dźwig.
- Noro, co się z tobą dzieje? - pytała od czasu do czasu matka, głaszcząc moje plecy, zimne
dłonie albo równie chłodną twarz.
59
Ale ja uparcie milczałam, poniewaŜ nie wiedziałam, co jej
odpowiedzieć.
- Jak to się mogło stać? - zastanawiała się głośno. - Było ci niedobrze? Miałaś juŜ wcześniej
problemy z krąŜeniem?
Nie odezwałam się.
Bolała mnie skroń, miałam wraŜenie, Ŝe jest rozpalona i nabrzmiała. Reszta mojego ciała była
zimna jak lód. Czułam, Ŝe znowu zaczynam drŜeć.
- Zimno ci? - zapytała matka. Lekko skinęłam głową.
- PrzecieŜ tu w środku panuje piekielny upał - zdziwiła się
zatroskana.
Spojrzałam na nią kątem oka. Wyglądała na zmęczoną i wyczerpaną, a na brodzie miała mały,
rozmazany i zakrzepnięty ślad po krwi, która zapewne pochodziła z mojej skroni.
Troskliwie zarzuciła mi na plecy swoją kurtkę, choć jedną miałam juŜ na sobie.
- Lepiej? - zapytała po cichu.
Wzruszyłam ramionami i wtedy przyszła kolej na nas. Mama weszła razem ze mną do
gabinetu lekarskiego.
Lekarz, który mnie badał, był bardzo młody. Wyglądał wręcz jak rówieśnik Jakuba, choć to
przecieŜ niemoŜliwe. Od razu przypomniałam sobie lekarzy z mojego snu i cicho jęknęłam.
- Tak, jasne, to boli - stwierdził i ciepłymi palcami zaczął obmacywać moją głowę. - Trzeba
to zszyć - wyjaśnił potem. -Ale nie ma strachu, to będzie tylko kilka maleńkich ukłuć.
Chwilę później leŜałam juŜ na kozetce i spoza na wpół przymkniętych powiek ujrzałam dwie
wchodzące pielęgniarki. Krzątały się wokół mnie, szczękały jakimiś narzędziami lekarskimi,
otwierały i zamykały szuflady, zamieniły kilka zdań z lekarzem, przez cały czas rzucając
krótkie, badawcze spojrzenia na moją ranną skroń.
- Dostaniesz teraz znieczulenie miejscowe, takie jak u dentysty - wyjaśniła jedna z nich, a jej
głos zabrzmiał tak łagodnie, jakbym była małym, przestraszonym dzieckiem. Skinęłam głową
i po chwili poczułam lekkie, niewinne ukłu-
| 60
сіє
, а zaraz potem po mojej twarzy rozeszło się przyjemne ciepło.
Zamknęłam oczy.
- Raz dwa i po wszystkim - Ŝyczliwie zamruczał pod nosem młody lekarz. - Nie będzie
Ŝ
adnych blizn.
Jego palce lekko dotykały mojej twarzy.
- Jak to się w ogóle stało? - spytał w końcu. Usłyszałam, Ŝe wstaje, a na jego miejscu stanęła
jedna z pielęgniarek. Pachniała perfumami, środkami dezynfekcyjnymi i młodą skórą,
czułam, jak na zszytą ranę nakłada jałowy opatrunek.
- Była nieprzytomna - dobiegł mnie głos mamy.
Lekko drgnęłam, zdąŜyłam juŜ zapomnieć, Ŝe jest tu ze mną.
- I upadając, musiała chyba uderzyć głową o gzyms okienny, który ma bardzo ostry róg.
- MoŜesz juŜ usiąść - w tej samej chwili oznajmiła stojąca obok mnie pielęgniarka i sięgnęła
po moją rękę. - Chodź, pomogę ci.
OstroŜnie się podniosłam.
- Noro, jak to dokładnie było? - zapytał lekarz i jeszcze raz zbadał mi puls.
Milcząc, wzruszyłam ramionami.
- No tak, zbyt rozmowna to ty nie jesteś - stwierdziła pielęgniarka, która zrobiwszy mi
opatrunek, wsunęła na moje lewe ramię opaskę do pomiaru ciśnienia.
- Źle się poczułaś? MoŜe miałaś zawroty głowy? - wypytywał lekarz, świecąc mi w oczy
małą, kieszonkową lampką.
- Tak, miałam zawroty głowy - wyszeptałam. - WciąŜ kręci mi się w głowie - dodałam
ostroŜnie.
- Pierwszy raz słyszę - zdenerwowała się mama.
- W kaŜdym razie ciśnienie jest w porządku - oznajmiła pielęgniarka.
- Coś jeszcze ci dolega? - zapytał lekarz.
- Nie wiem - wyszeptałam wpółŜywa. Ciepło na mojej twarzy stopniowo ustępowało,
pozostała jeszcze tylko tępa opuchlizna.
- Czasami wszystko widzę zamazane - powiedziałam ci-
61
cho, nie patrząc na nikogo. - Albo nagle robi mi się niedobrze, a potem strasznie boli mnie
głowa...
Zakwiliłam Ŝałośnie jak zaszczute zwierzę.
- I często mam wraŜenie, Ŝe zaraz zemdleję. Spojrzałam ze strachem na przystojnego lekarza,
który
zaczął coś notować.
- Noro, dlaczego nic nam o tym nie powiedziałaś? - odezwała się mama.
Zignorowałam ją i dalej patrzyłam na lekarza.
- Czy to coś powaŜnego? - zapytałam cicho. - To znaczy, czy jestem powaŜnie chora?
Pomyślałam o swoim wujku i o pani Korintenberg. MęŜczyzna uśmiechnął się do mnie.
- Nic ci nie dolega - stwierdził z przekonaniem. - To chyba tylko jakieś niewielkie problemy z
układem krąŜenia typowe dla okresu dojrzewania.
Wstał z miejsca.
- Mimo to chciałbym wykluczyć pewne rzeczy, dlatego chętnie zlecę przeprowadzenie paru
badań.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Kazali mi przechodzić z jednego gabinetu
lekarskiego do następnego, a ja, oszołomiona, nie protestowałam. W jednym podłączono
jakieś przewody do mojej nagiej piersi i zbadano mi serce. Potem owinięto moją głowę
kablami, Ŝeby sprawdzić elektryczną aktywność mózgu. Wtedy wbiłam się paznokciami w
dłoń mamy. Następnie pobrano mi całą masę krwi i wysłano mnie na rentgen, gdzie miałam
prześwietlić głowę.
- Musisz leŜeć bardzo spokojnie, poniewaŜ to urządzenie zrobi zdjęcie twojej czaszki -
wyjaśniła mi uprzejmie korpulentna pielęgniarka.
PołoŜyłam się na dziwnie wyglądającym stole do badań
rentgenologicznych. Byłam cała spięta.
Urządzenie szumiało długo i uciąŜliwie, a ja zostałam sama w tym pomieszczeniu, poniewaŜ
osobie towarzyszącej nie wolno przebywać tam podczas prześwietlenia.
- Pomocy, pomocy, pomocy... - szeptałam. I choć mocno zaciskałam oczy, świat wokół mnie
wirował. Uczepiłam się
| 62
stołu, gdyŜ miałam wraŜenie, Ŝe w kaŜdej chwili mogę spaść Byłam święcie przekonana, Ŝe
teraz znajdą w mojej głowie nowotwór i pokaŜą mamie zdjęcie rentgenowskie, na którym
widać wielkiego, śmiertelnego guza.
*
MoŜejutrotadamasamadatortujeŜom.MoŜejutrotadamasa-madatortujezom.
MozejutrotadamasarnadatortujeŜom "
- Noro, słyszysz mnie? MoŜesz juŜ wstać. Korpulentna pielęgniarka szarpała mnie za rękaw
swetra
- Mozę jutro ta dama sama da tortu jeŜom... - wymamrotałam i otworzyłam oczy.
Kobieta uśmiechała się do mnie.
- No chodź, tutaj juŜ skończyliśmy.
DrŜąc, skinęłam głową i spróbowałam się podnieść ale bezskutecznie.
'
- Co z tobą? - spytała zdziwiona pielęgniarka.
- Nie mogę wstać - wyszeptałam.
- Ale dlaczego miałabyś nie móc wstać? - odezwała sie kobieta.
c
- Nie wiem - wydukałam i raptem nabrałam pewności ze rzeczywiście czuję swój nowotwór.
Potwornie rozbolała mnie głowa, a cały pokój zaczął chwiać się i kiwać.
- Bzdura, oczywiście, Ŝe moŜesz wstać - stwierdziła zachęcająco, podając mi rękę. - Chodź.
- Nie, nie mogę - wybełkotałam zrozpaczona i zaczęłam płakać.
8
Płakałam jak bóbr, aŜ w końcu pielęgniarka przyprowadziła lekarza i moją matkę.
- Noro, co się dzieje? Dlaczego nie chcesz wstać? - spytała mama, pochylając się nade mną.
63
- Moja głowa - wyszeptałam. - Znowu mam zawroty i jest
mi niedobrze...
Ponownie zmierzono mi ciśnienie, a lekarz za pomocą
wziernika obejrzał dno mojego oka.
- Wszystko w normie - usłyszałam jakiś głos. - Wyniki są prawidłowe. Jedyne, co
wykryliśmy, to nieznaczna arytmia serca, ale ona jest nieszkodliwa. Cierpi na nią wiele
dziewcząt
w tym wieku.
„Serce? Lea. Moja zmarła siostra..."
Spojrzałam na mamę, teŜ głośno przełknęła ślinę.
- A więc wszystko w porządku, Noro.
- A moja głowa? - wyszeptałam.
- Chwileczkę, przyniosę zdjęcia - powiedział lekarz i wyszedł.
- Wstań w końcu - nalegała usilnie mama. Spróbowałam, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa.
Były jak
martwe, jakby właśnie uschły, miałam wraŜenie, Ŝe juŜ nigdy więcej ich nie poczuję.
W tej samej chwili wrócił lekarz. W ręku trzymał ogromne zdjęcie rentgenowskie.
Wpatrywałam się w nie jak urzeczona. Przedstawiało czarny łuk z jasnymi kołami wielkości
monety
pięciomarkowej.
- Wszystko w porządku - stwierdził z zadowoleniem. -Twoja głowa jest najzupełniej zdrowa.
LeŜałam całkiem spokojna i czułam, Ŝe moje członki znowu oŜywają, mięśnie rozluźniają się,
a drŜenie powoli ustępuje.
Nagle pomyślałam o Jakubie. Zatęskniłam za jego głosem, zapragnęłam pójść z nim do lasu i
razem z Kasprem biec przez
łąkę.
OstroŜnie wstałam, a potem wróciłyśmy do domu.
*
Kwiecień naleŜał do dobrych miesięcy. W naszym ogrodzie zakwitły tulipany, Ŝonkile,
narcyzy oraz forsycje i juŜ nie napawały mnie one strachem.
Niebo było jasne, powietrze przesycone ciepłem, a ja zu-
| 64
pełnie zdrowa. Nie miałam nowotworu, a moja głowa funkcjonowała jak naleŜy.
Wkrótce po naszym powrocie ze szpitala mama kupiła mi paczkę witamin.
- Ale musisz takŜe więcej przebywać na świeŜym powietrzu - zakomunikowała, kładąc
pastylki na biurku. - Powinnaś teŜ pomyśleć o jakimś sporcie. Pływanie, jogging, taniec
współczesny albo coś w tym rodzaju...
Skinęłam głową i połoŜyłam się w ogrodzie na ciepłej wiosennej trawie. JuŜ od kilku dni
opakowanie było puste. Ukradkiem kupiłam w aptece nową paczkę. Co prawda na ulotce
zalecano spoŜywanie jednej tabletki dziennie, ale czyŜ nie czułam się znacznie lepiej, odkąd
je zaŜywałam? JuŜ pierwszego dnia połknęłam pięć czy sześć pastylek, a potem robiłam to
codziennie. W końcu witaminy nikomu jeszcze nie zaszkodziły, natomiast zbędne składniki,
których organizm nie potrzebuje, są po prostu wydalane, gdzieś o tym czytałam.
Rozległ się głośny dzwonek telefonu. Wiedziałam, Ŝe mama jest w domu i dlatego nie
ruszyłam się z miejsca.
- Noro, to była Verena - zaraz potem zawołała mama. -Niestety, nie moŜe dzisiaj przyjść.
Razem z Antoniem i Bernadetą jest u pani Korintenberg w szpitalu, chcą tam chyba
posiedzieć trochę dłuŜej, a potem juŜ nie zdąŜy...
LeŜałam nieruchomo na brzuchu.
„Verena jest u pani Korintenberg? Dlaczego dzisiaj nie wspomniała mi o tym w szkole?
Powiedziała jedynie, Ŝe moŜe mnie odwiedzi".
Nerwowo obróciłam się na plecy.
„Dlaczego Verena o niczym mi juŜ nie mówi? I dlaczego ostatnio tak często widuje się z
Bernadetą? Wczoraj na przykład pojechały razem grać w tenisa".
„Jak się czuje pani Korintenberg?"
JuŜ dawno o niej nie myślałam. Nie chciałam o niej myśleć. Zabroniłam sobie o niej myśleć.
„MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom".
Powolutku podniosłam się i wróciłam do domu.
- Wszystko w porządku Noro? - spytała mama, rzucając
I 65
mi badawcze spojrzenie. Siedziała przy stole kuchennym, a przed nią piętrzył się stos nowo
wydanych ksiąŜek, które prawdopodobnie miała dziś zamiar przekartkować.
- Tak, tak - mruknęłam i wzięłam leŜący obok nich telefon.
Zabrałam go do swojego pokoju i usiadłam na parapecie. DrŜącymi palcami wystukałam
numer Jakuba. Trwało dłuŜszą chwilę, zanim podniósł słuchawkę. W tle słyszałam krzyki i
zawodzenie Eike.
- Jakubie, to ja... - powiedziałam, a mój głos drŜał tak samo
jak palce.
- Cześć Noro - odpowiedział, a potem zawołał: - Nie, Eike, zostaw to! Powiedziałem, Ŝe
wystarczy. Pudding juŜ się skończył...
- Jakubie, ja... - zaczęłam, ale on nie mógł mnie wysłuchać. - Przepraszam Noro, ale Eike
dostał dziś kręćka. Wcześniej skończył lekcje, a jego opiekun leŜy z grypą w łóŜku.
Coś runęło z łoskotem, a chwilę potem Eike zaczął wrzeszczeć jeszcze głośniej.
- Eike, ty łobuzie! - krzyknął rozzłoszczony Jakub. - Przestań demolować mieszkanie, nie
wyczarujesz w ten sposób ani nowego puddingu, ani Ulfa!
Ulf odbywał słuŜbę zastępczą jako sanitariusz i popołudniami zajmował się Eike, dopóki
matka chłopców nie wróciła
z pracy.
- Jakubie, mógłbyś do mnie zajrzeć? - zapytałam błagalnym tonem, chociaŜ domyślałam się,
Ŝ
e nic z tego. - Czuję się tak dziwacznie i...
- MoŜesz poczekać jeszcze chwilkę, Noro? - krzyknął Jakub, a jego głos brzmiał równie
błagalnie jak mój. - Muszę najpierw uspokoić mojego szalonego brata, zanim z miłości do
puddingu kompletnie zdemoluje mieszkanie.
Usłyszałam dźwięk odkładanej słuchawki. Rozłączyłam się i chwiejnym krokiem
przemaszerowałam przez swój pokój.
Czułam, Ŝe to znowu się zdarzy.
- MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom - wyszeptałam
| 66
przeraŜona i zarzuciłam na siebie kurtkę. Potem zbiegłam po zalanych słońcem schodach,
zapukałam w naszą skrzynkę na listy i pognałam do parku, Ŝeby przemierzyć swoją ochronną
trasę.
Musiałam dojść do siebie.
W tej chwili nie było to jednak łatwe, bo wydawało mi się, Ŝe umieram.
*
Szłam chwiejnym krokiem przez park, otaczało mnie mnóstwo ludzi, zwłaszcza dzieci.
Bawiły się, tak jak ja niegdyś bawiłam się w tym miejscu. W pewnej chwili przystanęłam i
Ŝ
eby nie upaść, oparłam się o drzewo. Wszystko wokół chwiało się, lecz teraz całkowicie
zawładnęło mną wspomnienie przeszłości. Miałam wraŜenie, jakbym zaledwie wczoraj
skradała się tu boso przez szeleszczące krzaki w poszukiwaniu przygody. Wtedy było jeszcze
całkiem dobrze albo przynajmniej nie aŜ tak źle.
- Wszystko w porządku? - nagle tuŜ obok mnie zagrzmiał donośny, ogłuszający głos.
Przestraszona otworzyłam oczy. Zupełnie zapomniałam o tym, gdzie jestem, a przecieŜ
opierałam się w małym parku o jednego z najwyŜszych kasztanowców.
- Co? - wyjąkałam, zakrywając uszy.
Dziwnym trafem ten donośny, ogłuszający dźwięk wydobywał się z małej, drobnej
starowinki. Jak to moŜliwe, Ŝeby miała taki koszmarny głos?
- Potrzebujesz pomocy? Dobrze się czujesz? - krzyczała, jakby była głucha.
Dziwne, lecz nikt nie spoglądał w naszą stronę. Taki szalony, przeraźliwy głos powinien
przecieŜ wywołać sensację, ale jakoś nikt nie zwracał na nas uwagi. CzyŜbym tylko ja go
słyszała? Czy zrodziło się we mnie jakieś nowe szaleństwo? OstroŜnie odepchnęłam się od
drzewa i wykonałam kilka chwiejnych kroków.
- Proszę, muszę juŜ iść... -wyszeptałam, a potem pospiesz-
nie opuściłam ten straszny park, tak szybko, na ile pozwalały mi dokuczliwe zawroty głowy.
Powzięłam mocne postanowienie, Ŝe juŜ nigdy więcej tam nie pójdę. W jednej chwili
znienawidziłam to miejsce.
Oszołomiona zbiegłam w dół ulicy. Zamierzałam pojechać do Vereny, nawet jeśli nie wróciła
jeszcze od pani Korinten-berg. W jej domu z pewnością od razu poczuję się lepiej.
Szczękałam zębami ze zdenerwowania. Dokładnie w tym samym momencie dotarłam do rogu
ulicy, na którym wcześniej stał dom Maiera. Stanęłam jak wryta. Bez śladu znikł nie tylko
mały, szary domek ze zniszczonymi resztkami przewróconego, esowatego płotu, ale równieŜ
bujne, kolczaste, dziko rosnące zarośla. Pozostał jedynie szary, pusty róg ulicy,
nic ponadto.
Widząc to, wybuchłam płaczem. Mocno przyciskałam do powiek końce palców, ale mimo to
łzy nadal ciekły mi po policzkach. Cisnęłam mocniej i mocniej, aŜ w końcu niemal
krzyknęłam z bólu, ale łez było coraz więcej. Przed moimi zamkniętymi oczyma drgały jasne,
bolesne refleksy i ten ból stopniowo mnie uspokajał. W końcu mogłam iść dalej, zamrugałam
i rozejrzałam się. Wokół panowała jasność, a moje bolące oczy rozróŜniały tylko zamazane
kontury. W ten sposób dotarłam na przystanek i na szczęście niemal natychmiast zatrzymał
się jakiś autobus. Wsiadłam do środka. Oparłam głowę o szybę i próbowałam policzyć, jak
długo będę mogła tak siedzieć. Odległość między kolejnymi przystankami autobus przebywał
ś
rednio w trzy do czterech minut, w myślach odliczyłam więc przystanki, które miałam
jeszcze do przejechania. Wyszło trzynaście. Trzynaście razy cztery daje pięćdziesiąt dwa.
Pięćdziesiąt dwie minuty spokoju. Zamknęłam oczy i stwierdziłam, Ŝe ból spowodowany
przez uciskanie palcami juŜ znikł. Spróbowałam miarowo oddychać, zachować spokój, ale z
miernym skutkiem. Nerwowo rozejrzałam się wokół. W przedniej części autobusu siedziała
zaledwie garstka pasaŜerów i nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Szybko znowu
przycisnęłam palcami zamknięte powieki, tak mocno, jak to tylko było moŜliwe. Poczułam
nawrót bólu. Zacisnęłam zęby. Było mi niedo-
68
brze, wróciły teŜ jaskrawe rozbłyski. Jak dzikie przeszywały moją głowę, w której wszystko
wirowało. Ogarnęło mnie całkiem przyjemne uczucie. Ból, który mi teraz doskwierał, był
zupełnie niewinny. Wiedziałam, skąd się bierze, nie był to guz, niebezpieczna choroba ani
ś
mierć. W pewnej chwili pozwoliłam rękom opaść. Z wysiłku rozbolały mnie palce, a ich
koniuszki zaczęły pulsować. OdpręŜyłam się teraz i rozkoszowałam wymuszonym spokojem.
Kiedy z głośnika autobusowego rozległa się zapowiedź „ulica Alberta Schweizera",
wysiadłam. Stąd było tak samo daleko do Vereny i do Jakuba.
„MoŜe powinnam raczej pójść do niego? Mogłabym mu opowiedzieć o tym, co się ze mną
dzieje od pewnego czasu, moŜe byłby w stanie mi pomóc?"
Natychmiast stanął mi jednak przed oczami obraz Eike, którego nie mogłam strawić. Szkoda,
Ŝ
e Jakub istniał tylko w powiązaniu ze swoim szalonym bratem. Tak bardzo chciałam, Ŝeby
nie było Eike, Ŝeby go po prostu nie było, wtedy nikt nie musiałby znosić jego krzyków,
płaczu, kołysania się i napadów lęku.
RozdraŜniona dotarłam do domu, w którym mieszkała Verena, nacisnęłam na przycisk
dzwonka i czekałam. Otworzyła mi Lilii, jej młodsza siostra.
- Cześć - powiedziała cicho. - Przyszłaś do Vereny?
- Tak - odparłam, opierając się o futrynę.
- Ale ona jest jeszcze u waszej chorej wychowawczyni -wyjaśniła Lilii.
Drgnęłam nerwowo.
- Chcesz wejść?
- Nie wiem - odpowiedziałam po cichu i poczułam, Ŝe od środka zaczynam drŜeć.
- Twoja mama juŜ dzwoniła - oznajmiła w tej samej chwili dziewczynka. - Pytała, czy jesteś u
nas.
Zachwiałam się lekko i chwyciłam się drzwi.
- Cześć, Noro - powiedział nagłe Arne, starszy brat Vere-ny, odsuwając Lilii na bok.
Nie odezwałam się. Arne miał osiemnaście lat i dwa lata
69
temu był obiektem moich westchnień, ale nikt o tym nie wiedział.
- Kobieto, wyglądasz jak z krzyŜa zdjęta - stwierdził, a ja odniosłam wraŜenie, Ŝe patrzy na
mnie jak na zleŜałą gruszkę na targu owocowym.
_ Wejdź i zadzwoń do swojej mamy - poprosił. - Napędziłaś jej strachu, wygląda na to, Ŝe
wymknęłaś, się cichaczem z domu i chyba juŜ myślała, Ŝe...
Arne uciął w połowie zdania, a ja milcząc, niezdarnie ruszyłam za nim do środka.
- Muszę najpierw do toalety - powiedziałam po cichu, poniewaŜ Lilii juŜ zaczęła skakać
wokół mnie, zachęcającym gestem podając bezprzewodowy telefon.
Szybko ruszyłam do toalety dla gości i zamknęłam za sobą drzwi. DrŜąc, oparłam się o
wyłoŜoną kafelkami ścianę i mocno przycisnęłam palce do oczu. Znowu pojawił się ból,
rozbłyski i gwałtowne mdłości. Uciskane gałki zaczęły drgać.
Ponownie odniosłam sukces, drŜenie powoli ustąpiło i mogłam opuścić łazienkę.
- Co z twoimi oczami? - spytała zdziwiona Lilii, gapiąc się
na mnie.
- Nic- - odmruknęłam i chwyciłam telefon.
- Cześć, mamo - zaraz potem powiedziałam do słuchawki, odwracając się od Lilii.
Mama była na mnie wściekła, ale siliła się, Ŝeby tego nie okazać. Mimo to zauwaŜyłam.
_ Chciałabym dziś przenocować u Vereny, proszę - powiedziałam cicho.
-Wolałabym, abyś wróciła do domu, Noro - oznajmiła mama. - Nie moŜesz zawsze tak po
prostu wychodzić bez słowa.
- Wiem, przykro mi - wybąkałam.
_ Zresztą nie masz przy sobie Ŝadnych przyborów szkolnych - dodała.
- Przyjdę po nie jutro rano. _ Co się z tobą dzieje, Noro?
- Nie wiem - odpowiedziałam.
- Martwimy się z tatą.
70
Milczałam i na chwilę zamknęłam oczy. To miłe uc2Ucie wiedzieć, Ŝe rodzice się o mnie
martwią. Zaraz jednak przypomniałam sobie, Ŝe ojciec ostatnio rzadko pokazywał się w domu
i miłe uczucie nagle znikło.
- A zatem zostanę tutaj, OK? - oznajmiłam w końcu.
- Noro, ja...
- Do jutra mamo.
Szybko się rozłączyłam i oddałam Lilii telefon.
W tej samej chwili wróciła Verena. Towarzyszyła jej Bernadeta.
- Och, cześć Noro! - powitała mnie radośnie Bernadeta zareagowała tak samo na mój widok,
ale nagle ia znienawidziłam, chciała mi odebrać Verenę, co do tego nieЇ? łam Ŝadnych
wątpliwości. Przy tym od wieków przyjaźniła fi przecieŜ z Amandą a brat Vereny, Arne był
dwa lata temu 2 partnerem na balu końcowym w szkole tańca. Bernadeta wCa,p nie
potrzebowała Vereny, w przeciwieństwie do mnie
- Mogę dziś u ciebie przenocować? - spytałam cicho
- Jasne - odparła yerena i uśmiechnęła się do mnie. - Ber nadęta tez zostaje - dodała. - To
super. W trójkę będzie Jl* jeszcze weselej.
Nie przytaknęłam ani nie zaprzeczyłam, chociaŜ wszystko krzyczało we mnie, Ŝe Bernadeta
powinna sobie iść i to nailP piej natychmiast. Jie"
- Chodźcie zjemy coś - w tej samej chwili rozległ się gł04 Bernadety. - Umieram z głodu.
Zrobimy sobie racuchy?
- A propos umierania - wtrącił się Arne - co porabia piek na Behnda Kormtenberg? Lepiej z
nią, czy ? ^
- ...czy umrze? - przerwała mu Lilii. - Mama powiedziała wczoraj, ze z tym rakiem nie ma
Ŝ
artów, człowiek ani sie Z obejrzy, a juz jest na drugim świecie.
71
Poczułam, Ŝe ziemia usuwa mi się spod stóp i pędem ruszyłam do łazienki, dlatego nie
usłyszałam juŜ odpowiedzi Vereny i Bernadety.
Moje palce były lodowate i sprawiały niemiłosierny ból. Mimo to dalej wbijałam je w oczy,
które teraz paliły nawet przy najlŜejszym dotyku.
Tym razem jednak to nie poskutkowało, po prostu się nie udało. Pomimo rozbłysków,
mdłości i bólu. Nie doszłam do siebie. Jęknęłam cicho, przyciskając rękę do ust. Ostatecznie
cała reszta nie powinna mnie słyszeć.
I to się stało dokładnie w tej samej chwili. Choć byłam zupełnie trzeźwa, najzupełniej w
ś
wiecie. PrzecieŜ nie spałam, a dotychczas robaki nawiedzały mnie tylko we śnie, były
wytworem moich sennych zwidów.
JednakŜe tym razem zjawiły się w biały dzień, otaczając mnie ze wszystkich stron. Wypełzały
z moich piekących oczu, wyłaziły z dziurek w nosie, pełzły do góry po wyłoŜonych kafelkami
ś
cianach i spadały mi z sufitu na głowę.
„Nie, nie, nie..."-krzyczałam, ale dziwnym trafem z mojego gardła nie wydobył się Ŝaden
dźwięk. MoŜe dlatego, Ŝe podczas krzyku wcale nie otwierałam ust. Bałam się, Ŝe jeśli to
uczynię, robactwo wpełznie przez nie do środka albo zacznie z nich wyłazić.
PoniewaŜ jednak nie mogłam otworzyć buzi, a w moim nosie aŜ roiło się od maleńkich,
lepkich robaków, zaczęłam się dusić. W pewnej chwili nie wytrzymałam, otworzyłam usta i
próbowałam zakatrupić łaŜące po języku robactwo. Zaczęłam szybko oddychać, Ŝeby
przeŜyć. A potem nagle zrobiło mi się dobrze. Powietrze było ciepłe i rześkie, a wokół
spływało jasne, miękkie światło. Wszystko wróciło do normy. Z ulgą skuliłam się i zasnęłam.
* Kiedy otworzyłam oczy, leŜałam na sofie w obcym pokoju. Zdziwiona zamrugałam i
zobaczyłam, Ŝe otacza mnie tłum ludzi, a wszyscy mi się przyglądają. Verena i Bernadeta,
Arne, Lilii, mama i jeszcze jeden brat Yereny.
| 72
- Na szczęście nie zaryglowała drzwi - usłyszałam głos Bernadety.
- Ocknęła się - wyszeptała Lilii.
- No, dzięki Bogu! - zawołała mama Vereny i pogłaskała mnie po czole.
- Dziewczyno, ale napędziłaś nam strachu! - powiedziała moja przyjaciółka. - Tak po prostu
zemdleć w toalecie!
- Masz problemy z krąŜeniem? - spytała mama Vereny. -W młodości teŜ wciąŜ mdlałam -
uśmiechnęła się do mnie. -Twoja mama będzie tu lada chwila. Dzwoniłam do niej.
Przez cały czas nie odezwałam się słowem.
- Twoje oczy są całkiem spuchnięte - stwierdziła Verena i zatroskana usiadła obok mnie.
- To prawdopodobnie z powodu omdlenia - wyjaśniła matka.
- Ale takie oczy miała juŜ, kiedy tu przyszła! - zawołała Lilii. Rozgniewana obróciłam się w
stronę ściany. Bolała mnie
kaŜda kość, w ogóle wszystko mnie bolało.
A potem zjawiła się moja mama i po raz drugi pojechała ze mną do szpitala. W milczeniu
pozwoliłam sobie zrobić wszystkie badania, ale lekarze niczego nie znaleźli oprócz stłuczenia
na lewym ramieniu i małego krwiaka za lewym uchem.
Co z nich za lekarze?! .
*
To był początek końca.
W domu zaŜyłam resztę witamin i zaszyłam się w łóŜku. WciąŜ jeszcze wszystko mnie bolało
i na myśl o mojej przyjaciółce stanęła mi przed oczami mała, wąska łazienka, w której
zasłabłam.
„Nigdy więcej tam nie pójdę!"
Pomyślałam o Bernadecie, która właśnie w tej chwili była u Vereny.
„Z pewnością rozmawiają teraz o mnie. MoŜe nawet śmieją się ze mnie?"
Pomyślałam o Jakubie.
„Od naszego pocałunku minęły juŜ chyba wieki. Ledwo go sobie przypominam".
73
Ale dotyk obślizgłych robaków na języku pamiętałam doskonale.
Zaburczało mi w Ŝołądku. LeŜałam sztywno, szczerze nienawidząc swojego ciała. Burczenie
powtórzyło się. Czułam, Ŝe mój brzuch jest dziwnie wzdęty. Niepewnie zaczęłam go macać.
Palce ciągle jeszcze sprawiały mi ból, jakby były zaognione albo potłuczone.
„Co się dzieje z moim Ŝołądkiem? PrzecieŜ niecałą godzinę temu przeszłam badania w
szpitalu i lekarze orzekli, Ŝe nic mi nie dolega".
Fakt faktem, Ŝe nie zwrócili uwagi na mój brzuch. Zbadali głowę, oczy, uszy, zmysł
równowagi oraz serce. Ale równie dobrze mogłam coś mieć takŜe w brzuchu. Raka Ŝołądka,
raka jelita, raka podbrzusza, nerek, wątroby albo pęcherzyka Ŝółciowego...
Teraz zakruczało mi teŜ w trzewiach. Przycisnęłam dłonie do brzucha, ale to nic nie pomogło.
Wręcz przeciwnie, burczenie powoli zamieniało się w kłujący ból.
Powoli wyprostowałam się i nasłuchiwałam odgłosów dochodzących z wnętrza mojego ciała,
ale oprócz tego osobliwego bólu było tam cicho i zimno. OstroŜnie wstałam, ale od razu
zakręciło mi się w głowie. Mimo to zeszłam z łóŜka i powoli ruszyłam w stronę drzwi.
Chciałam iść do toalety, gdyŜ burczenie nasilało się.
Z naszej kuchni dochodziły jakieś odgłosy. Ojciec wrócił chyba do domu. Dlaczego nie
przyszedł do mnie na górę? Przystanęłam i zaczęłam nasłuchiwać. CzyŜby rodzice się kłócili?
Na to wyglądało.
- Do diabła, gdzie byłeś dziś w nocy? - syknęła mama.
- Powtarzam chyba po raz setny: nocowałem w biurze -odparł ojciec, ale jego głos brzmiał
jakoś dziwnie.
- Kłamiesz - zarzuciła mu. - Bez przerwy dzwoniłam do twojego biura, ale zgłaszała się tylko
ta głupia automatyczna sekretarka.
- Wyłączyłem telefon, Amrei - powiedział ojciec, a jego głos przybrał teraz bardziej
agresywny ton. - Terminy mnie naglą, muszę się skoncentrować.
74
- A dlaczego nie wróciłeś potem do domu? - podchwytliwie indagowała mama.
- Amrei, na miłość boską, było juŜ grubo po północy, kiedy skończyłem, byłem padnięty i po
prostu cisnąłem się na tę cholerną, zwichrowaną sofę.
Na chwilę w kuchni zaległa grobowa cisza.
- Nie wierzę ci, Michaelu - oznajmiła potem matka smutnym głosem.
Znowu zrobiło się cicho.
DrŜąc, oparłam się o ścianę przedpokoju.
- Czy mam ci powiedzieć, co o tym sądzę - kontynuowała po chwili, podnosząc nieco głos. -
Myślę, Ŝe masz romans z tą głupią Carmen z rudymi loczkami.
Zamarłam. „Ta głupia Carmen z rudymi loczkami" była młodym architektem z Berlina i od
paru tygodni pracowała w biurze ojca. Czy to rzeczywiście moŜliwe, Ŝeby mój wspaniały
ojciec z nią...
- Co za idiotyzm! - fuknął, ale jego głos znowu zabrzmiał jakoś dziwnie.
Nagle mama zaszlochała.
- Co tu się ostatnio dzieje? Wszystko się sypie. Nora jest coraz bardziej dziwna, zamknięta w
sobie i patrzy tak, jakby jutro miał nastąpić koniec świata, a ty - a ty nie wracasz juŜ do domu
i zostawiasz mnie samą z tym wszystkim, a na dodatek jeszcze kłamiesz i zdradzasz...
- Do cholery, Amrei, chyba naprawdę tak nie myślisz! -zaklął ojciec. - Tylko dlatego, Ŝe
kilka razy nocowałem w biurze, insynuujesz mi od razu... Przy tym sama ciągle gdzieś
wybywasz, a jeśli juŜ przypadkiem znajdziesz się w domu, to myślami i tak jesteś daleko stąd.
W tej swojej cholernej księgarni, przy ofiarach neonazistów albo Bóg wie gdzie...
- Nie zmieniaj tematu - krzyknęła rozwścieczona matka.
- Psst, Nora chyba śpi - syknął ojciec. Matka znowu załkała.
- Ach, kto ją tam wie. MoŜe wcale nie śpi, tylko znowu gapi się w sufit. Michaelu, martwię
się. Czasami naprawdę myślę, Ŝe coś z nią nie w porządku. MoŜe faktycznie jest chora albo...
I 75
Słysząc to, poczułam, Ŝe ogarnia mnie lodowate zimno. Wpadłam do łazienki i zamknęłam za
sobą drzwi. Szczękałam zębami, moje nogi trzęsły się, a ból brzucha stał się nie do zniesienia.
Teraz chwyciły mnie silne skurcze. Rzuciłam się na sedes i zwymiotowałam. ChociaŜ prawie
nic nie jadłam. Mimo to zwracałam i zwracałam. PrzeraŜona spojrzałam na muszlę klozetową.
„Co ja takiego zwymiotowałam?"
Nie było tam nic poza czerwoną pianą i śluzem. Zaraz potem zbuntowały się moje kiszki i
dostałam takiej biegunki, jak jeszcze nigdy w Ŝyciu. TeŜ miała kolor czerwony.
„CzyŜby to była krew?"
Nawet na myśl mi nie przyszło, Ŝeby skojarzyć to z masą czerwonych witamin, które
pochłonęłam w ostatnim czasie.
- Umieram... - wyszeptałam zrozpaczona. - Pomocy, teraz naprawdę umieram. MoŜe jutro ta
dama sama da tortu jeŜom! Mamo, tato, czy nie słyszycie mnie? Umieram! MoŜe jutro ta
dama...
Oblał mnie zimny pot. Miałam wraŜenie, Ŝe leje się ze mnie litrami. Kapał mi z czoła i płynął
strumieniami z prawej i lewej strony nosa, wytryskiwał spod i tak juŜ mokrych włosów i
zupełnie przemoczył mi podkoszulek.
- Niech to się skończy, niech się juŜ skończy... - prosiłam cicho, przysiadłszy w kucki na
zimnej, wyłoŜonej kafelkami podłodze. Ale się nie skończyło. Umierałam dalej. Kawałek po
kawałku. Nagle poczułam, Ŝe moje nogi zupełnie zdrętwiały, spanikowana zaczęłam szczypać
się w uda i uderzać pięściami po kościach piszczelowych, ale kończyny nie zareagowały.
Zupełnie straciłam czucie. Nie mogłam zawołać pomocy, poniewaŜ głos takŜe odmówił mi
posłuszeństwa. Poruszałam się z trudem, jakby w zwolnionym tempie, a potem ku swojemu
przeraŜeniu zauwaŜyłam, Ŝe popuściłam w majtki, jak małe dziecko. Pode mną powstała
mała, Ŝółta kałuŜa, której dotychczas nie widziałam.
To samo zdarzyło się teŜ Tiktakowi, zmoczył się przed śmiercią.
Nagle ogarnął mnie spokój. OstroŜnie podniosłam się i zde-
76
cydowanie spojrzałam na małą apteczkę, która wisiała na ścianie tuŜ obok kabiny z
prysznicem.
Kiedyś i tak trzeba przecieŜ z tym wszystkim skończyć. A martwy nie moŜe juŜ umrzeć. I nie
musi się bać.
ś
egnaj, mamo.
Zegnaj, tato.
Powodzenia, Vereno. Teraz moŜesz spokojnie zaprzyjaźnić się z Bernadetą.
Zegnaj, Jakubie, dziękuję za maleńkie, kamienne serce, nawet jeśli w tej chwili nie mam
zielonego pojęcia, gdzie ono jest. To był cudowny spacer po lesie, z tobą i Kasprem, i przykro
mi, Ŝe pomyślałam, Ŝe byłoby lepiej, gdyby Eike nie istniał.
ś
egnaj, Ŝycie.
*
Dzwoni telefon.
- Amrei, telefon - woła ojciec.
- W tej chwili jest mi to naprawdę obojętne - stwierdza matka. Zaraz potem sięga jednak po
słuchawkę. To Jakub.
- Czy mogę prosić Norę? - pyta.
- Przykro mi, ale Nora połoŜyła się, śpi - odpowiada matka. JednakŜe chłopak mówi potem to,
o czym sama myślała od
dłuŜszego czasu.
- PrzecieŜ ona nie moŜe tak ciągle spad - stwierdza. - Proszę, niech pani sprawdzi.
Matka idzie do pokoju córki, ale łóŜko dziewczyny jest puste.
- Noro, gdzie się podziewasz? - woła. - Jakub dzwoni. Jesteś w toalecie? Noro?
Bez odpowiedzi, matka puka do drzwi łazienki. Znowu cisza.
- Michaelu! - krzyczy w końcu.
- Noro, otwórz! - woła nerwowo ojciec.
Niecałą minutę później wywaŜa drzwi. Słychać straszliwy huk.
- Noro! - rozlega się krzyk ojca.
- Co z nią ? - woła matka.
Telefon wypada jej z dłoni i uderza o twardą, kafelkową posadzkę, rozbijając się w drobny
mak.
77
Ojciec próbuje podnieść dziewczynę, jej głowa bezwładnie opada do tyłu.
- Nie! Nie! Nie! - krzyczy matka.
- Wezwij karetkę - nakazuje mąŜ, przenosi córkę z łazienki do pokoju i jak niemowlę kładzie
na niezaścielonym łóŜku.
Nora ma na wpół przymknięte oczy, a jej twarz jest kredo-wobiała, podobnie jak usta.
Przez chwilę matka dziewczyny patrzy tępo na zepsuty telefon, a potem rzuca się na drugi
aparat stojący w korytarzu.
Przez chwilę odŜywa w jej pamięci wspomnienie Lei, tego, jak całowała na poŜegnanie jej
maleńką, wąską twarz.
Nie wie teraz, jaki numer ma wybrać. W ogóle nie jest w stanie myśleć.
- Michaelu, gdzie mam dzwonić? Jaki numer? - woła z rozpaczą w głosie.
- Wykręć 112 - odpowiada mąŜ. - Niech przyślą karetkę, ale szybko. Nie wiem, czy ona
jeszcze oddycha...
Po chwili karetka jest juŜ na miejscu, a na ulicy gromadzi się tłum sąsiadów.
- Zrobić miejsce! - krzyczą sanitariusze i wnoszą do domu nosze.
- Czy ona umrze? Czy ona umrze? Czy ona umrze? -pyta przeraŜona kobieta.
Ojciec nie odzywa się ani słowem.
- Proszę wsiadać z nami - mówi sanitariusz do rodziców dziewczyny.
Matka Nory zamyka oczy, poniewaŜ karetka pędzi z szaloną szybkością. Dobrze znane ulice
migają jak obce cienie, a mimo to kobiecie wydaje się, Ŝe czas stanął.
*
Jakub usłyszał krzyk, który wydała z siebie matka Nory, zanim połączenie zostało przerwane.
Oszołomiony siedzi obok telefonu i czuje się jak sparaliŜowany. Coś strasznego musiało
przytrafić się Norze...
78
Z tyłu stoi Eike i troskliwie głaszcze go po twarzy, poniewaŜ Jakub przedstawia naprawdę
rozpaczliwy widok.
- Ach, Eike powinienem teraz prędko wyjść - stwierdza, spoglądając na zegarek. JednakŜe
matka nie wróciła jeszcze z pracy, a Ułf nadał jest chory.
Jakub jak oszalały miota się po mieszkaniu. WciąŜ wystukuje numer Nory, ale nikt nie
odbiera telefonu. Rozwścieczony dzwoni do Ulfa.
- Ulf, do jasnej cholery, musisz natychmiast tu przyjść -krzyczy na chorego chłopaka.
Ulf, kaszląc, odmawia oburzony, ale kiedy Jakub zaczyna płakać, godzi się.
Dziesięć minut później jest juŜ na miejscu. Przez ten czas Eike troszczy się o brata, głaszcze
go, częstuje misiami haribo i gra na ustnej harmonijce.
- Dzięki, Ułf- woła Jakub i wybiega z domu.
Sąsiedzi Nory informują go o tym, co się wydarzyło i do którego szpitala dziewczyna została
zabrana.
*
W szpitalu spotyka jej rodziców, ale nie ma odwagi ich zagadnąć. Stoją ramię w ramię,
nieruchomi i milczący, nie patrząc na siebie. Jakub siada na schodach ewakuacyjnych.
- Ej ty, punku, spadaj stąd... - arogancko zwraca się do niego ubrany na biało pielęgniarz. Ale
Jakub nawet nie drgnie. Potem zjawia się nagle jakaś bardzo młoda i ładna pielęgniarka, która
wciska mu do ręki plastikowy kubek z gorącą kawą.
- Czekasz na kogoś? - pyta.
Jakub przytakuje, dmuchając na parujący napój. Jednocześnie kątem oka przygląda się młodej
pielęgniarce. Jest naprawdę ładna i wygląda tak zdrowo, radośnie i beztrosko. Nora nigdy
jeszcze tak nie patrzyła. Nora o smutnych oczach. JakŜe cudownie byłoby widzieć ją równie
uśmiechniętą.
- Moja przyjaciółka, Nora Esselin, rzekomo próbowała się... Ona...
Chłopak milknie.
- Mam się dowiedzieć? - pyta pielęgniarka.
Jakub kiwa głową, a potem ruszają razem wzdłuŜ białego korytarza.
Nagle chłopak zatrzymuje się przed rodzicami Nory.
- Dobry wieczór - mówi niezdecydowanym tonem i zaraz potem zaczyna tego Ŝałować. Jak
mógł w takiej chwili powiedzieć „dobry wieczór"? Nic, naprawdę nic nie jest dobre tego
wieczora.
- Cześć, Jakubie - odpowiada matka Nory, a jej głos załamuje się.
- Jak... jak ona się czuje? -pyta ostroŜnie chłopak.
- Miała płukanie Ŝołądka - oznajmia cicho kobieta. - Ale ciągle jeszcze nie odzyskała
ś
wiadomości, nic więcej nie wiemy.
W tej samej chwili wraca ładna pielęgniarka.
- Pani Esslin? Pan Esslin? -pyta, a Jakub stwierdza, Ŝe nawet jej głos jest ładny.
- Czy moŜemy ją teraz zobaczyć? - odzywa się ojciec. Piełęgniarka potrząsa głową.
- Dziś wieczorem juŜ nie. Nora została przeniesiona na oddział psychiatryczny dła
młodzieŜy, którym kieruje doktor Winkelhoog.
- Czyjej Ŝyciu zagraŜa niebezpieczeństwo? - szepcze matka Nory.
Pielęgniarka zaprzecza.
- Mogą państwo zaraz porozmawiać z lekarzem. Wymienia piętro i numer pokoju.
Jakub opiera się o ścianę. Nagle ogarnia go potworne zmęczenie, chciałby uciec stąd jak
najdalej. Zrozpaczony łapie się na myśłi, Ŝe zamiast tkwić tutaj, wolałby teraz spędzać wesoło
wieczór. Wieczór z jakąś roześmianą dziewczyną. MoŜe z tą ładną pielęgniarką.
Ze smutkiem Ŝegna się z rodzicami Nory i powoli opuszcza szpital, podczas gdy państwo
Esslin kierują się na oddział psychiatryczny. «
80
10
Obudziłam się, chociaŜ wcale tego nie chciałam. Po prostu nagle wyłoniłam się z niebytu.
Jeszcze nigdy nie budziłam się w ten sposób. Nie było to normalne, powolne przechodzenie z
jednego stanu w drugi. Nie było spokojnego dochodzenia do siebie ani zaspanego mrugania
powiekami w świetle poranka.
Obudziłam się nagle, jak przybysz znikąd Ogarnął mnie strach i natychmiast poczułam, Ŝe
jestem powaŜnie chora, całe moje ciało było obolałe, jakbym wykonała kawał cięŜkiej roboty.
Nie mogłam otworzyć oczu i, co gorsza, nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego tak się
dzieje. Czułam, Ŝe są spuchnięte, sklejone i przemęczone.
„Gdzie ja jestem? Co się ze mną stało?" Powietrze wokół miało obcy 2apach j był tam ktoś,
kto mnie wołał, kto wołał moje imię i dotykał mojej twarzy.
- Noro, słyszysz mnie? Noro, obudziłaś się?
Był to obcy głos, którego z całą pewnością nie znałam. Szybko skurczyłam się w sobie do
gr^jc moŜliwości. Nie chciałam się obudzić, nie chciałam nikogo widzieć ani z nikim
rozmawiać.
- Noro, proszę, otwórz oczy _ powiedział obcy głos i zaraz potem czyjaś dłoń pogłaskała
щще
po rozpalonym czole.
- Zostawcie mnie w spokoju - wyszeptałam z trudem. Moje usta były suche, a język zdawał
się gruby i zniekształcony, poza tym bolał mnie w trakcie mówienia. Ból sprawiały mi
równieŜ szczęki i czoło, w ogóle cała twarz.
- Chcę zostać sama. Jestem potwornie zmęczona. Chcę spać, proszę...
- Tak, jesteś zmęczona - stwierdził obcy głos. - Oczywiście doskonale to rozumiem. W końcu
wiele przeszłaś, ale juŜ najwyŜsza pora, Ŝeby się obudzić. Spałaś wystarczająco długo. Chcesz
wiedzieć, ile?
Milczałam.
- Prawie trzydzieści sześć godzin - zakomunikował obcy głos, któremu najwyraźniej nie
przeszkodził brak odpowiedzi z mojej strony.
81
Spróbowałam odwrócić się bokiem do miejsca, skąd dochodził, ale mój brzuch nagle ogarnęła
fala mdłości, a Ŝołądek skurczył się niemiłosiernie.
Jęknęłam cicho.
- Noro, nie musisz się bać. MoŜesz spokojnie na mnie patrzeć - wyjaśnił głos i czyjaś dłoń
pogłaskała mnie po czole. -Tutaj jesteś zupełnie bezpieczna, troszczymy się o ciebie. Nie
jesteś sama.
„Gdzie ja jestem? Co się tu wydarzyło? Dlaczego leŜę w łóŜku?"
Z trudem otworzyłam bolące powieki i spojrzałam na twarz chudej, starszej kobiety. Jej usta i
oczy okalała siateczka drobnych zmarszczek, poza tym miała małe, owalne okulary i wąskie
usta, które się do mnie uśmiechały. Nie odwzajemniłam tego uśmiechu, tylko dalej
rozglądałam się po obcym pomieszczeniu. Nie było szczególnie obszerne, ściany miały
delikatny róŜowy kolor, a poza jasną, drewnianą szafą zauwaŜyłam jeszcze zlew, na którego
brzegu leŜały złoŜony ręcznik i mydło w pudełku. TuŜ obok łóŜka stał stojak na kroplówkę z
przymocowaną butlą, z której kapała przejrzysta ciecz spływająca do równie przezroczystego
węŜa. Wlepiłam w nią wzrok, a potem powiodłam spojrzeniem za elastyczną rurką z gumy.
WąŜ kończył się w mojej prawej ręce, dokładnie oblepionej plastrami, w której tkwiła mała,
Ŝ
ółta strzykawka.
- Co to jest? - spytałam przestraszona. - Jestem chora?
- Nie martw się, Noro - powiedziała nieznajoma. - To tylko nieszkodliwy płyn potrzebny
twojemu organizmowi, wzbogacony glukozą i elektrolitami.
- Dlaczego mi to podają i kim pani jest? - wyszeptałam Ŝałośnie.
- Nazywam się Laura Bergmann, jestem twoim lekarzem - powiedziała chuda kobieta o
twarzy ozdobionej drobnymi zmarszczkami. - Kroplówkę otrzymujesz po to, aby twój
organizm takŜe podczas snu mógł powracać do sił.
- Do sił? - powtórzyłam oszołomiona. Lekarka skinęła głową.
- Pora, Ŝebyś znowu zaczęła samodzielnie jeść i pić. Masz
82
ochotę na ciepły bulion z warzywami czy wolisz na początek słodką herbatę owocową?
W panice rozglądałam się po małym pomieszczeniu. Obok mojego łóŜka stał szpitalny nocny
stolik, a na ścianie wisiała oprawiona w ramki, dobrze znana mi reprodukcja, którą widziałam
teŜ w pracowni mojej matki. Były to Słoneczniki van Gogha.
„Moja mama... mój tata...
Gdzie oni są? Dlaczego nie ma ich przy mnie?
Rudowłosa Carmen z Berlina...
Co się wydarzyło?
Dlaczego niczego nie mogę sobie przypomnieć?
I dlaczego przed oknami są czarne, Ŝelazne pręty powyginane w esy-floresy?"
- Co się stało? Gdzie ja jestem? Gdzie są moi rodzice? -spytałam cicho, bojąc się ruszyć ręką,
w której tkwiła igła podłączona do kroplówki.
Moje ciało ogarnęła nagła fala mdłości.
- Jesteś w klinice Świętego Krzysztofa - wyjaśniła lekarka. - Było z tobą bardzo źle, nie
pamiętasz?
Pokręciłam głową.
- Ale wkrótce wrócisz do zdrowia, mocno w to wierzę. Trafiłaś na oddział doktora
Winkelhooga, to naprawdę cudowny oddział, przekonasz się o tym.
Spojrzałyśmy na siebie.
- Niedobrze mi - w końcu przyznałam ostroŜnie. - Pali mnie gardło i boli brzuch.
W tej samej chwili do pokoju weszła pielęgniarka. W dłoni trzymała filiŜankę wypełnioną
parującym płynem.
- Oto i twój bulion - oznajmiła pani doktor, biorąc od pielęgniarki filiŜankę. - Masz ochotę?
Od razu uderzył mnie jego zapach, a wraz z nim napłynęła nowa fala mdłości. Pokręciłam
głową.
- Nie, nic nie chcę.
- Nawet herbaty?
Potrząsnęłam głową, chociaŜ miałam niejasne przeczucie,
83
Ŝ
e kilka małych łyków ciepłej herbaty z całą pewnością wyszłoby na dobre mojemu
obolałemu językowi i palącej szyi, ale mimo to niczego nie chciałam.
- No dobrze, w takim razie zjesz i napijesz się trochę później, Noro - powiedziała lekarka,
której imię zdąŜyło mi juŜ wylecieć z głowy.
Kobieta podniosła się.
- Zajrzę jeszcze do ciebie. Gdybyś czegoś potrzebowała, przyciśnij po prostu ten guzik.
Wskazała na mały, szary przycisk umieszczony na kablu w tym samym kolorze, który
przymocowano białą samoprzylepną taśmą do mojego nocnego stolika.
- Jeśli zadzwonisz, to przyjdzie do ciebie pielęgniarka.
Przytaknęłam lekko, poniewaŜ kręciło mi się w głowie. Czułam, Ŝe za chwilę się rozpłaczę
jak małe dziecko, a w takiej chwili wolałam być sama. Dlatego powiedziałam szybko:
- Proszę, chciałabym się teraz przespać.
Lekarka skinęła głową i otworzyła drzwi do pokoju, które równieŜ były jasnoróŜowe. Zanim
wyszła, obróciła się jednak
jeszcze.
- Jeśli chodzi o twoich rodziców, Noro - dodała - to oczywiście, moŜesz ich w kaŜdej chwili
zobaczyć. Daj mi tylko znać, kiedy będziesz miała na to ochotę, dobrze? Wtedy przyjdą.
Skinęłam głową, a potem potrząsnęłam nią. Znowu pomyślałam o młodej, rudowłosej pani
architekt z biura mojego ojca. Coś jednak pamiętałam - kłótnię, a potem płacz mamy.
- Wolałabym nikogo nie widzieć - powiedziałam cicho. Pani doktor kiwnęła potakująco
głową, uśmiechnęła się
i chwilę później byłam juŜ sama.
Zaczęłam płakać, chociaŜ sprawiało mi to ból. Bolała mnie głowa, oczy i szyja. Mimo to
płakałam, aŜ w końcu zmorzył
mnie sen.
To, co się działo przed moimi drzwiami, trudno było nazwać ciszą. Kto tak hałasował?
Zewsząd dobiegała muzyka i bez ustanku rozlegał się tupot głośnych, szybkich kroków.
Słyszałam teŜ śmiech.
„Gdzie ja jestem?"
| 84
*
Kiedy się ponownie obudziłam, na obce łóŜko, w którym leŜałam, padało słońce. Ciepło,
jakie czułam na spoconych nogach było nieprzyjemne, dlatego ze wstrętem odsunęłam stopy
w cień. Później mruŜąc oczy, spojrzałam nerwowo w stronę małego, zakratowanego okna.
Usta i język ciągle jeszcze wydawały się suche i nabrzmiałe. Nagle jak szalona zatęskniłam za
szklanką lodowatej wody mineralnej. Wyobraziłam sobie, Ŝe przyciskam ją do ust i pozwalam
zimnemu strumieniowi wpływać prosto do mojego wysuszonego gardła, łyk za łykiem...
...Łyk za łykiem...
Nagle w mojej pamięci odŜyły wydarzenia tamtego dnia...
Byłam w łazience, mokra od moczu i na wpół Ŝywa ze strachu. Czułam się fatalnie i
otworzyłam naszą małą apteczkę, po czym wygrzebałam z niej wszystkie tabletki, jakie tylko
mogłam znaleźć. Było tego całkiem sporo!
Jak szalona wytrząsałam je z pudełek i wyciskałam z opakowań, aŜ w końcu wyrosła przede
mną górka kolorowych pastylek. Białe, szare, Ŝółte, niebieskie, róŜowe, zielone i na-krapiane.
Potem napełniłam kubek do mycia zębów zimną, bieŜącą wodą i wrzuciłam do środka
tabletki. Ręce mi drŜały, pamiętam, Ŝe kilka razy musiałam się jeszcze schylić, Ŝeby podnieść
z posadzki pojedyncze pastylki. Ostatecznie kubek wypełnił się do połowy, potem
przyłoŜyłam go sobie do ust, a woda z pigułkami wpłynęła mi do buzi. Połykałam, gryzłam i
dławiłam się. Były obrzydliwe w smaku. Musiałam kaszleć, poniewaŜ wciąŜ się krztusiłam.
ś
ułam i Ŝułam, a te, które pozostały jeszcze w kubku, wsadziłam palcami do ust.
Po jakimś czasie było juŜ po wszystkim, a poniewaŜ nic więcej się nie wydarzyło, poza
wraŜeniem, Ŝe nagle znowu zaczynam się dusić, zaczerpnęłam głęboko powietrza, i jeszcze
więcej, i jeszcze więcej... Potem zasnęłam. Było pięknie, spokojnie, jak na huśtawce, do
chwili, kiedy nagle spadłam z hukiem w ciemny, lodowaty mrok...
85
Więcej nie pamiętam. Obudziła mnie dopiero ta mała, chuda lekarka, proponując bulion z
warzyw.
Zmarszczyłam czoło i zaczęłam wsłuchiwać się w siebie. Nadal bolał mnie brzuch -
właściwie dlaczego ta masa tabletek mnie nie zabiła?
W tej samej chwili usłyszałam stłumione pukanie do drzwi. Drgnęłam, ale nie ruszyłam się z
miejsca.
CzyŜby znowu ta lekarka od bulionu warzywnego?"
Tak to była ona, ale tym razem nie przyszła sama. Towarzyszył jej rosły, silny męŜczyzna z
białą, puszystą brodą i sowimi okularami o dość grubych szkłach. Był tak wysoki, Ŝe w
drzwiach musiał się solidnie pochylić. Patrzyłam na nich, nie odezwawszy się ani słowem.
_ Cześć, Noro - powiedział, podchodząc do mojego łóŜka. Wyciągnął ku mnie rękę, a
poniewaŜ nie zareagowałam i dalej gapiłam się na niego w milczeniu, najzwyczajniej w
ś
wiecie podniósł leŜącą na kołdrze, oblepioną plastrami dłoń i lekko ją
uścisnął-
Drgnęłam ze strachu, ale to wcale nie zabolało. Ten wielkolud o olbrzymich łapach
najwyraźniej zwrócił uwagę na igłę infuzyjną, która tkwiła w grzbiecie mojej dłoni.
_ Jestem doktor Winkelhoog, a ty przedwczoraj wieczorem zostałaś pacjentką mojego
oddziału - oznajmił łagodnym, uprzejmym głosem i uśmiechnął się do mnie.
_ To oddział psychiatryczny dla młodzieŜy - ciągnął dalej, siadając na brzegu mojego
posłania. ŁóŜko zaskrzypiało potwornie w zawiasach, a ja tępo patrzyłam przed siebie
przeraŜonym wzrokiem.
Oddział psychiatryczny dla młodzieŜy. Dom wariatów! Wylądowałam w domu wariatów!"
Znowu spojrzałam na małe, zakratowane okno.
_ Nie chcę tu być - wyszeptałam w końcu beznamiętnym głosem. I znowu zamilkłam.
- Nie musisz tu zostać na zawsze - stwierdził doktor Winkelhoog i rzucił okiem na butlę z
kroplówką. Aby to uczynić, musiał wstać i łóŜko ponownie zaskrzypiało. Szybko wróciłam
do poprzedniej pozycji, z której zostałam niejako ka-
86
tapultowana, kiedy się do mnie przysiadł. To bezradne turlanie doprowadziło moją głowę do
dziwnego stanu. Nagle poczułam się nic nieznacząca, mała i bezsilna jak dziecko- Zaczęłam
płakać, zupełnie bezgłośnie, ale wiedziałam, Ŝe z oczu trysnęły mi strumienie łez, które chyba
nie miały końca-
Nikt nie zareagował. Drobna lekarka siedziała P° prostu cicho na krześle wyciągniętym z kąta
za zlewem, który pozostawał poza zasięgiem mojego wzroku, i czekała. Otyły, duŜy lekarz
równieŜ stał spokojnie, patrząc na mnie.
Po jakimś czasie wypłakałam juŜ wszystkie łzy i leŜałam na łóŜku słaba, zmęczona i
bezradna. Ale, co dziwne, nie czułam ani odrobiny strachu.
Na chwilę zamknęłam palące powieki.
Wtedy na swojej zimnej i mokrej twarzy poczułam przyjemną, miękką, ciepłą chusteczkę.
OstroŜnie otworzyłam oczy i zobaczyłam, jak drobna pani doktor pochyla się nade mną. To
było miłe uczucie i, co dziwne, wcale nie zrobiło mi się nieswojo, Ŝe obmywa mnie jak małe
dziecko. Następnie doktor Bergmann - bo tak było napisane na małej tabliczce przyczepionej
do kwiecistej bluzki - przyniosła mi leŜący na skraju zlewu ręcznik.
- A teraz jeszcze trochę kremu - zamruczała.
WciąŜ milczałam. Wkrótce potem zjawiła się pielęgniarka, która nałoŜyła mi na twarz krem o
lekkim zapachu kwiatów.
- To nie będzie ci juŜ potrzebne - oznajmił doktor Winkelhoog, wskazując na igłę do infuzji
umieszczoną w mojej ręce.
Nawet się nie poruszyłam, a po chwili odczułam krotki boi na grzbiecie prawej dłoni.
- JuŜ po wszystkim - wyjaśnił doktor i skinął głową w moją stronę. Poruszyłam ostroŜnie
palcami. Nic nie bolało, cichutko odetchnęłam z ulgą.
- Ale teraz powinnaś coś wypić - stwierdził. W milczeniu skinęłam głową.
- FiliŜanka bulionu? Mamy bulion z warzyw i z kury - zakomunikował rosły lekarz.
87
Pokręciłam głową, a potem przynieśli mi herbatę w filiŜance osobliwego kształtu.
Pielęgniarka nie podała mi jej prosto do ręki, lecz usiadła obok i umieściła w moich ustach
swego rodzaju dziubek, przez który powoli karmiła mnie letnim, słodkim płynem.
Piłam i piłam i znowu wcale nie czułam się nieswojo, Ŝe leŜę tu jak niemowlak.
Później wyszczotkowali mi włosy i zaprowadzili do toalety. Ledwo powłóczyłam nogami, w
łóŜku w ogóle nie zauwaŜyłam, Ŝe jestem taka słaba. Pielęgniarka musiała mnie wspierać i
przytrzymać, pomogła mi nawet ściągnąć spodnie od pidŜamy i usiąść na toalecie.
- Jestem siostra Britta - przedstawiła się i pozostała przy mnie nawet wtedy, kiedy
załatwiałam swoje fizjologiczne potrzeby. Później odprowadziła mnie do łóŜka.
Znowu dostałam herbatę, a następnie balsam na swoje wysuszone usta.
I tak upłynął niemal cały tydzień. Pozwalałam się karmić herbatą, warzywnym bulionem,
jogurtem i białym chlebem, pozwalałam się myć, czesać i smarować kremem, zasypiałam i
budziłam się, a w czasie oddzielającym jedno od drugiego nie kiwnęłam nawet palcem.
Codziennie przychodziła do mnie Laura Bergmann albo doktor Winkelhoog, siadali na chwilę
na moim łóŜku, ale zdawali się rozumieć, Ŝe nie mam ochoty na rozmowę, słuchanie ani
oglądanie nikogo z mojego normalnego Ŝycia.
Po raz pierwszy od tygodni i miesięcy nie czułam wtedy strachu. Nie mieściło mi się w
głowie, jak to moŜliwe, ale było to do tego stopnia przyjemne uczucie, Ŝe zgodziłabym się na
wiele, aby tak juŜ zostało. Wręcz pragnęłam, Ŝeby odtąd zawsze tak było. Chciałam zostać w
tym pokoju, w tym łóŜku, pozwolić się karmić, nigdy więcej nie rozmawiać z nikim i nie
oglądać nikogo poza doktorem Winkelhoogiem i doktor Bergmann, najwyŜej jeszcze tych
kilka miłych, łagodnych pielęgniarek, które przychodziły, aby mnie doglądać, zmienić pościel
i otworzyć zakratowane okno, bym miała trochę świeŜego powietrza.
88
11
Potem jednak świat upomniał się o mnie. W nocy we śnie nawiedziła mnie pani Korintenberg.
Ś
niło mi się, Ŝe umarła, a ja jako jedyna zostałam przy niej. Wbiła mi się paznokciami w rękę,
a potem nagle jej dłoń zwiotczała i wysunęła się z mojej.
Zerwałam się z krzykiem na ustach. Sama go usłyszałam i stwierdziłam, Ŝe był znacznie
gorszy od wrzasku Eike.
- Noro, juŜ dobrze - powiedziała nagle pielęgniarka, której wcześniej nie zauwaŜyłam.
Zapewne miała akurat nocny dyŜur, ale nie pozwoliłam jej zbliŜyć się do siebie.
Szlochając siedziałam na łóŜku i zaczynałam się rzucać, gdy tylko próbowała podejść bliŜej.
Nagle zapragnęłam wrócić do domu, do domu, tylko do domu...
Nie chciałam siedzieć zamknięta w szpitalu dla umysłowo chorych! Chciałam zobaczyć
Jakuba i wspólnie z nim uczyć się matematyki na następną klasówkę.
W tej samej chwili do pokoju wszedł doktor Winkelhoog. Nie miałam pojęcia, Ŝe o tej porze
przebywa jeszcze w szpitalu. Zapalił światło i usiadł przy mnie na skrzypiącym łóŜku. Tym
razem nie leŜałam, nie musiałam więc turlać się, Ŝeby symetrycznie rozłoŜyć na łóŜku cięŜar.
Przechyliłam się do przodu i oparłam o miękkie plecy lekarza. Najpierw uderzyłam w płacz, a
doktor Winkelhoog siedział spokojnie, pozwalając, aby moje łzy kapały mu na kark. Potem
odsunęłam się i oparłam o poduszkę.
- Nie chcę być chora - powiedziałam w końcu tak cicho, Ŝe nie byłam pewna, czy doktor
Winkelhoog w ogóle mnie zrozumiał.
Zrozumiał jednak, poniewaŜ odpowiedział.
- To nie Ŝaden wstyd być chorym.
- Ale ja nie tylko jestem chora, jestem teŜ szalona - wyszeptałam. -Właśnie dlatego mnie tu
przywieziono, bo jestem obłąkana.
89
Lekarz potrząsnął głową i spojrzał na mnie. Patrzył tak długo, Ŝe w końcu musiałam
skierować wzrok na jego łagodne, powaŜne, ciemne oczy, które nagle przywiodły mi na myśl
oczy Jakuba. Oczy Jakuba i Eike.
- Nie przyjechałaś tu dlatego, Ŝe jesteś szalona - stwierdził, przerywając w końcu ciszę. -
Przyjechałaś tutaj, poniewaŜ próbowałaś odebrać sobie Ŝycie.
Skwitowałam to milczeniem. Czułam się dziwnie, słysząc podobne słowa z ust doktora
Winkelhooga. Jego wypowiedź brzmiała tak normalnie i rzeczowo, jakby mówił o katarze.
- Dlaczego w ogóle chciałaś umrzeć, Noro? - podjął po chwili wątek. Był środek nocy, a
niebo na dworze przypominało węgiel, którego kiedyś uŜywałam do rysowania.
- Nie wiem... - wybąkałam.
- Myślę, Ŝe jednak wiesz - oznajmił.
- Ale nie chcę o tym myśleć - powiedziałam szybko, czując, Ŝe ogarnia mnie znajome drŜenie.
Kurczowo uczepiłam się kołdry.
- Gdybym nie wiedziała, Ŝe to szpital dla umysłowo chorych, to najchętniej zostałabym tu na
zawsze - wyszeptałam i zaczęłam szczękać zębami.
- Nie jesteśmy szpitalem dla umysłowo chorych, ale miło, Ŝe polubiłaś to miejsce -
powiedział doktor Winkelhoog. -Jesteśmy oddziałem psychiatrycznym dla młodzieŜy, a to
coś zgoła innego. Nie przechowujemy obłąkanych, ale mamy tu sympatyczne, wartościowe
dzieci i młodzieŜ, które przez pewien czas chronimy przed skomplikowanym światem
zewnętrznym. Niektórzy potrzebują tej ochrony na krótko i dla nich jest to jak chwilowy
pobyt w domu wypoczynkowym, gdzie mogą się zrelaksować i zebrać nowe siły do Ŝycia.
Natomiast dla tych, którzy potrzebują nieco więcej czasu, aby odpocząć, nabrać sił i odwagi,
dla tych jesteśmy swego rodzaju rodziną. Sama zdecydujesz, do której grupy wolisz naleŜeć.
Milczałam. Pomyślałam o dłoni umierającej pani Korinten-berg, którą widziałam w swoim
ś
nie.
Niezdecydowanie podniosłam głowę i ostroŜnie zerknęłam
| 90
na siedzącego z boku, rosłego lekarza. Popatrzył na mnie z uśmiechem.
- Często się boisz - stwierdził niespodziewanie. - Mam rację?
Skinęłam głową.
- Ale teraz strach znikł, prawda? Znowu skinęłam.
- To dobrze - oznajmił z radością. - Cieszę się, Ŝe jesteś tu u nas. Wcześniej równieŜ często
miewałem lęki, to znaczy, kiedy byłem w twoim wieku. Dlatego doskonale ciebie rozumiem,
Noro.
- Chciałabym się teraz przespać - powiedziałam cicho.
- Zrób to - odparł i podniósł się stękając.
Kiedy łóŜko skrzypliwie odetchnęło z ulgą, uśmiechnęliśmy się do siebie porozumiewawczo.
- Nadwaga - wyjaśnił doktor Winkelhoog i wzruszył ramionami, szczerząc zęby. - CóŜ, nikt
nie jest doskonały.
Po tych słowach zostawił mnie samą. Rzuciłam jeszcze jedno zamyślone spojrzenie na kraty
w moich oknach. Tam, na zewnątrz istniał świat.
Jak dobrze, Ŝe mogłam być tutaj, w środku.
Bezpieczna.
*
Rankiem rozległo się pukanie do drzwi. Nie spałam juŜ od jakiegoś czasu, choć było jeszcze
bardzo wcześnie. Stałam przy swoim małym zakratowanym oknie i w milczeniu wyglądałam
na zewnątrz. WciąŜ jeszcze nie potrafiłam się przemóc, Ŝeby odpowiadać na to częste
pukanie. U nas w domu nie było takiego zwyczaju.
- Dzień dobry, Noro - zaraz potem powiedział nieznany mi głos. Odwróciłam się powoli.
- Jestem Rike - oznajmiła stojąca w drzwiach pieguska. Miała proste, brązowe, długie włosy
związane w koński ogon. Była ubrana w wypłowiałe dŜinsy, lekko rozdarte na kolanie, i
obcisłą koszulkę z długimi rękawami. Na nogach miała czerwone tenisówki.
91
- Cześć - odpowiedziałam niezdecydowanie i szybko wróciłam do łóŜka.
Rike zamknęła za sobą drzwi i podeszła bliŜej. Uśmiechając się, wyciągnęła do mnie rękę,
nawet palce i grzbiet dłoni miała usiane piegami. Przywitałyśmy się. Potem zamilkła i tylko
rozciągała wargi w zadowolonym uśmiechu. Zmarszczyłam czoło. Wyglądało na to, Ŝe
wszyscy ciągle się tu uśmiechają. Uśmiechał się doktor Winkelhoog, uśmiechała się doktor
Berg-mann i uśmiechały się pielęgniarki.
„Czy naprawdę przez cały czas są w takim dobrym humorze?"
- Brrr, nieźle zimne masz te palce - powiedziała Rike, sadowiąc się na skraju mojego łóŜka.
- Uhm - zamruczałam i wlepiłam oczy w sufit.
- Tak w ogóle przyszłam po to, Ŝeby cię zaprowadzić na śniadanie - oznajmiła nagle
radosnym głosem.
Drgnęłam i kurczowo schwyciłam się kołdry.
- Wolałabym tutaj zjeść śniadanie, tak jak dotychczas -powiedziałam cicho.
- Czy to nie nudne na dłuŜszą metę? - spytała Rike.
W milczeniu potrząsnęłam głową i pomyślałam o licznych głosach, jakie często słyszałam na
korytarzu przed swoim pokojem. Wszystko wskazywało na to, Ŝe jest tu cała masa innych
pacjentów, a ja nie chciałam nikogo widzieć. Nawet rodziców - nikogo.
- OK, w takim razie przyniosę ci jeszcze raz śniadanie -powiedziała uprzejmie. - ChociaŜ inni
z pewnością ucieszyliby się, Ŝe mogą cię w końcu poznać.
Siedziałam w milczeniu na łóŜku, opierając ramiona na kolanach, a brodę na ramionach, i
czułam rosnące zdenerwowanie oraz rozdraŜnienie.
Chwilę potem dostałam śniadanie, które składało się z samych miękkich produktów,
poniewaŜ nadal nie byłam w stanie pogryźć nic twardego.
- Jajecznica, tost i jogurt czereśniowy - oznajmiła Rike, stawiając tacę na nocnym stoliku.
Ani drgnęłam.
- Tak w ogóle, jestem pracownikiem społecznym na tym
92
oddziale - ciągnęła kobieta i z kąta za zlewem wyciągnęła sobie krzesło dla gości. - MoŜesz tu
mile spędzić czas, jeśli będziesz miała ochotę. Mamy warsztat stolarski i salę muzyczną,
oprócz tego pracownię malarską i niewielki warsztat garncarski.
Rike posłała mi następny uśmiech.
- A w piwnicy jest nawet niezły basen. Lubisz pływać? Pokręciłam głową.
- Co lubisz robić? - zapytała. Zagryzłam usta.
- Nie wiem - wybąkałam matowym głosem i nagłe przypomniałam sobie o Verenie, z którą
wcześniej czasami chodziłam na basen.
„Co ona teraz porabia? Oczywiście, jest w szkole - przemknęło mi przez głowę. - W końcu
jest zdrowa i prowadzi całkiem normalne Ŝycie. Nie przesiaduje o tej godzinie w pidŜamie w
małym, zakratowanym pokoju na oddziale psychiatrycznym i nie jest takim bezuŜytecznym
zerem".
- Chciałabym się ubrać - oznajmiłam nagle, a mój głos zabrzmiał nieprzyjemnie.
- To dobry pomysł - natychmiast odpowiedziała Rike. -Chcesz najpierw zjeść śniadanie?
Wzruszyłam ramionami i przez chwilę gapiłam się posępnie w zakratowane okno, z którego
widać było tylko skrawek nieba. A potem tak gwałtownie odrzuciłam na bok kołdrę, Ŝe aŜ
spadła na podłogę. Rozwścieczona wyskoczyłam z łóŜka i otworzyłam jasnobrązową szafkę.
Drgnęłam na widok moich rzeczy. Z pewnością zostały przyniesione przez rodziców, kiedy
jeszcze nic do mnie nie docierało...
Na samym dole w szafie stała moja torba podróŜna. Na torbie leŜały Mama-Za i Tata-Za,
maleńkie, potargane pluszowe zające, które dostałam w prezencie z okazji pójścia do
przedszkola. Przez lata zasypiałam z nimi, w lewej dłoni trzymając Mamę-Za, a w prawej
Tatę-Za. Potem nagle o nich zapomniałam, gdzieś znikły i juŜ nigdy nie wróciłam do nich
myślami.
Ale teraz znowu ze mną były.
„Zapewne mama je spakowała. Dlaczego to zrobiła?"
93
Oszołomiona chwyciłam dŜinsy, sweter, skarpetki, świeŜą bieliznę i powoli ruszyłam do
łazienki.
Rike wciąŜ siedziała na krześle. Przecisnęłam się obok, nie spojrzawszy na nią.
Chwilę później popatrzyłam jednak na siebie, uczyniłam to po raz pierwszy, odkąd tu
przyjechałam. Dotychczas zaledwie parę razy skorzystałam z małej umywalki znajdującej się
w moim pokoju, ale jeszcze nigdy nie byłam w łazience. A tylko tam wisiało lustro, przed
którym teraz stanęłam. Patrzyłam na siebie z przeraŜeniem.
„Jak ja wyglądam?"
Z trudem się rozpoznałam. Byłam chuda, jeszcze chudsza niŜ zwykle, miałam trupio bladą
cerę i szorstkie, gdzieniegdzie spękane usta. Na brodzie widniała zaschnięta rana, której nie
potrafiłam zidentyfikować, a moje włosy były matowe, rozczochrane i bezładnie okalały
mizerną, chudą twarz.
Najgorsze były jednak oczy i te głębokie, brązowe cienie pod nimi.
Zaczęłam się trząść. Wyglądałam przeraŜająco. Jeszcze nigdy nie przedstawiałam takiego
widoku. Ale widziałam kiedyś w telewizji film o kobiecie chorej na raka, była równie chuda,
blada i cherlawa jak ja.
„Co się ze mną stało? PrzecieŜ to niemoŜliwe, Ŝeby tak wyglądać po paru dniach spędzonych
w łóŜku?"
- Co się ze mną dzieje? - wyszeptałam zrozpaczona i w tej samej chwili poczułam, Ŝe wrócił
do mnie - on, mój strach. Nie mogłam złapać oddechu. Moje serce zaczęło walić jak szalone i
w panice, Ŝeby nie upaść, mocno chwyciłam się brzegu umywalki. Moje lustrzane odbicie
rozmyło się i po chwili przestał istnieć czas, przestrzeń i ta resztka Ŝycia, jaka jeszcze we
mnie tkwiła. Byłam chora, chora, chora, z całą pewnością byłam cięŜko chora, wyglądałam na
ś
miertelnie chorą i czułam się śmiertelnie chora.
Znowu wszystko się skończyło.
Dopiero po przebudzeniu uświadomiłam sobie, Ŝe coś się stało. Nie byłam juŜ w łazience,
Rike gdzieś znikła i nawet
94
dzień się skończył, poniewaŜ pokój tonął teraz w ciemnościach. Ciemność, cisza i spokój.
Panika przepadła bez śladu.
LeŜałam w zupełnym bezruchu i próbowałam zrozumieć, co właściwie zaszło. Rozejrzałam
się wokół i stopniowo moje oczy zaczęły się przyzwyczajać do ciemności. Nagle drgnęłam.
„Czy ktoś siedzi obok?"
- Wszystko w porządku, Noro - po chwili dobiegł mnie miły głos doktora Winkelhooga. - To
tylko ja. Chciałem być przy tobie, kiedy się ockniesz.
Po omacku zaczęłam szukać lampy na nocnym stoliku i zapaliłam światło.
- No i jak, lepiej? - zapytał lekarz. Wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem - odpowiedziałam cicho, a w oczach stanęło mi moje lustrzane odbicie, które
zobaczyłam w łazience.
- Znowu wrócił strach, prawda? Skinęłam głową.
- Dlaczego się bałaś?
- Nie wiem... - wyszeptałam.
- JuŜ kiedyś słyszałem tę odpowiedź - przypomniał sobie doktor Winkelhoog. - Na to samo
pytanie.
Spojrzał na mnie, ale tym razem juŜ się nie uśmiechał. Odetchnęłam ulgą. Patrzył powaŜnym
i łagodnym wzrokiem.
- A potem dodałaś, Ŝe juŜ wiesz, czego się boisz, ale nie chcesz o tym myśleć. Pamiętasz?
Przytaknęłam.
- Myślę, Ŝe juŜ odkryłem, co jest przyczyną twojego strachu - oznajmił. - Czy chcesz, Ŝebym
to powiedział za ciebie?
ZauwaŜyłam, Ŝe zaczynam jednocześnie marznąć i pocić się. Powolutku i ostroŜnie
pozwoliłam sobie znowu lekko skinąć głową.
- Boisz się umrzeć, Noro. Boisz się zachorować i umrzeć, mam rację?
I wtedy znowu uderzyłam w płacz, chociaŜ wcale nie miałam takiego zamiaru. Mocno
zacisnęłam zęby, zamknęłam powieki i milczałam. Mimo to łzy wciąŜ powoli ciekły mi z
oczu. A potem nagle zaczęłam opowiadać o Lei, o moim zmarłym
95
wujku, o chorej wychowawczyni, o ciotce Fionie z Ameryki, o Tiktaku i mojej babci, która
pewnego dnia przestała mnie poznawać, to zdarzyło się zupełnie niespodziewanie z powodu
krwotoku mózgowego, który ostatecznie spowodował jej śmierć. Później opowiedziałam o
drugiej babci, która umarła na Majorce.
- I jeszcze się dziwisz, Ŝe odczuwasz strach przed śmiercią? - spytał w końcu doktor.
Powiedział to zupełnie spokojnym i rzeczowym tonem. Ponownie odniosłam wraŜenie, Ŝe
mówi o czymś tak błahym jak katar.
Chwyciłam poduszkę i przycisnęłam ją do mokrej twarzy. Nie odpowiedziałam.
- Sądzę, Ŝe to zupełnie normalne, kaŜdy zacząłby się bać śmierci, gdyby równie często
spotykał ją na swojej drodze -kontynuował.
- Aleja na pewno jestem cięŜko chora - powiedziałam z rozpaczą w głosie, wtulając twarz w
poduszkę. - Czuję to. Przez cały czas czuję się chora.
- Jednak z całą pewnością jeszcze nie umarłaś - stwierdził lekarz.
- Ale jeśli w młodym wieku zachoruje się na raka, to śmierć przychodzi bardzo szybko -
powiedziałam cicho. - Wcześniej czytałam wiele ksiąŜek o dzieciach, które umarły w ten
sposób.
- Ale ty nie masz raka - odpowiedział lekarz i długo mi się przypatrywał.
- Dlaczego nie okaŜesz swojemu organizmowi trochę więcej zaufania? - zapytał w końcu.
Niemal z odrazą opuściłam poduszkę, która w miejscu zetknięcia z twarzą była zupełnie
mokra.
- Bo nienawidzę swojego ciała - odpowiedziałam cicho. -Ono mnie dręczy, ciągle jest takie
chore i wstrętne.
- A jednak trzymało cię przy Ŝyciu wtedy, gdy chciałaś je zabić i nafaszerowałaś się silnymi
tabletkami. Było wystarczająco silne, Ŝeby wyciągnąć ciebie nawet z tak powaŜnego
niebezpieczeństwa.
Doktor Winkelhoog przyglądał mi się uwaŜnie, a ja nie miałam innego wyjścia i równieŜ
musiałam na niego spojrzeć.
96
- Noro, tabletki, które zaŜyłaś, Ŝeby skończyć z sobą, były dostatecznie silne, aby ten plan się
powiódł. Ale właśnie dlatego, Ŝe twój organizm jest taki zdrowy i odporny, nie doszło do
tragedii.
Siedziałam cicho i nagle przypomniałam sobie moment, kiedy tak stałam z buzią wypełnioną
tabletkami pochłonięta ich przeŜuwaniem.
- Chciałabym w to wierzyć - powiedziałam po chwili, która wydawała się wiecznością. - To
znaczy, chciałabym być pewna, Ŝe nie jestem chora w środku.
- Wspólnie coś wymyślimy - obiecał doktor Winkelhoog i tym razem juŜ się uśmiechnął.
Potem kazał przynieść mi spóźnioną kolację, po raz pierwszy, odkąd przebywałam na tym
oddziale, poczułam porządny głód.
12
Nazajutrz Rike znowu przyszła.
- Cześć, Noro - powiedziała i uśmiechnęła się.
- Cześć - odpowiedziałam cicho w nadziei, Ŝe nie będzie juŜ wracać do wczorajszego
poranka.
Nie zrobiła tego.
- Jak się dzisiaj miewasz? - zapytała tylko.
- Tak sobie - wybąkałam.
- MoŜe chciałabyś wziąć prysznic, a potem się ubrać? - zaproponowała, wskazując na moją
małą łazienkę. Dotychczas nawet nie spostrzegłam, Ŝe mam w pokoju własny natrysk.
Niezdecydowanie skinęłam głową.
„Czy jeśli chcę wziąć prysznic, to mam się przy niej rozbierać?"
- OK, w takim razie wskakuj do kabiny - powiedziała -a ja pobiegnę po szampon i balsam do
włosów.
- Balsam? - powtórzyłam, ostroŜnie przesuwając się obok Rike w stronę łazienki.
97
Skinęła głową.
- śeby rozczesać twoje rozczochrane włosy - wyjaśniła uprzejmie i po chwili juŜ jej nie było.
Podchodząc do umywalki i lustra, czułam narastającą panikę. Szybko odwróciłam się bokiem
i podczas zdejmowania pidŜamy, skoncentrowałam wzrok na wyłoŜonej Ŝółtymi kafelkami
ś
cianie. Potem drŜąc weszłam pod natrysk i ostroŜnie odkręciłam kurek. Potwornie się
zdenerwowałam i z trudem zdołałam ustawić odpowiednią temperaturę wody.
Moje ciało było wychudzone i pokryte sińcami. śeby nie musieć na nie patrzeć,
skrzyŜowałam ręce na piersiach, a kiedy woda zrobiła się w końcu ciepła, usiadłam po
turecku na leŜącej pod natryskiem macie i zamknęłam oczy. Przyjemny strumień uderzał o
moją głowę i spływał w dół po ciele. Siedziałam tak, aŜ Rike wysunęła głowę zza drzwi
łazienki. Podała mi ręcznik, duŜą butelkę szamponu i małą tubkę balsamu do włosów.
- Chcesz, Ŝebym ci pomogła? - zapytała.
Pokręciłam głową, nalewając sobie na rękę turkusowy szampon. Wmasowałam go w
skołtunione włosy aŜ pojawiła się piana, a potem dokładnie spłukałam. Stałam tak jeszcze
przez dłuŜszą chwilę pozwalając, aby ciepła woda spryskiwała moje ciało. To było cudowne
uczucie.
Rike wyszła juŜ z łazienki, ale kiedy zakręciłam kurek, słyszałam, Ŝe jest jeszcze w moim
pokoju.
Pospiesznie wytarłam się do sucha i załoŜyłam rzeczy wyciągnięte wczoraj z szafy, które
wciąŜ jeszcze tu leŜały. Ktoś podniósł je z podłogi i porządnie ułoŜył na taborecie.
- Noro, mam ci pomóc dojść do ładu z włosami? - zawołała Rike przez uchylone drzwi. -
Przyniosłam teŜ suszarkę i szczotkę.
- OK - odpowiedziałam cicho, uchyliłam drzwi i Rike weszła do środka. Wsadziła wtyczkę
suszarki do gniazdka.
Musiała zauwaŜyć, Ŝe unikam lustra, ale pominęła to milczeniem i zaproponowała, Ŝe
rozprowadzi mi balsam na włosach.
98
- OK - ponownie zgodziłam się i pozwoliłam, aby jej dłonie spoczęły na mojej mokrej
czuprynie. Wewnątrz czułam lekkie drŜenie, ale to było nawet całkiem przyjemne. Dłonie
Rike ostroŜnie masowały moją głowę, wręcz wydawało mi się, Ŝe mnie głaszcze. Nagle stanął
mi przed oczyma Jakub.
„Czy on teŜ czasem myśli o mnie? MoŜe jest mu przykro z powodu tego, co się ze mną stało?
Czy Ŝałuje, Ŝe zakochał się w - na chwilę zatrzymałam bieg myśli, ale nie dałam rady
zupełnie go powstrzymać - czy Jakub Ŝałował, Ŝe zakochał się w dziewczynie, która prawie
zwariowała?"
Przygnębiona zamknęłam oczy, a Rike włączyła suszarkę i ostroŜnie razem ze szczotką
przysunęła ją do mojej głowy. Pracowała w milczeniu, susząc kosmyk za kosmykiem.
Oczywiście targała je niemiłosiernie, ale było to całkiem przyjemne uczucie. Potrafiłam
znieść kaŜdy ból, który pozwalał się zidentyfikować i o którym wiedziałam, Ŝe jest niegroźny.
Na przykład nigdy nie bałam się dentysty.
- Nie za mocno? - zapytała Rike. Potrząsnęłam głową.
Po pewnym czasie skończyła.
- Masz piękne włosy - oznajmiła, odkładając szczotkę. -W ogóle jesteś śliczna - dodała zaraz
potem.
Patrzyłam na nią, nie odezwawszy się ani słowem.
- Tylko nieco blada - stwierdziła. - I masz takie smutne spojrzenie. '
Skwitowałam to milczeniem i westchnęłam głęboko. Znowu poczułam zmęczenie i
zatęskniłam za łóŜkiem. Jednocześnie byłam juŜ ubrana i bałam się tego, co mnie czeka.
- MoŜe chcesz się teraz przejrzeć, Noro? - spytała Rike, przez chwilę głaszcząc mnie po
plecach.
Potrząsnęłam głową i szybko opuściłam małą łazienkę.
- Ale pójdziesz dziś ze mną na śniadanie? - nastawała. Podeszłam do swojego zakratowanego
okna i wyjrzałam na
zewnątrz. Świeciło słońce. Ptaki zataczały koła w powietrzu. Nerwowo utkwiłam w nich
wzrok, śledząc ten dziki lot. Niemal zakręciło mi się w głowie. Po raz pierwszy, odkąd tu
przyjechałam, stałam ubrana przy oknie.
99
- Noro, sądzę, Ŝe byłoby miło, gdybyś poszła teraz ze mną na śniadanie - powtórzyła Rike,
stając tuŜ obok.
- Nie wiem - wyszeptałam i mocno chwyciłam się parapetu.
- Potem będziesz mogła znowu trochę odpocząć - powiedziała, głaszcząc mnie po plecach. -
Dzisiaj masz pierwszą wizytę u doktora Winkelhooga.
W tej samej chwili jasnoróŜowe drzwi otworzyły się gwałtownie.
- Czy ta głupia krowa nigdy stąd nie wyjdzie?! - usłyszałam przeraźliwy głos, a do pokoju
wpadł czarnowłosy chłopak,
Gapiłam się na niego przeraŜona.
- Jonatanie, co to ma znaczyć? - Rike skarciła go surowo.
- PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie wolno ci tak po prostu wchodzić do innych pokoi.
Chłopak ani przez chwilę nie mógł ustać w miejscu, lecz krąŜył po moim maleńkim pokoju,
stawiając wielkie kroki. Zaraz potem weszła następna osoba. Był to rosły męŜczyzna o krótko
przystrzyŜonych, farbowanych blond włosach. Uśmiechnął się do nas przepraszająco.
- Sorry - powiedział, chwytając przeklinającego chłopaka.
- Chodź, Jonatanie, twoje śniadanie czeka.
- To Ludwik, odrabia tutaj słuŜbę zastępczą - wyjaśniła Rike wesoło, kiedy zamknęli za sobą
drzwi. - A ten mały ma na imię Jonatan i mieszka tu u nas juŜ od jakiegoś czasu.
- Dlaczego tu jest? - zapytałam, mechanicznie podnosząc kołdrę i jasiek, które Jonatan zrzucił
na podłogę. Rike równieŜ zebrała parę drobiazgów strąconych przez niego z nocnego stolika.
- No cóŜ, często miewa napady furii, rzuca się wtedy jak dzikus i niszczy wszystko, co mu
wpadnie w ręce.
W zamyśleniu skinęłam głową.
- A inni, którzy tu przebywają? - spytałam ostroŜnie. Podeszłyśmy do drzwi.
- Anuszka i Helena są tutaj ze względu na problemy z jedzeniem - wyjaśniła Rike. - Zaraz je
poznasz. Jonatana juŜ widziałaś. Zachowuje się jak dziki, ale czasami potrafi milczeć całymi
dniami i nie ruszać się z miejsca.
100
Szłyśmy przez jasny, zalany słońcem korytarz. Na ścianach wisiały oprawione w ramy
obrazy, dziecięce rysunki, akwarele i obrazki malowane węglem.
- Maltę jest tutaj, poniewaŜ odczuwa lęk przed zabrudzeniem, dlatego często się myje i
najchętniej całe dnie spędzałby w łazience.
Skinęłam głową i ogarnęło mnie dziwne uczucie. Chora i nie chora, szalona i nie szalona,
sama i nie sama. Serce podeszło mi do gardła.
- Sina odczuwa ciągły smutek, chociaŜ nie wie dokładnie, dlaczego. Często płacze, a
przygnębienie sprawia, Ŝe wszystko wydaje się jej beznadziejne. Mamy jeszcze nasze dzieci
wojny, Ivanę i Aiszę. Ivana pochodzi z Kosowa i ma za sobą cięŜkie przejścia. Natomiast
Aisza jest Kurdyjką. Widziała, jak zniszczono jej rodzinną wioskę i zabito ojca.
Rike przystanęła nagle.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła i uśmiechnęła się do mnie zachęcająco.
- Nowa, to jest ta nowa! - po chwili zaczął triumfująco wykrzykiwać Jonatan, wspiąwszy się
na swoje krzesło.
Stałam milcząca w kolorowym pomieszczeniu, pośrodku którego znajdował się wielki jadalny
stół. Siedziało przy nim mnóstwo ludzi, a oczy wszystkich zwróciły się na mnie.
Ludwik, pielęgniarz ze słuŜby zastępczej, energicznym ruchem ściągnął Jonatana z krzesła.
- Na dół, krzykaczu - rzekł uprzejmym tonem i chociaŜ się uśmiechał, widziałam, Ŝe trudno
mu okiełznać chłopaka.
- Zostaw mnie w spokoju, ty kanalio, zabierz ode mnie łaskawie swoje gówniane paluchy -
Jonatan posłał mu wiązankę, po czym uderzył ręką w kubek kakao.
Przy stole siedziały jeszcze dwie inne dorosłe osoby i obie uśmiechnęły się do mnie na
powitanie.
Pierwszą była otyła kobieta, o ledwo dostrzegalnych oczach, które niemal zupełnie ginęły
pomiędzy obwisłym czołem a pulchnymi policzkami, drugą - bardzo młoda dziewczyna.
- Cześć, Noro - powiedziała ta o pyzatej buzi, po czym wsadziła Jonatanowi do ręki mokrą
ś
cierkę, Ŝeby mógł zetrzeć
101
morze kakao ze swojego śniadaniowego talerza. Chłopak wzbraniał się przed tym, ale kobieta
bardzo spokojnie objęła pulchną dłonią jego chudą rękę i wspólnie starli kałuŜę.
- Cześć... - powiedziałam cicho i szybko usiadłam obok Rike na wolnym krześle, przy
którym na stole leŜało nakrycie.
- Mam na imię Gesa - przedstawiła się baryłeczka. - Jestem jedną z opiekunek na tym
oddziale.
- Bzdura, nie jesteś Ŝadną opiekunką, jesteś głupią krową! - krzyknął Jonatan swoim
przeraźliwym głosem, a wtedy Ludwik wyprowadził go.
- Jestem Ulli - odezwała się druga kobieta, podsuwając mi filiŜankę herbaty. - Odbywam tu
roczną praktykę.
Skinęłam głową i rozejrzałam się ukradkiem dokoła. Tutaj równieŜ wszystkie ściany były
obwieszone obrazami, ale juŜ nie malowanymi własnoręcznie, tylko plakatami i posterami.
Na jednym rozpoznałam Britney Spears, na drugim Madonnę, na ścianie wisiał teŜ Leonardo
di Caprio, a nawet plakat z Moorhuhnem, który strachliwie wybałuszał ślepia.
Naprzeciwko mnie siedziała chuda dziewczyna o duŜych, szeroko otwarty oczach. Jeszcze
nigdy w Ŝyciu nie widziałam tak chudego człowieka, chyba Ŝe na zdjęciach
przedstawiających głód w Afryce. Miała chudziutkie ręce, kościste palce i osobliwie
pomarszczoną szyję, a jej twarz była trójkątna i zapadła.
Mimo to, widząc, Ŝe na nią patrzę, uśmiechnęła się do mnie.
- Cześć, jestem Anuszka - powiedziała stłumionym głosem i po chwili uśmiech znowu znikł z
jej warg. Mimowolnie odetchnęłam z ulgą, poniewaŜ kiedy się uśmiechała, wykrzywiała
swoją chudą twarz, która stawała się równie pomarszczona jak szyja.
Szybko wzięłam sobie chleb z koszyka. Gesa podsunęła mi maselniczkę, a ładna, czarnowłosa
dziewczyna podała talerzyk, na którym leŜały plasterki sera i wędliny.
- Dziękuję - powiedziałam.
- Proszę - odparła. - Jestem Aisza - dodała po chwili, nakładając na chleb grubą warstwę
kremu czekoladowego. Sprawiała wraŜenie trochę młodszej ode mnie.
102
- Jestem Kurdyjką, pochodzę z Turcji. Nasza wieś znikła z powierzchni ziemi, nic po niej nie
pozostało, a ja się tam urodziłam, i moja mama, i mój tata. Ale mój tata juŜ nie Ŝyje, bomba
rozerwała go na kawałki. Byłam przy tym, wiesz...
Aisza uśmiechnęła się promiennie.
- To było straszne, od tamtej pory ciągłe mam koszmary. Nawet jeśli teraz się śmieję, to
właściwie jestem smutna. Ale nie potrafię płakać przy innych, dlatego chichoczę. ChociaŜ w
ś
rodku czuję, jakbym płakała. Mój tata...
Ugryzła kęs chleba, a potem po prostu zamilkła.
Nagle poczułam, Ŝe nie jestem w stanie nic przełknąć. Z mozołem obgryzałam dookoła swoją
kanapkę z serem, nie patrząc na nikogo. Na szczęście dalsza część śniadania przebiegła
spokojnie. Po mojej lewej stronie siedziała Rike, a z prawej jakiś przystojny chłopak, mniej
więcej w moim wieku, który nie odzywał się ani słowem i wykonywał niemal bezgłośne,
bardzo ostroŜne ruchy. PoniewaŜ na całym oddziale było tylko dwóch chłopców,
przypuszczałam, Ŝe to Maltę. Wyglądał tak ładnie i normalnie. Miał długie, wypielęgnowane
palce, ładną karnację i miękkie blond włosy.
Po śniadaniu wróciłam szybko do swojego pokoju. Anuszka odprowadziła mnie w milczeniu
pod same drzwi.
- Udało mi się zjeść pół jogurtu, serio - odezwała się nagle i spojrzała na mnie, jakby
oczekując odpowiedzi. Odwróciłam nerwowo wzrok, poniewaŜ nie wiedziałam, jak
zareagować w takiej sytuacji.
- PołoŜę się na chwilę - stwierdziłam w końcu mało przekonującym tonem.
Anuszka skinęła głową.
- Helena zjadła na śniadanie mniej ode mnie - oznajmiła, odgarniając włosy z czoła. Nagle
wyobraziłam sobie, jak mogła wcześniej wyglądać: blondynka z małym, perkatym noskiem,
energicznym podbródkiem i pięknymi, turkusowymi oczyma.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Połknęłaś tabletki, prawda? - wypaliła w tej samej chwili Anuszka. - Na izbie przyjęć zrobili
ci płukanie Ŝołądka.
103
Drgnęłam i poczułam, Ŝe palce zaczynają mi drŜeć.
- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytała zatroskana.
- Skąd wiesz, Ŝe to zrobiłam? - spytałam cicho. Anuszka wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia - powiedziała w końcu zamyślona. - Po prostu wiem. Tutaj zawsze tak
jest. Wszyscy wszystko wiedzą i basta. Ale to nie jest takie złe. Tu wszyscy są w porządku.
Zmarszczyłam czoło.
- Jestem zmęczona. Chciałabym odpocząć - rzuciłam szybko, a potem po prostu zamknęłam
Anuszce drzwi przed nosem.
Usłyszałam odgłos oddalających się kroków.
*
Wykończona padłam na łóŜko. Właściwie najchętniej rozebrałabym się i włoŜyła pidŜamę,
ale nie byłam pewna, czy mogę to zrobić, skoro juŜ się ubrałam.
PoniewaŜ jednak zmarzłam, przynajmniej przykryłam się kołdrą. W mojej głowie kłębiły się
tysiące bezładnych myśli. Myślałam o opowieści Aiszy, o jogurcie Anuszki i o Helenie, która
jęczała podczas jedzenia. Nagle wydałam się sobie zupełnie zdrowa i normalna.
Chciałam iść do domu, tak, tego właśnie chciałam.
Po jakimś czasie zapadłam w sen.
Ś
niło mi się, Ŝe siedzę na łóŜku pani Korintenberg.
- Teraz umieram - oznajmiła zdecydowanie.
- Nie, proszę nie - wyjąkałam.
- Owszem, myślę, Ŝe to stosowny moment, Ŝeby odejść -powtórzyła uparcie i chwyciła moją
dłoń. - Lubię cię, Noro -powiedziała, a potem zmarła.
Znowu trzymałam martwą rękę. - Nie! - zawołałam. - Nie chcę tego! Dlaczego ona umiera
zawsze wtedy, kiedy jestem przy niej?
Obudziłam się zlana zimnym potem i drŜąca na całym ciele. Nie miałam odwagi wyjść z
łóŜka, dlatego siedziałam tak, nie ruszając się z miejsca i kurczowo trzymając się kołdry.
Często przyjmowałam podobną pozycję.
104
W pewnej chwili rozległo się pukanie do drzwi. To była Rike.
- Noro, co się stało? - zapytała. - Spałaś? Skinęłam głową.
- Nie czujesz się najlepiej, tak? Ponownie przytaknęłam.
- Masz teraz wizytę u doktora Winkelhooga. Chcesz się jeszcze szybko przebrać?
Potrząsnęłam głową i z trudem podniosłam się z łóŜka. Tak bardzo zesztywniałam, siedząc w
bezruchu otulona kołdrą, Ŝe poczułam teraz ból w mięśniach nóg. Plecy teŜ mnie bolały.
- Zatem ruszajmy - powiedziała Rike zachęcającym tonem. Szłam obok niej, nie odzywając
się ani słowem. Po drodze
spotkałyśmy Ludwika, który uśmiechnął się do nas, to samo uczynił trzymający go pod ramię
Jonatan. Ze zdziwieniem odnotowałam ten fakt.
- Ludwik i ja schodzimy teraz na basen - zawołał chłopak, kiedy juŜ byli parę kroków za
nami. - A ty nie, Noro. To ci pech, powiem tylko...
W końcu stanęłyśmy przed jakimiś drzwiami.
- Chwileczkę, muszę otworzyć - powiedziała Rike i wyciągnęła z kieszeni dŜinsów pęk
kluczy.
- Jesteśmy tu zamknięci? - spytałam po cichu.
- Czasami - wyjaśniła Rike, otwierając zamek. - Najczęściej są otwarte, ale kiedy Sina jest
tutaj...
Weszłyśmy przez drzwi, po czym Rike znowu starannie zamknęła je za nami.
- Sina jest czasami bardzo nieszczęśliwa, dlatego robi rzeczy, których właściwie wcale nie
chce robić. A jeŜeli drzwi są wtedy otwarte, ucieka, i juŜ parokrotnie zdarzyło się, Ŝe
zabłądziła i godzinami zrozpaczona błąkała się po okolicy.
W końcu dotarłyśmy na miejsce.
Wisząca na drzwiach tabliczka informowała: doktor Fried-mann Winkelhoog. Proszę pukać.
105
13
Rike zapukała do drzwi.
- Tak, proszę? - usłyszałam głos doktora Winkelhooga i wtedy weszłyśmy do środka.
- Ach, dzień dobry, Noro - powiedział lekarz na mój widok. Zrobił taką minę, jakby naprawdę
się ucieszył, Ŝe mnie widzi.
- Dzień dobry - odpowiedziałam cicho i zatęskniłam za krzesłem, na którym mogłabym
spocząć. Znowu zakręciło mi się w głowie i czułam, Ŝe miękną mi nogi. Rozejrzałam się
ukradkiem po biurze doktora Winkelhooga. Było to przestronne pomieszczenie, a wszystkie
ś
ciany wypełniały regały z ksiąŜkami. Na komodzie, obok drugich drzwi, stało duŜe
akwarium, które rzucało zielone światło.
- Odbiorę cię za godzinę - oznajmiła Rike i skinęła mi głową na poŜegnanie.
Przed duŜym oknem zobaczyłam trzy wiklinowe fotele ustawione w kole, a pośrodku mały
wiklinowy stolik. Biurko stojące przy tylniej ścianie było naprawdę ogromne i piętrzyła się na
nim sterta papierów.
- Usiądziemy? - zapytał doktor Winkelhoog. Skinęłam z ulgą i szybko podeszłam do jednego
z krzeseł.
Miałam wraŜenie, Ŝe słaniam się na nogach.
Doktor Winkelhoog usiadł naprzeciwko. Na kolanach miał notes, a na wolnym krześle leŜała
fiszka, na której czerwonym flamastrem wypisano moje nazwisko i datę urodzenia.
Natychmiast ją zauwaŜyłam, chociaŜ dane musiałam odcyfrować do góry nogami.
- Cieszę się, Ŝe jesteś tu dzisiaj - powiedział doktor Winkelhoog, uśmiechając się do mnie.
Mimo Ŝe serce waliło mi jak szalone, a te kretyńskie zawroty głowy nadal nie ustępowały,
nieoczekiwanie nasunęło mi się na myśl, Ŝe figura doktora przypomina boję. U góry, w
okolicach głowy, szyi i pleców nie był wcale taki gruby, podobnie na dole, poniŜej ud,
jedynie tułów miał okrągły jak boja w morzu.
106
- Chodzisz do gimnazjum Kathe Kollwitz, prawda? - rozległ się głos lekarza.
Skinęłam głową.
- Podoba ci się tam? Skinęłam ponownie.
- Dobrze - stwierdził.
Woda w akwarium cicho bulgotała. Zaczęłam się pocić.
„Co powinnam była odpowiedzieć?"
Nagle poczułam w głowie zupełną pustkę, chociaŜ juŜ dwukrotnie rozmawiałam z doktorem
Winkelhoogem. Ale teraz -tutaj, w jego gabinecie - wszystko wydawało się inne, bardziej
oficjalne.
Nerwowo zerknęłam w kierunku pływających wkoło rybek.
- Słyszałem, Ŝe dzisiaj po raz pierwszy zjadłaś z innymi śniadanie - powiedział lekarz.
- Tak - potwierdziłam.
- Podobało ci się?
Wzruszyłam ramionami i nie odpowiedziałam na to pytanie.
- A co z twoim strachem? Da się wytrzymać? Przełknęłam głośno ślinę.
- Miałam wcześniej koszmar - wydukałam z trudem, niemalŜe wbrew swojej woli.
- Chciałabyś o tym opowiedzieć? - zapytał. Potaknęłam i pośpiesznie zrelacjonowałam
doktorowi Win-
kelhoogowi historię choroby pani Korintenberg i sny, w których wychowawczyni zawsze
przy mnie umiera.
- MoŜe naprawdę umarła? - wybąkałam na koniec Ŝałosnym głosem.
- Hmmm - zamruczał pod nosem. - Chciałabyś, Ŝebym dowiedział się tego w twoim imieniu?
Czy to cię uspokoi?
Drgnęłam.
- Nie, tak, to znaczy dobrze byłoby się dowiedzieć, ale nie w moim imieniu. Tylko tak się
dowiedzieć, to chyba byłoby dobre...
Moje zawroty głowy nasiliły się, dlatego zacisnęłam kurczowo dłonie na poręczach krzesła.
107
- W porządku. W takim razie niezobowiązująco zasięgnę informacji, co z twoją
wychowawczynią - stwierdził doktor Winkelhoog i coś zapisał w swoim notesie.
Potem rozmawialiśmy o mojej zmarłej siostrze. Opowiedziałam tęgiemu lekarzowi wszystko,
co wiedziałam na jej temat. Jeszcze nigdy nie mówiłam tak długo o Lei i nigdy dotąd nie
wymieniałam tak często jej imienia. Lea. Lea. Lea.
- Czy brakuje ci Lei? - zapytał niespodziewanie lekarz. Potrząsnęłam głową.
- Oczywiście, Ŝe nie - odpowiedziałam, wzruszając ramionami. - W ogóle jej nie znałam.
PrzecieŜ umarła, zanim przyszłam na świat.
Zająknęłam się i zagryzłam wargi. I wtedy to się stało. Uderzyłam w płacz.
„Biedna, martwa Lea. Biedne, zmarłe niemowlę".
- Miała taką chudziutką, smutną twarz - wyszeptałam. -Jej usta były sine. Wcale nie
przypominała niemowlaka...
- A więc czasami patrzyłaś jednak na to zdjęcie, które wisiało w waszej kuchni? - spytał
łagodnie lekarz.
Powoli skinęłam głową.
- Sądzę, Ŝe zerkałam na nie ukradkiem, kiedy nie było nikogo w pobliŜu. Zapomniałam o
tym na śmierć...
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi i tak oto minęła moja pierwsza godzina u
doktora Winkelhooga. Wstałam oszołomiona.
- Do jutra, Noro - powiedział doktor-boja, podając rękę na poŜegnanie.
Ukłoniłam się i razem z Rike wróciłam na oddział.
*
Podczas obiadu znowu usiadłam naprzeciwko Anuszki. Nawet nie tknęła jedzenia, gapiła się
tylko w talerz. Obok niej siedziała Helena. MoŜe nie była równie chuda, ale i tak o wiele za
szczupła. Trzymała w dłoni widelec i dziobała nim w odrobinie twarogu i maleńkiej kupce
ryŜu.
- Najpierw chciałabym się zwaŜyć - wymamrotała pod nosem rozdraŜniona Anuszka, gdy Ulli
próbowała ją zachęcić,
108
Ŝ
eby coś zjadła. - Jestem za gruba. Czuję się tłusta i napompowana.
- WaŜenie odbywa się wyłącznie u lekarza, przecieŜ wiesz o tym - uprzejmie wyjaśniła Ulli. -
Nie mamy tu Ŝadnej wagi.
- W takim razie, proszę, przynieś ją z gabinetu lekarskiego - powiedziała Anuszka, a kilka
pojedynczych łez pociekło po jej krucho wyglądającej twarzy.
- Uf, za to ja juŜ skończyłam - oznajmiła Helena, odkładając widelec i gwałtownym ruchem
odsuwając od siebie talerz.
- Nie, jeszcze nie skończyłaś - oświadczył Ludwik, marszcząc czoło. - Na razie tylko
dziobałaś w jedzeniu, nie zjadłaś jeszcze ani kęsa.
- Proszę, dziś akurat nie mogę... - wymamrotała grobowym głosem.
- Codziennie ta sama śpiewka - szepnęła do mnie Aisza. Maltę teŜ nie był tego dnia w
najlepszej formie. WciąŜ wstawał z zamiarem opuszczenia jadalni.
- Chciałbym na chwilę pójść do pokoju - powtarzał za kaŜdym razem, szeroko rozstawiając
swoje ładne palce.
- On chce się umyć - współczująco szepnęła Aisza.
- Maltę, zostaniesz tutaj, aŜ wszyscy skończą obiad - oznajmiła stanowczo Rike.
- Ach, cholera... - mruknął pod nosem zdenerwowany i wrócił na swoje miejsce. - Mogę
przynajmniej dostać jakąś szmatkę?
Ulli skinęła głową i wyciągnęła mu świeŜą serwetkę.
- Dziękuję - bąknął Maltę i zaczął dokładnie wycierać swoje palce. Potem delikatnie odłoŜył
ją na bok i kontynuował przerwany obiad. Nie omieszkał teŜ wytrzeć sztućców.
Posprzątawszy ze stołu, oboje stanęliśmy na chwilę przy oknie. ZauwaŜyłam, Ŝe Maltę
zwraca baczną uwagę na to, aby nie zbliŜać się zbytnio, ani do mnie, ani do zastawionego
rozmaitymi przedmiotami parapetu.
Znowu zerkałam na niego ukradkiem, był naprawdę śliczny. Gdyby go sfotografować i
wysłać zdjęcie do agencji reklamowej, z pewnością oszaleliby na jego punkcie.
Miał opaloną twarz, ostre rysy i jasne, szeroko rozstawio-
109
ne oczy w oprawie długich, czarnych rzęs, a jego lekko kręcone blond włosy były modnie
ostrzyŜone.
- Ile masz lat? - zapytałam ostroŜnie.
- Siedemnaście - odpowiedział krótko. - W przyszłym tygodniu skończę osiemnaście. Dlatego
ojciec chce mnie zabrać na parę dni do domu.
Maltę skrzywił twarz.
- Wolałbym zostać tutaj, ale on tego nie rozumie. Albo nie chce tego zrozumieć, co na jedno
wychodzi. W kaŜdym razie zapowiedział, Ŝe zjawi się tu i mnie zabierze. Co za debilizm.
- Nie chcesz wcale wracać do domu? - zapytałam.
- Nie - odparł.
- Dlaczego nie? - ciągnęłam go za język.
- Tutaj nie jest tak brudno jak na zewnątrz - odpowiedział, wzruszając ramionami. -Wszystko
jest teŜ bardziej przewidywalne. Zresztą lubię te moje konsultacje u grubego Win-kelhooga.
Skinęłam głową i uśmiechnęłam się do Maltę, ale on nie odpowiedział mi tym samym.
- Właśnie się tam wybieram - oznajmił niespokojnie i zauwaŜyłam, Ŝe znowu rozstawia palce,
podejrzliwie szukając śladów brudu.
- OK - powiedziałam, a Maltę pospiesznie się oddalił.
- Noro, pójdziesz ze mną potem do sali muzycznej? - zawołała Aisza, wycierając stół.
- Nie wiem - odparłam.
Gesa wyprowadzała właśnie Helenę na indywidualną terapię do doktora Winkelhooga.
- Na razie - mruknęła pod nosem przybita dziewczyna, opuszczając salę w towarzystwie
niewiarygodnie grubej opiekunki.
- W porównaniu z Gesą to nawet gruby Winkelhoog jest jak pół porcji - stwierdziła Aisza,
szczerząc zęby. - Biedna Helena. To ciągłe przebywanie w otoczeniu grubasów musi być dla
niej okropne, zwłaszcza Ŝe ona tak bardzo boi się utyć.
- No co ty, dzięki temu przynajmniej widzi prawdziwy kontrast - wtrąciła się Sina, która
dotychczas milczała jak po-
110
sąg. - To znaczy, jak ona w ogóle moŜe myśleć, Ŝe jest tłnsta skoro siedzi obok Gesy?
Aisza prychnęła i cisnęła mokre ścierki do zlewozmywaka
- Koniec na ten tydzień. śegnaj dyŜurze! Od jutra Anuszka będzie przez dwa dni
odpowiedzialna za bałagan na stole. ^0 ta dopiero się ucieszy! - zawołała z radością. -
Chodźcie, Wrzucimy sobie jakąś płytę do odtwarzacza.
Pognała do wyjścia. Sina i Ivana równieŜ opuściły jadalnie Rike była zajęta robieniem
porządku na regale.
- MoŜesz spokojnie iść z nimi, Noro - powiedziała. Skinęłam niezdecydowanie i wyszłam na
korytarz. Tam
natknęłam się na Ivanę, która oparta o ścianę patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem.
Dla Maltę była chyba obrazem nędzy i rozpaczy, poniewaŜ stanowiła jego zupełne
przeciwieństwo. Nosiła stare dresy, które zawsze wyglądały na zabrudzone, jej włosy były
pozlepiane w kosmyki i nieuczesane, a dłonie i ramiona pokrywała zaschnięta wysypka, którą
wciąŜ na nowo rozdrapywała.
Przy tym miała wcale ładną twarz, ale zazwyczaj patrZyja przed siebie ponurym i lodowatym
wzrokiem i rzadko otwierała usta.
Nagle coś się ze mną stało. Ujrzawszy bladą twarz Ivany niespodziewanie nabrałam
przekonania, Ŝe ona musi czuć sie podobnie jak ja. Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy
aje zobaczyłam, Ŝe ją teŜ ogarnia strach i panika i Ŝe bardzo stara się nad nimi panować.
Powoli podeszłam do niej.
- Cześć - powiedziałam ostroŜnie. - Myślałam, Ŝe chcesz iść do sali muzycznej.
Najpierw przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, a potem odgarnęła sobie z twarzy
zmierzwiony kosmyk, Miałam wraŜenie, Ŝe zastanawia się nad odpowiedzią.
- MoŜe chciałam na ciebie poczekać - odrzekła zamyślona i podrapała się po prawym
ramieniu. Mimowolnie spojrzałam w bok, poniewaŜ jej rany przedstawiały naprawdę
odraŜający widok.
- Dlaczego właściwie chciałaś popełnić samobójstwo? _
111
spytała nieoczekiwanie i zacisnęła powieki. Prawdopodobnie rozdrapane rany sprawiały jej
ból.
- Po prostu miałam dosyć - ku własnemu zdziwieniu usłyszałam swój głos, chociaŜ wcale nie
zamierzałam odpowiadać.
- Czego miałaś dosyć? - zapytała Ivana, intensywnie mi się przyglądając.
- Mojego strachu przed śmiercią - odparłam i aŜ sama byłam zdziwiona, Ŝe to powiedziałam.
Nagle nabrałam do niej sympatii.
Uśmiechnęłam się, a ona równieŜ odpowiedziała mi przelotnym uśmiechem.
- TeŜ próbowałam to zrobić - wyznała potem. - Mam na myśli samobójstwo.
Minął nas Ludwik, a zaraz za nim zjawiła się Rike z Jonatanem, który rozwścieczony klął pod
nosem i w marszu tupał nogami.
Byłam szczęśliwa, Ŝe Ŝadne z nich nas nie zagadnęło.
- Chcesz zobaczyć mój pokój? - zapytała Ivana, patrząc na mnie z powątpiewaniem.
Skinęłam głową.
- Jest tam z tyłu - powiedziała, wskazując ręką koniec korytarza. - Zresztą, co tu ukrywać,
próbowałam juŜ trzy razy.
Otworzyła drzwi i po raz pierwszy, odkąd tu przyjechałam, przekroczyłam próg innego
pokoju. Właściwie spodziewałam się, Ŝe wszystkie pokoje na tym oddziale będą wyglądały
tak samo. Ale u Ivany wisiało na ścianach mnóstwo małych zdjęć i wszędzie leŜały
rozrzucone rzeczy, ksiąŜki, komiksy, papiery i zmięte ubrania. Tylko kraty w oknach były
podobne.
Słońce przedarło się spoza chmur, choć podczas obiadu jeszcze padało.
Usiadłyśmy na niezasłanym łóŜku.
Ivana wyciągnęła swoje ręce i pokazała mi przeguby dłoni. Pomiędzy krwawiącymi,
pokrytymi strupami i rozdrapanymi ranami odkryłam kilka guzowatych, szarpanych blizn.
- Widzisz? Podcinałam sobie Ŝyły - wyjaśniła spokojnie, ale mimo to wiedziałam po jej
głosie, Ŝe się denerwuje.
112
- Dlaczego? - spytałam cicho.
Ivana wyjrzała przez okno i zaczęła nerwowo targać swoje brudne włosy.
- Miałam wtedy dwanaście lat, w Kosowie była wojna, na pewno obiło ci się o uszy...
Kiwnęłam potakująco, chociaŜ wcale na mnie nie patrzyła.
- Pewnej nocy do naszego domu przyszło mnóstwo Ŝołnierzy. Ojca akurat nie było, bo sam
zaciągnął się do wojska, zostałyśmy tylko ja, mama i siostra.
Raptem Ivana obróciła się w moją stronę.
- Zgwałcili nas wszystkie, Noro. Robili to w kółko, z moją mamą, siostrą i ze mną.
Nagle jej oczy zupełnie znieruchomiały i ujrzałam w nich potworny strach, który sama dobrze
znałam.
Przez chwilę patrzyłyśmy w milczeniu na siebie, a potem dziewczyna ponownie odwróciła
wzrok i skierowała go na drzewa rosnące za oknami.
- Znowu zacznie krwawić, jeśli będziesz drapać - powiedziałam. - I nigdy się nie zagoi.
- Wiem - odparła, wzruszając ramionami.
- Więc dlaczego to robisz?
- Nie mam pojęcia - wymamrotała pod nosem. - Ta wysypka pojawiła się po tamtej
koszmarnej nocy w naszym domu i juŜ nie zeszła. Wcześniej wyglądała znacznie gorzej.
Dopiero od kiedy tu jestem, powoli się goi.
Patrzyłam na drobną postać Ivany, na jej bladą twarz, włosy pozlepiane w kosmyki i brudne
ubranie. Znowu zaczęła się drapać i rozmazała kilka długich śladów krwi na pokrytym
bliznami przedramieniu.
Poczuła na sobie mój wzrok.
- Wiem, Ŝe wyglądam koszmarnie - stwierdziła nagle wyraźnie zirytowana. - Ale mam to
gdzieś. Chcę tak wyglądać. Nikt nie powinien mnie lubić ani dotykać, nienawidzę tego.
- Rozumiem - powiedziałam.
- Tak? - zapytała z powątpiewaniem. Potwierdziłam.
- Moja siostra dwa lata temu wyszła za mąŜ i nawet ma juŜ
113
dziecko. Moim zdaniem to obrzydliwe. To znaczy, Ŝe znowu to zrobiła. Jak ona moŜe... Ivana
skrzywiła twarz.
- Nienawidzę męŜczyzn. Nienawidzę nawet mojego ojca. Przyjechał sobie po wojnie, jak
gdyby nigdy nic, nie zginął, amputowali mu tylko lewe przedramię, bo został raniony
odłamkiem granatu. Nie zamieniłam z nim ani słowa, odkąd wrócił. Zostawił nas wtedy na
pastwę losu. Gdyby był na miejscu, nie doszłoby do tego.
Ivana rozpłakała się.
- Tak bardzo się boję, Ŝe to moŜe się powtórzyć, Ŝe znowu przyjdą męŜczyźni i...
Zamilkła i przycisnęła sobie rękę do ust. Objęłam ją ramieniem.
- Ale to mało prawdopodobne, Ŝeby tak się stało - szepnęłam jej do ucha.
- Wiem... - powiedziała. - To mało prawdopodobne, ale moŜe się tak stać...
Skinęłam głową.
Tak, właśnie tak to wygląda, czułam dokładnie to samo.
Mnie równieŜ wszyscy powtarzali, Ŝe nie jestem chora. Ale mimo to mogłam zachorować,
wszędzie, o kaŜdej porze dnia i nocy.
DrŜąc oparłam się o ścianę za łóŜkiem Ivany i przez dłuŜszą chwilę milczałam, poniewaŜ nie
wiedziałam, co mam powiedzieć. Znowu opuściła mnie odwaga i oszołomiona zamknęłam
oczy.
Nagle poczułam, Ŝe Ivana usiadła obok mnie i lekko oparła swoją głowę o moje podciągnięte
ramiona.
14
Następnego dnia znowu odwiedziłam doktora Winkel-hooga.
- Na razie, Noro - powiedziała Ulli.
114
Tym razem to ona odebrała mnie z oddziału i zaprowadziła do gabinetu lekarza.
- Przyjdę po ciebie za godzinę - oznajmiła, czyniąc poŜegnalny gest w moim kierunku.
Gdy weszłam do środka, doktor Winkelhoog właśnie karmił swoje rybki. Kiedy skończył,
przez dziesięć minut obserwowaliśmy, jak pływają wkoło, pochłaniając suchą karmę.
- Lubię rybki - stwierdził wesoło lekarz, wycierając flanelową szmatką szyby akwarium. - A
ty?
- Wolę zwierzęta, które moŜna dotknąć i pogłaskać - powiedziałam i natychmiast stanął mi
przed oczyma obraz Tik-taka.
- Tak, rozumiem - odparł doktor Winkelhoog. - Takie zwierzęta moŜna tak samo kochać jak
ludzi, prawda?
Skinęłam głową.
- Ale jeśli umrą, to człowiek czuje się znacznie gorzej, niŜ gdyby umarła rybka.
Ponownie przytaknęłam.
- Musisz wiedzieć, Ŝe rybki akwariowe nie Ŝyją długo -wyjaśnił. - Ta, która jeszcze dziś
wygląda na zupełnie zdrową, moŜe jutro pływać brzuchem do góry. Tak juŜ z nimi jest. Ale
poniewaŜ człowiek nie potrafi ich naprawdę pokochać, to nie czuje się nieszczęśliwy, kiedy
zdechną. To moŜe być doskonałe ćwiczenie na pogodzenie się ze śmiercią.
Przeszliśmy razem do małego kręgu, który tworzyły wiklinowe krzesła stojące przed oknem.
Dziś słońce nie wlewało się do pokoju, na dworze było ponuro i deszczowo. Wąskie krople
deszczu dudniły o duŜe szwedzkie okna.
- Usiądźmy sobie wygodnie - powiedział doktor Winkelhoog, a po chwili wyciągnął małą,
złoŜoną kartkę. - Za pamięci, mam tu dla ciebie pewien adres.
- Co to jest? - zapytałam, rozkładając ją. Zobaczyłam nazwisko mojej wychowawczyni i adres
kliniki uniwersyteckiej w naszym mieście. A na samym dole: „oddział 52, onkologia, pokój
15".
- Dlaczego pan mi to daje? - spytałam przestraszona. Lekarz uśmiechnął się do mnie.
115
-Pomyślałem, Ŝe moŜe chciałabyś jej wysłać kartkę i zasięgnąłem informacji. ZwaŜywszy
całą sytuację, twoja nauczycielka czuje się dość dobrze. Obecnie przechodzi bardzo uciąŜliwą
chemioterapię, ale lekarze są zadowoleni i twierdzą, Ŝe ma wszelkie szanse na ponowne
wyzdrowienie. Oczywiście nie mogą niczego obiecywać, ale wygląda całkiem nieźle.
Wlepiłam wzrok w podłogę, próbując nie dać po sobie poznać, Ŝe nagle zrobiło mi się słabo.
Moje dłonie były zimne i zaczęły swędzieć, raptem poczułam się jak w moim śnie. Miałam
wraŜenie, Ŝe trzymam w nich lodowatą, wiotką rękę pani Korintenberg i w panice kurczowo
zacisnęłam palce.
Kartka upadła na podłogę.
- Chciałabym nie musieć o tym myśleć - wyszeptałam. -I nie chcę pisać do pani
Korintenberg.
Doktor Winkelhoog podniósł kartkę i skinął głową.
- W takim razie przechowam ją dla ciebie, a jeśli pewnego dnia zapragniesz...
- Proszę, nie chcę o tym słyszeć - ciągnęłam zrozpaczona. -Tak bardzo się boję juŜ na samą
myśl o tej chorobie...
- Ale to Ŝaden wstyd się bać - powiedział doktor Winkelhoog i popatrzył na mnie łagodnie.
- Ten strach doprowadza mnie do szału - stwierdziłam i utkwiłam wzrok w akwarium, które
rzucało zielone światło. A potem nagle zaczęłam mówić. Opowiedziałam wszystko. Po prostu
wszystko. O robakach, o moim parkowym rytuale, o czarnej skrzynce na listy, która wisiała
na klatce schodowej, tuŜ obok drzwi wejściowych i o moim zaklęciu.
- Widzi pan, jestem szalona - stwierdziłam na koniec i wpółŜywa oparłam się o oparcie
fotela. Drobny kapuśniaczek, który wcześniej siąpił na dworze, zamienił się w ponurą ulewę.
JednakŜe doktor Winkelhoog potrząsnął głową.
- Nie widzę, Ŝebyś była szalona - powiedział, uśmiechając się. - Przede mną siedzi tylko
bardzo chuda i zdenerwowana dziewczyna, która wykazała się duŜą pomysłowością,
116
chcąc samodzielnie poradzić sobie ze swoim wielkim strachem. Ale to nic złego.
- I nie jest dla pana wariactwem pukanie w skrzynkę na listy i mamrotanie pod nosem
wierszyków dla dzieci?
- Nie - odparł. - PrzecieŜ pomagało ci to przez długi czas i choćby dlatego nie moŜe być złe.
- Sądzi pan, Ŝe spokojnie mogłabym to robić dalej? Lekarz skinął powolutku głową, a ja
wprost nie mogłam
w to uwierzyć.
Kiedy zobaczyłam, Ŝe przytaknął, odetchnęłam z ulgą, a moje serce zaczęło walić jak szalone.
To skinienie sprawiło, Ŝe nagle poczułam się znacznie lepiej.
- Noro, wszystko, co pomaga ci na twojej drodze, jest dozwolone. Strach jest czymś zupełnie
normalnym, nie trzeba się go bać, ale niedobrze, kiedy zamienia się on w panikę, prawda?
Skinęłam głową.
- Jeśli zaczynasz panikować, bo rano nie zdołałaś zapukać w skrzynkę na listy, to czas
zmienić drogę, mam rację?
Ponownie skinęłam głową.
- Mogę pana o coś zapytać, doktorze? - odezwałam się po chwili milczenia.
- Naturalnie, Ŝe moŜesz - odpowiedział. Głęboko zaczerpnęłam powietrza.
- Czy kiedyś znowu będę zdrowa?
- Tak, będziesz.
- Jest pan tego pewien?
- Jestem.
- A wtedy? Jaka wtedy będę?
- Wtedy będziesz mogła wrócić do swojego normalnego Ŝycia, a twój pokój na oddziale
psychiatrycznym zajmie inna dziewczyna lub chłopak, którzy będą potrzebowali takiej samej
pomocy, jakiej ty teraz potrzebujesz.
- Ale jeśli poczułabym się źle, to będę mogła tu wrócić?
- Naturalnie.
Odetchnęłam z ulgą, a kiedy kilka minut później Ulli za-
117
pukała do drzwi, Ŝeby mnie odebrać, raptem poprawił mi się humor.
- Do jutra, doktorze Winkelhoog - powiedziałam, rozkoszują się uczuciem odzyskanej
radości.
Padało całymi dniami. Moje konsultacje u doktora Winkeł-hooga przeniesiono na popołudnie,
poniewaŜ doktor Bergmann oświadczyła, Ŝe powinnam od zaraz zacząć uczestniczyć w
szkolnych zajęciach.
- Najlepsze, Ŝe wcale mi się to nie uśmiecha - wzdychając, powiedziałam do Ivany podczas
spaceru po małym, sąsiadującym z kliniką ogrodzie, który tonął w deszczu. Przemoczona
trawa skrzypiała pod naszymi butami. Jako jedyne wałęsałyśmy się w taką pogodę po dworze,
wszyscy pozostali siedzieli w swoich pokojach albo w pracowniach. Basen był od jakiegoś
czasu wyłączony z uŜytku z powodu awarii pompy wodnej. Tego dnia, kiedy go zamknięto,
Jonatan z dzikim wrzaskiem przewrócił do góry nogami całą salę muzyczną. I ją równieŜ
zamknięto.
- W tym roku i tak chyba nie przeszłabym do następnej klasy - stwierdziłam, pochylając
głowę. - Po co więc jeszcze tutaj mam się z tym męczyć?
Niebo było zachmurzone, tylko daleko z tyłu, nad lasem przez ołowianą szarość przedzierało
się wąskie pasmo światła, a jeszcze dalej przeświecał bladoniebieski firmament. Widok był
nieziemski, a zimne krople deszczu kapały mi na twarz.
- Nie rób tak, to smutno wygląda - stwierdziła nerwowo Ivana. - Jakbyś płakała.
Wzruszyłam ramionami i zlekcewaŜyłam jej prośbę.
- Za dwie godziny moja mama przyjedzie z wizytą - oznajmiła nagle dziewczyna.
Na dźwięk tych słów serce zaczęło mi walić.
- Właściwie dlaczego twoi rodzice nigdy tu nie zaglądają? -zapytała, a ja szybko
zrezygnowałam z patrzenia w niebo i rękawem kurtki zaczęłam wycierać mokrą twarz.
- Nie chcę ich tu widzieć - odparłam, zagryzając usta.
118
- Dlaczego nie?
- Nie wiem dokładnie - wymamrotałam przygnębiona i nagle wyraźnie stanęła mi przed
oczyma twarz mamy. Nerwowo przełknęłam ślinę, poniewaŜ niespodziewanie zobaczyłam
obrazy, których wcześniej nie mogłam sobie przypomnieć:
Niesiono mnie na rękach jak niemowlę - w jakimś bardzo zimnym pomieszczeniu wyłoŜonym
zielonymi kafelkami -moja głowa bezwładnie opadła do tyłu - wokół słyszałam podniesione
głosy i widziałam duŜo światła - twarze, które się na mnie gapiły - wśród nich kredowobiała
twarz mamy - potem twarz ubranego na zielono męŜczyzny, który otwierał moje usta.
- Noro, co jest? - w tej samej chwili zapytała Ivana.
- Nic... - wybąkałam oszołomiona i ni stąd, ni zowąd wiedziałam juŜ, co się wydarzyło.
Ktoś wsunął mi do ust zimnego węŜa, poczułam ból, język został wciśnięty do środka,
twardym kciukiem odsunięto do tyłu mój podbródek, a jeszcze inne dłonie przyciskały mi
policzki, próbując w ten sposób zmusić usta do otwarcia się...
Potem musiałam się chyba dusić, bo do gardła wsunięto mi coś duŜego i twardego. Mama
gdzieś znikła, ktoś chwycił ją za ramię i odciągnął na bok, później powieki znowu mi opadły i
spowiły mnie ciemności.
Wspomnienie rozpłynęło się równie nagle, jak się pojawiło.
- Jesteś wściekła na swoich rodziców? - zapytała Ivana. W pierwszej chwili odniosłam
wraŜenie, Ŝe jej głos dobiegł
z bardzo daleka, Ŝeby sprowadzić mnie z powrotem do mokrego ogrodu przy klinice.
Z trudem wzięłam się w garść i wzruszyłam ramionami.
- Wściekła? Nie - usłyszałam swój głos i z niepokoju zmarszczyłam czoło. - Ale mój ojciec...
on...
Urwałam w połowie zdania i pomyślałam o ostatniej, podsłuchanej rozmowie rodziców. W
zasadzie była to raczej smutna, pełna podejrzeń kłótnia niŜ rozmowa.
Głęboko wciągnęłam powietrze.
- Sądzę, Ŝe mój ojciec zdradza mamę.
Odetchnęłam z ulgą, bo w końcu wyrzuciłam to z siebie, po raz pierwszy głośno wyraziłam to
przypuszczenie.
119
Ivana patrzyła na mnie w milczeniu, a ja byłam szczęśliwa, Ŝe nie pyta o nic więcej. Doktor
Winkelhoog juŜ parokrotnie proponował mi spotkanie z rodzicami, ale za kaŜdym razem
szybko potrząsałam głową. Nie zniosłabym myśli, Ŝe odgrywają przede mną jakąś komedię,
tylko po to, Ŝeby oszczędzić mi przykrości.
JednakŜe świadomość, Ŝe mój olbrzymi, wesoły ojciec o radosnych, niebieskich oczach
zdradza mamę i mnie w swoim biurze z tą młodą panią architekt, była równie deprymująca.
- Nie brakuje ci mamy? - zapytała w końcu cicho Ivana. Wolałabym, gdyby dalej milczała.
Rzuciłam jej udręczone spojrzenie.
- Ej, Nora i Ivana, słyszałyście, basen jest juŜ naprawiony!
- zawołał na szczęście w tej samej chwili Ludwik, wychylając się z okna naszego oddziału. - I
tak jesteście przemoczone do suchej nitki, nie macie ochoty z nami popływać?
Spojrzałam na moją nową, bladą przyjaciółkę. Jej ciemno-blond włosy przykleiły się do
głowy.
- Ivana, mamy ochotę?
Wzruszyła ramionami. Wiedziałam, Ŝe podobnie jak ja nie była jeszcze na tutejszym basenie,
chociaŜ juŜ po raz trzeci odwiedzała tę klinikę.
- PrzecieŜ wiesz, Ŝe boję się rozebrać - powiedziała zdławionym głosem.
- Tak, wiem - odparłam i ostroŜnie objęłam ją ramieniem.
- Ale przecieŜ moŜesz spróbować. Jestem przy tobie, Rike teŜ na pewno pójdzie z nami, jeśli
ją o to poprosimy.
- Ale Ludwik? - szepnęła Ivana.
- Ludwik nic ci nie zrobi, na mur beton - zapewniłam ją. Ivana zgodziła się.
Potem wróciłyśmy do domu. Była jeszcze bledsza niŜ zwykle i nie odzywała się słowem.
Uśmiechnęłam się do niej zachęcająco.
120
15
Mimo wszystko Ivana nie zdołała wejść do wody. Podka-sała jednak rękawy dresu, uniosła do
góry nogawki szarych spodni, usiadła z podciągniętymi kolanami na białym plastikowym
krześle obok basenu i patrzyła, jak pływamy. Potem odprowadziła mnie do pokoju i w mojej
małej łazience umyła sobie włosy, które wciąŜ jeszcze były mokre i mocno potargane.
Następnie stanęłyśmy obok siebie przed lustrem i nawzajem wysuszyłyśmy sobie włosy.
Ivana pozwoliła nawet wmaso-wać sobie trochę balsamu i wyszczotkować swoje miękkie,
gładkie kosmyki.
Kiedy tak stałam za nią, doprowadzając do porządku jej czuprynę, ni stąd ni zowąd odezwała
się.
- To dziwne, ale do dziś nie potrafię sobie przypomnieć, co się wtedy ze mną stało.
Jej głos brzmiał jednostajnie i bardzo cicho.
- Pamiętam tylko to, co zrobili mojej mamie. Przez cały czas mam ten obraz przed oczyma,
słyszę jej krzyk i płacz. To było przeraŜające, przy tym nigdy wcześniej nie widziałam mamy
nago. Zawsze przebierała się w zamkniętej łazience.
Mimo panującego ciepła, plecy Ivany drŜały.
- Od tamtego czasu wciąŜ się boję - wyszeptała. - Bez przerwy.
- Ja teŜ się boję - przyznałam. Potem opowiedziałam Ivanie o moim okropnym strachu.
Dokładnie tak samo jak poprzedniego dnia doktorowi Winkelhoogowi, opowiedziałam jej o
snach z robakami, o pukaniu w skrzynkę na listy i o zaklęciu.
- Wiem, to nienormalne - wydusiłam. - Ale wymruczałam je pod nosem juŜ chyba z tysiąc
razy.
Nagle po twarzy Ivany przemknął uśmiech.
- TeŜ mam swoje zaklęcie - powiedziała, sięgając po moją dłoń. - Właściwie to jest piosenka,
pół strofki, krótka, jugosłowiańska kołysanka dla dzieci. Taka historyjka o księŜycu, zawsze,
kiedy ogarnia mnie strach, śpiewam sobie w myślach trzy pierwsze linijki. Chciałabyś
posłuchać?
121
Przytaknęłam i Ivana zaczęła nucić cichutko drŜącym głosem.
- To byłoby tyle - powiedziała po paru sekundach zakłopotana. - Sobie oczywiście śpiewam
bezgłośnie...
Uśmiechnęłyśmy się do siebie w lustrze i, co dziwne, wcale nie poczułam się źle, wręcz
przeciwnie.
- Teraz twoje włosy pięknie się błyszczą - oznajmiłam, odkładając szczotkę.
W tej samej chwili rozległo się pukanie.
- Proszę - zawołałam, a po chwili Gesa wsadziła przez uchylone drzwi swoją pyzatą,
czerwoną twarz.
- A więc tu jesteś, Ivano - powiedziała, a jej grube policzki promieniały radością. Pewnie
cieszyła się, Ŝe dziewczyna jest u mnie, a nie sterczy sama jak palec gdzieś na korytarzu. -
Twoja mama czeka w sali wizyt.
Ivana skinęła głową i spojrzała na mnie.
- Noro, moŜe chciałabyś pójść ze mną i poznać moją mamę?
- OK - odpowiedziałam.
Uśmiechnęła się do mnie i razem z Gesą wyszłyśmy z pokoju. Po drodze Ivana starannie
opuściła rękawy swetra.
- Mama nalega, Ŝebym kazała sobie owinąć ręce bandaŜem - wyjaśniła, wzruszając
ramionami. - Jest przekonana, Ŝe wtedy wysypka szybciej się zagoi, ale to nieprawda. Pod
ciasnymi, gorącymi bandaŜami swędzi jeszcze bardziej.
Dotarłyśmy na miejsce i po raz pierwszy przekroczyłam próg sali wizyt.
Matka Ivany była wysmukłą kobietą o prostych, czarnych włosach, zaczesanych do tyłu i
upiętych wysoko w miękki, błyszczący kok.
- Ivano! - krzyknęła, kiedy weszłyśmy, i chwyciła swoją córkę za ręce.
- Cześć, mamo - odezwała się cicho Ivana, lekko przytulając się do matki. Potem rozmawiały
ze sobą po albańsku. Kobieta przywiozła owoce, kwiaty, czekoladę i kompakt z utworami
fortepianowymi Czajkowskiego. JuŜ wcześniej dowiedziałam się, Ŝe to ulubiony kompozytor
Ivany.
122
- Mamo, to jest Nora - powiedziała w końcu po niemiecku. - Moja przyjaciółka.
Matka Ivany spojrzała na mnie, a ja nie mogłam się powstrzymać, Ŝeby nie pomyśleć o tym,
co przeŜyła cztery lata temu w ich domu w Kosowie. Mimo wszystko wyglądała na zdrową, a
wokół jej oczu i ust widać było siateczkę drobnych zmarszczek mimicznych. Dlaczego kwitła
zdrowiem, a Ivana zachorowała?
- Cieszę się, Ŝe mogę cię poznać - oznajmiła w tej samej chwili łamanym niemieckim i
podała mi rękę.
- Dzień dobry - odpowiedziałam cicho i nagle, pierwszy raz odkąd tu przyjechałam,
zatęskniłam za moją mamą.
Do środka weszła Ulli, wnosząc herbatę i ciasto na podwieczorek, a potem Ivana
poczęstowała wszystkich swoją czekoladą.
Jej matka pokazała nam nowe zdjęcia dziecka, które urodziła starsza córka, i tylko ja
zauwaŜyłam, Ŝe moja przyjaciółka marszczy czoło, rzucając na nie okiem.
Kiedy wizyta dobiegła końca, odprowadziłyśmy matkę Iva-ny do wyjścia z naszego
pawilonu. Ulli poszła z nami, Ŝeby otworzyć znajdujące się po drodze drzwi. TuŜ przy samym
wyjściu kobieta objęła córkę i rozpłakała się.
- Mamo, proszę... - powiedziała nerwowo dziewczyna, ale ona wciąŜ płakała i cicho
szlochając, tłumaczyła coś Iva-nie. Nie rozumiałam ani słowa, ale domyśliłam się
wszystkiego. Później Ivana potwierdziła moje przypuszczenia.
- Chodziło jak zwykle o mojego ojca. Ona po prostu nie moŜe zrozumieć, Ŝe go nienawidzę i
nie chcę go widzieć. Mówi, Ŝe jest niewinny, Ŝe musiał iść do wojska i dlatego nie mógł nas
ochronić. Ale mimo to jest winny...
Głos Ivany znowu brzmiał głucho i monotonnie, tak jak zwykle.
- I na dodatek jest męŜczyzną, a ja nienawidzę męŜczyzn.
Po tych słowach Ivana obróciła się na pięcie i szybko odeszła. Przystanęłam, wiedziałam, Ŝe
w takich chwilach trzeba ją zostawić w spokoju. Jej proste, długie włosy miękko i przepięknie
kołysały się z tyłu i była to jedyna rzecz inna niŜ zwykle.
123
- Jest z nią znacznie lepiej niŜ kiedyś - zwróciła się do mnie Ulli, a jej głos brzmiał
optymistycznie. - I twoja osoba mocno się do tego przyczyniła.
*
- Myślę, Ŝe chciałabym zobaczyć swoją mamę - powiedziałam kilka dni później do doktora
Winkelhooga.
- Dobrze - odparł lekarz i zapisał coś w notatniku. - Ucieszy się, kiedy jej to przekaŜemy.
Spojrzałam za okno.
- Czy pan sam do niej zadzwoni? - zapytałam i z bijącym sercem pomyślałam o naszym
mieszkaniu, o telefonie w korytarzu i o dzwonku, który brzęczał, kiedy ktoś telefonował. Na
samą myśl o domu zawsze ogarniał mnie lekki niepokój, poniewaŜ czułam się tam chora,
przestraszona i zrozpaczona. Wszystkie jego ściany i pomieszczenia były niemymi świadkami
tamtych dni.
- Twoi rodzice i tak tu codziennie dzwonią, pytając o ciebie
- oznajmił doktor Winkełhoog. - Dzisiaj przekaŜę im, Ŝe ucieszysz się z odwiedzin mamy.
Podziękowałam gestem i odetchnęłam z ulgą, Ŝe lekarz tak dokładnie mnie słuchał i
zrozumiał, iŜ chcę widzieć tylko mamę, a nie ojca.
- Ale twoi rodzice nie są jedynymi, którzy tu wydzwaniają za tobą - dodał otyły doktor.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego.
- A kto jeszcze? - zapytałam ostroŜnie. Ciemne oczy lekarza uśmiechały się.
- Niejaki król Jakub odzywa się równie często - powiedział.
- Dzwoniła teŜ twoja wychowawczyni i pytała o ciebie.
Znowu mówił o pani Korintenberg. Odruchowo przywarłam do krzesła.
- Dlaczego tutaj dzwoniła? - syknęłam przez zaciśnięte zęby. - PrzecieŜ jest chora i wcale nie
wie, gdzie przebywam.
- Jeśli dobrze zrozumiałem, to była u niej twoja szkolna przyjaciółka, która powiadomiła ją o
wszystkim. Poza tym po-
124
wiedziała chyba, Ŝe byłaś bardzo zrozpaczona, dowiedziawszy się o jej chorobie i
wychowawczym zaniepokoiła się o ciebie.
Spojrzałam w dół na swoje drŜące palce. To z pewnością była Verena, to ona wypaplała
wszystko pani Korintenberg.
- I naprawdę martwiła się o mnie? - wyszeptałam oszołomiona i pomyślałam o tym
wszystkim, co czytałam na temat choroby mojej wychowawczyni.
Doktor Winkełhoog potwierdził.
- Jak to moŜliwe, skoro sama jest tak cięŜko chora? - zapytałam w końcu, chcąc nie chcąc.
- ChociaŜ ma raka, to jednak pozostała sobą i troszczy się o ciebie tak samo, jak wtedy, kiedy
była zdrowa.
Na jego szerokiej twarzy widniał uspokajający uśmiech.
- Ale kiedy myślę o niej, to mam przed oczyma tylko śmierć - szepnęłam zdruzgotana. -
Widzę, jak umiera, bez włosów, bez siły, przyłączona do straszliwej, niesamowitej szpitalnej
aparatury.
Lekarz skinął głową i wtedy wybuchłam płaczem. Płakałam i płakałam, aŜ moja godzina
dobiegła końca, a doktor Winkełhoog siedział przy mnie, nie odzywając się słowem.
Przerwał milczenie dopiero pod sam koniec, na kilka minut przed powrotem Ludwika.
- Nie myliłaś się Noro, rzeczywiście twoja nauczycielka straciła włosy, ale nie umrze z tego
powodu. Na dodatek otacza ją Ŝycie, a nie śmierć i obecnie nie jest przyłączona do tej całej
maszynerii, która pozwala człowiekowi przetrwać. Owszem, brakuje jej sił, ale te wracają
szybciej, niŜ moŜna by przypuszczać. Sama się o tym przekonasz, patrząc w lustro. Bo
równieŜ ich nabrałaś, prawda?
Milczałam, lecz drŜenie wewnątrz nieco ustąpiło.
- Ale ona wciąŜ jeszcze moŜe umrzeć? - zapytałam w końcu, stojąc juŜ przy drzwiach biura.
Doktor Winkełhoog przytaknął.
- Tak, moŜe jeszcze umrzeć - odpowiedział i spojrzał na mnie. ZauwaŜyłam, Ŝe był ze mną
zupełnie szczery.
- Ale w tej chwili nic na to nie wskazuje, dzięki temu pani Korintenberg wciąŜ ma nadzieję.
125
Ukłoniłam się i powoli wyszłam.
*. Kiedy wróciłam, na oddziale panowało wielkie poruszenie.
- Anuszka miała zapaść - pospiesznie wyjaśniła mi Aisza. -1 ją zabrali.
Czułam, Ŝe ze strachu zaczyna mi się kręcić w głowie.
- Tak, wsadzili ją na intensywną terapię - dodał Jonatan, mruŜąc oczy. Wiedziałam, Ŝe lubi
Anuszkę, wszyscy na oddziale o tym wiedzieli. Jeśli Jonatan kogoś lubił, to na pewno była to
Anuszka i smutna Sina.
- Nie chcę, Ŝeby umarła -jęczał, trąc suche oczy. Jonatan nigdy nie płakał, co najwyŜej
krzyczał, tarzał się po podłodze albo tłukł wszystko, co popadnie, ale jeszcze nie widziałam,
Ŝ
eby się tak naprawdę rozbeczał.
- Chodź, Jonatanie, pójdziemy sobie popływać - zawołał w tej samej chwili Ludwik,
wymachując kąpielówkami i ręcznikiem.
- Spadaj, dupku - wrzasnął przeraźliwie chłopak. - PrzecieŜ nie pójdę pływać, kiedy ona tam
moŜe wykitować.
Ludwik objął go ramieniem, ale Jonatan je odtrącił.
- Ona nie umrze, Johnny - oznajmił opiekun.
- Skąd dupku moŜesz to wiedzieć? - zawołał chłopak.
- To tylko zasłabnięcie, na to się nie umiera - wyjaśnił Ludwik i ponownie chwycił go za
ramię.
- A co było z Rafaelą?! - krzyknął, straciwszy nad sobą panowanie.
- Rafaela czuła się znacznie gorzej niŜ Anuszka - oznajmił Ludwik i cierpliwie po raz kolejny
objął rozwścieczonego chłopaka. Posuwali się tak krok za krokiem, aŜ wreszcie krzyk
Jonatana zupełnie ucichł.
- Na szczęście ten wyjec juŜ znikł - powiedziała Sina z ulgą, po czym z hukiem zatrzasnęła za
sobą drzwi pokoju. Najwyraźniej nie podzielała uczuć Jonatana.
- Co to za Rafaela? - zapytałam Aiszę, która wciąŜ jeszcze stała obok mnie. Poza nami na
korytarzu nie było nikogo.
- Tylko o niej słyszałam - odparła, wzruszając ramionami.
126
- Była anorektyczką, tak jak Anuszka i Helena, i dlatego umarła tu, na oddziale.
- Tu, na oddziale? - powtórzyłam przeraŜona. Aisza skinęła głową.
Czułam, Ŝe grunt mięknie i chwieje mi się pod nogami. Szybko oparłam się o ścianę.
- Wszystko w porządku? - spytała zatroskana Aisza.
- Nie wiem.
- Mam sprowadzić Rike? Potrząsnęłam głową.
- Zawołać doktora Winkelhooga albo doktor Bergmann? Znowu zaprzeczyłam ruchem głowy
i spróbowałam wziąć
się w garść. Nie chciałam juŜ więcej wpadać w panikę.
„Co powiedział ostatnio doktor Winkełhoog? Strach jest w porządku, ale panika nie".
JednakŜe wciąŜ potwornie się jej bałam.
- Wiesz, gdzie jest Ivana? - wymamrotałam w końcu.
- Chyba w sali muzycznej - skwapliwie odpowiedziała Aisza i objęła mnie ramieniem. -
Pewnie znowu słucha tego swojego Czajkowskiego. Zaprowadzić cię tam?
Skinęłam głową i zaraz potem, stawiając małe, ostroŜne kroki, zaczęłyśmy wchodzić po
schodach.
Ivana rzeczywiście siedziała w pokoju muzycznym, który wczoraj ponownie otwarto. Dziś
przy śniadaniu Jonatan z całą dokładnością wyliczył wszystko, co w napadzie szału zniszczył
tamtego popołudnia.
- Dwa bębny rozerwałem na strzępy, ten kretyński ksylofon teŜ zarobił, a potem piorunem
stratowałem głośnik i wtedy, niestety, przyleciał Ludwik, bo inaczej rozwaliłbym jeszcze
więcej tego głupiego gówna...
Sala muzyczna została doprowadzona do porządku. Ivana leŜała rozciągnięta na jednej z
dwóch sof, miała zamknięte oczy i duŜe słuchawki na uszach.
Powoli zbliŜyłam się do niej, a ona podniosła powieki.
- Noro, co z tobą? - zapytała natychmiast.
127
- Wiesz o Anuszce? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie i usiadłam obok.
Ivana skinęła głową i przechyliła się w stronę sprzętu grającego, aby go wyłączyć.
- Ale to chyba nic powaŜnego - dodała. - Prawda, Rike?
Obróciłam się i zobaczyłam, Ŝe nasz piegowaty pracownik socjalny teŜ tu jest. Kobieta
klęczała przy niskim regale, w którym przechowywano instrumenty muzyczne, i robiła
porządki.
Rike przytaknęła.
- Ale słyszałaś o Rafaeli? - spytałam potem cicho Ivanę.
- Tak, przebywała kiedyś na tym oddziale - odpowiedziała zamyślona, skubiąc kłaczki
swojego swetra. Od paru dni przestała nosić te stare, niechlujne dresy. Ostatnio myła teŜ
częściej włosy.
- Wiesz, Ŝe ona nie Ŝyje? - wyszeptałam, poniewaŜ nie chciałam, Ŝeby Rike mnie usłyszała.
- Byłam nawet tutaj, kiedy to się stało - odpowiedziała, odgarniając z twarzy kosmyk
włosów.
Milczałam, zagryzając usta aŜ do bólu. Kręciło mi się w głowie i po raz pierwszy, odkąd tutaj
przybyłam, spróbowałam uŜyć swojego zaklęcia.
♦
Jakoś do tej pory wydawało mi się, Ŝe na oddziale nic nikomu nie grozi, Ŝe moŜna się tu czuć
naprawdę bezpiecznie. Ale za sprawą tej nieznanej Rafaeli wszystko się nagle zmieniło. Ona
tu zmarła, mimo obecności doktora Winkelhooga, Rike, Gesy i ochronnych krat w oknach.
Westchnęłam cicho i oparłam się o Ivanę. W końcu nie wytrzymałam.
- MoŜe jutro ta dama sama da tortu jeŜom... - wyszeptałam drŜącym głosem.
Ivana objęła mnie ramieniem, a ja siedziałam sztywno, czekając na to, co się wydarzy.
Ale nic się nie zdarzyło. Mój strach wcale nie zmalał, bo i dlaczego miałby zmaleć? W jaki
sposób taki krótki, dziecinny palindrom mógłby mi pomóc przezwycięŜyć strach przed zmarłą
Rafaelą?
128
- Ivano, tak bardzo boję się tego strachu - wydukałam zrozpaczona i wtuliłam twarz w
podciągnięte kolana. Przyjaciółka głaskała mnie po włosach.
- MoŜe zagrać ci na altówce? - spytała w końcu.
- Nie wiem - wymamrotałam Ŝałośnie i zamknęłam oczy. Zaraz potem poczułam, jak Ivana
ostroŜnie wstaje.
- Rike, moŜesz mi dać klucz do szafy? - usłyszałam jej pytanie. Otworzyłam oczy i mrugając,
patrzyłam, jak chwilę później ze starej ciemnobrązowej walizki wyciąga instrument.
- To oczywiście nie jest moja stara altówka, tę kupił mi ojciec i dał mamie, Ŝeby tu
przyniosła - wyjaśniła nieco zdenerwowana. Powoli podniosła instrument do podbródka.
Zaczęła grać, a dźwięki, jakie z niego wydobywała, brzmiały smutno i melancholijnie. Rike
usiadła obok mnie i zamieniłyśmy się w słuch.
- To pierwszy raz, kiedy znowu sięgnęła po instrument -powiedziała cicho Rike i mimo
smutnego tonu altówki jej głos brzmiał radośnie. - Twój obój teŜ tutaj jest, moŜe chciałabyś
zagrać razem z nią?
Potrząsnęłam głową i oszołomiona zaczęłam się zastanawiać, jakim sposobem, kiedy i
dlaczego trafił tu mój obój.
- Twój ojciec przyniósł go tydzień temu - powiedziała po chwili Rike, jakby odpowiadając na
moje myśli. - Kazał cię pozdrowić. Chętnie by cię odwiedził w najbliŜszym czasie.
Zamknęłam oczy i przycisnęłam do twarzy lodowate dłonie. Nagle poczułam, Ŝe natłok myśli
za chwilę rozsadzi mi głowę: Rafaela, która być moŜe zmarła w moim pokoju, co jest nawet
całkiem prawdopodobne; ojciec, który przynosi mi obój i zdradza mamę, potajemnie sypiając
z inną kobietą; moja troska o panią Korintenberg, o samą siebie, o przeŜycie...
Zrozpaczona zerwałam się na równe nogi i w tej samej chwili po raz pierwszy zrozumiałam
dziką furię Jonatana. Nagłe poczułam palącą potrzebę wrzeszczenia, hałasowania i wyjścia
naprzeciw swojemu strachowi, który doprowadzał mnie do szału. Nie chciałam juŜ szeptać
zaklęć, potajemnie pukać w skrzynkę na listy, w milczeniu, samotnie i bezradnie krąŜyć po
parku - miałam tego wszystkiego serdecznie dosyć!
129
Nerwowym krokiem zaczęłam przemierzać pokój i wkrótce opadłam na czarny taboret, który
stał przed olbrzymią perkusją. Nigdy dotąd nie widziałam, aby ktokolwiek na niej grał, sama
teŜ nie dotykałam tego instrumentu, jednakŜe teraz chwyciłam za pałeczki i wszczęłam
piekielny hałas. W głowie zaczęło mi huczeć, podłoga pod moimi stopami wibrowała, a
powietrze wokół drŜało, pulsowało i szumiało.
Moje ręce wzlatywały w górę, a przeguby sprawiały ból, ale było mi to zupełnie obojętne.
Waliłam w huczący instrument, aŜ pot spływał mi po plecach, ramiona zaczęły dokuczać przy
kaŜdym ruchu, a ręce trzęsły się z wyczerpania. Potem pozwoliłam dźwiękom powoli
wybrzmieć i jeszcze przez chwilę siedziałam spokojnie, nie ruszając się z miejsca.
- Teraz chciałabym odpocząć - powiedziałam cicho do Rike i Ivany, nawet nie odwróciwszy
się w ich stronę. Wiedziałam, Ŝe jeszcze tam są, Ŝe do końca wysłuchały tego szalonego
łomotu.
Powolutku podniosłam się, odłoŜyłam pałeczki i opuściłam salę, w której znowu zaległa
cisza, jak gdyby nigdy nic.
WciąŜ jeszcze czułam mdłości i ucisk w okolicy Ŝołądka, ale strach znikł teraz bez śladu.
16
Nastało lato. Mimo to od paru dni bez przerwy padało. Anuszka znowu wróciła na nasz
oddział, a Helena została próbnie wypisana do domu. Maltę miał urodziny i ojciec zabrał go
na trzy dni, ale juŜ po dwóch przywiózł z powrotem, poniewaŜ chłopak niemal cały czas
spędzał pod prysznicem.
Podobnie jak inni, przed południem miałam cztery lekcje, a doktor Winkelhoog wyraził
zgodę, abyśmy razem z Ivaną zamieszkały w dwuosobowym pokoju.
Od kilku dni na naszym oddziale przebywała nowa dziewczyna.
130
- Ma na imię Charlotta, jest ruda i podobnie jak Nora na-faszerowała się tabletkami, Ŝeby
wykitować - z dumą opowiadał przy śniadaniu Jonatan. - Wszystko sam ustaliłem. To pestka
dla kogoś takiego jak ja, kto w przyszłości zostanie słynnym detektywem.
- Jesteś bezczelnym szpiclem, tyle ci powiem - wymamrotała rozdraŜniona Sina.
Na oddziale schodziłam nowej z drogi. Denerwowała mnie świadomość, Ŝe przeŜyła to samo
co ja: usta pełne tabletek, obrzydliwy smak rozgryzanych i przełykanych pigułek, lodowata
pustka, w jaką wpadłam, moja opadająca bezwładnie głowa i zimny, twardy wąŜ w gardle,
którym wyciągnęli ze mnie truciznę.
Całymi popołudniami przesiadywałam teraz w sali muzycznej, gdzie Ludwik udzielał mi
lekcji gry na perkusji, a Sina za to mogła grać na moim oboju.
- A propos, dzisiaj przyjdzie moja mama - oznajmiłam pewnego dnia Ivanie.
Mimo wszystko potrzebowałam jeszcze trochę czasu, ale w końcu poprosiłam doktora
Winkełhooga, Ŝeby zadzwonił po mamę.
- Cieszysz się? - zapytała Ivana. Wzruszyłam ramionami.
- Nie jestem pewna - powiedziałam w zamyśleniu.
W końcu wybiła trzecia. Siedziałam za perkusją, a Ivana klęczała po turecku na jednej z sof i
przyglądała się moim ćwiczeniom, wtedy do środka wszedł Ludwik.
- Noro, twoja mama juŜ przyszła. Skinęłam głową i odłoŜyłam pałeczki.
- Chcesz iść ze mną, Ŝeby ją poznać? - zapytałam Ivanę, szczerząc zęby w uśmiechu.
Właściwie byłam potwornie spięta, ale nie chciałam pokazać tego po sobie, nawet jej.
- Przy pierwszym spotkaniu? - spytała sceptycznie. Milczałam przez chwilę, a potem
potwierdziłam.
131
- Proszę - powiedziałam cicho, a nasze spojrzenia spotkały się.
- OK - odparła.
Kiedy weszłyśmy do sali wizyt, mama stała przy zakratowanym oknie. Wyglądała na
wychudzoną, zdenerwowaną i bladą.
- Cześć, Noro - przywitała się i podeszła bliŜej. Wyciągnęła ręce, jakby chciała mnie objąć,
ale ostatecznie
nie uczyniła tego i częściowo pozwoliła im opaść. Nerwowo rozglądała się dokoła, w końcu
stanęła przede mną i wlepiła we mnie wzrok.
- Tak bardzo się cieszę, Ŝe znowu ciebie widzę - powiedziała cicho. - Cieszę się, Ŝe stoisz
przede mną taka jak dawniej. Przez ten cały czas widziałam cię tylko taką jak wtedy, gdy...
To znaczy...
Mama przygryzła wargi i zamilkła. Szybko ominęłam ją spojrzeniem i mój wzrok padł na
dwa drzewa, które były widoczne z miejsca, gdzie stałam.
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Wiedziałam, kto to, poniewaŜ sama
poprosiłam go o przyjście.
- Dzień dobry wszystkim - za moimi plecami odezwał się doktor Winkelhoog i odetchnęłam z
ulgą, słysząc jego radosny, zadowolony głos.
- Mamo to jest Ivana - powiedziałam i szybko usiadłam na wiklinowym krześle, podobnym
do tego, jakie stały w gabinecie doktora.
Mama podała Ivanie rękę, tak samo, jak jej mama przywitała się ze mną. Potem doktor
Winkelhoog uścisnął dłoń mojej mamy i po sposobie, w jaki to uczynił, zorientowałam się, Ŝe
pewnie widywali się częściej. Nie wiem, po czym to rozpoznałam, ale po prostu wiedziałam.
„Co takiego razem omawiali?"
Mama równieŜ nieco się uspokoiła. Przekazała mi pozdrowienia od Vereny i jej rodzeństwa, a
takŜe od Bernadety i reszty mojej klasy.
- Tata oczywiście teŜ kazał cię pozdrowić - dodała po chwili. Wszystkie te pozdrowienia
skwitowałam skinieniem głowy, a następnie zeszłyśmy na dół do ogrodu. Ivana i doktor
132
Winkelhoog poszli razem z nami. Podczas przechadzki między drzewami mamie nie
zamykały się usta. Opowiadała o swoim sklepie, który zamierza powiększyć, poniewaŜ udało
jej się wynająć mieszkanie na wyŜszej kondygnacji.
- Na górze zamierzam organizować wykłady i warsztaty. Na początek planuję wystawę o
wojnach Europy - powiedziała, uśmiechając się do mnie. Nie odwzajemniłam tego uśmiechu.
„Wojna", pomyślałam tylko i aŜ zrobiło mi się zimno. A potem nagle coś sobie
przypomniałam.
- Pamiętasz, mamo, jak zwiedzałyśmy obóz koncentracyjny w Dachau? - zapytałam,
wykorzystując jedną z tych dziwnych przerw, które musiała robić dla nabrania tchu.
- Oczywiście - odparła oszołomiona i zmarszczyła czoło.
-1 przypominasz sobie te wszystkie ksiąŜki na temat Trzeciej Rzeszy, jakie mi podarowałaś,
kiedy ledwo co nauczyłam się czytać?
Matka popatrzyła na mnie w milczeniu.
- A tę ksiąŜkę o chłopcu, który stracił wzrok w wypadku? Albo historię dziewczyny, której
matka zmarła na raka? A ksiąŜkę o wojnie atomowej i o tragicznej awarii reaktora w samym
ś
rodku Niemiec?
Przyspieszyłam kroku, niemal pędziłam!
- Noro, co to ma znaczyć? - zapytała nerwowo matka.
- Mamo, pamiętasz, w jaki sposób wyjaśniłaś mi wadę serca Lei? Czy wiesz, Ŝe potem całymi
nocami bałam się, Ŝe moje serce moŜe spotkać to samo?
- Noro, ja...
- Nie mamo, teraz ja mówię - powiedziałam, sama zaskoczona tą nagłą agresywnością. -
Dlaczego nie odwiedziliśmy Disneylandu, skoro juŜ polecieliśmy na Florydę na pogrzeb
ciotki Fiony? Dlaczego opowiadałaś mi o sześciu milionach pomordowanych śydów, kiedy
ledwo nauczyłam się chodzić, i dlaczego jako dziecko nie mogłam oglądać w telewizji
Pszczółki Mai i Heidil Stwierdziłaś, Ŝe to tania szmira, a zamiast tego czytałaś na głos historie
o holokauście, wojnie atomowej i umierających dzieciach...
133
Przerwałam przestraszona, bo ostatnie zdania wręcz wy-wrzeszczałam. JuŜ dawno tak nie
krzyczałam. Chyba nawet nigdy w Ŝyciu. Ale poczułam, Ŝe ten wrzask dobrze mi zrobił.
Obie stałyśmy juŜ dłuŜszą chwilę.
- Mamo, nie zauwaŜyłaś do cholery, Ŝe ja się boję, Ŝe jestem jeszcze za mała na takie ksiąŜki i
całą tę wiedzę, Ŝe to ponad moje siły...?
Potem uciekłam, nie czekając na odpowiedź. Byłam wyczerpana i zmęczona, dlatego przez
resztę popołudnia zaszyłam się w swoim pokoju. LeŜałam wpatrzona w jasną ścianę, na której
tańczyły pojedyncze promyki słońca, kiedy za plecami usłyszałam Ivanę, która przyszła za
mną.
Byłam szczęśliwa, Ŝe tu jest.
*
Kilka dni później mama znowu mnie odwiedziła. Spacerowałyśmy w milczeniu po
sąsiadującym z kliniką ogrodzie. Siąpił deszcz. Miałam wraŜenie, jakby padało od zawsze.
- MoŜe lepiej wrócimy do sali wizyt? - spytała ostroŜnie matka.
Potrząsnęłam głową.
- To wejdź przynajmniej pod mój parasol - poprosiła. Znowu potrząsnęłam głową i dalej
mokłam na deszczu. Przez dłuŜszy czas milczałyśmy.
- Noro, czy mogę cię o coś zapytać? - w końcu mama przerwała milczenie. Skinęłam głową.
- Dlaczego nie chcesz widzieć taty? PrzecieŜ zawsze dobrze się rozumieliście. To znaczy, nie
pamiętam, aby kiedykolwiek doszło między wami do jakiejś powaŜnej sprzeczki.
Przystanęłam i spojrzałam na nią.
- Zbyt rzadko bywał w domu, Ŝebyśmy się mogli pokłócić -powiedziałam, czując, Ŝe z
nerwów zaczyna mnie boleć głowa.
Matka przytaknęła.
- Tak, masz rację, w ostatnich miesiącach nie miał za duŜo czasu - stwierdziła i zobaczyłam,
Ŝ
e myśli jeszcze o czymś, ale nie powiedziała tego głośno. - Miał w ubiegłym roku sporo
duŜych projektów budowlanych do wykonania.
134
OstroŜnie uśmiechnęła się do mnie.
- Wejdź przynajmniej pod parasol, jeśli juŜ koniecznie chcesz chodzić po deszczu - ponowiła
swoją prośbę, tym razem skinęłam głową i wślizgnęłam się obok niej. W czasie marszu
dotykałyśmy się ramionami.
- Mamo, proszę, bądź szczera - powiedziałam cicho.
- Co masz na myśli, Noro?
- Słyszałam, jak rozmawiałaś z tatą o Carmen... Deszcz głośno uderzał o parasol i zdawało
się, Ŝe ten dźwięk
rozbrzmiewa przez całą wieczność.
- A więc wiesz o wszystkim - odezwała się mama po pewnym czasie.
Potwierdziłam ruchem głową i wbiłam w nią wzrok. Znowu trwało dłuŜszą chwilę, zanim
zdecydowała się kontynuować.
- KaŜde małŜeństwo miewa czasami problemy - oznajmiła. - Są dobre i złe dni. Bądź co bądź
jesteśmy ze sobą niemal szesnaście lat - dodała po chwili.
- Czasami, kiedy kocha się juŜ bardzo długo, moŜe się zdarzyć, Ŝe partner zacznie tęsknić za
czymś nowym i ekscytującym... - nagle jej głos przybrał smutny ton. Urwała, nie
dokończywszy zdania. Przystanęła i spojrzała na mnie.
- Noro, przykro mi, ale po prostu nie mogę ci powiedzieć, Ŝe między mną a ojcem jest
wszystko w porządku, poniewaŜ byłoby to kłamstwo.
Powoli skinęłam głową.
- Czy się rozstaniecie? - spytałam cicho. Mama zaprzeczyła.
- Nie, nie zrobimy tego. Przynajmniej nie w najbliŜszej przyszłości. Co będzie potem, tego
oczywiście nie wiem.
- Jasne - powiedziałam, lekko się uśmiechając. Serce mi waliło. Zycie to bez wątpienia trudna
sprawa. Ivana znowu moŜe spotkać na swojej drodze jakiegoś brutalnego faceta.
Moi rodzice w kaŜdej chwili mogą się zdecydować na rozwód.
Pani Korintenberg moŜe umrzeć. Mnie teŜ moŜe się coś przytrafić.
135
Ale równie dobrze sprawy mogą przybrać pomyślny obrót.
- Jestem zmęczona, mamo - powiedziałam. - Chętnie bym juŜ wróciła, ogrzała się i
posiedziała sama.
Skinęła głową i pogłaskała moją zimną twarz. Uczyniła to po raz pierwszy od dawna, a jej
dotyk sprawił mi prawdziwą przyjemność.
Dwa dni później mama zapytała mnie, czy nie chciałabym wrócić do domu.
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Tu bardziej ci się podoba?
- Nie wiem - odpowiedziałam w zamyśleniu. - Tu jest łatwiej, chyba o to chodzi.
Mama potakując, cięŜko westchnęła, a ja w głębi duszy zastanawiałam się, czy ma mi za złe,
Ŝ
e nie chcę wrócić.
*
Powoli przypominało o sobie moje normalne Ŝycie. Najpierw zjawiła się Verena. Razem z
Ivaną wyszłyśmy do parku, aby ją przywitać.
- Noro! - zawołała na mój widok i zaczęła biec.
Tak, nic się nie zmieniła. Zarzuciła mnie tysiącem pytań, rozmawiała z Ivaną, jakby się znały
od wieków, przywitała się z Rike i Gesą, a potem szczerząc zęby w uśmiechu, potrząsała
kratami w naszym pokoju.
- Całkiem przyjemne więzienie - oznajmiła, przyglądając się małej wystawie zdjęć, które
Ivana starannie przeniosła na ścianę przy swoim łóŜku.
Dopiero, kiedy czas odwiedzin dobiegł końca, uspokoiła się nieco. W milczeniu
odprowadziłam ją przez senny pawilon. Odezwała się, gdy juŜ dotarłyśmy do samych
drzwiach wyjściowych.
- Nie mogłam uwierzyć, kiedy Jakub mi to powiedział -rzekła cicho. - Mam na myśli to, Ŝe
chciałaś odebrać sobie Ŝycie.
Verena westchnęła cięŜko.
- Całymi tygodniami zachodziłam w głowę, dlaczego to zrobiłaś. Przypomniałam sobie, Ŝe
byłaś taka cicha, nerwowa i smutna, zanim połknęłaś te tabletki, i Ŝe dokładnie w tym
136
samym czasie dość często spotykałam się z Bernadetą. Noro, o mało nie oszalałam ze
zgryzoty. Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. Nie wiedziałam, Ŝe aŜ tak źle się
czujesz. Verena spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem.
- Jesteś na mnie zła?
Potrząsnęłam głową i poczułam, jak bardzo ją lubię, ale mimo to byłam szczęśliwa, kiedy w
końcu sobie poszła i mogłam wrócić do mojego małego, cichego pokoju, w którym Iva-na
siedziała przy oknie, pisząc list do mieszkającej w Kosowie babci.
W nocy rozszalała się burza. Przez cały dzień na dworze było parno, bezwietrznie i
nieznośnie, ale juŜ pod wieczór od czasu do czasu zaczęło cicho grzmieć. Późnym
popołudniem Ivana zrobiła się bardzo nerwowa i zaszyła się w swoim łóŜku. Wieczorem
poprosiła doktor Bergmann o słabą tabletkę nasenną.
- To przypomina mi odgłosy wojny, nienawidzę burzy -powiedziała rozdraŜniona, zamknęła
oczy i odwróciła się do ściany.
Ocknąwszy się w środku nocy, usłyszałam jej ciche chrapanie. Mały pokój przeszywały jasne
błyskawice, którym wtórowały potęŜne grzmoty. OstroŜnie zapaliłam nocną lampkę i
spojrzałam na stojące po drugiej stronie łóŜko. Ivana leŜała na plecach, zupełnie odpręŜona.
Jej kołdra w połowie zwisała na podłogę, a ona uśmiechała się przez sen i oddychała
miarowo. Nie chciało mi się wierzyć, Ŝeby wszystko to zdziałała wyłącznie mała tabletka, o
której przecieŜ doktor Bergmann powiedziała, Ŝe jest to lek typowo roślinny. Wstałam
powoli, ostroŜnie przykryłam Ivanę, a następnie podeszłam do okna. Nie mogłam się
powstrzymać, Ŝeby co rusz nie zerkać na nią. Wyglądała teraz tak kwitnąco i zdrowo.
Uśmiechnęłam się, poniewaŜ nagłe uświadomiłam sobie, Ŝe pewnego dnia całkowicie
wyzdrowieje.
W pewnej chwili odwróciłam wzrok i przez pręty krat wyjrzałam na dwór. Jasne zygzaki
błyskawic rozdzierały egipskie
137
ciemności. Powiodłam wzrokiem ponad ogrodem kliniki i leŜącym za nim osiedlem aŜ do
ciemnego lasu na peryferiach miasta.
OstroŜnie uchyliłam okno. Uderzyło mnie mokre, zimne powietrze, a potem oparłam czoło o
chłodną szybę. Mocniej opatuliłam się bluzą pidŜamy i spojrzałam na niespokojne, burzowe
niebo. Grzmoty były juŜ znacznie cichsze, a błyskawice nie następowały tak szybko po sobie.
Obserwowałam gwiazdy i na chwilę ten cały, ogromny, skomplikowany świat stał się moją
własnością. Nie czułam teraz strachu. Nawet tego strachu przed strachem. Trwałam tak przez
jakiś czas, nie ośmieliwszy się drgnąć, Ŝeby nie spłoszyć tej osobliwej lekkości. W końcu
jednak ruszyłam się z miejsca. Po cichu zamknęłam okno, burza ucichła, pozostał jedynie
deszcz, który delikatnie i kojąco dudnił po parapecie.
Usiadłam przy naszym jasnym, drewnianym stoliku i u-śmiechnęłam się do siebie. Przede
mną leŜał rozpoczęty list, który Ivana pisała do swojej babci, a obok niego jej notes i pióro.
Bezszelestnie przysunęłam papier i pióro w swoją stronę.
A potem napisałam list do mojej chorej wychowawczyni.
Kilka tygodni później przyszedł mój ojciec. Doktor Winkel-hoog zadzwonił do niego z
informacją, Ŝe teraz jestem juŜ gotowa na spotkanie. Tym razem nie było przy mnie Ivany, ale
znowu towarzyszył mi lekarz.
- Cześć, tato - powiedziałam cicho na widok mojego rosłego ojca, który sterczał przy oknie.
Stał tak samo jak mama podczas swojej pierwszej wizyty. Jego spojrzenie zdradzało niepokój
i napięcie, ale uśmiechał się do mnie i w przeciwieństwie do mamy odwaŜył się mnie objąć.
- Dobrze wyglądasz, córciu - stwierdził, kiedy stałam sztywna jak manekin w jego ramionach,
czekając aŜ mnie z nich uwolni. Kiedy to w końcu uczynił, szybko usiadłam w fotelu.
- A moŜe lepiej pójdziemy do ogrodu? - zapytał, kładąc dłoń na moim ramieniu.
Potrząsnęłam głową.
- OK, w takim razie zostaniemy tutaj - powiedział i równieŜ usiadł. On teŜ zdawał się dobrze
znać doktora Winkel-
138
hooga, uśmiechnął się na powitanie, jakby się cieszył, Ŝe go widzi. Mimo to odniosłam
wraŜenie, Ŝe wolałby zostać ze mną sam na sam.
- Przyniosłem ci coś - oznajmił po chwili i zaczął gorączkowo grzebać w swoim skórzanym
plecaku.
Pomyślałam o tym stosie ksiąŜek przytaszczonych tu juŜ przez mamę, które stanowiły
przypadkową i chaotyczną zbieraninę. Boli, Irving, Brecht, Pullmann oraz tom wierszy Ril-
kego.
W końcu ojciec ostroŜnie połoŜył na moim lewym kolanie trzy kompakty.
- Musiałem się nieźle nagłowić, Ŝeby sobie przypomnieć, jakiej muzyki słuchałem w twoim
wieku - powiedział, jakby chciał się wytłumaczyć, a następnie postukał palcami w leŜącą na
górze płytę. - Udo Lindenberg, znałem na pamięć wszystkie jego teksty. Dalej masz Boba
Marleya, to równieŜ moja wielka miłość z czasów młodości.
Ojciec uśmiechnął się do mnie.
- OK, a pod Marleyem starzy, dobrzy Stonsi, których, jak wiesz, kocham do dziś.
Skinęłam głową i odwzajemniłam uśmiech.
- Dziękuję - wybąkałam cicho, biorąc kompakty z kolan i odkładając je na okrągły stolik,
który stał między nami.
- No cóŜ... - chrząknął niezdecydowanie i zaczął wyłamywać sobie z trzaskiem palce lewej
ręki. Robił tak często, gdy był zdenerwowany i choć nienawidził tego nawyku, to jednak nie
potrafił się go wyzbyć. Wyłamywał sobie palce jako dziecko i strzelał nimi dziś, kiedy był
znanym, miejskim architektem.
- W kaŜdym razie cieszę się, Ŝe wracasz do zdrowia - oznajmił, kiedy chrupnęły juŜ wszystkie
stawy. - Dzięki Bogu wyglądasz naprawdę świetnie, Noro!
Nie odezwałam się.
- Słyszałem, Ŝe zaczęłaś grać na perkusji. Mama chwaliła się teŜ, Ŝe napisałaś całą klasówkę z
matematyki. Super, to naprawdę znakomite wiadomości...
- Większość klasówki ściągnęłam od Ivany - przyznałam, intensywnie przyglądając się ojcu.
139
Ten wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- No tak, to w końcu nic strasznego - dodał szybko. Wkurzyłam się.
- Wcześniej byłeś wściekły, kiedy przyznawałam się do odpisywania - rzuciłam zirytowana.
Ojciec nie odpowiedział. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
- A propos, w przyszłości zamierzam częściej przebywać w domu - powiedział w końcu, ale
odniosłam wraŜenie, Ŝe mówi to tylko dlatego, Ŝeby przerwać grobową ciszę. - Ostatnio
miałem cholernie mało czasu dla ciebie, ale to naprawię, dobrze? Będziemy teraz więcej ze
sobą, tylko ojciec i córka.
Wzruszyłam ramionami i poczułam, jak wszystko się we mnie napina.
- A co z tą panią architekt, która pracuje w twoim biurze?
- zapytałam, nie patrząc na niego.
- Co ma z nią być? - odpowiedział pytaniem na pytanie, a jego głos przybrał znowu ten sam
osobliwy ton, jak owego dnia, gdy mama zadała to pytanie.
- O ile wiem, zdradzałeś z nią mamę - powiedziałam, wsadzając ręce do kieszeni, poniewaŜ
nie chciałam, aby ojciec zobaczył, Ŝe nagle zaczynają się trząść.
- Noro, proszę... - wyjąkał zdenerwowany, a jego piękne, niebieskie oczy zwęziły się.
- Co to znaczy „Noro, proszę"? PrzecieŜ robiłeś to, czy nie?
- mój głos przybrał nagle agresywny ton.
Ojciec cięŜko westchnął i spojrzał w okno. Byłam szczęśliwa, Ŝe na mnie nie patrzy,
poniewaŜ dzięki temu mogłam spojrzeć mu prosto w twarz.
- Myślę, Ŝe to nie jest odpowiednie miejsce ani czas, Ŝeby rozmawiać o... - zaczął mówić
zwrócony w stronę okna.
- Oczywiście, Ŝe to odpowiednie miejsce! - przerwałam mu ze złością. - Oszukiwałeś mamę i
tylko dlatego nie miałeś dla nas czasu, Ŝe znalazłeś sobie przyjaciółkę!
DrŜałam i zdenerwowana spojrzałam na doktora Winkel-hooga, który uśmiechał się do mnie,
zdając się nie potępiać tego, co robię.
140
Ta słowna przepychanka trwała jeszcze dłuŜszą chwilę. Mówiłam podniesionym głosem i
byłam wściekła, w pewnym momencie zmiotłam ze stołu trzy płyty, w taki sposób, w jaki
uczyniłby to Jonatan, a ojciec zachowywał się cicho, nerwowo i uparcie. Nie chciał ze mną
otwarcie rozmawiać.
- Do diabła, w takim razie spadaj stąd! - wrzasnęłam, po czym uderzyłam w płacz, chociaŜ
wcale nie miałam takiego zamiaru.
- Noro, proszę... - powtórzył mój szczupły, przystojny ojciec i odniosłam wraŜenie, Ŝe
naprawdę jest to jedyne zdanie, jakie w ogóle przychodziło mu do głowy.
- Skończ z tym „Noro, proszę" - prychnęłam.
- A co mam powiedzieć? - zapytał skołowany.
- Masz się przyznać! - fuknęłam ponownie. - Masz się przyznać i powiedzieć, Ŝe jest ci
przykro, jeśli w ogóle jest ci przykro, i Ŝe na przyszłość przynajmniej spróbujesz nie kłamać.
NiezaleŜnie od tego, co ostatecznie postanowisz...
Zamilkłam. Byłam wyczerpana i zmęczona. Ojciec wyglądał, jakby czuł się tak samo.
- Do cholery, Noro, nie jest mi łatwo rozmawiać z własną córką o pozamałŜeńskim wyskoku -
wymamrotał w końcu ponuro.
- A jednak zrób to - poprosiłam.
- Do diabła, właśnie teraz, po tym co przeszłaś! - powiedział zdenerwowany.
Skinęłam głową, a doktor Winkelhoog uczynił to samo. Spojrzałam ojcu prosto w oczy.
Wpadające przez okno słońce oświetlało jego twarz. Lekarz podał mi przez stół chusteczkę,
abym wytarła sobie nos.
- Dobrze, a więc miałem krótki romans z Carmen, ale to juŜ skończone i chciałbym dalej Ŝyć
razem z twoją mamą i oczywiście z tobą - wyrzucił z siebie szybko i tym razem nie mówił juŜ
do okna, lecz do podłogi.
- OK - powiedziałam cicho i natychmiast wstałam. Na dziś miałam dosyć. Z nerwów kręciło
mi się w głowie. - Chciałabym juŜ wrócić. Na razie, tato...
Szybko wyszłam z pokoju, trzy kompakty wciąŜ leŜały na podłodze, lecz nie miałam siły ich
podnieść.
141
Trzęsłam się od stóp do głów, ale wcale nie było mi źle. Spieszyłam się do swojej perkusji.
Ivana siedziała juŜ w sali muzycznej, czekając na mnie.
- Wszystko jasne? - zapytała z troską w głosie.
- Chyba tak - odparłam. - Przynajmniej w tej chwili. Sięgnęłam po pałeczki.
17
- Jest dziś poczta dla ciebie - tydzień później oznajmił doktor Winkelhoog, kiedy przyszłam
do niego na terapię. Wręczył mi list zaadresowany na moje nazwisko i natychmiast poznałam
pismo wychowawczyni.
- Dziękuję - mruknęłam.
DrŜącymi palcami rozdarłam kopertę. Pani Korintenberg dziękowała mi za list, który razem z
Rike i Ivaną zaniosłyśmy w ubiegłym tygodniu na pocztę, i pisała, Ŝe czuje się juŜ znacznie
lepiej i za kilka dni opuści szpital. Na koniec dodała, Ŝe będzie jej miło, jeśli w przyszłości od
czasu do czasu się odezwę.
OdłoŜyłam list.
- Dobre czy złe wieści? - zapytał lekarz. Uśmiechnęłam się lekko.
- Dobre - odparłam. - Przynajmniej w tym momencie, ale oczywiście ona moŜe jeszcze...
- .. .umrzeć. - doktor Winkelhoog uzupełnił niedokończone zdanie, po czym skinął głową.
Ja równieŜ skinęłam, cięŜko wzdychając, tej nocy znowu dopadł mnie strach.
Obudziłam się zlana potem. Miałam koszmarny sen, który pamiętałam jak przez mgłę, ale
jednego byłam pewna: poszłam z wizytą do mojej chorej wychowawczyni i nagle zewsząd
wypełzły robaki, łaziły po niej, potem przeszły równieŜ na mnie, a miejsca, których dotknęły,
stawały się chore, śmiertelnie chore.
142
Ocknęłam się nagle.
- Ivana - wyszeptałam zrozpaczona, ale Ivana spała i nie słyszała mnie. Kręciło mi się w
głowie, a moja spocona skóra była zimna i lepka. Zataczając się, wstałam i z trudem
chwytałam ustami powietrze. Miałam wraŜenie, Ŝe za chwilę się uduszę.
„Dlaczego Ivana dalej śpi?"
Potykając się, wyszłam niepocieszona na korytarz i byłam pewna, Ŝe zaraz stracę
przytomność.
W pewnej chwili zapukałam do drzwi. Miałam niejasną nadzieję, Ŝe prowadzą do pokoju
pielęgniarek, w którym dyŜuruje nocna zmiana.
- Noro, co się stało? - zapytała siostra dyŜurna i wtedy uderzyłam w płacz.
- Czy doktor Winkelhoog jest tu dziś w nocy? - odezwałam się, a mój głos brzmiał cienko,
piskliwie i rozpaczliwie.
- Nie, niestety nie - odpowiedziała pielęgniarka z nocnej zmiany, wciągając mnie do środka. -
Ale doktor Bergmann zaraz się tobą zajmie.
Kobieta uśmiechnęła się do mnie, uspokajająco uścisnęła moją rękę i opatuliła mnie pledem.
Zaraz potem przyszła mała, chuda pani doktor, która siedziała przy moim łóŜku i powitała
mnie, gdy pierwszego dnia ocknęłam się na oddziale psychiatrycznym.
- Nagle ogarnął mnie taki przeraźliwy strach - wybełkotałam oszołomiona i kurczowo
wczepiłam się w obcy, wełniany koc, który ciąŜył na moich ramionach. - Czuję się tak bardzo
chora...
Kręciło mi się w głowie. Wszystko na nic, byłam tak samo chora i szalona jak cztery miesiące
temu, kiedy tu przybyłam.
Pomyślałam o zastrzykach na uspokojenie, które na początku leczenia kilkakrotnie
otrzymałam, Ŝeby łatwiej zasnąć.
- Mogę dostać zastrzyk? - zapytałam nerwowo.
- Moim zdaniem nie potrzebujesz zastrzyku, Ŝeby się uspokoić - stwierdziła doktor Bergmann
i objęła mnie ramieniem.
- Owszem, potrzebuję - wymamrotałam i kilkakrotnie ponowiłam swoją prośbę, a doktor
Bergmann za kaŜdym razem
143
potrząsała głową. W miarę upływu czasu czułam, Ŝe coś się ze mną dzieje. Zamiast wpadać w
panikę, stopniowo dochodziłam do siebie i choć następowało to powoli, to jednak było
wyraźnie odczuwalne.
- Naprawdę jest pani pewna, Ŝe nie zachorowałam i nie umrę? - mimo wszystko kilka razy
zapytałam po cichu, a chuda lekarka wciąŜ odpowiadała cierpliwie i uprzejmie, Ŝe jest tego
pewna. RównieŜ, gdy spytałam po raz dziesiąty i dwudziesty, udzieliła tej samej odpowiedzi.
- Tak, Noro, jestem tego pewna. Nie jesteś chora i nie umrzesz.
I w pewnej chwili poczułam się lepiej.
- Chyba juŜ dobrze - stwierdziłam znuŜona i podniosłam głowę. - Która godzina?
Była trzecia w nocy i doktor Bergmann odprowadziła mnie z powrotem do mojego pokoju.
*
Za oknem siedział wielki, czarny kruk. Przekrzywił łeb, nieufnie łypiąc na mnie okiem.
Potem zaczął krakać, jak przystało na kruka, a jego głos był tak samo piękny jak wygląd.
Zawsze lubiłam te niezgrabne, ocięŜałe, wielkie ptaszyska i nagle zatęskniłam za światem.
Przypomniałam sobie Tiktaka, nasze spacery po lesie, musiałam teŜ pomyśleć o Jakubie i
Kasprze, z którymi wieki temu witałam nadchodzącą wiosnę. Próbowałam sobie przypomnieć
dotyk szaroburych kudłów Kaspra i przed oczyma stanęła mi miękka, ruda sierść Tiktaka.
Nagle uświadomiłam sobie, Ŝe po raz pierwszy od dawien dawna mogę myśleć o nim, nie
widząc jego śmierci.
- Ivana? - powiedziałam z walącym sercem. -Tak?
- Muszę stąd wyjść, przynajmniej na chwilę.
- Wyjść?
- Tak, sądzisz, Ŝe mogę zapytać Rike, czy wolno mi zadzwonić?
- Do kogo chcesz dzwonić? - dopytywała się Ivana.
- Do pewnego chłopaka z mojej klasy - odpowiedziałam
144
ostroŜnie. Dotychczas nie opowiadałam jej o Jakubie i nie wiedziałam, jak zareaguje na
istnienie takiej osoby w moim Ŝyciu.
- Czy to... twój... twój chłopak? - zapytała, a w jej głosie wyczułam niechęć.
Przez chwilę patrzyłam przed siebie w milczeniu.
- Trudno powiedzieć - odparłam potem cicho. - Prawie by nim został, ale potem...
Zamilkłam.
Ivana teŜ się nie odezwała.
W końcu przełamałam się i ruszyłam na poszukiwanie Rike. Dziesięć minut później stałam
cała spięta przed telefonem i wybierałam numer Jakuba.
Wprawdzie długo musiałam dzwonić, ale ostatecznie podniósł słuchawkę.
- Jakubie, to ja - powiedziałam i nagle ogarnęło mnie potworne zdenerwowanie.
- Nora! - krzyknął radośnie. - Wreszcie zadzwoniłaś. Gdybyś wiedziała, jak bardzo na to
czekałem...
Na chwilę zapadła między nami cisza. Jakub sądził chyba, Ŝe coś powiem, a ja uwaŜałam, Ŝe
to on będzie kontynuował. W końcu głęboko zaczerpnęłam powietrza.
- Jakubie, wiem, Ŝe jestem pokręcona, ale miałbyś ochotę przyjść do mnie, teraz, zaraz? I
mógłbyś przyprowadzić ze sobą Kaspra? Tak chętnie przespacerowałabym się po polach.
Pytałam juŜ, czy mogę. Doktor Winkelhoog od razu wyraził zgodę.
W tej samej chwili w słuchawce rozległ się dziki, wściekły wrzask, juŜ wiedziałam, kto tak
krzyczy.
- Cholera, Eike, zamknij się chociaŜ raz - szybko zawołał Jakub. - Dziewczyno, chyba milion
razy wyobraŜałem sobie, jak to będzie, kiedy wrócisz do mojego Ŝycia, a teraz, kiedy w końcu
dzwonisz, znowu jestem uziemiony z moim bratem.
Jakub był wyraźnie przybity.
Pomyślałam o Eike, jego krzyku, o tym, Ŝe ciągle się wierci, o jego ciemnych, łagodnych
oczach i o tym, jak wpadł w szał, kiedy dotknęłam jego dzbanka na kakao. Wtedy w głębi
duszy pragnęłam, Ŝeby nie istniał i juŜ na samą myśl o nim czułam się chora. Ale teraz
poznałam chudą, poirytowaną Anuszkę
145
JT-AJ*
V (p~
£ /
£" ^ <Z E Lj. P- со м- p & < " p S^^p^^ai
i cichą Helenę, i Sine, i Charlotte, które były bardzo nieszczęśliwe, choć w zasadzie same nie
wiedziały, dlaczego. I polubiłam Jonatana, który hałaśliwie pędził jak szalony, wszędzie
bałaganił, wymyślał nam od najgorszych i sam śpiewał sobie na dobranoc kołysanki.
- MoŜesz przecieŜ zabrać Eike ze sobą - w końcu zaproponowałam ostroŜnie.
- Serio? - zapytał zaskoczony.
- Myślę, Ŝe tak - odparłam.
- OK, w takim razie przyjdę - oznajmił.
*
Dwie godziny później byli juŜ na miejscu. Jakub stał przed pawilonem oddziału
psychiatrycznego dla młodzieŜy i rozglądał się wkoło, szukając mnie wzrokiem. W jednej
ręce trzymał na smyczy Kaspra, który wyrywał się bliski uduszenia, a w drugiej Eike, ten z
kolei łagodnie kołysał się na wszystkie strony.
- To on? - zapytała Ivana, wyjrzawszy przez okno. Starannie przy tym uwaŜała, Ŝeby nie
zostać zauwaŜona z zewnątrz.
- Tak, to on - wyszeptałam i poczułam, jak całą sobą tęskniłam za Jakubem.
- Ma zielone włosy, to prawdziwy punk - stwierdziła, marszcząc czoło. Zatopiona w myślach
drapała się po rękach, a jej liczne rany zaczęły krwawić.
- Na razie, Ivano - powiedziałam i na chwilę oparłam swoje czoło ojej. Potem wyszłam, a
Gesa otworzyła mi drzwi.
- Cześć, Noro! - zawołał Jakub na mój widok.
- Cześć, Jakubie - przywitałam się, a potem chyba całą wieczność staliśmy tak naprzeciw
siebie, nie mówiąc ani słowa.
- Cholera, nie mam teraz wolnej ręki, Ŝeby cię objąć - odezwał się w końcu. - Eike, puść
mnie.
Ale Eike ani myślał go słuchać i jęcząc mocno uczepił się starszego brata.
- Zostaw go w spokoju - poprosiłam, biorąc od Jakuba smycz.
146
- No tak, to teŜ jest jakieś rozwiązanie - stwierdził i chwycił mnie za rękę.
Na polu spuściliśmy Kaspra ze smyczy, a ten, radośnie szczekając, zaczął galopować wokół
nas. W końcu nawet Eike wysunął swoją dłoń z ręki Jakuba, wyciągnął z kieszeni kurtki małą
harmonijkę ustną i zaczął coś grać.
Twarz Jakuba wykrzywił grymas niezadowolenia.
- Szczególnie muzykalny to on niestety nie jest - wyjaśnił. - Ale za to, kiedy juŜ zacznie, gra
głośno i niezmordowanie...
Spojrzałam na Eike, który usiadł do nas plecami na skraju pola słoneczników.
- Teraz go lubię - wyszeptałam. - Wcześniej nie mogłam go ścierpieć.
- ZauwaŜyłem - odpowiedział Jakub. - Dobrze, Ŝe go polubiłaś. Bo ja teŜ lubię Eike, nawet
bardzo. I ciebie równieŜ lubię.
Uśmiechnął się, a poniewaŜ wiedział, Ŝe mam łaskotki, zaczął mnie łechtać.
- Nie! - gruchnęłam śmiechem, bezskutecznie próbując odsunąć jego rękę. - Przestań,
nienawidzę tego.
- Przykro mi, ale nie mam innego wyjścia - stwierdził. -Muszę znowu zobaczyć jak się
szczerze śmiejesz.
Potem oboje ryknęliśmy śmiechem. Chyba całą wieczność staliśmy tak w szczerym polu, rŜąc
jak wariaci. WciąŜ od nowa zaraŜaliśmy się śmiechem, a Eike wtórował nam na ustnej
harmonijce.
Później przywarliśmy do siebie ustami, ale śmiech sprawił, Ŝe nie był to najbardziej udany
pocałunek. W końcu przestaliśmy rechotać i następnemu nic juŜ nie zagraŜało.
147
EPILOG
и
Z pasją i wszystko dać Z pasją
Ŝ
yć przez cały czas Z pasją kaŜdego dnia Powraca do mnie to co robić odwagę mam (Ina
Deter)
Nora, zanim wróciła do domu, spędziła na oddziale psychiatrycznym dla młodzieŜy dokładnie
sześć miesięcy.
Do powrotu droga była jeszcze daleka, dziewczyna przeŜyła niejedną chwilę zwątpienia i
złości. Przeprowadziła z rodzicami całą serię bolesnych rozmów, które pozwoliły jej lepiej
zrozumieć samą siebie. W końcu poczuła, Ŝe jest wystarczająco silna, Ŝeby znowu wyjść na
spotkanie ze światem.
Do dziś zmaga się jeszcze ze swoimi lękami, które nie znikły zupełnie. Sama uwaŜa, Ŝe juŜ
nigdy nie pozbędzie się ich całkowicie, ale znalazła teraz sposób, Ŝeby sobie z nimi poradzić.
Dopiero kilka tygodni temu przestała być pacjentką doktora Winkelhooga. Cotygodniowe
konsultacje u niego zamieniła na wizyty u terapeutki, która mieszka w tej samej dzielnicy co
ona.
Poprzednia wychowawczyni Nory czuje się dobrze i wszystko wskazuje na to, Ŝe pokonała
swoją chorobę.
Rodzice Nory jednak rozeszli się i dziewczyna zamieszkała razem z matką w nowym,
mniejszym mieszkaniu. Nora twier-
148
dzi, Ŝe wyszło jej to na dobre, poniewaŜ opuściła stary dom, w którym spędziła tak trudne dla
siebie lata.
Co prawda ojca nie widuje regularnie, ale i tak spotyka się z nim częściej niŜ kiedyś.
Nadal gra na perkusji. Pobiera lekcje na warsztatach muzycznych, organizowanych na
peryferiach miasta. Jej związek z Jakubem jest stabilny.
Krótko po powrocie z kliniki Jakub podarował Norze chorego psa. Znajomi jego matki
przywieźli go z Hiszpanii, ale opieka nad chorym, słabym zwierzakiem przerosła ich siły.
Trudno było stwierdzić, czy ten brunatny kundel w ogóle przeŜyje. Nora za nic nie chciała go
wziąć do siebie, ale ostatecznie z pomocą Jakuba zajęła się czworonogiem, który w końcu
wyzdrowiał.
- W zasadzie to najbrzydszy pies, jakiego kiedykolwiek widziałam, zupełnie
nieporównywalny z Tiktakiem czy Kasprem, ale jakoś go pokochałam, tym bardziej Ŝe
przecieŜ walczyłam o jego Ŝycie...
Ze względu na swoją podłuŜną, chudą mordę, długonogi, o spiczastych uszach, kościsty
znajda z plaŜy został przez Norę i Jakuba czule nazwany Długonosem.
Nora codziennie odbywa z nim długie spacery po podmiejskim lesie.
ISIS
149